background image

 

 

 
 
 
 
 

 

 
                                               

 

 
 
 
 
 
 

 

 

 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 

 

    

               

 
 
 
 
 
 

                       

 

                                                          

KRYMINAŁ 

 
 
 

Lilian Jackson Braun 

 
 

Kot, który nie polubił czerwieni Tom 04 

background image

 

 

Rozdział pierwszy       

 

 

 
Jim Qwilleran zatopił się w fotelu w jadalni klubu prasowego. 

Jego  skulona  postać,  mierząca  sto  osiemdziesiąt  pięć 
centymetrów,  sprawiała  posępne  wraŜenie,  co  dodatkowo 
potęgowały zwisające smętnie przesadnie duŜe wąsy. 

Zły nastrój Qwillerana nie był związany z ceną drinków, która 

podskoczyła ostatnimi czasy o dziesięć centów. Nie miał teŜ nic 
wspólnego  z  przygnębiającym  oświetleniem  ani  nawet  z 
mroczną drewnianą boazerią czy teŜ ze smrodem piątkowej ryby 
i sobotniego piwa, zmieszanym z nieświeŜym odorem ludzkiego 
ciała,  panującym  w  tym  starym  budynku,  gdzie  mieściło  się 
niegdyś więzienie okręgowe. Qwilleran był wyjątkowo przybity 
z powodu złych wieści natury, powiedzmy, fizjologicznej. 

Nagradzany  autor  wstępniaków  w  „Daily  Fluxion"  i 

największy  prasowy  znawca  półkilogramowych  steków  i 
szarlotki  z  lodami  przeglądał  z  przeraŜeniem  i  rozpaczą  listę 
wydrukowaną na zielonkawoŜółtym papierze. 

Siedzący po drugiej stronie stołu Arch Riker, redaktor działu 

kulturalnego „Fluxion", zapytał: 

- Co jecie? Widzę, Ŝe w menu są dzisiaj placki ziemniaczane. 
Qwilleran  nadal  wpatrywał  się  w  kartkę  zielonego  papieru. 

Poprawiał na nosie nowe okulary do czytania, jakby nie mogąc 
uwierzyć, Ŝe nie kłamią. 

Odd Bunsen, fotograf z „Fluxion", zapalił cygaro. 
-  Ja  biorę  zupę  groszkową  i  Ŝeberka  oraz  porcję  przysma 

Ŝ

anych ziemniaków. Ale najpierw chcę podwójne martini. 

Qwilleran w ciszy skończył czytać ten niezwykły dokument, a 

potem zaczął od początku listy:  

ś

adnych  ziemniaków  śadnego  chleba  śadnych  zup-kremów 

Nic smaŜonego.  

background image

 

 

Riker,  który  miał  zaokrągloną  sylwetkę  dziennikarza 

pracującego za biurkiem, powiedział: 

-  Mam  ochotę  na  coś  lekkiego.  Wezmę  chyba  kurczaka  z 

makaronem  i  surówkę  z  kapusty  ze  śmietaną.  A  ty  co 
zamawiasz, Qwill? 

ś

adnego tłuszczu śadnej śmietany śadnych deserów. 

Qwilleran 

skulił 

się 

swoim 

fotelu 

obdarzył 

współbiesiadników kwaśnym i drwiącym uśmiechem. 

- Zamawiam twaroŜek i pół rzodkiewki. 
- Musisz być chory - zaniepokoił się Bunsen. 
-  Doktor  Beane  powiedział  mi,  Ŝe  muszę  zgubić  piętnaście 

kilogramów. 

-  No  tak,  w  twoim  wieku  trzeba  uwaŜać  -  rzucił  beztrosko 

fotograf. 

Był  młodszy  i  szczuplejszy,  więc  mógł  sobie  pozwolić  na 

wygłaszanie takich filozoficznych sentencji. 

W  geście  obrony  Qwilleran  poruszył  czarnymi  sumiastymi 

wąsami, które nosiły juŜ wyraźne znaki siwizny. ZłoŜył okulary 
i niezwykle ostroŜnie schował je do kieszonki garnituru. 

Riker, smarując masłem rogalika, przyjrzał mu się z troską. 
- Jak to się stało, Qwill, Ŝe trafiłeś do lekarza? 
-  Zalecił  mi  to  weterynarz.  -  Qwilleran  ospale  sięgnął  do 

kapciucha  po  tytoń  i  zaczął  nabijać  swoją  zmysłowo  wygiętą 
fajkę.  -  Wiesz,  zabrałem  Koko  i  Yum  Yum  do  weterynarza, 
Ŝ

eby  wyczyścił  im  zęby.  Próbowałeś  kiedyś  siłą  rozewrzeć 

pyszczek  syjamskiego  kota?  Dla  niego  to  skandaliczne 
naruszenie prywatności. 

-  Szkoda,  Ŝe  nie  było  mnie  tam  z  aparatem  -  powiedział 

Bunsen.  

-  Kiedy  tylko  Koko  zorientował  się,  o  co  nam  chodzi, 

zamienił  się  w  coś  w  rodzaju  futrzanego  tornada.  Weterynarz 
trzymał go za szyję, asystent złapał za nogi, a ja uwiesiłem się u 
ogona,  ale  Koko  i  tak  wywinął  się  na  drugą  stronę. 
Zobaczyliśmy  tylko,  jak  zeskakuje  ze  stołu  i  umyka  w  stronę 

background image

 

 

poczekalni.  Dwóch  weterynarzy  i  pomocnik  ścigali  go  wśród 
klatek. Psy szczekały, wtórowały im koty, a ludzie wrzeszczeli. 
Wreszcie  Koko  wylądował  na  klimatyzatorze,  dwa  i  pół  metra 
nad  podłogą,  spojrzał  w  dół  i  wygarnął  nam  całą  prawdę.  Jeśli 
nigdy  dotąd  nie  przeklinał  cię  syjamski  kot,  to  nie  potrafisz 
sobie wyobrazić tego wyrzekania! 

-  Potrafię!  -  odparował  Bunsen.  -  Twój  kot  wyje  jak  syrena 

ambulansu. 

-  Zasłabłem  po  tym  incydencie  i  weterynarz  powiedział,  Ŝe 

bardziej  przyda  mi  się  konsultacja  lekarska  niŜ  kotom  przegląd 
zębów.  Rzeczywiście  brakowało  mi  ostatnio  tchu,  więc 
poszedłem do doktora Beane. 

- A jak ściągnęliście kota? 
-  Po  prostu,  poszliśmy  sobie  i  zostawiliśmy  go,  a  ten,  jak 

gdyby  nigdy  nic,  przyszedł  po  chwili,  wskoczył  na  stół 
zabiegowy i ziewnął. 

-  Kolejny  punkt  dla  Koko  -  powiedział  Riker.  -  Co  w  tym 

czasie robiła kotka? 

-  Yum  Yum  siedziała  w  pojemniku  podróŜnym,  czekając  na 

swoją kolej. 

- Nieźle się musiała ubawić - dodał Bunsen. 
-  Ot  i  cała  historia  -  podsumował  Qwilleran.  -  I  dlatego 

właśnie jestem na tej nędznej diecie. 

- Nigdy ci się nie uda. 
-  A  właśnie,  Ŝe  tak!  Za  pieniądze  z  mojej  nagrody  kupiłem 

nawet  wagę  łazienkową  z  gabinetu  wiejskiego  doktora  z  Ohio, 
prawdziwy antyk. 

Qwilleran wygrał tysiąc dolarów w konkursie dziennikarskim 

„Daily Fłuxion" i wszyscy w redakcji zastanawiali się, na co ten 
skąpy samotnik wyda całą sumę. 

-  Co  zrobiłeś  z  resztą  forsy?  -  zapytał  Riker  z  odrobiną 

sarkazmu. - Posłałeś byłej Ŝonie, co? 

- Posłałem Miriam kilka setek, to wszystko.  
- Jesteś frajerem! 

background image

 

 

- Ona jest chora. 
-  Ale  jej  krewni  są  bogaci  -  przypomniał  mu  Arch.  -  Trzeba 

było sobie kupić samochód albo jakieś meble, powinieneś mieć 
przyzwoity dom... 

- Moje mieszkanie w Junktown jest w porządku. 
- Miałem na myśli to, Ŝe powinieneś się znowu oŜenić, kupić 

dom na przedmieściach, osiąść gdzieś na stałe. 

Na samą myśl o tym Qwilleran skulił się ze strachu. Kiedy po 

lunchu trzej męŜczyźni wracali do biura, kulił się coraz bardziej, 
i to z wielu powodów. Po pierwsze, nienawidził twaroŜku. Poza 
tym  Riker  prowokował  go  przez  cały  lunch,  ale  Qwilleran 
pozwalał  mu  na  to,  bo  byli  starymi  kumplami.  A  trzecim 
powodem,  dla  którego  czuł  dyskomfort,  było  wezwanie  do 
naczelnego  na  popołudniowe  spotkanie.  Zaproszenie  od  szefa 
nie  zwiastowało  zazwyczaj  niczego  dobrego.  Poza  tym  ten 
człowiek  draŜnił  Qwillerana,  umiał  zdobyć  się  na  sztuczną 
poufałość, kiedy tylko było mu to na rękę. 

Qwilleran stawił się w gabinecie naczelnego w wyznaczonym 

czasie  w  towarzystwie  Rikera,  który  był  jego  bezpośrednim 
przełoŜonym. 

-  Wejdź,  Arch,  wejdź,  Qwill  -  powiedział  naczelny 

przesłodzonym głosem, zarezerwowanym na specjalne okazje.  

-  Smakował  wam  lunch?  Widziałem  was  w  klubie. 

Zajadaliście, aŜ wam się uszy trzęsły. 

Qwilleran odchrząknął. 
Naczelny  odprowadził  ich  do  krzeseł,  a  sam  rozsiadł  się 

wygodnie  w  swoim  dyrektorskim  fotelu  z  wysokim  oparciem, 
roztaczając wokół aurę wielkoduszności. 

- Qwill, mamy dla ciebie nowe zlecenie - oznajmił - i wydaje 

mi się, Ŝe ci się spodoba. 

Twarz  Qwillerana  pozostała  niewzruszona.  Jakby  chciał 

powiedzieć: „Przyznam ci rację, jak usłyszę, o co chodzi". 

-  Qwill,  wszyscy  uwaŜają,  Ŝe  znasz  się  na  kuchni  jak  rzadko 

kto. A na dodatek umiesz pisać ciekawie i treściwie, a o takie 

background image

 

 

teksty  chodzi  nam  przede  wszystkim.  Przydzielamy  cię, 

przyjacielu, do nowego działu smakosza.  

- Jakieś szczegóły? - spytał szorstkim, matowym głosem. 
-  Chcemy,  Ŝebyś  pisywał  do  stałej  rubryki  skierowanej  do 

miłośników  dobrego  jedzenia  i  wina.  Chcemy,  Ŝebyś  jadł  w 
najlepszych restauracjach, oczywiście na nasz koszt. „Flu-xion" 
płaci  za  kolacje  dla  dwojga.  MoŜesz  kogoś  zaprosić  -  naczelny 
zawiesił głos w oczekiwaniu na okrzyk radości. 

Qwilleran  przełknął  tylko  ślinę  i  wpatrywał  się  bez  ruchu  w 

naczelnego. 

- No więc, Qwill, co ty na to? 
-  Sam  nie  wiem  -  odparł  powoli  Qwilleran.  -  Wiesz,  nie 

Ŝ

ałowałem  sobie  przez  ostatnie  dwa  lata,  a  właśnie  dzisiaj 

zacząłem  niskokaloryczną  dietę.  Doktor  Beane  chce,  Ŝebym 
schudł piętnaście kilogramów. 

Zakłopotanie naczelnego trwało ułamek sekundy. 
-  Oczywiście  nie  ma  potrzeby,  Ŝebyś  zjadał  wszystko  - 

powiedział. - Kęs tego, odrobinę tamtego, a co do reszty, to uŜyj 
wyobraźni.  Znasz  wszystkie  sztuczki  naszego  rzemiosła.  Nasza 
redaktor  kulinarna  nie  umiałaby  ugotować  jajka,  ale  redaguje 
najlepszy dział w tym kraju. 

- No... 
-  Nie  widzę  Ŝadnego  powodu,  dla  którego  miałbyś  sobie  nie 

poradzić. 

Pokaz  dobrej  woli  naczelnego  wyraźnie  zbliŜał  się  ku 

końcowi,  stopniowo  przeradzając  się  w  typowy  dla  niego  stan 
zatroskania. 

-  Planujemy  ruszyć  w  następny  poniedziałek,  w  niedzielnym 

wydaniu  ma  się  ukazać  zwiastun  z  twoim  zdjęciem  i 
Ŝ

yciorysem. Arch mówił mi, Ŝe jadałeś wszędzie w Europie. 

Qwilleran odwrócił się do przyjaciela. 
- To twój pomysł, Arch? 
Redaktor pokiwał głową z wyrazem skruszenia. 
- Lepiej podetnij wąsy i zrób sobie nowe zdjęcie, na starym 

background image

 

 

wyglądasz, jakbyś miał krwawiące wrzody - zaproponował. 
Szef podniósł się i spojrzał na zegarek. 
- No cóŜ, to chyba wszystko. Gratulacje, Qwill! 
W drodze powrotnej do działu felietonów Riker odezwał się: 
-  Nie  moŜesz  odłoŜyć  tej  diety  na  kilka  tygodni?  Całe  to 

zamieszanie rozejdzie się po kościach, jak cała reszta genialnych 
pomysłów 

Percyego. 

Robimy 

to 

tylko 

dlatego, 

Ŝ

dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  „Morning  Rampage"  rusza  z  kolumną 
konesera za dwa tygodnie. W tym czasie moŜesz Ŝyć jak król, co 
wieczór  z  inną  panienką,  a  na  dodatek  nie  zapłacisz  ani  centa. 
Czy to nie przemawia do twojej skąpej natury? Jesteś Skoczem, 
prawda? 

-  Szkotem  -  oburzył  się  Qwilleran.  -  Skocza  znajdziesz  w 

butelce. 

Najpierw  udał  się  do  fryzjera,  a  potem  do  działu  fotografii, 

Ŝ

eby zrobić nowe zdjęcie i ponarzekać przed Oddem Bunsenem 

na nowe zlecenie. 

- Jeśli potrzebujesz towarzystwa, jestem gotów - fotograf 
zgłosił się na ochotnika. - Ja będę jadł, a ty zrobisz notatki. 
Posadził Qwillerana na taborecie w pozycji, od której łamało 

go w krzyŜu, i nachylił jego głowę pod nienaturalnym kątem. 

-  Riker  mówi,  Ŝe  mam  wyglądać  jak  bon  vivant  –  rzucił  z 

dezaprobatą. Bunsen zezował przez obiektyw aparatu. 

-  Z  tymi  obwisłymi  wąsami  zawsze  będziesz  wyglądał  jak 

pies myśliwski z bólem brzucha. Proszę o uśmiech. 

Qwilleran napiął mięsień w jednym policzku. 
- Czemu nie zaczniesz od „Toledo Tombs"? To najdroŜszy 
lokal. Potem moŜesz zaliczyć inne knajpy. 
Bunsen wykręcił ramiona Qwillerana w lewo, a jego brodę w 

prawo. 

-  I  powinieneś  napisać  o  sieci  Heavenly  Hash  House,  o  tym, 

jak zeszli na psy. 

- Kto właściwie redaguje tę kolumnę, ty czy ja? 
- Teraz jest okej, jeszcze uśmiech. 

background image

 

 

Qwilleran znów napiął mięsień. 
- Ruszyłeś się! Musimy spróbować innego... A jakie Ŝycie 
będą miały twoje zwariowane koty! Pomyśl tylko o tych 

worach jedzenia, które będziesz przynosił tym łobuziakom. 

- Nie pomyślałem o tym wcześniej - mruknął Qwilleran. 
Jego twarz rozpromieniła się i Bunsen pstryknął zdjęcie. 
Nowy  smakosz  „Fluxion"  miał  szczery  zamiar  zacząć 

wypełniać  swoje  obowiązki  od  „Toledo  Tombs",  ale  nie  z 
Oddem Bunsenem. Zadzwonił do Mary Duckworth, najbardziej 
prominentnej osoby, jakiej numer znalazł w swoim notesie. 

-  Przykro  mi  -  odpowiedziała.  -  WyjeŜdŜam  na  Karaiby  i 

niestety  przyjęłam  juŜ  zaproszenie  na  kolację  Klubu  Smakoszy 
dziś  wieczorem.  MoŜe  masz  ochotę  pójść  ze  mną?  Mógłbyś  o 
tym napisać. 

- Gdzie jest ta kolacja? 
- W Maus Haus. Znasz to miejsce? 
-  Maus  Haus?  -  powtórzył  Qwilleran.  -  Niezbyt  apetyczna 

nazwa dla restauracji. 

-  To  nie  jest  restauracja  -  wyjaśniła  Mary  Duckworth.  -  To 

dom  Roberta  Mausa,  prawnika.  M-a-u-s  -  przeliterowała.  - 
UŜywa  niemieckiej  wymowy.  Jest  wyśmienitym  kucharzem. 
Wiesz,  ten  typ,  co  to  ostrzy  swoje  francuskie  noŜe  kaŜdego 
wieczoru  i  z  pamięci  przyrządza  sos  z  trzydziestu  siedmiu 
składników,  no  i  uprawia  własną  pietruszkę.  Mówią,  Ŝe  potrafi 
po smaku odróŜnić lewe skrzydełko kurczaka od prawego. 

- Gdzie jest ten Maus Haus? 
-  Na  River  Road.  Z  tym  dziwacznym  domem  wiąŜe  się 

tajemnicze  samobójstwo.  MoŜe  rozwiąŜesz  tę  zagadkę.  To  by 
była bomba dla „Daily Fluxion", nieprawdaŜ? 

- Kiedy to się wydarzyło?  
- Ach, zanim się urodziłam. Qwilleran dmuchnął w wąsy. 
- Niezbyt gorący news. 
- Nie poruszaj tego tematu przy stole - ostrzegła Mary.  
- Robert jest okropnie draŜliwy na tym punkcie. Zadzwonię 

background image

 

 

i uprzedzę go, Ŝe przyjdziesz. 
Tego  popołudnia  Qwilleran  wrócił  do  domu  wcześniej,  Ŝeby 

przebrać się w lepszy garnitur i nakarmić koty. Po drodze wpadł 
tylko  do  sklepu,  by  kupić  im  świeŜe  mięso.  Kocia  intuicja 
podpowiadała  podopiecznym  Qwillerana,  Ŝe  pan  nadchodzi, 
zanim  jeszcze  wszedł  na  schody.  Czekały  na  niego.  Wyglądały 
jak  dwa  bochenki  domowego  chleba.  Usadowiły  się 
naprzeciwko drzwi, dwie kule smakowitego  futerka. Przysiadły 
tak,  Ŝe  łapek  nie  było  widać,  ale  czujne  brązowe  uszy 
nasłuchiwały,  a  dwie    pary  niebieskich  oczu  pytająco 
wpatrywały się w męŜczyznę, który wszedł do mieszkania. 

- Witajcie - powiedział. - Jestem dzisiaj wcześniej. Zaraz 
zobaczycie, co wam, dzieciaki, przyniosłem! 
Dwa koty poderwały się jak na komendę. 
- Yow - dumnym barytonem odezwał się Koko. 
-  Mmmm  -  piskliwym  sopranem  dodała  podekscytowana 

Yum Yum. 

Osunęła  się  na  wielki  słownik  i  zaczęła  dla  przyjemności 

szarpać  pazurkami  jego  ponadrywaną  juŜ  okładkę.  Koko 
natomiast  bez  wysiłku  wskoczył  na  biurko,  demonstrując 
umiejętność lewitacji. Na koniec wszedł na maszynę do pisania, 
wcisnął klawisz tabulatora, zwalniając karetkę. 

Qwilleran  pogłaskał  kaŜdego  kota  z  osobna.  CięŜką  ręką 

wymasował  jedwabisty  grzbiet  Koko  i  z  czułością  pieścił 
jaśniejsze futerko Yum Yum. 

- Jak się ma moje kochanie? - przemówił do Yum Yum 
z delikatnością, o którą kumple z klubu prasowego nigdy by 
go nie podejrzewali i której Ŝadna kobieta nigdy od niego nie 
zaznała. - Na kolację mamy kurze wątróbki - powiedział. 
Koko  w  geście  aprobaty  zwolnił  lewy  margines  w  maszynie 

do pisania. Ta techniczna umiejętność była nowo nabyta. Umiał 
posługiwać  się  włącznikami  elektrycznymi,  otwierać  drzwi,  ale 
nade  wszystko  fascynowała  go  maszyna  do  pisania,  z  całym 
bogactwem przycisków, dźwigni i gałek. 

background image

 

 

Qwilleran  wspomniał  nawet  o  tym  odkryciu  weterynarzowi, 

który odpowiedział: 

-  Zwierzęta  przechodzą  róŜne  stadia  zainteresowania,  jak 

dzieci. Ile lat mają koty? 

- Nie mam pojęcia. Oba były dorosłe, kiedy je adoptowałem. 
- Koko wygląda na trzy, cztery lata. Wyjątkowo zdrowy. Robi 

wraŜenie bardzo inteligentnego. 

W  tym  miejscu  Qwilleran  pogładził  dyskretnie  wąsy  i  z 

trudnością  powstrzymał  się  od  wyliczania  innych  wyjątkowych 
zdolności Koko. Prawda była taka, Ŝe genialny syjamczyk miał 
nadprzyrodzone  umiejętności  śledcze.  Qwilleran  zainteresował 
się niedawno zbrodnią, która nie dawała spokoju policji, i tylko 
jego  bliscy  przyjaciele  wiedzieli,  Ŝe  to  dzięki  Koko  udało  się 
rozwiązać zagadkę. 

Qwilleran posiekał wątróbkę dla kotów, podgrzał ją w rosole i 

podał danie tak, jak to lubiły: sos w środku miseczki, a kawałki 
mięsa na brzegu. 

- Szczęściarze! - powiedział. 
Mogły jeść tyle, na ile miały ochotę, i w ogóle nie przybierały 

na wadze. Pod lśniącym płowym futerkiem kryły się muskularne 
smukłe ciała. ChociaŜ poruszały się z wdziękiem i stąpały lekko, 
w ich nogach była siła, której zawdzięczały to, Ŝe jeden zwinny 
skok wynosił je na szczyt lodówki. 

Qwilleran  przypatrywał  się  im  przez  chwilę,  a  potem  wrócił 

myślami  do  nowego  zadania.  Usiadł  przy  maszynie,  by 
sporządzić listę restauracji. 

Zawsze  zostawiał  czystą  kartkę  papieru  na  wałku,  stary 

pisarski  trik,  który  ułatwiał  rozpoczęcie  pisania.  Rzucił  okiem 
na  kartkę,  jego  palce  zawisły  w  powietrzu.  ZałoŜył  nowe 
okulary  i  przyjrzał  się  jej  dokładniej.  Na  szczycie  strony 
widniała pojedyncza litera. 

- A niech mnie, wiedziałem, Ŝe prędzej czy później na 
uczysz się i tego - rzucił przez ramię. 

background image

 

 

W odpowiedzi z kuchni doszedł go gardłowy odgłos; to Koko 

jednocześnie  przełykał  kawałek  wątróbki  i  komentował  na 
poczekaniu odkrycie Qwillerana. 

To było duŜe T. Klawisz został zablokowany na wersalikach. 

Prawdopodobnie Koko wszedł lewą łapką na trzymacz, a prawą 
nacisnął tę właśnie literę. 

Qwilleran  dołączył  „oledo  Tombs"  do  T  napisanego  przez 

Koko  i  kontynuował  pisanie  listy:  „Golden  Lamb  Chop", 
„Medium  Rare  Room",  hotel  „Stilon",  kilka  przydroŜnych 
zajazdów,  restauracji  specjalizujących  się  w  kuchniach 
narodowych  i  podziemnych  bistro.  Potem  przebrał  się  na 
kolację,  porzucając  swój  nieodłączny  tweedowy  płaszcz, 
kraciasty  czerwony  krawat,  szarą  koszulę  zapinaną  na  guziki  i 
marynarskie spodnie w kolorze kurzu - ubranie, które było jego 
codziennym  uniformem  w  „Daily  Fluxion".  Gdy  się  ubierał, 
złapał  na  chwilę  swoje  odbicie  w  długim  lustrze  i  to,  co 
zobaczył, nie przypadło mu do gustu. Jego twarz się zaokrągliła, 
ramiona były sflaczałe, tam, gdzie powinien być wklęsły, zrobił 
się wypukły. 

Z nadzieją, ale bez zbytniej ufności, wszedł na antyczną wagę 

w  łazience.  Było  to  zardzewiałe  urządzenie  z  odwaŜnikami  i 
ramieniem, które z ostrym szczękiem poszło w górę. Wstrzymał 
oddech  i  przesunął  odwaŜnik  wzdłuŜ  ramienia,  z  wahaniem 
dodając  kolejne  odwaŜniki,  aŜ  wreszcie  zrównowaŜył  skalę. 
Półtora  kilograma!  Nie  zjadł  nic  z  wyjątkiem  grejpfruta  na 
ś

niadanie  oraz  twaroŜku  na  lunch  i  waŜył  półtora  kilograma 

więcej niŜ rano. 

Qwilleran wzdrygnął się, posmutniał, a na końcu wściekł się. 
- Cholera jasna! - wykrzyknął. - Nie dam się utuczyć jak 
ś

winia dla jakiegoś wszawego zlecenia! 

- Yow! - dla dodania animuszu powiedział Koko. 
Qwilleran zszedł z wagi i posłał swojemu odbiciu jeszcze 
jedno  krytyczne  spojrzenie,  a  ono  odpowiedziało  falą 

determinacji,  która  przeszyła  zwiotczałe  ciało.  NapręŜył  klatkę, 

background image

 

 

wciągnął brzuch i poczuł, jak zwycięŜa w nim wiara we własną 
siłę woli. 

- Napiszę tę cholerną kolumnę - oznajmił kotom - i zostanę na 

diecie, nawet jeśli ma mnie to zabić! 

- Yow-wow! - wtórował Koko. 
- Półtora kilograma więcej! Nie mogę w to uwierzyć! 
Kiedy  się  waŜył,  nie  spostrzegł,  Ŝe  stojący  za  nim  Koko 

opiera się przednimi łapkami o platformę wagi. 

  

Rozdział drugi 

 
Kiedy w poniedziałkowe popołudnie Qwilleran przebierał się 

na  kolację,  czuł  swoje  lata.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu 
potrzebował  okularów  do  czytania.  Jego  wąsy  i  większość 
włosów  przybrały  kolor  soli  z  pieprzem,  a  szeroka  talia 
przypominała  mu  o  czterdziestceszóstce  na  karku.  Ale  przed 
wieczorem stał się znowu młodym męŜczyzną. 

Do  rezydencji  Roberta  Mausa  na  River  Road  pojechał 

taksówką.  Maus  House  znajdował  się  daleko  za  rozległym 
centrum  handlowym,  za  karczmą  „Seafood  Hut"  Joego  Pike'a, 
otoczoną  akrami  parkingu,  za  torem  rolkowym,  za  tartakiem. 
Między przystanią dla małych jachtów a klubem tenisowym stał 
olbrzymi  stos  kamieni.  Qwilleran  widział  go  wcześniej  i 
zgadywał,  Ŝe  musi  to  być  ośrodek  jakiegoś  ekscentrycznego 
kultu.  Budynek  stał  tyłem  do  głównej  drogi,  samotny  i 
tajemniczy,  za  Ŝelaznym  ogrodzeniem  i  dwoma  akrami 
zaniedbanego 

trawnika. 

Przypominał 

egipską 

ś

wiątynię 

zniszczoną  podczas  przenoszenia  i  niezdarnie  odbudowaną. 
Pylony  okalające  masywne  drzwi  równie  dobrze  mogły  być 
wykute  nad  Nilem,  ale  reszta  architektonicznych  detali 
pozbawiona była  charakteru: kominy w stylu tych budowanych 
w  Georgii,  fabryczne  okna  na  wyŜszym  piętrze,  garaŜ 
dobudowany z jednej strony domu i nowoczesna wiata z drugiej, 

background image

 

 

kilka  wyjść  ewakuacyjnych,  gzymsów,  okapów,  rynien,  a 
wszystko to w niewłaściwych miejscach. 

Qwilleran odszukał kołatkę i pozwolił jej opaść z dźwięcznym 

brzęknięciem.  Potem  czekał  zrezygnowany  -  kiszki  grały  mu 
marsza  -  aŜ  w  końcu  ze  skrzypieniem  zawiasów  otworzono 
drzwi. 

To,  co  wydarzyło  się  przez  następne  pół  godziny,  niewiele 

miało sensu. Qwillerana przywitał młody szczupły męŜczyzna 

  
o zuchwałym spojrzeniu i zabawnych bokobrodach, długich i 

kręconych. Mimo Ŝe nosił biały drelichowy uniform słuŜącego, 
w  jednym  ręku  trzymał  na  wpół  pusty  kieliszek  szampana,  w 
drugiej  dłoni  zaś  miał  papierosa.  Szczerzył  zęby  jak  głupi  do 
sera. 

-  Witamy  w  Maus  Haus  -  powiedział.  -  Ty  musisz  być  tym 

gościem z gazety. 

Qwilleran  wszedł  do  zaćmionej  pakamery,  która  pełniła 

funkcję foyer. 

- Mickey Maus jest w kuchni - powiedział odźwierny.  
-  Jestem  William.  -  PrzełoŜył  papierosa  do  ust,  Ŝeby 

wyciągnąć do Qwillerana rękę. 

Qwilleran  uścisnął  dłoń  sympatycznego  boya,  lokaja  czy 

kimkolwiek on był. 

- Tylko William? 
- William Vitello. 
Dziennikarz spojrzał uwaŜnie na młodo-starą skrzacią twarz. 
- Vitello? Przysiągłbym, Ŝe jesteś Irlandczykiem. 
-  Irlandzka  matka,  włoski  ojciec.  Cała  moja  rodzina  to 

mieszanka - wyjaśnił William z uśmiechem od ucha do ucha.  

-  Wejdź  dalej.  Wszyscy  są  w  Wielkim  Holu  i  piją  na  umór. 

Przedstawię cię gościom. 

Poprowadził  Qwillerana  szerokim  holem,  tak  ciemnym,  Ŝe 

niezliczone  lampy  i  świece  umieszczone  w  lichtarzach  nie 
zdołały  rozproszyć  panujących  tam  ciemności.  Mimo  to  Qwil-

background image

 

 

leran  rozróŜniał  balustradę  wspartą  na  egipskich  kolumnach  i 
olbrzymie  schody  strzeŜone  przez  sfinksy.  Podłogę  i  ściany 
wyłoŜono  ceramicznymi  kaflami  w  kolorze  czekoladowego 
brązu.  Zniekształcone  głosy  odbijały  się  od  gładkich 
powierzchni, rozbrzmiewając strasznym echem. 

- Upiorne miejsce... Mam nadzieję, Ŝe nie masz mi za złe, Ŝe 

to mówię - powiedział Qwilleran. 

- Nie wyobraŜasz sobie nawet, jak upiorne - poinformował go 

William. - To kompletna architektoniczna poraŜka. 

Na  środku  holu,  pod  stylowym  sufitem  nakryto  do  kolacji 

długi  stół,  ale  goście  raczyli  się  drinkami  pod  balkonem,  który 
zapewniał pewne minimum przytulności.  

-  Szampan  czy  sherry?  -  zapytał  William.  -  Sherry  to 

prawdziwa bomba, muszę cię ostrzec. 

-  Pomińmy  drinka  -  powiedział  Qwilleran,  sięgając  do 

kieszeni po tytoń i  fajkę, z nadzieją, Ŝe dym zagłuszy ssanie  w 
Ŝ

ołądku. 

-  Dzisiejsza  impreza  nie  jest  duŜa.  Większość  ludzi  mieszka 

tu,  na  miejscu.  Chcesz  poznać  jakieś  dziewczyny?  -  William 
odwrócił gwałtownie głowę w kierunku dwóch brunetek. 

- Mieszkają tu? Jaki właściwie interes prowadzi Maus? 
SłuŜący zagwizdał z lubością. 
-  Nie  wiedziałeś?  To  zakręcona  stancja.  Kiedyś  było  to 

prawdziwe centrum sztuki - studia na balkonie i duŜa pracownia 
ceramiczna  na  tyłach  domu,  ale  to  było,  zanim  Mickey  Maus 
przejął  to  miejsce.  Sam  korzystam  z  tutejszej  dobroczynności. 
Chodzę  do  szkoły  sztuk  pięknych,  dostaję  wikt  i  opieru-nek  w 
zamian za pomoc przy domu i pracę fizyczną. 

- Koszenie trawnika nie naleŜy chyba do twoich obowiązków 

- Qwilleran kiwnął głową w kierunku zaniedbanego frontowego 
trawnika. 

William  wybuchnął  kolejną  salwą  śmiechu  i  klepnął 

dziennikarza po plecach. 

- Chodź, poznasz Hbcie i Rosemary. Ale uwaŜaj na Hixie, 

background image

 

 

poluje na męŜa. 
Dwie  kobiety  stały  przy  kredensie,  na  którym  ustawiono 

półmiski  z  przekąskami.  Rosemary  Whiting  była  niebrzydką 
stonowaną  kobietą  w  nieokreślonym  wieku.  Hbrie  Rice  była 
młodsza, pulchniejsza, bardziej głośna i miała dłuŜsze rzęsy. 

Hixie  zajęta  była  sączeniem  szampana  i  przeŜuwaniem 

kanapki,  co  nie  przeszkadzało  jej  jednocześnie  plotkować 
wysokim monotonnym głosem. 

-  Szaleję  za  czekoladą!  Kremy  z  masła  czekoladowego, 

ciasteczka  posypane  czekoladą,  ciasta  z  czekoladową  polewą, 
murzynek,  szaleję  za  wszystkim,  co  jest  z  czekolady,  trzech 
szklanek  cukru  i  pół  kilograma  masła.  -  Przerwała,  Ŝeby 
wepchnąć sobie w usta ostrygę zawiniętą w bekon. 

Tej  Hixie  było  całkiem  sporo,  zauwaŜył  Qwilleran.  Jej  ciało 

pęczniało  na  wszystkie  strony,  na  ile  pozwalała  na  to  ściśle 
dopasowana  pomarańczowa  sukienka.  Włosy  były  nastroszone 
jak  czekoladowy  suflet  okalający  uśmiechniętą  kluchowatą 
twarz. 

-  Kawioru?  -  mruknęła  Rosemary,  podsuwając  Qwilleranowi 

półmisek. 

Ten wziął głęboki oddech i stanowczo odmówił. 
- Ma duŜo witaminy D - dodała. 
- Mimo to dziękuję. 
- Mickey Maus - zaczął William - ma bzika na punkcie masła. 

Jedyny  raz,  kiedy  stracił  nad  sobą  panowanie,  to  wtedy,  gdy 
urządzaliśmy mały brunch i zostało nam tylko półtora kilograma 
masła. Po prostu spanikował. 

- Niestety, tłuszcze zwierzęce... - zaczęła Rosemary miękkim 

głosem, lecz Hixie przerwała jej. 

-  Jem  duŜo,  bo  jestem  sfrustrowana.  Ale  wolę  być  tłusta  i 

wesoła  niŜ  chuda  i  zrzędliwa.  Musisz  przyznać,  Ŝe  mam 
pogodne  usposobienie  -  zatrzepotała  rzęsami  i  sięgnęła  po 
następną kanapkę. - Co dziś mamy w menu, Willie? 

background image

 

 

-  Niewiele.  Zupę-krem  z  rukwi  wodnej,  mule  w  galarecie, 

nadziewaną  pierś'  kurczaka  zapieczoną  w  cieście,  duszoną 
endywię  -  nie  cierpię  endywii  -  grillowane  pomidory  w  curry, 
sałatę rzymską i naleśniki suzette. 

-  Coś  takiego  Charlotte  nazwałaby  „czymś  na  ząb"  - 

zauwaŜyła Hixie. 

William wyjaśnił Qwilleranowi: 
- Charlotte nigdy nie je normalnych posiłków, tylko, jak 
to  nazywa,'„coś  na  ząb".  Charlotte  jest  tam,  to  ten  stary 

babsztyl z białymi włosami i dwoma kilogramami biŜuterii. 

Kobieta  z  włosami  jak  wata  cukrowa  opowiadała  coś 

zapamiętale  dwóm  brzuchatym  dŜentelmenom,  którzy  słuchali 
jej  bardziej  z  grzeczności  niŜ  z  zainteresowania.  Qwilleran 
rozpoznał  w  nich  braci  Pennimanów,  członków  Miejskiego 
Komitetu  Sztuk.  To  oni  wyłoŜyli  pieniądze  na  „Morning 
Rampage",  ufundowali  szkołę  sztuk  pięknych  i  sfinansowali 
system parków miejskich. 

Po Wielkim Holu przechadzał się nerwowym krokiem jeszcze 

jeden dziwnie znajomy  męŜczyzna. Miał pogrąŜoną w zadumie 
przystojną  twarz,  którą  rozpromieniał  uśmiech,  ilekroć  drogę 
zastąpiła  mu  jakaś  kobieta.  To,  co  od  razu  uderzało  w  jego 
wyglądzie, to ogolona na łyso głowa. 

Qwilleran,  przyglądając  się  pozostałym  gościom,  zauwaŜył 

atrakcyjną  rudą  kobietę  w  oliwkowym  spodnium...  i  młodego 
męŜczyznę z kozią bródką, a potem zobaczył ją. Przez moment 
zapomniał o oddychaniu. 

„NiemoŜliwe!"  -  powiedział  do  siebie.  Ale  nie  było  mowy  o 

pomyłce.  Ta  sama  drobna  postać,  bujne  kasztanowe  włosy  i 
prowokacyjny jednostronny uśmiech. 

W  tej  właśnie  chwili  ona  odwróciła  się  w  jego  stronę  i 

wpatrywała  się  w  niego  z  niedowierzaniem.  Poczuł  dreszczyk 
przeszywający  mu  górną  wargę  i  dotknął  wąsów.  Ruszyła  w 
jego stronę po kafelkowej podłodze, sunąc lekko jak kiedyś. Tak 
jak kiedyś szeleściła jej suknia. Zwołała melodyjnym głosem: 

background image

 

 

- Jim Qwilleran! To naprawdę ty? 
- Joy! Joy Wheatley! 
- Nie do wiary! - przyjrzała mu się i wpadła mu w ramiona. 
- Niech ci się przyjrzę, Joy. Nic się nie zmieniłaś. 
- O tak, zmieniłam się. 
- Ile to juŜ lat? 
-  Proszę,  nie  licz.  Podobają  mi  się  twoje  wąsy,  Jim. 

ZmęŜniałeś. 

- Chciałaś powiedzieć utyłeś. Jesteś uprzejma. Zawsze byłaś. 
Odsunęła się. 
- Nie zawsze, strasznie mi wstyd za to, co zrobiłam. 
Przyjrzał się jej z bliska i poczuł, Ŝe dusi go kołnierz. 
- Nie spodziewałem się, Ŝe cię jeszcze zobaczę, Joy. Co ty tu 

robisz? 

-  Mieszkamy  tu  od  stycznia.  Mój  mąŜ  i  ja  kierujemy 

pracownią ceramiczną na tyłach budynku. 

-  Jesteś  zamęŜna?  -  Rosnące  nadzieje  Qwillerana  rozpłynęły 

się jak mgła. 

- Teraz nazywam się Graham. A co ty tu robisz, Jim? 
- Nikt nie nazywa mnie juŜ Jim. Od dwudziestu lat mówią na 

mnie Qwill.  

- Nadal piszesz Qwilleran przez „w"? 
-  Tak,  i  nadal  przyprawia  to  maszynistki  i  korektorów  o 

niestrawność. 

- śonaty?  
- Obecnie nie. 
- Nadal piszesz? 
- Od roku pracuję dla „Daily Fluxion". Nie widziałaś mojego 

nazwiska? 

- Nie czytam za duŜo, nie pamiętasz? Poza tym mój mąŜ 
nie  cierpi  krytyka  sztuki  z  „Daily  Fluxion",  więc  kupuje 

„Morning Rampage". 

- Powiedz mi, Joy, gdzie ty się podziewałaś przez wszystkie 
te lata? 

background image

 

 

- Głównie w Kalifornii, aŜ do czasu, kiedy pan Maus za 
proponował nam poprowadzenie tutejszej pracowni... Tyle 
jest do powiedzenia! Musimy... kiedy moŜemy...? 
- Joy - Qwilleran zniŜył głos - czemu uciekłaś? 
Westchnęła i rozejrzała się najpierw na jedną, potem na 
drugą stronę. 
-  Porozmawiamy  o  tym  później.  Myślę,  Ŝe  najpierw 

powinieneś  poznać  mojego  męŜa...  Zanim  okrutnie  porywczy 
pan G. podniesie larum - dodała z sarkastycznym uśmiechem. 

Qwilleran  spojrzał  na  drugi  koniec  sali,  skąd  wysoki 

męŜczyzna  o  kanciastych  rysach  przyglądał  się  im  badawczo. 
Dan  Graham  był  posiadaczem  wyblakłych  rudych  włosów, 
wydatnego  jabłka  Adama  i  piegowatej  skóry  naciągniętej  na 
wydatne  kości  twarzy  i  rąk.  Wytarta  sztruksowa  marynarka, 
niewyprasowana koszula i sandały na gołych stopach miały, jak 
się domyślał Qwilleran, wyraŜać artystycznego ducha, ale efekt 
był  przeciwny,  męŜczyzna  robił  wraŜenie  zrezygnowanego  i 
zaniedbanego. Ale okrutnie porywczego?... Nie. 

Kiedy  Joy  przedstawiła  Qwillerana  jako  „starą  miłość", 

Graham ozięble skinął na powitanie. Powiedziała to jakoś ostro 
-  nie  zaczepnie,  tylko  jakby  chciała  dotknąć  męŜa,  pomyślał 
Qwilleran.  Oj,  nie  wszystko  się  między  nimi  układa.  Było  mu 
głupio, Ŝe to spostrzeŜenie sprawiło mu przyjemność. 

- Znałem pańską Ŝonę z Chicago, kiedy byliśmy dzieciakami. 

Byłem  chłopakiem  z  naprzeciwka.  Teraz  piszę  dla  „Daily 
Fluxion" - zwrócił się do Dana Grahama. 

Graham wymamrotał coś. Mówił szybko i połykał wyrazy. 
- Przepraszam, nie usłyszałem - powiedział Qwilleran. 
-  Przygotowujemy  się  do  wystawy.  MoŜe  mógłby  panna 

przareklamować. 

- To będzie pokaz w stylu „mąŜ i Ŝona". Mam nadzieję, Ŝe 
będziesz na otwarciu, Jim. 
- Nie myśl nawet o waszym krytyku - wymamrotał jej mąŜ. –

Jego recenzje są guzik warte. 

background image

 

 

- Nikt nie kocha krytyków sztuki. To jedyna robota w gazecie, 

jakiej bym się nie podjął. A tak poza tym, jak się panu podoba 
na Środkowym Zachodzie, panie Graham? 

- Nie dałbym złamanego grosza za to miasto - powiedział 
garncarz.  Ucho  Qwillerana  stopniowo  oswajało  się  z 

potokiem 

słów, jaki wylewał się z ust Dana i z jego liberalnym uŜyciem 
niemodnych klisz i powiedzonek. - Spodziewam się pracy 
w Nowym Jorku, ewentualnie - moŜe Europa. 
-  No  cóŜ,  ja  bardzo  lubię  tę  część  kraju  -  powiedziała  z 

naciskiem Joy. - Chciałabym tu zostać. 

Jej zawsze wszystko się bardzo podobało. Qwilleran pamiętał 

ten niepohamowany entuzjazm. 

Graham spojrzał z rozdraŜnieniem na stół. 
- Niech mnie kule biją! Kiedy dostaniemy jakieś Ŝarcie? 
Zjadłbym konia z kopytami - tu zamachał pustym kieliszkiem 
po szampanie. - Tutejsza obsługa narobi człowiekowi apetytu, 
ale Ŝałuje bąbelków. 
-  Uwierzycie  -  zwrócił  się  do  wszystkich  Qwilleran  –  Ŝe  nie 

spotkałem jeszcze naszego gospodarza? 

Joy ujęła go za rękę. 
- Nie? Zabiorę cię do kuchni. Robert Maus jest aniołem. 
Poprowadziła go przez niski korytarz na tyłach Wielkiego 
Holu, ściskając jego palce i przysuwając się bliŜej, niŜ to było 

konieczne. Świadomie szli w milczeniu. 

Kuchnia 

była 

duŜym 

malowniczym 

pomieszczeniem, 

pachniała winem i przyprawami. Z wykładaną kaflami podłogą, 
jasnym 

sufitem 

głębokim 

kominkiem 

przypominała 

Qwilleranowi  kuchnie,  jakie  widywał  w  Normandii.  Miedziane 
garnki,  pęczki  suszonego  kopru  i  rozmarynu  rozwieszone  były 
wysoko  na  hakach.  NoŜe  i  tasaki  ułoŜono  rzędem  w  dębowym 
stojaku.  Na  półkach  stały  patelnie  do  smaŜenia  omletów, 
naczynia na suflety, miedziane misy i rondle do ryb, koszyki na 
sałatę  i  kilka  innych  tajemniczych  przedmiotów,  które 

background image

 

 

niewtajemniczonym  przypominały  o  ezoterycznych  arkanach 
sztuki kulinarnej. 

Nad całą tą sceną dominował postawny męŜczyzna w średnim 

wieku  ubrany  w  nieskazitelnie  białą  koszulę,  zachowawczy 
krawat  i  złote  spinki  wpięte  w  mankiety.  Biła  z  niego  godność 
Sądu  NajwyŜszego.  Dodatkowo  pochylał  się  lekko  do  przodu, 
co  dodawało  mu  wdzięku.  W  pasie  przewiązał  ręcznik  i 
zagniatał ciasto. 

Kiedy  Joy  Graham  dokonała  prezentacji,  Robert  Maus 

pokazał przepraszającym gestem pokryte mąką ręce i po chwili 
wahania odezwał się wywaŜonym tonem: 

- Jak... się pan miewa? 
Asystowała  mu  kobieta  w  białym  uniformie,  której  pełnym 

szacunku tonem wydawał krótkie polecenia: 

- Proszę rozmrozić... jeśli pani moŜe, proszę przygotować 
patelnię... A teraz kurczak, pani Marron. Dziękuję pani. 
Zaczął  obierać  z  kości  pierś  kurczaka  sprawnymi  cięciami 

zabójczego noŜa. 

- W pana rękach taka broń to nie Ŝarty - powiedział Qwilleran. 
Maus westchnął cięŜko, zanim odpowiedział. 
-  Według  mnie  jest  najbardziej...  odpowiednia  -  tu  przebił 

mięso noŜem, a następnie uderzył drgającą bestię płaską stroną 
ostrza. - Proszę o szalotki, pani Marron. 

- To niesamowity budynek - zauwaŜył Qwilleran. – Nigdy nie 

widziałem czegoś podobnego. 

Adwokat  waŜył  przez  chwilę  słowa  w  myślach  zanim  wydał 

werdykt. 

-  Nie  będę  nierozsądny,  jeśli  nazwę  go...  architektonicznym 

horrorem  -  powiedział.  -  Z  pełnym  szacunkiem,  naleŜnym 
mecenasowi  sztuki,  który  go  zbudował,  kaŜdy  przyzna,  Ŝe... 
jego entuzjazm i środki finansowe przewaŜyły nad... poczuciem 
estetyki.  

-  Ale  apartamenty  na  górze  są  urocze  -  wtrąciła  Joy.  –  Czy 

mogę zabrać Jima na balkon, panie Maus? 

background image

 

 

Skinął z wdziękiem głową. 
-  Jeśli  sprawi  to  pani  przyjemność.  Mam  powody  sądzić,  Ŝe 

drzwi do apartamentu numer sześć... są otwarte. 

Qwilleran nigdy nie widział niczego, co mogłoby się równać z 

szóstką. Studio, do którego weszli, było wysokie na dwa piętra, 
z  czego  połowę  ściany  stanowiło  okno,  składające  się  z  wielu 
małych  szybek.  Pomarańczowy  blask  wiosennego  zachodu 
słońca  zalewał  pokój,  a  trzy  witraŜowe  okna  nad  biurkiem 
tworzyły oddzielne tęcze. 

Qwilleran dmuchnął w wąsy. 
- Podobają mi się te meble! 
Były 

masywne, 

wyglądu 

niemal 

ś

redniowieczne, 

udekorowane  przytłaczającymi  rzeźbieniami,  z  elementami  z 
kutego Ŝelaza. 

- NaleŜą do Hama Hamiltona- powiedziała mu Joy.  
- Podniecające, co? Zaproszę go, jak tylko dowiemy się, gdzie 

zamieszka. 

- Masz na myśli to, Ŝe się wyprowadza? 
-  Przenoszą  go  na  Florydę.  Zaopatruje  w  Ŝywność  sieć 

sklepów spoŜywczych. 

Qwilleran  obejrzał  pokój  z  zazdrością.  Jego  uwagę  przykuł 

szczególnie  szeroki  fotel  z  obiciem  w  odwaŜną  biało-czarną 
kratę,  rząd  wbudowanych  regałów  na  ksiąŜki  i  dziw  nad 
dziwami, dywanik z futra niedźwiedzia polarnego. 

- Czy to miejsce jest do wynajęcia? - spytał. Joy zatańczyła z 

radości, słysząc to pytanie. 

- Och, Jim! Jesteś zainteresowany? Chciałbyś tu zamieszkać?  
-  To  zaleŜy  od  ceny  i  kilku  innych  rzeczy.  -  Miał  na  myśli 

Koko i Yum Yum. 

- Musimy natychmiast spytać pana Mausa. 
To  była  Joy,  którą  pamiętał.  Natychmiastowa  decyzja  i 

działanie do utraty tchu. 

- Czekaj, po kolacji. Daj mi to przemyśleć. 
- Och, Jim! - wykrzyknęła, zarzucając mu ręce na szyję.  

background image

 

 

- Tyle o tobie myślałam przez te wszystkie lata. 
Poczuł bicie jej serca i wyszeptał:  
- Czemu zniknęłaś? Dlaczego mnie tak zostawiłaś? Dlaczego 

nigdy nie napisałaś, nie wyjaśniłaś? 

Odsunęła się. 
- To długa historia. Teraz zejdźmy lepiej na kolację.  
-  Obdarzyła  go  tym  jednostronnym  uśmiechem,  który 

niezawodnie sprawiał, Ŝe serce przestawało mu bić. 

Stół  zastawiony  był  cięŜką  ceramiczną  zastawą  i  cynowymi 

naczyniami  ustawionymi  na  gołych  dębowych  deskach.  Całość 
oświetlona była świecami w masywnych kutych świecznikach z 
Ŝ

elaza.  Qwilleran  odnalazł  swoje  miejsce  między  Hbrie  Rice  i 

białowłosą kobietą, która przedstawiła się jako  Charlotte Roop. 
Joy  usiadła  przy  drugim  końcu  stołu,  między  Basilem  a 
Bayleyem  Pennimanem,  i  mogła  porozumiewać  się  z 
Qwilleranem tylko za pomocą oczu. 

Naprzeciwko niego usiadł łysy brutal o złotoustym uśmiechu. 

MęŜczyzna  prawie  wstał  i  przechylił  się  przez  stół,  trzymając 
prawą rękę na sercu. 

- Jestem Max Sorrel. 
- Jim Qwilleran z „Daily Fluxion". Czy my się juŜ gdzieś nie 

spotkaliśmy? 

- Jestem właścicielem restauracji „Golden Lamb Chop". 
- Tak, jadłem tam raz kolację. 
-  Czy  zamówił  pan  nasz  jagnięcy  karczek?  To  nasza 

specjalność.  Tracimy  pieniądze  na  kaŜdej  sztuce,  którą 
serwujemy.  -  Restaurator  mówił,  polerując  niezmordowanie 
swoje sztućce serwetką. 

Podniesiono  łyŜki.  Qwilleran  spróbował  zupy  z  rukwi, 

okazało  się,  Ŝe  jest  niezmiernie  delikatna,  ale  nie  czuł 
nieprzezwycięŜonego  pragnienia,  Ŝeby  zjeść  ją  do  końca. 
Uczucie  uniesienia  zagłuszyło  apetyt.  Jego  oczy  i  myśli 
zwracały  się  ku  Joy.  Teraz  juŜ  rozumiał,  dlaczego  zawsze 
podobały  mu  się  kobiety  o  przezroczystej  skórze  i  długich 

background image

 

 

włosach.  Tego  wieczoru  Joy  zaplotła  swoje  bujne  włosy  w 
warkocz  i  upięła  go  w  koronę  wokół  głowy.  Jej  prześwitująca 
suknia przypominała mu, jak droczył się z nią o resztki zasłon, z 
których  szyła  róŜne  romantyczne  i  niepraktyczne  ubrania.  Była 
wtedy zwariowanym dzieciakiem! 

William  zebrał  miseczki  po  zupie,  podchodząc  z  prawej 

strony  siedzących,  a  podał  mule  po  ich  lewej  stronie.  Nalał 
wino,  gwiŜdŜąc  na  fałszywą  nutę.  Kiedy  skończył  podawać, 
zasiadł  z  gośćmi  do  stołu  i  pokierował  rozmową  w  swoim 
najbliŜszym towarzystwie. 

- Nieortodoksyjny układ - Qwilleran zagadnął Hixie. 
-  Robert  jest  bardzo  łagodny  -  powiedziała.  -  Robi  wraŜenie 

staromodnego,  ale  to  jagnię  w  ludzkiej  skórze,  uwierz  mi.  Czy 
mogę prosić o trochę masła? 

- Jak to się stało, Ŝe pani tu zamieszkała? 
-  Jestem  copywriterem  w  agencji,  która  zajmuje  się  spisami 

Ŝ

ywności. Musi się pan  w jakiś szczególny sposób interesować 

jedzeniem, inaczej Robert nie wynajmie panu mieszkania. Panna 
Roop na przykład zarządza restauracją. 

- Tak, to prawda, prowadzę jedną z restauracji Heavenly Hash 

House  -  powiedziała  kobieta  z  prawej,  kręcąc  swoimi  licznymi 
bransoletami.  Była  to  mała,  Ŝywiołowa  osoba,  zbliŜająca  się 
prawdopodobnie  do  emerytury,  obwieszona  do  przesady 
przeciętną,  teatralną  biŜuterią.  -  Zaczęłam  pracować  dla  pana 
Hashmana  prawie  czterdzieści  lat  temu.  Przedtem  byłam 
sekretarką u starszego pana Pennimana, więc znam się co nieco 
na  biznesie  prasowym.  Uwielbiam  ludzi  z  gazety!  Znają  tyle 
słów...  MoŜe  pan  potrafi  mi  pomóc  -  z  zewnętrznej  kieszeni 
przepastnej  torby  wyjęła  krzyŜówkę.  -  Czy  zna  pan  słowo  na 
pięć liter, synonim miłości, na „a"? 

- Niech pani spróbuje „a-g-a-p-e" - zasugerował Qwilleran. 
Panna Roop zmarszczyła z dezaprobatą czoło. 
- Agape? 
- To greckie słowo. 

background image

 

 

- Niesamowite! Jest pan genialny! - Z zadowoleniem wpisała 

słowo ołówkiem w pionowe kratki. 

Podano  kurczaka  i  znów  Qwilleran  nie  miał  trudności  z 

powstrzymaniem się od jedzenia. Bawił się nim i przysłuchiwał 
się rozmowom. 

- Zdawałeś sobie sprawę, Ŝe trufle sprzedają teraz po sto 
pięćdziesiąt dolarów za kilogram? - zauwaŜył Sorrel. 
Ruda mówiła:  
- Mountclemens był oszustem, wiecie o tym. Jego słynna zupa 

z  homarów  była  przygotowana  naprędce  ze  składników  z 
puszki. 

-  Mam  świetną  zabawę,  myszkując  na  poddaszu  tego  domu. 

Znalazłam  listy  i  notesy  zgromadzone  w  starej  Ŝardinierze  - 
powiedziała Joy Basilowi Pennimanowi. 

-  MoŜesz  dodać  garść  kiełków  pszenicy  prawie  do 

wszystkiego.  To  jest  nadzwyczaj  zdrowe  -  zapewniała 
Rosemary Whiting. 

-  Wszyscy  wiedzą,  Ŝe  koktajl  z  krewetek  jest  declassA  -

oznajmiła Hixie. 

Ruda ciągnęła: 
-  Słyszałam  o  pewnym  cassoulet,  które  duszono  czterdzieści 

lat. 

A Joy dodała: 
-  Zdziwiłoby  pana  to,  co  znalazłam  na  strychu.  Zasmuciłoby 

to kilka obecnych tu osób. 

MęŜczyzna z kozią bródką zdradzał kulinarny sekret: 
- Zawsze ścieram ser ręcznie. A trochę obtartego naskórka 
poprawia smak asiago. 
Sam  Maus,  na  przedzie  stołu,  nie  mówił  nic,  zatopiony  w 

ś

wiecie  swoich  potraw.  Próbował  kaŜdej  krytycznie,  wpatrując 

się w przestrzeń, smakował ją wargami i językiem. Raz odezwał 
się na głos: 

- Moim zdaniem croute, trochę za krótko. 

background image

 

 

-  Wręcz  przeciwnie,  jest  wyśmienity  -  zapewniła  go  panna 

Roop  i  odwróciła  się  do  Qwillerana.  -  Pan  Maus  jest 
wspaniałym  kucharzem.  Proszę  sobie  wyobrazić,  Ŝe  odkrył 
sposób pieczenia prosięcia bez usuwania gałek ocznych! 

-  Ludzie,  a  czy  zdajecie  sobie  sprawę  -  Qwilleran  podniósł 

głos, Ŝeby zwrócić na siebie uwagę - Ŝe pani Graham jest takŜe 
wyśmienitą kucharką? Wymyśliła bananowe ciasto, kiedy miała 
siedemnaście lat, i wygrała kulinarny konkurs stanowy. 

Joy oblała się atrakcyjnym rumieńcem. 
-  Obawiam  się,  Ŝe  to  były  dziecięce  łakocie:  banany,  kokos, 

truskawki, czekolada, orzechy, galaretki i bita śmietana. 

- Nic nie wiem o jej umiejętnościach kucharskich - powiedział 

Max  Sorrel  -  ale  jest  cholernie  dobrym  ceramikiem.  To  ona 
zrobiła ten serwis obiadowy - uderzył widelcem w talerz. 

- To bardzo uprzejme ze strony pana Mausa, Ŝe zechciał mi 
zlecić tak cudowne zadanie - powiedziała Joy. 
Qwilleran  spojrzał  na  talerze  o  grubej  fakturze,  w  kolorze 

srebrzystej szarości, nakrapianej i obramowanej brązem. 

- To znaczy, Ŝe zrobiłaś wszystkie te talerze? Ręcznie? Ile? 
- Cały serwis na dwadzieścia cztery osoby. 
Sorrel błysnął w jej kierunku zwycięskim uśmiechem. 
-  Są  cudowne,  kochanie.  Gdybym  był  milionerem, 

pozwoliłbym ci robić wszystkie naczynia do mojej restauracji. 

- Jesteś słodki, Max. 
- Ile czasu ci to zabrało? - spytał Qwilleran. 
- Hmmm... trudno powiedzieć... - zaczęła Joy. 
-  To  jeszcze  nic  -  wtrącił  nagle  podniesionym  głosem  Dan 

Graham.  -  Na  WybrzeŜu  zrobiłem  kiedyś  serwis  z  sześciuset 
części na jeden z duŜych planów filmowych. 

Wypowiedź  Dana  zgasiła  rozmowy  przy  stole.  Wszystkie 

głowy nachyliły się zgodnie nad sałatką. Nagle kaŜdy próbował 
wyłowić liść rzymskiej sałaty. 

- Powiem wam więcej - uparcie kontynuował Gra 
ham. - Wedgwood wykonał serwis dla carycy Katarzyny Wiel 

background image

 

 

kiej składający się z dziewięciuset sześćdziesięciu dwu części. 
Przy stole panowała cisza, aŜ w końcu głos zabrał William. 
- Są chętni na brydŜa po kolacji? To odwróci wasze myśli 
od trawienia. 
  
