background image

Jack London

Kaftan bezpieczeństwa

Włóczęga wśród gwiazd

Tytuł oryginału The Jacket — The Star Rover

Przekład M. Andrzeykowicza, gruntownie zmieniony i poprawiony

background image

Rozdział I

W ciągu całego mego życia miałem dostęp do świadomości innych czasów i innych miejsc.

Miałem   możliwość   odczuwania   innych   ludzi   w   sobie   samym.   I   uwierz   mi,   przyszły   mój
czytelniku, z pewnością to samo znajdziesz w sobie. Cofnij się myślą do lat swego dzieciństwa, a
przypomnisz   sobie,   że   będąc   dzieckiem,   odczuwałeś   nieraz   tę   dziwną   świadomość,   o   której
mówię.   Byłeś   wówczas   jakby   nieokreślony,   nieskrystalizowany.   Byłeś   czymś   plastycznym,
duszą, która się tworzy dopiero; świadomość i osobowość twoja były w okresie kształtowania się
— kształtowania i zapominania.

Zapomniałeś wiele, miły czytelniku, a jednak, gdy czytasz te słowa, stają ci w pamięci, jak

przez mgłę, mroczne wspomnienia innych czasów i innych miejsc, w które zaglądał twój wzrok
dziecięcy. Wydaje ci się dzisiaj, że to sny. Jeżeli to były sny jednak, wówczas wyśnione — skąd
wzięła się ich istota? Senne marzenia nasze są dziwaczną mieszaniną tego, co wiemy i znamy.
Treść naszych najwyraźniejszych snów powstaje z naszego doświadczenia. Śniło ci się za lat
dziecinnych, że spadasz z ogromnej  wysokości; śniło ci się, że lot twój nie ustępuje lotowi
ptaków i innych istot, unoszących się w powietrzu; dokuczały ci pająki i wielonożne stworzenia,
żyjące w bagnach; słyszałeś inne głosy, widziałeś inne twarze, dziwnie znajome w marze sennej,
widziałeś inne wschody i zachody słońca niż te, które możesz sobie przypomnieć, gdy myślą
cofniesz się w lata minione.

Dobrze. Te dziecięce wspomnienia z innego są świata, z innego życia; to wspomnienia tego,

czegoś nigdy nie widział w tym szczególnym świecie twego niepowtarzalnego życia. Więc skąd?
Inne życie? Inne światy? Może, gdy przeczytasz wszystko, co napiszę, znajdziesz odpowiedź na
ten niepokój, jaki w tobie wzbudziłem i jaki ty sam w sobie wznieciłeś przed rozpoczęciem
czytania.

Wordsworth   to   wiedział.   Nie   był   jasnowidzącym,   ani   prorokiem,   był   zwyczajnym

człowiekiem, jak ty i lub ktokolwiek spośród nas. Co on wiedział — to wiesz i ty, i każdy
człowiek wie. Lecz on to najlepiej wyraził w zdaniu zaczynającym się od słów: „nie w całkowitej
nagości, nie w zupełnym zapomnieniu…”

Naprawdę, za szybko zapominamy o ścianach więzienia, które nas otacza, o istotach nowo

narodzonych i o wszystkim. A jednak, gdyśmy byli sami nowo narodzonymi — pamiętaliśmy
inne   czasy   i   inne   miejsca.   Bezsilne   niemowlęta   na   ręku   lub   raczkujące   na   podłodze,   jak
czworonożne zwierzęta, śniliśmy nasze sny o lotach w przestworzach. Tak, dręczył nas strach
nocny   przed   czymś   mglistym   i   potwornym.   My,   niemowlęta   nowo   narodzone,   bez
doświadczenia, urodziliśmy się z uczuciem strachu, z jego wspomnieniem, a wspomnienie jest
doświadczeniem.

Co do mnie, to już gdy wymawiałem pierwsze słowa, w tak młodym wieku, że krzykiem

wyrażałem głód i senność, nawet wówczas już wiedziałem, że byłem włóczęgą wśród gwiazd.
Tak, chociaż usta moje nigdy nie wyszeptały słowa „król”, pamiętałem, że byłem niegdyś synem
króla. Więcej, pamiętałem, że byłem niegdyś niewolnikiem, synem niewolnika, i że nosiłem na
szyi obręcz żelazną.

Więcej jeszcze. Gdy miałem trzy, cztery, a może pięć lat, nie byłem jeszcze sobą. Byłem

czymś, co się tworzy, duchem w zarodku, nie zastygłym jeszcze w kształtach mego własnego
ciała, mego czasu i miejsca. Wszystko czym byłem w dziesięciu tysiącach odmianach życia, jakie
przeszedłem, zmagało się we mnie w tym okresie i wnosiło zamęt w to kształtowanie się, w ten
wysiłek wcielenia się we mnie, aby się stać mną.

Głupie to, nieprawdaż? Lecz pamiętaj czytelniku, który, mam nadzieję, powędrujesz ze mną

daleko w czas i w przestrzeń — pamiętaj proszę, że myślałem wiele o tych sprawach, że wśród

background image

krwawych nocy, i zlany potem ze strachu, trwającego lata całe, przebywałem sam z wieloma
osobami,   które   były   mną   samym,   że   zasięgałem   ich   rady   i   bacznie   im   się   przyglądałem.
Przeszedłem  piekła  wszystkich  istnień,  aby ci  przekazać  wiedzę,  którą  podzielisz ze  mną   w
przygodnej, spokojnej godzinie, jaką spędzisz nad moją książką.

Wracając do rzeczy, mówię, że w wieku lat trzech, czterech lub pięciu, nie byłem jeszcze sobą.

Stawałem   się   dopiero,   tak   jak   przyjąłem   kształt   mego   ciała,   cała   zaś   potężna,   niespożyta
przeszłość walczyła w tej zdrowej istocie, którą byłem, by określić, jaki kształt przybierze to
stawanie  się. To nie  mój  głos rozlegał się w nocy, gdy krzyczałem ze  strachu przed  czymś
znanym, ja bowiem nie znałem tych rzeczy i nie mogłem ich znać. To samo powiedzieć mogę o
moim dziecinnym gniewie, o mych miłościach i śmiechu. Inne głosy dawały się słyszeć w moim
głosie,   głosy   mężczyzn   i   kobiet   sprzed   wieków,  wszystkich   moich   poprzednich   wcieleń.   Z
okrzykiem   mojego   gniewu   mieszał   się   ryk   bestii,   starszych   niż   gór   łańcuchy,   i   z   moim
histerycznym płaczem, cała złość tego ryku łączyła się w jeden akord z bezrozumnym krzykiem
zwierzęcia przed–Adamowego i przedpotopowego.

Tu wyjawia się tajemnica. Potężna złość, wściekłość. Ona mnie zgubiła w moim obecnym

życiu. Ona jest powodem, że za kilka tygodni wyprowadzą mnie z tej celi na podwyższenie o
ruchomej podłodze, nad którą zawiśnie stryczek; i powieszą mnie, abym umarł. Złość była zgubą
moją we wszystkich mych istnieniach i złość jest nieszczęściem, przeklętym dziedzictwem moim
od czasów mglistych tworów, poprzedzających ukształtowanie się świata.

Czas jednak, bym się przedstawił. Nie jestem szaleńcem, ani obłąkanym. Chcę, byś o tym

wiedział, czytelniku miły, że chcę tylko jednego: byś uwierzył  we wszystko, co ci powiem.
Nazywam się Darrell Standing. Niejeden z was, czytelników, natychmiast mnie pozna. Lecz dla
większości, dla której będę nieznany, pozwól, że powiem coś więcej o sobie. Przed ośmiu laty
byłem profesorem agronomii na Wydziale Agronomii Uniwersytetu w Kalifornii. Przed ośmiu
laty   sennym   małym   miasteczkiem   Berkeley   wstrząsnęła   wieść   o   zamordowaniu   profesora
Haskella w jednym z laboratoriów w gmachu Mining. Mordercą był Darrell Standing.

Jestem Darrell Standing. Miałem ręce zakrwawione, gdy mnie pojmano. Nie będę dyskutował

o tym, co było słuszne lub niesłuszne w sprawie profesora Haskella. Była to sprawa bardzo
osobista.   Najważniejsze,   że   w   przystępie   gniewu,   opanowany  przez   wściekłość,   która   przez
szereg wieków była moim przekleństwem, zabiłem profesora, mego kolegę. Protokóły sądowe
wykazują, że uczyniłem to i tym razem, działając w afekcie. Zgadzam się z tymi protokółami.

Nie, nie będę powieszony za to morderstwo.
Zostałem skazany na dożywotnie więzienie.
Miałem wówczas trzydzieści sześć lat. Obecnie mam czterdzieści cztery. Spędziłem te osiem

lat   w   więzieniu   San   Quentin   w   Kalifornii.   Pięć   spośród   nich   przebywałem   w   ciemności.
Nazywają to zamknięciem w celi samotnej. Ludzie, którzy z niej wyszli, mówią, że to śmierć za
życia. Lecz w ciągu tych pięciu lat śmierci za życia zdołałem osiągnąć wolność, jakiej mało kto
kiedykolwiek zaznał. Najbardziej pilnowany spośród wszystkich więźniów, obszedłem nie tylko
świat — obszedłem wieki. Ci, którzy zamknęli mnie na szereg lat, złożyli mi bezwiednie hojny
dar całych stuleci. Dzięki Edowi Morrellowi przeżyłem pięć lat włóczęgi wśród gwiazd. Lecz Ed
Morrell, to jeszcze inna sprawa. Opowiem wam o nim nieco później. Tyle mam do powiedzenia,
że nie wiem, od czego zacząć.

A więc   zaczynam.   Urodziłem   się   w   stanie   Minnesota.   Matka   moja   była   córką   imigranta

szwedzkiego.   Nazywała   się   Hilda  Tonnesson.   Ojcem   mym   był   Chauncey  Standing   ze   starej
amerykańskiej rodziny. Pochodził od Alfreda Standinga, sługi lub niewolnika przewiezionego z
Anglii na plantację w Wirginii za czasów, które już były odległe, gdy młodociany Washington
przebywał w dzikiej Pensylwanii.

background image

Syn Alfreda Standinga brał udział w walce o niepodległość; wnuk w wojnie 1812 roku. Nie

było odtąd wojny, w której by Standingowie nie uczestniczyli. Ja, ostatni ze Standingów, który
wkrótce umrę bezpotomnie, walczyłem jako żołnierz na Filipinach w ostatniej naszej wojnie, a
chcąc   to   uczynić,   wyrzekłem   się   w   pełni   powodzenia   i   kariery,   stanowiska   profesora
Uniwerstytetu   w   Nebrasce.   W   chwili   mego   odejścia   miałem   zostać   dziekanem   Wydziału
Agronomii — ja, włóczęga wśród gwiazd, krwawy awanturnik, tułacz, Kain wieków — wojujący
kapłan z najodleglejszych czasów, rozmarzony poeta zapomnianych lat i nie wspominany do
dzisiejszego dnia w pisanych przez człowieka dziejach ludzkości.

Oto stoję, ręce krwią zbrukane, na oddziale morderców w więzieniu Folsom, oczekuję dnia

naznaczonego   wyrokiem   mechanizmu   państwowego,   w   którym   słudzy  państwa   wyprowadzą
mnie w to, co, jak sądzą, jest ciemnością — ciemnością, której się boją; w ciemność, która
napełnia ich strachem i przesądem urojeń; w ciemność, która wiedzie ich z jękiem, z pianą na
ustach ku ołtarzom ich człekopodobnych, przez strach stworzonych bogów.

Nie, nigdy nie będę dziekanem żadnego Wydziału Rolnictwa. A jednak znam rolnictwo. To był

mój zawód. Dla niego urodziłem się i kształciłem, wyszkoliłem się w nim i to mnie pociągało.
Byłem geniuszem w tej dziedzinie. Na pierwszy rzut oka rozpoznam krowę, której mleko zawiera
wysoki procent tłuszczu, a dokonana próba może stwierdzić bystrość mego oka. Mogę patrzeć na
krajobraz,   nie   na   ziemię,   i   określę   zalety   oraz   braki   gruntu.   Nie   potrzebuję   papierka
lakmusowego, by określić, czy dany grunt jest kwaśny czy alkaliczny. Raz jeszcze powtarzam,
byłem i jestem geniuszem w gospodarstwie rolnym, w najwyższym naukowym znaczeniu tego
słowa. Jednak państwo, w skład którego wchodzą wszyscy obywatele tego kraju, sądzi, że może
zatrzeć tę mądrość moją w ostatecznych ciemnościach za pomocą powrozu wokół mej szyi i
nagłego szarpnięcia — tę mądrość moją, zdobywaną przez tysiące lat i już przeogromną, zanim
na uprawnych polach Troi pasły się stada owiec koczujących pasterzy.

Zboże? Któż lepiej zna zboże? Pokaz mój w Wistar zwiększył o pół miliona dolarów roczny

plon wszystkich hrabstw w Iowa. To należy do historii. Niejeden rolnik, który dzisiaj jeździ
samochodem, nie wie dobrze, kto mu dał możność nabycia tego samochodu. Niejedno słodkie
dziewczę i niejeden chłopak ciemnowłosy nie przeczuwają, ślęcząc nad książkami w wyższej
uczelni, że umożliwił im te studia mój pokaz zboża w Wistar.

A zarząd majątku? Wiem, jakim marnotrawstwem jest zbyteczny ruch, nie zagłębiając się w

zawiłości   ergonomiki,   czy   chodzi   o   majątek   czy   o   robotnika,   o   plan   zabudowań   czy   o
rozplanowanie prac fizycznych. Mam mój podręcznik i tabelę o tym przedmiocie. Nie ma żadnej
wątpliwości, że w tej chwili setki tysięcy rolników zastanawiają się nad nimi, nim zgaszą fajkę i
udadzą się na spoczynek. Jednak potrafiłem obyć się bez mej tabeli, wystarczało mi raz spojrzeć
na człowieka, by poznać jego usposobienie, jego umysł i określić dokładnie, jaką ilość ruchu
marnuje.

Na tym zakończę pierwszy rozdział opowiadania. Już dziewiąta, a na oddziale morderców

oznacza to: zgaszenie światła.

Słyszę nawet ciche kroki gumowych podeszew mego strażnika, który nadchodzi, aby mnie

zganić, że lampka olejna jeszcze się pali. Jak gdyby ten, co żyje mógł jeszcze dręczyć skazanego
na śmierć.

background image

Rozdział II

Jestem Darrell Standing. Wkrótce wyprowadzą mnie stąd i powieszą. Tymczasem mówię, co

mam do powiedzenia i piszę na tych kartkach o innych czasach i innych miejscach.

Po   wyroku   przybyłem   do   więzienia   San   Quentin,   w   którym   miałem   spędzić   resztę

przeznaczonego mi życia. Okazałem się niepoprawny. Niepoprawny to okropna istota, takie jest
przynajmniej   pojęcie   o   „niepoprawnym”   w   psychologii   więziennej.   Stałem   się   niepoprawny,
ponieważ   wstrętne   mi   było   marnowanie   ruchu.   Więzienie,   jak   wszystkie   więzienia,   było
skandalicznym i rzeczywistym miejscem marnowania ruchu. Umieszczono mnie w fabryce drutu.
Zbrodnia   marnotrawstwa   drażniła   mnie.   Cóż   w   tym   dziwnego?   Moją   specjalnością   było
usuwanie marnotrawstwa ruchu. Przed odkryciem pary i maszyn napędzanych parą, trzy tysiące
lat przedtem, gniłem w więzieniu w Starym Babilonie; i, uwierz mi, że nie kłamię, gdy mówię, iż
w  tamtych   dawnych   czasach,   my,  więźniowie,   z  większą   wydajnością   tkaliśmy  na   ręcznych
warsztatach, niż to czynią więźniowie przy pomocy parowych maszyn w więzieniu San Quentin.

Taka   strata   czasu   to   zbrodnia.   Zbuntowałem   się.   Usiłowałem   wskazać   dozorcom   ze

dwadzieścia sposobów osiągnięcia większej wydajności pracy. Powiadomiono władze. Zostałem
skazany   na   ciemną   celę,   pozbawiony   światła   i   żywności.   Po   wyjściu   stamtąd   usiłowałem
pracować   w   chaosie   warsztatów.   Zbuntowałem   się.   Dano   mi   ciemną   celę   i   kaftan
bezpieczeństwa.   Byłem   wówczas   związany   i   bity   przez   głupich   strażników,   a   moja   cała
inteligencja   sprowadzała   się   jedynie   do   tego,   by   im   udowodnić,   że   byłem   inny   niż   oni   i
mądrzejszy.

Dwa   lata   znosiłem   to   bezrozumne   prześladowanie.   Straszna   to   rzecz   być   związanym   i

gryzionym przez szczury. Te głupie dzikie zwierzęta–dozorcy, to szczury; wygryzały ze mnie
inteligencję,   wygryzały   najpiękniejsze   nerwy  życia   i   świadomości   mojej.  A ja,   który   byłem
niegdyś dzielnym bojownikiem, w tym obecnym życiu nie mogłem już w ogóle walczyć.

Byłem   farmerem,   rolnikiem,   profesorem   związanym   ze   swą   katedrą,   niewolnikiem

laboratorium, którego zajmowała wyłącznie ziemia i zwiększenie wydajności tej ziemi.

Walczyłem   na   Filipinach   dlatego,   że   walka   leżała   w   tradycjach   rodziny  Standingów.  Nie

miałem   zdolności   wojskowych.   Zbyt   śmieszne   wydawało   mi   się   to   wprowadzanie   obcych,
rozrywających   substancji   w   ciała   mego   ludu   o   czarnej   skórze,   śmiech   budziło   patrzenie   na
wysiłki wiedzy, która poświęcała cały swój trud i rozum swych wynalazków na wprowadzanie
obcych substancji w ciała obcych ludzi.

Jak już wspominałem, byłem posłuszny tradycji rodziny Standingów i poszedłem na wojnę —

tam przekonałem się, że brak mi zdolności do wojaczki. Przekonali się też o tym moi oficerowie,
przenieśli mnie bowiem do służby kancelaryjnej w komisji kwaterunkowej i siedząc przy biurku,
jako urzędnik brałem udział w wojnie hiszpańsko — amerykańskiej.

Nie   dlatego,   abym   był   wojakiem,   ale   ponieważ   byłem   myślicielem,   gniewało   mnie

marnowanie ruchu w warsztatach i dlatego prześladowali mnie dozorcy, dopóki nie stałem się
„niepoprawny”. Umysł mój pracował i za tę pracę byłem karany. Powiedziałem naczelnikowi
więzienia, Athertonowi, gdy moje nieposłuszeństwo stało się tak znane, że wezwał mnie do
swego prywatnego gabinetu, by ze mną pomówić; tak mu wówczas powiedziałem:

— To nie ma sensu, drogi naczelniku, sądzić, że twoje szczury–dozorcy zdołają wytrząsnąć z

mego   umysłu   to,   co   dlań   jest   jasne   i   ściśle   określone.   Cała   organizacja   tego   więzienia   jest
bezsensowna.   Jesteś   politykiem.   Możesz   zorganizować   ruch   polityczny   w   San   Francisco   i
wprowadzić wszystkie lwy salonowe i dozorców więziennych, biorących udział w tym ruchu na
równie zaszczytne stanowisko, jak to, które sam zajmujesz, lecz nie umiesz tkać juty, twoje
warsztaty są zacofane o pięćdziesiąt lat…

background image

Lecz po cóż ta przemowa?… Była to bowiem przemowa. Wykazałem mu jego ignorancję, a

on powiedział, że jestem beznadziejnie niepoprawny.

Nazwać psa złym, znacie to przysłowie. Dobrze. Naczelnik potwierdził ostatecznie moją złą

opinię.   Zostałem   obiektem   pastwienia   się.   Zrzucano   na   mnie   przewinienia   niejednego   z
więźniów, ja pokutowałem za nie o chlebie i wodzie w ciemnej celi, przywiązywano mnie za ręce
w taki sposób, abym godzinami całymi stał na palcach; każda z tych godzin dłuższa była niż całe
życie któregokolwiek z mych poprzednich wcieleń.

Ludzie inteligentni są okrutni. Głupcy odznaczają się potwornym okrucieństwem. Dozorcy i

zwierzchnicy   moi,   zaczynając   od   naczelnika,   byli   bezmyślnymi   potworami.   Posłuchajcie,   a
dowiecie   się,   co   ze   mną   wyrabiali.   Był   w   więzieniu   poeta,   skazaniec,   miał   krótką   brodę   i
wyniosłe czoło. Zdegenerowany poeta. Był fałszerzem. Był tchórzem. Był „stołkiem”; dziwny to
wyraz w słowniku profesora Wydziału Rolnictwa, lecz profesor agronomii może się nauczyć
dziwnych wyrazów, gdy siedzi w więzieniu do końca życia.

Ten poeta — fałszerz nazywał się Cecil Winwood. Był on już uprzednio kilkakrotnie skazany,

lecz ponieważ był łotrem, który umiał schlebiać innym, ostatni wyrok skazywał go tylko na
siedem lat. Dobre zachowanie miało skrócić ten czas. Moje więzienie miało trwać całe życie.
Jednak ten nędzny wyrodek, chcąc zyskać kilka krótkich chwil wolności dla siebie, zdołał dodać
pokaźną część wieczności do mego wyroku na dożywocie.

Opowiem wam, co się zdarzyło i o czym dowiedziałem się dopiero znacznie później. Ten

Cecil   Winwood,   dla   pozyskania   względów   głównego   naczelnika   władz   więziennych,
apelacyjnych i gubernatora Kalifornii, ułożył plan ucieczki. Należy mieć na uwadze trzy rzeczy:
a)   Cecil   Winwood   był   tak   znienawidzony   przez   swych   współtowarzyszy   więźniów,   że   nie
pozwoliliby mu nigdy na zakład przy polowaniu na pluskwy (polowanie to było ulubionym
sportem   więźniów);   b)   ja   byłem  tym   psem,   którego   zwano   złym;   c)  Cecilowi  Winwoodowi
potrzebne były do jego planu złe psy, skazani na dożywocie, desperaci, niepoprawni.

Lecz ci skazani pałali śmiertelną nienawiścią do Cecila Winwooda, a skoro zwierzył im się z

planu   ucieczki,   wyśmiali   go   i   odeszli,   przeklinając   „stołka”.   Lecz   w   końcu   zakpił   z   nich
wszystkich, zakpił z czterdziestu ludzi, których mądrość najbardziej zaprawiona była goryczą.

Zwrócił się do nich po raz drugi i trzeci, i jeszcze kilka razy. Opowiadał im, jak osiągnął

stanowisko w więzieniu dzięki zaufaniu naczelnika i dzięki temu, że ma wolne wejście do apteki.

— Daj dowód — rzekł Long Bill Hodge, górnik skazany na dożywotnie więzienie za rabunek

w pociągu, który przez długie lata marzył o ucieczce z więzienia, aby zabić swego wspólnika z
rabunku, on to bowiem głównie świadczył przeciwko Billowi.

Cecil Winwood zgodził się na próbę. Twierdził, że sprzątnie straż w noc ucieczki.
— Słowa niewiele kosztują — rzekł Long Bill Hodge. — My jednak chcemy mieć towar.

Sprzątnij jednego z dozorców dzisiaj wieczorem, na przykład Barnuma. On nie jest wiele wart.
Przyczepił się do tego wątłego Chinka wczoraj w Bug — house Alley i nawet nie był wówczas na
służbie.   Ma   dyżur   dziś   w   nocy.   Uśpij   go   dzisiaj   i   niech   straci   pracę.   Daj   dowód,   wtedy
pomówimy z tobą o interesie.

Long Bill opowiedział mi to wszystko w celi znacznie później. Cecil Winwood nie zgadzał się

na natychmiastowe zademonstrowanie swego zdecydowania. Twierdził, że potrzebuje czasu, aby
ukraść   niezbędny   środek   w   aptece.   Zgodzono   się,   po   tygodniu   oznajmił,   że   jest   gotów.
Czterdziestu   skazańców   na   dożywocie   oczekiwało   chwili,   gdy   Barnum   zaśnie   na   służbie.   I
Barnum zasnął. Znaleziono go śpiącego i wymówiono posadę za spanie podczas służby.

To, oczywiście, przekonało więźniów. Lecz trzeba było jeszcze przekonać kapitana. Cecil

Winwood donosił mu codziennie o postępach planu ucieczki, zmyślonych i stworzonych w jego
wyobraźni. Kapitan zażądał dowodu. Winwood dostarczył dowody, a o wszelkich szczegółach

background image

dowiedziałem się dopiero rok później, tak wolno wychodzą na jaw tajemnice intryg więziennych.

Winwood powiedział, że czterdziestu ludzi, planujących ucieczkę, których zaufanie posiadał,

ma już tyle władzy w więzieniu, że zamierza sprowadzić broń przy pomocy przekupionych przez
siebie dozorców.

— Daj dowód — rzekł zapewne kapitan.
Poeta   —   fałszerz   dał   mu   dowód.   Praca   nocna   w   piekarni   była   rzeczą   zwykłą.   Jeden   z

przestępców,   piekarz,   wyznaczony   był   na   pierwszą   zmianę.   Był   on   szpiegiem   kapitana   i
Winwood o tym wiedział.

—   Dziś   wieczorem   —   rzekł   kapitanowi   —   Summerface   wniesie   tuzin   automatycznych

rewolwerów 44. Za drugim razem wniesie naboje. Lecz dzisiaj mnie odda broń. Masz w nim
dobrego szpiega. Jutro złoży ci sprawozdanie.

Ten   Summerface   był   nędznym   osobnikiem,   dozorcą   wiejskim,   sprowadzonym   z   hrabstwa

Humboldt. Był prostym, dobrodusznym głupcem i nie pogardzał uczciwie zarobionym dolarem
za   przeszmuglowanie   tytoniu   dla   więźniów.   Tego   wieczoru,   wracając   z   wycieczki   do   San
Francisco, przyniósł piętnaście funtów najlepszego tytoniu do papierosów. Czynił to już nieraz
dawniej i teraz też w piekarni oddał tytoń Cecilowi Winwoodowi. Była to duża, solidna paczka
zawiniętego w papier tytoniu. Szpieg — piekarz ujrzał z ukrycia, jak Winwood paczkę odbierał i
nazajutrz doniósł o tym kapitanowi.

Tymczasem   jednak   zbyt   bujna   wyobraźnia   poety–fałszerza   pracowała.   Uczynił   coś,   co

kosztowało mnie pięć lat zupełnej samotności i zamknięcie w celi, gdzie teraz piszę. Przez cały
czas nic o tym nie wiedziałem. Nie wiedziałem nawet o tym planie ucieczki, w jaki wplątał
czterdziestu   dożywotników.   Nie   wiedziałem   nic,   zupełnie   nic.   Inni   zaś   wiedzieli   mało.
Dożywotnicy nie domyślali się, że on ich tak oszukuje. Kapitan nie wiedział, że jest ofiarą
oszustwa. Summerface był najniewinniejszy ze wszystkich. W najgorszym razie sumienie mogło
mu wyrzucać szmugiel nieszkodliwego tytoniu.

Powróćmy teraz do głupiego, perfidnego postępku Cecila Winwooda. Nazajutrz rano spotkał

kapitana z triumfującą miną. Poniosła go wyobraźnia.

— Więc wszystko zostało wniesione, tak jak mówiłeś? — spytał kapitan.
— I to dosyć, aby wysadzić aż pod niebiosa połowę więzienia — odrzekł Winwood.
— Dosyć czego? — spytał kapitan.
— Dynamitu i detonatorów — plótł dalej szaleniec. — Trzydzieści sześć funtów. Twój szpicel

widział, jak Summerface mi to wręczał.

Tu zapewne kapitan omal nie padł trupem.
Prawdziwie mu współczuję, trzydzieści sześć funtów dynamitu, wpuszczonych swobodnie do

więzienia!

Powiadają, że kapitan Jamie — takie było jego przezwisko — usiadł i chwycił się za głowę.
— Gdzie się to teraz znajduje? — zawołał. — Chcę to mieć. Zaprowadź mnie natychmiast.
Wówczas Cecil Winwood spostrzegł swój błąd.
— Zakopałem — kłamał, musiał kłamać, był to bowiem tytoń w małych paczkach, od dawna

już rozdany więźniom.

— Dobrze — rzekł kapitan Jamie, który już zapanował nad sobą. — Zaprowadź mnie zaraz.
Dokąd  miał  go  prowadzić?  Materiał  wybuchowy nie  istniał,  powstał  w bujnej   wyobraźni

nieszczęsnego Winwooda.

W   tak   dużym   więzieniu   jak   San   Quentin   są   zawsze   różne   kryjówki.   Cecil   Winwood,

prowadząc kapitana Jamie, musiał coś szybko obmyślić.

Kapitan Jamie twierdził wobec zarządu więzienia i podobnie świadczył Winwood, co wyjawił

w drodze do kryjówki, że zakopał dynamit razem ze mną.

background image

A więc   ja,  dopiero  co  zwolniony  po  pięciu  dniach   ciemnicy  i  osiemdziesięciu  godzinach

kaftana;   ja,   który,  jak   nawet   głupi   dozorca   mógł   wiedzieć   —   byłem   za   słaby   do   pracy   w
warsztacie tkackim, ja, któremu dano dzień odpoczynku — po zbyt okrutnej karze, zostałem
wskazany   jako   ten,   który   dopomógł   w   ukryciu   nie   istniejących   trzydziestu   pięciu   funtów
materiału wybuchowego!

Winwood zaprowadził kapitana Jamie do rzekomej kryjówki. Oczywiście dynamitu w niej nie

znaleźli.

— O Boże! — kłamał Winwood. — Standing mnie oszukał. Wykopał wszystko i schował

gdzie indziej.

Kapitan wyrażał się dosadniej niż „O Boże!” Toteż pod wrażeniem chwili, lecz z zimną krwią

zaprowadził Winwooda do swojej służbówki, zamknął drzwi i zbił go okrutnie, co wyszło na jaw
przed zarządem więzienia znacznie później. Jednakże nawet wówczas, gdy go bito, Winwood
przysięgał, że powiedział prawdę.

Cóż   miał   robić   kapitan   Jamie?   Był   przekonany,   że   trzydzieści   pięć   funtów   dynamitu

przedostało się do więzienia i że czterdziestu desperatów skazanych na dożywotnie więzienie
szykowało   się   do   ucieczki.   Och,   Summerface   również   znalazł   się   na   dywaniku   i   chociaż
stanowczo   twierdził,   że   paczka   zawierała   tytoń,   Winwood   przysięgał,   że   to   był   dynamit   i
uwierzono mu.

Tutaj ja wchodzę na scenę, a raczej wychodzę. Pozbawiono mnie bowiem promieni słońca i

światła dziennego, i wtrącono do ciemnicy. I tam, w ciemnicy i celach samotnych bez promieni
słonecznych i dziennego światła, gniłem przez pięć lat.

Byłem zdumiony. Dopiero co byłem zwolniony z ciemnicy i leżałem zbolały w mojej zwykłej

celi, gdy zaprowadzono mnie do niej z powrotem.

— Teraz — rzekł Winwood do kapitana Jamie — dynamit jest bezpieczny, chociaż nie wiemy,

gdzie jest. Jeden tylko Standing wie o tym, a z ciemnicy nie może tego nikomu przekazać. Ludzie
przygotowani są do ucieczki. Możemy ich złapać na gorącym uczynku. Ja mam wyznaczyć czas.
Naznaczę im drugą godzinę dziś w nocy i powiem, że po uśpieniu dozorcy otworzę celę i wręczę
im broń. Jeżeli dzisiaj o drugiej w nocy nie znajdzie pan tych czterdziestu, których nazwiska
podam, ubranych i czuwających, wówczas, kapitanie, może mnie pan zamknąć do celi na resztę
mojej kary. A skoro Standing i tych czterdziestu będą zamknięci w ciemnicach, będziemy mieli
dość czasu, aby odnaleźć dynamit.

— Choć byśmy mieli rozebrać więzienie kamień po kamieniu — dodał odważnie kapitan

Jamie.

Było to przed sześcioma laty. Przez cały czas nie znaleźli nie istniejącego dynamitu, a podczas

swych poszukiwań tysiąc razy przewrócili więzienie do góry nogami.

Pomimo to, do ostatniego  dnia sprawowania swego urzędu naczelnik  Atherton  wierzył  w

istnienie tego dynamitu. Kapitan Jamie, który dotąd jest kapitanem więzienia, wierzy po dzień
dzisiejszy, że ten dynamit jest gdzieś w więzieniu. Nie dalej, jak wczoraj przebył drogę z San
Quentin do Folsom, aby postarać się raz jeszcze zmusić mnie do wskazania kryjówki. Wiem, że
nie będzie oddychał swobodnie, dopóki mnie nie powieszą.

background image

Rozdział III

Cały ten dzień leżałem w ciemnicy, łamiąc sobie głowę nad przyczyną tej nowej i niepojętej

kary.  Jedyne,   co   mogłem   wywnioskować,   to   to,   że   jakiś   szpicel   oskarżył   mnie   kłamliwie   o
łamanie przepisów, aby pozyskać względy strażników.

Kapitan Jamie tymczasem trząsł się z wściekłości i przygotowywał się na noc, zaś Winwood

podał hasło czterdziestu dożywotnikom, aby byli gotowi do ucieczki. Dwie godziny po północy
wszyscy   strażnicy   byli   w   stanie   podwyższonej   gotowości.   Dotyczyło   to   również   dyżuru
dziennego, przeznaczonego dla nich na odpoczynek.

Gdy   wybiła   druga,   wpadli   do   cel   zajętych   przez   tych   czterdziestu.   Wpadli   wszędzie

równocześnie.   W  jednej   chwili   otworzono   cele   i   znaleziono   wszystkich,   bez   wyjątku,   ludzi
podanych przez Winwooda, nie na pryczach, lecz ubranych i przyczajonych tuż pod drzwiami.
Było to oczywiście doskonałym potwierdzeniem prawdziwości tej sieci kłamstw, którą poeta —
fałszerz utkał dla kapitana Jamie. Czterdziestu dożywotników schwytano na gorącym uczynku
przygotowywania   się   do   ucieczki!   Cóż   z   tego,   że   potem   wszyscy   zgodnie   zeznawali,   że   tę
ucieczkę zaplanował Winwood? Zarząd więzienia wierzył, że wszyscy kłamią jednakowo, bo
pragną w ten sposób wykazać swoją niewinność. Sąd apelacyjny wierzył w to samo, bo nie
upłynęły nawet trzy miesiące, gdy Cecil Winwood, fałszerz i poeta, najnędzniejszy z łudzi, został
wypuszczony z więzienia.

O tak, rozruchy lub pióro, jak mówią w gwarze więziennej, są dobrą szkołą filozofii. Kto lata

całe   spędził   w   więzieniu,   ten   nie   uniknie   rozbicia   najdroższych   złudzeń   i   najpiękniejszych
mydlanych baniek metafizyki. Prawda żyje — uczą nas; morderstwo zostanie odkryte. Otóż to
wszystko   wskazuje   na   fakt,   że   nie   zawsze   uda   się   odkryć   morderstwo.   Kapitan   więzienia,
nieżyjący już naczelnik Atherton, zarząd więzienia, wszyscy, co do jednego wierzą święcie i teraz
jeszcze w istnienie dynamitu, który znajdował się jedynie w bezwładnym i przyspieszonym tętnie
mózgu zdegenerowanego poety i fałszerza, Cecila Winwooda. Cecil Winwood żyje, podczas gdy
ja, ostatni spośród tych wszystkich ludzi i najbardziej niewinny, za kilka krótkich tygodni pójdę
na szubienicę.

Teraz muszę opowiedzieć, jak tych czterdziestu dożywotników weszło do ciszy mej ciemnicy.

Spałem. Nagle drzwi zewnętrzne od korytarza ciemnic otwarto z hałasem i to mnie zbudziło. —
Biedak jakiś — pomyślałem; następną moją myślą było, że dostało mu się za swoje, słyszałem
bowiem   kopanie,   głuche   odgłosy   bicia,   rozpaczliwe   okrzyki   bólu,   wulgarne   przekleństwa   i
wleczenie ciała po podłodze. Każdego z tych ludzi ktoś prowadził przez całą drogę.

Drzwi   ciemnic   otwierały   się   gwałtownie   jedne   po   drugich;   jedno   ciało   po   drugim   było

wrzucane, wpychane lub wciągane. Przybywały nowe grupy strażników, a wraz z nimi nowi
pobici   więźniowie,   których   ciągle   bito;   otwierały   się   coraz   to   dalsze   ciemnice,   by   przyjąć
okrwawione postacie ludzi, których winą była tęsknota do wolności.

Tak, gdy myśl moja cofnie się do tych dni, widzę, że człowiek musi być wielkim filozofem,

aby wytrzymać stałe przeprowadzanie na nim, w ciągu długich lat, zwierzęcych doświadczeń.
Jestem filozofem. Wytrzymałem osiem lat ich męczarni, a wreszcie teraz, gdy nie mogą pozbyć
się   mnie   żadnym   innym   sposobem,   powołują   się   na   mechanizm   państwowy,  by  powróz   mi
założyć na szyję i ciężarem mego ciała pozbawić mnie tchu. Och, wiem, że eksperci wydają sąd
oparty na ekspertyzie, że utrata gruntu pod nogami łamie kręgi w szyi ofiary. A ofiary podobnie,
jak  bohaterowie   u  Szekspira,  nie   powracają   nigdy, by dać   przeciwne   świadectwo.  Lecz  my,
którzy żyliśmy tutaj, znamy wypadki wsuwania ofiar do krypt więziennych, kiedy ich karki nie
są jeszcze skręcone. Zabawna to rzecz, takie wieszanie człowieka. Nigdy nie widziałem samego
aktu wieszania, lecz naoczni świadkowie opowiadali mi szczegóły kilkunastu powieszeń, więc

background image

wiem, co mnie czeka.

Stanę na pomoście z rękami i nogami w kajdanach, z pętlą na szyi, w czarnym kapturze

zakrywającym   twarz,   opuszczą   mnie   w   dół   i   będę   opadał   do   chwili,   gdy   ciężar   mego
bezwładnego ciała napręży powróz. Wówczas podejdą do mnie lekarze i kolejno, stojąc na stołku
obejmą mnie rękoma, abym nie bujał się jak wahadło. Lekarz przyłoży ucho do piersi i będzie
liczył słabnące uderzenia serca. Czasami mija dwadzieścia minut od opuszczenia pomostu, nim
serce  bić   przestanie.  O,  wierzcie  mu,  upewniającemu  się   zgodnie   ze  wskazaniami  nauki,   że
człowiek umarł, gdy raz na powrozie zawiśnie!

Odbiegam   raz   jeszcze   od   mego   opowiadania,   by   zadać   parę   pytań   obywatelom   tego

społeczeństwa. Mam prawo odbiegać i pytać, wkrótce bowiem wyprowadzą mnie stąd i to samo
uczynią   ze   mną.   Jeśli   kark   ofiary   ma   być   złamany   przez   przytoczone   powyżej   przemyślne
urządzenie szubienicy i przez przytoczone powyżej dokładne obliczenie ciężaru ofiary i długości
powrozu, dlaczego kajdany na rękach skazańca? Żaden z obywateli tego społeczeństwa nie ma
odpowiedzi na to pytanie. Lecz ja wiem, dlaczego; wie to również każdy, kto dobrowolnie brał
udział w samosądach i widział, jak ofiara wyciągała ręce, chwytała powróz, by rozluźnić pętlę
wokół szyi i móc odetchnąć.

Jeszcze jedno pytanie postawię schludnym, ciepło ubranym członkom społeczeństwa, których

dusza   nie   zeszła   do   piekielnego   ognia.   Dlaczego   wkładają   czarny   kaptur   na   głowę   i   twarz
skazańca, nim opuszczą zapadnię? Pamiętajcie, że ten czarny kaptur wkrótce nałożą na moją
głowę. A więc mam prawo pytać: czy ten pies, kat twój, o niewinny obywatelu, lęka się spojrzeć
na tę ohydę ohyd, jaką wykonuje za ciebie i tobie podobnych oraz na mocy twego wyroku?

Pamiętaj, proszę, iż nie zadaję ci tego pytania w tysiąc dwieście lat po Chrystusie, ani za

czasów Chrystusa, ani na tysiąc lat przed Chrystusem. Ja, który mam być powieszony w tym
roku,   tysiąc   dziewięćset   trzynastym   po   Chrystusie,   zadaję   te   pytania   wam,   którzy   zapewne
idziecie   za   Chrystusem,   wam,   których   psy–kaci   wyprowadzą   mnie,   ukryją   twarz   moją   pod
czarnym suknem, bo nie mają odwagi patrzeć na ohydę, jaką mi uczynią za swego żywota.

A   teraz   wróćmy   do   tego,   co   się   działo   w   ciemnicach.   Gdy   ostatni   dozorca   odszedł   i

usłyszeliśmy trzask zamykających się zewnętrznych drzwi, wszyscy oni, czterdziestu pobitych i
zawiedzionych ludzi, zaczęli mówić i pytać. Lecz prawie natychmiast, rycząc jak byk, aby go
usłyszano,   Skysail   Jack,   olbrzymi   marynarz,   dożywotnik,   nakazał   milczenie.   Ciemnice   były
pełne i cela po celi, jak szły jedna po drugiej, wykrzykiwała ilość zamkniętych. Tym sposobem
stwierdziliśmy,   że   wszystkie   cele   były   zajęte   przez   znajomych   więźniów,   nie   było   więc
możliwości, aby ukryty szpicel mógł nas podsłuchiwać.

Ja jeden tylko wydawałem się im podejrzany, gdyż tylko ja nie należałem do spisku. Poddali

mnie więc przesłuchaniu. Mogłem im tylko powiedzieć, że tego ranka właśnie wyszedłem z
ciemnicy i z kaftana, i o ile wiem, bez żadnego powodu zostałem znowu wtrącony do ciemnicy,
po spędzeniu zaledwie kilku godzin poza nią. Moja opinia krnąbrnego więźnia przemawiała na
moją korzyść i wkrótce zaczęli rozmowę.

Gdy tak leżąc przysłuchiwałem się tej rozmowie, usłyszałem po raz pierwszy o planowanej

ucieczce.

— Kto sypnął? — było to ich jedyne pytanie, a śledztwo trwało przez całą noc. Na próżno

wzywano Cecila Winwooda, toteż podejrzewali go wszyscy.

— Jedno tylko jest pewne, chłopcy — rzekł wreszcie Skysail Jack. — Wkrótce nadejdzie

ranek, wyprowadzą nas stąd i zrobią nam krwawe piekło. Schwytano nas na gorącym uczynku, w
ubraniach. Nic nie mamy na swoją obronę. Winwood podszedł nas i sypnął. Będą nas kolejno
wyprowadzać i dręczyć. Jest nas czterdziestu. Każdy, kto skłamie, będzie skończony. Niechaj
więc każdy z chłopców, gdy go będą męczyć, powie prawdę, całą prawdę, tak mu dopomóż Bóg.

background image

Wówczas   tam,   w   ciemnej   norze,   którą   wymyśliło   okrucieństwo   zbiorowości,   czterdziestu

dożywotników przysięgło przed Bogiem powiedzieć prawdę.

To  powiedzenie  prawdy  niewielką  im  korzyść   przyniosło.  O  godzinie  dziewiątej  dozorcy,

płatni pachołkowie oddanych obywateli tworzących państwo, syci i wyspani, byli już u nas. Nie
tylko nie otrzymaliśmy śniadania, lecz i wody nam nie dano. Człowiek bity gorączkuje. Ciekawy
jestem,  miły czytelniku,  czy potrafisz  odczuć  albo  zgadnąć  w  najmniejszym  choćby stopniu
uczucia człowieka bitego — „zbitego”, jak mówimy my, więźniowie. Wystarczy, gdy będziesz
wiedział, że ci obici, gorączkujący ludzie leżeli siedem godzin bez wody.

O dziesiątej przybyli strażnicy. Niewielu ich było. Nie trzeba było więcej, gdyż otwierali tylko

po   jednej   celi.   Każdy   z   nich   był   zaopatrzony   w   ostre   rękojeści,   wygodne   narzędzie   do
poskromienia bezbronnego człowieka. Po jednej ciemnicy na raz, cela po celi męczyli i obrabiali
dożywotników. Byli skrupulatni. Męczono mnie na równi z innymi. Był to zaledwie początek,
wstęp do badania, jakie każdy z nas miał przejść sam jeden w obecności płatnych potworów
państwa. Każdy rozmyślał nad tym, czego się może spodziewać w sali inkwizycyjnej.

Przeszedłem prawie wszystkie czerwone piekła życia więziennego, lecz gorsze niż wszystko,

o wiele gorsze nawet niż to, co zamierzają ze mną wkrótce uczynić, było szczególne piekło
ciemnicy w dniach, które nastąpiły.

Long Bill Hodge, zahartowany górnik, był pierwszym, którego badano. Wrócił po dwóch

godzinach, a raczej przyniesiono go i rzucono na kamienną posadzkę ciemnicy. Potem zabrali
Luigiego Polazzo, rodem z San Francisco, z pierwszego amerykańskiego pokolenia włoskiej
rodziny,   który   złorzeczył,   szydził   z   nich   i   wyzywał;   toteż   wypróbowano   na   nim   wszystkie
najgorsze tortury.

Sporo czasu upłynęło, nim Long Bill dostatecznie ból opanował, aby można było zrozumieć,

co mówi.

— Co z tym dynamitem? — zapytał. — Kto wie cokolwiek o dynamicie?
Oczywiście nikt nie wiedział, chociaż było to przedmiotem śledztwa, któremu go poddano.
Luigi Polazzo wrócił za niespełna dwie godziny, a wrócił rozbity, bredzący w gorączce i nie

mógł   dać   odpowiedzi   na   pytania   rzucane   mu   wzdłuż   rozbrzmiewających   echem   korytarza
ciemnic,   na   pytania   zadawane   przez   ludzi,   których   czekało   to,   co   on   już   otrzymał   i   którzy
pragnęli się dowiedzieć, co mu uczyniono i jakie pytania były mu stawiane.

W   przeciągu   następnych   czterdziestu   ośmiu   godzin   Luigi   był   dwa   razy   wyprowadzany   i

przesłuchiwany.   Potem   zaś,   już   jako   idiotę,   przeniesiono   go   do   Bughouse   Alley.   Ma   silny
organizm,   szeroki   w   ramionach,   nozdrza   rozchylone,   pierś   głęboka,   krew   czysta;   będzie   w
dalszym   ciągu   wymawiał   bezładne   słowa,   długo   po  tym,   gdy  mnie   powieszą,   dzięki   czemu
uniknę tortur więźnia Kalifornii.

Zabierano jednego po drugim, każdego oddzielnie i odnoszono szczątki człowieka, jednego po

drugim,   by   bredził   i   wył   w   ciemności.   Gdy   tak   leżałem   i   słuchałem   jęków   i   skarg,
bezsensownego   ględzenia,   a   wszystko   przeplatane   wisielczym   humorem,   zjawiło   się   w   mej
pamięci   niejasne   wspomnienie,   że   gdzieś,   kiedyś   siedziałem   wysoko,   nieczuły   i   dumny,   i
słuchałem takiego chóru jęków i skarg. Później, jak się dowiecie, to wspomnienie zarysowało się
jasno i wiedziałem, że były to jęki i skargi niewolników, przykutych do ław, i że słyszałem je z
góry,  na   tyłach   statku,   ja   żołnierz,   pasażer   galery  dawnego   Imperium   Rzymskiego.   Było   to
wówczas, gdy płynąłem do Aleksandrii jako dowódca oddziału ludzi, w drodze do Jerozolimy…
lecz to wam później opowiem. Tymczasem…

background image

Rozdział IV

Tymczasem w ciemnicach zapanowała groza po odkryciu planowanej ucieczki. Podczas tych

długich, wieczność trwających godzin oczekiwania, nie opuściła mnie ani na chwilę świadomość,
że   ja   również,   jak   inni   więźniowie,   będę   musiał   przejść   to   piekło   inkwizycji,   które   oni
przechodzili, że odniosą mnie pobitego i zrzucą na kamienną posadzkę mojej celi o kamiennych
ścianach i żelaznych drzwiach.

Przyszli po mnie. Po chamsku, ostro bijąc i przeklinając, poprowadzili mnie i stanąłem przed

obliczem kapitana  Jamie  i  naczelnika Athertona,  uzbrojonych  w  sześciu  osiłków, pachołków
państwa, płatnych bestii–strażników, którzy byli w tym samym pokoju, by spełniać wszelkie
rozkazy. Byli tu zupełnie zbyteczni.

— Usiądź — rzekł naczelnik Atherton, wskazując duży fotel.
Obity i zbolały, pozbawiony wody przez całą długą noc i cały następny dzień, wycieńczony z

głodu,   osłabiony   biciem,   dodanym   do   pięciu   dni   w   ciemnicy   i   osiemdziesięciu   godzin
spędzonych w kaftanie, zgnębiony nieszczęściem losu ludzkiego, którego domyślałem się z tego,
co spotkało tamtych, lękałem się o siebie — i ja, chwiejny szczątek człowieka, były profesor
rolnictwa w cichym prowincjonalnym mieście, zawahałem się, zanim przyjąłem zaproszenie.

Naczelnik  Atherton   był   wysokim   i   bardzo   silnym   mężczyzną.   Jego   ręce   z   błyskawiczną

szybkością chwyciły mnie za ramiona. Byłem zbędnym przedmiotem w jego ręku. , Uniósł mnie
w górę i rzucił na krzesło.

— A teraz — rzekł, gdy ciężko dyszałem i usiłowałem zapanować nad bólem — opowiedz mi

wszystko, Standing. Wyrzuć z siebie wszystko, co wiesz, wyjdzie ci to na dobre.

— Nic nie wiem o tym, co się stało… — zacząłem. Nie mogłem dalej mówić.
Przyskoczył do mnie z rykiem. Uniósł mnie znowu w górę i cisnął z powrotem na krzesło.
— Bez żadnych głupstw, Standing — ostrzegł. — Powiedz wszystko. Gdzie dynamit?
—   Nic   nie   wiem   o   żadnym   dynamicie   —   odparłem.   Jeszcze   raz   zostałem   podniesiony  i

rzucony na krzesło. Znosiłem najrozmaitsze męki, lecz gdy wspomnę o nich w spokoju tych
ostatnich dni mego życia, zdaje mi się, że żadne tortury nie dorównały tej męce krzesła. Ciało
moje rozbiło ciężkie krzesło do tego stopnia, że zatraciło ono swój kształt. Przyniesiono drugie,
po jakimś czasie i to było strzaskane. Przynoszono nowe krzesła i wieczne pytanie o dynamit nie
miało końca.

Gdy naczelnik Atherton  zmęczył  się,  zastąpił  go kapitan  Jamie,  potem  dozorca  Monohan

zamiast   kapitana,   rozbijał   krzesło   moim   bezbronnym   ciałem.   Powtarzał   się   ciągle   dynamit,
„gdzie dynamit?”, a dynamitu nie było. W końcu oddałbym znaczną część mej nieśmiertelnej
duszy za kilka funtów dynamitu, do którego mógłbym się przyznać.

Nie wiem, ile krzeseł połamałem tym sposobem. Mdlałem niezliczoną ilość razy i wreszcie

wszystko   przeszło   w   stan   gorączkowych   majaczeń.   Na   wpół   niesiony,  na   wpół   popychany,
zostałem z powrotem wtrącony w ciemność. Tam, gdy odzyskałem przytomność, znalazłem w
ciemnicy szpicla. Był to blady, obłudny nasz wróg, który gotów był na wszystko, byle otrzymać
zapłatę. Kiedy go tylko poznałem, przyczołgałem się do progu i zawołałem na cały korytarz:

— Jest ze mną szpicel, koledzy, Ignatius Irvine! Ostrożnie ze słowami.
Wybuch   złorzeczeń,   jaki   potem   nastąpił,   zachwiałby   siłę   od   ważniejszego   człowieka   niż

Ignatius Irvine. Jego przerażenie wzbudzało litość, gdy wkoło niego, rycząc jak dzikie zwierzęta,
wszyscy skatowani dożywotnicy mówili mu, jak okrutnie go będą dręczyć kiedyś w przyszłości.

Gdyby było cokolwiek do zatajenia, obecność szpicla w ciemnicy utrzymywałaby tych ludzi

w spokoju. Skoro jednak wszyscy przysięgli mówić prawdę, mówili z całą otwartością wobec
Ignatiusa Irvine’a. Jedną wielką trudność stanowił dynamit, o którym wszyscy wiedzieli tyle co i

background image

ja. Zwrócili się do mnie. Błagali, bym się przyznał, jeśli wiem cokolwiek o dynamicie i tym
sposobem uratował ich od dalszych katuszy. Ja zaś mogłem powiedzieć im tylko prawdę, że o
żadnym dynamicie nic nie wiem.

Jedno tylko, mi szpicel powiedział, nim dozorcy go usunęli, co wskazywało, jak poważna była

ta sprawa dynamitu. Oczywiście puściłem to w obieg, a mianowicie, że w ciągu całego dnia ani
jedna maszyna nie poruszyła się w całym więzieniu. Tysiące więźniów — robotników siedziało
zamkniętych w celach i przewidywano, że ani jedna z licznych więziennych fabryk nie zostanie
uruchomiona, dopóki nie znajdzie się jakiś dynamit, który ktoś ukrył w więzieniu.

Śledztwo odbywało się w dalszym ciągu. Nadal pojedynczo wywlekano więźniów i wpychano

lub wnoszono z powrotem. Opowiadali oni, że naczelnik Atherton i kapitan Jamie wyczerpani
pracą zmieniali się co dwie godziny. Podczas gdy jeden spał, drugi prowadził śledztwo. Spali
ubrani, w tym samym pokoju, w którym silnie zbudowani mężczyźni rozbijani byli jeden po
drugim.

Szaleństwo tortur w tych ciemnych lochach wzrastało z godziny na godzinę. O, wierzcie mi,

znam to bowiem, powieszenie to drobnostka w porównaniu z bólem, jaki można zadać żywemu
człowiekowi. Ja również cierpiałem głód i pragnienie na równi z nimi! Lecz cierpienie moje
zwiększała świadomość męczarni ich wszystkich. W ciągu dwóch lat byłem nieposłuszny, nerwy
moje   i   mózg   były   zahartowane   na   męki.   Straszna   to   rzecz   patrzeć   na   załamanie   silnego
mężczyzny. Wokół siebie widziałem czterdziestu silnych mężczyzn i wszyscy oni byli kolejno
niszczeni. Wciąż rozlegało się wołanie o wodę i miejsce to zdawało się być pełne szaleńców, tyle
w nim było krzyku, łkania, słów urywanych i gorączkowych majaczeń.

Czyż   nie   rozumiecie?   Nasza   prawda,   cała   prawda,   którą   mówiliśmy,   stała   się   naszym

potępieniem. Gdy czterdziestu ludzi tak jednomyślnie powtarzało to samo, naczelnik Atherton i
kapitan Jamie mogli tylko wywnioskować, że zeznania te były wyuczonym kłamstwem, które
cała czterdziestka powtarzała, jeden za drugim, jak papugi.

Z punktu widzenia władz, ich położenie było równie rozpaczliwe, jak nasze. Jak się później

dowiedziałem, zarząd został wezwany telegraficznie i sprowadzono do więzienia dwa oddziały
państwowej milicji.

Było to w zimie, a mróz bywa czasami ostry nawet w Kalifornii. Nie mieliśmy w ciemnicach

kocy. Wiedzcie, że bardzo dotkliwie daje się we znaki zbite ciało, które zamarza na kamień.
Wreszcie   dano   nam   wody.   Z   drwinami   i   przekleństwem   na   ustach   dozorcy   wciągali   węże
strażackie i kierowali na nas silny strumień wody, cela po celi, godzina po godzinie, dopóki nasze
zbite, okaleczone ciała nie zostały na nowo zmiażdżone siłą, z jaką uderzała w nas woda, dopóki
nie staliśmy po kolana we wodzie, o którą błagaliśmy jak szaleni, a której teraz z równym
szaleństwem pragnęliśmy się pozbyć.

Pominę milczeniem dalszy ciąg tego, co się działo w lochach. Stwierdzę tylko, że ani jeden z

tych   czterdziestu   dożywotników   nie   mógł   być   już   sobą.   Luigi   Polazzo   nigdy   nie   odzyskał
świadomości.   Long   Bill   Hodge   powoli   tracił   rozum   i   w   rok   później   on   również   został
przeniesiony do Bughouse Alley. Inni poszli w ślady Hodge’a i Polazzo; inni jeszcze, których siły
życiowe zostały nadwyrężone, padli ofiarą gruźlicy więziennej. Jedna czwarta więźniów, z tych
czterdziestu, zmarła w ciągu następnych sześciu lat.

Po   spędzeniu   pięciu   samotnych   lat,   gdy   wywieziono   mnie   z   San   Quentin   na   rozprawę,

ujrzałem Jacka Skysaila. Widziałem niewiele, gdyż po pięciu latach ciemności mrużyłem oczy w
świetle słonecznym, jak nietoperz, jednak widziałem Jacka Skysaila na tyle wyraźnie, że ból
przejął me serce. Zobaczyłem go, przechodząc przez podwórze więzienne. Włosy mu zbielały.
Zestarzał się przedwcześnie. Pierś miał zapadniętą. Policzki pomarszczone, a ręce trzęsły się, jak
w   febrze.   Idąc,   chwiał   się.   Oczy   jego   zaszły   łzami,   gdy   mnie   poznał,   ja   bowiem   również

background image

przedstawiałem tylko nędzne szczątki tego, co niegdyś było człowiekiem. Ważyłem czterdzieści
trzy kilogramy. Włosy moje, przyprószone siwizną, od pięciu lat nie były obcinane, podobnie
broda i wąsy. Ja również chwiałem się, idąc tak, że dozorcy musieli pomóc mi przejść przez
olśniewająco słoneczną ścieżkę podwórza. Popatrzyliśmy na siebie ukradkiem, Skysail Jack i ja, i
rozpoznaliśmy się wzajemnie w tym doszczętnym wyniszczeniu.

Takim ludziom, jak on, nawet w więzieniu przysługują pewne przywileje, ośmielił się więc

złamać przepisy i przemówił do mnie, drżącym, załamującym się głosem:

— Ty też dobry jesteś, Standing — wykrztusił z siebie. — Nigdy nie sypnąłeś?
— Nigdy nie wiedziałem, Jack — odparłem szeptem — byłem zmuszony szeptać, gdyż pięć

lat milczenia spowodowało prawie zupełny zanik głosu. — Sądzę, że nigdy nie było żadnego
dynamitu.

— Dobrze — zaskrzeczał, kiwając głową, jak dziecko. — Wytrwaj w tym. Niech się nigdy nie

dowiedzą. Dobry jesteś. Schylam głowę przed tobą, Standing. Nie puściłeś farby.

Dozorcy   prowadzili   mnie   dalej;   wówczas   ostatni   raz   w   życiu   widziałem   Jacka   Skysaila.

Widocznie i on również uwierzył w mityczny dynamit.

Dwa razy stawałem przed całym zarządem więzienia. Starano się mnie zastraszyć i pozyskać

pochlebstwami. Ich stanowisko można zinterpretować na dwa sposoby. Jeśli wydam dynamit,
wyznaczą mi nominalną karę trzydziestu dni w ciemnicy, a następnie zostanę ich mężem zaufania
w bibliotece więziennej. Jeśli zaś trwać będę w swym uporze i nic o dynamicie nie powiem,
pozostanę w samotnej celi aż do końca wyroku. Ponieważ byłem skazany na dożywocie, przeto
w tym wypadku równałoby się to skazaniu mnie na zamknięcie w samotności aż do końca życia.

Och, nie, Kalifornia to kraj cywilizowany. Nie ma takiego prawa w księgach ustaw. Jest to

okrutna   i   zuchwała   kara,   i   żadne   współczesne   państwo   nie   popełniłoby   błędu   ustanowienia
takiego   prawa.   Ja   jednak   jestem   trzecim   człowiekiem   w   dziejach   Kalifornii,   skazanym   na
dożywotnią   samotną   celę.   Oprócz   mnie   byli   to   Jake   Oppenheimer   i   Ed   Morrell.   Wkrótce
opowiem wam o nich, gdyż całe lata gniłem z nimi w celach wiecznej niemoty.

Jest jeszcze jedna kwestia. Wyprowadzą mnie stąd i wkrótce powieszą. Nie za zabójstwo

profesora Haskella. Za to dostałem dożywotnie więzienie. Wyprowadzą mnie stąd i powieszą
dlatego, że byłem winien napadu i bijatyki. A to nie jest mile widziane w więziennym rygorze.
Jest to prawo i jako takie znajduje się w ustawie kryminalnej.

Zdaje się, że z mojej winy człowiek dostał krwotoku z nosa.
Nigdy   tej   krwi   nie   widziałem,   lecz   tak   brzmiało   oskarżenie.   Nazywał   się   Thurston.   Był

strażnikiem   w   San   Quentin.   Ważył   osiemdziesiąt   pięć   kilogramów   i   cieszył   się   dobrym
zdrowiem.   Co   do   mnie,   ważyłem   niespełna   czterdzieści   cztery   kilogramy,  byłem   ślepy,  jak
nietoperz wskutek długiego przebywania w ciemnościach i byłem tak długo zamknięty wśród
ciasnych ścian, że dostawałem zawrotu głowy w szerokiej, otwartej przestrzeni. Był to podobno
objaw wyraźnego lęku przestrzeni, jak się wcześniej tego dnia dowiedziałem, gdy uciekłem z
samotnej celi i uderzyłem w nos dozorcę Thurstona.

Uderzyłem   go   w   nos   i   spowodowałem   krwotok,   gdy   zaszedł   mi   drogę   i   usiłował   mnie

pochwycić. Toteż mają mnie powiesić. Pisane prawo stanu Kalifornia brzmi, że dożywotnik taki,
jak ja, winien jest największej zbrodni, gdy uderzy dozorcę więziennego takiego, jak Thurston. Z
pewnością nie męczyło  go to dłużej niż pół godziny, a jednak mają mnie za to powiesić. I
zauważcie: w moim przypadku to prawo jest ex post facto. Nie było ono prawem wówczas, gdy
zabiłem profesora Haskella. Weszło w życie dopiero po wydaniu na mnie wyroku dożywotniego
więzienia. I to jest najważniejsze: mój wyrok dożywotni wydały władze sądowe stanu Kalifornia,
uznały, że podlegam temu prawu, chociaż nie znajdowało się ono jeszcze w kodeksie. I właśnie
dlatego, że jestem dożywotnikiem, mam być powieszony za pobicie strażnika Thurstona. Wynika

background image

z tego wyraźnie: ex post facto, jest to zatem sprzeczne z konstytucją.

Lecz co znaczy konstytucja dla konstytucyjnych prawników, gdy chcą usunąć z drogi znanego

profesora Darella Standinga? Nie stanowię nawet precedensu, jeżeli chodzi o egzekucję. Przed
rokiem, jak wie każdy, kto czyta gazety powiesili Jake’a Oppenheimera, właśnie tutaj, w Folsom,
za groźne przestępstwo… tylko, że w jego przypadku nie chodziło o wywołanie krwotoku z nosa.
Przypadkowo skaleczył więźnia nożem do krojenia chleba.

Dziwne jest życie, drogi ludzkie, prawa i zawiłe ścieżki losu. Piszę te same słowa w tej samej

celi na oddziale morderców, którą zajmował Jake Oppenheimer, nim go wyprowadzili i uczynili z
nim to samo, co ze mną uczynią.

Uprzedzałem was, że mam bardzo dużo do pisania. Wrócę teraz do mojej opowieści. Zarząd

więzienia dał mi  do wyboru:  posadę  zaufania w więzieniu i  zwolnienie z fabryki  juty, jeśli
wydam   nie   istniejący   dynamit   albo   dożywotnie   więzienie   w   samotnej   celi,   jeśli   tego   nie
istniejącego dynamitu nie wskażę.

Dali   mi   do   namysłu   dwadzieścia   cztery   godziny   w   kaftanie   bezpieczeństwa.   Potem

postawiono mnie przed zarządem po raz drugi. Cóż miałem zrobić? Nie mogłem ich zaprowadzić
do dynamitu, którego nie było. Powiedzieli mi, że przypadek mój jest bardzo ciężki, że jestem
niebezpiecznym   człowiekiem,   moralnie   zwyrodniałym,   że   jestem   zbrodniarzem   stulecia.
Powiedzieli   mi   jeszcze   wiele   innych   rzeczy,   a   potem   zaprowadzili   do   samotnej   celi.
Umieszczono mnie w celi numer jeden. W celi o numerze piątym leżał Ed Morrell, w numerze
dwudziestym Jake Oppenheimer. Spędził on tam dziesięć lat. Ed Morrell przebywał w swojej celi
tylko jeden rok. Skazany był na pięćdziesiąt lat. Jake Oppenheimer był dożywotnikiem. Ja też
miałem   przed   sobą   dożywotnie   więzienie.   Oczekiwała   nas   zatem   wszystkich   trzech   długa
odsiadka. Upłynęło jednak sześć lat, a żaden z nas nie znajduje się już w samotnej celi. Jake’a
Oppenheimera sprzątnięto. Ed Morrell został głównym zausznikiem więzienia w San Quentin i
wypuszczony na wolność przed kilkoma dniami. Ja zaś znajduję się w Folsom i oczekuję dnia
prawnie   wyznaczonego   przez   sędziego   Morgana,   dnia,   który  będzie   ostatnim   dniem   mojego
życia.

Szaleńcy!   Jak   gdyby   mogli   zdusić   mą   nieśmiertelność   swym   nieszczęsnym   przyrządem,

powrozem i szubienicą! Będę chodził i chodził, niezliczone razy na tej pięknej ziemi. Będę żył
znowu w ciele ludzkim, będę księciem i poddanym, uczonym i głupcem, zasiądę na wysokim
stanowisku i będę jęczał pod kołem.

background image

Rozdział V

Z początku boleśnie odczuwałem samotność w oddzielnej celi i godziny wydawały mi się

nieskończenie długie. Czas wyznaczała regularna zmiana strażników oraz następstwo dnia i nocy.
W dzień było tylko trochę światła, lecz było to lepsze niż ciemność nocy. Dzień wsączał się tylko
zamglonym odblaskiem światła z jasnego świata zewnętrznego.

Nigdy nie było dość jasno, aby można było czytać. A poza tym nie było nic do czytania.

Mogłem tylko leżeć i myśleć… i wpadać w obłęd. Byłem więźniem dożywotnikiem i byłem
pewien, że jeżeli nie dokonam cudu i nie stworzę z niczego trzydziestu pięciu funtów dynamitu,
spędzę wszystkie lata mego życia w milczeniu i ciemności.

Łóżkiem   moim   była   cienka   wiązka   przegniłej   słomy,  rzuconej   na   podłogę   celi.   Cienka   i

wytarta kołdra stanowiła nakrycie. Nie było krzesła ani stołu, nic, tylko wiązka słomy i cienka,
zniszczona kołdra. Spałem niewiele i pracowałem umysłowo.

W tej strasznej samotności człowiek w swych myślach nabiera wstrętu do samego siebie i

jedynym sposobem ucieczki od siebie jest sen. W ciągu długich lat spałem przeciętnie po pięć
godzin na dobę. Teraz uprawiałem sen. Uczyniłem zeń gałąź wiedzy. Mogłem spać dziesięć
godzin i dwanaście, a wreszcie czternaście i piętnaście na dwadzieścia cztery. Nie mogłem jednak
pójść dalej i siłą rzeczy musiałem po przebudzeniu leżeć i myśleć… myśleć. Dla człowieka
czynnego umysłu to droga do obłędu.

Szukałem sposobu, by mechanicznie zająć godziny czuwania. Podnosiłem do drugiej i trzeciej

potęgi   długie   szeregi   liczb,   skupieniem   i   siłą   woli   przeprowadzałem   najdziwniejsze
geometryczne progresje. Bawiłem się nawet kwadraturą koła… aż wreszcie zacząłem wierzyć, że
to   nieprawdopodobieństwo   da   się   wykonać.   W   końcu   zdałem   sobie   sprawę,   że   to   też   było
szaleństwem,   wyrzekłem   się   więc   kwadratury   koła,   chociaż   zapewniam   was,   wymagało   to
wielkiej ofiary z mojej strony, gdyż zajęcie umysłowe znakomicie zabijało czas. W złudzeniu
wyobraźni narysowałem pod powiekami szachownicę i grywałem długie partie aż do mata. Lecz
gdy nabrałem wprawy w grach pamięciowych, ćwiczenie to zaczęło mnie męczyć. Było to tylko
ćwiczenie, bowiem prawdziwa walka była niemożliwa, gdy jedna osoba grała po obu stronach.
Usiłowałem, lecz na próżno, rozdzielić moją osobę na dwie i jedną z nich ustawić przeciwko
drugiej. Pozostawałem jednak stale jednym graczem i każdy podstęp, czy strategia, obmyślona
przez jedną stronę, była niezwłocznie rozumiana przez drugą.

Czas   wlókł   się   ciężko   i   powoli.   Bawiłem   się   z   muchami,   ze   zwyczajnymi   muchami

domowymi, które wciskały się do celi tak, jak nikłe szare światło; przekonałem się, że i one też
posiadają pewien zmysł zabawy. Leżąc na podłodze celi, na przykład wykreślałem w wyobraźni
pewną linię graniczną wzdłuż ściany, mniej więcej metr nad podłogą. Gdy muchy siedziały na
ścianie   powyżej   tej   linii,   pozostawiałem   je   w   spokoju.   W  chwili,   gdy   którakolwiek   z   nich
znalazła się poniżej linii, usiłowałem ją złapać. Uważałem, by ich nie skaleczyć, a z czasem
muchy wiedziały równie dobrze jak ja, gdzie przechodziła wymyślona przeze mnie linia. Gdy
miały chęć do zabawy, siadały poniżej linii i często jedna mucha przez całą godzinę oddawała się
sportowi. Gdy była zmęczona, szła odpocząć w bezpiecznym miejscu, czyli nieco wyżej.

Spośród tuzina lub więcej much, które ze mną mieszkały, jedna tylko nie lubiła tej gry. Stale

odmawiała   zabawy,   a   skoro   poznała,   czym   grozi   przekroczenie   linii,   starannie   unikała
niebezpiecznego   terenu.   Mucha   ta   była   stworzeniem   posępnym   i   zawsze   w   złym   humorze.
Więźniowie powiedzieliby, że „zła” na cały świat. Nie bawiła się też z innymi muchami. Była
jednak silna i zdrowa.

Przez długi czas zwracałem na nią uwagę, aby się o tym przekonać. Ta niechęć do zabawy

wynikała z jej temperamentu, a nie z przyczyn fizycznych.

background image

Wierzcie mi, znałem wszystkie swoje muchy. Dziwiło mnie mnóstwo różnic, jakie wśród nich

spostrzegałem. Każda z nich miała swoją indywidualność, dotyczącą nie tylko wyglądu, siły,
szybkości   lotu,   sposobu   i   pojęcia   latania   czy   zabawy,   kręcenia   się   i   zrywania   z   miejsca,
zataczania kółek szybko powtarzanych lub kółek w jedną stronę, wchodzenia na niebezpieczną
ścianę lub udanego dotknięcia i siadania gdzie indziej w zakazanej strefie. Różniły się one też
bardzo w najdrobniejszych odcieniach swej natury i temperamentu. Wiedziałem, które z nich są
nerwowe, a które flegmatyczne. Była jedna, malutka, która miała prawdziwe napady wściekłości,
bądź ze mną, bądź z innymi muchami. Widzieliście kiedyś, jak źrebię albo cielę rzuca nogami lub
pędzi na oślep po pastwisku, po prostu z nadmiaru żywotności i humoru? Otóż była tam jedna
mucha z największym zacięciem do zabawy, która, gdy jej się udało szybko usiąść kolejno trzy
lub cztery razy na zakazanej ścianie i za każdym razem umknąć spod aksamitno — ostrożnego
chwytu mojef ręki, dochodziła do takiej radości i podniecenia, że latała z największą szybkością
wokół mojej  głowy, zataczała kółka w jedną i drugą stronę, pozostając zawsze w granicach
ciasnego koła, w którym święciła swój triumf nade mną.

Potrafiłem   z   góry   przewidzieć,   kiedy   jaka   mucha   zacznie   zabawę.   To   jeden   z   tysiąca

szczegółów, którymi nie będę was zanudzał, chociaż właśnie te szczegóły chroniły mnie przed
okropną nudą w pierwszym okresie mej samotności. Lecz jeszcze jedno muszę wam powiedzieć.
Pamiętny był dla mnie dzień, gdy ta zła mucha, która się nigdy nie bawiła, usiadła w chwili
nieuwagi w obrębie zakazanego terenu i została natychmiast schwytana. Wyobraźcie sobie, że
dąsała się potem przez całą godzinę.

Godziny były długie w samotności; nie mogłem też przespać ich wszystkich; nie mogłem

również spędzić ich wszystkich z muchami, chociażby najbardziej inteligentnymi. Muchy są
bowiem muchami, ja zaś byłem człowiekiem z mózgiem człowieka; mój mózg był wyszkolony i
czynny, pełen kultury i wiedzy, i zawsze pragnął pracować jak najintensywniej. A tu nie było nic
do   roboty   i   myśli   moje   toczyły   się   bezwstydnie   wokół   próżnych   wydarzeń.   Myślałem   o
określeniu  zawartości  pentozy  i  metylopentozy w  winogronach  i winie,  którym   poświęciłem
moje ostatnie wakacje letnie w winnicach Asti. Miałem prawie na ukończeniu całą serię badań.
Ciekaw byłem, czy zajmuje się tym ktoś inny, a jeśli tak, to z jakim rezultatem.

Świat dla mnie umarł. Żadne wieści z niego nie przenikały do więzienia. Historia wiedzy

szybko kroczyła naprzód i zajmowały mnie tysiące przedmiotów. Miałem przecież swoją teorię
na temat hydrolizy kazeiny przez trypsynę, przeprowadzoną przez profesora Waltersa w jego
laboratorium.   Współpracował   ze   mną   również   profesor   Schleimer   w   odkryciu   fitosterolu   w
mieszaninach tłuszczów zwierzęcych i roślinnych. Praca ta z pewnością posuwała się dalej, lecz z
jakim rezultatem? Sama myśl o tej pracy poza murami więzienia, w której nie mogłem brać
udziału   i   o   której   nigdy   nie   miałem   usłyszeć,   doprowadzała   mnie   do   szaleństwa.   Leżałem
tymczasem na podłodze celi więziennej i bawiłem się z muchami.

Jednak nie wszystko w celi było milczeniem. Zaraz na początku mego odosobnienia łowiłem

uchem słabe, ciche pukanie w nierównych odstępach. Słyszałem też słabsze i cichsze pukanie z
większej   odległości.   Pukanie   to   przerywał   wciąż   dozorca.   Czasami,   gdy  takie   stukanie   zbyt
uporczywie się powtarzało, wzywano więcej strażników i z odgłosów, które mnie dochodziły,
poznawałem, że nakładano komuś kaftan bezpieczeństwa.

Wiedziałem jednak, jak wiedział każdy więzień w San Quentin, że dwoma ludźmi skazanymi

na   samotność   byli   Ed   Morrell   i   Jake   Oppenheimer.   Wiedziałem   również,   że   ci   dwaj
porozumiewali się za pomocą pukania, za co ich karano.

Alfabet,   którym   się   posługiwali   był   bardzo   prosty,   co   do   tego   nie   miałem   żadnych

wątpliwości,   a   jednak  poświęciłem  niejedną   godzinę   usiłując   go   zrozumieć,   lecz   na  próżno.
Musiał być prosty, nie mogłem jednak znaleźć w nim początku ani końca. Okazał się istotnie

background image

mało   skomplikowany,  gdy  się   go   wyuczyłem,   a   najprostszy  okazał   się   używany   przez   nich
podstęp, który udaremniał wszelkie moje wysiłki zrozumienia go. Nie tylko codziennie zmieniali
w alfabecie punkt, od którego rozpoczynał się klucz, lecz zmieniali go przy każdej rozmowie, a
często nawet w środku rozmowy.

Otóż   zdarzyło   się   pewnego   dnia,   że   pochwyciłem   klucz   we   właściwych   początkowych

literach, wysłuchałem dwóch wyraźnych zdań rozmowy, ale następnym razem nie zrozumiałem
ani słowa. Był jednak już ten pierwszy raz!

— Powiedz — Ed — co — byś — dał — w tej — chwili — za — szary — papier — i —

woreczek — tytoniu? — pytał ten, który pukał z większej odległości.

O mało nie wykrzyknąłem z radości. Był sposób porozumiewania się! Było towarzystwo!

Słuchałem   uważnie,   bliższe   pukanie,   które,   jak   odgadywałem,   pochodziło   od   Eda   Morrella
odparło:

— Zgodziłbym — się — na — dwadzieścia — godzin — w kaftanie — bezpieczeństwa — za

— pięciocentowy — woreczek.

— Przestań, Morrell — przerwał gniewnie dozorca.
Ludziom nieobeznanym z tą rzeczywistością mogłoby się zdawać, że skazanych na samotne,

dożywotnie więzienie spotkało już wszystko, co najgorsze, a więc, że zwykły strażnik nie ma
sposobu   zmusić   ich   do   usłuchania   rozkazu,   aby   przestali   pukać.   Lecz   pozostaje   kaftan
bezpieczeństwa. Pozostaje głód. Pozostaje pragnienie. Pozostają kajdany. Doprawdy, człowiek
zamknięty w ciasnej celi jest całkowicie bezbronny.

Pukanie   ustało,   a   gdy   wśród   nocy   rozpoczęło   się   na   nowo,   starałem   się   wytężać   słuch.

Umówili się i zmieniali pierwszą literę klucza. Lecz pojąłem już istotę pukania, a w ciągu kilku
dni powtórzył  się znowu ten sam początek, który zdołałem zrozumieć. Nie poprzestałem na
słuchaniu.

— Halo! — zapukałem.
— Halo, nieznajomy — odstukał Morrell, a od Oppenheimera:
— Witaj w naszym mieście!
Ciekawi byli wiedzieć, kim jestem, na jak długą samotność byłem skazany i za co mnie tak

skazali. Wszystko to jednak odłożyłem na następny raz, chcąc przede wszystkim poznać ich
system zmiany początkowej litery klucza. Gdy to zrozumiałem, rozmawialiśmy. Był to dzień
nader   ważny,   zamiast   dwóch   dożywotników   bowiem,   znalazło   się   trzech,   chociaż   na   razie
przyjęli mnie tylko na próbę. Jak mi powiedzieli znacznie później, obawiali się, czy nie jestem
szpiclem, umieszczonym tam w celu szpiegowania ich. Oppenheimera już kiedyś to spotkało i
drogo opłacił zaufanie, którym obdarzył szpiega naczelnika Athertona.

Ku wielkiemu memu zdziwieniu, ku mojej chwale, obaj i moi współtowarzysze więzienia

wiedzieli, że towarzyszy mi opinia buntownika. Imię moje, a raczej rozgłos tego imienia dotarł
nawet do żywego grobu, w którym przebywał Oppenheimer w ciągu tych dziesięciu lat.

Miałem wiele do opowiedzenia im o wydarzeniach w więzieniu i o świecie zewnętrznym.

Spisek   ucieczki   czterdziestu   dożywotników,   szukanie   rzekomego   dynamitu   i   wszystkie
zdradzieckie knowania Cecila Winwooda były dla nich nowością. Jak mi opowiadali, wieści
przekazywane   przez   dozorców   dochodziły   do   cel   samotnych   rzadko,   a   w   ostatnich   kilku
miesiącach nie słyszeli nic. Strażnicy, którzy obecnie mieli dyżury w celach samotnych byli
wyjątkowo źli i zawzięci.

Tego dnia każdy z dozorców przeklinał nas bez końca za nieustanne pukanie. Jednak nie

mogliśmy się powstrzymać. Do dwóch umarłych za życia przybył trzeci i tak dużo mieliśmy do
powiedzenia, zaś sposób prowadzenia rozmowy był rozpaczliwie powolny, a do tego miałem w
pukaniu znacznie mniej wprawy niż oni.

background image

— Zaczekaj dopóki nie przyjdzie Pie Face — wystukał do mnie Morrell. — Śpi przez większą

część swego dyżuru i możemy przy nim dużo mówić.

Jakże rozmawialiśmy tej nocy! Sen nie zbliżył się nawet do naszych oczu. Pie Face Jones,

pomimo pokaźnej tuszy, był I podłym i zgorzkniałym człowiekiem; błogosławiliśmy jednak tę
tuszę, ona bowiem skłaniała go do zaśnięcia ukradkiem podczas służby.

Jednak nasze nieprzerwane stukanie przeszkadzało mu we śnie i tak go drażniło, że często się

na nas wściekał. Inni nocni dozorcy przeklinali nas przez cały czas.

Rano  wszyscy donieśli,  że w nocy było  dużo pukania  i gorzko opłaciliśmy to  święto.  O

dziesiątej bowiem przybył kapitan Jamie z kilkoma strażnikami, aby nas związać w męczarniach
kaftana bezpieczeństwa. Aż do dziewiątej następnego ranka, pełne dwadzieścia cztery godziny,
związani i bezbronni, na podłodze, bez pokarmu i wody, pokutowaliśmy za nasze rozmowy.

To były dzikie zwierzęta, ci nasi dozorcy! A przy takim traktowaniu, musieliśmy również stać

się zwierzętami, aby żyć. Twarda praca powoduje, że ręka staje się zdecydowana. Bezwzględny
dozorca powoduje, że więźniowie robią się twardzi. Rozmawialiśmy w dalszym ciągu i dalej
karano nas za każdym razem kaftanem. Najlepszą chwilą była noc, a gdy na służbę zjawiali się
zastępcy strażników, rozmowa trwała nieraz przez cały czas dyżuru.

Dla nas, żyjących w ciemnościach, nie było różnicy pomiędzy dniem a nocą. Spać mogliśmy

zawsze, zaś rozmawiać tylko czasami. Opowiedzieliśmy sobie wiele z naszego życia. Morrell i ja
leżeliśmy   w   milczeniu   długie   godziny,   podczas   gdy   Oppenheimer   słabymi   odległymi
uderzeniami sylabizował swe dzieje od najwcześniejszych lat, w jakimś zaułku w San Francisco:
opowiadał o wyszkoleniu wśród opryszków, o poznaniu wszystkiego, co występne, gdy jako
czternastoletni chłopak służył za nocnego posłańca w kręgu czerwonego światła, o pierwszym
złamaniu   prawa   i   posuwaniu   się   coraz   dalej,   o   kradzieżach   i   rabunkach,   aż   do   zdrady
współtowarzyszy i przelewu krwi za murami więzienia.

Jake’a Oppenheimera nazywali „ludzkim tygrysem”. Jakiś pies–donosiciel tak go nazwał i

przezwisko   to   przetrwa   dłużej   niż   człowiek,   do   którego   je   przyczepiono.  A jednak   zawsze
odnajdywałem w Jake’u Oppenheimerze wszystkie zasadnicze cechy prawego człowieka. Był
wierny i lojalny. Znam niejeden przypadek, gdy wolał być sam ukarany, niż oskarżyć towarzysza
niedoli. Był odważny. Cierpliwy. Zdolny do poświęceń — mógłbym ci o tym opowiedzieć, lecz
nie chcę zabierać ci czasu. Sprawiedliwość była jego namiętnością. Wszystkie zabójstwa, które
popełnił w więzieniu były spowodowane jego ogromnym poczuciem sprawiedliwości. I miał
wspaniały umysł. Całe życie w więzieniu, dziesięć lat w samotności nie zmieniły jego mózgu.

Morrell, zawsze wierny kolega, miał również wspaniałą głowę. Właściwie i ja, który wkrótce

umrę,  mam  prawo  to   powiedzieć,   nie  narażając  się   na  zarzut   zarozumiałości;   trzy najlepsze
umysły w San Quentin to te trzy właśnie, które gniły razem tam, w samotnych celach. Tutaj, pod
koniec dni moich, gdy czynię podsumowanie wszystkiego, co w życiu poznałem, muszę dojść do
wniosku, że silne umysły nigdy nie są uległe. Ludzie ograniczeni, lękliwi, pozbawieni namiętnej
prawości i zamiłowania do nieuniknionej walki — ci właśnie są wzorowymi więźniami. Dzięki
składam   wszystkim   bogom,   że   Jake   Oppenheimer,  Ed   Morrell   i   ja   nie   byliśmy  wzorowymi
więźniami.

background image

Rozdział VI

Jest coś więcej niż tylko zalążek prawdy w prostolinijnym jej określeniu, że stanowi ona to, o

czym się zapomina. Zdolność zapominania oznacza zdrowie. W samotnym więzieniu stanąłem
przed   problemem   zapominania,   gdyż   tutaj   nieustannie   atakowały   mnie   wspomnienia.   Gdy
zabawiałem się grą z muchami lub grałem w szachy sam ze sobą, albo mówiłem przy pomocy
stawów   w   palcach,   częściowo   zapominałem.   Moim   pragnieniem   było   posiąść   zdolność
całkowitego zapominania.

Miałem wspomnienia z lat chłopięcych, wspomnienia innych czasów i miejsc — „rozciągnięte

obłoki sławy” Wordswortha. Jeśli chłopak miał te wspomnienia, czyż zginą one bezpowrotnie,
gdy  dojdzie   do   wieku   męskiego?   Czy   ta   szczególna   treść   chłopięcego   umysłu   może   zostać
całkowicie usunięta? Czy też te wspomnienia innych czasów i innych miejsc przebywają dotąd
uśpione, zamknięte w innych komórkach mózgu tak, jak mnie zamknięto w celi w San Quentin?

Bywali więźniowie, skazani na dożywocie, z samotnych cel, którzy jednak zmartwychwstali i

znów mieli szczęście oglądać światło słoneczne. Dlaczegóż by więc nie miały zmartwychwstać
wspomnienia innych światów w duszy chłopca?

Ale jak? Być może pomocna okazałaby się tu hipnoza.
Gdyby wprowadzić w trans hipnotyczny świadomy umysł i obudzić umysł podświadomy,

wówczas dzieło byłoby dokonane, wówczas więzienne drzwi mózgu otwarłyby się szeroko, a
więźniowie wyszliby na światło dzienne.

Oto,   jak   rozumowałem,   a   o   wynikach   moich   przemyśleń   dowiecie   się   wkrótce.   Przede

wszystkim muszę opowiedzieć, w jaki sposób nawiedzały mnie za moich dziecinnych  lat te
wspomnienia innych światów. Jaśniałem w blasku obłoków, który przyniosłem ze sobą z mych
poprzednich przeżyć. Prześladowały mnie, jak każdego chłopca, inne istoty, którymi byłem ja
sam w innym czasie. Działo się to w okresie mego kształtowania się, nim zbiór wszystkiego,
czym kiedykolwiek byłem przybrał kształt tej jedynej osobowości, która w ciągu niewielu lat
miała być znana ludziom jako Darrell Standing.

Opowiem wam tylko jedno zdarzenie. Działo się to na naszej farmie w Minnesota. Miałem

wówczas około sześciu lat. Pewien misjonarz powrócił z Chin do Stanów Zjednoczonych i został
wysłany przez władze misyjne do zbierania składek od farmerów. Zatrzymał się na jedną noc w
naszym domu. Zaraz po kolacji, gdy moja matka w kuchni pomagała mi się rozbierać przed
pójściem do łóżka, misjonarz pokazywał fotografie z Ziemi Świętej.

Byłbym dawno zapomniał to, co wam opowiadam, gdybym często nie słyszał od mojego ojca,

który to chętnie powtarzał, ku wielkiemu zdziwieniu słuchaczy, za czasów mego dzieciństwa.

Wykrzyknąłem na widok jednej z tych fotografii i spojrzałem na nią, najpierw pośpiesznie, a

potem z pewnym rozczarowaniem. Wydała mi się ona nagle dziwnie znajoma tak, jak gdyby był
to spichrz mojego ojca na fotografii. Potem znowu wydała mi się obca. Lecz im dłużej na nią
patrzyłem, tym intensywniej powracało uczucie zżycia się z tą miejscowością.

— Wieża Dawida — rzekł misjonarz do matki.
— Nie — zawołałem stanowczo.
— Chcesz powiedzieć, że nie tak się nazywa? — zapytał misjonarz.
Skinąłem głową.
— A więc jak to się nazywa, chłopcze?
— Nazywa się… — zacząłem i dokończyłem cicho:
— Zapomniałem.
— Inaczej wygląda teraz — ciągnąłem dalej po chwili. —
— Zupełnie ją zmienili.

background image

Wówczas misjonarz podał matce kolejną fotografię, którą wybrał spośród innych.
— Byłem tam przed sześcioma miesiącami, proszę pani.
— Wskazał palcem. — To brama Jaffy, którą wchodziłem i szedłem prosto w górę na Wieżę

Dawida, tutaj, w głębi zdjęcia, gdzie pokazuję palcem. Badacze zgadzają się co do tego, że znana
była jako El Kullah.

Lecz   tutaj   odezwałem   się   znowu,   wskazując   na   stosy  rozbitych   murów   po   lewej   stronie

fotografii.

— Gdzieś tutaj, wyżej  — rzekłem — Żydzi  tak nazywali, jak i ksiądz  powiedział. Lecz

myśmy to nazywali inaczej. Nazywaliśmy… zapomniałem.

