background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

1 z 20

Bruno Ferrero 

 

„ ŚPIEW   ŚWIERSZCZA   POLNEGO ” 

 

Wydawnictwo Salezjańskie 

Warszawa, 2007 

 

1.   ŚWIERSZCZ   POLNY   I   MONETA 

 

Pewien  mądry  Hindus  miał  przyjaciela,  który  mieszkał  w  Mediolanie.  Poznali  się  w  Indiach,  

dokąd  Włoch  udał  się  z  rodziną  na  wycieczkę.  Hindus  był  przewodnikiem  włoskich  turystów  i  pokazał  im 
najbardziej charakterystyczne zakątki swej ojczyzny. 

Zaprzyjaźniony  Mediolańczyk  wdzięczny  za  to,  zaprosił  Hindusa  do  swego  miasta.  Hindus  długo  

nie mógł zdecydować się na wyjazd, ale w końcu uległ namowom przyjaciela i pewnego pięknego dnia wysiadł 
na lotnisku Malpensa pod Mediolanem. 

Następnego  dnia  mieszkaniec  Medialanu  i  Hindus  spacerowali  w  centrum  miasta.  Hindus  

o czekoladowej twarzy, z czarną brodą i żółtym turbanie przyciągał spojrzenie przechodniów. Mediolańczyk był 
ogromnie dumny z egzotycznego przyjaciela. 

W pewnym momencie, na Placu San Babila, Hindus zatrzymał się i spytał: 
-Czy słyszysz również i ty to, co ja słyszę? 
Mieszkaniec  Mediolanu,  trochę  zaskoczony,  natężył  słuch,  ale  przyznał,  że  słyszy  jedynie  wielki  hałas 

wywołany ruchem miejskim. 

-Tu w pobliżu znajduje się śpiewający świerszcz – stwierdził Hindus. 
-Mylisz  się  –  powiedział  mieszkaniec  Mediolanu.  –Ja  słyszę  jedynie  zgiełk  miejski.  A  z  resztą, 

tutaj nie ma świerszczy. 

-Nie mylę się. Słyszę śpiew świerszcza – upierał się Hindus i zaczął poszukiwania wśród liści kilku 

nędznych drzewek. Po chwili pokazał przyjacielowi, który sceptycznie go obserwował, małego owada. Wspaniały 
świerszcz niezadowolony, starał się ukryć przed osobami zakłócającymi jego koncert. 

-Widzisz świerszcza? – spytał Hindus. 
-Rzeczywiście  –  przyznał  Mediolańczyk.  –Wy  Hindusi  macie  słuch  bardziej  wyostrzony  

od białych... 

-Tym razem ty się mylisz – uśmiechnął się mądry Hindus. –Zobacz tylko... 
Hindus  wyciągnął  z  kieszeni  małą  monetę  i  rzucił  ją  na  chodnik.  Natychmiast  cztery  czy  pięć  osób 

odwróciło się i spojrzało. 

-Widziałeś? – spytał Hindus. –Ten pieniążek zadźwięczał o wiele słabiej od śpiewu świerszcza, 

a jednak tylu białych go usłyszało. 

 

* * * 

 

Te  krótkie  opowiadania,  które  ci  przedstawiam  są  niczym  śpiew  świerszcza  w  mieście.  

Pragnę  poprosić  cię,  abyś  choć  przez  chwilę  zwrócił  uwagę  na  głosy,  w  które  przestaliśmy  się  już 
wsłuchiwać.  Na  te  głosy  i  na  te  śpiewy,  które  istnieją  w  nas  samych  i  mówią  nam  o  niebie  błękitnym  
i  o  czystym  powietrzu,  o  snach  i  biciu  serca,  o  pragnieniu  bliskości  drugiego  człowieka,  
wspólnego  płaczu,  uśmiechu,  wzajemnego  uścisku,  o  zadziwiającej  miłości  i  dobroci  Boga,  
który przyszedł na świat i prosi, byśmy pozwolili Mu, aby zbawił nas. 

 

2.   DLA   KOGO  ? 

 
Jedno z opowiadań żydowskich mówi o mądrym rabinie bojącym się Boga. Pewnego wieczora, po dniu 

spędzonym nad księgą starych proroctw, rabin postanowił wyjść na ulicę i odprężyć się w czasie przechadzki. 

Idąc powoli drogą leżącą na uboczu, spotkał pewnego stróża, który długimi i zdecydowanymi krokami 

chodził tam i z powrotem przed ogrodzeniem bogatej posiadłości. 

-Dla kogo tak chodzisz? – spytał zaciekawiony rabin. 
Stróż wymienił nazwisko swego pana. Potem zapytał: 
-A ty dla kogo chodzisz ? 
To pytanie głęboko zapadło w serce rabina. 
 

* * * 

 

A  ty,  dla  kogo  wędrujesz?  Dla  kogo  przeznaczone  są  wszystkie  kroki  i  niepokoje  twego  dnia?  

Dla kogo żyjesz? 

Żyć  można  tylko  dla  kogoś.  Dzisiaj  przy  każdym  kroku  powtórz  Jego  imię.  Przekonasz  się,  

że nigdy dotąd twój dzień nie był tak łatwy do przeżycia. 

 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

2 z 20

3.   PROFESOR   I   PRZEWOŹNIK 

 
Pewnego  dnia  jeden  z  najsławniejszych  profesorów  uniwersytetu,  kandydat  do  nagrody  Nobla,  dotarł 

nad brzeg jeziora. 

Poprosił przewoźnika, by wziął go do swej łodzi na przejażdżkę po jeziorze. Dobry człowiek zgodził się. 

Gdy byli już daleko od brzegu, profesor zaczął go wypytywać: 

-Znasz historię? 
-Nie! 
-A więc jedna zwarta twego życia stracona. Znasz astronomię? 
-Nie. 
-A więc dwie czwarte twego życia poszły na marne. znasz filozofię? 
-Nie. 
-A więc trzy czwarte twego życia są stracone. 
Nagle niespodziewanie zaczęła szaleć okropna burza. 
Łódka na środku jeziora kołysała się jak łupinka orzecha. Przewoźnik przekrzykując ryk wiatru zapytał 

profesora: 

-Umie pan pływać? 
-Nie
 – odpowiedział profesor. 
-A zatem całe pana życie jest stracone... 

 

* * * 

 

Jest  wiele  dróg,  zazwyczaj  bardzo  pięknych  i  pociągających,  które  prowadzą  do  śmierci.  

Jedna  jedyna  droga  jest  drogą  życia.  To  droga  Boża.  Nie  trać  nigdy  z  oczu  tego,  co  jest  rzeczywiście 
najważniejsze. 

 

4.   KOMARY 

 
Młoda mamusia, uzbrojona w klapkę na muchy, starała się dotrzeć do wielkiego komara, który fruwał 

po domu. 

Widząc to, Alessio, który miał trzy latka i sześć miesięcy, złapał mamusię za spódnicę i zawołał: 
-Pozwól mu żyć! 
-Dlaczego? Ugryzie cię. 
-Ale dotrzymuje nam towarzystwa! 
 

* * * 

 
Najcenniejszy diament świata był pierwotnie zeszpecony rysą. Postanowiono więc zrobić z niego 

garstkę  diamentów  przemysłowych,  ale  pewien  zdolny  rytownik  z  nieskończoną  cierpliwością  
przez długi czas przekształcał ów diament w cudowną różę. Dziś wszyscy podziwiają różę, wyrzeźbioną 
w diamencie. 

Życie  pełne  jest  niespodzianek.  Są  dni  dobre  i  są  dni  złe.  Istnieją  problemy  i  różne  biedy,  

które  wywołują  nasze  cierpienie.  Ale  wyzwalają  też  czujność.  I  często  zmuszają  nas  do  wyciągnięcia  
na światło dzienne najlepszej cząstki naszego ja. 

 

5.   OFIARA 

 
W  pewnym  kościele  afrykańskim,  podczas  ofiarowania,  wyznaczone  osoby  przechodziły  z  dużym 

koszem wiklinowym, podobnym do tych, które służą do zbioru manioku. 

W  ostatnim  rzędzie  ławek  kościelnych  siedział  chłopczyk,  który  wpatrywał  się  zamyślony  w  koszyk, 

przechodzący z rzędu do rzędu. Westchnął, bo nie miał absolutnie nic do zaofiarowania Bogu. 

Gdy koszyk dotarł do niego, ku zdumieniu wszystkich wiernych, chłopczyk usiadł w koszyku mówiąc: 
-Jedyną rzecz, jaką posiadam – oddaję Bogu. 
 

* * * 

 

A  zatem  proszę  was,  bracia,  przez  miłosierdzie  Boże,  abyście  dali  ciała  swoje  na  ofiarę  żywą, 

świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej (Rz 12,1) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

3 z 20

6.   PRZYJĘCIE   W   ZAMKU 

 
Głos  kasztelańskiego  herolda,  który  odczytywał  na  placu  obwieszczenie,  obudził  wieś  położoną  

u podnóża zamku. 

„Nasz umiłowany pan zaprasza wszystkich swoich dobrych i wiernych poddanych do udziału  

w przyjęciu, wydanym z okazji swych urodzin. Każdy otrzyma miłą niespodziankę. Pan prosi jednak 
wszystkich  o  małą  przysługę:  osoby,  które  wezmą  udział  w  przyjęciu,  niech  przyniosą  ze  sobą 
trochę wody, aby uzupełnić kończące się rezerwy zamkowe...” 

Herold  powtórzył  kilkakrotnie  to  obwieszczenie,  potem  odwrócił  się  i  pod  eskortą  straży  powrócił  

do zamku. 

We wsi w przeróżny sposób komentowano zaproszenie: 
-Och! To  zawsze ten sam tyran!  Ma wystarczająco  wielu  służących,  by uzupełnić  zbiornik... 

Ja zaniosę szklankę wody i to wystarczy! 

-Ależ nie! Był zawsze dobry i szczodry! Ja przyniosę baryłkę! 
-A ja... naparstek wody! 
-Ja beczkę! 
Rano,  w  dniu  przyjęcia,  można  było  zobaczyć  dziwny  orszak  zdążający  do  zamku.  Niektórzy  pchali  

z  wysiłkiem  potężne  beczki  lub  nieśli,  sapiąc,  wielkie  wiadra  pełne  wody.  Inni  wyśmiewając  się  
ze współtowarzyszy drogi, nieśli małe karafki albo szklanki na tacy. Orszak ten wszedł na podwórzec zamkowy. 
Każdy opróżniał swój pojemnik w dużym basenie, ustawiał go w kącie i podążał do sali bankietowej. 

Pieczyste dania i napoje, tańce i śpiewy przeplatały się bez przerwy. Wreszcie pod wieczór pan zamku 

podziękował wszystkim w uprzejmych słowach za przybycie i powrócił do swych apartamentów. 

-A przyrzeczona niespodzianka? – szemrali niektórzy niezadowoleni i rozczarowani. 
Innych przepełniała radość: 
-Nasz pan zorganizował dla nas wspaniałą uroczystość! – mówili. 
Każdy  przed  powrotem  do  domu  udał  się  po  swój  pojemnik.  Dały  się  słyszeć  krzyki,  

które gwałtownie się nasilały. Były to okrzyki radości i złości. 

Pojemniki zostały napełnione aż po brzegi złotymi monetami! 
„Ach, gdybym przyniósł więcej wody...” 
 