Rozdział trzeci 
 
Kiedy  Qwilleran  po  powrocie  do  domu  oznajmił  owdowiałej 

właścicielce,  Ŝe  się  wyprowadza,  pani  Cobb  płakała  trochę,  a 
gdy  w  ramach  rekompensaty  wręczył  jej  miesięczny  czynsz, 
uroniła jeszcze kilka łez, ale pogodziła się z losem. 

Czynsz  u  pana  Mausa  był  wyŜszy  od  tego,  który  płacił  na 

Zwinger  Street,  powiedział  sobie  jednak,  Ŝe  wyrafinowana 
kuchnia w sam raz pasuje do jego obecnego zlecenia i Ŝe kotom 
spodoba  się  dywanik  z  niedźwiedziej  skóry.  Poza  tym  nie  krył 
przed sobą prawdziwej przyczyny przeprowadzki. 

Kiedy  wszedł  do  starego  mieszkania,  koty  spały  na  sofie. 

Obudził je głaskaniem. Koko, nie otwierając oczu, polizał Yum 
Yum  po  nosie;  Yum  Yum  polizała  Koko  po  prawym  uchu; 
Koko  polizał  łapkę,  która  okazała  się  być  jego  własna,  a  Yum 
Yum  polizała  rękę  Qwillerana  swoim  szorstkim  jak  papier 
ś

cierny  języczkiem.  Dał  im  kilka  galaretowatych  ślimaków  z 

kolacji  u  Mausa,  a  potem  zadzwonił  na  domowy  numer  Archa 
Rikera. 

- Arch, mam nadzieję, Ŝe nie jesteś juŜ w łóŜku - powiedział.  
- Nigdy nie zgadniesz, kogo spotkałem dziś wieczorem... 
Joy! 
Po drugiej stronie zapadła niewiarygodnie długa cisza. 
- Nie! Joy Wheatley? 
- Teraz nazywa się Joy Graham, wyszła za mąŜ. 
- Co ona... ? Gdzie ją spotkałeś? 
- Ona i jej mąŜ są artystami, przeprowadzili się tu z Kalifornii. 
- Joy jest artystką? 

background image

 

 

-  Są  garncarzami.  Mieszkają  w  pracowni  ceramicznej  na 

River  Road,  a  ja  wynająłem  właśnie  mieszkanie  w  tym  samym 
budynku.  

- Miej się na baczności! - ostrzegł go Arch. 
-  Nie  wyciągaj  pochopnych  wniosków.  Jeśli  chodzi  o  mnie, 

wszystko skończone. 

- Jak wygląda? 
-  Świetnie.  Ładna  jak  nigdy.  I  jest  tą  samą  energiczną 

dziewczyną co dawniej. Najpierw działanie, potem myślenie. 

- Wyjaśniła, co... albo dlaczego? 
- Nie mieliśmy specjalnie okazji porozmawiać. 
-  To  dopiero  bomba,  poczekaj,  aŜ  obudzę  Rosie  i  jej  o  tym 

opowiem! 

- Do zobaczenia jutro koło południa - powiedział Qwilleran.  
-  W  drodze  do  biura  wpadnę  do  Kipper  and  Fine,  chcę 

obejrzeć wiosenne garnitury. 

Ś

ciągnął  krawat,  opadł  na  krzesło  i  pogrąŜył  się  w  luźnych 

wspomnieniach:  Joy  piekąca  chleb  w  kuchni  swojej  ciotki, 
gubiąca  w  cieście  plaster;  Joy  przeszywająca  sobie  włosy 
maszyną  do  szycia.  Jako  chłopak  pisał  o  niej  wiersze:  Joy... 
ukoi... boli. Qwilleran potrząsnął głową. To niewiarygodne. 

We  wtorkowe  przedpołudnie,  które  pachniało  wiosną,  wydał 

część  pieniędzy  ze  swojej  nagrody  na  nową  parę  butów  i 
garnitur  o  kroju  ciut  modniejszym  od  tego,  który  od  jakiegoś 
czasu  nosił.  W  południe  zjadł  lunch  z  Archem  Rikerem,  co 
przypomniało  im  stare  chicagowskie  czasy,  kiedy  obaj  byli 
nieopierzonymi  dziennikarzami  i  obaj  umawiali  się  na  randki, 
jeden z Rosie, drugi z Joy. Po południu poŜyczoną od handlarza 
staroci furgonetką przewiózł swoje rzeczy do Maus Haus. 

Koko i Yum Yum podróŜowały w pudle po zupie w puszkach, 

w  którym  Qwilleran  zrobił  po  obu  stronach  małe  otwory.  Całą 
drogę  karton  dudnił,  kołysał  się  i  rozbrzmiewał  mruczeniem, 
syczeniem  i  prawdziwie  kocią  muzyką.  Koko  był  mistrzem 
strategii.  Kiedy  tylko  chciał  pilnie  zwrócić  na  siebie  czyjąś 

background image

 

 

uwagę, udawał, Ŝe morduje Yum Yum. Drobniutka kotka była w 
tym jego cichą wspólniczką, ale Qwilleran znał ich sztuczki i nie 
dawał się juŜ nabierać. 

Qwillerana i karton po zupie przywitała w progu Maus Haus 

pani  Marron,  gosposia.  Była  to  kobieta  o  smutnej  twarzy, 
pustych oczach i niezdrowej cerze. Zmęczonym krokiem 

poprowadziła  ich  do  Wielkiego  Holu,  który  teraz  zalany  był 

dziennym  światłem  wpadającym  do  pomieszczenia  przez  okna 
w suficie, trzy piętra powyŜej. 

- Wysprzątałam porządnie apartament numer sześć - po 
wiedziała. - W zeszłym tygodniu William umył tam ściany. 
Wniesie na górę pańskie rzeczy, jak tylko wróci z uczelni. 
Pokój  tonął  w  kaskadach  popołudniowego  słońca,  które 

wdzierało  się  do  środka  przez  olbrzymie  okno,  potwierdzając 
nienaganną  czystość  panującą  w  pomieszczeniu.  Kafelkowa 
podłoga  błyszczała  mieniącą  się  patyną,  ciemne  dębowe  meble 
były  wypolerowane,  szybki  w  oknach  lśniły.  Pani  Marron 
opuściła  roletę,  wynalazek  z  plecionego  płótna,  tak  lubiany 
przez artystów w dawnych czasach, i zakomunikowała: 

-  Pan  Maus  nie  powiedział  mi  nic  na  temat  pańskich 

posiłków. Wszyscy tu pracują w innych godzinach. Przychodzą 
i wychodzą. Jedzą albo nie. 

- Będę jadł śniadania i z dnia na dzień będę panią informował 

co  do  innych  posiłków.  Proszę  mnie  wziąć  pod  uwagę, 
przygotowując  dzisiejszą  kolację...  A  jak  jest  z  telefonem? Jest 
podłączony? 

-  Powiem  firmie  telefonicznej,  Ŝeby  wznowiła  usługi  - 

zapewniła  pani  Marron  i  nagle  odskoczyła.  -  Co  jest  w  tym 
pudełku? 

Karton po zupie, który Qwilleran postawił na biurku, ogarnęły 

konwulsyjne  wstrząsy,  którym  towarzyszyły  nieziemskie 
wrzaski. 

background image

 

 

-  Mam  dwa  syjamskie  koty  -  wyjaśnił  dziennikarz  -  i  chcę 

mieć  pewność,  Ŝe  nie  wydostaną  się  z  apartamentu,  pani 
Marron. 

- Czy są drogie? 
-  Dla  mnie  są  bezcenne.  I  nie  chcę,  Ŝeby  im  cokolwiek  się 

stało. Proszę na nie uwaŜać, jak przyjdzie pani sprzątać. 

Kiedy gospodyni wyszła, Qwilleran zamknął drzwi, sprawdził 

zamek  i  klamkę,  przetestował  teŜ  zamknięcia  trzech  lufcików 
nad biurkiem. Sprawdził okno w łazience, pokrętła ogrzewania, 
wywietrzniki  i  wszystko  inne,  co  mogłoby  posłuŜyć 
zdesperowanemu  kotu  w  ucieczce.  Dopiero  wtedy  otworzył 
karton po zupie. Koty wyjrzały ostroŜnie, kołysząc główkami na 
boki.  Potem  jak  jeden  mąŜ  rzuciły  się  w  kierunku  skóry 
polarnego  niedźwiedzia.  Zaczęły  się  skradać.  Opuściły  ogony  i 
przywarły  brzuszkami  do  podłogi.  Kiedy  bestia  nie  ruszyła  do 
ataku ani nie wycofała się, Koko odwaŜnie wsadził swoją głowę 
w  niedźwiedzią  paszczę.  Powąchał  kły  i  przypatrzył  się 
szklanym  oczom.  Yum  Yum  weszła  delikatnie  na  futrzany 
dywan  i  juŜ  wkrótce  tarzała  się  po  białym  futrze  z  widocznym 
upojeniem. 

Doświadczone  oko  Qwillerana  przepatrywało  pokój  w 

poszukiwaniu potencjalnych niebezpieczeństw. Qwilleran uznał, 
Ŝ

pomieszczenie 

jest 

bezpieczne. 

Jego 

ciekawscy 

współlokatorzy  nie  będą  w  stanie  rozedrzeć  materaca,  łóŜko 
było  rodzajem  kapitańskiej  koi  zawieszonej  między  dwiema 
duŜymi  szafami.  Nie  było  roślin,  które  Yum  Yum  mogłaby 
skubać. Lampa na biurku okazała się wystarczająco cięŜka, Ŝeby 
nie  wywrócić  się  podczas  kocich  pościgów.  Rozrywki 
dostarczyć  mogły  gołębie,  siedzące  na  gzymsach  naprzeciwko. 
Poza  tym  stojący  w  plamie  słońca  dębowy  siół  jadalny  był 
idealnym miejscem na niebieską kocią poduszkę. 

-  Według  mnie  to  miejsce  jest  w  porządku  -  zwrócił  się  do 

kotów Qwilleran. - Co myślicie? 

background image

 

 

Odpowiedź  nadeszła  z  łazienki,  gdzie  Koko  piał  z  rozkoszy, 

delektując  się  wzmocnionym  rezonansem  swego  i  tak 
donośnego,  przeszywającego  głosu,  jaki  dawały  kafelkowe 
ś

ciany. 

TakŜe  Qwilleran  czuł  się  zaspokojony.  W  rzeczywistości  ten 

stan uniesienia stanowił substytut kalorii, jakich odmówił sobie 
podczas lunchu. Od spotkania z Joy wczoraj wieczorem skurcze 
Ŝ

ołądka gdzieś zniknęły i juŜ czuł się szczuplejszy. Zastanawiał 

się,  czy  Joy  jest  w  pracowni  i  czy  nie  byłoby  to  niedyskretne, 
gdyby poszedł jej poszukać, i czy spotka ją przy kolacji. 

Nagle przypomniał sobie o kurczaku w puszcze, którego miał 

w  kieszeni  płaszcza.  W  małej  kuchni  odnalazł  otwieracz  do 
puszek  i  zaczął  układać  kawałki  kurczaka  na  ręcznie 
wykonanych  glinianych  talerzach,  kiedy  usłyszał  pukanie  do 
drzwi.  To  było  radosne  pukanie.  Czy  to  Joy?  Pospiesznie 
postawił  naczynie  na  podłodze  łazienki,  przywołał  koty  i 
zamknął  przed  nimi  drzwi.  Zanim  otworzył,  zdąŜył  jeszcze 
spojrzeć  w  lustro,  poprawić  krawat  i  przygładzić  ręką  włosy. 
Przybrał  przyjemny  wyraz  twarzy  i  gwałtownym  ruchem 
otworzył drzwi. 

-  Czes'ć!  -  powiedział  William,  szczerząc  w  uśmiechu  zęby. 

Trzymał w ręku walizkę i karton ksiąŜek. 

-  Ach,  to  ty  -  powiedział  Qwilleran  i  jego  twarz  przybrała 

swobodny, trzeźwy wyraz. - Dzięki, rzuć je gdziekolwiek. 

- Masz najlepsze lokum w całym budynku - zapewniał lokaj, 

przechadzając się po pokoju z dumą właściciela. -  Ile zdziera z 
ciebie Mickey Maus? 

- W furgonetce zostało jeszcze kilka kartonów - zwrócił się do 

niego  Qwilleran.  -  I  waga,  duŜa,  z  kutego  Ŝelaza.  MoŜesz  je 
wnieść? - Zaczął rozpakowywać ksiąŜki i układać je na półkach 
w jednym końcu pokoju. 

- Masz niezły widok. Będziesz mógł oglądać wszystkie dzikie 

party na przystani... Grasz w brydŜa? 

- Nie jestem dobrym graczem - wymamrotał Qwilleran. 

background image

 

 

- Hej, czy ty naprawdę czytasz te wszystkie cięŜkie kawałki? - 

Chłopak  podniósł  tom  Toynbeego,  który  Qwilleran  kupił  za 
dziesięć  centów  na  pchlim  targu.  -  Ja  czytałem  jedynie 
kryminały. .. Jezu, a to co? 

Z łazienki dochodziło przeszywające uszy zawodzenie. 
-  Ich  kuweta  jest  w  furgonetce,  i  worek  ze  Ŝwirkiem  teŜ. 

Lepiej przynieś to w pierwszej kolejności. 

- Mogę je zobaczyć? - William ruszył w stronę łazienki. 
- Poczekaj, aŜ wszystko wniesiemy - powiedział niecierpliwie 

Qwilleran.  -  Mogłyby  wyskoczyć  na  korytarz,  w  nowych 
miejscach są trochę spięte. 

-  To  musi  być  wspaniałe  pracować  w  gazecie.  Zajmujesz  się 

morderstwami? 

- JuŜ nie. To nie moja działka. 
- To co robisz? 
Qwilleran  był  na  wpół  zirytowany,  na  wpół  rozbawiony. 

Natarczywość  chłopaka  przypomniała  mu  jego  młodzieńcze 
lata. 

- Słuchaj no, historię mojego Ŝycia opowiem ci jutro - uciął. - 
Najpierw wnieśmy moje rzeczy. Potem chciałbym zajrzeć do 

pracowni.  

-  Nie  lubią  tam  gości  -  powiedział  William.  -  Wtedy  kiedy 

pracują.  Oczywiście,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  byciu 
wyrzuconym na pysk... 

Qwilleran nie zobaczył Joy aŜ do kolacji. PoniewaŜ do kolacji 

usiadło tylko sześć osób, posiłek podano przy duŜym okrągłym 
stole, ustawionym w naroŜniku kuchni. Pana Mausa nie było, a 
panna Roop i Max Sorrel byli zajęci w swoich restauracjach. 

Pokój  przepełniony  był  aromatem  pieczonej  wołowiny,  drew 

płonących  w  kominku  i  pikantnych  perfum  Joy.  Z  róŜem  na 
policzkach  i  umalowanymi  powiekami  wyglądała  lepiej  niŜ 
kiedykolwiek. 

Qwilleran ledwie spróbował kukurydzianego chowderu, zjadł 

połowę  porcji  wołowiny  i  brokułów  z  parmezanem, 

background image

 

 

zrezygnował  z  rolady  i  zignorował  zboŜową  papkę  posypaną 
jakąś zieleniną. 

-  Wszystko  jest  wyśmienite  -  zapewnił  panią  Marron,  która 

przygotowała posiłek - ale staram się trochę schudnąć. 

Rosemary, ta nieśmiała, spojrzała na nietkniętą papkę na jego 

talerzu. 

- Powinieneś zjeść bulgur, jest bardzo poŜywny. 
- Gotuje pan, panie Qwilleran? - zapytała Hbrie. 
- Tylko kilka smakołyków dla moich kotów. 
Rozmowa przy stole nie kleiła się, Graham był nadąsany, 
a William pochłaniał potrawy, jakby to był ostatni posiłek w 

jego  Ŝyciu.  Qwilleran  próbował  zabawić  towarzystwo 
opowieściami o Koko i Yum Yum. 

- Wyczuwają zapach przez drzwi lodówki - powie 
dział. - Jeśli jest tam homar, nie tkną kurczaka; jeśli jest kur 
czak,  nie  wezmą  do  ust  wołowiny.  Łosoś  cieszy  się 

szczególnym  uznaniem,  nie  pytajcie,  skąd  to  wszystko  wiedzą. 
Rano  Koko  dzwoni  po  śniadanie.  Wchodzi  łapką  na  tabulator 
maszyny do pisania i zwalnia mechanizm karetki, aŜ zadźwięczy 
dzwonek. 

Jestem przekonany, Ŝe któregoś dnia nauczy się pisać. 
Obecność  Joy  dodawała  mu  skrzydeł,  ale  im  więcej  mówił, 

tym wyraźniej wyczuwał w niej smutek.  

W końcu powiedziała: 
-  Miałam  kota,  ale  zniknął  gdzieś  kilka  tygodni  temu. 

Strasznie za nim tęsknię. Nazywał się Raku. 

-  Prawdopodobnie  ktoś  ukradł  Blimpa.  Blimp,  tak  ja  go 

nazywałem - jej mąŜ odezwał się po raz pierwszy tego wieczoru. 
Wydawał się z siebie wyraźnie zadowolony. 

- Co to był za kot? Wypuszczałaś go na zewnątrz? 
- Nie, ale koty zawsze znajdą sposób, Ŝeby się wyślizgnąć. To 

był duŜy szary kot, podpalany, o długiej sierści. 

-  Ludzie  kradną  koty  i  sprzedają  je  do  laboratoriów,  na 

eksperymenty - powiedział jej mąŜ. 

background image

 

 

Joy zacisnęła zęby. 
-  Na  miłość  boską,  Dan,  czy  musisz  znowu  poruszać  ten 

temat? 

- To zaczyna być całkiem niezły interes. Kotnapping.  
-  Dan  rozejrzał  się  wokół,  jakby  w  oczekiwaniu  na  wyrazy 

uznania za udany bon mot. 

-  To  nie  jest  zabawne!  -  Joy  odłoŜyła  widelec  i  siedziała  z 

zaciśniętymi pięściami. - To wcale nie jest zabawne! 

-  Przy  okazji  chciałbym  zwiedzić  pracownię,  jeśli  znajdzie 

pan czas - Qwilleran zwrócił się do jej męŜa. 

-  Nie  przed  wystawą  -  odparł  ceramik,  smutno  potrząsając 

głową. 

- Dlaczego nie? - wypaliła jego Ŝona. 
- O rany, to rozstraja nerwy, kiedy ktoś kręci się wkoło, a ty 

pracujesz! 

Qwilleranowi zaś powiedział: 
- To szczególny moment. Będę zajęty jak jednoręki tapeciarz 

ze świądem, jeśli wiesz, o co mi chodzi. 

Joy odwróciła się do Qwillerana, jej głos brzmiał lodowato. 
- Kiedy tylko będziesz miał ochotę zobaczyć pracownię, 
daj mi znać. Z przyjemnością pokaŜę ci moje ostatnie prace. - 

Posłała męŜowi jadowite spojrzenie. 

Zaległa  nieprzyjemna  cisza.  Qwilleran  próbował  rozładować 

atmosferę, zwracając się jeszcze raz do Grahama. 

- Mówił mi pan, Ŝe nie lubi krytyka sztuki z „Fluxion". Co 
konkretnie mu pan zarzuca?  
- Guzik się zna na ceramice, jeśli pan rozumie, co mam na 
myśli. 
- Był kuratorem muzealnym, zanim zaczął dla nas pisać. 
Graham wydmuchał nos. 
- To nic nie znaczy. MoŜe zna się na afrykańskiej rzeźbie 
i  flamandzkim  malarstwie,  ale  ksiąŜkę  moŜna  by  wypełnić 

tym, 

background image

 

 

czego  nie  wie  o  ceramice,  jeśli  pan  rozumie,  co  mam  na 

myśli.  Po  mojej  ostatniej  indywidualnej  wystawie  w  Los 
Angeles 

znany krytyk powiedział, Ŝe moje wyroby są ucztą dla oczu 
i  dreszczem  dla  opuszków  palców.  I  zgadzam  się  z  tym.  Joy 

zwróciła  się  do  Qwillerana  tonem,  w  którym  wyczuwało  się 
lekcewaŜenie. 

-  Kiedy  po  raz  pierwszy  tu  przyjechaliśmy,  Dan  włączył  do 

ekspozycji  kilka  starych  garnków  i  waszemu  krytykowi  to  się 
nie spodobało. 

- Nie oczekuję od krytyka, Ŝeby był miły - powiedział jej mąŜ, 

a  grdyka  zaczęła  mu  drgać  gwałtownie.  -  Oczekuję,  Ŝe  będzie 
się znał na swojej robocie. 

-  Opisał  je  tak,  jak  je  widział.  To  wszystko,  co  potrafią 

krytycy. Wydaje mi się nawet, Ŝe jest całkiem spostrzegawczy - 
wtrącił się William. 

- Och, William, przymknij się - wypaliła Joy. - Ty teŜ nic nie 

wiesz o glinie. 

- Przepraszam cię bardzo! - powiedział chłopak z udawanym 

oburzeniem. 

-  KaŜdy,  kto  miesza  podsypkę  i  wyrzuca  potłuczone 

biskwitowe gzymsy razem z dobrymi, jest marnym garncarzem - 
zaprotestowała ostro. 

- No, Dan powiedział mi, Ŝeby... 
- Nie słuchaj Dana, jest tak samo niechlujny jak ty. Czego cię 

uczą  w  tej  szkole  sztuk  pięknych  Pennimana?  Jak  robić 
papierowe kwiatki? 

Qwilleran  nigdy  nie  poznał  Joy  od  tej  strony.  Jako 

dziewczyna  bywała  humorzasta,  ale  nigdy  nie  miała  ciętego 
języka. Hixie zwróciła się do chłopaka kpiącym tonem. 

- Nie daj się w to wciągnąć, Willie, kochanie. Twój urok 
osobisty jest rekompensatą za twoją głupotę.  
- Kurczę, dzięki. 

background image

 

 

-  Te  sprzeczki  nie  wpływają  zbyt  dobrze  na  trawienie  - 

wymamrotała Rosemary. 

-  Nie  zwalaj  winy  na  mnie  -  bronił  się  William.  -  To  ona 

zaczęła. 

Dan wstał i rzucił na stół serwetkę. 
- Mam tego po dziurki w nosie! Straciłem apetyt. 
-  DuŜe  dziecko!  -  mruknęła  jego  Ŝona.  -  ZauwaŜyłam,  Ŝe 

skończył szarlotkę, zanim odegrał tę scenkę. 

- Nie winię go - powiedziała Hbrie. - Sprowokowałaś go. 
- Dlaczego nie zajmiesz się własnymi sprawami i nie skupisz 

się na zapychaniu sobie ust, kotku? Tak dobrze ci to wychodzi. 

- Widzisz? - Hixie zamrugała powiekami. - Chudzi są zawsze 

w złym nastroju. 

-  Doprawdy?  -  Rosemary  zaprotestowała  swym  słabym 

głosem.  -  Czy  musimy  zachowywać  się  w  ten  sposób  przed 
panem Qwilleranem? Joy ukryła twarz w dłoniach. 

- Przepraszam cię, Jim. Moje nerwy są w strzępach. Ja... 
Jestem przepracowana. Przepraszam. - Pospiesznie odeszła od 
stołu. 
Reszta  kolacji  upłynęła  przy  sztucznie  podtrzymywanej 

konwersacji.  Hixie  opowiadała  o  ksiąŜce  kucharskiej,  którą 
właśnie  pisze.  Rosemary  rozwodziła  się  nad  zdrowotnymi 
właściwościami  melasy,  a  William  zastanawiał  się,  kto  wygrał 
mecz piłkarski w Milwaukee. 

Po  kolacji  Qwilleran  zadzwonił  na  domowy  telefon  Archa, 

korzystając z publicznego aparatu w foyer. 

- Jestem pewny, Ŝe trafiłem na coś w Maus Haus - powiedział, 

zniŜając  głos.  -  Wszyscy  tutejsi  mieszkańcy  to  jedna  stuknięta 
rodzina,  a  Joy  coś  gnębi.  Mówi,  Ŝe  jest  zapracowana,  ale 
wygląda mi to na kłopoty rodzinne. Chciałbym wyciągnąć ją na 
spotkanie z tobą i Rosie, dobrze by jej to zrobiło. 

-  Nie  próbuj  niczego,  zanim  nie  będziesz  wiedział,  na  czym 

stoisz - ostrzegł go Riker. - Jeśli to kłopoty małŜeńskie, to mogą 
cię wykorzystywać do własnych rozgrywek.  

background image

 

 

- Joy nie zrobiłaby tego. Biedna mała! Ciągle mi się zdaje, Ŝe 

ma dwadzieścia lat. 

- Co myślisz o jej męŜu? 
- To zadufany dupek! 
-  A  spotkałeś  kiedyś  artystę,  który  by  nim  nie  był?  Wszyscy 

oni przeceniają swoją wartość. 

- Ale jest w nim coś godnego współczucia. Z tego, co wiem, 

gość  ma  talent.  Nie  widziałem  jeszcze  jego  prac.  Ktoś 
powiedział  o  nim,  Ŝe  to  niedomyty  garncarz,  cokolwiek  by  to 
miało znaczyć. 

- Nie brzmi to za dobrze... A co z twoją nową kolumną? Masz 

zamiar napisać o Mausie? 

-  Jeśli  go  przyszpilę.  Jest  dzisiaj  na  spotkaniu  SZG, 

Stowarzyszenia ZasłuŜonych Gastronomów. Zgraja kulinarnych 
snobów. 

-  Qwill  -  powiedział  Riker  powaŜnym  tonem.  -  UwaŜaj  na 

siebie, dobrze? Z Joy... 

- Nie jestem dzieckiem, Arch. 
- No wiesz, jest wiosna i w ogóle. 
Rozdział czwarty  
 
Kiedy  Qwilleran  wrócił  do  szóstki,  zastał  Koko  i  Yum  Yum 

pogrąŜone  w  morderczej  walce  z  niedźwiedzią  skórą,  którą 
zagoniły  w  róg  pokoju.  Biedna  bestia,  bezbronna  wobec 
zdeterminowanych 

syjamczyków, 

prześlizgnęła 

się 

po 

kafelkowej  podłodze  i  skuliła  z  rozdziawioną  paszczą  i 
wygiętym grzbietem pod masywnym rzeźbionym biurkiem. 

Dał  kotom  reprymendę  i  przeciągnął  dywan  na  właściwe 

miejsce  przed  kapitańskim  łóŜkiem,  kiedy  ktoś  zapukał  do 
drzwi. Mimo wcześniejszych obietnic, jakie sobie składał, serce 
podskoczyło mu do gardła, kiedy zobaczył Joy stojącą w progu. 
Włosy spływały jej do pasa, miała na sobie coś prześwitującego 
w  kolorze  zielonego  jabłka.  Oczy  miała  spuchnięte,  ale  dawny 
spokój powrócił. 

background image

 

 

Uśmiechnęła  się  tym  swoim  zabawnym  półuśmiechem  i 

zajrzała nieśmiało do mieszkania. 

- Masz towarzystwo? Wydawało mi się, Ŝe mówiłeś do kogoś. 
-  To  do  kotów.  Kiedy  się  mieszka  samemu,  chce  się  czasem 

usłyszeć swój własny głos, a one są dobrymi słuchaczami. 

-  Mogę  wejść?  Dzwoniłam  do  ciebie,  ale  masz  niepodłą-

czony telefon. 

-  Pani  Marron  powiedziała,  Ŝe  zadzwoni  do  tych  od 

telefonów. 

-  Lepiej  zrób  to  sam.  W  jej  rodzinie  wydarzyła  się  tragedia, 

jeszcze się po tym nie otrząsnęła. Zapomina dodać ziemniaków 
do  placków  ziemniaczanych.  Wlewa  płyn  do  zmywania  do 
zupy. Potruje nas wszystkich, zanim dojdzie do siebie. 

Joy w zwiewnej tiulowej sukni wpłynęła do pokoju, otoczona 

mgiełką cynamonowych perfum.  

-  Jakie  piękne  koty!  -  Wzięła  Koko  na  ręce,  a  on,  ku 

zdziwieniu,  ale  i  zadowoleniu  Qwillerana,  nie  zaprotestował. 
Koko  naleŜał  do  męŜczyzny  i  nie  przywykł  do  czułości.  Joy 
podrapała czułe miejsce za uszami kota i masowała wierzchołek 
jego  łepka  swoją  brodą.  A  Koko  mruczał,  mruŜył  oczy  i 
odwracał uszy na lewą stronę. 

- Spójrz na niego, stary rozpustnik! - roześmiał się Qwilleran. 

-  Myślę,  Ŝe  podoba  mu  się  twoja  zielona  sukienka...  Mnie 
zresztą teŜ. 

- Koty nie rozróŜniają kolorów - powiedziała Joy.  
- Wiedziałeś o tym? Weterynarz Raku mi to powiedział.  
-  Westchnęła  i  przytuliła  mocno  Koko,  chowając  twarz  w 

futerko  wokół  jego  szyi.  -  Sierść  Koko  pachnie  czymś  dobrym 
do jedzenia. 

- To zapach naszego poprzedniego mieszkania. Zawsze kiedy 

był  włączony  piec,  panował  tam  zapach  pieczonych  kartofli. 
Zdaje się, Ŝe kocia sierść łapie domowe zapachy. 

background image

 

 

-  Tak,  wiem.  Futerko  Raku  pachniało  mokrą  gliną.  -  Joy 

zacisnęła  powieki  i  załkała.  -  To  był  taki  kochany  mały 
przyjaciel. Dobija mnie to, Ŝe nie wiem, co się z nim stało. 

- Dawałaś ogłoszenie? 
-  I  to  w  obydwu  gazetach,  nikt  nie  zadzwonił,  z  wyjątkiem 

jednego  wariata  -  facet  próbował  zmieniać  głos...  Sprawdzaj, 
czy koty są zawsze wewnątrz, dobrze? 

-  O  to  się  nie  martw.  Trzymam  je  w  zamknięciu  i  pod 

kluczem. Bardzo duŜo dla mnie znaczą. 

Joy  wyjrzała  przez  okno.  Czarna  rzeka  płynęła  między 

dwoma oświetlonymi brzegami. Wzdrygnęła się. 

- Nienawidzę wody. Kilka lat temu miałam wypadek na łodzi. 

Do tej pory mam koszmary, śni mi się, Ŝe tonę. 

-  Mówiono  mi,  Ŝe  kiedyś  była  to  piękna  rzeka.  Teraz  jest 

zanieczyszczona. 

- W naszym mieszkaniu ja zawsze spuszczam rolety, Ŝeby nie 

patrzeć na rzekę, a Dan je podnosi. 

Qwilleran zrozumiał aluzję i opuścił Ŝaluzje. 
Joy, trzymając Koko na ramieniu, zaczęła przechadzać się po 

pokoju,  jakby  w  poszukiwaniu  informacji  o  Ŝyciu  prywatnym 
Qwillerana. Dotknęła jego czerwonego szlafroka w kratę, 

przewieszonego  przez  jedno  z  hiszpańskich  rzeźbionych 

krzeseł.  Podziwiała  płaszcz  nieprzemakalny,  zaczepiony  na 
jednym z regałów. Przyjrzała się tytułom na półkach. 

-  Przeczytałeś  wszystkie  te  ksiąŜki?  Jesteś  taki  mądry.  -  Na 

biurku  obejrzała  dokładnie  staroświecki  pulpit  do  czytania  i 
poszarpany słownik, maszynę do pisania i włoŜoną w nią kartkę 
papieru. - Co to znaczy? Te inicjały - SW? 

-  To  Koko,  chyba  zamawia  śniadanie.  Stek  Wellington,  jak 

sądzę. 

Joy roześmiała się. Był to długi melodyjny trel. 
- Och, Jim, masz bujną wyobraźnię. 
- Cieszę się, Ŝe znów się śmiejesz, Joy. 

background image

 

 

-  Dobrze  jest  się  śmiać,  uwierz  mi.  Od  tak  dawna  tego  nie 

robiłam. Słuchaj, co jest z tym drugim kotem? 

Yum  Yum  wycofała  się  do  najdalszego  kąta  pokoju  i 

piszczała Ŝałośnie, aŜ Koko zeskoczył z ramienia Joy i poszedł 
ją pocieszyć. 

- Zazdrosna - powiedział Qwilleran. 
Koty  wymieniły  współczujące  liźnięcia.  Yum  Yum  zacisnęła 

oczy, podczas gdy Koko przesuwał swój długi róŜowy języczek 
po jej oczach, nosie, wąsach, a potem znów zaczęła się Ŝalić. 

Joy  przestała  krąŜyć  po  pokoju  i  rozciągnęła  się  na  poręczy 

duŜego kraciastego fotela. 

- Gdzie jest dzisiaj Dan? - zainteresował się Qwilleran. 
- Wyszedł. Jak zwykle!... Oprowadzić cię po pracowni? 
- Nie chcę sprawiać kłopotów. Jeśli on sobie tego nie Ŝyczy. .. 
-  Jest  śmieszny!  Odkąd  tu  przyjechaliśmy,  robi  wielką 

tajemnicę  z  naszej  pracy.  Pomyślałby  kto,  Ŝe  otaczają  nas 
szpiedzy,  którzy  tylko  czyhają,  Ŝeby  ukraść  nasze  pomysły!  - 
Pod wpływem impulsu Joy zeskoczyła z poręczy fotela.  

-  Chodź.  Ceramika  na  wystawę  jest  zamknięta,  a  Dan  ma 

klucz, ale mogę pokazać ci warsztat, koło garncarskie i piec. 

Zeszli  na  dół  do Wielkiego  Holu,  potem  wzdłuŜ kuchennego 

korytarza  do  pracowni  ceramicznej.  CięŜkie  stalowe  drzwi 
otwierały  się  na  zasnuty  pyłem  niski  pokój.  Drobny  pył  jak 
welon  pokrywał  podłogę,  stoły,  półki,  gipsowe  formy, 
potłuczone  naczynia,  zeszyty  i  czerepy  garnków  opatrzone 
tajemniczymi  tabliczkami.  Kurz  nadał  pomieszczeniu  jakąś 
upiorną bladość. 

-  Co  to  za  historia  z  tym  tajemniczym  samobójstwem,  które 

się tu wydarzyło? - zapytał Qwilleran. 

- W rzece utopił się artysta, dawno temu, ludzie mówią, Ŝe to 

było  morderstwo.  Przypomnij  mi,  Ŝebym  ci  o  tym  później 
opowiedziała. Mam interesujący nowy wątek w tej sprawie. 

background image

 

 

Poprowadziła  Qwillerana  do  duŜego,  przygnębiającego 

miejsca,  gdzie  pachniało  stęchlizną  i  ziemią.  Wszystko  było 
wymazane błotem. 

-  To  jest  przechowalnia  gliny.  WyposaŜenie  pracowni  jest 

bardzo  stare  i  prymitywne.  Ten  duŜy  cylinder  to  mieszarka  do 
przygotowania  gliny.  Przechowujemy  ją  w  pojemnikach  pod 
podłogą  albo  formujemy  z  niej  duŜe  placki  na  prasie.  Później 
rozdrabnia  się  je  w  kruszarce  i  nadaje  formę  bochenków,  które 
składujemy w tych duŜych puszkach. 

- Musi być jakiś prostszy sposób - zaryzykował Qwilleran. 
-  KaŜdy  etap  ma  jakiś  cel.  Pięćdziesiąt  lat  temu  był  tu  duŜy 

ruch.  Teraz  wykonujemy  trochę  kafli  na  zamówienie 
architektów  i  rzeźby  ogrodowe  dla  projektantów  krajobrazu, 
plus  oczywiście  nasze  własne  prace.  -  Joy  przeszła  do 
mniejszego  pomieszczenia.  -  To  nasze  studio,  a  to  moje  koło 
garncarskie. - Usiadła na oblepionej gliną ławce i nogą wprawiła 
w  ruch  koło.  -  Wrzucasz  porcję  gliny  na  koło  i  toczysz  z  niej 
naczynie, podczas gdy tarcza się obraca. 

- Wydaje się, Ŝe to cięŜka robota. 
-  Koła  tego  typu  znane  były  w  staroŜytnym  Egipcie  - 

powiedziała  Joy.  -  Mamy  kilka  elektrycznych  kół,  ale  praca  na 
tym tradycyjnym wydaje mi się bardziej intymna. 

- To ty zrobiłaś tę duŜą kwadratową wazę z kleksami gliny na 

wierzchu? 

-  Nie,  to  jedno  z  gównianych  naczyń  Dana,  które  tak  się  nie 

podobały  waszemu  krytykowi.  Chciałabym  ci  pokazać  moje 
ostatnie  prace,  ale  niestety  są  zamknięte.  Zresztą  moŜe  to 
dobrze.  Hbtie  przyszła  tu  kiedyś  i  zbiła  prawie  gotowy  dzban. 
Myślałam, Ŝe ją zabiję! To niezdarna krowa!  

Następne  pomieszczenie  było  ciepłe  i  suche:  duŜy,  wysoki 

pokój  z  oknami  prawie  pod  sufitem  i  egipskim  freskiem, 
ciągnącym  się  wzdłuŜ  górnej  części  wszystkich  czterech  ścian. 
Poza  tym  jednym  szczegółem  miejsce  to  wyglądało  jak 
piekarnia. Znajdowało się tam kilka pieców i stołów, na których 

background image

 

 

stały  tace  wypełnione  brązowymi  kaflami,  czekającymi  na 
wypalenie jak ciasteczka. 

-  Te  kafle  wyschły  na  wiór.  MoŜna  je  wypalić  -  powiedziała 

Joy. - Reszta nie jest jeszcze szkliwiona, czeka na malaturę. Są 
przeznaczone 

do 

kaplicy, 

którą 

Penniman 

ofiarowuje 

uniwersytetowi...  No,  to  widziałeś  juŜ  cały  zakład.  Mieszkamy 
na  poddaszu  nad  składem  gliny.  Zaprosiłabym  cię  na  górę,  ale 
mamy  bałagan.  Jestem  okropną  gospodynią.  Powinieneś  się 
cieszyć,  Ŝe  się  ze  mną  nie  oŜeniłeś,  Jim  -  uścisnęła  rękę  Qwil-
lerana.  -  Napijemy  się?  Mam  burbon.  Moglibyśmy  napić  się  u 
ciebie,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko.  Nadal  to  twój  ulubiony 
alkohol? 

- Nie piję. Odstawiłem mocne trunki - odpowiedział. - Ale ty 

weź swoją butelkę, ja napiję się wody sodowej z cytryną. 

Qwilleran  wrócił  do  szóstki.  Koty  wylegiwały  się  na  półce  z 

ksiąŜkami. 

- No i co o niej myślicie? - zapytał. 
Kiedy Joy przyszła ze swoim burbonem, powiedziała: 
-  MoŜesz  zyskać  w  tym  domu  duŜą  popularność,  trzymając 

pod  ręką  butelkę  czegoś  mocniejszego.  Pan  Maus  nie  aprobuje 
likierów,  otępiają  kubki  smakowe,  ale  większość  z  nas  lubi  od 
czasu do czasu strzelić sobie drinka. 

- Jak moŜna mieszkać tu i nie tyć? 
-  Pan  Maus  mówi,  Ŝe  prawdziwy  smakosz  nigdy  nie  je  do 

syta. 

Qwilleran nalał drinki. 
-  Byłaś  świetną  kucharką,  Joy.  Nadal  czuję  smak  twojego 

słodkiego chleba z rodzynkami, miodem i cytrynowym lukrem. 

-  Garncarstwo  nie  jest  dalekie  od  pieczenia  -  powiedziała, 

swobodnie podkulając nogi na wbudowanej ławie. - Odciskanie 
gliny jest jak wyrabianie ciasta. Nakładanie polewy jest jak jego 
lukrowanie. 

- Jak to się stało, Ŝe zajęłaś' się garncarstwem? 
Joy zamyśliła się. 

background image

 

 

- Mój nagły wyjazd z Chicago nie miał nic wspólnego z tobą. 

Uwielbiałam  cię,  naprawdę.  Ale  nie  byłam  zadowolona  z 
mojego Ŝycia i nie wiedziałam, czego chcę. 

- Gdybyś tylko mi wytłumaczyła... 
- Nie wiedziałam jak. Łatwiej było po prostu... zniknąć. Poza 

tym obawiałam się, Ŝe przez ciebie zmienię zdanie. 

- Gdzie pojechałaś? 
- Do San Francisco. Pracowałam w kilku restauracjach, byłam 

szefem kuchni na jednym ranczu. Była tam szkoła ceramiczna i 
w  końcu  pozwolili  mi  dotknąć  gliny.  Szybko  się  uczyłam, 
zdobyłam kilka nagród i od tego czasu nie przestałam zajmować 
się gliną. 

Qwilleran,  który  siedział  wygodnie  w  duŜym  kraciastym 

fotelu, powoli nabił fajkę. 

- W ten sposób poznałaś Dana? 
Skinęła głową. 
-  Dan  powiedział,  Ŝe  w  Kalifornii  jest  za  duŜa  konkurencja, 

więc przeprowadziliśmy  się na Florydę, ale nie cierpiałam tego 
stanu. Tam nie dało się tworzyć. Czułam się stara, jakbym miała 
sto  lat,  więc  wróciliśmy  na  WybrzeŜe  i  w  końcu  dostaliśmy 
ofertę pracy tutaj. 

- Nie macie dzieci? 
Joy pociągnęła powoli długi łyk burbona. 
- Dan nie chciał - to znaczy nie chciał mieć zobowiązań. On 

lubi  być  biedny.  Ja  miałam  swoją  pracę,  która  zabiera  duŜo 
czasu i całkowicie mi wystarcza. A ty oŜeniłeś się? 

- Dałem sobie szansę. Od wielu lat jestem po rozwodzie. 
- Opowiedz mi o niej. 
- Pracowała w reklamie, była kobietą sukcesu. 
- Ale jak wyglądała? 
- Była podobna do ciebie - Qwilleran pozwolił sobie spojrzeć 

na  Joy  z  czułością.  -  Dlaczego  mówimy  w  czasie  przeszłym. 
Ona nadal Ŝyje, choć nie jest ani zdrowa, ani szczęśliwa.  

- A ty jesteś szczęśliwy, Jim? 

background image

 

 

- Mam lepsze i gorsze dni. 
-  Wyglądasz  wspaniale!  NaleŜysz  do  tego  typu  męŜczyzn, 

którzy  z  wiekiem  wyglądają  coraz  lepiej.  A  te  wąsy  są  takie 
romantyczne.  Jim,  nigdy  cię  nie  zapomniałam,  nawet  przez 
jeden  dzień!  -  Ześlizgnęła  się  z  ławy  i  usiadła  na  poręczy  jego 
fotela,  przechylając  się  ku  niemu.  Jej  długie  włosy  opadły, 
tworząc  wokół  nich  grubą  kasztanową  zasłonę.  -  Byłeś  moim 
pierwszym - wyszeptała blisko jego ust. 

- I ty byłaś moją pierwszą - odparł miękko. 
- Yow! - lekcewaŜący głos dał się słyszeć z półki na ksiąŜki i 

zaraz potem jedna z nich runęła na podłogę. Koty wystrzeliły na 
wszystkie strony i czar prysł. 

Joy usiadła prosto i westchnęła głęboko. 
- Wybacz mi ten głupi wybuch przy kolacji. Nie jestem taka, 

naprawdę. Zaczynam siebie nienawidzić. 

- KaŜdy traci czasem panowanie. 
- Jim - powiedziała gwałtownie. - Zamierzam się rozwieść. 
-  Joy,  nie  powinnaś.  To  znaczy  mam  na  myśli  to,  Ŝe  musisz 

wszystko  dokładnie  przemyśleć.  Sama  wiesz,  jaka  jesteś 
impulsywna. 

- Myślę o tym od dawna. 
- Na czym polega problem między tobą a Danem? Czy moŜe 

nie chcesz o tym mówić? 

Rozejrzała  się  po  pokoju,  jak  gdyby  szukając  właściwych 

słów. 

- Nie wiem. To wszystko dlatego, Ŝe... cóŜ, ja jestem sobie, a 

on  sobie.  Nie  będę  zanudzać  cię  szczegółami.  To  moŜe 
samolubne,  ale  wiem,  Ŝe  lepiej  dałabym  sobie  radę  bez  niego. 
On mnie pogrąŜa, Jim. 

-  Jest  zazdrosny  o  twoją  pracę?  -  Qwilleran  pomyślał  o 

sześciuset-częściowej zastawie. 

-  Jestem  tego  pewna,  mimo  Ŝe  nie  staram  się  zbytnio.  Dan 

nigdy nie odniósł prawdziwego sukcesu. Miałam zawsze lepsze 
recenzje  i  większą  sprzedaŜ  od  niego,  i  to  bez  specjalnego 

background image

 

 

wysiłku.  -  Joy  zawahała  się.  -  Nikt  o  tym  nie  wie,  ale  mam 
rewelacyjny  pomysł  na  glazurę  i  trzymam  to  w  tajemnicy,  to 
będzie prawdziwa sensacja, gwarantuję ci. 

- Dlaczego trzymasz to w tajemnicy? 
Zwiesiła smutno ramiona. 
-  Staram  się  grać  dobrą  Ŝonę,  nie  wychodzę  przed  szereg. 

Wiem,  Ŝe  to  staroświeckie.  Jedyny  sposób,  Ŝebym  mogła  się 
wyzwolić i Ŝyć w zgodzie ze sobą jako artystka, to uwolnić się 
od  tego  małŜeństwa.  Mówię  ci,  Jim,  marnuję  sobie  Ŝycie! 
Wiesz,  ile  mam  lat.  Potrzebuję  komfortu.  Jestem  zmęczona 
szyciem ubrań z resztek i jeŜdŜeniem zdezelowanym renault bez 
ogrzewania... To znaczy ma ogrzewanie, ale ma teŜ duŜą dziurę 
w podłodze... 

- Lepiej poradź się prawnika - zasugerował Qwilleran.  
- Dlaczego nie przedyskutujesz tego z Mausem? 
-  Zrobiłam  to.  Jego  kancelaria  nie  zajmuje  się  rozwodami, 

tylko  sprawami  bardzo  powaŜnych  korporacji,  ale  polecił  mnie 
innemu prawnikowi. Na razie jestem uziemiona. - Uśmiechnęła 
się tym swoim patetycznym uśmiechem. - Nie mam pieniędzy. 

- Wieczny problem - zgodził się Qwilleran. 
- Miałam trochę odłoŜonych pieniędzy, zanim się pobraliśmy, 

ale Dan jakoś je zainwestował. Sam wiesz, zawsze nudziły mnie 
sprawy  finansowe,  więc  nie  dociekałam  specjalnie,  co  z  nimi 
zrobił.  Czy  to  nie  jest  głupie?  Byłam  zbyt  zajęta  lepieniem 
garnków.  To  obsesja.  Nie  mogę  Ŝyć  bez  gliny.  -  Zamyśliła  się 
przez  chwilę  i  dodała,  zniŜając  głos:  -  Ale  wiem,  gdzie 
mogłabym  zorganizować  trochę  gotówki...  za  pomocą 
niewinnego szantaŜu. 

- Joy! - wybuchnął Qwilleran. - Mam nadzieję, Ŝe Ŝartujesz. 
-  Będę  dyskretna  -  powiedziała  chłodno.  -  Na  poddaszu 

znalazłam  pewne  dokumenty,  które  zawstydziłyby  kilka  osób... 
Jim, nie bądź taki przeraŜony. Nie ma w tym nic zdroŜnego, po 
prostu transakcja handlowa. 

background image

 

 

- Ani mi się waŜ! MoŜesz się wpakować w powaŜne kłopoty. 

-  Qwilleran  skubał  w  zamyśleniu  wąsy.  -  Jak,  hmm...  Ile 
potrzebujesz?  

- Prawdopodobnie na początek coś koło tysiąca. Och, Jim, 
muszę  się  uwolnić  od  tej  przytłaczającej  sytuacji.  Czasami 

mam ochotę rzucić się w tę okropną rzekę! 

Joy  nadal  siedziała  na  poręczy  jego  fotela,  ale  była  teraz 

wyprostowana  i  nieruchoma.  Światło  lampy  padające  na  jej 
twarz wydobyło zmarszczki wokół oczu i ust. Widok ukochanej 
twarzy  z  młodzieńczych  lat,  na  której  czas  odcisnął  swoje 
piętno,  przepełnił  Qwillerana  smutkiem  i  czułością.  Po  chwili 
milczenia zaproponował: - Mógłbym ci coś poŜyczyć. 

Joy była szczerze zdziwiona. 
-  Mógłbyś,  naprawdę,  Jim?  Nie  wiem,  co  powiedzieć. 

Uratowałbyś mi Ŝycie! Oczywiście podpiszę pokwitowanie. 

- Nie mam zbyt duŜych oszczędności - powiedział.  
-  W  ostatnich  latach  miałem  róŜne  przejścia,  ale  w  styczniu 

wygrałem  nagrodę  w  konkursie  „Fluxion"  i  mógłbym  ci  dać 
około siedmiuset pięćdziesięciu dolarów. 

-  Och,  Jim,  jak  mam  ci  dziękować?  -  Zsunęła  się,  Ŝeby  go 

pocałować, potem podskoczyła, porwała Koko z jego niebieskiej 
poduszki i zaczęła wirować po pokoju z zaskoczonym kotem w 
objęciach. 

Qwilleran  podszedł  do  biurka  i  wypisał  czek,  automatycznie 

sięgając  po  okulary,  ale  kierowany  czystą  próŜnością  cofnął 
rękę. 

Joy  oparła  się  o  jego  ramię,  Ŝeby  popatrzeć,  a  potem  jeszcze 

raz  ucałowała  go  w  skronie,  podczas  gdy  Koko  próbował 
wyswobodzić się z jej entuzjastycznego uścisku. 

- Dlaczego nie nalejesz sobie jeszcze jednego drinka, na 
szczęście? - zaproponował Qwilleran, niezdarnie wypisując 
czek  i  zakrywając  cyfrę  napisaną  chwiejnym  pismem. 

PoŜyczał pieniądze wbrew rozsądkowi, ale jednocześnie zdawał 
sobie sprawę, Ŝe nie mógł postąpić inaczej. 

background image

 

 

Kiedy  Joy  wróciła  do  swojego  mieszkania,  Qwilleran  odjął 

kwotę czeku od swoich oszczędności i zaczął Ŝałować, Ŝe kupił 
nowy  garnitur  i  starą  wagę.  Przyjrzał  się  pokwitowaniu,  jakie 
podpisała  swoim  chaotycznym  pismem,  które  tak  dobrze 
pamiętał-same  „u"  i  „w".  „JwwwiwwJuuQwwww$750"-  dało 
się  przeczytać.  Pod  spodem  podpis  „Jww  Gwww".  Zawsze   
szkoda jej było czasu na postawienie laseczki od „t" i pętelki od 
„h".  Zabawna,  kochana,  wraŜliwa,  kaprys'na  Joy,  pomyślał 
Qwilleran. Co szykuje dla nas przyszłość? 

Koty zachowywały się mniej więcej poprawnie, co nie zawsze 

się zdarzało, kiedy kobieta odwiedzała Qwilłerana w jego domu. 
Koko pełnił rolę samozwańczej przyzwoitki i kierował się swym 
własnym wyobraŜeniem poprawnego społecznego współŜycia. 

-  Dobry  kotek  -  powiedział  Qwilleran,  który  w  nagłym 

przypływie  beztroskiej  pobłaŜliwości  dał  kotom  drugą  kolację. 
Otworzył  puszkę  homara,  ostatnią  ze  świątecznej  paczki,  którą 
podarowała im zamoŜna Mary Duckworth. Koko oszalał, biegał 
naokoło  pokoju,  piszcząc  falsetem  przerywanym  gardłowymi 
pomrukami. 

-  Myślisz,  Ŝe  postąpiłem  słusznie  dziś  wieczór?  -  zapytał  go 

Qwilleran. - Znalazłem się dokładnie w punkcie wyjścia, jestem 
spłukany. - Był tak zajęty swoim zdziwieniem, Ŝe nie zauwaŜył 
nawet, Ŝe Koko nagle zamilkł. 

Po  uczcie  koty  poszły  spać  na  duŜym  fotelu,  a  Qwilleran 

spędził  swoją  pierwszą  noc  w  nowym  łóŜku.  LeŜał  na  boku  i 
wyglądał przez okno studia. Miał rozległy  widok na  granatowe 
niebo  i  wstąŜkę  świateł  na  drugim  brzegu  rzeki.  Przez  wiele 
godzin  nie  mógł  zasnąć.  Tym  razem  to  nie  przeszłość,  a 
przyszłość nie dawała mu spać. 

Słyszał  i  rozpoznawał  wszystkie  odgłosy  nowego  otoczenia. 

Szum  River  Road,  samotny  gwizd  łodzi,  dźwięk  radia  albo 
stereo  dochodzący  gdzieś  z  budynku,  czasem  chrzęst  opon  na 
Ŝ

wirze  podjazdu.  Zgadywał,  Ŝe  to  Maus  wraca  ze  spotkania 

smakoszy albo Max Sorrel skończył pracę w restauracji, a moŜe 

background image

 

 

to Dan Graham podjeŜdŜa swoim starym renault po wieczornym 
rendez-vous.  Szczęknęły  drzwi  garaŜu  i  juŜ  po  chwili  słychać 
było  odgłosy  kroków  stąpających  po  kaflowej  podłodze 
Wielkiego Holu. Gdzieś ktoś zamknął drzwi. Potem dobiegło go 
dalekie grzmienie zbliŜającej się burzy, czasem niebo rozbłysło 
fioletem. 

Qwilleran  nie  miał  pojęcia,  o  której  udało  mu  się  zasnąć  ani 

jak  długo  spał,  kiedy  ze  snu  wyrwał  go  krzyk.  Nie  potrafił 
zgadnąć, czy ktoś naprawdę krzyczał, czy teŜ była to część jego 
snu.  Śnił  intensywnie  -  jakiś  głupi  sen  o  górskiej  wspinaczce. 
Stanął  właśnie  triumfalnie  na  szczycie  śnieŜnobiałej  góry 
tłuczonych  ziemniaków,  spoglądając  przez  brązowe  morze 
pieczeniowego  sosu.  Ktoś  chciał  go  ostrzec,  to  był  krzyk,  i 
obudził się. 

Podniósł  głowę  i  nasłuchiwał  uwaŜnie.  Cisza.  Qwilleran 

doszedł do wniosku, Ŝe krzyk był częścią efektów dźwiękowych 
z  jego  snu.  Zapalił  nocną  lampkę,  Ŝeby  sprawdzić  godzinę,  i 
właśnie  wtedy  zauwaŜył  koty.  One  takŜe  podniosły  głowy  i 
nasłuchiwały.  Nastawiły  uszu.  Ich  głowy  obracały  się  powoli, 
jak  gdyby  kadrowały  przestrzeń  we  wszystkich  kierunkach. 
Koty teŜ coś słyszały. To nie był sen. 

Qwilleran  powiedział  sobie,  Ŝe  przecieŜ  mógł  to  być  pisk 

opon  na  River  Road  albo  zgrzyt  drzwi  garaŜu.  Dźwięki 
potęŜnieją  przy  przebudzeniu.  Dokładnie  w  tym  momencie 
usłyszał  skrzypnięcie  zawiasów,  a  potem  klekot  silnika 
samochodu. Wyskoczył z łóŜka w sam raz, Ŝeby zobaczyć jasny 
kabriolet  oddalający  się  sprzed  budynku.  Rzucił  okiem  na 
zegarek. Była trzecia dwadzieścia pięć. 

Koty połoŜyły uszy, oparły brody na łapkach i ułoŜyły się do 

snu.  Qwilleran  zamknął  lufciki  w  duŜych  oknach  studia 
dokładnie  w  chwili,  gdy  pierwsze  krople  deszczu,  podobne 
ogromnym łzom, rozbiły się o szybę. 

 
Rozdział piąty 

background image

 

 

 
Kiedy  Qwilleran  obudził  się  w  środowy  poranek  w  obcym 

mieszkaniu, dopiero po kilku chwilach pozbierał myśli. Spojrzał 
na niebo przez okno studia - rozległą panoramę błękitu przeciął 
tylko jeden, wzlatujący wysoko w niebo gołąb. Wpatrywał się w 
wysoki  sufit,  dwa  piętra  nad  głową,  zauwaŜył  duŜy  fotel  w 
kratę,  w  końcu  przypomniał  sobie  skórę  białego  niedźwiedzia. 
Wydarzenia  poprzedniego  dnia  zaczęły  szybko  przesuwać  mu 
się  przed  oczami:  nowe  mieszkanie  w  pracowni  ceramicznej... 
bliskość  Joy  po  tylu  latach  rozłąki...  jej  kłopoty  małŜeńskie... 
poŜyczka  siedmiuset  pięćdziesięciu  dolarów...  i  hałas,  który 
słyszał nocą. W świetle dnia wspomnienie było stanowczo mniej 
niepokojące.  Przeciągnął  się  i  ziewnął,  przeszkadzając  Yum 
Yum,  która  spała  zwinięta  pod  jego  pachą.  Wtedy  zadzwonił 
dzwonek.  Koko  stał  na  biurku,  jedną  łapką  na  maszynie  do 
pisania. 

-  JuŜ  idę!  -  powiedział  Qwilleran,  gramoląc  się  z  łóŜka. 

WłoŜył swój czerwony kraciasty szlafrok i poszedł do maleńkiej 
kuchni, Ŝeby otworzyć puszkę z jedzeniem dla kotów. - Wiem, 
Ŝ

e zamawiałyście rostbef Wellington - powiedział do Koko - ale 

musicie  się  zadowolić  łososiem,  dwa  dolary  za  puszkę.  Bon 
appettt! 

Perspektywa śniadania wyzwoliła radosne przepychanki. Yum 

Yum kopnęła Koko tylną łapką jak muł, a on ją popchnął. Koty 
starły  się  i  zaczęły  okładać  łapkami,  aŜ  Koko  wreszcie 
przesadził.  Yum  Yum  odskoczyła  i  zaczęła  go  okrąŜać, 
wywijając ogonem. Nagle rzuciła się i złapała go za gardło, ale 
Koko  zdołał  załoŜyć  jej  klina  i  tarzali  się  tak  sczepieni  razem. 
Na sekretny znak oba koty w tym samym momencie przerwały 
walkę i wylizały swoje wyimaginowane rany. 

Kiedy  Qwilleran  ubrał  się  i  zszedł  na  dół,  kierował  się 

zapachem  bekonu  i  kawy  aŜ  do  samej  kuchni.  Przy  duŜym 
okrągłym stole pan Maus jadł z powagą croissanty z marmoladą 

background image

 

 

i popijał je francuską czekoladą. Hixie czekała, aŜ pani Marron 
zrobi jej francuskiego tosta. 

Qwilleran nalał sobie soku pomarańczowego. 
- Gdzie są wszyscy? 
- Max nigdy nie wstaje na śniadanie - zrelacjonowała szybko 

Hixie, wlewając do kawy łyŜeczkę kwaśnej śmietany. - William 
poszedł  na  poranne  zajęcia.  Rosemary  je  zawsze  w  swoim 
pokoju  owsiane  kiełki.  Charlotte  przyszła  wcześnie  i  zjadła 
swoje  „coś  na  ząb",  wystarczająco  duŜe,  Ŝeby  zapchać  konia,  i 
teraz  wyszła  do  Czerwonego  KrzyŜa  zwijać  bandaŜe,  czy  coś 
tam. Ona to robi zawsze w środy rano. 

- Panna Roop - wyjaśnił Maus w ten swój pedantyczny sposób 

- hojnie poświęca czas... biurowej pracy w wolontariacie banku 
krwi, za co naleŜy się jej szacunek. 

- Myślicie, Ŝe chce odkupić jakieś dawne grzechy? - zapytała 

Hixie. 

Adwokat odwrócił się do niej z dezaprobatą. 
-  Jesteś  ze  wszech  miar  okropną  młodą  osóbką.  Co  więcej, 

uwaŜam  uŜycie  kwaśnej  śmietany  do  kawy  za  krańcowo... 
anarchistyczny obyczaj. 

-  Marron,  kotku,  pospiesz  się  z  tym  tostem  -  powiedziała 

Hixie. - Umieram z głodu. 

