background image

AGATHA CHRISTIE
   
   
   
BOŻE NARODZENIE
HERKULESA POIROT
   
PRZEŁOŻYŁA BARBARA JABŁOŃSKA
REDAKTOR MAŁGORZATA WAROWNY
   
Drogi Jamesie,
   Zawsze byłeś jednym z moich najwierniejszych i najwdzięczniejszych czytelników, 
tym bardziej więc poruszyły mnie twoje krytyczne uwagi.
   Narzekałeś, że moje morderstwa stały się nazbyt wyrafinowane i, w gruncie rzeczy, 
jakby anemiczne. Wyznałeś, że tęsknisz za „solidnym, gwałtownym, tonącym we 
krwi mordem, który nie zostawiłby miejsca na wątpliwości, czy to naprawdę 
morderstwo!”
   Tę powieść napisałem więc specjalnie dla Ciebie. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.
   Twoja szczerze Cię kochająca bratowa
   Agatha

CZĘŚĆ I
22 GRUDNIA
I
   
   Słephen podniósł kołnierz płaszcza i szybkim krokiem szedł wzdłuż peronu. Ponad 
jego głową gęsty dym zasnuwał dworzec. Potężne lokomotywy z donośnym gwizdem 
wyrzucały w lodowate powietrze kłęby pary. Wszystko wokół było zabrudzone sadzą.
   „Cóż za obrzydliwy kraj! Co za odpychające miasto!” — pomyślał.
   Początkowo oszołomił go Londyn, widok sklepów, restauracji, atrakcyjnych i 
eleganckich kobiet, ale to minęło. Miasto wydało mu się teraz tanią błyskotką w 
tandetnej oprawie.
   — A gdyby tak wrócić do Afryki Południowej ? Przypływ bolesnej nostalgii 
przywiódł mu na pamięć blask słońca, błękit nieba, ogrody pełne kwiatów… 
jaskrawo niebieskich kwiatów… rzędy żywopłotów i szafirowe powoje, które 
oplatały najlichszy nawet domek.
   Tu pełno było brudu, błota i potrącających się w pośpiechu ludzi, zaaferowanych 
jak mrówki w drodze ku mrowisku. Przemknęło mu przez myśl: „Szkoda, że w ogóle 
przyjechałem”.
   Potem jednak przypomniał sobie o swoim celu i zacisnął zęby. Do licha, nie! Snuł 
przecież plany całymi latami i zawsze pragnął urzeczywistnić to, co sobie zamierzył.
   Jego chwilowe wahanie, pytania, jakie zadawał samemu sobie: „Po co? Czy warto 
odgrzebywać przeszłość?”, wydały mu się jedynie oznaką słabości. Nie był 
młodzieniaszkiem, który działa pod wpływem przelotnego kaprysu, ale mężczyzną 
blisko czterdziestoletnim, pewnym siebie i zdolnym do czynu. Tak, zrobi to, po co 
przyjechał do Anglii.
   Wsiadł do pociągu i poszedł korytarzem, szukając wolnego miejsca. Gestem dłoni 
odprawił tragarza i ze skórzaną walizą w ręku zaglądał do przedziałów. Święta 
zaczynały się już za trzy dni, więc pociąg był przepełniony. Stephen Farr z niechęcią 
mierzył wzrokiem licznych pasażerów.
   Co za tłum! Niezmierzony, nieprzeliczony tłum! Wszyscy wyglądali tak jakoś… 

background image

bezbarwnie. Byli wręcz rozpaczliwie podobni do siebie. Stephen miał przed sobą albo 
smętne baranie łby, albo pyszczki królików. Jeszcze inni — ociężali ludzie w 
starszym wieku — pochrząkiwali z cicha niczym świnki w chlewiku. Nawet smukłe 
dziewczęta z owalnymi twarzyczkami i pąsowymi ustami miały przygnębiająco 
jednostajny wygląd.
   Z niespodziewaną tęsknotą pomyślał o afrykańskim buszu, o spalonych słońcem 
osamotnionych przestrzeniach. I nagle, gdy zajrzał do kolejnego przedziału, z 
wrażenia zaparło mu dech. Ta dziewczyna była inna. Czarne włosy, blada matowa 
cera o śmietankowym odcieniu, przepastne oczy. Smutne, dumne śródziemnomorskie 
oczy. Chyba przez pomyłkę tkwiła pośród amorficznego tłumu, przemierzając 
posępne równiny środkowej Anglii. Wyobraził ją sobie na balkonie, z różą w ustach, 
w czarnej mantyli kryjącej wyniosłą głowę. Brakowało tylko kurzu, upału i unoszącej 
się w powietrzu woni krwi rozlanej podczas walki byków. Powinna była olśniewać, a 
nie siedzieć w kacie zatłoczonego przedziału trzeciej klasy.
   Stephen był bystrym obserwatorem. Nie uszedł jego uwagi wyświechtany czarny 
płaszczyk, skromna spódnica, taniutkie fabryczne rękawiczki i torebka w 
wyzywającym, odcieniu czerwieni. Nad wszystkim górowało jednak i olśniewającego 
zjawiska. Tak, była olśniewająca, egzotyczna… Co, u licha, robiła w tej krainie mgły, 
chłodu i wiecznie zabieganych pracowitych mrówek?
   „Muszę się dowiedzieć, kto to jest i co tu robi — pomyślał. Muszę koniecznie”.

II
   
   Pilar, skulona w kącie pod oknem, rozmyślała nad tym, Jak dziwnie pachnie Anglia. 
Właśnie to uderzyło ją najmocniej: odmienność woni. Nie ma zapachu czosnku ani 
pyłu, a perfum nie czuje się prawie wcale. Przedział zionął stęchlizną zamkniętych 
pomieszczeń, siarczanym odorem pociągu, mydłem. Kolejny niemiły zapach 
emanował z futrzanego kołnierza siedzącej obok, tęgiej pani. Pilar ostrożnie 
pociągnęła nosem, wdychając z niechęcią woń naftaliny. „Dziwne — pomyślała — 
jak można skrapiać się podobnymi pachnidłami!”
   Rozległ się gwizdek, ktoś krzyknął coś donośnym głosem i pociąg z wolna ruszył. 
Jechała więc ku swemu przeznaczeniu.
   Serce zabiło je j szybciej. Czy wszystko się uda? Czy zdoła dokonać tego, co 
zamierzała zrobić? O, na pewno! Obmyśliła przecież wszystko tak starannie. 
Przewidziała każdą okoliczność. Tak, na pewno się jej powiedzie!
   Kąciki czerwonych warg Pilar uniosły się nieznacznie. Jej usta stały się nagle 
okrutne i zachłanne jak u kota albo dziecka; jak u kogoś, kto chce zaspokoić swe 
pragnienia i nie dba o litość.
   Rozejrzała się wokół z nie ukrywaną dziecięcą ciekawością. Wszyscy Anglicy, w 
liczbie siedmiu, wydali się jej niesłychanie zabawni. A przy tym wyglądali tak 
dostatnio, wręcz zamożnie, sądząc choćby po ich strojach i butach. No, Anglia na 
pewno jest bogatym krajem, zawsze o tym słyszała. Tylko stanowczo brak jej 
wesołości. „O, tam na korytarzu stoi przystojny, nawet bardzo przystojny mężczyzna” 
— pomyślała. Podobała się jej ciemno opalona twarz, orli nos i barczyste ramiona. 
Szybciej niż angielska dziewczyna Pilar zdała sobie sprawę, że mężczyzna spogląda 
na nią z admiracją. Nie musiała patrzeć w jego stronę, by dostrzec spojrzenie, jakim 
ją obrzucał, a charakter tego spojrzenia dobrze pojmowała.
   Pilar nie dziwiło to zbytnio. Przybywała z kraju, gdzie mężczyźni bez żenady 
przypatrują się kobietom i wcale tego nie kryją. Zadawała sobie w duchu pytanie, czy 
to Anglik, a odpowiedź wypadła zdecydowanie przecząco.
   „Za wiele w nim życia jak na Anglika — rozstrzygnęła. — Ale włosy ma jednak 

background image

jasne. Może to Amerykanin?” Pomyślała, że przypomina jej aktorów, których 
widywała w filmach o Dzikim Zachodzie.
   Ktoś z obsługi pociągu torował sobie drogę przez korytarz wołając:
   — Śniadanie! Proszę zająć miejsca! Śniadanie!
   Każdy z siedmiu sąsiadów Pilar wykupił bilet z bonem restauracyjnym. Podnieśli 
się wszyscy naraz jak jeden mąż i nagle znalazła się zupełnie sama w opustoszałym 
przedziale. Szybko zamknęła okno, które przed chwilą otworzyła szpakowata jejmość 
o wojowniczym wyglądzie, siedząca w przeciwległym kącie. Znów oparła się 
wygodnie, oglądając przez szybę północne przedmieścia Londynu. Nie odwróciła 
głowy na dźwięk otwieranych ostrożnie drzwi. Wiedziała, że to ów pan z korytarza 
wszedł do środka, by z nią pogawędzić. Ciągle patrzyła zamyślona w okno.
   — Pozwoli pani, że opuszczę szybę? — odezwał się Stephen Farr.
   — Ależ dopiero co zamknęłam okno — odparła obojętnie, po angielsku biegle, lecz 
z wyczuwalnym obcym akcentem.
   W chwili milczenia, która potem nastąpiła, Stephen pomyślał: „Co za piękny głos. 
Pełen słońca… Ciepły jak letnia noc”.
   Pilar mówiła sobie w duchu: „Jaki ma miły głos, donośny i mocny. Bardzo mi się 
podoba”.
   — Pociąg jest przepełniony— zaczął Stephen.
   — Niewątpliwie. Ludzie wyjeżdżają z Londynu, pewnie dlatego, że tam tak 
mroczno.
   Pilar nie wychowano wedle surowej zasady, że odezwanie się do nieznajomego z 
pociągu to coś w rodzaju zbrodni. Gdyby zaś Stephen spędził młodość w Anglii, 
zawahałby się pewnie przed nawiązaniem rozmowy z młodą dziewczyną, lecz on w 
prostocie ducha uważał nawiązanie konwersacji za rzecz całkiem naturalną.
   Uśmiechnął się z rozbrajającą szczerością i rzekł:
   — Londyn to okropne miasto, prawda?
   — O, tak Nie cierpię go.
   — Ja również.
   — Chyba nie jest pan Anglikiem?
   Jestem Brytyjczykiem, ale przyjechałem z Afryki Południowej.
   — No tak, to wszystko wyjaśnia.
   — Czy pani też z zagranicy?
   — Tak, z Hiszpanii.
   — Z Hiszpanii! A więc jest pani Hiszpanką?
   — Tylko półkrwi. Moja matka była Angielką. Dlatego tak dobrze mówię po 
angielsku.
   — Co pani sądzi o wojnie domowej? — spytał Stephen.
   — Cóż za okropna rzecz! Tyle zniszczeń!
   — A po czyjej pani jest stronie?
   Pilar nie znała się zanadto na polityce.
   — W mojej wiosce — wyjaśniła — mało mówi się o wojnie. Ona toczy się z dala 
od nas. Rzecz jasna, alkad — jako urzędnik państwowy — jest po strome rządu, no a 
proboszcz po stronie generała Franco… Ale całą resztę; obchodzą tylko własne 
winnice i praca w polu; nikt nie ma czasu, żeby roztrząsać takie sprawy.
   — A więc nie była pani świadkiem żadnej bitwy?
   — W naszej okolicy nie, ale kiedy jechałam autem, widziałam mnóstwo ruin, a 
także bomby lecące z nieba; jedna spadła na samochód obok, który stanął w 
płomieniach, a inna zdruzgotała dom. Było na co popatrzeć!
   Stephen zdobył się na wymuszony uśmiech.
   — Czy to panią bawiło?

background image

   — Mieliśmy mnóstwo kłopotu — wyjaśniła Pilar — bo chciałam jechać dalej, a 
tymczasem nasz szofer zginął.
   Stephen zmierzył ją wzrokiem.
   — Nie czuła pani żalu?
   Ciemne oczy Pilar rozwarły się szeroko.
   — Przecież każdy musi kiedyś umrzeć. Gdy śmierć nadchodzi z nieba, raz; dwa, 
buum — trwa to tylko trochę szybciej i wnet jest po wszystkim. Raz się żyje, raz 
umiera. Tak już bywa na świecie!
   — Nie wygląda pani na pacyfistkę — zaśmiał się Stephen.
   — Na co?
   W słownictwie Pilar brakowało terminu, którym posłużył się jej rozmówca.
   — Czy przebaczyłaby pani swym wrogom, signorina?
   — Nie mam wrogów. Ale gdybym miała…
   — No, co wtedy?
   Stephen patrzył na nią zafascynowany okrucieństwem czającym się w kącikach 
lekko wygiętych warg.
   Pilar rzekła z powagą:
   — Gdybym miała wroga… Gdyby ktoś nienawidził mnie, a ja jego… 
poderżnęłabym mu gardło ot, w ten sposób…
   Jej ręka wykonała gwałtowny gest, tak szybki i okrutny, że Stephen cofnął się.
   — Ależ z pani krwiożercza istota!
   Pilar odparła całkowicie naturalnym tonem:
   — A co pan by zrobił ze swym wrogiem?
   Stephen drgnął, potem spojrzał na nią uważnie, a wreszcie roześmiał się głośno.
   — Sam nie wiem!
   Pilar rzekła z naganą w głosie:
   — Na pewno pan wie.
   Stephen przestał się śmiać, westchnął i odparł półgłosem:
   — Tak. Dobrze wiem, co bym zrobił.
   A potem zmienił nagle ton.
   — Co panią sprowadza do Anglii?
   — Jadę do krewnych — rzekła z odcieniem afektacji w głosie. — Do moich 
angielskich krewnych.
   — Ach, tak.
   Osunął się z powrotem na siedzenie i przypatrywał się jej przez jakiś czas, 
rozmyślając, jak też może wyglądać jej rodzina i co pocznie ze swą hiszpańską 
krewniaczką. Próbował wyobrazić sobie ową stateczną brytyjską familię 
zgromadzoną razem w dzień Bożego Narodzenia.
   — Czy ładnie jest w Afryce Południowej? — spytała Pilar.
   Stephen zaczął mówić o swoim kraju. Pilar słuchała go z radością dziecka, któremu 
opowiadają bajkę. Bawiły go jej naiwne — choć trzeźwe — pytania i z niejaką 
przyjemnością przeistoczył swoją opowieść w bajecznie przesadną feerię.
   Powrót pasażerów położył kres tej zabawie.
   Stephen wstał, posłał Pilar uśmiech i ponownie skierował się na korytarz.
   Gdy otwierał drzwi przedziału, odsunął się na bok, by przepuścić jakąś leciwą 
damę, i wówczas spostrzegł nalepkę na egzotyczne walizie z plecionej słomki „Panna 
Pilar Estravados”. Gdy to czytał z niedowierzaniem, dostrzegł nagle adres: „Gorston 
Hall, Longdale, Addlesfield”.
   Na wpół już odwrócony, zmierzył dziewczynę zaskoczonym i podejrzliwym 
zarazem spojrzeniem. Wyszedł na korytarz i w zamyśleniu zapalił papierosa.

background image

III
   
   W dużym, niebiesko–złotym salonie Gorston Hall siedzieli Alfred Lee i jego żona 
Lidia, rozważając plany na święta. Alfred był mężczyzną w średnim wieku, o 
kanciastej sylwetce, miłej twarzy i łagodnych piwnych oczach. Głowę miał wciśniętą 
w ramiona i sprawiał wrażenie człowieka ogarniętego inercją. Lidia za to tryskała 
wręcz energią niczym rasowy pies myśliwski. Była nadzwyczaj szczupła, lecz jej 
ruchy uderzały zwinnością i gracją. Jej drobna twarz wcale nie odznaczała się urodą, 
lecz zdradzała swoistą dystynkcję, a głos był pełen uroku.
   — Ojciec nalega. Nic nie poradzimy — odezwał się Alfred.
   — Czy zawsze musisz mu się podporządkowywać? — spytała Lidia, hamując 
zniecierpliwienie.
   — On jest w bardzo podeszłym wieku, moja droga.
   — Och, wiem, wiem!
   — Zawsze spodziewa się posłuszeństwa.
   Lidia odparła sucho:
   — Nic dziwnego, bo zawsze mu ustępowano! Ale wcześniej czy później będziesz 
musiał się mu przeciwstawić, Alfredzie.
   — Co przez to rozumiesz?
   Utkwił w niej wzrok, w którym widniało tyle przygnębienia i.lęku, że zagryzła 
wargi i zawahała się, czy mówić dalej;
   — Co przez to rozumiesz? — powtórzył.
   Wzruszyła szczupłymi, zgrabnymi ramionami i rzekła, starając się dobierać słowa:
   — Twój ojciec ma… despotyczne skłonności.
   — Jest stary.
   — I będzie jeszcze starszy, a zatem jeszcze bardziej despotyczny. Kiedy to się 
wreszcie skończy? Już teraz pod każdym względem nami rządzi, nie wolno nam 
nawet mieć własnych planów na święta, a jeśli się na nie ośmielimy, zawsze je musi 
pokrzyżować!
   — Ojciec sądzi, że jego wola jest najważniejsza — rzeki Alfred. — Pamiętaj, że 
jest dla nas bardzo dobry.
   — Bardzo dobry, też coś!
   — Naprawdę bardzo dobry — głos Alfreda zabrzmiał surowo. Lidia odrzekła 
chłodno:
   — Masz na myśli to, że jest dla nas bardzo dobry… jeśli chodzi o pieniądze?
   — Tak. Niewiele od nas żąda, a pieniędzy nigdy nie skąpi. Możesz wydawać, ile 
chcesz na stroje i dom, a on bez szemrania płaci rachunki. Przecież nie dalej jak w 
zeszłym tygodniu podarował nam nowy samochód.
   — Przyznaję, twój ojciec jest bardzo hojny. Ale w zamian m to spodziewa się, że 
będziemy mu posłuszni jak niewolnicy.
   — Jak niewolnicy?
   — A tak! To właściwe słowo! Ty już jesteś jego niewolnikiem, Alfredzie. Jeśli 
chcemy wyjść, a on sobie tego nie życzy, zaraz wszystko odwołujesz i potulnie 
zostajesz w domu. Jeśli znów, wedle jego kaprysu, mamy gdzieś wyjść, no to 
idziemy… Brak nam własnego życia, brak niezależności.
   Jej mąż odparł urażony:
   — Proszę cię, Lidio, nie mów tak! To wielka niewdzięczność. Mój ojciec tyle dla 
nas zrobił…
   Lidia stłumiła ciętą odpowiedź, która cisnęła się jej na usta. Wzruszyła tylko 
szczupłymi ramionami. Alfred odezwał się ponownie:
   — Wiesz, Lidio, ojciec bardzo cię lubi…

background image

   — A ja go wcale! — odparła dobitnie.
   — Lidio, wstyd mi tego słuchać. To nieładnie z twojej strony.
   — Może. Ale czasem, w nagłym odruchu, wyrwie się człowiekowi parę słów 
prawdy.
   — Gdyby ojciec się domyślał…
   — Twój ojciec doskonale wie, że go nie znoszę. Myślę, że świetnie się tym bawi.
   Doprawdy, Lidio, jestem pewien, że się mylisz. Nieraz mi mówił, że jesteś dla 
niego bardzo miła.
   — Oczywiście, jestem uprzejma i taka pozostanę. Chciałam ci tylko uzmysłowić, 
jakie są moje prawdziwe uczucia. Nie cierpię twego ojca, Alfredzie! Myślę, że to 
złośliwy i despotyczny starzec. Terroryzuje cię i wykorzystuje twoją miłość 
synowską. Już dawno powinieneś był się zbuntować.
   — Dosyć tego, Lidio! — rzekł sucho Alfred. — Ani słowa więcej.
   Lidia westchnęła.
   — Przepraszam. Może się mylę… Wróćmy lepiej do świąt. Jak sądzisz, czy Dawid 
naprawdę przyjedzie?
   — Czemuż by nie?
   Pokręciła głową z powątpiewaniem.
   — Dawid jest… dziwny. Pamiętaj, że całe lata żył z dala od domu. Był bardzo 
oddany matce. Może to miejsce budzi w nim złe wspomnienia?
   — Dawid zawsze działał ojcu na nerwy — odparł Alfred. — Swoją muzyką, 
marzycielskim usposobieniem… No, może ojciec był dla niego czasem zbyt surowy. 
Ale myślę, że Dawid i Hilda przyjadą na pewno. Wiesz, święta to jednak święta.
   — Pokój ludziom dobrej woli — rzuciła Lidia, krzywiąc z ironią subtelnie 
wykrojone usta, — No, zobaczymy! George i Magdalena obiecali przyjechać jutro. 
Magdalena zanudzi się tu chyba na śmierć.
   Alfred rzekł z pewnym rozdrażnieniem:
   — Zachodzę w głowę, jak George mógł sobie wybrać na żonę dziewczynę o 
dwadzieścia lat od siebie młodszą! Zawsze trzymały się go głupstwa.
   Szczęści mu się za to w polityce — odparowała Lidia. — Zdobył sympatię 
wyborców. Myślę, że Magdalena odgrywa sporą rolę w jego karierze.
   Alfred odrzekł, cedząc słowa:
   — Nie przepadam za nią. Co prawda jest bardzo przystojna, ale czasami myślę, ze 
przypomina nieco gruszki o wspaniałym wyglądzie, całe rumiane, a w istocie bez 
smaku. — Pokiwał głową.
   — I zepsute w środku? — wtrąciła Lidia. — Zabawne, że właśnie ty tak mówisz!
   — Dlaczego cię to bawi?
   — Bo zwykle jesteś taki wyrozumiały! O nikim nie powiesz złego słowa. Czasami 
strasznie mnie drażni, że brak ci… jakby to wyrazić… należytej dozy nieufności. Nie 
wiesz, ile zła może tkwić w ludziach. A nasze otoczenie…
   — Zawsze myślałem, że nasze otoczenie jest takie, jakim sami je czynimy — rzekł 
jej mąż z uśmiechem.
   — Nie! — odparła żywo Lidia. — Zło istnieje nie tylko w naszej wyobraźni. Ono 
istnieje naprawdę! Nie zdajesz sobie chyba sprawy ze zła panującego na tym świecie. 
Jesteś ponad to. A tymczasem ja je wyczuwam. Zawsze je czułam tu, w tym domu…
   Zagryzła wargi i urwała.
   — Ależ, Lidio… — zaczął Alfred.
   Ona jednak uniosła pospiesznie dłoń w ostrzegawczym geście, patrząc ku tyłowi, 
ponad ramieniem męża. Alfred odwrócił się.
   Milczący mężczyzna z obojętnym wyrazem twarzy stał za nimi w pełnym szacunku 
oczekiwaniu.

background image

   — O co chodzi, Harbury? — rzuciła cierpko Lidia.
   Głos Harbury’ego brzmiał jak przyciszone i również pełne szacunku pomrukiwanie.
   — Pan Lee kazał mi powtórzyć, że na święta przyjedzie jeszcze dwoje innych gości 
i trzeba przygotować pokoje na ich przyjęcie.
   — Jeszcze dwoje gości?
   Harbury odparł gładko:
   — Tak, proszę pani. Jakiś dżentelmen i młoda dama. Alfred zdumiał się:
   — Młoda dama?
   — Tak powiedział pan Lee, sir.
   Lidia rzekła szybko:
   — Pójdę na górę i zobaczę się z nim…
   Harbury zrobił tylko jeden mały krok naprzód; był to raczej cień ruchu niż sam 
ruch, a jednak skutecznie wstrzymał zamiary Lidii.
   — Proszę wybaczyć, ale pan Lee dziś po południu pragnie się zdrzemnąć i 
stanowczo życzył sobie, by mu nie przeszkadzać.
   — Pojmuję — powiedział Alfred. — Oczywiście, nie będziemy go niepokoić.
   — Dziękuję, proszę pana — Harbury wycofał się.
   — Nie znoszę tego człowieka! — wybuchnęła Lidia. — Snuje się cichaczem po 
całym domu niby kot! Nigdy nie słychać, kiedy wchodzi.
   — Ja też za nim nie przepadam, ale przyznaję, że zna swój fach. Niełatwo dzisiaj o 
dobrego pokojowca dla chorego człowieka. A najważniejsze, że ojciec go lubi.
   — Oczywiście… To najważniejsze, jak sam mówisz. Alfredzie, co znaczy ta 
historia z młodą damą? O kogo może chodzić?
   — Nie mam pojęcia. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, kto to może być.
   Spojrzeli na siebie.
   — Wiesz, Alfredzie, co sobie myślę? — zaczęła Lidia, krzywiąc swe wyraziste 
usta.
   — No, co?
   — Twój ojciec chyba się ostatnio trochę nudził. Myślę, że chciałby sobie sprawić 
miłą odmianę na święta.
   — Zapraszając dwoje obcych ludzi na zjazd rodzinny?
   — Och, nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale zdaje mi się, że twój ojciec… 
zamierza się nieco rozerwać.
   — Owszem, mam nadzieję, że się nieco rozerwie — odparł Alfred bardzo serio. — 
Biedny staruszek, inwalida, przykuty do łóżka przez tę nieszczęsną chorobę… I to po 
takim bujnym życiu…
   Lidia powtórzyła powoli:
   — Po takim bujnym życiu…
   Pauza, jaką poprzedziła przymiotnik, nadała mu trochę dwuznaczną wymowę. 
Alfred musiał to pojąć, bo zaczerwienił się i zmienił na twarzy.
   Jego żona wykrzyknęła naraz:
   — Wprost nie do wiary, że możesz być jego synem! Wprost nie do wiary! Jesteście 
najzupełniej odmienni. A on jakby na ciebie rzucił urok — ty go wprost 
bałwochwalczo wielbisz!
   Alfred odparł znękanym tonem:
   — Lidio, chyba trochę przesadzasz. W końcu to naturalne, że syn kocha ojca! I na 
odwrót, gdybym go nie kochał, przeczyłoby to naturze.
   — W takim razie — odcięła się Lidia — wielu członków twej rodziny urąga 
naturze! Och, nie próbuj zaprzeczać! Przestańmy się spierać; przepraszam, że się 
uniosłam. Wiem, że cię; uraziłam. Wierz mi, Alfredzie, doprawdy nie chciałam tego. 
Niezwykle cię podziwiam za twoją… twoją wierność. Lojalność to dzisiaj rzadka 

background image

cnota. Może myślisz, że jestem zazdrosna? Często posądza się kobiety o zazdrość 
względem teściowych, a więc może chyba istnieć i zazdrość o teścia…
   Alfred objął ją delikatnie.
   — Niepotrzebnie się obwiniasz. Nie masz przecież żadnego powodu do zazdrości.
   Żona obdarzyła go szybkim całusem, jakby pchnęły ją do tego gestu wyrzuty 
sumienia, i pogładziła koniuszek jego ucha.
   Wiem, wiem. Ale mimo wszystko, Alfredzie, nie wyobrażam sobie, żebym mogła 
być zazdrosna o twoją matkę. Szkoda, że jej nie poznam.
   — Była biedną, nieszczęśliwą istotą.
   — Tak więc zapisała się w twojej pamięci… Jako biedna, nieszczęśliwa istota? A to 
ciekawe…
   Alfred rzekł w zamyśleniu:
   — Prawie zawsze była cierpiąca… Wiecznie tonęła we łzach… — Potrząsnął 
głową. — Brak jej było hartu ducha.
   Lidia, wciąż patrząc mu w oczy, szepnęła prawie niedosłyszalnie:
   — Jakie to osobliwe…
   Lecz gdy mąż zwrócił na nią pytające spojrzenie, drgnęła zmieniła temat:
   — Skoro nie możemy się dowiedzieć, kim będą nasi tajemniczy goście, powinnam 
wyjść i zakończyć robotę w ogrodzie,
   — Kochanie, na dworze jest straszny ziąb i dmie ostry wiatr.
   — Włożę na siebie coś ciepłego.
   Lidia wyszła z .pokoju. Alfred Lee stał przez dłuższą chwilę bez ruchu z miną pełną 
dezaprobaty, a potem podszedł do dużego okna w końcu pokoju. Na zewnątrz, wzdłuż 
całego domostwa, ciągnął się taras. Po dłuższej chwili Alfred dostrzegł Lidię niosącą 
płaski koszyk. Miała na sobie obszerny wełniany płaszcz. Postawiła kosz na ziemi i 
przykucnęła przy kwadratowej kamiennej misie, której obrzeże ledwo wystawało nad 
powierzchnię gruntu.
   Mąż patrzył na nią przez jakiś czas, aż wreszcie i on opuścił pokój, włożył szeroki 
płaszcz, owinął się szalikiem i wyszedł przez boczne drzwi na taras. Po drodze minął 
kilka innych kamiennych mis zamienionych w miniaturować ogródki; wszystkie były 
dziełem zręcznych palców Lidii.
   Jeden z nich wyobrażał scenę rozgrywającą się na pustyni z miękkim żółtym 
piaskiem, kępą wyciętych z blachy zielonych palm i karawaną wielbłądów oraz 
kilkoma figurkami Arabów. Parę prymitywnych lepianek z plasteliny dopełniało 
dzieła. Był tam również włoski ogród z tarasem i kwietnikami, które zrobiono z laku 
do pieczęci, a także ogródek arktyczny z gromadką pingwinów, gdzie kawałki szkła 
imitowały góry lodowe. Dalej widniał ogródek japoński z parą prześlicznych 
karłowatych drzewek; lusterko wyobrażało tam wodę, a mostki również 
wymodelowano z plasteliny.
   Alfred przystanął za plecami żony i przyglądał się jej pracy. Wymościła wnętrze 
jednej z mis papierem i nakryła go szkłem. Wokół piętrzyły się kamienie. Lidia 
wysypała właśnie z torebki drobny żwir i formowała z niego coś w rodzaju 
kamienistej plaży. Spośród kamieni wyzierały małe kaktusiki.
   Lidia mruknęła do siebie:
   — Tak. Właśnie tego chciałam.
   — Co przedstawia to nowe dzieło sztuki? — odezwał się Alfred.
   Lidia wzdrygnęła się zaskoczona; nie słyszała jego nadejścia.
   — To? Och, to przecież Morze Martwe, Alfredzie! Podoba ci się?
   — Wygląda to raczej na ziemię jałową. Czy nie powinno tam być trochę więcej 
roślinności?
   Zaprzeczyła ruchem głowy.

background image

   — Tak właśnie wyobrażam sobie Morze Martwe. Ono przecież jest martwe, mój 
drogi!
   — Nie wygląda tak atrakcyjnie jak reszta.
   — No bo to nie jest zbyt atrakcyjne miejsce…
   Na tarasie rozległy się kroki. Stary, siwy i pochylony już wiekiem kamerdyner 
zmierzał w ich stronę.
   — Dzwoni żona pana George’a, proszę pani. Pyta, czy nikomu nie przeszkodzi, 
jeśli przyjadą oboje pociągiem jutro, o piątej dwadzieścia.
   — Proszę jej powiedzieć, że wszystko w porządku.
   — Dziękuję łaskawej pani.
   Kamerdyner pospieszył do domu. Lidia powiodła za nim spojrzeniem, a wyraz jej 
twarzy złagodniał.
   — Poczciwy stary Tressilian jest doprawdy opatrznościowy. Nie wiem, co byśmy 
poczęli bez niego.
   Alfred przytaknął żonie.
   — To prawda. Takich domowników już dzisiaj nie ma. Służy u nas blisko 
czterdzieści lat i jest bezgranicznie oddany.
   Lidia skinęła głową.
   — Niczym owi wierni starzy słudzy, o których można już tylko czytać w książkach. 
Myślę, że byłby zdolny skłamać z podniesionym czołem, byle tylko ocalić któregoś z 
nas!
   — Byłby do tego zdolny… — mruknął Alfred. — Niewątpliwie… Tak, jestem 
pewien!
   Lidia wyrównała palcami resztę kamyczków.
   — Wszystko gotowe!
   — Gotowe? — Alfred wydawał się zaskoczony.
   Lidia roześmiała się.
   — Gotowe na święta! Na tę sentymentalną, pełną rodzinnego ciepła Gwiazdką!

IV
   Dawid przebiegł oczami treść listu. Potem zmiął go w kulę i odrzucił, lecz po chwili 
sięgnął po niego, wygładził kartkę i przeczytał ponownie.
   Żona Dawida, Hilda, patrzyła na męża bez słowa. Dostrzegła drgającą żyłkę (a 
może nerw?) na jego skroni, lekkie drżenie długich palców o subtelnym kształcie, 
nerwowy skurcz całego ciała. Dawid odgarnął pasmo jasnych włosów, które zawsze 
spadało mu na czoło, i błagalnie spojrzał na nią błękitnymi oczami.
   — Hildo, i cóż my poczniemy?
   Żona zwlekała przez chwilę z odpowiedzią. Wyczuła w jego słowach prośbę o 
pomoc. Wiedziała, jak bardzo był od niej zależny, odkąd się tylko pobrali. Wiedziała 
też, że najpewniej właśnie ona wpłynie na jego ostateczną decyzję, ale z tego też 
powodu wystrzegała się stanowczych słów.
   Odezwała się, a w jej głosie zabrzmiała miękka, spokojna nuta doświadczonej niani:
   — Sam musisz zadecydować, czy tam pojedziesz.
   Hilda była kobietą postawną, choć zgoła nieurodziwą. Promieniował z niej jednak 
nieodparty magnetyzm. W jakiś sposób przywodziła na myśl spokojny urok 
holenderskich obrazów. Miała ciepły, serdeczny głos, a także witalną siłę: 
wewnętrzną, jaka przyciąga słabych. Była tęgawą kobietą w średnim wieku, niezbyt 
bystrą czy błyskotliwą, lecz posiadała to nieokreślone „coś”, co nie pozwalało przejść 
obok niej obojętnie: silną osobowość. Tak, Hilda Lee miała silną osobowość.
   Dawid wstał i zaczął przechadzać się po pokoju, miał ledwie przyprószone siwizną. 
Wyglądał niezwykle chłopięco, a jego twarz przypominała miękkie, łagodne rycerzy 

background image

z obrazów Burne–Jonesa. Było w nim coś niewytłumaczalnie, osobliwie nierealnego.
   Gdy się odezwał, w jego głosie zabrzmiał niepokój:
   — Na pewno wiesz, co w tej chwili czuję. — Chyba nie.
   — Ależ mówiłem ci tyle razy! Mówiłem, jak strasznie nienawidzę mego domu i 
całej posiadłości. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Nienawidzę każdej chwili, którą 
tam spędziłem. A gdy pomyślę o wszystkim, co wycierpiała moja matka…
   Jego żona współczująco pokiwała głową. — Jakaż była dobra, Hildo! Jaka 
cierpliwa! Czasem zwijała się z bólu, ale znosiła to bez słowa skargi. Bóg jeden wie, 
ile się namęczyła. A kiedy wspomnę mojego ojca… — Twarz mu sposępniała. — To 
przecież on ściągnął na nią całe nieszczęście… Upoił ją, przechwalając się swymi 
podbojami miłosnymi, bo wiecznie ją zdradzał i ani myślał się z tym kryć…
   — Powinna go była po prostu rzucić, zamiast godzić się z jego postępowaniem — 
odezwała się Hilda Lee.
   Dawid rzekł z wyrzutem:
   — Była za dobra. Uważała, że ma obowiązek zostać. A poza tym dokąd miała 
pójść?
   — Mogła przecież rozpocząć gdzie indziej życie na nowo. Dawid odparł z 
rozdrażnieniem:
   — Nie w tamtych czasach! Nic nie pojmujesz. Kobiety wówczas tak nie robiły. 
Godziły się z tym stanem rzeczy i znosiły wszystko cierpliwie. Musiała przecież 
myśleć o nas.
   Cóż by się stało, gdyby nawet dostała rozwód? Pewnie ojciec ożeniłby się 
ponownie. Mógłby założyć nową rodzinę. Miała na względzie nasz interes.
   Hilda milczała. Dawid ciągnął dalej: Nie, ona miała rację. Była doprawdy święta! 
Znosiła wszystko do końca, bez użalania się.
   — Chyba niezupełnie, Dawidzie, skoro tyle o tym wiesz…
   Odparł miękko, z rozjaśnioną twarzą:
   — O tak, mówiła mi różne rzeczy… Wiedziała, jak bardzo ją kocham. A gdy 
umarła… — Urwał i chwycił się za głowę. — Hildo, to było okropne! Co za rozpacz! 
Wcale nie musiała umierać tak młodo! To on ją zabił — on, mój ojciec! Na niego 
spada odpowiedzialność. Złamał jej serce. Wtedy postanowiłem, że nie będę z nim 
dłużej żył pod jednym dachem. Wyniosłem się stamtąd na zawsze.
   — Postąpiłeś mądrze. Właśnie tak należało zrobić. Dawid ciągnął dalej:
   — Ojciec chciał, żebym pomagał mu w fabryce, ale to by oznaczało dalszy pobyt w 
tym domu. Nie mogłem już więcej znieść. Nie pojmuję, jak Alfred może to 
wytrzymywać przez tyle lat.
   — A czy on się nigdy nie buntował? — spytała Hilda z pewnym zaciekawieniem. 
— Zdaje się, że o tym wspominałeś. Czy nie próbował samodzielnie zrobić kariery?
   Dawid przytaknął.
   — Zamierzał wstąpić do wojska. Ojciec wszystko przewidział dla nas z góry: 
Alfred, najstarszy syn, miał służyć w kawalerii, Harry’emu i mnie przypadłaby w 
udziale pomoc w fabryce, a George chciał zająć się polityką.
   — Dlaczego stało się inaczej?
   — Harry wszystko popsuł. Zawsze był zakałą rodziny. Wpadł w długi, miał też 
sporo innych kłopotów, aż wreszcie pewnego dnia czmychnął wraz z kilkuset 
funtami, które wcale do niego nie należały. Zostawił tylko kartkę z informacją, że 
praca gryzipiórka go nie pociąga i że pragnie zwiedzić kawałek świata…
   — Czy nigdy więcej o nim nie słyszałeś?
   — Oczywiście, że słyszałem! — roześmiał się Dawid. — Depeszował z podróży, 
prosząc o pieniądze. I zazwyczaj je dostawał!
   — A co się stało z Alfredem?

background image

   — Ojciec kazał mu rzucić wojsko i wrócić do fabryki.
   — A czy Alfred tego pragnął? chciałbym się dłużej rozwodzić; powiem tylko, że 
tego, ale ojciec zawsze potrafił sobie z nim poradzić. Sądzę, że Alfred jest całkowicie 
pod jego władzą. A jednak ty zdołałeś uciec.
   Tak. Wyjechałem do Londynu studiować malarstwo. Ojciec uprzedził mnie, że 
skoro dokonałem tak niemądrego wyboru, to niewiele od niego dostanę za jego życia 
i ani centa w spadku. Odparłem, że nie dbam o to. Nawymyślał mi od młodych 
durniów i nigdy więcej go już nie widziałem.
   — Nie żałowałeś tego? — spytała cicho Hilda.
   — Nie, nigdy. Wiem jednak, że niewiele zdołałem osiągnąć w sztuce i nie zostanę 
wielkim artystą. Ale przecież nieźle się żyje w tym domku i mamy wszystko, czego 
nam potrzeba. Wszystko, co najważniejsze. A jeśli umrę, no to cóż… Ubezpieczyłem 
się na twoją korzyść.
   Urwał i po chwili dodał:
   — A teraz… coś takiego!
   Uderzył dłonią w list.
   — Szkoda, że twój ojciec w ogóle do ciebie napisał, skoro przysporzyło ci to tyle 
przykrości.
   Dawid ciągnął dalej, jakby jej nie słysząc:
   — Prosi, abym przyjechał z żoną na święta, i wyraża nadzieję, że wszyscy razem 
spędzimy je jak zżyta ze sobą rodzina. Coś musi się za tym kryć.
   — A może nic się nie kryje? — Dawid spojrzał na żonę pytająco. — Po prostu 
sądzę — rzekła z uśmiechem — że twój ojciec mógł się na starość zrobić nieco 
sentymentalny i tęskni za rodzinnym ciepłem. Przecież wiesz, że tak czasami bywa.
   — Może i bywa… — odparł Dawid nieufnie.
   — Samotność zaczyna ciążyć wraz z wiekiem.
   — Radziłabyś mi pojechać, tak?
   Hilda odparła, ważąc słowa:
   — Byłoby rzeczą godną pożałowania odmówić takiej prośbie. Może jestem 
staroświecka, ale wydaje mi się, że ludzie powinni spędzać Boże Narodzenie w 
zgodzie i przebaczać sobie urazy.
   — Po tym wszystkim, co ci powiedziałem?
   — Wiem, mój kochany, wiem. Ale to już przeszłość.
   — Nie dla mnie.
   — Nie, bo ty nie chcesz, żeby przeszłość umarła. Dla ciebie ciągle jest żywa.
   — Nie mogę zapomnieć.
   — Bo nie chcesz, Dawidzie!
   Jego usta zacisnęły się.
   — My, rodzina Lee, wszyscy jesteśmy tacy. Pamiętamy urazy całymi latami, 
hołubimy je w sobie, ożywiamy wspomnienia.
   — Dla mnie liczy się teraźniejszość. Co przeszło, musi odejść. Gdy usiłuje się 
wciąż na nowo ożywiać przeszłość, zniekształca się ją, a wtedy widzi się wszystko w 
fałszywej perspektywie.
   — Ja pamiętam dokładnie każde słowo i każde wydarzenie — odrzekł Dawid 
gniewnie.
   — Zgoda, tylko że nie powinieneś tak robić, mój drogi! To nienaturalne. Widzisz 
tamte dni oczami młodego chłopca, a powinieneś je osądzać ze spokojem dojrzałego 
mężczyzny.
   — Cóż to za różnica?
   Hilda zawahała się. Ogarnął ją lęk, by nie zachować się nierozważnie, lecz słowa 
same cisnęły się jej na wargi:

background image

   — Sądzę — rzekła — że ojciec wciąż jeszcze jest dla ciebie rodzajem straszydła. A 
dziś zobaczyłbyś w nim może zwykłego człowieka, którego porywczość przeminęła z 
wiatrem. Wiem, jego życie nie było bez skazy, ale to przecież tylko człowiek, a nie 
jakieś nieludzkie monstrum.
   — Niczego nie rozumiesz. On traktował moją matkę…
   Hilda wtrąciła ostro:
   — Istnieje pewien rodzaj pokory albo uległości, który budzi w mężczyźnie 
najgorsze instynkty, gdyby ten sam człowiek stanął twarzą w twarz z siłą woli i 
determinacją, mógłby postępować całkiem inaczej.
   — A więc, według ciebie, wina leżała po jej stronie?
   Hilda przerwała mu:
   — Nie, z pewnością nie! Na pewno ojciec źle traktował twoją matkę, ale 
małżeństwo to rzecz bardzo szczególna i żadna inna osoba, nawet dziecko zrodzone z 
tego związku, nie ma prawa go sądzić. A poza tym twoje pretensje już jej w niczym 
nie pomogą. Wszystko minęło. Został tylko stary, schorowany człowiek, który prosi 
syna, aby przyjechał do domu na święta.
   — I ty chcesz, bym pojechał?
   Hilda zawahała się, lecz nagle podjęła decyzję.
   — Tak — odparła. — Chcę tego. Chcę, żebyś tam pojechał i raz na zawsze 
pogrzebał przeszłość w niepamięci.

V
   
   George Lee, poseł do parlamentu z okręgu Westeringham, był korpulentnym 
dżentelmenem w wieku czterdziestu jeden lat. Miał bladoniebieskie, wypukłe i 
podejrzliwe oczy, masywny podbródek i rozwlekły, pedantyczny sposób mówienia.
   — Powiedziałem ci już raz, Magdaleno, że pojadę, bo uważam to za swój święty 
obowiązek — rzekł poważnym tonem.
   Jego żona z irytacją wzruszyła ramionami. Była drobną, smukłą platynową 
blondynką o regularnym owalu twarzy i depilowanych brwiach. Czasami jej twarz 
mogła wydawać się pozbawiona wszelkiego wyrazu i tak właśnie wyglądała W tej 
chwili.
   — Kochanie — rzekła — pomyśl, jak tam będzie okropnie nudno! Jestem zupełnie 
pewna.
   — Poza tym — ciągnął George Lee, a jego twarz rozjaśniła się, jakby przyszła mu 
do głowy świetna myśl — unikniemy w ten sposób wielu wydatków. Święta zawsze 
mnóstwo kosztują! Moglibyśmy zapłacić służbie tylko za wyżywienie.
   — Och, zgoda! — odparła Magdalena. — W końcu święta wszędzie są piekielnie 
nudne.
   — Być może — George mówił tak, jakby nadał zwracał się do siebie samego — 
służba spodziewała się świątecznego obiadu. Chyba wystarczy im solidny befsztyk 
zamiast indyka!
   — Komu, służbie? Och, George, przestań pleść głupstwa. Zawsze martwisz się 
tylko o pieniądze.
   — Ktoś musi się o nie martwić.
   — Owszem, ale to absurd, żeby tak skąpić na drobiazgach.
   — Już i tak sporo od niego dostaję.
   — Okropność Czy musimy we wszystkim zależeć od twego ojca? Powinien ci teraz 
przysłać coś ekstra.
   — To do niego niepodobne.
   Magdalena zwróciła ku niemu swe orzechowe oczy, które nagle stały się ostre i 

background image

przenikliwe. Jej owalna twarz nabrała wyrazu.
   — On jest niesłychanie bogaty, prawda, George? To chyba milioner?
   — Sądzę, że ma nawet ładne parę milionów. Magdalena westchnęła z zawiścią.
   — Gdzie on doszedł do bogactwa? W Afryce Południowej, tak?
   — Owszem, zbił tam w młodości ogromny majątek. Dorobił się głównie na 
diamentach.
   — Coś niebywałego!
   — Potem wrócił do Anglii i rozkręcił interes, a sądzę, że jego fortuna podwoiła się 
lub potroiła od tamtej pory.
   — Co będzie po jego śmierci? — spytana Magdalena.
   — Ojciec nie lubi o tym mówić. Rzecz jasna, nie wypada pytać, ale myślę, że 
większość pieniędzy przypadnie Alfredowi i mnie. No jasne, Alfred otrzyma więcej.
   — Masz przecież inne rodzeństwo.
   — Tak, jest jeszcze Dawid. Nie sądzę, żeby wiele mu się dostało. Odszedł z domu, 
by poświęcić się sztuce czy innym podobnym głupstwom. Ojciec uprzedzał, że go 
wydziedziczy, a Dawid odparł, że nie dba o to.
   — Strasznie głupio postąpił — rzuciła pogardliwie Magdalena.
   — Była też moja siostra, Jennifer. Uciekła z cudzoziemcem… hiszpańskim 
artystą… jednym z przyjaciół Dawida, ale umarła blisko rok temu. Podobno miała 
córkę. Ojciec pewnie jej zostawi trochę grosza, ale nie za wiele. No i oczywiście 
Harry…
   Urwał z pewnym zakłopotaniem.
   — Harry? — spytała zaskoczona Magdalena. — Kimże on jest?
   — Jest… moim bratem.
   — Nigdy nie słyszałam, żebyś miał jeszcze jakiegoś brata.
   — Moja droga, on… hm… nadużył naszego zaufania. Nigdy o nim nie 
wspominamy. Postąpił jak najgorszy niewdzięcznik. Już od wielu lat nic o nim nie 
słychać. Chyba nie żyje.
   Magdalena roześmiała się nagle.
   — Cóż cię tak rozbawiło?
   — Pomyślałam sobie tylko — odparła — jakie to śmieszne, że ty — ty — George, 
możesz mieć kompromitującego cię brata! Ty, człowiek o nieposzlakowanej 
reputacji…
   — Mam nadzieję, że moja reputacja jest bez skazy — uciął sucho George.
   Oczy jego żony zwęziły się.
   — No, twój ojciec jest trochę inny.
   — Magdaleno, jak możesz!
   — Czasem zdarzy mu się powiedzieć coś takiego, że czuję «ę bardzo nieswojo.
   — Doprawdy, zaskakujesz mnie — rzekł jej mąż. — Czy Lidia sądzi podobnie?
   — Ależ on nie mówi takich rzeczy Lidii! — odparła Magdalena i dodała ze złością: 
— Nie, on jej nigdy nic takiego nie mówi. Chciałabym wiedzieć dlaczego!
   George zerknął na nią i odwrócił wzrok.
   — Och — rzekł obojętnie — trzeba być wyrozumiałym. W jego wieku… I przy 
coraz gorszym zdrowiu…
   — Czy… Czy z nim naprawdę jest tak bardzo źle?
   — Tego bym nie powiedział Jest zdumiewająco odporny. Skoro jednak chce ujrzeć 
rodzinę zgromadzoną przy wigilijnym stole, to sądzę, że postąpimy najsłuszniej, gdy 
tam pojedziemy. Może to jego ostatnie święta.
   — Mówisz tak, George — stwierdziła ostro — ale w istocie on może jeszcze żyć 
przez długie lata, prawda?
   — Tak, tak… Oczywiście — wybąkał zaskoczony małżonek.

background image

   — Och — rzekła Magdalena — w końcu wydaje mi się, że najlepiej zrobimy, jeśli 
pojedziemy i zobaczymy sami.
   — Nie wątpię.
   — Ale to będzie okropne! Z Alfreda jest taki nudziarz, a Lidia wiecznie patrzy na 
mnie z góry.
   — Nonsens.
   — A właśnie, że tak! I jeszcze ten wstrętny sługus!
   — Kto, stary Tressilian?
   — Nie, Harbury. Skrada się wszędzie jak kot, z fałszywym uśmieszkiem na twarzy.
   — Doprawdy, Magdaleno, nie pojmuję, co możesz zarzucić Harbury’emu.
   — Po prostu działa mi na nerwy, to wszystko. Ale nie kłóćmy się. Widzę, że 
nieodwołalnie musimy tam pojechać. Nie trzeba obrażać starszego pana.
   — Właśnie. Nie należy tego robić. A co do świątecznego obiadu służby…
   — Nie teraz, George, załatwimy to później. Zaraz zadzwonię do Lidii i powiem jej, 
że przyjedziemy jutro o piątej dwadzieścia.
   Magdalena pospiesznie wyszła z pokoju. Po telefonie poszła do siebie na górę i 
usiadła przy sekretarzyku. Opuściła jego klapę i zaczęła szperać wśród przegródek. 
Posypała się stamtąd istna kaskada rachunków. Magdalena przejrzała je, próbując 
zaprowadzić w nich jakiś ład, ale w końcu westchnęła z irytacją, zgarnęła papiery w 
bezładny stosik i włożyła go z powrotem do biureczka. Przeciągnęła dłonią po 
gładkich platynowych włosach nad czołem i szepnęła:
   — Co ja mam począć?…

VI
   
   Na pierwszym piętrze Gorston Hall długi korytarz wiódł do wielkiego pokoju, 
którego okna wychodziły na frontowy podjazd. Pomieszczenie to umeblowano w 
imponująco staroświeckim stylu. Wszędzie widniały brokatowe obicia, przepastne 
skórzane fotele, ogromne wazy z wizerunkami smoków, rzeźby z brązu… Wszystko 
było tu dostatnie, kosztowne i solidne.
   W dużym głębokim fotelu, największym i najokazalszym ze wszystkich mebli, 
siedział mizerny, wychudzony mężczyzna. Długie, szponiaste dłonie wsparł na 
poręczach. Okuta złotem laska leżała tuż obok. Mężczyzna ubrany był w spłowiały 
niebieski szlafrok, na nogach miał bambosze. Włosy jego były siwe a twarz pożółkła i 
pomarszczona. Na pierwszy rzut oka mógł robić wrażenie osoby w opłakanym stanie, 
pozbawionej wszelkiego znaczenia. Orli kształt dumnego nosa i ciemne, bystre oczy 
zmusiłyby jednak obserwatora do zmiany opinii. Widniał w nich ogień i wigor.
   Stary Simeon Lee zachichotał z cicha; był to nagły, ostry chichot, oznaka 
rozbawienia.
   — A zatem — rzekł — czy powtórzyłeś żonie pana Alfreda to, co ci kazałem?
   Harbury stał za fotelem. Odparł uprzejmym, pełnym szacunku tonem:
   — Tak, proszę pana.
   — Dokładnie co do słowa, tak jak powiedziałem?
   — Owszem. Bez jednego błędu, proszę pana.
   — Nie… Ty nie robisz błędów. I lepiej, żebyś ich nadal nie robił, bo inaczej 
pożałujesz! A cóż ona, Harbuiy? Co powiedziała pani Alfredowa?
   Cicho i beznamiętnie Harbury powtórzył to, co usłyszał. Stary człowiek zachichotał 
ponownie i zatarł ręce.
   — Wspaniale… Pierwszorzędnie… Przez cały wieczór będą się głowić… A to 
dobre! Ależ im dałem bobu! Idź i sprowadź ich tutaj.
   — Tak, proszę pana.

