background image

STANISŁAW PAGACZEWSKI 

 

 

 

Gąbka i latające talerze 

background image

Rozdział I 

BARDZO DŁUGA NOC 

 

Naprzód spadło kilka kropli jakiegoś płynu, a potem puszka po makrelach w oleju. O 

tym, że to były makrele, a nie śledzie w sosie węgierskim, przekonał się profesor Gąbka przy 

pomocy  latarki  elektrycznej,  którą  namacał  w  kieszeni  skafandra.  Jedna  z  kropli  zwilżyła 

zeschnięte wargi profesora. Oblizał się i poczuł w ustach smak piwa. 

Nie  spał  już  od  pewnego  czasu,  lecz  leżał  z  zamkniętymi  oczyma,  usiłując  sobie 

przypomnieć, skąd się tu wziął. Mimo grobowych ciemności jedno było jasne: nie spoczywał w 

swym własnym łóżku, tylko na twardej i nierównej powierzchni, przypominającej dno jaskini. 

Nie  miał  na  sobie  piżamy,  lecz  puchowy  skafander  z  kapturem.  Zdrętwiałe  od  długiego 

bezruchu nogi tkwiły w spodniach, których nogawki ginęły w cholewach gumowych butów. 

Nie ulega wątpliwości - myślał profesor - że jestem w ciemnym pomieszczeniu, które 

nie ma okien, ale za to jakiś otwór, przez który wpadają puszki z konserw rybnych. Cóż by to 

mogło być za miejsce? Chyba nie Smocza Jama... 

I nagle uderzył się dłonią w czoło. 

- Już wiem! Że też wcześniej na to nie wpadłem. 

W  tej  samej  chwili  szarpnęła  nim  trwoga  o  przyjaciół.  Snop  światła  omiótł  skalną 

pieczarę, pełną ostrych występów, półek, gzymsów, o stropie usianym stalaktytami. Na prawo 

od  profesora  leżał  Smok  z  głową  opartą  na  kamieniu,  na  lewo  zaś  mistrz  Bartolini, 

pochrapujący  z  lekka  przez  półotwarte  usta.  Nieco  dalej  widniała  sylwetka  księcia  Kraka, 

leżącego na wznak, z szeroko rozłożonymi rękami. W świetle latarki błysnął złoty łańcuch, z 

którym książę nigdy się nie rozstawał. 

Profesor zerwał się i z wielkim trudem zrobił kilka kroków na zesztywniałych nogach. 

Bolały  go  wszystkie  stawy  i  mięśnie.  Wykonał  szereg  głębokich  wdechów  i  ku  swemu 

zdumieniu poczuł zapach fiołków. 

Skąd by się tu wzięły fiołki? - pomyślał z niedowierzaniem. - To przecież niemożliwe, 

żeby w tej ciemności mogły istnieć jakiekolwiek kwiaty. Może to złudzenie? 

Podszedł do Smoka. 

- Hej, hej, obudź się, stary! - zawołał ciągnąc go za ramię. 

Smok usiadł i otworzył oczy. 

- Co się dzieje? 

-  Pospaliśmy  się  jak  susły  -  odparł  profesor  i  skierował  się  ku  Bartoliniemu.  Z 

obudzeniem  kucharza  i  księcia  nie  poszło  tak  łatwo,  ale  po  dłuższej  chwili  i  oni  przetarli 

background image

zaspane oczy, ziewając przy tym od ucha do ucha. 

- Która godzina? - zapytał Krak. 

- Za piętnaście czwarta - odparł profesor. - Ale zdaje mi się, że zegarek stoi. 

Smok rozprostował ramiona. 

-  Już  dawno  się  tak  nie  wyspałem  -  rzekł  z  zadowoleniem.  -  Chyba  z  dwanaście 

godzin... 

Profesor nic nie odpowiedział, tylko założył na nos okulary i pochylił się nad puszką. 

Przyświecając z bliska latarką odczytał znajdujący się na niej napis: MAKRELA W OLEJU 

AROMATYZOWANYM. 

- Dobra rzecz - mlasnął Bartolini. Profesor czytał dalej: 

-  Surowce:  ryby,  olej  roślinny,  ocet,  przyprawy...  Spółdzielnia  Pracy  Rybołówstwa  i 

Przetwórstwa Rybnego „Certa” w Szczecinie... Cena 11 złotych, data produkcji... 

Nagle  przerwał  i  przez  chwilę  przyglądał  się  puszce  z  niedowierzaniem  i  głęboką 

uwagą, o czym świadczyły zmarszczki, które zarysowały się na jego czole. 

- Co cię tak zatkało? - zapytał książę, masując sobie zesztywniałe kolana. - Puszka jak 

puszka. Zdaje się, że wczoraj jedliśmy jakieś konserwy. 

- To nie nasza puszka - rzekł profesor głosem, w którym dźwięczała niezwykła powaga. 

- Słuchajcie: data produkcji 15 III 1978. 

- Co? Jaki? 

- Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy - powtórzył profesor. 

- Coś ty... - mruknął książę. 

- Wcale nie żartuję. Tu jest wyraźnie napisane 1978 r. A który rok mamy obecnie? 

-  Siedemset  siedemdziesiąty  ósmy  -  rzekł  Bartolini.  -  Pamiętam  dobrze,  bo  to 

dwudziesta rocznica mojego ślubu z Balbinką. Czy te rybki nie są przypadkiem nieświeże? 

Profesor pokiwał głową przecząco. 

- Nie, moi drodzy, wystarczy powąchać to, co w puszce zostało. Obawiam się, że to my 

jesteśmy bardzo, ale to bardzo starzy. Starsi o tysiąc dwieście lat od chwili, gdy wybraliśmy się 

na inspekcję garnizonu Śpiących Rycerzy w Górach Skalistego Południa. 

W głębokiej ciszy, jaka zapadła po tych słowach, zrodził się nagle daleki gwar i stukot 

licznych  kroków.  Jak  na  komendę  podnieśli  głowy,  bo  owe  dziwne  odgłosy  dolatywały  z 

górnej części jaskini. 

-  Pst  -  szepnął  Smok  i  nadstawił  swe  ogromne  uszy,  przypominające  do  złudzenia 

anteny radaru. - Nic teraz nie mówcie. 

Wstrzymali oddechy. 

background image

-  Tak  -  stwierdził  Smok  po  chwili.  -  Tam,  nad  nami,  idzie  dużo  ludzi.  Ktoś  gra  na 

gitarze. Słyszałem nawet słowa piosenki śpiewanej przez młode głosy... 

- Jestem głodny - rzekł książę Krak do kucharza. - Masz coś jeszcze w plecaku? 

- Suchary i szynka z żubra. Zrobić kanapki? 

- Oczywiście. A ty, Baltazarku kochany, powiedz, co sądzisz o tym wszystkim. Jest to 

chyba najdziwniejsza przygoda w mym życiu. 

-  Nie  tylko  w  twoim  -  powiedział  profesor.  -  Wygląda  na  to,  że  naprawdę  spaliśmy 

przez tysiąc dwieście lat. Ale wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć. 

- W takim razie jak wytłumaczyć, że wszyscy mamy długie i w dodatku siwe brody. No 

i to, że byliśmy przysypani grubą warstwą pyłu... 

- Tak, tak - rzekł profesor kiwając głową. - Nie ma innego wytłumaczenia, ale przez to 

prawda wcale nie jest łatwiejsza do przyjęcia... Choć istnieje odrobina nadziei. 

Krak zerwał się z kamienia. 

- Co masz na myśli? 

-  Skoro  weszliśmy  tutaj,  to  zapewne  będziemy  mogli  wyjść  z  powrotem.  Może  na 

zewnątrz wszystko zostało po staremu? Może tylko w tej grocie czas biegnie inaczej? 

- Oby tak było - westchnął Smok. - Wobec tego szukajmy wyjścia. W tym miejscu robię 

znak pazurem. Obejdziemy całą jaskinię dookoła. 

Po godzinie poszukiwań czwórka przyjaciół pozbyła się resztek nadziei. 

- Ani śladu szczeliny, przez którą weszliśmy tu wczoraj. 

- Nie wczoraj, tylko 1200 lat temu - sprostował książę. - Nic w tym dziwnego, przez tak 

długi czas skały mogły się obsunąć, a gruz zasypał przejście. 

Gąbka zgasił latarkę. 

- Musimy oszczędzać światła. Kto wie, kiedy się stąd wydostaniemy. A więc, wracając 

do naszych rozważań, przypomnijmy sobie, co było przed zaśnięciem. 

-  Jedno  jest  pewne  -  rzekł  Smok  -  że  szukając  wejścia  do  koszar  Śpiących  Rycerzy 

zabłądziliśmy w tym podziemnym labiryncie, a ponieważ poczuliśmy senność, ułożyliśmy się 

tu na spoczynek. Przed zaśnięciem pomyślałem o tym, że po powrocie do Jamy będę musiał 

naprawić kurek w wannie. Woda wciąż kapała, bo nigdzie nie mogłem dostać uszczelek, 

-  Widziałem  je  w  sklepie  Błażeja  Rączki  przy  placu  Wielkiej  Ryby  -  powiedział 

profesor - ale obawiam się, że już ich nie ma, tak jak zapewne nie ma ani Błażeja Rączki, ani 

placu Wielkiej Ryby. Oczywiście, jeśli data na puszce nie jest po prostu wynikiem pomyłki. A 

może  ta  spółdzielnia  rybacka  wykonuje  już  plan  1978  roku?  To  też  jest  możliwe.  Wtedy 

odezwał się książę. 

background image

- Od pewnego czasu patrzę ku górze i zdaje mi się, że widzę słaby poblask światła. To 

może być otwór, przez który wleciała puszka. 

- Nie mamy drabiny - rzekł kucharz. 

- Ale ja jestem - ryknął Smok. - Szkoda czasu na gadanie. Na moich ramionach stanie 

Bartolini, na nim książę, a na księciu Baltazarek, jako że jest lekki i szczupły. Do dzieła! 

Po  kilku  nieudanych  próbach  udało  się  wreszcie  sformować  chwiejną  piramidę, 

sięgającą do zbawczego otworu. Profesor Gąbka, z sercem mocno bijącym z powodu wysiłku i 

emocji,  zdołał  wysunąć  głowę  przez  ciasną  szczelinę  w  skałach.  Odetchnął  świeżym 

powietrzem tak głęboko, że przez chwilę czuł zawrót głowy. Jednocześnie zmrużył oczy, gdyż 

blask  bijący  z  otworu  był  wprost  bolesny.  Dopiero  po  chwili  spostrzegł  nad  sobą  skrawek 

błękitnego nieba. 

- Co tam widzisz? - krzyczał z dołu książę. 

- Jesteśmy uratowani! Widzę niebo! 

- A przeciśniemy się przez otwór? 

- Chyba tak, ale z wyjątkiem Smoka. 

- Spokojna głowa - mruknęła podpora piramidy. - Nie takie numery odstawiałem. 

Profesor podciągnął się na rękach i po chwili stanął nad otworem. 

- Idą jacyś ludzie! - zawołał do przyjaciół. - Jest ich bardzo dużo. Zaraz tu będą. Hej, na 

pomoc! Gwar głosów przybliżył się. 

- Jeżeli nam nie spuszczą drabinki sznurowej, nigdy stąd nie wyjdziemy - rzekł książę. - 

Profesor jest już wolny, ale my się musimy uzbroić w cierpliwość. 

-  Cierpliwość  jest  cnotą  -  mruknął  Smok  sentencjonalnie  -  a  cnota  powinna  być 

nagrodzona. Tak przynajmniej  jest w każdym  uczciwym  westernie.  Złaźcie  ze mnie, bo już 

ledwo mogę ustać. Baltazarek nas nie opuści. 

 

* * * 

Tymczasem profesor Gąbka przeciągnął się z ulgą, poczuwszy na swej twarzy ciepło 

słonecznych  promieni.  Natychmiast  otoczył  go  tłum  młodych  i  w  najwyższym  stopniu 

podnieconych turystów. 

- Tam są moi przyjaciele - wskazał ręką na otwór w skałach. - Trzeba ich koniecznie 

wyciągnąć! 

Ukląkł nad szczeliną i zawołał: 

- Wszystko w porządku. Wyłaźcie! W odpowiedzi usłyszał głos Smoka: 

- Nie da rady. Otwór jest za wysoko. Bez liny ani rusz. 

background image

- Potrzebna będzie lina - rzekł Gąbka, zwracając się do swych wybawicieli. 

- Ba - odparł ktoś. - Któż chodzi z liną na Giewont? 

- Przecież oni nie mogą tam zostać! 

- To jasne. Trzeba sprowadzić goprowców. 

- A co to takiego? - zdziwił się profesor. 

- Goprowcy, czyli członkowie Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Oni 

mają wszystko co trzeba, a w dodatku jeszcze wiele innych rzeczy. 

- A długo to potrwa? 

- Co najmniej dwie godziny - rzekł młody brodacz z zawieszoną na piersiach gitarą. - 

Ktoś z nas musi zejść do schroniska na Kondratowej i sprowadzić ratowników. A przez ten czas 

pańscy przyjaciele będą sobie mogli przeczytać najnowszy numer „Przekroju”. Tam jest fajna 

krzyżówka z kociakiem. 

To mówiąc cisnął w otwór zwinięty w rulon tygodnik. 

- Ilu ich tam jest? - zapytał profesora. 

- Trzech. 

- A mają co jeść? 

- Jest jeszcze szynka z żubra - odparł profesor. W tłumie rozległy się okrzyki: 

- Fenomenalne! Mają szynkę! To jakaś znakomicie zaopatrzona wyprawa! 

Przez twarz Gąbki przemknął uśmiech: 

- Nic w tym dziwnego. Książę nigdzie się nie rusza bez kucharza. Bartłomiej Bartolini 

dba o jego podniebienie. 

Brodacz położył dłoń na plecach profesora. 

- Chyba nie chce pan twierdzić, że tam na dole siedzi mistrz Bartolini? 

-  Oczywiście  że  siedzi  -  zawołał  profesor.  -  Może  w  tej  chwili  chodzi,  ale  zaręczam 

wam, że to prawda. 

Brodacz wyraźnie posmutniał. 

- Rozumiem, że ciężkie przejścia mogły trochę nadwerężyć pański system  nerwowy. 

Chyba jednak pan wie, że Bartolini jest postacią z telewizyjnego serialu „Porwanie Baltazara 

Gąbki”. 

-  Ale  ze  mnie  gapa  -  rzekł  uczony.  -  Zapomniałem  się  przedstawić.  Jestem  Baltazar 

Gąbka. 

Brodacz uścisnął podaną sobie rękę. 

-  Wojtek.  Gitarzysta  zespołu  Crazy  Black  Cats,  czyli  Zwariowane  Czarne  Koty. 

Wspaniałe sukcesy w kraju i za granicą! Tłumy wielbicieli! Czy chce pan mój autograf? 

background image

- Oczywiście. Ale w tej chwili wolałbym linę albo drabinkę sznurową. 

- Koledzy już poszli do schroniska - rzekł brodacz. - Ale czemu pan ze mnie żartuje? 

- Nic podobnego. 

- A jednak żartuje pan - powtórzył brodacz. - Ja naprawdę jestem gitarzystą Czarnych 

Kotów, ale pan nie może być Baltazarem Gąbką. 

Profesor usiadł na kamieniu i westchnął: 

- Młody człowieku - powiedział z powagą w głosie. - Gdy goprowcy wyciągną z jaskini 

moich przyjaciół, przekonasz się, że wcale nie mam zamiaru kpić z ciebie i twoich towarzyszy. 

Są bowiem na świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom. 

-  Chyba  że  po  zjedzeniu  zbyt  wielkiej  ilości  szynki  z  żubra  -  mruknął  półgłosem 

Wojtek. A głośno dodał: 

- No, to czekajmy... 