-  Czy  Grahamowie  schodzą  na  śniadanie?  -  zapytał  Qwil-

leran. 

-  Nie  pokazali  się  dziś  rano  -  odrzekła  Hixie,  nakładając  na 

chrupiącego francuskiego rogalika tony agrestowego dŜemu.  

- Chciałabym mieć taką pracę jak oni, tak Ŝebym była swoim 

własnym szefem. Ustalałabym swoje własne godziny pracy. 

-  Moja  droga  młoda  panno  -  Maus  zwrócił  się  do  niej  ze 

ś

miertelną  powagą  -  Zbankrutowałabyś  w  ciągu  sześciu 

miesięcy.  Jesteś  całkowicie  pozbawiona...  samodyscypliny.  - 
Następnie  zwrócił  się  do  Qwillerana:  -  Ufam,  Ŝe  jest  pan 
wystarczająco usatysfakcjonowany apartamentem numer sześć? 

background image

 

 

Gdy  mówił,  Qwilleran  zauwaŜył  po  raz  pierwszy  niewielkie 

odbarwienie wokół lewego oka adwokata.  

- Wszystko w porządku - odpowiedział dziennikarz, po czym 

dodał  po  ledwie  zauwaŜalnej  pauzie:  -  ale  w  nocy  słyszałem 
jakiś  dziwny  hałas.  Czy  ktoś  jeszcze  słyszał  krzyk,  około 
trzeciej  trzydzieści  nad  ranem?  Wydaje  mi  się,  Ŝe  krzyczała 
kobieta. 

Przy stole nie było odpowiedzi. Hixie otworzyła szeroko oczy 

i  potrząsnęła  głową.  Maus  przeŜuwał  spokojnie  dalej,  z  pewną 
dozą skupienia, która zwykle towarzyszyła temu procesowi. 

To było typowe dla ludzi jego profesji, nigdy nie pokazywać 

po sobie zdziwienia, przypomniał sobie Qwilleran. 

-  To,  co  słyszałem,  to  mogły  być  teŜ  drzwi  od  garaŜu  - 

zasugerował. 

Maus odezwał się: 
-  Pani  Marron,  proszę  łaskawie  poprosić  Williama,  Ŝeby 

naoliwił bramę do garaŜu, kiedy wróci. 

-  Przy  okazji  -  powiedział  dziennikarz,  nalewając  sobie 

wyśmienitej kawy - chciałbym napisać tekst o pańskiej filozofii 
kulinarnej, panie Maus, jeśli oczywiście się pan zgodzi. Czekał 
cierpliwie na odpowiedź adwokata. 

Po  upływie  pewnej  chwili  nadeszła  odpowiedź,  a 

towarzyszyło jej wdzięczne skinienie głowy. 

- W chwili obecnej... nie widzę Ŝadnych przeciwwskazań. 
-  MoŜe  w  takim  razie  zjadłby  pan  dzisiaj  ze  mną  kolację  w 

„Toledo Tombs", na koszt „Daily Fluxion". 

Na wspomnienie ekskluzywnej restauracji Maus wyraźnie się 

rozpromienił. 

- Z przyjemnością! Musimy koniecznie zamówić ich... 
węgorze w zielonym sosie. Robią teŜ wyśmienitą jagnięcinę 
z estragonem i japońskimi grzybami. Musi mi pan pozwolić 
zamówić. 
Ustalili  godzinę  i  miejsce  spotkania,  po  czym  Maus  wyszedł 

do biura, trzymając w ręku dyplomatkę. 

background image

 

 

Qwilleran  zauwaŜył,  Ŝe  pani  Marron  wypchała  ją  małymi 

pudełkami,  termosem  i  zimnymi  karczochami.  Wkrótce  potem 
wyszła  Hbrie,  zjadłszy  wcześniej  bekon  i  francuskiego  tosta 
posypanego posiekanymi orzechami pekan, pływającego  

w  roztopionym  maśle  i  syropie  klonowym.  Qwilleran  został 

sam. Rozmyślał nad podbitym okiem gospodarza. 

Pani Marron podeszła, Ŝeby sprzątnąć ze stołu, i odezwała się: 
- Powinien pan zjeść coś na wzmocnienie. 
-  Pani  Marron,  proszę  na  mnie  spojrzeć,  nie  potrzebuję  juŜ 

niczego na wzmocnienie. 

Pani  Marron  ociągała  się  z  odejściem  od  stołu,  powoli 

układając na tacy naczynia jedne na drugich i przekładając je z 
kupki na kupkę. 

-  Panie  Qwilleran  -  powiedziała  -  słyszałam  coś  ostatniej 

nocy, i nie były to drzwi od garaŜu. 

- O której godzinie to było? 
-  Gdzieś  po  trzeciej.  Wiem  tylko  tyle.  Mój  pokój  jest  z  tyłu 

budynku. Nie śpię ostatnio zbyt dobrze, więc oglądam w łóŜku 
telewizję. UŜywam słuchawek, to nikomu nie przeszkadzam. 

- Co dokładnie pani usłyszała? 
-  Myślałam,  Ŝe  to  kocury  walczą  ze  sobą  w  dokach,  ale 

niewykluczone, Ŝe to ktoś krzyczał. 

- Mam nadzieję, Ŝe Ŝadnemu z domowników nic się nie stało - 

odparł Qwilleran. - MoŜe lepiej sprawdzić, co z panią Whiting i 
Grahamami? 

- Myśli pan, Ŝe powinnam? 
- Ze wszech miar tak, pani Marron. Wydaje mi się, Ŝe byłoby 

to wskazane. 

Zaczynam  gadać  jak  Robert  Maus,  powiedział  sobie  Qwil-

leran, popijając czarną kawę i czekając na powrót gosposi. 

-  U  pani  Whiting  wszystko  w  porządku,  ćwiczy  - 

zrelacjonowała pani Marron po powrocie. - Ale nie udało mi się 
dobić do Grahamów. Drzwi do pracowni są zamknięte. Pukałam 

background image

 

 

trzy,  moŜe  cztery  razy,  ale  nikt  nie  odpowiedział.  Jeśli  są  na 
górze, w swoim mieszkaniu, nie słyszą pukania. 

-  Nie  ma  pani  kluczy  do  pracowni?  -  Spojrzał  na  wieszak  z 

kluczami na kuchennej ścianie. 

Gosposia potrząsnęła głową. 
- Tu są tylko klucze do mieszkań, Ŝebym mogła sprzątać. 
Czy 

powinnam 

sprawdzić 

od 

tyłu, 

przez 

schody 

ewakuacyjne?  

-  Spróbujmy  zadzwonić  -  zasugerował  Qwilleran.  -  Zna  pani 

numer do Grahamów? 

- Co mam im powiedzieć? 
- Ja z nimi porozmawiam. 
Pani  Marron  wykręciła  numer  na  kuchennym  telefonie  i 

podała słuchawkę Qwilleranowi. W telefonie odezwał się męski 
głos. 

- Pan Graham? Dzień dobry. Tu mówi Jim Qwilleran, pański 

nowy  sąsiad.  Czy  wszystko  w  porządku  po  pańskiej  stronie 
budynku?  Zdawało  nam  się,  Ŝe  czujemy  dym...  To  dobrze. 
Sprawdzam  na  wszelki  wypadek.  A  przy  okazji,  omija  pana 
wyśmienite  śniadanie.  Pani  Marron  przygotowuje  francuskie 
tosty...  Nie  skusi  się  pan?  Szkoda.  Chciałem  porozmawiać  o 
funkcjonowaniu  pracowni.  „Fluxion"  mógłby  wydrukować 
specjalny artykuł w nawiązaniu do pańskiej wystawy. Przyjdzie 
pan? Świetnie! Czekam. 

-  Dym?  -  spytała  pani  Marron,  kiedy  Qwilleran  odłoŜył  na 

miejsce słuchawkę. - Nie czułam Ŝadnego dymu. 

Kilka minut później do kuchni wszedł Dan Graham, chudszy i 

bardziej  jeszcze  zaniedbany  niŜ  zwykle.  Opadł  bez  wdzięku  na 
fotel i powiedział, Ŝe napije się kawy i zje rogalika, to wszystko. 

-  Mogę  panu  przygotować  naleśniki  kukurydziane,  takie  jak 

pan lubi - zaproponowała pani Marron. 

- Tylko rogalika. 
- Albo kilka pszennych naleśników, to zajmie minutkę. 
Garncarz spojrzał na nią spode łba, więc wróciła do zlewu 

background image

 

 

i zaczęła układać naczynia w zmywarce. 
Qwilleran powstrzymał się od zapytania Grahama o Ŝonę. W 

zamian  za  to  kusił  go  rozległymi  moŜliwościami  darmowej 
reklamy, co rozgrzało Dana. 

- Gazety powinny drukować więcej takich artykułów - po 
wiedział - zamiast ciągle nas uziemiać. Nie krytykują nowych 
modeli samochodów ani tych głupich ubrań, które projektują 
w ParyŜu. Dlaczego czepiają się artystów? Gazety zatrudniają 
jakiegoś  przygłupa  na  etacie  krytyka  i  pozwalają  mu 

rozsiewać  jego  prywatne  „ale"  i  odstraszać  ludzi  od  wystaw. 
Większości  ludzi  podobałaby  się  sztuka  współczesna,  gdyby 
lokalne gazety nie powtarzały im w kółko, jak to z nią kiepsko. 
Gazety  powinny  pokazywać  ludziom,  jak  mogą  docenić  to,  co 
widzą. 

- Porozmawiam z naszym redaktorem działu kulturalne 
go - powiedział Qwilleran. - To nie moja działka i nie mogę 
podejmować  decyzji,  ale  jestem  pewien,  Ŝe  Arch  Riker 

przyśle tu fotografa. Będzie pewnie chciał sfotografować pana i 
pańską  Ŝonę,  no  i  oczywiście  waszą  nową  pracownię.  Dobra 
ludzka historia, zamieszczona w niedzielnym dodatku, moŜe się 
odbić szerokim echem. W dodatku w kolorze! 

Dan zwiesił głowę i zapatrzył się w filiŜankę z kawą. 
- I tu jest haczyk - wyrzucił z siebie w końcu. - Wiem, Ŝe wy 

tam  w  gazetach  lubicie  atrakcyjne  babki  i  tym  podobne,  ale 
będziecie  musieli  zadowolić  się  załamanym  piegowatym 
garncarzem - powiedział to z krzywym uśmiechem. 

- Dlaczego, czy pani Graham nie lubi być fotografowana? Jest 

bardzo atrakcyjna. 

Dan  rzucił  spojrzenie  w  kierunku  zlewu,  gdzie  pani  Marron 

obierała jabłka, i zniŜył głos. 

- Moja staruszka się zmyła. 
- Co zrobiła? Zostawiła pana? - Qwilleran nie spodziewał się, 

Ŝ

e  sprawy  przybiorą  tak  szybki  obrót,  chociaŜ  powinien  był 

wiedzieć, Ŝe Joy przystąpi od razu do działania. 

background image

 

 

-  Tak.  Zniknęła,  zwinęła  się,  wyparowała,  wyniosła  się,  jeśli 

pan  wie,  co  mam  na  myśli.  I  to  nie  pierwszy  raz.  -  Na  jego 
twarzy  znów  pojawił  się  odwaŜny  jednostronny  uśmiech  i 
Qwilleran zauwaŜył, częściowo ze współczuciem, a częściowo z 
odrazą,  Ŝe  w  grymasie  tym  Dan  nieświadomie  naśladował 
urzekającą manierę Joy. - Raz, kiedy mieszkaliśmy na Florydzie 
-  kontynuował  garncarz  -  uciekła.  śadnych  wyjaśnień,  Ŝadnej 
wiadomości,  nic.  Zostawiła  mnie,  kiedy  byłem  w  dołku,  ale 
wróciła i wszystko się jakoś ułoŜyło. Kobiety nie wiedzą, czego 
chcą...  Więc  będę  siedział  cicho  jak  mysz  pod  miotłą, 
poczekam,  aŜ  sobie  pohasa,  dojdzie,  co  ją  gryzie.  Wróci,  nie 
martw  się.  Szkoda  tylko,  Ŝe  musiała  odejść  tuŜ  przed  samą 
wystawą, to wszystko. 

Qwilleranowi  rzadko  brakowało  słów,  ale  tym  razem  nie 

wiedział,  co  powiedzieć.  Było  jasne,  Ŝe  wiedział  więcej  o 
zamiarach Joy od jej męŜa. 

- Kiedy się pan zorientował, Ŝe odeszła? - zapytał, starając się 

okazać współczucie, choć bez zbytniego zaangaŜowania. 

-  Obudziłem  się  dziś  rano  i  nie  znalazłem  ani  śladu  kobiety. 

Mógłbym  teŜ  dodać,  Ŝe  mieliśmy  wczoraj  małą  sprzeczkę,  ale 
nie  myślałem,  Ŝe  to  coś  powaŜnego.  -  Dan  potarł  z  powagą 
swoją  nieogoloną  szczękę,  wyglądał  na  dotkniętego  i 
przygnębionego. 

Qwilleran  zauwaŜył,  Ŝe  garncarzowi  brakuje  prawego  kciuka 

aŜ do pierwszego kłykcia, i przez moment nie był juŜ tak pewny 
swojej lojalności wobec Joy. Rana ręki to najgorsza rzecz, jaka 
moŜe  przydarzyć  się  garncarzowi,  czy  to  dlatego  nie  szło  mu 
najlepiej?  Poza  tym  łatwo  było  mu  utoŜsamić  się  z  męŜem 
porzuconym  przez  ambitną  Ŝonę,  miał  za  sobą  to  samo 
upokarzające doświadczenie. 

- Wzięła samochód? - zapytał Qwilleran. 
- Nie, zostawiła go tutaj. Byłbym w kłopocie, gdyby odjechała 

starym  gruchotem.  Nie  jest  wiele  wart,  ale  jeŜdŜę  nim  tu  i 
ówdzie. 

background image

 

 

- No to jak udało jej się stąd wydostać w środku nocy? 
Dan rozdziawił usta. 
- Sądzę, Ŝe autobusem. JeŜdŜą Rover Road tam i z powrotem 

całą noc. 

Albo,  pomyślał  Qwilleran,  odjechała  z  właścicielem  jasnego 

kabrioletu o trzeciej trzydzieści nad ranem... Potem przemknęła 
mu przez głowę inna przygnębiająca hipoteza. Czy to moŜliwe, 
Ŝ

eby jego siedemset pięćdziesiąt dolarów sfinansowało ucieczkę 

Joy  z  innym  męŜczyzną?  Nie!  Nie  chciał  w  to  wierzyć.  Jego 
twarz  zalewał  na  przemian  strumień  gorąca  i  zimna.  Qwilleran 
pocierał  nerwowo  czoło.  Był  wspólnikiem  czy  ofiarą,  a  moŜe  i 
jednym,  i  drugim?  Pod  wpływem  pierwszego  impulsu  chciał 
zablokować  realizację  czeku.  Jako  dziennikarz  i  zawodowy 
cynik podejrzewał, Ŝe został wystrychnięty na dudka, ale lepsza 
część jego duszy kazała mu zaufać Joy. Jeśli ją kiedyś kochał, a 
przyznawał się teraz do tego, to uczucie to nadal było Ŝywe.  

Znam  Joy,  powtarzał  sobie.  Bez  względu  na  to,  jak  bardzo 

była  zdesperowana,  nigdy  by  mi  tego  nie  zrobiła.  Potem 
przypomniał sobie krzyk. 

-  Nie  chciałbym  cię  niepokoić,  Dan  -  powiedział  spokojnym 

głosem, który pokrył jego zmieszanie - ale czy jesteś pewien, Ŝe 
odeszła dobrowolnie? 

Dan,  który  dotąd  wpatrywał  się  tępo  w  kawę,  spojrzał  na 

niego ostro. 

- Co masz na myśli? 
-  Chciałem...  Wydaje  mi  się,  Ŝe  słyszałem  krzyk  kobiety 

zeszłej nocy, a zaraz potem usłyszałem odjeŜdŜający samochód. 

Garncarz wydał z siebie krótki, gorzki śmiech. 
-  Słyszałeś  ten  tumult?  Szalona  kobieta!  Powiem  ci,  co  się 

wydarzyło.  Kiedy  wróciłem  wczoraj  do  domu,  było  juŜ  późno. 
Znasz tych gości ze śródmieścia - mniej lub bardziej artystyczne 
typy.  Graliśmy  w  pokera,  wypiliśmy  kilka  piw.  No  więc  było 
raczej  późno,  a  Joy  siedziała  i  czekała  na  mnie. Wkurzona,  jak 
mi się zdaje. Siedziała przy kole, wyrabiała dzban. Kiedy 

background image

 

 

wszedłem,  przeszyła  mnie  wzrokiem.  I  wiesz  co?  Pracowała 

na  kole  z  rozpuszczonymi  po  kolana  włosami!  Ostrzegałem  ją, 
ale ona jest taka zarozumiała, nigdy nie zwraca uwagi na to, co 
mówię. 

Dan rozmyślał o swojej sytuacji, gapiąc się w pustą filiŜankę 

po kawie, aŜ Qwilleran znów ją napełnił. 

- No i... co się stało? - zapytał. 
-  Och,  mieliśmy  małą  sprzeczkę  o  to  i  owo,  a  ona  zaczęła 

rzucać  głową,  jak  zwykle,  kiedy  na  mnie  wsiądzie.  I  wtedy  -  a 
niech to, gdyby tylko te cholerne włosy nie wkręciły się w koło. 
Mogło ją oskalpować!  Mogło skręcić jej kark,  gdyby mnie tam 
nie  było  i  gdybym  nie  wyrwał  kabla  i  nie  zatrzymał  maszyny. 
Szalona kobieta! 

- I mówi pan, Ŝe krzyczała? 
-  Pewnie  obudziła  cały  dom.  Mówię  panu,  miałem  niezłego 

stracha. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś się stało tej mojej 
staruszce. 

Złość  na  twarzy  Qwillerana  ustąpiła  miejsca  współczuciu, 

choć wyrastało ono z jego własnych wątpliwości.  

-  Nie  martwię  się.  Ona  wróci  -  powiedział  Dan.  Odsunął 

krzesło od stołu i wstał, przeciągając się i głaszcząc po brzuchu. 
-  Muszę  się  teraz  zabrać  do  roboty.  Muszę  przygotowywać 
wystawę. Zobaczy pan w gazecie, czy coś da się zrobić w mojej 
sprawie,  dobrze?  -  Sięgnął  do  kieszeni  spodni,  gdzie  znalazł 
portfel, z którego ostroŜnie wyciągnął złoŜony wycinek. 

Z kiepsko skrywaną dumą wręczył go Qwilleranowi.  
- Tu ma pan napisane, co czołowy krytyk z Los Angeles sądzi 

o mojej indywidualnej wystawie. Ten gość naprawdę zna się na 
swojej działce. Nie Ŝartuję. 

Był  to  bardzo  stary  wycinek.  Papier  poŜółkł  i  był  poprze-

dzierany na zgięciach. 

Kiedy  Dan  wyszedł,  głaszcząc  się  po  tylnej  kieszeni  spodni, 

gdzie  w  portfelu  spoczywał  podniszczony  wycinek  prasowy, 
Qwilleran zapytał gosposię: 

background image

 

 

- Kto w pobliŜu jeździ jasnym kabrioletem? 
-  Pan  Sorrel  ma  jasny  samochód.  Taki  dziecięcy  błękit  - 

dodała łamiącym się głosem. 

- Widziała go pani dziś rano? 
-  Nie.  Nigdy  nie  wstaje  wcześnie.  Codziennie  pracuje  do 

późna. 

-  Myślę,  Ŝe  przespaceruję  się  teraz  po  okolicy  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Wezmę  mojego  kota  na  smycz,  Ŝeby  się  trochę 
poruszał. I jeśli powie mi pani, gdzie znajdę puszkę z olejem, to 
naprawię drzwi do garaŜu. 

-  Nie  musi  pan  tego  robić,  panie  Qwilleran,  William 

powinien. .. 

- To Ŝaden kłopot, pani Marron. Naoliwię zawiasy, a William 

niech skosi trawnik, przydałoby się, Ŝeby to zrobił. 

- Jeśli pójdzie pan nad rzekę - powiedziała drŜącym głosem - 

proszę uwaŜać na pomost, mogą być tam jakieś luźne deski. 

Po powrocie do pokoju Qwilleran zastał koty ucinające sobie 

poranną  drzemkę  na  ławie.  Ich  ogony  i  łapki  były  splecione  w 
jeden  futrzany  kobierzec.  Qwilleran  podniósł  śpiącego  Koko, 
którego  ciało  waŜyło  tyle  co  woreczek  mąki,  i  przez  jego 
ziewającą  głowę  przełoŜył  obróŜkę  od  niebieskich  skórzanych 
szelek.  Potem,  uŜywając  nylonowej  linki  zamiast  smyczy, 
wyprowadził  niechętnego  kota  za  drzwi.  Koko  ziewał, 
przeciągał się i zataczał jednocześnie. 

Przed  zejściem  na  dół  okrąŜyli  balkon.  Qwilleran  chciał 

przeczytać  imienne  tabliczki  na  drzwiach.  Obok  apartamentu 
numer sześć znajdował się pokój Rosemary Whiting, z którego 
dochodziły  dźwięki  muzyki.  Następny  naleŜał  do  Maksa  Sor-
rela,  którego  gardłowe  chrapanie  słychać  było  mimo 
zamkniętych  drzwi.  Po  drugiej  stronie  galerii  znajdowały  się 
tabliczki Hixie Rice, Charlotte Roop i Roberta Mausa. Dlaczego 
tabliczki z nazwiskiem? - zaczął się zastanawiać, ale porzucił tę 
kwestię, bo zbyt wiele innych spraw zaprzątało mu głowę. 

background image

 

 

Sprowadził  Koko  po  schodach,  przez  śliskie  brązowe  kafle 

Wielkiego Holu i dalej do bocznego podwórka Maus Haus. Dla 
Koko,  który  całe  swoje  Ŝycie  spędzał  w  mieszkaniach,  widok 
trawy  naleŜał  do  rzadkich  atrakcji.  Na  mokrej  od  nocnego 
deszczu  murawie  Koko  próbował  osobiście  zbadać  kaŜde 
ź

dźbło, porzucając jedne i ścinając zębami inne, z wybiórczością 

zrozumiałą  tylko  dla  przedstawicieli  jego  gatunku.  Po  kaŜdym 
kroku w wilgotnej murawie otrzepywał grymaśnie łapki. 

Po  wschodniej  stronie  budynku  znajdowała  się  nowo 

dobudowana  wiata  dla  samochodów.  Pod  zadaszeniem  stały 
zaparkowane ciemnoniebieski kompakt i stare renault w kolorze 
kurzu,  które  rzeczywiście  miało  dziurę  w  podłodze,  jak 
oszacował dziennikarz. 

Z  tego  miejsca  Ŝwirowa  ścieŜka  prowadziła  nad  rzekę,  gdzie 

na  podupadłym  pomoście  stały  dwie  chwiejące  się  ławki.  W 
ś

wietle dnia woda, brązowa jak sos z pieczeni i cuchnąca czymś 

niezdefiniowanym, uderzała leniwie o stare pale. 

Koko nie wyraŜał najmniejszego zainteresowania otoczeniem. 

Nie  chciał  mieć  nic  wspólnego  z  rzeką.  Odsunął  się  od  molo  i 
czekał  na  mokrej  trawie,  aŜ  ruszyli  ścieŜką  z  powrotem.  Raz 
tylko  zatrzymał  się,  Ŝeby  powąchać  przedmiot  w  jasnym 
niebieskozielonym  kolorze,  który  leŜał  na  skraju  ścieŜki,  i 
Qwilleran podniósł go - mały glazurowany fragment ceramiki o 
wielkości  i  kształcie  Ŝuka.  Na  odwrocie  były  wyŜłobione  
inicjały:  J.G.  Wsunął  go  do  kieszeni,  pociągnął  za  smycz  i 
poprowadził Koko z powrotem do domu. 

Od  tyłu  nieszczęsny  budynek  przypominał  groteskowego 

ptaka z grzebieniem kominów, garaŜem i wiatą wyglądającą jak 
dziwaczne  skrzydła.  Wyjścia  ewakuacyjne  i  gzymsy  robiły 
wraŜenie  nastroszonych  piór.  Za  oczy  moŜna  było  wziąć  dwa 
duŜe  okna  poddasza  Grahamów.  Kiedy  Qwilleran  przyjrzał  się 
im, zobaczył postać, która cofnęła się szybko do środka. 

W  garaŜu  były  trzy  boksy.  Qwilleran  otworzył  podnoszone 

drzwi, tylko jedne skrzypiały i tylko jeden boks był zajęty. Stał 

background image

 

 

tam jasnoniebieski kabriolet. Przed zamknięciem drzwi przyjrzał 
się  dokładnie  samochodowi,  z  zewnątrz  i  wewnątrz,  podłodze, 
tapicerce, desce rozdzielczej. Wszystko było bardzo czyste. 

- Co ty na to, Koko? - wymamrotał. - Trochę za czyste. 
Koko  był  zajęty  wąchaniem  plam  oleju  na  betonowej 

posadzce garaŜu. 

Kiedy  ta  dwójka  wróciła  pod  szóstkę,  Koko  pozwolił  Yum 

Yum  umyć  sobie  twarz  i  uszy,  a  Qwilleran  przemierzał  pokój, 
zastanawiając  się,  gdzie  odeszła  Joy,  czy  odeszła  sama,  kiedy, 
jeśli  w  ogóle,  skontaktuje  się  z  nim  i  w  końcu  czy  zobaczy 
jeszcze  swoje  pieniądze.  Tak  długo  nie  miał  pracy,  zanim  nie 
zatrudnili  go  w  „Daily  Fluxion",  Ŝe  siedemset  pięćdziesiąt 
dolarów stanowiło dla niego niemałą fortunę. 

Zastanawiał  się,  czy  w  Kiper  &  Fine  zaczęto  szyć  juŜ  jego 

garnitur, kusiło go, Ŝeby tam zadzwonić i odwołać zamówienie. 
Dzisiaj  nie  czuł  juŜ  potrzeby  posiadania  nowego  ubrania. 
Zapowiadało  się  na  krótką  wiosnę.  Na  domiar  złego  zdał  sobie 
właśnie sprawę, Ŝe jest koszmarnie głodny. 

Na biurku zapanował nagle niespodziewany harmider. Szelest 

papierów,  stukanie  klawiszy  maszyny,  turlanie  ołówków  i 
długopisów,  a  potem  lekkie  uderzenie  nowych  okularów  do 
czytania, które spadły na podłogę. 

Qwilleran skoczył do biurka, ale Koko dał bez namysłu nura 

na duŜy fotel. - Niedobry kot! - krzyknął. Na szczęście okulary 
nie  stłukły  się,  ocalone  przez  cięŜkie  oprawki.  Ale  Qwilleran 
poczuł  dreszcz  u  nasady  wąsów,  kiedy  w  maszynie  do  pisania 
zobaczył  kartkę  papieru.  NałoŜył  okulary  i  przyjrzał  się  jej  z 
bliska.  Koko  odkrył  górny  rząd  klawiszy.  Jedną  łapkę  postawił 
na cyfrze trzy, a drugą na zerze. 

  
Rozdział szósty 
       

background image

 

 

Zaraz po południu Qwilleran pospieszył do klubu prasowego i 

dołączył  do  Archa  Rikera  przy  dwuosobowym  stoliku,  gdzie 
redaktor działu kulturalnego spędzał czas, popijając martini. 

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Qwilleran.  
- Musiałem pojechać z Koko do weterynarza. 
- Co się stało? 
- Wyprowadziłem go na podwórko w Maus Haus i najadł się 

trawy. Kiedy wróciliśmy, zwymiotował, a ja myślałem, Ŝe zjadł 
coś trującego. 

- Wszystkie koty jedzą trawę, a potem wymiotują - powiedział 

Riker. - W ten sposób pozbywają się kulek sierści. 

- Teraz wiem. Powiedzieli mi w klinice dla zwierząt. Ale nie 

miałem wyboru. Gorzej, Ŝe za cel obrał sobie moje nowe buty. 
Oba buty! 

-  Powinieneś  wyczesywać  koty.  Dzieci  czeszą  nasze  koty 

codziennie i nigdy nie mamy takich problemów. 

-  Dlaczego  nikt  mi  nie  mówi  takich  rzeczy?  Zapłaciłem 

piętnaście dolców za wizytę w klinice. - Qwilleran zapalił nabitą 
tytoniem fajkę i dał znać kelnerce, Ŝe zamawia kawę. 

-  No  dobra,  co  to  za  news,  o  którym  wspomniałeś  przez 

telefon? - zapytał Riker. 

Qwilleran  wypuścił  powoli  dym  z  fajki  i  zwlekał  z 

odpowiedzią. 

- Historia lubi się powtarzać. Joy znowu zniknęła. 
- śartujesz! 
- Nie Ŝartuję. 
- Ciągle te same sztuczki. 
-  Nie  wiem,  w  co  mam  wierzyć  -  westchnął  Qwilleran. 

Opowiedział  Rikerowi  o  wizycie  Joy  w  jego  apartamencie,  jej 
planach rozwodowych, ale nie o czeku na siedemset pięćdziesiąt 
dolarów. 

- Rosie miała właśnie do niej dzwonić i zaprosić ją na jakieś 

babskie  pogaduchy.  Myślała,  Ŝe  to  moŜe  coś  pomóc  - 
powiedział Riker. 

background image

 

 

- Teraz jest juŜ za późno. 
- Co mówi na to jej mąŜ? 
- Twierdzi, Ŝe juŜ jej się to zdarzało i Ŝe zawsze wracała. Tyle 

Ŝ

e on nie wie tego co ja. 

-  A  tak  w  ogóle,  to  jak  on  wygląda?  Rosie  prosiła  mnie, 

Ŝ

ebym się wypytał. Wiesz, jakie są baby. 

-  Mówi  i  wygląda  nieciekawie.  Raczej  nie  w  typie  Joy. 

Wysoki  i  chuderlawy.  Matowe  rude  włosy  i  piegi.  Mówi  jak 
pomylony.  Wydaje  mu  się,  Ŝe  ma  takie  bogate  słownictwo,  ale 
posługuje się patetycznymi kliszami, jego slang jest spóźniony o 
jakieś  trzydzieści  lat.  Jeśli  chcesz  znać  moje  zdanie,  to 
zachowuje  się  jak  facet,  który  rozpaczliwie  chce  być  kimś,  a 
nigdy nikim nie będzie. 

-  Facet,  który  przegrywa  dziewczynę,  nigdy  nie  wyraŜa  się 

dobrze  o  zwycięzcy,  jeśli  mogę  zauwaŜyć  -  powiedział 
zadowolony ze swojej bystrej obserwacji Riker. 

-  Joy  sama  to  przyznała.  Zdradziła  mi,  Ŝe  nie  odniósł 

wielkiego sukcesu jako garncarz. 

- Dlaczego dziewczyna z klasą, taka jak Joy, miałaby wybrać 

kogoś takiego? 

- Kto wie. Zawsze podobali jej się wysocy męŜczyźni. MoŜe 

jest  świetnym  kochankiem.  MoŜe  jego  piegi  ujęły  jej 
macierzyński instynkt. - Riker zamówił kolejne martini, a Qwil-
leran  kontynuował:  -  Teraz,  skoro  się  napiłeś,  opowiem  ci  ciąg 
dalszy.  PoŜyczyłem  Joy  trochę  pieniędzy,  tuŜ  przed  jej 
zniknięciem. 

Wydawca o mało nie udławił się oliwką. 
- O nie! Ile dokładnie? 
- Siedemset pięćdziesiąt. 
 
-  Siedemset  pięćdziesiąt?  Pieniądze  z  nagrody?  Qwilleran 

pokiwał potulnie głową. 

- Co za naiwniak! W gotówce?  
- Wypisałem czek. 

background image

 

 

- Zablokuj wypłatę, Qwill. 
-  MoŜe  ich  potrzebować,  i  to  bardzo,  gdziekolwiek  jest.  Z 

drugiej  strony  -  powiedział  niechętnie  -  mogła  uciec  z  innym 
facetem. Albo... mogło się jej coś stać. 

- Co na przykład? Skąd przyszedł ci do głowy taki pomysł? - 

Riker przyzwyczaił się juŜ do przeczuć Qwillerana, były zawsze 
w  stu  procentach  prawdziwe  -  albo  w  stu  procentach  bez 
pokrycia. 

-  Poprzedniej  nocy  słyszałem  krzyk,  kobiecy  krzyk,  i  zaraz 

potem  z  garaŜu  wyjechał  samochód.  -  Qwilleran  nerwowo 
ugniatał swoje wąsy. 

Riker znał ten gest. Jego przyjaciel był na tropie kolejnej nie-

godziwości, 

małej 

albo 

duŜej, 

prawdziwej 

albo 

wyimaginowanej.  Młode  lata  spędzone  na  policyjnych 
obchodach wykształciły w nim szósty zmysł, którym wyczuwał 
zbrodnię.  Co  więcej,  czego  Riker  nie  wiedział  i  w  co  nigdy  by 
nie  uwierzył,  ta  nadzwyczajna  zdolność  związana  była  z 
sumiastymi wąsami Qwillerana. Jego przeczuciom towarzyszyło 
dziwne  mrowienie  w  górnej  wardze,  a  kiedy  mu  się  to 
przytrafiało, nigdy się nie mylił. 

- Masz jakieś podejrzenia? - zapytał Riker. 
Qwilleran  potrząsnął  głową.  Nic  nie  wspomniał  o  numerach 

wystukanych  na  maszynie  przez  Koko,  chociaŜ  na  samo 
wspomnienie włosy jeŜyły mu się na głowie. 

-Wspomniałem Danowi o krzyku, który słyszałem, a on miał 

juŜ  gotowe  wyjaśnienie.  Powiedział,  Ŝe  długie  włosy  Joy 
wkręciły się w koło. 

- Jakie koło? 
-  Koło  garncarskie.  UŜywają  go  do  robienia  naczyń.  Dan 

mówi,  Ŝe  krzyczała,  a  on  przyszedł  jej  na  ratunek.  Nie  wiem, 
czy mu wierzyć. 

-  Myślę,  Ŝe  martwisz  się  bez  powodu.  Jest  pewnie  w  drodze 

do Chicago, do ciotki, jeśli staruszka jeszcze Ŝyje. 

background image

 

 

-  Wczoraj  wieczorem  przy  kolacji  Joy  rzucała  się  na 

wszystkich, coś wisiało w powietrzu. 

- Kto jeszcze mieszka w tym dziwacznym domostwie? 
- Robert Maus, prawnik, właściciel budynku. Nie potrafi   
powiedzieć  zdania  na  jakikolwiek  temat,  nawet  o  pogodzie, 

bez  wcześniejszego  rozwaŜenia  za  i  przeciw,  wszystkich 
prawnych  implikacji  i  ewentualnych  ulg  podatkowych.  Bardzo 
dystyngowany  dŜentelmen.  Ale,  ciekawa  sprawa,  dzisiaj  rano 
retuszował  podbite  oko...  Potem  Max  Sorrel,  właściciel 
restauracji „Gol-den Lamb Chop". Wszyscy wiedzą, Ŝe straszny 
z  niego  kobieciarz  i  Ŝe  lubi  ostrą  grę.  To  jego  samochód 
wyjechał z garaŜu krótko po tym, jak usłyszałem krzyk. 

-  Ale  nie  jesteś  pewien,  Ŝe  on  był  w  środku  -  powiedział 

Riker. - To Joy mogła prowadzić. 

-  Jeśli  to  ona  prowadziła,  to  później  poklepała  samochód  po 

zadzie i kazała mu wracać do domu, dziś rano był z powrotem w 
garaŜu.  Dan  twierdzi,  Ŝe  pojechała  autobusem  z  River  Road. 
Jeśli tak, to wybrała świetną porę, lało jak z cebra. 

- Kto jeszcze tam mieszka? 
-  Trzy  kobiety  i  chłopak  na  posyłki,  hałaśliwy,  ale 

sympatyczny.  No  i  gosposia.  -  Qwilleran  oparł  się  łokciami  o 
stół  i  zaczął  gładzić  wąsy.  Przypomniał  sobie  wzmiankę  Joy  o 
planie  „dyskretnego"  wymuszenia  i  postanowił  nic  o  tym  nie 
wspominać Archowi. 

- Dajesz się ponieść wyobraźni, Qwill - odezwał się Riker.  
- Joy nic się nie stało. Poczekaj, a zobaczysz. 
- Chciałbym w to wierzyć. 
- Tak czy inaczej muszę coś zjeść i trzeba wracać do biura. O 

drugiej  przychodzi  handlowiec  z  agencji  prasowej  z  jakimiś 
zabawnymi komiksami. - Wezwał kelnerkę.  

-  Jedna  zupa  fasolowa,  klopsy  i  makaron,  sałatka  z 

roauefortem i proszę podać masło do tego stolika. 

- A ty co zjesz, Patyczaku? - spytała kelnerka Qwillerana.  
- Jeszcze raz twaroŜek? 

background image

 

 

- Umieram z głodu, wcale mi nie do śmiechu. 
-  Zamawiasz  cheeseburgera  z  frytkami?  Makaron  z  serem? 

Szynkę i słodycze? 

-  Nie,  proszę  jajko  po  wiedeńsku  -  zdecydował  z  mocnym 

postanowieniem.  -1  cały  zapas  selera,  jaki  macie  w  kuchni. 
Więcej  kalorii  spalę,  Ŝując  to  zielsko,  niŜ  przyswoję  z  całej  tej 
strawy. 

- Gdzie jesz dzisiaj wieczorem? - zapytał Riker.  
- Zaprosiłem Roberta Mausa na kolację do „Toledo Tombs" 
i  z  mojej  strony  będzie  to  heroiczna  próba  siły  woli. 

Słyszałem, Ŝe mają tam najlepsze jedzenie w mieście. 

Po  południu  Qwilleran  wybrał  się  do  księgarni,  Ŝeby  kupić 

ksiąŜkę o francuskiej kuchni. Wybrał teŜ jedną o ceramice, choć 
nie  wiedział  specjalnie  po  co.  W  monopolowym  nabył  butelkę 
cherry  i  burbona,  na  wszelki  wypadek,  gdyby  musiał 
przyjmować  jakichś  gości.  Kupił  szczotkę  w  sklepie  dla 
zwierząt.  Na  koniec  wszedł  do  supermarketu,  Ŝeby  kupić 
jedzenie  dla  kotów.  Dręczony  niezaspokojonym  apetytem  i 
dziurą w domowym budŜecie, był w bardzo kiepskim nastroju. 

To  rozpuszczone  łobuzy,  powtarzał  sobie.  Homar  -  łosoś  - 

kurczak  bez  kości!  Inne  koty  jedzą  kocie  jedzenie  i  najwyŜsza 
pora, Ŝeby spojrzeć prawdzie w oczy. 

Kupił puszkę Kitty Delight (na wyprzedaŜy), kilka Pussy Pate 

(dwa  w  cenie  jednego)  i  duŜe  pudełko  Fishy  Fritters  (z  trzema 
gratisami). 

Kiedy  przyjechał  do  domu,  Koko  i  Yum  Yum  siedziały  na 

parapecie  jak  dwa  zbite  tobołki,  a  ich  zachowanie  wskazywało 
na to, Ŝe wyczuły powagę sytuacji. Zamiast treli i mruczenia na 
powitanie  siedziały  nieruchomo  i  patrzyły  przez  Qwillerana, 
jakby był niewidzialny. 

- Podano pierwsze danie! - oznajmił po rozsmarowaniu 
wartego  dziesięć  centów  Pussy  Pate  na  talerzu  i  postawieniu 

go na podłodze. 

ś

aden z kotów nie poruszył nawet wąsem. 

background image

 

 

- Spróbujcie go, etykieta głosi, Ŝe jest przepyszny. 
Wydawało się, Ŝe są całkiem głuche. Nie drgnęły im nawet 
uszy. Qwilleran podniósł Koko i upuścił go na podłogę przed 

talerzem  Pate.  Koko  stał  tam  z  rozjechanymi  łapkami,  zastygły 
w  pozycji,  w  jakiej  wylądował,  przeszywając  wzrokiem 
obrzydliwie  wyglądającą  purpurową  maź,  która  znajdowała  się 
na talerzu. Potem wzdrygnął się wyniośle i odszedł. 

Później  tego  wieczora  Qwilleran  zrelacjonował  zajście  Mau-

sowi. 

-  Jestem  przekonany,  Ŝe  te  koty  potrafią  czytać  ceny  - 

powiedział - ale zjedzą wszystko, jeśli dostatecznie zgłodnieją.  

Maus zastanawiał się przez kilka sekund. 
- Sos bearnaise mógłby uczynić go bardziej zjadliwym - za 
sugerował. - Albo szczypta świeŜo startego romano. 
Dwaj męŜczyźni spotkali się w lobby jednego z budynków w 

ś

ródmieściu.  Winda,  która  zjeŜdŜała  w  niezbadane  głębie  pod 

powierzchnią,  wysadziła  ich  w  piwnicy.  Podziemna  restauracja 
składała  się  z  serii  przestronnych  pomieszczeń,  wąskich  i 
długich,  o  kamiennych  sklepieniach,  czarnych  i  ponurych. 
Przedtem  był  to  kanał  ściekowy,  zanim  miasto  nie  zbudowało 
nowej oczyszczalni. 

Prawnika  przywitano  z  szacunkiem  i  dwaj  męŜczyźni  zostali 

zaprowadzeni  do  stolika,  nakrytego  nieskazitelnie  białym 
obrusem.  Siedem  kieliszków  na  wino  i  czternaście  sztuk 
płaskich sztućców lśniło przy kaŜdym talerzu. Dwóch kelnerów 
rozścieliło  na  kolanach  gości  serwety,  nasączone  lekko  wodą 
pomarańczową.  Starszy  kelner  zaprezentował  menu  oprawne  w 
złoconą  florencką  skórę  i  trzech  asystentów,  którym 
przydzielono obowiązek napełniania szklanek z wodą. 

Maus władczym gestem machnął chlorowanym płynem. 
-  Pijemy  tylko  wodę  butelkowaną  -  oświadczył  -  i  chcemy 

rozmawiać z piwniczym. 

Przyszedł  kelner  odpowiedzialny  za  wino.  U  jego  pasa 

zwisały  na  łańcuchach  klucze,  a  z  postaci  biła  jakaś 

background image

 

 

pompatyczna  powaga.  Maus  wybrał  szampana.  Potem  dwaj 
goście  zaczęli  studiować  menu,  które  było  tylko  trochę  cieńsze 
od niedzielnego wydania „Fluxion". Znaleźć w nim moŜna było 
wszystko:  od  aquavitu,  skandynawskiej  wódki  kminkowej,  do 
zabaglione,  od  avocado  supremę  remoulade  do  zucchini  saute 
avec hollan-daise. 

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko, pozwolę sobie przy okazji 
na osobistą uwagę - powiedział ze smutkiem prawnik.  
-  NieŜyjąca  pani  Maus  zamawiała  niezmiennie  siekaną 

polędwicę wołową, kiedy tu razem jadaliśmy. 

Qwilleran nie zdawał sobie sprawy, Ŝe Maus jest wdowcem. 
- Czy pańska Ŝona nie podzielała pana zamiłowania do 
haute cuisinei 
Po kilku wystudiowanych oddechach Maus odpowiedział:  
- Nie Ŝebym mógł z czystym sumieniem i pełną świadomością 

zaprzeczyć.  Raz  uŜyła  mojej  najlepszej  patelni  na  omlety  do 
smaŜenia wątróbki z cebulą. 

Qwilleran cmoknął ze współczuciem. 
- Proponuję, Ŝebyśmy zaczęli, jeśli pan na to przystanie, panie 

Qwilleran,  od  „zupy  z  francuskim  odciskiem",  jak  ją 
nazywaliśmy  w  naszym  domu.  Pani  Maus  była  z  zawodu 
pedikiurzystką  i  miała  ten  niefortunny  zwyczaj,  Ŝe  mówiła  o 
swojej pracy przy stole. 

Podano  zupę  cebulową  w  koszulce  z  topionego  sera  i  Qwil-

leran dzielnie ograniczył się do trzech łyŜek. 

- Jak to się stało, Ŝe kupił pan garncarnię? - dopytywał się. 
Maus ostroŜnie układał odpowiedź. 
-  Odziedziczyłem  ją  -  powiedział  przeciągle.  -  Mojej  Ŝonie 

budynek  zapisał  wuj,  Hugh  Penniman,  mecenas  sztuki,  a  w 
szczególności  kolekcjoner  ceramiki.  Jego  zamysłem  było 
uczynienie  z  tego  domu  centrum  sztuki.  Za  cenę  ogromnych 
nakładów  finansowych,  które  przekraczały  moŜliwości  nawet 
takiego  filantropa,  jakim  był  świętej  pamięci  pan  Penniman, 
centrum  sztuki  funkcjonowało  aŜ  do  jego  śmierci...  po  której 

background image

 

 

budynek przeszedł na własność dwóch synów, którzy następnie 
zrzekli  się  spadku,  widząc  w  nim  kosztowny,  a  niepraktyczny 
cięŜar,  zwaŜywszy  na  warunki  nałoŜone  na  spadkobiercę  przez 
testament...  I  tak  oto  przeszedł  on  na  rzecz  mojej  Ŝony,  a 
następnie na mnie. 

- Jakie były zapisy w testamencie? 
- Stary dŜentelmen zastrzegł sobie, Ŝe budynek ma nadal 
słuŜyć  sztuce,  co  było  -  aproviso,  w  opinii  kuzynów  mojej 

Ŝ

ony,  i  nie  bez  pewnej  racji  -  jednoznaczne  z  ekonomicznym 

szaleństwem.  Jak  pan  wie,  artyści  to  w  duŜej  mierze 
niewypłacalni  dłuŜnicy.  Tak  czy  inaczej,  wynalazłem... 
nieprzeciętny 

wybieg, 

aŜeby 

wynajmować 

apartamenty 

koneserom kulinariów, jako Ŝe  gastronomia jest  uwaŜana przez 
znawców  i  praktyków  za  sztukę.  Jednocześnie  zdecydowałem 
się 

reaktywować 

pracownię 

ceramiczną, 

która 

jak 

wnioskowałem - okaŜe się cięŜarem finansowym o korzystnych 
konsekwencjach podatkowych, jeśli pan za mną nadąŜa.  

Tę  deklamację  faktów  przerwało  podanie  węgorzy  w 

zielonym sosie. 

- Słyszałem plotki o utonięciu związanym z pracownią - 
zauwaŜył Qwilleran. - Kiedy to się stało? 
Prawnik  nabrał  powoli  powietrza  i  z  lekkim  poirytowaniem 

odpowiedział: 

- Ten nieszczęśliwy wypadek naleŜy, mogę pana zapewnić, do 

dawnych  czasów.  Niestety  pańska  gazeta,  dla  której  publikacji 
Ŝ

ywię  jedynie  umiarkowany  zachwyt,  proszę  wybaczyć  mi  tę 

szczerość,  pańska  gazeta  raz  po  raz  odgrzewa  ten  epizod  i 
umieszcza  na  swoich  łamach  niesmaczne  nagłówki  dla,  jak 
moŜna  przypuszczać,  ekscytacji  czytelników  o  mniej  niŜ 
przeciętnej  inteligencji.  Teraz,  jako  Ŝe  budynek  znalazł  się  pod 
moją  egidą,  naleŜy  wierzyć,  Ŝe  kwestia  ta  nie  będzie  więcej 
przedmiotem  rozgłosu.  Jeśli  w  pana  mocy  jest  ukrócenie  tego 
procederu, będę panu winien... wdzięczność. 

background image

 

 

-  Przy  okazji  -  wtrącił  Qwilleran.  -  Wydaje  mi  się,  Ŝe  nie 

powinien  pan  zamykać  drzwi  ewakuacyjnych  między  garncar-
nią a apartamentami. StraŜ poŜarna nie pochwaliłaby tego. 

- Drzwi poŜarowe, w moim przekonaniu, nigdy nie pozostają 

zamknięte. 

- Były zamknięte dzisiaj rano, od środka. 
Maus,  skupiony  na  delektowaniu  się  kęsem  węgorza,  nie 

odpowiedział. 

-  Czy  Graham  jest  uwaŜany  za  dobrego  garncarza?  -  spytał 

Qwilleran. 

- O ile mi wiadomo, jest wspaniałym technikiem. Ma rozległą 

wiedzę  o  materiałach,  narzędziach  i  działaniu  garncami.  Zdaje 
się,  Ŝe  kreatywny  talent  w  lwiej  części  leŜy  w  tej  rodzinie  po 
kądzieli. 

- Mógł pan nie słyszeć jeszcze wieści - powiedział Qwil-leran 

- ale pani Graham opuściła męŜa. Spodziewam się, Ŝe radziła się 
pana  co  do  prawnych  aspektów  tej  decyzji.  Zniknęła  wczoraj, 
we wczesnych godzinach rannych. 

Maus nadal przeŜuwał w zamyśleniu, odezwał się dopiero po 

chwili: 

- To niefortunne zdarzenie, by nie powiedzieć więcej.  
Qwilleran  próbował  doszukać  się  na  twarzy  prawnika  jakiejś 

reakcji,  ale  zobaczył  tylko  niewzruszone  oblicze  i  zatroskane 
oczy, z których jedno otoczone było purpurowym sińcem. 

Wybitnego  degustatora  pochłonęło  zachwalanie  zielonego 

sosu. 

-  Pietruszkę,  mogę  z  całą  odpowiedzialnością  powiedzieć, 

dodano odrobinę za wcześnie, ale musi pan wiedzieć, Ŝe kwestia 
ziół 

wzbudza 

niemałe 

kontrowersje. 

Na 

posiedzeniu 

Stowarzyszenia  ZasłuŜonych  Gastronomów  cieszyliśmy  się 
inspirującym  sympozjum  na  temat  oregano.  Dyskusja  okazała 
się dość... burzliwa. 

-  Czy  to  wtedy  przyprawiono  panu  to  limo?  -  zapytał 

Qwilleran. 

background image

 

 

Prawnik dotknął czule lewego oka. 
- W ferworze dyskusji, z przykrością stwierdzam, jeden 
z naszych członków - jegomość nader zapalczywy - machnął 
pięścią w moją stronę w... nieodpowiednim momencie. 
W  aurze  podniecenia  siedmiu  członków  personelu  zaczęło 

serwowanie  głównego  dania  i  białego  wina.  Maus  spróbował 
wina i odesłał je. Narzekał na dym cygara z sąsiedniego stolika i 
wychwycił soupcon za duŜo estragonu w sosie. 

Qwilleran  obserwował  z  rosnącym  głodem  cielęcinę  z 

grzybami  w  delikatnym  sosie.  Był  jednak  zdecydowany 
wytrwać  w  narzuconym  reŜimie:  trzy  kęsy  i  basta.  Po 
pierwszym kęsie spytał Mausa: 

-  Czy  myśli  pan,  Ŝe  Max  Sorrel  byłby  odpowiednią  postacią 

do mojej kolumny? 

Prawnik mądrze pokiwał głową, wyraŜając swoją aprobatę. 
- Jego restauracja doświadcza obecnie pewnego rodzaju - jak 
by  to  ująć  -  trudności  i  niewątpliwie  jest  prawdą,  Ŝe  jakiś 

rodzaj...przychylnego  komentarza  prasowego  spotkałby  się  z 
uznaniem. 

Mniemam,  Ŝe  nie  jest  zalecane,  aby  nadawać  rozgłos 

komplikacjom,  ale  jestem  pewien,  Ŝe  pan  Sorrel  chętnie 
przedyskutuje  to  z  panem,  jeśli  tylko  takie  jest  pańskie 
pragnienie. 

- A co pan myśli o Charlotte Roop? 
Maus  odłoŜył  widelec  i  nóŜ,  którymi  manipulował  na 

europejską modłę. 

 - Ach, to prawdziwy klejnot! Niech pan się nie da zwieść 
tej staropanieńskiej trzpiotowatości, to tylko pozory. Panna 
Roop jest kobietą sukcesu. Ma niesłychane umiejętności kie 
rownicze, a jej uczciwość jest najwyŜszej próby. JeŜeli cierpi 

na  pewne  wady  charakteru,  to  uwaŜam  za  konieczne 
przemilczeć je. 

Qwilleran wziął drugi kęs. 

background image

 

 

-  Rosemary  Whiting  sprawia  wraŜenie  osoby  bardzo  miłej. 

Idealna dama. 

-  Kanadyjka  -  powiedział  Maus.  Kiedy  spróbował  cielęciny, 

jego twarz wyraŜała stan bliski ekstazy, pogodził się juŜ chyba z 
nadmiarem estragonu. 

- Jaki jest jej związek ze sztuką kulinarną? 
-  Pani  Whiting,  mówię  to  z  bólem,  jest  dostawcą  zdrowej 

Ŝ

ywności.  Musiał  pan  słyszeć  panegiryki,  jakie  wygłasza  na 

cześć soi i ziaren słonecznika. 

- A Hixie Rice, jak rozumiem, pisze o jedzeniu. 
Maus podniósł ręce w dystyngowanym geście rezygnacji. 
- Ta młoda panna pisuje urocze menu dla trzeciorzędnych  
restauracji:  „Specjalność  dnia  -  wyborne  ragout  łączące  w 

sobie delikatne rarytasy: soczystą jagnięcinę i słodkie ogrodowe 
marchewki, nieskazitelne kostki specjalnie wyselekcjonowanych 

ziemniaków  z  Michigan  i  perlistego  groszku  -  wszystko  w 

smakowitym  sosie,  którego  aromat  przywodzi  na  myśl 
egzotyczny  Daleki  Wschód".  Ten  wylew  barokowej  prozy 
wskazuje,  jak  jest  pan  pewnie  świadom,  wczorajsze  resztki 
utopione  w  puszkowanym  sosie...  doprawione  odpowiednią 
ilością curry, aby zatuszować zjełczały zapach. 

Qwilleran sięgnął po trzeci kęs. 
- TakŜe William to interesująca postać. 
- Nie naleŜy do osób małomównych, niestety, i przechwala się 

nieuŜytecznymi umiejętnościami, ale jest sympatyczny, a i to, Ŝe 
gra w brydŜa, to pewna zaleta. 

Starszy  kelner  i  reszta  obsługi  obserwowali  z  rosnącym 

przeraŜeniem opieszałość, z jaką Qwilleran spoŜywał posiłek, w 
tej chwili zaś w grupce kelnerów zawrzało, a od strony zaplecza 
nadszedł jak burza sam szef kuchni.  

Podszedł  wprost  do  Qwillerana  i  tonem  nieznającym 

sprzeciwu zakrzyknął: 

- Ty nie lubić mojego jedzenia! 

background image

 

 

-  Prawdziwy  smakosz  nigdy  nie  je  do  syta  -  odpowiedział 

spokojnie  dziennikarz.  -  Jedzenie  jest  wyśmienite,  proszę  być 
spokojnym.  Chciałbym  zabrać  resztę  tej  cielęciny  do  domu  dla 
kotów. 

- Gatti! Santa Maria! Więc teraz gotuję dla gattil - Szef kuchni 

wyrzucił w górę ręce i wycofał się do kuchni. 

Po  duszonym  fenkule  w  kremie  migdałowym,  sałatce  z 

nasionami  nasturcji,  kasztanowym  puree  na  bezach  i  małym 
espresso  Qwilleran  sięgnął  do  kieszeni  po  fajkę  i  wyciągnął 
przed  siebie  turkusowego  chrabąszcza,  którego  Koko  znalazł 
nad rzeką. 

- Widział to pan kiedyś? 
Maus pokiwał głową. 
- Pani Graham była tak uprzejma, Ŝe podarowała kaŜdemu 
z  nas  skarabeusza  jako  talizman  na  szczęście.  Mój  przepadł 

niestety. To omen, który, rzekłbym, niczego dobrego nie wróŜy. 

Qwilleran  zapłacił  rachunek,  wdzięczny,  Ŝe  „Fluxion" 

pokrywa  koszty.  Za  sam  napiwek  mógłby  Ŝyć  cały  tydzień. 
Cieszył  się,  Ŝe  moŜe  juŜ  iść  do  domu.  Podczas  kolacji,  kiedy 
Maus  rozwijał  swoją  kulinarną  doktrynę,  nie  robił  Ŝadnych 
notatek. 

Qwilleran  wiedział,  Ŝe  osobnicy  ostroŜni,  jak  Maus,  mówią 

swobodniej,  jeśli  się  ich  nie  nagrywa.  Jednak  zgromadził 
mnóstwo  informacji  do  tekstu  o  Mausie  i  teraz  musiał 
koniecznie  wybrać  z  zakamarków  pamięci  wszystkie  pikantne 
cytaty  i  przelać  je  na  papier,  zanim  wyblakną.  Jak  tylko  kelner 
przyniósł  resztę  wołowiny  dla  kotów,  zawiniętą  w  lnianą 
serwetkę, 

dwaj 

męŜczyźni 

opuścili 

restaurację, 

Maus 

promieniujący  ukontentowaniem  degustatora,  Qwilleran  głodny 
i przepełniony współczuciem dla samego siebie. 

Kiedy  dotarli  do  Maus  Haus,  prawnik  zaniósł  swoją 

dyplomatkę  do  kuchni,  a  Qwilleran  wdrapał  się  głównymi 
schodami na górę, ale zamiast skręcić w lewo, skręcił w prawo. 
Nagły  impuls  zaprowadził  go  pod  drzwi  Hixie.  Właśnie  gdy 

background image

 

 

podnosił rękę, Ŝeby zapukać, usłyszał głos dochodzący z pokoju 
i zawahał się. Przez grube dębowe drzwi słyszał tylko burczenie 
męskiego  głosu i nie mógł rozróŜnić słów, ale modulacja głosu 
wskazywała na to, Ŝe męŜczyzna nakłaniał do czegoś i łagodnie 
czegoś  dowodził.  Z  początku  brzmiało  to  jak  rozmowa  z 
telewizora,  ale  zaraz  Qwilleran  rozpoznał  drugi  głos  dialogu. 
Hixie mówiła: 

-  Nie!  To  juŜ  koniec!...  Dziękuję  bardzo,  ale  nie!  Nie, 

dziękuję!  -  Wysoki  ton  jej  głosu  sprawił,  Ŝe  moŜna  było 
zrozumieć słowa. 

MęŜczyzna odpowiedział coś przymilnie. 
- To nic nie zmienia. Znasz moje zasady. - ZniŜyła głos, 
odpowiadając na pytanie: -Oczywiście, Ŝe tak, ale nie powi 
nieneś  był  tutaj  przychodzić.  Ustaliliśmy,  Ŝe  nigdy  tu  nie 

przyjdziesz. .. W porządku, jeden drink, a potem musisz iść. 

Qwilleran zapukał. 
Zapadła  nagła  cisza  i  dopiero  po  długim  oczekiwaniu  dał  się 

słyszeć zbliŜający się do drzwi stukot szpilek Hbrie. 

-  Kto  tam?  -  otworzyła  ostroŜnie  drzwi.  -  A,  to  ty!  - 

powiedziała  z  nerwowym  uśmiechem.  -  Rozmawiałam  przez 
telefon,  przepraszam,  Ŝe  kazałam  ci  czekać.  -  Nie  zaprosiła  go 
do środka. 

-  Zastanawiałem  się  tylko,  czy  nie  miałabyś  ochoty  pójść  ze 

mną  na  degustację  serów  jutro  po  południu.  To  przyjęcie 
prasowe. 

- Z przyjemnością. Gdzie się spotkamy? 
- Co powiesz na hol hotelu Stilon? 
- Świetnie, znasz mnie. Uwielbiam jeść. 
- Będą teŜ drinki. 
-  Pić  teŜ  lubię  -  zatrzepotała  swoimi  długimi  sztucznymi 

rzęsami. 

Qwilleran starał się zobaczyć coś przez ramię Hixie, ale drzwi 

były  tylko  częściowo  otwarte,  a  w  pokoju  było  ciemno. 

background image

 

 

Zobaczył  jedynie,  Ŝe  coś  wewnątrz  zatrzepotało  -  to  ptaszek 
skakał po klatce. 