* * * 

 

Dawajcie,  a  będzie  wam  dane:  miarą  dobrą,  natłoczoną,  utrzęsioną  i  opływającą  wsypią  

w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6,38) 

 

7.   TRZY   FAJKI 

 
Pewien stary i mądry wódz indiański dawał taką radę porywczym młodzieńcom swego plemienia: 
-Gdy  jesteś  rozgniewany  na  kogoś,  kto  śmiertelnie  ciebie  obraził  i  postanawiasz  go  zabić,  

by wymazać hańbę, zanim to uczynisz, nabij tytoniem fajkę i wypal ją. 

Gdy  skończysz  palić  „pierwszą  fajkę”,  stwierdzisz,  że  śmierć  byłaby  jednak  zbyt  surową 

karą za popełnioną winę. Przyjdzie ci na myśl, że zaaplikować będzie trzeba solidne baty. 

Jednak  nim  pochwycisz  kij,  usiądź,  nabij  „drugą  fajkę”  i  wypal  ją  do  końca.  Pomyślisz 

wówczas, że mocne i soczyste obelgi będą mogły świetnie zastąpić baty. 

Otóż,  gdy  już  będziesz  miał  pójść  i  zwymyślać  osobę,  która  ciebie  obraziła,  usiądź  i  nabij  

„trzecią  fajkę”,  wypal  ją,  a  gdy  to  zrobisz,  będziesz  miał  jedynie  ochotę  pogodzić  się  
z tym człowiekiem. 

 

* * * 

 

Zakonnicy  w  pewnym  klasztorze  mieli  wielkie  trudności,  aby  wieść  zgodne  życie.  

Często  wybuchały  sprzeczki,  również  z  błahych  powodów.  Zaprosili  więc  pewnego  ojca  duchowego, 
który  twierdził,  że  zna  niezawodną  metodę,  pozwalającą  zaprowadzić  harmonię  i  miłość  w  każdej 
grupie: Mistrz ów wyjawił im swą tajemnicę: 

-Ilekroć  przebywasz  z  kimś  lub  masz  coś  przeciwko  komuś,  musisz  powiedzieć  sobie: 

umieram i ta osoba również umiera. Gdy rzeczywiście pomyślisz tak, zniknie wszelka gorycz. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

4 z 20

8.   FATHER   FORGETS 

 
Posłuchaj,  synu:  mówię  to,  gdy  ty  śpisz,  z  rączką  pod  policzkiem  i  z  blond  włoskami  rozsypanymi  

na  czole.  Sam  wszedłem  do  twego  pokoju.  Przed  kilku  minutami,  gdy  usiadłem  w  bibliotece,  by  poczytać, 
ogarnęła mnie fala wyrzutów i pełen winy zbliżam się do twego łóżka. 

Myślałem  o  swoim  postępowaniu:  dręczyłem  ciebie,  robiłem  ci  wymówki,  gdy  przygotowywałeś  się,  

aby  wyjść  do  szkoły,  gdyż  zamiast  umyć  się  wczoraj,  jedynie  otarłeś  sobie  twarz  ręcznikiem  i  zapomniałeś 
wyczyścić sobie buty. Zwymyślałem cię, gdy zrzuciłeś coś na podłogę. 

W czasie śniadania wytykałem ci twoje uchybienia, że spadło ci coś na serwetkę; że przełykałeś chleb 

niczym  zagłodzony  zwierzak;  że  oparłeś  się  łokciami  o  stół;  że  zbyt  grubo  posmarowałeś  masłem  chleb.  
Gdy bawiłeś się, ja przygotowywałem się do wyjścia na pociąg. Oderwałeś się od zabawy, pokiwałeś mi rączką  
i zawołałeś: 

-Cześć, tatulku! 
A ja zmarszczyłem brwi i powiedziałem: 
-Trzymaj się prosto! 
Wszystko  zaczęło  się  na  nowo  późnym  popołudniem.  Gdy  przyszedłem  z  pracy,  bawiłeś  się  klęcząc  

na  ziemi.  Zobaczyłem  wtedy  dziury  w  twych  skarpetach.  Upokorzyłem  cię  przed  kolegami,  wysyłając  cię  
do domu. Skarpety kosztują, mówiłem, gdybyś musiał kupić je sam, obchodziłbyś się z nimi bardziej ostrożnie. 

Przypominasz  sobie,  jak  wszedłeś  nieśmiało  do  salonu,  z  e  spuszczonymi  oczami,  drżąc  cały  

po przeżytym upokorzeniu? Gdy uniosłem oczy znad gazety, zniecierpliwiony twym wtargnięciem, z wahaniem 
zatrzymałeś się przy drzwiach. 

-Czego chcesz? – zapytałem ostro. 
Ty  nic  nie  powiedziałeś,  podbiegłeś  do  mnie,  zarzuciłeś  mi  ręce  na  szyję  i  ucałowałeś  mnie,  a  twoje 

rączki uścisnęły mnie z miłością, którą Bóg złożył w twoim sercu, a która – choćby i nie odwzajemniona – nigdy 
nie więdnie. Potem poszedłeś do swego pokoju, drepcząc wolno po schodach. 

Otóż  synu,  zaraz  potem,  gdy  z  ręki  wysunęła  mi  się  gazeta,  ogarnął  mnie  wielki  lęk.  Co  się  ze  mną 

dzieje?  Przyzwyczajam  się  do  wynajdowania  win,  do  robienia  wymówek.  Czy  to  ma  być  nagroda  za  to,  
że nie jesteś osobą dorosłą; że jesteś dzieckiem? Dzisiejszej nocy tylko tyle. Przyszedłem tu, do twojego łóżka  
i uklęknąłem pełen wstydu. 

Wiem, że to jest nędzne wynagrodzenie; ze nie zrozumiałbyś tych spraw, gdybym ci o nich powiedział, 

gdy  się  obudzisz.  Ale  jutro  będę  dla  ciebie  prawdziwym  tatusiem.  Będę  ci  towarzyszył  w  twoich  zajęciach  
i zabawach, będę czuł się niedobrze, gdy tobie będzie źle i śmiać się będę, gdy ty będziesz się śmiał. Ugryzę się 
w język, gdy do ust cisnąć mi się będą słowa zniecierpliwienia. Będę ciągle powtarzał sobie: „On jest przecież 
jeszcze dzieckiem, małym chłopczykiem!”. 

Boję  się  naprawdę,  że  dotąd  traktowałem  cię  jak  osobę  dorosłą.  Tymczasem,  gdy  teraz  widzę  cię, 

synu,  skulonego  w  łóżeczku,  rozumiem,  że  jesteś  jeszcze  dzieckiem.  Wczoraj  twoja  główka  spoczywała 
bezbronnie na ramieniu mamusi. Zawsze wymagałem od ciebie zbyt wiele, zbyt wiele! 

 

* * * 

 

Wymagamy zawsze zbyt wiele... od innych. 

 

9.   KIEDY   KOŃCZY   SIĘ   NOC  ? 

 
Pewien  stary  rabin  zapytał  kiedyś  swych  uczniów,  na  podstawie  czego  można  rozpoznać  dokładnie 

chwilę, w której kończy się noc, a zaczyna dzień. 

-Może jest to ów moment, gdy można już łatwo odróżnić psa od owcy? 
-Nie
 – powiedział rabin. 
-A gdy można odróżnić drzewo daktylowe od drzewa figowego? 
-Nie
 – powtórzył rabin. 
-A więc kiedy? – spytali uczniowie. 
-Wtedy,  gdy  patrząc  na  twarz  jakiejkolwiek  osoby,  rozpoznajesz  w  niej  brata  lub  siostrę.  

Aż do tego momentu panuje noc w twoim sercu. – wyjaśnił rabin. 

 

* * * 

 

„Nauczyliśmy się fruwać jak ptaki, pływać jak ryby, ale nie nauczyliśmy się żyć jak bracia”  

(Martin Luther King) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

5 z 20

10.   MANHATTAN 

 
Hol koncernu Maximus Inc. był wielki niczym katedra, lśnił i błyszczał. Koncern był właścicielem połowy 

świata i to rzucało się w oczy. 

Mr. Liddel, prezes Maximusa, przyszedł dziś do pracy z pięciominutowym wyprzedzeniem. To był wielki 

dzień:  koncern  miał  przejąć  pół  tuzina  banków,  siedem  wielkich  międzynarodowych  gałęzi  przemysłowych, 
oprócz tego prawie całość gruntów pewnego afrykańskiego kraju, który nie mógł spłacić swoich długów. 

Mr  Liddel  promieniał:  wszystko  to  było  zasługą  jego  zręcznych  posunięć.  Spojrzenie  jego  stalowych 

oczu,  które  wywoływało  drżenie  całych  regimentów  urzędników,  przesuwało  się  po  holu  i  natknęło  się  
na  ławeczkę  czyścibuta.  Był  nim  stary  Murzyn  o  skromnym  wyglądzie.  Posługiwał  się  wystrzępionymi 
szmatkami i zużytymi szczotkami, a ręce miał poplamione pastą do butów. Mr.Liddel nigdy go dotąd nie widział, 
ale miał 5 minut czasu i mógł jeszcze kazać sobie odkurzyć wspaniałe buty, które kosztowały 650 dolarów. 

Stary Murzyn pracował bardzo sprawnie. Po trzech minutach buty błyszczały, aż przyjemnie było na nie 

popatrzeć.  Mr.  Liddel  mechanicznie  wręczył  staremu  dolara,  ale  spotkał  przy  tym  jego  wzrok.  Dziwny  wzrok, 
głęboki  o  błyskach  dobrotliwych  i  rozbawionych.  Nastąpił  dziwny  i  niewiarygodny  fakt.  Gdy  Mr.  Liddel  wstał  
z ławki, zdarzyło się coś dziwnego i niewiarygodnego. Buty, niczym rakiety, wystrzeliły,  „unosząc” Mr. Liddela 
poza hol. Dwaj przerażeni portierzy ujrzeli, jak przemierzał ulicę krokiem nowojorskiego maratończyka. 

Maraton  Me.  Liddela  był  bardzo  dziwny.  Buty  zaniosły  go  do  biednego  chłopca,  pozbawionego  nóg, 

który żebrał na rogu 59 ulicy i nie poruszyły się, dopóki szef koncernu nie włożył całej zawartości swego portfela 
do  rąk  przerażonego  chłopca.  Następnie  skierowały  się  ku  dzielnicom  biednych  domów  i  cierpiących  ludzi.  
(Mr. Liddel nie zdawał sobie sprawy, że tacy istnieją). Tam zmusiły go do patrzenia na łzy, samotność, nędzę 
fizyczną, na nikczemność, opuszczenie... 

Po kilku godzinach Mr. Liddel był wyczerpany i wstrząśnięty. Czuł się kimś innym. Tak jakby wydostał 

się ze skorupy kamiennej, która go więziła i jakby patrzył na ludzi po raz pierwszy. Pod wieczór buty uczyniły 
coś niesłychanego: zaniosły swego właściciela do kościoła. Ostatni raz był tam jako dziecko. Kościół był pusty  
i  ciemny,  świeciła  się  jedynie  czerwona  lampka.  Mr.  Liddel  przypomniał  sobie  głębokie  spojrzenie  i  światło,  
które błyszczało. Poczuł się szczęśliwy, jak nigdy dotąd i nagle wszystko zrozumiał. 