background image

   — Chwileczkę, Harbury…
   Starzec rozejrzał się wokół i zaklął po nosem.
   — Skrada się jak kot. Nigdy nie wiadomo, gdzie właściwie jest…
   Znieruchomiał w fotelu, gładząc podbródek, póki nie rozległo się stukanie do drzwi. 
Weszli Alfred i Lidia.
   — Ach, to wy. Lidio, kochanie, usiądź no tutaj, przy mnie. Jakie masz dzisiaj 
śliczne kolorki!
   — Byłam na dworze. Jest zimno. Każdemu mogą zaczerwienić się policzki…
   — Jak się czujesz, ojcze? — spytał Alfred. — Czy dobrze wypocząłeś po południu?
   — Pierwszorzędnie! Pierwszorzędnie! Śniłem o dawnych czasach. O czasach, 
zanim jeszcze nie ustatkowałem się i nie zostałem filarem społeczeństwa.
   Niespodziewanie wybuchnął głośnym śmiechem. Jego synowa siedziała w 
milczeniu, uśmiechając się z wymuszoną grzecznością. Alfred spytał ponownie:
   — Cóż to za dwoje nieoczekiwanych gości świątecznych, ojcze?
   — Ach, goście! No tak, muszę wam powiedzieć, kim oni są. Tegoroczne święta to 
dla mnie wielkie święta! Poczekaj, przyjeżdżają George z Magdaleną…
   — Tak, przyjadą jutro — rzekła Lidia — pociągiem o piątej dwadzieścia.
   Stary Simeon ciągnął dalej:
   — George, ta bezmyślna oferma… Dziwne, że to mój syn…
   — Podoba się wyborcom — zauważył Alfred.
   Simeon zachichotał ponownie.
   — Bo pewnie myślą, że to porządny człowiek. Porządny! Nigdy nie było 
porządnego człowieka w naszej rodzinie.
   — Cóż znowu, ojcze!
   — Poza tobą jednym, mój chłopcze. Poza tobą jednym!
   — A Dawid? — spytała Lidia.
   — Właśnie, Dawid. Ciekaw jestem, czy nie zmienił się po tylu latach. Taki był z 
niego tkliwy młodzieniaszek. Jak też wygląda jego żona? Przynajmniej on nie ożenił 
się z dziewczyną dwadzieścia lat młodszą, jak George!
   — Hilda przysłała bardzo miły list — powiedziała Lidia. — Przed chwilą nadszedł 
też telegram z wiadomością, że na pewno jutro przyjadą.
   Teść zmierzył ją bystrym, przenikliwym spojrzeniem. Zaśmiał się.
   — Zawsze to samo opanowanie — rzekł. — Powiem ci coś, Lidio: jesteś dobrze 
wychowana. Po człowieku poznać klasę. Wiem o tym co nieco. A swoją drogą 
dziedziczność to osobliwa rzecz. Tylko jedno z dzieci odziedziczyło coś po mnie, 
jedyne z całej gromady…
   Jego oczy rozbłysły.
   — No, zgadnijcie teraz, kto przyjedzie na święta. Do trzech razy sztuka! Założę się 
o pięć funtów, że nie dacie rady!
   Przenosił wzrok kolejno z jednej twarzy na drugą. Alfred odezwał się, 
zmarszczywszy brwi:
   — Harbury mówił, że spodziewasz się młodej damy.
   — A, tu cię mamy! A więc… Pilar zjawi się u nas lada chwila. Kazałem wysłać po 
nią samochód.
   Alfred spytał zaskoczony:
   — Pilar?
   — Pilar Estravados — wyjaśnił Simeon. — Córka Jennifer. Moja wnuczka! 
Ciekawe, do kogo podobna?
   Alfred zawołał:
   — Wielkie nieba! Nigdy mi nie powiedziałeś…
   Stary pan wykrzywił twarz w szerokim uśmiechu.

background image

   — A nie mówiłem, nie! Zachowałem to w sekrecie. Kazałem Charltonowi odpisać i 
wszystko załatwić.
   Alfred powtórzył urażonym i pełnym wyrzutu głosem:
   — Nigdy mi nie powiedziałeś…
   Ojciec odrzekł, ciągle ze złośliwym uśmiechem:
   — Nie chciałem ci psuć niespodzianki! Ale czyż to nie przyjemność gościć znowu 
u siebie kogoś młodego? Nigdy nie widziałem tego Estravadosa. Ciekawe, kogo ona 
bardziej przypomina, ojca czy matkę?
   — Czy to było rozsądne, ojcze? — zaczął Alfred. — Biorąc wszystko pod uwagę…
   Starzec przerwał mu:
   — Rozsądne… Rozsądne! Za bardzo się troszczysz o rozsądek, Alfredzie. Zawsze 
taki byłeś. To do mnie niepodobne! Rób, co chcesz, a potem niech cię piorun trzaśnie, 
taką mam dewizę! Dziewczyna jest moją wnuczką, jedyną wnuczką w rodzinie! Nie 
dbam o jej ojca, nie obchodzi mnie, kim był i co robił. To krew z mojej krwi! A 
przyjeżdża tu po to, żeby z nami zamieszkać.
   — Zamieszkać z nami? — wykrzyknęła Lidia.
   Teść spojrzał na nią bacznie.
   — Masz coś przeciwko temu?
   Pokręciła głową przecząco ł powiedziała z uśmiechem:
   — Oczywiście, że nie. Jakżebym mogła się sprzeciwiać? Ojciec może przecież 
zaprosić do własnego domu, kogo tylko zechce. Nie wiem jedynie, czy ona…
   — Czy ona co?
   — Czy będzie tu szczęśliwa.
   Stary Simeon pokiwał głową.
   — Nie ma grosza przy duszy. Powinna być wdzięczna!
   Lidia wzruszyła ramionami, a Simeon obrócił się ku Alfredowi.
   — No i co? Czy to nie wielkie święta? Wszystkie dzieci wokół mnie. Teraz twoja 
kolej na zgadywanie, kto jest drugim gościem. — Alfred wytrzeszczył oczy. — 
Wszystkie moje dzieci… No, dalejże, zgaduj, chłopcze! Harry, oczywiście! Twój brat 
Harry!
   Alfred pobladł. Wyjąkał:
   — Ależ Harry… Harry nie…
   — Hany we własnej osobie!
   — Przecież sądziliśmy, że umarł…
   — On by umarł?!
   — A ty… Ty ściągnąłeś go tutaj? Po wszystkim, co zrobił?
   — Syn marnotrawny, co? Masz rację. Zabiję więc tłustego cielca! Trzeba zabić 
tłustego cielca, Alfredzie! Musimy zgotować Harry’emu serdeczne powitanie.
   Alfred wybąkał:
   — Postąpił wobec nas wszystkich… jak niewdzięcznik. On…
   — Nie musisz wyliczać jego niecnych postępków. Lista byłaby bardzo długa. Ale 
pamiętaj: święta to czas przebaczania win. Przygarnijmy życzliwie syna 
marnotrawnego.
   Alfred poczerwieniał. Wyszeptał:
   — To… To raczej dla mnie szok. Nigdy nie sądziłem, że noga Harry’ego postanie 
w tych murach.
   Simeon nachylił się ku niemu.
   — Nigdy go nie lubiłeś, prawda? — spytał z cicha.
   — Po tym, jak się wobec nas znalazł…
   Simeon zaśmiał się.
   — Co było, minęło! W tym przecież tkwi sens świąt Bożego Narodzenia, 

background image

nieprawdaż, Lidio?
   Lidia również pobladła. Odparła sucho:
   — Widzę, że ojciec od dawna przemyśliwał nad tym, jak spędzić tegoroczne święta.
   — Chcę mieć rodzinę wokół siebie. Pokój ludziom dobrej woli! Jestem już stary. 
Co to? Zostawiasz mnie, chłopcze?
   Alfred pospieszył do drzwi. Lidia pozostała na miejscu. Simeon wskazał jej ruchem 
głowy syna stojącego już w drzwiach.
   — Dopiekłem mu. On i Harry nigdy nie żyli w zgodzie. Harry zawsze się z niego 
natrząsał. Przezywał go zarozumiałym ślamazarą.
   Wargi Lidii rozchyliły się. Chciała coś powiedzieć, ale powstrzymał ją wyraz 
twarzy starca. Jej opanowanie rozbroiło go w końcu. Lidia zauważyła to i ośmieliła 
się odezwać:
   — Zając i żółw. Ale w bajce to właśnie żółw wygrywa wyścig.
   — Nie zawsze — odparł Simeon. — W życiu bywa inaczej, droga Lidio.
   — Wybacz, ojcze — rzekła wciąż jeszcze z uśmiechem — ale muszę pójść za 
Alfredem. Nagłe emocje przygnębiają go.
   Simeon zachichotał.
   — Owszem, Alfred nie lubi zmian. Zawsze wolał święty spokój!
   — Alfred jest ojcu bardzo oddany — rzuciła Lidia.
   — Dziwi cię to?
   — Tak, czasami mnie dziwi — odparła i wyszła z pokoju.
   Simeon spojrzał w ślad za nią. Zaśmiał się cicho i zatarł ręce.
   — Ależ zabawa! I to jaka! Przez całe święta będę się świetnie bawił!
   Wstał z wysiłkiem i podpierając się laską, pokuśtykał wzdłuż pokoju. Podszedł do 
wielkiego sejfu stojącego w rogu. Przekręcił gałkę tyle razy, ile wymagał szyfr 
cyfrowy. Drzwiczki rozwarły się i Simeon zanurzył drżące palce we wnętrzu.
   Wyciągnął stamtąd mały zamszowy woreczek. Otworzył go i jął przesypywać 
między palcami nie szlifowane diamenty.
   — W porządku, moje śliczności… Zawsze takie same… Moi starzy przyjaciele… 
To były piękne dni… Nie trzeba nadawać wam szlifu. Nie będziecie wisieć na 
kobiecej szyi, tkwić na palcach niewiast czy zwisać z ich uszu. Jesteście tylko moje! 
Moi starzy przyjaciele! Mamy wspólne sekrety, łowią, żem stary i chory, ale ja się 
trzymam! Jeszcze w starym truchle sporo życia. I życie wciąż szykuje dla mnie coś 
ciekawego. Wciąż coś ciekawego…

CZĘŚĆ II
23 GRUDNIA
I
   
   Tressilian podszedł do drzwi na dźwięk dzwonka. Ktoś dzwonił z niezwykłą 
natarczywością; nim stary sługa zdołał z wolna przejść przez hali, dzwonek rozległ 
się ponownie.
   Policzki Tressiliana pokrył rumieniec gniewu. Cóż to za nieuprzejmość dobijać się 
do domu z podobną niecierpliwością! Jeśli znów przyszła banda kolędników, już on 
im natrze uszu!
   Przez matowe szkło w górnej części drzwi dostrzegł sylwetkę wysokiego 
mężczyzny w kapeluszu z rondem nasuniętym na oczy. Otworzył mu. No oczywiście, 
toż to jakiś pospolity, krzykliwie ubrany obcy przybysz w tanim garniturze. 
Bezwstydny żebrak!
   — A niechże mnie, przecież to Tressilian! — odezwał się obcy. — Jakże się 
miewasz, stary?

background image

   Tressilian zaczerpnął głęboko tchu, spojrzał na intruza raz, potem drugi. Ten 
arogancki wystający podbródek, zadarty nos, rozbawione oczy… Rozpoznałby je po 
latach. Jeszcze zuchwalsze niż niegdyś!
   Rzekł, ciężko chwytając oddech:
   — Panicz Harry!
   Harry Lee wybuchnął śmiechem.
   — O mało nie zemdlałeś na mój widok. Dlaczego? Sądziłem, że mnie tu oczekują.
   — Tak. Z pewnością, proszę pana.
   — Skąd więc zaskoczenie? — Harry cofnął się o krok i spojrzał na dom. Solidna 
bryła z czerwonej cegły, bez polotu, ale solidna. — Zawsze tak samo szkaradny— 
stwierdził. — Ale wciąż stoi, a to najważniejsze. Jak się miewa ojciec?
   — Właściwie już z niego inwalida. Prawie nie opuszcza pokoju, ciężko mu chodzić. 
Wciąż się jednak nieźle trzyma.
   — Stary grzesznik!
   Harry Lee wszedł do środka, pozwolił Tressilianowi zdjąć z siebie szal i podał mu 
nieco ekscentryczny kapelusz.
   — Jakże się ma mój drogi brat Alfred?
   — Bardzo dobrze, proszę pana. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu.
   — Spieszno mu do powitania mnie, co?
   — Sądzę, że tak, proszę pana.
   — A ja nie! Wręcz przeciwnie. Założyłbym się, że mój powrót to dla niego niezły 
wstrząs. My dwaj zawsze żyliśmy w niezgodzie. Czytujesz czasem Biblię, Tressilian?
   — Ano tak, proszę pana.
   — Pamiętasz przypowieść o powrocie syna marnotrawnego? Dobry brat krzywo na 
to patrzył, prawda? O, bardzo krzywo! Stary domator Alfred również się nie ucieszy.
   Tressilian milczał ze spuszczoną głową. Jego sztywna poza wyrażała protest. Harry 
poklepał go po ramieniu.
   — Uszy do góry, stary. Mnie się dostanie tłusty cielec! Prowadź mnie do ojca.
   Tressilian wybąkał:
   — Proszę tędy, do salonu. Nie bardzo wiem, gdzie są inni. Nie sposób było wysłać 
kogoś na dworzec, bo nie wiedzieliśmy, którym pociągiem pan przyjedzie.
   Harry skinął głową. Podążył za Tressilianem przez hali, rozglądając się 
jednocześnie dokoła.
   — Wszystko po staremu — stwierdził. — Wprost nie do wiary, że nic się tu nie 
zmieniło od czasu, gdy odszedłem stąd przed dwudziestu laty.
   Wszedł za Tressilianem do salonu. Stary sługa mruknął:
   — Spróbuję znaleźć pana Alfreda i jego żonę — a potem pospiesznie wyszedł.
   Harry Lee wkroczył do pokoju i nagle stanął jak wryty na widok osoby siedzącej na 
parapecie okiennym. Jego oczy z niedowierzaniem przenosiły się z czarnych włosów 
na matową egzotyczną cerę o śmietankowym odcieniu.
   — Święty Boże — zawołał. — Czy może mam przyjemność z siódmą, 
najpiękniejszą, żoną mego ojca?
   Pilar ześlizgnęła się z parapetu i podeszła do niego.
   — Nazywam się Pilar Estravados — oznajmiła. — A pan jest chyba wujkiem 
Harrym, bratem mojej mamy?
   Harry odparł, z oczami wciąż utkwionymi w jej postaci:
   — A więc to pani jest córką Jenny?
   — Tak. Czemu pan spytał, czy jestem siódmą żoną waszego ojca? Czy naprawdę 
miał sześć żon?
   Harry roześmiał się.
   — Nie, myślę, że miał tylko jedną legalną żonę. A więc, Pil… Jak pani właściwie 

background image

na imię?
   — Pilar.
   — A zatem, Pilar, doprawdy zamurowało mnie, gdy spostrzegłem świeżą, młodą 
istotę w tym mauzoleum.
   — W mauzo…?
   — W tym muzeum sztywnych kukieł! Zawsze sądziłem, że nasz dom jest wręcz 
obrzydliwy. Teraz, gdy po latach znowu go widzę, brzydzi mnie jeszcze bardziej.
   Pilar rzekła zgorszona:
   — Ależ skąd, tu jest wspaniale! Jakie piękne meble, co za dywany! Wszędzie 
puszyste dywany i pełno ślicznych rzeczy. Wszystko w dobrym gatunku i bardzo 
wystawne!
   — A więc pani się tu dobrze czuje? — rzekł Harry, uśmiechając się ironicznie. 
Spojrzał na nią z rozbawieniem. — Mnie wręcz zastrzeliło, kiedy zobaczyłem panią 
pośród…
   Urwał, gdyż do pokoju spiesznie weszła Lidia.
   — Jak się pan ma, Harry? — rzekła, stając przed nim. — Jestem Lidia, żona 
Alfreda.
   — Miło mi panią poznać. — Uścisnął jej dłoń, obrzuciwszy szybkim, badawczym 
spojrzeniem inteligentną, żywą twarz szwagierki. Z zadowoleniem obserwował jej 
chód. „Umie się zgrabnie poruszać jak mało która kobieta.” — zdecydował w duchu.
   Lidia z kolei szybko podsumowała swoje wrażenia. Przemknęło jej przez myśl: 
„Niezły z niego zuchwalec, choć mimo to… atrakcyjny. Ale nie wierzyłabym mu ani 
trochę”.
   Powiedziała jednak z uśmiechem:
   — No i jak tu wygląda po tylu latach? Zupełnie inaczej czy całkiem tak samo?
   — Całkiem tak samo. — Rozejrzał się wokół. — Nie… Ten pokój przemeblowano.
   — Och, niejeden raz.
   — Sądzę jednak, że zrobiła to pani — odparł. — że pani go odmieniła.
   — Myślę, że tak…
   Posłał jej nagle szeroki, szelmowski uśmiech, co Lidii dziwnie przypomniało 
uśmiech starca z pokoju na górze.
   — To wnętrze ma teraz klasę! Obiło mi się o uszy, że nasz poczciwy Alfred ożenił 
się z dziewczyną, która pochodzi w prostej linii od jednego z towarzyszy Wilhelma 
Zdobywcy.
   Lidia uśmiechnęła się.
   — Myślę, że istotnie tak było, ale ród raczej podupadł od tamtych czasów.
   — Jakże ma się Alfred? — spytał Harry. — Zawsze sztywny i oficjalny?
   — Doprawdy nie wiem. Sam pan zobaczy, czy się zmienił.
   — A co z resztą rodzeństwa? Rozproszeni pewnie po całym kraju?
   — Nie, wszyscy tu zjechali na święta. Harry zdumiał się.
   — A niech to! Wigilijny zjazd rodzinny! Co tak wzruszyło staruszka? Zawsze sobie 
lekceważył sentymenty. Jeśli mnie pamięć nie myli, rodzina mało go obchodziła. 
Musiał się zmienić!
   — Możliwe. — Głos Lidii zabrzmiał oschle. Pilar obserwowała ich z 
zaciekawieniem.
   — A co słychać u George’a? — pytał Harry. — Skąpiradło z niego jak zawsze? 
Ciężko biadał, kiedy mu przyszło rozstawać się z groszem!
   — George wszedł do parlamentu. Posłuje z okręgu Westeringham.
   — Co? Wytrzeszcz w parlamencie? A to dopiero!
   Harry odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się na całe gardło.
   Był to donośny, kordialny śmiech, ale ten wybuch nieopanowanej wesołości 

background image

zabrzmiał w ciasnych czterech ścianach salonu w sposób dziwnie brutalny. Pilar 
wstrzymała oddech, a Lidia zmarszczyła brwi.
   Nagle jakiś ruch z tyłu sprawił, że śmiech Harry’ego urwał się raptownie. Gość nie 
usłyszał, kiedy Alfred wszedł do pokoju, ale gdy pospiesznie się odwrócił, brat stał 
już za nim w milczeniu i patrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
   Po chwili na wargi Harry’ego wypełzł uśmiech. Ruszył do przodu.
   — Ależ to Alfred?!
   Alfred skinął głową.
   — Jak się masz, Harry.
   Stali, patrząc na siebie bez słowa. Lidia zaczerpnęła tchu. Pomyślała: „Co za 
absurd! Jak dwa psy, które śledzą się nawzajem…”
   Oczy Pilar rozszerzyły się jeszcze bardziej. „Ależ głupio wyglądają — dumała — 
stojąc tak naprzeciw siebie… Czemu się nie obejmują? No jasne, Anglicy tego nie 
robią. Ale mogliby przynajmniej coś powiedzieć! Czemu, u licha, tylko patrzą?”
   Harry odezwał się wreszcie:
   — Trochę się głupio czuję po powrocie.
   — Hm, pojmuję. To już szmat czasu, odkąd… Odkąd stąd odszedłeś.
   Harry odrzucił głowę do tyłu i przesunął palcem po policzku, co znaczyło, że jest w 
wojowniczym nastroju.
   — Taak — rzekł — cieszę się, że wróciłem — tu urwał, by podkreślić znaczenie 
słów — do domu…

II
   
   — Myślę, że był niegdyś ze mnie kawał łotra — rzekł Simeon Lee.
   Siedział zagłębiony w fotelu, z podanym do przodu podbródkiem, gładząc w 
zamyśleniu szczękę. W wielkim kominku naprzeciw niego buzował ogień, rzucając 
czerwony odblask. Obok siedziała Pilar. Trzymała w dłoni kawałek kartoniku, 
usiłując osłonić nim twarz przed żarem. Chwilami wachlowała się tekturką, 
poruszając z wdziękiem przegubem dłoni. Simeon patrzył na nią z przyjemnością. 
Począł znów mówić, bardziej do siebie niż do dziewczyny, jakby sama jej obecność 
zachęcała go do wynurzeń.
   — O, tak — rzekł znowu — był ze mnie kawał łotra. Co ty na to? Pilar wzruszyła 
ramionami.
   — Wszyscy mężczyźni to łotry, tak przynajmniej mówią zakonnice. Trzeba się 
więc za nich modlić.
   — Ach, ale ze mnie był doprawdy straszny łobuz. — Simeon zaśmiał się. — I wiesz 
co? Wcale tego nie żałuję. Nie żałuję niczego. Świetnie się bawiłem… W każdej 
chwili mego życia! Ludzie mówią, że na starość przychodzi pora pokuty. Co za 
bzdury! Ja tego nie zrobię. Coś ci powiem: popełniłem mnóstwo grzechów… 
Wszystkie siedem grzechów głównych! Szachrowałem, kradłem, łgałem… O Boże, i 
to jak…! A kobiety… Wiecznie te kobiety! Ktoś mi raz opowiadał o szejku arabskim, 
który miał gwardię przyboczną z własnych czterdziestu synów — wszystkich prawie 
w tym samym wieku! Oho! Czterdziestu! Nie wiem, czy znalazłoby się aż 
czterdziestu moich bękartów, ale i ja mógłbym sobie zafundować niezłą gwardię, 
gdybym tylko spróbował zebrać wszystkich razem. No co, Pilar? Zgorszyłem cię?
   Pilar utkwiła w nim spojrzenie.
   — Dlaczego miałabym się gorszyć? Mężczyźni zawsze pragną kobiet. Mój ojciec 
też był taki. Dlatego ich żony są nieszczęśliwe i wiecznie chodzą modlić się do 
kościoła.
   Stary Simeon zmarszczył brwi.

background image

   — Unieszczęśliwiłem Adelajdę — rzekł półgłosem do siebie. — Boże, co za 
kobieta! Krew z mlekiem! Jaka była piękna, kiedy ją brałem za żonę! A potem? 
Wiecznie lament, wiecznie szloch. Kiedy żona wciąż płacze, w mężu budzi się 
diabeł… Adelajdzie brakło siły charakteru, ot co. Gdybyż się kiedy zbuntowała! Ale 
ona nic. Kiedy się z nią żeniłem, myślałem, że zdołam się ustatkować, założyć 
rodzinę, zerwać z tym, co było…
   Jego głos zamarł. Patrzył przed siebie, w gorejącą czeluść kominka.
   — Założyć rodzinę… Do licha, jakaż to rodzina! — Zaniósł się nagle gniewnym, 
piskliwym śmiechem. — Wystarczy na nich spojrzeć. Żaden nie dał mi wnuka! Czy 
nie mają ani kropli mojej krwi w żyłach? Nie ma między nimi takiego, którego 
chciałbym za syna, ślubni czy nieślubni! Weźmy Alfreda! O Boże w niebiesiech, 
jakże się z nim wynudziłem! Patrzy na mnie jak wierny pies. Zawsze jest na 
zawołanie. Rety, co za głupiec! Chociaż jego żona, Lidia… Owszem, lubię Lidię. Ma 
w sobie trochę energii. Za to ona mnie nie cierpi, o czym wiem. Musi jednak robić 
dobrą minę do złej gry przez wzgląd na tego gamonia Alfreda! — Spojrzał na 
dziewczynę przy kominku. — Pilar, pamiętaj: nie ma nic nudniejszego nad oddanie.
   Pilar uśmiechnęła się do niego. Simeon ciągnął swój monolog dalej; dodawała mu 
wigoru jej obecność, jej młodość i promieniująca z niej kobiecość.
   — George! Kimże jest George? Nudziarz, niezguła, nadęty jak balon, bez mózgu, 
bez charakteru — ale za to to imponujący kutwa! Dawid? Dawid zawsze był 
durniem… Durniem i marzycielem. A także maminsynkiem, ot co. Ale zrobił jedyną 
rozsądną rzecz: ożenił się z solidną, miłą niewiastą. — Zawiesił rękę i uderzył nią w 
krawędź fotela. — Harry najlepiej się udał! Biedny, stary Harry, zakała rodziny. 
Przynajmniej on jeden jest pełen życia.
   — Owszem — przytaknęła Pilar. — On jest miły. Śmieje się głośno i odrzuca 
wtedy głowę do tyłu. O tak, bardzo go lubię!
   Starzec spojrzał na nią.
   — Lubisz go, co, Pilar? Harry zawsze umiał zawracać głowy dziewczynom. Ma to 
po mnie! — Simeon zaczął się śmiać słabo i dychawicznie. — Dobrze mi się żyło, 
bardzo dobrze! Doświadczyłem wszystkiego, tak jak trzeba.
   — U nas, w Hiszpanii, jest pewne porzekadło: „Bóg mówi: Bierz, co chcesz, tylko 
płać” — odezwała się Pilar.
   Simeon z aprobatą poklepał poręcz fotela.
   — Otóż to. Bierz, co chcesz… Ja tak robiłem. Przez całe moje życie brałem, co 
tylko chciałem…
   Pilar ponownie odezwała się jasnym, dźwięcznym głosem:
   — A czy zapłaciłeś? — i zamilkła.
   Simeon przestał chichotać pod nosem. Wyprostował się w fotelu i spojrzał na nią.
   — Coś ty powiedziała?
   — Spytałam: czy zapłaciłeś za to, dziadku?
   Simeon Lee odparł powoli:
   — Po co to powiedziałaś? Po co?!
   — Bo się zdziwiłam — odrzekła.
   Jej ręka z wachlarzykiem znieruchomiała. Oczy stały się mroczne i 
nieprzeniknione. Siedziała tak, z głową odchyloną do tyłu, świadoma siebie i własnej 
kobiecości.
   Simeon wybuchnął:
   — Ty przeklęty bękarcie…
   — Ale przecież lubisz mnie, dziadku! — rzekła miękko Pilar. — Lubisz, jak tu przy 
tobie siedzę.
   — Owszem, lubię. Już od dawna nie widziałem kogoś tak młodego i pięknego… 

background image

Dobrze mi to robi, rozgrzewają się moje stare kości… A prócz tego jesteś z mojej 
krwi. Że też Jennifer okazała się najlepsza ze wszystkich! Pilar roześmiała się.
   — Pamiętaj, nie wolno ci ze mnie drwić — rzekł Simeon. — Wiem, czemu siedzisz 
tak spokojnie i słuchasz mojej gadaniny. Dla pieniędzy… Tylko dla pieniędzy… 
Może jeszcze powiesz, że kochasz swojego starego dziadka, co?
   Pilar odparła:
   — Nie kocham cię, ale cię lubię, i to bardzo. Musisz mi uwierzyć, bo tak jest 
naprawdę. Myślę, że byłeś wielkim niecnotą, ale i to lubię. Masz w sobie więcej życia 
niż inni mieszkańcy tego domu. I mówisz ciekawe rzeczy. Podróżowałeś, miałeś 
mnóstwo przygód. Gdybym była mężczyzną, chciałabym być właśnie taka!
   — Chętnie się zgodzę — przytaknął Simeon. — Obydwoje mamy w sobie cygańską 
krew, jak to nazywają, a niewiele jej w moich dzieciach, z wyjątkiem Harry’ego. 
Przynajmniej w tobie się odezwała. Pamiętaj, że kiedy trzeba, umiem być cierpliwy… 
Czekałem raz przez całe piętnaście lat, żeby wyrównać rachunki z kimś, kto mi 
zaszedł za skórę. Oto kolejny rys rodziny Lee: oni nie zapominają! Pomszczą się na 
wrogu, choćby im przyszło czekać całymi latami. Pewien człowiek oszukał mnie. 
Czekałem piętnaście lat, aż wreszcie nadeszła okazja — i wtedy uderzyłem. 
Zrujnowałem go. Oskubałem ze wszystkiego!
   Zaśmiał się z cicha.
   — Czy to było w Afryce Południowej? — spytała Pilar.
   — Tak. To wspaniały kraj.
   — Wracałeś tam jeszcze?
   — Ostatni raz z pięć lat po moim ślubie.
   — A przedtem. Żyłeś tam przez wiele lat?
   — Tak.
   — Opowiedz mi o tym.
   Simeon zaczął opowiadać. Pilar słuchała, osłaniając od żaru twarz tekturką.
   Jego głos osłabł wkrótce ze znużenia.
   — Czekaj, coś ci pokażę — powiedział.
   Ostrożnie wstał z fotela i wsparty na lasce pokuśtykał przez pokój. Otworzył wielki 
sejf. Odwrócił się i skinął na nią.
   — No, popatrz. Dotknij ich, przesyp między palcami. — Spojrzał na jej zdumioną 
twarz i zaśmiał się. — Wiesz, co to takiego? Diamenty, dziecko, diamenty!
   Pilar wytrzeszczyła oczy, nachylając się nad nimi.
   — Ależ one wyglądają jak zwykłe kamyki!
   Simeon chichotał.
   — To surowe diamenty. Tak właśnie wyglądają, kiedy się je znajduje.
   Pilar spytała z niedowierzaniem:
   — A po oszlifowaniu staną się prawdziwymi brylantami?
   — Z pewnością.
   — Będą iskrzyć się i migotać?
   — A jakże.
   Pilar rzekła nieco dziecinnie:
   — Och, nie mogą w to uwierzyć!
   — Kiedy to prawda — odparł rozbawiony Simeon.
   — Dużo są warte?
   — Bardzo dużo, ale trudno to określić przed oszlifowaniem. W każdym razie ta 
garstka kamyczków ma wartość wielu tysięcy funtów.
   — Wielu… tysięcy… funtów? — powtórzyła Pilar, wymawiając każde słowo z 
osobna.
   — No, warte są jakieś dziewięć czy dziesięć tysięcy… To spore kamienie, jak sama 

background image

widzisz.
   Pilar otworzyła oczy jeszcze szerzej.
   — Czemu ich nie sprzedasz?
   — Bo lubię je trzymać tutaj.
   — Przecież to tyle pieniędzy…
   — Nie trzeba mi pieniędzy.
   — Och tak, rozumiem… — głos Filar zadrżał z przejęcia. Spytała: — Dlaczego nie 
dasz ich oszlifować, żeby były piękne?
   — Bardziej mi się podobają właśnie takie. — Jego twarz rozciągnęła się w 
uśmiechu. Odwrócił się i począł mówić do siebie: — Przywodzą mi na myśl 
przeszłość… Kiedy ich dotykam, gdy je czuję pod palcami, wszystko do mnie 
wraca… Blask słońca, zapach krzewów stepowych, woły… stary Eb… wszyscy 
chłopcy… i wieczory…
   Ktoś cicho zastukał do drzwi. Simeon rozkazał:
   — Włóż je zaraz do sejfu i zatrzaśnij go. — Potem zawołał: — Proszę wejść!
   Harbury, cichy i ugrzeczniony, wkroczył do pokoju.
   — Herbata czeka na dole.

III
   
   — Wreszcie cię znalazłem, Dawidzie — rzekła Hilda. — Szukałam cię wszędzie. 
Chodźmy stąd, okropnie tu zimno.
   Dawid zwlekał przez chwilę z odpowiedzią. Stał i spoglądał na niski taboret obity 
spłowiałą satyną. Nagle odezwał się:
   — To jej krzesło… Zawsze na nim siadywała… Tak, to samo. Tylko trochę 
wypłowiało.
   Hilda zmarszczyła czoło.
   — Rozumiem — odparła. — Chodźże stąd. Okropny tu ziąb. Dawid nie zwracał na 
nią uwagi. Rozejrzał się dokoła:
   — Zwykle tu przesiadywała. Pamiętam, jak siedząc na tym taborecie czytała mi 
„Jacka, pogromcę olbrzymów”. Tak się to właśnie nazywało. Miałem wtedy ze sześć 
lat.
   Hilda oparła dłoń na jego ramieniu.
   — Wracajmy do salonu, kochany. Nie ma tu ogrzewania. Odwrócił się posłusznie, 
ale Hilda wyczuła, że przeszedł go dreszcz.
   — Na pewno ten sam taboret — mruknął. — Jakby czas się zatrzymał.
   Hilda zrobiła zmartwioną minę. Rzekła głosem, któremu usiłowała nadać ton 
stanowczy, choć uprzejmy:
   — Gdzież się podziali inni? Już chyba siedzą przy herbacie.
   Dawid uwolnił ramię od jej uścisku i otworzył kolejne drzwi.
   — Niegdyś stał tu fortepian. Och, przecież stoi jeszcze i teraz! Ciekawe, czy go 
nastrojono.
   Usiadł przy nim i podniósłszy wieko, przebiegł lekko palcami po klawiszach.
   — Tak, jest nastrojony.
   Zaczął grać. Spod jego dłoni popłynęła melodia.
   — Co to takiego? Chyba to znam — rzekła Hilda — ale nie mogę sobie 
przypomnieć tytułu.
   — Nie grałem tego od lat — odparł — Ona ją zwykle grywała. To jedna z „Pieśni 
bez słów” Mendelssohna.
   Słodka, zbyt słodka melodia wypełniła pokój.
   — Proszę, zagraj coś Mozarta — powiedziała Hilda. Dawid potrząsnął przecząco 

background image

głową. Rozpoczął inny utwór Mendelssohna.
   I nagle uderzył gwałtownie w klawisze. Zadźwięczał ostry dysonans. Dawid wstał 
od fortepianu, drżąc na całym ciele. Hilda podeszła do niego.
   — Dawidzie, Dawidzie, co ci jest? Odparł:
   — Nic… Nic takiego.

IV
   
   Rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka. Tressilian wstał ze swego krzesła w 
pokoju stołowym i powoli podążył ku drzwiom.
   Dzwonek zabrzmiał ponownie. Tressilian wzdrygnął się. Przez matową szybę w 
drzwiach dostrzegł sylwetkę mężczyzny w kapeluszu z opuszczonym rondem.
   Tressilian przesunął ręką po czole. Coś go nękało. Jakby wszystko powtarzało się 
dwa razy…
   Na pewno coś takiego już się dzisiaj wydarzyło…
   Przekręcił zatrzask i otworzył drzwi. W tym momencie czar prysnął. Człowiek 
stojący w progu odezwał się: r
   — Czy tu mieszka pan Simeon Lee?
   — Tak.
   — Chciałbym się z nim zobaczyć.
   Słabe echo zbudziło się w pamięci Tressiliana. Intonacja przybysza przypomniała 
mu coś z dawnych czasów, kiedy pan Lee po raz pierwszy przybył do Anglii.
   Kamerdyner z powątpiewaniem pokręcił głową.
   — Pan Lee jest ciężko chory, sir. Nie widuje nikogo. Jeśli pan pragnie…
   Obcy nie dał mu dokończyć. Wyciągnął kopertę i podał ją słudze.
   — Proszę to wręczyć panu Lee.
   — Tak, sir.

V
   
   Simeon Lee wyjął z koperty pojedynczą kartkę papieru. Wyglądał na zaskoczonego. 
Uniósł brwi, ale uśmiechnął się przy tym.
   — Coś podobnego! — Zwrócił się do kamerdynera: — Poproś tu zaraz pana Farra.
   — Tak,s ir.
   — Właśnie przyszedł mi na myśl stary Ebenezer Farr — rzekł Simeon. — Był 
moim wspólnikiem w Kimberley. I nagle zjawia się jego syn!
   Tressilian ponownie ukazał się w drzwiach i zaanonsował:
   — Pan Farr.
   Stephen Farr wszedł do pokoju, usiłując zamaskować nerwowość ostentacyjną 
swobodą. Odezwał się z jeszcze dobitniejszym niż przedtem akcentem 
południowoafrykańskim:
   — Czy mam przyjemność za panem Lee?
   — Miło mi pana poznać. Więc jest pan synem Eba? Stephen Farr uśmiechnął się z 
pewnym zakłopotaniem.
   — Po raz pierwszy składam wizytę w starym kraju. Ojciec zawsze mi powtarzał, 
żebym pana odwiedził, jeśli pojadę do Anglii.
   — Jak najsłuszniej! — Stary człowiek rozejrzał się po obecnych. — To moja 
wnuczka, Pilar Estravados.
   — Witam pana — rzekła Pilar, starając się zachowywać w naturalny sposób.
   Stephen Farr pomyślał z uznaniem: „Ależ twarda sztuka. Zaskoczył ją mój widok, 
ale tylko na chwilę”. Odparł z pewnym ociąganiem:

background image

   — Bardzo mi miło, panno Estravados.
   — Dziękuję.
   — Niechże pan siądzie — rzekł Simeon Lee. — I proszę mi wszystko opowiedzieć 
o sobie. Długo pan zabawi w Anglii?
   — Nie mam się po co spieszyć, skoro już jestem na miejscu — odparł Farr i 
roześmiał się, odchylając głowę do tyłu.
   — Ma pan zupełną rację — ciągnął Simeon. — Musi pan zatrzymać się u nas 
dłużej.
   — Och, nie chciałbym się narzucać. Przecież za dwa dni święta.
   — Musi pan je spędzić z nami, chyba że ma pan jakieś inne plany.
   — Nie, nie mam, ale mimo to nie chciałbym…
   — A więc już ustalone. — Simeon odwrócił głowę. — Pilar?
   — Tak, dziadku.
   — Idź i powiedz Lidii, że będziemy mieć jeszcze jednego gościa. Poproś ją do 
mnie.
   Pilar wyszła. Oczy Stephena podążyły w ślad za nią. Simeon zauważył to z uciechą.
   — Przybywa pan prosto z Afryki? r
   — Owszem.
   Obydwaj zaczęli rozmawiać o tym kraju. Za chwilę do pokoju weszła Lidia.
   — To jest Stephen Farr — rzekł Simeon. — Syn mego starego przyjaciela i 
wspólnika, Ebenezera. Spędzi u nas święta; trzeba znaleźć pokój dla niego.
   — Oczywiście. — Lidia uśmiechnęła się. Jej oczy taksowały nowo przybyłego. 
Zauważyła opaloną twarz, błękitne oczy i zwyczaj odchylania głowy do tyłu.
   — Moja synowa — przedstawił ją Simeon.
   — Czuję się nieco skrępowany moim wtargnięciem na rodzinną uroczystość — 
odparł Farr.
   — Jesteś członkiem rodziny, chłopcze — rzekł Simeon. — Uważaj się za jednego z 
nas.
   — To za wiele.
   Pilar ponownie weszła do pokoju. Usiadła w milczeniu przy kominku i sięgnęła po 
kartonik. Traktowała go jak rodzaj wachlarza, kołysząc z wolna dłonią to w lewo, to 
w prawo. Oczy miała spuszczone i pełne spokoju.

CZĘŚĆ III
24 GRUDNIA
I
   
   — Czy naprawdę chcesz, żebym został, tato? — spytał Harry, odchylając w tył 
głowę. — Wydaje mi się, że wsadziłem kij w mrowisko!
   — Co masz na myśli? — spytał cierpko Simeon.
   — Kochany Alfred — rzekł Harry — mój zacny brat z trudem znosi moją 
obecność.
   — Tym gorzej dla niego! — warknął Simeon. — Jestem panem we własnym domu!
   — Ale przecież w pewien sposób zależysz od niego. Nie chciałbym przysparzać ci 
trosk.
   — Zrobisz, co ci każę — żachnął się jego ojciec.
   Harry ziewnął.
   — Doprawdy nie wiem, czy będę się nadawał do nudnego, siedzącego trybu życia. 
Człowiek, który był obieżyświatem, dusi się w takiej atmosferze.
   — Może byś się ożenił — odparł ojciec — i założył rodzinę?
   — A z kimże to mam się żenić? Szkoda, że nie można poślubić własnej 

background image

siostrzenicy! Pilar jest diabelnie atrakcyjną dziewczyną.
   — Widzę, że zdołałeś to zauważyć.
   — Kiedy już mowa o stabilizacji, to nasz tłuścioch George najwyraźniej dokonał 
należytego wyboru, jeśli chodzi o aparycję. Kim ona jest?
   Simeon wzruszył ramionami.
   — Skądże mam wiedzieć. Zdaje się, że George poznał ją na pokazie modelek. 
Mówi, że jej ojcem jest jakiś oficer marynarki, który wycofał się z czynnej służby.
   — Pewnie był drugim oficerem na statku kabotażowym — rzekł Harry. — George 
może mieć z nią nieco kłopotów, jeśli nie będzie uważał.
   — George — parsknął Simeon Lee — jest głupcem.
   — Więc czemu za niego wyszła? Dla jego pieniędzy?
   Simeon znowu wzruszył ramionami.
   — Czy sądzisz — odezwał się Harry — że zdołasz zmusić Alfreda do zgody na 
moją obecność?
   — Zaraz to załatwimy — odparł z powagą Simeon.
   Ujął za dzwonek stojący przy nim na stoliku. Harbury zjawił się natychmiast. 
Simeon rzekł:
   — Poproś tu pana Alfreda.
   Służący wyszedł, a Harry mruknął:
   — Ten człowiek chyba podsłuchuje pod drzwiami!
   — Być może.
   Alfred wszedł z pośpiechem. Twarz mu się wydłużyła, gdy spostrzegł brata. 
Ignorując jego obecność, odezwał się zgryźliwie:
   — Chciałeś mnie widzieć, ojcze?
   — Tak. Usiądź. Myślę, że musimy trochę zmienić nasz tryb życia, skoro już mamy 
dwie osoby więcej w domu.
   — Dwie osoby?
   — Pilar oczywiście zamieszka z nami, a Harry wrócił do domu na stałe.
   — Czy Harry… zamierza tu zostać? — zdziwił się Alfred.
   — Dlaczegóż by nie, stary chłopie? — zawołał brat.
   Alfred odwrócił się ku niemu gwałtownie.
   — Sam powinieneś wiedzieć!
   — Przykro mi, ale nie widzę powodu…
   — Po tym wszystkim, co się zdarzyło? Zachowałeś się jak niewdzięcznik. 
Skandal…
   Harry machnął ręką.
   — To wszystko przeszłość, stary.
   — Postąpiłeś obrzydliwie wobec ojca… Po wszystkim, co dla ciebie zrobił…
   — Słuchaj, Alfredzie, to chyba sprawa ojca, a nie twoja. Jeśli on chce mi 
przebaczyć i przebaczy…
   — Chcę tego — rzekł Simeon. — W każdym razie Harry jest moim synem.
   — Tak, ale źle ci się odpłacił.
   — Harry tu zostanie! — zawołał Simeon. — Taka jest moja wola. — Położył 
łagodnie dłoń za ramieniu syna. — Jestem do niego bardzo przywiązany.
   Alfred wstał i wyszedł z twarzą bladą jak papier. Harry wstał również i podążył za 
nim ze śmiechem.
   Simeon siedział, śmiejąc się pod nosem, lecz nagle poderwał się i rozejrzał naokoło.
   — Kto tu jest, u licha? Ach, to ty, Harbury. Przestań się skradać.
   — Przepraszam pokornie.
   — Nieważne. Słuchaj: wydam ci pewne polecenia. Chcę, żeby wszyscy zebrali się 
tu zaraz po lunchu. Wszyscy, rozumiesz?

background image

   — Tak, proszę pana.
   — I jeszcze coś. Kiedy tu ruszą, ty pójdziesz za nimi. A gdy będziesz już w połowie 
korytarza, podniesiesz głos tak, żebym cię mógł usłyszeć. Wystarczy byle pretekst. 
Rozumiesz mnie?
   — Tak, proszę pana.
   Harbury zszedł na dół. Rzekł do Tressiliana:
   — Jeśli pana interesuje moje zdanie, zapowiadają się nam bardzo wesołe święta.
   — Co pan ma na myśli? — odparł sucho Tressilian.
   — Proszę tylko poczekać, to pan zobaczy. Dzisiaj mamy Wigilię, ale miłego 
świątecznego nastroju wcale tutaj nie wyczuwam, o nie!

II
   
   Weszli do pokoju i zatrzymali się przy drzwiach. Simeon, który rozmawiał przez 
telefon, skinął na nich ręką.
   — Usiądźcie. To potrwa krótką chwilę. — Mówił dalej do słuchawki: — Czy to 
biuro panów Charltona, Hodgkinsa i Bruce’a? To pan, Charlton? Tu Simeon Lee. 
Tak… Nie, chciałbym, żeby sporządził mi pan nowy testament… Owszem, jakiś czas 
temu spisałem inny… Zmieniły się niektóre okoliczności… Och, nie ma pośpiechu. 
Nie chcę psuć panu świąt. Może drugiego stycznia albo dzień później? Kiedy pan 
przyjedzie, wyjaśnię, czego sobie życzę. Nie, wszystko w porządku. Nie wybieram 
się jeszcze na tamten świat.
   Odłożył słuchawkę i powiódł wzrokiem po twarzach ośmiu członków rodziny, a 
później rzekł ironicznie:
   — Niewesoło wyglądacie. O co chodzi?
   Alfred zaczął:
   — Posłałeś po nas…
   — Och, przecież nie ma w tym nic złego — odparł żywo Simeon. — Sądzicie, że to 
narada rodzinna? Nie, jestem dziś nieco znużony, i tyle. Nikogo z was nie będę 
fatygować po obiedzie. Powinienem się położyć. Chcę być wypoczęty na święta.
   Uśmiechnął się do nich. George odezwał się z przejęciem:
   — Oczywiście… Oczywiście…
   — Święta — ciągnął Simeon — to wielka, stara tradycja. Sprzyja trwałości więzów 
rodzinnych. Co o tym sądzisz, Magdaleno?
   Magdalena Lee drgnęła nerwowo. Jej dość niemądrze wyglądające małe usteczka 
rozwarły się i zamknęły ponownie.
   — Och…Och, tak! — powiedziała.
   — Zdaje się — odparł Simeon — że mieszkałaś ze spensjonowanym oficerem 
marynarki… — tu zawiesił głos — twoim ojcem. Nie sądzę, byście jakoś specjalnie 
świętowali Boże Narodzenie. Do tego trzeba większej rodziny!
   — Tak, tak… Oczywiście, być może…
   Oczy Simeona przestały się w nią wpatrywać.
   — Nie chciałbym w tych dniach oznajmiać jakiejś niemiłej nowiny, ale wiesz co, 
George — obawiam się, że będę musiał nieco zmniejszyć wypłacaną ci pensję. 
Spodziewam się, że moje koszty utrzymania wzrosną w najbliższej przyszłości.
   George mocno poczerwieniał.
   — Ależ ojcze, nie możesz zrobić czegoś podobnego!
   Simeon odparł miękko:
   — Czy rzeczywiście nie mogę?
   — Moje wydatki już dzisiaj są bardzo znaczne. Wobec tego, co powiedziałeś, nie 
wiem doprawdy, jak będę mógł związać koniec z końcem. Zmusiłoby mnie to do 

background image

wprowadzenia krańcowych oszczędności.
   — A więc niech twoja żona oszczędza! — odrzekł Simeon. — Kobiety to potrafią. 
Często widzą możliwość zaoszczędzenia tam, gdzie mężczyzna wcale by jej nie 
dostrzegł. Zręczna kobieta umie sama szyć swoje stroje. Dobrze pamiętam, że moja 
żona świetnie sobie radziła z igłą. Ze wszystkim sobie radziła, zacna z niej była 
niewiasta, tyle że beznadziejnie nudna…
   Dawid poderwał się.
   — Siadajże, chłopcze, bo jeszcze coś strącisz… — powstrzymał go ojciec.
   Dawid wybuchnął:
   — Moja matka…
   — Twoja matka miała kurzy móżdżek! I, jak się zdaje, dzieci mają to po niej! — 
Simeon wstał gwałtownie. Z wypiekami na policzkach rzucił ostro: — Żaden z was 
niewart złamanego szeląga! Obrzydzenie mnie bierze na wasz widok! Nie jesteście 
mężczyznami, tylko mięczakami — kupą mdłych mięczaków. Pilar warta jest dwa 
razy więcej od każdego z was! Klnę się na wszystko, co najświętsze: mam pewnie 
lepszego od was syna gdzieś w szerokim świecie, mimo żeście się wszyscy urodzili z 
prawego łoża!
   — Ojcze, licz się ze słowami! — krzyknął Harry. Skoczył do przodu i stał z 
grymasem złości na jowialnej zazwyczaj twarzy. Simeon odciął się:
   — Ciebie też to dotyczy! Cóżeś w końcu zrobił? Potrafiłeś tylko telegrafować do 
mnie z całego świata, prosząc o pieniądze! Powtarzam, mdli mnie na wasz widok! 
Wynoście się precz!
   Opadł na fotel, z trudem chwytając powietrze.
   Powoli, jeden po drugim, członkowie jego rodziny wychodzili z pokoju. Zgorszony 
George był czerwony na twarzy. Magdalena wyglądała na przerażoną. Dawid pobladł 
i drżał. Harry wypadł za drzwi. Alfred poruszał się jak we śnie. Lidia postępowała za 
nim z uniesioną wysoko głową. Tylko Hilda zatrzymała się w progu i wolnym 
krokiem wróciła do starca.
   Stanęła nad Simeonem, który drgnął zaskoczony, gdy otworzył oczy i spostrzegł ją 
koło siebie. W jej nieruchomej pozie kryła się jakaś groźba.
   Spytał z irytacją:
   — O co chodzi?
   — Gdy nadszedł pana list — rzekła Hilda — uwierzyłam, że pan istotnie chciał 
zobaczyć całą rodzinę zgromadzoną w czasie świąt wokół siebie i namówiłam 
Dawida do przyjazdu.
   — No i co z tego?
   — Tak… — odparła powoli — pan chciał zobaczyć rodzinę wokół siebie, ale nie z 
tego powodu, który figurował w liście. Chciał pan ich zgromadzić tutaj, żeby 
wszystkich skłócić. Na miły Bóg, pan się tym doskonale bawi!
   Simeon zaśmiał się.
   — Zawsze miałem skłonności do żartów. Nie obchodzi mnie, co inni o tym myślą. 
Wystarczy, że bawię się ja!
   Hilda nic nie odrzekła. Simeon Lee zaczął coś niejasno rozumieć.
   — O czym pani myśli? — zapytał ostro. Hilda Lee odparła powoli:
   — Lękam się.
   — Lęka się pani… mnie?
   — Nie. Lękam się o pana!
   I niczym sędzia po oznajmieniu werdyktu oddaliła się ciężko, powolnym krokiem.
   Simeon siedział, wpatrując się w drzwi. Wreszcie wstał i powędrował do sejfu. 
Zamruczał: „Popatrzmy sobie na moje śliczności”.