- Do zobaczenia jutro - poŜegnał się. 
Qwilleran  wolał  umawiać  się  z  kobietami  o  szczuplejszej 

sylwetce i bardziej gustownych strojach, ale tym razem chciał  

zadawać pytania, a był pewien, Ŝe Hixie chętnie wypapla to i 

owo.  Kiedy  okrąŜał  galerię  do  szóstki,  był  zdecydowany 
nasłuchiwać  uwaŜnie  odgłosów  dochodzących  z  drugiej  strony 
holu.  Kto,  po  „tylko  jednym  drinku",  wyślizgnie  się  z  pokoju 
Hixie  i  gdzie  się  uda?  Dlaczego  jestem  takim  hałaśliwym 
draniem?  Jednak  kiedy  tylko  otworzył  drzwi  do  własnego 
mieszkania  i  wszedł  do  środka,  zapomniał  o  ciekawości. 
Wnętrze było pogrąŜone w kompletnym chaosie. 

Wszystkie  obrazki  na  ścianach  nad  regałami  były  poprze-

krzywiane. Wiele ksiąŜek leŜało porozrzucanych na podłodze z 
rozłoŜonymi  okładkami  i  podartymi  stronami.  Kosz  na  śmieci 
był  wywrócony  do  góry  nogami,  a  jego  zawartość  zasnuwała 
kafelkową  podłogę  kuchni.  Poduszki  zostały  zrzucone  na 
podłogę, a z biurka ktoś zmiótł wszystko z wyjątkiem maszyny 
do  pisania.  Włamanie?  Wandalizm?  Qwilleran  rozejrzał  się 
dokładnie,  zanim  uczynił  następny  krok  do  pokoju.  Jego  stopa 
stanęła na jakimś małym kruchym przedmiocie, który trzasnął i 
rozpadł  się  w  pył.  Szybko  odstawił  nogę  na  bok.  Trzask!  Na 
podłodze  rozsypane  były  dziesiątki  małych  brązowych  kulek  i 
brakowało  skóry  niedźwiedzia...  Nie,  leŜała  zrolowana  pod 
stołem. 

- Czorty jedne! - ryknął Qwilleran. Te małe brązowe ku 
leczki to były Fishy Fritters! Otwarte pudełko leŜało puste na 
kuchennej podłodze, a obok stały talerze z nietkniętym Pus- 
sy Pate, który wysechł na wywołującą mdłości skorupę. Teraz 
wszystko  okazało  się  jasne:  dewastacja  była  pokazowym 

protestem w wykonaniu dwóch wojowniczych syjamczyków. 

Sami winowajcy spali na ławie. Yum Yum zwinięta w kłębek, 

a  Koko  rozciągnięty  w  pozie  kompletnego  wyczerpania.  Mimo 

background image

 

 

to  kiedy  Qwilleran  rozwinął  lnianą  serwetkę,  nozdrza  kotów 
zaczęły  się  poruszać,  a  uszy  stanęły  na  baczność  i  dwaj 
zatwardziali  grzesznicy  zameldowali  się  w  kuchni,  roszcząc 
sobie prawa do eskalopek de veau sautees a 1'estragon. 

- Tylko kompletny frajer zafundowałby wam ucztę po ta 
kim pokazie - powiedział im Qwilleran. 
Po  tym,  jak  poprawił  obrazki,  wymiótł  Fishy  Fritters  ze 

wszystkich kątów pokoju, Qwilleran włoŜył kapcie, zapalił fajkę 
i usiadł do maszyny do pisania, aby wynotować swoje impresje 
dotyczące 

„Toledo 

Tombs" 

dziwactwa 

ZasłuŜonego 

Gastronoma. 

Nie  bez  satysfakcji  spojrzał  na  kartkę  papieru,  którą 

regularnie zostawiał w maszynie. Zobaczył na niej jedno słowo, 
napisane bez błędów. Poprawił na nosie okulary i przyjrzał się z 
bliska.  Tym  razem  małymi  literami  wypisane  było  pojedyncze 
słowo: „dog"! 

Zdumiony  Qwilleran  odwrócił  się  i  spojrzał  na  kota,  który 

pracowicie lizał swoją łapkę i mył pyszczek. 

- Koko! - powiedział. - Tego juŜ za wiele. 
Rozdział siódmy 
    
W  środę  wieczorem  Qwilleran  miał  nastawić  budzik,  ale 

zapomniał  i  w  czwartek  rano  zamiast  dzwonka  obudził  go 
zgrzytający  hałas  przy  oknie.  Koko  i  Yum  Yum  siedziały  na 
parapecie, szczebiocąc jak wiewiórki do gołębi, które po drugiej 
stronie  szyby,  na  zewnętrznym  parapecie,  miały  czelność 
pysznić  się  w  odległości  kilku  centymetrów  od  dwóch 
drgających czarnych nosów, 

Qwilleran  obudził  się  z  poczuciem  straty.  Czy  to  oznaczało, 

Ŝ

e Joy zniknęła na dobre? A moŜe to czysty przypadek, Ŝe Koko 

wystukał  na  maszynie  „30",  stary  symbol  dziennikarski, 
uŜywany na określenie końca historii? 

Nagle  przypomniał  sobie  ostatnią  wiadomość  zostawioną  w 

maszynie do pisania. Przypadek czy nie, to było genialne! 

background image

 

 

- D-O-G - powiedział na głos i wysunął się z łóŜka z pilnym 

pytaniem w głowie. 

Miał  zamiar  zapytać  o  to  Roberta  Mausa  przy  śniadaniu,  ale 

minął  się  z  nim.  Zapytał  panią  Marron  -  nie  potrafiła  pomóc. 
Zapytał  Hixie,  kiedy  stawiła  się  po  szynkę,  jajka  i  wiejskie 
frytki  z  cynamonowym  tostem,  ale  ta  nie  miała  najmniejszego 
pojęcia.  Dan  Graham  nie  pojawił  się  na  śniadaniu,  a  kiedy 
Qwilleran  zadzwonił  później  do  pracowni,  nikt  nie  odebrał.  W 
końcu zadzwonił do biura Roberta Mausa. 

- Przykro mi to mówić, ale... umknęło mi to z pamięci - 
powiedział prawnik.  
- Niech mi pan pozwoli sprawdzić w mojej kopii umowy. 
Qwilleran  wymamrotał  jakąś  wymówkę,  Ŝe  pisze  coś  i  Ŝe  ta 

informacja koniecznie jest mu potrzebna w tej chwili. 

- Nie - zapewnił Maus po tym, jak sprawdził w aktach. - 
Nie  widzę  Ŝadnej  wzmianki  o  drugim  imieniu  ani  o 

podobnym inicjale. 

  
Qwilleran zadzwonił do biura Archa Rikera i opowiedział mu 

o trzyliterowym słowie w maszynie do pisania. Powiedział: 

- Jestem pewien, Ŝe Dan Graham jest typem, który ma drugie 

imię, coś w stylu Otho albo Odgebert, i myślałem, Ŝe Koko chce 
mi  coś  przez  to  powiedzieć.  JuŜ  dawniej  podsuwał  mi 
rozwiązania, które okazywały się genialne. 

- Cieszę się, Ŝe uczy się literować - powiedział Riker. - Jak tak 

dalej  pójdzie,  to  za  sześć  miesięcy  będzie  mógł  przejąć  twoją 
kolumnę. Jak udała się wczorajsza kolacja? 

-  Dobrze.  Ale  nie  dowiedziałem  się  zbyt  wiele.  Maus 

poczęstował  mnie  mało  wiarygodną  historią  o  tym,  jak  to 
nabawił się sińca. 

- Będziesz w śródmieściu na lunch? 
-  Nie,  wolę  zostać  w  domu  i  napisać  mój  artykuł  o  „Toledo 

Tombs". To miejsce pełne jest sprzeczności. Człowiek nie wie, 
czy wychwalać je pod niebiosa, czy wyśmiać i obsmarować. 

background image

 

 

-  Tylko  bez  obraŜania  właścicieli  restauracji  -  ostrzegł  go 

Arch - bo będę miał na karku dział marketingu. Coś nowego w 
sprawie Joy? 

- Nie, nic. 
Qwilleran  miał  jeszcze  inny  powód,  Ŝeby  zostać  w  domu: 

chciał  być  blisko  telefonu,  na  wypadek  gdyby  zadzwoniła. 
Wiedział,  Ŝe  upłynęło  zbyt  mało  czasu,  Ŝeby  oczekiwać  jakiejś 
wiadomości  pocztowej,  nie  minęło  więcej  niŜ  dwadzieścia 
cztery godziny, odkąd zniknęła. Mimo to ruszył na dół, kiedy o 
jedenastej  przyszedł  listonosz,  i  był  rozczarowany,  Ŝe  nie 
znalazł  nic  w  swojej  skrzynce  w  foyer.  Potem  wytłumaczył 
sobie,  Ŝe  Joy  zaadresowałaby  przesyłkę  na  jego  biuro,  nie  była 
przecieŜ taka głupia. Jej charakter pisma zbyt łatwo rozpoznano 
by  w  Maus  Haus.  Zastanawiał  się,  czy  poczta  poradzi  sobie  z 
dostarczeniem przesyłki zaadresowanej „Juu Qwwww" na adres 
„Duuy  Fwxwu".  Następną  godzinę  spędził  przy  maszynie, 
próbując  zdobyć  się  na  obiektywizm  w  artykule  o  „Toledo 
Tombs".  Po  wielu  nieudanych  początkach  porzucił  ten  temat  i 
zaczął  szkicować  sylwetkę  Roberta  Mausa  -  z  jego  licznymi 
uprzedzeniami  i  tym,  co  poczytywał  sobie  za  powód  do  dumy 
(ostre noŜe i duŜe zapasy masła). Maus Ŝywił odrazę dla herbaty 
w  torebkach,  szybkowarów,  koktajli  z  owoców  w  puszce, 
majonezu  ze  słoika,  kawy  rozpuszczalnej,  sałaty  lodowej, 
glutaminianu sodu, jajek krojonych w ósemki, ciepłych kolacji z 
nowoangielskiej kuchni i wszystkiego, co przypomina szwedzki 
stół, bar sałatkowy i bufety „jesz, ile chcesz". 

Raz  czy  dwa  razy  Qwilleran  przestawał  pisać  i  nasłuchiwał. 

Wydawało  mu  się,  Ŝe  słyszy  czyjś  śpiew.  Rzadko  słyszało  się 
ś

piew  na  Ŝywo  -  nie  w  radiu  czy  telewizji.  Gdzieś  jakiś  męski 

głos śpiewał na szkocką nutę i krew Mackintoshów, płynąca w 
Ŝ

yłach dziennikarza, odpowiadała na ten zew. 

Qwiłleran  stukał  w  klawisze,  cytując  oburzenie  Mausa  na 

ziemniaki  pieczone  w  folii,  kiedy  ktoś  zapukał  do  drzwi  jego 
apartamentu.  W  drzwiach  stała  starszawa  białowłosa  sąsiadka, 

background image

 

 

upudrowana prawie białym mącznym pudrem. Jak zwykle miała 
na sobie duŜo biŜuterii, a w rękach krzyŜówkę. 

-  Przepraszam  za  najście  -  powiedziała  panna  Roop, 

przebierając  palcami  między  trzema  sznurkami  korali  -  ale  ta 
krzyŜówka zabiła mi klina. Pomyślałam, Ŝe pan  jako pisarz ma 
jakiś dobry słownik. Potrzebny mi rodzaj orchidei na jedenaście 
liter, pierwsza „c , ostatnia „m". 

- Cypripedium - powiedział Qwiłleran i przeliterował jeszcze 

raz całe słowo. 

Pannę  Roop  zatkało  z  wraŜenia  i  wyraz  szczerego  podziwu 

zapłonął  w  jej  małych  niebieskich  oczach  otoczonych  siatką 
zmarszczek. 

- Jak... jak to moŜliwe, panie Qwilleran, jest pan niesamowity! 
Dziennikarz 

przyjął 

komplement, 

nie 

odkrywając 

prawdziwego źródła swojej domniemanej mądrości. Nauczył się 
tego  słowa,  grając  z  Koko  w  grę  słownikową  kilka  miesięcy 
temu. 

- Wejdzie pani? - zapytał. 
Zaczęła się wycofywać. 
-  Ach,  jest  pan  pewnie  zajęty  pisaniem  jednego  z  pańskich 

wspaniałych  artykułów.  -  Ale  jej  oczy  zdawały  się  wyraŜać 
ochotę. 

- NajwyŜsza pora, Ŝebym zrobił sobie przerwę. Proszę wejść.  
- Jest pan pewien? - rozejrzała się po holu na obie strony, 
a potem szybko przekroczyła próg mieszkania, kuląc ramiona 
w poczuciu winy. 
Qwilleran  zamknął  zaraz  za  nią  drzwi,  a  kiedy  spojrzała  na 

niego nieufnie, wyjaśnił, Ŝe to z powodu kotów, które mogłyby 
uciec  na  zewnątrz.  Koko  i  Yum  Yum  wygrzewały  się  w 
słonecznym  świetle  na  niebieskiej  poduszce,  ułoŜonej  na 
kuchennym  stole.  Panna  Roop  spojrzała  na  nie  i  wyraźnie 
zamarła. 

Koko całkowicie się wyciągnął,  a Yum Yum bawiła się jego 

ogonem.  Prowokował  ją,  uderzając  ogonem  raz  w  jedną,  raz  w 

background image

 

 

drugą  stronę,  a  ona  chwytała  go,  jak  tylko  znalazł  się  w  jej 
zasięgu.  Poruszane  powietrzem  futerko  kotów  lśniło  w 
promieniach  słońca,  wpadających  do  pokoju  przez  duŜe  okno 
studia. 

Nieubłagane  słoneczne  światło  podkreśliło  dwa  rzędy 

zmarszczek  na  czole  panny  Roop,  efekt  ciągłego  podnoszenia 
brwi. 

Koko  dostrzegł  jej  pełne  dezaprobaty  spojrzenie  i  przerwał 

zabawę. Przekręcił się, podniósł jedną tylną łapkę i kontynuował 
mycie nasady ogona. Gość szybko się odwrócił. 

-  Zechce  pani  usiąść?  -  Qwilleran  zaproponował  jej  jedno  z 

krzeseł  z  jadalni,  zgadując,  Ŝe  woli  siedzieć  prosto. 
Zaproponował  teŜ,  Ŝe  zrobi  rozpuszczalną  kawę,  ale  odmówiła 
pospiesznie, jakby poczyniono jej nieprzyzwoitą propozycję. Ze 
zbójeckim tonem w głosie zapytał: - Coś mocniejszego? 

-  Panie  Qwilleran  -  oznajmiła  stanowczo  -  powiem  panu  od 

razu, Ŝe nie akceptuję picia alkoholu. 

- Ja takŜe nie piję - przyznał najbardziej poufałym tonem, na 

jaki było go stać, nie podając jednocześnie przyczyny. 

Ponownie  spojrzała  na  niego  z  takim  ciepłem,  Ŝe  sama  się 

zawstydziła, i zaczęła mówić pewnym tonem, zbyt głośno, zbyt 
duŜo, za szybko. 

-  Kocham  moją  pracę.  Pan  Hashman  był  wspaniałym 

człowiekiem,  niech  spoczywa  w  pokoju.  Nauczył  mnie 
wszystkiego,  co  wiem  o  zarządzaniu  restauracją.  Odsprzedał 
swoje udziały dawno temu i teraz Heavenly Hash House są duŜą 
siecią fast foodów. Pewnie pan o tym wie. Są własnością trzech 
wspaniałych biznesmenów. 

- MoŜe   powinienem   napisać  artykuł  o   historii   Hash   
Houseów  od  momentu  ich  załoŜenia  w  tym  mieście.  -  Qwil-

leran  pomyślał,  Ŝe  będzie  to  sprytny  sposób  na  nieporuszanie 
kwestii  jakości  jedzenia.  -  Czy  chciałaby  pani  ze  mną  o  tym 
porozmawiać? 

- Och, nie! Proszę mnie nie wymieniać. Proszę lepiej na 

background image

 

 

pisać  o  trzech  genialnych  biznesmenach,  którzy  poszerzyli 

sieć z trzech do osiemdziesięciu dziewięciu restauracji. 

Wszystkie są równie przeciętne, pomyślał Qwilleran. Sięgnął 

po  fajkę  i  wtedy  zmienił  zdanie,  przekonany,  Ŝe  jego  gość  nie 
pochwala równieŜ palenia. OstroŜnie próbował uzyskać od niej 
informacje. 

-  Mam  zamiar  napisać  kilka  artykułów  o  znawcach  kuchni, 

którzy mieszkają w Maus Haus. Miałaby pani jakieś sugestie, od 
kogo powinienem zacząć? 

-  Och,  wszyscy  tu  to  interesujące  osobowości,  daję  panu 

słowo! - wykrzyknęła z entuzjazmem. 

- Niewątpliwie to barwna kompania, dobrze ze sobą Ŝyją? 
- Och, to wszystko uroczy ludzie, bardzo zgodni. 
- A Max Sorrel, odnosi sukcesy jako restaurator? 
- Ach, to wspaniały biznesmen. Ogromnie go podziwiam. 
- Zdaje się, Ŝe ma upodobanie do kobiet? 
-  To  przystojny  męŜczyzna  o  czarującej  osobowości,  bardzo 

zadbany. 

Qwiłleranowi  zdawało  się,  Ŝe  rozmawia  z  komputerem. 

Odchrząknął i spróbował zagadnąć z innej strony. 

- Nie było pani na kolacji we wtorek wieczorem, a zaszło tam 

coś  interesującego.  William  został  skarcony  za  niekompetencję 
w sprawach sztuki. 

- Powinniśmy być wyrozumiali wobec młodych - powiedziała 

stanowczo  panna  Roop.  -  To  bardzo  sympatyczny  chłopiec, 
bardzo  przyjacielski.  Jestem  starą  siwą  kobietą,  ale  on  zwraca 
się do mnie jak do kogoś w swoim wieku. 

Qwilleran  miał  zawsze  umiejętność  zjednywania  sobie  ludzi. 

Umiał sprawić, Ŝe mówili otwarcie. Wyraz troski w jego oczach 
i  podwinięte  ku  dołowi  cięŜkie  wąsy  sprawiały,  Ŝe  robił 
wraŜenie  osoby  współczującej  i  szczerej,  nawet  kiedy  chodziło 
mu wyłącznie o uzyskanie informacji. W tym jednak przypadku 
jego  technika  zawiodła.  Od  Charlotte  Roop  Qwilleran 

background image

 

 

dowiedział  się  tylko  tyle,  Ŝe  Rosemary  jest  atrakcyjna,  Hixie 
zabawna, Robert Maus genialny, absolutnie genialny. 

-  Przypuszczam,  Ŝe  pani  wie  -  powiedział,  atakując  obiekt 

przesłuchań z mniejszą delikatnością - Ŝe straciliśmy jednego z 
naszych  współbiesiadników.  Pani  Graham  opuściła  swojego 
męŜa w raczej nagły i tajemniczy sposób. 

Panna Roop uniosła dumnie brodę. 
- Nigdy nie słucham plotek, panie Qwilleran. 
- Mam nadzieję, Ŝe nic niefortunnego jej się nie przydarzyło - 

nalegał.  -  Słyszałem  krzyk  w  nocy,  kiedy  zniknęła,  i  to  mnie 
martwi. 

-  Jestem  pewna,  Ŝe  pani  Graham  nic  nie  jest  -  powiedziała 

panna Roop. - Powinniśmy zawsze mieć pozytywny stosunek do 
rzeczywistości i myśleć w sposób konstruktywny. 

- Czy zna ją pani dobrze? 
-  Odbyłyśmy  wiele  przyjacielskich  rozmów  i  wiele  nauczyła 

mnie o swojej sztuce. Okropnie ją podziwiam. Mądra kobieta! A 
jej mąŜ jest takim słodkim człowiekiem. Są uroczą parą. 

Koko wydał z siebie szczególny dźwięk, zeskoczył ze stołu i 

zaczął szukać pustego buta. Qwilieran złapał go i pobiegł z nim 
do łazienki. 

- Proszę mi wybaczyć - powiedział do gościa, kiedy kryzys 
był juŜ zaŜegnany. - Koko zwrócił swoje śniadanie, musi mieć 
w Ŝołądku kulkę z sierści. 
Panna Roop spojrzała na Koko z pewnym zniesmaczeniem. 
- Zastanawiam się, co się stało z kotem pani Graham - rzucił 

Qwilleran. - Była szczerze załamana jego zniknięciem. 

-  Jakoś  to  przeboleje.  Jest  wraŜliwą  kobietą  o  niesłychanie 

silnym charakterze. 

-  Czy  rzeczywiście?  Mówiono  mi,  Ŝe  jest  kapryśna  i 

roztrzepana. 

- Nie mogę się z tym zgodzić! Widziałam ją przy pracy. Wie, 

czego  chce,  i  gotowa  jest  wiele  znieść,  Ŝeby  to  osiągnąć. 
Pewnego  dnia  siedziała  przy  kole,  snując  naczynie,  jak  to 

background image

 

 

mówią...  Czy  powinnam  raczej  powiedzieć  „odlewając" 
naczynie?  

- Tocząc naczynie - poprawił ją Qwilleran. 
-  Tak,  tocząc  naczynie  na  kole  garncarskim.  Wprawiała 

maszynę w ruch swoją delikatną, małą stopą, więc zapytałam ją, 
dlaczego  nie  uŜywa  koła  elektrycznego.  Byłoby  to  o  wiele 
prostsze  i  bardziej  efektywne.  Powiedziała:  „Wolę  pracować 
cięŜej  i  zrobić  przedmiot,  który  nosi  w  glinie  ślad  mojej 
osobowości". To była piękna myśl. Ona jest prawdziwą artystką. 
- Panna Roop podniosła się do wyjścia. - Zasiedziałam się. Nie 
pozwalam  panu  pracować.  -  Kiedy  Qwilleran  zaprotestował, 
dodała: - Nie, muszę zejść do kuchni i wziąć coś na ząb. 

Gdy Charlotte Roop poszła, Qwilleran zwrócił się do Koko: 
- Słyszałeś, co mówiła o kole? 
-  Yow!  -  odpowiedział  Koko,  który  był  juŜ  z  powrotem  na 

stole i mył się w promieniach słońca. 

-  Dan  mówił,  Ŝe  uratował  Joy  od  powaŜnego  zranienia,  bo 

wyłączył przewód. Znaczna rozbieŜność, nie myślisz? 

Koko pokiwał głową na zgodę, tak się zdawało Qwilleranowi. 

A moŜe mył tylko białą plamkę futra na piersi? 

- Chciałbym znaleźć jakiś sposób, Ŝeby cię przemycić do 
tej  pracowni  -  powiedział  Qwilleran.  -  Idę  o  zakład,  Ŝe 

potrafiłbyś coś wyniuchać. 

Niejeden  juŜ  raz  Koko  potrafił  doprowadzić  do  odkrycia 

tajemniczych  śladów,  ale  jeśli  tego  kota  moŜna  było 
podejrzewać  o  posiadanie  szóstego  zmysłu  do  wykrywania 
podejrzanych spraw, to wąsy Qwillerana z pewnością były nim 
obdarzone.  Wielokrotnie  uprzedzały  go  o  nadejściu  złych 
wieści,  o  ukrytym  niebezpieczeństwie,  o  nie  podejrzewanej 
przez nikogo zbrodni. 

Właśnie  teraz  kolejny  raz  doświadczał  tego  niepokojącego 

wraŜenia  w  górnej  wardze.  Mówiło  mu  ono,  Ŝe  coś  okropnego 
przydarzyło się Joy. Mówiło mu, Ŝe Joy nie Ŝyje. Jednak Qwil-
leran nie chciał dać mu wiary. 

background image

 

 

  

Rozdział ósmy 

    
Dzień dłuŜył się Qwilleranowi okropnie. Nie zjadł lunchu. W 

południe  Rosemary  zatrzymała  się  przed  jego  drzwiami  z 
kłębkiem  wełny,  porządkowała  swój  koszyk  z  włóczkami  i 
pomyślała,  Ŝe  zabawa  przędzą  sprawi  kotom  przyjemność. 
Qwilleran zaprosił ją do środka, ale była w drodze do pracy. Po 
południu  słońce  zniknęło  za  zasłoną  szarych  chmur  i  zimne 
ś

wiatło,  zalewające  pokój  przez  ogromne  okno,  pogrąŜyło 

mieszkanie w przygnębiającym półmroku. Koty wyczuły chłód i 
ignorując  kłębek  przyniesiony  przez  Rosemary,  zaszyły  się  na 
regale  za  ksiąŜkami,  gdzie  znalazły  przytulne  miejsce  na 
popołudniową drzemkę. 

Qwilleran odetchnął, kiedy  wreszcie nadeszła pora,  aby udać 

się  do  hotelu  Stilton.  Potrzebował  zmiany  scenerii,  zmiany 
tematu, który pochłaniał jego myśli, i w pewnym sensie cieszył 
się,  Ŝe  zaprosił  rozgadaną  Hixie  Rice.  W  drodze  do  hotelu 
wstąpił do biura, Ŝeby sprawdzić pocztę, i jakiś impuls kazał mu 
zajść  do  biblioteki  „Fluxion"  po  teczkę  z  materiałami 
poświęconymi garncami  przy River Road... garncami Pennima-
nów, jak ją początkowo nazywano. 

Spotkał  się  z  Hbrie  w  holu  hotelowym.  Dziewczyna  ubrana 

była  w  czerwono-wiśniowy  kostium  i  krewetkowo-róŜowy 
kapelusz  ozdobiony  słomianymi  marchewkami,  rzepami  i 
rzodkiewkami.  Dziennikarzowi  wydawało  się,  Ŝe  poprzez  ten 
krzykliwy  strój  Hixi  afiszuje  się  ze  swoją  desperacką 
wesołością. 

- Co za smakowity chapeau - zauwaŜył Qwilleran. 
-  Merci,  monsieur-  zatrzepotała  podwójnym  rzędem 

sztucznych rzęs. - Cieszę się, Ŝe się panu podoba. 

- Tego nie powiedziałem. 

background image

 

 

-  śartowniś  z  pana!  -  Hixie  poczęstowała  go  przyjacielskim 

kuksańcem.  -  Nie  mogłam  się  oprzeć  tym  słomianym  legumes. 
Zna mnie pan!... Mówi pan po francusku? 

- Tylko tyle, Ŝeby nie wpakować się w ParyŜu w kłopoty- 
-  Ja  chodzę  na  kurs  Berlitza.  Proszę  mi  coś  powiedzieć  po 

francusku. 

- Camembert, roąuefort, brie. 
Coroczna  degustacja  serów  została  zorganizowana  przez 

kompanie  serowarskie  w  sali  balowej  hotelu.  Setka,  moŜe 
więcej przybyłych  gości ignorowała jednak długi stół z serami, 
okupując tłumnie bar. 

- Typowe przyjęcie prasowe - wyjaśnił Qwilleran. - Zaledwie 

sześciu z tych ludzi to dziennikarze i nikt nie wie, kim jest reszta 
zaproszonych gości i dlaczego się tutaj znaleźli. 

Zapalił  fajkę  i  spróbował  duńskiego  sera  z  odtłuszczonego 

mleka. Hixie sączyła Manhattan i próbowała brie, camemberta, 
cheshire,  edama,  gorgonzoli,  goudy,  gruyere,  herkimera, 
liederkranza,  mozzarelli,  muenstera,  parmezanu,  port  dusalut  i 
roąueforta. 

- Czy to wszystko, co zamierzasz zjeść? - zapytała. 
-  Mogę  wziąć  trochę  roąueforta  dla  Koko  -  powiedział 

Qwilleran.  Potem  dodał:  -  Mieliśmy  dzisiaj  niespodziewanego 
gościa - pannę Roop. Coś czuję, Ŝe ona nie pochwala posiadania 
kotów. Koko teŜ jej nie polubił. 

-  Charlotte  niczego  nie  pochwala  -  powiedziała  Hixie.  - 

Palenia, picia, hazardu, rozwodów, krótkich spódniczek, długich 
dowcipów,  obcokrajowców,  motocykli,  filmów  ze  smutnym 
zakończeniem, polityków, Ŝucia gumy, powieści napisanych po 
1910 roku, zbyt duŜych napiwków i seksu. 

Ten  typ  zawsze  skrywa  w  szafie  jakiegoś  trupa,  pomyślał 

Qwilleran. 

-  Czy  w  jej  Ŝyciu  zdarzył  się  jakiś  romans?  -  zapytał  swojej 

dobrze poinformowanej towarzyszki. 

background image

 

 

-  Kto  wie?  Podejrzewam,  Ŝe  kochała  się  skrycie  we 

właścicielu  Hash  House,  panu  Hashmanie.  On  nie  Ŝyje  juŜ  od 
piętnastu lat, a ona ciągle o nim mówi. 

Qwilleran Ŝuł w zamyśleniu ustnik swojej fajki. 
 - Czy zastanawiałaś się kiedyś, co się stało z kotem Joy 
Graham? 
Hixie wzdrygnęła się. 
- Uciekł, tak przypuszczam. Albo ktoś go wziął. Przejechał go 

autobus. Wpadł do rzeki. Wybierz jedno z powyŜszych. 

- Lubisz zwierzęta? 
-  Jeśli  nie  sprawiają  kłopotów  i  zbytnio  cię  nie  obciąŜają. 

Kupiłam sobie kanarka, ale wygląda na to, Ŝe jest głuchoniemy. 
Nie mam szczęścia. Jestem skazana na klęskę. 

Qwilleran  ukroił  sobie  plasterek  norweskiego  gjetosta  i 

zaprezentował go Hixie na krakersie. - Przypuszczam, Ŝe wiesz, 
Ŝ

e Joy zniknęła. 

- Tak, słyszałam, Ŝe go zostawiła. - Na krótką chwilę jowialny 

wyraz  twarzy  Hixie  ustąpił  miejsca  innemu,  którego  Qwilleran 
nie mógł zidentyfikować, ale jej twarz szybko się rozjaśniła.  

- Spróbuj tego westfalskiego Sauermilch, monami. 
Cestformidable! 
Qwilleran  poszedł  za  namową  Hixie,  ale  z  rozczarowaniem 

stwierdził,  Ŝe  ser  jest  trochę  niedojrzały,  nie  osiągnął 
całkowitego  zepsucia.  Był  jednak  zdecydowany  nie  pozwolić 
Hixie na zmianę tematu. 

- Czy widziałaś kiedykolwiek Joy przy kole? - zapytał. 
-  Nie,  ale  kiedyś  o  mało  co  nie  rzuciła  we  mnie  garnkiem. 

Zbiłam przypadkiem jakiś głupi dzbanek, który zrobiła, i po tym 
nie byłam specjalnie mile widziana w pracowni. 

- W Maus Haus Ŝyje kolorowy ludek, prawda? Jak opisałabyś 

Maksa Sorrela? 

- Zdeklarowany kawaler - z bólem powiedziała Hixie. - Jego 

jedyny  romans  to  ten  z  jego  duŜą,  tłustą  restauracją...  Biedny 

background image

 

 

Max.  Ma  przysłowiowe  złote  serce  i  nie  zasługuje  na  kłopoty, 
które go spotykają. 

- Jakie kłopoty? 
- Nie wiesz? MoŜe stracić restaurację. Musiał nawet sprzedać 

swoją  łódź.  Ma,  to  znaczy  miał,  przepiękny  jacht,  dziesięć 
metrów długości, cumował go za Maus Haus. 

- Na czym polega problem? 
- Nie słyszałeś plotek?  
Qwilleran  skrzywił  się  i  potrząsnął  przecząco  głową, 

upokorzony zawodowo,  poniewaŜ plotki krąŜyły, a on, członek 
klubu prasowego, tkwił w niewiedzy. 

-  Ludzie  mówią  róŜne  absurdalne  rzeczy.  Jak  to,  Ŝe  szef 

kuchni Maksa ma jakąś straszną chorobę. Jak to, Ŝe gość znalazł 
w zupie coś okropnego. Chore Ŝarty. 

- Brzmi jak celowa zagrywka. To chyba oszczerstwa? 
-  To  bzdury,  bo  co  jak  co,  ale  restauracja  Maksa  jest 

pedantycznie  czysta.  Niestety  plotki  zrobiły  swoje  i  klienci 
zaczęli omijać to miejsce. 

-  Odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  „Golden  Lamb  Chop"  ma 

wyrafinowaną klientelę, która wie, Ŝe inspektorat sanitarny... 

-  Niby  nikt  nie  wierzy  plotkom,  ale  całe  to  kawiarniane 

towarzystwo  i  gracze  nie  będą  firmować  swoją  obecnością 
lokalu, który jest wyśmiewany, a to najlepsi klienci Maksa. 

- Czy wiadomo, jak to się wszystko zaczęło? 
Potrząsnęła głową. 
-  Jest  bardzo  lubiany  w  mieście.  Mówiłam  mu,  Ŝe  powinien 

zgłosić  się  z  tym  do  gazety.  Niech  napiszą,  mógłby  o  tym 
opowiedzieć  i  sprostować  publicznie,  ale  on  twierdzi,  Ŝe 
spowodowałoby to jeszcze większe niezdrowe zainteresowanie. 
Max  ma  nadzieję,  Ŝe  wszystko  się  jakoś  rozwieje,  zanim  on 
pójdzie z torbami. 

-  To  zniesławienie.  Jeśli  tylko  uda  mu  się  dojść,  kto  za  tym 

stoi, moŜe wnieść sprawę do sądu. 

- To samo mówi Robert, ale Max nie ma Ŝadnego dowodu. 

background image

 

 

Qwilleran zamierzał zaprosić Hixie na kolację, nawet po tych 

wszystkich  serach,  ale  zmienił  zdanie.  Postanowił  pójść  do 
„Golden  Lamb  Chop",  i  chciał  tam  pójść  sam.  Zabrał  ją  do 
domu taksówką i czuł, Ŝe jest tym wyraźnie rozczarowana. 

-  Lubisz  bejsbol?  Mógłbym  zorganizować  bilety  w  sektorze 

prasowym  w  któryś  weekend,  jeśli  miałabyś  ochotę  pójść.  - 
Qwilleran  okazał  szlachetność.  Jeśli  jego  koledzy  z  pracy 
zobaczyliby  go  z  tą  grubą,  pozbawioną  gustu,  krzykliwą  babą, 
nie daliby mu juŜ nigdy spokoju. 

- Pewnie, lubię bejsbol. Szczególnie lubię hot-dogi.  
- A kibicujesz jakiejś druŜynie? 
-  Wszystko  jedno,  byle  zajmowała  ostatnie  miejsce  w  lidze. 

Lubię kibicować przegranym. 

Kiedy  Qwilleran  wrócił  pod  szóstkę,  Ŝeby  dać  kotom  indyka 

przybranego 

kawałkami 

roąueforta, 

zastał 

domu 

niewiarygodnie piękną scenę. Apartament został przekształcony 
w  dzieło  sztuki.  Koty  znalazły  kłębek  szarej  włóczki 
przyniesiony przez Rosemary i utkały z niej sieć, która spowiła 
wszystkie  meble.  Rozwinęły  kłębek  po  podłodze,  owinęły 
dookoła krzeseł, oprzędły na nogach stołu, wniosły ją na biurko, 
naokoło  maszyny  do  pisania  i  znów  w  dół  na  podłogę  i 
zaczepiły  o  paszczę  niedźwiedzia,  zanim  powtórzyły  trasę  z 
róŜnymi  wariacjami.  Teraz  koty  siedziały  na  regale,  zamarłe  w 
bezruchu jak postumenty, kontemplując swoje dzieło. 

Qwilleran widział w muzeum instalację przestrzenną ze strun 

i miała ona w sobie mniej artystycznego wyrazu od tego dzieła. 
AŜ Ŝal było ją niszczyć, ale przecinająca się pod róŜnymi kątami 
przędza  uniemoŜliwiała  całkowicie  poruszanie  się  po  pokoju. 
Znalazł koniec włóczki i nawinął ją z powrotem. To tytaniczne 
przedsięwzięcie  zajęło  mu  pół  godziny  i  pochłonęło  dobrych 
parę  gramów  z  jego  tkanki  tłuszczowej.  Tym  razem  ukrył 
włóczkę w szufladzie biurka. Potem wyszedł na kolację, sam. 

Restauracja  „Golden  Lamb  Chop"  znajdowała  się  w  dobrze 

wyeksponowanym  miejscu,  u  zbiegu  ulic  State  Street,  River 

background image

 

 

Road  i  autostrady.  Dziewiętnastowieczny  budynek  stał  na 
rogatkach  miasta  i  był  zajezdnią  trolejbusów,  które  jeździły 
między  miastami,  zanim  zaczęto  uŜywać  samochodów.  Teraz 
wnętrze  utrzymane  było  w  złotawych  odcieniach.  Błyszczało 
metalicznym  blaskiem  monet:  złoty  adamaszek  na  ścianach, 
abaŜury rzucające złote światło, złocone ramy obrazów. Podłoga 
zasłana  była  złotym  pluszowym  dywanem,  wystarczająco 
puszystym,  Ŝeby  zwichnąć  na  nim  kostkę  nieuwaŜnej  stopy, 
wszystko  ozdobione  motywem  jagnięcego  kotleta,  utkanego  ze 
złotej metalicznej nici. 

W  drzwiach  głównej  sali  Qwillerana  powitał  Max  Sorrel, 

kładąc rękę na sercu. Jego kształtna głowa była świeŜo zgolona,  

ciemny,  dobrze  skrojony  garnitur  i  koszula  w  cukierkowe 

paski  wyglądały  jak  Ŝywcem  wzięte  z  reklamy  proszku  do 
prania. 

-  Jesteś  sam?  -  zapytał  restaurator  z  profesjonalnym 

uśmiechem  i  oddechem  pachnącym  miętową  pastą  do  zębów  i 
płynem  do  płukania  ust.  -  Powieś  płaszcz  w  szatni,  szatniarki 
dzisiaj  nie  ma.  -  Posadził  dziennikarza  przy  stoliku  blisko 
wejścia. - Chcę, Ŝebyś był moim gościem. Jasne? 

- Nie, to kolacja na koszt „Daily Fluxion". Niech zapłacą. 
-  Przedyskutujemy  to  później.  Nie  będziesz  miał  nic 

przeciwko,  jeśli  się  dosiądę  między  usadzaniem  gości?  Nie  ma 
ich zbyt wielu w tygodniu, więc dałem mojej maitre wolne. 

Właściciel usiadł na wolnym krześle, ale tak, by mieć wejście 

w zasięgu (pełnego nadziei) wzroku. 

Trzydzieści  wolnych  stolików  przybranych  w  złote  obrusy, 

złote  serwetki,  złoŜone  precyzyjnie  i  wetknięte  w  bursztynowe 
kielichy, czekało na gości. 

- Ilu gości moŜe się tu zmieścić? 
- Dwustu, jeśli wliczyć w to prywatne sale na górze. Napijesz 

się? 

- Tylko soku pomidorowego. 
Sorrel zawołał kelnera, jedynego zresztą. 

background image

 

 

- Jeden sok pomidorowy i wódka z wodą sodową. I przynieś, 

proszę, czyste kieliszki, dobrze? - Podniósł do góry kieliszek, na 
którym płyn do zmywania zostawił matową plamkę. - Jeśli jest 
coś,  czego  nie  mogę  znieść,  to  właśnie  zacieków  na  szkle.  Co 
zjesz? Polecam jagnięce Ŝeberka z rusztu. 

- Brzmi nieźle - powiedział Qwilleran - ale będę musiał wziąć 

część na wynos w torebce, jestem na diecie. 

- Co na pierwsze danie? Vichyssoise? Śledź w śmietanie? 
- Lepiej niech to będzie pół grejpfruta. 
Qwilleran  powoli  zapalał  fajkę,  a  Sorrel  podsunął  w  jego 

stronę  popielniczkę  z  bursztynowego  szkła,  którą  wcześniej 
dokładnie obejrzał pod kątem plam. 

- Wiesz, jak tu czyścimy popielniczki? Mokrymi torebka 
mi herbaty. To najlepszy sposób. Przepraszam cię na chwilę. 
Jakaś  para  weszła  do  sali  jadalnej,  spoglądając  wokół 

wystraszonym wzrokiem, jakby trafiła pod niewłaściwy adres.  

-  Nie  macie  państwo  rezerwacji?  -  zapytał  Sorrel,  marszcząc 

brwi.  Zawahał  się,  przejrzał  księgę.  Coś  wykreślił,  coś  zapisał. 
W  końcu,  uśmiechając  się  wielkodusznie,  posadził  ich  przy 
stoliku  naprzeciwko  duŜego  frontowego  okna  z  widokiem  na 
ulicę. Wyjaśnił im, zdejmując ze stolika duŜą złotą tabliczkę 

z napisem „rezerwacja", Ŝe ruch zacznie się dzisiaj później ze 
względu na to, Ŝe sala zarezerwowana jest na bal. 
Kiedy  kelner  podał  grejpfruta,  Sorrel  przyglądał  się,  jak 

Qwilleran wydłubuje łyŜeczką miąŜsz owocu z gniazd. 

- Jesteś nieszczęśliwy? - spytał dziennikarza. 
Qwilleran spojrzał na niego pytająco, marszcząc brwi. 
-  Umiem  to  wyczytać  ze  sposobu,  w  jaki  jesz  grejpfruta.  W 

kierunku  odwrotnym  do  ruchu  wskazówek  zegara.  Czy 
przyglądałeś się kiedyś ludziom jedzącym grejpfruta? Ci, którzy 
są  szczęśliwi,  jedzą  zawsze  zgodnie  z  ruchem  wskazówek 
zegara. 

- Ciekawa teoria. 

background image

 

 

-  Czy  podkulasz  palce  stóp  do  wewnątrz,  kiedy  jesz  coś 

dobrego? 

- Nie wiem, nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć. 
-  Mogę  wiele  powiedzieć  o  ludziach  po  sposobie,  w  jaki 

jedzą. Obserwuję, jak przełamują swojego rogalika, nabierają na 
łyŜkę zupę, kroją mięso, a nawet jak przeŜuwają. 

-  Jak  oceniasz  mieszkańców  Maus  Haus?  -  zapytał  Qwille-

ran. 

-  Ciekawa  zbieranina.  Hbrie  -  ma  w  sobie  duŜo  werwy,  ale 

łatwo wpada w panikę. Chce za wszelką cenę wyjść za mąŜ. Ro-
semary - wygląda jak idealna dama, ale nie byłbym taki pewny. 
William  -  jest  w  nim  coś  dwuznacznego.  Nie  radzi  sobie  w 
Ŝ

yciu najlepiej. Wiem o tym ze sposobu, w jaki trzyma widelec. 

A jak ty go oceniasz? 

-  Jest  w  porządku,  sprawia  wraŜenie  zabawnego  dzieciaka,  z 

duŜą dozą zdrowej ciekawości. 

- MoŜe nie powinienem ci tego mówić - zwrócił się do niego 

poufale  Sorrel  -  bo  nie  chcę  sobie  nawarzyć  kłopotów,  ale 
widziałem,  jak  wślizguje  się  do  twojego  pokoju  wczoraj 
wieczorem,  koło  ósmej,  i  wyglądało  to  raczej  na  wtargnięcie. 
Pozwoliłeś mu na to?  

-  Jak  to  się  stało,  Ŝe  go  przyuwaŜyłeś?  -  zainteresował  się 

Qwilleran.  -  Myślałem,  Ŝe  codziennie  o  tej  porze  pracujesz  w 
restauracji. 

-  No  cóŜ,  mieliśmy  w  kuchni  wypadek  i  sos  z  koktajlu 

obryzgał  mi  koszulę.  Poleciałem  do  domu  się  przebrać... 
Przepraszam cię. 

Restaurator  skoczył,  Ŝeby  usadzić  grupę  czterech  gości, 

oczywiście  turystów.  Qwilłeran  pomyślał,  Ŝe  człowiek 
przywiązujący  wagę  do  szczegółów,  tak  jak  Sorrel,  powinien 
trzymać w pracy zapasową koszulę. 

Kiedy  podano  jagnię,  wyglądające  jak  góra  na  Gibraltarze, 

Qwilleran zauwaŜył: 

- Czy wiesz, Ŝe Joy Graham opuściła swojego męŜa? 

background image

 

 

- Nie! Kiedy to się stało? 
- Wczoraj nad ranem. 
- Rozwodzi się? 
-  Nie  wiem,  według  Dana  nie  zostawiła  Ŝadnych  wyjaśnień. 

Po prostu zniknęła. 

-  Nie  jestem  zdziwiony  -  powiedział  Sorrel.  -  Nie  winiłbym 

jej  za  porzucenie  tej  małpy.  Zalazł  jej  mocno  za  skórę.  -  W 
oczach Maksa Qwilleran zauwaŜył podziw. - Sam specjalnie nie 
cenię małŜeństwa. Znam lepsze sposoby na Ŝycie. Ludzie Ŝenią 
się, rozwodzą, Ŝenią, rozwodzą. To nie wzbudza szacunku. 

- Przyglądałeś się kiedyś jej pracy z gliną? 
-  Ja?  Nie,  proszę  pana!  Moja  stopa  nigdy  nie  stanęła  w  tej 

garncami.  Wystarczyło  mi  jedno  spojrzenie  na  cały  ten  pył  i 
błoto  i  wiedziałem,  Ŝe  to  nie  dla  mnie.  -  Wyraz  jego  twarzy 
zmienił  się  z  niechęci  na  aprobatę.  -  Więc  nasza  mała  się 
wyniosła, punkt dla niej! 

- Niepokoi mnie, dlaczego wyruszyła w środku nocy, i to przy 

takiej ulewie - powiedział Qwilleran. 

-  Jesteś  pewien,  Ŝe  nie  chcesz  pieczonego  ziemniaka  ze 

ś

mietaną i szczypiorkiem? - nalegał gospodarz. 

-  Nie,  dziękuję...  I  jeszcze  jedna  tajemnica  -  kontynuował 

Qwilleran.  -  Co  stało  się  z  jej  kotem?  To  był  wykastrowany 
długowłosy  kot,  a  one  nie  szwendają  się  po  ulicy  w 
poszukiwaniu  przygód.  Siedzą  na  kanapie  jak  poduszki.  Masz 
jakiś pomysł, co się z nim mogło stać? 

Twarz  Sorrela  przybrała  kolor  barszczu,  a  Ŝyły  na  jego 

skroniach nabrzmiały, jakby miały eksplodować. 

- Co się stało? - powiedział zaniepokojony Qwilleran. - 
Wszystko w porządku? 
Restaurator otarł czoło złotą serwetką i zniŜył głos. 
-  Myślałem  przez  moment,  Ŝe  pijesz  do  tej  okropnej  historii, 

którą  opowiadają  na  mieście  -  spojrzał  ostroŜnie  na 
dziennikarza. - Nie słyszałeś? 

Qwilleran potrząsnął głową. 

background image

 

 

- Jestem prześladowany. Ktoś rozsiewa po mieście stek 
wrednych  kłamstw  i  muszę  powiedzieć,  Ŝe  uderzają  one 

mocno  w  mój  interes.  W  czwartek  wieczorem  to  miejsce 
powinno  być  w  trzech  czwartych  pełne.  Spójrz  tylko,  sześciu 
gości! 

- Co to za plotki? 
Sorrel skrzywił się. 
-  śe  uŜywam  kociego  mięsa  do  siekanej  polędwicy  i  inne 

podobne bzdury. Mógłbym powiedzieć ci więcej, ale nie chcę ci 
popsuć  kolacji.  Dlaczego  nie  oskarŜają  mnie,  Ŝe  mam  klub 
hazardowy na tyłach, dlaczego nie mówią, Ŝe trzymam na górze 
dziewczynki?  To  akurat  mógłbym  znieść.  Ale  uderzają  tam, 
gdzie  boli.  Ja!  Facet,  który  jest  znany  z  najczystszej  kuchni  w 
całym mieście! 

-  Masz  jakiś  pomysł,  kto  mógłby  stać  za  tymi  plotkami?  -

zapytał Qwilleran. - I jaki moŜe mieć motyw? 

Sorrel wzdrygnął się. 
-  Nie  wiem.  Wygląda  na  to,  Ŝe  nikt  nie  wie.  To  sprawia 

wraŜenie  spisku,  szczególnie  po  tym,  co  stało  się  we  wtorek 
wieczorem. 

- A co się stało? 
-  Moja  kuchnia  stanęła  w  ogniu.  Policja  mnie  zawiadomiła  i 

musiałem  wracać  do  miasta.  To  musiało  być  podpalenie.  Nie 
trzymam  nigdzie  na  wierzchu  tłuszczu.  Nie  uŜywam  Ŝadnych 
łatwopalnych detergentów... Coś ci powiem. Jeśli coś się stanie 
temu  lokalowi,  skończę  ze  sobą.  Kocham  tę  restaurację!  Same 
story kosztowały mnie czterdzieści dolarów za metr. Dywan był 
robiony na zamówienie.  Widziałeś kiedyś dywan ze wzorem w 
jagnięcy kotlet? 

Qwilleran  musiał  przyznać,  Ŝe  przykrycie  podłogi  jest 

niezwykłe. 

- Czy ktoś moŜe Ŝywić do ciebie osobistą urazę? 

background image

 

 

-  Do  mnie?  Mam  tysiące  przyjaciół.  Zapytaj  kogokolwiek. 

Nie  mógłbym  wymienić  Ŝadnego  wroga,  nawet  jeślibyś  mi 
zapłacił. 

- A co z pracownikami? Zwolniłeś kogoś, kto byłby zdolny do 

zemsty? 

-  Nie,  zawsze  dobrze  traktowałem  moich  ludzi  i  oni  mnie 

lubią. Zapytaj ich. Zapytaj Charliego. - Kelner podawał kawę.  

-  Charlie,  czy  ja  cię  dobrze  traktuję?  Powiedz  temu 

człowiekowi.  On  jest  z  gazety.  Czy  ja  wszystkich  dobrze 
traktuję? 

- Tak, proszę pana - powiedział Charlie głosem bez wyrazu. 
Qwilleran odmówił Sorrelowi zjedzenia deseru z karty, gdzie 

moŜna było znaleźć kremowe ciastko z rumem, bananowy mus 
po bawarsku, krem karmelowy z orzechami pekan, kruche ciasto 
z  truskawkami  i  mus  czekoladowy.  Qwilleran  opuścił 
restaurację  z  resztą  jagnięciny  zawiniętą  w  aluminiową  folię. 
Miał przejść na drugą stronę River Road, Ŝeby złapać taksówkę 
jadącą  do  zachodniej  dzielnicy,  ale  przyjechał  autobus  i 
Qwilleran wdrapał się do środka. 

Był  to  jeden  z  tych  powolnych  nocnych  autobusów. 

Niespieszne  tempo  i  warkot  silnika  zmuszały  do  refleksji. 
Dlaczego  kobietom  podobają  się  faceci  z  łysymi,  lśniącymi 
głowami?  W  oczywisty  sposób  Max  Sorrel  był  atrakcyjny  dla 
płci  przeciwnej.  Czy  sprowokował  wrogość  zazdrosnego 
rywala?  Zazdrosnego  męŜa?  Było  coś  między  nim  a  Joy?  Jeśli 
tak, i jeśli Dan to przeczuwał, czy byłby w stanie przeprowadzić 
tak  udaną  kampanię  przeciwko  „Golden  Lamb  Chop"?  Max 
wydawał  się  zdziwiony  wiadomością  o  zniknięciu  Joy,  ale  był 
teŜ dobrym aktorem. Mógł kłamać... A co z tym jego wyjazdem 
o  trzeciej  nad  ranem?  Historia  z  podpaleniem,  jeśli  była 
prawdziwa,  byłaby  dobrą  wymówką.  Qwilleran  zanotował  w 
pamięci,  Ŝeby  to  sprawdzić...  A  co  do  Williama  i  jego 
nielegalnego  wtargnięcia  do  szóstki,  to  Qwilleran  nie  był 
nadmiernie  zdziwiony.  Kuchenny  wieszak  na  klucze  był  łatwo 

background image

 

 

dostępny,  a  chłopak  chciał  prawdopodobnie  zobaczyć  koty. 
William miał zdrową ciekawość, z punktu widzenia Qwillerana 
była to zaleta. Był teŜ bezczelny, miał giętki język i przyjemną 
osobowość.  Qwilleran  i  Riker  byli  dokładnie  tacy  sami  w  jego 
wieku,  zanim  ich  wyskoków  nie  utemperowały  Ŝyciowe 
rozczarowania, kompromisy i stara dziennikarska prawda, Ŝe nic 
nowego pod słońcem. 

Pochłonięty  myślami  Qwilleran  przejechał  Maus  Haus  o 

dobrą milę i musiał czekać na kolejny powolny autobus, jadący 
w przeciwnym kierunku. 

Kiedy w końcu dotarł do domu, zastał w Wielkim Holu spore 

zmiany.  DuŜy  stół  jadalny  i  krzesła  z  wysokimi  oparciami 
zostały  odsunięte  na  bok,  a  całą  przestrzeń  wypełniały 
postumenty  róŜnej  wysokości.  Na  środku  sali  kilka  podkładów 
kolejowych  ułoŜonych  na  podłodze  formowało  kwadrat,  w 
którego  wnętrzu  Dan  Graham,  oparty  na  rękach  i  kolanach, 
układał  małe  okrągłe  kamienie.  Sam,  w  duŜym  holu, 
przekładający  kamienie  z  miejsca  na  miejsce,  jakby  praca  ta 
miała  jakiś  głęboki  sens,  był  częścią  smutnego  obrazu  bez 
znaczenia, pomyślał Qwilleran. 

- Jak tam idzie, panie Graham? - zapytał. 
-  Powoli  -  odpowiedział  garncarz.  -  Niezbyt  przyjemnie  jest 

ustawiać  to  samemu.  -  Wstał  i  zaczął  rozmasowywać  sobie 
plecy,  jednocześnie  przyglądając  się  krytycznie  kamieniom.  - 
Najlepsze  z  moich  dzieł  będą  ustawione  na  podestach,  tutaj,  w 
tym kwadracie. Zadziwię to miasto, jak bum-cyk-cyk. 

- Jak szybko zobaczymy nowe naczynia? 
-  MoŜe  w  poniedziałek  albo  we  wtorek.  Mam  kilka  pięk-

notek,  które  dopiero  stygną  w  piecu.  Rozmawiał  pan  z  kimś  w 
gazecie? 

- Wszystko pod kontrolą. Proszę się nie martwić - uspokoił go 

Qwilleran,  chociaŜ  zapomniał  powiedzieć  Rikerowi  o 
wszystkim, z wyjątkiem zniknięcia Joy. - Jakieś wieści od Ŝony? 

background image

 

 

-  Zero.  Ani  słowa.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  wróciła  na 

balangę  w  środę  wieczorem.  W  zeszłym  tygodniu  wysłaliśmy 
ponad  trzysta  zaproszeń.  Powinno  być  niezłe  przyjątko. 
Przyspieszam  z  robotą,  bąbelki,  odpowiednia  obsługa,  jeśli 
wiesz,  co  mam  na  myśli.  Krytycy  lepiej  niech  przyjdą,  to 
wszystko,  co  mogę  powiedzieć...  Proszę  tutaj,  niech  pan 
pozwoli,  Ŝe  coś  panu  pokaŜę.  -  Graham  sięgnął  do  kieszeni  na 
biodrze  i  jeszcze  raz  pomachał  przed  Qwilleranem  poŜółkłym 
wycinkiem,  potwierdzającym  jego  dawną  chwałę.  Kiedy 
Qwilleran  poszedł  do  siebie  pod  szóstkę,  zastał  koty  czekające 
pod  drzwiami,  uprzedzone  o  jego  przybyciu  przez  swój  koci 
słuch. 

- Koko, skąd ten facet ma pieniądze, Ŝeby kupić szampana dla 

trzystu gości? - zapytał go Qwilleran. 

Oczy  kota  w  świetle  lampy  były  jak  wielkie  czarne  wiśnie  - 

bez  Ŝadnej  ekspresji,  choć  kryły  się  w  nich  odpowiedzi  na 
wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek zadano. 

Qwilleran rozwiesił płaszcz na oparciu krzesła i zdjął krawat. 

Yum  Yum  przyglądała  się  krawatowi  jasnymi  oczami  pełnymi 
nadziei.  Zazwyczaj  rzucał  go  w  powietrze  tak,  by  mogła 
skoczyć  i  złapać  go,  ale  dzisiaj  był  zbyt  zmartwiony,  Ŝeby  się 
bawić.  Zamiast tego usiadł w fotelu, włoŜył okulary i otworzył 
paczkę z wycinkami znalezionymi w bibliotece „Fluxion". 

Maus nie przesadzał, co pięć lat „Fluxion" odgrzewał sprawę 

tajemniczych  śmierci  w  garncami,  głównie  aby  wprawić  w 
zakłopotanie „Morning Rampage". Konkurencyjna gazeta nadal 
była sponsorowana przez rodzinę Pennimanów. To właśnie stary 
Hugh  Penniman  zbudował  to  dziwne  centrum  sztuki  i 
utrzymywał kontakty towarzyskie z artystami mieszkającymi w 
tym domostwie. 

Historie  napisane  w  staromodnym  stylu  niedzielnych 

dodatków relacjonowały, jak to „młody, przystojny rzeźbiarz" o 
nazwisku  Mortimer  Mellon  zakochał  się  w  „uroczej  Helen 
Maude  Hake",  zajmującej  się  ceramiką.  Ona  niestety  była 

background image

 

 

„protegowaną"  Hugh  Pennimana,  „znanego  filantropa".  Po 
„dzikim  party",  które  odbyło  się  w  garncami,  ciało 
„nieszczęśliwie  zakochanego  rzeźbiarza"  znaleziono  w  rzece. 
Koroner orzekł nieszczęśliwy wypadek. Reporterzy z „Fluxion" 
zakwestionowali  wyniki  oficjalnego  dochodzenia  i  próbowali 
przeprowadzić 

wywiady  z  innymi  artystami  z  garncami,  ale  „niechlujna 

bohema" wykazała się „raŜącym brakiem współpracy". Niewiele 
później  sprawa  osiągnęła  „tragiczny  koniec",  kiedy  to  „urocza 
Helen" odebrała sobie Ŝycie, podąŜając do „wodnego grobu" za 
ukochanym  Mortimerem.  Zostawiła  list,  którego  nigdy  nie 
upubliczniono. 

Jak tylko Qwilleran skończył czytać, usłyszał głuchy dźwięk z 

przeciwległego końca pokoju. Odwrócił się i zobaczył ksiąŜkę z 
czerwoną  okładką,  leŜącą  na  podłodze,  do  góry  grzbietem.  Z 
miękkim pacnięciem Koko wylądował na podłodze obok ksiąŜki 
i zaczął popychać ją nosem w kierunku Qwillerana. 

-  Niedobry  kot!  -  krzyknął  ze  złością  Qwilleran.  To  była 

ksiąŜka z biblioteki, stara, niezbyt solidnie zszyta na grzbiecie. - 
Bibliotekarz cię zabije. Niedobry kot! - powtórzył Qwilleran. 

Wtedy  Qwilleran zobaczył, Ŝe Koko powoli wygina grzbiet i 

kładzie  po  sobie  uszy.  Brązowy  ogon  Koko  zesztywniał  i  on 
sam  zaczął  stąpać  naokoło  ksiąŜki  w  dziwnym  tańcu  na 
wyciągniętych  nogach.  OkrąŜył  ksiąŜkę  raz,  drugi,  trzeci  i 
Qwilleran  poczuł  ścisk  w  Ŝołądku.  Jeden  jedyny  raz  przedtem, 
na  zmroŜonym  podwórku,  Qwilleran  widział,  Ŝeby  Koko 
wykonywał  ten  rytuał.  Raz  tylko  kot  chodził  tak  w  koło  i  w 
koło, i w koło, a to, wokół czego chodził, to było ciało. 

Teraz  to,  co  okrąŜał,  to  była  ksiąŜka,  stara  czerwona  ksiąŜka 

zatytułowana Antyczna sztuka garncarstwa. Ciszę zakłócał tylko 
Ŝ

ałobny gwizd łodzi gdzieś na rzece. 

  
Rozdział dziewiąty 
 

background image

 

 

Przed  połoŜeniem  się  spać  we  wtorek  wieczorem  Qwilleran 

zadzwonił  do  człowieka  „Fluxion"  z  nocnej  zmiany  w 
komendzie  głównej  policji  i  poprosił  go  o  sprawdzenie,  czy  w 
ciągu  ostatnich  czterdziestu  ośmiu  godzin  wyłowiono  z  rzeki 
jakieś niezidentyfikowane ciała. 