Potem jego buty wróciły do normalności. Wszedł do holu koncernu, gdy był już wieczór i natychmiast 

zapytał: 

-Czy widzieliście, dokąd poszedł ten czarny czyścicie butów? 
-Nigdy nie było tu czarnego czyściciela butów
 – powiedziano mu. 
Tak właśnie podejrzewał. Nigdy nie mówił o tym zdarzeniu. Zresztą, któż uwierzyłby w to, że Bóg był 

czarny i że był czyścicielem na Manhattanie? 

 

11.   PRZEBIEGŁA   MYSZKA 

 
Myszka, która przygotowywała się do wyjścia ze swej norki, zauważyła kota, czyhającego na zewnątrz. 

Cofnęła się więc szybko i zaprosiła przyjaciela na wspólną wyprawę do pewnego worka zbożowego. 

-Poszłabym  nawet  sama  –  powiedziała  –  ale  nie  mogę  odmówić  sobie  przyjemności 

przebywania w tak miłym towarzystwie. 

-Świetnie! – odrzekł przyjaciel – Pójdę z tobą. Prowadź! 
-Ja?
  –  zawołała  zdziwiona  myszka.  –Ja  mam  iść  przed  tak  sławną  i  znaną  myszką,  

jaką ty jesteś? Nigdy! Pójdę za waszmością... 

Mile  połechtany  tak  wielkim  szacunkiem,  przyjaciel  wyszedł  pierwszy  z  norki  i  został  złapany  

przez kota, który szybko oddalił się ze swą zdobyczą. 

Druga myszka wyszła już bezpiecznie. 
 

* * * 

 
Istnieją  ludzie,  którzy  zrzucają  ci  z  piątego  piętra  na  głowę  doniczkę  z  kwiatami,  

a potem mówią:  

„Oto składam ci w darze róże!” 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

6 z 20

12.   GDYBYM   NARODZIŁA   SIĘ   PONOWNIE 

 
Ktoś  zapytał  mnie  przed  kilku  dniami,  czy  mogąc  narodzić  się  ponownie,  przeżyłabym  życie  w  inny 

sposób. Nie namyślając się wiele odpowiedziałam „nie”, potem trochę się zastanowiłam i... 

Mogąc  na  nowo  przeżyć  moje  życie  mówiłabym  mniej,  a  słuchałabym  więcej.  Nie  rezygnowałabym  

z  zaproszenia  na  kolację  przyjaciół  jedynie  dlatego,  że  mój  dywan  jest  trochę  poplamiony  i  że  pokrycie 
tapczanu jest nieco wypłowiałe. 

Jadłabym  kruszące  się  bułeczki  w  eleganckim  salonie  i  o  wiele  mniej  martwiłabym  się  sadzami  

z zapalonego kominka. 

Znalazłabym  czas  na  wysłuchanie  opowiadań  dziadka,  wspominającego  lata  swej  młodości.  Latem  

nie domagałabym się zamykania okien w aucie, tylko dlatego, że dopiero co zrobiłam sobie ondulację. 

Nie  dopuściłabym,  aby  świeca  w  kształcie  róży  roztopiła  się,  zapomniana,  w  komórce.  Zużyłabym  ją 

zapalając często. 

Położyłabym się na łące z dziećmi, nie martwiąc się o poplamienie sukienki. 
Płakałabym i śmiałabym się o wiele mniej patrząc na telewizję, a częściej – obserwując życie. 
W większym stopniu dzieliłabym odpowiedzialność z moim mężem. 
Czując  się  źle,  położyłabym  się  do  łóżka  zamiast  iść  z  gorączką  do  pracy,  jakby  beze  mnie  w  biurze 

świat miał się zawalić. 

Zamiast  wyczekiwać  z  niecierpliwością  końca  9-ciu  miesięcy  ciąży,  ukochałabym  każdy  jej  moment, 

świadoma  tego,  że  ten  cudowny  fakt,  który  dokonuje  się  we  mnie,  jest  jedyną  okazją,  by  współpracować  
z Bogiem nad urzeczywistnieniem cudu. 

Całującemu mnie synowi nie powiedziałabym: „Dość, dość, idź, umyj się, bo kolacja jest już gotowa”. 
Częściej mówiłabym: „Kocham ciebie”, a rzadziej: „Przykro mi”..., ale przede wszystkim, mogąc zacząć 

wszystko  od  nowa,  zawładnęłabym  każdą  minutą...  patrzyłabym  na  nią  tak  długo,  aż  zobaczyłabym  ją 
rzeczywiście... żyłabym nią... i nie oddałabym nigdy. 

(Emma Bombeck) 

 

* * * 

 

Każda chwila, którą Bóg ci darowuje, jest przeogromnym skarbem. Nie  wyrzucaj go. Nie biegaj 

ciągle w poszukiwaniu niepewnego jutra.  

„Żyj  najlepiej  jak  możesz,  myśl  najlepiej  jak  umiesz,  czyń  najlepiej  jak  potrafisz 

dzisiaj.  Dzisiaj  bowiem  szybko  stanie  się  jutrem,  a  jutro  szybko  stanie  się  wiecznością.  
(A. P. Gouthey) 

 

13.   KTO   SIĘ   NIE   MODLI  ? 

 
Pewien  wieśniak  w  dzień  targowy  zatrzymał  się  w  zatłoczonej  restauracji,  w  której  zazwyczaj  jadała 

miejscowa  śmietanka.  Wieśniak  znalazł  miejsce  przy  stole,  przy  którym  siedzieli  już  inni  i  zamówił  u  kelnera 
jakieś  danie.  Gdy  ten  przyniósł  je,  wieśniak  złożył  ręce  i  odmówił  modlitwę.  Jego  sąsiedzi  obserwowali  go  
z pełną ironii ciekawością, a jeden z młodzieńców zapytał: 

-W domu też tak się zachowujecie? Modlicie się rzeczywiście wszyscy? 
Wieśniak, który spokojnie zaczął jeść, odpowiedział: 
-Nie, również i u nas są tacy, którzy się nie modlą.  
Młodzieniec zaśmiał się szyderczo: 
-Ach tak? A kto się nie modli? 
-Na przykład moje krowy, mój osioł, moje świnie... 
 

* * * 

 

Przypominam  sobie,  że  raz  po  całonocnym  marszu,  usnęliśmy  nad  ranem  w  pobliżu  lasku. 

Derwisz,  który  towarzyszył  nam  w  drodze,  krzyknął  coś  i  oddalił  się  w  kierunku  pustyni,  
nie odpocząwszy ani przez chwilę. 

Gdy nastał dzień, zapytałem go: 
-Co ci się stało? 
Odpowiedział: 
-Widziałem  słowiki,  które  świergotały  na  drzewach,  widziałem  kuropatwy  w  górach, 

żaby  w  wodzie  i  zwierzęta  w  lesie.  Pomyślałem  wówczas,  że  niedobrze  byłoby,  gdyby  wszyscy 
chwalili Pana, a ja sam spałbym, nie myśląc o Nim.  

(Sa’di) 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

7 z 20

14.   KOCHASZ   MNIE  ? 

 
W  wielkim  stawie  śliczna  kijanka  wyszła  za  mąż  za  rybę.  Ale  pewnego  dnia  wyrosły  jej  nogi  

i jak zdarza się wszystkim kijankom, zaczęła zmieniać się powoli w żabę. 

Powiedziała wówczas do męża, ryby: 
-Muszę pójść za moim przeznaczeniem i żyć na ziemi. Dlatego i ty musisz przyzwyczaić się 

do życia na ziemi. 

-Moja  droga!  –  zaprotestował  mąż.  –Cóż  zrobiłbym  z  moimi  płetwami  i  moimi  skrzelami?  

Wykończyłbym się! 

Kijanka (a właściwie już prawie żaba) westchnęła: 
-Kochasz mnie czy nie kochasz? 
-Naturalnie, że cię kocham
 – westchnął mąż. 
-A więc pójdziesz za mną, prawda? – stwierdziła kijanka. 
 

* * * 

 

Mężczyzna  i  kobieta  siedzieli  przy  oknie,  zapatrzeni  w  piękny  wiosenny  ogród.  Siedzieli  blisko 

siebie. Kobieta powiedziała: 

-Kocham ciebie. Jesteś piękny, bogaty i ładnie się ubierasz. 
A mężczyzna powiedział: 
-Kocham  cię.  Jesteś  cudowną  myślą,  jesteś  jak  coś  zbyt  cennego,  by  trzymać  w  ręce, 

jesteś piosenką w moich marzeniach. 

Wtedy kobieta odwróciła zagniewaną twarz od okna i wykrzyknęła: 
-Zostaw mnie, proszę. Nie jestem myślą, nie jestem rzeczą, która pojawia się w twoich 

snach.  Jestem  kobietą.  Chcę,  abyś  pragnął  mnie  jak  żonę,  jak  matkę  dzieci,  które  kiedyś 
będziemy mieli. 

I rozeszli się. 
Mężczyzna stwierdził: 
-Oto znów jeden sen rozpłynął się we mgle. 
A kobieta westchnęła: 
-Cóż mi po mężczyźnie, który przekształca mnie we mgłę i marzenia? 

(Gibran) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

8 z 20

15.   SZLACHETNE   DRZEWO 

 
Istniało  kiedyś  drzewo,  które  bardzo  kochało  małe  dziecko.  Dziecko  codziennie  odwiedzało  je.  

Zbierało jego liście, plotło z nich korony, aby potem bawić się w króla lasu. Wchodziło na jego pień i huśtało się 
na jego gałęziach. Jadło jego owoce, a potem wspólnie bawili się w chowanego. 

Dziecko, gdy było zmęczone, zasypiało w cieniu drzewa, a liście śpiewały mu kołysankę. 
Dziecko kochało drzewo całym swym małym sercem. 
I drzewo było szczęśliwe. 
Ale czas płynął, a dziecko rosło. Teraz, gdy dziecko było duże, drzewo często czuło się osamotnione. 
Pewnego dnia dziecko przyszło zobaczyć drzewo, a drzewo poprosiło: 
-Zbliż  się,  moje  dziecko,  wejdź  po  moim  pniu  i  zrób  sobie  huśtawkę  z  moich  gałęzi,  

jedz moje owoce, baw się w moim cieniu i bądź szczęśliwe. 

-Jestem  już  zbyt  duże,  by  wspinać  się  na  drzewo  i  by  bawić  się.  –  odrzekło  dziecko.  

–Chcę mieć pieniądze. Czy możesz mi dać pieniądze? 

-Przykro  mi  –  odpowiedziało  drzewo.  –Nie  mam  pieniędzy.  Mam  jedynie  liście  i  owoce.  

Weź moje owoce i sprzedaj je w mieście. Będziesz miało pieniądze i będziesz szczęśliwe. 

Wówczas dziecko wspięło się na drzewo, zebrało wszystkie owoce i odeszło. 
Drzewo było szczęśliwe. 
Ale dziecko długo nie wracało... I drzewo stawało się coraz smutniejsze. 
Pewnego dnia dziecko powróciło, a drzewo zadrżało z radości i powiedziało: 
-Zbliż  się,  moje  dziecko,  wejdź  po  moim  pniu,  zrób  sobie  huśtawkę  z  moich  gałęzi  i  bądź 

szczęśliwe. 