background image

III
   
   Dzwonek u wejścia rozległ się kwadrans przed ósmą. Tressilian podszedł do drzwi. 
Po powrocie do stołowego zastał tam Harbury’ego, który odwracał filiżanki do kawy 
stojące na tacy i oglądał znaki fabryczne na ich denkach.
   — Kto przyszedł? — spytał Harbury.
   — Inspektor policji, Sugden… Niechże pan uważa!
   Harbury stłukł z trzaskiem filiżankę.
   — I co teraz będzie? — biadał Tressilian. — Myłem ten serwis całe jedenaście lat i 
ani razu żadnej nie upuściłem, a teraz pan się tu plącze i wtrąca w nie swoje sprawy, 
no i mamy rezultat!
   — Bardzo pana przepraszam, Tressilian — usprawiedliwiał się Harbury, któremu 
pot wystąpił na czoło. — Sam nie wiem, jak to się mogło stać! Mówi pan, że 
przyszedł inspektor policji?
   — Tak, pan Sugden.
   Służący zwilżył językiem bezkrwiste wargi.
   — A… czego chciał?
   — Prowadzi zbiórkę pieniędzy na sierociniec policyjny.
   — Ach, tak! — Harbury wzruszył ramionami. — I dostał coś? — zapytał 
spokojniejszym już tonem.
   — Zaniosłem rejestr ofiarodawców do starszego pana, a on kazał mi wprowadzić 
inspektora na górę i podać na stół wiśniówkę.
   — O tej porze roku zawsze ktoś kwestuje — rzucił Harbury.
   — Stary, muszę mu przyznać, jest szczodry, mimo że ma sporo wad.
   Tressilian odparł z godnością:
   — Pan Lee zawsze miał hojną rękę.
   — To jego najlepsza cecha! — przytaknął Harbury. — No, a teraz wychodzę.
   — Wybiera się pan do kina?
   — Chyba tak. Cześć, Tressilian!
   Harbury wyszedł drzwiami, które prowadziły do hallu dla służby.
   Tressilian spojrzał na zegar ścienny i poszedł do jadalni, gdzie owinął bułeczki 
serwetkami. Potem, upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, uderzył 
kilkakrotnie w gong wiszący w hallu.
   Gdy przebrzmiały ostatnie uderzenia, policjant schodził właśnie ze schodów. 
Inspektor Sugden był barczystym, przystojnym .mężczyzną. Nosił szczelnie zapięty 
granatowy uniform i miał minę człowieka świadomego własnej ważności.
   — Dziś wieczór będzie chyba przymrozek — zwrócił się uprzejmie do Tressiliana. 
— Dobrze się składa, bo ostatnio jest za ciepło jak na tę porę.
   — Wilgoć zaostrza mój reumatyzm — rzekł Tressilian, kiwając głową.
   Inspektor przyznał, że reumatyzm to doprawdy bardzo przykra dolegliwość, a 
Tressilian wypuścił go frontowymi drzwiami.
   Stary kamerdyner zamknął drzwi na zatrzask i wolnym krokiem wrócił do hallu. 
Przesunął ręką po oczach i westchnął. Wyprostował się, gdy spostrzegł w progu 
salonu Lidię. George Lee schodził właśnie ze schodów.
   Tressilian czekał w pogotowiu. Gdy Magdalena jako ostatnia z gości weszła do 
salonu, ukazał się w drzwiach i oznajmił:
   — Podano do stołu.
   Na swój sposób Tressilian był koneserem damskiej mody. Zawsze obserwował 
kobiece stroje, gdy krążył wokół stołu z karafką w dłoni, i dokonywał w myśli ich 
krytycznej oceny.
   Żona pana Alfreda włożyła nową suknię z czarno–białej kwiecistej tafty. Śmiały 

background image

wzór, bardzo rzuca się w oczy, ale ona wygląda w nim dobrze, choć wiele kobiet nie 
odważyło by się pokazać w takiej toalecie. Strój pani Magdaleny to oryginalny 
model. Tressilian był tego pewien. Musiał kosztować mnóstwo pieniędzy. Dziwne, że 
pan George w ogóle za niego zapłacił. Och, on nigdy nie lubił wydatków! A teraz 
weźmy żonę pana Dawida: zacności kobieta, ale ubrać się nie potrafi. Przy jej pełnej 
figurze gładki, czarny welwet byłby najlepszy. Wzorzysty aksamit, w dodatku 
karmazynowy, stanowi niefortunny wybór. Panna Pilar może nosić cokolwiek. Z jej 
figurą i włosami będzie świetnie wyglądać we wszystkim, ot choćby w tej taniutkiej 
białej sukience. Chyba pan Lee wkrótce temu zaradzi. Kiedy dżentelmen się starzeje, 
zawsze dzieje się to samo: wystarczy mieć młodą buzię, żeby okręcić go wokół palca.
   — Wino reńskie czy bordeaux? — szepnął uprzejmie Tressilian do ucha George’a. 
Kątem oka dostrzegł, że Walter, lokaj, znowu podał jarzynę przed sosem do pieczeni 
— i to po tylu upomnieniach!
   Tressilian obszedł stół z sufletem. Dopiero teraz, gdy stracił już zainteresowanie 
damskimi toaletami i przestała go nękać obawa przed niezręcznością Waltera, 
zauważył, że wszyscy byli dziwnie milczący. No, może nie wszyscy. Panicz Harry 
rozprawiał za dwudziestu naraz. Nie, to nie panicz Harry, tylko ten dżentelmen z 
Afryki Południowej. Inni też rozmawiali, ale w sposób wyraźnie wymuszony. Coś się 
z nimi działo. Na przykład pan Alfred wyglądał wręcz na chorego. Jakby doznał 
szoku czy czegoś podobnego. Miał nieprzytomną minę i prawie nie tykał jedzenia, 
tylko grzebał widelcem w talerzu. Jego żonę coś gnębiło; Tressilian wyraźnie to 
widział. Obserwował gości przy stole, oczywiście nie tak natarczywie, by dało się to 
dostrzec. Pan George miał purpurową twarz i jadł żarłocznie, ale jakoś tak, jakby 
wcale nie czuł smaku. Jeśli nie będzie się pilnować, powali go kiedyś apopleksja! 
Jego żona nic nie jadła. Może się odchudza? Panna Pilar pałaszowała za to z 
należytym apetytem, a prócz tego gawędziła i żartowała z afrykańskim 
dżentelmenem. Całkiem zawróciła mu w głowie. Tych dwoje nie dbało o troski! A 
pan Dawid? Tressilian martwił się o niego. Taki podobny do matki i wciąż młodo 
wygląda, tylko że nerwowy, o, właśnie wywrócił kieliszek. Tressilian zręcznie wytarł 
rozlany płyn i było po wszystkim, ale pan Dawid ledwo zauważył, co się stało; 
siedział pobladły i patrzył prosto przed siebie. Widok jego bladej twarzy przypomniał 
Tressilianowi, że Harbury jakoś dziwnie wyglądał, kiedy usłyszał, że do domu 
przybył inspektor policji… Tak jakby…
   Tok myśli kamerdynera urwał się nagle. Walter, podając paterę, strącił właśnie z 
niej na ziemię gruszkę. Nie ma dziś dobrych lokajów! Te niezdary nadają się 
najwyżej na chłopców stajennych!
   Tressilian obszedł stół z portwajnem. Panicz Harry był jakiś nieswój tego wieczoru. 
Wciąż spoglądał na pana Alfreda. No, ci dwaj od dzieciństwa się nie lubili. Panicz 
Harry zawsze był beniaminkiem ojca, co go, rzecz jasna, poróżniło z Alfredem. Pan 
Lee nie bardzo dbał o drugiego syna. Szkoda, bo przecież pan Alfred zawsze był mu 
tak oddany.
   Pani Lidia właśnie wstała i odeszła od stołu. Jak ładnie wygląda ten wzór na jej 
taftowej sukni, a bolerko też dobrze na niej leży! Bardzo zgrabnie się porusza.
   Tressilian oddalił się do pokoju stołowego i zamknął drzwi jadalni, gdzie panowie 
pili swój portwajn. Zaniósł tacę z kawą do salonu. Przyszło mu na myśl, że cztery 
panie, które tam siedziały, nie są w najlepszym nastroju. Nic nie mówiły i wyglądały 
na skrępowane. Tressilian roznosił kawę wśród ogólnego milczenia.
   Znowu wyszedł, a kiedy znalazł się w stołowym, usłyszał, że drzwi jadalni 
otwierają się. Wyszedł stamtąd Dawid Lee i ruszył przez hali w stronę salonu.
   Tressilian jeszcze raz wrócił do stołowego i zbeształ Waltera, który odciął mu się 
wręcz impertynencko i zostawił go samego. Tressilian usiadł. Czuł się zmęczony i 

background image

przygnębiony. Oto i Wigilia, a tu w ludziach tyle napięcia… Wcale mu się to nie 
podobało.
   Wstał z wysiłkiem i poszedł do salonu, by zebrać puste filiżanki. Nie było tam 
nikogo prócz Lidii, która stała na wpół ukryta za okienną zasłoną w drugim końcu 
pokoju, wpatrzona w nocny mrok.
   Zza sąsiednich drzwi rozległ się dźwięk fortepianu. To grał pan Dawid. „Tylko 
dlaczego — głowił się Tressilian — wybrał sobie akurat marsz żałobny?” Bo właśnie 
marsz żałobny dało się stamtąd słyszeć. Och, dzisiaj doprawdy wszystko idzie na 
opak.
   Tressilian pomału przeszedł przez hali, a potem wrócił do stołowego. I wtedy 
właśnie tuż nad jego głową rozległ się łomot, brzęk tłuczonej porcelany, łoskot 
przewracanych mebli oraz mnóstwo innych przeraźliwych dźwięków.
   „Boże święty! — pomyślał ze zgrozą stary sługa. — Cóż to nasz pan wyprawia? Co 
się tam dzieje na górze?”
   A wtedy zabrzmiał ostry, cienki, upiorny krzyk zakończony zduszonym 
gulgotaniem.
   Tressilian stał przez chwilę jak porażony, potem puścił się biegiem przez hall i 
wpadł na schody. Cała reszta ruszyła tuż za nim, krzyk usłyszano bowiem w całym 
domu.
   Wszyscy przebiegu pędem schody, minęli zakręt i niszę z posągami połyskującymi 
widmowo białą poświatą, a potem wpadli w korytarz wiodący do drzwi Simeona Lee. 
Stali tam już Farr i Hilda. Stephen na próżno mocował się z klamką, a Hilda 
wspierała się o ścianę.
   — Są zamknięte — zawołał Farr. — Zamknięte na klucz!
   Harry Lee odepchnął go i gwałtownie odsunął jego rękę z klamki. On również na 
próżno próbował ją przekręcić.
   — Ojcze! — krzyknął. — Ojcze, wpuść nas!
   Uniósł dłoń. Wszyscy czekali w zupełnym milczeniu. Nikt nie odpowiadał. Z 
wnętrza pokoju nie dobiegł ich żaden dźwięk.
   Na dole zadzwonił dzwonek u drzwi frontowych, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi.
   — Musimy wyważyć drzwi! — oznajmił Farr. — To jedyny sposób.
   — Nie pójdzie nam łatwo. Te drzwi są przeraźliwie mocne. Pomóż mi, Alfredzie! 
— odparł Harry.
   Naparli na drzwi z całą siłą. Wreszcie odeszli i wrócili z dębową ławą, którą 
posłużyli się jak taranem. Drzwi w końcu przestały stawiać opór. Zawiasy puściły, 
skrzydła drgnęły we framudze i w końcu runęły do środka.
   Przez chwilę wszyscy stali zbici w gromadę, patrząc na okropny widok, który 
odsłonił się przed nimi.
   W pokoju niewątpliwie stoczono gwałtowną walkę. Ciężkie meble były 
poprzewracane. Odłamki chińskich waz pokrywały podłogę. Na środku dywanu, tuż 
przed paleniskiem kominka, leżał w ogromnej kałuży krwi Simeon Lee. Wszędzie 
pełno było krwi. Pokój wyglądał jak jatka.
   Rozległ się jeden zbiorowy jęk, a później kolejno zabrzmiały dwa głosy. I dziwna 
rzecz; słowa, które wypowiedziano, w obydwu wypadkach były cytatami.
   — Młyny boże mielą powoli… — rzekł Dawid Lee.
   Lidia wyszeptała cicho:
   — Och, kto by przypuszczał, że ten starzec miał w sobie tyle krwi…?

IV
   
   Inspektor Sugden po raz trzeci nacisnął dzwonek; wreszcie sięgnął z desperacją po 

background image

kołatkę. W końcu otworzył mu przerażony Walter.
   — Och, to pan? — zawołał. — Na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi. — Właśnie 
dzwoniłem na policję!
   — A po co? — spytał zaskoczony inspektor. — Stało się coś? Walter wyszeptał:
   — Ktoś załatwił starego pana Lee…
   Inspektor odepchnął go i wbiegł na schody. Wpadł do pokoju, gdzie nikt nie 
zauważył jego wtargnięcia. Przy wejściu spostrzegł Pilar, która schylona podnosiła 
coś z podłogi. Obok niej stał Dawid z twarzą ukrytą w dłoniach. Inspektor dostrzegł 
też resztę gości zbitą w małą gromadkę. Tylko Alfred Lee przystanął tuż przy ciele 
ojca i spoglądał w dół blady jak ściana.
   George Lee odezwał się z pełną powagi miną:
   — Niczego nie wolno dotykać, pamiętajcie, niczego, póki nie zjawi się policja. To 
niesłychanie ważne!
   — Przepraszam pana — rzekł Sudgen. Podszedł do przodu, delikatnie odsunął na 
bok panie.
   Alfred poznał go.
   — Ach — powiedział — to pan, inspektorze. Szybko pan przybył.
   — Tak, panie Lee — inspektor Sugden nie tracił czasu na wyjaśnienia. — Co to 
wszystko znaczy?
   — Mój ojciec — odparł Alfred — został zabity. Zamordowano go…
   Głos mu się załamał.
   Magdalena nagle zaczęła histerycznie szlochać.
   Inspektor Sugden uniósł dłoń szerokim gestem i oznajmił nie znoszącym sprzeciwu 
tonem:
   — Zechcą państwo teraz opuścić ten pokój, wszyscy prócz pana Alfreda i… hm… 
pana George’a Lee.
   Powoli, jeden za drugim, obecni ruszyli ku drzwiom. Inspektor zatrzymał nagle 
Pilar.
   — Przepraszam, panienko — rzekł uprzejmie — ale niczego tu nie wolno ruszać.
   Utkwiła w nim zdumiony wzrok. Stephen Farr rzucił niecierpliwie:
   — Oczywiście, ona o tym wie.
   Inspektor Sudgen odezwał się po raz drugi, tym samym uprzejmym, lecz 
stanowczym tonem:
   — Przed, chwilą podniosła panienka coś z podłogi.
   — Doprawdy? — Pilar szeroko otworzyła oczy. Spojrzała na niego z 
niedowierzaniem.
   Inspektor stwierdził wciąż uprzejmie, tylko nieco twardszym tonem:
   — Tak.
   — Och!
   — Proszę mi oddać to, co panienka trzyma w ręce. Pilar powoli rozwarła palce. Na 
jej dłoni leżał strzępek kauczuku i mały drewniany przedmiot. Inspektor Sugden 
zgarnął to, włożył do koperty i wsunął ją do kieszeni na piersiach, po czym rzekł: 
„Dziękuję” i odwrócił się w stronę George’a Lee.
   W oczach zaskoczonego Stephena Farra pojawił się błysk uznania. Stanowczo nie 
docenił przystojnego, barczystego inspektora.
   Wszyscy prócz George’a i Alfreda wyszli wolnym krokiem z pokoju. Z tyłu za nimi 
rozległ się głos inspektora, który mówił oficjalnie chłodnym tonem:
   — A teraz, jeśli panowie pozwolą…

V
   

background image

   — Nie ma to jak opalany drewnem kominek — rzucił pułkownik Johnson, 
dokładając kolejne polano do ognia i przysuwając fotel bliżej paleniska. — Niechże 
się pan poczęstuje — dodał, wskazując na likiery i syfon w zasięgu ręki jego gościa.
   Gość uniósł dłoń w geście uprzejmej odmowy. Ostrożnie przysunął swój fotel w 
pobliże buzującego ognia, choć przekonany był, że możliwość przypalenia sobie stóp 
(niczym na średniowiecznych torturach) wcale nie uchroni go od lodowatego 
przeciągu, który mroził mu plecy.
   Niechże pułkownik Johnson, okręgowy komisarz policji w Middleshire, sądzi sobie, 
że nie ma lepszego opału niż drewno; on, Herkules Poirot, był zdania, że centralne 
ogrzewanie stanowczo góruje nad kominkiem, i to pod każdym względem!
   — Casus Cartwrighta jest zdumiewający, a sam sprawca również — stwierdził 
gospodarz. — Urokliwy, świetnie wychowany. Kiedy tu z panem przybył, wyglądał 
doprawdy jak niewiniątko.
   Pokręcił głową.
   — Nigdy już nie zetkniemy się z czymś podobnym! Otrucie nikotyną to na 
szczęście rzadkość!
   — Niegdyś przysięgałby pan, że otrucie to rzecz niegodna Anglika — zauważył 
Herkules Poirot. — Zbrodnia dobra dla cudzoziemców! Coś tak niesportowego!
   — Dziś już bym tego nie powiedział — odparł komisarz. — Mnożą się otrucia 
arszenikiem; jest ich zapewne dużo więcej, niż podejrzewamy.
   — Owszem, możliwe.
   — Każdy przypadek trucicielstwa to trudna sprawa — medytował Johnson. — 
Biegli przeczą sobie nawzajem, a poza tym lekarze zawsze formułują swoje opinie z 
przesadną ostrożnością. Bardzo to kłopotliwe dla ławy przysięgłych Skoro już, nie daj 
Boże, trzeba zajmować się morderstwami, niechże to będą proste przypadki, gdzie nie 
ma wątpliwości co do przyczyny zgonu! Poirot przytaknął.
   — Rana postrzałowa, poderżnięte gardło albo rozłupana czaszka. Co pan wybiera?
   — Och, proszę nie wspominać o wyborze. Niechże pan nie podejrzewa, że ja lubię 
morderstwa. Wolałbym nigdy nie mieć z nimi do czynienia! Poza tym mam nadzieję, 
że sama pana obecność powinna zapewnić nam spokój.
   — Moja reputacja… — zauważył skromnie Poirot.
   Ale Johnson już zaczął:
   — Mamy święta — rzekł. — Pokój ludziom dobrej woli i tak dalej. Każdy 
powinien w tym czasie miłować bliźniego.
   Herkules Poirot zagłębił się w fotelu, łącząc razem koniuszki palców. Spojrzał w 
zadumie na swego gospodarza i zapytał cicho:
   — A zatem według pana święta nie są odpowiednią porą na zbrodnię?
   — Tak właśnie sądzę.
   — Dlaczego?
   — Dlaczego? — powtórzył pułkownik, nieco wytrącony z równowagi. — No, 
przecież mówiłem przed chwilą, że w czasie świąt ludzie powinni się radować i tak 
dalej.
   Herkules Poirot wymruczał:
   — Ach, ci Brytyjczycy! Co za sentymentalny naród!
   Johnson energicznie wyraził swój sprzeciw.
   — Czy to źle, że tacy jesteśmy? Że lubimy tradycję i dawne zwyczaje? Cóż to panu 
szkodzi?
   — Wcale mi nie szkodzi. Przeciwnie, uważam, że to pełne uroku. Niech pan jednak 
weźmie pod uwagę fakty. Powiedział pan, że podczas świąt ludzie winni się radować. 
Oznacza to również, że mnóstwo się wówczas je i pije. A nadmiar jadła oznacza 
przejedzenie. A po przejedzeniu ma się niestrawność! A wraz z niestrawnością zjawia 

background image

się rozdrażnienie!
   — Nie popełnia się zbrodni z rozdrażnienia — fuknął pułkownik.
   — Nie jestem tego pewien! Weźmy co innego. Święta to czas wzajemnej 
życzliwości i przebaczenia. Wedle pańskich słów wtedy wręcz wypada tak 
postępować. Idą w niepamięć dawne spory, skłóceni godzą się kolejny raz, nawet jeśli 
jest to tylko zgoda chwilowa.
   — Zakopuje się topór wojenny — przytaknął Johnson.
   Poirot ciągnął dalej swój wątek:
   — Weźmy teraz rodziny. Rozłączone przez cały rok, gromadzą się ponownie. A 
wtedy, mon ami, powstaje, jak należy przypuszczać, wiele napięć. Ludzie, którzy 
wcale nie są przyjacielsko nastawieni, zmuszają się do okazywania pozorów 
przyjaźni. Podczas świąt mamy zatem do czynienia z mnóstwem hipokryzji. Rzecz 
jasna, pojawia się ona ze wzniosłych powodów, ale zawsze pozostaje hipokryzją!
   — Nie potrafię tak na to patrzeć — rzekł zamyślony Johnson.
   Poirot pochylił się ku niemu.
   — Nie, nie. To mój sposób widzenia, nie pański! Chciałem tylko udowodnić, że 
napięcie umysłowe i dolegliwości fizyczne potrafią czasem przeistoczyć nieszkodliwe 
i zdawałoby się niezbyt groźne konflikty w coś znacznie poważniejszego. Wysiłek 
udawania kogoś bardziej przyjacielskiego, bardziej pobłażliwego i bardziej 
wielkodusznego niż w rzeczywistości może sprawić, że wcześniej czy później ktoś 
okaże się przykrzejszą, bezwzględniejszą i w sumie bardziej odpychającą osobą, niźli 
jest nią w istocie! Jeśli tłamsi pan, mon ami, swe naturalne zachowanie, to wcześniej 
czy później nastąpi wybuch i nieszczęście gotowe.
   Pułkownik Johnson spojrzał na Poirota podejrzliwie.
   — Nigdy nie wiem, kiedy mówi pan serio, a kiedy kpi sobie ze mnie — burknął.
   Poirot uśmiechnął się.
   — Na pewno nie mówię serio, powiedziałem jednak prawdę: sztuczne warunki 
rodzą naturalną reakcję.
   Do pokoju wszedł służący pułkownika.
   — Dzwoni inspektor Sugden, proszę pana.
   — W porządku, już idę.
   Komisarz wyszedł, przepraszając Poirota. Powrócił po kilku minutach z poważną i 
przygnębioną miną.
   — Niech to diabli! Morderstwo! W samą Wigilię! Poirot uniósł brwi.
   — Czy aby na pewno morderstwo?
   — Nie ma innej możliwości. Jednoznaczny przypadek. Morderstwo, i to w dodatku 
brutalne.
   — Kto jest ofiarą?
   — Stary Simeon Lee. Jeden z najbogatszych ludzi w okolicy. Zbił fortunę w Afryce 
Południowej. Nie, wzbogacił się nie na złocie, tylko na diamentach. Ogromne zyski 
przyniosła mu również produkcja maszyn górniczych własnego wynalazku. W 
każdym razie był niesłychanie bogaty. Szacowano go na wiele milionów.
   — A czy był lubiany? — spytał Poirot. Inspektor odparł po namyśle:
   — Nie sądzę, by go ktokolwiek lubił. To był osobliwy człowiek. Już od kilku lat 
poważnie chorował. Nie wiem o nim zbyt wiele, ale — rzecz jasna — był ważną 
figurą w tym hrabstwie.
   — Będzie więc sporo zamieszania?
   — Tak. Muszę zaraz jechać do Longdale.
   Wahał się przez chwilę, patrząc na gościa. Poirot wyrzekł głośno to, czego 
pułkownik nie odważył się powiedzieć:
   — Czy chciałby pan, bym mu towarzyszył?

background image

   Johnson odparł z zakłopotaniem:
   — Nie śmiałem pana prosić. Pojmuje pan jednak sytuację! Inspektor Sugden to nasz 
najlepszy policjant. Skrupulatny, ostrożny, odpowiedzialny… tylko brak mu 
wyobraźni. Bardzo bym się cieszył z pańskich rad
   Końcowa część przemowy pułkownika odznaczała się telegraficzną zwięzłością. 
Poirot odparł żywo:
   — Będę zachwycony. Może pan zawsze liczyć na moją obecność. Nie trzeba ranić 
miłości własnej naszego inspektora. To będzie jego sprawa, nie moja! Pozostanę 
czymś w rodzaju nieoficjalnego konsultanta.
   Pułkownik Johnson rzekł kordialnie:
   — Zacny z pana chłop, Poirot!
   I po tych słowach pochwały obydwaj wyszli.

VI
   
   Szeregowy policjant otworzył im drzwi i powitał na progu. Inspektor Sugden zszedł 
do hallu oznajmiając:
   — Miło mi pana widzieć. Może przejdziemy do pokoju po lewej? To gabinet pana 
Lee. Chciałbym przedstawić najważniejsze fakty. Sprawa wygląda wręcz osobliwie.
   Wprowadził ich do małego pokoiku, gdzie na wielkim, zaścielonym papierami 
biurku stał telefon. Pod ścianami widniały półki pełne książek.
   — Inspektorze Sugden — rzekł komisarz — to jest Herkules Poirot. Może pan o 
nim słyszał? Szczęśliwym trafem bawił u mnie akurat w gościnie.
   Poirot skłonił się lekko i zlustrował spojrzeniem stojącego przed nim człowieka. 
Zobaczył wysokiego, barczystego mężczyznę o wojskowych manierach, z orlim 
nosem, wydatnym podbródkiem i bujnym, kasztanowatym wąsem. Sugden zerknął na 
niego z ukosa, Poirot spojrzał zaś spod oka na wąsy policjanta, których bujność 
zdawała się go fascynować.
   — Oczywiście, że słyszałem — odparł inspektor. — Już pan do nas zawitał kilka lat 
temu, dobrze sobie przypominam. Chodziło o śmierć Bartłomieja Strange. Otrucie 
nikotyną. To nie był przypadek z mojego okręgu, ale wszystko o nim wiem.
   Pułkownik Johnson rzucił niecierpliwie:
   — No a teraz, Sugden, proszę o fakty. Mówi pan, że to jednoznaczny przypadek 
morderstwa.
   — Bez wątpienia. Panu Lee poderżnięto gardło. Jeśli dobrze zrozumiałem słowa 
doktora, przecięto mu żyłę szyjną. Ale to dziwna sprawa.
   — Jak to?
   — Może najpierw opowiem, co mi wiadomo. Tego wieczoru, o piątej, odebrałem 
telefon od pana Lee na posterunku w Addlesfield. Telefon wydał mi się trochę 
dziwny; pan Lee prosił, bym przyszedł do niego wieczorem, dokładnie o ósmej, co 
wyraźnie podkreślił. Prócz tego uprzedził mnie, by powiedzieć kamerdynerowi, że 
zbieram datki na cel dobroczynny.
   — Sądzi pan, że pod jakimś pretekstem chciał ściągnąć pana do siebie?
   — Właśnie to mam na myśli. Pan Lee był ważną osobistością, przystałem więc na 
jego żądanie. Zjawiłem się tu niedługo przed ósmą i powiedziałem, że prowadzę 
kwestę na sierociniec policyjny. Kamerdyner oddalił się i po chwili wrócił ze 
słowami, że pan Lee mnie oczekuje. Potem wskazał mi drogę do jego pokoju na 
piętrze, tuż nad jadalnią.
   Inspektor urwał, zaczerpnął tchu i ciągnął dalej swój nieco oficjalny raport.
   — Pan Lee siedział w szlafroku przy kominku. Gdy kamerdyner odszedł i zamknął 
za sobą drzwi, poprosił mnie, bym usiadł koło niego. Z pewnym zakłopotaniem 

background image

stwierdził, że chce przekazać mi szczegóły dotyczące rabunku. Spytałem, co zginęło, 
a on odparł, iż ma powody do przypuszczeń, że skradziono mu z sejfu diamenty 
wartości kilkuset funtów. Chodziło, zdaje się, o nie oszlifowane kamienie.
   — Diamenty? — spytał komisarz.
   — Tak, diamenty. Zacząłem mu zadawać rutynowe pytania, ale jego zachowanie 
było niepewne, a odpowiedzi dalekie od precyzji. Na koniec rzekł: „Rozumie pan, 
inspektorze, mogłem się omylić”. Odparłem: „Wcale nie rozumiem. Albo diamenty 
zniknęły, albo nie; jedno z dwojga!” Pan Lee odrzekł: „Diamenty na pewno zniknęły, 
ale, panie inspektorze, może tu chodzi o czyjś głupi żart”. Wydało mi się to dziwne, 
nic jednak nie powiedziałem. Pan Lee ciągnął zaś dalej: „Trudno mi wchodzić w 
szczegóły, ale tylko dwie osoby mogły przywłaszczyć sobie kamienie. Jedna z nich 
mogła zrobić to dla żartu. Jeśli jednak wzięła je ta druga, diamenty na pewno 
skradziono”. Odparłem: „Czego właściwie pan ode mnie oczekuje?” Odrzekł 
pospiesznie: „Chcę, żeby pan wrócił tu mniej więcej za godzinę — no, może trochę 
później, powiedzmy, kwadrans po dziewiątej. Wtedy będę mógł panu na pewno 
powiedzieć, czy mnie okradziono, czy nie”. Wydało mi się to zagadkowe, ale 
zgodziłem się i wyszedłem. Pułkownik Johnson rzucił:
   — Zdumiewające, wprost zdumiewające. Co pan na to, Poirot?
   — Czy mogę spytać, inspektorze — rzekł Poirot — jakie były pańskie wnioski?
   Inspektor potarł podbródek i odpowiedział z wahaniem:
   — No cóż, rozważałem różne możliwości, lecz w końcu pomyślałem sobie tak: 
żaden żart nie wchodzi w grę. Diamenty naprawdę skradziono, tylko stary pan nie ma 
pewności, czyja to sprawka. Według mnie on mówił prawdę, kiedy wspomniał, że 
może chodzić o dwie osoby, jedną z nich byłby pewnie ktoś ze służby, ale w wypadku
drugiej chodziłoby o członka rodziny.
   Poirot kiwnął głową z aprobatą.
   — Doskonale. To logicznie wyjaśnia postępowanie pana Lee.
   — Stąd jego życzenie, bym wrócił nieco później. Przez ten czas zamierzał 
porozmawiać z owymi osobami i oznajmić im, że wprawdzie skontaktował się już z 
policją, ale jeśli dostanie z powrotem skradzioną rzecz, cała sprawa pójdzie w 
niepamięć.
   — A gdyby podejrzany nie zwrócił diamentów? — spytał pułkownik.
   — Wtedy pan Lee zamierzał przekazać dochodzenie w nasze ręce.
   Pułkownik zmarszczył brwi i szarpnął wąsa. Rzekł z wahaniem:
   — Czemu więc nie postąpił w ten sposób, zanim nas wezwał?
   — Nie, nie. — Inspektor potrząsnął głową. — Gdyby tak zrobił, byłby to bluff. Nie 
wypadłoby to przekonywająco i złodziej pomyślałby sobie: „Stary nie wezwał policji, 
choć ma podejrzenia!” Gdyby jednak starszy pan mógł powiedzieć: „Rozmawiałem 
już z policją, inspektor właśnie ode mnie wyszedł”, złodziej spytałby kamerdynera, a 
ten by potwierdził: „Tak, inspektor był tu krótko przed obiadem”. Wówczas złodziej 
przekonałby się, że stary pan nie żartował, i poszedłby oddać diamenty.
   — Hm, wydaje mi się, że mogło tak być — rzekł pułkownik. — Podejrzewa pan 
kogoś z rodziny?
   — Nie.
   — Brak poszlak?
   — Całkowicie.
   Johnson kiwnął głową i powiedział:
   — Proszę ciągnąć dalej.
   Inspektor Sugden podjął swoją relację, znowu w dość oficjalnym tonie:
   — Wróciłem tu kwadrans po dziewiątej. Właśnie miałem zadzwonić do drzwi 
frontowych, kiedy z wnętrza domu dobiegł mnie krzyk, a potem usłyszałem 

background image

zmieszane ze sobą odgłosy wołania i ogólnego zamętu. Dzwoniłem bez skutku kilka 
razy, aż wreszcie użyłem kołatki. Dopiero po trzech czy czterech minutach otworzono 
mi. Zrobił to lokaj, a wtedy nabrałem przekonania, że stało się coś strasznego. Lokaj 
trząsł się cały i wyglądał, jakby miał zemdleć. Wyjąkał, że pan Lee został 
zamordowany. Pobiegłem na górę i zastałem pokój w stanie straszliwego nieładu. 
Najwyraźniej toczono tam bezwzględną walkę. Pan Lee leżał przed kominkiem z 
poderżniętym gardłem, w wielkiej kałuży krwi.
   — Czy nie mógł tego zrobić sam? — spytał komisarz.
   — Niemożliwe, sir. Przede wszystkim poprzewracano tam krzesła i stoły, 
potłuczono porcelanę i różne ozdobne przedmioty, prócz tego nie ma ani śladu 
brzytwy czy noża, narzędzia zbrodni.
   — Tak, to przesądza sprawę — rzucił komisarz. — Czy ktoś wchodził do tego 
pokoju?
   — Niemal wszyscy członkowie rodziny. Stali dookoła zwłok.
   Pułkownik Johnson spytał sucho:
   — A więc nie ma pan pojęcia, kto go zabił? 
   Inspektor zwlekał przez chwilę z odpowiedzią.
   — Brzydka sprawa, sir. Wygląda na to, że ktoś z nich musiał popełnić zbrodnię. 
Nie pojmuję, jak mógłby tego dokonać obcy, i w dodatku zdążyć z ucieczką.
   — Co z oknami? Były otwarte czy zamknięte?
   — Są tam dwa okna, sir. Jedno było zamknięte, i to na klucz, a drugie uchylone o 
kilka cali, ale unieruchomione aparatem zabezpieczającym przed włamaniem. Sam 
próbowałem je otworzyć i nie dałem rady; aparat mocno trzyma. Ściana zewnętrzna 
jest gładka, bez żadnych pnączy. Nikt nie mógł tamtędy uciec.
   — Ile.drzwi ma ten pokój?
   — Tylko jedną parę. Pokój znajduje się na samym końcu korytarza. Drzwi były 
zamknięte od wewnątrz. Kiedy usłyszano odgłosy walki i krzyk umierającego starca, 
wszyscy wbiegli na górę, ale musiano je wyważyć, żeby dostać się do środka.
   — A kto był w pokoju?
   Inspektor Sugden odparł z powagą:
   — Nikogo tam nie było prócz starego pana, którego zabito najwyżej kilka minut 
wcześniej.

VII
   Pułkownik Johnson patrzył przez chwilę Sugdenowi w oczy, aż wreszcie 
wybuchnął:
   — Czy chce pan mi wmówić, że mamy do czynienia z jedną z tych przeklętych 
historii rodem z policyjnych romansów, w których ktoś ginie w zamkniętym pokoju 
wskutek działania sił nadprzyrodzonych?!
   Wąs inspektora drgnął lekko pod wpływem słabego uśmiechu. Policjant rzekł 
jednak tonem jak najbardziej serio:
   — Nie sądzę, proszę pana, żeby było aż tak źle.
   — A więc to niewątpliwie samobójstwo!
   — Gdzież w takim razie narzędzie zbrodni? Nie ma mowy o samobójstwie, panie 
komisarzu.
   — Więc w jaki sposób morderca zdołał uciec? Przez okno?
   — Przysiągłbym, że nie.
   — Ależ mówi pan, że drzwi były zamknięte od wewnątrz. Inspektor skinął głową. 
Wyjął z kieszeni klucz i położył go na stole.
   — Brak wszelkich odcisków palców — oznajmił. — Proszę jednak spojrzeć przez 
szkło powiększające.

background image

   Poirot pochylił się. Wraz z Johnsonem poddali klucz uważnym oględzinom. 
Komisarz zawołał:
   — A niech to! Zaczynam rozumieć. O, tu mamy drobne zadrapania na końcu. Widzi 
pan, Poirot?
   — Oczywiście. To znaczy, że przekręcono go od zewnątrz, posługując się jakimś 
narzędziem wetkniętym w dziurkę, najpewniej pincetą, którą uchwycono czubek 
klucza.
   — Tak właśnie musiało być — przytaknął inspektor.
   — Morderca pragnął więc wzbudzić przekonanie, ze chodzi o samobójstwo, skoro 
drzwi zostały zamknięte i nikogo więcej nie było w pokoju? — spytał Poirot.
   — Bez wątpienia tak sobie planował. Poirot pokręcił głową z niedowierzaniem.
   — A nieład wewnątrz? Jak pan wcześniej sam zauważył, teza o samobójstwie musi 
tym samym upaść, gdyż morderca powinien był wcześniej uporządkować pokój.
   — Zabrakło mu czasu, panie Poirot — odparł inspektor. — W tym cała rzecz. 
Zabrakło mu czasu! Przypuśćmy, że zamierzał zaskoczyć starszego pana, ale mu się 
to nie udało. Nastąpiła walka, której odgłosy słyszano wyraźnie na dole, i wołanie o 
pomoc. Wszyscy zostali zaalarmowani. Morderca zdołał jedynie wymknąć się z 
pokoju i przekręcić klucz od zewnątrz.
   — W istocie, wszystko pasuje — przyznał Poirot. — Pański morderca popełnił 
jednak błąd. Czemuż nie pozostawił narzędzia zbrodni? Bez niego nie można wszak 
mówić o samobójstwie! Co za prymitywny błąd!
   — Zbrodniarze, o czym poucza nas doświadczenie, zawsze popełniają błędy — 
odparł obojętnie inspektor.
   Poirot westchnął lekko i szepnął:
   — Mimo to nasz przestępca zdołał umknąć.
   — Nie sądzę, by rzeczywiście umknął.
   — Myśli pan, że wciąż jeszcze znajduje się w domu?
   — A gdzie, może się znajdować? To zrobił któryś z domowników.
   — Mimo wszystko — powtórzył uprzejmie, lecz z naciskiem Poirot — jak dotąd 
nam się wymyka. Nie wie pan, kim on jest.
   Sugden odparł uprzejmie, lecz równie stanowczo:
   — Mam nadzieję, że wkrótce się dowiemy. Jeszcze nie przesłuchiwaliśmy służby…
   Komisarz Johnson wpadł mu w słowo:
   — Pewien szczegół nie daje mi spokoju. Ten, kto przekręcił klucz od zewnątrz, nie 
był nowicjuszem. Musiał mieć pewne doświadczenie. Bez wprawy nie robi się czegoś 
takiego.
   — Sądzi pan, że to profesjonalny przestępca?
   — Właśnie tak.
   — Na to wygląda. W takim razie pośród służby znajduje się zawodowy złodziej. 
Stąd zniknięcie diamentów. Zabójstwo pana Lee byłoby logicznym następstwem 
faktów.
   — Wydaje mi się, że to prawdopodobne.
   — Z początku sam tak sądziłem, ale wyłania się pewna trudność. W domu mamy 
ośmioro służących, w tym sześć kobiet, a pięć z nich pracuje tu ponad cztery lata. Jest 
jeszcze kamerdyner i lokaj. Kamerdyner służy tutaj bez mała czterdzieści lat, co 
stanowi, przyznaję, swoisty rekord. Lokaj to człowiek miejscowy, syn ogrodnika, i tu 
się wychował. Nie pojmuję, w jaki sposób mógłby być złodziejem profesjonalistą. 
Pozostaje tylko osobisty służący pana Lee. Bawi tu, co prawda, od niedawna, ale 
akurat on wyszedł z domu przed ósmą… i jeszcze nie wrócił.
   — Ma pan dokładną listę wszystkich domowników? — spytał pułkownik.
   — Owszem. Wręczył mi ją kamerdyner. — Inspektor wyciągnął notes. — Czy mam 

background image

ją panu odczytać?
   — Proszę bardzo.
   — Pan Alfred Lee z żoną. Pan George Lee z żoną, członek parlamentu. Pan Harry 
Lee. Pan Dawid Lee z żoną. Panna… — Tu inspektor urwał na moment, by w końcu 
odczytać nazwisko, sylaba po sylabie, jakby składał je z oddzielnych cegiełek: — 
Panna Pilar E–stra–va–dos. Pan Stephen Farr. Teraz służba: Edward Tressilian, 
kamerdyner, Walter Champion, lokaj. Emilia Reeves, kucharka. Queenie Jones, 
podkuchenna. Gladys Spent, główna pokojówka. Grace Best i Beatrice Moscombe, 
dwie pokojówki. Joan Kench, dziewczyna do wszystkiego. Sydney Harbury, osobisty 
służący pana Lee.
   — Sporo ich, co, Sugden?
   — Owszem, niemało.
   — 1 nie wiadomo, gdzie każdy z nich był w chwili morderstwa?
   — Tylko w przybliżeniu. Jak już mówiłem, nie zdołałem jeszcze nikogo 
przesłuchać. Według tego, co mówi Tressilian, mężczyźni znajdowali się wtedy 
jeszcze w jadalni. Panie przeszły do salonu, gdzie Tressilian zaniósł im kawę. Wedle 
jego własnych słów wrócił właśnie do stołowego, gdy posłyszał nad głową straszny 
hałas, a potem rozległ się krzyk. Tressilian pobiegł prosto przez hali, a potem wraz z 
innymi wpadł na schody.
   — Ilu członków rodziny mieszka tu na stałe i kim są zaproszeni goście?
   — W domu mieszka tylko pan Alfred Lee z żoną. Cała reszta przyjechała na święta.
   — A gdzie są teraz?
   — Kazałem im zostać w salonie, póki nie zacznę przesłuchania.
   — W porządku. Może pójdziemy na górę i obejrzymy miejsce zbrodni?
   Inspektor poprowadził ich szerokimi schodami i korytarzem. Gdy weszli do pokoju, 
Johnsonowi wyrwał się okrzyk:
   — Co za okropność!
   Stał przez chwilę nieruchomo, patrząc uważnie na przewrócone krzesła, 
zdruzgotaną porcelanę i zbryzgane krwią szczątki wystroju wnętrza.
   Chudy, starszawy mężczyzna podniósł się znad zwłok i pozdrowił go:
   — Dobry wieczór, panie komisarzu. Można by rzec, istna jatka, prawda?
   — Na to wygląda. Ma pan coś dla nas, doktorze? Lekarz wzruszył ramionami i 
skrzywił się lekko.
   — Na rozprawie posłużę się ściśle naukową terminologią, ale teraz mogę śmiało 
powiedzieć: to nietrudny przypadek. Poderżnięto mu gardło niczym wieprzowi. 
Wykrwawił się na śmierć błyskawicznie. Ani śladu narzędzia zbrodni.
   Poirot podszedł do okna. Jedno było zamknięte a drugie uniesione na jakieś cztery 
cale i — o czym wspomniał inspektor — unieruchomione w tej pozycji przez 
staromodny aparat przeciw włamaniom, zaopatrzony w solidną żelazną sztabę.
   — Kamerdyner powiada — odezwał się Sugden — że tego okna nigdy nie 
domykano, bez względu na pogodę. Na wypadek deszczu leżało pod nim linoleum, 
całkiem zresztą niepotrzebnie, bo spory okap stanowi zupełnie wystarczającą osłonę.
   Poirot skinął głową. Przystanął nad zwłokami i długo przyglądał się zabitemu 
starcowi. Ohydny grymas odsłaniał bezkrwiste dziąsła ofiary. Palce zaciśnięte były na 
kształt kleszczy.
   — Nie wygląda na silnego — zauważył Poirot
   — Był jednak zaskakująco odporny. Zdołał oprzeć się kilku chorobom, które 
niejednego by powaliły.
   — Miałem na myśli co innego — odrzekł Poirot. — Chciałem powiedzieć, że nie 
był potężnej postury.
   — Nie, wydaje się raczej drobny.

background image

   Poirot odwrócił wzrok od zabitego. Przyjrzał się przewróconemu fotelowi, 
masywnemu meblowi z mahoniu. Obok leżał okrągły stolik, również mahoniowy, i 
resztki dużej porcelanowej lampy. Inne, mniejsze foteliki walały się nie opodal wraz z 
ciężkim szklanym przyciskiem do papierów, książkami, statuetką z brązu 
przedstawiającą nagą dziewczynę oraz szczątkami japońskiej wazy, karafki i dwóch 
kieliszków.
   Poirot nachylił się i obejrzał wszystko dokładnie, lecz bez dotykania. Zmarszczył 
brwi, jakby go coś zaintrygowało.
   — Czy coś pana zastanawia? — spytał inspektor.
   Herkules Poirot westchnął.
   — Taki słaby, mały człowieczek — i tyle nieładu…
   Johnson wyglądał na zaskoczonego. Odwrócił się i rzekł do policjanta, który 
pracował w pokoju:
   — Czy są jakieś odciski?
   — Pełno ich w całym pokoju.
   — A na sejfie?
   — Tylko ślady palców ofiary.
   — Co pan powie o tej krwi? — Johnson zwrócił się do doktora. — Morderca z 
pewnością musi mieć jej ślady na sobie.
   — Niekoniecznie — odparł lekarz. — Krew pochodzi niemal wyłącznie z żyły 
szyjnej. Stamtąd nie tryska tak gwałtownie jak z arterii.
   — Nie, nie. Zdaje mi się jednak, że pełno tu krwi naokoło. Poirot rzekł:
   — Tak, mnóstwo tu krwi, co każdego musi zaraz uderzyć. Mnóstwo krwi.
   — Czy to nasuwa panu jakąś myśl? — odezwał się z respektem Sugden.
   Poirot rozejrzał się wokół. Potrząsnął głową.
   — Wyczuwam tu przemoc. Tak. Straszną przemoc. — Urwał na chwilę, po czym 
zaczął znowu: — Tak… Przemoc. I krew.— Nacisk położono na krew. Jest tu… 
jakby to rzec… zbyt wiele krwi. Krew na fotelach, stołach, dywanach… Jak gdyby 
chodziło o rytualną, krwawą ofiarę. Czyż nie? Być może. Wątły, niepozorny, 
wyschnięty starzec — i całe mnóstwo krwi. Za wiele krwi na tę śmierć…
   Głos Poirota zamarł. Inspektor Sugden przyjrzał mu się uważnie i rzekł niepewnym 
tonem:
   — Dziwne. Powiedział pan to samo, co ta dama…
   — Która dama? — spytał żywo Poirot.
   — Żona pana Alfreda — odparł Sugden. — Stała tu, koło drzwi, i wyrzekła te 
słowa niemal szeptem. Wydało mi się to wtedy bez sensu.
   — Co ona takiego powiedziała?
   — Coś w rodzaju: „Kto mógłby sądzić, że stary pan miał w sobie tyle krwi”.
   Poirot wyrecytował przyciszonym głosem:
   — „Och, kto by przypuszczał, że ten starzec miał w sobie tyle krwi?” — To słowa 
lady Makbet. Tak właśnie wyraziła się żona pana Alfreda? A to ciekawe…

VIII
   
   Alfred Lee i jego żona weszli do ciasnego pokoiku, gdzie Poirot, Sugden i komisarz 
czekali na nich stojąc. Pułkownik Johnson wystąpił naprzód.
   — Jakże się pan czuje? Nie spotkaliśmy się wprawdzie nigdy dotąd, ale, jak pan 
wie, jestem okręgowym komisarzem policji. Nazywam się Johnson. Jestem głęboko 
wstrząśnięty tym, co tutaj zaszło…
   Alfred zwrócił na niego piwne oczy patrzące spojrzeniem godnym zbitego psa i 
odrzekł schrypniętym głosem:

background image

   — Dziękuję. To straszne… Po prostu straszne. Pan pozwoli, oto moja żona.
   Lidia odezwała się opanowanym tonem:
   — Ta śmierć jest straszliwym szokiem dla mego męża. Wstrząsnęła wprawdzie 
wszystkimi, ale nim szczególnie.
   Położyła dłoń na mężowskim ramieniu.
   — Zechce pani usiąść — zwrócił się do niej pułkownik. — To pan Herkules Poirot.
   Połrot ukłonił się. Jego zaciekawiony wzrok wędrował kolejno od męża do żony i z 
powrotem.
   Dłoń Lidii znów spoczęła łagodnie na ramieniu męża.
   — Usiądź, Alfredzie.
   Alfred usiadł.
   — Herkules Poirot? Któż to taki? — wyszeptał. Przesunął ręką po czole.
   — Pułkownik Johnson chce ci zadać sporo pytań, Alfredzie — rzekła Lidia.
   Komisarz spojrzał na nią z uznaniem, uszczęśliwiony, że w osobie pani Lee ma do 
czynienia z rozumną i rzeczową kobietą.
   — Oczywiście, oczywiście… — odrzekł Alfred.
   „Szok oszołomił go kompletnie — myślał Johnson. — No, może się jakoś 
pozbiera”. Na głos rzekł natomiast:
   — Mam tu spis wszystkich osób, które dzisiejszego wieczoru znajdowały się w tym 
domu. Może mi pan powie, czy zgadza się on z prawdą?
   Skinął na Sugdena, który podał mu notes, i jeszcze raz odczytał listę nazwisk.
   Z wolna Alfred począł odzyskiwać jasność myśli godną biznesmena. Gdy w pełni 
oprzytomniał, wysłuchał z uwagą Sugdena i przytaknął:
   — Wszystko się zgadza.
   — Czy mógłby mi pan powiedzieć kilka słów o gościach? George i Dawid Lee to 
zapewne pańscy krewni?
   — Są moimi braćmi.
   — Przyjechali tu tylko na jakiś czas?
   — Tak, na święta.
   — Czy pan Harry Lee to również pański brat?
   — Tak.
   — A dwoje zaproszonych, panna Estravados i pan Farr?
   — Panna Estravados jest moją siostrzenicą. Pan Farr to syn dawnego wspólnika 
mego ojca w Afryce Południowej.
   — Ach, tak. Stary przyjaciel.
   — Nie. Wcale go dotąd nie znaliśmy — wtrąciła Lidia.
   — Ale zaprosiliście go na święta?
   Alfred zawahał się i spojrzał na żonę. Lidia oznajmiła zdecydowanym tonem:
   — Pan Farr przybył tu wczoraj całkiem nieoczekiwanie. Złożył wizytę memu 
teściowi, gdyż było mu właśnie po drodze. Kiedy teść dowiedział się, że to syn jego 
starego przyjaciela i wspólnika, koniecznie chciał go zatrzymać w domu na święta.
   — Rozumiem — rzekł pułkownik. — Czy ma pani zaufanie do całej służby, bez 
żadnego wyjątku?
   Lidia zastanawiała się jakiś czas nad odpowiedzią, a potem odparła:
   — Tak. Wszyscy są uczciwi. I prawie wszystkich znamy od lat. Tressilian, 
kamerdyner, służył tu już wtedy, gdy mój mąż był jeszcze małym chłopcem. Tylko 
Joan, dziewczyna do wszystkiego, i osobisty służący mego teścia są u nas od 
niedawna.
   — Co pani o nich wiadomo?
   — Joan jest zacną dziewczyną, tylko niezbyt rozgarniętą. To najgorsze, co można o 
niej powiedzieć. O Harburym wiem niedużo. Jest u nas ponad rok. Doskonale zna 

background image

swój fach, a mój teść wydawał się z niego zadowolony.
   — Ale pani niezupełnie? — spytał szybko Poirot. Lidia z lekka wzruszyła 
ramionami.
   — Nie miałam z nim wiele do czynienia.
   — Jednak pani obowiązkiem jako gospodyni tego domu jest kontrolowanie służby.
   — Och, oczywiście, ale Harbury był osobistym służącym teścia. Nie podlegał mojej 
władzy.
   — Pojmuję…
   — Wróćmy do wydarzeń dzisiejszego wieczoru — poprosił pułkownik. — 
Obawiam się, że sprawię panu ból, ale pragnąłbym, aby pan opowiedział mi 
dokładnie, co się tu wydarzyło.
   — Naturalnie — odparł głucho Alfred.
   — Kiedy widział pan ojca po raz ostatni? — spytał pułkownik.
   Po twarzy Alfreda przemknął skurcz bólu. Odparł cicho:
   — Po herbacie. Poszedłem do niego na chwilę. Życzyłem mu dobrej nocy i 
rozstaliśmy się mniej więcej na kwadrans przed szóstą.
   — Życzył mu pan dobrej nocy? Nie spodziewał się pan zatem widzieć z nim jeszcze
tego wieczoru? — spytał Poirot.
   — Nie. Ojcu przynoszono lekką kolację koło siódmej. Później albo kładł się spać o 
wczesnej porze, albo też siadywał w fotelu, ale nie widywał już nikogo z członków 
rodziny, chyba że po nich specjalnie posyłał.
   — Często tak robił?
   — Czasami, gdy chciał z kimś pogawędzić.
   — Ale nie był to jego stały zwyczaj?
   — Nie.
   — Proszę, niech pan mówi dalej.
   — Siedliśmy do obiadu o ósmej — ciągnął Alfred. — Potem moja żona i inne panie 
przeszły do salonu… — Głos mu zadrżał, a oczy znieruchomiały. — Siedzieliśmy 
jeszcze przy stole, gdy nagle na górze rozległ się przeraźliwy łoskot. Przewracano 
stoły i krzesła, słychać było brzęk tłuczonego szkła i porcelany, a potem… O Boże! 
— Wzdrygnął się. — Jeszcze teraz brzmi w moich uszach krzyk ojca, straszny, 
przeciągły krzyk konającego…
   Zakrył twarz trzęsącymi się dłońmi. Lidia wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia.
   — Co dalej? — spytał pułkownik. Alfred Lee rzekł zduszonym głosem:
   — Przez chwilę staliśmy jak wryci. Potem pobiegliśmy na i górę, do pokoju ojca. 
Drzwi były zamknięte. Nie mogliśmy sobie z nimi poradzić. Trzeba je było wyważyć. 
I wtedy zobaczyliśmy… — Głos mu się załamał.
   — Może pan oszczędzić sobie szczegółów — wtrącił szybko Johnson. — Wróćmy 
do chwili, kiedy siedzieli państwo w jadalni. Kto tam był oprócz pana, gdy rozległ się 
krzyk?
   — Kto?… Ależ wszyscy… Nie, chwileczkę. Tylko mój i brat.. Harry… Siedział 
tam ze mną.
   — Nikt inny?
   — Nikt.
   — Dokąd poszli pozostali?
   Alfred westchnął i odparł z niejakim wysiłkiem:
   — Spróbuję sobie przypomnieć… Wydaje mi się, że minęły już całe lata… Ach, 
tak. George poszedł zatelefonować. Zaczęliśmy roztrząsać sprawy rodzinne. Stephen 
Farr wolał się wycofać, żeby nam nie przeszkadzać. Zrobił to ze sporą dozą taktu i 
uprzejmości.
   — A pański brat Dawid?