Kendall oddzwonił z informacjami. 
- Było jedno - powiedział. - MęŜczyzna. Typ kaukaski. 
Około czterdziestki. To twój chłopak? 
Qwilleran  spał  tej  nocy  niespokojnie,  a  między  tymi 

bezsennymi godzinami śniły mu się wodorosty, wielkie kurtyny 
z wodorostów unoszące się na falach. Potem śniło mu się, Ŝe jest 
głową  z  zielonymi  włosami,  wirującymi  w  brudnej,  brązowej 
wodzie. 

Kiedy obudził się rano, miał uczucie, Ŝe jego kości zamieniły 

się  w  galaretę.  Ubrał  się  ze  znuŜeniem,  ignorując  koty,  a  one 
wyczuły, Ŝe jest zaniepokojony, i schodziły mu z drogi. Właśnie 
kiedy  skierował  się  ku  schodom,  idąc  po  nieodzowną  juŜ 
poranną kawę, znalazł się w sytuacji, która w tej chwili znuŜenia 
wzmocniła jego ducha. Na schodach spotkał Roberta Mausa. 

Prawnik  zatrzymał  się  i  spojrzał  mu  prosto  w  oczy, 

dziennikarz  zauwaŜył,  Ŝe  siniec  wokół  oka  Mausa  zbladł  i 
przybrał  kolor  skórki  od  banana.  Maus  robił  wraŜenie,  jakby 
miał zamiar powiedzieć coś wiekopomnego, i po kilku chwilach 
zwrócił się do Qwillerana: 

- Panie Qwilleran, czy przypadkiem mógłby pan poświęcić mi 

krótką chwilę pana cennego czasu? 

- Przypuszczam, Ŝe tak. 
Udali się do apartamentu Mausa, urządzonego angielskimi  
antykami i wykończonego zieloną skórą w kolorze brokułów, 

wypolerowanym mosiądzem i stalą. 

Maus skłonił się i poprowadził Qwillerana do krzesła w stylu 

Banku Anglii. 

-  Sprawa,  którą  chciałbym  poruszyć  -  powiedział  -  dotyczy 

pani Graham. Jest to dla mnie, nazwijmy to, bolesne, Ŝe muszę 

background image

 

 

zwrócić  się  do  pana  w  takich  okolicznościach,  i  nie  powinien 
pan, pod Ŝadnym pozorem, uwaŜać tego za oskarŜenie lub nawet 
za  zarzut.  JednakŜe...  na  sprawę  tę  zwrócono  moją  uwagę, 
zaznaczając,  Ŝe  rozmowa  z  panem  w  zaistniałej  sytuacji  nie 
będzie  nietaktem  -  mając  na  względzie  to,  co  pokornie 
określam... poszanowaniem tego domostwa. 

-  W  czym,  u  diabła,  jest  problem?  -  zaŜądał  wyjaśnień 

Qwilleran. 

Prawnik uniósł rękę w geście protestu. 
- Nie ma niczego, co moŜna by - w realnym i czynnym sensie 

-  określić  jako  problem,  zapewniam  pana,  jest  tylko  sprawa, 
którą  mi  przedstawiono...  Zaznajamiając  pana  z  tą  kwestią,  nie 
szukam  ani  jej  potwierdzenia,  ani  zaprzeczenia...  Jedynym 
moim  celem  jest  utrzymanie  dobrych  stosunków  między 
mieszkańcami tego domu... 

- Okej, o co w tym wszystkim chodzi? - walnął Qwilleran.  
- Kawa na ławę! 
Maus  odczekał,  jakby  liczył  do  dziesięciu,  a  potem  powoli  i 

wyraźnie powiedział: 

-  Pan  Graham,  którego  pan  poznał...  ma  wraŜenie...  Ŝe  jego 

Ŝ

ona  otrzymała  od  pana  znaczne  wsparcie  finansowe,  które 

umoŜliwiło jej wyjazd. Nie jestem, powtarzam... 

Qwilleran  skoczył  na  równe  nogi  i  niecierpliwym  krokiem 

przemierzył orientalny dywan. 

- Skąd miałem wiedzieć, Ŝe zamierza uciec? Miała zamiar się 

rozwieść.  Wie  pan  o  tym  równie  dobrze  jak  ja.  A  jeden  z  tych 
pana  kolesiów  od  cywilnego  wyciągnął  rękę  po  więcej,  niŜ 
mogła  dać.  A  skoro  Dan  ma  jakieś  zaŜalenie,  to  czemu  nie 
przyjdzie z tym do mnie? 

Maus zniŜył głos i zwrócił się do Qwillerana przepraszającym 

tonem. 

  

background image

 

 

-  On  się  obawia,  słusznie  czy  teŜ  nie,  ja  tego  nie  rozsądzam, 

Ŝ

e  konfrontacja  mogłaby,  powiedzmy,  zmniejszyć  jego  szanse 

na sprawiedliwy osąd ze strony prasy, którą pan reprezentuje. 

-  Albo  -  ujmijmy  to  uczciwiej  -  ma  nadzieję,  Ŝe  jego 

oskarŜenie sprawi, Ŝe poczuję się tak winny, Ŝe stanę na głowie, 
Ŝ

eby zdjęcie jego garnków znalazło się na pierwszej stronie. JuŜ 

nie  po  raz  pierwszy  ktoś  stosuje  wobec  mnie  tę  prostacką 
strategię.  To  głupie  posunięcie,  mogę  się  tak  wkurzyć,  Ŝe 
całkiem  zapomnę  o  darmowej  reklamie.  MoŜe  mu  pan  to 
powiedzieć. 

Maus podniósł obie ręce. 
-  Za  wszelką  cenę  zachowajmy  spokój  i  rozwagę  i  proszę 

mieć na względzie to, Ŝe jedyny cel mojej interwencji był taki, 
Ŝ

eby uniknąć najmniejszego nawet cienia skandalu. 

-  Ryzykuje  pan  coś  więcej  niŜ  skandal!  -  zawarczał  Qwille-

ran, wypadając z pokoju jak burza. 

Kiedy  dotarł  do  „Fluxion",  Ŝeby  odebrać  tygodniówkę  i 

otworzyć  pocztę,  był  nadal  zirytowany.  Codziennie  z  nadzieją 
przeglądał  pocztę  i  za  kaŜdym  razem,  kiedy  dzwonił  telefon, 
serce przestawało mu bić, chociaŜ instynkt podpowiadał mu, Ŝe 
nie dostanie juŜ Ŝadnej wiadomości od Joy. 

W dziale kulturalnym znalazł Rikera. 
- Chodź na dół do baru, mam ci kilka rzeczy do powiedzenia. 
- Zanim zapomnę - powiedział redaktor działu do Qwille-rana 

-  pójdziesz  na  lunch  prasowy  w  południe  i  napiszesz  kilka 
linijek do jutrzejszego wydania? Wprowadzają nowy produkt. 

- Jaki produkt? 
- Nowe jedzenie dla psów. 
-  Jedzenie  dla  psów?  Czy  to  nie  rozciąga  zbytnio  moich 

obowiązków jako reportera kulinarnego? 

- CóŜ, nie zrobiłeś nic więcej, Ŝeby zarobić na swoją wypłatę 

w  tym  tygodniu,  nic  więcej,  co  mógłbym  zobaczyć...  No,  daj 
spokój. Co cię gryzie? 

background image

 

 

Bar  kawowy  „Fluxion"  znajdował  się  w  piwnicy.  Rano  była 

to  najgłośniejsza  i  zarazem  najbardziej  prywatna  sala 
konferencyjna w budynku. Termin odsyłania gazety do drukarni 
był  ten  sam  co  zwykle,  więc  nie  było  się  co  spieszyć. 
Maszynistki 

jadły 

obiad, 

dziennikarze 

jedli 

lunch, 

marketingowcy  jedli  śniadanie,  a  pracownicy  biurowi  mieli 
pierwszą  przerwę  na  kawę.  Betonowe  ściany  pomieszczenia 
trzęsły  się  od  ryku  pracujących  za  ścianą  maszyn  drukarskich. 
Klienci  przekrzykiwali  jeden  drugiego;  kelnerki  przyjmujące 
zamówienia,  krzycząc,  przekazywały  je  do  kuchni,  kucharze, 
burcząc,  udzielali  odpowiedzi;  pomoc  kuchenna  rzucała 
naczyniami,  a  radio  wyło  z  niezrozumiałych  dla  nikogo 
powodów, choć nikt  go  nie słuchał. Panujący w  pomieszczeniu 
harmider sprawiał, Ŝe bar był wymarzonym miejscem na poufne 
rozmowy: tylko krzyk prosto do ucha był słyszalny. 

Dwaj męŜczyźni zamówili kawę, a redaktor poprosił jeszcze o 

czekoladowego pączka. 

- Co się dzieje?! - krzyknął Qwilleranowi wprost do ucha. 
-  Chodzi  o  Dana  Grahama!  Historyjkę,  którą  mi  sprzedał!  - 

odkrzyknął Qwilleran. - Myślę, Ŝe to kłamstwo! 

- Jaką historyjkę? 
- O tym, jak włosy Joy wkręciły się w koło.  
-  Dlaczego  miałby  kłamać?  Qwilleran  pokiwał  złowieszczo 

głową. 

- Myślę, Ŝe coś stało się z Joy. Wątpię, Ŝeby wyjechała. 
- Ale widziałeś samochód. 
- To był samochód Maksa Sorrela. Ogień w jego restauracji! 

Kelnerka uderzyła dwiema filiŜankami o ladę. 

- Ty i te twoje przypuszczenia! - zawył Riker. 
- Mam okropne myśli. 
- Okropne co? 
- Okropne myśli!  
- Nie myślisz chyba... - twarz wydawcy wykrzywił strach. 

background image

 

 

- Nie wiem - Qwilleran dotknął nerwowo swoich wąsów. - To 

tylko moŜliwość. 

- Ale gdzie jest ciało? 
- MoŜe w rzece! 
Dwaj  męŜczyźni  wpatrywali  się  w  głębię  filiŜanek  z  kawą  i 

pozwalali,  Ŝeby  ogłuszająca  kakofonia  baru  kawowego 
atakowała ich nieczułe uszy.  

- Jeszcze jedno! - wykrzyknął po chwili Qwilleran. – Dan wie 

o moim czeku! Siedemset pięćdziesiąt! 

- Jak się dowiedział? Qwilleran zadrŜał. 
- Co zamierzasz? 
- Zadawać pytania. 
Riker pokiwał smutno głową. 
- Nie mów Rosie! 
- Co? 
- Nie mów Rosie! Jeszcze nie! 
- W porządku! 
- Zasmuciłbyś ją! 
- Okej. 
Qwilleran  przeŜył  jakoś  psi  lunch  prasowy  i  napisał  średnio 

dowcipny  kawałek  na  dodatkową  stronę,  porównując  prostotę 
psiej kuchni z wymaganiami kulinarnymi kotów. Potem poszedł 
do  domu  nakarmić  koty.  Najpierw  jednak  zatrzymał  się  w 
delikatesach.  Wygłodniałym  okiem  spoglądał  na  cebularze, 
siekane kurze wątróbki, piklowane śledzie, ale poŜałował sobie i 
kupił  tylko  klenia  dla  kotów.  Raz  na  zawsze  skończył 
eksperymentować z puszkowanym kocim jedzeniem. 

Rano  przed  wyjściem  wsunął  pod  drzwi  Williama  karteczkę, 

zapraszając go na kolację do nowo otwartej restauracji o nazwie 
„Petrified  Bagel",  teraz  spotkali  się  na  schodach  i  młody 
człowiek przyjął radośnie zaproszenie. 

- Wyjedźmy o szóstej trzydzieści - zasugerował Qwilleran.  
- Czy to za wcześnie? 

background image

 

 

-  Nie,  w  porządku  -  powiedział  William.  -  Potem  muszę 

jeszcze  wpaść  do  domu  mojej  matki.  Nie  masz  samochodu, 
prawda? MoŜemy jechać moim. 

Qwilleran  poszedł  na  górę,  biorąc  po  trzy  stopnie  za  jednym 

zamachem.  Naraz  poczuł,  Ŝe  przepełnia  go  nieuzasadnione 
uczucie  podniecenia.  Niepewność  zostawił  za  sobą,  teraz  miał 
do wykonania robotę. Teraz był pewny, Ŝe jego przypuszczenia 
są słuszne - teraz mógł prowadzić swoje nieoficjalne śledztwo - 
duch dorósł do wyzwania. Zamiast Ŝałobnego smutku po stracie 
Joy  poczuł  gwałtowną  lojalność  wobec  pamięci  o  niej.  Musiał 
przyznać,  Ŝe  właśnie  tę  pamięć  kochał.  To  Joy  Wheatley,  lat 
dziewiętnaście,  sprawiła,  Ŝe  jego  serce  poczęło  bić  szybciej  w 
poniedziałkową  noc,  nie  Joy  Graham.  Dwadzieścia  lat  rozłąki 
zrobiło swoje, mógł to teraz przyznać, mimo Ŝe przez kilka dni 
przekonywał siebie, Ŝe nic się nie zmieniło. 

Koty dostrzegły jego dobry nastrój i rzuciły się  w wyścig po 

pokoju,  po  regałach,  w  dół  po  podłodze,  wokół  duŜego  fotela, 
pod stół, łóŜko. Yum Yum na przedzie, a Koko tuŜ za nią tak, Ŝe 
tworzyły  jedną  plamę  jasnego  futra.  Na  zakrętach  Yum  Yum 
zwalniała na ułamek sekundy i Koko ją wyprzedzał. Potem ona 
go ścigała. 

Qwilleran  starał  się  unikać  przemykających  ciał,  zdjął  buty  i 

odwaŜnie  wszedł  na  wagę.  Schodził  z  niej  z  uśmiechem 
satysfakcji.  To  była  spokojna  wiosenna  noc.  Lufciki  w  duŜym 
oknie studia były otwarte, od rzeki wiała delikatna bryza. Gdzieś 
w  budynku,  albo  w  jego  pobliŜu,  dało  się  słyszeć  męski  głos 
ś

piewający Loch Lamond i przez chwilę Qwillerana opanowała 

nostalgia za dzieciństwem. To była ukochana melodia jego ojca. 

Z  Williamem  spotkał  się  w  Wielkim  Holu,  na  tę  okazję 

chłopak  włoŜył  wygnieciony  sportowy  płaszcz  w  kolorze  sosu 
pieczeniowego.  Długa  stara  limuzyna  z  pradawnego  odzysku 
warczała cicho przed frontowymi drzwiami. 

- Wygląda jak karawan - zauwaŜył Qwilleran. 

background image

 

 

-  Najlepsza,  jaką  mogłem  dostać  za  pięćdziesiąt  dolarów  - 

przeprosił  Williarń.  -  Rozgrzewałem  ją,  zanim  ruszy,  trzeba  ją 
trochę dopieścić. Otwieraj drzwi powoli, inaczej wypadną. 

- Benzyna musi cię kosztować majątek. 
-  Nie  jeŜdŜę  za  często,  ale  przydaje  się  na  randki. 

Poprowadzisz?  Ja  potrzymam  drzwi  od  strony  pasaŜera,  Ŝeby 
nie odleciały. 

Z  Qwilleranem  za  kierownicą,  czarna  piękność  ruszyła 

majestatycznie 

dół 

podjazdu, 

wydając 

siebie 

charakterystyczny 

warkot 

samochodu 

uszkodzonym 

tłumikiem.  Kiedy  Qwille-ran  spoglądał  w  tylne  lusterko, 
wielokrotnie  wydawało  mu  się,  Ŝe  ktoś  ich  śledzi,  ale  był  to 
tylko koniec limuzyny połyskujący daleko w tyle.  

Restauracja znajdowała się w części miasta zwanej Junktown. 

Była  to  podupadająca  okolica,  którą  kilku  przedsiębiorczych 
entuzjastów  miejscowych  tradycji  starało  się  rewitalizować. 
Dawny sklep z antykami na Zwinger Street przerobiono teraz na 
restaurację  o  nazwie  „Petrified  Bagel".  Właściciele  urządzili 
wnętrze  starociami,  z  których  jeden  nie  pasował  do  drugiego. 
Stare  kuchenne  stoły  i  krzesła,  kaŜde  inne,  pomalowano  na 
przypadkowe  kolory,  a  pokryte  jutą  ściany  udekorowano 
reliktami  z  miejskiego  śmietniska.  Kelnerzy  okazali  się  być 
bezdomnymi, rekrutowanymi z pobliskich barów i zaułków. 

-  Jedzenie  moŜe  nie  być  najlepsze  -  powiedział  Williamowi 

Qwilleran  -  ale  moŜe  dostarczyć  barwnej  historyjki  do  mojej 
kolumny. 

-  Kogo  to  obchodzi,  skoro  jest  za  darmo?  -  chłopak  jasno 

wyraził swój stosunek. 

Usiedli  przy  stoliku  przy  ścianie,  tuŜ  pod  instalacją  z 

zardzewiałych  kranów  i  rur.  Ledwo  przysunęli  krzesła,  a  juŜ 
kelner dosłownie zawisł nad nimi. 

- Czego czeba? - zapytał. - Czeba drinka z baru? - Miał 
na sobie czarny garnitur, za duŜy o kilka numerów, oraz prze 
krzywioną muszkę i od razu było widać, Ŝe jeśli się ogolił, to 

background image

 

 

zapewne noŜem do masła. 
William poprosił o piwo, a Qwilleran zamówił wodę sodową 

z cytryną. 

- MuŜe powtórzyć? 
-  Piwo  dla  tego  pana  -  powiedział  Qwilleran  -  a  ja  wezmę 

wodę gazowaną z wyciśniętą do środka cytryną. - Do Williama 
zaś  rzekł:  -  Znam  tę  okolicę.  Mieszkałem  kiedyś  w  kamienicy 
starego Spencera, tu niedaleko - historyczny dom pełen duchów. 

- Serio? Widziałeś kiedyś ducha? 
-  Nie,  ale  miały  tam  miejsce  róŜne  dziwne  rzeczy  i  cięŜko 

było  się  połapać,  kto  jest  sprawcą  tych  wszystkich  psikusów, 
moje koty czy bezcielesna dama. 

Kelner wrócił z pustymi rękami. 
- Czeba do tego cukier? 
- Nie, tylko woda z cytryną. 
William zapytał:  
- Jak tam koty radzą sobie z lekcjami pisania na maszynie? 
- Nie uwierzysz, ale Koko napisał przedwczoraj jedno słowo. 

To  raczej  proste  słowo,  ale...  Qwilleran  podniósł  oczy  i 
uchwycił  irlandzki  błysk  w  oczach  chłopaka.  -  Ty  dogu!  - 
powiedział.  -  To  właśnie  robiłeś  w  moim  pokoju  we  wtorek  w 
nocy? Moi szpiedzy widzieli, jak się skradałeś. 

William zaryczał ze śmiechu. 
- Zastanawiałem się, ile czasu zajmie ci rozgryzienie sytuacji. 

Znalazłem trochę kawioru w zamraŜarce Mausa i zaniosłem go 
twoim kotom. Smakowało im. 

- A komu by nie smakowało? Kelner przyniósł drinki. 
- Czeba coś do tego? Qwilleran potrząsnął głową. 
- A jak poradziłeś sobie z Koko i Yum Yum?  
-  Mała  uciekła,  ale  duŜy  wyszedł  i  ucięliśmy  sobie  długą 

pogawędkę.  On  gada  nawet  więcej  ode  mnie.  Lubię  koty.  Nie 
moŜna nimi rządzić. 

- Ale i nie moŜna z nimi wygrać. JuŜ myślisz, Ŝe jesteś górą, a 

te zawsze postawią na swoim. 

background image

 

 

-  Poczeba  zobaczyć  menu?  -  Kelner  proponował  im 

poplamiony tłuszczem, oprawiony w płótno folder. 

-  Później  -  odpowiedział  Qwilleran.  -  Jak  ci  idzie  w  szkole 

sztuk pięknych? 

William wzruszył ramionami. 
-  Zamierzam  zrezygnować.  To  nie  moja  działka.  Moja 

dziewczyna  jest  artystką,  to  ona  mnie  namówiła,  Ŝebym 
spróbował,  ale...  sam  nie  wiem.  Po  słuŜbie  poszedłem  do 
college'u,  ale  nie  szło  mi  najlepiej.  Tam  to  się  musisz  uczyć! 
Fajnie  byłoby  być  barmanem  albo  kelnerem  w  jakimś  dobrym 
lokalu, gdzie dostaje się królewskie napiwki. 

-  Cosz  zamówicz?  -  zapytał  kelner,  który  był  zawsze  w 

zasięgu słuchu. 

Qwilłeran  oddalił  go  ruchem  ręki,  ale  ten,  zanim  zniknął, 

przestawił 

jeszcze 

solniczkę, 

pieprzniczkę 

strzepnął 

wyimaginowany okruszek z ceraty.  

- To, co naprawdę bym chciał robić - kontynuował William - 

to  być  prywatnym  detektywem.  Czytałem  duŜo  opowieści 
kryminalnych i myślę, Ŝe byłbym w tym niezły. 

- Mnie teŜ fascynują dochodzenia - zwierzył się Qwilleran.  
- W Chicago i Nowym Jorku odkryłem kilka spraw. 
-  Naprawdę?  A  rozwiązałeś  jakąś  duŜą  sprawę? Rozwiązałeś 

walentynkową masakrę? 

- Nie jestem aŜ taki stary, synku. 
- Czy kiedykolwiek chciałeś być prywatnym detektywem? 
-  Nie,  zupełnie.  -  Qwilleran  pogładził  wąsy.  -  Ale  reporter 

wyostrza  sobie  zmysł  obserwacji  i  nabiera  nawyku  zadawania 
pytań. Zadaję sobie wiele pytań, odkąd przeprowadziłem się do 
Maus Haus. 

- Na przykład? 
- Kto krzyczał o trzeciej trzydzieści we środę rano? Dlaczego 

drzwi  do  garncami  były  zamknięte?  Skąd  Maus  ma  siniak  pod 
okiem? Co stało się z kotem Joy Graham? I w końcu co stało się 
z Joy Graham? 

background image

 

 

 
- Myślisz, Ŝe coś jej się stało? Kelner krąŜył wokół stolika. 
- Czecie zamówić teraz? 
RozdraŜniony Qwilleran wziął głęboki oddech. 
- Tak, proszę mi przynieść ślimaki, zupę vichyssoise, boeuf 
Bourguignon i małą sałatkę nicejską. 
Zaległa długa cisza. 
- MuŜna powtórzyć? 
-  NiewaŜne  -  powiedział  Qwilleran.  -  Proszę  tylko  przynieść 

mroŜonego hamburgera, lekko podgrzanego, i odrobinę groszku 
z puszki. 

William  zamówił  zupę  krem  z  grzybów,  duszone  mięso  z 

ziemniaczanym puree i sałatę z sosem tysiąca wysp. 

- Powiedz, to prawda, Ŝe byliście zaręczeni? - zapytał Qwil- 
lerana. 
- Z Joy? To było dawno temu. Kto ci to powiedział? William 

zrobił mądrą minę. 

- Zorientowałem się, to wszystko. Nadal ją lubisz? 
- Oczywiście, ale nie w ten sam sposób.  
- Wielu ludzi w Maus Haus ją lubi. Ham Hamilton szalał 
za nią. Myślę, Ŝe dlatego się przeprowadził, Ŝeby się trzymać 
z daleka od kłopotów. 
Qwilleran  otarł  wąsy,  jeszcze  inne  rozwiązanie  gryzło  jego 

górną wargę. 

- Czy słyszałeś coś albo zauwaŜyłeś coś niezwykłego w noc, 

kiedy zniknęła? 

- Nie, grałem w remika z Rosemary do dziesiątej. Potem ona 

musiała  poddać  się  zabiegom  kosmetycznym  na  tym  swoim 
stole,  więc  poszedłem  poszukać  Hixie,  ale  ona  wyszła.  Chwilę 
oglądałem telewizję. Słyszałem, Ŝe Dan wyciąga swój samochód 
z wiaty, ale poszedłem spać przed północą. W środę rano mam 
zajęcia. 

Kelner przyniósł zupę. 
- Podacz krakersy? 

background image

 

 

-  Przy  okazji  -  Qwilleran  zapytał  Williama  -  wiesz,  co  to 

znaczy,  kiedy  się  kogoś  nazywa  garncarzem  wałkoniem? 
Słyszałem, jak nazywają Dana garncarzem wałkoniem. 

Salwa  śmiechu,  jaką  wybuchnął  William,  odbiła  się  echem 

przez całą restaurację. 

- Masz na myśli garncarza, który uŜywa wałka? Niewiele się 

pomyliłeś.  Dan  rozwałkowuje  glinę  na  płaskie  placki  i  w  ten 
sposób tworzy kwadratowe albo prostokątne naczynia. 

- Czy uwaŜasz, Ŝe jest dobry w tym, co robi? 
-  A  kim  ja  jestem,  Ŝeby  to  oceniać?  To  ja  jestem  naprawdę 

wałkoniem... Co za podła zupa. 

- Z puszki? 
- Gorzej, smakuje, jakbym to ja ją zrobił. 
- Dan mówi, Ŝe zamierza dokonać wielkich rzeczy w Nowym 

Jorku i w Europie. 

- Tak, wiem. Wydaje mi się, Ŝe naprawdę ma taki zamiar. W 

zeszłym tygodniu dostał pocztą paszport. 

- Serio? A skąd to wiesz? 
-  Byłem  tam,  kiedy  przyszedł  listonosz.  Zgaduję,  Ŝe  to  był 

paszport.  Był  w  grubej  brązowej  kopercie,  na  której  było 
napisane  „Biuro  Paszportowe"  albo  coś  takiego,  w  rogu  na 
górze. 

Kelner podał główne danie.  
- Czeba keczup? 
-  śadnego  keczupu  -  powiedział  Qwilleran.  -  śadnej 

musztardy. śadnego sosu steak house. śadnego sosu chili. 

-  Jeśli  chcesz  zobaczyć,  jak  Mickey  Maus  wpada  w  furię,  to 

wystarczy wspomnieć o keczupie - powiedział William. 

- Słyszałem, Ŝe Maus jest wdowcem. Co się stało z jego Ŝoną? 
-  Udławiła  się  na  śmierć  kilka  lat  temu.  Mówią,  Ŝe  udławiła 

się  kością  kurczaka  Marengo.  Była  wiele  starsza  od  Mickey 
Mausa.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  on  lubi  starsze  kobiety.  Spójrz  na 
Charlotte! 

- Co z Charlotte? 

background image

 

 

- Mam na myśli sposób, w jaki jej się podlizuje cały czas. Na 

początku myślałem, Ŝe Charlotte jest jego matką. Max uwaŜa, Ŝe 
jest  jego  kochanką.  Hixie  mówi,  Ŝe  Mickey  Maus  jest 
nieślubnym dzieckiem Charlotte i tego faceta, który załoŜył sieć 
Heavenly Hash - William pękał ze śmiechu. 

-  Słyszałem,  Ŝe  Max  przeŜywa  cięŜkie  chwile  w  „Golden 

Lamb Chop". 

- Wielka szkoda. Mam własną teorię na ten temat. 
- śe co? 
- śe na przykład lubi męŜatki, no wiesz, i to na hurtową skalę. 

Nie przejmuje się przestrzeganiem zasad. 

- Myślisz, Ŝe moŜe tu wchodzić w grę jakiś zazdrosny mąŜ? 
-  To  tylko  przypuszczenia.  Hej,  czemu  ty  i  ja  nie  załoŜymy 

agencji  detektywistycznej?  DuŜy  wkład  nie  byłby  potrzebny... 
Zobacz, znów idzie wymowny profesor Moriarty. 

- Czeba jeszcze trochę masła? 
Przez  chwilę  Qwilleran  skoncentrował  się  na  swoim 

hamburgerze,  który  był  tak  spieczony,  Ŝe  miał  konsystencję 
opony w stalowej obręczy. William juŜ od dawna był skupiony 
na zaspokajaniu swojego młodzieńczego apetytu. 

- Muszę jutro rano wstać o szóstej - powiedział. - Muszę iść z 

Mickey Mausem na targ farmerski. 

- Chętnie poszedłbym z wami - odpowiedział Qwille-ran. - To 

mogłaby być historia. 

-  Nigdy  tam  nie  byłeś?  To  dopiero  heca!  Spotkajmy  się  w 

kuchni o szóstej trzydzieści. Mam do ciebie zadzwonić?  

-  Nie,  dziękuję,  mam  budzik.  Właściwie  trzy  budziki, 

wliczając w to koty. 

William zamówił na deser sernik z truskawkami. 
- Najlepsza pasta z tapety, jaką kiedykolwiek jadłem - po 
wiedział. 
Qwilleran zamówił kawę. Podano ją w duŜym kubku, którego 

brzeg smakował płynem do mycia naczyń. 

- A przy okazji, czy kiedykolwiek widziałeś Joy Graham 

background image

 

 

przy pracy na kole? 
Jego gość pokiwał głową, mając usta pełne sernika. 
- Jakiego koła uŜywała? 
- Tradycyjnego. Dlaczego? 
- Nigdy nie uŜywała elektrycznego? 
-  Nie,  nigdy  niczego  nie  robiła  po  linii  najmniejszego  oporu, 

jeśli  chodzi  o  ceramikę.  Nie  pytaj  mnie  dlaczego.  Wiem,  Ŝe  to 
twoja przyjaciółka, ale czasem robi dziwaczne rzeczy. 

- Zawsze tak było. 
-  Wiesz,  co  usłyszałem  podczas  kolacji  w  poniedziałek? 

Rozmawiała z Tweedledee i Tweedledum... 

- Z braćmi Penniman? 
William przytaknął. 
-  Próbowała  im  sprzedać  jakieś  stare  papiery,  które  znalazła 

gdzieś  w  pracowni.  Mówiła,  Ŝe  mogą  je  mieć  za  pięć  tysięcy 
dolarów! 

- śartowała - powiedział Qwilleran bez przekonania. 
Wyszli z „Petrified Bagel" po tym, jak kelner po raz ostatni 
próbował ich molestować: 
- Czeba wykałaczki? 
Qwilleran  wrócił  do  domu  autobusem.  William  miał  jeszcze 

odwiedzić swoją matkę. 

- To jej urodziny - wyjaśnił chłopak. - Kupiłem tanie per 
fumy.  Nie  ma  znaczenia,  co  jej  dasz,  i  tak  komentuje 

wszystko 

i wszystkich obraŜa, więc po co się starać? 
W  Wielkim  Holu  Maus  Haus  Dan  nadal  pracował  nad 

ekspozycją, pchając i ciągnąc wielkie stoły i ławy, tak by zrobić 
miejsce na eksponaty. Nucił pod nosem Loch Lamond. 

Qwilleran  zapomniał  o  porannej  irytacji  na  Ŝądnego  reklamy 

garncarza.  

- Czekaj, pomogę ci - zaproponował. 
Dan spojrzał groźnie na Qwillerana i jego szczęka opadła. 

background image

 

 

- Przepraszam, jeśli powiedziałem coś, co cię zirytowało. Nie 

wiedziałem, Ŝe Maus będzie o tym paplał naokoło. 

- Nie ma o czym mówić. 
-  To  twoje  pieniądze,  moŜesz  z  nimi  robić,  co  chcesz,  tak 

myślę. 

- Zapomnij o tym. 
-  Dostałem  dzisiaj  kartkę  -  powiedział  Dan.  -  Wysłana  z 

Cincinnati. 

Qwilleran przełknął dwa razy ślinę, zanim odpowiedział. 
-  Od  twojej  Ŝony?  Jak  się  miewa?  -  starał  się  mówić 

spokojnie. - Wróci na szampana? 

- Nie sądzę. Prosiła, Ŝeby jej wysłać letnie ciuchy do Miami. 
- Miami! 
-  Tak,  zdaje  się,  Ŝe  chce  trochę  ogrzać  się  w  słońcu,  zanim 

wróci  do  domu.  To  dobrze  jej  zrobi.  Pozwoli  jej  wszystko 
przemyśleć. 

- Więc nic złego się nie wydarzyło. 
Dan podrapał się w głowę. 
-  MąŜ  i  Ŝona  muszą  zachować  swoją  indywidualność, 

szczególnie  kiedy  są  artystami.  Poradzi  sobie  z  tymi 
wątpliwościami  i  wróci,  impertynencka  jak  zawsze.  Zdarzają 
nam się spięcia, ale jaka para ich nie przeŜywa? - uśmiechnął się 
tym  swoim  krzywym  uśmiechem,  który  tak  nieudacznie 
imitował uśmiech Joy, Ŝe Qwilleran czuł, jak ciało zwija mu się 
z niesmaku. To była groteska. - Zabawne - kontynuował Dan. - 
Czepiałem się jej zawsze, Ŝe gubi wszędzie włosy. To nie sierść 
kota  unosiła  się  wszędzie  dookoła,  to  były  jej  włosy,  długie 
włosy, które wyciągałem z gliny i innych miejsc. Ale chcesz coś 
wiedzieć?  Brak  mi  tego,  od  kiedy  jej  nie  ma.  Byłeś  kiedyś 
Ŝ

onaty? 

- Raz na to poszedłem. 
- Dlaczego nie wpadniesz na drinka jutro wieczorem? Przyjdź 

na poddasze. 

- Dzięki, tak zrobię. 

background image

 

 

-  MoŜe  będziesz  miał  okazję  obejrzeć  co  nieco  przed 

wernisaŜem.  Jak  zobaczysz  waszego  krytyka,  to  powiedz  mu 
coś do słuchu, jeśli wiesz, co mam na myśli. 

Qwilleran poszedł do szóstki, masując po drodze swoje wąsy. 

Koty wiedziały juŜ, Ŝe się zbliŜa, i były w pełnej gotowości. 

- No i co wy myślicie o tym odkryciu, Koko? - powiedział.  
- Pojechała do Miami. 
- Yow! - odparł dwuznacznie Koko. 
-  Ona  nie  cierpi  Florydy!  Powiedziała  to  nam,  prawda?  I 

zawsze była uczulona na słońce. 

Potem Qwilleranowi przyszła do głowy inna myśl. MoŜe jego 

siedemset  pięćdziesiąt  dolarów  sfinansowało  wakacje  z  tym 
handlarzem,  Fishem,  Hamem  czy  jak  mu  tam  było,  na 
słonecznej  Florydzie!  Kolejny  raz  Qwilleran  poczuł  się  jak 
głupiec. 

  

Rozdział dziesiąty 

 
Kiedy  rano zadzwonił budzik, było nadal ciemno i chłodno  i 

Qwilleran wahał się, czy nie zapomnieć o targu farmerskim i nie 
ulec  pokusie  zostania  w  łóŜku.  Ciekawość  i  dziennikarskie 
upodobanie  do  nieznanych  sytuacji  sprawiły,  Ŝe  ostatecznie 
przemógł się i wstał. 

Wziął  szybko  prysznic  i  ubrał  się.  Pokroił  okrągły  stek  dla 

kotów,  które  spały  smacznie,  rozciągnięte  w  duŜym  fotelu  w 
pozycji „Nie przeszkadzać". 

Przed  szóstą  trzydzieści  Qwilleran  był  juŜ  na  dole  w  kuchni, 

gdzie Robert Maus wbijał jajka do miski. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie ma pan nic przeciwko - powiedział 
Qwilleran. - Wprosiłem się na wyprawę na rynek farmerski. 
- Proszę się uwaŜać za bardziej niŜ zaproszonego - odparł 
prawnik. - Proszę być tak dobrym i nalać sobie soku pomarań 
czowego i kawy. Przygotowuję... omlet. 
- Gdzie jest William? 

background image

 

 

Maus, zanim odpowiedział, wziął głęboki wdech. 
- Z przykrością muszę zauwaŜyć, Ŝe jeśli chodzi o Williama, 

to  bierze  on  sobie  za  punkt  honoru  spóźniać  się  przy  kaŜdej 
nadarzającej się okazji. 

Maus  wlał  roztrzepane  jajka  na  patelnię  do  naleśników, 

wstrząsnął  nią  energicznie,  zamieszał  widelcem,  złoŜył 
migoczącą  masę  na  pół  i  zsunął  ją  na  ciepły  talerz.  Zmielił  na 
wierzch biały pieprz i polał masłem. 

To  był  najlepszy  omlet,  jaki  Qwilleran  jadł  kiedykolwiek.  Z 

kaŜdym kremowym, delikatnym kęsem przywoływał w pamięci 
brązowe  suche  wióry  przywodzące  na  myśl  źle  wyprawioną 
skórę,  które  jadał  w  drugorzędnych  restauracjach.  Maus 
przygotował drugi omlet dla siebie i usiadł przy stole.  

-  Nie  mogę  znieść  tego,  Ŝe  nasz  przyjaciel  William 

przepuszcza tak wyśmienite śniadanie - powiedział Qwilleran.  

-  MoŜe  zaspał.  MoŜe  powinienem  podobijać  się  do  jego 

drzwi. 

Qwilleran  odnalazł  drzwi  Williama  na  końcu  kuchennego 

korytarza.  Zapukał  jeden,  potem  drugi  i  trzeci  raz,  potem 
głośniej, ale nie było odpowiedzi. Delikatnie przekręcił klamkę i 
otworzył drzwi na szerokość dłoni. 

- William! - krzyknął. - JuŜ po wpół do siódmej! 
Ze  środka  jednak  nie  było  Ŝadnej  odpowiedzi.  Zajrzał  do 

pokoju. Wbudowane łóŜko było puste, a prześcieradło schludnie 
zatknięte pod materac. 

Qwilleran  rozejrzał  się  po  pokoju.  Drzwi  do  łazienki  były 

otwarte.  Qwilleran  otworzył  inne  drzwi,  za  którymi  ukryty  był 
mały zabałaganiony schowek. W całym pomieszczeniu panował 
umiarkowany  bałagan,  wszędzie  porozrzucane  były  ubrania  i 
kolorowe magazyny. 

Wrócił do stołu. 
- Nie ma go tam. Wygląda na to, Ŝe nie spał w swoim łóŜku i 

nie  nastawił  budzika.  Wziąłem  go  wczoraj  wieczorem  na 

background image

 

 

kolację,  miał  potem  zajrzeć  jeszcze  do  matki.  Myśli  pan,  Ŝe 
mógł tam nocować? 

-  Wnioskując  z  dostępnych  mi  przesłanek  o  naturze 

wzajemnych  stosunków  Williama  i  jego  matki  -  mówił  Maus  - 
wydaje mi się, Ŝe jest bardziej prawdopodobne, Ŝe spędził noc z 
tą  młodą  panną,  z  którą,  jak  się  okazuje,  jest  zaręczony. 
Sugerowałbym,  aby  dzisiaj  włoŜył  pan  wysokie  buty,  panie 
Qwilleran.  Produkcja  farmerska  to  ekskluzywna  mieszanina... 
błota, 

zwiędłych 

liści 

kapusty, 

zgniłych 

pomidorów, 

rozgniecionych  winogron  i  niezidentyfikowanego  płynu,  który 
scala je razem w obślizgły czarny... amalgamat. 

MęŜczyźni wyruszyli na targ farmerów czarnym mercedesem 

Mausa, okrąŜyli podjazd i Qwilleranowi wydawało się, Ŝe widzi 
długie  płetwy  limuzyny  Williama  wystające  spod  wiaty  z 
drugiej strony domu. 

- Zdaje mi się, Ŝe tam jest samochód Williama - zauwaŜył.  
- Jeśli nie wrócił na noc, to jak jego samochód się tam 
znalazł?  
- ŚcieŜki młodych ludzi są niepojęte. Zaprzestałem juŜ 
prób zrozumienia ich postępowania. 
Co  do  błota,  to  Maus  miał  rację.  Czarny  szlam  wypełniał 

rynsztoki  i  rozpryskiwał  się  na  chodniki  targu  znajdującego  się 
na świeŜym powietrzu. Na targ składało się kilka kwadratowych 
otwartych  wiat,  pod  którymi  rolnicy  i  inni  handlujący 
sprzedawali  prosto  ze  swoich  cięŜarówek.  Strumień  biednych  i 
bogatych  mieszkańców  miasta  sunął  zatłoczonymi  alejkami, 
wszyscy  obładowani  zakupami.  Jedni  pchali  dziecięce  wózki 
załadowane  doniczkami  pelargonii,  inni  ciągnęli  czerwone 
platformy  pełne  towaru  albo  manewrowali  chromowanymi 
wózeczkami zakupowymi, torując sobie drogę przez zatłoczone 
uliczki. 

Raj dla kieszonkowców, pomyślał Qwilleran. 
Były  tam  kobiety  z  wałkami  we  włosach,  dzieci  na  barana  u 

swoich  rodziców,  dystyngowani  starsi  panowie  w  płaszczach  z 

background image

 

 

aksamitnymi  kołnierzami,  hinduskie  dziewczyny  w  tweedo-
wych  marynarkach  narzuconych  na  prześwitujące  sari, 
nastolatki  ze  słuchawkami  w  uszach,  podmiejskie  gosposie 
owinięte  w  śmieszne  futra  i  więcej  niŜ  przeciętna  liczba 
okropnie otyłych kobiet. 

Maus  poprowadził  ich  między  górami  rabarbaru  i  akrami 

ś

wieŜych jajek, obok galonowych słoików miodu, obok Ŝywych 

prosiaków,  gałęzi  sasafrasu,  poduszek  wypełnionych  kurzym 
pierzem,  marchewek  tak  duŜych  jak  kije  do  bejsbolu,  białych 
gołębi w klatkach i róŜowych kalafiorów. 

Był  to  rześki  poranek,  sprzedawcy  przestępowali  z  nogi  na 

nogę  i  ogrzewali  ręce  nad  koksowymi  ogniskami,  rozpalanymi 
w  beczkach  po  oleju.  Dym  mieszał  się  z  zapachem  jabłek, 
trzody,  bzu  i  wszechobecnego  błota.  Qwilleran  zauwaŜył 
niewidomego z białą laską, stojącego obok krzewów bzu, który 
wąchał kwiaty i uśmiechał się do siebie. 

Maus  kupił  grzyby,  kiełki  paproci,  szczypior,  kukurydzę  z 

Florydy i truskawki z Kalifornii. Zaskoczył dziennikarza tym, Ŝe 
targował się o cenę rzepy. 

- Moja droga pani, jeśli stać panią na sprzedawanie tuzina 
za  trzy  dolary,  to  jak,  będąc  uczciwą,  moŜe  pani  Ŝądać 

trzydziestu  centów  za  jedną?  -  zapytał  człowiek,  który  przy 
swoim  stole  serwował  wino  o  wartości  dziesięciu  dolarów  za 
butelkę, z mulami w galarecie. 

Przy jednym ze stoisk Maus wybrał wypatroszonego królika i 

Qwilleran odwrócił się,  Ŝeby nie patrzeć, jak sprzedawca owija 
czerwone mięso w gazetę, podczas gdy krewni biedaka, jeszcze 
odziani  w  swe  białe  futerka,  przyglądali  się  scenie  w 
oczekiwaniu na chwilę, kiedy podzielą los swego pobratymca. 

- Pani Marron, muszę to przyznać, robi wyśmienitego królika 

Hassenpfeffer  -  wyjaśnił  Maus.  -  Przygotuje  wam...  pyszne 
dania  w  ten  weekend,  podczas  gdy  ja  będę  brać  udział  w 
zjeździe  degustatorów,  na  którym  przyszło  mi  być...  mistrzem 
ceremonii. 

background image

 

 

Z  targu  na  otwartym  powietrzu  przeszli  na  właściwy  rynek, 

rozległą arenę z setkami stoisk pod jednym dachem i z miękkim 
dywanem  trocin  pod  stopami.  Kramarze  zachrypłymi  głosami 
zachęcali  do  kupna  przyprawianej  solonej  słoniny,  ciasta  na 
strudel,  czekoladowych  tortów,  gipsowych  figur  świętych, 
przepiórczych 

jajek, 

mikstur 

do 

rytuałów 

voodoo, 

puszkowanych liści winogron, ośmiornic, perfumowanego płynu 
do mycia podłóg gwarantującego szczęście. Niklowana maszyna 
mieliła  świeŜe  masło  orzechowe.  Na  stoisku  z  płytami 
sprzedawca  puszczał  z  adaptera  arabską  muzykę.  Maus  kupił 
ś

limaki i trochę ziaren holenderskiej gorczycy. 

Qwilleran  zamknął  na  chwilę  oczy  i  starał  się  rozróŜnić 

główne  nuty  zapachowe:  świeŜo  zmielona  kawa,  ostry  ser, 
czosnkowa  kiełbasa,  anyŜek,  mięso  dorsza,  kadzidło.  Do  jego 
nozdrzy  doszła  nuta  tanich  perfum,  otworzył  oczy  i  zobaczył 
Cygankę,  przyglądającą  się  mu  z  pobliskiego  stoiska. 
Uśmiechnęła  się.  Qwilleran  zamrugał  oczami.  Miała  uśmiech 
Joy, jej drobną figurę i jej długie włosy, ale twarz była o sto lat 
starsza i wyglądała, jakby nigdy nie była myta, jej ubrania były 
ubrudzone ziemią. 

- Przepowiedzieć przyszłość? - zapraszała. 
Qwilleran zgodził się, zafascynowany tą okrutną karykaturą. 
- Siądź.  
Qwilleran  usiadł  na  pustej  skrzynce  po  piwie,  a  kobieta 

usiadła po drugiej stronie, tasując talię brudnych kart. 

- Ile? - zapytał 
- Dolara, jednego dolara, tak? 
UłoŜyła karty w kształt krzyŜa i przyjrzała się im. 
- Widzę wodę. Wyjedziesz w długą podróŜ, niedługo, tak? 
-  Niezbyt  prawdopodobne  -  powiedział  Qwilleran.  -  Co 

jeszcze widzisz? 

-  Ktoś  chory.  Dostaniesz  list...  Widzę  pieniądze.  DuŜo 

pieniędzy. Tobie podobać. 

- Wszyscy lubią. 

background image

 

 

- Młody  chłopak. Twój  syn? Pewnego dnia człowiek. Wielki 

doktor. 

-  Gdzie  jest  moja  miłość  z  dawnych  lat?  MoŜesz  mi  to 

powiedzieć? 

- Hmmmm... ona daleko. Szczęśliwa, duŜo dzieci. 
-  Jesteś  fenomenalna.  Jesteś  geniuszem  -  wymamrotał 

Qwilleran. - Coś jeszcze? 

- Widzę wodę - tyle wody. Ty nie lubisz. Wszyscy mokrzy. 
Qwilleran uciekł od Cyganki i dogonił swojego gospodarza. 
- Lepiej niech pan naprawi dach - powiedział mu. - Szy 
kuje się kolejna biblijna powódź. Otrząsnął się tak, jakby bał 
się, Ŝe oblazły go pchły. 
Kiedy  dwaj  męŜczyźni  zanieśli  zakupy  z  targu  do  kuchni 

Maus Haus, pani Marron powiedziała do Qwillerana: 

- Dzwonił człowiek z gazety. Powiedział, Ŝe ma pan do niego 

oddzwonić. Pan Piper, Art Piper. 

-  Gdzie  się  podziewałeś?  -  Arch  Riker  zapytał  Qwillerana, 

kiedy ten złapał go pod telefonem. - Nie było cię całą noc? 

-  Byłem  na  targu  warzywnym,  Ŝeby  zebrać  materiał  do 

kolumny. Spodziewam się wypłaty za nadgodziny, za wstanie o 
nieboskiej porze w mój dzień wolny od pracy. Co się dzieje? 

-  Chciałbym,  Ŝebyś  mi  pomógł,  Qwill.  Pojedziesz  do  Rattle-

snake Lakę jako sędzia konkursu? 

- Miss mokrego podkoszulka?  
-  Nie.  Pieczenie  ciasta.  To  konkurs  stanowy  sponsorowany 

przez  Młyny  Johna  Stuarta.  Są  duŜym  reklamodawcą  i 
obiecaliśmy, Ŝe wyślemy jednego z sędziów. 

-  Dlaczego  wydawca  z  działu  kulinarnego  nie  moŜe  tego 

zrobić? - wypalił Qwilleran. 

- Jest w szpitalu. 
- Zjadła coś, co sama ugotowała? 
- Qwiil, jesteś dzisiaj nieznośny. Co z tobą? 
- Szczerze mówiąc, Arch, wolałbym w ten weekend powęszyć 

tutaj - chcę sprawdzić, co się uda wyniuchać. MąŜ Joy zaprosił 

background image

 

 

mnie  dzisiaj  wieczorem  na  drinka.  Nie  chcę  o  tym  rozmawiać 
przez telefon, ale wiesz, co omawialiśmy w barze. 

- Wiem, Qwill, ale jesteśmy ugotowani. Mógłbyś wziąć wolne 

w przyszłym tygodniu. 

- A dział kobiecy, nie mógłby przejąć tego konkursu? 
-  Mają  duŜo  wiosennych  ślubów  do  obsadzenia.  Mógłbyś  to 

potraktować  jako  przyjemny  weekend  za  miastem.  Weź 
samochód  z  redakcji  i  jedź  po  południu.  Zjesz  miły  obiad  w 
gospodzie „Rattlesnake" - są znani z dobrego Ŝarcia - i wrócisz 
jutro wieczorem. 

-  Są  znani  ze  swojego  złego  jedzenia  i  nieznani  z  dobrego  - 

sprzeciwił  się  Qwilleran.  -  Poza  tym  jak  mogę  korzystać  z 
kolacji  gdziekolwiek  i  jednocześnie  być  na  diecie?  Jak  mam 
sędziować w konkursie cukierniczym i schudnąć? 

-  Coś  wymyślisz.  Jesteś  starym  wyjadaczem  -  powiedział 

Riker. 

-  Zawrzemy  układ  -  zaproponował  Qwilleran  po  chwili 

wahania. - Pojadę do Rattlesnake Lakę, jeśli przyślesz mi Odda 
Bunsena  w  poniedziałek.  Chcę,  Ŝeby  zrobił  kilka  fotek  w 
garncami. 

- Myślisz, Ŝe będzie z tego historia? JuŜ robiliśmy  wcześniej 

garncarnie i wszystkie są do siebie podobne. 

- MoŜe nie będzie z tego historii, ale potrzebna mi wymówka, 

Ŝ

eby  tam  wejść  i  powęszyć.  -  Dziennikarz  pogładził  kłykciami 

wąsy.  -  Mieliśmy  tu  kolejne  tajemnicze  zniknięcie,  Arch.  Tym 
razem to chłopak, pomoc domowa. 

Zapadło 

milczenie, 

Riker 

rozwaŜał 

zapewne 

róŜne 

moŜliwości.  

- No cóŜ, zamówię fotografa, ale nie mogę ci gwarantować, Ŝe 

dostaniesz Bunsena. 

- Nie chcę nikogo innego, to musi być ktoś z jajami, taki jak 

Bunsen. 

Kiedy  w  południe  Qwilleran  stawił  się  na  dole  na  lunch, 

zapytał, czy ktoś widział Williama. 

background image

 

 

Hixie, która była zajęta przeŜuwaniem, potrząsnęła przecząco 

głową. 

Dan odpowiedział: 
- Nie. 
Rosemary  zauwaŜyła,  Ŝe  to  nietypowe  dla  Williama,  Ŝeby 

przegapił dzień targowy. Pani Marron powiedziała: 

- Miał dzisiaj nawoskować podłogi. 
Charlotte Roop była pogrąŜona w swojej krzyŜówce i nic nie 

powiedziała. 

Pani  Marron  podawała  domową  zapiekaną  fasolę  z  ciemnym 

chlebem  i  resztkami  szynki.  Dan  przyglądał  się  temu  z 
niesmakiem. 

- Co jest na kolację? - zapytał stanowczym głosem. 
- Smaczny kurczak z dzikim ryŜem. 
-  Znów  kurczak?  Dopiero  co  jedliśmy  kurczaka  w 

poniedziałek. 

- I smaczne kruche ciasto kokosowe. 
-  Nie  lubię  kokosów,  wchodzą  mi  między  zęby  -  powiedział 

Dan,  robiąc  sobie  kanapkę  z  ciemnego  chleba  z  resztkami 
szynki. 

- A jutro smaczną potrawkę z królika - dodała gospodyni. 
- Ech! 
-  Pani  Marron  -  przerwał  Qwilleran  -  ta  pieczona  fasola  jest 

wyśmienita. 

Spojrzała na niego wdzięcznym wzrokiem. 
-  To  dlatego,  Ŝe  uŜywam  starego  naczynia  do  fasoli.  Ma 

czterdzieści  lat,  tak  mówi  pan  Maus.  Powstało  w  tutejszej 
garncami i jest na dnie podpisane inicjałami H.M.H. 

-  To  musiało  być  w  tym  czasie,  kiedy  zamordowano  tego 

rzeźbiarza - zauwaŜył Qwilleran.  

- To było przypadkowe utonięcie - poprawiła go panna Roop, 

spoglądając znad krzyŜówki. 

- Nikt w to naprawdę nie wierzy - powiedziała Hixie, a potem 

wyrecytowała śpiewnym głosem: 

background image

 

 

Młody rzeźbiarz Mort Mellon 
zakochał się w pięknej Helen, 
lecz bogowie brew zmarszczyli, 
w czarnej rzece go pławili. 
Jaka ręka go zdradziła, o tym milczy tren. 
Panna Roop uniosła brodę. 
- To zupełny brak szacunku, panno Rice. 
-  Kogo  to  obchodzi?  -  odcięła  się  Hixie.  -  Wszyscy  oni  nie 

Ŝ

yją. 

- Panu Mausowi nie podobałoby się to, gdyby tu był. 
- Ale go tu nie ma, jest w połowie drogi do Miami. 
- Miami? - powtórzył Qwilleran. 
Pani  Marron  przyniosła  mu  trochę  więcej  szynki,  której  z 

Ŝ

alem  odmówił,  choć  przyjął  trochę  skrawków  dla  swoich 

współlokatorów. 

- Przy okazji, pani Marron, nie będzie mnie w mieście na noc, 

czy byłaby pani tak uprzejma i nakarmiła moje koty jutro rano? 

-  Nie  wiem  zbyt  wiele  o  kotach  -  powiedziała.  -  Czy  mam 

zrobić coś szczególnego? 

- Proszę pokroić w kostkę trochę mięsa i dać im świeŜą wodę. 

I  proszę  się  bezwzględnie  upewnić,  Ŝe  nie  wydostaną  się  z 
apartamentu. - Do reszty ludzi przy stole powiedział zaś: - Mam 
zlecenie w Rattlesnake Lakę. Dan, musisz mi obiecać, Ŝe twoje 
zaproszenie  będzie  nadal  aktualne.  Ale,  ale,  moŜe  uda  nam  się 
załatwić fotografa na poniedziałek. 

Dan zamruczał i pokiwał głową. Qwilleran kontynuował: 
- Skóra mi cierpnie na myśl o długiej podróŜy samocho 
dem firmowym nad to jezioro. Zdaje się, Ŝe „Fluxion" kupił 
całą flotę rozklekotanych gratów. 
Miękki głos po jego lewej stronie powiedział:  
- Potrzebujesz towarzystwa? Byłabym szczęśliwa, mogąc 
wyprawić się na przejaŜdŜkę. Mógłbyś poprowadzić mój wóz. 
Dziennikarz odwrócił się i spojrzał głęboko w oczy Rosema-

ry  Whiting  -  spokojne,  zamyślone.  To  ona  przyniosła  kotom 

background image

 

 

kłębek  włóczki.  Jej  brązowe  oczy  przepełnione  były  czymś,  co 
nie  od  razu  rozpoznał.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  Ŝe  jest  aŜ  tak 
atrakcyjna.  Oczy  tryskające  zdrowiem,  skóra  jak  bita  śmietana, 
błyszczące włosy. 

Po zbyt długim wahaniu odparł pospiesznie: 
-  Jasne!  Będę  ci  ogromnie  wdzięczny  za  towarzystwo.  JeŜeli 

wyjedziemy zaraz po lunchu, starczy nam czasu na spokojną 

jazdę i dobrą kolację w gospodzie. Jestem sędzią w konkursie, 
ale dopiero jutro po południu, więc moŜemy pospać do późna 
i  w  drodze  powrotnej  zatrzymać  się  jeszcze  na  „małe  coś  na 

ząb". 

Panna  Roop  rozwiązywała  swoją  krzyŜówkę  z  ustami 

zaciśniętymi w cienką prostą kreskę. 

  

Rozdział jedenasty 

 
- Koko nie chciał, Ŝebym wyjeŜdŜał - powiedział Qwille- 
ran  do  Rosemary,  kiedy  odjeŜdŜali  spod  Maus  Haus  jej 

ciemnoniebieskim  samochodem.  -  Gdy  tylko  wyciągnąłem 
walizkę, zaczął piszczeć. 

Rzucił  szybkie  spojrzenie  w  kierunku  swojej  pasaŜerki.  W 

Maus  Haus  ocenił  jej  wiek  na  około  trzydzieści  lat,  ale  teraz, 
widząc  ją  w  świetle  dnia,  podniósł  swoje  wyliczenia  do 
czterdziestki, wczesnej czterdziestki. 

-  Wygląda  pani  wspaniale  -  powiedział.  -  Te  pszenne  kiełki, 

którymi  wszystko  pani  posypuje,  dobrze  pani  słuŜą.  Od  jak 
dawna prowadzi pani swój sklep ze zdrową Ŝywnością? 

- Od dwóch lat - odparła. - Po śmierci męŜa sprzedałam mój 

dom,  przeprowadziłam  się  do  śródmieścia  i  zainwestowałam 
pieniądze w interes. 

- Dzieci? 
- Dwóch synów. Obaj są lekarzami. 
Qwilleran  zerknął  ukradkiem  na  swoją  pasaŜerkę  i  dokonał 

szybkich obliczeń. Czterdzieści pięć, pięćdziesiąt? 

background image

 

 

- Proszę mi powiedzieć - spytała Rosemary  - co  sprowadziło 

pana do Maus Haus? 

Opowiedział  jej  o  nowym  zleceniu,  o  zaproszeniu  Roberta 

Mausa  na  kolację  smakoszy  i  jego  niespodziewanym  spotkaniu 
ze starą znajomą Joy Graham. 

-  Wydawało  mi  się,  Ŝe  to  coś  więcej  niŜ  tylko  przypadkowa 

znajomość. 

- Jest pani bardzo domyślna. Joy i ja planowaliśmy się pobrać, 

kiedyś,  dawno  temu.  -  Qwilleran  nacisnął  ostro  hamulce.  - 
Przepraszam  -  powiedział.  -  Widziała  pani  tego  głupiego  kota? 
Spacerował  sobie  najspokojniej  w  świecie  przez  środek 
autostrady,  a  kiedy  znalazł  się  bezpiecznie  po  drugiej  stronie, 
rzucił się biegiem jak wariat. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie poczytał mi pan za bezczelność tego, 

Ŝ

e wprosiłam się na dzisiejszą wycieczkę, panie Qwilleran? 

-  Wcale.  Jestem  zaszczycony.  Powinienem  pierwszy  o  tym 

pomyśleć.  I  proszę,  nazywaj  mnie  Qwill.  Nie  mam  zamiaru 
tytułować cię panią Whitning przez cały weekend. 

- Miałam powód, Ŝeby chcieć tu przyjechać. Jest coś, o czym 

chciałam  z  tobą  porozmawiać,  ale  niekoniecznie  teraz. 
Chciałabym rozkoszować się widokami. 

Kiedy 

jechali 

przez 

wiejskie 

krajobrazy, 

Rosemary 

obserwowała  i  komentowała  kaŜdą  tłocznię  cydru,  kopalnię 
Ŝ

wiru, silos, stado cielaków, kamienną stodołę, drewniany płot z 

podwójną  Ŝerdzią.  Miała  przyjemny  głos  i  jej  towarzystwo 
relaksowało 

Qwillerana. 

Zanim 

dojechali 

do 

gospody 

„Rattlesnake",  Qwilleran  doznał  czegoś,  co  moŜna  by  nazwać 
rozluźniającym zadowoleniem. Rosemary zauwaŜyła, Ŝe byłoby 
miło,  gdyby  mogli  dostać  sąsiadujące  pokoje,  i  Qwilleran 
powiedział sobie, Ŝe to będzie udany weekend. 