— Słuchajcie, co ten mały mówi — zaśmiał się ojciec. — Można by sądzić, że też tam był.
Skinąłem głową, w tej chwili bowiem wiedziałem, że byłem tam istotnie, chociaż wszystko

wydawało mi się dziwnie zmienione. Ojciec mój śmiał się coraz bardziej, lecz misjonarz sądził,
że pozwalam sobie na żarty. Pokazał mi inną fotografię. Był to widok pustej przestrzeni, bez
drzew   i   roślinności,   z   płytkim   strumykiem   ze   ścianami   lekko   pochylonych   zboczy   po   obu
brzegach. Na środku w oddali widać było kilka nędznych lepianek o płaskich dachach.

— No, chłopcze, a to co takiego? — śmiał się misjonarz. W tej chwili przypomniała mi się

nazwa.

— Samaria — odparłem natychmiast.
Ojciec mój  radośnie klasnął rękoma, matkę zaniepokoiło moje zachowanie, misjonarz zaś

objawił pewne rozdrażnienie.

— Chłopak ma słuszność — rzekł. — Jest to wioska w Samarii. Przejeżdżałem tamtędy i

dlatego   kupiłem   tę   fotografię.   Okazuje   się,   że   wasze   dziecko   widziało   już   kiedyś   podobne
zdjęcia.

Rodzice moi zaprzeczyli.
—   A   to   inne   na   obrazku   —   odezwałem   się;   przez   cały   czas   umysł   mój   był   zajęty

rozszyfrowywaniem fotografii. Ogólny widok krajobrazu był ten sam, jak również i wzgórza w
oddali. Różnice zaznaczyłem głośno i pokazałem palcem:

— Domy były tutaj na prawo, było więcej drzew, dużo trawy i mnóstwo kóz. Widzę je teraz i

dwóch chłopców, którzy je prowadzą. Tu na prawo jest dużo ludzi; wszyscy idą za jednym
człowiekiem.  A tutaj   —   wskazałem   punkt,   gdzie   umieściłem   przedtem   wioskę   —   jest   tłum
włóczęgów. Nie mają na sobie nic prócz łachmanów. Są chorzy. Ich twarze, ręce i nogi pokryte są
ranami.

— Słyszał o tym w kościele lub może gdzie indziej, pamiętacie uzdrowienie trędowatych u

św. Łukasza — rzekł misjonarz z pobłażliwym uśmiechem zadowolenia.

— Ilu jest tych chorych włóczęgów, chłopcze?
Umiałem liczyć do stu, gdy miałem pięć lat, spojrzałem więc uważnie na grupę i oznajmiłem:
— Jest ich dziesięciu. Wszyscy machają rękoma i wołają do innych ludzi.
— Lecz nie zbliżają się do nich? — brzmiało pytanie. Zaprzeczyłem ruchem głowy. — Stoją

tylko i jęczą, jak gdyby im było bardzo źle.

— Mów dalej — zaczął misjonarz. — Co dalej? Co robi ten człowiek przed tym drugim

tłumem, o którym mówiłeś, że idzie?

— Zatrzymali się wszyscy i on mówi coś do tych chorych. A chłopcy z kozami zatrzymali się,

żeby popatrzeć. Wszyscy się przypatrują.

— A potem?
—  To  wszystko.   Chorzy  idą   do  domów.  Już  nie   jęczą   i   nie   wyglądają   na   chorych.  A ja

wsiadam na mego konia i patrzę.

Na te słowa moi trzej słuchacze wybuchnęli śmiechem.

background image

— A ja jestem dorosły! — zawołałem gniewnie. — I mam duży miecz.
— To dziesięciu trędowatych, których Chrystus uzdrowił, zanim przeszedł przez Jerycho w

drodze   do   Jerozolimy   —   tłumaczył   misjonarz   moim   rodzicom.   —   Chłopak   musiał   widzieć
pokazy świetlne słynnych obrazów na jakimś przedstawieniu latarni magicznej.

Lecz ani ojciec, ani matka nie pamiętali, abym kiedykolwiek widział latarnię magiczną.
— Niech ksiądz spróbuje pokazać mu inny obrazek — zachęcał ojciec.
— To wygląda zupełnie inaczej — skarżyłem się, patrząc na podaną mi przez misjonarza

fotografię. — Tu nic nie ma, prócz tego wzgórza i innych gór. Tu powinna być droga, wzdłuż
tego.  A tam,   tam   wyżej,   powinny   być   ogrody  i   drzewa   oraz   domy   za   wysokimi   murami   z
kamienia.  A tutaj,   po   drugiej   stronie,   w   otworach   w   skałach   powinno   być   miejsce,   r   gdzie
chowano zmarłych. Widzicie to miejsce? Tutaj rzucali kamieniami w ludzi, dopóki ich nie zabili.
Nigdy nie widziałem, jak to robili. Opowiadali mi tylko.

— A wzgórze? — zapytał misjonarz, wskazując na środkową część obrazka, dla której, zdaje

się, zrobiono to zdjęcie. — Czy możesz mi powiedzieć, jak się nazywa to wzgórze?

— Nigdy nie miało żadnej nazwy. Tam zabijali ludzi. Nieraz widziałem.
— Tym razem zgadza się on z większością badaczy — oznajmił misjonarz z widocznym

zadowoleniem. — To wzgórze to Golgota, miejsce czaszek, nazwane tak dlatego, że kształtem
przypomina czaszkę. Zwróćcie uwagę na podobieństwo. Tutaj ukrzyżowano… przerwał i zwrócił
się do mnie. — Kogo tu ukrzyżowali, chłopcze? Powiedz, co jeszcze widzisz?

O, widziałem — ojciec opowiadał, że oczy moje świeciły się, lecz potrząsnąłem głową z

uporem i rzekłem:

— Nie powiem nic, bo śmiejecie się ze mnie. Widziałem mnóstwo ludzi, zabijanych tutaj.

Przybijali ich gwoździami t i trwało to bardzo długo. Widziałem, ale nie powiem. Ja nie kłamię.
Spytaj tatusia i mamusię, czy kłamię. Tatuś szybko oduczyłby mnie kłamania. Zapytaj ich.

Misjonarz nie zdołał dowiedzieć się ode mnie niczego więcej, chociaż dla zachęty pokazał mi

więcej zdjęć, na widok których w pamięci mojej zawirowały wspomnienia–obrazy i wlewały mi
na usta potoki słów, którym oparłem się i które przezwyciężyłem.

— Będzie na pewno dobrze znał świętą historię — powiedział później misjonarz ojcu i matce,

gdy już udałem się na spoczynek. A może, mając taką wyobraźnię, zostanie wybitnym pisarzem.

Wskazuje to, jak mylne bywają czasami przepowiednie. Jestem tutaj na oddziale morderców,

piszę   te   słowa   w   ostatnich   dniach   mego   życia,   a   raczej   w   ostatnich   dniach   życia   Darrella
Standinga, nim go stąd wyprowadzą i postarają się zepchnąć w ciemność na końcu powroza, i
uśmiecham   się   sam   do   siebie.   Nie   zostałem   badaczem   Biblii   ani   powieści   —   pisarzern,.
Przeciwnie,   dopóki   nie   zagrzebano   mnie   w   celi   milczenia   na   pół   dziesięciolecia,   byłem
wszystkim, czego misjonarz nie przewidział — ekspertem w rolnictwie, profesorem rolnictwa,
specjalistą w nauce o unikaniu marnotrawstwa wszelkiej energii, mistrzem wydajności farmy,
świetnym   znawcą   pracy   w   laboratorium,   gdzie   niezbędne   jest   przestrzeganie   dokładności   i
trzymanie się najdrobniejszych faktów.

Siedzę tu w to ciepłe popołudnie, na oddziale morderców i przerywam pisanie pamiętnika, by

przysłuchiwać się kojącemu brzęczeniu much w powietrzu i chwytać wyrazy z przyciszonej
rozmowy pomiędzy Josephusem Jacksonem, czarnym mordercą, po prawej, a Bambeccio’em,
mordercą   Włochem,   po   lewej,   którzy   od   jednych   drzwi   zakratowanych   do   drugich   —   nie
zwracając uwagi na to, że ich widzę — również oddzielonych kratą, dyskutowali nad żuciem
tytoniu, którego właściwości antyseptyczne nader zbawiennie działają na rany.

Trzymałem w ręku moje wieczne pióro, a gdy wspomnę, że inne ręce, należące do mnie, w

wiekach dawno minionych władały pędzelkiem do pisania, piórem gęsim i rylcem, to pytam sam
siebie, czy za tym misjonarzem, gdy był małym chłopcem, płynął kiedykolwiek blask minionej

background image

sławy i czy widział on kiedyś blask dni dawnej włóczęgi wśród gwiazd?

Wracając   do   samotnej   celi,   po   wyuczeniu   się   klucza   pukanej   rozmowy,   długie   godziny

świadomości   wydawały   mi   się   nie   do   zniesienia.   Przez   autohipnozę,   którą   zacząłem   z
powodzeniem stosować, doszedłem do usypiania świadomości mego umysłu i budziłem mój
umysł   podświadomy,  któremu   puszczałem   wodze.   Był   on   jednak   niepodległy  i   nie   uznawał
żadnych praw. Wędrował przez cały obłęd gorączki, bez związku, bez żadnej ciągłości, co do
miejsca, wydarzeń i osób.

Mój system mechanicznej hipnozy był niesłychanie prosty. Siedząc z założonymi nogami na

moim   posłaniu   ze   słomy,   wpatrywałem   się   cały   czas   w   jasne   źdźbło   słomy,   które
przymocowałem do ściany mej celi w miejscu, gdzie było najwięcej światła. Patrzyłem na jasny
punkt, oczy miałem tuż przy nim, wzniesione w górę tak, że ledwo co widziały. Równocześnie
usuwałem wolę i czułem ogarniające mnie zawroty głowy, z którymi w ogóle nie walczyłem.
Gdy poczułem, iż tracę równowagę i cofam się w czasie, zamykałem oczy i padałem na posłanie,
tracąc przytomność.

Wówczas   w   ciągu   pół   godziny,   dziesięciu   minut,   czasami   godziny   nawet,   błąkałem   się

nierozważnie wśród nagromadzonych wspomnień moich odwiecznych powrotów na ziemię. Lecz
wieki   i   miejsca   zbyt   szybko   ulegały  zmianom.   Później,   po   przebudzeniu   wiedziałem,   że   ja,
Darrell Stan — ding byłem osobowością łączącą jakby wszelkie dziwactwo i śmieszność. Lecz
na tym to się kończyło. Nigdy nie udało mi się do końca przeżyć jednej próby w całej pełni,
jednego punktu świadomości w czasie i przestrzeni. Sny moje, jeżeli mogę je nazwać snami, nie
miały ciągłości ani żadnej celowości.

Oto przykład mej włóczęgi: w ciągu piętnastu minut mej podświadomości czołgałem się i

ryczałem   w   błocie   pierwotnego   świata   i   siedziałem   obok   Haasa,   dalej   prułem   powietrze
dwudziestego wieku na monoplanie poruszanym przez silnik napędzany gazem.

Po   przebudzeniu   pamiętałem,   że   ja,   Darrell   Standing   we   własnej   osobie,   w   roku

poprzedzającym osadzenie mnie w San Quentin, latałem z Haasem nad Oceanem Spokojnym w
Santa Monica. Po przebudzeniu nie pamiętałem czołgania i ryku w starożytnym mule. A jednak
po   przebudzeniu   wiedziałem,   że   w   jakiś   dziwny   sposób   przypomniałem   sobie   te   pierwsze
przygody w mule i że to była rzeczywistość dawno minionego doświadczenia, gdy jeszcze nie
byłem Darrellem Standingiem, ale kimś innym lub czymś innym, co czołgało się i ryczało. Jedno
doświadczenie   było   tylko   bardziej   odległe   od   innego.   Oba   doświadczenia   były   równie
rzeczywiste — inaczej jakże bym mógł je pamiętać?

Och, co za wir wyrazistych obrazów i czynów! W ciągu krótkich chwil niepowyciąganej

podświadomości siedziałem w salach królewskich nad wielkimi tego świata i pod nimi, byłem
błaznem i żartownisiem, wojakiem, pisarzem i mnichem, rządziłem wszystkimi, na pierwszym
miejscu   przy   stole   —   władza   doczesna   spoczywała   w   mym   ręku   uzbrojonym   w   miecz,   w
grubości murów mego zamczyska i w ilości mych wojsk; władza duchowa również należała do
mnie, albowiem księża i opaci siedzieli niżej ode mnie, pili moje wino i spożywali moje mięso.

Nosiłem   żelazny   naszyjnik   niewolnika   w   zimnych   krajach;   kochałem   księżniczki   z

królewskiego rodu w gorącą noc podzwrotnikową, przesiąkniętą żarem słońca, gdzie czasami
niewolnicy wachlarzami z pawich piór chłodzili parne powietrze, podczas gdy z dala, poprzez
palmy i wodotryski dochodził ryk lwa i szczekanie szakala. Pełzałem po chłodnych miejscach
pustynnych, grzejąc ręce przy ognisku z odchodów wielbłąda i leżałem w znikomym  cieniu
spalonych przez słońce łodyg szałwii, przy wyschniętych źródłach, gdzie i mój język był suchy i
pragnął wody; wokół mnie natomiast leżały porozrzucane kości ludzi i zwierząt, oni też byli
spragnieni i skonali.

Byłem morskim wilkiem i wojakiem, uczonym i pustelnikiem.

background image

Zagłębiałem  się   w  pisane   ręcznie   karty  olbrzymich   zakurzonych   ksiąg   w  scholastycznym

spokoju i w półmroku zawieszonych wśród skał klasztorów, podczas gdy nieco niżej, na mniej
stromych płaszczyznach, chociaż dzień dawno dobiegł końca, chłopi pracowali jeszcze wśród
winnic i sadów oliwnych, pędzili z pastwisk beczące kozy oraz małe koźlęta; tak i wiodłem tłum
pospólstwa, wznoszący okrzyki po rozbitych kołami, zużytych brukach dawnych i zapomnianych
już miast; posępny, jak śmierć wygłaszałem prawa uroczystym głosem, ogłaszałem przestępstwa
i karałem śmiercią ludzi, którzy, jak Darrell Standing w więzieniu w Folsom, prawa te złamali.

Wysoko, na szczytach masztów, przyglądałem się falom, promieniującym od słońca, gdzie

odblask   korali   przebijał   z   głębin   turkusowych   wód   i   wprowadzałem   okręty   w   bezpieczną
przystań   zwierciadła   laguny,   gdzie   kotwice   uderzały   o   ławy   podwodnych   raf   koralowych.
Walczyłem na zapomnianych polach bitwy dawno minionych dni, gdzie słońce zachodziło nad
nieprzerwaną rzezią, trwającą przez czas nocnych godzin, w blasku gwiazd, wśród chłodnych
wichrów nocy, wiejących z odległych zasp śnieżnych, które jednak nie ostudziły zażartej bitwy, a
potem byłem małym Darrellem Standingiem, boso, na wiosennej trawie pokrytej rosą na farmie
w   Minnesota,   drżącym   z   zimna   przy   karmieniu   domowych   zwierząt   w   oborach   ogrzanych
oddechem   bydląt,   doprowadzonym   do   strachu   i   grozy   przed   chwałą   i   potęgą   Boga,   gdy
siedziałem   w   kościele   w   święto   i   słuchałem   kazania   o   nowym   Jeruzalem   i   o   agonii   ognia
piekielnego.

To, co właśnie opowiedziałem, było krótką migawką i odblaskiem, który mnie nawiedził, gdy

w samotnej  celi  numer jeden w San Quentin  doprowadzałem się do utraty przytomności za
pomocą   ździebełka   jasnej,   promieniejącej   światłem,   słomy.   Jak   przyszły   do   mnie   te
wspomnienia? Nie mogłem ich przecież stworzyć z niczego, tak, jak nie mogłem stworzyć z
niczego trzydziestu pięciu funtów dynamitu, którego tak bezwzględnie żądał ode mnie kapitan
Jamie, naczelnik Atherton i władze więzienia.

Jestem Darrell Standing, urodzony i wychowany na kawałku gruntu w Minnesota, uprzednio

profesor rolnictwa, niepoprawny więzień w San Quentin, a obecnie na śmierć skazany człowiek
w Folsom. Nie z przeżyć Darrella Standinga wiem, o czym piszę, wygrzebałem to z głębin mojej
podświadomości. Ja, Darrell Standing, urodzony w Minnesota i skazany na rychłą śmierć za
pomocą   powroza   w   Kalifornii.   Z   pewnością   nigdy   nie   kochałem   córek   królewskich   na
monarszych dworach, nie walczyłem na noże na kołyszących się pokładach statków, nie tonąłem
w   pijackich   kajutach   okrętów,  żłopiąc   prosty   trunek   przy   okrzykach   i   śpiewach   marynarzy,
podczas gdy okręt wznosił się i rozbijał na czarnych zębach skał, a woda zalewała wszystko nad
nami, pod nami i pośród nas.

Te rzeczy nie są cząstką doświadczeń Darrella Standinga w tym życiu. Jednak ja, Darrell

Standing znalazłem je wewnątrz siebie w samotnej celi w San Quentin za pomocą mechanicznej
autohipnozy. Doświadczenia te nie należały bynajmniej do Darrella Standinga, tak, jak nie jego
było słowo „Samaria”, gdy przeszło przez dziecięce usta na widok fotografii.

Nie można stworzyć czegoś z niczego. Nie mogłem w samotnej celi wytworzyć w ten sposób

trzydziestu pięciu funtów dynamitu. Jak również w celi samotnej z tego, co było niczym w
doświadczeniu Darrella Standinga, nie mogłem stworzyć tych rozległych dalekich widzeń czasu i
przestrzeni.   Wszystko   to   mieściło   się   w   moim   umyśle   i   w   umyśle   zaczynałem   się   uczyć
rozpoznawania moich dróg.

background image

Rozdział VII

Tu było moje przeznaczenie; wiedziałem, że posiadam w sobie Golkondę wspomnień innych

przeżyć, nie byłem jednak w stanie uczynić nic więcej niż przelecieć przez te wspomnienia, jak
szaleniec. Miałem swoją Golkondę, lecz nie mogłem z niej czerpać.

Pamiętałem przypadek Staintona Mosesa, duchownego, którego opętały osobowości świętego

Hipolita, Plotinusa, Athendorusa i przyjaciela Erazma imieniem Grocyn. A gdy zastanawiałem się
nad doświadczeniami pułkownika de Rochas’a, o których niegdyś czytałem, w ciągu innych,
bardziej   pracowitych   dni,   doszedłem   do   przekonania,   że   Moses   Stainton   był   w   czasie
poprzednich   swoich   przeżyć   tymi   osobami,   które,   jak   się   wydawało,   opanowywały   go
całkowicie. Właściwie one były nim, były ogniwami łańcucha powrotu na ziemię.

Zatrzymałem się szczególnie nad doświadczeniami pułkownika de Rochas’a. Przy pomocy

odpowiednich do hipnozy osób — przedmiotów, twierdził, że cofnął się przez wieki do przodków
tychże ludzi. A tak opisał przypadek Józefiny. Miała ona osiemnaście lat i mieszkała w Voiron, w
okręgu Izery. Pułkownik de Rochas zahipnotyzował ją i kazał wędrować wstecz przez całą jej
młodość, dzieciństwo, okres niemowlęcy oraz ciemną ciszę łona matki, i jeszcze bardziej wstecz,
przez ciszę i ciemność czasu, gdy ona, Józefina, jeszcze się nie narodziła do światła i życia
poprzedniego swego istnienia, gdy była skąpym, podejrzliwym i zgorzkniałym starcem, zwanym
Janem   Klaudiuszem   Bourdon,   który  w  swoim   czasie   służył   w   wojsku   w   siódmym   oddziale
artylerii w Besancon i umarł po długiej chorobie w wieku lat siedemdziesięciu.

A czyż pułkownik de Rochas nie zahipnotyzował z kolei cienia Jana Klaudiusza Bourdon, tak,

że   wyruszył   on   dalej   w   głąb   czasu   przez   dzieciństwo,   narodziny   i   ciemność   jeszcze   nie
narodzonych,   aż   wreszcie   odnalazł   znowu   światło   i   życie,   gdy   jako   zła,   stara   kobieta   był
Filomeną Carteron?

Lecz pomimo największych wysiłków i prób z jasnym źdźbłem słomy w słabo sączącym się

świetle do mej samotnej celi, nie zdołałem osiągnąć tak wyraźnego określenia poprzedniej mojej
osobowości. Niepowodzenie moich eksperymentów doprowadziło mnie do wniosku, że tylko
przez śmierć mógłbym jasno i logicznie wskrzesić wspomnienia mych poprzednich istnień.

Jednak fala życia silnie płynęła w moich żyłach. Ja, Darrell Standing, tak wielką czułem

niechęć do śmierci, że nie pozwoliłem, aby naczelnik Atherton i kapitan Jamie mnie zabili. Jakiś
wrodzony impuls kazał mi żyć i myślę czasami, że dlatego właśnie jestem tu aż do tej chwili, jem
i śpię, myślę i marzę, piszę to opowiadanie o przeróżnych moich „ja” i oczekuję nieuchronnego
powrozu, który wtrąci okres przejściowy w długie ogniwa mego bytu.

Następnie   przyszła   śmierć   za   życia.  Wyuczyłem  się   tej   sztuki.   Jak  się   wkrótce   dowiecie,

nauczył mnie jej Ed Morrell. Wszystko zaczęło się z powodu naczelnika Athertona i kapitana
Jamie. Musieli oni ulec ponownej panice na myśl o dynamicie, który, jak sądzili, był gdzieś
ukryty.

Przyszli obaj do mej ciasnej celi i powiedzieli wyraźnie, że zwiążą mnie na śmierć w kaftan

bezpieczeństwa,   jeśli   nie   wyznam,   gdzie   jest   ukryty   dynamit.   Zapewnili   mnie,   że   zrobią   to
oficjalnie,   bez   żadnego   uszczerbku   dla   ich   własnej   zawodowej   kariery,  śmierć   moja   będzie
zapisana w kronikach więziennych jako śmierć z przyczyn naturalnych.

O, drodzy obywatele ukształtowani na niewolników, wierzcie mi, proszę, gdy wam powiem,

że i dzisiaj ludzie są zabijani w więzieniach tak, jak byli zabijani, gdy powstały pierwsze te
instytucje.

Znam dobrze grozę, konanie i niebezpieczeństwo kaftana. Znam ludzi ze złamanym przez

kaftan duchem! Widziałem ich. Widziałem też takich, z których kaftan zrobił kaleków do końca
życia. Widziałem mężczyzn, silnych mężczyzn, tak silnych, że ich żywotność fizyczna oparła się

background image

wszelkim napadom gruźlicy więziennej, którzy po dłuższej karze kaftana stracili całą odporność,
gasnęli i umierali na gruźlicę w ciągu sześciu miesięcy. Był taki Stant–Eyed Wilson; ze strachu
zachorował na serce i skonał w kaftanie bezpieczeństwa w ciągu pierwszej godziny, podczas gdy
nieudolny lekarz więzienny patrzał nań z uśmiechem. Widziałem człowieka, który po spędzeniu
pół   godziny   w   kaftanie   wyznawał   prawdę   i   kłamstwo,   czym   zdobywał   zaufanie   władz
więziennych.

Miałem swoje własne doświadczenia. Pół tysiąca blizn noszę obecnie na ciele. Pójdą ze mną

na rusztowanie. Gdybym żył jeszcze tysiąc lat, te same blizny zeszłyby wraz ze mną do grobu.

A może,   obywatelu   drogi,   który  zgadzasz   się   i   opłacasz   tych   katów,  by  nakładali   kaftan

zamiast ciebie — może nie wiesz, co to jest kaftan bezpieczeństwa. Pozwól, że ci będę służył
opisem, abyś zrozumiał metodę, dzięki której osiągnąłem śmierć za życia, stałem się chwilowo
panem swego czasu oraz przestrzeni i porzucałem mury więzienia dla włóczęgi wśród gwiazd.

Czy  widziałeś   kiedyś   brezent   lub   gumową   kołdrę   z   mosiężnymi   kółkami   zamocowanymi

wzdłuż   ich   brzegu?   A  więc   wyobraź   sobie   duży   kawałek   brezentu,   długości   około   metra
osiemdziesiąt z ciężkimi mosiężnymi kółkami na całej długości obu brzegów. Szerokość tego
brezentu nigdy nie odpowiada pełnej szerokości ciała człowieka, którego ma owijać. Szerokość
jest nierówna, brezent najszerszy jest w ramionach, nieco węższy w biodrach, a najwęższy w
pasie.

Rozciągają kaftan na podłodze. Człowiekowi, który ma być ukarany lub też męczony dla

wydobycia zeń zeznania, każą położyć się na nim, twarzą ku ziemi. W razie odmowy, używają
siły. Kładzie się on wówczas na rozkaz, który jest rozkazem katów i twoim rozkazem, drogi
obywatelu, albowiem karmisz i opłacasz katów, aby to czynili zamiast ciebie.

Człowiek ten leży twarzą ku ziemi. Oba brzegi kaftana zostają razem ściągnięte, mniej więcej

na środku pleców człowieka. Następnie przeciąga się przez oczka sznur, tak jak sznurowadła do
butów  i   człowiek   zostaje  zasznurowany  w  kaftanie.   Cała   różnica   polega   na  tym,   że   zostaje
zasznurowany znacznie mocniej niż ktokolwiek wiąże buty. W gwarze więziennej nazywają to
„zapięciem”. Czasami, gdy strażnicy są okrutni lub mściwi, albo gdy otrzymają rozkaz z góry, to
chcąc upewnić się, że nieszczęśnik jest mocno zasznurowany, opierają nogi o jego grzbiet, gdy
dociągają sznury.

Czy   zdarzyło   ci   się   kiedyś   zbyt   mocno   zasznurować   but   i   doświadczyć   po   pół   godziny

okropnego bólu w kostce wskutek utrudnionego ruchu? Czy pamiętasz, że po kilku minutach
takiego bólu nie mogłeś już zrobić ani kroku i musiałeś rozluźnić sznurowadła dla zmniejszenia
ucisku? Dobrze. Postaraj się więc wyobrazić sobie, że całe twoje ciało jest tak zasznurowane,
jednak   o   wiele   mocniej   i   że   odczuwasz   ucisk   nie   tylko   w   kostce,   lecz   w   całym   ciele,   że
śmiertelnie ściśnięte są płuca, serce i wszystkie inne narządy twego organizmu.

Pamiętam, jak mi pierwszy raz nałożono kaftan w lochu. Było to na samym początku mej

drogi nieposłuszeństwa, wkrótce po wtrąceniu mnie do więzienia, gdy tkałem wyznaczone mi sto
metrów dziennie w fabryce juty i skończyłem o dwie godziny wcześniej niż przewidywał to
regulamin więzienny. Tak i moja juta była o wiele lepsza niż na ogół wymagano. Nałożono mi
wówczas   po   raz   pierwszy   kaftan   bezpieczeństwa,   zgodnie   z   przepisami   więzienia,   za
„przeskoczenie   nitki”   i   „przerwania   w   tkaninie”,   jednym   słowem,   za   złą   robotę.   W
rzeczywistości skazano mnie na kaftan bezpieczeństwa za to, że ja, nowy więzień, mistrz w
wydajności   pracy,   wyszkolony   ekspert   w   usuwaniu   wszelkiego   marnotrawienia   ruchu,
pozwoliłem sobie dać głupiemu kierownikowi warsztatów tkackich kilka wskazówek i objaśnić
mu to, czego nie poznał w swoim rzemiośle. Główny tkacz w obecności kapitana Jamie wezwał
mnie do stołu, na którym leżała ohydna robota, jaka by nigdy spod moich rąk nie wyszła i podał
ją za moje dzieło. Trzy razy wzywano mnie do tego stołu. Trzecie wezwanie oznaczało karę,

background image

zgodnie   z   regulaminem   warsztatów.   Za   karę   dano   mi   dwadzieścia   cztery   godziny   kaftana
bezpieczeństwa.

Zaprowadzono  mnie  do lochów. Kazano  położyć   się na  rozciągniętym  płótnie,  twarzą  do

ziemi. Odmówiłem. Jeden z dozorców, Morrison, chwycił mnie za gardło. Mobins, pomocnik w
lochach, również więzień, uderzył mnie kilkakrotnie pięścią. Położyłem się wreszcie tak, jak mi
kazano. Z powodu walki, którą z nimi stoczyłem i która ich rozwścieczyła, zasznurowali mnie
wyjątkowo ciasno. Następnie potoczyli mnie jak kłodę, żebym leżał na plecach.

Z początku nie wydawało mi się to tak okropne. Szybko zamknęli drzwi z wielkim hałasem i

szczękiem rygli, pozostawiając mnie w zupełnych ciemnościach. Była godzina jedenasta rano. W
ciągu   kilku   minut   odczuwałem   tylko   niewygodne   skrępowanie,   które,   jak   sądziłem,   wkrótce
minie, gdy się do niego przyzwyczaję. Stało się jednak wprost przeciwnie; serce zaczęło mocno
bić, płuca nie mogły wciągnąć dostatecznej ilości powietrza. Uczucie duszności było potworne, a
każde uderzenie serca groziło pęknięciem moich, już nadwerężonych płuc.

Po   upływie,   jak   sądziłem   wówczas,   kilku   godzin,   które   po   niezliczonych   następnych

doświadczeniach  w  kaftanie,  jak  sądzę  obecnie,   nie  mogły  wynosić   więcej   niż  pół   godziny,
zacząłem wołać, krzyczeć, jęczeć i wyć w prawdziwym obłędzie konania. Najstraszniejszy był
ból, który odczuwałem w sercu. Był to ostry, wyraźny ból, podobny, jak przy zapaleniu płuc, lecz
kłuł w samo serce.

To   nic   trudnego   umrzeć,   ale   umierać   tak   powoli   i   w   tak   okropny   sposób,   to   mnie

doprowadzało   do   szaleństwa.   Jak   dziki   zwierz   w   pułapce,   odczuwałem   apogeum   strachu,
krzyczałem i wyłem, aż wreszcie zdałem sobie sprawę, że takie ćwiczenia głosowe powiększały
tylko ból w sercu, a jednocześnie pochłaniały znaczną część małej ilości powietrza w płucach.

Przestałem i długo leżałem spokojnie, wieki, jak mi się wówczas zdawało, chociaż dzisiaj

pewien jestem, że nie upłynęło więcej niż kwadrans. Na skutek duszności dostałem zawrotu
głowy, serce tak biło, że zdawało mi się, iż rozerwie brezent, w który mnie związano.

Znowu straciłem panowanie nad sobą i zacząłem wyć, wzywając ratunku.
Wśród tych ryków usłyszałem głos z sąsiedniego lochu.
— Przestań! — krzyczano, chociaż doszedł mnie tylko słaby dźwięk. — Przestań, męczysz

mnie.

— Umieram! — zawołałem.
— Zatkaj uszy i zapomnij o tym — brzmiała odpowiedź.
— Lecz ja umieram — powtórzyłem.
— Czym się martwisz? — odparł głos. — Zaraz umrzesz i skończy się. Spiesz się, zdychaj,

ale nie rób tyle hałasu. Przerywasz mi mój ciekawy sen.

Ta obojętność tak mnie rozgniewała, że odzyskałem panowanie nad sobą i nie pozwalałem

sobie na nic więcej, jak tylko na tłumione jęki. Trwało to bez końca, może z dziesięć minut,
potem całe moje ciało zaczęło drętwieć. Kłuły mnie jakby szpilki, igły i dopóki ból podobny był
do ukłuć szpilek, zachowałem przytomność umysłu. Lecz gdy ukłucia tych niezliczonych ostrzy
przestały boleć, a pozostałe odrętwienie zwiększało się z każdą chwilą, wówczas wróciło uczucie
strachu.

— Jakże mogę choć na chwilę zasnąć? — narzekał mój sąsiad. — Nie jestem szczęśliwszy od

ciebie. Mój kaftan jest równie ciasny, jak twój, a chcę spać i zapomnieć o nim.

— Od jak dawna jesteś zamknięty? — zapytałem; sądziłem bowiem, że to ktoś, kto dopiero

został   związany  w  kaftanie,   w  porównaniu   z   nie   kończącym   się   dla   mnie   czasem,   który  tu
spędziłem.

— Od przedwczoraj — brzmiała odpowiedź.
—   Tak,   bracie,   równe   pięćdziesiąt   godzin,   a   nie   słyszałeś   .mego   wycia   z   tego   powodu.

background image

Zapinali mnie z nogami na grzbiecie. Jestem trochę ściśnięty, zechciej mi uwierzyć. Nie ty Jeden
jesteś w biedzie. Nie upłynęła nawet godzina od chwili, gdy tu jesteś.

— Jestem tu już długie godziny — zaprzeczyłem.
— Może tak sądzisz, bracie, ale to nie dowód, że tak jest w rzeczywistości. Mówię ci, jeszcze

nie upłynęła godzina. Słyszałem, jak cię wiązali.

Nie mogłem w to uwierzyć. W przeciągu niespełna godziny umierałem już tysiąc razy. A

jednak ten mój sąsiad, opanowany i zrównoważony, ze spokojnym głosem i prawie dobroczyńca,
pomimo ostrego tonu jego uwag, jest w kaftanie od pięćdziesięciu godzin.

— Jak długo będą cię jeszcze trzymać? — zapytałem.
— Bóg jeden wie. Kapitan Jamie jest na mnie wściekły i nie wypuści mnie aż nie zdechnę.

Dam ci dobrą radę, bracie. Najlepsza rzecz to zamknąć oczy i zapomnieć. Nic nie wskórasz,
krzycząc i wyjąc. Najlepszy sposób na zapomnienie to zapomnienie. Przypominaj sobie każdą
dziewczynę, jaką kiedykolwiek znałeś. To doskonale skraca godziny. Może ci się będzie kręciło
w głowie. Niech się kręci. Nie możesz być zły, jeśli ci to czas zabije. A jeżeli dziewczęta ciebie
nie powstrzymają, myśl o tych, którzy ciebie wiązali i co byś z nimi zrobił, gdybyś miał taką
sposobność i co zrobisz, gdy taka okazja się trafi.

Tym   człowiekiem   był   Red   Philadelphia.   Ponieważ   był   już   kiedyś   skazany,   odsiadywał

pięćdziesiąt lat za rozbój na ulicach Alamedo. Odsiedział już dwanaście z tych lat, wówczas gdy
rozmawiał ze mną w kaftanie, a było to przed siedmiu laty. Należał on do tych czterdziestu
dożywotników, którym Cecil Winwood tak się przysłużył. Za to przestępstwo Red Philadelphia
utracił zaufanie władz więziennych. Jest obecnie w średnim wieku i dotąd przebywa w San
Quentin. Jeżeli wytrzyma, to będzie starcem, gdy go wypuszczą.

Przeżyłem moje dwadzieścia cztery godziny i odtąd nie byłem już tym samym człowiekiem.

Nie pod względem fizycznym, chociaż następnego ranka, gdy mnie odsznurowano, byłem na
wpół sparaliżowany i w takim stanie bezwładności, że dozorcy musieli uderzyć mnie w żebra,
żebym podniósł się na nogi. Zmieniłem się umysłowo, moralnie. Brutalne tortury fizyczne były
upokorzeniem i obelgą dla mego ducha i poczucia sprawiedliwości. Taki rygor nie usposabia
człowieka   łagodnie.   Wyszedłem   z   tego   pierwszego   zapięcia   w   kaftan   bezpieczeństwa   pełen
goryczy i beznadziejnej nienawiści, która wzrastała z biegiem lat.

O Boże! Gdy pomyślę o wszystkim, co mi ludzie uczynili! Dwadzieścia cztery godziny w

kaftanie bezpieczeństwa!

Nie myślałem tego ranka, gdy szturchaniem postawili mnie na nogi, że nadejdzie czas, kiedy

dwadzieścia   cztery   godziny   w   kaftanie   to   będzie   nic,   kiedy   po   stu   godzinach   kaftana
uśmiechałem się, gdy mnie zwalniano, kiedy dwieście czterdzieści godzin w kaftanie ten sam
uśmiech na ustach mych zastało.

Tak, dwieście czterdzieści godzin. Czy wiecie, co to znaczy, marionetkowi obywatele? To

znaczy dziesięć dni i dziesięć nocy w kaftanie bezpieczeństwa. Oczywiście, takie rzeczy nie
zdarzają się w chrześcijańskim świecie, tysiąc dziewięćset lat po Chrystusie, nie żądam więc,
byście mi wierzyli. Wiem tylko, że uczyniono mi to w San Quentin, że śmiałem się z nich i
zmusiłem do pozbycia się mojej osoby przez powieszenie, bo z mego powodu strażnik miał
krwotok z nosa.

Piszę   te   słowa   dzisiaj,   roku   pańskiego   1913,   i   dzisiaj,   roku   pańskiego   1913,   leżą   ludzie

związani w kaftanach bezpieczeństwa.

Dopóki żyć będę w tym życiu i innych wcieleniach, które mi będą dane, nigdy nie zapomnę

rozstania z Redem Philadelphia tego ranka. Był on wówczas w kaftanie od siedemdziesięciu
czterech godzin.

— No i cóż, bracie, żyjesz jeszcze i chodzisz! — zawołał, gdy wyciągano mnie z celi na

background image

korytarz lochów.

— Zamilcz, Red — burknął sierżant.
— Zapomnij o tym — odpowiedział.
— Dostanę cię jeszcze w swoje ręce, Red — groził sierżant.
— Tak sądzisz? — spytał słodko Red, nim głos jego przeszedł w ryk. — Ty stara pało, nic nie

dostaniesz. Nie miałbyś śniadania, a cóż dopiero mówić o reszcie, którą masz teraz, gdyby nie
pomoc twego brata. I chyba żaden z nas nie myli się co do tego, że ta pomoc przychodzi ze
śmierdzącego miejsca.

To było wspaniałe, duch człowieka przewyższył sam siebie, nie czuł lęku przed krzywdą, jaką

mu mogło wyrządzić jakiekolwiek zwierzę tego systemu.

— No, bywaj zdrów, bracie — zwrócił się znów do mnie Red Philadelphia. — Bywaj zdrów.

Bądź grzeczny i słuchaj naczelnika. A jeżeli ich zobaczysz, powiedz, że mnie widziałeś, ale nie
widziałeś, bym uległ.

Sierżant poczerwieniał ze złości, a różne szturchańce i razy były zapłatą za żart, na jaki sobie

pozwolił Red Philadelphia.

background image

Rozdział VIII

W   samotnej   celi   numer   jeden   naczelnik   Atherton   i   kapitan   Jamie   rozpoczęli   śledztwo.

Naczelnik rzekł:

— Standing, powiedz o tym dynamicie albo wykończę cię w kaftanie bezpieczeństwa. Bywały

cięższe przypadki niż twój, a jednak dawałem sobie z nimi radę. Masz do wyboru: dynamit albo
męki.

— Sądzę więc, że będą męki — odrzekłem — bo nie wiem nic o żadnym dynamicie.
Naczelnik, rozgniewany, przystąpił niezwłocznie do czynu.
— Połóż się! — rozkazał.
Usłuchałem, gdyż poznałem już całe szaleństwo walki z trzema czy czterema silnymi ludźmi.

Zasznurowali mnie mocno i dali sto godzin. Co dwadzieścia cztery godziny pozwalano mi na
jeden   łyk   wody.  Nie   chciałem   jeść   i   nie   dawano  mi   pokarmu.   Pod   koniec   tych   stu   godzin,
Jackson, lekarz więzienny, badał kilkakrotnie mój stan fizyczny.

Lecz zanadto przyzwyczaiłem się do kaftana bezpieczeństwa w ciągu mych nieposłusznych

dni, aby jedno związanie mogło mi zaszkodzić. Oczywiście byłem osłabiony, życie uchodziło ze
mnie, lecz mięśnie moje wyuczyły się różnych sztuczek, by zdobyć trochę przestrzeni, podczas
gdy mnie związywano. Po pierwszych stu godzinach byłem zmęczony i wycieńczony, było to
wszystko, co na mnie wymusili. Po jednym dniu odpoczynku dali mi ponownie tę samą ilość
godzin. Później dali mi sto pięćdziesiąt. Znaczną część tego czasu byłem fizycznie odrętwiały,
gorączkowałem. Wysiłkiem woli osiągnąłem to, że mogłem przez długie godziny spać.

Następnie naczelnik Atherton wprowadził urozmaicenia. Dawano mi w nierównych odstępach

czasu kaftan bezpieczeństwa i odpoczynek. Nie wiedziałem, kiedy znowu nałożą mi kaftan. I tak
miałem   dziesięć   godzin   odpoczynku   i   dwadzieścia   w   kaftanie,   czasami   tylko   dawano
dwadzieścia   cztery   godziny   wytchnienia.   Drzwi   mojej   celi   niespodziewanie   w   środku   nocy
otwierały się z hałasem i dozorcy wiązali mnie na zmianie dyżuru. Czasami wprowadzano pewną
systematyczność. I tak, w ciągu trzech dni i trzech nocy miałem kolejno osiem godzin w kaftanie
i osiem bez. Potem zaś, gdy już zacząłem przyzwyczajać się do tego systemu, nastąpiła nagła
zmiana i dano mi dwa dni oraz noc bez przerwy.

Nieustannie stawiano mi to samo pytanie: Gdzie jest dynamit? Czasami naczelnik Atherton

wściekał się na mnie. Kiedy zaś znosiłem wyjątkowo silne związanie, błagał mnie prawie o
przyznanie się.

Innym   razem   obiecał   mi   trzy   miesiące   odpoczynku   i   dobrego   pożywienia   w   szpitalu,   a

następnie, po znajomości miejsce w bibliotece.

Doktor   Jackson,   słabe   stworzenie   z   nijakim   pojęciem   o   medycynie,   patrzył   na   to   ze

sceptycyzmem.   Twierdził,   że   związanie,   choćby   najdłuższe,   nigdy   mnie   nie   zabije;   to   jego
twierdzenie było dla naczelnika wyzwaniem do przedłużania próby.

— Każdy z tych nędzników z uniwersytetu samego diabła oszuka — mruczał. — Twardsi są

od  prostaków.  Przełamiemy  go  jednak.  Słuchaj,  Standing.  Wszystko,  co   przeżyłeś,   to  nic   w
porównaniu   z   tym,   co   cię   czeka.   Namyśl   się   lepiej   i   oszczędź   sobie   przykrości.   Ja   słowa
dotrzymuję. Słyszałeś, co powiedziałem: dynamit albo więzy. Nie cofam tego. Wybieraj.

— Przecież pan chyba nie myśli, że znoszę to dla przyjemności? — zdołałem wykrzutsić; w

tej chwili bowiem Pie Face Jones opierał nogę na moich plecach, aby mnie mocniej związać,
podczas gdy ja całą siłą mięśni starałem się wywalczyć trochę luźnego miejsca.

— Nie mam nic do wyznania. Dałbym sobie w tej chwili uciąć prawą rękę, byle tylko móc

zaprowadzić pana do jakiegoś dynamitu.

— Widziałem już kiedyś takich uczonych, jak ty — zadrwił. — Macie jakieś koła w głowie,

background image

które was trzymają przy jakiejś dawnej myśli. Macie narowy tak, jak konie. Mocniej Jones, nie
ściągnąłeś   nawet   do   połowy.  Standing,   jeżeli   się   nie   przyznasz,   będą   więzy.  Trwam   w   tym
postanowieniu!

Jednego   się   dowiedziałem.   W   miarę,   jak   człowiek   słabnie,   staje   się   mniej   wrażliwy   na

cierpienie. Odczuwa mniej bólu, bo mniej jest rzeczy bolesnych. Człowiek bardzo już osłabiony,
słabnie dalej powoli. Wiadomo, że wyjątkowo silny mężczyzna dotkliwiej cierpi przy zwykłej
chorobie   niż   kobieta,   czy  człowiek   chorobliwej   natury. W  miarę   wyczerpywania   zapasu   sił,
pozostaje ich mniej do stracenia. Gdy nadmiar ciała zniknie, to, które pozostało jest włókniste i
odporne. Tak też stało się ze mną, byłem już jakby organizmem z włókien, który upierał się przy
życiu.

Morrell i Oppenheimer byli pełni współczucia dla mnie, wypłakiwali swój żal i dawali rady.

Oppenheimer powiedział mi, że przeszedł to wszystko i jeszcze więcej, a jednak żyje.

— Nie daj się zabić — wystukiwał. — Nie daj się zabić, gdyż byś im tym dogodził. I nie

sypnij w czasie śledztwa.

— Kiedy nie ma czego sypać — odpowiedziałem, pukając obcasem buta w mur; miałem

wówczas na sobie kaftan bezpieczeństwa, mogłem więc rozmawiać tylko nogami.

— Nie wiem nic o tym przeklętym dynamicie.
— Dobrze — pochwalił Oppenheimer. — On ma dynamit, prawda, Ed?
Widać z tego, jakie było prawdopodobieństwo, że przekonam naczelnika Athertona o swojej

niewiedzy w sprawie dynamitu. Wytrwałość naczelnika w śledztwie zdołała przekonać człowieka
takiego, jak Jake Oppenheimer, który podziwiał siłę zamykającą mi usta.

W   pierwszym   okresie   inkwizycji   przez   kaftan   udawało   mi   się   dużo   spać.   Miewałem

nadzwyczajne   sny.   Były   one   oczywiście   żywe   i   wyraźne.   Niezwykła   była   jednak   ich
współzależność i ciągłość. Często przemawiałem na zebraniach mędrców w sprawie zagadnień
nader zawiłych, czytałem im głośno starannie opracowane rękopisy o moich własnych badaniach
lub też moje wnioski wysnute z cudzych badań i doświadczeń. Po przebudzeniu zdawało mi się,
że słyszę jeszcze dźwięk swego głosu, a na papierze widziałem całe zdania i fragmenty, które
mogłem przeczytać i się nad nimi zastanawiać, nim całość zniknęła. Muszę tutaj zaznaczyć, że
zwróciłem wówczas uwagę na dedukcyjny sposób rozumowania, którym posługiwałem się w
tych wyśnionych mowach.

Potem była ogromna działka farmy, ciągnąca się setki kilometrów na północ i południe, gdzieś

w strefie umiarkowanej, z roślinnością i fauną, zbliżoną bardzo do tej, która znajdowała się w
Kalifornii. Nie raz, nie dwa, lecz tysiące razy podróżowałem w tej krainie wyśnionej. Pragnę
zaznaczyć, że była to zawsze ta sama kraina. Żadna z jej zasadniczych cech nie ulegała zmianom
w kolejnych snach. Było to zawsze osiem godzin drogi górskimi końmi od łąki (gdzie miałem
liczne stado krów rasy Jersey) do wioski rozrzuconej nad dużym, wyschniętym strumieniem,
gdzie   wsiadałem   do   kolejki   wąskotorowej.   Zmieniający   się   krajobraz   w   tej   ośmiogodzinnej
podróży   dotyczył   tych   samych   górskich   ścieżek,   tych   samych   drzew,   potoków,   mostów   i
szczytów.

Na tej zawsze niezmiennej, wzorowej farmie z moich snów w kaftanie bezpieczeństwa drobne

szczegóły zmieniały się stosownie do pory roku i do pracy robotników. I tak, na pastwisku
położonym wyżej, za moimi łąkami założyłem nową hodowlę kóz angorskich. Tutaj zauważałem
zmiany podczas każdej mej bytności we śnie i zmiany te odpowiadały okresom czasu, które
upłynęły pomiędzy jednym przyjazdem, a drugim.

Ach, te zbocza pokryte gęstymi zaroślami! Jeszcze teraz je widzę, gdy wprowadzałem kozy.

Pamiętam doskonale dalsze zmiany; ścieżki, które zaczęły się ukazywać, gdy kozy dosłownie
wyjadały sobie drogę w gęstwinie; znikanie młodszych, mniejszych krzaków, które nie były dość

background image

wysokie, by je zupełnie wyskubać; przesmyki, które otworzyły się we wszystkich kierunkach
poprzez wyższe, starsze krzewy, w miarę, jak kozy skubały tak wysoko, jak mogły dosięgnąć,
stojąc na tylnych nogach; wzrost trawy, który nastąpił po czyszczeniu pastwiska przez kozy. Tak,
ciągłość tych snów stanowiła o ich uroku.

Nadszedł dzień, gdy ludzie usunęli siekierą wyższe zarośla, aby ułatwić kozom dostęp do liści,

pączków i kory. Nadszedł dzień, zimą, gdy suche, ogołocone szkielety tych wszystkich krzewów
zebrano w stosy i spalono. Nadszedł dzień, kiedy poprowadziłem kozy na inne stoki wzgórz,
pokryte zaroślami, a za nimi posuwało się bydło, zanurzone po kolana w soczystą, bujną trawę
pastwiska, tam, gdzie przedtem nic nie było prócz krzaków. I nadszedł dzień, kiedy popędziłem
bydło dalej, tutaj zaś przyszli parobcy z pługami, szli tam i z powrotem wzdłuż płaszczyzny
wzniesienia,   orząc   żyzny   grunt   pod   stopami,   by  rozsypać   nawóz,   a   po   nim   nasienie   moich
przyszłych plonów.

Tak, często w mych snach wysiadałem z kolejki wąskotorowej tam, gdzie znajdowała się za

dużym,   wyschniętym   strumieniem   rozrzucona   wioska,   wsiadałem   na   wóz,   ciągnięty   przez
górskie konie i przejeżdżałem w ciągu kilku godzin obok wszystkich znajomych widoków mych
łąk, do moich wyżej położonych pastwisk, gdzie dojrzewały już moje łany żyta, jęczmienia i
koniczyny, i przyglądałem się robotnikom, zajętym żniwami, podczas gdy w oddali, wspinając
się coraz wyżej, moje kozy skubały zarośla na wyższych zboczach gór, zamieniając je w czyste,
żyzne pola.

Lecz   były   to   tylko   sny,   wyraźne   sny,   wyśnione   przygody   mego   dedukcyjnego,

podświadomego umysłu. Wcale niepodobne do nich były, jak się później przekonałem, inne moje
przygody, gdy przechodziłem wrota śmierci żyjących i przeżywałem po raz drugi rzeczywistość
innych istnień, które mi były dane za innych czasów.

W ciągu wlokących się bezsennych godzin w kaftanie bezpieczeństwa myśl moja zatrzymała

się na długo nad Ce — cilem Winwoodem, poetą — fałszerzem, który lekkomyślnie sprowadził
na mnie tyle męczarni, a który już wówczas korzystał ze swobody w rozległym, wolnym świecie.
Nie, nie czułem nienawiści, to wyraz za słaby. Nie ma w mowie ludzkiej wyrazu dość silnego, by
oddać moje uczucie. Powiem tylko, że nieobce mi było pragnienie zemsty, które samo przez się
zadawało mi ból, a pragnienie to przekraczało granice mowy. Nie będę tu opowiadał, ile godzin
poświęciłem planom męczarni dla niego, ani o szatańskich sposobach i narzędziach tortury, które
obmyślałem.   Podam   tylko   jeden   przykład.   Byłem   zachwycony   dawnym   pomysłem
przywiązywania człowieka do żelaznego naczynia, do którego wkładano szczura. Jedyna droga
wyjścia dla szczura prowadziła właśnie przez człowieka. Jak już powiedziałem, bardzo mi się ten
pomysł podobał, jednak doszedłem do wniosku, że taka śmierć byłaby za szybka, toteż z lubością
myślałem o pomyśle Maurów, by… dosyć już, obiecałem o tym więcej nie mówić. Wystarczy
zupełnie, że niejedna z moich długich, bezsennych godzin spędzanych w szalonym bólu była
poświęcona marzeniom o zemście na Cecilu Winwoodzie.

background image

Rozdział IX

W ciągu długich bezsennych godzin cierpienia nauczyłem się jednego, co było niezwykle

cenne,   a   mianowicie   opanowania   ciała   przez   umysł.   Nauczyłem   się   cierpieć   biernie,   jak
niewątpliwie nauczyli się tego wszyscy ci, którzy przeszli szkołę kaftana bezpieczeństwa. O,
niełatwa to rzecz zachować taką pogodę i spokój ducha, aby zapomnieć całkowicie o drgającej,
głębokiej skardze jakiegoś zbolałego nerwu.

Właśnie to opanowanie ciała przez umysł, które osiągnąłem do takiego stopnia, dało mi moc

do wprowadzenia w czyn rady, jakiej udzielił mi Ed Morrell.

Zwolniono   mnie   właśnie   po   stu   godzinach   i   byłem   bardziej   osłabiony   niż   kiedykolwiek

przedtem. Byłem tak słaby, że chociaż moje ciało stanowiło kłębowisko ran i nędzy, nie czułem
prawie w ogóle, że mam ciało. „Myślisz, że to męczarnia?”, zapytał Ed Morrell pewnej nocy.
„Sprawia wrażenie męczarni”, odpukałem w odpowiedzi. „Uda im się złamać mnie, jeśli to tak
dalej trwać będzie”.

— Nie daj się — doradzał. — Jest sposób. Sam siego nauczyłem w lochach, gdy Messie i ja

dostawaliśmy niźle w skórę. Wytrzymałem. Messie zdechł. Gdybym się nie nauczył tej sztuki,
zdechłbym razem z nim. Powinieneś być porządnie osłabiony, nim spróbujesz. Jeśli zaczniesz,
gdy będziesz silny, to nie uda ci się i będzie jedną wielką porażką. Popełniłem błąd i nauczyłem
Jake’a tej sztuki, gdy był silny. Oczywiście nie mógł jej przeprowadzić, a potem, gdy była mu
potrzebna, było za późno, bo pierwsza próba okazała się porażką. Nawet teraz nie chce wierzyć.
Sądzi, że żartuję. Prawda, Jake?

Z celi trzynastej dało się słyszeć pukanie Jake’a.
— Nie daj się podpuścić, Darrell, to blef.
— Powiedz — zapukałem do Morrella.
— Dlatego właśnie czekałem, aż będziesz naprawdę wykończony — pukał dalej. — Teraz

tego potrzebujesz i możesz o tym usłyszeć. Masz to pod ręką. Jeśli zechcesz, możesz to uczynić.
Sam to zrobiłem trzy razy i wiem.

— Co to jest? — pukałem gorączkowo.
— Sztuka polega na tym, by umierać w kaftanie, by chcieć umrzeć. Wiem, że mnie jeszcze nie

rozumiesz, ale zaczekaj. Wiesz, jak drętwiejesz w kaftanie, jak twoje nogi i ręce zapadają się
bezwładnie. Teraz nic na to nie poradzisz, ale możesz do tego dążyć i stopniowo się w tym
doskonalić.   Nie   czekaj   aż   twoje   ręce   i   nogi   zdrętwieją.   Kładź   się   na   wznak,   możliwie
najwygodniej   i   nich   wola   zacznie   pracować.   Powinieneś   o   tym   myśleć   z   największym
natężeniem umysłu i przez cały czas wierzyć w spełnienie woli. Jeśli nie wierzysz, nic z tego nie
będzie. Masz myśleć i wierzyć, że twoje ciało to jedna istota, a duch to druga. Ty jesteś tobą, a
twoje ciało to coś, o co nie warto się troszczyć. Twoje ciało nie liczy się. Jesteś panem. Nie
potrzebujesz ciała. Myśląc i wierząc, wprowadzisz ideę w czyn za pomocą woli. Spowodujesz, że
twoje ciało umrze.

Zaczynasz od palców u nóg, po jednym na raz. Każesz twoim palcom umrzeć. Chcesz umrzeć.

A jeżeli masz wiarę i wolę, twoje palce umrą. Wszystko polega na tym, że trzeba zacząć umierać.
Gdy tylko pierwszy palec u nogi zamrze, reszta już pójdzie łatwo, wiara ci już dalej niepotrzebna.
Już wiesz. Wówczas wytężasz całą siłę woli i każesz umrzeć całemu ciału. Mówię ci, Darrell,
znam to  dobrze. Trzy razy to  robiłem.  Skoro raz  zaczniesz  umierać,  dalej   pójdzie  ci  łatwo.
Zabawny jest fakt, że jesteś jednak obecny. Pomimo że palce u nóg zamarły, ty sam nie umierasz.
Stopniowo nogi zamierają po kolana, potem drętwieje wszystko, a ty pozostajesz takim, jakim
byłeś. Tylko twoje ciało wypada z gry, częściowo, po trochu. Pozostajesz sobą, tym samym,
którym byłeś przed rozpoczęciem tego procesu.

background image

— A co dalej? Co dalej? — zapytałem.
—   Potem   całe   twoje   ciało   zamiera,   ty   jednak   istniejesz,   po   prostu   zdejmujesz   skórę   i

opuszczasz ciało. Gdy opuszczasz ciało, wychodzisz również z celi. Kamienne mury i żelazne
drzwi są dla ciała. Nie mogą zatrzymać ducha. Wtedy zobaczysz, przekonasz się. Jesteś duchem
na  zewnątrz  twego  ciała.   Możesz   oglądać   własne  ciało  z  zewnątrz.  Mówię  ci,   że  wiem,  bo
próbowałem trzy razy, patrzyłem z zewnątrz na moje ciało, leżące obok mnie.

— Ha! ha! ha! — rozległ się śmiech Jake’a Oppenheimera o trzynaście cel dalej.
— Widzisz, to całe nieszczęście Jake’a — pukał dalej Morrell.
— Nie może uwierzyć. Jedyny raz, kiedy próbował, był za silny i nie osiągnął celu. Teraz

myśli, że żartuję.

— Kiedy umrzesz, jesteś martwy, a umarli zostają martwymi — odparł Oppenheimer.
— Nie zapomnij o jednym, Darrell — pukał do mnie Morrell. To wszystko ci pochlebia. Cały

czas masz uczucie, że za wiele sobie pozwalasz. Nie umiem tego wytłumaczyć, lecz gdy byłem
poza mym ciałem, kiedy przychodzili zdjąć kaftan, miałem uczucie, że nie mogę wejść w nie z
powrotem.   Jakby  moje   ciało   miało   pozostać   martwe   na   zawsze.  Ale   nie   chciałem   robić   tej
przyjemności   kapitanowi   Jamie   i   wszystkim   innym.   Mówię   ci,   Darrell,   jeśli   potrafisz   tego
dokonać, śmiej się z naczelnika. Jeżeli chociaż raz twoje ciało umrze w ten sposób, to już ci
obojętne, jak długo będą cię w kaftanie trzymać, choćby trwało to i miesiąc. Nie cierpisz, więc i
twoje ciało nie cierpi. Były przypadki, jak wiesz, że ludzie spali przez cały rok bez przerwy. To
samo będzie się działo z twoim ciałem. Pozostanie w kaftanie bezpieczeństwa bez najmniejszego
bólu i będzie spokojnie czekało aż wrócisz.

— Spróbuj, dobrze ci radzę.
— A jeśli nie powróci? — zapytał Oppenheimer.
— To będziemy się z niego śmiali, Jake — odpowiedział Morrell. — A może on z nas, że

trzymamy się tych przeklętych lochów, skoro można tak łatwo z nich wyjść.

Tu nastąpił  koniec  rozmowy,  bo  Pie  Face  Jones  zbudził  się  nagle  z   zakazanej  drzemki   i

zagroził Morrellowi i Oppenheimerowi, że poskarży się na nich rano i założą im kaftan. Mnie nie
groził, wiedział bowiem, że i tak kaftan mnie nie minie.

Leżałem długo wśród ciszy, w całkowitym zapomnieniu o nędzy mego ciała i rozmyślałem

nad tym, co powiedział Morrell. Jak już wyjaśniałem, usiłowałem za pomocą hipnozy cofnąć się
do mych poprzednich osobowości. Wiedziałem, że udało mi się to osiągnąć tylko częściowo i że
doświadczyłem jedynie przelotnych zjaw, niewyraźnych i bez żadnej ciągłości.

Lecz   metoda   Morrella   była   tak   dalece   przeciwieństwem   mojej   autohipnozy,   że   mnie

zachwyciła. Przy mojej metodzie traciłem świadomość. Przy jego zaś, świadomość trwała do
końca, a gdy już ciała nie było, przechodziła w stan takiego uniesienia, że opuszczała ciało i
więzienie w San Quentin, ulatywała daleko, pozostając jednak świadomością. Być może wiara,
która tak łatwo mnie ogarnęła, była wynikiem mojego wielkiego osłabienia. Morrell również
wyraził   takie   przypuszczenie.   Był   to   wynik   zwykłego   doświadczenia   i   ja   również,   jak
zobaczycie, wykonałem próbę zgodnie z jego wskazaniami.

Jednak   warto   spróbować,   postanowiłem.   Pomimo   moich   nieco   sceptycznych   zapatrywań

naukowca, uwierzyłem. Nie wątpiłem, że mogę uczynić to, co Morrell wykonał trzy razy, jak
mówił.

background image

Rozdział X

Następnego ranka naczelnik Atherton wszedł do mojego lochu z zamiarem wykończenia mnie.

Razem z nim weszli kapitan Jamie, doktor Jackson, Pie Face Jones i Al Hutchins. Ten ostatni
skazany był na czterdzieści lat i miał nadzieję, że go zwolnią. W ciągu czterech ostatnich lat
cieszył się największym zaufaniem w San Quentin. Przekonacie się, że ta pozycja dawała mu
wielką władzę, gdy powiem, że samo jego wynagrodzenie oceniano na tysiąc dolarów rocznie.
Można   więc   było   przypuszczać,   że  Al   Hutchins,   posiadając   dziesięć   czy   dwanaście   tysięcy
dolarów i obietnicę uwolnienia, ślepo wykona wszystkie rozkazy naczelnika.

Powiedziałem   przed   chwilą,   że   naczelnik   Atherton   wszedł   do   mej   celi   z   zamiarem

wykończenia mnie. Wypisane miał to na twarzy. Jego polecenia zaś tylko to potwierdziły.

— Proszę go zbadać — rozkazał doktorowi Jacksonowi.
Ten  ostatni,  wstrętna  kreatura,  tylko  z  wyglądu  przypominająca  człowieka,  zdarł  ze  mnie

sztywną od brudu koszulę, której nie zmieniałem od czasu wejścia do samotnej celi i odsłonił
moje nędzne ciało, pomarszczoną skórę na żebrach, jak brunatny pergamin i okrytą ranami od
częstego   zmagania   się   z   kaftanem   bezpieczeństwa.   Całe   badanie   było   bezwstydnie
powierzchowne.

— Czy wytrzyma? — zapytał naczelnik.
— Tak — odpowiedział doktor Jackson. — Jak z sercem?
— Doskonale.
— Czy pan doktor sądzi, że wytrzyma dziesięć dni?
— Na pewno.
— Nie wierzę — oznajmił naczelnik ze złością. — Spróbujemy jednak. Kładź się, Standing.
Spełniłem rozkaz i wyciągnąłem się na rozłożonym kaftanie. Naczelnik zdawał się rozmawiać

sam z sobą.

— Obróć się — rozkazał.
Kilkakrotne wysiłki nie doprowadziły do niczego, byłem zbyt osłabiony, mogłem tylko pełzać

i dygotać w swojej bezradności.

— Udaje — zauważył Jackson.
— Nie będzie udawał, gdy się za niego wezmę — rzekł naczelnik. — Pomóżcie mu, nie mam

za dużo czasu.

Obrócili mnie na wznak w taki sposób, że patrzyłem naczelnikowi prosto w twarz.
— Standing — rzekł powoli — przedstawiłem ci to, co chcę rozwiązać. Dosyć mam twego

uporu. Cierpliwość moja się wyczerpała. Doktor Jackson twierdzi, że wytrzymasz dziesięć dni w
kaftanie bezpieczeństwa. Wiesz, co cię czeka. Ostatni raz daję ci możliwość odwrócenia całego
biegu sprawy. Powiedz, gdzie jest dynamit. W chwili, gdy będę miał go w ręku, zabiorę cię stąd.
Będziesz mógł wziąć kąpiel, ogolić się i dostaniesz czystą odzież. W ciągu sześciu miesięcy
będziesz w szpitalu, a potem zostaniesz moim zaufanym w bibliotece. Przyznasz, że nie mogę
życzliwiej się do ciebie odnieść. Do tego nie musisz nikogo oskarżać. Ty jeden w San Quentin
wiesz, gdzie jest dynamit. Nikogo nie zdradzisz, gdy to wyznasz i od chwili wyznania wszystko
będzie w porządku. W przeciwnym razie…

Przestał mówić i znacząco wzruszył ramionami.
— W przeciwnym razie w tej chwili rozpoczynasz te dziesięć dni.
Okropna   perspektywa.   Byłem   tak   osłabiony,  że   podobnie   jak   naczelnik,   nie   wątpiłem,   iż

skonam w kaftanie. Wtedy przypomniałem sobie słowa Morrella. Skorzystam z nich teraz lub
nigdy; teraz lub nigdy nadeszła chwila wypróbowania prawdy jego słów. Uśmiechnąłem się,
patrząc w oczy naczelnika Athertona. Całą tę wiarę włożyłem w ten uśmiech i w propozycję,

background image

którą mu złożyłem.

— Naczelniku — rzekłem — czy widzi pan, jak się uśmiecham? Jeżeli po upływie tych

dziesięciu dni, gdy mnie pan rozsznuruje, uśmiechnę się do pana tak, jak teraz, czy da pan
woreczek tytoniu i paczkę bibułki Morrellowi i Oppenheimerowi?

— Czyż ci uczeni ludzie nie są idiotami? — rzekł zachrypniętym głosem kapitan Jamie.
Naczelnik Atherton był cholerykiem i wziął moją prośbę za obelżywą pyszałkowatość.
— Już za samą propozycję będziesz wyjątkowo mocno związany — oznajmił.
— Proponowałem panu zawody — odparłem spokojnie — może mnie pan zasznurować jak

najciaśniej, ale  jeżeli  się  uśmiechnę  po  dziesięciu  dniach,  to  czy da  pan  tytoń  Morrellowi  i
Oppenheimerowi?

— Jesteś bardzo pewny siebie — szydził.
— Dlatego to panu proponuję — odrzekłem.
— Zachowujesz się jak wierzący, co? — drwił dalej.
— Nie — brzmiała odpowiedź. — Po prostu za wiele we mnie życia, byście mogli do końca

po nie sięgnąć. Możecie mi to zamienić na sto dni, jeśli chcecie, a gdy upłyną, uśmiechnę się do
was.

— Sądzę, że dziesięć dni to więcej niż trzeba, by z tobą skończyć, Standing.
— Nie straci pan nawet tych dwóch pięciocentówek na tytoń. W każdym razie, nie ma pan nic

do stracenia.

— Za dwa centy, w jednej chwili rozwaliłbym twoją mordę — rzucił ze złością.
— Proszę bardzo. — Byłem bezczelnie słodki. Proszę bić jak najmocniej, zostanie mi zawsze

dość   twarzy   na   uśmiech.  Tymczasem,   gdy  pan   się   waha,   może   przyjąłby  pan   moją   dziwną
propozycję.

Tylko   człowiek   nadzwyczaj   osłabiony   i   pogrążony   w   głębokiej   rozpaczy   mógł   w   tych

okolicznościach drażnić naczelnika w samotnej celi. Może spowodowane to było osłabieniem i
rozpaczą, jak również wiarą. Teraz wiem, że wierzyłem i działałem dzięki tej wierze. Wierzyłem
w to, co mówił Morrell. Wierzyłem w przewagę umysłu nad ciałem. Wierzyłem, że nawet sto dni
w kaftanie mnie nie zabije.

Kapitan Jamie widocznie wyczuł tę wiarę, która mnie ożywiła, gdyż rzekł:
— Pamiętam Szweda, który zwariował przed dwudziestu laty. To było jeszcze nie za twoich

czasów, naczelniku. Zabił człowieka w sprzeczce o dwadzieścia pięć centów i skazano go na
dożywotnie więzienie. Był kucharzem z zawodu. Stał się pobożny. Mówił, że złoty wóz zajeżdża,
aby go zabrać do nieba, siadał na brzegu kuchni rozpalonej do czerwoności i śpiewał hymny,
gotując. Ściągnęli do stamtąd, lecz dwa dni później zdechł w szpitalu. Do końca przysięgał, że
wcale nie czuł ognia. Nic nie mogliśmy z niego wyciągnąć.

— A ze Standinga wyciągniemy — rzekł naczelnik.
— Jeżeli jest pan tak pewny, to czemu nie zgadza się pan na moją propozycję? — rzuciłem

wyzwanie.

Naczelnik   był   tak   wściekły,   że   roześmiałbym   się,   gdybym   nie   był   w   tak   rozpaczliwym

położeniu. Konwulsyjnie wykrzywiał twarz. Zacisnął ręce i przez chwilę miałem wrażenie, że
rzuci się na mnie i zacznie bić. Z trudnością odzyskał panowanie nad sobą.

— Dobrze, Standing — burczał. Zgadzam się. Lecz możesz założyć się o twoje słodkie życie,

że niełatwo ci przyjdzie ten uśmiech za dziesięć dni. Obróćcie go, chłopcy i ściągnijcie tak, żeby
mu żebra trzeszczały. Hutchins, pokaż mu, że umiesz to robić.

Przewrócili mnie i ściągnęli tak, jak mnie nigdy jeszcze nie ściągano. Główny mąż zaufania

doskonale   wykazał   się   swymi   umiejętnościami.   Usiłowałem   skraść   choć   odrobinę   wolnej
przestrzeni.   Niewiele   to   było,   bo   ciało   dawno   straciłem,   a   mięśnie   moje   były   kompletnie

background image

zwiotczałe. Nie miałem ani siły, ani dostatecznej tuszy, by ukraść więcej niż odrobinę i to trochę,
co ukradłem, osiągnąłem, jestem pewien, przez rozszerzenie stawów kostnych mego korpusu. Z
tej odrobiny ograbił mnie Hutchins, który za czasów, kiedy nie cieszył  się zaufaniem władz
więziennych wyuczył się wszystkich sztuczek kaftana od jego wewnętrznej strony.

Hutchins był w głębi duszy łajdakiem lub stworzeniem, które kiedyś było człowiekiem, lecz

się stoczyło. Posiadał dziesięć czy dwanaście tysięcy dolarów i miał obiecaną wolność, jeśli
będzie słuchać rozkazów. Później dowiedziałem się, że miał dziewczynę, która dochowała mu
wierności i czekała na niego. Ten bodziec, kobieta, tłumaczy wiele zagadek w mężczyźnie.

Jeżeli ktoś kiedykolwiek rozmyślnie popełnił morderstwo, to Al Hutchins uczynił to tego

ranka w samotnej celi na rozkaz naczelnika. Ograbił mnie ze skradzionej odrobiny wolniejszego
miejsca. Ograbione zeń moje ciało było bezbronne; wówczas z nogą na mym grzbiecie, ciągnąc
lekko sznury, skrępował mnie tak, jak nigdy nikt nie zdołał tego uczynić. To skrępowanie mojej
wątłej powłoki cielesnej było tak silne, że natychmiast poczułem nadchodzącą śmierć. Ożywiał
mnie jednak cud wiary. Wiedziałem — mówię — wiedziałem, że nie skonam. Kręciło mi się w
głowie, serce waliło jak młotem, począwszy od paznokci u nóg aż po cebulki włosów na czaszce.

— To wystarczająco ciasno — ponaglał niechętnie kapitan Jamie.
— Piekielnie — rzekł doktor Jackson. — Mówię wam, nic mu  nie może zaszkodzić. To

czarownik. Powinien był dawno umrzeć.

Naczelnik Atherton z wielkim trudem zdołał wsunąć palec pomiędzy sznurówkę a moje plecy.

Przygniótł mnie nogą, przechylił się całym ciężarem swego ciała i ciągnął, lecz więzy ani na
trochę się nie rozluźniły.

— Schylam głowę przed tobą, Hutchins — rzekł. — Znasz swój fach. Obróćcie go teraz,

niech na niego spojrzę.

Przewrócił mnie znowu na wznak. Przyglądałem się im mętnym  wzrokiem. Wiem jedno,

gdyby mnie tak zasznurowano za pierwszym razem, skonałbym z pewnością w ciągu dziesięciu
minut. Lecz byłem dobrze wyszkolony. Miałem za sobą tysiące godzin w kaftanie, a poza tym
wierzyłem w słowa Morrella.

— śmiej się teraz, psiakrew, śmiej się — powiedział naczelnik. — Pokaż ten uśmiech, którym

się chwaliłeś.

Wtedy, gdy moje płuca walczyły o haust powietrza, gdy sercu groziło pęknięcie, a umysł

kołował, zdobyłem się jednak na uśmiech dla naczelnika Athertona.

background image

Rozdział XI

Trzaśnięto drzwiami, pozostałem sam, w pozycji leżącej, pozbawiony światła, którego tylko

niewielki promyk docierał do lochu. Za pomocą sposobów, które od dawna już znałem, zdołałem
przesunąć   się   po   podłodze,   o   kilka   centymetrów   za   każdym   ruchem,   aby  koniec   podeszwy
prawego buta sięgał drzwi. To już stanowiło powód do wielkiej radości. Nie byłem zupełnie sam.
Mogłem rozmawiać z Morrellem za pomocą pukania.

Naczelnik  Atherton   musiał   jednak   pozostawić   bardzo   ścisłe   rozkazy   dozorcy,  bo   chociaż

zdołałem   wezwać   Eda   Morrella   i   oznajmić   mu,   że   zamierzam   wykonać   próbę,   dozorca
przeszkodził   mu   w   odpowiedzi.   Mnie   mógł   tylko   przeklinać,   nałożono   mi   bowiem   kaftan
bezpieczeństwa na okres dziesięciu dni, byłem więc poza groźbą kary.

Pamiętam, że zwróciłem wówczas uwagę na pogodę swego umysłu. Zwykły ból, jaki zawsze

wywoływał kaftan, dotykał wyłącznie mego ciała, zaś umysł mój był tak bierny, że ból obchodził
go tak samo, jak ściany celi i podłoga, na której leżałem. Trudno było o lepsze warunki ducha i
umysłu   dla   zamierzonego   doświadczenia.   Ogromne   wyczerpanie   w   znacznym   stopniu
przyczyniło się do tego nastroju. Były jednak i inne przyczyny. Od dawna potrafiłem nie zwracać
uwagi   na   ból.   Nie   miałem   obaw   ani   wątpliwości.   Cały   mój   umysł   zamienił   się   niejako   w
niezłomną wiarę w panowanie i władzę umysłu. Była to jakby bierność snu, a jednak na swój
sposób tak pozytywna, że dochodziła prawie do granic egzaltacji.

Zacząłem koncentrować wolę. Nawet wówczas odczuwałem odrętwienie i kłucie w całym

ciele, spowodowane złym krążeniem krwi. Skierowałem wolę ku małemu palcowi prawej nogi i
chciałem, aby ten palec przestał żyć w mojej świadomości. Chciałem, żeby ten palec umarł o
tyle, o ile dotyczył mnie, jego pana, istotę całkowicie od niego odrębną. Nadeszła ciężka walka.
Morrell   ostrzegał,   że   tak   będzie.   Najmniejszy   cień   zwątpienia   nie   zachwiał   mej   wiary.
Wiedziałem, że ten palec zamrze i wiedziałem, kiedy zamarł. Stawy zamierały jeden po drugim
pod naciskiem mojej woli.

Dalej poszło łatwo, lecz przyznam, że powoli. Staw po stawie, palec po palcu, przestawały

żyć. Staw po stawie, proces zamierania postępował naprzód. Nadeszła chwila, gdy ciało moje
pod goleniami wychodziło z rejonu świadomości. Przyszedł moment, że wszystko, aż do kolan,
było martwe.

W swoim uniesieniu nie wiedziałem wcale, czy się cieszę z osiągniętego powodzenia. Jedno

tylko wiedziałem: moje ciało umierało na mój rozkaz. Wszystko, co tylko było mną spełniało to
jedyne zadanie. Wykonałem pracę tak dokładnie, jak murarz, który układa cegły i spoglądałem na
dzieło z taką prostotą, z jaką murarz patrzy na ukończoną pracę.

Po upływie godziny zamarło wszystko aż do bioder i w dalszym ciągu staw po stawie kazałem

zamierać ciału od bioder wzwyż.

Gdy doszedłem do poziomu serca, zacząłem odczuwać pierwsze cienie i pierwsze zawroty w

mej świadomości. Z obawy, iż stracę świadomość, chciałem zatrzymać śmierć już osiągniętą i
skierowałem wysiłek woli ku palcom rąk. Umysł mój rozjaśnił się znowu i śmierć rąk, aż po
ramiona, nastąpiła bardzo szybko.

Teraz całe moje ciało było nieżywe, oprócz głowy i małego kawałka piersi. Uderzenia i skoki

mego ściśniętego serca nie znajdowały już odzewu w mózgu. Serce moje biło równo, lecz słabo.
Gdybym miał odwagę cieszyć się w tej chwili, cieszyłbym się zanikiem wszystkich odczuć.

Tutaj moje doświadczenie różni się od tego, co przeżył Morrell. Wola działała automatycznie,

ogarniały mnie marzenia, podobnie, jak w stanie pomiędzy przebudzeniem a krainą sennych
marzeń. Odczuwałem niezwykłe powiększenie mózgu w głębi czaszki, której objętość pozostała
taka sama. Były jakieś krótkie przebłyski światła, jak gdybym nawet ja, pan, przestał na chwilę

background image

istnieć, a zaraz potem znowu był sobą, jak gdybym jeszcze zajmował cielesne mieszkanie, które
na mój rozkaz przestawało istnieć.

Zatrważające było pozorne powiększanie mózgu. Nie przeszedł on poza ścianę czaszki, a

jednak zdawało mi się, że jego obwód jest na zewnątrz i jeszcze się rozszerza. Jednocześnie
odczuwałem najdziwniejsze wrażenie, którego nie doświadczyłem nigdy w swoim życiu. Czas i
przestrzeń,   o   ile   stanowiły   treść   mojej   świadomości,   uległy   niezwykłemu   rozszerzeniu.   Nie
otwierając oczu, by sprawdzić, wiedziałem, że mury mojej ciasnej celi cofnęły się i utworzyły z
niej olbrzymią salę. Rozważając to, wiedziałem, że jeśli to samo dzieje się z całym więzieniem,
to zewnętrzne mury San Quentin muszą być wysunięte gdzieś w głąb Oceanu Spokojnego, z
drugiej zaś dotykać pustyni Nevada. Druga moja myśl to ta, że jeżeli materia może przenikać
materię, to mury mojej celi mogą wnikać w mury więzienia i przejść przez nie, zatem wynieść
celę z więzienia i wypuścić mnie na wolność. Były to oczywiście bardzo fantastyczne pomysły i
już wówczas zdawałem sobie sprawę, że tak jest.

Niezwykłe   było   również   rozszerzanie   czasu.   Serce   moje   uderzało   w   długich   odstępach.

Przyszła nowa myśl, liczyłem powolne sekundy pomiędzy jednym uderzeniem a drugim. Na
początku, jak zauważyłem, mijało przeszło sto sekund pomiędzy dwoma uderzeniami. W miarę
liczenia, przerwy tak się wydłużały, że liczenie zaczęło mnie męczyć.

Gdy to złudzenie rozszerzania czasu i przestrzeni przedłużało się i wzrastało, zacząłem sennie

zastanawiać się nad nowym i głębokim zagadnieniem. Morrell mówił mi, że osiągnął wolność
ciała   przez   zabicie   go   lub   przez   usunięcie   ciała   ze   świadomości,   co   właściwie   było
równoznaczne. Ciało moje było już tak bliskie zupełnej śmierci, że wiedziałem z niezachwianą
pewnością, iż przez szybką koncentrację na jeszcze żywym kawałku mej piersi, również i ten
kawałek   żyć   przestanie.   W   tym   właśnie   tkwił   problem,   a   Morrell   nie   uprzedził   mnie,   czy
powinienem   pragnąć,   by   moja   głowa   też   umarła.   Gdybym   to   uczynił,   czy   ciało   Darrella
Standinga nie byłoby martwe na zawsze, bez względu na to, co stanie się z jego duchem?

Odważyłem się uśpić pierś i powoli bijące serce. Szybki rozkaz woli został spełniony. Nie

miałem już piersi ani serca. Byłem tylko umysłem, duszą, świadomością — nazwijcie to, jak
chcecie   —   wcieloną   w   mglisty   mózg,   który   choć   ześrodkowany   w   czaszce,   był   znacznie
rozszerzony i rozszerzał się coraz bardziej poza czaszkę.

Nagle, błyskawicznie znalazłem się daleko. W oka mgnieniu przebyłem dach więzienia i niebo

Kalifornii; ujrzałem się wśród gwiazd. Specjalnie mówię „gwiazd”. Poruszałem się wśród nich.
Byłem dzieckiem. Miałem na sobie zwiewną, jakby utkaną ze śnieżnego puchu, lśniącą w środku
gwiaździstej   nocy   szatę.   Szata   ta   przypominała   mi   oczywiście   ubrania   aktorów   cyrkowych,
których widywałem w dzieciństwie, i moje dziecinne wyobrażenie o szatach anielskich.

W każdym razie, odziany w taką szatę stąpałem w przestrzeni pomiędzy gwiazdami, unoszony

radością,   że   wyruszyłem   na   poszukiwanie   przygód,   by   na   mecie   odnaleźć   wszystkie   prawa
kosmiczne i poznać najwyższą tajemnicę wszechświata.

W ręku trzymałem długą różdżkę ze szkła. Czułem się zmuszony dotykać końcem tej różdżki

każdej   mijanej   gwiazdy.  Wiedziałem   z   niezbitą   pewnością,   że   gdybym   opuścił   choć   jedną,
zostałbym strącony w jakąś niezgłębioną przepaść niepojętej i wiecznej winy oraz kary.

Długo   trwało   to   badanie   gwiazd.   Gdy   mówię   „długo”,   musicie   pamiętać   o   ogromnym

rozszerzeniu   czasu,   jakie   dokonało   się   w   mym   umyśle.   Całe   wieki   stąpałem   w   przestrzeni,
niestrudzone oko kierowało ręką, ta zaś uderzała końcem różdżki mijaną gwiazdę. Droga była
coraz jaśniejsza. Niewymowny cel nieskończonej mądrości był coraz bliższy. Nie pomyliłem się
jednak. Indywidualność moja nie była inna. Ale nie było to moje własne doświadczenie. Cały
czas zdawałem sobie sprawę, że to ja, Darrell Standing, przechadzam się wśród gwiazd i uderzam
je różdżką ze szkła. Jednym słowem, wiedziałem, że nie było tu nic prawdziwego, nic, co by

background image

kiedykolwiek istniało lub mogło istnieć. Wiedziałem, że to tylko dziwaczna gra wyobraźni, którą
ludzie przechodzą w pijackich snach, w gorączce, a nawet w zwykłej drzemce. Następnie, gdy w
badaniu niebios wszystko układało mi się jak najlepiej, różdżka w mej ręce nie dotknęła jednej
gwiazdy i natychmiast zrozumiałem, że popełniłem przestępstwo. W jednej chwili poczułem
silne i stanowcze uderzenie, niewzruszone i rozkazujące, jak nieubłagany wyrok, które odrzuciło
mnie przez wszechświat. Cały gwiaździsty system zamigotał, zachwiał się i rozpalił płomieniem.

Poczułem niezwykłą i przerywaną agonię. W ułamku sekundy stałem się znów Darrellem

Standingiem,   skazanym   na   dożywotnie   więzienie,   leżałem   w   samotnej   celi   w   kaftanie
bezpieczeństwa. Znałem bezpośrednią przyczynę tego wezwania. Było nią pukanie Eda Morrella
w celi piątej, który zaczynał sylabizować jakąś rozmowę.

Chciałbym trochę wytłumaczyć to rozszerzenie czasu i przestrzeni, którego doświadczyłem.

W kilka dni później spytałem Morrella, co chciał mi wtedy powiedzieć. Pytał o zwykłą rzecz, a
mianowicie: „Standing, czy tu jesteś?” Pukał szybko, korzystając z faktu, że dozorca był w
drugim końcu korytarza, w którym znajdowały się cele. I nagle! Pomiędzy pierwszym a drugim
uderzeniem uleciałem i stanąłem wśród gwiazd, odziany w śnieżne szaty, dotykając każdej z
nich,   gdy  mijałem   je   w   pogoni   za   formułą,   która   wyjaśniłaby   tajniki   całego   życia;   jak   już
powiedziałem,   badania   te   trwały   całe   wieki.   Wówczas   przyszło   wezwanie,   piętno   wyroku,
niezwykła przerywana agonia i znalazłem się z powrotem w swojej celi w San Quentin. Wtedy
nastąpiło drugie stuknięcie Eda Morrella. Przerwa między tymi dwoma uderzeniami nie mogła
wynosić więcej niż jedną piątą sekundy. Jednak rozszerzenie czasu było dla mnie tak niepojęte i
tak ogromne, że w ciągu tej jednej piątej sekundy uleciałem w zaświaty i włóczęga wśród gwiazd
trwała wieki.

Wiem teraz, czytelniku miły, że to, co opowiedziałem, wydaje ci się majaczeniem. Zgadzam

się z tobą. To jest majaczenie. Było to jednak doświadczenie. Dla mnie równie prawdziwe jak
żmija, którą widzi człowiek w delirium tremens.

Pukanie mogło zabrać Edowi Morrellowi najwyżej dwie minuty, gdy stawiał mi to pytanie.

Dla mnie minęły one pomiędzy pierwszym a ostatnim jego uderzeniem. Nie mogłem już stąpać
po mej gwiezdnej ścieżce z ową niewymowną pierwotną radością, gdyż drogę moją napiętnował
lęk przed nieuniknionym wezwaniem, które miało mnie unieść i oderwać, jak stało się to istotnie,
i rzuciło mnie z powrotem w piekło kaftana bezpieczeństwa. Moje eony wędrówki wśród gwiazd
były więc eonami strachu.

Wiedziałem   przez   cały   czas,   że   to   pukanie   palców   Eda   Morrella   przywiązuje   mnie   tak

okrutnie do ziemi. Próbowałem przemówić do niego i prosić, by przestał. Lecz tak całkowicie
wyjąłem moje ciało spod władzy świadomości, że nie mogłem go wskrzesić. Ciało moje leżało
martwe   w   kaftanie,   pomimo   że   wciąż   jeszcze   moja   świadomość   przebywała   w   przestrzeni
czaszki.   Na   próżno   usiłowałem   nakazać   nodze,   by   wypukała   Morrellowi   tych   kilka   słów.
Wydawało mi się, że mam nogę. Jednak próbę posunąłem tak daleko, że już nie miałem nogi.

Następnie — i dziś wiem, że dlatego, iż Morrell wypowiedział całe zdanie — szedłem dalej

wśród gwiazd i nie zostałem odwołany. Później, w jednej chwili dotarło do mnie, jak przez mgłę,
że zasypiam i był to sen pełen rozkoszy. Od czasu do czasu poruszałem się leniwie, zauważ
czytelniku: poruszałem się. Ruszałem nogami i rękami. Odczuwałem dotyk czystego, miękkiego
płótna   pościeli.   Ciało   moje   czuło,   że   mu   dobrze.   To  była   rozkosz!   Podobnie,   jak   człowiek
spragniony marzy na pustyni o szmerze źródła i płynących strumykach, tak ja marzyłem o uldze
w   skrępowaniu   kaf   ta   —   na,   o   czystości   zamiast   brudu,   o   aksamitnie   miękkim,   zdrowym
naskórku zamiast mej nędznej, jak pergamin pomarszczonej powłoki; śniłem jednak z pewną
zmianą, o czym zaraz się dowiesz.

Ocknąłem się. Byłem całkowicie przebudzony, chociaż nie otwierałem oczu. Wszystko, co

background image

potem się zdarzyło nie było dla mnie zaskoczeniem. Wszystko było naturalne i oczekiwane.
Byłem sobą, bądź tego pewny. Lecz nie byłem Darrellem Standingiem. Darrell Standing nie miał
więcej wspólnego z człowiekiem, którym byłem, niż pergaminowo pomarszczony naskórek z
chłodną, miękką skórą, którą miałem na sobie. Nic nie wiedziałem o żadnym Darrellu Standingu
i nie mogłem wiedzieć, zważywszy, że Darrell Standing nie przyszedł jeszcze na świat i wieki
miały upłynąć do dnia jego narodzin. Dowiesz się o tym później.

Leżałem z zamkniętymi oczyma, nasłuchując leniwie. Z zewnątrz dawał się słyszeć tupot

wielu końskich kopyt, posuwających się w szeregu po kamienistym bruku. Z brzęku metalowych
części zbroi ludzi i koni zorientowałem się, że ulicą pod moimi oknami przechodzi jakiś orszak.
Zastanawiałem się leniwie, kto to może być. Dochodził skądś — wiedziałem, że z podwórza
zajazdu — tupot i brzęk podków i niecierpliwe rżenie, które rozpoznawałem: było to rżenie mego
wierzchowca, czekał na mnie.

Rozległy się kroki i ruch, kroki wyraźne, ostrzegawcze, przyciszone, a jednak rozmyślnie

głośne z zamiarem zbudzenia mnie, na wypadek, gdybym jeszcze spał. Uśmiechnąłem się do
siebie, dostrzegając ten fortel.

— Pons — rozkazałem, nie otwierając oczu — wody, zimnej wody, szybko, całe potoki. Za

długo piłem wczoraj w nocy i teraz zaschło mi w gardle.

— I za długo spałem dzisiaj — zrzędził, podając mi wodę, którą już miał w ręku.
Usiadłem, otworzyłem oczy i podniosłem dzban do ust obydwoma rękami. Pijąc, patrzałem na

Pons’a.

Zauważ dwie rzeczy, czytelniku miły. Mówiłem po francusku, nie zdawałem sobie sprawy, że

mówię po francusku. Dopiero później, po powrocie do celi, gdy przypominałem sobie to, co teraz
opowiadam, uświadomiłem sobie, że mówię po francusku i mówiłem dobrze.

