background image

 
 
 
 

Thomas Mayne Reid

 

 
 
 
 

ZIEMIA OGNISTA 

Przygody młodego podróŜnika 

  

Tytuł oryginału: The Land of Fire 

Tłumaczyła: M. J. Zaleska 

  
  
  
  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 

 
   

WARSZAWA — NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA 1923 

background image

 

 
 
 

I. MORZE!... MORZE!... 

 
Stary  gościniec,  prowadzący  z  Londynu  do  Portsmouth,  jest  jednym  z  najbardziej  ma-

lowniczych w całej Anglii. Wspomnienia przeszłości, które widok tej okolicy budzi w umyśle 
wędrowca, podnoszą jeszcze urok pięknego krajobrazu. Gościniec ten co prawda dziś jest juŜ 
mało  uczęszczany  i  nieco  zaniedbany;  niekiedy  tylko  napotkać  moŜna  wykwintny  zaprząg 
któregoś ze znaczniejszych właścicieli ziemskich, skromny powozik lekarza wiejskiego, cięŜ-
ki wóz gospodarski, lub brykę dzierŜawcy, śpieszącego na targ do pobliskiego miasteczka.  

Inaczej bywało przed laty osiemdziesięciu kilku, gdy tę samą drogę przebiegało dzień w 

dzień  po  kilkadziesiąt  czterokonnych  wozów  pocztowych  wiozących  do  stolicy  lub  do  wiel-
kiego portu handlowego tłumy podróŜników. PodróŜni ci, byli to po większej części maryna-
rze, śpieszący do Londynu, po odbyciu dalekiej Ŝeglugi morskiej, lub powracający stamtąd do 
Portsmouth, by puścić się znowu na burzliwe fale oceanu. Najznakomitsi Ŝeglarze angielscy, 
nie  wyłączając  wielkiego  Nelsona,  przebywali  niejednokrotnie  tę  drogę  w  owych  karetkach 
pocztowych,  wlokących  się  leniwie  wśród  obłoków  kurzawy.  Za  karetkami  pocztowymi  to-
czyły się wozy naładowane rozmaitymi towarami. 

Wszystko to naleŜy juŜ do przeszłości. Dziś rzadki przechodzień, zabłąkany na starym 

gościńcu, słyszy  co chwila  gwizd lokomotywy,  chyŜe pociągi migają mu  przed oczyma, pę-
dząc  po  szynach,  przeprowadzonych  równolegle  do  dawnej  drogi  i  urągać  się  zdają  Ŝółwim 
jego krokom.  Z dawnej  świetności nic tu nie pozostało, tylko dwa rzędy  drzew wspaniałych 
po obu stronach gościńca i niezliczone gospody, które niegdyś niepospolitej uŜywały sławy. 

Dzisiaj biedne te gospody takŜe juŜ nieosobliwie wyglądają, ściany ich kruszą się i opa-

dają, obszerne podwórza porosły trawą, stajnie stoją próŜne lub mieszczą czasem co najwyŜej 
parę szkap fornalskich; wieśniacy w grubych butach i wyszarzałym odzieniu snują się po tych 
samych  kątach,  gdzie  niegdyś  widziano  tylko  strojnych  pocztylionów  w  palonych  butach,  o 
brzęczących ostrogach, w okazałych płaszczach i kapeluszach ze złocistymi galonami. 

Do dawnego tego gościńca przywiązane są takŜe i ponure podania. A więc na przykład: 

na wierzchołku małego wzgórza Southdown, od którego pochodzi nazwa, słynnej rasy owiec, 
jest jama ciemna, głęboka, jakby rozwarty krater wulkanu. Gościniec wspinając się na wzgó-
rze, bieŜy tuŜ obok tej przepaści, a na jej brzegu stoi słup kamienny, z jednej bryły wykuty, 
wyniesiony na pamiątkę smutnej śmierci pewnego majtka, który w tym miejscu był zamordo-
wany, ciało zaś jego mordercy wrzucili w ową ciemną czeluść, którą lud przezwał ,,Pucharem 
diabelskim”.  Napis  na  pomniku  głosi,  Ŝe  winni zostali  schwytani  i  śmierć  sromotną  ponieśli 
na tym samym miejscu, gdzie zbrodnię swą spełnili. 

I otoŜ właśnie u stóp owego granitowego słupa zatrzymał się pewnego pięknego czerw-

cowego poranku młodzieniec, mogący mieć około czternastu lub piętnastu lat wieku. Słońce 
wzbiło się juŜ wysoko na niebie, lecz osłaniała je gęsta mgła biała, tak pospolita w południo-
wej Anglii. 

Mgła  ta  skupiona  była  w  dość  wąską,  jednostajną  smugę  ponad  linią  widnokręgu,  po-

krywającą  stoki  pagórków,  których  wierzchołki  zarysowywały  się  wyraźnie  powyŜej,  jakby 
pozębione wybrzeŜa lądu na morzu. Piękne to zjawisko optyczne dość często widzieć moŜna 
w tej okolicy. 

Ale młody wędrowiec, który stał nad brzegiem „Pucharu diabelskiego” nie zwaŜał wca-

le na ten czarujący widok, w myślach jego snuły się widocznie inne obrazy i pochłaniały go 
całkowicie.  A  jednak  z  wyrazu  twarzy  młodzieńca  moŜna  było  wnosić,  Ŝe  mgła  była  dlań 
poŜądaną, Ŝe rad się w niej ukrywał, unikając ludzkiego wzroku. Dziwny niepokój przebijał w 

background image

całej  jego  postawie,  co  chwila  spoglądał  ukradkiem  dokoła  i  nasłuchiwał  jakby  obawiał  się 
pogoni.  Upewniwszy  się,  Ŝe  Ŝaden  szmer  podejrzany  się  nie  odzywał,  ani  tętent  konia,  ani 
turkot  powozu,  odetchnął  swobodniej  i  usiadł  na  murawie  przy  drodze,  kładąc  obok  siebie 
mały węzełek podróŜny, zawierający trochę bielizny. Musiał on odbyć daleką drogę, bo wy-
gląd miał zmęczony, a odzienie kurzem okryte; ale dlaczego tak widocznie obawiał się pogo-
ni?  Trudno  go  było  posądzić  o  jakiś  czyn  hańbiący,  na  twarzy  jego  malowała  się  szczerość, 
niewinność  dziecka,  wychowanego  pod  wiejską  strzechą  przez  uczciwych  rodziców.  Jeśli 
przewinił, to pewnie po raz pierwszy w Ŝyciu, gdyŜ młodzieniec ten nie był bez winy, wyznać 
to  trzeba  wymknął  się  bowiem  z  domu  rodzicielskiego  bez  pozwolenia,  sprzeciwił  się  woli 
ojca. 

Młody  wędrowiec  nazywał  się  Henryk  Chester,  był  synem  zamoŜnego  dzierŜawcy  z 

Godalminy, miejscowości o trzydzieści mil * stąd odległej. Przebył on pieszo całą tę daleką 
drogę.  Co  do  powodów  awanturniczej  tej  wycieczki,  dowiemy  się  o  nich  od  niego  samego, 
gdyŜ młodzieniec, zwyczajem ludzi zaprzątniętych gorączkowo jakąś wyłączną myślą, mówił 
głośno sam do siebie: 

—  Nikt  nie  spostrzeŜe  w  domu  mojej  ucieczki  przed  godziną  śniadania,  a  o  tej  porze 

będę juŜ zapewne w Portsmouth... JeŜeli tylko zdołam dostać się natychmiast na jakiś okręt, 
potrafię  się  tak  urządzić,  aŜeby  na  ląd  nie  powracać  przed  podniesieniem  kotwicy...  Zresztą 
ojciec prawdopodobnie mnie tam nie będzie szukał; stary cieśla wmówi w niego z pewnością, 
Ŝ

e udałem się do Londynu, bo umyślnie mu to powiedziałem, aby zmylić pogoń... 

Figlarny  uśmiech,  który  przy  tych  słowach  pojawił  się  na  ustach  mówiącego,  znikł 

jednak szybko, zastąpił go wyraz powaŜniejszy. Mały zbieg przypomniał sobie matkę, pomy-
ś

lał o zmartwieniu, które tej biednej matce zgotował swoim postępkiem. 

— Kochana mateczka — szepnął — spłacze się pewnie, i siostrzyczka Emilcia takŜe... 

będą w okropnej obawie!... Ale je uspokoję bardzo prędko. Jak tylko sobie zapewnię miejsce 
na okręcie, zaraz do nich napiszę. No, i powrócę przecieŜ kiedyś i obaczymy się znowu. 

Widocznie  jednak  rozumowanie  to  nie  uciszyło  od  razu  wyrzutów  sumienia  młodego 

Chestera, gdyŜ coraz gorliwiej tłumaczył się sam przed sobą: 

— Nie, doprawdy nie mogłem inaczej postąpić. Ojciec upierał się najniesłuszniej, chcąc 

mnie  koniecznie  wykierować  na  rolnika,  chociaŜ  wiedział  dobrze,  jaki  wstręt  mam  do  tego 
rzemiosła. Wszak brat mój Dick dostateczną jest dlań pomocą i potrafiłby go nawet zastąpić 
w razie potrzeby. Po cóŜ więc mam być skazany na wiekuiste oranie ziemi, skoro mam taką 
ochotę  „pruć  wesoło  pierś  morza”,  jak  mówi  piosenka...  Ach,  morze!  gdybym  nawet  przez 
całe Ŝycie miał być prostym majtkiem, jeszcze bym się nie wyrzekł morza. Piękny i szlachet-
ny  jest  zawód  marynarza,  zwłaszcza  w  porównaniu  do  nędznego  losu,  który  miał  być  moim 
udziałem. Gdy rolnik Ŝycie spędza na ciasnej przestrzeni kilku łanów uprawnych i kilku pa-
stwisk, w towarzystwie zwierząt domowych, przed Ŝeglarzem świat cały stoi otworem, ogląda 
on tysiące rozlicznych widoków, zwiedza świetne stolice i porty bogate, poznaje ludy rozlicz-
ne  o  twarzach  dziwacznych  i  osobliwych  strojach,  wysiada  nieraz  na  oddalone  wybrzeŜa  i 
wyspy  nieznane,  zachwyca  się  urokiem  przyrody  zwrotnikowej  i  ponurą  pięknością  krain 
lodowatych...  O!  jakŜebym  pragnął  widzieć  to  wszystko,  puścić  się  w  drogę  dziś  jeszcze, 
chociaŜbym miał dla osiągnięcia tego szczęścia najcięŜsze przechodzić koleje, najniŜsze zaj-
mować stanowisko! Ale ja nie pozostanę długo prostym majtkiem, nie, to niepodobna... Będę 
pracował  tak  serdecznie,  tak  gorliwie  wszelkich  sił  dokładał,  aby  spełnić  dokładnie  swoje 
obowiązki, Ŝe wkrótce niezawodnie wyniosę się na wyŜszy stopień... Kto to moŜe wiedzieć? 
MoŜe  za  cztery,  pięć  lat,  powrócę  w  mundurze  oficerskim.  Z  kieszeniami  pełnymi  złota  w 
dodatku... KtóŜ będzie dumny i szczęśliwy, skoro do tego przyjdzie?... mateczka moja droga i 
mała Emilcia... A kto będzie musiał przyznać, Ŝe miałem słuszność? Ojciec... 

 

* Mila angielska równa jest z górą 1 kilometra. 

background image

Tymczasem  promienie  słońca  pochłonęły  ostatnie  ślady  mgły  w  powietrzu  i  Henryk 

Chester,  oglądając  się  dokoła,  teraz  dopiero  spostrzegł  słup  kamienny,  u  stóp  którego  odpo-
czywał. Dotąd nie zauwaŜył był nawet tego pomnika. Wstał i odczytał napis, wyryty na mar-
murowej tablicy, na pamiątkę popełnionej tu zbrodni i kary, poniesionej przez zabójców. Cień 
smutku  przyćmił  wesołą  i  oŜywioną  twarz  młodzieńca..  CzyŜby  ta  wzmianka  o  strasznym 
losie nieszczęsnego Ŝeglarza miała być wróŜbą niebezpieczeństw, które i jego czekały w tym 
zawodzie?  Henryk  Chester  nie  był  przesądnym  i  nie  chciał  przypuszczać  nic  podobnego,  a 
jednak  przykre  waŜenie,  którego  doznał,  wpłynęło  mimowoli  na  usposobienie  jego.  śywiej 
niŜ przedtem stanęły mu teraz w myśli łzy matki i siostry, wybuchy  gniewu ojca, dotkliwiej 
mu się czuć dały wyrzuty sumienia. 

Nowe  wątpliwości  zbudziły  się  w  jego  duszy,  staczała  się  w  niej  walka  wewnętrzna 

pomiędzy  miłością  synowską  i  samolubnymi  pragnieniami.  W  tej  chwili  niewątpliwie  jedno 
słówko  serdeczne,  rada  przyjacielska,  byłyby  go  powstrzymały  i  zawiodły  upokorzonego  w 
progi rodzicielskiego domu, gdzie nad nim teraz łzy wylewano. Lecz w tym samotnym miej-
scu nie było nikogo, kto by, to słówko wymówił i dał dobrą radę, więc Henryk Chester ruszył 
w dalszą drogę. 

Wkrótce  stanął  na  wierzchołku  wyniosłego  wzgórza  ujrzał  u  stóp  swoich  rozciągającą 

się  rozległą  nizinę,  a  dalej,  dalej,  jak  okiem  zajrzeć,  widniało  morze,  na  kształt  ogromnej 
zwierciadlanej  płaszczyzny  i  na  samym  krańca  widnokręgu  sine  fale  oceanu  zlewały  się  z 
bladym błękitem nieba...  

Widok ten rozproszył w  jednej chwili smutne myśli młodego wędrowca i  rozstrzygnął 

jego wątpliwości. Po raz pierwszy w Ŝyciu miał on przed oczyma ocean i w tej chwili uczuł, 
Ŝ

e Ŝadna moc ludzka nie zdoła go odeń oderwać. Ten bezmierny obszar wód, mieniących się i 

błyszczących w promieniach słonecznych, wprawił go w zachwyt i opanował na zawsze jego 
duszę. Wyobraźnia przedstawiała mu w mglistym oddaleniu białe minarety, zielone warkocze 
palm,  wybrzeŜa  lądów  nieznanych,  dziwaczne  postacie  ludzi  w  strojach  jaskrawych.  Zapo-
mniał  o  znuŜeniu  i  przyśpieszył  kroku,  aby  co  prędzej  dostać  się  do  portu,  który  miał  mu 
otworzyć wstęp do tych wszystkich cudów. 

Henryk  Chester  zbliŜał  się  juŜ  do  bram  miasta Portsmouth,  gdy  ujrzał  tuŜ  przy  drodze 

wspaniałą  rezydencję  otoczoną  cienistym  parkiem.  Zapytał  przechodnia,  do  kogo  naleŜy  ta 
piękna posiadłość? MoŜecie sobie wyobrazić zachwyt młodzieńca, gdy mu odpowiedziano, Ŝe 
to jest Horndean, rezydencja sir Karola Napiera, jednego z najznakomitszych admirałów ma-
rynarki angielskiej. Tym razem wróŜba była szczęśliwa i Henryk powiedział sobie w duszy: 

—  CzemuŜ  bym  i  ja  nie  miał  kiedyś  zostać  admirałem?  —  i  mówiąc  to  lekką  stopą 

wszedł na przedmieście Portsmouth. 

 
 
 
 

II. SZTANDAR GWIAŹDZISTY 

 
Zegary na wieŜach biły dziewiątą godzinę, gdy Henryk Chester wchodził na ulice słyn-

nego  portowego  miasta.  Nie  tracąc  ani  chwili  czasu,  pośpieszył  wprost  do  dzielnicy,  gdzie 
mógł oglądać na koniec wymarzone okręty, to jest do portu, o który zapytał pierwszego napo-
tkanego przechodnia. 

Wkrótce  teŜ  wszedł  w  długą,  prostą  ulicę  i  ujrzał  przed  sobą  w  oddali  las  masztów, 

zdobnych w sploty lin i fałdy zwiniętych Ŝagli. Nigdy jeszcze młody nasz wędrowiec nie wi-
dział  w  rzeczywistości  statków,  które  znał  tylko  z  rysunków  lub  w  wyobraźni  sobie  wysta-
wiał. A teraz miał naprawdę przed oczyma i  widział na jawie te  wspaniałe okręty, które mu 
się tyle razy ukazywały we śnie i to nie dwa, nie dziesięć, nie sto, lecz z tysiąc najmniej, roz-

background image

maitych  rozmiarów  i  kształtów.  Najokazalsze,  pomalowane  na  czarno,  otoczone  mnóstwem 
łodzi, zwróciły najpierw jego uwagę. Powiedziano mu, Ŝe to były statki wojenne, więc prze-
stał  się  nimi  zajmować,  poniewaŜ  miał  zamiar  dostać  się  na  okręt  handlowy.  Najpierw  w 
marynarce  wojennej  w  Anglii  trudno  jest  niezmiernie  o  awans,  prosty  majtek  nigdy  prawie 
nie  moŜe  się  dosłuŜyć  stopnia  oficera,  po  wtóre  nasz  Henryk  nie  miał  najmniejszej  ochoty 
krępować swobody swojej uciąŜliwą dyscypliną wojskową, strzec portów i ufortyfikowanych 
pozycji.  On  pragnął  odbywać  dalekie  podróŜe,  oglądać  róŜne  części  świata,  a  cel  ten  mógł 
osiągnąć jedynie, szukając miejsca na okręcie handlowym, który coraz nowe zwiedza okolice. 
Nadzieja zostania admirałem, która mu się uśmiechnęła na chwilę, gdy przechodził obok mie-
szkania sir Karola Napiera, ustąpiła innym marzeniom. Henryk zaczynał myśleć, Ŝe szczytem 
szczęścia  dla  niego  byłoby  dostać  się  na  statek  wielorybniczy,  zapytał  więc  przechodnia, 
którego  napotkał  w  bliskości  portu,  czy  duŜo  statków  podobnych  znajdowało  się  obecnie  w 
Portsmouth? Odpowiedziano mu na to pogardliwym uśmiechem i niezbyt uprzejmą uwagą: 

— Czy w lesie wychowałeś się, mój chłopcze, Ŝe pytasz o statki wielorybnicze w porcie 

tutejszym?... Musiałbyś powędrować o paręset mil na północ, aŜeby się z nimi zobaczyć... 

Zawstydzony  nieco  nieświadomością  swoją,  Henryk  zapytał  juŜ  tylko  nieśmiało,  w 

której  części  przystani  zarzucają  zwykle  kotwicę  statki  handlowe  i  natychmiast  w  tę  stronę 
podąŜył.  

Ruch  wielki  panował  na  wybrzeŜu,  gwarno  było  szczególnie  pośród  składów,  gdzie 

znoszono rozliczne przedmioty. Młodzieniec co  krok napotykał tragarzy, obładowanych  cię-
Ŝ

arami, które znosili z okrętów, lub zanosili na nie; widział statki, przybywające do portu i za-

rzucające kotwicę, inne znów, rozwijające Ŝagle i gotujące się do podróŜy. Do tych ostatnich 
zbieg nasz skierował swe kroki chcąc skryć się przed rodzicami. 

Zebrawszy się na odwagę podszedł do jednego ze statków i poprosił o rozmowę z kapi-

tanem. Pokazano mu, gdzie się znajduje. Zdjąwszy czapkę Henryk podszedł do niego ze swo-
ją prośbą. 

—  Chciałbym  wiedzieć  panie  kapitanie  —  powiedział  —  czy  nie  potrzebny  wam 

jeszcze jeden marynarz? Czy nie zechciałby pan mnie wziąć na statek? 

Kapitan nieprzyjaznym wzrokiem zlustrował Henryka od stóp do głowy. 
— Nikogo mi nie potrzeba — powiedział sucho. 
Henryk ukłonił się i odwrócił aby odejść. 
— Jeśli będę potrzebował marynarza, to nie będę go szukał na farmie — dodał kapitan, 

mając na myśli wiejską odzieŜ Henryka. 

Chłopak poczerwieniał aŜ po korzonki swoich jasnych włosów i odszedł. Nie chciał się 

jednak  uznać  za  pokonanego  i  wznowił  swoje  poszukiwania.  Niestety,  odpowiedzi,  które 
słyszał  często  były  jeszcze  bardziej  grubiańskie:  „Nie  potrzebuję  morskich  świń  na  swoim 
statku”  —  powiedział  jeden.  „  Nie  potrzebuję  chłopców  na  posługi”  —  odpowiedział  drugi. 
„Zabieraj się stąd szybko” — rzucił trzeci. 

Henryk  jednak  nie  tracił  nadziei  i  podchodził  to  do  jednego,  to  do  drugiego  statku. 

Wszędzie jednak spotykał się z odmową. Do szóstej wieczorem zdąŜył obejść wszystkie statki 
wychodzące w morze i wszędzie odprawiono go z kwitkiem. Widać było, Ŝe nie ma co liczyć 
na szybkie wypłynięcie. 

Dobrze jeszcze, Ŝe znajdował się w angielskim porcie, gdzie zatrudnianie „nowych” nie 

było związane ze specjalnymi formalnościami, jeśli tylko podobali się kapitanowi. We Francji 
na  przykład,  kandydat  na  marynarza  musiał  przedstawić  dokumenty  wystawione  przez  mera 
miejscowości,  w  której  mieszkał  w  ostatnim  czasie  i  tam  Henryk  zostałby  juŜ  zatrzymany 
przez policję, potraktowany jak włóczęga i odesłany na ojcowską farmę. 

Nadzieje Henryka poczęły się szybko rozwiewać, aŜ w końcu całkiem sczezły. Czuł się 

głęboko upokorzony i zaczął się zastanawiać, czy nie zrezygnować ze swego planu i nie wró-
cić do Godalminy. 

background image

Nieoczekiwanie ujrzał przed sobą niewielki statek nad którym powiewała nieznana mu 

flaga.  Niebieskie  pole  usiane  było  gwiazdami,  a  na  krawędzi  miała  białe  i  czerwone  pasy. 
Statek nazywał się „Kalipso”. Henryk juŜ kilkakrotne przechodził koło tego statku ale ponie-
waŜ nie nosił on angielskiej bandery, nie miał ochoty wstępować na pokład. JeŜeli rodacy od-
pychali  go  jednozgodnie,  czyŜ  mógł  liczyć  na  dobre  przyjęcie  u  obcych?  Przez  ciekawość 
jednakŜe zapytał przechodnia, co to za flaga i dowiedział się, Ŝe gwiazdy są herbem Stanów 
Zjednoczonych  amerykańskich.  Po  namyśle,  powiedział  sobie,  iŜ  jankesi  nie  powinni  być 
przez  Anglików  uwaŜani  za  cudzoziemców,  bo  przecieŜ  są  tegoŜ  samego  pochodzenia  i 
mówią  tym  samym  językiem,  postanowił  więc  po  raz  ostatni  popróbować  szczęścia  na  tym 
amerykańskim okręcie. 

— Jeśli mnie i tu z kwitkiem odprawią — mówił sam do siebie — korona mi z głowy 

nie spadnie, a przynajmniej nie będę sobie miał nic do wyrzucenia i wtenczas muszę powziąć 
jakieś  ostateczne  postanowienie,  to  jest...  obawiam  się,  Ŝe  mi  juŜ  nic  innego  nie  pozostanie, 
tylko wrócić do domu... 

Po chwili wkroczył odwaŜnie na deskę, prowadzącą na pokład okrętu „Kalipso" i po raz 

trzydziesty juŜ moŜe powtórzył pytanie: 

— Czy nie mógłbym się widzieć z kapitanem ? 
—  Nie  ma  go  w  tej  chwili  na  okręcie  —  odpowiedział  uprzejmie  młody  chłopak,  nie 

starszy od Henryka, stojący przy burcie — a czego pan sobie Ŝyczysz? MoŜe bym ja mógł tę 
sprawę załatwić. 

Mówił to w sposób bardzo Ŝyczliwy i zachęcający  do dalszej rozmowy, lecz wyglądał 

tak młodo, Ŝe trudno było wiele na niego liczyć. A jednak i w tonie i w całym obejściu tego 
młodzieńca znać było pewność siebie; miał na sobie strój marynarski, trochę za wykwintny na 
prostego majtka, koszulę z cieniutkiego płótna z  guziczkami złotymi u mankietów, kapelusz 
panama na głowie, a rysy jego twarzy odznaczały się wyrazem szlachetności i inteligencji. 

Wszystko  to  nie  uszło  uwagi  Henryka  i  dodało  mu  otuchy,  wyjaśnił  więc  w  kilku  sło-

wach, o co mu idzie. 

— śałuję mocno, Ŝe nie mogę dać panu stanowczej odpowiedzi — rzekł młody mary-

narz — nie mam prawa rozstrzygać w podobnej sprawie. Kapitan poszedł do zarządu celnego, 
lecz nadejdzie pewnie niezadługo. Zastaniesz go pan moŜe za godzinę, a w kaŜdym razie jutro 
rano nie wyjdzie nigdzie przed południem. 

Henryk  Chester,  jakkolwiek  wieśniak,  znał  się  na  grzeczności  i  zrozumiał,  Ŝe  dozna-

wszy tak uprzejmego przyjęcia, nie naleŜało naprzykrzać się dłuŜej, skłonił się więc i odszedł. 
Nadzieja znowu w serce jego wstąpiła, nie wątpił prawie, Ŝe na tym statku było miejsce nieza-
jęte,  bo  inaczej,  po  cóŜ  by  ten  młodzieniec  zachęcał  go  do  powrotu?  A  jeśli  było  miejsce, 
czemuŜ by on go nie miał zająć? 

W  tej  chwili  głos  szyderczy  przerwał  te  piękne  marzenia;  głos  ten  ozwał  się  z  pośród 

gromadki  chłopców  obdartusów,  naleŜących  widocznie  do  rzędu  owych  włóczęgów  ulicz-
nych,  których  w  miastach  nadmorskich  nazywają  „szczurami  portowymi”,  bo  wciskają  się 
ustawicznie do składów ładunków okrętowych. 

—  Patrzcie,  jak  nos  spuścił  na  kwintę!  —  wołał  jeden  z  tych  łobuzów,  wskazując 

Henryka — taki niedołęga do słuŜby okrętowej! zupełnie, jak wół do karety. Trzodę mu paść 
na wsi, a nie uwijać się po masztach!... 

KaŜdy z tych złośliwych Ŝartów wywoływał głośne wybuchy śmiechu, a biedny Henryk 

zaczerwienił  się  po  same  uszy.  W  pierwszej  chwili  chciał  się  rzucić  na  zuchwalca,  lecz 
zastanowił się i przyznał nawet w duszy, Ŝe w tym szyderstwie było trochę prawdy. Zamiast 
gniewać się, naleŜało raczej skorzystać z nauczki. 

MoŜe w rzeczy samej śmiesznie było z jego strony starać się o miejsce marynarza, ma-

jąc  powierzchowność  tak  niestosowną  do  tego  rzemiosła.  Strój  wiejski  zdradzał  go  od  razu, 
kaŜdy, spojrzawszy tyko na niego, wiedział, z kim miał do czynienia, dlatego teŜ rzucano mu 

background image

w oczy te drwiące przezwiska: pastucha, poganiacza i odsyłano go do pługa i trzody.  

RozwaŜywszy to wszystko w myśli, Henryk postanowił wejść do składu, gdzie sprzeda-

wano  ubrania  gotowe  i  po  kwadransie  wyszedł  stamtąd  przebrany  od  stóp  do  głowy  w  strój 
marynarski. Wydał na to prawie wszystkie pieniądze, jakie posiadał, ale pocieszył się myślą, 
Ŝ

e teraz juŜ przynajmniej ulicznicy nie będą się na niego gapili, a gdy się pokaŜe na okręcie, 

łatwiej moŜe uwierzą w jego zdolności do rzemiosła marynarza; 

Tak  przebrany,  zbliŜył  się  znowu  do  okrętu  „Kalipso”  i  przechadzał  się  po  wybrzeŜu, 

wyglądając powrotu kapitana. Wkrótce jednak zaczął dotkliwie uczuwać znuŜenie. Od osiem-
nastu godzin był na nogach, a przez cały ten czas nic nie jadł, oprócz kawałka chleba z szyn-
ką, posiłek ten kupił w sklepiku za parę groszy i spoŜył stojąc, toteŜ teraz czuł nieprzezwycię-
Ŝ

oną potrzebę wypoczynku, do czego i głód się przyłączył. Nie chciał jednak oddalać się od 

okrętu,  aby  nie  utracić  ostatniej  sposobności  osiągnięcia  upragnionego  celu.  Zaczął  więc 
szukać  oczyma  spokojnego  kącika,  gdzie  by  się  mógł  usadowić.  Stos  drzewa  budulcowego 
wydał  mu  się  do  tego  najstosowniejszym,  usiadł  więc  tak,  Ŝeby  mieć  przed  oczyma  okręt 
„Kalipso”. 

W  tej  chwili  dwie  kobiety  ukazały  się  na  tylnym  pokładzie  statku  amerykańskiego. 

Jedna z nich była to młodziutka panienka, druga, kobieta lat średnich, a o ile z daleka sądzić 
było  moŜna,  obie  wyglądały  na  osoby  z  towarzystwa.  ZbliŜył  się  do  nich  ów  młodzieniec, 
który  tak  uprzejmie  przyjął  Henryka  na  pokładzie  i  zaczął  z  nimi  rozmawiać.  Obie  te  panie 
ubrane były po domowemu, bez kapeluszy, jak gdyby mieszkały na okręcie. 

— CzyŜby miały podróŜować tym statkiem? — pytał Henryk w duszy — ale pocóŜ by 

w takim razie tak wcześnie się wybrały? WszakŜe „Kalipso” jeszcze nie odpływa. A moŜe to 
Ŝ

ona i córka kapitana? Ten młody chłopiec jest zapewne jego synem. Musi to być taki zwy-

czaj na statkach amerykańskich, Ŝe kapitan zabiera z sobą rodzinę. Bardzo rozsądny zwyczaj, 
pocóŜ się mają skazywać na długie rozstanie? Widzę, Ŝe jankesi mają swoje dobre strony. 

W  końcu  zdjęła  go  ciekawość  ogromna,  jak  teŜ  wygląda  ten  kapitan  amerykański  i 

zaczął się rozglądać na wszystkie strony, czy go czasem nie rozpozna wśród przechodniów. 

 Niełatwa  to  była  sprawa;  po  wybrzeŜu  snuło  się  mnóstwo  ludzi,  a  wszyscy  prawie  w 

stroju  marynarskim.  Majtkowie  w  kaftanach  błękitnych,  w  spodniach  szerokich,  ściśniętych 
pasem  na  biodrach,  w  kapeluszach  słomianych  lub  ceratowych,  opasanych  jaskrawą  wstą-
Ŝ

eczką,  sternicy  w  okryciach  i  czapkach  skórzanych,  tragarze  w  bluzach,  opasani  sznurami. 

Kiedy niekiedy ukazywał się wśród tego tłumu wyŜszy oficer marynarki, w mundurze szame-
rowanym złotem błyszczącymi guzikami, ze szpadą przypasaną do boku; czasem znów prze-
mknęła wesoła gromadka kadetów ze szkoły marynarskiej. Turcy, Egipcjanie przechadzali się 
powaŜnie  w  szerokich  sukniach,  pantoflach  kolorowych,  w  fezach  i  turbanach  na  głowie, 
Włosi, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Szwedzi, o włosach jak len białych, Murzyni o kędzierza-
wych czuprynach, wszystkie narody, wszystkie rasy ludzkie miały tu swoich przedstawicieli.  

Henryk  usiłował  rozpoznawać  rozmaite  typy,  które  znał  z  rycin  i  opisów,  gdy  wtem 

ujrzał  zbliŜających  się  troje  ludzi  tak  osobliwej  postaci,  Ŝe  nie  mógł  oczu  od  nich  oderwać. 
Był to męŜczyzna, mogący mieć lat około trzydziestu, w towarzystwie chłopca piętnasto lub 
szesnastoletniego i o parę lat młodszej dziewczyny. Wszyscy troje byli małego wzrostu, cerę 
mieli barwy mahoniowej, włosy spadające na ramiona, twarde, jak szczeciny i czarne, jak wę-
giel, oczy tegoŜ samego  koloru, nos wąski przy nasadzie i mocno spłaszczony, o skrzydłach 
znacznie rozszerzonych, czoło niskie i płaskie. Osobliwa ta trójka odznaczała się uderzającym 
podobieństwem  pomiędzy  sobą,  lecz,  rzecz  dziwna,  teŜ  same  rysy,  charakterystyczne  dość, 
przyjemne  sprawiały  wraŜenie  u  dwojga  młodszych,  u  starszego  męŜczyzny  miały  w  sobie 
coś  wstrętnego  prawie.  Szczególnie  wyraz  twarzy  dziewczynki  był  bardzo  łagodny,  a  nawet 
nie  pozbawiony  pewnego  wdzięku.  Byłaby  moŜe  ładna  w  narodowym  swym  stroju,  to  jest, 
ubrana do twarzy. 

Dwaj towarzysze jej, przebrani w suknie europejskie, wyglądali nadzwyczaj śmiesznie. 

background image

Ona zaś ubrana była według najświeŜszej mody, miała na sobie sukienkę z letniego materiału 
w paski, szarfę krepową i słomiany kapelusz na głowie. Starszy męŜczyzna i chłopak wyglą-
dali  zupełnie  jak  małpy  z  jarmarcznej  budy,  w  krótkich  Ŝakietach  sukiennych,  kapeluszach 
wysokich, butach z palonej skóry i jasnych rękawiczkach. Chłopiec miał nawet w ręce ozdob-
ną laseczkę i wywijał nią z takim szykiem, jak prawdziwy złoty młodzieniec. Co zaś najbar-
dziej  zadziwiło  Henryka,  to  to,  Ŝe  dziwni  ci  cudzoziemcy  rozmawiali  płynnie  po  angielsku, 
chociaŜ  z  akcentem  jakimś  niezwykłym  i  głosem  gardłowym.  Stanęli  właśnie  przed  nim  i 
przyglądali się okrętowi amerykańskiemu. 

— Patrz no, Okaszlu — mówił starszy męŜczyzna do dziewczynki — to taŜ sama flaga, 

którą tak często widujemy u naszych wybrzeŜy. 

— Prawda, taŜ sama!... Czy widzisz, Orundeliko? 
—  AleŜ  widzę,  widzę  —  odrzekł  młody  elegant,  przybierając  minę  obojętną,  którą 

zapewne uwaŜał za oznakę dobrego tonu — to jest okręt amerykański. 

—  Załoga  tego  okrętu  mówi  tym  samym  językiem,  co  i  tutejsi  ludzie,  nieprawdaŜ, 

Elepari? — spytała dzieweczka. 

— Tak — odrzekł starszy  męŜczyzna — nie zawsze jednak oba te plemiona bywają z 

sobą w zgodzie. Czasem i do wojny przychodzi pomiędzy nimi i okup ogromny muszą płacić 
jedni drugim. Opowiadano mi to wszystko na tym duŜym okręcie wojennym, na którym nas 
tu przywieźli. 

— Mniejsza tam o to — rzekł Orundeliko i ruszył dalej, a towarzysze poszli za nim. 
Henryk nie słyszał nic więcej, przez chwilę gonił wzrokiem za tymi osobliwymi okaza-

mi rodzaju ludzkiego, potem inne widoki go zajęły, w końcu znuŜenie przezwycięŜyło cieka-
wość, przymknął oczy, pochylił głowę na kłodę drewnianą i usnął. 

 
 
 
 

III. WALKA ZE SZCZURAMI 

 
Henryk nie spał długo, w parę minut przebudził go gwar głosów i śmiechów iście sza-

tańskich. Przetarł oczy i obejrzał się dokoła, chcąc wykryć powód tego hałasu. 

Była  to  zabawa  owych  „szczurów  portowych”,  o  których  wspomnieliśmy  wyŜej.  Ze 

dwunastu tych łobuzów okrąŜyło ciasnym kołem troje jakichś przechodniów, popychając ich i 
potrącając, wśród śmiechów i okrzyków szyderczych. Henryk nie mógł zrazu dojrzeć ofiar tej 
niegodziwej  igraszki,  lecz  słyszał  wyrzekania  i  groźby,  zrozumiał  więc,  Ŝe  prześladowano 
niewinnych. To samo juŜ wystarczało, aby skłonić go do obrony słabszych przeciw przemocy 
silniejszych,  lecz  i  inny  powód,  bardziej  osobisty  dodał  mu  do  tego  ochoty:  jeden  z  najza-
wziętszych prześladowców, a raczej dowódca całej hultajskiej bandy, był to ten sam chłopak, 
który  przed  chwilą  tak  złośliwie  szydził  z  Henryka,  pobudzając  do  śmiechu  swoich  kompa-
nów. 

W mgnieniu oka młodzieniec nasz skoczył na równe nogi i pobiegł na plac boju, sprawa 

bowiem groźny pozór przybrała i przyszło do otwartej walki. Henryk domyślał się juŜ przed-
tem, Ŝe przedmiotem niecnej napaści uliczników była owa dziwaczna trójka cudzoziemców o 
cerze  mahoniowej  i  hebanowych  włosach;  domysł  jego  był  prawdziwy,  przekonał  się  o  tym 
gdy się zbliŜył. Nie było czasu do stracenia, złośliwe Ŝarty mogły się smutno zakończyć. 

Orundeliko bił się zawzięcie z ogromnym chłopcem, dwa razy większym i silniejszym 

od  siebie,  Elepari  szarpał  się  jak  szalony  pośród  siedmiu  czy  ośmiu  hultajów,  którzy  go  po-
chwycili za ręce i nogi, a biedna Okaszlu, tonąc we łzach, na próŜno błagała, aby się zlitowa-
no nad nimi. 

W chwili, gdy Henryk nadbiegał, potęŜne uderzenie pięścią obaliło na ziemię Orundeli-

background image

ka, a dziewczę krzyknęło rozdzierającym głosem: 

— Elepari! brat mój zabity! JuŜ zginął! 
— Jeszcze nie! — ozwał się chłopak, zrywając się i podskakując jak piłka elastyczna — 

nędznik zdradą mnie pokonał, ale niech no się zbliŜy raz jeszcze!.. A co, namyślasz się, bydlę 
obrzydłe. 

I malec zuchwale wyzywał przeciwnika, pokazując mu obie pieści. Tymczasem Elepari, 

zebrawszy wszystkie siły, wyrwał się gwałtownym ruchem z rąk swych prześladowców, któ-
rzy popadali na ziemię, on zaś skoczył na pomoc młodszemu towarzyszowi. 

— Poczekaj, Orundeliko! — zawołał — ja się z nim zaraz rozprawię. 
— Mnie to zostawcie! — wykrzyknął w tej chwili Henryk głosem donośnym, a odtrąca-

jąc  ich  obu,  stanął  naprzeciw  napastnika,  zaciskając  pięści  i  mierząc  go  rozognionym  wzro-
kiem. 

— Co ty się mieszasz nie do swoich rzeczy? Ja ciebie nie znam! — wołał tamten. 
— Poznamy się, wielką mam ochotę dać ci nauczkę, Ŝebyś drugi raz nie znęcał się nad 

słabszymi — odrzekł Henryk. Mówiąc to, wyciął mu tak potęŜny cios pięścią pomiędzy oczy, 
Ŝ

e hultaj się zachwiał i odskoczył. 

Ś

miechy  ustały  na  widok  tej  niespodziewanej  odsieczy,  wszystkie  „szczury  portowe” 

wpadły w wściekłość. Pomimo zmiany ubioru, po mowie poznali wieśniaka, a to wystarczało, 
aby ich do złości przeciw niemu pobudzić. Zawijali rękawy i wrzeszczeli w niebogłosy: 

— Walić pastucha, walić! Co się ma do cudzych spraw mieszać! 
— Dać mu dobre lanie! 
— Nauczyć go miejskich zwyczajów! 
Niebezpieczeństwo stawało się groźnym dla Henryka gdy wtem nowy szermierz zjawił 

się  na  placu  boju.  Był  to  młodzieniec  w  wykwintnym  stroju  marynarskim,  w  kapeluszu 
panama, ten sam, który przyjmował Henryka na pokładzie okrętu „Kalipso”. 

— Do stu bomb i kartaczy! — wołał nadbiegając — a tu co się dzieje? Ośmiu przeciw 

trzem!  To  walka  wcale  nierówna!  Ned  Ganey  nie  moŜe  na  to  patrzeć  z  załoŜonymi  rękami. 
Niech Ŝyje mniejszość! Staję po jej stronie! 

I młody Amerykanin stanął w postawie wyzywającej, ze złoŜonymi pięściami, po lewej 

stronie Henryka Chestera. Nowa ta pomoc niemiłe wraŜenie wywarła na napastnikach, mimo 
przewaŜającej ich siły. Dzielna postawa Henryka i jego sąsiada, dziki wyraz twarzy Eliparie-
go, nawet zuchwała mina Orundelika, wszystko to ugasiło znacznie ich zapał, „szczury porto-
we” miały juŜ widocznie dać drapaka.  

Byłoby  moŜe  i  przyszło  do  tego,  gdy  Elepari,  którego  dotąd  powstrzymywała  młoda 

dziewczyna,  odtrącił  ją  nagle  i  wyciągając  długie,  jak  u  małpy  ramiona,  przyskoczył  do 
chłopaka, który obalił był na ziemię Orundelika i schwycił go oburącz. W mgnieniu oka, prę-
dzej daleko, niŜ to opowiedzieć moŜemy, podniósł go  wysoko w powietrze i rzucił nim, jak 
piłką, o bruk, tak, Ŝe aŜ wszystkie kości mu zatrzeszczały. Kara zdawała się aŜ nadto dosta-
teczną  i  grozą  przejęła  całą  hultajską  bandę,  lecz  nie  zaspokoiła  strasznej  złości  Elepariego. 
Chwycił  on  szybko  ogromny  kamień  brukowy  i  podniósłszy  go  w  górę,  chciał  roztrzaskać 
nim głowę powalonego przeciwnika. 

Henryk Chester nadbiegł w samą porę i powstrzymał jego ramię, lecz zawzięty Elepari 

uparcie usiłował dokonać swej zemsty, pomimo perswazji obu młodzieńców. Byłoby mu się 
w  końcu  zapewne  udało,  gdy  wtem  nadszedł  oficer  marynarki  i  bez  ceremonii  chwytając 
małego człowieczka za kołnierz, odciągnął go na bok. 

— Co to znaczy? — zapytał nowoprzybyły, który miał na sobie mundur kapitana okrętu 

wojennego.  —  Co  wy  tu  robicie  Orundeliko  i  ty  Fuegio?...  Ładnie  się  sprawiasz  Elepari! 
Czemu nie siedzicie spokojnie na okręcie, jak przykazałem? WracajcieŜ mi zaraz i nie waŜcie 
się wychodzić z waszych kajut. 

Korzystając  z  tej  przerwy,  „szczury  portowe”  porozbiegały  się  na  wszystkie  strony. 

background image

DuŜy  drągal,  obalony  na  ziemię,  zerwał  się  takŜe  i  wziął  nogi  za  pas  jeden  z  pierwszych. 
Elepari i Orundeliko z głowami spuszczonymi usłuchali rozkazu, dziewczyna zaś, której oni 
dawali  imię  Okaszlu,  a  którą  kapitan  nazwał  Fuegią,  szybko  podbiegła  do  dwóch  młodzień-
ców,  Henryka  i  Neda,  uklękła  przed  nimi  i  chwytając  ich  ręce  zanim  mogli  temu  przeszko-
dzić,  ucałowała  je  z  uczuciem  gorącej  wdzięczności.  Potem  zerwała  się,  jakby  zawstydzona 
własną śmiałością i pośpieszyła za towarzyszami. 

Gdy  pozostali  sami  z  kapitanem,  Henryk  i  Ned  wyjaśnili  mu  całą  sprawę.  Wysłucha-

wszy opowiadania, kapitan podziękował obu młodzieńcom, Ŝe tak dzielnie stanęli w obronie 
tych  ludzi,  których  był  opiekunem,  jak  mówił,  i  nie  tłumacząc  się  jaśniej,  poŜegnał  ich  i 
odszedł dalej. 

— Nie dali się panu wyspać, nieprawdaŜ? — rzekł młody Amerykanin, zwracając się z 

uśmiechem do Henryka. 

— SkądŜe pan wie, Ŝe spałem? — odrzekł tamten cokolwiek zdziwiony. 
—  Skąd  wiem?  Widziałem  to  przecieŜ  na  własne  oczy.  Siedziałem  sobie  na  szczycie 

wielkiego masztu, a widok stamtąd jest bardzo rozległy i widziałem wszystko, coś pan robił. 
Wszedłeś  najpierw  do  składu  gotowych  ubiorów,  przebrałeś  się  od  stóp  do  głowy,  usiadłeś 
tam i zdrzemnąłeś się troszeczkę, a wnet potem rzuciłeś się w wir walczących. Gdym to zoba-
czył, nie mogłem dłuŜej wytrzymać, ześliznąłem się z masztu, z pomostu skoczyłem na deskę, 
z  deski  na  brzeg  i  dalej  juŜ  wiadomo!  A  teraz  przejdźmy  do  czego  innego.  Dzielny  z  pana 
towarzysz. Kapitan naszego okrętu juŜ powrócił, jest to mój ojciec. Chodź pan teraz ze mną ja 
cię sam przedstawię i moŜesz być spokojny, znajdzie się miejsce dla ciebie na „Kalipso”. 

Jak  rzekł,  tak  uczynił  i  w  pięć  minut  po  tej  rozmowie  Henryk  Chester  wchodził  do 

salonu  kapitana  Ganey'a,  przedstawiony  według  wszelkich  praw  etykiety  przez  jego  syna, 
Kapitan  Ganey  posiadał  wszystkie  cechy  charakterystyczne  rodowitego  jankesa.  Wysoki, 
szczupły,  kościsty,  oczy  miał  niebieskie,  cerę  rumianą,  włosy  jasne  z  odcieniem  rudawym  i 
spiczastą bródkę, do małej miotełki podobną. W chwili, gdy syn jego wprowadzał do salonu 
nowego swego przyjaciela, kapitan siedział w duŜym  fotelu na biegunach, z nogami załoŜo-
nymi  na  stół,  według  wytwornego  narodowego  obyczaju,  trzymał  w  ręku  dziennik  i  pykał  z 
długiej fajki, odczytując najświeŜsze wiadomości. 

— Ojcze — rzekł Ned — mam zaszczyt przedstawić ci mego przyjaciela, pana Henryka 

Chestera,  który  Ŝyczy  sobie  zaciągnąć  się  do  załogi  twojego  statku,  jeśli  raczysz  się  na  to 
zgodzić. 

Kapitan Ganey odłoŜył dziennik na stronę, zmierzył przybysza od stóp do głowy i zapy-

tał: 

— Czy słuŜyłeś juŜ na okręcie? 
— Nie, kapitanie. 
— Czy jesteś synem Ŝeglarza? 
— Nie, kapitanie. 
—  Czy  umiesz  chodzić  koło  rudla,  lub  masz  jakiekolwiek  wyobraŜenie  o  rzemiośle 

marynarskim? 

— Nie, kapitanie. 
— Czy potrafisz przynajmniej ściągnąć Ŝagiel? 
— Nie mam o tym wyobraŜenia, kapitanie. 
— Czy właziłeś kiedy na maszty? 
— Dotychczas nigdy, kapitanie. 
— A czy cierpisz na morską chorobę? 
— Nie wiem, kapitanie. 
— Do licha! — zawołał jankes, który z najpowaŜniejszą w świecie miną prowadził całą 

rozmowę — nie wiem, jaki tam z ciebie będzie majtek, ale na zdolnościach ci nie zbywa, to 
pewna... No, a czy potrafiłbyś przynajmniej pomyć półmiski cynowe i wyszorować podłogę? 

background image

— zapytał znowu po chwili milczenia. 