Gospoda  była  chwiejną  konstrukcją,  która  powinna  była 

spłonąć  co  najmniej  pół  wieku  temu.  Wierzby  płaczące 
rozpostarły  się  nad  brzegiem  jeziora,  a  po  jego  szklistej 
powierzchni  sunęły  kajaki.  Przed  kolacją  Qwilleran  wynajął 

background image

 

 

łódkę z płaskim dnem i przewiózł Rosemary tam i z powrotem 
przez  jezioro.  W  porze  koktajlu  poszli  zatańczyć  wiecznie 
młody,  bezimienny,  pozbawiony  formy  taniec,  który  Qwilleran 
wymyślił  dwadzieścia  pięć  lat  wcześniej,  kiedy  nie  dbał  o  to, 
Ŝ

eby być na czasie. 

- Myślę, Ŝe będę świętować - powiedział. - Zawieszam 
dzisiaj moją dietę. 
Mimo  Ŝe  gospoda  „Rattlesnake"  nie  była  słynna  z  jakości 

podawanego  tam  jedzenia,  to  z  pewnością  była  nie  prześcig-
niona  w  ilości  i  wielkości  serwowanych  dań.  Na  stole  z 
przekąskami  ustawionych  było  ponad  trzydzieści  róŜnych 
potraw,  wszystkie  rozdrobnione  i  przyprawione  tym  samym 
octowym  sosem.  Menu  oferowało  wybór  dziesięciu  steków, 
wszystkie  tak  samo  miękkie,  drogie  i  pozbawione  smaku. 
Koktajle  z  krewetek  były  ogromne  i  gumiaste.  Imponujący 
wybór  bułeczek,  biszkoptów  i  muffinów  przyjechał  do  stołu  w 
zimnych  jak  lód  podgrzewaczach  do  pieczywa.  Pieczone 
ziemniaki  podano  w  koszulkach  z  aluminiowej  folii,  które 
przylegały  do  nich  na  całej  prawie  powierzchni,  z  wyjątkiem 
tych  małych  fragmentów,  na  których  folia  wgnieciona  była  do 
ś

rodka.  Gospoda  serwowała  szparagi,  które  smakowały  jak 

brukselka,  i  szpinak,  który  przypominał  starą  gąbkę  do 
zmywania  naczyń.  Drewniane  miski  na  sałatę  o  średnicy 
trzydziestu centymetrów, które z wiekiem zjełczały, wypełnione 
były  po  brzegi  anemiczną  sałatą  i  łódeczkami  syntetycznych 
pomidorów.  Specjalnością  zakładu  okazał  się  bufet  z 
dwudziestoma  siedmioma  kremowymi  ciastami,  których 
głównym składnikiem był waniliowy budyń w proszku. 

Magia  wieczoru  sprawiła  jednak,  Ŝe  ani  QwiIleranowi,  ani 

Rosemary nie przyszło na myśl, Ŝeby narzekać na jedzenie. 

Kiedy  siedzieli  nad  filiŜankami  czegoś,  co  gospoda  „Rattle-

snake" nazywała kawą, Rosemary przeszła do rzeczy. 

- Chcę z tobą porozmawiać o Williamie - powiedziała.  

background image

 

 

-  Staliśmy  się  dobrymi  przyjaciółmi.  Młody  męŜczyzna 

potrzebuje starszej kobiety, nie matki, Ŝeby się jej zwierzać. Nie 
myślisz? 

Qwilleran pokiwał głową. 
-  William  ma  dobre  cechy.  Brakuje  mu  jasno  wytyczonego 

celu, ale zawsze byłam przekonana, Ŝe odnajdzie swoją drogę. 

Wiem, Ŝe ma o tobie wysokie mniemanie, dlatego mówię ci 
o  tym...  Martwię  się  o  niego.  Niepokoi  mnie  jego 

nieobecność. 

Qwilleran pogładził wąsy. 
- Jaki jest powód twojego niepokoju? 
-  Wczoraj  wieczorem  wrócił  do  domu  około  jedenastej,  po 

tym  jak  odwiedził  swoją  matkę.  Wstąpił  do  mnie,  Ŝeby 
powiedzieć mi kilka rzeczy. 

- Jakich rzeczy? 
- CóŜ, jest bardzo ciekawską osobą... 
- To akurat wiem.  
- Wypytywał o ostatnie zdarzenia w Maus Haus. Twierdzi, Ŝe 

kryje się za nimi coś więcej niŜ to, co widać gołym okiem. 

- Wspominał o czymś szczególnym? 
- Powiedział mi, Ŝe ma coś na Dana Grahama i Ŝe zamierza to 

zbadać.  Wiesz,  zabawia  się  w  detektywa,  czyta  wszystkie  te 
kryminały. Mówiłam mu, Ŝeby się nie mieszał. 

- Masz pojęcie, jaki rodzaj przestępstwa podejrzewał? 
-  Nie,  zapowiedział  tylko,  Ŝe  ma  zamiar  w  nocy  odwiedzić 

Dana i popytać  go przy  drinku. Miał nadzieję, Ŝe w ten sposób 
uzyska jakiś dowód. 

- I co, poszedł? 
- O ile wiem, tak. A dziś rano... 
- Poszedłem go poszukać, łóŜko nie było ruszone, jestem tego 

pewien - powiedział Qwilleran. 

- A poza tym jego samochód stoi pod wiatą... No nie wiem... 

Nikt  inny  się  nie  przejmuje.  Pan  Maus  mówi,  Ŝe  William  jest 

background image

 

 

nieobliczalny.  Pani  Marron  uwaŜa,  Ŝe  nie  moŜna  na  nim 
polegać. A ty co myślisz, Qwill? 

-  Jeśli  nie  będzie  go  tam,  kiedy  wrócimy  jutro  wieczorem, 

trzeba  będzie  popytać.  Wiesz,  jak  się  skontaktować  z  jego 
matką? 

-  Przypuszczam,  Ŝe  jej  numer  jest  w  ksiąŜce  telefonicznej. 

Poza tym William ma narzeczoną, czy kogoś w tym guście. 

-  Myślisz,  Ŝe  mógłby  gdzieś  z  nią  wyjechać?  Wiemy,  kto  to 

jest i jak się z nią skontaktować? 

Rosemary  potrząsnęła  głową  i  oboje  pogrąŜyli  się  w 

milczeniu. Po chwili Qwilleran powiedział: 

- Próbowałem sam się czegoś dowiedzieć o Joy Graham. Czy 

interesowała  się  tym  handlarzem  Ŝywnością?  Pojechałaby  za 
nim do Miami? 

-  Za  panem  Hamiltonem?  Nie  wydaje  mi  się.  ZbliŜa  się  jej 

wystawa, a ona bardzo poświęca się swojej pracy. 

-  Dan  powiedział,  Ŝe  dostał  od  niej  kartkę  i Ŝe  jest  w  drodze 

do Miami. Podobno prosiła, Ŝeby przesłać jej tam letnie rzeczy. 
Przypadkiem  powiedziała  mi,  Ŝe  nienawidzi  Florydy,  więc  nie 
wiem, w co mam wierzyć. Co myślisz o jej męŜu, Rosemary? 

- Przykro mi, ale nigdy go nie lubiłam, i myślę, Ŝe inni czują 

podobnie.  ZauwaŜyłeś',  jak  rozmowa  przygasa,  kiedy  tylko  on 
otworzy usta? 

- Słyszałaś o paskudnej sytuacji, w jakiej jest „Golden  Lamb 

Chop"?  -  spytał  Qwilleran.  -  Czy  to  się  zaczęło,  kiedy 
Grahamowie zamieszkali w Maus Haus? 

- Tak myślę. 
-  A  czy  wydaje  ci  się,  Ŝe  Dan  mógłby  być  za  to 

odpowiedzialny? To zazdrosny typ. 

-  Nie  sądzę,  Ŝeby  między  Joy  i  Maksem  coś  było.  Są  dla 

siebie  zbyt  przyjaźni  w  towarzystwie.  Gdyby  mieli  romans,  to 
ostroŜnie  unikaliby  siebie  przy  stole.  Poza  tym  Max  jest  zbyt 
wymuskany,  Ŝeby  mieć  romans.  On  nawet  nie  podaje  nikomu 
ręki, ani męŜczyźnie, ani kobiecie. - Przestała mówić i zaśmiała 

background image

 

 

się.  -  William  mówi,  Ŝe  Max  suszy  szczoteczkę  do  zębów 
suszarką do włosów. 

Qwilleran wyciągnął fajkę, a Rosemary pociągnęła z filiŜanki 

łyk czegoś, co miało być kawą. Po chwili spytała: 

-  Czy  kiedykolwiek  przyszło  ci  do  głowy,  Ŝe  pan  Maus  jest 

samotnym i nieszczęśliwym człowiekiem? 

-  Niby  dlaczego  miałby  być  samotny?  -  zrewanŜował  się 

pytaniem  Qwilleran.  -  Ma  swoje  francuskie  noŜe  i  ośmiopal-
nikową kuchenkę. 

- Nie jesteś powaŜny - zachichotała. - Jego Ŝona nie Ŝyje, nie 

ma  serca  do  prawa,  powinien  prowadzić  dobrą  restaurację.  We 
wtorek  wieczorem,  po  kolacji  u  mojego  syna,  wróciłam  do 
domu po północy. Zobaczyłam światło w kuchni, więc weszłam, 
Ŝ

eby  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Pan  Maus  siedział  przy  stole  z 

głową wspartą na rękach. Do oka przykładał kawałek surowego 
mięsa. 

- Filet ze schabu, oczywiście. 
- W porządku, nie opowiem ci, co było dalej. 
- Przepraszam, kontynuuj. 
-  Powiedział  mi,  Ŝe  siedział  na  ławce  nad  rzeką,  a  kiedy  się 

podniósł,  Ŝeby  wrócić  do  domu,  potknął  się  na  pomoście.  Nie 
myślisz, Ŝe to smutne siedzieć samemu nad rzeką? 

- Dla mnie miał inne wytłumaczenie - powiedział Qwilleran.  
-  Zatańczysz  ze  mną?  Ja  takŜe  jestem  smutnym,  samotnym, 

nieszczęśliwym człowiekiem.  

Tańczyli  wolno  i  w  zamyśleniu.  Qwilleran  zastanawiał  się, 

czy  nie  zaproponować  spaceru  w  świetle  księŜyca,  kiedy  nagle 
poczuł  się  kompletnie  wyczerpany.  Ramiona  mu  opadły,  na 
twarzy  widać  było  zmęczenie.  Był  na  nogach  od  świtu,  prze-
dreptał wzdłuŜ i wszerz targ farmerski, prowadził całą drogę do 
Rattlesnake,  potem  było  wiosłowanie  (nie  wiosłował  od 
piętnastu lat), potem taniec, obfity posiłek... 

-  Jesteś  zmęczony?  -  zapytała  Rosemary.  -  Masz  za  sobą 

cięŜki dzień. Dlaczego nie pójdziemy na górę? 

background image

 

 

Qwilleran zgodził się z wdzięcznością. 
- Chcesz, Ŝebym ci pomasowała kark i ramiona? - zapytała.  
- To cię zrelaksuje i będziesz lepiej spał. Ale najpierw gorąca 
kąpiel, Ŝebyś nie miał zakwasów po całym tym wiosłowaniu. 
Przygotowała  dla  niego  kąpiel,  barwiąc  wodę  solami 

mineralnymi  na  kolor  zielonej  sałaty,  i  po  tym  jak  Qwilleran 
moczył  się  przez  przepisowe  dwadzieścia  minut,  wytrzasnęła 
skądś  butelkę  balsamu  pachnącego  lekko  ogórkiem.  Kojący 
masaŜ,  aromatyczny  balsam  i  zdania  szeptane  przez  Rosemary, 
których  tylko  połowę  słyszał,  wszystko  to  sprawiło,  Ŝe  poczuł 
się senny. Czuł się - zastanawiał się - chciał powiedzieć, Ŝe - ale 
był tak rozluźniony... taki śpiący... moŜe jutro... 

Było  juŜ  niedzielne  południe,  kiedy  Qwilleran  się  budził. 

Okazało  się,  Ŝe  Rosemary  nie  śpi  juŜ  od  siódmej  i  zdąŜyła 
przespacerować  się  wokół  jeziora.  Zjedli  w  pośpiechu  lunch  i 
zeszli  do  sali  balowej,  Ŝeby  wziąć  udział  w  konkursie.  Tam 
jednak  odkryli,  Ŝe  zmieniono  plany  i  organizatorzy  przesunęli 
konkurs na rano, Ŝeby dogodzić ekipom telewizyjnym. Mimo to 
pełnomocnik  organizatorów  do  spraw  kontaktów  z  klientami 
przedstawił Qwillerana dumnym zwycięzcom. 

Qwilleran  pogratulował  wyglądającej  na  babcię  twórczyni 

marmurkowego  tortu  mokka  z  bitą  śmietaną,  odwróconego 
spodem  do  góry;  Ŝywotnej  matronie  za  jej  anielskie  ciasto  z 
karmelem  na  orzechach  brazylijskich;  niezwykle  dumnemu 
delikatnemu  męŜczyźnie  za  jego  aksamitne  lodowe  ciasto  z 
czekoladą  na  kwaśnej  śmietanie  i  w  końcu  zwycięŜczyni  w 
kategorii  juniorów.  Była  to  drobna  dziewczyna  z  prostymi 
długimi  włosami,  o  bolesnym  uśmiechu,  która  spreparowała 
psychodeliczne ciasto. Qwilleran gapił się na piętrzące się przed 
nim  czekoladę,  orzechy,  bezy,  truskawki,  kokos  i  zobaczył 
bananowy  split  sprzed  dwudziestu  pięciu  lat.  Spojrzał  na 
dziewczynę i zobaczył Joy. 

- Chodźmy stąd - szepnął do Rosemary. - Widzę duchy. 

background image

 

 

Odjechali  do  domu  późnym  wieczorem,  zrelaksowani  i 

swobodni.  W  czasie  podróŜy  rozmawiali  lub  milczeli,  w 
zaleŜności  od  humoru.  Była  juŜ  północ,  kiedy  weszli  do 
Wielkiego Holu w Maus Haus. 

-  Kiedy  znów  będę  mógł  zabrać  cię  na  kolację?  -  zapytał 

Rosemary. - MoŜe we wtorek wieczorem? 

-  Chętnie  -  przytaknęła  -  ale  muszę  iść  na  recital.  Jeden  z 

moich wnuków gra na skrzypcach. 

- Masz wnuki? 
- Mam trójkę wnuków. 
- Nie mogę uwierzyć, Ŝe jesteś babcią! Ten skrzypek musi być 

cudownym dzieckiem. 

- Ma dwanaście lat - powiedziała Rosemary, kiedy zaczęli się 

wspinać  po  schodach.  -  Jest  najmłodszy.  Pozostali  dwaj  są  w 
college'u. 

Qwilleran spojrzał na babcię trojga wnuków z uwielbieniem. , 
-  Lepiej  zorganizuj  mi  trochę  tych  kiełków  -  powiedział. 

Spojrzała  na  niego  słodko  i  zwycięsko,  a  Qwilleran  rzucił 
walizki  i  pocałował  ją.  W  tym  momencie  usłyszeli  krzyk  i  z 
kuchni  wyłoniła  się  zapłakana  pani  Marron.  Rosemary  zbiegła 
na dół i objęła gosposię ramieniem. - Co się stało, pani Marron, 
co jest nie tak? 

- Coś... coś okropnego - załkała pani Marron. - Nie wiem, jak 

to panu powiedzieć. 

Qwilleran rzucił się na dół. 
- Czy chodzi o Williama? Co się stało? 
Pani  Marron  spojrzała  na  niego  przeraŜonym  wzrokiem  i 

zalała się łzami. 

- Koty! - załkała. - Zachorowały. 
-  Co  takiego?  -  Qwilleran  zaczął  wskakiwać  po  schodach  po 

trzy naraz, ale nagle zatrzymał się. - Gdzie one są? 

Pani Marron zawyła:  
- Zostały... zostały zabrane. 

background image

 

 

-  Gdzie?  -  zaŜądał  odpowiedzi.  -  Do  weterynarza?  Którego? 

Do szpitala? 

Potrząsnęła głową i przykryła twarz rękami. 
- Wezwałam... wezwałam inspektorat sanitarny. One nie Ŝyją! 
- Nie Ŝyją! To niemoŜliwe. Oba? Były całkowicie zdrowe. Co 

się stało? 

Gosposia  była  zbyt  roztrzęsiona,  Ŝeby  mówić,  mogła  tylko 

zawodzić. 

- Czy zostały otrute? Musiały zostać otrute. Kto się do nich 
zbliŜał?  -  Qwilleran  złapał  panią  Marron  za  ramiona  i 

potrząsnął nią. - Kto wchodził do mojego mieszkania? Czym je 
pani nakarmiła? 

Kręciła Ŝałośnie głową z boku na bok. 
- Na Boga! - powiedział Qwilleran. - Jeśli to trucizna, za 
biję tego, kto to zrobił! 
  
 
Rozdział dwunasty 
 
Qwilleran 

przemierzał 

swój 

apartament. 

Rosemary 

zaoferowała, Ŝe posiedzi z nim, ale ją odesłał. 

-  Mój  BoŜe!  Inspektorat  sanitarny!  -  powiedział  na  głos, 

uderzając  się  w  czoło  otwartą  dłonią.  -  śadnej  moŜliwości, 
mogłem,  przynajmniej  mogłem  pochować  je  z  odrobiną 
godności. - Przestał, bo zdał sobie sprawę, Ŝe mówi do czterech 
ś

cian.  Przywykł  do  widowni.  Były  takimi  uwaŜnymi 

słuchaczami,  takimi  oddanymi  towarzyszami,  zawsze  gotowe, 
aby  dodać  odwagi,  zapewnić  rozrywkę  lub  samotność,  w 
zaleŜności  od  nastroju,  który  zawsze  były  w  stanie  bezbłędnie 
wyczuć. Teraz ich zabrakło. Nie mógł pogodzić się z tą myślą. 

-  Inspektorat  sanitarny!  -  powtórzył  z  jękiem.  Teraz 

przypomniał  sobie,  Ŝe  Koko  nie  chciał,  Ŝeby  wyjeŜdŜał  na  tę 
weekendową 

wyprawę. 

Być 

moŜe 

koty 

przeczuwają 

niebezpieczeństwa. Ta myśl sprawiła, Ŝe Ŝałoba Qwillerana stała 

background image

 

 

się  jeszcze  bardziej  bolesna.  Jego  ręce  były  zaciśnięte,  czoło 
mokre  od  potu.  Był  gotów  unicestwić  bestię,  która  pozbawiła 
Ŝ

ycia te dwa niewinne stworzenia. Ale czyja to wina? Jak moŜe 

cokolwiek udowodnić? Bez tych dwóch małych ciałek nigdy nie 
udowodni  zatrucia.  Ktoś  musiał  wejść  do  mieszkania  podczas 
jego  nieobecności.  Kto?  Oprócz  pani  Marron  jedynymi 
mieszkańcami, którzy pozostali w domu podczas weekendu, byli 
Max  Sorrel,  Charlotte  Roop,  Hixie  i  Dan  Graham.  I  moŜe 
William, jeśli wrócił. 

Qwilleran  podniósł  pusty  talerz,  na  którym  koty  dostawały 

jedzenie, i powąchał go. Wziął łyk wody z miseczki i wypluł ją. 
Nie  smakowało  niczym  niezwykłym,  zapach  nie  wzbudzał 
podejrzeń. Usłyszał odgłosy kroków na schodach. To musi być 
Maus, zdecydował, pewnie wraca z weekendu w Miami. 

Qwilleran otworzył drzwi na ościeŜ i wyszedł do holu, Ŝeby 
  
stanąć  przed  swoim  gospodarzem.  To  nie  był  Maus,  to  był 

Max Sorrel. 

- Człowieku, co z tobą? Wyglądasz, jakbyś miał delirium. 
-  Słyszałeś,  co  się  stało  z  moimi  kotami?!  -  wrzasnął 

Qwilleran. - Pojechałem na noc poza miasto, a one zachorowały 
i umarły. Przynajmniej to mi jest. 

- Cholera, wiem, ile znaczyły dla ciebie te małe małpki. 
-  Powiem  ci  jedną  rzecz.  Nie  wystarcza  mi  to  wyjaśnienie. 

Myślę, Ŝe zostały otrute! I ktokolwiek to zrobił, poŜałuje! 

Sorrel pokiwał głową. 
-  Nie  wiem.  MoŜe  nad  tym  domem  ciąŜy  jakieś  fatum. 

Najpierw gosposia, potem ja, a potem... 

-  Co  masz  na  myśli?  Co  z  gosposią?  -  Qwilleran  zaŜądał 

wyjaśnień. 

- Tragedia. Prawdziwa tragedia. Jej wnuczek - dzieciak, tego 

wzrostu - przyszedł w odwiedziny i wpadł do rzeki. Sądzą, Ŝe to 
luźna  deska  w  pomoście.  Słuchaj...  Qwilleran,  potrzebujesz 
pięćdziesiątkę whiskey, wejdź do mnie, strzelisz sobie. 

background image

 

 

-  Nie,  dzięki  -  powiedział  z  oporem  Qwilleran.  -  Muszę  to 

rozpracować na mój własny sposób. 

Wrócił  do  pokoju  i  zapatrzył  się  w  pustkę.  Chciał  się 

wyprowadzić.  Zrobi  to  jutro.  Zamieszka  w  hotelu.  Sporządził 
listę rzeczy, których nie będzie juŜ więcej potrzebował: umieścił 
na  niej  obroŜę  i  smycz,  która  wisiała  teraz  na  oparciu  fotela, 
niebieską  poduszkę,  szczotkę,  którą  kupił  i  której  zapominał 
uŜywać,  kocią  kuwetę  ze  Ŝwirkiem,  schludnie  odgarniętym  w 
jeden kąt naczynia. Były takie porządne w swoich codziennych 
obowiązkach... Oczy Qwillerana stały się wilgotne. 

Wiedział, Ŝe nie będzie mógł zasnąć, więc usiadł do maszyny 

do  pisania,  Ŝeby  napisać  kolumnę  do  gazety  -  requiem  dla 
dwojga  utraconych  przyjaciół.  Przelanie  smutku  na  papier  ulŜy 
mu, był tego pewien. Nadszedł czas, Ŝeby odkryć przed światem 
niesłychane  umiejętności  Koko.  Rozwiązał  trzy  zagadki,  trzy 
zabójstwa.  Był  to  prawdopodobnie  jedyny  kot  w  tym  kraju, 
który  posiadał  legitymację  prasową  podpisaną  przez  szefa 
policji.  Qwilleran  oparł  ręce  na  klawiaturze  maszyny  i 
zastanawiał się, jak zacząć. Jego umysł tonął w oceanie myśli - 
Ŝ

adna  z  nich  nie  była  adekwatna.  Wzrok  padł  na  kartkę 

wkręconą  w  wałki  maszyny.  Były  tam  wystukane  dwie  litery: 
pb.  Dziennikarz  poczuł  mroŜący  dreszczyk  u  nasady  wąsów: 
pogrzebowa baranina! 

Właśnie  wtedy  usłyszał  daleki  płacz.  Wsłuchał  się  uwaŜnie. 

Brzmiało  to  jak  płacz  dziecka.  Pomyślał  o  chłopcu,  który 
zatonął,  i  zadrŜał.  Płacz  powtórzył  się  głośniej  i  w  ciemności 
panującej  za  oknem  Qwilleran  dostrzegł  jakiś  blady  kształt, 
zawieszony  w  powietrzu.  Przetarł  oczy  i  wpatrywał  się,  nie 
wierząc temu, co widzi. Usłyszał drapanie w szybę. 

-  Koko!  -  krzyknął  męŜczyzna  i  jednym  szarpnięciem 

otworzył klamkę. 

Kot zeskoczył na biurko, w ślad zanim zeskoczyła Yum Yum, 

oba  błyszczące  w  świetle  lampy.  Nie  przywitały  się  w  ogóle, 
tylko  skoczyły  na  podłogę  i  truchtem  pobiegły  do  kuchni  w 

background image

 

 

poszukiwaniu  talerza  z  kolacją.  PoŜądliwie  chłeptały  wodę  z 
miseczki. 

- Jesteście zagłodzone! Jak długo byłyście tam, na zewnątrz? 
Inspektorat  sanitarny!  Co  odbiło  tej  kobiecie?  Miała 

halucynacje, czy co? - Rzucił się, Ŝeby otworzyć puszkę łososia, 
i patrzył, jak go pochłonęły. Tym razem nie było śladu kociego 
protokołu,  Ŝadnych  nonsensownych  reguł  typu  koty  przed 
kotkami. 

Yum Yum walczyła o swoją część. 
Teraz  Qwilleran  opadł  na  fotel,  czując  nieprzezwycięŜalne 

zmęczenie.  Koty  skończyły  jeść,  umyły  sobie  pyszczki i  razem 
wdrapały  się  na  jego  kolana  -  coś,  czego  nigdy  przedtem  nie 
robiły.  Ich  stopy  i  ogony  były  zimne.  Wczołgały  się  na  klatkę 
piersiową  Qwillerana  i  połoŜyły  na  brzuszkach  obok  siebie, 
patrząc mu w twarz. Ich oczy byłe duŜe i niecierpliwe. 

Uściskał je oba. Uściskał Yum Yum czule, bo pamiętał, jak w 

pierwszej  szalonej  reakcji  na  złe  wieści  martwił  się  głównie  o 
Koko.  Wyrzucał  to  sobie  teraz.  ZaleŜało  mu  na  nich  obojgu  i 
jeśli cenił Koko za jego szczególne talenty, to cenił takŜe Yum 
Yum za to, Ŝe patrzyła na niego w taki sposób, Ŝe nie mógł jej 
niczego  odmówić,  Ŝe  potrafiła  złamać  mu  serce,  kiedy  tak 
spoglądała  wprost  spod  zmruŜonych  powiek.  W  ramach 
przeprosin przytulił ją mocniej. 

Do Koko powiedział natomiast:  
- I wcale nie dbam o to, jeśli nie rozwiąŜesz juŜ nigdy Ŝadnej 

sprawy. 

Wokół kotów panował jakiś szczególny zapach. Powąchał ich 

futerko.  Pachniało  ziemią.  Po  kilku  chwilach  koty  rozgrzały 
łapki  i  czuły  się  na  tyle  zadowolone,  Ŝe  zaczęły  mruczeć  i 
ostatecznie  zasnęły,  wtulając  się  w  pierś  Qwillerana.  On  takŜe 
zasnął.  Obudził  się  o  świcie.  Miał  sztywne  ramiona  i 
praktycznie  sparaliŜowany  kark.  Koty  przeniosły  się  gdzie 
indziej, w wygodniejsze miejsca. 

background image

 

 

Na początku nie potrafił przekonać się, Ŝe panika zeszłej nocy 

nie  była  tylko  sennym  koszmarem,  ale  kiedy  wziął  gorący 
prysznic, przypomniał sobie rozkosze weekendu, jak i ból, który 
towarzyszył  powrotowi  do  domu.  W  drodze  na  dół,  na 
ś

niadanie,  wsunął  karteczkę  pod  drzwi  Rosemary:  „Fałszywy 

alarm.  Koty  są  w  domu.  Wałęsały  się  gdzieś.  Pani  Marron 
zwariowała". 

W kuchni zastał tylko Hbcie, która robiła jajecznicę i tosty z 

bułeczek z połówkami orzechów pekan. 

-  Słyszałeś  wieści?  -  zapytała  z  satysfakcją.  -  Mickey  Maus 

jest  na  Kubie.  Jego  samolot  został  porwany.  Pani  Marron 
odeszła, więc dzisiaj rano jesteśmy zdani tylko na siebie. 

- Odeszła z pracy? 
-  Zostawiła  notatkę  na  stole  kuchennym,  Ŝe  nie  mogłaby 

zostać  po  tym,  co  wydarzyło  się  w  ten  weekend.  Co  się 
właściwie stało? Ktoś ją zgwałcił, czy co? 

- Nie wiem dokładnie, co się stało ani jak - odparł Qwilleran - 

ale  mówiła  kompletne  bzdury.  Nie  wiem  dlaczego,  ale 
oznajmiła  mi,  Ŝe  koty  zachorowały  i  umarły.  Tak  właściwie  to 
wspięły się na okno i wyszły. Wróciły do domu po północy. 

-  Cały  wczorajszy  dzień  zachowywała  się  śmiesznie  - 

powiedziała Hbrie. - Dlaczego miałaby mówić ci, Ŝe umarły? 

- Czy wiesz, jak się z nią skontaktować? Chciałbym ją prosić, 

Ŝ

eby wróciła. 

-  Ma  zamęŜną  córkę  gdzieś  w  mieście...  Och,  bracie,  to  był 

weekend,  Ŝe  niech  mnie!  Wczoraj  wybuchł  podgrzewacz  do 
wody; Mickey Maus był za miastem; przyszła delegacja z klubu 
tenisowego  z  zaŜaleniem;  William  się  nie  pokazał;  Max 
pracował;  Charlotte  była  chora,  więc  ja  samiuśka  musiałam 
stawić  czoła  wszystkim  tym  katastrofom,  tak  jakbym  sama  nie 
miała 

wystarczająco 

duŜo 

problemów. 

Chcesz 

trochę 

jajecznicy?  Po  śniadaniu  Qwilleran  zadzwonił  do  córki  pani 
Marron. 

background image

 

 

- Proszę jej powiedzieć, Ŝe wszystko jest w porządku. Proszę 

jej przekazać, Ŝe koty wróciły. Proszę spytać, czy  podejdzie do 
telefonu i porozmawia z panem Qwilleranem. 

Po  dłuŜszej  chwili  pani  Marron,  popłakując,  wzięła 

słuchawkę. 

-  Proszę  się  o  nic  nie  martwić  -  zapewnił  ją  Qwilleran.  - 

Nikomu nie stała się krzywda, z wyjątkiem tego, Ŝe najadłem się 
przez panią strachu. Najwidoczniej koty wydostały się na dach. 
Czy  otwierała  pani  okno,  kiedy  przyszła  pani  posprzątać  mój 
pokój w sobotę? 

- Tylko na moment, Ŝeby strzepnąć miotełkę do kurzu. Spały 

na niebieskiej poduszce. Sprawdzałam. 

-  MoŜe  nie  zamknęła  pani  dokładnie  okna.  Koko  jest 

specjalistą  od  otwierania  nie  zablokowanych  klamek.  Ale 
dlaczego wymyśliła pani tę historyjkę o inspektoracie? 

Pani Marron milczała, słychać było tylko pociąganie nosem.  
- Nie jestem zły, pani Marron. Chcę tylko wiedzieć dlaczego. 
- Wiedziałam, Ŝe ich nie ma, kiedy przyszłam je nakarmić w 

niedzielę rano. Nie mogłam ich znaleźć. Myślałam... myślałam, 
Ŝ

e ktoś je porwał. Wie pan, co zawsze mówi pan Graham... 

- Ale dlaczego powiedziała mi pani, Ŝe nie Ŝyją? 
-  Sądziłam... sądziłam, Ŝe będzie lepiej dla pana, jeśli będzie 

pan  myślał,  Ŝe  nie  Ŝyją,  niŜ  Ŝeby  pan  nie  wiedział.  -  Zaczęła 
płakać.  -  Mój  mały  Nicky,  mój  wnuczek,  nie  wiedzieliśmy,  co 
się z nim stało, przez dwa tygodnie, zanim go znaleźli. Straszne 
jest nie wiedzieć. 

Qwilleran zaczął delikatnie: 
-  Musi  pani  wrócić,  pani  Marron.  Wszyscy  pani 

potrzebujemy. Wróci pani? 

- Mówi pan powaŜnie? 
- Tak. Mówię szczerze. Niech się pani pospieszy, zanim wróci 

pan Maus, a nie powiemy mu nic o tym incydencie.  

Przed  wyjściem  do  biura  Qwilleran  wyszczotkował  futro 

kotów  nową  szczotką.  Koko  poddał  się  temu  zabiegowi  z 

background image

 

 

diabelskim  zadowoleniem  -  wyginając  grzbiet,  wyciągając 
szyję,  gulgocząc  gardłowe  wyrazy  ukontentowania.  Potem 
przewrócił się na bok i zaczął wykonywać ruchy, jakby płynął. 

-  Masz  niezły  styl  -  powiedział  Qwilleran.  -  MoŜe  zgłosimy 

cię  do  druŜyny  olimpijskiej,  w  kategorii  kraula.  -  Natomiast 
Yum Yum trzeba było ścigać po pokoju przez pięć minut, zanim 
poddała się procesowi szczotkowania, który oczywiście przyjęła 
z  rozkoszą.  -  Typowa  baba  -  wymamrotał  Qwilleran,  zdyszany 
po długiej gonitwie. 

Futro  kotów  nadal  czymś  pachniało.  Czy  to  była  glina?  Czy 

były  w  pracowni  Grahamów?  Mogły  wydostać  się  oknem, 
przejść  gzymsem  i  wejść  innym  oknem.  Pani  Marron,  kiedy 
przyszła  je  nakarmić,  zamknęła  lufcik  na  klamkę  i  odcięła  im 
drogę  powrotu.  A  moŜe  wdrapały  się  na  parapet,  Ŝeby  znaleźć 
gołębie?  A  moŜe  Koko  miał  powód,  Ŝeby  powęszyć  w 
garncarni?  Niepokój  u  nasady  wąsów  nie  dawał  Qwilleranowi 
spokoju. 

Otworzył okno, by zbadać zewnętrzny gzyms. Odsunął biurko 

i podskoczył, podciągając się na wysoki parapet. Wychylając się 
daleko na zewnątrz, kołysząc się na parapecie, widział gzyms w 
całości,  jak  przechodzi  pod  wysokimi  oknami  wypałami, 
olbrzymimi oknami pokoju powyŜej, prawdopodobnie poddasza 
Grahamów,  ale  kiedy  spróbował  wsunąć  się  z  powrotem  do 
mieszkania,  okno  zacięło  się.  Wewnątrz  pomieszczenia  jego 
nogi  wierzgały  bezradnie,  a  większa  część  ciała  ugrzęzła  na 
zewnątrz. 

Koko,  zafascynowany  tym  przedstawieniem  na  pół  aktora, 

gdy  spodziewał  się  zobaczyć  całego,  wskoczył  na  biurko  i 
zawył. 

-  Nie  wrzeszcz  na  mnie!  Wezwij  pomoc!  -  krzyczał  przez 

ramię  Qwilleran,  ale  Koko  podszedł  tylko  bliŜej  i  zawył  w 
pobliŜu kieszeni jego spodni. 

-  Co  ty  tam  robisz?  -  doszedł  go  z  dołu  kobiecy  głos.  Hixie 

była w drodze do garaŜu. 

background image

 

 

- Utknąłem, cholera! Wejdź na górę i pomóŜ mi.  
Qwilleran  balansował  na  krawędzi  parapetu,  podczas  gdy 

Hixie  wbiegła  do  środka,  potem  na  górę  do  szóstki,  zbiegła  na 
dół do kuchni po klucz i pobiegła z powrotem na górę. Po kilku 
minutach  ciągnięcia,  pchania,  obejmowania,  ściskania  i 
stękania,  którym  towarzyszyły  piski  Hixie  i  miauczenie  kotów, 
Qwilleran został uwolniony. Podziękował jej szorstko. 

-  Chciałbyś  pójść  ze  mną  na  spotkanie  jutro  wieczorem?  - 

zapytała. - To spotkanie obiadowe Grupy Wsparcia Grubasów... 
Oczywiście nie bierz tego do siebie - dodała. 

Qwilleran wymamrotał coś, Ŝe weźmie to pod uwagę. 
-  A  więc  to  jest  ten  słynny  syjamski  kociak  -  powiedziała, 

wychodząc. - Bonjour, Koko. 

- Miaeioux - odpowiedział Koko po francusku. 
Qwilleran  poszedł  do  biura,  Ŝeby  napisać  do  drugiego 

wydania rutynowy kawałek o zawodach w pieczeniu ciast i Ŝeby 
potwierdzić  swoje  zamówienie  w  dziale  fotografii.  Zlecenie 
przypisane  Bunsenowi  zaznaczone  było  w  grafiku  na  piątą  po 
południu, więc Qwilleran zadzwonił do Dana Grahama, Ŝeby go 
uprzedzić. 

-  Byczo!  No,  po  prostu  byczo!  -  powiedział  Dan.  -  Nie 

wierzyłem, Ŝe to ustawisz! To prawdziwy przełom. Nie muszę ci 
mówić,  Ŝe  to  doceniam.  Chciałbym  zrobić  coś  dla  ciebie.  Co 
powiesz na butelkę? Lubisz burbon? Co pije twój fotograf? 

- Zapomnij o łapówce - odparł Qwilleran. - Historia moŜe się 

nigdy  nie  dostać  do  gazety.  Jedyne,  co  moŜemy  zrobić,  to 
napisać ją, strzelić fotki i gorąco się modlić. - A potem dodał: - 
Właśnie  sobie  przypomniałem,  mam  kilku  znajomych  w 
gazetach  w  Miami,  w  tym  jednego  krytyka,  który  mógłby 
spotkać się tam z Joy. MoŜesz mi podać jej adres? 

- W Miami? Nie znam. Nie wiedziała, gdzie się zatrzyma. 
- No to jak prześlesz jej letnie ubrania? 
- Kurierem na telefon - odpowiedział Dan. 

background image

 

 

Qwilleran czekał w biurze na pierwsze wydanie. Był ciekaw, 

jak  wygląda  jego  nowa  kolumna.  Dysertacje  gastronomiczne 
ukazały  się  w  dobrze  widocznym  miejscu,  w  dziale  opinii,  z 
fotografią  wąsatego  autora  o  powaŜnym  uśmiechu.  Dobra 
reklama, pomyślał Qwilleran.  

- Kto wymyślił nazwę dla mojej kolumny? - wymamrotał do 

Archa Rikera.  

- To brzmi jak gastralne turbulencje, dziewięćdziesiąt procent 

czytelników nie będzie wiedziało, co to znaczy. 

-  ZałoŜę  się,  Ŝe  dziewięćdziesiąt  osiem  procent  -  powiedział 

Arch. 

- To brzmi, jakby w podpisie miało być Addison i Steel. 
-  Szef  chciał,  Ŝeby  to  było  coś  dystyngowanego  -  wyjaśnił 

redaktor  działu  kulturalnego.  -  Wolałbyś,  Ŝeby  nazywało  się 
Zryj  jak  Qwilli  Wiesz,  przeszło  mi  to  przez  głowę...  Jak  tam 
twój weekend? 

- Nieźle, całkiem nieźle. Koty napędziły mi niezłego stracha, 

kiedy  wróciłem  do  domu,  ale  na  szczęście  wszystko  jest  w 
porządku. 

- Jakieś wieści od Joy? 
Qwilłeran  zrelacjonował  Archowi  historię  Dana  o  rzekomej 

kartce i rzekomych planach Joy wybrania się do Miami. 

- Mieliśmy teŜ jeszcze jedno zniknięcie - powiedział. - Teraz 

zniknął jeszcze chłopak, nasza pomoc domowa. 

Podszedł  do  swojego  biurka  i  zadzwonił  do  szkoły  sztuk 

pięknych  Pennimana.  William  powinien  mieć  teraz  lekcję 
rysunku,  ale  zgodnie  z  zapisem  w  dzienniku  obecności  nie 
zjawił  się.  Potem  wyszukał  w  ksiąŜce  telefonicznej  Vitello  i 
zadzwonił  pod  jedyny  numer  widniejący  pod  tym  nazwiskiem. 
Był  to  salon  czytania  z  fusów  i  właściciel  nigdy  nie  słyszał  o 
Williamie.  Wydmuchując  powietrze  przez  wąsy,  jak  to  zwykł 
robić,  kiedy  jego  ślad  nie  był  jasny,  spokojnym  krokiem 
wyszedł  z  biura.  Mijał  właśnie  biurko  recepcjonistki,  kiedy 
dziewczyna, która siedziała w korytarzu, złapała go za rękaw. 

background image

 

 

- Czy pan Qwilleran? - zapytała. - Poznałam pana ze zdjęcia. 

Jestem przyjaciółką Williama Vitello. MoŜemy porozmawiać? - 
Była  powaŜną  dziewczyną  w  powaŜnych  okularach  i 
nonszalanckim stroju. Niedbały wygląd, pomyślał Qwilleran. To 
studentka szkoły plastycznej, zdecydował. 

- Pewnie - powiedział. - Usiądźmy tutaj. - Zaprowadził ją do 

jednej  z  kabin,  w  których  reporterzy  cierpliwie  wysłuchują 
zirytowanych  czytelników,  petentów,  tych,  którzy  szukają 
reklamy,  i  patentowanych  świrów,  którzy  codziennie  szturmują 
redakcję  „Fluxion".  -  Widziałaś  ostatnio  Williama?  -  zapytał 
dziewczynę. 

-  Nie,  i  o  tym  właśnie  chciałam  porozmawiać  - 

odpowiedziała.  -  W  sobotę  wieczorem  byliśmy  umówieni,  ale 
nie  zjawił  się  ani  wtedy,  ani  potem.  Nawet  nie  zadzwonił.  W 
niedzielę  zatelefonowałam  do  Maus  Haus,  ale  nie  było  go  tam. 
Jakaś kobieta odebrała telefon, jednak nie była zbyt przytomna. 
Dzisiaj nie przyszedł na zajęcia. 

- Skontaktowałaś się z jego matką? 
- Nie miała od niego Ŝadnych wiadomości, od kiedy przyniósł 

jej prezent urodzinowy w piątek wieczorem. Nie wiem, co mam 
robić. Pomyślałam o panu, bo William duŜo o panu opowiadał. 
Co powinnam zrobić pana zdaniem? 

-  William  jest  nieprzewidywalny.  MoŜe  postanowił  gdzieś 

wyjechać? 

- Nie pojechałby  bez uprzedzenia, panie  Qwilleran. Jesteśmy 

ze sobą bardzo blisko. Mamy nawet wspólne konto bankowe. 

Dziennikarz  oparł  jeden  łokieć  na  poręczy  krzesła  i 

przeczesywał wąsy opuszkami palców. 

- Czy kiedykolwiek rozmawialiście o sytuacji w Maus Haus? 
-  Och,  on  zawsze  mówi  o  tym  dziwnym  miejscu.  Mówi,  Ŝe 

jest pełne indywiduów. 

- Czy wspominał o Danie Grahamie? 
Dziewczyna  przytaknęła,  rzucając  Qwilleranowi  szybkie 

spojrzenie kątem oka. 

background image

 

 

- Cokolwiek chciałabyś mi powiedzieć, zostanie między nami 

- zapewnił ją. 

-  CóŜ,  właściwie  to  nie  traktowałam  tego  powaŜnie. 

Powiedział,  Ŝe  szpieguje  pana  Grahama,  Ŝe  wykopie  jakieś 
brudy. Myślałam, Ŝe Ŝartuje albo się popisuje. Billy lubi czytać 
historie szpiegowskie i przychodzą mu do głowy róŜne pomysły. 

-  Masz  moŜe  pojęcie,  jakiego  rodzaju  przestępstwa 

podejrzewał? Jakaś kwestia obyczajowa? 

- Ma pan na myśli na przykład seks? - Dziewczyna przygryzła 

kciuk, jakby rozwaŜała właśnie tę moŜliwość.  

-  No,  moŜe.  Ale  główna  kwestia  dotyczyła  sposobu,  w  jaki 

pan Graham prowadził garncarnię. Coś śmierdzącego działo się 
w tej garncami, tak mówił Billy. 

- Kiedy ostatni raz o tym wspominał? 
-  W  piątek  wieczorem.  Zadzwonił  do  mnie  po  rozmowie  z 

panem. 

-  Czy  mówił  o  jakimś  specyficznym  szczególe  związanym  z 

działalnością garncami? Pomyśl, skup się. 

Dziewczyna zmarszczyła czoło. 
- Tylko Ŝe... napomknął, Ŝe pan Graham zamierza wysadzić w 

powietrze cały stos naczyń. 

- Zniszczyć je? 
- Billy mówił, Ŝe źle podgrzewa piec i Ŝe cały ładunek naczyń 

wybuchnie. Nie mógł tego zrozumieć, bo pan Graham uwaŜany 
jest za dobrego specjalistę... Niewiele pomagam, prawda? 

-  Na  to  pytanie  będę  mógł  odpowiedzieć  dopiero  później  - 

powiedział  Qwilleran.  -  Zaczekaj  jeszcze  czterdzieści  osiem 
godzin  i  jeśli  William  się  nie  pojawi,  zawiadom  lepiej  policję 
albo niech jego matka to zrobi. I jeszcze jedna sprawa: moŜesz 
sprawdzić  wasze  wspólne  konto,  moŜe  były  jakieś  znaczące 
wypłaty. 

- Tak zrobię, panie Qwilleran. Dziękuję, panie Qwilleran. - Jej 

szerokie oczy były powiększone przez soczewki okularów.  

background image

 

 

-  Tyle  Ŝe...  wszystko,  co  mamy  w  banku,  to  osiemnaście 

dolarów. 

  
Rozdział trzynasty 
 
Qwilleran  wrócił  do  Maus  Haus  autobusem  z  River  Road, 

składając  brakujące  puzzle:  dwie  zaginione  osoby,  utopione 
dziecko,  szkalowany  restaurator,  zagubiony  kot,  podbite  oko, 
krzyk w środku nocy. Zbyt wiele kawałków brakowało. 

Na  górze  w  szóstce  koty  drzemały  na  niebieskiej  poduszce. 

Podczas  nieobecności  Qwillerana  były  zajęte  i  wiele  obrazów 
zostało 

poprzekrzywianych. 

Qwilleran 

automatycznie 

wyprostował  je,  taka  mała  praca  domowa,  do  której  był 
przyzwyczajony.  Koty  muszą  mieć  swoje  przyjemności, 
racjonalizował.  Stłoczone  w  jednopokojowym  apartamencie 
musiały  uciekać  się  do  nielichej  pomysłowości,  Ŝeby  zapewnić 
sobie  rozrywkę,  a  Koko  znajdował  przedziwną  satysfakcję  w 
ocieraniu  pyszczka  o  ostre  krawędzie  ramek.  Qwilleran 
poprawił  dwa  drzeworyty  mostów  nad  Sekwaną,  akwarelę  z 
krajobrazem  Cape  Cod  i  mały  obrazek  olejny,  przedstawiający 
scenkę  na  plaŜy  gdzieś  na  Riwierze.  W  odległym  kącie  pokoju 
druk Art Nouveau był tak przekrzywiony, Ŝe właściwie wisiał w 
poprzek.  Kiedy  go  poprawiał,  zobaczył  na  ścianie  małą 
zaślepkę. 

Była to mała metalowa  zaślepka, którą pomalowano tak,  aby 

pasowała  do  tynku.  Dotknął  jej,  a  ona  poruszyła  się  z  jednej 
strony  na  drugą,  kołysząc  się  na  malutkiej  śrubce.  Małe  łuki 
zarysowane  na  ścianie  wskazywały  na  to,  Ŝe  zaślepka  była 
przesuwana juŜ przedtem, moŜe niedawno. Qwilleran przesunął 
ją po całym okręgu i odkrył, Ŝe kryje się za nią głęboka dziura w 
ś

cianie. 

Przechylając się przez regał z ksiąŜkami, zajrzał przez dziurkę 

do  dwupoziomowej  wypałami,  która  znajdowała  się  za  jego 

background image

 

 

własnym  pokojem.  Światła  były  zapalone  i  Qwilleran  mógł 
zobaczyć duŜy centralny stół, na którym poustawiana była duŜa 

  
kolekcja  wazonów  w  połyskliwych  zieleniach  ,  błękitach  i 

czerwieniach. Przesuwając się odrobinę na lewo, mógł zobaczyć 
dwa  piece.  Przechylając  się  zaś  na  prawo,  zobaczył  Dana 
Grahama  siedzącego  przy  małym  stoliku  i  kopiującego  z 
luźnego notesu do duŜego notatnika. 

Qwilleran zamknął wizjer, odwiesił na miejsce obraz i zaczął 

zadawać  sobie  pytania:  Po  co?  Czy  William  o  tym  wiedział? 
Pani Marron powiedziała, Ŝe mył ostatnio ściany. Czy William z 
tego uprzywilejowanego miejsca szpiegował Dana Grahama? 

Zadzwonił telefon i na linii był Odd Bunsen. 
-  Powiedz,  co  to  za  zlecenie,  które  masz  w  grafiku  na  piątą? 

Wygląda mi to na duŜą robotę. Kiedy dostanę jedzenie? 

- MoŜesz zjeść tutaj - powiedział Qwilleran - a zdjęcia zrobisz 

potem. Jedzenie tutaj jest wyśmienite. 

- Na zamówieniu mam adres dwa-pięć-pięć-pięć River Road. 

A tak w ogóle to co to za miejsce? 

- To stara garncarnia, teraz jest tu bursa dla degustatorów. 
-  Pewnie,  Ŝe  znam  to  miejsce.  Było  tam  kilka  morderstw. 

Piszemy o nich w kółko. Mam wziąć jakiś specjalny sprzęt? 

-  Weź,  co  tylko  się  da  -  doradził  Qwilleran.  Ściszył  głos, 

spoglądając  ukradkiem  w  stronę  wizjera.  -  Masz  zrobić  show. 
Przynieś  duŜo  oświetlenia.  Wytłumaczę  ci  wszystko,  jak 
przyjedziesz. 

Qwilleran  zszedł  na  dół,  Ŝeby  powiedzieć  pani  Marron,  Ŝe 

będzie  dodatkowy  gość  na  kolacji.  Była  w  Wielkim  Holu, 
ustawiała  nerwowo  stół,  który  przesunięto  pod  galerię,  Ŝeby 
zrobić miejsce pod wystawę ceramiki. 

-  Nie  wiem,  co  mam  robić  -  pochlipywała.  -  Powiedzieli,  Ŝe 

chcą  zrobić  pokazową  kolację,  ale  nie  wiem,  jak  oni  chcą  to 
wszystko  urządzić.  Nikt  mi  nic  nie  powiedział.  Nikogo  tu  nie 
ma. 

background image

 

 

- Co to jest pokazowa kolacja? - zapytał Qwilleran. 
-  KaŜdy  przy  stole  przygotowuje  jakieś  danie.  Pan  Sorrel 

przygotowuje stek, pani Whiting robi zupę, panna Roop... 

- Widziała pani Williama? 
- Nie, proszę pana, a miał wyczyścić piec. 
- Jakieś wieści od pana Mausa?  
- Nie, proszę pana. Nikt nie wie, kiedy wróci... Nie powie mu 

pan, prawda? Powiedział pan, Ŝe nie powie. 

- Zapomnimy o całej sprawie - zapewnił ją Qwilleran.  
- Proszę się juŜ o to nie martwić, pani Marron. 
Łzy  napłynęły  do  jej  zgaszonych  oczu,  więc  wytarła  je 

brzegiem dłoni. 

-  Wszyscy  tutaj  są  tacy  dla  mnie  dobrzy.  Staram  się  nie 

popełniać błędów, ale nie mogę przestać myśleć o moim małym 
Nickym, nie mogę spać po nocach. 

-  Wszyscy  rozumiemy,  przez  co  pani  przeszła,  ale  musi  się 

pani pozbierać. 

- Tak, proszę pana. - Gosposia przestała się kręcić nerwowo i 

obróciła się twarzą do niego. - Panie Qwilleran - powiedziała z 
wahaniem - słyszałam w nocy coś jeszcze. 

- Co pani ma na myśli? 
-  W  sobotę  w  nocy,  kiedy  nie  mogłam  spać,  leŜałam  i 

martwiłam się, i wtedy usłyszałam hałas. 

- Jaki hałas? 
- Za oknem. Ktoś schodził na dół zejściem awaryjnym. 
- Tym z tyłu domu? 
- Tak, proszę pana. Mój pokój jest od strony rzeki. 
- Czy widziała pani coś? 
- Nie, proszę pana. Wstałam, wyjrzałam przez okno, ale było 

bardzo  ciemno.  Jedyne,  co  widziałam,  to  kogoś  idącego  przez 
trawnik. 

- Hmmm - Qwilleran się zamyślił. - Rozpoznała pani kogoś? 
-  Nie,  proszę  pana.  Ale  myślę,  Ŝe  to  był  męŜczyzna.  Niósł 

jakiś cięŜki ładunek. 

background image

 

 

- Jaki ładunek? 
- Coś jakby duŜy worek. 
- Jak duŜy? 
-  Taki!  -  gosposia  rozłoŜyła  szeroko  ramiona.  -  Niósł  go  w 

dół,  nad  rzekę.  Kiedy  zniknął  w  krzakach,  juŜ  go  nie  mogłam 
zobaczyć. Ale słyszałam go. 

- Co pani słyszała? 
- Głośny plusk.  
- I co się potem stało? 
- Wrócił. 
- Widziała wtedy pani jego twarz? 
- Nie, proszę pana. Nie było dość światła na tyłach budynku. 

Tylko  jasne  światła  z  drugiej  strony  rzeki.  Ale  widziałam,  jak 
wraca  przez  trawnik,  a  potem  wszedł  z  powrotem  schodami 
przeciwpoŜarowymi. 

- Czy to te, które prowadzą do poddasza państwa Grahamów? 
- Tak, proszę pana. 
- O której godzinie to było? 
-  Bardzo  późno.  MoŜe  o  czwartej.  -  Gosposia  spojrzała  na 

niego z nadzieją, czekając na pochwałę. 

Qwilleran badał przez chwilę jej twarz. 
-  Jeśli  to  był  pan  Graham,  to  moŜna  to  jakoś  logicznie 

wyjaśnić. Proszę juŜ o tym nie myśleć. 

- Tak, proszę pana. 
Wszedł schodami na górę. Zastanawiał się. Czy rzeczywiście 

widziała, jak Graham wrzuca do rzeki worek? Zmyśliła juŜ raz 
historyjkę, mogła to zrobić jeszcze raz. MoŜe myśli, Ŝe jestem z 
tych, co to gonią za sensacją, i starała się mnie zadowolić. Skąd 
to nagłe „tak, proszę pana", „nie, proszę pana"? 

Pierwszą rzeczą, która przyciągnęła uwagę Qwillerana, kiedy 

wszedł do pokoju, był druk Art Nouveau wiszący nad regałem. 
Przyszedł  mu  do  głowy  pewien  pomysł.  Kilka  miesięcy 
wcześniej  robił  wywiad  z  ceramikiem,  który  specjalizował  się 

background image

 

 

we  współczesnych  figurkach,  teraz  postanowił  do  niego 
zadzwonić. 

-  To  pytanie  moŜe  wydać  się  panu  szalone  -  zwrócił  się  do 

ceramika  -  ale  próbuję  sił  w  pisaniu  powieści,  to  rodzaj 
gotyckiego  thrillera  o  czarach  w  garncami.  Czy  byłoby  to 
nieprawdopodobne, Ŝeby mieć wizjer w ścianie wychodzącej na 
wypalarnię? 

- Tak Ŝeby moŜna było obserwować proces wypalania? 
- Tak. Coś takiego. 
-  Wcale  niegłupi  pomysł.  Raz  podejrzewałem  jednego  z 

pracowników  o  sabotowanie  mojej  pracy  i  musiałem  uciec  się 
do  załoŜenia  drogiego  systemu  alarmowego.  Zwykły  wizjer 
mógł  mi  oszczędzić  sporo  wydatków.  Dlaczego  o  tym  nie 
pomyślałem?  Wszyscy  garncarze  to  profesjonalni  podglądacze, 
wie pan. Zawsze podglądamy przez dziurki w piecu, ja sam nie 
mogę przejść spokojnie obok szczeliny w płocie bez spojrzenia 
przez nią. 

Odd  Bunsen  przyjechał  do  Maus  Haus  o  piątej  i  Qwilleran 

zaprosił go do siebie do szóstki na drinka. 

- Hej, urosłeś'! - powiedział fotograf. - Bo chyba nie schudłeś. 
-  Zgubiłem  trzy  kilogramy  -  pochwalił  się  Qwilleran,  nie 

zdając sobie sprawy, Ŝe półtora kilograma i plus zawdzięczał na 
początku Koko. 

- Gdzie są te zwariowane koty, chowają się? 
- Śpią na regale za ksiąŜkami. 
Bunsen rozparł się na duŜym fotelu, oparł stopy na otomanie, 

zapalił  cygaro  i  przyjął  szklaneczkę  czegoś  dziewięćdziesię-
cioprocentowego. 

-  Chciałbym,  Ŝeby  szef  mnie  teraz  zobaczył.  Zdajesz  sobie 

sprawę, Ŝe „Fluxion" mi za to płaci? 

- Na pracę przyjdzie czas później. 
Qwilleran podszedł do wizjera i sprawdził metalową zaślepkę. 
- Co za hokus-pokus miałeś na myśli? 
- Mów ciszej - poradził Qwilleran. - Jeśli to moŜliwe. 

background image

 

 

- Insynuujesz, Ŝe jestem paplą? 
- Delikatnie mówiąc... tak. 
-  Na  czym  polega  zlecenie?  Nie  trzymaj  mnie  w 

nieświadomości. 

Dziennikarz usiadł i zapalił fajkę. 
-  Teoretycznie  będziesz  robił  zdjęcia  do  artykułu  o  Danie 

Grahamie, który prowadzi pracownię garncarską. 

- Ale bez filmu w aparacie? 
-  MoŜe  uŜyjemy  jednego  albo  dwóch  zdjęć,  ale  chcę,  Ŝebyś 

strzelał  fotki  wszędzie  naokoło.  Chcę  teŜ  mieć  pretekst,  Ŝeby 
wpuścić do garncami Koko, ale sam nie chcę tego proponować. 
- Pogładził wąsy ustnikiem fajki. 

Bunsen rozpoznał ten gest.  
- Tylko nie następna zbrodnia, nie znowu! 
- Ciszej - poprosił Qwilleran, marszcząc brwi. - Jak będziesz 

ustawiał plan, chcę trochę powęszyć, muszę sprawdzić kilka tez, 
więc nie spiesz się. 

- No to trafiłeś na właściwego człowieka - powiedział Bunsen. 

-  Potrafię  rozstawiać  statyw  wolniej  od  kaŜdego  innego 
fotografa w tym biznesie. 

Później  przy  kolacji  fotograf  „Fluxion"  zaskarbił  sobie 

powszechną  sympatię  mieszkańców  Maus  Haus.  Bunsen  miał 
umiejętność 

wykorzystywania 

sytuacji. 

Brylował 

na 

towarzyskiej scenie: miał donośny głos, jowialny sposób bycia i 
czerstwe  dowcipy.  Obłaskawiał  kobiety  i  nabierał  męŜczyzn. 
Rosemary  uśmiechała  się  do  niego,  Hixie  chichotała,  nawet 
Charlotte  Roop  była  urzeczona,  kiedy  nazwał  ją  laleczką.  Max 
Sorrel  zaprosił  Bunsena,  Ŝeby  przyszedł  z  Ŝoną  któregoś 
wieczoru  na  kolację  do  „Golden  Lamb  Chop".  Dan  Graham 
jeszcze się nie pojawił. 

Na pierwsze danie Rosemary zaprezentowała jednominutową 

zupę chłodnik z jogurtu, ogórków, szczypiorku i rodzynek. 

-  Najlepsza  zupa,  jaką  kiedykolwiek  jadłem!  –  oznajmił 

Bunsen. 

background image

 

 

Dana  Grahama,  który  przyszedł  do  stołu  późno,  mieszkańcy 

Maus Haus witali ozięble, ale fotograf skoczył na równe nogi i 
wyrzucił  przed  siebie  rękę  w  geście  powitania.  Garncarz 
promieniał  zduszonym  podnieceniem.  Był  u  fryzjera  i  jego 
niechlujne ubranie wyglądało mniej niedbale niŜ zazwyczaj. 

Stek saute aupoivre Maksa Sorrela podano z ziemniaczanymi 

racuchami i szparagami przybranymi paskami papryki. 

Później Charlotte zademonstrowała mieszanie sałaty. 
- Osuszcie zieleninę na lnianej ściereczce - powiedziała.  
- UwaŜajcie, Ŝeby nie urazić liści. Podrzyjcie je delikatnie... A 

teraz  sos.  Ja  dodaję  trochę  musztardy  z  Dijon  i  tymianku. 
Zmieszajcie wszystko razem. Delikatnie! Delikatnie! Mało sosu, 
duŜo mieszania - oto cały sekret. 