 

* * * 

Dopiero wtedy profesor Gąbka znalazł trochę czasu, aby rozejrzeć się po tak dawno nie 

oglądanym  świecie.  Wodził  więc  zachwyconym  wzrokiem  po  górskich  kolosach,  których 

ośnieżone  wierzchołki  odcinały  się  ostro  od  ciemnobłękitnego  nieba.  Głęboko  w  dole 

rozciągała się łąka, w znacznej części pozbawiona już śniegu. Lasy kusiły z dala czystą, jakby 

świeżo wymytą zielenią. Z każdym oddechem czuł przypływ nowych sił. Rzeźwe powietrze 

działało  na  niego  tak,  jak  na  znużonego  wędrowca  działa  kąpiel  w  zimnej  i  czystej  wodzie 

potoku. Wciąż jeszcze musiał mrużyć oczy odzwyczajone od słonecznego światła. Widząc to 

Wojtek zaproponował mu nałożenie ciemnych okularów. Profesor odmówił. 

- Dziękuję, ale wolę oglądać świat w naturalnych kolorach. Tak długo przebywałem w 

ciemnościach, że stęskniłem się już za słońcem. 

- Właśnie, jak długo siedział pan w tej jaskini? - zainteresował się gitarzysta. 

-  Z  moich  obliczeń  wynika,  że  tysiąc  dwieście  lat  -  odparł  profesor  głosem  tak 

naturalnym, jakby chodziło o dwa lub trzy dni. 

Na te słowa Wojtek wzruszył ramionami i pomyślał, że lepiej będzie nie zadawać już 

żadnych  pytań  człowiekowi  wyciągniętemu  niedawno  z  otchłani  nie  znanej  nikomu  jaskini. 

Pomyślał też, że człowiek ten najwidoczniej kpi sobie z niego - i zrobiło mu się trochę przykro. 

Tymczasem  większość  uczestników  wycieczki,  aby  wykorzystać  piękną  pogodę, 

postanowiła pójść na niedaleki już szczyt Giewontu. Na miejscu zostały tylko dwie licealistki - 

Ala i Ola, oraz jeden bardzo tęgi pan. Ala i Ola liczyły na to, że Wojtek specjalnie dla nich 

zaśpiewa piosenkę pt.  „Zbzikowany kotek wyskoczył  na płotek”, która  na ostatniej  giełdzie 

background image

przebojów uzyskała pierwsze miejsce. Tęgi pan stwierdził zaś, że skoro do tej pory nie schudł, 

to  dalsza wspinaczka nie ma żadnego sensu. Gdy Wojtek skończył  śpiewać,  doleciało spod 

ziemi stłumione wołanie kucharza: 

- Baltazarku, Baltazarku! 

Profesor zerwał się i podbiegł do szczeliny w skałach. 

- Słucham. 

- Co to może być: najlepszy lekarz?  

Gąbka zadrżał. Czyżby Bartolini oszalał? 

- O czym mówisz? - zawołał w ciemną czeluść. 

- Rozwiązujemy krzyżówkę - odparł niewidoczny Bartolini. - I nie wiemy, co to może 

być: „najlepszy lekarz”. 

- Oczywiście że Koyot. 

- Nie zgadza się. Tylko cztery litery. Pierwsza „c”, a ostatnia „s”. 

- Czas - krzyknął profesor. - Przecież to jasne. Czas jest najlepszym lekarzem! 

- W porządku - odparł kucharz. - A długo będziemy czekać na pomoc? 

- Powinni być za godzinę. Wtedy Gąbka usłyszał głos księcia: 

- To dobrze, bo przez ten czas damy radę krzyżówce, choć jest okropnie trudna. A kto 

tam śpiewa na górze? 

- Wojtek. To miły chłopak. 

- Ma dobry głos. Powiedz mu, że chętnie zaangażuję go do zamkowej kapeli. 

Pomoc  nadeszła  szybko.  Sześciu  ratowników,  obładowanych  linami  i  czekanami, 

zabrało się niezwłocznie do roboty. Pierwszy wyjechał na powierzchnię książę Krak, następnie 

kucharz,  na  końcu  zaś  Smok.  Z  tym  ostatnim  poszło  nawet  łatwiej,  niż  początkowo 

przypuszczano,  gdyż  z  powodu  długiego  postu  zeszczuplał  na  tyle,  że  wydostał  się  bez 

większych  trudności.  Na  widok  osobliwego  grotołaza,  odznaczającego  się  paszczą  pełną 

ostrych  zębów  i  usianym  kolcami  ogonem,  śmiertelna  bladość  pokryła  twarze  ratowników. 

Choć byli to ludzie zahartowani w niezliczonych, często bardzo niebezpiecznych wyprawach, 

odskoczyli od niego z okrzykami przerażenia i popychając się nawzajem, jęli szukać kryjówek 

wśród skał. Ala i Ola piszczały, jakby je ktoś obdzierał ze skóry, zaś tęgi pan, niepomny na swą 

tuszę,  ruszył  biegiem  ku  szczytowi  Giewontu,  gubiąc  po  drodze  teczkę  wypchaną 

smakołykami. Tylko Wojtek żar chował zimną krew i z wyciągniętą ręką podszedł do Gąbki. 

-  Przepraszam  pana,  profesorze  -  rzekł  tonem,  w  którym  można  było  wyczuć 

zawstydzenie.  -  Widzę,  że  jednak  pan  nie  żartował  ze  mnie.  Teraz  wierzę,  że  są  na  świecie 

rzeczy, o których się nie śniło filozofom. 

background image

-  I  gitarzystom  -  dodał  Baltazar,  przy  czym  pociesznie  mrugnął  okiem  do  młodego 

człowieka. 

background image

Rozdział II 

PIERWSZE CHWILE 

 

Nazajutrz, a było to dnia l kwietnia 1978 r., wszystkie dzienniki przyniosły sensacyjną 

wiadomość o przeprowadzonej  na Giewoncie akcji ratunkowej,  w której wyniku  uratowano 

cztery osoby, zabłąkane w nie znanej dotychczas jaskini. 

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż uratowani przeżyli w owej 

jaskini  aż  1200  lat  i  że  znajdował  się  między  nimi  najprawdziwszy  Smok  Wawelski,  który 

dotychczas  uchodził  za  postać  wymyśloną  przez  bajkopisarzy.  Co  więcej:  towarzyszami 

potwora byli książę Krak, profesor Baltazar Gąbka oraz mistrz sztuki kulinarnej wszech czasów 

-  Bartłomiej  Bartolini.  Nic  więc  dziwnego,  że  to  niezwykłe  zdarzenie  zostało  jednomyślnie 

nazwane  największą  sensacją  Tysiąclecia.  Wiadomość  o  nim  podały  nawet  zagraniczne 

agencje prasowe, poczynając od Reutera, a kończąc na agencji Mniam-mniam, reprezentującej 

państwo powstałe niedawno na wyspie Bumburumbu, w Archipelagu Homofagów. 

W  ciągu  kilku  godzin  wszystkie  kwatery  w  Zakopanem  zostały  zarezerwowane  dla 

sprawozdawców  prasowych,  radiowych  i  telewizyjnych.  W  związku  ze  spodziewanym 

napływem  gości  Milicja  Obywatelska  została  postawiona  w  stan  ostrego  pogotowia,  a 

kierownicy  wszystkich  restauracji  zamówili  dziesięciokrotnie  więcej  żywności  niż  zwykle. 

Oczywiście nie brakło niedowiarków. Jednym z wielu był sprzedawca gazet w kiosku „Ruchu”, 

pan Mydełko, który ową wiadomość potraktował jak primaaprilisowy dowcip. 

-  Nasi  redaktorzy  mają  zbyt  bujną  fantazję  -  powiedział  do  swego  stałego  klienta, 

kierownika stacji benzynowej. 

-  Nie  sądzę  -  odparł  klient.  -  Mój  brat,  który  jest  portierem  w  hotelu  „Kasprowy”, 

widział Smoka na własne oczy. 

- Czy pański brat nie wypił wczoraj zbyt wielkiej ilości alkoholu? 

- Wykluczone. Od dziecka jest abstynentem. A co pan powie na to, że do Zakopanego 

przyjechał  już  samochód  transmisyjny  krakowskiej  Telewizji?  Niech  pan  obejrzy  dzisiejszy 

„Wieczór z dziennikiem”. 

- To wszystko bajki dla grzecznych dzieci - upierał się sprzedawca. - Przecież dziś jest 

prima aprilis. 

Natomiast  fotograf,  przechadzający  się  po  Krupówkach  w  skórze  białego  misia, 

potraktował sprawę z innego punktu widzenia: 

- Czuję w tym wszystkim rękę konkurencji - tłumaczył swej żonie. - Któż teraz zechce 

fotografować  się  z  niedźwiedziem,  skoro  będzie  mógł  to  zrobić  z  prawdziwym  Smokiem? 

background image

Pójdziemy z torbami, moja droga. Ja ci to mówię! 

Profesor Gąbka obudził się wkrótce po wschodzie słońca. Choć łoże w apartamencie 

hotelu „Kasprowy” było znacznie wygodniejsze od pełnego kamyków dna jaskini, uczony nie 

miał  zamiaru  pozostawać  w  nim  do  południa.  Zawsze  był  zdania,  że  człowiek  powinien 

postępować zgodnie z odwiecznym rytmem przyrody. Nie budząc przyjaciół ubrał się i zbiegł 

po schodach do hallu. Stało tu kilka wazonów z palmami, których ogromne liście przypominały 

mu dawne podróże do ciepłych krajów. 

Zupełnie jak w Słonecji - pomyślał ze wzruszeniem i odruchowo rozejrzą! się dokoła w 

nadziei  zobaczenia  stada  wesołych  małpiszonów.  Zamiast  nich  ujrzał  jednak  człowieka 

ubranego w nieskazitelnie skrojony mundur. 

- Dzień dobry panu - powiedział portier, zgiąwszy się w ukłonie. - Jak się spało? 

- Wybornie. Jak na razie mam dość spania i chcę trochę pospacerować. 

- Słusznie. Piękną pogodę mamy w tym roku. 

Gąbka zawahał się. 

- Przepraszam, ale gdzie tu są drzwi? 

- Proszę się zbliżyć do szklanej ściany. 

Profesor posłuchał rady i ze zdumieniem spostrzegł, że rozsunęły się przed nim dwie 

przezroczyste  tafle.  Przekroczył  próg  i  znalazł  się  na  hotelowym  podjeździe.  Szklane  tafle 

zsunęły się bezszelestnie. 

-  Nawet  nie  trzeba  było  powiedzieć:  Sezamie,  otwórz  się  -  mruknął  do  siebie.  - 

Wspaniały wynalazek! A jaka stąd nauczka dla ciebie, mój Baltazarku? Ta, że nie należy się 

niczemu dziwić, aby nie uchodzić za prostaka... 

Słońce różowiło grań Giewontu i wyłaniające się spoza niego obłe kopuły Czerwonych 

Wierchów. 

W porządku - pomyślał Gąbka. - Góry są takie same jak dawniej. Tysiąc dwieście lat to 

dla  nich  pestka.  Na  ile  jednak  zmienili  się  ludzie?  Sądząc  po  Wojtku  -  niewiele.  Za  moich 

czasów tacy młodzieńcy jak on także lubili grać i śpiewać, a takie kozy jak Ala i Ola zawsze 

były gotowe do słuchania piosenek. Co najwyżej nie goniły w spodniach po Giewoncie, tylko 

siedziały w domu i zajmowały się tkaniem na krosnach... 

Narastające od dłuższej chwili buczenie zwróciło myśli profesora w innym kierunku. 

Zadarł głowę ku niebu i spostrzegł jaskrawą białą kreskę, posuwającą się w stronę Czerwonych 

Wierchów. Tuż przed nią leciał mikroskopijny, silnie błyszczący punkcik. 

- Co to jest? Jakiś wielki ptak, może orzeł? Ale dlaczego tak huczy? I co może znaczyć 

ta  biała  smuga?  Żaden  ptak  nie  potrafiłby  udźwignąć  tak  potężnego  ogona...  Zajęty 

background image

obserwowaniem  dziwnego  zjawiska  omal  nie  wpadł  pod  koła  szybko  jadącego  samochodu. 

Kierowca wychylił się przez okienko i zawołał: 

- Jak leziesz, gamoniu! 

Samochód zniknął na zakręcie drogi, zostawiwszy po sobie niebieską mgiełkę. 

- Fuj, co za smród - skrzywił się profesor. - Nie dość że pędzi jak szaleniec, to jeszcze 

fatalnie psuje powietrze... 

Nauczony doświadczeniem wszedł na chodnik. 

Trzeba  się  będzie  mieć  na  baczności  -  pomyślał.  -  Nie  po  to  przespałem  taki  kawał 

czasu, żeby wpaść pod samochód, w dodatku prowadzony przez źle wychowanego kierowcę... 

Z  powodu  wczesnej  pory  Gąbka  spotkał  tylko  kilku  ludzi.  Mijając  dwie  góralki, 

obładowane bańkami z mlekiem, usłyszał fragment ich rozmowy: 

- Moja kumo - mówiła jedna z kobiet. - Pędom wom prowde. Jak na świętyj spowiedzi. 

Te weredy, co to ik naśli wcora na Giewoncie, to diobły. Syćka mieli rogi, ogony i pazury. A 

najpaskudniejsy z nich to som Belzebub. Jesce będzie z tego niescęście! 

- Kuniec świata albo i co gorse - odparła druga.  

-  No  i  tak  wyszedłem  na  diabła  -  uśmiechnął  się  w  duchu  profesor  i  bezzwłocznie 

zawrócił w kierunku hotelu. 

Gdy  wszedł  do  westybulu,  podbiegł  ku  niemu  chłopiec  w  brązowym  uniformie  i 

ruchem ręki zaprosił go do małego pokoiku. Zanim Gąbka zdołał zapytać, o co chodzi, chłopiec 

nacisnął guzik w ścianie, a wtedy pokoik drgnął i z cichym szmerem poszybował na szóste 

piętro budynku. Drzwi się rozsunęły i Gąbka wkroczył w długi korytarz. 

- Piąte drzwi na prawo - krzyknął za nim chłopiec i zniknął w windzie. 

Wchodzącego Gąbkę powitał radosny okrzyk Kraka: 

- Jesteś nareszcie! Już się martwiłem o ciebie. 

- Byłem na małym spacerze. A gdzie reszta? 

- Smok szaleje w łazience. Nie słyszysz? 

Istotnie, spoza zamkniętych drzwi dolatywały pełne zadowolenia pomruki, zmieszane z 

pluskiem wody. 

- A Bartłomiej? 

- Poszedł do kuchni, żeby przygotować śniadanie. 

W tej samej chwili na korytarzu rozległy się odgłosy sprzeczki. 

- To oburzające - wołał Bartolini. - Tylko ja mam prawo gotować dla księcia. Kto inny 

może go otruć! 

- Przysięgam panu, że nie trujemy gości... 

background image

W otwartych nagle drzwiach stanął mistrz patelni w towarzystwie dyrektora hotelu. Na 

okrąglutkiej twarzy kucharza malował się gniew. 

- Co się stało? - zapytał książę. 

-  Może  Jego  Wysokość  wytłumaczy  temu  człowiekowi  -  rzekł  dyrektor  -  że  nie  ma 

zwyczaju, aby goście wchodzili do kuchni. 

Bartolini wzniósł ręce w geście świętego oburzenia. 

- Mamma mia! Ja wcale nie jestem jakimś tam człowiekiem, tylko kucharzem dworu 

książęcego! 

Krak zwrócił się do dyrektora. 

- Proszę wybaczyć - rzekł z ujmującym uśmiechem. - Ale mój przyjaciel nie przywykł 

jeszcze do nowej sytuacji. 

Dyrektor skłonił się: 

- To zrozumiałe. Ale mogę zapewnić, że śniadanie będzie znakomite. Niedawno był tu 

ambasador Szejkistanu i nie mógł znaleźć słów zachwytu dla naszej kuchni. A jest to jeden z 

najsłynniejszych smakoszy świata. 

-  Dobrze,  dobrze  -  udobruchał  się  Bartolini.  -Tylko  zaznaczam,  że  jajka  na  miękko 

muszą być gotowane przez trzy minuty oraz piętnaście i dwie dziesiąte sekundy! Ani krócej, 

ani dłużej. 