— Nigdy jeszcze nie robiłem nic podobnego, sądzę jednak, Ŝe wprawiłbym się łatwo i 

wywiązałbym się z tego nie gorzej od innych — odpowiedział Henryk 

— Dobre i to — rzekł kapitan Ganey z westchnieniem. — Nedzie, zaprowadź nowego 

ucznia  okrętowego  do  kucharza  i  powiedz,  aŜeby  go  zasadził  do skrobania  kartofli,  jutro  mi 
doniesie, jak się sprawił. 

Henryk  Chester  poszedł  w  milczeniu  za  swym  przewodnikiem,  który  z  trudnością  po-

wstrzymywał  się  od  śmiechu;  dostał  się  po  chwili  do  kuchni  okrętowej,  gdzie  gospodarzył 
okazały Murzyn. 

—  MoŜe  to  taka  próba  —  mówił  sobie  w  duchu  —  moŜe  on  chce  się  przekonać  tym 

sposobem, czy potrafię się nagiąć do karności słuŜbowej. 

Zresztą młodzieniec nasz powiedział sobie, Ŝe i taką robotę musiał ktoś przecieŜ wziąć 

na  siebie,  słusznie  teŜ  uŜywano  do  niej  tych,  którzy  nic  innego  zrobić  nie  umieli.  Starał  się 
więc wykonać jak najstaranniej obowiązki, które mu wyznaczono, nie było to jednak skroba-
nie  kartofli,  gdyŜ  czynność  ta  dnia  tego  juŜ  była  załatwiona,  kazano  mu  pomyć  półmiski,  a 
następnie zanieść je naładowane jadłem na stół. przy którym obiadowała starszyzna okrętowa. 

Pierwsza  wędrówka  przez  te  wysokie  progi  tak  mu  się  nie  powiodła,  Ŝe  potknął  się, 

upadł  jak  długi  a  sztuka  mięsa  wyleciała  z  półmiska  na  podłogę.  Wypadek  ten  prawdziwą 
burzę ściągnął na jego głowę, panowie starszyzna uraczyli go takimi komplementami, których 
tu w Ŝaden sposób powtórzyć dosłownie nie moŜemy. Jeden z członków szanownego zgroma-
dzenia  nazwiskiem  Lyons  wyraził  nawet  zdanie,  Ŝe  warto  by  tego  niezgrabiasza  razem  z 
półmiskiem  i  sztuką  mięsa  wrzucić  na  samo  dno  morza.  Majster  cieśla,  stary  wilk  morski, 
zwany Seagriff, oświadczył krótko i węzłowato, Ŝe jeŜeli nowy chłopak okrętowy nie nauczy 
się chodzić jak naleŜy po deskach okrętowych to on bierze na siebie wyuczyć go tańczyć. 

Za powrotem do kuchni nowa przygoda. Gdy przyszły nasz admirał postępował ostroŜ-

nie,  dźwigając  ogromny  stos  talerzy,  ujrzał  nagle  przed  sobą  wdzięczną  postać  młodej  dzie-
weczki, którą juŜ raz był spostrzegł z daleka na pomoście amerykańskiego statku. Była to sio-
strzyczka  Neda,  Madzia  Ganey.  Niepoczciwy  ten  Ned  wyznał  nawet  Henrykowi,  ale  daleko 
później, Ŝe spotkanie to nie było wcale przypadkowe; on to sam bowiem umyślnie wyprawił 
siostrę w tę stronę, aby mogła obejrzeć nowego ucznia okrętowego w całej jego chwale. 

Biedny nasz Henryk tak się uczuł upokorzonym w tej chwili, Ŝe byłby się chętnie skrył 

pod  ziemię,  lub  w  głąb  morza.  To  teŜ  niezbyt  róŜowe  myśli  snuły  mu  się  po  głowie,  gdy  o 
dziewiątej wieczorem ułoŜył się wreszcie do snu w tym okrętowym hamaku, o którym marzył 
z  takim  upragnieniem.  Być  pomocnikiem  kucharza  Murzyna,  nosić  na  stół  półmiski,  czyliŜ 
dla takiego losu opuścił ognisko domowe, stał się nieposłusznym woli rodzicielskiej, poświę-
cił wszystkie słodycze spokojnego Ŝycia?. Serce jego wezbrało goryczą, wyrzucał sobie wła-
sną  nierozwagę,  łzy  gorące,  które  w  dzień  biały  potrafiłby  był  powstrzymać,  teraz  wśród 
cieniów nocy popłynęły strumieniem z jego oczu. 

W  końcu  znuŜenie  przemogło,  usnął  ukołysany  przez  fale,  igrające  z  okrętem  silnie 

umocowanym na potęŜnych swych kotwicach. 

 
 
 
 

IV. „KALIPSO” 

 
Statek  „Kalipso”  był  to  trójmasztowiec,  zbudowany  z  wybornego  drzewa,  nowiuteńki, 

utrzymany  bardzo  starannie.  Od  dwóch  lat  dopiero  wyszedł  z  warsztatu,  był  własnością 
wspólną  pewnego  przemysłowca  amerykańskiego  i  kapitana  Ganey'a,  który  nim  dowodził. 
ś

aglowiec ten odznaczał się taką chyŜością, Ŝe dorównywał prawie a czasem nawet prześci-

background image

gał statki parowe. Dlatego teŜ przeznaczony był szczególnie do dłuŜszych podróŜy, Ŝeglował 
raz  po  raz  po  niezmierzonych  obszarach  Atlantyku  i  Oceanu  Spokojnego,  zazwyczaj  teŜ  z 
Anglii powracał na zachodnie wybrzeŜa Ameryki, okrąŜając Przylądek Horn. Zwykły ładunek 
jego stanowiły kosztowne gatunki drzewa, masa perłowa, perły nawet, które nabywał w por-
tach  wysp  Oceanii  lub  na  Cejlonie  i  przywoził  do  Nowego  Yorku  albo  do  Anglii.  Stamtąd 
znów zabierał wieprzowinę soloną, róŜne konserwy w pudełkach blaszanych, tkaniny baweł-
niane,  broń  niŜszego  gatunku,  wyroby  Ŝelazne;  jednym  słowem  przedmioty  najrozmaitsze, 
które chętnie nabywają mieszkańcy Wysp Malajskich i inne niezbyt cywilizowane ludy. 

Henryk,  który  tak  pragnął  zobaczyć  trochę  świata,  nie  mógł  lepiej  trafić,  na  „Kalipso” 

nie brakło do tego sposobności. Tylko Ŝe nasz młodzieniec nie wyobraŜał sobie, aby rzemio-
sło  marynarza  miało  go  doprowadzić  do  takich  zajęć,  jakie  tu  pełnić  musiał  obecnie.  Wpra-
wdzie  obieranie  kartofli,  a  nawet  zmywanie  talerzy,  nie  ma  w  sobie  nic  ubliŜającego,  kaŜda 
robota jest dobra, byle sumiennie była spełniona. Pewna ilość pracy w ogóle musi być doko-
nana na kuli ziemskiej a do tego potrzeba, aby ludzie ochotnie przyłoŜyli ręki do zajęć i robót 
najrozmaitszego  rodzaju.  To  teŜ  i  rzemiosło  kucharskie  i  najskromniejsze  gospodarskie  za-
trudnienie  nie  zasługują  wcale  na  pogardę.  Ale  nasz  Henryk  nie  czuł  do  tego  najmniejszego 
powołania. 

Na  szczęście  nie  miał  on  długo  pełnić  tych  niemiłych  funkcji,  juŜ  zaraz  nazajutrz  po 

przybyciu  na  okręt  znalazł  sposobność  przedstawienia  się  kapitanowi  w  korzystniejszym 
ś

wietle.  Zbieg  okoliczności  zrządził,  Ŝe  okręt  „Kalipso”  musiał  być  przeprowadzony  nieco 

dalej  dla  zabrania  reszty  ładunku,  a  manewr  ten  naleŜało  wykonać  z  wielką  ostroŜnością  i 
zręcznością,  gdyŜ  w  porcie  stało  mnóstwo  okrętów  większych  i  mniejszych,  niełatwą  więc 
było sprawą przecisnąć się między nimi. Na trójmasztowcu handlowym załoga nie bywa zbyt 
liczna, toteŜ wszystko co Ŝyło wyległo na pokład. Kapitan Ganey stanął na tylnym pokładzie 
z tubą w rękach, Ned, pełniący funkcje porucznika, umieścił się z przodu. 

Statek „Kalipso”, holowany przez mały parowiec, przepływał właśnie pomiędzy dwoma 

hiszpańskimi  okrętami,  gdy  naraz  wielka  reja  trójmasztowca  zaczepiła  się  o  wysoki  pomost 
jednego  z  tych  okrętów  i  przełamała  się  na  dwoje.  Nastało  zamieszanie  na  obu  pomostach, 
ozwały  się  krzyki  i  łajania  w  dwóch  językach.  Co  gorsza,  szczątki  rei  pozostały  zawieszone 
na linie, a kołysząc się w powietrzu, mogły inny, groźniejszy wypadek pociągnąć za sobą. 

Kapitan Ganey, pilnujący steru, nie spostrzegł tego, co się stało, majtkowie, nienawykli 

działać  bez  wyraźnego  rozkazu,  nie  ruszali  się  z  miejsc  swoich.  Jeden  Henryk  nie  miał  tu 
Ŝ

adnego wyznaczonego miejsca, ciekawość tylko przywiodła go na pomost, spostrzegł jednak 

od razu, Ŝe nie było czasu do stracenia. Był bosy i spodnie tylko płócienne miał na sobie, bo 
przed chwilą szorowano pomost, w czym i on brał takŜe udział bardzo czynny. 

Spostrzegł siekierę, leŜącą w pobliŜu, chwycił ją szybko, za pas załoŜył i zaczął wspinać 

się na maszt, tak zwinnie i zręcznie, jak gdyby od dzieciństwa nic innego nie robił. 

Tymczasem obłamana reja latała ciągle w powietrzu, zmierzała prosto ku niemu i gdyby 

go potrąciła wpadłby do wody niechybnie.  Lecz chłopak z zadziwiającą zręcznością i zimną 
krwią  schylił  głowę,  uniknął  ciosu,  potem  wspinał  się  dalej.  Nim  upłynęło  pół  minuty  juŜ 
dostał się na miejsce i pochyliwszy się, dobył siekiery z za pasa, odciął za jednym zamachem 
pozostały  kawałek  rei,  który  z  pluskiem  wpadł  do  wody.  Majtkowie  głośnymi  okrzykami 
objawili uznanie swoje dla młodego śmiałka, który wśród tych okrzyków spuścił się na dół i 
stanął  znów  na  pomoście,  gdzie  go  otoczono,  winszując  i  podziwiając  zręczność  jego  i 
odwagę. 

Czyn ten bohaterski nie mógł pozostać bez wpływu na losy młodzieńca. Zaledwie okręt 

Kalipso”  stanął  na  miejscu  i  zarzucił  na  nowo  kotwicę,  kapitan  Ganey  kazał  przywołać 
Henryka do siebie. 

— Nie powiedziałeś mi — rzekł do niego z dobrocią — Ŝe tak doskonale umiesz drapać 

się po masztach. 

background image

Henryk  wyznał  otwarcie,  Ŝe  sam  o  tym  dotychczas  nie  wiedział,  nigdy  bowiem  nie 

właził jeszcze na maszty, tylko na wysokie jodły i brzozy w ogrodzie ojca. Kapitan zaczął z 
nim  rozmawiać  z  większą  daleko  uwagą,  niŜ  dnia  poprzedniego.  Spostrzegł  teŜ  wkrótce,  Ŝe 
chłopak ten odznaczał się i wrodzonymi przymiotami i wychowaniem starannym, szkoda go 
więc było na kuchcika i posługacza. Natychmiast mianował go uczniem okrętowym i polecił 
starszemu majtkowi, aby go wziął w opiekę i wyuczył swojego rzemiosła. 

Tymczasem  Ned  Ganey  opowiedział  matce  i  siostrze,  jak  Henryk  dnia  poprzedniego 

szlachetnie stanął w obronie biedaków, napastowanych przez nielitościwych ulicznych hulta-
jów. Opowiadanie to niezmiernie zajęło obie panie, kazały sobie przedstawić dzielnego mło-
dzieńca  i  obsypały  go  zasłuŜonymi  pochwałami.  Jednym  słowem  w  przeciągu  dwudziestu 
czterech godzin połoŜenie Henryka zupełnej uległo zmianie i znowu błysnęły przed nim naj-
ś

wietniejsze nadzieje. 

Dnia  tego  wieczorem,  wyciągając  się  w  hamaku,  młodzieniec  był  lepszej  myśli,  a  za-

wód marynarza przedstawiał mu się znów w barwach daleko piękniejszych. 

Przekonał się wprawdzie, Ŝe rzemiosło to cięŜkie jest i mozolne, Ŝe wymaga niepospoli-

tej  odwagi,  zręczności,  usiłowań  nieustannych.  Ale  zrozumiał  takŜe,  iŜ  praca,  pilność,  su-
mienne  spełnianie  obowiązku,  i  tu,  jak  w  kaŜdym  innym  zawodzie,  stanowią  najlepszą 
rękojmię powodzenia; nie Ŝałował teŜ powziętego postanowienia i dał sobie słowo wytrwać w 
nim do końca. 

Przez pięć dni jeszcze stał okręt amerykański na kotwicy, Henryk ani razu nie pokazał 

się na lądzie, bo obawiał się, aby nie spotkać jakiej pogoni... W chwili jednak, gdy juŜ statek 
wypływał  pod  Ŝagiel,  a  łódka  powracała  na  wybrzeŜe  z  listami,  przeznaczonymi  na  pocztę, 
młody  uczeń  okrętowy  spoglądał  na  nią  załzawionymi  oczyma,  bo  pośród  tych  listów  był 
jeden dość gruby, adresowany do pani Chester w Godalminy. Syn skruszony i rozrzewniony 
wylał  w  tym  liście  wszystkie  sprzeczne  uczucia,  które  przepełniały  jego  serce.  Oto,  co  pisał 
do matki, wynurzając jej z całą szczerością i Ŝal swój i nadzieje. 

 
„Moja najdroŜsza mateczko!  
Czy darujesz mi kiedy, Ŝem cię tak długo pozostawił w niepokoju i przez cały tydzień 

nie dał znać o sobie? Z wielką nieśmiałością błagam cię o przebaczenie, a jednak sama przy-
znać musisz, Ŝe nie mogłem postąpić inaczej, chcąc wykonać to postanowienie, które ci jest 
dobrze znane, bo nieraz ci o nim wspominałem. 

Jestem na morzu, jestem Ŝeglarzem, teraz wiesz juŜ wszystko. Gdybym  ci był wyznał, 

kiedy  mam  zamiar  dom  opuścić  i  do  którego  portu  zmierzam,  byłabyś  wszelkich  sposobów 
uŜyła, aby mi w tym przeszkodzić. Wszystko więc byłoby spełzło na niczym. Widzisz sama, 
Ŝ

e musiałem to zrobić w tajemnicy, oto jest moje tłumaczenie. 

Jeśli  ci  się  wyda  niedostateczne,  jeśli  mi  nie  wyjedna  twego  przebaczenia,  pomyśl, 

mateczko droga, jaka to cięŜka kara dla mnie, Ŝe muszę opuścić kraj, nie poŜegnawszy się z 
tobą!... Ja wprawdzie Ŝegnałem ciebie w duszy, a tyś się nawet nie domyślała, gdym cię uści-
skał we środę wieczorem na dobranoc, jak trudno mi było od łez się powstrzymać!... Wiedzia-
łem, Ŝe nieprędko będę miał szczęście obaczyć znowu twoją twarz ukochaną. Wiedziałem, Ŝe 
te oczy, którymi tak tkliwie na mnie patrzyłaś, wkrótce z mego powodu łzami się zaleją... Ale 
nie  mogło  być  inaczej,  mateczko  droga.  Postanowiłem  zostać  Ŝeglarzem  i  wytrwam  w  tym 
postanowieniu. 

Dotychczas szczęście mi sprzyja, zaraz po przybyciu do portu Portsmouth udało mi się 

zaciągnąć do załogi okrętu amerykańskiego. Zdziwisz się moŜe, Ŝe nie wybrałem angielskie-
go  statku.  Ale  najpierw  nie  miałem  wyboru,  a  potem,  jeśli  mam  prawdę  wyznać,  przypadek 
tym razem dobrze mi podobno usłuŜył. Rodacy moi pełni są uprzedzeń, a róŜnice towarzyskie 
tak wielkie mają u nich  znaczenie, Ŝe nigdy  na okręcie angielskim nie byłbym dopuszczony 
do takiej poufałości z kapitanem i jego rodziną. Wyobraź sobie, mateczko, Ŝe ja, prosty uczeń 

background image

okrętowy,  obiadowałem  wczoraj  przy  stole  mojego  dowódcy,  w  towarzystwie  Ŝony  jego, 
córki i syna. Czy widział kto co podobnego na statku angielskim? Z pewnością nie. A jednak 
takie dobre traktowanie ma takŜe swoją wartość. 

Wspomniałem  o  Ŝonie  i  córce  kapitana,  a  ty  się  dziwisz  zapewne,  mateczko,  i  pytasz, 

skąd one się wzięły na okręcie? OtóŜ i to takŜe naleŜy do zwyczajów amerykańskich. U nas 
uwaŜano by to za coś nadzwyczajnego, a przynajmniej wyjątkowego, u jankesów jest to rzecz 
najprostsza  w  świecie.  Nasz  kapitan,  który  jest  zarazem  współwłaścicielem  okrętu,  zabiera 
zawsze z sobą Ŝonę na morze. Córka jego Madzia urodziła się na okręcie, dziś ma dopiero lat 
piętnaście,  a  juŜ  objechała  ziemię  dokoła.  Syn  jego  Ned,  o  rok  ode  mnie  starszy,  na  lądzie 
wprawdzie przyszedł na świat, lecz od dwunastego roku Ŝycia naleŜy juŜ do załogi okrętowej. 
Nie dziw więc, Ŝe tak młodo dosłuŜył się stopnia porucznika, taki bowiem urząd zajmuje pod 
zwierzchnictwem  ojca.  Jest  to  zresztą  chłopak  nieoszacowany,  pokochałem  go  serdecznie, 
jemu teŜ głównie zawdzięczam, iŜ bez wielkich trudności przyjęty zostałem do słuŜby. 

Załoga  nasza  składa  się  z  dwudziestu  ludzi,  licząc  w  to  i  starszyznę,  to  jest  sternika  i 

starszego cieślę. Są to dwaj ludzie dość osobliwi, a jak mi się zdaje bardzo zacni i poczciwi. 
Sternik  Lyons  stał  się  ponury  i  milczący  wskutek  ustawicznych  podróŜy,  a  moŜe  to  jest  u 
niego  usposobienie  wrodzone.  Nigdy  ani  jednym  słówkiem  się  nie  odzywa,  tylko  wówczas 
usta otwiera, gdy wydaje rozkazy, lub ostro a dobitnie wyraŜa niezadowolenie swoje, jeŜeli te 
rozkazy nie są naleŜycie spełnione. Ma jednak w oczach moich wielką cnotę: jest sprawiedli-
wy, od kaŜdego z podwładnych wymaga tylko tego, co stanowi jego powinność. 

Seagriff, starszy cieśla, jest to osobistość całkiem innego rodzaju, zdaje się, Ŝe ma o so-

bie bardzo wysokie mniemanie. Obowiązkiem jego jest czuwanie nad całością okrętu, staran-
ne  opatrywania  wszystkich  jego  części  i  naprawianie  uszkodzeń.  On  jednak  do  wszystkiego 
się  miesza,  wszędzie  swoje  słówko  wścibi,  bo  mu  się  zdaje,  Ŝe  się  zna  lepiej  od  innych  na 
kaŜdej rzeczy. Ma teŜ poniekąd i prawo do tego, gdyŜ od lat trzydziestu jest w słuŜbie mor-
skiej, musiał więc nabyć duŜo doświadczenia, które częstokroć w rzeczy samej zastąpić moŜe 
nawet  i  naukowe  uzdolnienie.  Nie  sądzę  jednak,  aby  kaŜdy  kapitan  był  tak  pobłaŜliwy  jak 
nasz i pozwalał staremu podnosić głos przy kaŜdej naradzie i z nieproszonym zdaniem wystę-
pować.  JuŜ  to  na  statku  angielskim  me  uszłoby  mu  to  z  pewnością.  Widocznie  jednak  nasz 
kapitan ma w swoje powody, Ŝe znosi cierpliwie gadulstwo Seagriffa; moŜe nie zwaŜa na nie, 
a moŜe naprawdę stary cieśla udziela mu rad szacownych. To pewna, Ŝe ten Seagriff rządzi tu 
wszystkim na okręcie. 

,Ja jestem daleko młodszy od wszystkich innych majtków. KaŜdy z moich kolegów ma 

przynajmniej o lat dziesięć lub dwanaście więcej ode mnie. Dlatego moŜe z Ŝadnym się do-
tychczas  nie  zaprzyjaźniłem,  chociaŜ  ze  wszystkimi  Ŝyję  w  zgodzie  i  w  najlepszych  stosun-
kach. 

Wspominałem  ci  juŜ,  droga  mateczko,  Ŝe  Ned  Ganey,  syn  kapitana  okazuje  mi  wiele 

Ŝ

yczliwości; jest on ze mną w jednym wieku, co nas wzajemnie do siebie zbliŜyło. Ned przy-

rzekł  mi  dopomóc  wszelkimi  siłami,  abym  mógł  prędko  nabyć  gruntownych  wiadomości  w 
sztuce marynarskiej, poŜycza mi swoje ksiąŜki i juŜ mnie nauczył obchodzić się z niektórymi 
narzędziami Ŝeglarskiemu. 

Widzisz więc, droga mateczko, Ŝe nie tracę czasu i wcale nie myślę na całe Ŝycie zostać 

prostym majtkiem. Będę pracował gorliwie, przygotowuję się do egzaminów, abym mógł jak 
najprędzej  otrzymać  stopień  oficera,  a  później  i  kapitana  okrętu.  Czy  to  jeden  rozpoczynał 
swój  zawód  na  takim  skromnym  stanowisku  jak  ja,  a  jednak  z  czasem  zaszedł  wysoko. 
CzemuŜ  by  i  mnie  nie  miało  się  poszczęścić  podobnie?  Na  to  potrzeba  tylko  sprzyjających 
okoliczności. Gdyby tak na przykład wojna wybuchła, a ja bym ze stopniem oficera dostał się 
na statek rządowy, cóŜ wówczas niepodobnego, abym się odznaczył i mianowany został kapi-
tanem, ba, moŜe i admirałem. ToŜ by wówczas mateczka dumną była ze swego chłopaka, nie-
prawdaŜ? A Emilcia kochana, czyŜby się nie cieszyła,  gdyby tak kiedyś  młody oficer mary-

background image

narki, rodzony jej braciszek, przeszedł się z nią pod rękę po ulicach naszej wioski?... Coś mi 
się zdaje, Ŝe wtenczas nawet i ojczulek wybaczyłby mi awanturniczą moją wyprawę... 

Ach,  mateczko!  Staram  się  to  w  Ŝart  obrócić,  a  ledwo  od  łez  powstrzymać  się  mogę. 

Szczerze ci się przyznam, Ŝe to jedno mnie tylko martwi i niepokoi. Czasami zdaje mi się, iŜ 
nic  dobrego  wyniknąć  nie  moŜe  z  przedsięwzięcia,  które  sprzeciwia  się  woli  ojca.  To  teŜ 
błagam  cię  gorąco,  mateczko  kochana,  wstaw  się  za  mną,  powiedz  ojcu,  Ŝe  jakkolwiek  nie 
mogłem się oprzeć prawdziwemu powołaniu, nigdy jednak nie będę spokojny, póki nie otrzy-
mam od niego Ŝyczliwego słówka. Okręt „Kalipso” popłynie teraz do Nowego Yorku, stanie-
my tam za pięć tygodni i parę miesięcy zabawimy. Statki pocztowe zdąŜą daleko prędzej od 
nas. O!, jakŜebym był szczęśliwy, gdybym zastał w Nowym Yorku list od ciebie, mateczko i 
od Emilci, a w tym liście kilka słów tylko od ojca, na przykład: Ściskam cię, chłopcze i Ŝyczę 
ci  powodzenia  w  twych  zamysłach.  O!,  gdyby  się  to  pragnienie  moje  ziściło,  nic  by  juŜ  do 
szczęścia mego nie brakowało. 

Bywaj zdrowa, droga mateczko, uściskaj ojca ode mnie, uściskaj Emilcię. Przywiozę jej 

z Oceanii prześliczny naszyjnik z muszel. Ojczulka upewnij, mateczko, Ŝe z pokorą przyjmę 
jego napomnienia i nigdy go szanować i kochać nie przestanę, choćby się okazał nieprzebła-
ganym. A ty, mateczko ukochana, bądź pewna, Ŝe syn twój, czy to na spoczynek się udając, 
czy zrywając się ze świtem do cięŜkiej pracy, zawsze myśl swoją pierwszą i ostatnią zwróci 
ku tobie. O, wierzaj mi, najstraszniejszy to dla mnie wyrzut sumienia i troska największa, iŜ 
opuszczając dom rodzinny, nie mogłem cię prosić o błogosławieństwo. Nieustannie teŜ będę 
błagać Boga, aby mi pozwolił jak najprędzej upaść do nóg twoich. 

Kochający syn Henryk Chester". 
 
 
 
 

V. W PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ 

 
Pięć lat upłynęło. 
Nadzieje; o których Henryk. Chester pisał w liście do matki, ziściły się w części przy-

najmniej;  niestrudzona  praca,  wytrwałe,  nieustanne  usiłowania,  doprowadziły  go  do  tego,  iŜ 
poznał gruntownie rzemiosło marynarza i dosłuŜył się stopnia oficera. Kapitan Ganey zupełną 
ufność w nim pokładał, a Ned był zawsze serdecznym jego przyjacielem. Madzia przywykła 
uwaŜać go jakby za drugiego brata, a pani Ganey traktowała go jak syna. Ten statek, unoszą-
cy  po  niezmierzonych  nurtach  oceanu  tak  zgodną,  kochającą  się  rodzinę,  był  prawdziwym 
przybytkiem szczęścia. Czuł to kapitan i nieraz powtarzał: 

— Jesteśmy zanadto szczęśliwi; to nie moŜe trwać wiecznie, obawiam się, abyśmy tego 

nie przypłacili jakąś klęską. 

Wówczas Ŝona i córka przytulały sie do niego i mówiły: 
— Myśl o tym, Ŝe podzielimy z tobą wszystkie niebezpieczeństwa, jest juŜ niemałą dla 

nas ulgą i pociechą. 

A kapitan Ganey przyznawał im słuszność, bo jeśli w rzeczy samej czekały go cięŜkie 

chwile, dziś przynajmniej zaŜywał szczęścia w całej pełni, nie był osamotniony, rozłączony z 
najbliŜszymi, jak to bywa zazwyczaj na morzu. 

Co  do  Henryka,  ten  był  zupełnie  zadowolony  ze  swego  zawodu.  Z  początku  szło  mu 

bardzo cięŜko, rzemiosło marynarza nie jest wcale zabawką, zwłaszcza na takim statku, gdzie 
załoga ze względów oszczędności musi by nieliczna. Lecz trudy te wynagrodzone były sowi-
cie, gdyŜ młodzieniec znalazł na tym okręcie opiekę, pomoc i przyjaźń serdeczną; ułatwiono 
mu tu naukę wszelkimi sposobami, wskazano środki dojścia do upragnionego celu. Otrzyma-
wszy stopień oficera, Henryk mógł z czasem zostać kapitanem. Marzenia jego sięgały wyso-

background image

ko,  chociaŜ  ukrywał  je  starannie  w  głębi  duszy,  młodzieniec  nasz zamyślał  pozyskać  kiedyś 
rączkę młodej Madzi i zabrać ją na własny okręt. 

Do ziszczenia tych marzeń brakowało jeszcze duŜo; najpierw potrzeba było zostać kapi-

tanem, a następnie zdobyć majątek i stać się współwłaścicielem jakiegoś kupieckiego statku, 
to jest stanąć na takim samym stanowisku, jakie zajmował ojciec tej panienki. 

Oczekując spełnienia tych świetnych nadziei, Henryk pracował gorliwie i nie zaniedby-

wał swoich powinności. Przywykł on bardzo prędko do morza, a spędzając długie noce na po-
moście, gdy kolej czuwania na niego przypadła zachwycał się widokiem gwiaździstego nieba, 
przysłuchiwał  się  z  upodobaniem  odgłosom  fal  szumiących,  wiatru,  który  kołysał  maszty  i 
Ŝ

agle rozdymał, a nawet dzika wspaniałość burzy nęciła go swoim urokiem. 

Prawie w kaŜdym porcie, gdzie statek „Kalipso zatrzymywał się dłuŜej,  Henryk zasta-

wał  listy  od  matki  i  siostrzyczki  Emilci,  a  wielka  to  była  uciecha  dla  niego,  Ŝe  ukochane  te 
istoty myślą przynajmniej towarzyszyły mu w dalekich jego wędrówkach. Ojciec jednak do-
tąd mu jeszcze nie przebaczył, ani słówka nie napisał nigdy w listach matki i nie przesłał mu 
swego błogosławieństwa. CięŜka to była troska dla młodzieńca, a wyrzuty sumienia zatruwały 
mu w kaŜdej chwili i powodzenie obecne i świetne nadzieje na przyszłość. Dręczył się i nie-
pokoił wśród pomyślności, gniew ojca wydawał mu się złą wróŜbą i odwagę odbierał. 

 
W  chwili,  gdy  na  nowo  opowiadanie  nasze  rozpoczynamy,  okręt  „Kalipso,  po  długiej 

Ŝ

egludze w okolicy Wysp Filipińskich i Nowej Walii, powracał do Nowego Yorku, okrąŜając 

Przylądek Horn. Wiózł on cięŜki i bogaty ładunek, złoŜony z drzewa sandałowego i mahonio-
wego, z korzeni, szylkretu, pereł i masy perłowej. Odpocząwszy dłuŜej w porcie Honolulu na 
wyspach Sandwich, statek puścił się w dalszą drogę i juŜ od czterech miesięcy był na pełnym 
morzu, przebywając przestrzeń rozległą, która go dzielił od Przylądka Horn. Przez całe tygo-
dnie nie mógł się wydostać z miejsc, gdzie panują długotrwałe cisze, w końcu jednak natrafił 
na wiatr zachodni. Zapędził się jednak za daleko ku wybrzeŜom chilijskim, a tu zaskoczył go 
straszliwy  cyklon  i  to  w  okolicy,  gdzie  burze  podobne  największe  przedstawiają  niebezpie-
czeństwo. 

Cyklon  ten  miotał  okrętem  przez  czas  jakiś,  w  końcu  wicher  uniósł  go  gwałtownie  w 

kierunku  południowo-wschodnim,  a  po  trzech  dniach  rozpaczliwej  walki  z  tym  straszliwym 
huraganem,  „Kalipso”  szybko  zbliŜać  się  zaczął  do  wysuniętych  wybrzeŜy  Ameryki  Połud-
niowej, znanych pod nazwą Patagonii i Ziemi Ognistej. 

Nieszczęśliwy  statek,  znacznie  uszkodzony  w  czasie  tej  cięŜkiej  przeprawy,  z  trudno-

ś

cią przesuwał się wśród rozhukanych bałwanów. Cała załoga zebrała się na pomoście. Cho-

dziło  o  to,  aby  uniknąć  zbliŜenia  do  brzegów,  które  w  tym  miejscu  są  nadzwyczaj  niebez-
pieczne. Wszędzie tu wzdłuŜ wybrzeŜy  Ziemi Ognistej ciągną się szeregiem straszliwe rafy, 
zawsze białą pianą pokryte, nawet w  czasie największej ciszy; Ŝeglarze  przezwali je ,,Drogą 
mleczną”,  a  znakomity  przyrodnik  Darwin  powiedział  o  nich:  „Sam  widok  tych  wybrzeŜy 
mógłby się stać zmorą straszliwą dla człowieka, nienawykłego do niebezpieczeństw Ŝeglugi”. 

Ten  nawyk  mieli  juŜ  od  dawna  na  statku  „Kalipso”,  nie  tylko  męŜczyźni,  lecz  takŜe  i 

kobiety.  A  jednak  przeraŜenie  ogarnęło  kaŜdego  i  bladość  pokryła  wszystkie  twarze,  gdy  w 
oddali ukazała się złowroga smuga białej piany, okrąŜająca brzegi tej niegościnnej ziemi. 

Henryk Chester stał obok sternika przy  rudlu, gotów w kaŜdej chwili pośpieszyć mu z 

pomocą  w  razie  potrzeby.  Zajmował  on  wprawdzie  stanowisko,  które  go  od  podobnej  pracy 
uwalniało, był drugim porucznikiem, obowiązki pierwszego pełnił Ned Ganey, syn kapitana. 
Lecz  wśród  tak  groźnych  okoliczności  nikła  róŜnica  stanów,  kaŜdy  do  ratunku  wspólnego 
musiał przyłoŜyć ręki, oficerowie na równi z majtkami, kapitan na równi z oficerami. Kapitan 
z synem byli nadzwyczaj czynni. Niełatwo było nawet utrzymać się na nogach na pomoście, 
gdyŜ  wicher  rzucał  gwałtownie  statkiem  na  wszystkie  strony.  Kapitan  Ganey  z  wielkim  tru-
dem zerknął po raz kolejny na mapę wiszącą na ścianie. Niepokoił się o Ŝonę i dzieci. Groziło 

background image

im wielkie niebezpieczeństwo. 

Wyczerpana brakiem snu i cięŜką pracą, przemokła do kości w czasie trzydniowej bu-

rzy załoga nie miała sił Ŝeby ruszyć. Statek teŜ nie wyglądał najlepiej. Długa i cięŜka podróŜ 
odbiła  się  na  jego  stanie  tak,  Ŝe  nie  sposób  było  tego  zauwaŜyć.  Farba  złuszczyła  się,  Ŝagle 
były  porwane,  łańcuchy  pokryła  rdza.  MoŜna  było  pomyśleć,  Ŝe  to  wracająca  po  trzyletnim 
rejsie łódź wielorybnicza. 

Nie tylko wygląd zewnętrzny „Kalipso” świadczył o długiej i cięŜkiej podróŜy. Jeden z 

masztów oraz dwie reje  były złamane, wanty wisiały luźno, woda  całymi  strumieniami wle-
wała się do środka. Statek osiadał coraz głębiej. Mieli do dyspozycji tylko niewielki Ŝagiel na 
głównym maszcie. 

W pewnym momencie kapitan zauwaŜył po prawej burcie coś, co zmroziło mu krew w 

Ŝ

yłach.  Były  to  trzy  olbrzymie  fale  mknące  prosto  na  „Kalipso”.  Kapitan  Ganey  wiedział 

czego  moŜe  oczekiwać  od  swojego  pięknego  statku,  lecz  wiedział  takŜe,  Ŝe  nigdy  nie 
znajdował się on w tak krytycznym połoŜeniu. Ledwie zdąŜył krzyknąć: 

— Przygotować się na przyjęcie fali! 
Pierwsza fala rozbiła się z łoskotem o burtę „Kalipso”. Zręczny ruch sterem wykonany 

przez  Henryka  spowodował,  Ŝe  okręt  wspiął  się  na  grzbiet  fali,  lecz  szybkość  jego  prędko 
spadła. Gdy dosięgła go druga fala okręt prawie się nie poruszał. Trzecia fala połoŜyła statek 
na lewej burcie tak, Ŝe cały kil wyszedł z wody. 

Był to krytyczny moment. Wystarczyła jeszcze jedna taka fala Ŝeby „Kalipso” zatonęło. 
Lecz fala nie nadeszła, a okręt powoli się wyprostował, strząsnął z siebie wodę i popły-

nął naprzód. 

Ze wszystkich ust wyrwał się okrzyk ulgi. Dopiero teraz zauwaŜyli, Ŝe jedna z szalup na 

lewej  burcie  znikła  porwana  przez  morze.  Nie  przeszkadzało  to  jednak  załodze  krzyczeć 
„hura!”, a i sam kapitan zdjąwszy ociekającą wodą czapkę powiedział: 

— Brawo, „Kalipso”. Brawo! 
Radość  jednak  trwała  krótko.  Nie  zdąŜyły  jeszcze  ucichnąć  radosne  okrzyki,  gdy  z 

przedniego luku odezwał się głos: 

— Woda podchodzi! Toniemy! Dziura ogromna! 
Kapitan z synem i Henrykiem rzucili się w kierunku luku, skąd głos dochodził, zbiegli 

aŜ na dno okrętu, a tu nie mogli juŜ wątpić o smutnej prawdzie. Woda gwałtownie zalewała 
wszystko, jak potok szumiący,  gdy zerwie tamę  i brzegi przekroczy. Poziom wody  podnosił 
się bardzo szybko, dno okrętu prawie do połowy juŜ było zalane. 

— I cóŜ ty na to mówisz, Seagriffie? — odezwał się kapitan do starego cieśli. 
— Mówię, Ŝe to niedobra sprawa, lecz Ŝe w najgorszym razie rozpaczać nie trzeba, ani 

rąk opuszczać — odpowiedział ten poczciwiec — szpara ma wprawdzie porządne rozmiary, 
nie tracę jednak nadziei, Ŝe ją zatkać potrafię, byle tylko wodę wypompowali... 

Kapitan poskoczył na pomost i huknął: 
— Do pomp! Cała załoga do pomp!... 
Wszyscy usłuchali w milczeniu, kaŜdy czuł, Ŝe walczy oŜycie. Tymczasem wicher zer-

wał się znowu i miotał wściekle okrętem, a tu nikt nie mógł pilnować rudla i Ŝagli, kto tylko 
Ŝ

ył,  pracował  przy  pompach,  chociaŜ  po  upływie  trzydziestu  minut  okazało  się.  Ŝe  praca  ta 

była daremna. 

Woda  nie  tylko  nie  ustępowała  z  dna  okrętu,  lecz  podnosiła  się  coraz  wyŜej,  statek 

coraz ocięŜałej się poruszał, zanurzał się głębiej i głębiej, nie było ratunku, musiał zatonąć! 

—  Dosyć,  moje  dzieci,  nie  ma  rady  —  rzekł  w  końcu  kapitan  —  rzućcie  pompy  i 

przygotujcie  łodzie  ratunkowe.  A  pamiętajcie!  Porządek  przede  wszystkim,  od  tego  zaleŜy 
zbawienie nasze! 

Miał  on  sposób  przemawiania  spokojny  i  stanowczy,  który  nadzwyczajny  wpływ  wy-

wierał na majtków. ToteŜ spuszczanie łodzi, wcale nie łatwe w podobnych warunkach, odbyło 

background image

się w największym porządku. Na nieszczęście trzy juŜ tylko pozostały: wielka łódź Ŝaglowa, 
szalupa i mniejsza łódka. Miejsca było dosyć na pomieszczenie całej załogi, lecz zabrakło go 
na zapasy Ŝywności. Nie było zresztą czasu myśleć o tym, naleŜało śpieszyć, gdyŜ niebezpie-
czeństwo co chwila stawało się groźniejsze. 

Kapitan  objął  dowództwo  nad  szalupą,  usadowiwszy  w  niej  Ŝonę  i  córkę,  Ned  Ganey 

wsiadł do większej łodzi a Henryk do mniejszej. KaŜdy zabrał z sobą co mógł, trochę odzie-
nia,  broń,  narzędzia  rozmaite.  Postanowiono  o  ile  moŜności  trzymać  się  razem  i  kierować 
łodzie na wschód, gdzie pośród mgły wynurzał się jakiś spiczasty cypel lądu. 

ś

eglarze poŜegnali się naprędce wzajemnym skinieniem głowy, kilku słowami serdecz-

nymi, potem wszystkie trzy łodzie pomknęły szybko, oddalając się od okrętu. 

Był to juŜ czas najwyŜszy!... Zaledwie Ŝeglarze nasi odpłynęli na kilka metrów od nie-

szczęsnego statku, gdy bałwan olbrzymi zwalił się na niego i zatopił go całkowicie. Poszedł 
jak kamień na dno oceanu. Prędzej daleko aniŜeli opowiedzieć to zdołamy, cały kadłub, po-
kład,  wreszcie  reje  i  maszty  zapadały  się  w  otchłanie  wodne,  wśród  przeraźliwego  wrzasku 
ptactwa morskiego, które ze wszystkich stron zlatywało się na to smutne widowisko. Siedząc 
u  steru  szalupy,  kapitan  Ganey  spoglądał  na  to  wzrokiem  ponurym,  tłumiąc  cięŜkie  west-
chnienia. 

—  Biedna  „Kalipso”...  Biedny,  poczciwy  mój  statku  ...  —  wyrzekł  półgłosem,  gdy 

wierzchołki masztów znikły mu z oczu — tyle lat pracy, zabiegów, trudów i wszystko przepa-
dło w jednej chwili!... 

A wtem rączka Madzi oparła się na ramieniu ojca, dziewczę szepnęło ledwo dosłyszal-

nym głosem: 

— śycie nam pozostało, jesteśmy razem, czyliŜ to nic nie znaczy?... 
—  Prawda,  prawda!  —  odrzekł  zacny  marynarz,  obejmując  córkę  i  przyciskając  ją  do 

serca  —  nie  wszystko  jeszcze  stracone,  skoro  mi  Bóg  was  zostawił.  A  wy,  dzieci  —  dodał, 
zwracając się do majtków — nie szczędźcie sił, a niezadługo przybijemy do lądu. 

 
 
 
 

VI. NA LĄDZIE 

 
Burza  sroŜyła  się  ciągle  i  wicher  gwałtowny  nie  ustawał.  PołoŜenie  wątłych  łódek  na 

rozhukanym morzu wcale nie było bezpieczne; co chwila zagraŜał im ten sam los, jaki spotkał 
okręt „Kalipso”. Tylko tacy doświadczeni marynarze zręcznością nadzwyczajną i nieustraszo-
ną  odwagą  mogli  je  uratować.  W  szalupie,  oprócz  kapitana  i  jego  rodziny,  siedziało  trzech 
majtków,  kucharz  imieniem  Poluks  i  sternik  Lyons;  wszyscy  pomieścili  się  wprawdzie,  lecz 
mała łódka zaledwie udźwignąć mogła ten cięŜar i zapadała w morze prawie po same brzegi. 
Kapitan  sam  kierował  rudlem,  Ŝona  i  córka  tuliły  się  do  niego,  inni  robili  wiosłami,  oprócz 
kucharza, któremu kazano wylewać wodę z dna łodzi, a miał z tym roboty niemało. 

Ned  sterował  duŜą  łodzią  Ŝaglową,  miał  do  pomocy  dziesięciu  ludzi.  Łódź  ta  była 

obszerniejsza  daleko  od  szalupy,  mocno  zbudowana,  zabrano  teŜ  na  nią  trochę  zapasów  Ŝy-
wności. Gdyby kapitan był poszedł za głosem serca, byłby na tej łodzi umieścił Ŝonę i córkę, 
sam jednak, jako dowódca, z obowiązku musiał wsiąść na szalupę, a kobiety za nic rozłączać 
się z nim nie chciały, więc je zabrał z sobą. 

Henryk Chester zajmował małą łódkę w towarzystwie cieśli Seagriffa i pięciu majtków. 

Wszyscy usiłowali zastosować się do rozkazu kapitana i kierować łodzie w stronę przylądka, 
ukazującego się na lewo. Lecz zamiar i wykonanie, to dwie róŜne rzeczy, wśród takiej burzy 
dość  juŜ  było  trudno  wątłe  łódki  utrzymać  na  morzu  i  ustrzec  od  zatonięcia,  o  kierowaniu 
nimi  mowy  być  nie  mogło.  Zawsze  jednak  gorliwe  usiłowania  duŜo  znaczą,  dowiódł  tego 

background image

Henryk Chester, który ani na chwilę nie zapomniał o rozporządzeniu kapitana, aby wszystkie 
łodzie trzymały się o ile moŜności blisko siebie. On teŜ wcale nie stracił z oczu szalupy, pod-
czas  gdy  Ned  Ganey,  który  zapewne  nie  tak  ściśle  stosował  się  do  tego  polecenia,  znikł 
wkrótce ze swoją łodzią w kierunku południowym. 

Przybić do przylądka było niepodobieństwem. Gwałtowny prąd morski pędził łodzie w 

stronę przeciwną, pomimo nadludzkich wysiłków wioślarzy, a w danych okolicznościach by-
ło to zapewne wielkim szczęściem dla nich, gdyŜ i tu napotkaliby niewątpliwie na drodze owe 
straszne rafy, ciągnące się wszędzie wzdłuŜ wybrzeŜy. Te ostre cyple, wynurzone ponad wo-
dą,  pokryte  pianą  huczącą,  wyglądały  z  daleka,  jakby  gromada  psów  zajadłych,  strzegących 
tego tajemniczego lądu. 

ś

eglarze nasi na szalupie i łódce przestali juŜ myśleć o kierowaniu wątłych swych stat-

ków i wszystkie siły wytęŜyli tylko na to, aby je utrzymać w równowadze i opróŜniać z wody, 
zalewającej je ustawicznie. Przylądek, który widzieli w stronie wschodniej, znikł wkrótce po-
ś

ród mgły. Prawdopodobnie musieli nawet znacznie oddalić się od niego, zauwaŜyli bowiem, 

Ŝ

e morze całkiem odmienny wygląd przybrało. Bałwany nie podnosiły się tak wysoko, wiatr 

ucichł, a co było najwaŜniejsze, straszliwe rafy nigdzie się nie ukazywały na widnokręgu. 

Morze uspokoiło się wkrótce o tyle, Ŝe obie łodzie mogły się zbliŜyć do siebie na odle-

głość głosu, tym przykrzejsze waŜenie wywarło na wszystkich zniknięcie wielkiej łodzi. 

Kapitan  rozkazał  sterować  wprost  na  północ,  przekonany  był  bowiem,  Ŝe  ziemia  znaj-

duje  się  w  tej  stronie,  chociaŜ  jej  dojrzeć  nie  było  moŜna.  Przewidywanie  to  ziściło  się  w 
zupełności, nim upłynął kwadrans, ujrzano juŜ w oddali niskie wybrzeŜe lądu. 

Zrozumiano teraz, jaki był powód ciszy niezwykłej, panującej w tej okolicy, gdy ujrza-

no przed sobą ogromne ławice olbrzymich wodorostów z rodzaju szuwarów, facus

Szczególne  te  rośliny  morskie  mają  łodygi  zaledwie  cala  w  średnicy  dochodzące,  lecz 

rozrastają się tak gęsto i obficie, Ŝe tworzą warstwy na 40 i 50 metrów grube, często teŜ tamu-
ją drogę okrętom i powstrzymują gwałtowność bałwanów. Są to prawdziwe lasy morskie. 

Dwie  łódki,  zbliŜywszy  się  do  tych  ławic  roślinnych,  były  zupełnie  bezpieczne,  cisza 

otaczała  je  dokoła.  Niemała  to  była  korzyść  po  przebyciu  tak  burzliwej  przeprawy,  toteŜ 
wszyscy lŜej odetchnęli, lecz po chwili nowy niepokój ich ogarnął: jakim sposobem przebyć 
tę zaporę, aby dotrzeć do lądu? 

Stary Seagriff, który juŜ nieraz Ŝeglował w tych okolicach, niespodziewanie rozstrzyg-

nął  tę  zagadkę.  Wyszedł  po  prostu  z  łódki  i  zaczął  się  przechadzać  po  powierzchni  ławicy 
wodorostów, jakby po asfaltowym chodniku. Wiedział on z doświadczenia, Ŝe las ten morski 
nie  ugnie  się  pod  nim  nieraz  bowiem  gęste  sploty  wodorostów  podnoszą  z  dna  morskiego 
cięŜkie kamienie i dźwigają je aŜ na powierzchnię wody. 

