background image

 

NICOLA  CORNICK 

 

PRZEKLĘTY  DWÓR 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Pan  Julius  Churchward,  jeden  ze  słynących  z  dyskrecji 

londyńskich  prawników  z  Churchward  and  Churchward,  bez  trudu 

przybierał  odpowiedni  wyraz  twarzy  w  zależności  od  natury 

przekazywanych wiadomości. 

Kiedy zatem przychodziło mącić radość spadkobiercy informacją, 

że  spadek  jest  nieco  skromniejszy,  niż  się  spodziewano,  na  twarzy 

jurysty  malował  się  wyraz  głębokiej  powagi.  Marsowe  oblicze 

ukazywał  lekkomyślnemu  potomstwu  oraz  niegodziwcom,  nie 

dotrzymującym słowa.  

Trzeci,  ostatni  wariant,  była  to  twarz  całkowicie  pozbawiona 

wyrazu, doskonale obojętna, używana w sytuacjach niejasnych, jak na 

przykład  teraz,  kiedy  dzwonił  do  drzwi  eleganckiego  domu  lady 

Amelii  Fenton,  a  treść  listu, który  spoczywał  w  jego  teczce,  była  mu 

kompletnie nieznana. 

Przedsięwzięcie  długiej  podróży  w  zimie,  tuż  przed  Bożym 

Narodzeniem,  świadczyło  dobitnie,  iż  sprawa  jest  nader  pilna.  Pan 

Churchward jechał przez cały dzień, na noc zatrzymał się w Newbury, 

w  „Star and Garter". O świcie ruszył w dalszą drogę i kiedy poranne 

słońce  zdążyło  nieco  ogrzać  kremowe  domy  ze  słynnego  wapnia  z 

Bath, powóz wtaczał się już na Brock Street.  

Mimo  słońca  było  bardzo  zimno  i  pan  Churchward,  otulając  się 

szczelniej podróżnym płaszczem, marzył po cichu, że panna Sheridan, 

dama  do  towarzystwa  lady  Amelii,  jest  już  po  śniadaniu  i  będzie 

mogła go zaraz przyjąć. 

background image

Ładniutka  pokojówka  wprowadziła  pana  Churchwarda  do 

bawialni. Pamiętał ten pokój, to tu, trzy lata temu przekazywał pannie 

Sheridan  niezbyt  radosną  wiadomość,  że  jej  brat,  Francis,  odszedł  z 

tego  świata,  nie  zostawiwszy  żadnego  majątku.  A  chyba  jakieś  dwa 

lata wcześniej, w tym samym pokoju panna Sheridan dowiedziała się, 

że  po  zmarłym  ojcu,  lordzie  Sheridanie,  otrzymywać  będzie  jedynie 

niewielką rentę.  

Obie  wiadomości  zniosła  bardzo  mężnie,  zapewniając  prawnika, 

że jej potrzeby materialne nie są wielkie, czym wzbudziła wielki jego 

podziw. 

Tym 

bardziej 

więc 

pan 

Churchward 

odczuwał 

niesprawiedliwość  obecnej  sytuacji  panny  Sheridan,  która  z  racji 

urodzenia  i  wychowania  nie  powinna  być  tylko  skromną  damą  do 

towarzystwa. 

Przez  kilka  lat  prawnik  żywił  cichą  nadzieję,  że  młoda  kobieta 

poprawi  swą  sytuację  w  sposób  najprostszy,  czyli  wyjdzie  dobrze  za 

mąż.  Była  przecież  śliczna  i  obdarzona  licznymi  zaletami.  Niestety, 

lata  mijały,  a  w  życiu  panny  Sheridan  nie  następowały  żadne 

zasadnicze  zmiany.  Pan  Churchward  smutno  pokiwał  głową. 

Wszystkich  swoich  klientów  traktował  jednakowo,  wystrzegając  się 

jakichkolwiek  sentymentów,  jednak  dobro  tej  dzielnej  osóbki  jakoś 

dziwnie leżało mu na sercu. 

Drzwi otwarły się na oścież. Panna Sara Sheridan szła ku niemu z 

ręką  wyciągniętą  na  powitanie,  jakby  był  długo  wyczekiwanym, 

najmilszym gościem. 

background image

-  Witam,  witam drogiego  pana!  Jak  pan  się  miewa?  Cóż  za  miła 

niespodzianka! 

Pan Churchward nie miał pojęcia, czy niespodzianka rzeczywiście 

będzie  miła.  Spoczywający  w  teczce  list  ciążył  mu  przez  całą  drogę 

niczym  wielki  kamień.  Chociaż  teraz,  w  pełnym  świetle  dnia  i  w 

obecności tak czarującej osoby, wszelkie wcześniejsze obawy wydały 

mu się nieuzasadnione.  

Uroda  panny  Sheridan  zdolna  była  oprzeć  się  najbardziej 

wnikliwym promieniom słońca. Jasna cera z leciutkimi rumieńcami na 

policzkach była  nieskazitelna,  tak  samo  jak  wiotka  figura,  spowita  w 

muślin koloru żonkilów. 

-  Dziękuję,  panno  Sheridan,  u  mnie  wszystko  w  najlepszym 

porządku. A pani? Jak pani się miewa? - odpowiadał uprzejmie, kiedy 

sadowili się na krzesłach przed kominkiem.  

Był  zdumiony,  że  on,  stary  wyga,  jest  po  prostu  zdenerwowany. 

Zbyt zdenerwowany, aby teraz wygłosić kilka gładkich zdań na temat 

pogody  czy  trudów  podróży.  Bez  żadnych  więc  wstępów  otworzył 

teczkę i wyjął z niej dużą, białą kopertę. 

-  Proszę  wybaczyć,  panno  Sheridan,  że  zjawiam  się  tak  nagle, 

zostałem  jednak  zobligowany  do  przekazania  pani  tego  oto  listu. 

Prośba  nieco  osobliwa,  zanim  jednak  wyjaśnię  rzecz  do  końca, 

pragnąłbym, aby pani zechciała ten list przeczytać. 

Sara odruchowo spojrzała na adres na kopercie i w jej olbrzymich, 

orzechowych oczach pojawił się wyraz bezbrzeżnego zdumienia. 

- Przecież to list od... 

background image

- Tak, od pani brata. 

Pan Churchward rozpaczliwie usiłował zastosować wariant trzeci, 

czyli twarz bez wyrazu, świadom jednocześnie, że efekt jest mizerny i 

jego twarz doskonale oddaje prawdziwy stan ducha - stan bezsilności. 

-  Panno  Sheridan!  Bardzo  proszę,  niech  pani  łaskawie  przeczyta 

ten list. 

Panna Sheridan niespiesznym ruchem odebrała kopertę i pochyliła 

nad  nią  kształtną  główkę  w  koronkowym  czepeczku,  spod  którego 

wymykały  się  pasma  włosów  o  barwie  ciemnego  złota,  miejscami 

przybierające odcień bursztynu. 

- Czy pan zna treść tego listu? 

-  Nie,  nie  znam  -  wyznał  pan  Churchward,  tonem  lekko 

obrażonym,  jakby  dając  do  zrozumienia,  że  pozostawienie  go  w 

niewiedzy  było  niewybaczalnym  wykroczeniem  ze  strony  Franka 

Sheridana. 

Sara  wstała  z  krzesła  i  podeszła  do  biureczka.  Pan  Churchward 

słyszał, jak nożyk do rozcinania kopert przesuwa się po papierze. 

W  bawialni  zapadła  cisza, tylko  gdzieś  z  głębi  domu,  zapewne  z 

kuchni,  dochodziło  cichutkie  pobrzękiwanie  porcelany  i  odgłosy 

jakiejś rozmowy. Ktoś o coś pytał, ktoś odpowiadał. Pan Churchward 

dyskretnie  rozejrzał  się  dookoła.  W  szafie  za  szkłem  zobaczył  równe 

szeregi książek. Księgozbiór lorda Sheridana.  

Sir Ralph Covell, wprowadzając się do domu odziedziczonego po 

dalekim  kuzynie,  kazał  usunąć  wszystkie  książki.  Natomiast  panna 

Sheridan ustawiła je na poczesnym miejscu... 

background image

Skończywszy  czytanie,  Sara bez  słowa  wróciła  na  swoje  miejsce 

przed kominkiem. 

-  Panie  Churchward  -  odezwała  się  po  chwili.  -  Sądzę,  że 

powinien pan zapoznać się z treścią tego listu. 

- Jak pani sobie życzy. 

Sara pomilczała jeszcze chwilę, po czym zaczęła czytać równym, 

cichym głosem: 

Moja droga Sal!  

Jeśli ten list dotrze do Twych rąk, oznaczać to będzie, że mnie nie 

ma  już  wśród  żywych.  Ciebie,  droga  siostrzyczko,  poproszę  o 

przysługę  zza  grobu,  gdyż  darzę  Cię  całkowitym  zaufaniem.  Sal,  ja 

mam córkę. Nigdy Ci o niej nie mówiłem, żywiąc nadzieję, iż potrzeby 

takiej nie będzie. Nasz ojciec wiedział, i to on w tej sprawie poczynił 

pewne starania. 

Jednak ojciec zmarł, a kiedy i mnie już nie będzie, zostaniesz tylko 

Ty,  moja  miła,  a  dziecko  musi  przecież  mieć  kogoś,  do  kogo  będzie 

mogło  się  zwrócić  w  pilnej  potrzebie.  Resztę,  dopowie  pan 

Churchward,  a  mnie  pozostaje  tylko  wyrazić  Ci  wdzięczność.  Niech 

Bóg Cię błogosławi, droga Sal! 

Twój brat Frank 

Sara  westchnęła  cichutko,  westchnął  również  pan  Churchward. 

Oboje, choć ich myśli zapewne biegły różnymi torami, pogrążyli się w 

rozmyślaniach  o  niefrasobliwym  Franku  Sheridanie,  który  sprawami 

swego  dziecka  obarczał  innych.  Pan  Churchward  oczami  wyobraźni 

widział tego lekkoducha, pospiesznie kreślącego parę słów do siostry 

background image

przed  ostatnią  szaloną  próbą  zbicia  fortuny  dzięki  East  India 

Company.* 

-  Panie  Churchward!  -  odezwała  się  po  chwili  Sara.  -  Czy  byłby 

pan  łaskaw,  zgodnie  z  sugestią  Franka,  rozświetlić  mi  nieco  tę 

sprawę? 

Z  ust  pana  Churchwarda  wydobyło  się  kolejne  ciężkie 

westchnienie. 

-  Muszę  się  przyznać,  droga  pani,  że  o  istnieniu  panny  Oliwii 

Meredith  wiedziałem  od  samego  początku.  Siedemnaście  lat  temu 

ojciec pani polecił mi poczynić kroki w związku z przyjściem na świat 

pewnego dziecka. Myślałem, że... 

- Że to było dziecko mego ojca? - spytała Sara chłodnym tonem, 

jednak zdumiony pan Churchward mógłby przysiąc, że w spokojnych, 

orzechowych oczach mignęła jakaś wesoła iskierka. 

-  Tak  przypuszczałem  -  przyznał  się  odruchowo,  natychmiast 

wielce  z  siebie  niezadowolony,  jako  że  dobry  prawnik  unika 

wszelkich założeń i przypuszczeń, bo to rzecz niebezpieczna. 

-  Pańskie  przypuszczenie  było  jak  najbardziej  uzasadnione  - 

uspokoiła go panna Sheridan. - Tym bardziej że w owym czasie Frank 

nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat. 

-  No  cóż,  mężczyzna  młody,  to  i  krew  gorąca  -  mruknął  pan 

Churchward,  znów  karcąc  siebie  w  duchu,  gdyż  takie  kwestie  nie 

powinny być poruszane w rozmowie z młodą panną. 

*  East  India  Company  -  spółka  rządowa,  założona  w  1600  r., 

zajmująca się handlem ze wschodnimi Indiami. Rozwiązana w 1874 r. 

background image

Zmieszany  nieco,  odchrząknął  i  poprawiwszy  okulary  na  nosie, 

mówił dalej tonem celowo suchym i urzędowym. 

-  Dziecko  oddano na  wychowanie  doktorowi  Meredithowi  i  jego 

żonie, mieszkającym w wiosce Blanchland. Raz do roku lord Sheridan 

wypłacał doktorowi pewną kwotę, także w testamencie poczynił zapis 

na jego korzyść. Doktor Meredith zmarł w ubiegłym roku, jego żona i 

córka pozostały w Blanchlandzie, to znaczy wiem, że po jego śmierci 

nigdzie nie wyjeżdżały. Tyle mogę powiedzieć. 

-  Pamiętam  doktora  Mereditha  -  powiedziała  nieco  zamyślona 

Sara. - Miły człowiek, leczył mnie, kiedy przechodziłam odrę. I... Tak, 

pamiętam,  doktorostwo  mieli  córkę,  bardzo,  ładną  dziewczynkę, 

młodszą  ode  mnie  o  jakieś  osiem  lat.  Podobno  wysłali  ją  do  bardzo 

dobrej  szkoły.  A  ludzie  mówili,  że  doktor  ma  jeszcze  jakieś  inne 

dochody, nie tylko z leczenia... No tak, teraz wszystko rozumiem. 

Do drzwi zapukano dyskretnie. Weszła pokojówka, niosąc na tacy 

kawę  dla  gościa  i  mocną  herbatę  dla  panny  Sheridan.  Rozmowa 

urwała  się  na  kilka  minut  i  pan  Churchward  miał  okazję  zastanowić 

się nad tym. co właściwie należałoby teraz powiedzieć. 

- Panno Sheridan, proszę wybaczyć - zaczął po wyjściu służącej. - 

Bardzo mi przykro, że sprawiłem pani tak niezwykłą niespodziankę... 

-  Proszę  nie  robić  sobie  żadnych  wyrzutów  -  przerwała  Sara  z 

miłym  uśmiechem.  -  Przecież  pan  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego. 

Chociaż...  Czy  pana  obecność  tutaj  oznacza,  że  panna  Meredith  ma 

kłopoty i szuka pomocy? 

background image

Pan  Churchward  skinął  potakująco  głową  i  z  zafrasowaną  miną 

nachylił się nad teczką. W jego ręku znów pojawiła się biała koperta, 

tym razem jednak inna, mniejsza, z papieru pośledniejszego gatunku i 

zaadresowana dziecinnym, okrągłym pismem. 

-  Bardzo  proszę,  aby  pani  przeczytała  i  ten  list  -  powiedział, 

wyjmując z koperty białą kartkę. - Doręczono mi go trzy dni temu. 

Sara rozpostarła kartkę i znów zaczęła czytać na głos: 

Szanowny Panie!  

Proszę  wybaczyć  moją  śmiałość,  ale  rozpaczliwie  potrzebuję 

pomocy,  a  nie  wiem,  u  kogo  jej  szukać.  Matka  moja  powiedziała,  że 

nieboszczyk  lord  Sheridan  zobligował  ją,  abym  w  razie  potrzeby 

zwracała  się  do  Pana.  Dlatego  usilnie  proszę,  aby  zechciał  Pan 

przyjechać  do  Blanchlandu.  Pragnęłabym  bardzo,  żeby  Pan  poznał 

moje kłopoty i łaskawie udzielił mi rady. 

Pozostaję z szacunkiem 

Oliwia Meredith 

I  znów, jak za pierwszym razem, zapadła cisza. Pan Churchward 

zasadniczo  nie  miał  podstaw,  aby  czuć  się  zakłopotany.  Dla 

prawników z Churchward and Churchward dzieci z nieprawego łoża i 

stwarzane przez nie problemy były chlebem powszednim. Jednak ten 

przypadek był kuriozalny.  

Brat  nieboszczyk,  który  kiedyś  zszedł  na  manowce,  prosi  zza 

grobu, aby jego młodsza siostra zajęła się jego nieślubnym dzieckiem! 

No tak, Francis Sheridan był nie tylko lekkomyślny, ale i bezmyślny, 

background image

bowiem  przez  niego  jego  siostra  znajdzie  się  w  bardzo  kłopotliwej 

sytuacji. Nadzwyczaj kłopotliwej. 

- Panie Churchward - odezwała się po chwili Sara. - Może ja teraz 

zbiorę  fakty,  a  pan  łaskawie  powie,  czy  wszystko  dobrze  pojęłam.  A 

więc...  Mój  brat  napisał  do  mnie  list  i  przekazał  panu  z  prośbą,  aby 

pan  mi  go  doręczył,  jeśli  on...  umrze,  a  jego  dziecko  będzie 

potrzebowało pomocy. Czy tak, panie Churchward? 

- Tak, droga pani. 

-  Panna  Meredith,  córka  Franka,  zwróciła  się  o  pomoc  po  raz 

pierwszy.  List od niej otrzymał pan trzy dni temu. Przedtem nie miał 

pan z nią żadnego kontaktu? 

-  Nie,  panno  Sheridan.  Wszystkie  moje  kontakty  z  doktorem 

Meredithem  i  jego  rodziną  urwały  się  po  śmierci  ojca  pani. 

Wspomniałem pani, że lord Sheridan w testamencie zapisał doktorowi 

pewną sumkę, dlatego trochę to dziwne, że... 

- Kłopoty panny Meredith wcale nie muszą być natury finansowej 

- zauważyła spokojnie Sara. - A poza tym panna Meredith, niezależnie 

od  okoliczności,  jakie  towarzyszyły  jej  przyjściu  na  świat,  jest  moją 

bratanicą. 

-  Naturalnie,  droga  pani  -  przyznał  z  ciężkim  westchnieniem 

prawnik.  -  Nie  mogę  jednak  powstrzymać  się  od  uwagi,  że  pani 

wyjazd do Blanchlandu byłby bardzo niefortunny. 

Pan Churchward czuł, jak skóra mu cierpnie na samą myśl, że ta 

delikatna, śliczna panna o nieposzlakowanej opinii, ozdoba socjety w 

Bath, mogłaby wybrać się do Blanchlandu. Niestety, nowy właściciel 

background image

Blanchlandu, sir Ralph Covell, który odziedziczył majątek po śmierci 

Franka,  uczynił  z  rezydencji  prawdziwe  siedlisko  rozpusty.  Hazard, 

pijackie bibki, przeradzające się w wyuzdane orgie... 

-  Czy  pani  kuzyn,  sir  Ralph  Covell,  nadal  rezyduje  w 

Blanchlandzie? - spytał ostrożnie. 

-  Sądzę,  że  tak  - przytaknęła  Sara  z miłym  uśmiechem,  jej twarz 

natychmiast jednak spoważniała. - Słyszałam, co tam się dzieje, panie 

Churchward, i boleję nad tym. Jak można było tak zbrukać to piękne 

miejsce! 

-  I  dlatego,  droga  pani,  nie  powinna  pani  tam  jechać!  Byłoby  to 

nadzwyczaj  niestosowne.  A  poza  tym  -  twarz  prawnika  nagle 

rozjaśniła się - panno Sheridan, przecież nikt nie nalega, żeby jechała 

pani  tam  osobiście!  Może  pani  po  prostu  kogoś  wysłać!  Tak  będzie 

lepiej. 

Sara wstała z krzesła i bez słowa podeszła do okna. 

-  Ktoś  mógłby  działać  w  pani  imieniu  -  przekonywał  już  nieco 

ciszej  pan  Churchward,  modląc  się  w  duchu,  żeby  to  nie  on  był  tym 

szczęśliwcem. Jego małżonka nigdy by mu tego nie darowała. 

-  Nie,  drogi  panie  -  odezwała  się  nagle  mocnym  głosem  Sara, 

odwracając  się  od  okna.  -  Jestem  przekonana,  że  Frank  pragnąłby, 

abym  zajęła  się  tym  osobiście.  Należy  uszanować  jego  wolę. 

Naturalnie,  kiedy  dowiem  się,  na  czym  polegają  kłopoty  panny 

Meredith,  pozwolę  sobie  zwrócić  się  do  pana  po  poradę.  Ale  pojadę 

tam sama. 

background image

Panu  Churchwardowi  kamień  spadł  z  serca  i  choć  jednocześnie 

pojawiło się lekkie poczucie winy, rozgrzeszył się natychmiast. Zaczął 

chować papiery do teczki. W trakcie tej czynności przypomniał sobie 

o jeszcze jednej, jakże istotnej wiadomości. 

-  Panno  Sheridan,  proszę  wybaczyć,  ale  mam  jeszcze  coś  do 

przekazania. Otóż pozwoliłem sobie pchnąć posłańca do Blanchlandu, 

do  panny  Meredith,  z  wiadomością,  że  jej  list  dotarł  do  mnie. 

Przypadkiem spotkałem go w drodze do pani, wracał już do Londynu. 

No i... 

- I co, panie Churchward? 

-  Niestety,  nie  zdołał  przekazać  mojej  wiadomości.  Pannę 

Meredith po raz ostatni widziano przed dwoma dniami, jak wybiegała 

przez  frontowe  drzwi  rezydencji.  Od  tej  chwili  wszelki  słuch po  niej 

zaginął. 

W  drodze  powrotnej  do  Londynu  pan  Churchward  przypomniał 

sobie,  że  nie  powiedział  pannie  Sheridan  o  trzecim  liście.  Liście 

Franka  do  lorda  Woodallana,  ojca  chrzestnego  Sary  Sheridan, 

człowieka majętnego i bardzo wpływowego. Chwała Bogu, że Frank, 

wplątując  siostrę  w  tę  godną pożałowania  sytuację,  zachował  resztkę 

zdrowego  rozsądku  i  poprosił  lorda,  aby  ten  wspierał  Sarę  w  jej 

poczynaniach.  

Nastrój  prawnika  natychmiast  nieco  się  poprawił.  Przez  chwilę 

zastanawiał  się,  czy  nie  kazać  stangretowi  zawracać,  lecz  po  chwili 

zrezygnował  z  tego  pomysłu.  O,  nie,  był  już  tak  blisko  domu, 

background image

zmęczony nieludzko, a panna Sara Sheridan i tak na pewno niebawem 

się dowie, że lord Woodallan przygarnie ją pod swoje skrzydła. 

 

Lady  Amelia  zaraz  po  śniadaniu  udała  się  z  poranną  wizytą,  tak 

więc  Sara,  pożegnawszy  pana  Churchwarda,  nie  mogła  zwierzyć  się 

kuzynce.  Zwykle  nie  miała  przed  nią  żadnych  tajemnic,  ale  teraz 

nieobecność  Amelii  była  jej  nawet  na  rękę.  Tak  ważną  sprawę 

powinno  się  najpierw  przemyśleć  w  samotności,  a  poza  tym  droga 

kuzynka nie należała do osób dyskretnych.  

Co  prawda  Frank  nie  zobowiązywał  siostry  do  dochowania 

tajemnicy, lecz to jeszcze nie powód, aby za sprawą Amelii całe Bath 

w ciągu kilku godzin dowiedziało się o jego nieślubnej latorośli. 

Sara,  przysiadłszy  na  brzegu  swego  łóżka,  zagłębiła  się  w 

smutnych  rozmyślaniach.  O  Franku  i  jego  dziecku,  o  ojcu,  który  to 

dziecko  zabezpieczył,  i  o  tym,  że  i  Frank,  i  ojciec  nie  powierzyli  jej 

tego  sekretu.  I  tak  by  zapewne  pozostało,  gdyby  Frank  nie  miał 

przeczucia,  że  nigdy  nie  wróci  z  podróży  do  Indii.  I  kiedy  gasł  w 

dalekim  kraju,  trawiony  straszliwą  gorączką,  może  było  mu  trochę 

lżej, że jednak uczynił coś dla swojej córki. 

Sara  otarła  łzę  i  powoli  uniosła  się  z  łóżka.  Smutne  rozmyślania 

mogą zająć cały dzień, a ona przecież ma do załatwienia sprawunki w 

mieście,  w  związku  z  jutrzejszym  balem,  który  urządza  Amelia. 

Trzeba  kupić  wstążki  i  odebrać  kwiaty.  Sara  szybko  zmieniła 

koronkowy czepeczek na kapelusz, włożyła skromną, ciemną pelerynę 

background image

podbitą  futrem  i  zbiegła  na  dół,  natykając  się  na  gospodynię,  panią 

Anderson, czatującą w pobliżu schodów. 

- Panno Saro! No i jak? - pytała gospodyni, nie kryjąc ciekawości. 

- Czy ten dżentelmen przywiózł dobre nowiny? 

Sara, 

poprawiając 

kapelusz 

przed 

lustrem, 

nie 

mogła 

powstrzymać się od uśmiechu. W tym domu nic się nie ukryje. 

-  Niestety,  Annie,  nikt  nie  zostawił  mi  fortuny  w  spadku  - 

powiedziała  wesoło.  -  Pan  Churchward  przekazał  mi  tylko  pewną 

prośbę mojego zmarłego brata. 

Na  twarzy  pani  Anderson  pojawiło  się  wielkie  rozczarowanie. 

Cała służba w domu lady Amelii użalała się nad losem biednej panny 

Sheridan.  Taka  elegancka  dama,  z  takimi  manierami,  a  musi 

zadowolić się pozycją ubogiej krewnej! To woła o pomstę do nieba! 

A  do  tego,  choć  lady  Amelia  jest  aniołem  i  traktuje  kuzynkę 

nieomal jak siostrę, panna Sheridan umyśliła sobie, że będzie chodzić 

po  sprawunki  i  wykonywać  pewne  prace.  Teraz  też,  sama  jak  palec, 

wybiera się do miasta! 

-  Może  wstąpię  po  warzywa?  -  Pytała  uprzejmie.  -  Będę  u 

kwiaciarza, a to tuż obok. 

-  Nie  -  odparła  stanowczym  głosem  gospodyni,  nie  kryjąc 

wzburzenia. 

Otwierając  przed  Sarą  drzwi,  zauważyła  korpulentnego 

jegomościa, wychodzącego z sąsiedniego domu. 

-  Panno  Saro!  Pan  Tilbury  wychodzi  do  miasta!  -  krzyknęła.  - 

Proszę się pospieszyć, będzie pani miała towarzystwo! 

background image

-  Jakie  to  szczęście,  że  mnie  ostrzegłaś  -  odparła  z  uśmiechem 

Sara. - Będę szła powoli, modląc się w duchu, żeby się nie odwrócił! 

Pani 

Anderson 

niezadowoleniem 

potrząsała 

głową, 

odprowadzając  wzrokiem  smukłą  postać,  zbiegającą  po  schodkach,  a 

potem  przesadnie  powolnym  krokiem  ruszającą  ulicą.  No  cóż,  są 

gusta  i  guściki,  ale  tak  bogaty  dżentelmen  jak  pan  Tilbury  wcale  nie 

był  złą  partią!  Niestety,  panna  Sara  nie  wykazywała  najmniejszych 

chęci do małżeństwa z rozsądku, a szkoda... 

Gospodyni  energicznie  zatrzasnęła  drzwi  i  ruszyła  do  kuchni, 

notując  po  drodze  w  pamięci,  że  jeden  stopień  w  schodach 

prowadzących  na  górę  nie  jest  wyfroterowany  jak  należy.  Myśli 

gospodyni  zajmowało  jednak  przede  wszystkim  rozważanie  wad  i 

zalet ewentualnych kandydatów do ręki panny Sheridan. 

Bath było spokojnym, trochę sennym miastem i niewiele pod tym 

względem  miało  do  zaoferowania.  Ale  i  tu  znalazłoby  się  na  pewno 

kilku  emerytowanych  oficerów.  Albo  na  przykład  taki  sir  Edmund 

Place. Co prawda inwalida, ale za to jaki majętny! 

No,  a  lord  Grantley!  Straszny  jeszcze  z  niego  młokos,  rodzice 

dopiero  niedawno  popuścili  mu  cugli.  Ale  jak  on  szaleje  za  panną 

Sarą! Tylko patrzeć jak lady Grantley, biorąc odwet za swoją latorośl, 

zacznie  rozgadywać,  że  panna  Sheridan  jest  kobietą  złą  i  podstępną! 

Pani  Anderson  aż  sapnęła  z  oburzenia.  Ta  cała  Augusta  Grantley  nie 

dorasta pannie Sarze do pięt! 

No  i  jeszcze  coś.  Podobno  w  „Bath  Register"  podano  całą  listę 

nowych gości, którzy zjadą niebawem do kurortu. Wśród nich był lord 

background image

Renshaw, syn lorda Woodallana. Podobno miał zatrzymać się u swego 

przyjaciela, Greville'a Baynhama, jednego z wielbicieli lady Amelii... 

Pani  Anderson,  cały  czas  pochłonięta  wdzięcznym  tematem,  nie 

zaniedbywała  jednak  swoich  obowiązków  i  odszukawszy  służącą, 

udzieliła jej porządnej reprymendy. Konkury konkurami, ale schody w 

domu lady Amelii Fenton muszą lśnić jak lustro! 

 

Tymczasem  przedmiot  rozważań  życzliwej  gospodyni  spokojnie 

załatwiał  sprawunki.  Po  zakupieniu  w  pasmanterii  dwóch  bardzo 

ładnych  wstążek  do  staniczka  balowej  kreacji  Amelii,  Sara  odebrała 

również  kwiaty.  Szła  teraz  ulicą,  z  naręczem  pięknych  róż, 

wyhodowanych  specjalnie  na  ten  dzień,  ani  na  chwilę  nie  przestając 

myśleć o tym, co wydarzyło się godzinę temu. 

Siedemnastoletnia  bratanica!  A  Sara  miała  dopiero  dwadzieścia 

cztery  lata.  Starszy  o  jedenaście  lat  Frank  bardzo  wcześnie  zaczął 

interesować  się  płcią  przeciwną.  Oglądał  się  za  każdą  ładną 

dziewczyną.  Ciekawe,  która  z  nich  została  matką  jego  dziecka? 

Przecież niemożliwe, żeby była to układna żona doktora Mereditha! 

Sara uśmiechnęła się leciutko. 

Nagle krzyknęła cicho. Jakiś nieuważny mężczyzna wpadł na nią 

całym  impetem.  Piękne  róże  posypały  się  na  bruk,  ona  sama 

zachwiała  się  niebezpiecznie  i  gdyby  nie  silne  ramię,  na  pewno 

upadłaby. 

- Najmocniej panią przepraszam - usłyszała zdenerwowany męski 

głos. - Jak mogłem być tak nieuważny! 

background image

Niezdarny  dżentelmen  pomógł  Sarze  odzyskać  równowagę,  po 

czym  odwrócił się szybko, aby ratować kwiaty. O sekundę za późno, 

ponieważ przejeżdżający powóz dokonywał już dzieła zniszczenia. 

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie Sara, rzucając się na kolana.  

Niestety, nawet te róże, które uniknęły całkowitego zmiażdżenia, 

miały  zniszczone  płatki.  Róże,  które  miały  być  głównym  elementem 

dekoracyjnym  w  sali  balowej!  No  tak,  kuzynka  Amelia  wpadnie  w 

furię.  

Sara  prawie  ze  łzami  w  oczach  zbierała  z  jezdni  zmaltretowane 

kwiaty.  Jak  mogła  być  taka  nierozsądna!  Trzeba  było  spokojnie 

poczekać  do  wieczora,  kiedy  kwiaciarz  sam  rozwozi  zamówione 

kwiaty po domach! 

- Proszę wstać, bo zaraz podzieli pani los tych kwiatów! 

Głos  nieznajomego  był  teraz  mniej  uprzejmy,  przede  wszystkim 

bardzo  stanowczy.  Dżentelmen  zdecydowanym  ruchem  złapał 

dziewczynę za łokieć, zmuszając, aby wstała i weszła na trotuar. 

-  Dziękuję  panu  za  troskę  -  oświadczyła  Sara,  patrząc  na  niego 

bardzo  nieprzychylnie.  -  Szkoda,  że  nie  okazał  pan  jej  wcześniej, 

może wtedy moje róże uniknęłyby tak smutnego losu. 

Dżentelmen  nie  odpowiadał,  zapatrzony  w  śliczną,  oburzoną 

dziewczynę.  Jego  ciemne  oczy  prześlizgnęły  się  po  całej  bardzo 

powabnej  postaci,  od  przekrzywionego  kapelusza  po  skromne 

trzewiki, zatrzymując się nieco dłużej na zarumienionej twarzy.  

Sara dumnie uniosła głowę. Może jej  wiedza na temat mężczyzn 

nie  była  imponująca, doskonale  jednak  zrozumiała,  że  nieznajomy  to 

background image

typowy  bon  vivant.  Bardzo  przystojny,  wysoki,  postawny,  w 

eleganckim ubraniu, skrojonym do figury.  

Londyński szyk! Tak na pewno wyglądali ci młodzi dżentelmeni, 

którzy  zlatywali  się  na  bale  i  wieczorki  Amelii,  kiedy  przez  dłuższy 

czas  bawiła  w  Londynie.  A  ten  konkretny  dżentelmen  miał  też 

nadzwyczaj  gęste,  jasne  włosy,  nieco  teraz  rozwichrzone,  silnie 

kontrastujące z ciemnobrązowymi oczami. 

Teraz  bez  żenady  wpatrywał  się  w  Sarę.  W  odpowiedzi  jej  oczy 

zapłonęły 

najświętszym 

oburzeniem, 

co 

tylko 

rozbawiło 

nieznajomego. 

-  Mogę  jedynie  nąjusilniej  prosić  o  wybaczenie  -  tłumaczył  się 

gładko. - Podziwiałem piękne kobiety na ulicach Bath i tak byłem tym 

zaabsorbowany, że zupełnie... 

Głos  był  przemiły,  a  uśmiech  ujmujący.  Sara  czuła,  że  jej  usta 

również  składają  się  do  uśmiechu.  Stłumiła  go  jednak  w  zarodku. 

Owszem,  ten  dżentelmen  wydał  się  jej  bardzo  pociągający.  Przede 

wszystkim  był  młody,  rozpierała  go  energia,  a  Bath  pełne  było 

inwalidów.  

Poza  tym,  co  najdziwniejsze,  ten  dżentelmen  wydał  jej  się 

znajomy.  Tak,  na  pewno  nie  po  raz  pierwszy  w  życiu  widzi  to 

niezwyczajne  przecież  zestawienie  jasnych  jak  len  włosów  z 

brązowymi  oczami.  Teraz  ona  bez  żenady  wpatrywała  się  w  swego 

interlokutora. 

background image

- Proszę wybaczyć - zreflektowała się po chwili. - Czy myśmy się 

przypadkiem  już  gdzieś  nie  spotkali?  Jest  w  panu  coś  dziwnie 

znajomego... 

Zamilkła  przestraszona,  że  dżentelmen  może  niewłaściwie 

zrozumieć  jej  słowa.  Niestety,  jej  niepokój  był  uzasadniony,  gdyż 

mężczyzna  uniósł  znacząco  brwi  i  odezwał  się  głosem  bardzo 

chłodnym: 

-  Pani  mi  pochlebia,  droga  pani!  Ale  jeśli  pani  sobie  życzy, 

możemy zostać przyjaciółmi, nawet... bardzo bliskimi przyjaciółmi. 

Aluzja była oczywista. Policzki Sary zrobiły się purpurowe. Przez 

chwilę  piorunowała  dżentelmena  wzrokiem,  nieświadoma,  że  ludzie, 

wychodzący  ze  sklepów  przy  Milson  Street,  zaczynają  zerkać  na  nią 

ciekawie.  Dopiero  po  kilku  minutach  udało  jej  się  wyrzucić  z  siebie 

miażdżącą ripostę. 

- Moje intencje były zupełnie inne, łaskawy panie! I gdyby nawet 

okazało  się,  że  rzeczywiście  kiedyś  znałam  pana,  nie  pozostawałoby 

mi  nic  innego,  jak  wykreślić  z  pamięci  znajomość  z  dżentelmenem, 

który  pozwala  sobie  na  uwagi,  nie  przynoszące  mu  zaszczytu! 

Żegnam pana! 

Nie  zdążyła  jednak  odwrócić  się  na  pięcie  i  oddalić  z  dumnie 

uniesionym  czołem.  Dżentelmen,  wyraźnie  skonfundowany,  zastąpił 

jej drogę. 

-  Proszę  poczekać  -  powiedział  szybko,  przytrzymując  ją  za 

ramię. - Ja naprawdę nie chciałem pani urazić. 

- A mnie się wydaje, że pan właśnie to zamierzał! 

background image

- Proszę mi wybaczyć - sumitował się i gdyby nie wesołe iskierki 

w  jego  oczach,  można  by  rzeczywiście  przypuszczać,  że  jest 

skruszony. - A co do róż, myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby 

zamówienie nowego bukietu, czyż nie? 

Mówił  to  lekko,  tonem  mężczyzny,  któremu  zapłacenie  za  dwa 

tuziny róż w środku zimy nie nastręcza żadnych trudności. Sara czuła, 

że jej gniew zaczyna niebezpiecznie topnieć. Na szczęście znalazła w 

sobie dość hartu, by odpowiedzieć surowym tonem. 

-  Niestety,  łaskawy  panie!  Jak  pan  na  pewno  zdążył  zauważyć, 

jest  zima  i  bieganie  po  Bath  w  poszukiwaniu  róż  byłoby  raczej 

bezcelowe. Moje róże zostały wyhodowane na specjalne zamówienie! 

A teraz mam nadzieję, że nie będzie pan stwarzał dalszych trudności i 

łaskawie pozwoli mi się oddalić! 

Niestety,  nie  pozwolił.  Kiedy  ruszyła  ulicą,  dżentelmen 

najspokojniej w świecie poszedł za nią. 

- Mam nadzieję, że nie poniosła pani żadnego uszczerbku podczas 

tego hm... zderzenia? - pytał uprzejmie, ale w jego głosie nieustannie 

słychać było rozbawienie. - Przepraszam za opieszałość, powinienem 

był  spytać  o  to  wcześniej.  Uważam,  że  po  tak  nieszczęśliwym 

incydencie jestem zobowiązany odprowadzić panią do domu. 

Sara,  porażona  jego  oburzającą  pewnością  siebie,  gorączkowo 

zastanawiała się w duchu, jakich słów użyć, aby grzecznie pozbyć się 

natręta. 

- Naprawdę nie musi się pan fatygować. Czuję się doskonale. 

background image

- Sądzę jednak, że damie, spacerującej samotnie po ulicy, trudno 

pozostać niezauważoną. Bath to nie Londyn, i  w oczach szacownych 

matron takie zachowanie na pewno jest godne potępienia! 

Wyczuwając kpinę, Sara z trudem powstrzymała uśmiech, jednak 

jej replika zamykała całą sprawę. 

- Ale pojmuje pan również, że jeszcze więcej plotek wywoła fakt, 

iż  spaceruję  po  ulicy  z  dżentelmenem,  który  nie  został  mi 

przedstawiony.  Dlatego  bardzo  proszę,  aby  uwolnił  mnie  pan  od 

swego towarzystwa. Życzę miłego pobytu w naszym mieście! 

Skinęła głową jak królowa i przyspieszyła kroku. 

 

Guy, lord Renshaw, uszanował  wolę  damy. Pozostał  w miejscu i 

dość  smętnym  wzrokiem  odprowadzał  wiotką  postać  w  ciemnej 

pelerynie,  oddalającą  się  od  niego  zdecydowanym  krokiem.  Dama 

doszła  do  rogu  ulicy  i  tam  zatrzymała  się  na  moment,  zamieniając 

kilka słów z jakimś dżentelmenem.  

Guy  wytężył  wzrok  i  nagle  jego  twarz  rozpromieniła  się.  Ów 

dżentelmen  to  nikt  inny,  tylko  jego  stary  druh,  Greville  Baynham, 

który teraz szybkim krokiem szedł właśnie w tę stronę. 

- Wybacz, przyjacielu, że musiałeś na mnie czekać! 

-  Nic  się  nie  stało,  nie  brakło  mi  rozrywki  -  odparł  z  leniwym 

uśmiechem Guy, nie odrywając wzroku od Sary, znikającej już z pola 

widzenia. Tak. Ta dziewczyna jest pełna gracji, mogłaby konkurować 

z największymi londyńskimi pięknościami. No i te oczy... Urzekające! 

Ogromne, orzechowe, lśniące jak dwie gwiazdy... 

background image

- Popijałeś wodę leczniczą, czy znalazłeś sobie ciekawsze zajęcie? 

- spytał Greville. - Niestety, Bath nie jest zbyt zajmującym miejscem, 

zwłaszcza poza sezonem. 

- Nie jest tak źle - mruknął Guy. - Powiedz mi, proszę, kim jest ta 

dama, z którą witałeś się przed chwilą? 

- Jaka dama? A, tam? Chodzi ci o pannę Sheridan? O, daruj sobie, 

Guy!  Panna  Sheridan  nie  ma  zwyczaju  flirtować,  a  takich  gagatków 

jak ty w ogóle nie zauważa! 

-  Odczułem  to  na  własnej  skórze  -  przyznał  z  uśmiechem  Guy.  - 

Wystaw  sobie,  że  ta  panna  wspomniała  coś  o  znajomości  ze  mną. 

Niestety, niewłaściwie pojąłem jej intencje, no i miałem się z pyszna. 

Chyba jeszcze nigdy żadna dama nie zmyła mi tak głowy! Ale zaraz... 

Grev, jak powiedziałeś? Sheridan? Nie do wiary! Przecież ja ją znam! 

Greville spojrzał na niego z niedowierzaniem. 

- Kpisz sobie ze mnie? 

-  Naturalnie,  że  ją  znam!  -  wykrzyknął  triumfalnie  Guy.  -  Ta 

panna  jest  córką  zmarłego  przed  kilku  laty  lorda  Sheridana,  prawda? 

A  więc  wystaw  sobie,  że  jest  również  chrześnicą  mego  ojca.  Tak,  to 

Sara Sheridan! Nie widziałem jej przez całe wieki. A przecież znałem 

ją bardzo dobrze, kiedy była dzieckiem. 

-  Do  diabła  -  zaklął  zdumiony  Greville.  -  Co  za  cudowny  zbieg 

okoliczności! 

-  Cudowny?  -  powtórzył  Guy  ponurym  głosem.  -  Przecież 

zblamowałem  się  jak  diabli.  I  teraz  ty,  przyjacielu,  musisz  przetrzeć 

mi do tej panny drogę! 

background image

- Co to, to nie! - zaprotestował żywo przyjaciel. - Panna Sheridan 

jest kuzynką lady Amelii Fenton. Już ja wiem, co ci chodzi po głowie. 

A Amelia mnie powiesi, jeśli będziesz próbował flirtować z Sarą! 

Guy  uśmiechnął  się.  O  beznadziejnej  miłości  swego  przyjaciela 

do  nadobnej  lady  Fenton  nasłuchał  się  sporo  wczorajszego  wieczoru, 

kiedy  obaj  mieli  już  nieźle  w  czubie.  No  cóż,  a  więc  nawet  w  tym 

sennym mieście można przeżyć jakąś awanturkę...  

A  panna  Sheridan  warta  była  zachodu.  Guy  przypomniał  sobie 

błyski  w  orzechowych  oczach,  kiedy  dawała  mu  odprawę.  Zauważył 

ją, kiedy z tymi nieszczęsnymi różami wychodziła od kwiaciarza. Jej 

włosy,  wymykające  się  spod  skromnego  kapelusza,  miały  kolor 

jesiennych liści, były i rdzawe, i złociste, i bursztynowe.  

Szczuplutka,  wyprostowana,  stąpała  z  taką  gracją...  Mimo 

surowego ubioru wcale nie sprawiała wrażenia oschłej. W jej oczach, 

oprócz gniewnych błysków, zapalały się wesołe iskierki... 

A więc to Sara Sheridan, chrześnica lorda Woodallana... 

Nie  szkodzi,  ten  fakt  sam  w  sobie  jest  niezwykle  korzystny, 

otwiera bowiem furtkę do kontynuowania znajomości odnowionej po 

tylu  latach  w  dość  burzliwy  sposób.  Tak,  pomysł  kontynuacji  wydał 

się Guyowi niezwykle pociągający. 

-  Powiedz  mi,  Greville,  czy  panna  Sheridan  nie  wybiera  się 

czasami za mąż? - spytał, niby od niechcenia. 

-  Niestety,  w  Bath  poluje  się  na  posagi,  a  Sara  żadnego  nie 

posiada.  Mieszka  u  Amelii,  bywa  razem  z  nią,  pisze  jej  listy  i  tak 

dalej. Jednym słowem jest... 

background image

-  Damą  do  towarzystwa?  -  spytał  z  niedowierzaniem  Guy.  -  To 

niemożliwe! 

-  Właściwie  trudno  to  tak  nazwać  -  zaczął  skwapliwie  wyjaśniać 

Greville,  odruchowo  broniąc  Amelii.  -  Lady  Fenton  jest  bardzo 

przywiązana  do  kuzynki  i  wcale  nie  zachowuje  się  jak 

chlebodawczyni. Ona i Sara są jak dwie przyjaciółki. Trudno zresztą, 

żeby było inaczej, Amelia jest tak słodkim i czułym stworzeniem... 

-  Drogi  przyjacielu,  do  głowy  by  mi  nie  przyszło  wątpić  we 

wspaniałomyślność  lady  Amelii  -  zapewnił  pospiesznie  Guy.  - 

Myślałem  zupełnie  o  czymś  innym.  Jednak  panna  Sheridan,  sam 

przyznasz,  nie  powinna  znaleźć  się  w  takim  położeniu.  Ciekaw 

jestem,  czy  mój  ojciec  o  tym  wie.  Przecież  on,  jako  jej  chrzestny, 

powinien przynajmniej zadbać o jej posag! 

- Ho, ho - zaśmiał się Greville. - Posag? Wybacz, przyjacielu, ale 

miałem wrażenie, że ty z chęcią zaserwowałbyś jej przede wszystkim 

mały flircik! 

-  No,  może  w  pierwszej  chwili  coś  mi  tam  przemknęło  przez 

głowę  -  przyznał  Guy.  -  Ale  w  tej  sytuacji...  O,  nie!  Co  by  zresztą 

powiedział  na  to  ojciec!  Greville,  poradź  mi,  jeśli  nie  uda  mi  się 

znaleźć róż w Bath, to gdzie ich szukać? 

- Róże? Czy ty aby nie przesadzasz? Przecież jest zima! 

-  Wiem,  wiem,  sezon  na  róże  dawno  minął.  Czuję,  że  trzeba 

będzie posłać po kwiaty do Bristolu. 

background image

-  Możesz  sobie  na  to  pozwolić  -  przyznał  Greville  bez  cienia 

złośliwości.  -  Guy,  czy  ty  przypadkiem  nie  pakujesz  się  w  jakąś 

kabałę? 

- Chcę zrobić damie przyjemność. 

- Raczej zdobyć jej względy - skwitował Greville z posępną miną. 

-  No  cóż,  powinienem  cię  chyba  ostrzec.  Panna  Sheridan  jest  osobą 

bardzo  inteligentną,  jeśli  będziesz  knuł  jakieś  niecne  plany,  ona 

natychmiast  je  przejrzy.  I  nie  chciałbym  być  w  twojej  skórze,  jeżeli 

popadniesz w niełaskę u lady Amelii. No i jeszcze jedno... 

Wzrok  Greville'a  spoczął  na  róży,  która  jako  jedyna  zdołała 

ocaleć spod kół powozu. 

-  Masz  zamiar  tak  z  nią  paradować?  -  spytał  ze  złośliwym 

uśmiechem. - Guy, do diabła, wyglądasz jak głupkowaty dandys! 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Nie,  moja  droga,  ja  zabraniam!  Nie  wolno  ci  jechać  do 

Blanchlandu!  Przecież  w  ten  sposób  narazisz  na  szwank  swoją 

reputację! Kochanie, błagam! 

Lady  Fenton  z  wyrazem  największego  przerażenia  na  słodkiej 

twarzyczce  zerwała  się  z  sofy.  Sara  westchnęła  ciężko.  Jedyną  dobrą 

stroną obecnej sytuacji był fakt, że kuzynka choć na chwilę przestała 

lamentować z powodu tych nieszczęsnych kwiatów.  

Zszokowana  pomysłem  Sary,  wygłosiła  jej  dłuższe  kazanie,  a 

teraz,  nie  posiadając  się  z  oburzenia,  nerwowo  krążyła  po  pokoju. 

Wyglądała nieco komicznie, z powodu niskiego wzrostu można by ją 

background image

wziąć  za  rozkapryszoną  dziewczynkę.  Dzięki  ogromnej  fortunie  była 

jednak zaliczana do najlepszych partii w Bath. 

-  Och,  Saro,  ty  na  pewno  uważasz,  że  przesadzam  -  narzekała 

teraz, opadając ciężko na sofę. - Ale ja naprawdę boję się o ciebie! 

-  Nie  gniewaj  się,  Milly,  muszę  tam  jechać,  Frank  mnie  o  to 

prosi... 

- Prosi?! Nonsens! Przecież on nie żyje od trzech lat! A cóż ty tam 

możesz mieć za interes? 

-  Milly,  wybacz,  to  sprawa  nadzwyczaj  delikatna,  choć  niezbyt 

ważna.  Zresztą  jadę  tam na krótko,  no  i  jestem  pewna,  że  te  plotki  o 

sir Ralphie są mocno przesadzone. 

- Przesadzone?! Sir Ralph Covell uczynił z Blanchlandu siedlisko 

zła  i  rozpusty!  I  ty,  droga  Saro,  zdajesz  sobie  doskonale  sprawę,  jak 

ten  wyjazd  wpłynie  na  twoją  reputację!  Boże,  Boże,  gdyby  Frank 

zmartwychwstał,  udusiłabym  go  gołymi  rękami!  Och,  wybacz,  Saro, 

wiem, jak bardzo byłaś przywiązana do brata, zawsze gotowa uczynić 

dla niego wszystko, jednakowoż... 

-  Wiem,  moja  droga,  wiem  -  przerwała  łagodnym  głosem  Sara, 

głaszcząc czule kuzynkę po ręku.  

Amelia  dobiegała  już  trzydziestki,  od  pięciu  lat  była  szacowną 

wdową,  a  jednak  Sara  często  odnosiła  wrażenie,  że  z  nich  dwóch  to 

ona jest osobą o wiele starszą i bardziej doświadczoną. Lady  Fenton, 

osoba  o  gołębim  sercu,  była  nadzwyczaj  impulsywna  i  nie  potrafiła 

zapanować nad emocjami. 

background image

-  Na  dodatek  chcesz  jechać  na  dwa  tygodnie  przed  Bożym 

Narodzeniem! 

- Bardzo mi przykro, Milly, ja po prostu muszę. 

-  Najmocniej  przepraszam  -  rozległ  się  od  progu  ugrzeczniony 

głos  Chisholma,  kamerdynera  lady  Fenton.  -  Przyszli  dwaj 

dżentelmeni... 

-  Nie  ma  mnie  w  domu!  -  krzyknęła  histerycznie  Amelia.  - 

Przecież mówiłam, że dziś nie przyjmuję! 

- Pozwolę sobie jednak zauważyć, że w przypadku sir Baynhama 

poleciła pani... 

- Greville? Czemu Chisholm nie mówi od razu? Prosić! Prosić! 

-  Tak  jest,  proszę  pani  -  odparł  flegmatycznie  służący  i  cicho 

wysunął  się  z  pokoju,  a  Sara  z  trudem  powstrzymała  uśmiech. 

Ciekawe,  czy  droga  Amelia  docenia  anielską  wprost  cierpliwość 

swojej  służby,  która,  o  dziwo,  zdawała  się  być  autentycznie 

przywiązana do swej roztrzepanej chlebodawczyni. 

-  Sir  Greville!  Jak  miło  pana  widzieć!  Nic  nie  wiedziałam  o 

pańskim powrocie z Londynu. 

Na  widok  dwóch  eleganckich  dżentelmenów  wkraczających  do 

bawialni  Amelia  natychmiast  zapomniała  o  zdenerwowaniu  i 

rozpłynęła się w uśmiechach. 

-  Lady  Amelio!  Panno  Sheridan!  -  zaczął  oficjalnym  tonem  sir 

Baynham.  -  Pozwolą,  drogie  panie,  że  przedstawię...  lord  Guy 

Renshaw, mój przyjaciel. Przez kilka dni zabawi w Chelwood. Panna 

Sheridan, zdaje się, miała już sposobność go spotkać... 

background image

Serce  Sary  biło  jak  szalone,  od  pierwszej  chwili  gdy  ujrzała 

wysokiego  mężczyznę,  wchodzącego  za  sir  Greville'em  do  bawialni. 

A zatem jej wcześniejsze przypuszczenia okazały się słuszne, choć ten 

bardzo  przystojny  światowiec  niewiele  przypominał  tamtego 

rozhukanego chłopaka, który dokuczał jej bezlitośnie lata temu. 

Lord zgiął się w wytwornym ukłonie. 

- Lady Fenton! To dla mnie wielki zaszczyt ujrzeć damę, o której 

urodzie i przymiotach miałem już sposobność wiele usłyszeć. 

Amelia  pokraśniała,  a  sir  Greville  posmutniał,  zapewne  gorzko 

teraz żałując, że przyprowadził do swej bogdanki tak doświadczonego 

uwodziciela. 

- Panno Sheridan... 

Uśmiech  lorda  był  zniewalający,  Sara  natomiast  uśmiechnęła  się 

raczej  blado,  jako  że  nie  zamierzała  poddawać  się  urokowi  jakiegoś 

bawidamka. 

- Łączy nas przyjaźń z lat dziecięcych, czyż nie tak, droga pani?  

- Och, jakie to intrygujące! - wykrzyknęła z emfazą Amelia. 

- Niestety, lord Renshaw raczył się pomylić, mówiąc o przyjaźni - 

oświadczyła  oschłym  tonem  Sara,  z  zadowoleniem  zauważając  w 

oczach  lorda  błysk  zdziwienia.  -  Był  wstrętnym  chłopakiem, 

pamiętam,  że  z  lubością  straszył  mnie  różnymi  obrzydliwymi 

pająkami i ropuchami. 

-  Ależ  to  paradne!  -  krzyknęła  znów  Amelia,  wybuchając 

perlistym  śmiechem.  -  Zdaje  się,  że  pan  porządnie  zalazł  za  skórę 

background image

mojej  kuzynce,  milordzie.  Niełatwo  teraz  będzie  panu  zdobyć  jej 

przychylność! 

-  Będę  starał  się  usilnie,  o  ile  panna  Sheridan  da  mi  ku  temu 

sposobność - zapewnił Guy, spoglądając na Sarę wymownie.  W jego 

spojrzeniu, pełnym ironii, kryła się też jawna prowokacja.  

Speszona  Sara  odwróciła  głowę,  gdy  tymczasem  Amelia, 

zachwycona gościem, zaprosiła go na sofę. 

-  Proszę,  milordzie,  proszę,  niech  pan  spocznie.  Jak  długo 

zamierza  pan  pozostać  w  Bath?  W  porównaniu  z  Londynem  nasze 

prowincjonalne miasto wyda się panu z pewnością bardzo nieciekawe. 

-  Nie  sądzę  -  mruknął  Guy,  rzucając  znów  wymowne  spojrzenie 

na Sarę. 

Usadowiwszy się obok pani domu, uprzejmie podjął konwersację: 

-  Niestety,  długo  tu  nie  zabawię.  Wracam  z  Półwyspu*  i  spieszę 

do domu, do rodziny. Pojutrze zamierzam ruszyć do Woodallan. 

-  Ale  jutro  jest  pan  jeszcze  w  Bath.  Wybornie!  -  szczebiotała 

Amelia, obdarzając Guya uwodzicielskim uśmiechem. - W takim razie 

musi  pan  przyjść  jutro  na  mój  bal,  milordzie.  Bohater,  który  właśnie 

powrócił  z  wojny!  Przecież  ja  wydaję  ten  bal  w  celu  uczczenia 

naszych zwycięstw**. 

*  Półwysep  Iberyjski  Wspólna  kampania  wojsk  koalicyjnych 

(brytyjskich,  hiszpańskich  i  portugalskich)  w  celu  wyparcia  wojsk 

napoleońskich z Półwyspu Iberyjskiego (1808 - 1813). 

**  Zwycięstwa  koalicjantów  pod  Talaverą  (1809)  i  pod  Vitorią 

(1813). 

background image

Tymczasem  sir  Greville  przysiadł  na  krześle  obok  Sary, 

rozpoczynając 

miłą, 

towarzyską 

pogawędkę. 

Wizyta 

obu 

dżentelmenów  odwróciła  uwagę  Amelii  od  wyjazdu  Sary  do 

Blanchlandu, co  nie  oznaczało,  naturalnie,  że  Amelia  do  tego  tematu 

nie  powróci.  Zapewne  wałkowana  też  będzie  sprawa  nieszczęsnych 

róż, które uległy zniszczeniu. 

Po  jakimś  czasie  w  bawialni  zjawili  się  lokaj  i  pokojówka  z 

napojami  i  wtedy  to  Guy  i  Greville,  bardzo  zręcznie,  zamienili  się 

miejscami.  Sara  zauważyła  pełne  wdzięczności  spojrzenie,  jakim  sir 

Baynham obdarzył przyjaciela, sadowiąc się obok damy swego serca. 

Ten  drobny  fakt  ukazywał  lorda  w  zdecydowanie  lepszym  świetle  i 

dodał Sarze nieco otuchy. 

-  Pozwoli  pani,  że  dotrzymam  jej  towarzystwa?  -  spytał  lord  z 

uśmiechem,  od  którego  Sarze  omal  nie  zakręciło  się  w  głowie.  - 

Zapewniam,  że  nie  grozi  pani  żadne  niebezpieczeństwo.  Niecne 

igraszki z niezbyt pociągającymi stworzonkami należą do przeszłości i 

dziś  ośmielam  się  prosić  o  wybaczenie  za  tego  pajączka,  który 

przypadkiem rozsiadł się na pani krześle w pokoju jadalnym. 

-  To  była  ropucha,  pająkami  dręczył  mnie  pan  w  szkole  - 

sprostowała  panna  Sheridan.  -  Ale  proszę  się  nie  zamartwiać, 

milordzie, te incydenty nie odebrały mi hartu ducha. 

- Słowa pani przyjmuję z wielką ulgą - stwierdził z zadowoleniem 

Guy, podsuwając Sarze talerzyk z herbatnikami. - Ale ja ośmielam się 

prosić o więcej, panno Sheridan. Pragnąłbym, aby pani zdanie o mnie 

było jak najlepsze. 

background image

-  Szkoda,  że  zapragnął  pan  tego  dopiero  teraz  -  zauważyła  Sara 

słodziutkim  głosem.  -  Gdy  wcześniej  zdążył  pan  tak  okrutnie  obejść 

się z moimi kwiatami! Nieprawdaż? 

-  Tak,  to  było  nadzwyczaj  niefortunne  wydarzenie  -  przyznał  z 

teatralnym  westchnieniem  Guy,  spoglądając  na  lady  Fenton.  - 

Kuzynka  pani  była  bardzo  niezadowolona?  Szkoda,  że  nie  pozwoliła 

pani odprowadzić się do domu, miałbym wtedy okazję paść jej do nóg 

i prosić o przebaczenie. 

-  Doskonale  pan  wie,  milordzie,  że  nie  wypadało  mi  zrobić 

inaczej.  A  Amelia,  nie  będę  ukrywać,  była  bardzo  niezadowolona. 

Moja kuzynka jest istotą obdarzoną wieloma talentami, ale nawet ona 

nie zrobi dekoracji z kwiatów czerwonych, białych i niebieskich, jeśli 

tych czerwonych zabraknie. 

- A, czyli miała być to dekoracja w barwach narodowych!  

- Tak wymarzyła sobie Amelia. 

-  Jest  mi  niezmiernie  przykro  -  powiedział  ze  skruchą  Guy,  nie 

spuszczając oczu z Sary.  

Uprzejmy uśmiech nie schodził z jego ust, uśmiechnęła się więc i 

ona, leciutko, nieśmiało. 

-  Żałuję  bardzo,  że  nie  rozpoznałem  pani  od  razu  -  powiedział, 

przyciszając  głos.  -  Ale  skąd  mogłem  wiedzieć,  że  strachliwe 

dziewczątko  przemieni  się  w  tak  piękną  damę,  zdolną  powalić 

każdego mężczyznę na kolana! 

W pełnym zachwytu spojrzeniu lorda pojawiło się jeszcze coś, co 

Sarę zupełnie zbiło z tropu. Jej twarz pokrył ciemny rumieniec. Co za 

background image

sytuacja...  Ona,  Sara  Sheridan,  siedzi  sobie  w  bawialni  kuzynki,  a 

obok,  na  krzesełku,  tkwi  dżentelmen,  którego  dziś  rano  spotkała 

przypadkiem na ulicy - po trzynastu latach z okładem.  

Siedzą i rozmawiają, jednak z nią dzieje się coś niedobrego. Myśli 

udaje  się  jej  jeszcze  jako  tako  skupić,  ale  gdzieś  głęboko  w  duszy 

wszystko dziwnie drży. 

-  Żarty  pan  sobie  stroi  -  powiedziała  ostro,  pragnąc  dodać  sobie 

animuszu. - Wydaje mi się, że pan w ogóle nie wydoroślał. 

-  Jak  to?  -  stropił  się  Guy,  robiąc  zabawnie  zafrasowaną  minę.  - 

Przecież tyle urosłem! 

-  Ale  nie  pozbył  się  pan  swojej  skłonności  do  prawienia  damom 

zbędnych pochlebstw! Pamiętam, jak próbował pan oczarować nawet 

moją babcię! Była zgorszona, że pan pomimo młodego wieku już jest 

tak biegły we flirtowaniu! 

-  No  cóż,  chciałem  podszlifować  trochę  swoje  umiejętności  - 

odparł  Guy  z  niedbałym  uśmiechem.  -  Zaręczam  jednak,  że  w  ciągu 

tych trzynastu lat nabrałem trochę ogłady i... doświadczenia. 

O tak, temu Sara zaprzeczyć nie mogła! Dobiegający trzydziestki 

dżentelmen,  pełen  swady  i  dowcipu,  na  pewno  jest  o  wiele  bardziej 

niebezpieczny niż dorastający chłopak. 

- Nie wątpię, proszę jednak oszczędzić mi szczegółów. Sądzę, że 

nie byłyby one odpowiednie dla moich uszu. 

-  Zdaje  się,  że  ja  w  ogóle  nie  jestem  odpowiedni  -  stwierdził 

melancholijnie Guy. - A pani, ku mojemu wielkiemu ubolewaniu, jest 

wzorem wszelkich cnót, panno Sheridan. 

background image

- Mam nadzieję - oświadczyła bardzo już oschłym tonem Sara. - I 

dlatego  proszę,  aby  nasza  rozmowa  ograniczyła  się  do  zwykłej, 

towarzyskiej konwersacji. 

-  Ale  dlaczego?  -  zaprotestował  Guy,  patrząc na nią  niewinnie.  - 

Spodziewałem  się,  że  nasza  dawna  znajomość  zezwala  na  odrobinę 

poufałości. 

-  Poufałości?  -  powtórzyła  Sara  podniesionym  głosem,  a 

zauważywszy  zaintrygowane  spojrzenie  Amelii,  dokończyła  ciszej:  - 

Pana oczekiwania są zbyt śmiałe. 

Guy  wzruszył  nieznacznie  ramionami  i  zamilkł,  jakby  uznając 

swoją  porażkę,  Sara  czuła  jednak,  że  to  tylko  chwilowe  zawieszenie 

broni.  Aby  uprzedzić  więc  następną  potyczkę,  gorączkowo 

zastanawiała  się  w  duchu  nad  jakimś  innym  tematem.  Raczej 

poważnym, ponieważ bywanie w sztywnym, szalenie dystyngowanym 

towarzystwie  Bath  nie  przygotowało  jej  do  błyskotliwej,  dowcipnej 

konwersacji, nie mówiąc już o flircie. 

-  Był  pan  na  wojnie,  prawda?  Przypuszczam,  że  przebywał  pan 

długo  poza  krajem.  Pańska  rodzina  z  pewnością  bardzo  stęskniła  się 

za panem. 

Rozbawienie  w  oczach  Guya  świadczyło  jednoznacznie,  że  pojął 

wybieg Sary, uprzejmie podjął jednak temat: 

-  Tak,  panno.  Sheridan.  Przez  cztery  łata  służyłem  pod 

Wellesleyem*.  Wróciłem  tylko  dlatego,  że  ojciec  mój  podupadł  na 

zdrowiu i chce, abym pomógł mu zarządzać majątkiem. 

background image

- Przykro słyszeć, że lord jest niezdrów. Mam nadzieję, że to nic 

poważnego. 

-  Ja  też  mam  taką  nadzieję,  choć  obawiam  się  najgorszego  - 

powiedział Guy przygnębionym głosem. - Prosić kogoś o pomoc... To 

do  ojca  zupełnie  niepodobne.  A  tymczasem  wręcz  nastawał,  abym 

wrócił. 

Uśmiechnął się smutno i spróbował dokończyć lżejszym tonem: 

-  Moja  matka  będzie  bardzo  szczęśliwa.  Przez  cztery  lata 

przeklinała Bonapartego, że rozpoczął tę wojnę. 

-  A  ja  bardzo  długo  nie  widziałam  się  z  pańskimi  rodzicami, 

chyba  już  kilka  lat,  chociaż  z  pańską  matką  pisujemy  do  siebie.  W 

swym  ostatnim  liście  wspominała,  że  ma  nadzieję  na  pański  rychły 

powrót. Pańska matka okazuje mi wiele serdeczności, milordzie. List, 

który dostałam od niej po śmierci mego ojca, bardzo mnie podtrzymał 

na duchu. 

-  Na  pewno  było  pani  bardzo  ciężko  -  powiedział  łagodnie.  - 

Miała  pani  dopiero  dziewiętnaście  lat,  prawda?  A  wkrótce  potem 

straciła pani i brata, i dom rodzinny.  

Dom  rodzinny  w  Blanchlandzie,  do  którego  teraz  miała  jechać... 

To  dziwne,  lecz  przez  chwilę  zupełnie  o  tym  zapomniała.  Ale  teraz 

wróciło wszystko, co przedtem tak zaprzątało umysł Sary. 

 

* Arthur Wellesley (1769-1852), późniejszy lord Wellington, dowódca 

wojsk  koalicyjnych  w  kampanii  antynapoleońskiej  na  Półwyspie 

Iberyjskim. 

background image

Jaka  jest  panna  Oliwia  Meredith?  Jej  list  był  bardzo  poprawny  i 

uprzejmy, pięknie wykaligrafowany, znać, że dziewczyna uczyła się w 

świetnej szkole. I gdzie jej teraz szukać? Trzeba to wszystko starannie 

obmyśleć... 

-  Proszę  wybaczyć,  lordzie  -  powiedziała  szybko,  zauważywszy 

baczne  spojrzenie  Guya.  -  Zamyśliłam  się.  Przypomniało  mi  się 

Blanchland. 

-  A jak mieszka się pani z lady  Amelią? Na pewno nie nudzi się 

pani! 

Guy  z  uśmiechem  spojrzał  na  lady  Fenton,  prawiącą  coś 

Greville'owi z wielkim przejęciem, nachyloną ku niemu tak blisko, że 

jej  ciemne  loki  muskały  ramię  rozmówcy.  Sara  również  spojrzała  na 

zajętą sobą parę i po raz pierwszy roześmiała się w głos. 

-  O,  tak!  W  towarzystwie  Amelii  nie  sposób  się  nudzić!  A  przy 

tym jest mi ogromnie życzliwa, jak siostra. 

- A jak pani sądzi - spytał Guy cicho. - Czy lady Fenton ulituje się 

w końcu nad biednym Greville'em i przyjmie jego oświadczyny? 

To  pytanie,  stanowczo  zbyt  osobiste,  wykraczało  poza  ramy 

towarzyskiej  konwersacji.  Uśmiech  znikł  z  twarzy  Sary,  jej  oczy 

pociemniały. 

-  Panno  Sheridan,  nie  zasłużyłem  sobie  na  takie  traktowanie  - 

oświadczył  z  rozbrajającym  uśmiechem.  -  Powoduje  mną  troska  o 

dobro  przyjaciela,  wiem  przecież,  jakim  afektem  darzy  lady  Fenton! 

No, chociaż może rzeczywiście moje pytanie było zbyt poufałe... 

background image

-  Może  trochę  -  przyznała  niespodziewanie  łagodnym  głosem 

Sara,  prostując  się  na  krześle.  -  Wyznam  jednak  panu,  że  również 

czekam  na  to  z  wielką  niecierpliwością.  Od  dwóch  lat  usiłuję 

przekonać Amelię, ale ona jest głucha na moje argumenty. 

- Greville skarżył się na to samo - przyznał smętnie Guy. - Panno 

Sheridan,  a  pani?  Tak  piękna  panna  na  pewno  ma  niejednego 

konkurenta.  Proszę  uchylić  rąbka  tajemnicy,  z  radością  zawiozę 

rodzicom jakąś miłą wiadomość. 

Już  pytanie  dotyczące  Amelii  było  bardzo  śmiałe,  jednak  to 

ostatnie po  prostu  zaparło  Sarze  dech  i  zmusiło  do udzielenia  bardzo 

ostrej odpowiedzi. 

-  Więc  niech  pan  będzie  łaskaw  przekazać,  że  cieszę  się 

najlepszym zdrowiem i pogodą ducha. I kłaniam się pięknie! 

Guy  wcale  nie  sprawiał  wrażenia  zdeprymowanego,  przeciwnie, 

wydawał się nadzwyczaj usatysfakcjonowany odpowiedzią. 

-  Dziękuję,  panno  Sheridan.  Pani  słowa  ośmielają  mnie  i 

pozwalają mieć nadzieję... 

-  Chyba  płonną!  -  padła  następna,  druzgocąca  odpowiedź.  -  Nie 

mam najmniejszego zamiaru ośmielać pana do czegokolwiek! 

Guy z wielką powagą pokiwał głową. 

-  No  tak,  teraz  rozumiem!  Sądziłem,  że  dżentelmeni  z  Bath  są 

ślamazarni, a teraz widzę, że to pani patrzy na nich z wysoka! Chyba 

niełatwo zdobyć pani przychylność, panno Sheridan! 