W drzwiach od łazienki stanął Smok, otulony w biały płaszcz kąpielowy. 

- A ja poproszę o jajka surowe, bo trochę zachrypłem w tej wilgotnej jaskini. Nie musi 

ich być dużo, wystarczy kopa... 

background image

Rozdział III 

PRACOWITY DZIEŃ 

 

To,  co  się  zaczęło  po  śniadaniu,  przeszło  najśmielsze  oczekiwania  Smoka  i  jego 

przyjaciół. Parking przed hotelem zaroił się od samochodów, a od strony miasta dążyły tłumy 

gapiów,  ściągniętych  nadzieją  obejrzenia  egzotycznych  gości  sprzed  dwunastu  stuleci. 

Fotoreporterzy okupowali westybul i klatkę schodową, a pracownicy Telewizji uwijali się jak 

w ukropie, ustawiając kamery i reflektory. Co chwila ktoś  przewracał  się na kablach, które 

pokrywały podłogę, lampy zapalały się i gasły, dzwoniły wszystkie telefony, a dyrektor hotelu 

bez najmniejszej przerwy odpowiadał na pytania dziennikarzy, których interesowało wszystko, 

co miało związek z niezwykłymi gośćmi. Pytano, co jedli na śniadanie, jaki mieli apetyt, czy 

dobrze  spali,  czy  nie  zdumiewały  ich  różne  techniczne  wynalazki  XX  wieku.  Jedni  chcieli 

wiedzieć,  czy  Krak  sypia  w  koronie  na  głowie  i  czy  Bartolini  umie  przyrządzać  włoską 

potrawę, zwaną pizzą, innych zaś interesowało zagadnienie, czy profesor Gąbka zechce przyjąć 

godność członka Akademii Nauk oraz czy Smok zmieści się w fiacie 126 p. 

Najwięcej pomysłowości w zmyleniu milicjantów, broniących wstępu do pokoju nr 5 

na szóstym piętrze, wykazał fotoreporter „Świata Młodych”, który w przebraniu kominiarza 

wydostał  się  na  dach  hotelu,  a  następnie,  korzystając  z  drabinki  sznurowej,  znalazł  się  na 

wysokości okna, które na szczęście dla niego było szeroko otwarte. Jednym skokiem znalazł się 

w pokoju, pstrykając bez opamiętania. Na widok kominiarza zaopatrzonego zamiast szczotki w 

aparat  fotograficzny  Smok  ryknął  śmiechem,  co  natychmiast  zostało  uwiecznione  na  błonie 

filmowej,  podobnie  jak  zdumione  oblicze  profesora,  który  w  pośpiechu  kończył  kanapkę  z 

serem. Wykonawszy swe zdjęcia fotoreporter zniknął równie szybko, jak się pojawił, unosząc 

w dodatku autograf Kraka, wręczony mu przez księcia na pamiątkę. 

- Stajemy się sławni - rzekł Smok. - Kto wie, czy nie zaangażują nas do filmu. 

-  Mamma  mia!  -  krzyknął  Bartolini  i  klasnął  w  pulchne  dłonie.  -  Nie  miałbym  nic 

przeciwko temu. Jaka by to była radość dla Balbinki i moich dzieci z Nasturcją na czele! 

Wypowiedziawszy te słowa, nagle spoważniał. 

- Ale powiedzcie mi, moi kochani, kiedy wrócimy do domu? I czy w ogóle wrócimy? 

Zapanowało milczenie. Pytanie, które Bartolini postawił z taką otwartością, nurtowało 

ich wszystkich od chwili wyjścia z jaskini. Książę ukrył twarz w dłoniach, profesor odwrócił 

się i nieznacznie otarł łzę z policzka, a Smok z niezwykłym zainteresowaniem począł oglądać 

swe pazury. 

Bartolini powtórzył: 

background image

- Wrócimy? 

I nie słysząc odpowiedzi, przeniósł wzrok na okno, ku widniejącej na tle nieba sylwetce 

Giewontu.  Ale  i  ten  milczał  jak  zaklęty.  Zresztą  nie  było  w  tym  nic  dziwnego,  bo  przecież 

każde dziecko wie o tym, że Giewont to zaklęty i w dodatku Śpiący Rycerz. A ci, którzy śpią, 

na ogół nic nie mówią. 

W  sali  gimnastycznej  szkoły  przy  ulicy  Bartusia  Obrochty  zgromadziło  się  kilkaset 

dzieci. Wiecie sami z doświadczenia, jak to jest, gdy na jednym miejscu znajduje się tak wielka 

gromada  obywatelek  i  obywateli  liczących  sobie  od  siedmiu  do  piętnastu  lat.  Jak  wiadomo 

Konstytucja  PRL  zapewnia  wszystkim  wolność  słowa.  Daję  głowę  (nawet  siwą),  że  nikt 

jeszcze nie korzystał z tego przywileju w takim stopniu, jak zakopiańska młodzież czekająca na 

czwórkę znakomitych gości! 

Zróbmy mały rachunek, przyjmując, że w ciągu dziesięciu minut oczekiwania każda ze 

zgromadzonych 400 osób wypowiedziała tylko 200 słów (czyli bardzo niewiele). Nawet bez 

pomocy  komputera  łatwo  obliczyć,  że  w  tym  krótkim  czasie  padło  na  sali  80  000  słów,  z 

których  co  najmniej  połowa  odnosiła  się  do  Smoka.  Jaki  to  musiał  być  hałas!  Nic  więc 

dziwnego,  że  nauczycielki  i  nauczyciele  wyglądali  na  lekko  oszołomionych,  starając  się 

zaprowadzić jaki taki porządek. 

Punktualnie  o  godzinie  jedenastej  pan  dyrektor  wprowadził  na  salę  Smoka,  Kraka, 

Gąbkę i Bartoliniego. Nie czuję się na siłach, aby pisać o tym, co się wówczas działo. Nawet 

taśma magnetofonowa, na której nagrano przebieg powitania, nie wytrzymała hałasu i zerwała 

się w kilku miejscach. 

Pan dyrektor nie mówił długo, ponieważ był mądrym człowiekiem, a mądrzy ludzie nie 

lubią tracić czasu na gadanie. Wiedział także, że w tej chwili nie on jest najważniejszy, tylko 

jego goście. Wyraził więc im wdzięczność za przybycie do szkoły oraz za zgodę na nazwanie 

jej Szkołą imienia Smoka Wawelskiego! Słysząc to dzieci wpadły w szał radości i zaczęły tak 

głośno klaskać, że w okamgnieniu wyleciały szyby ze wszystkich okien sali gimnastycznej. 

Goście  zasiedli  za  długim  stołem.  Na  znak  dany  przez  panią  bibliotekarkę  czwórka 

dziewcząt i chłopców obdarowała przybyszów wiązankami kwiatów, a dyrektor zapowiedział, 

że teraz dwóch uczniów z siódmej klasy odegra krótką scenkę z książki „Porwanie Baltazara 

Gąbki”. Jeden z chłopców przebrany był za Deszczowca, drugi za Bartoliniego. Deszczowiec 

uzbrojony  był  w  maczugę,  a  Bartolini  w  swą  słynną  rożnoszpadę.  Walka  zakończyła  się 

wspaniałym zwycięstwem kucharza, co wszyscy zebrani przyjęli rykiem radości. 

-  Nie  myślałem,  że  jestem  aż  tak  sławny  -  szepnął  Bartłomiej  do  siedzącego  obok 

księcia. - Ci chłopcy wyrosną kiedyś na znakomitych aktorów. 

background image

- A teraz - rzekł pan dyrektor - prosimy naszych gości, żeby zechcieli opowiedzieć coś o 

sobie. Dzieci na pewno będą miały wiele pytań. 

Gdy Smok podniósł łapę na znak, że chce przemówić, dzieci umilkły jak na komendę. 

Tylko mała Marysia Chowańcówna z Antałówki pisnęła głośno, bo Antek Rój pociągnął ją za 

warkoczyk. 

- Kochane dzieci - zaczął Smok - jestem szczęśliwy, że mogę się z wami spotkać w tak 

pięknej i nowoczesnej szkole, która w dodatku od dziś będzie nosić moje imię. 

- My się też cieszymy - krzyknął Wacek Gąsienica z piątej klasy. 

- To bardzo ładnie z waszej strony - uśmiechnął się Smok. - Myślę, że się już dobrze 

znamy, bo na pewno oglądałyście w telewizji film o naszych przygodach. 

Weronka Pach z siódmej klasy podniosła dwa palce. 

-  Słucham  -  rzekł  Smok.  -  Ale  nie  mówcie  wszyscy  naraz,  bo  zagłuszacie  waszą 

koleżankę. 

- Dlaczego nie przyjechał Don Pedro Carramba de Pommidore? - zapytała Weronka. 

- Don Pedro jest obecnie w Nasturcji, dokąd się udał na zaproszenie senatora Stuk-Puk. 

Czy są jeszcze jakieś pytania? Nie chciałbym mówić zbyt długo, bo moi przyjaciele też sobie 

chętnie z wami porozmawiają. 

Wtedy odezwał się drobny, niebieskooki blondynek z czwartej klasy, Józek Ganobczyk. 

- Powiedz mi, Smoku, w jaki sposób zmieścił ci się ogon w samochodzie? Ja czytałem 

w  książce,  że  to  był  bardzo  długi  i  mocny  ogon,  którym  przewróciłeś  naraz  aż  trzech 

Deszczowców rotmistrza Siąpawicy. 

-  Brawo  -  ucieszył  się  przedstawiciel  smoczego  rodu.  -  Widzę,  że  dokładnie  czytasz 

książki i masz dobrą pamięć. Otóż wiedz, że mój ogon jest skonstruowany na podobieństwo 

anteny teleskopowej. Mogę go dowolnie wsuwać i wysuwać, zależnie od potrzeby. 

- Dziękuję - rzekł Józek i zarumieniony z emocji usiadł na ławce między kolegami. 

- A czy ty jesteś prawdziwym smokiem? - zapytała jedna z dziewcząt, ubrana w piękny 

strój góralski. 

- Jak najprawdziwszym. Udowodnić ci? 

Nie czekając na odpowiedź nabrał powietrza do płuc, wspiął się na palce i po chwili 

wydał  ryk  zdolny  zagłuszyć  nie  tylko  łoskot  halnego  wiatru,  lecz  także  hałas  wszystkich 

zakopiańskich dyskotek produkujących się jednocześnie! 

Jak  się  później  okazało,  ryk  ten  dotarł  aż  do  Krakowa,  powodując  alarm  w  Straży 

Pożarnej, a nawet w jednostkach ORMO. 

Oczywiście  pytań  było  więcej,  ale  niemożliwością  jest  przytaczanie  wszystkich. 

background image

Powiem  tylko,  że  dzieci  interesowały  się  nawet  tym,  jak  się  zwał  ulubiony  koń  księcia,  czy 

Ares miał pchły i dlaczego w Dawnych Czasach nie znano gumy do żucia. Ale pisarz, który 

chciałby napisać w książce wszystko, co się da, szybko by uśpił swych czytelników. A kto by 

wtedy książki czytał! 

W  dalszej  części  spotkania  książę  Krak  mówił  dzieciom  o  polowaniach  w  Puszczy 

Niepołomickiej, zaś profesor Gąbka opowiedział o swych przygodach w Krainie Deszczowców 

oraz o ciekawych zwyczajach mypingów. Największy kłopot był z Bartolinim, który stwierdził, 

że nie ma nic do powiedzenia po tak znakomitych poprzednikach, jak Smok, Krak i Gąbka. W 

końcu,  uproszony  przez  dzieci,  podyktował  im  przepis  na  kogel-mogel  z  rodzynkami  i 

zaśpiewał po włosku arię z opery „Wesołe kumoszki z placu Szczepańskiego”. 

Rozdawanie  autografów  trwało  przeszło  godzinę.  Dzieci  otoczyły  stół  tak  zwartą 

gromadą, że naszym bohaterom zabrakło powietrza do oddychania. Najmłodsza dziewczynka 

dostała na pamiątkę jeden kolec ze smoczego grzbietu, a najmłodszy chłopiec piękny guzik z 

łosiowej kurtki księcia Kraka. 

Zakończenie  uroczystości  odbyło  się  przed  budynkiem  szkolnym.  Uproszony  przez 

dyrektora książę odsłonił marmurową tablicę, głoszącą, że w dniu l kwietnia 1978 roku Szkoła 

Podstawowa  nr  5  przy  ulicy  Bartusia  Obrochty  w  Zakopanem  otrzymała  imię  Smoka 

Wawelskiego.  Nasi  przyjaciele,  obdarowani  bukietami  kwiatów  i  żegnani  dźwiękami 

góralskiej kapeli, udali się pieszo do Urzędu Miejskiego, gdzie wkrótce miała się rozpocząć 

konferencja z dziennikarzami, reprezentującymi najważniejsze dzienniki świata. 

-  To  jest  chyba  najpracowitszy  dzień  w  naszym  życiu  -  powiedział  Smok  obcierając 

czoło z potu. - Już mi łapa spuchła od tych podpisów... 

- Twój podpis jest Krótki - rzekł z zazdrością kucharz. Ale ja mam dłuższe nazwisko. 

Początkowo  podpisywałem:  Bartłomiej  Bariolini,  potem  Bartolini,  a  pod  koniec  stawiałem 

tylko dwie literki: B.B. 

- Zupełnie jak Brigitte Bardot - uśmiechnął się na to książę. 

- A kto to taki? 

-  Nie  pamiętasz?  Aktorka  filmowa.  Występowała  już  w  pierwszych  latach  mego 

panowania. 

Z  każdą  chwilą  rósł  tłum  przechodniów  otaczających  naszą  czwórkę.  Kierowcy 

samochodów,  zapatrzeni  w  Smoka,  wjeżdżali  na  latarnie  i  rozbijali  szyby  wystaw,  na 

skrzyżowaniach  ulic  tworzyły  się  zatory,  kupcy  zamykali  sklepy,  wieszali  na  nich  kartki  z 

napisem „remanent” i biegli oglądać egzotycznych gości. Nawet nieufny pan Mydełko z kiosku 

„Ruchu” uwierzył w istnienie przybyszów z Dawnych Czasów. 

background image

Drodzy Czytelnicy! Nie będę was karmić sprawozdaniem z konferencji prasowej, gdyż 

przerastałoby  to  moje  skromne  siły.  Nie  mogę  się  jednak  powstrzymać  od  zacytowania 

wypowiedzi  profesora  Gąbki,  gdyż  jego  oświadczenie  zabrzmiało  wprost  sensacyjnie. 

Pozwólcie,  że  w  tym  celu  skorzystam  ze  stenogramu  spotkania.  Sprawa  jest  bowiem  zbyt 

ważna,  by  móc  sobie  pozwolić  na  literackie  fantazje.  Oto  rozmowa  profesora  z 

przedstawicielem włoskiego dziennika „Tiribomba”, redaktorem Tuttifrutti. 

Red. Tuttifrutti: Co spowodowało tak długi sen pana i jego przyjaciół? 

Profesor Gąbka: Rozmyślałem o tym dziś w nocy, w hotelu, i doszedłem do wniosku, że 

trafiliśmy do jaskini wypełnionej gazem usypiającym. Od dawna wiedzieliśmy, że we wnętrzu 

Giewontu znajdują się Śpiący Rycerze, których jednak nikt nigdy nie widział. Obecny tu książę 

Krak  postanowił  zbadać  ich  tajemnicę,  i  w  tym  celu  wybrał  się  z  nami  w  Góry 

Skalistego Południa. Tuttifrutti: Czyli w Tatry. 