W kaŜdym razie dziwny był widok tego starca, przechadzającego się po  wodzie, która 

mu po kolana sięgała, wyglądało to z daleka na jakieś czarodziejskie sztuki. Kapitan i Henryk 
bacznie nań patrzyli, przekonani, Ŝe nie czyni tego bez powodu. 

W  rzeczy  samej  stary  Seagriff  oglądał  starannie  ławicę  szuwarów,  szukając  ścieŜki 

wśród tego lasu, a mówiąc wyraźniej, kanału pośród gęstwiny, przez który łodzie mogłyby się 
przecisnąć  i  dobić  do  lądu.  Nadzieja  go  nie  omyliła,  przypływy  i  odpływy  morskie  zawsze 
wśród zbitej masy wodorostów torują sobie drogę swobodną; doprowadziwszy więc do końca 
poszukiwania swoje, Seagriff powrócił do łodzi i wskazał Henrykowi, gdzie ją ma skierować, 
aby na kanał natrafić.  

Szalupa popłynęła w ślad za łodzią i wkrótce oba statki przeciskały się pomiędzy szu-

warami wąską, lecz dość wygodną drogą wodną. Majtkowie gorliwie robili wiosłami i w cią-
gu  dwudziestu  minut  obie  łódki  przebyły  szczęśliwie  las  wodorostów,  a  następnie  wpłynęły 
do  małej  zatoki,  zupełnie  zabezpieczonej  od  gwałtowności  fal  morskich  i  przybiły  do  pia-
szczystego wybrzeŜa. 

Rozbitkowie  wyobraŜali  sobie  zrazu,  Ŝe  dostali  się  na  brzeg  stałego  lądu,  to  jest  na 

background image

Ziemię Ognistą. Przekonali się jednak wkrótce, Ŝe znajdują się na małej wysepce, która mogła 
mieć około mili rozległości w średnicy i do siedmiu lub ośmiuset stóp wysokości nad pozio-
mem  morza.  Na  wyspie  tej  nie  było  wcale  drzew,  grunt  jej  bagnisty  całkowicie  był  pokryty 
olbrzymią trawą osobliwszego gatunku, właściwą tej okolicy. Trawa ta zwana t u s s a k, a w 
języku naukowym dactylis cespitosa, wyrasta kępiasto, wypuszczając obfite źdźbła i liście. 

Ź

dźbła  sterczą  wysoko,  podtrzymując  okazałe  wiechy  kwiatowe,  a  długie  liście  zwie-

szają  się  gęsto  dokoła.  Krzaki  te  zwykle  wyrastają  pojedynczo,  w  pewnych  odstępach  jedne 
od drugich, i z daleka wyglądają, jak małe pagórki lub kupki siana, porozkładane na łące. 

ś

eglarze nasi nie zwaŜali wcale w tej chwili na osobliwą roślinność wyspy. Pierwszym 

staraniem  kapitana  i  Henryka  było  urządzenie  tymczasowego  obozowiska,  a  usadowiwszy 
wygodnie  kobiety,  zostawili  je  pod  opieką  majtków,  sami  zaś  weszli  na  szczyt  pobliskiego 
wzgórza i pilnie wypatrywali, czy nie dostrzegą na morzu śladów wielkiej łodzi Neda. 

Na próŜno jednak zwracali wzrok w rozmaite strony oglądali cały widnokrąg, rozjaśnio-

ny w tej chwili ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, nigdzie nie dopatrzyli się nicze-
go  podobnego  do  statku.  W  stronie  północnej  i  zachodniej,  gdzie  okiem  zajrzeć,  wszędzie 
ciągnęły się rzędem straszliwe rafy, tworząc smugę białej piany na morzu, stosownie do swej 
nazwy „Drogi mlecznej” 

Wkrótce słońce skryło się poza linią widnokręgu i noc bardzo prędko zapadła. Kapitan i 

teraz jeszcze tęsknym wzrokiem spoglądał na morze, sądził, Ŝe ujrzy w oddali czerwoną latar-
nię, w którą łódź Neda była zaopatrzona. Lecz nadzieje spełzły na niczym. 

Gdy kapitan z Henrykiem powrócili do obozu, obie panie siedziały pod małym namio-

tem z płótna Ŝaglowego, które majtkowie rozpięli na kilku wiosłach. Posilono się bardzo nie-
dostatecznie  Ŝywnością,  zabraną  naprędce  z  okrętu,  przesiąkniętą  wodą  morską.  Potem  gro-
madka  rozbitków,  ulegając  strasznemu  znuŜeniu,  we  śnie  szukała  odpoczynku.  KaŜdy  jak 
mógł ułoŜył się na piasku i po chwili wszyscy spali snem głębokim. 

Wszyscy,  oprócz  dwóch  ludzi,  którzy  czuwali  nad  bezpieczeństwem  reszty.  Kapitan  i 

stary Seagriff nie spali długo w noc, następnie zbudzili Henryka i jednego z majtków, aby ich 
miejsca zajęli. 

Nic  nadzwyczajnego  nie  wydarzyło  się  tej  pierwszej  nocy,  spędzonej  przez  rozbitków 

na wyspie. Gdy wschodzące słońce zajaśniało na niebie, wszyscy przebudzili się zdrowi, po-
krzepieni i głodni. 

Na  nieszczęście  zapasy  Ŝywności  nie  były  obfite,  zwłaszcza  w  stosunku  do  ilości  ust, 

która  dochodziła  do  piętnastu.  Wieczerza  wczorajsza  znacznie  nadwyręŜyła  te  zapasy,  które 
składały  się  w  ogóle  z  beczułki  sucharów,  przemoczonych  słoną  wodą  morską,  kawała  wę-
dzonego mięsa, małego woreczka kawy, funta herbaty i głowy cukru. Co do naczyń kuchen-
nych, odszukano na dnie łódek patelnię, rondelek i imbryk do kawy. 

Najpierw  trzeba  było  pomyśleć  o  roznieceniu  ognia,  a  skąd  tu  wziąć  paliwa  na  tej 

wysepce,  gdzie  drzewa  nie  rosną  i  wszelka  roślinność  przesiąknięta  jest  wodą,  gdzie  grunt 
wygląda na jedno rozległe bagno? Nie brakło wprawdzie zapałek, krzesiwa i hubki, kaŜdy z 
majtków miał te przybory  w kieszeni do zapalania fajki. Zapałki jednak niewiele były warte 
bez drzewa lub węgla. 

— Nie ma co — rzekł kapitan, spoglądając na morze przez lunetę — trzeba nam będzie 

uciekać z tej wyspy i dotrzeć do lądu, który tam widać na północ. Spojrzyj no, Seagriffie — 
dodał, podając cieśli lunetę — czy nie pięknie wyglądają te lesiste wzgórza? 

— Prawda — odrzekł Seagriff — sądzę jednak, kapitanie, Ŝe tu nam będzie lepiej na tej 

wysepce; surowe śniadanie, to jeszcze nie wielka bieda, a tam moŜe nas co gorszego spotkać. 

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał kapitan, odprowadzając na stronę starego 

marynarza, aŜeby kobiety go słyszeć nie mogły — cóŜ to za niebezpieczeństwo nam zagraŜa 
na tym lądzie? 

— Jedno z najgorszych. JeŜeli się nie mylę, na tym wybrzeŜu Ziemi Ognistej zamiesz-

background image

kuje  plemię  Elikolepów,  a  nie  ma  pod  słońcem  straszniejszych  dzikich  ludzi;  dość  powie-
dzieć, Ŝe to są ludoŜercy z upodobania i potrzeby, bo słyną z Ŝarłoczności, a nie mają Ŝywno-
ś

ci  w  pustej  swojej  krainie...  Sześć  lat  temu  rozbił  się  na  tych  rafach  statek  wielorybniczy, 

załoga dostała się na ląd. Krajowcy poŜarli wszystkich tych nieszczęśliwych, co do jednego. 
Powiadają, Ŝe sami sobie byli winni, draŜnili podobno dzikich; smutna to rzecz, ale rzeczywi-
ś

cie ludzie niby to cywilizowani gorsi nieraz bywają od tych nieokrzesanych plemion. 

W kaŜdym razie, moŜe by zechcieli i na nas te krzywdy swoje pomścić, chociaŜ my nie 

mamy  sobie  nic  do  zarzucenia...  Wcale  teŜ  nie  jestem  za  tym,  abyśmy  się  przenosili  na 
wybrzeŜe lądu, bo niezawodnie spotkamy się tam niezadługo z tymi drapieŜnikami... 

— AleŜ w takim razie wątpię, aŜebyśmy i tu byli od nich bezpieczni — rzekł kapitan. 
— I owszem, tu nas one tak łatwo nie dosięgną, póty przynajmniej, póki się nie zmieni 

kierunek wiatru, a o ile wiem, w tej okolicy panuje najczęściej wiatr południowy. Stąd jest co 
najmniej pięć lub sześć mil do lądu, a mieszkańcy Ziemi Ognistej obawiają się przebywać ta-
kie odległości w nędznych swoich czółenkach. Mogliby się na to odwaŜyć jedynie dla jakiejś 
waŜnej przyczyny, lecz póki nie wiedzą o naszej obecności na wyspie, sądzę, Ŝe nie potrzebu-
jemy się ich obawiać. 

—  A  jeśli  nas  dostrzegą!  —  szepnął  kapitan  i  wzrok  jego  zwrócił  się  ze  smutkiem  na 

Ŝ

onę  i  córkę,  które,  nie  wiedząc  o  niczym,  starały  się  o  ile  moŜności  ubiór  swój  poranny 

doprowadzić do porządku. — A biedny Ned i towarzysze jego!... CóŜ się z nimi stanie, jeŜeli 
wylądowali na tym niegościnnym wybrzeŜu!... 

— Cierpliwości, nigdy przed czasem nie trzeba tracić nadziei, moŜe jeszcze i dla nas, i 

dla nich, wszystko się jak najlepiej złoŜy. W tej chwili nie ma nic pilniejszego, jak rozpalenie 
ognia,  muszę  teŜ  o  tym  pomyśleć,  bo  widzę,  Ŝe  Poluks  inaczej  nie  da  sobie  rady  ze  swoją 
patelnią i rondelkiem. 

I mówiąc to, poczciwy Seagriff zapuścił się w zarośla tussaku, a po chwili znikł z oczu 

kapitana pośród tych gąszczów. Wkrótce jednak ukazał się znowu, trzymał ponad głową cały 
krzak zielony, który wielkie z pozoru przedstawiał podobieństwo do krzewiastego wrzosu. 

— A to co takiego? — odezwał się Poluks, Murzyn, sprawujący powaŜny urząd kuch-

mistrza — nie wyobraŜasz sobie przecieŜ, Ŝe te gałęzie zielone, a do tego wilgotne, dadzą się 
rozpalić. 

—  I  owszem,  wyobraŜam  to  sobie  i  nie  mylę  się  z  pewnością  —  odpowiedział  stary 

marynarz  —  a  ty,  kominiarzu,  nie  sądź  z  pozorów,  i  zamiast  rozprawiać,  zabierz  z  sobą  ze 
dwóch  tych  drągali,  którzy  tu  stoją  z  załoŜonymi  rękami  i  natnijcie  razem  porządną  wiązkę 
owych gałązek, jest ich tam co niemiara. 

Poluks  usłuchał  w  milczeniu,  kilku  majtków  poszło  za  nim  i  po  chwili  przynieśli 

ogromny zapas osobliwego paliwa. Seagriff kazał je złoŜyć na piasku, wybrał kilka łodyg, tarł 
je mocno w rękach, aŜ ściągnął z nich powłokę wierzchnią i otrzymał włókna giętkie, podob-
ne  do  konopi.  Zwinął  te  włókna  w  rodzaj  kłębka,  pozostawiając  otwór  pośrodku,  a  potem 
wykrzesał ogień krzesiwem i hubkę zapaloną umieścił w tym otworze. Podniósł lekką włók-
nistą  kulę  w  górę,  poruszając  nią  w  powietrzu,  dopóki  cała  nie  zapłonęła  ogniem.  Wówczas 
umieścił ją starannie na piasku i zaczął szykować więcej kul podobnych, układał je jedne na 
drugich  i  wkrótce  utworzył  tym  sposobem  ognisko  dostateczne,  przy  którym  moŜna  było 
ugotować najpyszniejszy obiad. Włókna te roślinne zapalały się bardzo łatwo, trzaskały weso-
ło i sypały iskrami, jak najsuchsze łuczywo. 

Na  widok  płomienia,  Poluks  uniósł  się  taką  radością,  Ŝe  zaczął  tańczyć  i  skakać,  jak 

szalony, dokoła ogniska. Powstrzymał się jednak prędko w zapale, pokrajał mięso na plastry i 
usmaŜył  je  na  patelni,  potem  podsuszył  przemokłe  suchary,  a  w  końcu  ugotował  wody  na 
herbatę.  W  godzinę  niespełna  wszystko  było  gotowe  i  gromadka  rozbitków,  zasiadłszy  na 
piasku,  raczyła  się  taką  ucztą,  o  jakiej  w  okolicznościach  teraźniejszych  nikt  nawet  marzyć 
nie śmiał przed godziną. 

background image

Zajadając smacznie wraz z innymi, Seagriff opowiadał róŜne szczegóły ciekawe o rośli-

nie,  której  odkrycie  tyle  im  poŜytku  przyniosło.  Gorzypian  gumowy,  bolax  glebaria,  naleŜy 
do  rodziny  baldaszkowych,  rośnie  obficie  na  wyspach  Falkland,  przedstawia  pewne  podo-
bieństwo  do  sławnej  róŜy  jerychońskiej.  Wyrasta  kępiasto,  gałęzie  ma  bardzo  liczne  i  mnó-
stwo skórkowych liści. Gałęzie te splatają się, plączą i tworzą nieraz kulę, mającą około pół-
tora  łokcia  średnicy.  Zeschłe  te  kule  wiatry  wyrywają  i  niosą  na  morskie  wybrzeŜa.  Roślina 
zwana  jest  takŜe  balsam-bag,  to  jest  woreczek  z  balsamem,  gdyŜ  sączy  ciecz  klejącą,  która 
krajowcom  słuŜy  za  lekarstwo  do  gojenia  ran.  Lecz  najszacowniejszą  własnością  tej  rośliny 
jest  łatwość,  z  jaką  się  rozpala,  nawet  wówczas,  gdy  gałązki  jej  zielone  przesiąknięte  są 
wilgocią. WaŜna to bardzo rzecz w kraju, gdzie prawie nieustannie deszcz pada. 

Na  wyspach  Falkland  drzew  nie  ma  wcale,  a  krajowcy  pieką  zazwyczaj  mięso  przy 

ogniu, rozpalonym z gałęzi gorzypianu gumowego, do którego dorzucają kości zabitego zwie-
rzęcia. 

Ś

niadanie  było  juŜ  na  ukończeniu,  gdy  nagle  dał  się  słyszeć  krzyk  przeciągły,  głuchy, 

chrapliwy, na który złoŜyć się musiały liczne głosy, krzyk straszny i niezwykły, przeraził teŜ 
biednych rozbitków niezmiernie. Dziwne te wrzaski wychodziły z głębi małej zatoki, oddzie-
lonej olbrzymią skałą od części wybrzeŜa, na której usadowili się nasi Ŝeglarze. CzyŜby dzicy 
zbliŜyli się niepostrzeŜenie i zaczaili w tej kryjówce? Wszyscy na tę myśl wpadli w pierwszej 
chwili.  

Kapitan,  Henryk  i  kilku  majtków  poskoczyło  na  równe  nogi.  KaŜdy  chwycił  broń  i 

gotował się do obrony. 

 
 
 
 

VII. PIERWSZE WALKI 

 
Jeden tylko Seagriff nie ruszył się z miejsca i śmiał się cichaczem z całej trwogi. 
— No, no, moŜesz pan śmiało zajrzeć w oczy tym nieprzyjaciołom, panie Henryku — 

mówił do młodego porucznika — pani Ganey i panienka mogą iść takŜe, zaręczam, Ŝe nic się 
nikomu złego nie stanie. 

Wrzaski ozwały się znowu, przeraźliwe, ogłuszające, było to coś na kształt ryku licznej 

gromady osłów. Głosy te nie miały w sobie nic ludzkiego, ustała więc wszelka trwoga, zwła-
szcza  po  zapewnieniu  starego  cieśli,  i  obie  panie  poszły  na  zwiady  wraz  z  kapitanem  i 
Henrykiem. 

Zaledwie okrąŜyli skałę, osłaniającą małą zatokę, gdy oczom ich przedstawił się widok 

dziwny i śmieszny zarazem. Na płaskim, piaszczystym wybrzeŜu, paręset ogromnych ptaków 
stało długim rzędem, w największym porządku, jakby na wojskowej paradzie. Łapek ich kró-
ciutkich nie widać było prawie, zdawało się, Ŝe stoją podparte na małych ogonkach. Główki 
nieduŜe,  na  długich  szyjach  osadzone,  a  zwłaszcza  wydęte,  okazałe  brzuszki,  nadawały  tym 
ptakom najzabawniejszą w świecie postać. Wszystkie zwrócone były w jedną stronę i wyglą-
dały zupełnie jak pułk rekrutów, czekający na komendę dowódcy. Przez czas jakiś panowała 
cisza  wzorowa,  potem  nagle,  jakby  na  znak  dany,  wszystkie  razem  wyciągały  szyje,  główki 
podnosiły w górę i krzyk ów przeraźliwy przebijał powietrze. 

Druga  gromadka  takich  samych  ptaków  rozłoŜyła  się  na  ławicy  szuwarów,  jakby  na 

pastwisku;  wyławiały  tam  z  pośród  poplątanych  łodyg  wodorostów  mięczaki  i  inne  drobne 
stworzenia, które stanowią ich główny pokarm. 

Seagriff nazywał osobliwe te ptaki krzykaczami, kapitan poznał w nich od razu słynne 

pingwiny  czyli  bezlotki  patagońskie.  Niektóre  wysuwały  się  dziwacznym  sposobem  z  gą-
szczów kępiastej trawy; nie trzymały się na łapkach, jak gęsi, kaczki i inne ptaki, lecz podpie-

background image

rały się krótkimi skrzydełkami, pozbawionymi lotek, wyglądały więc z daleka, jak zwierzęta 
czworonoŜne. 

— One muszą mieć gniazda w tych zaroślach — zauwaŜyła pani Ganey. 
—  A  tak,  niezawodnie  —  odrzekł  Seagriff,  dotykając  na  znak  uszanowania  kosmyka 

siwych  włosów,  który  mu  z  pod  czapeczki  marynarskiej  spadał  na  czoło  —  szkoda  wielka, 
Ŝ

eśmy o tym wcześniej nie pomyśleli, mielibyśmy świeŜe jajka na śniadanie. 

— MoŜemy je w kaŜdym razie mieć na obiad! — zawołał Henryk Chester, który pamię-

tał dobrze, z jaką rozkoszą, będąc chłopakiem wiejskim, zaglądał do gniazd ptasich. 

— Wyborny pomysł! idźmy szukać jaj! — zawołała panna Madzia. 
Pani  Ganey  chętnie  na  to  przystała  i  poszła  z  dwojgiem  młodych  w  stronę  zarośli,  z 

których wyszły przed chwilą bezlotki. Seagriff nic na to nie powiedział, odszedł w milczeniu 
do obozu; po chwili wrócił, niósł w rękach bosak i wiosło, a przyśpieszając kroku, przyłączył 
się do pań i Henryka. 

—  Do  czegóŜ  to  mają  słuŜyć  te  narzędzia?  —  spytała  Madzia  z  uśmiechem  —  czy 

chcesz pan nas łodzią przewieźć po morzu ? 

— Nie mam tego zamiaru, panienko — odrzekł cieśla skromnie — ale nikt nie przewi-

dzi, co go spotka. Ci sami, co się teraz wyśmiewają ze starego Seagriffa i zbytniej jego ostroŜ-
ności, niezadługo moŜe z ochotą poŜyczą od niego bosaka. 

Słowa  te  stosowały  się  głównie  do  Henryka,  który  z  drwiącą  miną  spojrzał  był  na 

starego cieślę, z takim uzbrojeniem wyruszającego po jaja ptasie. Na tym się zakończyła roz-
mowa, wszyscy wiedzieli, Ŝe stary cieśla lubił Ŝartować, nikt więc w wyrazach jego nie szukał 
ukrytego znaczenia. 

Panie  niemało  miały  kłopotu,  przechodząc  przez  łąkę,  zarosłą  kępiastą  trawą,  ubranie 

ich ucierpiało trochę, wyszły jednak zwycięsko z tej przeprawy. Towarzystwo dostało się na-
reszcie do miejsca, gdzie bagna się kończyły, roślinność znikała zupełnie, a dalej ciągnęła się 
płaszczyzna,  pokryta  suchym  piaskiem,  osłonięta  szeregiem  szarych  skał.  Znaleziono  tam 
istotnie ogromną ilość gniazd bezlotków, wyglądało to na rozległą osadę ptasią. 

Na  przestrzeni,  zajmującej  co  najmniej  siedem  lub  osiem  akrów,  mieściły  się  całymi 

tysiącami gniazda, chociaŜ nazwa ta niezupełnie  w tym razie jest stosowna, były to bowiem 
po prostu jamki wygrzebane w ziemi. 

Nadaremnie jednak szukano jaj, nie było ich tam wcale. W kaŜdej prawie jamce siedzia-

ło  pisklę,  jedyne,  gdyŜ  ptaki  tego  gatunku  znoszą  tylko  po  jednym  jajku  naraz  i  jedno  teŜ 
hodują  pisklę.  Maleństwa  te  siedziały  spokojnie,  czekając  przybycia  swoich  mateczek,  były 
jeszcze  po  większej  części  nagie,  nieopierzone,  ale  tłuste  i  piękne,  i  nie  dziw,  bo  teŜ 
Ŝ

arłoczniejszych  stworzeń  trudno  sobie  wyobrazić.  Samica  bezlotka  osobliwym  sposobem 

karmi  swoje  pisklęta;  czynność  ta  odbywała  się  właśnie  w  wielu  gniazdach  i  nasi  znajomi 
mogli jej się przypatrzeć dokładnie. 

Czuła  mateczka  nadbiegała  od  strony  morza,  w  dziobie  jednak  nie  niosła  Ŝywności, 

miała  w  obszernym  wolu  nagromadzone  obfite  zapasy  ryb  i  mięczaków.  Jak  zając  biegła 
pędem do swego maleństwa, sadowiła się na małym pagórku, urządzonym przy samym brze-
gu  gniazda,  wyciągała  szyję  i  poruszała  nią  gwałtownie,  wydając  przy  tym  ów  dziwny 
wrzask, do ryku osła podobny. Wyglądało to zupełnie, jak gdyby sygnał jakąś dawała malco-
wi.  Ten  jednak  czekał  cierpliwie  w  swojej  jamce,  bo  wiedział  doskonale,  co  to  znaczy.  Po 
dwóch lub trzech minutach oczekiwany skutek następował, mateczka pochylała głowę i dziób 
otwierała na ościeŜ. Malec natychmiast pakował główkę w tę otchłań, chwytał z gardła matki 
rybę  lub  mięczaka,  poŜerał  chciwie  i  znowu  czekał.  Matka  na  nowo  rozpoczynała  wrzaski  i 
wykręcanie szyją, powtarzała to raz po raz, póty, póki całego worka nie wytrzęsła, a wówczas 
powracała do morza, aby gromadzić nowe zapasy. 

Było  to  tak  zabawne  widowisko,  Ŝe  Madzia  i  Henryk  chętnie  przypatrywaliby  mu  się 

przez  dzień  cały,  gdyby  stary  Seagriff,  człek  praktyczny,  nie  był  ich  odwołał  do  prozy 

background image

codziennego Ŝycia. 

— Ani jednego jajka!  — zawołał z wyrazem  głębokiego rozczarowania — prawda, Ŝe 

juŜ i pora spóźniona, powinienem był to przewidzieć. A jednak nikt nie powie, Ŝe wróciliśmy 
z  próŜnymi  rękami.  Młody  bezlotek  takŜe  się  jeść  daje,  jeśli  jest  naleŜycie  przyrządzony,  a 
Poluks zna się na tym. Stare mają mięso twarde, jak skóra niewyprawiona i strasznie tranem 
cuchną, ale młode, nieopierzone mogą ujść od biedy. Trzeba zabrać z tuzin albo i więcej.... 

Mówiąc to, podszedł bliŜej do gniazd, chcąc z nich wybierać pisklęta. Henryk i Madzia 

poszli  za  jego  przykładem,  a  pani  Ganey  rozłoŜyła  fartuszek,  chcąc  zabrać  w  niego  ptaszki. 
Okazało się jednak, Ŝe sprawa nie była tak łatwa, jak się z pozoru zdawało. Obecne samice, a 
było ich ze dwadzieścia w pobliŜu, spostrzegłszy, Ŝe gniazda ich rabują, nadbiegły gromadnie 
z wrzaskiem przeraźliwym i z nastawionymi dziobami, a klekocąc nimi zajadle, rzuciły się na 
napastników. Pani Ganey z Madzią stchórzyły od razu i pierzchły obie w popłochu. 

Seagriff  jednak  nie  chciał  ustąpić  tak  łatwo,  podał  wiosło  Henrykowi,  sam  podniósł 

bosak i obaj rozpoczęli bój zawzięty, machając rękami na wszystkie strony. Walczyli dzielnie, 
jak  na  prawdziwych  bohaterów  przystało,  ale  i  ptaki  broniły  się  z  uporem  zadziwiającym. 
Skakały  do  oczu  Ŝeglarzy,  jak  koty  rozjuszone,  a  twarde  ich  czaszki  długo  były  nieczułe  na 
razy, równie jak i skóra, gestem pierzem pokryta. Uległy jednak w końcu i opuściły plac boju. 

Nawet  i  pisklęta  nie  dawały  się  brać  bez  oporu,  krzyczały  w  niebogłosy  i  kąsały  ręce, 

które je z gniazd wyciągały. Na nic się to jednak nie zdało, zwycięzcy porwali z piętnaścioro 
tłustych  ptaszków  i  pół  godziny  później  wyborna  potrawka  smaŜyła  się  na  patelni  pod 
nadzorem Poluksa. 

—  MoŜe  kto  sobie  Ŝyczy  szparagów?  — zapytał  Seagriff  —  zdaje  mi  się,  Ŝe  smaczna 

jarzyna zdałaby się na obiad, co? 

Wszyscy wykrzyknęli z podziwu. KtóŜby w tej oddalonej części świata śmiał marzyć o 

takiej wyszukanej jarzynie, jak szparagi? 

Ale  Seagriff  nie  zmieszał  się  wcale,  odszedł  w  milczeniu  i  wkrótce  powrócił,  niosąc 

ogromny pęk tussaku, który wyrywał z korzeniem. Wskazał teŜ pomiędzy korzonkami część 
białą i miękką, z pozoru zupełnie do szparagów  podobną, smakiem przypominająca orzechy 
laskowe. Młode zaś pędy tej samej rośliny, ugotowane w wodzie, w niczym prawie nie ustę-
powały najwyborniejszej kapuście brukselskiej. 

Tymczasem kapitan zwiedził juŜ był prawie całą wyspę, i przekonał się, Ŝe była nieza-

mieszkała.  Uderzyło  go  niesłychane  bogactwo  świata  zwierzęcego,  fauna  ta  jednak  składała 
się wyłącznie ze stworzeń wodnych, na lądzie przeciwnie było pusto zupełnie. Przy morskich 
wybrzeŜach,  zwłaszcza  w  okolicy  ławic  szuwarowych,  wrzało  wszędzie  Ŝycie,  roiły  się  naj-
rozmaitsze  ruchliwe  istoty.  Morświny,  foki  z  rodzaju  otarii,  krąŜyły  tu  ogromnymi  stadami, 
ryb  pływało  mnóstwo  niesłychane,  a  ptaki  w  takiej  ilości  unosiły  się  w  powietrzu,  Ŝe  przy-
ć

miewały słońce. 

Pomiędzy tym ptactwem były mewy, petrele, łabędzie o czarnych szyjach, kormorany; 

następnie  ptaki  drapieŜne  rozmaitych  gatunków,  które  prawie  wszystkie  znajdują  się  na 
wierzchołkach Andów,  gdyŜ wyŜyny  Ziemi Ognistej są tych gór przedłuŜeniem. PrzewaŜnie 
krąŜyły  tam  sokoły,  orły,  sępy,  rybitwy.  Jedne  czatowały  na  zdobycz  swoją  nad  brzegiem, 
inne  spadały  z  wysoka  pędem  strzały  na  upatrzoną  rybę,  chwytały  ją  gwałtownie,  pluskając 
dokoła  pianą  białą,  i  znów  ulatywały  w  powietrze,  gdzie  często  inny  rabuś  wyrywał  im  w 
locie upolowaną zwierzynę. Zawzięte boje nieraz toczyły się w powietrzu, a zdarzało się na-
wet niekiedy, Ŝe trzeci korsarz korzystał z walki dwóch przeciwników i podstępnie podchwy-
cił z boku smaczny kąsek, o który tamci krwawe wiedli zapasy. 

Ten ruch, to Ŝycie niespokojne, hałaśliwe, niczym jednak było w porównaniu z tym, co 

się działo pod wodą, wśród poplątanych splotów łodyg i liści wodorostów. Tam poŜerający i 
poŜerani liczyli się na legiony, a zadziwiali nie tylko ilością, lecz rozmaitością gatunków. Jak 
powiedział  znakomity  przyrodnik  Darwin,  w  ogromnym  tomie  zaledwie  by  się  pomieściły 

background image

znane nazwy tych wszystkich stworzeń, a ileŜ jest jeszcze pomiędzy nimi nieznanych! 

Na wszystkich liściach olbrzymich szuwarów, oprócz tych tylko, które się wznoszą po-

nad powierzchnią wody, osadzone są skorupy zwierzokrzewów; one to im nadają barwę biała-
wą  i  zadziwiającą  sztywność.  Te  rozgałęzienia,  tak  delikatne,  Ŝe  przypominają  pajęczynę, 
zamieszkałe  są  przez  drobne  istoty  Ŝyjące.  Na  najdrobniejszych  gałązkach  siedzą  uczepione 
muszle, ślimaki, mięczaki najrozmaitsze. Wszędzie zwieszają się, jak grona Ŝywe, niezliczone 
skorupiaki. Z jednej zerwanej gałązki szuwaru moŜna wytrząść nieskończoną ilość tego mro-
wia.  Te  niezmierne  lasy  wodne  południowej  półkuli  moŜna  porównać  z  niezmierzonymi 
lasami stref zwrotnikowych. Lecz co do ilości gatunków, z pewnością jedna mila kwadratowa 
szuwarów mieści ich w sobie daleko więcej, niŜ całe puszcze Brazylii. 

JeŜeli  widok  ten  zadziwiającym  był  w  czasie  przypływu  morza,  to  cóŜ  dopiero,  gdy 

odpływ następował z kolei, wydając na jaw tajemnice oceanu. Na szarym tle skał odkrytych 
ukazywały  się  ogromne  plamy  ciemniejsze,  a  były  to  tysiące  fok,  przytulonych  do  siebie  i 
uczepionych na skale na kształt ślimaków. Takie tam tego było mnóstwo, Ŝe z daleka wyglą-
dało  jak  masa  jakaś  ruchliwa,  galaretowata,  rozlana  na  szerokich  obszarach  skał  nadbrzeŜ-
nych. 

— I pomyśleć — mówił ze smutkiem Seagriff, spoglądając na to — Ŝe moŜna by tymi 

futrami  przystroić  wszystkie  panie  w  Nowym  Yorku  i  wzbogacić  się  w  dodatku.  śeby  tak 
tylko mieć jaki taki okręt i upakować nań te futerka, miałby człowiek kupę złota!... 

A gdy nikt na tę uwagę nie odpowiedział ani słowem, stary mówił dalej: 
— Dziwne zwierzęta! Widocznie mają nas za nic, ani im w głowie, Ŝe my na nie patrzy-

my. Tak zupełnie, jak te głupie bezlotki. Dopiero gdyśmy się do ich piskląt dobrali, spostrze-
gły  przecieŜ  naszą  obecność.  MoŜna  stąd  wnosić,  Ŝe  mieszkańcy  Ziemi  Ognistej  nie  nawie-
dzają nigdy tej wyspy, bo zwierzęta widocznie nie znają wcale ludzi. 

Słuchacze i tym razem milczeli, więc stary cieśla uwaŜał za stosowne dodać jeszcze: 
— JeŜeli się będziemy trzymali z tej strony wzgórza, moŜemy być spokojni, Ŝe ci łotry 

ludoŜercy nie dostrzegą nawet dymu naszego ogniska. To juŜ duŜo znaczy. Upatrzymy sobie 
jakąś  dogodną  kryjówkę,  gdzie  moŜna  będzie  urządzić  mieszkanie,  a  mamy  przynajmniej 
pewność, Ŝe nam tu nie zabraknie Ŝywności, bo ryb i ptactwa jest dostatek. Ja powiadam, Ŝe 
mogliśmy daleko gorzej trafić. A tak nic nam nie pozostaje, tylko czekać cierpliwie przybycia 
jakiego  okrętu,  który  nas  stąd  zabierze.  Tak  źle  przecieŜ  nie  będzie,  aŜebyśmy  go  się  nie 
doczekali  za  jaki  rok,  dwa...  A  tymczasem  moglibyśmy  sobie  porządny  zapasik  tych  futer 
przygotować, to by się na potem zdało. 

Kapitan Ganey nie przerywał staremu cieśli, a gdy skończył, rzekł: 
— O jednej rzeczy tylko zapomniałeś, stary przyjacielu: o tym, Ŝe brak nam tu jedena-

stu naszych marynarzy i rodzonego mego syna. Łódź, która ich wiozła, mogła przybić do tego 
lądu, a jest to jedyna moja nadzieja... Czy moŜesz przypuszczać, Ŝe będziemy siedzieli obojęt-
nie  na  tej  wyspie  nie  usiłując  nawet  ich  odszukać,  nie  śpiesząc  im  na  ratunek,  jeśli  są  w 
niebezpieczeństwie?... 

—  Ja  to  wszystko  pojmuję,  kapitanie  —  rzekł  zacny  Ŝeglarz,  zawstydzony  nieco,  Ŝe 

prawił  tak  długo  bez  głębszego  zastanowienia  i  nie  ugryzł  się  wprzódy  w  język,  nim  niedo-
rzeczność powiedział — ale ja myślałem o pani i o panience. 

—  śona  moja  i  córka  gotowe  są  dzielić  wszystkie  nasze  trudy  i  niebezpieczeństwa, 

same mi przypominały, Ŝe trzeba myśleć o odszukaniu wielkiej łodzi. 

Stary  cieśla  nie  powiedział  juŜ  ani  słowa  i  milczał  przez  dzień  cały.  Lecz  gdy  słońce 

zniŜyło się na zachodzie, poprosił kapitana o lunetę, wszedł na wzgórze i długo wpatrywał się 
w oddalone wybrzeŜa lądu, jak gdyby tam szukał jakiegoś przedmiotu, sobie jedynie znanego. 

 
 
 

background image

 

VIII. OSOBLIWA LAWINA 

 
Nazajutrz  słońce  weszło  jasno  na  pogodnym  niebie,  co  rzadko  się  zdarza  w  okolicach 

Ziemi Ognistej, ustawicznie prawie we mgle zanurzonej. Kapitan wydał rozkaz, aby wszyscy 
gotowi  byli  do  podróŜy,  gdyŜ  zaraz  po  śniadaniu  wyruszą.  Cała  załoga  okazała  stąd  szczere 
zadowolenie. 

KaŜdy rozumiał to dobrze, iŜ nie tylko obowiązek, lecz i własny interes nakazywał od-

szukać towarzyszy, którzy do wielkiej swej łodzi zabrali prawie wszystką broń i amunicję z 
okrętu.  Seagriff  nawet  Ŝadną  uwagą  nie  oziębił  powszechnego  zapału,  wziął  tylko  na  stronę 
kapitana i rzekł do niego: 

— Nikt panu nie moŜe wziąć za złe, kapitanie, Ŝe pragniesz odszukać porucznika i re-

sztę  naszych  towarzyszy.  Ale  poniewaŜ  juŜ  stanowczo  wybieramy  się  w  podróŜ,  czyŜ  nie 
sądzisz pan, Ŝe naleŜałoby przynajmniej wybrać jak najdogodniejszą drogę, aŜeby sobie zape-
wnić o ile moŜności sprzyjające warunki w tym przedsięwzięciu 

— Niewątpliwie — odrzekł kapitan — i jeŜeli masz jakieś własne przekonania pod tym 

względem, mój Seagriffie, powiedz mi to z całą otwartością. 

—  A  więc  dobrze,  kapitanie.  Wiadomo  panu,  Ŝe  jestem  starym  włóczęgą,  od  lat  trzy-

dziestu Ŝegluję po tym morzu i tuszę sobie, Ŝe je znam troszeczkę... Wczoraj przed zachodem 
słońca wszedłem na tę wyŜynę z lunetą, której mi pan łaskawie poŜyczyłeś i czy wiesz pan, 
co zobaczyłem w stronie północno-wschodniej ?... Zobaczyłem górę, znaną mi dobrze od da-
wna, ze szczytem śniegiem ubielonym, wznoszącym się o kilka tysięcy stóp wyŜej od wszy-
stkich innych, które ją otaczają. To jest góra Sarmiento. 

— Czy podobna! — wykrzyknął kapitan zdumiony — Sarmiento? AleŜ w takim razie 

wyspa  ta  jest  o  wiele  dalej  wysunięta  na  południe,  aniŜeli  przypuszczałem.  Znajdujemy  się 
więc chyba niedaleko Zatoki Spustoszenia? 

— JeŜeli się nie mylę, kapitanie, a prawie pewny tego jestem, znajdujemy się prawie tuŜ 

przy niej. To znaczy, Ŝe wiemy przynajmniej, gdzie jesteśmy. Z drugiej strony, jeŜeli idzie o 
odszukanie wielkiej łodzi, nie mogliśmy trafić szczęśliwiej, nie licząc, rozumie się, niebezpie-
czeństwa spotkania krajowców. 

— DlaczegóŜ powiadasz, Ŝeśmy trafili szczęśliwie? 
— Bo ta mniemana zatoka bynajmniej zatoką nie jest, tylko cieśniną, a ta cieśnina, zna-

na  jest  dobrze  wszystkim  Ŝeglarzom,  którzy  poławiają  wieloryby  w  tych  stronach,  znana  i 
mnie takŜe, łączy się z drugą wielką cieśniną Darwina i prowadzi wprost do kanału Beagle'a... 

—  Czy  wiesz  to  na  pewno?  —  zawołał  z  Ŝywością  kapitan,  chwytając  ramię  starego 

cieśli  —  na  wszystkich  mapach  Zatoka  Spustoszenia  przedstawiona  jest,  stosownie  do  swej 
nazwy, jako przestrzeń wodna z trzech stron lądem otoczona, zupełnie zamknięta!... 

—  Mapy  się  mylą,  kapitanie;  wierz  pan  staremu  wilkowi  morskiemu,  który  wie,  co 

mówi. Czy sądzisz pan, Ŝe ci, co mapy rysują, byli tu kiedy? Ani im to w głowie, zostawiają 
to  ludziom,  którzy  polują  na  wieloryby  i  foki,  a  z  tych  Ŝaden  nie  zrobi  tego  głupstwa,  aby 
rozpowiadał o tym przed całym światem, jeśli mu się uda wykryć nową drogę...  

— To prawda. Ale jeŜeli tak jest, to najlepiej nam będzie płynąć prosto na wschód, aŜ 

póki  się  nie  dostaniemy  do  kanału  Beagle'a,  potem  okrąŜyć  wybrzeŜe  i  dotrzeć  do  Zatoki 
Powodzenia,  potem  do  Cieśniny  Lemaire'a.  Tam  prawdopodobnie  napotkamy  jakiś  statek 
wielorybniczy,  bo  one  w  tej  zatoce  zwykle  wypoczywają;  ci  zacni  marynarze  nie  odmówią 
nam swojej pomocy, zwiedzimy całe wybrzeŜe, póki nie odszukamy śladów naszych towarzy-
szy. 

— Właśnie toŜ samo miałem na myśli, kapitanie. 
—  I stanowczo jesteś tego zdania, Ŝe lepiej płynąć w tym kierunku, aniŜeli na północ, 

do Cieśniny Magellana? 

background image

— Tysiąc razy lepiej. AŜeby się dostać do Cieśniny Magellana, musielibyśmy najpierw 

wypłynąć  na  pełne  morze  i  okrąŜać  znowu  rafy  Drogi  Mlecznej,  nie  mówiąc  juŜ  o  prądach 
przeciwnych, które byśmy napotkali po drodze. Tymczasem kierując się na wschód, mamy za 
sobą i wiatr, i prąd morski, a przy tym ani na jedną chwilę nie tracimy ziemi z oczu. Popłynie-
my  sobie  spokojnie,  zupełnie  jak  po  rzece,  byle  tylko  ci  hultaje  krajowcy  nie  wleźli  nam  w 
drogę... A trzeba i o tym pamiętać, Ŝe wielka łódź znikła nam gdzieś w stronie południowej, 
toteŜ,  jeŜeli  ją  chcemy  odszukać,  nie  puszczajmy  się  na  północ.  JuŜ  ja  wiem,  kapitanie,  jak 
panu ta sprawa gorąco leŜy na sercu, nie potrzebujesz mi pan tego mówić. 

— Masz słuszność, mój poczciwy Seagriffie, ty zawsze masz słuszność! Popłyniemy tą 

drogą, nie zwlekając ani chwili, jeŜeli wczorajsze spostrzeŜenie twoje jest dokładne. A to się 
da sprawdzić natychmiast, wejdę tylko na ten wzgórek... Henryku, pójdziesz ze mną. 

— A czemuŜbyś i nas nie miał zabrać z sobą? — zapytała pani Ganey, mówiąc za siebie 

i córkę. 

Biedna  kobieta  obawiała  się  niezmiernie  rozłączenia  z  męŜem,  choćby  tylko  na  parę 

godzin, teraz szczególnie, gdy syna nie miała przy sobie. MoŜe teŜ w głębi jej duszy zbudziła 
się mimowoli nadzieja, Ŝe wszedłszy na wysoki ten wzgórek, spostrzeŜe w oddali łódź Ŝaglo-
wą, wiozącą ukochanego Neda. 

— O, proszę cię, ojczulku, zabierz nas z sobą — błagała z kolei Madzia. 
Kapitan wahał się trochę, w obawie, aby wejście na wzgórek nie było nadto nuŜące dla 

kobiet, gdy Seagriff. Ze zwykłą swoją śmiałością, pozwolił sobie wątpliwość rozstrzygnąć. 

— Mogą panie iść takŜe — rzeki — czteroletnie dziecko weszłoby na ten pagórek bez 

trudu. 

Na takie zapewnienie, kapitan nie sprzeciwiał się więcej i obie panie wyruszyły z nim 

razem. Majtkowie mieli takŜe wielką ochotę im towarzyszyć, a poniewaŜ nie byli potrzebni w 
obozie, kapitan chętnie na to zezwolił. Tylko kucharz Poluks oświadczył,  Ŝe woli zostać, bo 
pocóŜ ma się darmo zamęczać łaŜeniem po górach. 

— Ja tu sobie znajdę robotę — mówił, śmiejąc się i pokazując dwa rzędy białych zębów 

— a jak państwo powrócą, to i obiad zastaną gotowy. 

Był  to  leń,  jakich  mało,  gotów  od  rana  do  wieczora  wygrzewać  się  przy  ogniu,  nigdy 

mu się to nie uprzykrzyło. 

Z  początku  wejście  na  górę  wcale  nie  było  uciąŜliwe  i  przyznano  słuszność  cieśli. 

Wędrowcy musieli tylko odchylać kępki trawy, tamujące drogę, kiedy niekiedy grzęźli trochę 
w moczarach, lecz Ŝadnych większych przeszkód nie napotykali. WyŜej nieco uczuli suchszy 
i twardszy grunt pod stopami, zamiast kępiastego tussaku rosła tu trawa zwyczajna, ujrzeli teŜ 
z daleka jakieś Ŝyjące istoty, które uciekały przed nimi. Z początku wzięli je za zające, lecz 
wkrótce się przekonali, Ŝe to były bezlotki, pełzające na łapkach i skrzydłach osobliwym swo-
im  zwyczajem.  Dnia  poprzedniego  biedne  ptaki  nic  sobie  nie  robiły  z  obecności  ludzi,  dziś, 
nauczone smutnym doświadczeniem, uchodziły śpiesznie na widok barbarzyńców, którzy im 
wydzierali pisklęta. 

WyŜej  znów  napotykali  ptaki  odmiennego  gatunku,  między  innymi  petrele,  prawie  tej 

wielkości,  co  gołębie  domowe,  o  piórkach  stalowo-błękitnawych.  Petrele  nie  składają  jaj  w 
piasku,  jak  bezlotki,  lecz  gnieŜdŜą  się  w  szczelinach  skał  lub  dziuplach  drzew.  Mieszkańcy 
Ziemi  Ognistej  urządzają  na  nie  polowanie  szczególnego  rodzaju.  Przyuczają  do  tego  sowy, 
przywiązują je za prawą łapkę do długiego sznurka i wypuszczają na gniazdo. Petrel wówczas 
wylatuje ze swojej kryjówki, aŜeby się rzucić na napastnika i wpada w ręce łowcy, który na 
niego czatuje w pobliŜu. 

Stoki  góry  stawały  się  coraz  bardziej  strome  i  panie  z  wielkim  trudem  szły  naprzód, 

trzeba  je  było  podtrzymywać,  prowadzić,  nieść  prawie  na  rękach.  W  jednym  miejscu  zwła-
szcza musieli wędrowcy nasi przechodzić przez wąwóz głęboki, który zdawał się prowadzić 
prosto na wierzchołek góry, a miał po bokach prostopadłe ściany tak śliskie i wygładzone, Ŝe 

background image

prawie  niepodobna  było  wdrapać  się  na  nie.  Wyglądało  to  zupełnie,  jak  gdyby  ktoś  sobie 
naumyślnie taką ślizgawkę urządził, aŜeby się spuszczać z góry saneczkami. Komuś nawet z 
wędrownej  gromadki  przyszło  na  myśl,  Ŝe  to  musi  być  sprawka  bezlotków.  Lecz  Seagriff 
pokręcił głową, według jego zdania była to raczej robota fok, które w takiej obfitości zamie-
szkują te wybrzeŜa. 

—  Trudno  uwierzyć,  jak  te  zwierzęta  wybornie  drapią  się  po  stromych  wyŜynach  — 

mówił cieśla — chociaŜ tak ocięŜale wyglądają. Największa to dla nich rozkosz, gdy upatrzą 
w  pobliŜu  morza  jakąś  spokojną  górę,  zaraz  się  na  niej  sadowią  i  wygrzewają  na  słońcu. 
Jestem prawie pewny, Ŝe zastaniemy ich tam całą gromadę na szczycie. 

I nie mylił się wcale. Zaledwie wymówił te słowa, gdy foka, spłoszona zapewne tą roz-

mową, wysunęła głowę ponad krawędzią kotlinki. Spostrzegłszy wędrowców, wydała okrzyk 
trwogi, któremu zawtórowało natychmiast sto głosów podobnych. 

— Zatrzymajcie się państwo, stańcie z boku pod skałą i czekajcie, a ja pójdę na zwiady 

— odezwał się stary cieśla zaniepokojony nieco odgłosami. 