-  Na  pewno  będzie  to  ponad  siły  pewnego...  nicponia,  który  tak 

potraktował  moje  róże!  Nie  sądzę  jednak,  żeby  z  tego  powodu pobyt 

background image

w  naszym  mieście  uważał  pan  za  zmarnowany.  Mnóstwo  młodych 

dam  będzie  zachwyconych,  jeśli  lordowska  mość  raczy  z  nimi 

poflirtować. 

-  Flirciary?  O,  nie!  Mnie  interesuje  ktoś  inny  -  stwierdził  krótko 

Guy, spoglądając na nią bardzo wymownie. - I dlatego usilnie proszę, 

aby na jutrzejszym balu pozwoliła mi pani ze sobą zatańczyć. 

-  Nie  wiem  jeszcze,  czy  w  ogóle  będę  na  tym  balu,  milordzie  - 

oświadczyła wyniośle panna Sheridan. - Mam inne zamysły! 

Niestety, rozbawione oczy Guya wręcz napawały się jej chłodem i 

oschłością. 

- Zamierza pani sprawić swej kuzynce taki zawód? Lady Amelia z 

pewnością będzie niepocieszona. Czy mam osobiście wystąpić do niej 

z petycją, aby wyperswadowała pani ten niedorzeczny pomysł? 

-  Nie,  nie,  proszę  sobie  w  ogóle  nie  zawracać  tym  głowy  - 

zaprotestowała żywo Sara, a jej policzki zrobiły się o ton ciemniejsze. 

Zdawała sobie sprawę, że zagalopowała się. Guy naturalnie też zdawał 

sobie z tego sprawę i teraz upajał się jej zakłopotaniem. 

Kiedy  wielki  zegar  dostojnie  i  głośno  wybił  godzinę,  Amelia  z 

cichym okrzykiem poderwała się z sofy. 

-  Panowie  wybaczą,  ale  jestem  zaproszona  do  pani  Chartley  na 

wista. Nie chciałabym się spóźnić... 

Panowie  powstali  z  miejsc.  Greville  ofiarował  się  Amelii  jako 

eskorta,  co  przyjęła  z  wdzięcznym  uśmiechem.  Guy  złożył  na  dłoni 

Sary delikatny pocałunek. 

background image

-  Jestem  pewien,  że  spotkamy  się  jeszcze  dziś  wieczorem.  Czy 

panie wybierają się na tańce do Pump Room? 

-  Naturalnie!  -  wykrzyknęła  Amelia,  ubiegając  Sarę,  która  miała 

zamiar  zaprzeczyć.  -  Po  raz  ostatni  w  tym  roku  będą  grać  ludowe 

tańce!  Jak  to  miło,  że  znów  będzie  okazja  pana  spotkać,  lordzie 

Renshaw! 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  lady  Fenton!  Kłaniam  się 

nisko, panno Sheridan! 

Wyszli razem. Sara, spoglądając dyskretnie zza firanki, widziała, 

jak  lord  jeszcze  raz  żegna  się  z  Amelią  i  przyjacielem,  i  rusza  w 

przeciwną stronę.  

Guy  Renshaw.  Wyrósł  na  czarującego  dżentelmena,  no  i  wcale 

nie krył, że interesuje go panna Sheridan. Niestety, dla Sary nie było 

tajemnicą, że za lordem ciągnie się zła sława flirciarza i uwodziciela. 

Czyż  można  więc  brać  jego  słowa  poważnie?  Na  pewno  nie.  Nie 

należy w ogóle zawracać sobie tym głowy, tym bardziej że Guy i tak 

wkrótce wyjeżdża z Bath. A ona wyrusza do Blanchlandu...  

Nagle  ogarnęło  ją  wielkie  przygnębienie.  Poczuła,  że  wcale  nie 

pragnie  oglądać,  co  rozpustny  kuzyn  uczynił  z  dawnego  gniazda 

Sheridanów  ani  rozwiązywać  problemów  nieślubnej  córki  Franka. 

Amelia  ma  rację,  odradzając  jej  tę  podróż.  Przecież  pan  Churchward 

również sugerował, aby posłać tam kogoś innego. 

Pojedzie  jednak.  Oczywiście!  Jeśli  będzie  działać  rozważnie, 

wszystko  pójdzie  gładko.  Z  Bath  do  Blanchlandu  jest  tylko  jeden 

dzień  drogi.  Z  pewnością  odszukanie  Oliwii  nie  zajmie  zbyt  wiele 

background image

czasu.  Wypyta  dziewczynę  o  jej  kłopoty,  przekaże  odpowiednie 

dyspozycje  panu  Churchwardowi  i  wróci  do  Bath.  Zajmie  jej  to 

tydzień, najwyżej dziesięć dni. 

 

Obecność lorda Renshawa i sir Greville'a Baynhama na tańcach w 

Pump  Room  wywołała  wielkie  poruszenie.  Greville  był  znaną 

postacią  wśród  miejscowej  socjety,  jako  że  majątki  Baynhamów 

ciągnęły się na północ od Bath, zaledwie kilka kilometrów od miasta. 

Niejedna  dama  gotowa  była  pocieszyć  przystojnego  lorda,  gdyby 

tylko przestał oświadczać się lady Fenton. 

Tego  wieczoru  jednak  jeszcze  większe  zainteresowanie 

wzbudzała  osoba  lorda  Renshawa,  partii  znakomitej,  gdyż  ten  młody 

człowiek,  nie  tylko  przystojny  i  bogaty,  dziedziczył  również  tytuł 

lordowski. 

Wieczór  był  bardzo  piękny,  niebo  usiane  gwiazdami.  Niewielką 

odległość,  dzielącą  Brock  Street  od  Pump  Room,  Amelia  i  Sara 

postanowiły  pokonać  pieszo.  Każda  dama  wie,  że  mroźne  powietrze 

pięknie różowi policzki i dodaje blasku oczom. 

- Wyglądasz prześlicznie, moja Saro! - mówiła z aprobatą Amelia, 

kiedy  po  przybyciu  na  miejsce  wyplątały  się  z  długich  peleryn.  - 

Zawsze wyglądasz bez zarzutu, cieszy mnie jednak, że na ten wieczór 

porzuciłaś  nareszcie  żałobne  kolory!  Wiem,  kochanie,  byłaś  bardzo 

oddaną  siostrą, ale  niepodobna, abyś  do  końca  życia  chodziła  ubrana 

na ciemno. Jesteś jeszcze taka młoda... A w tych różowościach jest ci 

background image

po  prostu  cudnie!  Ciekawa  jestem,  czy  to  przypadkiem  nie  pewien 

dżentelmen wpłynął na tak cudowną przemianę... 

-  O,  popatrz,  Milly!  -  zawołała  pospiesznie  Sara.  -  Pan  Tilbury, 

razem z siostrą! 

-  Aha,  rzeczywiście,  to  on  -  stwierdziła  obojętnym  głosem  lady 

Fenton, spoglądając wręcz  z niesmakiem na nudnawego dżentelmena 

z  sąsiedztwa.  -  Całe  szczęście,  że  Greville  przyprowadzi  tego 

młodego, czarującego przyjaciela.  W Bath rzadko kiedy uświadczysz 

kogoś tak interesującego. 

Sara  zarumieniła  się  jak  piwonia  -  ale  przecież  tak  dzieje  się 

zawsze,  kiedy  z  mrozu  wchodzi  się  do  porządnie  ogrzanego 

pomieszczenia!  Nigdy  nie  przyznałaby  się  kuzynce,  że  swej  toalecie 

poświęciła  dwa  razy  więcej  czasu  niż  zazwyczaj  i  przeżywała  męki, 

nie mogąc się zdecydować, czy wybrać jedwab różowy, czy w kolorze 

morskim.  

Zdenerwowanie,  które  odczuwała  przez  całe  popołudnie,  teraz 

przybrało  na  sile  i  osiągnęło  apogeum,  gdy  razem  z  Amelią 

przekraczały  próg  sali  balowej.  Doświadczyła  wówczas  sensacji 

zupełnie  sobie  nieznanych.  Ucisk  w  sercu  był  bolesny,  nogi  dziwnie 

odmawiały  posłuszeństwa.  I  to  wszystko  z  powodu  Guya  Renshawa, 

który kiedyś wpuścił do jej pokoju olbrzymią ropuchę. 

 

Guy był już  w sali balowej, zajęty rozmową z  Greville'em. Oczy 

prawie  wszystkich  dam  zwrócone  były  w  jego  stronę.  Nic  dziwnego. 

background image

Dumny  Woodallan,  nadzwyczaj  przystojny  i  elegancki,  wprost 

przyciągał wzrok. 

- Przynajmniej połowa znajomych pań słyszała już, że lord złożył 

nam wizytę i prosiła, aby go przedstawić - szeptała Amelia, skrywając 

uśmiech za wachlarzem. - Już dawno nikt nie zrobił takiej furory. 

- Grev też wygląda bardzo korzystnie. 

-  Tak.  Prezentuje  się  całkiem  znośnie  -  powiedziała  Amelia 

głosem tak doskonale obojętnym, że Sara zapragnęła nagle chwycić ją 

za  szczupłe  ramionka  i  potrząsnąć  z  całej  siły.  -  Bardzo  go  lubię, 

wiesz, to takie siostrzane uczucie. 

- Siostry bardzo surowej - zauważyła cierpko Sara. 

- Naprawdę aż tak źle go traktuję? 

-  Okropnie!  I  nie  doceniasz  ani  trochę!  A  to  wspaniały  i  bardzo 

porządny  człowiek.  Wybacz  szczerość,  Milly,  ale  on  nie  przegrywa 

kroci  w  karty  ani  nie  upija  się  do  nieprzytomności  jak  twój  zmarły 

mąż! 

- No, może... - przyznała Amelia bez większego entuzjazmu. - Ale 

Alan był taki porywający! 

Sara  westchnęła  w  duchu.  Dla  niej  Alan  Fenton  był  zwykłym 

nicponiem,  pozbawionym  wszelkich  zasad,  a  Amelia,  dziwna  rzecz, 

wspominała  go  wręcz  z  rozrzewnieniem,  lekceważąc  prawego  i 

uczciwego 

Greville'a. 

Tego 

samego 

Greville'a, 

którego 

jasnoniebieskie oczy pojaśniały jeszcze bardziej na widok zbliżającej 

się lady Fenton. 

background image

-  Panno  Sheridan!  Witam  panią!  -  mówił  miło  Guy,  delikatnie 

ujmując dłoń Sary. - Błagam o taniec, chociaż jeden, wyjąwszy jednak 

menueta, który jest dla mnie stanowczo zbyt podniecający! 

A więc znowu kpił. 

-  Czyżby  gustował  pan  w  tańcach  ludowych?  -  spytała  sucho.  - 

Będą grać je po ósmej. 

- A walca? 

- O, nie! Walc jest zbyt szybki dla Bath. 

-  A  więc  trudno!  W  takim  razie  będę  prosił  o  taniec  ludowy, 

panno  Sheridan!  A  teraz,  jeśli  wolno,  byłbym  zaszczycony,  gdyby 

pani zechciała zaspokoić głód w moim skromnym towarzystwie. 

-  Dziękuję,  z  miłą  chęcią  -  odparła  uprzejmie  Sara,  przyjmując 

ramię lorda. 

Zręcznie  manewrując  między  gośćmi,  przeprowadził  ją  do 

bocznej  sali  i  usadowił  w  zacisznej  wnęce,  a  sam  podszedł  do  stołu, 

zastawionego smakowitym jadłem. 

Natychmiast  obstąpiło  go  kilka  młodziutkich dam,  debiutujących 

w  wielkim  świecie.  Jedna  z  nich  wciągnęła  go  w  rozmowę  na  temat 

rozkoszy podniebienia, odczuwanych przy spożywaniu poziomek.  

Tymczasem  za  kolumną,  nieopodal  wnęki,  w  której  siedziała 

Sara, stały dwie matrony, czujnym okiem obserwujące swe pociechy. 

Ich teatralny szept, niestety, docierał do uszu Sary. 

- A jego reputacja, droga pani Bunton! - narzekała jedna z dam. - 

Koszmar! Prawdziwy koszmar! 

- Czy tak, pani Clarke? 

background image

- No... Przynajmniej tak mówiono o nim, zanim poszedł na wojnę. 

Być może służba wojskowa nieco go odmieniła, ale... 

- Ma pani rację, jak już ktoś pobłądził... 

-  Myślę  jednak,  że  małżeństwo  z  porządną  kobietą  wypleni  z 

niego złe nawyki. 

Obie damy zamilkły na chwilę, niechybnie zastanawiając się nad 

korzyściami płynącymi z małżeństwa z lordem. 

-  Słyszała  pani,  że  lady  Melville  była  jego  kochanką?  Przez  cały 

rok! 

- O, tak! Mówiono, że to był bardzo namiętny i burzliwy romans! 

- A potem ta historia z lady Paget! 

- Okropność! A jej mąż podobno niczego się nie domyślał. 

- Teraz lord Woodallan ponoć chce, żeby jego syn się ustatkował. 

- Woodallanowie są bardzo bogaci. 

-  O,  tak.  Gdyby  lord  starał  się  o  pani  Emmę,  nie  wiem,  co  bym 

pani radziła... 

- Sama też nie wiem... Ale on podobno lubi jasnowłose! Jak moja 

Emma! 

Może  to  i  dobrze,  że  lord,  umknąwszy  pannom,  powrócił  już  do 

Sary,  czuła  bowiem,  że  jej  biedne  uszy  nie  wytrzymają  dłużej  tego 

gadania. 

- Panno Sheridan! Czy coś się stało? - pytał zaniepokojony  Guy, 

stawiając  na  stole  tacę.  -  Wygląda  pani  na  bardzo  zdenerwowaną! 

Może pani coś dolega? 

background image

- Czuję się wyśmienicie - oświadczyła lodowatym głosem. - Choć 

przed  chwilą  zmuszona  byłam  do  poznania  listy  pańskich  miłostek! 

Chyba dobrze, że pan wkrótce opuszcza Bath, bo z pańskiego powodu 

za  dużo  zamieszania  w  naszym  prowincjonalnym...  gołębniku! 

Doprawdy... 

-  Zadziwiające!  -  wykrzyknął  Guy,  wpatrując  się  zachwyconym 

wzrokiem  w  jej  wzburzoną  twarz.  -  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że 

stać panią na taką szczerość! A więc zmuszono panią do wysłuchania 

frywolnych plotek? Panią, taką układną, przyzwoitą pannę z Bath! 

-  Bo  ja  taka  jestem  naprawdę,  milordzie  -  odparła  Sara  i 

natychmiast wypiła nieprzyzwoicie duży  łyk szampana. - Dlatego też 

myślę, że to nie wypada, aby pan zaszczycał mnie swoją uwagą. 

- Ale dlaczego? - spytał Guy, nagle posmutniały. - Czy dlatego, że 

pani  cieszy  się  powszechnym  szacunkiem,  a  ze  mną,  niestety,  jest 

inaczej?  Panno  Sheridan,  ja  naprawdę  jestem  pani  bardzo  wdzięczny 

za miłe traktowanie... Może dzięki temu uda mi się poprawić moją nie 

najlepszą  reputację?  Kiedy  te  matrony  zauważą,  że  pani  patrzy  na 

mnie przychylnym okiem... 

- Nonsens! Pan mówi same nonsensy, milordzie! 

Guy uśmiechnął się, lecz natychmiast znów spoważniał. 

-  Dobrze,  panno  Sheridan!  Jeśli  nie  gustuje  pani  w  moich 

nonsensach, spróbuję posłużyć się prawdą. 

Jakby  mimochodem,  lekko  musnął  dłoń  Sary.  Prawie 

niewyczuwalnie.  I  znów  Sara  odczuła  rzecz  nową,  niebywałą.  Jego 

palce prawie jej nie dotknęły, a jej się wydało, że te palce... parzą. 

background image

-  Myślę,  panno  Sheridan,  że  mamy  pokrewne  dusze,  mimo  że 

różnimy się od siebie. 

Sara,  milcząc,  zabrała  się  do  jedzenia,  szczęśliwa,  że  ręka,  w 

której trzyma widelec, jakimś cudem nie drży gwałtownie. 

-  Panno  Sheridan?  Czy  pani  nigdy  nie  pragnęła  przeżyć  czegoś 

bardziej... ekscytującego? 

Serce Sary nadal biło jak młotem, teraz jednak przede wszystkim 

z  gniewu.  Czy  lordowska  mość  potrafi  z  nią  mówić  tylko  na  jeden 

temat?  Jednocześnie  poczuła  się  bezradna,  ponieważ  była  całkowicie 

pewna,  że  lord  nie  zmieni  tematu,  pozostaje  tylko  kwestia,  jak 

głęboko postanowił go drążyć. 

-  Moje  życie  wcale  nie  jest  mało  ekscytujące,  milordzie.  Mam 

swoje książki, listy i krąg bliskich znajomych. W Pump Room bardzo 

często  odbywają  się  różne  koncerty,  a  kiedy  pogoda  sprzyja,  można 

spacerować po parku. 

-  Faktycznie,  bardzo  ekscytujące  zajęcia  -  mruknął  Guy  pod 

nosem, rzucając jej pełne ironii spojrzenie znad swego kieliszka. - Czy 

była pani w Londynie? 

- Nie, nie byłam. 

- Rozumiem... no tak. 

Ironia znikła z jego oczu, znów mówił poważnie. 

-  Pani  ojciec  umarł  zbyt  wcześnie  i  nie  było  nikogo,  kto 

wprowadziłby  panią  w  świat.  Przecież  pani  brat  bez  przerwy 

podróżował... 

background image

-  Mnie  naprawdę  podoba  się  życie  na  prowincji  -  przyznała 

szczerze Sara. - Bath jest uroczym miastem. 

- Nie wątpię!  I mówię to najzupełniej poważnie. Jednak czy pani 

nigdy nie miała ochoty cieszyć się młodością? Odzyskać ją? 

-  Ależ  ja  wcale  nie  mam  poczucia,  że  straciłam  swoją  młodość! 

Poza tym myślę, że jeszcze daleko mi do wieku sędziwego! 

- Brawo! Jakież to budujące, spotkać młodą damę, która wcale nie 

rozpacza,  że  życie  jej  umyka.  I  kto  wie,  co  jeszcze  przed  panią. 

Dzisiejszego wieczoru pani wygląd stanowi zachętę dla każdego hm... 

znawcy uroków niewieścich. 

- Nie mam zamiaru nikogo do niczego zachęcać. 

- Wspomniałem tylko o pewnym typie mężczyzn. 

- Chyba nie bardzo wypada mi się w to zagłębiać, milordzie. 

-  Cóż  za  subtelność  i  rozwaga!  Lady  Amelia  zapewne  uważa,  że 

jest pani idealną damą do towarzystwa. Mam rację? 

Rozmowę przerwało niespodziane zjawienie się pana Tilbury'ego, 

pragnącego  zatańczyć  z  panną  Sheridan.  Nie  było  powodu,  żeby 

odmówić. Sara, zgodnie z konwenansami, przeprosiła  Guya,  Guy nie 

protestował. I nagle to uleganie konwenansom zirytowało Sarę. 

Potem,  tańcząc  z  ociężałym  sąsiadem,  mogła  tylko  popatrywać, 

jak piękny Guy obskakuje co ładniejsze panny. Wmawiała sobie, że ją 

to w ogóle nie obchodzi.  

Do  ich  wspólnego  tańca  Guy  stawił  się  odrobinę  za  późno.  Sara 

zauważyła,  że  trudno  mu  było  rozstać  się  z  poprzednią  partnerką, 

background image

bardzo  młodą  i bardzo  urodziwą  panną Bunton.  Zdenerwowało  ją  to, 

owszem, udało jej się jednak powitać Guya spokojnie i miło.  

Potem  jednak  poczuła  się  wręcz  upokorzona,  kiedy  jego  kpiące 

spojrzenie  powiedziało  wyraźnie,  że  on  wyczuwa  jej  nastrój.  To 

zirytowało ją jeszcze bardziej. 

- Jest pani dziwnie osowiała - stwierdził Guy po chwili. - Tańczy 

pani  doskonale,  nie  musi  więc  pani  uważać  na  każdy  krok.  Co  się 

stało, panno Sheridan? Czyżbym znów naraził się pani?  

Kpina  w  jego  oczach  na  nowo  roznieciła  gniew  Sary.  Niestety, 

piękny lord wyzwalał w niej najgorsze instynkty. 

-  Spędziliśmy  razem  zaledwie  kilka  godzin,  milordzie  - 

oświadczyła na pozór słodko. - To zbyt krótko, aby pan był  w stanie 

czymkolwiek mi się narazić. 

Rozdzielili  się  w  tańcu,  Sara  zdążyła  jednak przechwycić ponure 

spojrzenie Guya, który powrócił po kilku minutach z gotową ripostą: 

- No cóż, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że kiedyś uda mi się 

zburzyć pani spokój. A może jednak uczyni mi pani tę łaskę i już teraz 

raczy mnie zauważyć, ofiarowując choć odrobinę... antypatii? 

- Ależ... milordzie! 

-  Dlaczego  nie?  To  chyba  będzie  lepiej  odzwierciedlać  stan 

faktyczny! 

-  Proszę  o  wybaczenie,  milordzie.  Trochę  niezręcznie  się 

wyraziłam. 

Muzyka  przestała  grać,  ale  Guy  nie  puszczał  ręki  Sary.  Stali 

wśród  kłębiącego  się  tłumu,  lecz  Sara  miała  wrażenie,  że  nagle 

background image

dookoła  zapadła  cisza,  że  w  sali  nie  ma  nikogo  oprócz  niej  i  Guya. 

Przekonanie, że on pragnie ją pocałować, było tak silne, iż bezwiednie 

odsunęła się o krok... 

- Proszę się nie lękać - powiedział Guy cicho. - Nie zrobię tego... 

przynajmniej  nie  teraz,  nie  tutaj.  Ale  pokusa  jest  ogromna,  panno 

Sheridan! 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tej nocy Sara spała mocnym, zdrowym snem, obudziła się jednak 

bardzo wcześnie, trapiona niespokojną myślą. Jak sir Ralph zareaguje 

na jej niespodziewaną wizytę? Czy okaże życzliwość córce zmarłego 

kuzyna? Czy będzie można obdarzyć go zaufaniem? Raczej nie, skoro 

Oliwię  po  raz  ostatni  widziano  w  drzwiach  jego  rezydencji,  a  potem 

zaginął po niej wszelki słuch.  

Sara zadrżała i wsunęła się głębiej pod kołdrę, gdzie było ciepło i 

bezpiecznie.  Nie  po  raz  pierwszy  miała  wrażenie,  że  wplątuje  się  w 

sytuację  jakby  żywcem  wziętą  z  gotyckich  opowieści.  Z  drugiej 

jednak  strony,  jako  osoba  trzeźwa  i  praktyczna,  wierzyła,  że  istnieje 

proste wytłumaczenie zniknięcia Oliwii.  

Prawdopodobnie  wyjechała  do  krewnych,  nikomu  o  tym  nie 

mówiąc,  a  jej  kłopoty  to  romans  lub  prośba  o  załatwienie  posady 

guwernantki  przy  jakiejś  majętnej  rodzinie.  Tak  więc  na  pewno  uda 

się wszystkiemu zaradzić! 

Odrzuciła  kołdrę  i  raźno  wyskoczywszy  z  łóżka,  podeszła  do 

okna.  Na  czystym,  bezchmurnym  niebie  świeciło  blade,  zimowe 

background image

słońce. Było pięknie, choć na pewno bardzo mroźnie. W całym domu 

panował  już  rejwach,  przygotowania  do  wieczornego  balu  ruszyły 

pełną parą.  

Sara,  naturalnie,  ofiarowała  się  z  pomocą,  znając  jednak  dobrze 

Amelię,  wiedziała,  że  kuzynka  jeszcze  śpi.  Zatem  nic  nie  stało  na 

przeszkodzie,  aby  przed  śniadaniem  zaaplikować  sobie  porządny  łyk 

cudownego, mroźnego powietrza. 

Za domem lady Fenton, w podwórzu, była niewielka stajnia. Stały 

tam  dwa  konie  do  powozu,  łagodna  siwa  klaczka  do  spokojnych 

przejażdżek  po  parku  oraz  druga  klacz,  nieco  ostrzejsza,  na  której 

lubiła  jeździć  Sara.  A  ten  rześki  poranek  wprost  zapraszał  na 

przejażdżkę. 

Astra  zapewne  była  tego  samego  zdania.  Statecznym  krokiem 

przemierzyła  ciche  jeszcze  ulice  Bath,  a  kiedy  dotarły  do  wyłożonej 

darnią  Landsdown,  zerwała  się  ochoczo  do  galopu.  Z  galopu  szybko 

przeszła  w  cwał  i  niebawem  stajenny  Tom,  towarzyszący  Sarze, 

pozostał daleko w tyle.  

Dojechawszy  więc  samotnie  do  wzgórz,  za  którymi  ciągnęła  się 

posiadłość  Greville'a  Baynhama,  Sara  puściła  wodze  luzem  i  koń 

zaczął wspinać się po stromym zboczu. Na szczycie wzniesienia teren 

był  znów  płaski  i  Sara  pozwoliła  Astrze  iść  swobodnie,  swoim 

tempem, a sama zagłębiła się w rozmyślaniach. 

Lord  Guy  Renshaw...  O,  tak!  Miał  rację.  Łączy  ich  jakieś 

pokrewieństwo dusz, dziwne i niepokojące. Powinna unikać go, mimo 

że  pod  wieloma  względami  był  bardzo  dobrą  partią.  Tak  dobrą,  że 

background image

śmiało  mógł  ożenić  się  z  damą  stojącą  o  wiele  wyżej  w  hierarchii 

społecznej  niż  skromna  dama  do  towarzystwa,  co  prawda 

ustosunkowana, ale za to bez grosza.  

Jednak, z drugiej strony, lord nie był dobrą partią z powodu swej 

mocno  nadszarpniętej  reputacji,  a  poza  tym  nie  sprawiał  wrażenia 

człowieka,  który  pragnie  się  ustatkować.  Zatem  znajomość  z  nim 

może spowodować groźne w skutkach komplikacje.  

Sara  westchnęła  cichutko.  W  ciągu  ostatnich  sześciu  lat  kilku 

dżentelmenów  deklarowało  chęć  poprowadzenia  jej  przed  ołtarz, 

żaden  jednak  nie  odpowiadał  jej  oczekiwaniom.  A  Sara  nie  należała 

do kobiet, które zrobią wszystko, aby uniknąć staropanieństwa.  

Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  trudno  mieszkać  u  kuzynki  do 

końca  życia,  coraz  bardziej  też  tęskniła  za  własnym  domem,  gdzie 

byłaby panią. Niestety, złośliwy los  zetknął ją teraz z dżentelmenem, 

którego w swych planach na przyszłość w ogóle nie powinna brać pod 

uwagę!  

- Witam panią, panno Sheridan! Jaki piękny dziś poranek! 

Obiekt jej smętnych rozważań wyjeżdżał właśnie konno z bramy 

Chelwood 

Park, 

posiadłości 

Baynhamów, 

uśmiechając 

się 

promiennie. 

-  Pani  klacz  jest  pełna  werwy  -  zagadnął,  podjeżdżając  bliżej  i 

wpatrując  się  bez  żenady  w  ślicznie  zarumienioną  od  mrozu  i  wiatru 

twarz dziewczyny. 

Konie  poszły  dalej  razem,  łeb  w  łeb.  Lord  dosiadał  pięknego 

kasztanowatego  huntera.  Ubrany  był  z  dyskretną,  lecz  wyszukaną 

background image

elegancją.  Jego  gęste  jasne  włosy  rozwiał  wiatr,  ciemne  oczy 

rozświetlało poranne słońce... Wyglądał po prostu - zniewalająco. 

- Kuzynka pani nie wybrała się na przejażdżkę? 

- Amelia nie przepada za jazdą konną. Towarzyszy mi stajenny - 

wyjaśniła  Sara,  wskazując  szpicrutą  na  Toma,  który  zły  jak  diabli 

pokrzykiwał  na  swego  starego  kuca,  z  mozołem  wspinającego  się  po 

zboczu. 

-  I  biedak  ciągle  zostaje  w  tyle!  Jest  pani  świetną  amazonką, 

panno Sheridan! Wczoraj, wyliczając swoje zajęcia, nic pani o tym nie 

wspomniała. 

-  Wychowałam  się  na  wsi,  milordzie,  to  zrozumiałe,  że  jeżdżę 

konno. 

-  Ale  pani  jeździ  znakomicie,  panno  Sheridan,  a  to  rzadkość 

wśród dam. 

Sara roześmiała się. 

- Nie jest pan dziś łaskaw dla dam, milordzie! Tym bardziej cieszę 

się,  że  moje  skromne  umiejętności  spotkały  się  z  pańską 

przychylnością. 

- Trudno było ocenić inaczej coś, co jest doskonałe - odparł lord, 

spoglądając na nią bardzo wymownie. 

- A mnie niełatwo zadowolić, panno Sheridan! 

Sara  zarumieniła  się,  ale  nie  tylko  z  powodu  pochwały.  Kiedy 

zerkała  na  towarzysza,  nie  mogła  opędzić  się  od  nadzwyczaj  śmiałej 

myśli. Że ten właśnie mężczyzna będzie ją kiedyś całował.  

background image

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  Guy  przygląda  jej  się  z  wielką 

uwagą, a w dodatku tak, jakby czytał w jej myślach. Speszona, szybko 

ściągnęła wodze i ustawiła konia bokiem. 

- Przepiękny widok - stwierdził Guy, spoglądając w dół, na Bath i 

wzgórza  Somerset,  widniejące  na  horyzoncie.  -  Ale  wiatr  zaostrza 

apetyt, a śniadanie w Chelwood czeka. Panno Sheridan! Nie miałaby 

pani ochoty przyłączyć się do dwóch samotnych kawalerów? Proszę... 

Tom,  poklepujący  czule  swego  zmęczonego  wspinaczką  konia, 

spojrzał na Sarę z wielkim oburzeniem. 

-  Dziękuję  za  zaproszenie,  milordzie  -  odparła  z  miłym 

uśmiechem.  -  Sądzę  jednak,  że  bardziej  wypada,  abym  zjadła 

śniadanie przy Brock Street. 

- Do Brock Street daleko, panno Sheridan! Nie boi się pani, że w 

drodze umrze z głodu? 

- Wytrzymam, milordzie! A muszę wracać, żeby pomóc Amelii w 

przygotowaniach do balu. Żegnam pana, lordzie Renshaw. 

- Chwileczkę, panno Sheridan! 

Dłoń Guya przykryła dłoń Sary, ściągającą już wodze klaczy. 

-  Czy  dla  lady  Amelii  walc  też  jest  za  szybki?  Mówiła  pani,  że 

Bath nie przepada za tym tańcem. 

- Lady Fenton uwielbia walca. 

-  W  takim  razie...  -  Guy  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem  i 

zabawnie  zasalutował  szpicrutą.  -  Panno  Sheridan,  błagam,  aby  pani 

ten taniec ofiarowała mnie. 

 

background image

Sala balowa wyglądała przepięknie. Jedwabne draperie, czerwone 

i  niebieskie,  spływały  ze  ścian  i  owijały  się  wokół  śnieżnobiałych 

kolumn. Dziesiątki białych świec wetknięto w kinkiety i do wazonów, 

w których pyszniły się piękne, dorodne róże. Te róże, główny element 

dekoracji i powód wielkiego zmartwienia, doręczono niespodziewanie 

późnym popołudniem.  

Ilość  była  ogromna  i  zaaferowane  służące,  wśród  chichotów  i 

poszturchiwań,  rozbiegły  się  po  całym  domu  w  poszukiwaniu 

dodatkowych  wazonów.  Ktoś  nadgorliwy  przyniósł  nawet  nocnik, 

który  przerażony  Chisholm,  widząc nadchodzącą  lady  Amelię,  wcale 

nie flegmatycznie wepchnął za stojak na parasole.  

Róże  przysłał  anonimowy  ofiarodawca.  Dopiero  kiedy  lady 

Amelia udała się do kuchni, aby jeszcze raz rzucić okiem na ostatnie 

przygotowania,  a  służące  rozbiegły  się  do  innych  zajęć,  kamerdyner 

dyskretnie przekazał Sarze prześliczny bukiecik z różowych różyczek. 

W  bukieciku  był  bilecik,  na  którym  ktoś  dużym,  zamaszystym 

pismem skreślił tylko dwa słowa: „Odpokutowałem? Renshaw". 

I  teraz  Sara,  z  jedną  z  tych  słodkich  różyczek  przypiętą  do 

staniczka sukni w morskim kolorze,  czuła coraz większe podniecenie 

na myśl, że wkrótce znów ujrzy dżentelmena, któremu tak skutecznie 

udało się poprawić jej humor. 

-  Przepięknie  udekorowałaś  salę,  Milly  -  szeptała,  kiedy  razem  z 

kuzynką  czekały  w  holu  na  następną  partię  gości.  -  A  możesz  już 

zdradzić sekret, jakie potrawy będą też w tych trzech kolorach? 

background image

-  Mogę  -  śmiała  się  Amelia.  -  Czerwony  jest  pstrąg  w  sosie 

pomidorowo-czosnkowym. Bekas jest w białym sosie winnym... 

- A niebieskie? 

-  Lody  z  sokiem  z  czarnych  jagód!  Zostały  nazwane  „Lody 

Napoleońskie",  kucharka  mówi,  że  kręciła  je  z  prawdziwą 

przyjemnością. 

Wzrok Amelii prześlizgnął się po różach, wyzierających niemal z 

każdego kąta. 

- Są wspaniałe, prawda? Nie domyślasz się, kto mógł je przysłać? 

Saro... 

-  Kłaniam  się  pięknie,  lady  Amelio!  Panno  Sheridan,  jestem 

szczęśliwy,  że  jednak  zdecydowała  się  pani  zaszczycić  ten  bal  swoją 

obecnością. 

Sara drgnęła nerwowo i odwróciła się, niezbyt jeszcze pewna, czy 

widok lorda, zgiętego  w ukłonie, napawa ją radością. Z jednej strony 

dobrze,  że  się  zjawił,  bo  Amelia  przestanie  dopytywać  się,  kto 

przysłał róże. Z drugiej jednak strony, jak cieszyć się na widok kogoś, 

kto patrzy tak drwiąco? 

-  Lord  Renshaw!  Jakże  się  cieszę,  że  drogi  pan  przybył  na  mój 

skromny  bal  -  powitała  go  z  entuzjazmem  pani  domu.  -  Ale  skąd  ta 

uwaga, milordzie?  Dlaczego Sary miałoby tu nie być? Saro, przecież 

już miesiąc temu obiecałaś, że mnie nie zawiedziesz! 

-  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówi  jego  lordowska  mość!  - 

powiedziała szybko Sara, piorunując wzrokiem Guya. 

background image

- Znów zrozumiałem coś na opak, proszę wybaczyć - przepraszał 

skruszony.  -  Lady  Amelio,  czy  pozwoli  pani, abym  zatańczył  teraz  z 

panną Sheridan? 

- Naturalnie! Nie wiem jednak, czy Sara... 

Ale Guy, jakby pewien przyzwolenia Sary, już brał ją pod ramię. 

-  Grają  walca,  panno  Sheridan.  A  pani  raczyła  obiecać  mi  ten 

taniec. 

Sara  tańczyła  znakomicie.  Walc  z  Guyem  Renshawem  był 

zupełnie  innym  doświadczeniem  niż  niemrawe  pląsy  z  ciężkawym 

panem Tilburym. Walc z Guyem był tańcem zmysłów. Kiedy unosiła 

głowę,  w  ciemnobrązowych  oczach, dziwnie  teraz  ciepłych,  widziała 

zachwyt  i  jeszcze  coś,  co  wzbudzało  w  niej  lęk.  Pragnienie,  którego 

on wcale nie starał się ukryć. 

Zamykała więc oczy, żeby od tego pragnienia uciec. Żeby rządził 

nią tylko walc... 

-  Pięknie  pani  tańczy,  panno  Sheridan.  Pamiętam,  już  jako 

dziecko ślicznie pani śpiewała i tańczyła... 

-  A  pan  nie  miał  ochoty  tańczyć  ze  mną  -  pożaliła  się  Sara  z 

uśmiechem,  zadowolona,  że  niewinna  pogawędka  odciągnie  ją  od 

niebezpiecznych  myśli  i  odczuć.  -  Do  dziś  pamiętam  jeden  z  bali 

dziecięcych, na którym wzgardził pan mną bezlitośnie. 

- Byłem osłem - przyznał ze skruchą Guy. - A poza tym to przez 

naszych  rodziców!  Oni  już  chyba  wtedy  umyślili  sobie,  żeby  nas 

połączyć,  a  to  najlepszy  sposób,  aby  szesnastolatek  stanął  okoniem. 

Tym bardziej że panna liczyła sobie dopiero lat jedenaście. 

background image

- Rzeczywiście, nasi rodzice byli trochę nierozważni, prawda? 

-  Ależ  ja  ich  wcale  nie  winię,  panno  Sheridan!  Pospieszyli  się,  a 

lepiej  było  poczekać,  aż  panienka  zmieni  się  w  motyla...  Na  pewno 

dzisiaj nie byłbym już takim osłem! 

Spojrzenie ciemnobrązowych oczu było bardzo śmiałe - i to teraz, 

kiedy tak bardzo potrzebna była rozmowa jak najbardziej obojętna! 

-  Wolałabym,  żeby  pan  nie  szafował  tak  słowami,  milordzie!  - 

oświadczyła  Sara  nienaturalnie  mocnym  głosem.  -  Jestem  już  zbyt 

dorosła, aby pańskie pochlebstwa przyprawiały mnie o zawrót głowy! 

-  Proszę  wybaczyć,  zapomniałem,  ile  pani  liczy  wiosen.  A  to 

liczba bardzo dogodna, droga pani. Mogę z panią flirtować do  woli i 

reputacja moja na tym nie ucierpi. 

Sara  osłupiała,  a  tymczasem  walc  się  skończył.  Muzyka  ucichła, 

Guy zgiął się w ukłonie. 

- Czy ofiaruje mi pani jeszcze jeden taniec, panno Sheridan? 

-  Nie  wiem,  czy  nie  przyniosłoby  to  uszczerbku  pana  reputacji  - 

wypaliła  Sara,  nie  bacząc,  że  jest  tak  samo  impertynencka,  jak  on 

przed  chwilą.  -  Dwa  tańce  z  jedną  damą  poczytywane  są  w  Bath  za 

wielką śmiałość, milordzie! 

Jego odpowiedź utrzymana byłaby zapewne  w tym samym tonie, 

dalszą  jednak  utarczkę  uniemożliwiło  pojawienie  się  lady  Amelii, 

prowadzącej ze sobą jakiegoś bardzo młodego człowieka. 

-  Lordzie  Renshaw,  pan  pozwoli,  że  przedstawię...  Pan  Elliston, 

bardzo spragniony wieści o swoim starszym bracie, a pan podobno w 

Portugalii służył z nim w tym samym oddziale? 

background image

-  Tak,  zgadza  się  -  przytaknął  Guy.  -  A  więc  pan jest  młodszym 

bratem  Richarda?  Witam  pana.  Przejdźmy  do  bocznej  sali,  gdzie 

będzie  można  spokojnie  porozmawiać.  Zapraszam  pana  na  kieliszek 

wina. 

Młodzieniec  zarumienił  się,  a  lady  Amelia,  uśmiechnąwszy  się 

miło do obu panów, chwyciła Sarę pod ramię i pociągnęła za sobą w 

głąb sali. 

-  Biedni  ci  Ellistonowie!  Od  ponad  pół  roku  nie  mają  żadnych 

wieści  o  Richardzie  -  powiedziała  cicho,  wzdychając  ze 

współczuciem. - Saro, masz bardzo żywe rumieńce! Czy ty aby się nie 

zgrzałaś, moja droga? 

- Ależ skąd, Milly! - zaprotestowała Sara, dziwiąc się, że jej głos 

brzmi tak spokojnie. 

-  Lord  Renshaw  zdaje  się  emablować  ciebie,  moja  droga  - 

zauważyła  Amelia,  spoglądając  z  wielką  uwagą  na  mocno 

zaróżowione policzki Sary i oczy, błyszczące wręcz niezdrowo. - Czy 

on przypadkiem nie próbuje z tobą flirtować? 

Sara  z  wdzięcznością  przyjęła  kieliszek  wina  od  lokaja.  Niemal 

jednym haustem opróżniła kieliszek do połowy. 

- Saro, co z tobą? - pytała coraz bardziej zaniepokojona kuzynka. 

- Dobrze się czujesz? 

-  Czuję  się  świetnie,  moja  miła!  -  odparła  Sara  z  uśmiechem, 

lekko ściskając dłoń kuzynki. - A moje nietypowe zachowanie należy, 

niestety, przypisać jego lordowskiej mości! 

- Chyba go nie ośmielałaś, Saro? 

background image

-  Nie,  nie...  -  Sara  zawahała  się  na  moment.  -  Myślę,  Milly,  że 

odwrotnie,  zniechęciłam  go  bardzo,  choć  kosztowało  mnie  to  trochę 

trudu. Sama wiesz, jaki jest czarujący! 

-  Najważniejsze,  że  jesteś  odporna  na  głupi  flirt,  a  lord  Renshaw 

dostatecznie  doświadczony,  aby  odróżnić  lekkomyślną  damę  od 

przyzwoitej, poważnej panny. 

-  No  wiesz,  Amelio!  -  obruszyła  się  Sara,  marszcząc  z 

niezadowoleniem nosek. - Czuję się, jakbym miała sześćdziesiąt lat z 

okładem i była starą nudziarą! 

- Lepiej być godną szacunku, niż dać się złapać na słodkie słówka 

lorda - oświadczyła chłodno Amelia. - Saro, on naprawdę ma okropną 

reputację. Pani Bunton mówiła... 

-  Daruj  sobie,  Milly!  -  przerwała  Sara  gwałtownie.  -  Dobrze 

wiem, co rozpowiada pani Bunton! Zapewniam, że nie grozi mi żadne 

niebezpieczeństwo ze strony jego lordowskiej mości. Doskonale zdaję 

sobie  sprawę  z  mojej  pozycji  i  wiem,  że  lord  nie  może  mieć  wobec 

mnie poważnych zamiarów. 

Kotyliona z panem Tilburym Sara tańczyła zupełnie machinalnie, 

przebywając myślami gdzie indziej. Czuła się całkowicie wytrącona z 

równowagi. Nie umiała potraktować zalotów pięknego  lorda lekko, z 

humorem,  była  bowiem  osóbką  bardzo  niedoświadczoną.  Ten 

mężczyzna  pociągał  ją  tak  bardzo,  że  nawet  teraz,  kiedy  na  moment 

przypomniała  sobie  jego  płonące  oczy,  natychmiast  zrobiło  jej  się 

straszliwie gorąco...  

Na szczęście pan Tilbury nie był zbyt spostrzegawczy. 

background image

Sara  zauważyła  grupkę  matron  skupionych  wokół  pani  Bunton, 

która  tłumaczyła  im  coś  z  wielkim  przejęciem.  Damy  z  oburzeniem 

potrząsały  głowami,  jedna  z  nich  spojrzała  przelotnie  na  Sarę  i 

natychmiast odwróciła się, niemal ze wstrętem.  

Sara poczuła niepokój. A cóż to za poruszenie? Czyżby ten jeden 

walc,  co  prawda  ze  znanym  birbantem,  okazał  się  tak  monstrualną 

gafą? A przecież  wczoraj ta sama pani Bunton modliła się, żeby lord 

zwrócił uwagę na jej córeczkę! 

Pan  Tilbury  wygłosił  kolejną,  bardzo  konkretną  uwagę  o  cenach 

węgla  i  Sara,  skupiając  się  na  sensownej  odpowiedzi,  zapomniała  o 

plotkujących  matronach.  Niestety,  przypomniała  sobie  o  nich  bardzo 

szybko. Taniec dobiegł końca, pan Tilbury odprowadził ją pod ścianę. 

Kiedy  mijała  panią  Clarke,  dama  demonstracyjnie  zebrała  fałdy 

swojej  sukni  i  fuknąwszy  znacząco, odwróciła  się  plecami, perorując 

dalej głośno: 

-  A  czegóż  to  można  oczekiwać  od  osoby,  która  ma  takie 

koneksje!  W  rodzinie  Covellów  płynie  zła  krew,  trudno,  żeby 

kuzyneczka  była  inna!  Dziwne,  że  lady  Amelia  toleruje  pod  swoim 

dachem kobietę, która nie ma pojęcia o dobrych obyczajach! 

Sara  zmartwiała.  Rozejrzała  się  bezradnie  dookoła,  szukając 

Amelii,  napotykała  jednak  tylko  nieprzyjazne  spojrzenia.  Zewsząd 

słychać  było  przyciszone,  pełne  oburzenia  głosy.  Lady  Fenton  stała 

daleko, pochłonięta rozmową z Greville'em.  

Pan Tilbury, mimo że otwierał i zamykał usta jak ryba wyrzucona 

na  brzeg,  nie  był  w  stanie  wydusić  z  siebie  ani  słowa.  I  wszyscy 

background image

czekali,  co  się  teraz  wydarzy.  Sara,  rzuciwszy  panu  Tilbury'emu 

niewyraźne  słowa  przeprosin,  w  sekundę  była  już  na  schodach, 

pragnąc jak najszybciej schronić się w swoim pokoju. 

Wpadła tam jak wicher i zatrzasnąwszy za sobą drzwi, oparła się 

o  nie  plecami.  Zamknęła  oczy.  Ostre  słowa  pani  Clarke  odbijały  się 

echem  w  jej  mózgu.  Nie  ma  pojęcia  o  dobrych  obyczajach!  A  więc 

stało  się.  Ktoś  dowiedział  się  o  jej  wyjeździe  do  Blanchlandu  i  teraz 

wszystkie  matrony  wzięły  Sarę  na  języki,  nie  krępując  się  nawet  jej 

obecnością! Wstrętne, wstrętne plotkary! 

Sara słyszała o przypadkach, kiedy złośliwe języki doprowadzały 

do całkowitego wykluczenia z towarzystwa. Poczuła lęk, jednocześnie 

jednak zaczął rodzić się w niej bunt. Nie, nie będzie chować głowy w 

piasek,  jakby  rzeczywiście  miała  powód  do  wstydu.  Wróci  do  sali 

balowej i pokaże wszystkim, że nic sobie nie robi z dezaprobaty kilku 

plotkarek. 

Energicznie  otworzyła  drzwi  i  ruszyła  ku  schodom.  Nagle  z 

mroku wynurzył się ktoś wysoki i zaczął iść w jej kierunku. 

- Och, lordzie Renshaw! Przestraszył mnie pan! 

-  Widziałem,  jak  pani  biegnie  po  schodach,  więc  poszedłem  za 

panią  -  odezwał  się  cicho,  stając  w  kręgu  światła  pod  jednym  z 

kandelabrów.  -  Panno  Sheridan,  chciałbym  pomówić  z  panią  na 

osobności. 

- Może wrócimy do sali balowej... 

- Naturalnie, możemy wrócić. Ale zdaje sobie pani sprawę, że jest 

pani teraz jedynym tematem rozmów w tej sali? 

background image

Sara westchnęła z rezygnacją. 

- A więc pan też już słyszał! 

- Oczywiście, że słyszałem!  I myślę, że albo straciła pani rozum, 

albo jest pani zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem! 

Sara  wpatrywała  się  w  niego  z  niedowierzaniem,  czując,  jak 

pulsują  jej  skronie.  Jak  to?  A  więc  lord  Renshaw  myśli  dokładnie  to 

samo, co to stado plotkarek o ptasich móżdżkach? 

-  Mógłby  pan  darować  sobie  te  docinki  na  temat  mojego 

charakteru! - wybuchnęła. - Wystarczą mi złośliwe uwagi szanownych 

matron z Bath! 

-  Niby  dlaczego  mam  sobie  darować?  -  spytał  ostrym  głosem.  - 

Czy te pogłoski o pani wyjeździe są prawdziwe, panno Sheridan? 

-  Tak...  nie...  To  znaczy  tak,  mam  zamiar  pojechać  do 

Blanchlandu. Ale to nie jest tak, jak pan sobie wyobraża! 

- A co ja mam sobie wyobrażać?! - Guy ze złością uderzył ręką w 

poręcz.  -  Ta  wiadomość  postawiła  na  nogi  pół  miasta!  Na  Boga, 

panno  Sheridan!  Przecież  to  nie  jest  miejsce  dla  szanującej  się 

kobiety! Jeśli pani tam pojedzie, może pani na zawsze pożegnać się ze 

swoją reputacją! 

-  A  ja,  zdaje  się,  przeceniłam  pańską  osobę.  To  niepojęte,  że 

wierzy pan plotkom, zamiast prosić mnie o wyjaśnienie. 

-  Nie  ma  potrzeby,  panno  Sheridan  -  stwierdził  ponuro  Guy.  - 

Pani  zachowanie  można  zinterpretować  tylko  w  jeden  sposób.  Albo 

brak pani tego, co nazywamy dobrym wychowaniem, albo... jest pani 

background image

przyzwyczajona do tego rodzaju towarzystwa i rozrywek, jakie oferuje 

Blanchland. 

Panna  Sheridan  rzadko  traciła  panowanie  nad  sobą.  W  domu 

Amelii życie toczyło się spokojnie, mało kiedy dochodziło do jakichś 

zgrzytów.  Teraz  jednak  Sara  poczuła,  że  wpada  w  straszliwy  gniew. 

Na  tego  lorda,  który  zadziwiająco  skwapliwie  doszukuje  się  w  niej 

najgorszych cech, wpadając przy tym w niezrozumiałą furię. 

- Wystarczy, mój panie! Nie życzę sobie, żeby pan mnie obrażał! 

I trudno uwierzyć, że akurat pan bawi się w moralistę! Nigdy jeszcze 

nie spotkałam większego hipokryty! 

Obrzuciwszy 

go 

pogardliwym 

spojrzeniem, 

uczyniła 

zdecydowany  krok  w  kierunku  swego  pokoju.  Myśl  o  powrocie  do 

sali balowej w jednej sekundzie wywietrzała jej z głowy. Teraz trzęsła 

się cała z gniewu i oburzenia. 

Guy  poruszył  się,  ale  nie  odsunął.  Przez  chwilę  mierzyli  się 

wzrokiem,  jakby  tocząc  bezgłośny  pojedynek,  a  potem  Guy  zrobił 

nagle  krok  do  przodu  i  Sara  znalazła  się  w  pułapce,  między  jego 

ciałem a poręczą. 

I  wtedy  lord  pochylił  głowę  i  pocałował  ją.  Był  to  pocałunek 

krótki,  bolesny  i  niemiły,  po  którym  Sara  znów  poczuła  przypływ 

ogromnego  gniewu.  Szarpnęła  się  i  zaczęła  okładać  pięściami 

zuchwalca.  On  jednak  nie  zwolnił  uścisku,  przeciwnie,  chwycił  ją 

jeszcze mocniej, udaremniając jakikolwiek protest. 

background image

-  Żyję  w  zgodzie  z  moją  reputacją,  panno  Sheridan  -  powiedział 

cicho, odsuwając swoje usta zaledwie o centymetr. - Proponuję, żeby 

pani zaczęła robić to samo! 

Jego usta były teraz inne. Słodkie i namiętne. Ciało Sary zaczęło 

drżeć  od  pożądania,  które  ją  przerażało.  Ale  ramiona  mężczyzny 

obejmowały ją mocno, ani na moment nie zwalniając uścisku. Zresztą 

Sara przestała się już szamotać. O, nie! Teraz pragnęła tylko jednego. 

Żeby ta przyjemność nigdy nie miała końca. Jej ręce, przed chwilą 

zaciskające  się  w  pięści,  teraz  objęły  go  za  szyję.  Jedna  z  rąk  Guya 

ześlizgnęła  się  do  jej  bioder  i  przygarnęła  je  mocno,  druga  dłoń 

wsunęła się w bursztynowe włosy nad karczkiem. 

Sara jęknęła cichutko, przytulając się do lorda jeszcze mocniej. A 

on  znów  całował  inaczej.  Teraz  nieskończenie  łagodnie,  jakby 

smakował  ich  obopólną  przyjemność.  Koronkowy  szal,  dotąd 

skromnie  przykrywający  dekolt,  zsunął  się  na  podłogę.  Palce  Guya 

musnęły  obojczyk  Sary,  a  potem  usta  zaczęły  znaczyć  pocałunkami 

ścieżkę od nasady szyi ku wypukłościom piersi.  

Sara, osłabła z rozkoszy, znów jęknęła. Jego usta powróciły do jej 

warg,  aby  smakować  ich  słodycz.  Jedna  z  jego  dłoni  głaskała  nagą 

skórę  nad  wycięciem  sukni.  Z  włosów  Sary  zaczęły  wysuwać  się 

szpilki  i  z  cichutkim  brzękiem  spadać  na  podłogę.  Jej  loki, 

kunsztownie  upięte  na  bal,  opadły  na  ramiona,  sukienka  zaczęła 

zsuwać  się  coraz  niżej,  darowując  Guyowi  coraz  więcej  nagiej, 

rozgrzanej skóry. 

background image

Nagle  otworzyły  się  drzwi  sali  balowej  i  kilka  osób  wyszło  do 

holu. 

- Ojej! - pisnęła jakaś dama. - Chyba nastąpiłam na szpilkę. 

Sara usłyszała głosy, była jednak zbyt oszołomiona, aby pojąć ich 

sens.  Guy  zachował  dostateczną  przytomność  umysłu  i  zanim 

zaintrygowane towarzystwo spojrzało ku górze, zdążył odciągnąć Sarę 

w mrok korytarza. 

- Co tam się dzieje? - zawołała któraś z dam. - Czy tam na górze 

ktoś jest? 

Ktoś coś cicho powiedział, damy zachichotały i całe towarzystwo 

weszło do pokoju, w którym grywano w karty.  

Zapadła  cisza.  Sara  wróciła  do  rzeczywistości.  I  struchlała.  Oto 

ona,  Sara  Sheridan,  pozwala  na  najbardziej  karygodne  swawole 

mężczyźnie,  który  przed  kwadransem  wątpił  w  jej  cnotliwość.  Jakby 

pragnęła,  aby  utwierdził  się  w  swym  przekonaniu!  I  czym  to  się 

mogło skończyć? Boże! A gdyby ktoś ich zobaczył? 

Jak  to  się  stało,  że  po  ich  słownej  utarczce  nagle  w  obojgu 

zapłonęła  tak  wielka  namiętność?  Przecież  była  na  niego  zła,  chciała 

go wyminąć i uciec do swego pokoju... 

Błyskawicznie  poprawiła  suknię  i  podniosła  z  ziemi  szal.  Szal, 

który  chroni  skromność  kobiety.  Tak  mówiła  matka...  Niestety,  Sary 

ten  szal  nie  ochronił.  Przecież  ona  jęczała,  kiedy  Guy  ją  całował  i 

pieścił  jej  skórę...  Czy  to  możliwe,  że  można  kogoś  nie  lubić,  a 

jednocześnie tak bardzo pożądać? 

background image

Ta  myśl  doprowadzała  ją  do  rozpaczy,  ale  jeszcze  bardziej  - 

kamienna  twarz  Guya.  Uniosła  więc  buńczucznie  głowę  i  szybkim 

krokiem weszła do swego pokoju. Usłyszała, że Guy wchodzi za nią. 

-  Będę  wielce  zobowiązana,  jeśli  pan  raczy  pozostawić  mnie 

samą, milordzie! 

- Dlaczego? 

Wzrok  Guya  prześlizgnął  się  po  wzburzonych  włosach  Sary  i 

zatrzymał w ciemnym zagłębieniu między piersiami. 

-  Jesteś  niezła,  panienko!  Niewinność  w  połączeniu  z 

namiętnością!  -  oświadczył  z  cynicznym  uśmiechem.  -  Jednym 

słowem, rozwiała pani moje ostatnie wątpliwości.  

Wszedłem  tu  za  panią, aby  uczynić  jej  pewną  propozycję,  chyba 

miłą po tym przedstawieniu na schodach. Zamierzam oszczędzić pani 

kłopotów,  nie  musi  pani  w  poszukiwaniu  protektora  jechać  do 

Blanchlandu.  Jestem  dostatecznie  bogaty  i  chyba  zdołam  panią 

zadowolić pod każdym względem. Co pani o tym sądzi? 

Twarz  Sary  zrobiła  się  blada  jak  ściana.  A  więc  jeszcze  jedna 

obelga! Właściwie nie ma się czemu dziwić. Wzdychała z rozkoszy w 

jego ramionach, a on wyciągnął z tego bardzo logiczny wniosek. Czy 

mogła go za to winić? Nie. 

- Proszę natychmiast stąd wyjść. 

Była  pewna,  że  krzyknęła.  Z  jej  ust  wydobył  się  jednak  tylko 

niewyraźny,  zduszony  szept.  Guy  spojrzał  dziwnie  pustym, 

nieruchomym wzrokiem, odwrócił się i wyszedł. 

 

background image

- Saro? 

Amelia pukała niemal bezgłośnie, tak samo cichy był jej głos. 

- Saro? Jesteś tam? 

Sara spróbowała usiąść na łóżku. W  pokoju było prawie ciemno, 

przykręcona  lampa  dawała  bardzo  mało  światła,  ale  Amelia  i  tak 

dojrzała zmienioną twarz kuzynki. 

- Saro, co się stało? - krzyknęła przerażona, podbiegając do łóżka. 

Opuchnięta, zalana łzami twarz była prawie nie do poznania. 

- Och, Milly, jestem taka nieszczęśliwa! 

Czuła, wrażliwa Amelia nie domagała się wyjaśnień, tylko objęła 

serdecznie kuzynkę. Kiedy łkanie przycichło, Sara spytała z trudem: 

- On już wyszedł? 

- Kto, kochanie? 

- Lord Renshaw. 

W tym momencie Amelia zrozumiała kilka rzeczy. 

-  Tak,  Saro.  Wyszedł  jakąś  godzinę  temu.  Saro,  czy  ty  przedtem 

rozmawiałaś z lordem? 

Kiwnięcie głową stanowiło całą odpowiedź. Amelia popatrzyła na 

rozburzoną  fryzurę  Sary,  na  nagi  dekolt,  którego  nie  chronił 

koronkowy szal. 

- Saro! Czy on był tutaj? W twoim pokoju? 

Sara  znów  bez  słowa  skinęła  głową.  Wzrok  Amelii  powędrował 

na łóżko i mimo że starała się bardzo, nie potrafiła ukryć przerażenia. 

- Ale on... nie posunął się zbyt daleko? 

Z ust Sary wydobył się na poły szloch, na poły nerwowy śmiech. 

background image

- Nie, Milly, nie posunął się zbyt daleko! 

Powoli wydusiła z siebie całą opowieść. Amelia słuchała, siedząc 

bez ruchu i nie odzywając się ani słowem. Pozwoliła Sarze mówić. 

- Czułam się okropnie, Milly - kończyła Sara. - Najpierw miałam 

do niego pretensję, że źle mnie osądził, a potem zachowałam się... jak 

ulicznica!  Nic  dziwnego,  że  tak  mnie  potraktował.  I  to  wszystko,  co 

było tam, na schodach, stało się takie nikczemne. Po co ja w ogóle... 

Sara, znów zalewając się łzami, opadła na poduszkę. 

-  Nie  obwiniaj  siebie  -  odezwała  się  po  chwili  Amelia.  - 

Zauważyłam od początku, że on ci się bardzo podoba. Zakochałaś się 

w nim, Saro. Ale on nie miał prawa tak cię potraktować! I to właśnie 

on! To, co uczynił, jest niewybaczalne! 

Amelia  czule  pogłaskała  kuzynkę  po  ramieniu  i  podała  jej 

chusteczkę do nosa. 

- Moja droga, całe to zdarzenie stawia lorda Renshawa w bardzo 

złym świetle. Musisz jak najszybciej o nim zapomnieć - oświadczyła z 

mocą. - Postaram się, abyśmy nigdy już nie musiały go oglądać! 

Sara przygryzła wargę, aby znów nie wybuchnąć płaczem. Myśl o 

tym, że nigdy już nie zobaczy  Guya Renshawa okazała się trudna do 

zniesienia. 

- Saro, czy ty nadal masz zamiar jechać do Blanchlandu? - spytała 

ostrożnie  Amelia.  -  Niestety,  prawie  wszyscy  już  o  tym  wiedzą. 

Przysięgam,  nikomu  na  ten  temat  nic  nie  mówiłam,  obawiam  się 

jednak, że ktoś ze służby mógł podsłuchać. 

background image

-  Całkiem  możliwe  -  powiedziała  zmęczonym  głosem  Sara, 

wstając  z  łóżka  i  podkręcając  lampę.  -  Niech  sobie  gadają,  a  ja  i  tak 

pojadę. Jutro z samego rana. 

-  Ale  ty  nie  możesz  tam  jechać!  Czy  nic  nie  jest  w  stanie  cię 

przekonać? Proszę, nie jedź, te plotki same ucichną. 

-  Mylisz  się,  Amelio  -  przerwała  Sara,  wyciągając  z  szafy 

płócienne torby. Jej ruchy znów stały się energiczne. - Zamierzam tam 

pojechać.  Chcę  tego  jeszcze  bardziej  niż  przedtem,  bardziej  niż 

kiedykolwiek.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  nie  będą  mną  rządzić 

jakieś głupie opinie Guya Renshawa. 

 

Sara  wstała  bardzo  wcześnie,  po  prawie  bezsennej  nocy. 

Wieczorem  Amelia  siedziała  u  niej  jeszcze  dobre  pół  godziny, 

bezskutecznie  próbując  wyperswadować  kuzynce  wyjazd  do 

Blanchlandu.  

Potem Sara długo nie mogła zasnąć, czując, jak upokorzenie i żal, 

spowodowane  lekceważącym  stosunkiem  Guya,  przeradzają  się  w 

gniew.  Gniew  na  Guya  i  na  siebie,  za  swoją  uległość.  Potem  gniew 

przerodził  się  w  ból,  zdawała  sobie  bowiem  sprawę,  jak  bardzo 

zauroczył ją Guy Renshaw. Teraz trzeba będzie wyrzucić go z serca... 

Ustawiła  torby  pod  drzwiami.  Jakie  to  szczęście,  że  Amelia  po 

balu sypia wyjątkowo długo! Kolejna scena byłaby nie do zniesienia, 

a tak Sara cichutko wymknie się z domu i zdąży na dyliżans. A przed 

wyjściem zajrzy do kuchni i coś przekąsi. 

background image

Ostrożnie  otworzyła  drzwi  i  prawie  bezszelestnie  ruszyła  po 

schodach  na  dół,  zauważając  ze  zdziwieniem,  że  w  całym  domu 

panuje  już  ożywiony  ruch.  Było  wręcz  głośno.  Okiennice 

pootwierane,  służba  biegała  zaaferowana,  a  koło  drzwi  frontowych 

stały dwa kufry, starannie przewiązane czerwoną taśmą.  

Niedaleko  schodów  Chisholm,  jak  zawsze  z  zafrasowaną  miną, 

wysłuchiwał  całej  listy  rozmaitych  poleceń,  przekazywanych  przez 

osobę niewidoczną, jakże jednak łatwą do rozpoznania. 

- Niech Chisholm powiadomi panią Chartley, że nie będę u niej na 

śniadaniu, w ogóle niech Chisholm odwoła moje wszystkie wizyty. 

- Oczywiście, proszę pani. 

- Niech Chisholm dopilnuje też, żeby nie otwierano zaproszeń od 

pani Bunton i pani Chartley. 

- Tak jest, proszę pani. 

Amelia, świeża jak poranek, w pięknej brązowej sukni podróżnej i 

odpowiednio dobranym  kapeluszu,  odwróciła  się  w  stronę  schodów  i 

posłała zdumionej Sarze promienny uśmiech. 

- O, jesteś już, kochanie! Nareszcie! Pospiesz się, trzeba zjeść coś 

przed  podróżą.  Aha,  Chisholm...  -  Głos  Amelii  stwardniał.  -  Gdyby 

zjawił się sir Baynham, niech Chisholm mu przekaże, że wyjechałam 

z miasta i że nie życzę sobie widywać w moim domu jego przyjaciela. 

- Och, Milly! - krzyknęła Sara, nagle odzyskawszy głos. - Zrobisz 

Greville'owi przykrość, a przecież on w niczym nie zawinił! 

background image

-  To  nie  ma  znaczenia  -  oświadczyła  Amelia,  unosząc  dumnie 

głowę.  -  Sir  Greville  powinien  wykazać  więcej  dobrego  smaku, 

dobierając sobie przyjaciół. Kochanie, jesteś gotowa? 

Sara  patrzyła  oszołomiona,  jak  dwaj  lokaje  otwierają  drzwi 

frontowe na oścież i wynoszą do powozu kufry Amelii. 

- Ależ Milly... 

-  Wiedziałam,  że  nie  posłuchasz  moich  próśb  -  oświadczyła 

Amelia, obejmując czule kuzynkę. - Toteż ja zmieniłam zdanie. Droga 

Saro, jadę razem z tobą! 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Guy  z  zasępioną  miną  spoglądał  w  okno  pokoju  śniadaniowego. 

Czuł  się  podle.  Po  nocy  spędzonej  przy  kartach  i  winie  bolała  go 

głowa,  do  tego  to  uczucie  wielkiego  niesmaku,  które  nie  opuszczało 

go ani na chwilę...  

Podczas  śniadania  opowiedział  przyjacielowi  o  pogłoskach 

krążących  na  temat  wyjazdu  Sary,  także  o  ich  burzliwej  rozmowie, 

choć nie zdradził oczywiście wszystkich szczegółów. 

- Fatalnie - stwierdził otwarcie Greville, sięgając do olbrzymiego 

półmiska po kolejną porcję smażonych cynaderek. - Przecież ta biedna 

dziewczyna nie miała żadnej szansy, żeby cokolwiek ci wytłumaczyć. 

A  co  do  tego  wyjazdu,  stawiam  dziesięć  do  jednego,  że  te  plotkarki 

wszystko wyssały z palca. 

background image

-  Niestety  -  westchnął  Guy.  -  Kiedy  zapytałem  pannę  Sheridan 

wprost, czy jedzie do Blanchlandu, wcale nie zaprzeczyła. Sam wiesz, 

jak tam teraz jest. I dla mnie powód jej wyjazdu był oczywisty... 

-  Bzdura!  Powodów  do  wyjazdu  może  być  wiele.  Na  przykład... 

może sir Covell zapragnął przekazać jej jakieś rodzinne pamiątki? W 

każdym  razie  jestem  pewien,  że  powód  jest  inny,  niż  to  sobie 

wyobraziłeś! 

-  Masz  rację,  Grev  -  przyznał  ponuro  Guy.  -  Osądziłem  ją  zbyt 

pochopnie. 

-  Nadzwyczaj  pochopnie!  Powinieneś  się  zastanowić,  dlaczego 

zareagowałeś  tak  gwałtownie  -  powiedział  surowym  tonem  sir 

Baynham. - Obraziłeś ją bardzo, Guy, i winien jesteś przeprosiny. Po 

śniadaniu  wybieram  się  na  Brock  Street.  Uważam,  że  powinieneś 

pójść ze mną. 

Guy  zawahał  się.  Po  co?  Przecież  panna  Sheridan  na  pewno  nie 

będzie  skłonna  do  żadnych  rozmów.  Przypomniał  sobie,  jak  jej  opór 

przerodził  się  w  całkowitą  uległość,  a  on  wykorzystał  to  bez 

skrupułów.  Przypomniał  sobie  jeszcze  coś,  o  czym  chciałby 

zapomnieć. Jak uległość Sary wzbudziła w nim wielką namiętność, co 

zadziwiło go tak bardzo, że poczuł wściekłość.  

A  ta  wściekłość  zrodziła  obrzydliwą  chęć,  aby  ukarać 

dziewczynę. Na Boga, za co? Za to, że ta niewinna, niedoświadczona 

istota  obdarowała  go  swym  pierwszym,  cudownie  naturalnym 

wybuchem  namiętności?  A  on  potraktował  to  jak  grę  wyrafinowanej 

kurtyzany. 

background image

Guy jęknął i ukrył twarz w dłoniach. I rzeczywiście, dlaczego tak 

gwałtownie zareagował? A nad czym tu się zastanawiać? Odpowiedź 

jest bardzo prosta. Ta śliczna, skromna panna o orzechowych oczach i 

włosach  połyskujących  jak  bursztyn  bardzo  mocno  zapadła  mu  w 

serce  -  niezwykle  mocno,  zważywszy  krótki  okres  znajomości.  I 

właśnie wobec tej panny zachował się jak ostatni głupiec...  

Guy znów jęknął rozpaczliwie. 

- Boli? - spytał troskliwy przyjaciel, wstając od stołu. - Zadzwonię 

na lokaja, niech przyniesie worek z lodem, to najlepsze na ból głowy. 

Aha,  Guy,  i  doprowadź  się  do  porządku,  przede  wszystkim  ogól  się. 

Nie możesz pokazać się na Brock Street w takim opłakanym stanie. 

 

Dom  przy  Brock  Street  zdawał  się  być  wymarły.  Okiennice 

pozamykane, klucz w zamku zgrzytnął dopiero po dłuższej chwili. Na 

progu  ukazał  się  Chisholm,  spoglądając  na  obu  dżentelmenów  z 

wyraźną  niechęcią,  jakby  powinni  raczej  dzwonić  do  kuchennych 

drzwi, przez które wpuszczano wędrownych kupców. 

- Czym mogę służyć szanownym panom? 

-  Dzień  dobry,  Chisholm  -  powitał  go  uprzejmie  Greville.  -  Czy 

lady Fenton przyjmuje? 

W odpowiedzi obrzucony został karcącym spojrzeniem, jakby od 

samego rana trzymały się go niewczesne żarty. 

- Lady Fenton wyjechała z miasta. 

Obu  dżentelmenom  na  chwilę  odjęło  mowę.  Pierwszy  ocknął  się 

Guy i postąpiwszy krok do przodu, zadał ostrożne pytanie: 

background image

- A panna Sheridan? Czy panna Sheridan jest w domu? 