Gąbka: Tak jest. Obecnie nazywacie te góry Tatrami. Długo błądziliśmy w labiryncie 

jaskiń i korytarzy. Dwa razy natrafiliśmy nawet na jeziorka, w których woda sięgałaby nam po 

szyje, gdyby jej Smok nie wypił. Z każdą chwilą ogarniała nas coraz większa senność. Wszyscy 

ziewali na potęgę, a najgłośniej robił to nas/ kochany Smok... Senność ta wskazywała na to, że 

zbliżamy się do koszar Śpiących Rycerzy. W jakiejś dużej jaskini postanowiliśmy się przespać, 

aby na drugi dzień dalej prowadzić poszukiwania. Oczywiście nikt z nas nie przypuszczał, że 

sen potrwa aż tysiąc dwieście lat! Ale to drobiazg. Najważniejsze, że po przebudzeniu czujemy 

się nadal tak młodo jak przedtem. Nawet nie przybyło nam zmarszczek. Jaki z tego wniosek? 

Ten, że ów usypiający gaz o zapachu fiołków ma jednocześnie własności konserwujące życie 

ludzkie. 

Tuttifrutti: To jest największe odkrycie wszystkich czasów! (gwar na sali) 

Gąbka:  W  tej  chwili  najważniejszą  sprawą  jest  przeprowadzenie  naukowej  analizy 

gazu. W tym celu trzeba pobrać jego próbki i wykonać wiele doświadczeń. Jeżeli się okaże, że 

mam rację, zyskamy środek na dowolne przedłużanie życia ludzkiego, (oklaski) 

Tuttifrutti: Proponuję, żeby na cześć profesora nazwać ten gaz baltazaronem! ( burzliwa 

owacja) 

Gąbka: Nie mogę się na to zgodzić. Odkrycia tego dokonałem zupełnie przypadkowo. 

Wiele ważnych wynalazków powstało dzięki przypadkowi. 

Tuttifrutti: Jest pan zbyt skromny, profesorze. Zaręczam, że w ciągu godziny cały świat 

będzie już mówić o bałtazaronie - gazie długiego życia. 

Pytaniom  ze  strony  dziennikarzy  nie  było  końca.  Reporter  japońskiego  pisma 

„Harakiri”,  pan  Jaki-Taki,  pytał,  czy  w  Krakostanie  wiedziano  już  coś  o  istnieniu  Kraju 

background image

Kwitnącej Wiśni, a wysłannik chińskiego radia, Hej-Ping-Pong, zaprosił naszych bohaterów do 

odwiedzenia  swej  ojczyzny,  w  której  smoki  od  dawna  cieszyły  się  ogromną  sympatią. 

Dziennikarza z Archipelagu Homofagów szczególnie interesowało, czy Smok Wawelski zjadał 

niegdyś co piękniejsze krakowianki, a redaktor „Przekroju” zapowiedział, że obecnie zamiast 

krzyżówki z kociakiem w tygodniku tym będą się ukazywać krzyżówki ze Smokiem. 

Natychmiast po zakończeniu konferencji wszyscy dziennikarze pobiegli na pocztę, aby 

zawiadomić swe redakcje o największym odkryciu XX wieku. Jeżeli jednak sądzicie, że na tym 

zakończył się pracowity dzień, jesteście w grubym błędzie. Odbyło się jeszcze wiele spotkań, 

rozmów  i  bankietów.  Dopiero  późnym  wieczorem  nasza  czwórka,  śmiertelnie  zmęczona, 

wróciła do hotelu.

1

 Tuż za nią zajechała duża ciężarówka wyładowana kwiatami. 

Pierwszą  rzeczą,  jaką  spostrzegli  po  wejściu  do  swego  pokoju,  był  leżący  na  stole 

telegram: 

„Jutro  rano  przylatuję  specjalnym  samolotem.  Niezmiernie  ważna  konferencja.  - 

Minister Przemysłu Chemicznego”. 

- O jejku! - westchnął książę. - Znowu konferencja! Czyżby wiek  XX  był wyłącznie 

wiekiem narad i konferencji? 

background image

Rozdział IV 

NA RATUNEK 

 

Na wiślanym moście, przerzuconym przez rzekę tuż u stóp Wawelu, zastukały kopyta 

kilkunastu koni. 

Gdy jeźdźcy znaleźli się na prawym brzegu Wisły, zamkowy zegar wydzwonił godzinę 

piątą. W osadzie rybackiej  skrzypiały już studzienne żurawie, a zaspani ludzie, przecierając 

oczy, spoglądali ku niebu, które od wschodniej strony z lekka już pojaśniało. 

Na czele oddziału jechał Janko z Kłaja, dowódca gwardii książęcej, człek rosły i szeroki 

w barach, przybrany w krótki barani kożuszek, ściągnięty rzemiennym  pasem. Na smagłym 

obliczu dowódcy rysował się niepokój, zrodzony już przed kilkoma dniami, kiedy to książę i 

jego towarzysze nie wrócili do grodu w zapowiedzianym czasie. Po trzech dobach daremnego 

oczekiwania Janko postanowił wyruszyć na poszukiwania, w obawie że zaszło coś niedobrego. 

Kraina leżąca między Wisłą a Górami Skaliątego Południa pokryta była niemal w całości starą 

i  gęstą  puszczą,  w  której  tylko  gdzieniegdzie  tkwiły  drobne  osady  bartników  i  smolarzy. 

Wprawdzie  kręciły  się  po  lasach  grupki  rozbójników,  ale  nie  one  powodowały  niepokój 

dowódcy. Wiedział dobrze, że nawet najsroższy zbój nie ośmieliłby się podnieść ręki na księcia 

i jego przyjaciół, a zwłaszcza na Smoka, o którego sile i odwadze krążyły wśród ludzi pieśni i 

legendy.  O  wiele  poważniejsze  niebezpieczeństwo  mogło  grozić  ze  strony  dzikiej  i 

nieujarzmionej natury Słyszał Janko o tym, że w Górach Skalistego Południa często szaleją 

potężne  wichury,  kładące  pokotem  setki  i  tysiące  drzew.  Słyszał  też  wiele  o  kamiennych  i 

śnieżnych lawinach, spadających znienacka ze szczytów, a także o groźnych i lęk budzących 

burzach  z  piorunami!  Ale  po  cóż  myśleć  o  lawinach  i  huraganach,  skoro  przyczyną 

ewentualnego  nieszczęścia  mogło  być  zwyczajne  złamanie  nogi  lub  żeber  albo  po  prostu 

choroba, łatwa do wyleczenia w domu,  ale niebezpieczna w podróży. Najgorsze było to, że 

czwórka przyjaciół wyruszyła w góry, jakby chodziło o małą podmiejską przechadzkę  - bez 

lekarza,  pachołków,  a  nawet  bez  krótkofalówki.  Czterem  wierzchowcom  towarzyszyły  dwa 

juczne konie, niosące wory z zapasami żywności wystarczającymi najwyżej na dziesięć dni. Na 

wieść  o  zamierzonej  wyprawie  Janko  z  Kłaja  proponował  księciu  eskortę  z  gwardzistów, 

musiał  jednak  ustąpić,  gdyż  książę  wyśmiał  jego  obawy  i  zapewnił,  że  wróci  do  grodu  po 

dziesięciu wschodach słońca. Dodał też, że czuje się znużony Bardzo Ważnymi Sprawami i w 

związku  z  tym  pragnie  trochę  odpocząć,  tym  bardziej  że  już  od  kilku  lat  nie  wykorzystał 

żadnego urlopu. „Nawet dzieci szkolne - powiedział - mają wakacje i ferie świąteczne. - Zresztą 

nie jadę sam...” 

background image

Wkrótce  po  minięciu  Wisły  oddział  gwardzistów  dotarł  do  skraju  Puszczy 

Myślimickiej. Na widok drzew obsypanych młodziutkimi listkami Janko z Kłaja uśmiechnął 

się pod wąsem i pomyślał, że wyglądają one tak, jakby na ich gałązkach zatrzymały się zielone, 

przelotne obłoczki. Nad rowami złociły się kwiatki podbiałów, przemieszane ze stokrotkami i 

zawilcami. Niebo pojaśniało, zapowiadał się piękny dzień, a ptasi koncert wzmagał się z każdą 

chwilą. 

Dowódca uniósł rękę. 

-  Za  mną  -  krzyknął  głośno,  ubódł  konia  ostrogami  i  ruszył  galopem.  Grudki  błota 

prysnęły  spod  kopyt,  z  drzew  zerwało  się  stado  wron.  Oddział  rwał  przez  las  w  chrzęście 

uprzęży i brzęku mieczy, odprowadzany lękliwymi spójrzeniami saren i pełnym przerażenia 

skrzekiem żab, wskakujących w popłochu do licznych kałuż. 

Pierwsze promienie słońca zaróżowiły czuby drzew. 

 

* * * 

Komendant  posterunku  w  Myślimicach,  zapytany  przez  Janka,  czy  ma  jakieś 

wiadomości o księciu i jego towarzyszach, bezradnie rozłożył ręce. 

- Byli tu w drodze do gór, ale od tego czasu nie wiem, co się z nimi dzieje. Zjedli obiad, 

odpoczęli i pojechali dalej. 

- Śniegi w górach srogie? 

- Ho, ho, na chłopa! 

- Niedźwiedzie śpią jeszcze? 

- Pewnikiem... Ale się wnet poczną budzić, a złe będą, bo głodne. 

- Książę nie boi się niedźwiedzi. A zbóje? 

- U nas zbójów nie ma - obruszył się komendant. - Jest jeden, ale już dawno nie pracuje 

w swym fachu. 

- Co robi? 

- Chodzi do szkół na spotkania z dziećmi i opowiada im bajki o krasnoludkach. Czasem 

fotografuje się z turystami, i tak sobie dorabia do emerytury. Książę pan mówił z nim łaskawie, 

nawet  rękę podał  na pożegnanie. Wielgosz, to  znaczy ten zbój,  powiedział potem, że odtąd 

nigdy już tej ręki myć nie będzie. 

- A co słychać w gospodzie „Pod Wesołym Karakonem”? 

- Barnaba bardzo się już zestarzał, ale żyje. Jego wnuczka, Marysia, skończyła szkołę 

hotelarską i pomaga dziadkowi. 

- Jedziemy więc dalej - zdecydował Janko z Kłaja. - Może spotkamy księcia w drodze. 

background image

A ty - zwrócił się do komendanta - siedź tu i mniej oczy na wszystko otwarte. 

- Według rozkazu! Ja nawet w nocy zamykam tylko jedno oko. 

Oddział gwardzistów ruszył z kopyta. Droga wiodła teraz brzegiem kamienistej rzeki, 

która z głośnym szumem toczyła wezbrane tającym śniegiem fale. 

Słońce stało już wysoko na niebie, gdy gwardziści odbili od rzeki i zapadli w gęsty, 

jodłowo-świerkowy las porastający zbocza wysokiej góry, z dawien dawna Luboniem zwanej. 

 

* * * 

Wieczorem  w  oberży  „Pod  Wesołym  Karakonem”,  stojącej  jak  wiadomo  na  Dzikiej 

Przełęczy, między Diablakiem a Baranim Wierchem, odbywała się huczna zabawa. Wszystkie 

okna  budynku  były  jasno  oświetlone,  a  z  wnętrza  dolatywały  głośne  dźwięki  harmonii  i 

skrzypiec. 

Przy  długim  dębowym  stole  zgromadziło  się  jedenastu  byłych  zbójców,  którym 

przewodził herszt, znany jako Krwawa Kiszka. Tak, tak, nie przecierajcie oczu ze zdumienia: 

Krwawa  Kiszka,  słynny  swego  czasu  dowódca  Antyzbójów,  mających  zwyczaj 

obdarowywania  swych  ofiar  worami  pieniędzy  i  częstowania  ich  najbardziej  wyszukanymi 

potrawami... Ten sam, który swego czasu tak gościnnie podejmował w swym obozie Smoka, 

Koyota  i  Bartoliniego,  udających  się  na  ratunek  profesorowi  Gąbce.  Mimo  groźnego 

przydomka  Krwawa  Kiszka  był  człekiem  łagodnych  obyczajów,  toteż  nic  dziwnego,  że  po 

rozdaniu całego majątku rozwiązał swój oddział i począł zarabiać jako wytwórca drewnianych 

zabawek dla Cepelii. Jedni z jego kamratów zostali przewodnikami górskimi, inni zaś zabrali 

się do hodowli owiec i produkcji smacznych serków zwanych oszczypkami. 

Raz  w  roku,  w  dniu  imienin  starego  oberżysty,  byli  rozbójnicy  zbierali  się  „Pod 

Wesołym Karakonem”, aby przy wtórze śpiewów i muzyki wspominać dawne czasy. Barnaba, 

grzejący swe kości przy kominku, brał  żywy  udział w rozmowie, a Marysia, która była już 

piękną i zgrabną panną, dbała o to, by gościom nie brakowało mięsiwa, miodu ani piwa. 

Krwawa  Kiszka,  rozgrzany  wspomnieniami  swych  bohaterskich  czynów,  kończył 

właśnie  opowiadać  o  dawnym  spotkaniu  ze  Smokiem  Wawelskim,  gdy  nagle  zastukał  ktoś 

głośno do drzwi oberży. 

- Prosimy, prosimy - zawołał Barnaba. - Gość w dom, Bóg w dom... 

W  otwartych  podwojach  pojawiła  się  rosła  postać  Janka  z  Kłaja,  za  nią  sylwetki 

kilkunastu wojaków. 

- Witajcie - rzekł dowódca gwardzistów. - Nie myślałem, że zastanę w tym pustkowiu 

tylu zacnych kawalerów. 

background image

Zbóje zsunęli się przy stole, dając miejsce przybyłym. Obsypani śniegiem, zmarznięci i 

zmęczeni  gwardziści  po-rozsiadali  się  na  ławach,  rozcierając  ręce  i  chuchając  na  skostniałe 

palce. 

- Czego się panowie napiją? - zapytała Marysia. 

-  Miodu,  oczywiście  że  miodu  -  i  to  grzanego,  korzeniami  -  odparł  Janko  z  Kłaja.  - 

Sroga jeszcze zima u was panuje, choć w Grodzie. Kraka przedwiośnie się zaczyna. A cóż to za 

uroczystość? 

-  Imieniny  gospodarza  -  wyjaśnił  Krwawa  Kiszka.  -  Spójrzcie  tylko  na  kalendarz,  a 

zobaczycie, że dziś jest świętego Barnaby... 

Janko zerwał się z ławy, podbiegł do oberżysty i uściskał go tak mocno, że staremu łzy 

w oczach stanęły. 

- Wszystkiego najlepszego - zawołał. - Zdrowia, szczęścia i pomyślności! Wybaczcie, 

że zapomnieliśmy o waszym święcie, ale przywiodła nas tu inna, ogromnie ważna sprawa. 

I  w  krótkich  żołnierskich  słowach  opowiedział  zebranym  o  celu  swego  przybycia  w 

Góry  Skalistego  Południa,  zapytując,  czy  nie  mają  jakichś  wiadomości  o  księciu  i  jego 

drużynie. 

- Przecież byli tu w zeszłym tygodniu  - rzekł Barnaba - przenocowali w pokojach na 

poddaszu  i  na  drugi  dzień  rano  ruszyli  ku  Giewontowi.  Książę  mówił,  że  chce  odszukać 

Śpiących Rycerzy i zapytać się, czy im czego nie trzeba. 

-  Nareszcie  coś  konkretnego  -  uradował  się  Janko.  -  Jutro,  skoro  świt,  jedziemy  pod 

Giewont. Może znajdziemy jakieś ślady. 

- Żadnych śladów nie będzie - odezwał się Krzywo-nos, jeden z ludzi Krwawej Kiszki. 

- Wczoraj w nocy spadły duże śniegi. 

Janko uderzył dłonią w głowicę miecza. 

- To nic, ale wiemy już, gdzie ich szukać. 

Krwawa  Kiszka  wskoczył  na  ławę  i  gwizdnął  przeraźliwie.  Na  ten  znajomy  dźwięk 

zagrała krew w żyłach dawnych rozbójników. 

-  Panowie  -  zawołał  dowódca  bandy.  -  Książę  pan  w  niebezpieczeństwie!  Tej  zimy 

mnóstwo wilków goni po lasach, nie mówiąc już o strachach, widmach i upiorach. Pomożemy 

go odszukać? 