Wszyscy  usłuchali  w  milczeniu,  a  Seagriff,  trzymając  się  krawędzi  skał  i  krzewów, 

wdrapał  się  na  wierzchołek  bocznej  ściany  wąwozu.  Henryk  Chester  miał  wielką  ochotę  iść 
za nim i byłby go z pewnością wyprzedził, lecz musiał przyjść na pomoc Ŝonie i córce kapita-
na i usadowić je pod krzakiem, by nieco odpoczęły. 

Tymczasem  na  wierzchołku  skały  najdziwniejszy  w  świecie  widok  przedstawił  się 

oczom Seagriffa. Całe płaskowzgórze, zajmujące  co najmniej  akr kwadratowy, pokryte było 
fokami, które tam leŜały jedna na drugiej, zupełnie, jak śledzie w beczce. A wszystko to było 
w ruchu, okrzyki trwogi, przez czujną straŜ wydane, wywarły ogromne waŜenie, cała groma-
da zabierała się do odwrotu i szybko zmierzała ku wąwozowi, zwykłej swej drodze do morza. 

— Do stu piorunów i kartaczy! — wołał stary cieśla — baczność tam na dole, trzymaj-

cie się państwo krzaków, Ŝeby was ta hałastra nie porwała za sobą!... 

Przestroga nie była daremna. Niezmierna masa cielsk cięŜkich, prawdziwa lawina Ŝyją-

ca  stoczyła  się  nagle  w  głąb  wąwozu.  Wszystkie  foki  z  rozwartymi  paszczami,  wystawiając 
dwa rzędy ostrych zębów, wrzeszcząc, sapiąc, wyjąc, jak psy wściekłe, spuszczały się po wy-
ś

lizganej  drodze,  Ŝadna  siła  nie  zdołałaby  ich  powstrzymać  w  tym  rozpędzie.  Był  to  widok 

przeraŜający,  najodwaŜniejszy  człowiek  zadrŜałby  wobec  takiego  niebezpieczeństwa,  nieo-
kreślonego,  dziwnego,  a  jednak  niemniej  groźnego  od  lawiny  lub  nagłego  przypływu  wód 
oceanu. 

Na  szczęście  wędrowcy  mieli  czas  schronić  się  za  krzakami,  u  stóp  kamiennej  ściany. 

Na szczęście takŜe mieli do czynienia z fokami łagodniejszej natury, a nie z drapieŜnymi lwa-
mi morskimi. Biedne zwierzęta wyglądały wprawdzie na rozwścieczone, lecz w rzeczywisto-
ś

ci  strwoŜone  były  bardziej  od  ludzi,  którym  zagraŜały,  umykały  teŜ  jak  najspieszniej  do 

morza, które jest właściwym ich Ŝywiołem i gdzie się czują bezpieczne. W parę minut całe to 
mrowie przeleciało i znikło. 

Straszna  trwoga  przynajmniej  niedługo  trwała,  gdy  wędrowcy  stracili  z  oczu  ostatnią 

fokę, uśmieli się porządnie z całego tego zdarzenia, potem puścili się w dalszą, drogę i wkrót-
ce weszli szczęśliwie na wierzchołek góry. 

Ujrzeli  tu  przed  sobą  widok  rozległy  i  wspaniały.  Na  samym  krańcu  widnokręgu,  w 

stronie północno-wschodniej, wznosił się szczyt wyniosły w kształcie piramidy, o wiele wyŜ-
szy od wszystkich gór okolicznych, rysował się ostro na błękicie nieba. Kapitan Ganey długo 
się  w  tę  górę  wpatrywał  i  gołym  okiem  i  przez  lunetę,  potem  odwrócił  się  do  towarzyszy,  a 
właściwie do Seagriffa i rzekł: 

—  Tak,  to  jest  góra  Sarmiento,  poznaję  ją  z  opisów  i  rysunków,  nie  mam  juŜ  Ŝadnej 

wątpliwości. A oto znów góra Darwina i ta jest łatwa do rozpoznania, chociaŜ nie tak dobrze 
ją  stąd  widać..  Wielką  nam  wyrządziłeś  przysługę,  Seagriffie,  zwracając  na  to  moją  uwagę. 
Wiemy juŜ teraz, gdzie jesteśmy i nic nam nie pozostaje, tylko iść za twoimi wskazówkami i 

background image

korzystać z roztropnych rad twoich. 

Seagriff uszczęśliwiony  był tym hołdem publicznym, którym, kapitan uczcił jego wia-

domości  geograficzne,  rumienił  się,  jak  panienka,  słuchając  tych  pochwał  i  śmiał  się,  dla 
pokrycia  zakłopotania.  Luneta  przechodziła  z  rąk  do  rąk,  kaŜdy  chciał  własnymi  oczyma 
obejrzeć wyniosły szczyt góry Sarmiento i mniejsze wzgórza, skupione dokoła tego olbrzyma.  

Wypocząwszy nieco, całe towarzystwo powróciło do obozu, a zejście z góry zabrało o 

połowę mniej czasu, niŜ wejście i Ŝadnych nie przedstawiało trudności. 

 
 
 
 

IX. SPOTKANIE Z KRAJOWCAMI 

 
Przygotowania  do  podróŜy  nie  trwały  długo.  Zapakowano  na  obie  łodzie  obfity  zapas 

Ŝ

ywności,  złoŜony  z  młodych  bezlotków  i  korzonków  tussaku,  zabrano  namiot  i  naczynia 

kuchenne;  potem  wszyscy  usadowili  się  w  tym  samym  porządku,  w  którym  odbyli  podróŜ 
poprzednią, po opuszczeniu okrętu; łódka wyruszyła naprzód, torując drogę szalupie, okrąŜyła 
wyspę, kierując się do zatoki, czy cieśniny, jak utrzymywał Seagriff. 

Na  szczęście  woda  nie  była  zbyt  burzliwa,  a  kierunek  wiatru  sprzyjał  naszym  Ŝegla-

rzom, ułatwiając im najcięŜszą przeprawę. Przytwierdzono więc małe maszty do obu łódek i 
rozwinięto Ŝagle. Pół godziny później szalupa i łódka dotarły do północnych wybrzeŜy wyspy 
i wpłynęły na spokojne wody mniemanej zatoki, a tu zwróciły się na wschód, gdzie w oddali 
widać było wielki ląd Ziemi Ognistej. 

JuŜ od godziny obie łodzie Ŝeglowały jedna obok drugiej, gdy kapitan, który co chwila 

spoglądał przez lunetę, zawołał nagle na Henryka: 

— Stój! Baczność! czółno jakieś odbija od lądu! 
Henryk  w  milczeniu  usłuchał  rozkazu,  kazał  ściągnąć  Ŝagle  i  obie  łódki  zbliŜyły  się 

jedna  do  drugiej  tak,  Ŝe  brzegi  ich  stykały  się  z  sobą  prawie.  Tymczasem  Seagriff,  któremu 
kapitan podał lunetę, przypatrywał się uwaŜnie owym nieznanym Ŝeglarzom. 

—  Jest  to  czółno  tutejszych  krajowców,  zdaje  mi  się  Ŝe  poznaję  dzikich  z  plemienia 

Elikolepów rzekł wreszcie po dość długim milczeniu. 

Słowa te wymówione były z takim spokojem, Ŝe ani kobiety, ani majtkowie nie przypu-

szczali,  aby  miały  jakiekolwiek  niebezpieczeństwo  zwiastować.  Na  rozkaz  kapitana,  łodzie 
popłynęły w dalszą drogę, nie podniesiono jednak Ŝagli, pomagano sobie tylko wiosłami.  

Czółno krajowców odbiło od północnego brzegu lądu i widocznie płynęło na spotkanie 

naszych Ŝeglarzy. Nie było sposobu go wyminąć, a i odwrót na nic by się nie zdał teraz. 

W parę minut krajowcy zbliŜyli się na odległość głosu; łatwo juŜ było rozpoznać, Ŝe w 

długim, wąskim czółnie siedziały trzy kobiety z dwojgiem dzieci i siedmiu męŜczyzn. Kapi-
tan  stąd  wnosił,  Ŝe  przybysze  mieli  zamiary  pokojowe.  Postępowanie  dzikich  potwierdziło 
wkrótce  to  mniemanie,  dwaj  z  nich  stanęli  na  przedzie  czółna,  podnosząc  ponad  głowami 
skóry zwierzęce i wołając donośnym głosem: 

— Ho say!... Ho say!... 
— Ten wykrzyknik oznacza, Ŝe chcą wejść z nami w układy i sprzedać swoje towary — 

rzekł Seagriff. 

— Bardzo dobrze — odrzekł kapitan — trzeba im dać do zrozumienia, Ŝe nic przeciwko 

tentu nie mamy. 

Na  znak  jego,  majtkowie  przestali  wiosłować,  czółno  dzikich  podpłynęło  wolno,  lecz 

zatrzymało  się  w  pewnej  odległości,  jakby  niedowierzając  białym.  Obie  panie  niezmiernie 
były  temu  rade,  nie  miały  bowiem  najmniejszej  ochoty  zbliŜyć  się  do  tych  wstrętnych  istot, 
które  aŜ  nadto  dobrze  widzieć  juŜ  teraz  mogły.  Dzicy  ci  wyglądali  okropnie,  głowy  mieli 

background image

ogromne,  czoła  niskie,  włosy  rozczochrane,  oczka  małe  czerwone,  usta  szerokie,  sięgające 
prawie od ucha do ucha. Jedynym strojem męŜczyzn był króciutki płaszczyk futrzany, zarzu-
cony  na  plecy  i  rzemykiem  związany  na  piersiach.  Na  całym  ciele  mieli  dziwaczne  desenie 
Ŝ

ółte, białe i czarne, pomalowane farbą zrobioną z ochry, kredy i węgla, z dodatkiem oleju z 

fok i tłuszczu wielorybiego. 

Kobiety,  obrzydliwsze  jeszcze,  jeśli  mogło  być  coś  obrzydliwszego,  ubrane  były  w 

krótkie  spódniczki  ze  skór  bezlotków.  Niektóre  z  nich  miały  na  plecach  dzieci  uwiązane 
skórzanymi pasami. Kilka psów małych, podobnych nieco do lisów, o pyskach spiczastych i 
uszach podniesionych, siedziało takŜe w czółnie. Kobiety, męŜczyźni, dzieci i psy, wszystko 
to razem krzyczało, wrzeszczało, wyło, prawdziwie piekielny sprawiając hałas. 

Na  Ŝądanie  kapitana,  Seagriff,  który  rozumiał  trochę  język  tych  krajowców,  stanął  na 

przedzie  szalupy,  gotując  się  pełnić  obowiązki  tłumacza.  Udało  mu  się  nakłonić  wrzaskliwą 
gromadę do uciszenia się i rozpoczęcia interesów handlowych. Krajowcy  podpłynęli bliŜej i 
ofiarowali Ŝeglarzom skóry wydr i otarii, w zamian zaś przyjmowali od nich rozmaite drobne 
przedmioty,  jako  to:  próŜne  pudełka  od  sardynek,  klucze  Ŝelazne,  starą  klamerkę  od  szelki, 
parę  guzików  mosięŜnych.  Z  początku  nie  wymagali  nic  więcej,  zupełnie  zdawali  się  być 
zadowoleni, moŜe nawet wyobraŜali sobie, Ŝe chytrze bardzo postępowali z białymi ludźmi i 
wyprowadzili ich w pole, zabierając za nędzne skórki tyle kosztownych przedmiotów. 

Gdy  juŜ  skór  zabrakło,  podawali  z  kolei  przyrządy  swoje  rybackie,  a  nawet  i  broń. 

Seagriff  chętnie  nabył  dzidy  i  siekierki  kamienne,  ofiarował  za  nie  hojną  zapłatę,  dwie,  czy 
trzy chustki kolorowe bawełniane. 

Widok  takich  skarbów  rozbudził  chciwość  dzikich  do  najwyŜszego  stopnia.  Kobiety 

szczególnie  z  gorączkową  Ŝywością  podawały  Ŝeglarzom  rozmaite  przedmioty,  zdejmowały 
nawet  z  siebie  naszyjniki  z  muszli,  ofiarując  je  za  te  szacowne  szmatki  kolorowe.  Jedna  z 
tych, które miały dzieci uwiązane na plecach, posunęła się dalej jeszcze, chwyciła na ręce to 
biedactwo i podała je Madzi, Ŝądając w zamian czerwonego jej fularu.  Wyciągała obie ręce, 
podnosząc niemowlę i ukazując je z róŜnych stron, tak zupełnie, jak przekupień, gdy zachwa-
la swój towar na jarmarku. 

— Czego ta kobieta chce od nas? — zapytała pani Ganey, zdziwiona tymi szczególnymi 

gestami. 

—  Chce  zamienić  swego  malca  na  chusteczkę  panienki  —  odrzekł Seagriff  spokojnie, 

jakby mówił o rzeczy najprostszej w świecie. 

— O! CóŜ to za potwór!... — zawołały obie panie przestraszone — ale to niepodobna, 

panie Seagriffie, pan sobie z nas Ŝartuje. 

—  Wcale  nie  —  odparł  stary  cieśla  —  na  nieszczęście  czysta  to  jest  prawda,  nie 

pierwszy  raz  jestem  świadkiem  podobnego  targu.  To  są  matki  wyrodne,  w  kaŜdej  chwili 
gotowe oddać dziecko za strzępek kolorowy lub marną wstąŜeczkę... 

To zdarzenie taki wstręt wzbudziło we wszystkich, Ŝe nikt nie miał ochoty czynić dal-

szych zakupów u dzikich, kapitan dał znak wioślarzom, i łodzie puściły się w dalszą drogę. 

Gdy  spostrzegła  to  owa  matka  wyrodna,  połoŜyła  śpiesznie  dziecko  na  dnie  swojego 

czółna,  sama  zaś  wychyliła  się  z  niego  i  wyciągając  rękę,  usiłowała  zerwać  piękny  fular, 
przedmiot  swego  poŜądania,  z  szyi  Madzi.  JuŜ  dotykała  go  palcami,  gdy  nagle  krzyknęła; 
Henryk Chester śledził jej poruszenia i uderzył ją po palcach swoim wiosłem. 

Jędza  krzyczała  w  niebogłosy,  towarzysze  jej  zawtórowali  strasznymi,  nieludzkimi 

wrzaskami, zaczęli wygraŜać pięściami i wiosłami. Na szczęście wściekłość ich była bezsilna, 
gdyŜ przezorny Seagriff zakupił wszystką broń, którą mieli przy sobie. śeglarze nasi wiosło-
wali z całej siły i wkrótce odpłynęli o tyle, Ŝe nie potrzebowali obawiać się pogoni. 

—  Dzięki  Bogu!  —  zawołał  Seagriff  i  odetchnął  głęboko  —  dzięki  Bogu,  Ŝeśmy  się 

wyrwali z ich szponów, zanim przyszło do otwartej walki. Gdybyśmy byli zmuszeni do nich 
strzelić raz tylko, ściągnęlibyśmy sobie na kark całą chmarę tej hołoty. 

background image

— A wielki miałeś rozum, przyjacielu — rzekł kapitan — Ŝeś zakupił cały ich rynsztu-

nek,  naleŜy  ci  się  za  to  wdzięczność  niemała,  nie  bylibyśmy  się  tak  łatwo  wykręcili,  gdyby 
mieli w rękach swoje proce i siekierki. 

—  Co!  —  wołał  Henryk  Chester,  cały  wzburzony  jeszcze  na  wspomnienie  tej  chwili, 

gdy straszna jędza czarną swoją łapą chciała dotknąć Madzi — mielibyśmy się obawiać tych 
bydląt? CóŜby oni mogli nam zrobić? CzyŜ nie jesteśmy daleko lepiej od nich uzbrojeni? 

— Prawda, panie Henryku — odezwał się Seagriff, — ale najlepsza broń na nic się nie 

przyda,  gdy człowiek dostanie w łeb kamieniem, wyrzuconym z procy. KaŜda czaszka musi 
się  roztrzaskać  pod  takim  ciosem.  A  ci  hultaje  na  nic  nie  zwaŜają,  gdy  są  rozwścieczeni, 
rzuciliby  się  na  nas,  choćby  ich  było  trzech  tylko  przeciw  stu  i  próbowaliby  kąsać.  To  są 
prawdziwe dzikie bestie. Widziałem raz, jak krajowiec z Ziemi Ognistej, mały, chudy, niepo-
zorny, sam jeden skakał do oczu całej załodze okrętu wielorybniczego, która przecieŜ dobrze 
była  uzbrojona.  A  zręczni  są  przy  tym,  jak  małpy.  KaŜdy  wyrzuci  kamień  z  procy  na  sto 
metrów odległości tak celnie, jak najlepszy strzelec kulkę ze strzelby. Kobiety nie ustępują w 
tym  wcale  męŜczyznom.  Ja  przecieŜ  nie  jestem  tchórzem,  a  daję  słowo,  wolałbym  mieć  do 
czynienia z trzema Europejczykami, niŜeli z jedną taką czarownicą z Ziemi Ognistej. Nie dał-
bym złamanego szeląga za swoją skórę, gdyby się dostała w takie ręce!... 

Wszyscy  zaczęli  się  śmiać  ze  starego  Seagriffa,  ale  on  nie  śmiał  się  wcale  i  spoglądał 

uwaŜnie w stronę, gdzie pozostało czółno dzikich. 

— A co! — rzekł wreszcie — przeczuwałem to!... 
— CóŜ takiego? — zapytał kapitan. 
— Rozpalili ogień, dają znaki swoim kamratom, nic więcej. A tamci hultaje, byle tylko 

dym zobaczyli... No, no, takie to juŜ ich psie zwyczaje... 

W rzeczy samej widać było cienki słup dymu, wznoszący się z czółna krajowców; dym 

to był biały, szczególny, musiał pochodzić z jakiegoś niezwykłego paliwa, niezwykłym spo-
sobem  roznieconego.  Nim  upłynęło  pięć  minut,  na  wybrzeŜu  lądu  ukazał  się  drugi  znak  po-
dobny. 

—  OtóŜ  mamy  i  odpowiedź!...  —  rzekł  Seagriff  —  i  to  niejedną...  raz,  dwa,  trzy...  — 

liczył zwolna, wskazując słupy dymu, które się podnosiły jeden po drugim z róŜnych punktów 
wybrzeŜa. Były to widocznie znaki umówione. Zrazu ukazywały się w stronie północnej, po 
jednej stronie cieśniny, lecz wnet pojawiły się takŜe i po drugiej stronie od południa. 

— Niedobra sprawa, — szepnął stary cieśla na ucho kapitanowi — jesteśmy wzięci we 

dwa  ognie,  ta  łotrowska  zgraja  niezawodnie  pogoń  urządzi...  niełatwo  nam  będzie  się  wy-
mknąć. Ta wyspa na lewo, to Wyspa PoŜaru, a ta druga na prawo wysepka Katarzyny. Obie 
są  zamieszkałe  przez  toŜ  samo  plemię  Elikolepów.  śeby  nam  się  udało  wydostać  przynaj-
mniej z tych wód i wpłynąć do cieśniny, nim nas dogonią, moŜebyśmy umknęli przed nimi... 

Kapitan patrzył ciągle przez lunetę. 
— Odwiązują czółna — mówił, zdając sprawę towarzyszom ze wszystkiego, co widział 

— od kaŜdego punktu, gdzie wznosił się słup dymu, odpływa czółno... a jest ich mnóstwo... 
dwa;  pięć,  siedem,  jedenaście,  piętnaście,  siedemnaście  czółen...  jeszcze  dwa...  jeszcze 
jedno...  razem  dwadzieścia.  Płyną  Wszystkie  ku  wąskiej  cieśninie,  wyprzedzą  nas  nieza-
wodnie,  z  obu stron  zagrodzą  nam  drogę,  płyną  rzędem  jedno  za  drugim, utworzą  kąt  ostry, 
gdy się spotkają... 

— Czy nie lepiej byłoby zawrócić jak najprędzej? — zapytała pani Ganey w najwyŜszej 

trwodze. 

— Na nic by się to nie przydało — odrzekł kapitan — inne czółna odbijają od brzegów 

za nami, te nam zagradzają odwrót. 

— Czy są przynajmniej kobiety z dziećmi na tych czółnach ? — zapytał Seagriff. 
— Nie widzę ani jednej — mówił kapitan. 
— To źle!... Wojna więc, wojna zawzięta!... 

background image

Dwie  linie  czółen  wyciągały  się  w  rzeczy  samej  w  kształcie  trójkąta  z  dwóch  stron 

przeciwnych, usiłując zamknąć drogę do cieśniny przed naszymi Ŝeglarzami. Widać juŜ było 
doskonale dziwaczne białe desenie, pomalowane kredą na czarnych cielskach, był to rynsztu-
nek wojenny, wykonany naprędce, dzicy mają osobne malowidła, gdy idą na wojnę. Wszyscy 
mieli głowy przystrojone w pióra, a ponad głowami ich wznosił się las włóczni, kaŜdy wojo-
wnik trzymał oprócz tego w ręku procę i kamienie w pogotowiu. Coraz wyraźniej ukazywały 
się oczom naszych Ŝeglarzy straszliwe twarze napastników, coraz głośniej odzywały się prze-
raźliwe ich wrzaski, jak stado ptaków drapieŜnych okrąŜa dokoła upatrzone ofiary, tak groma-
da tych dzikich istot napadała nieszczęsnych rozbitków z dwóch stron jednocześnie i ogłuszyć 
ich chciała piekielnym hałasem. 

 
 
 
 

X. KATASTROFA 

 
Dzicy,  usadowieni  w  licznych  czółnach,  które  dwoma  rzędami  nadpływały  z  prawej  i 

lewej strony, najwidoczniej zmierzali do tego, aby zagrodzić drogę naszym Ŝeglarzom, usta-
wiając  się  przed  nimi  w  kształcie  litery  V,  zanim  zdąŜą  dopłynąć  do  kanału.  Ci  znów  ze 
swojej strony czynili nadludzkie usiłowania, aby ten manewr w niwecz obrócić. Mała jednak 
była nadzieja powodzenia. 

NajlŜejsza  zmiana  wiatru,  chybione  uderzenie  wiosła,  lub  inna  przeszkoda  podobna, 

mogła  ich  powstrzymać  na  jedną  chwilę  i  dać  przewagę  nieprzyjaciołom,  a  wówczas  nic  by 
ich  nie  obroniło  od  śmierci  lub  niewoli,  stokroć  gorszej  jeszcze  od  śmierci.  Kapitan  Ganey 
drŜał na samą myśl strasznego losu, groŜącego najdroŜszym mu istotom, znać było ten niepo-
kój w krótkich, urywanych słowach, którymi zagrzewał wioślarzy do pośpiechu. 

—  Śmiało,  dzieci!...  —  wołał  raz  po  raz  —  wyprzedzimy  ich,  zobaczycie!...  nie 

ustawajcie tylko, nie traćcie odwagi!... wiosłujcie Ŝwawo, z całej siły!... 

A  słowa  te  nie  chybiały  celu,  szalupa  i  łódka  jak  lotne  ptaki  unosiły  się  na  falach, 

wioślarze prawdziwych  cudów dokonywali, a  czółna dzikich, goniące za nimi, coraz wyraź-
niej pozostawały w tyle. Lecz te, które z boków nadpływały, zbliŜały się szybko, a dzicy usta-
wili  się  zawczasu  w  groźnej  postawie,  podnosząc  włócznie  do  góry  i  wymachując  procami. 
Przeraźliwe ich wrzaski, ruchy gwałtowne, twarze trupie, kredą zamazane, straszliwy, piekiel-
ny przedstawiały widok. 

Jeden z nich cisnął dziryt, inny kamień wypuścił z procy, jakby chcieli odległość zmie-

rzyć. Ani dziryt ani kamień nie dosięgnął celu, odległość była jeszcze zbyt wielka, lecz kaŜdy 
zrozumiał, Ŝe za parę minut niebezpieczeństwo stanie się nieuniknione. Henryk Chester, który 
dowodził łodzią i wyprzedzał szalupę, postanowił uczynić krok stanowczy; rozkazał majtkom 
wziąć broń na ramię i dać ognia ze wszystkich rusznic. 

Trzech dzikich padło, Ŝaden jednak nie otrzymał śmiertelnego ciosu, byli tylko ranieni 

mniej lub więcej cięŜko.  

Ś

miały ten atak, zamiast ich przerazić, pobudził jeszcze bardziej do walki. Grad dziry-

tów  i  kamieni  spadł  teraz  na  naszych  jankesów,  raniąc  dwóch  majtków  w  łodzi i  jednego  w 
szalupie. 

Tymczasem zbliŜano się szybko do kanału, łódka Henryka miała go dosięgnąć za chwi-

lę,  gdy  nagle  duŜe  czółno,  największe  ze  wszystkich,  podpłynęło  i  zagrodziło  mu  drogę. 
Walka na śmierć i Ŝycie stawała się nieuniknioną, trzeba było przemocą usunąć tę przeszkodę. 

Łódź  zręcznym  manewrem  cofnęła  się  i  zatrzymała  tuŜ  przy  szalupie,  tak,  Ŝe  prawie 

stykały się burtami. Kapitan kazał Ŝonie i córce połoŜyć się na dnie, potem obaj z Henrykiem 
porozumiawszy się w kilku słowach, postanowili rzucić się odwaŜnie na czółno nieprzyjaciel-

background image

skie, przewrócić je, i tym sposobem rozbroić dzikich. 

ZłoŜono więc broń na dno szalupy i łodzi, a następnie wykonano z wielką zręcznością 

ten śmiały manewr wojenny. 

Dzicy nie zrozumieli wcale zamiarów białych ludzi i nie przedsięwzięli Ŝadnych środ-

ków ostroŜności. Widząc, Ŝe oba statki szybko się do nich zbliŜają, stanęli w postawie wycze-
kującej, gotując się do zaciętej walki i chcąc dopiero w ostatniej chwili uŜyć broni. 

Ani się spostrzegli, gdy łódź i szalupa uderzyły gwałtownie o brzeg ich czółna i tak nim 

zakołysały, Ŝe wszyscy dzicy stracili równowagę, a kilku wpadło do wody. Drugie uderzenie 
nastąpiło niezwłocznie i było skuteczniejsze, czółno przewróciło się dnem do góry, cała zało-
ga  skąpała  się  w  morzu,  Ŝaden  z  dzikich  nie  mógł  myśleć  o  walce,  wszyscy  musieli  się 
ratować od utonięcia. Dwóch tylko najbardziej zawziętych uczepiło się brzegu szalupy, lecz z 
łatwością ich odpędzono wiosłami. Dali więc za wygraną, tym bardziej, Ŝe i broń pogubili w 
wodzie,  zaniechali  dalszej  napaści  i  wpław  puścili  się  ku  wybrzeŜom.  Nie  było  niebezpie-
czeństwa, aby potonęli, wszyscy pływali, jak ryby. 

ś

eglarze odetchnęli, mieli drogę wolną przed sobą i nie tracąc ani chwili czasu poczęli z 

całych sił wiosłować, osiągnęli teŜ cel swoich usiłowań, dopłynęli do wąskiej cieśniny, zanim 
czółna  z  obu  stron  nadpływające  zdąŜyły  się  połączyć.  Teraz  połoŜenie  było  daleko  mniej 
groźne,  gdyŜ  nieprzyjaciel  pozostał  w  tyle,  szło  tylko  o  to,  aby  się  nie  dać  dogonić.  Opatrz-
ność  sprzyjała  widocznie  naszym  rozbitkom,  gdyŜ  dostawszy  się  do  cieśniny,  spostrzegli  z 
nieopisaną  radością,  Ŝe  zrywa  się  wiatr  pomyślny,  który  wzdymał  ich  Ŝagle  i  chyŜo  pędził 
naprzód  oba  statki.  Coraz  to  większa  przestrzeń  dzieliła  ich  od  dzikich  napastników,  czółna 
malały  im  w  oczach,  wkrótce  wyglądały  juŜ  tylko,  jak  gromadka  ptaków,  pływających  na 
falach, potem jak szereg drobnych punkcików i w końcu znikły zupełnie w oddali. 

Łatwo  sobie  wyobrazić,  z  jaką  czułością,  z  jakim  uniesieniem  radości  kapitan  Ganey 

przycisnął  da  serca  Ŝonę  i  córkę,  gdy  przeminęło  wreszcie  to  straszne  niebezpieczeństwo. 
Wszyscy  byli  uszczęśliwieni,  majtkowie  podnieśli  okrzyk  tryumfu,  a  rzeczywiście  moŜna 
było  sobie  powinszować  tak  pomyślnego  zakończenia  tej  przygody.  Rany  odniesione  przez 
kilku ludzi z załogi nie były wcale niebezpieczne, opatrzono je starannie i wyruszono w dal-
szą drogę. 

ChociaŜ  trudno  było  przypuszczać,  aŜeby  dzicy  chcieli  przedłuŜać  pogoń  daremną, 

jednakŜe kapitan Ganey  postanowił oddalić się o ile moŜności od tych miejsc i nie pozwolił 
wioślarzom  spocząć  ani  na  jedną  chwilę,  tym  bardziej,  Ŝe  naleŜało  korzystać  z  pomyślnego 
wiatru. 

Noc  zapadała  i  nowy  niepokój  przyniosła  naszym  rozbitkom,  ujrzeli  bowiem  po  obu 

stronach cieśniny wielkie ognie pozapalane na wybrzeŜach. Były to niewątpliwie hasła trwo-
gi. PodróŜnik Magellan juŜ przed trzema wiekami opisywał, Ŝe krajowcy tych wybrzeŜy mają 
zwyczaj porozumiewać się pomiędzy sobą, zapalając w nocy ognie nad morzem lub na szczy-
tach gór. Prawdopodobnie teŜ dlatego nadał on tej krainie nazwę Ziemi Ognistej. 

W kaŜdym  razie ponure  te płomienie były dla naszych rozbitków złowrogim znakiem, 

ś

wiadczyły  bowiem,  iŜ  dzicy  nie  przestali  czyhać  na  ich  zgubę  i  nie  opuszczą  sposobności 

nasycenia straszliwej nienawiści, jaką pałają do białych ludzi, nie bez powodu, ze smutkiem 
wyznać  to  trzeba.  Nieraz  bowiem  Europejczycy,  chrześcijanie,  prawdziwie  po  barbarzyńsku 
obchodzą się z tymi nieszczęśliwymi istotami, najgorsze im dając wyobraŜenie o całym swo-
im rodzie. 

— Nie moŜemy odpoczywać spokojnie ani na chwilę, póki te znaki ogniste nie znikną 

nam z oczu — rzekł kapitan — płyńmy więc dalej, na szczęście prześladowcy nasi nie mogą 
nas dojrzeć wśród nocy, korzystajmy więc z tego i starajmy się do rana być stąd jak najdalej. 

Ciemności istotnie zabezpieczały naszych Ŝeglarzy w obecnej chwili od nowej napaści. 

A  była  to  noc  bez  księŜyca  i  bez  gwiazd,  niebo  pokryte  cięŜkimi,  czarnymi  chmurami,  nie 
przepuszczało najlŜejszego promyka światła, na trzy kroki przed sobą nic nie moŜna było doj-

background image

rzeć. W zwykłych okolicznościach nieroztropnie byłoby bardzo Ŝeglować w noc tak ciemną, 
lecz teŜ same ognie, które zwiastowały jedno niebezpieczeństwo, chroniły od drugiego, gdyŜ 
łatwo było, mając je przed oczyma, uniknąć zbliŜenia się do lądu. Wąska ta cieśnina wygląda-
ła przy tych światłach jak rzeka, płynąca wśród wielkiego miasta, oświetlona po obu brzegach 
latarniami. Światło to jednak nie dochodziło do środka i łodzie przemykały się niepostrzeŜe-
nie. 

Szczęście sprzyjało Ŝeglarzom przez noc całą. W jednym miejscu cieśnina zwęŜała się 

znacznie, i tam z pewnością nie uszliby czujnego wzroku dzikich, gdyby ich nie osłoniła mgła 
gęsta, która na parę godzin przed świtem porannym rozpostarła się ponad wodą. Osłonione tą 
mgłą  dobroczynną,  obie  łodzie  przesunęły  się  przez  wąski  kanał  bez  szwanku,  a  o  świcie 
dopłynęły do Cieśniny Darwina. 

Tu juŜ nigdzie nie widać było, ani ognia, ani dymu, mogli więc Ŝeglarze stąd wnosić, Ŝe 

minęli siedziby plemienia Elikolepów. A jednak kapitan i teraz jeszcze obawiał się przybijać 
do  brzegu.  Wiatr  był  zawsze  pomyślny,  korzystając  z  tego,  obie  łodzie  płynęły  chyŜo,  bez 
odpoczynku,  i  dopiero  nad  wieczorem,  gdy  dostały  się  do  kanału  Beagle'a,  kapitan  Ganey 
pozwolił wreszcie wioślarzom wytchnąć i zatrzymać statki w małej zatoce przy południowym 
wybrzeŜu. 

Dochodziła godziną piąta. W głębi zatoki obszerne wyŜłobienie w skale tworzyło przy-

stań naturalną, w której szalupa i łódź wygodnie się pomieściły. Wierzchołek tej samej skały, 
w kształcie płaskowzgórza, zarośnięty był pięknymi drzewami. Na tym płaskowzgórzu rozło-
Ŝ

ono obóz i rozpalono ognisko. Paliwa tu nie brakło, a wśród gęstwiny leśnej Ŝeglarze czuli 

się  bezpieczni;  gdyby  nawet  dzicy  włóczyli  się  w  okolicy,  niełatwo  by  ich  w  tym  ukryciu 
dostrzegli. Wszyscy więc ostrzyli zęby na obiad, i z rozkoszą wypoczywali po trudach i nie-
pokojach, a Poluks krzątał się gorliwie, brząkając rondlem i patelnią. 

Rozbitkowie usadowili się wygodnie dokoła ogniska, roznieconego z suchych  gałęzi, i 

spoglądali z zachwytem na wspaniały krajobraz, roztaczający się przed ich oczyma. 

W pierwszej chwili nie zwrócili nań Ŝadnej uwagi, serca ich zanadto były przepełnione 

radością wybawienia. A jednak krajobraz ten, który patrzącym z tej wyŜyny, na kilkadziesiąt 
stóp  wzniesionej  nad  poziomem  morza,  przedstawiał  się  w  całej  okazałości,  mógłby  był 
podziw wzbudzić w kaŜdym kraju, a cóŜ dopiero w tej smutnej, opuszczonej Ziemi Ognistej. 

Zatoka, ponad którą wznosiło się płaskowzgórze, miała kształt podkowy i zachodziła na 

paręset metrów w głąb lądu. Strome jej brzegi pokryte były gęstym lasem, który rozciągał się 
na  wzgórza  okoliczne  i  wznosił  się  piętrami  coraz  wyŜej,  a  na  samym  końcu  widnokręgu 
odcinał  się  ciemnym  rąbkiem  od  błękitu  nieba.  Pośród  tych  drzew,  po  większej  części  pięk-
nych  i  okazałych,  przewaŜały  trzy  gatunki,  właściwe  Ziemi  Ognistej:  buki,  brzozy  i  zacierp 
Wintera, Drimis Winteri, znany dobrze w Europie ze swej kory aromatycznej, przywiezionej 
po raz pierwszy do Anglii przez słynnego podróŜnika Wintera. W cieniu tych drzew wyrasta-
ły bujnie przeróŜne krzewy: berberys, ozdobne ułanki czyli fuksje i liściaste paprocie. 

Cieśnina morska, z której wychodziła ta zatoka, miała zaledwie milę szerokości, widać 

teŜ było doskonale z obozu naszych Ŝeglarzy i drugie jej wybrzeŜe, na kilkaset stóp wzniesio-
ne ponad morzem, strome i urwiste, dalej ciągnęły się głębokie parowy i wzgórza, podnoszą-
ce  się  piętrami,  na  kształt  amfiteatru,  a  dalej  jeszcze  ukazywało  się  pasmo  gór,  o  szczytach 
ś

niegiem ubielonych. NajwyŜej ze wszystkich wznosił się wierzchołek Góry Darwina, wiecz-

nie lodem pokryty. PoniŜej tych lodów i śniegów, na stokach gór ciągnęła się wszędzie ciem-
na  smuga  lasów,  przerwana  gdzieniegdzie  olbrzymimi  lodowcami,  z  których  niektóre  spu-
szczały się aŜ do morza i nurzały w jego nurtach swe krawędzie, równie urwiste i pozębione, 
jak skały nadbrzeŜne. W innych miejscach potoki, powstające ze stopniałych śniegów, spada-
ły gwałtownie z gór, roztrącając się o skały w niezliczonych kaskadach. Dwa takie potoki, to-
czące się ze skał prostopadłych prawie, zbiegały się z sobą na dnie głębokiej kotlinki, pokry-
tej  bujną  zielonością,  a  wody  ich,  uderzając  o  siebie,  wytryskiwały  w  górę  wspaniałym 

background image

słupem piany białej i obłokiem mgły rozpraszały się w powietrzu. 

Gromadka  rozbitków,  pomimo  znuŜenia  i  niepokoju,  nie  mogła  oczu  oderwać  od  tego 

przepysznego krajobrazu, zapominając nawet na chwilę o smutnym swym połoŜeniu. 

Najbardziej zaś wszystkich zadziwił widok ptaków, których pełno było pośród tej leśnej 

gęstwiny; rozpoznawali w nich bowiem gatunki, właściwe strefom podzwrotnikowym, jaskra-
we  papugi,  prześliczne  kolibry.  Jedne  z  nich  poŜerały  chciwie  purpurowe  jagody  zacierpu 
Wintera,  inne  znów  sadowiły  się  na  kształt  pszczół  w  kielichach  kwiatowych  i  wysysały  z 
nich słodycz, trzepocąc barwnymi skrzydełkami. 

Z głębin leśnych odzywał się przeraźliwy głos dzięcioła czarnego, podobny do śmiechu 

szaleńca,  zimorodek,  siedzący  na  zeschłej  gałęzi,  odpowiadał  mu  kiedy  niekiedy  donośnym 
wołaniem. Gromadka pelikanów pływała po zatoce, z oczyma wlepionymi w głębiny wodne, 
z ogromnym dziobem na wpół rozwartym, czyhającym na zdobycz. Czasami dziób ten zanu-
rzał się w wodę z szybkością błyskawicy i po chwili ukazywał się znowu, trzymając trzepocą-
cą  się  rybę.  Lecz  dokoła  kaŜdego  pelikana  krąŜyło  stado  zuchwałych  mew,  które  z  najŜyw-
szym  zajęciem  śledziły  wszystkie  jego  poruszenia,  a  za  kaŜdą  rybą,  wyciągniętą  z  wody, 
podnosiły  wrzaski  przeraźliwe  i  niespokojnie  biły  skrzydłami.  Pelikan  musiał  swą  zdobycz 
podrzucić w powietrze, i znów pochwycić, inaczej przełknąć jej nie mógł. Nie zawsze jednak 
udawała mu się ta sztuka, nieraz ryba, zamiast do gardła ptaka, wpadała do wody, nieraz teŜ 
Ŝ

arłoczne  mewy  w  lot  ją  pochwyciły  i  unosiły,  szarpiąc  się  zawzięcie  o  ten  smaczny  kąsek 

pomiędzy sobą, a pelikan okradziony musiał nowe łowy rozpoczynać. 

Słońce zaszło, a jednak nie ściemniło się tak prędko, jak zwykle. JuŜ dawno tarcza sło-

neczna  ukryta  była  poza  linią  widnokręgu,  gdy  jeszcze  promienie  światła,  odbijając  się  na 
wysokich  szczytach,  śniegiem  ubielonych  i  na  grzbietach  olbrzymich  lodowców,  rzucały  na 
sklepienie  niebios  światło  dziwne,  fantastyczne,  przypominające  zorzę  północną.  Dopiero 
około  dziesiątej  w  nocy  ciemność  głęboka  ogarnęła  ziemię,  a  rozbitkowie  usnęli  wszyscy 
snem spokojnym. 

Poranek następny był tak piękny i pogodny, Ŝe wszyscy zgodzili się, aby jeszcze dzień 

cały przebyć w tym uroczym ustroniu. Henryk Chester wynalazł wyborny sposób dostarcze-
nia świeŜych zapasów Ŝywności i z zapałem zabrał się do wykonania tego dowcipnego pomy-
słu. 

Myjąc się rano i ubierając na wybrzeŜu, spostrzegł on ptaka, który łowił ryby i osobliwą 

sobie  przy  tym  urządzał  zabawę.  Był  to  kormoran.  Ptak  spoczywał  nieruchomo  na  falach, 
jakby uśpiony, dopóki nie upatrzył sporej ryby w pobliŜu. Wówczas szybko się na nią rzucał i 
chwytał dziobem. Lecz zamiast rozedrzeć ją natychmiast i chciwie poŜerać, obyczajem zwy-
kłych ptaków rybaków,  kormoran trzymał ją tylko w dziobie przez chwil parę i z powrotem 
puszczał do wody. Ryba, czując się wolną, umykała co prędzej, jak łatwo się tego domyśleć. 
Ale zaledwie odpłynęła cokolwiek, kormoran gonił za nią i chwytał ją znowu. I tak raz po raz, 
do  siedmiu  i  ośmiu  razy  powtarzał  czasem  tę  okrutną  zabawę,  jak  kot  igrający  z  myszą. 
DrapieŜnik ten miał być jednak dnia tego ukarany. 

Nasz  Henryk  rozebrał  się  cichutko  wszedł  do  wody,  nie  spłoszywszy  ptaka,  zajętego 

swoim połowem. W chwili, gdy kormoran wypuścił z dzioba przepyszną rybę trzy lub cztero-
funtową, Henryk dał Ŝwawo nurka, porwał szacowną zdobycz z łatwością, gdyŜ ryba odurzo-
na była i na wpół zduszona wyszedłszy z dzioba ptaka, a podczas gdy kormoran przeraŜony 
uniósł się w powietrze, chłopak z tryumfem powracał na wybrzeŜe. 

Przysmak  ten  przydał  się  bardzo  na  śniadanie  i  prawdziwą  był  niespodzianką  dla 

zgłodniałych  rozbitków.  Poluks  poznał  od  razu  w  tej  rybie  smakowitego  sterleta  i  gorliwie 
zabrał  się  do  przyrządzenia  go,  według  prawideł  sztuki  kucharskiej.  Kormoran  oczywiście 
pod tym względem był znawcą niepospolitym. 

Wszyscy siedzieli właśnie przy śniadaniu, gdy nagle dał się słyszeć huk oddalony, po-

chodzący wyraźnie z ogromnego lodowca, jednego z tych, które spuszczały się ze stoków gór 

background image

naprzeciw  obozu  Ŝeglarzy,  po  drugiej  stronie  cieśniny,  i  dochodziły  aŜ  do  morza.  Henryk 
Chester bystrym swym wzrokiem dostrzegł pierwszy, Ŝe lodowiec ten poruszył się z miejsca i 
przesunął nieco na bok. Nikt jednak nie przeraził się tym zjawiskiem. Wszyscy z zachwytem 
spoglądali  na  cudną  grę  światła  i  blaski  tęczowe,  którymi  promienie  wschodzącego  słońca 
oblały tę okazałą masę lodu i śniegiem ubielony szczyt Góry Darwina. Kapitan Ganey, które-
mu  najświeŜsze  postępy  nauk  przyrodniczych  nie  były  obce,  skorzystał  ze  sposobności,  aby 
wytłumaczyć córce, jakim sposobem powstają olbrzymie góry lodowe, pływające po morzu w 
okolicy biegunów. 

— Lodowce — mówił kapitan — staczają się zwolna i nieznacznie pod wpływem cię-

Ŝ

aru po stokach gór, na których powstały z nagromadzenia śniegów. Gdy góry te wznoszą się 

na morskich wybrzeŜach, masa lodu musi kiedyś tym sposobem, choćby  po kilku stuleciach 
lub tysiącach lat, osunąć się aŜ do morza i podstawę swą zanurzyć w słonej wodzie. Woda ta 
jest znacznie cieplejsza od lodu, który w częściach swych zanurzonych topi się zwolna i wy-
Ŝ

łabia.  Podstawa  tym  sposobem  uszkodzona  nie  moŜe  udźwignąć  ogromnego  cięŜaru,  który 

na  niej  spoczywa,  pęka,  gruchoce  się,  a  masa  lodu  traci  równowagę  i  stacza  się  do  morza. 
Lecz cięŜar właściwy lodu mniejszy jest od cięŜaru wody słonej. ToteŜ lodowiec, jakkolwiek 
ogromny i cięŜki, nie opada na dno morza, lecz pływa po jego powierzchni, prądy go porywa-
ją  i  unoszą  daleko  od  brzegów,  a  wędrówka  tej  góry  lodowej  trwa  póty,  póki  ciepło  powoli 
nie  roztopi  jej  całkowicie  i  woda  słodka  nie  połączy  się  ostatecznie  z  wielkim  zbiornikiem 
wody słonej, a wówczas... 

Kapitan  nie  mógł  dokończyć,  przerwał  mu  łoskot  straszliwy,  jakby  przeciągły  odgłos 

piorunu, lub kilku armat, grzmiących jednocześnie, a echo, odbite od gór okolicznych, powta-
rzało raz po raz ten huk potęŜny. W tejŜe samej chwili rozbitkowie spostrzegli z nieopisanym 
zdumieniem,  Ŝe  lodowiec,  który  mieli  wprost  przed  sobą,  rozpękł  się  w  poprzek  na  dwoje. 
Szpara rozszerzała się szybko, w końcu część dolna lodowca zachwiała się i wpadła w morze. 
Plusk  straszny  dał  się  słyszeć,  spienione  nurty  podniosły  się  na  kilkaset  metrów  w  górę, 
bałwan olbrzymi, jakiego Ŝeglarze nasi nie widzieli nigdy na wzburzonym oceanie, zakołysał 
się w zatoce, i z gwałtownością straszną uderzył o skałę, na której szczycie rozłoŜony był ich 
obóz. 

Wszystko to stało się w przeciągu kilku sekund. Na krzyk Henryka, który pierwszy zro-

zumiał  ogrom  niebezpieczeństwa,  rozbitkowie  zerwali  się  na  nogi,  lecz  zaledwie  mieli  czas 
uchwycić się drzew i tym sposobem stawić opór gwałtowności fali, gdy woda zalała od razu 
całą  platformę.  Namiot,  narzędzia  kuchenne,  zapasy  Ŝywności,  wszystko  szalona  ta  fala 
porwała, a przemoczywszy nieszczęśliwą gromadkę aŜ do kości, z szumem odpłynęła znowu i 
spienioną  kaskadą  spadła  na  powrót  w  głąb  zatoki.  Biedni  Ŝeglarze  nie  ponieśli  wprawdzie 
Ŝ

adnego  szwanku,  niemniej  jednak  połoŜenie  ich  godne  było  litości.  Przemokli,  drŜący  z 

zimna, okryci mułem i szczątkami wodorostów, nie mieli się w co przebrać, ani czym ogrzać, 
woda ogołociła ich  w jednej chwili ze wszystkiego. Krzepili się jak mogli, próbowali nawet 
Ŝ

artować z tej kąpieli, lecz wkrótce opuściła ich ochota do śmiechu. 

Rzuciwszy  okiem  na  morze,  spostrzegli  od  razu,  Ŝe  ich  daleko  większe  nieszczęście 

spotkało, aniŜeli sobie wyobraŜali. Seagriff pierwszy wydał okrzyk trwogi, on bowiem wcześ-
niej  od  innych  otrząsnął  się  z  przestrachu,  a  stanąwszy  na  krawędzi  skały,  spojrzał  w  dół  i 
odkrył okropną prawdę. 

— A!... do pioruna!... łodzie... przepadły!.., — wołał głosem przerywanym, z wyrazem 

rozpaczy w twarzy i całej postawie. 