-  Nie,  milordzie.  A  ponadto  przed  wyjazdem  moja  pani  poleciła 

mi przekazać sir Baynhamowi następującą wiadomość. 

Chisholm wyprostował się, odchrząknął i nie patrząc na żadnego z 

dżentelmenów, wygłosił z kamienną twarzą: 

-  Lady  Fenton  poleciła  przekazać,  że  razem  ze  swoją  kuzynką 

wyjechała na  wieś.  Pan,  sir Baynham,  jest  nadal  mile  widziany  w  jej 

domu,  nie  dotyczy  to  jednak  pańskich  znajomych.  Kłaniam  się 

uniżenie.  

I  Chisholm,  złożywszy  stosowny  ukłon,  wycofał  się  do  sieni. 

Huknęły drzwi. Guyowi i Greville'owi znów odjęło mowę, tym razem 

pierwszy ocknął się Greville i zakląwszy cicho, rzucił się do drzwi. 

- Grev, spokojnie! - zawołał Guy, przytrzymując go za ramię.  

-  Jak  on  śmiał!  -  wysapał  sir  Baynham.  -  Powiedzieć  mi  coś 

takiego... 

- Powiedział tylko to, co poleciła mu jego pani. Grev, idziemy, nie 

róbmy tu widowiska. 

Na  trotuarze  zebrała  się  już  grupka  ciekawskich,  wśród  nich, 

naturalnie, wszędobylska pani Clarke. 

- O, sir Baynham! - uśmiechnęła się słodziutko. - I lord Renshaw! 

Czy  panowie  słyszeli  już  ostatnią nowinę?  Lady  Amelia  wyjechała  z 

kuzynką  do  Blanchlandu!  Trudno  uwierzyć,  a  jednak  musi  to  być 

prawda, skoro powiedziała mi o tym pani Bunton, a ona słyszała to od 

lady Tripenny... 

background image

-  Tak, to  prawda  - powiedział  oschle  Greville,  mierząc  plotkarkę 

zdegustowanym  spojrzeniem.  -  Panna  Sheridan  została  wezwana  do 

Blanchlandu  w  pilnej  sprawie.  Lady  Amelia  towarzyszy  jej  jako 

przyzwoitka,  ja  zresztą  też  wkrótce  do  nich  dołączę.  To  wszystko, 

łaskawa pani, i proszę o ostrożność w jakichkolwiek insynuacjach na 

temat lady Fenton, jako że dama ta wkrótce zostanie moją żoną! 

Pani Clarke zaniemówiła z wrażenia. Ale tylko na chwilę. 

-  Och,  sir  Greville!  -  wykrzyknęła  piskliwym  głosem  i 

spojrzawszy  surowo  na  lorda  Renshawa,  wysunęła  absurdalne 

oskarżenie: - A pan na pewno o wszystkim wiedział! 

-  Dokładnie  o  czym?  -  spytał  łagodnym  głosem  Guy,  z  trudem 

powstrzymując uśmiech. - Że  lady  Fenton odgrywa rolę przyzwoitki, 

czy  też  o  tym,  że  sir  Greville  zaręczony  jest  z  lady  Amelią  i  jutro 

jedzie  do  Blanchlandu?  A  może  o  tym...  -  twarz  Guya  nagle 

rozpromieniła  się  -  może  o  tym,  że  wkrótce  ogłoszone  zostaną  moje 

zaręczyny  z  panną  Sheridan?  Tak,  zapewniam  panią,  że  wszystkie 

powyższe fakty są mi dobrze znane. 

Tym  razem  pani  Clarke,  zaskoczona,  cofnęła  się,  omal  nie 

spadając  z  krawężnika,  po  czym  odwróciwszy  się  bez  słowa, 

pomknęła  ulicą.  Rzecz  oczywista,  aby  przekazać  najnowsze  sensacje 

pani Bunton.  

A  obaj panowie, pożegnawszy skinieniem głowy  grupkę gapiów, 

ruszyli  w  dół  Brock  Street.  Szli  niespiesznie,  spoglądając  na  świat  z 

odrobiną  nonszalancji,  zajęci  jakąś  błahą  pogawędką.  Z  pozoru,  bo 

temat ich rozmowy był bardzo ważki. 

background image

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  coś  takiego  przeszło  nam  przez  usta  - 

mówił półgłosem  Guy, kiedy na chwilę przystanęli. - Za pół godziny 

w  całym  Bath  będzie  aż  huczało.  Grev,  czy  to  prawda  z  tymi 

zaręczynami? 

-  Poniekąd  -  odparł  z  westchnieniem  sir  Baynham.  -  Przecież 

wiesz,  że  od  dawna  staram  się  o  lady  Amelię.  A  ten  absurdalny 

wyjazd do Blanchlandu przyspieszy tylko bieg wypadków. 

- Grev, ty naprawdę masz zamiar tam jechać? 

-  Jeszcze  pięć  minut  temu  wcale  o  tym  nie  marzyłem.  Uznałem 

jednak, że trzeba koniecznie zamknąć usta tej plotkarce. 

-  W  takim  razie  zabierz  się  ze  mną  -  zaproponował  Guy.  - 

Zanocujesz w Woodallan, a rano pojedziesz dalej, do Blanchlandu. 

-  Świetny  pomysł!  Dziękuję  -  odparł  Greville  pogodniejszym 

głosem,  wyraźnie  odzyskując  humor.  -  Ale  ty  też  mnie  zaskoczyłeś, 

przyjacielu!  Nie  wierzyłem  własnym  uszom,  kiedy  mówiłeś,  że 

zamierzasz żenić się z panną Sheridan. 

-  Grev!  Przecież  jej  reputacja  wisi  na  włosku!  Te  obrzydliwe 

plotkary gotowe są zniszczyć Sarze życie! 

-  A  dotrzymasz  słowa?  -  spytał  Greville,  patrząc  na  niego 

strapionym  wzrokiem.  -  Jeśli  tego  nie  zrobisz,  to  tak  jakbyś  rzucił 

pannę Sheridan lwom na pożarcie. 

- Dotrzymam słowa i będę uważał za punkt honoru skłonić pannę, 

aby mnie przyjęła - odparł Guy, uśmiechając się nieco krzywo. - A to 

wszystko  twoja  sprawka,  Grev.  Sam  kazałeś  mi  się  zastanowić  nad 

moimi  uczuciami.  No  i  zastanowiłem  się...  Mógłbym  już  dzisiaj 

background image

oświadczyć się Sarze! Gdybym tylko wiedział, że jest mi przychylna... 

Co ja wygaduję! Nie może być mi przychylna, skoro wyrządziłem jej 

tyle przykrości! 

-  A  więc  obu  nas  trafiła  strzała  Amora!  -  śmiał  się  Grev.  -  Ale, 

niestety,  mój  drogi,  zdaje  się,  że  będziesz  miał  o  wiele  trudniejsze 

zadanie niż ja! 

 

- Milly, proszę, to naprawdę nie ma sensu! Nic nie uratuje mojej 

reputacji, a ty możesz sobie bardzo zaszkodzić! 

Przez  całą  drogę  z  Brock  Street  do  Combe  Hay  Amelia  i  Sara 

dyskutowały zażarcie, nie zwracając uwagi ani na piękną okolicę, ani 

na  dyskomfort  jazdy  po  krętej,  wyboistej  drodze.  Sara  rozpaczliwie 

usiłowała  nakłonić  Amelię,  aby  zmieniła  zdanie.  Sytuacja  była 

absurdalna, przecież dotychczas to Amelia błagała Sarę o zaniechanie 

podróży do Blanchlandu. 

- Mylisz się, moja Saro! Jestem ogólnie szanowaną wdową, nic mi 

nie  zaszkodzi,  a  tobie  mogę  tylko  pomóc.  Jako  twoja  kuzynka  czuję 

się w obowiązku towarzyszyć ci. 

-  Jesteś  bardzo  szlachetna,  droga  kuzynko  -  mówiła  Sara,  nie 

wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. - Ale ja naprawdę nie chcę, żebyś 

poświęcała  się  dla  mnie.  Sama  mówiłaś,  że  Blanchland  jest  teraz 

najbardziej  rozpustnym  miejscem  w  całym  Królestwie.  Och,  Milly, 

przecież  wiesz,  że  nawet  twoje  dobre  imię  nie  uchroni  nas  przed 

skandalem! 

background image

- Moja droga Saro! Nie wyjawiłaś mi dokładnej przyczyny twego 

wyjazdu. Widzę jednak, jak bardzo jesteś zdesperowana. Sprawa musi 

być pilna i ważna, skoro nie wahasz się zaryzykować swojej reputacji. 

Dlatego  nigdy  bym  sobie  nie  wybaczyła,  gdybym  teraz  pozostawiła 

cię  samą.  I  więcej  już  o  tym  nie  mówmy.  Sądzę,  że  obie 

wyczerpałyśmy swoje argumenty! 

Po  wygłoszeniu  przemowy  Amelia  odwróciła  demonstracyjnie 

głowę  do  okna,  a  Sara  westchnęła  głęboko.  Trudno  zaprzeczyć,  że  o 

wiele  przyjemniej  podróżować  w  towarzystwie,  na  dodatek 

wygodnym  powozem,  a  nie  zatłoczonym  dyliżansem.  Cóż  to  jednak 

znaczy  wobec  konsekwencji,  jakie  może  spowodować  eskapada  do 

Blanchlandu!  Prawdopodobnie  cała  socjeta  z  Bath  odwróci  się  od 

Amelii. Ta myśl doprowadzała Sarę do rozpaczy. 

Zatrzymały  się  w  gospodzie  w  Clandown,  zjadły  lunch,  do 

powozu wprzęgnięto nowe konie. Droga, jak na tę porę roku, była  w 

bardzo  dobrym  stanie,  wszystko  wskazywało  na  to,  że  późnym 

popołudniem dotrą na miejsce. Niestety, przy skrzyżowaniu dróg Old 

Down zaskoczyła je straszna ulewa.  

W  ciągu  kilku  minut  droga  zmieniła  się  nie  do  poznania.  Konie, 

grzęznąc w błocie, z coraz większym trudem posuwały się do przodu, 

w  pewnym  momencie  powóz  zakołysał  się  niebezpiecznie  i  ku 

wielkiemu przerażeniu obu pasażerek stoczył się do rowu. 

-  Na  szczęście  koniom  nic  się  nie  stało,  powóz  też  jest  cały  - 

mówił  z  ulgą  stangret,  pomagając  damom  wydostać  się  z  powozu  i 

background image

wrócić na drogę. - Ośmielam się zaproponować, żeby panie poszły do 

zajazdu, a my wyciągniemy powóz z rowu. 

W  „Old  Down  Inn",  gdzie  zwykle  zatrzymywali  się  wędrowni 

kupcy,  nieoczekiwani  goście  byli  rzeczą  zwyczajną.  Amelię  i  Sarę 

natychmiast  zaprowadzono  do  ustronnej  izby,  gdzie  mogły  spokojnie 

zająć  się  doprowadzeniem  do  porządku  zmaltretowanych  strojów  i 

fryzur. 

- Boże drogi, jak my  wyglądamy - narzekała Amelia, wyciskając 

wodę z peleryny. - Mój kapelusz! Jest do wyrzucenia, a miałam go na 

głowie  zaledwie  dwa  razy.  Sara!  Masz  kompletnie  przemoczoną 

suknię, woda z loków dosłownie cieknie ci po policzkach! 

-  Wiem  -  odparła  Sara  zrezygnowanym  głosem.  -  Wyglądam  jak 

kobieta  wątpliwych  obyczajów!  Filiżanka  gorącej  herbaty  na  pewno 

poprawi nam nastrój. 

-  Przepraszam,  Saro,  ta  okropna  ulewa  wytrąciła  mnie  z 

równowagi! 

Amelia wzięła ze stołu filiżankę z herbatą i podeszła do okna. 

- Nie będę siadać, bo zostawię na krześle kałużę. Och, Boże, a tu 

leje i leje, ciekawa jestem, jak długo... 

Nagle przerwała i wydała z siebie cichy okrzyk. 

- Co się stało, Milly? - spytała Sara, zajęta poprawianiem ognia w 

kominku. - Zobaczyłaś ducha? 

-  Przecież  to  Greville  -  wyszeptała  Amelia.  -  Greville  i  lord 

Renshaw. 

background image

-  Niemożliwe!  -  krzyknęła  Sara,  czując,  że  serce  skacze  jej  do 

gardła. - Na pewno ci się przywidziało! 

- Mówię ci, że to byli oni! Przechodzili pod naszym oknem i... 

Nie  dokończyła,  bo  drzwi  otwierały  się  już  na  oścież  i  słychać 

było głos Greville'a, miły i uprzejmy jak zwykle. 

-  Witam,  witam  szanowne  panie!  Jaka  okropna  pogoda!  Cieszę 

się, że panie wyszły bez szwanku z tej przygody z powozem! 

Obie  panie  milczały.  Sara,  zarumieniona  jak  piwonia,  ponieważ 

zdążyła  przechwycić  już  kpiące  spojrzenie  lorda,  natychmiast 

odsunęła się od kominka i nie wypuszczając pogrzebacza z ręki, zajęła 

bezpieczną pozycję za stołem. Amelia natomiast, uznając, że najlepszą 

formą obrony jest atak, odezwała się głosem pełnym oburzenia: 

- A panowie, co właściwie tu robią? 

- Szukałem pani, no i znalazłem - wyjaśnił ze stoickim spokojem 

Greville,  podchodząc  do  kominka  i  wyciągając  dłonie,  aby  ogrzać  je 

nad ogniem. - Kiedy dowiedziałem się, że pani również zdecydowała 

się  na  tę  szaloną  eskapadę,  pomyślałem,  że  przydałoby  się  męskie 

ramię... 

-  Nie  potrzeba  nam  żadnej  pomocy!  -  oświadczyła  buńczucznie 

Amelia, prostując drobną postać. - A już na pewno nie od panów! 

-  Wątpię!  Wyruszyły  panie  zaledwie  kilka  godzin  temu  i  już  są 

panie  w  kłopocie.  A  jeśli  chodzi  o cel  podróży...  Wielki  Boże!  Dwie 

damy  o  nieposzlakowanej  reputacji  w  takim  miejscu!  Panie  chyba 

postradały zmysły! 

background image

- Niech pan nie wygłasza żadnych kazań, lordzie Baynham! Tym 

bardziej...  -  gniewny  wzrok  Amelii  spoczął  na  twarzy  Guya  -  ...tym 

bardziej że zjawia się pan w tak nędznym towarzystwie! 

Sara jęknęła w duchu. Amelia, mimo swej impulsywności, rzadko 

kiedy wpadała w prawdziwy gniew, ale jeśli już to się stało, zatracała 

się  bez  reszty.  No  i  zanosiło  się  właśnie  na  taką  sytuację.  Sara  znów 

przechwyciła  spojrzenie  Guya,  który  nie  wyglądał  na  zdruzgotanego, 

raczej na rozbawionego.  

Nagle  Sara  poczuła  wielką  ochotę  też  się  uśmiechnąć. 

Natychmiast jednak odstąpiła od tego zamiaru. Ten człowiek zranił ją 

i upokorzył, nie będzie więc dzielić z nim jakichkolwiek odczuć. 

-  Pani  po  prostu  nie  wypada  robić  żadnych  uwag  na  temat 

towarzyszącego mi lorda!  Zwłaszcza że pani frymarczy swoją osobą, 

decydując  się  na  tego  rodzaju  eskapadę!  -  oświadczył  Greville  złym, 

zirytowanym  głosem,  u  niego  absolutnie  niespotykanym.  -  Czy  do 

pani  nie  dociera,  że  straci  pani  reputację?  I  to  na  zawsze!  A  komuś, 

kto chce ofiarować pomoc, okazuje pani wzgardę i lekceważenie! 

Blada twarz Amelii w jednej chwili stała się prawie purpurowa. 

-  Ofiarować  pomoc?  Raczy  pan  wybaczyć,  milordzie,  ale  pan, 

zdaje  się,  przybył  tu,  aby  mnie  potępić,  a  nie  służyć  pomocą!  A  ja  i 

moja kuzynka doskonale damy sobie radę bez tak irytującej asysty! 

- Wątpię, czy panie dadzą sobie radę. Zachowujecie się panie jak 

dwa  głupie  podlotki!  Nie!  Gorzej!  Bo  podlotki  mają  już  jakieś 

wyobrażenie o dobrych obyczajach! 

background image

Z  niewielkich  płuc  Amelii  wydobył  się  pisk  rozdrażnionego 

kociaka,  małe  dłonie  zacisnęły  się  w  piąstki.  Jej  oczy  miotały 

błyskawice, spojrzenie Greville'a było zimne, nieustępliwe. Natomiast 

Guy konsekwentnie zbliżał się do stołu i kiedy Amelia otwierała usta, 

aby  wygłosić  kolejne,  druzgocące  oświadczenie,  chwytał  już  pod 

ramię pannę Sheridan. 

-  Myślę,  że  lady  Fenton  i  sir  Baynham  powinni  spokojnie 

wyjaśnić  sporne  kwestie  -  powiedział  półgłosem.  -  A  ja,  jeśli  pani 

pozwoli, pragnąłbym zamienić z panią dwa słowa na osobności. 

-  Nie!  -  krzyknęła  histerycznie  Amelia,  zanim  Sara  zdążyła 

otworzyć  usta.  -  Niech  pan  nie  zbliża  się  do  mojej  kuzynki,  lordzie 

Renshaw! Już dostatecznie pan ją zranił! 

Guy spojrzał wymownie na Greville'a. 

-  Szanowna  lady  Amelio!  Proszę  usilnie,  niech  pani  kontynuuje 

rozmowę  z  Greville'em  i  pozwoli,  aby  panna  Sheridan  zamieniła  ze 

mną kilka słów na osobności. Panno Sheridan... - zwrócił się do Sary z 

uśmiechem,  wyjmując  pogrzebacz  z  jej  ręki.  -  Będę  czuł  się 

bezpieczniej, jeśli pozbawię panią tego morderczego narzędzia. 

Sara  bez  oporu  oddała  pogrzebacz  i  natychmiast  rzuciła  się  ku 

drzwiom. 

-  Panno  Sheridan!  Proszę,  niech  pani  nie  wychodzi!  Na  dworze 

pada  i  powóz  nie  jest  jeszcze  przygotowany  do  drogi.  A  ja  błagam 

panią o kilka minut rozmowy! 

background image

-  Nie,  milordzie  -  zaprotestowała  Sara,  energicznie  potrząsając 

głową.  -  Tutaj  zgadzam  się  z  moją  kuzynką.  Nie  mamy  o  czym  ze 

sobą rozmawiać, a już na pewno nie w przydrożnym zajeździe! 

-  W  takim  razie  pozwalam  sobie  zaprosić  obie  panie  do 

Woodallan, gdzie będzie można spokojnie o wszystkim porozmawiać. 

-  Wykluczone!  -  zawołała  lady  Fenton.  -  Musimy  dojechać  do 

Blanchlandu przed zapadnięciem zmroku. 

-  Nie  radzę.  Czy  panie  zastanowiły  się,  co  je  czeka,  jeśli  zjawią 

się w Blanchlandzie w porze kolacji? A wiemy, jak wyglądają kolacje 

u  sir  Covella.  Czy  nie  lepiej  pojechać  tam  rano,  kiedy  wszyscy  będą 

jeszcze  wypoczywać  w  swoich  łożach  po  wieczornych  uciechach  i 

swawolach? 

- Oburzające! - krzyknęła znów lady Fenton. 

- Ale prawdziwe. 

- Milly, myślę, że lord Renshaw ma rację - odezwała się po chwili 

Sara. - Może lepiej przenocujmy tutaj. 

-  To  niemożliwe!  -  oświadczył  Guy  stanowczym  głosem.  -  Moi 

rodzice poczują się urażeni, jeśli pani nie skorzysta z ich gościnności. 

- No tak - bąknęła Sara. - Ale gdyby pan ich nie informował... 

-  Moja  matka  i  tak  się  dowie,  że  wolała  pani  skorzystać  z 

wątpliwych  wygód  w  przydrożnym  zajeździe.  I  będzie  bardzo 

niepocieszona! 

-  A  więc  dobrze,  milordzie!  -  powiedziała  Sara  zrezygnowanym 

głosem,  sięgając  po  pelerynę.  -  Pojedziemy  do  Woodallan,  ale  tylko 

dlatego,  aby  nie  urazić  pańskiej  matki.  Proszę  jednak  nie  oczekiwać, 

background image

że  zrezygnuję  z  załatwienia  moich  spraw  w  Blanchlandzie.  Nawet 

gdyby pańscy rodzice odradzali mi tę eskapadę. 

-  Nigdy  nie  odważyłbym  się  zdradzić  rodzicom,  że  pani  wybiera 

się do Blanchlandu! - oświadczył Guy poważnym tonem, choć w jego 

oczach widać było wyraźną kpinę. - To mogłoby ich zabić. 

Otworzył  przed  nią  drzwi,  a  kiedy  go  mijała,  powiedział  tak 

cicho, żeby tylko ona mogła usłyszeć: 

- Wygląda pani pięknie, panno Sheridan, z tymi mokrymi lokami 

opadającymi na twarz. I pomyślałem sobie... 

-  Dość,  milordzie!  -  przerwała  rozjuszona.  -  Miałam  już  okazję 

przekonać się, co pan myśli na mój temat. Dziwię się, że pan śmie do 

tego wracać! 

-  A  ja  właśnie  pragnę  prosić  panią  gorąco  o  wybaczenie  - 

powiedział cicho, kładąc delikatnie rękę na jej ramieniu. 

- A może ja nie życzę sobie wysłuchiwać pańskich przeprosin? 

-  Mimo  to  będzie  pani  musiała  wysłuchać  -  oświadczył  Guy 

tonem, który Sara uznała za impertynencki. 

Potem zaofiarował jej ramię, którego ona, naturalnie, nie przyjęła, 

co  on  z  kolei  skwitował  ironicznym  uśmiechem.  Wszyscy  czworo 

wyszli  na  dziedziniec  przy  akompaniamencie  podniesionych  głosów 

Amelii i Greville'a. 

- Zdaje sobie pani sprawę, że teraz będzie pani musiała wyjść za 

mnie za mąż! - tłumaczył zirytowanym głosem sir Baynham. 

- Wolałabym tańczyć po rozżarzonych węglach! 

background image

Podróż do Woodallan nie upłynęła więc w miłej atmosferze. Przez 

całą drogę nikt nie odezwał się ani słowem.  

Woodallan, piękna, rozległa posiadłość w odległości około dwóch 

kilometrów  od  traktu,  leżała  w  niewielkiej  kotlinie  między 

wzgórzami.  Pod  koniec  podróży  deszcz  przestał  padać  i  słońce 

wyglądające  zza  chmur  ozłociło  swymi  promieniami  okazałą 

rezydencję z jasnożółtego wapnia.  

Sara patrzyła jak urzeczona. Ileż to wspomnień wiązało się z tym 

uroczym  miejscem!  Spacery  z  ojcem  lipową  aleją,  zabawy  w 

chowanego 

między 

kunsztownie 

strzyżonymi 

krzewami, 

wypatrywanie pstrągów w kryształowej wodzie strumienia... 

Majątki Woodallan i Blanchland graniczyły ze sobą, obie rodziny 

były ze sobą bardzo zżyte, a przyjaźń ta datowała się jeszcze z czasów 

królowej  Elżbiety,  kiedy  pierwszy  baron  Woodallan  i  sir  Edmund 

Sheridan jako kapitanowie statku korsarskiego wspólnie wyruszyli na 

morze.  To  dlatego  żartowano,  że  Frank  swoje  zamiłowanie  do 

podróży odziedziczył po przodkach. 

- Witam panią w jej stronach - powiedział cicho Guy, pomagając 

Sarze wysiąść z powozu. 

Guy  patrzył  na  dom.  W  jego  oczach malowało  się  tyle  uczuć,  że 

Sara na chwilę zapomniała o złości. 

- Zapewne jest pan bardzo szczęśliwy, milordzie, że po tylu latach 

za granicą wraca pan do rodzinnego domu. 

background image

Guy  uśmiechnął  się.  Był  to  szczery,  radosny  uśmiech, 

pozbawiony  zupełnie  sarkazmu,  uśmiech,  którego  trudno  było  nie 

odwzajemnić. 

- O, tak, panno Sheridan! Cieszę się ogromnie, przede wszystkim 

dlatego, że jest tu wszystko, co drogie memu sercu. 

Spojrzał bardzo wymownie. Sara spłoniła się, odwróciła szybko i 

weszła na schody. Szła powoli, wpatrzona w plecy Amelii i Greville'a. 

Lady Woodallan, pobladła ze wzruszenia, czekała w holu na syna, 

którego  nie  widziała  od  czterech  lat.  Pod  ścianą  ustawiła  się  służba 

pragnąca  powitać  wracającego  z  wojny  panicza.  Sara,  Amelia  i 

Greville dyskretnie usunęli się na bok.  

Kiedy  powitanie  dobiegło  końca,  hrabina,  ocierając  łzy, 

zauważyła nagłe swoją córkę chrzestną. 

-  Saro,  moje  dziecko,  cóż  za  radość!  -  mówiła,  serdecznie 

obejmując dziewczynę. - Sir Greville! Witamy w skromnych progach! 

Guy, dlaczego nie powiadomiłeś, że przywozisz gości? 

-  Wybacz,  mamo,  to  była  decyzja  podjęta  w  ostatniej  chwili. 

Panna  Sheridan  podróżuje  z  kuzynką,  spotkaliśmy  się  w  drodze  i 

zaofiarowałem paniom nocleg w Woodallan. 

- Tylko jedna noc? - Pani domu nie kryła rozczarowania. - Saro! 

To  może  w  drodze  powrotnej  zatrzymacie  się  państwo  u  nas  na 

dłużej? 

Sara  uśmiechnęła  się  trochę  niewyraźnie,  przypominając  sobie 

nagle  o  celu  swej  podróży.  Lady  Woodallan,  wyczuwając  jej 

skrępowanie, nie pytała już o nic. Spojrzała na lady Fenton. 

background image

-  Lady  Woodallan  -  odezwał  się  Greville.  -  Mam  wielką 

przyjemność  przedstawić  drogiej  pani  moją  narzeczoną,  lady  Amelię 

Fenton, kuzynkę panny Sheridan. 

-  Ja  nie  jestem...  -  zaczęła  porywczo  Amelia,  widząc  jednak 

zdumienie w oczach matki Guya, dokończyła niewyraźnym głosem: - 

To znaczy jestem kuzynką Sary, ale nie jestem narzeczoną... 

-  Obawiam  się,  że  lady  Amelia  potrzebuje  trochę  czasu,  aby 

oswoić  się  z  tym  faktem  -  zażartował  zręcznie  Greville,  ignorując 

miażdżące  spojrzenie  Amelii.  -  Prosimy  o  wybaczenie,  że 

nadużywamy uprzejmości państwa, szczególnie w takiej chwili, kiedy 

zapewne pragnęłaby pani mieć syna wyłącznie dla siebie. 

-  Będziemy  szczęśliwi,  goszcząc  wszystkich  państwa  u  siebie  - 

odparła  uprzejmie  lady  Woodallan.  -  Saro,  lady  Amelio!  Widzę,  że 

zaskoczyła  panie  ulewa,  trzeba  jak  najszybciej  zmienić  suknie.  Guy, 

twój ojciec będzie tu lada chwila. 

-  Mamo,  wybacz,  ale  zanim  panna  Sheridan  uda  się  na  górę, 

muszę  z  nią  porozmawiać  na  osobności.  To  sprawa  nie  cierpiąca 

zwłoki. 

-  Ależ  Guy!  Panna  Sheridan  jest  zupełnie  przemoczona.  Nie 

można tej rozmowy odłożyć na później? 

- Naturalnie, że można - wtrąciła skwapliwie Sara. 

-  Proszę  wybaczyć,  ale  trudno  mi  się  z  tym  zgodzić  -  nie 

ustępował  Guy.  -  Musimy  porozmawiać,  i  to  jak  najszybciej.  Nie 

chciałbym, aby między nami były jakieś nieporozumienia... 

Urwał, słysząc wzruszony męski głos: 

background image

- Synu! Jak dobrze znów cię widzieć! 

- Ojcze! 

Lord  Woodallan,  wsparty  na  grubej  lasce,  wyglądał  bardzo 

mizernie. Uściskawszy serdecznie syna, powitał gości: 

-  Lady  Amelio,  miło  panią  widzieć!  Saro,  moje  dziecko,  dobrze, 

że przyjechałaś. O, sir Greville, witam, witam... 

Potem  zwrócił  się  do  syna.  Sara,  wykorzystując  ten  moment, 

podeszła do pani domu: 

-  Lady  Woodallan,  czy  rzeczywiście  mogłybyśmy  zmienić 

suknie? 

- Naturalnie! Sama panie zaprowadzę, bardzo proszę za mną. 

Kiedy były już przy schodach, usłyszały głos lorda: 

-  Charlotte,  moja  droga,  kiedy  panna  Sheridan  będzie  gotowa, 

proszę, zatroszcz się, aby przeszła do błękitnego saloniku. Guy będzie 

tam na nią czekał. 

- Jaki ojciec, taki syn - mruknęła cicho jego żona. 

Po  trzech  kwadransach  Sara  schodziła  na  dół  przebrana  w 

skromną,  rdzawą  suknię,  należącą  do  młodszej  córki  państwa  domu. 

Niesforne  włosy  udało  jej  się  upiąć  w  schludny  koczek  na  czubku 

głowy. 

-  Za  surowo  -  żachnął  się  Guy,  wchodząc  do  saloniku.  -  Pani, 

panno  Sheridan,  ma  w  sobie  zbyt  wiele  słodyczy  i  łagodności,  aby 

pozować na srogą piękność. 

On  również  się  przebrał,  w  jasne  spodnie  ze  skóry  i  surdut  w 

kolorze  oliwkowej  zieleni,  opinający  szerokie  bary.  Sara,  w  której 

background image

natychmiast ożyło wspomnienie zdradzieckiego uścisku tych mocnych 

ramion, bez zastanowienia przystąpiła do ataku. 

-  Wolałabym,  żeby  pan  powstrzymał  się  od  uwag  na  temat 

mojego wyglądu! To zbytnia poufałość! 

Guy uśmiechnął się miło i poprosił, aby zajęła miejsce na krześle 

przed kominkiem. 

-  Bardzo  pragnąłem  tej  rozmowy.  Saro...  Czy  wolno  mi  zwracać 

się do pani po imieniu? 

-  Jestem  zdziwiona,  że  w  ogóle  zadaje  pan  sobie  trud 

formułowania  tego  pytania  -  oświadczyła  podniesionym  głosem.  - 

Nie, nie wolno panu. 

-  Trudno  -  westchnął  Guy,  sadowiąc  się  na  krześle  naprzeciwko 

Sary. - Panno Sheridan, nie dziwię się, że pani mnie unikała. Po tym 

wszystkim,  co  powiedziałem...  Dlatego  jestem  ogromnie  wdzięczny, 

że pozwoliła mi pani prosić o wybaczenie. 

- Zgodziłam się tylko wysłuchać pana - sprostowała zimno Sara. 

Guy skrzywił się nieznacznie. 

-  Niczego  nie  stara  się  pani  ułatwić.  A  ja...  Panno  Sheridan, 

chciałbym najgoręcej prosić panią o wybaczenie, i za moje słowa, i za 

moje czyny, za wszystko, co wydarzyło się wczorajszego wieczoru... 

Wczoraj  wieczorem...  Sara  poderwała  się  z  krzesła.  Uciekać! 

Uciekać  stąd  jak  najprędzej.  Od  tego  okropnego  zażenowania,  które 

już malowało krwiste rumieńce na jej policzkach... 

background image

- Panno Sheridan, błagam! - krzyknął Guy, natychmiast zrywając 

się na równe nogi. - Niech pani nie odchodzi. Pani zgodziła się mnie 

wysłuchać. 

- Tak. Zgodziłam się - odparła Sara z największym spokojem, na 

jaki było ją stać. - I wysłuchałam pana, oczywiście. 

- I... ? 

- I co, milordzie? 

-  Czy  skłonna  jest  pani  wybaczyć,  panno  Sheridan?  Nie 

usprawiedliwiam  się,  o  nie!  To,  co  zrobiłem,  było  karygodne.  Ale 

może... jednak... 

Sara  milczała.  Odrzucenie  przeprosin  Guya  wydało  jej  się 

grubiańskie,  szczególnie  że  zdawał  się  być  naprawdę  skruszony.  I 

przepraszał  za  wszystko,  za  słowa  i  czyny.  Czuła  jednak,  że  musi 

zachować chłód, dla własnego bezpieczeństwa. 

- Dobrze, milordzie. Przyjmuję pańskie przeprosiny. 

- To za mało! Proszę, aby pani mi wybaczyła! 

- Nie, milordzie - oznajmiła chłodno, patrząc mu prosto w oczy. - 

Nie  wybaczę  panu,  bo  potraktował  mnie  pan  jak  kobietę  sprzedajną. 

Takiej obelgi nie potrafię wybaczyć. 

Guy ze smutkiem pokiwał głową. 

-  Rozumiem.  Jest  pani  bardzo  szczera.  Nie  pozostaje  mi  nic 

innego,  jak  pogodzić  się  z  pani  decyzją.  Jednak  istnieją  pewne 

okoliczności łagodzące, które... 

-  Niczego  nie  usprawiedliwiają!  -  krzyknęła  Sara,  czując,  że 

rumieniec znów zalewa jej policzki. 

background image

-  Panno  Sheridan,  czy  naprawdę  nie  moglibyśmy  przez  chwilę 

spokojnie porozmawiać? 

Usiedli.  Przez  chwilę  milczeli,  wpatrując  się  w  ogień.  Sara 

musiała  przyznać,  że  atmosfera  Woodallan  zaczyna  oddziaływać  na 

nią  kojąco.  To  było  urokliwe  miejsce,  gdzie  bogactwo  nie  kłuło  w 

oczy, lecz pozwalało nasycić się pięknem i wyciszyć. 

-  Nie  będę  ukrywać,  że  czuję  się  niezręcznie,  lordzie  Renshaw  - 

odezwała się  oschłym tonem. - Czy istnieje jakiś powód, dla którego 

rozmowę ze mną uważa pan za konieczną? 

-  Tak,  panno  Sheridan.  Ja...  jeszcze  raz  chciałem  przeprosić,  że 

zachowałem  się  wobec  pani  po  grubiańsku.  Jednak  nie  rozumiem, 

dlaczego  pani  jedzie  do  Blanchlandu,  skoro  od  początku  była  pani 

świadoma, jaką wywoła to burzę. 

- To sprawa rodzinna, milordzie. Spełniam prośbę mego zmarłego 

brata. 

- Czy pani nie mogłaby powiedzieć czegoś więcej? To brzmi tak... 

-  Wiem.  Ogólnikowo.  Niestety,  milordzie,  doceniam  pańskie 

zainteresowanie,  niczego  jednak  więcej  powiedzieć  nie  mogę.  To 

sprawa  bardzo  osobista,  nawet  Amelia  nie  zna  powodu  mego 

wyjazdu. Mimo to postanowiła mi towarzyszyć. Ponieważ ona mi ufa, 

milordzie! 

-  Punkt  dla  pani  -  mruknął  cicho  Guy,  wstając  z  krzesła.  - 

Chciałbym  jednak,  aby  pani  zrozumiała  mój  niepokój.  Wierzę,  że 

jedzie pani tam w najczystszych zamiarach, ale inni ludzie i tak będą 

mieli  na  ten  temat  swoje  zdanie,  na  pewno  bardzo  niepochlebne. 

background image

Panno  Sheridan,  czy  musi  pani  jechać  tam  osobiście?  Czy  nie 

mogłaby pani wysłać kogoś do załatwienia sprawy? 

-  Proszę  nie  nalegać,  milordzie.  Mój  brat  chciał,  abym  osobiście 

spełniła jego prośbę. 

- No cóż... w takim razie poniesie pani konsekwencje. Obie panie! 

Greville  przedstawił  to  lady  Amelii  niezbyt  delikatnie,  miał  jednak 

całkowitą rację. Lady Amelię może ochronić tylko jego nazwisko. W 

przeciwnym  wypadku  pani  kuzynka  straci  reputację  i  zostanie 

wykluczona z towarzystwa. Panią czeka to samo. 

- Wiem, milordzie.  Ale nie dziwię się, że moja kuzynka była tak 

wzburzona.  Sir  Greville  oświadczył  się  w  dość  nietypowy  sposób. 

Martwię się o Amelię, ona ma wiele do stracenia. Inaczej niż ja... Kto 

chciałby szkodzić ubogiej krewnej? Pannie bez posagu? 

-  Nie  wątpię,  że  tacy  też  się  znajdą  -  stwierdził  ponuro  Guy.  - 

Dlatego uważam, że jest jeszcze inne wyjście z sytuacji. 

- Jakie, milordzie? - spytała nieśmiało Sara. 

-  Ja  uważam...  Sądzę,  że...  Krótko  mówiąc,  uważam,  że  pani  też 

powinna wyjść za mąż. Naturalnie, za mnie! 

Sara osłupiała. Dopiero po dłuższej chwili, pobladła, roztrzęsiona, 

zdołała wykrztusić: 

- Czy pan oszalał? Czy to znów jakiś kiepski żart, za który będzie 

pan przepraszał? 

- Nie oszalałem - odpowiedział ze  złością Guy. -  I to  żaden żart. 

To po prostu najlepsze wyjście z tej sytuacji. 

background image

- A ja panu dziękuję, milordzie! - zawołała Sara, zrywając się na 

równe  nogi.  Zdumiona,  że  jej  gniew  jest  tak  silny.  -  Niezależnie  od 

moich  raczej  skromnych  możliwości,  nie  sądzę,  aby  małżeństwo  z 

panem pozwoliło mi rozwiązać moje problemy! Wczoraj potraktował 

mnie  pan  jak  ulicznicę,  dziś  proponuje  małżeństwo,  aby,  broń  Boże, 

nikt  tak  o  mnie  nie  pomyślał!  To  rzeczywiście  bardzo  osobliwe! 

Proszę wybaczyć, milordzie, że ze łzami wdzięczności nie rzucam się 

panu w ramiona! 

Po twarzy Guy a przemknął jakiś cień. 

- Zdaję sobie sprawę, że nie jest to tak, jakby pani tego pragnęła... 

- Ja w ogóle nie chcę o tym słyszeć, lordzie Renshaw! 

-  Ale  muszę  pani  coś  wyznać...  Paru  osobom  dałem  już  do 

zrozumienia,  że  wkrótce  ogłoszone  zostaną  nasze  zaręczyny.  Panno 

Sheridan, zrobiłem to po to, aby panią chronić. 

Sara  przez  dobrą  chwilę  mierzyła  go  wzrokiem,  dopiero  potem, 

jakby nabrawszy sił, przekuła gniew w słowa bardzo gromkie: 

- Za pozwoleniem, wasza lordowska mość! Wydaje mi się, że pan 

stanowczo  za  dużo  bierze  na  swoje  barki!  Słowo  daję,  ze  wszystkich 

tych  pomysłów  i  domysłów,  jakie  narodziły  się  w  pańskiej  chorej 

wyobraźni... 

Dwa  długie  kroki  pozwoliły  Guyowi  zlikwidować  odległość, 

dzielącą  go  od  rozjuszonej  panny.  Stanął  tuż  przed  nią,  chłonąc 

oczami  jej  straszliwe  oburzenie,  które  zdawało  się  go  przede 

wszystkim rozbawiać - i zachwycać. 

background image

-  Panno  Sheridan!  Ja  wiem,  co  pani  o  mnie  myśli.  Ale  pani  nie 

jest  ze  mną  do  końca  szczera.  Panno  Sheridan,  proszę  mi  zdradzić. 

Ja... nie jestem pani całkowicie obojętny? 

-  Przede  wszystkim  jest  pan  nadzwyczaj  zarozumiały!  Próżny! 

Zadufany w sobie i... 

-  Już  dość,  dość,  błagam,  niech  się  pani  uspokoi  -  prosił, 

chwytając ją za ręce. - Proszę mi przynajmniej obiecać, że zastanowi 

się pani nad moją propozycją. 

- Nad niczym nie będę się zastanawiać, milordzie! 

- W takim razie zmusza mnie pani, abym był mniej rycerski. 

Silne, ciepłe dłonie przyciągały Sarę coraz bliżej. 

- Dziwiłabym się, gdyby pan zachowywał się jak dżentelmen. 

Ten głos miał być pełen jadu, a był jakiś taki słaby, zdyszany... 

-  To  nie  fair,  panno  Sheridan  -  oświadczył  Guy.  -  Przed  chwilą 

zachowywałem  się  bardzo  elegancko,  jak  prawdziwy  dżentelmen. 

Niestety, pani zmusza mnie do złożenia jeszcze jednego oświadczenia. 

Jego  usta  leciutko  musnęły  jej  włosy.  Sara  zadrżała.  Tak  bardzo 

chciała  się  odsunąć,  ale  nie,  nie  mogła.  Nogi  zdecydowanie 

odmawiały posłuszeństwa. Szepnęła więc tylko: 

- Jakiego oświadczenia? 

-  Chciałbym,  żeby  pani  wiedziała,  że  moja  prośba  nie  dotyczy 

tego, co zdarzyło się tam... przy schodach, na balu... 

Ciało Sary robiło się dziwnie gorące, wzrok bezwiednie wędrował 

w  górę.  Tam,  gdzie  były...  usta  Guya.  Przerażona,  odwróciła  oczy, 

wbijając je w rozłożystą palmę, ustawioną w rogu saloniku. 

background image

- Nadal sądzę, milordzie, że było to nieporozumienie. Nic więcej. 

-  Tylko  częściowo.  Byłem  przecież  przekonany,  że  jest  pani 

kobietą  doświadczoną.  Ale  moje  zachowanie,  panno  Sheridan,  było 

podyktowane  tym,  co  czuję...  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  ujrzałem 

panią... 

Puścił jej ręce, ale tylko po to, aby objąć ramionami i przyciągnąć 

jeszcze bliżej. Brązowa sukienka dotknęła oliwkowego surduta. Serce 

Sary  podchodziło  już  do  gardła.  A  w  saloniku  było  tak  gorąco,  że 

naprawdę nie miała czym oddychać. 

-  Niech  pani  nie  zaprzecza,  panno  Sheridan,  że  pani  niczego  nie 

czuje... że nie czuje tego, co ja... 

- Zaprzeczam! - Resztką sił wyszarpnęła się z jego objęć. - Jutro 

wyjeżdżam  do  Blanchlandu!  Mam  nadzieję,  że  przestanie  pan 

kłopotać się moimi sprawami. To naprawdę są tylko moje sprawy! 

Twarz  Guya  była  nieprzenikniona,  nie  poruszył  się.  Sara  też 

znieruchomiała, kiedy usłyszała jego słowa: 

-  Rozczaruję  panią,  panno  Sheridan!  Bo  ja  jednak  umyśliłem 

sobie,  że  pani  sprawy  są  również  moimi.  Nie  odstąpię  od  tego.  I 

nieważne, czy będzie się pani sprzeciwiać, czy nie. Mój zamysł stanie 

się faktem. Pani będzie moją żoną, panno Sheridan! 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kolacja, o dziwo, nie upłynęła w najgorszej atmosferze, mimo że 

Sara,  dziwnie  osowiała,  unikała  Guya  jak  ognia,  a  Amelia 

demonstracyjnie nie odzywała się do Greville'a, który też odpłacał jej 

background image

pięknym  za  nadobne.  Hrabia  i  hrabina  ratowali  sytuację,  zabawiając 

panie  opowieściami  o  swych  córkach,  już  zamężnych,  a  Guy  i 

Greville zagłębili się w dyskusji o koniach. 

Tak więc kolacja minęła gładko, dopiero kiedy całe towarzystwo 

zebrało  się  w  salonie,  lord,  rozsiadłszy  się  koło  Sary,  poruszył 

delikatny temat. Na początku powspominali dawne czasy, potem lord 

wypytywał,  jak  Sarze  żyje  się  w  Bath, a  sam  opowiadał  o  zmianach, 

które zaszły w Woodallan.  

Rozmowa  była  miła  i  bezpieczna,  dopóki  Sara  nieroztropnie  nie 

wspomniała,  jak  szczęśliwy  musi  być  lord  z  powodu  powrotu  syna  i 

dziedzica. 

- O, tak, moje dziecko - przyznał z uśmiechem. - Nie było go tak 

długo  i  wyznam  ci,  że  były  takie  chwile,  kiedy  wątpiłem,  że  jeszcze 

kiedykolwiek ujrzę mego syna! Wrócił, na szczęście, i mam nadzieję, 

że  się  ustatkuje.  Za  moich  czasów  młodych,  aby  się  wyszumieli, 

wysyłano w długą podróż po Kontynencie, a dziś ruszają na wojnę... 

Hrabia  westchnął,  ale  po  chwili  znów  spojrzał  na  Sarę  z 

uśmiechem. 

- Coś mi się zdaje, moje dziecko, że Guy ma ochotę poprowadzić 

kogoś  do  ołtarza,  ale  jego  wybranka  nie  wydaje  się  być  mu  zbyt 

przychylna. 

Sara natychmiast spłonęła rumieńcem. 

-  Wiem,  wiem,  jestem  wścibskim  staruszkiem!  -  śmiał  się  lord, 

poklepując  ją  serdecznie po  białych dłoniach,  grzecznie  złożonych  w 

małdrzyk.  -  Ale  chcę,  żebyś  wiedziała,  moje  dziecko,  że  byłbym 

background image

bardzo  szczęśliwy,  gdyby  córka  Jacka  Sheridana  pewnego  dnia 

została  panią  w  Woodallan.  Tak,  tak,  nic  bardziej  by  mnie  nie 

uszczęśliwiło. 

-  Dziękuję,  panie  hrabio  -  bąknęła  zmieszana  dziewczyna, 

umykając spojrzeniem. - Zaistniały wszakże pewne trudności... 

-  Zauważyłem!  Może  jednak  uda  się  je  pokonać  szybciej,  niż 

myślisz?  Saro,  proszę,  nie  każ  mu  zbyt  długo  czekać!  To  dobry 

chłopak,  może  jeszcze  trochę  nieokiełznany,  ale  na  pewno  ma  wiele 

zalet! W końcu... 

Starszy  pan  uśmiechnął  się  żartobliwie  i  znów  poklepał  Sarę  po 

rękach. 

- W końcu to mój syn! 

 

Z  okien  gabinetu  hrabiego  Woodallana,  wychodzących  na 

północny  zachód,  roztaczał  się  piękny  widok  na  ogromny, 

symetryczny  klomb  i  starannie  strzyżone  trawniki  do  gier 

ogrodowych,  ciągnące  się  aż  po  skraj  lasu  ze  zwierzyną  płową.  Za 

lasem,  już  na  horyzoncie,  widać  było  łagodne  wzniesienia  Mending 

Hills. 

Tego wieczoru okna gabinetu zasłaniały szczelnie grube zasłony z 

brokatu,  po  obu  stronach  kominka,  na  dwóch  stoliczkach,  stały 

zapalone lampy. Hrabia siedział w fotelu, zaczytany w grubej książce, 

oprawionej  w  skórę.  Na  widok  syna  jego  twarz  rozjaśnił  serdeczny 

uśmiech. 

- Nalej sobie brandy, synu, i siadaj tu, koło mnie. 

background image

-  Dziękuję,  ojcze.  Ty  też  się  napijesz?  -  spytał  Guy,  sięgając  po 

kryształową karafkę. 

- A nalej mi, synu, nalej. 

Guy  uczciwie  napełnił  dwa  kieliszki  z  rżniętego  szkła  i  jeden  z 

nich  podał  ojcu,  patrząc  ze  ściśniętym  sercem,  ile  wysiłku  kosztuje 

hrabiego wyciągnięcie ręki po kieliszek. Swoje słabości lord ukrywał 

bardzo  starannie,  syn  doskonale  jednak  widział,  jakiego  spustoszenia 

zdążyła dokonać straszliwa choroba. 

-  Dobrze,  że  już  jesteś  -  ciągnął  nieco  gderliwym  głosem  stary 

pan, nie spuszczając z Guy a ciemnych, przenikliwych oczu. - I jestem 

szczęśliwy,  że  widzę  cię  w  jednym  kawałku,  chłopcze!  Wiesz,  w 

ciągu tych czterech lat bywały chwile, kiedy żałowałem, że nie masz 

brata! 

Guy roześmiał się i z kieliszkiem w ręku, rozsiadł się wygodnie w 

fotelu, wyciągając długie nogi w stronę kominka. 

- Wróciłem, ojcze, i nie mam zamiaru już nigdzie wyjeżdżać. 

-  Wyglądasz  nieźle,  synu,  po  tym  wszystkim...  A  na  pewno 

przeżyłeś niejedną chwilę grozy. 

-  Tak,  ojcze.  Ale  zawsze  wierzyłem,  że  szczęśliwie  powrócę  do 

domu. 

-  No  i  udało  się.  Napijmy  się  za  to!  -  powiedział  lord,  wznosząc 

kieliszek.  -  Czy  wiesz,  że  konował  każe  mi  odmówić  sobie  tej 

przyjemności? A jakież to ma teraz znaczenie! 

-  Może  tylko  pomóc  -  spróbował  żartować  Guy,  ale  ojciec 

spojrzał na niego surowo. 

background image

-  Ja  umieram,  Guy.  Nie!  -  Ruchem  ręki  uciszył  syna,  który  już 

otwierał  usta.  -  Nie  pocieszaj  mnie,  to  dobre  dla  kobiet  i  medyków. 

Znam  prawdę  i  to  jest  jeden  z  powodów,  dlaczego  pragnąłem,  abyś 

wrócił do kraju. 

- Oczywiście, ojcze! I uczynię wszystko, co w mojej mocy... 

-  Dziękuję,  synu  -  odparł  lord,  odstawiając  kieliszek.  -  A  ja 

właśnie chcę, żebyś coś dla mnie uczynił. Przykro, że będziesz musiał 

wyjechać, przecież dopiero wróciłeś, zależy mi jednak, żeby sprawę tę 

uregulować jak najszybciej. Mam już niewiele czasu, Guy... 

- Mów, ojcze, co mam zrobić? 

- Za chwilę - powiedział lord, biorąc ze stolika jakiś list. - Guy? A 

powiedz ty mi, o co wy się tak posprzeczaliście z panną Sheridan? 

- To rzecz... bardzo osobista, ojcze. Wolałbym o tym nie mówić. 

-  Rozumiem.  A  możesz  mi  chociaż  zdradzić,  czy  ma  to  jakiś 

związek z jej wizytą w dawnym domu rodzinnym? Podobno jutro rano 

wybiera się do Blanchlandu. Czy tak? 

- A niech to! 

Guy  aż  podskoczył  w  swoim  fotelu,  rozlewając  brandy  na 

spodnie. No tak, ojciec zawsze umiał przejrzeć go na wylot! 

-  Skąd  o  tym  wiesz,  ojcze?  Nie  wierzę,  by  panna  Sheridan 

wspomniała ci o tym sama. 

-  Nie,  to  nie  ona.  Ona  nie  chciała  nawet  wyjawić,  o  co  się 

pokłóciliście. Czy naprawdę masz zamiar poślubić tę damę? 

background image

-  No...  tak  -  przyznał  z  ociąganiem  Guy.  -  Sam  mówiłeś,  że 

powinienem  się  ustatkować.  A  ja...  właściwie  od  pierwszej  chwili 

kiedy ją ponownie ujrzałem, mam takie myśli... 

Zerwał  się  z  fotela,  przez  chwilę  krążył  nerwowo  po  pokoju, 

wreszcie przystanął przed ojcem. 

-  Prędzej  czy  później  każdego  z  nas  nachodzą  takie  myśli  - 

stwierdził  filozoficznie  lord.  -  Powiedz  mi  jednak,  synu,  czy  wyjazd 

Sary do Blanchlandu ma coś wspólnego z twoją decyzją? 

-  W  pewnym  sensie  tak  -  przyznał  Guy,  opadając  ponownie  na 

fotel.  -  Kiedy  dowiedziałem  się  o  wyprawie  Sary,  powiedziałem  jej 

kilka  obrzydliwych  rzeczy  na  temat  rozsądku  i  charakteru.  Potem 

przejrzałem na oczy. Zrobiło mi się wstyd i prosiłem ją o wybaczenie. 

Jednak ona nadal nie wyjawiła mi powodów swego postępowania. 

-  Sądzę,  że  mogę  rzucić  na  to  pewne  światło  -  powiedział 

nieoczekiwanie lord. - Proszę, przeczytaj ten list. 

Guy  sięgnął  po  kartkę.  Charakter  pisma  wskazywał,  że  list  pisał 

niewątpliwie jakiś dżentelmen. Na dole zresztą widniał podpis. Frank 

Sheridan. Brat Sary. 

No  tak,  Sara  wspominała,  że  jej  wyjazd  do  Blanchlandu  ma 

związek z bratem... Zdumiony spojrzał na ojca. 

- Frank Sheridan... 

-  Zmarł  trzy  lata  temu.  Trochę  niezwykła  sytuacja,  trzeba 

przyznać. Do listu dołączony był liścik od prawnika. Proszę, oto on! 

background image

List od Juliusa Churchwarda był krótki i rzeczowy. W zaistniałej 

sytuacji  prawnik  poczuł  się  zobowiązany  do  przesłania  w  załączeniu 

listu od Francisa Sheridana. 

- A teraz, przeczytaj synu, ten list od... Francisa Sheridana. 

Guy rozsiadł się wygodniej w fotelu i zagłębił w czytaniu. 

Panie Hrabio!  

Świadom jestem, iż list mój zza grobu uważać Pan będzie za rzecz 

bardzo  niemiłą  i  całkowicie  zbędną,  wiem  przecież,  jakie  uczucia 

wzbudza w Panu moja osoba. Ja, jednakowoż, ośmielam się pisać do 

Pana  z gorącą  prośbą,  aby  wyświadczył Pan przysługą  mej  młodszej 

siostrze, a w ten sposób również pańskiej wnuczce. 

Guy spojrzał na ojca z największym zdumieniem. 

- Czytaj, chłopcze, dalej. Czytaj! 

Kiedy piszę ten list, panna Meredith ma lat piętnaście, uczy się w 

seminarium  w  Oksfordzie.  Jest  urodziwą  panną  o  bardzo  dobrych 

manierach  i  ani  mnie,  ani  swoim  przybranym  rodzicom  nigdy  nie 

sprawiała najmniejszego kłopotu. Nie ma więc powodu wątpić, że po 

ukończeniu szkoły znajdzie odpowiedniego małżonka. 

Pragnąłbym  ją  wyposażyć,  ale  tego  nie  zdołam  już  uczynić. 

Umieram.  I  zdają  sobie  sprawą,  że  z  tego  powodu  panna  Meredith  i 

jej  przybrani  rodzice  zostaną  pozbawieni  oparcia,  które  zawsze 

znajdowali w mojej rodzinie. 

Już wcześniej prosiłem doktora Mereditha i jego żonę, by w razie 

jakichkolwiek kłopotów, zwrócili się do mego prawnika, pana Juliusa 

Churchwarda.  Państwo  Meredith  to  zacni  i  dzielni  ludzie,  wiem,  że 

background image

będą  szukać  pomocy  tylko  w  ostateczności.  Pan  Churchward  z  kolei 

otrzymał polecenie, by w takim wypadku powiadomić o sprawie moją 

młodszą siostrę.  

Pan  jest  bliższym  krewnym  panny  Meredith,  lecz  nie  śmiałem 

prosić Pana o cokolwiek Wiem, że nigdy Pan mi nie przebaczył. Teraz 

jednak  poczułem  lęk  przed  nakładaniem  tak  ciężkiego  brzemienia  na 

ramiona  siostry.  Dlatego  błagam,  aby  w  razie  potrzeby  udzielił  Pan 

Sarze  pomocy.  Jestem  pewien,  że  darzy  ją  pan  ojcowską  miłością  i 

przywiązaniem. 

Proszą o wybaczenie, żem ośmielił się skreślić te słowa do Pana. 

Francis Sheridan 

Guy w milczeniu starannie złożył list i sięgnął po karafkę. 

- A więc wiem już wszystko - powiedział cicho. - Panna Sheridan 

jedzie  do  Blanchlandu  na  prośbę  brata,  aby  pomóc  w  potrzebie  jego 

córce.  Ojcze,  czy  chciałbyś  coś  dopowiedzieć  w  związku  z  tym 

listem? 

-  O,  tak!  -  odparł  niewesołym  głosem  lord.  -  Powiedz  mi,  co 

dokładnie w nim wyczytałeś? 

- Że masz wnuczkę, ojcze, i istniały jakieś powody, aby zataić to 

przede mną. Ojcem dziecka jest Francis Sheridan, a któż jest... 

- Guy! Ty masz... ty miałeś trzy siostry. 

Guy spojrzał na ojca osłupiałym wzrokiem. 

-  Catherine?!  Ojcze!  Przecież  ona  miała  zaledwie  szesnaście  lat, 

kiedy umarła! Z gorączki... 

background image

-  W  połogu  -  powiedział  prawie  niedosłyszalnym  głosem  lord. 

Nagle  wydał  się  Guyowi  jeszcze  bardziej  stary  i  zmęczony.  - 

Naprawdę o niczym nie wiedziałeś? 

- Ależ skąd! Ojcze! 

Guy  drżącą  ręką  odstawił  kieliszek.  Był  przytłoczony  tym,  co 

usłyszał. Kiedy umierała Catherine, miał zaledwie dwanaście lat. 

- Trudno w to uwierzyć, ojcze. Powiedz mi... Oni nie wzięli ślubu, 

prawda?  Dlaczego?  Sheridan nie  był  przecież  nieodpowiednią  partią. 

Nigdy nie uwierzę, że porzucił Catherine. 

-  On  nie  wiedział,  Guy.  Nikt  niczego  nie  wiedział.  Catherine 

milczała prawie do samego rozwiązania. Kiedy patrzę  wstecz, trudno 

mi pojąć, jak mogliśmy być tacy ślepi! Naturalnie, wszyscy wiedzieli, 

że  Catherine  uwielbia  Franka.  On  potrafiłby  oczarować  samego 

diabła! Kto jednak mógł przypuszczać, że sprawy zajdą... tak daleko.  

Przecież ona miała dopiero szesnaście lat! Moja Catherine... Była 

takim  kochanym  dzieckiem.  A  kiedy  prawda  wyszła  na  jaw,  Frank 

wyruszył  już  na  jedną  z  tych  swoich  szalonych  wypraw.  Dziecko 

urodziło się podczas jego nieobecności. Catherine umarła... 

-  A  kiedy  wrócił?  -  spytał  cicho  Guy,  wpatrzony  w  złociste 

płomienie. 

-  Stał  tam,  przy  kominku.  Blady  jak  ściana,  cały  roztrzęsiony. 

Przysięgał,  że  o  niczym  nie  wiedział.  I  że  na  pewno  ożeniłby  się  z 

Catherine.  Ale  Catherine  już  nie  żyła...  Nazwałem  go  łajdakiem  i 

kazałem opuścić mój dom. Potem już nigdy nie zamieniłem z nim ani 

słowa. Nigdy! 

background image

- A co stało się z dzieckiem? 

-  Wstyd  przyznać,  ale  pozwoliłem,  aby  zajął  się  nim  Jack 

Sheridan,  ojciec  Franka.  Zrozum,  Guy,  ja  nie  mogłem  patrzeć  na  to 

dziecko, nie  mogłem  przeboleć,  że  przez  tę  niewinną istotę  straciłem 

córkę. Wiedziałem, że maleństwo chowa się w dobrych warunkach, u 

bardzo  zacnych  ludzi.  Jack  zadbał  o  wszystko.  Niczego  więcej  nie 

chciałem  wiedzieć.  Twoja  matka  na  pewno  postąpiłaby  inaczej... 

gdybym jej na to pozwolił. Nawet teraz, po tylu latach, gdy przyszedł 

ten list, przeżywałem rozterkę. 

- Dlaczego zatem zmieniłeś zdanie? 

- Przede  wszystkim wpłynęła na to twoja matka. Powiedziała, że 

moim psim obowiązkiem jest pomóc wnuczce. No i przyjechała Sara! 

Kiedy  uświadomiłem  sobie,  że  ta  dziewczyna,  nie  bacząc  na  nic, 

zdecydowana  jest  pomóc  dziecku  zmarłego  brata,  zrobiło  mi  się 

wstyd.  Sara  to  wspaniała  dziewczyna,  Guy!  Ma  wszystkie  zalety, 

których  los  poskąpił  jej  bratu.  Jest  pełna  dobroci,  oddana,  lojalna.  I 

nadzwyczaj  dzielna,  uważam  jednak,  że  nie  powinna jechać  sama  do 

Blanchlandu. 

Guy wstał na chwilę, aby poprawić ogień w kominku. 

- Jak myślisz, ojcze, czy panna Sheridan zna całą prawdę? 

-  Nie  sądzę.  Jack  i  Frank  nie  chcieli  wtajemniczać  Sary  w  tę 

sprawę. Przysięgli też, że będą chronić dobre imię Catherine. Guy... - 

Lord ożywił się. - Właśnie dlatego ty musisz pierwszy odnaleźć pannę 

Meredith. 

- Nie chcesz, żeby Sara dowiedziała się o Catherine? 

background image

-  Nie  chcę!  Nikt  nie  powinien  się  dowiedzieć,  kto  jest  matką 

panny Meredith. Nigdy! To na zawsze ma pozostać tajemnicą. 

- Ale co dokładnie powinienem zrobić? 

-  Odszukasz  tę  dziewczynę  i  zmusisz,  żeby  stąd  wyjechała.  Po 

prostu  dasz  jej  pieniądze.  Myślę  zresztą,  że  jej  o  to  właśnie  chodzi. 

Chce  pieniędzy,  to  je  dostanie,  ale  ma  zniknąć.  Nie  życzę  sobie,  aby 

prawda o Catherine wyszła na jaw. 

Guy spoglądał na ojca wyraźnie skonfundowany. 

-  Powierzasz  mi  trudne  zadanie,  ojcze  -  powiedział  po  chwili 

bardzo  oschle.  -  Nigdy  dotąd  nie  postępowałeś  w  taki  sposób. 

Naprawdę  tego  chcesz?  A  czy  pomyślałeś,  że  będę  musiał  oszukać 

kobietę,  którą  zamierzam  poślubić?  Najpierw  oszukać,  a  potem 

spokojnie  poprowadzić  do  ołtarza?  To  nie  wróży  dobrze  przyszłemu 

szczęściu. 

-  Rozumiem  twoje  wątpliwości,  synu.  Ale  musisz  to  zrobić  - 

oświadczył  równie  oschłe  lord  Woodallan.  -  Trzeba  chronić  pamięć 

Catherine. 

Do późnej nocy Guy usiłował przekonać ojca, aby zmienił zdanie. 

Lord pozostał jednak nieugięty. 

 

Następnego  dnia  okazało  się,  że  podróż  do  Blanchlandu  jest 

niemożliwa.  W  nocy  temperatura  nieco  spadła,  za  mało  jednak,  aby 

skuć lodem rozmiękłe po ulewie drogi. 

-  Jestem  jednak  pewna,  że  wkrótce  dalsza  podróż  stanie  się 

możliwa - pocieszała pani domu, która rankiem wkroczyła do pokoju 

background image

Sary  z  niepomyślną  wiadomością.  -  Ja,  w  każdym  razie,  cieszę  się 

bardzo, że pobędziesz u nas dłużej, droga Saro. 

Sara  miała  mieszane  uczucia.  Zwłoka  w  podróży  oznaczała 

jeszcze  jeden  dzień  w  towarzystwie  Guya,  a  przecież  postanowiła 

unikać tego mężczyzny jak ognia. 

Rankiem  oszczędzono  jej  jakiegokolwiek  towarzystwa.  Panowie 

udali się na przejażdżkę konną i spodziewano się ich dopiero w porze 

lunchu,  a  lady  Woodallan,  wyczuwając  w  Amelii  pokrewną  duszę, 

zaprosiła  ją  do  obejrzenia  pokoi,  w  których  wyrabiano  domowe 

likiery.  

Sara  natomiast  postanowiła  odnowić  znajomość  ze  wspaniałą 

biblioteką.  Wzruszona  przechadzała  się  wśród  półek  i  szaf,  pełnych 

ksiąg,  z  pietyzmem  biorąc  do  ręki  oprawione  w  skórę  dzieła.  Potem 

jej  wzrok  przykuły  szklane  misy,  wypełnione  półszlachetnymi 

kamieniami, które lord przywiózł z zagranicznych wojaży. 

Ściany  biblioteki  ozdobione  były  portretami  Woodallanów.  Na 

największym,  nad  kominkiem,  widniała  cała  rodzina.  Lord  i  jego 

żona,  jeszcze  młodzi  i  piękni,  dumnie  uśmiechnięci,  w  otoczeniu 

czwórki dzieci. 

Guy, spory już chłopczyk, sztywno wyprostowany, w aksamitnym 

ubranku.  Na  dywanie  bardzo  jeszcze  małe  Emma  i  Klara,  a  przy 

krześle  matki  najstarsza  córka,  śliczna  panienka,  spoglądająca 

poważnie,  choć  jej  usta  składały  się  do  uśmiechu.  Catherine.  Kiedy 

Catherine umarła, Sara miała zaledwie siedem lat. 

background image

Tuż obok portrety lady Emmy i lady Klary. Duże już panny, obie 

jasnowłose,  brązowookie,  bardzo  urodziwe  i  dystyngowane.  Na 

kolejnym  portrecie  -  Guy  w  wieku  dwudziestu  paru  lat.  Artysta 

świetnie  uchwycił  sarkazm  w  ciemnych,  rozumnych  oczach,  także 

dumę i niezależność, którymi emanowała cała postać. I jakiż ten lord 

był zniewalająco przystojny... 

Za  oknem  świeciło  słońce,  zapraszające  na  małą  przechadzkę 

przed  lunchem.  Nie  minął  kwadrans  i  Sara,  otulona  ciepłą  peleryną, 

była  już  na  dworze.  Wdychając  mocno  rześkie,  poranne  powietrze, 

rączym krokiem przeszła przez ogród, potem po zboczu, graniczącym 

z  polami,  zeszła  w  dół,  aż  do  strumienia.  Przykucnęła  nad  wodą  i 

zanurzyła palce w lodowatej wodzie, przejrzystej jak kryształ. 

- Witam panią, panno Sheridan! 

Zaskoczona poderwała się na równe  nogi. Guy stał kilka metrów 

dalej, za żelazną bramą. 

-  Wyobraża  pani  sobie,  że  zjeżdża  na  sankach  po  tym  zboczu? 

Tak jak w dzieciństwie? 

-  Przy  tej  ilości  śniegu  byłoby  to  trudne  -  odparła  z  uśmiechem 

Sara.  -  A  pamiętam,  jak  zjeżdżaliśmy  razem  po  raz  ostatni,  zaspy 

dochodziły do kilku metrów. 

- Ja też pamiętam - przyznał Guy, otwierając bramę i podchodząc 

do  Sary.  -  Wziąłem  wtedy  z  kuchni dużą  tacę.  Sądziłem,  że  zjadę na 

niej o wiele szybciej niż na sankach. 

-  No  i  wylądował  pan  głową  w  takiej  właśnie  zaspie!  Biedna 

Klara, krzyczała tak strasznie! Myślała, że pan już nie żyje! 

background image

Oboje  wybuchnęli  śmiechem  i  wolnym  krokiem  ruszyli  w  stronę 

domu. 

-  Może  pojeździmy  znów  na  sankach,  kiedy  przyjedzie  pani  do 

Woodallan  na  święta?  Nadciąga  tęgi  mróz,  a  i  śniegu  na  pewno  nie 

zabraknie. 

- Pańska matka też tak prorokuje - odparła Sara. - A co do świąt, 

wdzięczna  jestem  za  zaproszenie,  ale  nie  zdecydowałam  jeszcze,  czy 

przyjadę. 

- Bardzo bym tego pragnął. 

-  Dziękuję,  milordzie,  jeszcze  się  zastanowię.  A  teraz...  może 

pójdziemy szybciej? Trochę zmarzłam. 

- Naturalnie. 

Oboje zaczęli wspinać się po zboczu. 

- Jak znajduje pani Woodallan po tylu latach? Czy wróciły jakieś 

miłe wspomnienia? 

Przechodzili właśnie koło rozłożystego dębu, rosnącego samotnie 

na  środku  łąki.  Kiedyś  wdrapywali  się  na  jego  grube  konary,  aby 

popatrzeć  z  góry  na  świat.  Emma  i  Klara  bały  się  wchodzić  tak 

wysoko,  ale  Sara  nie  czuła  żadnego  lęku  i  lady  Sheridan  beształa 

potem córkę, że zachowuje się jak urwis. 

-  Nie  zawsze  warto  wracać  do  przeszłości,  milordzie,  proszę  mi 

wierzyć. 

Nagle poczuła na ramieniu ciepłą dłoń. 

- A jeśli przeszłość ma związek z przyszłością, panno Sheridan? - 

spytał cicho, a ona poczuła ukłucie w sercu. 

background image

Guy  był  wobec  niej  uprzedzająco  grzeczny,  czarujący,  jednak 

zaproponował  małżeństwo  wyłącznie  z  rozsądku,  dla  uniknięcia 

skandalu...  Sara  była  kobietą  praktyczną,  może  i  powiedziałaby 

„tak"... No właśnie. Gdyby to głupie serce tak nie kłuło... 

- Panno Sheridan, chciałbym jeszcze pani o czymś powiedzieć. To 

dotyczy  pani  wyjazdu  do  Blanchlandu.  A  może  woli  pani 

porozmawiać o tym w domu? 

- Nie, skądże. 

-  Naturalnie,  porozmawiajmy  teraz,  tym  bardziej  że  chłodne 

powietrze skutecznie studzi zmysły! 

Sara poczuła, że ogarnia ją gniew. 

- Do rzeczy, milordzie. A więc, cóż zamierzał pan mi powiedzieć? 