-  Najlepsza  sałata,  jakiej  kiedykolwiek  próbowałem  w  całym 

moim Ŝyciu! - ogłosił Bunsen.  

-  Sałatę  trzeba  przygotowywać  z  miłością  -  wyjaśniła  mu 

panna Roop, kołysząc się i przytakując na jego komplementy. 

Na deser Hixie przygotowała wiśnie jubileuszowe. 
-  Nic  poza  tym  -  powiedziała.  -  Wrzucacie  wiśnie  do 

podgrzewacza. Dodajecie trochę masła i rozprowadzacie. Potem 

chlust koniaku. Upss... za duŜo mi się chlusnęło! A potem... 
podpalacie zapałką, voila! 
Błękitny  płomień  buchnął  z  naczynia  i  towarzystwo 

przyglądało  się  rytuałowi  w  hipnotycznej  ciszy.  Nawet  Odd 
Bunsen nic nie mówił. 

Jak tylko płomienie zaczęły się wypalać, Qwilleran pomyślał, 

Ŝ

e słyszał jakieś trzaskanie. Spojrzał na Hixie i zobaczył, jak jej 

napuszona fryzura kurczy się w niewyjaśniony sposób. Skoczył, 
zdarł  z  siebie  marynarkę  i  zarzucił  ją  na  głowę  Hixie.  Kobieta 
wrzeszczała.  Sorrel  i  Bunsen,  wywracając  krzesła,  ruszyli  z 
pomocą. 

Spod  marynarki  ukazała  się  kompletnie  zalana  Hixie,  z 

szeroko otwartymi oczami. Sprawdzała rękami,  co zostało z jej 
włosów. 

background image

 

 

- Są jak trawa - stwierdziła. - Obawiam się, Ŝe rozpyliłam na 

nie zbyt duŜo lakieru. 

-  Chodź,  Bunsen  -  powiedział  Qwilleran.  -  Ty  i  ja  mamy 

robotę do zrobienia. Dan, jesteś gotowy? 

-  Czekajcie  -  zwrócił  się  do  nich  garncarz,  idąc  w  kierunku 

szczytu  stołu.  -  Nic  dzisiaj  nie  przygotowałem,  nie  umiem 
gotować, zaśpiewam więc wam piosenkę. 

Wszyscy  usiedli  i  słuchali  spięci,  kiedy  Dan  śpiewał  swoim 

wibrującym  tenorem  o  urokach  Loch  Lamond.  Qwilleran 
przyglądał  się  grdyce  Dana,  która  przesuwała  się  Ŝałośnie  w 
górę i w dół, i czuł się niemal winny z powodu podstępu, który 
planował. 

Dan  skończył  i  słuchacze  klaskali  uprzejmie,  wszyscy  z 

wyjątkiem Bunsena, który wstał z krzesła i krzyczał: - Brawo! - 
Do Qwillerana zaś wymamrotał: - Jak mi idzie? 

Podczas  gdy  mieszkańcy  rozchodzili  się  po  kolacji, 

dyskutując o tym, jak Hixie o mały włos nie spłonęła, Qwilleran 
pomagał fotografowi wyładować sprzęt z samochodu.  

- Wy chłopcy uŜywacie pewnie duŜo sprzętu - zaciekawił się 

garncarz. 

- Tylko do duŜych zleceń, jak to - odparł Bunsen, krzątając się 

wokół nadmiernej ilości sprzętu. 

-  Oto  co  planujemy  -  wyjaśnił  Qwilleran  Danowi.  -  Chcemy 

zrobić  serię  zdjęć  pokazujących  ciebie  przy  robieniu  naczyń,  a 
potem kilka ujęć z gotowymi pracami. 

- Moment - przerwał fotograf. - To się nigdy nie dostanie do 

gazety.  Kto  chce  oglądać  swojskiego  faceta?  -  Dał  Grahamowi 
przyjacielskiego  kuksańca  w  bok.  -To,  czego  nam  potrzeba,  to 
seksownej  blondynki,  Ŝeby  rozgrzać  atmosferę.  Ukrywasz  na 
górze jakieś damy? 

-  Wiem,  o  co  ci  chodzi  -  powiedział  garncarz.  -  Wy  zawsze 

potrzebujecie  jakiejś  panienki.  Ale  mojej  staruszki  nie  ma  w 
mieście. 

background image

 

 

-  A  zwierzęta?  Masz  koty?  Psy?  PapuŜki?  Boa  dusiciele? 

Najlepszy  sposób,  Ŝeby  nasze  zdjęcie  poszło  do  gazety,  to 
pozować z boa dusicielem. 

- Mieliśmy kota - wyjaśnił przepraszająco Dan. 
- No to poŜyczmy jednego z tych zepsutych łobuzów Qwil-la! 

-  wykrzyknął  fotograf  z  nagłym  entuzjazmem.  -  Wsadzimy  go 
do  duŜego  naczynia  z  głową  wystającą  na  zewnątrz,  a  Dana 
ustawimy w tle. Pierwszą stronę mamy w kieszeni! 

  
Rozdział czternasty 
 
Koko  z  niebieską  obroŜą  na  szyi,  prowadząc  Qwillerana  na 

trzyipółmetrowej  smyczy,  wszedł  do  pracowni  z  pewnością 
kogoś, kto był juŜ tam wcześniej. Przekroczył próg bez odrobiny 
wahania,  nie  było  tam  ani  ostroŜnego  obwąchiwania,  ani 
normalnego skradania się z nisko podwieszonym brzuchem. 

-  Zacznijmy  od  ujęć  Dana  przy  kole  -  zaproponował  Qwil-

leran. 

-  Będę  z  wami  szczery,  chłopaki,  specjalizuję  się  w 

wałkowanych  formach  -  powiedział  Dan.  -  Ale  jeśli  tego 
chcecie...  -  Uskubał  porcję  gliny  z  beczki  i  usiadł  przy 
elektrycznym kole. 

-  Nie  dawajmy  kota  do  tych  zdjęć  -  poinstruował  fotografa 

Qwilleran. - Zrób serię na Ŝywca, jak naczynie nabiera kształtu. 

-  Nie  będzie  najlepsze  -  uprzedził  Dan.  -  Mam  niesprawny 

kciuk. - Glina zaczęła się obracać, wznosząc się powoli między 
mokrymi dłońmi, potem opadła, to znów wzniosła się, to znów 
zamieniła  się  w  przysadzistą  bryłę,  w  której  Dan  zaczął 
wydrąŜać lewym kciukiem wgłębienie, na koniec ręce garncarza 
nadały jej kształt miski. 

Cały  ten  czas  Bunsen  pstrykał  zdjęcia.  Zrobił  wszystkie 

zakamarki  pomieszczenia,  rzucając  Danowi  bezpośrednie 
instrukcje: 

background image

 

 

-  Przechyl  się...  Spójrz  w  górę...  Unieś  brodę...  Nie  patrz  w 

obiektyw. 

Cały  ten  czas  Koko  badał  studio,  wąchając  piętrzące  się  tam 

moździerze,  tłuczki,  czerepy,  sita,  czerpaki,  chochle  i  lejki. 
Zafascynowany  mechanizmami  Koko  miał  szczególną  słabość 
do wag.  

-  Prawdziwa  historia  -  nalegał  Dan  -  kryje  się  w  moich 

glazurach.  Udało  mi  się  wpaść  na  coś  naprawdę  spoko,  jeśli 
wiesz, o co mi chodzi. 

-  Najpierw  przyjrzyjmy  się  składowi  gliny  -  upierał  się 

Qwilleran. - Według mnie moŜemy tam zrobić ujęcia w akcji. 

Dan ociągał się. 
-  W  tym  pokoju  nic  nie  ma.  Tylko  sprzęt,  którego  juŜ  nie 

uŜywamy.  Same  starocie  sprzed  pięćdziesięciu,  sześćdziesięciu 
lat. 

-  Chciałbym  rzucić  okiem  -  powiedział  Bunsen.  -  Nigdy  nie 

wiadomo,  gdzie  kryje  się  wielkie  zdjęcie,  a  mam  ze  sobą  duŜo 
klisz. 

W  słabo  oświetlonej  przechowalni  gliny  było  zimno  i 

wilgotno.  Qwilleran  zadawał  inteligentne  pytania  o  mieszadło, 
młynek  i  prasę,  jednocześnie  bacznie  obserwując  Koko  i 
trzymając  go  mocno  na  smyczy.  Kota  zainteresowała  klapa  w 
podłodze. 

- Co jest tam na dole? - zapytał Qwilleran. 
- Nic. Tylko drabina do piwnicy - odparł garncarz. 
Dziennikarz myślał coś innego. Joy nazwała to zbiornikiem. 
Pochylił  się  i  pociągnął  za  metalowe  kółko,  otworzył  klapę  i 

spojrzał w ciemność. 

Koko,  który  balansował  nad  krawędzią  kwadratowej  dziury, 

wydał  dziwny  dźwięk.  Zaczął  się  od  pomruku,  a  skończył  na 
falsetowym pisku. 

-  OstroŜnie!  -  ostrzegł  garncarz.  -  Na  dole  są  szczury. 

Dziennikarz odciągnął Koko do tyłu i pozwolił klapie opaść na 
swoje miejsce z hukiem, który wstrząsnął podłogą. 

background image

 

 

- Trochę tu śmierdzi - zauwaŜył Bunsen. 
- To glina dojrzewa - wyjaśnił Dan. - Przywykniecie do tego. 

Chodźmy lepiej do wypałami. Tam jest wygodniej i nie cuchnie 
tak mocno. 

Wysoka  wypalarnia  z  gigantycznymi  piecami  i  kominami 

była  przyjemnie  ciepła  i  czysta.  Nie  było  tam  ani  błota  z 
przechowalni  gliny,  ani  pyłu  studia.  Na  stole  w  rogu 
pomieszczenia stała kolekcja kwadratowych wazonów i naczyń, 
pokrytych promieniującą kolorową glazurą, którą Qwilleran 

widział  przez  wizjer.  JuŜ  z  daleka  urzekły  go  połyskliwe 

czerwienie,  zielenie  i  błękity.  Z  bliska  okazały  się  jeszcze 
bardziej  atrakcyjne.  Zdawało  się,  Ŝe  glazura  porusza  się  pod 
powierzchnią,  która  robiła  wraŜenie  mokrej  i  Ŝywej.  Dwaj 
dziennikarze  ucichli  i  zaciekawieni  chodzili  wokół  ceramiki, 
badając zadziwiający efekt. 

-  Jak  wam  się,  chłopaki,  podoba?  -  zapytał  Dan,  którego 

rozpierała duma. - Nazywam to moją „Ŝyjącą glazurą". 

- Ciarki mi przechodzą po plecach - powiedział Bunsen.  
- Bez Ŝartów. 
- Wspaniałe! - wykrzyknął Qwilleran. - Jak ty to robisz? 
-  Sekret  garncarski  -  odpowiedział  chełpliwie.  -  Wszyscy 

garncarze  mają  swoje  tajemnice.  To  kwestia  wypracowania 
formuły  i  eksperymentów  z  ogniem.  Tlenek  kobaltu  barwi  na 
niebiesko. Tlenek chromu na zielono, czasem na róŜowo. Trzeba 
się znać na swoim ogródku, jeśli wiecie, co mam na myśli. 

- Szaleństwo! - powiedział Bunsen. 
-  Zmienia  się  kolor,  dodając  popiołu  drzewnego,  a  nawet 

popiołu z fajki. Mamy duŜo trików. Dosyp soli, a uzyskasz efekt 
pomarańczowej  skórki.  To  ciekawostki,  które  moŜecie 
wykorzystać do waszego artykułu, jeśli chcecie robić notatki. 

-  Czy  Joy  wiedziała,  Ŝe  wymyśliłeś  tę  glazurę?  -  zapytał 

Qwilleran. 

-  Och,  wiedziała,  pewnie!  -  zachichotał  garncarz.  -  Utarłem 

nosa mojej pannie. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był prawdziwy 

background image

 

 

powód jej wyjazdu. Ma o sobie całkiem dobre zdanie, nie moŜe 
znieść, jeśli kto inny spija śmietankę - uśmiechnął się smutno. 

-  Najbardziej  podobają  mi  się  te  czerwone  -  powiedział 

Qwilleran.  -  Są  naprawdę  niezwykłe.  Jestem  za  czerwonymi, 
Koko chyba teŜ. 

Kot  wskoczył  na  blat  stołu  z  lekkością  piórka  i  delikatnie 

badał nosem szklisty czerwony dzbanek. 

- Najtrudniej jest uzyskać czerwień. Nigdy nie wiadomo, 
jak wyjdzie - wyjaśnił Dan. - Musi dostać odpowiednią ilość 
tlenu, inaczej zblednie. Dlatego tak mało widzi się czerwonej 

ceramiki.  Mam  na  myśli  taką  prawdziwą,  mocną  czerwień. 
Chcielibyście  rzucić  okiem  do  pieca?  -  Dan  odkrył  jeden  z 
wizjerów  w  piecu  i  dziennikarze  mogli  zajrzeć  do  ognistego 
piekła. - Z czasem człowiek uczy się rozróŜniać temperaturę po 
kolorze  ognia  -  ciągnął  garncarz.  -  śółty  jest  gorętszy  od 
czerwonego. 

- Jak długo trwa wypalenie porcji ceramiki? 
-  PrzewaŜnie  dwa  dni.  Przez  jeden  dzień  się  podgrzewa,  a 

drugi schładza. Wiecie, dlaczego naczynia pękają w kuchennych 
piecykach?  Dlatego,  Ŝe  wasze  piece  za  szybko  się  nagrzewają. 
ZałoŜę się, Ŝe o tym nie wiedzieliście. 

- Okej, zróbmy kilka zdjęć - powiedział Bunsen. 
- Dan, ustawimy cię za stołem, ceramika będzie na pierwszym 

planie.  Jaka  szkoda,  Ŝe  zdjęcia  nie  są  w  kolorze...  Dobrze,  a 
teraz  włoŜymy  Starego  Wąchacza  do  jednego  z  duŜych 
dzbanów.  Qwill,  będziesz  musiał  zdjąć  tę  uprząŜ...  Gdzie  się 
podział Stary Wąchacz? 

Koko zawędrował gdzieś w kąt pokoju, gdzie znalazł notes z 

luźnymi  kartkami  leŜący  na  jednym  ze  stołów  i  zaczął  ostrzyć 
sobie pazurki na jego okładce. 

- Hej, nie rób tego! - krzyknął Qwilleran, a potem wyjaśnił: - 

Koko uŜywa duŜego słownika jako drapaka - to jeden z naszych 
rodzinnych  Ŝartów  -  i  wydaje  mu  się,  Ŝe  wszystkie  ksiąŜki  do 
tego słuŜą. 

background image

 

 

-  Wsuń  go  do  dzbana,  Qwill,  tylne  łapy  najpierw  - 

komenderował fotograf.  - Potem wycofaj się. Miejmy nadzieję, 
Ŝ

e zostanie w środku. Dan, ty oprzyj się na tym naczyniu, Ŝeby 

kot go nie wywrócił. Stary Wąchacz kopie jak muł. Jeśli będzie 
chciał  wyskoczyć,  wepchnij  go  z  powrotem.  Uwinę  się 
błyskiem. I nie patrz w obiektyw. 

Qwilleran zrobił swoje: wepchnął piszczącego kota do dzbana 

i odsunął się. Na resztę przedstawienia nie załapał się. Zbyt był 
ciekawy,  jaki  to  notes  znalazł  Koko.  Okładka  opatrzona  była 
napisem „Glazury". Sprawnym ruchem jednego palca Qwilleran 
odchylił okładkę i spojrzał na kilka słów wypisanych znajomym 
węŜykiem.  

Wuu uuu  66 
Quuuz 

30 

Cwu uuy  4 
Przekartkował  szybko  notes  i  nawet  bez  okularów  rozpoznał 

hieroglify  Joy.  Od  deski  do  deski  wszystko  napisane  było  jej 
ręką. 

- Okej - powiedział Bunsen. - Stary Wąchacz staje się całkiem 

niezłym modelem. Co następne, Qwill? 

- Co powiesz na kilka ujęć z kwater prywatnych Dana? 
- Świetnie! - zapalił się fotograf. 
Dan zaprotestował. 
-  Nie,  chłopaki,  nie  chcielibyście  ani  jednego  zdjęcia  z  tego 

miejsca. 

- Pewnie, Ŝe chcemy. Czytelnicy chcą wiedzieć, jak mieszkają 

artyści. 

-  To  siedlisko  szczurów,  jeśli  wiesz,  o  co  mi  chodzi  - 

powiedział  ciągle  niezdecydowany  garncarz.  -  Moja  Ŝona  nie 
jest najlepszą gospodynią. 

- Czego się boisz? - zapytał fotograf. - Masz tam babkę? Czy 

właśnie tam schowałeś ciało? 

Qwilleran kopnął go pod stołem i powiedział do Dana: 

background image

 

 

-  Chcemy  tylko  nadać  tej  historii  taki  ludzki  rys,  Ŝeby  nie 

wyglądała  na  materiał  komercyjny.  Wiesz,  jacy  są  wydawcy. 
Poświęcą  jej  więcej  miejsca,  jeśli  będzie  napisana  pod  kątem 
osobistym. 

- No dobra, chłopaki, to wy wiecie, jak to zrobić - zgodził się 

niechętnie Dan. - Chodźmy na górę. 

Poddasze Grahamów było jedną wielką jaskinią. Na ścianach 

porozwieszano indiańskie kilimy, w poprzek sufitu ciągnęły się 
metrami  hinduskie  tkaniny.  Podłoga,  od  ściany  do  ściany, 
zasłana  była  starymi  gazetami,  ksiąŜkami,  magazynami, 
porzuconymi w połowie robótkami krawieckimi, zapomnianymi 
elementami garderoby. W tym jednym pomieszczeniu stłoczone 
były,  bez  Ŝadnego  pomysłu  i  ładu,  łóŜka,  beczki,  stoły,  zlew 
kuchenny, krzesła, skrzynki nakryte szalami w kolorowe prąŜki, 
wiadra  pełne  bazi.  Dwie  walizki  leŜały  otwarte  na  jednym  z 
łóŜek.  

-  Wybierasz  się  w  podróŜ?  -  zapytał  Qwilleran  najbardziej 

niewinnym ze swoich tonów. 

-  Nie,  tylko  pakuję  rzeczy  mojej  Ŝony,  Ŝeby  je  wysłać  na 

południe. - Zamknął walizki i postawił je na podłodze  

-  Usiądźcie.  Napijecie  się  piwa  albo  czegoś  mocniejszego? 

My,  garncarze,  musimy  duŜo  pić  z  powodu  pyłu.  -  Mrugnął  z 
przesadą. 

- Napiję się piwa - powiedział Bunsen. - Sam łyknąłem trochę 

kurzu. 

Qwilleran,  który  wniósł  Koko  na  górę,  teraz  postawił  go  na 

podłodze. Kot nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Stąpał 
ostroŜnie  przez  śliskie  pliki  magazynów  o  sztuce,  obwąchał 
stertę  ubrań  w  nieokreślonych  odcieniach  oberŜyny  i  róŜowych 
winogron.  Bez  wątpienia  były  to  ubrania  Joy,  miały  znajomy 
wygląd  starych  resztek  z  zasłon,  które  pofarbowano  domowym 
sposobem. 

Dziennikarz zajmował Dana pytaniami: Czy to prawda, Ŝe do 

otrzymania 

glazury 

uŜywano 

kiedyś 

sproszkowanych 

background image

 

 

klejnotów? Jaka jest temperatura w piecu? Skąd pochodzi glina? 
Jaki kształt najtrudniej jest zrobić? 

-  Czajniczek  na  herbatę  -  odpowiedział  Dan.  -  Rączki  łatwo 

pękają  w  piecu.  Albo  dzióbki  odpadają.  Albo  pokrywka  nie 
pasuje.  Czasami  wszystko  wygląda  super,  a  i  tak  najlepiej  leje 
się z najbrzydszych. 

Bunsen  zrobił  jeszcze  kilka  zdjęć  Dana  wpatrującego  się  w 

ś

wiatła  po  drugiej  stronie  rzeki,  Dana  czytającego  magazyn  o 

sztuce,  Dana  pijącego  piwo,  Ŝeby  przepłukać  gardło  z  pyłu, 
Dana  drapiącego  się  w  zamyśleniu  po  głowie.  Fotograf  nigdy 
dotąd nie miał tak kompletnej, ale teŜ i tak absurdalnej sesji. 

- Masz korzystny układ kości twarzy - komentował.- Mógłbyś 

zostać  profesjonalnym  modelem  i  grać  w  reklamach 
telewizyjnych. 

- Tak myślisz? - zapytał Dan. Rozluźniał się i tracił czujność. 
Zanim  sesja  dobiegła  końca,  Qwilleran  i  Koko  sprawdzili 

kaŜdy  centymetr  pokoju.  Na  podkładce  przy  aparacie  zapisany 
był numer telefonu, który dziennikarz zapamiętał. Koko znalazł 
damską  szczotkę  do  włosów,  ze  srebrnym  tyłem,  którą  zrzucił 
na  podłogę,  starając  się  ugryźć  wystające  z  niej  włosy.  Kot 
zainteresował  się  teŜ  ceramiczną  Ŝardinierą,  w  której  leŜały 
notesy, 

stare 

papiery 

paczka 

zakurzonych 

kopert 

przewiązanych  wyblakłą  wstąŜką.  Qwilleranowi  udało  się 
przełoŜyć koperty do wewnętrznej kieszeni marynarki. Znajome 
swędzenie w górnej wardze było dla niego sygnałem, Ŝe postąpił 
słusznie.  Ostatecznie  dziennikarze  poŜegnali  się  z  Danem, 
obiecali  zrobić  kilka  odbitek  i  wycofali  się  do  mieszkania 
Qwillerana, ciągnąc na smyczy niechętnego tym zabiegom kota. 

- No dobra, kawa na ławę - zaŜądał Bunsen. - O co chodzi w 

tej grze? 

- Sam chciałbym wiedzieć. Jak tylko się dowiem, postawię ci 

na mój koszt befsztyk z polędwicy i zaspokoję twoją ciekawość, 
nie szczędząc szczegółów. 

background image

 

 

-  Co  zamierzasz  powiedzieć  temu  biedakowi,  kiedy  „Flu-

xion"  zamieści  zdjęcie  portretowe  na  pół  kolumny  i  doda 
dwadzieścia słów komentarza? 

Qwilleran wzdrygnął się i zmienił temat. 
- Co tam u Janie? 
-  Nieźle,  biorąc  wszystko  pod  uwagę.  Spodziewamy  się 

następnego w sierpniu. 

- Ile juŜ macie? 
- Pięć... nie, sześć. 
Qwilleran  nalał  Bunsenowi  mocnego  drinka  i  otworzył  dla 

Koko i Yum Yum puszkę krabów. Potem wykręcił numer, który 
znalazł przy telefonie Grahamów. Okazało się, Ŝe to zagraniczne 
linie  lotnicze.  Pomyślał  teŜ  o  srebrnej  szczotce  Joy.  Wiele  lat 
temu  podarował  jej  tę  szczotkę  na  Gwiazdkę.  Gdyby  miała 
zamiar  wyjechać  z  miasta,  to  czy  nie  zabrałaby  jej  ze  sobą? 
Szczotka  do  włosów  jest  dla  kobiety  równie  waŜna  jak 
szczoteczka do zębów. Miała zwyczaj szczotkować swoje długie 
brązowe włosy przez godzinę. 

-  Powiedz  -  zwrócił  się  do  Bunsena.  -  Nadal  włóczysz  się  z 

tym  nurkiem,  którego  przyprowadziłeś  do  klubu  prasowego  w 
zeszłą zimę? 

- Widuję go od czasu do czasu. W czerwcu będę robić zdjęcia 

na jego weselu.  

- Poprosisz go, Ŝeby zrobił nam przysługę? 
-  Bez  problemu.  Po  tym  jak  wydrukowaliśmy  jego  portret  w 

magazynie uwielbia „Fluxion". A co właściwie miałby zrobić? 

-  Chciałbym,  Ŝeby  zszedł  pod  pomost,  tuŜ  za  budynkiem. 

Niech się rozejrzy, co tam jest. Im szybciej, tym lepiej. 

- Czego szukasz? 
-  Nie  wiem  dokładnie.  Ale  ktoś  wrzucił  tam  w  środku  nocy 

duŜy przedmiot i ja chcę wiedzieć, co to było. 

- O tej porze moŜe być juŜ w połowie drogi na Goose Island. 
- Niekoniecznie. Ciało rzeźbiarza, który tu zatonął, znaleziono 

zaklinowane  między  palami  pomostu  -  Qwilleran  poklepał  się 

background image

 

 

dumnie  po  wąsach.  -  Moim  zdaniem  coś  mogło  tam  utkwić  i 
tym razem. 

Po  wyjściu  fotografa  dziennikarz  usiadł  przy  biurku  i 

otworzył paczuszkę listów, które zwinął z Ŝardiniery. Wszystkie 
z nich adresowane były do Helen Maude Hake. Wysyłane były z 
ParyŜa, Brukseli, Sydney i Filadelfii: „Brakuje mi twego gorąca, 
twojego  kuszenia,  piękna  czarownico...  wspomnienie  twojego 
ciepła  i  pieszczot  prześladuje  mnie  nocami...  Wracam  wkrótce, 
ukochana... Bądź wierna Popsiemu, inaczej Popsie da ci klapsa". 
Wszystkie listy podpisane były „Popsie". 

Qwilleran prychnął w wąsy i wrzucił listy do szuflady biurka. 

Zapalił fajkę i rozsiadł się wygodnie w miękkim fotelu, a Yum 
Yum  wtulała  się  w  jego  kolana,  dopóki  Koko  jej  nie  skarcił. 
Wtedy  pospiesznie  porzuciła  Qwiłla  i  poszła  lizać  nos  i  uszy 
Koko. 

Nagle  Qwilleran  poczuł  się  samotny.  Koko  miał  swoją  Yum 

Yum. Bunsen miał Janie. Riker miał swoją Rosie. 

Zadzwonił do Rosemary Whiting. 
-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  dzwonię  za  późno.  Potrzebne  mi 

moralne  wsparcie...  Pamiętasz  te  witaminy,  które  dałaś  mi  dla 
kotów. Nigdy nie wkładałem tabletki do kociego gardła. 

Po  kilku  minutach  zapukała  do  drzwi  apartamentu  numer 

sześć.  Miała  na  sobie  czerwoną  jedwabną  tunikę,  indyjskie 
spodnie,  a  lukrecjowo-czarne  włosy  związała  z  tyłu  w 
młodzieńczy koński ogon. Qwilleran otworzył drzwi właśnie w 
momencie,  kiedy  Charlotte  Roop  wchodziła  po  schodach  ze 
szklanką  parującego  mleka  na  małej  tacce.  Panna  Roop 
powiedziała  dobry  wieczór,  ale  jej  powitanie  było  raczej 
chłodne. 

Koty  juŜ  czekały.  Wiedziały,  Ŝe  coś  się  święci.  Obejmowały 

się. 

- Zacznijmy od Koko, z tej dwójki on jest bardziej rozsądny. 
-  Cześć,  Koko  -  powiedziała  Rosemary.  -  Jesteś  pięknym 

kotem.  Tu  jest  cukierek.  Otwórz!  Tam!  -  Ledwie  dotknęła  tyłu 

background image

 

 

głowy  Koko,  otworzyła  mu  pyszczek  i  upuściła  pastylkę  w 
róŜową  ziewającą  otchłań.  -  To  naprawdę  proste,  jeśli  się  wie 
jak. 

-  AŜ  strach  pomyśleć,  co  to  będzie,  jeśli  Koko  poczuje  się 

jeszcze bardziej zdrowy - westchnął Qwilleran. 

Właśnie  wtedy  Koko  opuścił  głowę,  otworzył  pyszczek  i 

zwrócił  pigułkę  prosto  na  buty  Qwillerana.  Była  trochę 
wilgotna, ale poza tym wyglądała jak nowa. 

- Dobra, spróbujemy jeszcze raz. Zawsze działa - powiedziała 

nie  zniechęcona  Rosemary.  -  Po  prostu  popchniemy  ją  trochę 
bardziej  w  dół.  Qwill,  patrz,  jak  ja  to  robię.  Naciśnij  szczękę  i 
otwórz,  odchyl  mu  do  tyłu  głowę,  aŜ  zobaczysz  głęboko  jego 
gardło,  a  potem  plusk!  Pogłaszcz  go  po  gardle,  Ŝeby  musiał 
przełknąć. 

- Zdaje się, Ŝe to proste - przytaknął Qwilleran - ale obawiam 

się,  Ŝe  Koko  współpracuje  tylko  dlatego,  Ŝe  jesteś  uroczą 
kobietą...  Upss!  -  Koko  zakaszlał  i  wykrztusił  pigułkę  tak 
mocno,  Ŝe  poleciała  przez  cały  pokój  i  zniknęła  w 
zmierzwionym  futrze  niedźwiedziego  chodnika.  -  Nie  przejmuj 
się tym, Rosemary. Muszę ci się do czegoś przyznać. Zwabiłem 
cię tutaj, bo chciałem z kimś porozmawiać. 

Powiedział jej o miłosnych listach, które znalazł w Ŝardinirze, 

nieziemskim  blasku  wystawowej  ceramiki  Dana  i  o  klapie  w 
podłodze w przechowalni gliny. 

- Dan uprzedził nas, Ŝe tam są szczury. 
-  Szczury!  -  Rosemary  potrząsnęła  głową.  -  Pan  Maus  jest 

bardzo ostroŜny. Regularnie sprawdza budynek. 

Opowiedział  jej  o  spotkaniu  z  dziewczyną  Williama  i  o 

wizjerze w ścianie, wychodzącym na wypalarnię.  

- Ale z drugiej strony nic nie widać? 
-  Jest  zakamuflowany  przez  malowidło  w  wypałami. 

Przyjrzałem się temu, kiedy robiliśmy tam zdjęcia. 

Rosemary spytała, czy mogłaby przeczytać listy. 

background image

 

 

-  MoŜesz  mi  nie  uwierzyć,  ale  nigdy  w  Ŝyciu  nie  dostałam 

listu miłosnego. - Przeniosła się na łóŜko, włączyła lampkę 

i skuliła się między poduszkami. Podczas czytania jej oczy sta 
wały się wilgotne. - Te listy są takie urocze. 
Wiedziony nagłym instynktem Qwilleran wyrzucił koty,  a za 

nimi  ich  niebieską  poduszkę  do  łazienki  i  zatrzasnął  drzwi. 
Wyły przez chwilę, ale po krótkim czasie poddały się. 

Była  juŜ  północ,  kiedy  Rosemary  wyszła,  a  koty  -  ofiary 

niesprawiedliwości  -  zostały  uwolnione  ze  swojego  więzienia. 
Koko paradował po mieszkaniu, irytująco skowycząc. 

- śyj i pozwól Ŝyć - przypomniał mu Qwilleran. Sam chodził 

bez  celu,  rozpalony  przez  nieukierunkowaną  ambicję.  Usiadł 
przy  maszynie  do  pisania,  przekonany,  Ŝe  potrafiłby  napisać 
lepsze  miłosne  listy  niŜ  ten  Ŝałosny  Popsie.  W  maszynie  nadal 
tkwiła  kartka  z  wiadomością  zostawioną  przez  Koko 
wczorajszego wieczoru: Pb. 

-  Pb!  -  powiedział  głośno  Qwilleran.  -  Pb!  -  przypomniał 

sobie  czarne  naczynia  z  garncami  i  ich  tajemnicze  etykiety. 
Podskoczył  i  poszedł  po  słownik,  a  jego  wąsy  wysyłały  mu 
szalone sygnały. - Pb: łacińskie Plumbum - przeczytał na głos - 
chemiczne oznaczenie ołowiu! 

  

Rozdział piętnasty 

 
Drugi odcinek Dysertacji gastronomicznych Qwillerana, który 

ukazał  się  we  wtorkowym  wydaniu  „Daily  Fluxion", 
przedstawiał  kulinarną  wirtuozerię  Roberta  Mausa,  członka 
prestiŜowej  firmy  prawniczej  ze  śródmieścia  „Teahandle, 
Hansblow,  Burris,  Maus  i  Castle".  Kolumna  była  dowcipna  i 
Qwilleran  zebrał  gratulacje  zarówno  od  redaktora,  jak  i 
wydawcy, kiedy poszedł do biura otworzyć pocztę. 

-  Jak  się  dostaje  takie  lukratywne  zlecenia?  -  pytano  go  tego 

popołudnia  w  klubie  prasowym.  -  He  spodziewasz  się  przytyć 

background image

 

 

na  tym  obchodzie?... Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  „Fluxion"  płaci  za 
wszystko? Księgowy chyba wywinął kozła. 

Spędził  dzień  w  biurze,  pisząc  artykuł  o  przypadkowych 

teoriach Maksa Sorrela. „Jeśli chcesz zbadać uczciwość faceta - 
powiedział  Max  -  podaj  mu  filiŜankę  kiepskiej  kawy.  Jeśli  ją 
pochwali, nie moŜna mu ufać". 

Między  jednym  akapitem  a  drugim  przerywały  mu  jednak 

telefony: 

od 

dostawcy 

prądu, 

sprzeciwiającego 

się 

zdecydowanemu zamiłowaniu Mausa do gotowania na gazie; od 
przemysłu  aluminiowego  protestującego  przeciwko  niechęci 
degustatorów do zawijania pieczonych ziemniaków w koszulki z 
folii aluminiowej; od dostawców keczupu, przetwarzanego sera, 
mroŜonych ryb, wszystkiego, co oburzało Roberta Mausa. 

Jeden  raz  przerwał  mu  uniesiony  gniewem  stary  Teahandle, 

starszy partner w firmie prawniczej Mausa. 

-  Czy  Robert  Maus  autoryzował  ten  artykuł  w  dzisiejszej 

gazecie? - zaŜądał odpowiedzi. 

-  Nie  czytał  ostatecznej  wersji  -  powiedział  Qwilleran  -  ale 

zgodził się na wywiad. 

-  Hmmm!  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  Ŝe  jeden  z  naszych 

strategicznych 

klientów 

jest 

producentem 

kuchenek 

elektrycznych? 

- Nawet jeśli, to Maus ma chyba prawo do prywatnych opinii, 

nie myśli pan? 

- Ale nie musiał pan tego drukować! - wypalił partner.  
- Muszę przedyskutować to z panem Mausem, kiedy wróci do 

miasta. 

Między  przyjmowaniem  gratulacji  a  odbieraniem  zaŜaleń 

Qwilleran  sam  zdołał  wykonać  kilka  telefonów.  Tego  ranka 
Koko wystukał na maszynie literę „z", co natchnęło Qwillerana 
do  tego,  by  zadzwonić  do  Zoe  Lambreth,  malarki,  z  którą 
łączyła go krótka, ale za to dość bliska znajomość, kiedy po raz 
pierwszy  przyjechał  do  miasta.  Przeczytał  Zoe  listę  nazwisk 

background image

 

 

artystów, związanych ze skandalem w garncami, którą znalazł w 
starej gazecie. 

- Czy ktoś z tych ludzi jest jeszcze w mieście? - zapytał. 
-  Niektórzy  z  nich  nie  Ŝyją  -  powiedziała  Zoe  melodyjnym 

głosem,  który  zawsze  go  urzekał.  -  Herb  Stock  ukrył  się  w 
Kalifornii.  Inga  Berry  jest  szefem  katedry  ceramiki  w  szkole 
Pennimana. Bill Bacon jest prezesem klubu „Pędzel i Dłuto". 

- Inga Berry, powiadasz. Chciałbym zrobić z nią wywiad. 
-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  chodzi  ci  o  ten  stary  skandal  - 

westchnęła  artystka.  -  Inga  nie  chce  o  tym  mówić.  Wszyscy 
artyści z tej „niechlujnej bohemy", wspominanej w gazetach, są 
obecnie  waŜnymi  członkami  wspólnoty  artystycznej,  a  nawet 
teraz ścigają ich reporterzy. Zupełnie nie rozumiem gazet. 

Następnie  Qwilleran  zadzwonił  do  Ingi  Berry.  Rozmawiał  z 

nią  ostroŜnie.  Odebrała  przyjaznym  tonem,  ale  jak  tylko 
przedstawił  się  jako  dziennikarz  „Fluxion",  wyraźnie  nabrała 
dystansu. 

- Czego pan chce? 
Mówił szybko i uŜył całego wokalnego i werbalnego uroku. 
-  Czy  to  prawda,  panno  Berry,  Ŝe  ceramika  jest  uwaŜana  za 

najtrwalszą ze sztuk? 

-  CóŜ...  tak  -  przyznała,  wzięta  przez  zaskoczenie.  -  Drewno 

próchnieje,  metal  rdzewieje,  ale  ceramika  moŜe  przetrwać 
tysiące lat. 

-  Rozumiem,  Ŝe  ceramika  przeŜywa  teraz  renesans,  Ŝe  jako 

forma  sztuki  moŜe  przyćmić  malarstwo  i  rzeźbę  w  ciągu 
następnych dziesięciu lat. 

-  CóŜ,  nie  wiem...  No,  moŜe  tak  -  zgodziła  się  instruktorka, 

jakby rozwaŜała ulotny projekt. - Ale proszę mnie nie cytować, 
wszyscy rzeźbiarze i malarze będą Ŝądać mojej krwi. 

-  Chciałbym  przedyskutować  z  panią  jedną  kwestię,  panno 

Berry.  Mam  młodego  przyjaciela,  jednego  z  pani  studentów, 
który  odmalował  przede  mną  promienny  obraz  pani  wkładu  w 
sztukę ceramiki. 

background image

 

 

-  Naprawdę  tak  mówił,  a  moŜe  to  ona?  -  Panna  Berry 

rozgrzewała się. 

- Zna pani Williama Vitello? 
-  Nie  jest  w  mojej  grupie,  ale  kojarzę  go  -  zachichotała.  - 

Trudno go przegapić. 

- Widziała go pani ostatnio? 
-  Nie  sądzę.  Nie  mieliśmy  Ŝadnej  większej  katastrofy  w 

studiu, więc musiało go nie być. 

-  A  przy  okazji,  panno  Berry,  czy  często  zdarza  się,  Ŝe  do 

glazur uŜywa się ołowiu? 

-  Och  tak,  całkiem  często.  Ołów  sprawia,  Ŝe  pigment  lepiej 

trzyma się gliny. 

- Czy nie jest trujący? 
-  Stosujemy  środki  ostroŜności,  oczywiście.  Chciałby  pan 

odwiedzić nasze studio, panie... 

-  Qwilleran,  pisane  przez  „Q-w".  To  bardzo  miłe  z  pani 

strony,  panno  Berry.  Niezwykle  interesuję  się  garncarstwem. 
Czy  to  prawda,  Ŝe  glina  zaczyna  nieładnie  pachnieć,  kiedy 
dojrzewa? 

-  Tak  jest  w  istocie.  Im  dłuŜej  się  ją  trzyma,  tym  jest 

elastyczniejsza. To dzięki procesowi rozkładu. 

W trakcie tej rozmowy recepcjonistka z działu felietonów dała 

mu  znać,  Ŝe  na  linii  czekają  dwie  przychodzące  rozmowy. 
Pokręcił głową i machnął ręką, Ŝeby nie łączyła.  

- Wynająłem mieszkanie w starej garncami nad rzeką, zna 
pani to miejsce? - zwrócił się do ceramiczki. 
Po drugiej stronie zapadła chłodna cisza. 
-  Nie  zamierza  pan  chyba  wyciągać  sprawy  Mortimera 

Mellona, prawda? 

-  A  kto  to  jest?  -  spytał  Qwilleran,  okazując  bezgraniczną 

naiwność. 

- NiewaŜne, niech pan zapomni, Ŝe o nim wspomniałam. 

Chciałem 

pani 

powiedzieć 

zaczął 

najbardziej 

zaangaŜowanym  tonem,  na  jaki  było  go  stać  -  Ŝe  moje 

background image

 

 

mieszkanie  ma  sekretny  wizjer  z  widokiem  na  wypalarnię,  to 
strasznie pobudza moją wyobraźnię. W jakim celu ktoś mógłby 
go zamontować? 

Znowu zapadła cisza. 
- W którym apartamencie pan mieszka? 
- Numer sześć. 
- To był apartament pana Pennimana. 
-  Nie  wiedziałem,  Ŝe  był  artystą  -  powiedział  Qwille-ran.  - 

Myślałem, Ŝe był wydawcą i finansistą. 

- Był patronem sztuk, a jego studio słuŜyło jako... 
- Pied-a-terrei - podsunął dziennikarz. 
-  Wie  pan  -  dodała  ostroŜnie  panna  Berry  -  pracowałam  w 

garncami Pennimana na początku jej istnienia. 

Wyraził  zdziwienie  i  zapytał,  czy  zamierza  przyjść  na 

wernisaŜ wystawy Grahama. 

- Nie miałam takiego zamiaru, ale... 
-  Proszę  przyjść,  panno  Berry.  Osobiście  dopilnuję,  Ŝeby 

miała pani zawsze pełny kieliszek szampana. 

- MoŜe przyjdę. Nigdy nie tracę czasu na uroczyste wernisaŜe, 

ale  wygląda  mi  pan  na  interesującego  młodego  człowieka. 
Pański entuzjazm jest odświeŜający. 

- Jak panią rozpoznam, panno Berry? 
-  Och,  pozna  mnie  pan.  Mam  siwe  włosy,  grzywkę  i  trochę 

utykam.  Wie  pan,  artretyzm.  No  i  oczywiście  mam  glinę  pod 
paznokciami. 

Dumny  ze  swojego  daru  przekonywania,  Qwilleran  odłoŜył 

słuchawkę  i  podniesiony  na  duchu  skończył  pisać  artykuł  o 
Maksie  Sorrelu.  Wręczył  kopię  Rikerowi  i  pełen  wiosennego 
optymizmu zamierzał właśnie wyjść z biura, kiedy jego telefon 
znowu zadzwonił. 

W słuchawce usłyszał męski głos: 
- Piszesz o restauracjach, tak? 
- Tak, piszę kolumnę o kuchni. 
- To dam ci dobrą radę. Zapomnij o „Golden Lamb Chop". 

background image

 

 

- A z jakiego powodu? 
- Nie chcemy ani słowa w gazetach o „Golden Lamb Chop", 

zrozumiano? 

- Czy jest pan związany z restauracją? 
-  Tylko  ci  mówię.  Ani  słowa  albo  stracicie  klientów  i 

reklamy,  jasne?  -  Qwilleran  usłyszał,  Ŝe  rozmówca  odłoŜył 
słuchawkę. 

Qwilleran zrelacjonował przebieg rozmowy Rikerowi. 
- Facet brzmiał jak jeden z tych złych gości w starych filmach 

gangsterskich.  Tyle  Ŝe  teraz  nie  groŜą,  Ŝe  wysadzą  cię  w 
powietrze.  Teraz  straszą,  Ŝe  wycofają  swoje  reklamy. 
Wiedziałeś,  Ŝe  jest  jakieś  tajne  stowarzyszenie,  które  chce 
zrujnować restaurację Sorrela? 

-  Nudy,  pogadam  z  szefem  -  powiedział,  wzdychając 

znudzony Riker. - Na jutro mamy tekst o serach, potem idzie ten 
o targu farmerskim, ale nie moŜemy puścić tego, co napisałeś o 
„Petrified 

Bagel". 

Zabalsamowane 

krewetki! 

Smaczne 

wykałaczki! Zwariowałeś? Co jeszcze czeka w kolejce? 

- Grupa Wsparcia Grubasów. Idę tam dzisiaj. 
- Jakieś wieści od Joy? 
-  Ani  słowa,  ale  pracuję  nad  sprawą.  Potrzebny  mi  jeszcze 

jeden kawałek tej układanki. 

Qwilleran  spotkał  się  z  Hixie  Ray  w  Duxbury  Memoriał 

Center.  Wyglądała  wyjątkowo  nie  prowokacyjnie,  moŜe  z 
wyjątkiem 

peruki 

trwałą 

dopasowanego, 

biało-

pomarańczowego kostiumu w kropki. 

-  Wyglądam  głupio?  -  zapytała.  -  Straciłam  rzęsy.  Jestem 

przegrana, jak zawsze. Na kaŜdym polu, z wyjątkiem wagi. Cest 
la  vie!  Kolacja  na  spotkaniu  Grupy  Wsparcia  Grubasów  - 
szesnastu  ton  Ŝywej  wagi  -  odbywała  się  w  sali  konferencyjnej 
Duxbury Memoriał Center, znanego z bardzo pośledniej kuchni. 

Było  oczywiście  krótkie  kazanie  na  temat  „szczupłego 

myślenia".  Ogłoszono  nazwiska  tych,  którzy  w  tym  tygodniu 
zgubili  najwięcej  gramów,  kilku  renegatów,  w  tym  Hixie, 

background image

 

 

wyznało swoje winy. Następnie podano koktajle z kapuścianego 
soku i lekkie zakąski. 

-  Ach,  następna  postna  zupa!  -  wykrzyknęła  Hixie  w 

udawanym  zachwycie.  -  W  tym  tygodniu  rozpuścili  po  prostu 
kostkę  rosołową  w  gorącej  wodzie.  I  tosty  razowe!  Najlepsze, 
jakie  jadłam  od  czasów,  kiedy  byłam  małą  dziewczynką  w 
Pigeon, w stanie Michigan, i skubałam gont z dachu stodoły... 

Czy  myślisz,  Ŝe  to  naprawdę  jest  hamburger?  -  zapytała 

Qwillerana,  kiedy  na  stole  pojawiło  się  główne  danie.  -  Myślę, 
Ŝ

e  to  pestki  winogronowe  sklejone  klejem  epoksydowym.  Nie 

przepadasz  za  brukselką?  Smakuje  jak,  hmmmm...  papier 
mache. Zaczekaj tylko, aŜ podadzą deser! Robią go z powietrza, 
wody,  ortofosforanu  dwusodowego,  smoły  pogazowej,  gumy 
organicznej  i  sztucznego  aromatu.  Et  voild!  Mus  śliwkowy  ze 
ś

mietaną! 

W drodze do domu Hixie powiedziała: 
-  Szczerze  mówiąc,  Ŝycie  jest  nie  fair.  Dlaczego  natura  nie 

obdarzyła  mnie  nieskazitelną  figurą  i  zachwycającą  twarzą 
zamiast  błyskotliwym  intelektem?  Nie  mam  faceta,  bo  jestem 
tłusta, jestem tłusta, bo nie mam faceta. 

-  Potrzebne  ci  hobby  -  poradził  jej  Qwilleran.  -  Jakieś 

zastępcze zainteresowanie konsumpcyjne. 

-  Mam  hobby,  konsumowanie  poŜywienia  -  wyznała  w 

typowy  dla  siebie,  elokwentny  sposób,  ale  kiedy  wchodzili  po 
schodach  w  Maus  Haus,  beztroska  tłusta  dziewczyna  zalała  się 
łzami, chowając twarz w dłoniach.  

- Hixie! Co się stało? - zapytał Qwilleran. Potrząsnęła głową i 

pozwoliła płynąć strumieniom łez. Chwycił ją mocno za ramię i 
prowadził schodami do góry. 

- Chodź pod szóstkę, zrobię ci drinka. 
Jego delikatny głos sprawił, Ŝe łzy płynęły teraz swobodnie, a 

Hixie poddała się ślepo jego wskazówkom. Koko zerwał się  
na równe nogi, kiedy weszła do apartamentu Qwillerana, biedny 
kot nigdy nie widział nikogo płaczącego. 

background image

 

 

Qwiłleran  posadził  ją  w  duŜym  fotelu.  Dał  jej  pudełko 

chusteczek, zapalił dla niej papierosa i nalał podwójną whiskey 
z lodem. 

-  No  dobrze,  a  teraz  powiedz  mi,  jaki  był  powód  tego 

oberwania chmury? 

- Och, Qwill - powiedziała. - Jestem taka Ŝałosna. 
Czekał cierpliwie. 
- Nie szukam milionera ani gwiazdy filmowej. Jedyne, na 
czym mi zaleŜy, to zwykły, przeciętny mąŜ, który ma trochę 
oleju w głowie albo ździebko talentu, niekoniecznie wszystko 
naraz.  Myślisz,  Ŝe  kiedyś  znajdę  takiego?  -  Wyliczyła  mu 

długą  i  zniechęcającą  listę  niedoszłych  trafień  i  kompletnych 
poraŜek. 

Słyszał juŜ przedtem podobne lamenty. Młode kobiety często 

mu się zwierzały. 

- Ile masz lat, Hbcie? 
- Dwadzieścia cztery. 
- Masz kupę czasu. 
Potrząsnęła głową. 
- Wątpię, Ŝebym kiedykolwiek spodobała się odpowiedniemu 

facetowi.  Nie  chcę  być  łatwą  dziewczyną,  ale  przyciągam 
facetów,  którzy  szukają  seksu  bez  zobowiązań.  Ja  chcę  ślubu, 
obrączki,  nowego  nazwiska,  dzieci,  całego  tego  staromodnego 
ceremoniału. 

Qwilleran  przyjrzał  się  jej  sukience:  zbyt  krótka,  zbyt 

jaskrawa,  zbyt  obcisła  -  i  zastanawiał  się,  jak  delikatnie  coś 
doradzić. MoŜe Rosemary mogłaby przejąć pałeczkę. 

- Nalejesz mi jeszcze? - zapytała. - Dlaczego twój kot mi się 

przygląda? 

- Jest zmieszany. Wie, kiedy ktoś jest nieszczęśliwy. 
-  Zazwyczaj  nie  roztkliwiam  się  tak  nad  sobą,  ale  niedawno 

spotkało  mnie  traumatyczne  przeŜycie.  Nie  spałam  przez  pięć 
nocy.  Nie  będziesz  miał  mi  za  złe,  jeśli  opowiem  ci 
szczegółowo tę okropną historię? Jesteś taki wyrozumiały. 

background image

 

 

Qwilleran pokiwał głową.  
-  Właśnie  zerwałam  z  Ŝonatym  męŜczyzną.  -  Zawiesiła  głos, 

Ŝ

eby  sprawdzić,  jaka  będzie  reakcja  Qwillerana,  ale  on  zapalał 

właśnie  fajkę.  Mówiła  dalej:  -  Nie  mogliśmy  się  dogadać. 
Nalegał,  Ŝebym  z  nim  wyjechała,  ale  ja  nie  chciałam  robić 
niczego  bez  zalegalizowania  tego  związku.  Chcę  aktu  ślubu. 
Jestem szalona? 

- Jesteś zadziwiająco konwencjonalna. 
-  Ale  to  stara  śpiewka.  Nie  spieszy  się  z  rozwodem.  Chce 

mnie  przetrzymać...  Mmmm,  dobra  ta  szkocka.  Dlaczego  nie 
pijesz, Qwill? 

- Za młoda. 
Hixie nie słuchała. Skoncentrowała się na swoim problemie. 
- Mieliśmy plany. Mieliśmy mieszkać w ParyŜu. Uczyłam się 

nawet francuskiego, a Dan oświadczył... - tu ugryzła się w język 
i rzuciła Qwilleranowi spanikowane spojrzenie. Nie dał poznać, 
Ŝ

e  zrobiło  to  na  nim  jakiekolwiek  wraŜenie.  -  No  dobrze,  teraz 

juŜ  wiesz  -  powiedziała,  wyrzucając  w  górę  ręce.  -  Nie 
chciałam, Ŝeby mi się wymknęło. Na miłość boską, nie... 

- Nie martw się. Nie jestem... 
-  Za  wszelką  cenę  pragnę  zachować  to  w  tajemnicy  przed 

Robertem. Byłby wściekły. Wiesz, jaki on jest. Taki akuratny! - 
Zamilkła,  a  potem  zajęczała  z  zaŜenowania.  -  A  Joy  jest  twoją 
przyjaciółką! Och! Tym razem wpadłam na dobre! Obiecaj, Ŝe... 
twoje  drinki  są  takie...  nie  spałam  przez  pięć...  jestem  taka 
zmęczona. 

- Po szkockiej będziesz dobrze spała - powiedział Qwilleran.  
- Odprowadzić cię? 
Nie trzymała się zbyt pewnie na nogach, więc odprowadził ją 

wzdłuŜ  galerii  do  jej  apartamentu,  akurat  na  czas,  Ŝeby 
powiedzieć  dobry  wieczór  wracającej  z  pracy  Charlotte  Roop, 
która przywitała go z zaciśniętymi wargami. 

Po  powrocie  do  pokoju  zastał  Koko  zajętego  przesuwaniem 

obrazków. 

background image

 

 

- Przestań! - burknął Qwilleran. Podszedł do druku Art 
Nouveau  i  zdjął  go  z  gwoździa.  Odsunął  zapadkę  i  spojrzał  

przez  dziurkę.  Zobaczył,  jak  Dan  upycha  w  jednym  z  małych 
pieców zwinięte w tobołek ubrania. Dostrzegł, jak Dan zagląda 
do  duŜego  pieca  i  notuje  coś  w  brulionie,  a  następnie  nastawia 
budzik i kładzie się na łóŜku polowym. 

Qwilleran powoli odwrócił się od wizjera. 
  

Rozdział szesnasty 

 
W  środę  rano  Qwilleran  nie  pojawił  się  na  śniadaniu.  Zrobił 

sobie  kawę  rozpuszczalną  w  pokoju  i  zabrał  się  wcześnie  do 
pracy  nad  artykułem  o  Grupie  Wsparcia  Grubasów.  Koko 
siedział na biurku i starał się pomagać, pocierając pyszczkiem o 
klawisz, który zmieniał marginesy, albo wkręcając swój ogon w 
cylinder, kiedy Qwilleran robił potrójną spację. 

„Na cotygodniowej kolacji Grupy Wsparcia Grubasów - pisał 

dziennikarz  -  prawdziwa  przyjemność  nie  ma  nic  wspólnego 
zjedzeniem". 

Usłyszał  pukanie  i  w  drzwiach  stanął  Robert  Maus.  Jego 

okrągłe  ramiona  były  tym  razem  obwisłe  i  zdradzały 
wyczerpanie. 

-  Czy  mogę  pogwałcić  prywatność  pańskiego  sanctum 

sanctorurrii  -  zapytał  prawnik.  -  Mam  do  pana  sprawę,  która 
zajmie chwilę. 

-  Pewnie,  niech  pan  wejdzie.  Słyszałem,  Ŝe  miał  pan 

nieprzewidzianą  podróŜ  za  granicę.  Wygląda  pan  na 
wyczerpanego. 

- Jestem wyczerpany, ale nie w wyniku nieoczekiwanej 
zmiany  w  trasie  mojej  podróŜy.  Sedno  w  tym,  Ŝe  po  moim 

powrocie zastałem tu delikatny... chaos. 

- Usiądzie pan? 
- Dziękuję, dziękuję, chętnie skorzystam. 

background image

 

 

Koty  witały  gościa  uroczyście  ze  stołu  kuchennego,  gdzie 

siedziały bez ruchu, ramię w ramię. 

-  Zakładam  -  powiedział  prawnik  -  Ŝe  to  są  słynni  koci 

gastronomowie. 

-  Tak,  ten  duŜy  to  Koko,  a  drugi  to  Yum  Yum.  Kiedy  pan 

wrócił? 

 -  Wczoraj  późnym  wieczorem.  Tylko  po  to,  Ŝeby  zostać 

skonfrontowanym  z  serią  komplikacji,  które  niech  mi  będzie 
wolno  wyliczyć.  Około  trzystu  osób  zostało  zaproszonych  na 
wernisaŜ  wystawy  w  garncami,  a  my  jesteśmy  beŜ  słuŜącego. 
Pani  Marron  cierpi  na  alergiczny  nieŜyt  nosa.  Klub  tenisowy, 
nasz  najbliŜszy  sąsiad  od  strony  zachodniej,  złoŜył  formalną 
skargę  na  emisję  dymu  z  naszych  kominów.  Starszy  partner 
„Teahandle,  Hansblow,  Burris,  Maus  i  Castle"  informuje  mnie, 
Ŝ

e  nasz  główny  klient  zerwał  kontrakt  z  naszą  firmą  w 

konsekwencji pańskiego artykułu we wczorajszej gazecie. 

- Przykro mi, jeśli... 
-  Nie  jest  to  pańską  winą,  jednakŜe  proszę  mi  pozwolić  na 

jeszcze  jedno.  Szacowna  panna  Roop  złoŜyła  mi  rachunek  ze 
skandalicznego prowadzenia się, oparty na przesłankach... Jedną 
chwilę,  proszę  mi  pozwolić  -  Maus  powstrzymał  Qwillerana, 
który starał się wejść mu w słowo. - Jest nam dobrze wiadome, 
Ŝ

e  dama,  o  której  mowa,  jest,  jak  by  to  rzec,  admiratorką 

Szkocji.  JednakŜe  leŜy  w  naszym  interesie,  aby  powódkę  dla 
powodów najlepiej znanych pod... 

-  Darujmy  sobie  preambułę  -  powiedział  Qwilleran.  -  O  co 

jest oskarŜana? 

Maus odchrząknął i zaczął: 
-  Według  relacji  świadka  jedna  mieszkanka  tego  domu 

widziana  była,  jak  wchodziła  do  apartamentu  numer  sześć  w 
późnych  godzinach  wieczornych  en  neglige.  Według  relacji 
ś

wiadka  inna  mieszkanka  tego  domu  widziana  była,  jak 

opuszcza  wyŜej  wspomniany  apartament  w  stanie  lekko 
nietrzeźwym. 

background image

 

 

Qwilleran wypuścił powietrze przez wąsy. 
- Mam nadzieję, Ŝe nie myśli pan, Ŝe zamierzam zaszczycić tę 

plotkę jakimkolwiek wyjaśnieniem. 

-  Wyjaśnienia  nie  są  ani  spodziewane,  ani  poŜądane,  nic  w 

tym rodzaju - powiedział Maus. - Proszę mi jednakŜe pozwolić 
na  wyraŜenie  mojego  stanowiska.  Firma,  z  którą  mam  honor 
współpracować,  reprezentuje  skrajnie  konserwatywne  poglądy. 
Roku  pańskiego  1913  jeden  z  członków  tej  firmy,  znanej 
wówczas  pod  nazwą  „Teahandle,  Teahandle  i  Whit-bread", 
został  wydalony  z  tego  szacownego  grona  za  zwykły  występek 
wypicia  trzech  filiŜanek  ponczu  na  przyjęciu  ogrodowym. 
Stawiam  więc  sobie  za  priorytet  unikanie  najmniejszego 
podejrzenia  o  niestosowność  w  tym  domu.  Najmniejsza  aluzja 
do  niekonwencjonalnego  zachowania,  która  dotarłaby  do  uszu 
moich  kolegów,  postawiłaby  firmę  w  niezręcznej  sytuacji, 
delikatnie  mówiąc,  i  z  wszelkim  prawdopodobieństwem 
uwolniłaby  mnie  od  mojego  w  niej  członkostwa.  JuŜ  sam  fakt, 
Ŝ

e  jestem  właścicielem  tego  miejsca,  niefortunnie  nazwanego 

bursą, sytuuje mnie w cieniu... niełaski. 

- Proszę mi w tej chwili oszczędzić szczegółów. Jak tylko uda 

mi  się  opanować  tę  krytyczną  sytuację...  -  Zadzwonił  telefon.  - 
Przepraszam  -  powiedział  Qwilleran.  Podszedł  do  biurka  i 
podniósł  słuchawkę.  -  Tak...  Tak,  w  czym  mogę  pomóc? 
Przekroczony limit! Nie rozumiem! - Otworzył szufladę biurka i 
wyjął ksiąŜeczkę czekową i przytrzymując słuchawkę przy uchu 
ramieniem, szukał stanu konta. - Tysiąc siedemset pięćdziesiąt! 
To  zła  kwota,  wypisałem  czek  na  siedemset  pięćdziesiąt! 
Siedem  pięć  zero...  Nie  mogę  uwierzyć.  Kto  podpisał? 
Rozumiem...  Czy  oba  podpisy  są  czytelne?...  Autentyczny 
podpis  będzie  wyglądał  jak  G-w-w-w...  W  takim  razie  to 
fałszerstwo  i  ktoś  manipulował  przy  kwocie...  Dziękuję  za 
telefon.  Spróbuję  to  wyśledzić...  Nie,  nie  przypuszczam,  Ŝeby 
był  jakiś  problem.  Oddzwonię  -  Qwilleran  odwrócił  się  do 
swojego  gościa, ale adwokat wyślizgnął się po cichu i zamknął 

background image

 

 

za sobą drzwi. Dziennikarz usiadł i rozwaŜał, jaki powinien być 
jego następny ruch. 