Wszystkie  oczy  zwróciły  się  na  przystań,  którą  wskazywał  cieśla.  Szalupa  i  łódź 

zgruchotane  były  w  drobne  kawałki,  wściekła  fala  rozbiła  je  o  skałę  i  unosiła  teraz  smutne 
szczątki na wszystkie strony. Olbrzymia góra lodowa, wznosząca wysoko szczyt swój, oblany 
blaskami  słońca,  zajęła  prawie  trzy  czwarte  cieśniny  i  zasłaniała  całkowicie  widok  przeciw-
nego wybrzeŜa, z którego się stoczyła do wody. 

background image

 

XI. WYCIECZKA 

 
PołoŜenie rozbitków było okropne. Utracili łodzie, Ŝywność, a co najgorsza broń nawet; 

rozszalała  fala  porwała  wszystko,  pozostali  w  jednym  odzieniu,  a  i  to  było  przemoczone. 
Seagriff tylko zdołał uratować swój rewolwer, który ugrzązł w jakimś kolczastym krzaku, ale 
poniewaŜ  zamókł  tak  samo,  jak  i  wszystko,  więc  nie  było  pewności,  czy  się  na  co  przyda. 
Trudno sobie wyobrazić większą klęskę. GdybyŜ przynajmniej znajdowali się na wyspie bez-
ludnej,  ale  ta  niegościnna  ziemia  właśnie  z  powodu  swej  ludności  największe  przedstawiała 
niebezpieczeństwo. 

A  jednak  wszystko  dokoła  wyglądało  rozkosznie,  przyroda  cała  zdawała  się  do  nich 

uśmiechać, trudno było uwierzyć, patrząc na niebo pogodne, na spokojne fale, Ŝe przed chwi-
lą  w  tym  cichym  ustroniu  panował  zamęt  straszliwy.  Wiedzieli  teŜ  dobrze  rozbitkowie,  Ŝe 
pora letnia niedługo trwa w tym klimacie, Ŝe wkrótce nastanie smutna, ponura zima. SpoŜyli 
wprawdzie obfite śniadanie, musieli jednak pamiętać o tym, iŜ nadejdzie godzina obiadowa, a 
przyrządzenie jakiegokolwiek posiłku niemałe przedstawiało teraz trudności. Wreszcie z głębi 
tych  gąszczów  leśnych  mogli  w  kaŜdej  chwili  wypaść  mściwi  krajowcy  i  rzucić  się  na  bez-
bronne swoje ofiary. 

Kapitan  Ganey,  jako  człowiek  oczytany,  miał  dokładne  wyobraŜenie  o  tej  Ziemi 

Ognistej, w której Europejczycy nigdy się ostać nie mogli. Znał dobrze z opisów straszny los 
podróŜnika Sarmiento, który osiedliwszy się na wybrzeŜach Cieśniny Magellana, w miejsco-
wości  nie  bez  powodu  przezwanej  Portem  Głodowym,  zginął  tam  wraz  z  liczną  gromadką 
osadników, złoŜoną z trzystu osób, męŜczyzn, kobiet i dzieci; wszyscy wymarli z głodu. Inna 
przedsiębiorcza gromadka, pod wodzą Gardenera, uległa takŜe klęsce podobnej. 

JednakŜe osadnicy ci nie przybyli tu z próŜnymi rękami, przywieźli z sobą zapasy Ŝyw-

ności, rozmaite narzędzia, broń, przybory do rybołówstwa i polowania. Jeśli więc oni wyŜyć 
nie mogli na tej opustoszonej ziemi, czy mogli się jakąkolwiek nadzieją łudzić nieszczęśliwi, 
pozbawieni wszelkiej pomocy, nie posiadający nic, oprócz rąk własnych? 

Nawet  krajowcy,  nawykli  do  tego  cięŜkiego  Ŝycia,  nieraz  niepokonane  napotykają 

trudności,  muszą  się  przenosić  z  miejsca  na  miejsce,  aby  zdobyć  pokarm  najnędzniejszy. 
Czasem przez czas długi Ŝywią się jedynie muszlami, błądzą jak drapieŜne zwierzęta wzdłuŜ 
wybrzeŜy, czatując na zdobycz, wyrzuconą niekiedy na ląd przez przypływ morski. NieŜywa 
foka  jest  dla  nich  najpoŜądańszym  przysmakiem,  a  jeśli  się  zdarzy,  Ŝe  wieloryb  zbłąkany 
osiądzie  w  mule  nadbrzeŜnym,  plemiona  całe  wyprawiają  z  tego  powodu  uczty  pamiętne. 
Zgłodniali  ci  biedacy  rzucają  się  z  chciwością  najwyŜszą  na  kaŜdą  dziką  jagodę,  a  grzyby 
poŜerają  surowe.  Wreszcie  jeśli  są  ludoŜercami  i  często  nie  oszczędzają  własnych  swoich 
braci, nie czynią tego z łakomstwa, lecz — z głodu. 

Takie były smutne myśli, trapiące kapitana Ganey'a, starał się jednak ukrywać je wobec 

Ŝ

ony i córki. Obie kobiety były dość spokojne, odeszły trochę od reszty gromadki i ukryte za 

drzewami, starały się osuszyć niektóre przynajmniej części swego ubrania. 

MęŜczyźni, a zwłaszcza Henryk Chester, Seagriff i kilku roztropniejszych majtków, nie 

opuszczali  tymczasem  rąk  bezsilnie.  Jedni  ścinali  gałęzie  drzew  i  wybierając  najtwardsze, 
strugali je noŜem, wygładzali i ostrzyli; była to broń pierwotna, drewniane maczugi i włócz-
nie. Drudzy urządzili sobie proce ze sznurków, znalezionych po kieszeniach i wprawiali się w 
ciskanie  kamyków,  na  sposób  dzikich  ludzi.  Inni  zrywali  suchą  trawę  i  urządzili  wygodne 
posłanie dla kobiet. Jeden wynalazł małą, gładką muszelkę, zaostrzył ją kamykiem i uwiązał 
zamiast  haczyka  na  sznurku,  skręconym  z  jakichś  włókien  roślinnych;  była  to  wcale  niezła 
wędka. 

KaŜdy  jednym  słowem,  wyjąwszy  kilku  niepoprawnych  próŜniaków,  usiłował  stać  się 

uŜytecznym  i  zaradzić  choć  w  części  okropnemu  połoŜeniu.  Usiłowania  te  uwieńczone  były 

background image

tak  pomyślnym  skutkiem,  Ŝe  gdy  nadeszła  pora  obiadowa,  Poluks  miał  koło  czego  chodzić, 
dostarczono mu bowiem obfitych zapasów Ŝywności, a mianowicie: cztery papugi, dwie duŜe 
ryby,  wielkie  mnóstwo  muszel  jadalnych  i  jagód  berberysu.  Nie  mógł  jednak  tym  razem 
popisać się bardzo swoją sztuką kucharską, w braku wszelkich naczyń, musiał kaŜdą potrawę 
przyrządzać jednakowo, piekąc ją po prostu na węglach rozŜarzonych. Był to zapewne obiad 
bardzo skromny, lecz zawsze obiad, a i to coś znaczy. 

Gdy  juŜ  wszyscy  się  posilili,  kapitan  Ganey  zawezwał  starszyznę  na  walną  naradę,  i 

postanowiono  wysłać  nazajutrz  oddział  z  kilku  ludzi  złoŜony,  pod  dowództwem  Henryka  i 
Seagriffa, dla obejrzenia okolicy. Kapitan z Ŝoną, córką i resztą majtków postanowił pozostać 
w obozowisku obecnym, czekając ich powrotu,  a następnie, stosownie do wiadomości przy-
niesionych z wycieczki,  urządzić się na dłuŜszy  pobyt w tym samym miejscu, lub wyruszyć 
dalej. 

Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa,  załoŜenie  stałego  obozu  na  wybrzeŜu  tej 

wąskiej  cieśniny  nie  mogło  być  z  Ŝadnego  względu  korzystne  dla  naszych  rozbitków.  Jak 
słusznie twierdził kapitan, naleŜało raczej wybrać miejscowość, wychodzącą wprost na pełne 
morze, gdyŜ wówczas jedynie mogli się spodziewać, Ŝe kiedyś spostrzegą okręt, Ŝeglujący w 
tych stronach i potrafią zwrócić na siebie jego uwagę. Chodziło o to, aŜeby upatrzyć najdogo-
dniejszą drogę do podróŜy, oznaczyć kierunek jej dokładnie i przedsięwziąć środki stosowne 
przeciw niebezpieczeństwom, które zagraŜać mogły wędrowcom. Taki był zatem cel główny 
wyprawy, wyruszającej pod dowództwem Henryka Chestera. 

—  Nie  pójdziemy  wybrzeŜem  —  rzekł  Seagriff  —  bo  tu  właściwie  wybrzeŜa,  nie  ma. 

Przez całą długość cieśniny widzieliśmy ciągle strome urwiska, spuszczające się prostopadle 
aŜ do wody, u stóp tych urwisk nie  dostrzegliśmy  nawet wąskiego paska piaszczystej mieli-
zny. Foka nie znalazłaby tu nigdzie miejsca, aŜeby się wygrzać na słońcu. Puścimy się więc 
wprost pod górę. Droga będzie zapewne troszkę uciąŜliwa, ale gdy dostaniemy się na wyŜy-
ny,  zobaczymy  stamtąd  większą  przestrzeń  kraju,  co  przecieŜ  ma  takŜe  swoje  znaczenie. 
Trudy nam się tym sposobem wynagrodzą. 

— W drogę! — zawołał Henryk Chester, gdyŜ słowa starego marynarza zupełnie trafiły 

do jego przekonania. 

Okazało  się  wkrótce,  iŜ  droga  wśród  okolicy  górzystej  była  daleko  uciąŜliwsza,  niŜ 

sobie zrazu wyobraŜano, Ŝe nie było nigdzie Ŝadnej ścieŜynki, temu nikt  się nie dziwił, lecz 
nie  dość  na  tym,  na  kaŜdym  kroku  napotykano  mnóstwo  przeszkód,  i  często  z  trudnością 
wielką, pomagając sobie rękami i nogami, zaledwie zdołano się posuwać. 

Największą zawadą były drzewa spróchniałe, leŜące na ziemi. Wędrowcy nie mogli ich 

rozpoznać z wyglądu, śmiało więc opierali stopy na pniach obalonych, i nagle zapadali w tę 
grząską, wilgotną masę po kolana, czasem po same pachy, a wydobyć się z niej nie mogli bez 
największego wysiłku, tak zupełnie, jak gdyby ugrzęźli w bagnistym gruncie. 

W cieniu tych lasów odwiecznych, gdzie światło dochodziło skąpo, powietrze przesyco-

ne  było  wilgocią,  odzienie  naszych  wędrowców  przemokło  teŜ  do  nitki  i  chłód  przejmujący 
im  dokuczał.  Panowała  tu  cisza  głęboka,  kiedy  niekiedy  tylko  przerywała  ją  smętna  skarga 
puchacza  lub  gwizd  innego  ptaka.  Wszystko  to  przykre  niezmiernie  wywierało  wraŜenie  na 
małej  gromadce  podróŜników  i  wcale  jej  nie  dodawało  energii  ani  ochoty  do  przyśpieszenia 
kroku.  Nawet  i  Henryk  Chester,  pomimo  wrodzonej  swej  wesołości,  która  go  prawie  nigdy 
nie opuszczała, uległ ogólnemu przygnębieniu. Wszyscy szli powoli i w milczeniu. 

Po  dwóch  lub  trzech  godzinach  tej  uciąŜliwej  drogi,  wędrowcy,  wspinając  się  coraz 

wyŜej  na  stoki  gór,  wydostali  się  na  koniec  z  lesistych  gąszczów;  wysokie  drzewa  nie  rosły 
juŜ  na  tych  wyŜynach,  zastępowały  je  te  same  prawie  gatunki,  lecz  karłowate  i  krzewiaste. 
Zamiast  strzelać  w  górę  wyniosłymi  wierzchołkami,  drzewka  te  rozrastały  się  wszerz  i 
wypuszczały  w  kierunku  poziomym  niezliczone  gałęzie,  dochodzące  niekiedy  dwudziestu 
stóp  długości,  podczas  gdy  pień  główny  miał  zaledwie  trzy  stopy  wysokości.  W  krzakach 

background image

rosnących  blisko  siebie  gałęzie  te  często  plątały  się  w  taką  gęstwinę,  jak  to  bywa  w  owych 
płotkach  bukszpanowych,  którymi  u  nas  obsadzają  rabaty  po  ogrodach.  Tworzył  się  z  tego 
wał prawdziwy, niemoŜliwy do przebycia. 

Droga nie była więc tu wcale wygodniejsza, niŜ w lesie, wędrowcy co chwila walczyć 

musieli z rozmaitymi przeszkodami, często z wysiłkiem zaledwie mogli wydobyć nogi, zaplą-
tane  w  pełzające  gałęzie,  to  znów  zatrzymywali  się,  by  oswobodzić  odzienie,  uczepione  do 
kolczastych krzaków. Nie mogli ujść więcej, jak sto metrów na godzinę. 

Na szczęście ten pas karłowatych drzewek nie był zbyt rozległy.  Im wyŜej wstępowali 

wędrowcy  na  grzbiet  góry,  tym  pewniejszy  grunt  czuli  pod  stopami.  Wkrótce  ujrzeli  przed 
sobą przestrzeń pokrytą trawą i niskimi, zielonymi roślinami, dalszy pochód nie przedstawiał 
juŜ  Ŝadnych  trudności.  Wyszli  na  koniec  na  wierzchołek  i  tu  widok  rozległy  wspaniały 
roztoczył się przed ich oczyma. 

We  wszystkich  kierunkach,  na  północ  i  na  południe,  na  wschód  i  na  zachód,  gdzie 

okiem zajrzeć, piętrzyły się góry rozmaitych kształtów i rozmaitych wysokości: jedne stoŜko-
wate, inne spłaszczone u szczytu, inne zaokrąglone na kształt kopuł, inne wreszcie podnoszą-
ce  się  piętrami,  w  kształcie  tarasów.  Niektóre  wyglądały  jak  gotyckie  dzwonnice,  lub  wieŜe 
olbrzymich fortec. Pośród tego nagromadzenia niezliczonych wyŜyn, przewyŜszając je wszy-
stkie,  wznosił  się  ku  niebu  ubielony  śniegiem  wierzchołek  Góry  Darwina,  a  dalej,  na 
północny-zachód, drugi, prawie równie wysoki, szczyt Sarmiento. Góry te poprzecinane były 
głębokimi  rozpadlinami,  z  których  jedne  świeciły  nagą,  dziką  skałą,  inne  porastały  bujnym 
lasem. Prawie wszystkie te kotliny wyglądały z daleka jak smug ciemnych na jaśniejszym tle, 
dwie  lub  trzy  tylko,  mieszczące  w  sobie  lodowce,  odcinały  się  olśniewającą  białością  od 
szarych skał i zieleni lasów. Niektóre z tych rozpadlin, rozdzielających stoki gór wyniosłych, 
napełnione wodą, łączyły się z morzem, tworząc sieć kanałów, połączonych pomiędzy sobą w 
róŜnych  kierunkach.  Bo  teŜ  są  rzeczywiście  morskie  kanały,  ta  Ziemia  Ognista,,  którą  przez 
czas długi uwaŜano za część lądu stałego, jest archipelagiem wysp, skupionych gęsto i poroz-
dzielanych tylko takimi wąskimi cieśninami.  

Henryk  Chester  i  towarzysze  jego  mogli  to  wszystko  widzieć  doskonale  z  wyniosłego 

stanowiska,  na  którym  się  znajdowali.  Przyglądali  się  jednak  z  największą  uwagą  cieśninie 
przez którą przepływali niedawno łodziami. Wkrótce teŜ spostrzegli, Ŝe w dalszym swym cią-
gu łączyła się z kanałem znacznie szerszym, ciągnącym się na wschód. Kanał ten miał wszę-
dzie jednakową szerokość, wyglądał zupełnie, jakby sztucznie przekopany. 

—  To  Kanał  Beagle'a!  —  zawołał  Seagriff  na  ten  widok  —  tam  właśnie  mieliśmy 

płynąć, i gdyby nie to nieszczęście, które nas pozbawiło łodzi!... 

—  KtóŜ  wie,  czy  lepiej  byśmy  na  tym  wyszli,  gdybyśmy  przebyli  Kanał  Beagle'a?  — 

zapytał Henryk, chcąc starego na słówka  wyciągnąć — jakaŜ pewność, Ŝe na tym wybrzeŜu 
znaleźlibyśmy dogodniejsze schronienie? 

— Jaka pewność? — mówił cieśla — ta jedna tylko, Ŝe z Kanału Beagle'a dostalibyśmy 

się  do  Cieśniny  Lemaire'a  i  Odnogi  Powodzenia,  a  tam  raz  po  raz  statki  wielorybnicze 
zarzucają kotwice. 

— JeŜeli tak — rzekł Henryk z Ŝywością — to plan ten koniecznie wykonać naleŜy. Nie 

mogąc odbyć morzem tej podróŜy, puścimy się w drogę lądem, moŜemy pójść wzdłuŜ kanału 
Beagle'a i dostać się tym sposobem na to samo wybrzeŜe. 

— Zapewne — odparł Seagriff — tylko Ŝe to nie taka łatwa sprawa podróŜować lądem 

w tym kraju; mogłeś się pan sam o tym przekonać w czasie dzisiejszej naszej wędrówki. 

— Silna wola i wytrwałość pokonają wszystkie trudności — mówił Henryk, wpatrując 

się ciągle z uwagą w tę panoramę, rozciągającą się, jak mapa geograficzna, u stóp jego. 

— Czy mi się zdaje, czy to czółna dzikich płyną w kierunku zachodnim? — odezwał się 

nagle  młodzieniec,  pokazując  towarzyszowi  kilka  punkcików  białych,  ledwo  widocznych, 
migających na wód błękicie. 

background image

Stary  cieśla milczał przez długą chwilę, patrząc  na punkt wskazany i dłonią osłaniając 

sobie oczy. 

— Tak — rzekł — naliczyłem dwadzieścia czółen. Jest to w kaŜdym razie rzecz bardzo 

niemiła i byłbym nawet niespokojny,  gdyby nie to, Ŝe ta łotrowska zgraja juŜ dawno minęła 
miejsce, gdzie nasi obozują, więc widocznie nie spostrzegła ich wcale. Urwisko to wznosi się 
co  najmniej  na  czterdzieści  metrów  ponad  wodę,  moŜe  i  nie  bardzo  spoglądali  w  górę,  a 
Poluks musiał juŜ ogień zagasić o tej porze i dym ich nie zdradził. Tak, tak, z pewnością nic 
nie dostrzegli... 

Henryk wyjął z kieszeni notesik, niezbyt uszkodzony w czasie powodzi i spoglądając, to 

w niebo, to na ziemię, zaznaczywszy sobie dobrze w myśli cztery strony świata, zaczął ryso-
wać  kształty  wybrzeŜa  i  zakreślił,  jak  mógł  najdokładniej,  kierunek  kanału  Beagle'a,  który 
miał przed oczyma. 

Tymczasem  towarzysze  jego,  znuŜeni  uciąŜliwą  wędrówką,  odpoczywali,  leŜąc  na  tra-

wie lub siedząc na odłamach skał, Henryk ukończył swoją robotę, schował notesik do kiesze-
ni  i  dał  znak,  Ŝe  pora  myśleć  o  powrocie.  Wszyscy  powstali  i  mała  gromadka  puściła  się  w 
drogę. 

Zejście  z  góry  było  o  wiele  łatwiejsze  niŜ  wejście.  Musieli  wprawdzie  przebywać  po-

wtórnie te same przeszkody, te same krzaki cierniste i pnie spróchniałe zagradzały im drogę, a 
jednak pochód nie był tak nuŜący. Idąc pod górę, ile razy który się potknął, osuwał się na dół i 
musiał  powtórnie  się  wspinać  na  toŜ  samo  miejsce.  Teraz  przeciwnie,  padając,  kaŜdy  toczył 
się  prędzej  naprzód  i  skracał  sobie  drogę.  Upadki  te  były  tak  częste,  Ŝe  nie  zwaŜano  na  nie 
wcale,  oswojono  się  z  niemi,  jak  z  rzeczą  zwyczajną,  jakby  wędrówki  na  Ziemi  Ognistej 
innym sposobem odbywać się nie mogły. 

I tak posuwając się nieustannie w tym osobliwym pochodzie z przeszkodami, idąc, pa-

dając, tocząc się, a niekiedy i wywracając kozły, cała gromadka dotarła w końcu do wybrze-
Ŝ

a,  nie  doznawszy  Ŝadnego  większego  szwanku,  tylko  przemoczeni  byli  wszyscy  do  nitki, 

jakby przebyli wpław cieśninę. 

Spostrzegli  jednak  nasi  wędrowcy,  Ŝe  zmylili  cokolwiek  drogę,  nie  powrócili  na  to 

samo  miejsce,  gdzie  zostawili  rano  resztę  towarzyszy,  zboczyli  nieco  na  wschód.  Musieli 
więc  teraz  przebyć  jeszcze  pewną  przestrzeń,  niezbyt  wielką  wprawdzie,  lecz  pełną  tych 
samych przeszkód, które im się juŜ tak dały we znaki. PoniewaŜ jednak innej rady nie było, 
wyruszono w dalszą drogę. 

Przeciskając  się  z  trudem  ogromnym  przez  las,  o  jakieś  sto  metrów  mniej  więcej  od 

urwistej skały., na której pozostał kapitan z Ŝoną i córką, wędrowcy natrafili na małą, odkrytą 
polankę, widocznie niedawno zamieszkałą przez krajowców. Pośrodku polanki stała chata, a 
raczej rodzaj namiotu z gałęzi, grunt spuszczał się stąd łagodnym spadkiem aŜ do małej zato-
ki, utworzonej przez głęboką rozpadlinę skalną. Na samym brzegu, nad wodą, nagromadzony 
był stos muszel rozłupanych, widocznie resztka spiŜarni mieszkańców owego ustronia. 

Podobne szczątki jedzenia, z niezmiernie dawnych czasów pochodzące, odkryto takŜe w 

Europie, a poniewaŜ po raz pierwszy dostrzeŜone były na wybrzeŜach skandynawskich, więc 
otrzymały  nazwę:  Kodjen-moddings,  co  w  języku  szwedzkim  znaczy:  szczątki  kuchenne. 
Archeologowie europejscy wielkim poszanowaniem otaczają te szacowne zabytki zamierzch-
łej staroŜytności, czasów przedhistorycznych, jak je nazywają, gdy praojcowie nasi pogrąŜeni 
byli w stanie dzikości i barbarzyństwa. 

Na Ziemi Ognistej stan ten utrzymuje się dotąd i długo moŜe jeszcze trwać będzie, gdyŜ 

nędzni mieszkańcy tej krainy nie okazują Ŝadnej skłonności do przyjęcia cywilizacji. 

Henryk  Chester  nie  miał  podobno  Ŝadnych  celów  naukowych,  oglądać  z  bliska  stos 

nagromadzonych muszel, prosta ciekawość nim powodowała, gdy włócznią swoją drewnianą 
zaczął  je  rozrzucać.  Nie  marzył  teŜ  zapewne  o  Ŝadnych  nadzwyczajnych  odkryciach,  jak  to 
czynią archeolodzy, którzy grzebią w przedhistorycznych „szczątkach kuchennych” a jednak 

background image

odkrył  niespodzianie  zdobycz  bardzo  szacowną  w  dzisiejszym  połoŜeniu  rozbitków.  Była  to 
przepyszna siekierka kamienna, wprawiona w rękojeść drewnianą. 

—  Siekierka!...  —  zawołał,  podnosząc  z  tryumfem  znaleziony  skarb  i  pokazując  go 

towarzyszom — patrz, Seagriffie, teraz moŜemy sobie nawet czółno zrobić!... Drzewa tu nam 
nie zbraknie, a oto narzędzie, wcale nie do pogardzenia!... 

— Prawda, czysta prawda, panie Henryku — rzekł stary cieśla, zbliŜając się i oglądając 

zdobycz na wszystkie strony — siekierka, choćby tylko kamienna, ma wartość nieobliczalną 
dla  nas  w  obecnej  chwili!..  Czy  ja  mogłem  przeczuć  przed  miesiącem  —  mówił  dalej 
poczciwiec  —  Ŝe  nam  kiedyś  przyjdzie  skarbów  szukać  na  śmietniku  tych  obrzydłych 
dzikusów? 

Rozrzucano dalej stos muszel, w nadziei, Ŝe się tam znajdzie jeszcze co poŜytecznego, 

nic jednak nie wydobyto więcej, oprócz igły z rybiej ości, którą Henryk zabrał, chcąc ją ofia-
rować pani Ganey; wreszcie wędrowcy puścili się w dalszą drogę. 

Słońce juŜ zachodziło, gdy przybyli nareszcie do małej przystani. Niestety, straszna ich 

tam czekała niespodzianka. Nie zastali juŜ kapitana z rodziną, ani Ŝadnego z majtków, wszy-
scy zniknęli; lecz liczne ślady nóg bosych na wybrzeŜu świadczyły aŜ nadto wyraźnie, Ŝe to 
była sprawka dzikich. 

 
 
 
 

XII. PORWANIE 

 
Opowiemy  teraz,  co  się  stało  w  obozie  w  czasie  nieobecności  Henryka,  Seagriffa  i 

pięciu ich towarzyszy. W parę godzin po odejściu małej gromadki, jeden z majtków, siedzący 
na  krawędzi  urwiska  i  zajęty  sporządzeniem  z  jakichś  włókien  roślinnych  sieci  do  łowienia 
ryb, zerwał się raptem na równe nogi, i zbliŜając się Ŝywo do kapitana Ganey'a: 

— Krajowcy!... — szepnął półgłosem. 
W  rzeczy  samej  długie  czółno,  jedno,  potem  drugie,  trzecie,  wreszcie  ze  dwadzieścia 

czółen  ukazało  się  na  zakręcie  cieśniny,  zmierzając  prosto  do  małej  przystani,  w  której  się 
rozbiły  łodzie  naszych  Ŝeglarzy.  Trudno  było  jeszcze  rozpoznać  z  daleka,  jakiego  rodzaju 
ludzie w tych czółnach siedzieli, lecz poniewaŜ przybywali ze strony zachodniej, nie ulegało 
prawie Ŝadnej wątpliwości, Ŝe to byli ci sami dzicy, którzy juŜ raz napadli na rozbitków, lub 
przynajmniej godni ich kamraci z tegoŜ samego plemienia Elikolepów. 

Co  tu  robić  w  tak  strasznym  niebezpieczeństwie?  Czy  uciekać  w  głąb  lasu  i  ukryć  się 

przed bystrym wzrokiem dzikich ? Takie pytania zadawał sobie kapitan, a oczywiście uciecz-
ka była jedynym środkiem ratunku dla nich, nie mieli bowiem Ŝadnej broni i w razie napaści 
nie mogliby stawić najmniejszego oporu. 

Lecz z drugiej strony płaskowzgórze, na którym obóz rozbitków był rozłoŜony, wznosi-

ło się bardzo wysoko ponad morzem i osłaniały je ze wszystkich stron urwiste skały. MoŜna 
więc było liczyć na to, Ŝe dzicy ich nie spostrzegą i dalej sobie popłyną; naleŜało tylko zaga-
sić ogień starannie i zachować się jak najciszej. 

Stanęło więc na tym, aŜeby się nie ruszać z miejsca, kapitan wydał śpiesznie stosowne 

rozporządzenia. W mgnieniu oka wyrwano tyki, na których był rozpięty namiot pani Ganey i 
rzucono je w krzaki. Zasypano ogień popiołem, potem wszyscy pokładli się na ziemi i czekali 
z bijącym sercem dalszych wypadków. 

Wkrótce pierwsze czółna zrównały się z urwiskiem, mogli więc dojrzeć rozbitkowie, Ŝe 

oprócz męŜczyzn, siedziały w nich kobiety z dziećmi, liczne psy, załadowane teŜ były rozma-
itymi  gospodarskimi  sprzętami,  jako  to:  namiotami  ze  skór,  naczyniami  kuchennymi, 
przyrządami  do  polowania  i  rybołówstwa.  Prawdopodobnie  całe  plemię  przenosiło  się  na 

background image

nowe siedlisko, stosownie do koczowniczych obyczajów tego ludu, opuszczało miejsce, gdzie 
Ŝ

ywności zabrakło i szukało innej okolicy, obfitującej w ryby lub zwierzynę. 

Kapitan śledził bacznie wszystkie poruszenia dzikich, leŜąc przy samej krawędzi urwi-

ska,  z  głową  ukrytą  wśród  gęstych  gałęzi  rosnącego  tam  krzaka  i  wkrótce  spostrzegł  rzecz, 
która go wielce zaniepokoiła. Wszystkie czółna zatrzymywały się jedno obok drugiego w po-
bliŜu małej zatoki, ustawiały się przy tym w półkole, jakby ją otoczyć chciały. CzyŜby dzicy 
wiedzieli  o  tym,  Ŝe  rozbitkowie  znaleźli  tu  schronienie,  czyŜby  mieli  zamiar  trzymać  ich  w 
oblęŜeniu?  Kapitan  podejrzewał  to  zrazu,  lecz  odkrył  wkrótce  prawdziwą  przyczynę  tych 
przygotowań; dzicy chcieli po prostu urządzić wielki połów ryb w zatoce. 

Na znak dany przez jednego z nich, zapewne naczelnika wyprawy, wszystkie czółna po-

ruszyły się znowu i zbliŜały się powoli do małej zatoki, zawsze tworząc półkole. Jednocześnie 
kilkaset psów wskoczyło do wody i płynęło naprzód w tym samym kierunku, szczekając i wy-
jąc  zawzięcie.  Ten  manewr  miał  oczywiście  na  celu  przestraszenie  ryb  i  spędzenie  jak 
największej ich ilości w głąb zatoki, wrzynającej się w ląd w kształcie podkowy u podstawy 
urwistej skały. 

Istotnie  w  parę  chwil  później  kapitan  Ganey  ujrzał,  jak  krajowcy  zapuszczali  w  wodę 

sieci  i  wyciągali  je  z  obfitą  zdobyczą.  Widok  był  niezmiernie  ciekawy.  Hałas,  zwłaszcza 
szczekanie psów spłoszyło pelikany i inne ptactwo wodne, które ulatywało w powietrze, wy-
dając przeraźliwe wrzaski. Niektóre śmielsze, nie mogąc się oderwać od ulubionego siedliska, 
krąŜyły  nisko  ponad  zatoką,  inne  rozwinęły  skrzydła  i  znikły  w  oddali.  Ryby,  przeraŜone  tą 
niespodziewaną napaścią, uwijały się Ŝywo, a woda była tak przezroczysta, Ŝe widać je było 
doskonale, jakby w akwarium pokojowym. 

W tyle czółen kobiety siedziały z wiosłami, na przedzie stali męŜczyźni, zapuszczali w 

wodę  sieci,  a  raczej  worki,  splecione  z  włókien  roślinnych,  niektórzy  trzymali  w  rękach 
włócznie  i  zręcznie  godzili  nimi  w  podpływające  największe  ryby.  Gdy  juŜ  czółna  ustawiły 
się  ciasnym  szeregiem  przy  samej  zatoce,  trzymając  ją  niejako  w  oblęŜeniu,  rozpoczęła  się 
rzeź  prawdziwa.  Rybacy  co  chwila  wydobywali  z  wody  nową  zdobycz,  rzucali  ją  na  dno 
czółen, a dzieci chwytały ryby i mordowały je bez litości. 

Osobliwszy ten połów trwał z godzinę, pośród hałasów i wrzasków ogłuszających. Trzy 

razy czółna odpływały i znów puszczając psy przed sobą, otaczały zatokę ciasnym półkolem. 
W końcu dzicy tyle ryb nałowili, Ŝe czółna pełne były prawie po brzegi. 

Rozbitkowie  czekali  niecierpliwie  ukończenia  tych  manewrów  w  nadziei,  Ŝe  dzicy 

odpłyną sobie szczęśliwie ze swoją zdobyczą. Inaczej się jednak stało, okazało się bowiem, Ŝe 
naczelnik wyprawy miał ochotę wypocząć po trudach i wysiąść na ląd, aŜeby ucztę wyprawić 
całemu towarzystwu. Postanowienie to tak szybko zostało wykonane, Ŝe kapitan Ganey zale-
dwie  miał  czas  wycofać  się  ze  swego  niebezpiecznego  stanowiska  i  dać  znać  o  tym,  co  się 
działo, towarzyszom ukrytym w pobliskich krzakach.  Za późno juŜ było  na szukanie innego 
schronienia, lub ucieczkę w  głąb lasu. Wiedzieli, iŜ nie zdołają biec szybko wśród  gęstwiny 
drzew, z powodu wielu przeszkód, zresztą szelest suchych gałęzi pod ich stopami zdradziłby 
ich  niezawodnie.  Z  dwojga  złego,  lepiej  więc  juŜ  było  siedzieć  spokojnie  wśród  krzaków, 
zachowując się jak najciszej. 

Wtem  dał  się  słyszeć  huk  straszliwy,  jakby  uderzenie  gromu.  Rozbitkom  naszym 

przypomniała  się  katastrofa  wczorajsza.  Był  to  jednak  wypadek  daleko  zwyczajniejszy,  a 
nawet  bardzo  zwyczajny  w  kaŜdej  puszczy:  stare,  odwieczne  drzewo  obaliło  się  na  ziemię. 
Zgrzybiały  ten  kolos,  spróchniały  od  dawna  ,od  korzenia  aŜ  do  wierzchołka,  czekał  tylko 
sposobności,  aŜeby  lec  z  chwałą  po  długoletnim,  kilkuwiekowym  zapewne  Ŝywocie.  Sposo-
bności tej dostarczył mu kucharz Poluks, który za grubym pniem, wsparty o niego, zajął był 
stanowisko  obserwacyjne.  CięŜar  ten  wyprowadził  olbrzyma  z  równowagi,  a  nasz  Murzyn 
obalił się z nim razem na ziemię i znikł zupełnie pośród gałęzi drzewa. 

ś

eglarze sądzili zrazu, Ŝe biedny kuchmistrz zginął i nie powstanie więcej, Ŝe ogromny 

background image

pień zgniótł go na miazgę swoim cięŜarem. Nic mu się jednak nie stało, nie miał najlŜejszego 
zadraśnięcia,  zerwał  się  Ŝwawo  na  nogi,  kichnął  tylko  kilka  razy,  nałykawszy  się  porządnie 
kurzu. 

Dzicy w tej samej chwili ukazali się na płaskowzgórzu; nie zwrócili jednak Ŝadnej uwa-

gi na upadające drzewo, zjawisko to było dla nich pospolitą rzeczą. MoŜe by byli nie zwaŜali 
takŜe  i  na  kichania  Poluksa,  zagłuszone  hałasem  i  wrzawą  ogólną.  Psy  okazały  więcej  roz-
tropności; gdy tylko przednia ich straŜ wpadła na płaskowzgórze, poczuła węchem Murzyna i 
rzuciła się na niego, szczekając zajadle. Na to hasło nadbiegła reszta psiarni i w jednej chwili 
cała  gromadka  rozbitków  ujrzała  się  otoczona  przez  liczną  zgraję  zwierząt  rozjuszonych, 
wyjących  przeraźliwie.  Kapitan  Ganey  spostrzegł  od  razu,  Ŝe  nie  było  sposobu  dłuŜej  się 
ukrywać,  podniósł  więc  głos,  zwołując  wszystkich  majtków  i  stanął  odwaŜnie  na  ich  czele, 
obejmując ramionami drŜące kobiety. 

Dzicy w pierwszej chwili spoglądali na nich z wyrazem osłupienia a nawet przeraŜenia. 

Cofnęli  się  o  parę  kroków,  tuląc  się  jedni  do  drugich,  spodziewali  się  zapewne  usłyszeć  te 
straszliwe wystrzały palnej broni, z którymi się juŜ zapoznali podczas poprzedniego spotkania 
z białymi ludźmi. Nie śmieli więc się zbliŜać, porozumiewali się tylko między sobą, wołając: 

— Akifka akinisz .... (biali ludzie!). 
Wkrótce  jednak  spostrzegli,  Ŝe  nie  było  czego  się  obawiać,  bo  biali  ludzie  nie  mieli 

Ŝ

adnej  broni,  oprócz  kijów,  którymi  ledwo  się  od  psów  opędzić  mogli.  Tymczasem  cała 

gromada dzikich wylądowała na wybrzeŜe i stanęła na płaskowzgórzu. W parę minut rozbit-
kowie  otoczeni  byli  dokoła,  wstrętna,  okropna  tłuszcza  najpotworniejszych  w  świecie  istot 
naciskała  ich  z  bliska  ze  wszystkich  stron.  Były  tam  w  tym  tłumie  i  kobiety  z  oczyma 
krwawymi,  potarganymi  włosami,  i  starcy  przygarbieni,  o  długich  chudych  ramionach,  i 
dzieci, podobne do małpiąt, i męŜczyźni w sile wieku, z wyrazem twarzy, przypominającym 
najdrapieŜniejsze  zwierzęta.  W  błędnych  spojrzeniach,  które  rzucali  wszyscy  na  nieszczęśli-
wych  rozbitków,  nie  było  nic  ludzkiego,  najmniejszego  śladu  współczucia  lub  litości,  malo-
wały  się  w  nich  tylko  najdziksze  zwierzęce  instynkty,  gniew,  zemsta,  chciwość.  Z  ust  ich 
wychodziły głuche okrzyki, bardziej podobne do ryku bydląt, niŜ do głosu ludzkiego. 

Biedna  Madzia  nie  mogła  znieść  tego  strasznego  widoku,  pochyliła  głowę  na  ramię 

matki  i  straciła  przytomność.  Kapitan  Ganey  pochwycił  córkę  w  objęcia,  na  czole  jego 
zarysowała się cięŜka troska, Ŝona, tłumiąc łkanie, tuliła się do niego wybladła i drŜąca. 

A wtem ukazał się na płaskowzgórzu jeden jeszcze Elikolep, widocznie wódz całej tej 

gromady, gdyŜ wszyscy rozstępowali się przed nim z uszanowaniem. Nowo przybyły ubrany 
był  nieco  wykwintniej  od  swoich  podwładnych:  miał  na  sobie  rodzaj  spódniczki  ze  skóry 
Ŝ

ółtej, coś na kształt stroju szkockiego, posiadał nawet okrycie głowy, stary kapelusz słomia-

ny, a w ręku trzymał strzelbę skałkową. Nie tylko jednak te szacowne przedmioty stanowiły o 
jego wyŜszości, szanowano w nim oczywiście i siłę, i rozum niepospolity. Kapitan Ganey nie 
mógł otrząsnąć się ze zdumienia, gdy ten wódz Elikolepów przemówił do niego po angielsku. 

— Strzelaliście do moich wojowników — rzekł dziki — zraniliście mi trzech ludzi. 
—  Twoi  wojownicy  zagrodzili  nam  drogę  na  morzu,  a  po  morzu  wolno  przecieŜ 

kaŜdemu Ŝeglować — odpowiedział kapitan Ganey. 

— Mieli prawo do tego, bo knuliście przeciw nam zdradliwe zamiary. Po co płynęliście 

przez  tę  cieśninę,  i  zbliŜaliście  się  do  naszych  mieszkań?  —  mówił  znów  tamten.  —  Ale 
gdzieŜ  to  się  podziały  wasze  strzelby?  —  dodał,  oglądając  się  dokoła,  nie  bez  pewnego 
niepokoju. 

— Zabrali je towarzysze nasi, którzy poszli na polowanie — rzekł kapitan, spostrzegł-

szy  od  razu  w  jaki  sposób  z  tego  niepokoju  skorzystać  moŜna  —  moŜe  wódz  raczy  zjeść 
obiad z nami, zanim oni powrócą. Przy jedzeniu lepiej idzie rozmowa. 

—  Wód  najwyŜszy  Elikolepów  ma  pod  dostatkiem  ryb  i  zwierzyny  —  odrzekł  dziki 

obojętnie. 

background image

— Nie wątpię o tym, ale mój kucharz tu obecny umie przyrządzać jedzenie z wyborny-

mi przyprawami, których przyjaciel mój, wódz najwyŜszy, moŜe nigdy jeszcze nie kosztował. 

—  Wódz  najwyŜszy  gardzi  cudzoziemskimi  przyprawami,  kosztował  ich  nieraz,  lecz 

woli potrawy, które jadali ojcowie jego. 

Niewiadomo, na czym by się była skończyła ta osobliwa rozmowa, gdyby na nieszczę-

ś

cie  wzmianka  kapitana  o  Poluksie,  którego  wskazał  jako  doskonałego  kuchmistrza,  nie 

zwróciła  była  powszechnej  uwagi  na  biednego  Murzyna.  Dzicy  w  pierwszej  chwili  nie  spo-
strzegli barwy jego skóry, gdyŜ cały okryty był kurzem, po wiadomym wypadku z drzewem, 
w końcu jednak poznali w nim Murzyna, a odkrycie to osobliwe na nich wywarło wraŜenie. 

Trzeba  wiedzieć,  Ŝe  mieszkańcy  Ziemi  Ognistej  czują  wstręt  do  Murzynów  afrykań-

skich. Jest to rzecz niepojęta, sami bowiem stokroć szpetniej od nich wyglądają i pod kaŜdym 
względem niezawodnie stoją na niŜszym stopniu, a jednak faktem jest, Ŝe nie znoszą widoku 
Murzyna. Skoro tylko tłum obaczył Poluksa, zewsząd ozwał się szmer złowrogi, liczne głosy 
zaczęły wołać coraz głośniej: 

— Ikal szulokel. Uftukla!... (Zabić czarnego psa!). 
I  nie  czekając  rozkazów  najwyŜszego  wodza,  kilkanaście  rąk  pochwyciło  nieszczęśli-

wego Poluksa. Napad ten stał się hasłem strasznego zamieszania. Namiętności, które na chwi-
lę  powstrzymała  ciekawość  i  uszanowanie  dla  wodza,  rozmawiającego  z  białymi,  wybuchły 
teraz z całą gwałtownością. MęŜczyźni, kobiety, dzieci, wszystko to rzuciło się na rozbitków 
z najwyŜszą wściekłością. Rozdzielono ich i powiązano, kto wie, co by się stało z nimi, gdyby 
wódz nie był się odezwał: 

Macie teraz ryb dosyć, zostawcie jeńców na zimę — rzekł w języku krajowców. 
Uwaga ta wszystkim trafiła do przekonania, niektórzy tylko byli niezadowoleni i Ŝądali, 

aŜeby przynajmniej spoŜycia Murzyna nie odkładać na później. MoŜe nawet to jedno go ura-
towało, Ŝe na płasko wzgórzu brakło miejsca dla tak licznej gromady, dzicy nie mogli się tu 
rozłoŜyć wygodnie z przyborami kuchennymi. ToteŜ postanowili przekąsić tylko trochę i pły-
nąć  dalej,  aby  sobie  upatrzyć  wygodniejsze  miejsce  na  dłuŜsze  koczowisko.  Jeńców  zaś 
powiązanych umieścili na łodziach. 

Około  drugiej  po  południu,  najadłszy  się  do  syta  rybami  pieczonymi  na  węglach,  roz-

dmuchanych w ognisku Poluksa, gromada dzikich wyruszyła dalej w kierunku wschodnim. 

 Kapitan Ganey zaledwie parę słów mógł przemówić do Ŝony i córki w okropnej chwili 

rozstania, gdyŜ umieszczono je w osobnej łodzi. 

— Nie traćcie nadziei, ukochane moje — rzekł do nich półgłosem — jeszcze nie wszy-

stko stracone, moŜe wydostaniemy się z tych rąk okrutnych... 

Lecz  bladość  śmiertelna  jego  twarzy  i  rozpacz,  malująca  się  w  oczach,  przeczyły  tym 

słowom.  Pani  Ganey  zrozumiała  dobrze,  iŜ  ta  nadzieja,  którą  chciał  je  łudzić,  była  urojona, 
odpowiedziała mu więc tylko bolesnym uśmiechem. Madzia otrząsnęła się teraz z pierwszego 
przestrachu, okazywała nawet niezwykłą odwagę. 

— O tak, ojcze, nie traćmy nadziei — rzekła z anielskim wyrazem w pięknych oczach i 

z  niepojętym  w  tak  strasznym  połoŜeniu  spokojem  —  Henryk  Chester  jest  wolny,  on  nas 
uratuje. 

Ojciec popatrzał na nią z głęboką boleścią, nie chciał zachwiać tej ufności, chociaŜ sam 

jej  nie  podzielał.  Henryk  był  dzieckiem  prawie,  zresztą,  cóŜ  on  mógł  dla  nich  uczynić  przy 
najlepszych chęciach i najgorliwszych usiłowaniach? 

 
 
 
 
 
 

background image

 

XIII. NA LĄDZIE 

 
Gdy minęła pierwsza chwila przeraŜenia, Henryk Chester i Seagriff zaczęli grunt bacz-

nie oglądać, szukając śladów walki lub gwałtów. Nic podobnego nie znaleźli, lecz nie odkryli 
znaj mniejszego znaku, z którego by wnosić mogli, Ŝe kapitan Ganey dobrowolnie opuścił to 
miejsce. A przecieŜ niepodobna, aby w takim razie nie starał się ich o tym zawiadomić. Nie 
ulegało zatem wątpliwości, Ŝe go z rodziną uprowadzono przemocą. 

O  obecności  dzikich  na  płaskowzgórzu  świadczyły  najlepiej  ości  rybie,  porozrzucane 

wszędzie  w  ogromnej  obfitości.  Były  to  resztki  uczty.  Oczywista  rzecz,  Ŝe  kapitan  Ganey  z 
kilku  majtkami  nie  był  w  stanie  nałowić  tylu  ryb,  nie  mieli  bowiem  potrzebnych  do  tego 
przyborów  rybackich.  Henryk  przypomniał  sobie  teraz  czółna,  które  widzieli  z  wierzchołka 
góry, wiedział więc przynajmniej, w którą stronę dzicy uprowadzili jeńców, czółna te płynęły 
w kierunku wschodnim, to jest prosto do kanału Beagle'a. 

Młodzieniec  głośno  wypowiadał  te  wszystkie  myśli,  a  doszedłszy  do  tego  ostatniego 

wniosku, tak widoczne okazywał zadowolenie, Ŝe Seagriff nie mógł ukryć zdziwienia i rzekł: 

—  JakaŜ  w  tym  pociecha,  Ŝe  jeńcy  popłynęli  na  wschód  a  nie  na  zachód?  Zawsze  są 

przecieŜ  w  rękach  najokropniejszych  hultajów,  jakich  ziemia  nosiła.  Los  ich  będzie  równie 
smutny, czy na wschodzie, czy na zachodzie. 

— To być moŜe, mój drogi Seagriffie — odrzekł Henryk — w kaŜdym razie, poniewaŜ 

wskutek dzisiejszej naszej wycieczki powzięliśmy postanowienie zwrócić się na wschód, gdy-
byśmy w podróŜ puścić się mieli, więc rad jestem, Ŝe i dzicy uprowadzili jeńców w tę stronę. 
Dziwię  się  nawet,  iŜ  nie  odgadłeś  moich  myśli.  Zastanów  się  tylko:  podróŜ  piesza  przez 
gąszcze  leśne,  wzdłuŜ  wybrzeŜy  kanału,  byłaby  dla  obu  pań  nadzwyczaj  uciąŜliwa.  MoŜe 
więc ci Elikolepi ułatwili sprawę, uwoŜąc je na swoich łodziach!... 