background image

   Alfred drgnął.
   — Dawid? Chyba go tam nie było… Tak, na pewno. Nie wiem, kiedy sobie 
poszedł.
   Poirot spytał uprzejmie:
   — A zatem panowie rozmawiali o sprawach rodzinnych?
   — Owszem… Tak.
   — Chodziło więc o kogoś z członków rodziny?
   — Co pan przez to rozumie? — spytała Lidia.
   Poirot odwrócił się żywo w jej stronę.
   — Pani mąż twierdzi, madame, że pan Farr wolał się wycofać, gdyż przyszło do 
roztrząsania problemów rodzinnych. Nie była to jednakże narada familijna, skoro 
brakło tam panów Dawida i George’a. Chodziło więc o dyskusję między dwoma tylko 
członkami rodziny…
   — Mój szwagier Harry — odparła Lidia — przez wiele lat bawił za granicą. 
Nietrudno się domyślić, że mieli z mężem sporo spraw do omówienia.
   — Naturalnie. Właśnie tak sądziłem. Spojrzała na niego z niepokojem, a potem 
odwróciła wzrok.
   — Wygląda to całkiem jasno — rzucił pułkownik Johnson. — Czy spostrzegł pan 
kogoś obcego po wejściu na górę?
   — Doprawdy… nie wiem. Może… ale nie jestem pewien. Biegliśmy tam wszyscy z 
różnych stron… Nie zwróciłem uwagi na nic innego… Byłem tak wstrząśnięty tym 
krzykiem…
   Pułkownik Johnson prędko zmienił temat.
   .Dziękuję, wystarczy. Tylko jeszcze jedno: zdaje się, że ojciec posiadał diamenty 
znacznej wartości? wyglądał na zaskoczonego.
   — Owszem — przyznał. — To prawda.
   — Gdzie je przechowywał?
   — W sejfie, we własnym pokoju.
   — Czy mógłby pan je opisać?
   — Były to diamenty w stanie surowym, nie oszlifowane.
   — Dlaczego pański ojciec trzymał je u siebie?
   Taki miał kaprys. Przywiózł je z Afryki Południowej i nigdy nie pozwolił ich 
oszlifować. Lubił je, bo stanowiły jego wyłączną własność. Jak mówiłem, taki miał 
kaprys.
   — Rozumiem — odparł komisarz, choć jego ton wskazywał, że było akurat 
odwrotnie. Ciągnął jednak dalej: — Czy przedstawiały dużą wartość?
   — Mój ojciec szacował je na blisko dziesięć tysięcy funtów.
   — Ależ to oznacza fortunę!
   — Tak.
   — Co za dziwny pomysł, żeby trzymać drogie kamienie we własnym pokoju, 
choćby nawet w sejfie…
   — Mój teść — wtrąciła się Lidia — nie był tuzinkowym człowiekiem. Miał dość 
ekscentryczne upodobania. Sprawiało mu wielką przyjemność, gdy przesypywał te 
kamienie między palcami.
   — Może przywodziły mu na myśl przeszłość?— spytał Poirot. Lidia spojrzała na 
niego z uznaniem.
   — Myślę, że tak właśnie było.
   — Czy kamienie zostały ubezpieczone? — zapytał komisarz.
   — Nie sądzę.
   Johnson pochylił się do przodu i spokojnie zadał pytanie:
   — Czy wie pan, że je skradziono?

background image

   — Co takiego? — zawołał Alfred ze zdumieniem.
   — Ojciec nie powiedział panu, że zniknęły?
   — Nie wspomniał o tym ani słowem.
   — Nie wiedział pan, że posłał po inspektora Sugdena i powiadomił go o swojej 
stracie?
   — Nie miałem pojęcia!
   — A pani? — pułkownik zwrócił się do Lidii.
   Potrząsnęła głową.
   — Nic mi o tym nie wiadomo.
   — Sądziła pani, że nadal spoczywają w sejfie?
   — Tak. — Zastanawiała się przez chwilę, a potem zadała pytanie: — Czy dlatego 
został zabity? Z powodu diamentów?
   — Właśnie próbujemy to wyjaśnić — odparł pułkownik. I dorzucił: — Czy nie 
domyśla się pani, kto mógł popełnić podobną kradzież?
   — Nie. Uważam że cała służba jest uczciwa. Mój teść nie opuszczał zaś swego 
pokoju i nigdy nie schodził na dół.
   — Kto u niego sprzątał?
   — Harbury. On słał mu łóżko i ścierał kurze. Druga pokojówka czyściła kratę 
paleniska i co rano rozpalała ogień w kominku. Resztą zajmował się Harbury.
   — A więc to on miał najłatwiejszy dostęp do sejfu?
   — Tak.
   — Czy sądzi pani, że on ukradł diamenty?
   — Możliwe. Myślę, że… tak. Miał największą sposobność. Och, to doprawdy nie 
do wiary!
   — Pani mąż powiedział nam, co robił dziś wieczorem — rzekł pułkownik. — Może 
zechce pani postąpić tak samo? Kiedy widziała pani teścia po raz ostatni?
   — Wszyscy poszliśmy do niego po południu, zanim podano herbatę. Potem już go 
nie widziałam.
   — Nie poszła pani później do niego życzyć mu dobrej nocy?
   — Nie.
   — A czy zwykle robiła to pani? — spytał Poirot.
   — Nie! — rzuciła sucho Lidia.
   — Gdzie pani była, gdy popełniono zbrodnię? — spytał komisarz.
   — W salonie.
   — Czy słyszała pani odgłosy walki?
   — Zdaje mi się, że usłyszałam, jak upadło coś ciężkiego. Pokój teścia znajduje się 
nad jadalnią, a nie nad salonem, nie słyszałam więc zbyt wiele.
   — Ale dobiegł panią krzyk? Przeszedł ją dreszcz.
   — Tak… To było coś upiornego… Istny skrzek potępieńca. Od razu pojęłam, że 
stało .się coś strasznego. Wybiegłam z salonu i wpadłam na schody w ślad za mężem 
i Harrym.
   — Kto jeszcze znajdował się wtedy w salonie?
   Lidia zmarszczyła czoło.
   — Doprawdy, nie umiem sobie przypomnieć. Dawid był w pokoju obok i grał 
Mendelssohna. Zdaje się, że Hilda poszła tam do niego.
   — A pozostałe dwie panie?
   — Magdalena oddaliła się do telefonu — odparła po namyśle Lidia. — Nie 
przypominam sobie, czy wróciła. Nie wiem, gdzie się podziała Pilar.
   — W gruncie rzeczy — zauważył łagodnie Poirot — znalazła się pani w salonie 
zupełnie sama?
   — Owszem… Zdaje mi się, że właśnie tak było.

background image

   — Wróćmy do diamentów — wtrącił pułkownik. — Musimy się upewnić, czy 
istotnie zginęły. Znała pani może kombinację liczbową, której używał pan Lee? Zdaje 
mi się, że jego sejf to mocno przestarzały model.
   — Znajdzie pan te informacje w notesiku, który teść zawsze trzymał w kieszeni 
szlafroka.
   — W porządku. Poszukamy go zaraz. A w tej chwili powinniśmy chyba 
przesłuchać innych świadków. Panie chcą się na pewno położyć.
   Lidia wstała.
   — Alfredzie, idziemy. — I zwróciła się do pułkownika ze słowami: — Czy mam tu 
poprosić pozostałych?
   — Zechce pani zaprosić wszystkich po kolei.
   — Proszę bardzo.
   Lidia ruszyła ku drzwiom. Alfred podążył za nią. Nagle, w ostatniej chwili, 
odwrócił się gwałtownie.
   — Ach, już wiem! Przypomniałem sobie. Pan jest tym sławnym Herkulesem 
Poirotem. Zupełnie straciłem dziś głowę. Powinienem był domyślić się od razu — 
rzekł przytłumionym, lecz zarazem pełnym podniecenia głosem. — Opatrzność pana 
zesłała! Musi pan wykryć prawdę, Poirot, bez względu na koszty! Zapłacę każdą 
sumę. Błagam… Niech pan zdemaskuje zabójcę mego biednego ojca! Zamordowano 
go tak brutalnie… Musi pan znaleźć sprawcę! Mój ojciec musi być pomszczony!
   Poirot odparł ze spokojem:
   — Zapewniam pana, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc panu 
komisarzowi i panu inspektorowi.
   Alfred Lee rzekł z mocą:
   — Chcę, by pracował pan dla mnie. Mój ojciec musi zostać pomszczony.
   Zadrżał na całym ciele. Lidia przysunęła się do niego i ujęła jego rękę.
   — Chodźmy, Alfredzie, trzeba tu poprosić pozostałych. Jej oczy napotkały 
spojrzenie Poirota, lecz pozostały nieprzeniknione. Poirot wyrzekł cicho:
   — Och, kto by przypuszczał, że ten starzec…
   Przerwała mu:
   — Dość! Niech pan przestanie!
   — To pani własne słowa, madame — mruknął Poirot.
   Lidia wyszeptała:
   — Tak, wiem… Pamiętam… To było takie potworne…
   A potem szybko wyszła z pokoju. Jej mąż podążył za nią.

IX
   
   George Lee był solenny i dokładny.
   — Co za okropność. — Pokiwał głową. — Po prostu okropność! Chyba to dzieło 
jakiegoś szaleńca.
   — Tak pan sądzi? — spytał uprzejmym tonem pułkownik.
   — Trudno mi wątpić. Na pewno zabił go jakiś maniakalny morderca zbiegły z 
okolicznego domu wariatów.
   — A w jaki sposób ów szaleniec mógłby dostać się do domu i opuścić go 
niepostrzeżenie?
   George rozłożył ręce.
   — To już sprawa policji — odparł stanowczym głosem.
   Sugden począł wyjaśniać:
   — Natychmiast obeszliśmy naokoło całe domostwo. Wszystkie okna były 
pozamykane. Boczne drzwi są zamknięte na klucz, frontowe również. Nikt nie mógł 

background image

wymknąć się stąd tylnym wejściem, gdyż dostrzegłaby go służba w kuchni.
   George Lee krzyknął:
   — Ależ to absurd! Za chwilę powie mi pan, że ojca nikt nie zamordował!
   — .Nie ulega to jednak żadnej wątpliwości. Zamordowano go z całą pewnością.
   Komisarz odchrząknął i ciągnął dalej przesłuchanie:
   — Gdzie pan był w chwili zbrodni?
   — W jadalni. Właśnie skończył się obiad. Nie… Chyba bytem już tutaj… Akurat 
zakończyłem rozmowę telefoniczną.
   — Telefonował pan?
   — Tak, musiałem zadzwonić do agenta konserwatystów z Westeringham. To mój 
okręg wyborczy. Chodziło o niezwykle pilną sprawę.
   — 1 po tej rozmowie usłyszał pan krzyk?
   George Lee drgnął nieznacznie.
   — O tak, to było koszmarne. Krzyk przejął mnie zgrozą do szpiku kości i zakończył 
się czymś, co przypominało zdławiony charkot.
   Wyjął chustkę i otarł nią spocone czoło.
   — Cóż za okropność — wymamrotał.
   — A potem pobiegł pan na górę?
   — Tak.
   — Czy zauważył pan swoich braci, Alfreda i Harry’ego?
   — Nie. Sądzę, że musieli się tam znaleźć przede mną.
   — Kiedy po raz ostatni widział pan ojca?
   — Po południu. Wszyscy byliśmy u niego.
   — Później już go pan nie zobaczył?
   — Nie.
   Po chwili komisarz spytał:
   — Czy wiedział pan, że ojciec przechowywał nie oszlifowane diamenty wielkiej 
wartości w swoim sypialnianym sejfie?
   George Lee przytaknął.
   — Co za nieostrożność z jego strony — rzekł sentencjonalnie. — Zawsze mu 
powtarzałem, że… A może właśnie dla nich go zamordowano… To znaczy, że…
   Pułkownik Johnson przerwał mu.
   — Czy wie pan, że te kamienie zniknęły?
   Masywna szczęka George’a opadła w dół, wypukłe oczy znieruchomiały.
   — A więc dlatego został zabity! Komisarz odparł z wolna:
   — Gdy się zorientował, że go okradziono, wezwał policję; zrobił to na kilka godzin 
przed śmiercią.
   — W takim razie… nic już nie rozumiem. Ja…
   Herkules Poirot rzekł cichutko:
   — I my również…

X
   
   Harry wkroczył do pokoju z miną zdobywcy. Poirot mierzył go przez chwilę 
spojrzeniem, marszcząc czoło. Zdawało mu się, że już gdzieś widział tego człowieka. 
Dostrzegł wyraziste rysy: wydatny nos, arogancki profil, ciężki zarys szczęki. 
Chociaż Harry był wyższy od ojca, człowieka zaledwie średniego wzrostu, 
podobieństwo obydwu mężczyzn rzucało się w oczy.
   Poirot zauważył jeszcze coś innego. Pomimo nonszalanckiej pozy Harry zdradzał 
nerwowość, którą na próżno starał się zamaskować; jego niepokój dał się łatwo 
dostrzec.

background image

   — Czego panowie ode mnie oczekują?
   — Bylibyśmy zobowiązani, gdyby zechciał pan rzucić nieco światła na niektóre 
zdarzenia dzisiejszego wieczoru — odrzekł pułkownik.
   — Ależ ja niczego nie wiem — rzucił Harry Lee. — Wszystko jest straszliwe i 
nieoczekiwane…
   — Zdaje się, że właśnie wrócił pan z zagranicy? — spytał Poirot.
   Harry obrócił się ku niemu.
   — Tak. Wylądowałem w Anglii tydzień temu.
   — Czy długo pan był nieobecny?
   Harry uniósł podbródek i roześmiał się.
   — Można ze mną mówić całkiem szczerze. Prędzej czy później i tak ktoś wszystko 
wygada. Jestem marnotrawnym synem, panowie! Prawie dwadzieścia lat noga moja 
nie postała w tym domu.
   — A jednak pan wrócił. Czy mógłbym spytać, dlaczego? — rzekł Poirot.
   Harry odparł z rozbrajającą szczerością:
   — Zawsze ta sama, stara przypowieść. Znudziło mi się jadać paskudztwa ze 
świńskiego koryta (paskudztwa, które wieprze jadły albo i nie jadły, już dobrze nie 
pamiętam).
   Doszedłem do wniosku, że tłusty cielec stanowiłby miłą odmianę. Dostałem list od 
ojca, w którym zapraszał mnie do powrotu. Posłuchałem go… i przybyłem. To 
wszystko.
   — Przybył pan na krótko… czy na dłużej? — padło pytanie Poirota.
   — Wróciłem na stałe — odrzekł Harry.
   — Czy ojciec sobie tego życzył?
   — Staruszek rozpływał się wprost z radości. — Harry roześmiał się znowu, a w 
kącikach jego oczu zarysowały się sympatyczne zmarszczki. — Strasznie się tu 
biedak wynudził z Alfredem! Alfred, muszę mu przyznać, to zacny chłop, ale nudny 
jak lukrecja. Ojciec za młodu umiał sobie nieźle hulać; dlatego stęsknił się za moim 
towarzystwem.
   — Czy brat i szwagierka miło przyjęli pana powrót?
   Poirot zadał swe pytanie unosząc lekko brwi.
   — Alfred? Pienił się ze złości! Nie wiem, co myślała Lidia. Pewnie zamartwiała się 
ze względu na niego. Lubię ją, to urocza niewiasta. O, z nią łatwo bym doszedł do 
porozumienia, ale nie z Alfredem. — Harry znów się roześmiał. — Zawsze, był o 
mnie wściekle zazdrosny. Całe życie był zacnym, obowiązkowym synalkiem–
domatorem. I co mu z tego przyszło? Jak każdy poczciwiec dostał kopniaka w zadek i 
tyle! Wierzcie mi, panowie, cnota nigdy nie popłaca. — Powiódł wzrokiem po ich 
twarzach. — Mam nadzieję, że nie szokuje was moja szczerość. W końcu jesteście tu 
po to, żeby dochodzić prawdy. Prędzej czy później wyciągniecie na światło dzienne 
wszystkie brudy rodzinne. Wolę zrobić to sam. Śmierć ojca nie zanadto mnie obeszła: 
nie widziałem przecież staruszka od młodości. Ale był jednak moim ojcem, a ktoś go 
zamordował. Z całego serca pragnę, by został pomszczony! — Mierzył ich wzrokiem, 
gładząc dłonią podbródek. — Nasza rodzina zawsze była mściwa. Żaden Lee łatwo 
nie przebacza. Żądam z całą mocą, aby mordercę mego ojca złapano i powieszono.
   — Może pan na nas liczyć — odezwał się Sugden.
   — Jeśli nie zdołacie złapać winowajcy, ja się tym zajmę — odparł Harry.
   Komisarz przerwał mu cierpko:
   — Czy domyśla się pan, kto może być mordercą?
   — Nie… — rzekł z namysłem Harry. — Nie mam najmniejszego pojęcia. To był 
dla mnie prawdziwy wstrząs. Im dłużej się głowię, tym większej nabieram pewności, 
że nie mógł tego dokonać nikt z zewnątrz…

background image

   — No właśnie! — rzekł Sugden, przytakując ruchem głowy.
   — A jeśli tak — ciągnął Harry Lee — to musiał go zabić któryś z domowników. 
Ale któż, u diabła, by to zrobił?! Służba jest poza podejrzeniami. Tressilian pracuje tu 
od niepamiętnych czasów. Lokaj, ten półgłówek?… Z pewnością nie! Harbury to 
wprawdzie osobliwy ptaszek, ale Tressilian powiedział mi, że wybrał się wtedy do 
kina. Stephen Farr? Możemy go sobie darować. Po cóż, u diaska, miałby przyjeżdżać 
aż z Afryki Południowej, żeby mordować obcego sobie człowieka? A reszta… to 
przecież rodzina. Czemu miałby to uczynić ktokolwiek z nas? Dam sobie głowę 
uciąć, że nikt nie miał powodu. Alfred uwielbiał ojca. George to ostatni tchórz. 
Dawid? Z Dawida zawsze był fantasta. Zresztą zemdlałby na widok zakrwawionego 
palca! A kobiety? Żadna nie potrafi z zimną krwią poderżnąć gardła mężczyźnie. Kto 
go zatem zabił? Zjem diabła z rogami, jeśli odgadnę! Co za historia!
   Komisarz Johnson z czysto zawodowego nawyku odchrząknął i zabrał głos:
   — Kiedy widział pan ojca tego wieczoru po raz ostatni?
   — Po herbacie. Właśnie się poprztykaliśmy z Alfredem, tym uniżonym, oddanym 
sługą! Staruszek nudził się w samotności, a że bawiły go sprzeczki, lubił wsadzać kij 
w mrowisko. Pewnie właśnie z tego powodu trzymał mój powrót w sekrecie. Cieszył 
się z góry na myśl o ich popłochu. Dlatego też oznajmił, że chce zmienić testament.
   Poirot poruszył się nieznacznie i mruknął:
   — A zatem pański ojciec wspomniał o testamencie?
   — Owszem, i to wobec wszystkich, a potem śledził, jak przyjmujemy nowinę. 
Zadzwonił po notariusza, żeby po świętach przyjechał zobaczyć się z nim w tej 
sprawie.
   — Co zamierzał zmienić w swojej ostatniej woli? — zapytał Poirot.
   Harry Lee roześmiał się serdecznie.
   — Niczego nam nie zdradził! Co za chytra sztuka! Coś mi się zdaje, że zmieniłby ją 
na korzyść waszego pokornego sługi, panowie! Na pewno w poprzednim testamencie 
wykluczył mnie z grona spadkobierców, a teraz, jak sądzę, chciał mi to wynagrodzić. 
Niezły prztyczek dla pozostałych. No i pewnie chciał coś zostawić Pilar… Szybko 
przywiązał się do małej. Sądzę, że dostałby się jej niezły kąsek. Nie widzieliście 
jeszcze Pilar? To moja hiszpańska siostrzenica, prześliczne stworzenie. Ma w sobie 
cały żar Południa, ale i jego okrucieństwo. Szkoda, że jestem jej wujem…
   — Mówi pan, że pański ojciec się do niej przywiązał?
   Harry przytaknął.
   — Umiała go owinąć dokoła paluszka. Stale z nim przesiadywała. Dobrze 
wiedziała, czego chce. No cóż, staruszek nie żyje. Nie zmieni już testamentu na 
korzyść Pilar czy też mnie. Co za pech!
   Zmarszczył brwi i urwał, po czym znów zaczął mówić, ale całkiem innym tonem:
   — Odbiegłem od tematu. Pytał pan, kiedy ostatni raz widziałem ojca? Jak już 
powiedziałem, po herbacie, gdzieś koło szóstej. Staruszek był w niezłym humorze, 
tylko trochę znużony. Zostawiłem go z Harburym. I już go więcej nie zobaczyłem.
   — Gdzie pan był w chwili jego śmierci?
   — W jadalni, z Alfredem. Przyznaję, w niezbyt harmonijnym nastroju. Właśnie 
sprzeczaliśmy się zawzięcie, gdy posłyszeliśmy harmider na górze. Jakby dziesięciu 
chłopa brało się tam za łby. A potem biedny stary ojciec zakwilił przeraźliwie, 
całkiem jak zarzynane prosię. Alfred .znieruchomiał. Siedział jak sparaliżowany, z 
półotwartymi ustami. Musiałem dać mu szturchańca i razem pobiegliśmy na górę. 
Drzwi trzeba było wyważyć, co przyszło nam z trudem. Nie mogę pojąć, kto, u 
diabła, zdołał je zamknąć. W środku nie było nikogo prócz ojca, a dałbym głowę, że 
nie sposób umknąć stamtąd oknem.
   — Drzwi zamknięto z zewnątrz — zauważył inspektor Sugden.

background image

   — Co takiego? — Harry wytrzeszczył oczy. — Ależ przysiągłbym, że klucz tkwił 
w zamku od środka!
   — A więc zauważył pan to? — mruknął Poirot. Harry
   Lee rzekł ostro:
   — Mnie nic nie umknie. Jestem spostrzegawczy. — Spojrzał pytająco na 
rozmówcę. — Czy chcecie wiedzieć coś więcej?
   Johnson zaprzeczył.
   — Dziękuję, nie teraz. Może poprosić pan tutaj kolejną osobę?
   — Proszę bardzo.
   Harry podszedł do drzwi i zamknął je, nie oglądając się za siebie.
   Trzej mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia.
   — Co pan o nim sądzi, Sugden? — spytał komisarz. Inspektor z powątpiewaniem 
pokręcił głową.
   — On się czegoś boi. Ale czego?

XI
   
   Magdalena Lee zrobiła efektowną pauzę, zatrzymując się na chwilę w progu. 
Długą, wysmukłą dłonią przygładziła lśniące, platynowe włosy. Welwetowa suknia w 
odcieniu żywej zieleni listowia leżała jak ulał na jej pięknej sylwetce. Magdalena 
wyglądała na osobę bardzo młodą i nieco zalęknioną.
   Trzej mężczyźni przez chwilę patrzyli na nią w milczeniu. W oczach Johnsona 
malował się szczery podziw. Inspektor Sugden zdradzał jedynie lekkie 
zniecierpliwienie człowieka, który chciałby tylko wykonać swój obowiązek. Wzrok 
Poirota wyrażał natomiast, co Magdalena zaraz spostrzegła, głębokie uznanie. Nie 
dotyczyło ono wszakże jej urody; Poirot podziwiał wyłącznie użytek, jaki potrafiła z 
niej zrobić. Nie mogła wiedzieć, że mówił sobie w duchu: „Śliczna dziewczyna, ale 
co za bezwzględne spojrzenie…”
   Pułkownik Johnson rozmyślał: „Piekielnie przystojna mała. George Lee napyta 
sobie kłopotu, jeśli się nie będzie pilnował. Ta dziewczyna każdemu może zawrócić 
w głowie”.
   Inspektorowi przemknęło przez głowę: „Co za bezmyślna lala. Na pewno obchodzą 
ją tylko szmatki. Obyż jej przesłuchanie trwało jak najkrócej”.
   — Proszę usiąść. Przepraszam, czy pani jest…
   — Żoną George’a Lee? Tak.
   Usiadła na wskazanym jej krześle i podziękowała z ciepłym uśmiechem, który 
zdawał się mówić: „W gruncie rzeczy policjanci to tylko mężczyźni… A więc może 
nie są tacy znów straszni”.
   Do Poirota uśmiechnęła się szczególnie serdecznie. Wiadomo, cudzoziemcy zawsze 
darzą atencją urok niewieści. Inspektorem nie przejęła się zanadto.
   Splatając ręce w wymownym geście, który miał wyrażać rozpacz, wyszeptała:
   — Och, co za potworność! Jakże się przeraziłam!
   — Oczywiście, pani Lee — odezwał się pułkownik głosem pełnym wprawdzie 
współczucia, lecz mimo to dość pospiesznie. — Tak, tak, wiemy, musiał to być wielki 
wstrząs, ale wszystko już za panią. Chcielibyśmy tylko usłyszeć z pani własnych ust, 
co wydarzyło się tego wieczoru.
   — Przecież ja nic nie wiem! — krzyknęła. — Przysięgam, nie wiem!
   Komisarz spoglądał na nią przez chwilę przymrużonymi oczami, aż wreszcie rzekł 
łagodnie:
   — Nie. Oczywiście, że nie.
   — Przyjechaliśmy wczoraj. George prawie mnie zmusił. Strasznie nalegał, żebym 

background image

razem z nim przybyła na święta. Lepiej byłoby zostać w domu. Za nic w świecie nie 
chciałabym przeżyć po raz drugi czegoś podobnego!
   — Och, rozumiem… Musiało to być dla pani ciężkie przeżycie.
   — Ja właściwie słabo znam rodzinę męża. Teścia widziałam tylko raz czy dwa… 
Na naszym ślubie, no i jeden raz później. Oczywiście, Alfreda i Lidię widywałam 
częściej, ale w gruncie rzeczy to dla mnie obcy ludzie.
   Znów przybrała pozę małej, przestraszonej dziewczynki. Poirot ponownie to 
dostrzegł i ponownie pomyślał: „Ta mała świetnie potrafi grać komedię”.
   — Tak, tak — rzekł pułkownik. — Teraz proszę mi— tylko powiedzieć, kiedy 
widziała pani teścia ostatni raz… żywego?
   — Ach, o to panu chodzi! Po południu. Ale to były bardzo niemiłe chwile…
   — Niemiłe? Z jakiego powodu?
   — Oni byli wściekli!
   — Kto taki?
   — Och, wszyscy… Nie… Nie sądzę, żeby się to odnosiło do George’a. Jemu ojciec 
nic nie powiedział. Tylko innym.
   — Co się właściwie stało?
   — To było tak… Przyszliśmy tam… Wezwał nas wszystkich… Sam rozmawiał 
przez telefon z notariuszem. Chodziło mu o testament. A potem zaczął besztać 
Alfreda za to, że miał ponurą minę. Myślę, że przez powrót Harry’ego. Alfred był z 
tego, jak mi się zdaje, mocno niezadowolony. Harry musiał kiedyś zrobić coś bardzo 
złego… A potem teść wspomniał o swojej żonie… Ona już od dawna nie żyje… Że 
miała kurzy móżdżek czy coś w tym rodzaju, a wtedy Dawid zerwał się na równe 
nogi i wyglądał, jakby chciał go zabić… Och! — urwała gwałtownie, a oczy 
zaokrągliły się jej z przerażenia. — Ja nie miałam tego na myśli… Wcale nie 
chciałam tak powiedzieć!
   Pułkownik Johnson próbował dodać jej odwagi.
   — Doskonale panią rozumiem; tak się pani tylko wyrwało.
   — Hilda, żona Dawida, próbowała go uspokoić i… i myślę, że to wszystko. Pan 
Lee zawołał, że nie chce więcej nikogo widzieć, więc poszliśmy sobie wszyscy.
   — I już go pani nie widziała?
   — Nie. Aż do chwili, gdy…
   Zadrżała od stóp do głowy.
   — Dobrze, dobrze — rzekł pułkownik. — A gdzie pani była w momencie zbrodni?
   — Zaraz… Niech pomyślę… Chyba w gabinecie.
   — Na pewno?
   Magdalena zamrugała oczami i spuściła powieki.
   — Oczywiście! Ależ ze mnie idiotka… Przecież poszłam zadzwonić. Wszystko mi 
się teraz plącze…
   — A zatem telefonowała pani. Czy z tego pokoju?
   — Tak. To jedyny aparat prócz tego na górze, w pokoju teścia.
   — Czy był z panią ktoś jeszcze? — zapytał inspektor. Magdalena otworzyła 
szeroko oczy.
   — Ależ nie. Byłam zupełnie sama.
   — Jak długo?
   — No… dobrą chwilę. Dzisiejszego wieczoru trudno o połączenie.
   — Czy to była zamiejscowa?
   — Tak… Z Westeringham.
   — Co potem?
   — Potem… rozległ się ten okropny wrzask… Wszyscy pobiegli na górę… a drzwi 
były zamknięte na klucz i musiano je wyłamać. Och, prawdziwy koszmar! Do końca 

background image

życia nie zdołam zapomnieć…
   — Jasne, jasne. — Komisarz współczuł jej niejako mechanicznie. Spytał tylko: — 
Czy pani wiadomo, że teść przechowywał w sejfie diamenty znacznej wartości?
   — Nie, doprawdy? Diamenty…? — Wyglądała na szczerze zaskoczoną. — 
Prawdziwe diamenty?
   Herkules Poirot objaśnił:
   — Diamenty wartości dziesięciu tysięcy funtów.
   — Ooch!
   Jej krzyk był istną kwintesencją kobiecej chciwości.
   — W porządku — rzekł pułkownik. — Myślę, że to już wszystko. Nie będziemy 
pani dłużej niepokoić.
   — O, dziękuję — odparła wstając.
   Posłała Johnsonowi i Poirotowi uśmiech wdzięczności godny małej dziewczynki i 
wyszła wyprostowana, z uniesioną wysoko głową.
   — Może pani poprosi tu swoją bratową, Hildę Lee? — powiedział pułkownik.
   Zamknął za nią drzwi i rzekł, wracając do biurka:
   — Co sądzicie? Robimy postępy, prawda? Pamiętacie, że George Lee miał podobno 
telefonować, kiedy usłyszał krzyk? I jego żona tak samo! Mamy więc sprzeczność. 
Co pan o tym myśli, Sugden?
   Inspektor odparł, ważąc dokładnie każde słowo:
   — Nie chciałbym uwłaczać tej damie, ale zdaje mi się, że zdolna byłaby raczej 
ogołocić mężczyznę ze wszystkiego, niż podrzynać mu gardło. To nie jej metody.
   — Nigdy nie wiadomo, mon vieux… — szepnął Poirot.
   Komisarz spojrzał na niego zaintrygowany.
   — A jakie jest pana zdanie, Poirot?
   Herkules Poirot nachylił się do przodu, ustawił prosto bibularz leżący przed nim na 
biurku i strzepnął ledwo widoczny pyłek z lampy, po czym odrzekł:
   — Zdaje mi się, że z każdą chwilą lepiej poznajemy charakter nieboszczyka. Rzecz 
w tym, że sednem sprawy jest zawsze… charakter ofiary.
   Inspektor Sugden był również zaintrygowany.
   — Nie bardzo pojmuję, do czego pan zmierza. Cóż to może mieć wspólnego ze 
zbrodnią?
   Poirot rzekł w zadumie:
   — Charakter ofiary zawsze ma coś wspólnego z morderstwem. Szczere, 
prostolinijne usposobienie Desdemony to bezpośredni powód jej śmierci. Kobieta 
bardziej od niej podejrzliwa przejrzałaby machinacje Jagona i zdołałaby im zapobiec. 
Marat dotknięty był chorobą skórną i dlatego zginął w wannie, a porywczy Merkucjo 
— w pojedynku, od ciosu miecza.
   Pułkownik Johnson szarpnął nerwowo wąsa.
   — Do czego pan zmierza?
   — Chcę panom uzmysłowić, że Simeon Lee mocą swego usposobienia rozpętał 
pewne siły, które spowodowały jego zgon.
   — Myśli pan, że to nie ma nic wspólnego z diamentami?
   Poirot z rozbawieniem przyglądał się wyrazowi szczerego zaskoczenia na twarzy 
pułkownika.
   — Mon cher, to właśnie z powodu swego szczególnego charakteru Simeon Lee 
trzymał w sejfie diamenty warte dziesięć tysięcy funtów! Nie każdy tak postępuje.
   — Rzeczywiście, panie Poirot — rzekł Sugden, kiwając głową, z miną człowieka, 
który pojął w końcu myśl rozmówcy — wielki był z niego oryginał. Trzymał w 
ukryciu te kamienie, żeby się nimi bawić i wspominać przeszłość. Pewnie dlatego 
wolał ich nie szlifować.

background image

   — Właśnie tak! Dokładnie tak myślałem! — przytaknął żywo Poirot. — Ma pan 
przenikliwy umysł, inspektorze.
   Komplement przyprawił inspektora o lekkie zażenowanie, lecz pułkownik Johnson 
nie tracił czasu: — I jeszcze coś, Poirot. Czy pan zauważył, że…
   — Mais oui! Wiem, co pan chce powiedzieć. Pani Magdalena powiedziała nam 
więcej, niż się jej wydaje. Dzięki niej możemy sobie należycie wyobrazić, jak 
przebiegało to ostatnie spotkanie rodzinne. Z rozbrajającą naiwnością uświadomiła 
nam, że Alfred pokłócił się z ojcem, a Dawid wyglądał tak, „jakby chciał go 
zamordować”. Sądzę, że w obydwu wypadkach mówiła prawdę. Możemy więc 
odtworzyć na podstawie jej relacji, co tam właściwie zaszło. Po co Simeon Lee kazał 
rodzinie zgromadzić się w swoim domu? Dlaczego nadeszli akurat wtedy, gdy mogli 
usłyszeć, o czym mówił z notariuszem? Mon Dieu, to nie był przypadek, o nie! On 
chciał, żeby go słyszeli. Biedny, stary człowiek, sam jeden w swoim fotelu, 
pozbawiony wszelkich atrakcji, które tak lubił w młodości, wymyślił sobie rozrywkę. 
Bawiło go, gdy grał na strunie chciwości właściwej ludzkiej naturze… i na ludzkich 
namiętnościach. Stąd już tylko krok do zrozumienia, że wciągnął w tę grę wszystkie 
swoje dzieci. O, nie pominął żadnego! Siłą rzeczy musiał dopiec George’owi Lee tak 
samo jak pozostałym. Jego żona dyskretnie to przemilczała, choć i ją pewnie dosięgła 
jakaś zatruta strzała. Może dowiemy się od innych, co Simeon Lee rzekł George’owi i 
jego żonie…
   Poirot urwał. W otwartych drzwiach stanął Dawid Lee.

XII
   
   Dawid Lee trzymał uczucia na wodzy. Jego zachowanie zadziwiało nienaturalną 
wręcz powściągliwością. Podszedł do biurka, przysunął sobie krzesło i usiadł, 
mierząc pułkownika Johnsona pełnym powagi, pytającym spojrzeniem.
   Światło elektryczne ześlizgnęło się po paśmie jasnych włosów nad jego czołem i 
uwydatniło subtelny zarys kości policzkowych. Wyglądał zdumiewająco młodo jak 
na syna zasuszonego starca, którego zwłoki spoczywały na górze.
   — A więc, panowie, co mam wam powiedzieć?
   — Jak się wydaje — zaczął pułkownik Johnson — w pokoju pańskiego ojca odbyło 
się tego wieczoru coś w rodzaju spotkania rodzinnego.
   — Istotnie, ale miało ono całkowicie nieformalny charakter. Nie była to narada 
familijna czy coś w tym rodzaju.
   — Co się tam wydarzyło?
   Dawid Lee odparł obojętnym tonem:
   — Mój ojciec nie miał najlepszego humoru. Był już wiekowym i schorowanym 
człowiekiem, co go w jakiejś mierze usprawiedliwia. Sądzę, że kazał nam się zebrać u 
siebie po to, by… powiedzmy… dać upust swoim uczuciom.
   — Czy przypomina pan sobie, co on powiedział?
   — Nie było to zbyt mądre — rzekł chłodno Dawid. — Mówił, że wszyscy razem 
jesteśmy do niczego i że nie ma wśród nas nikogo godnego miana mężczyzny! 
Wyrwało mu się też, że Pilar, moja hiszpańska siostrzenica, jest warta dwa razy 
więcej niż każdy z nas. I jeszcze… — Urwał.
   — Proszę powtórzyć słowa ojca możliwie jak najdokładniej, panie Lee — poprosił 
Poirot.
   Dawid ciągnął dalej z wyraźną niechęcią:
   Zrobił dość grubiańską uwagę: dał nam do zrozumienia, że gdzie indziej ma, być 
może, synów bardziej zasługujących na to miano, chociaż zrodzonych z nieprawego 
łoża…

background image

   Gdy cytował te słowa, na jego twarzy o wysubtelnionych rysach pojawił się wyraz 
niesmaku. Inspektor Sugden spojrzał na niego bacznie i zapytał:
   — Czy nie powiedział czegoś, co mogło osobiście dotknąć pańskiego brata 
George’a?
   — Nie przypominam sobie… Ach tak, oznajmił mu przecież, że będzie musiał w 
przyszłości ograniczyć swoje wydatki, gdyż zmniejszy wypłacaną mu pensję. George 
bardzo się tym przejął i spurpurpwiał niczym indyk. Wybąkał niewyraźnie, że sobie 
wówczas nie poradzi. Ojciec odparł zimno, że nie ma na to rady i że żona mogłaby 
mu pomóc w oszczędzaniu. Był to raczej nieładny żart, bo George zawsze grał rolę 
rodzinnego liczykrupy. Magdalena z kolei, jak mi się zdaje, trochę szasta groszem i 
ma ekstrawaganckie gusty.
   — A więc jej również sprawiło to przykrość? — zapytał Poirot
   — Niewątpliwie, zwłaszcza że ojciec postąpił w dość szkaradny sposób, robiąc 
aluzje do jej związku z oficerem marynarki. Chodziło oczywiście o jej ojca, ale 
zabrzmiało to mocno dwuznacznie. Biedna Magdalena zaczerwieniła się po uszy, co 
mnie wcale nie dziwi.
   — Czy pański ojciec nie wspomniał o swej żonie… a pańskiej zmarłej matce? — 
spytał Poirot.
   Dawid, któremu krew napłynęła do twarzy, zadrżał i zacisnął w pięści dłonie leżące 
na blacie stołu. Rzekł zdławionym głosem:
   — Tak. Znieważył jej pamięć.
   — A cóż powiedział? — spytał pułkownik Johnson.
   — Nie pamiętam dokładnie. Zrobił, zdaje się, jakąś pogardliwą uwagę na jej temat 
— odparł szorstko Dawid.
   — Czy pańska matka od dawna nie żyje? — spytał Poirot.
   — Umarła, gdy byłem chłopcem.
   — Nie była tu chyba zbyt szczęśliwa?
   Dawid zaśmiał się szyderczo.
   — Ciekawe, kto mógłby czuć się szczęśliwy z takim człowiekiem jak mój ojciec. 
Ona była doprawdy święta. Umarła ze zgryzoty.
   — Czy ojciec bardzo bolał nad jej śmiercią? — ciągnął Poirot.
   — Nie wiem. Wkrótce potem opuściłem dom — uciął Dawid. Zamilkł na chwilę, 
potem jednak dodał: — Pewnie pan nie wie, że aż do mego przyjazdu na święta nie 
widziałem ojca przez blisko dwadzieścia lat. Nie umiem więc niczego panu 
powiedzieć o jego zwyczajach, o tym, czy miał jakichś wrogów i co się tu w ogóle 
działo.
   — Czy wiedział pan, że ojciec trzymał znaczną ilość cennych diamentów w 
sypialnianym sejfie?
   Dawid odparł obojętnie:
   — Doprawdy? Wydaje mi się to bardzo nierozważne.
   — Czy moglibyśmy wiedzieć, jak pan spędził dzisiejszy wieczór? — zapytał 
pułkownik Johnson.
   — Co robiłem? Och, wcześnie wyszedłem z jadalni. Nudziły mnie pogawędki przy 
portwajnie, a poza tym wyraźnie zanosiło się na sprzeczkę między Alfredem i 
Harrym. Nienawidzę kłótni, wymknąłem się więc po cichu i poszedłem do saloniku 
muzycznego, by pograć na fortepianie.
   — Czy ten pokój nie przylega czasem do salonu? — zapytał Poirot.
   — Owszem. Grałem tam przez jakiś czas, póki… póki nie nastąpiło to straszne 
wydarzenie.
   — Co pan stamtąd usłyszał?
   — Odległy łoskot mebli przewracanych gdzieś na górze, a potem upiorny krzyk. — 

background image

Dawid znów kurczowo zacisnął dłonie. — Istny krzyk potępieńca. Boże! To było 
okropne.
   — Czy był pan sam?
   — Nie, byłem z Hildą, moją żoną, która przyszła tam do mnie z salonu. Razem z 
innymi wbiegliśmy na schody. — Po chwili dorzucił szybko, nerwowym tonem: — 
Chyba nie żąda pan ode mnie, żebym opisywał to, co… co tam ujrzałem?
   — Nie ma potrzeby — odezwał się skwapliwie pułkownik. — Dziękuję panu, to 
zupełnie wystarczy. Czy snuł pan może jakieś domysły, kto pragnął zabić pańskiego 
ojca?
   Dawid odrzekł, nie dbając o ostrożność:
   — Och, całe mnóstwo osób! Nie wiem jednak, o kogo konkretnie mogłoby chodzić.
   Wyszedł z gabinetu szybkim krokiem i zatrzasnął głośno drzwi za sobą.

XIII
   
   Pułkownik Johnson ledwie zdołał odchrząknąć, gdy drzwi rozwarły się ponownie i 
weszła Hilda Lee.
   Herkules Poirot przyjrzał się jej z żywym zaciekawieniem. Musiał przyznać, że 
bracia Lee wzięli sobie za żony nietuzinkowe kobiety. Inteligencja i gracja Lidii, 
zalatujący wdziękiem kurtyzany fizyczny powab Magdaleny zrobiły na nim wrażenie. 
A teraz znowu Hilda — solidna, opiekuńcza, pełna siły wewnętrznej. Zdał sobie 
sprawę, że jest młodsza, niż można to było przypuszczać. Postarzała ją niegustowna 
fryzura i niemodny ubiór. Brązowych włosów nie tknęła jeszcze siwizna, a z twarzy o 
pełnych rysach promieniowały życzliwością orzechowe oczy. „Cóż za miła 
niewiasta” — rzekł sobie w duchu.
   Pułkownik Johnson odezwał się najuprzejmiejszym tonem, na jaki było go stać:
   — Ta śmierć musiała być dla was wszystkich wyjątkowo ciężkim ciosem. Wedle 
słów pani męża jest to wasza pierwsza wizyta w Gorston Hall?
   Skinęła głową.
   — Czy kiedykolwiek przedtem spotkała pani teścia?
   Jej głos miał miłe brzmienie, gdy odrzekła:
   — Nie. Pobraliśmy się niedługo potem, jak Dawid odszedł z domu. Nigdy więcej 
nie chciał widzieć swojej rodziny. Aż dotąd nikogo z nich nie znałam.
   — Jak więc doszło do tych odwiedzin?
   — Mój teść napisał do Dawida. W liście uskarżał się na swój wiek i wyrażał 
życzenie, by spędzić święta w otoczeniu wszystkich swoich dzieci.
   — I pani mąż zgodził się przyjechać?
   Hilda westchnęła.
   — Obawiam się, że ja go do tego nakłoniłam. Źle oceniłam sytuację.
   — Może zechciałaby pani wyrazić się nieco jaśniej, madame? — przerwał jej 
Poirot. — Sądzę, że pani wyjaśnienia mogą okazać się dla nas bardzo istotne.
   Odwróciła się szybko w jego stronę.
   — Nigdy dotąd nie widziałam teścia. Nie wiem, co nim właściwie powodowało, 
gdy nas zaprosił. Sądziłam, że starość i samotność skłoniły go do pojednania się z 
dziećmi.
   — A co według pani było prawdziwym motywem? Hilda po chwili namysłu 
odparła:
   — Bez wątpienia pragnieniem mego teścia nie była zgoda w rodzinie. Wręcz 
przeciwnie, on chciał wszystkich poróżnić!
   — W jaki sposób?
   Hilda rzekła przyciszonym głosem:

background image

   — Bawiło go budzenie w ludziach najgorszych instynktów. Tkwiło w nim jakieś 
przewrotne szelmostwo. Pragnął, aby wszyscy członkowie jego rodziny zaczęli brać 
się za łby.
   — Czy udało mu się dopiąć swego? — zapytał Johnson.
   — O, tak — odparła — wyśmienicie!
   — Usłyszeliśmy już co nieco, madame — rzekł Poirot — o scenie, która miała 
miejsce dziś po południu i, jak się zdaje, była dość gwałtowna.
   Hilda skinęła głową.
   — Proszę ją nam opisać możliwie dokładnie.
   Zastanawiała się przez chwilę.
   — Gdy weszliśmy, mój teść właśnie telefonował…
   — Zdaje się, że do notariusza?
   — Tak. Zapraszał kogoś… Pana Charltona… nie jestem pewna, czy dobrze 
zapamiętałam nazwisko… by do nas przyszedł, gdyż teść pragnął sporządzić nowy 
testament. Stary był już, według niego, nieaktualny.
   Poirot odezwał się:
   — Proszę sobie wszystko dokładnie przypomnieć i powiedzieć mi: czy według pani 
teść chciał, byście słyszeli jego rozmowę, czy też stało się to przypadkowo?
   — Jestem pewna, że tego chciał.
   — Po to, by zasiać wśród was niepokój i zwątpienie?
   — Tak.
   — Może więc w istocie wcale nie pragnął zmieniać swej ostatniej woli?
   — Nie, myślę, że to było szczere. Chyba naprawdę chciał spisać nowy testament, 
ale czerpał złośliwą przyjemność z samego faktu, że o tym wiemy.
   — Madame — rzekł Poirot — nie prowadzę oficjalnego śledztwa. Być może 
angielski policjant zadałby pani zupełnie inne pytania. Jestem jednak ciekaw, jakie 
według pani miały to być zmiany? Nie pytam, co pani wie. Mnie po prostu interesuje 
własne pani zdanie. Na szczęście kobiety szybko potrafią je sobie wyrobić…
   Hilda Lee uśmiechnęła się nieznacznie.
   — Zaraz je pan pozna. Jennifer, siostra mego męża, wyszła za Hiszpana o nazwisku 
Juan Estravados. Jej córka, Pilar, właśnie tu przyjechała. To prawdziwa piękność i w 
dodatku jedyna wnuczka w rodzinie. Dziadek ogromnieją polubił. Sądzę, że w 
nowym testamencie pragnął zapisać jej znaczną sumę. W starym nie zostawiał jej 
chyba zbyt wiele.
   — Czy znała pani swoją szwagierkę?
   — Nie. Nigdy jej nie spotkałam. Jej hiszpański małżonek zmarł, jak się zdaje, 
wkrótce po ich ślubie, w tragicznych okolicznościach. Sama Jennifer nie żyje już od 
roku. Ponieważ Pilar została sierotą, pan Lee zaprosił ją, by przyjechała do Anglii i 
zamieszkała razem z nim.
   — Czy inni krewni przyjęli ją życzliwie? Hilda odparła ze spokojem:
   — Sądzę, że wszyscy ją polubili. Miło widzieć kogoś tak w tym domu.
   — A czy jej się tu podobało?
   — Nie wiem — odparła po chwili. — Nasze życie mogło się wydać bezbarwne i 
dziwne dziewczynie wychowanej na południu… i to jeszcze w Hiszpanii.
   — W Hiszpanii dzieją się teraz niewesołe rzeczy — odrzekł pułkownik. — A więc 
może nam pani opisze tę popołudniową rozmowę u teścia?
   — Przepraszam za moje dygresje… — wymruczał Poirot.
   Hilda Lee podjęła wątek.
   — Gdy teść odłożył słuchawkę, rozejrzał się wokół, parsknął śmiechem i rzekł, że 
wyglądamy bardzo smętnie. Potem oznajmił, że jest zmęczony i pragnie się wcześniej 
położyć, nie chce więc, by ktokolwiek przychodził do niego wieczorem. Wolał być, 

background image

jak mówił, w dobrej formie na Święta czy coś takiego. A potem… — Zmarszczyła 
czoło, usiłując sobie przypomnieć. — Powiedział, że trzeba należeć do dużej rodziny, 
by należycie świętować Boże Narodzenie. Później przeszedł do kwestii pieniężnych. 
Rzekł, że koszty jego utrzymania pójdą w górę, i że George z Magdaleną muszą 
nauczyć się oszczędzać. Doradził jej, by sama szyła swoje suknie, co zabrzmiało 
raczej szyderczo. Nie dziwię się, że ją to dotknęło. Jego żona, jak wspomniał, 
świetnie radziła sobie z igłą.
   — Czy tylko tyle? — spytał Poirot półgłosem.
   Hilda zaczerwieniła się.
   — Zrobił bardzo niemiłą uwagę dotyczącą jej inteligencji. Mój mąż był bardzo 
oddany matce, więc dotknęło go to do głębi. Wtedy teść wpadł nagle w gniew i po 
prostu obrzucił nas obelgami. Rozumiem, co go gnębiło…
   — A co to było? — przerwał jej cichy głos Poirota. Spojrzała na niego spokojnie.
   — Gnębiło go, że nie miał wnuków. Ani jednego chłopca, co przecież oznacza kres 
rodziny Lee. Musiało go to nękać od dawna, aż nagle wyszło na jaw w wybuchu 
złości. Nawymyślał synom od mięczaków i starych bab. Współczułam mu, bo 
pojęłam, jak bardzo raniło to jego dumę. — A co potem?
   — Potem wszyscy stamtąd wyszliśmy.
   — Czy wtedy widziała go pani po raz ostatni?
   Hilda przytaknęła milcząco.
   — Gdzie pani była, gdy popełniono zbrodnię?
   — Razem z mężem siedziałam w saloniku muzycznym. Grał mi na fortepianie.
   — A później?
   — Usłyszeliśmy nad sobą hałas przewracanych stołów i krzeseł, brzęk tłuczonej 
porcelany, odgłosy jakichś straszliwych zmagań, a potem… ten straszny krzyk. I jego 
przecięte gardło…
   — Czy to był doprawdy straszny krzyk? — zapytał Poirot. — Czy brzmiał jak… 
wrzask potępieńca?
   — Znacznie gorzej!
   — Co pani ma na myśli?
   — Brzmiał jak krzyk istoty bez duszy, nieludzkiej, zezwierzęconej bestii…
   Poirot spytał tonem pełnym powagi:
   — Madame, tak go pani osądza?
   Hilda machnęła ręką w geście rozterki i utkwiła wzrok w podłodze.