Co do mnie, to ja, Darrell Standing, piszący obecnie te słowa na oddziale morderców w

więzieniu w Folsom, umiem po francusku tyle, ile umieją w szkołach, czyli wystarczająco, aby
móc   czytać.   Jeżeli   zaś   chodzi   o   rozmowę,   to   z   moją   znajomością   tego   języka   jest   ona
niemożliwa.   Potrafię   zaledwie   wymówić   nazwy   potraw   znajdujące   się   w   restauracyjnym
jadłospisie.

Powróćmy jednak do opowiadania. Pons był dobrodusznym, zasuszonym starcem. Urodził się

w naszym domu, wiem o tym, bo zdarzyło się, że tego dnia właśnie, który opisuję, była o tym
wzmianka. Pons miał sześćdziesiąt lat. Zębów prawie nie miał i pomimo znacznie krótszej jednej
nogi, przez co kulał, był żwawy i poruszał się nerwowo. Był też bezczelnie poufały. Dlatego, że
sześćdziesiąt   lat   służył   w   mojej   rodzinie.   Był   sługą   mego   ojca,   nim   jeszcze   nauczyłem   się
chodzić, a po jego śmierci rozmawiałem z Pons’em (tego dnia właśnie), by pozostał u mnie na
służbie. Okulał na polu walki we Włoszech, podczas konnej szarży. Wyciągnął mojego ojca spod
końskich kopyt, a sam został złapany, rzucono go o ziemię i podeptano. Ojciec mój przytomny,
ale bezwładny wskutek odniesionych ran, patrzył tylko na to. Tym sposobem, jak mówiłem, Pons
uzyskał prawo do bezczelnej poufałości i prawa tego syn mego ojca nie mógł mu odmówić.

Pons potrząsnął głową, gdy wypiłem wszystko.
— Czy słyszałeś, jak kipiała? — zaśmiałem się, oddając mu pusty dzban.
— Zupełnie, jak ojciec — rzekł smutno. — Lecz pana ojciec dożył tego, że się poprawił,

wątpię, by pan poszedł za jego przykładem.

—   Zachorował   na   żołądek?   —   żartowałem.   —   I   tak   jeden   łyk   spirytusu   wszystko

poprzewracał. Mądrość nakazywałaby nie pić, gdy dzban nie może płynu pomieścić.

Podczas rozmowy Pons przyniósł do łóżka ubranie na ten dzień.
— Pij, panie — odparł. — Nic ci zaszkodzić nie może. Umrzesz ze zdrowym żołądkiem.
— Czy sądzisz, że mam żołądek podbity żelazem? — Udawałem, że go nie rozumiem.

background image

—   Sądzę   —   zaczął   szybko   z   niezadowoleniem,   przerwał,   zrozumiał   bowiem   mój   żart   i

wydymając zmarszczone usta, układał na krześle mój nowy płaszcz sobolowy. — Osiem tysięcy
dukatów — szydził. — Tysiąc kóz i sto tłustych wołów w płaszczu, abyś nie zmarzł. Z dziesięć
folwarków na pięknym karku mego pana.

— W tym sto pięknych farm ze znajdującym się na nich zamkiem albo z dwoma, nie mówiąc

już może o pałacu — rzekłem, wyciągając rękę, by dotknąć krótkiego miecza, który właśnie kładł
na krześle.

— To zdobył twój ojciec własnymi rękami — odparł Pons.
— Lecz co twój ojciec zdobył, to zatrzymał przy sobie.
Tu Fons przerwał i spojrzał z pogardą na moją szatę ze szkarłatnego atłasu, wspaniały strój,

który nabyłem.

—   Sześćdziesiąt   dukatów   za   to   —   zrzędził   Pons.   —   Twój   ojciec   wysłałby   wszystkich

krawców i żydów z krajów chrześcijańskich, by smażyli się w piekle, zanim zapłaciłby taką cenę.

Podczas gdyśmy się ubierali, to znaczy, gdy Pons pomagał mi ubierać się, żartowałem z niego

w dalszym ciągu. — Widzę, że nie słyszałeś nowiny, Pons — rzekłem chytrze.

Nastawił uszu, jak stary plotkarz, którym był.
— Ostatnie nowiny? — zapytał. — Może nowiny z dworu angielskiego?
— Nie — potrząsnąłem głową. — Może nowiny dla ciebie, lecz stare rzeczy dla wszystkich.

Nie słyszałeś? Filozofowie greccy szeptali je prawie dwa tysiące lat temu. To dla tych nowin
właśnie wkładam na siebie dwadzieścia tłustych ferm, żyję we dworze i staję się elegantem.
Widzisz Pons, świat to najgorsze miejsce, życie okropnie smutne, wszyscy ludzie umierają, a gdy
umrą…  no,  to   nie  żyją.  Otóż  dla  uniknięcia   zła   i  smutku,  ludzie  dzisiejsi   szukają   wrażeń   i
zaspokojenia zmysłów.

— A nowiny, panie? O czym tak dawno szeptali filozofowie?
— Że Bóg umarł, Pons — odparłem uroczyście. — Nie wiedziałeś o tym? Bóg umarł i ja

wkrótce umrę, i noszę dwadzieścia tłustych ferm na karku.

— Bóg żyje — stwierdził Pons gorąco. — Bóg żyje i zbliża się Jego Królestwo. Mówię ci,

panie, zbliża się. Może nie dalej niż jutro nastąpi koniec świata.

—   Tak   mówili   w   dawnym   Rzymie,   Pons,   gdy   Neron   uczynił   z   nich   pochodnie,   by

przyświecały jego zabawom.

Pons spojrzał na mnie z politowaniem.
— Za wiele nauki to choroba — skarżył się. — Zawsze byłem temu przeciwny. Lecz musisz

zawsze czynić, co zechcesz i ciągnąć mnie, starego, za sobą, uczysz się astronomii i liczb w
Wenecji, poezji i wszystkich włoskich głupstw we Florencji, astrologii w Pizie i Bóg wie czego
jeszcze w tym kraju wariatów, w Niemczech. Głupoty, filozofia! Powiadam ci, panie, ja, Pons,
sługa twój, stary człowiek, który nie odróżni litery od drzewca szpilki, powiadam ci, Bóg żyje i
nie minie wiele czasu, gdy staniesz przed Jego obliczem. — Zatrzymał się i po chwili namysłu
dodał: — On tu jest, ten ksiądz, o którym mówiłeś.

W tej chwili przypomniałem sobie to, że się wcześniej umówiłem.
— Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? — spytałem gniewnie.
— Co to szkodzi? — Pons wzruszył ramionami. — Czy nie czekał i tak dwie godziny?
— Dlaczego mnie nie zawołałeś?
Popatrzył na mnie krytycznym, zamyślonym wzrokiem.
— A ty rzuciłeś się na łóżko i krzyczałeś, jak kogut sing kuku: sing kuku, sing kuku, kuku,

sing kuku.

Przedrzeźniał   mnie,   powtarzając   bezsensowną   zwrotkę   falsetem,   świdrującym   uszy.

Niewątpliwie powtarzałem to w drodze do łóżka.

background image

— Masz dobrą pamięć — zauważyłem sucho, starając się nakryć ramiona nowym płaszczem

sobolowym, nim go rzuciłem Pons’owi, by odłożył go na bok. Potrząsnął głową z kwaśną miną.

— Nie trzeba pamięci, skoro ryczałeś to z tysiąc razy, aż wreszcie połowa gości z zajazdu

zaczęła się dobijać do drzwi, żeby cię skarcić, że im spać nie dajesz. A gdy nareszcie położyłem
cię   przyzwoicie   do   łóżka,   czyż   nie   wezwałeś   mnie   i   nie   rozkazałeś,   gdy   diabeł   przyjdzie,
powiedzieć mu, że pan śpi? I czy nie wezwałeś mnie po raz drugi, chwytając za rękę tak, że dziś
jeszcze jest zbolała i sina, nie rozkazałeś, jeśli dbam o życie, tłuste mięso i ciepłe ognisko, nie
budzić ciebie, jak tylko dla jednego?

— Tak było? — nagliłem, nie mogłem bowiem za nic w świecie zgadnąć, co mówiłem.
— Serce czarnego myszołowa, powiedziałeś, imieniem Martinelli — nie wiem, kto to taki —

serce Martinelliego dymiące na złotym półmisku. Półmisek musi być złoty, rzekłeś i kazałeś,
bym cię obudził, śpiewając: sing kuku, sing kuku, sing kuku. Wtedy zacząłeś mnie uczyć, jak
mam śpiewać: sing kuku, sing kuku, sing kuku.

Gdy tylko Pons wymienił nazwisko, wiedziałem natychmiast, że to ksiądz Martinelli przez

dwie śmiertelne godziny zbijał obcasy w sąsiednim pokoju.

Gdy   Martinelli   wszedł   do   pokoju   i   przywitał   mnie   tytułem   i   nazwiskiem,   wiedziałem

natychmiast, jak się nazywam i wszystkie inne detale. Byłem hrabią Guillaume de Sainte–Maure.
(Widzicie, mogłem wiedzieć i potem pamiętać tylko to, co było w świadomości mego umysłu).

Ksiądz   był   Włochem,   czarny   i   drobny,   wychudzony   jakby   przez   post   lub   przez   jakiś

pożerający go głód nie z tego świata, ręce miał małe i długie, podobne do rąk kobiecych. A oczy!
Były   ostre   i   niedowierzające,   wąsko   rozcięte,   o   ciężkich   powiekach,   ostre   jak   u   łasicy,   a
jednocześnie niedołężne, jak u jaszczurki wygrzewającej się na słońcu.

— Zaszła duża zwłoka, hrabio de Sainte–Maure — zaczął szybko, gdy Pons na me spojrzenie

opuścił komnatę. — Ten, komu służę, niecierpliwi się.

— Zmień nutę, księże — przerwałem gniewnie. — Pamiętaj, że teraz nie jesteś w Rzymie.
— Mój dostojny pan… — zaczął.
— Rządzi dostojnie w Rzymie, być może — przerwałem mu znowu. — Tutaj jest Francja.
Martinelli   lekko   i   cierpliwie   wzruszył   ramionami,   lecz   jego   wzrok   lśniący,   jak   wzrok

bazyliszka mówił coś wręcz przeciwnego.

— Mój dostojny pan zna czyny Francji — rzekł spokojnie. — Dama nie dla was, mój pan ma

inne zamiary… — zwilżył językiem swe wąskie usta. — Inne zamiary dla damy… i dla was.

Gdy wspomnę damę, wiedziałem oczywiście, że ma na myśli wielką księżnę Filipinę, wdowę

po Geoffreyu, ostatnim księciu Akwitanii. Lecz wielka księżna Filippa była kobietą młodą i
wesołą, piękną i, na Boga! dla mnie stworzoną.

— Jakie są zamiary? — spytałem śmiało.
— Głębokie i szerokie, hrabio de Sainte–Maure, za głębokie i za szerokie, bym ośmielił się je

przemknąć, a tym bardziej je znać i mówić o nich z wami lub z kimkolwiek innym.

—   Tak,   wiem,   zbliżają   się   wielkie   rzeczy,  a   błotniste   robactwo   kłębi   się   pod   ziemią   —

rzekłem.

— Mówiono mi, że jesteś uparty, lecz spełniam otrzymany rozkaz.
Martinelli podniósł się, by mnie opuścić, ja również wstałem.
—   Mówiłem,   że   to   się   na   nic   nie   zda   —   ciągnął   dalej.   —   Dano   ci   jednak   ostatni   raz

możliwość zmiany zdania. Mój dostojny pan postępuje z tobą nadzwyczaj łagodnie.

— No, dobrze, pomyślę o tym — odparłem lekko, żegnając się z księdzem przy drzwiach.
Na progu nagle zatrzymał się.
— Czas do namysłu minął — rzekł. — Przyszedłem po decyzję.
— Pomyślę o tym — powtórzyłem, a następnie, po namyśle dodałem:

background image

— Jeżeli plany damy niezgodne są z moimi, być może wówczas plany twego pana odniosą

skutek, jakiego pragnie. Bowiem pamiętaj księże, on nie jest moim panem.

— Nie znasz mego pana — rzekł uroczyście. — I nie pragnę go znać — odparłem.
Słyszałem   cichy,   lekki   krok   księdza   —   intryganta   schodzącego   w   dół   po   skrzypiących

schodach.

Gdybym wchodził w drobne szczegóły wszystkiego, co widziałem tego dnia i tej nocy, kiedy

byłem hrabią Wilhelmem de Sainte–Maure, dziesięć ksiąg takich, jak ta nie ogarnęłoby całości.
Wiele pominę milczeniem, opuszczę wręcz prawie wszystko, gdyż nie słyszałem nigdy, by odło
—   żono   wykonanie   wyroku   na   skazanym   po   to,   aby   mógł   on   dokończyć   swój   pamiętnik,
przynajmniej nie w Kalifornii.

Gdy tego dnia wyjechałem konno na przejażdżkę, ujrzałem Paryż minionych wieków. Wąskie

ulice były skandalicznie brudne, pełne błota. Miałem jednak nie pisać o wszystkim. Opuszczę
więc wydarzenia popołudniowe, całą przejażdżkę konno poza wałami, wielkie przyjęcie wydane
przez Hugona de Meunga, biesiadę i pijaństwo, w których niechętnie brałem udział. Opiszę tylko
koniec przygody, zaczynającej się w chwili, gdy żartowałem z Filippą we własnej osobie —
Boże, jaka ona cudownie piękna. Wielka pani, tak, lecz przede wszystkim kobieta, zawsze i teraz,
kobieta.

Śmiech  nasz i  żarty  rozbrzmiewały  wesoło,  wokół  nas krążył  rozbawiony tłum,  pod tym

żartem jednak kryła się głęboka powaga mężczyzny i kobiety, którzy weszli już dość daleko na
próg miłości, a jednak nie byli zbyt pewni siebie wzajemnie. Nie będę jej opisywał. Była niska,
prześlicznie   szczupła…   lecz   zacząłem   opisywać   jej   postać.   Jednym   słowem,   była   dla   mnie
jedyną kobietą na całym świecie i nie podejrzewałem, że długa ręka szarego starca w Rzymie
może trafić przez Europę pomiędzy tę kobietę i mnie.

Włoch Fortini oparł się o moje ramię i szepnął:
— Ktoś chce z tobą rozmawiać.
— Ten ktoś musi zaczekać, jak długo mi się spodoba — odparłem krótko.
— Nie czekam, żeby się komuś podobało — brzmiała równie krótka jego odpowiedź.
Krew we mnie zakipiała, przypomniał mi się ksiądz Martinelli i szary starzec w Rzymie.

Sprawa była jasna. Była przemyślana. To była długa ręka. Fortini patrzał na mnie ze spokojnym
uśmiechem, ja zaś przystanąłem na moment, by pomyśleć, lecz jego uśmiech był obelżywy.

Należało   właśnie   wówczas   zachować   zimną   krew.  Lecz   stary   gniew   zaczął   się   we   mnie

burzyć. To było dzieło księdza. Ten Fortini, zubożały szlachcic, który stracił, prócz szlachectwa,
wszystko, słynął jako najlepszy szermierz na miecze, jaki kiedykolwiek przybył z Włoch w ciągu
kilkudziesięciu ostatnich lat. Dzisiaj zjawił się Fortini. Jeśli nie wykona rozkazu szarego starca,
jutro będzie inny miecz, następnego jeszcze inny. Gdyby i temu sądzone było zginąć, mógłbym
spodziewać się pchnięcia sztyletem w plecy przez zwykłego zbója lub płynu zwykłego truciciela
w winie, mięsie lub w chlebie,

— Jestem zajęty — rzekłem. — Odejdź.
— Mam do ciebie pilną sprawę — brzmiała odpowiedź. Bezwiednie podnieśliśmy nieco głos i

Filippa usłyszała.

—   Odejdź,   psie   włoski   —   rzekłem.   —   Nie   szczekaj   pod   mymi   drzwiami.   Zaraz   cię

wysłucham.

— Księżyc wzeszedł — powiedział. — Trawa jest sucha i doskonała. Nie ma rosy. Za stawem

rybnym, o lot strzały na lewo, jest dość miejsca, cicho tam i spokojnie.

— Zaraz będzie, jak chcesz — szepnąłem z niecierpliwością.
On jednak wciąż stał u mego boku.
— Zaraz — rzekłem. — Zaraz ci służę.

background image

Wówczas przemówiła Filippa, z całą odwagą i żelaznym spokojem, jakie ją cechowały.
—   Uczyń   zadość   życzeniu   pana,   Sainte–Maure.   Usłuż   mu   zaraz.   Niech   ci   szczęście

towarzyszy.  —   Przestała   mówić,   skinęła   na   swego   wuja,   Jana   de   Joinville’a,   który  właśnie
przechodził.   Był   to   wuj   ze   strony   matki   z   rodu   Joinville’ów   andegaweńskich.   —   Niech   ci
szczęście towarzyszy — powtórzyła i pochyliła się ku mnie, aby szepnąć: — Serce moje idzie za
tobą, Sainte–Maure. Pospiesz się. Oczekuję cię w wielkiej sali.

Byłem w siódmym niebie. Stąpałem w przestworzach. Było to pierwsze szczere wyznanie

miłości. To błogosławieństwo dało mi tyle siły, że mógłbym zabić dziesięciu Fortinich i rozdusić
w palcach dziesięciu starców w Rzymie.

Jan de Joinville zniknął w tłumie z Filippą, Fortini zaś i ja błyskawicznie ustaliliśmy warunki.

Rozeszliśmy  się,   mieliśmy  znaleźć   sobie   świadków,  a   następnie   spotkać   się   w   umówionym
miejscu za stawem rybnym.

Spotkałem Roberta Lanfranca, potem Henryka Bohemonda. Wcześniej jeszcze natknąłem się

po drodze na chorągiewkę, która wskazała kierunek wiatru i zapowiadała wichurę. Był nią Guy
de Villehardouin, niewyrobiony młodzieniec z prowincji, który pierwszy zjawił się na dworze;
był mimo wszystko twardym kogucikiem. Miał rude włosy. Oczy niebieskie i małe, jakby silnie
przymrużone,   czerwone   białka,   a   skóra   jego,   jak   zawsze   u   takich   typów   była   czerwona   i
piegowata. Wyglądał okropnie.

Gdy przechodziłem obok niego, popchnął mnie gwałtownie. Uczynił to oczywiście celowo.

Rzucił się ku mnie, ręką sięgnął po szpadę.

—   Zaiste   —   pomyślałem   —   szary  starzec   ma   liczne   i   dziwne   narzędzia,   a   jednocześnie

ukłoniłem   się   kogucikowi,   mówiąc:   —   Przepraszam   za   mą   niezręczność.   To   moja   wina.
Przepraszam, Villehardouin.

Nie   uspokoił   się   jednak   tak   łatwo.   Gdy   wyrażał   swe   oburzenie,   dostrzegłem   Roberta

Lanfranca, skinąłem na niego i opowiedziałem, co zaszło.

— Sainte–Maure dał ci zadośćuczynienie — orzekł. — Przeprosił cię.
—   Istotnie,   tak   —   przerwałem   najsłodszym   głosem,   na   jaki   mogłem   się   zdobyć.   —   I

przepraszam cię raz jeszcze, Villehardouin, za mą bardzo wielką niezręczność. Przepraszam cię
po tysiąckroć. Wina jest moja, aczkolwiek mimowolna. Uczyniłem to niechcący, spiesząc się na
umówione spotkanie, byłem nadzwyczaj niezręczny, lecz bez zamiaru potrącenia cię.

Cóż innego mógł zrobić bałwan, jak przyjąć wyjaśnienie, dane mu dobrowolnie? Wiedziałem

jednak, idąc spiesznie obok Lanfranca, że w ciągu najbliższych dni lub godzin, ten zapaleniec
dołoży wszelkich starań, byśmy mogli się ze sobą zmierzyć.

Lanfrancowi nie udzielałem innych wyjaśnień, tylko tyle, że jest mi potrzebny, nie zależało

mu też na dalszym zgłębianiu sprawy. Był on młodzieńcem najwyżej dwudziestoletnim, lecz znał
broń,   walczył   w   Hiszpanii   i   miał   zaszczytną   sławę   dobrego   szermierza.   Jego   czarne   oczy
zaświeciły   się,   gdy   usłyszał,   co   ma   się   odbyć   i   tak   był   przejęty,  że   sam   wezwał   Henryka
Bohemonda, aby się do nas przyłączył.

Gdy przybyliśmy na miejsce, Fortini oczekiwał już nas w gronie dwóch przyjaciół. Jednym z

nich  był   Feliks  Pasquini,  siostrzeniec   kardynała   o  takim  samym   nazwisku,  który cieszył  się
dużym zaufaniem swego wuja, podobnie jak i wuj cieszył się dużym zaufaniem u szarego starca.
Drugim był Raul de Goncourt, którego obecność nieco mnie zdziwiła, był bowiem człowiekiem
zbyt dobrym i szlachetnym, jak na grono swoich towarzyszy.

Złożyliśmy przepisowy ukłon i przystąpiliśmy do dzieła, zgodnie z regulaminem. Nie było to

dla nas nic nowego. Teren był dobry, jak powiedziano. Nie było rosy. Księżyc pięknie świecił,
miecze Fortiniego i mój rozpoczęły poważną grę, której stawką było życie.

Wiedziałem   jedno,   że   chociaż   uchodziłem   we   Francji   za   dobrego   szermierza,   Fortini   był

background image

jeszcze lepszy. Wiedziałem także, że serce mej pani było przy mnie tej nocy i że tej nocy, dzięki
mnie, będzie o jednego Włocha mniej na świecie. Mówię, że to wiedziałem. Nie miałem żadnych
wątpliwości, co do wyniku. Gdy krzyżowaliśmy szpady, zastanawiałem się, w jaki sposób go
zabić. Nie miałem ochoty na długą walkę. Szybko i skutecznie, taka była moja dewiza. Do tego
jeszcze,   po   całych   miesiącach   zabawy   i   śpiewu   „sing   kuku,   sing   kuku,   sing   kuku”   w
nieodpowiednich   godzinach,   wiedziałem,   że   warunki   są   nieodpowiednie   do   długiej   walki.
Postanowiłem walczyć szybko i skutecznie.

Lecz szybko i skutecznie nie było sprawą łatwą z tak wytrawnym szermierzem, jak Fortini.
W dodatku los chciał, że Fortini zawsze zimny, niestrudzony, pewny i powolny przy takich

sprawach, jak wieść głosiła, tej nocy też wybrał metodę szybko i skutecznie.

Sprawa   była   drażliwa   i   działała   na   nerwy,   gdyż   zrozumiałem   jego   zamiar   spiesznego

załatwienia mnie, on też wyczuł moje postanowienie. Wątpię, bym mógł to uczynić, gdybyśmy
ścierali się w biały dzień, a nie w noc księżycową. Zmierzch mi sprzyjał. Pomogło mi również to,
że odgadłem jego zamiar o chwilę wcześniej. Był to atak na czas, pospolity, lecz niebezpieczny
podstęp,   znany   każdemu   nowicjuszowi.   Niejeden   dobry   szermierz,   który   chwytał   się   tego
sposobu, padł na polu walki. Jest tak niebezpieczny dla tego, który się do niego ucieka, że na
ogół szermierze go nie lubią.

Biliśmy się minutę, a już domyśliłem się z jego szybkiego, błyskotliwego napadu, że Fortini

zmierzał do ataku na czas. Żądał ode mnie cięcia nie dlatego, by je odparować, lecz aby je
przedłużyć   i  uchylić   zwykłym   lekkim   obrotem  rękojeści,   kierując   ku   mnie   ostrze   szpady  w
chwili,   gdy   ciało   moje   pochyli   się   naprzód   przy   zadawaniu   ciosu.   Drażliwa   sprawa,   och,
drażliwa, nawet przy najlepszym świetle. Gdyby chybił o ułamek sekundy za wcześnie, byłbym
ostrzeżony   i   uratowany.   Gdyby   chybił   o   ułamek   sekundy   za   późno,   dosięgłoby   go   moje
pchnięcie.

Szybko  i   skutecznie,   tak?   —  myślałem.  —  Dobrze  Włochu,   przyjacielu,  będzie  szybko  i

skutecznie, ale przede wszystkim będzie szybko.

Był to do pewnego stopnia atak przeciwko atakowi na czas, lecz wystrychnę go na dudka, bo

ten czas będzie więcej niż szybki. I działałem szybko. Jak wspomniałem, walczyliśmy zaledwie
minutę,   gdy   stało   się.   Szybko?   Moje   natarcie   i   pchnięcie   były   równoczesne.   Zdarzyły   się
błyskawicznie. Mogę przysiąc, że moje natarcie i pchnięcie były o ćwierć sekundy szybsze, niż
wydaje   nam   się   to   możliwe.   Zyskałem   ćwierć   sekundy.  Fortini   usiłował   odbić   mą   szpadę   i
nadziać mnie na swoją o te ćwierć sekundy za późno. Tymczasem szpada została odbita. Mignęła
mi przy piersi i znalazła się w środku jego broni, która przeleciała na całą długość poza moje
ciało, zaś moje ostrze tkwiło w nim, na wysokości serca, przeszywając go na wylot.

Dziwna to rzecz, taki czyn, tak nadziać żywego człowieka na stal, jak na rożen. Siedzę tu w

mej celi i przestaję na chwilę pisać, by się nad tym zastanowić. Często wracam myślą do tej
księżycowej nocy we Francji, dawno temu, gdy uczyłem podłego Włocha, jak działać szybko i
skutecznie. To rozcięcie jego torsu było tak łatwe. Można było spodziewać się większego oporu.
Opór byłby większy, gdyby ostrze trafiło na kość. Przypadkowo trafiło jednak tylko na miękkie
ciało, które tak łatwo rozpadło się. Jeszcze teraz, gdy o tym piszę, czuję to w ręku i w mózgu.
Szpilka   od   kapelusza   kobiety   nie   przeszłaby   łatwiej   przez   ciało   niż   moja   szpada   przeszyła
Włocha. Dla Wilhelma de Sainte–Maure nie było w tym wówczas nic zdumiewającego, lecz
zdumiewa mnie, Darrella Standinga, gdy to wspominam i rozważam przez WiMone wieki, że tak
łatwo, nadzwyczaj łatwo zabić silnego, żywego człowieka tak prostą bronią, jak kawałek stali.
Wszak człowiek jest tak miękki, kruchy i podatny na zranienia.

Powróćmy jednak do nocy księżycowej na murawie. Pchnięcie moje dosięgło celu, nastąpiła

widoczna   przerwa.   Fortini   nie   upadł   zaraz.   Nie   od  razu   wyciągnąłem  szpadę.   Staliśmy  całą

background image

sekundę w tej przerwie, ja z rozstawionymi nogami, zgięty w łuk, z ciałem pochylonym do
przodu, a prawą ręką wyciągniętą prosto, poziomo. Fortini ze szpadą był tak daleko za mną, że
rękojeść wraz z ręką opierała się lekko o moją pierś z lewej strony; stał sztywny z otwartymi i
błyszczącymi oczyma.

Byliśmy jak posągi w ciągu tej sekundy i ręczę, że ci, co nas otaczali nie od razu pojęli, co się

stało. Fortini westchnął głęboko i lekko zakaszlał. Sztywność jego postawy uległa rozprężeniu.
Rękojeść i ręka na mej piersi zadrgały, potem ramię opadło wzdłuż boku i koniec szpady oparł
się o murawę. Tymczasem Pasquini i de Goncourt skoczyli ku niemu, a on opadł w ich ramiona.
Zaiste, trudniej mi przyszło wyciągnąć stal niż ją wepchnąć. Ciało trzymało się szpady, jak gdyby
nie chciało jej wypuścić. Wierzcie mi, musiałem użyć sporej siły, by wycofać się z tego, co
uczyniłem.

Lecz zapewne ból przy wyciąganiu szpady przywołał go na powrót do życia i zamierzonego

celu,   odtrącił   bowiem  przyjaciół,   wyprostował   się   i   podniósł  szpadę   do   pozycji.   Ja   również
stanąłem w pozycji, przypuszczając, że może trafiłem na wysokość serca, nie dosięgając go.
Potem, zanim przyjaciele zdążyli go pochwycić, nogi się pod nim ugięły i padł ciężko na ziemię.
Nie żył już, ułożyli go na wznak, z twarzą śmiertelnie bladą w blasku księżyca, ręka kurczowo
zaciskała szpadę.

Tak, dziwnie łatwo zabić człowieka.
Złożyliśmy ukłon jego przyjaciołom i mieliśmy odejść, gdy Pasquini zatrzymał mnie:
— Przepraszam — rzekłem — może jutro.
— Możemy odejść na bok o parę kroków — nalegał — tam trawa jeszcze sucha.
— Pozwól, że cię zastąpię, Sainte–Maure — poprosił Lanranc, który miał ochotę rozprawić

się z Włochem.

Potrząsnąłem głową.
— Pasquini należy do mnie — odparłem. — Będzie pierwszy jutro.
— Czy są jeszcze inni? — zapytał Lanfranc.
— Spytaj de Goncourta — skrzywiłem się. — Przypuszczam, że już domaga się zaszczytu,

aby być trzecim.

Na   te   słowa   zakłopotany   Goncourt   wyraził   zgodę.   Lanfranc   spojrzał   nań   pytająco,   de

Goncourt skinął głową na znak potwierdzenia.

— Nie wątpię, iż po nim przyjdzie kogucik — ciągnąłem dalej.
Nie dokończyłem tych słów, gdy rudowłosy Guy de Villehardouin zmierzał ku nam przez

murawę oświetloną blaskiem księżyca.

— Nareszcie będę go miał — wykrzyknął Lanfranc, który miał wyraźną ochotę go zabić.
— Zapytaj go — zaśmiałem się i zwróciłem do Pasquinie — Jutro — rzekłem. — Oznacz

miejsce i czas, a stawię się.

— Trawa doskonała — przekomarzał się Pasquini — miejsce doskonałe i chcę, by Fortini

miał w tobie towarzysza dzisiaj.

— Lepiej byłoby, gdyby towarzyszył mu przyjaciel — — odciąłem. — Lecz przepraszam cię,

ale muszę odejść.

Zaszedł mi drogę.
— Ktokolwiek by nie miał paść — rzekł — niech to będzie zaraz.
Po raz pierwszy poczułem gniew. — Dobrze służysz swemu panu — szydziłem.
— Służę tylko mej przyjemności — brzmiała odpowiedź. — Nie mam pana.
— Wybacz, jeśli odważę się powiedzieć ci prawdę — rzekłem.
— Mianowicie? — rzekł miękko.
— Że kłamcą jesteś, Pasquini. Kłamcą, jak wszyscy Włosi.

background image

Natychmiast zwrócił się do Lanfranca i Bohemonda.
— Widzicie — rzekł. — Po tym, co zaszło, nie możecie mi go odmówić.
Zawahali się, spojrzeli na mnie, chcąc zbadać moje życzenia, lecz Pasquini nie czekał.
— Jeżeli masz jeszcze jakieś skrupuły — mówił szybko — pozwól, że je usunę… w ten

sposób.

Splunął na trawę pod moje nogi. Rozgniewało mnie to. Ogarnęła mnie czerwona wściekłość,

tak   to   nazywam,   przemożne,   panujące   nad   wszystkim   pragnienie,   by   zabijać   i   niszczyć.
Zapomniałem, że Filippa oczekuje mnie w wielkiej sali. Wiedziałem tylko o mojej krzywdzie, o
wtrącaniu się szarego starca w moje sprawy, czego nie mogłem darować, o poselstwie księdza, o
zuchwalstwie Fortiniego, o bezczelności Villehardouina i o Pasquinim, który stał na mej drodze i
pluł pod nogi. Zrobiło mi się czerwono w oczach. Myśli moje poczerwieniały. Spoglądałem na
nich wszystkich, jak na płaskie złośliwe gady, które muszę usunąć z mojej drogi. Jak lew w sieci
wścieka się na jej oczka, tak ja wściekałem się na te stwory. Otaczały mnie wszędzie. Właściwie
byłem w pułapce. Było tylko jedno wyjście: ściąć ich, rozbić w proch i przydeptać.

— Dobrze — odrzekłem dość spokojnie, choć trząsłem się z rozdrażnienia. — Najpierw ty,

Pasquini. A potem ty, de Goncourt? A na zakończenie de Villehardouin?

— Wobec tego, że tak ci spieszno — zwrócił się do mnie Henryk de Bohemond — i wobec

tego, że jest ich trzech i nas trzech, dlaczego nie załatwić sprawy jednocześnie?

— Tak, tak — przytaknął skwapliwie Lanfranc. Bierz de Goncourta. De Villehardouin zostaje

dla mnie.

Odsunąłem moich przyjaciół.
—   Są   tu   na   rozkaz   —   wyjaśniłem.   —   Oni   chcą   mieć   mnie   tak   bardzo,   że   słowo   daję,

zaraziłem się ich pragnieniem. Chcę ich mieć i będę miał dla siebie.

Zauważyłem, że zwłoka wywołana rozmową zniecierpliwiła Pasquiniego i postanowiłem dalej

go podrażnić.

— Z tobą Pasquini — oznajmiłem — porachunek będzie krótki. Nie chciałbym, abyś zwlekał,

gdyż Fortini czeka na ciebie. Ciebie, Raulu de Goncourt ukarzę, jak na to zasługujesz, za to, że
przystałeś do nieodpowiedniego towarzystwa. Tyjesz i zaczynasz spać. Dam sobie dość czasu,
aby twoje sadło rozpłynęło się, a twoje płuca dyszały jak miech. Co do ciebie de Villehardouin,
nie wiem jeszcze, jak cię zabiję.

Skłoniłem się Pasquiniemu i przystąpiliśmy do dzieła.
Byłem tego wieczoru w iście szatańskim nastroju. Szybko i skutecznie, o to chodziło. Pomagał

mi tez ów zdradziecki blask księżyca. Rozprawiłbym się z nim tak, jak z Fortinim, gdyby miał on
odwagę przystąpić do ataku na czas. W przeciwnym razie, ja się na to zdobędę i to zaraz.

Pomimo gniewu, jaki w nim wzbudziłem, był ostrożny. Zmusiłem go jednak do szybkiej walki

i w bladym świetle, nie tyle polegając na wzroku, co na wyczuciu. Nasze szpady były w ciągłym
natarciu.

Nie upłynęła minuta, a już użyłem podstępu. Udałem lekkie poślizgnięcie nogi, a podnosząc

się, udałem, że nie dotknąłem szpady Pasquiniego. Uderzył, udałem znowu, posiłkując się tym
razem   niepotrzebnie   szybkim   odparowaniem.   Wystawiłem   się   w   ten   sposób   na
niebezpieczeństwo, ale zrobiłem to rozmyślnie po to, by zbliżyć do siebie przeciwnika. I udało
mi się. Z błyskawiczną szybkością wykorzystał to, co uznał za mimowolne wystawienie się na
cios. Pchnięcie jego było proste i uczciwe, włożył w ten cios całą swoją wolę i siłę. Z mojej
strony   wszystko   było   udawane,   byłem   gotów.   Lekko   dotknąłem   stalą,   gdy   nasze   szpady
skrzyżowały się. Dłoń obróciła się stanowczo, ale nie więcej niż trzeba, by odbić jego szpadę na
mej rękojeści. Było to lekkie odbicie, na kilka centymetrów, wystarczające, by ostrze przeszyło
fałdę mojej atłasowej szaty. Oczywiście, za szpadą pochylił się cały w tym pchnięciu, tymczasem

background image

zaś   ostrze   mojej   szpady   trafiło   go   na   wysokość   serca   po   prawej   stronie.   Ręka   sztywna   i
wyciągnięta, prosta jak stal, była jakby przedłużeniem szpady, a za szpadą i ręką byłem ja, mocny
i niewzruszony.

Szpada moja trafiła Pasquiniego, jak powiedziałem, na wysokości serca z prawej strony, lecz

nie pokazała się z lewej, gdyż przeszywając go natrafiła na żebro i uderzyła go z taką mocą, że
przeciwnik stracił równowagę i padł częściowo — na bok, a częściowo na plecy. Gdy padał i
zanim upadł, zdążyłem wyciągnąć z niego szpadę.

De Goncourt podszedł do niego, on jednak skinął, by stanął naprzeciw mnie. Pasquini nie

skonał równie prędko, lak Fortini. Kaszlał i pluł, Villehardouin pomógł mu oprzeć się łokciem o
ziemię, a on wsparł głowę na ręku i znowu pluł i kaszlał.

—   Szczęśliwej   podróży,   Pasquini   —   zaśmiałem   się,   uniesiony   czerwonym   szałem.   —

Pośpiesz się, proszę, trawa, na której leżysz, robi się mokra i jeżeli będziesz zwlekał zaziębisz się
na śmierć.

Chciałem   natychmiast   rozpocząć   walkę   z   Goncourtem,   jednak   Bohemond   sprzeciwił   się,

żądał, bym nieco odpoczął.

— Nie — rzekłem. Nie rozgrzałem się jeszcze dostatecznie. Do de Goncourta powiedziałem:

— Teraz zatańczysz i zachrapiesz, kłaniam się.

De Goncourt nie włożył serca w walkę. Widać było, że walczył pod przymusem rozkazu.

Walczył starym sposobem, jak to czynił człowiek w średnim wieku, lecz nie był beznamiętnym
szermierzem.   Był   chłodny,  stanowczy,  uparty.   Nie   był   błyskotliwy   i   gnębiło   go   przeczucie
porażki.

Miałem   go   dziesięć   razy   dzięki   metodzie   szybko   i   skutecznie,   lecz   powstrzymałem   się.

Powiedziałem, że byłem w szatańskim nastroju. Istotnie. Gnębiłem go. Obróciłem go plecami do
księżyca, prawie mnie nie widział, walczyłem bowiem w swoim własnym cieniu. W trakcie
atakowania go tak, że zaczął sapać, Pasquini z głową wspartą na ręce patrzył, kaszlał i wypluwał
życie.

— Teraz de Goncourt — oznajmiłem wreszcie. — Widzisz, że jesteś bezbronny. Mogę cię

mieć w każdej chwili. Bądź gotów, oto co zrobię.

Mówiąc to przeszedłem z prostego uderzenia w tercję, a gdy się bronił zapamiętale i szeroko

parował, wróciłem do poprzedniego systemu, przeszedłem do ataku, uderzyłem na wysokości
serca i przeszyłem go na wylot. Widząc to, Pasquini przestał myśleć o życiu, ukrył twarz w
trawie, zadrżał i ucichł.

— Twój pan będzie dzisiaj miał o czterech służących mniej — zapewniłem Villehardouina,

rozpoczynając z nim potyczkę. Cóż to za potyczka! śmieszny był  ten chłopak. Trudno było
odgadnąć, w jakiej to szkole uczył się fechtunku. Stawał jak błazen, zdecydowałem: szybko i
skutecznie, gdy jego rude włosy jeżyły się ze złości i podczas gdy, jak szaleniec nacierał na mnie.

Niestety, błazeństwo to zgubiło mnie. Gdy śmiałem się i szydziłem przez chwilę z prostaka,

którym był, tak się rozwścieczył, że zapomniał tę odrobinę fechtunku, którą umiał. Szerokim
rozmachem szpady, świsnął jak nożem w powietrzu i opuścił na moją głowę. Osłupiałem. Nigdy
nic podobnie głupiego mnie nie spotkało. Przez cały czas nie umiał się bronić i mogłem go
przebić   w   każdej   chwili.   Lecz,   jak   mówię,   osłupiałem   i   pierwsze,   co   odczułem,   to   cios
zagłębiającej się szpady, gdy ten obrzydliwy prostak z prowincji przeszył mnie i nacierał wciąż,
jak rozjuszony byk, aż wreszcie rękojeścią zaczął uderzać o mój bok; upadłem na wznak.

Padając,  zauważyłem  strapienie  na   twarzy Lanfranca,   Bohemonda  i   błysk   zadowolenia  w

oczach Villehardouina.

Padałem,   lecz   nie   dotknąłem   murawy.  Nastąpił   błysk   światła,   grzmot   w   uszach,   odblask

słabego, wolno wschodzącego światła, świdrujący, nie do opisania ból i usłyszałem jakiś głos:

background image

— Nic nie czuje.
Poznałem   ten   głos.   Był   to   naczelnik  Atherton.   Poznałem   siebie   jako   Darrella   Standinga,

wiedziałem, że powróciłem sprzed stuleci do piekła kaftana w San Quentin. Wiedziałem, że palce
naczelnika Athertona dotykają mojej szyi. Wiedziałem, że palce, które je odsuwają, należą do
doktora Jacksona. Istotnie to głos Jacksona rzekł:

— Nie umiesz wyszukać pulsu na szyi człowieka. Tutaj, na prawo, przyłóż palce tam, gdzie

trzymam. Czujesz? Tak przypuszczałem. Serce słabe, lecz równe jak tykanie zegarka.

— Dopiero dwadzieścia cztery godziny — powiedział kapitan Jamie — nigdy dotąd nie był w

takim stanie, jak teraz.

— Udaje, nic więcej, ręczę za to — wtrącił Al Hutchins, mąż zaufania.
— Nie wiem — upierał się kapitan Jamie. — Gdy puls jest taki słaby, że trzeba specjalisty, by

go wyczuć…

— Odbyłem praktykę w kaftanie — szydził Al Hutchins. — Doprowadziłem do tego, że mnie

odsznurowałeś, kapitanie, sądząc, że zdycham — i ledwo się powstrzymał, by nie wybuchnąć
śmiechem.

— Jak sądzisz, doktorze? — spytał naczelnik Atherton.
— Mówię ci, że serce jest niezwykle sprawne — brzmiała odpowiedź. — Ma się rozumieć, że

jest ogólnie osłabiony, to było do przewidzenia. Mówię wam, że Hutchins ma rację. On udaje.

Palcem wskazującym uniósł moją powiekę, otworzyłem drugie oko i spojrzałem na pochylone

nade mną grono ludzi.

— A co, nie mówiłem? — zawołał triumfująco i radośnie doktor Jackson. Wówczas, chociaż

zdawało mi się, że ten wysiłek rozerwie mi twarz, zebrałem całą siłę woli i uśmiechnąłem się.

Podano mi wody. Piłem chciwie. Trzeba pamiętać, że przez cały ten czas leżałem bezradnie na

wznak, ręce i całe ciało w kaftanie bezpieczeństwa. Gdy mi podano pokarm — suchy chleb
więzienny   —   odmówiłem   ruchem   głowy.   Zamknąłem   oczy   na   znak,   że   męczy   mnie   ich
obecność. To częściowe zmartwychwstanie sprawiło mi nieznośny ból. Czułem, jak moje ciało
powraca do życia. Wzdłuż mięśni szyi aż do klatki piersiowej przechodził ostry ból, jak gdyby
torował sobie drogę. W pamięć wbiło mi się silne wrażenie, że Filippa czeka na mnie w dużej
sali. Pragnąłem uciec do tej połowy dnia i nocy, które dopiero co spędziłem we Francji.

Usiłowałem wyłączyć spod świadomości żyjącą część mego ciała, nawet wówczas, gdy stali

tak nade mną. Pilno mi było odejść, lecz zatrzymał mnie głos naczelnika Athertona.

— Czy nie chcesz złożyć jakiegoś zażalenia? — zapytał. Jednego tylko się obawiałem, a

mianowicie rozsznurowania, to też nie próżność wywołała moją odpowiedź. Chciałem zapobiec
wszelkiej możliwości odsznurowania.

—   Moglibyście   nieco   zacisnąć   kaftan   —   szepnąłem.   —   Za   luźno   jest,   aby   mogło   być

wygodnie. Gubię się w nim. Hutchins jest głupi. Idiota. Pojęcia nie ma o ściąganiu kaftana.
Powinieneś   mu   powierzyć   warsztaty   tkackie,   naczelniku.   Większy   z   niego   mistrz   w
niewydajności pracy, niż z obecnego kierownika, który jest tylko głupi, nie będąc jednocześnie
idiotą. Wynoście się teraz wszyscy, chyba że chcecie wymyślić jeszcze większą udrękę. Jeśli tak,
to zostańcie oczywiście. Serdecznie was proszę, zostańcie, jeśli zdaje się wam w waszej żałosnej
wyobraźni, że wymyślicie nowe męczarnie.

— To wariat, prawdziwy wariat — zanucił doktor Jackson z zadowoleniem lekarza, który

odkrył nowe objawy.

— Nadzwyczajny jesteś, Standing — powiedział naczelnik.
— Masz żelazną wolę, lecz złamię ją, jak Bóg na niebie!
—   A   ty   masz   serce   królika   —   odparłem.   Jedna   dziesiąta   tych   godzin   w   kaftanie

bezpieczeństwa,  które  wytrzymałem w  San Quentin  wyciągnęłaby  to  królicze  serce  z twych

background image

długich uszu.

To go dotknęło. Naczelnik miał bowiem niezwykłe uszy. Zaciekawiłyby Lombrosa, jestem

tego pewien.

— Co do mnie — ciągnąłem dalej — kpię z ciebie i nic gorszego nie życzę warsztatom

tkackim, jak tego, żebyś ty sam podjął się ich kierownictwa. Cisnąłeś mnie o ziemię i złość swoją
na mnie wyładowałeś, a ja jednak żyję i śmieję się. Niewydajność? Nawet nie możesz mnie
zabić.   Niewydajność?   Nie   mógłbyś   zabić   szczura   w   kącie   odrobiną   dynamitu,   prawdziwego
dynamitu, a nie takiego, jak wmówiono ci, że to niby ja go ukryłem.

— Co jeszcze? — zapytał, gdy przestałem mówić. Błysnęło mi w pamięci to, co powiedziałem

Fortiniemu, gdy się do mnie bezczelnie odniósł.

— Precz ty psie więzienny — krzyknąłem. — Precz ze szczekaniem od moich drzwi.
Dla człowieka takiego, jak naczelnik ta obelga ze strony bezbronnego więźnia musiała być

okropna. Twarz mu pobladła z wściekłości, a głos trząsł mu się, gdy mówił:

— Na Boga, Standing, jeszcze ci odpłacę.
— Jedno tylko  możesz  zrobić — odpowiedziałem. — Możesz  zacieśnić ten  rozpaczliwie

obszerny kaftan. Nie chcesz, to wynoś się. I mniejsza o to, jeżeli nie przyjdziesz przez tydzień
lub przez te całe dziesięć dni.

, Cóż może zrobić dyrektor ogromnego więzienia, by ukarać więźnia, na którego spadła już

najwyższa kara? Może dyrektor Atherton miał na myśli jakąś prawdopodobną groźbę, bo zaczął
mówić. Lecz głos mój wzmacniał się w miarę mówienia i zacząłem śpiewać: — Sing kuku, sing
kuku, sing kuku! śpiewałem, dopóki nie zatrzasnęły się drzwi i dopóki nie usłyszałem zgrzytu
rygli i zamków.

background image

Rozdział XII

Teraz, gdy wyuczyłem się metody, wszystko poszło już gładko. Wiedziałem, że im dalej się

posunę, tym łatwiej mi to pójdzie. Gdy raz ustali się linię najmniejszego oporu, to za każdym
kolejnym razem opór się zmniejsza. Jak się więc przekonacie, moje wycieczki z życia w San
Quentin w inne przeżycia odbywały się z czasem prawie automatycznie.

Gdy naczelnik Atherton wraz ze swoją świtą wyszedł z celi, wystarczyło kilka minut, by siła

woli przywróciła zmartwychwstałą część mego ciała do stanu, który można by określić małą
śmiercią. Była to śmierć za życia, lecz tylko mała śmierć, podobna do przejściowej  śmierci
wywołanej narkozą.

I   tak,   ze   wszystkiego,   co   brudne   i   podłe,   od   brutalnej   samotności   i   piekła   kaftana

bezpieczeństwa, od znajomych much i potu, ciemnej i pukanej rozmowy ze zmarłymi za życia, w
jednej chwili uleciałem w czas i przestrzeń.

Nadeszło   trwanie   ciemności   i   powoli   wzrastająca   świadomość   innych   rzeczy,   innej

indywidualności, w świadomości tej był przede wszystkim kurz. Był w moich nozdrzach, suchy i
cierpki. Był na ustach. Pokrywał twarz, ręce, a szczególnie dawał się zauważyć na końcach
palców przy dotknięciu ich kciukiem.

Zaraz potem miałem uczucie nieustannego ruchu. Wszystko wokół mnie drżało i chybotało

się. Było trzęsienie i stuk, słyszałem znane mi dobrze skrzypienie kół na osiach i brzęk żelaznych
łomów walących w kamienie i w piasek. Doszły mnie znużone ludzkie głosy, przekleństwa i
łajanie powolnych, zmęczonych zwierząt.

Otworzyłem   zaspane   oczy   i   natychmiast   wpadło   w   nie   jeszcze   więcej   gryzącego   piasku.

Piasek do połowy pokrywał całą szorstką kołdrę, na której leżałem. Przez sypiący się piasek
ujrzałem nad sobą zaokrąglony dach z falującego płótna i miliardy cząstek kurzu, które opadały
ciężko w promieniach słońca, wschodzącego przez dziurawe płótno.

Byłem dzieckiem, chłopcem ośmio— a może dziewięcioletnim, zmęczonym, podobnie jak

kobieta z pobladłą twarzą, pokrytą kurzem, która siedziała koło mnie i próbowała ukoić płaczące
na jej ręku niemowlę. Była to moja matka, wiedziałem to tak, jak wiedziałem, patrząc przez
płócienny tunel, że ramiona mężczyzny siedzącego na koźle były ramionami mojego ojca.

Gdy poruszałem się, czołgając wśród gratów, którymi załadowany był wóz, matka odezwała

się zmęczonym, zgryźliwym głosem:

— Czy nie możesz ani chwili usiedzieć spokojnie, Jesse?
Było to moje imię, Jesse. Nazwiska swojego nie znałem, choć słyszałem, że matka nazywała

mojego ojca, Johnem. Mam jakieś mgliste wspomnienie, jakbym słyszał kiedyś, że inni ludzie
nazywali mojego ojca kapitanem. Wiedziałem, że stoi on na czele tej grupy i że wszyscy słuchają
jego rozkazów.

Wyczołgałem się przez otwór w płótnie i usiadłem na koźle obok ojca. Powietrze duszne było

od tumanów kurzu unoszonych przez wozy i niezliczone kopyta bydląt. Kurz był tak gęsty, jak
mgła w powietrzu, a zachodzące słońce świeciło przezeń słabo i z krwawym odblaskiem.

Nie   tylko   zachodzące   słońce   świeciło   złowróżbnie,   wszystko   wokół   mnie   zdawało   się

złowróżbne: okolica, twarz ojca, płacz dziecka na ręku matki, którego ukoić nie mogła, sześć
koni, którymi powoził ojciec i które wciąż popędzał, a których maść trudno było poznać, gdyż
tak gęsto pokrywał je kurz.

Pustynna okolica boleśnie raziła mnie w oczy. Po obu stronach bez końca ciągnęły się niskie

wzgórza. Gdzieniegdzie na ich szczytach rosły kępy krzewów spalonych przez słoneczny żar.
Powierzchnia wzgórz, przeważnie naga i sucha, składała się ze skał i piasku. Droga wiodła przez
piaszczyste   wgłębienie   pomiędzy   wzgórzami.   Wgłębienie   było   puste,   oprócz   z   rzadka

background image

porastających go kęp suchej, zwiędłej trawy. Nie było wody, ani śladu wody, widać było tylko
wyboje wymyte niegdyś przez płynące potoki. J Tylko wóz ojca ciągnęły konie. Wozy jechały
jeden za drugmi a gdy tabor zwijał się i zakręcał, widziałem u tam — wozów zaprzęgnięte woły.

Trzy lub cztery zaprzężone woły słabo ciągnęły każdy wóz, a przy nim w głębokim piasku szli

ludzie z batami i popędzali ociężałe, niechętne zwierzęta. Na jednym z zakrętów policzyłem
wozy przed nami i za nami. Wiedziałem, że jest ich czterdzieści razem z naszym, gdyż już nieraz
je przedtem liczyłem. Teraz liczyłem je znowu, jak to robi dziecko, by się nie nudzić. Było ich
wszystkich razem czterdzieści, pokryte płótnem, wielkie i masywne, grubo ciosane kołysały się i
przechylały, zgrzytały i stukały na piasku, na suchych krzewach, na skałach.

Na prawo i na lewo, wzdłuż całego taboru jechało konno dwunastu czy piętnastu mężczyzn i

chłopaków. Mieli przerzucone przez siodła strzelby o długich lufach. Gdy któryś z nich zbliżał
się do naszego wozu, zauważyłem, że ich twarze, pokryte kurzem były blade i niespokojne, jak
twarz ojca. Ojciec, tak jak inni, miał też pod ręką strzelbę o długiej lufie.

Z   jednej   strony   przesuwało   się   kilkadziesiąt,   może   więcej,   wołów,  a   raczej   szkieletów   z

zakrwawionymi nogami i wytartymi przez uprząż grzbietami. Zatrzymywały się one co chwilę,
by skubnąć kępę zwiędniętej trawy, a pilnujący ich chłopcy o znużonych twarzach poganiali je.
Czasami   jeden   z   tych   wołów   zatrzymywał   się   i   ryczał,   a   ryk   ten   wydawał   się   również
złowróżbny, jak i cała reszta wokół.

Zostało mi w pamięci, że dawno, dawno temu, jako o wiele mniejszy chłopak, mieszkałem

nad rzeką o brzegach porosłych drzewami. Gdy wóz skrzypi, a ja kiwam się na koźle obok ojca,
powracam myślą do cichej wody, płynącej pomiędzy drzewami. Mam uczucie, że spędziłem
nieskończenie   długi   okres   czasu   na   wozie,   w   nieustającej   podróży,   w   moim   obecnym
towarzystwie.

Najsilniejsze jest jednak uczucie, które przygniata całą naszą grupę, uczucie, że niesie nas

nieubłagany los. Cała droga była jakby marszem pogrzebowym. Nie słychać było śmiechu. Nie
słychać dźwięku radości w głosie. Spokój i dostatek były nam nie znane. Twarze mężczyzn i
chłopców na koniach przy taborze były ponure, zawzięte, smutne. Gdy przebijaliśmy się przez
posępne piachy o zachodzie słońca, nieraz badawczo przyglądałem się twarzy ojca, na próżno
szukając wesołego spojrzenia. Nie powiem, by wychudła i pokryta kurzem twarz ojca wyrażała
beznadzieję.   Była   zacięta   i   tak   bardzo   ponura   oraz   tak   niespokojna,   przede   wszystkim
niespokojna.

Nagle coś wstrząsnęło całym taborem, ojciec podniósł głowę. Uczyniłem to samo. Strudzone

konie   też   podniosły   łby,   długim   chrapliwym   oddechem   chwytały   powietrze   i   tym   razem
pociągnęły wóz dobrowolnie. Konie jeźdźców przyspieszyły kroku. Stado wołów — straszydeł
ruszyło galopem. Było to prawie śmieszne. Biedne, strudzone zwierzęta były dziwnie niezgrabne
w   swoim   pośpiechu.   Wyglądały   jak   galopujące   szkielety,  okryte   fałdami   wyliniałej   skóry   i
wyprzedziły chłopców, którzy ich pilnowali. Trwało to jednak nader krotko. Zaczęły iść szybkim,
zdecydowanym krokiem, jakim idzie stworzenie na obolałych nogach; sucha, przydrożna trawa
po bokach już ich nie nęciła.

— Co to takiego? — spytała matka z głębi wozu.
— Woda — odparł ojciec. — Prawdopodobnie Nephi.
— Dzięki Bogu — westchnęła matka. — Może sprzedadzą nam coś do jedzenia. — Wielkie

nasze skrzypiące wozy z brzękiem, stukotem i hałasem wtoczyły się do Nephi przez tumany
krwawo czerwonego kurzu. Miejscowość składała się z kilkunastu rozrzuconych zabudowań, a
raczej szałasów. Okolica podobna była do tej, przez którą przejeżdżaliśmy. Drzew nie było, tylko
kępki bezlistnych krzewów i przeraźliwa nagość piasków. Były tu jednak ślady uprawnych pól,
gdzieniegdzie przedzielonych płotami. Była też woda. Nie płynęła strumieniem. Łożysko jednak

background image

było wilgotne, miejscami widniały wgłębienia napełnione wodą, do której rzuciły się idące luzem
woły i osiodłane konie, zagłębiając w niej pyski aż do oczu. Tutaj rosła też samotna, niska
wierzba.

— To zapewne młyn Billa Blacka, o którym nam mówiono — rzekł ojciec, wskazując matce

budynek. Niepokój bowiem skłonił ją do wyjrzenia z wozu ponad naszymi ramionami.

Stary człowiek w skórzanej koszuli, z długimi, spalonymi przez słońce włosami podjechał

konno do wozu i zaczął z ojcem rozmowę. Dano znak i pierwsze wozy taboru zaczęty zwijać się
w krąg. Grunt był dobry do jazdy i dzięki długiej praktyce ustawiono się bez przeszkód w taki
sposób, że gdy wszystkie wozy wreszcie stanęły, utworzyły prawdziwe koło. Zaczął się gwar i
wielkie   zamieszanie.   Z   wozów   wyłoniło   się   wiele   kobiet   o   twarzach   zmęczonych,   okrytych
kurzem,   jak   twarz   matki.  Wysypała   się   też   cała   gromada   dzieci.   Było   ich   tam   co   najmniej
pięćdziesięcioro   i   wydawało   mi   się,   że   znam   je   od   dawna.   Kobiet   było   około   czterdziestu.
Zabrały się wszystkie do gotowania wieczerzy.

Podczas gdy część mężczyzn rąbała krzaki, a my, dzieci nosiłyśmy je do ognisk, które już się

tliły, inni mężczyźni zdejmowali uprząż z wołów i puszczali je do wody.

Następnie mężczyźni w licznych grupach przysunęli wozy bliżej siebie. Dyszel każdego wozu

znajdował się na zewnątrz koła, cały zaś wóz ciasno opierał się o sąsiedni przed nim i za nim.
Pozamykano szczelnie budy, a do tego koła wszystkich wozów połączono łańcuchami. Dla nas
dzieci nie było to nic nowego. Był to niemiły znak obozu we wrogiej krainie. Jeden tylko wóz
pozostał poza obrębem koła i tworzył bramę. Wiedzieliśmy, że później, nim obóz uda się na
spoczynek, bydlęta zostaną wpędzone do środka, a wóz — brama zamknie się na łańcuch, jak
wszystkie inne. Tymczasem zaś, w ciągu kilku godzin, mężczyźni i chłopcy będą paść konie i
woły na skąpo rosnącej trawie.

Podczas rozkładania obozu mój ojciec z kilkoma innymi mężczyznami, wśród których był

również mężczyzna z długimi, spalonymi od słońca włosami, poszli pieszo w kierunku młyna.
Pamiętam,  że my wszyscy:  mężczyźni, kobiety i nawet  dzieci patrzyliśmy, gdy odchodzili  i
zdawało się, że ich misja jest bardzo ważna.

Podczas ich nieobecności inni mężczyźni, obcy nam mieszkańcy pustynnego Nephi, przyszli

do obozu i kręcili się po nim. Byli to ludzie biali, jak my, lecz mieli twarze twarde, surowe i
ponure, sprawiali wrażenie, że gniewają się na nas wszystkich. Było coś złego w powietrzu,
mówili   rzeczy   obliczone   na   to,   by   rozgniewać   naszych   ludzi.   Kobiety   jednak   ostrzegły
wszystkich mężczyzn i chłopców, że nie wolno rozpoczynać kłótni.

Jeden z obcych przybliżył się do naszego ogniska, gdzie matka sama zajęta była gotowaniem.

Wracałem właśnie z rękoma pełnymi gałęzi i stanąłem, by posłuchać i przyjrzeć się intruzowi,
którego   nienawidziłem,   bo   w   powietrzu   była   nienawiść,   gdyż   wiedziałem,   że   każdy,  nawet
najgorszy wśród nas nienawidzi tych obcych ludzi o białej skórze, jak my, z ich powodu bowiem
byliśmy zmuszeni w krąg rozłożyć nasz obóz.

Ten nieznajomy przy naszym ognisku miał niebieskie oczy, ostre, zimne i przeszywające.

Włosy jego były koloru piasku. Twarz ogolona aż do brody, spod której wyrastały piaszczyste
bokobrody, mocno przyprószone siwizną pokrywały szyję i sięgały do uszu. Matka nie powitała
go, on również nie wypowiedział słów powitania. Stał tylko i spoglądał na nią w milczeniu przez
jakiś czas. Potem chrząknął i rzekł szyderczo:

— Ręczę, że chciałabyś znaleźć się znowu w Missouri.
Widziałem,   jak   matka   zacisnęła   usta,   by   nie   stracić   panowania   nad   sobą,   nim   mu

odpowiedziała: — Przybywamy z Arkansas.

— Przypuszczam, że macie słuszne powody do ukrywania tego, skąd przybywacie, wy, którzy

wygnaliście z Missouri lud wybrany od Boga.

background image

Matka nic nie odpowiedziała.
— …Widzę — mówił dalej, po przerwie pozostawionej na odpowiedź — że przybywacie

teraz żebrać o chleb z ręki tych, których prześladowaliście.

Na   te   słowa,   w   jednej   chwili,   dziecko   jeszcze,   odczułem   gniew,   dawny,   czerwony,

niezrozumiały szał, zawsze niepohamowany i niepowściągliwy.

— Kłamiesz! — wybuchnąłem. — Nie jesteśmy z Missouri. I nie jesteśmy żebrakami. Mamy

pieniądze i możemy płacić.

—   Milcz,   Jesse   —   krzyknęła   matka,   zakrywając   mi   usta   ręką.   Potem   powiedziała   do

nieznajomego: — Odejdź i zostaw chłopca w spokoju.

— Naszpikuję cię kulami, przeklęty mormonie — krzyczałem z płaczem, zbyt prędko, by

matka mogła zapobiec tym razem i uciekłem za ognisko od jej ręki.

Wybuch  mój  bynajmniej  nie  wzruszył  nieznajomego. Bytem przygotowany na gwałtowne

wystąpienie tego strasznego człowieka i przyglądałem mu się ostrożnie, gdy patrzył na mnie z
największą powagą.

Przemówił wreszcie, przemówił z powagą, uroczyście Pochylając głowę, jak gdyby wygłaszał

wyrok.

— Jaki ojciec, taki syn — powiedział. — Młode pokolenie jest równie zepsute jak stare.

Całego plemienia nie da się odrodzić, całe to plemię jest potępione. Nie ma dla nich zbawienia,
dla młodych ani dla starych. Nie ma pokuty. Nawet krew Chrystusa nie zmyje ich nieprawości.

— Przeklęty mormon! — Tyle tylko mogłem wyjąkać wśród łkania. — Przeklęty mormon!

Przeklęty mormon! Przeklęty mormon!

W dalszym ciągu przeklinałem go, tańcząc wokół ognia, by uciec od karzącej ręki matki, aż

nas nie opuścił.

Po   powrocie   ojca   i   mężczyzn,   którzy   mu   towarzyszyli,   ustała   praca   w   obozie;   wszyscy

otoczyli go niespokojnie. Potrząsnął głową.

— Nie chcą sprzedać? — spytała któraś z kobiet. Znowu potrząsnął głową.
Wówczas przemówił mężczyzna o niebieskich oczach, jasnowłosy trzydziestoletni olbrzym,

który nagle przedarł się do środka tłumu.

— Mówią, że mają mąkę i żywność na trzy lata, kapitanie
— powiedział. — Dawniej zawsze sprzedawali imigrantom. Teraz nie chcą sprzedawać. Toczy

się spór z rządem i niechęć swoją przenoszą na nas. To niedobrze, kapitanie. To źle, mówię,
jesteśmy tu z naszymi kobietami i dziećmi, o całe miesiące drogi od Kalifornii, nadchodzi zima i
oddziela nas pustynia. Nie mamy sił stawić czoła pustyni.

Przerwał na chwilę i zwrócił się do tłumu.
— Nikt z was nie wie, co to pustynia. To, co widzicie dookoła, to nie pustynia. Mówię wam,

to raj, pastwisko niebieskie, płynące mlekiem i miodem w porównaniu z tym, co nas czeka.

— Mówię ci, kapitanie, musimy przede wszystkim dostać mąkę. Jeżeli nie chcą sprzedać,

musimy ją wziąć sami.

Wiele kobiet i mężczyzn potakiwało z krzykiem, lecz ojciec uciszył ich, podnosząc rękę.
— Zgadzam się ze wszystkim, co mówisz, Hamiltonie — zaczął.
Krzyki jednak stłumiły jego głos i znowu podniósł rękę.
— Zapominasz o jednym, Hamiltonie, o jednej rzeczy, z którą ty i my wszyscy musimy się

liczyć. Brigham Young ogłosił stan wojenny i Brigham Young ma wojsko. Moglibyśmy zmieść
Nephi z powierzchni ziemi jednym uderzeniem i zabrać tyle żywności, ile zdołamy unieść. Lecz
niedaleko byśmy ją unieśli, święci Brighama napadliby na nas i starli z powierzchni drugim
uderzeniem. Wiesz o tym. Ja o tym wiem. Wiemy to wszyscy.

Słowa   jego   przekonały   słuchaczy   już   przekonanych.   To,   co   mówił   wiedzieli   wszyscy.

background image

Zapomnieli jednak o tym w rozpaczliwej potrzebie.

— Nikt chętniej ode mnie nie będzie walczył o to, co słuszne — mówił dalej ojciec. — Lecz

tak się składa, że w tej chwili nie możemy sobie pozwolić na walkę. Nawet jeżeli zacznie się
powstanie,   nie   możemy   liczyć   na   powodzenie.   Musimy   pamiętać   o   naszych   kobietach   i
dzieciach. Musimy zachować spokój za wszelką cenę i znieść każde błoto, którym nas obrzucą.

— A co zrobimy na pustyni, która nas czeka? — zawołała kobieta z dzieckiem na ręku.
—  Spotkamy  jeszcze  kilka  osiedli,  zanim  dojedziemy do  pustyni  —  odparł  ojciec.   —  O

sześćdziesiąt mil na południe leży Fillmore.  Dalej Corn Creck.  Sto kilometrów dalej Bewer,
potem Parowan, a stamtąd jest trzydzieści kilometrów do Cedar City. Im bardziej oddalimy się od
Salt Lakę, tym większe prawdopodobieństwo, że sprzedadzą nam żywność.

— A jeśli nie sprzedadzą? — upierała się kobieta.
— Wtedy uwolnimy się od nich — powiedział ojciec. — Cedar City to ostatnie osiedle.

Wtedy pójdziemy naprzód i koniec, i podziękujemy losowi, że ich opuściliśmy. Stamtąd o dwa
dni drogi jest dobre pastwisko i woda. Miejscowość ta nazywa się Mountain Meadows. Nikt tam
nie mieszka, tam się zatrzymamy, bydło odpocznie i napasiemy je przed udaniem się na pustynię.
Może uda się cokolwiek zabić. A gdyby doszło do najgorszego, pojedziemy z początku tak, jak
teraz, potem porzucimy wozy, ładując co się da na zwierzęta i ostatnią część drogi odbędziemy
pieszo. Możemy jeść bydło. Lepiej przybyć do Kalifornii nawet bez ładunków, niż tu zostawić
kości, a pozostawimy je z pewnością, jeżeli zaczniemy kłótnię.

Zaimprowizowane   zebranie   zakończono   kilkakrotnie   powtórzonym   ostrzeżeniem   przed

jakimkolwiek gwałtem w czynie lub słowie. Gniew przeciwko mormonowi tak mnie poruszył, że
nie spałem jeszcze, gdy ojciec wsunął się do wozu po ostatnim obejściu nocnych straży. Pewni
byli, że śpię, lecz słyszałem, jak matka pytała ojca, czy sądzi, że mormoni pozwolą nam odejść
spokojnie z ich ziemi. Gdy mówił, jego twarz zwrócona była w przeciwną stronę, zajęty był
zdejmowaniem obuwia; odpowiedział pełen ufności, że mormoni z pewnością dadzą nam odejść,
jeżeli nikt z naszej grupy nie wywoła jakiegokolwiek sporu.

W   tej   chwili,   w   słabym   blasku   świeczki   łojowej   ujrzałem   jego   twarz,   nie   wyrażała   ona

bynajmniej tej ufności, która brzmiała w głosie. Usnąłem zgnębiony tym twardym losem, jaki
zdawał się wisieć nad nami, z myślą o Brighamie Youngu, którego widziałem w mej dziecięcej
wyobraźni  jako  okropną,  złośliwą  istotę,   samego  szatana  z   rogami,   z  ogonem,  w  całej   jego
grozie.

Zbudziłem się do dawnego bólu w kaftanie bezpieczeństwa, w samotnej celi. Wokół mnie

zebrała się zwykła czwórka: naczelnik Atherton, kapitan Jamie, doktor Jackson i Al Hutchins.
Skrzywiłem twarz w wymuszonym siłą woli uśmiechu i walczyłem, by nie stracić panowania nad
sobą w niesamowitych mękach powracającego krążenia krwi. Wypiłem podaną wodę, odsunąłem
chleb   i   nie   chciałem   mówić.   Zamknąłem   oczy   i   starałem   się   znowu   odnaleźć   związany
łańcuchem krąg wozów w Nephi. Lecz dopóki moi goście rozmawiali stojąc przy mnie, nie
mogłem się wymknąć.

Mimo woli usłyszałem fragment rozmowy.
— Zupełnie tak, jak wczoraj — mówił doktor Jackson. — Nie ma żadnych zmian.
— Czy wytrzyma dłużej? — pytał naczelnik Atherton.
— Bez wątpienia. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny zniósł równie lekko, jak pierwsze. To

wariat, mówię wam, zupełny wariat. Gdybym nie wiedział, że to niemożliwe, podejrzewałbym go
o narkozę.

— Znam jego narkozę — powiedział naczelnik. — To ta przeklęta jego wola. Ręczę, że gdyby

tak   postanowił,   mógłby  przejść   boso   po   rozżarzonych   kamieniach,   jak   ci   kapłani   Kanaka   z
południowych mórz.

background image

Może   stało   się   tak,   że   uniosłem   ten   wyraz   kapłani,   ulatując   znowu   przez   ciemność   w

przestworza   czasu.   Może   w   tym   tkwi   rozwiązanie   zagadki.   Prawdopodobnie   był   to   jednak
zwykły zbieg okoliczności. W każdym razie, gdy się ocknąłem, leżałem na wznak na twardej
skalistej podłodze, z rękoma skrzyżowanymi w ten sposób, że każdy łokieć spoczywał na dłoni
drugiej   ręki.   Leżąc   z   zamkniętymi   oczami,   na   wpół   jeszcze   senny,  potarłem  łokcie   dłonią   i
poczułem   ogromne   odciski.   Nie   zdziwiło   mnie   to   jednak.   Przyjąłem   te   odciski   jako   rzecz
zupełnie naturalną.

Otworzyłem oczy. Schroniskiem moim była niewielka pieczara, miała nie więcej niż metr

wysokości i około trzech i pół długości. Było w niej bardzo gorąco. Krople potu zalewały mnie
od stóp do głowy. Od czasu do czasu kilka kropel łączyło się, tworząc malutkie strumyki. Oprócz
brudnego łachmanu okrywającego mnie w pasie, nie miałem na sobie żadnego odzienia. Skórę
miałem opaloną na kolor mahoniu. Byłem nadzwyczaj chudy i spoglądałem na to wychudzenie z
dziwnym   uczuciem   dumy,   jak   gdybym   osiągnął   jakiś   cel.   Szczególnie   zachwycały   mnie
nieprzyjemnie   odstające   żebra.   Już   sam   widok   wgłębień   między   nimi   wzbudzał   we   mnie
poczucie uroczystego wywyższenia, a raczej, mówiąc ściślej, świątobliwości.

Kolana, podobnie jak łokcie były stwardniałe. Byłem niewyobrażalnie brudny. Broda, kiedyś

jasna, teraz była brunatna, miała brudne pasma i plamy, opadała w splątanej masie do połowy
mojej   postaci.   Długie   włosy,   również   splątane   i   w   niejednolitym   odcieniu,   spadały   mi   na
ramiona,   a   liczne   kosmyki   zwisały   nad   oczami   tak,   że   jedną   ręką   musiałem   je   odgarniać.
Przeważnie jednak zadowalałem się patrzeniem przez nie, jak dziki zwierz, ukryty w gąszczu.

Przy wąskim wejściu do mej pieczary światło dzienne tworzyło ścianę lśniącą od słońca. Po

jakimś czasie zbliżyłem się, pełzając, do wejścia i dla większej niewygody położyłem się na
wysokim brzegu skały w pełnym słonecznym blasku. To straszne słońce piekło mnie okropnie,
ale im bardziej mnie parzyło, tym większą przyjemność mi sprawiało, gdyż zadowolony byłem
sam z siebie, że tak opanowałem własne ciało i wywyższyłem się nad jego żądze i ostrzeżenia.
Gdy zauważyłem, że leżę na ostrym, lecz nie za ostrym występie skalnym, przycisnąłem się
mocno do ostrego punktu i umartwiałem ciało w ekstazie, opanowując je i oczyszczając.

Dzień   był   przeraźliwie   upalny.  W   dolinie   nad   rzeką,   na   którą   czasami   spoglądałem,   nie

dostrzegłem najmniejszego powiewu powietrza.

Przede mną, setki metrów niżej, płynęły leniwie szerokie fale rzeki. Dalej, na horyzoncie

rozciągał się płaski, piaszczysty brzeg. Nad wodą znajdowały się szeroko rozrzucone kępy drzew
palmowych.

Po mojej stronie wznosiły się ogromne skały, wykruszone przez wodę w kształcie półkola.

Wzdłuż tego wgłębienia, naprzeciwko mego orlego gniazda stały wyrzeźbione w skale cztery
olbrzymie posągi. Były to postacie ludzkie. Cztery olbrzymy siedziały z rękami na kolanach, bez
przedramienia — wykruszył je czas lub wichry — i przypatrywały się rzece. Przynajmniej trzy z
nich patrzyły w tę stronę. Z czwartego bowiem pozostały tylko kończyny do kolan i olbrzymie
ręce na kolanach. U stóp tej postaci leżał śmiesznie mały sfinks, lecz sfinks ten był wyższy ode
mnie.

Spojrzałem na te postacie z pogardą i splunąłem. Nie wiedziałem, co znaczą zapomniani

bogowie, albo królowie. Dla mnie przedstawiały one marność i próżność przyziemnych ludzi i
ziemskich pragnień.

Nad   zakrętem   rzeki,   biegiem   wód   i   płaską   przestrzenią   unosił   się   w   oddali   łuk   niebios,

nieskalany najmniejszym obłokiem.

Godziny mijały, powoli piekłem się na słońcu. Często na długie chwile zapominałem o upale i

bólu,   dzięki   widzeniom,   snom   i   wspomnieniom.   Wiedziałem,   że   to   wszystko   —   kruszejące
olbrzymy, rzeka i piasek, słońce i rozżarzone niebo — przeminie w oka mgnieniu. W każdej

background image

chwili może się rozlec dźwięk trąby archanioła, gwiazdy opadną z nieba, niebiosa zwiną się w
siebie, a Pan i Bóg świata zasiądzie w gronie wybranych na sądzie ostatecznym.

Wiedziałem to tak dobrze, że byłem gotów na wezwanie. Dlatego właśnie znalazłem się tu i

teraz, brudny nędznik w łachmanach. Byłem łagodny i skromny, gardziłem marnymi potrzebami i
namiętnością ciała. Z pogardą i pewnym zadowoleniem myślałem o dalekich miastach nizin,
znanych mi niegdyś, nie zastanawiających się w swoim zbytku i żądzach nad tak bliskim już
dniem ostatecznym. No cóż, zobaczą wkrótce, będzie to jednak już za późno.

Ja również zobaczę. Lecz jestem gotów. Na ich okrzyki i żale wstanę odrodzony w blasku

chwały i zajmę zasłużone, przeznaczone mi miejsce w Bożym Mieście.

Czasami, między snem a widzeniem, które rzeczywiście, lecz przedwcześnie unosiły mnie do

Miasta   Bożego,   powracałem   w   myśli   do   dawnych   dysput   i   rozważań.   Tak,   Novalus   miał
słuszność, gdy twierdził, że nigdy nie należy z powrotem przyjmować do kościoła nawróconych
odszczepieńców.   Nie   ma   też   wątpliwości,   że   sabellianizm   poczęty   był   z   czarta.   Tak   samo
Konstantyn, wróg, prawa ręka szatana.

Powracałem   wciąż   do   kontemplacji   istoty   jedności   Boga,   do   nauki   Noetusa,   Syryjczyka.

Wolałem jednak naukę mego umiłowanego mistrza Ariusza. Zaiste, jeśli rozum ludzki mógł w
ogóle określić cokolwiek, musiała być chwila, gdy Syn nie istniał.

Wspominałem dni mojej młodości, gdy siadywałem u stóp Ariusza, ówczesnego kapłana w

mieście Aleksandrii, którego bluźnierca i heretyk, Aleksander pozbawił biskupstwa. Aleksander
Sabelianita, oto kim był, nogami dosięgał piekła.

Tak, byłem na soborze w Nicei, widziałem, jak uniknął więzienia. Pamiętałem jak cesarz

Konstantyn   wygnał   Ariusza   za   jego   prostotę.   Pamiętałem,   jak   Konstantyn   żałował   tego   ze
względów   państwowych   i   politycznych,   i   rozkazał   Aleksandrowi,   biskupowi
konstantynopolitańskiemu przyjąć Ariusza do kościoła. Tejże nocy Ariusz zakończył swe życie
na ulicy. Mówiono, że padł rażony zarazą, że Bóg wysłuchał modłów Aleksandra. Ja jednak
mówiłem, a za mną powtarzali to wszyscy arianie, że zarazą tą była trucizna.

Tu przeciągnąłem się kilka razy w jedną i drugą stronę, i wypowiedziałem głośno, upojony

swoim przekonaniem:

— Niech żydzi i poganie drwią. Niech triumfują, albowiem czas ich krótki. Nie będzie dla

nich litości przy końcu czasów!

Dużo mówiłem głośno sam do siebie na tej skalistej płaszczyźnie nad rzeką. Trawiła mnie

gorączka, czasami przełykałem trochę wody z worka ze śmierdzącej koziej skóry. Wieszałem ten
worek   na   słońcu,   aby   woń   jego   była   jeszcze   bardziej   przykra   i   aby   w   wodzie   nie   było
orzeźwiającego   chłodu.   Była   i   żywność,   leżała   na   brudnej   ziemi   w   mojej   pieczarze:   kilka
korzonków i spleśniała kromka jęczmiennego chleba; byłem głodny, nie jadłem jednak.

Jedyną moją czynnością w tym błogosławionym, długim jak cały wiek dniu, było pocić się na

słońcu,   umartwiać   na   skale   grzeszne   ciało,   oczekiwać   końca   rozpaczy,   wskrzeszać   dawne
wspomnienia, marzyć głośno i wygłaszać swoje przekonania.

Gdy słońce zaszło, spojrzałem po raz ostatni w uchodzącym zmroku na świat, co tak szybko

przeminie.   U   stóp   olbrzymów   rozpoznawałem   skradające   się   cienie   zwierząt,   szukających
legowiska w dumnym niegdyś dziele rąk ludzkich. Na ryk zwierząt wycofałem się do swojej
jamy   i   szepcząc   oraz   drzemiąc,   przy   zjawach   wywołanych   gorączką,   wznosiłem   modły,  by
prędzej nadszedł dzień ostatni i zapadłem w ciemności snu.

Świadomość wróciła mi w samotnej celi, w której znajdował się już kwartet dręczycieli.
— Bluźnierco i heretyku, naczelniku więzienia, który nogami tkwisz w piekle — drwiłem po

wypiciu wody, którą mi podali. — Niech triumfują dozorcy i zausznicy. Czas ich krótki i nie
masz dla nich litości w czas ostateczny.

background image

— Postradał zmysły — twierdził naczelnik Atherton.
— Udaje przed tobą — pewnie stwierdził doktor Jackson.
— Lecz odmawia pożywienia — zaprotestował kapitan Jamie.
— Mógłby pościć przez czterdzieści dni i nic by mu się nie stało — odparł lekarz.
—   Pościłem   —   powiedziałem   —   i   także   czterdzieści   nocy.  Wyświadczcie   mi   tę   łaskę   i

zaciśnijcie kaftan, a potem wynoście się stąd!

Główny powiernik spróbował wsunąć palec pomiędzy sznury.
— Nie ma luzu ani na ćwierć centymetra — upewnił się.
— Czy nie masz jakichś zażaleń, Standing? — spytał naczelnik.
— Owszem — odparłem. — Aż dwa. — Jakie?
— Po pierwsze — rzekłem — kaftan jest okropnie luźny. Hutchins to osioł. Znalazłby pół

metra luzu, gdyby chciał.

— A co jeszcze? — spytał naczelnik Atherton.
— Że jesteś poczęty z szatana, naczelniku.
Rozległ się chichot kapitana Jamie i doktora Jacksona, a naczelnik, sapiąc, wyszedł pierwszy z

celi.

Gdy pozostałem sam, starałem się zapaść w ciemność i powrócić do kręgu wozów z Nephi.

Ciekawy byłem, jaki był koniec tej wędrówki naszych wielkich czterdziestu wozów przez ziemię
nagą i wrogą, a nie zajmowały mnie losy parchatego pustelnika z żebrami poszarpanymi przez
skałę i ze śmierdzącym workiem na wodę, ale powróciłem nie do Nephi ani nad Nil, lecz do…

Przerwę tu moją opowieść, czytelniku miły, aby dać ci kilka wyjaśnień i ułatwić zrozumienie

całej sprawy. Jest to konieczne, bo niewiele mam czasu na uzupełnienie mego pamiętnika z
kaftana. Niedługo już, bardzo niedługo wyprowadzą mnie stąd i powieszą. Gdybym rozporządzał
pełnią czasu tysiąca istnień, nie mógłbym zebrać wszystkich szczegółów moich doświadczeń w
kaftanie bezpieczeństwa. Muszę więc streszczać opowiadanie.

Przede   wszystkim,   Bergson   ma   rację.   Nie   można   wytłumaczyć   życia   intelektualnymi

koncepcjami. Dawno temu Konfucjusz powiedział: „Czy możemy znać śmierć, gdy tak mało
znamy  życie?”  Nie  znamy życia  istotnie,   skoro  nie   możemy  go  objaśnić   prostymi   słowami.
Znamy tylko zjawisko życia tak, jak dzikus może znać maszynę parową, lecz nie pojmujemy go
umysłem, gdyż obca nam jest zupełnie istota wewnętrznej materii życia.

Po drugie, Marinetti popełnia błąd, gdy twierdzi, że materia jest jedyną tajemnicą i jedyną

rzeczywistością. Ja twierdzę i jak zapewne sądzisz, mówię to z pełnym przekonaniem, że materia
jest   jedynym   złudzeniem.   Comte   nazywał   świat,   co   jest   równoznaczne   z   materią,   wielkim
fetyzem, i zgadzam się z Comte’em.

Życie   jest   rzeczywistością   i   tajemnicą.   Życie   różni   się   niesłychanie   od   zwykłej   materii

chemicznej,   poddanej   wyższej   wiedzy.   Życie   trwa.   Życie   jest   nitką   ognistą,   która   przetrwa
wszelkie   stany   materii.   Wiem.   Jestem   życiem.   Przeżyłem   dziesięć   tysięcy   pokoleń.   Żyłem
miliony lat. Posiadałem wiele ciał. Ja, posiadacz tych wielu ciał, przetrwałem. Jestem życiem.
Jestem nieugaszoną iskrą, która świeci wiecznie i zadziwia oblicze czasu, spełnia wiecznie moją
wolę, rozbija mą namiętność o bryłowate skupienia materii, zwane ciałem, które zamieszkuje
przejściowo.

Spójrz bowiem. Ten mój palec tak szybki w odbiorze wrażeń, tak subtelny w odczuciu, tak

delikatny w jego rozlicznych umiejętnościach, tak pewny i mocny, gdy zahacza, zgina się lub
usztywnia za pomocą wyrobionych dźwigni — ten palec, to nie ja. Odetnij go. Ja żyję. Ciało jest
okaleczone. Ja nie jestem okaleczony. Duch, którym jestem pozostaje cały.

Dobrze, odetnij mi wszystkie palce. Jestem sobą. Duch jest nietknięty. Odetnij sobie ręce.

Odetnij je tuż przy ramionach. Odetnij obie nogi przy biodrach. A ja, niezdobyty i niezniszczalny,

background image

żyję. Czy staję się czymś mniejszym z powodu tych okaleczeń, tego ubytku ciała? Nie, na pewno
nie. Ostrzyż mi włosy. Zetnij mi ostrą brzytwą usta, nos, uszy — och, wyłup mi oczy i wtedy, w
tej   pokiereszowanej   czaszce,   przytwierdzonej   do   porąbanego   korpusu,   w   tej   komórce
chemicznego ciała, będę zawsze ja, nieskalany, nie umniejszony.

Jeszcze serce bije. Dobrze. Wytnij serce, a jeszcze lepiej, rzuć ten szczątek w maszynę z

tysiącem noży i usiecz na miazgę — a ja, ja, czy rozumiesz, cały duch, choć ogień żywotny i
życie ulecą ze mnie, nie zginę. Zginęło ciało, a ciało to nie ja.

Sądzę, że pułkownik de Rochas nie mylił się twierdząc, że pod naciskiem swojej woli wysłał

dziewczynkę   Józefinę   w   transie   hipnotycznym   poza   osiemnaście   lat,   które   żyła   w   świecie,
wstecz, poprzez milczenie ciemności, nim na świat przyszła, do jasności poprzedniego życia, gdy
była sparaliżowanym starcem, artylerzystą, Janem Klaudiuszem Bourdon. Wierzę, że pułkownik
de Rochas rzeczywiście hipnotyzował ten wskrzeszony cień starca i siłą swej woli cofał go przez
siedemdziesiąt lat jego życia z powrotem do ciemności, a poprzez ciemność do blasku dnia, gdy
był przewrotną starą kobietą, Filomeną Carteron.

Czyż nie dowiodłem ci już, czytelniku miły, że w ubiegłych wiekach, zamieszkując przeróżne

skupienia   materii,   byłem   hrabią   Wilhelmem   de   Sainte–Maure,   brudnym,   bezimiennym
pustelnikiem w Egipcie i chłopcem Jesse, którego ojciec przewodził czterdziestu wozom podczas
wielkiej migracji na zachód. A teraz, gdy piszę te słowa, czyż nie zawisnął nade mną, Darrellem
Standingiem,   niegdyś   profesorem   rolnictwa   na   wydziale   rolnym   uniwersytetu   w   Kalifornii,
wyrok skazujący mnie na śmierć w więzieniu w Folsom?

Materia to wielkie złudzenie. To znaczy, że materia przejawia się w formie, forma zaś jest

zjawiskiem. Gdzie są obecnie skruszałe skały starego Egiptu, na których gnieździłem się, jak
dziki zwierz, gdy śniło mi się Miasto Boże? Gdzie obecne ciało Wilhelma de Sainte–Maure, co
tak dawno temu padło z ręki zapaleńca, Guy’a de Villehardouin’a, na zalaną blaskiem księżyca
trawę? Gdzie te czterdzieści wozów, ustawionych w krąg w Nephi i wszyscy ludzie, mężczyźni,
kobiety i dzieci oraz bydło umieszczone wewnątrz tego kręgu? Wszystko to już nie istnieje, to
były formy, przejawy zmiennej materii, przed rozpłynięciem się w wielką falę. Minęły i nie ma
ich.

Tu pojawia się moja argumentacja. Duch jest rzeczywistością, która cierpi. Jestem duchem i

cierpię. Ja, Darrell Standing, mieszkaniec niezliczonych cielesnych mieszkań napiszę jeszcze
kilka   stronic   tego   pamiętnika   i   pójdę   dalej   swoim   szlakiem.   Forma,   to   znaczy   moje   ciało,
odejdzie na bok, gdy zawiśnie na stryczku i w świecie materii nic zeń nie pozostanie. Materia nie
ma pamięci, formy jej są bowiem znikome, a to, co na formach wyryte, ginie wraz z nimi.

Jeszcze jedno słowo, zanim powrócę do mej opowieści. We wszystkich moich wędrówkach

przez ciemność do innych przeżyć, jakie mi były dane, nie mogłem nigdy nadać żadnej z tych
podróży kierunku ani jakiegoś szczególnego celu. Toteż miałem niejedno doświadczenie z bytów
minionych,   zanim   przypadek   sprawił,   że   wróciłem   do   chłopca   Jesse   w   Nephi.   Być   może
wszystko,   czego   doświadczył   Jesse   przeżyłem   kilkanaście   razy,  idąc   jego   drogami,   gdy   był
jeszcze   mały,  w   dolinach  Arkansas   i   przechodząc   kilkanaście   razy   przez   miejsce,   gdzie   go
opuściłem   w   Nephi.   Szkoda   czasu   na   wyszczególnianie   wszystkiego.   Bez   uszczerbku   dla
prawdziwości opowiadania pominę wiele z tego, co niewyraźne, zawikłane, podam tylko fakty
tak, jak zebrałem je z przeróżnych czasów w całości i w części, gdy na nowo je przeżywałem.

background image

Rozdział XIII

Na długo przed świtem zaczął się ruch w naszym obozie w Nephi.
Prowadzono bydło do wody i na wypas. Podczas gdy mężczyźni zdejmowali z kół łańcuchy i

odciągali wozy jeden od drugiego, by móc zaprzęgać, kobiety nad czterdziestoma ogniskami
gotowały czterdzieści śniadań. Dzieci, zziębnięte od chłodu poranka zbierały się przy ogniskach
zmieniając miejsce z ostatnim dyżurem straży nocnych, senne jeszcze czekały na kawę.