Odpowiedział mu zgodny chór głosów: 

- Pomożemy! 

Wzruszony Janko podał dłoń byłemu zbójowi. 

- Dziękuję. Wasza pomoc bardzo się nam przyda. Poprowadźcie nas najkrótszą drogą. 

background image

- Bądźcie spokojni - odparł Krwawa Kiszka. - Znamy tu każdą ścieżkę i każdą dziurę. 

-  Za  pomyślność  wyprawy  -  zawołał  Janko  i  jednym  haustem  wypił  pełny  kubek 

gorącego  miodu.  Obtarłszy  wąsy  wierzchem  dłpni,  spojrzał  na  zebranych,  i  widząc  w  ich 

oczach błyski szczerego zapału, dodał: 

- I za pomyślność gospodarza. Niech nam żyje sto lat! 

Trzydzieści niezbyt zgranych głosów zaintonowało pradawną pieśń Krakostanu: 

Sto lat,  

Sto lat,  

Niech żyje, żyje nam! 

Słysząc to stado wilków, podchodzących już pod oberżę, w popłochu runęło w las. 

 

* * * 

Autor do Czytelników: 

Wierzycie mi chyba, że chciałbym opisać radosne chwile odnalezienia zaginionych. Że 

chciałbym  wam  przekazać  wesołe  okrzyki  ratowników  na  widok  księcia,  Smoka,  Gąbki  i 

Bartoliniego. Niestety! Prawdy nie wolno fałszować nawet w najlepszych intencjach. Wiem, że 

przyjemnie  by  się  wam  czytało  o  triumfalnym  powrocie  na  Wawel,  o  dźwiękach  trąb 

witających  ukochanego  władcę,  o  wspaniałej  defiladzie  wojów,  o  wesołych  zabawach 

mieszkańców  grodu.  Nic  z  tego!  Życie,  moi  drodzy,  nie  jest  usiane  różami  i  nie  składa  się 

wyłącznie z przyjemnych zdarzeń. Im wcześniej będziecie o tym wiedzieć, tym lepiej dla was. 

Prawda  zaś  jest  taka:  zaginionych  nie  odnaleziono.  Natrafiono  jedynie  na  szałas,  w 

którym znajdowało się sześć książęcych koni. Wynikało z tego, że czwórka podróżników udała 

się w dalszą drogę pieszo, zabrawszy z sobą żywność, która mogła wystarczyć zaledwie na dwa 

dni. Wynikało też z tego, że książę i jego towarzysze liczyli się z krótkim pobytem w siedzibie 

Śpiących Rycerzy. Dlaczego jednak nie wrócili w planowanym terminie? Czy dotarli do celu, 

czy też spotkało ich jakieś nieszczęście? Mimo dokładnych oględzin Giewontu Janko i jego 

ludzie nie odkryli żadnej szczeliny, która wiodłaby do wnętrza. Znaleźli wprawdzie wiele grot 

w  skalistym  cielsku  góry,  ale  każda,  prędzej  czy  później,  kończyła  się  litą  skałą.  Po  trzech 

dniach daremnych poszukiwań zmarznięci, głodni i do cna wyczerpani ratownicy powrócili do 

gospody  na  Diabelskiej  Przełęczy,  przynosząc  Barnabie  i  Marysi  tragiczną  wiadomość.  Po 

krótkim odpoczynku Janko na czele gwardzistów wrócił do Grodu Kraka, aby zorganizować 

nową wyprawę ratowniczą. Tym razem wzięły w niej udział tysiące poddanych księcia. Przez 

cały  miesiąc  przetrząsano  najtrudniej  dostępne  zakątki  Giewontu  i  jego  okolicy.  Przy 

sposobności  dwóch  giermków  księcia,  Zbyszko  i  Stanko,  dokonało  pierwszego  wejścia  na 

background image

północną  ścianę  góry.  Poszukiwania  prowadzono  dniami  i  nocami,  nie  bacząc  na  śnieżne 

lawiny,  oblodzone”  skały  i  wściekłe  ataki  halnych  wiatrów.  Na  próżno!  Nawet  specjalnie 

tresowane owczarki nie natrafiły na żaden ślad zaginionych. Wyniosły, stromy i tajemniczy 

Giewont  jakby  kpił  sobie  z  wszelkich  ludzkich  wysiłków.  Rada  Starców,  rządząca  w 

zastępstwie  nieobecnego  władcy,  ogłosiła  ogromną  nagrodę  za  jakąkolwiek  wiadomość 

mogącą się przyczynić do odszukania zaginionych. Ale i to nie dało żadnego rezultatu. 

Po  upływie  wielu  miesięcy  zgasły  resztki  nadziei.  Na  wezwanie  Rady  Starców 

mieszkańcy  Grodu  Kraka  usypali  własnymi  rękoma  wysoki  kopiec,  który  nazwali  kopcem 

Krakusa. Na szczycie kopca dzień i noc płonęło ognisko. Jego płomień miał świadczyć przez 

wieki  o  tym,  że  pamięć  o  księciu  i  jego  towarzyszach  nigdy  nie  zagaśnie  w  sercach 

teraźniejszych i przyszłych pokoleń! 

background image

Rozdział V 

NIE MA JAK NARTY 

 

Mimo pełnego wrażeń dnia profesor Gąbka długo nie mógł zasnąć. Leżąc na wznak, z 

rękoma  pod  głową,  nieustannie  rozmyślał  o  trudnym  do  pojęcia  fakcie  przeniesienia  się 

czterech  ludzi  do  nowej  epoki,  i  to  epoki  tak  odległej  od  czasów,  w  których  żyli...  Jako 

przyrodnik zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko, co się dzieje na świecie, musi mieć swą 

przyczynę,  którą  prędzej  czy  później  można  będzie  określić  z  największą  dokładnością. 

Wyjaśnienie, którym podzielił się z uczestnikami konferencji prasowej, miało wszelkie cechy 

prawdopodobieństwa. Prawdopodobieństwa - pomyślał profesor - ale nie całkowitej pewności. 

Dopóki  nie  zbadam  chemicznego  składu  powietrza  wypełniającego  jaskinie  Giewontu,  nie 

będę mógł niczego twierdzić w sposób zgodny z wymaganiami nauki. Trzeba będzie o tym 

powiedzieć ministrowi na jutrzejszym spotkaniu. 

Rzuciwszy okiem na fosforyzującą tarczę zegarka, poprawił się: 

- Na dzisiejszym, bo jest już pierwsza trzydzieści. Leżący na sąsiednim łóżku Bartołini 

poruszył się przez sen i wymamrotał: 

-  Bierzemy  sześć  żółtek  i  rozcieramy  z  cukrem...  Poczciwy  Bartłomiej  -  pomyślał 

profesor. - Nawet we śnie nie zapomina o tym, że jest kucharzem. Oto nauczka dla mnie. Ja też 

nie śmiem zapomnieć, że moim zadaniem jest dążenie do stałego odkrywania prawdy. Tak było 

przedwczoraj, przepraszam, tysiąc dwieście lat temu, i tak musi być obecnie. 

Za oknem srebrzył się sierp młodziutkiego księżyca. Na jego widok Gąbka odczuł w 

sercu ukłucie tęsknoty. Oczyma wyobraźni ujrzał swój domek otoczony wiśniowym sadem, 

gderliwą,  ale  jakże  serdeczną  Pelasię  i  wiernego  Aresa,  którego  nie  wziął  na  wyprawę  ze 

względu na nieodpowiednią porę. W górach panowała jeszcze zima i biedne psisko mogłoby 

sobie łapy odmrozić. Pożegnał się z nim serdecznie w myśl ludowego porzekadła: „całuj psa w 

nos”, i wyszedł z domu na palcach, nie chcąc obudzić kudłatego przyjaciela, śpiącego przed 

kominkiem. Czyż mógł przypuszczać, że widzi go po raz ostatni? 

Ejże  -  pomyślał  uczony,  tknięty  nagłym  przypływem  nadziei  -  czy  naprawdę  po  raz 

ostatni? Może jednak jest jakiś sposób na powrót do dobrych, starych czasów? Dałbym połowę 

swego życia za odkrycie go. Na razie jednak nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Wynika 

z  tego,  że  łatwiej  jest  wybrać  się  na  wycieczkę  w  przyszłość,  niż  z  niej  powrócić.  Tak  jak 

łatwiej jest rozebrać zegarek, niż go z powrotem złożyć. 

To była już ostatnia świadoma myśl profesora. Obrócił się na prawy bok, nasunął koc na 

głowę i w ciągu sekundy zapadł w mocny, pokrzepiający sen. 

background image

Obudził się o szóstej rano. 

O tej samej porze ze startowego pasa stołecznego lotniska wzbił się odrzutowy samolot, 

wiozący  Ministra  na  spotkanie  z  odkrywcą  baltazaronu.  Ministrowi  towarzyszyły  dwie 

sekretarki, Główny Księgowy z komputerem i liczydłem oraz tłumacz z języka urzędowego na 

polski. 

Natychmiast po starcie samolot wziął kurs na południe. 

Urocza i uśmiechnięta stewardesa (wiadomo, że stewardesy zawsze są takie) przyniosła 

pasażerom pierwsze śniadanie. 

 

* * * 

Po kilku godzinach rozmowy z ministrem profesor Gąbka wrócił do hotelu. Powitały go 

okrzyki przyjaciół: 

- Baltazarek! Baltazarek! 

Gąbka pogłaskał swą kozią bródkę i rzekł z uśmiechem: 

-  Stoi  przed  wami  Dyrektor  Instytutu  do  Badań  nad  Baltazaronem.  Jak  się  wam 

podobam w tej roli? 

- Ty się nam zawsze podobasz! - ryknął Smok. - Ale powiedz, co było na konferencji? 

- Kruche ciastka i sok z czarnej porzeczki. 

-  Żartujesz,  a  my  tu  podskakujemy  z  niecierpliwości.  Czy  może  dostałeś  Nagrodę 

Państwową pierwszego stopnia? 

- Skądże znowu. Na to trzeba zasłużyć. Smok złapał się za głowę: 

- Człowieku, czy chcesz przez to powiedzieć, że twoje prace nad żabami i ślimakami są 

nic niewarte? 

- Może i są coś warte, ale teraz nie o to chodzi. 

- Tylko o co? 

- O ten gaz z Giewontu. Przecież rozmawiałem z Ministrem Przemysłu Chemicznego... 

No cóż, zaproponowano mi objęcie kierownictwa Instytutu. Będę mieć do pomocy cały sztab 

uczonych, wspaniałe laboratoria i duży budżet! 

- Mam nadzieję, że się zgodziłeś - wtrącił książę. 

- A cóż miałem robić? Minister przywiózł gotową już umowę o pracę i nominację na 

dyrektora. Był tak miły, że nie mogłem mu odmówić. Postawiłem tylko dwa warunki. 

- Jakie? 

- Że siedzibą Instytutu będzie Gród Kraka, przepraszam, Kraków. 

- A drugi? 

background image

- Że wy też pojedziecie do Krakowa. Obiecał, że znajdzie dla wszystkich, pracę. Zaraz 

zatelefonował do PREZYDENTA MIASTA i polecił mu załatwienie tej sprawy. 

Smok rozpromienił się: 

- Fajny z ciebie kumpel. Zawsze wiedziałem, że rnożna na tobie polegać

v

 

- Przecież nie ruszyłbym się ani na krok od was. A teraz zbierajcie się, bo pojedziemy 

kolejką na Kasprowy. Minister dał mi cztery bilety. Niestety sam z nami nie pojedzie, bo zaraz 

musi wracać do stolicy... Ach, bo wy nie wiecie, że stolicą jest teraz Warszawa. 

Bartolini nadstawił uszu: 

- A co to takiego? 

-  Duże  i  piękne  miasto.  Leży  nad  Wisłą,  tak  samo  jak  Kraków.  Ale  dość  gadania, 

musimy  iść  do  Kuźnic,  bo  do  tej  kolejki  są  podobno  ogromne  kolejki...  A  po  obiedzie 

przyjeżdża samochód, który nas zawiezie do Krakowa. 

-  Boję  się,  czy  poznamy  nasze  miasto  -  zasmucił  się  Krak.  -  Musiało  się  bardzo 

zmienić... 

 

* * * 

Książę oparł się dłońmi o poręcz balustrady. Po raz pierwszy w życiu był tak wysoko. 

Ze  wszystkich  stron  wznosiły  się  poszarpane  szczyty  Tatr,  jedynie  na  północy  otwierał  się 

daleki widok na kotlinę, zamkniętą wałem lesistych, łagodnych gór. Tam daleko panowała już 

wiosna; granat szpilkowych lasów przerywały jasnozielone polany, tu zaś zima nadal wiodła 

swe rządy. Strome zbocza, poorane głębokimi żlebami, lśniły w słońcu jak lustra. Wiatr zrywał 

ze  skalnych  grani  pióropusze  zmarzniętego  śniegu  i  niósł  je  daleko  w  doliny.  Na  zboczach 

Kasprowego  uwijali  się  narciarze,  wyglądający  stąd  jak  małe  różnobarwne  krasnoludki, 

pozostawiające za sobą zawiłe ornamenty śladów. Było coraz cieplej. Na zalanym przez słońce 

tarasie wylegiwali się ludzie o twarzach pokrytych kremem. 

Książę zapatrzył się w Giewont z taką mocą, jak gdyby chciał przebić wzrokiem jego 

skalną bryłę i dojrzeć poza nią to wszystko, co tak nagle zapadło się w daleką, trudną wprost do 

pojęcia przeszłość. Wciąż jeszcze nie mógł się pogodzić z myślą, że nigdy już nie wróci do 

ukochanego  Grodu,  do  bliskich  ludzi,  do  przerwanych  i  nie  dokończonych  spraw  księstwa, 

którym poświęcił całe swe dotychczasowe życie. 

Tylko się nie roztkliwiać - pomyślał. - Stało się i nie ma na to żadnej rady. Trzeba po 

męsku  pogodzić  się  z  rzeczywistością.  Za  wszystko  w  życiu  czymś  się  płaci,  a  więc  i  za 

możność przyjrzenia się nowym czasom, za możność istnienia w tak innych warunkach. 

Książę drgnął, gdyż poczuł na swym ramieniu czyjąś dłoń. 

background image

- Domyślam się, o czym marzysz - rzekł Gąbka. - My wszyscy, cała nasza czwórka, nie 

myślimy w zasadzie o niczym innym jak o powrocie do tego, co do ostatnich dni było naszym 

domem.  Najbardziej  żal  mi  Bartłomieja,  który  już  nigdy  nie  zobaczy  swej  Balbinki  i  całej 

gromadki  dzieciaków.  On  nic  na  ten  temat  nie  mówi,  ale  jeżeli  go  znam,  przeżywa  to 

najbardziej.  Pomyśl  tylko,  on  już  nigdy  nie  ucałuje  swojej  Nasturcji,  która  była  jego 

najukochańszym dzieckiem. Pamiętasz, jak się cieszył z jej narodzin? 

- A czy myślisz - odparł książę - że mnie jest lekko na duszy? Kochałem przecież moich 

poddanych tak samo, jak Bartłomiej kocha swe dzieci. Ty jesteś w najlepszej sytuacji. Możesz 

poświęcić  się  pracy  dla  dobra  ludzkości.  Jeżeli baltazaron  naprawdę  okaże  się  środkiem  na 

nieśmiertelność, staniesz się największym dobroczyńcą wszystkich czasów. 

- Ale ileż bym dał za to, żeby znów pogłaskać łeb Aresa - szepnął Gąbka, przenosząc 

wzrok z twarzy przyjaciela na wagonik kolejki linowej, wypełniony nową partią narciarzy. 

-  Czy  wiesz  -  powiedział  książę  -  że  oni  przypominają  mi  Bractwo  Kwitnącego 

Krokusa?  Są  inaczej  ubrani,  nie  śpiewają  pieśni,  ale  tak  samo  jak  oni  ciągną  ku  górom  na 

wiosenny śnieg... - Ale a propos. Może byśmy się poszli opalać? 