XIV
   
   Pilar wślizgnęła się do pokoju czujna jak zwierzątko, które boi się pułapki. Jej oczy 
biegały nerwowo na wszystkie strony. Robiła jednak wrażenie raczej osoby bardziej 
nieufnej niż wystraszonej.
   Pułkownik Johnson wstał i podsunął jej krzesło. Potem zaczął przesłuchanie:
   — Zdaje się, że rozumie pani po angielsku, panno Estravados?
   Pilar zrobiła wielkie oczy.
   — Oczywiście! Moja matka była Angielką. Ja też jestem bardzo angielska.
   Pułkownik Johnson uśmiechnął się lekko, patrząc kolejno na czarne lśniące włosy, 
ciemne oczy i wygięte w uśmiechu czerwone usta. Bardzo angielska! Zgoła 
niestosowne określenie dla Pilar Estravados.
   — Pan Lee był pani dziadkiem. Sprowadził tu panią z Hiszpanii, przyjechała pani 
kilka dni temu. Zgadza się?
   Pilar przytaknęła.
   — Tak właśnie było. Och, przydarzyło mi się mnóstwo rzeczy, nim zdołałam 

background image

wyjechać z Hiszpanii. Bomba spadła z nieba i zabiła szofera… Całą głowę miał 
unurzaną we krwi. Nie umiem prowadzić auta i musiałam iść długo piechotą, a ja nie 
lubię chodzić. Nigdy wiele nie chodziłam. Ach, jak mnie bolały nogi…
   Pułkownik Johnson rzekł z uśmiechem:
   — W końcu dotarła pani jednak na miejsce. Czy matka opowiadała pani o dziadku?
   Pilar przytaknęła energicznie.
   — O, tak! Mówiła, że z niego stary łajdak. Herkules Poirot również się uśmiechnął.
   — A co pani sobie o nim pomyślała po przyjeździe, mademoiselle?
   — Naprawdę był stary, strasznie stary. Musiał siedzieć w fotelu i całą twarz miał 
pomarszczoną. Myślę, że za młodu musiał być przystojny… bardzo przystojny, tak 
jak pan — rzekła do inspektora Sugdena. Oczy Pilar z naiwną satysfakcją spoczęły na 
jego urodziwym obliczu, które po usłyszeniu przezeń komplementu pokryło się 
ceglastym rumieńcem.
   Pułkownik Johnson z trudem zdołał ukryć rozbawienie. Po raz pierwszy zdarzyło 
mu się ujrzeć flegmatycznego inspektora mocno zakłopotanego.
   — Szkoda tylko — ciągnęła Pilar, wzdychając z żalem — że nigdy nie był tak 
wysoki jak pan.
   Poirot westchnął również.
   — A więc pani podobają się wysocy mężczyźni, signorina? — zapytał.
   Pilar przytaknęła z entuzjazmem:
   — O tak, lubię, gdy mężczyzna jest wysoki, przystojny, barczysty i bardzo, bardzo 
mocny…
   — Często pani widywała dziadka? — przerwał jej pułkownik.
   — Ach, tak! Przychodziłam do jego pokoju, żeby tam z nim siadywać, a on mi 
opowiadał, jakim był wielkim grzesznikiem… i o wszystkim, co robił w Afryce 
Południowej.
   — Czy powiedział pani, że trzyma w sejfie diamenty?
   — Tak, i pokazał mi je. Ale one wcale nie wyglądały jak diamenty, tylko jak 
kamyki! Bardzo były brzydkie… Doprawdy, bardzo brzydkie.
   Inspektor Sugden zainteresował się:
   — A więc pokazywał je pani?
   — Tak.
   — Czy nie dał pani żadnego?
   Pilar zaprzeczyła.
   — Nie. Myślałam, że może kiedyś to zrobi, jeśli byłabym dla niego bardzo miła i 
dotrzymywałabym mu towarzystwa. Starzy panowie lubią młode dziewczęta.
   — Czy pani wie, że te diamenty skradziono? — rzekł pułkownik.
   Pilar wytrzeszczyła oczy.
   — Skradziono?
   — Owszem. Nie wie pani, kto mógłby to zrobić?
   Pilar kiwnęła głową.
   — O, tak — odparła. — Musiał je wziąć Harbury.
   — Harbury? Mówi pani o służącym?
   — Tak.
   — Skąd ta pewność?
   — On ma minę złodzieja. Strzela oczami tu i tam, podsłuchuje pod drzwiami i 
chodzi cicho jak kot. A każdy kot to złodziej..
   — Hm… — mruknął pułkownik. — Wrócimy do tego później. Jak się zdaje, dzisiaj 
po południu cała rodzina zebrała się na górze u pani dziadka. Podobno padły tam 
jakieś ostre słowa?
   Pilar przytaknęła mu śmiejąc się.

background image

   — Tak, to było bardzo zabawne! Dziadek wszystkich pokłócił.
   — Czyżby to panią cieszyło?
   — Czemu nie? Lubię patrzeć, jak się ludzie kłócą, bardzo lubię. Ale tu, w Anglii, 
złoszczą się inaczej niż w Hiszpanii. U nas porywają za nóż, przeklinają, strzelają. A 
w Anglii nic nie robią, tylko czerwienieją na twarzy i zagryzają wargi.
   — Czy pamięta pani, o czym mówiono?
   Pilar wyglądała na zakłopotaną.
   — Chyba niewiele. Dziadek powiedział im, że są do niczego, bo nikt z nich nie ma 
dzieci. Powiedział też, że jestem lepsza od każdego z nich… Bardzo mnie lubił.
   — Czy mówił o pieniądzach albo o testamencie?
   — O testamencie? Nie pamiętam.
   — Co się potem zdarzyło?
   — Wszyscy sobie poszli prócz Hildy, tej grubej, żony Dawida. Ona jedna została.
   — Doprawdy?
   — Tak. Dawid wyglądał strasznie śmiesznie. Cały się trząsł i był, och… taki 
blady… jakby mu się robiło niedobrze.
   — A co potem?
   — Potem poszłam sobie i spotkałam Stephena. Tańczyliśmy razem przy 
gramofonie.
   — Ma pani na myśli Stephena Farra?
   — Tak. On pochodzi z Afryki Południowej. To syn kogoś, kto był wspólnikiem 
dziadka. On też jest bardzo przystojny. Wysoki, opalony i ma piękne oczy.
   — Gdzie państwo byliście w chwili zbrodni?
   — Chce pan wiedzieć, gdzie ja wtedy byłam?
   — Tak.
   — Siedziałam jakiś czas w salonie z Lidią, a potem poszłam do mego pokoju, żeby 
się umalować, i wróciłam do Stephena, bo chciałam dalej tańczyć. I nagle z bardzo 
daleka usłyszałam krzyk. Wszyscy pobiegli na schody, ja także. Próbowano wyłamać 
drzwi do pokoju dziadka. Zrobili to w końcu Harry i Stephen. Oni obydwaj są bardzo 
mocni.
   — A później?
   — Coś nagle trzasnęło, drzwi wypadły z zawiasów, a my zobaczyliśmy, ach, coś 
strasznego! Wszystko połamane i poprzewracane, a dziadek leżał w wielkiej kałuży 
krwi i miał gardło podcięte, o tak… — Wykonała żywy, dramatyczny gest, wskazując 
na własną szyję. — Od ucha do ucha.
   Urwała, wyraźnie zafascynowana własną opowieścią.
   — Czy nie zrobiło się pani słabo na widok krwi? — spytał pułkownik.
   Spojrzała na niego zdumiona.
   — Nie, dlaczego? Gdy kogoś zabijają, zawsze leje się krew, dużo krwi. Och… tam 
jej było takie mnóstwo!
   Czy ktoś coś mówił? — odezwał się Poirot.
   — Dawid powiedział dziwną rzecz, coś jakby „młyny Boga”, o, właśnie — 
powtórzyła przeciągle słowo po słowie — „Mły–ny bo–że”. Co to znaczy? Młyny 
mielą ziarno na mąkę, prawda?
   — Dziękujemy, panno Estravados. To już chyba wszystko — wpadł jej w słowo 
pułkownik.
   Pilar posłusznie wstała i posłała każdemu z nich krótki, miły uśmiech.
   — To ja już sobie pójdę — oznajmiła.
   — Młyny boże mielą powoli, ale gruntownie… — rzekł po jej wyjściu inspektor 
Sugden. — I powiedział to właśnie Dawid Lee!

background image

XV
   
   Kolejny raz otwarły się drzwi; pułkownik Johnson spojrzał na wchodzącego i przez 
chwilę sądził, że to Harry Lee. Gdy jednak mężczyzna podszedł bliżej, komisarz pojął 
swój błąd: człowiekiem który stał przed nim, był Stephen Farr.
   — Proszę usiąść, panie Farr — odezwał się.
   Stephen usiadł. Jego chłodne, inteligentne spojrzenie spoczęło kolejno na każdym z 
trzech mężczyzn.
   — Chyba nie na wiele się panom przydam — rzekł. — Proszę jednak zadawać mi 
wszelkie pytania, jakie uznacie za stosowne. Może na początku wyjaśnię, kim jestem. 
Mój ojciec, Ebenezer Farr, ponad czterdzieści lat temu pracował wraz z Simeonem 
Lee w Afryce Południowej. — Zamilkł na chwilę. — Ojciec wiele mi opowiadał o 
panu Lee. Uważał, że ten człowiek miał niezwykłą osobowość. Często działali razem. 
Simeon Lee wrócił potem do Anglii z wielką fortuną, a mój ojciec również się 
wzbogacił. Zawsze mi przykazywał, żebym odwiedził pana Lee, jeśli kiedyś pojadę 
do kraju. Pewnego razu rzekłem mu, że upłynęło już sporo czasu i pan Lee może go 
nie pamiętać, lecz ojciec mnie wyśmiał. „Kiedy dwóch ludzi przeżyje wspólnie to, co 
Simeon i ja, nie można tego zapomnieć”. No cóż, ojciec umarł dość dawno temu. 
Tego roku po raz pierwszy przyjechałem do Anglii i w myśl jego rady postanowiłem 
złożyć wizytę panu Lee. — Po chwili ciągnął dalej z nieznacznym uśmiechem: — 
Czułem się nieco zażenowany, gdy tu przybyłem, ale nie miałem racji. Pan Lee 
przyjął mnie bardzo serdecznie i mocno nalegał, abym spędził całe święta razem z 
jego rodziną. Wolałbym się wprawdzie nie narzucać, ale on nie chciał słyszeć o 
odmowie.
   I dodał trochę zmieszany: — Wszyscy traktowali mnie bardzo życzliwie, a pan 
Alfred i jego żona okazali się doprawdy niezwykle uprzejmi. Nie umiem wprost 
wyrazić, jak bardzo przejąłm się nieszczęściem, które ich dotknęło.
   — Kiedy pan tu przybył?
   — Wczoraj.
   — Czy widział pan dziś Simeona Lee?
   — Owszem, gawędziłem z nim tego ranka. Był w doskonałym humorze, wciąż 
mnie wypytywał o nowiny z mego kraju i o różnych ludzi.
   — Czy wtedy widział go pan po raz ostatni?
   — Tak.
   — Czy mówił panu, że trzyma w sejfie cenne diamenty?
   — Nie. — Farr dodał jeszcze, nim którykolwiek z jego trzech rozmówców zdołał 
się odezwać: — Czy panowie sądzą, że to morderstwo rabunkowe?
   — Jeszcze nie jesteśmy całkiem pewni — odparł Johnson. — Wróćmy do wydarzeń 
dzisiejszego wieczoru. Czy może pan dokładnie opowiedzieć, co pan wówczas robił?
   — Oczywiście. Gdy panie opuszczały jadalnię, piłem jeszcze portwajn, ale wydało 
mi się, że Alfred i Harry Lee mają zamiar omawiać jakieś rodzinne sprawy i 
osądziłem, że moja obecność byłaby krępująca; przeprosiłem ich więc i oddaliłem się.
   — A co pan robił potem?
   Stephen Farr rozsiadł się wygodnie w fotelu i potarł wskazującym palcem 
podbródek. Odparł obojętnie:
   — Hm… Poszedłem do dużego pokoju z parkietem… Jak sądzę, jest to coś w 
rodzaju sali do tańca. Stoi tam gramofon z płytami. Słuchałem kilku z nich.
   — Czy nikt się do pana nie przyłączył? — zapytał Poirot. Na ustach Stephena Farra 
ukazał się ledwo dostrzegalny uśmiech.
   — Mogłem chyba żywić takie nadzieje. — Roześmiał się szczerze.
   — Signorina Estravados jest prześliczną osóbką — rzekł Poirot.

background image

   — To najładniejsza dziewczyna, jaką ujrzałem od czasu mego przyjazdu — odparł 
Farr.
   — Czy panna Estravados dotrzymywała panu towarzystwa? — spytał pułkownik.
   Stephen pokręcił głową.
   — Właśnie siedziałem tam zupełnie sam, kiedy usłyszałem cały ten łoskot. 
Wybiegłem z hallu i rzuciłem się na górę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wspólnie z 
Harrym Lee wyważyłem drzwi.
   — I to wszystko?
   — Obawiam się, że tak.
   Herkules Poirot pochylił się do przodu i rzekł miękko:
   — Myślę, monsieur, że mógłby nam pan jeszcze sporo powiedzieć.
   — Co takiego? — rzucił zaskoczony Farr.
   — Moglibyśmy się od pana dowiedzieć czegoś bardzo istotnego o charakterze 
Simeona Lee. Wedle pańskich słów ojciec wiele o nim opowiadał. Jaki człowiek 
wyłania się z tych opowieści?
   Stephen Farr zastanawiał się przez chwilę.
   — Myślę, że wiem, do czego pan zmierza. Mam rzec, jaki był Simeon Lee za 
młodu? Cóż, jeśli mogę być szczery…
   — Właśnie…
   — Przede wszystkim… nie był chyba wzorem moralności. Nie popełniał może 
jaskrawych występków, ale nieraz ocierał się o granicę nieuczciwości i niewiele sobie 
z tego robił. Miał jednak nieodparty urok i odznaczał się niezwykłą szczodrością. 
Nigdy nie odmawiał pomocy, gdy się komuś powinęła noga. Sporo pijał, ale nie na 
umór, ogromnie podobał się kobietom, miał poczucie humoru. A zarazem umiał być 
niezwykle mściwy, niby słoń, co nigdy nie zapomniał doznanenej krzywdy. Ojciec 
opowiedział mi niejedną historię o tym, jak Simeon Lee wyczekiwał całymi latami, 
by pomścić się na kimś, kto mu zaszedł za skórę.
   — No, niejeden tak robi — odezwał się inspektor Sugden. — Czy nie wiadomo 
panu, komu Simeon Lee spłatał niegdyś brzydkiego figla w Afryce? Nie zna pan 
żadnego incydentu z przeszłości, który mógłby stać się przyczyną zbrodni 
popełnionej dzisiejszego wieczoru?
   Stephen Farr zaprzeczył.
   — Miał oczywiście wrogów; człowiek z jego charakterem musiał ich mieć. Nie 
wiem jednak o niczym konkretnym. Poza tym — rzekł, przymykając oczy — nie było 
tu dziś wieczór nikogo obcego. Wypytywałem już o to Tressiliana.
   — Prócz pana, monsieur Farr — odezwał się Poirot.
   Stephen Farr obrócił się żywo ku niemu.
   — Coś podobnego! Ja miałbym być podejrzanym, obcym przybyszem w tym 
domu?! Niczego nie zdołacie wywęszyć! Simeon Lee i Ebenezer Farr nigdy się nie 
pokłócili; po cóż syn Farra miałby tu przybyć, żeby pomścić ojca? O, nie — 
potrząsnął głową — żaden z nich nie miał drugiemu nic do zarzucenia. Wstąpiłem 
tutaj z wizytą, jak już powiedziałem, wyłącznie z czystej ciekawości. Co więcej, zdaje 
mi się, że mam alibi równie dobre jak każde inne. Bez przerwy zmieniałem płyty na 
gramofonie; wszyscy musieli to słyszeć. A żadna płyta nie kręci się tak długo, bym 
mógł przebyć ten piekielnie długi korytarz, poderżnąć starcowi gardło, oczyścić się ze 
śladów krwi i wrócić, zanim wszyscy pobiegli na górę! To po prostu absurd!
   — Ależ my panu niczego nie zarzucamy! — próbował go uspokoić pułkownik 
Johnson.
   — Ton pana Poirota wcale mi się nie spodobał.
   — Szczerze mnie to martwi — rzekł uprzejmie Poirot, uśmiechając się do niego.
   Stephen Farr rzucił mu spojrzenie pełne wściekłości.

background image

   — Dziękujemy panu — wtrącił pospiesznie Johnson. — To byłoby wszystko. 
Oczywiście, nie może pan opuszczać domu.
   Stephen Farr przytaknął bez słowa. Potem wstał i wyszedł sprężystym krokiem.
   Gdy drzwi zamknęły się za nim, Johnson rozpoczął:
   — Oto i tajemniczy X, nasza niewiadoma. Jego zeznania wyglądają szczerze, ale 
mimo to… pozostaje niewiadomą. Mógł ukraść diamenty; mógł też wślizgnąć się 
tutaj pod byle pretekstem. Lepiej niech pan zdejmie odciski jego palców, Sugden, i 
sprawdzi, czy nie był notowany.
   — Już je mam — odrzekł inspektor z nikłym uśmieszkiem.
   — Znakomicie! Nie zapomina pan o niczym. Sądzę, że rutynowe czynności śledcze 
również są już za panem?
   Inspektor Sugden wyliczył kolejno na palcach:
   — Poleciłem sprawdzić rozmowy telefoniczne, czynności Harbury’ego — kiedy 
wyszedł, kto go wtedy widział i tak dalej — a także kto kiedy wychodził i 
przychodził, zwłaszcza jeśli idzie o służbę. Kazałem także zbadać stan finansów 
każdego członka rodziny, porozumiałem się z prawnikiem w sprawie testamentu, 
przetrząsnąłem cały dom w poszukiwaniu narzędzia zbrodni i plam krwi na 
ubraniach, a także diamentów, które mogą być gdzieś ukryte.
   — No, to chyba wyczerpuje nasze możliwości — rzekł pułkownik Johnson. — 
Może pan coś zasugeruje, Poirot?
   — Pan inspektor wspaniale zna się na rzeczy — odparł Poirot.
   Sugden rzekł ponuro:
   — Przeszukanie tego domu to nie była fraszka. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu 
cacek i bibelotów naraz.
   — O, z pewnością nie brak tu kryjówek — przytaknął Poirot.
   — A więc nic pan nie proponuje, Poirot?
   Komisarz zdradzał pewne rozczarowanie, jak właściciel psa, który nagle nie chce 
podać łapy.
   — Może panowie pozwolą mi działać po swojemu? — spytał Poirot.
   — Co oznacza „po swojemu”?
   — Chciałbym sobie pogawędzić z kilkoma członkami rodziny — tłumaczył Poirot. 
— I to niejeden raz.
   — Czy sądzi pan, że coś pominięto w śledztwie i trzeba ich przesłuchać ponownie? 
— spytał zaintrygowany komisarz.
   — O nie! Nie przesłuchiwać… tylko porozmawiać.
   — Dlaczego? — padło pytanie Sugdena.
   Herkules Poirot począł gestykulować z emfazą.
   — Podczas konwersacji można sobie wyjaśnić wiele szczegółów! Jeśli ktoś będzie 
wiele mówił, siłą rzeczy powie w końcu prawdę!
   — A więc sądzi pan, że ktoś kłamał? Poirot westchnął ciężko.
   — Mon cher, przecież wszyscy kłamią w mniejszym czy większym stopniu. 
Dokonam pożytecznej rzeczy: oddzielę niewinne kłamstewka od kłamstw istotnych.
   — Nie do wiary! — krzyknął pułkownik. — Mamy do czynienia z wyjątkowo 
okrutnym, brutalnym mordem, a kimże są podejrzani? Alfred Lee i jego żona to para 
miłych, dobrze ułożonych, spokojnych ludzi. George Lee jest posłem do parlamentu i 
człowiekiem ogólnie szanowanym. Jego żona to po prostu typ nowoczesnej kobietki. 
Dawid Lee wydaje się człowiekiem bardzo łagodnym, a według słów Hardego nie 
zniósłby nawet widoku krwi. Jego żona jest miłą, rozumną kobietą, choć nieco 
pospolitą. Pozostaje hiszpańska siostrzenica i przybysz z Afryki Południowej. 
Hiszpańskie piękności miewają porywczy temperament, ale nie sądzę, by to czarujące 
stworzenie z zimną krwią poderżnęło starcowi gardło, a z tego co wiemy, można 

background image

sądzić, że miała raczej wszelkie powody, by go utrzymać przy życiu… Przynajmniej 
póki nie złożył swego podpisu pod nowym testamentem. Stephen Farr? Owszem, miał 
sposobność. Mógł tu przecież przybyć jako zawodowy złodziej, tylko dla diamentów. 
Gdy starszy pan spostrzegł stratę, Farr podciął mu gardło, by go uciszyć na zawsze. 
No tak, to możliwe; alibi w postaci gramofonu nie jest zbyt wiarygodne. Poirot 
pokiwał głową.
   — Drogi przyjacielu! Niechże pan porówna posturę Farra i starego Simeona. Gdyby 
Farr naprawdę chciał go zabić, zrobiłby to w parę sekund. Simeon Lee nie zdołałby 
podjąć żadnej obrony. Nie sposób sądzić, że kruchy staruszek i ten wspaniały okaz 
mężczyzny w ferworze walki poprzewracali stoły i potłukli porcelanę. To nie do 
przyjęcia!
   Oczy pułkownika zwęziły się.
   — Czy chce pan powiedzieć — zaczął — że Simeona Lee zabił słaby mężczyzna?
   — Albo kobieta — rzekł inspektor Sugden.

XVI
   
   Komisarz Johnson zerknął na zegarek.
   — Nie mam tu już nic to roboty. Doskonale pan sobie radzi, Sugden. Och nie, 
jeszcze jedna drobnostka… Powinniśmy wezwać kamerdynera. Prawda, że już go pan 
przesłuchiwał, ale wiemy teraz trochę więcej niż przedtem i dobrze byłoby, gdyby 
mógł potwierdzić alibi innych osób.
   Tressilian wszedł, powłócząc nogami. Komisarz wskazał mu krzesło.
   — Serdecznie dziękuję, proszę pana, chętnie skorzystam. Doprawdy, strasznie 
jestem zmęczony… strasznie zmęczony. Moje nogi, sir, i głowa…
   — Musiał to być dla pana wielki wstrząs — zauważył cichym głosem Poirot.
   Stary sługa wzdrygnął się.
   — Coś okropnego! I to w domu, gdzie zawsze panował ład i spokój!
   — Spokój i porządek, owszem… — podchwycił Poirot — ale chyba nie szczęście?
   — Nie. Tego bym nie powiedział, proszę pana.
   — A czy dawniej, gdy żyła tu cała rodzina, ten dom był przybytkiem szczęścia?
   Tressilian odparł po chwili:
   — Może nie wszyscy byli ze sobą serdecznie zżyci, proszę pana.
   — Pani Lee była, jak się zdaje, wątłego zdrowia?
   — Tak, proszę pana, wiecznie słabowała.
   — Czy dzieci ją kochały?
   — Pan Dawid był jej ogromnie oddany, bardziej jak córka niż jak syn. A po jej 
śmierci odszedł z domu. Nie chciał tu dłużej żyć.
   — A pan Harry? Jaki był pan Harry?
   — O, mocno hulał za młodu, ale miał złote serce. Och, panie Poirot, strasznie się 
przejąłem, kiedy po raz drugi usłyszałem dzwonek i poszedłem otworzyć, a w progu 
stał jakiś obcy… i nagle usłyszałem głos panicza Harry’ego: „Ależ to stary 
Tressilian! Wciąż u nas na służbie, co?” Taki sam jak zawsze…
   — Rozumiem, że to pana poruszyło — przytaknął mu życzliwie Poirot.
   Lekki rumieniec pokrył policzki Tressiliana.
   — Czasami można by sądzić, że przeszłość nie przemija… Zdaje się, że grali 
kiedyś w Londynie sztukę o tym… albo o czymś podobnym… O, to najprawdziwsza 
prawda, proszę pana! Jakby człowieka ogarniało przemożne uczucie, że coś już się 
zdarzyło. Tak właśnie było ze mną, kiedy po dzwonku poszedłem otworzyć i zdawało 
mi się, że widzę panicza Harry’ego… Ale to był pan Farr… czy ktoś inny… 
Powiedziałem wtedy sam do siebie: „Przecież to już raz nastąpiło!”

background image

   — Bardzo ciekawe, bardzo ciekawe! — rzekł Poirot. Tressilian posłał mu 
spojrzenie pełne wdzięczności. Zniecierpliwiony Johnson odchrząknął i włączył się 
do konwersacji:
   — Chciałbym sprawdzić, czy zgadza się czas w zeznaniach różnych osób. Kiedy na 
górze rozległ się hałas, to w jadalni, jak się wydaje, pozostali tylko panowie Alfred i 
Harry Lee?
   — Nie potrafię stwierdzić na pewno, sir. Wszyscy panowie siedzieli tam jeszcze, 
kiedy zaniosłem im kawę, ale to było dobry kwadrans wcześniej.
   — George Lee poszedł zatelefonować. Czy może pan potwierdzić jego słowa?
   — Myślę, sir, że naprawdę ktoś telefonował. Kiedy się podnosi słuchawkę i 
wykręca numer, u mnie w stołowym odzywa się słabe brzęczenie. Przypominam 
sobie, że coś podobnego słyszałem, ale nie zwróciłem na to uwagi.
   — Czy potrafi pan dokładnie określić, kiedy to było?
   — Nie, sir. Usłyszałem brzęczyk po tym, jak zaniosłem panom kawę. To wszystko, 
co mogę powiedzieć.
   — Gdzie znajdowały się wtedy panie?
   — Pani Lidia była w salonie, kiedy zaniosłem tam tacę z kawą; w minutę czy dwie 
potem usłyszałem krzyk.
   — Co ona robiła? — zapytał Poirot.
   — Stała przy bocznym oknie. Uchyliła nieznacznie zasłony i patrzyła przez szybę.
   — Czy innych pań nie było w pokoju?
   — Nie, proszę pana.
   — Czy wie pan, gdzie się znajdowały?
   — Nie umiem powiedzieć.
   — A gdzie wtedy byli inni?
   — Pan Dawid grał w saloniku muzycznym, tuż przy salonie.
   — Słyszał go pan?
   — Tak, sir. — Kamerdyner znowu zadrżał. — O, to było jak znak boży, tak sobie 
potem pomyślałem. On grał marsza żałobnego. Pamiętam, że już wtedy przeszedł 
mnie dreszcz…
   — W istocie, to dziwne — przytaknął mu Poirot.
   — A teraz przejdźmy do osoby Harbury’ego — rzekł komisarz. — Czy mógłby pan 
zeznać pod przysięgą, że opuścił on dom punkt o ósmej?
   — O tak, proszę pana. Zaraz po przyjściu pana Sugdena. Dobrze to zapamiętałem, 
bo Harbury zbił filiżankę.
   — Harbury stłukł filiżankę…? — spytał Poirot.
   — Tak, proszę pana, i to ze starego serwisu marki Worcester. Jedenaście lat je 
myłem i aż do dziś żadnej nie stłukłem!
   — Co właściwie Harbury robił z filiżankami?
   — Och, proszę pana, wcale się nimi nie musiał zajmować. Po co je w ogóle brał do 
ręki? Właśnie przyglądał się jednej z nich, jakby ją podziwiał, kiedy rzekłem, że 
przyszedł pan Sugden, a on zaraz ją upuścił!
   — Czy rzekł pan „Sugden, czy też „policja”? — zapytał Poirot.
   — Owszem, teraz sobie przypominam — odrzekł nieco zaskoczony Tressilian — że 
powiedziałem: „Przyszedł inspektor policji”.
   — I Harbury upuścił filiżankę?
   — Owszem… To daje do myślenia — rzekł komisarz. — Czy Harbury pytał pana, 
po co przyszedł inspektor?
   — Tak, sir, pytał, czego on tu szuka. Powiedziałem, że prowadzi kwestę na 
sierociniec policyjny i że poszedł na górę do pana Lee.
   — Czy to go uspokoiło?

background image

   — A wie pan, że naprawdę tak było! Zaczął mówić, że z pana Lee zacny staruszek i 
że ma hojną rękę — doprawdy, co za niestosowna poufałość! — a potem wyszedł.
   — Którędy?
   — Kuchennym wejściem.
   Sugden wtrącił się do rozmowy.
   — W porządku, panie komisarzu. Rzeczywiście tak było. Kucharka i podkuchenna 
widziały, jak wychodził tylnymi drzwiami.
   — Niech pan uważnie słucha, Tressilian. Czy Harbury mógł wrócić do domu nie 
zauważony?
   Stary sługa potrząsnął głową z powątpiewaniem.
   — Nie dałby rady. Wszystkie drzwi są zamknięte od wewnątrz.
   — Przypuśćmy, że miał klucz.
   — Drzwi są nie tylko zamknięte na klucz, ale i zaryglowane.
   — Jakże więc dostanie się do środka?
   — Ma klucz od tylnego wejścia. Cała służba tamtędy chadza.
   — A więc i on może tą drogą wrócić.
   — Musiałby wpierw przejść przez kuchnię, proszę pana, a w niej zawsze ktoś jest, 
nawet po wpół do dziesiątej czy za kwadrans dziesiąta.
   — To rozstrzyga sprawę — rzekł pułkownik. — Dziękuję panu, Tressilian.
   Starzec wstał, skłonił się obecnym i wyszedł, powrócił jednak w minutę czy dwie 
później.
   — Właśnie przyszedł Harbury, sir. Czy chce go pan zobaczyć?
   — Tak, proszę go tu zaraz przysłać.

XVII
   
   Sydney Harbury nie odznaczał się miłą fizjonomią. Wszedł do pokoju, pocierając 
nerwowo jedną dłoń o drugą i stał, rzucając szybkie, ukradkowe spojrzenia na 
każdego z obecnych.
   — Czy pan jest Sydneyem Harburym?
   — Tak, sir.
   — Był pan osobistym służącym zmarłego?
   — Tak. Jakie to straszne, prawda? — w jego głosie zadźwięczało służalcze 
ugrzecznienie. — O mało mnie nie zwaliło z nóg, kiedy Gladys mi powiedziała… 
Biedny stary pan!
   Johnson przerwał mu.
   — Proszę tylko odpowiadać na moje pytania.
   — Tak, proszę pana, oczywiście…
   — O której opuścił pan dom wieczorem i gdzie pan dotąd był?
   — Wyszedłem dokładnie o ósmej, sir. Wybrałem się do kina; to ledwie pięć minut 
drogi stąd. Idzie tam właśnie „Miłość w dawnej Sewilli”.
   — Czy ktoś pana widział?
   — Młoda dama, która siedzi w kasie. Ona mnie zna; bileterka również. A poza 
tym… byłem w towarzystwie pewnej pani. Umówiłem się z nią pod kinem.
   — Ach tak? Jak się nazywa?
   — Doris Buckle, proszę pana. Pracuje w Zjednoczeniu Mleczarskim, na Markham 
Road 23.
   — Dobrze. Sprawdzimy to. Wrócił pan później do domu?
   — Najpierw odprowadziłem moją dziewczynę. Wróciłem zaraz potem. Chyba 
jestem w porządku, proszę pana? Nie mam nic wspólnego z tą zbrodnią. Ja…
   — Nikt pana o nią nie oskarża — rzekł uprzejmie pułkownik.

background image

   — Nie, oczywiście, że nie. Ale to nic przyjemnego, kiedy zabiją kogoś akurat w 
domu, gdzie się służy.
   — Rzecz jasna. Jak długo był pan na służbie u Simeona Lee?
   — Prawie od roku.
   — Lubił pan swoje miejsce?
   — Tak, sir. Byłem bardzo kontent. Dobrze mi płacono. Pan Lee bywał czasami 
trochę kłopotliwy, ale ja przywykłem do obsługiwania chorych.
   — Służył pan już u kogoś cierpiącego?
   — O tak, sir. U majora Westa i u wielmożnego Jaspera Fincha…
   — Wyjaśni pan to później dokładnie inspektorowi Sugdenowi — rzekł pułkownik. 
— Ja chciałbym tylko wiedzieć, kiedy dziś wieczór widział pan Simeona Lee po raz 
ostatni.
   — Koło wpół do ósmej. Codziennie o siódmej przynosiłem mu lekką kolację, a 
potem słałem łóżko. Później siadywał jeszcze w szlafroku przed kominkiem, póki nie 
poczuł się senny.
   — Kiedy to zwykle następowało?
   — Różnie bywało, proszę pana. Czasem kładł się wcześnie, koło ósmej, zwłaszcza 
gdy był znużony. Czasami znów wolał siedzieć w fotelu aż do jedenastej.
   — Co robił, gdy miał zamiar się położyć?
   — Zazwyczaj dzwonił na mnie.
   — A pan przychodził i pomagał mu?
   — Tak.
   — Ale dziś miał pan wychodne. Czy zawsze przypadało w piątki?
   — Tak, każdego piątku.
   — Co się wtedy działo, gdy pan Lee chciał pójść do łóżka?
   — Sięgał po dzwonek. Zjawiał się wtedy u niego Tressilian albo Walter.
   — Mógł się sam poruszać, czy też nie miał władzy w nogach?
   — Potrafił chodzić, ale z trudem. Zdaje się, że był artretykiem i dokuczał mu 
reumatyzm. Raz czuł się lepiej, raz gorzej.
   — Czy nigdy nie wychodził do innego pokoju?
   — Nie, proszę pana. Wolał ciągle być w swojej sypialni. Pan Lee nie wymagał za 
wiele. Jego pokój miał być jasny i dobrze przewietrzony, to wszystko.
   — Mówił pan, że zawsze jadał kolację o siódmej?
   — Tak. Potem zabierałem tacę i stawiałem na biurku butelkę wiśniówki wraz z 
dwoma kieliszkami.
   — Po co?
   — Pan Lee życzył sobie tego.
   — Czy zawsze żądał wiśniówki?
   — Nie, od czasu do czasu. Nikt z rodziny nie mógł wchodzić do niego wieczorem, 
chyba że sam kogoś poprosił do siebie. Czasem wolał siedzieć samotnie, kiedy indziej 
posyłał po pana Alfreda, jego żonę albo po obydwoje razem, żeby przyszli do niego 
po obiedzie.
   — Ale dzisiaj tego nie zrobił? To znaczy nie posłał przez pana wiadomości do 
nikogo z rodziny, że chce go widzieć?
   — W każdym razie mnie nie wydawał takich dyspozycji.
   — Nie oczekiwał zatem nikogo z bliskich?
   — Mógł ich zaprosić osobiście, proszę pana.
   — Ach, oczywiście. Harbury ciągnął dalej:
   — Sprawdziłem, czy wszystko w porządku, życzyłem panu Lee dobrej nocy i 
wyszedłem.
   — Poprawił pan przed wyjściem ogień w kominku?

background image

   Harbury zawahał się z odpowiedzią.
   — Nie musiałem. Kominek dobrze ciągnął.
   — Czy pan Lee mógł zrobić to sam?
   — O, nie. Może to zrobił pan Harry?
   — Czy pan Harry był u ojca, kiedy przyniósł pan kolację?
   — Tak. Właśnie wychodził, kiedy wnosiłem tacę.
   — Jak się wówczas odnosili do siebie?
   — Pan Harry był w dobrym humorze. Śmiał się serdecznie, z głową odrzuconą do 
tyłu.
   — A pan Lee?
   — Wydał mi się cichy i zamyślony.
   — Rozumiem. Chciałbym wiedzieć coś jeszcze, Harbury: co panu wiadomo o 
diamentach, które Simeon Lee trzymał w sejfie?
   — Diamenty? Nigdy nie widziałem żadnych diamentów.
   — Pan Lee trzymał u siebie garść nie oszlifowanych diamentów. Na pewno widział 
pan, jak je oglądał i przesypywał.
   — Te śmieszne kamyczki? Owszem, widziałem je raz czy dwa, ale nie sądziłem, że 
to diamenty. Wczoraj… albo przedwczoraj… pokazywał je tej młodej cudzoziemce.
   Pułkownik Johnson odezwał się naraz:
   — Te diamenty zostały skradzione.
   — Chyba pan nie sądzi, sir — krzyknął Harbury — że mam z tym cokolwiek 
wspólnego!
   — Nie rzucam żadnych oskarżeń — odparł Johnson. — A więc czy może nam pan 
coś powiedzieć w tej materii?
   — Chodzi o diamenty czy o morderstwo?
   — O jedno i drugie.
   Harbury zamyślił się. Zwilżył językiem pobladłe wargi i rozejrzał się wokół 
nerwowo.
   — Nie sądzę, żebym coś wiedział, proszę pana.
   — Czy podczas pełnienia służby nie słyszał pan niczego, co mogłoby nam być 
pomocne? — spytał Poirot.
   Harbury zamrugał lekko powiekami.
   — Nie, myślę, że nie. Nastąpiło tylko jakieś nieporozumienie między panem Lee 
i… pewnymi członkami rodziny.
   — Kogo nią pan na myśli?
   — Zdaje się, że chodziło o powrót pana Harry’ego. Pan Alfred źle to przyjął. Chyba 
wymienili z ojcem kilka ostrych słów, ale nic więcej nie wiem. Pan Lee ani przez 
chwilę nie oskarżał go o zabranie diamentów. Jestem zresztą pewien, że pan Alfred 
nigdy by czegoś podobnego nie zrobił.
   — Czy pan Lee rozmówił się z synem wtedy, gdy już wiedział, że diamenty 
zniknęły? — spytał Poirot.
   — Tak, proszę pana.
   Poirot nachylił się ku niemu.
   — Sądziłem, Harbury — rzekł miękko — że nie wiedział pan o kradzieży 
diamentów, póki tego nie powiedzieliśmy przed chwilą. A więc jakim cudem 
wiadomo panu, że Simeon Lee odkrył ich zniknięcie przed rozmową z synem?
   Harbury poczerwieniał jak burak.
   — Kłamstwo nie zda się na nic — rzekł Sugden. — Proszę mówić! Kiedy się pan 
dowiedział o kradzieży?
   — Słyszałem, jak pan Lee mówił o tym z kimś przez telefon — mruknął markotnie 
Harbury.

background image

   — Był pan wtedy w pokoju?
   — Nie, przy drzwiach. Nie usłyszałem wiele, najwyżej parę słów.
   — A co pan właściwie usłyszał? — spytał dobrotliwie PoiroL
   — Doszły mnie słowa „kradzież” i „diamenty”, a także „nie wiem, kogo 
podejrzewać”. Potem pan Lee dodał jeszcze coś o dzisiejszym wieczorze i o godzinie 
ósmej.
   Inspektor Sugden przytaknął.
   — On rozmawiał ze mną, chłopcze. Mniej więcej za dziesięć piąta. Zgadza się?
   — Tak, proszę pana.
   — A czy wieczorem, gdy pan tam przyszedł, wyglądał na przygnębionego?
   — Chyba tak. Wydał mi się roztargniony i zmartwiony.
   — Przestraszył się pan wtedy, co, Harbury?
   — Och, panie inspektorze, proszę tak nie mówić. Nawet nie tknąłem diamentów! 
Niczego mi pan nie udowodni. Nie jestem złodziejem…
   Inspektor odparł niewzruszony:
   — To się okaże. — Spojrzał pytająco na komisarza. Johnson dał mu znak 
skinieniem głowy. Sugden ciągnął dalej: — Wystarczy, mój chłopcze. Nie będziemy 
już pana dzisiaj fatygować.
   Harbury pospiesznie wyszedł. Sugden pogratulował małemu Belgowi:
   — Piękna robota, Poirot! Zastawił pan pułapkę, a on dał się złapać. Złodziej czy nie 
złodziej, kłamczuch z niego pierwszorzędny…
   — Obrzydliwy człowiek! — stęknął Poirot.
   — Zgoda, straszne ladaco — przytaknął Johnson. — Co jednak sądzić o jego 
zeznaniach?
   — Widzę trzy hipotezy — podsumował Sugden. — Pierwsza: Harbury to złodziej i 
morderca. Druga: złodziej, ale nie morderca. Trzecia: Harbury jest niewinny! 
Skłaniam się jednak ku pierwszej ewentualności. Podsłuchał rozmowę telefoniczną i 
dowiedział się, że kradzież odkryto. Zachowanie starszego pana zdradziło mu, że jest 
podejrzany. Podjął więc decyzję: wyjdzie ostentacyjnie o ósmej, żeby sprokurować 
sobie alibi. Cóż łatwiejszego niż wymknąć się z kina i wrócić tu niepostrzeżenie! 
Może nam wmawiać, że był z dziewczyną; musi się jednak mieć na baczności, żeby 
go nie zdradziła. Zobaczę jutro, co z tego wyniknie.
   — Ale jak zdołał dostać się do domu?
   — Wydaje się to niełatwe — przyznał Sugden. — Pewnie sobie jednak jakoś 
poradził. Któraś ze służących mogła go wpuścić bocznym wejściem.
   Poirot uniósł brwi i rzucił ironicznie:
   — Znalazłby się zatem na łasce aż dwóch kobiet naraz. Z jedną mógł zaryzykować, 
ale z dwiema… Eh bien, wydaje mi się, że ryzyko byłoby potężne!
   — Przestępcy sądzą czasami, że poradzą sobie ze wszystkim — rzekł Sugden i 
ciągnął dalej: — Weźmy wariant drugi.
   Harbury zwędził diamenty. Wieczorem wyniósł je z domu i zapewne wręczył 
wspólnikowi. Jak dotąd wszystko pasuje. Musimy tylko przyznać, że kto inny wybrał 
sobie akurat ten sam wieczór, by zamordować pana Lee, i że ów ktoś nie ma nic 
wspólnego z kradzieżą diamentów. Oczywiście to możliwe, ale raczej dziwne. Teraz 
wariant trzeci: Harbury okazuje się niewinny. Ktoś inny ukradł diamenty i 
zamordował starego dżentelmena, a do nas należy wykrycie prawdy…
   Pułkownik Johnson ziewnął, spojrzał na zegarek i wstał.
   — No, dobrze — rzekł. — Chyba na dziś wieczór wystarczy. Rzućmy lepiej okiem 
na ten sejf, zanim sobie pójdziemy. Może nasze przeklęte diamenty nadal w nim 
tkwią? Tego by tylko brakowało…
   Diamentów tam jednak nie było. Znaleźli szyfr cyfrowy, posługując się notesikiem, 

background image

który zgodnie ze słowami Lidii Lee spoczywał w kieszeni szlafroka zmarłego. W 
sejfie leżał pusty woreczek zamszowy i nieco papierów, ale tylko jeden z nich 
przyciągnął ich uwagę.
   Był to testament sporządzony piętnaście lat temu. Poza rozmaitymi legatami bez 
większego znaczenia ostatnia wola Simeona Lee rysowała się dość jednoznacznie. 
Połowę jego majątku miał otrzymać Alfred. Drugą połowę dziedziczyły w czterech 
równych częściach pozostałe dzieci: Harry, George, Dawid i Jennifer.

CZĘŚĆ 4
25 GRUDNIA
I
   
   W jasnym blasku świątecznego popołudnia Poirot przechadzał się. po ogrodzie 
Gorston Hall. Samo domostwo, solidna kanciasta bryła, nie rościło sobie żadnych 
pretensji do jakiegokolwiek stylu architektonicznego.
   Wzdłuż południowej fasady ciągnął się obszerny taras okolony szpalerem 
strzyżonych cisów. Ze szpar pomiędzy kamiennymi płytami wystrzeliwały w górę 
drobne, zielone roślinki, a wzdłuż całego tarasu widniały, nieznacznie wzniesione nad 
poziomem gruntu, kamienne misy przemienione w miniaturowe ogródki.
   Poirot przyjrzał im się z uznaniem. Szepnął do siebie:
   — Dobrze pomyślane!
   Gdy uniósł znad nich wzrok, dostrzegł sylwetki dwóch osób, które zmierzały ku 
oddalonej o jakieś trzysta metrów sadzawce. Z łatwością rozpoznał w jednej z nich 
Pilar. Z początku sądził, że drugą postacią jest Stephen Farr, wkrótce jednak 
stwierdził, że mężczyzną z boku Pilar był Harry Lee. Harry wydawał się z wielką 
uwagą słuchać tego, co mówiła jego ponętna siostrzenica. Od czasu do czasu odrzucał 
głowę do tyłu i wybuchał śmiechem, później zaś nachylał się ku swej towarzyszce, by 
lepiej ją słyszeć.
   — No, ci się nie zamartwiają — mruknął pod nosem Poirot. Lekki szelest tuż za 
nim kazał mu się odwrócić. Niedaleko niego stała Magdalena Lee. Ona również 
przyglądała się oddalonej parze. Odwróciła głowę i posłała Poirotowi czarujący 
uśmiech.
   — Jaki śliczny dzień, prawda? Po prostu nie sposób uwierzyć w koszmar ostatniej 
nocy.
   — Istotnie, trudno w to uwierzyć.
   Magdalena westchnęła.
   — Nigdy jeszcze nie byłam zamieszana w żadną tragedię. Ja… Ja po prostu nagle, 
w ciągu jednej nocy, musiałam dorosnąć. Za długo chyba pozostawałam dzieckiem… 
I myślę, że to niedobrze. — Westchnęła ponownie. — Pilar wspaniale potrafiła 
zachować zimną krew. Może odegrało w tym rolę jej hiszpańskie pochodzenie… 
Jakie to wszystko dziwne, nie uważa pan?
   — Co panią dziwi, madame?
   — Pojawiła się w tym domu tak nagle. Jakby spadła z nieba!
   — Zdaje się, że pan Lee poszukiwał jej od dłuższego czasu — rzekł Poirot. — 
Korespondował z konsulatem angielskim w Madrycie i z wicekonsulatem w Aliquara, 
gdzie zmarła jej matka.
   — Nikomu nie pisnął ani słowa — odparła Magdalena. — Alfred nic o tym nie 
wiedział, Lidia również.
   — Ach! — westchnął Poirot.
   Magdalena podeszła bliżej. Poirot poczuł woń jej subtelnych perfum.
   — Nie orientuje się pan zapewne, że mąż Jennifer, Estravados, umarł wkrótce po 

background image

ślubie w tajemniczych okolicznościach. Alfred i Lidia wiedzą coś o tym. Zdaje się, że 
chodzi o jakiś skandal…
   — Doprawdy? Co za smutna historia — odrzekł Poirot.
   — Mój mąż uważa — ciągnęła Magdalena — i ja się z nim zgadzam, że rodzina 
powinna więcej wiedzieć o przodkach tej małej… Gdyby jej ojciec był na przykład 
przestępcą…
   Urwała, lecz Poirot nadal milczał. Wydawało się, że całkowicie pochłonęła go 
kontemplacja piękna przyrody, które nawet zimą dało się jeszcze dostrzec w parku 
Gorston Hali.
   — Sposób, w jaki zamordowano mego teścia, wydaje mi się doprawdy bardzo 
znamienny. Jest tak mało angielski…
   Herkules Poirot odwrócił się ku niej powoli. Jego badawczy wzrok skrzyżował się z 
naiwnym, lecz oskarżycielskim spojrzeniem Magdaleny.
   — Oni są przecież strasznie okrutni, prawda? — rzekła głosikiem zalęknionego 
dziecka. — Weźmy choćby walki byków i tak dalej…
   — A więc według pani to signorina Estravados poderżnęła gardło swemu 
dziadkowi? — spytał żartobliwie Poirot.
   — Och, nie! — wykrzyknęła ze zgorszeniem Magdalena. — Wcale czegoś takiego 
nie mówiłam!
   — No, chyba nie.
   — Ja tylko sądzę, że może być… hm… podejrzana. Na przykład wczoraj 
wieczorem szybko podniosła coś z podłogi w tym pokoju.
   — Podniosła wczoraj coś z podłogi? — ton Poirota zmienił się nagle. /
   Magdalena kiwnęła głową. Jej dziecinne usteczka wygięły się w złośliwym 
grymasie.
   — Och, jak tylko wbiegliśmy do pokoju. Rozejrzała się dokoła, czy nikt nie patrzy, 
a potem to coś podniosła. Na szczęście inspektor ją zobaczył i musiała mu oddać, co 
zabrała.
   — Co to było, madame?
   — Nie wiem. Stałam za daleko. — W głosie Magdaleny zabrzmiał szczery żal. — 
Jakiś drobiazg.
   Poirot zmarszczył brwi.
   — A to ciekawe… — mruknął do siebie.
   Magdalena dorzuciła pospiesznie:
   — Sądzę, że powinien pan o tym wiedzieć. W końcu niewiele nam wiadomo o 
edukacji Pilar i o jej życiu w Hiszpanii. Alfred zawsze wszystkim zanadto ufa, a Lidia 
jest zbyt wyrozumiała. Chyba już pójdę i zobaczę, czy mogę jej w czymś pomóc, 
trzeba przecież napisać listy.
   Odeszła ze złośliwym uśmieszkiem.
   Poirot stał nadal w zamyśleniu na tarasie.