Przygotowanie   do   drogi   takiego   taboru   wymaga   czasu,   gdyż   jego   tempo   jest   w   zasadzie

bardzo powolne. Za godzinę wzeszło słońce i dzień był niemiłosiernie gorący, gdy nasze wozy
wytoczyły   się   z   Nephi   w   nagość   piasków   pustyni.   Żaden   z   mieszkańców   nie   wyszedł   nas
pożegnać. Wszyscy pozostali w domostwach i tak wyjazd nasz nie był mniej złowróżbny niż
przyjazd poprzedniego wieczoru.

Dalej   nastąpiły   godziny   palącej   spiekoty,  ostrego   kurzu,   wyschniętych   badyli   i   piasku,   i

przeklętej krainy. Żadnych osad ludzkich, bydła ni płotów, żadnego śladu rodzaju ludzkiego nie
napotkaliśmy   tego   dnia.   Nadeszła   noc,   rozbiliśmy   nasz   krąg   wozów   nad   brzegiem   pustego
strumienia i w wilgotnym piasku rozlewiska kopaliśmy jamy, które wypełniała powoli sącząca
się woda.

Z dalszej podróży pozostały mi tylko wyrywkowe wrażenia. Tyle razy rozbijaliśmy obóz z

wozami ustawionymi w krąg, że w mym dziecięcym umyśle wiele czasu upłynęło od Nephi.
Zawsze   jednak   wisiało   nad   nami   wszystkimi   przeczucie,   że   zbliżamy   się   do   nieubłaganego
przeznaczenia.

Posuwaliśmy się około dwudziestu pięciu kilometrów dziennie. Wiem, bo ojciec mówił, że

dzieli   nas   prawie   sto   kilometrów   od   Fillmore,   następnego   osiedla   mormonów,   a   trzy   razy
rozbijaliśmy po drodze obóz. Oznaczało to cztery dni podroży. Z Nephi do ostatniego obozu,
który niezbyt dobrze pamiętam, jechaliśmy pewnie ze dwa tygodnie lub nieco mniej.

Mieszkańcy Fillmore byli wrogo usposobieni, jak zresztą wszyscy, zaczynając od Salt Lakę.

Śmiali się z nas, gdy chcieliśmy kupić żywność i drażnili nas wciąż, że pochodzimy z Missouri.

Gdy wjeżdżaliśmy do osady, przed największym z dwunastu domów stały dwa osiodłane

konie,   zakurzone,   spocone,   ze   spuszczonymi   łbami.   Starzec,   o   którym   wspominałem,   ten   z
długimi   spłowiałymi   od   słońca   włosami,   w   skórzanej   koszuli,   który   był   kimś   w   rodzaju
pomocnika czy adiutanta ojca, podjechał do naszego wozu i kiwając głową, wskazał zajeżdżone
wierzchowce.

— Nie oszczędzają koni, kapitanie — szepnął cicho. — Klnę się na Sama Hilla, że tak ostro

mogą jeździć tylko z naszego powodu.

Ojciec mój jednak zauważył już stan koni i mój bystry wzrok też to spostrzegł. Zauważyłem,

że oczy mu rozbłysnęły, zacisnął usta, a na zakurzonym obliczu zarysowała się ostra linia. I to
wszystko. Pojąłem związek jednego z drugim i wiedziałem, że te dwa wierzchowce dodawały
jeszcze grozy naszemu położeniu.

— Sądzę, że nas pilnują, Labanie — powiedział tylko ojciec.
W   Fillmore   ujrzałem   człowieka,   którego   później   miałem   znowu   spotkać.   Był   to   wysoki

mężczyzna, o szerokich ramionach, w średnim wieku, o zdrowym wyglądzie i olbrzymiej sile,
sile nie tylko mięśni, lecz i woli. W przeciwieństwie do mężczyzn, których zwykłem oglądać, nie
nosił zarostu. Broda, od kilku dni nie golona, ukazywała już dość wyraźną siwiznę. Usta miał
niezwykle szerokie, wargi zaciśnięte, jak gdyby stracił kilka przednich zębów. Nos był duży,
prostokątny i gruby; nad kwadratową twarzą o szerokich kościach policzkowych i potężnych
szczękach wznosiło się szerokie i rozumne czoło. Oczy zaś małe, tylko trochę większe niż wąska
szpara nie domkniętych powiek, miały niebieski odcień, jakiego nigdy w życiu nie widziałem.

background image

Ujrzałem tego człowieka po raz pierwszy we młynie w Fillmore. Ojciec mój udał się tam w

otoczeniu jeszcze kilku osób z naszego grona, by spróbować kupić trochę mąki, ja zaś wbrew
zakazowi matki, powodowany ciekawością i chęcią ujrzenia naszych nieprzyjaciół, podążyłem za
nimi niepostrzeżenie. Człowiek ten był jednym z czterech czy pięciu mężczyzn stojących obok
młynarza podczas rozmowy.

—   Czy   widziałeś   tego   starego,   wygolonego   faceta?   —   powiedział   Laban   do   ojca,   gdy

wyszliśmy z młyna i wracaliśmy do obozu.

Ojciec potakująco skinął głową.
—   To  jest   Lee   —   ciągnął   dalej   Laban.   —   Widziałem   go   w   Salt   Lakę.   Mówią,   że   ma

dziewiętnaście żon i pięćdziesięcioro dzieci. Ma bzika na punkcie religii. Chciałbym wiedzieć,
dlaczego idzie za nami przez ten pusty kraj?

Szliśmy   dalej   drogą   pełną   trudów   ku   naszemu   przeznaczeniu.   Nieliczne   osady   ludzkie

mieściły   się   w   odległości   od   trzydziestu   pięciu   do   siedemdziesięciu   pięciu   kilometrów   w
zależności od wody i gruntu. Pomiędzy nimi rozciągała się nagość piasku i susza. Wszelkie nasze
pokojowe próby, by kupić żywność w tych osadach, okazały się daremne. Odmawiali szorstko i
zapytywali, kto z nas im sprzedawał żywność, gdy ich wypędzaliśmy z Missouri; na próżno
tłumaczyliśmy im, że pochodzimy z Arkansas. Byliśmy stamtąd rzeczywiście, oni jednak usilnie
wmawiali nam, że jedziemy z Missouri.

W Beaver, oddalonym o pięć dni drogi od Fillmore ujrzeliśmy znowu człowieka imieniem

Lee. Ujrzeliśmy znowu zajeżdżone konie, uwiązane przed domostwami. W Parowan jednak nie
zauważyliśmy go.

Ostatnią osadą było Cedar City. Laban, który konno wyprzedzał tabor, zawrócił i zdał raport

ojcu. Pierwsza jego informacja dawała dużo do myślenia.

— Widziałem tego Lee, odjeżdżał w chwili, gdy ja wjechałem, kapitanie. Więcej tu mężczyzn

i koni w Cedar City niż można zmieścić w tak małej miejscowości.

Nie spotkała nas jednak w tej osadzie żadna przykrość. Poza odmową żywności, pozostawili

nas w spokoju. Kobiety i dzieci nie wychodziły z domów, a chociaż pokazało się kilku mężczyzn,
nie przychodzili do obozu i nie szydzili z nas, jak to miało miejsce w poprzednich osadach.

W Cedar City umarło dziecko Wainwrightów. Pamiętam, jak pani Wainwright płakała i prosiła

Labana, aby postarał się o trochę krowiego mleka.

— Może to uratuje życie dziecku — mówiła. — Oni mają krowie mleko. Widziałam krowy.

Proszę cię Labanie, idź. Nic ci się nie stanie, gdy spróbujesz. Mogą tylko odmówić, lecz nie
uczynią tego. Powiedz im, że to dla dziecka, dla niemowlęcia. Kobieta mormońska ma serce
matki. Nie może odmówić szklanki mleka dla niemowlęcia.

Laban spróbował, lecz, jak potem opowiadał ojcu, nie zdołał dotrzeć do żadnej mormonki.

Widział tylko mormonów, którzy go wypędzili.

Była to ostatnia osada mormonów. Dalej rozciągała się rozległa pustynia, a za nią, po drugiej

stronie,   wyśniona   kraina,   ziemia   mityczna   —   Kalifornia.   Gdy   nasze   wozy   ruszyły   z   osady
wczesnym rankiem, siedząc na koźle obok ojca, widziałem jak Laban odreagował tak długie
milczenie. Oddaliliśmy się może o pół kilometra i wjeżdżaliśmy na niewielki pagórek, który
zakrywał przed nami Cedar City, gdy Laban obrócił konia, zatrzymał go i uniósł w strzemionach.
W miejscu, gdzie się zatrzymał była mała mogiłka, wiedziałem, że pochowano tutaj dziecko
Wainwrightów, nie była to pierwsza z naszych mogił od czasu, gdy przebyliśmy góry Wasatch.
Była to postać dość wątła. W podeszłym wieku, chudy, o długiej twarzy i zapadłych policzkach,
matowe włosy, spłowiałe od słońca, opadały mu na ramiona, na skórzaną kurtkę, wykrzywił
twarz w nienawiści i bezsilnym gniewie.

W jednej ręce trzymał strzelbę i cugle, zaś wolną pięść wznosił ku Cedar City.

background image

— Przekleństwo boże na was! — zawołał. — Na wasze dzieci żyjące i na te, których matki

jeszcze na świat nie wydały. Oby burze zniszczyły wasze plony! Obyście jedli piasek przesycony
jadem grzechotników! Oby słodkie wody waszych źródeł w gorycz się obróciły! Oby…

Tu słowa jego stały się niewyraźne, gdyż zagłuszył je turkot naszych kół, lecz potrząsanie

ramion i grożenie wskazywały, że to zaledwie początek przekleństw. Był to wyraz ogólnych
uczuć naszego taboru, czego dowiodły kobiety, których wiele wychyliło się z wozów, wznosząc
kościste ramiona i potrząsając chudymi, zniekształconymi przez pracę pięściami ku ostatnim
dachom na ziemi mormonów. Jeden z ludzi, który szedł po piasku i popędzał ościeniem woły
zaprzężone   do   wozu,   idącego   za   nami,   zaśmiał   się   i   pogroził   ościeniem.   Był   to   niezwykły
śmiech, od kilku bowiem dni nie słyszano śmiechu w naszym taborze.

— Daj im popalić, Labanie — zachęcał. — Oto, co czuję.
Gdy   tabor   nasz   wlókł   się   dalej,   obróciłem   się,   by   popatrzeć   na   Labana,   stojącego   w

strzemionach nad mogiłką dziecka. Był on istotnie wątłą postacią, ze swoimi długimi włosami, w
mokasynach z frędzlami u nóg. Jego skórzana kurtka była tak stara i zniszczona przez powietrze i
czas, że tylko włókniste strzępy wskazywały, gdzie ją niegdyś ozdabiały wspaniałe frędzle. Był
to w ogóle człowiek w łachmanach. Pamiętam, że u pasa miał wiszące brudne kępki włosów,
które w ciągu podróży, po silnym deszczu, stawały się lśniąco czarne. Wiedziałem, że są to
skalpy indiańskie i sam ich widok zawsze mnie przerażał.

— To mu dobrze zrobi — zauważył ojciec, mówiąc bardziej do siebie samego niż do mnie. —

Od kilku dni czekam na ten wybuch.

— Chciałbym, żeby powrócił i przywiózł stamtąd kilka skalpów — zdobyłem się na odwagę.
Ojciec spojrzał na mnie drwiąco.
— Nie lubisz mormonów, co synu?
Potrząsnąłem głową i poczułem, że rozpiera mnie tępa nienawiść.
— Gdy dorosnę — powiedziałem po chwili — powystrzelam ich.
— Jesse — odezwał się w tej chwili głos matki z głębi wozu — zamilcz natychmiast. I do

ojca: — Wstydź się, jak możesz pozwalać tak chłopcu mówić.

Po dwóch dniach podróży dotarliśmy wreszcie do Mountain Meadows, czyli Górskich Łąk i

tutaj z dala od innych osad, po raz pierwszy nie ustawiliśmy wozów w krąg. Wozy tworzyły
mniej więcej koło, lecz między nimi było wiele przerw i koła nie były powiązane łańcuchami.
Czyniono przygotowania do tygodniowej przerwy w podróży. Bydło musiało wypocząć przed
prawdziwą pustynią, chociaż i ten krajobraz był bardzo do pustyni podobny. Otaczały nas te same
niskie piaszczyste wzgórza, niekiedy tylko porośnięte krzakami. Równina też była piaszczysta,
lecz rosło na niej trochę trawy, więcej niż spotkaliśmy w ciągu kilku ostatnich dni. Około trzech
metrów   od   obozu   znajdowało   się   niewielkie   źródło,   które   ledwie   mogło   zaspokoić   ludzkie
pragnienie. Nieco dalej jednak ze zbocza gór wytryskiwało kilka innych słabych źródeł i one
służyły do pojenia bydła.

Tego dnia rozbiliśmy obóz wcześnie i ponieważ mieliśmy pozostać tu cały tydzień, nastąpił

ogólny przegląd brudnej odzieży; kobiety następnego dnia zamierzały rozpocząć pranie. Wszyscy
pracowali aż do zapadnięcia zmroku. Niektórzy z mężczyzn naprawiali uprząż, inni zaś wozy.
Rozpalono żelaza, walono młotami, umacniano klamry i śruby. Pamiętam, że natknąłem się na
Laba na, gdy siedząc w cieniu wozu ze skrzyżowanymi nogami, szył nowe mokasyny aż do
nadejścia nocy. On jeden w naszym taborze nosił  mokasyny oraz  skórzaną  kurtkę  i miałem
wrażenie, że nie wchodził w skład naszej grupy, gdy opuszczaliśmy Arkansas. Nie miał żony,
rodziny, ani własnego wozu. Koń, strzelba, odzież, którą miał na sobie i para kołder, wsuniętych
do wozu Masonów, to było wszystko, co posiadał.

Następnego   ranka   przeznaczenie   nasze   spełniło   się.   O   dwa   dni   drogi   od   ostatniej   osady

background image

mormonów, wiedząc, że w pobliżu nie ma Indian i nie obawiając się niczego z ich strony, po raz
pierwszy nie połączyliśmy wozów łańcuchami w zwarte koło, nie umieściliśmy straży przy bydle
i nie postawiliśmy nocnej warty.

Obudziłem się, jak w strasznym śnie. To przyszło, jak nagłe uderzenie dźwięku. W pierwszych

chwilach po przebudzeniu, na wpół ogłupiały, starałem się rozpoznać różne dźwięki, tworzące
ciągły hałas. Słyszałem bliższe i dalsze strzały, okrzyki i przekleństwa mężczyzn, jęki kobiet i
płacz dzieci. Następnie usłyszałem świst kul, bijących w drzewo i żelazo kół oraz w podwozia
wozów. Ktokolwiek w nie strzelał, celował za nisko.

Zacząłem wstawać, lecz matka, która się właśnie ubierała, powstrzymała mój ruch. W tej

chwili do wozu wpadł ojciec.

— Wychodźcie! — krzyknął. — Prędzej, na ziemię!
Nie tracił czasu. Złapał mnie żelazną ręką tak szybko, że prawie uderzył i wyrzucił z wozu

tylnym wyjściem. Zaledwie miałem czas, by wypełznąć spod wozu, gdy ojciec, matka i dziecko
znaleźli się już tam, gdzie ja byłem przed chwilą.

— Chodź tutaj, Jesse! — krzyknął ojciec i wraz z nim wykopywałem piasek pod osłoną koła

od wozu. Pracowaliśmy gołymi rękami w szalonym pośpiechu. Wkrótce matka przyszła nam z
pomocą.

— Naprzód, Jesse i prędzej! — rozkazał ojciec.
Wstał i pobiegł w brzask, wykrzykując w biegu słowa komendy. Znałem już swoje nazwisko.

Nazywałem się Jesse Fancher. Mój ojciec był kapitanem Fancher.

— Kłaść się — usłyszałem. — Za koła wozów i okopać się.
— Mężczyźni żonaci, wyciągnąć z wozów kobiety i dzieci! Wstrzymać ogień! Nie strzelać

więcej! Wstrzymać ogień i przygotowywać się do nadchodzącego ataku! Kawalerowie do Laba
na na prawo, do Cochrane’a na lewo i do mnie pośrodku! Nie wstawać! Czołgać się!

Lecz atak nie nadchodził. Ciężki i nierówny ogień trwał jeszcze z piętnaście minut. Straty

nasze rozpoczęły się w chwili niespodziewanego napadu, gdy niektórzy ludzie wstali i zaczęli
być widoczni w świetle ognisk, które rozpalili. Indianie — Laban oświadczył, że to musieli być
Indianie — zaatakowali nas na otwartej przestrzeni i strzelali, leżąc. Dniało już, ojciec szykował
się do ataku. Jego stanowisko znajdowało się w pobliżu nory, w której leżałem z matką, toteż
usłyszałem, gdy zawołał:

— Już! Wszyscy razem!
Z prawej strony, z lewej i ze środka padła salwa.
Wysunąłem głowę, by popatrzeć i dostrzegłem więcej niż jednego trafionego Indianina. Ogień

ich ustał natychmiast i widziałem, jak cofali się biegiem, wlokąc za sobą zabitych i rannych.

W mgnieniu oka wszyscy wzięli się u nas do pracy. Podczas gdy ściągano wozy w koło i

związywano do środka wszystkie dyszle, kobiety, dziewczęta i mali chłopcy z całej siły ciągnęli
wozy za szprychy, by pomóc; obliczyliśmy nasze straty. Przede wszystkim, co najważniejsze, to
fakt,   że   nasze   zwierzęta,   co   do   jednej   sztuki,   uciekły.  Dalej,   przy   ogniskach,   jakie   zaczęto
rozpalać leżało siedmiu naszych ludzi. Czterech zabitych i trzech konających. Innymi rannymi
zaopiekowały się kobiety. Pechowa kula trafiła małego Risha Hardaere’a w przedramię. Nie miał
on więcej niż sześć lat i pamiętam, jak siedząc na kolanach matki, spoglądał z otwartą buzią, gdy
ojciec opatrywał mu ranę. Mały Rish przestał płakać. Widziałem łzy na jego policzkach, gdy
patrzył zdziwiony na kawałek złamanej kości, wystającej z przedramienia.

Babcię White znaleziono martwą na wozie Foxwellów. Była to otyła, niezdarna staruszka,

której jedynym zajęciem było siedzenie i palenie fajki. Jej synem był Abby Foxwell. Zabito też
panią Grant. Mąż jej siedział przy zwłokach. Był zupełnie spokojny. Nie miał łez w oczach.
Siedział tylko ze strzelbą opartą o kolana; pozostawiono go samego.

background image

Wszyscy wzięli się do pracy pod kierunkiem ojca. Mężczyźni wykopali dużą jamę na środku

placu, tworząc okop z wyrzuconego piasku. Do jamy tej kobiety wciągnęły pościel, żywność i
niezbędne sprzęty z wozów. Pomagały im dzieci. Nie było skarg i mało, albo wręcz żadnego
podniecenia. Trzeba było wykonać pracę, my zaś wszyscy byliśmy ludźmi stworzonymi do pracy.

Ta wielka jama była dla kobiet i dzieci. Pod wozami wokół kręgu wykopano płytki rów i

wzniesiono okop z ziemi dla walczących.

Laban powrócił ze zwiadu. Powiedział, że Indianie wycofali się o niecały kilometr i zwołali

radę starszych. Widział też, jak zabierali sześciu swoich, z których trzech, jak twierdził, było
zabitych.   W   ciągu   tego   ranka   widzieliśmy   od   czasu   do   czasu   ruchy   znacznych   oddziałów
konnych.   Obłoki   kurzu   zbliżały   się   i   otaczały   nas   ze   wszystkich   stron.   Nikogo   jednak   nie
widzieliśmy. Tylko   jeden   obłok   kurzu   oddalił   się.   Był   to   duży  obłok   i   wszyscy   mówili,   że
uprowadzają nasze bydło. A nasze czterdzieści wozów, które przebyły Góry Skaliste i połowę
lądu, stały ustawione w krąg i były bezużyteczne. Nie mogły toczyć się dalej bez bydła.

W południe powrócił Laban z drugiego zwiadu. Widział nowych Indian przybywających z

południa, co wskazywało, że jesteśmy otoczeni. Wówczas to ujrzeliśmy dwunastu ludzi, konno,
na grzbiecie niskiego wzgórza na wschodzie, którzy się nam przyglądali.

— To wszystko wyjaśnia — powiedział Laban do ojca. — Indianie byli umówieni.
—   To  biali,   jak   i   my   —   skarżył   się   stary   Foxwell   mojej   matce.   —   Czemu   do   nas   nie

przychodzą?

— To nie biali — zapiszczałem, śledząc okiem rękę matki, czy nie zamierza mnie uderzyć. —

To mormoni.

Wieczorem, gdy zmrok już zapadł, trzech młodych ludzi wykradło się chyłkiem z naszego

obozu. Widziałem, jak wychodzili. Byli to Will Aden, Abel Milliken i Timothy Grant.

—   Idą   do   Cedar   City   prosić   o   pomoc   —   powiedział   ojciec   do   matki,   gdy   spożywał   w

pośpiechu coś w rodzaju wieczerzy.

Matka potrząsnęła głową.
— Wokół obozu jest mnóstwo mormonów na odległość głosu — odrzekła. — Jeżeli nie chcą

nam dopomóc i nie dali żadnego znaku, to ci z Cedar City również nie pomogą.

— Ale są dobrzy mormoni i źli mormoni… — wymamrotał ojciec.
— Nie spotkaliśmy dobrych, jak dotąd — odparła. Dopiero nazajutrz dowiedziałem się, że

Abel   Milliken   i   Timothy   Grant   powrócili.  Wkrótce   też   dowiedziałem   się,   z   czym   przybyli.
Sprawozdanie ich wywołało przygnębienie w całym obozie. Trzej posłańcy oddalili się zaledwie
o kilka kilometrów, gdy napadli ich biali. Gdy tylko Will Aden zabrał głos i powiedział, że idą z
obozu Fanchera do Cedar City prosić o pomoc, natychmiast został zabity. Milliken i Grant uciekli
z powrotem z tą wieścią, pod wpływem której znikła resztka nadziei w naszych sercach. Biali
trzymali stronę Indian, a wyczuwany uprzednio straszny los miał się niebawem spełnić.

Rankiem następnego dnia strzelano do naszych ludzi, gdy szli po wodę. Źródło było oddalone

od   naszego   kręgu   zaledwie   o   trzy   metry,   lecz   droga   do   niego   była   w   ręku   Indian,   którzy
zajmowali   obecnie   niski   wzgórek   na   wschodzie.   Wszystko   to   znajdowało   się   blisko   siebie,
wzgórek bowiem oddalony był tylko o kilka metrów. Indianie jednak nie strzelali zbyt celnie,
gdyż ludzie wrócili z wodą i żadna kula ich nie trafiła.

Oprócz pojedynczych strzałów w kierunku obozu, ranek upłynął spokojnie. Usadowiliśmy się

w  naszej  jamie,  a  ponieważ  twarde  życie  nie  było  dla  nas nowością,  było  nam  nawet  dość
wygodnie. Rodzinom pozostałym po tych, którzy padli w boju było oczywiście źle, musieliśmy
też pielęgnować rannych. W mojej nienasyconej ciekawości, by wszystko widzieć, oddalałem się
wciąż od matki i udało mi się niejedno zobaczyć. Wewnątrz zagrody, na południe od dużej jamy,
mężczyźni wykopali mogiłę i pochowali zabitych we wspólnym grobie, siedmiu mężczyzn i trzy

background image

kobiety. Tylko pani Hastings, która straciła męża i ojca przysparzała nam kłopotów. Płakała i
krzyczała; upłynęło wiele czasu, nim kobiety zdołały ją uspokoić.

Na płaskim wzgórzu, po wschodniej stronie naradzali się Indianie, wydając głośne okrzyki.

Czasami wypuszczali pojedyncze, nieszkodliwe strzały, a poza tym nic się nie działo.

— Co się im stało? — pytał zniecierpliwiony Laban. — Czy nie mogą się zdecydować na

jakieś działanie?

Było upalne popołudnie. Promienie słońca padały wprost na ziemię, gdyż niebo było bez

chmur. Uzbrojeni mężczyźni w okopach pod wozami leżeli w miejscach lekko zacienionych, lecz
wielka jama, w której mieściło się przeszło sto kobiet i dzieci była wystawiona na pełne działanie
palącego słońca. Tutaj właśnie położono rannych, nad którymi wzniesiono z kołder coś w rodzaju
płaskiego dachu. Panował tam zaduch; wykradałem się ciągle do linii bojowej i dumny byłem, że
ojciec wysyłał mnie z poleceniami.

Wielkim błędem było ustawienie wozów w taki sposób, że nie obejmowały one źródła. Stało

się tak z powodu zamętu wywołanego przez pierwszy atak, gdy nie wiedzieliśmy, kiedy może
nastąpić drugi. Teraz było już za późno na zmiany. Nie mogliśmy zdjąć łańcucha z wozów, gdyż
o kilka metrów od nas, na wzgórzu, znajdowali się Indianie. Na placu, na południe od mogiły,
zbudowaliśmy latrynę, a na północ od jamy kilku ludzi na polecenia ojca wykopało studnię.

Tego dnia, to jest drugiego dnia po południu, znowu zjawił się Lee. Szedł pieszo, ukośnie

przecinając   łąkę   w   kierunku   północno   —   zachodnim,   poza   polem   ostrzału.   Ojciec   wywiesił
prześcieradło umocowane na kilku związanych razem ościeniach. Była to nasza biała flaga. Lee
nie zwrócił na nią uwagi i szedł dalej. Laban uważał, że trzeba do niego strzelać, lecz ojciec
powstrzymał go, mówiąc, że widocznie biali nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji, co z nami
zrobić i że strzał skierowany do Lee mógłby tylko ją przyspieszyć i to na naszą niekorzyść.

— Słuchaj, Jesse — powiedział ojciec, odrywając pas płótna od prześcieradła i przywiązując

do ościenia. — Weź to, podejdź do niego i staraj się pomówić z tym człowiekiem. Nie mów mu
nic o tym, co nas spotkało.

Gdy   wyruszyłem,   by   spełnić   rozkaz   byłem   przepełniony   dumą   i   wagą   swojej   misji.   Jed

Dunham krzyknął, że chce iść razem ze mną. Był on mniej więcej w moim wieku.

— Dunham, czy twój syn może iść z Jessem? — zwrócił się mój ojciec do ojca Jeda. —

Lepiej we dwóch niż w pojedynkę. Będą się wzajemnie pilnować.

Jed i ja, obaj wówczas dziewięcioletni chłopcy, wyruszyliśmy więc z białą flagą na rozmowę z

przywódcą naszych wrogów. Gdy nas zobaczył, zaczął uciekać. Nie udało nam się podejść do
niego na odległość głosu, wkrótce potem musiał ukryć się gdzieś w zaroślach; nie widzieliśmy go
więcej, a byliśmy pewni, że nie mógł zniknąć na odkrytej przestrzeni.

Przeszukaliśmy z Jedem zarośla w promieniu kilkuset metrów. Nie powiedziano nam, jak

długo mamy chodzić, a ponieważ Indianie do nas nie strzelali, szliśmy wciąż dalej i dalej. Od
naszego wyjścia z obozu minęły dwie godziny, chociaż każdy z nas, gdyby wyruszył sam, byłby
z powrotem w ciągu piętnastu minut. Jed postanowił być śmielszy ode mnie, ja zaś uparłem się
na większą odwagę niż on.

Nasze   szaleństwo   przyniosło   pewne   korzyści.   Chodziliśmy   śmiało   z   naszą   białą   flagą.

Zobaczyliśmy, jak duże siły oblegały nasz obóz. Na południe od naszego taboru, w odległości
około jednego kilometra, odkryliśmy duży obóz Indian. Dalej na łące zauważyliśmy indiańskich
chłopców   na   koniach.   Na   wschodzie,   na   wzgórzu   znajdowała   się   następna   pozycja   Indian.
Zdołaliśmy   wejść   na   niski   pagórek   i   obejrzeć   ją.   W   ciągu   pół   godziny   razem   z   Jedem
policzyliśmy ich i doszliśmy do wniosku, opierając się częściowo na domysłach, że w sumie
musiało tu być kilkuset ludzi. Widzieliśmy też wśród nich wielu białych, prowadzących z nimi
rozmowy.

background image

Na północny wschód od naszego taboru, w odległości około czterystu metrów, odkryliśmy za

niedużym   wzniesieniem   ogromny   obóz   białych.   Za   nim   pasło   się   około   pięćdziesiąt   lub
sześćdziesiąt wierzchowców.

Dwa kilometry dalej  z  kierunku  północnego  zbliżał  się mały  tuman  kurzu.  Czekaliśmy  z

Jedem i ujrzeliśmy mężczyznę na koniu, który wjechał do obozu białych.

Po powrocie do obozowiska spotkała mnie nagana ze strony matki, która uderzyła mnie za tak

długą nieobecność. Ojciec pochwalił nas jednak, Jeda i mnie, gdy zdaliśmy raport.

— Możemy teraz spodziewać się ataku, kapitanie — powiedział do ojca Aaron Cochrane. —

Ten człowiek, którego widzieli chłopcy nie przyjechał bez powodu. Biali trzymają Indian, dopóki
nie nadejdzie rozkaz z góry. Być może człowiek ten przywiózł jakieś rozkazy. Nie oszczędzają
koni, to jedno jest pewne.

Półgodziny po naszym powrocie Laban spróbował udać się z białą flagą na zwiad. Lecz nie

uszedł sześciu metrów, gdy Indianie otworzyli do niego ogień i zmusili go do powrotu.

Przed zachodem słońca siedziałem w jamie i trzymałem dziecko, podczas gdy matka układała

posłanie z kołder. Było nas tak wielu, że panowała tu okropna ciasnota. Poprzednią noc wiele
kobiet   spędziło   na   siedząco   z   pochylonymi   nad   kolanami   głowami.   Obok   mnie   konał   Silas
Dunlop, który za każdym poruszeniem uderzał mnie w ramię. Został ranny w głowę podczas
pierwszego ataku, a cały następny dzień leżał bez przytomności, majaczył i śpiewał. Jedną z
piosenek, którą wciąż powtarzał i która doprowadzała matkę do skrajnej rozpaczy była:

Rzekł do drugiego pierwszy diabełek
daj mi tabaki z twej tabakierki.
Rzekł do pierwszego drugi diabełek,
trzymaj pieniądze mocno w kieszeni
nie zabraknie tabaki w twej tabakierce.

Siedziałem tuż obok niego z dzieckiem na ręku, gdy rozpoczęto atak. Słońce chyliło się ku

zachodowi, ja zaś wpatrzony byłem w Silasa Dunlopa, któremu wybiła ostatnia godzina. Jego
żona, Sarah położyła mu rękę na głowie. Płakała cicho, podobnie jak ciotka Marta. Wówczas
zaczęło się: wybuchy i kule z kilkuset strzelb. Utworzyli półkole od kierunku wschodniego do
zachodniego i zasypali nasz obóz ołowiem. Wszyscy ci, którzy znajdowali się w jamie, schylali
się jak najniżej. Rozległ się wrzask najmłodszych dzieci i niełatwo je było uspokoić. Niektóre
kobiety też na początku krzyczały, ale było ich niewiele. W ciągu kilku minut spadło na nas
tysiące strzałów. Z całego serca pragnąłem podczoł — gać się do okopów pod wozami, gdzie nasi
ludzie   utrzymywali   stały,  lecz   nieregularny  ogień.   Każdy  strzelał   na   własną  rękę,   gdy  tylko
dostrzegł, że wróg pociąga za cyngiel. Matka widocznie wyczuła mój zamiar, gdyż kazała mi się
mocno schylić i trzymać dziecko.

Patrzyłem właśnie na Silasa Dunlopa — drgał jeszcze — gdy zabito dziecko Castletonów.

Trzymała je Dorota Castleton, sama w wieku lat dziesięciu, tak, że zabito je u niej na ręku. Jej się
nic nie stało. Słyszałem, jak o tym mówili i snuli domysły, że kula musiała odbić się o jeden z
wozów i wpaść do jamy. To wypadek — mówiono — poza tym wypadkiem nie groziło nam
żadne niebezpieczeństwo.

Silas Dunlop już nie żył, gdy spojrzałem na niego ponownie. Poczułem się zawiedziony, że nie

mogłem być świadkiem tego szczególnego wydarzenia. Nigdy nie udało mi się zobaczyć, jak
człowiek umiera.

Dorota Castleton wpadła w histerię z powodu tego, co zaszło, długo krzyczała i płakała, co

wywołało podobny wybuch ze strony pani Hastings. Podniosły taki krzyk, że ojciec przysłał

background image

Watta Cummingsa, który przyczołgał się do nas, by zobaczyć, co się dzieje.

Ciężki ogień ustał z nadejściem zmierzchu, chociaż pojedyncze strzały powtarzały się przez

całą noc. W tym drugim ataku raniono dwóch naszych ludzi, przyniesiono ich do nas, do jamy.
Bill Tyler został zabity na miejscu. Pochowano go w nocy w tym samym miejscu, co tamtych,
wraz z Silasem Dunlopem i z niemowlęciem Castletonów.

Przez całą noc mężczyźni kolejno pogłębiali studnię, jedynym znakiem wody był wilgotny

piasek.   Kilku   ludzi   zeszło   z   dzbankami   po  wodę   do  źródła,   lecz   zaczęto   ich   obstrzeliwać   i
wycofali się, gdy Jeremiaszowi Hopkinsowi strzał roztrzaskał dłoń.

Następnego   ranka,   trzeciego   dnia,   upał   i   susza   były   nie   do   zniesienia.   Obudziliśmy   się

spragnieni, nikt nic nie gotował. Usta nasze były tak wyschnięte, że nie mogliśmy jeść. Matka
dała mi kawałek suchego chleba, spróbowałem jeść, lecz odrzuciłem go. Strzelanina to wzmagała
się, to ustawała. Chwilami na obóz padało setki strzałów. Potem następowała cisza, której nie
przerywał  żaden  wystrzał.  Ojciec  cały czas napominał  ludzi,  by nie  strzelali  na  ślepo,  gdyż
zapasy amunicji są na wyczerpaniu.

Przez   cały   ten   czas   mężczyźni   pracowali   przy   studni.   Była   już   tak   głęboka,   że   kubłami

wyciągali piasek. Ci, którzy windowali te kubły w górę byli narażeni na strzały i jeden z nich
został raniony w ramię. Był to Piotr Bromley, który powoził wołami na wozie Bloodgrodów i
zaręczony był z nijaką Jane Bloodgrod. Ta wyskoczyła z jamy i podbiegła do niego, podczas gdy
kule   latały  w   powietrzu   i   ściągnęła   go   z   powrotem   do   schronienia.   Około   południa   studnia
zapadła się i trzeba było włożyć sporo wysiłku w jej odkopanie. Kilku ludzi przysypał piasek.
Amos   Wentworth   nie   odzyskiwał   przytomności   przez   całą   godzinę.   Potem   mężczyźni
ocembrowali studnię deskami oraz dyszlami zdjętymi z wozów i kopali dalej. Nie zdołali jednak
dotrzeć do wody, mimo że wykopali dół o głębokości sześciu metrów. Widać było tylko mokry
piasek.

Tymczasem w jamie sytuacja pogarszała się. Dzieci prosiły o wodę, niemowlęta zachrypnięte

od płaczu ciągle jeszcze płakały. Ranny Robert Carr leżał niecałe trzy metry ode mnie i matki.
Nie wiedział, co się dzieje, machał rękami i prosił o wodę. Nie lepiej od niego zachowywały się
też kobiety, które obrzucały przekleństwami mormonów i Indian. Niektóre z nich modliły się, a
trzy siostry Demdike wraz ze swoją matką śpiewały pobożne pieśni. Inne kobiety brały ze studni
wilgotny piasek i okładały nim drobne ciałka niemowląt, by je ochłodzić i uspokoić.

Dwaj bracia Fairfar nie mogli już tego wytrzymać, wyczołgali się spod wozu z dzbankami w

ręku i jednym susem skoczyli  do źródła. Giles padł zanim doszedł do połowy drogi. Roger
poszedł dalej i wrócił cały z dwoma dzbankami napełnionymi do połowy wodą, gdyż biegnąc
część wody rozlał po drodze. Giles przyczołgał się z powrotem, a gdy mu pomagano wejść do
jamy, miał krew na ustach i kaszlał.

Dwa dzbanki do połowy napełnione wodą niewiele pomogły stu osobom, nie licząc mężczyzn.

Tylko niemowlęta, małe dzieci i ranni dostali trochę wody. Mnie nie dano ani kropelki, lecz
matka zanurzyła kawałek płótna w kilku łyżeczkach, które otrzymała dla dziecka i tym płótnem
wytarła mi usta. Dla siebie nie zrobiła nawet tego, bowiem dała mi ten wilgotny skrawek do
żucia.

Po południu nasze położenie pogorszyło się. Gorące słońce paliło okropnie i ponieważ nie

było odrobiny wiatru, z naszej nory z piasku zrobił się piec. Wokół rozlegały się bezustanne
strzały   i   okrzyki   Indian.   Ojciec   zezwalał   na   pojedyncze   strzały   z   okopów   tylko   w   długich
odstępach czasu i to wyłącznie naszym najlepszym strzelcom, którymi byli Laban i Timothy
Grant.   W   naszym   kierunku   sypał   się   grad   ołowiu.   Na   szczęście   kule   nie   odbijały   się   już
rykoszetem o wozy. Nasi ludzie w okopach nie strzelali, leżeli w ukryciu i unikali kul. Raniono
tylko czterech, a z nich jeden już był ciężko ranny.

background image

Podczas przerwy w strzelaninie przyszedł do nas ojciec. Bez jednego słowa usiadł przy matce

i przy mnie. Wydawało mi się, że przysłuchuje się jękom i wołaniom o wodę, które się wciąż
rozlegały. Wyszedł z jamy, by obejrzeć wykopaną studnię. Przyniósł tylko trochę wilgotnego
piasku, którym obłożył grubo pierś i ramiona Roberta Carra. Potem podszedł do Jeda Dunhama i
jego   matki   oraz   kazał   przyprowadzić   ojca   Jeda   do   okopów.   W   jamie   było   tak   ciasno,   że
ktokolwiek się ruszył, musiał czołgać się bardzo ostrożnie po ciałach tych, którzy leżeli.

Po jakimś czasie ojciec znowu przyczołgał się do nas. — Jesse — zapytał — czy boisz się

Indian?

Zaprzeczyłem energicznym ruchem głowy, domyślałem się bowiem, że zostanę wysłany z

drugą zaszczytną misją.

— Czy boisz się przeklętych mormonów?
— Nie boję się żadnego przeklętego mormona — odparłem, korzystając ze sposobności, by

przeklinać wroga bez obawy przed karzącą ręką matki.

Zauważyłem nikły uśmiech na ustach ojca, gdy usłyszał odpowiedź.
— A więc, Jesse — rzekł — czy pójdziesz z Jedem do źródła po wodę?
Słuchałem uważnie.
— Przebierzemy was obu za dziewczynki — mówił dalej — może wówczas nie będą do was

strzelać.

Chciałem iść tak, jak stałem, jak mężczyzna, ubrany w spodnie; szybko jednak zgodziłem się,

gdy ojciec napomknął, że znajdzie innego chłopca, który przebrany pójdzie z Jedem.

Przyniesiono skrzynię z wozu Chattoxów. Córki ich, bliźniaczki były prawie tego samego

wzrostu, co Jed i ja. Kilka kobiet nam pomogło. Były to niedzielne sukienki sióstr Chaltox i
leżały w skrzyni przez całą drogę z Arkansas.

Zaniepokojona matka zostawiła dziecko z Sarą Dunlap i podeszła ze mną aż do okopów. Tam,

pod   wozem   i   za   małym   nasypem   z   piasku   otrzymaliśmy   ostatnie   wskazówki.   Potem
wyczołgaliśmy się i stanęliśmy w otwartej przestrzeni. Byliśmy ubrani jednakowo: mieliśmy
białe pończochy, białe sukienki z dużymi niebieskimi kołnierzami i białe kapelusiki. Prawa ręka
Jeda ujęła mocno moją lewą. W każdej wolnej ręce mieliśmy po dwa małe dzbanki.

— Trzymajcie je swobodnie — napominałojciec, gdy ruszyliśmy z miejsca. — Powoli. Idźcie

tak, jak chodzą dziewczynki.

Nie padł ani jeden strzał. Dotarliśmy szczęśliwie do źródła, napełniliśmy nasze dzbanki i leżąc

mieliśmy okazję sami do woli się napić. Z pełnymi dzbankami w każdej ręce ruszyliśmy w drogę
powrotną. Znowu nie padł ani jeden strzał.

Nie pamiętam, ile wędrówek odbyłem, może piętnaście, a może dwadzieścia. Szliśmy powoli

w   jedną   stronę,   zawsze   trzymając   się   za   ręce,   a   w   drugą   wolnym   krokiem   zmierzaliśmy  z
pełnymi dzbankami do obozu. Byliśmy dziwnie spragnieni. Kilka razy kładliśmy się na ziemi,
pijąc długo.

Tego już było naszym wrogom za wiele. Trudno sobie wyobrazić, żeby Indianie tak długo

wstrzymywali   ogień,   gdyby   nie   rozkaz   obecnych   wśród   nich   białych.   W   każdym   razie
wyruszyliśmy obaj na nową wycieczkę, gdy padł strzał ze wzgórza Indian, a po nim drugi.

— Wracajcie! — zawołała matka.
Spojrzałem   na   Jeda   i   zobaczyłem,   jak   na   mnie   patrzy.   Wiedziałem,   że   jest   uparty   i   że

postanowił nie być gorszy. Ruszyłem więc naprzód, a on równocześnie ze mną.

— Ty! Jesse! — wołała matka. W jej głosie dźwięczał więcej niż jeden klaps.
Jed radził wziąć się za ręce, lecz odmówiłem potrząśnięciem głowy.
— Biegnij! — powiedziałem.
Gdy tylko ruszył ostrym krokiem przez piasek, wydawało się, że zwróciły się przeciwko nam

background image

wszystkie strzelby Indian. Przyszedłem do źródła pierwszy i Jed czekał, bym napełnił dzbanki.

— Teraz ty biegnij — powiedział i ze sposobu, w jaki zaczął napełniać dzbanki, wiedziałem,

że postanowił wrócić jako ostatni.

Schyliłem się i czekając śledziłem obłoczki kurzu wzniecone przez strzały. Wracaliśmy razem,

biegnąc.

— Nie tak prędko — ostrzegałem. — Rozlejesz połowę wody.
To go dotknęło i cofnął się widocznie. W połowie drogi potknąłem się i upadłem. Kula, która

padła przede mną, zasypała mi oczy piaskiem. Wydawało mi się, że zostałem trafiony.

— Zrobiłeś to umyślnie — drwił Jed, gdy się podniosłem. Stał i czekał na mnie. Zrozumiałem,

o co mu chodzi. Sądził, że upadłem celowo, by rozlać wodę i pójść po więcej. Ta rywalizacja
między nami była poważną sprawą, tak poważną, że skorzystałem natychmiast z myśli, którą mi
podsunął i puściłem się biegiem z powrotem do źródła. Jed Dunham, nie zważając na kule, które
wokół niego wzbijały tumany kurzu, stał wyprostowany na odkrytym polu i czekał na mnie.
Wróciliśmy   razem,   przyjmowani   z   honorami.   Lecz   gdy   oddawaliśmy   wodę,   tylko   jeden   z
dzbanków Jeda był pełny. Drugi tuż przy dnie przebiła kula.

Matka   wygłosiła   mi   kazanie   na   temat   nieposłuszeństwa.   Wiedziała   pewnie,   że   ojciec   nie

pozwoli, by mnie uderzyła po tym, co zrobiłem, gdyż podczas przemowy wesoło mrugnął do
mnie spoza jej ramienia. Wówczas pierwszy raz w życiu puścił do mnie oko.

Po powrocie do jamy Jed i ja zostaliśmy bohaterami dnia. Kobiety płakały, błogosławiły nas i

całowały. Muszę przyznać, że taka demonstracja uczuć napełniła mnie dumą, chociaż tak samo,
jak Jed udawałem, że nie lubię takiej przesady. Jeremiasz Hopkins, który miał zabandażowaną
rękę powiedział, że z takich właśnie wyrastają biali ludzie podobni do Daniela Boone’a, Kita i
Davy’ego Croketta. Bardziej szczyciłem się tym niż czymkolwiek innym.

Do   końca   dnia   dokuczał   mi   ból   prawego   oka,   wywołany   piaskiem,   który  się   tam   dostał

podczas strzelaniny. Jak mówiła matka, oko prawie całkowicie zaszło krwią i czy je otwierałem,
czy zamykałem, ból był zawsze jednakowy. Próbowałem obu sposobów.

W jamie   zapanował   większy  spokój,   wszyscy  bowiem   dostali   wodę,   dręczyło   nas   jednak

pytanie,   w  jaki   sposób  zdobyć  następny  jej  zapas.  Z   tym  problemem  łączył  się   następny, a
mianowicie  fakt,  że  nasze  zapasy  amunicji były już na  wyczerpaniu.  Dokładne  sprawdzenie
wozów przez ojca dało w rezultacie pięć funtów prochu. Niewiele więcej mieli nasi ludzie w
swoich ładownicach.

Przypomniałem   sobie   wczorajszy   atak   o   zachodzie   słońca   i   uprzedziłem   go   tym   razem,

przyczołgałem się bowiem do okopów przed zachodem słońca. Wślizgnąłem się w miejsce obok
Labana.   Zajęty   był   żuciem   tabaki   i   nie   zwrócił   na   mnie   uwagi.   Śledziłem   go   jakiś   czas,
obawiałem   się   bowiem,   że   każe   mi   wracać,   gdy   spostrzeże   moją   obecność.   Rzucał   długie
spojrzenia pomiędzy koła u wozów, żuł wytrwale przez chwilę, następnie wracał ostrożnie do
małego dołka, który wykopał w piasku.

—  Jak  się  masz,   figlarzu?  —  spytałem  wreszcie.  Zawsze   zwracałem  się  do  niego   w  ten

sposób.

— Doskonale — odparł. — Nadzwyczaj dobrze, Jesse, odkąd znowu mogę żuć. Usta miałem

tak spieczone, że od wschodu słońca nie mogłem w ogóle żuć aż do chwili, gdy przyniosłeś
wodę.

Nagle na zboczu małego wzgórza na północnym wschodzie, które zajęte było przez białych,

ukazała   się   głowa   i   ramiona   jakiegoś   mężczyzny.  Laban   długo   w   niego   celował.   Następnie
potrząsnął głową.

— Czterysta metrów. Nie ryzykuję. Mogę trafić, lecz mogę i nie trafić, a twój ojciec bardzo

niepokoi się o proch.

background image

—   Jak   sądzisz,   jakie   mamy   szansę?   —   spytałem   tonem   mężczyzny,   gdyż   po   moim

bohaterskim czynie z wodą czułem się mężczyzną.

Laban zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział.
— Jesse, przyznam ci się, że jesteśmy w beznadziejnie złym położeniu. Lecz wybrniemy z

niego, wybrniemy, możemy założyć się o ostatniego dolara.

— Niektórzy z nas nie wybrną — zaprzeczyłem.
— A to dlaczego? — spytał.
— A no, Bill Tyler, pani Grant, Silas Dunlop i tamci.
— Głupstwa pleciesz, Jesse, oni są już w ziemi. Czy nie wiesz, że każdy grzebie swoich

zmarłych w długich wędrówkach? O ile wiem, robi się to od tysięcy lat, a zawsze jest tylu
żywych, ilu było. Widzisz, Jesse, narodziny i śmierć idą w parze. Ludzie rodzą się tak samo
szybko, jak umierają, a umierają może jeszcze szybciej, gdyż dorośli i rozmnożyli się. Ty, na
przykład,   mogłeś   zostać   zabity   dziś   po   południu,   gdy   niosłeś   wodę.   Jednak   jesteś   tutaj,
rozmawiasz ze mną i gdy dorośniesz, będziesz ojcem licznej rodziny w Kalifornii. Podobno w
Kalifornii wszystko jest wielkie, również rodziny.

Tak optymistyczny sposób patrzenia na sprawy zachęcił mnie do wyrażenia moich dawnych

pragnień.

— Przypuśćmy, Labanie, że cię tutaj zabiją.
— Kto? Mnie? — wykrzyknął.
— Mówię, przypuśćmy — wyjaśniłem.
— No, dobrze. Co dalej? Przypuśćmy, że mnie zabiją?
— Czy dasz mi swoje skalpy?
— Matka sprawi ci lanie, gdy zobaczy, że je nosisz — przygadywał mi.
— Nie muszę ich nosić przy matce. Gdyby cię zabito Labanie, ktoś musiałby wziąć te skalpy,

dlaczego nie ja?

— Dlaczego nie? — powtórzył. — Masz słuszność, dlaczego nie ty? Słusznie, Jesse. Lubię

ciebie i twego ojca. Gdy zostanę zabity, skalpy należą do ciebie i nóż do skalpowania również.
Timotny Grant jest świadkiem. Słyszałeś, Timothy?

Timothy odparł, że słyszał. Oniemiałem wówczas w tym dusznym okopie, zbyt byłem przejęty

swoim szczęściem, by wydusić z siebie choć jedno słowo podziękowania.

Przewidywania,   które   mnie   poprowadziły   do   okopu   zostały   wynagrodzone.   O   zachodzie

słońca rozpoczął się nowy atak i tysiące strzałów padło w naszą stronę. Nikt z nas jednak nie
ucierpiał. Chociaż z naszej strony nie padło więcej jak trzydzieści strzałów, to widziałem, jak
Laban i Tiomothy Grant zabili po jednym Indianinie.

Laban mówił mi, że na początku strzelali tylko Indianie. Był pewien, że żaden z białych nie

oddał ani jednego strzału. Bardzo go to dziwiło. Biali nie udzielali nam pomocy, ani nie stawali
do ataku, jednak przez cały czas odwiedzali Indian, którzy nas atakowali.

Następnego ranka znowu dokuczało nam pragnienie. Wyszedłem, gdy tylko zaczęło świtać.

Noc przyniosła obfitą rosę i wszyscy bez wyjątku, mężczyźni, kobiety i dzieci, zaczęli ją spijać
językami z kół, łańcuchów i szprych.

Mówiono, że Laban powrócił nad ranem ze zwiadu i że zakradł się blisko pozycji białych.

Okazało się, że biali już nie spali i w świetle obozowych ognisk odmawiali wspólną modlitwę.
Doniósł też, że z nielicznych słów, które go doszły, wynikało wyraźnie, iż modlitwa dotyczyła
nas i tego, co należy z nami zrobić.

— Niech ich Bóg oświeci — rzekła do Abby Foxwella jedna z sióstr Demdike.
— I to szybko — odparł Abby Foxwell — nie wiem, jak wytrzymamy cały dzień bez wody, a

prochu już prawie nie ma.

background image

Cały ranek nic się nie działo. Nie padł ani jeden strzał. Słońce jaśniało na cichym błękicie

nieba. Pragnienie coraz bardziej dawało nam się we znaki, niemowlęta płakały, młodsze dzieci
żaliły się i narzekały. W samo południe Will Hamilton wziął dwa dzbanki i wyruszył do źródła.
Zanim jednak zdołał wczołgać się pod wóz, Anna Demdike wybieg — fa za nim, objęła go
ramionami i starała się go zatrzymać.

Powiedział jej kilka słów, ucałował ją i ruszył dalej. Żaden strzał nie padł przez cały czas aż

do jego powrotu.

— Dzięki Bogu — wykrzyknęła stara pani Demdike. — To dobry znak. Ugięli się.
Taką opinię podzielało wiele innych kobiet.
Około drugiej po południu, gdy zjedliśmy posiłki i poczuliśmy się znacznie lepiej, pokazał się

biały mężczyzna z białą flagą w ręku. Will Hamilton wyszedł mu naprzeciw, porozmawiał z nim,
potem   wrócił,   rozmawiał   z   ojcem   i   z   resztą   naszych   ludzi,   wreszcie   wyszedł   znowu   do
nieznajomego. Nieco dalej spostrzegliśmy mężczyznę, który stał i patrzył; poznaliśmy, że to był
Lee.

Zapanowało ogólne  podniecenie.  Kobiety były tak zadowolone,  że płakały i całowały się

wzajemnie,   pani   Demdike   zaś   wraz   z   innymi   śpiewała   pieśni   dziękczynne.   Przyjętą   przez
naszych propozycją było wywieszenie flagi rozejmu i zaakceptowanie opieki Indian.

Słyszałem, jak ojciec mówił do matki: — Musieliśmy na to przystać.
Siedział na dyszlu od wozu, zniechęcony, z opuszczonymi ramionami.
— A jeżeli mają zdradzieckie zamiary? — spytała matka. Wzruszył ramionami.
— Musimy liczyć na to, że tak nie jest — odrzekł. — Zapasy amunicji wyczerpały się.
Kilku naszych ludzi zajęło się zdejmowaniem łańcucha z kół wozu i odciągnęli ten wóz na

bok. Pobiegłem zobaczyć, co się dzieje. Przyszedł Lee, a za nim toczyły się dwa puste wozy,
każdym z nich powoził jeden mężczyzna. Wszyscy otoczyli Lee, który powiedział, że miał ciężką
przeprawę z Indianami, by ich o nas odsunąć, oraz że major Higbee wraz z pięćdziesięcioma
ludźmi z milicji mormońskiej chce nas wziąć pod opiekę.

Jednak słowa Lee, że mamy złożyć wszystkie nasze strzelby na jeden wóz, by nie drażnić

Indian   wydały  się  podejrzane   zarówno   ojcu,   jak  i   Labanowi   oraz   kilku   innym   spośród   nas.
Sprawiało to wrażenie, że jesteśmy więźniami milicji mormońskiej.

Ojciec   wyprostował   się   i   już   miał   odmówić,   ale   spojrzał   na   Labana,   który   powiedział

półgłosem:

— Nie większa z nich korzyść w naszym ręku niż na wozie, gdy nie ma prochu.
Umieszczono na wozach dwóch naszych rannych, a wraz z nimi wszystkie dzieci. Lee zdawał

się robić selekcję pomiędzy młodszymi a starszymi dziećmi. Jed i ja byliśmy wysokiego wzrostu
jak na nasz wiek i mieliśmy już dziewięć lat, a więc znaleźliśmy się w grupie starszych i Lee
kazał nam iść pieszo razem z kobietami.

Gdy zabrał dziecko matce i umieścił je na wozie, chciała się sprzeciwić. Spostrzegłem tylko,

jak mocno zacisnęła usta i zamilkła. Była kobietą w średnim wieku, kiedyś tęgą i dość pełną, o
wyrazistych rysach i siwych oczach. Trud długiej  podróży nie pozostał jednak bez wpływu,
policzki jej zapadły się oraz pożółkły i jak wszystkie nasze kobiety miała w spojrzeniu wyraz
stałego niepokoju.

Gdy Lee wydawał rozporządzenia dotyczące szyku marszu, podszedł do mnie Laban. Lee

orzekł, że kobiety i dzieci idące pieszo mają być w pierwszym szeregu, za dwoma wozami.
Mężczyźni mają iść za kobietami jeden za drugim.

Gdy Laban usłyszał te słowa, zbliżył się do mnie, odwiązał skalpy od pasa i przymocował je

do mego ubrania.

— Lecz nie jesteś jeszcze zabity — zaprotestowałem.

background image

— Możesz się nawet założyć, że nie — odparł lekkim tonem. — Zmieniłem się i koniec. To

noszenie skalpów to próżność i pogaństwo. — Przerwał na chwilę, jakby o czymś zapomniał,
następnie   odwrócił   się   raptownie,   by   wrócić   do   mężczyzn   i   rzucił   przez   ramię:   —   No,   do
widzenia, Jesse.

Zdziwiło mnie to pożegnanie, w tym momencie wjechał na nasz plac biały człowiek na koniu.

Powiedział, że przysłał go major Higbee i polecił, byśmy się pospieszyli, bo Indianie mogą w
każdej chwili rozpocząć atak.

Ruszyliśmy naprzód z dwoma wozami na czele. Lee trzymał się obok kobiet i dzieci. Za nami,

gdy   odeszliśmy   kilkanaście   metrów,   szli   mężczyźni.   Opuszczając   plac   widzieliśmy   milicję
znajdującą się niedaleko nas. Stali w długim szeregu, oparci o strzelby, w odległości mniej więcej
o   dwa   metry   jeden   od   drugiego.   Przechodząc   obok   nich,   nie   mogłem   nie   zauważyć   ich
uroczystych twarzy. Wyglądali jak •a pogrzebie.

Zwróciło to też uwagę kobiet i niektóre zaczęły płakać.
Szedłem   tuż   za   matką.  Wybrałem   to   miejsce,   by  nie   zauważyła   moich   skalpów.  Za   mną

podążały trzy siostry Demdike, dwie z nich podtrzymywały starą matkę. Słyszałem, jak Lee
krzyczał do woźniców, by nie jechali tak szybko. Jakiś mężczyzna, który, jak mówiła jedna z
sióstr Demdike, musiał być majorem Higbee, stał na koniu i patrzał na nasz pochód. Żadnego
Indianina nie było.

Gdy nasi ludzie znaleźli się naprzeciw milicji — obróciłem się właśnie, by spojrzeć, gdzie jest

Jed   Dunham   —   zaczęło   się.   Usłyszałem   głośny   okrzyk   majora   Higbee:   —   Czyńcie   swą
powinność! — Wydawało się, że wszystkie strzelby milicji wypaliły jednocześnie, nasi ludzie po
kolei padali. Wszystkie kobiety Demdike upadły razem. Obróciłem się szybko, by spojrzeć na
matkę — leżała. Z krzaków obok nas wypadło mnóstwo Indian, strzelali wszyscy. Spostrzegłem,
że dwie siostry Dunlop uciekają i pobiegłem za nimi, gdyż Indianie zabijali nas wszystkich przy
pomocy białych. Już w biegu zobaczyłem, że woźnica zabija dwóch rannych na jednym z wozów.
Konie przy drugim wozie znarowiły się i stawały dęba, a woźnica usiłował je powstrzymać.

Gdy  chłopak,   którym   byłem,   biegł   za   siostrami   Dunlop,   ogarnęły  go   ciemności.   Na   tym

kończy   się   moja   pamięć,   gdyż   egzystencja   Jesse   Fanchera   skończyła   się,   skończyła   się   na
zawsze.

Kształt, którym był Jesse Fancher, ciało, które do niego należało było materią i zjawiskiem, a

więc zniknęło, jak zjawisko i już nie istnieje. Lecz duch, który trwa nie zniknął. Istnieje w
dalszym   ciągu   i   w   następnym   wcieleniu   stał   się   duchem   zamieszkującym   ciało   Darrella
Standinga, którego wkrótce wyprowadzą, powieszą i wyślą w nicość, tam, gdzie idą wszystkie
zjawiska.

Jest   w   Folsom   więzień   skazany   na   dożywocie,   Matthew   Dawes,   który  pochodzi   z   grona

dawnych osadników, mąż zaufania sztabu i izby wykonawczej. Stary to człowiek, jego rodzina
wędrowała przez stepy za dawnych dni. Rozmawiałem z nim i potwierdził on rzeź, w której
zginął   Jesse   Fancher.   Gdy   ten   stary   dożywotnik   był   jeszcze   dzieckiem,   w   jego   rodzinie
opowiadano o rzezi na Górskich Łąkach. Dzieci na wozach ocalały, jak mówił, były bowiem za
małe, by opowiadać.

Przyjmuję to wszystko. Jako Darrell Standing nigdy w życiu nie czytałem i nie słyszałem ani

słowa   o   towarzyszach   Fanchera   zamordowanych   na   Górskich   Łąkach.   Jednak   w   kaftanie
bezpieczeństwa w więzieniu San Quentin, świadomość tej tragedii przyszła do mnie. Nie mogłem
jej stworzyć z niczego, tak, jak nie mogłem stworzyć z niczego dynamitu. Informacje i zdarzenia
przeze mnie opowiedziane mają tylko jedno wyjaśnienie. Pochodzą z ducha znajdującego się we
mnie — ducha, który nie ginie, jak materia.

Kończąc ten rozdział, chciałbym dodać, że Matthew Dawes mówił mi również, że w kilka lat

background image

po rzezi urzędnicy rządu Stanów Zjednoczonych przyprowadzili Lee na Łąki Górskie i stracili go
na miejscu naszej dawnej śmierci.

background image

Rozdział XIV

Gdy po upływie pierwszego mego dziesięciodniowego okresu unieruchomienia w kaftanie

bezpieczeństwa, palce doktora Jacksona, podnosząc mą powiekę, przywróciły mi przytomność,
otworzyłem oczy, spojrzałem na naczelnika Athertona i uśmiechnąłem się.

— Zbyt przewrotny, by żyć i za podły, by umrzeć — brzmiały jego słowa.
— Dziesięć dni minęło, naczelniku — szepnąłem.
— Dlatego cię rozwiążemy — burknął.
— Nie o to chodzi — rzekłem. — Widziałeś mój uśmiech. Przypominasz sobie nasz drobny

zakład. Nie trudź się od razu rozsznurowaniem mnie. Daj tylko tytoń i bibułkę Morrellowi i
Oppenheimerowi. Dla pełnego wyrównania masz drugi uśmiech.

— O, znam takich, jak ty, Standing — ciągnął naczelnik. — Lecz to nic nie da. Jeśli cię nie

złamię, pobijesz rekord kaftana bezpieczeństwa.

—   Już   pobił   —   rzekł   doktor   Jackson.   —   Czy   ktoś   kiedykolwiek   słyszał,   by   człowiek

uśmiechał się po dziesięciu dniach kaftana?

— Zdrów i nadal bezczelny — odparł naczelnik Atherton. — Rozsznuruj go, Hutchins.
— Na cóż ten pośpiech? — zapytałem, szeptem oczywiście, życie bowiem tak słabo drgało we

mnie, że potrzebowałem wszystkiego, co pozostało z utraconej energii i całej potęgi woli, aby
móc chociaż szeptać. — Na co ten pośpiech? Nie śpieszę się na pociąg i tak mi wygodnie, wolę
więc, by mi nie przeszkadzano.

Odsznurowali mnie jednak i wytoczyli z ohydnego kaftana na podłogę, istotę zesztywniałą i

bezbronną.

—   Nic   dziwnego,   że   mu   było   wygodnie   —   rzekł   kapitan   Jamie.   —   Nic   nie   czuje.   Jest

sparaliżowany.

— Twoja babka jest chyba sparaliżowana — szydził naczelnik. — Podnieś go na nogi, a

zobaczysz, że będzie stał.

Hutchins i doktor postawili mnie.
— Teraz puśćcie — rozkazał naczelnik.
Życie nie mogło natychmiast powrócić do ciała, które w ciągu dziesięciu dni faktycznie było

martwe i ja, który nie miałem nad nim jeszcze żadnej władzy, zgiąłem kolana, przysiadłem,
upadłem na bok i rozbiłem czoło o mur.

— Widzisz — rzekł kapitan Jamie.
— Aktor — odparł naczelnik. — Ten człowiek ma nerwy przygotowane na wszystko.
— Słusznie, naczelniku — szepnąłem z podłogi. — Uczyniłem to rozmyślnie. Był to typowy

upadek sceniczny. Podnieście mnie znowu, a jeszcze raz go powtórzę. Obiecuję, że zabawicie się
świetnie.

Nie będę opisywał powrotu krążenia krwi w moim ciele. Wszystko to dawne dzieje, które

wyrzeźbiły na mej twarzy bruzdy, jakie świadczyć będą do końca o tym, czego doznałem.

Gdy opuścili mnie nareszcie, leżałem aż do wieczora ogłupiały i na pół uśpiony. Spotyka się

czasami zjawisko znieczulenia na ból, wywołane przez ból zbyt wyrafinowany. Właśnie to w tej
chwili działo się w moim ciele.

Pod wieczór czołgałem się już po celi, lecz wstać jeszcze nie mogłem. Piłem dużo wody i

myłem się, gdy tylko było to możliwe; rano zmusiłem się do jedzenia całą siłą woli.

Zgodnie z programem przygotowanym przez naczelnika Athertona, miałem odpocząć kilka

dni, by nabrać sił, następnie zaś, o ile w tym czasie nie wyznam, gdzie ukryłem dynamit, groziło
mi kolejne dziesięć dni pobytu w kaftanie bezpieczeństwa.

— Przykro mi, że sprawiam ci tyle kłopotu, naczelniku — odpowiedziałem. — Szkoda, że nie

background image

umieram w kaftanie, to by ci oszczędziło trudów.

Sądzę, że nie ważyłem w owym czasie więcej niż czterdzieści pięć kilogramów. Wydawało mi

się, że niemożliwością jest strata jednego choćby jeszcze grama wagi bez postradania życia.
Jednak w ciągu następnych miesięcy ubywał gram po gramie, tak, iż w efekcie waga moja bliższą
była czterdziestu niż pięćdziesięciu kilogramów. Potem, gdy zdołałem uciec z celi samotnej i
uderzyłem   w   nos   dozorcę   Thrustona,   nim   przywieziono   mnie   na   rozprawę   sądową   w   San
Francisco, gdy mnie myto i golono, ważyłem czterdzieści cztery kilogramy.

Są ludzie, którzy nie pojmują, jak człowiek może stracić wrażliwość i uodpornić się na widok

cierpień. Naczelnik Atherton był twardym człowiekiem. Ja nauczyłem się tego od niego, moje
usposobienie zaś wpływało na niego i czyniło go jeszcze okrutniejszym. Nie udało mu się jednak
zabić mnie. Aby skazać na śmierć za uderzenie pięścią dozorcy więziennego, potrzebne było
prawo kalifornijskie, sędzia i kat. Zawsze będę twierdził, że nos tego dozorcy miał szczególne
usposobienie   do   krwotoku.   Przecież   ja   podobny   byłem   wówczas   do   szkieletu   z   oczami
nietoperza.   Czasami   pytam   siebie,   czy   istotnie   dozorcy   poleciała   krew   z   nosa.   Oczywiście,
przysięgał, że tak było, gdy zeznawał w sądzie. Znałem jednak dozorców więziennych, którzy
przysięgali rzeczy jeszcze bardziej mijające się z prawdą.

Ed Morrell chciał wiedzieć, jak mi się powiodła próba wytrzymałości, lecz w momencie, gdy

zaczął rozmowę, przerwał mu ją Smith, dozorca, który miał dyżur w celach samotnych.

—  Jest  dobrze,   Ed  —  zapukałem  do  niego.  —  Siedźcie   cicho,   Jake   i  ty,  opowiem  wam

wszystko. Smith nie może wam przeszkodzić słuchać, a mnie nie może zabronić mówić. Uczynili
wszystko, by mnie zniszczyć, a ja tu jeszcze jestem.

— Przestań, Standing! — zawołał Smith z korytarza, na który wychodziły wszystkie drzwi na

oddziale samotnych cel.

Smith   był   dziwnie   posępnym   osobnikiem,   najokrutniejszym   i   najbardziej   zawziętym   z

naszych dozorców. Zastanawialiśmy się nieraz nad tym, czy żona go dręczy czy też choruje on na
chroniczną niestrawność.

Pukałem w dalszym ciągu, aż wreszcie strażnik przybliżył się do okienka i spojrzał na mnie.
— Mówiłem ci, abyś przestał — burknął.
— Próżna twoja mowa — rzekłem słodko. — Mogę cię zapewnić, że będę dalej pukał. A…

mam niedyskretne pytanie: co wobec tego uczynisz?

— Ja… — zaczął gniewnie i nie mógł dokończyć zdania, czym dowiódł, że właściwie nie wie,

co myśli.

— Tak?… — zachęcałem. — Co zrobisz, powiedz, proszę?
— Za wezwę naczelnika — odparł z wahaniem.
— Proszę cię. Przemiły człowiek. Świetny przykład wytwornych manier i rycerskich czynów,

które przenikają do naszych więzień. Przyprowadź go zaraz. Chcę oskarżyć cię przed nim.

— Mnie?
— Tak, właśnie ciebie — kontynuowałem. — W sposób szorstki i niedelikatny przeszkadzasz

mi w rozmowie z innymi gośćmi tego zakładu.

Naczelnik  Atherton   przyszedł.   Gdy   otwarto   drzwi,   nagle   wpadł   do   mojej   celi.   Ja   jednak

czułem się bezpieczny! Najgorsze już mnie spotkało. Byłem poza jego władzą.

— Nakarmię ciebie i twoje pchły! — groził.
— Jak chcesz — odparłem. — Przywykłem do tego. Nie jadłem w ciągu dziesięciu dni, a

wiesz, że zaczynać jeść po dłuższej przerwie, to ciężka sprawa.

— Co to? Ty mi grozisz? Ty? Strajk głodowy? Co?
— Przepraszam — rzekłem z chłodną grzecznością.
— Propozycja wyszła od ciebie, nie ode mnie. Staraj się być logiczny. Sądzę, że uwierzysz,

background image

gdy powiem, że trudniej mi znieść twój brak logiki niż wszystkie twoje tortury.

— Czy przestaniesz pukać? — zapytał.
— Nie; wybacz, że cię rozdrażniam, lecz czuję taką chęć rozmowy, że…
— Nałożę ci z powrotem kaftan bezpieczeństwa.
— Proszę. Przepadam za kaftanem. Jestem dzieckiem kaftana. Tyję w kaftanie. Spójrz na tę

rękę.   —   Podciągnąłem   do   góry   rękaw   i   ukazałem   zanikające   mięśnie,   ręka   wyglądała   jak
postronek. — Iście kowalskie muskuły, co, naczelniku? Rzuć okiem na moją spuchniętą pierś.
Sandor lepiej nie wyglądał na laurach. A żołądek, człowieku, tak tyje, że wywołam skandal z
powodu   przekarmienia   w   więzieniu.   Strzeż   się,   naczelniku,   bo   wpadniesz   w   ręce   urzędu
podatkowego.

— Czy przestaniesz rozmawiać? — ryczał.
— Nie, z wdzięczności za twą troskliwość, po głębszym zastanowieniu postanowiłem, że będę

rozmawiać.

Przez chwilę patrzył na mnie w osłupieniu, bez słowa, następnie zwrócił się ku drzwiom,

przytłoczony uczuciem bezradności.

— Jedno pytanie, pozwól.
— Co takiego? — rzucił przez ramię.
— Co ze mną zrobisz?
Dziwię się, że go nie zabiła apopleksja, spowodowana wybuchem wściekłości, jaki nastąpił,

gdy zadałem to pytanie.

Naczelnik wyszedł, a po jego odejściu pukałem przez kilka godzin, opowiadając towarzyszom

niedoli   moje   przygody.  Morrell   i   Oppenheimer   nie   mogli   mówić   aż   do   wieczora,   kiedy   to
przyszedł na dyżur Pie Face Jones i zaczął, jak zwykle, drzemać ukradkiem.

— Śniło ci się — zawyrokował Oppenheimer.
Tak, myślałem, nasze przeżycia są treścią naszych snów.
— Gdy byłem gońcem nocnym — mówił dalej Oppenheimer — zdarzyło mi się też coś

podobnego.  Nie  tylko   tobie   przytrafiają  się  takie  stany.  Sądzę,  że   wszyscy powieściopisarze
pogrążają się w transie, by pobudzić wyobraźnię.

Lecz Ed Morrell, który z autopsji znał stany, w które ja zapadałem, choć osiągał inne wyniki,

uwierzył  w moje opowiadanie. Mówił, że  gdy ciało jego umiera  w kaftanie,  a on opuszcza
więzienie, nie bywa nikim innym, jak Edem Morrellem. Nie doświadczał nigdy poprzednich
wcieleń. Wolny jego duch podróżował w przestrzeni, lecz zawsze pozostawał w teraźniejszości.
Ed opowiadał nam, że tak, jak duch jego może opuścić ciało i spoglądać na nie, leżące w kaftanie
na podłodze celi, podobnie może opuścić więzienie, odwiedzić San Francisco, by dowiedzieć się,
co się tam nowego dzieje. W ten sposób dwa razy odwiedzał swą matkę i za każdym razem zastał
ją pogrążoną we śnie. Mówił, że w tej włóczędze ducha nie ma żadnej władzy nad tym, co jest
materią. Nie może otworzyć ani zamknąć drzwi, stukać ani w jakikolwiek inny sposób objawić
swej obecności. Z drugiej zaś strony, nic z tego, co jest materią, nie ma nad nim władzy. Drzwi i
ściany nie stanowią przeszkód. Jego prawdziwa istota, to myśl i duch.

— Sklepik kolonialny na rogu, o kilka kroków od mieszkania matki zmienił właściciela —

opowiadał   nam.   —   Poznałem   to   po   zmienionym   szyldzie.   Musiałem   potem   czekać   sześć
miesięcy, nim mogłem napisać do matki list,  ale  gdy wreszcie napisałem,  spytałem ją o to.
Odpowiedziała, że owszem, zmienił się właściciel sklepu kolonialnego.

— Czy przeczytałeś napis na tym szyldzie? — spytał Jake Oppenheimer.
— Ma się rozumieć — brzmiała odpowiedź Morrella. — Skąd mógłbym o tym wiedzieć?
— Słusznie — wypukał niedowiarek Oppenheimer. — Możesz to łatwo udowodnić. Kiedyś,

gdy nam przyślą jakichś przyzwoitych dozorców, którzy pozwolą nam czytać gazety, narzuć

background image

kaftan, wyjdź z twego ciała i wyrusz do starego Frisco. Przenieś się do drukarni koło godziny
drugiej lub trzeciej po północy, gdy drukuje się poranne pisma. Przeczytaj ostatnie wiadomości.
Potem wróć prędko do San Quentin, bądź tutaj, nim gazety nadejdą i powiedz, co przeczytałeś.
Poczekamy   na   poranną   gazetę,   a   gdy   nadejdzie,   poprosimy   o   nią   dozorcę.   Jeśli   to,   co
powiedziałeś, wyczytam w gazecie — będę twoim dozgonnym dłużnikiem.

Próba była dobrze obmyślana. Musiałem się zgodzić z Oppenheimerem, że taki dowód byłby

niepodważalny. Morrell powiedział, że kiedyś spróbuje, lecz nie chciałby tak bardzo oddalać się
od swego ciała, a podejmie próbę w chwili, gdy już nie będzie mógł znieść cierpień w kaftanie.

—   Zawsze   to   samo   z   wami   wszystkimi,   nigdy   nie   chcecie   przyjść   z   kawałkiem   czegoś

materialnego, co można dotknąć — krytykował Oppenheimer. — Matka moja wierzyła w duchy
Widywała   je   stale,   gdy  byłem   malutki,   rozmawiała   z   nimi   i   zasięgała   ich   rady.  Jednak   nic
materialnego nigdy od otrzymała. Duchy nie chciały jej powiedzieć, gdzie stary może zrobić
dobry interes lub znaleźć kopalnię złota, albo jaki numer wygra na chińskiej loterii. Nigdy w
życiu. Co najwyżej, powiedziały jej, że wuj starego choruje na podagrę, że jego dziadek skończył
na galopujące suchoty, albo że zmienimy mieszkanie w ciągu czterech miesięcy, co nietrudno
było przewidzieć wobec tego, że przeprowadzaliśmy się przeciętnie sześć razy do roku.

Sądzę,   że   gdyby  Oppenheimer   miał   możliwości   kształcenia   się,   zostałby  Marinettim   albo

Maecklem. Wierzył wyłącznie w namacalne fakty, a logika jego była bezbłędna, chociaż zimna.
„Daj  dowód”, taki był punkt wyjścia wszystkich jego zapatrywań. Brakowało mu  chociażby
odrobiny wiary. Na to właśnie zwracał uwagę Morrell. Brak wiary przeszkodził Oppenheimerowi
dokonać próby odczucia stanu małej śmierci w kaftanie bezpieczeństwa.

Przekonasz się, czytelniku, że nie wszystko było tak beznadziejne i złe w samotnych celach.

Trzy takie umysły, jak nasze, miały wystarczająco dużo możliwości, by twórczo spędzać czas.
Być może to uchroniło nas przed całkowitym pomieszaniem zmysłów, choć muszę przyznać, że
Oppenheimer w ciągu pięciu lat gnił w samotności bez jakiegokolwiek towarzystwa, nim Morrell
do niego dołączył, a jednak pozostał przy zdrowych zmysłach.

Niech wam się nie wydaje jednak, że życie w celach samotnych było radosnym, ciągłym

zbliżaniem dusz i polem ciekawych badań psychologicznych. Doznawaliśmy wielu strasznych
cierpień. Dozorcy nasi — to były dzikie zwierzęta, gorsze niż wasze psy. Warunki, w których
dane nam było egzystować, były podłe. Żywność otrzymywaliśmy brudną, zawsze tę samą, bez
jakichkolwiek wartości odżywczych. Tylko siłą woli można było utrzymać się przy życiu z takich
racji.   Podejrzewam,   że   nasze   krowy,   świnie   i   owce,   nagrodzone   na   pokazowej   farmie
Uniwersytetu w Davis zmarniałyby i padły, gdyby je karmiono takim żarciem.

Nie   mieliśmy   żadnych   książek.   Nawet   nasza   pukana   rozmowa   stanowiła   wykroczenie

regulaminowe. A świat dla nas w ogóle nie istniał. Na przykład Oppenheimer nigdy nie widział
samochodu   ani   motocykla.   Czasami   docierała   do   nas   jakaś   wiadomość,   lecz   była   zawsze
niejasna, bardzo spóźniona, zupełnie nieaktualna. Oppenheimer mówił mi, że dowiedział się o
wojnie rosyjsko — japońskiej dwa lata po jej zakończeniu.

Byliśmy pogrzebani za życia, żyjący — a już zmarli. Samotna cela była naszym grobem, w

którym   czasami   rozmawialiśmy,   pukając   tak,   jak   duchy   stukają   podczas   spirytystycznych
seansów.

Nowiny? Każda drobnostka była dla nas nowiną. Zmianę piekarza poznawaliśmy po smaku

chleba. Dlaczego Pie Face Jones nie pokazał się przez cały tydzień? Miał urlop czy zachorował?
Dlaczego Wilson, który miał nocne dyżury tylko przez dziesięć dni, został przeniesiony gdzie
indziej? Gdzie Smith złapał sińca pod okiem? Gotowi byliśmy cały tydzień dyskutować o tych
drobnych szczegółach.

Nadzwyczajnym   zdarzeniem   było,   jeśli   któryś   z   więźniów   został   skazany   na   miesiąc   w

background image

samotnej celi. Jednak nie mogliśmy dowiedzieć się niczego ciekawego od tych przejściowych i
bardzo często domorosłych Dantych, którzy zbyt krótko bawili w naszym piekle, by wyuczyć się
pukanej rozmowy, nim odeszli znowu w jasny, szeroki świat żyjących.

Jednak   nie   wszystko   było   tak   trywialne   w   naszej   krainie   cieni.   Na   przykład   nauczyłem

Oppenheimera grać w szachy. Zastanówcie się tylko, jakie to niezwykłe — za pomocą pukania
uczyć człowieka, oddalonego o trzynaście cel; nauczyć go, by wyobraził sobie szachownicę,
odróżniał wszystkie pionki, posunięcia oraz pozycje i poznał różne sposoby gry; w dodatku
wyuczyć go tak doskonale, że wreszcie mogliśmy rozgrywać całe partie szachów w wyobraźni.
Powiedziałem — wreszcie? Złożę jeszcze jeden hołd umysłowi Oppenheimera, który stał się
lepszym graczem ode mnie — on, który nigdy w życiu nie widział pionka ani szachownicy.

Jaki obraz laufra, na przykład, mógł powstać w jego umyśle, gdy pukanie oznaczało klucz na

wyraz „laufer”? Często i nadaremnie stawiałem mu to właśnie pytanie. Na próżno starał się
wyrazić słowami przedmiot, którego nigdy nie widział, którym jednak umiał posługiwać się w
tak mistrzowski sposób, że pokonał mnie w grze niezliczoną ilość razy.

Patrząc na takie przykłady woli i ducha mogę tylko dojść do wniosku, że w takich właśnie

umysłach istota życia znajduje swoje oparcie. Tylko duch jest realnością. Ciało — to urojenie i
zjawa,   coś,   co   przemija.   Pytam:   jak   może,   powtarzam,   „jak”   może   materia   lub   ciało   w
jakiejkolwiek   formie   grać   w   szachy  na   wyobrażonej   szachownicy,  wyobrażonymi   pionkami,
poprzez odległość trzynastu cel, wyłącznie za pomocą pukanej rozmowy?

background image

Rozdział XV

Byłem   niegdyś  Adamem   Strangiem,  Anglikiem.   Przypuszczam,   że   ten   okres   mego   życia

przypadał pomiędzy 1550 a 1650 rokiem i jak się dowiecie, dożyłem sędziwego wieku. Odkąd
Ed  Morrell  nauczył  mnie,  jak  można  osiągnąć  stan  małej  śmierci,  żałowałem nieraz,  że  nie
studiowałem dość pilnie historii. Mógłbym o wiele lepiej orientować się co do osób i miejsc,
zupełnie mi obcych. Wobec mego nieuctwa zmuszony jestem iść po omacku i odgadywać drogę,
wiodącą do czasu i miejsca mych poprzednich wcieleń.

Zastanawia mnie fakt, że tak mało mogę przypomnieć sobie z pierwszych trzydziestu lat mego

istnienia jako Adam Strang. Osoba ta przypominała mi się nieraz, gdy miałem na sobie kaftan
bezpieczeństwa, lecz zawsze jako wysoki, muskularny, trzydziestoletni mężczyzna.

Jako Adam Strang odzyskuję świadomość na piaszczystych wyspach, gdzieś pod równikiem,

przypuszczalnie   na   zachodniej   części   Oceanu   Spokojnego.  Jestem  tam   zadomowiony  i   mam
uczucie, że bawię tu już od dłuższego czasu. Wyspę tę zamieszkują tysiące ludzi, jestem jedynym
białym człowiekiem wśród nich. Tubylcy są imponującym ludem: muskularni, wysocy, dobrze
zbudowani. Mężczyzna, mający dwa metry wzrostu, to rzecz zwyczajna. Król, Raa Kook, ma aż
dwa metry i piętnaście centymetrów, a chociaż waga jego bliska jest granicy stu pięćdziesięciu
kilogramów, to proporcje jego ciała są tak doskonałe, że nie można go nazwać otyłym. Niejeden
z wodzów dorównuje mu wzrostem, kobiety zaś są o wiele niższe i drobniejsze od mężczyzn.

Tubylcy zamieszkują liczne wyspy, nad którymi króluje Raa Kook, część wysp na południu

zajmuje ludność wojownicza i buntująca się przy każdej sposobności. Wiem, że tubylcy, wśród
których przebywam są Polinezyjczykami, mają bowiem włosy proste i czarne. Skóra ich ma
ciepły, słoneczny, złocistobrązowy odcień. Język, którym płynnie władam jest równy, bogaty i
dźwięczny,  jest   niemal   pozbawiony   spółgłosek,   składa   się   właściwie   z   samych   samogłosek.
Ludzie, wśród których żyję miłują kwiaty, muzykę, taniec i gry, cechuje ich dziecięca prostota,
wesołość w zabawie, a jednocześnie dzikie okrucieństwo w gniewie i podczas wojny.

Ja,   Adam   Strang,   znam   moją   przeszłość,   lecz   nie   zastanawiam   się   nad   nią.   Żyję

teraźniejszością. Nie rozmyślam nad tym, co minęło, ani nad wydarzeniami przyszłości. Pędzę
żywot beztroski, nie wiem, co to kłopoty i zapobiegliwość, jestem szczęśliwy, że przypadło mi w
udziale  naturalne  bogactwo  i nadmiar  fizycznej  energii.  Cieszę  się  wielkimi  względami  Raa
Kooka, większymi nawet niż posiada Abba Taak, najwyższy kapłan. Nikt nie ośmieli się podnieść
na mnie ręki lub broni. Jestem tabu — świętością, jak świętością jest dom łódek, pod którym
spoczywają kości, Bóg jeden wie, ilu królów z rodu Raa Kooka.

Wiem doskonale, jak to się stało, że tutaj przebywam. Tylko ja jeden pozostałem przy życiu

spośród mych towarzyszy podróży na statku, który rozbił się podczas silnej burzy; nie wracam
jednak   myślą   do   katastrofy.   Gdy   w   ogóle   wspominam   przeszłość,   powracam   raczej   do
dzieciństwa, spędzonego u boku matki, dziarskiej Angielki o mlecznej cerze i lnianych włosach.
Mieszkałem z nią w małej wiosce, złożonej z dwunastu słomą krytych chat. Słyszę znów kosy i
drozdy   w   gęstwinie,   widzę   dzwonki   błękitne   na   polanach   dębowych   lasów   i   nad   łąkami.
Najlepiej zaś pamiętam dużego ogiera o zarośniętych pęcinach, którego prowadzono często przez
wąską   ulicę,   on   zaś   brykał,   wyrywał   się   i   skakał.   Bałem   się   tego   ogromnego   zwierzęcia   i
uciekałem z krzykiem do matki, chroniąc się w fałdach jej spódnicy, gdy tylko do niej dobiegłem.

Dosyć. Nie o dzieciństwie Adama Stranga chcę pisać.
Żyłem od kilku lat na wyspach, których nazwy nie znałem i nie wątpię, że byłem pierwszym

białym człowiekiem, który się tu pojawił. Małżonką moją była Lei–Lei, siostra króla, licząca
ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i o to ponad mnie przewyższała. Miałem postać
okazałą:   byłem   szeroki   w   ramionach,   dobrze   zbudowany.  Jak   się   później   dowiecie,   kobiety

background image

wszelkich ras były do mnie przychylnie usposobione. Pod pachami, gdzie słońce nie dochodziło,
skóra moja była mleczno–biała, jak skóra mojej matki. Oczy miałem niebieskie. Włosy, wąsy i
broda miały ten złotożółty odcień, jaki widzimy czasami na portretach królów północy. Pochodzę
widocznie z dawnego rodu, od dawna osiadłego w Anglii, a chociaż przyszedłem na świat w
zacisznej wiosce, sól morska znajdowała związek z moją krwią i wcześnie odkryłem drogę do
statku, by zostać w przyszłości wilkiem morskim. Nie byłem jednak oficerem ani panem, lecz
marynarzem, spracowanym, twardym, wytrzymałym.

Posiadałem wielką wartość w oczach Raa Kooka, stąd też i jego królewska opieka. Nasz

rozbity okręt dostarczył pierwszego żelaza do państwa Raa Kooka. Czasami udawaliśmy się
łódką dziesięć mil na północny wschód, by przywieźć metalowe przedmioty z rozbitego statku,
którego część zsunęła się ze skały i leżała głęboko pod wodą. Tubylcy dobrze umieli nurkować i
pracować w takich warunkach. Ja również wprawiłem się w nurkowaniu, lecz nigdy nie mogłem
im dorównać w naśladowaniu ryb. Ze względu na angielskie wychowanie i wrodzoną siłę, na
lądzie mogłem położyć każdego z nich. Nauczyłem ich grać w palanta i zamiłowanie do tej
zabawy  stało   się   wręcz   zaraźliwe,   toteż   rozbite   głowy  nie   stanowiły  już   nowości.   Z   okrętu
przywieźliśmy   gazetę,   lecz   tak   podartą   i   zniszczoną   przez   wodę   morską,   z   drukiem   tak
niewyraźnym, że ledwie można było coś odczytać. Jednak w nadziei, że jakiś uczony zdoła
dokładniej   określić   datę   zdarzenia,   które   zamierzam   opisać,   przytoczę   fragment   z   tekstu.
Szczególna   pisownia   może   okazać   się   pomocna   przy   ustalaniu   czasu.   Tak   więc   zwykłe   s
zastępuje przeważnie s długie:

„Pomyślny wiatr pozwolił odnaleźć i wysuszyć część naszych zapasów, szczególnie szynki

chińskie   i   suszoną   rybę,   które   stanowiły   znaczną   część   naszej   żywności.   Odprawiono   też
nabożeństwo na pokładzie. Po południu dął wiatr południowy z pewnym powiewem świeżości,
lecz suchy, tak, że musieliśmy nazajutrz rano wyczyścić pokłady i okadzić statek prochem”.

Mam   mało   czasu,   muszę   się   streszczać,   opowiadanie   moje   nie   dotyczy   bowiem   Adama

Stranga, rozbitka — marynarza na koralowej wyspie, lecz Adama Stranga, zwanego później Yi–
Yong–Ika,   potężnego,   niegdyś   ulubieńca   wielkiego   Yunsana,   Adama   Stranga,   który   był
kochankiem i małżonkiem damy Om, wywodzącej się z książęcego rodu Min, potem zaś przez
dłuższy   czas   był   żebrakiem   i   pariasem,   znanym   we   wszystkich   przybrzeżnych   wioskach   i
drogach w Cho–Sen. (Cho Sen oznacza krainę spokojnego poranka, w nowożytnych czasach
nazwano ten kraj Koreą).

Należy pamiętać, że żyłem przed trzema czy czterema wiekami, jako pierwszy biały człowiek

na koralowej  wyspie Raa Kooka. W owych czasach statki były rzadkością na tych  wodach.
Mogłem tam dożyć końca moich dni w spokoju i dobrobycie — w krainie, w której nie znano
mrozu. Zjawił się jednak Sparwehr, holenderski statek kupiecki, szukający drogi do Indii na
wodach nie zaznaczonych na naszych mapach morskich. Szlak nie został odkryty, natomiast
byłem ja i to okazało się wszystkim, co znalazł Sparwehr.