Nic by jednak nie było  z tego projektu,  gdyby nie Smok, który na wszelki wypadek 

zarezerwował  aż cztery leżaki. Nakryty kraciastym pledem i zaopatrzony w ciemne okulary 

wyglądał bardzo malowniczo na tle błękitnego nieba. 

-

:

 Siadajcie - zachęcił ich ruchem łapy. - Należy się nam trochę odpoczynku. 

Profesor z ulgą wyciągnął się na leżaku i przymknął oczy. 

- Nie ma to jak góry, słońce i dobre powietrze... Ale gdzie się podział Bartłomiej? 

- Udaje narciarza - mruknął Smok i wycisnął pół tubki kremu na swe oblicze. 

- A skąd ma deski? 

- Pożyczył od kucharza w restauracji i groził, że zjedzie do Kotła Gąsienicowego. 

Jeszcze  Smok  nie  dokończył  swych  słów,  gdy  na  szczycie  Kasprowego,  tuż  przy 

budynku obserwatorium, rozległy się głośne okrzyki: 

- Brawo, brawo! Tor wolny! Mistrz jedzie! 

Z  gromadki  narciarzy  wyrwała  się  okrąglutka  sylwetka  kucharza  i  pomknęła  po 

stromym zboczu błyskawicznie nabierając szybkości. 

- Oszalał! - ryknął Smok, zerwał się z leżaka i podbiegł do bariery. 

W  następnej  sekundzie  Bartolini  stracił  równowagę,  przez  moment  jechał  na  jednej 

narcie,  wyrzuciwszy  kijki  ponad  głowę,  a  następnie  grzmotnął  w  śnieg  z  siłą  armatniego 

pocisku! Zgromadzeni na tarasie ludzie ujrzeli szybko rosnącą kulę, z której wystawały kijki i 

czuby desek. Kula toczyła się po zboczu siejąc popłoch wśród narciarzy. Była coraz większa i 

background image

gnała ze wzrastającą szybkością, podskakując na nierównościach terenu. 

- To samobójstwo! - pisnęła jakaś pani w jaskrawo-żółtym swetrze. 

- Znakomita szkoła jazdy - entuzjazmował się jej towarzysz. - Tak się teraz jeździ na 

Zachodzie! 

Osiągnąwszy dno Kotła, śnieżna kula rozprysnęła się jak eksplodująca gwiazda. 

Smok zakrył dłonią oczy. 

- To koniec - jęknął z rozpaczą. - Nie ma już Bartoliniego! 

Ale Krak, który odznaczał się doskonałym wzrokiem, gwałtownie zaprotestował. 

- Jest! Żyje! Idzie teraz do wyciągu krzesełkowego. 

Wkrótce  na  górnej  stacji  wyciągu  zjawił  się  Bartolini,  cały,  zdrowy  i  radośnie 

uśmiechnięty.  Na  jego  tłuściutkiej  twarzy,  pokrytej  kroplami  tającego  śniegu,  malowała  się 

taka radość, że na ten widok wszystkim zrobiło się wesoło. 

- Widzieliście, jak szusowałem? - krzyczał kucharz wtaczając się na taras. - Mógłbym 

jeszcze szybciej, ale śnieg mokry i źle niesie. 

- Jesteś najlepszym narciarzem wśród kucharzy - przyznał książę i wziął go w ramiona. 

- I najlepszym kucharzem wśród narciarzy - dodał uszczęśliwiony profesor. - Ale na nas 

już czas. Kolejka odchodzi za dziesięć minut. 

-  Już  lecę  -  zawołał  Bartolini  -  tylko  oddam  deski  koledze.  Mówię  wam,  nie  ma  jak 

narty. Ju-hu! 

background image

Rozdział VI 

DO KRAKOWA! 

 

Wkrótce po godzinie szesnastej spod hotelu ruszyła nysa, wioząc do Krakowa czwórkę 

naszych przyjaciół, którym towarzyszyli dwaj dziennikarze, red. Pisak i red. Mazak. 

Na  widok  wsi  i  miasteczek,  gęsto  rozsianych  wzdłuż  drogi,  goście  z  Dalekiej 

Przeszłości nie mogli się powstrzymać od okrzyków zdumienia. Pamiętali przecież czasy, gdy 

tę  połać  księstwa  pokrywała  puszcza,  a  spotkanie  z  ludźmi  należało  do  wielkiej  rzadkości. 

Teraz rozciągały się tu uprawne pola i sady, a wzdłuż szerokiej, dwupasmowej szosy widniały 

liczne  zabudowania.  Jedyną  pamiątką  dawnych  lat  była  Góra  Zbójecka,  pokryta  mizernym 

lasem,  w  którym  nawet  czterech  zbójców  miałoby  trudności  ze  znalezieniem  kryjówki. 

Gospodarskie  oko  księcia  radowało  się  na  widok  owiec  skubiących  młodą  trawkę,  wozów 

zaopatrzonych w gumowe koła, siewników i traktorów. 

Coraz bardziej oddalały się białe od śniegu góry, coraz więcej było pól pokrytych jasną 

zielenią ozimin. Na drzewach przybywało listków, a w rowach złociły się kaczeńce. Krak, nie 

przywykły do tak szybkiej jazdy, odczuwał pewien niepokój, ale nie zdradzał się z nim wobec 

przyjaciół. Tylko dwukrotnie jechał samochodem. Pierwszy raz, gdy odwiedził chatę Marcinka 

Lebiody w Miodunce, drugi raz, gdy udał się do Niepołomic, aby uzbierać bukiecik fiołków. 

Pojazd skonstruowany przez Smoka jechał  jednak z szybkością  galopującego konia, ten zaś 

pochłaniał przestrzeń na podobieństwo strzały wypuszczonej z łuku... 

W pewnej chwili książę ujrzał coś, co wywołało u niego przyśpieszone bicie serca. Nie 

była  to  żadna  maszyna  ani  żaden  nowoczesny  dom,  wprost  przeciwnie,  sprawa  dotyczyła 

czynności powtarzającej się od tysięcy lat. Oto wzdłuż zaoranego, sąsiadującego z szosą pola 

kroczył człowiek przepasany lnianą płachtą, pełną ziarna. Był to starszy już góral, ubrany w 

obcisłe, cyfrowane portki i w białą, szeroko rozpiętą na piersi koszulę. 

Na ten widok książę poprosił kierowcę o zatrzymanie samochodu, wysiadł z wozu i 

przeskoczył rów dzielący szosę od pola. Ku zdumieniu redaktorów, którzy odprowadzali go 

wzrokiem, książę wdał się w rozmowę z siewcą. Po kilku chwilach Krak przejął z jego rąk 

płachtę  z  ziarnem,  założył  ją  na  siebie  i  ruszył  wzdłuż  czekających  na  zasianie  zagonów. 

Doszedłszy do końca pola, zawrócił i jął się zbliżać do szosy, nie zaprzestając swej czynności. 

Następnie oddał płachtę góralowi, serdecznie uścisnął jego dłoń i wrócił do samochodu. 

- Dziękuję - powiedział do kierowcy. - Możemy jechać dalej. 

A zwracając się do redaktorów, dodał dla wyjaśnienia: 

- Nie gniewajcie się za to drobne opóźnienie podróży, ale co roku o tej porze osobiście 

background image

zaczynałem siewy w moim księstwie. Działo się to prawie nad samą Wisłą, między Wawelem a 

wzgórzem, które nazywaliśmy Skałką. Poczułem się przez chwilę młodszy o 1200 lat... 

Z wysokości Mogilan pasażerowie nysy po raz pierwszy ujrzeli Kraków. 

Głęboko w dole, na obszernej równinie, rozciągało się wielkie miasto. W środkowej 

jego  części  widniały  zamkowe  wieże,  na  wschodnim  zaś  krańcu  wysokie  i  bardzo  dymiące 

kominy.  Prawie  połowę  nieboskłonu  pokrywała  chmura,  rozpinająca  się  nad  miastem  jak 

płachta ogromnego namiotu. 

- W Krakowie jest burza - zauważył profesor. 

- To nie burza, tylko krakowski smog – wyjaśnił redaktor Mazak. 

- Smog? 

- Tak nazywamy mieszaninę dymu i/mgły, która często wisi nad naszym czcigodnym 

grodem. W dawnych czasach Kraków miał Smoka, a teraz ma smog. 

Smok (ale ten przez k na końcu) pogardliwie wydął wargi: 

- Głupstwo. Wystarczy, żebym dmuchnął kilka razy i już będzie po nim. 

- Obawiam się, że to nie pójdzie tak łatwo - rzekł z powątpiewaniem redaktor Pisak. 

- Spokojna głowa. Muszę tylko solidnie potrenować. Ujrzawszy miasto książę zadumał 

się. Jak by to było dobrze wjechać na chwilę na zamkowy dziedziniec, ujrzeć wąsatych wojów, 

usłyszeć  skrzypienie  studziennych  żurawi  i  porykiwanie  bydła  w  oborach.  Zasiąść  przy 

dębowym  stole,  wychylić  powitalny  kielich  miodu  i  zapatrzyć  się  w  płonące  na  kominku 

polana. Wiedział jednak, że były to nierealne marzenia, z którymi trzeba się pożegnać raz na 

zawsze. Słońce wisiało już nisko nad horyzontem, gdy samochód zatrzymał się na Wawelu, 

przed budynkiem mieszczącym apartamenty dla Szczególnie Ważnych Osobistości. 

- Tu będziecie dziś nocować - rzekł redaktor Pisak. - A ja i kolega pędzimy do redakcji, 

gdzie już czekają na nasze sprawozdania. Życzymy wam dobrej nocy! 

Nazajutrz, od wczesnego rana, tłumy krakowian jęły się zbierać na Wawelu w nadziei 

ujrzenia niezwykłych gości. W szkołach ogłoszono dzień wolny od nauki, co zostało przyjęte 

takim  wrzaskiem  radości,  że  od  razu  połowa  nauczycieli  zgłosiła  się  do  Kliniki 

Laryngologicznej  z  objawami  ostrego  przytępienia  słuchu.  Długie  pochody  dzieci 

wymachujących chorągiewkami o barwach Krakowa dążyły ku wawelskiemu wzgórzu. Kto by 

myślał, że w powitaniu brała udział tylko młodzież ze szkół podstawowych, byłby w dużym 

błędzie. Jak napisano w „Kronice Krakowa za 1978 r.”, na Wawelu, prócz dorosłych, zjawili 

się  także  przedszkolacy,  licealiści,  a  nawet  studenci  wyższych  uczelni,  ze  słuchaczami 

Uniwersytetu Jagiellońskiego na czele. Nie brakło też niemowląt ze żłobków. Rzecz jasna, że 

to  najmłodsze  towarzystwo  podążyło  na  zamek  przy  pomocy  wózków,  popychanych  przez 

background image

mamy,  ciocie,  babcie  oraz  starsze  rodzeństwo  obojga  płci.  Przybyły  też  delegacje 

najważniejszych zakładów pracy, przedstawiciele Wojska, Milicji, Straży Pożarnej i Związków 

Zawodowych. Zwartym szeregiem, wraz z orkiestrą, dążył Ochotniczy Hufiec Pracy, tuż za 

nim maszerowały harcerki i harcerze z naręczami czerwonych i białych goździków. W całym 

mieście  zabrakło  kwiatów,  zupełnie  jak  w  Dniu  Kobiet.  Z  każdą  chwilą  gęstniał  tłum 

wypełniający ogromny dziedziniec zamku królewskiego. 

W samo południe nad miastem popłynęły dźwięki dzwonu Zygmunta, rozkołysanego 

przez  piłkarzy  „Wisły”  i  „Cracovii”,  którzy  na  ten  dzień  zawarli  z  sobą  chwilowy  sojusz. 

Zawyły syreny licznych fabryk i klaksony mniej licznych autobusów MPK. 

Goście  z  Dawnych  Czasów,  w  towarzystwie  Prezydenta  Miasta  oraz  dyrektora 

Państwowych  Zbiorów  Sztuki  na  Wawelu,  profesora  Jerzego  Szablowskiego,  zjawili  się  na 

krużganku I piętra. 

Na  ich  widok  tysiące  krakowian  wzniosły  powitalny  okrzyk,  który  wraz  z  łoskotem 

braw wywołał popłoch wśród gołębi miasta! 

Zgodnie  z  ustalonym  już  wcześniej  programem  w  imieniu  Gości  przemówił  książę 

Krak,  jako  pierwszy  w  dziejach  władca  Wawelu.  Wzruszonym  głosem  podziękował  za 

serdeczne przyjęcie i wyraził radość z faktu, że może oglądać tak piękne i wielkie miasto oraz 

jego nadzwyczaj miłych mieszkańców. 

- Moi kochani - zakończył swe krótkie przemówienie. - Ja i moi przyjaciele będziemy 

naprawdę szczęśliwi, jeżeli pozwolicie nam zamieszkać ze sobą i będziecie nas traktować jak 

członków rodziny. Choć pochodzimy z Bardzo Dawnych Czasów, chcemy być tacy sami jak 

wy, pracować razem z wami, bawić się i wypoczywać! 

Nie  muszę  chyba  dodawać,  że  przemówienie  księcia,  jak  zresztą  cała  uroczystość 

powitania,  transmitowane  było  przez  Polskie  Radio  i  Telewizję  oraz  uwiecznione  przez 

operatorów Kroniki Filmowej. 

Gdy ucichły ponowne brawa, rozległ się nagle okrzyk, wydany, jak się później okazało, 

przez Maćka Kowalskiego, ucznia V klasy Szkoły Podstawowej nr 91. 

- My chcemy Smoka! 

Na to hasło cały tłum począł zgodnie skandować: 

- My chcemy Smoka! My chcemy Smoka! 

Smok, ująwszy pod ramiona Gąbkę i Bartoliniego, zbliżył się do kamiennej balustrady. 

Tłum  szalał  z  radości.  Ludzie  machali  chorągiewkami  i  chusteczkami,  bili  brawo, 

gwizdali,  niepomni  na  ogólnie  panującą  opinię,  iż  krakowianie  to  centusie  i  ponuracy. 

Mówiono  potem,  że  jedna  babcia  machała  nawet  wilgotną  pieluszką,  ale  nie  udało  mi  się 

background image

sprawdzić,  czy  tak  było  w  rzeczywistości.  Owacjom  nie  byłoby  końca,  gdyby  jeden  ze 

sprawozdawców Radia nie zapowiedział, że obecnie zacznie się na Rynku wielka zabawa, w 

czasie której będzie można kupić części do fiata 126 p. Po kilku minutach na dziedzińcu nie 

było już żywego ducha: 

Prezydent otarł czoło zroszone kroplami potu i skłonił się gościom. 

A teraz prosimy na mały spacer po Wawelu. Na pewno jesteście ciekawi, jakie tu zaszły 

zmiany. 

Gdzież się podziały złote od żywicy belki cięte z puszczańskich olbrzymów, ręcznie 

strugane  gonty,  nabijane  kołkami  dźwierze,  kalenice  przypominające  ząbki  pił,  rzeźbione 

słońca, księżyce i  gwiazdy, grube pniaki częstokołów, studzienne żurawie? Gdzież zniknęły 

stajnie pełne rżenia koni? Kiedy ustało szczekanie psów gotujących się do wyjścia w puszczę? 

Buczenie myśliwskich rogów? Nocne stukanie halabard i okrzyki strażników przechadzających 

się po krużgankach? 

-  Za  moich  czasów  zamek  był  drewniany  -  powiedział  książę  po  dłuższej  chwili 

milczenia, w czasie której wodził wzrokiem po murach, dachach i basztach tak innych niż te, 

które miał w świeżej jeszcze pamięci. 

- Tak - przyznał profesor Szablowski. - Ale twoi następcy zbudowali go z kamienia, a 

później z cegły, i dlatego dotrwał do naszych czasów. Ładny? 

- Wspaniały! Wyobrażam sobie, ile musiało być w nim służby... A zachowały się jakieś 

części drewniane? 

- Znaleźliśmy niedawno coś, co wygląda na resztki kieratu. 