II
   
   Do małego Belga podszedł inspektor Sugden.
   — Dzień dobry. Chyba nie wypada życzyć dziś panu wesołych świąt? — rzekł z 
posępną miną.
   — Mon cher collegue, w istocie nie wygląda pan radośnie. Na życzenia wesołych 
świąt z pewnością nie mógłbym odpowiedzieć „nawzajem”…
   — Rzeczywiście, wolałbym nigdy nie świętować podobnego Bożego Narodzenia — 
odparł Sugden.
   — Są jakieś postępy?

background image

   — Sprawdziłem wiele spornych punktów w zeznaniach. Alibi Harbury’ego wygląda
całkiem nieźle. Jeden z pracowników kina widział go w towarzystwie dziewczyny. 
Widział też, jak z nią wychodził po skończonym seansie, i zaręcza, że w żaden 
sposób nie mógł opuścić sali podczas wyświetlania filmu. Dziewczyna z kolei zaklina 
się, że Harbury cały czas siedział koło niej.
   Poirot uniósł brwi.
   — A więc to przesądza sprawę.
   — Z dziewczętami nigdy nie wiadomo! — rzekł z pewnym cynizmem Sugden. — 
Skłamią bezwstydnie, byle tylko chronić amanta.
   — Dowodzi to tylko ich dobrego serca — odparł Poirot.
   — Mówi pan jak typowy cudzoziemiec. Uwłacza to wymiarowi sprawiedliwości — 
burknął Sugden.
   — Sprawiedliwość bywa dziwną rzeczą — stwierdził Poirot. — Czy zastanawiał się 
pan kiedyś nad tym?
   Sugden spojrzał na niego przeciągle.
   — Co pan wygaduje?
   — Ależ ja tylko wyciągam wnioski z mego rozumowania. Przestańmy się 
sprzeczać. Uważa pan zatem, że panienka z mleczarni mówi nieprawdę?
   — Tego nie powiedziałem — sprzeciwił się Sugden. — W gruncie rzeczy myślę, że 
mówiła szczerze. To prosta dziewczyna i zaraz złapałbym ją na kłamstwie.
   — Z pewnością ma pan spore doświadczenie.
   — O właśnie, Poirot. Gdy spędzi się większą część życia na słuchaniu cudzych 
zeznań, nietrudno odróżnić prawdę od kłamstwa. Nie, sądzę, że ona mówi szczerze. A 
jeśli tak, to Harbury nie mógł zamordować starego pana Lee i musimy szukać 
winowajcy pośród mieszkańców tego domu. — Westchnął głęboko. — Ktoś z nich 
popełnił zbrodnię, Poirot Ktoś z nich… lecz kto?
   — Nie ma pan nowych poszlak?
   — Owszem. Poszczęściło mi się z telefonami. George Lee przeprowadził rozmowę 
z Westeringham na dwie minuty przed dziewiątą. Mówił prawie przez sześć minut.
   — No, proszę!
   — Co więcej, nie było poza tym połączenia ani z Westeringham, ani z żadną inną 
miejscowością.
   — Bardzo interesujące — rzekł Poirot z uznaniem. — George Lee powiedział, że 
właśnie odkładał słuchawkę, gdy posłyszał hałas nad głową, ale naprawdę skończył 
rozmowę o dziesięć minut wcześniej. Gdzie wtedy był? Jego żona mówi, że to ona 
dzwoniła, tylko że wcale tego nie zrobiła. Gdzież z kolei podziewała się ona?
   — Zdaje się, że pan z nią przed chwilą rozmawiał? — zauważył Sugden.
   — Jest pan w błędzie — odparł Poirot.
   — Co takiego?
   — Ja z nią nie rozmawiałem. To ona mówiła ze mną.
   Zniecierpliwiony Sugden miał już pominąć milczeniem ów niuans, gdy nagle 
dotarło do niego znaczenie słów Poirota.
   — Powiada pan, że to ona z panem mówiła?
   — Jak najbardziej. Właśnie po to przyszła.
   — I co panu powiedziała? — spytał zaciekawiony Sugden.
   — Chciała zwrócić moją uwagę na pewne szczegóły, a mianowicie: na mało 
angielski charakter zbrodni, na podejrzanych przodków panny Estravados, a wreszcie 
na fakt, że wczoraj wieczorem pospiesznie podniosła ona coś z podłogi.
   — Mówiła panu o tym?
   — Tak. Co właściwie signorina znalazła tam na podłodze?
   Sugden westchnął.

background image

   — Sam chciałbym wiedzieć! Pokażę panu. W romansach policyjnych stanowi to 
zwykle klucz do tajemnicy. Jeśli pan zdoła coś wydedukować, gotów jestem wycofać 
się ze służby…
   — Proszę mi to pokazać.
   Sugden wyjął z kieszeni kopertę i wysypał na dłoń jej zawartość. Na jego twarzy 
ukazał się słaby uśmiech.
   — Jaki wniosek pan z tego wyciągnie?
   Na dłoni inspektora leżał trójkątny strzępek różowego kauczuku i drewniana kostka.
   Sugden uśmiechnął się szerzej, gdy Poirot z nieufnością oglądał drobiazgi.
   — Nasuwa to panu jakąś myśl?
   — Strzępek kauczuku mógłby pochodzić z torebki na przybory toaletowe.
   — Istotnie. Wykrojono go z woreczka na gąbkę, który znaleziono w pokoju pana 
Lee. Ktoś wyciął z niej ostrymi nożyczkami mały trójkącik. Mógłby to zrobić sam 
pan Lee, ale nie pojmuję celu. Harbury nie potrafił tego wyjaśnić. Kostka przypomina 
żetony do gry, ale zazwyczaj robi się je z kości słoniowej, a tymczasem tą wyrzezano 
nożem z pospolitego, surowego drewna.
   — Zadziwiające… — szepnął Poirot.
   — Może pan sobie zatrzymać te błahostki — rzekł uprzejmie Sugden. — Mnie się 
do niczego nie przydadzą.
   — Mon ami, nie chciałbym ich pana pozbawiać.
   — Czy to drobiażdżki coś panu mówią?
   — Przyznaję, że absolutnie nic.
   — Wspaniale! — wykrzyknął Sugden z ironią, chowając do kieszeni zawartość 
koperty. — Ależ robimy postępy!
   — Pani Magdalena powiedziała, że hiszpańska mademoiselle podniosła te drobiazgi 
mimochodem z podłogi. Czy to prawda?
   Sugden zastanawiał się przez chwilę.
   — Nie… — rzekł z wahaniem. — Nie wygląda na winną… ale schyliła się szybko i 
bezszelestnie. Nie wiem, czy pan rozumie, co mam na myśli. Ona nie wiedziała, że 
spostrzegłem, co robi. Tego jestem pewien. Aż podskoczyła, gdy do niej podszedłem.
   Poirot stwierdził w zadumie:
   — Miała więc powód do strachu. Ale jaki? Ten strzępek kauczuku jest całkiem 
świeży i do niczego nie służy… A jednak…
   Sugden rzucił niecierpliwie:
   — Może pan sobie łamać głowę do woli. Mam inne rzeczy do roboty.
   — Jak daleko pan zaszedł? — spytał Poirot.
   Sugden wyjął notes.
   — Wróćmy do faktów. Na razie wyeliminowałem ludzi, którzy nie mogli popełnić 
zbrodni. Trzeba ich sobie darować.
   — O kim pan myśli?
   — Najpierw Alfred i Harry Lee. Mają murowane alibi. Potem pani Lidia, którą 
Tressilian widział w salonie minutę wcześniej, nim posłyszano hałas na górze. Ta 
trójka jest poza podejrzeniami. A teraz reszta. Ma pan tu listę, sporządziłem ją dla 
większej jasności.
   Podał Poirotowi notes.
   „George Lee: nie wiadomo, gdzie był.
   Magdalena Lee: nie wiadomo, gdzie była.
   Dawid Lee: grał na fortepianie w saloniku muzycznym (potwierdziła to jego żona).
   Hilda Lee: była w saloniku razem z nim (potwierdza to mąż).
   Panna Estravados: była w swojej sypialni (brak potwierdzenia).
   Stephen Farr: był w sali tanecznej i słuchał płyt (potwierdza to troje służących, 

background image

którzy słyszeli w kredensie odgłos muzyki)”.
   Poirot zwrócił mu listę ze słowami:
   — A więc?
   — A więc — odparł Sugden — George Lee mógł zabić ojca. Pani Magdalena także 
i tak samo panna Estravados. Również Dawid i Hilda Lee mogli to zrobić… ale nie 
obydwoje naraz.
   — Nie wierzy pan zatem w ich alibi?
   Inspektor Sugden gwałtownie potrząsnął głową.
   — Nigdy w życiu! Oddane sobie małżeństwo? Mogą być wspólnikami. Jeśli jedno z 
nich popełniło zbrodnię, drugie skłamie z podniesionym czołem, byle tylko zapewnić 
małżonkowi alibi. Ja uważam, że ktoś rzeczywiście grał w saloniku na fortepianie. 
Mógł to być Dawid Lee i pewnie tak się rzeczy miały, bo z niego wyborny pianista, 
ale mamy tylko jego słowo na dowód, że byli tam obydwoje. Również Hilda mogła 
grać na fortepianie, podczas gdy Dawid wspiął się po schodach i zabił ojca! Ich 
przypadek różni się krańcowo od przypadku dwóch braci w jadalni. Alfred i Harry 
Lee bynajmniej się nie kochają i żaden z nich nie skłamałby, żeby ocalić drugiego.
   — A Stephen Farr?
   — Pozostaje podejrzanym, bo gramofon to słabe alibi. Może się jednak 
niespodziewanie okazać mocniejszym od stuprocentowego, które w dziewięciu 
przypadkach na dziesięć bywa sfingowane.
   Poirot pokiwał głową.
   — Wiem, o czym pan myśli. O alibi kogoś, kto wcale się nie stara, by je sobie 
zapewnić.
   — Doskonale! A poza tym nie sądzę, by w tę zbrodnię zamieszany był ktoś obcy.
   — Całkowicie się z panem zgadzam — odparł żywo Poirot. — To sprawa rodzinna. 
Złe skłonności bywają głęboko zakorzenione… Krążą we krwi niczym trucizna… 
Czuję tu świadomą, głęboką nienawiść… — Machnął ręką. — Och… Nic już nie 
pojmuję… Jakie to trudne!
   Inspektor Sugden wysłuchał go z respektem, lecz bez głębszego zainteresowania, 
po czym rzekł:
   — Właśnie, właśnie, Poirot. Ale poradzimy sobie z tym, nie ma obawy, wystany 
logika i eliminacja. Wiemy już, kto miał okazję: George „Lee, Magdalena Lee, Hilda 
Lee, Pilar Estravados i, być może, Stephen Farr. Zajmijmy się teraz tymi, którzy mieli 
motyw. Ktoś miał bowiem niezbędny motyw do usunięcia z drogi starego pana Lee. I 
tu również musimy pominąć niektóre osoby. Po pierwsze: panna Estravados. W myśl 
obecnego testamentu niczego nie dziedziczy. Gdyby Simeon Lee zmarł wcześniej od 
jej matki, Pilar dziedziczyłaby część przypadającą Jennifer. To ostatnia zmarła 
wszakże wcześniej niż Simeon, a zatem należna jej część przechodzi na innych 
członków rodziny. W interesie panny Estravados leżało więc zachowanie starego 
pana przy życiu. Zdążył się do niej przywiązać i z pewnością zostawiłby jej niemałą 
sumkę, gdyby sporządził nowy testament. Miała wszystko do stracenia i nic do 
zyskania, gdyby popełniła morderstwo. Zgadza się pan ze mną?
   — Całkowicie.
   — Oczywiście, pozostaje możliwość, że mogła go zabić w trakcie jakiejś kłótni, ale 
wydaje mi się to nieprawdopodobne. Najwyraźniej żyli w zupełnej zgodzie, a poza 
tym za tu przebywa, by zdążyła poczuć do niego głębszą urazę. Jestem więc zdania, 
że panna Pilar nie miała nic wspólnego z morderstwem, choć mógłby pan uważać, że 
poderżnięcie komuś gardła to, jak mówi pana przyjaciel George Lee, strasznie 
nieangielska zbrodnia…
   — Proszę nie nazywać go moim przyjacielem — odrzekł cierpko Poirot — bo 
zacznę mówić o pańskiej przyjaciółce, pannie Estravados, niezwykle czułej na męską 

background image

urodę…
   Poirot z przyjemnością zauważył, że Sugden ponownie stracił zawodową zimną 
krew i poczerwieniał jak piwonia. Poirot obserwował to ze złośliwą satysfakcją.
   — Pańskie wąsy są doprawdy imponujące… Czy może mi pan zdradzić markę 
swojej pomady?…
   — Pomady? O Boże! Nie używam żadnej.
   — A więc cóż pan stosuje?
   — Niczego nie stosuję. One… One po prostu tak rosną.
   Poirot westchnął.
   — Co za szczęściarz. — Pogładził własny, dosyć obfity, czarny wąsik i westchnął 
ponownie. — Mimo że wcale nie dbam o koszty — mruknął — farba strasznie 
niszczy włos…
   Inspektor Sugden nie wykazał należytego zainteresowania problemem pielęgnacji 
owłosienia i ciągnął flegmatycznie:
   — W związku z motywem musimy zapewne wyeliminować z grona podejrzanych 
Stephena Farra. Może jego ojciec ucierpiał kiedyś wskutek kłótni z Simeonem Lee, 
ale ja w to wątpię. Farr mówi zbyt szczerze i zbyt pewnie, gdy porusza ten temat. 
Budzi we mnie zaufanie. Nie sądzę, by mógł popełnić tę zbrodnię. Nie, stanowczo nie 
tędy droga.
   — Zgadzam się z panem.
   — I jeszcze jedna osoba miała motyw, by nie zabijać starego pana: jego syn Harry. 
Owszem, przypadła mu w udziale część spadku, tylko że o tym nie wiedział. Co 
prawda, nie miał pewności. Każdy sądził, że ojciec go wydziedziczył po tym, jak syn 
uciekł z domu. Pojednali się wszakże i Harry wrócił do łask. Nowy testament z 
pewnością byłby dlań korzystny, po cóż miałby, jak ostatni głupiec, zabijać ojca? A w 
dodatku, jak wiemy, wcale nie mógł tego zrobić. Doprawdy, Poirot, robimy postępy: 
zdołaliśmy wyeliminować mnóstwo osób…
   — W istocie. Wkrótce zabraknie nam podejrzanych!
   Sugden zaśmiał się ironicznie.
   — Nie tak prędko! Pozostają George i Dawid wraz z żonami. Wszyscy zyskaliby na 
śmierci Simeona, a George, jak się zdołałem dowiedzieć, ma kłopoty finansowe. Co 
więcej, ojciec zagroził, że mu obetnie pensję. Mamy więc i motyw, i sposobność.
   — Niech pan ciągnie dalej — rzekł Poirot.
   — Mamy też jego żonę… Łasa na pieniądze jak kot na śmietanę. Założyłbym się, 
że tonie w długach! Skręca ją z zazdrości o małą Hiszpankę, w której szybko odkryła 
faworytkę starego pana. Słyszała, że posłał po prawnika, więc postanowiła działać 
szybko. Oto domniemana winowajczyni.
   — Możliwe.
   — Pozostają Dawid i Hilda Lee. Wedle testamentu dziedziczą, nie wiem jednak, 
czy w ich przypadku motyw pieniędzy jest decydujący.
   — Sądzi pan, że nie?
   — Chyba nie. Dawid Lee wydaje mi się marzycielem, nie kupczykiem. Ale poza 
tym… dziwny z niego typ. Widzę tu trzy możliwe motywy zbrodni: diamenty, 
testament i… czystą nienawiść.
   Ach, dostrzega pan to?
   — Naturalnie. Cały czas ją widzę. Gdyby Dawid Lee uśmiercił ojca, to na pewno 
nie dla pieniędzy. Jeśli on jest mordercą, może stąd właśnie ów straszny rozlew 
krwi…
   Poirot spojrzał na Sugdena z uznaniem.
   — Ciekaw byłem, czy weźmie pan to pod uwagę. „Że też ten starzec miał w sobie 
tyle krwi…” — to słowa Lidii. Przywodzą mi na myśl rytuały oczyszczenia przez 

background image

krew ofiary… Sugden wzdrygnął się
   — Sądzi pan, że sprawca jest szaleńcem?
   — Mon cher, w ludziach drzemią instynkty, z których nie zdają sobie sprawy. 
Żądza krwi, dzikie pragnienie złożenia ofiary…
   — Dawid Lee sprawia wrażenie spokojnego, nieszkodliwego człowieka — rzekł z 
powątpiewaniem Sugden.
   — Nie zna pan ludzkiej psychiki — odparł Poirot. — On żyje przeszłością. Pamięć 
o matce jest dla niego wiecznie żywa. Przed wielu laty zerwał z ojcem, bo nie mógł 
mu wybaczyć, że źle traktował żonę. Przypuśćmy, że przyjechał z zamiarem 
przebaczenia… A może nie jest w stanie tego zrobić? Weźmy choćby jedno: gdy 
Dawid stanął nad zwłokami ojca, doznał swoistego ukojenia. „Młyny boże mielą 
powoli, ale gruntownie”. Oto mamy zemstę i odpłatę, zło unicestwione przez ofiarę 
przebłagalną!
   Sugden zadrżał nagle.
   — Niechże pan przestanie, Poirot. Krew mi krzepnie w żyłach, kiedy to słyszę. W 
takim razie… jego żona wie o wszystkim i wytęży wszelkie siły, byle tylko osłonić 
męża. Mogę to sobie łatwo wyobrazić, ale mimo wszystko nie widzę jej w roli 
morderczyni. Taka miła, dosyć pospolita kobieta…
   Poirot spój rżał na niego z zaciekawieniem.
   — Tak pan sądzi? — mruknął.
   — Owszem… Wydaje mi się po prostu zacną osobą. Chyba pan rozumie, co chcę 
przez to powiedzieć.
   — Znakomicie rozumiem.
   Sugden spojrzał na Poirota zaintrygowany.
   — Coś mi się zdaje, że ma pan własne zdanie o tej sprawie. Chętnie bym je poznał.
   Poirot oświadczył, mówiąc powoli:
   — Owszem, mam własne zdanie, ale jeszcze dosyć mgliste. Może najpierw pan 
spróbuje wszystko podsumować?
   — Zgoda. Jak już mówiłem, mamy trzy możliwe motywy: nienawiść, chciwość i 
diamenty. Ustalmy najpierw kolejność wydarzeń. O trzeciej trzydzieści cała rodzina 
gromadzi się na górze. Wszyscy słyszą rozmowę telefoniczną. Potem stary pan 
obrzuca bliskich stekiem obelg i wyrzuca ich z pokoju. Wychodzą przerażeni.
   — Hilda Lee zostaje — rzekł Poirot.
   — Owszem, ale nie na długo. Potem, koło szóstej, Alfred rozmawia z ojcem… i jest 
to niemiła rozmowa. Harry zostaje w domu. Alfred jest niezadowolony. Oczywiście, 
mógłby być naszym głównym podejrzanym. Ma najmocniejszy motyw. Nadchodzi 
jednak pełen arogancji Harry, któremu udało się dopiąć swego: na nowo pozyskać 
życzliwość ojcowską. Wcześniej jednak Simeon Lee odkrył stratę diamentów i 
zadzwonił do mnie. Nie wspomniał o niej żadnemu z synów. Dlaczego? Dlatego, że 
— jak sądzę — był pewien niewinności obydwóch. Żadnego z nich nie podejrzewał. 
Myślę, jak już wspomniałem, że stary pan miał na oku Harbury’ego i jeszcze jedną 
osobę. Jestem pewien, że wiem, kogo miał na myśli. Niech pan sobie przypomni: 
Simeon Lee nie chciał, żeby tego wieczoru ktokolwiek dotrzymywał mu towarzystwa. 
Dlaczego? Bo czekał na dwie wizyty: moją i podejrzanej osoby. Poprosił kogoś, by 
przyszedł zobaczyć się z nim zaraz po obiedzie. Kto to mógł być? Może George Lee? 
A może, co bardziej prawdopodobne, jego żona? I jeszcze jedna osoba wkracza na 
scenę… Pilar Estravados. Pokazywał jej diamenty. Powiedział, ile są warte. A może 
ta dziewczyna to złodziejka? Niech pan weźmie pod uwagę tajemnicze wzmianki o 
jej ojcu. Może był zawodowym złodziejem i skończył w więzieniu?
   Poirot rzekł po chwili namysłu:
   — A więc, jak pan mówi, Pilar Estravados wkracza na scenę.

background image

   — Owszem. Jako złodziejka. Nie ma innej możliwości. Mogła stracić panowanie 
nad sobą, gdy pojęła, że prawda wyszła na jaw. Mogła rzucić się na dziadka i 
zamordować go.
   — Owszem… możliwe…
   Inspektor Sugden spojrzał bystro na swego rozmówcę.
   — Ale pan ma inne zdanie. Kiedy będę mógł je poznać?
   — Pozwoli pan, że wrócę do mego starego tematu — odezwał się Poirot. — Do 
charakteru ofiary. Jaki był właściwie Simeon Lee?
   — To dosyć jasne.
   — A zatem niech mi pan opowie, co o nim sądzono w okolicy.
   Inspektor Sugden z powątpiewaniem poskrobał palcem podbródek i trwał przez 
chwilę w zamyśleniu. Wreszcie rzekł:
   — Właściwie to nie moje strony. Pochodzę z Reeveshire, sąsiedniego hrabstwa. 
Rzecz jasna, stary pan Lee był i tam znaczną figurą. Znałem go ze słyszenia.
   — A co pan o nim słyszał?
   — Powiadano, że to człowiek bez skrupułów, sądzili tak prawie wszyscy. Uważano 
jednak, że jest szczodry, ma hojną rękę. Trudno sobie wyobrazić, że skąpiradło 
George to jego syn…
   — Aha! Ale w tej rodzinie są jakby dwie różne linie. Alfreda, George’a i Dawida 
łączy podobieństwo fizyczne, choćby nawet słabo zaznaczone, z ich matką. 
Przyglądałem się rankiem portretom w galerii…
   — Miał porywcze usposobienie — ciągnął Sugden — i, rzecz jasna, uganiał się za 
spódniczkami, przynajmniej za młodu. Nawet gdy już był obłożnie chory, potrafił 
okazać się hojny pod tym względem. W razie kłopotu nie skąpił grosza i zazwyczaj 
wydawał dziewczynę za mąż. Miał fatalną opinię, ale nic sobie z tego nie robił. Źle 
traktował żonę, szalał za innymi kobietami, zaniedbywał ją. Złamał jej serce i dlatego, 
jak mówią, umarła ze zgryzoty. Oczywiście to obiegowa opinia, ale myślę, że pani 
Lee była naprawdę bardzo nieszczęśliwa. Wiele chorowała, rzadko wychodziła z 
domu. Bez wątpienia Simeon Lee był osobliwym typem: na przykład lubił się mścić. 
Jeśli ktoś mu się naraził, zawsze pamiętał, żeby za to odpłacić, choćby przyszło długo 
czekać.
   — Młyny boże mielą powoli, ale gruntownie — szepnął Poirot.
   — Raczej młyny diabelskie! — wybuchnął Sugden. — Nie udawał świętego! 
Można by rzec, że zaprzedał duszę diabłu i cieszył się z dobrego interesu. A pyszny 
był jak Lucyfer!
   — Pyszny jak Lucyfer! — zawołał Poirot. — Oto sugestywna idea!
   Inspektor Sugden przyjrzał mu się z uwagą.
   — Czy sądzi pan, że pycha stała się przyczyną jego śmierci?
   — Sądzę, że dziedziczność nie jest wymysłem. Simeon Lee przekazał pychę swemu 
potomstwu…
   Poirot urwał nagle. Z domu wyszła Hilda Lee i stała na tarasie, szukając kogoś 
wzrokiem.

III
   
   — Chciałabym z panem porozmawiać, monsieur Poiroy.
   Inspektor Sugden wycofał się taktownie i zniknął we wnętrzu domu. Hilda zaczęła 
mówić, patrząc w ślad za nim:
   — Nie wiedziałam, że on tu jest razem z panem. Zdawało mi się, że widziałam go 
w towarzystwie Pilar. Sympatyczny człowiek, pełen względów dla każdego, ale…
   Jej głos miał miłe brzmienie i głęboką, dźwięczną kadencję.

background image

   — Chciała pani widzieć tylko mnie? — spytał Poirot.
   Skinęła głową,
   — Tak. Sądzę, że mógłby mi pan pomóc.
   — Z radością, madame.
   — Pan jest bardzo inteligentnym człowiekiem, monsieur Poirot. Zauważyłam to 
wczorajszego wieczoru. Łatwo więc zrozumie pan pewne sprawy. Chciałabym panu 
uzmysłowić szczególny rys charakteru mojego męża.
   — Co takiego, madame?
   — Nie odważyłabym się mówić o tym z inspektorem Sugdenem. Nie pojąłby, o co 
mi chodzi. Pan to co innego.
   Poirot skłonił się.
   — Czyni mi pani wielki zaszczyt.
   Hilda spokojnie ciągnęła dalej:
   — Mój mąż od wielu lat, jeszcze zanim za niego wyszłam, był rodzajem 
psychicznego kaleki.
   — Doprawdy…
   — Gdy ktoś dozna gwałtownego urazu fizycznego, płaci za to szokiem i bólem, 
lecz potem przychodzi powoli do siebie; ciało się goi, kości zrastają. Może być 
później słabszy czy mniej sprawny, lecz nic poza tym. Mój mąż, monsieur Poirot, 
przeżył wielki szok psychiczny w wieku największej wrażliwości, jako młody 
chłopiec. Uwielbiał matkę, a musiał patrzeć na jej śmierć. Osądził, że ojciec jest 
moralnie odpowiedzialny za jej smutny koniec. Nigdy się z tego nie zdołał otrząsnąć. 
Jego wrogość wobec ojca nie wygasła. To ja go namówiłam, żeby przyjechał tu na 
święta i pogodził się z nim. Pragnęłam tego dla jego własnego dobra. Chciałam, by 
jego zraniona psychika uleczyła się wreszcie. Pojmuję teraz, że popełniłam błąd. 
Simeon Lee znajdował złośliwą przyjemność w rozdrapywaniu starej rany. A to 
było… bardzo niebezpieczne…
   — Czy chce mi pani rzec, madame, że pani mąż zabił swego ojca?
   — Pragnę tylko panu uświadomić, że łatwo mógł tak zrobić. I chcę podkreślić, że 
tego nie uczynił! Gdy na górze mordowano Simeona Lee, jego syn grał marsza 
żałobnego. Pragnienie uśmiercenia ojca tkwiło w nim głęboko, lecz unicestwiła je 
muzyka. Tak wygląda prawda.
   Poirot milczał przez chwilę. Potem zwrócił się do niej:
   — A co pani sądzi o dramacie, którego sceną był ten dom?
   — Mówi pan o śmierci żony Simeona Lee?
   — Tak.
   Hilda odparła powoli:
   — Mam dosyć doświadczenia, by nie sądzić po pozorach. W oczach ogółu wina 
leżała po stronie Simeona Lee, który pomiatał swoją żoną. A tymczasem ja sądzę, że 
istnieje predyspozycja do cierpiętnictwa, która w pewnym typie mężczyzn budzi 
najgorsze instynkty. Simeon Lee powitałby zapewne z uznaniem odwagę i siłę 
charakteru. Potulność i płaczliwość żony irytowały go do głębi.
   Poirot skinął głową i spytał:
   — Pani mąż powiedział wczoraj wieczorem: „Moja matka cierpiała bez słowa 
skargi”. Czy to prawda?
   Hilda odparła z rozdrażnieniem:
   — Ależ skąd! Wiecznie się skarżyła. Cały ciężar swego cierpienia złożyła na zbyt 
jeszcze wątłe barki syna. Był o wiele za młody, by udźwignąć podobne brzemię.
   Poirot spojrzał na nią przeciągle. Hilda zarumieniła się i przygryzła wargę.
   — Rozumiem — rzekł mały Belg.
   — Co pan rozumie?

background image

   — Pojmuję, że wolałaby pani odgrywać u boku męża rolę żony, a nie matki.
   Hilda odwróciła się.
   Na progu domu stanął Dawid Lee i podszedł do nich. Zawołał radośnie:
   — Co za prześliczny dzień! Można by sądzić, że mamy wiosnę zamiast zimy!
   Odrzucona w tył głowa, kosmyk jasnych włosów nad czołem i rozjarzone, 
niebieskie oczy sprawiały, że wyglądał niezwykle chłopięco. Promieniowała z niego 
młodzieńcza beztroska.
   — Hildo, chodźmy nad jezioro!
   Żona uśmiechnęła się, podała mu ramię i obydwoje odeszli.
   Poirot patrzył w ślad za nimi, gdy Hilda odwróciła się i musnęła go wzrokiem, w 
którym wyczuł przelotny niepokój czy nawet strach. Wolnym krokiem poszedł 
wzdłuż tarasu, mrucząc pod nosem:
   — Jak zwykle odgrywam rolę spowiednika. A kobiety chodzą do spowiedzi 
częściej niż mężczyźni i dlatego tyle ich mnie oblegało tego ranka. Która będzie 
następna?
   Gdy dotarł, do końca tarasu i zrobił półobrót, pojął, że zna już odpowiedź na własne 
pytanie. Zbliżała się do niego Lidia Lee.

IV
   
   — Dzień dobry, panie Poirot — pozdrowiła go żona Alfreda. — Tressilian 
powiedział mi, że zastanę tu pana wraz z Harrym, ale cieszę się, że jesteśmy sami. 
Mąż koniecznie pragnął z panem mówić.
   — Ach tak? Wobec tego zaraz go odwiedzę.
   — Jeszcze nie teraz. Ostatniej nocy nie mógł zasnąć, aż wreszcie dałam mu silny 
proszek. Wciąż jeszcze śpi i nie mam sumienia go budzić.
   — Postąpiła pani nad wyraz rozsądnie. Zdaję sobie sprawę, jaki szok musiał 
przeżyć.
   Lidia rzekła z powagą:
   — Widzi pan… On kochał ojca o wiele bardziej niż inni.
   — Rozumiem.
   — Czy pan lub inspektor domyślacie się, kto mógł popełnić ten straszny czyn ?
   — Domyślamy się raczej, kto go nie popełnił.
   Lidia wykrzyknęła zniecierpliwiona:
   — Ależ to. istny koszmar! Coś niesłychanego. Nie mogę uwierzyć, że tak się 
naprawdę stało. — I dodała: — Co z Harburym? Czy rzeczywiście był w kinie, jak 
powiada?
   — Tak, madame. Jego alibi wygląda całkiem wiarygodnie. Powiedział nam 
najprawdziwszą prawdę.
   Lidia przystanęła i urwała gałązkę cisu. Twarz jej pobladła.
   — Przerażające! A więc zostaje tylko… rodzina.
   — W istocie.
   — Trudno mi uwierzyć!
   — Już pan wierzy.
   Zaprotestowała, ale słabo i bez przekonania. Uśmiechnęła się gorzko:
   — Istotnie. Okazałam się hipokrytką.
   — Jeśli pani będzie ze mną szczera, madame, sama pani uzna za fakt całkiem 
naturalny, że ktoś spośród bliskich mógł zamordować pani teścia.
   — Mówi pan straszne rzeczy.
   — Tak. Ale czyż pani teść nie był strasznym człowiekiem?
   — Biedny starzec… Teraz mogę mu współczuć, ale za życia budził we mnie zgoła 

background image

odmienne emocje.
   — Mogę sobie wyobrazić jakie — rzekł Poirot.
   Podszedł do jednego z miniaturowych ogródków.
   — Bardzo dobrze pomyślane. Ogromnie mi się podobają.
   — Cieszę się, bo to moje hobby. Czy podoba się panu pejzaż arktyczny z 
pingwinami i górą lodową?
   — Czarujące. A ten krajobraz?
   — Och, miał przedstawiać Morze Martwe… albo przynajmniej coś w tym rodzaju. 
Jeszcze go nie skończyłam. Proszę tego nie oglądać. Tutaj mamy znów korsykańską 
Pianę… Wie pan, skały są tam różowe i wznoszą się tuż nad błękitną wodą… Scena 
pustynna też chyba wygląda interesująco, jak pan myśli?
   Gdy doszli do końca tarasu, spojrzała na zegarek.
   — Pójdę zobaczyć, czy Alfred się obudził.
   Gdy odeszła, Poirot podszedł wolnym krokiem do ogródka przedstawiającego 
Morze Martwe. Spojrzał na niego z zaciekawieniem. Potem podniósł kilka 
kamyczków i obrócił je w palcach.
   Wyraz jego twarzy nagle się zmienił. Obejrzał kamyki z bliska.
   — Sapristi! — krzyknął. — Co za niespodzianka! Cóż to ma właściwie znaczyć?

CZĘŚĆ 5
26 GRUDNIA
I
   
   Inspektor Sugden i komisarz patrzyli na Poirota z niedowierzaniem. Mały Belg 
wsypał garść kamyków do kartonowego pudełeczka i podał je Johnsonowi.
   — Niewątpliwie są to diamenty.
   — Gdzie je pan znalazł, w ogrodzie?
   — W jednym z małych ogródków pani Lidii.
   — Pani Lidia Lee? Nie do wiary! — Sugden pokręcił głową.
   — Chce pan zapewne dać do zrozumienia, że ona nie mogła poderżnąć teściowi 
gardła? — zapytał Poirot.
   Sugden odparł pospiesznie:
   — Wiemy przecież, że tego nie zrobiła. Chciałem tylko powiedzieć, że nie wygląda 
mi na złodziejkę diamentów.
   — Istotnie, trudno ją wziąć za złodziejkę.
   — Każdy mógł je tam ukryć — rzekł Sugden.
   — Właśnie. Ogródek z Morzem Martwym świetnie się do tego nadawał, bo pełno 
tam kamyczków bardzo podobnych z wyglądu do naszych diamentów…
   — Czy chce pan zasugerować — spytał Sugden — że zaplanowała to zawczasu?
   — Ani przez chwilę nie uwierzę — rzekł gorąco komisarz. — Ani przez chwilę. Po 
cóż miałaby chować diamenty w pierwszym lepszym miejscu?
   — No, jeśli o to chodzi… — rzekł Sugden.
   Poirot przerwał im:
   — Nietrudno się domyślić. Zabrała diamenty, żeby upozorować motyw zbrodni, co 
oznacza, że wiedziała o dokonanym morderstwie, choć sama go nie popełniła.
   Johnson zmarszczył brwi.
   — Przecież to bez sensu; robi pan z niej wspólniczkę, ale kogo ona mogła kryć? 
Tylko męża. A tymczasem on nie ma, jak nam wiadomo, nic wspólnego z 
morderstwem. Pańska teoria upada.
   Sugden w zamyśleniu potarł podbródek.
   — Na to wygląda. Gdyby ona zabrała diamenty, byłaby to zwykła kradzież; co 

background image

prawda mogła zawczasu przygotować sobie kryjówkę w postaci tego ogródka i 
czekać, aż minie zamęt spowodowany zbrodnią. Ów pełen kamyczków ogródek mógł 
jednak, jako idealna wręcz kryjówka, zwrócić uwagę każdego potencjalnego 
złodzieja.
   — Całkiem możliwe — przyznał Poirot. — Zawsze liczę się z przypadkowym 
zbiegiem okoliczności.
   Inspektor Sugden potrząsnął głową.
   — Chciałbym znać pańskie zdanie — zachęcał go Poirot.
   — Pani Lidia — odparł inspektor starannie dobierając słów — to miła osoba. 
Trudno uwierzyć, by mogła się wplątać w podobną intrygę. Oczywiście, nigdy nie 
wiadomo…
   — W każdym razie — obstawał przy swoim Johnson — pani Lee jest poza 
podejrzeniami o popełnienie zbrodni, obojętne, czy ukradła diamenty, czy nie. 
Dokładnie w chwili morderstwa kamerdyner widział ją w salonie, pamięta pan chyba, 
Poirot?
   — Wcale nie zapomniałem.
   Komisarz zwrócił się do swego podwładnego:
   — Jedźmy dalej. Ma pan jakieś nowiny, Sugden?
   — Owszem, panie komisarzu. Dowiedziałem się co nieco o Harburym. Ma ważny 
powód, by mieć stracha przed policją.
   — Kradzież, co?
   — Nie. Szantaż. Próbował w ten sposób wyłudzać pieniądze. Zwolniono go z braku 
dostatecznych dowodów, ale podejrzewam, że nie robił tego po raz pierwszy. A że 
miał nieczyste sumienie, musiał pomyśleć, iż odkryliśmy jego podejrzaną przeszłość, 
gdy Tressilian wspomniał mu o wizycie policji.
   — A więc możemy go wyłączyć ze sprawy — mruknął komisarz. — Co jeszcze?
   Inspektor chrząknął.
   — Chodzi o żonę George’a Lee. Sprawdziliśmy pewne fakty z jej życia. Przed 
ślubem mieszkała z niejakim komandorem Jonesem. Uchodziła za jego córkę… ale 
nią wcale nie była. Najwyraźniej stary pan Lee umiał ją przejrzeć. Znał się nieźle na 
kobietach. Zaryzykował strzał w ciemno… i trafił. Trzymał ją w ręku.
   Pułkownik Johnson rzekł po chwili zadumy:
   — Miałaby zatem kolejny motyw prócz pieniędzy. Może myślała, że Simeon 
dokładnie wie o wszystkim i zdradzi jej mężowi prawdę. Historyjka z telefonem 
wygląda podejrzanie. Wiemy, że wcale z niego nie skorzystała.
   — Może poprosimy ich tu obydwoje? — zaproponował Sugden. — Niech spróbują 
nam wyjaśnić, jak właściwie było z tą rozmową…
   — Świetny pomysł! — zgodził się Johnson i sięgnął po dzwonek. Tressilian zjawił 
się natychmiast.
   — Niech pan tu poprosi George’a Lee wraz z żoną.
   — Tak jest, proszę pana.
   Ody stary sługa wychodził, Poirot zatrzymał go.
   — Czyżby nie zrywano kartek z kalendarza? Zdaje się, że wciąż widzę datę 
zbrodni…
   Tressiłian odwrócił się.
   — O który kalendarz chodzi?
   — O ten na ścianie.
   Był to kalendarz ścienny sporych rozmiarów, gdzie daty wydrukowano dużą, 
wyrazistą czcionką.
   Tressilian podszedł do ściany i zatrzymał się tuż pod nim.
   — Wybaczy pan, ale tak nie jest… Dziś mamy dwudziestego szóstego. Kartki na 

background image

pewno zrywano.
   — Bardzo pana przepraszam. Kto się tym zwykle zajmuje?
   — Pan Alfred, sir, każdego ranka. On ma wielki zmysł porządku.
   — Ach, tak… Dziękuję.
   Tressilian wyszedł. Sugden spytał zaciekawiony:
   — Co oznacza ta historia z kalendarzem? Czy czegoś nie dopatrzyłem?
   Poirot wzruszył ramionami.
   — Kalendarz nie ma znaczenia. Wykonałem po prostu maleńkie doświadczenie…
   — Jutro musimy być u koronera. Inaczej sprawę trzeba będzie odroczyć — odezwał 
się pułkownik.
   — Oczywiście. Już go uprzedziłem. Wszystko gotowe — oznajmił Sugden.

II
   
   George Lee i Magdalena weszli do gabinetu.
   — Dzień dobry — zwrócił się do nich pułkownik. — Proszę usiąść. Chciałbym 
państwu zadać kilka dodatkowych pytań. Nie wszystko jest dla mnie jasne.
   — Udzielę wszelkich możliwych wyjaśnień — rzekł George Lee pompatycznym 
tonem.
   — Oczywiście… oczywiście… — bąknęła niepewnie Magdalena.
   Komisarz dał znak Sugdenowi. Inspektor zaczął:
   — Chodzi o ten telefon w chwili popełnienia zbrodni. Zdaje się, że dzwonił pan 
wtedy do Westeringham?
   — Owszem — rzekł chłodno George Lee. — Do mego agenta wyborczego. Mogę 
podać jego personalia…
   Inspektor gestem dłoni przerwał potok jego wymowy.
   — Świetnie, świetnie.. Nie kwestionujemy tego. Dzwonił pan tam dokładnie na 
dwie minuty przed dziewiątą.
   — Doprawdy… Nie umiem powiedzieć dokładnie…
   — Ale my umiemy — tryumfalnie obwieścił Sugden. — Zawsze dokładnie 
sprawdzamy takie szczegóły. Rozmowa zaczęła się dwie minuty przed dziewiątą i 
skończyła w cztery minuty po tej godzinie. Pańskiego ojca zabito zaś kwadrans po 
dziewiątej. Po raz wtóry muszę spytać, co pan wtedy robił.
   — Przecież już mówiłem! Telefonowałem.
   — Nie, panie Lee.
   — Nonsens! Musiał się pan omylić. No, może już skończyłem rozmawiać i myśląc 
o kolejnym telefonie, zastanawiałem się, czy warto podejmować taki koszt… I wtedy 
usłyszałem hałas na górze.
   — Chyba nie dumał pan nad tym całe dziesięć minut?
   — Do czego, u diabła, pan zmierza?! Co za bezczelność! Wątpi pan w moje słowa, 
w słowa kogoś z moją pozycją? Nie będę panu zdawał sprawozdania z każdej minuty!
   Inspektor Sugden rzekł z kamiennym spokojem, który wzbudził podziw Poirota:
   — Wybaczy pan, to obowiązek zawodowy. George zwrócił się z wściekłością do 
komisarza:
   — Panie pułkowniku! Czy aprobuje pan to… to bezprzykładne zachowanie?
   — W przypadku morderstwa muszą paść pewne pytania… i trzeba na nie 
odpowiadać.
   — Przecież już odpowiedziałem! Skończyłem jedną rozmowę i… i zastanawiałem 
się, czy zaczynać następną.
   — A zatem był pan tutaj, gdy na górze rozległ się łoskot?
   — Owszem… tak, byłem tu.

background image

   Johnson zwrócił się do Magdaleny.
   — Zdaje się, że to właśnie pani miała wówczas rozmawiać stąd przez telefon, w 
dodatku zupełnie sama?
   Magdalena spłoszyła się. Zaczerpnęła głęboko tchu, rzuciła nerwowe spojrzenie na 
George’a, potem na Sugdena, a wreszcie spojrzała żałośnie na komisarza.
   — Och, doprawdy… nie wiem… Nie pamiętam, co mówiłam… Tak się strasznie 
przejęłam…
   — Mamy pani zeznania na piśmie — uprzedził ją Sugden.
   Magdalena wytoczyła najcięższą artylerię: zrobiła wielkie oczy, drżały jej wargi. 
Napotkała jednak obojętny wzrok funkcjonariusza prawa, który nie aprobował 
podobnych sztuczek.
   Rzekła niepewnie:
   — O tak… oczywiście, telefonowałam. Nie wiem dokładnie kiedy, ale…
   Urwała.
   — Co to ma znaczyć? — spytał George. — Telefonowałaś? Skąd? Stąd na pewno 
nie!
   — Przypuśćmy, że pani wcale nie telefonowała — stwierdził Sugden. — A zatem: 
gdzie pani była i co robiła?
   Magdalena rozejrzała się lękliwie po pokoju i zaczęła szlochać. Rzekła 
przerywanym głosem:
   — George… nie pozwól, żeby mną poniewierano… Wiesz przecież, że zupełnie 
tracę głowę, kiedy mnie ktoś próbuje straszyć! Ja… Ja niczego już nie pamiętam. Nie 
wiem, co mówiłam tego wieczoru… strasznie się wtedy przejęłam… a oni robią mi 
taką przykrość!
   Poderwała się i cała we łzach wybiegła z pokoju. George Lee wybuchnął:
   — Co to ma znaczyć?! Za nic nie pozwolę, żeby moją żonę straszono i 
molestowano! Ona jest taka wrażliwa! To po prostu niegodziwe! Wniosę interpelację 
do Izby Gmin w sprawie niedopuszczalnych metod policji! Zupełny skandal!
   Wyszedł szybką z gabinetu, trzasnąwszy drzwiami. Inspektor Sugden odchylił 
głowę do tyłu i roześmiał się.
   — Ależ wpadli! Zobaczymy, co będzie dalej.
   — Jej zachowanie jest co najmniej osobliwe — mruknął Johnson, unosząc brwi. — 
Musi po raz drugi złożyć zeznania.
   — Och, wróci do nas za chwilę — oznajmił Sugden. — Kiedy przygotuje sobie 
nową bajeczkę. Co pan na to, Poirot?
   Poirot drgnął, jakby głos Sugdena wyrwał go z zamyślenia.
   — Ach tak… O co chodzi?
   — Powiedziałem, że ona zaraz wróci.
   — Tak, możliwe… możliwe.
   — Co panu jest, Poirot? — spytał Sugden. — Czy zobaczył pan widmo?
   — Chyba tak właśnie było…
   — Co jeszcze, Sugden? — spytał niecierpliwie pułkownik.
   — Próbowałem ustalić, w jakiej kolejności każdy z podejrzanych pojawił się na 
miejscu zbrodni. Tuż po jej popełnieniu, gdy wszystkich zaalarmował rozpaczliwy 
krzyk ofiary. Morderca wyślizgnął się z pokoju i zamknął drzwi, posługując się 
pincetą lub czymś podobnym. Chwilę później udało mu się wmieszać w grupę 
nadbiegających osób. Niestety, trudno dokładnie określić, kto kogo wtedy widział, bo 
w takich chwilach pamięć zawodzi ludzi. Tressilian zeznał, że widział, jak Harry i 
Alfred Lee przebiegli przez hall od strony jadalni i popędzili na górę. Jego 
świadectwo wyklucza ich spośród podejrzanych, a zresztą i tak nimi nie byli. Jeśli 
dobrze pamiętam, panna Estravados przybyła późno… chyba na samym końcu. 

background image

Wszystko przemawia za tym, że Stephen Farr oraz Magdalena i Hilda Lee byli tam 
pierwsi. Każde z nich twierdzi, że ktoś dotarł tam już wcześniej. Trudno odróżnić 
świadome kłamstwo od przypadkowej pomyłki. Wszyscy pobiegli na górę, ale trudno 
orzec, w jakiej kolejności tam przybyli.
   — Czy przywiązuje pan do tego wielką wagę? — spytał Poirot.
   — Owszem, gdyż chodzi o czas. Pamięta pan? Zbrodniarz miał niewiele czasu…
   — Zgadzam się. Kwestia czasu gra w tym przypadku pierwszorzędną rolę.
   Sugden ciągnął dalej:
   — Sprawę komplikuje fakt, że mamy tu podwójne schody. Jedne w hallu, 
jednakowo odległe od jadalni i salonu, i drugie — w przeciwnym krańcu domostwa. 
Stephen Farr właśnie tamtędy dostał się na piętro. Panna Estravados również 
przybiegła tą drogą. Jej pokój znajduje się akurat na drugim końcu domu. Reszta 
biegła schodami od strony hallu.
   — Rzeczywiście, to komplikuje sprawę — rzekł Poirot. Drzwi gabinetu otwarły się. 
Weszła do niego pospiesznie Magdalena.
   Z trudem łapała oddech i miała wypieki na policzkach, lecz kiedy podeszła do 
biurka, odezwała się całkiem spokojnie:
   — Mąż myśli, że się położyłam, ale zdołałam się wymknąć z mego pokoju. Panie 
komisarzu — Magdalena spojrzała na niego szeroko rozwartymi, pełnymi udręki 
oczami — czy zachowa pan w sekrecie moje słowa, jeśli powiem prawdę? Chyba nie 
trzeba będzie tego ujawniać publicznie?
   — Ma pani na myśli coś, co nie łączy się bezpośrednio ze zbrodnią?
   — Z całą pewnością nie! To dotyczy tylko… moich prywatnych spraw.
   — Może najpierw nam pani wszystko opowie, a my osądzimy, co należy zrobić.
   Magdalena rzekła płaczliwie:
   — Och, wierzę panu. Wiem, że panu można wierzyć. Wygląda pan na zacnego 
człowieka… To było tak… Ktoś… — Urwała.
   — Proszę mówić.
   — Chciałam wtedy naprawdę do kogoś zatelefonować… do jednego z moich 
przyjaciół… i wolałam, żeby George o tym nie wiedział. Wiem, że to nieładnie, ale 
tak właśnie było. Poszłam więc po obiedzie do aparatu. Myślałam, że George dostał 
w jadalni, lecz kiedy tu przyszłam, usłyszałam, jak mówi do słuchawki, więc 
postanowiłam zaczekać.
   — Gdzie pani czekała, madame? — zapytał Poirot.
   — Przy wieszaku na płaszcze, tuż koło schodów; to dosyć ciemny zakątek. 
Schowałam się tam, żeby zobaczyć, jak George wyjdzie. Ale… on wcale nie 
wyszedł… a gdy tylko rozległ się hałas i krzyk pana Lee, wbiegłam na górę.
   — A więc pani mąż nie ruszył się stąd krokiem aż do chwili morderstwa?
   — Tak.
   — Pani zaś między dziewiątą a kwadrans po dziewiątej czekała w kącie pod 
schodami?
   — Właśnie, ale nie mogłam się przyznać! Wszyscy zaczęliby pytać, co tam 
robiłam, a to byłoby kłopotliwe, sam pan rozumie.
   — Niewątpliwie — rzekł sucho komisarz. Magdalena uśmiechnęła się radośnie.
   — Och, jak dobrze, że już wszystko powiedziałam! Ale pan nie powtórzy tego 
memu mężowi, prawda? Jestem pewna, że mogę panom zaufać…
   Posłała wszystkim trzem mężczyznom to samo błagalne spojrzenie i wybiegła w 
pośpiechu. Komisarz Johnson westchnął.
   — Owszem, mogło tak być! Jej historyjka brzmi całkiem prawdopodobnie. Tylko 
że…
   — … mogła i tym razem kłamać — dokończył za niego Sugden. — W każdym 

background image

razie… nie mamy pewności.

III
   
   Lidia Lee stała w salonie i wyglądała przez boczne okno. Jej sylwetka niemal 
całkowicie nikła w cieniu ciężkich zasłon. Szelest w pokoju spłoszył ją i kazał się jej 
odwrócić. W drzwiach stanął Herkules Poirot.
   — Och, przestraszył mnie pan.
   — Najmocniej przepraszam, madame. Mam zwyczaj cicho stąpać.
   — Myślałam, że to Harbury.
   — Tak, on nigdy nie czyni hałasu — przyznał Poirot. — Jak kot… albo jak 
złodziej.
   Urwał i obserwował ją w milczeniu.
   Na twarzy Lidii pojawił się jedynie wyraz lekkiego niesmaku.
   — Nigdy go nie lubiłam. Będę zadowolona, kiedy go wreszcie zwolnimy.
   — To mądre posunięcie z pani strony. Spojrzała na niego uważnie.
   — Czy wie pan o czymś, co świadczyłoby na jego niekorzyść?
   — Ten człowiek lubi znać cudze sekrety… i potrafi robić użytek ze swojej wiedzy.
   — Sądzi pan — rzuciła gwałtownie — że wie o czymś, co ma związek z 
morderstwem?
   Poirot wzruszył ramionami.
   — Ma cichy krok i długie uszy. Mógł coś podsłuchać i zachować to dla siebie.
   — Czy myśli pan, że będzie próbował szantażować kogoś z nas?
   — Zupełnie możliwe. Ale nie o tym chciałem z panią pomówić.
   — Po co zatem pan przyszedł?
   — Rozmawiałem z pani małżonkiem. Złożył mi ofertę, a ja chciałem się pani 
poradzić, czy mam ją przyjąć, czy też nie. Tak mnie jednak zachwycił widok pani 
pięknej wzorzystej sukni na tle purpurowych portier okiennych, ze zastygłem w 
niemym podziwie.
   — Doprawdy, monsieur Poirot — rzekła szorstko Lidia — nie traćmy czasu na 
komplementy.
   — Błagam o wybaczenie, madame. Co za szkoda, ze angielskie panie tak mało 
uwagi przywiązują do toalety… Suknia, którą pani nosiła tamtego wieczoru, o 
prostym kroju, lecz śmiałym deseniu, odznacza się jednocześnie wdziękiem i 
dystynkcją.
   — W jakim celu chciał mnie pan widzieć? — zniecierpliwiła się Lidia.
   — Madame — rzekł z powagą Poirot — pani mąż bardzo serio prosił mnie, żebym 
podjął się śledztwa. Pragnie, bym tu pozostał i zrobił wszystko, co w mojej mocy, 
byle dotrzeć do sedna sprawy.
   Z ust Lidii padło suche pytanie:
   — No i co?
   — Nie mogę przyjąć zaproszenia, jeśli nie potwierdzi go pani tego domu.
   — Oczywiście, potwierdzam — odrzekła obojętnie.
   — Madame, to jeszcze nie wszystko. Czy pani naprawdę sobie tego życzy?
   — Czemuż by nie?
   — Bądźmy szczerzy. W istocie moje pytanie brzmi następująco: czy pani chce, by 
prawda wyszła na jaw, czy też nie?
   — Naturalnie, chcę tego.
   Poirot westchnął.
   — Kiedy usłyszę od pani coś więcej niż konwencjonalne formułki?
   — Jestem konwencjonalną kobietą — odparła. Potem przygryzła wargę i 

background image

powiedziała po krótkim wahaniu: — Ma pan rację. Bądźmy szczerzy. Oczywiście, 
dobrze pana rozumiem. To nie jest przyjemne zadanie. Ktoś w bardzo brutalny 
sposób zamordował mego teścia, a skoro człowiek najbardziej podejrzany o mord i 
rabunek, czyli Harbury, najwyraźniej tego nie zrobił, staje się jasne, że mordercą musi 
być ktoś z rodziny. Jeśli ów ktoś stanie przed trybunałem, to hańba spadnie na 
wszystkich… Skoro mam być szczera… wcale sobie tego nie życzę…
   — A więc wolałaby pani, by sprawca uniknął kary?
   — Z pewnością. Chyba niemało bezkarnych morderców chadza sobie na 
swobodzie. Jeden mniej, jeden więcej…
   — A co z innymi członkami rodziny? — spytał Poirot. Lidia utkwiła w nim 
spojrzenie.
   — Z innymi…?
   — Jeśli sprawy przybiorą taki obrót, jakiego pani sobie życzy, nikt nigdy nie 
dojdzie prawdy. Cień podejrzenia zawsze będzie wisiał nad wami.
   — Nie pomyślałam o tym — rzekła niepewnie.
   — Nikt się nigdy nie dowie, kto był winowajcą… — I dodał miękko: — Chyba, że 
pani to już wie, madame…
   — Po co pan tak mówi?! — krzyknęła. — Nie! Nieprawda! Och, gdyby to mógł 
być ktoś obcy, a nie któryś z nas!
   — Sprawca może być jednym i drugim… Spojrzała na niego bystro.
   — Co pan powiedział?
   — Może to być ktoś z rodziny, a zarazem obcy… Pojmuje pani, do czego 
zmierzam? Eh bien, to właśnie idea, która zrodziła się w moim umyśle, w głowie 
Herkulesa Poirota…
   Spojrzała pytająco.
   — A zatem, madame, cóż mam rzec panu Alfredowi? Lidia uniosła ręce i po chwili 
pozwoliła im opaść bezwładnie w geście zniechęcenia.
   Odparła: . — No tak. Może pan przyjąć jego zaproszenie.