Stary  cieśla  spojrzał  ze  zdumieniem  na  Henryka,  te  słowa  wyglądały  na  Ŝarty.  CzyŜ 

moŜna  było  w  takim  nieszczęściu  upatrywać  dobrą  stronę!  Widział  jednak,  Ŝe  młody  oficer 
mówił to w dobrej wierze, nie miałby przecieŜ serca Ŝartować w tej chwili. Ale Henryk takie 
juŜ miał szczęśliwe usposobienie, Ŝe wszystko sobie umiał na dobre wytłumaczyć. Ta ufność 
jego  w  Opatrzność  i  w  potęgę  silnej,  wytrwałej  woli  i  odwagi,  która  wśród  najtrudniejszych 
okoliczności  wydźwignąć  moŜe  tego,  kto  rąk  nie  opuszcza,  udzieliła  się  w  końcu  i  staremu 
cieśli. Powiedział więc sobie takŜe na pociechę, Ŝe skoro w kaŜdym razie postanowili puścić 
się na wschód, lepiej juŜ zrobili dzicy, uwoŜąc w tę stronę kapitana z rodziną, aniŜeliby mieli 
odpłynąć w przeciwną. 

— Dzięki temu wszystkiemu, nie jedliśmy obiadu i nawet nie zanosi się jakoś na to — 

odezwał się w tej chwili jeden z majtków, odznaczający się niezwykłym apetytem. 

Mówił  to  zupełnie  z  taką  miną,  jak  gdyby  miał  za  złe  kapitanowi,  Ŝe  dał  się  wziąć  w 

niewolę, nie pomyślawszy wprzód o przygotowaniu posiłku dla swoich podwładnych chociaŜ 
wiedział o tym doskonale, iŜ powrócą głodni z wycieczki. MoŜe i do Henryka z tego powodu 
czuł trochę Ŝalu, miał bowiem to głębokie przekonanie, iŜ pierwszym obowiązkiem przełoŜo-
nych jest pamiętać o wszystkich potrzebach tych, którym rozkazują, w czym nawet miał wiel-
ką słuszność. 

Henryk  wszedł  w  jego  połoŜenie  i  rad  by  był  naprawić  niedbalstwo  kapitana  Ganey'a. 

Na  próŜno  jednak  rozglądał  się  na  wszystkie  strony  i  wyliczał  w  myśli  rozmaite  płody  tej 
ziemi,  w  tej  chwili  nic  nie  było  pod  ręką,  oprócz  berberysu.  Raptem,  zwróciwszy  wzrok  na 
zatokę, zauwaŜył gromadkę mew, latających nisko ponad wodą. Ptaki te widocznie zawzięty 
spór wiodły pomiędzy sobą, a gdy młodzieniec spojrzał w dół, zobaczył w miejscu, nad któ-
rym  mewy  krąŜyły  tak  hałaśliwie,  przedmiot  biały  pływający  na  powierzchni  wody.  Rozpo-
znał wkrótce z zadowoleniem, Ŝe to były dwie ogromne ryby, związane sznurkiem. Zapewne 
wysunęły  się  z  łódki  dzikich  ludzi.  Ryby  te  były  za  duŜe  i  za  cięŜkie,  aby  je  mewy  unieść 

background image

mogły, swarzyły się tylko o tę zdobycz, wrzeszcząc i bijąc skrzydłami. 

— OtóŜ to dla nas gratka, co się zowie — rzekł Henryk, zdejmując obuwie i wchodząc 

do wody. Z łatwością pochwycił ryby z przed nosa mew, które tym do prawdziwej rozpaczy 
doprowadził.  Krzykliwe  ptaki  gromadnie  za  nim  goniły  aŜ  do  samego  brzegu,  latając  mu 
ponad  głową  i  ogłuszając  swym  przeraźliwym  wrzaskiem.  On  jednak  nie  zwaŜał  na  to  i  nie 
miał  wcale  ochoty  uwzględnić  tych  wymagań,  śpieszył  do  brzegu,  niosąc  dwie  przepyszne, 
ś

wieŜuteńkie makrele. 

Widok  ten  przyniósł  zasmuconym  marynarzom  trochę  pociechy.  Upieczono  naprędce 

obie  ryby,  jedną  spoŜyto  natychmiast  z  wielkim  smakiem,  drugą  zachowano  na  śniadanie 
jutrzejsze. Tymczasem i  noc zapadła, mała  gromadka ułoŜyła się do snu  pod drzewami, aby 
sił nabrać i rano wyruszyć w drogę. 

Nazajutrz przed wschodem słońca wszyscy juŜ byli na nogach i niezwłocznie puścili się 

w podróŜ. Postanowili przede wszystkim nie oddalać się zbytnio od wybrzeŜa, najpierw, aŜe-
by drogi nie zmylić, a potem dlatego, Ŝe w morzu łatwiej zawsze znaleźć poŜywienie, aniŜeli 
na lądzie. 

Najprostszą było rzeczą iść ciągle przy samym brzegu cieśniny, a jednak po naradzie z 

Seagriffem,  Henryk  oznajmił  swojej  gromadce,  Ŝe  będą  wędrować  ogromnymi  zygzakami, 
rano  podąŜając  w  kierunku  ukośnym  ku  wyŜynom,  z  których  mogli  widzieć  rozległe  prze-
strzenie lądu, a co wieczór powracając ku brzegom morskim, aby się posilić i przenocować. 
Droga co prawda nadzwyczajnie się tym sposobem wydłuŜała, gdyŜ zamiast dziesięciu mil w 
linii prostej, musieli przejść co najmniej dwadzieścia pięć w takim zygzakowatym kierunku. 
Lecz tak zawsze łatwiej mogli się uchronić od spotkania z krajowcami, gdyŜ ci rzadko kiedy 
oddalają się od morza, a był to dla nich powód bardzo waŜny, nie mieli bowiem broni. 

Wędrowcy  nasi  trzymali  się  ściśle  tego  planu,  a  powróciwszy  wieczorem  na  brzeg 

morski,  rozkładali  się  obozem  w  jakimś  zakątku,  osłoniętym  skałą  lub  drzewami,  ogień  zaś 
rozpalali w głębokiej jamie, wygrzebanej w ziemi, aŜeby nie mógł być widziany z daleka. 

Zwykłym ich poŜywieniem były muszle, zbierane na wybrzeŜu, lub na ławicach szuwa-

rów,  jeśli  je  napotkali,  znajdowali  teŜ  często  jagody  po  lasach.  Kiedy  niekiedy  udało  się  im 
zejść znienacka i zabić kijem młodą fokę, wtenczas mieli zapas mięsa na parę dni. Nie wszy-
stkie części foki są równie smaczne, lecz polędwica i głowa stanowią pokarm wyszukany, w 
niczym nie ustępujący  cielęcinie. Seagriff nawet  dokazał tyle, pracując długo i wytrwale, Ŝe 
wydrąŜył  kloc  z  twardego  drzewa,  w  którym  moŜna  było  ugotować  polewkę  z  ziół,  a  nie 
brakło do tego dzikiej rzeŜuchy i innych roślin aromatycznych. Jeden z majtków wprawiał się 
w rzucanie kamieni z procy i juŜ takiej nabył zręczności, Ŝe mu się nieraz udawało zabić pta-
ka na gałęzi. Jeśli natrafił na papugę, niewielki był stąd poŜytek, rosół tylko gotowano, gdyŜ 
mięso  tego  ptaka  jest  twarde  i  niesmaczne.  Lecz  gdy  przyniósł  dziką  kaczkę,  wyprawiano 
ucztę  co  się  zowie.  Zwłaszcza  pewien  gatunek,  właściwy  Ziemi  Ognistej,  tak  zwana  kaczka 
parowiec (steamer) wszystkim smakowała niezmiernie. 

Jest to duŜy ptak, waŜący do dwudziestu funtów i dochodzący niekiedy metra długości. 

Głowę  ma  ogromną,  dziób  szeroki,  silny,  rozgryza  nim  muszle,  którymi  się  zwykle  Ŝywi. 
Skrzydła ma za krótkie i za słabe do lotu; słuŜą mu tak samo, jak strusiom, do przyśpieszania 
biegu, a chociaŜ jest płetwonogą, bieŜy z taką chyŜością, Ŝe przebywa czasem dziesięć mil na 
godzinę.  Kaczka  parowiec  pływa  teŜ  równie  szybko  po  wodzie,  a  przy  tym  uderza  o  wodę 
skrzydłami z szelestem, jak parowiec łopatkami swych kół, stąd pochodzi dziwna jej nazwa.  

Znakomity  przyrodnik  Darwin  pierwszy  zauwaŜył,  Ŝe  ptak  ten  porusza  skrzydłami 

kolejno, a nie jednocześnie, czym róŜni się od reszty rzeszy skrzydlatej. 

Codziennie wędrowcy widywali tysiące fok i otarii. Raz mieli przed oczyma osobliwy 

widok, foka samica uczyła malca swego pływać. Wzięła go najpierw za płetwę, jak gdyby go 
pod pachę trzymała, i unosiła ostroŜnie na powierzchni wody. Potem raptem rzuciła go dość 
daleko,  zmuszając  tym  sposobem,  aby  sobie  sam  dawał  radę.  Gdy  jednak  spostrzegła  Ŝe 

background image

biedny  malec  zdyszany  był  i  znuŜony,  podpłynęła  zaraz  do  niego  i  znowu  go  za  płetwę  po-
chwyciła.  Gdy  odpoczął  trochę,  popchnęła  go  powtórnie  naprzód  i  nastąpiła  nowa  próba 
samodzielnego pływania, a lekcja ta trwała dość długo. Mała foka z początku brała się do tego 
bardzo  niezgrabnie,  lecz  po  godzinnej  wprawie,  zaczęła  się  popisywać  z  coraz  większą 
odwagą, radując serce matki. 

Ciekawsze  jeszcze  i  osobliwsze  widowisko  wyprawiły  im  wieloryby.  Pewnego  ranka 

ujrzeli  na  samym  środku  kanału  dwa  olbrzymie  cielska,  płynące  jedno  za  drugim.  Niekiedy 
wieloryby podpływały tak blisko do brzegu, Ŝe moŜna by wiosłem do nich dostać, chwilami 
przystawały i oddychały z hałasem, wyrzucając  w powietrze strumienie  wody, która rozbry-
zgiwała się szeroko, spadała z szumem aŜ na drzewa nadbrzeŜne, jak deszcz rzęsisty. Z daleka 
strumień taki wyglądał, jak piękny wodotrysk, otoczony mglistym obłokiem, który na słońcu 
przybierał  blask  srebrzysty.  Wieloryby  pływały  tu  i  owdzie  po  kanale,  jakby  igrając,  potem 
znów  puszczały  się  w  dalszą  drogę.  Przybyły  od  zachodu  i  płynęły  w  kierunku  wschodnim. 
Oczywiście przeprawiały się z jednego oceanu do drugiego tą samą drogą, którą rozbitkowie 
upatrzyli jako najdogodniejszą dla siebie. CzemuŜ nie mogli takŜe odbywać morzem tej pod-
róŜy. 

ś

yczenie to miało być niezadługo spełnione. Nazajutrz po owym spotkaniu z wieloryba-

mi, podróŜnicy nasi wybierali się właśnie w dalszą drogę, gdy usłyszeli w pobliŜu, od strony 
wody, głosy ludzkie, co ich niezmiernie zaniepokoiło, jak łatwo sobie wyobrazić.  

Henryk  Chester  dał  znak  towarzyszom,  aby  się  nie  ruszali  z  miejsca,  sam  zaś  na 

czworakach dostał się na samą krawędź nadbrzeŜnego urwiska, wznoszącego się kilkanaście 
metrów  nad  powierzchnią  morza  i  połoŜył  się  tam  w  taki  sposób,  aby  mógł  widzieć,  co  się 
dzieje na wodzie, nie będąc stamtąd widzianym. 

Zobaczył duŜe czółno uwiązane do brzegu u stóp skały. Dwunastu Elikolepów uwijało 

się  po  wybrzeŜu,  jedni  juŜ  ogień  rozpalali,  gdy  drudzy  dopiero  przygotowywali  rybackie 
przyrządy, chcąc korzystać z odpływu morza. 

Henryk zauwaŜył od razu, Ŝe wbrew zwyczajowi swemu nie mieli psów przy sobie, co 

go uspokoiło, gdyŜ te zwierzęta najprędzej zawsze zwęszą obecność białych. Z początku my-
ś

lał  więc  tylko  o  tym,  jakby  się  ukryć  przed  wzrokiem  dzikich.  Lecz  po  chwili  zuchwały 

pomysł powstał w jego głowie. 

—  Dlaczego  nie  mielibyśmy  sobie  przywłaszczyć  czółna  tych  niegodziwców?...  Czy 

warto  być  delikatnym  wobec  tych  ludzi,  którzy  nas  traktują  jak  wrogów,  przyjaciół  naszych 
wzięli  w  niewolę,  a  gdyby  mogli,  z  pewnością  by  nas  wymordowali  bez  wahania?  Podstęp 
wojenny w takim połoŜeniu jest przecieŜ rzeczą zupełnie godziwą, a porządne czółno bardzo 
by się nam przydało!... 

Ta  myśl  tak  mu  się  podobała,  Ŝe  natychmiast  powrócił  do  towarzyszy  z  taką  samą 

ostroŜnością,  aŜeby  najlŜejszym  szelestem  nie  zdradzić  przedwcześnie  swojej  obecności. 
Skinął na majtków i przedstawił im plan swój półgłosem. 

Przedsięwzięcie okazało się moŜliwe do wykonania. Było ich siedmiu przeciw dwuna-

stu  i  posiadali  przecieŜ  rewolwer.  Mogli  liczyć  na  to  według  wszelkiego  prawdopodobień-
stwa,  Ŝe  wystrzał  spłoszy  dzikich  i  Ŝe  w  pierwszej  chwili  przynajmniej  głowy  potracą.  Szło 
tylko  o  to,  czy  zamokłe  naboje  czasem  nie  zawiodą.  Dotychczas  ich  nie  wypróbowano,  nie 
chcąc marnować tak szacownego skarbu i obawiając się zwabić wystrzałem dzikich. Seagriff 
nie zaniedbał jednak osuszyć starannie tych nabojów, wieszając je u pasa, aŜeby przez dzień 
cały wystawione były na działanie słońca. 

Wszyscy  zgodzili  się  na  to,  Ŝe  naleŜało  popróbować  szczęścia,  z  ośmiu  nabojów  choć 

parę przecieŜ musiało być juŜ dostatecznie osuszonych, a więcej nie potrzeba było na to, aby 
przestrach wzbudzić w obozie dzikich. 

Seagriff dał chwalebny przykład subordynacji, chciał bowiem ustąpić swego rewolweru 

Henrykowi, który był jego przełoŜonym, jako oficer. Lecz młodzieniec za nic nie chciał przy-

background image

jąć  tej  ofiary,  oświadczył  stanowczo,  Ŝe  poniewaŜ  stary  cieśla  szczęśliwym  trafem  zdołał  tę 
broń uratować, sam teŜ powinien jej uŜywać. 

Wszystkie te narady odbywały się szeptem i wędrowcy przystąpili niezwłocznie do wy-

konania  swojego  planu.  Stanęło  na  tym,  Ŝe  Henryk  z  trzema  majtkami  miał  udać  się  mano-
wcami o kilkanaście kroków dalej, podczas gdy Seagriff z dwoma pozostałymi zbliŜy się o ile 
moŜności do łodzi. Szło o to, aby z dwóch stron naraz napaść niespodzianie na dzikich i tym 
ich zmieszać i przerazić. Mała gromadka rozdzieliła się tedy, Henryk miał dać znak do ataku 
gwizdnięciem, stanąwszy na stanowisku. 

Cały ten manewr wykonany  był z zadziwiającą zręcznością, Henryk i towarzysze jego 

ukryli się za skałą nadbrzeŜną tak doskonale, Ŝe słyszeli głosy Elikolepów, którzy ich widzieć 
nie  mogli.  Weszli  cichuteńko  do  wody  i  ciągle  zasłonięci  skałą,  która  pochylała  się  ponad 
nimi, skradali się ostroŜnie, jeden trzymał w ręku włócznię drewnianą, drugi maczugę, trzeci 
procę,  a  Henryk  siekierkę  kamienną,  którą  znalazł  w  opuszczonym  obozowisku.  Szczęście 
chciało, Ŝe dzicy siedzieli wszyscy przy ogniu, zajęci przyrządzaniem jedzenia i nie zwaŜali 
zbytecznie na to, co się dokoła nich działo. 

A wtem Henryk gwizdnął nagle i poskoczył naprzód, ukazując się zdziwionym dzikim. 

W  tejŜe  samej  chwili  z  drugiej  strony  pojawił  się  Seagriff  ze  swoimi  towarzyszami.  Stary 
cieśla  wycelował,  do  jednego  z  dzikich,  który  mu  się  wydał  wodzem,  nacisnął  rewolwer, 
ozwał się strzał, a dziki ugodzony w prawe ramię, zaczął krzyczeć w niebogłosy. 

PrzeraŜeni  tą  niespodzianą  napaścią,  wyobraŜając  sobie,  Ŝe  strzały  śmiertelne  posypią 

się teraz jeden za drugim, dzicy zupełnie stracili zimną krew, Ŝaden nawet własnej broni nie 
pochwycił  i  wszyscy  się  rozbiegli,  jedni  powskakiwali  do  wody,  ratując  się  wpław,  inni 
popędzili lądem w róŜne strony. 

Gdy  tak  nieprzyjaciel  opuścił  pole  walki,  nie  próbując  nawet  obrony,  zwycięzcy  nie 

omieszkali skorzystać z połoŜenia, co Ŝywo łódź odwiązali, wskoczyli do niej i odpłynęli. 

W  kwadrans  znajdowali  się  juŜ  po  środku  kanału,  wiosłowali  z  zapałem,  a  chociaŜ 

zdobyte czółno było bardzo proste, zupełnie pierwotnej budowy, niosło ich jednak chyŜo, a co 
więcej,  odkryli  w  nim  ku  wielkiej  swej  radości  mnóstwo  poŜytecznych  przedmiotów,  jak 
skóry  foki,  rozmaite  narzędzia  z  drewna  i  kamienia.  Po  godzinie  byli  juŜ  daleko,  stracili  z 
oczu urwistą skałę, która była widownią bohaterskiego ich czynu. 

 
 
 
 

XIV. NOWE KŁOPOTY 

 
Czółno  trzymało  się  wybornie  i  płynęło  szparko,  zwłaszcza  gdy  przytwierdzono  doń 

Ŝ

agiel, dowcipnie sporządzony z wierzchnich ubiorów rozbitków, pozszywanych naprędce za 

pomocą  igieł  z  ości  i  włókien  roślinnych.  Prąd  fali  unosił  lekki  statek  prawie  bez  pomocy 
wioseł, śpiesznie więc posuwali się Ŝeglarze nasi wzdłuŜ kanału Beagle'a. 

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy ujrzeli wprost przed sobą wyspę, czy teŜ wybrze-

Ŝ

e lądu, bo nie mogli tego rozpoznać. Kanał w tym miejscu rozdwajał się widłowato. Seagriff 

utrzymywał,  Ŝe  to  musiała  być  Wyspa  Diabelska,  radził  zatrzymać  się  tu  i  wypocząć,  gdyŜ 
wyspa ta jest bezludna, a mgła podnosiła się ponad wodą, zapowiadając noc bardzo ciemną. 
Henryk  zgodził  się  na  to  z  ochotą,  lecz  dla  uniknięcia  wszelkich  niemiłych  niespodzianek, 
wydal rozkaz, aby czółno wyciągnięto na brzeg i ukryto w gąszczach dla bezpieczeństwa. 

Uporawszy się z tym szybko, Ŝeglarze zaczęli szukać zapasów Ŝywności, gdyŜ głód im 

na  dobre  dokuczał.  Natrafili  wkrótce  na  duŜą  chatę  kwadratową,  pobudowaną  z  ogromnych 
pni  drzewnych,  z  dachem  urządzonym  z  gałęzi.  Mieszkanie  to  musiało  być  od  dawna  opu-
szczone, gdyŜ bujne zielska i trawy otaczały je dokoła. Nie było ono podobne do chatek, sta-

background image

wianych  zwykle  przez  krajowców  Ziemi  Ognistej,  wyglądało  raczej  na  dzieło  rąk  białych. 
Seagriff, znający dokładnie dzieje Wyspy Diabelskiej, objaśnił, Ŝe tę chatę wybudowali majt-
kowie  okrętu  „Beagle”,  który  był  wysłany  przez  rząd  angielski  dla  obejrzenia  tej  ziemi  pod 
dowództwem  dzielnego  kapitana  Fitzroy.  Wiedział  takŜe,  skąd  pochodziła  nazwa  Wyspy 
Diabelskiej, było to zdarzenie bardzo zabawne.  

Jeden  z  majtków  angielskich  usnął  pod  drzewem,  na  którym  gnieździł  się  olbrzymi 

puchacz. Przeraźliwy wrzask ptaka tak go przeraził w nocy, Ŝe przypisywał to złym duchom, 
zamieszkującym  Ziemię  Ognistą  i  dziwne  rzeczy  opowiadał  o  swojej  przygodzie.  Wkrótce 
wykryto  prawdziwą  przyczynę  jego  trwogi,  niemniej  jednak  nadano  wyspie  nazwę  Diabel-
skiej. 

Opowiadanie Seagriffa było prawdziwe, anegdotę tę zapisał kapitan Fitzroy w dzienni-

ku  swej  podróŜy,  mylił  się  tylko  nasz  cieśla  w  jednej  rzeczy,  niewłaściwie  to  wszystko 
stosował  do  wyspy,  na  której  gromadka  rozbitków  wypoczywała,  gdyŜ  to  nie  była  wcale 
Wyspa Diabelska, jak się niedługo okaŜe. Stąd wniosek, Ŝe i chata nie mogła być zbudowana 
przez załogę okrętu angielskiego. Lecz wyobraźnia wiele moŜe, a nasi rozbitkowie niewymo-
wnej  doznali  pociechy  w  tej  myśli,  Ŝe  mają  nad  głową  dach,  wzniesiony  przez  ręce  ludzi 
cywilizowanych.  Błogie,  uroczyste  prawie  uczucie  przejęło  ich  serca,  gdy  płomień  buchnął 
wesoło na ognisku, urządzonym z duŜych kamieni w kącie chaty. 

Wszyscy skupili się dokoła tego ognia, gdyŜ wieczór był chłodny, a gdy spoŜyli wiecze-

rzę, złoŜoną z foki pieczonej, zaczęli się naradzać nad swym połoŜeniem. Nowa nadzieja ich 
oŜywiała, a powodzenie natchnęło odwagą i ufnością. Wszak mieli czółno, dopłynęli szczęśli-
wie  do  Wyspy  Diabelskiej  (tak  sobie  przynajmniej  wyobraŜali),  teraz  więc  mogli  śmiało 
liczyć na to, Ŝe ujdą pogoni zawziętych Elikolepów i za parę dni dotrą do Zatoki Powodzenia. 
Tam  zaś  musieli  się  doczekać  wcześniej  lub  później  jakiegoś  statku,  tak  przynajmniej  upe-
wniał Seagriff. Raz spotkawszy się z ludźmi cywilizowanymi, z porządnymi Ŝeglarzami, nie 
wątpili,  Ŝe  od  nich  dostaną  broń,  moŜe  i  pomoc  uzyskują,  a  wówczas  potrafią  juŜ  odszukać 
jeńców,  uwolnić  ich  i  z  tryumfem  odwieźć  do  Nowego  Yorku.  Takie  marzenia  snuły  się  po 
głowie młodszych majtków, nie licząc juŜ Henryka Chestera, który w tym czółnie zdobytym 
widział ocalenie rodziny kapitana. Seagriff mówił na to kiwając siwą głową: 

— Jeszcze się nie wydostaliśmy z wilczej paszczy... 
Wymógł  teŜ  na  towarzyszach,  aby  nie  zaniedbali  Ŝadnego  środka  ostroŜności  i  wedle 

zwyczaju  czuwali  kolejno  przez  całą  noc.  Wieczorem  chodził  sam  z  jednym  ze  starszych 
majtków dokoła obozu, dopiero około północy obaj się połoŜyli przebudziwszy dwóch innych 
na swoje miejsce. Ci jednak na nieszczęście niezbyt sumiennie spełniali swój obowiązek, nie 
pojmowali teŜ jego waŜności i pofolgowali sobie trochę.  

Noc była taka piękna, pogodna, taka cisza panowała dokoła, a miękka, bujna trawa tak 

ich wabiła ku sobie, Ŝe nie mogli się oprzeć pokusie, najpierw jeden wyciągnął się wygodnie, 
potem drugi, obaj poczęli drzemać i w końcu usnęli. 

Smutne skutki tego niedbalstwa niedługo na siebie czekać dały. Około drugiej godziny 

po  północy  Henryk  Chester  przebudził  się  z  wraŜeniem,  Ŝe  dzieje  się  coś  niezwykłego,  w 
uszach mu brzmiały jakieś dziwne szmery, chciał się zerwać na nogi i ze zdumieniem poczuł, 
Ŝ

e  jest  całkowicie  bezwładny.  Nie  był  w  stanie  się  podnieść,  jakby  go  siła  jakaś  niepojęta 

przybiła  do  ziemi.  Usiadł  jednak,  jakkolwiek  z  trudnością  i  chwytając  się  machinalnie  za 
nogi,  spostrzegł,  Ŝe  były  od  kolan  aŜ  do  stóp  silnie  skrępowane  powrozem.  W  tejŜe  samej 
chwili wśród ciszy nocnej ozwał się głos Seagriffa: 

— Hej, warta! co tam się dzieje? 
Nikt nie odpowiedział 
— Seagriffie, czy masz swój rewolwer? — zapytał Henryk Chester. 
— Szukam go nadaremnie po omacku — odrzekł cieśla — nogi mam skrępowane, nie 

pojmuję, co się stało! 

background image

— Ani ja takŜe... — dało się słyszeć naraz kilka głosów. 
— Diabelska jakaś sztuka — mówił Henryk. 
Zagadka  rozstrzygnęła  się  wkrótce,  światło  zajaśniało  wśród  ciemności  i  ukazała  się 

gromadka dzikich z pochodniami ze smolnego łuczywa w rękach. Za nimi szło kilku innych, 
a ci popychali przed sobą obu wartowników, którzy mieli ręce związane na plecach. Wysoki, 
siwy starzec zamykał pochód, ten wyglądał na wodza całej bandy. 

Sprawa była aŜ nadto zrozumiała. Dzicy zdjęli najpierw śpiących wartowników, potem 

cichutko wtargnęli do chaty i wszystkich bez oporu powiązali. Oczywiście załatwili się z tym 
po  ciemku,  teraz  dopiero  zapalili  pochodnie.  Lecz  dlaczego  poprzestali  na  skrępowaniu 
jeńców,  zamiast  ich  wymordować  od  razu?  Na  próŜno  Henryk  zadawał  sobie  to  pytanie, 
trudno to było zrozumieć. Nie zauwaŜył on jeszcze tego, co od razu uderzyło Seagriffa, Ŝe ci 
dzicy całą powierzchownością swoją róŜnili się znacznie od Elikolepów. 

SpostrzeŜenie to dodało trochę otuchy staremu cieśli, postanowił teŜ rozpocząć układy z 

nieprzyjacielem.  Wspomnieliśmy  juŜ  podobno,  Ŝe  Seagriff  rozumiał  język  mieszkańców 
Ziemi Ognistej i pamiętał z niego niektóre wyrazy. Zaraz teŜ pochwalił się tą swoją umiejęt-
nością. 

—  Arre!  (bracia!)  Bor  a  g  a  t  o  p  e  1  i  k  o  1  e  p!  (my  nieprzyjaciele  elikolepów!)  — 

wołał raz po raz, przybierając wyraz twarzy, jak tylko mógł, najprzyjaźniejszy i najsłodszy. 

Wykrzykniki  te  ogromne  wraŜenie  wywarły.  Dzicy  ze  zdziwieniem  patrzyli  na  niego, 

pochlebiało  im  to  widocznie,  Ŝe  ten  akifka  akinich  (człowiek  biały)  tak  biegle  włada  ich 
językiem. Coś na kształt przychylnego uśmiechu zarysowało się na tych wstrętnych twarzach. 
Sam  wódz  zbliŜył  się  do  Seagriffa,  dotknął  kilkakrotnie  ręką  jego  pleców  i  piersi,  wydając 
przy  tym  głos  jakiś  dziwny,  przypominało  to  kwokę,  wodzącą  kurczęta.  Potem  mówił  dość 
długo  i  z  wielką  powagą,  lecz  stary  cieśla  niewiele  z  tej  przemowy  zrozumiał,  gdyŜ  bardzo 
powierzchownie tylko znał język Ziemi Ognistej. 

Zdawało  mu  się  jednak,  Ŝe  wódz  Ŝądał  od  niego  najpierw  cierpliwości,  poddania  się 

losowi,  a  następnie  zapytywał,  z  jakich  powodów  był  tak  zawziętym  nieprzyjacielem 
Elikolepów?  Pierwszemu  Ŝądaniu  łatwo  mógł  zadość  uczynić,  niewiele  na  to  potrzeba  było 
dowcipu, lecz odpowiedź na pytanie wymagała juŜ pewnej oratorskiej swady i nasz Seagriff 
był  cokolwiek  zakłopotany.  Nie  stracił  jednak  głowy  i  dopomagając  sobie  wymownymi 
gestami jak mógł tłumaczył wodzowi, Ŝe on i towarzysze jego przybyli z zachodu, dostali się 
na  ląd  po  rozbiciu  okrętu,  Ŝe  najpoczciwiej  i  najsumienniej  w  świecie  prowadzili  handlowe 
interesy  z  Elikolepami,  którzy  im  się  odpłacili  najczarniejszą  niewdzięcznością  i  zdradą, 
chociaŜ otrzymali od nich mnóstwo kosztownych przedmiotów. 

Dzicy  z  wielką  uwagą  i  zajęciem  słuchali  tego  oŜywionego  opowiadania,  w  którym 

nazwa  Elikolepów  powtarzała  się  raz  po  raz,  przy  czym  twarz  starego  marynarza  wyraŜała 
niechęć i pogardę, a uczucia te odbijały się zaraz i na twarzach dzikich. 

Trudno  przypuszczać,  aby  rozumieli  dokładnie,  co  Seagriff  chciał  im  powiedzieć,  a 

jednak  widocznie  trafił  on  choć  w  części  im  przekonania  i  obudził  nawet  współczucie.  Nie 
uwolniono  ich  z  więzów,  dzikim  nie  przyszło  to  nawet  do  głowy,  co  widząc  stary  cieśla 
przestał w końcu mówić i gestykulować; zamknął się w uroczystym milczeniu, sądząc, Ŝe tym 
sposobem moŜe zaimponuje prześladowcom. 

Ale  oni  i  na  to  nie  zwaŜali  wcale.  Posiadali  na  ziemi  około  ogniska,  które  na  nowo 

rozniecili,  a  potem  pokładli  się  i  usnęli  snem  sprawiedliwych.  Dwóch  jednak  czuwało  i  tak 
pilnie strzegło jeńców, Ŝe niepodobna było myśleć o uwolnieniu się z więzów; gdy tylko któ-
ry  sięgnął  ręką  do  powozów,  krępujących  jego  nogi,  zaraz  ci  dozorcy  grozili,  Ŝe  obudzą 
ś

piących  towarzyszy.  Po  kilku  nieudanych  próbach  Henryk  i  Seagriff  dali  za  wygraną  i 

postanowili siedzieć spokojnie, a nawet połoŜyć się i usnąć, jeŜeli im przyjdzie ochota do snu. 

Gdy słońce weszło, dzicy zerwali się wszyscy na nogi, a część gromadki z wodzem na 

czele oddaliła się i przez kilka godzin o nich nie słyszano. Reszta czuwała ciągle nad więźnia-

background image

mi, nie spuszczając ich z oka, chociaŜ zabawiali się przy tym w róŜne gry, dla skrócenia czasu 
zapewne. SłuŜyły im do tego to muszle, to kijki, które na ziemi rozkładali. 

Seagriff  z  wielką  ostroŜnością  wydobył  nóŜ  i  chciał  rozciąć  swoje  więzy,  lecz  jeden  z 

wartowników natychmiast to spostrzegł i niewiele myśląc, związał mu ręce na plecach, wyja-
ś

niając przy tym, i mową i gestami, Ŝe jeŜeli biały człowiek nie zechce siedzieć spokojnie, to 

znajdzie się sposób, by zmusić go do tego. 

W południe powróciła gromadka dzikich, która odeszła rano. Wszyscy byli nadzwyczaj-

nie  oŜywieni,  jakby  pod  wpływem  wielkiej  jakiejś  radości.  Wódz  szczególnie  wymachiwał 
rękami, wskazywał coś na ziemi, odmierzając na niej przestrzeń dwudziestu lub trzydziesto-
metrową, mówił do wartowników z ogromnym zapałem, a ci takŜe dawali oznaki rozradowa-
nia.  Seagriff  domyślił  się  w  końcu,  Ŝe  dzicy  schwytali  wieloryba,  zapewne  jednego  z  tych, 
których wędrowcy widzieli parę dni temu w cieśninie. 

Wszystko to nie zmieniało jednakŜe połoŜenia jeńców i Ŝadnej im nie przyniosło pocie-

chy.  Dzicy  nie  mieli  widocznie  zamiaru  ich  oswobodzić,  nie  przyszło  Ŝadnemu  z  nich  na 
myśl,  Ŝe  jeńcy  potrzebowali  się  posilić,  nie  dawali  im  ani  jeść,  ani  pić.  W  pierwszej  chwili 
widok  ludzi  białych  wydał  się  im  osobliwością,  spoglądali  na  nich  ciekawie,  teraz  juŜ  im 
spowszednieli i nic sobie z nich nie robili. 

Oczywistą  było  rzeczą,  Ŝe  niepotrzebni  byli  w  tej  chwili,  lecz  mogli  się  przydać  na 

później, więc ich pozostawiono w odwodzie, jak bydlęta na rzeź przeznaczone. 

Jeńcy  to  rozumieli  i  myśli  ich  bardzo  były  niewesołe,  gdy  wtem  około  drugiej  po 

popołudniu  dał  się  słyszeć  hałas  niezwykły  i  nadeszła  liczna  gromada  krajowców.  Było  po-
między nimi mnóstwo kobiet, łatwo je moŜna było poznać po piskliwym głosie. 

I nagle wysunęła się z pomiędzy nich jedna, przed którą tłum dzikich rozstępował się z 

wielkim uszanowaniem, jakby przed królową. Kobieta ta szybkim krokiem weszła do namiotu 
i zbliŜyła się do jeńców. 

 
 
 
 

XV. KRÓLOWA TENEKÓW 

 
Weszła i rozglądała się ciekawie na wszystkie strony, lecz nie mogła dojrzeć dokładnie 

twarzy  białych  ludzi.  Wzrok  jej,  olśniony  blaskiem  słońca,  potrzebował  czasu,  aby  się  z  tą 
ciemnością  oswoić.  Lecz  jeńcy  widzieli  ją  doskonale  i  ze  zdziwieniem  spostrzegli,  Ŝe  miała 
na sobie ubiór z tkaniny bawełnianej, zrobiony na sposób europejski, do tego trzewiki skórza-
ne, bransoletki srebrne, a w ręku trzymała parasol czerwony, jednym słowem wyróŜniała się 
w uderzający sposób od wszystkich krajowców, którzy ją otaczali, tak męŜczyzn, jak kobiet. 

A  jednak  z  postaci  podobna  była  do  reszty  rodaków  swoich,  cerę  miała  mahoniową, 

policzki wystające, usta szerokie, oczy i włosy czarne, jak węgiel. Lecz rzecz dziwna, ten typ, 
tak w ogóle niemiły i wstrętny, u niej złagodzony był wyrazem całkiem odmiennym, teŜ same 
rysy, które u reszty kobiet miały w sobie coś małpiego, u tej jednej nie były wcale szpetne, a 
nawet  pewien  wdzięk  posiadały.  Zrazu  trudno  było  zrozumieć,  co  właściwie  stanowiło  tę 
róŜnicę, lecz przypatrując się uwaŜniej młodej królowej, kaŜdy musiał spostrzec, Ŝe w oczach 
jej  malowała  się  dobroć  i  inteligencja,  i  to  czyniło  ją  prawie  piękną.  Ruchy  jej  takŜe  były 
zgrabne i powaŜne zarazem, a wyraz smutku i pewnej zadumy, rozlany na twarzy, musiał w 
kaŜdym zbudzić współczucie dla tej dziwnej istoty. 

Henryk  Chester  wpatrywał  się  w  nią z zajęciem  i  ciekawością  tym  większą,  Ŝe  cała  ta 

postać budziła w nim jakieś niewyraźne wspomnienia, chociaŜ w Ŝaden sposób przypomnieć 
sobie nie mógł, gdzie mógł przedtem widzieć te usta, to czoło, tę osobliwą fizjonomię, która 
na  nim  tak  szczególne  wywierała  warŜenie?  Gdzie  i  kiedy?  I  odpowiadał  sam  sobie,  Ŝe  to 

background image

musiało być tylko złudzenie wyobraźni, rzecz bowiem była całkiem nieprawdopodobna, gdy 
wtem zwrócił oczy na jednego z towarzyszy królowej i nagle wszystko zrozumiał. 

Towarzysz  ten  był  to  takŜe  krajowiec  Ziemi  Ognistej,  takiŜ  sam,  jak  inni,  nie  poprze-

stawał  on  jednak  na  stroju  narodowym,  który  co  prawda  właściwiej  nazwać  by  moŜna  bra-
kiem wszelkiego stroju. Miał więc na sobie stare spodnie, niegdyś czarne, dziś barwy jakiejś 
niepewnej, na głowie kapelusz wymięty, włoŜony na bakier, a na szyi kołnierzyk stojący bez 
koszuli, w ręku zaś trzymał laskę trzcinową i wywijał nią z fantazją. 

Widok tej laski otworzył oczy Henrykowi. Przypomniał sobie w jednej chwili wszystko: 

ów dzień pamiętny, gdy błądził w porcie, gdy po raz pierwszy dotknął stopą pokładu okrętu 
„Kalipso” i spotkał następnie tę dziwaczną trójkę cudzoziemców, których uratował z pomocą 
Neda Ganey'a od napaści „szczurów portowych”. 

Wspomnienie  to  tak  Ŝywo  stanęło  mu  naraz  w  pamięci,  Ŝe  przypomniał  sobie  nawet 

imiona tych osobliwych istot i wyciągając ręce do królowej i jej towarzysza, zawołał: 

— Okaszlu!... Orundeliko!... 
Oni drgnęli oboje, słysząc ten niespodziewany wykrzyknik, lecz wzrok ich był juŜ teraz 

oswojony  z  ciemnością,  natychmiast  teŜ  poznali  swojego  wybawcę.  Pomimo  zmian  ogrom-
nych, które zaszły w jej połoŜeniu w ciągu tych lat kilku, Okaszlu widocznie nie zapomniała o 
wdzięczności, gdyŜ idąc za pierwszym popędem uczucia, padła na kolana przed Henrykiem, 
tak zupełnie, jak niegdyś w porcie angielskim i rękę jego do ust przycisnęła. Jednocześnie zaś 
przemówiła do niego po angielsku: 

—  Pan  tu  u  nas,  pan,  mój  wybawca,  którego  nazwiska  nawet  nie  znam,  lecz  który 

zostawiłeś  w  moim  sercu  niezatarte  wspomnienie!...  CóŜ  to  za  szczęście,  Ŝeśmy  się  znowu 
spotkali i Ŝe mogę panu raz jeszcze wdzięczność swoją okazać!... 

Przerwał jej ten wylew czułości Orundeliko, który zbliŜył się do Henryka, z kapeluszem 

w jednej ręce, z laseczką podniesioną w drugiej i wykrzywiając się zabawnie, zaczął mu takŜe 
składać  podziękowania  serdeczne.  Na  nieszczęście  zapomniał  oczywiście  języka  angielskie-
go,  a  moŜe  nigdy  zbyt  biegle  nim  nie  władał,  nie  mógł  więc  jakoś  przyjść  do  słowa  i  tylko 
kłaniał się na sposób europejski i ściskał dłonie Henryka z tym osobliwym gdakaniem, które 
w Ziemi Ognistej stanowi powitanie. 

— JeŜeli mi chcecie dowieść swojej przychylności, moi państwo — rzekł młodzieniec 

— macie do tego sposobność wyborną. Wszak, o ile mi się zdaje, zajmujecie tu jakieś wyso-
kie stanowisko, uŜyjcie swoich wpływów, aby mnie i towarzyszy moich oswobodzono z tych 
więzów i wypuszczono na wolność, bo myśmy nic a nic nie zawinili waszym rodakom. 

Okaszlu spojrzała uwaŜniej na jeńców i jakby w  tej chwili dopiero spostrzegła smutne 

ich połoŜenie, wydała okrzyk zgrozy i oburzenia: 

— Jak to! Mój wybawca skrępowany sromotnie, jak jeniec!... tu, na tej ziemi, nad którą 

ja panuję, przez tych ludzi, którzy mnie zowią swą królową!.. Zdejmijcie z nich natychmiast 
te powrozy! — dodała, zwracając się do swoich poddanych i mówiąc ich językiem — oswo-
bodźcie  z  więzów  białych  ludzi  i  traktujcie  ich  z  wielkim  szacunkiem,  to  są  przyjaciele  i 
sprzymierzeńcy moi!... 

Rozkaz ten natychmiast został wykonany, dzicy śpiesznie porozcinali powozy krępujące 

naszych Ŝeglarzy i pokornymi gestami starali się im dać poznać, Ŝe Ŝałują mocno tej pomyłki 
i gotowi są ją naprawić. Seagriff widząc, jaki obrót biorą rzeczy, odwaŜył się wypowiedzieć 
od razu, co miał najbardziej na sercu i zapytał, czy nie mogliby poprosić o obiad. 

Okaszlu  wydała  natychmiast  stosowne  rozkazy,  zastawiono  sutą  ucztę  z  ryb  i  mięsa 

suszonego,  z  dodatkiem  rozmaitych  mięczaków.  Królowa  sama  im  podawała  potrawy  i 
zachęcała  do  jedzenia,  a  przy  tym  wiodła  z  nimi  oŜywioną  rozmowę,  opowiadając  o  sobie  i 
rozpytując, co ich w te strony przywiodło. 

Ziemia,  na  której  rozbitkowie  znajdowali  się  obecnie,  nie  była  Wyspą  Diabelską,  lecz 

długim, wąskim półwyspem, wciśniętym pomiędzy dwiema odnogami morskimi. Zamieszki-

background image

wało  go  plemię  Teneków.  Okaszlu  była  królową  tego  ludu.  Szałas,  w  którym  Ŝeglarze  noc 
spędzili,  był  dawnym  mieszkaniem,  według  jej  wskazówek  urządzonym,  lecz  opuściła  je 
przeszło roku temu i kazała sobie inne, wspanialsze pobudować cokolwiek dalej. 

Rano  oddział  przybocznej  straŜy  królowej  dał  jej  znać  o  uwięzieniu  białych  ludzi,  a 

chociaŜ  miała  dnia  tego  zajęcie  bardzo  waŜne,  zaszedł  bowiem  w  jej  państwie  wypadek 
ogromnej doniosłości, wieloryb osiadł na mieliźnie w nocy i trzeba go było rozebrać, rzuciła 
jednak wszystko i pośpieszyła zobaczyć Europejczyków. Okaszlu zachowała miłe wspomnie-
nia  z  pobytu  swego  pośród  białych  i  sprzyjała  im  wszystkim  w  ogóle,  nie  spodziewała  się 
jednak  spotkać  pomiędzy  jeńcami  swojego  dobroczyńcy,  któremu  tyle  wdzięczności  była 
winna. Dowiedział się takŜe Henryk, jakim sposobem królowa Teneków dostała się do portu 
Portsmouth w Anglii, gdzie ją tak niegodnie napastowała banda „szczurów portowych”. Była 
to historia bardzo prosta, Okaszlu opowiedziała ją szczegółowo. 

Przed ośmiu laty mniej więcej, admirał Fitzroy, wówczas kapitan tylko, dowódca okrętu 

„Beagle”, zwiedzał w celach naukowych wybrzeŜa Ziemi Ognistej. Mierzył głębokość morza, 
zdejmował  mapy  lądu,  co  go  zmusiło  zatrzymać  się  dość  długo  w  tych  stronach.  Krajowcy 
skradli mu szalupę, próbował więc róŜnych sposobów, aby ją odzyskać, a w końcu wziął do 
niewoli kilku zakładników. Na nic się to jednak nie przydało, szalupa się nie znalazła. Kapi-
tan  angielski  nie  miał  wcale  zamiaru  mścić  się  na  zakładnikach  i  wypuścił  ich  na  wolność, 
oprócz trojga ludzi, tych zatrzymał dłuŜej, gdyŜ miał swoje powody. 

Najstarszy z owych jeńców liczył lat z dwadzieścia, nazywał się Elepari, był niesforny, 

popędliwy, uparty i przez czas pobytu swego na okręcie zachowywał się nadzwyczaj zuchwa-
le.  Kapitan  postanowił  za  karę  zatrzymać  go  dłuŜej  w  niewoli,  pochlebiając  sobie,  Ŝe  go  w 
końcu  choć  trochę  ucywilizuje.  Drugi  jeniec  był  to  chłopak  dwunastoletni,  kapitan  Fitzroy 
kupił  go  po  prostu  od  rodziców,  którzy  mu  sami  ten  targ  zaproponowali,  znęceni  widokiem 
błyszczącego  guzika.  Malec  bardzo  roztropnie  wyglądał,  nazywał  się  Orundeliko.  Nareszcie 
zatrzymano takŜe na okręcie małą dziewczynkę, imieniem Okaszlu, która pochodziła z króle-
wskiego rodu, lecz była sierotą. 

Odpływając  do  Europy,  kapitan  zabrał  z  sobą  tych  troje  ludzi  w  nadziei,  Ŝe  dłuŜszy 

pobyt  w  Anglii  wywrze  na  nich  wpływ,  dobroczynny,  poskromi  dzikie  instynkty  i  rozwinie 
lepsze  skłonności.  Miał  zamiar  zająć  się  nimi  sumiennie,  dać  im  jak  najstaranniejsze 
wychowanie, a następnie odwieźć do rodzinnej ziemi, aby pośród współbraci mogli krzewić 
zaczątki cywilizacji. Przybywszy do Anglii kapitan umieścił wychowańców swoich w najlep-
szych zakładach naukowych i polecił opiece doświadczonych nauczycieli. 

Próba  ta  nie  jednakowo  się  powiodła  na  tych  trojgu  ludziach  jednej  rasy.  Najmłodsza 

Okaszlu  miała  niepospolite  zdolności  i  wielką  korzyść  odniosła  z  udzielanych  jej  nauk. 
Towarzyszki  na  pensji  przezwały  ją  Fuegią,  od  portugalskiej  nazwy  Ziemi  Ognistej. 
Orundeliko chwytał chciwie powierzchowne strony cywilizacji; namiętnie lubił strój wytwor-
ny, naśladował doskonale w ruchach i w całym układzie tak zwaną złotą młodzieŜ, przejął się 
do tego stopnia zwyczajami wielkiego świata, Ŝe nigdy bez rękawiczek nie wyszedł na ulicę. 
Lecz  do  nauki  nie  okazywał  najmniejszej  ochoty  i  pod  tym  względem  niepodobna  było 
lenistwa jego przełamać. 