Powiedziałem już, że byłem wesołym, złotobrodym olbrzymem, lekkomyślnym chłopcem,

który nigdy nie nabrał rozwagi dorosłego człowieka. Gdy Sparwehr napełnił swe beczki wodą,
prawie   bez   emocji   opuściłem   Raa   Kooka   i   jego   miły  kraj,   opuściłem   Lei–Lei   i   jej   siostry,
obdarzając   je   kwiatami   i   z   uśmiechem   na   ustach,   czując   swojską   woń   zapachów   statku,
odjechałem znowu jako wilk morski, pod rozkazami kapitana Johannesa Maartensa.

Wspaniała była ta podróż, w którą wyruszyłem na Sparwehr. Szukaliśmy nowych ziem, a w

nich jedwabiu i korzeni. W rzeczywistości znaleźliśmy gorączkę, gwałtowną śmierć, zadżumione
raje, w których śmierć i piękno mieszkały obok siebie. Stary Johannes Maartens, bez śladu poezji
na  głupim obliczu  i  w  tępej  łepetynie,  szukał  wysp  Salomona,  kopalni  Golkondy  — szukał
zaginionej   Atlantydy,   którą   spodziewał   się   odkryć   nienaruszoną.   Znalazł   natomiast   łowców

background image

ludzkich głów, mieszkańców drzew, ludożerców.

Wylądowaliśmy   na   nieznanych   wyspach   o   dymiących   szczytach,   gdzie   dzicy   ludzie   z

powiązanymi   w   supełki   włosami,   lamentowali   w   dżungli   małpim   głosem,   obsadzali   drogi
cierniem   oraz   palmami   i   ciskali   w   nas   zatrutymi   strzałami.   Wystarczyło,   że   któregoś   z   nas
drasnęła strzała, padał i konał w męczarniach. Spotkaliśmy również innych ludzi, jeszcze bardziej
dzikich i wyższych, którzy stanęli z nami do otwartej walki; zasypywali nas strzałami i dzidami,
podczas gdy wielkie drewniane bębny i małe tam–tamy wybijały wojenne rytmy w leśnej głuszy,
na wzgórkach zaś płonęły ogniska dające sygnały.

Hendrik Hamel miał pieczę nad towarem znajdującym się na okręcie, będąc jednocześnie

współwłaścicielem statku Sparwehr, wszystko zaś, co nie należało do niego, było własnością
kapitana Johannesa Maartensa. Ten ostatni mówił słabo po angielsku, Hendrik Hamel zaś nie znał
ani jednego słowa w tym języku. Marynarze, do których i mnie zaliczano, mówili tylko po
holendersku.   Nie   ma   wątpliwości,   że   wilk   morski   może   nauczyć   się   holenderskiego   —   i
koreańskiego również, jak sami się potem przekonacie.

Przybyliśmy wreszcie do kraju, umieszczonego na mapie morskiej, do Japonii. Tam jednak nie

chcieli nawet z nami rozmawiać; dwaj urzędnicy z mieczami w ręku, w długich jedwabnych
szatach, na widok których oczy kapitana Maartensa błysnęły pożądliwie, weszli na pokład z
grzeczną prośbą, byśmy niezwłocznie odjechali. Pod ich uprzejmością kryła się żelazna wola
wojowniczej rasy, wiedzieliśmy o tym i statek nasz natychmiast odpłynął.

Przepłynęliśmy  cieśniny   Japonii   i   już   na   wodach   Morza   Chińskiego,   w   drodze   do   Chin,

Sparwehr osiadł na skałach. Stary Sparwehr był kruchą łupiną, tak naładowaną, że nie mógł
ruszyć z miejsca. Holowany, nie mógł bardziej podejść do brzegu przy sześciostopniowej sile
wiatru; potem huśtał się w górę i w dół, jak rzucony ogryzek jabłka. Nie można było nawet
marzyć   o   wyciągnięciu   go   sznurami;   by   ruszyć   go   z   miejsca,   potrzeba   było   wszystkich   sił
marynarzy i dowództwa. Wpadliśmy zatem w pułapkę tuż u wybrzeży, przy ośmiu stopniach
przeciwnego   wiatru,   wśród   huraganu,   który   nas   wszystkich   przyprawił   o
czterdziestoośmiogodzinną chorobę.

Wiatr ten wpędził nas na ląd przy chłodnym świetle burzliwego brzasku, widocznego poprzez

wysokie góry, wchodzące w morze. Była to martwa zima; pomiędzy tumanami śniegu mogliśmy
chwilami dostrzec brzeg, jeśli to w ogóle można było nazwać brzegiem, tak był poszarpany. Były
tam puste skaliste wyspy i niezliczone małe wysepki oraz zamglone, pokryte śniegiem łańcuchy
gór w oddali — wszędzie wznosiły się urwiste skały, zbyt strome, by śnieg mógł je pokryć,
górzyste przylądki, szczyty i zręby skał wystawały z pieniących się fal.

Kraj ten nie posiadał nazwy, nie było śladu, by kiedykolwiek zawitali tu żeglarze. Wybrzeża

jego były szkicowo zaznaczone na naszej mapie. Z tego wszystkiego wypływał jeden wniosek: że
mieszkańcy musieli być równie niegościnni, jak ta mała część kraju, którą mieliśmy przed sobą.

Sparwehr zakreślił łuk i wjechał na skałę. Dno statku zanurzyło się głęboko w wodę, tak, że

wyniosły przedni maszt ugiął się pod wpływem siły nacisku i padł złamany. Następny maszt
przechylił się nad pokładem, pozrywał sznury i przewrócił się, uderzając o skałę.

Gwałtowna fala zmiotła i odrzuciła tylny pomost, pozostaliśmy, Johannes Maartens i ja, na

środkowej części okrętu, skąd torowaliśmy sobie drogę na dziób statku. Reszta załogi poszła za
nami. Policzyliśmy członków naszej załogi. Było nas zaledwie osiemnastu. Wszyscy inni zginęli.

Johannes Maartens trącił mnie i wskazał górę, z której tylnej ściany spływały kaskady słodkiej

wody.   Zrozumiałem   jego   życzenie.   Dwadzieścia   stóp   poniżej   wału   leżał   przedni   maszt,
roztrzaskany o skały. Nad tą wypukłością widniała rozpadlina. Kapitan chciał wiedzieć, czy będę
miał odwagę skoczyć z masztu w tę rozpadlinę. Odległość wynosiła chwilami do półtora metra.
W innych miejscach dochodziła do dwudziestu; maszt bowiem chwiał się wraz ze wznoszeniem

background image

się i opadaniem statku, na którym leżała jego złamana podstawa.

Zacząłem się wspinać. Lecz tamci nie czekali. Jeden za drugim wchodzili na maszt. Pośpiech

był   uzasadniony,   lada   chwila   bowiem   Sparwehr   mógł   zapaść   się   w   głębinę.   Wybrałem
odpowiedni moment i skoczyłem, lądując w rozpadlinie, gotów dopomóc tym, którzy skakali po
mnie. Robota szła powoli. Przemokliśmy do nitki, a wiatr mroził nas do szpiku kości. W dodatku
trzeba było dostosować chwilę skoku do kołysania się statku i ruchów masztu.

Pierwszy   próbował   kucharz.   Fala   zmiotła   go   z   końca   masztu,   ciało   jego   wykonało   kilka

obrotów   w   powietrzu.   Fala   złapała   go   i   zmiażdżyła   o   skałę.   Posługacz   kajut,   brodaty
dwudziestoletni mężczyzna, stracił równowagę, poślizgnął się i, przerzucony przez maszt, został
ciśnięty o występ skalny. Ciśnięty? Życie uleciało zeń w jednej chwili. Jeszcze dwóch poszło za
w ślady kucharza. Ostatni był kapitan Jo–hannes Maartens, czternasty spośród nas, trzymający
się rozpadliny. W godzinę później Sparwehr zsunął się ze skały i zatonął w głębinie.

Dwa dni i dwie noce przebywaliśmy na tej skale, narażeni na śmierć w każdej chwili, nie było

bowiem drogi ani w górę, ani w dół. Trzeciego ranka znalazła nas łódź rybacka. Mężczyźni,
ubrani w brudnobiałe szaty, mieli długie włosy z dziwnym węzłem na czubku głowy. Był to
węzeł małżeński, jak miałem się później dowiedzieć, służący –rzecz bardzo wygodna — do
trzymania żony jedną ręką, podczas gdy druga wymierza karę wówczas, gdy zabraknie już słów
do argumentacji.

Łódź powróciła do wioski szukać pomocy, gdyż dla zabrania nas stamtąd trzeba było większej

ilości łodzi naszych nowych znajomych i dłuższego czasu.

Był to biedny, nędzny naród; ich pokarm był nie do przełknięcia nawet dla wilka morskiego.

Ryż   miał   kolor   czekolady.   Pozostawała   w   nim   połowa   łusek   wraz   z   plewami   i   innymi
zanieczyszczeniami, tak, że nieraz trzeba było przerywać żucie i wyjmować z ust to, co raniło
dziąsła. Jedli też pewien rodzaj prosa i rozmaite pikle, niemiłosiernie ostre.

Domki ich, zbudowane z gliny, pokrywał dach ze słomy. Pod podłogą przechodziły kanały

powietrzne, przez które wydobywał się dym, ogrzewając po drodze sypialnię. Leżeliśmy tam i
odpoczywaliśmy   całymi   dniami,   uspokajając   nerwy   łagodnym   miejscowym   tytoniem   bez
żadnego smaku, który paliliśmy w małych fajeczkach, umieszczonych na końcu długiego na metr
cybucha. Mieli też jakiś napój ciepły, kwaskowaty, koloru mleka, uderzający do głowy tylko po
wypiciu olbrzymiej ilości. Po wychyleniu całych galonów tego napoju upiłem się i śpiewałem,
jak to czynią wszyscy marynarze na całym świecie. Zachęceni moim powodzeniem, inni poszli
za moim przykładem i wkrótce ryczeliśmy wszyscy, nie przejmując się kolejną wichurą śnieżną,
która szalała na dworze, nie dbając o to, że los rzucił nas do kraju nieznanego, nie oznaczonego
na mapie, o którym chyba zapomniał Bóg. Stary Johannes Maartens śmiał się, bawił i poklepywał
wszystkich  wokoło. Hendrik Hamel, zimnokrwisty brunet,  Holender o czarnych  jak paciorki
oczach,   rozrabiał  nie   mniej  od  nas  wszystkich  i   wyciągał   srebrne   monety,  jak  każdy pijany
marynarz, by napić się jeszcze więcej tego mlecznego napoju.

Biały człowiek okrążył ziemię jako pan, a to, jak sądzę, dlatego, że odznaczał się brakiem

rozsądku i o nic nie dbał. Tak bowiem szedł zawsze, był zawzięty i żądny łupu. To wszystko
złożyło się na to, że kapitan Johannes Maartens, Hendrik Hamel i nas, dwunastu marynarzy
wylegiwało się i ziewało w wiosce rybackiej, gdy śnieżyce zimowe szalały nad Morzem Żółtym.
Na podstawie tej małej ilości ludzi i części krainy, jaką widzieliśmy, kraj Cho–Sen nie zrobił na
nas dobrego wrażenia.

Jeśli cały lud był taki, jak ci nędzni rybacy, nic dziwnego, że żeglarze tu nie przybywali.

Rzeczywistość pokazała nam jednak coś zupełnie innego. Wioska leżała na wyspie przybrzeżnej,
a ci, którzy stali na jej czele, wysłali widocznie wieści na stały ląd; pewnego ranka bowiem trzy
duże dwumasztowe łodzie z zasłonami z mat ze słomy ryżowej, zarzuciły kotwicę na wybrzeżu.

background image

Gdy dowódcy przybili do brzegu, zainteresował się nimi kapitan Johannes Maartens, znowu

bowiem   ujrzał   jedwabie.   Jeden   Koreańczyk,   ubrany  w  różnokolorowy  jedwab   o  delikatnych
odcieniach, przybył w otoczeniu uniżonej służby, składającej się z sześciu osobników, również
odzianych   w   jedwab.   Kwan–Yung–Jin,   tak   go   nazywano,   jak   się   potem   dowiedziałem,   był
„yang–ban”, co oznacza szlachcica; był on też kimś, kogo można by nazwać urzędnikiem lub
zarządcą powiatu czy też prowincji. A to oznacza, że otrzymał nominację na to stanowisko i
zajmuje się ściąganiem dziesięciny i poborem podatków.

Jednocześnie z nim wylądowało stu żołnierzy, którzy udali się do wsi. Byli uzbrojeni w coś w

rodzaju włóczni, zakończonej trójzębnymi widłami, łopatką lub tasakiem. Gdzie indziej pojawiły
się armatki, tak pięknie zbudowane, że przy każdej z nich było dwóch żołnierzy; jeden niósł i
ustawiał podstawę, na której miała spocząć lufa, drugi zaś potrzebny był do niesienia lufy i
zapalania lontu. Jak się później dowiedziałem, lufa czasami wypalała, czasami nie, zależnie od
ustawienia lontu i stanu prochu na panewce.

Tak   podróżował   Kwan–Yung–Jin.   Władze   wioski   odczuwały   przed   nim   strach   i,   jak   się

wkrótce przekonamy, miały podstawy do takich obaw.

Wystąpiłem   jako   tłumacz,   znałem   już   bowiem   kilkanaście   słów   w   koreańskim   narzeczu.

Spojrzał spode łba i ręką dał mi znać, bym się usunął. Cóż mnie to obchodziło? Dorównywałem
mu wzrostem, przewyższałem go wagą, miałem białą skórę i jasne włosy. Odwrócił się do mnie
plecami i zaczął rozmowę z przedstawicielami wioski, podczas gdy jego jedwabni podwładni
utworzyli pomiędzy nami kordon. Gdy mówił, nowi żołnierze przynieśli z okrętu na ramionach
kilka ładunków calowych desek. Deski miały długość około dwóch metrów, szerokość pół metra,
były w dziwny sposób rozszczepione wzdłuż. Z jednej strony przy końcu miały okrągły otwór,
większy niż szyja ludzka.

Kwan–Yung–Jin wydał rozkaz. Kilku żołnierzy zbliżyło się do Trompa siedzącego na ziemi.

Tromp był trochę głupi, myślał i ruszał się powoli więc nim, spostrzegł, co się dzieje, jedna z
desek otworzyła się oraz zamknęła jak nożyce i zawisła mu na szyi. Gdy zrozumiał, zaczął
wrzeszczeć i skakać, tak, że wszyscy musieli mu zejść z drogi, by zrobić miejsce dla latających
końców deski.

Wówczas   nastąpił   straszny   zamęt;   Kwan–Yung–Jin   miał   wyraźny   zamiar   zakuć   nas

wszystkich w dyby. Walczyliśmy na pięści, mając przeciwko sobie stu żołnierzy i drugie tyle
wieśniaków. Kwan–Yung–Jin stał na uboczu w swych jedwabiach i spoglądał na nas z pogańską
pogardą. Wówczas to zyskałem imię Yi–Yong–Ik, Potężny. Cała nasza załoga była od dawna
obezwładniona i zakuta, gdy ja jeszcze walczyłem. Pięści miałem twarde oraz dość muskułów i
woli, by nimi kierować.

Ku wielkiej mej radości, poznałem wkrótce, że Koreańczykom nie znany był cios pięścią i że

nie mają najmniejszego pojęcia, jak się przed nim ustrzec. Padali jak muchy. Padali na stos, jeden
na drugiego. Człowiekiem, którego sobie upatrzyłem, był Kwan–Yung–Jin, a obroniła go jedynie
interwencja   jego   służących   w   chwili,   gdy   się   na   niego   rzuciłem.   Wątłe   z   nich   były   istoty.
Zwyciężyłem ich i w strzępy porwałem ich jedwabie, nim zdążyli się na mnie rzucić. Było ich
wielu. Sama ich ilość utrudniała mi uderzenia, ci, którzy stali z tyłu, popychali ku mnie stojących
na przodzie. Jak ja nimi ciskałem o ziemię! Pod koniec utarczki trzech leżało pod moimi nogami.
Z czasem jednak ludzie z załogi trzech statków i wieśniacy zyskali nade mną przewagę i prawie
mnie przydusili. Łatwo już było nałożyć mi dyby.

„Boże wielki — i cóż teraz!?” — pytał Vandervoot, jeden z marynarzy, gdy nas wniesiono na

pokład łodzi.

Siedzieliśmy na pokładzie, jak powiązane kurczęta, gdy postawił to pytanie, a chwilę potem,

gdy wiatr zakołysał statkiem, stoczyliśmy się przez pokład razem z dybami na przeciwległą

background image

stronę. Kwan–Yung–Jin patrzył na nas z górnego pokładu, tak jak gdyby nas wcale nie widział.
Przez długie lata potem Vandervoot znany był wśród nas jako „Cóż Teraz Vandervoot”. Biedak!
Zamarzł na śmierć pewnej nocy na ulicach Keijo, gdy wszystkie drzwi zatrzaskiwano mu przed
nosem.

Zawieziono   nas   na   ląd   główny   i   wtrącono   do   śmierdzącego,   przepełnionego   robactwem

więzienia. W ten sposób staliśmy się własnością władz Cho–Sen. Miałem jednak w przyszłości
zemścić się na Kwan–Yung–Jinie za nas wszystkich; uczyniłem to, gdy zdobyłem przychylność
damy Om i ująłem władzę w swoje ręce.

Długo przebywaliśmy w więzieniu. Dopiero później poznaliśmy przyczynę. Kwan–Yung–Jin

posłał do stolicy, Keijo, po rozkaz królewski co do naszych dalszych losów. Tymczasem zaś
byliśmy atrakcją zoologiczną.

Tubylcy oblegali od świtu do nocy nasze zakratowane okna, nie widzieli bowiem nigdy ludzi

naszej rasy. Nie tylko pospólstwo odwiedzało to „zoo”. Przybywały w lektykach na ramionach
służby, wysoko urodzone damy, które chciały ujrzeć tych obcych ludzi wyrzuconych na brzeg
przez  morze;  ich służba  usuwała  gapiów szpicrutami,  one zaś przyglądały się nam długo, z
pewną nieśmiałością. Trudno było dostrzec ich oblicze, każda z nich bowiem miała na twarzy
zasłonę,   stosownie   do   przyjętego   u   nich   zwyczaju.   Tylko   tancerki,   kobiety   z   pospólstwa   i
matrony można było ujrzeć z odkrytym obliczem.

Nieraz myślałem, że Kwan–Yung–Jin cierpi na niestrawność, i że przy silnych atakach swoją

złość wyładowuje na nas. W każdym razie, gdy miał przypływ fantazji, wyprowadzano nas z
więzienia bez żadnego powodu i bito kijami przy wtórze radosnych okrzyków tłumu. Azjata — to
zwierzę okrutne, widok cierpień ludzkich sprawia mu rozkosz.

W każdym razie odetchnęliśmy z ulgą, gdy nadszedł koniec bicia. Przerwę tę spowodowało

przybycie   Kima.   Kim?   Jedyne   i   najlepsze,   co   mogę   o   nim   powiedzieć,   to   to,   że   miał   on
najjaśniejszy odcień skóry w Cho–Sen. Stał on na czele pięćdziesięciu ludzi, gdy go poznałem.
Dowodził gwardią pałacową. Musiał zapłacić życiem wstawiając się za damą Om i za mną.
Kim… jaki był ten człowiek?

Gdy tylko się pojawił, natychmiast zdjęto nam dyby i umieszczono w najlepszych zajazdach,

jakimi   szczyciła   się   ta   miejscowość.   Byliśmy   wprawdzie   więźniami,   lecz   więźniami
szczególnymi,   strzegło   nas   pięćdziesięciu   żołnierzy.   Następnego   dnia   wyruszyliśmy   drogą
królewską, pod strażą czternastu marynarzy na karłowatych koniach, pochodzących z Cho–Sen,
do stolicy, Keijo. Cesarz, jak mi objaśnił Kim, wyraził życzenie oglądania niezwykłych diabłów
morskich.

Podróż trwała kilka dni, trzeba było przejechać połowę Cho–Sen; te dwie miejscowości leżą

bowiem jedna na północnym, druga zaś na południowym krańcu państwa.

Gdy po raz pierwszy zabrano się do przesiodłania koni, wyszedłem, by zobaczyć, jak karmią

te kucyki. To, co ujrzałem, wywołało okrzyk: „Cóż teraz Vandervoot!”, na który cała nasza
załoga przybiegła do mnie. Karmiono konie zupą z fasoli, gorącą zupą z fasoli i przez cały czas
podróży nie dawano im nic innego, jak tylko gorącą zupę z fasoli. Taki był zwyczaj w tym kraju.

Były to prawdziwe karły, te koniki. Poszedłem z Kimem o zakład, że podniosę takiego konia

— i podniosłem, pomimo jego oporu i wierzgania, i zarzuciłem sobie na ramiona. Ludzie Kima,
którzy znali już moje nowe imię, nazywali mnie Yi–Yong–Ik, Potężny. Kim był wysoki, nawet na
tle Koreańczyków, a jest to duża, muskularna rasa — i miał o sobie bardzo wysokie wyobrażenie.
Jednak dłoń przy dłoni, łokieć przy łokciu, przeginałem jego rękę w dół, jak mi się podobało.
Żołnierze jego i wieśniacy przypatrywali się widowisku i szeptali: „Yi–Yong–Ik”.

Tworzyliśmy   coś   w   rodzaju   wędrownego   cyrku.   Pogłoska   o   nas   rozeszła   się   wszędzie   i

wieśniacy   zbierali   się   przy   drodze,   by   ujrzeć   nas,   gdy   przechodziliśmy.  W   miastach,   gdzie

background image

zatrzymywaliśmy   się   na   nocleg,   tłumy   ludzi   oblegały   nasze   zajazdy,   tak,   że   nie   mieliśmy
spokoju, dopóki żołnierze nie rozpędzili ich dzidami i kijami. W każdej wiosce Kim przede
wszystkim wzywał najsilniejszych ludzi i najlepszych zapaśników, by się zabawić widokiem, jak
ich pokonam i rzucę w błoto.

Chleba nie było, jedliśmy biały ryż (którego moc nie na długo zasila muskuły), mięso, jak

potem odkryliśmy, psie (w Cho–Sen stale zabijają psy na pokarm) i pikle niemiłosiernie ostre,
które jednak potem bardzo polubiliśmy.

W obronnym mieście Chong — ho rozłożyłem Kima i wybitniejsze osobistości miasta pod

stołem, a raczej na stole; stołem tym bowiem była podłoga, na której po raz tysięczny zaczęliśmy
walkę na pięści. Znowu szeptali wszyscy „Yi–Yong–Ik” i wiadomość o mych wielkich czynach
wyprzedziła nas w Keijo oraz na dworze cesarskim, gdzie mówiono o mnie jako o honorowym
gościu, a nie jako o więźniu. Jechałem stale przy boku Kima, długie moje nogi sięgały prawie do
ziemi, a gdy konie zagłębiały się w błoto, zagarniałem lepką ciecz stopami. Kim był młody i
dobroduszny. Kim był wszechstronny. I byłby takim człowiekiem wszędzie, w każdym kraju.
Rozmawiałem z nim, śmialiśmy się i żartowaliśmy całymi dniami i nocami. Z dużą łatwością
uczyłem się ich języka. Miałem wybitne zdolności w tym kierunku. Nawet Kim podziwiał, jak
prędko opanowałem ich mowę. Poznałem koreańskie poglądy, koreański żart, dobre i złe strony
Koreańczyków. Kim nauczył mnie pieśni kwiatów, pieśni miłości i piosenek pijackich. Jedną z
tych   ostatnich   ułożył   sam,   postaram   się   przytoczyć   jej   zakończenie.   Kim   i   Pak   za   młodu
przysięgali nigdy nie pić, przysięga jednak wkrótce została złamana. Kim i Pak udając starców
śpiewają:

Nie, nie, precz od nas! Kielich wesela
Niech znów umacnia ducha przeciwko sobie.
Stój, stój przechodniu!
Czy wiesz, gdzie wina dostanę?
Nie, tam za krzewem brzoskwini? Tam?
Bądź zdrów, pojadę tam.

Hendrik Hamel, chytry i zapobiegliwy, zachęcał i utwierdzał mnie w moim postępowaniu,

które wyjednywało łaski Kima nie tylko dla mnie, lecz dzięki mnie również dla Hendrika Hamela
i całej naszej załogi. Wymieniam tu Hendrika Hamela jako mego doradcę, miał on bowiem wielki
wpływ na niejeden z późniejszych wypadków w Keijo, na zdobycie łask Yunsana, serca damy
Om i tolerancji cesarza. Nie miałem żadnych obaw przed tym, co się zaczęło, byłem sprytny;
jednak przyznaję, że tę umiejętność w głównej mierze zawdzięczam Hendrikowi Hamelowi.

Nadal podróżowaliśmy do Keijo, od jednego obronnego miasta do drugiego, przez śnieżny

kraj górski, wśród którego rozciągały się niezliczone żyzne doliny. Każdego wieczoru, u schyłku
dnia, ogniska przekazywały sygnały od szczytu do szczytu, wzdłuż całego kraju. Kim strzegł
pilnie tych wieczornych sygnałów. Wyjaśnił mi, że ze wszystkich wybrzeży Cho–Sen biegły do
Keijo te łańcuchy mowy ognistej, niosąc wieść cesarzowi. Jeden sygnał oznaczał, że w kraju jest
spokój. Dwa informowały o buncie lub nadejściu wroga. Widzieliśmy zawsze tylko jeden sygnał.
W ciągu drogi zaś Vandervoot powtarzał wciąż swój okrzyk: „Boże wielki, co teraz?!”

Keijo to duże miasto, w którym cała ludność, za wyjątkiem szlachty, czyli yang banów, ubiera

się na biało. Było to, jak wyjaśnił Kim, jednoznaczne określenie i stwierdzenie przynależności do
kasty. Na pierwszy rzut oka rozpoznawano zatem stan jednostki, według stopnia czystości albo
zabrudzenia   jej   ubrania.   Stąd   wynika,   że   kulis,   który   posiada   tylko   jedną   szatę,   musi   być
niesłychanie brudny. Wynika stąd również, że osobnik ubrany w czyste szaty musi posiadać ich

background image

wiele i zatrudniać praczki, by podkreślić swoje bogactwo. Natomiast yang banowie, którzy nosili
delikatne, różnokolorowe jedwabie, nie byli zainteresowani stopniami zabrudzenia białych szat.

Odpoczęliśmy w zajeździe kilka dni, podczas których trzeba było wyprać ubranie i naprawić

je po zniszczeniu, jakiemu uległo przy rozbiciu okrętu i w zajeździe. Potem wezwano nas przed
oblicze cesarza.

Na   wielkiej,   otwartej   przestrzeni   przed   murami   pałacu   stały   olbrzymie   psy   z   kamienia,

podobne raczej do żółwi. Spoczywały na ciężkich cokołach kamiennych, dwa razy wyższych od
najwyższego człowieka. Pałac również zbudowany był z ciosanego kamienia. Mury jego były tak
grube, że nie podołałyby im największe działa, gdyby nawet oblężenie trwało cały rok. Już brama
miała   rozmiary   oddzielnego   pałacu,   wznosiła   się   niczym   kilkupiętrowa   pagoda   o
wyrafinowanych ozdobach, wykonanych z dachówek, na każdym piętrze. Przy bramie stała straż,
złożona z szykownie umundurowanych żołnierzy. Byli to, jak mi objaśnił Kim, łowcy tygrysów z
Pyeng–Yang, najbardziej dzicy i najstraszniejsi wojownicy, jakimi może się poszczycić Cho–Sen.

Dosyć   tego.   Na   godny  opis   cesarskiego   pałacu   mógłbym   poświęcić   tysiące   stronic   mego

opowiadania. Wystarczy, gdy powiem, że poznaliśmy tutaj potęgę państwa przejawiającą się w
bogactwie   kultury   materialnej.   Tylko   głęboka   i   rozległa,   stara   i   silna   cywilizacja   mogła
wytworzyć tak rozległą i potężną siedzibę królów.

Nie   wprowadzono   nas,   wilków   morskich,   do   sali   przyjęć,   lecz,   jak   zdążyliśmy   się

zorientować, do sali biesiad. Uczta miała się ku końcowi i biesiadnicy byli w wesołym nastroju.
Cóż to było za zgromadzenie! Najwyżsi dygnitarze, książęta szlachetnego pochodzenia, szlachta
z mieczami, kapłani o bladych twarzach, wojskowi wyższych rang, opaleni od słońca i wiatru,
damy dworskie z odkrytym obliczem, umalowane ki–sang, czyli tancerki oraz służące, mnóstwo
eunuchów, innej służby i całe gromady niewolników pałacowych.

Wszyscy jednak odsunęli się od nas, gdy cesarz w otoczeniu najbliższej świty zbliżył się, by

nas obejrzeć. Był to monarcha o wesołym usposobieniu, szczególnie jak na Azjatę. Mógł liczyć
nie  więcej   niż  czterdzieści  lat,  o  jasnej  cerze,  która   nie  znała  słońca,   brzuchaty, na  słabych
nogach. Oto, co zostało z niegdyś pięknego mężczyzny. Czoło pozostało szlachetne. Oczy miał
wyblakłe, powieki zmrużone, usta drżące — wynik rozpustnego życia, jakie chętnie prowadził, a
w którym, jak się później dowiedziałem, sekundował mu Yunsan, kapłan buddyjski, o którym
jeszcze będzie mowa.

W naszych marynarskich ubiorach wyglądaliśmy jak grono błaznów, tak też nas przyjęto.

Okrzyki zdziwienia, wywołane naszym nadzwyczajnym wyglądem, przeszły w śmiech. Otoczyły
nas   ki–sang,   wlokły   nas   po   całej   sali,   jak   swoje   zabawki,   po   dwie   czy   trzy   na   jednego   i
oprowadzały   tak,   jak   się   oprowadza   tańczącego   niedźwiedzia,   pokazywały   zebranym,   by
widowisko   było   śmieszne   i   niezwykłe.   Obrażały   nas,   lecz   cóż   mogliśmy   uczynić,   biedni
marynarze? Co mógł uczynić stary Johannes Maartens, gdy rój dziewcząt wokół niego ciągnął go
za nos, szczypał w ręce, łaskotał żebra, dopóki nie zaczął podskakiwać jak znarowiony koń?
Chcąc   uciec   od   tych   męczarni,   Hans  Amden   poroztrącał   najbliższych   i   zaczął   wymachiwać
nogami, aż w końcu upadł, czym wywołał śmiech całego dworu.

Wszystko to było szczególnie obraźliwe dla mnie, przez szereg dni bowiem towarzyszyłem

nieodstępnie   Kimowi   jak   najserdeczniejszy   przyjaciel.   Opierałem   się   rozbawionym   ki–sang.
Rozstawiłem   nogi   i   stałem   wyprostowany,  z   założonymi   na   piersiach   rękami;   szczypanie   i
łaskotanie nie mogło wydobyć ze mnie najlżejszego drżenia. Odeszły więc, w poszukiwaniu
łatwiejszej zdobyczy.

„Na miłość boską, człowieku, zrób wrażenie!” — wyjąkał Hendrik Hamel, który, walcząc z

trzema ciągnącymi się za nim ki–sang, wreszcie dotarł do mnie.

Nic   dziwnego,   że   się   jąkał;   gdy   tylko   otwierał   usta,   by   coś   powiedzieć,   dziewczęta

background image

natychmiast zapychały je słodyczami.

— Wyratuj nas z tego błazeństwa — nalegał, kręcąc głową, by tym sposobem ominąć ich

dłonie pełne słodyczy.

— Powinniśmy zachowywać się z godnością, rozumiesz, z godnością. One nas zgubią. Robią

z nas oswojone zwierzęta, zabawki. Gdy będą nas mieli dosyć, wówczas wyrzucą. Dobrze robisz.
Trwaj dalej w oporze. Odepchnij je. Nakaż szacunek, szacunek dla nas wszystkich.

Ostatnie słowa były prawie niesłyszalne, tym razem bowiem ki–sang tak bardzo zapchały mu

usta, że już nie mógł mówić.

Jak   więc   powiedziałem,   miałem   wolę   i   nie   znałem   strachu,   dlatego   szukałem   w   moim

marynarskim mózgu odpowiedniego pomysłu. Eunuch pałacowy stał za mną i łaskotał mi szyję
piórem; to dało początek. Zwróciłem już uwagę na siebie tym, że się trzymałem na osobności i
moją odpornością na ataki ki–sang, toteż wielu z obecnych przyglądało się żartom eunucha. Nie
dałem żadnego znaku, nie ruszyłem się, dopóki się nieco ode mnie nie oddalił. Wówczas, z
szybkością strzały, nie obracając głowy, nie ruszając się z miejsca, wyciągnąłem rękę i uderzyłem
silnie zewnętrzną stroną dłoni. Palce uderzyły płasko w jego policzek i szczękę. Dał się słyszeć
brzęk, jakby szkła spadającego przy silnym podmuchu wiatru. Odepchnąłem go od siebie, a on
przewrócił się na ziemię o jakieś trzy metry dalej.

Tym razem śmiech nie zabrzmiał, dały się tylko słyszeć okrzyki zdumienia i szepty „Yi–

Yong–Ik”. Znowu złożyłem ręce i stałem, spoglądając wyniosłe. Sądzę, że ja, Adam Strang,
miałem duszę aktora. Byłem teraz najważniejszą osobą w naszym gronie. Z dumnym, pełnym
pogardy wejrzeniem spotykałem zwrócony na mnie wzrok wszystkich obecnych — część unikała
mego wzroku, inni patrzyli ze zdumieniem — wszyscy, oprócz dwojga oczu. Były to oczy młodej
kobiety,   która,   jak   domyślałem   się   z   bogactwa   stroju   i   z   obecności   sześciu   kobiet
szczebioczących za jej plecami,, musiała być jedną ze znaczniejszych dam dworu. Była to dama
Om, księżniczka z rodu Min. Ile mogła mieć lat? Była w moim wieku, miała około trzydziestu
lat, a pomimo to, pomimo swego uroku i piękności, księżniczka nie była jeszcze zamężna, jak się
później dowiedziałem.

Ona jedna patrzyła mi prosto w oczy, dopóki się nie odwróciłem. Nie spuściłem oczu — w

spojrzeniu jej nie było wyzwania ani wrogości, tylko czar. Nie chciałem się przyznać do tego, że
pokonała   mnie   jedna   drobna   kobieta,   spojrzałem   na   bok   i   wzrok   mój   zatrzymał   się   na
zhańbionym gronie mych towarzyszy niedoli i na otaczających ich ki–sang. Znalazłem powód do
wystąpienia. Klasnąłem w dłonie, jak to czynią w Azji, wydając rozkaz.

—   Dosyć!   —   zagrzmiałem   w   ich   własnym   narzeczu,   tonem,   jakim   przemawia   się   do

podwładnych.

Miałem szeroką klatkę piersiową, mocne gardło i mogłem ryczeć jak byk, z krzywdą dla

bębenków   usznych.   Ręczę,   że   tak   głośny   rozkaz   nigdy   się   jeszcze   nie   rozległ   w   świętym
powietrzu cesarskiego pałacu.

Sala oniemiała. Przestraszone kobiety tuliły się jedna do drugiej, jakby szukając obrony. Ki–

sang   odstąpiły   marynarzy   i   usunęły   się   na   bok,   chichocząc   lękliwie.   Tylko   dama   Om   nie
okazywała uczuć, stała nieruchomo, patrząc mi w oczy, które znów odwzajemniły to spojrzenie.

Nastąpiło   głuche   milczenie,   jakby   w   oczekiwaniu   na   słowo,   które   rozstrzygnie   nasz   los.

Mnóstwo oczu rzucało ukradkiem nieśmiałe spojrzenia na cesarza i na mnie, i znowu na cesarza.
Byłem na tyle rozsądny, by zachować milczenie i stać dalej z założonymi rękoma, wyniosły i
daleki.

—   On   zna   nasz   język   —   przemówił   wreszcie   cesarz;   i   słowo   daję,   słychać   było   takie

poruszenie wstrzymywanych oddechów, że cała sala zafalowała jednym wielkim westchnieniem.

— Urodziłem się z tą mową — odparłem, mój dowcip marynarski chwytał w mig pierwszy

background image

szalony   pomysł,   jaki   mu   się   nasunął.   —   Używałem   jej   jako   dziecię   w   łonie   matki.   Byłem
osobliwością w mym kraju. Mędrcy przyjeżdżali, by mnie oglądać i wysłuchiwać. Nikt jednak
nie   rozumiał   wymawianych   przeze   mnie   wyrazów.   W   ciągu   następnych   długich   lat   dużo
zapomniałem,   lecz   teraz,   w   Cho–Sen,   wracają   mi   słowa,   jak   grono   dawnych   utraconych
przyjaciół.

Że wywarłem wrażenie, to pewne. Cesarz przełknął ślinę i usta mu zadrgały, nim zapytał:
— Czym to tłumaczysz?
—   Jestem   ofiarą   przypadku   —   odparłem,   brnąc   dalej   w   szalonym   kierunku,   na   jaki

wprowadził mnie dowcip. — Przez nieuwagę bogów narodzin, zostałem omyłkowo złożony w
odległym   kraju   i   wychowany   przez   obcy   naród.   Jestem   Koreańczykiem   i   teraz   nareszcie
przybywam do siebie.

Rozległy się podniecone szepty i narady. Sam cesarz wypytywał Kima.
— Taki był zawsze, wciąż miał naszą mowę na ustach, od chwili, gdy wyszedł z morza —

kłamał Kim, poczciwiec.

— Przynieście szaty yang bana, które mi się należą — przerwałem — a zobaczycie.
Gdy mnie wyprowadzono z całą uległością, zwróciłem się do ki–sang:
—   Dajcie   spokój   mym   niewolnikom.   Przyjechali   z   daleka   i   są   zmęczeni.  To  moi   wierni

niewolnicy.

Kim   odprawił   służbę   i   pomógł   mi   zmienić   szaty   w   innej   komnacie;   szybko   i   dokładnie

nauczył mnie ubierać się. Wiedział nie więcej niż ja sam, do czego zmierzam, lecz był poczciwy.

Najzabawniejsze, że gdy znowu wróciłem do tłumu i rozprawiałem głośno po koreańsku,

twierdząc, iż rdza pokryła język z braku wprawy, Hendrik Hamel i wszyscy inni, którym tępo
szła nauka obcego języka, nie rozumieli ani słowa.

— W żyłach mych płynie krew rodu Koryu — rzekłem do cesarza — który sprawował rządy

w Songdo wiele lat temu, gdy dom mój powstał na ruinach Silla.

Była to historia starożytna, opowiadana przez Kima w ciągu długich dni konnej podróży, toteż

walczył ze śmiechem, słysząc, że powtarzam lekcję jak papuga.

—   Wszyscy   oni   są   moimi   niewolnikami   —   rzekłem,   gdy   cesarz   spytał   mnie   o   mych

towarzyszy — wszyscy, prócz tego starego gbura — wskazałem na Johannesa Maartensa —
który jest synem wyzwoleńca. — Kazałem Hendrikowi Hamelowi podejść bliżej. — A ten —
zmyślałem dalej — urodził się w domu mojego ojca, z niewolnika przed nim tam urodzonego.
Jest mi bardzo bliski. Jesteśmy w równym wieku, w jednym dniu urodzeni i tegoż dnia ojciec mi
go podarował.

Hendrik Hamel pałał ciekawością, by poznać treść tej rozmowy; a gdy mu powtórzyłem,

rozgniewał się i czynił mi gorzkie wymówki.

— Dolewasz oliwy do ognia, Hendriku — rzekłem. — To, co uczyniłem wynikało z braku

pomysłowości i z potrzeby powiedzenia czegokolwiek. Stało się. Ani ty, ani ja nie mamy odwrotu
od tej sytuacji. Musimy dalej grać nasze role, starając się obrócić wszystko na swoją korzyść.

Taiwun, brat cesarza, był pijakiem nad pijakami i gdy wieczór zapadł, wyzwał mnie do picia.

Cesarz   był   uszczęśliwiony   i   kazał   dwunastu   najszlachetniejszym   pijakom   wziąć   udział   w
pijatyce. Odprawiono kobiety i wzięliśmy się do dzieła, napój za napój, miarka za miarkę. Kima
zatrzymałem  przy  sobie,   a  potem,  pomimo  ostrzegawczych  pochrząkiwań  Hendrika   Hamela,
odprawiłem go z całym towarzystwem i zażądałem mieszkania w pałacu zamiast w zajeździe, co
mi też przyznano.

Następnego dnia cały pałac mówił tylko o mojej uczcie, ułożyłem bowiem na matach Taiwuna

i jego towarzyszy pogrążonych we śnie, sam zaś, bez żadnej pomocy, udałem się do łóżka. Nigdy,
w późniejszych zmiennych kolejach losu, Taiwun nie wątpił w moje koreańskie pochodzenie.

background image

Tylko Koreańczyk, przyznawał, może mieć tak mocną głowę.

Pałac sam w sobie stanowił miasto, my mieszkaliśmy w czymś w rodzaju altany stojącej na

uboczu. Książęce miejsce było oczywiście dla mnie, zaś Hendrik i Maartens wraz z innymi
musieli się zadowolić tym, co pozostało.

Wezwano mnie do Yusana, kapłana buddyjskiego, którego już wspominałem. Było to pierwsze

jego spotkanie ze mną i moje z nim. Odprawił nawet Kima i siedzieliśmy we dwóch na głębokich
matach w mrocznym pokoju.

Co za człowiek i co za umysł! Yunsan! Chciał zgłębić moją duszę. Wiedział o innych krajach i

miejscach to, o czym nie śniło się nikomu w Cho–Sen. Czy wierzył w moje bajeczne urodzenie?
Nie mogłem odgadnąć, twarz jego bowiem mniej się zmieniła niż puchar z brązu.

Co myślał Yusan, to jemu tylko było wiadome.
W nim jednak, w tym ubogo odzianym, wychudłym kapłanie, wyczułem władzę nad władzą w

całym pałacu i w całej krainie Cho–Sen. Wyczułem także w trakcie rozmowy, że byłem mu
potrzebny.   Czy   natchnęła   go   dama   Om?   —   dałem   ten   orzech   do   zgryzienia   Hendrikowi
Hamelowi. Mało wiedziałem, a jeszcze mniej dbałem o wszystko, żyłem bowiem zawsze chwilą
obecną, pozostawiając innym przewidywania, troski i niepokój.

Odpowiedziałem również na wezwanie damy Om i podążyłem za eunuchem o chytrej twarzy i

kocim   kroku,   przez   cichy  pałac   do   jej   apartamentów.  Mieszkała   tak,   jak   powinna   mieszkać
księżniczka czystej krwi. Posiadała cały oddzielny pałac na swój wyłączny użytek, wśród stawów
ozdobionych kwieciem lotosu, wokół których rosły wielowiekowe drzewa, tak skarłowaciałe, że
były o połowę niższe ode mnie. Mosty z brązu tak misterne, że robiły wrażenie jubilerskich
wyrobów, łączyły stawy zarosłe liliami, a gaj bambusów zakrywał jej pałac przed kompleksem
gmachów pałacowych.

Huczało mi w głowie. Jako marynarz nie byłem idiotą w stosunkach z kobietami i w tym

przysłaniu po mnie wyczuwałem więcej niż ciekawość. Słyszałem bajki o miłości zwykłych
śmiertelników z królewnami i ciekawy byłem, czy sądzono mi było potwierdzić prawdę tych
bajek.

Dama Om nie traciła czasu. Były przy niej kobiety, lecz nie zwracała większej uwagi na ich

obecność niż  woźnica  na konie. Siedziałem obok niej  na  głębokich  matach, które  czyniły z
pokoju coś w rodzaju łoża; podano mi wino i słodycze na małych stoliczkach, wykładanych masą
perłową.

Wystarczyło mi jedno spojrzenie w głąb jej oczu. Czekajcie. Nie należy się mylić. Dama Om

nie była głupia. Powiedziałem już, że była w moim wieku. Miała lat trzydzieści i całą rozwagę
swego wieku. Wiedziała, czego chce. Dlatego też nie wyszła za mąż, chociaż cały nacisk, jaki
dwór azjatycki mógł wywrzeć na kobietę był daremny, by ją zmusić do poślubienia Chong–
Mong–ju.

Był on dalszym kuzynem wielkiego rodu Min, niegłupi i tak chciwie dążył do władzy, że

zdołał   zaniepokoić   Yusana,   który   usiłował   zachować   przy   sobie   całą   władzę,   trzymać   w
równowadze pałac i Cho–Sen. Otóż Yusan, w tajemnicy, trzymał stronę damy Om, chronił ją
przed jej kuzynem i posługiwał się nią, by zniweczyć jego zamiary. Lecz dosyć intryg. Wiele
czasu upłynęło, nim pojąłem z nich cokolwiek; stało się to zaś głównie dzięki zwierzeniom damy
Om i wnioskom wyciągniętym na ich podstawie przez Hendrika Hamela.

Dama Om była dorodnym kwiatem kobiecości. Rzadko spotyka się takie kobiety, może jest

ich   kilka   na   świecie.   Nie   krępowały  jej   prawa   ani   zwyczaje.   Religia   była   dla   niej   zbiorem
dogmatów, częściowo przyswojonych za sprawą Yusana, częściowo zaś zdobytych samodzielnie.
Pospolita religia, religia publiczna była, jej zdaniem, potrzebna do tego, by kontrolować miliony
pracujących ludzi. Miała własną wolę i serce wybitnie kobiece. Była uosobieniem piękności

background image

zgodnie ze wszelkimi kanonami estetycznymi świata. Jej czarne oczy nie były wąskie ani skośne,
jak   to   zazwyczaj   bywa   u   Azjatek.   Były   wprawdzie   wydłużone,   lecz   osadzone   prosto   z
niedostrzegalnym nachyleniem, które dodawało im jeszcze uroku.

Powiedziałem, że nie była głupia. Mało tego!
Pełen wzruszenia w tej sytuacji: księżniczka, marynarz i miłość, łamałem sobie głowę, jak to

przeprowadzić, z chlubą dla mej męskości. Podczas tego pierwszego spotkania wspomniałem o
tym, co mówiłem wszystkim we dworze, że jestem właściwie Koreańczykiem ze starożytnego
rodu Koryu.

— Daj spokój — rzekła, uderzając mnie w usta wachlarzem z pawich piór. — Tu nie trzeba

dziecinnych bajek. Wiedz, że w mych oczach lepszy jesteś i większy niż ktokolwiek z domu
Koryu. Jesteś…

Przerwała, ja zaś czekałem, śledząc wzrastającą w jej oczach śmiałość.
— Jesteś mężczyzną — zakończyła. — Nie przypuszczałam nawet w sennych marzeniach, że

może być na świecie człowiek taki, jak ty.

Cóż mógł uczynić biedny marynarz? Przyznam, że twarz tego marynarza spłonęła rumieńcem

pod ogorzałą od wiatrów morskich cerą, aż wreszcie oczy damy Om stały się dwoma źródłami
pokusy i drażniącej rozkoszy i niemal chwyciłem ją w ramiona. Zaśmiała się ponętnie i znacząco,
po   czym   klasnęła   na   służebnice.   Wiedziałem,   że   to   spotkanie   jest   skończone.   Wiedziałem
również, że będą następne, że muszą być.

Wróciłem do Hamela z zawrotem głowy.
— Kobieta — rzekł po głębokim zastanowieniu. Spojrzał na mnie i westchnął z zazdrością,

której nie mogłem nie odczuć.

— Wszystko to robią twoje muskuły, Adamie Strang, to twoje bycze gardło i jasne włosy. Na

tym właśnie polega gra, człowieku. Graj o nią, a wszystko będzie dobrze z nami. Graj, ja cię
nauczę, jak masz to robić.

Na  te  słowa  zachmurzyłem  się. Wilk  morski  jest  też  mężczyzną  i  nie  chciałem żadnemu

mężczyźnie zawdzięczać drogi do kobiety. Hendrik Hamel mógł być kiedyś współwłaścicielem
starego   Sparwehra,   mógł   znać   gwiazdy,   jak   wytrawny   żeglarz   i   posiadać   głęboką   wiedzę
książkową — lecz z kobietami, nie, tu mnie nie przewyższy.

Uśmiechnął się tym zwykłym uśmiechem swych bladych warg i zapytał:
— Jak ci się podoba dama Om?
— Na tych sprawach marynarz zna się nieszczególnie — odparłem wymijająco.
— Jak ci się podoba? — powtórzył, świdrując mnie paciorkowatymi oczyma.
— Może być — i to wszystko, jeśli chcesz wiedzieć.
— Więc zdobądź ją — rozkazał — a przyjdzie dzień, że dostaniemy okręt i uciekniemy z tej

przeklętej ziemi. Dałbym połowę wszystkich jedwabi Indii za chrześcijańską potrawę.

Patrzył na mnie badawczo.
— Czy sądzisz, że możesz ją zdobyć? — pytał. Oburzyło mnie to powątpiewanie. Uśmiechnął

się z zadowoleniem.

— Lecz niezbyt prędko — radził. — Rzeczy szybko zdobyte są niewiele warte. Oznacz cenę

na siebie samego. Nie bądź jej zbyt uległy. Podkreśl wartość swego byczego gardła i jasnych
włosów, i dziękuj Bogu, że je masz, w oczach kobiety są one bowiem więcej warte niż głowy
dwunastu filozofów.

Dni   następne   wprowadziły   mnie   w   stan   dziwnego   oszołomienia.   Posłuchania   u   cesarza,

pijackie biesiady z Taiwunem, konferencje z Yunsanem i godziny z damą Om. Poza tym, na
rozkaz   Hamela,   spędzałem   połowę   nocy   na   nauce   najdrobniejszych   szczegółów   etykiety
dworskiej i wytwornych manier. Nauczycielem moim był Kim. Wtajemniczał mnie również w

background image

historię Korei, mówił o bogach starych i nowych, o formach mowy grzecznej, szlachetnej i mowy
kulisów.  Nigdy  żaden   marynarz   tak   ciężko   nie   pracował.   Byłem   pionkiem   —   pionkiem   dla
Yunsana, któremu byłem potrzebny; pionkiem dla Hamela, który zaplanował cały przebieg tej
sprawy, tak głębokiej, że bez jego pomocy byłbym na pewno utonął. Tylko dla damy Om byłem
mężczyzną, nie pionkiem… a jednak… jednak, gdy myśl moja się cofa i powraca do owych
czasów, mam pewne wątpliwości. Sądzę, że dama Om również robiła ze mną co chciała, byłem
pragnieniem jej serca. Tu jednak dobrze trafiła; w nader krótkim czasie bowiem moje serce jej
zapragnęło, a wola była tak silną, że ani jej wola, ani Hendrika Hamela, ani Yunsana nie zdołała
mnie powstrzymać od ujęcia jej w ramiona.

Tymczasem uwikłano mnie w intrygę pałacową, której  nie mogłem przeniknąć do końca.

Jedno   tylko   rozumiałem,   a   mianowicie   to,   że   była   skierowana   przeciwko   Chong–Mong–Ju,
książęcemu kuzynowi damy Om.

Nie   miałem   możności   odgadnąć,   że   były  koterie,   sekretne   powiązania   i   zależności,   które

tworzyły   istny   labirynt   pałacu   i   sięgały   wszystkich   Siedmiu   Wybrzeży.   Nic   mnie   to   nie
obchodziło.   Pozostawiłem   kłopoty   Hendrikowi   Hamelowi.   Opowiadałem   mu   szczegółowo   o
wszystkim, co zdarzyło się, gdy nie był przy mnie; on zaś, ze zmarszczonym czołem, z każdą
godziną   bardziej   pochmurny,   siedział   cierpliwie   jak   pająk   nad   rozplataniem   tego   węzła   i
zadzierzgnięciem nowego. Nalegał na to, aby mógł mi zawsze towarzyszyć, jako mój osobisty
niewolnik; tylko Yunsan przeszkadzał mi w tym czasami. Oczywiście, usuwałem go podczas
chwil   spędzanych   z   damą   Om,   opowiadałem   mu   jednak   w  ogólnych   zarysach   wszystko,   co
zaszło, oprócz intymnych spraw, które go nic nie obchodziły.

Sądzę, że Hamel chętnie pozostawał na uboczu, by działać zza sceny. Zbyt wiele miał zimnej

krwi,   by  nie   obliczyć,   że   tylko   ja   ryzykowałem   wszystko.   Moje   powodzenie   było   też   jego
powodzeniem. Nawet gdybym zginął, on zawsze może wyślizgnąć się jak łasica. Pewien jestem,
że tak rozumował, nic jednak nie zdołało go w końcu uratować, o czym się przekonacie.

— Popieraj mnie — rzekłem do Kima — a będziesz miał wszystko, co zechcesz. Masz jakieś

życzenie?

— Chciałbym otrzymać dowództwo nad łowcami tygrysów z Pyeng — Yang i tym sposobem

dowodzić gwardią pałacową — odpowiedział.

— Zaczekaj — odparłem — a obejmiesz dowództwo. Ja ci to gwarantuję.
Nie miałem pojęcia, jak spełnić tę obietnicę, lecz ten, kto nic nie posiada, może bez ryzyka

obdarować   cały   świat;   toteż   ja,   nic   nie   posiadając,   obdarzyłem   Kima   dowództwem   gwardii
pałacowej.   Najdziwniejsze,   że   dotrzymałem   obietnicy.   Kim   otrzymał   dowództwo   łowców
tygrysów, choć się to tragicznie dla niego skończyło.

Wszystkie plany i intrygi pozostawiłem Hamelowi i Yunsanowi, którzy kierowali polityką.

Byłem mężczyzną i wykonawcą ich woli, mimo to przeżywałem ciekawsze chwile niż oni obaj.
Wyobraźcie sobie: zahartowany w pracy, lubiący się bawić wilk morski, nieodpowiedzialny, nie
zdający sobie sprawy z przeszłości ani z przyszłości, który pije i zasiada do uczty z królami,
uznany kochanek księżniczki, z osobowością Hamela i Yunsana, którzy myśleli i kombinowali za
mnie.

Yunsan niejednokrotnie odgadywał moje myśli; gdy jednak lepiej poznał Hamela, okazało się,

że Hamel jest bezdennie głupim niewolnikiem, sprawy państwa i polityki obchodziły go znacznie
mniej niż moje zdrowie i wygody, a przede wszystkim konkursy pijackie z Taiwunem. Wydaje mi
się, że dama Om odgadła prawdę, lecz zachowała ją dla siebie; nie pragnęła rozumu, lecz, jak
Hamel słusznie powiedział, byczego gardła i jasnych włosów mężczyzny.

Wiele z tego, co zaszło pomiędzy nami pominę milczeniem w tym opowiadaniu, choć piękne

ciało damy Om wieki temu już w proch się zamieniło.

background image

Nie można jednak zaprzeczyć jej istnieniu, mojemu również nie; a gdy mężczyzna i kobieta

połączą serca, głowy mogą spadać i ginąć królestwa, tych dwoje jednak istnieć nie przestanie.

Nadeszła chwila, że zaczęto mówić o naszym ślubie — z początku po cichu, sekretnie, jak

zwykłe   plotki   pałacowe,   w   ciemnych   zakątkach   krążyły   te   pogłoski   pomiędzy   eunuchami   i
służącymi. Lecz plotki kuchenne w pałacu dochodzą do tronu. Wkrótce wiadomość ta stała się
głośna.   Pałac   był   sercem   Cho–Sen;   gdy  pałac   się   zatrząsł,   całe   Cho–Sen   drżało.   Powód   do
wstrząsu był niemały. Nasz ślub byłby ciosem wymierzonym w Chong–Mong–Ju. Toteż odwołał
się do siły, z którą Yunsan musiał się zmierzyć. Chong–Mong–Ju zaangażował połowę kapłanów
z prowincji, by przybywali w kilometrowych procesjach do bram pałacu i doprowadzili cesarza
do paniki.

Yunsan był niewzruszony jak skała. Druga połowa kapłanów z prowincji trzymała jego stronę,

do nich przyłączyli się kapłani wielkich miast, jak Keijo, Fusan, Song — do, Pyen — Yang,
Chenampo   i   Chemulpo.  Yunsan   i   dama   Om   mieli   cesarza   po   swojej   stronie.   Jak   mi   potem
wyznała, straszyła go łzami i scenami histerii, pogróżkami skandalu, który wstrząśnie tronem. Na
domiar   złego,   w   niewłaściwym   momencie   Yunsan   przyniósł   cesarzowi   wieść   o
przygotowujących się od dawna rozruchach.

— Powinieneś zapuścić włosy, by je przygotować do węzła małżeńskiego — oznajmił mi

pewnego dnia Yunsan, puszczając do mnie oko, zachowując spojrzenie pełne powagi, nigdy nie
widziałem go tak rozbawionego i pełnego ludzkiego ciepła, jak w tej chwili.

Tego   jeszcze   nie   było,   by   księżniczka   poślubiła   marynarza,   choćby   nawet   pochodził   ze

starożytnego rodu Koryu, który by nie posiadał władzy, majątku lub widocznych oznak swojego
pochodzenia. Toteż dekret cesarski ogłosił, że jestem księciem Koryu. Po złamaniu kości i ścięciu
ówczesnego gubernatora pięciu prowincji, stronnika Chong–Mong–Ju, otrzymałem nominację na
gubernatora siedmiu prowincji dawnego państwa Koryu. Siedem — to magiczna liczba w Cho–
Sen. Dla uzupełnienia dwie z tych prowincji zostały odebrane dwóm innym stronnikom Chong–
Mong–Ju.

Boże, Boże, wilk morski… Zostałem wysłany na północ drogą mandarynów, w otoczeniu

pięciuset żołnierzy i licznej świty. Byłem gubernatorem siedmiu prowincji, gdzie oczekiwało
mnie pięćdziesiąt tysięcy wojska. Byłem panem ich życia i śmierci. Miałem skarb i skarbnika, nie
mówiąc już o całym zastępie pisarzy. Czekało też na mnie tysiąc poborców podatkowych, którzy
wyciskali ostatnie grosze od harujących wieśniaków.

Te   siedem   prowincji   stanowiły   północne   pogranicze   kraju.   Za   nimi   leżała   dzisiejsza

Mandżuria, znana nam jako kraina Hong — do — du lub „Czerwone Głowy”. Był to lud dzikich
najeźdźców, którzy czasami przebywali w Yalu w licznych gromadach i spadali jak szarańcza na
północną   część   Cho–Sen.   Mówiono,   że   są   ludożercami.   Wiem   z   doświadczenia,   że   byli
strasznymi wojownikami i trudno było ich przekonać o doznanej porażce.

Był   to   rok   rozszalałego   huraganu.   Podczas   gdy   Yunsan   i   dama   Om   doprowadzali   do

ostatecznych granic niełaskę Chong–Mong–Ju w Keijo, ja zabrałem się do tworzenia swego
autorytetu.   Oczywiście,   wyręczał   mnie   w   tym   Hendrik   Hamel,   ja   jednak   byłem   tu   główną
osobistością i na mnie spadały wszelkie zaszczyty. Posługując się mną, Hamel uczył naszych
żołnierzy musztry i taktyki, a czerwone głowy strategii. Zacięte walki trwały przez cały rok, a
pod jego koniec na kresach północnych zapanował spokój i nie było już więcej czerwonych głów
po naszej stronie Yalu, oprócz zabitych.

Nie   wiem,   czy   historia   Zachodu   wspomina   o   tym   najeździe   czerwonych   głów,  jeśli   tak,

wzmianka ta może być kluczem do określenia czasów, które opisuję. Jeszcze jeden klucz: kiedy
Hideyoshi był szogunem Japonii? Za moich czasów słyszałem opowieści o dwóch inwazjach, o
jedno pokolenie wcześniej, na ich czele stał Hideyoshi, który poprowadził swoje wojska przez

background image

samo serce Cho–Sen, od Fusan na południu aż do północnego krańca, Pyen–Yang. I dlatego też
Hideyoshi odesłał do Japonii tysiące słoików marynowanych uszu i nosów, poległych w bitwie
Koreańczyków.  Rozmawiałem   z   wieloma   starymi   ludźmi,   mężczyznami   i   kobietami,   którzy
widzieli tę walkę i zdołali uniknąć zamarynowania.

Powróćmy   do   Keijo   i   do   damy   Om.   Boże,   cóż   to   za   kobieta!   Była   moją   żoną   przez

czterdzieści lat. Wiem. Nikt nie podniósł głosu przeciwko temu małżeństwu. Chong–Mong–Ju w
niełasce,   pozbawiony   władzy,   usunął   się   wściekły   gdzieś   daleko   na   wybrzeże   północno   —
wschodnie. Yunsan był bezwzględny. Pojedyncze sygnały ogniowe roznosiły wśród nocy wieść o
pokoju, który zapanował w całym kraju. Nogi cesarza były coraz słabsze i oczy coraz bardziej
zamglone z powodu szatańskich pomysłów, podsuwanych mu przez Yunsana. Dama Om i ja
zrealizowaliśmy marzenia naszych serc. Kim dowodził gwardią pałacową. Pozbawiłem władzy i
wygnałem na zawsze z murów Keijo Kwan–Yung–Juna, gubernatora prowincji, który bił nas i
zakuwał w dyby po rozbiciu naszego statku.

A co   się  działo   z  Johannesem  Maartensem?  Wilk   morski   wie  dobrze,   co  to  dyscyplina  i

pomimo   mej   nowej   wielkości   nie   mogłem   zapomnieć,   że   był   moim   kapitanem,   gdy
poszukiwaliśmy   nowych   Indii   na   Sparwehr.  Zgodnie   z   bajką,   opowiedzianą   przeze   mnie   w
pałacu   na   samym   początku,   był   on   jedynym   wolnym   człowiekiem   w   mojej   świcie.   Reszta
marynarzy, uważanych za moich niewolników nie mogła nawet marzyć o zajęciu jakiegokolwiek
stanowiska pod rządem królewskim. Lecz Johannes miał do tego prawo i dążył do jego realizacji.
Chytry lis! Nie odgadłem jego zamiarów, gdy mnie prosił o powierzenie mu zarządu nędznej
małej   prowincji   Kyong–ju.   Prowincja   ta   nie   była   bogata   w   farmy   i   nie   rozwijało   się   tu
rybołówstwo. Ledwie opłacało się ściąganie podatków, a zarząd prowincją był tylko nic nie
znaczącą   formalnością.   Był   to   właściwie   cmentarz,   święty   cmentarz   —   były   tam   bowiem
pochowane, na górze Tabong, kości dawnych królów Silla. Łatwiej być gubernatorem Kyong–ju
niż zależeć od Adama Stranga — tak odczytywałem jego intencje; ani mi się śniło, że zabierając
ze sobą czterech marynarzy, mógł mieć coś innego na myśli niż lęk przed samotnością.

Następne   dwa   lata   były   wspaniałe.   Sprawowałem   rządy   w   moich   siedmiu   prowincjach,

korzystając głównie z usług zubożałych yang banów, wybranych przez Yunsana. Od czasu do
czasu, otoczony przepychem, w towarzystwie damy Om odbywałem inspekcję — to wszystko,
czego ode mnie żądano. Dama Om posiadała na południowym wybrzeżu letni pałac, w którym
często   przebywaliśmy.   Tam   czekały   na   mnie   męskie   rozrywki.   Stanąłem   na   czele   kółka
zapaśników i wskrzesiłem wśród yang banów zamiłowanie do łowiectwa. Polowaliśmy też na
tygrysy w górach północnych.

Niezwykły  był   przypływ   morza   w   Cho–Sen.   Na   naszym   północno–wschodnim   wybrzeżu

dawało się zauważyć wznoszenie i opadanie fal na zaledwie trzydzieści centymetrów. Na naszym
zachodnim wybrzeżu fala wznosiła się podczas przypływu na pełne dwa metry. Nie było w Cho–
Sen handlu ani kupców zagranicznych. Nie było podróży poza wybrzeża kraju, żaden inny naród
do   nas   nie   przybywał.   Był   to   skutek   polityki   odosobnienia,   prowadzonej   od   niepamiętnych
czasów.  Raz  jeden  w ciągu  dziesięciu  lub dwudziestu  lat  przybywali  posłowie  chińscy, lecz
podróżowali lądem, wzdłuż Morza Żółtego, przez kraj Hong–du, drogą mandarynów do Keijo.
Poselstwo   ich   miało   na   celu   przyjęcie   od   naszego   cesarza   ceremonii   uznania   starodawnej
wyższości Chin.

Na   skutek   długich   rozmyślań,   Hamel   dojrzewał   do   czynu.   Plany   jego   stawały   się   coraz

ambitniejsze. Państwo Cho–Sen starczyłoby mu za Indie, gdyby mógł je skolonizować według
własnych wyobrażeń. Nie zwierzał mi się wcale, lecz gdy zaczął uskuteczniać pomysły w rodzaju
mianowania   mnie   admirałem   floty  Cho–Sen,   składającej   się   z   marnych   łódek,   i   rozpytywać
systematycznie   o   szczegóły,   dotyczące   skrytek   skarbca   cesarskiego,   nietrudno   mi   było

background image

przeniknąć jego zamysły.

Nie zależało mi bynajmniej na odjeździe z Cho–Sen, chyba, że w towarzystwie damy Om.

Gdy napomknąłem jej o tej możliwości, powiedziała, tuląc się do mnie, że jestem jej królem i
gotowa jest pójść za mną wszędzie. Mówiła prawdę, szczerą prawdę, jak się przekonacie.

Yunsan popełnił wielki błąd, pozostawiając Chong–Mong–Ju przy życiu. Nie było to jednak

wina Yunsana. Nie miał odwagi postąpić inaczej. Chociaż w niełasce na dworze, Chong–Mong–
Ju cieszył się jednak wielką popularnością wśród kapłanów na prowincji. Yunsan zmuszony był
powściągnąć rękę, a Chong–Mong–Ju, pełen urazów na po–łudniowo–wschodnim wybrzeżu, nie
pozostał   bezczynny.   Wysłannicy   jego,   głównie   kapłani   buddyjscy,   byli   wszędzie,   wchodzili
wszędzie, jednając mu stronników nawet wśród najniższych urzędników prowincjalnych. Trzeba
chłodnej cierpliwości Azjatów do obmyślenia i wykonania wielkich i skomplikowanych spisków.
Siła   pałacowej   koterii   Chong–Mong–Ju   przeszła   najśmielsze   wyobrażenia   Yunsana.   Chong–
Mong–Ju przekupił gwardię pałacową, łowców tygrysów z Pyeng–Yang, którymi dowodził Kim.
Podczas gdy Yunsan potakiwał wszystkiemu, gdy ja poświęcałem się całkowicie sportom i damie
Om, Hendrik Hamel dopracowywał szczegóły planu ograbienia skarbca cesarskiego, a Jo–hannes
Maartens wśród grobowców na górze Tabong układał własne projekty. Wulkan obmyślony przez
Chong–Mong––Ju, wrzący pod nami, nie dawał nam znaków ostrzegawczych.

Burza wybuchła! Było to powstanie ludu, w którym brali udział wszyscy. Niektórych głów nie

zdołano uratować. Wybuch spisku był jednak przedwczesny. Właściwie przyspieszył katastrofę
Johannes Maartens, a to, co uczynił, było zbyt korzystne dla Chong–Mong–Ju, by nie zyskać
jego poparcia.

Oto, jak się rzecz miała. Ludność Cho–Sen ma fanatyczną cześć dla swych przodków, a ten

stary korsarz, chciwy łupu Holender, dopuścił się ze swymi czterema marynarzami ni mniej ni
więcej, jak obrabowania grobów, pogrzebanych od dawna w złotych trumnach królów dawnego
państwa Silla. Zrobiono to w nocy, a resztę ciemności wykorzystano na podróż do brzegu morza.
Nazajutrz jednak gęsta mgła pokryła ziemię, złodzieje grobowców zabłądzili, nie trafili do łódki,
przygotowanej uprzednio przez Johannesa Maarten–sa. Złapał go wraz z marynarzami Yi Sun–
Sin, urzędnik miejscowy, jeden ze stronników Chong–Mong–Ju. Tylko Herman Tromp uciekł
wśród mgły, mógł zatem — znacznie później — opowiedzieć mi tę historię.

Pomimo że wieść o świętokradztwie rozeszła się po całym Cho–Sen i połowa północnych

prowincji   powstała   przeciwko   jego   sprawcom,   Keijo   i   dwór,   nie   wiedząc   o   niczym,   spali
spokojnie tej nocy. Na rozkaz Chong–Mong–Ju ogniska niosły nocną wieść pokoju. Noc po nocy
płonęły   ogniska,   podczas   gdy   wysłannicy   Chong–Mong–Ju   dniem   i   nocą   zabijali   konie   na
wszystkich drogach w Cho–Sen. Mnie przypadło w udziale oglądać przybycie jego wysłannika
do Keijo. Wyjeżdżając konno przez wielką bramę stolicy, o zmierzchu, ujrzałem, jak padł koń,
okryty pianą, a wyczerpany jeździec chwiał się na nogach; nie śniło mi się, że człowiek ten
wiezie do Keijo mój los.

Na wieść przywiezioną przez niego wybuchła w pałacu rewolucja. Nie oczekiwano mego

powrotu   przed   północą,   do   północy   zaś   wszystko   było   skończone.   O   dziewiątej   wieczorem
spiskowcy otoczyli cesarza w jego własnych apartamentach. Kazali mu wezwać natychmiast
zarządców wszystkich działów administracji, a gdy stawili się na wezwanie, jeden po drugim,
głowy   ich   spadły   w   obecności   cesarza.   Łowcy   tygrysów   tymczasem   stanęli   w   obronie
mordowanych   i   zostali   rozbrojeni.   Uwięziono,   poranionych   mieczami,   Yunsana   i   Hendrika
Hamela. Pozostałych siedmiu marynarzy zbiegło z pałacu wraz z damą Om. Dopomógł im w
ucieczce Kim, który z mieczem w ręku torował drogę, walcząc ze swymi łowcami tygrysów.
Powalili go na ziemię i zdeptali. Na nieszczęście nie umarł od ran.

Jak   powiew   wiatru   w   letnią   noc,   tak   wybuchła   i   minęła   rewolucja,   pałacowa   rewolucja

background image

oczywiście. Chong–Mong–Ju był górą. Cesarz zgadzał się na wszystko, czego chciał Chong–
Mong–Ju.   Poza   oburzeniem   na   świętokradzki   rabunek   grobów   królewskich   i   oklaskami   dla
Chong–Mong–Ju, nie było jednak powstania przeciwko dynastii.

Przejdźmy teraz do opowiedzenia naszych losów. Johannes Maartens i trzej marynarze, opluci

przez połowę wiosek i miast obronnych Cho–Sen, zostali zagrzebani aż po szyję na dziedzińcu
pałacowym, przed bramą wjazdową. Dano im wody, by mogli dłużej żyć i łaknąć pokarmu, który
postawiono   przed   nimi,   a   był   gorący  i   wykwintny,  zmieniany  co   godzinę.   Mówią,   że   stary
Johannes Maartens żył najdłużej, wytrzymał bowiem pełne piętnaście dni.

Kima powoli zamęczono na śmierć, oprawcy łamali mu kości i stawy, jeden po drugim, wiele

czasu  minęło,  nim  skonał.  Hamel,  którego  zamiary  odgadł  Chong–Mong–Ju,  został  stracony
wiosłami   —  bito  go  szybko  i   sprawnie   aż  zmarł  przy  radosnych   okrzykach   ludności  Keijo.
Yunsan zginął śmiercią odważnych. Grał w szachy z dozorcą więzienia, gdy nadszedł wysłannik
cesarski, a raczej poseł Chong–Mong–Ju z czarą trucizny. „Zaczekaj chwilę — rzekł Yunsan. —
Powinieneś lepiej się zachowywać i nie przeszkadzać nikomu podczas partii szachów. Wypiję
natychmiast po skończonej grze”. Wysłannik zaczekał, Yunsan skończył grę, wygrał i wychylił
czarę.

Tylko Azjata umie powściągnąć gniew, by w tym czasie obmyślić okrutną zemstę. Tak właśnie

uczynił Chong–Mong–Ju w stosunku do damy Om i do mnie. Nie zabił nas. Nie uwięził nawet.
Damę Om pozbawił stanowiska i wszelkiego majątku Wydano i rozesłano do najmniejszych
nawet wiosek dekret cesarski, że pochodzę z rodu Koryu i ze nikomu nie wolno mnie zabić.
Dalej oświadczono, że nie wolno zabijać ośmiu pozostałych przy życiu marynarzy. Zabroniono
też okazywania jakiejkolwiek litości. Mieli być wyrzutkami, wędrownymi żebrakami. Do tego
doszliśmy dama Om i ja –żebraliśmy po drogach.

Nastąpiło czterdzieści długich lat prześladowania; nienawiść, jaką zaprzysiągł Chong–Mong–

Ju damie Om i mnie była nieodwołalna. Co gorzej, dane mu było żyć długo, jak również nam;
jego szczęście było dla nas przekleństwem. Powiedziałem już, że dama Om była nadzwyczajną
kobietą.   Mogę   powtarzać   to   bez   końca,   poza   tym   nie   mam   słów,  by   ją   należycie   ocenić.
Słyszałem kiedyś, że pewna wielka pani rzekła raz do kochanka: „Namiot i okruchy chleba — z
tobą”. To samo powiedziała mi dama Om. Nie poprzestała na słowach, wprowadziła je w czyn i
była   wierna   temu   w   najdrobniejszych   szczegółach,   najczęściej   bowiem   okruchów   tych   było
niewiele, a sklepienie niebios było naszym namiotem.

Wszelkie moje wysiłki, aby uniknąć żebractwa, zostały w końcu zniweczone przez Chong–

Mong–Ju;   w   Song–do   roznosiłem   drwa   i   zamieszkiwaliśmy   z   damą   Om   chatkę   o   wiele
wygodniejszą niż otwarte drogi w czasie ostrej, śnieżnej zimy. Lecz Chong–Mong–Ju odnalazł
nas, obito mnie, zakuto w dyby i wyrzucono na drogę. Straszna była ta zima, wśród której biedny
„Cóż teraz Vandervoot” zamarzł na śmierć na ulicach Keijo.

W Pyeng–Yang roznosiłem wodę; trzeba wiedzieć, że to starodawne miasto, którego mury już

były stare za czasów Dawida, lud uważał za łódź, przeto wykopanie studni w obrębie murów
równało się zatopieniu łodzi. Toteż tysiące kulisów z wieloma dzbankami na ramionach, chodziło
całymi dniami po wodę do rzeki i z powrotem. Chodziłem z nimi dopóki Chong–Mong–Ju znów
mnie nie odkrył. Obito mnie, zakuto w dyby i wypędzono na drogę.

Powtarzało się ciągle to samo. W odległym Wi–Ju zostałem rzeźnikiem psów, zabijałem je

publicznie przed otwartymi drzwiami mego sklepu, rozwieszałem ochłapy pocięte na sprzedaż,
garbowałem skóry pod nogami przechodniów, rozciągając je w błocie ulicy surową stroną do
góry. Lecz Chong–Mong–Ju i tu odnalazł mnie. Byłem pomocnikiem farbiarza w Pyen–han,
górnikiem w kopalniach złota w Kang–Wun, powroźnikiem i tkaczem w Chiksan. Wyplatałem
kapelusze słomiane w Padok, zbierałem trawę w Whang–hai, w Masenpo zaś sprzedałem się

background image

plantatorowi ryżu, by zgięty wpół pracować ciężko w zalanych wodą działkach za płacę mniejszą
niż pobierają kulisi. Lecz nie było czasu ni miejsca, w którym by nie dosięgła mnie długa ręka
Chong–Mong–Ju dla wymierzenia kary i wypchnięcia na drogi żebracze.

W ciągu dwóch letnich sezonów szukaliśmy z damą Om pewnego korzonka, rosnącego w

górach, uznanego przez lekarzy za tak rzadki i drogocenny środek, że moglibyśmy przez cały rok
żyć dostatnio ze sprzedaży tego jednego korzonka. Poszukiwania nasze uwieńczyło powodzenie.
Znaleźliśmy. Schwytano mnie jednak na sprzedaży, skonfiskowano drogocenny korzeń, a mnie
obito mocniej i zakuto w dyby na dużej niż zwykle.

Wędrowni członkowie wielkiego cechu drobnych handlarzy zewsząd donosili Chong–Mong–

Ju do Keijo o moich krokach i czynach. Przez cały ten czas po mym upadku dwa razy tylko
stanąłem   twarzą   w   twarz   z   Chong–Mong–Ju.   Pierwszy   raz   szalała   burza   w   zimną   noc   w
wyniosłych górach Kang–wun. Za kilka wyżebranych groszy kupiłem dla damy Om i dla siebie
miejsce   do   spania   w   najbrudniejszym   i   najzimniejszym   zakątku   jedynego   dużego   pokoju   w
zajeździe.   Mieliśmy   właśnie   zacząć   naszą   ubogą   wieczerzę,   złożoną   z   bobu   i   czosnku,
ugotowanych   z   kawałkiem  wołowiny  z   krowy,  która   chyba   zdechła   ze   starości,   gdy  dał   się
słyszeć dźwięk dzwonków i brzęk kopyt przed zajazdem. Otwarto drzwi, wszedł Chong–Mong–
Ju,   uosobienie   dobrobytu,   powodzenia   i   władzy,   strząsając   śnieg   ze   swych   bogatych   futer
mongolskich. Rozstąpiono się, by uczynić miejsce dla niego i dla jego świty, złożonej z dwunastu
osób; było dość miejsca dla wszystkich, gdy wtem wzrok jego padł na mnie i damę Om.

— To robactwo w kącie, wyrzucić — rozkazał.
Służba wypędziła nas batami w noc burzliwą. Mieliśmy jednak spotkać się raz jeszcze po

wielu latach, jak zobaczycie.

Ucieczka   była   niemożliwa.   Nie   pozwolono   mi   nigdy  przekroczyć   granicy   północnej.   Nie

pozwolono nigdy stanąć na tratwie na morzu. Cech drobnych kupców wysłał ten rozkaz Chong–
Mong–Ju do wszystkich wiosek i wszystkich ludzi w Cho–Sen. Byłem napiętnowany.

Znam każdą twą drogę, Cho–Sen, każdą twoją ścieżynę górską, wszystkie twe miasta obronne

i najnędzniejszą z twych wiosek. Czterdzieści lat trwała włóczęga moja po tej ziemi, włóczęga o
głodzie, a dama Om szła i głodowała wraz ze mną. Czegośmy nie jedli w ostateczności! Odpadki
psiego mięsa, nadgniłe, nie nadające się do sprzedaży, rzucane nam przez drwiących rzeźników;
minari, trawę wodną, zbieraną z kałuż błotnistych; zgniłe kimchi, którego nie zniósłby żołądek
chłopski, i które czuć było z daleka. Kradłem kości psom, zbierałem na drogach publicznych
ziarenka ryżu, wykradałem kucom ich dymiącą zupę z fasoli w mroźną noc.

Dziwne, że nie umarłem. Wiedziałem dwie rzeczy i one mnie podtrzymywały przy życiu: po

pierwsze, że dama Om jest przy mnie; po wtóre, niezachwiana wiara, że nadejdzie czas, gdy moje
palce ścisną na śmierć gardło Chong–Mong–Ju.

Zawsze odpędzani od bram miasta w Keijo, gdzie szukałem Chong–Mong–Ju, wędrowaliśmy

przez całe lata, przez dziesiątki lat, po ziemi Cho–Sen, gdzie każdy cal drogi był od dawna znany
naszym strudzonym nogom. Nasze dzieje i nasze osoby nie były obce nikomu w całym kraju. Nie
było nikogo, kto by nie znał nas i naszej kary. Niektórzy kulisi i kupcy obrzucali obelgami damę
Om, poznali też mój gniew, targałem ich bowiem za włosy i nie szczędziłem uderzeń w twarz.
Niektóre stare kobiety w odległych wioskach górskich, na widok żebraczki, damy Om u mego
boku, wzdychały i potrząsały głową, a oczy ich napełniały się łzami. Były i młode kobiety,
których oblicze wyrażało litość, gdy spoglądały na moje pochylone ramiona, niebieskie oczy i
długie jasne włosy, na mnie, niegdyś księcia Koryu i rządcę prowincji. Były gromady dzieci,
biegnące za nami z szyderstwem na ustach, obrzucające nas obelgami i błotem dróg publicznych.

Za Yalu rozciągał się na przestrzeni siedemdziesięciu kilometrów jałowy pas graniczny, który

przebiegał   od   morza   do   morza,   tworząc   północną   granicę.   Nie   była   to   naturalna   pustynia;

background image

rozmyślnie   wyjałowiono   tę   ziemię,   celem   przeprowadzenia   polityki   odosobnienia,   jaka
obowiązywała w Cho–Sen. W pasie tym zniszczono wszystkie gospodarstwa, miasta i wioski.
Ziemia ta nie należała do nikogo, zamieszkiwały ją dzikie zwierzęta, przebiegały często oddziały
łowców tygrysów, którzy mieli za zadanie zabić każdego spotkanego tam człowieka. Z tej strony
nie było dla nas ucieczki, jak i nie było ucieczki przez morze.

Z   biegiem   lat   towarzysze   moi,   marynarze,   których   pozostało   siedmiu,   zaczęli   częściej

odwiedzać  Fusan. Miejscowość  ta, położona na wybrzeżu  południowo — wschodnim, miała
klimat o wiele łagodniejszy. Przy tym był to z całego Cho–Sen punkt najbliższy Japonii i oprócz
łagodnego klimatu dawał nam pewne szansę. Tam, poza wąską cieśniną, nieco dalej niż oko
dosięgnąć mogło, leżała nasza jedyna nadzieja ucieczki, Japonia, dokąd niewątpliwie przybywały
statki z Europy. Dotąd stoi mi przed oczyma tych siedmiu starzejących się ludzi na skałach
Fusanu, wpatrzonych z utęsknieniem w dal morza, na które już nigdy nie mieli wypłynąć.

Czasami widywano tam łodzie japońskie, lecz znajomy widok sztandarów starej Europy nigdy

nie zarysował się na horyzoncie wód. Mijały lata, a siedmiu marynarzy, ja sam i dama Om
przeszliśmy ze średniego wieku do starości i z biegiem czasu coraz usilniej kierowaliśmy nasze
kroki w stronę Fusanu. Gdy tak czas nieubłaganie mijał, towarzysze moi przestawali przychodzić
na stałe miejsce naszych spotkań. Pierwszy umarł Hans Admen. Przyniósł nam tę wiadomość
Jakub Brinker, wierny towarzysz jego włóczęgi na drogach. Jakub Brinker był ostatnim z tych
siedmiu; miał prawie dziewięćdziesiąt lat gdy umarł i przeżył Trompa o całe dwa lata. Pamiętam
ich obu doskonale. Coraz słabsi i coraz bardziej wycieńczeni pod koniec życia, w łachmanach
żebraczych, z sakiewką żebraka w ręku, siedzieli na skałach obok siebie, wygrzewając się na
słońcu; rozrywką ich były opowiadania z dawnych czasów i snuli opowieści jak dzieci ostrym,
przenikliwym   głosem.   Tromp   wracał   wciąż   do   ograbienia   królów   na   górze   Tabong   przez
Johannesa Maartensa i marynarzy, opowiadał, jak ich znaleźli zabalsamowanych, każdego w
złotej   trumnie,   jak   każdy   miał   po   obu   stronach   zabalsamowane   zwłoki   młodej   dziewczyny;
potem następowały szczegóły, jak ci, niegdyś potężni, rozsypali się w proch w przeciągu godziny,
podczas gdy marynarze, oblani potem, z przekleństwem na ustach, pracowali nad rozbiciem
trumien.

Nie ma żadnej wątpliwości, że stary Johannes Maartens ociekłby z łupem przez Morze Żółte,

gdyby   nie   zgubiła   go   mgła   następnego   dnia.   Przeklęta   mgła!   Była   inspiracją   do   powstania
piosenki,   która   brzmiała   w   całym   Cho–Sen,   słyszałem   ją   wszędzie,   aż   do   końca   życia   i
nienawidziłem jej.

Oto parę wierszy:

Yanggukeni chain anga
Wheanpong tora deunda.
Gęsta mgła ludzi zachodnich
Zawisła nad szczytem Whean.

Byłem żebrakiem w Cho–Sen przez długich czterdzieści lat. Dama Om ulepiona z równie

trwałej gliny jak ja, razem ze mną dożyła starości. Pod koniec życia była małą, suchą, bezzębną
staruszką, pozostała jednak do końca niezwykłą kobietą i do ostatniej chwili serce me było w jej
sercu. Zachowałem wielką siłę jak na staruszka, miałem bowiem siedemdziesiąt lat. Twarz moją
pokrywały zmarszczki, jasne włosy posiwiały, szerokie ramiona pochyliły się do przodu, jednak
w muskułach pozostało wiele z mej dawnej krzepy marynarza.

Dzięki   temu   mogłem   uczynić   to,   co   zaraz   opowiem.   Pewnego   wiosennego   poranka

siedzieliśmy z damą Om na skałach przydrożnych Fusanu, wygrzewając się na słońcu. Okrywały

background image

nas zakurzone żebracze łachmany, śmiałem się jednak serdecznie z jakiegoś dowcipu damy Om,
gdy  padł   na   nas   cień.   Był   to   cień   wielkiej   lektyki   Chong–Mong–Ju,   niesionej   przez   ośmiu
kulisów;   wyprzedzali   ją   pachołkowie   na   koniach,   część  z   nich   jechała   za   lektyką,   mnóstwo
służby szło po obu jej stronach.

Dwóch cesarzy, wojna domowa, głód i z tuzin pałacowych rewolucji przyszło i przeszło, a

Chong–Mong–Ju   cały   czas   był   potęgą   w   Keijo.   Tego   poranka   miał   już   zapewne   około
osiemdziesięciu lat, gdy dał znak ręką, by zatrzymano lektykę, pragnął bowiem spojrzeć na tych,
którym wymierzył karę już tak dawno temu.

— Teraz, królu mój — szepnęła do mnie cicho dama Om, zwracając się jednocześnie z prośbą

o jałmużnę do Chong–Mong–Ju, udając, że go nie poznaje.

Wiedziałem,   o   czym   myślała.   Czyż   myśl   ta   nie   była   nam   wspólną   od   lat   czterdziestu?

Nareszcie nadeszła chwila wprowadzenia jej w czyn. Udałem również, że nie poznaję mego
zażartego wroga i z miną zidiociałego starca przyczołgałem się w pyle do lektyki, żebrząc o
litość i datek.

Służba   byłaby   nas   odepchnęła,   lecz   Chong–Mong–Ju   wstrzymał   ich   drżącym   ze   starości

głosem. Wsparty na trzęsącym się łokciu, drugą trzęsącą się ręką rozchylił jedwabne zasłony.
Jego zwiędła, stara twarz nie potrafiła ukryć sadystycznej radości, gdy nas ujrzał.

— O królu mój — błagała mnie dama Om tonem pieśni żebraczej; wiedziałem, że cała jej

umęczona miłość i wiara w moje zamiary dźwięczały w tym śpiewie.

W   ułamku   sekundy   nawiedziła   mnie   czerwona   złość,   wzburzona   i   silna,   niwecząc   moją

zdolność wyboru. Nic dziwnego, że drżałem z wysiłku, by jej się nie poddać. Na szczęście
przypisywali to drżenie osłabieniu starca. Podniosłem moją mosiężną puszkę żebraka, błagałem
jeszcze   żałośniej   i   zmrużyłem   powieki,   by   zakryć   ogień,   jaki   czułem   w   oczach,   obliczając
jednocześnie odległość i moje siły do skoku.

Uniosła mnie wówczas fala czerwieni. Dało się słyszeć zerwanie firanek, trzask lektyki, krzyki

służby,   ręce   moje   zacisnęły   się   wokół   szyi   Chong–Mong–Ju.   Wywróciłem   lektykę,   nie
wiedziałem, co się ze mną dzieje, lecz nie zwolniłem uścisku.

W całym   rozgardiaszu   poduszek   i  firanek,   początkowo   otrzymałem   tylko   kilka   ciosów,  z

jakimi służba rzuciła się na mnie. Wkrótce jednak przyłączyli się jeźdźcy i ciężkie ich baty
zaczęły mi spadać na głowę, podczas gdy mnóstwo rąk chwytało mnie i szarpało. Szumiało mi w
głowie, lecz nie straciłem przytomności i byłem szczęśliwy, że moje stare palce toną w tej tłustej
starej szyi, której szukałem od dawna. Razy padały wciąż na moją głowę, a moja myśl biegła
szybko; porównywałem siebie do buldoga ze ściskoszczękiem. Chong–Mong–Ju nie mógł mi
uciec i wiem, że skonał, nim zapadłem w ciemność, jak pogrążony w narkozę, na skałach Fusanu
nad Morzem Żółtym.

background image

Rozdział XVI

Naczelnik Atherton, myśląc o mnie, odczuwa zapewne wszystko prócz dumy. Dowiodłem mu,

czym   jest   duch,   upokorzyłem   go   mym   własnym   duchem,   który   wznosił   się   nie   złamany,
triumfujący, ponad wszelkie zadane przez niego męczarnie. Jestem tutaj w Folsom, na oddziale
morderców, czekam na wykonanie wyroku; naczelnik Atherton kontynuuje swą strategię, króluje
nad San Quentin  i nad zamkniętymi  w tych  murach  skazańcami;  w głębi duszy jednak wie
dobrze, że go przewyższam.