IV
   
   Pilar stała wyprostowana pośrodku saloniku muzycznego i rzucała wokoło 
przelotne spojrzenia niby zwierzę, które lęka się ataku.
   — Chciałabym pójść sobie stąd! — zawołała.
   — Nie tylko pani ma na to ochotę, ale nikomu nie pozwolą, moja miła — rzekł 
Stephen Farr.
   — Kto? Policja?
   — Tak.
   Pilar odparła z powagą:
   — Nie lubię mieć do czynienia z policją. Uczciwi ludzie nie mają z nią nic 
wspólnego.
   — Tacy jak pani? — spytał Stephen z lekkim uśmiechem.
   — Nie mówię o sobie. Ale Alfred, Lidia, Dawid, George, Hilda i… i Magdalena… 
Och, oni to co innego.
   Stephen zapalił papierosa i kilka razy zaciągnął się dymem, zanim odezwał się 
znowu:
   — Pominęła pani jedną osobę.
   — Kogo?
   — Nie było mowy o Harrym.
   Pilar odsłoniła w uśmiechu białe, równe zęby.
   — Och, Harry jest zupełnie inny! Myślę, że dobrze wie, co to policja.

background image

   — Pewnie tak. Nie bardzo pasuje do reszty rodziny.
   Po chwili Farr zapytał znowu:
   — Pilar, czy pani lubi swoich angielskich krewnych?
   Odparła niepewnie:
   — Są dla mnie mili, nawet bardzo mili. Ale tak rzadko się śmieją. Zupełnie brak im 
wesołości.
   — Moja droga! Dopiero co popełniono tu zbrodnię.
   — Hm… prawda.
   — A morderstwo — rzekł Farr moralizatorskim tonem — to znacznie bardziej 
niecodzienne i osobliwe wydarzenie, niż chciałaby pani przyznać. W Anglii traktują 
je znacznie poważniej niż w Hiszpanii.
   — Stroi pan sobie ze mnie żarty!
   — Bynajmniej. Nie jestem w nastroju do żartów. Pilar zerknęła na niego i spytała:
   — Pewnie i pan ma już dosyć tego domu? — Tak.
   — A ten wysoki, przystojny policjant pana nie puści?
   — Nie pytałem go o zgodę, ale bez wątpienia zabroniłby mi wyjechać. Muszę być 
ostrożny, Pilar, bardzo ostrożny…
   — Ach, jakie to męczące! — przytaknęła.
   — Nie tylko męczące, moja droga. Ten cudzoziemski dziwak wszędzie wsadza nos. 
Nie wygląda co prawda na bystrego, ale już sama jego obecność działa mi na nerwy.
   Pilar namyślała się nad czymś, marszcząc czoło. Wreszcie spytała:
   — Mój dziadek był strasznie bogaty, prawda? — Zdaje się, że tak.
   — Kto weźmie po nim spadek? Alfred i reszta?
   — To zależy od treści testamentu.
   Pilar rzekła w zadumie:
   — Mógł mi zostawić trochę grosza, ale boję się, że nie zdążył.
   — W końcu należy pani do rodziny. Powinni się panią zająć.
   Pilar westchnęła.
   — Ja… do rodziny? Ależ to śmieszne. A w gruncie rzeczy nie ma w tym nic 
śmiesznego.
   — Rozumiem, że to pani nie zachwyca.
   Pilar westchnęła ponownie.
   — Może byśmy zatańczyli?
   Stephen odparł niepewnym głosem:
   — Nie zrobi to dobrego wrażenia. W końcu dom jest w żałobie, moja mała 
Hiszpanko bez serca!
   Pilar otworzyła szeroko oczy.
   — Ależ mnie wcale nie jest smutno! Przecież prawie nie znałam dziadka i chociaż 
lubiłam z nim pogawędzić, nie chce mi się płakać. Nie rozpaczam nad jego śmiercią. 
Głupio byłoby okazywać żal, skoro go nie czuję.
   — Pani jest wspaniała! — zawołał Stephen.
   Pilar odparła przymilnie:
   — Moglibyśmy wepchnąć pończochy czy rękawiczki w tubę gramofonu. To stłumi 
dźwięk i nikt nas nie usłyszy…
   — Zgoda, kusicielko!
   Pilar roześmiała się uszczęśliwiona i wybiegła z saloniku, kierując się do sali 
tanecznej na drugim końcu domu.
   Gdy dotarła do korytarzyka wiodącego ku furtce ogrodowej, stanęła nagle jak 
wryta. Stephen, który biegł w ślad za nią, zatrzymał się również.
   Herkules Poirot zdjął właśnie z haka portret wiszący na ścianie i przypatrywał mu 
się uważnie w świetle, które przenikało tu z tarasu. Gdy podniósł wzrok znad obrazu, 

background image

spostrzegł obydwoje młodych.
   — Aha! — rzekł. — Przybywacie we właściwej chwili.
   — Co pan tu robi? — spytała Pilar. Podeszła bliżej i zajrzała mu przez ramię. Poirot 
odparł z namaszczeniem:
   — Przypatruję się właśnie czemuś bardzo istotnemu: twarzy Simeona Lee w latach 
jego młodości.
   — Och! To mój dziadek?
   — Tak, mademoiselle.
   Pilar wpatrzyła się w oblicze namalowane na płótnie.
   — Jakiż był inny… zupełnie inny… — powiedziała wolno. — Gdy go poznałam, 
miał twarz starą i pomarszczoną. A tu wygląda jak Harry… Harry sprzed dziesięciu 
lat.
   — Owszem, mademoiselle. Harry to prawy syn swego ojca. A teraz proszę spojrzeć 
tu… — Przeszedł kilka kroków wzdłuż galerii. — Oto jego żona, pani babka: 
łagodna, pociągła twarz, bardzo jasne włosy, czułe niebieskie oczy…
   — Zupełnie jak Dawid — wyrwało się Pilar. — I trochę jak Alfred — dodał 
Stephen.
   — Dziedziczność to ciekawa rzecz — perorował Poirot. — Pan Lee i jego żona byli 
krańcowo różni. Większość dzieci wzięła rysy po matce. Proszę spojrzeć choćby tu, 
mademoiselle…
   Wskazał na portret dwudziestolatki o złocistych włosach i wielkich błękitnych 
oczach. Karnację miała podobną do żony Simeona Lee, ale biła od niej wesołość i 
witalność, której brakło w bladych tęczówkach i łagodnych rysach tamtej twarzy.
   — Och! — wykrzyknęła Pilar. Policzki jej pokrył silny rumieniec, ręką sięgnęła do 
piersi. Wyciągnęła spod bluzki medalion na złotym łańcuszku, przycisnęła zamek i 
wieczko odskoczyło. Na Poirota spoglądała ta sama roześmiana twarz.
   — Moja matka — powiedziała Pilar.
   Poirot nachylił się. Na odwrocie medalionu widniał portret młodego przystojnego 
mężczyzny o czarnych włosach i szafirowych oczach. 
   — To pani ojciec?
   — Tak. Był bardzo piękny, prawda?
   — Istotnie. Ale chyba niewielu Hiszpanów ma niebieskie oczy, signorina.
   — Czasami zdarza się to na północy kraju. A poza tym jego matka była Irlandką.
   Poirot rzekł zadumany:
   — Ma więc pani w sobie krew hiszpańską, irlandzką i angielską, a także trochę 
cygańskiej. Wie pani, co sobie myślę? Kobieta z takim dziedzictwem może być 
groźnym wrogiem.
   — Wrogom należy podrzynać gardła, prawda, Pilar? Pamięta pani chyba własne 
słowa z pociągu? — rzekł z uśmiechem Farr. — Och…
   Urwał, gdy zdał sobie nagle sprawę ze znaczenia tego, co powiedział.
   Herkules Poirot prędko zmienił temat:
   — A prawda… Przypomniałem sobie o czymś. Muszę panią poprosić o paszport, 
signorina. Zażądał tego mój przyjaciel, inspektor Sugden. Sama pani rozumie, 
przepisy policyjne są głupie i uciążliwe, ale potrzebne. A w myśl prawa jest pani 
cudzoziemką.
   — Paszport? Zaraz go przyniosę. Jest w moim pokoju. Razem z Pilar podeszli ku 
schodom. Pilar wbiegła na nie, a Poirot podążył za nią. Stephen szedł z tyłu za nimi. 
Sypialnia Pilar znajdowała się tuż przy schodach. Pilar odwróciła się z ręką na 
klamce.
   — Zaraz z nim wrócę.
   Weszła do pokoju. Poirot i Farr czekali na korytarzu. Stephen zauważył zmieszany:

background image

   — Co za głupiec ze mnie. Powinienem był ugryźć się w język. A może nie zwróciła 
uwagi na moje słowa…
   Poirot nie odpowiedział mu. Przechylił nieznacznie głowę na bok i nadsłuchiwał.
   — Doprawdy, nie rozumiem, czemu Anglicy tak się lubują w przeciągach. Panna 
Estravados musiała odziedziczyć ten narodowy rys charakteru.
   — Czemu pan tak sądzi? — Stephen Farr spojrzał na niego.
   — Dziś jest wyjątkowo zimno, choć jeszcze wczoraj mieliśmy ciepłą i słoneczną 
pogodę. A tymczasem panna Estravados najwyraźniej uchyliła podnoszone okno. 
Jakże można lubić przeciąg?
   Z wnętrza pokoju dobiegło ich hiszpańskie przekleństwo i na progu pojawiła się 
skonsternowana Pilar.
   — Ach, jakaż ze mnie głupia niezdara! Położyłam torebkę na parapecie i kiedy 
szperałam w papierach, strąciłam paszport za okno. Leży na klombie. Zaraz po niego 
pobiegnę.
   — Przyniosę go — ofiarował się Stephen, lecz Pilar już biegła na dół, wołając przez 
ramię:
   — Nie! To moja własna wina. Proszę poczekać w salonie razem z panem Poirotem. 
Za chwilę będę z powrotem i przyniosę paszport.
   Stephen mimo wszystko chciał podążyć za nią, lecz Poirot przytrzymał go za ramię 
i szepnął:
   — Proszę tędy.
   Przeszli korytarzem pierwszego piętra na drugi koniec domu, aż do szczytu 
schodów.
   — Nie schodźmy jeszcze na dół — rzekł Poirot. — Może poszedłby pan ze mną na 
miejsce zbrodni? Chciałbym o coś zapytać.
   Podążyli korytarzem ku pokojowi Simeona Lee. Minęli niszę po lewej, gdzie 
widniały dwie marmurowe statuy, nimfy o bujnych kształtach otulone szczelnie 
draperiami, by w niczym nie urazić wiktoriańskiej skromności.
   Stephen Farr spojrzał na nie i mruknął:
   — Za dnia mogą człowieka przestraszyć. Kiedy biegłem tędy przedwczoraj, 
zdawało mi się, że jest ich trzy, ale teraz widzę na szczęście tylko dwie!
   — Dzisiaj ten styl się nie podoba — przyznał Poirot — ale swego czasu musiały 
kosztować ładną sumkę. Sądzę, że najlepiej prezentują się w nocy…
   — A tak, bo wtedy widać tylko mgliste zarysy ich postaci.
   — W nocy wszystkie koty są szare — szepnął Poirot.
   W pokoju zastali inspektora Sugdena. Klęczał przy sejfie i przyglądał mu się przez 
szkło powiększające. Spojrzał na nich, gdy wchodzili.
   — Otworzono go kluczem — rzekł. — Zrobił to ktoś, kto znał szyfr cyfrowy. Brak 
śladów włamania.
   Poirot zbliżył się do policjanta i szepnął mu coś do ucha. Inspektor skinął głową i 
wyszedł.
   Poirot obrócił się w stronę Farra, który stał i patrzył na fotel, gdzie siadywał zwykle 
Simeon Lee. Brwi miał ściągnięte, żyły wystąpiły mu na skronie. Poirot przypatrywał 
mu się jakiś czas w milczeniu, aż wreszcie przemówił:
   — Budzi to w panu wspomnienia, prawda?
   — Jeszcze dwa dni temu siedział tu żywy, a teraz… — odrzekł powoli Farr. 
Otrząsnął się jednak z posępnych myśli. — Czy pan chciał mnie może o coś spytać?
   — A tak. Zdaje się, że pan był pierwszą osobą, która tamtej nocy pojawiła się pod 
drzwiami?
   — Czyżby? Nie pamiętam. Nie, zdaje się, że któraś z pań była tu przede mną.
   — Która?

background image

   — Albo żona George’a, albo Dawida. Obie przybiegły tu wcześnie.
   — Czy słyszał pan krzyk?
   — Nie wydaje mi się. Nie umiem sobie przypomnieć. Owszem, ktoś krzyknął, ale 
chyba na dole.
   — A więc nie słyszał pan takiego odgłosu? — Poirot odchylił głowę do tyłu i 
znienacka wrzasnął przeraźliwie.
   Zrobił to tak niespodziewanie, że Stephen odskoczył do tyłu; o mało nie upadł. 
Rzekł gniewnie:
   — Boże święty, czy chce pan przerazić cały dom? Nie, niczego takiego nie 
słyszałem! Jeszcze mi dzwoni w uszach. Ktoś może pomyśleć, że to kolejne 
morderstwo!
   Poirot mruknął z zażenowaniem:
   — Prawda… Strasznie głupio postąpiłem. Chodźmy stąd zaraz.
   Wyszli w pośpiechu. Lidia i Alfred stali u stóp schodów, spoglądając ku górze. 
George wyjrzał z biblioteki, a z dala nadbiegała Pilar z paszportem w ręce.
   — To nic, to nic! — zawołał Poirot. — Proszę się nie przejmować. Zrobiłem po 
prostu maleńki eksperyment.
   Alfred spojrzał na niego z irytacją. Mina George’a wyrażała najwyższe zgorszenie. 
Poirot pozostawił Stephenowi trud składania wyjaśnień i pospieszył korytarzem na 
drugi koniec domu.
   Inspektor Sugden wyjrzał z pokoju Pilar i wyszedł mu na spotkanie.
   — Eh bien? — spytał Poirot.
   Inspektor skinął głową.
   — Niczego nie było słychać.
   Obydwaj spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

V
   
   — A więc zgadza się pan, Poirot! — rzekł Alfred Lee.
   Ręce mu drżały, a w łagodnych brązowych oczach pojawił się gorączkowy blask. 
Jąkał się lekko przy mówieniu. Lidia stała przy nim bez słowa. Patrzyła na męża z 
niepokojem.
   — Nawet pan nie przypuszcza… jak… jak bardzo… mi na tym za…zależy. 
Absolutnie trze…trzeba wykryć mor… mordercę mego ojca.
   — Skoro podjął pan decyzję, wedle własnych słów, po długim i głębokim namyśle, 
muszę wyrazić zgodę. Rozumie pan jednak, że nie będę mógł zawrócić z raz obranej 
drogi. Nie mogę być czymś w rodzaju psa myśliwskiego, którego się odwołuje, bo 
ktoś stracił ochotę na polowanie.
   — Naturalnie… Naturalnie… Wszystko już zarządziłem. Przygotowano panu 
sypialnię. Może pan tu zostać tak długo, jak będzie potrzeba.
   — To nie potrwa długo — rzekł poważnie Poirot.
   — Co takiego?
   — Mówię, że to nie potrwa długo. Krąg podejrzanych jest wąski, więc wkrótce 
dojdziemy prawdy. Zdaje się, że zaraz będzie po wszystkim.
   Alfred wytrzeszczył oczy.
   — Niemożliwe!
   — Bynajmniej. Wszystkie poszlaki wiodą w jednym kierunku. Jeszcze tylko 
wyjaśnię kilka szczegółów i objawi się nam prawda.
   — Czy… Czy pan już wie? — spytał z niedowierzaniem Alfred.
   Poirot uśmiechnął się.
   — Ależ tak. Ja wiem.

background image

   — Mój ojciec… Mój ojciec… — wzdychał Alfred.
   — Muszę jednak prosić o dwie rzeczy.
   — Wszystko, czego pan tylko chce — rzekł zduszonym głosem Alfred.
   — Przede wszystkim pragnę, aby zawieszono w mojej sypialni młodzieńczy portret 
pańskiego ojca.
   — Portret ojca? Dlaczego?
   Poirot odparł, gestykulując dłońmi:
   — Och, on… jakby to powiedzieć… inspiruje mnie.
   — Czy chce pan rozwiązać zagadkę zbrodni uciekając się do jasnowidzenia? — 
spytała ostro Lidia.
   — Powiedzmy, madame, że mam zamiar posłużyć się nie tylko moim wzrokiem 
fizycznym, ale i oczami duszy.
   Wzruszyła ramionami. Poirot ciągnął dalej:
   — Prócz tego chciałbym się dowiedzieć, w jakich właściwie okolicznościach zmarł 
mąż pańskiej siostry, Juan Estravados.
   — Czy to konieczne? — spytała Lidia.
   — Ja tylko chcę znać dokładnie fakty, madame.
   — Juan Estravados — odparł Alfred — podczas kłótni o kobietę zabił w kawiarni 
pewnego człowieka.
   — Jak zginął ten człowiek?
   Alfred rzucił żonie spojrzenie pełne udręki.
   — Został zasztyletowany. Mego szwagra nie skazano jednak na śmierć, gdyż 
zostało dowiedzione, że przeciwnik go sprowokował. Juan Estravados dostał 
dożywocie i zmarł w więzieniu.
   — Czy jego córka wie o tym?
   — Myślę, że nie. Jennifer nigdy jej nic nie powiedziała.
   — Dziękuję panu.
   — Chyba pan nie sądzi — rzekła Lidia — że Pilar…? Och, to absurd!
   — A teraz proszę mi udzielić paru informacji na temat pańskiego brata, Harry’ego 
Lee.
   — Co chciałby pan wiedzieć?
   — Zdaje się, że skompromitował waszą rodzinę. W jaki sposób?
   — To stara historia… — zawahała się Lidia. Alfred poczerwieniał.
   — Jeśli pan już koniecznie chce wiedzieć, Harry ukradł znaczną sumę pieniędzy, 
fałszując ojcowski podpis na czeku. Oczywiście ojciec nie oddał sprawy do sądu. 
Harry zawsze był nicponiem. Gdzie się tylko pojawił, popadał w tarapaty. Zwykle 
depeszował wtedy do nas z prośbą o pieniądze. Wszędzie, dokąd zawędrował, 
siedział w więzieniu.
   — Ależ o niczym nie wiesz na pewno, Alfredzie! — zawołała Lidia.
   Alfredowi poczęły się trząść ręce. Krzyknął ze złością:
   — Harry to ladaco! Zawsze taki był!
   — Chyba się panowie zanadto nie lubicie? — spytał Poirot.
   — Przysporzył ojcu cierpień! On cierpiał, a Harry nie miał za grosz wstydu!
   Lidia westchnęła. Poirot dostrzegł to i spojrzał na nią przenikliwie.
   — Och, gdyby tylko znalazły się diamenty! — powiedziała Lidia. — Jestem pewna, 
że stanowią klucz do zagadki.
   — Znaleziono je, madame — odrzekł Poirot.
   — Gdzie?
   — W ogródku przedstawiającym Morze Martwe — odparł Poirot.
   — W moim ogródku?! To zdumiewające!
   — Prawda, madame? — rzucił Poirot.

background image

CZĘŚĆ 6
27 GRUDNIA
I
   
   Alfred Lee rzucił z westchnieniem:
   — Poszło lepiej, niż sądziłem.
   Właśnie wrócili z rozprawy u koronera.
   Pan Charlton, prawnik o staroświeckim wyglądzie, lecz bystrym oku, który przybył 
wraz z nimi do Gorston Hali, zabrał głos:
   — Mówiłem już, że to będzie czysta formalność… Czysta formalność i nic więcej. 
Śledztwo zostało odroczone, by policja mogła zebrać dodatkowe informacje.
   George Lee zawołał zniecierpliwiony:
   — Wszystko to jest bardzo niemiłe, a poza tym stawia nas w przykrej sytuacji. W 
moim przekonaniu zbrodnię popełnił jakiś maniak, który w taki czy inny sposób 
zdołał przedostać się do domu. Ten Sugden jest uparty jak muł. Pułkownik Johnson 
powinien zwrócić się o pomoc do Scotland Yardu. Miejscowa policja jest niewiele 
warta. To ograniczeni ludzie. A co z Harburym? Słyszałem, że miał na sumieniu 
brzydkie sprawki, lecz policja wcale się tym nie zajmuje.
   Pan Charlton rzekł:
   — Zdaje się, że ten Harbury ma wystarczające alibi. Policja je uznała.
   — Jak mogli?! — George wprost się pienił. — Na ich miejscu potraktowałbym 
podobne alibi z wielką rezerwą. Przestępcy zawsze potrafią o nie zadbać. 
Obowiązkiem policji jest obalać takie alibi, oczywiście, jeśli znają się na robocie.
   — No, no — rzekł Charlton — nie sądzę, bym musiał pouczać policję, jak ma 
pracować. W końcu to chyba grono kompetentnych ludzi.
   George upierał się z ponurą miną:
   — Trzeba wezwać Scotland Yard, proszę pana. Nie mam ani krztyny zaufania do 
inspektora Sugdena. Może to nawet sumienny pracownik, ale na pewno nie 
błyskotliwy.
   — Nie zgodziłbym się z panem. Sugden jest godziwym fachowcem. Stara się, jak 
może.
   — Jestem pewna, że policja robi wszystko, co trzeba — wtrąciła Lidia. — Nie 
odmówi pan kieliszka wiśniówki, Charlton?
   Notariusz odmówił jednak, choć w sposób uprzejmy. Potem odchrząknął i 
przystąpił do odczytania testamentu wobec całej rodziny.
   Czytał go z upodobaniem, zatrzymując się dłużej na fragmentach najeżonych 
niezrozumiałą terminologią, jakby się specjalnie nią delektował.
   Gdy skończył, zdjął okulary, przetarł je i rozejrzał się pytającym wzrokiem po 
zebranych.
   — Gubię się w zawiłościach prawniczych formułek — rzekł Harry Lee. — Czy nie 
mógłby pan zakomunikować nam ostatniej woli ojca nieco jaśniej?
   — Ależ doprawdy — odparł pan Charlton — to zupełnie prosty testament.
   — Mój Boże, jak więc musi wyglądać trudny?
   Charlton zmierzył go chłodnym spojrzeniem i odparł:
   — Podstawowe paragrafy są całkiem jasne. Połowa majątku pana Lee przypada 
jego synowi Alfredowi, a reszta podzielona została między pozostałe dzieci.
   Harry zaśmiał się zgryźliwie.
   — Jak zawsze, Alfred okazuje się szczęściarzem. Połowa ojcowskiej fortuny! W 
czepku się urodził!
   Alfred spurpurowiał. Lidia odparowała:

background image

   — Alfred zawsze był lojalnym i oddanym synem. Przez całe lata prowadził fabrykę. 
Spoczywała na nim wielka odpowiedzialność.
   — Och, wiem, że z niego zacny chłopak — odciął się Harry. Alfred rzekł cierpko:
   — Uważam, Harry, że to właśnie ty możesz uważać się za szczęściarza, skoro 
ojciec zechciał zapisać ci cokolwiek!
   Harry zaśmiał się, odchylając głowę do tyłu.
   — Pewnie wolałbyś, żeby mnie puścił z torbami, prawda? Zawsze mnie nie 
znosiłeś.
   Charlton chrząknął. Był aż zanadto przyzwyczajony do przykrych scen, jakie 
następują po odczytaniu testamentu. Miał zamiar wymknąć się, zanim wybuchnie 
tradycyjna rodzinna kłótnia. Mruknął:
   — Hm… Myślę, że to właściwie już wszystko…
   Harry rzekł nagle:
   — A co będzie z Pilar?
   Charlton odkaszlnął ponownie, tym razem przepraszająco.
   — Hm, hm… Panna Estravados nie została wymieniona w testamencie.
   — Czy nie dziedziczy udziału po matce?
   Charlton począł wyjaśniać:
   — Gdyby pani Estravados jeszcze żyła, bez wątpienia odziedziczyłaby taką samą 
sumę jak jej rodzeństwo, skoro jednak zmarła, jej część zostaje równo podzielona 
między was wszystkich.
   — A więc nic mi się nie należy? — zapytała Pilar.
   — Moja droga, rodzina się tym zajmie — pospieszyła z odpowiedzią Lidia.
   George zwrócił się do niej:
   — Będziesz mogła tu zamieszkać wraz z Alfredem… Prawda, Alfredzie? My… W 
końcu… jesteś naszą siostrzenicą. Mamy obowiązek czuwać nad tobą.
   Hilda dodała:
   — Zawsze z chęcią będziemy clę widzieć w naszej rodzime.
   — Powinna dostać swoją część — upierał się Harry. — Tę część, która miała 
przypaść jej matce.
   Charlton wymamrotał:
   — Doprawdy czas już na mnie. Do widzenia, pani Lidio… Pozostaję do pani pełnej 
dyspozycji… Zawsze gotów do usług…
   Oddalił się z pośpiechem, wiedząc z doświadczenia, że za jego plecami wybuchnie 
teraz prawdziwa burza rodzinna. Po jego odejściu Lidia rzekła zdecydowanym tonem:
   — Zgadzam się z Harrym. Pilar ma prawo do matczynego udziału. Testament 
spisano na wiele lat przed śmiercią Jennifer.
   — To śmieszne! — oświadczył George. — Lidio, masz bardzo niemądre pomysły. 
Prawo jest prawem. Wszyscy musimy mu się podporządkować.
   — Oczywiście, to smutne i wszyscy współczujemy Pilar — zabrała głos Magdalena 
— ale George ma słuszność. Jak mówi, prawo jest prawem.
   Lidia wstała i objęła dziewczynę ramieniem.
   — Moja droga, wiem, że to dla ciebie bardzo niemiła chwila. Zostaw nas, proszę, 
na chwilę samych. Musimy to omówić. — Odprowadziła ją do drzwi ze słowami: — 
Nie martw się i zostaw to mnie.
   Pilar powoli wyszła z pokoju. Lidia zamknęła za nią drzwi i odwróciła się twarzą do 
zebranych.
   Po krótkiej pauzie, podczas której każdy wstrzymał dech, kłótnia rozgorzała na 
nowo.
   — Zawsze byłeś dusigroszem, George! — krzyknął Harry.
   — W każdym razie jednak nie naciągaczem! — odwarknął jego brat.

background image

   — Z ciebie taki sam naciągacz! Od lat żyjesz za ojcowskie pieniądze!
   — Zapominasz, że piastuję odpowiedzialną funkcję!
   — Mam gdzieś taką odpowiedzialność! Jesteś nadęty niczym balon!
   — Harry, jak możesz?! — krzyknęła piskliwie Magdalena. Hilda powiedziała 
spokojnie, lecz bardzo głośno:
   — Czy nie moglibyśmy omówić tej kwestii z większą powściągliwością?
   Lidia rzuciła jej spojrzenie pełne wdzięczności. Dawid zawołał z niespodziewaną 
gwałtownością:
   — Czy musimy się tak haniebnie wykłócać o pieniądze?! Magdalena odcięła się 
jadowicie:
   — Och, możesz sobie odgrywać wielkodusznego! Nie zrzekłeś się jednak swego 
legatu, co? Tak samo potrzebujesz pieniędzy jak wszyscy inni! Cały twój dystans 
wobec przyziemnych spraw to tylko pozerstwo!
   Dawid odparł zduszonym głosem:
   — A więc uważasz, że powinienem się zrzec spadku? Ciekawe, czy…
   — Oczywiście, że nie! — zawołała Hilda. — Czy musimy zachowywać się jak 
niemądre dzieci? Alfredzie! Jesteś głową rodziny, kolej na ciebie.
   Alfred wyglądał na zbudzonego ze snu.
   — Przepraszam, ale mówicie wszyscy jeden przez drugiego… Mąci mi się w 
głowie.
   — Jak już zauważyła Hilda, nie powinniśmy kłócić się niczym grono zachłannych 
dzieci — rzekła Lidia. — Porozmawiajmy o tym jak przystało na rozsądnych ludzi, a 
także… po kolei. Alfred powinien to zrobić pierwszy, z racji starszeństwa. Jak 
myślisz, Alfredzie, co możemy uczynić dla Pilar?
   Ten odrzekł po krótkim namyśle:
   — Pilar zamieszka z nami. Wyznaczymy jej rentę. Nie przypuszczam, by legalną 
drogą mogła dochodzić praw do udziału matki. Pamiętaj, że nie nosi nazwiska Lee i 
w dodatku jest cudzoziemką.
   — Owszem, oficjalnie Pilar nie ma tego prawa, ale ja myślę o stronie moralnej. Jak 
sam widzisz, twój ojciec, mimo że córka wyszła za Hiszpana wbrew jego woli, 
pozostawił jej tyle samo, co innym. George, Harry, Dawid i Jennifer dostali tyle 
samo. Jennifer zmarła rok temu. Jestem pewna, że gdy ojciec posłał po pana 
Charltona, zamierzał zapisać Pilar znaczną sumę. Zostawiłby jej co najmniej tyle 
samo, a może nawet i więcej. Pamiętaj, że jest jego jedyną wnuczką. Sądzę, że mamy 
obowiązek naprawić tę niesprawiedliwość, której i on chciał zaradzić. Przynajmniej 
tyle możemy dla niej zrobić.
   — Doskonale powiedziane, Lidio! Myliłem się, przyznaję. Zgadzam się z tobą. 
Pilar winna odziedziczyć w spadku tyle, co Jennifer.
   — Kolej na ciebie, Harry — rzekła Lidia.
   — Chyba sama wiesz, że się zgadzam. Lidio, pięknie to załatwiłaś. Gratuluję ci.
   — A ty, George? — spytała jego bratowa.
   George poczerwieniał. Wykrztusił:
   — Sprzeciwiam się stanowczo! To bezsens! Damy jej dom i odzienie. To całkiem 
wystarczy!
   — A zatem odmawiasz zgody na współudział? — spytał Alfred.
   — Tak, odmawiam!
   — I masz zupełną rację! — zawołała Magdalena. — Co za bezczelność! Jak 
możecie domagać się od niego podobnej rzeczy! Przecież w całej rodzinie tylko 
George znaczy coś dla społeczeństwa! To haniebne, że ojciec tak mało mu zostawił!
   — A ty, Dawidzie? — spytała Lidia.
   Odparł wymijająco:

background image

   — Och, sądzę, że to wy macie rację. Wszystkie te wstrętne spory są godne 
pożałowania.
   — Masz słuszność, Lidio — poparła ją Hilda. — To tylko prosta sprawiedliwość.
   Harry rozejrzał się wokół.
   — A więc wszystko jasne. Alfred, ja i Dawid zgadzamy się, z propozycją wysuniętą 
przez Lidię. George jest przeciw. Uzgodniliśmy, co czynić.
   George odparł gniewnie:
   — Ależ bynajmniej. Absolutnie nie ustąpię. Mam prawo do przypadającej mi części 
i nie oddam z niej ani pensa.
   — Pewnie, że nie! — poparła go Magdalena. /
   — Wolno ci to zrobić — rzuciła szybko Lidia. — W takim razie każde z nas da 
trochę więcej, aby uzupełnić sumę.
   Powiodła wzrokiem po zgromadzonych, którzy jej przytaknęli.
   — Alfredowi dostała się lwia część — zauważył Hany. — Powinien dać więcej niż 
inni.
   — Wiedziałem, że twoja bezinteresowność długo nie potrwa — dociął mu starszy 
brat.
   — Nie zaczynajmy na nowo! — rzekła stanowczo Hilda. — Lidia oznajmi Pilar o 
naszym postanowieniu. Szczegóły możemy omówić później.
   I dodała, by zmienić temat:
   — Gdzie się podziali Poirot i Stephen Farr?
   — Zostawiliśmy Poirota w miasteczku — wyjaśnił Alfred — w drodze na 
rozprawę. Powiedział, że ma jakiś ważny sprawunek do załatwienia.
   — Czemu właśnie jego zabrakło na rozprawie? — spytał Harry. — Stanowczo 
powinien był tam pójść!
   — Może sądził, że nie ma to wielkiego znaczenia — rzekła Lidia. — Kto tam jest w 
ogrodzie? Inspektor Sugden czy może pan Farr?
   Wysiłki obydwu pań zostały uwieńczone powodzeniem.
   Rodzinne zebranie zakończyło się.
   Gdy Lidia znalazła się sam na sam z Hildą, szepnęła do niej:
   — Serdecznie dziękuję za wsparcie. Doprawdy, Hildo, przez cały czas byłaś dla 
mnie niczym balsam.
   Hilda rzekła w zamyśleniu:
   — Dziwne, jak pieniądz potrafi zmienić ludzi…
   — Tak… — przytaknęła Lidia. — Nawet Harry był inny… Chociaż to on pierwszy 
wystąpiła propozycją pomocy dla Pilar… A mój biedny Alfred… Jest tak bardzo 
brytyjski, że trudno mu przeboleć stratę części fortuny jego ojca na rzecz obywatelki 
hiszpańskiej…
   — Czy sądzisz, że my, kobiety, jesteśmy mniej przyziemnymi istotami? — spytała 
z uśmiechem Hilda.
   Lidia jeszcze raz wzruszyła swymi zgrabnymi ramionami.
   — Widzisz, to właściwie nie są nasze własne pieniądze, co stanowi istotną różnicę.
   Hilda szepnęła zamyślona:
   — Dziwna jest ta mała… Myślę, rzecz jasna, o Pilar. Co się z nią stanie?
   Lidia westchnęła.
   — Całe szczęście, że uzyskała niezależność. Chyba nie byłaby zbyt zadowolona, 
żyjąc tu na naszej łasce z pieniędzy wydzielanych jej na życie i sukienki. Jest za 
dumna i, jak sądzę, zbyt mało angielska, żeby się na to godzić. — Dorzuciła jeszcze: 
— Przywiozłam niegdyś z Egiptu piękny naszyjnik z lapis lazuli. Tam, w 
rozjarzonym słońcu i na tle piasków, jego błękit wprost mnie zachwycał. A tu, w 
Anglii, błękit przygasł i naszyjnik stracił cały swój urok.

background image

   — Owszem, rozumiem…
   — Tak się cieszę, że mogłam wreszcie poznać Dawida i ciebie.
   — A mnie w ostatnich dniach wiele razy przyszło żałować swego przyjazdu…
   — Wiem, wiem. Ale wiesz co? Wydaje mi się, że ten wstrząs nie dotknął Dawida 
tak bardzo, jak można by sądzić, znając jego wrażliwość. A nawet wygląda teraz o 
wiele lepiej…
   Hilda wydawała się nieco zaambarasowana.
   — A więc zauważyłaś?… To w pewnym sensie straszne… ale niewątpliwie tak 
jest!
   Przez chwilę Hilda siedziała w milczeniu. Przyszły jej na myśl słowa, które 
poprzedniego wieczoru usłyszała u ust męża. Rzekł do niej żywo, odrzucając pasmo 
jasnych włosów znad czoła:
   „Pamiętasz może ten fragment z »Toski«? To miejsce, kiedy ona zapala świece u 
stóp i u wezgłowia nieżywego Scarpii? »Teraz mogę mu przebaczyć…« Właśnie tak 
się teraz czuję względem ojca… Widzisz, przez tyle lat nie mogłem mu wybaczyć, 
choć tego pragnąłem. Ale nie dziś. Cała moja uraza znikła. I mam takie wrażenie, 
jakby mi zdjęto z barków ogromny ciężar.”
   „Czy dlatego, że on już nie żyje?” — spytała, próbując zwalczyć niejasny 
przestrach.
   Odparł, jąkając się nieznacznie:
   „Nie… nie… Ty nie rozumiesz. Nie dlatego, że on umarł, lecz dlatego, że umarła 
moja głupia, infantylna nienawiść do niego…”
   Hilda rozmyślała nad jego słowami. Chętnie by je powtórzyła miłej kobiecie 
siedzącej obok, lecz uznała, że lepiej będzie zachować milczenie.
   W ślad za Lidią opuściła salon. W hallu zobaczyły Magdalenę. Żona George’a stała 
przy stole z paczuszką w ręku. Drgnęła nerwowo na ich widok.
   — Och, to na pewno ważny sprawunek pana Poirota. Widziałam, jak go tu położył. 
Umieram z ciekawości, co jest w środku!
   Spojrzała na obydwie kobiety i zachichotała, ale w jej wzroku widniała obawa, 
przecząc fałszywej wesołości słów. Lidia uniosła brwi i odezwała się:
   — Och, muszę się przebrać przed lunchem. Magdalena ciągnęła z tą samą dziecinną 
afektacją, lecz niezdolna już do ukrycia niepokoju:
   — Koniecznie muszę zobaczyć, co tam jest! Rozwinęła papier i nagle wydała 
okrzyk zaskoczenia na widok tego, co trzymała w ręku.
   Lidia i Hilda zatrzymały się zdumione. Magdalena wyjąkała zaintrygowana:
   — Sztuczne wąsy! A po co mu to?
   — Może chce wystąpić w przebraniu? Ale… dlaczego? — zdziwiła się Hilda.
   Lidia dokończyła za nią:
   — Właśnie, dlaczego? Przecież jego własny wąsik jest całkiem niebrzydki!
   Magdalena zawinęła pakiecik z powrotem. Rzekła:
   — Zupełnie tego nie rozumiem. Czyżby miał lekkiego bzika? Czemu kupił sobie 
sztuczne wąsy?

II
   
   Gdy Pilar wyszła z salonu, poczęła spacerować wolnym krokiem po hallu. 
Drzwiami od strony ogrodu wszedł tam również Stephen Farr.
   — A więc zebranko rodzinne się skończyło? Czy odczytano testament?
   Pilar rzekła z rozpaczą w głosie:
   — Nie dostałam nic… Ani grosza! Spisano go wiele lat wcześniej. Dziadek 
zostawił część pieniędzy mojej matce, ale po jej śmierci nie przejdą one na mnie, 

background image

tylko na inne jego dzieci.
   — Trudno się z tym pogodzić — rzekł do niej Farr.
   — Gdyby żył, zrobiłby inny testament i zostawiłby pieniądze mnie… A może wiele 
pieniędzy! Może nawet wszystkie!
   Stephen rzekł z uśmiechem:
   — To z kolei byłoby bardzo niesprawiedliwe wobec pozostałych.
   — Dlaczego? Mnie na pewno lubił bardziej!
   — Ależ z pani chciwa dziewczyna, Pilar!
   — Życie jest okrutne dla kobiet — rzekła Pilar spokojniejszym już tonem. — 
Powinny dbać o swój interes, póki tylko są młode. Kiedy staną się stare i brzydkie, 
nikogo już nie będą obchodzić!
   — Jest w tym trochę prawdy — rzekł Stephen — więcej, niż chciałbym przyznać. 
Ale różnie bywa ze starymi ludźmi… Alfred był przecież bardzo przywiązany do 
ojca, mimo że ten nie odpłacał mu wielkim uczuciem, tylko zawsze czegoś żądał i 
wymagał posłuszeństwa.
   Pilar zadarła podbródek do góry.
   — Alfred to głupiec — oświadczyła.
   Stephen roześmiał się.
   — No, proszę się nie martwić, śliczna Pilar. Rodzina z pewnością o panią zadba.
   Pilar rzekła smętnie:
   — Nie będzie to zbyt zabawne…
   — Istotnie, myślę, że nie — odparł Stephen. — Wcale mnie nie dziwi, że 
perspektywa życia w Anglii napełnia panią przygnębieniem. Czy nie lepiej byłoby 
pojechać do Afryki Południowej?
   Pilar przytaknęła.
   — Tam pełno jest słońca i wielkich, rozległych przestrzeni. Trzeba jednak ciężko 
pracować. Potrafi pani pracować, Pilar?
   — Nie jestem pewna — rzekła ze zwątpieniem.
   — Czy wolałaby pani siedzieć na balkonie i przez cały dzień opychać się 
słodyczami? I utyć przeraźliwie, i mieć podwójny podbródek?
   Pilar wybuchnęła śmiechem.
   — No, już lepiej! Nareszcie zdołałem panią rozbawić — ucieszył się.
   — Ach, myślałam, że będę się świetnie bawić podczas świąt! — westchnęła Pilar. 
— Czytałam w wielu książkach, że angielskie Boże Narodzenie jest wesołe, że je się 
wtedy placek z rodzynkami, płonący budyń ze śliwek i jakieś specjalne ciastka…
   — Pod warunkiem, że świąt nie zakłóci popełnione właśnie wtedy morderstwo! 
Proszę tu spojrzeć, Pilar… Lidia pokazywała mi wczoraj swoje zapasy. To jej 
spiżarnia.
   Wprowadził ją do pokoiku niewiele większego od szafy ściennej.
   — No, proszę tylko spojrzeć. Całe stosy herbatników, kandyzowane owoce, 
pomarańcze, daktyle, orzechy… A tu…
   — Och! — zawołała Pilar, klaszcząc w dłonie. — Jakie śliczne srebrne i złote 
wisiorki!
   — Wiesza się je na choince razem z prezentami dla służby. A tu znów mamy 
śniegowe bałwanki; stawia się je na świątecznym stole. To z kolei baloniki we 
wszystkich kolorach tęczy; wystarczy je nadmuchać.
   — Och! — Oczy Pilar rozbłysły. — Och, czy mogę nadmuchać jeden z nich? Lidia 
chyba nie będzie się gniewać! Uwielbiam baloniki!
   — Ten czerwony!
   Każde z nich wzięło po jednym baloniku i próbowali je nadmuchać, wydymając 
policzki. Pilar wybuchnęła śmiechem i jej balonik skurczył się.

background image

   — Ależ pan zabawnie wygląda z wydętymi policzkami — powiedziała. Przestała 
się śmiać i poczęła pracowicie nadmuchiwać swój balon. Obydwoje zawiązali je 
starannie i zaczęli się nimi bawić, podrzucając je do góry.
   — W hallu będzie więcej miejsca — rzekła Pilar.
   Podali sobie wzajemnie swoje baloniki i wyszli ze śmiechem do westybulu, gdy 
zjawił się tam Poirot. Spojrzał na nich wyrozumiale.
   — Bawicie się doprawdy jak dzieci! Śliczne są te baloniki.
   Pilar rzekła, chwytając oddech:
   — Mój jest czerwony! Większy niż jego! O wiele większy! Gdy rzucimy je w 
powietrze, pofruną do nieba.
   — Tak, zróbmy to, wypowiadając jednocześnie jakieś życzenie.
   — Świetny pomysł!
   Pilar pobiegła do drzwi wychodzących na ogród, a Stephen w ślad za nią. Poirot 
szedł z tyłu, wciąż z tym samym wyrozumiałym uśmiechem. — Życzę sobie mnóstwa 
pieniędzy! — obwieściła Pilar.
   Stanęła na palcach, trzymając sznurek balonika, który wyprostował się pod 
wpływem wiatru. Potem puściła go i balonik poleciał do góry, unoszony przez 
podmuch.
   — Nie trzeba było głośno wypowiadać życzenia — roześmiał się Stephen.
   — Dlaczego?
   — Bo się nie spełni. Teraz moja kolej…
   Wypuścił swój balonik, lecz szczęście mu nie sprzyjało. Wiatr zniósł go w bok. 
Balonik zaczepił o gałąź ostrokrzewu i eksplodował z suchym trzaskiem.
   Pilar podbiegła do niego. Oznajmiła tragicznym tonem:
   — Wszystko przepadło! — I trącając końcem bucika strzępek gumy u swoich stóp, 
rzekła: — Coś bardzo podobnego znalazłam w pokoju dziadka. On także miał 
balonik, tylko że różowy.
   Poirotowi wyrwał się nagle głośny okrzyk. Pilar odwróciła się zdumiona.
   — Nic, nic! — zawołał. — Po prostu małe potknięcie. Spojrzał ku domowi.
   — Ileż tu okien! — mruknął. — Domy, mademoiselle, mają oczy i uszy. Nie 
pojmuję, czemu Anglicy tak lubią otwierać okna!
   Od strony tarasu zbliżyła się do nich Lidia.
   — Lunch już gotowy — oznajmiła. — Pilar, kochanie, wszystko poszło jak 
najlepiej. Alfred wytłumaczy ci pewne szczegóły po śniadaniu. Możemy już wracać.
   Wszyscy troje weszli do domu. Poirot szedł na końcu z posępnym wyrazem twarzy.
   Po lunchu, gdy wszyscy wyszli z jadalni, Alfred skinął na Pilar.
   — Proszę do mego pokoju. Mamy pewne sprawy do omówienia.
   Zaprowadził ją do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Reszta obecnych przeszła do 
salonu. W hallu pozostał jedynie Herkules Poirot i w zamyśleniu patrzył na zamknięte 
drzwi gabinetu.
   Nagle zdał sobie sprawę, że stoi przed nim Tressilian. Stary sługa wydawał się 
zmieszany.
   — Chciałbym pomówić z panem Alfredem, ale nie chcę mu teraz przeszkadzać.
   — Czy coś się stało? — spytał Poirot.
   — Dziwne! Przecież to wcale nie ma sensu — rzekł Tressilian.
   — Niech mi pan powie, o co chodzi.
   Trassilian wahał się przez chwilę, aż wreszcie wyjaśnił:
   — Może pan zauważył, sir, że przy wejściu, po każdej stronie drzwi frontowych, 
leżała wielka kula armatnia. Duża kamienna kula. A teraz jedna z nich zniknęła.
   Herkules Poirot uniósł brwi.
   — Kiedy to się wydarzyło?

background image

   — Jeszcze tego ranka leżały tam obydwie, dałbym głowę!
   — Niech mi pan pokaże.
   Wyszli razem przed drzwi frontowe. Poirot nachylił się i dokładnie obejrzał 
pozostałą kulę. Gdy się wyprostował, wyraz jego twarzy był niezwykle poważny.
   Tressilian wyjęczał:
   — Kto mógł ukraść coś podobnego? Przecież to bez sensu! Poirot rzekł:
   — O, to mi się nie podoba. Wcale mi się nie podoba… Tressilian spojrzał na niego 
niepewnie.
   — Co się w tym domu dzieje, sir? Odkąd naszego pana zamordowano, wszystko 
idzie na opak! Cały czas czuję się jak we śnie. Myli mi się wszystko, a czasami nie 
wierzę własnym oczom.
   — Tu się pan mija z prawdą. Zawsze należy wierzyć świadectwu własnych oczu.
   — Kiedy wzrok mi się psuje! — narzekał kamerdyner. — Już nie widzę tak dobrze 
jak dawniej. Plączę rzeczy i ludzi. Za stary już jestem na taką pracę.
   Herkules Poirot poklepał go po ramieniu:
   — Odwagi!
   — Dziękuję panu. To bardzo miło z pańskiej strony, ale ja się naprawdę starzeję. 
Ciągle przychodzą mi na myśl dawne dni i widzę dawne twarze. Panienkę Jenny, 
pana Dawida i Alfreda… Zawsze widzę ich jako młodych ludzi. A tego wieczoru, 
kiedy wrócił panicz Harry…
   — Tak właśnie myślałem — przytaknął mu Poirot. — Powiedział pan przed chwilą 
„Odkąd naszego pana zamordowano”, ale to się zaczęło wcześniej, prawda? 
Wszystko stało się inne i jakby nierealne, odkąd Harry Lee powrócił do domu…
   — Ma pan zupełną rację, sir — odrzekł kamerdyner. — Tak właśnie było. Panicz 
Harry zawsze wnosił jakiś niepokój do domu, nawet i za dawnych czasów. — Jego 
oczy znowu powędrowały ku opustoszałemu miejscu koło drzwi. — Któż ją mógł 
zabrać? — wyszeptał. — I po co? Istny dom wariatów.
   — Obawiam się, że to wcale nie szaleństwo — odparł Poirot. — Wprost 
przeciwnie! Tressilian, komuś w tym domu grozi wielkie niebezpieczeństwo.
   Odwrócił się i wszedł do środka. W tej samej chwili Pilar wybiegła z gabinetu cała 
w wypiekach, z roziskrzonymi oczami i dumnie uniesioną głową.
   Gdy Poirot zbliżył się do niej, tupnęła nogą i rzekła:
   — Nie przyjmę tego!
   — Czego pani nie przyjmie, mademoiselle?
   — Alfred mi powiedział — wybuchnęła — że dostanę udział mojej matki, który 
dziadek zapisał jej w testamencie.
   — No i co?
   — Powiedział, że nie mogę go otrzymać legalną drogą, ale on, Lidia i pozostali 
uznali, że mi się to należy. Mówią coś o sprawiedliwości… i że dlatego mi to dają.
   Poirot spytał ponownie:
   — No i co?
   Pilar powtórnie tupnęła nogą.
   — Nie rozumie pan?! Oni mi to dają!
   — Czemu więc uniosła się pani dumą? Skoro mówią, że należy się to pani…
   — Niczego pan nie rozumie!
   — Przeciwnie… Bardzo dobrze rozumiem.
   — Och! — Pilar odwróciła się z irytacją.
   Rozległ się dzwonek. Poirot spojrzał przez ramię. Dostrzegł sylwetkę inspektora 
rysującą się za drzwiami i zawołał w ślad za Pilar:
   — Dokąd pani idzie?
   — Do salonu. Do tamtych… — odrzekła nadąsana.

background image

   — Doskonale. Niech pani zostanie tam razem z nimi. Proszę nie wychodzić z domu, 
zwłaszcza po zapadnięciu zmroku, i uważać. Grozi pani wielkie niebezpieczeństwo, 
mademoiselle. Większe niż kiedykolwiek przedtem.
   I zostawił ją idącą powitać Sugdena.
   Policjant poczekał, aż Tressilian zniknie w pomieszczeniach dla służby i podsunął 
Poirotowi telegram pod same oczy.
   — Mamy ptaszka! — rzekł. — Proszę tylko przeczytać: to depesza od policji w 
Afryce Południowej.
   Telegram głosił:
   „Jedyny syn Ebenezera Farra zmarł dwa lata temu”.
   — A więc wiemy, jak się rzeczy mają — rzekł Sugden.

IV
   
   Pilar wkroczyła do salonu z dumnie uniesioną głową. Skierowała się prosto ku 
Lidii, która siedziała na parapecie okiennym i robiła na drutach.
   — Lidio — oznajmiła — przyszłam ci powiedzieć, że nie wezmę tych pieniędzy… i
że zaraz wyjeżdżam.
   Lidia spojrzała na nią ze zdumieniem. Odłożyła robótkę i oświadczyła:
   — Drogie dziecko! Alfred musiał się źle wyrazić. Nie robimy tego z litości, jeśli tak 
sądzisz. To nie kwestia naszej uprzejmości czy hojności, tylko po prostu zwykła 
uczciwość. Gdyby los zrządził inaczej, twoja matka odziedziczyłaby te pieniądze, a 
potem ty dostałabyś je w spadku po niej. Masz do tego prawo, jesteś przecież z naszej 
krwi. Nie chodzi o jałmużnę. Chodzi o sprawiedliwość!
   Pilar odparła gniewnie:
   — I właśnie dlatego ich nie chcę! Nie chcę też, żebyś tak do mnie mówiła! 
Przyjechałam tu z chęcią, bo mnie to bawiło, to była przygoda! Zepsuliście wszystko. 
Natychmiast wyjeżdżam i nigdy więcej o mnie nie usłyszycie!
   Płacz stłumił jej słowa. Pilar odwróciła się i wybiegła z salonu.
   Lidia otwarła szeroko oczy i rzekła ze smutkiem:
   — Nie spodziewałam się, że tak to przyjmie!
   — Chyba coś ją gnębi — zauważyła Hilda.
   George odchrząknął i obwieścił ostentacyjnie:
   — Hm… Już to dzisiaj mówiłem… Obraliśmy niedobre wyjście. Pilar jest 
dostatecznie inteligentna, by to zauważyć. Odmawia przyjęcia jałmużny.
   Lidia odparła ostro:
   — To nie jałmużna. Pieniądze należą się jej sprawiedliwie! 
   — Najwyraźniej wcale tak nie myśli — odparował George.
   W drzwiach ukazał się inspektor Sugden wraz z Poirotem.
   Policjant rozejrzał się po wnętrzu i zapytał:
   — Gdzież jest pan Farr? Chciałem prosić go na słówko. Nim ktokolwiek zdążył 
odpowiedzieć, Herkules Poirot spytał nerwowo:
   — Gdzie jest signorina Estravados?
   George Lee odparł tonem, w którym dało się wyczuć nutę złośliwej satysfakcji:
   — Wyjeżdża stąd natychmiast… Przynajmniej tak powiedziała. Najwyraźniej 
sprzykrzyli się jej angielscy krewni.
   — Szybko! — krzyknął Poirot. — Powtórzył raz jeszcze, zwracając się do 
Sugdena: — Szybko! Nie ma czasu do stracenia!
   W tejże chwili z daleka doszedł ich odgłos upadku jakiegoś ciężkiego przedmiotu i 
wołanie o pomoc. Obydwaj przebiegli przez hali i wpadli na schody. Drzwi od pokoju 
Pilar były otwarte i stał w nich jakiś mężczyzna. Na odgłos ich kroków odwrócił 

background image

głowę. Był to Stephen Farr.
   — Żyje… — rzekł.
   Pilar przywarła do ściany swego pokoju. Patrzyła rozszerzonymi oczami na 
podłogę, gdzie leżała ogromna kamienna kula.
   — Ktoś ją położył na górnej krawędzi moich drzwi — szepnęła niemal bez tchu. — 
Roztrzaskałaby mi głowę, ale zaczepiłam sukienką o gwóźdź i to mnie zatrzymało.
   Poirot przyklęknął i obejrzał gwóźdź. Zwisały na nim strzępy czerwonej wełny. 
Poirot podniósł się z posępną twarzą i pokiwał głową.
   — Mademoiselle, ten gwóźdź uratował pani życie.
   — Co to wszystko ma znaczyć?! — krzyknął inspektor.
   — Ktoś chciał mnie zabić! — zawołała Pilar. Sugden spojrzał na drzwi.
   — Głupi kawał — rzekł. — Stary głupi kawał, ale zrobiono go z myślą o 
morderstwie. To już drugie morderstwo z premedytacją zaplanowane w tym domu. 
Ale tym razem mordercy się nie udało.
   — Dzięki Bogu, zdołała się pani uratować — rzekł ochrypłym głosem Stephen 
Farr.
   Pilar rozłożyła szeroko ręce w wymownym geście.
   — Madre de Dios! Kto miałby mnie zabijać? Co ja takiego zrobiłam?
   — Powinna pani raczej spytać: „Co ja takiego wiem?” — odparł Poirot.
   — Ja? Przecież ja nic nie wiem.
   — Jest pani w błędzie. Proszę mi powiedzieć, mademoiselle Pilar, gdzie pani była 
w chwili morderstwa? Bo nie w tym pokoju…
   — Byłam tutaj i już! Przecież panu mówiłam. Inspektor Sugden odezwał się z 
uprzedzającą grzecznością:
   — Tak… ale nie mówiła pani prawdy. Wedle pani słów usłyszała pani krzyk 
dziadka, ale to niemożliwe. W tym pokoju nie było go słychać. Sprawdziliśmy to 
wczoraj wraz z panem Poirotem.
   — Och! — Pilar zabrakło tchu.
   — Była pani znacznie bliżej pokoju dziadka — odezwał się Poirot. — I myślę, że 
wiem, gdzie pani była, mademoiselle… We wnęce z posągami, tuż przy tamtych 
drzwiach. Pilar rzekła przestraszona:
   — O… Skąd pan wie?
   Poirot powiedział ze słabym uśmieszkiem:
   — Widział tam panią Stephen Farr.
   — Nic podobnego! — rzucił ze złością Stephen. — To kłamstwo! Absolutne 
kłamstwo!
   — Bardzo pana przepraszam, monsieur Farr, ale pan ją widział. Przypomina pan 
sobie własną uwagę o trzech statuach we wnęce? Widział ich pan trzy, choć w 
rzeczywistości są tylko dwie. Tylko jedna osoba tego wieczoru nosiła białą suknię — 
mademoiselle Estravados. To ona była trzecią statuą. Prawda, mademoiselle?
   Pilar po chwili przyznała:
   — Tak. To prawda.
   — A teraz proszę nam powiedzieć całą prawdę. Po co tam pani poszła?
   — Po obiedzie opuściłam salon i pomyślałam, że dobrze byłoby odwiedzić dziadka. 
Myślałam, że byłby temu rad. Kiedy jednak skręciłam w korytarz, zobaczyłam, że 
pod drzwiami ktoś stoi. Nie chciałam, żeby mnie widział, bo wiedziałam, że dziadek 
nie życzy sobie żadnych wizyt tego wieczoru. Ukryłam się we wnęce i czekałam, aż 
tamta osoba sobie pójdzie. Nagle usłyszałam straszliwy hałas, wszystko się waliło i 
tłukło. Nie ruszyłam się z miejsca. Nie mogłam się poruszyć, choć nie wiem czemu… 
Zdjął mnie strach. A potem rozległ się przeraźliwy krzyk — Pilar przeżegnała się 
znakiem krzyża — i serce we mnie zamarło, i powiedziałam sobie: „Ktoś nie żyje…”

background image

   — A potem?
   — Potem wszyscy nadbiegli korytarzem, a ja po cichu wyszłam ż wnęki i 
przyłączyłam się do nich.
   Inspektor Sugden zauważył cierpko:
   — Nie wspomniała pani o tym podczas przesłuchania. Dlaczego?
   Pilar pokręciła przecząco głową i odparła nieco przemądrzałym tonem:
   — Nie trzeba mówić policji za wiele. Widzi pan, gdybym powiedziała, że 
znajdowałam się tak blisko pokoju dziadka, mógłby pan pomyśleć, że to ja go 
zabiłam. Więc powiedziałam, że byłam u siebie.
   — Świadomym kłamstwem tylko ściągnęła pani na siebie podejrzenia.
   Stephen Farr zapytał z wolna:
   — Pilar, proszę powiedzieć, kogo pani widziała pod drzwiami.
   — Tak, proszę nam to powiedzieć! — zawtórował mu Sugden.
   Dziewczyna wahała się przez chwilę. Otwierała i przymykała kolejno wielkie oczy, 
aż wreszcie rzekła:
   — Nie wiem. Było za ciemno, żeby poznać, kogo się widzi. Ale to była kobieta.