- Naprawdę? - ucieszył się Krak. - To pewnie ten sam, który służył do uruchomienia 

radiostacji zmajsterkowanej przez Smoka. 

Profesor Szablowski klasnął w ręce. 

-  Świetnie!  Teraz  już  będziemy  wiedzieć,  z  jakiego  czasu  pochodzą  te  czcigodne 

resztki. A teraz chodźmy do Smoczej Jamy. 

- Ona się chyba niewiele zmieniła. 

- Ostatnio została wyremontowana. Zaprowadziliśmy w niej światło elektryczne. 

- Ho, ho -  rzekł z uznaniem Smok.  - Ja używałem lamp naftowych, a ogrzewałem ją 

ogniem z własnego pyska. 

Kręte,  wykute  w  wapiennej  skale  schody  zaprowadziły  ich  do  jaskini  jarzącej  się 

światłem różnobarwnych reflektorów. Smok powiódł wzrokiem dokoła. 

- Tu stał mój tapczan - rzekł wskazawszy na jeden z kątów groty. - A po drugiej stronie 

szafa z książkami. W środku był stół, przy którym pracowałem. 

background image

- Chciałbyś tu znów zamieszkać? 

-  Jeszcze  jak  -  ucieszył  się  Smok,  a  w  jego  oczach  błysnęły  iskierki  radości.  -  Ale 

obawiam się że to niemożliwe. 

- Dlaczego? 

- Bo na mój widok wszyscy turyści  uciekliby  gdzie pieprz rośnie i miasto  miałoby z 

tego ogromne straty. 

Profesor Szablowski uśmiechnął się tajemniczo: 

- Nie jest tak źle. Przed jaskinią stoi twój pomnik, dzięki któremu ludzie wiedzą, jak 

wyglądałeś. 

- Mój pomnik? Żartujesz! 

- Mówię zupełnie poważnie. 

Smok z niedowierzaniem pokręcił głową: 

- Nie myślałem, że za życia będę mógł oglądać własny pomnik. Podobny do mnie? 

- Jak dwie krople wody. Oto on! 

Smok zaniemówił z wrażenia, co, jak wiemy, nie zdarzało mu się zbyt często. Przez 

dłuższą chwilę milczał, ogarniając wzrokiem postać potężnego jaszczura, wspartego na tylnych 

łapach i od czasu do czasu zionącego z paszczy czerwonym płomieniem. Pomnik stał przed 

wejściem do Jamy, tuż za nim przebiegała droga, a za drogą, o kilka metrów niżej, toczyły się 

brudne fale Wisły. 

- Wszystko dobrze - rzekł wreszcie Smok. - Ale rzeka zupełnie nie przypomina Wisły z 

moich czasów. Bałbym się z niej wypić choć łyk wody. 

-  Masz  rację  -  przyznał  Gąbka,  wciągnąwszy  w  nozdrza  kwaśną  woń  rzeki.  -  Nie 

zdążyłbyś pęknąć, bo już po kilku łykach byłbyś kompletnie zatruty. 

-  I  cała  legenda  na  nic  -  zarechotało  Smoczysko.  -  Ale  mimo  to  chętnie  bym  tu 

zamieszkał, przyzwyczaiłem się do tej suteryny... 

- Nic łatwiejszego - zawołał na to Prezydent Miasta, który z uwagą przysłuchiwał się 

rozmowie. - Dziś jeszcze wręczę ci przydział na to mieszkanie. Tylko przez jakiś czas będziesz 

musiał sypiać na materacu, bo niestety nie dowieźli jeszcze tapczanów. 

- Dziękuję z całego serca - rzekł wzruszony Smok i złożył ukłon Prezydentowi Miasta. - 

Ale co będzie z moimi kumplami? 

- I o tym już pomyślałem - odparł Prezydent i skinął na swego sekretarza, który podbiegł 

do niego z teczką wypchaną różnymi papierami. - Oto dekret mianujący księcia konserwatorem 

Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu i przyznający mu apartament na zamku! 

Zanim zdumiony książę zdążył otworzyć usta, Prezydent wręczył mu pismo opatrzone 

background image

wielką ilością pieczęci okrągłych, owalnych, podłużnych i trójkątnych. 

- Czy książę wyraża zgodę? 

-  Oczywiście  -  rzekł  Krak.  -  Jestem  zaszczycony  tą  propozycją,  tylko  nie  wiem,  czy 

dam- sobie radę na nowym stanowisku. Wprawdzie studiowałem kiedyś historię sztuki, ale to 

było tak dawno... 

Prezydent z powagą uścisnął dłoń księcia. 

- Nie widzę lepszego kandydata. Oto właściwy człowiek na właściwym  miejscu. Jak 

wiadomo,  profesor  Gąbka,  który  objął  już  stanowisko  dyrektora  Instytutu  do  Badań  nad 

Baltazaronem, będzie mógł zamieszkać w służbowym bloku na Osiedlu Tysiąclecia. 

- A ja? - wtrącił się do rozmowy milczący do tej pory Bartolini. 

-  Drogi  i  kochany  mistrzu  -  zawołał  Prezydent.-  Czyż  mógłbym  zapomnieć  o 

znakomitym przedstawicielu staropolskiej sztuki kulinarnej? Gdyby się tak stało, nie byłbym 

godny  przewodniczyć  Radzie  Miejskiej!  Czy  nie  zechciałbyś  zostać  szefem  najlepszej 

krakowskiej restauracji „Wierzynek”? 

- Mamma mia! - pisnął uradowany kucharz. - Nawet w najśmielszych marzeniach nie 

brałem tego pod uwagę. To jasne, że się zgadzam! 

- Zamieszkasz więc w pięknej i zabytkowej kamienicy na samym Rynku. Zgoda? 

- Zgoda. Po trzykroć zgoda. Ale pod jednym warunkiem... 

- Z góry akceptuję wszystkie warunki. 

- Pod warunkiem, że książę będzie się u mnie stołować. A oprócz niego reszta moich 

przyjaciół. Nie mogę dopuścić do tego, żeby jedli w byle jakiej jadłodajni. 

-  Oczywiście,  drogi  mistrzu  -  zapewnił  go  Prezydent  Miasta.  -  Wszystkie  głowy 

koronowane  i  wszyscy  wybitni  goście  zawsze  się  stołowali  u  Wierzynka.  Nawet  słynny 

podróżnik - Jaś Zielone Ucho! 

- A teraz będą się stołowali „U Bartoliniego”  -  rzekł  z naciskiem  kucharz.  -  Od dziś 

zmieniam  nazwę  lokalu.  Niech  mnie  mrówka  połknie,  jeżeli  to  nie  będzie  najlepsza  knajpa 

Krakowa. 

Profesor Szablowski dyskretnie spojrzał na zegarek: 

-  Już  pierwsza,  czas  na  obiad.  Dziś  jeszcze,  w  drodze  wyjątku,  zjemy  go  w  Hotelu 

Francuskim. A potem zawiozę was na Krzemionki i pokażę miasto z kopca Krakusa. 

- Z mojego kopca? - zdziwił się książę. - Nie wiem o niczym podobnym. 

Prezydent pospieszył z wyjaśnieniem: 

-  Mamy  aż  trzy  kopce.  Jeden  nosi  imię  królowej  Wandy,  drugi  Krakusa,  a  trzeci 

Kościuszki. Czy znałeś Wandę? 

background image

- Nie - zaprzeczył książę. - Możliwe, że wstąpiła na tron po moim zniknięciu. Czuję, że 

będę musiał przejść skrócony kurs historii. 

- Przez jakiś czas sądziliśmy - ciągnął Prezydent - że kopiec na Krzemionkach był po 

prostu twoją mogiłą. Po rozkopaniu go nie znaleźliśmy jednak twojego ciała. 

-  To  całkiem  zrozumiałe  -  roześmiał  się  Krak.  -  To  ciało  stoi  obok  was  i  ma  wielką 

ochotę na obiad... 

Po chwili szereg czarnych limuzyn, poprzedzanych przez milicjantów na motocyklach, 

ruszył wąskimi ulicami starego grodu. 

Smok, siedzący obok Bartoliniego, nachylił się ku niemu i szepnął: 

- Jest lepiej, niż przypuszczałem. Zobaczysz, stary, że wszystko będzie okey! Te nowe 

czasy zaczynają mi się podobać. Tylko co oni zrobili z tej Wisły!... 

background image

Rozdział VIl 

NARADA W BARPIWONM 

 

Mr  Joe  Pietruszka

 

w miękkim, ciemnopurpurowym szlafroku i porannych pantoflach 

stał na tarasie jednej ze swych czterdziestu ośmiu willi i spoglądał na błękitny ocean, którego 

fale rozbijały się z hukiem o przybrzeżne skały. 

Wyspa  o  tak  dźwięcznej  nazwie  stanowiła  własność  Pietruszki  i  jako  taka  nie 

figurowała w żadnym atlasie świata oraz nie podlegała Organizacji Narodów Zjednoczonych. 

Mało kto wiedział o tym, że Barpiwonia była wyspą sztuczną. Od czasu do czasu pirackie statki 

holowały ją i zakotwiczały w różnych punktach Oceanu Niespokojnego, w związku z czym 

ustalenie jej położenia było ogromnie trudne. Tylko taki bogacz jak Joe mógł sobie pozwolić na 

posiadanie sztucznej wyspy, która w dodatku była jednym z najbardziej uroczych zakątków 

naszego pięknego świata! 

Joe  miał  wszelkie  powody  do  zadowolenia.  Nie  dawniej  jak  przed  trzema  dniami 

zlikwidował gang Piekielnego Jima, pozbywając się niebezpiecznego konkurenta w zbożnym 

dziele przemytu narkotyków. Dziś natomiast miał wydać przyjęcie, aby zaprezentować na nim 

wspaniałą  galerię  portretów  rodzinnych.  Wszystkie  obrazy  namalował  słynny  artysta,  nie 

biorąc za swą pracę ani grosza. Po prostu zaufani ludzie Joego powiesili malarza w piwnicy 

opuszczonego domu w ten sposób, że nogi mistrza unosiły się na wysokości jednego metra nad 

podłogą, po której wiły się dziesiątki grzechotników. Gdyby malarz nadal twierdził, że za jego 

robotę ‘należy mu się jakiekolwiek wynagrodzenie, wystarczyłoby tylko przecięcie sznura - i 

sprawa byłaby załatwiona raz na zawsze, chociaż ku zadowoleniu  tylko  jednej  ze stron. Na 

szczęście był to człowiek rozsądny, a w dodatku czujący wrodzony wstręt do węży. 

Na  wieczorne  przyjęcie  miało  zjechać  wielu  znajomych  Joego,  trudniących  się 

podobnymi  sposobami  zdobywania  nie  tylko  majątku,  ale  także  (co  zwykle  idzie  w  parze) 

poważania w społeczeństwie. Żaden z nich jednak nie dorównał Joemu, który od niedawna stał 

się jedynym akcjonariuszem przedsiębiorstwa, noszącego nazwę „The Kidnappers Corporation 

Ltd”. 

Nasyciwszy  się  pięknem  przyrody,  Joe  Pietruszka  wrócił  do  swego  zacisznego 

gabinetu, wyłożonego skórami swych konkurentów, i usiadł przy biurku, aby przejrzeć poranną 

prasę. Na pierwszych stronach dzienników czerniły się ogromne tytuły najnowszych depesz. 

„Gangster  Codzienny”  donosił  o  pojawieniu  się  w  jednym  z  krajów  Starego  Świata 

prawdziwego  Smoka,  który  dotychczas  w  opinii  uczonych  uchodził  za  postać  bajkową  i 

legendarną. „Ilustrowany Magazyn Okropności” przynosił szereg zdjęć potwora, wykonanych 

background image

przez swego specjalnego wysłannika. „Wiadomości  Pirackie”, organ  Związku  Zawodowego 

Piratów i Korsarzy, informowały swych czytelników o szczegółach sensacyjnego zdarzenia, 

zamieszczając równocześnie artykuł znanego badacza gadów kopalnych, profesora Archibalda 

Kluski, z którego wynikało, że odnalezienie żywego smoka może być wstępem do prawdziwej 

rewolucji w dziedzinie nauk przyrodniczych. 

Mr  Joe  Pietruszka  włączył  kolorowy  i  trójwymiarowy  telewizor  -  i  oto  na  ekranie 

aparatu  pojawiła  się  podobizna  Smoka  odnalezionego  żywcem  w  jaskini  góry  zwanej 

Giewontem. Jednocześnie dał się słyszeć głos uroczej blondynki: 

„Używając  pasty  do  zębów  firmy  Mix  i  Max  będziecie  zawsze  cieszyć  się  tak 

wspaniałym  uzębieniem  jak  ten  znakomicie  wyglądający  przedstawiciel  gadów  jurajskich!” 

Przydałby mi się taki smok - pomyślał Joe i nagle podskoczył na fotelu jak sprężyna. Podbiegł 

do  lustra  i  stanąwszy  przed  nim  wyprostował  się  dumnie,  zakładając  prawą  dłoń  za  połę 

szlafroka. 

- Nie ulega wątpliwości, że jestem podobny do Napoleona - stwierdził z zadowoleniem. 

- Mając takiego smoka na własność, mógłbym zapanować nad całym światem, a może nawet 

nad Kosmosem! Tylko człowiek tak genialny jak ja mógł wpaść na podobny pomysł. 

Oczyma wyobraźni ujrzał Smoka w roli szefa swej osobistej gwardii, zapewniającej mu 

bezkarność i pełne bezpieczeństwo. Ujrzał go również w roli cyrkowego aktora, wywołującego 

entuzjazm  widzów  na  obu  półkulach,  i  tym  samym  przysparzającego  milionów  kasom 

towarzystwa  „The  Kidnappers  Corporation”.  Smok  jako  reklama  zabawek  produkowanych 

przez  podległe  Joemu  fabryki!  Smok  jako  emblemat  statków  pirackich,  budowanych  w 

stoczniach należących do Pietruszki! Higieniczne śliniaczki ze Smokiem! Cumelki „Smok”! 

Karmelki  „Smok”!  Teksasy  z  wyhaftowanym  na  kieszeniach  smokiem!  Guma  do  żucia 

„Smok-balon”,  krawatki,  chusteczki,  fartuszki  -  wszystko  ze  znakiem  firmowym  „Smok  i 

Pietruszka”. 

Rozpędzone  myśli  Joego  biegły  coraz  szybciej.  Dysponując  Smokiem  można  by  się 

pokusić  o  zawładnięcie  wszystkimi  samolotami  świata,  a  tym  samym  ująć  w  swe  ręce 

kierownictwo najbogatszych linii lotniczych! Nie, takiej okazji nie wolno zmarnować - a Joe 

Pietruszka, syn leśnego zbója, byłby największym z głupców, gdyby pozwolił komu innemu 

ciągnąć zyski ze zdarzenia, które rozegrało się w jakimś dalekim kącie świata, gdzie wznosi się 

góra zwana dziwacznie Giewontem. 

Joe  nachylił  się  nad  mikrofonem  stojącym  na  biurku  i  wezwał  jednego  ze  swych 

zaufanych sekretarzy. Dał się słyszeć stukot drewnianej nogi - i w drzwiach gabinetu pojawił 

się Bob, zwany Dzieciną. Wbrew swemu przydomkowi był to okropnie ponury drab, bardziej 

background image

podobny  do  pirata  na  emeryturze  niż  do  milutkiego  niemowlęcia.  Drewniany  kikut,  czarna 

opaska na prawym oku oraz wetknięty za pas pistolet świadczyły aż zbyt wyraźnie o tym, iż 

Bob-Dziecina nie zawsze był urzędnikiem. 