Próżne   były   starania   naczelnika   Athertona,   duch   mój   się   nie   załamał.   Nie   mam   żadnej

wątpliwości,   że   były   chwile,   kiedy  pragnął,   bym   skonał   w   kaftanie   bezpieczeństwa.   Długie
śledztwo toczyło się dalej. Tak, jak powiedział i jak powtarzał nieustannie: dynamit albo męki.

Kapitan Jamie był od lat znany z sadystycznych skłonności, nadeszła jednak chwila, gdy upadł

pod wpływem wysiłku, do którego zmusiłem jego, jak i innych oprawców. Doszedł do stanu
takiej rozpaczy, że pokłócił się z naczelnikiem i nie chciał mieć z tą sprawą nic wspólnego.

Od tego dnia aż do końca moich męczarni nie pojawił się już w samotnych celach.
Tak nadszedł też dzień, w którym naczelnik Atherton poczuł lęk, chociaż wytrwale usiłował

wydobyć ze mnie informacje, gdzie jest ukryty nie istniejący dynamit. Wreszcie przeżył silny
wstrząs, którego sprawcą był Jake Oppenheimer. Oppenheimer nie znał strachu i szczerze mówił,
co myśli. Przeszedł wszystkie kręgi więziennego piekła i nie dał się złamać; siłą woli mógł
jeszcze z nich szydzić. Morrell wypukał mi dokładne sprawozdanie z całego zajścia. Leżałem
wówczas nieprzytomny w kaftanie bezpieczeństwa.

— Naczelniku — powiedział Oppenheimer — zjadłeś więcej niż zdołasz przeżuć. Tu nie

chodzi o zabicie Standinga. Idzie o zabicie trzech ludzi, jeżeli go zabijesz, Morrell i ja wcześniej
czy później zdołamy opowiedzieć wszystko i po całej Kalifornii rozejdzie się wiadomość o tym,
co zrobiłeś. Masz wolny wybór. Albo zostaw Standinga w spokoju, albo zabij nas wszystkich
trzech. Standing wie wszystko. Ja również. Morrelł też. Jesteś wstrętnym tchórzem i nie masz
odwagi, by wykonać ohydną robotę rzeźnika, na której tak ci zależy.

Oppenheimer dostał za to sto godzin w kaftanie bezpieczeństwa; gdy go rozwiązano, plunął w

twarz naczelnikowi i otrzymał nowe sto godzin. Gdy go rozsznurowywano, naczelnik nie zjawił
się w celach samotnych. Nie ulega wątpliwości, że słowa Oppenheimera wywarły na nim silne
wrażenie.

Najgorszym   naszym   wrogiem   był   doktor   Jackson.   Byłem   dla   niego   zjawiskiem   zupełnie

nowym i pragnął gorąco przekonać się, ile jeszcze zdołam wytrzymać nim się załamię.

— Wytrzyma dwadzieścia dni — oznajmił naczelnikowi w mojej obecności.
— Jesteś konserwatystą — przerwałem. — Wytrzymam czterdzieści dni. Co tam! Wytrzymam

sto, takich, jak je dajecie. — Wspomniałem moją cierpliwość wilka morskiego, który czterdzieści
lat czekał, by zacisnąć ręce na szyi Chong–Mong–Ju i dodałem: — Wy, psy więzienne nie wiecie,
co to mężczyzna. Sądzicie, że mężczyzna stworzony jest na podobieństwo tchórzy takich, jak wy.
Patrzcie,   ja   jestem   mężczyzną.   Wy  jesteście   słabi.   Ja   jestem   waszym   panem.   Nie   możecie
wydobyć ze mnie wyznania. Dziwi was to, bo wiecie, jak łatwo przyszłoby to każdemu z was.

Wymyślałem im. Nazywałem ich synami ropuchy, pachołkami piekła, bryją z kloaki. Byłem

bowiem nad nimi i poza nimi. Byli niewolnikami. Ja byłem wolnym duchem. Tylko ciało moje
leżało uwięzione w celi. Mnie nie uwięziono. Opanowałem ciało, przestrzeń czasu należała do
mnie,   mogłem   w  niej   do  woli   wędrować,   podczas  gdy  nędzne   ciało,   nawet   nie   odczuwając
cierpienia, pogrążone w małą śmierć, leżało w kaftanie bezpieczeństwa.

Stukaną   mową   opowiedziałem   znaczną   część   swoich   przygód   moim   współtowarzyszom

niedoli. Morrell uwierzył, sam bowiem zakosztował małej śmierci. Lecz Oppenheimer, chociaż

background image

zachwycony opowieścią, pozostał sceptykiem do końca. Naiwnie, czasami patetycznie, wyrażał
żal,   że   poświęciłem   życie   studiom   rolniczym   zamiast   zostać   powieściopisarzem.   —   Ależ
zastanów się człowieku — tłumaczyłem — cóż ja wiem o samym Cho–Sen? Mogę je utożsamić
z   tym   państwem,   które   dziś   nazywają   Koreą   i   koniec.   Tylko   tyle   wiem   z   książek.   Jakim
sposobem, na przykład, na podstawie doświadczeń mego obecnego życia mógłbym wiedzieć
cokolwiek o kimchi. Jest to rodzaj kwaśnej kapusty. Gdy jest nieświeże, wydaje wstrętny zapach.
Mówię ci, gdy byłem Adamem Strangiem, jadłem kimchi tysiąc razy. Znam dobre kimchi, złe
kimchi, przegniłe kimchi. Wiem, że najlepsze kimchi robią kobiety w Wosan. Skąd o tym wiem?
Informacja ta nie może istnieć w moim umyśle, w umyśle Darrella Standinga. Tkwi ona w
umyśle Adama Stranga, który przez wielokrotne narodziny i śmierć podał ją mnie, Darrellowi
Standingowi,   wraz   z   innymi   doświadczeniami   tych   różnych   wcieleń,   które   w   międzyczasie
przeżyłem. Czy tego nie pojmujesz, Jake? Tak istnieją i rozpoczynają żywot ludzie, tak rozwija
się duch.

— Daj spokój — pukał w odpowiedzi szybkim, stanowczym stukiem, tak dobrze mi znanym.

— Słuchaj, co powie ci wujaszek. Jestem Jake Oppenheimer. Zawsze byłem Jake Oppenheimer.
Nie ma we mnie innej istoty. To, co powiem, wiem jako Jake Oppenheimer. A co wiem? Powiem
ci coś. Znam kimchi: to coś w rodzaju kwaśnej kapusty, którą przyrządzają w kraju zwanym
Cho–Sen.   Najlepsze   kimchi   przyrządzają   kobiety   w   Wosan,   a   kimchi   zepsute   ma   wstrętny
zapach. Nie wtrącaj się Ed. Poczekaj aż skończę z profesorem. I cóż, profesorze? Skąd wiem to
wszystko o kimchi? Nie ma tego w głębinach mego umysłu.

— Jest — odparłem z radością. Ja ci to w myśli przekazałem.
— Dobrze, stary. A kto włożył w twój umysł?
— Adam Strang.
— Nic podobnego. Przyśnił ci się Adam Strang. Czytałeś to gdzieś.
— Nigdy — odparłem. — Jedyne, co czytałem o Korei, to korespondencję z czasów wojny

rosyjsko — japońskiej.

— Czy pamiętasz wszystko, co czytasz? — pytał Oppenheimer.
— Nie.
— Zapominasz częściowo?
— Tak, ale…
— Dosyć, dziękuję — uciął jak prawnik, który nagle przerywa krzyżowy ogień pytań, gdy

dojdzie do niekorzystnego zeznania świadka.

Nie   mogłem   przekonać   Oppenheimera   o   prawdziwości   moich   słów.  Powtarzał   wciąż,   że

wymyślam, w miarę, jak posuwam się w opowiadaniu i chwalił to, co nazywał moim „ciąg
dalszy nastąpi”, a gdy mi dawano chwilę wytchnienia po kaftanie, błagał mnie usilnie o kilka
dalszych rozdziałów.

— Dosyć, profesorze, daj spokój tym wzniosłym głupstwom — przerywał moje dyskusje z

Edem Morrellem na temat metafizyki. — Opowiadaj dalej o ki–sang i o marynarzach. A gdy już
o tym mowa, powiedz nam, co się stało z damą Om, gdy ten gbur, jej małżonek, zadusił starego
łotra i zdechł.

Mówiłem nieraz, że kształt ginie. Powtórzę to raz jeszcze. Kształt ginie. Materia nie posiada

pamięci. Tylko duch pamięta, jak tutaj, w celach więziennych, po upływie wieków, wspomnienie
o   damie   Om   i   Chong–Mong–Ju   przetrwało   w   moim   umyśle;   przekazałem   je   Jake’owi
Oppenheimerowi, a od niego znów wróciło do mnie w języku Zachodu. Teraz przekazałem je
waszym umysłom, czytelnicy. Spróbujcie je usunąć z myśli. Nie możecie. To, co powiedziałem,
zamieszka w myślach waszych na całe życie. Umysł? Nie ma nic trwalszego prócz umysłu.
Materia rozpływa się, krystalizuje i znowu rozpływa, kształt nie powraca nigdy. Kształty ulatują

background image

w wieczną nicość, skąd nie ma powrotu. Kształty należą do świata zjawisk, który przemija, jak
przeminęły piękne wdzięki damy Om i postać Chong–Mong–Ju. Lecz pamięć o nich zostaje i
pozostanie na zawsze, tak długo, jak trwa duch, duch zaś nie podlega zniszczeniu.

—   Jedno   tylko   wynika   z   tego   wszystkiego   —   zakończył   Oppenheimer   krytykę   przygód

Adama Stranga. — Że więcej kręciłeś się po norach miast chińskich niż przystoi to poważnemu
profesorowi   uniwersytetu.   Masz   zły   stosunek   do   rzeczywistości.   Domyślam   się,   że   dlatego
właśnie się tu znalazłeś.

Nim powrócę do mych przygód, muszę opowiedzieć niezwykłą rzecz, która wydarzyła się w

samotnych   celach.   Jest   ona   niezwykła   z   dwóch   względów.   Pokazuje   nadzwyczajną   potęgę
umysłu tego dziecka rynsztoków, Jake’a Oppenheimera i stanowi dowód na prawdziwość tego,
czego doświadczałem w mękach kaftana bezpieczeństwa.

— Słuchaj, profesorze — pukał do mnie któregoś dnia Oppenheimer. — Pamiętam, że gdy

przędłeś tę nitkę Adama Stranga, wspomniałeś o grze w szachy z tym idiotą, bratem cesarza. Czy
te szachy były podobne do naszych?

Odpowiedziałem oczywiście, że nie wiem, że po powrocie do stanu normalnego nie pamiętam

szczegółów. Ma się rozumieć, drwił z tego, co nazywał moim szaleństwem. Jednak pamiętam
doskonale, że jako Adam Strang często grywałem w szachy. Najgorsze było to, że gdy tylko
wracałem do przytomności w samotnej celi, drobne i zawiłe szczegóły ulatywały mi z pamięci.

Należy   pamiętać,   że   dla   porządku   zebrałem   moje   przerywane   i   powtarzające   się

doświadczenia   w   kaftanie   w   jeden   ciąg   połączonych   ze   sobą   opowieści.   Nigdy   z   góry   nie
wiedziałem, dokąd mnie poniesie moja włóczęga w czasie. Wracałem na przykład kilkadziesiąt
razy w różnych okresach do Jesse Fanchera w kręgu wozów na Górskich Łąkach.

W ciągu  jednej   dziesięciodniowej   kary  w  kaftanie  przechodziłem z  jednego  wcielenia  do

drugiego, z życia do życia, pomijając całe okresy wcieleń, jakie przeżyłem w innych chwilach,
cofałem się do czasów przedhistorycznych i do dni poprzedzających początek cywilizacji.

Postanowiłem przeto, że przy następnym powrocie do życia Adama Stranga, niezależnie od

czasu,   kiedy   się   to   wydarzy,   natychmiast   po   odzyskaniu   przytomności,   zastanowię   się   nad
kształtami figur i szachownicą. Jak na złość, nim to nastąpiło, musiałem przez cały miesiąc
znosić drwiny Oppenheimera. Potem, zaraz po wyjściu z kaftana i powrocie do normalnego
krążenia krwi, zacząłem stukać, by udzielić mu informacji.

Później nauczyłem Oppenheimera tej gry w szachy, jaką uprawiał Adam Strang w Cho–Sen

przed   wiekami.   Gra   różniła   się   od   szachów   Zachodu,   była   jednak   zasadniczo   taka   sama   i
zdradzała   wspólne   pochodzenie,   prawdopodobnie   z   Indii.   Zamiast   naszych   sześćdziesięciu
czterech kwadratów było ich osiemdziesiąt jeden. My mamy osiem pionków z jednej strony, oni
zaś dziewięć; chociaż granice są jednakowe, zasada ruchów jest odmienna.

Gra w Cho–Sen posiada dwadzieścia pionków zamiast naszych szesnastu i ustawia sieje w

trzy rzędy, a nie w dwa. Tym sposobem dziesięć pionków stoi w pierwszym rzędzie; w drugim
rzędzie są dwa pionki podobne do naszej wieży; w ostatnim, w środku stoi król, ma po bokach
„złoty pieniądz”, „srebrny pieniądz”, „gońca” i „strzałę”. Należy zauważyć, że szachy w Cho–
Sen nie posiadają królowej. Kolejna zasadnicza różnica polega na tym, że pokonanego pionka nie
usuwa się z szachownicy. Przechodzi na własność przeciwnika, który dalej się nim posługuje.

Nauczyłem Oppenheimera tej gry, o wiele trudniejszej niż nasza, jeśli weźmiemy pod uwagę

branie w niewolę, odbijanie i całą grę pionków. Cele samotne są nie opalane. Byłoby zbrodnią
ulżyć więźniowi w cierpieniach, wywołanych przez jakiekolwiek żywioły. W ciągu tej i następnej
zimy zapominaliśmy nieraz z Oppenheimerem o dokuczliwym chłodzie, tak byliśmy pogrążeni w
grę szachową z Cho–Sen.

Nie zdołałem jednak przekonać go, że naprawdę wprowadziłem tę grę do San Quentin z

background image

ubiegłych   wieków.   Powtarzał   wciąż,   że   musiałem   o   tym   kiedyś   przeczytać,   a   chociaż   nie
pamiętam lektury, jej treść pozostała mi w pamięci i powróciła we śnie. W ten sposób obrócił
przeciwko mnie zasady i prawdy psychologiczne.

— A co ci przeszkadzało wymyślić to wszystko tutaj, w samotnej celi? — brzmiało następne

jego pytanie. — Czyż Ed nie wymyślił sposobu rozmowy za pomocą pukania? I czy my obaj, ty i
ja, nie osiągamy coraz większej wprawy w tej rozmowie? Tu cię mam. Wymyśliłeś to wszystko.
Przyznaj się, możesz nawet to opatentować. Pamiętam, że gdy byłem nocnym gońcem, pewien
chłopak wymyślił jakieś głupstwo, nazwał je „wieprzem w koniczynie” i zarobił na tym miliony.

— Tego się nie da opatentować — odparłem. — Azjaci bez wątpienia uprawiali tę grę przez

całe tysiące lat. Czy uwierzysz, gdy ci powiem, że jej nie wymyśliłem?

— No, to musiałeś czytać jej opis albo widziałeś grających Chińczyków, w jednej z tych

knajp, koło których zawsze się kręciłeś — brzmiały jego ostatnie słowa.

Ja  jednak  dodam  coś  jeszcze.   Jest  tutaj,  w  Folsom,   a  raczej   był,   stracono  go  bowiem  w

zeszłym tygodniu, pewien Japończyk  — morderca. Omówiłem z nim tę sprawę; gra Adama
Stranga,   której   nauczyłem   Oppenheimera,   jest   bardzo   podobna   do   gry   japońskiej.   Większe
podobieństwo istnieje między nimi dwoma niż między którąkolwiek z nich a grą w szachy znaną
na Zachodzie.

background image

Rozdział XVII

Pamiętasz z pewnością, miły czytelniku, na samym początku moich opowieści wspominałem,

że   jako   mały   chłopak   na   farmie   Minnesota,   oglądając   fotografię   Ziemi   Świętej,   poznałem
miejscowości, których nigdy wcześniej nie widziałem i wskazałem na zmiany, które tam zaszły.
Przypominasz sobie może również, jak opisywałem scenę uzdrowienia trędowatych, której byłem
świadkiem.   Powiedziałem   wówczas   misjonarzowi,   że   byłem   dorosłym   człowiekiem,   miałem
wielki miecz u boku i patrzyłem na to z mego wierzchowca.

To dziecinne zdarzenie było tylko przejściem obłoku chwały, jak wyraża się Wordsworth. Ja,

mały   Darrell   Standing,   przychodząc   na   świat,   nie   pogrążyłem   się   jeszcze   w   całkowite
zapomnienie.   Te   wspomnienia   innych   czasów   i   innych   miejsc,   które   wznosiły   się   na
powierzchnię mej dziecinnej świadomości, rozwiały się wkrótce i zbladły. Właściwie okrążył
mnie cień więziennych ścian, i jak to zawsze z dziećmi bywa, świetna moja przeszłość uleciała z
pamięci. Każdy człowiek poczęty z kobiety ma również przebogatą przeszłość. Niewielu ludzi
urodzonych   na   tym   świecie   miało   szczęście   cierpieć   całe   lata   w   celi   samotnej   i   w  kaftanie
bezpieczeństwa. Mnie przypadło to w udziale. Miałem okazję przypomnieć sobie raz jeszcze i to,
jak siedząc na koniu ujrzałem uzdrowienie trędowatych.

Nazywałem się Rognar Lodbrog. Byłem istotnie wielkim człowiekiem. Przewyższałem o pół

głowy Rzymian z mojej legii. Lecz o tym później, gdyż dopiero po mojej podróży z Aleksandrii
do Rzymu objąłem dowództwo legii. Życie to obfitowało w wydarzenia. Moc książek i całe lata
pisania   nie   zdołałyby   przekazać   wszystkich   szczegółów.   Streszczę   więc   opowiadanie   i
poprzestanę na wzmiance o początku zdarzeń.

Teraz wszystko jest już jasne i wyraźne, oprócz samego początku. Matki mojej nie znałem

wcale. Mówiono, że urodziłem się podczas burzy na okręcie, na Morzu Północnym, z branki
pojmanej podczas bitwy morskiej, przy rabowaniu nadbrzeżnej twierdzy. Nie słyszałem nigdy
imienia   matki.   Umarła   w   czasie   silnego   sztormu.   Pochodziła   z   północnej   Danii,   jak   mi
powiedział   Lingaard.   Opowiadał   wiele   rzeczy,  których   nie   mogłem   spamiętać,   bo   byłem   za
młody, chociaż  właściwie  niewiele  mógł  mi  opowiedzieć.  Walka  na  morzu  i  grabież,  bitwa,
rabowanie i pochodnie, ucieczka na morze, na wysmukłych łodziach, by uniknąć rozbicia o skały,
zabójczy wysiłek i walka z mroźnym, wzburzonym morzem — któż wówczas mógł ją znać lub
zwrócić uwagę na obcą kobietę, której godzina nadeszła, kto widział, że stopy jej weszły już na
drogę śmierci? Wielu zginęło. Mężczyźni zwracali uwagę na żywe kobiety, nie na zmarłe.

W swojej dziecinnej wyobraźni pamiętałem to, co działo się zaraz po moim przyjściu na świat,

a o czym Lingaard nie opowiadał. Lingaard, za stary do pracy przy miotle, był felczerem —
położnikiem   i   opiekował   się   niewolnicami,   których   liczna   gromada   umieszczona   była   pod
pokładem. Ujrzałem więc światło dzienne podczas burzy, wśród spienionych fal rozszalałego
morza.

Liczyłem zaledwie kilka godzin życia, gdy Tostig Lodbrog ujrzał mnie po raz pierwszy. Ta

marna łódź była jego własnością, jak również siedem innych, równie lichych, które dokonały
napadu i grabieży, i dzięki burzy zdołały ujść cało. Tostig Lodbrog miał przezwisko Muspell, co
znaczy „ognisty” i stale pałał gniewem. Był odważny i okrutny, serce jego, bijące w potężnej
piersi, nie znało litości. Jeszcze nie obsechł na nim bitewny pot, gdy oparty o ster zjadł serce
Ngruna po bitwie pod Hasfarth. Pod wpływem szalonego gniewu sprzedał swego syna, Garulfa
Jutom w niewolę. Pamiętam, jak w zadymionych namiotach w Brunanbuhr wołał, by mu jako
puchar  podano   czaszkę  Guthlafa.  Wina  zaprawionego  korzeniami   nie  chciał   z  innego   wypić
kielicha niż z czaszki Guthlafa.

Do   niego   to,   gdy   burza   minęła,   przyniósł   mnie   Lingaard   na   rozkołysany   pokład   statku.

background image

Liczyłem zaledwie kilka godzin życia, zawinięto mnie nagiego w wilczą skórę, nasyconą solą.
Urodziłem się przedwcześnie, byłem więc bardzo mały i słaby.

— Oho, karzełek! — zawołał Tostig, odejmując od ust do połowy zaledwie wychylony dzban

miodu, by na mnie spojrzeć.

Dzień był mroźny, mówiono jednak, że wyciągnął mnie nagiego z wilczej skóry i huśtał,

trzymając dwoma palcami za nogę, aby owiał mnie zimny wiatr. — Płotka! — wykrzykiwał. —
Raczek!   Wesz   morska!   —   udawał,   że   chce   mnie   rozgnieść   pomiędzy   kciukiem   i   palcem
wskazującym; każdy z nich, jak twierdził Lingaard, był o wiele grubszy od moich nóg.

Nagle przyszedł mu do głowy nowy pomysł.
— Ten mały jest spragniony. Dajcie mu pić.
Mówiąc to wepchnął mi głowę do dzbana z miodem. Byłbym utonął w tym męskim trunku, ja,

który nie znałem jeszcze piersi matczynej w swoim krótkim życiu, gdyby nie Lingaard. Lecz gdy
ten wyciągnął mnie z miodu, Tostig Lodbrog ze złością powalił go na ziemię. Potoczyliśmy się
na pokład, a wielkie psy, zdobyte w niedawnych walkach z Duńczykami, skoczyły na nas.

— Ho! Ho! — ryczał Tostig Lodbrog, gdy psy chwytały starca, mnie i wilczą skórę.
Lingaard powstał jednak, uratował mnie, lecz stracił wilczą skórę, gdyż rozszarpały ją psy.
Tostig Lodbrog wypił miód do dna i patrzył na mnie, Lingaard zaś nie wymyślił niczego

lepszego, jak błaganie o litość tam, gdzie jej nie było.

— Jak mój paznokieć — wyrzekł Tostig. — Na Odyna, kobiety Duńczyków północnych to

parszywe plemię. Karłów rodzą, nie ludzi. Co za korzyść z tego stworzenia? Nigdy nie będzie
mężczyzną. Słuchaj, Lingaard, wychowaj go na podczaszego w Brunanbuhr. Uważaj też na psy,
mogą go połknąć przez pomyłkę jako ochłap mięsa ze stołu.

Nie znałem żadnej kobiety. Stary Lingaard był matką i niańką, za pokój dziecinny miałem

rozkołysany pokład okrętu, piosenką do snu był tupot nóg męskich wśród bitwy lub burzy. Bóg
jeden wie, jak przeżyłem to dzieciństwo. Musiałem być chyba zbudowany z żelaza i w dzień
żelaza światło dzienne ujrzałem, żyłem bowiem, by zadać kłam przepowiedniom Tostiga, że
pozostanę karłem. Przerosłem wszelkie puchary i kufle, i wkrótce już nie mógł mnie topić w
dzbanie miodu. Była to bowiem jego ulubiona zabawa. Tak przejawiał się u niego przypływ
dobrego humoru, cieszył się, uważając ten pomysł za znakomity dowcip.

Okręty  oraz  wojownicy Tostiga   Lodbroga  i  sala   biesiad   w Brunanbuhr,  gdy  nasze  łodzie

zarzucały   kotwice   przy   zamarzniętych   fiordach,   to   moje   najdawniejsze   wspomnienia.
Usługiwałem   bowiem   przy   biesiadach   i   wśród   odległych   wspomnień   widzę   siebie,   jak   z
napełnioną   winem   czaszką   Cuthlafa   drepcę   do   stołu,   za   którym   pierwsze   miejsce   zajmował
Tostig i rycząc po pijanemu szedł z wiatrem w zawody. Byli to szaleńcy, sądziłem jednak, że taki
jest   normalny   bieg   życia,   nie   znałem   bowiem   innego.   Złość   pojawiała   się   u   nich   szybko   i
natychmiast rzucali się do walki. Każda ich myśl była dzika; jedli i pili jak dzikie istoty. Ja też
stawałem się do nich podobny. Nie mogło być inaczej, gdyż podawałem napój przy pijackich
okrzykach i przy pieśniach skaldów o Hjalli, o dzielnym Hogni, o złocie Niflungów i o zemście
Gudrun, która podała Atliemu do jedzenia serca jego dzieci; bitwa tymczasem zmiatała wały,
zrywała   zasłony,   zrabowane   na   południowych   wybrzeżach   i   rzucała   martwe   zwłoki   w   sali
biesiad.

Ja też poznałem złość, przeszedłem wśród nich dobrą szkołę. Miałem zaledwie osiem lat, gdy

pokazałem   zęby   podczas   pijatyki   mężczyzn   z   Brunanbuhr   z   Jutami,   którzy   przybyli   jako
przyjaciele   z   wodzem   Agardem   na   jego   trzech   długich   łodziach.   Stałem   u   boku   Tostiga
Lodbroga, trzymając czaszkę Guthlafa, z której buchała woń mocnego, zaprawionego korzeniami
wina. Czekałem aż Tostig skończy gwałtowną przemowę przeciwko ludziom z północnej Danii.
Mówił wciąż jak oszalały, ja zaś czekałem spokojnie, dopóki w napadzie wściekłości nie zaczął

background image

pomstować na kobiety z północnej Danii. Przypomniała mi się matka, Dunka z Północy, krew mi
oczy   zalała   ze   złości,   cisnąłem   w   niego   czaszkę   Guthlafa,   zalałem   go   winem,   oślepiłem   i
poparzyłem. Gdy się rzucał, niewidomy i machał w powietrzu olbrzymią pięścią, podskoczyłem i
z całych sił uderzyłem go trzy razy: w żołądek, w udo i w plecy, nie mogłem dosięgnąć wyżej,
gdyż miał postać olbrzyma.

— Wódz Agard wyciągnął miecz, za nim Jutowie z okrzykiem:
— Niedźwiadek! Niedźwiadek! Na Odyna, niech niedźwiadek walczy!
Tam, pod rozbrzmiewającym dzikim wrzaskiem dachem Brunanbuhr, mały chłopak, potomek

Duńczyków z Północy, walczył z potężnym Lodbrogiem. A gdy jeden cios silnej ręki powalił
mnie na ziemię i potoczyłem się bez tchu przez połowę stołu, zrzucając zeń puchary i dzbany,
Lodbrog krzyknął rozkazująco:

— Precz z nim! Psom go rzucić!
Wódz jednak sprzeciwił się, poklepał Lodbroga po ramieniu i prosił o mnie, jako o dar od

przyjaciela.

Udałem   się   więc   na   południe   z   okrętami   Jarla   Agarda,   gdy   na   fiordach   stopniały   lody.

Nalewałem mu wino, miecz za nim nosiłem i z braku innego imienia nazwano mnie Ragner
Lodbrog.   Kraina  Agarda   sąsiadowała   z   Fryzami,   był   to   smutny,   płaski   kraj   mgły   i   bagna.
Spędziłem z nim trzy lata, aż do jego śmierci, zawsze mu towarzysząc, czy to w łowach, w
pogoni za wilkami, czy też w ucztach w wielkiej sali, gdzie wśród służby siadywała często jego
młoda  małżonka, Elgiwa. Jeździłem z Agardem na południe,  na jego łodziach, na  zbójeckie
wyprawy wzdłuż obecnych wybrzeży Francji; tam dowiedziałem się, że południe ma cieplejszą
wiosnę, lżejszy klimat, łagodniejsze kobiety.

Z wyprawy tej Agard powrócił śmiertelnie ranny i powoli konał. Spaliliśmy jego zwłoki na

olbrzymim   stosie,   obok   niego   spłonęła   Elgiwa   w   złocistym   gorsecie,   z   pieśnią   na   ustach.
Płomienie pochłonęły wielu jego niewolników w złotych  naszyjnikach; dziewięć niewolnic i
ośmiu   niewolników, Anglów   szlachetnej   krwi,   pojmanych   w   walce.   Spalono   żywe   sokoły   i
dwóch sokolników z ptakami.

Lecz ja, podczaszy, Ragnar Lodbrog, nie padłem ofiarą płomieni. Miałem jedenaście lat, nie

znałem strachu, a moje ciało nie znało tkanych ubrań. Gdy płomień się podniósł, Elgiwa nuciła
pieśń śmierci, a krzyki niewolników, mężczyzn i kobiet zdradzały, jak niechętnie rozstają się z
życiem, zerwałem więzy, skoczyłem i uciekłem w bagna, ze złotym naszyjnikiem niewoli wokół
szyi, za mną zaś puszczono w pogoń psy.

W bagniskach żyli dzicy ludzie, ludzie bez panów, niewolnicy — uciekinierzy i wyjęci spod

prawa; zabawiano się, polując na nich, jak na wilki.

W ciągu trzech lat nie znałem dachu nad głową ani ogniska, zahartował mnie mróz i byłbym

ukradł kobietę od Jutów, gdyby Fryzowie nie złapali mnie po dwudniowej pogoni. Ograbili mnie
ze złotego naszyjnika i od nich kupił mnie, za dwa gończe wilki, Edwy z ludu Saksonów, który
nałożył   mi   żelazny   naszyjnik,   a   później   podarował   wraz   z   pięcioma   innymi   niewolnikami
Athelowi   z   ludu   wschodnich   Anglów.   Uczyniono   ze   mnie   jeńca   wojownika,   aż   wreszcie
zabłądziłem w nieudanym pościgu daleko na wschód, poza nasze tereny i tam sprzedano mnie
Hunom. Pasłem u nich świnie, dopóki nie zbiegłem na południe w olbrzymie lasy, gdzie przyjęli
mnie   jako   wolnego   człowieka   Teutoni,   plemię   liczne,   lecz   żyjące   w   małych   gromadach,
uchodzące przed Hunami w kierunku południowym.

Z rejonów dzikich puszcz wyszli Rzymianie, waleczni żołnierze, którzy popchnęli nas ku

Hunom.   Starły   się   plemiona   różnych   ludów;   nauczyliśmy   Rzymian,   co   to   walka,   chociaż
właściwie oni nie mniej nauczyli nas.

Utkwiło mi jednak w pamięci słońce Południa, dostrzeżone przeze mnie z łodzi Agarda, i los

background image

chciał, abym wciągnięty w tę południową wędrówkę Teutonów, został pojmany przez Rzymian i
odstawiony znowu na morze, którego nie widziałem od czasu opuszczenia wschodnich Anglów.
Musiałem sprzątać galery, które dowiozły mnie do Rzymu.

Za   długo   byłoby   opowiadać,   jak   zostałem   kolejno   wolnym   człowiekiem,   obywatelem   i

żołnierzem, jak w wieku trzydziestu lat udałem się do Aleksandrii, a stamtąd do Jeruzalem.
Byłem jednak zmuszony opowiedzieć te szczegóły związane z okresem, gdy mnie ochrzcił w
dzbanie miodu Tostig Lodbrog, inaczej bowiem trudno byłoby zrozumieć, kim był ten, który
wyjeżdżał przez bramę Jaffy i zwracał ku sobie spojrzenia wszystkich.

Mieli   też   na   co   patrzeć.   Był   to   lud   drobny,   o   lżejszych   niż   nasze   kościach;   lżejszych

mięśniach; ci Rzymianie i Żydzi nigdy nie widzieli jasnego blondyna, takiego, jak ja. Ustępowali
z drogi wzdłuż wąskich ulic, lecz przystawali, patrząc ze zdumieniem na jasnowłosego człowieka
z Północy lub Bóg wie skąd, w każdym razie z tak daleka, że kraj ten był im zupełnie obcy.

Właściwie wszystkie wojska Piłata stanowiły siłę pomocniczą, oprócz kilkunastu Rzymian w

pałacu i dwunastu Rzymian, jadących obok mnie.

Zdarzali się czasami dobrzy żołnierze wśród wojsk posiłkowych, nie można jednak było na

nich   polegać   tak,   jak   na   Rzymianach.   Prawdę   mówiąc,   byli   oni   przez   cały   czas   lepszymi
wojownikami niż my, ludzie Północy, walczący jedynie pod wpływem silnych emocji i ulegający
wpływom nastrojów. Rzymianin jest niezmienny i zawsze można na niego liczyć.

Wieczorem po przyjeździe spotkałem u Piłata przyjaciółkę jego małżonki, kobietę z dworu

Antypasa. Nazwę ją Miriam, kochałem ją bowiem pod tym imieniem. Opisałbym Miriam, gdyby
można było opisać urok kobiety. Lecz jak wyrazić w słowach wzruszenie? Uroku kobiety słowa
nie oddadzą. Różni się on od pojęć, które powstają w umyśle, powstaje bowiem z wrażenia i
osiąga szczyt wzruszenia, który przyznaję, nie jest niczym innym jak zauroczeniem.

Każda kobieta posiada urok dla jakiegoś mężczyzny. Gdy urok ten zaczyna działać, otrzymuje

nazwę   miłości.   Miriam   właśnie   oddziaływała   na   mnie   w   ten   szczególny   sposób.   W
rzeczywistości   również   i   ja   sam   przyczyniłem   się   do   powstania   tego   uroku.   Połowę   tego
fenomenu stanowiło moje własne życie, życie mężczyzny, które rwało się do niej, otwierało ku
niej ramiona i sprawiło, że wszystko, co było nią, stało się godne pożądania.

Miriam była kobietą dorodną. Używam tego wyrazu z całą świadomością. Bardzo kształtna,

przewyższała przeciętną kobietę żydowską postawą ł wzrostem. Była arystokratką z urodzenia i
charakteru.   Cały   jej   sposób   postępowania   wyróżniał   się   szlachetnością.   Nie   zbywało   jej   na
rozumie, dowcipie, a przede wszystkim na kobiecości. Ta kobiecość właśnie zgubiła w końcu nas
oboje, jak się później przekonacie. Była brunetką o oliwkowej cerze i owalnej twarzy, miała
włosy z niebieskim połyskiem, oczy przepastne, jak dwie bliźniacze czarne studnie. Trudno było
spotkać wśród mężczyzn i kobiet dwa bardziej zdecydowane typy blondyna i brunetki.

Zakochaliśmy się  w  sobie  od  pierwszego   wejrzenia,  bez   zastanawiania  się,   czekania,  czy

wahań. Należała do mnie od pierwszej chwili. Również ona widziała, że spośród wszystkich
mężczyzn ja jestem jej własnością. Szedłem ku niej. Podniosła się z łoża, jak gdyby coś ją do
mnie przyciągało. Spojrzenia nasze pogrążyły się w sobie, niebieskie i czarne oczy stanowiły
jedno, aż wreszcie małżonka Piłata, szczupła, sztywna, zasuszona kobieta, zaśmiała się nerwowo.
A w czasie, gdy składałem ukłon i witałem małżonkę, zdawało mi się, że Piłat rzuca Miriam
znaczące spojrzenie, jak gdyby chciał powiedzieć: „Czyż nie jest taki, jak mówiłem?” Otrzymał
bowiem wieść o mym przybyciu od Kwiryniusza Sulpicjusza, legata syryjskiego. Znaliśmy się z
Piłatem jeszcze nim otrzymał urząd prokuratora na semickim wulkanie w Jeruzalem.

Mówiliśmy dużo tego wieczoru, szczególnie Piłat, który opisywał szczegółowo miejscowe

warunki. Sprawiał wrażenie, że czuje się samotny, że pragnie podzielić z kimś swe troski, a
nawet zasięgnąć rady. Piłat był typem prawdziwego Rzymianina o dostatecznej wyobraźni, by

background image

rozumnie narzucić żelazną politykę Rzymu, lecz poza tym nie ulegał za bardzo wpływom i nie
poddawał się emocjom.

Tego   wieczoru   był   jednak   wyraźnie   zatroskany,   Żydzi   denerwowali   go.   Byli   zbyt

nieobliczalni, spazmatyczni, wybuchowi. Poza tym byli skryci. Rzymianie szli zawsze prostą,
otwartą   drogą.   Żydzi   zaś   nie   poruszali   nigdy   żadnej   sprawy   bezpośrednio,   potrafili   tylko
wycofywać się, gdy ich do tego zmuszono. Pozostawieni w spokoju, wybierali zawsze kręte
ścieżki. Piłata irytowało to, jak wyjaśnił, że Żydzi snują intrygi, by go wmieszać, a przez niego
Rzym, w sprawy ich sporów na tle religijnym. Wiedziałem dobrze, że Rzym nie wtrąca się w
sprawy religijne podbitych ludów; lecz Żydzi zawsze wprowadzali we wszystko zamęt i nadawali
odcień polityczny wydarzeniom, które z polityką nie miały nic wspólnego.

Piłat mówił dużo o różnych sektach oraz fanatycznych powstaniach i rozruchach, jakie wciąż

miały miejsce.

— Lodbrog — powiedział — nigdy nie wiadomo, która iskra przez nich podłożona może

przejść w burzę, grzmiącą nad naszymi głowami. Jestem tutaj po to, aby utrzymać porządek i
spokój. Wbrew mojej woli uczyniłem z tego miejsca gniazdo szerszeni. Wolałbym sprawować
rządy nad Scytami lub dzikimi Brytanii niż nad tym ludem, który nie zna spokoju, gdyż twierdzi,
że   pochodzi   od   Boga.   Teraz   na   przykład,   na   północy   kraju   pewien   człowiek,   rybak,   został
kaznodzieją i cudotwórcą; być może wkrótce będzie miał w ręku cały kraj  i spowoduje, że
zostanę odwołany do Rzymu.

Pierwszy raz usłyszałem wówczas o człowieku imieniem Jezus i na razie nie zwróciłem na to

uwagi.   Przypomniałem   sobie   tę   rozmowę   dopiero   znacznie   później,   gdy  letni   obłok   stał   się
groźną, pełną piorunów chmurą.

— Otrzymałem informacje na jego temat — ciągnął dalej Piłat. — Nie zajmuje się polityką.

Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Można jednak być pewnym, że Kajfasz, a za jego
plecami Hanan zrobią z tego rybaka sprawę polityczną, aby ugodzić w Rzym, a mnie zgubić.

Słyszałem o Kajfaszu jako o wielkim kapłanie, ale kim jest Hanan? — spytałem.
—  To  prawdziwie   wielki   kapłan,   przebiegły  lis   —   wyjaśnił   Piłat.   —   Kajfasza   mianował

Gratus, lecz Kajfasz jest cieniem, narzędziem Hanana.

— Nie wybaczyli ci nigdy tej drobnej sprawy tarcz ofiarnych — żartowała Miriam.
Na te słowa Piłat zaczął opowiadać o tym zdarzeniu, jak to zazwyczaj czyni człowiek, który

poczuł ukłucie w bolesnym punkcie. Był to pozornie drobny epizod, lecz omal nie doprowadził
Piłata do zguby. Bez żadnych złych intencji umieścił on przed swym pałacem dwie tarcze z
pobożnymi napisami. Zanim skończyła się burza, jaka w następstwie tego czynu wybuchła nad
jego głową, Żydzi wnieśli skargę do Tyberiusza, ten zaś przyznał im słuszność i udzielił nagany
Piłatowi.

Rad byłem, że nieco później miałem okazję porozmawiać z Miriam. Żona Piłata znalazła

sposobność, by opowiedzieć mi kilka szczegółów związanych z jej osobą. Pochodziła ze starego
królewskiego  rodu. Siostra  jej   była  żoną  Filipa,  tetrarchy Gaulanitis  i  Batanai.  Filip  ów był
bratem  Antypasa,   tetrarchy  Galilei   i   Perei,   obaj   zaś   synami   Heroda,   zwanego   przez   Żydów
„wielkim”. Miriam, jak zrozumiałem, była blisko dworu tetrarchów, gdyż wywodziła się z ich
rodu.   Jako   młoda   dziewczyna   była   zaręczona   z   Archelausem,   ówczesnym   etnarchą
jerozolimskim.   Dysponowała   sporym   majątkiem,   więc   zamążpójście   nie   było   dla   niej
koniecznością. W dodatku miała też własną wolę i zapewne niełatwo było zdecydować się jej w
tak ważnej sprawie, jak małżeństwo.

Coś jednak  najwidoczniej   było  w  powietrzu.  Miriam i  ja rozpoczęliśmy bowiem  od razu

rozmowę o religii. Prawda, że Żydzi ówcześni żyli religią tak, jak my walką i biesiadami. Przez
cały czas mego pobytu w tym kraju nie było chwili, by umysł mój nie był zajęty dyskusją o życiu

background image

i śmierci, o prawie, o Bogu. Piłat nie wierzył w żadnych bogów ani w szatana, ani w ogóle w nic.
Śmierć   była   dla   niego   ciemnością   wiecznego   snu;   jednak   podczas   tych   lat,   spędzonych   w
Jerozolimie,   drażniły  go   wciąż   nieuniknione   spory  i   zawiści   wybuchające   na   tle   religijnym.
Miałem chłopca do koni w drodze do Idumei, nędzne stworzenie, które nigdy nie nauczyło się
osiodłać wierzchowca, a jednak umiało mówić w sposób wielce uczony, bez wytchnienia, od rana
do   nocy,   o   bardzo   niewielkich   różnicach   w   nauce   kolejnych   rabinów,   od   Shemaiaha   do
Gamaliela.

Lecz wróćmy do Miriam.
— Wierzysz, że jesteś nieśmiertelny — rzuciła mi  wkrótce wyzwanie. — Dlaczego więc

lękasz się o tym mówić?

— Po co zaprzątać sobie umysł myśleniem o tym, co jest oczywiste? — odparłem.
— A czy dla ciebie jest to oczywiste? — nalegała. — Opowiedz mi o tym. Jak pojmujesz

swoją nieśmiertelność?

Gdy opowiedziałem jej o Niflheim i Muspellu, o urodzeniu olbrzyma Ymira z płatków śniegu,

o krowie Audumla, o Fenrir i o Lokim, o zamarzniętych olbrzymach Jotun — gdy opowiedziałem
jej to wszystko i jeszcze o Thorze i Odynie, i naszej Walhalli, klasnęła w ręce i zawołała z
błyszczącymi oczami:

— Och, ty barbarzyńco! Ty wielki dzieciaku! Ty jasnowłosy olbrzymie mrozu! Wyznawco

bajeczek starych nianiek i uciech żołądka! Ale twój duch, co to nie może umrzeć, dokąd pójdzie,
gdy ciało twe żyć przestanie?

— Jak powiedziałem, do Walhalli — odparłem. — Ciało moje również tam będzie.
— Jeść? Pić? Walczyć?
— I kochać — dodałem. — Przecież musimy mieć nasze kobiety w niebie, od czego jest

niebo?

— Nie podoba mi się twoje niebo — rzekła. — Jest to miejsce dla wariatów, dla zwierząt,

miejsce mrozu, burzy i wściekłości.

— A twoje niebo? — spytałem.
— To nieskończone lato, przez cały rok dojrzewają owoce, kwiaty i wszystko, co rośnie.
Potrząsnąłem głową i odciąłem jej:
— Nie podoba mi się twoje niebo. To miejsce jest smutne, to sztuczny raj, miejsce dla słabych,

dla eunuchów i dla grubasów, płaczących ludzkich cieni.

Uwagi   moje   widocznie   rozweseliły   jej   serce,   oczy   jej   bowiem   rzucały   iskry,   ja   zaś

odgadywałem, że chce mi wskazać drogę.

— Moje niebo — rzekła — to mieszkanie błogosławionych.
— Wal hal la jest mieszkaniem błogosławionych — twierdziłem. — Zastanów się, kto dba o

kwiaty tam, gdzie kwiaty są zawsze? W moim kraju, gdy minie ostra zima, a słońce odpędzi
długą   noc,   pierwsze   pączki,   które   przebiją   topniejący   śnieg,   to   coś   radosnego,   coś,   na   co
patrzymy i od czego nie możemy oderwać wzroku.

— A ogień! — wykrzyknąłem. — Wielki, wspaniały ogień! Ładne to twoje niebo, w którym

człowiek   nie   umie   należycie   ocenić   rozpalonego   ogniska   pod   ciasnym   dachem,   gdy  śnieg   i
wichura szaleją na dworze.

— Prosty z was naród — odrzuciła. — Budujesz dach i rozpalasz ogień w czasie śnieżnej

nawałnicy i nazywasz to niebem. W moim niebie nie potrzebujemy uciekać od śniegu i wichru.

— Nie — zaprzeczyłem. — Budujemy dach i ogień, by odejść od nich w mróz i wichurę, i

powrócić do nich, chroniąc się przed mrozem i wichurą. Życie człowieka, stworzone jest do
walki z mrozem i burzą. Ognisko jego i dach powstały z walki. To wiem. Ani razu w ciągu trzech
lat nie zaznałem, co to dach nad głową ani ognisko, przy którym można ogrzać dłonie. Miałem

background image

lat szesnaście i byłem mężczyzną, nim włożyłem na siebie utkaną odzież. Przyszedłem na świat
wśród burzy, po bitwie i pierwszą moją szatą była wilcza skóra. Spójrz na mnie, a zobaczysz,
jacy ludzie żyją w Walhalli.

Spojrzała na mnie rozpalona i wykrzyknęła:
— Ty wielki, jasnowłosy człowieku, olbrzymie!
Potem dodała w zamyśleniu:
— Smutno mi, że w moim niebie nie ma miejsca dla takich ludzi.
— świat jest dobry — pocieszałem ją. — Rozumnie stworzony i rozległy. Wystarczy miejsca

na liczne nieba. Zdaje się, że każdy otrzyma takie niebo, jakiego pragnie jego serce. To naprawdę
niezły kraj, tam, w zaświatach. Nie wątpię, że opuszczę nasze miejsca biesiad, przybędę do
twych wybrzeży słońca i kwiatów, by cię porwać. Tak, jak porwano moją matkę.

Przerwałem i patrzyłem na nią; spoglądała na mnie, spoglądała śmiało. Poczułem ogień w

żyłach. Na Odyna, to kobieta!

Nie wiem, co mogłoby się zdarzyć, gdyż Piłat, który przestał rozmawiać z Ambiviusem i

siedział przez jakiś czas pogrążony w myślach, przerwał milczenie.

— Rabin, rabin Teutoberg! — rzekł. — Nowy kaznodzieja i nowa nauka pojawiła się w

Jeruzalem.   Będą   nowe   niepokoje,   rozruchy   i   kamieniowanie   proroków.  Niech   nas   bogowie
strzegą, gdyż to dom wariatów. Lodbrog, nie spodziewałem się tego po tobie. Oto pienisz się i
rozważasz z taką zaciętością to, jak każdy szaleniec z pustyni, co się z tobą stanie po śmierci, a
przecież   mamy   tylko   jedno   życie,   Lodbrog.   Unikniesz   niepotrzebnych   zmartwień,   gdy   to
zrozumiesz. Unikniesz wielu niepotrzebnych zmartwień!

— Dalej Miriam, dalej! — wołała jego żona.
Siedziała z rozgorączkowanym umysłem podczas dyskusji, z mocno zaciśniętymi rękoma i

przyszło mi na myśl, że i M ogarnęło religijne szaleństwo Jerozolimy. W każdym razie, jak
miałem  dowiedzieć   się  w  ciągu   następnych  dni,   zajmowała   się  tymi   sprawami  żarliwiej  niż
można byłoby przypuszczać. Była to kobieta szczupła, jakby trawiona gorączką. Skórę miała
mocno   naciągniętą.   Miałem   wrażenie,   że   widziałbym   poprzez   jej   ręce,   gdyby   je   trzymała
pomiędzy mną a światłem. Była to dobra kobieta, lecz nadzwyczaj nerwowa i dająca się czasami
ponosić wyobraźni, jeżeli chodzi o cienie, znaki i wróżby. Miała też skłonność do widzeń i
przysłuchiwania się niezwykłym głosom. Jeżeli chodzi o mnie, to nie przepadam za ludźmi o
takich skłonnościach. Była jednak dobrą kobietą, serce jej nie znało gniewu.

Tyberiusz wysłał mnie z poselstwem i tak się złożyło, że Miriam widziałem bardzo krótko.
Gdy powróciłem z dworu Antypasa, nie zastałem jej; udała się do Batanei, na dwór Filipa, tam

bowiem mieszkała jej siostra. Byłem znowu w Jeruzalem i chociaż sprawy moje nie wymagały
bytności   u   Filipa,   który,  aczkolwiek   słaby,  wierny   był   woli   Rzymu,   wyruszyłem   jednak   do
Batanei w nadziei spotkania się z Miriam.

Potem była wyprawa do Idumei. Podróżowałem też po Syrii, zgodnie z rozkazem Kwiryniusza

Sulpicjusza, który, jako legat cesarski, ciekawy był mojego bezpośredniego sprawozdania o tym,
co dzieje się w Jerozolimie. Podróżując daleko i dużo miałem okazję zauważyć, jak dziwni byli
ci Żydzi, którzy w tak szaleńczy sposób zajmowali się Bogiem. Była to ich charakterystyczna
cecha.   Nie   pozostawiali   tych   spraw   swym   kapłanom,   sami   zamieniali   się   w   kapłanów   i
wygłaszali mowy wszędzie, gdzie znalazł się choć jeden słuchacz, a potrafili gromadzić liczne
grono słuchaczy.

Porzucali zwykłe zajęcia, by wędrować po kraju o żebraczym chlebie, dyskutowali z rabinami

i talmudystami w synagogach i w portykach świątyń. W Galilei, prowincji o nie najlepszej opinii,
której mieszkańców uważano za naiwniaków, spotkałem po raz pierwszy człowieka imieniem
Jezus.   Był   on   podobno   cieślą,   potem   rybakiem,   a   jego   współtowarzysze,   rybacy,   przestali

background image

wyciągać   sieci   i   poszli   za   nim,   wybierając   tułacze   życie.   Niektórzy  uważali   go   za   proroka,
większość jednak twierdziła, że jest chory umysłowo. Mój ubogi chłopiec od koni, który, jak
twierdził, znał Talmud lepiej niż ktokolwiek inny, szydził z Jezusa, nazywał go królem żebraków,
a naukę jego ebionizmem. Miało to oznaczać, jak mi objaśnił, że tylko ubodzy osiągną niebo, zaś
bogacze i mocarze mają przez wieczność całą płonąć w jeziorze ognistym.

Zauważyłem, że w tym kraju każdy ma zwyczaj nazywać innego człowieka wariatem. Moim

zdaniem   oni   wszyscy   byli   szaleńcami.   Była   to   prawdziwa   plaga.   Za   pomocą   magicznych
sztuczek   wypędzali   czarty,   uzdrawiali   chorych,   kładąc   ręce   na   głowie,   wypijali   śmiertelne
trucizny   bez   żadnego   uszczerbku   dla   swojego   zdrowia,   igrali   z   jadowitą   żmiją   —   tak
przynajmniej twierdzili. Odchodzili na pustynię, by tam cierpieć głód. Powracali z niej, głosząc
nową naukę, zbierali wokół siebie tłumy i powstawały nowe sekty, które wywoływały rozłam w
religii i tworzyły coraz więcej wyznań.

— Na Odyna — rzekłem do Piłata — przydałoby się trochę naszych mrozów i północnych

śniegów dla ochłodzenia umysłów. Ten klimat jest za łagodny. Zamiast wznosić domy i polować
na zwierza, oni wciąż rozwijają wiedzę.

— I próbują ingerować w boską naturę — dorzucił Piłat zjadliwie. — Przeklęta żądza wiedzy.
—   Jestem   tego   samego   zdania   —   potwierdziłem.   —   Jeśli   kiedyś   wyjadę   z   tego   kraju

wariatów, przebiję na wylot każdego, kto ośmieli się wspomnieć, co będzie się ze mną działo po
śmierci.

Nigdy nie widziałem tylu niespokojnych ludzi. Wszystko pod słońcem było dla nich pobożne

albo bezbożne. Oni, tak mądrzy w drobiazgowych argumentach, zdawali się być niezdolni pojąć,
czym jest dla Rzymian pojęcie państwowości. Wszelka polityka była religią; wszelka religia —
polityką.   Tym   sposobem   każdy   prokurator   był   przeciążony   pracą.   Rzymskie   orły,  rzymskie
posągi, nawet tarcze ofiarne Piłata były rozmyślną obrazą ich religii. Ściąganie podatków przez
Rzymian było bezeceństwem. Opodatkowanie przez państwo stanowiło zbrodnię przeciwko ich
prawom i przeciwko Bogu. O! To prawo! Nie chodziło tu o prawo rzymskie. To było ich prawo,
które nazywali Prawem Bożym. Byli tam fanatycy, którzy mordowali każdego, kto by to prawo
złamał. Jeśli zaś prokurator ukarał fanatyka schwytanego na popełnianiu morderstwa, wywoływał
rozruchy lub powstanie.

Wszystko, co czynił ten dziwny lud, wykonywane było w imię Boga. Byli tacy, których my,

Rzymianie,   nazywamy  „taumaturgami”.   Czynili   cuda,   by  dowieść   prawdziwości   swej   nauki.
Zawsze   uważałem   za   rzecz   nierozsądną   zamienianie   laski   w   węża   lub   nawet   w   dwa   węże,
ignorując   prawa   liczb   wynikające   z   tabliczki   mnożenia.   To   jednak   czynili   taumaturgowie,
rozbudzając w ten oto sposób emocje pospólstwa.

O   nieba!   Co   za   sekty   i   sekty!   Faryzeusze,   esseńczycy.   Saduceusze   —   całe   legiony!

Wystarczyło, by zakiełkowała nowa idea, a już wyrastała z niej sprawa polityczna. Koponiusz,
czwarty prokurator przed Piłatem, miał niemało roboty ze stłumieniem buntu Gaulonitów, który
powstał w taki właśnie sposób w Ca mali.

Gdy wjeżdżałem konno do Jerozolimy po raz ostatni, łatwo było zauważyć wzrastające wciąż

wzburzenie   Żydów.   Całe   gromady   biegały   z   miejsca   na   miejsce,   mówiąc   dużo   i   szybko.
Niektórzy przepowiadali koniec świata. Innym wystarczało za znak zniszczenie świątyni. Byli też
buntownicy, którzy otwarcie głosili koniec rządów Rzymu i nadchodzący początek królestwa
żydowskiego.

Piłat też zdradzał, jak zauważyłem, wielki niepokój. Widać było, że z ich powodu przechodził

bardzo ciężkie chwile. Powiem jednak, że z równą subtelnością traktował ich subtelność; na tyle,
na ile go poznałem, nie wątpię, że zdołałby zbić argumentację niejednego z mówców synagogi.

— Daj mi tylko pół legionu Rzymian — żalił się przede mną — a wziąłbym Jeruzalem za

background image

gardło… odwołano by mnie potem w nagrodę, przypuszczam.

Nie wierzył zbytnio w posiłki wojskowe, jak i ja zresztą; zaś rzymskich żołnierzy mieliśmy

tylko niewielu.

Po powrocie zamieszkałem w pałacu i ku mej wielkiej radości zastałem tam Miriam. Niewiele

jednak z tego skorzystałem, rozmowa bowiem toczyła się przeważnie na temat bieżącej sytuacji.
Nie brakło ku temu powodów, miasto wrzało bowiem jak wulkan przed wybuchem, którym też
było w istocie. Nadchodził post, zwany Paschą, było to oczywiście święto religijne i tysiące ludzi
napływały z całego kraju, by zgodnie ze zwyczajem obchodzić je w Jerozolimie. Przybysze ci, co
jest oczywiste, niespokojnie oczekiwali na jakieś cudowne wydarzenia, inaczej nie zależałoby im
na takiej pielgrzymce. Miasto było przepełnione, tak że całe tłumy obozowały poza murami. Co
do mnie, nie byłem w stanie odróżnić, jaką część wzburzenia wywołała nauka wędrownego
rybaka, a jaką nienawiść Żydów do Rzymu.

— Dziesiątą część, nie więcej, a może jeszcze mniej wywołał Jezus — odpowiedział mi Piłat

na   to   pytanie.   —   Główna   przyczyna   wzburzenia   to   Kajfasz   i   Hanan.   Wiedzą,   co   czynią.
Umyślnie ich podburzają, nie wiadomo, w jakim celu, chyba po to, by mi przysporzyć kłopotów.

— Tak, to pewne, że odpowiedzialność spada na Kajfasza i na Hanana — rzekła Miriam —

lecz   ty,   Poncjuszu   Piłacie,   jesteś   tylko   Rzymianinem,   więc   ich   nie   rozumiesz.   Gdybyś   był
Żydem,   wiedziałbyś,   że   podstawą   tego   wszystkiego   jest   rzecz   ważniejsza   niż   zwykłe   spory
sekciarskie lub trudności twoje i Rzymu. Wielcy kapłani i faryzeusze, każdy bogaty Żyd, Filip,
Antypas, ja nawet, walczymy wszyscy o życie.

Może ten rybak jest obłąkany. Jeśli tak, to jest pewna przebiegłość w jego szaleństwie. Głosi

zasadę ubóstwa. Grozi naszemu prawu, prawo zaś jest podstawą naszego życia, jak wiesz od
dawna. Jesteśmy zazdrośni o nasze prawo, tak, jak byłbyś zazdrosny o powietrze, gdyby ci go
odmawiała ręka, dusząca cię za gardło. Albo Kajfasz, Hanan i wszystko to, co oni wyznają, albo
rybak. Muszą go zniszczyć — inaczej on ich zgubi.

— Czy to nie dziwne, taki prosty człowiek, rybak? — westchnęła małżonka Piłata. — Cóż to

za człowiek, który posiada taką moc?  Chciałabym go ujrzeć. Chciałabym oglądać własnymi
oczyma   tak   niezwykłego   człowieka.   Piłat   zmarszczył   brwi   na   te   słowa   i   widać   było,   że
podniecenie małżonki ciążyło na jego własnych skołatanych nerwach.

— Jeśli chcesz go widzieć, rozglądnij się po zajazdach w mieście — zaśmiała się ironicznie

Miriam. — Znajdziesz go nad winem w towarzystwie kobiet lekkich obyczajów. Nigdy dotąd w
Jerozolimie nie pokazał się tak dziwny prorok.

— I cóż w tym złego? — spytałem, zmuszony, wbrew swej woli, wziąć stronę rybaka. —

Czyż nie piłem wina w ogromnych ilościach i nie spędzałem dziwnych nocy we wszystkich
prowincjach? Mężczyzna jest mężczyzną i żyje jak mężczyzna, albo też ja jestem wariatem,
czemu stanowczo zaprzeczam.

Miriam potrząsnęła głową, mówiąc:
— On nie jest obłąkany. Gorzej, to człowiek niebezpieczny. Cały ebionizm jest niebezpieczny.

Pragnie zniszczyć wszystko to, co od dawna zostało ustalone. To buntownik. Chciałby zniszczyć
tę odrobinę, jaka nam pozostała z państwa żydowskiego i całą jerozolimską świątynię.

Teraz Piłat potrząsnął głową.
— On nie ma nic wspólnego z polityką. Mam sprawozdanie na jego temat. To prorok. Nie ma

w nim buntu. On uznaje nawet podatki rzymskie.

— A jednak nie rozumiesz — Miriam trwała w uporze. — Nie takie są jego zamiary; skutki,

jakie pociągnie za sobą urzeczywistnienie jego planów, czynią z niego buntownika. Wątpię, by
przewidywał taki bieg wydarzeń. Jednak ten człowiek to zaraza i, jak wszelka zaraza, powinien
być napiętnowany.

background image

— Z tego, co słyszę, wnoszę, że to człowiek dobrego serca, pełen prostoty, i że nie popełnił

nic złego — stwierdziłem.

Wówczas opowiedziałem o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych, którego byłem świadkiem w

Samarii, podczas podróży przez Jerycho.

Małżonka Piłata była pod silnym wrażeniem moich słów. Do uszu naszych doszły dalekie

wołania i krzyki jakiegoś ulicznego tłumu; zrozumieliśmy, że żołnierze opróżniają ulice.

—   Ty  wierzysz   w   ten   cud,   Lodbrog?   —   zapytał   Piłat.   —   Wierzysz,   że   dzięki   jednemu

spojrzeniu zniknęły ohydne rany ze skóry trędowatych?

— Widziałem ich uzdrowienie — odparłem. — Poszedłem za nimi, by się upewnić. Nie było

na ich ciałach śladu trądu.

— Ale czy widziałeś ich rany przed uzdrowieniem? — nalegał Piłat.
Potrząsnąłem głową.
—   Opowiadano   mi   tylko   —   przyznałem.   —   Gdy   im   się   później   przyjrzałem,   wszyscy

wyglądali na ludzi niegdyś dotkniętych trądem. Stali w cieniu. Jeden tylko siedział na słońcu,
szukał czegoś na swoim ciele, patrzył bez końca na gładką skórę, jak gdyby nie wierzył własnym
oczom. Nie chciał mówić ani patrzeć na nic innego, jak tylko na swoje ciało, gdy próbowałem
nawiązać z nim rozmowę. Był zdumiony. Siedział na słońcu i przyglądał się swojej skórze bez
końca.

Piłat uśmiechnął się pogardliwie i zauważyłem, że lekki uśmiech na ustach Miriam również

wyrażał pogardę. Małżonka Piłata siedziała jak martwa, prawie bez tchu, szeroko otworzyła oczy,
lecz przed jej oczyma nie było nic, co można byłoby oglądać.

Odezwał się Ambiwiusz:
— Kajfasz słyszał, jeszcze wczoraj mówił mi o tym, że ten rybak twierdzi, iż sprowadzi na

ziemię Boga i ustanowi tutaj nowe królestwo, którym sam Bóg rządzić będzie.

— Co by oznaczało koniec rzymskich rządów — przerwałem.
— Oto, w co Kajfasz i Hanan chcą wplątać Rzym — wyjaśniła Miriam. — To nieprawda.

Skłamali.

Piłat potwierdził to i dodał:
—   Czy   nie   ma   gdzieś   w   waszych   dawnych   księgach   proroctwa,   które   tutejsi   kapłani

przypisują zamiarom tego rybaka?

Potwierdziła   i   przytoczyła   tekst.   Opowiadam   to   wszystko   na   dowód,   że   Piłat   uważnie

studiował naturę i historię tego narodu, o którego spokój tak usilnie się starał.

— Słyszałam — ciągnęła dalej Miriam — że Jezus przepowiada koniec świata i początek

Królestwa Bożego nie tutaj, lecz w niebie.

—   Mówiono   mi   o   tym   —   rzekł   Piłat.   To   prawda.   Jezus   uznaje   słuszność   podatków

wyznaczonych przez Rzym. Twierdzi, że Rzym rządzić będzie tak długo, dopóki nie przeminą
wszystkie rządy wraz ze światem. Teraz widzę wyraźnie, co knuje Hanan.

— Niektórzy z jego uczniów twierdzą — odezwał się Ambiwiusz — że on sam jest Bogiem.
— Nie doszło do mnie, aby tak mówił — odparł Piłat.
— Dlaczego nie? — szepnęła jego małżonka. — Dlaczego nie? Bogowie nieraz zstępowali na

ziemię.

— Słuchajcie — rzekł Piłat. — Wiem z wiarygodnego źródła, że kiedy Jezus uczynił cud i

nakarmił tłum kilkoma bochenkami chleba i kilkoma rybami, ci głupcy, Galilejczycy, chcieli go
obrać królem. Byliby go obrali na króla wbrew jego woli. Udał się więc w góry, by od nich uciec.
Nie ma w tym obłudy. Był za mądry, aby przyjąć los, jaki mu chcieli narzucić.

— A jednak na tym właśnie polega intryga, którą szykuje ci Hanan — powtórzyła Miriam. —

Twierdzą,   że   chce   być   królem   żydowskim,   co   jest   obrazą   prawa   rzymskiego,   a   więc   Rzym

background image

zmuszony będzie przeciwko niemu wystąpić.

Piłat wzruszył ramionami.
— Królem żebraków raczej; albo królem marzycieli. On nie jest idiotą. To prorok, ale nie

marzy  o   władzy  tego   świata.   Niech   mu   szczęście   sprzyja   na   tamtym   świecie,   leży  on  poza
granicami jurysdykcji Rzymu.

— Uważa własność za grzech, to właśnie drażni faryzeuszy — przemówił Ambiwiusz.
Piłat wybuchnął serdecznym śmiechem.
— Ten król żebraków i jego uczniowie — żebracy szanują jednak własność — wyjaśnił. —

Wyobraźcie sobie, niedawno mieli nawet skarbnika swych bogactw. Nazywał się Judasz i były
pogłoski, że kradł z ich wspólnej sakiewki, którą nosił przy sobie.

— Jezus nie kradł? — spytała małżonka Piłata.
— Nie — odparł Piłat. — Kradł Judasz, skarbnik.
— A kim był Jan? — zapytałem. — Zawadzał Tyberiuszowi i Antypas go stracił.
—   J»szcze   jeden   —   odparła   Miriam.   —   Przyszedł   na   świat   w   pobliżu   Hebronu.   Był

człowiekiem   o   niezwykłej   uczciwości,   ogarnięty   religijną   pasją   przebywał   na   pustyni.   Nie
wiadomo   kto,   on   czy   jego   uczniowie   twierdzili,   że   jest   Eliaszem,   wskrzeszonym   spośród
umarłych. Eliasz był jednym z dawnych proroków.

— Czy był buntownikiem? — spytałem. Piłat skrzywił się, potrząsnął głową i rzekł:
— Poróżnił się z Antypasem o Herodiadę. Jan był moralistą. Zbyt długa to historia, lecz w

efekcie przypłacił ją głową. Nie, ta sprawa nie miała żadnego związku z polityką.

—   Twierdzą   też   niektórzy,  że   Jezus   jest   synem   Dawida   —   rzekła   Miriam.   —  Ale   takie

twierdzenie nie ma sensu. W Nazarecie nikt w to nie wierzy. Cała jego rodzina tam mieszka,
wszyscy ich znają. To prości ludzie.

— Chciałbym, żeby równie proste było sprawozdanie z całej tej gmatwaniny, bo muszę je

posłać Tyberiuszowi — szepnął gniewnie Piłat. — Teraz ten rybak przybył do Jerozolimy, pełno
tutaj pielgrzymów, gotowych do wszczęcia rozruchów, a Hanan wciąż miesza w tym kotle.

— I nim skończy, postawi na swoim — przepowiadała Miriam. — Przygotował ci określone

zadanie, a ty je wykonasz.

— A mianowicie? — spytał Piłat.
— Stracenie tego rybaka.
Piłat uparcie potrząsał głową, jego małżonka zaś zawołała:
— Nie! Nie! Byłby to czyn zły i haniebny. Ten człowiek nic złego nie uczynił. Nie obraził

Rzymu.

Spojrzała błagalnie na Piłata, który w dalszym ciągu potrząsał głową.
— Niechaj go sami zetną, jak to uczynił Antypas — mruknął. — Mniejsza o rybaka, ale nie

będę pionkiem w ich grze. Jeśli chcą go zabić, niech uczynią to sami. To ich sprawa.

— Lecz ty na to nie pozwolisz — zawołała małżonka Piłata.
— Dopiero miałbym kłopoty, gdybym się w to wtrącał i musiał tłumaczyć przed Tyberiuszem

— brzmiała odpowiedź.

— Co by się nie stało — rzekła Miriam — już widzę, jak piszesz wyjaśnienia i to wkrótce,

Jezus przybył już bowiem do Jeruzalem, a wraz z nim kilku jego rybaków.

Piłat nie krył poirytowania, wywołanego tą wieścią.
— Nic mnie to nie obchodzi, gdzie on jest — wygłosił. — Mam nadzieję, że go nigdy nie

zobaczę.

— Bądź pewny, że Hanan go znajdzie — odparła Miriam — i przyprowadzi do wrót twego

domu.

Piłat wzruszył ramionami i na tym rozmowa się urwała. Małżonka Piłata, zdenerwowana i

background image

podniecona, wezwała Miriam do swojej komnaty, nie pozostało mi więc nic innego, jak udać się
na spoczynek i we śnie zapomnieć o wrzeniu miasta szaleńców.

Wypadki następowały szybko. W ciągu nocy gwar miasta przycichł. Około południa, gdy

wyjeżdżałem konno w otoczeniu moich sześciu ludzi, ulice były przepełnione i tłum ustępował
mi z drogi bardziej niechętnie niż kiedykolwiek przedtem. Gdyby można było zabić spojrzeniem,
byłbym tego dnia stracił życie. Otwarcie spluwali na mój widok, zewsząd wznosiły się okrzyki i
pogróżki.

Nie wzbudzałem podziwu, lecz byłem przedmiotem nieskrywanej pogardy, dlatego że nosiłem

znienawidzony rzymski ubiór. Gdyby to było w innym mieście, dałbym moim ludziom rozkaz,
by  mieczami   rozpędzili   tych   hałaśliwych   fanatyków.  Lecz   byliśmy  w   Jeruzalem,   trawionym
gorączką, gdzie ludzie nie potrafili oddzielać pojęcia państwa od pojęcia Boga.

Hanan, saduceusz, dobrze przygotował swe plany. Niezależnie od tego, co myślał on sam i

sanhedryn   o   prawdziwej   przyczynie   sytuacji,   nie   było   wątpliwości,   że   nader   umiejętnie
doprowadzono tłum do przekonania, iż przyczyną wszystkich nieszczęść jest Rzym.

W   tłumie   spotkałem   Miriam.   Szła   pieszo,   w   towarzystwie   jednej   tylko   służebnicy.  Czas

rozruchów to nieodpowiedni moment, by pokazywać się na ulicy w szatach zdradzających jej
pozycję. Przez siostrę była szwagierką Antypasa, dla którego mało kto żywił przyjazne uczucia.
Ubrana była skromnie, z zasłoniętym obliczem, by móc uchodzić za żydowską kobietę z niższych
sfer.  Nie   mogła   jednak   ukryć   przed   mym   wzrokiem   swoich   pięknych   kształtów,  postawy   i
ruchów, które tak bardzo wyróżniały ją spośród innych kobiet, a które nie raz już widziałem we
śnie.

Mogliśmy   zamienić   tylko   kilka   krótkich,   urywanych   słów,  gdyż   w   tym   momencie   znów

zagrodzono nam drogę i wkrótce konie moje wraz z ludźmi zostały ściśnięte przez tłum. Miriam
ukryła się we wnęce ściany.

— Czy mają już rybaka? — spytałem.
— Nie, jest właśnie za tym murem. Wjechał do Jerozolimy na ośle, tłumy ludzi szły przed nim

i za nim. Niektórzy łatwowierni nędzarze pozdrawiali go jako króla izraelskiego. To ostateczny
powód, który wykorzysta Hanan, by wymusić na Piłacie wykonanie wyroku. Chociaż go jeszcze
nie ujęli, wyrok już zapadł. Ten rybak już jest martwy.

— Lecz Piłat go nie uwięzi — zaprzeczyłem. Miriam potrząsnęła głową.
— Hanan się tym zajmie. Postawią go przed sanhedrynem. Wydadzą wyrok śmierci. Mogą go

ukamienować.

— Lecz sanhedryn nie ma prawa wykonać wyroku — zaprotestowałem.
— Jezus nie jest Rzymianinem — odparła. — Jest Żydem. Według praw Talmudu winien jest

śmierci, albowiem bluźnił przeciwko prawu.

Jeszcze raz potrząsnąłem głową.
— Sanhedryn nie ma prawa.
— Piłat chce, by skorzystał z tego prawa.
— Ależ to jest kwestia praworządności — nalegałem. — Wiesz, jacy są Rzymianie w tych

sprawach.

— Więc Hanan uniknie tej kwestii — uśmiechnęła się — w ten sposób, że zmusi Piłata, by go

ukrzyżował. Tak czy inaczej, wszystko będzie w porządku.

Tłum  zakołysał  się,   popychał  nasze   konie  i   przygniatał  nam  kolana.   Jakiś  fanatyk   upadł,

czułem, jak koń mój cofnął się, gdy go przydepnął, słyszałem krzyk człowieka i groźny pomruk
tłumu, przechodzący w ryk. Odwróciłem się i zawołałem do Miriam:

— Okrutna jesteś dla człowieka, o którym sama mówiłaś, że jest bez winy.
—   Jestem   okrutna   wobec   zła,   którego   będzie   przyczyną,   jeśli   pozostanie   przy   życiu   —

background image

odparła.

Gdy dotarły do mnie te słowa, z tłumu wyskoczył jakiś człowiek, chwycił cugle i moją nogę,

usiłując   wysadzić   mnie   z   siodła.   Pochyliłem   się   naprzód   i   otwartą   dłonią   uderzyłem   go   w
policzek i w szczękę. Dłoń moja zakryła mu twarz, a w uderzenie włożyłem całą moją siłę.
Mieszkańcy   Jerozolimy   nie   przywykli   do   wymierzania   policzków.   Potem   nieraz   się
zastanawiałem, czy mu wówczas nie skręciłem karku.

Miriam ujrzałem dopiero nazajutrz. Spotkałem ją na dziedzińcu pałacu Piłata. Wyglądała jak

pogrążona we śnie. Wzrok jej ledwie mnie dostrzegł. Prawie mnie nie poznała. Była tak dziwna,
tak zamyślona i zadumana, że przypominała mi trędowatych, których widziałem uzdrowionych w
Samarii.

Wysiłkiem woli przyszła do siebie, lecz tylko zewnętrznie. Miała w oczach jakieś niepojęte

posłannictwo. Nigdy dotąd nie widziałem takich oczu u kobiety.

Przeszłaby   obok   mnie   bez   powitania,   gdybym   nie   stanął   na   jej   drodze.   Zatrzymała   się,

odruchowo szepnęła kilka słów, podczas gdy w jej oczach odbijała się, poprzez moją postać i za
mną, wielkość zjawiska, na które patrzyła.

— Widziałam Go, Lodbrog — szepnęła. — Widziałam Go.
— Niech bogowie sprawią, aby twój widok nie wzruszył go równie silnie, kimkolwiek jest —

żartowałem.

Nie   zwróciła   uwagi   na   mój   nędzny   żart,   oczy   jej   pozostały   jakby  olśnione   widzeniem   i

poszłaby dalej, gdybym jej znów nie zaszedł drogi.

— Kim jest ten On? — spytałem. — Ktoś zmartwychwstały chyba, jeśli daje tak dziwny blask

twoim oczom?

— Ten, kto innych wskrzeszał — odparła. — Wierzę, że On, Jezus, wskrzeszał umarłych. On

jest Księciem Światła, Synem Bożym. Widziałam Go. Wierzę, że jest Synem Bożym.

Niewiele mogłem zrozumieć z jej słów, to tylko, że spotkała tego wędrownego rybaka i że

zauroczenie było całkowite. To nie ta sama Miriam nazwała go zarazą i żądała, by napiętnować
człowieka jak zarazę.

— Oczarował cię! — zawołałem gniewnie.
Oczy jej zaszły łzami, gdy odpowiedziała twierdząco.
— O, Lodbrog, urok Jego przechodzi wszelkie pojęcie, nie da się opisać. Wystarczy na niego

spojrzeć, by wiedzieć, że jest źródłem dobroci i litości. Oddam wszystko ubogim i pójdę za Nim.

Tyle pewności było w jej słowach, że musiałem je przyjąć tak, jak w swoim czasie przyjąłem

zdumienie trędowatych, gdy ujrzeli, że ciało ich jest zdrowe; myśl, że taka kobieta jak ona, tak
łatwo uległa podszeptom wędrownego cudotwórcy, napełniła mnie goryczą.

—   Idź   za   nim   —   szydziłem.   —   Otrzymasz   niewątpliwie   koronę,   gdy   zdobędzie   swoje

królestwo.

Skinęła potwierdzająco, ja zaś chętnie uderzyłbym ją w twarz za to szaleństwo. Usunąłem się

na bok, ona zaś, odchodząc wolno, szepnęła:

—   Królestwo   Jego   nie   jest   z   tego   świata.   On   jest   Synem   Dawida,   Synem   Bożym.   Jest

wszystkim, co powiedział i wszystkim, co kiedykolwiek o Nim mówiono, co dobre i wielkie.

Piłat był w znakomitym nastroju:
— Mędrzec Wschodu! To myśliciel, ten rybak analfabeta. Przyjrzałem się bliżej jego sprawie.

Mam nowy raport. Nie musi czynić cudów. Jest większym sofistą niż najbardziej biegli Żydzi.
Zastawiali na niego zasadzki, a on je wyśmiał. Przekonaj się. Posłuchaj.

Wówczas opowiedział mi, jak Jezus wprawił w zakłopotanie tych, którzy, chcąc go wytrącić z

równowagi,   przyprowadzili   mu   kobietę,   schwytaną   na   gorącym   uczynku   cudzołóstwa,   by  ją
osądził.

background image

— A podatek! — cieszył się Piłat. — „Oddajcie cesarzowi, co cesarskie, a co boskie, Bogu”,

taka była jego odpowiedź. To podstęp Hanana, który się jednak nie udał. W końcu znalazł się
Żyd, który pojął nasze rzymskie pojęcie państwa.

Później widziałem małżonkę Piłata. Gdy tylko spojrzałem w jej oczy, wiedziałem od razu, że

ta   sztywna,   roztargniona   niewiasta   również   widziała   rybaka.   Widziałem   przecież   wcześniej
wzrok Miriam.

— Bóstwo w Nim mieszka — szepnęła. — Ma świadomość, że Bóg w Nim przebywa.
— Czy jest Bogiem? — spytałem łagodnie, musiałem bowiem coś powiedzieć.
Potrząsnęła głową.
— Nie wiem. Nie mówił. Wiem tylko jedno: tacy są bogowie.
— Uwodziciel kobiet — osądziłem w duchu, pozostawiając małżonkę Piłata przemienioną po

spotkaniu rybaka.

Ostatnie dni znane są wam wszystkim, czytelnicy moi, i w tych ostatnich dniach przekonałem

się, że Jezus swoim urokiem pociągał również mężczyzn. Zjednał sobie Piłata. Zjednał i mnie.

Hanan odesłał Jezusa do Kajfasza, gdzie zebrany w jego domu sanhedryn skazał Jezusa na

śmierć. A Jezus, otoczony wyjącym tłumem, posłany został do Piłata, by ten wykonał na nim
wyrok.

Otóż, ze względu na siebie samego i ze względu na Rzym, Piłat nie chciał wykonać wyroku.

Niewiele go obchodził rybak, lecz zależało mu na porządku i spokoju. Czyż Piłat dbał o życie
człowieka? O życie wielu ludzi? Żelazna była szkoła Rzymu, a gubernatorzy, wysyłani przez
Rzym dla sprawowania rządów nad pokonanym ludem, byli również z żelaza. Piłat myślał i
działał pod wpływem abstrakcyjnego pojęcia rządów. Zastanówmy się jednak: gdy zachmurzony
Piłat wyszedł przed tłum, który przyprowadził mu rybaka, wyczuł natychmiast całą niezwykłość
tego człowieka.

Byłem   przy   tym   obecny.   Wiem,   Piłat   widział   go   wówczas   po   raz   pierwszy.   Wychodził

gniewny. Żołnierze nasi gotowi byli oczyścić dziedziniec z tego głośnego robactwa. Gdy tylko
Piłat zatrzymał wzrok na rybaku, został pokonany; więcej nawet, wstawił się za nim. Zrzekł się
jurysdykcji, prosił, aby osądzili rybaka według swoich własnych praw i postąpili z nim tak, jak
ich prawo nakazuje, gdyż rybak jest Żydem, nie zaś Rzymianinem. Jednak Żydzi nigdy jeszcze
nie  byli  tak   ulegli   wobec  rzymskich   praw. Wołali,   że  popełniliby  czyn  bezprawny,  skazując
kogokolwiek   na   śmierć.   Antypas   ściął   Jana   i   nie   stało   się   to   powodem   do   wszczęcia
jakichkolwiek rozruchów.

Piłat pozostawił ich na dziedzińcu, pod gołym niebem i tylko Jezusa wprowadził do sali

sądowej. Nie wiem, co tam zaszło, wiem tylko, że Piłat wyszedł zmieniony. O ile przedtem nie
był skłonny do egzekucji, bo nie chciał być pionkiem w rękach Hanana, o tyle teraz miał na
względzie   osobę   rybaka.   Dążył   do   jego   ocalenia.   Tłum   zaś   ryczał   wciąż:   „Ukrzyżuj   go!
Ukrzyżuj!”

Wiesz przecież, czytelniku, jak szczere były usiłowania Piłata. Wiesz, jak starał się oszukać

tłum, wmawiając mu najpierw, że Jezus jest nieszkodliwym wariatem; następnie proponując, że
go uwolni, zgodnie ze zwyczajem uwolnienia jednego więźnia w czasie święta Paschy. Wiesz,
jak szybkie podszepty kapłanów zachęciły tłum do prośby o uwolnienie mordercy Barabasza.

Piłat   na   próżno   walczył   z   przeznaczeniem,   narzuconym   mu   przez   kapłanów.   Sądził,   że

szyderstwem i żartem zdoła to obrócić w farsę, śmiejąc się, nazwał Jezusa królem żydowskim i
kazał go biczować. Ufał, że wszystko skończy się dobrze i wkrótce pójdzie w niepamięć.

Zadowolony  jestem,   że   żołnierze   rzymscy  nie   brali   udziału   w   tym,   co   później   nastąpiło.

Ukoronowali i zhańbili Jezusa żołnierze wojsk posiłkowych, dali mu do ręki trzcinę na znak
władzy i, padając na kolana, nazwali go królem żydowskim. Przypominało to przedstawienie,

background image

chociaż nieudane. Przyglądając się temu wszystkiemu, poznałem siłę emanującą z osoby Jezusa,
jego niezwykłość. Pomimo okrucieństwa, z jakim wystawiano Go na pośmiewisko, zachowywał
się jak król. Patrzyłem na wszystko ze spokojem. Ten jego spokój mnie przenikał. Spłynęło na
mnie   jakieś   ukojenie,   byłem   zadowolony   i   nie   odczuwałem   lęku.   To  musiało   się   wypełnić.
Wszystko było w porządku. Udzielił mi się pogodny nastrój Jezusa wśród największej wrzawy.
Prawie przez myśl mi nie przeszło, by go ratować.

Z   drugiej   strony   zaś,   zbyt   wiele   widziałem   dziwnych   ludzkich   spraw   w   ciągu   dzikich   i

urozmaiconych   lat   mego   życia,   aby   to   szczególne   zdarzenie   mogło   skłonić   mnie   do
nierozsądnych czynów. Zachowałem całkowitą pogodę ducha. Nie miałem nic do powiedzenia
ani   też   nie   potrafiłem   wydać   żadnego   osądu.   Wiedziałem,   że   dzieje   się   coś,   co   jest   poza
zasięgiem mego zrozumienia, co musi się spełnić.

Piłat   jeszcze   walczył.   Wrzawa   wzrastała.   Krwawe   okrzyki   rozlegały   się   na   dziedzińcu   i

wszyscy głośno żądali ukrzyżowania. Piłat wrócił jeszcze raz do sali sądowej. Skoro jego wysiłki
obrócenia sprawy w coś błahego spełzły na niczym, chciał zanegować jurysdykcję. Jezus nie
pochodził   z   Jerozolimy.  Przyszedł   na   świat   jako   poddany Antypasa,   do   niego   tez   chciał   go
odesłać.

Rozruchy jednak objęły już miasto. Wojska nasze na zewnątrz pałacu porwała fala ulicznego

tłumu.   Wybuchł   bunt,   który  mógł   w   mgnieniu   oka   przekształcić   się   w   wojnę   domową   i   w
powstanie. Miałem pod ręką moich dwudziestu legionistów w pełnym pogotowiu. Podobnie, jak
ja odnosili się do fanatycznych Żydów z dużą nieufnością i rozkaz mój, by z przygotowaną
bronią w ręku opróżnić dziedziniec, byłby przyjęty z ulgą.

Gdy Piłat pokazał się znowu, nikt nie słyszał jego słów, opowiadających się za jurysdykcją

Antypasa, tłum ryczał bowiem, że Piłat jest zdrajcą, że nie jest przyjacielem Tyberiusza, jeśli
wypuści   rybaka.   Tuż   obok   mnie   parszywy,   brodaty,   długowłosy   fanatyk   podskakiwał
bezustannie,   wołając   bez   przerwy:   „Tyberiusz   jest   cesarzem;   nie   ma   króla!   Tyberiusz   jest
cesarzem; nie ma króla!” Straciłem cierpliwość. Ten krzyk rozlegający się tuż obok mnie, sam
przez się był obrazą. Pochylając się na bok, niby przypadkowo, przycisnąłem nogą jego stopę,
gniotąc ją niemiłosiernie. Nie zwrócił na to uwagi. Podniecony do obłędu, nie czuł bólu i wołał w
dalszym ciągu: „Tyberiusz jest cesarzem; nie ma króla!”

Spostrzegłem,   że   Piłat   się   waha.   Piłat,   wielkorządca   Rzymu,   był   w   tej   chwili   Piłatem

człowiekiem,   ogarnął   go   czysto   ludzki   gniew   na   podłe   istoty,  żądające   krwi   tak   łagodnego,
prostego, dzielnego i dobrego ducha, którym był Jezus.

Spostrzegłem, że Piłat się waha. Skierował na mnie swój wzrok, jak gdyby w oczekiwaniu na

słowo komendy; postąpiłem krok naprzód, puszczając przygniataną stopę. Już miałem skoczyć,
by   wykonać   do   połowy   wyrażone   życzenie   Piłata   i   zmieść,   wyrzucić   z   dziedzińca   nędzny,
ryczący motłoch.

To nie brak stanowczości ze strony Piłata mnie powstrzymał. Jezus wpłynął na postanowienie

Piłata i moje. Jezus spojrzał na mnie. Wydał mi rozkaz. Mówię wam, ten rybak włóczęga, ten
wędrowny kaznodzieja z Galilei rozkazał mi. Nie wyrzekł ani słowa. Lecz wydał niemy rozkaz.
Cofnąłem nogę, powstrzymałem rękę, kimże bowiem byłem, by postępować wbrew woli tak
bardzo pogodnego i łagodnie stanowczego człowieka, jak on? W tej chwili, gdy się cofałem,
poznałem w pełni jego niezwykłość, to wszystko, co mu zjednało Miriam i małżonkę Piłata,
przyciągnęło mnie do niego.

Wiecie, co było dalej. Piłat umył ręce od krwi Jezusa, buntownicy przyjęli krew jego na swe

własne głowy. Tłum był zadowolony, a oprócz tłumu radował się Kajfasz, Hanan i sanhedryn.

Nie   Piłat,   nie   Tyberiusz,   nie   rzymscy   żołnierze   ukrzyżowali   Jezusa.   Uczynili   to   kapłani,

przywódcy i politycy Jerozolimy. Widziałem. Wiem. Piłat uratowałby Jezusa wbrew własnym

background image

interesom, tak jak i ja bym to zrobił, gdyby nie kto inny, jak sam Jezus nie postanowił, że nie
będzie uratowany.

Tak, Piłat raz jeszcze rzucił szyderstwem w znienawidzony przez siebie naród. Umieścił nad

krzyżem Jezusa napis w językach: hebrajskim, greckim i łacińskim: „król żydowski”. Kapłani na
próżno   się   temu   sprzeciwiali.   To  oni   zmusili   Piłata   swoim   przebiegłym   postępowaniem   do
kategorycznego uporu przy tym postanowieniu, będącym obelgą i wyrazem pogardy dla rasy
żydowskiej.   Piłat   wydał   na   stracenie   abstrakcję,   która   nigdy  nie   istniała.  Abstrakcja   ta   była
oszustwem, kłamstwem, powstałym w umysłach kapłańskich. Ani Piłat, ani kapłani w nią nie
wierzyli. Jezus się jej wyparł. Abstrakcją tą był „król żydowski”.

Wrzawa na dziedzińcu pałacowym minęła. Podniecenie ucichło. Uniknięto buntu. Kapłani

radowali  się, tłum był  zadowolony, Piłat  i ja pozostaliśmy z uczuciem wstrętu i  zmęczenia.
Jednak zarówno jego, jak i mnie czekała nowa i nadchodząca już burza. Zanim zabrano Jezusa,
jedna   ze   służebnic   Miriam   wezwała   mnie   do   niej.   Również   Piłat   został   wezwany   przez
służebnicę swej małżonki i niezwłocznie usłuchał wezwania.

— O, Lodbrog, słyszałam — powitała mnie Miriam. Byliśmy sami, dotykała mnie prawie, w

moich ramionach szukała siły i schronienia. — Piłat uległ, on Go ukrzyżuje. Lecz jeszcze czas.
Twoi ludzie są w pogotowiu. Jedź z nimi. Przy nim jest tylko setnik i garstka żołnierzy. Jeszcze
nie odeszli. Gdy tylko odejdą, udaj się za nimi. Nie powinni dojść do Golgoty. Zaczekaj aż będą
za   murami   miasta.   Wówczas   odwołaj   rozkaz.   Weź   jednego   konia   więcej   dla   Niego.   Reszta
pójdzie łatwo. Pojedź z Nim do Syrii lub do Idumei, gdziekolwiek, byle Go uratować.

Gdy kończyła mówić, ramiona jej objęły mnie za szyję, twarz zwróciła ku mnie i tak kusząco

blisko były jej uroczyste i pełne obietnic oczy.