-Jestem  zbyt  zajęte  i  nie  mam  czasu  wspinać  się  na  drzewa.  –  odpowiedziało  dziecko.  

–Chcę  mieć  dom,  który  by  mnie  ochraniał.  Chcę  mieć  żonę  i  dzieci,  potrzebuję  więc  domu.  
Czy możesz dać mi dom? 

-Ja  nie mam  domu.  –  powiedziało  drzewo.  –Moim domem  jest las, ale ty możesz  obciąć moje 

konary i możesz zbudować sobie z nich dom. Wówczas będziesz szczęśliwe. 

Dziecko  poobcinało  wszystkie  konary  i  wzięło  je  ze  sobą,  aby  zbudować  sobie  dom.  A  drzewo  było 

szczęśliwe. 

Przez  długi  czas  dziecko  nie  powracało..  Gdy  znów  się  pokazało,  drzewo  było  tak  szczęśliwe,  

że z ledwością mogło mówić. 

-Zbliż się, moje dziecko. – szeptało. –Chodź pobawić się. 
-Jestem  zbyt  stare  i  zbyt  smutne,  by  bawić  się
  –  powiedziało  dziecko.  –Chcę  mieć  łódź,  

by uciec stąd daleko. Czy możesz dać mi łódź? 

-Zetnij  mój  pień  i  zrób  z  niego  łódź  –  powiedziało  drzewo.  –Będziesz  mogło  odpłynąć  stąd  

i być szczęśliwe. 

Wówczas  dziecko  ścięło  pień  i  zbudowało  sobie  łódź,  by  uciec  nią.  Drzewo  zaś  było  szczęśliwe...  

ale nie w pełni. 

Po długim czasie dziecko znów wróciło. 
-Przykro  mi,  moje  dziecko  –  powiedziało  drzewo  –ale  nic  ci  nie  mogę  dać...  Nie  mam  już 

owoców. 

-Moje zęby są zbyt słabe, by jeść owoce – powiedziało dziecko. 
-Nie mam gałęzi – ciągnęło drzewo. – nie możesz już huśtać się na nich. 
-Jestem zbyt stare, by huśtać się na gałęziach
 – powiedziało dziecko. 
-Nie mam już pnia. – powiedziało drzewo. –Nie możesz już wspinać się po nim. 
-Jestem zbyt zmęczone, by wspinać się
 – powiedziało dziecko. 
-Martwię  się!  –  westchnęło  drzewo.  –Chciałobym  bardzo  dać  ci  coś,  ale  już  nic  nie  mam. 

Jestem jedynie starą kłodą. Przykro mi bardzo... 

-Niewiele  mi  już  potrzeba  –  odrzekło  dziecko.  –Potrzebuję  jedynie  spokojnego  miejsca,  

by usiąść i odpocząć. Czuję się bardzo zmęczone. 

-A  więc  –  powiedziało  drzewo,  rozprostowując  się,  jak  tylko  to  było  możliwe  –stara  kłoda  będzie 

odpowiednia. Możesz usiąść na niej i odpocząć. Zbliż się, moje dziecko, usiądź sobie i odpoczywaj. 

Dziecko tak zrobiło. 
A drzewo było bardzo szczęśliwe. 

(Shel Silverstein) 

 

* * * 

 

Dziś  wieczorem  usiądź  sobie  w  cichym  kąciku  i  pomóż  twemu  sercu  podziękować  wszystkim 

„drzewom” twego życia. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

9 z 20

16.   RAPORT   PRZEZNACZONY   DLA   ORŁA 

 
Orzeł,  król  ptaków  od  dawna  słyszał  o  niezwykłych  cechach  słowika.  Jako  dobry  zwierzchnik,  pragnął 

stwierdzić,  czy  to,  co  mówiono  jest  prawdą.  Aby  upewnić  się,  wysłał  na  kontrolę  dwóch  swych  urzędników: 
pawia i skowronka. Mieli oni ocenić piękno i śpiew słowika. 

Wysłannicy wypełnili swoją misję i powrócili do orła. 
Paw referował jako pierwszy: 
-Słowik  ma  upierzenie tak  skromne,  że  wręcz  śmieszne  i  fakt ten tak  bardzo mnie  zmroził,  

że nie zwróciłem najmniejszej uwagi na jego śpiew. 

Skowronek powiedział: 
-Głos  słowika  zachwycił  mnie  do  tego  stopnia,  że  zapomniałem  zupełnie  spojrzeć  na  jego 

ubranie. 

 

* * * 

 

W przedziale siedział jedynie stary ksiądz, który odmawiał brewiarz. Na jednej ze stacji wszedł 

młody  chłopak  o  zaniedbanym  wyglądzie.  Włosy  miał  długie,  dżinsy  strasznie  brudne,  a  buty 
wykoślawione. z kieszeni wystawała mu gazeta zdecydowanie laicka i anty-kościelna. 

Kapłan ogarnął młodzieńca długim i wymownym spojrzeniem pełnym dezaprobaty. 
Chłopak usiadł i zaczął czytać swą gazetę. Po pewnym czasie podniósł głowę i spytał: 
-Przepraszam księdza, co to jest „dyspepsja”? 
„Oto świetna okazja, by wygłosić mu kazanko”
, pomyślał ksiądz i głośno powiedział: 
-Dyspepsja  jest  straszną  choroba,  na  którą  zapadają  osoby  żyjące  niewłaściwie,  

bez  programu  dnia,  bez  ideałów,  ulegające  różnym  nałogom  i  nie  pamiętające  o  tym,  
że jest Ktoś, Kto nas widzi i będzie nas kiedyś sądził. 

Chłopak słuchał tych słów z zaciekawieniem, ale również z pewnym lękiem. 
-Ach! – powiedział wreszcie. –Tu napisano, że Papież cierpi na dyspepsję. 
 
Każdy zauważa w innych to, co chce zobaczyć, czy usłyszeć. Często tak bardzo zaprzątają nas 

własne myśli, że właściwie nie słyszymy bliźniego. 

 
„Nie  przeprowadza  się  sekcji  ptaszka,  by  znaleźć  źródło  jego  śpiewu.  Należy 

przeprowadzić sekcję własnego ucha”. (Joseph Brodsky) 

 

17.   PRAWIE   NIC 

 
-Powiedz mi, ile waży płatek śniegu? – zapytała sikorka bogatka gołębia. 
-Prawie nic – powiedział gołąb. 
Bogatka opowiedziała wówczas gołębiowi taką historię: 
-Odpoczywałam  kiedyś  na  gałęzi  sosny,  gdy  zaczął  padać  śnieg.  To  nie  była  wcale  zamieć, 

nie, padał tylko śnieg lekki jak sen. Ponieważ nie miałam nic lepszego do zrobienia, zaczęłam liczyć 
płatki, które spadały na moją gałąź. 

Spadło ich  3.751.952. 
Gdy wolniutko i cichutko spadał 3.751.953 płatek, takie prawie nic, jak to nazwałeś – gałąź  

załamała się... 

Powiedziawszy to, sikorka odleciała. 
Gołąb, autorytet w zakresie pokoju z epoki Noego przez chwilę zastanowił się, a potem powiedział: 
-A może brakuje tylko jednej osoby, by cały świat zanurzył się w pokoju? 
 

* * * 

 

Pomyśl, może brakuje tylko ciebie? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

10 z 20 

18.   ŁÓDŹ 

 
Któregoś  wieczoru  dwaj  turyści,  którzy  przebywali  na  kampingu  nad  brzegiem  jeziora,  postanowili 

przepłynąć łodzią jezioro, aby napić się czegoś w barze, znajdującym się po drugiej stronie. 

Zatrzymali się tam do późnej nocy, opróżniając całą serię butelek. 
Gdy wyszli z baru, zataczali się nieco, ale udało im się zająć miejsca w łodzi, by odbyć powrotną jazdę. 
Zaczęli  wiosłować  krzepko.  Spoceni  i  zasapani  przez  dwie  godziny  wytężali  swe  siły.  Wreszcie  jeden  

z nich powiedział: 

-Nie sądzisz, że o tej porze już dawno powinniśmy dobić do drugiego brzegu? 
-Z pewnością!
 
– odpowiedział drugi. –Może nie wiosłowaliśmy odpowiednio mocno. 
Podwoili  więc  wysiłki  i  jeszcze  przez  godzinę  wiosłowali  zapamiętale.  Gdy  nastał  świt,  zdumieni 

stwierdzili, że znajdują się ciągle w tym samym miejscu. Zapomnieli odczepić mocną linę, którą przywiązali swą 
łódź do pomostu. 

 

* * * 

 
Pewien  człowiek,  który  uważał  się  za  niewierzącego  spadł  kiedyś  z  urwiska.  Posiadał  szybki 

refleks,  udało  mu  się  więc  złapać  za  gałąź  jakiegoś  krzaka,  który  wystawał  ze  zbocza.  
Wisząc nad przepaścią zaczął krzyczeć z całych sił: 

-Boże, ratuj mnie! 
Jego krzyk spotkał się z całkowitym milczeniem. Ale człowiek nadal wołał: 
-Boże, ratuj mnie! 
Wówczas dał się słyszeć głos z góry: 
-Wszyscy tak mówią, gdy są w tarapatach. 
-Ale  nie  ja,  Panie!  Mówię  naprawdę  szczerze.  Będę  mówił  o  Tobie  wszystkim.  Uwierzę 

we wszystkie Twoje słowa – obiecywał zdesperowany. 

-Dobrze. A więc puść gałąź – powiedział Bóg. 
-Mam puścić gałąź? Nie jestem szalony! 

 

19.   BLISKO   OGNIA 

 
Pewnego  dnia  jakiś  człowiek  zbliżył  się  do  Jezusa  i  powiedział:  „Nauczycielu,  wszyscy  wiemy,  

że pochodzisz od Boga i że uczysz drogi prawdy. Ale musze Ci powiedzieć, że Twoi naśladowcy, ci,  
których nazywasz apostołami lub Twą wspólnotą, zupełnie mi się nie podobają. 

Zauważyłem,  że  nie  różnią  się  wiele  od  innych  ludzi.  Ostatnio  pokłóciłem  się  bardzo  

z  jednym  z  nich.  A  poza  tym  wszyscy  wiedzą,  że  Twoi  uczniowie  nie  zawsze  miłują  się  wzajemnie  
i  zgadzają ze  sobą.  Znam jednego, który  prowadzi  niezbyt  czyste  interesy...  Chcę  więc  postawić  Ci 
bardzo  szczere  pytanie:  czy  można  należeć  do  Ciebie,  nie  mając  nic  wspólnego  z  Twoimi  
tak  zwanymi  apostołami?  Chciałbym  pójść  za  Tobą  i  być  chrześcijaninem  (jeżeli  pozwolisz  na  to 
określenie), ale z pominięciem wspólnoty Kościoła i tych wszystkich apostołów!” 