O czwartej po południu Wielki Hol był zalany rozproszonym 

słonecznym  światłem,  spływającym  z  okna  w  suficie, 
znajdującego  się  trzy  piętra  wyŜej.  Promienie  padały  na 
przypominającą 

klejnoty 

ceramikę, 

wystawioną 

na 

postumentach  na  środku  holu.  W  tym  ostrym  świetle  „Ŝyjąca 
glazura" była olśniewająca, magnetyczna, wręcz hipnotyczna. W 
innych  częściach  pomieszczenia  wystawione  były  smukłe 
naczynia  Joy,  wykonane  na  kole  garncarskim:  misy,  dzbany, 
słoje,  dzbanuszki,  wszystkie  w  subtelnych  nakrapianych 
zieleniach i szarościach, surowe, a zarazem gładkie jak na wpół 
stopiony  lód.  Były  tam  teŜ  brutalne,  prymitywne  kształty 
wcześniejszej  wałkowanej  ceramiki  Dana  w  tonacji  czarno-
brązowej  i  szaroniebieskiej,  którą  Graham  ozdobił  grudkami 
nalepionej gliny, wyglądającej jak spalone herbatniki. 

WzdłuŜ  galerii,  pod  ścianami,  ustawiono  długie  stoły  z 

wiadrami pełnymi lodu, kieliszkami szampana i tacami pełnymi 
przystawek. W rolę kelnerów  wcielili się naprędce  rekrutowani 
studenci  szkół  artystycznych,  którzy  w  białych,  przewaŜnie 
niedopasowanych uniformach wyglądali dość nietypowo. 

Qwilleran  przeszedł  się  po  sali  i  rozpoznał  tam  cały  wer-

nisaŜowy  tłumek.  Byli  tam  powściągliwi  kuratorzy  muzeów  o 
akademickim  wyglądzie,  dyrektorzy  galerii  skrywający  swoje 
opinie,  plotkujący  między  sobą  kolekcjonerzy,  nauczyciele 
ceramiki  objaśniający  sobie  nawzajem  idee  poszczególnych 
eksponatów, 

mieszanina 

artystów 

rękodzielników 

delektujących  się  darmowym  szampanem,  Jack  Smith,  krytyk 
„Fluxion",  który  przypominał  agenta  domu  pogrzebowego  z 
chroniczną  zgagą,  i  jedna  starsza  reporterka  z  „Morning 
Rampage", spisująca w notesie, co goście mają na sobie. 

W  końcu  był  teŜ  i  Dan  Graham,  zaniedbany  jak  zawsze, 

demonstrujący  fałszywą  skromność,  podczas  gdy  trawiła  go 
próŜność.  Jego  oczy  gorączkowo  wyławiały  komplementy,  a 

background image

 

 

kiedy ktoś pytał o panią Graham, marszczył z niezadowoleniem 
brwi. 

- Ogromna szkoda - odpowiadał. - Harowała jak wół 
i  była  bliska  załamania,  więc  posłałem  moją  staruszkę  na 

Florydę,  Ŝeby  trochę  odpoczęła.  Nie  chcę,  Ŝeby  się 
rozchorowała, nie chcę jej stracić. 

Qwilleran powiedział do Grahama: 
- Ten interes z garncarnią to musi być maszyna do robienia 
pieniędzy, skoro stać cię na takie balety. 
Dan uśmiechnął się krzywo. 
- Dostaliśmy po prostu duŜe zamówienie od restauracji w Los 

Angeles.  Dali  nam  konkretną  zaliczkę.  Stanąłem  na  głowie, 
Ŝ

eby nie zabrakło bąbelków, a Maus dorzucił się z przekąskami. 

-  Wskazał  ruchem  głowy  na  stoły  barowe,  za  którymi 
czerwononosa,  zakatarzona  pani  Marron  uzupełniała  zapasy 
krabowych  roladek,  omletu  z  szynką,  serowych  krokietów, 
ogórkowych 

sandwiczy, 

nadziewanych 

grzybów, 

miniaturowych 

rogalików 

kiełbaskami 

malutkich 

krewetkowych ąuiche. 

Potem Qwilleran wyłowił w tłumie Jacka Smitha. 
- Co myślisz o „Ŝyjącej glazurze" Dana? 
- Nie wiem, co powiedzieć. Dokonał niemoŜliwego - oznajmił 

krytyk, przy czym wyraz jego twarzy nadal przypominał zimny 
marmur. - Jak udało mu się otrzymać taki efekt? Jak uzyskał tę 
wyjątkową czerwień? Widziałem trochę jego gliny na wystawie 
grupowej  zeszłej  zimy  i  napisałem  wówczas,  Ŝe  ma  charakter  i 
witalność  skorup  z  rynsztoka.  Nie  spodobało  mu  się  to,  ale  to 
prawda.  Od  tamtego  czasu  przeszedł  długą  drogę.  Oczywiście 
cała zmiana na dobre leŜy w glazurze. Jeśli chodzi o formę, to są 
zatrwaŜająco  przeciętne.  Te  geometryczne  naczynia!  Zrobione 
za  pomocą  wałka!  Jeśliby  tylko  połoŜyli  jego  glazurę  na  jej 
naczynia! Zamierzam zasugerować to w mojej recenzji. 

Młoda  dziewczyna  w  sowich  okularach  wpatrywała  się  w 

Qwillerana. Poszedł w jej stronę. 

background image

 

 

- Czy to me jest nie w porządku, Ŝe tu przyszłam, panie 
Qwilleran? - zapytała nieśmiało. - Powiedział pan, Ŝebym za 
czekała czterdzieści osiem godzin. 
- śadnych wieści? Smutno potrząsnęła głową. 
- Sprawdziłaś rachunek bankowy?  
-  Nikt  go  nie  ruszał.  Tylko  bank  dodał  dwadzieścia  sześć 

centów odsetek. 

-  W  takim  razie  zawiadom  policję  i  staraj  się  nie  martwić. 

Poczekaj, przyniosę ci coś do jedzenia albo do picia. 

-  Nie,  dziękuję.  Nie  mam  ochoty.  Chyba  lepiej  pójdę  do 

domu. 

Qwilleran  odprowadził  ją  do  drzwi  i  powiedział,  gdzie  na 

River Road złapie autobus. 

W drodze powrotnej ze zdziwieniem zobaczył w tłumie braci 

Pennimanów.  Tweedledum  i  Tweedledee,  jak  ich  lekcewaŜąco 
nazywali  mieszkańcy  miasta,  rzadko  uczęszczali  na  imprezy  o 
mniejszym  rozgłosie  od  wystaw  francuskich  postimpresjoni-
stów.  

Podczas  gdy  pozostali  goście  oddawali  im  szacunek,  dla 

którego  usprawiedliwieniem  było  nazwisko  braci  i  ich  status 
majątkowy,  oni  sami  stali  spokojnie,  przysłuchując  się 
rozmowom.  Nie  pili  ani  nie  palili,  a  na  ich  twarzach  widniał 
wyraz  bezradności,  jaka  ogarniała  ich  zawsze  w  sytuacjach, 
kiedy mieli do czynienia ze sztuką. Qwilleranowi powiedziano, 
Ŝ

e za „Morning Rampage" stoją ich pieniądze, a nie intelekt. 

Qwilłeran wszedł w krąg otaczający braci i uŜywając sztuczek 

znanych  tylko  doświadczonym  reporterom,  odsunął  ich  od 
załoŜycieli fundacji, poszukujących pracy i pochlebców. 

- Jak się panom podoba pokaz? 
Basil  Penniman,  ten  z  opaską  na  oku,  spojrzał  na  brata  Bay-

leya. 

- Interesujący - powiedział rozwlekle Bayley. 
- Widział pan kiedykolwiek podobną glazurę? 

background image

 

 

Przyszła kolej na Bayleya, Ŝeby podać przysłowiową piłeczkę 

do Basila, spoglądał więc w jego kierunku pytająco. 

- Bardzo interesujący - powiedział Basil. 
-  To  nie  jest  do  publikacji,  prawda?  -  zapytał  nagle  czujnym 

głosem Bayley. 

-  Nie,  sztuka  nie  jest  juŜ  moją  działką.  Tak  się  składa,  Ŝe 

mieszkam tutaj. Czy to nie ojciec panów zbudował ten dom? 

Bracia ostroŜnie skinęli potakująco głowami. 
- Ten stary budynek mógłby z pewnością wyjawić wiele 
fascynujących  tajemnic  -  zaryzykował  Qwilleran.  Nie  było 

odpowiedzi, ale Qwilleran dostrzegł cień emocji, który przebiegł 
przez  twarze  braci.  -  Pani  Graham  przed  wyjazdem  z  miasta 
poŜyczyła  mi  pewne  dokumenty,  dotyczące  pierwszych  lat 
działalności garncami. Jeszcze ich nie czytałem, ale wyobraŜam 
sobie,  Ŝe  mógłby  z  nich  być  dobry  materiał.  Nasi  czytelnicy 
lubią  dawne  historie,  szczególnie  jeśli  jest  w  nich  jakiś  ludzki 
wątek. 

Basil  spojrzał  przestraszonym  wzrokiem  na  Bayleya.  Bayley 

zrobił się róŜowy. 

- Nie moŜe pan wydrukować niczego bez naszej zgody. 
- Pani Graham obiecała te papiery nam - powiedział Basil.  
- Są własnością rodziny - zawtórował mu brat. 
- MoŜemy odzyskać je drogą sądową. 
-  Proszę  powiedzieć,  co  jest  w  tych  papierach?  -  zapytał 

Qwilleran  kpiącym  tonem.  -  To  musi  być  pikantny  materiał. 
MoŜe to nawet lepsza historia, niŜ myślałem. 

-  Jeśli  pan  to  wydrukuje  -  odparł  Bayley,  którego  twarz 

nabrała koloru karmazynowego - to my, my... 

-  Pozwiemy  pana  o  zniesławienie  -  Basil  próbował  z 

wahaniem wesprzeć brata. 

-  Pozwiemy  „Fluxion".  To  dziennikarstwo  brukowe,  nic 

więcej! - Bayley był juŜ całkiem purpurowy. 

Basil dotknął ramienia brata. 
- Bądź ostroŜny, wiesz, co powiedział ci lekarz! 

background image

 

 

-  Przykro  mi,  jeśli  panów  zaalarmowałem  -  wycofał  się 

Qwilleran. - To był tylko dowcip. 

-  Chodźmy  -  powiedział  Basil  do  Bayleya  i  bracia  wyszli  z 

holu szybkim krokiem. 

Qwilleran z dziką satysfakcją przeczesywał swoje wąsy, kiedy 

w  tłumie  zobaczył  wysoką,  kościstą  kobietę  o  siwych  włosach, 
która szła przez Wielki Hol, lekko unosząc się na jednej nodze. 

- Inga Berry! - wykrzyknął. - Jestem Jim Qwilleran. 
- No nie, spodziewałam się znacznie młodszego męŜczyzny - 

powiedziała. - Pana głos przez telefon był tak pełen entuzjazmu, 
był taki - niewinny, proszę wybaczyć to określenie. 

- Dziękuję, to miłe - odpowiedział. - Czy mogę przynieść pani 

szampana? 

-  Dlaczego  nie?  Rzucę  okiem  na  brudne  stare  skorupy,  a 

potem  usiądziemy  gdzieś  i  utniemy  sobie  miłą  pogawędkę...  A 
niech  mnie!  Och!  -  dostrzegła  „Ŝyjącą  glazurę".  Podeszła  do 
promieniującej  ekspozycji  tak  szybko,  jak  tylko  mogła, 
opierając się na złoŜonej parasolce. - To jest... to jest lepsze, niŜ 
się spodziewałam! 

- Pochwala to pani? 
-  Ten  widok  sprawia,  Ŝe  chciałabym  iść  do  domu  i  rozbić 

wszystkie moje prace - haustem wychyliła kieliszek szampana. - 
Z  jednym  zastrzeŜeniem:  to  grzech  marnować  tę  olśniewającą 
glazurę na wałkowaną glinę.  

- To samo powiedział nasz krytyk. 
- Miał absolutną rację -  przynajmniej raz w Ŝyciu miał rację. 

MoŜe mu pan powtórzyć, Ŝe tak powiedziałam. - Zatrzymała się, 
a  potem  ruszyła  przez  środek  holu.  -  CzyŜ  to  nie  Charlotte 
Roop?  Nie  widziałam  jej  przez  czterdzieści  lat.  Wszyscy  się 
starzeją, z wyjątkiem mnie, oczywiście.  

- Co pani powie na jeszcze jeden kieliszek szampana? Panna 

Berry rozejrzała się wokół krytycznym wzrokiem. 

- To wszystko, co mają?  

background image

 

 

-  Mam  szkocką  i  burbona  w  szóstce,  jeśli  zechciałaby  pani 

wejść na górę - zasugerował Qwilleran. 

- Ryzykant! 
- Wiem, Ŝe wy, garncarze, musicie pić z powodu pyłu. 
- Nicpoń! - szturchnęła go parasolką. - Gdzie to pan usłyszał? 

Stanowczo za duŜo pan wie. 

Wspinała się po schodach powoli, oszczędzając jedno kolano, 

a  kiedy  drzwi  do  szóstki  stały  juŜ  otworem,  weszła  do  środka 
jak we śnie. 

- Mój BoŜe, tyle wspomnień. Jakie tu odbywały się przy 
jęcia! Byliśmy demonami... Witajcie, koty... Gdzie jest ten 
sekretny wizjer, o którym mi pan opowiadał? 
Qwilleran  odkrył  dziurkę,  a  panna  Berry  spojrzała  przez  nią 

do pracowni. 

-  Tak,  Penniman  kazał  prawdopodobnie  wyciąć  ją,  Ŝeby 

nadzorować wypalarnię. 

- A czego mógłby się obawiać? 
-  To  długa  historia  -  usiadła,  cicho  pojękując.  -  Artretyzm, 

całe szczęście, wszedł mi w nogi. Gdyby przytrafiło się to moim 
rękom,  podcięłabym  sobie  gardło.  Ręce  garncarza  są  jego 
największym skarbem. Jego najlepszym narzędziem jest kciuk... 
Dziękuję, jest pan dŜentelmenem i humanistą - przyjęła szklankę 
burbona. - Dawniej to miejsce było takie Ŝywe. W garncami aŜ 
huczało od pracy. W pracowniach stały sztalugi, był jeden tkacz 
i  kowal.  Ulubienicą  Pennimana  była  piękna  dziewczyna,  ale 
przeciętna  ceramiczka.  Potem  pojawił  się  młody  rzeźbiarz  i 
zakochali  się  w  sobie.  Był  przystojny  jak  cholera.  Starali  się 
trzymać  swój  romans  w  tajemnicy,  ale  papa  Penniman 
dowiedział  się  jakoś,  a  wkrótce  potem...  cóŜ,  ciało  młodego 
rzeźbiarza  znaleziono  w  rzece.  Mówię  to  panu,  bo  nie  jest  pan 
jak  ci  inni  reporterzy.  Teraz  to  dawne  dzieje.  Musi  być  pan 
nowy w mieście. 

- Myśli pani, Ŝe jego zatonięcie to było morderstwo, wypadek 

czy samobójstwo? 

background image

 

 

Panna Berry zawahała się. 
- Oficjalny raport mówił o samobójstwie, ale niektórzy z nas - 

nie  napisze  pan  nic  o  tym,  prawda?  -  niektórzy  z  nas 
podejrzewali to i owo. Kiedy reporterzy zaczęli nas nagabywać, 
wszyscy  nabrali  wody  w  usta.  Wiedzieliśmy,  czyja  ręka  nas 
karmi! 

- Podejrzewa pani... Popsiego? 
Panna Berry spojrzała na niego zaniepokojona. 
- Popsiego! Jak pan się... ? Zresztą niewaŜne. Biedna dziew 
czyna skoczyła do rzeki niedługo po tym. Była w ciąŜy. 
- Powinniście byli coś z tym zrobić. 
Panna Berry wzruszyła ramionami. 
-  Co  mogliśmy  zrobić?  Stary  pan  Penniman  był  majętnym 

człowiekiem.  Zrobił  sporo  dobrego  dla  miasta.  Nie  mieliśmy 
Ŝ

adnego dowodu. Teraz on nie Ŝyje. Charlotte Roop, ta kobieta, 

którą  widzieliśmy  na  dole,  była  jego  sekretarką  w  tamtych 
czasach. Przychodziła na nasze przyjęcia, ale była piątym kołem 
u wozu. Byliśmy dziką paczką. Dzisiejsze dzieciaki myślą, Ŝe to 
one wymyśliły wolną miłość, ale szkoda, Ŝe nie mogą zobaczyć, 
co  tu  się  działo,  kiedy  my  byliśmy  młodzi!  BoŜe,  dobrze  jest 
mieć  siedemdziesiąt  pięć  lat  i  za  sobą  cały  ten  nonsens.  Cześć, 
kotki - powtórzyła. 

Koty  wpatrywały  się  w  nią  ze  swojej  niebieskiej  poduszki  - 

Koko,  jak  gdyby  rozumiał  kaŜde  słowo,  a  Yum  Yum,  jakby 
nigdy przedtem nie widziała człowieka. 

-  Dlaczego  Charlotte  Roop  kręciła  się  przy  was,  skoro  nie 

pasowała do towarzystwa? - Qwilleran niedbale zapalał fajkę. 

-  CóŜ,  wieść  niosła,  Ŝe  miała  chrapkę  na  swojego  szefa  i  Ŝe 

była  zazdrosna  o  jego  piękną  metresę.  -  Panna  Berry  zniŜyła 
głos.  -  Zawsze  byliśmy  przekonani,  Ŝe  to  Charlotte  wypaplała 
Pennimanowi o romansie, który rozwijał się za jego plecami. 

- Skąd pani to przyszło do głowy?  
- Po prostu to trzyma się kupy. Po tej tragedii Charlotte miała 

załamanie nerwowe i odeszła z pracy. Nie miałam potem o niej 

background image

 

 

Ŝ

adnych  wieści.  Poza  tym  jeśliby  nikt  nie  doniósł  Pen-

nimanowi, co się święci, to dlaczego miałby wycinać w ścianie 
tę dziurę? - Pochyliła się do przodu i wymierzyła w Qwillerana 
swój  kościsty  palec.  -  Na  krótko  przed  tragedią  Penniman 
zamówił u Herba Stocka ten egipski fresk na ścianie wypałami. 
Teraz zgaduję dlaczego. - Panna Berry sączyła drinka, dumając 
nad przeszłością. - Penniman był hojny w składaniu zamówień, 
ale  nie  naleŜało  wchodzić  mu  w  drogę!  Nie  mógłby  pan 
wydrukować w swojej gazecie nic z tego, co pan tu usłyszał. 

-  Nie,  jeśli  chcielibyśmy  wywołać  wojnę  prasową  - 

powiedział  Qwilleran.  Zawsze  zadziwiało  go,  jak  beztrosko 
ludzie  zwierzają  się  dziennikarzom  i  z  jakim  zdziwieniem  i 
oburzeniem znajdują w prasie fragmenty swoich wypowiedzi. 

Zadzwonił telefon. 
Qwilleran podniósł słuchawkę i powiedział: 
- Halo... Tak, czy Odd Bunsen powiedział ci, czego chce 
my?.  ..  JuŜ  zrobiłeś?  Szybka  robota!  Co  znalazłeś?...  Butelki 

po  winie!  Coś  jeszcze?  Jaki  rodzaj  potłuczonej  porcelany?... 
Cała? 

O  kurczę!...  Czy  twoim  zdaniem  te  skorupy  są  częścią 

kwadratowych  czy  okrągłych  naczyń?...  Rozumiem.  Ogromnie 
mi  pomogłeś.  Ile  ci  jestem  winien?...  CóŜ,  to  miło  z  twojej 
strony. 

Mam nadzieję, Ŝe tam na dole nie było zbyt zimno... Daj znać, 

jeśli będę mógł coś dla ciebie zrobić. 

Qwilleran 

zaproponował 

pannie 

Berry 

kolację, 

ale 

powiedziała, Ŝe ma inne plany. Kiedy odprowadzał ją do drzwi, 
zapytał mimochodem: 

-  Przy  okazji,  co  się  stanie,  jeśli  podgrzeje  się  piec  zbyt 

szybko? 

-  Traci  się  miesiące  pracy.  Wszystko  wybuchnie.  To 

najsmutniejsze  fajerwerki,  jakie  kiedykolwiek  widziałeś.  Pyk! 
Pyk! Pyk! - Pękają jeden po drugim i jest juŜ zbyt późno, Ŝeby 
cokolwiek zrobić. 

background image

 

 

Qwilleran cieszył się, Ŝe panna Berry miała inne plany. Chciał 

zjeść  sam,  Ŝeby  spokojnie  pomyśleć.  Najpierw  zadzwonił  do 
Dana Grahama i zaprosił go na drinka po kolacji. śeby wznieść 
toast,  powiedział.  Potem  poszedł  do  „Seafood  Hut"  Joego 
Pike'a. 

Sytuacja  była  frustrująca.  Qwilleran  miał  wszystkie  poszlaki, 

Ŝ

eby  twierdzić,  iŜ  zbrodnia  została  popełniona,  ale  Ŝadnego 

dowodu  poza  fałszywym  podpisem  na  zawyŜonym  czeku.  Do 
tego 

zadziwiającego 

dowodu 

doszedł 

jeszcze 

raport 

płetwonurka. Według jego  relacji wszystkie kawałki porcelany, 
którą  Dan  utopił  w  rzece,  a  było  tego  sporo,  naleŜały  do 
okrągłych  naczyń!  Tak  więc  Dan  utopił  naczynia  Joy,  a  nie 
własne. Jasne błękity i zielenie, o których wspominał nurek, to z 
pewnością  „Ŝyjąca  glazura".  Nurek  mówił,  Ŝe  nawet  w  mętnej 
wodzie glazura migotała. 

Sącząc zieloną zupę z Ŝółwia, Qwilleran doszedł do wniosku, 

Ŝ

e sytuacja jest beznadziejna. Pieczone małŜe dodały mu trochę 

otuchy.  W  połowie  karmazyna  wpadł  na  pewien  pomysł,  a 
jedząc  sałatkę,  podjął  decyzję.  Otwarcie  skonfrontuje  się  z 
Danem i zdemaskuje go. Sposób, w jaki do tego dojdzie, będzie 
miał  kluczowe  znaczenie  dla  powodzenia  sprawy.  Był  pewien, 
Ŝ

e podoła wyzwaniu. 

Dan  przyszedł  pod  szóstkę  około  dziewiątej  wieczorem, 

przepojony  sukcesem  minionego  dnia.  Poklepując  się  po 
brzuchu, powiedział: 

-  Na  dole  ominęła  cię  dobra  kolacja.  Gulasz  wieprzowy  z 

puree  ziemniaczanym.  Nie  jestem  fanem  kuchni  Mausa,  ale 
gosposia potrafi dobrze człowieka nakarmić, jeśli się postara. Ja 
to lubię mięcho z ziemniakami. A ty? 

-  Mogę  zjeść  wszystko  -  odpowiedział  przez  ramię  Qwille-

ran, mieszając lód. - Co chcesz do burbona? 

- Trochę imbirowego piwa. - Dan umościł się w duŜym fotelu. 

- Moja pierwsza Ŝona była nie lada kucharką. 

- Byłeś Ŝonaty, zanim spotkałeś Joy? 

background image

 

 

-  Tak,  ale  nie  wyszło.  Jedno  jest  pewne,  umiała  gotować.  Ta 

kobieta  potrafiła  tak  przyrządzić  kurczaka,  Ŝe  smakował  jak 
rostbef! 

Qwilleran podał Danowi drinka, nalał sobie piwa imbirowego 

i  wznieśli  serdeczny  toast  za  powodzenie  wystawy.  Potem 
rozejrzał  się  za  kotami.  Zawsze  demonstrowały  swój  stosunek 
do  gości  i  często  Qwilleran  sugerował  się  ich  zachowaniem. 
Koty  schowały  się  za  ksiąŜkami  na  regale.  Widział  kawałek 
ogona owijającego się wokół tomu historii Anglii, ale nie był to 
ogon kota, który odpoczywa. Uniesiony koniuszek uderzał lekko 
w  półkę  nieregularnym  rytmem.  Koko  słuchał.  Qwille-ran 
wiedział,  Ŝe  ogon  naleŜy  do  Koko,  bo  ogon  Yum  Yum  był  na 
końcu zakrzywiony. 

Po  tym  jak  Dan  z  entuzjazmem  wyrecytował  wszystkie 

komplementy,  jakie  zebrał  podczas  wernisaŜu,  Qwilleran 
przybrał sarkastyczny wyraz twarzy i powiedział: 

- Nie wiem, czy ci wierzyć, czy nie. 
- Co mówisz? 
-  Czasem  myślę,  Ŝe  jesteś  mistrzem  kłamstwa.  -  Qwilleran 

uŜył  swojego  najsprytniejszego  tonu.  -  śartujesz  sobie  ze  mnie 
w połowie przypadków. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  Dan  nie  wiedział,  czy  ma  się 

uśmiechnąć, czy skrzywić. 

-  Na  przykład  powiedziałeś  mi,  Ŝe  wyrwałeś  wtyczkę,  kiedy 

włosy Joy wkręciły się w koło, i Ŝe uratowałeś jej Ŝycie. Ale ty 
wiesz  i  ja  wiem,  Ŝe  ona  nigdy  nie  uŜywała  elektrycznego  koła. 
Myślę, Ŝe po prostu zgrywałeś bohatera. No dalej, wyspowiadaj 
się! - Qwilleran delikatnie zamrugał oczami. 

-  Nie,  źle  mnie  zrozumiałeś.  Kurczę,  tego  wieczoru  jej  koło 

było  zepsute,  a  spieszyła  się,  Ŝeby  wykończyć  partię  do 
wypalenia,  więc  uŜyła  elektrycznego.  śadne  prawo  chyba  tego 
nie zabrania, co? 

background image

 

 

-  A  potem  powiedziałeś  Bunsenowi  i  mnie,  Ŝe  w  piwnicy  są 

szczury,  a  dobrze  wiemy,  Ŝe  Maus  robił  w  zeszłym  miesiącu 
deratyzację. Co za kit mi wciskasz? 

-  No  dobra,  powiem  ci  -  Dan  odpręŜył  się,  jak  gdyby  doszli 

juŜ  do  sedna  i  nie  było  juŜ  obawy,  Ŝe  dziennikarz  będzie  go 
dalej przepytywał. - Wy, chłopaki, byliście na złej drodze. Zbyt 
się staraliście, Ŝeby wycisnąć z tego starego pomieszczenia jakąś 
historię.  Prawdziwą  sensacją  była  „Ŝyjąca  glazura".  Nie  mam 
racji?  Nie  było  sensu  tracić  czasu  na  rzeczy,  które  nie  były 
interesujące.  Wiem,  jak  cenny  jest  wasz  czas.  Chciałem, 
Ŝ

ebyście jak najszybciej weszli do wypałami, to wszystko. Taki 

chwyt psychologiczny, no wiesz.  

Qwilleran  skupił  się  na  podpalaniu  fajki,  jak  gdyby  to  był 

dopiero początek. 

- W porządku - pyk, pyk. - A co to za bajeczka z tym, Ŝe Joy 

jest  w  Miami,  Ŝeby  -  pyk,  pyk  -  zrelaksować  się  i  odpocząć? 
Nienawidzi Florydy. 

- Wiem, Ŝe zawsze to powtarza, ale, do cholery, tam właśnie 

pojechała.  Ten  facet,  Hamilton,  tam  jest.  Myślę,  Ŝe  urwała  się, 
Ŝ

eby go zobaczyć. Było coś między nimi, no wiesz... Joy nie jest 

ś

więta, wiesz, co mam na myśli. 

-  No  to  czemu  nie  wysłałeś  jej  ubrań  -  pyk,  pyk  -  jak  o  to 

prosiła?  Dlaczego  je  spaliłeś?  -  Qwilleran  zaczął  krytycznie 
przyglądać się swojej fajce. - Coś jest nie tak z tym tytoniem. - 
Siebie zaś ostrzegł: „UwaŜaj, Qwill, stąpasz po cienkim lodzie". 

-  Sam  sobie  odpowiedz.  Było  tam  trochę  rzeczy,  których  juŜ 

nie  potrzebowała  -  powiedział  Dan.  -  MoŜna  spalić  ciuchy  w 
piecu,  Ŝeby  nadać  ceramice  szczególny  przydymiony  wygląd. 
Jest  cała  gama  moŜliwości,  trzeba  tylko  kontrolować  emisję 
gazów. A tak w ogóle, to skąd wiesz? - Oczy Dana przez chwilę 
były stalowe. 

- Wiesz, jacy są reporterzy, Dan. Zawsze węszymy. Choroba 

zawodowa  -  wyjaśnił  ciepło  dziennikarz.  -  Chcesz  trochę  sera? 
Mam dobrego roąueforta. 

background image

 

 

- Nie, jestem napchany. Człowieku, zrzędzisz jak moja Ŝona. 

Jak pies, co węszy za kością. 

-  Nie  daj  się  zwieść,  to  takie  gierki,  nic  poza  tym.  Mogę 

napełnić  ci  szklankę?  -  Qwilleran  nalał  Danowi  kolejnego 
drinka.  -  Okej,  spróbujmy  inaczej:  Powiedziałeś,  Ŝe  nie 
wybierasz się w podróŜ, ale krąŜą plotki, Ŝe jedziesz do ParyŜa. 

-  Przyłapałeś  mnie!  Wścibski  z  ciebie  łajdak  -  Dan  podrapał 

się  po  policzku.  -  Przypuszczam,  Ŝe  to  ta  pomylona  Hixie  ci 
wypaplała.  Musiałem  coś  powiedzieć,  Ŝeby  się  jej  pozbyć.  Ten 
dzieciak chorobliwie potrzebuje faceta, mówię ci. 

- Ale naprawdę zamierzasz wyjechać? Mam przyjaciela, który 

chętnie przejąłby garncarnię, jeśli ty rzucasz to miejsce. 

-  Tak  między  tobą,  mną  a  Panem  Bogiem  -  powiedział 

garncarz, zniŜając głos - jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tej 
okolicy.  Wróciłbym  do  Kalifornii,  jeśli  mógłbym  zerwać 
kontrakt z Mausem, ale nie chcę puszczać pary, zanim nie będę 
pewny szczegółów. 

- To dlatego potłukłeś te wszystkie naczynia i wrzuciłeś je do 

rzeki? 

Dan otworzył szeroko usta. 
- Co? 
-  Wszystkie  te  zielone  i  niebieskie  naczynia.  Widać  je  tam, 

prześwitują przez muł. To „Ŝyjąca glazura", prawda? 

-  Aaa,  te!  -  Dan  wziął  potęŜny  łyk  burbonu  z  piwem 

imbirowym.  -  To  odpady.  Kiedy  wpadłem  na  trop  tej  nowej 
glazury,  to  próbowałem  ją  na  stłuczkach.  To  wczesne 
eksperymenty. Nie było sensu ich trzymać. 

- Dlaczego utopiłeś je w rzece? 
- Bez Ŝartów, człowieku, Ŝeby oszczędzić trochę forsy. Miasto 

nakłada dodatkowe opłaty za kontenery ze śmieciami, a Maus - 
ten dusigrosz - kaŜe mi płacić osobno za wywóz śmieci. 

- Ale dlaczego w środku nocy? 
Dan wzruszył ramionami. 

background image

 

 

-  Dzień  czy  noc,  dla  mnie  to  bez  róŜnicy.  Przed  wystawą 

człowiek  pracuje  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Kiedy 
palisz w piecu, sprawdzasz go co kilka godzin, w kółko. Jesteś z 
policji, czy jak? 

-  Takie  przyzwyczajenie  -  powiedział  Qwilleran;  lód  stawał 

się coraz cieńszy. - Kiedy widzę coś, co się nie zgadza, muszę to 
sprawdzić. Tak samo jak piszę czek na siedemset pięćdziesiąt, a 
ktoś  podnosi  go  o  tysiąc  dolców  -  przyglądał  się  garncarzowi 
spokojnie, uporczywie. 

- Co przez to rozumiesz? 
- Czek, który dałem Joy, Ŝeby mogła pojechać na wakacje. Ty 

go  zrealizowałeś.  Powinieneś  wiedzieć,  co  mam  na  myśli  - 
Qwilleran poluzował krawat. 

-  Pewnie,  Ŝe  go  zrealizowałem  -  przyznał  Dan  -  ale  był 

wystawiony na tysiąc siedemset pięćdziesiąt. Joy wyjeŜdŜała w 
pośpiechu,  zapomniała  go  zabrać.  Zapomniałaby  głowy,  gdyby 
nie  była  przywiązana  do  ciała.  Zadzwoniła  do  mnie  z  Miami  i 
powiedziała, Ŝe zostawiła na poddaszu czek na tysiąc siedemset 
pięćdziesiąt  i  Ŝe  mam  go  dla  niej  zrealizować  i  przesłać  jej 
połowę  pieniędzy.  Powiedziała  teŜ,  Ŝe  mam  zuŜyć  resztę  na 
duŜe bum na otwarcie. 

-  Dziś  po  południu  powiedziałeś  mi,  Ŝe  szampana 

sfinansowało to zlecenie z Los Angeles. 

Dan zrobił przepraszającą minę. 
-  Nie  chciałem,  Ŝebyś  wiedział,  Ŝe  przekazała  mi  połowę 

twojej forsy. Nie chciałem, Ŝebyś się irytował. Jesteś pewien, Ŝe 
nie wypisałeś czeku na tysiąc siedemset pięćdziesiąt? Jak moŜna 
dodać tysiąc baksów do czeku? 

-  To  proste  -  powiedział  Qwilleran.  -  Wystarczy  postawić 

jedynkę przed cyfrą i dopisać tysiąc przed siedemset. 

- No to pewnie ona to zrobiła, bo nie byłem to ja. Mówiłem ci, 

Ŝ

e nie jest święta. Gdybyś był jej męŜem przez piętnaście lat, to 

byś  się  dowiedział.  -  Dan  podniósł  się  zniecierpliwiony  na 
fotelu. - Jezu, jesteś nieznośnym typem. Gdybym nie był dobrze 

background image

 

 

wychowany, przywaliłbym ci w jadaczkę. Ale na dowód, Ŝe nie 
Ŝ

ywię  złych  zamiarów,  dam  ci  prezent.  -  Wydobył  się  z 

głębokiego  fotela.  -  Zaraz  wracam,  jeśli  chcesz  mi  dosypać 
czegoś do drinka, jak mnie nie będzie, to proszę bardzo. 

Wtedy właśnie Qwilleran poczuł cień niepewności. Ten czek, 

który dał Joy, pisał go bez okularów, w uniesieniu. MoŜe to on 
popełnił  błąd.  Przemierzał  pokój  w  oczekiwaniu  na  powrót 
Dana. 

- Koko, po co się chowasz? - mruknął w kierunku regału.  
- Wyłaź stamtąd i wesprzyj mnie! 
Nie  było  odpowiedzi,  ale  koniuszek  ogona,  który  wystawał 

zza ksiąŜek, smagnął ostro półkę. 

Wkrótce  wrócił  Dan,  niosąc  w  rękach  dwa  naczynia:  duŜy 

kwadratowy  dzbanek  na  nóŜkach  i  małą  prostokątną  doniczkę. 
DuŜe naczynie miało rzadki czerwony kolor. 

- Masz! - powiedział, popychając je przez stół. - Doceniam to, 

co  dla  mnie  robisz  w  gazecie.  Mówiłeś,  Ŝe  podoba  ci  się 
czerwony,  więc  ten  duŜy  jest  dla  ciebie.  Niebieski  daj 
fotografowi. Miał chłopak jaja. Dopilnuj, Ŝeby zrobił mi odbitki, 
dobrze?... Masz, bierz, nie wstydź się! 

Qwilleran potrząsnął głową.  
-  Nie  moŜemy  ich  przyjąć,  są  zbyt  cenne.  -  Przypominał 

sobie, Ŝe czerwoną ceramikę wyceniano na wernisaŜu w cztero-
cyfrowych kwotach. 

- Nie bądź sztywniakiem - powiedział Dan. - Bierz te cholerne 

skorupy!  Sprzedałem  całą  resztę  „Ŝyjącej  glazury".  Ludzie  bili 
się  o  nią.  Mam  stos  czeków,  od  których  dostałbyś  zeza.  Nie 
martw  się,  odrobię  te  tysiąc  baksów,  upewnij  się  tylko,  Ŝe 
dostanę dobrą stronę w gazecie. 

Dan wyszedł z pokoju, a Qwilleran poczuł, Ŝe gorąco napływa 

mu  do  twarzy.  Konfrontacja  nie  rozwiała  Ŝadnej  wątpliwości. 
Albo  całkowicie  się  mylił,  albo  Dan  był  wyszczekanym 
kundlem.  Niechlujny  wygląd  garncarza  był  mylący,  a  on  sam 
był śliski, zbyt śliski. 

background image

 

 

Z  regału  dało  się  słyszeć  mruczenie  i  pojawiły  się  koty. 

Najpierw  lśniący  brązowy  ogon,  potem  ciemny  futrzany  tył, 
drobniejszy tułów i wreszcie brązowa głowa. Koko otrząsnął się 
energicznie i jednym skutecznym ruchem wygładził futerko. 

- Myślałem, Ŝe wszystko juŜ wiem - powiedział mu Qwilleran 

- ale teraz nie jestem tego taki pewien. 

Koko nie skomentował wypowiedzi Qwillerana, tylko skoczył 

z regału na krzesło, a z krzesła na biurko. Przystanął przezornie 
na chwilę, zanim zaczął podkradać się do czerwonego dzbanka. 
Z  ciałem  blisko  przy  ziemi,  z  ogonem  napiętym  jak  struna, 
wstrzymał  oddech  i  niepostrzeŜenie  znalazł  się  przed  nim.  Jak 
gdyby  było  to  Ŝywe  stworzenie,  ostroŜnie  przesunął  nos  przed 
powierzchnią naczynia, jego wąsy zakrzywiły się ostro do góry, 
nos zmarszczył się i Koko obnaŜył zęby. Powąchał raz jeszcze i 
zawył. Najpierw jego głos brzmiał jak odległe skomlenie, ale na 
końcu przeszedł w pisk, od którego włosy stawały dęba. 

- Obaj nie moŜemy się mylić - powiedział Qwilleran.  
- Ten człowiek we wszystkim kłamie, a Joy nie Ŝyje. 
  

Rozdział siedemnasty 

 
Joy  nienawidziła  rzeki  i  bała  się  jej,  a  teraz  odpychające 

czarne  wody  zmusiły  Qwillerana  do  powrotu  znad  brzegu. 
Nawet  Koko  zwlekał  z  wejściem  na  pomost.  Dawno  temu 
utonęła  tu  dwójka  artystów,  niedawno  małe  dziecko,  teraz  być 
moŜe  spoczęły  tu  ciała  Joy  i  Williama.  Rzekę  zaczynała 
spowijać  mgła.  Zewsząd  rozlegały  się  zawodzenia  łodzi,  a 
syreny na Plum Point śpiewały swoją Ŝałobną pieśń. 

Qwilleran  wykręcił  numer  biura  prasowego  w  komendzie 

głównej  policji,  a  czekając  na  człowieka  „Fluxion",  który  miał 
nocną  zmianę,  podsumował  swoje  podejrzenia.  To  Joy 
wymyśliła  i  stworzyła  „Ŝyjącą  glazurę";  widział,  jak  Dan 
kopiuje  recepturę  z  jej  luźnego  notesu  do  duŜego  notatnika. 
Skoro to było faktem, to cała reszta układanki pasowała jak ulał: 

background image

 

 

to,  Ŝe  Dan  zabronił  jej  pokazywać  prace  przed  wystawą; 
potłuczona  ceramika  na  dnie  rzeki  w  kształtach  typowych  dla 
prac  Joy;  powszechna  zgoda  gości  na  wernisaŜu,  Ŝe  glazura 
swoją jakością artystyczną przewyŜszała formy, na które została 
połoŜona. Poza tym Dan bezczelnie przywłaszczył sobie prawo 
do „Ŝyjącej  glazury",  czy  powaŜyłby się na to,  gdyby wiedział, 
Ŝ

e Joy Ŝyje? 

Lodge  Kendall  warknął  do  słuchawki  telefonu  w  biurze 

prasowym. 

-  Przepraszam,  Ŝe  znów  zawracam  ci  głowę,  Lodge  - 

powiedział Qwilleran. - Pamiętasz, o co pytałem cię w zeszłym 
tygodniu? Nadal interesuje mnie wszystko, co wyłowią z rzeki. 
Gdzie  zazwyczaj  wypływają  ciała?...  Jak  to  daleko  stąd?...  Jak 
długo  dryfują  do  wyspy?  Nie  zaszkodziłoby  poinformować 
policję,  ale  tym  razem  nie  mam  konkretnego  dowodu.  Co 
myślisz o tym, Ŝeby zaprosić jutro porucznika Hamesa do klubu 
prasowego?... Świetnie! Zobacz, co da się zrobić. Czekaj, mam 
lepszy pomysł, zabierzmy go do „Golden Lamb Chop", kupię... 
Tak, jestem zdesperowany! 

Koko nadal warował na biurku, przyglądając się podejrzliwie 

czerwonemu dzbankowi. Mała niebieska doniczka miała tę samą 
fantastyczną polewę, ale Koko kompletnie ją ignorował. 

Koty  nie  potrafią  rozróŜniać  kolorów,  przypomniał  sobie 

Qwilleran. Joy mu to mówiła. W tym naczyniu musiało być coś, 
co  niepokoiło  małego  zwierzaka.  Z  drugiej  strony  takŜe 
czerwona  ksiąŜka  z  biblioteki  nie  przypadła  Koko  do  gustu. 
Kilkakrotnie zrzucał ją z regału na podłogę. 

Qwilleran  znalazł  ksiąŜkę  między  dwoma  duŜymi  tomami, 

dokładnie  tam,  gdzie  ją  ostatnio  umieścił  dla  bezpieczeństwa. 
Była  to  szczegółowa  pozycja  poświęcona  ceramice.  Qwilleran 
usiadł wygodnie w fotelu, Ŝeby przejrzeć rozdziały poświęcone 
urabianiu  gliny,  obsługiwaniu  koła,  wyprowadzaniu  brzegu, 
odcinaniu  naczynia,  przyrządzaniu  glazury,  ładowaniu  pieca, 

background image

 

 

podpalaniu.  KsiąŜkę  kończył  rozdział,  w  którym  opisywano 
historie i legendy związane z ceramiką. 

W  połowie  lektury  Qwilleranowi  zrobiło  się  słabo.  Potem 

jego  twarz  nabiegła  krwią  i  ścisnął  poręcze  fotela.  W  ataku 
gniewu  zerwał  się  z  fotela,  przebiegł  przez  pokój  i  uderzył 
ksiąŜką  w  czerwony  dzban,  strącając  go  z  biurka.  Koty 
poderwały  się  przeraŜone,  kiedy  dzban  rozbił  się  o  ceramiczną 
podłogę. 

Ś

ciskając  ksiąŜkę  w  ręku,  Qwilleran  wypadł  ze  swojego 

apartamentu i ruszył naokoło galerii w kierunku jedynki. Robert 
Maus  podszedł  do  drzwi,  zawiązując  pasek  flanelowego 
szlafroka. 

- Musimy porozmawiać! - powiedział gwałtownie Qwilleran. 
-  Oczywiście.  Oczywiście.  Proszę  wejść.  Przypuszczam,  Ŝe 

moŜe słuchał pan wiadomości o północy. Ktoś podłoŜył bombę 
w  „Golden  Lamb  Chop"...  Mój  drogi,  jest  pan  chory?  Cały  się 
pan trzęsie! 

- Ma pan w domu szaleńca! - wybełkotał Qwilleran. 
- Proszę usiąść. Proszę usiąść. Niech się pan uspokoi. Napije 

się pan szklaneczkę sherry?  , 

Qwilleran niecierpliwie potrząsnął głową.  
- Czarnej kawy? 
- Dan zamordował swoją Ŝonę. Wiem to na pewno. 
- Słucham? 
- I prawdopodobnie Williama teŜ. Myślę, Ŝe kot Joy był jego 

pierwszą ofiarą. Tak, myślę, Ŝe z kotem to był eksperyment. 

-  Jedną  chwilę,  proszę  -  powiedział  Maus.  -  Co  ma  znaczyć 

ten  niekontrolowany  wybuch?  Proszę  wszystko  powtórzyć  od 
początku. Tylko powoli. I niech pan łaskawie usiądzie. 

Qwilleran usiadł, jak gdyby ktoś podciął pod nim kolana. 
- Napiję się czarnej kawy. 
- Przefiltrowanie świeŜej porcji zajmie tylko chwilę. 
Adwokat wszedł do kuchni, a Qwilleran starał się zebrać 

background image

 

 

myśli.  Kiedy  Maus  wrócił  z  kawą,  Qwilleran  był  juŜ  w 

lepszym stanie. Powtórzył swoje podejrzenia: 

- Najpierw zniknął kot Grahamów, potem zniknęła Joy, potem 

William. Twierdzę, Ŝe zamordował ich wszystkich. Musimy coś 
zrobić! 

- To przedwczesne oskarŜenie! Gdzie jest pański dowód, jeśli 

moŜna spytać? 

-  Nie  ma  niezbitego  dowodu,  ale  ja  to  wiem!  -  Qwilleran 

nerwowo  dotykał  wąsów,  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  lepiej  nie 
wspominać  o  dziwnym  zachowaniu  Koko.  -  Zresztą  jutro 
spotykam się z detektywem z wydziału zabójstw. 

Maus podniósł rękę. 
-  Jedną  chwileczkę.  RozwaŜmy  wszystkie  konsekwencje, 

zanim zdecyduje się pan porozmawiać z władzami. 

-  Konsekwencje?  Ma  pan  na  myśli  niechlubny  rozgłos? 

Przykro mi, panie Maus, ale rozgłos jest teraz nieunikniony. 

- Ale na miłość boską, co skłoniło pana do... tych potwornych 

wniosków, Ŝe Graham... Ŝe on... 

-  Wszystkie  przesłanki  prowadzą  do  takich  wniosków.  Przez 

lata  Joy  osiągała  większe  sukcesy  od  swojego  męŜa.  Ostatnio 
stworzyła  spektakularną  glazurę,  która  pozwoliłaby  jej  na 
zawsze  zdystansować  Dana..  Facet  ma  przerośnięte  ego. 
Desperacko  potrzebuje  uwagi  i  pochwał,  a  nic  mu  się  nie 
układa.  Rozwiązanie  jest  proste:  dlaczego  by  nie  pozbyć  się 
Ŝ

ony, nałoŜyć jej glazurę na własna ceramikę i odcinać kupony 

do  końca  Ŝycia?  MałŜeństwo  i  tak  się  rozpada,  więc  dlaczego 
nie?... Mówię panu, Ŝe właśnie tak było! Kiedy Joy nie stała mu 
juŜ na drodze, Dan podjął kroki, Ŝeby pozbyć się całej ceramiki 
Joy, na której była nowa glazura. Znaleźliśmy ją... 

-  Musi  mi  pan  wybaczyć,  Ŝe  tak  powiem  -  przerwał  mu 

adwokat  -  ale  ten  dziki  scenariusz  brzmi  jak  wymysł  chorej 
wyobraźni. Qwilleran zignorował uwagę Mausa. 

background image

 

 

-  W  międzyczasie  Dan  odkrywa,  Ŝe  William  go  podejrzewa, 

więc  chłopaka  trzeba  uciszyć.  Musi  pan  przyznać,  Ŝe 
nieobecność Williama zwraca uwagę. 

Adwokat wlepiał niedowierzający wzrok w Qwillerana. 
-  Co  więcej  -  kontynuował  dziennikarz  -  Dan  przygotowuje 

się do wyjazdu z kraju. Musimy działać szybko. 

-  Jest  jedno  pytanie.  Czy  moŜe  pan  dostarczyć  dowód 

rzeczowy? 

-  Ciała?  Nikt  ich  nigdy  nie  znajdzie.  Na  początku  myślałem, 

Ŝ

e utopił je w rzece. Potem w tej ksiąŜce znalazłem opis, który 

przyprawia o mdłości. - Qwilleran potrząsnął czerwoną ksiąŜką 
przed  niedowierzającymi  oczami  słuchacza.  -  W  staroŜytnych 
Chinach  do  pieców  garncarskich  wrzucano  ciała  niechcianych 
dzieci. 

Maus nie poruszył się. Był w szoku. 
-  Te  piece  na  dole  moŜna  podgrzać  do  tysiąca  trzystu  stopni 

Celsjusza! Powtarzam: ciał nie znajdziemy! 

- Obrzydliwe! - powiedział szeptem prawnik. 
-  Pamięta  pan,  panie  Maus,  Ŝe  klub  tenisowy  skarŜył  się  na 

dym w zeszłym tygodniu. William wiedział, Ŝe coś jest nie tak. 
Normalnie  naczynia  potrzebują  dwudziestu  czterech  godzin  na 
podgrzanie i kolejnych dwudziestu czterech na ostygnięcie. Jeśli 
przyspieszy  się  proces,  popękają!  William  powiedział  mi,  Ŝe 
Dan za szybko podgrzewa. Drzwi do garncami były zamknięte, 
ale William wiedział o małym wizjerze w ścianie szóstki, który 
wychodzi na wypalarnię... Wie pan o nim? 

Maus przytaknął. 
- W tej ksiąŜce jest jeszcze jedna historia - ciągnął Qwilleran. 

-  Zdarzyła  się  wieki  temu  w  Chinach.  Polne  zwierzątko 
zabłąkało  się  do  pieca,  kiedy  zapełniano  go  garnkami. 
Zwierzątko  zostało  skremowane,  a  glina  przybrała  piękny 
odcień czerwieni! 

Adwokat poczuł się wyraźnie nieswojo. 
Maus powiedział: 

background image

 

 

- Nie czuję się najlepiej. OdłóŜmy tę rozmowę do jutra. 
Muszę pomyśleć. 
Tej  nocy  Qwilleran  nie  mógł  spać.  Wstawał,  kładł  się, 

próbował  czytać,  chodził  tam  i  z  powrotem  po  całym  pokoju. 
Koko  takŜe  nie  spał  i  czuwał,  z  niepokojem  przyglądając  się 
człowiekowi.  Przez  chwilę  Qwilleran  zastanawiał  się,  czy  nie 
strzelić  sobie  drinka,  ale  złapał  wzrok  Koko  i  zrezygnował.  W 
końcu przypomniał sobie, Ŝe w apteczce w łazience ma syrop na 
kaszel,  który  zawiera  silny  środek  uspokajający.  Wziął 
podwójną dawkę. 

Wkrótce  spał  głęboko,  zbyt  głęboko,  nawet  na  sny.  Syrena 

wyła,  łodzie  bez  końca  odtrąbiały  swoje  ostrzeŜenia,  ale  Qwil-
leran nie słyszał nic. 

Nagle,  wyrwany  z  głębi  narkotycznego  snu,  zorientował  się, 

Ŝ

e siedzi po ciemku na łóŜku. Otumaniony snem myślał, Ŝe był 

jakiś  wybuch.  Otrząsnął  się  i  przypomniał  sobie,  gdzie  jest. 
Wypalarnia!  Właśnie  tak,  powiedział  sobie.  Wypalarnia 
wybuchła.  Włączył  lampkę  nocną.  Nie  było  eksplozji,  tylko 
dźwięk  upadającego  ciała,  trzask  krzesła,  głuchy  odgłos  głowy 
uderzającej  o  ceramiczną  kafelkową  podłogę,  brzdęk  rozbitej 
okiennej  szyby.  Na  podłodze  z  krwawiącą  głową  leŜał  Dan 
Graham.  Nogi  miał  splątane  szarą  włóczką.  Cały  pokój  osnuty 
był  setkami  metrów  szarej  przędzy,  niczym  gigantyczną 
pajęczyną. 

Na  regale  siedział  Koko,  uszy  połoŜył  po  sobie,  skośne  oczy 

błyskały czerwono w świetle nocnej lampki. 

-  I  tak  to  było  -  wyjaśnił  Qwilleran  Rosemary,  kiedy  wpadła 

do niego przed kolacją w czwartek wieczorem. Qwilleran po raz 
pierwszy  włoŜył  swój  nowy  garnitur.  Zamierzał  zabrać 
Rosemary  do  „Golden  Lamb  Chop".  Waga  wskazywała,  Ŝe 
schudł pięć kilogramów. Czuł się duŜo młodziej. - Koko zrobił 
pułapkę z swojego kłębka wełny - powiedział - a Dan wpadł w 
nią w ciemności. 

- Skąd wiesz, Ŝe Koko usnuł pajęczynę? - spytała Rosemary.  

background image

 

 

- Bardziej prawdopodobne, Ŝe to była Yum Yum. 
-  Chylę  czoła  przed  twoją  kobiecą  intuicją.  Wybacz  mi  mój 

szowinizm. 

-  Czym  Dan  chciał  cię  zaatakować?  Jeden  z  prezenterów 

nazwał  to  coś  tępą  bronią.  W  gazecie  napisali,  Ŝe  to  był 
drewniany tłuczek. 

- Nigdy byś nie uwierzyła, ale to był wałek! CięŜki drewniany 

wałek,  którym  garncarze  wałkują  glinę.  Kiedy  Dan  wpadł  w 
sieć, wypuścił z ręki wałek, który stłukł szybę. 

Rosemary pokiwała głową ze zdumienia. 
-  Ten  człowiek  nie  miał  równo  pod  sufitem,  ale  był  sprytny. 

Dziwię się, Ŝe myślał, iŜ wyjdzie z tego cało. 

-  Był  w  pełni  gotowy  do  wyjazdu  z  kraju.  Renault  było 

zapakowane,  gotowe,  Ŝeby  zabrać  go  na  poranny  lot.  Nie  miał 
nawet zamiaru poczekać na recenzje wystawy. 

Koty  skończyły  właśnie  jeść  wołowinę  i  pate  z  ostryg, 

podesłane  im  przez  Roberta  Mausa,  a  teraz,  w  atmosferze 
całkowitego  zaspokojenia,  siedząc  na  biurku,  myły  pyszczki  i 
łapki.  Qwilleran  obserwował  je  z  dumą  i  wdzięcznością. 
Przypomniała mu się zostawiona w maszynie wiadomość „Pb". 

- Nie miałem racji co do jednej rzeczy - kontynuował.  
-  Znaleźli  ciało  Williama.  Po  tym  jak  zabił  Joy,  mógł  spalić 

jej  ciało  w  piecu  razem  z  ceramiką,  ale  kiedy  dosypał  tlenku 
ołowiu do drinka Williama, miał właśnie piec pełen stygnących 
naczyń  i  był  w  kłopocie.  Ukrył  więc  jego  ciało  w  beczce  w 
piwnicy, pod przechowalnią gliny. 

Ktoś zapukał do drzwi. Qwilleran wpuścił do pokoju Hixie. 
- Czy słyszałam kostki lodu? - zapytała. 
-  Wejdź,  otworzymy  butelkę  szampana,  którą  klub  prasowy 

przysłał  Koko.  I  Yum  Yum  -  dodał  Qwilleran,  rzucając 
Rosemary przepraszające spojrzenie. 

Hixie powiedziała:  

background image

 

 

-  Zastanawiam  się,  jak  spółka  „Teahandle,  Hansblow"  etc. 

zareagowała na rozgłos. Telewizję i całą resztę! Idę o zakład, Ŝe 
Mickey Maus jest ugotowany. 

- To szczęście w nieszczęściu - powiedziała Rosemary.  
- Teraz porzuci karierę prawniczą i zajmie się tym, co zawsze 

chciał robić - otworzy restaurację. 

Znów  rozległo  się  pukanie  i  w  drzwiach  stanęła  Charlotte 

Roop.  Miała  zaciśnięte  pięści  i  usta.  Wkroczyła  do  pokoju 
wojowniczym krokiem i oświadczyła: 

-  Panie  Qwilleran,  proszę  mi  nalać  drinka.  Mocnego  drinka! 

Proszę o szklankę sherry! 

-  Dlaczego...  oczywiście,  panno  Roop.  Myślę,  Ŝe  mamy 

sherry. A moŜe woli pani szampana? 

-  Potrzebuję  czegoś  na  uspokojenie  nerwów  -  połoŜyła 

roztrzęsioną  dłoń  na  drgającej  szyi.  -Właśnie  złoŜyłam 
wymówienie  z  sieci  Heavenly  Hash  House.  Zrezygnowałam  z 
pobudek moralnych! 

-  Ale  tak  bardzo  lubiła  pani  swoją  pracę!  -  zaprotestowała 

Rosemary. 

- Co się stało? - zapytał Qwilleran. 
-  Trzej  właściciele  -  zaczęła  Charlotte,  ale  głos  się  jej 

załamywał - których tak szanowałam, byli zamieszani w jeden z 
najbardziej obrzydliwych procederów, o jakich słyszałam w tym 
biznesie.  Słyszałam  rozmowę,  przez  przypadek  oczywiście  -  w 
sali  konferencyjnej...  Czy  to  szampan?  Dziękuję,  panie 
Qwilleran - pociągnęła głęboki łyk. 

-  No,  proszę  kontynuować  -  powiedziała  Hixie.  -  Co  robili? 

Rozwadniali zupę? 

Charlotte była sfrustrowana. 
- Jak mam to powiedzieć? Przychodzi mi to z trudem... To oni 

próbowali zrujnować restaurację pana Sorrela! 

-  Ale  oni  nie  grają  w  tej  samej  lidze!  -  zaprotestował  Qwil-

leran. - Sieć Hash House nie konkuruje z „Golden Lamb Chop". 

background image

 

 

- „Golden Lamb Chop" - wyjaśniła Charlotte - zajmuje bardzo 

cenną  działkę,  wychodzącą  na  trzy  ruchliwe  trasy.  Syndykat 
Hash  House  starał  się  kupić  ją  przez  brokerów,  ale  pan  Sorrel 
nie  chciał  sprzedać.  Wtedy  zaczęli  stosować  te  bezwzględne 
praktyki. Jestem przeraŜona! 

- Będzie pani zeznawać? 
- Oczywiście! Będę zeznawać, nawet gdyby jacyś gangsterzy 

zagrozili mi, Ŝe... Ŝe... 

- śe cię zlikwidują - podpowiedziała Hixie 
- Słowo na dziesięć liter, synonim „pozbyć się" - powiedziała 

Rosemary. 

Głosy  trzech  kobiet  szemrały,  a  Qwilleran  słuchał,  nie 

poświęcając im zbytniej uwagi. Podobał mu się dźwięczny głos 
Rosemary,  czuł  się  z  nią  swobodnie,  a  komfort  ten  zaczynał 
znaczyć dla niego bardzo wiele. Jego krótkie, acz pełne emocji 
ponowne  spotkanie  z  Joy  było  krokiem  w  tył  i  teraz  jej 
wspomnienie  całkowicie  naleŜało  do  minionych  dni.  Wątpił, 
Ŝ

eby  miał  jeszcze  kiedyś  powiedzieć,  Ŝe  jego  ulubionym 

kolorem jest czerwony. 

Do  jego  uszu  doszło  puknięcie  w  stół,  spojrzał  w  górę  i 

zobaczył Koko idącego przez klawiaturę maszyny o pisania. 

- Patrzcie! - pisnęła Hixie. - On pisze! 
Qwilleran  zbliŜył  się  do  biurka  i  spojrzał  na  kartkę.  WłoŜył 

okulary i znów spojrzał. 

-  Zamawia  coś  na  ząb  -  powiedział  dziennikarz.  -  Odkąd 

zamieszkaliśmy w Maus Haus, polubił kawior. 

Koko nastąpił prawą łapką na klawisz z literą „k", a lewą na 

klawisz z literą „r".