-  A  to,  że  będę  pani  towarzyszył  w  podróży  do  Blanchlandu  - 

oznajmił Guy, bez żenady obserwując grę uczuć na wyrazistej twarzy  

Sary. - Przykro mi, panno Sheridan, taka jest wola mego ojca. Jestem 

pewien, że nie chciałaby go pani rozczarować. 

-  Miałam  nadzieję,  że  pan  nie  powie  rodzicom,  dokąd  jadę  - 

stwierdziła  Sara  rozżalonym  głosem.  -  Czy  mógłby  pan  mi  wyjaśnić 

powód swej decyzji? 

-  Naturalnie!  Panno  Sheridan,  według  wszelkich  przypuszczeń, 

otrzymała  pani  list  od  swego  zmarłego  brata,  z  prośbą,  aby 

pospieszyła  pani  na  pomoc  pewnej  młodej  damie.  Żeby  spełnić  tę 

prośbę,  musi  pani  udać  się  do  Blanchlandu.  Tak  się  składa,  że  mój 

ojciec  również  dostał  list  od  tej  samej  osoby.  Była  tam  zawarta 

prośba, aby roztoczyć nad panią opiekę. Niestety, mój ojciec jest zbyt 

background image

chory,  dlatego  ja  go  zastąpię.  Tak  więc,  panno  Sheridan,  razem  z 

panią  ruszam  do  Blanchlandu.  Obawiam  się,  że  nie  jest  pani  z  tego 

zadowolona. 

- Nie, nie jestem - odparła chłodno Sara. - To bardzo niefortunny 

zbieg okoliczności. 

- Bardzo pani łaskawa - wycedził Guy. 

-  Ja...  ja  jestem  bardzo  wdzięczna,  że  lord  Woodallan  pragnie 

okazać mi pomoc, ale naprawdę nie widzę potrzeby... 

-  Szkoda  słów,  panno  Sheridan  -  uciął  szorstko  Guy.  -  Muszę 

zrobić to, czego wymaga ode mnie ojciec. 

Zapadło milczenie. Szli już przez ogród. Wiatr był coraz bardziej 

porywisty, po chwili zaczął padać deszcz ze śniegiem. 

- A gdyby pan nie poddał się woli ojca? - spytała po chwili Sara. -

I zrobił to, co sam uważa za słuszne? 

-  Będę  pani  towarzyszył  bez  względu  na  okoliczności.  Nie 

zmienię decyzji. 

-  O,  nie!  -  jęknęła  Sara.  -  Dlaczego  Frank  obarczył  swoimi 

sprawami również pańskiego ojca? 

- Frank prawdopodobnie przeczuwał, że może się pani znaleźć w 

niezręcznej sytuacji. No i niestety, to się zdarzyło.  Szczerze mówiąc, 

ja  nadal  jestem  zdumiony,  że  przyjęła  pani  na  siebie  takie 

zobowiązanie. 

-  Wahałam  się  -  wyznała  szczerze  Sara.  -  Jednak  ta  dziewczyna 

jest  przecież  moją  bratanicą,  niezależnie  od  tego,  czy  mi  się  to 

podoba, czy nie. 

background image

Znów zamilkli. Kiedy podchodzili już pod dom, Guy spytał: 

-  A  jak  pani  przedstawi  tę  sprawę  sir  Covellowi?  Zamierza  mu 

pani wszystko wyjawić? 

-  Jeszcze  nie  zdecydowałam,  milordzie.  Miałam  za  mało  czasu, 

aby  to  wszystko  dokładnie  przemyśleć.  O  Boże!  Jeszcze  nigdy  nie 

byłam w tak okropnej sytuacji! 

-  Panno  Sheridan,  a  może  jednak  pozwoli  sobie  pani 

wyperswadować  ten  wyjazd?  Pojadę  sam  i  zajmę  się  sprawą  w  pani 

imieniu. 

Byłoby  to  cudowne.  Umyć  ręce  od  wszystkiego,  pozwolić,  aby 

ktoś inny wziął ten kłopot na swoje barki... Ale Sara czuła, że zabrnęła 

już zbyt daleko, aby teraz się wycofać. 

-  Dziękuję,  milordzie,  jest  pan  bardzo  wspaniałomyślny.  Wolę 

jednak załatwić tę sprawę osobiście. 

-  A  pani  jest  nadzwyczaj  uparta!  -  krzyknął  ze  złością  Guy, 

zatrzymując  się  nagle  i  chwytając  ją  za  obie  dłonie.  -  Straszliwie 

uparta. Przecież pani wie, że wywoła wielki skandal! 

Stali  już  przed  domem.  Sara,  zarumieniona  z  oburzenia, 

bezskutecznie usiłowała uwolnić ręce. 

- Proszę mnie puścić, milordzie! Ktoś może nas zobaczyć! 

- Tak, może - odparł niedbale Guy, wcale nie zwalniając uścisku. 

- Ale ta myśl jakoś mnie nie przeraża. 

- Jest pan arogancki i zbyt pewny siebie! 

- Już raz mówiła mi pani coś podobnego! 

background image

-  Ufam,  że  jeśli  pan  rzeczywiście  pojedzie  ze  mną  do 

Blanchłandu, będzie pan zachowywać się wobec mnie bez zarzutu! 

- Niestety, droga pani! Proszę być przygotowaną na najgorsze. 

Spojrzał  na  nią  wymownie,  potem  na  każdej  z  jej  dłoni  złożył 

delikatny pocałunek. 

-  Proszę  nie  zapominać,  że  mam  zamiar  przekonać  panią  do 

małżeństwa ze mną. I będę się bardzo starał. 

Jego  głos  był  cichy,  uwodzicielski.  Sara  gwałtownie  wyrwała 

dłonie z jego rąk. 

-  A  ja  proszę,  żeby  pan  nie  obstawał  przy  tym...  niemądrym 

żarcie!  Oboje  zdajemy  sobie  sprawę,  że  pan  nie  traktuje  tego 

poważnie! 

- Najzupełniej poważnie, zapewniam panią. A pani, jak mówiłem 

wczoraj, ma trochę czasu, aby oswoić się z tą myślą. I wiem, że pani 

mi nie odmówi. 

Śmiał  się,  po  prostu  śmiał  się,  co  było  nie  do  wytrzymania. 

Niestety, Sara nie zdążyła go zmiażdżyć ani spojrzeniem, ani ripostą, 

ponieważ wielkie dębowe drzwi otwarły się powoli. 

- Podano lunch - oznajmił kamerdyner z kamienną twarzą. 

Jego  słowa  trafiły  jednak  w  próżnię,  ponieważ  Sara 

majestatycznym  krokiem  kroczyła  już  przez  sień,  odprowadzana 

pełnym zachwytu spojrzeniem lorda, który po chwili ruszył za nią. 

Po  lunchu  rozpadało  się  na  dobre.  Deszcz  ze  śniegiem  przeszedł 

w śnieg, wkrótce cała okolica przykryta była białym puchem. 

background image

-  Jak  pięknie!  -  zachwycała  się  Amelia,  stojąc  przy  oknie  w 

bibliotece. - Obawiam się jednak, że to opóźni nasz wyjazd. 

Sara, zamiast zachwytów, dała upust swemu zdenerwowaniu. 

-  Nie,  Milly!  Do  Blanchlandu  jest  stąd  nie  dalej  niż  pięć 

kilometrów. Jak będzie trzeba, dojdę tam na piechotę. 

Twarz Amelii posmutniała. 

-  Dlaczego  tak  ci  spieszno,  żeby  opuścić  Woodallan?  Tu  jest 

bardzo przyjemnie. 

- Dobrze o tym wiem - mówiła Sara rozdrażnionym głosem. - Ale 

straciłam już tyle czasu. Ten list dostałam przed tygodniem... 

Zamilkła,  przypominając  sobie,  że  Amelia  nie  została  przecież 

wtajemniczona w treść listu Franka. 

- Aha - powiedziała kuzynka, a jej oczy zrobiły się bardzo czujne. 

- Nie sądziłam, że kwestia czasu jest dla ciebie tak istotna. 

- No tak - bąknęła Sara. 

-  Moja  droga  Saro,  myślę,  że  nadeszła  pora,  abyś  wyznała  mi 

prawdę. Naturalnie, jeśli uważasz to  za stosowne. Aha, słyszałam, że 

będzie nam towarzyszył lord Renshaw, czy tak? 

Niestety,  Sara  czuła,  że  zdradziecki  rumieniec  już  zalewa  jej 

policzki. 

-  Też  tak słyszałam  -  odparła  szorstko.  -  Ale  na pewno  na  to  nie 

nalegałam! 

- Czyli robi to z własnej woli? 

-  Nie!  -  krzyknęła  Sara,  a  zauważywszy  zdziwienie  w  oczach 

Amelii, dokończyła już spokojniej: - Powiedział mi, że Frank napisał 

background image

również  drugi  list,  do  hrabiego  Woodallana,  prosząc  o  wsparcie  dla 

mnie. Niestety, lord czuje się niezbyt dobrze, wobec tego... 

-  Jedzie  z  nami  jego  syn.  Rozumiem  -  odparła  Amelia,  krzywiąc 

się nieznacznie. - I ty wierzysz, że on jedzie, bo ojciec mu kazał? To 

w ogóle jest nieco dziwne... 

-  W  każdym  razie  Guy...  to  znaczy  lord  Renshaw  wie,  w  jakim 

celu  jadę  do  Blanchlandu.  Prawdopodobnie  z  listu  Franka  do  jego 

ojca. 

- No cóż! Skoro tak twierdzisz! Może ja niepotrzebnie czegoś tam 

się doszukuję - oznajmiła zgodnie Amelia i podeszła do stoliczka, na 

którym  leżały  przybory  do  pisania.  -  A  ponieważ  pogoda  nie  sprzyja 

spacerom, napiszę kilka listów. 

-  Posiedzę  tu  z  tobą  i  poczytam  -  oznajmiła  Sara  i  wybrawszy  z 

półki książkę, usiadła w fotelu przed kominkiem. 

W  bibliotece  zapadła  cisza.  Słychać  było  tylko  szelest 

przewracanych kartek i cichutkie skrobanie pióra po papierze. Sara nie 

potrafiła skupić się na lekturze. Słowa Amelii wzbudziły w niej pewne 

wątpliwości. Wierzyła jednak, że może jutro uda się w końcu dotrzeć 

do Blanchlandu i odkryć tajemnicę panny Oliwii Meredith. 

Kolacja znów upłynęła w miłej atmosferze. Potem zabawiano się 

rozwiązywaniem  szarad,  grano  też  w  karty  i  całe  towarzystwo  dość 

późno  udało  się  na  spoczynek.  Lady  Woodallan  i  lady  Amelia,  nie 

przerywając pogawędki, pierwsze wstąpiły na schody.  

background image

Sara została nieco z tyłu. Panowie bawili jeszcze na dole. Lord z 

synem  zapalali  świece.  Kiedy  Sara  dochodziła  już  do  szczytu 

schodów, nagle do jej uszu dotarły przyciszone głosy. 

-  A  więc  powiedziałeś  już  Sarze,  że  z  nią  jedziesz?  Ale  nie 

mówiłeś wszystkiego? 

- Nie, ojcze. Tak, jak sobie życzyłeś. 

- To dobrze, Guy. 

W głosie lorda słychać było wyraźną ulgę. 

-  Najpierw  odszukasz  pannę  Meredith,  pamiętaj,  Sara  nie  może 

się o niczym... 

Kiedy Guy spojrzał w górę, Sara umknęła już w ciemność. Czuła, 

jak  krew  pulsuje  jej  w  skroniach.  Cóż  mogły  oznaczać  słowa  lorda? 

Przede  wszystkim  są  dowodem,  że  Guy  mówił  prawdę  -  ale  nie  do 

końca. Lord wysyłał syna do Blanchlandu, owszem, ale nie po to, aby 

wspierać  Sarę!  I  dlaczego  lordowi  zależy  na  odszukaniu  Oliwii 

Meredith? 

-  Saro!  Gdzie  jesteś?  -  wołała  niecierpliwym  głosem  Amelia.  - 

Chcę życzyć ci dobrej nocy! 

-  Już,  już  -  mówiła  spiesznie  Sara,  zbliżając  się  do  ziewającej 

kuzynki  i  serdecznie  cmokając  ją  w  policzek.  -  Śpij  dobrze,  moja 

droga! 

- Ty też! Dobranoc, moja miła! 

A potem przez dobrą godzinę Sara nie zmrużyła oka, zachodząc w 

głowę,  cóż  może  łączyć  potężną  rodzinę  Woodallanów  z  nieślubną 

córką Franka Sheridana. 

background image

Wreszcie  zapadła  w  sen.  Śniło  jej  się,  że  biega  po  parku  w 

Blanchlandzie, 

usiłując 

dogonić 

jasnowłosą 

dziewczynkę. 

Dziewczynka śmiała się i uciekała, coraz szybciej... coraz szybciej. Aż 

znikła. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Posiadłość Blanchland leżała na szczycie  wzgórza, z trzech stron 

otoczona sosnowym lasem. Kiedy powóz zbliżał się do celu, czwórka 

podróżnych  z  zachwytem  spoglądała  na  dawną  siedzibę  Sheridanów, 

skąpaną  w  promieniach  słońca.  Była  to  nadzwyczaj  okazała 

rezydencja  z  różowego  kamienia,  o  pięknej  architekturze,  z  małą, 

złotą  kopułą na dachu, pod którą  lord  Sheridan,  miłośnik  astronomii, 

trzymał kiedyś teleskop. 

-  O  Boże,  Boże  -  szeptała  cichutko  wzruszona  Sara.  -  A  ja  już 

prawie zapomniałam, jak tu pięknie! 

Powóz  przejechał  przez  wioskę  Blanchland  u  stóp  wzgórza  i 

konie  ruszyły  w  górę,  drogą  prowadzącą  do  bramy  posiadłości. 

Wzruszenie  Sary  zaczęło  mieszać  się  z  lękiem.  Dookoła  zmarznięta 

ziemia,  miejsca  pokryte  lodem  połyskiwały  pięknie  w  słońcu.  I 

pustka, nigdzie żywej duszy.  

Guy  obserwował  ją  bez  przerwy,  patrzył  ciepło,  z  sympatią.  To 

dopełniało  miary.  Czuła,  że  za  chwilę  się  załamie.  Kiedy  Amelia, 

zapominając, że sir Baynham jest jej obojętny, pochyliła się ku niemu 

i zaczęła mówić coś z wielkim przejęciem, Guy nachylił się do Sary i 

na  sekundę  przykrył  dłonią  jej  wąską  dłoń,  ukrytą  w  rękawiczce.  I 

background image

choć  potem  każde  z  nich  odczuło  zakłopotanie,  ten  drobny  gest  był 

miły im obojgu. 

Wjechali  na  podjazd,  stangret  zatrzymał  konie.  Dom  zdawał  się 

być wymarły, okiennice pozamykane. Dookoła przerażająca cisza. 

-  Prawdopodobnie  nikogo  tu  nie  ma  -  powiedziała  Amelia  z 

nadzieją w głosie. - Wracajmy do Woodallan. Saro? 

- Przecież wyjechałaś stamtąd zaledwie pół godziny temu - rzuciła 

zjadliwie Sara i zdecydowanym krokiem ruszyła ku drzwiom.  

Zadzwoniła.  Wszyscy  słyszeli  odgłos  dzwonka,  i  znów  cisza. 

Któryś  z koni zarżał, jego towarzysz zastukał niespokojnie kopytami. 

Sara  drgnęła.  Jej  nerwy  napięte  były  jak  postronki.  Nie  tylko  zresztą 

jej. Guy i Greville wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, a Amelia 

rozglądała  się  trwożliwie,  jakby  w  każdej  chwili  zza  krzaka  miał 

wyskoczyć jakiś złoczyńca. 

- Tu nie ma nikogo. Jedźmy już, Saro, błagam cię! 

Sara,  zdesperowana,  nacisnęła  klamkę  i  drzwi  ustąpiły.  Pchnęła 

je,  otwierały  się  powoli,  zaskrzypiały  oporne  zawiasy.  I  znów  cisza, 

potem pisk Amelii. 

-  Och!  To  straszne!  Zupełnie  jak  w  gotyckich  opowieściach! 

Zapowiadam, że ja do środka nie wchodzę! Za nic! 

-  No  i  dobrze  -  burknęła  Sara,  z  trudem  panując  nad  nerwami.  - 

Czekaj  sobie  na  tym  mrozie.  A  panowie?  Czy  panowie  decydują  się 

wejść razem ze mną? 

Greville  i  Guy  przeszli  za  nią  przez  próg,  po  chwili  usłyszeli 

ostrożne  kroki  Amelii,  która  wolała  jednak  nie  zostawać  sama. 

background image

Wewnątrz  domu  było  bardzo  zimno,  prawie  jak  na  dworze, 

dominował zapach stęchlizny. Przez szpary w okiennicach sączyło się 

trochę  światła.  Sara  dostrzegła  pajęczyny,  zwisające  z  żyrandoli  i 

grubą warstwę kurzu na podłodze. 

- Brr! Okropnie tu! 

-  O,  tak!  -  przytaknął  Guy.  -  Przede  wszystkim  nie  ma  czym 

oddychać. 

Ruszył wzdłuż ścian i otwierając kolejne drzwi, wołał głośno: 

- Halo! Jest tam kto?! 

Jego  głos  odbijał  się  szerokim  echem.  Nagle  rozległ  się  kolejny 

pisk Amelii. 

- A fe! Jakie to odrażające! 

Mała lady Feton zadzierała główkę, starając się w nikłym świetle 

dojrzeć  jak  najwięcej  szczegółów  olbrzymiej  rzeźby,  ustawionej  na 

cokole  w  rogu  holu.  Kochankowie  z  kamienia,  prawie  naturalnej 

wielkości, spleceni w gorącym uścisku. 

-  Co  będzie  dalej,  skoro  nawet  ta  skromna  rzeźba  obraża  pani 

uczucia  -  zauważył  oschłym  tonem  Greville.  -  A  ponieważ 

zdecydowała się pani na ten wyjazd z własnej, nieprzymuszonej woli, 

byłoby  lepiej,  gdyby  spróbowała  pani  łaskawie  opanować  się  choć 

trochę i nie histeryzować jak dzierlatka! 

- A ja proszę, żeby pan łaskawie zachowywał się jak dżentelmen! 

- krzyknęła wzburzona lady Amelia. 

background image

Sara,  czując,  że  nie  zniesie  jazgotu  drogiej  kuzynki, 

demonstracyjnie  zatkała  sobie  uszy.  Nie  tylko  zresztą  ona  poczuła 

dyskomfort. 

- Chryste Panie! - ryknął ktoś gdzieś spod sufitu, i wszyscy, jak na 

komendę, spojrzeli w górę. 

U  szczytu  schodów  stał  potężny  mężczyzna  w  bryczesach  i 

przyciasnej  kamizelce,  trzymający  się  oburącz  za  łysiejącą  głowę, 

przykrytą  monstrualnych  rozmiarów  szlafmycą.  Na  jego  twarzy 

malował się wyraz wielkiego cierpienia. 

-  Droga  pani,  ja  bardzo  proszę  -  ciągnął  zbolałym  głosem, 

schodząc po schodach do zamarłych z wrażenia gości. - Niechże pani 

zaprzestanie  wydawania  z  siebie  tej  kakofonii  dźwięków,  od  której 

moja głowa rozpada się na kawałki! 

Sir  Ralph  Covell,  jako  że  mógł  być  to  tylko  on,  nie  prezentował 

się zbyt pociągająco. Wyszywana kamizelka opinała wydatny brzuch, 

a  małe,  świdrujące  oczka,  ledwo  widoczne  spod  krzaczastych  brwi, 

spoglądały  na  nieproszonych  gości  z  wielką  niechęcią.  Sara  poczuła 

absolutną pewność, że pan domu zaraz wyrzuci ich z wielkim hukiem. 

I  nagle,  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki,  na  groźnym 

obliczu pojawił się naprawdę miły uśmiech. 

- Niech mnie kule biją, jeśli to nie droga kuzynka Sara! Jak ty się 

zmieniłaś,  drogie  dziecko!  -  zakrzyknął  olbrzym,  przyduszając 

oszołomioną  dziewczynę  w  niedźwiedzim  uścisku.  -  Nie  wierzyłem, 

że kiedykolwiek zjawisz się w Blanchlandzie! A przecież twój dawny 

dom zawsze stoi przed tobą otworem! 

background image

Sara,  z  trudem  uwolniwszy  się  z  mocarnych  objęć,  gorączkowo 

szukała  w  głowie  jakiejś  zręcznej  odpowiedzi,  jako  że  wyjaśnienie, 

które  sobie  ułożyła  wcześniej,  zakładało  wrogość  ze  strony  sir 

Covella. 

-  Jak  pan  się  miewa,  sir  Ralphie  -  odezwał  się  uprzejmie  Guy, 

wyraźnie  rozbawiony  sytuacją.  -  Jestem  Guy  Renshaw,  może  pan 

pamięta,  spotkaliśmy  się  kiedyś  w  Londynie,  jakieś  parę  lat  temu. 

Proszę  wybaczyć,  że  tak  niespodzianie  wtargnęliśmy  do  pańskiego 

domu... 

-  Ależ  jakie  tam  wtargnięcie,  drogi  panie!  Witam,  witam  - 

rozpływał się sir Ralph, ściskając dłoń lorda. - Moja kuzyneczka jest 

tu  zawsze  mile  widziana,  a  towarzystwo  jej  przyjaciół  przynosi  mi 

zaszczyt. 

Wzrok  sir  Covella  wyłowił  teraz  lady  Amelię  i  sir  Greville'a, 

stojących skromnie z boku. 

-  A kogóż moje  oczy  widzą! -  wykrzyknął rozpromieniony. - Sir 

Greville  Baynham!  Spotkaliśmy  się  kiedyś  w  Bath,  w  klubie,  zaraz, 

zaraz, jak ten klub się nazywał... 

Greville chrząknął i chyba po raz pierwszy w życiu był porządnie 

zmieszany. 

-  Sir  Covell,  pozwoli  pan,  że  przedstawię  mu  moją  narzeczoną, 

łady Amelię Fenton. 

Tym  razem  Amelia,  całkowicie  poskromiona,  nie  wszczynała 

dyskusji  na  temat  swego  narzeczeństwa  i  elegancko  dygnęła  przed 

olbrzymem, który znów rozpłynął się w uśmiechu. 

background image

-  Bogini!  Po  prostu  bogini!  Gdyby  tylko  jeszcze  łaskawa  pani 

obiecała  nie  używać  całej  siły  swego  dźwięcznego  głosiku!  Moja 

głowa sprawia mi dziś nieco kłopotu, wczorajszy  wieczór był bardzo 

wesoły, rozumiecie państwo... 

Powitawszy  gości,  sir  Covell  zwrócił  się  ponownie  do  swej 

kuzyneczki. 

-  Saro,  dziecko  drogie,  ogromnie  się  cieszę  z  twoich  odwiedzin, 

choć, między Bogiem a prawdą, jest jeden szkopuł... 

Kuzyn  Sary,  bardzo  czymś  zakłopotany,  zaczerwienił  się  jak 

sztubak. 

-  Bo,  widzisz,  moja  droga,  bawi  u  mnie  parę  osób,  dość  wesoło 

spędzamy czas... 

- Słyszałam o tym - odparła spokojnie Sara, w głębi duszy dusząc 

się ze śmiechu. Jak można było nie lubić tego wielkoluda, który łasił 

się teraz jak szczeniak i czerwienił. 

- To dobrze - westchnął z ulgą sir Ralph. - Nie wiem jednak, czy 

te  przyjęcia  są  odpowiednią  rozrywką  dla  młodej  damy,  ponieważ 

bywają na nich różni dżentelmeni i damy... damy... 

- Podejrzanej konduity? - podpowiedział miłosiernie Guy. 

-  A,  kuzyn  ma  na  myśli  córy  Koryntu?  -  spytała  Sara  z 

uśmiechem. - Słyszałam o nich. 

-  To  dobrze.  Ale  na  tych  przyjęciach  to  naprawdę  jest  hm... 

wesoło,  przywdziewamy  maski,  zabawiamy  się  różnymi  grami,  poza 

tym  odprawiamy  obrzędy  pogańskie,  na przykład  z  okazji  zimowego 

przesilenia dnia z nocą... 

background image

-  Nie  szkodzi,  drogi  kuzynie.  Ja  będę  to  po  prostu  ignorować  - 

oświadczyła  Sara,  nie  zwracając  uwagi  na  pełne  przerażenia 

spojrzenie  Amelii  i  pełne  zachwytu  Guya.  -  Miło  mi,  jeśli 

rzeczywiście sprawiłam ci radość moim przybyciem. 

Sir  Ralph  milczał,  głęboko  zadumany,  choć  jego  umysł, 

przyćmiony jeszcze alkoholem, na pewno nie pracował należycie. 

- Trochę to jednak osobliwe - powiedział po chwili. - Wiedziałaś, 

kuzynko,  o  reputacji  Blanchlandu,  a  jednak  zdecydowałaś  się  tu 

przyjechać.  Nie  sądzisz,  że  wykazujesz  się  brakiem  rozsądku?  To 

naprawdę nie jest miejsce dla młodej damy... 

-  Oczywiście,  że  nie,  drogi  kuzynie  -  powiedziała  słodko  Sara, 

dygając  jeszcze  piękniej  niż  Amelia.  -  Rzecz  w  tym,  że  Frank,  mój 

zmarły brat, prosił o załatwienie pewnej sprawy w okolicy. Kiedy się 

z  tym  uporam,  natychmiast  wyjadę.  Postaram  się  nie  sprawiać  ci 

kłopotu, drogi kuzynie. Będę tak cichutko, że w ogóle nie zauważysz 

mojej obecności. 

W  tym  momencie  Guy  zakaszlał,  prawdopodobnie  tylko  w  ten 

sposób  mogąc  powstrzymać  wybuch  śmiechu.  A  sir  Ralph, 

podumawszy jeszcze przez chwilę, oznajmił: 

-  No  dobrze.  Trzeba  więc  wyszykować  jakieś  pokoje  i 

zorganizować  przekąskę  -  powiedział  słabym  głosem,  jakby 

przyziemne  sprawy  zbyt  go  trudziły.  -  Powiem  Marvellowi,  żeby  się 

tym  zajął...  to  moja  prawa  ręka.  O  ile  on  już  wstał  z  łóżka...  Proszę 

łaskawie przejść do salonu, zaraz podadzą państwu kawę. 

background image

Sir  Ralph  oddalił  się  prawie  biegiem  i  po  chwili  w  całym  domu 

rozległ się jego tubalny głos, wzywający służbę. 

- Bardzo ekscentryczny dżentelmen - zawyrokowała lady Amelia i 

rzuciwszy  jeszcze  jedno  baczne  spojrzenie  na  kamiennych 

kochanków,  podążyła  za  Sarą  do  salonu.  -  Wydaje  mi  się  jednak 

całkiem nieszkodliwy. Może te plotki o hulankach w Blanchlandzie są 

mocno przesadzone? 

Sara  przytaknęłaby  z  wielką  ochotą,  jednak  porozumiewawcze 

spojrzenia, jakie Grev i Guy wymienili między sobą, mówiły dobitnie, 

że kłopoty dopiero się zaczną. 

 

-  Zgroza!  -  Oburzona  Amelia  siadła  z  impetem  na  łóżku  obok 

Sary,  wzniecając  spory  tuman  kurzu.  -  Nigdy  nie  widziałam  czegoś 

podobnego! 

-  Wiem,  Milly  -  przyznała  z  ciężkim  westchnieniem  Sara, 

odwracając oczy od namalowanego krzykliwymi farbami obrazka nad 

łóżkiem. Nagie nimfy pluskające się w strumieniu... - W końcu jednak 

wiedziałyśmy, czego się tu spodziewać. 

-  Ale  nie  tak  paskudnych  malowideł  i  takiego  niechlujstwa! 

Spójrz, te zasłony są po prostu ciężkie od brudu! Mój pokój też nie był 

sprzątany od wieków. Zaraz po lunchu porozmawiam z gospodynią. 

- O ile w ogóle dostaniemy jakiś lunch - powiedziała ponuro Sara, 

która  właśnie  podjęła  decyzję,  że  nie  ma  sensu  rozpakowywać 

kufrów.  -  Wątpię,  czy  goście  sir  Ralpha  zrywają  się  z  łóżek  przed 

zmierzchem  i  czy  w  ogóle  jest  tu  jakaś  gospodyni.  Pani  Lambert  na 

background image

pewno  odeszła  stąd  po  śmierci  mojego  brata.  I  wygląda  na  to,  że  sir 

Ralph nie ma żadnych służących, prawda? 

- A jeśli nawet, to są do niczego! Spójrz na to - jazgotała Amelia, 

pociągając  palcem  po  wezgłowiu  łóżka.  -  Kurzu  na  centymetr! 

Gdybym coś takiego zobaczyła u siebie w domu, służąca miałaby się z 

pyszna! A ta kawa! Przecież jej w ogóle nie dało się wypić! 

- Ale tu nadal jest bardzo pięknie - szepnęła smutno Sara, wstając 

z  łóżka  i  podchodząc  do  okna.  Widok  sprzed  lat,  jakże  znajomy... 

Dom  okolony  smukłymi  sosnami,  potem  rozległe  pola,  ciągnące  się 

do wioski, a na horyzoncie łagodne zbocza wzgórz Somerset. 

-  Naturalnie,  kochanie  -  powiedziała  łagodniejszym  głosem 

Amelia. - Dom jest bardzo piękny i zbrodnią było doprowadzać go do 

takiego  stanu.  Wiesz  co,  Saro?  Kiedy  ty  będziesz  załatwiać  te  swoje 

tajemnicze  sprawy,  ja  zajmę  się  domem.  Wkrótce  wszystko  będzie 

lśnić! 

W  to  Sara  nie  wątpiła.  Sara  oczami  wyobraźni  widziała  już 

Amelię  przeciągającą  przez  rezydencję  na  czele  oddziału  służących, 

niosącego  śmierć  i  zniszczenie  najmniejszemu  pajączkowi!  Ciekawe, 

jak zareaguje na to sir Covell... 

-  Saro?  Ale  kiedy  rozwikłasz  tę  zagadkę,  powiesz  mi  wszystko, 

dobrze? - spytała cichutko Amelia, wpatrując się w wyjątkowo  ładny 

wzór na kołdrze. - Wiesz, jak ja nie znoszę sekretów. 

-  Powiem,  powiem!  -  obiecała  Sara, przysiadając  obok kuzynki  i 

głaszcząc ją serdecznie po dłoni. - Nie gniewaj się, moja droga, jednak 

background image

zobowiązałam  się  zachować  dyskrecję.  Jak już  będzie po  wszystkim, 

na pewno opowiem ci całą rzecz z najdrobniejszymi szczegółami. 

-  Ralph  nie  sprawiał  wrażenia,  jakby  go  to  specjalnie 

interesowało.  Zdziwiło  mnie,  że  wcale  nie  nalegał,  abyś  dokładniej 

wyjaśniła powód swego przyjazdu. 

- Był zbyt zaskoczony! - powiedziała Sara i zachichotała. - On się 

boi, że będzie musiał położyć kres hulankom! 

-  Trzeba  o  tym  pomyśleć!  -  oświadczyła  Amelia,  zrywając  się  z 

łóżka. - Wiesz, Saro, zastanawiałam się częste, dlaczego lord Renshaw 

zdecydował się nam towarzyszyć. Mówiłaś, że ojciec mu kazał, mnie 

jednak wydaje się, że lord Renshaw przede wszystkim chce być blisko 

ciebie. 

Sara  zaczerwieniła  się.  Zupełnie  nie  wiedziała,  co  będzie 

trudniejsze  -  czy  opowiedzieć  Amelii  o  oświadczynach  Guya,  czy  o 

rozmowie  ojca  z  synem,  przypadkowo  usłyszanej  poprzedniego 

wieczoru.  Ta  druga  sprawa  wymagała  jednak  wyjaśnienia,  poza  tym 

można było ją z czystym sumieniem przemilczeć, ponieważ Amelię i 

tak najbardziej interesował wątek romantyczny. 

Sara westchnęła. 

-  Lord  Renshaw...  poprosił  mnie  o  rękę  -  wydusiła  z  siebie,  a 

widząc błysk w oczach kuzynki, dodała pospiesznie: - Ale to nie jest 

tak,  jak  myślisz,  Milly.  On  chce  mnie  w  ten  sposób  chronić, 

rozumiesz? Tak jak Greville ciebie. 

- Aha, rozumiem. W dżentelmenie obudził się rycerz. A jaka była 

twoja odpowiedź, Saro? 

background image

-  Powiedziałam  mu,  że  nie  musi  z  mojego  powodu  brać  sobie 

kłopotu  na  głowę.  Trzeba  przyznać, Milly,  że  jego  pewność  siebie,  a 

właściwie arogancja, trochę mnie wytrąciły z równowagi. 

- A czy on przypadkiem nie oświadczył ci się z powodu tego hm... 

incydentu  na  balu?  -  spytała  ostrożnie  Amelia.  -  Kiedy  uświadomił 

sobie, że nadużył zaufania niewinnej dziewczyny... 

-  Nie!  -  zaprzeczyła  Sara,  rumieniąc  się  jeszcze  bardziej.  - 

Owszem,  wspomniał  o  tym  incydencie,  przeprosił  za  swe  słowa,  ale 

nie za zachowanie! 

-  Przynajmniej  postawił  sprawę  uczciwie!  -  śmiała  się  Amelia.  - 

Ale dlaczego go nie przyjęłaś? Przecież wiem, że on ci się podoba. 

-  Ani  trochę!  -  zaprotestowała  z  całą  mocą  Sara,  czerwieniąc  się 

jeszcze bardziej na widok rozbawienia w oczach kuzynki. - Przyznaję, 

że  jest  bardzo  pociągającym  mężczyzną  i  mogłam  poczuć  do  niego 

pewną słabość, ale jeśli nawet tak było, to tylko przez chwilę. Istnieje 

tysiąc  przesłanek,  dla  których  wręcz  powinnam  mu  odmówić. 

Chociażby  dlatego,  że  jest  potwornie  zarozumiały  i  tak  pewny 

swojego uroku! Na pewno to zrozumiesz, Amelio, przecież narzekałaś 

z tego samego powodu na Grevilłe'a. 

- No... tak - przyznała z ociąganiem Amelia, trochę zbita z tropu. - 

Tak  rozpowiadać  wszystkim  na  prawo  i  na  lewo,  że  jesteśmy 

zaręczeni! Nic dziwnego, że straciłam cierpliwość. 

- No właśnie! I zawsze miałaś pretensję do Greville'a, że jest zbyt 

chłodny i układny. 

Amelia odwróciła głowę. 

background image

-  Może  rzeczywiście,  czasami  jest  tak  uprzejmy,  że  staje  się  po 

prostu nudny. Nie brak mu jednak zalet. 

-  Aha!  -  krzyknęła  Sara.  -  No  cóż,  w  takim  razie  nie  zasypiaj 

gruszek  w popiele,  Amelio, obawiam się, że niejedna dama, balująca 

w tym domu, uzna sir Greville'a za pociągającego mężczyznę! 

Mimo  ponurych  przewidywań  Sary,  lunch  podano.  Niestety,  jej 

pesymizm był uzasadniony, ponieważ jeszcze nigdy nie zaserwowano 

jej  takiego  dziwacznego  posiłku.  Do  stołu  zasiadły  tylko  we  dwie  z 

Amelią, ponieważ Guy i Greville pojechali gdzieś konno, a sir Ralph i 

jego goście nie dawali znaku życia. 

- Podejrzewam, że nasi panowie pogalopowali do Woodallan, aby 

zjeść coś przyzwoitego! To szczyt wszystkiego! - narzekała Amelia. - 

Najpierw narzucają nam się ze swoim towarzystwem, a potem znikają 

jak kamfora. 

Dzwoniły  kilkakrotnie,  zanim  w  drzwiach  pojawiła  się  brudna 

służąca,  szalenie  zdziwiona,  kiedy  usłyszała,  że  ma  przynieść  coś  do 

zjedzenia.  Po  jakimś  czasie  zjawiła  się  ponownie,  niosąc  na  talerzu 

kilka  kromek  zeschniętego  chleba  i  parę  plasterków  sera  o  dość 

dziwnym zapachu. Amelia natychmiast dostała wypieków, a po chwili 

wpadła w furię. 

- To skandal! Czuję, że bezwzględnie powinnam wziąć sprawy w 

swoje ręce! 

Sara skubnęła trochę chleba, z trudem przełknęła kawałeczek sera 

i  wróciła  do  swego  pokoju  po  pelerynę,  zamierzając  natychmiast 

wszcząć  poszukiwania  panny  Meredith.  Fakt,  że  Guy  zniknął,  wydał 

background image

jej się bardzo korzystny, przynajmniej nie będzie deptał jej po piętach. 

A im szybciej odnajdzie się córka Franka, tym prędzej skończy się ta 

dziwaczna sytuacja. 

Słońce  świeciło  pięknie,  z  ośnieżonych  gałęzi  skapywała  woda. 

Ścieżka  prowadząca do  wioski  rozmarzła  i  Sara  szła  ostrożnie,  bojąc 

się poślizgnąć na błocie. Zobaczyła stare spróchniałe drzewo,  w pniu 

którego chroniła się podczas zabawy w chowanego. Nie znikła dziura 

w  żywopłocie,  przez  którą  przechodziło  się  na  pole  Burtona,  gdzie 

kiedyś małą Sarę gonił byk. A starego, zapadającego się domku stróża 

do dziś nikt nie naprawił. 

Sara zebrała fałdy sukni i weszła na drogę prowadzącą przez wieś. 

Natychmiast  zauważyła  zmianę.  Wioska  Blanchland  nie  była  duża, 

domy  stały  tylko  po  jednej  stronie  drogi,  po  drugiej  stronie  ciągnęły 

się  pola.  Ta  wioska,  choć  niewielka,  zawsze  tętniła  życiem,  a  teraz 

przynajmniej połowa domów sprawiała wrażenie opuszczonych. Pola 

zarośnięte  były  chwastami.  Nigdzie  żywej  duszy,  tylko  z  kuźni 

dobiegało jakieś postukiwanie. 

Jedynym  okazalszym  budynkiem  w  wiosce  był  dom  doktora 

Mereditha,  oddalony  nieco  od  drogi.  Duży,  zadbany,  otoczony 

pięknym  ogrodem,  ze  starannie  utrzymanym  podjazdem  od  frontu. 

Sara zadzwoniła, nikt jednak nie podchodził do drzwi.  

Nie  spodziewała  się  zastać  Oliwii,  miała  jednak  nadzieję,  że  w 

domu  będzie  jej  matka  albo  ktoś  ze  służby.  Wokół  panowała 

złowieszcza  cisza.  Sara  obeszła  dom  i  zajrzała  do  środka  przez  okno 

pomywalni. Znów nikogo, żadnych oznak życia.  

background image

Nagle  usłyszała  z  tyłu  szelest,  a  w  szybie  mignęła  jakaś  postać. 

Odwróciła  się  przestraszona.  Tuż  przed  nią  stał  starszy  mężczyzna  z 

motyką w ręku, chyba niezbyt przyjaźnie usposobiony. 

-  Tam  nikogo  nie  ma  -  burknął.  -  Lepiej,  jak  pani  sobie  stąd 

pójdzie. 

- Szukam pani Meredith, dobry człowieku - oświadczyła wyniośle 

Sara,  zła,  że  przyłapano  ją  na  zaglądaniu  przez  okno.  -  Może  wy 

wiecie, kiedy pani Meredith wróci? 

-  Ja  nic  nie  wiem,  a  pani  niech  sobie  stąd  idzie  -  odparł 

mężczyzna, groźnie potrząsając motyką. 

Sara przestraszyła się jeszcze bardziej, ale jakaś siła nie pozwalała 

jej ruszyć się z miejsca. 

- A panna Meredith? Może wiecie coś o pannie Oliwii? 

-  Powiedziałem  już,  że  nic  nie  wiem!  Jakoś  dziwnie  dużo  ludzi 

dopytuje  się  ostatnio  o  pannę  Meredith.  A  pani  niech  stąd  idzie,  bo 

zawołam policjanta. 

-  I  będę  z  tego  nadzwyczaj  kontenta!  -  oświadczyła  Sara 

podniesionym  głosem.  -  Poskarżę  się,  jak  przyjmujecie  gości 

zjeżdżających  do  Blanchlandu.  Za  czasów  mojego  ojca  nikt  nie 

śmiałby zachowywać się tak grubiańsko! 

Staruszek powoli opuścił motykę i postąpił krok bliżej. 

- Wielkie nieba! Toż to panna Sara!  

W tym samym momencie Sara doznała olśnienia. 

- Tom! - krzyknęła z radością. - Wybacz, że cię nie poznałam. Nie 

widzieliśmy się chyba z piętnaście lat, prawda? 

background image

-  Czternaście  i pół  -  sprostował  z  uśmiechem  staruszek.  -  Wtedy 

wyjechałem  z  Blanchlandu.  Ale  dwa  lata  temu  wróciłem,  nie 

powiodło mi się, panno Saro.  

Sara  przysiadła  na  ogrodowym  murku  i  ręką  wskazała  Tomowi 

miejsce  obok  siebie.  Tom  Brookes  był  koniuszym  w  Blanchlandzie. 

Kiedy  Sara  miała  dziewięć  lat,  wyjechał  do  brata,  by  pomóc  mu 

prowadzić  gospodę.  Sara  wiedziała,  że  Tom  w  tym  przedsięwzięciu 

utopił wszystkie oszczędności. 

- Opowiadaj, Tom. Co się stało z gospodą? 

-  Miejscowym  nie  spodobała  się  konkurencja.  Mieliśmy  masę 

kłopotów,  panno  Sheridan,  szkoda  o  tym  mówić!  Wróciłem  więc  do 

Blanchlandu  i  poszedłem  do  rezydencji,  ale  sir  Ralph  powiedział,  że 

nie  przyjmuje  nikogo,  nawet  tych,  co  kiedyś  tam  pracowali.  On  w 

ogóle  nie  trzyma  koni!  Tfu!  -  Tom  demonstracyjnie  splunął  na 

ścieżkę.  -  Pani  wybaczy,  ale  tam  wszystko  się  zmieniło,  teraz  nikt  o 

nic  nie  dba.  Wszystko  skończyło  się  w  dniu,  gdy  umarł  stary  lord 

Sheridan... 

- A co się stało z wioską? Wygląda na wyludnioną. Co ze szkołą, 

Tom? 

Staruszek smutno pokiwał głową. 

-  Szkołę  zamknęli,  panno  Sheridan.  Nawet  nie  pamiętam  kiedy. 

Tak, tak, źle się dzieje... 

-  A  panna  Meredith?  Czy  wyjechała  z  Blanchlandu?  Wiem,  że 

doktor umarł przed paroma łaty, sądziłam jednak, że jego żona i córka 

nadal tu mieszkają. 

background image

Tom łypnął okiem spod siwej czupryny i nagle Sara pomyślała, że 

stary poczciwina coś przed nią ukrywa. 

-  Pani  Meredith  wyjechała  do...  swojej  siostry  koło  Glastonbury. 

Nie wiadomo, kiedy wróci. 

- A jej córka? Mówiliście, że wiele osób o nią pyta? 

- Ano tak - powiedział lakonicznie Tom, wypluwając z ust źdźbło 

trawy. - I sami dżentelmeni. O pannę Oliwię pytają tylko dżentelmeni. 

Najpierw  przychodził  taki  bardzo  młody,  który  bawi  teraz  w 

rezydencji, potem jeszcze jeden, na pewno lord, przyjaciel sir Ralpha. 

Sara  miała  wrażenie,  że  Tom  gorąco  zapragnął  znów  splunąć  na 

ścieżkę. 

-  A  dzisiaj pytał  o  pannę  Meredith  jakiś  dżentelmen  w  ubraniu  z 

Londynu. 

Sara zadrżała. 

- Dżentelmen z Londynu? 

- Dokładnie nie wiem, ale ubranie miał z Londynu, to poznałem, i 

londyńskie  maniery.  Pani  Anthrop  mówi,  że  to  panicz  z  Woodallan, 

ona wie, jej córka poszła tam teraz na służbę. 

Sara zasępiła się. A więc Guy, zgodnie z poleceniem ojca, zaczął 

już  szukać  Oliwii.  Szybko  wstała  z  murku  i  wygładziła  fałdy  sukni. 

Nie wolno jej tracić ani minuty. 

-  Ten  panicz  z  Woodallan  to  nawet  proponował  mi  pieniądze  - 

powiedział Tom z niesmakiem. - Miałem nikomu nie rozpowiadać, że 

pytał o pannę Oliwię. 

background image

-  Dziękuję,  Tom,  że  mi  o  tym  wspomniałeś.  Panna  Oliwia  jest 

chyba bardzo ładna, skoro tylu dżentelmenów o nią pyta! 

- A tak, jest niebrzydka - przyznał Tom. - I jest prawdziwą damą. 

A jak to jest, panno Sheridan, że pani nie wyszła jeszcze za mąż? 

-  Myślę,  Tom,  że  jestem  trochę  niezwykła  -  odparła  wesoło  i 

staruszek,  po  raz  pierwszy,  roześmiał  się  w  głos.  -  Tom,  mam  do 

ciebie ogromną prośbę. Gdybyś spotkał przypadkiem pannę Meredith, 

powiedz jej, że ma we mnie przyjaciółkę. 

Tom uśmiechnął się i przyłożył dwa palce do daszka czapki. 

-  Tak  jest,  panno  Sheridan!  Jeśli  ją  spotkam,  na  pewno  jej  to 

przekażę. 

- Dziękuję, Tom. A więc, do zobaczenia! 

Szybkim  krokiem  przeszła  ścieżką  wśród  ozdobnych  krzewów  i 

znów  znalazła  się  na  głównej  drodze,  zastanawiając  się,  co  teraz. 

Niestety,  chyba  wypadało  wrócić  do  rezydencji.  Niezbyt  miła 

perspektywa,  tym  bardziej  że  nie  uzyskała  żadnych  informacji  o 

miejscu pobytu Oliwii. 

Dowiedziała się tylko, że ta panna jest bardzo ładna i wielu panów 

ma  ochotę  z  nią  porozmawiać.  A  może  spodobała  się  któremuś  z 

dżentelmenów  goszczących  u  sir  Covella,  a  to  oznacza  duże  kłopoty 

dla  córki  prowincjonalnego  doktora.  Tom  mówił,  że  o  Oliwię  pytał 

jakiś  młody  dżentelmen,  a  potem  przyjaciel  sir  Covella.  Obaj  ci 

dżentelmeni niewątpliwie są w rezydencji i Sara nie uniknie spotkania 

z nimi. 

background image

No i lord Renshaw też już węszył, mało tego, płacił za milczenie! 

To oburzające! 

- Panna Sheridan! Wyszła pani na przechadzkę? 

Nie  po  raz  pierwszy  obiekt  jej  rozmyślań  wyrastał  przy  niej  jak 

spod  ziemi.  Tym  razem  wyprowadzał  z  kuźni  swego  gniadego 

wierzchowca. 

- Lordzie Renshaw! 

Sara postanowiła zachowywać się bardzo chłodno. 

-  A  niech  to!  -  wykrzyknął  Guy  z  udaną  rozpaczą.  -  Czyżbym 

znów panią czymś uraził? 

Sara nie uznała za stosowne udzielić odpowiedzi. Spory kawałek 

szli w milczeniu, dopiero po chwili lord zapytał: 

-  No  i  jak?  Odniosła  pani  jakieś  sukcesy  w  swoich 

poszukiwaniach? 

-  Nie!  -  odparła  Sara  i  spojrzawszy  mu  prosto  w  twarz,  dodała 

chłodno: - A pan, milordzie? 

- Aha... 

Na twarzy lorda Renshawa pojawił się ironiczny uśmieszek. 

- Czyli jednak odniosła pani jakiś drobny sukces? Dowiedziała się 

pani, że ja również zasięgałem języka? 

-  A  tak  -  potwierdziła  słodziutkim  głosem  Sara.  -  Niestety,  nie 

udało się panu kupić lojalności! 

-  Rozumiem  -  mruknął  lord,  spoglądając  na  Sarę  z  zadumą.  - 

Lojalność  wobec  pani  okazała  się  silniejsza!  I  ten  drobny  incydent 

odebrał pani resztki wiary w moją skromną osobę, czyż nie tak? 

background image

- Tak, właśnie tak! 

-  Trudno,  będę  musiał  się  z  tym  pogodzić.  Saro,  chciałbym 

jednak, żeby pani wiedziała, że nie zrobię niczego, co mogłoby panią 

zranić. 

- Dlaczego pan rozpytuje o pannę Meredith? 

Spojrzenie Guya było jasne i pogodne. 

-  Tak  sobie  -  powiedział  lekko,  wzruszając  ramionami.  -  Żeby 

panią wyręczyć. Gdybym ją odnalazł, załatwiłaby pani swoją sprawę i 

moglibyśmy wracać do Woodallan. 

Jego  dwulicowość  oburzyła  Sarę.  Przecież  dała  mu  sposobność, 

żeby się wytłumaczył, a on zaserwował jej ewidentne kłamstwo... 

- Dałbym wiele, żeby poznać pani myśli, panno Sheridan! 

-  Och,  nie  są  warte  zachodu  -  odparła  szybko  Sara,  umykając 

spojrzeniem.  -  Po  prostu  myślałam  o  wiosce.  Po  śmierci  mego  ojca 

bardzo podupadła. 

-  Zauważyłem  -  przytaknął,  Sara  miała  jednak  nieprzyjemne 

uczucie, że lord doskonale przejrzał jej prawdziwe myśli. 

W rezydencji czekała na nich niespodzianka. Już od progu uderzał 

zupełnie nowy, bardzo przyjemny zapach świeżych kwiatów i wosku. 

Posadzka  lśniła  jak  lustro,  z  białych  marmurowych  kolumn  znikły 

pajęczyny. Sara stanęła jak wryta, a Guy gwizdnął cichutko. 

- Ależ zmiana! Czy to wszystko pani dzieło, lady Amelio? 

Amelia  stała  koło  schodów,  w  narzuconym  na  sukienkę  starym 

fartuchu, obok służąca, dziwnym trafem równie niewielkiego wzrostu, 

z suknami do froterowania w ręku. 

background image

- Spisałaś się świetnie, Mary - pochwaliła lady Fenton i wyjaśniła 

skromnie:  -  O,  to  dopiero  początek!  Mary  obiecała,  że  jutro 

przyprowadzi  do  pomocy  dwie  siostry.  A  tutaj  już  wygląda  nieźle, 

prawda? 

-  Wspaniale,  Milly!  -  zawołała  Sara.  -  Jak  zdobyłaś  w  środku 

zimy te prześliczne kwiaty? 

- No jak to?! - Amelia aż klasnęła w dłonie. - Z cieplarni twojego 

ojca! Tam też jest wszystko zaniedbane, ale na szczęście nie do końca. 

Spotkałam tam staruszka, nazywa się Tom... 

Nagle  na  szczycie  schodów  rozległy  się  czyjeś  szybkie  kroki. 

Amelia  spojrzała  w  górę  i,  zacisnąwszy  z  niezadowoleniem  usta, 

odprawiła ruchem ręki służącą. 

- No proszę, proszę, a cóż my tu widzimy - rozległ się jakiś męski 

głos, dziwnie uniżony i nie wzbudzający zaufania.  

Równie  niepociągająca  była  postać,  wyjątkowo  chuda  i  wysoka, 

ubrana na czarno, ze złotym monoklem w oku. Mężczyzna schodzący 

po  schodach  musiał  mieć  około  czterdziestu  lat,  jednak  jego 

przenikliwe spojrzenie świadczyło, że w swoim życiu zdążył zobaczyć 

już bardzo dużo.  

Pierwszy  z  gości  sir  Ralpha.  Czyżby  to  on  pytał  o  Oliwię? 

Mężczyzna zszedł ze schodów i zgiął się przed Sarą w ukłonie. 

-  Sługa  uniżony!  Przypuszczam,  że  mam  przed  sobą  szanowną 

pannę  Sheridan  -  mówił  dziwnie  nieprzyjemnym  głosem.  - 

Słyszeliśmy o przyjeździe łaskawej pani! Edward Allardyce, do usług! 

background image

Sara,  pokonując  odruch  niechęci,  wysunęła  na  powitanie  dłoń  i 

lord Allardyce złożył na niej wilgotny pocałunek. 

- Jakaż to rozkosz, ujrzeć w tym domu nieskalaną niewinność. 

Jego czarne oczy przewiercały ją na wylot.  Guy nie odzywał się, 

stojąc obok nieruchomo jak posąg. Po chwili skłonił się, ten ukłon był 

jednak ledwo dostrzegalny, jakby wcale nie miał być przywitaniem, a 

raczej zniewagą. 

- Allardyce! 

-  Renshaw!  -  rozpromienił  się  Allardyce,  nie  zważając  na 

kamienną twarz Guya. - Miło cię widzieć, przyjacielu! A ja myślałem, 

że nadal uganiasz się za tą śpiewaczką z opery, z którą widziałem cię 

ostatnio w Londynie. Na szczęście twój gust znacznie się poprawił! 

Twarz Guya stężała jeszcze bardziej. 

-  Panna  Sheridan  jest  córką  chrzestną  mojego  ojca  -  wycedził.  - 

Przyjechała tu w bardzo pilnej sprawie rodzinnej, a ja jej towarzyszę. 

Panna Sheridan nie zostanie tu dłużej, niż to konieczne. 

-  A  jakżeby  inaczej!  -  Allardyce  udał,  że  wzdryga  się  z 

obrzydzenia.  -  Ten  dom  jest  brudny,  skalany  przez  rozpustę,  a 

jedzenie  okropne.  Ja  też  właśnie  miałem  zamiar  stąd  wyjechać,  ale 

powstrzymam  się,  ponieważ  przybycie  panny  Sheridan  czyni  to 

miejsce o wiele bardziej interesującym! 

Guy postąpił krok do przodu. 

- Allardyce, czy ty w ogóle mnie słuchasz? 

-  Ależ  tak,  i  wszystko  zrozumiałem  -  odparł  z  uśmiechem 

Allardyce. - Panna Sheridan jest niedostępna i dla mnie, i dla ciebie. 

background image

Odwrócił się na pięcie i na odchodnym pozwolił sobie na wyraźną 

prowokację: 

-  Fatalnie!  Na  szczęście  w  tym  domu  można  sobie  poharcować  i 

ulżyć pewnym naglącym zachciankom!  

Guy  drgnął,  jakby  chciał  rzucić  się  za  odchodzącym,  ale  Sara 

przytrzymała go za ramię. 

- Nie trzeba, milordzie. Naprawdę nie warto. 

Guy zatrzymał się, ale na jego twarzy malował się taki gniew, że 

Sara  miała  wątpliwości,  czy  usłyszał  jej  słowa.  Potem  jego  twarz 

złagodniała. 

-  Proszę  wybaczyć,  panno  Sheridan!  Przykro  mi,  że  musiała  być 

pani świadkiem tak żenującej sceny. 

-  Trudno,  milordzie  -  powiedziała  Sara  nieco  drżącym  głosem.  - 

Sądzę,  że  jeśli  zostanę  w  Blanchlandzie,  usłyszę  o  wiele  gorsze 

rzeczy. 

-  Obawiam  się,  że  tak  -  przyznał  Guy  z  zasępioną  twarzą.  -  I 

błagam,  niech  pani  zachowa  jak  największą  ostrożność  względem 

Allardyce'a.  To  wyjątkowo  odrażające  indywiduum,  z  którym  pani 

absolutnie nie powinna przestawać. 

Przez  głowę  Sary  przemknęła  myśl,  czy  przypadkiem  nie  z  tego 

powodu  Amelia  na  widok  Allardyce'a  natychmiast  odprawiła 

młodziutką, ładną służącą.  

A  kiedy  przebierała  się  do  kolacji,  była  już  prawie  pewna,  że  to 

Allardyce  rozpytywał  Toma  o  pannę  Oliwię.  Na  wspomnienie  tego 

mężczyzny  poczuła  dreszcz  obrzydzenia.  A  przecież  to  dopiero 

background image

pierwszy  z  gości  sir  Ralpha!  Ciekawe,  jak  przedstawia  się  reszta 

kompanii! 

Rządy  Amelii  nie  obejmowały  jeszcze,  niestety,  kuchni.  Kolacja 

była  prawie  nie  do  przełknięcia,  niejaką  rekompensatę  stanowiło 

wino.  Było  wyśmienite  i  Sara  pomyślała,  że  goście  zjeżdżają  do  sir 

Ralpha  z  dwóch  powodów  -  dla  wybornego  wina,  no  i  dla  tych 

słynnych rozrywek.  

Sir  Ralph  zdawał  się  przejawiać  wielki  afekt  do  pani  Elizy  Fisk, 

której  mąż,  o  dziwo,  był  również  obecny,  co  prawda  przede 

wszystkim ciałem, ponieważ głównie oddawał się drzemce. Pani Fisk 

nie grzeszyła już młodością, a i jej pulchna figura pozostawiała wiele 

do życzenia. Widać jednak pan domu miał właśnie takie upodobania. 

Były  tu  również  dwie  inne  damy:  lady  Tilney,  która  całą  swoją 

uwagę przeniosła z lorda Allardyce'a na sir Baynhama, oraz lady Ann 

Walter, blondynka o posągowych kształtach, nie spuszczająca z Guya 

spojrzenia głodnej kotki.  

Lord  Allardyce  nie  wydawał  się  być  zbyt  przejęty  dezercją  lady 

Tilney,  jako  że  usadowiono  go  obok  Sary,  której  asystował  gorliwie. 

Sarę  jego  umizgi  przyprawiały  o  mdłości.  Amelia  natomiast 

czarowała  dżentelmena  jeszcze  bardzo  młodego,  który  dosłownie 

chłonął każde jej słowo. 

-  To  Justin  Lebeter  -  wyjaśnił  Allardyce,  zauważywszy  ciekawe 

spojrzenie  Sary.  -  Ma  bardzo  kochającą  mamusię  i  więcej  pieniędzy 

niż  rozumu,  co  tłumaczy  jego  obecność  tutaj.  To  szokujące,  widzieć 

background image

niewinnego  młodzieńca  w  tak  zepsutym  towarzystwie.  Może  lady 

Amelia zdoła go uratować? 

Złośliwy uśmiech świadczył, że ten upadek niewinności wcale nie 

martwi  Allardyce'a.  Sara  wolała  nie  odpowiadać,  już  i  tak  czuła  się 

nieswojo  w  tym  towarzystwie.  W  ich  zachowaniu  na  pozór  nie  było 

żadnej rozwiązłości, jednak w każdym niemal słowie zauważalny był 

jakiś  obrzydliwy  podtekst.  Wyczuwało  się  ponadto  dziwne, 

narastające podniecenie. 

Spróbowała  więc  skupić  się  na  jedzeniu,  niestety,  płyn  udający 

zupę  żółwiową  był  zimny,  niesłony  i  obrzydliwy  w  smaku.  Grzebiąc 

zatem  niemrawo  łyżką,  Sara  zerknęła  na  osobliwe  malowidła, 

pokrywające  szczelnie  sufit  i  ściany  pokoju  jadalnego  i  natychmiast 

odwróciła wzrok. Zmysłowość, i to w najbardziej lubieżnej formie...  

Allardyce  wyraźnie  bawił  się  jej  skrępowaniem.  Nie  odrywał 

wzroku  od  wyrazistej  twarzy  dziewczyny,  od  smukłej  figury  w 

skromnej sukni bez dekoltu i starannie upiętych włosów. 

- Droga panno Sheridan! Pojmuję, co pani sądzi o tym miejscu. Z 

jakiego powodu zawitała pani do siedliska rozpusty? 

- Mam do załatwienia ważne sprawy rodzinne, milordzie.  

-  Aha  -  mruknął  Allardyce.  Jego  czarne  oczy  rozbłysły  z 

ciekawości.  -  Muszą  być  rzeczywiście  bardzo  ważne,  skoro 

zdecydowała  się  pani  przyjechać  do  takiego  domu.  Słyszała  pani  o 

wesołych przyjęciach u sir Ralpha? O orgiach na śniegu... 

Lokaj  postawił  przed  Sarą  wyszczerbiony  talerz  z  parującą 

baraniną. 

background image

-  Na  śniegu  -  powtórzyła  Sara  ze  stoickim  spokojem.  -  Chyba 

łatwo się przeziębić, nieprawdaż? 

-  A  panią  niełatwo  zaszokować  -  skonstatował  Allardyce.  -  Nie 

wiem  jednak,  czy  pani  zmysł  praktyczny  wytrzyma  konfrontację  z 

czarną magią. 

-  Ma  pan  na  myśli  czary?  Sądzę,  że  nawet  sir  Ralph  nie 

pozwoliłby sobie na takie głupie praktyki. 

- Tu niedaleko, w lesie, jest mała świątynia... 

-  Wiem,  wiem  -  przerwała  z  uśmiechem  Sara.  -  Chodzi  panu 

zapewne  o  grotę?  W  dzieciństwie  często  bawiłam  się  tam.  W  tej 

grocie jest źródełko, ukryte wśród skał. Tak, to urocze miejsce! 

Allardyce,  nie  przywykły  zapewne,  aby  jego  komplementy  czy 

aluzje  trafiały  w  próżnię,  chwilowo  złożył  broń  i  zajął  się  baraniną. 

Pan  Fisk  zapadł  w  kolejną  głęboką  drzemkę,  a  tuż  obok  sir  Ralph 

karmił kawałkami baraniny rozchichotaną panią Fisk.  

Sara  czuła,  że  zaraz  zrobi  jej  się  słabo.  Drogi  kuzyn, 

pochwyciwszy  jej  spojrzenie,  zmieszał  się  nieco  i  odłożył  widelec. 

Lady Tilney dolewała Greville'owi wina, jej palce delikatnie muskały 

jego  dłoń.  Sara  dostrzegła,  że  ten  gest  nie  uszedł  uwagi  Amelii. 

Tryskająca  humorem  lady  Fenton  zmarkotniała  nagle,  co  wprawiło 

młodego Justina Lebetera w wielkie zakłopotanie.  

Twarze biesiadników robiły się coraz bardziej czerwone. Guy był 

jedyną  osobą,  która  zachowywała  wyniosły  spokój.  Biała  dłoń  lady 

Ann,  spoczywająca  na  jego  ramieniu,  uniosła  się  nieco,  aby,  niby 

background image

mimochodem, przygładzić jego jasne włosy. Gestem tak poufałym, że 

z ust Sary, też niby mimochodem, wydarło się gniewne sapnięcie. 

- Wydaje mi się, że lady Ann i lord Renshaw znają się nie od dziś 

-  wyjaśnił  uprzejmie  Allardyce.  -  Obawiam  się,  że  może  pani  stracić 

swego kawalera, panno Sheridan. 

Guy  wybuchał  głośnym  śmiechem  za  każdym  razem,  gdy  lady 

Ann  szeptała  mu  coś  do  ucha.  Sara  patrzyła  jak  urzeczona  na  białe 

zęby błyskające w uśmiechu. Lady Ann też patrzyła i Sara poczuła, że 

coś ją ukłuło, bardzo mocno. Aż zapiekło. Zazdrość. 

-  Jest  pan  w  błędzie,  milordzie  -  oświadczyła  chłodno.  -  Lord 

Renshaw  towarzyszy  mi  na  polecenie  swego  ojca  i  nie  ma  wobec 

mnie żadnych zobowiązań. 

- Naprawdę? Ciekawe, czy lord Renshaw myśli tak samo? Można 

by się o tym przekonać, z moją pomocą... Jestem do pani dyspozycji. 

Przez  ułamek  sekundy  Sara,  dziwiąc  się  sobie  niepomiernie, 

skłonna  była  zastosować  proponowaną  metodę.  Na  szczęście  jednak 

niemal natychmiast przyszło opamiętanie. Przecież wtedy wpadłaby w 

łapy Allardyce'a! Nie mówiąc o tym, że przed chwilą oświadczyła, iż 

zachowanie Guya jest jej całkowicie obojętne. 

No  tak,  ale  gdyby  trochę  się  z  nim  podrażnić?  Na  jej  ustach 

pojawił się nikły uśmiech. W tym samym momencie Guy spojrzał na 

nią.  Ujrzał  Sarę,  uśmiechającą  się  miło.  Allardyce  opierał  dłoń  o  jej 

ramię.  Spojrzenie  Guya  było  tak  intensywne,  że  Sara  lekko  się 

wzdrygnęła i zarumieniła. 

Allardyce chrząknął znacząco: 

background image

- No, no, nie spodziewałem się takich błyskawic! 

-  Nie  mam  zamiaru  niczego  roztrząsać  -  oświadczyła 

podniesionym głosem Sara. - Proszę, porozmawiajmy o czymś innym. 

-  Naturalnie!  Jeśli  pani  sobie  życzy,  możemy  porozmawiać  o 

pogodzie. 

Baranina na talerzu Sary dawno już wystygła. Lokaj zabrał talerz i 

po  chwili  wniósł  leguminę  z  malin.  Rozległy  się  pomruki  pełne 

uznania,  ale  nie  pod  adresem  kucharza,  lecz  wina  deserowego, 

jednego  z  najlepszych  z  zapasów  lorda  Sheridana.  Chichoty  i 

nadzwyczaj swobodne zachowanie przybrały na sile.  

Sara  zauważyła  przerażone  spojrzenie  Amelii,  kiedy  lady  Tilney 

zanurzyła palec w leguminie, a potem, patrząc Greville'owi głęboko w 

oczy,  podała  mu  ów  paluszek  do  oblizania.  Pani  Fisk  była  jeszcze 

bardziej kreatywna i ustawiwszy sobie talerzyk na wydatnym biuście, 

zachęcała sir Ralpha, aby zabierał się do deseru. 

-  Pan  raczy  wybaczyć,  sir  Ralphie  -  rozległ  się  lodowaty  głos 

Amelii. - Nadeszła pora, kiedy damy powinny się oddalić. 

Sir  Ralph  poderwał  się  jak  oparzony,  strącając  talerzyk  z  biustu 

pani Fisk. 

-  Naturalnie,  proszę,  niech  panie  się  oddalają  -  bełkotał  nieco 

nieprzytomnie.  -  Lady  Tilney,  lady  Ann,  proszę  łaskawie,  aby  panie 

zaczekały na nas w salonie! 

-  Nie  bądź  głupi,  Ralph  -  prychnęła  lady  Tilney,  przeciągając 

pieszczotliwie palcem po policzku Greville'a. - Damy nie chcą iść do 

salonu, damy też chcą się napić portwajnu! 

background image

Lady Ann karmiła Guya winogronami. Jasnozielone kulki znikały 

w jego ustach i Sara po raz któryś poczuła, że robi jej się słabo. 

-  Dobre  obyczaje  nakazują,  aby  damy  przeszły  do  salonu!  - 

powtórzyła  Amelia,  powoli  unosząc  się  z  krzesła.  Ani  Greville,  ani 

Guy  nie  ruszyli  się  ze  swoich  miejsc.  Poderwał  się  za  to  młody 

Lebeter, elegancko odsunął krzesło Amelii i ofiarował jej ramię.  

Sarę  odprowadził  lord  Allardyce.  Zdążyła  jeszcze  zobaczyć,  jak 

lady Tilney rozsiada się na kolanach Greville'a, a Guy nawija sobie na 

palec jeden z jasnych loków lady  Ann. Potem ktoś zatrzasnął drzwi i 

dał się słyszeć gromki wybuch śmiechu. 

Amelia  skierowała  się  natychmiast  ku  schodom.  Drżała  jak  w 

febrze. Sara, z pozoru opanowana, w środku cała dygotała. Wiedziała, 

że pewne aspekty życia w Blanchlandzie wydadzą jej się niesmaczne, 

jednak 

konfrontacja 

rzeczywistością 

przeszła 

najśmielsze 

oczekiwania.  W  głębi  serca  spodziewała  się,  że  Guy  i  Greville 

zachowają się jak dżentelmeni. Nic bardziej mylnego! 

I  nagle,  po  raz  pierwszy  w  życiu,  Sara  poczuła  się  bardzo 

samotna.  Kiedy  umarł  ojciec,  miała  jeszcze  brata.  Po  śmierci  Franka 

jej  pocieszycielką  i  podporą  stała  się  kuzynka  Amelia.  Teraz  jednak, 

gdy obie znalazły się w tak przykrej sytuacji, naga prawda wyszła na 

jaw. Są słabe, bezbronne i nie mają do kogo zwrócić się o pomoc.  

Weszły  obie  do  pokoju  Amelii,  która  natychmiast  rzuciła  się  na 

łóżko i wybuchnęła głośnym płaczem. 

-  Jak  on  śmiał!  -  krzyczała  przez  łzy.  -  Najpierw  wyznaje  mi 

miłość, a potem umizguje się do jakiejś lafiryndy! Nienawidzę go! 

background image

Sara przysiadła obok kuzynki i głaszcząc ją po drżących plecach, 

przemawiała łagodnym głosem. 

-  Milly,  moja  droga,  moja  kochana,  proszę,  nie  płacz.  Greville 

tylko udaje, bo chce wzbudzić w tobie zazdrość. 

- Zazdrość?! 

Amelia  odwróciła  ku  Sarze  zaczerwienioną  od  płaczu  twarz  i 

prychnęła jak dzika kotka. 

-  Ja  mam  być  o  niego  zazdrosna?  Po  tym  wszystkim,  co  dziś 

wyczyniał, nie chcę go znać! Nie wiem, co było bardziej odrażające - 

jego zachowanie, czy to jedzenie! 

- O, tak! - przytaknęła skwapliwie Sara - Jedzenie było podłe. Ta 

baranina... 

-  A  co  tam  baranina!  -  krzyknęła  Amelia,  znów  zalewając  się 

łzami.  -  Chodzi  o  to,  jak  oni  jedli!  Widziałaś,  jak  oblizywali  sobie 

palce?! O, nie! Przysięgam... 

Lady  Fenton  poderwała  się  i  wydając  z  siebie  gniewne  pomruki, 

zaczęła z całej siły ubijać poduszkę, omal jej nie rozrywając. 