Nic dziwnego, że zaparło mi dech. W tej chwili jedna tylko myśl mnie przejmowała. Po tych

dziwnych scenach, jakie się przede mną rozgrywały, jeszcze następne wrażenia! Nie myliłem się.
Rzecz była jasna. Ta kobieta jest już moja… jeśli zdradzę Rzym. Piłat był gubernatorem, jego
rozkaz został wydany; zaś jego głos był głosem Rzymu.

Jak już powiedziałem, kobieta w niej, jej prosta kobiecość, zdradziła w końcu Miriam i mnie.

Była zawsze tak jasna, tak rozsądna, tak pewna siebie i mnie, że zapomniałem, a raczej poznałem
raz jeszcze wieczną prawdę, której uczyło mnie każde życie, że kobieta jest zawsze kobietą… że
w   wielkich,   decydujących   chwilach   kobieta   idzie   za   głosem   nie   rozumu,   lecz   uczucia;   że
ostateczne miejsce i najgłębsze źródło czynów kobiety spoczywa w jej sercu, nie w głowie.
Miriam   mylnie   zrozumiała   moje   milczenie,   postać   jej   poruszyła   się   bowiem   lekko   w   mych
objęciach i dodała, jakby po namyśle:

— Weź dwa konie, Lodbrog. Ja pojadę na drugim… z tobą… z tobą w świat, niezależnie od

tego, gdzie się udasz.

Pokusa była szalona, lecz w zamian żądano ode mnie czynu podłego, godnego pogardy. Nie

dlatego, abym się zmieszał lub miał jakąkolwiek wątpliwość, ogarnął mnie smutek — wielki,
nagły smutek, wiedziałem bowiem, że trzymam w objęciach istotę, której nigdy już ramiona
moje nie obejmą.

— Jeden tylko człowiek w Jeruzalem może go dziś uratować — nalegała. — Ty jesteś tym

człowiekiem, Lodbrog.

Gdy   nie   odpowiedziałem   natychmiast,   potrząsnęła   mną,   jak   gdyby   ruchem   tym   chciała

rozjaśnić myśl, w której dostrzegła zamęt. Potrząsała silnie, aż rozległ się brzęk zbroi.

—   Mów,   Lodbrog,   mów!   —   rozkazywała.   —   Jesteś   silny   i   nie   znasz   strachu.   Jesteś

prawdziwym mężczyzną. Wiem, że pogardzasz robactwem, które chce jego zguby. Ty, ty jeden
możesz Go uratować. Powiedz jedno słowo, a stanie się; będę cię kochać zawsze za to, co
uczynisz.

background image

—   Jestem   Rzymianinem   —   rzekłem   powoli   z   pełną   świadomością,   że   tymi   słowami

wyrzekam się jej na zawsze.

— Jesteś niewolnikiem Tyberiusza, psie rzymski!
— wybuchnęła. — Nie masz obowiązków względem Rzymu, bo nie jesteś Rzymianinem. Wy,

jasnowłosi olbrzymi z Północy nie jesteście Rzymianami.

— Rzymianie są starszymi braćmi, nas, młodzieńców z Północy — odparłem. — Noszę też

rzymską zbroję i jem chleb Rzymu — dodałem łagodnie. — Lecz po co tyle hałasu i gniewu o
życie jednego człowieka? Wszyscy muszą umrzeć. Śmierć to rzecz prosta i łatwa. Dzisiaj czy za
sto lat, wszystko jedno. Wszyscy możemy być pewni, że taki w końcu będzie nasz los.

Zadrżała mi w ramionach, namiętnie chciała Go uratować.
— Nie rozumiesz, Lodbrog. To nie jest zwykły człowiek. Mówię ci, to człowiek będący ponad

wszelkimi ludźmi, żywy Bóg, nie z ludzi, lecz nad ludźmi.

Trzymałem ją w uścisku, wiedząc, że ją tracę i odrzekłem:
— Jesteśmy mężczyzną i kobietą, ty i ja. Życie nasze jest z tego świata. Te inne światy to

obłęd. Niech marzyciele idą za swym marzeniem. Nie odmawiaj mi tego, czego pragnę nade
wszystko, nad pokarm i napój, nad pieśń i bitwę, nawet nad miłość kobiety. Niech idą. Lecz ty i
ja zostaniemy tutaj w pełni rozkoszy, jaką odkryliśmy w sobie wzajemnie. Dość prędko noc
zapadnie, odejdziesz do twych wybrzeży, pełnych słońca i kwiatów, ja zaś do hucznej biesiady
Walhalli.

— Nie, nie! — zawołała, na wpół odrywając się ode mnie. — Nie rozumiesz. Wszystko, co

wielkie, co dobre, co boskie, jest w tym człowieku, to więcej niż człowiek; krzyż to śmierć
hańbiąca. Tylko niewolnicy i zbrodniarze tak umierają. To nie niewolnik, nie zbrodniarz. On jest
nieśmiertelny. On jest Bogiem. Mówię ci, to Bóg.

— Powiadasz, że jest nieśmiertelny — odparłem. — Więc śmierć dzisiaj na Golgocie nie

skróci o włos jego nieśmiertelności w czasie. Powiadasz, że jest Bogiem. Bogowie umrzeć nie
mogą. Ze wszystkiego, co o nich słyszałem, najpewniejsze jest to, że bogowie nie mogą umrzeć.

— O! — wykrzyknęła. — Nie chcesz zrozumieć. Jesteś tylko olbrzymim kawałkiem mięsa.
Czyż nie mówiono ci, że fakt ten był od dawna przepowiedziany? — spytałem, nauczyłem się

bowiem od Żydów tego, co nazywałem subtelnością ich myśli.

— Tak, tak — potwierdziła. — Proroctwa o Mesjaszu. To Mesjasz.
— A ja kim jestem — spytałem — by kłam zadawać prorokom? By z Mesjasza uczynić

fałszywego   zbawcę?   Czyż   proroctwa   twego   narodu   są   czymś   tak   słabym,   że   ja,   głupi
cudzoziemiec, jasny człowiek Północy w rzymskiej zbroi, mogę zadać kłam prorokom i nie
dopuścić do spełnienia tego, czego chcą bogowie i co przepowiedzieli mędrcy?

— Nie rozumiesz — powtórzyła.
— Zbyt dobrze rozumiem — odparłem. — Czy większy jestem od bogów, aby mi wolno było

łamać ich wolę? Jeśli tak, to bogowie nic nie znaczą, są igraszką ludzi. Jestem człowiekiem. Ja
również składam pokłon bogom, wszystkim bogom, bo wierzę we wszystkich, skąd bowiem
wzięli się wszyscy bogowie?

Nagłym ruchem wyrwała się z mych ramion, staliśmy z dala od siebie, słuchając krzyków na

ulicy, wybuchających na widok Jezusa i żołnierzy, gdy ruszyli z miejsca. Ogarnął mnie żal, że
taka kobieta może być tak nierozsądna. Chciała uratować Boga. Chciała być większa niż Bóg.

— Nie kochasz mnie — rzekła powoli i powoli w oczach jej zajaśniała obietnica, za głęboka i

za wielka na słowa.

— Kocham cię bardziej niż możesz to pojąć — odparłem. — Dumny jestem z mej miłości, bo

wiem, że godzien jestem cię kochać i godzien jestem całej miłości, jaką mi możesz dać. Lecz
Rzym jest dla mnie drugą matką i gdybym nie był mu wierny, moja miłość do ciebie niewiele

background image

byłaby warta.

Wrzawa, idąca w ślad za Jezusem i żołnierzami, milkła stopniowo w oddali ulic. Gdy żaden jej

dźwięk   już   nie   dochodził,   Miriam   zwróciła   się   ku   wyjściu   bez   jednego   słowa,   bez   jednego
spojrzenia.

Raz jeszcze ogarnął mnie szał i dzika chęć porwania jej w ramiona. Chwyciłem ją wpół.

Wezmę ją na konia i odjadę z nią i moimi ludźmi z tego przeklętego, szalonego miasta. Walczyła.
Zgniotłem ją w uścisku. Uderzyła mnie w twarz, ja zaś trzymałem ją wciąż, słodkie to bowiem
były uderzenia. Wreszcie przestała walczyć. Stała się chłodna i nieruchoma, wiedziałem, że już
nie obejmuję ramieniem kobiety, która kocha. Umarła dla mnie. Powoli wypuściłem ją z objęcia.
Cofnęła się. Odwróciła się, jakby nie widząc mnie, przeszła przez wypełniony ciszą pokój, nie
patrząc za siebie, odchyliła zasłonę i wyszła.

Ja, Ragner Lodbrog, nie umiałem nigdy czytać ani pisać. Lecz za moich dni słyszałem wielkie

mowy. Jak widzę teraz, sam nigdy nie umiałem mówić, tak jak uczeni Żydzi w swoim zakonie,
ani jak Rzymianie, biegli w swojej i greckiej filozofii. Mówiłem jednak szczerze i z prostotą, jak
może mówić człowiek, który przeszedł życie od łodzi Tostiga Lodbroga i dachu w Brunanbuhr
przez świat, do Jerozolimy i z powrotem. Szczerze i z prostotą opowiedziałem moje przygody
Kwiryniuszowi Sulpicjuszwi, gdy udałem się do Syrii, by złożyć mu sprawozdanie z różnych
spraw, z którymi zetknąłem się w Jerozolimie.

background image

Rozdział XVIII

Zawieszenie życia nie jest nowością, nie tylko w świecie roślinnym i w niższych formach

życia zwierzęcego, lecz nawet i w skomplikowanym wysoce, rozwiniętym organizmie człowieka.
Stan kataleptyczny jest stanem kataleptycznym, bez względu na sposób, w jaki został osiągnięty.
Od  niepamiętnych  czasów fakir  indyjski  umiał  samodzielnie  dojść  do tego  stanu.  Kazać  się
zagrzebać żywcem, to stara sztuczka fakirów. Inni ludzie w podobnych transach wprowadzali w
błąd lekarzy, którzy stwierdzali zgon i wydawali decyzję, aby pochować żywych ludzi.

W   dalszym   ciągu   moich   doświadczeń   w   kaftanie   bezpieczeństwa   w   San   Quentin,   dużo

myślałem nad zagadnieniem życia w zawieszeniu. Czytałem niegdyś, że mieszkańcy północnej
Syberii mają zwyczaj spędzać długą zimę tak, jak niedźwiedzie i inne dzikie zwierzęta. Niektórzy
uczeni odbywali studia nad trybem życia owych mieszkańców i stwierdzili, że w tych okresach
„długiego   snu”   oddech   i   trawienie   ulegały   zupełnemu   zanikowi,   zaś   praca   serca   było   tak
nieznaczna, że badanie wykonane przez laika w ogóle jej nie rejestrowało.

W takim transie wszelkie funkcje ciała są tak bliskie całkowitego zawieszenia, że powietrze i

pokarm   nie   mają   żadnego   znaczenia.   Na   tym   rozumowaniu   opierała   się   częściowo   moja
bezczelność   wobec   naczelnika  Athertona   i   doktora   Jacksona.   Tym   sposobem   ośmieliłem   się
rzucić im wyzwanie, aby mi dali sto dni w kaftanie bezpieczeństwa. Zabrakło im odwagi, by to
wyzwanie przyjąć.

Zdołałem jednak wytrzymać bez wody i bez pokarmu w ciągu dziesięciodniowej kary. Z głębi

snów   poprzez   czas   i   przestrzeń   nieznośny   był   ten   powrót   do   wstrętnej   teraźniejszości   na
wezwanie   nikczemnika   doktora,   wlewającego   mi   wodę   do   ust.   Uprzedziłem   więc   przede
wszystkim   doktora   Jacksona,   że   mam   zamiar   obejść   się   bez   wody  wówczas,   gdy  jestem   w
kaftanie, następnie zaś, że będę stawiał opór wszelkim próbom zmuszenia mnie do picia.

Oczywiście, nie obeszło się bez walki; po kilku próbach jednak doktor Jackson zostawił mnie

w   spokoju.   W   przestrzeni,   którą   zajmowała   w   życiu   Darrella   Standinga   kara   w   kaftanie
bezpieczeństwa,   nie   mogło   wydarzyć   się   nic,   prócz   kilku   słabych   drgnięć.   Natychmiast   po
zasznurowaniu przechodziłem małą śmierć. Nabrałem wprawy, była to więc rzecz prosta i łatwa.
Umiałem   tak   szybko   zawiesić   życie   i   świadomość,   że   unikałem   strasznych   cierpień,
wynikających z zawieszenia krążenia krwi. Ciemność pojawiała się natychmiast. Tym, co ja,
Darrell   Standing,   widziałem   po   powrocie   do   rzeczywistości,   były  nachylające   się   nade   mną
twarze, należące do ludzi rozsznurowujących kaftan i zaraz pojawiało się zdziwienie, że dziesięć
dni minęło w mgnieniu oka.

Jakże wspaniały był ten cud i blask dziesięciu dni, spędzonych gdzie indziej! Podróże przez

bardzo długi łańcuch wcieleń! Długie cienie, zjawiska mglistych świateł i promienny fenomen
mojej własnej istoty, wynurzający się z większego światła!

Rozmyślałem dużo nad stosunkiem tych innych moich osobowości do mnie i o stosunku

całego   tego   doświadczenia   do   współczesnej   nauki   o   ewolucji.   Muszę   przyznać,   że   moje
doświadczenia są całkowicie zgodne z naszymi wnioskami dotyczącymi ewolucji.

Rozwijam się, jak każdy człowiek. Chwila mego urodzenia lub mego poczęcia nie była moim

początkiem.   Dorastałem,   rozwijałem   się   przez   niezliczone   miriady   tysiącleci.   Wszystkie
doświadczenia wszelkich wcieleń i niezliczonych innych przeżyć przyczyniły się do wytworzenia
osobowości, którą obecnie jestem. Rozumiecie? To jeden z elementów, z których się składam.
Materia   nie   pamięta,   lecz   duch   jest   pamięcią.   Jestem   tym   duchem   poruszającym   się   wśród
wspomnień moich nieskończonych wcieleń.

Skąd wzięła się we mnie, Darrellu Standingu, czerwona fala złości, która mi złamała życie i

wtrąciła do przeklętych cel? Nie powstała przecież, nie została stworzona, gdy niemowlę, które

background image

miało być Darrellem Standingiem zostało poczęte. Stara czerwona złość, jest o wiele starsza niż
moja matka, starsza od najstarszej i pierwszej matki ludzkości. W chwili, gdy zostałem poczęty,
moja matka nie stworzyła tego niekontrolowanego braku lęku, który mnie cechuje. Żadna z
matek w całej ludzkiej ewolucji nie stworzyła tchórzostwa ani zuchwałości w człowieku. Zanim
powstał   człowiek   pierwotny,   były   już   obawa   i   nieustraszoność,   miłość,   nienawiść,   gniew,
wszelkie wzruszenia, a życie człowieka przywołuje je do przejawienia się.

Powstałem całkowicie z mojej przeszłości, jak musi przyznać każdy zwolennik genetycznej

teorii mendelizmu. Każde z moich poprzednich „ja” ma we mnie swój oddźwięk, swoje echo i
jest podstawą dla moich czynów. Każdy mój postępek, wybuch gniewu, każda moja myśl jest
nadzwyczaj drobiazgowo modyfikowana przez długi szereg innych „ja”, które mnie poprzedziły i
przyczyniły się do mojego ukształtowania.

Materiał życia jest plastyczny. Jednocześnie materiał ten nigdy nie zapomina. Niezależnie od

swojego ukształtowania, dawne wspomnienia trwają. Wszelkie rasy koni, od olbrzymich koni
pociągowych do kucyków, pochodzą od tych najstarszych dzikich kuców, które oswoił człowiek
pierwotny. Po dziś dzień jednak człowiek nie oduczył konia wierzgać. Mnie zaś, wytworzonego
przez tych pierwszych oswoicieli konia, nie można było oduczyć czerwonej złości.

Jestem człowiekiem urodzonym z niewiasty. Dni moje są krótkie, lecz istota moja nie podlega

zniszczeniu.   Byłem   kobietą,   urodzoną   z   kobiety.  Byłem   kobietą   i   rodziłem   własne   dzieci.   I
jeszcze na świat przyjdę. Będę się rodził niezliczone razy; a te głupie barany wokół mnie sądzą,
że przestanę istnieć, gdy moja szyja zawiśnie na stryczku.

Tak, powieszą mnie… wkrótce. Mamy koniec czerwca. W niedługim czasie będą starali się

mnie   okłamać.   Wyprowadzą   mnie   z   celi   do   łazienki,   zgodnie   z   więziennym   zwyczajem
tygodniowej kąpieli. Lecz nie wrócę już do tej samej celi. Założą mi czyste ubranie i zaprowadzą
do celi śmierci. Postawią przy mnie straż śmierci. Strzec mnie będą dniem i nocą, czuwającego i
uśpionego. Nie wolno mi będzie schować głowy pod kołdrę, abym, uprzedzając państwo, sam się
nie udusił.

Będzie   mi   wciąż   towarzyszyć   silne   światło.   Potem   zaś,   gdy   już   mnie   dobrze   zmęczą,

wyprowadzą pewnego ranka w koszuli bez kołnierza i usuną mi spod nóg ruchomą podłogę. O,
wiem. Powróz, na którym zawisnę, jest dobrze wyciągnięty. Kat z Folsom od wielu miesięcy
naciąga stryczek za pomocą dużego ciężaru, by usunąć całą jego sprężystość.

Tak, zapadnę się głęboko. Mają tabele obliczeniowe, tak jak tabele procentów, które pokazują

odległość   zapadnięcia   się   ofiary   w   stosunku   do   jej   wagi.   Jestem   tak   wychudzony,  że   będą
zmuszeni spuścić mnie głęboko, by mi skręcić kark. Wówczas obecni zdejmą kapelusze, a gdy
zawisnę, lekarze przycisną ucho do mej piersi, by liczyć słabnące tętno mego serca, wreszcie
powiedzą, że już nie żyję.

Jakie to dziwaczne. Ta śmieszna bezczelność robactwa ludzkiego, które sądzi, że może mnie

zabić. Nie mogę umrzeć. Jestem równie nieśmiertelny, jak i oni; cała różnica polega na tym, że ja
o tym wiem, oni zaś nie.

No i cóż? Byłem kiedyś katem, wieszałem i ścinałem ludzi. Pamiętam to dobrze! Używałem

przeważnie miecza, nie stryczka. Miecz to sposób szlachetniejszy, chociaż wszystkie sposoby są
równie nieskuteczne. Jakże by można było przebić ducha stalą lub udusić powrozem?

background image

Rozdział XIX

Po Oppenheimerze i Morrełlu, którzy wraz ze mną długie lata gnili w ciemnościach, uważano

mnie za najbardziej niebezpiecznego więźnia w San Quentin. Z drugiej strony uważano mnie za
najbardziej twardego, twardszego nawet niż Oppenheimer i Morrell. Przez twardość rozumiem
oczywiście wytrzymałość. Niezależnie od tego, jak usilne były ich starania, aby ich złamać na
ciele i duchu, to podejmowano jeszcze większe wysiłki, by złamać moją wolę. Wytrzymałem.
Dynamit lub męki — brzmiało ultimatum naczelnika. W końcu nie spełniło się ani jedno ani
drugie. Nie mogłem dostarczyć dynamitu, naczelnik Atherton nie był w stanie pokonać mnie
kaftanem.

Nie wytrzymałość ciała to sprawiła, lecz wspaniałość mojego ducha. Przyczyniły się również

do tego poprzednie istnienia, w których twarde próby zahartowały ducha. Było jedno przeżycie,
które przez długi czas stanowiło dla mnie jakby niewytłumaczalne zjawisko. Nie miało ono ani
początku ani końca. Znajdowałem się zawsze na skalistej wysepce, tak płaskiej, że podczas burzy
słona piana zmywała jej najwyższy szczyt. Deszcz ciągle padał. Mieszkałem w norze i bardzo
cierpiałem, nie miałem bowiem ognia i żywiłem się surowym mięsem.

Cierpiałem nieustannie. Był to środkowy punkt jakiegoś życia, do którego nie miałem klucza.

A ponieważ   odkąd   zacząłem   praktykować   małą   śmierć,   nie   miałem   możliwości   kierowania
moimi   podróżami,   często   przeżywałem   na   nowo   te   szczególnie   wstrętne   momenty.   Jedyne
szczęśliwe chwile przeżywałem wówczas, gdy świeciło słońce; siadywałem na skałach, pragnąc,
by wraz z moim potem odpłynął straszliwy deszcz, który wciąż dawał mi się we znaki.

Jedyną moją rozrywką było wiosło i nożyk. Wiele czasu spędzałem nad tym wiosłem, rzeźbiąc

drobniutkie literki i oznaczając nacięciami każdy miniony tydzień. Nacięć tych było już bardzo
wiele. Ostrzyłem nóż o ostrą skałę i żaden golibroda nie dbał więcej o swą najlepszą brzytwę niż
ja o ten nożyk. Żaden skąpiec nie cenił nigdy tak wysoko swego skarbu, jak ja ceniłem nożyk.
Był równie cenny jak życie. Był właściwie moim życiem.

Po   wielu   powrotach   na   wyspę   zdołałem   wynieść   z   kaftana   wyrytą   na   wiośle   legendę.   Z

początku niewiele mogłem się dowiedzieć. Z czasem poszło mi łatwiej, trzeba było złożyć całość
z utrwalonych drobnych urywków. Wreszcie miałem już wszystko. Oto ten napis:

„Niniejsza praca ma na celu zawiadomienie osoby, w której ręce trafi to wiosło, że Daniel

Foss, urodzony w Elkton, w Maryland, jednym ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej,
który wypłynął z portu w Filadelfii w 1809 roku na pokładzie brygu Negociator, płynącego do
Wysp Przyjacielskich, wyrzucony został w lutym następnego roku na tę pustą wyspę, na której
wzniósł chatkę i mieszkał w niej przez szereg lat, żywiąc się rybami. Jest on jedynym ocalonym z
rozbitego brygu, który wpadł na wyspę lodową i zatonął 25 listopada 1809 roku.”

Napis był bardzo wyraźny. W ten sposób dowiedziałem się wiele o sobie samym. Jednego

tylko szczegółu nigdy nie mogłem się dowiedzieć. Czy wyspa ta leży daleko na południu Oceanu
Spokojnego   czy   też   daleko   na   południu  Atlantyku?   Za   mało   wiem   o   szlakach   statków,  by
zrozumieć, czy bryg Negociator udawał się na Wyspy Przyjacielskie przez Przylądek Horn czy
też   przez   Przylądek   Dobrej   Nadziei?   Gdybym   wiedział,   dane   o   odpłynięciu   z   Filadelfii   i   o
rozbiciu statku mogłyby łatwo wskazać ocean. Niestety, datę odjazdu oznacza tylko rok 1809.
Rozbicie mogło nastąpić równie dobrze na jednym, jak i na drugim oceanie.

Tylko   w   moich   podróżach   międzygwiezdnych   natrafiłem   na   pewien   ślad   okresu

poprzedzającego czas spędzony na wyspie. Owa historia zaczyna się w chwili zderzenia brygu z
lodowcem. Opowiem ją choćby tylko dlatego, by wyjaśnić moje dziwnie chłodne i stanowcze
postępowanie. Ta stanowczość sprawiła wówczas, że ja jeden pozostałem przy życiu spośród
całej załogi.

background image

Obudził mnie w hamaku straszny trzask. Stało się ze mną to, co i z innymi sześcioma ludźmi

śpiącymi na dole. Przebudziliśmy się jednocześnie i zerwaliśmy na równe nogi. Wiedzieliśmy, co
się  stało.   Inni  natychmiast   pobiegli   na  pokład   do  połowy  ubrani.  Wiedziałem  jednak,  czego
można się spodziewać i czekałem. Wiedziałem, że ucieczka jest możliwa tylko na największej
łodzi. Nie dało się płynąć w tak mroźnej wodzie. Nikt lekko ubrany nie przeżyłby w odkrytej
łodzi. Wiedziałem też doskonale, ile czasu trzeba na jej spuszczenie.

Toteż   przy   świetle   nieustannie   kołyszącej   się   lampy,   przy   wrzawie   na   pokładzie   i   przy

okrzykach „tonie!”, zacząłem przetrząsać moją skrzynię w poszukiwaniu odpowiedniej odzieży.
Szukałem też w skrzyniach moich kolegów, gdyż wiedziałem, iż nigdy już nie będą potrzebowali
swoich   rzeczy.   Pracowałem   szybko,   lecz   rozważnie   wybierałem   najcieplejsze   i   najgrubsze
ubranie. Włożyłem cztery najlepsze wełniane koszule, jakimi bryg mógł się pochwalić, trzy pary
spodni i trzy pary grubych wełnianych pończoch. Nogi moje były wówczas tak wielkie, że nie
mogłem   włożyć   mego   własnego   obuwia.   Wciągnąłem   więc   nowe   buty   Nicholasa   Wiltona,
większe i grubsze niż moje. Naciągnąłem kurtkę Jeremiasza Nalora, a na to wszystko grubą
kurtkę skórzaną Setha Richarda, kilka dni temu wysmarowaną tłuszczem.

Dwie pary solidnych rękawiczek, szalik Johna Robertsa, zrobiony przez jego matkę i kaptur

Józefa Dawesa, zaopatrzony w klapy na uszy i na szyję, uzupełniały mój ubiór. Okrzyki, że bryg
tonie,   były   coraz   silniejsze,   zatrzymałem   się   jeszcze   chwilę,   by   napełnić   kieszenie   całym
zapasem tytoniu, jaki mi wpadł w ręce. Potem, w samą porę wyszedłem na pokład.

Księżyc,   wychodzący   spoza   ciężkich   chmur   oświecał   blady   i   ponury   widok.   Wszędzie

porozrzucane   były   rozbite   części   statku   i   wszędzie   był   lód.   Żagle,   sznury,  kawałki   masztu,
stojącego jeszcze, pokryte były soplami lodu; poczułem ulgę, wynikającą z przekonania, że już
nigdy nie będę zmuszony ciągnąć statku ani rozbijać lodu, by zamarznięte sznury mogły przejść
przez   skute   lodem   fale.   Dął   niemiłosiernie   ostry   wiatr   i   przenikał   mnie   chłód   pobliskich
lodowców, gdy patrzyłem na morze, zalane blaskiem księżyca.

Wielka łódź zniżała się powoli do poziomu fal, widziałem ludzi, zmagających się z beczką

prowiantu na pokrytym warstwą lodu pokładzie; rzucali żywność z pośpiechem, byle tylko ujść
cało. Na próżno spierał się z nimi kapitan Nicholl. Fala wpadła na pokład i rozstrzygnęła spór,
zrzucając wszystkich na deski pomostu. Padali, jeden na drugiego. Upadłem na ramię kapitana i
trzymając się go, krzyczałem mu do ucha, że jeśli zatrzyma łódkę i nie pozwoli jej odpłynąć,
zajmę się zapasami żywności.

Niewiele   jednak   miałem   na   to   czasu.   Zaledwie   zdołałem   z   pomocą   starszego   marynarza,

Aarona Morthrupa spuścić pół tuzina baryłek, gdy usłyszałem z łodzi jednogłośny okrzyk, że
odpływają. Mieli słuszne powody, by podjąć tę decyzję. Wiatr niósł ku nam olbrzymią górę
lodową, tuż zaś obok statku była już druga, na którą płynęliśmy.

Aaron Morthrup nagle skoczył. Ja zwlekałem chwilę, gdy łódź ruszyła z miejsca, aby wybrać

taki punkt na jej środku, gdzie było najwięcej ludzi, by tym sposobem zmniejszyć siłę mojego
skoku. Nie miałem ochoty wybierać się w tak ryzykowną podróż łódką ze złamaną ręką lub nogą.
Chcąc dać miejsce ludziom przy wiosłach, torowałem sobie szybko drogę na mostek. Miałem ku
temu jeszcze inne powody. Wygodniej będzie na mostku niż na wąskim dziobie. Następnie, lepiej
być w tylnej straży w razie jakichś kłopotów, które w tych warunkach z pewnością pojawią się w
ciągu najbliższych dni.

Na mostku był też pomocnik kapitana Walter Drakę, felczer Arnold Bentham, Aaron Morthrup

i kapitan Nicholl przy sterze. Felczer nachylił się nad Morthrupem, który jęcząc, leżał na dnie
łódki. Nie udał mu się nierozważny skok, złamał bowiem prawą nogę w stawie biodrowym.

Niewiele   czasu   można   było   mu   poświęcić,   mieliśmy   bowiem   ciężką   pracę   na   morzu,

pomiędzy   dwoma   lodowymi   wyspami,   które   się   już   prawie   stykały.   Nicholas   Wilton   przy

background image

głównym   wiośle   nie   miał   dość   miejsca;   przestawiłem   baryłki,   uklękłem   naprzeciw   niego   i
mogłem mu pomóc w wiosłowaniu. Przed sobą widziałem Johna Robertsa i obserwowałem jego
wysiłki przy drugim wiośle. Za nim stał Arthur Haskins i chłopak pokładowy Benny Hardwater;
popychali   jego   ramiona,   by   dodać   mu   swoje   siły.   Wszystkie   ręce   gorliwie   przychodziły   z
pomocą, niektórzy przeszkadzali, krępując ruchy wioślarzy.

Praca była ciężka, odpłynęliśmy jednak o jakieś sto metrów, mogłem już odwrócić głowę i

dostrzec przedwczesny koniec Negociatora.

Wpadł w pułapkę i zgniotły go lody, jak palce dziecka, które gniotą śliwkę. Wśród huku

wichru i szumu fal nie słyszeliśmy nic, chociaż trzask potężnych żeber i boków brygu musiał być
dość silny, by całą wieś zbudzić z nocnej ciszy.

Cicho   i   lekko   stuknęły   o   siebie   dwa   boki   brygu,   pokład   wypłynął   na   powierzchnię,

zdruzgotane   szczątki   zapadły   w   wodę   i   zniknęły,  a   na   miejscu,   gdzie   był   przedtem   statek,
uderzyły w siebie dwa olbrzymy lodowe.

Żal mi było tego schronienia przed żywiołami, lecz jednocześnie byłem zadowolony, że ciepło

mi w moich czterech koszulach i trzech ubraniach.

Noc   była   ciężka,   nawet   dla   mnie.   Byłem   najcieplej   ubrany   ze   wszystkich.   Nie   chciałem

zastanawiać   się   długo   nad   tym,   jak   inni   cierpieli.   Z   obawy,  by   nie   wpaść   na   nowy   lód   w
ciemnościach, trzymaliśmy łódź bokiem do fali. Nacierałem wciąż nos, to jedną rękawiczką, to
drugą, by nie przemarzł. Przypomniałem sobie swoją rodzinę w Elkton i zacząłem się modlić.

Rano zrobiliśmy przegląd. Pierwszym odkryciem było stwierdzenie, że wszyscy, prócz dwóch

czy trzech osób, doznali odmrożeń. Aaron Morthrup leżał bez ruchu z powodu złamanej nogi i
stan jego był ciężki. Felczer twierdził, że Morthrup ma odmrożone obie nogi.

Łódź zanurzała się głęboko w wodę, gdyż przeciążała ją cała załoga statku, dwudziestu jeden

ludzi. Dwaj z nich to młodzi chłopcy. Benny Hardwater miał zaledwie trzynaście lat, zaś Lish
Dickery, którego rodzina sąsiadowała z moją w Elkton, skończył dopiero szesnaście. Zapasy
nasze składały się z trzystu funtów mięsa wołowego i dwustu funtów wieprzowiny. Pół tuzina
bochenków chleba zabranych przez kucharza nie miało większego znaczenia; mieliśmy trzy małe
beczułki wody i jedną piwa.

Kapitan Nicholl szczerze przyznawał, że na mapach morskich nie ma żadnego lądu na tym nie

poznanym jeszcze oceanie. Jedyne, co nam pozostawało, to kierować się ku łagodniejszemu
klimatowi, co też uczyniliśmy, wznosząc nasz mały żagiel i sterując w kierunku wiatru, to jest na
północny zachód.

Sprawa żywności przedstawiała się prosto. Nie liczyliśmy Aarona Morthrupa, wiadomo było

bowiem,   że   wkrótce   umrze.   Przy   jednym   funcie   mięsa   dziennie,   nasze   pięćset   funtów
wystarczyłoby na dwadzieścia pięć dni; przy połowie, wystarczy na pięćdziesiąt. Postanowiliśmy,
że będzie po pół funta. Podzieliłem i rozdałem mięso pod kontrolą kapitana i, jak mi się wydaje,
rozwiązałem   problem   dosyć   dobrze.   Niektórzy   z   towarzyszy   narzekali   jednak   od   samego
początku. Od czasu do czasu rozdawałem im tytoń, którym napełniłem moje liczne kieszenie —
czyniłem to z żalem, szczególnie wówczas, gdy widziałem, że daję go ludziom, co do których
byłem przekonany, że nie mają przed sobą więcej niż dwa lub trzy dni życia.

Wkrótce śmierć zawitała do naszej łodzi. Przyczyną tych pierwszych wypadków zgonu nie był

głód, lecz zimno. Tyl — ko najsilniejszy i najbardziej zahartowany mógł przeżyć innych. Byłem
silnie zbudowany i o tyle szczęśliwy, że miałem ciepłe ubranie i nie złamałem nogi, jak Aaron
Morthrup. Był on jednak tak silny, że chociaż pierwszy zmarzł spośród nas, wiele dni minęło
zanim skonał. Pierwszy był Vance Hathaway. Znaleźliśmy go o brzasku dnia, skurczonego i
sztywnego od mrozu. Potem odszedł Lish Dickery. Drugi chłopak, Benny Hardwater żył dziesięć
czy dwanaście dni.

background image

Na łódce było tak zimno, że woda i piwo zamarzały i miałem trudności ze sprawiedliwym

podziałem porcji, które po prostu łamałem składanym nożem Morthrupa. Wkładaliśmy do ust te
kawałki,   trzymając   je   tak   długo   aż   się   do   końca   rozpuściły.   Dzięki   śnieżnym   nawałnicom
mieliśmy śniegu do woli. Wszystko sprzysięgło się przeciwko nam, usta nasze paliła gorączka,
były  wciąż   suche   i   zaognione.   Nie   było   sposobu   ugasić   pragnienia.   Ssanie   lodu   lub   śniegu
zwiększało tylko żar gorączki. Sądzę, że to była główna przyczyna śmierci Lisha Dickery’ego.
Był nieprzytomny i bredził przez dwadzieścia cztery godziny przed śmiercią. Skonał, błagając o
wodę   —   nie   umarł   jednak   z   jej   braku.   Opierałem   się   jak   mogłem   pokusie   ssania   lodu,
zadowalałem się listkiem tytoniu w ustach i to mnie uspokajało.

Zdjęliśmy ubrania ze wszystkich zmarłych. Nadzy przyszli na świat i nadzy wyszli poza burtę

łodzi, w głąb ciemnego, mroźnego morza. Rzucano losy przy podziale ubrań. Taki rozkaz wydał
kapitan Nicholl, aby nie dopuścić do kłótni.

Nie czas było na sentymenty. Nie było ani jednej osoby wśród nas, która by nie doznawała

wstydliwego   zadowolenia   przy  każdym   przypadku   śmierci.   Najszczęśliwszym   ze   wszystkich
przy ciągnięciu losów okazał się Izrael Stickney, toteż gdy skonał, pozostał po nim cały skarb do
rozlosowania. Ci, którzy ocaleli, nabrali znów chęci do życia.

Płynęliśmy wciąż na północny zachód, lecz nasze oczekiwanie na cieplejszy klimat wydawało

się być daremne. Krople wody zamarzały na dnie łodzi; wciąż rozbijałem piwo i wodę do picia
nożem Morthrupa. Oszczędzałem mój własny nóż. Był wykonany z dobrej stali, ostry, solidnie
zrobiony, i nie miałem ochoty niszczyć go w taki sposób.

Tymczasem połowa naszego grona przekroczyła już straszną granicę burty łodzi. Na pokładzie

zrobiło się znacznie luźniej, łatwiej można było sterować przy silniejszym wichrze. Każdy miał
więcej miejsca, by się wygodnie wyciągnąć.

Jedzenie stanowiło powód ciągłych narzekań. Kapitan, jego pomocnik, felczer i ja, omawiając

tę sprawę, postanowiliśmy nie zwiększać dziennej półfuntowej porcji mięsa. Sześciu marynarzy,
w imieniu których przemawiał Tobias Snów, twierdziło, że śmierć połowy spośród nas powinna
spowodować   podwojenie   żywności,   a   więc   należy   podnieść   porcję   do   jednego   funta.   W
odpowiedzi   zaznaczyliśmy,   że   podwaja   się   tylko   nadzieja   pozostania   przy   życiu,   jeśli
zadowolimy się nadal półfuntową porcją.

Prawda,   że   osiem   uncji   solonego   mięsa   dawało   nam   minimalne   szansę   na   przeżycie   i

odporność na dokuczliwy chłód. Byliśmy bardzo słabi i z powodu osłabienia bardziej skłonni do
odmrożeń. Nosy i policzki były czarne od mrozu. Nie można było się rozgrzać, pomimo że każdy
z nas miał teraz dwa razy więcej ubrań niż w chwili wejścia na łódź.

Pięć tygodni po katastrofie Negociatora sprawa żywności zaostrzyła się. Spałem wówczas —

było to w nocy — gdy kapitan Nicholl złapał Juda Hetchkinsa na kradzieży wieprzowiny z
baryłki. Szczuło go tamtych pięciu, jak zdołano dowieść. Zaraz po schwytaniu Juda Hetchkinsa,
cała szóstka rzuciła się na nas z nożami. Walka była ostra, przy mglistym świetle gwiazd, tylko
cudem nie wywróciliśmy łódki. Zadowolony byłem z posiadania wielu koszul i ubrań, gdyż
służyły   mi   za   pancerz.   Dzięki   kilkuwarstwowemu   odzieniu   pchnięcia   nożem   zdołały   tylko
upuścić nieco krwi, pomimo że otrzymałem wiele silnych pchnięć.

Tamci   byli   równie   dobrze   zabezpieczeni   i   walka   zakończyłaby   się   wzajemnym

wymordowaniem, gdyby pomocnik kapitana, Walter Dakon, bardzo silny mężczyzna, nie powziął
myśli ukrócenia zajścia przez wyrzucenie buntowników z łodzi. Przyłączył się do niego kapitan
Nicholl, felczer i ja; w jednej  chwili pięciu z tej szóstki znalazło się w wodzie i kurczowo
trzymało się burty. Kapitan Nicholl i felczer walczyli na środku pokładu z szóstym, Jeremim
Nalorem i mieli go właśnie wyrzucić, pomocnik tymczasem obijał prętem palce wczepione w
burtę. Na razie nie miałem nic do roboty, mogłem więc obserwować tragiczny koniec pomocnika.

background image

Gdy podniósł pręt, by uderzyć palce Richarda Setha, ten zanurzył się w wodę, następnie wybił się
z niej i połową swego ciała znalazł się z powrotem na łódce, chwycił ramię Dakona i obaj
wylecieli do wody. Prawdopodobnie nie wypuścił go z uścisku i utonęli razem.

Z całej załogi statku przy życiu pozostało tylko trzech: kapitan Nicholl, Arnold Bentham

(felczer)   i   ja.   Siedmiu   zginęło   w   jednej   chwili   z   powodu   próby  Juda   Hetchkinsa,   by  kraść
żywność. Żal nas ogarnął, że tyle dobrej, ciepłej odzieży przepadło w morzu. Każdy z nas chętnie
założyłby jeszcze kilka ubrań.

Kapitan Nicholl i felczer byli dobrymi, uczciwymi ludźmi. Podczas gdy dwóch z nas spało,

trzeci przy sterze z łatwością mógł kraść mięso. Nie zdarzyło się jednak, by któryś z nas to
uczynił. Ufaliśmy sobie wzajemnie i każdy wolałby raczej umrzeć niż zawieść to zaufanie.

Poprzestawaliśmy w dalszym ciągu na ilości pół funta dziennie i korzystaliśmy z każdego

pomyślnego podmuchu wiatru, by posuwać się na północ. Nie dotarliśmy jednak do cieplejszych
stron. Dopiero czternastego stycznia, siedem tygodni od chwili rozbicia statku nastąpiła zmiana.
Nawet i wówczas nie było ciepło. Tylko mróz był mniej ostry.

Tutaj  opuścił nas sprzyjający wiatr, łódź kołysała się przez długie dni niepewnej pogody.

Przeważnie panowała cisza lub lekki przeciwny wiatr, czasami zaś silny podmuch, jak zwiastun
śmierci, lecz trwał tylko kilka godzin. Przy naszym osłabieniu nie było mowy o wiosłowaniu w
tak wielkiej łodzi. Mogliśmy tylko z trudem przełykać żywność i czekać, by Bóg spojrzał na nas
łaskawiej. Byliśmy wszyscy trzej gorliwymi chrześcijanami i co dzień przed rozdaniem żywności
odmawialiśmy wspólną modlitwę. Tak, każdy z nas modlił się z osobna często i długo.

Pod koniec stycznia żywność była na wyczerpaniu. Wieprzowiny nie było, baryłka służyła do

zbierania i przechowywania wody deszczowej. Pozostało tylko kilka funtów wołowego mięsa. W
ciągu dziewięciu tygodni na łodzi nie podnosiliśmy żagla i nie widzieliśmy lądu. Kapitan Nicholl
otwarcie   mówił,   że   po   sześćdziesięciu   trzech   dniach   nie   ma   najmniejszego   pojęcia,   gdzie
jesteśmy.

Dwudziestego lutego oglądaliśmy ostatni kęs żywności. Wolę pominąć milczeniem szczegóły

zdarzeń   następnych   ośmiu   dni.   Powiem   jedynie   to,   co   pozwoli   każdemu   zrozumieć,   jakimi
ludźmi byli moi towarzysze. Głodowaliśmy tak długo, że gdy zabrakło pożywienia, zabrakło
również zapasu siły, która by nas podtrzymywała przy życiu, a osłabienie zwiększało się w
niesłychanym tempie.

Dwudziestego   czwartego   lutego   spokojnie   omówiliśmy   naszą   sytuację.   Było   nas   trzech

mężczyzn tęgiego ducha, pełnych życia i hartu, i nie chcieliśmy umierać. Żaden z nas nie chciał
się poświęcić dla pozostałych dwóch. Doszliśmy jednak do zgody w trzech punktach: musimy
mieć żywność; musimy rozstrzygnąć sprawę przez losowanie; będziemy ciągnąć losy nazajutrz,
jeśli nadal nie będzie wiatru. Następnego ranka był wiatr niewielki, lecz wystarczający do tego,
abyśmy mogli posunąć się o dwa węzły na północ. Przez następne dwa dni na morzu nic się nie
zmieniło, wiał ten sam słaby wiatr. Byliśmy strasznie wyczerpani, trwaliśmy jednak w naszym
postanowieniu i jechaliśmy dalej.

Lecz dwudziestego ósmego rano zobaczyliśmy, że nadszedł czas. Łódź kołysana falą, bujała

po pustym,  bezwietrznym morzu, a bezchmurne, jakby nieruchome  niebo nie dawało żadnej
nadziei wiatru. Odciąłem z mej kurtki trzy kawałki sukna, wszystkie równej wielkości. W rogu
jednego z tych kawałków była pojedyncza brązowa nitka. Kto wyciągnie ten kawałek — przegra.
Włożyłem trzy losy do mojego kapelusza i zakryłem kapeluszem kapitana Nicholla.

Wszystko było gotowe, zwlekaliśmy jednak chwilę, podczas której każdy gorąco się modlił,

wiedzieliśmy bowiem, że decyzję zostawiamy Bogu. Wiedziałem, że w takim momencie mogę
odwołać   się   do   poczucia   swojej   uczciwości,   lecz   równie   dobrze   zdawałem   sobie   sprawę   z
uczciwości i wartości mych towarzyszy, toteż niepokoiła mnie myśl, jak Bóg może rozstrzygnąć

background image

tę tak zawiłą i subtelną sprawę.

Pierwszy z prawa i z urzędu ciągnął kapitan. Po włożeniu ręki do kapelusza zatrzymał ją,

przymknął oczy, usta poruszyły się w ostatniej modlitwie. Wyciągnął pusty los. Było to słuszne,
jak musiałem przyznać sam przed sobą; znałem dobrze życie kapitana Nicholla, wiedziałem, że
jest to człowiek prawy, uczciwy i bogobojny.

Pozostał felczer i ja. A więc on albo ja; zgodnie ze stopniem służbowym kolej przypadała na

niego. Znowu wróciliśmy do modlitwy. Modląc się, usiłowałem zwrócić się ku przeszłości i
ocenić dobro i zło w moim życiu.

Na kolanach trzymałem kapelusz, zakryty kapeluszem kapitana Nicholla. Felczer wsunął rękę,

szukał jakiś czas, ja zaś zastanawiałem się, czy można odróżnić tę nitkę brązową od innych nitek.

Wreszcie wyciągnął rękę. W wyjętej tkaninie tkwiła brązowa nitka. Ukorzyłem się w duchu,

dziękując   Bogu   za   okazaną   mi   łaskę;   postanowiłem   ściślej   niż   kiedykolwiek   przestrzegać
wszystkich jego przykazań. Chwilę potem myślałem mimowolnie, że felczera z kapitanem łączą
bliższe więzy stanowiska i wzajemnych sympatii niż ze mną i że do pewnego stopnia spotkał ich
zawód. Po tej myśli pojawiło się przekonanie, że byli zbyt uczciwi, aby wynik losowania miał
zmienić to, co było postanowione.

Miałem słuszność. Felczer odsłonił rękę, ujął nóż i zamierzał podciąć sobie żyły. Przedtem

jednak przemówił:

— Pochodzę z Norfolk w Virginii, gdzie mam żonę i troje dzieci. O jedno was proszę, jeśli

spodoba się Bogu uratować któregoś z was z tego groźnego położenia i gdybyście mieli szczęście
powrócić do rodzinnych stron, prześlijcie mej biednej rodzinie wiadomość o moim nieszczęsnym
losie.

Następnie poprosił nas uprzejmie o kilka minut czasu na pojednanie z Bogiem. Ani kapitan

Nicholl ani ja nie mogliśmy wymówić słowa, wzrokiem wyraziliśmy przyzwolenie.

Arnold Bentham był bez wątpienia najlepszym człowiekiem z nas wszystkich. Lęk mój był nie

do opisania i nie wątpię, że kapitan Nicholl wycierpiał nie mniej. Lecz cóż mieliśmy uczynić?
Sprawa była czysta i rozstrzygnięta przez Boga.

Lecz   skoro   Arnold   Bentham   skończył   modlitwę   i   zabierał   się   do   czynu,   nie   mogłem

wytrzymać dłużej i zawołałem:

— Zaczekaj! Znieśliśmy tyle, możemy znieść trochę więcej. Teraz jest południe. Zaczekajmy

do   zmroku.   Wówczas,   jeśli   nic   nie   zmieni   naszego   strasznego   losu,   uczynisz   to,   co
postanowiliśmy, Arnoldzie Benthamie.

Spojrzał na kapitana Nicholla, czekając potwierdzenia mych słów, kapitan mógł tylko skinąć

głową.   Nie   mógł   wymówić   słowa,   lecz   w   jego   chłodnych,   wilgotnych   oczach   była   pełnia
potwierdzenia, której nie mogłem nie zauważyć.

Skoro postanowiliśmy ciągnąć losy, nie mogłem uważać za zbrodnię faktu, że kapitan Nicholl

i ja odniesiemy korzyść ze śmierci Arnolda Benthama. Nie mogłem przypuszczać, że kto inny niż
Bóg wlał w serca nasze i umocnił w nich przywiązanie do życia. Było to wolą Boga, a my,
nędzne Jego stworzenia, mogliśmy tylko ulec i tę wolę wypełnić. Jednak Bóg był litościwy.
Uratował nas w swej wszechobecności od tak strasznego, chociaż sprawiedliwego czynu.

Nie minął pełen kwadrans, gdy podmuch wiatru ze wschodu, mroźny i wilgotny, ochłodził

nam twarze. Jeszcze pięć minut, a pełny żagiel nadał łodzi kierunek; Arnold Bentham stanął u
steru.

— Szanujcie tę odrobinę siły, jaką macie — rzekł. — Dajcie zużyć tę, która mi została, na

zwiększenie waszych szans uratowania życia.

Sterował więc przy świeżym wietrze, zaś kapitan Nicholl i ja leżeliśmy na dnie łodzi, marząc

o odległych obrazach tego, co ukochaliśmy w życiu, a od czego oddzielało nas wrogie morze.

background image

Podmuch wiatru stawał się coraz ostrzejszy i wkrótce zaczęła się wichura. Obłoki przelatujące

po niebie zwiastowały burzę. Około południa Arnold Bentham zemdlał przy sterze i nim odpływ
morza zdołał pociągnąć łódkę, kapitan Nicholl i ja ujęliśmy ster w nasze słabe dłonie. Zaczęliśmy
od umowy: tak, jak z urzędu kapitan Nicholl pierwszy ciągnął losy, tak i teraz on pierwszy wziął
się do sterowania. Potem zmienialiśmy się kolejno co piętnaście minut. Byliśmy bardzo osłabieni
i żaden z nas nie mógł dłużej sterować.

Po południu morze było groźne. W mniej rozpaczliwym położeniu obrócilibyśmy łódź bokiem

do fali i zarzucili naprędce zrobioną z masztu i żagla kotwicę. Gdybyśmy to uczynili przy tak
wielkiej  i wzburzonej fali, łódź unosiłaby się na wodzie. Ze względu na nas dwóch Arnold
Bentham błagał kilkakrotnie tego dnia, byśmy zarzucili kotwicę. Wiedział dobrze, że posuwamy
się   naprzód   tylko   w  nadziei   uniknięcia   konieczności   wykonania   wyroku   losu.   Człowiek   ten
odznaczał się szlachetnością. Nie mniej szlachetny był kapitan Nicholl, którego zimny wzrok
miał   stalowe   błyski.   Czy   w   takim   towarzystwie   mógłbym   kierować   się   mniej   szlachetnymi
uczuciami? W ciągu całego tego pełnego niebezpieczeństw dnia, dziękowałem wciąż Bogu za
okazaną łaskę, za to, że byłem z dwoma takimi ludźmi. Przebywał w nich Bóg i prawda, i jaki by
los nie przypadł mi w udziale, mogłem być tylko wdzięczny, że oni właśnie ten los ze mną dzielą.
Nie pragnąłem śmierci, podobnie, jak i oni, nie bałem się jej jednak. Przejściowa nieufność, jaką
w pewnej chwili poczułem do tych ludzi, dawno się rozproszyła. Twarda szkoła i twardzi ludzie.
Lecz szlachetni, ludzie poddani Bożej woli.

Spostrzegłem   pierwszy.   Arnold   Bentham,   przeświadczony,   że   umrze   i   kapitan   Nicholl,

przygotowany   na   śmierć,   leżeli   obaj   na   dnie   łodzi,   prawie   martwi,   gdy   spostrzegłem   —   ja
bowiem byłem u steru. Łódź okryta pianą, posuwana szybko przez wiatr, który wydymał żagiel,
była na wierzchołku fali, gdy ujrzałem tuż przed sobą oblaną falami skalistą wysepkę. Odległość
nie   wynosiła   więcej   niż   pół   mili.   Krzyknąłem.   Tamci   dwaj   na   kolanach,   wspierając   się
wzajemnie, szukali wzrokiem tego, co dostrzegłem.

— Wprost na wyspę, Danielu — wyszeptał rozkaz kapitan.
— To może być zatoka. Może być zatoka. To jedyna nasza nadzieja.
Raz jeszcze przemówił, gdy dosięgnęliśmy szczytu tego strasznego, pustego wybrzeża, bez

żadnej zatoki, bez przystani.

— Wprost na wyspę, Danielu. Gdyby nas odrzuciło, za słabi jesteśmy, by móc powrócić z

przeciwną falą i wiatrem.

Miał słuszność. Usłuchałem. Wyciągnął zegarek, spojrzał; spytałem, która godzina.
— Piąta — odparł. Podał rękę Arnoldowi Benthamowi, ten ją ujął i uścisnął słabo; obaj

spojrzeli na mnie, obejmując mnie wzrokiem w tym uścisku dłoni. Żegnali mnie, wiem o tym.
Jakąż można było mieć nadzieję, że istoty tak słabe, jak my, przebędą skały podwodne i dotrą do
wyższych skał w oddali?

O dwadzieścia stóp od brzegu straciłem panowanie nad łodzią. Wywróciła ją fala i znalazłem

się  w  wodzie  przesiąkniętej   solą.   Nie  ujrzałem  już   potem  więcej   moich   towarzyszy  niedoli.
Szczęśliwym   trafem   utrzymało   mnie   na   powierzchni   wody   wiosło   sternika,   które   wciąż
trzymałem w dłoni, a pomyślny rzut fali uniósł mnie we właściwej chwili na właściwe miejsce i
cisnął mną o lekko opadający w dół brzeg jednej ze skał tego strasznego wybrzeża. Nic mi się nie
stało.  Nie  skaleczyłem  się  nawet.  Pomimo  zawrotu  głowy,  powstałego  na skutek  osłabienia,
zdołałem jednak wdrapać się na skałę i posunąć dalej niż sięgały fale.

Stanąłem w poczuciu, że jestem uratowany i chwiejąc się na nogach dziękowałem Bogu. Na

falach unosiły się szczątki łodzi, rozbitej na drobne kawałki. Chociaż ich nie widziałem, mogłem
sobie wyobrazić, jak zmasakrowane musiały być zwłoki Arnolda Benthama i kapitana Nicholla.
W pianie wybrzeża dostrzegłem wiosło, wyciągnąłem je z pewnym narażeniem życia. Potem

background image

upadłem   na   kolana,   czując,   że   mdleję.   Powodowany   instynktem   żeglarza,   zdołałem   jednak,
zanim zemdlałem posunąć się dalej, po ostrych, kłujących skałach do punktu, którego szalejące
morze nie mogło dosięgnąć.

Tej   nocy   byłem   na   wpół   martwy,   prawie   nieprzytomny   i   tylko   chwilami   dotkliwie

odczuwałem chłód i wilgoć. Ranek przyniósł mi nowy strach i zdziwienie. Na tej nieszczęsnej
skale,   wyrastającej   z   dna   oceanu,   nie   było   żadnej   rośliny,   ani   jednego   źdźbła   trawy.   Na
przestrzeni pół mili długości i ćwierć mili szerokości nie było nic prócz skalistych załomów. Nie
mogłem  znaleźć  nic,  co by  zaspokoiło  potrzeby  wyczerpanego  całkowicie  organizmu.  Paliło
mnie pragnienie, lecz wody świeżej nie było. Daremnie próbowałem, kalecząc usta, znaleźć choć
kroplę we wgłębieniach skały. Wiatr był tak silny, że fale, bryzgając na skałę, zalały wszystkie jej
szczeliny i każde zagłębienie napełniała woda, tak słona, jak morze.

Nic nie pozostało z łodzi, ani kawałeczka, który by wskazywał, że łódź w ogóle istniała.

Zostało mi ubranie, nóż i jedyne wiosło, jakie udało mi się uratować. Wiatr ucichł. Cały dzień,
chwiejąc się i padając, pełzałem z okrwawiony — mi rękami i nogami, szukając na próżno wody.

Tej nocy, bliższy śmierci niż kiedykolwiek, ukryłem się przed podmuchami wiatru za skałą.

Ulewny deszcz zwiększył mą niedolę. Zdjąłem wszystkie moje ubrania i rozciągnąłem je na
skale, aby przesiąkły wodą; gdy tylko wycisnąłem z nich tę wodę do ust, doznałem gorzkiego
zawodu,   odzież   bowiem   była   silnie   przesiąknięta   solą   oceanu.   Położyłem   się   na   wznak   z
otwartymi ustami, by schwycić w nie rzadko spadające krople. Była to męka, lecz zwilżenie
naskórka uratowało mnie od szaleństwa.

Nazajutrz   byłem   bardzo   chory.   Ja,   który   tak   długo   nic   nie   jadłem,   zacząłem   puchnąć,

dochodząc do potwornych rozmiarów — ręce, nogi i całe ciało. Przy najlżejszym ucisku palce
zagłębiały się na kilki centymetrów w skórę i wgłębienia te nie znikały przez dłuższy czas.
Jednak nie szczędziłem trudu, by spełnić wolę Boga, który chciał, bym pozostał przy życiu.
Ostrożnie wybierałem rękoma wodę z każdego otworu i zagłębienia, w nadziei, że następne
deszcze napełnią je wodą zdatną do picia.

Nieszczęsny mój los i wspomnienia ukochanych w rodzinnym Elkton przyprawiły mnie o

melancholię, często traciłem przytomność na długie godziny. Była to łaska Boża, tym sposobem
bowiem traciłem świadomość mych cierpień, które inaczej byłyby mnie zabiły.

W   nocy   obudził   mnie   deszcz,   czołgałem   się   od   szczeliny   do   szczeliny,  wypijałem   wodę

deszczową   i   zlizywałem   ją   ze   skały.  Nie   była   smaczna,   lecz   można   było   ją   pić.   To  mnie
uratowało, zbudziłem się bowiem nad ranem okryty potem i gorączka minęła.

Potem zabłysło słońce, pierwszy raz od chwili mego przybycia na wyspę, rozłożyłem więc

większą część mej odzieży, by ją wysuszyć. Piłem wodę ostrożnie i obliczyłem, że przy wielkiej
oszczędności wystarczy mi zapasu na dziesięć dni. Czułem się dziwnie bogaty z tym zapasem
słonawej wody. Żaden kupiec powracający z pomyślnie odbytej podróży nie czuł się nigdy tak
zamożny na widok swoich składów napełnionych towarem i kasy pełnej pieniędzy, jak ja, gdy
odkryłem na skałach fokę, od dawna zdechłą. Nie omieszkałem upaść na kolana, by podziękować
Bogu za tak widoczne objawienie mi łaski. Jedno było dla mnie oczywiste: Bóg nie chciał mojej
śmierci. Od początku nie leżało to w jego zamiarach.

Znałem stan osłabienia mego żołądka i jadłem niewiele, wiedziałem bowiem, że przyrodzona

żarłoczność   zabiłaby   mnie,   gdybym   jej   nie   powściągnął.   Nigdy   nie   miałem   w   ustach   tak
smacznych kąsków, przyznaję, że płakałem z radości, patrząc na ten szkielet w stanie rozkładu.

Raz   jeszcze   nadzieja   wstąpiła   w   moje   serce.   Schowałem   starannie   pozostałą   część   mego

skarbu. Równie starannie zakryłem moje skaliste cysterny płaskimi kamieniami, by cenny płyn
nie wyparował pod wpływem promieni słonecznych i aby nie mogły go dosięgnąć krople słonej
piany w razie wiatru w nocy. Zebrałem też nieco wodorostów i wysuszyłem na słońcu, by ułożyć

background image

z nich posłanie, które by oddzielało me biedne ciało od ostrych skał, na których sądzone mi było
zamieszkać. Ubranie moje wyschło — pierwszy raz od wielu dni; usnąłem więc ciężkim snem z
wyczerpania i z chęcią powrotu do zdrowia.

Nazajutrz, po przebudzeniu, byłem już innym człowiekiem. Brak słońca nie martwił mnie i

rychło dowiedziałem się, że Bóg pamiętał o mnie podczas snu i przygotował mi nowe wspaniałe
dary. Przetarłem oczy, spojrzałem raz jeszcze, jak daleko bowiem sięgał mój wzrok, skały wzdłuż
morza pokryte były fokami. Było ich tysiące, a inne tysiące poruszały się w wodzie. Niezwykłe
dźwięki wydostające się z ich gardzieli były ogłuszające. Wiedziałem od pierwszego spojrzenia
— mam mięsa do woli, starczyłoby dla załogi dwudziestu statków.

Natychmiast chwyciłem wiosło, jedyny drewniany drąg, znajdujący się na całej  wyspie, i

zbliżyłem się do tych nieprzebranych zapasów żywności. Rychło odgadłem, że te stworzenia
morskie nie znały człowieka. Nie okazały żadnych obaw związanych z moim zbliżaniem się,
więc uderzanie ich po głowach wiosłem było prawie dziecinną zabawą.

Gdy   zabiłem   trzecie   i   czwarte   zwierzę,   ogarnął   mnie   dziwny   szał.   Straciłem   wszelkie

panowanie i zabijałem bez końca. W ciągu dwóch godzin pracowałem wiosłem bez przerwy, aż
wreszcie   upadłem   ze   zmęczenia.   Jakich   jeszcze   wybryków   mógłbym   się   dopuścić   w   tym
morderczym szale, nie wiem. W pewnej chwili foki pozostałe przy życiu, jakby na dany znak,
rzuciły się do wody i zniknęły.

Ilość zabitych fok przewyższała dwieście sztuk, byłem przerażony tym szałem zabijania, jaki

mnie   opanował.   Zgrzeszyłem   lekkomyślnością   i   gdy   posiliłem   się   tym   dobrym,   zdrowym
pokarmem,   starałem   się,   jak   mogłem,   zadośćuczynić   za   popełniony   występek.   Nim   jednak
wziąłem się do dzieła, zacząłem od dziękczynienia Istocie, która uratowała mnie w swej dobroci.
Pracowałem aż do zmierzchu i w nocy jeszcze zdejmowałem skórę z fok, krajałem mięso w
wąskie paski i rozkładałem na skałach, by słońce mogło je wysuszyć. Znalazłem też nieco soli w
szparkach skał od strony wiatru. Nacierałem mięso tą solą, by je ustrzec od zepsucia.

Pracowałem tak cztery dni i po skończonym dziele pyszniłem się głupio przed Bogiem, że ani

kawałeczek tego zapasu mięsa nie poszedł na marne. Ciągła praca była nader pożyteczna dla
zdrowia,   toteż   szybko   powracałem   do   sił   przy   tak   zdrowej   diecie,   której   przestrzegałem
nieustannie. Był to jeszcze jeden dowód miłosierdzia Bożego; w ciągu całych ośmiu lat, jakie
spędziłem na tej pustej wyspie, nigdy nie było tak długiego okresu ślicznej pogody i słońca, jak
ten, który nastąpił bezpośrednio po morderstwie fok.

Miesiące przeszły nim foki powróciły na moją wysepkę. Tymczasem jednak nie próżnowałem.

Zbudowałem chatę z kamieni, obok niej skład na suszone mięso. Nakryłem chatę skórami fok,
była   więc   dobrze   zabezpieczona   od   deszczu.   Gdy  jednak   krople   uderzały   w   ten   mój   dach,
zdumiewała mnie myśl, że nieszczęsnego rozbitka chroni od żywiołów coś, co byłoby skarbem
na rynku futrzarskim w Londynie.

Zrozumiałem   szybko,   jak   ważne   jest   znalezienie   sposobu   na   rachowanie   czasu,   bez   tego

bowiem straciłbym rachubę dni tygodnia, nie umiałbym odróżnić jednego dnia od drugiego, nie
wiedziałbym, który dzień jest dniem Bożym.

Przypomniałem   sobie   dokładnie   sposób   obliczania   czasu,   wprowadzony   przez   kapitana

Nicholla na łodzi. Dla zupełnego upewnienia się prześledziłem w myśli dzieje dni i nocy, które
spędziłem na wyspie. Siedem kamieni przy chacie stanowiło mój tygodniowy kalendarz. Z jednej
strony wiosła robiłem małe nacięcia po każdym tygodniu, z drugiej zaś zaznaczałem miesiące,
uważając bardzo, by dodać w każdym miesiącu ilość dni przewyższającą cztery tygodnie.

Tym   sposobem   mogłem   należycie   świętować   niedziele.   Jedynym   możliwym   sposobem

odprawiania nabożeństwa było czytanie w każdą niedzielę wyrytego na wiośle krótkiego hymnu,
oddającego   moje   położenie   i   nie   było   niedzieli,   bym   go   nie   odmówił.   Bóg   miłosierny   nie

background image

zapomniał o mnie; ja również w ciągu ośmiu lat nie omieszkałem we właściwym czasie pamiętać
o Bogu.

W   tych   okolicznościach   zapewnienie   niezbędnych   potrzeb,   jeśli   chodzi   o   żywność   i

schronienie wymagało niesłychanie wiele wysiłku. Rzadko oddawałem się próżniactwu w ciągu
tego pierwszego roku pobytu na wyspie. Chata, zwykłe legowisko wśród skał, wymagała sześciu
tygodni pracy. Powolne wyrabianie i nieustanne skrobanie skór w celu doprowadzenia ich do
miękkości   i   elastyczności   niezbędnej   do   wykonania   odzieży,   zabierało   mi   wszystkie   wolne
chwile w ciągu długich miesięcy.

Zgromadzenie zapasów wody było też poważną sprawą. Po każdej silniejszej burzy krople

wody morskiej, wyrzucane w górę, zasalały zebraną wodę deszczową, tak, że czasami trudno mi
było doczekać chwili, gdy spadnie spokojny deszcz bez wiatru. Wiedząc, że stale spadająca
kropla zdoła skruszyć kamień, wybrałem duży kamień, który był na tyle miękki, że mogłem za
pomocą drobnych kamyczków wyżłobić go. Po pięciu tygodniach solidnej pracy wyrzeźbiłem
nareszcie   dzban   o  pojemności   półtora   galona.   Później   wykonałem  podobny  dzban   na   cztery
galony.   Zużyłem   na   tę   robotę   dziewięć   tygodni.   Od   czasu   do   czasu   robiłem   też   mniejsze
naczynia. W jednym z nich, które mogłoby pomieścić osiem galonów, po siedmiotygodniowej
pracy pokazała się rysa.

Arcydzieło moje stworzyłem jednak nie wcześniej, jak w czwartym roku pobytu na wyspie,

gdy już pogodziłem się z myślą, że wypadnie może pozostać tutaj aż do końca życia. Wykonanie
naczynia zabrało mi osiem miesięcy czasu, lecz udało się i miało pojemność przeszło trzydziestu
galonów. Rzeźbienie tych kamiennych naczyń sprawiało mi wielką przyjemność, czasami nawet
zapominałem   o   upływie   czasu   i   szczyciłem   się   moją   pracą.   Były,  moim   zdaniem,   bardziej
wytworne niż najdroższe królewskie naczynia. Zrobiłem na przykład ze skały maleńki dzbanek, o
pojemności nie większej niż litr, służący do noszenia wody z wielkich zbiorników.

Doprowadziłem   więc   moje   życie   na   wyspie   do   optymalnego   poziomu,   jaki   mogłem  tutaj

osiągnąć. Urządziłem sobie zaciszne i bezpieczne schronienie; jeżeli zaś chodzi o żywność, to
miałem   zawsze   zapas   suszonego   i   solonego   mięsa,   wystarczający   na   sześć   miesięcy.
Rozumiałem, że nigdy nie będę umiał odwdzięczyć się za te dary, niezbędne do zachowania
życia, których nie można się było spodziewać na bezludnej wyspie.

Chociaż byłem pozbawiony przyjemności jakiegokolwiek towarzystwa ludzkiego lub choćby

zwierzęcego, psa albo kota, pogodziłem się z moim losem łatwiej, niż by to uczyniło tysiące
innych ludzi. Uważałem, że jestem szczęśliwszy w tym opuszczonym miejscu, gdzie mnie los
zaprowadził bardziej niż wielu innych, którzy za ohydne zbrodnie skazani byli na spędzenie
życia w zamknięciu i samotności, z dręczącymi ich wyrzutami sumienia.

Pomimo że los mój był bardzo smutny, nie byłem pozbawiony nadziei, że opatrzność, która w

chwili, gdy mogłem umrzeć z głodu lub zatonąć w morskich głębinach, wyrzuciła mnie na te
puste skały, przyjdzie mi wreszcie z pomocą.

Chociaż   pozbawiony   towarzystwa   istot   sobie   podobnych   i   wszelkich   wygód   życia,

rozumiałem, że położenie moje ma jednak pewne dodatnie strony. Cała wyspa, choć mała, była w
moim wyłącznym posiadaniu. Zapewne nikt się tu nigdy nie zjawi, by przekreślić moje prawa —
najwyżej   zimnokrwiste   zwierzęta   oceanu.   Dzięki   niedostępności   wyspy,   mojego   nocnego
spoczynku nie przerywały ciągłe obawy nadejścia ludożerców lub dzikich zwierząt. Klęcząc,
dziękowałem Bogu za te rozliczne i wielkie dobrodziejstwa.

Jednak człowiek jest zawsze dziwnym i nieodgadnionym stworzeniem. Ja, który nie błagałem

miłosierdzia Bożego o nic więcej, jak o nadgniłe mięso do jedzenia i o dostateczny zapas niezbyt
słonej wody, gdy tylko osiągnąłem obfitość konserwowanego mięsa i wody, zacząłem szemrać na
los.   Zapragnąłem   ognia   i   smaku   mięsa   gotowanego.   Podniebienie   moje   przypominało   sobie

background image

wciąż   przysmaki,   jakie   w   rodzinnym   domu   w   Elkton   stanowiły  codzienne   po   —   żywienie.
Walczyłem   z   tym   uczuciem,   lecz   wyobraźnia   wracała   mimo   woli   do   marzeń   o   smacznych
potrawach,   które   kiedyś   jadłem   i   które   jeść   będę,   jeśli   zdołam   kiedykolwiek   opuścić   moją
pustelnię.

Podejrzewam, że odzywał się we mnie stary Adam, grzech pierwszego ojca, który pierwszy

zbuntował   się   przeciwko   przykazaniom   Bożym.   Dziwny  jest   człowiek,   zawsze   nienasycony,
zawsze   niezadowolony,  zawsze   w  niezgodzie   z   Bogiem   i   z   sobą   samym,   dni   jego   pełne   są
niepokoju i próżnych wysiłków, noce trawione żarem próżnych marzeń o pragnieniach złych i
samowolnych. Tak, mnie również dokuczał brak tytoniu. Sen nieraz był dla mnie męką, wówczas
bowiem puszczałem wodze fantazji: śniło mi się tysiąc razy, że posiadam setki paczek tytoniu,
całe składy, załadowane statki, a nawet plantacje tytoniu.

Zemściłem się jednak sam na sobie. Prosiłem wciąż Boga o pokorę ducha, umartwiałem ciało

nieustanną pracą. Nie mogąc udoskonalić umysłu, postanowiłem ulepszyć moją pustą wyspę.
Pracowałem cztery miesiące nad budową kamiennej ściany o długości dziewięciu metrów, wraz
ze   skrzydłami,   wysokiej   na   trzy   i   pół   metra.   Miała   ona   ochraniać   chatę   w   okresie   silnych
wiatrów, gdy wysepka cała była drobiną wśród huraganu. Nie uważałem tego bynajmniej za
stratę czasu. Leżałem później spokojnie, pomimo że trzydzieści metrów nad moją głową szalała
burza i lał się jeden wielki strumień wody.

W trzecim roku zacząłem pracować nad wykonaniem słupa ze skały. Była to raczej piramida,

czworokątna, szeroka u podstawy, zwężająca się wolno ku górze. Musiałem budować w ten
sposób,   nie   miałem   bowiem   narzędzi   ani   drzewa   budulcowego   na   zrobienie   rusztowania.
Ukończyłem tę piramidę dopiero pod koniec piątego roku. Stała w najwyższym punkcie wyspy.
Teraz, gdy powiem, że najwyższy punkt wyspy wznosił się dwanaście metrów ponad poziom
morza, a szczyt mojej piramidy przewyższał o dwanaście metrów wysokość wyspy, okaże się, że
bez żadnych  narzędzi podwoiłem wysokość  wyspy. Mógłby ktoś rzec  bez zastanowienia,  że
zmieniałem przez to plan Boga w stworzeniu świata. Nie sądzę. Byłem również cząstką planów
Boga wraz z tą garstką skał rzuconych w pustkę oceanu. A ręce moje były stworzone do pracy,
kark   do   zginania   i   podnoszenia   ciężarów,  palce   do   chwytania   i   trzymania   przedmiotów   —
wszystko to stanowiło część planu Bożego. Dużo o tym wszystkim myślałem. Wiem, że mam
słuszność.

W szóstym roku powiększyłem podstawę mojej piramidy tak, że w osiemnaście miesięcy

później wysokość tego pomnika wynosiła piętnaście metrów ponad poziom wyspy. Nie była to
wieża Babel. Cel jej był dwojaki. Stanowiła mój punkt obserwacyjny, z którego mogłem szukać
okrętów na oceanie i powiększała możliwość, że błądzące bez celu oko żeglarza dojrzy moją
wyspę. Zresztą zachowała moje zdrowie zarówno ciała, jak i umysłu. Gdy ręce nie próżnowały,
Szatan nie miał do mnie dostępu na wyspie. Dręczył mnie tylko we śnie, głównie widokiem
przeróżnych potraw i pokusą palenia w wyobraźni ogłupiającego zielska, zwanego tytoniem.

Osiemnastego dnia czerwca, w szóstym roku mojego pobytu na wyspie, dostrzegłem żagiel.

Lecz   płynął   zbyt   daleko,   by   mnie   zauważyć.   Sam   widok   żagla   sprawił   mi   niezwykłą
przyjemność, nie był to ból zawodu. Przekonałem się o tym, o czym chwilami wątpiłem, a
mianowicie, że czasem statki odwiedzają to morze.

Zbudowałem  również  rodzaj  basenu  o  szeroko  rozstawionych  bokach,  zwężających  się  w

miejscu, w którym foki wychodziły na brzeg. Mogłem łatwo zabijać te zwierzęta, które tam
weszły, nie  wzbudzając w ten sposób nieufności całego  stada, gdyż  ranne  lub przestraszone
zwierzę nie mogło uciec ani szerzyć paniki. Budowie tej poświęciłem siedem miesięcy.

Z biegiem czasu przyzwyczaiłem się do mego losu i Szatan coraz rzadziej nawiedzał mnie we

śnie, by dręczyć starego Adama niedozwolonym widokiem tytoniu i smakowitych potraw. Jadłem

background image

wciąż mięso fok i smakowało mi, piłem słodką wodę deszczową, której mi nigdy nie brakowało
— i dziękowałem Bogu. Bóg mnie wysłuchał, wiem o tym, przez cały czas pobytu na wyspie ani
razu nie chorowałem, oprócz dwóch przypadków, w których zawiniło moje łakomstwo, o czym
zaraz opowiem.

W   piątym   roku,   nim   doszedłem   do   przekonania,   że   statki   czasem   pojawiają   się   na   tych

wodach,   zacząłem   wypisywać   nożem   na   wiośle   szczegóły   wydarzeń   od   czasu   opuszczenia
spokojnych   wybrzeży  Ameryki.   Starałem   się   wyryć   wszystko   jak   najwyraźniej   i   w   sposób
możliwie trwały, jak najmniejszymi literkami. Napisanie sześciu, a nawet pięciu liter, było często
całodzienną moją pracą, tak starannie to robiłem.

Na wypadek, gdybym nie miał już nigdy powrócić do mych przyjaciół i do rodziny w Elkton,

wyryłem na szerokim końcu wiosła opowiadanie, będące relacją z mych nieszczęsnych przygód,
które streściłem na początku opowieści.

Przechowywałem jak najstaranniej to wiosło, które tyle mi usług oddało w mym okropnym

położeniu, a które zawierało obecnie sprawozdanie z moich dziejów i kolegów z brygu. Nie
używałem go już do zabijania fok. Zaopatrzyłem się natomiast w kamienny drąg o długości
prawie   dwóch   metrów,  o   odpowiedniej   średnicy,  nad   którym   pracowałem   cały  miesiąc.   Dla
zabezpieczenia  wiosła  przed zmianami  atmosferycznymi  (używałem go bowiem przy lekkim
wietrze w charakterze drzewca do flagi na szczycie mojej piramidy; na flagę zużyłem jedną z
moich drogocennych koszul), zrobiłem pochwę z wyprawionej foczej skóry.

W szóstym roku mego osamotnienia, w marcu, nadeszła jedna z największych burz, jaką

człowiek mógł kiedykolwiek widzieć. Zaczęła się o dziewiątej wieczorem wraz z nadejściem
ciemnych   chmur   i   orzeźwiającego   wiatru   z   południowego   zachodu,   który   około   jedenastej
przeszedł   w   huragan,   towarzyszyły   temu   nieustanne   grzmoty   i   najbardziej   przerażające
błyskawice, jakie widziałem kiedykolwiek w życiu.

Miałem   pewne   obawy   o   bezpieczeństwo   wyspy.   Fale   zalewały   każdą   jej   cząstkę,   prócz

szczytu mojej piramidy. Nie mogłem złapać tchu na wietrze i myślałem, że za chwilę stracę
życie. Zdałem sobie dokładnie sprawę z tego, że tylko moja pracowitość przy budowie piramidy,
podnoszącej poziom wyspy, uratowała mi życie.

Gdy nadszedł ranek, miałem niewiele powodów do radości. Cały mój zapas wody deszczowej

był zupełnie słony, tylko ta woda, która znajdowała się w dużym naczyniu, umieszczonym we
wgłębieniu piramidy, pozostała bez zmiany. Wiedziałem, że przy wielkiej oszczędności będę miał
dosyć   wody   aż   do   następnego   deszczu,   nawet   gdyby   nieprędko   miał   padać.   Morze   zniosło
zupełnie moją chatę, a cały zapas foczego mięsa stanowił miazgę nie do spożycia. Spotkała mnie
jednak miła niespodzianka, znalazłem bowiem na skałach ogromną ilość ryb, nie znanych mi
dotąd. Zebrałem ich nie mniej niż tysiąc dwieście dziewiętnaście. Rozpłatałem je i wysuszyłem
na słońcu jak sztokfisze. Ta zbawienna zmiana pokarmu nie pozostała bez następstw. Jadłem
żarłocznie i następnej nocy byłem poważnie chory.

W siódmym roku mego pobytu na wyspie, w tymże miesiącu marcu, wybuchła podobnie

gwałtowna   burza.   Zaraz   po   niej,   ku   mojemu   wielkiemu   zdziwieniu,   znalazłem   olbrzymiego
wieloryba, martwego, lecz zupełnie świeżego, którego morze wyrzuciło na skały. Można sobie
wyobrazić moją radość, gdy we wnętrznościach wieloryba znalazłem harpun z częścią nowej
wędki.

Odżyły więc znowu me nadzieje, że zdarzy się sposobność do opuszczenia tej nieszczęsnej

wyspy. Morza te niewątpliwie nawiedzali ludzie polujący na wieloryby, a dopóki jestem zdrów,
mogę być uratowany, wcześniej lub później. Przez siedem lat żyłem żywiąc się mięsem fok, toteż
na widok obfitości innego, wyśmienitego pokarmu, uległem znowu mej  słabości, jadłem tak
dużo,   że   ponownie   ciężko   się   rozchorowałem.   Właściwie   jednak   i   teraz,   i   po   tych   małych

background image

rybkach powodem niedyspozycji była tylko zmiana pokarmu, żołądek bowiem przyzwyczajony
był tylko do mięsa foki i nie otrzymywał nic innego.

Z   mięsa   tego   wieloryba   mogłem   zrobić   zapasy   na   cały   rok.   Pod   działaniem   promieni

słonecznych w zagłębieniach skał pozostawały pewne ilości tłuszczu, który z dodatkiem soli był
bardzo przydatnym artykułem. Mogłem w nim zanurzać kawałki suszonego mięsa spożywanego
na obiad. Z łachmanów, w które przeistoczyły się me drogocenne koszule, mógłbym z łatwością
zrobić knot, harpun był stalowy, skały krzemienne, mogłem zatem mieć światło w nocy. Było to
jednak   zbyteczne   i   wkrótce   zaniechałem   tego   projektu.   Niepotrzebne   mi   było   światło,   gdy
nadchodziła ciemność zesłana przez Boga, nauczyłem się bowiem spać od zachodu do wschodu
słońca latem i zimą.

Ja, Darrell Standing, nie mogę się powstrzymać od przerwania tej opowieści o jednym z mych

poprzednich wcieleń, dlatego, że zastanawiam się nad płynącymi z niej wnioskami. Ponieważ
osobowość ludzka jest wypadkową, sumą wszystkich poprzednich wcieleń, czy istniała zatem
możliwość, by naczelnik Atherton złamał mego ducha podczas śledztwa w samotnej celi? Jestem
życiem,   które   przetrwało,   budowlą   wznoszoną   przez   całe   wieki   przeszłości   —   i   to   jakiej
przeszłości! Co mogło dla mnie znaczyć dziesięć dni i dziesięć nocy w kaftanie bezpieczeństwa?
Dla mnie, który byłem niegdyś Danielem Fossem i w ciągu ośmiu lat uczyłem się cierpliwości w
skalistej szkole na Oceanie Południowym?

Pod   koniec   ósmego   roku   na   wyspie,   we   wrześniu,   gdy  właśnie   powziąłem   ambitny  plan

podniesienia mej piramidy do osiemnastu metrów ponad poziom wyspy, obudziłem się któregoś
dnia i dostrzegłem statek z pełnym ożaglowaniem, blisko na odległość głosu. Chcąc, by mnie
spostrzeżono, zacząłem machać wiosłem w powietrzu, skakałem ze skały na skałę, ruszałem się
jak najgwałtowniej, aż wreszcie zauważyłem, że oficerowie przyglądają mi się przez lornetki.
Odpowiedzieli mi, wskazując na najbardziej wysunięty na zachód kraniec wyspy. Pośpieszyłem
tam i ujrzałem ich łódź z dwunastoosobową załogą. Okazało się, jak mi później powiedziano, że
ludzie na statku zwrócili uwagę na moją piramidę i zboczyli z drogi, by obejrzeć z bliska tę
dziwną budowlę, wyższą od dzikiej wyspy, na której była wzniesiona.

Zbyt silnie jednak łamały się fale, by łódka mogła dotrzeć do mych niegościnnych brzegów.

Po kilku bezskutecznych wysiłkach dali sygnał, że muszą wracać na statek. Wyobraźcie sobie
moją rozpacz, gdy zrozumiałem, że nie mogę opuścić wyspy. Chwyciłem wiosło (które od dawna
przeznaczyłem   dla   muzeum   w   Filadelfii,   jeśli   oczywiście   kiedykolwiek   stąd   wyjdę)   i
wskoczyłem głową naprzód w spienione fale. Szczęście mi sprzyjało, byłem silny, pływałem
dobrze, dotarłem więc do łodzi.

Muszę tu opowiedzieć ciekawe zdarzenie. Statek bowiem w tym czasie znacznie się oddalił,

musieliśmy nadrobić prawie godzinę czasu. Ta krótka chwila wystarczyła, bym uległ pokusie,
która mnie nie opuszczała w ciągu lat ośmiu i poprosiłem marynarza przy sterze o listek tytoniu
do   żucia.   Ten   sam   marynarz   zaproponował   mi   potem   swoją   fajkę,   napełnioną   najlepszym
tytoniem  Virginia.   Po   dziesięciu   minutach   gwałtownie   zachorowałem.   Przyczyna   była   jasna.
Organizm   mój   był   zupełnie   pozbawiony   tytoniu,   a   to,   co   odczuwałem   teraz,   było   objawem
zatrucia, jakiego doznaje każdy chłopak przy pierwszych próbach palenia. Miałem nowy powód
wdzięczności dla Boga, gdyż odtąd nigdy aż do śmierci nie używałem i nie pragnąłem tytoniu, tej
szkodliwej rośliny.

Ja, Darrell Standing, muszę teraz podać ostatnie szczegóły tego wcielenia, które przeżyłem po

raz   wtóry,  leżąc   bez   przytomności   w   kaftanie   bezpieczeństwa   w   więzieniu   w   San   Quentin.
Zastanawiałem się nieraz nad tym, czy Daniel Foss dotrzymał obietnicy i oddał swoje wiosło w
muzeum w Filadelfii?

Więzień cel samotnych napotyka wielkie trudności w porozumieniu ze światem zewnętrznym.

background image

Raz   z   pomocą   dozorcy,   drugi   raz   przez   więźnia,   który   krótko   przebywał   w   celi   samotnej,
wysłałem list z tym zapytaniem, skierowany do kustosza muzeum. Pomimo uroczystych obietnic,
obaj   ci   ludzie   zawiedli   mnie.   Dopiero   gdy   Ed   Morrell,   dziwnym   zbiegiem   okoliczności,
uwolniony został z samotnych cel i okrzyknięty głównym mężem zaufania całego więzienia,
zdołałem   wysłać   ten   list.   Przytaczam   odpowiedź,   którą   otrzymałem   od   kustosza   muzeum   z
Filadelfii, przeszmuglowaną do mnie przez Eda Morrella:

„Jest tutaj istotnie takie wiosło, jak Pan opisuje. Mało kto może jednak o nim wiedzieć, nie

bywa   bowiem   pokazywane   publiczności.   Tak   się   składa,   że   ja   sam   nie   wiedziałem   o   jego
istnieniu, chociaż od osiemnastu lat zajmuję stanowisko kustosza tego muzeum.

Po zbadaniu naszych dawnych dokumentów okazało się, że takie wiosło było złożone przez

Daniela   Fossa   z   Elkton   (Maryland)   w   roku   1821.   Dopiero   po   długich   poszukiwaniach
znaleźliśmy je w składzie różnych bezużytecznych eksponatów. Nacięcia i opowiadanie wyryte
są na wiośle, tak, jak Pan opisuje.

Posiadamy też broszurę, złożoną tu w tym samym czasie, napisaną przez tegoż Daniela Fossa i

wydaną w Bostonie przez firmę N. Coverly Jr., w roku 1834. Broszurka opisuje osiem lat życia
rozbitka na bezludnej wyspie. Widocznie ten marynarz w podeszłym wieku i w nędzy, rozdawał
tę broszurkę dla wywołania litości i uzyskania datku.

Ciekawy jestem, jakim sposobem dowiedział się Pan o istnieniu tego wiosła, o którym w

naszym muzeum nic nie wiedzieliśmy? Czy się nie mylę, przypuszczając, że czytał to Pan gdzieś
w jakimś opisie, wydanym później przez tegoż Daniela Fossa? Rad będę, jeśli poinformuje mnie
Pan w tej sprawie. Zamierzam wystawić wiosło i broszurę na widok publiczny.

Z poważaniem
Hosea Salsburty”

background image

Rozdział XX

Nadszedł czas, gdy upokorzyłem naczelnika Athertona. Poddał się bez walki. Jego ultimatum

„dynamit   albo   męki”   okazało   się   próżnym   gadaniem.   Dał   za   wygraną,   doszedł   bowiem   do
przekonania, że nie zdoła mnie zabić kaftanem bezpieczeństwa. Miał takich, którzy umierali po
kilku   godzinach   kaftana.   Inni   umierali   po   kilku   dniach,   chociaż   stale   rozwiązywano   ich   i
przynoszono do szpitala. Nim wyzionęli ducha… lekarz wystawiał świadectwo zgonu podając za
przyczynę zapalenie płuc, chorobę Brighta, albo wrodzoną wadę serca.

Naczelnik Atherton nie zdołał mnie zabić. Nigdy nie było potrzeby przeniesienia do szpitala

mego   storturowane   —   go   i   konającego   szkieletu.   Przyznaję   jednak,   że   naczelnik   Atherton
próbował   wszystkiego   i   odważył   się   na   najgorsze.   Wydał   polecenie,   by   związano   mnie   w
podwójny kaftan bezpieczeństwa. Jest to zdarzenie tak ciekawe, że muszę je opowiedzieć.

Zdarzyło   się,   że   jedno   z   pism   w   San   Francisco   (szukając,   jak   każde   pismo   i   każde

przedsiębiorstwo   handlowe   nowych   rynków   zbytu),   starało   się   zainteresować   problemem
reformy więzień część klasy pracującej o radykalnych przekonaniach. W rezultacie, ponieważ
Związek Pracy posiadał wówczas ogromne znaczenie polityczne, idący z duchem czasu politycy
w Sacramento wyznaczyli komisję, złożoną z senatorów, która miała zbadać wszystkie więzienia
państwowe.

Ta  Państwowa   Komisja   Senatorów   badała   (darujcie   szyderstwo)   również   San   Quentin.   I

okazało się, że w krótkim czasie nasze więzienie uznano za wzorowe. Świadczyli o tym sami
więźniowie. Nie można brać im tego za złe. Badania takie nie raz już miały miejsce. Dobrze
wiedzieli,   z   której   strony   chleb   jest   posmarowany  masłem.   Wiedzieli,   że   boki   ich   i   prawie
wszystkie żebra będą mocno zbolałe wkrótce po udzieleniu przez nich informacji… gdyby te
informacje okazały się niezgodne z danymi przekazanymi przez administrację więzienną. Wierz
mi, czytelniku, to bardzo stare dzieje. Podobne zdarzenia miały miejsce w starożytnym Babilonie
przed wieloma tysiącami lat, dobrze pamiętam te odległe czasy, gdy gniłem w więzieniu podczas
przewrotu wywołanego we dworze przez pałacowe intrygi.

Jak już powiedziałem, wszyscy więźniowie zaświadczali, jakoby obchodzono się z nimi w

bardzo ludzki sposób, a zawdzięczali to rozsądnym rządom naczelnika Athertona. Świadectwo
ich   potwierdzające   dobroć   naczelnika,   mówiące   o   dobrym   i   urozmaiconym   pożywieniu,   o
łagodności dozorców i ogólnej przyzwoitości, a nawet porządkach i wygodach więzienia, było
tak wzruszające, że dzienniki opozycyjne w San Francisco podniosły krzyk oburzenia, domagając
się większego rygoru od zarządów więzień. Zachodziła bowiem obawa, że inaczej uczciwi, lecz
niezbyt pracowici obywatele, rozpoczną starania o zaciągnięcie się w szeregi gości więziennych.