Jezus spojrzał na niego czule i uważnie. 
-Posłuchaj  -  powiedział.  –Opowiem  ci  pewną  historię:  Było  kiedyś  kilku  ludzi,  którzy  usiedli  

i  rozmawiali  ze  sobą.  Gdy noc  okryła  ich swym  czarnym  płaszczem,  zebrali  sporo  drewna  i  zapalili 
ognisko. Siedzieli blisko siebie, ogień ogrzewał ich, a blask płomienia oświecał ich twarze. Ale jeden 
z  nich,  w  pewnym  momencie,  nie  chciał  już  dłużej  przebywać  z  innymi  i  odszedł  smutny.  Wziął 
płonącą  głownię  z  ogniska  i  usiadł  daleko  od  innych.  Jego  drewno  początkowo  świeciło  i  grzało.  
Ale  wkrótce  blask  osłabł,  a  po  chwili  zgasł  zupełnie.  Samotnego  człowieka  ogarnęły  ciemności  
i chłód nocy. Pomyślał przez chwilę, wstał, wziął swój kawał drewna i zaniósł go do ogniska swych 
kolegów.  Drewno  natychmiast  rozżarzyło  się  i  wybuchnęło  nowym  płomieniem.  Człowiek  usiadł 
znów razem z innymi. Rozgrzał się, a blask płomienia oświetlił jego twarz. 

Uśmiechając się, Jezus mówił dalej: 
-Ten,  kto  należy  do  Mnie,  znajduje  się  blisko  ognia,  razem  z  moimi  przyjaciółmi. 

Przyszedłem bowiem i przyniosłem ogień na ziemię i bardzo pragnę, by on płonął. 

 

* * * 

 

Kościół stanowi gwarancję, że człowiek znajduje się blisko ognia. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

11 z 20 

20.   KLAUN 

 
Do  gabinetu  słynnego  psychiatry  przyszedł  któregoś  dnia  człowiek,  pozornie  zupełnie  zrównoważony, 

poważny i elegancki. Po kilku słowach jednak lekarz stwierdził. że człowiek ten jest w stanie głębokiej depresji  
i nieustannego, dręczącego smutku. 

Lekarz rozpoczął bardzo staranne badanie i pod koniec rozmowy spytał nowego pacjenta: 
-Dlaczego  dziś  wieczorem  nie  pójdzie  pan  do  cyrku,  który  właśnie  przyjechał  do  naszego 

miasta? W przedstawieniu bierze udział słynny klaun, który rozśmieszył i rozweselił już pół świata. 
Wszyscy o nim mówią, gdyż jest nadzwyczajny. Taka wyprawa dobrze panu zrobi, zobaczy pan. 

Wówczas pacjent zapłakał i powiedział: 
-Tym klaunem właśnie ja jestem. 
 

* * * 

 

Jedna sprawa martwi mnie bardzo: jak wyczuć, kiedy mam odegrać moją rolę? Kiedy mogę być 

rzeczywiście  sobą?  Ja  udaję,  gdyż  często  nie  czuję  się  na  siłach,  by  ukazać  się  taką,  jaką  jestem... 
Trochę  dlatego,  że  mogłoby  to  się  nie  podobać  innym.  Nie  wiem,  może  jest  to  obawa,  którą  wszyscy 
odczuwają...  może  również  inni  pragnęliby  nie  wyglądać  zawsze  na  sprytniejszych  i  silniejszych,  
niż są w rzeczywistości...” 

(April, 14 lat) 

 
Dziś wreszcie odpręż się, porzuć lęk i wstyd i bądź tylko sobą. 
 

 

21.   LAZUROWA   GROTA 

 
Był  człowiekiem  biednym  i  prostym.  Wieczorem  po  dniu  ciężkiej  pracy  wracał  do  domu  zmęczony  

i  w  złym  humorze.  Patrzył  z  zazdrością  na  ludzi  jadących  samochodami  i  na  siedzących  przy  stolikach  
w kawiarniach. 

-Ci  to  mają  dobrze  –  zrzędził,  stojąc  w  tramwaju  w  okropnym  tłoku.  –Nie  wiedzą,  co  to  znaczy 

zamartwiać się... Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż! 

Bóg  z  wielką  cierpliwością  zawsze  wysłuchiwał  narzekań  mężczyzny.  Pewnego  dnia  czekał  na  niego  

u drzwi domu. 

-Ach,  to  Ty,  Boże  –  powiedział  człowiek,  gdy  Go  zobaczył.  –Nie  staraj  się  mnie  udobruchać.  

Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona. 

Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj. 
Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie. 
-Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru – powiedział. 
Człowiek  znalazł  się  nagle  w  ogromnej  lazurowej  grocie.  Pełno  było  w  niej  krzyży:  małych,  dużych, 

wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych. 

-To są ludzkie krzyże – powiedział Bóg. –Wybierz sobie, jaki chcesz. 
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać. 
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, 

ale  był  on  niewiarygodnie  ciężki  z  powodu  odpowiedzialności  i  poświęcenia.  Inny,  gładki  i  pozornie  ładny,  
gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby był pełen gwoździ. Złapał jakiś błyszczący 
srebrny  krzyż,  ale  poczuł,  że  ogarnia  go  straszne  osamotnienie  i  opuszczenie.  Odłożył  go  więc  natychmiast. 
Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność. 

Wreszcie  w  ciemnym  kącie  znalazł  mały  krzyż,  trochę  już  zniszczony  używaniem.  Nie  był  ani  zbyt 

ciężki,  ani  zbyt  niewygodny.  Wydawał  się  zrobiony  specjalnie  dla  niego.  Człowiek  wziął  go  na  ramiona  
z tryumfalną miną. 

-Wezmę ten! – zawołał i wyszedł z groty. 
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój 

stary krzyż, ten, który wyrzucił, wchodząc do groty. 

 

* * * 

 

„Jak  noc  nad  ranem,  tak  życie  staje  się  coraz  jaśniejsze  w  miarę,  jak  je  przeżywamy,  

a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia”. (Richter) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

12 z 20 

22.   DWAJ   PRZYJACIELE 

 
Starszy  nazywał  się  Frank  i  miał  20  lat.  Młodszy  Ted  miał  18  lat.  Wiele  czasu  spędzali  razem,  

ich przyjaźń sięgała czasów szkoły podstawowej. Razem postanowili zaciągnąć się do wojska. Przed wyjazdem 
przyrzekli sobie i rodzinom, że będą wzajemnie uważać na siebie. 

Szczęście  im  sprzyjało  i  znaleźli  się  w  tym  samym  batalionie.  Batalion  ich  został  wysłany  na  wojnę. 

Była  to  straszliwa  wojna,  pośród  rozpalonych  piasków  pustyni.  Przez  pewien  czas  Frank  i  Ted  przebywali  
w  obozie,  chronionym  przez  lotnictwo.  Lecz  któregoś  dnia  pod  wieczór  przyszedł  rozkaz,  by  wkroczyć  
na  terytorium  nieprzyjaciela.  Żołnierze  pod  piekielnym  ogniem  wroga  posuwali  się  naprzód  przez  całą  noc. 
Rankiem  dotarli  do  pewnej  wsi.  Ale  nie  było  Teda.  Frank  szukał  go  wszędzie.  Znalazł  jego  nazwisko  w  spisie 
zaginionych. Zgłosił się u komendanta z prośbą o pozwolenie na poszukiwanie jego przyjaciela. 

-To  jest  zbyt  niebezpieczne!  –  odpowiedział  komendant.  –Straciłem  już  twego  przyjaciela, 

straciłbym również ciebie. Tam ostro strzelają. 

Frank mimo wszystko poszedł. Po kilku godzinach znalazł Teda śmiertelnie rannego. Ostrożnie wziął go 

na ramiona. Nagle dosięgnął go pocisk. Nadludzkim wysiłkiem udało mu się donieść przyjaciela do obozu. 

-Czy warto było umierać, by ratować umarłego? – spytał komendant. 
-Tak – wyszeptał Frank. –Gdyż przed śmiercią Ted powiedział: „Wiedziałem, że przyjdziesz”. 
 

* * * 

 

To właśnie powiemy Bogu w takiej chwili: „Wiedziałem, Boże, że przyjdziesz!” 

 

23.   SIEĆ   RYBACKA 

 
Fiord  pogrążony  był  w  głębokiej  ciszy  arktycznej.  Woda  pluskała  lekko  na  plaży.  Rybak  Hans,  

w  ciepłym,  pachnącym  drewnem  domu,  wiązał  oczka  sieci  szykując  się  na  nadchodzący  sezon  połowów.  
Był sam w pobliżu kominka. Jego ukochana żona Ingrid spoczywała na małym cmentarzu przy kościele... 

Nagle dały się słyszeć radosne śmiechy. w otwartych drzwiach stanęła jego ukochana córka Guendalina 

trzymając za rękę braciszka Eryka. 

-Guendalino,  masz  teraz  wakacje.  Może  zajmiesz  moje  miejsce  i  zaczniesz  wiązać  oczka 

sieci na nowy połów, ja tymczasem pójdę naprawić łódź. 

-Dobrze, tatusiu! 
Godziny mijały. Guendalina pracowała wytrwale, oczko po oczku, węzeł po węźle. Ale dni płynęły jeden 

za  drugim.  Sznurek  był  chropowaty,  a  apretura  powodująca  nieprzemakalność  była  szorstka,  ręce  bolały.  
Małe koleżanki wołały od drzwi: 

-Guendalino, chodź pobawić się z nami! 
Oczka rozluźniły się coraz bardziej, węzły były coraz słabsze, sznurek coraz mniej wytrzymały. 
Nadeszła  wiosna.  Fiord  rozświetlił  się  pierwszymi  promieniami  słońca.  Zaczęły  się  połowy.  Dumny  

z pracy swej ukochanej córki Hans-rybak załadował swoją nową sieć na starą, wierną łódź. 

-Chodź ze mną, mały Eryku, na nasz pierwszy połów. 
Uradowany  chłopczyk  wskoczył  na  pokład.  Łódź  spłynęła  na  wodę.  Sieć  zagłębiła  się  w  zielonawo- 

-niebieskich falach. Eryk klaskał w ręce widząc, jak srebrzyste ryby wskakiwały do sieci. 

-Cudowny połów! Pomóż mi wyciągnąć sieci, synku! 
Eryk ciągnął, ciągnął ze wszystkich sił. Ale zwyciężony ciężarem, wpadł do wody w sam środek sieci. 
-To  nic  –  pomyślał  Hans-rybak  szybko  wciągając  sieć  do  łodzi.  –Moja  sieć  jest  mocna!  To  moja 

Guendalina zrobiła ją swymi rękoma. Wyciągnę Eryka razem z rybami. 

 Sieć  wyszła  z  wody  lekka.  Pośrodku  miała  wielką  dziurę.  Źle  powiązane  węzły  rozluźniły  się.  Oczka 

otwarły się. A mały Eryk spoczywał na dnie fiordu. 

-Ach! Gdybym każde oczko wiązała z miłością! – płakała Guendalina. 
 

* * * 

 

„Każdego dnia człowiek wiąże sieć wieczności. Każdy dzień stanowi jeden węzeł. Możesz o tym 

nie myśleć, ale nadejdzie dzień połowu i zależeć on będzie również od tego, co zwiążesz dzisiaj”. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

13 z 20 

24.   WIDZIEĆ   BOGA 

 
Pewnego  razu  potężny  król  zwołał  wszystkich  czarodziejów,  mędrców  i  kapłanów  swego  królestwa, 

żądając,  aby  pokazali  mu  Boga.  Zagroził  im  najokropniejszymi  karami,  jeżeli  nie  będą  w  stanie  tego  uczynić. 
Zdesperowani  biedacy  wyrywali  sobie  włosy  z  głów,  nie  wiedząc,  co  czynić.  Wtedy  zjawił  się  pewien  pasterz, 
który obwieścił wszystkim, że może rozwiązać ten problem. 