-  Zachowanie  Guya  było  niewiele  lepsze  -  odezwała  się  Sara.  - 

Wiem,  że  ma  opinię  hulaki,  ale  nie  przypuszczałam,  że  na  własne 

oczy  zobaczę,  jakich  dopuszcza  się  ekscesów!  Lord  Allardyce 

powiedział mi, że Guy i lady Ann... 

- Allardyce! 

Amelia znów prychnęła jak kotka. 

-  On  jest  bardziej  zepsuty  niż  cała  reszta  razem  wzięta!  Saro, 

błagam cię, miej się przed nim na baczności! On jest niebezpieczny. 

background image

-  Nie  lękaj  się  -  odparła  Sara  zdecydowanym  głosem.  -  Nie 

zobaczymy go już więcej. Jutro o świcie wyjeżdżamy. 

Amelia  odrzuciła  poduszkę  i  spojrzała  na  Sarę  z  wielkim 

niedowierzaniem. 

- Ależ Saro! Mówiłaś przecież, że masz tu ważną sprawę! 

- Poproszę pana Churchwarda, by załatwił to w moim imieniu. 

Łzy  Amelii  natychmiast  obeschły.  Zerwała  się  z  łóżka  i  zaczęła 

przechadzać po pokoju. 

-  Nie  możemy  teraz  stąd  wyjechać  -  oświadczyła  stanowczym 

głosem. - Pomyśl! Te wstrętne kreatury będą zachwycone, że udało im 

się nas wygonić! O, nie, Saro! Nie możemy na to pozwolić! 

Jakby na potwierdzenie jej słów nagle na korytarzu dał się słyszeć 

dziki chichot, potem ktoś szybko przebiegł.  Za chwilę usłyszały inne 

kroki,  zdecydowanie  wolniejsze,  ciężkie,  połączone  z  sapaniem  i 

gniewnymi pomrukami. 

- Bawimy się w polowanie na wiewiórki - krzyknął jakiś kobiecy 

głos. - Greville, ty będziesz chował się razem ze mną! 

Znów tupot, i cisza, ale tylko na chwilę. 

- Och, lordzie Renshaw - pisnął ktoś omdlewająco. - Jeśli to pan 

będzie na mnie polować, to ja bardzo szybko dam się złapać! 

Sara  nie  wytrzymała  i  zasłoniwszy  sobie  usta  ręką,  wybuchnęła 

histerycznym śmiechem. Amelia znów leżała na łóżku, z głową ukrytą 

w  poduszce.  Jej  ramiona  drżały,  na  pewno  jednak  nie  od  płaczu. 

Kiedy  szepty  i  pomruki  w  korytarzu ucichły,  Amelia uniosła  głowę  i 

spojrzała na kuzynkę. 

background image

- No i co, moja Saro? 

-  Nie  wyjeżdżamy!  -  oznajmiła  z  mocą  kuzynka.  -  Za  nic!  Masz 

świętą rację, Milly, te podłe babska nie mogą zwyciężyć!  Powiadają, 

że  zemsta  jest  rozkoszą  bogów,  a  ja,  wystaw  sobie,  wpadłam  na 

pewien pomysł... 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Sara  wyszła  od  Amelii  bardzo  późno  i  powoli  ruszyła  ciemnym 

korytarzem,  bardzo  podekscytowana  planem,  jaki  ułożyły  razem  z 

kuzynką.  Bojowy  nastrój  nie  sprzyjał  senności,  a  dobra  książka  na 

pewno pomoże się wyciszyć. Sara zeszła na dół prawie bezszelestnie. 

Wszędzie  było  cicho  i panowały  prawdziwie  egipskie  ciemności, 

wyglądało więc na to, że jeśli sir Ralph i jego kompania nadal gdzieś 

oddają  się  uciechom,  to  na  pewno  na  piętrze  i  za  szczelnie 

zamkniętymi drzwiami. 

Ostrożnie  otworzyła  drzwi  biblioteki  i  podeszła  do  dębowych 

półek.  Sir  Ralph  systematycznie  pozbywał  się  księgozbioru 

poprzedniego  właściciela,  sporo  tomów  uniknęło  jednak  smutnego 

losu.  Sara  postawiła  świecę  na  stole  i  wspiąwszy  się  po  drewnianej 

drabince,  wybrała  kilka  ulubionych  książek.  Były  zakurzone, 

pachniały pleśnią, tak jakby dawno nikt ich nie brał do ręki... Usiadła 

w fotelu i ze wzruszeniem zaczęła przewracać znajome kartki.  

Nagle  płomień  świecy  zadrżał.  Ktoś  cicho  otwierał  drzwi. 

Zerwała  się  na  równe  nogi,  książki  zsunęły  się  na  podłogę.  Ciemna 

postać,  zbliżająca  się  ku  niej,  w  pierwszej  chwili  była  nie  do 

background image

rozpoznania. Dopiero kiedy mężczyzna zatrzymał się w kręgu światła, 

Sara westchnęła. Najbardziej niebezpieczną osobą niewątpliwie byłby 

lord  Allardyce,  jednak  lord  Renshaw  również  nie  napawał  otuchą  i 

spokojem. 

-  To  pan,  milordzie?  Czyżby  miał  pan  kłopoty  z  zaśnięciem?  - 

spytała, szalenie dumna, że jej głos nawet nie zadrżał. 

W którymś momencie zabawy lord pozbył się surduta. Płócienna 

koszula bardziej uwydatniała niż ukrywała jego wspaniale umięśniony 

tors, rozwiązany halsztuk zwisał smętnie. Ten nieład w ubiorze czynił 

lorda  jeszcze  bardziej  pociągającym,  czemu  Sara  nie  mogła 

zaprzeczyć.  Uzmysłowiła  sobie  jednocześnie,  że  ów  nieład  jest 

wynikiem pewnych czynności, w które lepiej nie wnikać. Bo przecież 

te gęste, jasne włosy na pewno rozwichrzyła jakaś kobieca ręka... 

-  Byłem  zajęty  czymś  innym  -  wyjaśnił  spokojnie  Guy.  -  Ale 

dlaczego  pani  nie  śpi,  panno  Sheridan?  Przecież  panie  opuściły  nas 

wcześniej. 

Jego spokój rozdrażnił Sarę. 

-  Dziwne,  że  pan  to  spostrzegł,  bo  rzeczywiście,  był  pan  bardzo 

zajęty. 

-  Wszyscy  byli  zajęci,  panno  Sheridan.  Zauważyłem,  że  lord 

Allardyce też nie marnował czasu w pani towarzystwie! 

- Och! 

Sara  pozwoliła  sobie  na  lekkie  wzruszenie  ramionami,  a  nawet 

zmarszczyła nos. 

- Zlekceważyła pani moje ostrzeżenie co do Allardyce'a. 

background image

-  Bo  pańska  opinia  o  nim  jest  błędna!  Tak  samo  jak  wybór 

towarzystwa przy stole! 

- Aha - mruknął Guy, podchodząc bliżej. - Moja towarzyszka przy 

stole nie zyskała pani aprobaty? 

- Nie wydaję żadnych opinii - oświadczyła Sara, odsuwając się o 

krok.  -  Oprócz  tej  jednej,  że  żadna  dobrze  wychowana  dama  nie 

znajduje przyjemności w podglądaniu cudzych igraszek miłosnych! 

- Aha - mruknął ponownie Guy, stając tuż przed nią. 

- Czyli pani jest obojętne, co robię? - spytał cicho. 

Jego palce delikatnie ujęły ją pod brodę, zmuszając, aby spojrzała 

mu prosto w oczy. 

-  Nie  moją  sprawą  jest  osądzanie  pańskich  czynów,  milordzie! 

Proszę nie zapominać, że nie przyjęłam pańskich oświadczyn! 

W oczach Guya coś błysnęło. 

-  Rzeczywiście  -  powiedział  niedbałym  tonem.  -  Przypominam 

sobie. 

Jego palce delikatnie musnęły policzek Sary. 

- A może zmieni pani zdanie? 

-  Nie  sądzę!  A  zresztą,  jego  lordowską  mość  nie  zmartwiła 

zbytnio  moja  odmowa  -  oświadczyła  mocnym  głosem,  przyciskając 

książki do piersi, jakby osłaniała się tarczą. - Pan wybaczy, milordzie, 

ale jestem zmęczona i chciałabym powrócić do mego pokoju. 

- A ja sądziłem, że pani przyszła tu poczytać, bo nie może zasnąć! 

- Tak było pół godziny temu. 

background image

Sara  ruszyła  ku  drzwiom  zdecydowanym  krokiem.  Zdołała 

uczynić tylko jeden, ponieważ Guy natychmiast zastąpił jej drogę. 

-  A teraz nagle poczuła się pani znużona? Szkoda! Myślałem, że 

zdąży  pani  jeszcze  wyjaśnić,  dlaczego  moje  oświadczyny  warte  są 

tylko odrzucenia! 

-  To  nie  miejsce  i  czas  na  taką  rozmowę  -  odezwała  się  słabym 

głosem. - Jest bardzo późno, lordzie Renshaw... 

Głos uwiązł jej w gardle. 

Guy  wyjął  książki  z  jej  rąk  i  rzucił  na  stolik.  Stała  bez  ruchu, 

czując, że tak właśnie jest najlepiej. Nie wiadomo, które z nich zrobiło 

pierwszy ruch. Ramiona Guya objęły ją mocno. Pocałunek był czuły, 

delikatny. 

- Milordzie, pan chyba pomylił mnie z inną damą. 

Uśmiechnął  się,  a  ona  natychmiast  poczuła,  że  już  tęskni  za 

następną pieszczotą. 

-  Nie,  ciebie  nie  mógłbym  z  nikim  pomylić...  Saro...  A  jeśli  ten 

Allardyce odważy się ciebie dotknąć, to ja... 

Znów całował, znów tak słodko, delikatnie, rozpalając jej ciało, w 

którym  była  już  tylko  rozkosz  i  uległość.  Jakże  łatwo  zapomnieć,  że 

jeszcze godzinę temu całował lady Ann Walter... 

O,  nie!  Tego  zapomnieć  nie  można!  Sara  szarpnęła  się  z  całą 

mocą.  Guy  natychmiast  opuścił  ramiona.  Przez  ułamek  sekundy  stali 

bez ruchu, mierząc się wzrokiem. 

- Muszę iść! Dobranoc, milordzie! 

background image

Nie  próbował  jej  zatrzymać.  Czuła  jednak  na  sobie  jego  wzrok. 

Patrzył  za  nią,  kiedy  szła  ku  drzwiom,  patrzył  przez  te  drzwi,  gdy 

wstępowała  na  schody.  Patrzył.  I  ta  świadomość  sprawiła,  że 

zapragnęła zapłakać. 

 

Rankiem  śnieg  rozpadał  się  na  dobre.  W  całym  domu  panowała 

cisza.  Sara,  otuliwszy  się  ciepłą  peleryną,  wyszła  z  samego  rana  na 

przechadzkę,  świadomie  rezygnując  ze  śniadania.  Nie  miała  ochoty 

ani  na  czerstwy  chleb,  ani  na  zimną  kawę.  Szła  przez  ogród,  teraz 

pozbawiony barw i zapachów.  

Śnieg  cichutko  skrzypiał  pod  nogami,  a  ona  chłonęła  nieskalaną 

biel,  poprzecinaną  ciemnymi  plamami  drzew  i  krzewów.  Potem 

weszła w las i pod jej stopami zaszeleściły suche liście. To tu, wśród 

drzew,  ukryta  była  owa  grota,  o  której  mówił  Allardyce.  Ulubione 

miejsce zabaw małej Sary.  

Z  łatwością  odszukała  wejście  i  pochyliwszy  głowę,  wsunęła  się 

do środka. Przez szczeliny  w skałach sączyło się światło, odbijało od 

ścian,  tworząc  tajemniczą  poświatę.  Pod  ścianą  cichutko  szemrało 

źródełko.  Woda  zbierała  się  w  zagłębieniu  skał,  formując  małą 

sadzawkę. Było to ciche, pełne uroku miejsce i wczorajsze insynuacje 

Allardyce'a wydawały się zupełnym nonsensem. 

Przysiadłszy  na  kamieniu,  zanurzyła  palce  w  lodowatej  wodzie. 

Nagle  zerwała  się  i  z  lękiem  spojrzała  w  stronę  wejścia.  Ktoś 

nadchodził. Allardyce?! 

- Tom! Chwała Bogu! Przestraszyłam się. 

background image

-  Proszę  wybaczyć,  panno  Sheridan  -  przepraszał  nieśmiało, 

zdejmując  czapkę.  -  Widziałem,  jak  pani  szła  do  groty,  a  chciałem 

spotkać się z panią bez świadków. To ważne. 

Tom  dla  pewności  obejrzał  się  w  stronę  wyjścia,  po  czym 

zbliżywszy się do Sary, zaczął szukać czegoś po kieszeniach, mrucząc 

konspiracyjnie: 

- Mam wiadomość od panny Meredith. Proszę! 

Sara  z  przejęciem  odebrała  malutką  paczuszkę  owiniętą  w 

brązowy papier. 

- To nie jest list, Tom! 

- Ale to właśnie miałem pani doręczyć - wyjaśnił Tom. 

- A możesz mi zdradzić, gdzie jest teraz Oliwia? 

- No... 

-  Dobrze,  dobrze,  nie  będę  pytać  -  zaśmiała  się  Sara,  wsuwając 

pakiecik  do  kieszeni  peleryny.  -  Powiedz,  gdzie  cię  znajdę  w  razie 

potrzeby? 

- Teraz idę do cieplarni. Lady Fenton prosiła o kwiaty. 

-  Trudna  sprawa  w  grudniu!  Amelia  jest  niesamowita,  istny 

wulkan energii! 

Poczekała,  aż  staruszek  wyjdzie  z  groty.  Kiedy  kroki  ucichły, 

szybko  wyjęła  z  kieszeni  paczuszkę  i  zgrabiałymi  palcami  rozwinęła 

brązowy papier. 

Na  jej  dłoni  leżał  złoty  medalion.  Musiał  być  już  bardzo  stary, 

ornamenty  na  kopercie  były  wytarte,  prawie  niewidoczne.  Sara 

podeszła  do  światła  i  nacisnęła  malutki  zameczek.  W  środku  były 

background image

dwie  miniaturki.  Na  portreciku  z  lewej  strony  -  dama  w  sukni  z 

głębokim dekoltem. Wdzięczna główka, obsypana brązowymi lokami. 

Jeden  długi  lok  oplatał  smukłą  szyję.  Brązowe  oczy  pełne  blasku  i 

promienny  uśmiech.  Zapewne  bardzo  wesoła  osoba.  I  dziwnie 

znajoma...  

Mężczyzna  na  portreciku  z  prawej  strony  wydał  się  jeszcze 

bardziej znajomy. Tak znajomy, że Sara z wrażenia omal nie upuściła 

medalionu  na  ziemię.  Gęste,  jasne  włosy,  wysoko  osadzone  kości 

policzkowe  i  usta,  bardzo  mocno  zarysowane.  Przecież  to  Guy!  I  te 

oczy,  uderzająco  ciemne,  patrzące  z  ironią,  jakby  drwiły  ze 

wszystkich...  

Nagle  olśniło  ją.  Przecież  ten  medalion  jest  bardzo  stary,  co 

najmniej  sprzed  pół  wieku.  Naturalnie,  że  to  nie  Guy.  To  musi  być 

jego dziadek. Jeszcze raz przyjrzała się portrecikowi i teraz dostrzegła 

wiele  różnic.  Twarz  dżentelmena  z  portretu  była  surowa, 

nieprzystępna. Tak samo oczy, spoglądające srogo spod krzaczastych 

brwi. Natomiast w oczach Guya rzadko gasły wesołe iskierki. 

Nagle  poczuła  chłód.  Szybko  wsunęła  medalion  do  kieszeni  i 

ruszyła  ku  wyjściu.  Coś  pod  stopą  zaszeleściło,  prawie  bezgłośnie. 

Mały kawałek papieru, który musiał wypaść z medalionu. 

Panno S., czy mogłaby Pani spotkać się ze mną dziś o północy w 

Folly Tower? O. 

Sara  z  niezadowoleniem  zmarszczyła  zgrabny  nosek.  Cóż  za 

pomysł!  Spotkanie  o  północy,  w  starej,  zrujnowanej  wieży!  I  to  w 

zimie!  Zadrżała  i  otuliwszy  się  szczelniej  peleryną,  szybko  wyszła  z 

background image

groty.  Długo  krążyła  bez  celu,  rozmyślając  o  medalionie.  Dlaczego 

Oliwia  go  przesłała?  A  może  była  to  próba  przekazania  jakiejś 

zakamuflowanej wiadomości?  

Skąd  panna  Meredith  ma  ten  medalion  z  portretami 

Woodallanów?  Co  łączy  ją  z  tą  rodziną?  Sara  przypomniała  sobie 

nieprzyjemne  spojrzenie  dżentelmena  z  portreciku,  przypomniała 

sobie  też  rozmowę  Guya  z  ojcem.  Zdaje  się,  że  ten  związek  z 

Woodallanami nie wróży nic dobrego, a raczej zwiastuje kłopoty... 

- Panno Sheridan! 

Od  strony  jeziora  nadchodził  lord.  Koło  jego  nóg  plątał  się 

wyrośnięty, brązowy owczarek. Sara zarumieniła się. 

-  A  gdzież  pan  znalazł  tak  pięknego  towarzysza  przechadzki?  - 

zagadnęła szybko, aby jakoś pokryć zmieszanie. 

-  Sam  mnie  sobie  znalazł!  To  pies  sir  Ralpha.  Bardzo  łagodne 

stworzenie. 

Sara  z  lekkim  niedowierzaniem  spojrzała  na  wyjątkowo  rosły 

okaz czworonoga. 

-  Lubi  sobie  poganiać  -  ciągnął  Guy,  zerkając  na  psa  z  wielką 

sympatią. - Wątpię jednak, czy jego pan zabiera go na spacery. 

Guy  nie  odrywał  oczu  od  zarumienionej  twarzy  Sary.  Nerwowo 

przyspieszyła  kroku,  kierując  się  w  stronę  domu.  Kilkadziesiąt 

metrów  przed  nimi,  wśród  drzew,  pojawiła  się  strzelista  sylwetka 

Folly  Tower,  małej  wieży,  którą  polecił  zbudować  ojciec  Sary.  Ze 

szczytu  Folly  Tower  można  było  dojrzeć  każdy  zakątek  posiadłości. 

Widok wieży znów skierował myśli Sary ku Oliwii. 

background image

-  Może  wybierzemy  się  na  łyżwy  dziś  po  południu?  -  zagadnął 

znienacka Guy. - Chyba lód jest już dostatecznie gruby. Pani zapewne 

jako dziecko jeździła tu na łyżwach? 

- Na łyżwach? - powtórzyła Sara nieco nieprzytomnym głosem. - 

O, tak!  To była pyszna zabawa. Bardzo dawno już nie jeździłam, ale 

tego się chyba nie zapomina. 

- Zdaje się, że myślami błądzi pani gdzie indziej - zauważył Guy, 

przyglądając  się  jej  bacznie.  -  Zapewne  przedmiotem  rozmyślań  jest 

panna Meredith. Ma pani już jakiś pomysł, jak ją odnaleźć? 

- Wcale o niej nie myślałam - skłamała Sara, sarkając w duchu na 

domyślność  Guya.  Medalion i  liścik od  Oliwii  ciążyły  jej  w  kieszeni 

jak kamień. - Nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać. A pan, co dziś 

zamierza, milordzie? 

- Ja? - Guy lekko wzruszył ramionami. - Właściwie nic. Jestem do 

pani dyspozycji. Z miłą chęcią będę pani towarzyszył. 

-  Och,  nie,  dziękuję,  milordzie  -  odparła  pospiesznie  Sara.  -  Nie 

chciałabym  pana  obarczać  swoją  osobą.  Poza  tym  sporo  dziś  się 

nachodziłam  i  nie  planuję  żadnych  wypraw,  podczas  których 

potrzebne by mi było towarzystwo. 

- Czy to z powodu naszego spotkania w bibliotece moja osoba jest 

pani tak niemiła? - spytał Guy z kpiącym uśmiechem. - Mam nadzieję, 

że wczoraj bez trudu odnalazła pani drogę do swojej sypialni? 

-  Naturalnie,  milordzie!  W  Blanchlandzie  nawet  po  ciemku 

zawsze  odnajdę  drogę!  A  teraz  proszę  wybaczyć,  trochę  mi  zimno  i 

chciałabym już wrócić. 

background image

-  Zobaczymy  się  więc  później,  panno  Sheridan!  W  domu 

prawdopodobnie czeka na panią świeżo zaparzona kawa i przyzwoite 

śniadanie.  Kiedy  wychodziłem  na  spacer,  lady  Amelia  obejmowała 

rządy w kuchni. 

Skłonił  się  elegancko,  gwizdnął  na  psa  i  ruszył  w  kierunku 

jeziora. Sara z trudem odwróciła wzrok od zgrabnej sylwetki. Nie, nie 

wierzyła  mu,  choć  wyraźnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  nie  zamierza 

szukać  Oliwii  na  własną  rękę.  Westchnęła  i  musnęła  palcami 

medalion. Przecież ona też wiele ukrywała przed Guyem! Nie byli ze 

sobą szczerzy i ta sytuacja stawała się nie do zniesienia. 

W lśniącym czystością pokoju śniadaniowym na Sarę czekała nie 

tylko  gorąca,  aromatyczna  kawa,  ale  także  świeżo  upieczony  chleb. 

Obok,  w  pokoju  jadalnym,  kilka  służących  pod  czujnym  okiem 

Amelii doprowadzało kolejne pomieszczenie do idealnego porządku. 

-  Nie  przełknę  ani  kęsa,  dopóki  wszystko  nie  będzie  lśnić  - 

oznajmiła kuzynka na powitanie. - Mam nadzieję, że sprawimy się tu 

do południa i potem przejdziemy do sypialni. Strach pomyśleć, co nas 

tam  czeka!  Na  pewno  pchły,  albo  i  coś  gorszego.  Aha,  Saro,  lady 

Tilney i lady  Ann są w salonie, bardzo drażni je hałas przesuwanych 

mebli.  Mówię  ci  to  na  wszelki  wypadek,  gdybyś  wolała  uniknąć 

spotkania z nimi... 

Amelia zachichotała. 

- W świetle dziennym wyglądają niezbyt świeżo, znać po nich, że 

przez  całą  noc  nie  zmrużyły  oka.  Zaproponowałam  im  mój  krem  z 

płatków róży, odmładzający płeć, nie chciały jednak skorzystać. 

background image

Sara parsknęła śmiechem. 

- A widziałaś Greville'a, Milly? 

-  Greville'a?  -  Na  twarzy  Amelii  pojawił  się  wyraz 

niewypowiedzianej słodyczy. - Biedaczek! Głowa boli go straszliwie, 

więc  wymyśliłam  dla  niego  bardzo  skuteczną  miksturę.  Żółtka 

zmieszane z przecierem pomidorowym, doprawione lukrecją! 

-  Jesteś  okrutna,  Milly!  Mam  nadzieję,  że  sir  Greville  Baynham 

przeżyje  tę  kurację!  A  powiedz,  jak  sir  Ralph  przyjmuje  zmiany  w 

swoim domu? 

- Najpierw był zły, ale potem powiedział, że jestem damą z wielką 

fantazją i dał mi wolną rękę. - Amelia wesoło pomachała ściereczką i 

zabrała się do ścierania kurzu z pięknej serwantki. 

-  Ciekawe,  czy  będzie  tak  zachwycony,  kiedy  dowie  się,  że 

zginęły  klucze  od  piwniczki  z  winem  -  zauważyła  Sara 

konspiracyjnym szeptem. 

- Może i nie - odparła obojętnym głosem Amelia, nie przerywając 

swego zajęcia. - Trudno, powinien ich lepiej pilnować! 

Propozycja  jazdy  na  łyżwach  nie  zachwyciła  gości  sir  Ralpha. 

Wszyscy  zgodnie  oświadczyli,  że  z  powodu  zbyt  wczesnego 

poderwania  się  z  łóżek,  spowodowanego  działaniami  Amelii,  są 

bardzo osłabieni. W rezultacie i pan domu, i jego kompania zamknęli 

się  w  bibliotece,  aby  oddać  się  mniej  wyczerpującemu  zajęciu, 

mianowicie wspólnemu przeglądaniu najnowszego nabytku sir Ralpha 

- kolekcji francuskich litografii o tematyce erotycznej.  

background image

Sara  zajrzała  jeszcze  raz  nad  jezioro,  stwierdziła  jednak,  że  lód 

jest zbyt cienki, poza tym znów zaczął padać gęsty śnieg. Po powrocie 

do domu poszła do swego pokoju i usiłowała czytać książkę, starając 

się nie zważać na dzikie wybuchy śmiechu, dobiegające z parteru.  

Guy zniknął na cały dzień, nie było go aż do kolacji i Sara mimo 

woli bez przerwy zadawała sobie pytanie, dokąd lord raczył się udać. 

O  spotkaniu  z  Oliwią  nie  zapominała  ani  na  sekundę,  czując  i  lęk,  i 

ciekawość. Czas dłużył się w nieskończoność.  

O stosownej porze zeszła na kolację, która dla wszystkich okazała 

się  wielkim  zaskoczeniem.  Amelia  zdradziła  kucharce  kilka  swoich 

przepisów,  a  że  kobieta  okazała  się  pojętna,  kolacja  była  wyjątkowo 

smaczna.  Na  początek  delikatna  zupa  cytrynowa,  potem  pstrąg  w 

sosie  z  białego  wina.  Po  przełknięciu  pierwszego  kęsa  pstrąga  oczy 

biesiadników  rozbłysły,  ożywił  się  nawet  wiecznie  śpiący  pan  Fisk  i 

zakrzyknął gromko: 

- Jedzenie wyborne! 

Biesiadników  czekała  jednak  przykra  niespodzianka,  okazało  się 

bowiem,  że  zamiast  wina,  wniesiono  kryształowy  dzban,  napełniony 

płynem  jeszcze  bardziej  szlachetnym,  mianowicie  źródlaną  wodą. 

Nikt tego nie skomentował, czas jednak mijał, a na stole nie pojawiała 

się ani jedna butelka wina ze znanej w okolicy piwniczki.  

W  końcu  lady  Ann  nie  wytrzymała  i  rzuciwszy  panu  domu 

powłóczyste spojrzenie, spytała ostrożnie: 

- Czy próbujesz nas nawrócić? 

Sir Covell spojrzał niepewnie na lady Fenton. 

background image

-  Lady  Amelio...  -  zaczął,  wyraźnie  skofundowany,  jako  że 

doceniał przecież, co Amelia uczyniła dla jego domu. 

Amelia  przerwała  rozmowę  z  Justinem  Lebeterem,  uśmiechnęła 

się miło i przekazała towarzystwu hiobową wiadomość: 

- Chodzi o wino? Och Boże, miałam nadzieję, że nikt nie będzie 

się dopominać. Podczas dzisiejszych porządków zawieruszył się klucz 

od piwniczki. 

W  odpowiedzi  rozległ  się  gremialny  okrzyk  rozpaczy  i  posypały 

błagalne prośby. 

-  Nie  będzie  wina?  To  straszne!  Jak  my  to  przeżyjemy?  Ralph, 

zrób coś. 

-  To  jakim  cudem  przyrządzono  sos  winny?  -  spytał  bardzo 

przytomnie sir Baynham.  

-  Takim  cudem,  że  zostało  trochę  wina  z  wczorajszej  kolacji  - 

wyjaśniła  uprzejmie  lady  Fenton.  -  Niewiele,  ale  na  sos  wystarczyło. 

Dlaczego  jednak  są  państwo  tak  zdegustowani?  Wino  zabija  smak, 

czyż nie tak, lordzie Lebeter? 

Lord  Lebeter,  który  osiągnął  już  etap  absolutnego  zachwytu 

wszystkim,  co  powie  urocza  lady  Amelia,  skwapliwie  skinął  głową. 

Mniej  zgodna  była  lady  Tilney,  która  prychnąwszy  pogardliwie, 

wysyczała w stronę Amelii: 

-  Nie  sądzę,  żeby  mój  zmysł  smaku  ucierpiał  z  powodu  jednej 

lampki wina! 

- Naturalnie, że nie - odparowała Amelia. - Przecież i tak jest już 

w opłakanym stanie! 

background image

-  Ralphie,  obiecałeś  mi  kąpiel  w  szampanie!  -  poskarżyła  się  z 

drugiego  końca  stołu  pani  Fisk.  -  Mówiłeś,  że  to  jedna  z  twoich 

specjalności. 

- Jak można tak marnować szampana - oburzył się pan Fisk. 

-  Panno  Sheridan,  a  może  pani  wie  coś  na  temat  tego  klucza?  - 

spytał Allardyce przebiegle. 

- Naturalnie, że wiem! - przytaknęła skwapliwie Sara. - O tym, że 

zginął,  wiedziałam  wcześniej  od  innych.  To  ja  wpadłam  na  pomysł, 

aby  podać  do  picia  wodę.  Czy  pan  już  próbował,  lordzie  Allardyce? 

To  woda  ze  źródełka  w  grocie,  krystalicznie  czysta  i  nadzwyczaj 

orzeźwiająca! 

Lord Allardyce skrzywił się z niesmakiem. 

- Dziękuję, panno Sheridan, ale nie spróbuję. Woda dobra jest dla 

wieśniaków. 

-  Jak  pan  uważa  -  skwitowała  cierpko  Sara,  zabierając  się  do 

jedzenia. 

Przy stole zapadła nieprzyjemna cisza. 

- Ralphie! - odezwała się po chwili ostrym głosem lady Tilney. - 

Jutro trzeba będzie posłać po wino do Bath! 

- Niestety, drogi są nieprzejezdne - odparł strapiony pan domu. - 

Sądzę, że będzie można to zrobić dopiero za kilka dni. 

- A może lord Renshaw ulituje się nad państwem i pośle po wino 

do Woodallan? - wtrąciła Sara. - Bo mnie osobiście wystarczy woda. 

-  A  nam  nie  -  oświadczyła  ponuro  lady  Walter.  -  Ta  woda  może 

być bardzo niezdrowa. 

background image

-  Na  pewno  jednak  znakomicie  wpływa  na  cerę  -  oznajmiła 

Amelia tonem niemal macierzyńskim. 

Lady  Ann  zarumieniła  się  z  gniewu,  nie  odpowiedziała  jednak  i 

wszyscy  w  dość  ponurych  nastrojach  kontynuowali  jedzenie.  Nawet 

lord  Allardyce,  zwykle  tak  elokwentny,  ograniczał  się  do  mdłych 

uwag  o  pogodzie.  Po  kolacji  całe  towarzystwo  dostojnym  krokiem 

udało się do salonu i oddało grze w wista. 

Kwadrans  przed  północą  Sara,  narzuciwszy  pelerynę,  cicho 

wymknęła  się  ze  swego  pokoju.  Bezszelestnie  jak  duch  zeszła  po 

schodach  i  przemknęła  przez  hol.  Drzwi  frontowe  udało  jej  się 

otworzyć prawie bezgłośnie. 

Na  dworze  było  pięknie.  Śnieg  przestał  padać,  niebo  było 

bezchmurne. Sara, stojąc w progu, zawahała się przez chwilę. Księżyc 

świecił wyjątkowo jasno, ślady jej stóp będą bardzo dobrze widoczne. 

No trudno... 

Otuliwszy  się  szczelniej  peleryną,  ruszyła  przed  siebie.  Szła 

szybko,  ale  czujnie,  kryjąc  się  za  drzewami.  Dokoła  panowała  cisza, 

zbyt  idealna,  i  za  każdym  razem,  gdy  z  potrąconej  przez  nieuwagę 

gałązki  opadał  śnieg,  Sara  podskakiwała  jak  oparzona,  złorzecząc  w 

duchu pannie Meredith.  

Że też ta smarkula nie wpadła na pomysł, by umówić się z ciotką 

w  jakimś  ciepłym,  przytulnym  saloniku.  Najlepiej  w  samo  południe. 

Nagle  serce  podskoczyło  jej  do  gardła.  Ten  dziwny  odgłos...  jakby 

ktoś cicho sapnął. Odwróciła się ostrożnie. Nikogo.  

background image

Czuła  jednak  instynktownie,  że  nie  jest  sama.  Stała  bez  ruchu, 

zastanawiając  się    gorączkowo,  czy  wzywać  pomocy.  I  wtedy  z 

ciemności wynurzyła się jakaś niewielka kobieca postać. Sara niemal 

namacalnie czuła narastający gniew. 

- Milly! Skąd ty się tu wzięłaś? 

-  Zobaczyłam  przypadkiem,  jak  wychodzisz  z  domu,  więc 

pobiegłam  za  tobą  -  wyjaśniła  zdyszanym  głosem  kuzynka.  -  Co  ty 

wyrabiasz, Saro? 

-  Nieważne  -  burknęła  Sara.  -  Jak  możesz  być  tak  nierozsądna, 

Milly! Przecież nie znasz okolicy, mogłaś zabłądzić, mogło ci się coś 

stać... 

-  Tak  samo  jak  tobie,  Saro!  Co  znaczy  ta  samotna  wycieczka  po 

nocy? 

- Idę do Folly Tower, spotkać się z panną Meredith...  

Umilkła  na  chwilę,  kiedy  w  nocną  ciszę  wdarło  się  głośne  bicie 

kościelnych dzwonów. 

- Milly, muszę się spieszyć, już północ. 

-  A  kto  to  jest  ta  panna  Meredith?  -  dopytywała  się  Amelia, 

starając się dotrzymać kroku kuzynce. - I dlaczego umawia się z tobą 

tak późno? 

Sara  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Kochana  Milly!  To  jednak 

cudownie mieć przy sobie jakąś życzliwą duszę. 

-  Panna  Meredith  jest  moją  bratanicą  -  wyjaśniła.  -  To  z  jej 

powodu  musiałam  przyjechać  do  Blanchlandu.  Oto  i  powód  mej 

eskapady. 

background image

- Nie! - pisnęła Amelia, nie posiadając się ze zdumienia. - Twoją 

bratanicą! Nie do wiary! A więc ona jest córką Franka! 

-  Tak,  ale  teraz  nie  mamy  czasu  na  studiowanie  drzewa 

genealogicznego Sheridanów - rzuciła przez ramię Sara, potykając się 

o wystający korzeń. 

Dochodziły  już  na  szczyt  wzniesienia,  gdzie  wśród  drzew 

majaczyła ciemna sylwetka wieży. 

- Saro! Musisz tam iść? - szepnęła przerażona Amelia, chwytając 

kurczowo kuzynkę za pelerynę. - Nie podoba mi się to. 

- Nie przesadzaj, Milly - obruszyła się Sara, zdając sobie sprawę, 

że jeśli przynajmniej jedna z nich nie będzie udawać nieustraszonej, to 

za  chwilę  obie  rzucą  się  do  ucieczki.  -  Przecież  idę  spotkać  się  z 

siedemnastoletnią  dziewczyną,  a  nie  z  jakimś  potworem.  Jeśli  się 

boisz, to wracaj do domu. 

- Sama? Przez ten las? Nigdy w życiu! - zaprotestowała trzęsącym 

się głosem lady Fenton. - Idę z tobą! Ale jestem pewna, że tam nikogo 

nie ma. 

Razem  zbliżyły  się  do  wieży,  Sara  pchnęła  stare,  zniszczone 

drzwi i ostrożnie zajrzała do środka. Nie widziała nic, tylko ciemność. 

- Oliwio! - zawołała cicho, głosem ochrypłym ze zdenerwowania. 

- Jesteś tu? 

Cisza.  A  kiedy  nabierała  powietrza,  żeby  zawołać  jeszcze  raz, 

nagle  jakaś  miękka  szmata  opadła  jej  na  twarz.  Szarpnęła  się 

przerażona,  ktoś  jednak  unieruchomił  ją  w  żelaznym  uścisku. 

background image

Usłyszała dziki krzyk Amelii, a potem, w tej ciemności, ujrzała tysiąc 

gwiazd. 

Wszystko trwało sekundę. Sara czuła, że ktoś zdziera jej szmatę z 

głowy i pomaga wstać, a przynajmniej usiąść na kamiennej posadzce. 

Zobaczyła  krąg  światła,  znaczony  przez  małą  latarnię,  za  latarnią 

wysoką postać sir Baynhama, a tuż przed sobą klęczącą Amelię. 

-  Saro,  moja  kochana,  co  z  tobą?  Bałam  się,  że  pogruchocze  ci 

wszystkie  kości!  Boże,  Boże,  jak  ty  strasznie  upadłaś.  Możesz  się 

poruszać? Boli cię coś?  

Sara  poruszyła  się  ostrożnie  i  natychmiast  silne  ramię 

podtrzymało ją gorliwie. Nie musiała się odwracać, wiedziała dobrze, 

czyje  to  ramiona.  Przecież  znała  już  objęcia  Guy  a  Renshawa.  Tę 

ciepłą, kojącą bliskość... w której nie można przebywać zbyt długo. 

-  Nic  mi  nie  jest  -  powiedziała  słabym  głosem,  wstając  z  ziemi, 

cały czas podtrzymywana przez lorda. - Ale co się stało?  Ktoś chyba 

chciał mnie porwać. 

- I tak zapewne by się stało! - oznajmił surowym tonem lord, nie 

puszczając  ramienia  Sary.  -  Usłyszeliśmy  krzyk  lady  Amelii, 

zaczęliśmy biec do wieży, w tym momencie oni z niej wybiegli. Było 

ich dwóch. 

Cóż  za  dziwny  zbieg  okoliczności,  pomyślała  już  bardziej 

przytomnie  Sara.  Okazuje  się,  że  również  Guy  i  Greville  wybrali  się 

na  spacer  przy  księżycu.  Ale  co  z  Oliwią?  Ci  dwaj  napastnicy... 

Czyżby  czyhali  na  nią?  Jak  się  dowiedzieli,  że  panna  Meredith  o 

północy  będzie  w  Folly  Tower?  Przecież  Sara  z  nikim  o  tym  nie 

background image

rozmawiała. Boże, jakżeż trzeba być ostrożną... I absolutnie nikomu o 

niczym nie mówić. 

-  Jestem  bardzo  wdzięczna  za  pomoc  -  oświadczyła  uprzejmym, 

obojętnym głosem, zajęta otrzepywaniem peleryny. - Sądzę, że byli to 

po  prostu  kłusownicy.  Nie  ma  więc  żadnego  powodu  do 

zdenerwowania. 

-  Powód  jest  -  oświadczył  Guy,  znów  bardzo  srogo.  -  Cóż  to  za 

pomysł, panno Sheridan, z tą nocną przechadzką po lesie? Dwie słabe, 

bezbronne kobiety! Czy panie postradały zmysły? 

Sara  milczała.  O,  nie,  ona  nie  będzie  w  ogóle  się  odzywać  ani 

patrzeć na Guya, bo on zaraz przejrzy na wylot jej myśli. 

- To może lady Amelia łaskawie udzieli nam wyjaśnień - odezwał 

się  Greville,  postępując  krok  do  przodu  i  stając  w  kręgu  światła.  - 

Zauważyłem,  że  pani  zawsze  podąża  śladem  kuzynki!  A  może  się 

mylę i jest odwrotnie? 

Amelia,  wymieniwszy  szybkie  spojrzenie  z  Sarą,  wzruszyła 

ramionami i odparła niedbałym tonem:  

- Cóż tu wyjaśniać, milordzie? Moja kuzynka po prostu nie mogła 

zasnąć,  ja  też  jeszcze  nie  ułożyłam  się  do  snu,  zdecydowałyśmy  się 

więc na mały spacer. Śnieg w blasku księżyca wygląda tak pięknie! 

-  Aha!  I  zamierzały  panie  o  dwunastej  w  nocy  wspiąć  się  na 

szczyt  wieży,  aby  nasycić  wzrok  pięknym  widokiem  trzech  hrabstw 

pokrytych puszystą bielą? Przecież to nonsens! 

Usta Amelii zacisnęły się w wąską linię. 

background image

-  Proponuję  wracać  już  do  domu  -  oświadczyła  wyniośle, 

podnosząc  z  ziemi  latarnię.  -  Moja  kuzynka  po  tak  niemiłej 

przygodzie powinna położyć się do łóżka. 

-  O,  tak!  I  na  pewno  nie  będzie  miała  kłopotu  z  zaśnięciem  - 

skomentował zjadliwie Guy. - Ta bezsenność trapi panią dość często, 

panno  Sheridan!  A  może  miałaby  pani  ochotę  dodać  coś  do  wersji 

wypadków,  podanej  przez  lady  Amelię?  Ta  historyjka  nie  jest  zbyt 

oryginalna. 

-  Ale  prawdziwa  -  oświadczyła  spokojnie  Sara,  unikając  jednak 

jego  spojrzenia.  -  Chciałyśmy  się  trochę  przejść  po  świeżym 

powietrzu. 

- Och, niech pani sobie daruje! Nikt nie uwierzy w tę bajeczkę! 

Sara  uniosła  głowę  i  spojrzała  na  obu  mężczyzn.  Guy  stał  tuż 

przed nią, jego twarz była zła i nieustępliwa, Greville blokował drzwi, 

jakby dając do zrozumienia, że nikt nie opuści wieży, dopóki sprawa 

nie  zostanie  wyjaśniona do  końca.  Płomień  w  latarni  drżał,  tak  samo 

drżały monstrualne wręcz cienie, tańczące na ścianach wieży. 

-  A  więc  dobrze,  milordzie!  Jeśli  panu  opowiedziana  przez  nas 

historia nie odpowiada, to może ma pan własną wersję? 

Spojrzeli na siebie. Sara prowokująco, oczy Guya były ponure. 

-  Dla  mnie  bardziej  prawdopodobne  jest  to,  że  pani  miała  tu 

schadzkę. 

Sara  aż  zmrużyła  oczy.  Ona  i  Guy  ukrywali  przed  sobą  pewne 

rzeczy,  ale  Guy  miał  nad  nią  przewagę,  znakomicie  umiał  wyczuć 

każdy jej blef. 

background image

- Nie zwykłam umawiać się na schadzki, milordzie - oświadczyła 

wyniośle.  -  A  pochopne  wnioski  wyciąga  pan  prawdopodobnie  pod 

wpływem  atmosfery,  dość  zresztą  rozwiązłej,  jaka  teraz  panuje  w 

Blanchlandzie. No cóż... 

- Ależ ja wcale nie sugeruję, że wymknęła się pani na schadzkę z 

Allardyce'em  -  wyjaśnił  Guy  ze  stoickim  spokojem.  -  Przecież 

towarzyszy  pani  lady  Amelia.  Chociaż...  Znając  upodobania 

Allardyce'a... 

Twarz  Sary  zrobiła  się  purpurowa,  zanim  jednak  dziewczyna 

zdołała coś wykrztusić, z odsieczą pospieszyła Amelia. 

-  Pana  insynuacje,  milordzie,  są  jak  zwykle  nadzwyczaj 

obraźliwe!  A  poza  tym...  Może  panowie  pozwolą,  że  ja  też  zadam 

pytanie.  Jak  to  się  stało,  że  panowie  dziwnym  trafem  o  tej  właśnie 

porze znaleźli się w pobliżu wieży? Milczy pan? To może sir Greville 

udzieli  nam  wyjaśnień?  Cóż  panów  tu  sprowadziło?  Może  sir  Ralph 

urządza tym razem bachanalia na śniegu? 

Biedna  Amelia  była  przekonana,  że  porządnie  dogryzła 

dżentelmenom.  Niestety,  Greville,  usłyszawszy  jej  supozycję, 

wybuchnął  głośnym  śmiechem,  co  wywołało  następny  potok  słów 

rozjuszonej lady Fenton. 

- Jakim prawem panowie domagają się od nas wyjaśnień? To nie 

panów sprawa, co ja i moja kuzynka robimy w nocy. Nie musimy się 

nikomu  tłumaczyć,  nawet  gdyby  przyszła  nam  ochota  tańczyć  sobie 

wśród drzew do białego rana! A panom... 

background image

-  Droga  lady  Amelio  -  przerwał  Greville  aksamitnym  głosem.  - 

Ośmieliłem  się  zakwestionować  pani  postępowanie  tylko  dlatego,  że 

jako  osoba  starsza  od  kuzynki  powinna  pani  wykazać  więcej 

rozwagi... 

Sara  w  ostatniej  chwili  przechwyciła  latarnię,  ponieważ  rączki 

Amelii  ruszały  już  do  ataku.  No  tak,  i  teraz  lady  Fenton,  dostojna 

wdowa,  spoliczkuje  sir  Baynhama!  Grev  zareagował  jednak 

błyskawicznie  i  chwyciwszy  Amelię  za  rękę,  pociągnął  ją  ku 

drzwiom. 

-  Nasza  potyczka  słowna  jest  fascynująca,  droga  pani  -  mówił 

szybko,  nie  dając  Amelii  dojść  do  słowa.  -  Proponuję  jednak  powrót 

do domu. Panno Sheridan, czy zechce pani oświetlać nam drogę? 

-  Raczej  ja  -  oświadczył  Guy,  zabierając  Sarze  latarnię.  -  Nie 

jestem  pewien,  czy  panna  Sheridan  poprowadzi  nas  w  dobrym 

kierunku. 

Oburzenie  Sary  osiągnęło  to  samo  natężenie,  co  gniew  Amelii. 

Nie zdążyła jednak dać temu upust. 

-  Renshaw?  Baynham?  -  rozległ  się  nagle  męski  głos.  -  Co,  u 

diabła,  tu...  O,  proszę  wybaczyć!  Lady  Fenton!  Panno  Sheridan!  Nie 

zauważyłem, myślałem, że to... 

Dla  Sary  wszystko  było  jasne.  Justin  Lebeter  przypuszczał,  że  w 

wieży szykuje się jakaś nowa, oryginalna rozrywka. 

- Witaj, Lebeter - odezwał się uprzejmie Guy. - Czy pan też cierpi 

na bezsenność? 

background image

-  No...  trochę  -  bąknął  wyraźnie  zmieszany  młodzieniec.  - 

Wyszedłem się przejść i zobaczyłem światło w wieży... 

- A my wracamy już do domu - przerwała Sara, chcąc ułatwić mu 

sytuację. - Ma pan ochotę przyłączyć się do nas? 

W  drodze  powrotnej  nikt  nie  odezwał  się  ani  słowem.  W 

obecności  Justina  Lebetera  Guy  i  Greville  powstrzymali  się  od 

dalszych  kłopotliwych  pytań,  Sara  była  jednak  pewna,  że  obaj 

dżentelmeni tak łatwo nie zrezygnują.  

Po  powrocie  do  domu  Amelia  i  Sara  natychmiast  pomknęły  na 

górę. Wspinając się po schodach za Amelią, Sara rozmyślała smętnie, 

że  zagadek  ma  aż  nadto.  Tajemniczy  medalion,  niespodziane 

zjawienie się Guya i Greville'a w wieży. No i ta najważniejsza.  

Co z Oliwią? Gdzie jest Oliwia? 

Zamyślona,  weszła  do  ciemnego  pokoju.  Kiedy  stawiała  świecę 

na  stoliku  przy  łóżku,  usłyszała  jakiś  szmer.  Mysz?  Nie,  nie  mysz. 

Pod ścianą na krześle siedziała jakaś młoda dama i wpatrywała się  w 

nią  wielkimi,  ciemnymi  oczami.  Kiedy  Sara,  przestraszona,  zaczęła 

posuwać się ku drzwiom, dziewczyna poderwała się z krzesła. 

- Proszę się nie obawiać, panno Sheridan!  I proszę  wybaczyć, że 

ośmieliłam się zjawić tak niespodziewanie. Ale to był jedyny sposób, 

żeby się z panią zobaczyć. Jestem Oliwia Meredith. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Panna  Oliwia  Meredith,  niezwykle  urodziwa,  wykazywała 

zadziwiające podobieństwo i do pary z portrecików w medalionie, i do 

background image

Guya Renshawa. Takie same wyjątkowo gęste jasne włosy, no i oczy, 

bardzo duże i uderzająco ciemne w porównaniu z jasną cerą.  

Piękny owal twarzy Oliwia odziedziczyła po damie z medalionu, 

ale  rysy  twarzy  zdecydowanie  po  Sheridanach  i  Sarze  bezwiednie 

nasunęła się myśl, że gdyby Guy został jej mężem, ich dzieci zapewne 

byłyby podobne do tej dziewczyny. 

- Proszę wybaczyć, panno Sheridan - odezwała się cicho Oliwia. - 

Przestraszyłam  panią,  ale  ja  tak bardzo  chciałam  się  z  panią  spotkać. 

Tom  to  wszystko  wymyślił.  Pani  go  zna,  Tom  Brookes.  On  i  jego 

żona udzielili mi schronienia. 

-  Tak,  znam  go  -  potwierdziła  Sara,  machinalnie  ściągając 

pelerynę. - A zatem to spotkanie w Folly Tower... 

-  O,  to  był  tylko  fortel!  Tom  specjalnie  rozpuścił  pogłoski,  że 

będę  tam  o  północy.  Wiadomo  było,  że  lord  Allardyce  pójdzie  do 

wieży, a ja spokojnie poczekam tu na panią. 

-  No  tak,  rzeczywiście,  trzeba  Tomowi  pogratulować  pomysłu. 

Nieźle nas wszystkich przegonił po tym śniegu. 

Siedemnastolatka z trudem stłumiła śmiech. 

-  Tak  mi  przykro,  panno  Sheridan,  ale  to  był  jedyny  sposób,  by 

wyprowadzić w pole lorda... Allardyce'a. 

Dziewczyna  zadrżała.  Ogień  przygasał  w  kominku  i  w  pokoju 

robiło się chłodno. A może to nazwisko wzbudzało w Oliwii lęk? Sara 

przykucnęła i poprawiwszy ogień, przysiadła na chwilę na piętach. 

-  Panno  Meredith,  czy  to  z  powodu  lorda  Allardyce'a 

zdecydowała  się  pani  napisać  do  pana  Churchwarda?  -  spytała, 

background image

przyglądając  się  bacznie  Oliwii.  -  I  w  czym  mogę  pani  pomóc?  Ale 

najpierw proszę powiedzieć, czy nie jest pani głodna? Może pobiegnę 

do kuchni i przyniosę coś do jedzenia. 

-  Nie  trzeba,  dziękuję,  panno  Sheridan.  U  Toma  niczego  mi  nie 

brak, a ja nie chciałabym zajmować pani zbyt wiele czasu. 

- W takim razie usiądźmy i proszę opowiadać o swoich kłopotach 

- poprosiła Sara, siadając na krześle obok dziewczyny. 

-  Panno  Sheridan,  Tom  powiedział,  że  pani  przyjechała,  aby  mi 

pomóc.  Jestem  pani  bardzo  wdzięczna.  Kiedy  pisałam  do  pana 

Churchwarda,  nie  spodziewałam  się,  że  on  zawiadomi  panią  i  pani 

przyjedzie tu osobiście. Panno Sheridan... 

Dziewczyna zamilkła na chwilę, nerwowo skubiąc fałdy sukni. 

-  Kilka  lat  temu  moja  matka,  to  znaczy  moja  przybrana  matka, 

powiedziała mi, co łączy mnie z pani rodziną. Proszę mi wierzyć, nie 

mam  najmniejszego  zamiaru  wykorzystywać  pani,  ale  naprawdę  nie 

mam do kogo się zwrócić. 

- Ależ, moja droga, co pani mówi! Przecież jestem pani ciotką! - 

żachnęła  się  Sara,  uśmiechając  się  serdecznie  do  dziewczyny.  -  I 

jestem bardzo szczęśliwa, że nareszcie mogę poznać moją bratanicę. 

-  Dziękuję  pani  -  odparła  z  nieśmiałym  uśmiechem  Oliwia.  - 

Muszę  przyznać,  że  to  trochę  dziwne,  raptem  dowiedzieć  się,  że  ma 

się  jeszcze  jakąś  rodzinę.  I  smutno  mi,  że  nigdy...  nigdy  nie  poznam 

mojego ojca. 

-  Tak,  nigdy  -  przyznała  z  ciężkim  westchnieniem  Sara.  - 

Opowiem pani o nim. Panno Meredith, bardzo kochałam mego brata, 

background image

a  pani  ojca.  Był  nadzwyczaj  inteligentnym,  pełnym  fantazji  i 

ciekawym  świata  człowiekiem.  I  przede  wszystkim  pełnym  uroku  i 

bardzo  serdecznym.  Gdyby  to  wszystko...  potoczyło  się  inaczej,  na 

pewno  bardzo  by  panią  kochał,  Oliwio.  Oliwio...  Czy  mogę  tak 

zwracać się do pani? 

- Ależ naturalnie, dziękuję, będę szczęśliwa! 

-  Do  mnie  zwracaj  się  też  po  imieniu,  dobrze?  Jeśli  będziesz 

mówić „ciociu", poczuję się okropnie stara. 

Oliwia,  całkowicie  już  rozpogodzona,  patrzyła  na  Sarę 

zachwyconym wzrokiem. 

-  Pani  jest  cudowna!  Trudno  uwierzyć,  że  jest  pani...  że  jesteś, 

Saro,  starsza  ode  mnie  o  kilka  lat.  Teraz  czuję  się,  jakbym  miała 

siostrę. Och, jak ja się cieszę! 

-  Ja  też,  kochanie,  bardzo  się  cieszę.  A  teraz  mów  już,  co  dzieje 

się  niedobrego.  Z  twego  listu  do  pana  Churchwarda  wynikało,  że 

sprawa  jest  poważna.  A  jeśli  chodzi  o  lorda  Allardyce'a,  miałam 

okazję go poznać i, no cóż, mogę sobie wyobrazić... 

Wszelka radość znikła z twarzy Oliwii. Dziewczyna posmutniała, 

w jej oczach pojawił się lęk. 

-  Och,  Saro  -  jęknęła  z  prawdziwą  rozpaczą.  -  To  wszystko  jest 

takie głupie, takie nieprzyjemne! I naprawdę nie miałam z kim o tym 

porozmawiać. 

-  A  więc  opowiadaj,  wszystko  od  początku.  Słyszałam,  że 

niedawno ukończyłaś szkołę? 

background image

-  Tak,  przed kilkoma  miesiącami. Mama bardzo  się  martwiła,  co 

ja dalej będę robić w Blanchlandzie. Pragnęła, abym wyszła za mąż za 

porządnego  człowieka,  ale  w  okolicy  jest  mało  odpowiednich 

kawalerów. Miała nadzieję, że pojedziemy do Bath, chociaż na jeden 

sezon. Niestety, nie mogłyśmy sobie na to pozwolić, ponieważ ojciec 

źle  zainwestował  oszczędności.  Poza  tym  mama  zachorowała, 

potrzebne były pieniądze na leki.  

Rodzice  jednej  z  moich  koleżanek  szkolnych  obiecali,  że 

poszukają  mi  miejsca  guwernantki  albo  damy  do  towarzystwa.  No  i 

wtedy do Blanchlandu przyjechał lord Allardyce... 

Sara  słuchała  z  wielkim  współczuciem.  Doskonale  rozumiała  lęk 

pani  Meredith  o  przyszłość  córki  i  jej  rozpacz  z  powodu  źle 

zainwestowanych pieniędzy. Sara wiedziała, co to znaczy żyć z nader 

skromnych  środków,  dlatego  ceniła  sobie  bardzo,  że  nosi  nazwisko, 

gwarantujące  jej  odpowiednią  pozycję  towarzyską,  a  ponadto  ma 

bogatą  kuzynkę  o  gołębim  sercu.  Oliwia  jest  w  o  wiele  gorszej 

sytuacji. 

- Po raz pierwszy spotkałam go w wiosce, był taki ugrzeczniony, 

potem  zaczął  nas  odwiedzać.  Biedna  mama  myślała,  że  uda  mi  się 

dobrze wyjść za mąż, za samego lorda.... A on od początku wcale mi 

się  nie  podobał,  czułam  do  niego  instynktowną  niechęć.  Naturalnie, 

wcale  mi  się  nie  oświadczył.  Zaproponował  mi  tylko  komfortowe 

warunki życia w  zamian za... Domyślasz się, Saro? Dla mnie było to 

wstrętne. Wierzysz mi? 

background image

- Kochanie, oczywiście! -  wykrzyknęła Sara, poruszona do głębi. 

Biedne  dziecko!  Propozycja  tego  zepsutego  do  szpiku  kości  lorda 

musiała  ją  potwornie  przerazić!  -  Czy  lord  Allardyce  pogodził  się  z 

twoją odmową? 

-  Nie,  Saro!  Zaczął  nachodzić  nas  niemal  codziennie,  doszło  do 

tego,  że  bałam  się  wyjść  z  domu.  A  pewnego  dnia  przyszedł  z 

triumfującą  miną  i  oświadczył,  że  wydzierżawił  nasz  dom  od  sir 

Ralpha!  I  że  teraz  w  każdej  chwili  może  wyrzucić  nas  na  bruk.  A 

zrobi to, jeśli nie spełnię jego żądań. 

- Boże drogi, dziecko! I co wtedy zrobiłaś? 

- Od razu przybiegłam tu, do Blanchlandu, żeby porozmawiać z... 

- Z sir Ralphem? 

-  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  dziewczyna,  wyraźnie  zmieszana.  -  Z 

lordem... Lebeterem. 

- Oliwio, czy ty dobrze znasz lorda Lebetera? 

- O, tak! 

Oliwia,  dotychczas  smutna  i  przygaszona,  nagle  ożywiła  się. 

Uniosła głowę, jej wielkie brązowe oczy rozbłysły. 

-  Lord  Lebeter  jest  bratem  mojej  koleżanki  szkolnej,  u  której 

bywałam  w  domu.  Tam  go  poznałam...  Ale  potem,  kiedy  nasza 

sytuacja życiowa tak bardzo się pogorszyła, nie śmiałam utrzymywać 

z  nimi  znajomości.  Och,  Saro,  czy  wiesz,  co  czułam,  kiedy  nagle 

zobaczyłam  go  tu,  w  Blanchlandzie?  Jechał  konno  przez  wioskę,  a 

ja... 

background image

Sara  doskonale  mogła  sobie  wyobrazić  całą  gamę  uczuć,  które 

ogarnęły  zapewne  to  młodziutkie,  niewinne  stworzenie,  ten  błysk 

radości  i  zaskoczenia  w  przepięknych  brązowych  oczach  -  i  nagle 

sama poczuła się jak stara, zasuszona ciotka. 

-  Naturalnie,  Saro,  byłam  bardzo  zdeprymowana,  że  widzę  go 

właśnie  tutaj.  Wszyscy  przecież  wiedzą,  co  dzieje  się  teraz  w 

rezydencji,  a  Justin  Lebeter  jest  prawdziwym  dżentelmenem.  Ja  nie 

wierzę, Saro, że on też... 

-  Oczywiście,  że  nie,  kochanie!  Ale  powiedz,  udałoci  się  z  nim 

porozmawiać? 

-  Niestety,  nie,  natknęłam  się  natomiast  na  lorda  Allardyce'a. 

Przeraziłam się okropnie i uciekłam. Wtedy spotkałam Toma, a resztę 

już wiesz, Saro. 

Sara milczała przez chwilę, nieco oszołomiona opowieścią Oliwii. 

- Oliwio, pozwolisz, że zadam ci jeszcze kilka pytań? 

- Naturalnie, Saro. 

-  Powiedz  mi,  moja  droga,  co  skłoniło  cię  do  napisania  listu  do 

pana Churchwarda? 

-  To  była  sugestia  mamy,  prosiła,  żebym  to  zrobiła,  kiedy 

zauważyła,  że  lord  Allardyce  zaczął  mi  się  naprzykrzać.  Przedtem 

jednak, jak mówiłam, chciałam porozmawiać z lordem Lebeterem. 

- Rozumiem. Ale w rezydencji natknęłaś się na lorda Allardyce'a, 

przeraziłaś się i uciekłaś... 

-  Tak.  Uciekłam  i  schowałam  się  w  cieplarni.  Tam  znalazł  mnie 

Tom Brookes. 

background image

- I teraz ukrywasz się u państwa Brookes? 

-  Doszliśmy  do  wniosku,  że  tak  będzie  najlepiej.  Lordowi 

Allardyce'owi  nie  przyjdzie  do  głowy  szukać  mnie  w  mieszkaniach 

dla  służby,  a  już  na  pewno  nie  w  domku  ogrodnika.  Poza  tym  Tom 

pracuje w ogrodzie i cieplarni i może mieć oko na Allardyce'a. Jest ze 

mną, oczywiście, moja matka. 

-  Rozumiem.  A  czy  nadal  zamierzasz  porozmawiać  z  lordem 

Lebeterem? 

Na dźwięk nazwiska Justina oczy dziewczyny znów rozbłysły. 

-  Oczywiście,  że  zamierzam,  chociaż  Tom  i  jego  żona  są  temu 

przeciwni.  Boją  się,  że  lord  Lebeter  może  okazać  się  podobny  do 

lorda  Allardyce'a.  Ostatecznie  postanowiłam  napisać  do  pana 

Churchwarda. Tom poradził, żebym z nikim już nic rozmawiała, tylko 

cierpliwie poczekała na odpowiedź.  

A  potem,  kiedy  zobaczył  ciebie  i  przekonał  się,  że  chcesz  mi 

pomóc... Wtedy powiedział, że na pewno wszystko będzie dobrze, bo 

twoja  kuzynka  poradzi  sobie  z  lordem  Allardyce'em.  Saro,  czy  lady 

Amelia rzeczywiście jest taka groźna? 

Rozbawiona Sara wybuchnęła głośnym śmiechem. 

-  Lady  Amelia  ma  złote  serce,  potrafi  jednak  walczyć  do 

upadłego. Jest po prostu osobą niezwykłą.  A ciebie na pewno bardzo 

polubi, przecież to też twoja krewna, Oliwio! 

-  No  tak...  -  bąknęła  Oliwia.  -  No  a  teraz,  Saro?  Co  my  teraz 

zrobimy? 

background image

-  Myślę,  Oliwio,  że  przede  wszystkim  powinnaś  stąd  wyjechać. 

Jutro z samego rana porozmawiam z Amelią i zabierzemy cię do Bath. 

Twoja matka, naturałnie, powinna jechać z nami. Gdy lord Allardyce 

przekona  się,  że  masz  ustosunkowaną  rodzinę,  na pewno  zostawi  cię 

w  spokoju.  Potem  skontaktujemy  się  z  panem  Churchwardem,  niech 

wyjaśni  sprawę  dzierżawy  waszego  domu,  a  Amelia  porozmawia  z 

odpowiednimi  osobami  na  temat  inwestycji  twego  ojca.  Co  o  tym 

sądzisz, moja droga? 

Oczy Oliwii zalśniły od łez. 

-  Och,  Saro  -  wykrzyknęła  drżącym  głosem.  -  To  byłoby 

najcudowniejsze rozwiązanie na świecie! 

-  I,  naturalnie,  niczego  nie  będziemy  ukrywać  przed  lordem 

Lebeterem,  żeby  wiedział,  gdzie  cię  szukać.  Oliwo,  jak  myślisz, 

będziesz gotowa do podróży jutro rano? 

-  Jutro  rano?  -  powtórzyła  nagle  posmutniała  dziewczyna.  -  Tak 

mi  przykro,  Saro,  ale  to  chyba  niemożliwe.  Moja  matka  jest  jeszcze 

zbyt słaba, potrzebuje trochę czasu, żeby dojść do siebie. Chociaż tak 

pomyślne wiadomości na pewno pomogą jej szybko wydobrzeć. 

- Oliwio, będziecie musiały jeszcze przez jakiś czas pomieszkać z 

matką u państwa Brookes. Tam nic ci nie grozi. 

- Myślę, że się zgodzą, oni są bardzo życzliwi.  

Stary  zegar  w  holu  głośno  wybił  godzinę  pierwszą.  Oliwia 

ziewnęła dyskretnie, a Sara nagle poczuła się bardzo zmęczona. 

background image

-  Nie  będę  cię  dłużej  zatrzymywać  -  powiedziała,  wstając  z 

krzesła.  -  Wyglądasz  na  bardzo  zmęczoną.  Zanim  jednak  stąd 

wyjdziesz, chciałabym ci coś zwrócić. 

Sara  podeszła  do  peleryny  i  przez  chwilę  szukała  czegoś  w 

kieszeni. 

-  Proszę  -  powiedziała  z  uśmiechem,  podając  dziewczynie  złoty 

medalion. - Jest bardzo piękny. A mogłabyś zdradzić, jakim sposobem 

ten medalion trafił do twoich rąk? 

- Nie mam pojęcia - wyznała szczerze dziewczyna. - Mam go od 

zawsze,  odkąd  tylko  sięgam  pamięcią.  Sądziłam,  że  to  prezent  od 

mego ojca. Myślałam tak, bo jestem bardzo podobna do tego pana na 

portreciku. 

- A jeśli to prezent od twojej matki? 

Oliwia aż zarumieniła się z przejęcia. 

- To niemożliwe, Saro! Ja nie mam pojęcia, kim była moja matka! 

A ty, Saro? Może ty coś wiesz?  

Poruszona Sara podeszła do bratanicy i objęła ją serdecznie. 

- Kochanie! Dla mnie ważne jest jedynie to, że twoim ojcem był 

mój  brat  i  należysz  do  rodziny  Sheridanów.  I  jeszcze  jedno,  Oliwio! 

Teraz,  kiedy  widziałam  ten  medalion,  być  może  odkryję,  kim  była 

twoja matka. 

-  Przynajmniej  odnalazłam  ciebie,  moja  kochana  Saro!  - 

powiedziała  Oliwia  ze  łzami  w  oczach.  -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  los 

okazał się taki łaskawy.  

background image

- Ja też jestem szczęśliwa, że cię odnalazłam. A teraz powiedz, jak 

się stąd wydostaniesz? 

- Wyjściem dla służby. Tam czeka na mnie Tom. Prawda, jakie to 

ekscytujące? 

-  O,  tak  -  westchnęła  Sara.  -  Ekscytujące,  bo  musisz 

przeparadować  głównymi  schodami!  Nie  wychodź  jeszcze,  Oliwio, 

sprawdzę najpierw, czy nikt tam się nie kręci. 

Sara  wyjrzała  na  korytarz.  Wszędzie  panowała  idealna  cisza.  Na 

dany  znak  Oliwia,  posławszy  ciotce  pożegnalny  uśmiech,  prawie 

bezszelestnie zeszła po schodach i znikła w ciemnościach. Potem Sara 

usłyszała skrzypnięcie drzwi i znów zapadła cisza.  

Uspokojona,  wróciła  do  swego  pokoju,  który  bez  tej  promiennej 

siedemnastolatki  nagle  wydał  jej  się  bardzo  pusty.  Ale  nie  miała  już 

siły  na  żadne  rozmyślania  i natychmiast,  gdy  tylko  przytknęła  głowę 

do poduszki, zasnęła kamiennym snem. 

Obudziło ją ciche pukanie do drzwi i miły, dźwięczny głos: 

- Dzień dobry, moja droga! 

Na progu stała Amelia z tacą. 

-  Ojej,  już  chyba  bardzo  późno  -  odezwała  się  Sara  zaspanym 

głosem. 

- Nie szkodzi! Jesteś bardzo rozsądna, że nie ruszasz się z pokoju. 

Greville  od samego rana drwi sobie ze mnie z powodu naszej nocnej 

eskapady - oznajmiła kuzynka radośnie, jakby kpiny sir Baynhama nie 

sprawiały  jej  najmniejszej  przykrości.  -  I  miałam  już  podstawy  do 

obaw, że lord Renshaw zapomni o dobrych obyczajach i wedrze się do 

background image

twego  pokoju,  domagając  się  wyjaśnień.  Ale  nie  martw  się,  nie 

wygadałam się, choć w tę opowieść o twojej bezsenności nikt nie chce 

uwierzyć. Proszę, kochanie! 

Amelia  ustawiła  tacę  na  kołdrze  i  przysiadłszy  na  brzegu  łóżka, 

perorowała dalej: 

-  Sama  chciałabym  się  dokładnie  dowiedzieć,  o  co  tu  w  ogóle 

chodzi!  Saro,  spróbuj  tego  chleba.  Podałam  kucharce  mój  przepis, 

piekła po raz pierwszy, ale wydaje mi się, że wyszedł całkiem nieźle. 

Sara  spojrzała  z  przyjemnością  na  kromki  świeżego  chleba, 

posmarowane masłem i miodem. 

- A co chciałabyś jeszcze wiedzieć, Milly? - spytała, rozkoszując 

się pierwszym łykiem gorącej, pachnącej czekolady. 

- Jak to co? Wszystko! - oświadczyła obrażonym tonem Amelia. - 

Przecież  ja  wiem  tylko,  że  masz  bratanicę,  z  którą  zamierzałaś  się 

spotkać  o  północy  w  Folly  Tower.  A  ja  chcę  wiedzieć  wszystko,  od 

samego początku! 

Sara,  spełniając  prośbę  kuzynki,  rzetelnie  opowiedziała  jej 

wszystko,  począwszy  od  listu  do  pana  Churchwarda,  a  skończywszy 

na niespodziewanej nocnej wizycie panny Meredith. Nie wspomniała 

jednak  o  swoich  podejrzeniach  wobec  Guya,  ponieważ  uznała,  że  tę 

kwestię powinna najpierw wyjaśnić z nim osobiście. Nie powiedziała 

również o podobieństwie Oliwii do rodziny Woodallanów. 

Kiedy Sara skończyła opowieść, Amelia westchnęła ciężko. 

-  Cóż  za  wstrętny  człowiek  ten  Allardyce!  Czy  nie  możemy 

jechać zaraz do Bath, zabierając ze sobą Oliwię? 

background image

-  Jesteś  kochana,  Milly,  ale  niestety,  trzeba  poczekać,  aż  pani 

Meredith wyzdrowieje. Nie możemy zabierać samej Oliwii, jej matka, 

całkiem  zresztą  słusznie,  będzie  się  bała  powierzyć  córkę  obcym  w 

końcu  osobom.  Musimy  uzbroić  się  w  cierpliwość.  Dziękuję,  Milly, 

śniadanie było pyszne. 