Elepari w niczym się nie dał zmienić, dzikie jego skłonności zanadto były juŜ zakorze-

nione.  Miał  on  nienawiść  wrodzoną  i  niepokonaną  do  białych  ludzi,  dobroć,  łagodność, 
najmniejszego wpływu nie wywierały na niego, oporu zaś nie znosił, jeśli mu się kto sprzeci-
wił,  nie  zwaŜał  na  nic,  rzucał  się  na  kaŜdego,  jak  wściekły,  gotów  nawet  zabić  bez  wahania 
przeciwnika.  Po  kilku  wypadkach  podobnych,  które  o  mało  się  nie  zakończyły  tragicznie, 
przekonano  się,  iŜ  nie  było  dla  niego  miejsca  w  kraju  cywilizowanym  i  opiekun  musiał  go 
odwieźć do ziemi rodzinnej, Orundeliko nie miał co robić w Europie, do niczego nie okazy-
wał zdolności ani ochoty, chyba do Ŝycia bezczynnego i próŜniaczego, więc i on bez Ŝadnych 
korzyści powrócił do kraju rodzinnego. 

background image

Okaszlu z innych powodów i w odmiennych celach odwieziono tamŜe. Opiekunowie jej 

nie  bez  słuszności  sądzili,  Ŝe  dziewczyna  tak  roztropna  i  dobra,  poznawszy  dobroczynne 
strony  cywilizacji,  potrafi  z  łatwością  opanować  ciemne  umysły  współbraci  i  na  to  uŜyje 
swego  wpływu,  aby  ich  oświecić  i  złagodzić  dzikie  ich  obyczaje.  Kapitan  Fitzroy  wziął  do 
serca tę sprawę, zebrał pieniądze, zakupił róŜne narzędzia rolnicze i gospodarskie, przedstawił 
młodej dziewczynie cały plan postępowania, napomknął nawet o tym, Ŝe powinna zostać Ŝoną 
Orundelika,  aby  go  na  dobrej  drodze  utrzymać  i  wraz  z  nim  prowadzić  dzieło  cywilizacji  w 
ojczyźnie. Następnie troje wychowańców kapitana odpłynęło z powrotem do Ziemi Ognistej. 

Ale  Okaszlu  Fuegia  przede  wszystkim  oświadczyła  stanowczo,  Ŝe  nie  chce  być  Ŝoną 

Orundelika, ani Ŝadnego ze swoich rodaków, Ŝe nigdy za mąŜ nie wyjdzie. PoniewaŜ pocho-
dziła z rodu wodzów, więc plemię Teneków, do którego naleŜała, jednogłośnie obrało ją kró-
lową.  Była  panią  samowładną,  a  chociaŜ  Orundeliko  miał  niekłamaną  ochotę  dzielić  z  nią 
władzę  i  wszystkie  przywileje  tronu,  nikt  nie  myślał  zmuszać  jej  do  niemiłych  związków. 
Ręka królowej była bardzo poŜądaną dla Orundelika, który nie lubił pracować, bo zapewniała 
mu Ŝycie wygodne przy boku dostojnej małŜonki. Odmowa Okaszlu pogrąŜyła go w smutek 
ponury, a poniewaŜ nie zapomniał jeszcze, jak się wyraŜa w Europie usposobienie melancho-
liczne,  więc  po  całych  dniach  błądził  po  wybrzeŜu  w  kapeluszu  i  z  laseczką  w  ręku,  wzdy-
chając i spoglądając w niebo. Ale w dzikich krajach taka melancholia nie popłaca wcale i nie 
budzi najmniejszego współczucia, tam kaŜdy, kto chce jeść, musi o tym pomyśleć, a nie ma 
bogatych próŜniaków, za których pracują inni. ToteŜ Orundeliko byłby niezawodnie wkrótce 
z  głodu  zginął,  gdyby  dobra  Okaszlu  nie  była  się  zlitowała  nad  nim  i  nie  dała  mu  jakiegoś 
stanowiska na swoim dworze. 

Elepari tyle tylko odniósł korzyści z pobytu swego w Europie, Ŝe miał po powrocie do 

kraju ogromną przewagę nad swoimi współbraćmi. Przywiózł z sobą nieocenione bogactwa, 
strzelbę, ubiór marynarski, z tuzin guzików mosięŜnych i parę doskonałych wędek. Wszystko 
to  takie  waŜenie  wywierało  na  te  ciemne  umysły,  Ŝe  w  kilka  miesięcy  posiadacz  owych 
skarbów stał się jednym z najpotęŜniejszych wodzów w kraju. Nienawiść jego dla ludzi bia-
łych  nie  zmniejszyła  się  wcale,  z  upragnieniem  wyglądał  sposobności,  aby  pomścić  na  nich 
urojone swoje krzywdy. Na szczęście o sposobność nie było łatwo w Ziemi Ognistej i trzeba 
było  takiego  wypadku,  jak  rozbicie  okrętu  „Kalipso”,  aby  ów  zwierz  dziki  mógł  dostać  w 
swoje ręce bezbronnych ludzi białych. 

Jak  widzimy,  dobre  chęci  kapitana  Fitzroy'a  chybiły  zupełnie  celu  co  się  tyczy  dwóch 

wychowańców  jego  —  męŜczyzn.  Elepari,  zakosztowawszy  cywilizacji,  stał  się  bardziej 
szkodliwym jeszcze, Orundeliko był zupełnie nieuŜyteczny, obaj po latach kilku powrócili do 
stanu dzikości, starania wychowawców nie pozostawiły na nich najmniejszego śladu. Okaszlu 
jedna nie zawiodła połoŜonych w niej nadziei, na Ŝeglarzach naszych sprawdziły się prorocze 
słowa, wyrzeczone niegdyś przez kapitana angielskiego! 

—  MoŜe  jaki  nieszczęśliwy  rozbitek,  wyrzucony  na  te  wybrzeŜa,  znajdzie  gościnne 

przyjęcie i pomoc u Fuegii lub jej dzieci, którym matka zapewne opowie, Ŝe biali ludzie nie 
zasługują na nienawiść, gdyŜ obchodzili się z nią poczciwie i nauczyli ją miłować wszystkich 
bliźnich i nikomu niewinnie nie wyrządzać krzywdy. 

 
 
 
 

XVI. NA DWORZE KRÓLOWEJ OKASZLU 

 
Tego  samego  dnia  Okaszlu,  otoczona  całym  swoim  orszakiem,  odprowadziła  Henryka 

wraz z towarzyszami do swojej rezydencji, to jest do szałasu drewnianego, który kazała sobie 
wybudować o mil kilka od dawniejszego swego mieszkania. 

background image

Pałac ten królewski przyozdobiony był matami pięknie plecionymi, kosztownymi futra-

mi, wyglądał teŜ dość okazale. Okaszlu starannie przechowywała róŜne pamiątki, przywiezio-
ne z Anglii. Pośród tych skarbów Henryk ujrzał ze wzruszeniem fotografię portu Portsmouth, 
tej ulicy właśnie, gdzie po raz pierwszy ujrzał dzisiejszą królową. 

Starzec, nazwiskiem Amakua, piastujący wysokie stanowisko wodza wojskowego, bar-

dzo serdecznie obchodził się teraz z gośćmi królowej, ile razy zbliŜył się do któregoś z nich, 
nie omieszkał poklepać go przyjaźnie po plecach, gdakając przy tym zwyczajem narodowym. 
Na  nieszczęście  uczynki  jego  nie  zawsze  się  zgadzały  z  tymi  powierzchownymi  oznakami 
przychylności, patrzył tylko, co by mógł ściągnąć nieznacznie od przyjaciół. Raz na przykład 
schwytano go na uczynku, gdy próbował sobie przywłaszczyć nóŜ Seagriffa, wiszący u pasa, 
według  zwyczaju  marynarzy  angielskich.  A  bardzo  podstępnego  sposobu  uŜył  stary  lis,  aby 
ten niecny czyn spełnić. 

ZbliŜył się do Seagriffa z uśmiechniętą miną, jedną ręką klepał go z najwyŜszą serdecz-

nością  po  plecach,  a  drugą  sięgnął  mu  do  pasa!...  Na  szczęście  Henryk  Chester  stał  blisko  i 
przybył na pomoc cieśli. Widząc, Ŝe mu się sztuka nie udała, stary filut rozśmiał się na głos, 
jak  gdyby  to  był  Ŝart  niewinny.  Henryk,  nie  chcąc  go  draŜnić,  ofiarował  mu  natychmiast 
piękny guzik mosięŜny. Seagriff jednak strzegł odtąd noŜa, jak źrenicy oka. 

— Takie bydlęta są nienasycone — mówił — Ŝebyśmy im oddali wszystko, co mamy, 

to jeszcze by nas w dodatku odarli ze skóry. 

ś

eglarze  nie  mogli  się  nadziwić  krajowcom,  Ŝe  tak  mało  snu  potrzebowali.  Przez  całą 

noc  prawie  słychać  ich  było  rozmawiających.  Z  byle  powodu  zanosili  się  od  śmiechu,  a  tak 
hałaśliwie  się  śmieli,  Ŝe  psy  przestraszone  zaczynały  im  zaraz  wtórować  przeraźliwym 
szczekaniem. Śmiech mieszkańca Ziemi Ognistej o milę posłyszeć moŜna. Siła fizyczna tych 
ludzi zadziwiającą jest przy małym ich wzroście, lecz siła ich głosu ma w sobie coś niepojęte-
go.  Przeraźliwe  jego  dźwięki  mogą  iść  o  lepsze  z  tubą,  gdy  kilku  krajowców  ucztuje  przez 
całą noc na brzegu, a taka gratka na szczęście niezbyt często im się zdarza, na okrętach, stoją-
cych w pobliŜu nikt z pewnością oka nie zmruŜy. 

Plemię Teneków stało jednakŜe znacznie wyŜej pod kaŜdym względem od Elikolepów. 

Mieszkania ich budowane były bardzo kunsztownie, mniejsze chatki miały kształt stoŜkowa-
ty, większe, dla dostojniejszych osób przeznaczone, urządzali zupełnie, jak domy prawdziwe, 
ś

ciany zbijali z grubych pni drzewnych, przetykanych trzciną, a dachy pokrywali korą.  

Roztropniejsi i przezorniejsi od innych plemion sąsiednich, umieli suszyć i wędzić mię-

so  i  ryby,  gromadząc  tym  sposobem  zapasy  Ŝywności  na  zimę.  ToteŜ  nigdy  u  nich  nie  było 
wielkiego  głodu,  tej  straszliwej  klęski  ludów,  zamieszkujących  Ziemię  Ognistą.  Powierz-
chowność  ich  nawet  nie  była  tak  odraŜająca,  tak  zwierzęca,  jak  u  innych  dzikich  tej  samej 
rasy. Do doskonałości doprowadzili myślistwo i rybołówstwo, umieli więc wyzyskać umiejęt-
nie wszystkie płody nędznej swojej ziemi, chociaŜ nie zdołali jeszcze wznieść się na wyŜszy 
stopień cywilizacji i zajmować się uprawą roli. 

Okaszlu opowiadała, jak po powrocie do ojczyzny próbowała zasiać zboŜe, aŜeby roda-

ków  zapoznać  z  rolnictwem.  Tymczasem  część  nasion  nie  zaoranych  wyjadło  ptactwo,  a 
ludność drwiła z tych nowości, których nie rozumiała, szczególnie zaś z tego, Ŝe po zasianiu 
nasion tak długo trzeba było czekać na plony. UwaŜano więc to wszystko za trud daremny i 
istne szaleństwo. I królowa teŜ powiedziała sobie w końcu, Ŝe jeśli lud Teneków jest szczęśli-
wy i zadowolony bez chleba, to po co ma na gwałt ten nowy pokarm narzucać? 

Młoda  dziewczyna  nie  mogła  się  nacieszyć  towarzystwem  ludzi  cywilizowanych,  za 

którymi  tęskniła  ciągle  wśród  dzikich  swoich  współbraci,  lubiła  niezmiernie  rozmawiać  z 
Henrykiem  i  towarzyszami  jego,  opowiadała  im  róŜne  szczegóły  ciekawe  o  przyrodzie  tego 
kraju i obyczajach swego ludu. Tenekowie, jak upewniała, mieli usposobienie łagodne i spo-
kojne, nigdy nie rozpoczynali wojny bez koniecznej potrzeby. Lecz sąsiedzi zmuszali ich do 
tego  niekiedy,  napadając  na  nich  i  rabując  zwierzynę  na  ich  gruntach.  Najwięcej  im  się  dali 

background image

we  znaki  Elikolepi,  a  takŜe  plemię  Japusów,  mieszkających  na  zachodzie.  Ci  ostatni  jednak 
daleko rzadziej wkraczali w posiadłości Teneków, od których oddzielał ich szeroki pas ziemi 
niezamieszkałej, zwykle teŜ zmuszał ich do naduŜyć podobnych głód dotkliwy, na ich ziemi 
brakło  bowiem  Ŝywności.  ToteŜ  Okaszlu  litowała  się  nad  nimi  i  często  posyłała  im  nawet 
trochę Ŝywności, aby ich od złego powstrzymać. 

Oprócz  Elikolepów,  równie  strasznymi  wrogami  jej  ludu  byli  Okusmeni,  których 

siedziby  leŜą  na  północ  cieśniny  i  przechodzą  aŜ  na  drugą  stronę  ogromnego  łańcucha  gór, 
ciągnącego się wzdłuŜ wybrzeŜa. Okaszlu opowiadała dziwy o tych Okusmenach, o wzroście 
ich  olbrzymim  i  strasznej  broni,  którą  się  posługują,  z  nadzwyczajną  zręcznością.  Broń  tę 
nazywają oni b o l a s, jest to prawie to samo, co lasso, uŜywane na pampasach. Na szczęście 
Okusmeni, trudniąc się wyłącznie myślistwem, nie byli Ŝeglarzami, nie mieli nawet własnych 
czółen i jeŜeli chcieli przebyć cieśninę, musieli wzywać pomocy Japusów lub Elikolepów, a 
ci rzadko kiedy byli z nimi w zgodzie. 

Powracając  do  swojego  plemienia,  Okaszlu  opowiadała,  jak  wojownicy  jej  doskonale 

umieli polować na lamy, tak zwane guanako, na bobry i foki. Połów fok odbywa się zwykle 
na  morzu,  wielką  pomocą  są  przy  tym  psy,  które  dzielnie  pływają,  otaczają  upatrzoną  fokę 
dokoła, czasem i z pod wody umieją ją wypłoszyć. 

Polowanie  na  guanako  wymaga  niepospolitej  wprawy  i  zręczności.  Tenekowie  czatują 

na  nie  w  miejscach,  gdzie  te  zwierzęta  torują  sobie  ścieŜki  pośród  gęstwiny  i  uderzają  je  w 
pewne  miejsce  pomiędzy  łopatkami  włócznią,  zakończoną  ostrzem  kościanym.  Bobry  zaś 
tropią na jeziorach i stawach, których jest mnóstwo w stronie północnej krainy Teneków. 

Co do połowu ryb, sposoby ich są bardzo proste, pierwotne prawie. Nie mają haczyków 

Ŝ

elaznych,  czepiają  więc  tylko  kawałek  mięsa  foki  na  włosie,  gdy  ryba  złakomi  się  na  ten 

przysmak, niełatwo moŜe oswobodzić zęby, raz uwięzione w tym twardym i Ŝylastym mięsie, 
daje  się  więc  zazwyczaj  aŜ  na  brzeg  wyciągnąć.  Wędka  składa  się  z  kija  niezbyt  długiego, 
wygląda prawie jak bat. 

Tenekowie  rozniecają  ogień  za  pomocą  krzemienia,  noszą  teŜ  zawsze  krzesiwo  przy 

sobie, tak, jak Europejczyk palący papierosy nosi pudełko z zapałkami. Do uzupełnienia krze-
siwa słuŜą im róŜne materiały łatwopalne, puch niektórych ptaków, mech starannie wysuszo-
ny lub pewien gatunek grzyba, dość podobny do naszej hubki. 

Orundeliko  bywał  zwykle  obecny  przy  tych  rozmowach,  z  dumą  słuchał,  jak  Okaszlu 

wysławiała zręczność i róŜne przymioty swojego ludu, sam teŜ nieraz starał się wykazać wyŜ-
szość swoją nad Elikolepami i wielkim ich wodzem Eleparim. 

— Elepari hultaj! — mówił, krzywiąc się z wyrazem wstrętu i pogardy — okradł mnie, 

gdy  okręt  angielski  na  ląd  nas  wysadził.  Hultaj!...  wielki  hultaj!...  Elepari  zajada  tłuszcz 
wielorybi... 

Trudno  zrozumieć,  dlaczego  Orundeliko  uwaŜał  zjadanie  tłuszczu  wielorybiego  za  coś 

tak dalece hańbiącego, gdyŜ mówiąc to, poŜerał chciwie kawał mięsa foki zupełnie na surowo 
wraz z tłuszczem. Okazuje się, Ŝe nawet i u dzikich ludzie zawsze lubią wynosić się jedni nad 
drugich. 

Ze  wszystkich  tych  szczegółów  opowiadania  królowej  Henryk  Chester  mógł  wnosić  z 

wielkim prawdopodobieństwem, Ŝe kapitan Ganey z rodziną i towarzyszami dostał się w ręce 
Elepariego. Okaszlu słyszała juŜ nawet przed kilku dniami, Ŝe Elikolepi mieli białych jeńców 
w swoim obozie, po drugiej stronie cieśniny, przy  ujściu kanału  Beagle'a. Zdawałoby się na 
pozór, Ŝe taki zbieg okoliczności szczęśliwym był dla jeńców, bo przecieŜ i Elepari uratowa-
ny  był  takŜe  owego  dnia  w  porcie  angielskim  przez  Henryka  i  Neda  Ganey'a.  Okaszlu 
dowiedziała się ze wzruszeniem wielkim, Ŝe cała rodzina jednego z jej obrońców, ojciec mat-
ka i siostra, znajdowali się w rękach plemienia Ziemi Ognistej. Wyznała jednak Henrykowi, 
Ŝ

e los ich wielce ją niepokoi. 

—  Elepari  nie  cierpi  białych  ludzi  o  tyle,  o  ile  ja  ich  kocham  i  szanuję —  mówiła.  — 

background image

Jak  kaŜdy  zły  człowiek,  niezdolny  do  wdzięczności,  nienawidzi  on  tych,  którzy  mu  dobrze 
czynili; toteŜ prawie pewna jestem, Ŝe nie odda nam dobrowolnie swoich jeńców... W kaŜdym 
razie  rozpoczniemy  od  układów  pokojowych  i  dopiero  gdy  te  się  nie  powiodą,  musimy 
przejść do otwartej walki. A wówczas, któŜ wie. czy potrafimy ich pokonać?... 

—  Uczynimy  wszystko,  co  jest  w  naszej  mocy—rzekł  Henryk.  —  Przede  wszystkim 

idzie o to, aby się dowiedzieć na pewno, czy przyjaciele nasi Ŝyją i czy znajdują się rzeczywi-
ś

cie w owym obozie Elikolepów, gdzie rozkazuje Elepari. Wówczas dopiero obmyślimy spo-

sób wyrwania ich z rąk jego i zobaczymy, kto silniejszy!... 

 
 
 
 

XVII. W OBOZIE ELIKOLEPÓW 

 
Wieść, która doszła do rezydencji królowej Teneków nie była zmyślona. Kapitan Ganey 

z Ŝoną i córką oraz sternik Lyons, Poluks i trzej majtkowie uwięzieni byli istotnie w głównym 
obozie Elikolepów. 

Więźniowie od dni ośmiu wiedli tam Ŝycie najnędzniejsze i pełne niepokoju. StrzeŜono 

ich z największą surowością i zagroŜono śmiercią, gdyby próbowali ucieczki. Zamknięto ich 
w nędznym wigwamie * ze skór, na wysokich tykach rozpiętych. Więzienie to mieściło się w 
obrębie  obszernego  podwórza,  zagrodzonego  palami,  które  otaczało  mieszkanie  wodza.  Do 
pali ze wszystkich stron przytykały wigwamy innych mieszkańców, a cała ta wioska wygląda-
ła na twierdzę, wąski pas ziemi jedyny dostęp do niej stanowił, gdyŜ zbudowana była na sa-
mym  cyplu  półwyspu.  Utrudniono  jeszcze  tę  drogę  przekopaniem  rowu  w  najwęŜszym 
miejscu przesmyku, pień drzewa, za most słuŜący, pilnie był ciągle strzeŜony przez dwie lub 
trzy kobiety. 

Nie mogli teŜ jeńcy myśleć o ucieczce, chociaŜ wolno im było poruszać się swobodnie 

w nędznym mieszkaniu, zdjęto z nich przynajmniej powrozy. Dziurawe skóry niezbyt szczel-
nie  osłaniały  szałas,  mogli  więc  widzieć,  co  się  działo  dokoła  i  słyszeć  rozmowy  wartowni-
ków, którzy ich pilnowali, a to, co zdołali zrozumieć, nie było dla nich pocieszające.  

Codziennie  prawie  domagano  się  głośno  ich  śmierci,  łatwo  to  było  poznać  z  wymo-

wnych gestów. Najwięcej jednak dokuczały im psiska, które nieustannie włóczyły się dokoła 
ich więzienia i ujadały zawzięcie. Była to straŜ najlepsza i najpewniejsza, trudno było nawet 
marzyć  o  tym,  aby  ją  zmylić  lub  oszukać.  A  rzecz  dziwna,  psy  te  okazywały  takąŜ  samą 
nienawiść  do  Murzyna  Poluksa,  jak  i  ich  panowie:  widok  tego  biedaka  do  wściekłości  je 
pobudzał, musiał teŜ ciągle mieć się na ostroŜności, aby go nie pokaleczyły. 

A jednak zdolności jego kucharskie i tu mu się przydały, moŜe nawet uchroniły  go od 

ś

mierci. Jakkolwiek wódz Elepari wyraŜał się pogardliwie o kuchni europejskiej umiał jednak 

ją  docenić  i  z  wielkim  smakiem  zajadał  wyszukane  potrawy,  które  Poluks  na  rozkaz  jego 
przyrządzał. 

Ale stare baby sekutnice nienawidziły Murzyna i gdyby to od nich zaleŜało, byłby juŜ 

niezawodnie  sam  poszedł  na  roŜen,  zamiast  przyrządzać  rozmaite  smaczne  frykasy.  Ile  razy 
która go spostrzegła, zaraz zaczynała mruczeć i zęby groźnie wystawiać, nie gorzej od psów. 
Nieszczęśliwy  Poluks  tak  się  ich  obawiał,  Ŝe  gdy  którą  napotkał,  drŜał  od  stóp  do  głowy  i 
bladł  pomimo  hebanowej  cery;  umykał  teŜ  zwykle  co  prędzej  do  mieszkania  wodza,  gdzie 
jeszcze czuł się najbezpieczniejszym. Starał się o ile moŜności unikać oczu ludzkich i tylko w 
koniecznej potrzebie wychodził ze swego szałasu. 

Głównym i jedynym  zadaniem całego pokolenia było zaspokojenie głodu, wszelkie usi- 

 

* Tak nazywają dzicy w Ameryce swoje szałasy.

 

background image

łowania w tym celu były zwrócone. Od samego rana wszyscy mieszkańcy: męŜczyźni, kobie-
ty, dzieci, rozpraszali się po wybrzeŜu i na skraju lasu, szukając zapasów Ŝywności. Gdy wo-
da w morzu się podniesie, muszą zadowolić się niczym, lecz gdy opadnie, odkrywając ławice 
szuwarów, połów jest obfity i wówczas sute wyprawiają uczty. JeŜeli woda przez czas dłuŜ-
szy  nie  opada,  kobiety  muszą  się  w  niej  zanurzać  i  z  wielkim  trudem  wydobywać  z  głębin 
morskich ulubione muszle. 

Zwykle  we  dwie  wybierają  się  na  ten  połów,  jedna  uwiązuje  sobie  do  boku  koszyk  z 

łoziny, druga kieruje czółnem, a gdy kobieta z koszykiem wskoczy do wody, głową naprzód, 
tamta  czeka  na  nią,  utrzymując  czółno  nieruchome.  Połów  podwodny  trwa  zwykle  dwie  lub 
trzy minuty, potem czarna głowa ukazuje się ponad wodą, chude, długie ramiona wieszają się 
u brzegu czółna. Kobieta wypoczywa tak chwil kilka, oddaje towarzyszce muszle z koszyka i 
drugi raz się zanurza. Powtarza się to dopóty jej zupełnie siły nie opuszczą. Wówczas dopiero 
siada  w  czółnie,  a  druga  z  kolei  idzie  do  wody.  Gdy  juŜ  obie  wyczerpią  siły,  powracają  do 
brzegu, kaŜda pędem biegnie do swego wigwamu, sadowi się tuŜ przy ogniu, aŜeby się ogrzać 
i osuszyć. Zdobycz swoją pozostawiają w czółnie, męŜczyźni ją stamtąd zabierają. 

Następnie  rozpoczyna  się  uczta.  Wszyscy  rozrywają  smakowite  „owoce  morskie”,  bo 

tak nazywają krajowcy Ziemi Ognistej te muszle, które są dla nich najmilszym przysmakiem. 
Rzadko jednak się zdarza, aby połów był obfity, a uczta prawdziwie suta. Zazwyczaj biedne 
kobieciska  po  kilkugodzinnej  uciąŜliwej  pracy  zaledwie  tyle  uzbierają,  aby  głód  swoich 
rodzin zaspokoić. 

I  psy  takŜe  tak  samo,  jak  nieszczęśliwe  te  kobiety,  muszą  dostarczać  Ŝywności  swym 

panom.  Dzicy  przyuczają  je  do  polowania,  które  odbywa  się  w  czasie  odpływu  morza.  Gdy 
woda  opadnie,  a  skały  z  niej  się  wynurzą,  psy  zaczajają  się  w  szczelinach,  lub  w  gąszczach 
szuwarów. Ptaki morskie czatują tam takŜe zazwyczaj na jakąś zdobycz i poszukując róŜnych 
drobnych stworzeń, nie  zwracają  większej części uwagi na kudłatego czworonoga, który ma 
minkę tak niewinną, spokojną, a pyszczek spiczasty, szczelnie zamknięty, przytula skromnie 
do  łapek.  Wiedzą  przecieŜ,  Ŝe  ten  zwierz  nie  ma  skrzydeł,  nie  dogoni  ich  w  powietrzu,  nie 
potrzebują  go  się  więc  obawiać.  Lecz  pies  czeka  cierpliwie,  ani  się  poruszy,  a  gdy  ptak  się 
zbliŜy, rzuca się na niego z chyŜością kota, chwyta w swoją paszczę i dusi. Myśliwy podbiega 
natychmiast i wydziera mu zdobycz, a pies po raz drugi staje na czatach. 

W  czasie  odpływu  cała  ludność  krąŜy  po  wybrzeŜu,  szukając  muszel,  często  jednak 

nadaremnie,  poniewaŜ  w  ciągu  kilku  miesięcy  wyzbierają  wszystko,  co  morze  na  brzeg 
wyrzuciło.  Muszą  więc  dalej  wędrować,  lecz  i  tam  nie  zawsze  im  się  powodzi,  jeśli  ich 
wyprzedzili inni. 

W cieplejszej porze roku, w miesiącach letnich, mieszkańcy Ziemi Ognistej nie są przy-

najmniej cięŜkim głodem trapieni. Polowanie i rybołówstwo dostarcza im dostatecznej ilości 
pokarmu,  mają  teŜ  w  dodatku  róŜne  jagody  i  owoce  leśne.  Lecz  zimą  wszystko  się  kończy. 
Nie umieją solić lub wędzić ryby, nie uprawiają Ŝadnego zboŜa, brak im przezorności i dość, 
aby burza potrwała dni kilka, a klęska głodowa moŜe spaść na nich tak niespodzianie, Ŝe od 
razu dochodzą do ostatecznej nędzy. A trzeba wiedzieć, Ŝe burze ustawicznie prawie nawie-
dzają okolice przylądka Horn przez pięć lub sześć miesięcy w roku. 

 
Dnia pewnego Elikolepi od samego rana byli wszyscy w najgorszym humorze. ChociaŜ 

nigdy wobec więźniów nie odznaczali się słodyczą, dziś jednak groźniejsze jeszcze niŜ zwy-
kle  mieli  miny  i  sroŜej  na  nich  spoglądali.  Nawałnica  szalała  przez  dwa  dni  z  rzędu,  niepo-
dobna  było  ryb  łowić,  muszel  zabrakło  juŜ  na  wybrzeŜu  i  na  pobliskiej  ławicy  szuwarów,  o 
milę dokoła nie moŜna było znaleźć Ŝadnych jagód, zwierzyna uciekła  gdzieś daleko, nawet 
grzyby w lesie wyzbierano co do jednego i korę jadalną pozdzierano z drzew do szczętu. Głód 
zaczynał na dobre dawać się we znaki mieszkańcom obozowiska i widocznie naradzano się, 
jakby tej klęsce zapobiec. 

background image

 
Dzicy krąŜyli po obozie, jak zgłodniałe wilki, wypatrujące ofiary, na którą by się rzucić 

mogły.  Nareszcie  starszyzna  zgromadziła  się  w  miejscu  odosobnionym  na  naradę,  kobiety 
stanęły dokoła, przysłuchując się uwaŜnie. Przedmiot rozpraw musiał być nadzwyczaj waŜny 
i  zajmujący,  sądząc  z  natęŜonej  uwagi  słuchaczek,  z  gwałtownych  ruchów  i  wykrzykników 
namiętnych, które się wyrywały z piersi mówców. Kapitan Ganey nie rozumiał ani słowa, a 
jednak odgadł od razu, o co im idzie. Wszystko to zapowiadało straszliwe niebezpieczeństwo, 
a  na  samą  myśl  o  tym,  co  mogło  spotkać  najdroŜsze  mu  istoty,  biedny  kapitan  truchlał  i  w 
duszy jego toczyła się straszna walka: jeśli nie mógł Ŝony i córki uratować od śmierci, czyŜ 
nie  miał  prawa  uchronić  ich  przynajmniej  od  najokropniejszych  męczarni?  Zebrał  więc 
wszystkie siły ducha i postanowił nie odstępować ich na krok aŜ do chwili ostatecznej... 

Nagle  usłyszał  krzyki  głośniejsze  jeszcze,  powtarzano  wyrazy,  których  znaczenie  było 

mu aŜ nadto dobrze znane: 

— Ikal akinisz... S z i 1 o k e... — i wskazywano nieszczęśliwego Poluksa. Stara jakaś 

jędza zawzięcie wrzeszczała i machała rękami, biegnąc za przeraŜonym Murzynem. 

Nie  było  wątpliwości,  on  to  skazany  był  na  śmierć  dla  zaspokojenia  głodu  Ŝarłocznej 

zgrai. Zrozumiał teŜ nieborak, co się święci, stanął, przyparty do ogrodzenia, wiedział, Ŝe nie 
ucieknie, spoglądał więc tylko miłosiernie na swych prześladowców, próbował litość w nich 
obudzić. 

Nadaremnie,  na  tych  twarzach  nie  widać  śladu  uczucia  ludzkiego.  Biedny  Murzyn 

zwraca z kolei wzrok na towarzyszy niedoli, jakby ich chciał pytać, czy nic nie uczynią, aby 
go uratować? Lecz o to moŜe być spokojny. Kapitan Ganey nie opuści wiernego sługi, stanie 
w  jego  obronie,  woli  on  zginąć  od  razu  razem  z  ukochanymi  istotami  w  walce  nierównej, 
aniŜeli patrzeć na ich cierpienia i powolne konanie. Bo walka ta nie moŜe mieć innego końca, 
łudzić  się  niepodobna,  sześciu  ludzi  bezbronnych  i  dwie  słabe  kobiety,  nie  mogą  się  oprzeć 
przemagającej sile tej gromady zaŜartych potworów. 

A wtem wódz ukazuje się nagle na podwórzu, zapewne hałasem zwabiony. Przemawia 

do tłumu, daje znaki, aby się uciszono. Czy to być moŜe? czyŜby dziki Elepari miał w sercu 
ludzkie  uczucia  i  chciał  jeńców  ocalić?  Kapitan  Ganey  nie  śmie  się  tego  spodziewać.  A 
jednak, wódz nie pochwala postanowienia starszyzny, gdyŜ kilku mówców występuje z szere-
gów, coś mu przekłada z wielkim oŜywieniem, on im zaprzecza, nakazuje milczenie. 

Lecz  cóŜ  to  za  zwrot  nowy  w  naradach  ?  Wódz wskazuje  wigwam,  w  którym  kapitan 

Ganey tuli do siebie struchlałe kobiety, tłumy z  okrzykami radości zwracają się w tę stronę, 
sam Elepari idzie naprzód, męŜczyźni uzbrajają się we włócznie i siekiery, kobiety chwytają 
kije i kamienie, dzikie, straszne namiętności malują się na tych twarzach bydlęcych.  

Kapitan Ganey czuje, Ŝe śmierć jest blisko, myśli juŜ tylko o tym, aby drogo sprzedać 

Ŝ

ycie własne i Ŝycie ukochanych. Zacny człowiek otacza ramionami Ŝonę i córkę, przyciska je 

do łona, gdyby miał w tej chwili nóŜ w ręku, moŜe by nie zdołał odeprzeć straszliwej pokusy 
uprzedzenia morderców... Kobiety nie tracą przytomności umysłu, uspakajają go, upewniają, 
Ŝ

e śmierć nie jest straszną dla nich, byle zginęły z nim razem... 

A  wtem  nowe  okrzyki  dają  się  słyszeć,  tłum  zatrzymuje  się,  odwraca  w  inną  stronę. 

Kobieta, stojąca na warcie przy moście, nadbiega, daje jakieś znaki, wymachuje rękami i woła 
w niebogłosy: 

— Kabrelna!... Kabrelna!... (Idą! idą!). 
KtóŜ to idzie? Więźniowie odgadnąć nie mogą. WaŜna to jednak musi być wiadomość, 

gdyŜ ogromne wywołała wraŜenie, tłum zdaje się zapominać o krwioŜerczych swoich zamia-
rach,  rozbiega  się  szybko  w  róŜne  strony.  Kobiety  ukrywają  się  w  wigwamach,  męŜczyźni 
wchodzą tam takŜe, lecz po chwili ukazują się znowu, mając na sobie cały rynsztunek wojen-
ny, jak gdyby gotowi byli śpieszyć na spotkanie nieprzyjaciela. 

Nieprzyjaciel ten zbliŜa się wreszcie o tyle, Ŝe go widzieć moŜna, więźniowie nie mogą 

background image

zrazu  rozpoznać,  co  to  za  rodzaj  wojska  wkracza  tak  śmiało  na  ziemię  Elikolepów.  Oddział 
jest dość znaczny, musi więc iść gęsiego, wojownicy idą jeden za drugim po moście i nikt im 
nie  stawia  przeszkód.  Teraz  juŜ  moŜna  ich  obejrzeć  dokładniej,  trudno  jednakŜe  zrozumieć, 
co  to  są  za  istoty.  Głowy  ogromne,  do  ludzkich  podobne,  osadzone  dziwacznie,  bez  szyi, 
kaŜda głowa sterczy na cielsku olbrzymiej grubości, które podtrzymują cienkie, krótkie nóŜki. 

Dopiero gdy osobliwy ten oddział stanął juŜ w pobliŜu obozu, moŜna było w dziwnych 

tych  istotach  rozpoznać  ludzi,  i  to  bardzo zbliŜonych  do  Elikolepów,  jednym  słowem  krajo-
wców  Ziemi  Ognistej,  lecz  prawdopodobnie  do  innego  plemienia  naleŜących.  KaŜdy  z  nich 
niósł na sobie olbrzymi  połeć słoniny  wielorybiej w taki sposób, Ŝe przez otwór przebity na 
samym środku przechodziła głowa, a boki spadały mu na plecy i na piersi, na kształt ornatu. 
Dziwny ten strój nadawał im prawdziwie fantastyczną postać. 

Gdy wszyscy się zatrzymali, jeden wystąpił naprzód, wódz Elikolepów stanął naprzeciw 

niego, dalej uszykowali się wojownicy z bronią w ręku i rozpoczęła się rozmowa. 

 
 
 
 

XVIII. UKŁADY 

 
—  Słuchaj,  Elepari!  —  mówił  ów  parlamentariusz  —  przyszliśmy  tu  w  poselstwie  od 

królowej Teneków Okaszlu, przynosimy ci słowa pokoju i zgody. Królowa nasza dowiedziała 
się, Ŝe masz w obozie swoim białych jeńców.  Wie ona takŜe, iŜ pomiędzy nimi znajdują się 
rodzice i siostra człowieka, który niegdyś w stronach oddalonych, na ziemi białych ludzi sta-
nął w obronie jej i twojej zarazem. Chciałaby za to uratować tych jeńców. Posłuchaj więc, co 
ci kazała powiedzieć, tobie i dzielnym wojownikom twoim. 

Ogromny  wieloryb  osiadł  onegdaj  na  mieliźnie,  na  gruntach  Teneków.  Okaszlu  wie 

dobrze, iŜ męŜni Elikolepi nade wszystko lubią wyborny tłuszcz wielorybi. Ofiaruje ci zatem 
to  wszystko,  co  tu  widzisz,  tyle  smacznego  tłuszczu,  ile  go  mogło  udźwignąć  na  plecach 
trzydziestu ludzi, w zamian za jeńców białych... 

Szmer  zadowolenia  rozległ  się  w  szeregach  Elikolepów,  wspaniały  dar  królowej 

Teneków  uradował  ich  niezmiernie.  Mieli  wprawdzie  ogromną  ochotę  zakosztować  mięsa 
ludzi  białych,  a  przede  wszystkim  Murzyna,  lecz  taki  zapas  przepysznego  tłuszczu  wielory-
biego  nie  był  takŜe  do  pogardzenia.  Zyskaliby  nawet  z  pewnością  na  zamianie,  bo  jeńcy 
nieszczególnie  byli  utuczeni,  a  w  więzieniu  schudli  jeszcze  bardziej.  Kto  tam  wie,  jakby  po 
upieczeniu  smakowali.  Co  do  tłuszczu  wieloryba,  nie  było  najmniejszej  wątpliwości,  jest  to 
przysmak,  nie  mający  sobie  równego  w  oczach  Elikolepa  i  przysmak  ten  był  tuŜ  pod  ręką, 
dość było zdjąć go z pleców Teneków i prosto do ust ponieść. 

A  jednak  Elepari  nic  nie  odpowiedział.  Zamyślił  się  głęboko,  widok  ulubionego  przy-

smaku  nie  olśnił  go  tak,  jak  innych,  przyszło  mu  bowiem  do  głowy,  Ŝe  z  tego  poselstwa 
większe jeszcze korzyści wyciągnąć moŜna. Nareszcie odezwał się w te słowa: 

— Okaszlu jest wielką królową, a Elepari wodzem potęŜnym. Na to, coście powiedzieli, 

taką wam daję odpowiedź : Elepari wypuści na wolność jeńców białych, którzy są tu w jego 
wigwamie,  ale  pod  następującymi  warunkami:  Okaszlu  przyśle  nam  jeszcze  drugie  tyle  tłu-
szczu wielorybiego, następnie Elepari zostanie męŜem Okaszlu, aŜeby Elikolepi i Tenekowie 
stanowili jeden naród. 

Niepodobna  opisać  zachwytu  i  uwielbienia,  które  się  odmalowało  na  bydlęcych  twa-

rzach Elikolepów, gdy usłyszeli te słowa swojego wodza. Teraz dopiero zrozumieli, co to za 
mądry  człowiek  był  ten  Elepari.  Oni  gotowi  byli  wydać  natychmiast  jeńców  za  trzydzieści 
połci  słoniny,  a  on  dwa  razy  tyle  jak  nic  utarguje!  Lecz  poseł  królowej  Teneków  inaczej  te 
rzeczy rozumiał, odrzekł więc z godnością: 

background image

— Nie do mnie naleŜy postanawiać o małŜeństwie Okaszlu, ani wspaniałe jej dary po-

dwajać. Doniosę więc o tym królowej, ona uczyni, co jej się podoba. 

Mówiąc to, odwrócił się odszedł powaŜnie waz z całą gromadką towarzyszy. Stało się 

to nadzwyczaj szybko i  Elepari po chwili dopiero zrozumiał, Ŝe takie nieroztropne zerwanie 
układów  mogło  go  narazić  na  wielkie  nieprzyjemności  ze  strony  zawiedzionych  poddanych. 
Nie tracąc jednak przytomności umysłu, zwrócił się do wojowników swoich i rzekł: 

— Czy dostaniemy drugie tyle tłuszczu, czy nie, zawsze bezpieczniej zabrać to, co jest 

pod ręką. Nic łatwiejszego jak dogonić tych ludzi, wszak prawda? 

Pomysł  ten,  jakkolwiek  przeciwny  wszelkim  prawom  międzynarodowym,  zachwycił 

jednak dzikich do najwyŜszego stopnia. 

— Tak!... tak!... wybornie, zabierzmy słoninę! — wołano zewsząd z zapałem. 
Kilkudziesięciu  męŜczyzn  i  tyleŜ  kobiet  rzuciło  się  w  pogoń  za  poselstwem  królowej 

Teneków,  zaskoczono  znienacka  bezbronną  gromadkę,  otoczono  ją  dokoła  i  przemocą  zmu-
szono do poddania. 

— Chcieliśmy wam oszczędzić trudu — mówił Elepari na pocieszenie — po co macie 

dźwigać dwa razy takie cięŜary? Nie zmieniam jednak mego słowa, bardzo będę szczęśliwy, 
jeśli Okaszlu na warunki moje przystanie z dobrej woli. 

Tenekowie  odeszli  ze  wstydem,  a  Elikolepi  powrócili  tryumfalnie  do  obozu,  niosąc 

skarby, niezbyt szlachetnie zdobyte. Niezwłocznie teŜ rozpoczęła się wspaniała uczta. 

 
Łatwo  sobie  wyobrazić  zmartwienie  i  oburzenie  królowej  Okaszlu,  gdy  posłowie 

powrócili i opowiedzieli, co ich spotkało. Upewniała Henryka, Ŝe nawet pośród dzikich ludzi 
nikczemność podobna bardzo rzadko się przytrafia. Tylko taki łotr jak Elepari mógł się na to 
odwaŜyć.  A  co  do  propozycji  małŜeństwa,  była  to  z  jego  strony  bezczelność  niepojęta, 
wiedział on doskonale, Ŝe nigdy jej ręki nie otrzyma. Skoro więc nie chciał układów pokojo-
wych,  odpowiadał  na  nie  obelgą,  naleŜało  to  uwaŜać  za  wypowiedzenie  wojny  i  nic  nie 
pozostawało innego, tylko gotować się niezwłocznie do walki. 

—  Ach!  Ŝeby  tak  ze  trzy,  cztery  strzelby,  poradzilibyśmy  sobie  łatwo  z  tą  hałastrą  — 

zawołał Henryk Chester. 

— JeŜeli o to tylko idzie — ozwała się Okaszlu — to ja mam strzelby. Jest tu skrzynia, 

którą przywiozłam z Europy; dotychczas jej nie otwierałam jeszcze... 

— A czy znajdzie się i amunicja? 
— Zapewne. Nigdy mi na myśl nie przyszło zajrzeć do tej skrzyni. Ale zobaczymy... 
W mgnieniu oka odszukano skrzynię, która złoŜona była  wraz z kilku innymi pakami, 

takŜe szczelnie zamkniętymi, w osobnym składzie, przylegającym do  apartamentu królowej. 
Znalazło się w skrzyni sześć strzelb skałkowych; broń tego rodzaju juŜ wprawdzie wyszła z 
uŜycia  w  Europie,  lecz  tu  nie  potrzeba  było  lepszej.  Oprócz  tego  wydobyto  z  tego  skarbca 
sześć  duŜych  pistoletów,  tyleŜ  pałaszy,  wreszcie  dwieście  nabojów,  dziesięć  worków  kul  i 
dziesięć paczek prochu, a wszystko to wybornie było zachowane. Odkrycie kopalni złota nie 
mogłoby tak uradować Henryka, jak widok tej zbrojowni. 

— Teraz zwycięstwo jest w naszych rękach! — wołał z zapałem, wyjmując wszystkie te 

bogactwa jedne po drugich ze skrzyni — w rękach swych mamy Ŝycie i wybawienie naszych 
przyjaciół!...  A  czy  i  w  tych  innych  pakach  jest  takŜe  broń?  —  dodał,  wskazując  zakurzone 
skrzynie, stojące w tym samym składzie i nietknięte od czasu, gdy je pozamykano w Anglii, 
wyprawiając w drogę młodą Okaszlu. 

— Nie sądzę — odrzekła królowa — zdaje mi się, Ŝe tam są rozmaite narzędzia, niezbyt 

potrzebne moim poddanym. MoŜemy zobaczyć w kaŜdym razie... 

Otworzono drugą skrzynię, a widok jej zawartości w zachwyt wprawił Seagriffa.  Były 

tam  wszelkiego  rodzaju  narzędzia  i  przybory  ciesielskie  i  stolarskie:  piły,  heble,  obcęgi, 
ś

widry, młotki, śruby i gwoździe rozmaitych rozmiarów i kształtów. 

background image

Seagriff padł na kolana przy otwartej skrzyni. Ze czcią prawdziwą wyjmował i oglądał 

wszystkie te narzędzia, z którymi się znał tak dobrze i których brak najdotkliwiej mu się czuć 
dawał, bo bez nich był tak, jakby bez rak. 

—  O,  teraz  cokolwiek  się  stanie,  moŜemy  być  pewni  przynajmniej,  Ŝe  się  stąd 

wydostaniemy!... — mówił stary cieśla, ochłonąwszy ze wzruszenia o tyle, iŜ mógł przyjść do 
słowa — mając te narzędzia w ręku, jak nic zbuduję pyszny statek i spuszczę go na wodę... 

— Bardzo to dobrze — odrzekł Henryk — ale wprzód musimy oswobodzić kapitana i 

towarzyszy jego, bez nich przecieŜ nie odpłyniemy. 

— No rozumie się, a i o pannie Madzi nie zapomnimy — rzekł Seagriff, spoglądając z 

ukosa na młodzieńca, który nie wiedzieć dlaczego na te słowa zarumienił się po same uszy i 
zagryzł usta. 

—  O  nikim  nie  zapomnimy  —  odezwał  się  wreszcie  po  chwili  milczenia  —  a  tym 

bardziej o pannie Madzi. Jest to — dodał, zwracając się do królowej — siostra Neda Ganey'a, 
tego młodego marynarza, który pokonał wraz ze mną ,,szczury portowe” owego dnia, gdyśmy 
się po raz pierwszy spotkali w Portsmouth. 

Rzecz  dziwna!  Teraz  mała  królowa  zarumieniła  się  widocznie,  pomimo  ciemnej  cery. 

Usta jej drŜały lekko, gdy przemówiła: 

— A czy ten młody marynarz, Ned Ganey, jest takŜe jeńcem? — spytała niespokojnie. 
— Na nieszczęście nie wiemy, co się z nim dzieje, bo znikł nam z oczu ze swoją łodzią 

po rozbiciu okrętu — i Henryk opowiedział wszystko, o czym czytelnicy nasi juŜ wiedzą. 

Okaszlu niezmiernie była wzruszona, słuchała tego opowiadania a oczy jej napełniły się 

łzami. Niedługo jednak poddawała się smutnym  wraŜeniom, z wielką energią zaczęła wyda-
wać  rozkazy  i  naglić  na  poddanych  swoich,  aby  jak  najspieszniej  czynili  przygotowania  do 
wojennej wyprawy.  

Ogromny  ruch  powstał  w  całym  obozowisku,  wojownicy  opatrywali  broń,  siekierki, 

włócznie  i  proce,  spuszczali  czółna  na  wodę,  wrzało  wszędzie,  jak  w  ulu.  Mała  królowa 
chwilami  patrzyła  na  te  przygotowania  z  gorączkowym  przejęciem,  to  znów  wpadała  w 
smutek ponury. 

—  To  jednak  rzecz  dziwna  —  rzekł  raz  Henryk  Chester  —  Ŝe  owe  skrzynie,  a  zwła-

szcza ta, która broń w sobie zawierała, pozostały dotąd nie rozpakowane. Wszak te strzelby, 
te pistolety, dałyby od razu Tenekom ogromną przewagę nad wszystkimi innymi plemionami. 