Pospiesznie przedstawiono go królowi. Pasterz zaś zaprowadził króla na taras i pokazał mu słońce. 
-Spójrz na nie! – powiedział. 
Po chwili król zamknął oczy, wołając: 
-Chcesz mnie oślepić? Mój Boże! 
-Słońce  jest  jedynie  małą  cząstką  Stwórcy
  –  powiedział  wówczas  pasterz.  –Nawet  nie  iskrą  

Jego blasku... Jak możesz myśleć o tym, by twoje oczy spoczęły na Nim samym? 

 

* * * 

 

Codziennie uczeń ponawiał to samo pytanie: 
-Jak mogę znaleźć Boga? 
I codziennie otrzymywał od swego nauczyciela tę samą tajemniczą odpowiedź: 
-Musisz go pragnąć. 
-Ale ja Go pragnę całym sercem, dlaczego więc nie znajduję Go? 
Pewnego  dnia  nauczyciel  i  jego  uczeń  kąpali  się  w  rzece.  Nagle  mistrz  zanurzył  głowę 

młodzieńca  pod  wodą  i  przytrzymywał  ją  mocno  przez  chwilę,  podczas  gdy  biedak  rozpaczliwie  
starał się uwolnić. 

Następnego dnia nauczyciel spytał: 
-Dlaczego tak szamotałeś się, gdy trzymałem twoją głowę pod wodą? 
-Ponieważ rozpaczliwie szukałem powietrza. 
-Gdy dana ci będzie łaska rozpaczliwego poszukiwania Boga – znajdziesz Go. 

 

25.   POSTANOWIENIA 

 
Pewien  chłopiec  zapisywał  swoje  postanowienia,  pochylony  nad  stołem,  podczas  gdy  jego  matka 

prasowała bieliznę. 

„Jeżeli zobaczę kogoś, kto się topi”, pisał chłopak, „natychmiast rzucę się do wody na ratunek. Jeżeli 

palić się będzie dom, będę ratował dzieci. W czasie trzęsienia ziemi, bez lęku pójdę pomiędzy walące się domy, 
by ratować ludzi. Potem poświęcę całe moje życie biednym świata”

W pewnej chwili usłyszał głos mamy: 
-Synku, proszę cię, zejdź na dół do sklepu i kup trochę chleba. 
-Mamusiu, nie widzisz, że pada?
 – spytał z wyrzutem. 
 

* * * 

 

Ile już było takich „chciałbym” w naszym życiu duchowym... 
Pewna  dwunastoletnia  dziewczynka  napisała  kiedyś  w  swym  dzienniczku:  „Jesteśmy  ludźmi 

przyszłości, to my musimy ulepszać sytuację. Najgorszą rzeczą jest nie robić nic i patrzeć, jak ten biedny 
świat  się  rozpada.  Wołamy:  „Niech  żyje  pokój!”,  a  prowadzimy  wojnę.  Powtarzamy:  ”Precz  
z  narkotykami!”,  a  zwiększamy  handel  nimi.  Głosimy:  „Dość  terroryzmu”,  a  zabijamy  sprawiedliwych.  
A przecież nie jest postanowione, że nie można skończyć z tym wszystkim. 

Chciałabym ci powiedzieć: jeżeli jesteś smutny z powodu nienawiści  w świecie, nie płacz i trać 

nadziei, ale zrób coś, nawet coś małego!” 

Zrób coś, nawet coś małego... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

14 z 20 

26.   PRZYGODA   JEŻÓW 

 
Któregoś  lata  rodzina  jeżów  zamieszkała  w  lesie.  Pogoda  była  piękna,  było  gorąco  i  cały  dzień  jeże 

bawiły się pod drzewami. Swawoliły na polach w pobliżu lasu, bawiły się w chowanego pośród kwiatów, łapały 
muchy,  by  pożywić  się,  a  nocą  zasypiały  na  mchu  w  pobliżu  norek.  Pewnego  dnia  zobaczyły,  że  spada  liść  
z drzewa. Nadchodziła jesień! Spadających liści było coraz więcej. Jeże bawiły się goniąc je. Tymczasem noce 
stawały się chłodniejsze, jeże spały więc pod suchymi liśćmi. Robiło się coraz zimniej. Na rzece czasami widać 
było  lód.  Śnieg  pokrył  liście.  Jeże  drżały  z  zimna  przez  cały  dzień,  a  nocą  nie  mogły  zmrużyć  oka  –  tak  było 
zimno. 

Pewnego wieczoru postanowiły przytulić się jeden do drugiego, aby się ogrzać, ale rozbiegły się szybko 

na cztery strony lasu: przy tylu kolcach pokaleczyły sobie nosy i łapki. Nieśmiało zbliżyły się do siebie jeszcze 
raz, ale pokłuły sobie pyszczki. I ilekroć podbiegły do siebie, zdarzało się podobnie. 

Koniecznie  trzeba  było  znaleźć  sposób,  by  móc  być  blisko siebie:  ptaki  grzały  się  jeden  przy drugim, 

podobnie króliki, krety i inne zwierzęta. 

Wówczas  łagodnie,  powoli,  każdego  wieczoru,  aby  ogrzać  się,  ale  nie  pokłuć,  zbliżały  się  jeden  

do drugiego z zachowaniem tysięcznych ostrożności. wreszcie znalazły odpowiedni sposób.  

Wiejący wiatr nie przeszkadzał im już. Teraz mogły spać wszystkie razem w cieple. 

 

* * * 

 

Czy  nie  uważasz,  że  powinien  istnieć  również  „Dekalog  serdeczności”?  Mógłby  on  wyglądać  

mniej więcej tak: 

 
1.

 

Ponieważ serdeczność jest możliwa, nie ma powodu, by obywać się bez niej.  

2.

 

Codziennie rozmawiajcie choć trochę ze sobą. 

3.

 

Nieustannie próbujcie stawać się lepsi. 

4.

 

Szanuj siebie. 

5.

 

Okazuj współczucie innym. 

6.

 

Bądź uprzejmy. Miłość nie dopuszcza złych manier. 

7.

 

Odkrywaj dobre i piękne cechy ludzi, nawet wtedy, gdy czynią oni wszystko, by to ukryć. 

8.

 

Nie bój się rozdźwięków i kłótni: jedynie zmarli i obojętni nigdy nie sprzeczają się. 

9.

 

Nie pozwól, by owładnęły tobą małe irytacje i codzienne miernoty. 

10.

 

Uśmiechaj się! to podtrzymuje pracę serca i chroni je przed dolegliwościami. 

 

27.   STUDNIA 

 
W pewnej mahometańskiej wsi w Libanie, mała grupa osób przyjęła chrzest. Natychmiast zamknęły się 

przed  nimi  drzwi  wspólnoty.  Ochrzczeni  mężczyźni  nie  mogli  już  przebywać  z  innymi  mężczyznami  na  placu,  
by wspólnie palić tytoń i rozmawiać, kobiety nie mogły razem z innymi chodzić po wodę do studni. Chrześcijanie 
musieli więc wykopać sobie nową studnię dla siebie. 

Pewnego  dnia  źródło  we  wsi wyschło.  Wówczas  chrześcijanie  zaprosili  współmieszkańców,  by  przyszli  

i zaczerpnęli wody z ich studni. 

Zrobili więcej: na swych domach umieścili kartki z napisem: „Tu mieszkają chrześcijanie”. 
Każdy wiedział, że w takim domu znajdzie zawsze wyciągniętą pomocną rękę. 
 

* * * 

 

„Na  koniec  zaś  bądźcie  wszyscy  jednomyślni,  współczujący,  pełni  braterskiej  miłości, 

miłosierni,  pokorni.  Nie  oddawajcie  złym  za  złe,  ani  złorzeczeniem  za  złorzeczenie.  Przeciwnie  zaś, 
błogosławcie.  Do  tego  bowiem  jesteście  powołani,  abyście  odziedziczyli  błogosławieństwo...  Pana  zaś 
Chrystusa  miejcie  w  sercach  za  świętego  i  bądźcie  zawsze  gotowi  do  obrony  wobec  każdego,  
kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. (1P 3,8-15) 

 

28.   MYSZ 

 
Pewna  szlachetna  i  grzeczna  myszka,  o  sympatycznym  wyglądzie  myszy  domowej,  w  czasie  jednej  

ze  swych  rozpaczliwych  ucieczek  przed  kotem,  znalazła  się  kiedyś  w  piwnicy  bogatej  willi.  Tam,  z  powodu 
ciemności,  wpadła  do  dziwnej  kałuży.  Była  to  kałuża  powstała  z  doskonałego  koniaku,  który  wyciekł  
z  popsutego  sworznia  dębowej  beczułki.  Myszka  nieśmiało  polizała  ten  dziwny  płyn.  Smak  spodobał  jej  się.  
Był mocny i zdecydowany, spływał do gardła jak ogień. 

Gdy  „wypiła”  kałużę,  myszka  wyprostowała  się,  uderzyła  się  łapkami  w  pierś,  zrobiła  groźną  minę  

i zawołała: 

-Gdzie jest ten kot?! 
 

* * * 

 

Zbyt wielu ludzi w naszych czasach posiada jedynie odwagę myszy. 

 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

15 z 20 

29.   POD   PIECEM 

 
Rabbi Bunam opowiadał młodym ludziom, którzy przychodzili do niego po raz pierwszy, historię Mistrza 

Ezechia, syna Jekela z Krakowa. 

Po latach ciężkiej nędzy, która jednak nie podważyła ufności, jaką pokładał w Bogu, otrzymał we śnie 

rozkaz  udania  się  do  Pragi,  by  tam  poszukać  skarbu  pod  mostem,  prowadzącym  do  pałacu  królewskiego.  
Gdy sen powtórzył się po raz trzeci, Ezechia wyruszył w drogę i dotarł pieszo do Pragi. Ale most był pilnowany 
w dzień i w nocy przez straże, wobec czego Ezechia nie miał odwagi przystąpić do poszukiwań we wskazanym 
miejscu. 

Powracał  jednak  na most każdego ranka  i wędrował  wokoło  aż do wieczora.  W  końcu kapitan  straży, 

który zauważył jego wędrówki, zbliżył się do niego i spytał przyjaźnie, czy nie zgubił tu czegoś lub czy na kogoś 
nie czeka. Ezechia opowiedział mu wówczas swój sen, który sprowadził go aż tutaj, z dalekiego kraju. 

Kapitan wybuchnął śmiechem: 
-I ty, biedaku, wierząc w sen, przyszedłeś tu pieszo? Ach! Ładnie będziesz wyglądał wierząc 

w  sny!  Wyobraź  sobie,  że  ja  również  powinienem  wobec  tego,  wierząc  snom,  wybrać  się  
aż do Krakowa, do domu pewnego Żyda Ezechia, syna Jekela, aby poszukać skarbu pod jego piecem! 
Ezechia,  syn  Jekela.  Już  widzę  siebie,  jak  wchodzę  i  buszuję  we  wszystkich  domach  miasta,  
gdzie połowa Żydów ma na imię Ezechia, a druga połowa Jekel! 