-  No  tak,  masz  rację  -  zgodziła  się  Amelia,  wstając  z  łóżka  i 

zabierając tacę. - Poczekamy. Zresztą, ja i tak mam tu mnóstwo rzeczy 

do zrobienia. Dziś prawdopodobnie skończymy sprzątanie sypialni, są 

w tragicznym stanie. 

Kiedy  kuzynka  wyszła,  Sara,  leżąc  w  łóżku,  przez  chwilę 

zastanawiała  się,  co  ją  dzisiaj  czeka.  Przede  wszystkim  musi 

porozmawiać  z  Guyem,  ale  nie  powie  mu  o  Oliwii.  Nie  było  to  miłe 

dla  Sary,  osoby  szczerej  i  prawdomównej,  jednak  jak  najmniej  osób 

powinno  wiedzieć  o  jej  spotkaniu  z  bratanicą.  Musi  poważnie 

porozmawiać  z  Guyem.  Podobieństwo  Oliwii  do  Woodallanów  było 

tak uderzające... 

Zbyt  zdenerwowana,  aby  siedzieć  bezczynnie  w  domu,  Sara 

wyruszyła  na  spacer.  Ranek  był  słoneczny  i  mroźny,  śnieg  skrzypiał 

pod  stopami.  W  starym  rozwalającym  się  letnim  domku  natknęła  się 

na Toma, zajętego czyszczeniem łyżew. 

- Dzień dobry, panno Sheridan! - powitał ją szerokim uśmiechem. 

- Jak się pani miewa? 

- Dziękuję, Tom, bardzo dobrze. A jak się miewa twoja rodzina? 

Twoja... powiększona rodzina? 

- Dziękuję, już trochę lepiej, panno Sheridan. Sądzę, że... 

background image

Nagle  zamilkł,  słysząc  czyjeś  szybkie  kroki.  Nie  minęła  chwila  i 

w progu domku stanął uśmiechnięty Guy Renshaw. 

-  Witam  pana,  milordzie.  Ta  para  łyżew  będzie  w  sam  raz  dla 

pana.  

Sara,  czując,  że  się  rumieni,  cofnęła  się  nieco.  Niestety,  widok 

lorda  działał  na  nią  niezwykle  deprymująco.  Powinna  wziąć  się  w 

garść. 

-  Panno  Sheridan!  Witam  panią!  Czy  pani  też  będzie  jeździć  na 

łyżwach? 

-  Z  wielką  przyjemnością  -  odparła  gładko.  -  Pogoda  jest  zbyt 

piękna,  aby  siedzieć  w  domu.  Tom,  gdzieś  tu  na  pewno  są  jeszcze 

moje stare łyżwy. Proszę, odszukaj je. 

-  Tak  jest,  panno  Sheridan,  na  pewno  się  odnajdą.  Lordzie 

Renshaw, a te sanki już wyszykowałem, można na nich zjeżdżać. 

- Świetnie! - ucieszył się Guy. - Dziękuję, Tom. Zaraz wypróbuję 

je  na  tym  zboczu  za  domem.  Panno  Sheridan,  czy  pani  nie  miałaby 

ochoty pozjeżdżać razem ze mną? 

- Na sankach jeżdżą dzieci, milordzie. 

- Oj, panno Sheridan, a ja miałem panią za osobę z fantazją. 

-  Chyba  trochę  na  wyrost!  -  śmiała  się  Sara,  kiedy  razem 

wychodzili z domku. - Na pewno to wielka przyjemność, ale... 

-  Ale  damie  nie  wypada?  -  dokończył  Guy,  kręcąc  głową  z 

wyraźną  dezaprobatą.  -  Panno  Sheridan,  proszę  zaryzykować! 

Przecież wiem, że jest pani do tego zdolna! 

background image

Kiedy  doszli  już  do  zbocza,  opadającego  łagodnie  w  kierunku 

wioski, Guy skrzywił się komicznie i oświadczył: 

-  A  więc  trudno,  panno  Sheridan,  skoro  gardzi  pani  moim 

towarzystwem, sam oddam się rozrywce. 

Widok eleganckiego lorda zjeżdżającego z rozwianym włosem na 

małych  sankach  był  tak  zabawny,  że  Sara  z  trudem  zachowywała 

powagę.  Guy  zjechał,  wziął  sanki  pod  pachę  i  zaczął  wspinać  się  na 

zbocze. Znów wyglądało to tak śmiesznie, że kiedy doszedł na szczyt 

wzniesienia, zastał Sarę chichoczącą w mufkę. 

- Rzeczywiście, lordzie Renshaw, to musi być pyszna zabawa, ale 

też  bardzo  niebezpieczna.  Gdyby  zobaczyła  pana  jakaś  dama  z 

Londynu, straciłby pan swoją reputację do reszty! 

-  Ufam,  że  dochowa  pani  tajemnicy.  Mało  tego,  ufam,  że  pani 

jednak się przełamie i spróbuje zjechać ze mną. 

- Sama nie wiem... 

Sara  rozejrzała  się  dokoła.  Rezydencja  w  Blanchlandzie  była  z 

tego  miejsca  prawie  niewidoczna,  przesłonięta  zboczem,  wioska  też 

zdawała się leżeć bardzo daleko... 

-  Nikt  pani  nie  zobaczy,  zaręczam.  I  czy  naprawdę  warto  tak 

zadręczać się konwenansami? Czasami trzeba trochę poszaleć, panno 

Sheridan! 

- Niestety, potrafi pan przekonać do złego, milordzie - stwierdziła 

z westchnieniem Sara, czując się jak niegrzeczne dziecko. 

-  Ja  siadam  z  tyłu  i  kieruję  sankami,  pani  siądzie  łaskawie  z 

przodu i będzie podziwiać widoki - zadysponował lord.  

background image

- Ale czy my naprawdę zmieścimy się na tych sankach? I w ogóle 

to będzie krę... 

-  Bardzo  przyjemne  -  stwierdził  bezapelacyjnym  tonem  Guy.  -  I 

na pewno się zmieścimy. 

Okazało się, że miał rację. Na tych pozornie małych sankach było 

wystarczająco dużo miejsca dla dwojga. Sara, zebrawszy fałdy sukni, 

usadowiła  się  wygodnie,  zachowując  pewną  odległość  od  swego 

towarzysza.  Wyglądało  to  nawet  stosownie,  dopóki  nie  poczuła,  jak 

silne ramię obejmuje jej kibić. 

- Na Boga, milordzie! 

- Muszę panią trzymać, bo inaczej nie da się kierować sankami - 

wyjaśnił  ze  stoickim  spokojem  Guy.  -  Chyba  nie  podejrzewa  mnie 

pani o jakieś złe zamiary! 

Sara,  pragnąc  jednak  zachować  choćby  pozory  dystansu, 

pochyliła się jak najbardziej do przodu. W odpowiedzi Guy chwycił ją 

w pasie jeszcze mocniej i wybuchnął głośnym śmiechem. 

- Panno Sheridan, proszę, niech pani się nie odsuwa, bo naprawdę 

nie będę mógł kierować. 

Sara  zrezygnowała  więc  z  pochylania  się  do  przodu  i  usiadła 

prosto.  Poczuła  delikatny  zapach  cytrynowej  męskiej  wody.  To 

wystarczyło,  aby  jej  ciało  zapragnęło  przesunąć  się  do  tyłu  jeszcze 

dalej,  bliżej  tego  cudownie  sprężystego  i  żywotnego  mężczyzny.  W 

tym momencie sanki ruszyły. 

Jazda  była  wręcz  upojna.  Sanki  nieustannie  nabierały  szybkości, 

lodowaty  wiatr smagał policzki Sary, a ona śmiała się i miała ochotę 

background image

krzyczeć  na  całe  gardło.  Guy  też  się  śmiał  i  może  dlatego  niezbyt 

sobie  radził  z  kierowaniem,  bo  kiedy  sfrunęli  już  na  dół,  sanki 

wywróciły się, wyrzucając oboje pasażerów w śnieg. 

Sara,  oszołomiona,  przez  chwilę  leżała  nieruchomo,  spoglądając 

na  gałęzie  drzewa,  układające  się  w  dziwne  ciemne  koronki  na  tle 

błękitnego nieba. 

- Saro? 

Lodowate  palce  Guya  musnęły  jej  policzek.  Oczy  pełne  były 

niepokoju. 

- Nic ci się nie stało? 

-  Chyba  nie  -  odparła  nieco  drżącym  głosem,  widząc  nad  sobą 

wielką  postać  oblepioną  śniegiem.  Ale  ręka  sama  się  uniosła  i 

strzepnęła nieco śniegu z jasnych włosów.  

Guy złapał ją za rękę, jego oczy pociemniały. 

- A ty masz śnieg na rzęsach - szepnął. 

Zamknęła oczy i  Guy  ostrożnie starł  tę odrobinę zimnej białości. 

A  potem,  kiedy  całował,  Sara  miała  wrażenie,  że  topnieje.  Jak  śnieg 

na  słońcu.  I  drżała,  ale  to  nie  miało  nic  wspólnego  z  upadkiem  z 

sanek. 

Jej  palce  pieszczotliwie  przesunęły  się  po  szorstkim  męskim 

policzku,  potem  zanurzyły  się  w  gęstwinie  jasnych  włosów.  Żadne  z 

nich  nie  zważało  na  niewątpliwy  dyskomfort  miejsca,  w  którym  się 

znaleźli.  Sara  wiedziała,  że  Guy  z  rozmysłem  całuje  ją  delikatnie,  a 

ona pragnęła, żeby te pocałunki były inne. Żeby Guy się zatracił... 

background image

Jej  ręce  objęły  plecy  mężczyzny,  przygarniając  go  z  całej  siły.  Z 

ust Guya wydobył się cichy jęk. Uniósł głowę i Sara dojrzała w jego 

oczach  pragnienie.  Była  świadoma,  że  obudziła  w  nim  wielkie 

pożądanie i ta świadomość, miast przestraszyć, tylko ją podnieciła. 

Nagle  wielka  czapa  śniegu  zsunęła  się  z  gałęzi,  wnosząc  w  ich 

zapamiętanie ogromną porcję chłodu. 

-  Ojej!  -  krzyknęła  Sara,  siadając  błyskawicznie  i  wytrzepując 

zdradliwy śnieg zza kołnierza. 

Guy obiecał ze śmiechem: 

- Następnym razem wybiorę bezpieczniejsze miejsce. Obiecuję. 

Naturalnie, natychmiast padła chłodna odpowiedź. 

- Następnego razu nie będzie, lordzie Renshaw. 

Guy elegancko podał jej rękę i Sara wstała. 

- Proszę mnie puścić, milordzie! 

- Przed chwilą wolała pani, żebym ją trzymał. 

- Pan... pan jest taki... taki... 

- Wiem. 

Złożył na jej ustach dziwnie krótki pocałunek i uwolnił jej dłoń. 

- A teraz proszę pozwolić otrzepać się ze śniegu. 

- Dziękuję, nie trzeba. 

-  No  cóż,  nie  nalegam,  skoro  zależy  pani,  aby  sir  Ralph  i  jego 

kompania snuli różne domysły... 

- Zależy mi na tym, żeby wracać już do domu, lordzie Renshaw. 

Guy bez słowa chwycił sanki. 

background image

-  Czuję,  że  nie  namówię  pani  na  drugi  zjazd,  panno  Sheridan  - 

odezwał  się  po  chwili.  -  Musi  jednak  pani  przyznać,  że  było 

przyjemnie. 

Sara natychmiast stanęła w pąsach. 

- No tak... było przyjemnie. 

-  I  pani  nie  chce  wyjść  za  mnie  za  mąż  -  wygłosił  nagle  bardzo 

ponurym głosem Guy. - Jest pani nadzwyczaj uparta, panno Sheridan. 

-  Kiedy  mówiłam,  że  było  przyjemnie,  chodziło  mi  o  jazdę  na 

sankach, milordzie - oznajmiła Sara, patrząc mu prosto w oczy. 

- A... reszta? 

-  Myślę  -  zaczęła  cicho  Sara,  zerkając  na  pięknie  ośnieżone 

konary - myślę, że... ta reszta nie jest dobrą podstawą do małżeństwa... 

- Nie zgodzę się z panią. Jest bardzo ważna, choć liczą się też inne 

rzeczy.  Na  przykład  takie  samo  nastawienie  do  życia  czy  wspólne 

upodobania. 

Sara  westchnęła  w  duchu.  Nastawienie,  upodobania...  A  co  z 

uczuciem?  Gdzie  miejsce  na  miłość?  Jakże  więc  przyjąć  jego 

oświadczyny? Miała rację, nie godząc się na to małżeństwo. Postąpiła 

bardzo  rozsądnie.  Tylko  dlaczego  zamiast  radości  odczuwa  smutek  i 

chce jej się płakać? 

- Ja pragnę, by mój przyszły małżonek miał jeszcze kilka innych 

cech  -  powiedziała  szybko,  trochę  zbyt  porywczo.  -  Musi  być 

człowiekiem  godnym  zaufania.  Ogromnie  ważna  jest  też  obopólna 

szczerość, prawdomówność... 

Twarz Guya pojaśniała. 

background image

-  Święte  słowa,  panno  Sheridan,  święte  słowa!  A  więc,  co  pani 

robiła wczoraj o północy w Folly Tower? 

Sara, o dziwo, wcale nie poczuła się rozdrażniona jego pytaniem. 

- Zatem szuka pani zalet, których brak pani samej? 

Było  to  stwierdzenie  bardzo  obcesowe.  No  tak,  cały  Guy, 

pomyślała  smętnie  Sara.  Niby  gładki  i  uprzejmy,  a  jednocześnie 

potrafi być tak bezwzględnie szczery. 

- Dobrze więc - powiedziała z westchnieniem. - Poszłam do Folly 

Tower spotkać się z panną Meredith. 

-  No  tak  -  mruknął  Guy,  wkładając  ręce  do  kieszeni.  Jego  twarz 

była  nieprzenikniona.  -  Czyli  mieliśmy  słuszność  z  Greville'em,  że 

bajeczkę o bezsenności wymyśliła pani na nasz użytek? 

-  Lordzie  Renshaw,  to  nie  tak  -  zaprotestowała  żywo  Sara.  -  Po 

prostu  nie  uznałam  za  stosowne  wtajemniczać  wszystkich  w  moje 

sprawy. Nawet Amelia nie miała pojęcia, po co idę do Folly Tower. O 

pannie Meredith dowiedziała się, kiedy byłyśmy już o krok od wieży. 

-  No  dobrze.  A  proszę  mi  łaskawie  powiedzieć,  jak  panna 

Meredith skontaktowała się z panią? 

- Przysłała mi liścik. 

- Można wiedzieć, kto go doręczył? 

- Można - burknęła niechętnie Sara. - Doręczył go Tom Brookes, 

dawny  koniuszy  mego  ojca,  teraz  ogrodnik.  Panna  Merdith  prosiła  o 

spotkanie w Folly Tower o północy. 

- Ale panny Oliwii tam nie było? 

background image

-  Sam  pan  widział,  że  panny  Meredith  tam  nie  było  -  odparła 

cierpko Sara. - Był za to ktoś inny. 

-  Tak...  -  powiedział  z  zadumą  Guy,  spoglądając na  szczyt  Folly 

Tower.  -  Pogłoski  o  tym,  że  panna  Meredith  będzie  w  Folly  Tower, 

krążyły po całym Blanchlandzie. Napastnicy także musieli je słyszeć. 

- Prawdopodobnie tak. 

- Pani nie wie, kim byli ci napastnicy? 

- Ależ skąd! 

- A może pani czegoś się domyśla? 

-  Dlaczego  pan  mnie  przesłuchuje,  lordzie  Renshaw?  Jakim 

prawem?  

-  Po  prostu  sprawdzam  pani  prawdomówność.  I  choć  chwilowo 

zdecydowała się pani być wobec mnie szczera, jestem przekonany, że 

ukrywa  pani  coś  przede  mną  -  wyjaśnił  ze  spokojem  Guy,  nie 

spuszczając  oczu  z  zarumienionej  twarzy  dziewczyny.  -  Proszę 

powiedzieć,  panno  Sheridan,  czy  nie  odnosi  pani  wrażenia,  że  i  ten 

liścik, i te pogłoski miały naprowadzić kogoś na fałszywy trop? 

Sara zastanowiła się przez chwilę, po czym odpowiedziała bardzo 

powoli, starannie dobierając słowa. 

- W świetle tego, co się stało... myślę, że tak chyba musiało być, 

milordzie. 

-  A  co  pani  sądzi  o  tym  nagłym  pojawieniu  się  lorda  Lebetera? 

Wczoraj  o  północy  w  tym  lesie  nie  brakowało  spacerowiczów, 

prawda? 

Sara z ulgą zauważyła, że zbliżają się już do podjazdu. 

background image

- Lord Lebeter podobno cierpiał na bezsenność... 

-  W  Blanchlandzie  wybuchła  prawdziwa  epidemia  bezsenności  - 

stwierdził  Guy  z  uśmiechem,  kiedy  podchodzili  już  do  frontowych 

drzwi.  -  Panno  Sheridan,  czy  pani  nadal  będzie  szukać  panny 

Meredith? 

- Nie - odparła Sara głośno i wyraźnie, zgodnie z prawdą. - Będę 

czekać,  aż  ona  ponownie  skontaktuje  się  ze  mną.  Pan  wybaczy, 

milordzie, ale muszę teraz jak najszybciej doprowadzić do ładu moje 

ubranie. 

-  Gratuluję,  panno  Sheridan!  Udało  się  pani  nie  powiedzieć  ani 

jednego kłamstwa. 

Odszedł,  pozostawiając  ją  stojącą  bez  ruchu na  żwirze  podjazdu. 

Czuła  ulgę,  jednocześnie  jednak  trapiło  ją  poczucie  winy,  które  po 

chwili znikło. Nie miała pojęcia, jak dalece Guy wtajemniczony jest w 

całą  sprawę,  była  jednak  głęboko  przekonana,  że  sprytny  lord 

wyciągnie z niej wszystkie informacje. A między Bogiem a prawdą, to 

jego można było oskarżyć o ukrywanie prawdy. Dotychczas nie pisnął 

ani słowem, że na własną rękę szuka panny Meredith. 

Sara  pomknęła  na  górę  jak  strzała,  aby  żadne  ciekawskie 

spojrzenia  nie  zanotowały,  w  jakim  stanie  jest  jej  ubranie.  W  końcu 

korytarza  kilka  służących  gorliwie  odkurzało  sprzęty  i  szorowało 

zapuszczoną  posadzkę.  Słychać  było  donośny  głos  lady  Fenton, 

udzielającej  wskazówek  i  sprawiedliwie  rozdzielającej  nagany  i 

pochwały. Sarze udało się niepostrzeżenie dotrzeć do swego pokoju, z 

którego nie ruszała się, dopóki nie zadzwoniono na lunch.  

background image

Po lunchu wystąpiono z petycją do lady Fenton, aby zaniechała na 

jakiś  czas  szaleństwa  porządków  i  wybrała  się  nad  jezioro  z  resztą 

towarzystwa,  co  prawda  zdekompletowanego,  ponieważ  niektórzy 

goście  sir  Ralpha  pomysł  jazdy  na  łyżwach  ponownie  potraktowali 

wręcz z obrzydzeniem.  

Natomiast  pan  domu,  o  dziwo,  z  ogromnym  entuzjazmem. 

Grubość  tafli  nie  wzbudzała  żadnych  obaw,  skoro  lód  bez  problemu 

utrzymał  potężnego  sir  Covella,  który  zadziwił  wszystkich 

niepomiernie,  poruszając  się  na  łyżwach  lekko  i  zwinnie.  Porwał 

nawet lady Fenton do walczyka.  

Sara cieszyła się jazdą, unikając zręcznie Guya, aby nie dawać mu 

okazji  do  kolejnych  rozmów.  Jego  kpiące  spojrzenie  świadczyło 

dobitnie, że przejrzał jej taktykę. 

Kiedy wracali do domu, zauważyli koło cieplarni wielkie ognisko. 

Obok  stał  Tom  Brookes,  karmiący  płomienie  jakimiś  książkami  i 

papierami.  Amelia  podeszła  do  niego,  zamienili  ze  sobą  kilka  słów, 

reszta towarzystwa szła powoli dalej w stronę domu. Sir Ralph, zajęty 

rozmową z sir Baynhamem, nie zwracał uwagi na ogień, dopóki wiatr 

nie  przywiał  mu  pod  nogi  nadpalonej  już  kartki.  Schylił  się, 

podnosząc ją machinalnie i na jego twarzy pojawił wyraz największej 

rozpaczy. 

- Nie! Moje książki! Moje litografie! 

Wszyscy  spojrzeli  na  ognisko,  gdzie  płomienie  trawiły  właśnie 

kolejną  książkę,  po  raz  ostatni  ukazującą  światu  bardzo  frywolną 

rycinę. 

background image

-  Bardzo  mi  przykro  -  powiedziała  lady  Fenton,  kładąc  sir 

Covellowi  dłoń  na  ramieniu  i  patrząc  na  niego  z  głębokim 

współczuciem.  -  Ale  książki  były  już  w  połowie  zniszczone  przez 

pleśń i robactwo. W pańskiej bibliotece jest zbyt wilgotno, milordzie! 

Patrząc  na  zrozpaczoną  twarz  pana  domu,  Sara  pomyślała  z 

niepokojem, czy kuzynka tym razem nie przesadziła. 

-  Lady  Amelio,  czy  pani  sama  wybierała  te  książki?  -  spytał  sir 

Baynham. - Jakiż potworny egoizm!  

Sir  Covell  ze  smutnie  zwieszoną  głową  ruszył  w  stronę  domu, 

reszta towarzystwa w milczeniu podążała za nim.  

Tuż  przed  drzwiami  młody  Justin  Lebeter,  zrównawszy  krok  z 

Sarą, odezwał się półgłosem: 

-  Panno  Sheridan,  proszę  wybaczyć  śmiałość,  ale  czy  mógłbym 

zamienić z panią kilka słów na osobności? Nalegam... 

Sara  zatrzymała  się  i  poczekawszy,  aż  minie  ją  reszta 

towarzystwa, spojrzała pytająco na młodego lorda. Ulubieniec Oliwii 

był  bardzo  przystojnym  kawalerem,  wysokim  i  jasnowłosym.  Jego 

niebieskie oczy patrzyły na Sarę niemal błagalnie. 

-  Panno  Sheridan,  proszę  się  nie  gniewać  -  mówił  nieśmiało, 

jąkając się i rumieniąc. - Chodzi tylko o to, że bardzo się niepokoję, to 

znaczy...  chciałbym  odnaleźć  pewną  młodą  damę.  Ludzie  mówią,  że 

pani  przyjechała  do  Blanchlandu,  aby  spotkać  się  z  panną  Meredith. 

Zwykle nie słucham plotek, ale rzecz w tym, że i mnie bardzo zależy 

na spotkaniu z panną Oliwią Meredith. 

background image

- Rozumiem, milordzie - powiedziała Sara oschle i młody Lebeter 

poczerwieniał jeszcze bardziej. 

- Panno Sheridan! Proszę mnie źle nie zrozumieć! Panna Meredith 

chodziła do szkoły razem z jedną z moich sióstr. Pragnę przekazać jej 

zaproszenie  od  mojej  rodziny...  Tymczasem  panna  Meredith  gdzieś 

znikła,  bardzo  się  o  nią  niepokoję.  Czy  pani  wiadomo  coś  na  ten 

temat? 

Sara  powoli  uspokajała  się.  Młody  lord  Lebeter  szczerze 

niepokoił  się  o  Oliwię.  Sara  z  wielką  chęcią  rozwiałaby  wszystkie 

jego wątpliwości, niestety, było to niemożliwe, dopóki Oliwii groziło 

choćby najmniejsze niebezpieczeństwo. 

-  Tak,  to  prawda,  że  przyjechałam  tu  spotkać  się  z  Oliwią  - 

powiedziała.  -  Przekonałam  się  jednak,  że  panna  Meredith  nie 

przebywa teraz w domu. Bardzo mi przykro, milordzie, ale naprawdę 

nie jestem w stanie panu pomóc. 

Lebeter  patrzył  na  nią  przez  chwilę  i  Sara  odniosła  wrażenie,  że 

młodzieniec wie o wiele więcej, niż jej się wydaje. 

- Czy naprawdę nie widziała się pani z panną Meredith? 

- Nie, milordzie - zaprzeczyła szybko, aby mieć to już za sobą. 

- Rozumiem - powiedział cicho Lebeter, widać było jednak jasno, 

że jej nie wierzy.  

Sara uprzejmie skinęła głową i uważając rozmowę za skończoną, 

ruszyła  ku  drzwiom.  Incydent  z  lordem  Lebeterem  wprawił  ją  w 

zakłopotanie.  Nienawidziła  kłamstwa,  czuła,  że  ten  młodzieniec 

niepokoi się szczerze o Oliwię. 

background image

A  co  będzie,  jeśli  lord  Lebeter  podzieli  się  swoimi 

wątpliwościami z Guyem?  

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Strata  ukochanych  litografii  i  powszechnie  podziwianej  kolekcji 

książek  o  tematyce  erotycznej  pogrążyła  sir  Ralpha  w  głębokim 

smutku.  Siedział  za  stołem  osowiały,  nie  zauważając  zapewne,  że 

delikatny  łosoś  w  sosie  sardelowym,  podany  na  przystawkę,  jest 

prawdziwym dziełem sztuki kulinarnej.  

Po  przystawce  odziany  na  czarno  lokaj  wniósł  wielką  wazę  z 

musem.  Lokaj  nazywał  się  Marvell,  w  lady  Amelii  wzbudzał  wielką 

niechęć, ale niestety, choć udało jej się pozbyć kilku nieodpowiednich 

służących, lokaj Marvell okazał się nietykalny.  

Sara  zauważyła,  że  Marvell  szepcze  coś  do  ucha  Allardyce'owi, 

ten zaś  w skupieniu obserwuje  Amelię. Jego czarne, świdrujące oczy 

spoczęły  potem  na  Sarze,  która  natychmiast  odwróciła  głowę.  Tego 

wieczoru  obok  lady  Fenton  usiadł  sir  Baynham,  jako  że  tej  wiecznie 

kłócącej  się  parze  udało  się  przez  całe  popołudnie  nie  zamienić  ani 

jednego  ostrego  słowa.  Dalej  siadła  Sara,  a  obok  niej  lord  Lebeter, 

który okazał się bardzo miłym towarzyszem. 

Przełknęła  pierwszą  łyżkę  i  zrobiła  małą  przerwę.  Mus  miał 

dziwny  smak,  niby  cytrynowo-mleczny,  osobliwie  jednak  słodkawy. 

Kątem oka zauważyła, że Guy zdecydowanie, wręcz z obrzydzeniem, 

odprawia Marvella z wazą. 

background image

Potem  wniesiono  olbrzymi  udziec  wołowy,  powitany  z 

entuzjazmem.  Czujny  wzrok  Sary  prześlizgnął  się  po  twarzach 

biesiadników.  Zmiana  w  zachowaniu  była  aż  nadto  widoczna. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Guya,  ożywili  się  nadzwyczaj,  mówiąc  i 

śmiejąc  się  bardzo  głośno,  jakby  zdążyli  już  wypić  niejedną  butelkę 

wina. 

Rozbawienie  było  coraz  większe.  Oczy  biesiadników  stały  się 

szkliste,  nieprzytomne.  Nikt  nie  tykał  jedzenia,  jako  że  z  zapałem 

zaczęto  się  oddawać  o  wiele  bardziej  ekscytującym  zajęciom.  Pani 

Fisk,  chichocząc  przeraźliwie,  pieściła  różowym  języczkiem  wielkie 

ucho  sir  Covella.  Lord  Allardyce  obsypywał  pocałunkami  nagie 

ramiona  lady  Tilney,  jego  oczy  jednak  szukały  ponad  stołem 

spojrzenia Sary. 

Tym  razem  było  o  wiele  gorzej  niż  pierwszego  wieczoru.  Tak, 

jakby znikły  wszelkie hamulce. Wśród tych pisków i chichotów Sara 

usłyszała nagle jakiś rumor. Młody lord Lebeter  zerwał się od stołu i 

wybiegł  z  pokoju,  z  pasją  zatrzaskując  za  sobą  drzwi.  Spojrzała 

szybko na Amelię, pragnąc dać jej jakiś znak, że one też powinny się 

oddalić.  

Spojrzała...  i  osłupiała.  Lady  Fenton,  szacowna  wdowa  o 

nienagannych  manierach,  skrupulatnie  przestrzegająca  wszelkich 

konwenansów, teraz zdawała się być inną osobą. Jej dłoń spoczywała 

poufale  na  udzie  sir  Baynhama,  usta  były  zajęte  namiętnym 

pocałunkiem. Sara nie wierzyła własnym oczom.  Tym bardziej że po 

background image

chwili  Amelia  i  Greville  wstali  od  stołu  i  czule  objęci,  całując  się 

niemal bez przerwy, ruszyli ku drzwiom. 

Oszołomiona,  znów  poczuła  koło  siebie  jakiś  ruch.  Na  krześle, 

zwolnionym  przez  lorda  Lebetera,  pojawił  się  nagle  Guy, 

wyglądający,  o  dziwo,  zupełnie  normalnie,  zwłaszcza  na  tle  reszty 

towarzystwa. 

-  Panno  Sheridan  -  odezwał  się  przyciszonym  głosem.  -  Ile  pani 

zjadła tego musu? 

-  Kilka  łyżek.  W  ogóle  mi  nie  smakował.  Ale  co...  co  się  stało, 

milordzie? 

-  Do  tego  musu  dodano  afrodyzjak,  taki  rodzaj  narkotyku,  który 

nadzwyczajnie pobudza chęć do miłości, hm... cielesnej. Pani jadła ten 

mus,  a  więc  za  chwilę  poczuje  się  pani  tak  samo,  jak  reszta 

towarzystwa. 

-  Boże  święty  -  szepnęła  przerażona  Sara,  blada  jak  ściana.  - 

Przecież ja zjadłam tylko kilka łyżek, czuję się zupełnie normalnie. 

-  Prawdopodobnie  na  panią  zacznie  działać  nieco  później,  bo 

przyjęła  pani  mniejszą  dawkę.  Panno  Sheridan,  nie  mamy  ani  chwili 

do stracenia. Trzeba natychmiast stąd uciekać. 

-  Z  panem  nigdzie  nie  pójdę  -  krzyknęła,  zrywając  się  na  równe 

nogi. 

Spojrzała  jeszcze  raz  dookoła  i  zobaczyła  orgię.  Półnagie, 

splecione  ze  sobą pary,  oddające  się rozpuście.  Jęknęła  rozpaczliwie. 

Ci ludzie w wyuzdanych pozach, te zwiewne, nagie nimfy na fryzie - 

wszystko zdawało się drwić z cnotliwej panny Sheridan. 

background image

W  tym  samym  momencie  silne  ramię  Guya  otoczyło  jej  kibić. 

Mocno, aż boleśnie. 

-  Saro,  proszę  mnie  posłuchać  -  mówił  szybko,  prowadząc  ją  ku 

drzwiom. - Niech pani zapamięta, teraz wolno być pani tylko ze mną, 

z nikim innym. Tylko wtedy nie spotka panią nic złego. Obiecuję.  

Byli  już  w  holu,  kiedy  to  się  wydarzyło.  Sara  poczuła  nagle,  że 

robi jej się dziwnie słabo, potem gorąco, a potem... a potem, że musi 

natychmiast dotknąć Guya. Koniecznie.  

Uniosła  dłoń  i  zaczęła  głaskać  go  po  policzku,  gładkim  i 

chłodnym. Potem delikatnie powiodła palcami wokół jego ust, pewna, 

że  chyba  umrze,  jeśli  te  usta  zaraz  nie  spoczną  na  jej  wargach.  Jej 

wyostrzone  zmysły  skoncentrowane  były  na  tym  jednym,  jedynym 

mężczyźnie. Chłonęły jego bliskość, ciepło jego ciała, zapach... 

Guy uśmiechnął się. 

- Chyba nie będzie to dla mnie zbyt łatwe - mruknął, łapiąc ją za 

rękę, aby udaremnić pieszczoty. Mimo oszołomienia Sara wyczuła żal 

w jego głosie. Ale to nie miało znaczenia, bo potem wziął ją na ręce i 

niósł  do  pokoju,  a  ona,  z  twarzą  wtuloną  w  jego  szyję,  czuła  się 

niewypowiedzianie szczęśliwa. 

Kiedy się obudziła, niebo za oknem zaczynało już szarzeć, ale  w 

pokoju  było  jeszcze  mroczno.  Zobaczyła  światełko.  Na  stoliku  przy 

łóżku  świeczka  w  lichtarzyku,  prawie  już  wypalona.  Sara  z  wolna 

przekręciła  ciężką  głowę  w  drugą  stronę.  Obok  leżał  mężczyzna 

pogrążony w głębokim śnie. Guy. 

Drgnęła. Natychmiast otworzył szeroko oczy i chwycił ją za rękę. 

background image

-  Niech  pan  mnie  puści!  -  krzyknęła  histerycznie.  -  Co  pan  tu 

robi?! 

Przez  chwilę  jego  ciemne  oczy  wpatrywały  się  w  nią  bacznie, 

potem nagle puścił jej rękę i usiadł na łóżku. 

- Nic pani nie pamięta? - spytał cicho. 

-  Nie  -  bąknęła  Sara  i  nagle  zmartwiała,  bowiem  w  jej  głowie 

zaczęły pojawiać się jakieś zamazane obrazy, mgliste, jak ze snu.  

Zobaczyła  pokój  jadalny,  w  nim  ludzi,  półnagich,  splecionych  w 

lubieżnym uścisku. Znów poczuła lęk, że Amelia wychodzi i zostawia 

ją  samą.  Potem  Guy  coś  jej  tłumaczy  i  nagle  pojawia  się  ogromne, 

pożerające  wręcz  pragnienie,  które  trwa  i  trwa.  A  na  koniec  żal, 

bezkresny, bolesny, że to pragnienie się nie spełniło...  

Głos  Guya,  spokojny,  rozważny,  jego  silne  ramiona,  obejmujące 

bez  cienia  namiętności,  podczas  gdy  ona...  żebrała...  o  miłość,  o 

odrobinę pieszczot. 

- Och, nie! - krzyknęła dziko. - Czy to sen? 

- Nie, to nie był sen, Saro -  odparł spokojnie Guy, ujmując ją za 

obie dłonie. - Już po wszystkim, Saro. Jest pani bezpieczna i nie stało 

się nic złego. Przysięgam na wszystko. 

-  Ale  ja...  och,  milordzie,  ja  pamiętam  -  szepnęła  z  rozpaczą.  - 

Pamiętam doskonale, co mówiłam, co robiłam. O, nie! 

Znów jęknęła i próbowała uwolnić ręce, ale Guy nie puszczał. 

-  Saro,  nie  wolno  pani  siebie  obwiniać,  była  pani  pod  wpływem 

narkotyku. I przysięgam, nie stało się nic złego. 

background image

Szarpnęła  się  jeszcze  raz,  a  potem  zalała  łzami.  Popłynął 

prawdziwy potok, dziwnie oczyszczający. Gorzkie łzy przynosiły ulgę 

po  strasznych  przeżyciach,  łagodziły  uczucie  wstydu.  Guy  objął  ją 

mocno i delikatnie głaszcząc po głowie, szeptał ciche słowa pociechy. 

Kiedy płacz ucichł, Guy westchnął i stwierdził bardzo spokojnie: 

-  Sądzę,  że  powinna  pani  się  przebrać.  Zejdę  do  kuchni  i 

przyniosę coś do zjedzenia. Proszę, niech pani zamknie drzwi na klucz 

i nikomu nie otwiera. 

Po wyjściu Guya Sara zdjęła zmiętą suknię i ochlapała opuchniętą 

od  płaczu  twarz  chłodną  wodą.  Na  moment  poczuła  się  lepiej,  ale 

kiedy wkładała świeżą suknię, znów opadły ją straszne wspomnienia. 

Jak przytulała się do Guya w najbardziej bezwstydny sposób, błagając 

o jeden chociaż pocałunek. Jak próbowała ściągnąć z siebie suknię, i, 

o zgrozo, pozbawić ubrania również Guya.  

Pamiętała  też  bardzo  wyraźnie,  jak  Guy  odmawiał.  Twardo  i 

stanowczo. A najgorsze ze wszystkiego było to, że w głębi duszy nie 

była przekonana, czy jego odmowa ją cieszy. 

Cichy głos Guya za drzwiami wyrwał ją z rozmyślań. Przekręciła 

klucz,  potem  podeszła  do  okna  i  rozsunęła  zasłony.  Ogarnęła  trochę 

pokój,  Guy  rozpalił  ogień  w  kominku.  Siedli  oboje  przed  złocistymi 

płomieniami.  Sara  zauważyła,  że  Guy  też  się  przebrał,  nie  zdążył 

jednak się ogolić, a na jego twarzy znać było wielkie zmęczenie. 

- No i jak się pani czuje? - zagadnął. 

- Trochę lepiej - przyznała słabym głosem. - Ale to wszystko, co 

się stało... to wszystko było po prostu... ohydne. A panu winna jestem 

background image

najgłębszą  wdzięczność,  milordzie.  Ta  sytuacja  nie  była  dla  pana 

najłatwiejsza... 

- Rad jestem, panno Sheridan, że wykazuje pani tyle hartu ducha, 

ponieważ  doskonale  pojmuję,  jak  się  pani  czuje.  A  co  do  mnie...  No 

tak.  Nie  było  mi  łatwo.  Pani  błagała  o  coś,  czego  ja  sam  bardzo 

pragnę. Jednak zdołałem zachować resztki samokontroli i jestem tym 

zdumiony. 

Guy z niedowierzaniem potrząsnął głową. Sara, bardzo speszona, 

zajęła się nalewaniem herbaty. 

Chyba 

przeceniłam 

swoje 

siły 

mówiła 

cichym, 

zdenerwowanym  głosem.  -  Nie  spodziewałam  się,  że  będą  tu  czyhać 

takie niebezpieczeństwa. 

-  Prawdopodobnie  sir  Ralph  często  ucieka  się  do  takich  podniet, 

aby  hm...  rozbawić  swoich  gości.  Skądże  jednak  tak  układna  panna 

jak  pani  mogła  o  tym  wiedzieć?  Sporo  słyszałem  o  Blanchlandzie  i 

dlatego byłem tak zaniepokojony pani pomysłem wyjazdu. 

-  A  ten  Marvell...  Obrzydliwy.  Przecież  wiedział,  co  podaje.  A 

przedtem szeptali coś sobie z lordem Allardyce'em. 

- Też to zauważyłem. Nie skosztowałem musu, bo nie lubię takich 

potraw. 

Nagle uśmiechnął się wesoło. 

- Ciekawe, co by to było, gdybym też sobie podjadł! 

Twarz  Sary  oblała  się  szkarłatnym  rumieńcem,  szybko  więc 

wypiła  następny  łyk  gorącej  herbaty,  cudownego  napoju,  zawsze 

background image

kojącego  nerwy.  Guy  również  wypił  łyk,  po  czym  poprawił  się  na 

krześle i powiedział z powagą: 

- To zrozumiałe, panno Sheridan, że wszelkie podjęte przeze mnie 

kroki miały na celu pani dobro. Nie wolno było zostawiać pani samej, 

mogła  pani  źle  się  poczuć,  mogła  też  wpaść  w  innego  rodzaju 

tarapaty... 

- Tak, tak, rozumiem - przerwała spłoszona Sara. - Sądzę, że była 

to dla mnie bolesna nauczka. Nie należy być tak głupio naiwnym. 

-  Nie  widzę  w  tym  nic  głupiego.  Po  prostu  nie  zna  pani 

wszystkich stron życia - powiedział szorstko Guy. - I jestem szczerze 

zadowolony, że nie musiała ich pani poznawać do końca. 

-  Kiedy  pan  wychodził...  widział  pan  kogoś?  -  spytała  Sara,  za 

wszelką cenę pragnąc zmiany tematu. 

-  Nie  widziałem  nikogo,  w  całym  domu  panuje  błoga  cisza.  W 

końcu  wszyscy  zjedli  tego  musu  o  wiele  więcej  niż  pani,  dlatego 

dłużej będą odczuwać jego działanie. 

-  A  co  z  Amelią?!  -  krzyknęła  nagle  przerażona  Sara.  -  O,  nie! 

Czy ona... 

-  Panno  Sheridan,  jeśli  mam  być  wobec  pani  zupełnie  szczery... 

no  cóż...  sama  pani  widziała,  że  lady  Fenton  i  sir  Baynham  razem 

opuścili pokój jadalny. 

- Czyli oni... 

- Panno Sheridan, przecież oni też byli pod wpływem narkotyku. 

Wydaje mi się jednak, proszę wybaczyć śmiałość, że dla lady Fenton 

będzie to mniejszym szokiem niż dla pani... 

background image

Sara,  mocno  zawstydzona,  odwróciła  wzrok.  Doskonale 

wiedziała,  co  Guy  ma  na  myśli.  Amelia  była  wdową,  jej  wiedza  o 

pewnych  sprawach  była  o  wiele  większa  niż  niezamężnej  panny. 

Jednak... 

- Myślę, panno Sheridan, że mimo ciągłych sprzeczek lady Fenton 

i  sir  Baynham  kochają  się  naprawdę  i  wszystko  zakończy  się 

pomyślnie, choć potoczyło się w sposób raczej niekonwencjonalny. 

-  Wiem  -  powiedziała  Sara  drżącym  głosem,  sięgając  po 

chusteczkę.  

Niepokój  o  Amelię  znów  doprowadził  ją  do  łez.  Jakież  one  były 

głupie  i  naiwne,  spodziewając  się,  że  dadzą  radę  rozprawić  się  z 

otaczającym  je  złem.  Przecież  finał  tej  historii  mógłby  być  o  wiele 

gorszy. Przypomniała sobie lubieżne spojrzenie lorda Allardyce'a... O, 

nie! Mimo wszystko powinna cieszyć się, że i ona, i Amelia miały u 

boku mężczyzn, z którymi były bezpieczne. 

Osuszyła chusteczką łzy, podeszła do okna i spojrzała na pokryty 

śniegiem świat. Trzeba wyjechać z Blanchlandu jak najprędzej. Ale co 

z Oliwią? Uzmysłowiła sobie ze wstydem, że w ciągu ostatnich kilku 

godzin ta ważna sprawa zupełnie wyleciała jej z pamięci. I teraz też... 

Była  zbyt  zmęczona  i  zdenerwowana,  aby  zaplanować  coś 

rozsądnego. 

-  Jakież  to  piękne  miejsce  -  powiedział  cicho  Guy,  stając  nagle 

obok Sary. - Niestety, pod tym pięknem pleni się zło. Musi się pani z 

tym pogodzić, panno Sheridan, choć to trudne. 

- Wiem - powiedziała głosem pełnym żalu. 

background image

- Panno Sheridan, proszę wybaczyć, że powrócę teraz do kwestii, 

która  niezmiennie  panią  denerwuje.  Zdaje  sobie  pani  sprawę,  że  w 

tych okolicznościach powinna pani za mnie wyjść? 

Sara milczała, zapatrzona w wielkie śnieżne czapy, przykrywające 

sosny.  Być  żoną  Guya...  A  czegóż  innego  ona  pragnie?  Przecież  ten 

piękny, inteligentny lord zdążył skraść jej serce... Spodobał jej się już 

tego  pierwszego  dnia,  kiedy  los  po  wielu  latach  znów  zetknął  ich 

przypadkiem na ruchliwej ulicy w Bath. Potem przyszło oczarowanie, 

szybko przeradzające się w głębsze uczucie.  

Wkrótce  przekonała  się,  ile  zalet  ma  ten  mężczyzna,  o  którym 

głupie  plotkarki  potrafiły  powiedzieć  tylko,  że  był  niegdyś 

niesłychanie  bogatym  birbantem,  a  potem  poszedł  na  wojnę.  Och, 

gdyby między nią a Guyem nie było tylu niedomówień, gdyby mogli 

porozmawiać ze sobą szczerze, o ile łatwiej byłoby rozwikłać kłopoty 

Oliwii. I jakże łatwo byłoby powiedzieć mu „tak". 

Milczała. Twarz Guya sposępniała. 

-  Rozumiem,  że  jest  jeszcze  problem  panny  Meredith,  który 

należy 

rozwiązać 

jak 

najszybciej 

powiedział 

cicho, 

przenikliwością,  która  zaczynała  zadziwiać  Sarę.  -  Wczoraj  po 

południu  Justin  Lebeter  prosił  mnie,  abym  porozmawiał  z  panią. 

Lebeter  jest  przekonany,  że  pannie  Meredith  grozi  wielkie 

niebezpieczeństwo,  a  pani  wie,  gdzie  ona  przebywa.  Czy  to  prawda, 

panno Sheridan? 

background image

Pytanie  padło  znienacka.  Sara,  potrzebując  trochę  czasu  na 

obmyślenie  stosownej  odpowiedzi,  podeszła  do  stolika  i  nalała  sobie 

szklankę źródlanej wody.  

A więc, tak jak przypuszczała, lord Lebeter podzielił się z Guyem 

swymi wątpliwościami. Nie wierzył jej. Czy powodował nim instynkt, 

czy  też  może  usłyszał  coś  przypadkiem.  Coś,  co  utwierdziło  go  w 

przekonaniu, że panna Sheridan ukrywa prawdę. 

Usiadła  z  powrotem  przed  kominkiem,  Guy  pozostał  przy  oknie. 

Milczeli  oboje.  Sara  czuła,  jak  cień  zażyłości,  która  wytworzyła  się 

między nimi dzisiejszego poranka, znika, i to chyba bezpowrotnie.  

Przecież  Guy  jest  przekonany,  że  swoim  zachowaniem 

wystarczająco udowodnił prawość charakteru. Natomiast ona poprzez 

swoje milczenie konsekwentnie daje mu do zrozumienia, że wciąż mu 

nie  ufa.  Czekał  cierpliwie,  a  jego  oczy,  dotychczas  pełne  ciepła, 

stawały się coraz bardziej chłodne. 

-  Lord  Lebeter  jest  w  błędzie.  Nie  wiem,  gdzie  przebywa  panna 

Meredith  -  oświadczyła  Sara,  zgodnie  przecież  z  prawdą.  -  Ja  nie 

skłamałam, milordzie. 

-  Czyżby?  -  spytał  pogardliwym  tonem.  -  Tak  samo  jak  podczas 

naszej  wczorajszej  rozmowy  na  ten  sam  temat?  Pani  ma  wprost 

nadzwyczajny  talent  do  ukrywania  prawdy!  Chylę  czoło,  panno 

Sheridan! Bo tak się składa, droga pani, że lord Lebeter widział pannę 

Meredith wychodzącą z tego pokoju.  

Był  nadzwyczaj  zbulwersowany,  kiedy  pani  wyparła  się 

wszystkiego.  Zbulwersowany  do  tego  stopnia,  iż  pozwolił  sobie  na 

background image

pewną  sugestię.  Że  być  może  pełni  pani  rolę  bardzo  niewdzięczną, 

nakłaniając  pannę  Meredith,  aby  uległa  Allardyce'owi,  znanemu  ze 

swych upodobań do niewinnych dziewcząt! 

Oskarżenie, logiczne, lecz jakże obrzydliwe i nieprawdopodobne, 

dotknęło  Sarę  do  żywego.  Zerwała  się  na  równe  nogi,  a  w 

gwałtownych, pełnych gniewu i goryczy słowach znalazło ujście całe 

napięcie ostatnich dni. 

- Jak pan ma czelność, milordzie, zarzucać mi rzecz tak ohydną? 

Obrażać  mnie  i  poniżać?  Oliwia  jest  moją  bratanicą,  najbliższą 

krewną, a pan insynuuje, że chcę jej krzywdy? Jak w ogóle śmie pan 

posądzać mnie o tego rodzaju czyny! Ja... 

Wzburzenie odbierało jej głos. Guy zdawał się jednak nie zwracać 

na to uwagi. 

-  Powtórzyłem  tylko  to,  co  insynuują  inni  -  oświadczył  oschłym 

tonem. - A istnieją podstawy do takich przypuszczeń. Jest to przecież 

znany sposób pozbywania się niewygodnej krewnej. 

- Lordzie Renshaw! Niestety, nie po raz pierwszy spotyka mnie ze 

strony pana wielka przykrość. Już raz ocenił mnie pan zbyt pochopnie, 

było  to  jednak  niczym  w  porównaniu  z  tym,  co  zarzucił  mi  pan 

dzisiaj. Sądzę, że nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Proszę 

natychmiast stąd wyjść! 

Reakcja  Guya  była  zupełnie  nieoczekiwana.  Owszem,  podszedł 

do  drzwi,  ale  tylko  po  to,  aby  przekręcić  klucz  w  zamku.  Klucz  ów 

wylądował na stoliku, a sam Guy, najspokojniej w świecie, ułożył się 

wygodnie na łóżku. 

background image

Sara  dopiero  po  chwili  zdołała  wykrztusić  z  siebie  pełne 

oburzenia słowa: 

-  Co  pan  sobie  wyobraża,  lordzie  Renshaw!  Proszę...  proszę 

wyjść! 

- Dlaczego? - spytał z drwiącym uśmiechem. - Byłem tu całą noc, 

co szkodzi więc, jeśli poleżę sobie jeszcze parę godzin! Nie ruszę się 

stąd, dopóki pani nie wyjawi mi całej prawdy. 

-  Nie  może  pan  tu  zostać  -  oświadczyła  Sara,  starając  się 

opanować rozdygotane nerwy. - To nie pora na rozmowę, skoro oboje 

jesteśmy  tak  wzburzeni.  Powinniśmy  przedyskutować  sprawę  na 

spokojnie, kierując się rozsądkiem... 

- Na to  właśnie czekam, panno Sheridan - oznajmił Guy  głosem, 

w którym wyczuwało się hamowaną złość. - Tej nocy wyświadczyłem 

pani  przysługę  i  nie  widzę  powodu,  dla  którego  pani  nie  mogłaby 

pójść mi na rękę. Nie przekonam pani, aby powiedziała mi prawdę o 

Oliwii  Meredith,  ale  mam  sposoby,  by  to  wymusić.  Dlatego  zostanę 

tu, dopóki pani nie wyjawi mi absolutnie wszystkiego. 

- Co?! - krzyknęła Sara, czując, że z gniewu robi jej się czerwono 

przed  oczami.  -  To  niech  pan  posłucha,  milordzie!  Nic  panu  nie 

powiem,  bo  panu  nie  wierzę!  Bo  to  pan  coś  przede  mną  ukrywa! 

Kiedy  byliśmy  w  Woodallan,  usłyszałam  przypadkiem,  o  czym 

rozmawia  pan  z  ojcem.  Wiem,  że  dostał  pan  polecenie  odszukania 

Oliwii  w  tajemnicy  przede  mną!  O  Boże!  Tego  wszystkiego  nie 

sposób już wytrzymać... 

background image

Jęknęła i rzuciła się do stolika po klucz. Guy był jednak szybszy i 

chwyciwszy ją za rękę, pociągnął ku sobie. Opadła na szerokie łóżko i 

zanim  zdążyła  coś  wykrztusić,  rosłe,  męskie  ciało  wgniotło  ją  w 

materac. Tuż nad sobą zobaczyła twarz Guya. 

-  No  i  co,  panno  Sheridan?  -  spytał  bardzo  łagodnym  głosem.  - 

Znów jesteśmy blisko siebie, jak tej nocy. A była pani tak... śmiała, że 

skusiłaby pani świętego. Ja jednak zdołałem się pani oprzeć. 

-  Proszę  więc  nie  zmieniać  swego  postępowania  -  powiedziała 

Sara,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  wszystko 

wymyka się spod kontroli. 

A  oczy  Guya  nie  były  już  ani  złe,  ani  szydercze,  były  mroczne  i 

pełne pożądania... Oparł się jej, ale przecież kiedyś ta niezaspokojona 

żądza  musiała  znaleźć  ujście.  Jakżeż  on  jej  pragnął...  Jakżeż  ona 

pragnęła jego... 

Pierwsze  powiedziały  o  tym  usta,  złączone  w  gorącym, 

namiętnym  pocałunku,  potem  ręce  błądzące  po  ciele  tej  drugiej, 

upragnionej osoby, coraz bardziej śmiałe, żądające coraz więcej. 

Zduszony szept: 

- Będziesz moja, Saro? Wyjdziesz za mnie? 

- Tak, Guy, tak... 

Jeszcze  jeden  gorący  pocałunek,  jakby  pieczętujący  ich 

przymierze,  i  Guy,  delikatnie  oswobodziwszy  się  z  ramion  Sary, 

poprosił cicho: 

-  Usiądźmy  przed  kominkiem,  tak  będzie  lepiej.  Muszę  ci  coś 

wyznać, Saro. 

background image

Znów  zasiedli  na  krzesłach  przed  kominkiem  i  spojrzeli  na 

złociste płomienie. Za oknem było już zupełnie jasno, jednak w całym 

domu nadal panowała niczym niezmącona cisza. 

-  Oskarżyłaś  mnie,  że  ukrywam  coś  przed  tobą  -  zaczął  Guy 

posępnym  głosem.  -  Tak,  to  prawda  i,  na  Boga,  gorzko  tego  żałuję. 

Powinienem był powiedzieć ci to wcześniej. Oliwia Meredith jest... 

- Córką twojej siostry? 

- Skąd wiesz? 

Sara wybuchnęła głośnym, perlistym śmiechem. 

-  Ponieważ  widziałam  pannę  Meredith!  I  wystarczyło  jedno 

spojrzenie... 

- Podobna do Woodallanów? 

- O, tak! Poza tym Oliwia ma medalion, moim zdaniem są w nim 

portreciki  twoich  dziadków.  Ale  ona  o  tym  nie  wie,  ona  w  ogóle  nie 

ma  pojęcia,  kim  była  jej  matka.  Wie  tylko,  że  jej  ojcem  był  Francis 

Sheridan.  A  ja...  ja  zastanawiałam  się  długo  i  w  końcu  doszłam  do 

wniosku, że jej matką musiała być Catherine. Zgadza się? 

- Tak. 

Uśmiech zgasł na twarzy Sary. 

-  Powiedz,  Guy,  jak  to  się  mogło  stać?  -  spytała  przygnębionym 

głosem. - Zgoda, mój brat był lekkoduchem, ale nigdy nie uwierzę, że 

uwiódł i porzucił niewinną dziewczynę. 

-  On  jej  nie  porzucił,  Saro.  Catherine  nie  zwierzyła  się  nikomu, 

ukrywała swój stan prawie do samego końca. Twój brat, nieświadomy 

niczego, wyruszył za morze, a ona umarła w połogu. Mój ojciec szalał 

background image

z  rozpaczy,  nie  chciał  w  ogóle  widzieć  dziecka  na  oczy  i  dlatego 

wszystkim  zajęła  się  twoja  rodzina.  Saro,  wybacz...  Musiałem  to 

zataić, dałem ojcu słowo... 

-  Dałeś  ojcu  słowo  -  powtórzyła  smutno  Sara.  -  I  miałeś  ją 

odnaleźć  pierwszy,  prawda?  Dlaczego  twojemu  ojcu  tak  na  tym 

zależy?  

W  pierwszej  chwili  odniosła  wrażenie,  że  Guy  nie  odpowie. 

Zerwał  się  z  krzesła,  przykląkł  przed  kominkiem  i  dorzucił  do  ognia 

nowe  polano.  Dopiero  po  chwili,  nie  odrywając  oczu  od  płomieni, 

odezwał się nieswoim głosem: 

-  Ojciec  chciał,  żebym  zapłacił  pannie  Meredith  za  milczenie. 

Miała  zniknąć,  razem  ze  swoją  tajemnicą.  A  ty  nie  powinnaś  się  o 

niczym dowiedzieć.  

Cios  był  bardzo  mocny.  Przez  kilka  minut  osłupiała  Sara 

wpatrywała  się  w  twarz  Guya,  oświetloną  złocistym  blaskiem,  a 

oburzenie w jej oczach było coraz większe. 

-  Jak  to?  -  spytała  po  chwili  drżącym  głosem.  -  Twój  ojciec 

wstydzi się Oliwii? Pragnie zataić jej istnienie? 

- Mój ojciec za wszelką cenę chce chronić dobre imię Catherine. 

Była  jego  ukochaną  córką,  Saro.  On  nie  zniósłby,  gdyby  teraz,  po 

latach, zbrukano pamięć o mojej siostrze. Próbowałem go przekonać, 

że  postępuje  nierozważnie,  ale  nie  chciał  słuchać.  To  stary  człowiek, 

Saro, dumny i nieustępliwy. 

-  Rozumiem,  Guy,  ale  Oliwia  jest  moją  bratanicą  i  zawsze  tak 

będzie, niezależnie od tego, co myśli sobie twój ojciec - oświadczyła 

background image

Sara rozżalonym głosem. - Boże, a ja, naiwna myślałam, że miałeś mi 

towarzyszyć do Blanchlandu, aby pomóc, ochronić w razie potrzeby, a 

nie pokrzyżować moje plany! 

Zerwała się z krzesła, zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. 

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  przybyłeś  tu  ze  mną  po  to,  aby  mnie 

oszukać!  I  ty  miałeś  jeszcze  czelność  oskarżać  mnie  o  ukrywanie 

prawdy! 

- Saro! Posłuchaj! 

Guy podbiegł do Sary, chwycił ją mocno za obie ręce. 

-  Przysięgam!  Słyszysz?  -  powiedział  twardym,  stanowczym 

głosem,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  -  Przysięgam,  że  nie  miałem 

zamiaru spełnić woli mego ojca. 

-  Oliwia  i  tak  nigdy  by  się  na  to  nie  zgodziła!  -  krzyknęła  Sara, 

wybuchając  głośnym  płaczem.  -  Ona  jest  uczciwą,  prawą  osobą,  nie 

taką, jak niektórzy jej krewni! 

-  Chyba  masz  rację  -  westchnął  Guy,  obejmując  ją  i  delikatnie 

głaszcząc  po  plecach.  -  Niektórym  jej  krewnym  trochę  tej  prawości 

zabrakło. Ale mój ojciec nie jest złym człowiekiem, Saro. Obiecuję ci, 

porozmawiam  z  nim  jeszcze  raz,  spróbuję  przekonać,  że  w  sprawie 

panny  Meredith  powinien  postępować  inaczej.  Zrobię,  co  w  mojej 

mocy. 

Sara,  z  twarzą  wtuloną  w  jego  surdut,  płakała  jeszcze  przez 

chwilę,  a  gdy  uspokoiła  się  nieco,  Guy  ostrożnie  posadził  ją  na 

krześle. 

background image

-  Nie  mogę  zebrać  myśli  -  lamentowała  Sara.  -  To  wszystko  jest 

dla mnie za trudne! O Boże, Boże, mam już tego dosyć... 

- Moja Saro, moja droga - przemawiał czule Guy, siadając obok. - 

Rozumiem,  jak  ci  ciężko!  I  wybacz  mi,  znów  powiedziałem  ci  tyle 

przykrych  stów.  Byłem  zły,  że  mi  nie  ufasz,  że  coś  przede  mną 

ukrywasz. Wiem, sam też nie jestem bez winy, ale teraz, kiedy oboje 

już znamy prawdę, będzie inaczej... 

Nagle,  gdzieś  z  daleka,  dobiegł  ich  hałas.  Ktoś  nierozważnie 

trzasnął  drzwiami, potem  znów  zapadła  cisza, jakby  dom  sir  Covella 

nie miał zamiaru obudzić się do życia. 

-  Pójdę  sprawdzić,  co  tam  się  dzieje  -  powiedział  szybko  Guy, 

chwytając za klucz. Szybko otworzył drzwi, Sara wybiegła za nim. 

Na dole, w holu, stał Tom Brookes. 

- Tom? Co się stało? - pytał  Guy, schodząc szybko po schodach. 

Sara, zdenerwowana, pospieszyła za nim. 

-  Jakie  to  szczęście,  że  to  pan,  milordzie!  Przyjechał  posłaniec  z 

Woodallan. Pański ojciec... 

-  Nie!  -  jęknęła  Sara,  chwytając  Guya  kurczowo  za  ramię.  -  Czy 

lord... 

- Pański ojciec nie czuje się ponoć najlepiej, ma pan natychmiast 

wracać  do  Woodallan.  Osiodłałem  już  pańskiego  konia,  czeka  przed 

domem. 

- Dziękuję, Tom. 

Guy  uścisnął  lekko  dłoń  Sary,  nadal  spoczywającą  na  jego 

ramieniu. 

background image

-  Jadę,  Saro.  Czekaj  na  mnie,  nic  nie  rób,  nie  podejmuj  żadnych 

kroków,  dopóki  nie  wrócę  albo  nie  przyślę  ci  jakiejś  wiadomości. 

Miej na siebie baczenie! 

Ucałował ją szybko. 

- Tom! 

- Tak, panie. 

- Kiedy mnie nie będzie, strzeżcie pilnie panny Sheridan i panny 

Meredith. 

-  Oliwia!  -  krzyknęła  nagle  Sara.  -  Guy!  Nie  zdążyłam  ci 

powiedzieć... 

- Powiesz mi później. 

Jeszcze raz ją ucałował i rzucił się ku drzwiom. Kiedy Sara i Tom 

wyszli przed dom, Guy na swym koniu pędził już w śnieżną dal. Był 

coraz  dalej,  coraz  mniejszy  i  Sara,  ścigając  go  wzrokiem,  czuła,  jak 

ogarnia  ją  wielkie  przygnębienie.  Jeździec  na  koniu  był  już  prawie 

niewidoczny.  

A więc została sama. Sama. Nagle poczuła lęk. I prawie pewność, 

że teraz na pewno stanie się coś złego. 

 

-  A najokropniejsze jest to, że  właściwie niczego nie pamiętam - 

żaliła się Amelia, skubiąc nerwowo róg kołdry. - Pojmujesz? Greville 

mnie  uwiódł,  a  ja  niczego  nie  pamiętam.  To  straszne!  Rano, 

naturalnie,  od  razu  zorientowałam  się,  co  zaszło...  Ale  wybacz,  nie 

powinnam rozmawiać o rzeczach tak intymnych! Moja Saro, a z tobą 

wszystko w porządku? 

background image

-  Oczywiście  -  zapewniła  Sara,  głaszcząc  ją  czule  po  ramieniu.  - 

Milly, powiedz mi, jak to teraz z tobą będzie? 

-  O,  moja  droga!  Nie  ma  powodu  do  niepokoju!  -  odparła  z 

promiennym  uśmiechem  kuzynka.  -  Być  może  zabrzmi  to  nieco 

frywolnie,  ale  wiesz,  Saro,  wszystko  dobre,  co  się  dobrze  kończy. 

Wystaw  sobie,  że  Greville  i  ja...  krótko  mówiąc,  zamierzamy  wziąć 

ślub,  i  to  jak  najszybciej!  Byłam  głupia,  Saro,  że  się  opierałam. 

Przecież ja go kocham, i to jak! 

Amelia  zamilkła.  Leżała  teraz  cichutko,  bledziutka,  z 

zamkniętymi  oczami.  Sara,  pełna  niespokojnych  myśli,  spojrzała  w 

okno. Niebo przykryte było ciężkimi chmurami, śnieg nadal sypał. 

- Prawdopodobnie każdy z gości sir Ralpha obudził się dziś rano 

w  towarzystwie  osoby,  której  wcale  nie  oczekiwał  -  odezwała  się 

niespodzianie  Amelia  ponurym  głosem.  -  Kiedy  robiłam  porządki, 

poprzestawiałam meble. Może to i nawet zabawne! 

- Najważniejsze, że ty i ja rano znalazłyśmy obok siebie prawych 

mężczyzn.  A  sir  Covell  i  jego  goście  to  już  nie  nasze  zmartwienie  - 

oświadczyła  Sara  stanowczo,  dziwiąc  się  w  duchu,  jak  bardzo 

zmieniła  się  w  ciągu  ostatnich  dni  i  jak  otwarcie  wypowiada  się  w 

delikatnej przecież sprawie. - Mam nadzieję, że państwo Fisk obudzili 

się  razem.  Może  odnaleźli  w  sobie  dawną  skłonność  i  zrobią  sobie 

drugi miesiąc miodowy. Jak sądzisz? 

Kuzynki spojrzały na siebie i obie zachichotały radośnie. 

-  O  Boże  święty  -  biadoliła  zabawnie  Amelia  między  jednym 

wybuchem  śmiechu  a  drugim.  -  Okropność!  W  końcu  byłam  już 

background image

mężatką.  Ale  ty,  Saro!  Ojej,  ojej,  nie  zdołałam  cię  upilnować,  droga 

kuzyneczko! 

-  Lord  Renshaw  zatroszczył  się  o  mnie!  I  zachował  się  jak 

prawdziwy dżentelmen. 

- Dżentelmen? 

Amelia i Sara patrzyły na siebie przez chwilę i znów wybuchnęly 

niepohamowanym śmiechem. 

-  Dżentelmen!  -  piszczała  Amelia.  -  Mogę  sobie  to  wyobrazić. 

Albo nie. Tego nie mogę sobie wyobrazić! 

Kiedy  zamilkły,  Sara  znów  podeszła  do  okna  i  zapatrzyła  się  na 

białe płatki wirujące w powietrzu. 

-  Alan  nigdy  nie  był  mi  wierny,  przecież  wiesz  -  odezwała  się 

znów  Amelia.  -  Był  bardzo  przystojny,  czarujący,  no  i  uwielbiał 

kobiety.  Zranił  mnie  bardzo,  tak  bardzo,  że  nie  mogłam  myśleć  o 

powtórnym  małżeństwie.  To  dlatego  odmawiałam,  kiedy  Greville 

prosił mnie o rękę. 

Sara,  zaniepokojona,  odwróciła  się  szybko.  Nigdy  nie  słyszała  u 

Amelii tak przygnębionego głosu. 

- Amelio! Moja droga! Nie mówiłaś mi o tym! Byłam pewna, że 

odmawiasz Greville'owi, bo uważasz go za nudziarza. 

-  Chyba  po  prostu  nie  doceniałam  jego  zalet,  a  ma  ich  przecież 

mnóstwo.  To  musiała  być  jakaś  podświadoma  obawa,  lęk  przed 

ponownym rozczarowaniem, rozumiesz? Teraz już wiem, że mogę mu 

ufać. 

background image

-  Jestem  pewna,  że  nie  znajdziesz  bardziej  odpowiedniego 

mężczyzny,  kochana  Milly  -  powiedziała  Sara  serdecznie,  siadając  z 

powrotem  na  brzegu  łóżka.  -  Greville  kocha cię  szczerze,  i  to  nie  od 

dziś, dobrze o tym wiesz. 

-  Wiem.  Myślę,  że  los  mi  sprzyja.  Gdybym  tylko  mogła  sobie 

przypomnieć... 

- Zdaje się, że to dla ciebie prawdziwa tragedia - powiedziała Sara 

z  figlarnym  uśmiechem.  -  Nie  martw  się,  będziesz  miała  mnóstwo 

okazji, żeby odtworzyć sobie wypadki dzisiejszej nocy! 

- Ależ droga kuzynko! - krzyknęła z udanym oburzeniem Amelia. 

- Nie poznaję cię! 

-  Tak,  wiem  -  przyznała  Sara,  spoglądając  na  rozbawione  nimfy 

na ścianie. - Może to wpływ tych obrzydliwych malowideł. 

-  A  mnie  się  wydaje,  że  to  sprawka Guya,  który  uczynił  z  ciebie 

prawdziwą kobietę - mruknęła cicho Amelia. - Saro? Zostaniesz jego 

żoną? 

-  No...  teraz  tak  -  odpowiedziała  Sara,  umykając  spojrzeniem  w 

bok.  -  Chociażby  dlatego,  że  po  tej  nocy  nie  wypada  mi  niczego 

innego uczynić. 

- Saro! 

Amelia chwyciła kuzynkę za rękę i spojrzała jej głęboko w oczy. 

-  Przecież  tutaj  nie  chodzi  o  konwenanse!  Ty  go  kochasz,  to 

oczywiste!  Gdybym  nie  była  tak  zmęczona,  wytłumaczyłabym  ci  to 

dobitniej. 

background image

Amelia  przespała  prawie  cały  dzień.  Sara  trwała  wiernie  przy  jej 

łóżku.  Sir  Greville  Baynham,  który  całkowicie  już  wydobrzał  po 

narkotykach,  upewniwszy  się,  że  Sara  czuje  się  dostatecznie  dobrze, 

aby  czuwać  przy  łóżku  damy  jego  serca,  pognał  konno  załatwiać 

sprawy związane ze ślubem.  

Sara  podejrzewała,  że  Greville  chce  sprawić  się  szybko,  żeby 

rozwiać  ostatnie  wątpliwości  Amelii,  co  było  zresztą  zupełnie 

niepotrzebne.  Amelia  zdawała  się  być  zachwycona  obrotem  spraw  i 

najzupełniej przekonana o szczerości uczuć Greville'a. 

Po  wyjeździe  sir  Baynhama  Sara  poczuła  się  jeszcze  bardziej 

samotna.  Pocieszała  się,  że  Guy  niebawem  wróci.  A  poza  tym  na 

miejscu był Justin Lebeter, na którego zawsze można było liczyć.  

Młody lord poprzedniego wieczoru demonstracyjnie opuścił pokój 

jadalny  i  zanim  afrodyzjak  zaczął  działać,  zamknął  się  w  swoim 

pokoju,  wyrzucając klucz  przez  okno.  Nie  chciał  sprzeniewierzyć  się 

swej  miłości  do  Oliwii.  Rano,  kiedy  się  ocknął,  łomotał  do  drzwi  i 

Sara, z pomocą Toma, uwolniła go z jego więzienia. 

Przepowiednia  kuzynek  spełniła  się.  Państwo  Fisk,  wpatrzeni  w 

siebie, 

jeszcze 

tego 

samego 

ranka 

opuścili 

Blanchland, 

prawdopodobnie  rzeczywiście  zamierzając  powtórzyć  miesiąc 

miodowy.  Sir  Ralpha  i  reszty  jego  gości  Sara  nie  miała  ochoty 

oglądać.  