—  Ja  dobrze  nie  wiem,  jak  się  to  stało  —  odrzekła  Okaszlu  —  trochę  w  tym  było 

niedbalstwa  z  mojej  strony,  a  trochę  i  dyplomacji.  Sama  nie  umiałabym  uŜyć  tej  broni,  nie 
chciałabym zaś powierzyć jej Ŝadnemu z moich wodzów, bo mógłby tego naduŜyć, przywła-
szczyć sobie władzę i panowanie z moją szkodą. 

— A nas się wasza królewska mość wcale nie obawiasz? — zapytał Henryk, śmiejąc się 

— a nuŜ my z Seagriffem a moŜe i z Nedem, jeśli go odszukamy, zechcemy zdobyć oręŜem 
posiadłości Teneków i ogłosimy którego z naszych, choćby na przykład Neda, królem Ziemi 
Ognistej! 

—  O!  CóŜby  to  było  za  szczęście!...  —  wykrzyknęła  Okaszlu  bez  namysłu  —  a  spo-

strzegłszy się, Ŝe ten wykrzyknik mógł dać wiele do myślenia, mówiła dalej: — Tak, w rze-
czy samej, byłoby to prawdziwe szczęście dla tej ziemi i dla jej mieszkańców, gdyby rozum-
ny  i  przedsiębiorczy  Europejczyk  objął  tu  władzę  i  zaprowadził  stopniowo  obyczaje  świata 
cywilizowanego. Ręka kobiety jest na to za słaba, zrozumiałam to juŜ dawno i nie próbowa-
łam nawet wywierać podobnego wpływu na moich współbraci, bo wiem, Ŝe to byłoby darem-
ne. MęŜczyzna mógłby duŜo, bardzo duŜo zrobić!... 

—  Tak,  tak,  niezawodnie,  byłoby  to  szczytne  i  piękne  zadanie  dla  cywilizowanego 

człowieka — odezwał się Seagriff, gładząc brodę z taką miną, jak gdyby młoda królowa jego 
samego chciała mianować wodzem i królem Teneków — ja jednak co innego mam na myśli. 
Nic więcej nie pragnę, daję słowo, tylko zbudować ładny trójmasztowiec, napełnić po brzegi 

background image

skórami  fok  i  popłynąć  do  Nowego  Yorku,  a  spienięŜywszy  to  wszystko  za  dobrą  cenę,  Ŝyć 
sobie spokojnie z uciułanego kapitaliku w jakiem miłym ustroniu... 

 
 
 
 

XIX. ZARĘCZYNY SOLENNE 

 
Elepari  wiedział  doskonale,  Ŝe  niegodny  czyn  jego  nie  mógł  mu  ujść  bezkarnie.  Wie-

dział on takŜe, iŜ Tenekowie liczniejsi byli daleko od Elikolepów i pokonają go z łatwością, 
gdyby przyszło do otwartej walki. ToteŜ przez całą noc myślał nad tym, jakim by sposobem 
nawiązać  na  nowo  zerwane  układy.  A  nie  było  czasu  do  stracenia,  gdyŜ  dnia  następnego  o 
ósmej  rano  dano  mu  znać,  Ŝe  flotylla  wojenna  Teneków  ukazała  się  na  morzu.  Flotylla 
składała  się  z  czterdziestu  łodzi,  na  kaŜdej  siedziało  dwunastu  zbrojnych  ludzi,  co  razem 
dawało  480  wojowników.  Elepari  miał  obecnie  pod  swoimi  rozkazami  600  ludzi,  nie  licząc 
kobiet. Na teraz więc przynajmniej przewaga była po jego stronie, a i połoŜenie Elikolepów 
przedstawiało  się  niewątpliwie  o  wiele  korzystniej.  Tenekowie  bowiem  musieli  albo  pod 
samym obozem na ląd wysiadać, a zatem narazić się na grad dzirytów i kamieni, albo defilo-
wać pojedynczo przez wąski pas ziemi i przez most od strony przeciwnej. 

Wreszcie  Elepari  liczył  na  starą  swoją  strzelbę,  która  dotąd  zwykle  postrach  siała 

pomiędzy krajowcami, chociaŜ od pewnego czasu musiał dodawać tłuczonego węgla do pro-
chu, w obawie, aby mu nie zabrakło amunicji. 

JakieŜ było jego zdziwienie, gdy Tenekowie zamiast przybijać do lądu uszykowali swo-

je łodzie szeregiem na morzu, w takiej odległości od brzegu, Ŝe pociski z proc nie mogły ich 
dosięgnąć. 

Jakkolwiek nie rozumiał tej taktyki, Elepari kazał swoim wojownikom stanąć na brze-

gu, aby mogli w razie napaści odeprzeć nieprzyjaciela. A wtem niespodzianie z czółen ozwały 
się strzały palnej broni. Kilku Elikolepów ranionych z wrzaskiem padło na piasek nadbrzeŜ-
ny, reszta przeraŜona zaczęła co Ŝywo umykać na wszystkie strony. 

Elepari  rozzłoszczony  próbował  ich  powstrzymać,  wreszcie  dobył  swojej  słynnej 

strzelby, wypalił, lecz proch musiał stracić zupełnie siłę wskutek owych  domieszek, zamiast 
strzału dał się słyszeć trzask przygłuszony... 

Tymczasem  z  czółen  Teneków  ozwała  się  druga  salwa,  nieliczna  garstka  Elikolepów, 

która jeszcze wytrwała przy boku wodza, zaczęła umykać w popłochu, wszystko co Ŝyło po-
chowało się po szałasach, lub drapnęło do lasu. 

Wówczas łodzie Teneków zwolna, w największym porządku przybiły do brzegu, ludzie 

wysiedli  i  śpiesznie  wkroczyli  do  obozu.  Tenekowie  w  przeciągu  kwadransa  załatwili  się  z 
nieprzyjacielem. Wszyscy wojownicy, zaskoczeni znienacka w szałasach składali broń i zda-
wali  się  na  łaskę  zwycięzców,  kobiety  ukrywały  się  po  kątach  z  dziećmi  drŜąc  ze  strachu, 
słowem  tryumf  był  zupełny,  a  obeszło  się  przy  tym  bez  wielkich  klęsk,  Ŝaden  z  Elikolepów 
nie był cięŜko raniony, Tenekowie zaś wyszli z walki bez najmniejszego zadraśnięcia. 

Henryk  Chester  biegał  bez  tchu  prawie  na  wszystkie  strony,  szukając  jeńców,  nigdzie 

ich jednak znaleźć nie mógł. Serce jego ścisnęła trwoga okropna. CzyŜby nikczemny Elepari 
widząc  się  pokonanym  zamordować  miał  bezbronne  kobiety,  biednego  kapitana  Ganey'a, 
poczciwego sternika i innych?... O! Gdyby tak było, łotr ten zasłuŜyłby na karę najcięŜszą! I 
nie minęłaby go z pewnością!... 

Lecz  czyŜ  zemsta  powróciłaby  Ŝycie  Madzi  i  jej  rodzicom?...  Henryk  odpychał  od 

siebie tę myśl okropną, a jednak wszystko zdawało się ją potwierdzać. Przejrzał juŜ całe obo-
zowisko, zajrzał do kaŜdego szałasu, lecz nigdzie nie było śladu nieszczęśliwych więźniów. 

Królowa  Okaszlu  ostatnia  na  ląd  wysiadła,  otoczona  przybocznym  swym  orszakiem. 

background image

Kazała  przyprowadzić  wodza  Elikolepów,  którego  kilku  wojowników  uwięziło.  Elepari  nie 
wyglądał wcale na przygnębionego swoją poraŜką, nie spuścił głowy i zuchwale spoglądał na 
królową Teneków. 

—  ZwycięŜyłaś  —  rzekł  do  niej  —  ale  mam  w  ręku  zemstę  gotową.  Nie  oddam  ci 

białych jeńców, którzy są w mojej mocy, a gdyby mi włos spadł z głowy, zginą wszyscy co 
do jednego. Są oni ukryci w takim miejscu, gdzie ich nikt, oprócz mnie, nie znajdzie. 

Elepari  powiedział  to  po  angielsku,  chciał  bowiem,  aby  sprzymierzeńcy  królowej  go 

zrozumieli. Poznał teŜ od razu, spojrzawszy na śmiertelnie bladą twarz Henryka, Ŝe nie chybił 
celu. 

— Jak to, Elepari! — zawołał młodzieniec — czyŜby taki wódz dzielny i potęŜny, czło-

wiek, który zwiedził kraje białych ludzi i Ŝył z nimi w przyjaźni, mógł zamordować niewinne 
dziewczę, ojca jej, matkę i kilku zacnych marynarzy, aby dogodzić niesłusznej zemście? CzyŜ 
nie pamiętasz, jak kiedyś brat tej dziewczyny stanął wraz ze mną w obronie twojej? 

Uśmiech  okrutny  wykrzywił  usta  dzikiego  wodza,  winszował  sobie,  Ŝe  wpadł  na  ten 

pomysł i znalazł sposób upokorzenia zwycięzców. 

— Młoda dziewczyna wraz rodzicami i przyjaciółmi znajduje się w jaskini niedostępnej 

i mnie jednemu znanej — rzekł szyderczo — sam ich tam odprowadziłem zeszłej nocy. Zginą 
niezadługo z głodu, jeŜeli Okaszlu nie spełni mojego Ŝądania. 

Okaszlu słuchała w milczeniu. Straszna walka odbywała się w jej duszy, nie dała jednak 

poznać po sobie Ŝadnego wzruszenia i rzekła obojętnie: 

— śądaj ode mnie rzeczy moŜliwych, a zgodzę się na wszystko najchętniej. 
—  Wiesz  bardzo  dobrze,  czego  Ŝądam  od  ciebie  —  odrzekł  Elepari  z  czelnością  — 

wczoraj  ci  to  kazałem  powiedzieć:  chcę  abyś  dała  jeszcze  trzydzieści  połci  słoniny  moim 
ludziom i została moją Ŝoną, a wówczas Elikolepi i Tenekowie będą jednym ludem. 

Henryk  Chester  mimowoli  zwrócił  na  małą  królową  wzrok  błagalny  i  przeraził  się  na 

widok  bladości  śmiertelnej,  która  pokryła  jej  oblicze.  Lecz  i  ona  spostrzegła  wyraz  prośby  i 
rozpaczy w jego oczach. Postanowiła uŜyć wszelkich środków, aby przełamać upór niegodzi-
wego wodza. 

— Elepari — rzekła — Ŝądasz trzydziestu połci słoniny, a ja ci dam całego wieloryba, 

któregośmy zaledwie napoczęli. Dodam do tego dwie strzelby, zapas amunicji, dwa pałasze, 
sztukę tkaniny czerwonej, dwie bransoletki srebrne i pozwolę twoim ludziom polować i ryby 
łowić na moich wodach. Ale nie wymagaj mojej ręki, na to jedno nie mogę się zgodzić. 

—  A  więc  dobrze,  jeńcy  biali  zginą  z  głodu  —  odparł  Elepari  z  największą  obojętno-

ś

cią. 

Biedna Okaszlu spojrzała na Henryka i taką straszną rozpacz wyczytała w jego oczach, 

Ŝ

e nie mogła znieść tego widoku, zalała się łzami. 

Potem nagle podniosła głowę, pokonała wzruszenie, chwyciła rękę młodego marynarza 

w swoje dłonie i rzekła cichym, lecz pewnym głosem: 

— Przekonasz się pan, Ŝe Okaszlu umie być wdzięczną, umie się poświęcić dla dobro-

czyńców swoich, — a zwracając się do wodza Elikolepów, dodała: — Elepari, jeŜeli inaczej 
być nie moŜe, przyjmuje twoje warunki... Poślij po jeńców i niechaj zgoda będzie pomiędzy 
nami i ludami naszymi... 

Elepari  wiedział  doskonale,  Ŝe  mógł  liczyć  na  słowo  królowej  Teneków,  nie  przyszło 

mu nawet na myśl Ŝądać innej jakiejś rękojmi. Dzika radość zabłysła w jego oczach przywołał 
dwóch  wojowników  i  udał  się  niezwłocznie  po  jeńców.  Zapowiedział  jednak,  Ŝe  potrzebuje 
na  to  kilku  godzin,  aby  się  dostać  do  jaskini,  gdzie  byli  ukryci  i  przyrzekł  odprowadzić  ich 
wprost do rezydencji Okaszlu. Królowa Teneków postanowiła zatem powrócić niezwłocznie 
do  domu  wraz  z  przyjaciółmi  i  tam  wszystko  przygotować  do  uczty,  przy  której  miały  się 
odbyć zaręczyny. 

Wiadomość  o  zawarciu  pokoju  na  tak  korzystnych  warunkach  uradowała  niezmiernie 

background image

Elikolepów,  a  Okaszlu  podbiła  ostatecznie  serca  tych  nowych  swoich  poddanych,  obiecując 
im  przysłać  świeŜy  zapas  ulubionego  tłuszczu  wieloryba.  Rozstano  się  zatem  w  najlepszej 
zgodzie, pośród okrzyków wesela i z obopólnych obietnic przyjaźni i jedności niezmiennej. 

—  Nie,  nie,  pan  tego  pojąć  nie  moŜesz,  jak  ja  strasznie  cierpię.  Ze  wszystkich  moich 

rodaków, Elepari jest dla mnie najwstrętniejszy... Postanowiłam nigdy nie iść za mąŜ... Ach! 
czyŜ mogłam przewidzieć!... 

I umilkła, tylko w duszy powtarzała sobie: 
— Nie moŜe być inaczej, muszę się poświęcić dla uratowania białych ludzi. Oni mi tyle 

dobrego zrobili, było mi tak dobrze w ich kraju, kochali mnie tam wszyscy, a brat tej młodej 
dziewczyny,  syn  kapitana,  stanął  w  obronie  mojej,  nie  znając  mnie  wcale...  Jeśli  on  Ŝyje,  to 
się dowie o tym, Ŝe umiałam być wdzięczną, rodzice i siostra mu to powiedzą; moŜe wówczas 
przypomni sobie obcą dziewczynę, którą tak dzielnie ratował i wspomni mnie Ŝyczliwie... Oni 
powrócą  do  kraju  i  wszyscy  będą  szczęśliwi...  i  mnie,  mnie  jednej  zawdzięczać  będą  swoje 
szczęście... i nie zapomną o mnie, bo biali ludzie są szlachetni... 

Takie i tym podobne myśli umacniały poczciwą, na wpół dziką dziewczynę w powzię-

tym postanowieniu i podtrzymywały jej odwagę. Nie umiała ona rozumować, lecz umiała być 
wdzięczną i nie wahała się spełnić dla tej wdzięczności największego poświęcenia. 

Henryk  nie  rozumiał  zapewne  doniosłości  tej  ofiary,  a  jednak  serdecznie  mu  było  Ŝal 

biednej  królowej  i  łamał  sobie  nad  tym  głowę,  jakim  sposobem  ją  znów  z  kolei  wyrwać  ze 
szponów  łotra.  Musiał  jednak  przyznać,  Ŝe  nie  było  na  to  Ŝadnego  sposobu,  przyrzeczenie 
dane dobrowolnie musiało być spełnione, złamanie słowa, nawet wobec takiego niegodziwca, 
jak wódz Elikolepów, byłoby zdroŜnością i on, człowiek cywilizowany, nie mógł przecieŜ na-
mawiać do tego królowej Teneków. 

Gdy  tak  rozmyślał,  przechadzając  się  przed  szałasem  Okaszlu,  uczuł  nagle  dotknięcie 

czyjejś ręki na swoim ramieniu. Odwrócił się, Orundeliko stał za nim, ustrojony dziwacznie, 
w kapeluszu na bakier, z laseczką w ręce, brakowało mu tylko szkiełka w oku. Mały człowie-
czek wyglądał dziś nadzwyczaj buńczucznie, pochylił się do ucha Henryka i szepnął z naci-
skiem: 

—  JuŜ  ja  biorę  na  siebie,  Ŝe  z  tego  małŜeństwa  nic  nie  będzie  —  i  uśmiechnął  się 

tajemniczo. 

 
O  drugiej  po  południu  wspaniała  uczta  zastawiona  była  na  trawniku  przed  szałasem 

królowej, w cieniu drzew odwiecznych. Nadszedł wkrótce Elepari w towarzystwie kilkunastu 
wojowników  Elikolepów,  przyprowadził  teŜ  wedle  przyrzeczenia  kapitana  Ganey'a  z  Ŝoną, 
córką i towarzyszami. 

KtóŜ zdoła opisać radość Henryka, gdy ujrzał wszystkich zdrowych i całych, gdy rodzi-

ce Madzi przycisnęli go do serca jak syna, a ona powitała tak serdecznie!.. 

Młoda dziewczyna pobladła troszkę, lecz teraz uśmiechnęła się znowu wesoło i zdawała 

się  zapominać  o  przebytych  cierpieniach.  Okaszlu  przypomniała  sobie  od  razu  zwyczaje 
kobiet cywilizowanych, od których zresztą nigdy zupełnie nie odwykła i zaprosiła obie panie 
do  swoich  apartamentów,  gdzie  były  przybory  do  mycia,  zwierciadełko,  grzebienie,  świeŜa 
bielizna i dość bogata garderoba królowej; wszystko to Okaszlu oddała do ich dyspozycji. 

Potem  wszyscy  razem  zasiedli  do  uczty.  Poluks,  pomimo  zmęczenia,  gorliwie  dopo-

mógł  kucharzom  miejscowym  w  przyrządzaniu  róŜnych  smakowitych  potraw,  ugotował  na-
wet kawę, której zapas znalazł się w spiŜarni królowej. 

Elepari, paradnie wystrojony, promieniejący dumą, siedział po prawej stronie Okaszlu. 

Rozmawiał ciągle po angielsku, chwalił się przed Ŝeglarzami swoimi przyjaznymi stosunkami 
z  admirałem  Fitzroy'em,  opowiadał  o  pobycie  w  Europie.  Okaszlu,  smutna  lecz  spokojna, 
troskliwie zajmowała się swoimi gośćmi i z wyrazem niewymownej tkliwości spoglądała na 
Madzię, która jej przypominała towarzyszki z pensji angielskiej. Seagriff z radością opowia-

background image

dał kapitanowi, Ŝe jest posiadaczem wybornych narzędzi, Ŝe za sześć tygodni najdalej zbuduje 
wspaniały statek i wszyscy odpłyną z tryumfem do najbliŜszego portu. 

— Drzewa mi tu nie zabraknie — mówił, zajadając przy tym w najlepsze — a na liny 

znajdzie się takŜe materiał w tych lasach, widziałem tu róŜne włókna roślinne, z których dzicy 
wyplatają maty. MoŜe i na Ŝagiel odszuka się jaki kawałek płótna u tej poczciwej królowej. W 
kaŜdym razie biorę to na siebie, Ŝe dopłyniemy sobie wzdłuŜ brzegów do Montewideo, a tam 
juŜ pierwszy lepszy okręt zabierze nas i odwiezie do Nowego Yorku. 

—  Okręt?  —  powtórzył  Elepari,  który  nadzwyczaj  był  uprzejmy  dla  wczorajszych 

swych jeńców — jeŜeli idzie o okręt, to nie macie potrzeby płynąć tak daleko. Jeden z moich 
ludzi  widział  duŜy  statek,  stojący  na  kotwicy  w  odnodze  Powodzenia,  o  piętnaście  mil  stąd 
najwyŜej. 

—  Czy  podobna!...  czy  to  pewna  wiadomość?  —  wykrzyknęło  naraz  kilka  głosów 

radosnych. 

— Najpewniejsza w świecie — odrzekł Elepari — chciałem nawet wybrać się jutro w tę 

stronę i popróbować, czy nie dostałbym prochu na tym okręcie. 

Rozmowa nadzwyczaj się oŜywiła, wszyscy rozprawiali o tej waŜnej wiadomości aŜ do 

ukończenia obiadu. Okaszlu kazała nareszcie podać kawę w prawdziwych angielskich filiŜan-
kach,  a  w  tejŜe  samej  chwili  Orundeliko  wstał  niepostrzeŜenie,  obszedł  naokoło  biesiadują-
cych, stanął za Eleparim, przyłoŜył mu pistolet do skroni i zanim tamten się obejrzał, ozwał 
się strzał i wódz Elikolepów padł na wznak, jakby piorunem raŜony. 

Okrzyk zgrozy wyrwał się ze wszystkich piersi, lecz Orundeliko powiedział najspokoj-

niej w świecie: 

— No i cóŜ wielkiego? Okaszlu go nie chciała, a i ja takŜe nie chciałem, aŜeby za niego 

wychodziła. Wszyscy powinni być z tego zadowoleni... 

 
 
 
 

XX. ZAKOŃCZENIE 

 
Tak zginął Elepari, wódz najwyŜszy Elikolepów. Nie moŜemy pochwalać jego zabójcy, 

który w kraju cywilizowanym dostałby się niewątpliwie na ławę oskarŜonych i byłby skazany 
na  surową  karę.  Ale  w  Ziemi  Ognistej  prawodawstwo  stoi  na  bardzo  niskim  stopniu,  kaŜdy 
sobie  sam  wymierza  sprawiedliwość,  musimy  teŜ  wyznać,  Ŝe  gdy  minęła  pierwsza  chwila 
mimowolnego przestrachu i zdumienia nikt jakoś nie mógł się zbytnio gniewać na Orundelika 
za ten dziki pomysł. Okaszlu wprawdzie dala dowód wielkiej surowości, rozkazała mordercy 
opuścić mu natychmiast  dwór królewski, lecz czyniła to jedynie z poczucia obowiązku, nie-
podobna jej mieć za złe, Ŝe w głębi duszy zadowolona była z takiego rozwiązania trudności. 

Obawiano się tylko, aŜeby Elikolepi nie zechcieli inaczej się zapatrywać na tę sprawę i 

nie  wypowiedzieli  wojny  Tenekom.  Lecz  stało  się  wręcz  przeciwnie;  Elepari  budził  w  nich 
wprawdzie  przestrach  swoją  strzelbą  skałkową  i  dlatego  jedynie  narzucił  im  swoją  władzę, 
lecz  w  gruncie  rzeczy  wszyscy  go  nienawidzili  i  bardzo  byli  radzi,  Ŝe  się  tego  nieznośnego 
tyrana pozbyli. Dnia tego nawet i stara strzelba straciła swój urok, świetne zwycięstwo, z taką 
łatwością odniesione przez Teneków, zachwiało zupełnie wojenną sławą najwyŜszego wodza. 
Wreszcie powiedzmy całą prawdę: w chwili, gdy wiadomość o tej niespodziewanej katastro-
fie doszła do wioski Elikolepów, lud cały zasiadał właśnie do sutej biesiady, nadesłanej przez 
królową Okaszlu, nie mógł więc gniewać się na osobę, zaopatrzoną w taką obfitość Ŝywności. 
Elikolepi woleli zachować zgodę z nią i jej ludem, powiedzieli sobie zresztą, Ŝe skoro Elepari 
juŜ  nie  Ŝył,  to  i  gniew  na  nic  by  się  nie  przydał  i  nie  warto  sobie  psuć  apetytu  dla  takiej 
drobnostki.  UwaŜali  nawet  za  stosowne,  ze  względu  na  sprawy  Ŝołądkowe,  wyprawić  nie-

background image

zwłocznie  poselstwo  do  królowej  Teneków,  prosząc,  aby  ich  raczyła  przyjąć  pod  swoje 
panowanie. Wszystko więc zakończyło się jak najlepiej, bez Ŝadnych powikłań politycznych. 

Zaraz  nazajutrz  mała  królowa  kazała  przygotować  łodzie  i  sama  postanowiła  odwieźć 

swoich  gości  do  odnogi  Powodzenia.  Tak  się  przywiązała  do  Madzi,  Ŝe  nie  mogła  bez  łez 
pomyśleć o rozstaniu z tą nową przyjaciółką. 

Cała  gromadka  wesoło  wybrała  się  w  drogę,  zabierając  z  sobą  broń,  zapasy  Ŝywności, 

wędki,  słowem  wszystko,  co  mogło  uprzyjemnić  Ŝeglugę.  Raz  w  Ŝyciu  przecieŜ  Elepari 
prawdę  powiedział,  ujrzano  rzeczywiście  w  miejscu  oznaczonym  okręt,  stojący  na  kotwicy 
dla naprawienia drobnych jakichś uszkodzeń. 

Radość  była  jeszcze  większa,  gdy  ktoś  odczytał  nazwę  okrętu  „Włóczęga”,  (Ranger)  i 

okazało się, Ŝe, Seagriff znał doskonale kapitana, który nim dowodził, słuŜył niegdyś pod jego 
rozkazami i odbywał z nim wyprawę na połów fok. 

Wszystkie  serca  mocniej  uderzyły  na  widok  chorągwi  gwiaździstej,  a  jednak  większa 

jeszcze  a  niespodziewana  radość  czekała  kapitana,  Ŝonę  jego  i  córkę,  Henryka  i  wszystkich 
rozbitków. Gdy zbliŜyli się do „Włóczęgi” spostrzegli nagle uwiązaną do okrętu duŜą szalupę 
Ŝ

aglową,  a  na  niej  napis:  „Kalipso”!...  Tak,  nie  inaczej,  to  była  ta  sama  łódź,  na  której  Ned 

odpłynął po rozbiciu okrętu. 

Ale cóŜ się z nim stało?... MoŜe i Ned tu się znajdzie! 
I,  gdy  zrównali  się  z  okrętem,  pierwszą  istotą,  którą  ujrzeli  na  pokładzie,  był  Ned  we 

własnej osobie. Ned zdrów i cały, promieniejący radością na widok rodziny, otoczony towa-
rzyszami niedoli, wszyscy tam byli, co do jednego!... A więc ocaleli ci, których juŜ opłakiwa-
no, i znowu wszyscy są razem, cierpienia minęły, przebyli szczęśliwie tyle niebezpieczeństw, 
spotkali się na koniec i więcej się nie rozstaną!  

Ze  wszystkich  piersi  wyrwał  się  okrzyk  radości,  załoga  „Włóczęgi”  z  serca  wtóruje 

wiwatom. W parę minut cała gromadka jest juŜ na pokładzie, uściskom wzajemnym, opowia-
daniom nie ma końca. 

A jednak rzecz dziwna: Okaszlu nie dzieli ogólnej radości, spogląda na nich w milcze-

niu,  ze  smutkiem  prawie.  Biedaczka  widzi,  Ŝe  jest  obca  pośród  tej  kochającej  się  rodziny,  a 
obcą  czuje  się  takŜe  i  w  własnym  kraju,  zanadto  wielka  róŜnica  usposobienia  i  wychowania 
dzieli ją od rodaków. Zawsze więc ma pozostać samotną na świecie? Nigdy jeszcze to osamo-
tnienie  nie  ciąŜyło  jej  tak,  jak  w  tej  chwili.  Jest  przy  tym  dziwnie  zakłopotana  w  obecności 
Neda Ganey'a. Gdy poznała Henryka Chestera, tak wymownie umiała mu wdzięczność swoją 
okazać  za  to,  Ŝe  ją  obronił  niegdyś  od  napaści  w  porcie  angielskim;  a  teraz  nie  znalazła  ani 
jednego  słówka  do  powiedzenia  synowi  kapitana.  Powitała  go  tylko  sztywnym,  milczącym 
ukłonem. 

SkądŜe  znów  ta  róŜnica?  WszakŜe  Ned  Ganey  bronił  jej  w  owym  dniu  pamiętnym 

równie  gorliwie, jak i Henryk Chester?... Nikt tego pojąć nie moŜe, a jednak niepodobna jej 
posądzać o niewdzięczność. 

Ned Ganey z wielkim wzruszeniem witał małą królową, która uratowała Ŝycie rodziców 

jego i siostry i gotowa była tak wielkie poświęcenie spełnić dla nich. Rad by jej podziękować, 
rad  by  okazać,  Ŝe  czuje  głęboko,  ile  jej  winien,  lecz  czynił  to  z  taką  nieśmiałością,  jakiej  w 
innych okolicznościach nie okazywał nigdy. CzyŜby majestat królewski takie na nim wywarł 
wraŜenie?  Trudno  to  przypuszczać,  chociaŜ  Okaszlu  naprawdę  zachowuje  się  z  iście  króle-
wską godnością i powagą. 

Na szczęście kapitan okrętu wybawił go z kłopotliwej sytuacji, wzywając wszystkich na 

podwieczorek, umyślnie na cześć rozbitków przygotowany. U stołu dopiero rozmowa się oŜy-
wiła, nie brakło teŜ do niej zajmujących tematów, dzieje tych kilku tygodni były tak obfite w 
wypadki, Ŝe rozbitkowie nigdy się o nich dość nagadać nie mogli. 

Ned takŜe niemało niebezpieczeństw przeŜył na morzu, lecz nie spotkał się z krajowca-

mi.  Straciwszy  z  oczu  inne  łodzie,  młody  marynarz  starał  się  juŜ  tylko  unikać  rozbicia  na 

background image

rafach  Drogi  Mlecznej,  błądził  teŜ  długo  wzdłuŜ  wybrzeŜy  i  dotarł  aŜ  do  tej  odnogi,  gdzie 
dnia  poprzedniego  dopiero  spotkał  okręt  „Włóczęgę”.  Poczciwy  kapitan  Simpson  miał 
właśnie z nim razem zwiedzać wszystkie wybrzeŜa Ziemi Ognistej, szukając reszty rozbitków 
statku „Kalipso”. 

Zacny to niezawodnie człowiek, ten kapitan Simpson lecz dziwnie smutny, co się rzad-

ko  zdarza  między  Ŝeglarzami.  A  smutek  ten  nie  był  bez  przyczyny.  Od  sześciu  tygodni 
kapitan krąŜył w okolicach Ziemi Ognistej i nie napotkał jeszcze ani jednej foki. Tymczasem 
polowanie na foki jest jedynym celem jego podróŜy, z kilku domami handlowymi w Nowym 
Yorku  pozawierał  umowy,  jakŜe  się  z  nich  wywiąŜe?  Foki  wyginęły,  znikły  z  powierzchni 
ziemi! Ci niegodziwi krajowcy wytępić je musieli. 

— Mój kapitanie, jeśli ci tylko o  foki idzie, moŜemy  ci ich dostarczyć co niemiara — 

mówi Henryk Chester, dusząc się od śmiechu na wspomnienie przygody, która ich spotkała w 
kotlince. 

Lecz  Seagriff  obyczajem  amerykańskim  nigdy  własnego  interesu  nie  spuszcza  z  oczu, 

to teŜ rozpaczliwymi znakami nakazuje młodzieńcowi milczenie. 

— śeśmy ich parę widzieli, to jeszcze nic nie dowodzi — odezwał się stary, mrugając 

w sposób znaczący na Henryka. 

—  Parę!  —  powtarza  młodzieniec.  —  Parę!  MoŜesz  śmiało  powiedzieć,  Ŝeśmy  ich 

napotkali  tysiące  i  setki  tysięcy!...  Widzę  ja  to,  Ŝe  mrugasz  na  mnie,  Seagriffie,  ale  bądź 
spokojny, jest ich tam tyle, Ŝe wystarczy i dla kapitana Simpsona i dla nas. 

Następują  wyjaśnienia,  staje  w  końcu  na  tym,  Ŝe  rozbitkowie  wskaŜą  kapitanowi 

niewyczerpaną kopalnię fok, licząc na jego wspaniałomyślność, o nagrodzie nikt nie wspomi-
na.  

Następnego dnia „Włóczęga” podniósł kotwicę i puścił się tą samą drogą, którą nieda-

wno  w  kierunku  przeciwnym  przebywali  nasi  Ŝeglarze.  Gdy  okręt  dopłynął  do  posiadłości 
Teneków,  wszyscy  sądzili,  Ŝe  królowa  ich  poŜegna.  Lecz  Okaszlu  ku  powszechnemu 
zdziwieniu oświadczyła, iŜ ma ochotę zwiedzić wyspę fok i dalej z nimi popłynie. Wysiadła 
tylko na godzinkę na ląd, zajrzała do stolicy, przekonała się, iŜ sprawy stanu są w porządku i 
powróciła na pokład. Henryk i Madzia towarzyszyli jej w tej wycieczce, Ned takŜe poszedł z 
nimi,  zaszła  teŜ  w  tym  krótkim  przeciągu  czasu  okoliczność,  która  miała  skutki  ogromnej 
doniosłości dla tego zakątka Ziemi Ognistej. 

Henryk  i  Madzia  po  tak  długiej  rozłące  mieli  sobie  mnóstwo  ciekawych  rzeczy  do 

powiedzenia,  poszli  więc  naprzód  ścieŜką,  prowadzącą  do  pałacu  królowej.  Okaszlu  szła 
wolniej,  wsparta  na  ramieniu  Neda,  a  wyglądała  dziś  tak  wesoło,  tak  była  oŜywiona,  Ŝe 
młodzieniec to zauwaŜył i rzekł: 

—  Zapewne  pani  się  nudziła  z  dala  od  swego  mieszkania  i  pośród  ludzi  obcych,  o 

których pani wkrótce zupełnie zapomni... — był przy tym dziwnie nachmurzony i patrzył na 
młodą dziewczynę, jakby z wyrzutem. 

—  Czy  tak  pan  sądzisz  o  mnie,  panie  Nedzie?  —  odpowiedziała  Okaszlu  głosem  tak 

zmienionym, Ŝe młodzieniec dziwnego doznał wraŜenia. Ona zaś odwróciła nagle głowę, lecz 
nie zdołała ukryć łez, spływających po jej twarzy. 

—  Mylisz  się  pan  —  mówiła  dalej  po  chwili  —  ja  nie  tak  łatwo  zapominam,  a  raz 

zaciągnąwszy dług wdzięczności, do śmierci o nim pamiętać będę... Lecz pan zapewne pojąć 
tego nie moŜesz, aby dziewczyna, pochodząca z rodu dzikich krajowców, mogła mieć uczucia 
szlachetniejsze.. ja to wiem, ludzie biali pogardzają nami... 

— O nie, to pani się mylisz — przerwał Ned z Ŝywością niezwykłą — niesprawiedliwą 

pani jesteś dla mojej rodziny... i dla mnie... my nigdy nie zapomnimy o tym, coś pani uczyniła 
dla nas. Jesteś pani najlepszą, najszlachetniejszą kobietą, zasługujesz na uwielbienie i potrafił-
bym ci tego dowieść, gdybym miał tylko trochę dolarów... Na nieszczęście nie mam teraz ani 
jednego, więc muszę to odłoŜyć na później... 

background image

Co to miało znaczyć ? Młoda królowa nie zrozumiała, lecz zagadkowe słowa Neda dały 

jej duŜo do myślenia, zastanawiała się nad nimi, dopóki nie stanęli u wejścia do pałacu. 

Wszystko  tam  było  w  porządku  w  czasie  nieobecności  królowej.  Wierni  jej  poddani 

rozebrali juŜ zupełnie wieloryba, stary wódz Amakua bardzo roztropnie rządził państwem w 
charakterze  regenta,  mogła  więc  Okaszlu  spędzić  bezpiecznie  jeszcze  dni  parę  w  towarzy-
stwie swoich przyjaciół. 

Madzia  i  Henryk  widocznie  nie  powiedzieli  sobie  jeszcze  wszystkiego,  co  mieli  na 

sercu,  gdyŜ  znowu  poszli  naprzód,  zmierzając  z  powrotem  do  okrętu,  Okaszlu  pozostała  w 
tyle z Nedem, który po namyśle uwaŜał za stosowne wytłumaczyć jej wyraźniej, co by zrobił, 
gdyby miał trochę dolarów w zapasie. 

— Mam pani coś do powiedzenia — rzekł bez długich omówień — chciałbym zapytać, 

czy zgodziłabyś się pani za jakich lat parę zamieszkać w Nowym Yorku, jako Ŝona uczciwego 
obywatela amerykańskiego? 

—  Ja  —  odrzekła  Okaszlu  drŜącym  głosem  —  czyŜ  znalazłby  się  taki  obywatel 

amerykański, który chciałby wziąć za Ŝonę na wpół dziką dziewczynę? 

—  Czemu  by  się  nie  znalazł?  Znam  nawet  takiego,  który  by  z  dumą  i  radością  podał 

pani rękę. Na nieszczęście w tej chwili brak mu do tego dolarów. Ale co tu w bawełnę owijać, 
tym obywatelem jestem ja sam. 

—  A  czy  dolary  koniecznie  do  tego  potrzebne?  —  zapytała  Okaszlu,  ochłonąwszy  z 

gwałtownego wzruszenia. 

— Ba! U nas bez dolarów niepodobna się utrzymać rodzinę. 
— Na to są przecieŜ sposoby — mówiła mała królowa w zamyśleniu — dolary zarobić 

moŜna.  CzemuŜbyś  pan  zresztą  nie  miał  się  wzbogacić  tu,  w  moim  kraju,  gdzie  ziemia  leŜy 
odłogiem i tyle jest bogactw, z których dziś nikt nie korzysta? Biedni moi rodacy nie potrafią 
wyjść  ze  stanu  ciemnoty  i  upośledzenia,  póki  się  nie  znajdzie  człowiek  rozumny  i  przedsię-
biorczy, który pokieruje nimi, wprowadzi ich na drogę cywilizacji. Marzyłam ja o tym sama, 
lecz  zadanie  to  przechodzi  siły  kobiety.  Dzielnego,  męŜczyzny  na  to  potrzeba,  dobrego, 
odwaŜnego,  cierpliwego…  Sądzę,  Ŝe  pan  byś  to  potrafił,  panie  Nedzie,  czy  nie  zechcesz 
spróbować?... 

—  Na  honor!  CzemuŜ  bym  nie  miał  spróbować?  —  zawołał  młody  jankes  wesoło.  — 

ZaleŜy to od pani, jestem gotów i jeśli przyjmiesz moją rękę... 

— Przyjmuję z całego serca — szepnęła mała królowa i rękę złoŜyła w jego dłoni. 
Były to zaręczyny młodej pary. 
„Włóczęga” popłynął dalej, wkrótce przybił do wyspy, gdzie rozbitkowie widzieli ową 

niezmierną  ilość  fok,  spadających  lawiną  do  morza.  Kapitan  Simpson  odzyskał  prędko 
wesołość, naładowawszy okręt swój po brzegi wspaniałymi futrami. Mógł on teraz dogodzić 
wszystkim kupcom w Nowym Yorku i zaopatrzyć na zimę w ciepłe ubranie wszystkie panie, 
tam mieszkające. 

Nas  jednak  interesy  handlowe  kapitana  Simpsona  mniej  obchodzą,  niŜ  przyszłość  na-

szych znajomych. Ned jest juŜ spokojny, wie on, Ŝe Okaszlu tęskni do Ŝycia cywilizowanego, 
i  Ŝe  jako  uległa  i  kochająca  Ŝona  chętnie  z  nim  pójdzie  wszędzie,  gdyby  mu  się  uprzykrzył 
pobyt w Ziemi Ognistej. Postanowił jednak spróbować, czy mu się to posłannictwo, o którym 
marzy młoda królowa powiedzie w jej krainie. 

Najpierw zwierzył się rodzicom, a gdy ci zamiary jego pochwalili, Ned rozpoczął długie 

narady  z  Seagriffem  i  innymi  majtkami.  I  stanęło  na  tym,  Ŝe  stary  cieśla  pozostał  z  nim  na 
ziemi Teneków. Pięciu dzielnych marynarzy z załogi „Kalipso” przyłączyło się do nich takŜe. 

„Włóczęga”  podniósł  wreszcie  kotwicę  i  opuścił wybrzeŜa  Ziemi  Ognistej,  a  pewnego 

pięknego dnia w połowie października przybył do Nowego Yorku. 

Niestety!  Nie  moŜna  ukrywać  smutnej  prawdy.  Kapitan  Ganey  zawiódł  się  bardzo  na 

koledze  swoim  kapitanie  Simpsonie,  którego  szlachetności  zaufał,  gdyŜ  ten  ani  pomyślał  o 

background image

odwdzięczeniu się za cenne wskazówki, otrzymane od rozbitków. Najprostsza sprawiedliwość 
nakazywała, aby im dał  jakiś udział w zyskach,  osiągniętych ze sprzedaŜy  tych fok, których 
byłby nie zobaczył nigdy bez ich pomocy. 

Chytry jankes w ciągu podróŜy zapomniał zupełnie o tej drobnej okoliczności, nigdy ani 

słówkiem  o  niej  nie  wspomniał,  nie  okazał  nawet  tyle  grzeczności,  aby  ofiarować  Ŝonie  i 
córce  kapitana  Ganey'a  po  kawałku  futra  na  zarękawki.  Nie  dość  tego,  po  przybyciu  do 
Nowego Yorku zaŜądał od rozbitków zapłaty za to, Ŝe ich przywiózł na swoim okręcie. 

Najgorzej wyszedł na tym nasz Henryk. Zrzuciwszy pychę z serca, musiał się zaciągnąć 

jako  prosty  majtek  do  załogi  okrętu  angielskiego,  który  odpływał  do  portu  Portsmouth. 
ś

eglarze  nieraz  bywają  naraŜeni  na  takie  niespodzianki.  Lecz  Henryk  był  pełen  rezygnacji, 

nie martwił się zbytecznie swym niepowodzeniem, pewny był, Ŝe przy wytrwałości wynagro-
dzi  je z  czasem.  Kapitan  Ganey  miał  zamiar  niedługo  urządzić  wyprawę  do  Ziemi  Ognistej, 
do  wyspy  fok,  których  kapitan  Simpson  przecieŜ  nie  wytępił  do  szczętu. śe  ta  wyprawa  nie 
mogła się odbyć bez współudziału Henryka, o tym nawet wspominać nie potrzebujemy. 

Ale  przygotowania  do  tej  nowej  podróŜy  nie  mogły  być  ukończone  w  jednej  chwili, 

mógł  więc  Henryk  tymczasem  udać  się  do  ojczyzny  i  zobaczyć  z  rodziną.  Po  sześciu  latach 
nieobecności biedny chłopiec powracał z niczym. 

Pewnego  dnia  w  grudniu  duŜy,  silny  chłopak  w  ubiorze  marynarskim,  zdąŜał  pieszo 

gościńcem, wiodącym do wioski Godalminy i zastukał do drzwi schludnego domku. SłuŜąca 
otworzyła, lecz nie poznała przybysza i zapytała, czego Ŝąda. On nic nie odpowiedział, tylko 
wbiegł śpiesznie do małej salki jadalnej i upadł na kolana przed fotelem, na którym siedział 
siwy staruszek, wygrzewając sobie nogi przy ogniu. 

— Ojcze, rzekł, wyciągając doń ręce, czy mnie nie poznajesz? 
Staruszek  zadrŜał,  po  chwili  uśmiech  ukazał  się  na  jego  ustach,  a  łza  spłynęła  po 

pomarszczonej twarzy. 

— A, to ty, chłopcze! jak widzę, nie jesteś jeszcze admirałem. 
Od tej jednej złośliwej uwagi powstrzymać się nie mógł stary ojciec, lecz jednocześnie 

otworzył ramiona i z serdecznym uczuciem przycisnął do piersi marnotrawnego syna.  

Nie  będziemy  opisywali  powitania  bohatera  naszego  z  matką  i  siostrzyczką  Emilcią. 

Nie przywiózł on im wprawdzie obiecanych gościńców, lecz domyślacie się zapewne, Ŝe nie 
miały mu tego za złe. 

Henryk  w  pokorze  przyznał  się  do  winy  i  przeprosił  ojca  za  to,  Ŝe  się  sprzeciwił  jego 

woli. Opowiadał z całą szczerością, jak w ciągu tych lat sześciu trapiły go ustawicznie wyrzu-
ty sumienia, nie był nigdy zupełnie szczęśliwy, nawet wówczas, gdy mu się najlepiej wiodło, 
a  niepowodzenie  obecne  uwaŜał  za  słuszną  karę,  którą  sam  ściągnął  na  siebie  nieposłuszeń-
stwem. 

— Miałem od razu najgorsze przeczucia, wstępując na pokład tego okrętu i sprawdziły 

się  w  zupełności  —  mówił  raz  do  matki  i  siostry  —  a  nie  jest  to  szczególne  zrządzenie 
Opatrzności,  Ŝe  jedyny  dobry  uczynek,  jaki  spełniłem  dnia  tego,  stając  w  obronie  biednej 
dziewczyny, nie pozostał bez nagrody i uratował mi Ŝycie? Zresztą wszystko mnie zawiodło, 
nawet odkrycie najbogatszej kopalni futer na nic mi się nie zdało. Bo nie było w tym wszy-
stkim  błogosławieństwa  ojcowskiego.  Na  tym  świecie,  jak  sobie  kto  pościele,  tak  się  wyśpi. 
Przed  sześciu  laty,  byłem  dzieckiem,  nie  rozumiałem  tego,  dziś  jestem  człowiekiem 
dojrzałym i oczy mi się otworzyły. 

Henryk nie tylko słowami, lecz czynem dowiódł, Ŝe winy swej szczerze Ŝałuje i pragnie 

ją  naprawić.  Gdy  więc  kapitan  Ganey  dał  mu  znać,  Ŝe  ma  juŜ  drugi  okręt  i  wzywał  go,  aby 
przybycie swoje przyśpieszył, młodzieniec zaniósł list ten ojcu i rzekł: 

— Bez pozwolenia twego i błogosławieństwa, ojcze, nie puszczę się za nic w powtórną 

podróŜ, bo jestem pewny, Ŝe nie wyszłoby mi to na dobre. 

Staruszek  jednak  tym  razem  juŜ  się  nie  opierał.  Przekonał  się,  Ŝe  to  było  powołanie 

background image

prawdziwe i Henryk zupełnie spokojny i szczęśliwy puścił się znów na morze. 

Przeczucia jego sprawdziły się, nie doznał w tej drugiej podróŜy tylu przygód nadzwy-

czajnych,  lecz  za  to  odniósł  większe  korzyści.  Kapitan  Ganey  powrócił  na  czas  dłuŜszy  do 
Nowego Yorku, potrzebował on juŜ odpoczynku, Henryk więc przyjął miejsce porucznika na 
statku wielorybniczym i znów wyruszył na daleką wyprawę. Kapitan tego okrętu zachorował i 
umarł  w  drodze,  młodzieniec  go  zastąpił  i  tak  świetnie  się  wywiązał  z  tego  obowiązku,  Ŝe 
właściciele  okrętu  utrzymali  go  na  stopniu  kapitana  i  przypuścili  do  spółki.  Miał  więc  juŜ 
teraz  Henryk  stanowisko,  które  mu  pozwalało  sięgnąć  po  rączkę  Madzi.  Nie  zwlekał  długo, 
oświadczył się i został przyjęty. 

A tymczasem Ned z pomocą Seagriffa i innych towarzyszy ogromne zmiany zaprowa-

dził  w  państwie  Teneków.  Stary  cieśla  zbudował  pyszny  trójmasztowiec,  spuszczono  go  na 
wodę i pewnego pięknego poranku statek ten, któremu nadano nazwę: „Nowa Kalipso”, zawi-
nął do Nowego Yorku, wioząc małą królową Okaszlu i jej narzeczonego. 

Dwa śluby odbyły się razem, a nie potrzebujemy dodawać, Ŝe wyprawa jednej i drugiej 

panny młodej obfitowała w prześliczne futra. Spory teŜ zapas posłano w upominku Emilci. 

Nieustanne stosunki zawiązały się teraz pomiędzy Nowym Yorkiem a Ziemią Ognistą. 

Ned  z  Ŝoną  przebywa  kolejno  to  w  jej  rezydencji,  to  w  Nowym  Jorku.  Ziemia  Teneków 
zmieniła się w kwitnącą osadę, coraz więcej Europejczyków przenosi się tam na stałe, a kró-
lowa Okaszlu czuwa nad tym troskliwie, aby biali osadnicy Ŝyli w przyjaźni z krajowcami i 
Ŝ

adnej krzywdy im nie czynili. 

 
 
 

KONIEC