Komisja Senatu zajrzała nawet do cel samotnych, w których nasza trójka nie miała wiele do

stracenia i nic zyskać nie mogła. Jake Oppenheimer plunął im w twarz i nie przejmując się,
odesłał do wszystkich diabłów. Ed Morrell powiedział, że to przeklęta dziura, obsypał naczelnika
gradem obelżywych słów i Komitet polecił, by mu dać zakosztować dawnych, przestarzałych
sposobów   kary,   obmyślonych   zapewne   przez   poprzednich   naczelników   i   wywołanych
koniecznością poskromienia osobników o równie trudnym charakterze, jak jego.

Co   do   mnie,   uważałem,   by   nie   obrazić   naczelnika.   Świadczyłem   mądrze   i   naukowo,

zaczynając od drobnych szczegółów, rozwijałem myśl z całym artyzmem, powoli, stopniowo,
tak, że moi słuchacze — senatorowie słuchali z zainteresowaniem. Wszystko razem utkałem tak
misternie, że nie było miejsca na przerwę lub na zadanie pytania i tym sposobem doszedłem do
końca opowieści.

Niestety! Ani jedno słowo z moich rewelacji nie wyszło poza mury więzienia. Komisja Senatu

wybieliła   naczelnika   Athertona   i   więzienie   w   San   Quentin.   Wojownicze   dzienniki   z   San

background image

Francisco upewniały swych czytelników — robociarzy, że San Quentin jest wzorem dla innych
więzień, że wprawdzie kaftan bezpieczeństwa był dotąd uznanym, legalnym środkiem kary dla
opornych, lecz obecnie, pod zarządem pełnego ludzkich uczuć i rozumnego naczelnika, kaftana
się nie używa.

Podczas gdy biedni głupcy, robotnicy czytali i wierzyli w to, gdy Komisja Senatu siedziała

przy   dobrze   zastawionym   stole   i   piła   z   naczelnikiem   na   koszt   państwa,   Ed   Morrell,   Jake
Oppenheimer   i   ja   leżeliśmy,   każdy   w   kaftanie   bezpieczeństwa,   zaciśnięci   nieco   mocniej   i
złośliwiej niż zwykle.

— Śmiać mi się chce — pukał do mnie Ed Morrell końcem podeszwy.
— Ja nie widzę tu nic do śmiechu — pukał Jake.
Co   do   mnie,   wypukałem   też   całą   mą   gorzką   pogardę   i   śmiech,   wspominałem   więzienia

starożytnego Babilonu i z olbrzymim kosmicznym uśmiechem odszedłem w przestworza małej
śmierci, która mnie obdarzała dziedzictwem wieków i pozwalała przebywać w bezmiarze czasu.

Tak, drogi bracie z zewnętrznego świata, gdy prasa zaczęła wybielać sytuację w więzieniu,

gdy dostojni senatorowie jedli i pili, my trzej, umarli za życia, żywcem pogrzebani, leżeliśmy
zlani potem, w okrutnych męczarniach.

Po obiedzie, gdy rozgrzany winem naczelnik Atherton przyszedł osobiście o nas zapytać,

zastali   mnie   jak   zawsze   nieprzytomnego.   Doktor   Jackson   zaniepokoił   się   wówczas   po   raz
pierwszy. Zapach amoniaku w nozdrzach przywrócił mi przytomność. Powitałem uśmiechem
pochylone nade mną twarze.

— Wstyd — wybełkotał naczelnik; rumieniec i mamrotanie wskazywały na to, że pił za wiele.
Zwilżyłem usta językiem, chciałem mówić.
— Osioł jesteś — zdołałem wreszcie wymówić chłodno i wyraźnie. — Osioł, tchórz, łajdak,

tak   podła   istota,   że…   że   szkoda   śliny,  by   ci   w   twarz   plunąć.   Jake   Oppenheimer   jest   zbyt
wspaniałomyślny dla ciebie w tych sprawach. Co do mnie, mówię ci bez żadnego wstydu: nie
pluję na ciebie tylko dlatego, że nie chcę się poniżać do tego stopnia i marnować śliny.

— Koniec mej cierpliwości! — ryczał. — Zabiję cię, Standing!
— Jesteś pijany — odparłem. — Radziłbym ci także, o ile koniecznie chcesz tak mówić, nie

powtarzać tego przy tak wielu osobach, twoich więziennych psach. Rzucę się kiedyś na ciebie i
zginiesz.

Wino szumiało mu w głowie.
— Włóżcie mu drugi kaftan — rozkazał. — Już nie żyjesz, Standing. Lecz nie umrzesz w

kaftanie. Wywieziemy cię na cmentarz ze szpitala.

Tym razem na poprzedni kaftan założono drugi od pleców i zasznurowano z przodu.
— Boże, Boże, naczelniku, jest zimno — szydziłem. — Jest silny mróz. Dzięki ci za dwa

kaftany. Nareszcie będzie mi ciepło.

— Ciaśniej — zachęcał Ala Hutchinsa, który zaciągał sznury. — Nogi na kark! Połam mu

żebra!

Muszę przyznać, że Hutchins bezbłędnie wykonywał polecenia.
— Będziesz o mnie rozsiewał kłamstwa — krzyczał naczelnik, a żar wina i złość posunięta do

ostatecznych granic opanowywały mu twarz coraz wyraźniej. — Widzisz, co za to masz. Przyszła
na ciebie kolej, Standing. Już koniec. Słyszysz? To koniec.

— Jedną łaskę, naczelniku — wyszeptałem cicho. Mdlałem. Na skutek okropnego zaciśnięcia

sznurów już prawie traciłem przytomność. — Daj potrójny kaftan — zdołałem dalej mówić,
podczas gdy mury celi krążyły wkoło mnie, ja zaś siłą woli starałem się zachować przytomność,
wyciskaną ze mnie przez dwa kaftany. — Jeszcze jeden kaftan… naczelniku… będzie… o…
wiele… cieplej.

background image

Szept mój zgasł, zapadłem bowiem w otchłań małej śmierci.
Po tym podwójnym kaftanie bezpieczeństwa nie zdołałem już w pełni dojść do siebie. Nigdy,

aż   po   dzisiejszy   dzień,   nie   odzyskałem   apetytu,   niezależnie   od   otrzymywanego   pokarmu.
Cierpiałem na wewnętrzne dolegliwości, których nawet nie starałem się dociec. Gdy piszę te
słowa, wciąż odczuwam ból w żebrach i w żołądku. Nieszczęsna, udręczona maszyna osiągnęła
jednak swój cel. Dzięki niej żyję do dziś, ona też podtrzyma mnie przy życiu jeszcze przez jakiś
czas, aż do dnia, w którym wyprowadzą mnie stąd w koszuli bez kołnierza i zarzucą na szyję
stryczek z doskonale wyciągniętego powrozu.

Ten   podwójny   kaftan   bezpieczeństwa   był   jego   ostatnim   słowem.   Całkowicie   złamał

naczelnika Athertona. Poddał się, gdy dowiodłem, że nie można mnie zabić. Powiedziałem mu
pewnego razu:

— Masz tylko jeden sposób na mnie, naczelniku, zakraść się tutaj w nocy z siekierą.
Jake Oppenheimer dobitnie przemówił do naczelnika:
— Słuchaj, naczelniku, to musi być dla ciebie istne piekło, gdy budzisz się codziennie rano i

znajdujesz na poduszce siebie samego.

A Ed Morrell:
— Twoja matka musiała bardzo nie lubić dzieci, gdy cię wychowywała.
Zdjęcie kaftana stanowiło dla mnie prawdziwą przykrość. Czułem brak mojej krainy snu.

Stwierdziłem, że mogę zawiesić życie siłą woli. Pomagało w tym zaciśnięcie piersi i żołądka
kołdrą. Tym sposobem osiągnąłem fizjologiczny i psychologiczny stan, podobny do tego, jaki
wywoływał   kaftan   bezpieczeństwa.   Mogłem   zatem   bez   dawnej   męki   unosić   się   do   woli   w
niezmierzonych przestworzach czasu.

Ed Morrell wierzył w moje przygody, zaś Jake Oppenheimer pozostał sceptykiem aż do końca.

W ciągu trzeciego roku pobytu w celi samotnej złożyłem wizytę Oppenheimerowi. Raz tylko
miałem okazję to uczynić, zupełnie nieoczekiwanie.

Po utracie przytomności znalazłem się w jego celi. Wiedziałem, że moje ciało leży w kaftanie

w mojej własnej celi. Chociaż przedtem nigdy go nie widziałem, zdawałem sobie sprawę z tego,
że ten człowiek to Jake Oppenheimer. Było to w lecie, leżał rozebrany na kołdrze. Przeraził mnie
widok jego trupiej twarzy i podobnej do szkieletu postaci. Nie był nawet skorupą człowieka. Był
to jedynie zarys człowieka; kości połączone ze sobą, pozbawione ciała i pokryte podobną do
pergaminu skórą.

Dopiero po powrocie do mojej celi i po odzyskaniu przytomności byłem w stanie zastanowić

się nad tą sprawą i zrozumieć, że zupełnie tak, jak Jake Oppenheimer, wyglądał też Ed Morrell i
tak wyglądałem ja. Dreszcz mnie przeszedł na myśl o wielkości ducha, który ożywiał te nasze
kruche, nędzne szkielety, nas trzech niepoprawnych z samotnych cel. Ciało to rzecz łatwa do
zniszczenia. Trawa jest ciałem i ciało staje się trawą; tylko duch żyje i trwa. Nie znoszę tych
czcicieli ciała. Niech by zakosztowali samotnych cel w więzieniu w San Quentin, szybko by się
nawrócili i nauczyli cenić oraz należycie czcić ducha.

Wróćmy jednak do mej wizyty u Oppenheimera. Wyglądał jak człowiek od dawna umarły i

spalony przez żar pustyni. Skóra jego miała kolor wyschniętego błota. Jego przenikliwe, żółto —
szare oczy zdawały się być częścią jego istoty, jeszcze żywą. Nie znały spokoju. Leżał na wznak,
oczy przelatywały szybko z miejsca na miejsce, podążając za lotem kilku much, unoszących się
nad nim. Zauważyłem też bliznę nad prawym łokciem i drugą na prawej kostce.

Po jakimś czasie ziewnął, obrócił się na bok i zaczął oglądać ranę nad biodrem. Oczyścił ją i

opatrzył prostym sposobem, jaki muszą stosować więźniowie samotnych cel. Poznałem tę ranę
— takie uszkodzenia ciała powoduje kaftan bezpieczeństwa. W chwili, gdy piszę te słowa mam
na ciele setki ran od kaftana.

background image

Następnie Oppenheimer obrócił się znowu na wznak, ujął ostrożnie dwoma palcami, wielkim i

wskazującym, jeden z przednich zębów, tzw. kieł i zaczął powoli poruszać nim do przodu i do
tyłu. Ziewnął znowu, wyciągnął ręce, obrócił się i zapukał do Eda Morrella.

Oczywiście od razu zrozumiałem sygnał.
— Domyślałem się, że nie śpisz — pukał Oppenheimer. — Co słychać z profesorem?
Wówczas usłyszałem z oddali pukanie Morrella; opowiadał, że przed godziną nałożyli mi

kaftan i że, jak zwykle, jestem już głuchy na wszelkie pukane rozmowy.

— Dobre z niego stworzenie — pukał dalej Oppenheimer. — Nigdy nie miałem zaufania do

uczonych facetów, lecz jego wykształcenie wcale go nie zepsuło. To człowiek prawy. Zbierz
wszystkich szpicli z całego świata, a nie nakłonią go do wydania czegokolwiek nawet w ciągu
miliona lat.

Ed   Morrell   potwierdził   jego   zdanie   i   jeszcze   je   rozwinął.   Zanim   ruszą   dalej,   muszę

powiedzieć, że przeżyłem wiele lat i wcieleń, w żywotach tych miałem niejeden powód do dumy,
najbardziej dumny czułem się jednak w chwili, gdy moi dwaj współtowarzysze z cel samotnych
wypowiadali te pochwały. Ed Morrell i Jake Oppenheimer byli wielkimi duchami i nigdy nie
doznałem większego zaszczytu niż przyjęcie do ich towarzystwa. Byłem pasowany na rycerza
przez królów. Cesarze obdarzali mnie szlachectwem i ja sam, jako król, doceniałem te uroczyste
chwile.   Jednak   żadnego   z   tych   minionych   przeżyć   nie   cenię   tak   wysoko,   jak   tę   pochwałę,
wyrażoną   przez   dwóch   dożywotników   w   celach   samotnych,   ludzi   uznanych   przez   świat   za
największe bagno, zakał społeczeństwa.

Później, gdy odzyskałem przytomność po tym szczególnym okresie uwięzienia w kaftanie,

opowiedziałem o owej wizycie w celi Jake’a, na dowód, że duch mój rzeczywiście opuszcza
ciało. Jake nie dał się przekonać.

— To po prostu domniemanie, które jest czymś więcej niż domniemaniem — odparł, gdy mu

zrelacjonowałem jego kolejne czynności, wykonywane podczas pobytu mego ducha w jego celi.
— Wyobraźnia. Sam jesteś prawie od trzech lat zamknięty w samotnej celi, profesorze, i możesz
sobie z łatwością wyobrazić, co może robić każdy facet zabijając czas. Nie wymieniłeś nic, czego
byście ty i Ed nie robili tysiąc razy, od leżenia nago w upalny dzień aż do śledzenia lotu much,
opatrywania ran i pukania.

Morrell trzymał moją stronę, lecz bezskutecznie.
— Nie przejmuj się tym, profesorze — pukał Jake. — Nie mówię, że kłamiesz. Powiadam, że

zapadasz w sen w kaftanie i wyobraźnia pracuje bez twojej wiedzy. Rozumiem, że wierzysz w to,
co mówisz i sądzisz, że tak jest istotnie; lecz to mnie nie przekonuje. Zdaje ci się, choć nie wiesz,
że to wyobraźnia — to coś, co towarzyszy ci wciąż, chociaż nie zdajesz sobie sprawy z tego,
dopóki nie zapadniesz w stan snu i zawrotów głowy.

— Zaczekaj, Jake — pukałem. — Wiesz, że oczy moje nigdy cię nie oglądały. Prawda?
— Nie mogę wierzyć w to tak do końca, profesorze. Mogłeś mnie widzieć, nie wiedząc, że to

ja.

—   Jednak   —   ciągnąłem   dalej   —   chociaż   cię   nigdy   nie   widziałem   bez   ubrania,   mogę

stwierdzić, że masz bliznę powyżej prawego łokcia, a drugą na prawej kostce.

— Głupstwo — odparł. — Wszystko to znajdziesz w mojej więziennej kartotece. Tysiące

szefów policji i detektywów wie o tym wszystkim doskonale.

— Nigdy o tym nie słyszałem — zapewniałem go.
—   Nie   pamiętasz,   abyś   słyszał   —   poprawił.   —   Jednak   musiałeś   słyszeć.   Pomimo   że

zapomniałeś, informacja pozostała w mózgu, zachowałeś ją na przyszłość, tylko nie pamiętasz,
gdzie była ukryta. Potrzebny ci zawrót głowy, abyś mógł sobie to przypomnieć.

— Czy zdarzyło ci się kiedyś zapomnieć imienia człowieka, którego znałeś kiedyś tak dobrze,

background image

jak brata? Ze mną tak było. Był pewien przysięgły, który mnie skazał w Vakland, wówczas, gdy
mnie posadzono na pięćdziesiąt lat. Któregoś dnia zauważyłem, że nie pamiętam, jak się ów
człowiek nazywa. Przez kilka tygodni starałem się odtworzyć jego imię z pamięci. Fakt, że nie
mogłem go stamtąd wygrzebać nie dowodzi, że go tam nie ma. Nie zostało odłożone tam, gdzie
trzeba było i koniec. Na dowód powiem ci, że pewnego dnia, gdy nie myślałem o tym, imię to
samo przyszło mi do głowy. Stacy, wypowiedziałem, Józef Stacy! Tak się nazywał. Rozumiesz?

Mówisz o bliznach tylko to, co wszyscy wiedzą. Jak dotarłeś do tej informacji, nie wiem,

przypuszczam, że ty sam tego nie wiesz. Mój pogląd jest inny. Oto jak się zapatruję na tę kwestię.
To, co wszyscy wiedzą, mnie nie przekona. Jestem zbyt krytyczny, bym się dał złowić na tę
wędkę.

Zasada   najmniejszego   działania   Hamiltona   przy   rozważaniu   dowodów!   Ten   więzień,

wychowany na ulicy, miał tak przenikliwy umysł, że sam doszedł do wniosków sformułowanych
w prawie Hamiltona, co więcej — ściśle je stosował.

Jednak, co było pocieszającym odkryciem, to fakt, że Jake Oppenheimer był intelektualnie

uczciwy. Drzemałem już tego wieczoru, gdy wezwał mnie zwykłym sygnałem.

— Słuchaj, profesorze, mówisz, że widziałeś, jak poruszałem mój kiwający się ząb. To mi

trafia do przekonania. To jedno, czego nie pojmuję: skąd możesz o tym wiedzieć? Ząb rusza mi
się dopiero od trzech dni i nie wspomniałem o tym nikomu.

background image

Rozdział XXI

Pascal powiedział: „Zastanawiając się nad postępem ewolucji człowieka, umysł filozoficzny

powinien patrzeć na ludzkość jako na jednego człowieka, nie zaś jako na zbiór jednostek”.

Siedzę tu wśród morderców w Folsom, monotonne brzęczenie much dźwięczy mi w uszach i

zastanawiam się nad tą myślą Pascala. Prawda. Ja, embrion ludzki, w ciągu krótkich dziesięciu
miesięcy księżycowych, odtwarzam całą historię życia organicznego, od rośliny aż do człowieka,
z zadziwiającą  szybkością,  w miriadach form i podobieństw pomnożonych  wielokrotnie;  jak
człowiek — chłopak w ciągu krótkich chłopięcych lat odtwarza dzieje człowieka pierwotnego w
dzikich   i   okrutnych   czynach,   od   lekkomyślnego   zadawania   bólu   istotom   słabszym   do
świadomości plemienia, wyrażonej chęcią biegania wraz z gromadą innych chłopców; tak też ja,
Darrell Standing, odtworzyłem i przeżyłem na nowo wszystko to, czym człowiek pierwotny był,
co czynił, czym został, aż wreszcie stał się tobą i mną, i resztą rodzaju ludzkiego w dwudziestym
wieku cywilizacji.

Istotnie, nosimy w sobie, każdy z nas, żyjących dzisiaj na ziemi, niezmienną historię życia od

samych jego początków. Historia ta jest wypisana w naszych tkankach i w naszych kościach, w
komórkach   mózgowych   i   w   naszych   duszach   oraz   we   wszelkiego   rodzaju   fizycznych   i
psychicznych potrzebach oraz atawistycznych instynktach. Byliśmy niegdyś podobni do ryb, ty i
ja, czytelniku, wyszliśmy z morza jak pionierzy na wielką nieznaną suchego lądu, którą obecnie
przeżywamy. Mamy jeszcze na sobie znak morza, mamy i znak węża, pochodzący z czasów nim
wąż stał się wężem, a my zostaliśmy sobą, gdy przed — wąż i przed — my stanowiliśmy jedno.
Lataliśmy niegdyś w powietrzu, mieszkaliśmy na drzewach i ciemność budziła w nas lęk. Ślady
zostają wyryte na tobie i na mnie, ukryte w naszym nasieniu, aby zmaterializować się w naszych
czasach na ziemi.

Przeżyłem   to,   co   Pascal   ujrzał   w   jasnowidzeniu.   Widziałem   siebie,   jako   tego   jednego

człowieka, którego badało oko filozofii Pascala. Znam opowieść, najprawdziwszą, a zarazem
najdziwniejszą, bo dotyczącą mnie samego, lecz wątpię, bym umiał ją odpowiednio przekazać,
tak, abyś ty, czytelniku, zrozumiał to, co ci przekazuję. Mówię, że widziałem siebie jako tego
jednego człowieka, o którym wspomina Pascal. Leżałem w okrutnych męczarniach kaftana i
widziałem   siebie,   jako   połączenie   tysięcy   ludzkich   wcieleń,   które   same   przez   się   stanowią
historię człowieka, wspinającego się wzwyż na przestrzeni wieków.

Jakież   królewskie   są   moje   wspomnienia,   gdy  powracam   do   dawno   minionych   eonów. W

kolejnych transach kaftana przeżyłem na nowo wiele wcieleń, objętych tysiącletnimi Odysejami
pierwotnych   zachowań   ludzkich.   O,   wielkie   nieba!   Nim   stałem   się   lnianowłosym   Ezyrem,
zamieszkującym Asgard, nim znalazłem się pośród czerwonowłosych Wanów, mieszkających w
Wanaheim, na długo przedtem nim nastąpiły te wydarzenia, działy się inne sprawy, o których
zachowałem   jakże   żywe   wspomnienia!   Pamiętam   wcześniejszy   moment,   kiedy,   jak   puszek
niesiony wiatrem, uciekałem na południe przed kolejnymi zlodowaceniami.

Umierałem z głodu i chłodu, ginąłem wśród walk i powodzi. Zrywałem jagody na pustym

szkielecie ziemi i wygrzebywałem korzonki z żyznych łąk i pól. Ryłem podobiznę renifera i
włochatego mamuta na kości słoniowej i na skalistych ścianach mojego schroniska w pieczarze,
podczas gdy na zewnątrz szalały zimowe burze. Rozbijałem się w miejscach, w których ongiś
wznosiły się opustoszałe miasta królewskie lub w takich, w których miasta takie miały dopiero
powstać setki lat po moim zgonie. Pozostawiałem tam kości moich przejściowych szkieletów.
Tam albo w głębinach wodnych, na lodowych ścieżkach i w polodowcowych jeziorach.

Żyłem w ciągu wieków znanych dziś w nauce jako okres paleolityczny, neolityczny i brązu.

Pamiętam, jak z naszymi domowymi wilkami pasaliśmy nasze renifery na północnym wybrzeżu

background image

Morza śródziemnego, gdzie teraz znajdują się Francja, Włochy i Hiszpania. Było to jeszcze w
czasach zanim lodowce cofnęły się ku biegunom. Wiele razy przekraczałem równik i wiele razy
wówczas traciłem życie, czytelniku… tylko ja pamiętam, ty nie.

Byłem Synem Pługa, Synem Ryby i Synem Drzewa. Wszelkie wiary od początku powstania

religii żyją we mnie. Gdy Dominie w kaplicy, tu, w Folsom, w niedzielę, modli się do Boga w
swój własny, poczciwy, współczesny sposób, wiem, że w nim, w Dominie tkwi jeszcze cześć dla
Pługa, Ryby i Drzewa, a także cześć oddawana Asztarte i Nocy.

Byłem władcą aryjskim w starym Egipcie, podczas gdy żołnierze moi bazgrali bezeceństwa na

rzeźbionych grobach dawno zmarłych i zapomnianych królów. Ja, aryjski władca starego Egiptu,
wzniosłem dla siebie dwa grobowce: jeden fałszywy — olbrzymią  piramidę, którą budować
musiało  całe  pokolenie  niewolników;  drugi skromny, nędzny, ukryty, wykuty w skale  pustej
doliny przez niewolników, którzy skonali natychmiast po wykonaniu dzieła… Rozmyślam tu, w
Folsom, podczas gdy demokracja śni swój złoty sen nad dwudziestym stuleciem świata, czy tam,
w skalistej krypcie ukrytej, pustej doliny są jeszcze kości, które niegdyś były moimi i nadawały
sztywność żywemu ciału, gdy byłem władcą aryjskim i wydawałem rozkazy.

Podczas wielkiej wędrówki w kierunku zachodnim i południowym, pod palącym słońcem,

które zabiło wszystkich potomków rodu Asgard i rodu Wanaheim, byłem królem na Cejlonie,
budowałem aryjskie gmachy na starej Jawie i starej Sumatrze. Umierałem sto razy w wielkich
wyprawach   przez   morza   południowe,   nim   odrodziłem   się,   by   wznosić   gmachy,   jakie   tylko
Aryjczyk   potrafi   wznieść   na   wulkanicznych   wyspach   zwrotnikowych,   których   ja,   Darrell
Standing nazwać nie umiem, obcą mi jest dziś bowiem tak odległa geografia morska.

O! Gdybym mógł oddać za pomocą słów wszystko to, co widzę, wiem i posiadam w moim

rozległym   umyśle   zawierającym   wielką   wędrówkę   z   czasów   poprzedzających   historię!   Tak,
mieliśmy swoją historię nawet wówczas! Nasi starcy, kapłani i mędrcy ujęli nasze dzieje w
opowiadania i wypisali je w gwiazdach, by potomkowie nasi, kiedyś w przyszłości, nie mogli
tego zapomnieć. Z niebios pochodził deszcz życiodajny i światło słońca. Studiowaliśmy niebiosa,
ucząc się od gwiazd obliczać czas i określać pory roku; nadaliśmy gwiazdom imiona naszych
bohaterów, naszych pokarmów i narzędzi do zdobywania żywności; nazwaliśmy je, biorąc za
podstawę nasze wędrówki i zmagania, by miały związek z naszymi lękami i nadziejami.

Sądziliśmy, niestety, że niebiosa, na których wypisano nasze pokorne prośby i pełne pokory

uczynki,   spełnione   lub   wymarzone,   będą   nam   przychylne,   dadzą   się   zakląć.   Pamiętam,   gdy
byłem Synem Byka, całe życie zeszło mi na patrzeniu w gwiazdy. Później i wcześniej były inne
życia, wówczas łączyłem mój głos z pieśnią kapłanów i bardów o gwiazdach, w których, jak
sądziliśmy, wypisana była nasza nieśmiertelność! A teraz, pod koniec mego życia, ślęczę tutaj
nad dziełami o astronomii, wypożyczonymi z biblioteki więziennej; to dzieła, które wolno czytać
skazanym. Zrozumiałem po ich lekturze, że nawet niebo jest ruchomą falą, która przemija pod
wpływem wędrówki gwiazd, tak, jak ziemię zmieniają wędrówki ludów.

Dzięki tym zasobom współczesnej wiedzy, mogłem, wracając dzięki małej śmierci z mych

poprzednich wcieleń, porównać niebiosa dawne i nowe. Gwiazdy ulegają zmianom. Widziałem
gwiazdy   północne,   całe   ich   gromady.   Dziś   gwiazda   północna   jest   częścią   gwiazdozbioru
zwanego   Małą   Niedźwiedzicą.   W   tych   odległych   dniach   równie   mocno   świeciły:   Smok,
Herkules,   Wega,   Łabędź   i   Cefeusz.   Nie.   Nawet   gwiazdy   nie   pozostają   takie   same,   chociaż
wspomnienie i wiadomości o nich przetrwały we mnie, w moim duchu, który jest wspomnieniem
— a przecież zjawisko to ciągle trwa. Tylko duch pozostaje. Wszystko inne to tylko materia,
która przemija i musi przeminąć.

Sam   widzę   dzisiaj   siebie,   tego   jednego   człowieka,   który   zjawił   się   w   dawnym   świecie;

jasnowłosy, okrutny, morderca i kochanek, mięsożerny i zbieracz korzonków, włóczęga i zbój,

background image

przez tysiąc lat idzie z oszczepem w dłoni, wędruje poprzez świat, szuka mięsa, by mieć się czym
posilić i odnajduje zaciszne schronienia dla swych potomków.

Ja jestem tym człowiekiem, jego sumą, całością, tym bezwłosym, dwunogim stworzeniem,

które wyszło z błota, wywalczyło sobie prawo do drogi ku górze, odkryło miłość i prawo w
chaosie   wędrownego  życia,   którego   ryk   przenikał   gąszcze   dżungli.   Jestem  wszystkim,   czym
człowiek był i co osiągnął. Przez bólem trawione szeregi pokoleń, widzę siebie, jak tropię i
zabijam zwierzynę i ryby, wytrzebiam pierwsze pola w leśnych gęstwinach, z kamienia i kości
wyrabiam prymitywne narzędzia, wznoszę domy z drewna, pokrywam dachy ich liśćmi i słomą,
uprawiam dziko rosnące trawy i korzenie łąk. Poprzedzają one ryż i proso, pszenicę, jęczmień i
wszelkie jadalne zboża. Uczę się uprawiać ziemię, zasiewać, zbierać i przechowywać, wybijam
włókna rośliny, by uprząść z nich nitkę, buduję systemy nawadniające, obrabiam metale, tworzę
rynki zbytu i drogi handlowe, buduję statki, odkrywam nowe szlaki żeglarskie, organizuję życie
wiejskie, łączę wioski z wioskami aż staną się plemieniem, łączę plemiona, by utworzyły naród,
wciąż odkrywam prawa przyrody, ustanawiam prawa ludzkie, by społeczności żyły w przyjaźni i
w zjednoczonym wysiłku, by pobiły i wytępiły wszelkie pełzające stwory, które żyjąc, są dla nich
zagrożeniem.

Ja byłem tym człowiekiem we wszystkich jego narodzinach i wysiłkach. Ja i dziś nim jestem,

gdy czekam na śmierć wymierzoną przez to prawo, w tworzeniu którego brałem udział przed
wieloma tysiącami lat; na rozkaz tego prawa umierałem niejeden już raz, konałem wiele razy.
Gdy tak spoglądam w moją rozległą przeszłość, widzę niektóre wielkie i przepiękne chwile,
wśród nich najważniejsza jest miłość kobiety, miłość mężczyzny do kobiety swego gatunku.
Widzę   siebie,   jedynego   mężczyznę,   kochanka,   zawsze   kochanka.   Tak,   byłem   też   wielkim
wojownikiem, lecz gdy tak siedzę i w spokoju rozpatruję wszystko, zdaje mi się, że przede
wszystkim   byłem   wielkim   kochankiem.   Dlatego   zaś,   że   wiele   kochałem,   byłem   wielkim
wojownikiem.

Myślę czasami, że dzieje człowieka to dzieje jego miłości do kobiety. Wspomnienia mej całej

przeszłości, którą opisuję, to przypomnienie miłości do kobiety. W tysiącach wcieleń i przemian
kochałem   ją   zawsze.   I   dziś   ją   kocham.   Ona   wypełnia   moje   sny;   pierwsza   moja   myśl   po
przebudzeniu wiedzie nieomylnie do niej. Nie ma sposobu ucieczki od tej wiecznej, uroczej,
zawsze promiennej postaci kobiecej.

Nie osądzajcie mnie pochopnie. Nie jestem namiętnym,  rozgorączkowanym młodzieńcem.

Jestem starszym mężczyzną, ze złamanym zdrowiem i wkrótce mam umrzeć. Jestem uczonym i
filozofem. Jak całe pokolenia filozofów przede mną, poznałem naturę kobiety taką, jaką ona jest
naprawdę, znam jej słabości, podłość i brak skromności, jej bezwstyd, stopy, stąpające twardo po
ziemi i oczy, które nigdy nie widziały gwiazd. Lecz jej odwieczna potęga pozostaje niezmienna:
stopy jej są piękne, oczy cudowne, a ręce i piersi to przedsmak rozkoszy. Roztacza wokół siebie
urok tak przemożny, że z łatwością przyciąga mężczyznę, tak, jak magnes przyciąga igłę.

To kobieta sprawiła, że nie lękałem się śmierci i pokonywałem trudy życia, że czułem pogardę

dla snu i zmęczenia. Z miłości do kobiety zabijałem ludzi, gorącą krwią święciłem nasze weselne
gody.   Gotów   byłem   na   śmierć   i   najgorsze   upodlenie,   ciąży   nade   mną   zdrada   moich
współtowarzyszy i gwiazd — w imię kobiety, a raczej w moje imię, gdyż to ja stworzyłem taki
jej wizerunek. Ukryty w łanach zboża czekałem na nią, zbolały z tęsknoty, pragnący, by przeszła
obok mnie, abym mógł nasycić mój wzrok blaskiem jej urody, pieścić spojrzeniem jej włosy,
czarne jak noc, ciemne, lniane lub złote od słońca.

Kobieta stanowi w oczach mężczyzny ideał piękna. Jest słodyczą dla jego ust, wonią kwiatów

dla nozdrzy. Rozpala ogień we krwi i grzmi, by go przebudzić ze snu. Nie ma piękniejszej
muzyki niż jej głos, ona wytrąci z równowagi duszę stojącą dumnie przed tytanami światła i

background image

ciemności.

Pośród swoich niebios, za zasłoną utkaną z gwiazd, mężczyzna osadził ją na tronie: walkirie

lub hurysy, bez nich bowiem nie pojmuje nieba. Tak słodko nie dźwięczy mu  pieśń miecza
podczas bitwy, jak śmiech kobiety rozlegający się wśród blasku księżyca, miłosne westchnienie o
zmierzchu lub choćby obraz jej w blasku słońca, gdy on, w trawie ukryty spogląda na nią z
tęsknotą.

Umierałem z miłości. Umierałem też i za miłość, jak się dowiecie. Mnie, Darrella Standinga,

poprowadzą wkrótce na śmierć. Będzie to śmierć w imię miłości. Byłem bardzo poruszony, gdy
zabiłem   profesora   Haskella   w   laboratorium   uniwersytetu   w   Kalifornii.   Był,   tak   jak   i   ja,
mężczyzną. A między nami była piękna kobieta. Rozumiesz? Była kobietą, a ja mężczyzną i
kochankiem, któremu dane było całe dziedzictwo miłości od czasu czarnych gąszczów dżungli,
nim jeszcze miłość była miłością, a mężczyzna mężczyzną.

O! To nic nowego. W przeszłości niejednokrotnie ofiarowywałem życie i honor, stanowisko i

władzę w zamian za miłość. Psychika mężczyzny różni się od psychiki kobiety. Ona bliższa jest
chwili obecnej, pragnie tego, co może osiągnąć natychmiast. Nasz, męski honor jest bardziej
wzniosły niż jej poczucie dumy. Nasz wzrok biegnie daleko i dosięga gwiazd, jej oko zaś nie
dojrzy więcej niż twardy grunt pod stopami, niż pierś kochanka i drobna dziecina na ręku. A
jednak, tak dziwnie złożyła nas alchemia wieków, iż kobieta czyni cuda w naszych snach i krwi.
Znaczy więcej niż sny i marzenia, niż krew, niż cały świat. Rację ma kochanek, który tak mówi.
Inaczej bowiem mężczyzna nie byłby mężczyzną, wojownikiem i zwycięzcą, idącym do celu,
pokonującym przeszkody. Gdyby zaś mężczyzna nie był kochankiem, królem — kochankiem,
nie   byłby   nigdy   królem–wojownikiem.   Walczymy,   umieramy   i   żyjemy   dla   tych,   których
pokochaliśmy.

Ten jeden mężczyzna to ja. Widzę te liczne jednostki, które, połączone, wykreowały mnie.

Widzę zawsze kobietę, tych wiele kobiet, które mnie rodziły i pogrążały w nicości, które mnie
kochały i posiadały mą miłość.

Pamiętam,   o!   —   dawno   już   temu,   gdy   rodzaj   ludzki   dopiero   rozpoczynał   swą   historię,

postanowiłem   wykopać   dół,   by   zastawić   w   nim   sidła.   W   środek   dołu   wbiłem   ostry   pal,
przeznaczony do osadzenia na nim ostrokła. Ostrokieł, o długich kłach i włosach był dla nas
największym zagrożeniem. Nocą zbieraliśmy się przy ognisku, w dzień zaś wznosiliśmy coraz
wyższy wał z muszli, które zlepialiśmy mułem wygrzebanym ze słonego błota. Gdy rozlegał się
ryk ostrokła, wszystkich przeszywał nagły strach. Wpadałem wówczas w szał na wspomnienie
pułapki w jamie. Uspokajała mnie, otaczając ramieniem, kobieta, która walczyła z szaleńcem,
powstrzymywała mnie, bym nie odchodził w ciemność, jak to zamierzałem uczynić. Odziana
była jedynie w skóry zwierząt zabitych przeze mnie; czarna od dymu obozowego, nie myta od
czasu wiosennych deszczów, miała nierówne i połamane paznokcie, ręce raczej do szponów niż
do kobiecych dłoni podobne, lecz oczy miała błękitne jak niebo w lecie, głębokie, jak niebo
bezdenne, a w oczach, w ramionach, w których mnie tuliła i w sercu, które biło zgodnie z moim
sercem, było to, co mnie przy niej trzymało… chociaż przez całą noc, aż do brzasku, kiedy cichł
ryk ostrokła, słyszałem, jak moi współplemieńcy i ich kobiety drwili ze mnie, że widocznie nie
dość wierzę we własny pomysł zabicia potwora, skoro boję się podejść nocą do pułapki. Kobieta
moja, dzika dziewoja, trzymała mnie, również dzikiego. Obezwładniały mnie jej ramiona i nogi, i
serce bijące przy moim, oddalając myśl o mym najgorętszym marzeniu, wielkim dziele, jakim
miało być pojmanie i zabicie ostrokła na palu w jamie.

Byłem kiedyś łucznikiem Ushu, pamiętam doskonale. Zabłądziłem w olbrzymim lesie i nie

mogłem   odnaleźć   mego   ludu,   aż   wreszcie   wyszedłem   na   równinę   pokrytą   żyznymi   polami.
Przyjął mnie lud obcy, spokrewniony ze mną, bo skórę miał białą, złociste włosy i mowę nieco

background image

zbliżoną do naszej. Poznałem Igar, którą zwabiłem nocą, śpiewając mą pieśń. Była stworzona na
matkę silnej rasy, szeroko zbudowana, od razu wiedziałem, że pragnie mężczyzny o silnych
muskułach i głębokiej piersi, który opiewałby swe czyny: walkę i polowania. Kobieta rozumiała
w tym obietnicę przyszłego życia, w którym nie zazna głodu, otoczona będzie opieką i poświęci
się wychowaniu potomstwa.

Ludziom,   których   poznałem  obca   była   mądrość   mego   ludu.   Nadal   suszyli   oni   i  dołowali

mięso, do walki używali drągów i kamiennych dzirytów i nie znali zalet szybkolotnej strzały z
nacięciem   u   końca,   służącym   do   zaczepiania   skóry   renifera,   dobrze   naciągniętej,   która   po
naciśnięciu sprężyny na wygiętej w środku cięciwie leciała wprost przed siebie.

Obcy ludzie śmiali się, gdy śpiewałem o zmierzchu. Ona jedna, Igar, wierzyła i ufała mi.

Zabrałem   ją   z   sobą   na   łowy,  by   mogła   zobaczyć,   jak   jelenie   podchodzą   do   wody.   Strzała
przeleciała   z   furkotem,   trafiony   jeleń   upadł   nieżywy.  Ciepłe   mięso   jelenie   było   smaczne,   a
kobieta już pozostała moją, tam, nad przezroczystą wodą.

Ze   względu   na   Igar   pozostałem   z   tymi   obcymi   ludźmi.   Nauczyłem   ich   robić   łuki   z

czerwonego,   pachnącego   drzewa,   podobnego   do   cedrów.   Nauczyłem   ich   sztuki   polowania:
celowania lewym okiem, wykonywania tępych strzał na małą zwierzynę i rozszczepionych z
kości na rybę, ciosania ostrzy ze skał na jelenia i innych na dzikiego konia i na starego ostrokła.
Śmiali się z moich strzał, dopóki nie przebiłem na wylot zwierzęcej skóry. Wówczas zacząłem
cieszyć się szacunkiem całego plemienia.

Byłem łucznikiem Ushu, Igar zaś moją kobietą i żoną. Obserwowaliśmy z radością w piękny,

słoneczny ranek, jak nasze dzieci, młody mężczyzna i młoda kobieta, złote jak pszczoły, skakały
i przewracały się na murawie. Nocą zaś Igar znajdowała ukojenie w mych objęciach, kochała
mnie, a ja ją. Zachęcała, bym przebywał jak najwięcej w obozie, gdzie mogłem zajmować się
wyrabianiem   strzał   dla   innych   mężczyzn,   którzy   w   zamian   przynosili   nam   mięso,   zdobyte
podczas   niebezpiecznych   łowów.  Usłuchałem   jej,   utyłem,   oddech   miałem   ciężki,   a   w   ciągu
długich   nocy   dręczyła   mnie   myśl,   że   mężczyźni   obcego   plemienia   przynoszą   mi   mięso,
doceniając moją mądrość i honor, lecz drwią z mojej tuszy i mej niechęci do łowów i wszelkich
walk.

Byłem  już  w  podeszłym  wieku,   synowie   nasi   dorośli,  a  córki   wychowywały  swe  własne

dzieci,   gdy  napadli   na   nas   z   południa   ciemnoskórzy  ludzie   o   płaskim   czole   i   wydłużonych
czaszkach.   W   ucieczce   przed   nimi   cofnęliśmy   się   aż   do   podnóża   gór.   Igar   wykonała   gest
wszystkich moich towarzyszek z poprzednich i następnych wcieleń: objęła mnie ramionami i
usiłowała powstrzymać od wzięcia udziału w bitwie.

Chociaż otyły i cierpiący na ataki duszności, odsunąłem ją od siebie. Płakała z żalu, że jej już

nie kocham, ja zaś rzuciłem się w wir walki. Walczyłem w nocy i o świcie; wśród świstu strzał i
naciągania łuków pokazaliśmy tym dzikusom, co znaczy zręczność w boju, spryt i wola walki.

Gdy padłem pod koniec walki, wokół mnie rozległa się pieśń śmierci, a słowa jej zdawały się

powtarzać   to,  co  opowiadałem  o  mym  życiu,  będąc  łucznikiem  Ushu.  Były  tu  także  słowa,
poświęcone   Igar,   mojej   kobiecie,   towarzyszce   mego   życia,   która,   obejmując   ramionami,
usiłowała zatrzymać mnie z dala od bitwy.

Niegdyś, nikt dokładnie nie wie, kiedy, w każdym razie dawno temu, gdy ludzkość dopiero

rozpoczynała swą wędrówkę, mieszkaliśmy nad wielkimi bagnami. Wzgórza wznosiły się nad
brzegami potężnej, spokojnej rzeki, nasze kobiety zbierały korzonki i jagody, a my, mężczyźni,
polowaliśmy w górach na jelenie, dzikie konie, antylopy i elki. W rzece łowiliśmy ryby; kobiety
tkały sieci z włókien młodych drzew.

Byłem   człowiekiem   ruchliwym,   tak   ciekawym   świata,   jak   antylopa,   którą   obserwowałem

ukryty w trawie, gdy skubała soczyste źdźbła trawy. W moczarach, na brzegach grobli, prosto z

background image

wody, dziko wyrastał ryż. Co rano budził nas śpiew kosów ulatujących na bagniska. Dźwięk ten
towarzyszył nam też w długie wieczory, gdy ptaki powracały, by ukryć się na noc w konarach
drzew.  Był   to   czas   dojrzewania   ryżu.   Mieliśmy  też   kaczki,   które,   tak   jak   kozy,  tuczyły   się
dojrzałymi ziarnami ryżu, wyłuskanymi przez słońce.

Ponieważ byłem człowiekiem zawsze niespokojnym, wciąż czegoś szukałem i bezustannie

myślałem,  co   może  być   za  górami,  za   moczarami   i  na  dnie   rzeki,   przyglądałem  się  dzikim
kaczkom i kozom, aż wreszcie rozmyślania moje wywołały widzenie.

Oto treść tego, co ujrzałem.
Mięso   stanowi   dobry   pokarm.   Ostatecznie,   gdyby   wziąć   pod   uwagę   sam   początek   jego

powstawania, pochodzi ono od trawy. Mięso kaczki i kozy zaś z nasienia ryżu. Polowanie na
kaczki ze strzałą nie jest warte całego towarzyszącego mu trudu skradania się i wielogodzinnego
czatowania w ukryciu. Kos jest za mały, by go przeszyć strzałą — to robota dla chłopca, który
uczy się strzelać i chce nabrać wprawy, by później celnie trafiać grubą zwierzynę. Jednak w
sezonie dojrzewania ryżu kaczki i kozy tuczą się na nim. Dlaczego więc ja i moi bliscy, nie
mielibyśmy również utyć od ryżu?

Myślałem o tym w osadzie, która była ponura i milcząca. Dzieci gaworzyły tuż przy mnie,

lecz nie zwracałem na nie uwagi. Anruga zaś, towarzyszka moja i kobieta, na próżno gderała,
zachęcając, bym poszedł na łowy i zdobył więcej mięsa dla naszej licznej gromadki.

Arunga była kobietą, którą wykradłem z pewnego górskiego plemienia. W ciągu dwunastu

miesięcy   od   chwili   jej   uprowadzenia,   uczyliśmy   się   mowy   zrozumiałej   dla   nas   obojga.   O!
Pamiętam ten dzień, gdy zeskoczyłem ze zwisających konarów drzewa, by ją pochwycić, gdy
przechodziła  ścieżką  na uboczu.  Spadłem  całym   ciężarem  na  jej  ramiona,  biłem,  szarpałem.
Broniła  się  jak kot.  Kopała  i  gryzła  mnie.  Paznokcie  szarpały i  darły skórę  tak,  jak  pazury
dzikiego kota. Uspokoiłem ją jednak i ujarzmiłem, obijając przez dwa dni. Lecz w końcu zeszła
wraz ze mną ze wzgórz na żyzną równinę nad rzekę łączącą ryżowe moczary, gdzie tuczą się
kaczki i kozy.

Widzenie   moje   miało   miejsce   w   porze   dojrzewania   ryżu.   Umieściłem  Arungę   w   pniu   z

wypalonym wnętrzem, który przypominał prymitywną łódkę. Kazałem jej wiosłować. Z tyłu, na
dnie łodzi, rozciągnąłem wygarbowaną skórę jelenia, na której kładłem ryżowe łodygi i uderzając
w   nie   dwoma   grubymi   kijami   młóciłem   ziarno,   które   inaczej   zjadłyby   ptaki.   Gdy   się
napracowałem,   przy   młóceniu   ryżu   zastąpiła   mnie   Arunga,   ja   zaś   siedziałem   w   łódce,
wiosłowałem i wydawałem rozkazy.

Przedtem jedliśmy surowy ryż, który nie bardzo nam smakował. Teraz prażyliśmy go nad

ogniem,   ziarna   pękały,  wypadały   z   łusek   bielutkie   i   całe   plemię   spieszyło,   by  zakosztować
przysmaku.

Potem znano nas już jako jedzących ryż i nazywano nawet „synami ryżu”. Krótko potem, gdy

Synowie Rzeki wypędzili nas z moczar na wyżyny, wzięliśmy ze sobą nasienia ryżu i zaczęliśmy
je uprawiać, umieliśmy bowiem wybierać największe ziarna na siew, toteż ryż, który jedliśmy
później, miał większe ziarna i był lepszy, prażony czy też gotowany.

Lecz wróćmy do Arungi. Powiedziałem, że broniła się i drapała jak kot, gdy ją ukradłem.

Pamiętam   jednak   czasy,   gdy   jej   własna   rodzina,   wywodząca   się   z   gór,   porwała   mnie   i
uprowadziła w swe rodzinne strony. Uczestniczyli w tym jej dwaj rodzeni bracia, ojciec i jego
brat. A jednak nie odeszła ode mnie i ze mną żyła dalej. W nocy, gdy leżałem związany, jak dziki
wieprz   do   zakłucia,   oni   zaś   strudzeni   zasnęli   przy   ognisku,   cichutko   podeszła   do   nich   i
roztrzaskała im głowy zrobioną przeze mnie maczugą. Płakała nad mym losem, uwolniła mnie i
uciekła  ze  mną;  wróciła  do  szerokiej,  błotnistej   rzeki,  gdzie  kozy i  błotniste  kaczki  szukają
pożywienia na ryżowych moczarach — działo się to przed najazdem Synów Rzeki.

background image

Taka była Arunga, jedyna, wieczna kobieta. Żyła w każdej epoce i na każdym kontynencie.

Nieśmiertelna.   W   odległym   kraju   nosiła   niegdyś   imię   Ruth.   Zwano   ją   też:   Izolda,   Helena,
Pocahontas i Una. Nie ma człowieka, który by jej nie szukał.

Pamiętam wiele kobiet, które przybrały postać tej Jedynej. Towarzyszyła mi w każdym czasie,

w każdym miejscu. Był czas, gdy Har, mój brat i ja spaliśmy i polowaliśmy na zmianę. Dniem i
nocą próbowaliśmy złapać dzikiego ogiera, który biegał wokół nas. Doprowadziliśmy go do
wyczerpania   wskutek   głodu   i   pragnienia.   Drżącego,   związaliśmy   powrozem   ukręconym   ze
ścięgna jelenia. To dzięki mojemu pomysłowi poskromiliśmy to szybkonogie zwierzę.

Gdy   wybierałem   się   na   tę   niebezpieczną   wyprawę,   Selpa,   moja   kobieta,   otoczyła   mnie

ramionami i głośno nalegała, by pojechał Har, a nie ja, on bowiem nie miał ani żony, ani dzieci i
w razie śmierci nie osierociłby nikogo. Kiedy zaczęła płakać, Har wskoczył na konia i odjechał.

Słońce zachodziło, gdy przynieśli Hara. Miał rozbitą głowę, mózg wyciekał z czaszki tak, jak

płynie miód z wywróconego ula. Matka Hara posypała sobie głowę popiołem i uczerniła twarz,
ojciec odciął do połowy palce  jednej  ręki na  znak rozpaczy. Wszystkie  kobiety, szczególnie
młode i niezamężne, zaczęły mi złorzeczyć! Starsze zaś kiwały mądrymi głowami i szeptały, że
ani ich ojcowie, ani ojcowie ojców nie zdradzali takiego szaleństwa. Aczkolwiek mięso końskie
jest smaczne, tylko wariat mógł próbować zbliżyć się do dzikiego konia, nie ugodzonego strzałą
lub wbitego na pal.

Selpa namówiła mnie, bym poszedł spać, a rano obudziła swym szczebiotaniem. Narzekała

wciąż na szaleństwo, które mnie opętało, mówiła o swych prawach do mnie, o prawach naszych
dzieci,   aż   w   końcu   zdenerwowało   mnie   to   wszystko,   wyrzekłem   się   mojego   pomysłu   i
przyrzekłem, iż nie będę więcej marzył o upolowaniu dzikiego konia.

W   ciągu   długich   lat   opowiadanie   o   moim   szaleństwie   powtarzało   się   nieustannie   przy

obozowym ognisku. Dlatego nie mogłem zapomnieć tych dawnych marzeń, a młodzi, którzy
przysłuchiwali się opowieści, myśleli o tym samym. Aż wreszcie Otkar, mój pierworodny syn,
zdołał ujarzmić dzikiego konia, wskoczył na jego grzbiet i z szybkością wiatru ulecieli w step.

Później,   pragnąc   mu   towarzyszyć,   wszyscy   mężczyźni   próbowali   łowić   i   oswajać   dzikie

konie. Padło wiele z tych koni, lecz ginęli także ludzie. Dożyłem jednak czasów, gdy podczas
zmiany   miejsca   obozowiska,   przywiązywano   do   boków   oswojonych   koni   koszyki   z
niemowlętami, a pozostałe konie niosły na grzbietach cały nasz obozowy dobytek.

Ja, młody człowiek miałem widzenie i wyśniłem mój sen. Kobieta, Seipa, nie pozwoliła na

spełnienie mych pragnień, lecz Otkar, mój potomek, przejął moją myśl i wcielił ją w życie.
Dzięki temu nasze plemię osiągnęło dobrobyt i szczęście.

Była też inna kobieta, która towarzyszyła nam w wielkiej wędrówce z Europy do Indii, dokąd

przyprowadziliśmy   bydło   o   krótkich   rogach   i   rozpoczęliśmy   uprawę   jęczmienia.   Ta  kobieta
pojawiła się na długo przedtem zanim dotarliśmy do Indii. Byliśmy w połowie naszej wędrówki,
nie pamiętam nazwy doliny, w której się wówczas znaleźliśmy.

Kobiecie na imię było Nuhila. Dolina była wąska, niezbyt długa, ukształtowanie jej podłoża i

brzegów pozwoliło utworzyć tarasy dla pierwszych zasiewów ryżu i prosa, przez nas, Synów
Gór, sprowadzonych. Dolinę zamieszkiwał łagodny lud. Charaktery ich kształtowały się podczas
pracy,   przy   uprawie   żyznych   pól,   użyźnianych   dodatkowo   przez   wodę.   Pierwszy   raz
obserwowaliśmy  proces   nawadniania.   Nie   mogliśmy  jednak   zostać   tu   zbyt   długo,   gdyż   my,
Synowie Gór, uciekaliśmy przed liczną gromadą Synów Garbonosych. Nazywaliśmy tych ludzi
Beznosymi, oni zaś przywłaszczyli sobie miano Synów Orła. Uciekaliśmy przed nimi wszyscy,
wraz z trzodą, nasionami roślin uprawnych, kobietami i dziećmi.

Podczas gdy Garbonosi mordowali naszą młodzież znajdującą się na tyłach, nasza przednia

straż gnębiła słaby lud doliny. Domy budowano tu z błota, a dachy pokrywano trawą. Wieś

background image

otaczał wysoki wał, także z błota. Wymordowaliśmy mieszkańców wsi, ukryliśmy za wałem
nasze   stada,   a   kobiety   i   dzieci   stanęły   na   jego   szczycie,   obsypując   obelgami   Garbonosych.
Komórki były pełne ryżu i prosa. Bydło żywiło się trawą z dachów. Zbliżała się pora deszczów,
nie groził nam więc brak wody.

Oblężenie Garbonosych trwało długo. Zaraz na początku zebraliśmy wszystkich pozostałych

przy   życiu   starców,   kobiety   i   dzieci,   każąc   im   opuścić   wioskę.   Garbonosi   wymordowali
wszystkich — w ten sposób było więcej żywności dla nas i dla Garbonosych w dolinie.

Oblężenie było długotrwałe i ciężkie. Nękały nas choroby, wielu zmarło od zarazy, która się

bardzo rozprzestrzeniła. Opustoszały komórki, zaczęliśmy jeść nasze bydło i kozy.

W miejscach, w których początkowo czuwało na wale pięciu ludzi, pozostało po jednym

strażniku, nie było w ogóle niemowląt i starszych dzieci. Moja kobieta, Nuhila, obcięła włosy i
uplotła   z   nich   postronek,   aby  mi   służył   jako   cięciwa   do   łuku.   Inne   kobiety   poszły   za   tym
przykładem, a gdy ruszaliśmy na wał, one szły wraz z nami, ramię przy ramieniu wśród strzał i
kamieni, rzucając garnki i skały na głowy napastników.

Nasza   wytrwałość   przewyższała   nawet   cierpliwość   Garbonosych.   Nadszedł   czas,   gdy   z

dziesięciu mężczyzn pozostał na wale jeden, a z kobiet zaledwie kilka. Wówczas Garbonosi
rozpoczęli   pertraktacje.   Przyznali,   że   jesteśmy   dzielnym   ludem,   a   kobiety   nasze   to   matki
prawdziwych mężczyzn, jeśli więc damy im nasze kobiety, pozostawią nam dolinę na własność, a
sami odejdą na południe.

Nuhila nie chciała opuścić mnie i naszego plemienia. Podobnie postanowiły inne kobiety.

Szydziliśmy z Garbonosych, pytaliśmy drwiąco, czy są już znużeni walką. Sami jednak byliśmy
bliscy wyczerpania, nie mieliśmy sił do dalszej walki. Jeszcze jeden atak na wał byłby ostatnim i
nasze kobiety wiedziały o tym. Nuhila zaproponowała, abyśmy uprzedzili Garbonosych i sami
pozbawili się życia. Wszystkie kobiety zgodziły się z nią. Podczas więc przygotowań naszych
wrogów do kolejnego, ostatniego już i zwycięskiego ataku, zabiliśmy na wale nasze kobiety.
Kochającą mnie Nuhilę przebiłem ostrzem własnego miecza. Potem zabijaliśmy się wzajemnie
my, mężczyźni, aż wreszcie wśród tego morza krwi pozostaliśmy tylko we dwoje z Hordą. Horda
był   ode   mnie   starszy,  zgiąłem   się   więc   pod   jego   mieczem.   Nie   skonałem   jednak   od   razu.
Widziałem   jeszcze,   jak   Horda   godzi   swym   mieczem   we   własną   pierś   i   jak   umiera.   Byłem
ostatnim Synem Gór. Konając, słyszałem krzyki nadciągających Garbonosych. Radowałem się,
że w ręce wroga nie dostaną się nasze kobiety i nasi synowie.

Nie umiem określić, w jakim czasie byłem Synem Gór i kiedy zginęliśmy w dolinie, w której

pokonaliśmy Synów Ryżu i Prosa. Wiem jednak, że było to całe setki lat przedtem, nim wielka
wędrówka   Synów   Gór   dotarła   do   Indii   i   dużo   wcześniej,   zanim   zostałem   aryjskim   władcą
dawnego  Egiptu,   budując   tam   moje   dwa   grobowce   i   bezczeszcząc   grobowce   królów,  którzy
panowali przede mną.

Chciałbym   więcej   opowiedzieć   o   tych   odległych   czasach,   lecz   już   nie   zdążę.   Odejdę

niebawem i nie dowiecie się ode mnie szczegółów o tych pierwotnych wędrówkach, walkach
ludów i nadciągających lodowcach.

Chciałbym też powiedzieć o Tajemnicy. Albowiem pragnęliśmy zawsze rozwiązać zagadkę

życia, śmierci i upadku ludzi. Tak bardzo odmienny od wszelkich istot zamieszkujących ziemię,
człowiek zawsze wpatrzony był w gwiazdy. Jego bogata wyobraźnia powołała do życia wielu
bogów. W tych dawnych czasach czciłem Słońce i Ciemność. Czciłem Ziarno jako źródło życia.
Czciłem też bogów morza i rzek oraz bogów ryb.

Pamiętam Isztar nim przywłaszczyli ją sobie Babilończycy, także Ea, bóg wody, mądrości i

magii   należał   do   naszego   świata   i   dał   Isztar   moc,   zwyciężającą   śmierć.   Również   Mitra   był
dobrym, starym bogiem aryjskim, zanim przywłaszczyli go sobie inni. Innym bogiem, którego

background image

pamiętam z czasów późniejszych był Bodhisatwa, czczony w Indiach.

Tajemnica zawsze towarzyszy ludzkiemu życiu. Wykradani i przemieszczający się bogowie są

nie mniejszymi włóczęgami niż my, ludzie.

Tak,   śmieję   się   dzisiaj,   ja,   Darrell   Standing,   znajdujący   się   na   oddziale   morderców,   że

dwunastu   sprawiedliwych   sędziów   orzekło,   iż   jestem   winny  zabójstwa   i   skazało   na   śmierć.
Dwanaście to od wieków magiczna liczba Tajemnicy. Nie wywodzi się ona jednak od dwunastu
pokoleń   Izraela.  Astrologowie   już   wcześniej   wskazali   na   niebie   dwanaście   znaków   zodiaku.
Pamiętam, że gdy przebywałem wśród Asów i Wanów, Odyn sądził ludzi w asyście dwunastu
bogów o następujących imionach: Thor, Baldr, Njord, Frey, Tyr, Bragi, Heimdall, Hod, Widar,
Ullr, Forseti i Loki.

Skradziono nam nawet nasze rumaki, walkirie i uczyniono z nich anioły. Nasze obozowisko w

Helheim, w krainie lodu i mrozu, znalazło się w kręgu piekielnym. Nawet niebo, istniejące w
naszych marzeniach jako niewzruszone i wieczne, zmieniło się: w miejscu, gdzie dawniej była
koza widnieje skorpion, łucznik zaś zajął miejsce raka.

Cześć oddawana Tajemnicy! Ciągła pogoń za Jej tropem! Pamiętam kulawego boga Greków,

kowala,   zwanego  Wulkanem,   a   przez   ludy  germańskie  Wielandem.   Kowal   został   porwany  i
pozbawiony   nogi   przez   Nidunga,   króla   Nidów.   Wcześniej   Kowal   był   naszym   bogiem,   a
nazywaliśmy go Ilmarinenem. Wyobraźnia nasza przyznała mu ojca w osobie złotobrodego boga
słońca, a wykarmiły go gwiazdy Niedźwiedzicy. On bowiem, Wulkan lub Wieland albo Ilmarinen
narodził się pod drzewem jodły z włosa wilka i uznawany był za ojca Niedźwiedzicy zanim
jeszcze   czcili   go   Grecy   i   Germanie.   Dlatego   nazywaliśmy   siebie   Synami   Niedźwiedzia   lub
Wilka, a wizerunki dwóch tych zwierząt umieściliśmy na naszych godłach. Działo się to nim
rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na południe, podjętą wspólnie z Synami Gaju, którzy przejęli od
nas religię, podania i godła.

Zbyt długo musiałbym opowiadać o tym, kim byli Pururawas i Urwasi, czczeni pod innymi

imionami   przez   mieszkańców   południa   i   ludność   Wschodu.   Nie   starczy   też   czasu,   by
opowiedzieć o trójlistnej Trawie Żywota, która jest skarbem Indii, świętym Graalem króla Artura,
która jest… Nie! Dosyć! Dosyć!

Gdy   zastanawiam   się   nad   życiem   ludzkim,   bezustannie   dochodzę   do   przekonania,   że

najważniejszą w nim jest, była i będzie — dla mnie i dla każdego mężczyzny — kobieta. Nie
zmieni się to, dopóki lśnić będą gwiazdy na niebie, a niebiosa trwać w swych prawach. Więcej
niż nasza praca, wszelkie wysiłki, fantazja i wynalazki, bitwy, marzenia i tajemnice — zawsze
znaczyła kobieta.

Nawet gdy jej śpiew brzmiał fałszywie, gdy zatrzymywała mnie na ziemi i przesłaniała wzrok

zatopiony   w   niebiosach,   by   na   siebie   zwrócić   spojrzenie,   ona,   źródło   ziemskiego   życia,
ofiarowała mi najpiękniejsze dni i noce, największą pełnię życia. Nawet Tajemnica przybrała w
mych myślach jej kształt, a gdy spoglądałem w gwiazdy, jej postać widniała na niebie.

Każde me dzieło i każda idea z niej były zrodzone i do niej wiodły, ona jaśniała w każdym

śnie   i   marzeniach.   Dla   niej   skonstruowałem   kowadło   i   młot,   dla   niej   zastawiałem   sidła   na
ostrokła, oswajałem konia, zabijałem mamuta, pasłem renifery i przemierzałem lodowce. Dla niej
uprawiałem   zboża   i   zbierałem   plony,   umierałem   na   wierzchołkach   drzew,   przetrzymałem
oblężenia w jaskiniach skalnych i na wałach ziemnych. Dla niej umieściłem na niebie dwanaście
znaków.   Czciłem   ją,   oddając   pokłon   dziesięciu   kamieniom   i   wielbiąc   je   jako   księżycowe
miesiące ciąży.

Kobieta zawsze tuliła się do ziemi jak kuropatwa, gdy ukrywa swe pisklęta pod skrzydłami;

bezmyślność mej włóczęgi potrafiła sprowadzić na proste drogi, moje gwiaździste ścieżki zawsze
zawracały do niej, ku wiecznie trwającej postaci, ku Jedynej kobiecie, której ramiona tak mi były

background image

niezbędne, że w ich objęciach zapominałem o gwiazdach.

Dla niej żeglowałem po morzach i oceanach, przenosiłem góry, pokonywałem pustynie. Dla

niej polowałem i odznaczałem się w bitwach. Dla niej i do niej śpiewałem, opiewając swoje
własne czyny. Dzięki niej zrozumiałem, czym jest ekstaza i rozkosz życia. Teraz, u kresu mej
ziemskiej wędrówki, mogę wyznać, że nie znałem większego ciepła niż to, które znajdywałem w
zapomnieniu, gubiąc się w przepychu jej wonnych włosów.

Jeszcze słowo. Pamiętam Dorotę, z czasów, gdy wykładałem rolnictwo studentom agronomii.

Miała jedenaście lat. Jej ojciec był dziekanem wydziału. Była dzieckiem — kobietą i uroiła sobie,
że mnie kocha. Uśmiechałem się sam do siebie, serce moje bowiem nie uległo wzruszeniu, gdyż
biło dla innej.

Lecz  uśmiech  mój   był  serdeczny, w  oczach   dziecka  ujrzałem  odwieczną   kobietę,  kobietę

wszystkich czasów i miejsc. W jej oczach dostrzegłem spojrzenie mej towarzyszki z dżungli, z
wierzchołka drzewa, z jaskini i z moczarów. W jej oczach widziałem oczy Igar, wypatrujące
dzielnego łucznika Ushu, oczy Arungi, patrzące na zbieracza ryżu, oczy Selpy, powstrzymujące
przy sobie łowcę ogierów, oczy Nuhili w momencie, gdy oparła się o ostrze mego miecza. Było
w jej oczach także coś, co znałem ze spojrzenia Lei — Lei, od której odchodziłem z uśmiechem
na ustach, ze źrenic damy Om, przez czterdzieści lat wiernej towarzyszki mej żebraczej tułaczki,
ze wzroku Filippy, dla której padłem na murawie w dawnej Francji i z oczu mojej matki, która
obserwowała   mnie,   gdy  byłem  chłopcem  Jesse   na  Górskich   Łąkach,   bawiącym   się  w  kręgu
utworzonym z naszych czterdziestu wozów.

Była dzieckiem — kobietą, lecz jednocześnie i córką, i matką wszystkich pozostałych kobiet,

tych, które  odeszły i  tych, które  dopiero  miały nadejść.  Była  boginią urodzaju, Isztar, która
zwyciężyła śmierć. Była Kleopatrą, Esterą i Herodiadą, Marią Magdaleną i Marią, siostrą Marty,
a także samą Martą. Była Brunhildą i Guinewerą, Izoldą i Julią, Heloizą i Nicolettą. Była Ewą,
Lilith i Asztarte. Miała lat jedenaście, a były w niej wszystkie kobiety przeszłości i przyszłych
dni.

Siedzę teraz w celi, w ciepłe letnie popołudnie, gdy muchy brzęczą leniwie i myślę o tym, jak

niewiele czasu mam jeszcze przed sobą. Już wkrótce ubiorą mnie w koszulę bez kołnierza…
Lecz, cicho, serce. Wszak Duch jest nieśmiertelny. Przejdę przez ciemność i wrócę na ziemię, do
kobiety. Tajemnica przywoła do mnie towarzyszki mych przyszłych wcieleń. I chociaż gwiazdy
krążą po niebie, kobieta trwa zawsze, przepiękna, wieczna, jedyna kobieta. Podobnie jak i ja, w
każdym przebraniu i w każdym żywocie, jestem jedynym mężczyzną, jej towarzyszem.

background image

Rozdział XXII

Mam coraz mniej czasu. Mój rękopis został już ukradkiem wyniesiony z więzienia. Jest tu

przy mnie człowiek, któremu mogę zaufać, on się zajmie wydaniem książki. Już nie przebywam
na   oddziale   morderców.   Piszę   te   słowa   w   celi   śmierci,   przy   której   czuwa   specjalna   straż,
wypełniająca dniem i nocą swą paradoksalną funkcję: pilnuje, bym nie umarł. Należy chronić
moje życie aż do chwili wykonania wyroku, inaczej społeczność dozna zawodu, prawo nie okaże
swej   mocy,   a   mój   strażnik   będzie   osobą   źle   widzianą   przez   władze.   Zdumiewa   mnie   ten
dziwaczny sposób, w jaki ludzie zarabiają na życie.

To   już   moje   ostatnie   wyznania.   Wykonanie   wyroku   ma   nastąpić   jutro   rano.   Gubernator

odmówił prawa łaski, pomimo że Liga Przeciwników Kary Śmierci zorganizowała w Kalifornii
kilka   demonstracji.   Już   zbiera   się   tłum   reporterów.   Rozmawiałem   ze   wszystkimi.   Są   to
przeważnie bardzo dziwni młodzi ludzie, zarabiający na chleb, masło, wódkę i tytoń, a jeśli mają
dzieci, to na buty lub książki dla nich, swą obecnością jak szakale przy uśmiercaniu profesora
Darrella Standinga, które następnie opiszą swoim ciekawskim czytelnikom. Podejrzewam, że
będą się czuli znacznie gorzej ode mnie, gdy się to wszystko skończy.

Siedzę tu i rozmyślam, słyszę kroki strażników śmierci, widzę podejrzliwe oko, zaglądające

co rusz do mej celi. Żyłem już tyle razy. Nuży mnie ta bezustanna walka i ciągły ból, i ciągłe
katastrofy, które dotyczą każdego, kto się wzniesie wysoko, kto kroczy świetlaną drogą, kto
wędruje pośród gwiazd.

Mam nadzieję, że mój następny los przybierze postać spokojnego farmera. Będzie to farma

moich marzeń! Chciałbym tu spędzić jedno całe życie! Tak, farmo wyśniona! Moje łąki, moje
dojne krowy rasy Jersey, moje pastwiska górskie, stoki gór pokryte zaroślami, moje żyzne łany,
moje kozy angorskie, skubiące krzaki!

Wysoko   na  wzgórzach   jest   naturalne   zagłębienie  w  ziemi,  z   trzech   stron  otoczone   wodą,

chciałbym zbudować groblę tam, gdzie jest najwęższy przesmyk. Mógłbym bardzo niewielkim
nakładem   pracy   zebrać   do   dwudziestu   milionów   galonów   wody.   Usunąłbym   w   ten   sposób
największą   niedogodność   kalifornijskich   upraw:   suszy,  hamującej   wzrost   zboża,   wypalającej
żyzną glebę. Dzięki mojej grobli mógłbym zbierać plony z upraw trzy razy do roku, a stosując
odpowiedni płodozmian doszedłbym do wielkiego urozmaicenia uprawianych roślin.

Przed chwilą musiałem jeszcze ścierpieć wizytę naczelnika więzienia. (Umyślnie używam

słowa   „ścierpieć”).   Wcale   nie   jest   podobny   do   naczelnika   z   San   Quentin.   Był   mocno
zdenerwowany, więc zmuszony byłem podtrzymywać rozmowę. To pierwsza tego typu egzekucja
w jego karierze. Sam mi o tym powiedział. Ja zaś wysiliłem się na dowcip, że jest to także mój
debiut. Nie śmiał się. Ma córkę naukowca, a jego syn wstąpił w tym roku do Stanford. Nie
posiada innych dochodów poza swym więziennym wynagrodzeniem, jego żona wciąż choruje i
martwi się, że lekarz z Towarzystwa Ubezpieczeń nie chce go leczyć jako zbyt podejrzanego
klienta. Zwierzył mi się ze wszystkich swych kłopotów. Gdybym dyplomatycznie nie zakończył
rozmowy, zostałby tu jeszcze i dalej opowiadał o sobie.

Ostatnie dwa lata, które spędziłem w San Quentin były uciążliwe i monotonne. W wyniku

niezwykle dziwnego wybryku losu Ed Morrell został zwolniony z samotnej celi i został mężem
zaufania   całego   więzienia.   Był   to   stary   numer   Ala   Hutchinsa,   który   przyniósł   mu   niezłe
pieniądze: trzy tysiące dolarów rocznie. Na moje nieszczęście Jake Oppenheimer, który tyle lat
gnił w samotnej celi, zgorzkniał do reszty, znienawidził wszystko i wszystkich. W ciągu ostatnich
ośmiu miesięcy nie chciał rozmawiać nawet ze mną.

Nowiny szybko rozchodzą się w więzieniu, dochodzą nawet do lochu i cel samotnych. Dotarła

więc i do mnie wieść, że Cecil Winwood, poeta — plagiator, donosiciel, tchórz i lewus, znowu

background image

powrócił   za   kolejne   fałszerstwo.   Chciałbym   przypomnieć,   że   to   właśnie   Cecil   Winwood
rozpowszechnił bajeczkę, jakobym zmienił kryjówkę dynamitu i przez niego spędziłem pięć lat w
samotnej celi.

Postanowiłem   zabić   Cecila  Winwooda.   Morrell   odszedł,   Oppenheimer   milczał,   samotność

stała się więc monotonna. Musiałem coś robić. Przypomniałem sobie czasy, gdy byłem Adamem
Strangiem   i   przez   czterdzieści   lat   cierpliwie   czekałem   na   chwilę   zemsty.   Co   uczynił   mój
poprzednik, ja także mogłem wykonać: zacisnąć ręce na szyi Cecila Winwooda.

Nie będę teraz opowiadał, jak to się stało, że byłem posiadaczem czterech małych igieł do

haftu. Chociaż wychudłem niezmiernie, musiałem przepiłować cztery sztaby, każdą w dwóch
miejscach, by uzyskać wystarczająco duży otwór, przez który mógłbym się wydostać na zewnątrz
mej   celi.   Przeznaczyłem   po   jednej   igle   do   każdej   sztaby.   Na   wykonanie   każdego   cięcia
potrzebowałem całego miesiąca. Całą pracę mogłem więc zakończyć po upływie ośmiu miesięcy.
Na nieszczęście złamałem ostatnią igłę na ostatniej sztabie i musiałem czekać trzy miesiące,
zanim udało mi się zdobyć nową igłę. Dostałem ją jednak i mogłem zakończyć swą pracę.

Chociaż wyszedłem z celi, nie znalazłem Cecila Winwooda, czego bardzo żałuję. Wszystko

obliczyłem dokładnie, lecz nie przewidziałem jednego — moich własnych możliwości.

Najpewniej można było zastać Winwooda w jadalni w porze obiadowej. Czekałem więc na

dzień, kiedy Pie Face Jones, śpiący dozorca, będzie miał dyżur w południe. Nie mógł mnie
przecież zobaczyć nikt z więziennego personelu, a Pie Face Jones po chwili już chrapał. Wyjąłem
sztaby, wyśliznąłem się z celi, ostrożnie minąłem strażnika, otworzyłem drzwi i byłem wolny…
w części więziennych pomieszczeń.

Tu  właśnie  natknąłem  się  na tę  jedną  nie  przewidzianą  przeszkodę  —  na  siebie  samego.

Spędziłem pięć lat w samotnej celi, byłem osłabiony do granic możliwości, ważyłem czterdzieści
trzy kilogramy  i  byłem  na  pół  ślepy.  Natychmiast  okazało  się,   że  padłem  ofiarą  agorafobii,
uczułem   lęk   przestrzeni.   Pięć   lat   spędzonych   wśród   czterech   ciasnych   ścian   uczyniło   mnie
niezdolnym do przejścia przez ogromną klatkę schodową i więzienne podwórze.

Jednak zszedłem po schodach, a był to najbardziej bohaterski czyn mego życia. Podwórze

było puste. Oślepił mnie blask promieni słonecznych. Trzy razy próbowałem pokonać przestrzeń
podwórza. Czułem jednak nieustanny zawrót głowy i musiałem opierać się o ścianę. Przyzywając
na   pomoc   całą   mą   odwagę   powtarzałem  próbę.   Lecz   moje   biedne   oczy,  oślepione   jak   oczy
nietoperza,   lękały   się   mego   własnego   cienia,   kładącego   się   na   kamieniach.   Potknąłem   się,
upadłem i jak tonący szukałem ratunku. Na rękach i na kolanach przyczołgałem się do ściany.
Oparłem się o nią i zacząłem krzyczeć — pierwszy raz od wielu lat. Poczułem łzy spływające po
policzkach i ich słony smak, gdy sięgnęły warg. Wstrząsnął mną dreszcz, jakbym zachorował na
febrę. Wiedziałem, że nie jestem w stanie przejść przez podwórze. Postanowiłem więc obejść je
naokoło.

Wówczas spostrzegł mnie dozorca więzienny Thurston. Zdumiony na mój widok olbrzymi,

dobrze odżywiony potwór rzucił się na mnie z prędkością błyskawicy. Był kilka metrów ode
mnie, ważył jakieś osiemdziesiąt pięć kilogramów. Nie muszę chyba opisywać przebiegu walki,
jaka   nastąpiła   między  nami.   Pamiętam,   że   uderzyłem   go   pięścią   w  nos.  A ponieważ   byłem
dożywotnikiem,   któremu   pod   groźbą   kary   śmierci   nie   wolno   używać   siły,   sąd   uznał   mnie
winnym,  świadczyli  przeciwko mnie strażnik Thurston i inne psy więzienne, wyrok wydany
przez sędziego zgodny więc był z literą prawa jasno wyrażonego w kodeksie.

Zostałem porządnie obity przez Thurstona, który jeszcze prowadząc mnie po schodach nie

omieszkał  kopać,  popychać,  szczypać  i  bić,  w czym   sekundowała  mu   cała  horda  zaufanych
dozorców, którzy w swej gorliwości przyjścia z pomocą koledze, przeszkadzali sobie wzajemnie.
Boże mój! jeśli rzeczywiście Thurstonowi popłynęła krew z nosa, musiał się do tego przyczynić

background image

w ogólnym zamieszaniu któryś z tych oprawców. Gdyby to mój cios wywołał krwotok, może
miałbym powód do satysfakcji, ale tak… to żałosna przyczyna, z powodu której  wiesza się
człowieka…

Rozmawiałem   przed   chwilą   z   dyżurnym   mej   straży   śmierci.   Niespełna   rok   temu   Jake

Oppenheimer zajmował tę samą celę, w której ja teraz przebywam i tak samo jak ja oczekiwał na
wykonanie wyroku. Człowiek, z którym udało mi się pogawędzić był jednym ze strażników
Jake’a. Niegdyś był żołnierzem. Bez przerwy żuje tytoń, którym plami swój siwy zarost. Jest
wdowcem,   ma   czternaścioro   żyjących   dzieci,   zamężnych   i   żonatych,   które   obdarzyły   go
wnukami w liczbie trzydziestu jeden, ale zdążył też zostać już pradziadkiem czterech małych
dziewczynek.   Wydobywanie   z   niego   tych   wiadomości   szło   dość   opornie,   porównałbym   ten
proces do operacji wyrywania zębów. Śmieszny staruszek, o niskim poziomie inteligencji, który,
jak  sądzę,   przyczynił  się   do  tak  długiego  życia.  Umysł  jego  zapewne  wykrystalizował   się  i
okrzepł przed trzydziestu laty, nie potrafił przyjąć żadnej nowej myśli o tamtego czasu. Niewiele
mówił poza „tak” i „nie”. I to wcale nie dlatego, żeby był nieokrzesany albo w złym humorze.
Nie miał po prostu nic do powiedzenia. Zastanawiam się, czy inkarnacja w istotę tego typu nie
byłaby przyjemnym istnieniem w celach rekreacyjnych, nim znowu wyruszyłbym na włóczęgę
wśród gwiazd.

Lecz   wróćmy   do   głównego   punktu   naszych   rozważań.   Gdy,   skopany,   znalazłem   się   z

powrotem w mojej ciasnej celi, poczułem niewymowną ulgę po tym powrocie do samotności.
Było tu tak cicho, tak bezpiecznie. Czułem się jak dziecko, które po długim błądzeniu nareszcie
trafiło do domu. Prawie kochałem te ściany, obiekt mej nienawiści w ciągu tych pięciu lat. Te
właśnie mocne ściany chroniły mnie przed otwartą przestrzenią, która bez ich opieki pożarłaby
mnie jak potwór. Agorafobia jest chorobą straszną. Niewiele miałem sposobności, by się o tym
przekonać, lecz na podstawie swoich niewielkich doświadczeń twierdzę, że powieszenie jest
sprawą o wiele znośniejszą.

Uśmiałem się przed chwilą serdecznie. Lekarz więzienny, zacny człowiek, przyszedł do mnie

na   pogawędkę   i   mimochodem   zaproponował   mi   swoje   usługi,   to   znaczy   zrobienie   narkozy.
Oczywiście nie przyjąłem jego propozycji, która dawała nadzieję, że jeśli wstrzyknie się dość
morfiny w ciągu nocy, nazajutrz idzie się na szubienicę bez świadomości „idę czy wracam”.

Ale   słyszę   też   śmiech   Jake’a   Oppenheimera.   Rozpoznaję   całą   głębię   jego   duszy,   gdy

ostatniego ranka swego życia, po śniadaniu, ubrany w koszulę bez kołnierzyka dla skazańców,
rozmawia w swej celi z reporterami. Zapytano go, co sądzi na temat kary śmierci.

— Któż śmie twierdzić, że jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, skoro ktoś spośród nas stawia

takie pytanie człowiekowi idącemu na śmierć, i to ktoś spośród ludzi, którzy za chwilę będą
świadkami tej śmierci?

Jake miał zawsze bystry umysł i sprawnie posługiwał się dowcipem. „Panowie — powiedział

— mam nadzieję, że dożyję dnia, w którym nastąpi zniesienie kary śmierci.”

W ciągu wieków przeżyłem wiele wcieleń i zauważyłem, że człowiek nie zrobił żadnego

moralnego   postępu   w   przeciągu   ostatnich   dziesięciu   tysięcy   lat.   Twierdzę   to   z   całą
stanowczością. Różnica między nieokiełznanym źrebięciem a cierpliwym koniem roboczym jest
zaledwie różnicą tresury. Tresura też stanowi jedyną różnicę moralną pomiędzy człowiekiem
dzisiejszym a człowiekiem sprzed dziesięciu tysięcy lat. Moralność to jedynie społeczny kapitał,
gromadzony w ciągu całych wieków cierpienia. Nowo narodzone dziecię wyrośnie na dzikiego
człowieka, jeśli nie będzie odpowiednio tresowane, wychowywane przez abstrakcyjne pojęcia
moralności.

„Nie  zabijaj”  —  Nonsens!  Zabiją  mnie   jutro  rano.   „Nie  zabijaj”  —  Nonsens! W dokach

wszystkich cywilizowanych państw budują dziś pancerniki i superpancerniki. Przyjaciele drodzy,

background image

ja, który mam umrzeć pozdrawiam was słowem — „Nonsens”!

Pytam was, czy dziś głosi się lepszą moralność niż ta, którą rozpowszechniał Chrystus, Budda,

Sokrates, Platon, Konfucjusz i nieznany autor „Mahabharaty”? Wielki Boże! Pięćdziesiąt tysięcy
lat   temu   w   naszych   pierwotnych   rodzinach   kobieta   była   łagodniejsza,   a   układy   rodzinne   i
społeczne odznaczały się surowszą sprawiedliwością.

Muszę przyznać, że ta dawna moralność stała wyżej od moralności dziś praktykowanej. Nie

odrzucajcie   pospiesznie   tej   myśli.   Zastanówcie   się   nad   wzajemnym   wyzyskiem   ludzi:   pracą
młodocianych,   korupcją   polityczną,   fałszowaniem   pokarmów   i   niewolnictwem   ubogich
dziewcząt.   Gdy  byłem   Synem   Gór   i   Synem   Byka   nie   było   czegoś   takiego,   jak   prostytucja.
Byliśmy zdrowi. Nie śniło nam się nawet tak głębokie zepsucie. Tak, równie zdrowe są niższe
gatunki   zwierząt  żyjące  w  obecnych   czasach.  Trzeba  było   człowieka   z  jego  wyobraźnią,   by
wymyślić grzech śmiertelny. Inne istoty nie są zdolne do popełnienia takiego grzechu.

Przypomniałem sobie moje liczne wcielenia z różnych czasów i wielu miejsc. Nie znałem

większego okrucieństwa niż okrucieństwo dzisiejszych systemów więziennych. Opowiedziałem
wam,   co   musiałem   znosić   w   kaftanie   bezpieczeństwa   i   w   samotnej   celi   w   pierwszym
dziesięcioleciu dwudziestego wieku po Chrystusie. W dawnych czasach stosowaliśmy drastyczne
kary  i   zabijaliśmy  szybko.   Nie   było   miejsca   na   obłudę.   Nie   wzywaliśmy  prasy,  kazalnicy  i
uniwersytetów do usankcjonowania wybryków naszej dzikiej natury. To, co chcieliśmy uczynić,
czyniliśmy. Staliśmy z podniesioną głową, przyjmując wszelkie zarzuty i krytykę, nie ukrywając
się za plecami ekonomistów i filozofów, płatnych kaznodziejów, profesorów i wydawców.

Na Boga, przed stu, przed pięćdziesięciu, przed pięciu nawet laty w Stanach Zjednoczonych

napad i pobicie nie były zbrodnią. Lecz tego roku, 1913, w stanie Kalifornia powiesili za takie
przestępstwo Jake’a Oppenheimera, a jutro za podobną zbrodnię — uderzenie człowieka w nos
—   powieszą   mnie.   Boże,   Boże,   oni   ukrzyżowali   Chrystusa!   O   wiele   gorzej   postępują   z
Oppenheimerem i ze mną…

Ed Morrell wypukał mi kiedyś taką myśl: „Najgorszy użytek, jaki można zrobić z człowieka,

to powiesić go”. Nie, niewiele mam szacunku dla kary śmierci. Jest to zabawa nie tylko brudna,
poniżająca dla katów, którzy bawią się za pieniądze, lecz poniżająca też społeczeństwo, które
toleruje  ten   rodzaj   rozrywki,  płacąc  podatki  na   utrzymanie  oprawców. Kara   śmierci   jest  tak
groteskowa, tak głupia, tak bezmyślna…

„Być powieszonym za szyję aż do śmierci” — brzmi dziwaczna sentencja…
Nadszedł ostatni w mym życiu ranek. Spałem jak dziecko przez całą noc. Byłem tak spokojny,

że aż przestraszyłem tym dozorcę. Sądził, że udusiłem się pod kołdrą. Biedny człowiek, był
bardzo przerażony. Chodziło mu o chleb z masłem, którego byłby pozbawiony w razie mojej
przedwczesnej   śmierci.   Znalazłby   się   na   czarnej   liście,   może   nawet   straciłby   posadę…   W
Europie podobno już od dwóch lat rządzi strach przed bezrobociem, w Stanach Zjednoczonych
teraz się zaczyna. Oznacza to albo kryzys w handlu albo początek paniki, a w każdym razie wielu
ludzi pozbawionych zajęcia.

Zjadłem   śniadanie.   Może   to   głupie,   ale   jadłem   z   przyjemnością.   Naczelnik   przyniósł   mi

szklankę   wódki,   którą   z   pozdrowieniem   przekazałem   dla   więźniów   z   oddziału   morderców.
Biedny naczelnik, obawia się, że jeśli nie będę pijany, wywołam jakąś awanturę, z powodu której
on utraci swoje stanowisko.

Włożono mi koszulę bez kołnierza…
Zdaje się, że jestem dzisiaj bardzo ważną osobistością. Mnóstwo osób interesuje się mną…
Lekarz wyszedł przed chwilą. Poprosiłem, by zbadał mój puls. W normie…
Spisuję te przelotne myśli i przekazuję je tajemną drogą poza mury…
Jestem najspokojniejszym człowiekiem w całym więzieniu. Czuję się jak dziecko, które ma

background image

wyruszyć   w   podróż.   Pilno   mi   odejść,   ciekaw   jestem   nowych   miejsc,   które   dane   mi   będzie
zobaczyć. Lęk przed hańbiącą śmiercią jest śmieszny dla człowieka, który tak często odchodził w
ciemność i znowu żył…

Naczelnik   przyszedł   z   kieliszkiem   szampana.   Odesłałem   go   ponownie   do   oddziału

morderców. Dziwne, że tyle uwagi poświęcają mi w tym ostatnim dniu. Ci ludzie, którzy mają
mnie zabić, zapewne sami boją się śmierci. Przytoczę słowa Jake’a Oppenheimera: „Ja, który
mam umrzeć sprawiam pewnie wrażenie czegoś bosko–strasznego…”

Ed Morrell przysłał mi krótki list. Mówią mi, że całą noc chodził tam i z powrotem wzdłuż

więziennego muru. Ponieważ jest byłym klientem tej instytucji, nie pozwolono mu zobaczyć się
ze mną i pożegnać. Okrutni? Nie, może tylko nie rozumieją, że są jak dzieci. Ręczę, że większość
z nich będzie się bała pozostać samotnie w ciemności dziś wieczorem, po powieszeniu mnie. Oto
słowa Eda Morrella: „ściskam twą dłoń, przyjacielu. Wiem, że pójdziesz jak na zabawę…”

Reporterzy wyszli. Zobaczę ich po raz ostatni z wysokości szubienicy, nim kat zakryje mi

twarz   czarnym   kapturem.   Będą   wyglądać   jak   po   przebyciu   ciężkiej   choroby,   ci   dziwni
młodzieńcy. Po niektórych widać, że pili. Dwóch czy trzech już teraz wygląda tak, jakby mieli
zemdleć. Widocznie łatwiejsza jest rola wieszanego niż obserwatora egzekucji…

Ostatnie   słowa.   Podobno   opóźniam   cały   ceremoniał.   W   mej   celi   znajduje   się   pełno

urzędników i dygnitarzy. Wszyscy są mocno zdenerwowani. Pragną, by już było po wszystkim.
Niejeden z nich ma na pewno zaproszenie na obiad, nie chcą się spóźniać. Obrażam ich, siedząc
tu i pisząc. Ksiądz jeszcze raz wyraził pragnienie towarzyszenia mi do końca. Biedny człowiek
— dlaczego miałbym odmówić mu tej przyjemności? Zgodziłem się i już widać, że jest bardzo
zadowolony. Jakie drobnostki potrafią uszczęśliwiać ludzi! Mógłbym długo cieszyć się z tego
odkrycia, ale im jest bardzo pilno, nie ma czasu na śmiech.

Na tym kończę. Mogę jedynie powtórzyć siebie samego. Nie ma śmierci. Życie jest duchem,

ten zaś nie może umrzeć. Tylko ciało umiera i przemija, zawsze w walce z ożywiającym je
fermentem chemicznym, zawsze plastyczne, krystalizujące się, pogrążające się w fali odpływu i
powracające znowu w innym kształcie, który także przeminie i wróci odmieniony. Duch tylko
trwa w swych kolejnych, nieskończonych wcieleniach, dążąc ku światłu. Kim będę w następnym
mym życiu? Ciekawe. Ciekawe…