Kapitan zaśmiał się znowu. 
Ezechia  pozegnał  go  grzecznie,  powrócił  do  swego  domu  i  niezwłocznie  zaczął  szukać  pod  piecem. 

Znalazł tam skarb, odkopał go i – dziękując Bogu – zbudował synagogę w swym mieście. 

 

* * * 

 

Rabini  chętnie  opowiadają  o  pewnym  nauczycielu,  który  stał  się  sławny  jeszcze  za  życia. 

Mówią, że sam Bóg kiedyś prosił go o radę. 

-Pragnę  zabawić  się  w  chowanego  z  ludzkością.  Pytałem  już  aniołów,  jakie  miejsce 

będzie  najlepsze,  by  się  schować.  Niektórzy  twierdzą,  ze  głębiny  oceanów.  Inni,  że  szczyt 
najwyższej  góry.  Inni  jeszcze,  że  niewidoczna  z  ziemi  strona  księżyca  lub  dalekiej  gwiazdy.  
A ty, co mi radzisz? 

Nauczyciel odpowiedział: 
-Ukryj się, Panie, w sercu ludzkim. Będzie to ostatnie miejsce, o jakim pomyślą. 

 

30.   PRZYJACIELE   I   NIEDŹWIEDŹ 

 
Dwaj przyjaciele szli kiedyś drogą, która przechodziła przez niebezpieczny i ciemny las. Nagle ogromny 

niedźwiedź,  mrucząc  groźnie,  pojawił  się  przed  nimi.  Jeden  z  mężczyzn,  przerażony,  wdrapał  się  na  drzewo  
i ukrył się w gałęziach, drugi nie zdążył i widząc, że nie zdoła uciec przed zwierzęciem, upadł na ziemię, udając 
martwego. Wiedział bowiem, że niedźwiedzie nie jedzą padliny. 

Gdy  niedźwiedź  zbliżył  się  do  niego,  powąchał  go,  zamruczał,  próbował  poruszyć  go  pyskiem.  Biedak 

wstrzymywał jednak oddech ze wszystkich sił. Niedźwiedź rzeczywiście uznał go za martwego i odszedł. 

Gdy  tylko  drugi  mężczyzna  zobaczył,  że  niedźwiedź  znikł  za  drzewami,  zszedł  z  drzewa,  

na które poprzednio się wdrapał i spytał przyjaciela: 

-Co ci powiedział niedźwiedź do ucha? 
-Powiedział  mi,  bym  więcej  nie  podróżował  z  przyjaciółmi,  którzy  w  momencie 

niebezpieczeństwa, zamiast pomóc, uciekają co sił. 

 

* * * 

 

Miłość  wymaga  zapomnienia  o  sobie,  zaufania,  które  olśniewa,  ale  nie  oślepia,  wymaga 

całkowitego  oddania.  Trzeba  będzie  zapłacić  za  wszystkie  nie  wypowiedziane  słowa,  za  poniechane 
czułości, za stracone sny. 

W  pewnym  momencie  trzeba  będzie  zdać  sobie  sprawę  z  naszych  lęków  i  skąpstwa,  

które uniemożliwiły prawdziwe uczucie, z zaślepienia i pychy, które stłumiły wzloty. 

Trzeba będzie zdać sprawę ze wszystkich nie uczynionych gestów, z połykanych łez, z miłości, 

którą nikogo się nie obdarzyło, z niespełnionych przyrzeczeń i z utraconego czasu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

16 z 20 

31.   MILCZENIE 

 
Pewien mężczyzna udał się do zakonnika klauzurowego. Spytał go: 
-Czego uczy ciebie to milczące życie? – spytał. 
Mnich nabierając wodę ze studni powiedział do swego gościa: 
-Spójrz w głąb tej studni. Co widzisz? 
Człowiek spojrzał do studni. 
-Nic nie widzę. – stwierdził. 
Po pewnym czasie, zakonnik, który stał nieruchomo, ponownie zwrócił się do gościa: 
-Spójrz teraz! Co widzisz w studni? 
Człowiek posłuchał i powiedział: 
-Teraz widzę siebie samego, odbijam się w wodzie. 
Mnich wyjaśnił: 
-Widzisz, gdy zanurzam wiadro, woda jest poruszona. Teraz natomiast woda jest spokojna. 

Taki jest efekt milczenia: człowiek dostrzega siebie samego. 

 

* * * 

 

„Gdy  nie  mogę  poradzić  sobie  ze  sobą,  siadam  przy  mojej  babci,  która  często  robi  coś  

na drutach...  

Moja  babcia  pachnie  lawendą  i  oddycha  powoli,  spokojnie.  Od  czasu  do  czasu  unosi  oczy  

i  uśmiecha  się,  zazwyczaj  jednak  ogranicza  się  do  swej  pracy  i  do  oddychania...  Wydaje  mi  się,  
że mnie kołysze...” 

Amelia, 14 lat 

 
Dziś znajdź sobie spokojny kąt i pozwól, by ukołysała cię cisza. 

 

32.   WSPÓŁPRACA 

 
Mąż i żona walczyli na schodach z ciężką komodą. Zauważył to ich szwagier. 
-Pomogę wam – powiedział. 
I chwycił za jeden bok mebla. 
W kilka minut później, nie mogąc poruszyć komody nawet o 1 cm, cała trójka odpoczywała chwilę. 
-Co za mordęga z wniesieniem tej komody! – skomentował szwagier. 
Mąż i żona wybuchnęli śmiechem. 
-My chcieliśmy znieść ją na dół! 
 

* * * 

 

Przyjaciele nie patrzą sobie w oczy. Wspólnie patrzą w tym samym kierunku. 
Para narzeczonych pytała wszystkich: 
-Co mamy czynić, by nasza miłość była trwała? 
Nauczyciel odpowiedział: 
-Wspólnie kochajcie innych. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

17 z 20 

33.   PUZZLE 

 
W czasie nieobecności żony, znany handlowiec musiał pozostać w domu i pilnować rozhukanych dzieci. 

Miał akurat cos ważnego do załatwienia, ale dwaj malcy nie dawali mu spokoju ani przez chwilę. 

Starał  się  więc  wymyślić  zabawę,  która  by  zajęła  dzieci  choć  przez  chwilę.  Wyciął  z  jakiegoś  pisma 

mapę  świata,  na  której  kraje  zaznaczone  były  różnymi  kolorami.  Nożyczkami  pociął  mapę  na  drobne  kawałki  
i dał dzieciom, aby złożyły je w jedną całość. Sądził, że puzzle zajmą dzieci przez kilka godzin. 

Po kwadransie dwójka dzieci zjawiła się tryumfalnie z doskonale złożoną mapą. 
-W jaki sposób dokonaliście tego tak szybko? – spytał zdziwiony ojciec. 
-To  nie  było  trudne  zadanie  –  odpowiedziało  dziecko.  –Na  odwrocie  znajdowała  się  postać 

człowieka. Skoncentrowaliśmy się na tej postaci, a mapa świata złożyła się już sama. 

 

* * * 

 

Pewien mądry człowiek mawiał: 
-W  czasach  młodości  byłem  rewolucjonistą,  a  wszystkie  moje  modlitwy  do  Boga 

brzmiały podobnie: „Panie, daj mi siły, bym mógł zmienić świat!”. Gdy zbliżyłem się do wieku 
średniego  i  gdy  zdałem  sobie  sprawę,  ze  minęła  już  połowa  mego  życia,  a  ja  niczego  jeszcze  
nie 

dokonałem, 

zmieniłem 

moją 

modlitwę: 

„Panie, 

spraw, 

bym 

zmienił 

tych,  

którzy 

mnie 

otaczają” 

– 

błagałem. 

–„Jedynie 

moją 

rodzinę 

moich 

przyjaciół,  

a będę zadowolony”. 

Teraz, gdy jestem stary i moje dni są policzone, zaczynam rozumieć, jaki byłem głupi. 

Moją  jedyną  modlitwą  jest  teraz  prośba:  „Panie,  daj  mi  łaskę  zmienienia  siebie  samego”. 
Gdybym tak modlił się od początku, nie zmarnowałbym mojego życia. 

 
Gdyby każdy myślał o przemianie siebie samego, cały świat zmieniłby się na lepsze. 

 

34.   JAK   MOŻNA   SCHWYTAĆ   MAŁPY  ? 

 
Łowcy  małp  wymyślili  genialny  i  niezawodny  sposób  na  ich  schwytanie.  Gdy  znajdują  zakątek  lasu,  

w  którym  najczęściej  zbierają  się  te  zwierzęta,  umieszczają  w  ziemi  naczynia  o  wąskiej  i  długiej  szyjce. 
Zakrywają je dokładnie ziemią, zostawiając jedynie odsłonięty otwór. Potem umieszczają w naczyniu garść ryżu 
i jagody, które małpy ogromnie lubią. 

Gdy  myśliwi  oddalają  się  ,  małpy  powracają.  Ciekawe  z  natury,  dokładnie  oglądają  naczynia,  

a gdy zauważają znajdujące się w nich przysmaki, wkładają górną kończynę do środka i chwytają wielką garść 
pożywienia,  możliwie  największą.  Ale  szyjka  naczynia  jest  bardzo  wąska.  Sama  dłoń  prześlizguje  się,  
ale gdy jest wypełniona, absolutnie nie może wydostać się. Wówczas małpy zaczynają ciągnąć z całych sił. 

Na  ten  moment  czekają  właśnie  łowcy,  ukryci  w  pobliżu.  Rzucają  się  na  małpy  i  łatwo  je  chwytają. 

Zwierzęta  bronią  się  wprawdzie  silnie,  ale  nie  przychodzi  im  na  myśl,  by  otworzyć  dłoń  i  porzucić  to,  
co w niej trzymają. 

 

* * * 

 

Iluż  ludzi  traci  życie,  bojąc  się  otworzyć  dłonie,  w  których  ściskają  to,  co  uważają  

za nieodzowne, a co – tak naprawdę – do niczego nie jest przydatne. 

Myśliwi  są  eleganccy  i  uśmiechnięci,  zawsze  bardzo  aktywni.  Ukrywają  swe  pułapki  

w błyszczących czasopismach, na ekranach telewizyjnych i na rogach ulic. W ten sposób kształtuje się 
ludzi o dłoniach nieustannie zamkniętych i wygasłym sercu. 

Nie zapominaj o tym, co powiedział Jezus: 
-„Nie  bój  się,  mała  trzódko,  gdyż  spodobało  się  Ojcu  waszemu  dać  wam  królestwo.  

Sprzedajcie  wasze  mienie  i  dajcie  jałmużnę.  Sprawcie  sobie  trzosy,  które  nie  niszczeją,  
skarb  niewyczerpany  w  niebie,  gdzie  złodziej  się  nie  dostaje,  ani  mól  nie  niszczy.  
Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze”. 
(Łk 12,32-34) 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

18 z 20 

35.   CZERWONA   LAMPKA 

 
Pewien  protestant,  w  czasie  wycieczki,  wszedł  ze  swą  córeczką  do  kościoła  katolickiego.  Zamiast 

oglądać dzieła sztuki, dziewczynka zainteresowała się czerwoną lampką, którą płonęła obok tabernakulum.  

-Tatusiu, dlaczego znajduje się tam czerwona lampka? – zapytała. 
-Katolicy  sądzą,  że  wewnątrz  tej  szafki  znajduje  się  Jezus  pod  postacią  konsekrowanego 

chleba. Lampka przypomina wszystkim o Jego obecności. – odpowiedział szczerze ojciec. 