V
   
   Inspektor Sugden powiódł wzrokiem po twarzach wszystkich osób zgromadzonych 
w salonie. Rzekł do detektywa niemal z irytacją:
   — To niezgodne z regulaminem, Poirot.
   — Cóż, taki miałem pomysł — odparł Poirot. — Chciałbym podzielić się ze 
wszystkimi świeżo nabytą wiedzą i zaprosić ich do współudziału w odkrywaniu 
prawdy.
   Sugden wymamrotał pod nosem:
   — Bzdurne sztuczki.
   I rozparł się wygodnie w fotelu.
   — Zdaje się, że dopiero co chciał pan wyjaśnić jakieś sprawy ze Stephenem Farrem 
— zauważył Poirot.
   Sugden przygryzł wargi.
   — Wolałbym uczynić to w mniejszym gronie. Tym gorzej dla niego.
   Podał Stephenowi depeszę.
   — No, panie Farr, ponieważ już posługuje się pan tym nazwiskiem… Czy możemy 
prosić o wyjaśnienia?
   Farr wziął do ręki telegram. Przeczytał go powoli na głos, unosząc nieco brwi, a 
potem z ukłonem zwrócił papier inspektorowi.
   — To trochę kłopotliwe.
   — Czy tylko tyle ma pan do powiedzenia? Może pan teraz nie składać jeszcze 
zeznań, ale…
   — Nie musi mnie pan przestrzegać z zawodowego obowiązku — przerwał mu 
Stephen — choć widzę, że ma pan już odpowiednie słowa na końcu języka. Owszem 
mogę udzielić wyjaśnień; może będą one nieco śmieszne, ale za to prawdziwe. — 
Urwał, a po chwili zaczął mówić ponownie: — Nie jestem synem Ebenezera Farra, 
ale znałem i syna, i ojca. Naprawdę nazywam się Stephen Grant. Niech się pan teraz 
postawi w moim położeniu: przyjeżdżam do tego kraju po raz pierwszy w życiu. 
Wszystko wydaje mi się tu smętne i blade. Jestem rozczarowany. I nagle, gdy jadę 
pociągiem, spostrzegam dziewczynę. Wyznam szczerze: zakochuję się od pierwszego 
wejrzenia! To najpiękniejsze i najniezwyklejsze stworzenie na świecie. Rozmawiam z 
nią podczas podróży i postanawiam nie spuszczać jej z oka. A kiedy opuszczam 
przedział, dostrzegam nalepkę na walizie. Nazwisko nic mi nie mówi, ale adres, pod 

background image

który jedzie — jak najbardziej. Słyszałem o Gorston Hall i wiem, kto w nim mieszka, 
ów ktoś był niegdyś wspólnikiem Ebenezera Farra i stary Eb często o nim wspominał.
   Wtedy właśnie wpadam na pomysł, by dostać się do Gorston Hall pod nazwiskiem 
syna Eba. Zmarł on, jak powiada ta depesza, dwa lata temu, ale pamiętam, jak stary 
Eb mówił, że nie słyszał od lat o Simeonie Lee i dochodzę do wniosku, że pan Lee nie
może o tej śmierci wiedzieć. A w każdym razie czuję, że warto zaryzykować…
   — Nie zaryzykował pan jednak od razu. Odczekał pan dwa dni w Addlesfield, w 
zajeździe „Pod królewską zbroją”.
   — Musiałem wszystko przemyśleć — odparł Stephen. — Czy próbować, czy też 
nie. Wreszcie zdecydowałem się, żeby spróbować. Przemawiała do mnie perspektywa 
takiej przygody. I wszystko poszło jak z płatka! Stary pan przyjął mnie jak 
najserdeczniej i zaprosił na święta; zgodziłem się przyjąć zaproszenie. Tak wyglądają 
moje wyjaśnienia, panie inspektorze. Jeśli uzna je pan za nieprawdopodobne, niechże 
pan wróci myślami do czasów, kiedy panu zdarzyło się zakochać. Chyba nietrudno 
się domyśleć, że można wtedy popełnić jakieś głupstwo. Nazywam się, jak już 
mówiłem, Stephen Grant. Może pan zatelegrafować do Afryki Południowej i 
sprawdzić, te dane, lecz uprzedzam: odpowiedzą wówczas, że jestem ogólnie 
szanownym obywatelem, a nie włamywaczem czy złodziejem diamentów.
   — Nigdy nie sądziłem, że jest pan złodziejem — rzekł Poirot.
   Inspektor Sugden pogładził podbródek.
   — Muszę to oczywiście sprawdzić. Na razie chciałbym tylko wiedzieć: dlaczego 
nie ujawnił pan prawdziwego nazwiska po morderstwie i zamiast tego poczęstował 
nas stekiem kłamstw?
   Stephen rzekł z rozbrajającą szczerością:
   — Owszem, zachowałem się jak głupiec! Myślałem, że uda mi się jakoś z tego 
wybrnąć. Gdybym przyznał, że dostałem się tu pod fałszywym nazwiskiem, 
wyglądałoby to podejrzanie. Skądinąd postąpiłem jak kompletny idiota, bo nie 
przyszło mi na myśl, że pan zadepeszuje do Johannesburga.
   — No, dobrze, panie… ehm… Grant, pańska opowieść brzmi dosyć wiarygodnie, 
ale tak czy inaczej szybko to sprawdzimy.
   Rzucił Poirotowi pytające spojrzenie.
   — Zdaje mi się, że panna Estravados ma nam coś do powiedzenia — odezwał się 
detektyw.
   Pilar, bardzo blada, odparła ledwie dosłyszalnym głosem:
   — Tak. Nigdy bym się nie przyznała, gdyby nie Lidia i to, co powiedziała o 
pieniądzach. Przyjechałam tu i odegrałam niezłą komedię; bawiłam się dobrze aż do 
chwili, kiedy ona oświadczyła, że te pieniądze są moje i że to kwestia prostej 
sprawiedliwości… To było coś innego i wcale nie zabawnego. Już nie mogłam 
dłużej…
   — Nie pojmuję, o czym mówisz, moja droga — przerwał jej zdumiony Alfred.
   — Wszyscy myślicie, że jestem waszą siostrzenicą, Pilar Estravados, a to 
nieprawda! Pilar zginęła w samochodzie, którym razem jechałyśmy. Na nasze auto 
spadła bomba i zabiła ją, ale ja przeżyłam. Nie znałam jej zbyt dobrze, ale zdążyła mi 
opowiedzieć wszystko o sobie, a także o dziadku, który ją odszukał i zaprosił do 
Anglii. On był bardzo bogaty, a ja wcale nie miałam pieniędzy ani nie wiedziałam, 
gdzie się podziać i co robić. Wtedy pomyślałam sobie: „Czemu nie wziąć paszportu 
Pilar? Pojadę do Anglii i będę bogata!” — Jej twarz rozjaśnił nagle szeroki uśmiech. 
— Ciekawa byłam, czy mi się uda; ach, jak wspaniale się wtedy czułam! Byłam 
trochę podobna do Pilar na fotografii, a kiedy musiałam pokazać paszport, 
otworzyłam okno i wyrzuciłam go na dół, a potem pobiegłam tam i pomazałam trochę 
zdjęcie ziemią; podczas podróży strażnicy nigdy nie patrzą na nie zbyt uważnie, ale 

background image

tu… Alfred zawołał gniewnie:
   — A więc przedstawiła się pani memu ojcu jako wnuczka, aby wykorzystać jego 
uczucia?!
   Pilar przytaknęła i dodała z wyraźną satysfakcją:
   — O tak, od razu wiedziałam, że mnie bardzo polubi.
   George stracił panowanie nad sobą.
   — Niedorzeczność — wybuchnął. — To jest przestępstwo! Próba wyłudzenia 
pieniędzy pod cudzym nazwiskiem!
   Harry Lee zabrał głos:
   — Od ciebie i tak nic by nie dostała, mój stary! Pilar, jestem za tobą i podziwiam 
twoją śmiałość. Co za szczęście, że nie muszę już być twoim wujkiem! Czuję się 
teraz o wiele swobodniej!
   Pilar zwróciła się do Poirota.
   — Jakim cudem się pan domyślił?
   Mały Belg uśmiechnął się.
   — Mademoiselle, z prac Mendla mogłaby się pani dowiedzieć, że dwie osoby o 
niebieskich oczach nie mogą mieć czarnookiego potomka, a pani matka z pewnością 
nie uchybiła małżeńskiej wierności. W żadnym razie nie mieliśmy zatem do czynienia 
z panną Pilar Estravados, a sztuczka z paszportem tylko mnie o tym upewniła. Była 
gierką zręczną, ale nie dość przebiegłą.
   Inspektor Sugden rzucił cierpko:
   — Nie widzę w tym nic przebiegłego.
   Pilar wlepiła w niego oczy.
   — Nie rozumiem…
   — Dowiedzieliśmy się sporo, ale myślę, że dużo więcej pani przemilczała.
   — Niechże ją pan zostawi w spokoju! — zawołał Stephen.
   Inspektor zignorował jego okrzyk i ciągnął dalej:
   — Poszła pani po obiedzie do pokoju dziadka ot, tak sobie. Ja sądzę inaczej. Myślę, 
że to pani ukradła diamenty. Zapewne nie odłożyła ich pani po obejrzeniu do sejfu, a 
stary pan tego nie dopilnował. Gdy odkrył brak kamieni, od razu wiedział, że mogły 
je zabrać tylko dwie osoby. Jedną z nich był Harbury, który mógł zapoznać się w 
jakiś sposób z kombinacją liczbową, wślizgnąć się do pokoju i ukraść je w nocy. 
Drugą była pani. No cóż, pan Lee z miejsca przedsięwziął pewne środki. Zadzwonił 
do mnie i skłonił mnie do wizyty. Potem posłał po panią; chciał się z panią zobaczyć 
po obiedzie, a potem oskarżyć panią o kradzież. Pani zaprzeczyła, on podtrzymywał 
oskarżenie. Nie wiem dokładnie, co się potem zdarzyło; może odgadł, że nie jest pani 
jego wnuczką, tylko sprytną, profesjonalną złodziejką. Tak czy inaczej, gra była 
skończona; groźba procesu sprawiła, że rzuciła się pani na niego z nożem. Potem 
nastąpiła walka i jego krzyk. Wybiegła pani z pokoju, obróciła klucz w zamku od 
zewnątrz, a potem, mając odcięty odwrót, wślizgnęła się pani do wnęki z posągami, 
zanim nadbiegli inni.
   Pilar krzyknęła przeraźliwie:
   — Nieprawda! Nieprawda! Nie ukradłam diamentów! Nie zabiłam go! Przysięgam 
na Najświętszą Panienkę!
   — A więc któż to zrobił?! — zawołał Sugden. — Widziała pani podobno kogoś pod 
tymi drzwiami. Musiał to zatem być morderca. Nikt inny nie przechodził koło wnęki! 
Tylko z pani słów wiadomo nam, że ktoś tam w ogóle stał. Widzę w tym jedynie pani 
wykręt zrodzony ze strachu o własną skórę.
   George Lee zawołał:
   — Oczywiście, że to ona! Wszystko jasne! Cały czas mówiłem, że ojca zabił ktoś 
obcy! Co za niedorzeczność sądzić, że mógłby to zrobić któryś z członków rodziny! 

background image

To… To przeciwne naturze!
   Poirot poruszył się nerwowo w fotelu.
   — Nie zgadzam się z panem. Gdy weźmiemy pod uwagę charakter Simeona Lee, 
okaże się, że wszystko przebiegało zgodnie z naturą.
   — Co takiego? — George wpatrywał się w Poirota z otwartymi ustami.
   — I wedle mego zdania tak się właśnie zdarzyło. Simeon Lee został zamordowany 
przez kogoś, kto był z jego krwi, i w tym właśnie upatrywał bardzo dobry powód do 
zbrodni.
   — Jeden z nas?! — wrzasnął George. — Kategorycznie zaprzeczam…
   Poirot przerwał mu stanowczym tonem:
   — Każdą z obecnych osób można podejrzewać, przede wszystkim zaś pana! Nie 
kochał pan wcale ojca. Utrzymywał pan z nim poprawne stosunki tylko ze względu 
na pieniądze. W dniu śmierci ojciec zagroził, że obetnie wypłacaną panu pensję. 
Wiedział pan, że po jego zgonie najprawdopodobniej odziedziczy pan sporą sumę. 
Oto motyw. Po obiedzie poszedł pan rzekomo do telefonu i naprawdę pan rozmawiał, 
ale tylko przez pięć minut. Potem przedostał się pan do pokoju ojca, odwrócił jego 
uwagę rozmową, a później zaatakował go i zabił. Opuścił pan jego sypialnię i obrócił 
klucz od zewnątrz, żeby zwalić wszystko na włamywacza. W panice zapomniał pan, 
że włamywacz musiałby uciec oknem, co było głupie, ale — proszę mi wybaczyć 
moje słowa… — jest pan raczej głupim człowiekiem! — Mimo to — ciągnął Poirot 
po krótkiej przerwie, podczas której George na próżno usiłował coś wykrztusić — 
sporo głupich ludzi zostaje przestępcami! — Wzrok detektywa spoczął na 
Magdalenie. — Pańska żona również miała motyw. Jak mi się zdaje, tonie ona w 
długach, a niektóre uwagi pańskiego ojca miały dość szczególny, charakter, który 
mógł się jej nie podobać. Ona także nie ma alibi. Poszła do telefonu, ale nie 
telefonowała, a my mamy tylko jej słowa na potwierdzenie tego faktu… A teraz 
weźmy panią Hildę. Niejeden raz słyszeliśmy o mściwym usposobieniu i długiej 
pamięci, które ma we krwi rodzina Lee. Pan Dawid nie zapomniał i nie wybaczył ojcu 
sposobu, w jaki traktował jego matkę. Końcowa sarkastyczna uwaga, dotycząca 
zmarłej, mogła przeważyć szalę. Dawid Lee mówi, że w chwili morderstwa grał na 
fortepianie. Dziwnym trafem grał marsza żałobnego. Przypuśćmy jednak, że to ktoś 
inny go grał; ktoś, kto wiedział, co ma zamiar zrobić pan Dawid i aprobował jego 
poczynania…
   Hilda Lee odparła ze spokojem:
   — Co za niegodna sugestia.
   Poirot spojrzał jej prosto w oczy.
   — A więc zaproponuję inną, madame. To pani ręka zabiła. To pani wspięła się na 
schody, by wykonać wyrok na człowieku niegodnym przebaczenia. Pani jest z tych, 
którzy mogą być straszliwi w gniewie…
   — Nie zabiłam go.
   Inspektor Sugden zauważył:
   — Pan Poirot ma zupełną słuszność. Przeciw każdemu z państwa można by wnieść 
oskarżenie, prócz pani Lidii, pana Harry’ego i pana Alfreda.
   — Nie wykluczam nawet tych trojga… — rzekł cicho Poirot.
   — Ależ proszę pana! — zaprotestował inspektor.
   — A w jaki sposób można by oskarżyć mnie? — spytała Lidia, unosząc brwi w 
ironicznym uśmiechu.
   Poirot skłonił się jej.
   — Nie rozwodziłem się nad pani motywem, bo dość wyraźnie go widać. Nosiła 
pani w noc zbrodni suknię z kwiecistej tafty o bardzo wyrazistym deseniu; suknia ta 
miała bolerko. Pragnę przypomnieć, że Tressilian, kamerdyner, jest krótkowzroczny. 

background image

Wszystko, co widzi z pewnego dystansu, jest dla niego zamglone i niewyraźne. 
Przypominam też, że pani salon jest obszerny i oświetlony lampami w ciężkich 
abażurach… Tego wieczoru, na minutę czy dwie przedtem, zanim rozległ się krzyk, 
Tressilian wszedł tam, by zabrać filiżanki po kawie. Myślał, że widział panią, stojącą 
w znanej mu pozie przy oknie, na wpół przesłoniętą przez portiery.
   — On widział mnie! — rzekła Lidia.
   Poirot podjął swój wątek:
   — Myślę, że to, co widział, było tylko bolerkiem od pani sukni, udrapowanym w 
taki sposób, by robiło wrażenie, że pani tam stoi.
   — Ależ stałam tam!
   — Jak pan śmie sugerować?! — zawołał Alfred.
   Harry przerwał mu:
   — Niech mówi, Alfredzie. Kolej na nas. W jaki sposób nasz drogi Alfred mógłby 
zabić ukochanego ojca, skoro obydwaj siedzieliśmy w jadalni na dole?
   Poirot spojrzał na niego z tryumfem.
   — To bardzo proste. Alibi bardzo zyskuje na wiarygodności, gdy potwierdza je ktoś 
niechętny. Byliście obydwaj w złych stosunkach, wszyscy to wiedzą. Publicznie 
czynił pan bratu uszczypliwe uwagi, a on nie rzekł o panu dobrego słowa. 
Przypuśćmy jednak, że mamy do czynienia ze sprytnie uknutą intrygą, że Alfred Lee 
znużył się bezskutecznym nadskakiwaniem zawziętemu i wymagającemu ojcu. 
Przypuśćmy, że spotkaliście się jakiś czas temu i uzgodniliście plan. Pan wraca do 
domu, Alfred najwyraźniej przejawia wrogość. Okazuje panu zazdrość i niechęć. Pan 
z kolei traktuje go pogardliwie. Nadchodzi noc morderstwa, które tak sprytnie 
zaplanowaliście wcześniej. Jeden z was zostaje w jadalni i głośno rozprawia lub 
nawet udaje kłótnię, jakby siedziały tam dwie osoby. Drugi wchodzi na górę i 
popełnia zbrodnię…
   Alfred zerwał się na równe nogi.
   — Pan jest potworem! — krzyknął. Reszta słów uwięzia mu w gardle.
   Sugden spojrzał na Poirota.
   — Czy naprawdę pan sądzi…?
   Detektyw odparł z nagłą mocą:
   — Chciałem wykazać, że wszyscy mogli to zrobić! Wszystko to mogło się zdarzyć! 
A jak było naprawdę? Dowiemy się, kiedy przejdziemy od domysłów do realiów…
   Urwał i dokończył powoli:
   — Musimy powrócić, jak już wcześniej mówiłem, do charakteru Simeona Lee…

VI
   
   Przez chwilę wszyscy trwali w milczeniu. Chociaż mogło się to wydawać dziwne, 
gniew i oburzenie znikły. Herkules Poirot podporządkował swych słuchaczy sile 
własnej osobowości. Patrzyli na niego zafascynowani, gdy począł mówić dalej:
   — W tym sedno rzeczy. Jądrem, ośrodkiem całej tajemnicy jest ofiara zbrodni. 
Musimy zgłębić do dna serce i umysł Simeona Lee, by dostrzec, co się tam kryło. 
Człowiek nie żyje sam ani też nie umiera samotnie. Przekazuje wszystko, co miał, 
tym, którzy przyjdą po nim… Cóż mógł przekazać Simeon Lee swym synom i córce? 
Przede wszystkim pychę… Pychę, którą na starość ciężko zraniło rozczarowanie, 
jakie przyniosło mu potomstwo. Przekazał im również w spadku cierpliwość. Nieraz 
tu wspominano, że całymi latami potrafił wyczekiwać, by zemścić się na kimś, kto 
mu dokuczył. Zauważmy, że ten rys charakteru odziedziczył po nim syn najmniej do 
niego podobny fizycznie. Dawid Lee również umie czekać i przez długie lata 
zachowywać urazę. Harry Lee jako jedyny wyraźnie przypomina ojca z rysów twarzy.

background image

Podobieństwo to bije w oczy, gdy przyjrzymy się portretowi Simeona z lat młodości. 
Ten sam wydatny, orli nos, kanciasty zarys szczęki, sposób trzymania głowy. Harry 
odziedziczył również odruchy ojca… na przykład odchylanie głowy w tył podczas 
śmiechu i gładzenie palcem podbródka. Pamiętałem o tym i trwałem w przekonaniu, 
że morderstwo popełniła osoba blisko związana z ofiarą. Obserwowałem więc 
dokładanie rodzinę z psychologicznego punktu widzenia. Innymi słowy, próbowałem 
dociec, kto z jej członków był, psychologicznie rzecz biorąc, potencjalnym mordercą. 
W moim przekonaniu mogło chodzić tylko o dwie osoby: o Alfreda Lee i o Hildę, 
żonę pana Dawida. Sam Dawid nie mógł się okazać potencjalnym mordercą. Nie 
sądzę, by ktoś o jego subtelności odczuć mógł wytrzymać widok krwi płynącej z 
przeciętego gardła. Odrzuciłem również George’a Lee i jego żonę. Nie wierzę, by — 
bez względu na to, co czują — mogli podjąć podobne ryzyko. Na to są zbyt ostrożni. 
Pani Lidia nie jest zdolna do popełnienia gwałtownego czynu; jej broń to raczej 
ironia. Wahałem się co do Harry’ego. Wprawdzie nie brak mu jawnej brutalności, 
lecz wbrew bluffom i pozorowanej nonszalancji jest to zdecydowany słabeusz. I tak 
właśnie w gruncie rzeczy osądzał go ojciec: „Harry w niczym nie jest lepszy od 
innych”. Pozostają więc dwie wymienione już osoby: Alfred i Hilda Lee. Alfred jest 
człowiekiem zdolnym do prawdziwego, bezinteresownego uczucia; potrafił 
kontrolować swoje zachowanie i przez wiele lat podporządkować się woli ojca. 
Wszystko to jednak mogło pęknąć któregoś dnia. Co więcej, mógł żywić do ojca 
skrytą urazę, której nie należało ujawniać, co ją z kolei wzmagało. Spokojni, łagodni 
ludzie bywają nieraz zdolni do nagłych i gwałtownych czynów, bo gdy ich 
samokontrola raz pęknie, to już na dobre! Druga z kolei jest Hilda Lee: typ osoby, 
która w pewnych okolicznościach własnoręcznie stara się wymierzyć 
sprawiedliwość… nigdy jednak z samolubnych pobudek. Tacy ludzie osądzają i 
wykonują wyrok. Wiele przykładów znajdziemy w Starym Testamencie, na przykład 
Jael i Judytę. Gdy zaszedłem już tak daleko, zacząłem badać okoliczności samej 
zbrodni. Przede wszystkim uderzało w nich, bilo wręcz w oczy coś niezwykłego. 
Wróćmy w wyobraźni do pokoju, gdzie spoczywał martwy już Simeon Lee. Jak 
państwo pamiętają, leżał tam przewrócony stół i ciężki fotel, lampa, resztki 
porcelany, kieliszków t tak dalej. Najbardziej zdziwiły mnie meble. Zrobiono je z 
solidnego mahoniu. Trudno mi było pojąć, dlaczego podczas jakiejkolwiek walki 
między słabym starcem i jego przeciwnikiem miałoby się przewrócić tak wiele 
masywnych mebli! Wszystko to wyglądało jakoś nierealnie. Nikt przy zdrowych 
zmysłach nie mógłby przypuścić, że nastąpiło to wskutek zabicia Simeona Lee przez 
silnego mężczyznę. Raczej miało zasugerować, że atakującym była kobieta lub ktoś 
słaby fizycznie.
   Podobna idea była jednak krańcowo nieprzekonująca, gdyż rumor przewracanych 
mebli zaalarmowałby resztę domowników, a morderca miałby bardzo mało czasu na 
ucieczkę. W interesie każdego zbrodniarza było raczej poderżnięcie gardła 
Simeonowi Lee możliwie najciszej.
   Inny osobliwy rys: dlaczego klucz przekręcono w zamku od zewnątrz? Nie 
widziałem żadnego powodu. Nie sugerowało to samobójstwa, bo śmierć zadano w 
sposób wykluczający własnoręczne odebranie sobie życia. Czy miało nasuwać 
przypuszczenie ucieczki przez okno? Ależ tamtędy nie dałoby się uciec. Co więcej, 
znowu nie starczyłoby na to czasu, tak cennego dla mordercy!
   I jeszcze coś niepojętego: myślę o kawałeczku kauczuku, wyciętego z woreczka na 
gąbkę Simeona Lee, oraz o drewnianej kostce; pokazał mi je inspektor Sugden. 
Podniosła je z podłogi jedna z tych osób, które najwcześniej dostały się do pokoju. 
Nowy bezsens! Te drobiazgi nic nie znaczyły, a jednak tam były.
   Jak się państwo zapewne domyślają, zbrodnia okazała się w ten sposób kompletnie 

background image

niepojęta. Brakło w niej ładu i metody; w sumie stanowiła bezsens. A oto zarysowała 
się nowa komplikacja. Inspektor Sugden został wezwany przez samego zabitego; 
oznajmiono mu o kradzieży i poproszono o powrót w półtorej godziny później. 
Dlaczego? Jeśli Simeon Lee podejrzewał wnuczkę lub kogoś innego z rodziny, to 
czemu nie poprosił inspektora, by poczekał na dole, póki on sam nie rozmówi się z 
podejrzanym? Gdyby inspektor pozostał w domu, wywarłoby to przecież znacznie 
większe wrażenie na winowajcy.
   Doszliśmy do momentu, gdzie nie tylko postępowanie mordercy, lecz i zachowanie 
się Simeona Lee było wręcz osobliwe!
   Rzekłem więc sobie: „Ależ to nie ma sensu!” Dlaczego? Bo widzimy wydarzenia 
pod niewłaściwym kątem — tak właśnie, jak pragnął tego morderca…
   Mamy trzy rzeczy bez sensu: walkę, klucz przekręcony od zewnątrz i strzępek 
kauczuku. Trzeba jednak zobaczyć je w sposób, który miałby sens! Wysilałem więc 
mózgownicę, próbując spojrzeć na okoliczności zbrodni we właściwy sposób. Mamy 
zatem walkę. Co to sugeruje? Przemoc, zniszczenie, hałas. Czemu obrócono klucz w 
zamku? Żeby nikt nie mógł wejść? Ależ drzwi wyważono prawie natychmiast. Więc 
może chodziło o zatrzymanie kogoś w środku? A może o to, by wyszedł? Strzęp 
kauczuku były zaś tylko strzępem kauczuku, i tyle. Możecie powiedzieć: „Nie na 
wiele się panu przydały te dywagacje”. Czyżby? Zostają jednak trzy wrażenia: hałas 
— zamknięcie — pustka. Czy to pasowało do moich potencjalnych sprawców? Nie! 
Do Alfreda i Hildy Lee nieskończenie łatwiej pasowało ciche morderstwo. Strata 
czasu na zmykanie drzwi od zewnątrz byłaby więc absurdem, a kawałeczek kauczuku 
to już zupełny nonsens. Dominowało jednak silne wrażenie, że w tej zbrodni nie ma 
niczego absurdalnego, przeciwnie, że została ona doskonale zaplanowana i 
znakomicie wykonana. I tak właśnie się stało! A to znaczyło, że… I wówczas 
ujrzałem pierwszy promyk światła. Krew. Mnóstwo krwi wszędzie. Nacisk położono 
na krew — świeżą, intensywnie czerwoną krew. Mnóstwo krwi… za wiele krwi! Po 
tej refleksji pojawiła się druga: to właśnie krew Simeona Lee powstała przeciw 
niemu.
   Herkules Poirot pochylił się do przodu.
   — Dwóch najważniejszych poszlak dostarczyło mi, całkowicie zresztą 
nieświadomie, dwoje różnych ludzi. Pierwszą z nich była pani Lidia, która 
zacytowała wers z Makbeta:
   „Och, kto by przypuszczał, że ten starzec miał w sobie tyle krwi”. Drugą był 
Tressilian. Zwierzył mi się, że czuje, jakby wciąż coś zdarzało się dwa razy. Nic 
dziwnego! Usłyszał dzwonek, poszedł otworzyć drzwi Harry’emu Lee, a następnego 
dnia… Stephenowi Farrowi.
   Skąd wzięło się to wrażenie? Proszę spojrzeć na obydwu panów, a wszystko stanie 
się jasne. Są zdumiewająco podobni do siebie! To dlatego otworzenie drzwi 
Harry’emu Lee było tak podobne do otworzenia drzwi Stephanowi Farrowi. Mogło 
się wydawać, że stoi tam ten sam mężczyzna. Nawet i dzisiaj Tressilian skarżył się, 
że myli ludzi. Nic dziwnego! Stephen Farr ma tak samo wydatny nos, ten sam odruch 
odchylania głowy do tyłu, gdy wybucha śmiechem, i nawyk gładzenia palcem 
podbródka. Jeśli zaś dosyć długo i bez uprzedzenia państwo popatrzycie na portret 
Simeona Lee jako młodzieńca, dojrzycie tam nie tylko rysy Harry’ego Lee, lecz i 
Stephena Farra…
   Stephen poruszył się w krześle. Poirot podjął zaś swój monolog:
   — Czy pamiętacie tyradę Simeona Lee przeciw jego rodzinie? Zaklinał się, że ma 
zapewne gdzie indziej lepszych synów, choćby z nieprawego łoża. Znów powracamy 
zatem do charakteru Simeona Lee, który miał takie powodzenie u kobiet, że złamało 
to serce jego żonie; do Simeona Lee, który przechwalał się przed Pilar, że mógłby 

background image

sobie sprokurować straż przyboczną z samych swoich synów niemal w jednym 
wieku! Doszedłem do wniosku, że w domu Simeona Lee znajdowała się nie tylko 
jego legalna rodzina, ale też nie rozpoznany i nie dający się poznać nieślubny syn.
   Stephen zerwał się z krzesła, a Poirot rzekł:
   — To był prawdziwy powód pańskiej wizyty, czyż nie tak? Chodziło nie tylko o 
romans z dziewczyną spotkaną w pociągu. Chciał pan tu przybyć jeszcze przed tym 
spotkaniem… po to, by przekonać się na własne oczy, jakim człowiekiem jest pański 
ojciec…
   Stephen pobladł. Odparł głuchym, schrypniętym głosem:
   — Tak, zawsze byłem ciekaw… Matka nieraz mi o nim mówiła. Stawało się to dla 
mnie coraz silniejszą obsesją. Chciałem zobaczyć, jaki był. Uskładałem nieco grosza i 
przyjechałem do Anglii. Wolałem, by nie wiedział, kim jestem. Podałem się więc za 
syna starego Ebenezera. Przybyłem tu tylko w jednym celu — zobaczyć człowieka, 
który był moim ojcem…
   Inspektor Sugden mruknął:
   — Boże, ależ byłem ślepy… a teraz przejrzałem. Dwukrotnie wziąłem pana za 
Harry’ego Lee, ale nie zdołałem się domyślić! — Zwrócił się ku Pilar. — A więc tak 
się rzeczy miały! To jego widziała pani pod drzwiami pokoju dziadka? Zawahała się 
pani i spojrzała na niego przy słowach, że była to kobieta. Widziała go pani, ale nie 
chciała go wydać…
   Rozległ się lekki szelest jedwabiu i Hilda Lee przemówiła głosem pełnym powagi:
   — Nie. To nieprawda. Pilar widziała tam mnie.
   — Panią, madame? — spytał Poirot. — Owszem, tak właśnie myślałem…
   — Instynkt samozachowawczy to dziwna rzecz — odparła Hilda. — Trudno mi 
wręcz uwierzyć, że mogłam być takim tchórzem. Milczałam, bo się po prostu bałam!
   — Ale teraz pani nam powie?
   Hilda skinęła głową.
   — Siedziałam wraz z Dawidem w saloniku muzycznym. On grał na fortepianie. Był 
w osobliwym nastroju. Wyrzucałam sobie, że namówiłam go do przyjazdu. Zaczął 
grać marsza żałobnego, a ja nagle wtedy podjęłam decyzję. Choć może się to wydać 
dziwne, doszłam do wniosku, że musimy obydwoje zaraz odjechać, jeszcze tej nocy. 
Po cichu wymknęłam się z saloniku i poszłam na górę do pana Lee. Chciałam 
powiedzieć mu w oczy, dlaczego wyjeżdżamy. Przeszłam korytarzem pod same drzwi 
i zapukałam. Nikt nie odpowiadał. Zapukałam ponownie, już znacznie głośniej. 
Wciąż nic. Próbowałam nacisnąć klamkę: zamknięte. I gdy tak stałam pełna wahania, 
usłyszałam jakiś dźwięk w środku… — Urwała. — Może mi pan nie wierzyć, ale to 
prawda! Ktoś tam był i atakował pana Lee. Słyszałam rumor przewracanych mebli, 
trzask tłuczonego szkła i porcelany, a potem ów ostatni, upiorny krzyk. Potem 
zapadła cisza.
   Stałam jak sparaliżowana. Nie mogłam się ruszyć! Potem nadbiegł pan Farr z 
Magdaleną i reszta. Pan Farr i Harry wyważyli drzwi i zobaczyliśmy wnętrze, w 
którym nikogo nie było prócz pana Lee leżącego bez życia w wielkiej kałuży krwi.
   Jej spokojny dotąd głos podniósł się i przeszedł niemal w krzyk:
   — Nikogo innego tam nie było — nikogo, rozumie pan?! A nikt stamtąd nie 
wyszedł!

VII
   
   Inspektor Sugden zaczerpnął głęboko tchu:
   — Albo ja zwariowałem… albo wszyscy inni! Mówi pani bzdury. To nonsens!
   — Ależ powiadam panu — zawołała Hilda — że słyszałam odgłosy walki i krzyk 

background image

starca, któremu podrzynano gardło, a nikt stamtąd nie wyszedł i nikogo nie było 
wewnątrz!
   — I przez cały czas pani milczała — odezwał się Poirot.
   Hilda, blada jak papier, odparła stanowczo:
   — Tak, bo gdybym powiedziała panu, co się wtedy wydarzyło, mógł pan pomyśleć 
tylko jedno — że to ja zabiłam…
   Poirot pokręcił głową.
   — Nie. Pani go nie zabiła. Zrobił to jego syn.
   — Przysięgam na Boga, że nigdy go nie tknąłem! — krzyknął Stephen Farr.
   — Nie pan — rzekł Poirot. — On miał innych synów.
   — Co, u diabła! — wrzasnął Harry.
   George wlepił wzrok w Poirota. Dawid przesłonił dłonią oczy. Alfred zamrugał 
powiekami.
   — Pierwszego wieczoru, gdy tu przyszedłem — ciągnął Poirot — ujrzałem w noc 
morderstwa widmo. Było to widmo zabitego. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem 
Harry’ego Lee, zaintrygował mnie. Czułem, że widziałem go już przedtem. 
Przyjrzałem się wówczas dokładnie jego rysom i pojąłem, jak bardzo przypominał 
ojca; sądziłem wtedy, że stąd wzięło się owo wrażenie widzenia czegoś po raz wtóry. 
Wczoraj jednak mężczyzna siedzący naprzeciw mnie odrzucił głowę do tyłu podczas 
śmiechu i wtedy zrozumiałem, kogo przypominał mi Harry Lee. Po raz drugi 
ujrzałem w innej twarzy rysy zmarłego. Nic dziwnego, że zacny stary Tressilian 
poczuł się nieswojo, skoro przyszło mu otwierać drzwi już nie dwu, lecz trzem 
mężczyznom niezwykle podobnym do siebie. I nic dziwnego, że mąciło się w oczach, 
skoro w domu przebywało wtedy trzech mężczyzn, których z pewnej odległości 
można było pomylić ze sobą! Ta sama sylwetka, te same gesty — a zwłaszcza odruch 
gładzenia podbródka — ten sam zwyczaj odchylania głowy do tyłu przy śmiechu, ten 
sam wyrazisty i wydatny nos. Nie zawsze jednak podobieństwo to rzucało się w oczy, 
gdyż trzeci mężczyzna nosił wąsy. — Poirot przechylił się do tyłu. — Czasami 
zapomina się, że oficerowie policji są ludźmi jak wszyscy inni, że mają żony, synów, 
matki… i ojców, pamiętają państwo chyba, jaką reputacją cieszył się Simeon Lee w 
okolicy? Miał opinię człowieka, który złamał żonie serce z powodu swych przygód 
miłosnych. Syn urodzony z nieprawego łoża może odziedziczyć wiele rzeczy, na 
przykład rysy ojca, a nawet jego odruchowe gesty. A także jego pychę, jego 
cierpliwość i jego mściwe usposobienie! — Poirot podniósł głos. — Przez całe życie, 
inspektorze Sugden, żywił pan do ojca zawziętą urazę za zło, które panu wyrządził. 
Sądzę, że od dawna chciał go pan zabić. Pochodzi pan z sąsiedniego hrabstwa; to 
niedaleko stąd. Bez wątpienia pańska matka, dzięki pieniądzom, których Simeon Lee 
nie poskąpił, łatwo znalazła męża, który uchodził za ojca jej dziecka. Łatwo też 
przyszło panu wstąpić do policji hrabstwa Middleshire i czekać sposobności. 
Inspektor policji ma wielką sposobność popełnienia morderstwa i bez trudu może 
uniknąć odpowiedzialności.
   Twarz Sugdena pobladła.
   — Pan oszalał! Byłem poza domem, gdy dokonano zbrodni.
   Poirot pokręcił głową.
   — Nie. Lee został zabity, gdy po raz pierwszy opuścił pan ten dom. Nikt nie 
widział go żywego po pańskim odejściu. Wszystko łatwo poszło. Owszem, Simeon 
Lee oczekiwał pana, ale nigdy pana nie wzywał. To pan do niego zadzwonił i 
niejasno nadmienił o próbie kradzieży. Pan poddał mu myśl wizyty o ósmej pod 
pretekstem kwesty dobroczynnej. Simeon Lee nie żywił podejrzeń. Nie wiedział, że 
jest pan jego synem. Przyszedł pan i opowiedział bajeczkę o zamianie diamentów. 
Simeon Lee otworzył sejf, by udowodnić, że nadal je posiada. Przeprosił go pan, a 

background image

potem, podchodząc bliżej do kominka, niespodziewanie poderżnął mu pan gardło, 
zakrywając ręką usta, by stłumić krzyk. Była to fraszka dla kogoś o pańskiej sile 
fizycznej.
   A potem przystąpił pan do urządzania sceny. Wziął pan diamenty. Ułożył pan stos 
ze stołów, lamp i szkła i okręcił go cienką linką lub sznurem, który przyniósł pan ze 
sobą pod ubraniem. Miał pan też ze sobą butelkę świeżej krwi zwierzęcej, do której 
dodał pan cytrynianu sodu. Spryskał pan nią wszystko w pokoju i dodał cytrynianu do 
kałuży krwi, która wypływała z rany zadanej Simeonowi Lee. Dołożył pan do ognia, 
by ciało mogło zachować ciepło. Potem przerzucił pan końce sznura przez szczelinę 
w uchylonym oknie w taki sposób, by zwisały wzdłuż zewnętrznej ściany. Opuścił 
pan pokój i przekręcił klucz w dziurce od zewnątrz. Było bowiem niezwykle ważne, 
by nikt tam nie wszedł.
   Potem opuścił pan dom i ukrył diamenty w kamiennej misie z miniaturowym 
ogródkiem. Po ich znalezieniu miały jeszcze mocniej zacieśnić podejrzenia wokół 
legalnego potomstwa zabitego. Kwadrans po dziewiątej wrócił pan i pociągnął za 
sznur zwisający wzdłuż ściany za oknem. Spowodowało to runięcie piramidy mebli, 
którą ułożył pan wcześniej. Meble i porcelana upadły z trzaskiem na ziemię. Wtedy 
pociągnął pan za drugi kraniec sznurka i ukrył go, owijając się nim dookoła pod 
płaszczem. Lecz użył pan jeszcze jednego podstępu…
   Poirot obrócił się ku zebranym.
   — Czy pamiętają państwo, jak rozmaicie niektórzy z was określili śmiertelny krzyk 
Simeona Lee? Pan Alfred uznał go za jęk człowieka w agonii. Pańska żona i pan 
Dawid użyli wyrażenia „wrzask potępieńca”. Pani Hilda orzekła natomiast, że był to 
krzyk kogoś bez duszy, istoty nieludzkiej, jak zwierzę. Pan Harry Lee okazał się 
najbliższy prawdy, mówiąc, że brzmiało to jak kwik zarzynanego wieprza.
   Czy widzieliście kiedyś duże różowe baloniki sprzedawane na jarmarkach, 
ozdobione karykaturalnymi rysunkami? Noszą nazwę „zarzynanych wieprzy”. Gdy 
uchodzi z nich powietrze, wydają głośny, nieludzki kwik. To był pana ostatni 
podstęp, Sugden! Umieścił pan w pokoju Simeona Lee jeden z takich baloników, 
zamknięty drewnianą zatyczka, a zatyczka łączyła się z kolei ze sznurem. Gdy 
pociągnął pan za linkę, zatyczka puściła i balonik zaczął klęsnąć. Nad rumowiskiem 
mebli rozległ się skrzek „zarzynanego wieprza”.
   Poirot znów zwrócił się ku swym słuchaczom.
   — Wiecie już, co takiego podniosła z podłogi Pilar Estravados? Inspektor miał 
nadzieję, że dotrze tu na czas, by usunąć ów zwitek kauczuku, nim ktokolwiek go 
zauważy. Istotnie, dość szybko zdołał odebrać go Pilar, i to w najzupełniej oficjalny 
sposób. Pamiętajcie jednak, że nikomu o tym nie wspomniał! Już samo w sobie było 
to wyraźnie podejrzane. Usłyszałem o całym incydencie z ust Magdaleny Lee i 
zagadnąłem wtedy inspektora. Poczynił przygotowania na taką ewentualność. Podał 
mi wycięty z torebki na gąbkę Simeona Lee kawałek kauczuku wraz z drewnianą 
kostką. Z pozoru wyglądało to tak samo: strzępek kauczuku i kawałeczki drewna. Od 
razu pojąłem, że to bez sensu, ale jak ostatni głupiec nie zdołałem sobie rzec: „To nie 
ma sensu, a więc nie powinno znajdować się tutaj… A zatem inspektor Sugden 
kłamie…” Nie, ja niczym idiota głowiłem się nad wyjaśnieniem, póki mademoiselle 
Estravados na widok pękniętego balonika nie zawołała, że to właśnie resztkę balonu 
podniosła z podłogi w pokoju Simeona Lee. Wtedy objawiła mi się prawda.
   Widzicie państwo, jak wszystko do siebie pasuje? Nieprawdopodobna walka ustala 
fałszywy czas śmierci; zamknięte drzwi nie pozwalają, by ciało znaleziono za i nie; 
wreszcie okropny krzyk… Zbrodnia wydaje się teraz tragiczna i racjonalna.
   Od kiedy jednak Pilar Estravados głośno oznajmiła swe odkrycie co do balonika, 
poczęło jej grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdyby morderca usłyszał jej uwagę 

background image

w domu (co umożliwiał jej jasny, donośny głos i otwarte okna), wkrótce byłoby po 
niej. Już wcześniej przeżył on z jej przyczyny bardzo przykrą chwilę, gdy 
powiedziała, mając na myśli starego pana Lee: „Musiał być bardzo przystojny za 
młodu” i dorzuciła, patrząc wprost na niego: „Tak jak pan”. Nic dziwnego, że 
poczerwieniał wówczas i zaniemówił. To było zbyt niespodziewane i groziło mu 
wielkim niebezpieczeństwem. Próbował później ściągnąć na nią podejrzenia, lecz 
bezskutecznie; jako wydziedziczona wnuczka nie miała żadnego motywu do 
popełnienia zbrodni. Gdy później usłyszał z wnętrza domu jej uwagę o różowym 
baloniku wypowiedzianą donośnie na głos, podjął desperacką próbę zabójstwa. 
Zastawił tę prymitywną pułapkę, gdy jedliśmy lunch. Na szczęście nie udało mu się i 
panna Pilar cudem uszła cało…
   Odpowiedziało mu głuche milczenie. Potem Sugden spytał bardzo cicho:
   — Kiedy zyskał pan pewność?
   — Nie byłem całkiem pewien aż do chwili, gdy przyłożyłem sztuczne wąsy do 
portretu Simeona Lee. Twarz, która wyjrzała wtedy ku mnie z obrazu, miała pańskie 
rysy.
   Sugden zawołał:
   — Niech jego dusza zginie w piekle! Nie żałuję mojego czynu!

CZĘŚĆ 7
28 GRUDNIA
I
   
   — Pilar — rzekła Lidia Lee — sądzę, że powinnaś z nami zostać, póki nie 
rozwikłamy jakoś twoich spraw.
   — Jesteś bardzo dobra, Lidio — odparła Pilar. — Bardzo dobra i miła. Łatwo 
przebaczasz, bez fochów i dąsów.
   Lidia odrzekła ze śmiechem:
   — Wciąż mówię do ciebie „Pilar”, choć przypuszczam, że nazywasz się jakoś 
inaczej.
   — Naprawdę nazywam się Conchita Lopez.
   — Conchita. Śliczne imię!
   — Jesteś zbyt dobra, Lidio, ale nie zaprzątajcie sobie mną głowy. Wychodzę za 
Stephena, a potem wyjeżdżamy do Afryki Południowej.
   — A więc wszystko układa się jak najlepiej.
   Pilar rzekła nieśmiało:
   — Lidio, miałaś dla mnie tyle względów! A skoro tak, to może kiedyś 
przyjedziemy tu na trochę dłużej — może na święta — i wtedy zapalimy sztuczne 
ognie, będziemy jeść płonący pudding śliwkowy, ubierzemy choinkę i postawimy na 
stole figurki śniegowych bałwanków…
   — Z pewnością wrócisz tu kiedyś, a wówczas będziemy świętować prawdziwe 
angielskie Boże Narodzenie.
   — Byłoby to wspaniałe. Wiesz, Lidio, tegoroczne święta nie udały się.
   — O nie, to nie były miłe święta — westchnęła Lidia.

II
   
   — Do widzenia, Alfredzie — rzekł Harry Lee. — Nie obawiaj się. Już cię więcej 
nie będę niepokoił. Jadę na Hawaje. Zawsze marzyłem, że tam osiądę, jeśli skapnie 
mi nieco grosza.
   — Żegnaj, Harry — odrzekł Alfred. — Życzę ci szczęścia.

background image

   Harry mruknął, nieco zażenowany:
   — Przykro mi, że ci tyle razy docinałem. Mam fatalne poczucie humoru i nie 
umiem się powstrzymać, żeby komuś nie przypiąć łatki.
   Alfred zdobył się na wysiłek:
   — No cóż, muszę się nauczyć, jak bardziej obojętnie przyjmować cudze żarty.
   Harry rzekł z wyraźną ulgą:
   — Do widzenia, stary, do szybkiego zobaczenia…

III
   
   — Słuchaj, Dawidzie — odezwał się Alfred. — Lidia i ja doszliśmy do wniosku, że 
należy sprzedać nasz dom. Może chciałbyś zachować jakąś rzecz, która należała do 
matki — jej taboret czy podnóżek? Zawsze byłeś jej ulubieńcem.
   Po chwili wahania Dawid odparł powoli:
   — Dziękuję, że o tym pomyślałeś, ale wiesz co — wcale nie mam takich zamiarów. 
Nie chcę zabierać nic z tego domu. Chyba lepiej będzie skończyć całkowicie z 
przeszłością.
   — Rozumiem cię — odrzekł Alfred. — Myślę, że masz rację.

IV
   
   — Do zobaczenia, Alfredzie — rzeki George. — Do zobaczenia, Lidio! Cóż to były 
za straszne święta! I jeszcze proces w perspektywie… Wybuchnie straszny skandal, 
kiedy wyjdzie na jaw, że Sugden jest… hm… synem naszego ojca. Czy nie można by 
mu podsunąć, by podał się za komunistę? Wtedy motywem zbrodni byłaby nienawiść 
do ojca jako kapitalisty…
   — Drogi George — odparła Lidia — czy naprawdę sądzisz, że człowiek jego 
pokroju skłamie, żeby nam zrobić przyjemność?
   — Ech… hm… Może i nie. Owszem, pojmuję twój punkt widzenia. W każdym 
razie to szaleniec. No, do zobaczenia.
   — Do zobaczenia — rzekła Magdalena. — W przyszłym roku spędzimy święta na 
Riwierze, to będzie coś wspaniałego.
   — Zależy od kursu funta — mruknął George.
   — Och, kochanie, przestań wciąż myśleć o pieniądzach!

V
   Alfred wyszedł na taras. Lidia, nachylona nad swoim małym ogródkiem, podniosła 
się na widok męża.
   — A więc wszyscy już pojechali — westchnął.
   — Tak… Na szczęście.
   — Istotnie — przyznał. — Czy cieszy cię, że opuszczamy Gorston Hall?
   — A ciebie?
   — Mnie tak. Możemy szczęśliwie żyć gdzie indziej. Gdybyśmy tu zostali, wszystko 
przypominałoby nam ten koszmar. Dzięki Bogu, że już koniec!
   — To zasługa Poirota.
   — Owszem. Wyjaśnił wszystko w sposób wręcz zdumiewający.
   — Wiem. Kiedy się kończy układać łamigłówkę, wszystkie kawałeczki, które 
zdawały się nigdzie nie pasować, znajdują jednak właściwe miejsce.
   — Nie rozumiem jednego — rzekł Alfred. — Co właściwie robił George po 
telefonie? Czemu nie chciał tego powiedzieć?
   — Nie orientujesz się? Ja cały czas wiedziałam… Szperał w papierach na twoim 

background image

biurku.
   — Och, nie! Lidio, przecież nikt by tak nie mógł postąpić!
   — George może. Jest przeraźliwie ciekaw wszystkiego, co dotyczy pieniędzy. 
Oczywiście nie przyznałby się za nic, chyba tylko ze strachu przed sądem.
   — Zrobisz jeszcze jakiś ogródek?
   — Tak.
   — Co będzie przedstawiać tym razem?
   — Sądzę, że rajski ogród. Nowa wersja: bez węża, z Adamem i Ewą w średnim 
wieku…
   — Droga Lidio… Ileż cierpliwości okazałaś przez te wszystkie lata. Byłaś dla mnie 
doprawdy niezwykle dobra.
   — Bo widzisz, Alfredzie, ja cię kocham…

VI
   
   — Boże święty! Czy to możliwe?! — jęknął pułkownik Johnson. — No, słowo 
daję…! — I na końcu powtórzył raz jeszcze: — Boże święty! — Oparł się wygodnie 
w fotelu i spojrzał na Poirota. Rzekł smętnie: — I to on, moja prawa ręka! Doprawdy, 
policja schodzi na psy!
   — Nawet i policjanci mają życie osobiste — zauważył Poirot. — Sugden był 
niesłychanym wręcz pyszałkiem.
   Pułkownik Johnson potrząsnął głową i żeby jakoś się wyładować, kopnął polano 
leżące przed kominkiem. Zrobił to ze słowami:
   — Nie ma jak dobry kominek!
   Herkules Poirot, czując przeciąg na karku, pomyślał zaś sobie: „Nie ma jak 
centralne ogrzewanie…”