Aż  do  zmierzchu  siedziała  przy  łóżku  Amelii,  pełna 

niespokojnych myśli. O tym, że sypie śnieg i nie wiadomo, jak dotrą 

background image

do  Woodallan,  o  starym,  chorym  lordzie  i  jego  niechcianej  wnuczce. 

O Guyu, który obiecał, że wróci... 

Co  pewien  czas  zrywała  się  z  krzesła  i  podchodziła  do  okna, 

spoglądając  na  białe,  wirujące  płatki,  które  wcale  nie  przynosiły 

ukojenia. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Tuż  przed  zapadnięciem  zmierzchu  Sara  wyszła  na  przechadzkę. 

Długo  brodziła  po  zasypanych  śniegiem  ścieżkach,  rozmyślając 

smutno,  że  Guya  tego  dnia  na  pewno  już  nie  zobaczy.  Wracając  do 

domu, przeszła powoli przez cieplarnię, wdychając z lubością zapach 

kwiatów i owoców. Było tu nadspodziewanie jasno, śnieg prószył na 

szklany dach i przykrywał go białą pierzynką. 

W  rezydencji,  tuż  za  drzwiami  wejściowymi,  czatował  na 

dziewczynę sir Ralph, zupełnie zdruzgotany. 

- Droga kuzynko, jak się czujesz? - spytał nieśmiało. 

-  Dziękuję,  czuję  się  znakomicie  -  oświadczyła  Sara.  -  Jednak 

gorzko  żałuję,  że  pilne  sprawy  zmusiły  mnie  do  przyjazdu  do 

dawnego domu rodzinnego. 

-  Kuzynko,  błagam,  wysłuchaj!  To  sprawka  tego  trutnia, 

Marvella,  on  jest  na  usługach  Allardyce'a.  Marvella  z  miejsca 

wyrzuciłem,  ten  łajdak  Allardyce  zbiera  się  już  do  wyjazdu.  Och, 

droga  Saro,  jak  mogłem  dopuścić,  żebyś  była  świadkiem  takich 

bezeceństw.  Nigdy  sobie  tego  nie  wybaczę!  Ale  ja  z  tym  wszystkim 

background image

skończę,  przysięgam.  Do  diabła,  co  to  się  porobiło...  co  to  się 

porobiło... 

Potrząsając  bezradnie  głową,  oddalił  się  szybkim  krokiem, 

mamrocząc  coś  pod  nosem  i  Sara,  mimo  oburzenia,  poczuła  coś  na 

kształt  współczucia.  Socjeta  zawsze  lekceważyła  sir  Covella, 

wymyślił  więc  sobie  te  hulanki  w  doborowym  towarzystwie,  no  i 

proszę, wpakował się w niezłe tarapaty. Westchnąwszy litościwie nad 

smutnym  losem  drogiego  kuzyna,  Sara  rączym  krokiem  pospieszyła 

na górę.  

Amelia  czuła  się  już  znacznie  lepiej  i  Sara,  zadowolona  z  tego 

bardzo,  w  nagłym  przypływie  energii  zaczęła  krzątać  się  po  domu, 

zaciągając na noc zasłony. Cały dwór zdawał się być wymarły, oprócz 

lorda  Lebetera  nie  spotkała  nikogo.  Było  to  bardzo  nieprzyjemne, 

postanowiła  więc,  że  noc  spędzi  w  pokoju kuzynki.  Zamkną  się  obie 

na klucz i będą czekać powrotu Guya. 

Kiedy  zaciągała  długą  storę  w  oknie  na  półpiętrze,  zauważyła  w 

oddali,  między  drzewami,  jakieś  światło.  Przyjrzała  się  dokładniej. 

Tak. Niewątpliwie były to pochodnie zatknięte przy wejściu do groty. 

Z  pasją  zaciągnęła  storę  do  końca.  A  więc  tyle  są  warte  obietnice 

szanownego  kuzyna!  Jeszcze  pół  godziny  temu  zaklinał  się,  że 

wkroczy  na  drogę  cnoty,  a  tymczasem  tam  z  pewnością  szykuje  się 

jakaś nowa orgia. Ciekawe, skąd sir Ralph i jego kompania biorą na to 

wszystko siły... 

Nagle  drgnęła.  Na  dole  skrzypnęły  cicho  jakieś  drzwi  i  zaraz 

potem usłyszała słaby głos: 

background image

- Panno Sheridan! 

Do  holu  wchodził  Tom  Brookes,  dziwnie  chwiejnym  krokiem  i 

nawet  w  słabym  świetle  kilku  świec  Sara  zauważyła  na  jego  czole 

olbrzymi guz. 

-  Tom!  Wielkie  nieba!  Co  się  stało?  -  wołała  przerażona, 

zbiegając do niego po schodach. 

-  Uderzyli  mnie,  panno  Sheridan  -  mamrotał  staruszek.  -  W 

głowę. Upadłem w śnieg, leżałem tam bardzo długo... A panny Oliwii 

nie ma! 

- Co to znaczy „nie ma"? Tom, ty ledwo stoisz na nogach. Proszę, 

usiądź tu na chwilę, a ja zawołam służącą, żeby opatrzyła ci ranę. 

Ostrożnie  poprowadziła  staruszka  do  schodów  i  pomogła  usiąść 

na  najniższym  stopniu.  W  tym  momencie  drzwi  prowadzące  do 

pomieszczeń  dla  służby  otwarły  się  z  wielkim  hukiem  i  do  holu 

wtargnęła  pani  Brookes,  zaczerwieniona,  w  przekrzywionym  czepku. 

Za nią tłoczyło się kilka zaaferowanych służących. 

- Tom, co ty wyrabiasz! - krzyknęła, podbiegając do męża. - Och, 

panno  Sheridan,  w  głowie  mu  się  pomieszało!  Jak  tylko  usłyszał,  że 

panna  Meredith  wyszła,  zaraz  za  nią  pobiegł.  A  mówiłam  mu 

przecież,  że  to  pani  przysłała  jej  wiadomość.  Ale  on  w  ogóle  nie 

chciał mnie słuchać... 

Pani  Brookes  urwała  nagle,  dostrzegając  w  oczach  Sary  wielkie 

zdumienie. 

- Panno Sheridan, chyba nie powie pani... 

background image

- Nie posyłałam żadnej... - zaczęła zdenerwowanym głosem Sara, 

zagłuszył  ją  jednak  tupot  drobnych  stóp.  Po  schodach  zbiegała 

Amelia, zaintrygowana hałasem. 

Z pokoju do gry w karty wyjrzał Justin Lebeter. Stan zdrowia lady 

Fenton  rzeczywiście  nie  mógł  budzić  żadnych  zastrzeżeń,  ponieważ, 

jak zwykle, natychmiast objęła komendę. 

-  Zuziu,  niech  Zuzia  przygotuje  miskę  z  gorącą  wodą  i  bandaże! 

Lordzie  Lebeter,  proszę  pomóc  Tomowi  wejść  po  schodach. 

Natychmiast  trzeba  go  położyć.  Reszta  musi  się  odsunąć,  proszę  nie 

zabierać  choremu  powietrza!  Ostrożnie,  lordzie  Lebeter!  Ostrożnie! 

Proszę uważać! 

-  Wielki  Boże  -  szepnęła  pani  Brookes,  patrząc,  jak  jego 

lordowska  mość,  pod  czujnym  okiem  Amelii,  z  wielką  troskliwością 

transportuje jej męża na górę. 

- Pani kuzynka... Cóż to za kobieta! A mój mąż, panno Sheridan, 

to osioł, zwykły osioł! Panno Sheridan, co pani robi? 

Sara  zdążyła  już  wyjąć  z  wielkiej  szafy  w  holu  swoją  pelerynę  i 

buty. 

- Dokąd się pani wybiera? Przecież już ciemno, śnieg pada, a do 

tego oni w grocie zaczęli te swoje pogańskie obrzędy! Fuj! 

-  Idę  szukać  Oliwii  -  wyjaśniła  krótko  Sara,  zajęta  zapinaniem 

butów. 

-  Sama?  Po  nocy?  Panno  Sheridan,  niechże  się  pani  opamięta! 

Może poprosić tego młodego lorda...  

background image

-  Nie  mamy  ani  chwili  do  stracenia,  pani  Brookes  -  ucięła  Sara, 

otulając się peleryną. - Kiedy przysłano wiadomość? 

- Jakąś godzinę temu, ktoś wsunął kartkę pod drzwi. Panna Oliwia 

powiedziała,  że  to  pani  chce  się  z  nią  zobaczyć.  Prosiłam,  żeby  nie 

szła, ale ona powiedziała, że nie wychodzi daleko, nie mówiła jednak, 

dokąd. Och, panno... 

- Proszę iść na górę, do męża, pani Brookes! I proszę powiedzieć 

lady  Fenton,  że  wyszłam  -  mówiła  szybko  Sara,  kładąc  rękę  na 

klamce. - Wszystko będzie dobrze, pani Brookes. Znajdę Oliwię. 

- Daj Boże, bo jej biedna matka... 

Ale  Sara  już  nie  słuchała.  Otworzyła  szybko  drzwi  i  wybiegła  w 

noc.  Na  dworze  było  dziwnie  jasno.  Blask  księżyca  przenikał  przez 

rzadkie,  postrzępione  chmury,  oświetlając  przykrytą  białym  śniegiem 

ziemię  i  nagie  drzewa.  Cały  świat  był  idealnie  czarno-biały.  Z  groty 

dobiegał jakiś dziwny, monotonny śpiew.  

Sara  zadrżała,  natychmiast  jednak  skarciła  się  w  duchu.  Na  tym 

zapewne  polegają  te  idiotyczne  obrzędy,  zupełnie  nieszkodliwe. 

Chociaż  po  wczorajszych  doświadczeniach  nie  wiadomo,  czy  można 

być  tego  tak  zupełnie  pewnym.  Przypomniała  sobie  głośny  skandal 

sprzed  kilku  lat,  kiedy  to  wykryto,  że  członkowie  klubu,  założonego 

przez sir Francisa Dashwooda, oddają się praktykom satanistycznym i 

w przebraniu mnichów uczestniczą w rozpustnych orgiach. 

Czyżby  sir  Ralph  podążał  tą  samą  ścieżką?  Sara  znów  zadrżała  i 

znów skarciła się w duchu. Nie, teraz nie wolno jej się bać. Szła przez 

background image

las, starając się myśleć jak najbardziej trzeźwo. Ktoś, podszywając się 

pod Sarę Sheridan, wywabił Oliwię z jej schronienia.  

Sara  była  pewna,  że  kryje  się  za  tym  lord  Allardyce.  Sir  Ralph 

powiedział,  że  Marvell  jest  na  usługach  Allardyce'a.  Całkiem  więc 

możliwe,  że  to  lokaj  wywęszył,  gdzie  ukrywa  się  Oliwia.  Któryś  z 

nich  musiał  też  napaść  na  Toma,  aby  staruszek  nie  powstrzymał 

dziewczyny.  

No  i  jednocześnie  Allardyce  zdążył  przed  swoim  wyjazdem 

zaaranżować  te  całe  obrzędy,  dzięki  czemu  prawdopodobnie  łatwiej 

mu będzie uprowadzić Oliwię. 

Klucząc  między  drzewami,  Sara  zbliżała  się  do  groty.  Widziała 

już  dobrze  dwie  olbrzymie  pochodnie,  wetknięte  w  skały  po  obu 

stronach  wejścia.  Dziwne  zawodzenie  było  coraz  głośniejsze.  Czuła, 

że dostaje gęsiej skórki. Zatrzymała się na chwilę i przycupnąwszy za 

grubym pniem, ostrożnie wychyliła głowę.  

Na  środku  groty,  naprzeciwko  wejścia,  stał  wielki,  żelazny  kosz, 

w  którym  płonął  ogień.  Sara  czuła  zapach  dymu,  dziwnie  jednak 

słodki i odurzający. Zakręciło jej się w głowie, było jednak za późno, 

aby  się  wycofać.  Bezszelestnie  jak  cień  pokonała  kilka  metrów 

dzielących  ją  od  wejścia  do  groty  i  nagle,  zdjęta  panicznym  lękiem, 

odskoczyła w bok i całym ciałem wcisnęła się w skalny załomek. 

Z groty wynurzyło się kilka postaci w długich, ciemnych szatach i 

z  dziwnym  piskiem  rozbiegło  wśród  drzew.  Wszyscy  mieli  na 

twarzach  maski,  Sara była  jednak  pewna,  że  szczupłe,  czarne  widmo 

to  lady  Ann  Walter,  za  którą  biegnie  jakiś  mężczyzna.  Złapał  ją  i  za 

background image

chwilę  oboje,  spleceni  ze  sobą,  turlali  się  po  śniegu.  Sara  z 

niesmakiem odwróciła wzrok.  

Nagle  z  wnętrza  groty  dobiegł  jakiś  dźwięk.  Pokonując  strach, 

ostrożnie  zajrzała  do  środka.  Niestety,  widziała  tylko  kosz.  Dziwny 

zapach był jeszcze bardziej intensywny, tym razem zakręciło jej się w 

głowie bardzo mocno, oczy zapiekły. Czyżby znowu narkotyk? 

W  grocie  coś  stuknęło,  a  więc  na  pewno  ktoś  został  w  środku. 

Może  to  sir  Ralph,  jako  najwyższy  kapłan,  czyni  przygotowania  do 

dalszej  części  ceremonii?  Cofnęła  się  i  wsunęła  do  załomka, 

zastanawiając  się  gorączkowo,  co  robić.  Wejść  do  groty?  Po  co? 

Oliwii tam nie ma, przecież ta grota przed chwilą była pełna ludzi, a 

Allardyce'owi na pewno nie zależało na świadkach.  

Nagle  znów  wtuliła  się  w  skałę,  wstrzymując  oddech.  Z  groty 

wynurzyła się jeszcze jedna postać w czarnej szacie. Mężczyzna, bez 

maski,  czarny  kaptur  zsunięty  z  głowy.  Kiedy  przechodził  obok 

pochodni, jasny płomień oświetlił jego twarz i Sara poczuła się, jakby 

ktoś obuchem uderzył ją w głowę. 

Guy Renshaw. Wrócił do Blanchlandu, nie zawiadomił jej o tym i 

teraz idzie przyłączyć się do reszty uczestników tej orgii. Boże drogi, 

jak  ona  w  ogóle  mogła  mu  zaufać?  Przemknął  obok  niej,  jego  szata 

niemal otarła się o jej pelerynę. Szedł inaczej niż pozostali uczestnicy 

żałosnych obrzędów, którzy wychodzili z groty chwiejnym krokiem, a 

teraz ich piski i wrzaski rozlegały się po całym  lesie.  Krok Guya był 

równy, mocny. 

background image

Nagle  Sarę  dopadło  inne  podejrzenie,  chyba  jeszcze  gorsze. 

Wielki  Boże,  a  jeśli  to  nie  Allardyce,  lecz  Guy  wywabił  Oliwię  z 

domu?  Mówił,  co  prawda,  że  nie  zgadza  się  ze  swym  ojcem.  Tak, 

mówił, ale równie dobrze mógł kłamać, aby uśpić czujność Sary i bez 

przeszkód wykonać polecenie ojca, zanim Sara zdoła temu zapobiec.  

Naturalnie,  że  kłamał.  I  mamił  ją  od  samego  początku.  Był 

szarmancki i uroczy, szeptał czułe słówka i całował, tylko po to, aby 

się  w  nim  zakochała.  Zaufała  swemu  instynktowi  i  popełniła 

straszliwą  pomyłkę.  Trzeba  iść  za  Guyem,  bo  on  doprowadzi  ją  do 

Oliwii. 

Sara  bezszelestnie  wysunęła  się  ze  swojej  kryjówki  i  kryjąc  się 

wśród  drzew,  ruszyła  za  lordem.  Nie  było  to  łatwe.  Od  dziwnego 

zapachu,  dobywającego  się  z  kosza  w  grocie,  jej  głowa  zrobiła  się 

dziwnie  ciężka,  nogi  nie  chciały  jej  słuchać.  Siłą  woli  zmuszała  się 

jednak, aby podążać naprzód.  

Co  pewien  czas  dostrzegała  wśród  drzew  kolejną  postać  w 

ciemnej,  rozwianej  szacie.  Nagle  jedna  z  nich,  wyjątkowo  wysoka  i 

tęga, wyrosła tuż przed nią, jak spod ziemi. Przerażona, zebrała się w 

sobie i jednym mocnym ruchem pchnęła wielkoluda w śnieg. 

Guy szedł w górę, do Folly Tower. Sara widziała przed sobą jego 

wysoką, ciemną postać, rysującą się wyraźnie na tle nieba. Doszedł do 

wieży,  wszedł  do  środka.  Pomyślała,  że  powinna  też  tam  wejść  i 

zażądać  od  niego  wyjaśnień.  Ostrożnie  zbliżyła  się  do  wieży.  Drzwi 

były  otwarte.  Przez  szpary  w  ścianach  sączyło  się  światło  księżyca, 

background image

można  było  dojrzeć  wszystko.  Również  dziwny,  sporej  wielkości 

tłumoczek, rzucony na ziemię... 

Strach  znikł.  Sara  krzyknęła  i  jak  oszalała  wbiegła  do  środka, 

rzucając  się  na  kolana.  Drżącymi  rękami  odwróciła  tłumoczek  na 

drugą  stronę.  Jej  bratanica  była  nieprzytomna,  bezwładna  jak 

szmaciana lalka. Światło księżyca srebrzyło przerażająco bladą twarz. 

Na  białym  czole  widniał  ślad  po  uderzeniu,  podobnie  jak  u  Toma. 

Wielki guz i rana pokryta zakrzepłą krwią. 

Księżyc  skrył  się  za  chmurą  i  wieża  pogrążyła  się  w 

ciemnościach.  Sara  usłyszała  czyjeś  kroki,  coś  miękkiego  opadło  jej 

na twarz. Ktoś chwycił ją za ramiona, szarpnął, zanim jednak zdążyła 

uczynić jakiś  ruch,  ten ktoś  już  brutalnie  zdzierał  kaptur  z  jej  głowy. 

Blask  księżyca  powrócił,  oświetlając  wykrzywioną  gniewem  twarz 

Guya. 

- Sara! Co ty, u diabła, tu robisz? 

- To pytanie powinno być raczej skierowane do pana, milordzie - 

wysapała  gniewnie.  -  Podobno  pojechał  pan  do  Woodallan?  W 

każdym  razie  ja  miałam  w  to uwierzyć,  a  tymczasem  pan  włóczy  się 

po  lesie  w  czarnych  szatach, jak  ta  cała  banda.  I  co  pan  zrobił  mojej 

bratanicy?! 

Puścił ją tak nagle, że omal nie upadła na ziemię. 

- Pani uważa, że to ja?! 

- A dlaczegóż by nie? Opowiadał mi pan o zamysłach swego ojca. 

Oliwia  ma  zniknąć,  zanim  ktokolwiek  dowie  się  o  jej  prawdziwym 

pochodzeniu!  Nieważne,  co  z  nią  będzie,  najważniejsze,  żeby  nie 

background image

splamiła  honoru  Woodallanów!  Uśpił  pan  moją  czujność,  rozwiał 

podejrzenia.  Zaczęłam  panu  wierzyć,  milordzie!  Sądziłam,  że 

Allardyce czyha na Oliwię, a tymczasem to pan jest jej wrogiem! 

Guy zaklął. Jego twarz pobladła z gniewu i Sara nagle pojęła, że 

jej  instynkt  nie  kłamał,  to  tylko  ból  i  rozczarowanie  kazały  jej 

zaatakować Guya. 

-  Allardyce  jest  w  grocie.  I  nie  przyjdzie  tu  po  pani  bratanicę, 

która miała czekać na niego, bezwolna i nieprzytomna. Nie przyjdzie, 

bo  jest  związany,  łaskawa  pani.  To  on  czyhał  na  Oliwię.  Dziś  rano 

powiedziałem  pani  całą  prawdę,  ale  pani  nie  uwierzyła!  Natomiast 

wierzy pani w to, że byłbym w stanie zaatakować bezbronną kobietę, 

do  tego  moją  krewną.  Zaiste,  pani  opinia  o  mnie  jest  bardzo 

pochlebna! 

- Gdyby pan od początku mówił prawdę... 

-  Wydaje  mi  się,  że  teraz  nie  powinniśmy  roztrząsać  takich 

ważnych  spraw,  panno  Sheridan,  gdyż  najpierw  trzeba  pomóc  pani 

bratanicy. 

Powiedział  to  tonem  lodowatym,  kładąc  nacisk  na  wyraz 

„bratanica".  Był  chłodny,  opanowany,  pozornie  już  się  nie  gniewał. 

Sara  pojęła,  że  Guy  Renshaw  nieprędko  jej  wybaczy  niesłuszne 

zarzuty. O ile w ogóle wybaczy. 

Nagle  poczuła,  że  świat  wokół  niej  znów  zaczyna  wirować. 

Wiruje coraz szybciej. Od tego zapachu w grocie, od tych wszystkich 

przeżyć,  od  ostrych  słów  Guya.  Zrobiło  jej  się  słabo.  Oparła  się  o 

ścianę, słyszała głos Guya, dziwnie daleki, ledwo słyszalny... 

background image

- Jest pani w wielkim błędzie, jeśli przypuszcza, że w ten sposób 

odzyska moją przychylność. 

- Ten dym... w grocie - zaszeptała półprzytomna. - Ten dym... 

Jego twarz znalazła się nagle bardzo blisko. 

- Na Boga, Saro, nie! Saro! - krzyczał rozpaczliwie, potrząsając ją 

za  ramiona,  ale  ona  czuła,  że  odchodzi.  Jak  przez  mgłę  zobaczyła 

jeszcze  jedną  męską  twarz,  która  pojawiła  się  nagle  nad  ramieniem 

Guya. Głos należał niewątpliwie do Justina Lebetera. 

- Guy, co ty... Guy! 

A potem, odczuwając to jako wielką ulgę, Sara wyślizgnęła się z 

ramion Guya i upadła na ziemię. 

 

Z  trudem  uniosła  powieki.  Była  w  Blanchlandzie,  w  pokoju,  do 

którego  zaczynała  się  już  powoli  przyzwyczajać.  Ostre  światło, 

widoczne  w  szparze  między  zasłonami  znaczyło,  że  jest  dzień.  W 

pokoju panował jednak półmrok i Amelia, przeglądająca jakiś żurnal, 

co chwila mrużyła oczy. 

-  Rozsuń  zasłony  -  odezwała  się  Sara  słabym  głosem.  -  Będzie 

jaśniej. 

Amelia aż podskoczyła na krześle. 

- No, chwała Bogu, że się obudziłaś, moja droga. Jak się czujesz? 

-  Dziękuję,  bardzo  dobrze  -  odparła  uprzejmie  Sara,  siadając  na 

łóżku.  Natychmiast  jednak  głowa  dała  znać  o  sobie  i  Sara  z  cichym 

jękiem opadła z powrotem na poduszki. 

background image

-  A  widzisz,  wcale  nie  jest  jeszcze  dobrze  -  powiedziała 

zmartwionym głosem kuzynka. - Musisz spokojnie poleżeć. 

Podeszła  do  okna  i  rozsunęła  zasłony.  Ostre  światło  dnia  zalało 

cały pokój. Sara zmrużyła oczy i skrzywiła się lekko. 

- Która godzina, Milly? 

- Południe. Spałaś prawie dwanaście godzin. 

-  Dwanaście  -  powtórzyła  powoli  Sara  i  nagle  pamięć  wróciła.  - 

Oliwia! Milly, co z Oliwią? Żyje? 

- Żyje, żyje - zapewniła ją Amelia, przysiadając na brzegu łóżka i 

głaszcząc  czule  Sarę  po  ramieniu.  -  I  jest  całkowicie  bezpieczna. 

Ocknęła się wcześniej niż ty! 

- A co z Tomem? - pytała zaniepokojona Sara, próbując ponownie 

usiąść  na  łóżku,  a  nawet  opuścić  nogi  na  podłogę.  Ta  próba  jednak 

również spełzła na niczym i Sara z rezygnacją opadła na poduszki. 

-  Moja  droga,  leż  spokojnie,  bo  ci  niczego  nie  powiem  - 

oświadczyła kategorycznym tonem lady Fenton, poprawiając kołdrę. - 

A  mam  dla  ciebie  dobre  wiadomości.  Tom  czuje  się  o  wiele  lepiej  i 

jest  już  na  nogach.  Pani  Brookes  błagała  go,  żeby  jeszcze  trochę 

poleżał,  ale  to  uparciuch.  Wszyscy  goście  sir  Ralpha  rozjechali  się, 

został tylko lord Lebeter, który nie odstępuje Oliwii na krok.  

Dzięki  Guyowi  wyjechał  nareszcie  ten  wstrętny  Allardyce.  Ta 

noc,  którą  spędził  związany  w  grocie,  nieco  ostudziła  jego  zapały 

miłosne.  Nie  sądzę,  żeby  jeszcze  kiedykolwiek  próbował  zbliżyć  się 

do  Oliwii.  No,  a  sir  Ralph  trochę  gorączkuje.  Znaleźliśmy  go  w 

głębokiej zaspie. 

background image

- O Boże!  - krzyknęła Sara, z przerażenia zasłaniając usta ręką. - 

Więc  to  był  on!  Och,  Milly,  teraz  już  sobie  wszystko  przypominam. 

To było niesamowite. Te postacie w czarnych szatach, ten odurzający 

zapach, który rozchodził się po całym lesie... 

-  Guy  mówił,  że  to  rodzaj  opiatu,  jeszcze  jeden  narkotyk  z 

apteczki Allardyce'a! Wywołuje halucynacje. Brr! - Amelia skrzywiła 

się ze wstrętem, a potem nagle zaczęła chichotać. - Nafaszerowali się 

nim  bez  umiaru,  dlatego  tarzali  się  w  śniegu,  nie  czując  chłodu.  Na 

ciebie  podziałał  inaczej,  po  prostu  zemdlałaś.  Podobno  dlatego,  że 

byłaś  zdesperowana,  pełna  niepokoju  o  Oliwię.  Tak  przynajmniej 

przypuszcza doktor. A więc wyszłaś z tego obronną ręką, moja droga. 

Już po raz drugi! 

Sara  powoli  zaczynała  uświadamiać  sobie  grozę  sytuacji.  Ten 

narkotyk,  tak  niebezpieczny...  Może  to  pod  jego  wpływem  wysunęła 

wobec  Guya  ciężkie  zarzuty?  Guy  powinien  to  zrozumieć,  tak,  na 

pewno to zrozumie, musi... 

Jej  rozmyślania  przerwał  następny  głośny  wybuch  śmiechu 

kuzynki. 

-  Biedny  sir  Ralph!  Nie  bądź  dla  niego  zbyt  surowa,  Saro. 

Podejrzewam,  że  wszystko,  co  działo  się  w  Blanchlandzie,  to  przede 

wszystkim 

sprawka 

Allardyce'a. 

Ten 

łajdak 

wykorzystywał 

gościnność  sir  Covella,  żeby  folgować  swym  obrzydliwym 

upodobaniom. A wczoraj, te obrzędy, to też jego sprawka.  

Chciał  wszystkich  odurzyć,  żeby  nikt  nie  wszedł  mu  w  paradę  i 

nie  pokrzyżował  jego  niecnych  planów  względem  naszej  biednej 

background image

Oliwii. Wystaw sobie, że ten jego sługus, Marvell, wystrychnął go na 

dudka  i  czmychnął  z  lady  Ann  Walter!  A  sir  Ralph  szedł  do  groty 

sprawdzić, co tam się dzieje. No i teraz ma gorączkę! 

Sara  nie  mogła  przestać  myśleć  o  tym,  jak  bardzo  rozgniewała 

Guya.  Uśmiechnęła  się  więc  tylko  blado,  czując  coraz  większe 

przygnębienie, czego Amelia zdawała się nie zauważać. 

-  Ja  też  o  mało  nie  zemdlałam  -  paplała  dalej  niestrudzenie.  - 

Kiedy  z  Lordem  Lebeterem  wpadliśmy  do  wieży...  Moja  droga! 

Przecież to wyglądało tak, jakby lord Renshaw cię dusił! 

-  Zdaje  się,  że  miał  na  to  ochotę  -  przyznała  Sara  głosem 

nieskończenie smutnym. 

- Moja Saro! Dlaczego? Co się stało? 

- Zarzuciłam mu niesłusznie okropną rzecz, Milly - wyznała cicho 

Sara,  nie  patrząc  na  kuzynkę.  -  Oskarżyłam  go,  że  to  on  napadł  na 

Oliwię. Wszystko dlatego, że wcześniej usłyszałam przypadkiem jego 

rozmowę  z  ojcem.  Stary  lord  polecił  Guyowi  odszukać  Oliwię  i 

wyprawić  gdzieś  daleko,  zanim  ludzie  się  dowiedzą  o  jej 

pokrewieństwie  z  Woodallanami.  Milly...  jej  matką  była  Catherine, 

siostra  Guya,  pojmujesz?  A  może  już  o  tym  wiesz?  W  każdym  razie 

założyłam, że Guy wykonał polecenie ojca... 

Ameba, porażona wiadomością, aż przybladła. 

-  W  taki  sposób?  Saro!  Jak  mogłaś!  Naprawdę  sądziłaś,  że  lord 

jest  zdolny  do  tak  strasznego  czynu?  I  to  jeszcze  wobec  najbliższej 

krewnej? Saro! 

background image

-  Wiem,  Milly,  wiem,  to  był  szczyt  głupoty  z  mojej  strony.  Nie, 

chyba  jeszcze  gorzej.  Wykazałam  całkowity  brak  zaufania  wobec 

Guya i on nigdy mi tego nie wybaczy. Kiedy uświadomiłam sobie, jak 

bardzo  się  pomyliłam,  miałam  ochotę  wyrwać  sobie  język!  Ale  było 

już za późno! 

Broda Sary zaczęła się trząść. Przez chwilę Sara walczyła ze sobą, 

bezskutecznie jednak, bo łzy i tak popłynęły szerokim strumieniem. 

- Saro, może Guy pozwoli się przebłagać - pocieszała ją Amelia. - 

Zrozumie,  że  byłaś  odurzona  narkotykiem  i  zdenerwowana  tą 

koszmarną sytuacją. 

- Och, Milly, nie próbuj mnie tłumaczyć - powiedziała z goryczą 

Sara,  ocierając  twarz  z  łez.  -  Guy  zachował  się  wobec  mnie  jak 

dżentelmen, obdarzył mnie całkowitym zaufaniem. A ja w zamian za 

to rzuciłam mu w twarz straszliwe oskarżenie. O Boże! Po co ja się w 

ogóle urodziłam! 

-  Tego  nie  żałuj,  Saro  -  powiedziała  z  uśmiechem  Amelia, 

głaszcząc ją czule po ramieniu. - Moja droga, zejdę teraz do kuchni i 

powiem,  żeby  przynieśli  ci  coś  do  jedzenia.  Musisz  się  posilić.  Na 

pewno poczujesz się lepiej i kto wie, może pozwolę ci wstać z łóżka. 

Zdaje się, moja droga, że my już tak zawsze będziemy się nawzajem 

pielęgnować! 

- Milly! -  zawołała Sara, kiedy Amelia otwierała drzwi. -  A co  z 

ojcem Guya? Jak on się czuje? 

background image

- Nie najgorzej. Nie było powodu do niepokoju. Wystaw sobie, że 

tę 

wiadomość, 

rzekomo 

Woodallan, 

przysłała 

Guyowi 

prawdopodobnie ta sama osoba, która napisała do Oliwii! 

- Jak to... 

-  Później,  moja  droga  -  oświadczyła  Amelia,  znikając  za 

drzwiami. 

Sara ubierała się powoli, z wysiłkiem. Kiedy zjawiła się służąca z 

tacą, Sara spojrzała na jedzenie bez entuzjazmu i z trudem przełknęła 

parę kęsów. Dopiero po wypiciu szklanki źródlanej wody poczuła się 

trochę  lepiej  i  postanowiła  wyjść  z  pokoju.  Przecież  tak  bardzo 

pragnęła  zobaczyć  się  z  Oliwią!  Nie  wiedziała,  gdzie  ulokowano  jej 

bratanicę,  odgadnąć  jednak  nie  było  trudno.  Naturalnie,  w  pokoju, 

przed którymi trwał na krzesełku lord Justin Lebeter. 

Na widok Sary zerwał się na równe nogi. 

- Panno Sheridan! Mam nadzieję, że już czuje się pani lepiej. 

-  O,  tak!  Dziękuję,  milordzie  -  odparła  Sara  z  bardzo  ciepłym 

uśmiechem. - Przyszłam dowiedzieć się, jak czuje się panna Meredith. 

Twarz młodzieńca natychmiast pojaśniała. 

-  Panna  Meredith  dochodzi  powoli  do  siebie.  I  na  pewno  bardzo 

się  ucieszy  na  pani  widok.  Teraz  jest  u  niej  lord  Renshaw  i  pani 

Brookes...  w  charakterze  przyzwoitki.  Choć  przecież  lord  Renshaw 

jest  wujem  panny  Meredith.  Trudno  uwierzyć,  że  Guy  jest  czyimś 

wujem! 

- Zatem lord Renshaw już we wszystko pana wtajemniczył.  

background image

-  Tak.  Panno  Sheridan,  chciałbym  wyrazić  głęboką  wdzięczność 

za  wszystko,  co  pani  uczyniła  dla  panny  Meredith.  Panna  Meredith 

mówi o pani z największym szacunkiem. Ja nie wyobrażam sobie... 

Sarę ogarnęło nagle poczucie winy. 

- A ja proszę o wybaczenie, milordzie. Milczałam, kiedy pan pytał 

o  Oliwię.  Nie  chciałam  pana  zwodzić,  milordzie,  ale  bałam  się 

Allardyce'a i sądziłam, że im mniej osób będzie wiedziało, gdzie jest 

panna Meredith, tym lepiej. 

-  Panno  Sheridan,  proszę  mnie  nie  przepraszać!  Rozumiem 

doskonale pani intencje i pragnąłbym... pragnąłbym bardzo, aby pani 

wiedziała...  Ja  żywię  nadzieję,  że  uda  mi  się  pozyskać  przychylność 

panny Meredith. Moje zamiary są jak najbardziej poważne i uczciwe, 

a  sprawa,  dotycząca...  przodków  panny  Meredith  nie  ma  na  nie 

żadnego wpływu. 

Przez głowę Sary przemknęła myśl,  czy ta sprawa będzie równie 

nieistotna  dla  matki  młodego  lorda,  owdowiałej  lady  Lebeter.  Czy 

zapała  sympatią  do  synowej  o  tak  skomplikowanym  pochodzeniu? 

Matka  Justina  była  znaną  snobką,  osobą  wyniosłą  i  złośliwą.  Jednak 

młody  Justin  z  kolei  sprawiał  wrażenie  osoby  zdeterminowanej,  a 

ewentualne  przeciwności  mogły  tylko  spotęgować  jego  uczucie  do 

Oliwii. 

Lord  Lebeter  otworzył  drzwi,  Sara  weszła  do  środka.  Oliwia,  z 

głową  owiniętą  białym  bandażem,  siedziała  na  łóżku  i  wesoło 

gawędziła  z  Guyem.  Lord  siedział  na  krześle  obok  łóżka,  mile 

uśmiechnięty,  pochylony  ku  dziewczynie.  Pani  Brookes  z  pogodną 

background image

twarzą siedziała pod oknem, zajęta robotą na drutach. Była to urocza, 

rodzinna scena. 

Guy  spojrzał  na  wchodzącą  Sarę  i  natychmiast  uśmiech  znikł  z 

jego twarzy. Wstał z krzesła i złożył oficjalny ukłon. 

- Panno Sheridan! Cieszę się, że widzę panią w dobrym zdrowiu. 

Teraz, jeśli panie pozwolą, oddalę się. Nie chciałbym przeszkadzać w 

rozmowie. 

-  Och,  proszę,  milordzie!  Proszę  jeszcze  nie  wychodzić!  - 

zawołała  impulsywnie  Oliwia.  -  Tak  miło  mieć  przy  sobie  i  ciotkę,  i 

wuja!  Saro,  lord  Renshaw  opowiadał  mi  o  rodzinie  mojej  matki.  To 

takie ekscytujące! Trudno mi się z tym oswoić! 

Jakie  to  szczęście,  że  Guy  przedstawił  Oliwii  całą  sprawę  w  taki 

sposób,  aby  dziewczyna  nie  czuła  się  ani  zakłopotana,  ani 

nieszczęśliwa, pomyślała Sara. No cóż, Sara żałowała tylko, że ojciec 

panny  Meredith  nie  był  tak  niewinną  i  prawą  istotą  jak  matka 

dziewczyny!  Czuła  na  sobie  spojrzenie  Guya,  pełne  ironii.  Czyżby 

znów czytał w jej myślach? 

-  Jestem  szczęśliwa,  że  czujesz  się  już  lepiej,  droga  Oliwio  - 

odezwała się miło Sara. - Bardzo się o ciebie martwiłam.  

Siedemnastolatka  udała  zabawnie,  że  wstrząsa  nią  potężny 

dreszcz. 

-  Brr!  To  było  okropne!  Zupełnie  jak  w  tych  gotyckich 

opowieściach! - paplała, wyraźnie rozkoszując się nagłą odmianą losu. 

-  Kiedy  dostałam  ten  list,  no  wiesz,  rzekomo  od  ciebie,  wzywający 

mnie do Folly  Tower, natychmiast wybiegłam z domu. Pani Brookes 

background image

próbowała  mnie  zatrzymać,  ale  nie  słuchałam.  Po  prostu  bardzo 

chciałam się z tobą zobaczyć. Pobiegłam więc do wieży, weszłam do 

środka  i  wołałam  cię,  ale  nikt  nie  odpowiadał.  A  potem  już  nic  nie 

pamiętam, ocknęłam się dopiero tu, w tym pokoju. 

- Wszystko dobrze się skończyło - skwitował z uśmiechem Guy. - 

Ufam,  że  Lebeter  w  przyszłości  ustrzeże  pannę  przed  takimi 

przygodami. 

Oliwia zachichotała i zarumieniła się. 

-  On  był  trochę  rozczarowany,  że  kto  inny  rozprawił  się  z 

Allardyce'em.  Pewnie  nie  obszedłby  się  z  nim  tak  łagodnie.  Przede 

wszystkim zamierzał go spoliczkować! I to nie raz! 

- Całkiem zrozumiałe - przyznał z wielką powagą Guy. - A teraz 

oddalę się już, będą panie mogły spokojnie sobie pogawędzić. I proszę 

się nie przemęczać, panno Meredith! 

-  Tak,  tak.  Porozmawiam  z  Sarą,  a  potem  będę  spała  -  odparła 

grzecznie  Oliwia.  -  I  dziękuję,  milordzie,  że  poświęcił  mi  pan  tyle 

czasu, 

- Skoro pani zwraca się do swej ciotki per ty, proponuję, żebyśmy 

i  my  mówili  sobie  po  imieniu.  Naturalnie,  jeśli  ta  sytuacja  nie  wyda 

się pani niezręczna. 

Sara,  słysząc  „ciotka",  natychmiast  poczuła  się,  jakby  miała  sto 

lat. A jej bratanica nie posiadała się z radości. 

-  Naprawdę?  Mogę  mówić  do  pana  po  imieniu,  milordzie?  To 

cudownie - cieszyła się głośno, przenosząc rozpromienione spojrzenie 

background image

z Guya na Sarę. - I chciałam jeszcze powiedzieć, że bardzo się cieszę 

z tej najświeższej nowiny! 

-  Oliwia  cieszy  się  z  naszych  zaręczyn  -  wyjaśnił  Guy,  widząc 

zdziwienie na twarzy Sary. - Pani, zdaje się, zamierzała  zepsuć jej tę 

radość? 

Sara  wyglądała  na  zupełnie  zdezorientowaną.  Zaręczyny?  Była 

przekonana, że po wczorajszym wydarzeniu Guy jest jak najdalszy od 

tego,  aby  pojąć  ją  za  żonę.  Jego  chłodne  powitanie  parę  minut  temu 

utwierdziło ją w tym przekonaniu, a złośliwe spojrzenie, jakim ją teraz 

obdarzył, absolutnie upoważniało do tego typu wątpliwości. Milczała 

jednak, zdając sobie sprawę, że to nie pora na poważne rozmowy. 

-  Guy,  zostań  jeszcze  trochę  -  prosiła  Oliwia,  nie  zauważając 

zmieszania  Sary.  -  Nie  skończyłeś  opowiadać,  jak  mnie  uratowałeś. 

Opowiadaj, proszę. A więc wezwano cię do Woodallan, tak? 

-  Nie  wiem,  czy  pannę  Sheridan  nie  znudzi  ta  opowieść  - 

powiedział Guy, uśmiechając się porozumiewawczo do siostrzenicy. - 

Może opowiem ci kiedy indziej, Oliwio. 

- Wcale mnie nie znudzi - oświadczyła chłodno Sara, siadając na 

krześle. - Z chęcią posłucham. O ile pan sobie przypomina, ja również 

pytałam, po co pan wczoraj wieczorem powrócił do Blanchlandu. 

-  Rzeczywiście  -  rzucił  niedbale  Guy,  zajmując  z  powrotem 

miejsce na krześle przy łóżku Oliwii. - No  więc, Oliwio, to było tak. 

Kiedy  dostałem  tę  wiadomość,  pognałem  jak  szalony  do  Woodallan. 

Ku  swej  wielkiej  radości  zastałem  ojca  w  niezłej  kondycji,  o  wiele 

lepszej niż przed moim wyjazdem do Blanchlandu. 

background image

Oczywiście,  wcale  mnie  nie  wzywał.  Domyśliłem  się  więc  od 

razu,  że  ktoś  chciał  mnie  podstępnie  wywabić  z  Blanchlandu. 

Wskoczyłem na konia i natychmiast pognałem z powrotem. Przy Old 

Down koń zgubił podkowę. Podjechałem więc do kowala, zostawiłem 

u niego konia, sam natomiast wstąpiłem do zajazdu. 

Było tam jakichś dwóch mężczyzn. Czekali na kogoś i dla zabicia 

czasu  popijali  piwo,  rozmawiając  tak  głośno,  że  nie  sposób  było  ich 

nie  słyszeć.  To  byli  stangreci.  Przyjechali  tu  zakrytym  powozem, 

który  stał  na  podwórzu.  Z  ich  rozmowy  wynikało,  że  ten  powóz 

wynajął jakiś lord z Londynu, no i mieli tutaj na niego czekać. Popijali 

więc  piwo  i  dowcipkowali,  po  co  komu  taki  powóz  w  środku  zimy. 

Wtedy to nabrałem pewnych podejrzeń. 

Sara  zauważyła,  że  Oliwia  przestała  się  już  uśmiechać. 

Wpatrywała  się  w  Guya  oczami  okrągłymi  z  przejęcia,  jak  dziecko, 

któremu opowiada się bajkę. 

- I co zrobiłeś? - spytała szeptem. 

- Właściciel zajazdu okazał się bardzo usłużny i za drobną opłatą 

zgodził się napełniać tym dwóm mężczyznom ich kufle jeszcze bardzo 

długo.  A  ja,  kiedy  kowal  podkuł  mego  konia,  popędziłem  do 

Blanchlandu.  Obrzędy  już  się  zaczęły.  Przebrałem  się  więc  w  te 

czarne  szaty,  których  nie  brakowało  w  szafach  sir  Covella,  i 

pospieszyłem  do  groty.  Odczekałem,  kiedy  ceremonia  dobiegnie 

końca i całe towarzystwo rozproszy się po lesie. W grocie został tylko 

Allardyce,  nic  więc  nie  stało  na  przeszkodzie,  abyśmy  ucięli  sobie 

krótką pogawędkę... Powiedział mi wszystko. 

background image

Oliwia aż pisnęła z emocji. 

-  Ależ  to  okropny  człowiek,  ten  Allardyce!  A  ten  jego  sługa? 

Marvell? Gdzie on wtedy był? 

Sara i Guy spojrzeli po sobie. 

-  Był  zajęty  czymś  innym  -  wyjaśnił  oględnie  Guy.  -  I  było  to 

raczej korzystne, bo nie musiałem toczyć pogawędki z dwoma naraz. 

- Powinien pan po przyjeździe do Blanchlandu poprosić o pomoc 

lorda  Lebetera  -  wtrąciła  słodkim  głosem  Sara,  nie  mogąc  się 

powstrzymać od drobnej prowokacji. - Siły byłyby równe. 

- Niestety, nie miałem ani chwili do stracenia - odparł Guy równie 

miło,  choć  w  jego  oczach  nie  było  ani  cienia  sympatii  do  panny 

Sheridan. - Musiałem też działać bardzo ostrożnie, żeby Allardyce nie 

zauważył  mojej  obecności.  Dziwię  się  trochę,  panno  Sheridan,  że 

akurat  pani  mi  to  wytyka,  skoro  to  pani,  zasłaniając  się  potrzebą 

chronienia Oliwii, tyle spraw zachowała tylko dla siebie! 

Spojrzeli na siebie bardzo chłodno. Wręcz wrogo, jakby walczyli 

ze  sobą,  zapominając  o  obecności  Oliwii.  Sara  zauważyła  spojrzenie 

dziewczyny,  zdumione,  a  zaraz  potem  przestraszone.  Oliwia  była 

osobą  inteligentną  i  na  pewno  zorientowała  się,  że  to  ona  jest 

przyczyną rozdźwięku między ciotką a wujem. 

-  Och,  wybacz,  moja  droga  -  powiedziała  szybko  Sara  z  bardzo 

ciepłym  uśmiechem.  -  Lord  Renshaw  i  ja  musimy  omówić  pewne 

sprawy, ale przecież nie będziemy tego robić tutaj. 

Przez  otwarte  drzwi  widać  było  szczupłą  postać  lorda  Lebetera, 

niezmiennie trwającego na swoim posterunku.  

background image

-  Oliwio,  kochanie,  twój  miły  kawaler  nie  może  się  doczekać, 

kiedy zamienisz z nim słówko. 

Sara  podeszła  do  dziewczyny  i  serdecznie  pocałowała  ją  w 

policzek,  bardzo  teraz  zarumieniony.  Oczy  dziewczyny  błyszczały,  a 

więc na pewno zapomniała o żenującej sprzeczce ciotki i wuja. Sarze 

było  jednak  bardzo  nieprzyjemnie.  Kiedy  dochodziła  już  do  swoich 

drzwi, usłyszała za sobą szybkie kroki: 

-  Panno  Sheridan!  Bardzo  proszę,  aby  poświęciła  mi  pani  kilka 

chwil rozmowy. 

-  Pan  chce  ze  mną  rozmawiać,  lordzie  Renshaw?  -  spytała 

chłodno, mierząc go wzrokiem. 

Lord Renshaw skłonił się wyjątkowo nisko. 

- Pani sama raczyła wspomnieć, że pewne sprawy powinniśmy ze 

sobą omówić. 

- W takim razie może przejdziemy do... 

-  Nie.  Wolałbym  porozmawiać  z  panią  na  osobności.  Przecież... 

byłem już u pani w pokoju, przypomina sobie pani? 

Zarumieniła  się.  Nie  musiała  sobie  tego  przypominać,  bo  o 

pewnych  sprawach  trudno  zapomnieć.  I  była  pewna,  że  Guy 

powiedział  to  tylko  dlatego,  żeby  czuła  się  jeszcze  bardziej 

skrępowana. 

-  A  więc  proszę,  raczy  pan  wejść,  milordzie  -  powiedziała 

doskonale  obojętnym  tonem  i  ruszyła  do  środka  szybkim  krokiem, 

jakby nie dbając o to, czy lord wejdzie za nią.  

background image

Usłyszała  jego  kroki,  potem  odgłos  zamykanych  drzwi. 

Odczekała  chwilę,  odwróciła  się.  Guy  stał  przy  kominku,  z  ręką 

opartą na gzymsie. 

- A więc? Cóż chciałaby pani ze mną omówić? 

Przez  chwilę  patrzyła  na  jego  chłodną,  nieprzeniknioną  twarz, 

świadoma,  że  Guy  z  rozmysłem  utrudnia  jej  sprawę.  Potem  jej 

opanowanie znikło nagle bez śladu. 

-  Guy,  proszę,  wybacz!  Wiem,  że  jesteś  na  mnie  bardzo 

zagniewany.  Bardzo  żałuję  tych  ostrych  słów,  które  ci  wczoraj 

powiedziałam. Zrozum mnie jednak... Wiedziałam przecież, dlaczego 

twój ojciec wysłał ciebie do Blanchlandu. Widziałam, jak wychodzisz 

z  groty,  szłam  za  tobą  przez  las,  do  wieży.  Wszedłeś  do  środka,  a 

potem znalazłam nieprzytomną Oliwię. Zgoda, użyłam gwałtownych, 

nieprzemyślanych słów, jednak... 

Wiedziała,  że  jej  przemowa  trafia  w  próżnię.  Twarz  Guya  nadal 

była nieprzenikniona, spojrzenie pełne chłodnej rezerwy. I pogardy. 

-  Pani  po  prostu  dała  wyraz  temu,  co  pani naprawdę  myśli.  A  ja 

sądziłem, że ta komedia omyłek i przemilczeń należy do przeszłości, 

że  wyjaśniliśmy  sobie  wszystko  i  nie  mamy  przed  sobą  żadnych 

tajemnic.  Niestety,  pomyliłem  się.  Po  cóż  się  dłużej  łudzić?  Nie 

ufamy sobie wzajemnie, to nie ulega wątpliwości. 

Zapadła  pełna  napięcia  cisza.  Sara  miała  wrażenie,  że  za  chwilę 

jej serce rozpadnie się na tysiąc kawałków. 

-  W  takim  razie  rozwiązał  się  problem,  który  nam  obojgu  nie 

dawał  spokoju  -  powiedziała  cichym,  nieswoim  głosem.  -  Skoro  nie 

background image

ufamy  sobie,  byłoby  niewybaczalnym  błędem  połączyć  te  dwa  braki 

zaufania w jedno małżeństwo. 

Stali  naprzeciwko  siebie,  patrząc  sobie  w  oczy.  Sara  nie 

wiedziała,  jakie  uczucia  malują  się  na  jej  twarzy,  ale  jej  dusza  była 

jednym wielkim błaganiem. Oby tylko Guy jej wybaczył, a wszystko 

będzie  dobrze.  Milczała  jednak,  przekonana,  że  on  zignoruje  jej 

prośbę. 

On, którego czułość i delikatność dane było jej poznać. Teraz stał 

przed  nią,  zimny,  odpychający.  Jak  człowiek,  który  nie  potrafi 

wybaczać. 

-  Jest  pani  w  błędzie,  panno  Sheridan!  -  odezwał  się  po  chwili, 

nadal  bardzo  chłodno.  -  Rezygnacja  z  naszego  małżeństwa  byłaby 

największym  błędem,  jaki  moglibyśmy  popełnić.  Nie,  panno 

Sheridan! Nie mam zamiaru zwracać pani słowa, niezależnie od tego, 

jak  może  się  to  wydać  bezsensowne.  Poślubi  mnie  pani.  Kiedy 

byliśmy  w  Woodallan,  poleciłem  poczynić  przygotowania.  Ślub 

odbędzie  się  w  pierwszym  tygodniu  po  świętach,  po  trzykrotnym 

odczytaniu zapowiedzi. 

- Nie - szepnęła przerażona Sara. - Ja nigdy na to nie przystanę. 

-  Nie  ma  pani  wyboru,  panno  Sheridan!  Może  pani  już  zrobić 

tylko  jedno.  W  kościele,  w  obecności  naszych  rodzin,  powiedzieć 

„nie"! 

Nagle jego twarz trochę złagodniała. 

- Saro! 

Chwycił ją za ramię i prawie siłą posadził na krześle. 

background image

-  Musisz  zostać  moją  żoną!  Inaczej  będziesz  zgubiona,  Saro! 

Allardyce... 

-  Allardyce?  -  powtórzyła  zdumiona Sara.  -  Myślałam,  że  on  już 

nam nie zagraża. 

-  Może  jeszcze  wyrządzić  wiele  zła!  Nie  będzie  już  napastował 

Oliwii, tego jestem pewien. Jednak skoro miał okazję dokładnie się jej 

przyjrzeć, może się zacząć zastanawiać nad jej pochodzeniem. To zły 

człowiek,  chętnie  zaszkodziłby  naszym  rodzinom.  No  i  w  dodatku 

marzy  o  zemście,  bo  został  potraktowany  dość  obcesowo.  Gotów 

jestem się założyć, że już teraz rozsiewa skandaliczne plotki o tobie, o 

twojej kuzynce, o waszym pobycie w Blanchlandzie.  

Przypomnij  sobie,  co  działo  się  po  tej  kolacji,  przedwczoraj. 

Przypomnij  sobie  tamtą  noc.  Jeśli  zwrócisz  mi  słowo,  skutki  tego 

mogą być straszliwe. Pomyśl też o Oliwii! Jeśli będziemy razem, ty i 

ja, łatwiej będzie przekonać mego ojca, żeby zaakceptował wnuczkę. 

Sara  milczała,  targana  sprzecznymi  odczuciami.  Rozumowanie 

Guya  było  bardzo  logiczne,  argumenty  nie  do  zbicia.  Z  jednym, 

ogromnym zastrzeżeniem. To małżeństwo oznaczało związek dwojga 

ludzi, którzy  zdołali już siebie zranić tak bardzo, że prawdopodobnie 

nigdy  nie  będą  ze  sobą  szczęśliwi.  A  życie  trwa  zbyt  długo,  aby 

spędzać  je  na  wzajemnym  wyliczaniu  win  i  karmić  obolałą  duszę 

niespełnionymi marzeniami. 

- Nie martw się, Saro - odezwał się nagle Guy, dziwnie łagodnym 

głosem. - Zachowasz swoją reputację, a ja jestem pewien, że będziesz 

najświetniejszą panią naszych rodowych włości. 

background image

Nie  uspokoiło  to  Sary,  zastanawiającej  się  z  rozpaczą,  czy  ona 

będzie  w  stanie  znieść  takie  formalne  małżeństwo.  Reputacja, 

Woodallan...  Przecież  ona  pokochała  Guya,  lecz  już  straciła  go  na 

zawsze, jeszcze zanim wypowiedzieli sakramentalne „tak". 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Następnego ranka wyruszyli do Woodallan. Zarówno Oliwia, jak i 

jej  matka,  czuły  się  już  dostatecznie  dobrze,  aby  udać  się  w  krótką 

podróż.  Droga  była  oblodzona  i  pełna  dziur,  jechali  więc  powoli,  w 

końcu  jednak  minęli  bramę  wjazdową  do  rezydencji.  Z  powozu  Sara 

wysiadała  z  ciężkim  sercem,  jako  że  uczucie  lęku  przed 

nadchodzącym ślubem z Guyem Renshawem nie opuszczało jej ani na 

chwilę.  

Była  również  pełna  obaw  o  Oliwię,  spoglądającej  teraz  na 

wspaniałą  rezydencję  z  wyraźnym  przestrachem.  Współczuła  też 

gorąco pani Meredith, umierającej zapewne  z niepokoju o przyszłość 

dziecka,  które  wychowała  i  kochała  jak  własne,  a  którego  los 

spoczywał w rękach bogatych i wpływowych krewnych. 

Tym  razem  nie  było  tłumnego  powitania.  W  holu  czekała  tylko 

pani  domu,  sprawiająca  wrażenie  tak  samo  zdenerwowanej  jak  jej 

goście.  W  powitaniu  nie  zabrakło  jednak  serdeczności.  Objęła  czule 

Oliwię, nie kryjąc łez  wzruszenia, bardzo ciepło przywitała też panią 

Meredith. Chwilę później w holu zjawiły się dwie siostry Guya, obie z 

mężami, otoczone gromadką dzieci. 

background image

Pocałunki  i  radosne  okrzyki  przepędziły  napiętą  atmosferę.  Nikt 

nie  komentował  faktu  nieobecności  pana  domu,  Sara  zauważyła 

jednak, że Guy, zamieniwszy z matką kilka słów, zniknął w korytarzu 

prowadzącym do gabinetu ojca. 

Czas bardzo się dłużył. Sara spodziewała się, że tego pierwszego 

dnia  w  Woodallan  Guy  będzie  bardzo  zajęty,  nie  sądziła  jednak,  iż 

zignoruje  ją  zupełnie.  Wspominając  gorzkie  słowa,  które  padły 

poprzedniego dnia, dochodziła do coraz smutniejszych wniosków. No 

cóż, powinna zacząć się przyzwyczajać do takiego stanu rzeczy.  

Pani  domu  przeznaczyła  dla  niej  różową  sypialnię,  honorując  w 

ten  sposób  nowy  status  Sary,  teraz  narzeczonej  Guya.  Jednak  Sara, 

siedząc  samotnie  w  przepysznym  wnętrzu,  czuła  się  oszukana.  O 

zmierzchu  przyjechał  konno  Greville.  Jego  przybycie  spowodowało 

trochę  radosnego  zamętu,  potem  znów  w  całym  domu  zapadła  cisza. 

Wszyscy w napięciu czekali na decyzję pana domu. 

Guy i lord byli jedynymi osobami, które przed kolacją nie zjawiły 

się w salonie. Napięcie, zauważalne już wcześniej, teraz przybrało na 

sile.  Wszyscy  śmiali  się,  gawędzili  i  każdy  zerkał  na  drzwi.  Matka 

Guya bez przerwy spoglądała na zegar, Oliwia była blada jak ściana i 

Sara  próbowała  dodać  jej  otuchy.  Takie  oficjalne  spotkanie  z 

dziadkiem,  na  oczach  całej  rodziny,  mogło  wytrącić  z  równowagi 

nawet  najsilniejszą  psychicznie  osobę.  A  jeśli  dziadek  nie  uzna 

wnuczki, Oliwia dozna niewyobrażalnego wprost upokorzenia. 

Kamerdyner  otworzył  drzwi  i  do  salonu  wkroczył  lord 

Woodallan, wsparty na ramieniu syna.  

background image

-  Witam  wszystkich  -  powiedział,  obrzucając  zgromadzonych 

przenikliwym,  nieco  sarkastycznym  spojrzeniem.  -  I  proszę  o 

wybaczenie, że kazałem czekać, szykowałem się jednak nieco dłużej, 

aby  zaprezentować  się  jak  najlepiej  podczas  powitania  nowego 

członka naszej rodziny. 

Jego wzrok, teraz już łagodniejszy, prześlizgnął się po zebranych i 

spoczął na pobladłej twarzy Oliwii. 

- Panno Meredith, proszę tu podejść. 

Wszyscy  wstrzymali  oddech.  Pani  Meredith  leciutko  popchnęła 

Oliwię,  dziewczyna  wysunęła  się  do  przodu  i  złożyła  przed  lordem 

głęboki,  ceremonialny  ukłon.  Lord  uśmiechnął  się  i  ujął  jej  dłoń. 

Pomógł  Oliwii  wstać.  Jego  ciemne  oczy  nie  odrywały  się  od  twarzy 

dziewczyny. 

- Jakże ty jesteś podobna do swojej matki - powiedział po chwili 

ochrypłym  ze  wzruszenia  głosem.  -  Cieszę  się  bardzo,  że  cię  widzę, 

moje dziecko. 

Wszyscy odetchnęli z ulgą, a oczy Oliwii pojaśniały ze szczęścia. 

Lord podał jej ramię i poprowadził do pokoju jadalnego. Sir Baynham 

podszedł  do  Guya  i  klepnąwszy  go  po  ramieniu,  powiedział 

półgłosem: 

- Świetnie się spisałeś, mój drogi! Zresztą, byłem dobrej myśli.  

Justin  Lebeter  serdecznie  uścisnął  dłoń  Guya,  a  pani  Meredith 

dyskretnie ocierała łzy. Lady Fenton podeszła do kuzynki i serdecznie 

ją objęła. 

background image

-  Och,  Saro!  Czy  to  nie  cudowne?  Trudno  wprost  uwierzyć,  że 

niebawem wszyscy tu będziemy rodziną. To niepojęte! 

Sara,  czując  na  sobie  baczny  wzrok  Guya,  z  wielkim  wysiłkiem 

wyczarowała na swej twarzy promienny uśmiech. 

-  Tak,  to  cudowne.  Jestem  bardzo  szczęśliwa  z  powodu  Oliwii. 

Wszystko ułożyło się o wiele lepiej, niż się spodziewałam. 

-  Dla  nas  wszystkich  -  podkreśliła  Amelia,  uśmiechając  się 

uwodzicielsko  do  Greville'a,  który  właśnie  nadchodził,  aby 

poprowadzić  ją do  stołu.  -  Kochanie,  jestem  pewna,  że  Oliwia  nigdy 

nie zapomni, co dla niej zrobiłaś. 

Sara z każdą minutą czuła się coraz gorzej. Ból w jej sercu nasilał 

się.  Oczywiście,  użalanie  się  nad  sobą  było  teraz  najmniej  pożądaną 

emocją  i  do  niczego  nie  prowadziło.  Swoje  uczucia  względem  niej 

Guy  określił  bardzo  jasno,  a  ona  nie  miała  zamiaru  ujawniać  reszcie 

rodziny żenującej prawdy. 

Pobladła  ze  zdenerwowania  Sara  widziała,  jak  pani  domu 

dyskretnie  podpowiada  synowi,  by  poprowadził  do  stołu  pannę 

Sheridan. Zjawił się więc przed nią i skłoniwszy niedbale, oświadczył: 

- Moja matka prosiła, żebym poprowadził panią do stołu. 

Sara nie wiedziała, czy Guy świadomie zamierza dręczyć ją swoją 

nonszalancją, nie miała jednak zamiaru okazywać irytacji. 

- Tak chyba wypada, milordzie - odezwała się uprzejmie i nawet z 

uśmiechem, biorąc go pod ramię. - Podobno jesteśmy zaręczeni. 

Podczas  kolacji  Guy  nie  zauważał  jej,  pochłonięty  raczej 

rozmową ze swoją siostrą, Emmą, która siedziała obok niego z drugiej 

background image

strony.  Sara  znosiła  to  mężnie,  tym  bardziej  że  mogła  sobie  miło 

pogawędzić z drugim sąsiadem, czyli Justinem Lebeterem, oraz drugą 

siostrą Guya, Klarą, która siedziała naprzeciwko.  

Niestety,  fakt,  że  Guy  zaniedbuje  narzeczoną,  nie  uszedł  uwagi 

zarówno  jego  matce,  jak  i  Amelii.  Sara  była  tego  świadoma,  jej 

policzki  robiły  się  coraz  bardziej  szkarłatne, a  w  oczach pojawiły  się 

gniewne  błyski.  Rozmowa  nieuchronnie  zeszła  na  temat  najmniej 

przyjemny. 

-  Byliśmy  bardzo  przejęci,  kiedy  Guy  powiedział  nam  o 

zbliżającym  się  ślubie  -  mówiła  Klara,  uśmiechając  się  miło  poprzez 

stół  do  przyszłej  szwagierki.  -  Takie  gwałtowne  uczucie,  i  to  do 

sympatii z lat dziecinnych. Jakie to cudowne! 

Sara  słyszała,  że  Guy  w  tym  momencie  przerwał  na  chwilę 

rozmowę z Emmą, nie spojrzała jednak w jego stronę. 

- Och, ta historia jest właściwie pozbawiona uroku - skwitowała, 

lekko wzruszając ramionami. - Ale kiedy spotkaliśmy się w Bath, Guy 

od razu sobie przypomniał psikusy, jakie płatał mi w dzieciństwie. 

-  Będziemy  o  tym  opowiadać  naszym  wnukom  -  wtrącił 

poirytowanym głosem Guy. 

-  Ależ  naturalnie  -  powiedziała  Sara  ze  słodkim  uśmiechem.  - 

Naturalnie, że będziemy opowiadać naszym wnukom. Jak jakąś bajkę. 

- Na pewno byłaś też zadowolona, kiedy dowiedziałaś się, że ślub 

ma odbyć się niebawem - mówiła rozpromieniona Klara. - Och, jakie 

to wszystko cudowne! Nagłe pojawienie się Oliwii, za dwanaście dni 

background image

święta  Bożego  Narodzenia,  potem  dwa  śluby  w  rodzinie!  Nie  mogę 

się doczekać. 

- O, tak, chyba aż za dużo tych ślubów! - wypaliła nagle Sara.  

Guy posłał jej niezbyt miłe spojrzenie, a ona poczuła się dziwnie 

lekko, jakby wypiła trochę za dużo wina. Być może nie umiała zmusić 

swego  przyszłego  męża  do  miłości,  ale  na  pewno  potrafiła  go 

zirytować.  Teraz  gniewnie  zmarszczył  czoło  i  nerwowo  bębnił 

palcami  w  stół.  Na  chwilę  zrzucił  maskę  chłodnej  obojętności, 

ujawniając prawdziwe emocje. 

Po kolacji dżentelmeni bardzo szybko dołączyli do dam w salonie. 

Guy nadal okazywał znikome zainteresowanie narzeczoną, śmiejąc się 

i żartując z Amelią i Greville'em. Sara, miło gawędząc z Klarą, mogła 

popatrywać  ukradkiem  na  jego  piękną,  szlachetną  twarz,  słuchać 

radosnego śmiechu. Serce Sary zaczynało umierać z tęsknoty. Ileż by 

dała, żeby ją pokochał, ale na to było już za późno. To ona zawiniła, 

ona sprawiła, że jej narzeczony czuł do niej jedynie pogardę.  

Guy  spojrzał  na  nią,  jakby  przywołała  go  swoimi  myślami.  W 

jego ciemnych oczach, zanim umknęły pospiesznie, malowało się tyle 

niechęci,  że  na  jeden  krótki  moment  Sarze  zabrakło  tchu.  Jak  będzie 

wyglądać  ich  wspólne  życie?  Nagle,  wśród  ciepła  i  miłości 

emanujących  od  zebranych  w  salonie  osób,  poczuła  się  bardzo 

samotna.  I  nikomu  niepotrzebna.  Wstała,  przeprosiła  panią  domu, 

tłumacząc się zmęczeniem i ruszyła ku drzwiom. 

Ku jej zdumieniu Guy podszedł do niej: 

- Odprowadzę panią do jej pokoju. 

background image

Nie sprzeciwiała się, choć jego zachowanie krępowało ją bardzo. 

Zdawała też sobie sprawę, że zaofiarował jej swoje towarzystwo tylko 

dlatego,  aby  uspokoić  rodzinę.  Weszli  po  schodach,  potem  szli 

galerią,  zawieszoną  portretami  wyniosłych  Woodallanów.  Milczenie 

przerwała Sara. 

- Dziękuję z całego serca za wszystko, co pan uczynił dla Oliwii, 

milordzie. To cudowne, że udało się panu przekonać swego ojca, aby 

ją uznał i przyjął do rodziny. 

-  Ale  to  pani była  pierwszą  osobą,  która  miała dość  odwagi, aby 

pospieszyć Oliwii z pomocą. 

Nieoczekiwana  pochwała  zdumiała  Sarę,  jak  również  to,  co 

nastąpiło  potem.  Guy  przystanął  nagle  i  delikatnie  ujął  ją  za  dłoń. 

Długie, mocne palce splotły się z delikatnymi palcami Sary. 

-  Odwagi?  -  powtórzyła  Sara,  zdając  sobie  sprawę,  jak  bardzo 

drży jej głos. - Prawdopodobnie ma pan na myśli upór albo głupotę. 

- Kto wie - powiedział Guy. W jego głosie słychać było śmiech. - 

Nie. To była odwaga. 

Potem  nastąpiła  chwila  długa  jak  wieczność.  Jedno  leciutkie 

drgnienie  jego  dłoni  mogło  rzucić  ją  w  jego  ramiona.  Ale  ta  dłoń 

pozostała  nieruchoma.  Sara  pierwsza  ostrożnie  uwolniła  rękę.  Jej 

pantofelki  stukały  cichutko  po  drewnianej  podłodze,  kiedy  uciekała 

przed Guyem w ciemność korytarza. 

W  Wigilię  pani  domu,  zgodnie  z  tradycją,  wybierała  się  do 

dzierżawców 

wieśniaków 

życzeniami 

podarunkami. 

Towarzyszyła  jej  Sara,  jako  przyszła  pani  Woodallan.  Powóz 

background image

wyładowany był po brzegi. Był w nim i węgiel, i pomarańcze, herbata 

i placek ze śliwkami.  

Sara  zauważyła  nawet,  jak  hrabina  starym  mężczyznom 

wsypywała  tytoń  do  spracowanych  dłoni,  a  pewna  bardzo  już  leciwa 

dama  obdarowana  została  butelką  dżinu.  Obie  panie  witano  z 

radością, zwłaszcza Sarę, jako przyszłą żonę młodego lorda. 

Guy  nie  pojechał,  wymawiając  się  brakiem  czasu,  jako  że  z 

powodu  choroby  ojca  czynił  honory  domu,  zajmując  się  przede 

wszystkim  gośćmi  płci  męskiej.  Ponieważ  byli  to  jednak  albo 

członkowie  rodziny,  albo  bliscy  przyjaciele,  wymówka  Guya  nie 

zabrzmiała  zbyt  przekonująco  i  Sara  uzyskała  następny  dowód,  iż 

narzeczony unika jej jak ognia.  

Pani  domu  zapewne  zauważyła  niewesołą  minę  przyszłej 

synowej, powstrzymała się jednak od komentarzy,  wyczuwając, że w 

zaistniałej sytuacji żadna rada nie zostanie przyjęta z radością. 

Kolacja  tego  dnia  była  zupełnie  inna  niż  wspólny  posiłek  całej 

rodziny, jaki miał miejsce dnia poprzedniego. Na wieczerzę wigilijną, 

połączoną  z  tańcami,  Woodallanowie  zaprosili  wszystkich  sąsiadów. 

Na podjazd co chwilę wjeżdżał nowy powóz, ustrojony ostrokrzewem 

i jemiołą, pełen rozradowanych gości.  