Po  upływie  jakiegoś  czasu,  ojciec  i  córka  weszli  do  swego  kościoła  na  niedzielne  nabożeństwo. 

Dziewczynka rozglądała się wokoło, potem pociągnęła ojca za marynarkę. 

-Tatusiu, dlaczego tu nie ma czerwonej lampki? 
-Dla nas protestantów nie ma tu Jezusa, moje dziecko. 
Dziewczynka zachmurzyła się, potem biorąc ojca za rękę, powiedziała: 
-Tatusiu, chodźmy do kościoła, w którym jest Jezus. 
 

* * * 

 
Święty  proboszcz  z  Ars  często  spotykał  w  kościele  prostego  wieśniaka,  swego  parafianina. 

Klęcząc  przed  tabernakulum,  dobry  człowiek  godzinami  trwał  nieruchomo,  nie  poruszając  nawet 
wargami. 

Pewnego dnia proboszcz spytał go: 
-Co robisz tu przez tak długi czas? 
-Po prostu. On patrzy na mnie, a ja na Niego. 
 
Pamiętaj,  ty  także  możesz  pójść  przed  tabernakulum  taki,  jaki  jesteś.  Z  ładunkiem  lęków, 

niepewności,  roztargnień,  nieporządków,  nadziei  i  zdrad.  Uzyskasz  nadzwyczajną  odpowiedź:  
„Ja tu jestem!” 

 
-Co się ze mną stanie, gdy wszystko jest takie niepewne? 
-Ja tu jestem! 
-Nie  wiem,  co  odpowiedzieć,  jak  zareagować,  jak  zadecydować  w  trudnej  sytuacji,  

jaka mnie czeka. 

-Ja tu jestem! 
-Droga jest taka długa, a ja jestem mały, zmęczony i samotny... 
-Ja tu jestem! 

 

36.   SPOTKANIE 

 
Stara legenda arabska opowiada o smutnej historii giermka, należącego do Sułtana z Bagdadu. 
Pewnego 

dnia 

młody 

giermek 

przypadł 

strapiony 

do 

nóg 

swego 

umiłowanego 

pana,  

prosząc o wypożyczenie mu cudownego rumaka, który wydawał się fruwać, tak był szybki. 

-Po co ci on? – spytał Sułtan. 
-W ogrodzie widziałem Śmierć, która dawała mi znaki. Na twym rumaku ucieknę do Bassory 

i ukryję się na targu. Śmierć mnie tam nie znajdzie. 

Sułtan dał młodzieńcowi swego rumaka. Giermek odjechał galopem. 
Sułtan zszedł do ogrodu i zobaczył oczekującą tam Śmierć. 
-Dlaczego groziłaś memu giermkowi? – spytał. 
-Ja  mu  nie  groziłam.  –  odpowiedziała  Śmierć.  –Uniosłam  jedynie  rękę  ze  zdziwienia.  Pytałam 

sama  siebie,  jak  to  możliwe,  by  znajdował  się  on  jeszcze  tutaj,  jeżeli  mam  z  nim  spotkanie  
za 5 godzin na placu targowym w Bassorze... 

 

* * * 

 

Yagyn  Tajiama,  stary,  sławny  i  bardzo  szanowany  nauczyciel  cesarza,  nie  chciał  przyjąć  

do  grona  swych  uczniów,  ćwiczących  się  we  władaniu  szpadą  i  strzelaniu  z  łuku,  pewnego  samuraja. 
Jak  mówią  zapisy,  już  od  dzieciństwa  ćwiczył  się  on w  walce  z  myślą  o  własnej  śmierci  i  nauczył  się 
sztuki panowania nad sobą. 

-Czegóż  innego  mógłbym  cię  nauczyć?  –  spytał  nauczyciel,  odrzucając  prośbę  kandydata.  

–Ty już doszedłeś do samego serca mądrości: w sztuce, którą znasz, zawarta jest każda inna, 
ze sztuką posługiwania się szpadą i strzelania z łuku włącznie. 

Zwracając się do swych uczniów nauczyciel dodał: 
-Kto zna śmierć, zna życie. A kto lekceważy śmierć, lekceważy życie. 

 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

19 z 20 

37.   MNICH   BIEDNY   I   MNICH   BOGATY 

 
W pewnym mieście znajdowały się dwa klasztory. Jeden był bardzo bogaty, a drugi ogromnie biedny. 

Pewnego dnia jeden z mnichów biednych przyszedł do klasztoru bogatego, aby odwiedzić swego przyjaciela. 

-Przez  pewien  czas  nie  zobaczymy  się,  mój  przyjacielu.  –  powiedział  biedny  mnich.  

–Postanowiłem  odbyć  długą  pielgrzymkę  i  odwiedzić  sto  wielkich  sanktuariów.  Towarzysz  mi 
modlitwą, gdyż będę musiał przejść przez wiele gór i przez wiele niebezpiecznych rzek. 

-Co zabierasz ze sobą na tak długą i niebezpieczną podróż? – zapytał bogaty mnich. 
-Jedynie kubek na wodę i miseczkę ryżu. – odpowiedział z uśmiechem biedny mnich. 
Drugi zakonnik zdziwił się bardzo i spojrzał na niego surowo: 
-Upraszczasz  wszystko,  mój  drogi!  Nie  można  być  aż  tak  nierozważnym.  Również  i  ja 

wybieram  się  na  pielgrzymkę  do  stu  sanktuariów,  ale  nie  wyjadę,  dopóki  nie  będę  pewny,  
że mam wszystko, co może mi się przydać. 

Po roku biedny mnich powrócił do domu i pospieszył odwiedzić zasobnego przyjaciela, by opowiedzieć 

mu o wielkim i bogatym doświadczeniu duchowym, jakie stało się jego udziałem w czasie pielgrzymki. 

Mnich bogaty wyznał: 
-Niestety, ja nie zdołałem jeszcze ukończyć moich przygotowań. 
 

 

Pewien  mężczyzna  siedział  w  przedziale,  w  pociągu.  Na  każdej  stacji  wstawał  i  patrzył  

przez okno zatroskany, potem siadał znów i wzdychał, wymawiając nazwę stacji. 

Po czterech czy pięciu stacjach współtowarzysz spytał zaniepokojony: 
-Czy coś złego się dzieje? Wydaje mi się, ze jest pan bardzo zdenerwowany. 
Człowiek spojrzał na niego i powiedział: 
-Powinienem przesiąść się już dawno. Jadę w złym kierunku. Ale tu jest tak wygodnie  

i ciepło! 

 

38.   WYBÓR   MALARZA 

 
Wielki Leonardo da Vinci zgodził się namalować fresk w refektarzu klasztoru Santa Maria delle Grazie  

w Mediolanie. Miał on przedstawiać Ostatnią Wieczerzę Jezusa z Apostołami. 

Artysta  chciał,  aby  fresk  był  arcydziełem  i  dlatego  pracował  powoli  i  rozważnie.  Pomimo 

zniecierpliwienia braci z klasztoru, praca postępowała bardzo powoli. 

Aby  namalować  oblicze  Jezusa,  Leonardo  szukał  miesiącami  modela,  który  by  posiadał  cechy  oblicza 

wyrażającego  siłę  i  słodycz,  duchowość  i  jaśniejącą  moc.  Wreszcie  znalazł  i  dał  Jezusowi  oblicze  Agnella, 
młodzieńca szczerego i czystego, przypadkowo spotkanego na ulicy. 

Po  roku  Leonardo  zaczął  przemierzać  dzielnice  Mediolanu  cieszące  się  złą  sławą  i  zaglądać  

do najbardziej dwuznacznych i podejrzanych szynków. Chciał znaleźć model oblicza Judasza, apostoła zdrajcy. 
Szukał  oblicza,  które  wyrażałoby  niepokój  i  rozczarowanie,  oblicza  człowieka  zdolnego  do  zdrady  najlepszego 
przyjaciela. Po nocach spędzonych pośród łajdaków wszelakiego rodzaju, Leonardo znalazł mężczyznę, który był 
odpowiednim modelem Judasza. 

Zaprowadził  go  do  klasztoru  i  zaczął  malować.  w  pewnym  momencie  zauważył  w  oczach  mężczyzny 

łzy. 

-Dlaczego płaczesz? – spytał Leonardo, wpatrując się w to dzikie oblicze. 
-Ja  jestem  Agnello.  –  wyszeptał  młodzieniec.  –Ten  sam,  który  posłużył  panu  za  model  

dla oblicza Jezusa. 

 

* * * 

 

Nowa rewolucja w świecie kosmetyków: piękna dusza czyni twarz piękną. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Śpiew świerszcza polnego 

20 z 20 

39.   JAKIE   SŁOWA  ? 

 
Pewien  mężczyzna,  zaniepokojony  krytycznym  stanem  swego  małżeństwa,  udał  się  po  radę  

do słynnego psychologa. 

Ten go wysłuchał i powiedział: 
-Musisz nauczyć się wysłuchiwać żony. 
Mężczyzna  wziął  sobie  do  serca  radę  i  po  miesiącu  powrócił,  by  powiedzieć,  że  wysłuchał  każdego 

słowa wypowiedzianego przez żonę. 

Psycholog powiedział wówczas z uśmiechem: 
-Teraz powróć do domu i posłuchaj każdego słowa, którego ona nie wymawia. 
 

* * * 

 

Jakie słowa trzeba powiedzieć, by wywołać radość? 
Jakie słowa trzeba powiedzieć, by dać szczęście? 
Czy trzeba powiedzieć: „przyjaźń”, „zgoda”? 
Czy trzeba również powiedzieć: „wolność”? 
Albo może trzeba ciebie wziąć za rękę? 
Jakie słowa trzeba powiedzieć, by dać Miłość? 
Jakie słowa trzeba powiedzieć, by okazać czułość? 
Czy trzeba powiedzieć: „kocham cię”? 
Czy zawsze trzeba mówić? 
Czy trzeba mówić również: „dzieci”? 
Albo może trzeba wziąć cię za rękę? 
Jakie słowa trzeba powiedzieć? Jakie słowa? 
A jeżeli nic nie mówię, jeżeli milczę? 
Jeżeli po prostu patrzę na ciebie i jeżeli uśmiecham się do ciebie,  
wówczas moja ręka sama weźmie twoją rękę. 
I ty posłyszysz te słowa w moim milczeniu. 
 

 

 

 

 

(Blandine, 19 lat, 

 

 

 

 

 

zmarła na raka kości) 

 
 

KONIEC 

 

Przepisał i sprawdził: 

P.P.Z. (Petrus-paulus) 

 
 
 
 

Redakcja: ks. Roman Szpakowski SDB, Maria D. Śpiewakowska 

Z języka włoskiego przełożyła: Anna Gryczyńska 

Warszawa, 2007, 

Wydawnictwo Salezjańskie 

Tytuł oryginału: „Il canto del grillo – picole storie per l’anima” 

IMPRIMATUR: Za zgodą Kurii Diecezjalnej Warszawsko-Praskiej 

z dn. 03.02.1993 r., nr 170/K/93 

 

ISBN 978-83-85528-32-6 

 
 

Uwaga!!!  

Książka ta w formie e-booka może być rozpowszechniana  

tylko w celach indywidualnych!!!