Przybyło  mnóstwo  ludzi  i  wieczerzę  spożywano  na  dole,  w 

ogromnym  holu,  z  którego  wyniesiono  zbędne  sprzęty  i  dostawiono 

kilka  stołów.  Rozpalono  ogień  w  wielkim  kominku,  pamiętającym 

jeszcze  czasy  średniowiecza,  do  żelaznych  uchwytów  na  ścianach 

background image

powkładano  płonące  pochodnie.  Panowała  pogodna,  prawdziwie 

świąteczna atmosfera. 

Amelia na ten dzień wybrała suknię w kolorze ciemnej czerwieni. 

- Jak sądzisz, moja droga, czy ten kolor nie jest zbyt śmiały jak na 

prowincję?  -  pytała  Sarę,  kontemplując  swoje  odbicie  w  lustrze.  - 

Pojmujesz,  czerwień  kojarzy  się  nie  tylko  ze  świętami!  No,  trudno, 

jestem rozwiązłą kobietą, a zatem pojawię się w czerwonej sukni! 

Obie zachichotały wesoło. Sara patrzyła na kuzynkę z zachwytem. 

Głęboka czerwień pasowała znakomicie do bardzo ciemnych włosów 

Amelii i jej wyjątkowo jasnej cery. 

-  Wyglądasz  cudnie,  Milly.  I  nie  wydziwiaj  na  ten  kolor,  wszak 

jesteś świąteczną panną młodą! 

Greville stanął na wysokości zadania i ślub miał się odbyć już w 

drugi dzień świąt, na co lady Fenton przystała z radością. 

- No tak. - Amelia uśmiechnęła się z wielkim zadowoleniem. - A 

ty,  Saro,  wyglądasz  czarująco!  Jestem  pewna,  że  Guy  będzie 

zachwycony twoją suknią. 

-  A  ja  jestem  pewna,  że  w  ogóle  jej  nie  zauważy  -  stwierdziła 

ponuro Sara, podchodząc do lustra i jeszcze raz ogarniając wzrokiem 

swoją zieloną, jedwabną kreację. 

Jej  obawy  okazały  się  w  pełni  uzasadnione.  Guy  nawet  nie 

poprowadził Sary do stołu. Przez całą wieczerzę trzymał się od niej z 

daleka. Nie zamienili ze sobą ani słowa. Sara gawędziła ze wszystkimi 

dookoła, gorliwie się uśmiechając. Od tego uśmiechania zaczynały ją 

boleć mięśnie, tym bardziej że ani na chwilę nie opuszczała jej myśl, 

background image

jak  strasznego  dozna  upokorzenia,  jeśli  jej  narzeczony  z  nią  nie 

zatańczy. 

Wieczerza  dobiegła  końca,  stoły  usunięto na bok,  szykowano  się 

do tańców. Sara, stojąc samotnie koło tłoczących się ludzi, pocieszała 

się myślą, że dzięki jej zielonej sukni poniektórzy wezmą ją po prostu 

za jeszcze jedną świąteczną dekorację.  

Podczas  kolacji  wypito  sporo  wina.  Sarze  zrobiło  się  bardzo 

gorąco,  wachlowała  się  więc  zawzięcie  i  dyskretnie  rozglądała  za 

Guyem.  Amelia  i  Greville  stali  pod  jemiołą,  trzymali  się  za  ręce, 

spoglądając sobie czule  w oczy. Oliwia i Justin Lebeter także  razem, 

ich głowy pochylone ku sobie. Tak więc tylko panna Sheridan została 

pozbawiona towarzystwa narzeczonego. 

- Panno Sheridan! 

Młody, ciemnowłosy mężczyzna zginał się przed nią w ukłonie. 

-  Daniel  Ferrier,  do  usług  łaskawej  pani.  Czy  pani  przypomina 

sobie? Byliśmy kiedyś sąsiadami. 

- Ależ naturalnie, że sobie przypominam! Jak miło pana widzieć! 

To już chyba sześć lat... 

-  Siedem,  droga  pani  -  sprostował  pan  Ferrier,  wyraźnie 

zachwycony, że piękna dama z sąsiedztwa zachowała go w pamięci.  

Ich  króciutką  rozmowę  przerwało  wejście  wiejskich kolędników. 

Po  żywiołowym  odśpiewaniu  tradycyjnych  pieśni  malownicza  grupa 

zajęła  się  pałaszowaniem  świątecznej  pieczeni.  Popijano  wino  z 

dzikiego  bzu,  które  hrabina  kazała  przygotować  dla  pokrzepienia 

tancerzy. 

background image

Na tańce w rezydencji przybyło również wielu wieśniaków. Tłok 

robił  się  coraz  większy,  odległość  między  Sarą  a  panem  Ferrierem 

zmniejszyła  się  niebezpiecznie,  urągając  konwenansom.  Młody 

człowiek  wydawał  się  być  niezadowolony  z  takiego  obrotu  rzeczy. 

Kiedy  zabrzmiały  pierwsze  dźwięki  ludowego  tańca,  natychmiast 

zwrócił się do damy z prośbą: 

- Panno Sheridan, czy ofiaruje mi pani ten taniec? 

Zgodziła się z  ochotą. Dlaczego nie? Guya nie było  w pobliżu, a 

tyle  osób  ruszyło  w  tany,  że  na  pewno  nikt  nie  zauważy,  iż  panna 

Sheridan tańczy nie z tym, z kim powinna. 

Po tańcu Sara i pan Ferrier przysiedli pod ścianą, aby opowiedzieć 

sobie, co wydarzyło się w ciągu tych siedmiu lat. Pan Ferrier, jak się 

okazało,  przed  kilkoma  miesiącami  wrócił  z  wojny.  Bardzo  barwnie 

opisał swoje przeżycia, Sara opowiedziała o życiu w Bath. 

- Wybacz, Ferrier, że przerywam tak miłą pogawędkę - rozległ się 

nagle  wyjątkowo  chłodny  głos  lorda  Renshawa.  -  Zmuszony  jestem 

jednak tak uczynić, ponieważ pragnę zatańczyć ze swoją narzeczoną. 

Ten  głos  wyraźnie  ostrzegał.  Przez  chwilę  obaj  mężczyźni  stali 

naprzeciwko  siebie,  mierząc  się  wzrokiem  bardzo  nieprzyjaznym,  co 

Sarze  wydało  się  absurdem,  skoro  pan  Ferrier  był  tylko  dawnym 

przyjacielem  rodziny,  a  Guy  niezbyt  dokładnie  ukrywał  prawdziwe 

uczucia  do  narzeczonej.  W  końcu  pan  Ferrier  skinął  lekko  głową, 

jeszcze bardziej nieznacznie, niż uczynił to przed chwilą Guy. 

- Jesteś dzieckiem szczęścia, Renshaw. 

- Wiem o tym. 

background image

Jego  arogancja  była  irytująca  w  najwyższym  stopniu.  Sara 

zerwała  się  z  krzesła  i  bardziej  wylewnie,  niż  przewidywały 

konwenanse,  wyraziła  swoje  ubolewanie  z  powodu  niemożności 

dokończenia tak uroczej pogawędki, zapewniając solennie: 

- Bez wątpienia dokończymy naszą rozmowę kiedy indziej, drogi 

panie Ferrier. 

-  Bardzo  bym  tego  pragnął  -  odparł  pan  Ferrier  z  cieniem 

uśmiechu i oddalił się. 

Guy objął Sarę wpół i poprowadził na środek holu. 

-  Panno  Sheridan,  czy  mogłaby  pani  uczynić  mi  tę  łaskę  i  nie 

flirtować tak zawzięcie z sąsiadami moich rodziców? 

W  pierwszym  odruchu  Sara  zapragnęła  salwować  się  ucieczką, 

choćby i przez okno. Natychmiast jednak przyszło opamiętanie: 

-  Pan  Ferrier  jest  również  starym  przyjacielem  rodziny 

Sheridanów, milordzie - wyjaśniła ze słodkim uśmiechem. 

- Ale nowym - na pewno nie będzie. 

Układ tańca wymagał, aby teraz rozdzielili się na moment, co też 

uczynili,  oboje  świadomi,  że  temat  nie  został  jeszcze  wyczerpany. 

Kiedy  znów  tańczyli  razem,  Sara  odezwała  się  z  ujmującym 

uśmiechem: 

- Nadzwyczajna arogancja, milordzie! Od trzech dni ignoruje pan 

całkowicie  swoją  przyszłą  żonę,  a  potem  reaguje  gwałtownie  tylko 

dlatego, że ktoś poświęcił jej trochę uwagi. 

-  To  błędne  mniemanie  -  burknął  Guy,  rozglądając  się  dookoła, 

czy  nikt  nie  słyszy  jego  wymiany  zdań  z  narzeczoną.  -  Cóż  mnie 

background image

obchodzi jakiś dżentelmen, który zamienił kilka słów z moją przyszłą 

żoną. 

- Obchodzi, bo zachowuje się pan jak pies ogrodnika - wyjaśniła 

słodko  Sara,  wykonawszy  zgrabny  obrót  w  tańcu.  -  A  nie  obchodzi 

pana ktoś inny, czyli ja. Udowodnił to pan aż nadto należycie. 

-  A  pani  nadto  skwapliwie  szuka  pocieszenia,  jeszcze  zanim 

połączy nas małżeński węzeł. Ten Ferrier stał koło pani tak blisko, że 

kija by nie można między was wetknąć! 

Znów  rozdzielili  się  w  tańcu  i  znów  Sara  nadeszła  z  gotową 

ripostą. 

-  Pan  uważa,  że  bardziej  wypada  szukać  pocieszyciela,  gdy  jest 

się  już  mężatką?  -  wypaliła  bez  ogródek,  doskonale  zdając  sobie 

sprawę,  że  zachowuje  się  nagannie.  Jednak  świetnie  się  bawiła,  tym 

bardziej że Guy zdawał się nie dostrzegać komizmu sytuacji. 

-  Uprzedzam,  nie  będę  tolerował  tego  typu  ekscesów,  gdy 

zostanie pani moją żoną. Proszę o tym nie zapominać. 

-  Cały  czas  pamiętam,  że  chce  pan  mnie  skazać  na  bardzo 

samotną  egzystencję  -  odparła  z  uśmiechem,  składając  przed  nim 

przesadnie  niski  ukłon,  gdy  taniec  dobiegł  końca.  -  Jest  pan 

obrzydliwym  purytaninem,  milordzie.  Przecież  w  małżeństwach  z 

rozsądku obowiązują pewne reguły. 

W odpowiedzi Guy chwycił ją mocno za rękę i zaczął prowadzić 

ku  drzwiom.  Wszyscy  ich  obserwowali,  wszyscy  też  udawali,  że 

niesnaski  między  narzeczonymi  w  ogóle  ich  nie  obchodzą.  Podjęła 

rozpaczliwą próbę nakłonienia Guya do zmiany kierunku. 

background image

- Jestem bardzo spragniona, milordzie. 

- Napije się pani w salonie, gdzie będziemy rozmawiać. 

- Ale ja wcale nie łaknę żadnej rozmowy! Pańskie zachowanie jest 

wręcz absurdalne, lordzie Renshaw! 

Mogła  sobie  darować  mniej  lub  bardziej  łagodne  protesty.  Guy 

puścił  jej  rękę,  za  to  objął  wpół  i  pociągnął  ze  sobą.  Ostatnie  metry, 

dzielące  ich  od  drzwi,  Sara  przebyła  właściwie  w  ramionach  Guya. 

Narzeczony puścił ją dopiero w salonie. Kopniakiem zamknął drzwi. 

-  A  czemuż  to  lordowska  mość  nie  zamyka  drzwi  na  klucz?  - 

spytała  Sara  zmartwionym  głosem.  -  Ostatnim  razem  okazało  się  to 

tak przydatne. 

- Posłuchaj, Saro... 

-  Nie  będę  niczego  słuchać!  -  przerwała  podniesionym  tonem.  - 

Dość już się nasłuchałam! 

- Ale tego posłuchasz. Jeśli sądziłaś, że nasze małżeństwo będzie 

małżeństwem z rozsądku, to muszę wyprowadzić cię z błędu. 

Sara  milczała.  Nie  spodziewała  się  takiego  oświadczenia. 

Zaprotestowała dopiero po chwili, nieco drżącym głosem. 

-  Przecież  to  miał  być  taki  rodzaj  układu.  Oboje  w  jakiś  sposób 

jesteśmy zobligowani do tego małżeństwa, no więc... 

- Nie, Saro! Ja się na to nie zgadzam. 

Sara  milczała,  zupełnie  wytrącona  z  równowagi.  Przypomniała 

sobie, jak Guy przekonywał ją, że powinni pobrać się dla dobra Oliwii 

oraz by ratować reputację Sary. Skąd zatem ten gwałtowny protest? 

background image

-  Nie  rozumiem  pana,  milordzie.  Chyba  nie  będzie  pan  mi 

opowiadał o jakichś... Uczuciach względem mnie. Wiem, że wciąż nie 

przebaczył pan mi niesłusznych oskarżeń. 

- Zgadza się - mruknął Guy, wkładając ręce do kieszeni surduta. - 

Jednak pragnę porozmawiać z panią właśnie... o uczuciach. 

Tym  razem  zdumienie  Sary  nie  miało  granic,  jednocześnie 

gorączkowo  próbowała  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  czy  ona 

rzeczywiście  chce  poznać  uczucia  Guya.  Nie  znalazła  odpowiedzi, 

jako że Guy, zapatrzony w zimowy krajobraz za oknem, przystąpił już 

do omawiania kwestii. 

-  Panno  Sheridan,  zależy  mi  na  szczerej  rozmowie.  A  więc  ja... 

kiedy  zobaczyłem  panią  wtedy,  z  naręczem  kwiatów,  na  tej  ulicy  w 

Bath... od tej pierwszej chwili wydała mi się pani bardzo pociągająca. 

I dlatego też... 

Odwrócił się i spojrzał na nią. 

-  I  dlatego,  panno  Sheridan,  nie  będzie  to  małżeństwo  z  samej 

tylko nazwy. Żaden układ! Nawet gdybym pani obiecał, że będziemy 

małżeństwem  tylko  z  nazwy,  nie  byłbym  w  stanie  dotrzymać  takiej 

obietnicy. Rozumie pani? 

-  Przecież  to  niegodziwe!  Pan  nie  czuje  do  mnie  ani  odrobiny 

sympatii! 

Guy  podszedł  do  niej.  Z  kunsztownie  upiętej  fryzury  ostrożnie 

wyciągnął jeden loczek koloru bursztynu. Sara zadrżała na całym ciele 

i  szybko  odwróciła  głowę,  żeby  ukryć  wyraz  twarzy.  Gdyby  Guy 

wiedział, jaką posiada władzę, jak umie zniewolić jej umysł i ciało... 

background image

- Doskonale pojmujesz, co mam na myśli, Saro... - szepnął. Jego 

palce  zostawiły  loczek  w  spokoju,  teraz  delikatnie  pieściły  szyję.  - 

Czujesz to samo. I to jest jedyna rzecz, która nas łączy. 

Sara jęknęła z rozpaczą, jej dłonie zacisnęły się w pięści. 

- Ale ja nie chcę się temu poddawać! 

-  A  ja  chcę  -  odparł  z  uśmiechem  Guy.  -  I  tym  właśnie  różnimy 

się od siebie. 

-  Tak  nie  może  być  -  protestowała  Sara  bliska  łez.  -  Jak 

zbudujemy  związek,  skoro  zdążyliśmy  powiedzieć  sobie  tyle 

gorzkich, bolesnych słów. Przecież my się nawet nie lubimy. Między 

nami nigdy nie będzie... prawdziwej miłości. 

Jednak Guy jakby nie słuchał. Jego usta przesunęły się delikatnie 

po  smukłej  szyi  dziewczyny  i  spoczęły  w  ciepłym,  pulsującym 

zagłębieniu.  Sara  z  trudem  walczyła  z  żarem,  jaki  ogarniał  jej ciało  i 

który przypominał jej o wszystkich gorących pocałunkach... 

A usta Guya już dotarły do celu, całując najpierw delikatnie jeden 

kącik, a potem drugi kącik jej spragnionych warg. Całował zmysłowo, 

czule... 

- Nie! - krzyknęła Sara, wyrywając się z jego objęć. - Nie będę się 

temu poddawać. 

-  Pani  wola,  panno  Sheridan  -  powiedział  zachrypniętym, 

nieswoim  głosem,  odstępując  od  niej  o  krok.  -  Niech  pani  jednak 

pomyśli, jakie smutne i samotne będzie pani życie, jeśli dzień po dniu 

odmawiać będzie pani sobie tego, czego pani pragnie, za czym tęskni, 

background image

i co może się spełnić tylko w moich ramionach... Tylko moich, panno 

Sheridan! 

 

W  dniu  poprzedzającym  ślub,  późnym  popołudniem  Amelia 

uchyliła  drzwi  małego  kościółka  i  z  ulgą  spojrzała  na  nieruchomą 

postać w pierwszym rzędzie ławek. Był to ten sam kościół, w którym 

Amelia trzy dni temu wzięła ślub z sir Greville'em Baynhamem. 

Pozdejmowano  już  jednak  ślubne  dekoracje.  W  kamiennych 

murach  panował  przejmujący  chłód.  Sara,  owinięta  szczelnie 

peleryną,  siedziała  bez  ruchu,  z  odchyloną  głową,  jakby 

kontemplowała złociste gwiazdki, namalowane na suficie. 

-  Saro,  moja  droga,  nareszcie  cię  znalazłam  -  powiedziała 

półgłosem Amelia, wsuwając się na miejsce obok kuzynki. - Długo tu 

jesteś? 

Sara  drgnęła  i  zamrugała  powiekami,  jakby  wyrwano  ją  z 

głębokiego snu. 

- Milly! Przepraszam, zamyśliłam się. Tak tu spokojnie... Nie, nie 

jestem  długo,  chyba  kwadrans.  Przedtem  mierzyłam  suknię...  no 

wiesz, do ślubu... 

Głos  Sary  zamarł.  Panna  Sheridan  w  niczym  nie  przypominała 

radosnej kobiety, szykującej się do ślubu z ukochanym mężczyzną. 

- Moja droga, ciebie coś gnębi. Denerwujesz się tym ślubem, tak? 

- spytała ostrożnie Amelia. 

Sara wzruszyła ramionami i jeszcze szczelniej otuliła się peleryną. 

- Na pewno zauważyłaś, że Guy od tygodnia mnie unika? 

background image

-  No  cóż  -  bąknęła  wyraźnie  zakłopotana  Amelia.  -  Zauważyłam 

jakiś dystans między wami. Ale Guy jest przecież bardzo zajęty... 

Sara ożywiła się nagle. 

-  Moja  droga  -  powiedziała  ostro,  posyłając  Amelii  miażdżące 

spojrzenie.  -  Doskonale  wiesz,  że  nawet  pełniąc  obowiązki  pana 

domu,  można  znaleźć  trochę  czasu  dla  narzeczonej.  Jeśli,  naturalnie, 

ma  się  na  to  ochotę!  Przypomnij  sobie,  jak  Greville  zachowywał  się 

przed waszym ślubem. A Guy... Guy po prostu mnie unika, ponieważ 

wplątał się w małżeństwo, którego wcale nie pragnie. Zdecydował się 

na  nie  tylko  po  to,  aby  uniknąć  skandalu,  no  i  nie  zrezygnuje,  bo 

wtedy skandal byłby jeszcze większy! 

Nagle  coś  stuknęło,  jakby  kamień  uderzył  o  kamień.  Obie 

podskoczyły  i  trwożliwie  rozejrzały  się  dookoła.  Nie  było  nikogo, 

tylko  ze  ścian  patrzyły  na  nich  nieruchome  kamienne  twarze 

Woodallanów, którzy przenieśli się już do wieczności. 

-  Chyba  mysz  -  powiedziała  niepewnym  głosem  Amelia, 

nerwowo  zbierając  fałdy  sukni.  -  Saro,  jak  ty  powiedziałaś? 

Małżeństwo  z  rozsądku,  żeby  uniknąć  skandalu?  Dziwne,  przecież 

pamiętam, jak Guy ci nadskakiwał... Skąd ta nagła zmiana? 

Na bladej twarzy Sary pojawiły się lekkie rumieńce. 

-  Och,  Milly!  Od  samego  początku  wszystko  układało  się  na 

opak! Ciągłe nieporozumienia i tak mało czasu, żeby je wyjaśnić. Guy 

i  ja  w  ogóle  nie  mamy  do  siebie  zaufania.  Dlaczego  ja  się  w  nim 

zakochałam?  Tak  nagle...  Prawie  w  ogóle  go  nie  znam.  -  Sara 

bezradnie potrząsnęła głową. - Wspominałam ci, że przed przyjazdem 

background image

do Blanchlandu przez przypadek usłyszałam jego rozmowę z ojcem. Z 

tej  rozmowy  wynikało,  że  Guy  ma  przede  mną  pewne  rzeczy  zataić. 

Wobec tego ja z kolei nie powiedziałam mu, że odnalazłam Oliwię.  

I  tak  każde  z  nas  posiało  ziarno  nieufności.  Potem  Guy  sam  mi 

wyznał,  że  jego  ojciec  polecił  mu  odszukać  Oliwię  i  zmusić  ją,  aby 

usunęła  się  w  cień,  nie  sprawiała  kłopotów  Woodallanom.  To 

zabrzmiało  tak  bezwzględnie,  niemal  okrutnie!  Byłam  przerażona. 

Guy  przysięgał,  że  on  nie  mógłby  tak  postąpić  wobec  Oliwii,  ale  ja 

znów zaczęłam w niego wątpić... 

- I dlatego, kiedy pojawił się niespodzianie w Folly Tower, byłaś 

przekonana, że... 

-  Tak,  Milly  -  przytaknęła  Sara,  ze  smutkiem  kiwając  głową.  - 

Byłam  przekonana,  że  to  on  napadł  na  Oliwię.  Rzuciłam  mu  to 

oskarżenie  w  twarz.  Ale  tak  naprawdę,  to  miałam  wtedy  w  głowie 

straszny  zamęt.  Zrozum,  ja  już  zaczynałam  mu  ufać,  a  on  znów 

postępował  tak,  jakby  knuł  coś  za  moimi plecami.  Tak było,  Milly,  i 

dlatego,  kiedy  znalazłam  nieprzytomną  Oliwię,  a  potem  zobaczyłam 

Guya...  

Milly,  byłam  już  tak  tym  wszystkim  udręczona,  zagubiona  jak 

małe  dziecko.  Wiem,  wiem,  to  mnie  nie  usprawiedliwia.  W  każdym 

razie  okazałam  mu  całkowity  brak  zaufania,  a  on  nie  potrafi  mi tego 

wybaczyć.  To  koniec,  Milly.  Jeśli  nawet  rodziło  się  w  nim  jakieś 

uczucie, to i tak teraz wszystko przepadło. 

Przez  dłuższą  chwilę  siedziały  w  milczeniu.  Nagle  Sara  zadrżała 

konwulsyjnie. 

background image

- Jak mogę poślubić Guya, skoro on mną pogardza? Może nawet 

mnie  nienawidzi.  Powinnam  uciec,  ale  dokąd?  Och,  przeklinam 

Blanchland  i  tę  potrzebę  dbania  o  moją  reputację!  Milly!  Przecież  ja 

mam złamane serce! 

- Saro! Kochanie! 

Przerażona Amelia objęła kuzynkę ramieniem. 

-  Przede  wszystkim  chodźmy  już  stąd,  Saro.  Na  pewno 

przemarzłaś. 

Wstały  i  powoli  ruszyły  środkiem  kościoła,  rozmawiając  nadal 

przyciszonymi głosami. Amelia starannie zamknęła ciężkie drzwi i już 

po chwili obie damy kroczyły przed siebie wysypaną żwirem dróżką. 

Żwir  chrzęścił  cichutko pod  ich  stopami,  ciszej,  coraz  ciszej,  a  kiedy 

ucichł zupełnie, w jednym z okien kościółka, za kolorowym witrażem, 

pojawiła się czyjaś twarz. 

I kiedy postacie obu kobiet były już niewidoczne, drzwi kościółka 

uchyliły się ostrożnie i ktoś ciężko zszedł po kamiennych schodach. 

 

Późnym  wieczorem  lord  wezwał  do  siebie  syna.  Czekał  w 

gabinecie.  Wszystko  tu  było  tak,  jak  wtedy  gdy  lord  odsłaniał  przed 

synem  tajemnicę  pochodzenia  Oliwii  Meredith.  W  kominku  płonął 

ogień, starszy pan, z książką w ręku, siedział w fotelu. Na stoliku stały 

dwa kieliszki do brandy. 

- Siadaj, synu - zaprosił lord, wskazując fotel. 

- Ty, ojcze, też się napijesz? 

background image

-  Tak,  synu,  z  chęcią  -  przystał  z  uśmiechem  lord,  odkładając 

książkę na stolik. 

Guy  napełnił  kieliszki  i  rozsiadłszy  się  wygodnie  w  fotelu, 

spojrzał pytająco na ojca. 

- Przede wszystkim chciałem ci podziękować, synu. Bo to ty mnie 

przekonałeś,  że  nie  warto  być  starym,  upartym  osłem.  Nie  chciałem 

uznać  swojej  wnuczki,  ponieważ  jej  rodzice  kiedyś  zbłądzili.  A  to 

przecież Bogu ducha winna i urocza dziewczyna. 

Guy  uśmiechnął  się,  nie  odrywając  oczu  od  złotawego  płynu  w 

kieliszku. 

- Bardzo się cieszę, ojcze, że polubiłeś pannę Meredith. Myślę, że 

jej przybrani rodzice mają powód do dumy. 

-  O,  tak.  Dziewczyna  jest  świetnie  ułożona  i  odebrała  stosowne 

wykształcenie. Młody Lebeter wie, o kogo się starać! Wydaje mi się, 

że  można  mu powierzyć  Oliwię.  No  cóż,  odzyskałem  wnuczkę,  żeby 

stracić ją za kilka tygodni! 

- Ale to zupełnie co innego, ojcze! Poza tym okres narzeczeństwa 

raczej się wydłuży. Justin będzie musiał przekonać swoją matkę, a to 

na pewno zajmie sporo czasu. 

- Masz rację. Lady Lebeter to kobieta z charakterem. 

-  Mama  próbuje  nakłonić  panią  Meredith,  żeby  razem  z  Oliwią 

zamieszkały  teraz  w  Woodallan,  w  wolnym  domu  na  terenie 

posiadłości. To twój pomysł, ojcze? 

background image

- Nie. Nie doceniasz matki, Guy. To jej pomysł, a ja przyjąłem go 

z  radością.  Będę  szczęśliwy,  jeśli  dane  mi  będzie  częściej  oglądać 

moją wnuczkę. 

-  Greville  i  Amelia  też  zapraszali  panią  Meredith  z  córką  do 

siebie, do Bath, sądzę jednak, że młodzi małżonkowie, tuż po ślubie... 

-  Powinni pobyć  sami?  Masz  rację.  A  my  tu,  jak  sytuacja trochę 

się uspokoi, wprowadzimy Oliwię do towarzystwa. 

-  A  co  sądzisz,  ojcze,  o  zagrożeniu  ze  strony  Allardyce'a?  Może 

rozsiewać niebezpieczne plotki na temat Oliwii. 

Hrabia machnął lekceważąco ręką. 

- Ludzie na pewno będą plotkować, ale jeśli ma się przyjaciół... 

Lord zawiesił głos, jednak Guy doskonale wiedział, co ojciec miał 

na  myśli.  Lord  Woodallan,  mimo  że  z  powodu  choroby  nie 

uczestniczył  już  w  życiu  towarzyskim,  był  nadal  człowiekiem 

niezmiernie wpływowym i pogłoski rozsiewane przez Allardyce'a nie 

mogły zbytnio zaszkodzić, szczególnie teraz, kiedy Oliwia była już po 

słowie z Justinem Lebeterem.  

A matka Oliwii, Catherine, nie żyła  od dawna. Poza tym plotki i 

skandale mają to do siebie, że ludzie, choć je kochają, szybko się nimi 

nudzą i z radością rzucają się na nowe sensacje. 

Guy dopił brandy i uniósł się z fotela. 

-  Cieszę  się,  że  wszystko  ma  się  ku  dobremu.  A  teraz,  jeśli 

pozwolisz, ojcze, oddalę się, bo przed jutrzejszym dniem mam jeszcze 

coś do zrobienia. 

- Zostań, Guy. To nie wszystko, o czym chciałem porozmawiać. 

background image

Starszy  pan  westchnął,  przez  chwilę  uważnie  obserwował  syna 

spod krzaczastych brwi, po czym przemówił szorstko. 

- Zastanawiam się, synu, czy nie lepiej, byś zrezygnował ze ślubu 

z panną Sheridan. 

Guy zmrużył oczy. 

- Wybacz, ojcze, czy ja się nie przesłyszałem? 

- Nie, nie przesłyszałeś. Siadaj, do licha! 

-  O  co  chodzi,  ojcze?  -  spytał  Guy  nieswoim  głosem,  opadając 

znów na fotel. 

- Wszyscy widzieli, że ty i panna Sheridan nie lgniecie do siebie. 

To niezbyt dobra prognoza na przyszłość, mój drogi. 

Guy skrzywił się lekko. 

- No cóż, ojcze. Nie będę ukrywał, że istnieją pewne trudności. 

- I zdaje się, że niezależnie od rodzaju tych trudności, ty nie jesteś 

w stanie ich przezwyciężyć. Dlatego rozsądniej byłoby odwołać ślub. 

-  Nie,  ojcze.  Mówiliśmy  przed  chwilą  o  skandalu.  A  to  dopiero 

będzie skandal, jeśli mój ślub z panną Sheridan nie dojdzie do skutku. 

Starszy pan niespokojnie poruszył się w fotelu. 

-  Chwileczkę,  Guy!  Czy  to  znaczy,  że  zdecydowałeś  się  na  ten 

ślub  tylko  z  pobudek  altruistycznych?  -  spytał  oschłym  głosem.  -  To 

bardzo  szlachetne  z  twojej  strony,  ale  kiepski  powód  do  zawarcia 

małżeństwa. Nic dziwnego, że czujesz do tej dziewczyny taką urazę! 

Guy zarumienił się. 

- To nie tak, ojcze - powiedział cicho, ale ojciec, nie zważając na 

jego protest, mówił dalej, konfidencjonalnie zniżając głos: 

background image

-  Szczerze  mówiąc,  czuję  ulgę,  że  nie  zależy  ci  na  tej 

dziewczynie.  Jesteś  moim  jedynym  synem,  dziedziczysz  po  mnie 

tytuł.  Po  co  masz  zawierać  związek,  dzięki  któremu  nie  uzyskasz 

żadnych korzyści materialnych? Nazwisko Sheridanów było kiedyś w 

naszym  kraju  bardzo  poważane,  ale  ta  dziewczyna  nie  ma  żadnego 

majątku, nie ma dobrych koneksji towarzyskich, niczego... 

- Jesteś w błędzie, ojcze! - powiedział twardym głosem Guy. - Ja 

chcę,  aby  ten  ślub  się  odbył.  I  jestem  zdumiony,  że  mówisz  w  taki 

sposób o swojej chrzestnej córce. 

-  Po  prostu  jestem  szczery,  nie  owijam  niczego  w  bawełnę.  Im 

dłużej  się  nad  tym  zastanawiam,  tym  bardziej  jestem  przekonany,  że 

popełniasz błąd. Nie musisz zamartwiać się sytuacją panny Sheridan. 

Pomogę jej... 

- Pomożesz jej, ojcze? A na czym miałaby polegać ta pomoc? 

-  No...  na  początku,  dopóki  nie  ucichnie  skandal,  związany  z 

wyjazdem do Blanchlandu, panna Sheridan powinna udać się w jakąś 

dłuższą  podróż.  Trzeba  znaleźć  miłą,  szacowną  damę,  która  lubi 

podróżować  i  chętnie  przystanie  na  towarzystwo  panny  Sheridan. 

Myślę, że bez trudności przekonamy pannę Sheridan... 

- A ja nalegam, żeby ojciec nikogo do niczego nie przekonywał! - 

oświadczył  podniesionym  tonem  Guy.  -  I  powtarzam  ojcu,  że  chcę 

ożenić się z panną Sheridan. Nie zmienię zdania! 

-  A  ja  powtarzam,  że  ślubu  nie  będzie!  -  zawołał  gniewnie  lord, 

uderzając pięścią w poręcz fotela. - Znajdę jakieś wyjście, ułożę się z 

dziewczyną. 

background image

-  Tak  jak  chciałeś  ułożyć  się  z  panną  Meredith!  -  krzyknął  Guy, 

zrywając  się  z  fotela.  -  To  twój  ulubiony  sposób  załatwiania  spraw! 

Może  panna  Sheridan  też  powinna  zniknąć,  żeby  nie  zawadzać 

Woodallanom! 

-  Tak  sądzisz?  -  spytał  lord,  nagle  spokojnym  głosem.  -  Sądzisz, 

że chcę ją przekupić? Znasz mnie, synu, już dwadzieścia dziewięć lat. 

Powiedz, czy ja kiedykolwiek w życiu tak postąpiłem? 

- No nie. Jednak... 

- Zostawmy w spokoju pannę Meredith. Guy, pomówmy o twojej 

narzeczonej.  Nie,  nie  chcę  jej  przekupić,  synu.  A  skoro  uparłeś  się  z 

tym  ślubem,  to  może...  może  porozmawiamy  o  mej  przyszłej 

synowej? Może to będzie ta moja... pomoc? 

Starszy pan upił łyk brandy i nie spuszczając oczu z syna, mówił 

dalej. 

-  Wspomniałeś  o  pewnych  komplikacjach,  synu...  no  cóż, 

spotkałeś  pannę  Sheridan  po  wielu  latach.  Ileż  to  dni  liczy  ta  wasza 

nowa znajomość? Chyba dziesięć? Nie dłużej, prawda? A spotkaliście 

się  w  chwili,  gdy  panna  Sheridan  znalazła  się  w  trudnej  sytuacji, 

niezwykle trudnej, z którą jednak chciała uporać się sama. 

Owszem,  miała  u  swego  boku  kuzynkę,  lady  Fenton  nie  była 

jednak  wtajemniczona  w  szczegóły.  Panna  Sheridan,  bez  wahania 

spiesząc  na  pomoc  Oliwii,  wzięła  wszystko  na  swoje  barki.  Sama 

musiała wszystko przemyśleć, sama o wszystkim decydować. Pomyśl, 

ile  musiało  ją  to  kosztować,  skoro  nawet  my,  synu,  ja  i  ty,  którzy 

obiecaliśmy  jej  pomóc,  powtarzam,  obiecaliśmy,  okazaliśmy  się  w 

background image

pewnym  sensie  oszustami.  Zamiast  pomóc,  okłamaliśmy  ją.  Nie 

wiedziała przecież, że ja chcę pierwszy odnaleźć Oliwię. 

- Powiedziałem jej o tym, ojcze. Później... 

- Ale za późno! Pomyśl, jak bardzo potrzebowała pomocy. Słaba, 

bezbronna,  mająca  za  towarzyszkę  równie  bezbronną  kuzynkę.  Już 

zaczynała  ci  ufać,  traktować  jak  kogoś,  na  kim  można  się  wesprzeć. 

Wtedy  wyznałeś  jej  prawdę.  Powiedziałeś,  że  zgodnie  z  moją  wolą 

masz  pozbyć  się  Oliwii,  kupić  jej  milczenie.  Ta  prawda  przeraziła 

pannę  Sheridan.  Szok  musiał  być  tym  większy,  że  znów  zasiałeś  w 

niej ziarno nieufności, znów poczuła się sama, bezradna, zagubiona.  

Czy  to  takie  dziwne,  że  kiedy  zastała  cię  przy  nieprzytomnej, 

pobitej bratanicy, nasunął jej się ten jeden, logiczny wniosek? Pomyśl, 

ona znała cię zaledwie dziesięć dni! Czy ty tego nie pojmujesz, Guy? 

Czy  można  winić  dziewczynę,  która  sama  borykała  się  z  ciężarem, 

stanowczo zbyt wielkim na jej barki? 

Guy  siedział  w  milczeniu,  po  chwili  na  jego  twarzy  pojawił  się 

ponury uśmiech. 

-  No  tak,  wyłożyłeś  mi  to  wszystko  dokumentnie...  Powiedz, 

ojcze, skąd ty to wiesz? 

Lord spojrzał na niego z nie ukrywaną satysfakcją. 

-  Usłyszałem  to  z  ust  samej  panny  Sheridan.  A  czego  nie 

usłyszałem,  jakoś  wydedukowałem.  I  zgodzisz  się,  że  chyba  nie 

najgorzej? 

- O, tak - przytaknął Guy i nagle zasępił się. - Czy Sara naprawdę 

sama ci to wszystko opowiedziała? 

background image

-  A  skąd!  -  zaprzeczył  z  uśmiechem  lord.  -  Usłyszałem 

przypadkiem,  jak  rozmawiała  z  kuzynką.  Mówiła  jeszcze  coś,  ale  to 

naprawdę nie było przeznaczone dla moich uszu!  Aha, i wreszcie... - 

Na twarzy lorda pojawił się ciepły uśmiech. - Jeśli chcesz znać moją 

prawdziwą opinię o pannie Sheridan, to wiedz, mój synu, że uważam 

ją za osóbkę bardzo dzielną i prawą. W żadnej mierze nie rezygnuj ze 

ślubu!  I  wiesz  co,  Guy?  -  Plecy  lorda  zatrzęsły  się  od  śmiechu.  - 

Myślałem,  że  mnie  spoliczkujesz,  kiedy  wyraziłem  się  o  niej 

lekceważąco! 

- Jakbyś mówił zupełnie o kimś innym. 

- Wybacz! Ciężko mi było udawać, ale musiałem tobą potrząsnąć! 

Byłeś  o  krok  od  tego,  żeby  odepchnąć  od  siebie  to,  co  najmilsze 

twemu sercu. Tak, synu. 

Guy nalał sobie jeszcze brandy i wypił jednym haustem, do dna. 

- Chyba muszę porozmawiać z moją narzeczoną. 

- Lepiej z tym nie zwlekaj! 

Pokonał  schody  z  prędkością  przynajmniej  dwukrotnie  większą 

niż  zwykle.  Niestety,  i  tak  przybiegł  za  późno.  Lady  Woodallan, 

wyraźnie  zgorszona,  przekazała  mu  przez  drzwi,  że  w  noc  przed 

ślubem narzeczony stanowczo nie powinien oglądać swej narzeczonej, 

bo wróży to nieszczęście. Guyowi pozostało więc tylko jedno.  

Odszedł jak niepyszny, zastanawiając się, czy przez głupią dumę 

już nie sprowadził na swą głowę nieszczęścia. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Tego dnia stary kościółek zmienił się nie do poznania. Szare mury 

przystrojono  zielonymi  gałązkami  ostrokrzewu,  wawrzynu  i  sosny, 

przewiązanymi  złocistymi  i  czerwonymi  wstęgami.  Panna  młoda, 

wsparta  na  ramieniu  ojca  chrzestnego,  kroczyła  środkiem  kościoła, 

oszołomiona blaskiem setek świec i tą jedną, dominującą teraz myślą. 

Klamka  zapadła.  Poprzedniego  wieczoru  przyszła  do  niej  matka 

Guya,  opowiadała,  jak  cała  rodzina  cieszy  się  z  tego  ślubu  i  życzy 

młodym  wszystkiego  najlepszego.  Napomknęła,  co  prawda,  o  nieco 

krótkim  okresie  znajomości,  wyrażając  jednak  nadzieję,  że  mimo  to 

serce Sary zdążyło poznać i zrozumieć przyszłego męża.  

W  końcu  Sara,  przemęczona  i  zdenerwowana,  wybuchnęła 

głośnym  płaczem,  a  matka  chrzestna  tuliła  ją  do  siebie,  szepcząc  do 

ucha słowa otuchy. Potem Sara zasnęła.  

No a teraz brała ślub. Lord Renshaw ubrany był na biało i zielono. 

Twarz  poważna,  nieprzenikniona  -  dopóki  nie  uśmiechnął  się,  tylko 

raz,  a  tak  ciepło  i  serdecznie,  że  serce  Sary  podskoczyło  z  radości. 

Właśnie  wtedy  pomyślała,  że  ten  mężczyzna  obok,  choć  tylko  na 

krótką chwilę, stał jej się bardzo bliski.  

Ceremonia  ciągnęła  się  bardzo  długo,  słowa  przysięgi  państwo 

młodzi  powtarzali  jasnymi,  dźwięcznymi  głosami,  bez  wahania. 

Potem  małżonek  podał  ramię  małżonce  i  poprowadził  ją  uroczyście 

środkiem kościoła. 

-  Saro,  wyglądasz  pięknie  -  szepnął.  -  A  ja  muszę  z  tobą 

pomówić... 

background image

Przerwał,  weszli  już  bowiem  do  kruchty,  gdzie  tłoczyli  się 

wieśniacy  i  dzierżawcy.  Ktoś  krzyknął  rubasznie,  wymachując 

gałązką jemioły: 

- Gorzko! Gorzko! 

Guy uśmiechnął się i złożył na ustach żony pocałunek, ostrożny i 

chłodny. Jakby zabłąkany płatek śniegu musnął jej wargi... 

Ciężkie,  ołowiane  chmury  pokryły  niebo.  Wszyscy  wylegli  z 

kościoła,  zrobili  przejście  i  młoda  para,  wśród  śmiechu  i  wiwatów, 

przeszła do karety. W powietrzu zawirowały pierwsze płatki śniegu. 

-  Saro  -  odezwał  się  Guy,  siadając  naprzeciwko  żony.  -  Ostatnio 

niewiele  czasu  spędzaliśmy  ze  sobą,  a  ja  koniecznie  muszę  ci  coś 

powiedzieć. 

Drzwi karety otworzyły się. 

- Wybaczcie, moi drodzy! Czy lady Amelia i Oliwia mogą jechać 

z  wami?  -  mówiła  szybko  matka  Guya,  patrząc  błagalnie  na  świeżo 

upieczonych  małżonków.  -  Śnieg  sypie  coraz  bardziej,  a  one, 

wyobraźcie sobie, przyszły do kościoła na piechotę! 

Przez  całą  drogę  powrotną  Oliwia,  bardzo  podekscytowana 

uroczystością, paplała bez przerwy. 

-  Och,  jak  we  śnie,  zupełnie  jak  we  śnie!  Saro,  wyglądasz 

przecudnie!  A  w  kościele  paliło  się  tyle  świec!  I  jak  pięknie  był 

przystrojony. Te zielone gałązki świetnie zastąpiły kwiaty. 

Sara  uśmiechała  się,  mówiła  jakieś  miłe  słowa,  cały  czas 

świadoma, że  Guy patrzy na nią bez  przerwy, a jego oczy, które tyle 

czasu były chłodne i odpychające, dziś nagle są pełne ciepła. Jeszcze 

background image

wczoraj,  przy  kolacji,  ignorował  ją  zupełnie,  jakby  ta  lodowata 

obojętność  weszła  mu  w  krew.  Potem  zapragnął  z  nią  porozmawiać, 

ale matka odprawiła go spod drzwi.  

A dziś w kościele zjawił się zupełnie inny Guy, serdeczny, pełen 

atencji.  Ta  nieoczekiwana  przemiana  wpływała  na  Sarę  bardzo 

deprymująco. 

Kareta  wjechała  na  podjazd.  Stangret  zatrzymał  konie,  Sara 

zebrała  fałdy  sukni,  szykując  się  do  wysiadania.  Guy  był  jednak 

szybszy  i  czyniąc  zadość  starym  obyczajom,  porwał  ją  na  ręce  i 

przeniósł  przez  próg,  wzbudzając  wielki  aplauz  zgromadzonych  w 

holu gości weselnych. 

Natychmiast  obstąpił  go  tłum  przyjaciół  i  Sara,  korzystając  z 

zamieszania, gorączkowo zaszeptała do Amelii: 

- Milly, musimy porozmawiać. 

-  Dobrze  się  czujesz,  Saro?  -  spytała  Amelia,  patrząc  na  nią 

zatroskanym wzrokiem. 

- Oczywiście! Ale musimy porozmawiać, i to szybko, zanim Guy 

zauważy. 

Obie  kuzynki  niepostrzeżenie  przemknęły  do  pokoju  dla  dam. 

Sara starannie zamknęła drzwi i natychmiast zaczęła lamentować: 

- Och, Milly! Ja zupełnie nie mam pojęcia, co się dzieje! 

- Stań przed lustrem, moja droga - poleciła praktyczna kuzynka. - 

Przede wszystkim poprawię ci suknię i fryzurę. 

background image

-  No  więc  wczoraj...  -  zaczęła  Sara,  wpatrując  się  w  swoją 

zdenerwowaną  twarz  -  jeszcze  wczoraj  zupełnie  mnie  ignorował,  a 

dziś... 

- Świetny pomysł z tym diademem - mruknęła do siebie Amelia i 

przypiąwszy  diadem  nieco  mocniej,  zajęła  się  upychaniem  kilku 

niesfornych loczków. 

Zniecierpliwiona Sara gwałtownie odwróciła głowę. 

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Milly? 

- Naturalnie, że tak! Ale chciałam też pochwalić lady Woodallan, 

że  wpadła  na pomysł,  abyś  zamiast wianka  nałożyła  srebrny  diadem. 

Przecież w zimie nie ma... 

- Milly! Ja muszę powiedzieć ci coś o Guyu! 

Ktoś  wszedł  do  pokoju.  Sara  była  pewna,  że  to  świekra,  głos 

jednak był zdecydowanie męski. 

-  Lady  Amelio,  byłbym  bardzo  zobowiązany!  -  prosił  Guy  i 

Amelia natychmiast ruszyła ku drzwiom. 

Sara w ostatniej chwili złapała ją za ramię. 

- Milly, zostań! 

-  Bądź  rozsądna  -  syknęła  lady  Baynham  i  uśmiechnąwszy  się 

porozumiewawczo do Guya, opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi 

wyjątkowo starannie. 

Sara, czując, że wpada w panikę, odwróciła się do lustra i oczami 

spłoszonej  sarny  wpatrywała  się  w  męską  postać  zmierzającą  w  jej 

kierunku. 

- Czekają już na nas, tak? - spytała lekko zdyszanym głosem. 

background image

-  Mogą  poczekać  -  powiedział  Guy,  biorąc  ją  delikatnie  za 

ramiona i odwracając ku sobie. - Saro, chciałbym ci powiedzieć... 

-  Co?  -  szepnęła,  wpatrując  się  w  niego  oczami  okrągłymi  z 

przerażenia. 

-  Czego  ty  się  tak  boisz?  -  spytał  szorstko  i  nagle  zaklął:  -  Do 

diabła, moja cierpliwość już jest na wyczerpaniu. 

Przygarnął ją mocno, jego usta natychmiast trafiły do jej warg. A 

ona, jak nakazywał instynkt, natychmiast je rozchyliła, zarzucając mu 

ręce na szyję. 

- Guy, co wy wyrabiacie - rozległ się płaczliwy głos pani domu. - 

Wszyscy  wprost  mdleją  z  głodu.  Na  pieszczoty  będziecie  mieli 

jeszcze mnóstwo czasu! 

- Dobrze, mamo. Zaraz przyjdziemy. 

-  Nie!  Idziemy  już  teraz!  -  oświadczyła  bezapelacyjnym  tonem 

lady  Woodallan,  podchodząc  do  Sary  i  poprawiając  jej  koronkową 

suknię, która po uścisku Guya nie wyglądała już tak nieskazitelnie. 

Kiedy  wracali  do  gości,  Sara  zdawała  sobie  sprawę,  że  loczki 

znów wysunęły się spod diademu, a policzki jej płoną, tak więc goście 

weselni  nie  będą  mieli  wątpliwości,  czym  zajętą  była  młoda  para  w 

pokoju dla dam.  

Nie  to  jednak  było  istotne.  Do  Sary  bowiem  dotarło,  że  Guy 

próbuje  jej  coś  powiedzieć  i  próby  te  ponawia,  więc  rzecz  musi  być 

ważna. A poza tym... poza tym w tym pokoju dla dam już nie po raz 

pierwszy  mogła  się  przekonać,  jak  wszechwładną  moc  ma  nad  nią 

Guy. 

background image

Przyjęcie  weselne  było  bardzo  wystawne.  Najpierw  podano 

gorącą  zupę, aby  goście  odtajali, potem  na  stole  pojawił  się  turbot  w 

sosie  ziołowym,  następnie  delikatny  kapłon,  a  na  końcu  comber  z 

sarny.  Sara  machinalnie  dziobała  widelcem  każdą  kolejną  potrawę, 

zbyt zdenerwowana, aby rozkoszować się jej wybornym smakiem. Na 

szczęście  gładko  prowadziła  konwersację,  z  Guyem  niezbyt  często, 

zauważyła jednak, że on przygląda jej się nieustannie. 

- Saro - szepnął, dotykając jej dłoni. - Chciałbym ci powiedzieć... 

- Saro, dziecko drogie - zawołał wesoło jej teść z drugiego końca 

stołu.  -  Dlaczego  wzgardziłaś  świątecznym  puddingiem?  Jest 

wyborny! 

Guy  z  rezygnacją  machnął  ręką,  a  Sara  czuła,  że  zaraz  się 

rozpłacze. 

I wreszcie do sali biesiadnej wniesiono olbrzymi puchar weselny, 

wypełniony  kompozycją  z  najprzedniejszych  win,  wzbogaconą 

imbirem,  muszkatem  i  jabłkami.  Hrabia  wzniósł  toast  za  zdrowie 

młodej pary, wypił pierwszy łyk i przekazał puchar pannie młodej.  

Sara  wypiła  potężny  łyk,  od  którego  zakręciło  jej  się  w  głowie. 

Puchar  wędrował  z  rąk  do  rąk,  wiele  osób  wznosiło  toast  albo 

wygłaszało  krótką  mowę  okolicznościową.  Kiedy  w  pucharze 

pokazało się dno, nadeszła pora na tańce. 

Od  stołu  Sara  wstawała  na  nieco  chwiejnych  nogach.  Sosy  do 

wszystkich  potraw  doprawione  były  winem,  a  zawartość  weselnego 

pucharu  wyjątkowo  mocna.  Z  wdzięcznością  przyjęła  pomoc 

background image

troskliwego  małżonka,  który  skwapliwie  złapał  ją  wpół,  szepcząc  do 

ucha: 

- Saro, jak się czujesz? Możemy zaraz się oddalić, ale dobrze by 

było, gdybyśmy przetańczyli choć jeden taniec. 

Zwykle  na  początku  grywano  dwa  szybkie  tańce  ludowe,  tym 

razem  jednak  pan  młody  zadysponował  inaczej  i  salę  wypełniły 

słodkie dźwięki walca. Pan młody wyprowadził oblubienicę na środek 

i oboje zawirowali w upojnym tańcu.  

A kiedy  walc ucichł, goście rzucili się do młodej pary. Wirowali 

więc dalej, przekazywani z rąk do rąk, wśród salw śmiechu i wesołych 

okrzyków.  W  końcu  Sara,  zupełnie  bez  tchu,  opadła  na  krzesło  i 

zażądała natychmiast zimnej lemoniady. 

Po  walcu  przyszła  kolej  na  tańce  ludowe.  Sara  fruwała  z  ramion 

do  ramion,  jako  że  każdy  dżentelmen  pragnął  zatańczyć  z  uroczą 

panną  młodą.  W  tym  czasie  Guy  przeżywał  prawdziwe  oblężenie, 

ogłoszono bowiem, że damy mogą same wybrać sobie kawalerów do 

tańca, tak więc wszystkie, jak jeden mąż, rzuciły się do pana młodego. 

Tańczyli  zatem  osobno  i  tylko  raz,  na  króciutko,  Sara 

przechwyciła spojrzenie Guya, w którym była tęsknota i determinacja. 

Dawał do zrozumienia, że wytrzyma te pląsy, bo tak każe obyczaj, ale 

i tak za chwilę będzie tylko z Sarą. Sam na sam. 

Wiedziona jakimś odruchem, wysunęła się z roztańczonego tłumu 

i wyszła do holu. Za oknem, na tle ciemnego nieba, wirowały tysiące 

białych  płatków.  Było  tak  pięknie...  Narzuciła  szybko  pelerynę  i 

wybiegła na dwór. Szybkim krokiem ruszyła jakąś zasypaną śniegiem 

background image

ścieżką,  co  pewien  czas  zerkając  w  rozświetlone  okna.  Troszkę 

przestraszona, jak dziecko, które uciekło z nielubianej lekcji.  

Cisową  aleją  zbiegła  w  dół,  aż  do  rozłożystego  dębu.  Powietrze 

było  czyste,  mroźne,  śnieg  sypał  bez  przerwy.  I  nagle  Sara, 

uśmiechnąwszy się do tego śniegu, rozpostarła ramiona i zakręciła się 

w kółko. Raz, drugi, szybko, coraz szybciej. Jak jeszcze jeden płatek 

śniegu, wielki, czarny, bardzo czarny wśród tej nieskazitelnej bieli. 

- Saro, co ty wyrabiasz?! 

Silne  ramiona  zatrzymały  ją  w  miejscu.  Guy  miał  ośnieżone 

włosy  i  rzęsy,  pachniał  mroźnym  powietrzem  i  wodą  sandałową,  a 

Sara czuła, że kolana jej coraz bardziej drżą. 

- Ja... ja po prostu czułam, że muszę wyjść. 

-  Ty  szalejesz  na  śniegu,  a  ja  szaleję  z  niepokoju  -  mówił 

zdenerwowanym  głosem.  -  Nie  było  cię  ani  w  sali  balowej,  ani  w 

twojej sypialni... Szukałem wszędzie. Saro, bałem się, że ty odeszłaś. 

- Odeszłam? Dlaczego? I dokąd? 

- Nie wiem. 

Ramiona  Guya  opadły.  Cofnął  się  nieznacznie  i  spoglądając  w 

ciemne niebo, powiedział cicho: 

- A dlatego, że nie chcesz być moją żoną. 

- Guy... 

-  Nie!  -  krzyknął,  odwracając  ku  niej  zmienioną  twarz.  -  Proszę, 

wysłuchaj mnie. Cały dzień próbuję ci powiedzieć... 

background image

-  Renshaw,  niech  mnie  kule  biją!  -  rozległ  się  tubalny  głos  z 

ciemności.  -  Jak  się  macie,  moi  drodzy!  Przybyłem  wznieść  toast  za 

wasze zdrowie! 

-  To  sir  Ralph  -  szepnęła  Sara.  -  Chyba  znalazł  klucze  do 

piwniczki z winem. 

- O, nie, panienko! - zaprotestował obsypany śniegiem wielkolud, 

stając nagle  przed  nią.  -  To  woda  źródlana,  która  orzeźwia  lepiej  niż 

najprzedniejsza  brandy!  A  mnie  wyleczyła  z  gorączki.  Musiała 

zresztą, bo niczego innego do picia w domu nie było! 

Uczyniwszy  to  wyznanie,  sir  Ralph  wyciągnął  ramiona  i  niemal 

zgniótł Sarę w potężnym uścisku. 

- Dużo szczęścia, droga kuzynko! 

- Dziękuję, drogi kuzynie - śmiała się Sara, wysuwając się z jego 

objęć  i  biorąc  go  pod  rękę.  -  Sir  Ralphie,  zapraszamy  serdecznie  do 

środka. Proszę wziąć udział w naszej uroczystości. 

Wrócili  do  domu  po  śladach  Sary.  W  holu  sir  Covell, 

wyzwoliwszy  się  z  peleryny,  jeszcze  raz  złożył  życzenia,  całując 

kuzyneczkę po ojcowsku i serdecznie ściskając dłoń Guya. 

- Dziękujemy, milordzie.  I raczy pan wybaczyć, że nie będziemy 

towarzyszyć  mu  do  sali  balowej  -  mówił  Guy  gładko,  wszelako  z 

trudem  hamując  zniecierpliwienie.  -  Mam  z  żoną  ważną  kwestię  do 

omówienia, bardzo pilną... 

Sir Ralph porozumiewawczo mrugnął okiem. 

- Rozumiem, wszystko rozumiem, młodzieńcze! I nie kłopocz się, 

sam znajdę drogę. 

background image

Uśmiechnął  się  jeszcze  raz  i  dziarskim  krokiem  ruszył  w  stronę 

drzwi,  zza  których  dobiegały  dźwięki  muzyki.  Drzwi  otworzyły  się 

przed nim same, na progu stanęła lady Woodallan. 

-  Ścielę  się  do  nóg,  łaskawa  pani  -  zagrzmiał  na  cały  hol 

imponujący bas sir Covella. - I pytam od razu, czy nie chciałaby pani 

spróbować  krystalicznie  czystej,  cudownie  orzeźwiającej  wody  z 

mojego źródła? 

Lady  Woodallan,  uśmiechając  się  niepewnie,  wymówiła  się 

grzecznie i szybkim krokiem umknęła do Sary i Guya. 

-  A  któż  to  taki?  -  spytała  półgłosem,  wskazując  oczami  na 

olbrzyma,  znikającego  w  drzwiach  sali  balowej.  -  Czy  był 

zaproszony? I chyba troszkę... pijany? 

-  Zaręczam,  że  tylko  wodą  źródlaną  -  wyjaśniła  ze  śmiechem 

Sara.  -  To  sir  Covell,  mój  kuzyn  o  dość  wątpliwej  reputacji,  wydaje 

się  jednak,  że  zamierza  wyszlachetnieć,  a  przede  wszystkim  zrobić 

interes na wodzie ze swego źródła. Proszę wybaczyć... 

-  Nic  się  nie  stało,  moja  droga  -  uspokoiła  ją  świekra.  -  Niech 

kuzyn  bawi  się  razem  z  nami.  Wy  też  powinniście  wrócić  do  sali 

balowej. 

-  Nie,  mamo  -  zaprotestował  kategorycznym  tonem  Guy.  - 

Wszyscy świetnie się bawią bez nas! Poza tym Sara natychmiast musi 

się przebrać, bo brodziła w śniegu. No i co najważniejsze, ja muszę z 

nią porozmawiać. I to w cztery oczy! 

- Ależ Guy! - jęknęła hrabina. - Nie wypada, żebyście oddalali się 

tak  wcześnie!  Poza  tym,  zgodnie  z  obyczajem,  powinniśmy  wszyscy 

background image

uroczyście  odprowadzić  Sarę  do  sypialni,  trzeba  też  pomóc  jej  zdjąć 

suknię... 

- Sam ją odprowadzę - oświadczył zdesperowany Guy, chwytając 

Sarę za rękę. Po kilku minutach byli już w pokoju nowożeńców. 

-  To  straszne  -  śmiała  się  Sara,  z  trudem  łapiąc  oddech.  -  Twoja 

matka  na  pewno  nie  życzy  sobie,  żeby  jej  synowa  zachowywała  się 

tak osobliwie! 

Guy  zamknął  drzwi  i  dla  większej  pewności,  że  nikt  ich  nie 

otworzy, oparł się o nie całym ciałem. 

- Saro, muszę z tobą porozmawiać. 

- Wiem. Próbujesz to zrobić przez cały dzień. 

-  Tak.  Próbuję.  A  więc,  Saro...  Nie,  Saro,  twoja  suknia  jest 

zupełnie mokra od tego śniegu. Musisz natychmiast się przebrać. Ja... 

ja wyjdę na chwilę. 

Ruszył ku drzwiom wiodącym do garderoby. Zatrzymał go drżący 

głos: 

-  Guy,  twoja  matka  miała  rację.  Nie  poradzę  sobie  z  tą  suknią. 

Tam z tylu są guziczki... Przez całe plecy. Czy mógłbyś je rozpiąć? 

- Naturalnie - oświadczył Guy energicznym głosem osoby chętnej 

do niesienia pomocy innym.  

Zdjął  z  Sary  mokrą  pelerynę  i  rozwiesił  na  krześle  przed 

kominkiem.  Potem  jego  mocne  palce  zręcznie  rozpinały  guziczki. 

Jeden, drugi, trzeci...  

Kiedy  dotykał  kolejnego  guziczka,  palce,  choć  nadal  bardzo 

sprawne,  drżały  jeszcze  bardziej.  Tak  samo  drżała  Sara.  Ostatni 

background image

guziczek,  i  dłoń  Guya  delikatnie  przesunęła  się  po  jej  plecach, 

przykrytych już tylko cieniutką batystową koszulką. 

- Gotowe - powiedział zachrypniętym głosem i natychmiast znikł 

w drzwiach garderoby. 

Sara  zsunęła  suknię,  potem  zdjęła  bieliznę,  zostając  w  samej 

koszulce. Wszystko było mokre. Co ją podkusiło z tym bieganiem po 

śniegu? Spojrzała w okno. Ciemna, mroźna noc, śnieg sypał nadal. A 

w tej sypialni jest jasno i ciepło, ogień płonie w kominku... 

Cichy  szmer  w  garderobie  przypomniał  jej,  że  Guy  zaraz  wróci. 

Zdjęła szybko koszulkę i włożyła jedyną suchą część garderoby, jaką 

miała  pod  ręką.  Nocną  koszulkę  z  najcieńszego  batystu,  a  na  nią 

peniuar  w  pięknym  odcieniu  eau-de-nil.  Kiedy  szczotkowała  włosy 

przed  lustrem,  wszedł  Guy  w  granatowym  szlafroku.  Przez  krótką 

chwilę patrzyli na siebie, potem Guy wypowiedział zdanie, które tego 

dnia słyszała już wielokrotnie: 

- Chciałbym ci coś powiedzieć. 

Rozejrzał  się.  W  sypialni  było  tylko  jedno  krzesło,  wziął  więc 

Sarę  za  rękę  i  podprowadził  do  łóżka.  Serce  Sary  biło  jak  szalone. 

Guy usiadł, ona też, jak najdalej od niego, w nogach łóżka. 

Zapadła cisza. 

Po chwili Sara odezwała się błagalnym tonem: 

- Guy? Powiedz mi, proszę, bo zaczynam się bardzo niepokoić. 

Tym  bardziej  że  posępna  twarz  małżonka  nie  wróżyła  niczego 

dobrego. 

background image

-  Wybacz,  Saro  -  zaczął  zakłopotany,  nerwowo  przeczesując 

palcami  włosy.  -  Przez  cały  dzień  nie  mogłem  doczekać  się  chwili, 

kiedy uda mi się pomówić z tobą na osobności. A teraz sam nie wiem, 

od  czego  zacząć.  Wczoraj  wieczorem  pukałem  do  ciebie.  Wiesz  o 

tym? 

-  Tak.  Twoja  matka  powiedziała,  że  nieszczęście  gotowe,  jeśli 

narzeczony zobaczy oblubienicę w noc przed ślubem. 

-  Dla  mnie  nieszczęściem  była  niemożność  rozmówienia  się  z 

tobą - powiedział Guy przygnębionym głosem. - Wieczorem odbyłem 

długą  rozmowę  z  ojcem.  I  on...  on  uświadomił  mi,  że  moje 

postępowanie  wobec  ciebie  było  bardzo  niewłaściwe,  od  samego 

początku. Najpierw, w Bath, rzuciłem ci w twarz oszczerstwo, potem 

wymusiłem na tobie zgodę na małżeństwo.  

W  Blanchlandzie  ukrywałem  prawdę,  jednocześnie  o  wszystko 

obwiniając  ciebie...  Moja  duma  nie  pozwalała  mi  przyznać  nawet 

przed  samym  sobą,  że  postępuję  źle.  A  teraz,  przez  te  ostatnie  dni, 

byłem  dla  ciebie  tak  przykry,  z  rozmysłem  unikałem  twego 

towarzystwa... 

-  Przestań!  -  krzyknęła  Sara,  niezdolna  wysłuchiwać  tej  listy 

przykrości  i  niepowodzeń.  -  Ja  też  nie  jestem  bez  winy,  przecież  to 

przeze  mnie  wszystko  tak  się  pogmatwało.  Guy,  proszę,  nie  mówmy 

już o tym, zapomnijmy... 

- A więc przebaczasz mi? Saro, nie wyobrażasz sobie, jaki jestem 

szczęśliwy!  Bo  muszę  ci  wyznać...  Saro,  moje  uczucie  narodziło  się 

background image

tak gwałtownie, tak szybko, jeszcze zanim miałem sposobność dobrze 

cię poznać. 

- Teraz też jeszcze dobrze mnie nie znasz - odezwała się cichutko 

Sara, spoglądając na niego nieśmiało spod rzęs. 

-  Znam.  Na  Boga,  Saro,  przecież  wiem...  Masz  piękną  twarz  i 

piękną duszę. Jesteś bardzo dzielna i jednocześnie tak delikatna. Ja cię 

kocham, Saro! Saro, dlaczego płaczesz? 

-  Nie  wiem  -  przyznała  uczciwie.  -  Chyba  ze  zdenerwowania. 

Naprawdę mnie kochasz? 

-  Kocham,  kocham  całym  sercem.  Więc  dlaczego  płaczesz?  Czy 

dlatego, bo jest ci to niemiłe? Saro? 

Na twarzy Guya malowała się teraz całkowita bezradność. 

- Saro? Ty mnie nie kochasz? 

- Ja? - Załzawiony uśmiech Sary był pełen szczęścia. - Guy, ja też 

cię kocham. Całym sercem. Jaki z pana głuptas, lordzie Renshaw! 

A Guy był już przy niej, tuląc ją do siebie jak największy skarb. 

-  Przeżyliśmy  niezły  galimatias,  Saro.  Ale  najważniejsze,  że 

jesteśmy razem. 

Jego palce delikatnie głaskały aksamitny karczek żony, przykryty 

kaskadą 

złocistobursztynowych 

loczków. 

Poły 

męskiego, 

granatowego  szlafroka  rozchyliły  się,  pod  spodem  nie  było  nic, 

jedynie  gładka  skóra,  pachnąca  drzewem  sandałowym.  Nad 

obojczykiem zagłębienie...  

Usta  Sary  przywarły  do  tego  miejsca,  tylko  na  moment,  bo  Guy 

już  podrywał  jej  głowę,  już  całował,  łapczywie,  żarliwie,  już 

background image

obejmował  smukłe  ciało  w  koszulce  z  najcieńszego  batystu  i 

zwiewnym peniuarze... 

 

W sypialni panował ziąb, Sarze było jednak rozkosznie ciepło pod 

grubą  kołdrą,  szczelnie  otulającą  ją  i  jej  małżonka,  władczo 

obejmującego żonę silnym ramieniem.  

- Guy - szepnęła. 

Obudził  się  natychmiast.  Spojrzał  półprzytomnie  zaspanymi 

oczami i jeszcze mocniej przygarnął ją do siebie. 

- Saro, moja... - szepnął jej do ucha. - Czy jesteś zadowolona? 

- O, tak - wymruczała. 

- Może... powtórzymy? 

-  Nie  wiem,  milordzie  -  odezwała  się  nagle  bardzo  układnie.  - 

Chyba pora jest niezbyt stosowna. Czy już ranek? 

-  Wątpię.  Jest  jeszcze  bardzo  ciemno.  Nie  słychać  też,  żeby  ktoś 

kręcił się po domu. 

Guy  ziewnął  szeroko  i  wychylił  się  z  łóżka,  żeby  zapalić  świecę 

stojącą  na  stoliku.  Kołdra  zsunęła  się,  płomień  świecy  oświetlił 

wspaniały, muskularny tors. 

Sara spojrzała łakomie, więc on, za  karę, pociągnął ją za jeden z 

bursztynowych  loczków.  Chciała  chwycić  go  za  rękę.  Drugi  koniec 

kołdry, chroniący jej nagość, opadł na łóżko. 

-  Mówiłem  już,  że  cię  kocham?  -  pytał  Guy,  biorąc  Sarę  w 

ramiona. 

background image

-  Tak,  tak,  ale  mów  jeszcze,  kochany,  a  ja  potem  powtórzę  tyle 

samo razy... 

 

Obudziło ich dyskretne pukanie do drzwi. Guy narzucił szlafrok i 

poszedł  otworzyć.  Sara,  kryjąc  się  w  łóżku  za  kotarą,  gorączkowo 

naciągała  koszulkę  i  peniuar.  Guy  wrócił  po  chwili,  niosąc  tacę  ze 

śniadaniem. 

-  Mama  powiedziała,  że  na  pewno  zgłodnieliśmy.  Ciekawe,  po 

czym? Zupełnie nie mam pojęcia - śmiał się, stawiając tacę na stole. - 

Co my tu mamy? Chleb, masło, jajka... No i niespodzianka! 

Roześmiał się i teatralnym gestem wskazał na olbrzymi dzbanek.  

- A co w środku? - pytała Sara. 

- Nie domyślasz się? Woda! Czysta, źródlana woda. 

Nalał wody do szklanek i śmiejąc się wesoło, mówił dalej: 

-  Mama  twierdzi,  że  przy  śniadaniu nikt nie  stronił  od  tej  wody! 

Wszyscy  wychwalali  ją  pod  niebiosa.  Jest  to  ponoć  cudowny 

medykament  dla  tych,  którzy,  ulegając  podszeptom  szatana, 

pofolgowali  sobie  wczoraj  w  spożywaniu  mocniejszych  trunków. 

Hm...  niezła.  Mam  nadzieję,  że  twój  kuzyn  tym  razem  wsiadł  na 

właściwego konia. 

- Daj Boże, żeby mu się powiodło - westchnęła Sara. - Blanchland 

pozbędzie się swej ponurej sławy. 

-  Ale  to  Blanchland  sprawiło,  że  wszyscy  są  szczęśliwi.  Oliwia 

odzyskała  rodzinę,  a  w  dodatku  dostała  Justina  Lebetera.  Amelia  i 

Greville połączyli się na zawsze, a sir Ralph ma swoją wodę źródlaną 

background image

i  jasno  patrzy  w  przyszłość!  Jednak  najwięcej  szczęścia  miałem  ja, 

prawda? 

Jego  zręczne  palce  już  rozwiązywały  węzeł  paska  peniuaru,  ten 

węzeł, który przed paroma minutami Sara zawiązywała tak starannie. 

-  Tak,  ja  -  szeptał,  szukając  jej  ust.  -  Blanchland  dał  mi  ciebie, 

Saro. Dał mi szczęście na całe życie.