Piracki  wygląd  pozwolił  mu  trzykrotnie  na  porwanie  samolotu,  pełnego  bogatych 

pasażerów.  Po  prostu  policja  i  obsługa  lotniska,  widząc  tak  dziwnie  ubranego  pasażera,  ani 

przez chwilę nie przypuszczały, że mogą mieć do czynienia z prawdziwym piratem. Raz wzięto 

go za dziwaka, lubiącego niezwykłe stroje, kiedy indziej za aktora filmowego, udającego się na 

zdjęcia do Hollywood, na koniec zaś za człowieka upośledzonego na umyśle. Tymczasem Bob 

w  czasie  lotu  odkręcał  swą  drewnianą  i  wydrążoną  nogę  i  wyciągnąwszy  z  niej  pistolet 

maszynowy  kazał  pilotowi  lądować  w  Barpiwonii,  gdzie  czekał  już  szef  Joe  Pietruszka. 

Pasażerowie, którzy się okupili, wracali bezpiecznie do swych domów, ci zaś, którzy twierdzili, 

że nie .mają przy sobie ani grosza, byli zmuszani do ciężkiej pracy w kamieniołomach, a nawet 

do niańczenia pirackich dzieci, co stanowiło najgorszą karę! 

- Słucham, szefie - powiedział Bob zachrypniętym głosem. 

- Za godzinę mają się tu stawić: Billy, Killy i Sally. 

- Ale się nie stawią. 

Joe włożył rękę do kieszeni i namacał rękojeść rewolweru. 

- Co to, bunt? 

- Nie - rzekł sekretarz. - Żaden bunt, tylko trudność. 

- Z powodu czego? 

-  Billy  miał  dziś  porwać  statek  pasażerski  „Stefan  Batory”,  płynący  z  turystami  na 

Wyspy Kanaryjskie, i właśnie przed chwilą meldował mi przez radio, że znajduje się w Las 

Palmas. 

- Niech zostawi go w spokoju i natychmiast przylatuje do mnie. 

- Billy ma bardzo szybki samolot, szefie - ale nie zdąży za godzinę. Czy nie można by 

przesunąć terminu odprawy? 

-  Dobrze  -  rzekł  Joe  i  wyjął  rękę  z  kieszeni.  -  Wobec  tego  wyznaczam  odprawę  na 

dwunastą w południe. A Sally i Killy? 

-  Z  nimi  będzie  łatwiej  -  odparł  Bob.  -  Sally  jest  w  domu  i  pisze  wypracowanie  z 

rachunków dla swego syna, a Killy wyskoczył na chwilę z biura, aby ukraść jakiś samochód. 

Powiedział, że nie chce wyjść z wprawy. 

- Pracowity facet - mruknął Joe z aprobatą. - Muszę mu podwyższyć pobory. A teraz 

chcę się wykąpać. Czy w basenie jest świeże błoto? 

- Oczywiście - odparł Bob. -  I świeże żaby także. Z tym zamiłowaniem do kąpieli w 

background image

błocie Joe miał trochę kłopotu. Prawdę mówiąc, wstydził się tej słabości, ale nie mógł znaleźć 

w sobie sił, aby się jej wyrzec. Chlapanie się w błocie zawsze wprowadzało go w dobry humor. 

Co więcej, w czasie tych kąpieli przychodziły mu do głowy pomysły najlepszych interesów, 

które natychmiast po wyjściu z basenu wcielał w życie z właściwą sobie energią. Już dawno 

doszedł do przekonania, że ową dziwną skłonność odziedziczył po którymś ze swych odległych 

przodków, nie wiedział tylko, po którym. 

Również i tym razem rozkoszna kąpiel dała spodziewane rezultaty. W ciągu kilkunastu 

minut opracował techniczne szczegóły akcji, której nadał nazwę „Operacja Smok”. Spłukując 

błocko pod prysznicem, wiedział już dokładnie, jakie instrukcje wyda swym trzem najlepszym 

pracownikom w czasie zapowiedzianej na południe odprawy. 

 

* * * 

Narada w gabinecie Pietruszki trwała aż trzy godziny. Przez ten czas spiskowcy wypili 

beczkę  rumu  i  wypalili  wagon  cygar.  Zgodnie  ze  starożytnym  zwyczajem  na  stole  płonęły 

świeczki, okna były zasłonięte czarnymi storami, a z taśmy magnetofonu sączyły się ściszone 

dźwięki „Tańca szkieletów”. 

- A więc - zakończył naradę szef Barpiwonii - sprawa polega na tym, żeby w sposób 

dyplomatyczny nakłonić Smoka do współpracy z nami. To robota dla mnie. Jeżeli się zgodzi, 

wszystko  pójdzie  jak  z  płatka.  Jeżeli  zaś  odmówi  (choć  nie  sądzę,  żeby  był  aż  tak  głupi), 

porwiemy go podstępem. Musimy być gotowi na wszystko. Gra idzie o wielką stawkę. Jasne? 

- Jak księżyc na nowiu - odparły trzy ponure draby. 

- Są pytania? - dodał Joe.  

Killy podniósł dwa palce: 

- Będzie premia? 

- Pod warunkiem, że wykonacie robotę w terminie. 

- To się rozumie - mruknął Killy. - Czy zawiedliśmy cię kiedy, szefie? 

-  Nigdy  -  skinął  głową  Joe.  -  Dlatego  jeszcze  żyjecie,  i  to  dość  luksusowo.  Inaczej 

dawno bym już was rzucił na pożarcie rekinom. 

To mówiąc Joe spojrzał na elektroniczny zegarek. 

-  Koniec  odprawy!  Idźcie  teraz  do  stołówki  na  obiad.  Od  jutra  będziecie  jadać 

wyłącznie  polskie  potrawy,  czyli  bigos  oraz  kotlety  schabowe  z  kapustą.  Nauka  języka 

rozpocznie się pojutrze. Będzie ją prowadzić ten profesorek z Warszawy, który od roku pracuje 

w kamieniołomie na Czarciej Górze. Wprawdzie z wykształcenia jest matematykiem, ale może 

da sobie radę... Cześć pracy! 

background image

Trzej piraci ryknęli jak jeden mąż: 

- Cześć! 

Po  ich  wyjściu  Joe  pogasił  świeczki  i  otwarł  okna.  Do  gabinetu  wtargnęło  parne, 

nagrzane powietrze. Na horyzoncie zbierały się chmury. 

Będzie burza - pomyślał Pietruszka. - Żeby tylko nie strzelały pioruny, bo bardzo tego 

nie lubię... 

 

* * * 

Wieczorem,  w  jasno  oświetlonych  salonach  pałacyku,  zgromadzili  się  zaproszeni 

goście.  Większość  z  nich  przybyła  luksusowymi  samochodami,  zaopatrzonymi  w  pancerze 

odporne na pociski „ziemia-ziemia”. Każdego, kto wchodził do wnętrza willi, rewidowały dwa 

tresowane  goryle,  odbierając  broń  w  postaci  rewolwerów,  noży,  zatrutych  szpilek  oraz 

jadowitych  węży,  schowanych  zazwyczaj  w  papierośnicach.  Mr  Joe  i  jego  małżonka  witali 

swych  gości  uprzejmymi  okrzykami  w  rodzaju:  „Hej”  lub  „hallo,  stary  drabie”!  Dziesięciu 

lokajów roznosiło złote tace .z kanapkami oraz kieliszki napełnione szampanem, pochodzącym 

z winnic Pietruszki. 

Galeria przodków wywołała zachwyt zebranych. Bohaterowie byli wymalowani „jak 

żywi”, a w dodatku w naturalnej wielkości! Każdy obraz został zaopatrzony w tabliczkę, na 

której widniało imię i nazwisko sportretowanej osoby oraz daty urodzin i śmierci. Założyciel 

rodu,  Hakkon  Bezzębny,  uwieczniony  został  na  pokładzie  łodzi  dzielnych  wikingów, 

zaopatrzonej w silnik odrzutowy. Prapradziadek Joego, Herman Jednoręki, spoglądał na świat z 

wysokości szubienicy, zaś słynny z okrucieństwa Ali  Ibn Jusuf el  Bengazi,  postrach Morza 

Śródziemnego w XVII stuleciu, stał dumnie na piramidzie wykonanej z kości swych ofiar. Była 

to naprawdę wspaniała galeria, godna wystawienia w salach paryskiego Luwru lub madryckiej 

El Prado! Nie dziwiłbym się, gdyby w salonach willi Joego zaszumiały skrzydła Historii! Na 

razie jednak szumiały skrzydła wentylatorów mielących powietrze duszne od zapachu perfum i 

dezodorantów,  produkowanych  oczywiście  przez  zakłady  Joego,  a  rozpryskiwanych  obficie 

przez gromadę lokajów. 

Przyjęcie zakończyło się ucztą, o której nazajutrz mówiła cała Barpiwonia. Dziwnym 

zbiegiem  okoliczności  dwóch  dżentelmenów,  wyrażających  się  krytycznie  o  portretach, 

wyniesiono  z  sali  jadalnej  prosto  na  cmentarz,  co  jednak  nie  zepsuło  ogólnego  nastroju 

entuzjazmu i szampańskiej zabawy. 

Po  odjeździe  ostatniego  samochodu  Joe  udał  się  na  dobrze  zasłużony  odpoczynek. 

Wpierw jednak osobiście pogasił wszystkie światła oraz włączył prąd wysokiego napięcia do 

background image

otaczającej willę siatki. Następnie umył sztuczne zęby, wyciągnął się na wygodnym tapczanie i 

przed zaśnięciem przeczytał kilka stron swej ulubionej książki o przygodach wampira Drakuli. 

background image

Rozdział VIII 

TAJEMNICZY LIST 

 

W  pogodny,  pachnący  bzami  wieczór  majowy  Smok  siedział  na  ławie  przed  Jamą  i 

swoim  zwyczajem  pykał  fajeczkę,  spoglądając  na  przeciwległy  brzeg  Wisły.  W  oknach 

niedawno  zbudowanego  hotelu  zapalały  się  coraz  liczniejsze  światła,  przez  most  Dębnicki 

przejeżdżały  samochody  i  motocykle.  Wracali  nimi  ci,  którzy  tę  piękną  wiosenną  niedzielę 

spędzili za murami miasta. 

Za  dawnych  czasów  -  rozmyślał  -  nie  trzeba  było  uciekać  z  Grodu  Kraka  na  wieś. 

Powietrze  było  tu  tak  samo  dobre,  jak  w  Puszczy  Książęcej.  Ileż  to  kominów  dymiło  na 

obszarze miasta? Pięć, może dziesięć... Jeden z nich, najwyższy, należał do zamkowej piekarni, 

wypiekającej wspaniały żytni razowiec o chrupkiej skórce, drugi do wędzarni imć pana Trąby, 

trzeci do miejskiej kuźni, gdzie wykuwano lemiesze do pługów i zbroje dla rycerzy... Dym z 

owych kominów woniał bukowym drewnem, jako że nikt jeszcze nie znał węgla ani gazu. W 

samym Grodzie drzew rosło co niemiara, nie mówiąc już o krzewach i kwiatach, które książę 

rad wielce widział. Iriha sprawa, że ludzi było zacznie mniej niż dziś, a jedyny samochód, jak 

wiadomo  napędzany  słoną  wodą,  wcale  nie  psuł  powietrza.  Siadywali  więc  ludzie  nad 

brzegami-czystej  Wisły,  a  wędkarze,  których  nigdy  nie  brakowało,  łowili  w  niej  jesiotry, 

łososie i pstrągi. Ryb tych nie było czuć fenolem jak teraz, toteż nic dziwnego, że Bartolini 

przyrządzał z nich smakowite dania, o których później poeci pisywali wiersze. 

A oto on we własnej osobie - pomyślał Smok, zobaczywszy kucharza zbliżającego się 

ku Jamie w towarzystwie księcia i profesora. 

Bartolini już z daleka machał ręką i wołał: 

- Cześć, stary, masz czas? 

- Ja mam zawsze czas - odparł Smok z uśmiechem. - A szczególnie dla was. 

I robiąc miejsce na ławie, dodał: 

- Klapnijcie sobie. Co nowego? 

- Wszystko jest nowe - rzekł Gąbka. - Na każdym kroku coś nowego. Wyobraź sobie, że 

dziś po raz pierwszy jechałem tramwajem. 

- Takim niebieskim pudełkiem, co samo jeździ po szynach? 

-  Uhm.  Gdy  wszedłem,  wszystkie  miejsca  były  już  zajęte.  Wtedy  zerwał  się  jakiś 

okrutnie wąsaty młodzieniec i powiedział: Siadaj pan! Odparłem, że postoję, bo jadę niedaleko. 

Na to on podciął mi kolana, przydusił łapą do siedzenia i wrzasnął: Siadaj, wapniaku, jak cię 

grzecznie proszą! Mówił coś jeszcze o przekornych starcach, ale nie słuchałem, bo mi dech 

background image

zaparło. 

- To był widocznie dobrze wychowany młodzieniec - rzekł Smok. - Ale nie wszyscy są 

tacy. Widziałem dziś chłopca, który ciskał kamieniami za kotem. Gdy mu powiedziałem, że 

postępuje jak łobuz, pokazał mi język. 

- A co ty na to? 

Smok zrobił zawstydzoną minę. 

- Niestety, ja mu też. A on tak się wystraszył, że wpadł do pokrzyw. 

-  Dobrze  mu  tak-wtrącił  książę.  -  Mam  nadzieję,  że  już  nie  będzie  dokuczać 

zwierzętom. Czy pamiętasz kota Euzebiusza, który sypiał w szyszaku Janka z Kłaja? 

- Oczywiście. To był prawdziwy mędrzec. 

- Wszystkie koty są mądre. A co u ciebie? 

- Dostałem dziś ciekawy list - odparł Smok. - Przeczytam go wam, jeżeli wstąpicie do 

mnie. 

Z  grubej  teczki,  zawierającej  listy,  na  które  trzeba  odpisać,  Smok  wyciągnął  arkusz 

papieru pokryty maszynowym pismem: 

 

„Drogi  i  kochany panie Smoku, zapewne zdziwi  się Pan, dostając list od faceta, 

którego Pan wcale nie zna i nigdy nie widział na własne oczy. Ale ja, Joe Pietruszka, znam 

Pana doskonale z gazet, radia i telewizji. Mam nawet album z fotografiami, na których 

jest Pan, sam i ze swoimi przyjaciółmi. Taki album kosztuje u nas furę pieniędzy, ale Joe 

ma  tych  pieniędzy  tyle,  ile  ziarenek  piasku  jest  na  wszystkich  pustyniach  świata!  Ja 

mógłbym Pana kupić za gotówkę razem z tym dziwnym księciem, brodatym profesorem i 

grubym kucharzem - i jeszcze by mi zostało na cały ocean coca-coli z lodem. 

Mogę  się  założyć  o  milion  zieleńców  (tak  się  zwą  pieniądze  w  moim  kraju),  że 

jestem najbogatszym człowiekiem na kuli ziemskiej. Ale ja się nie założę, bo po co ma Pan 

przegrać? Ja Pana nie znam osobiście, ale już bardzo lubię, bo jest Pan równym facetem. 

Powiem  coś  więcej,  i  może  mi  Pan  wierzyć,  bo  Joe  Pietruszka  nigdy  nie  kłamie.  My 

jesteśmy  poniekąd  rodakami,  bo  pradziadek  mojej  prababki  przywędrował  kiedyś  z 

waszego pięknego kraju. Ja nie znam dobrze waszej mowy i dlatego uprosiłem jednego 

profesora, żeby napisał ten list. Ten profesor jest wielkim moim przyjacielem i nie chce 

się rozstać ze mną ani na chwilę. On bardzo lubi rąbać kamienie. Ja dla niego kazałem 

rozłupać  dynamitem  ogromną  górę,  żeby  tylko  mógł  robić  to,  na  co  ma  ochotę.  Gdy 

człowiek robi to, co lubi, można powiedzieć, że jest szczęśliwy. Prawda? A ja lubię mieć 

przy sobie ludzi szczęśliwych. 

background image

Gdy  tylko  załatwię  różne  ważne  sprawy,  przyjadę,  żeby  uścisnąć  Twą  dłoń, 

kochany Smoku. Nie gniewaj się, że piszę jak do swego kolegi, ale u mnie co w sercu, to na 

języku! Joe 

Pietruszka chce coś dobrego zrobić dla kraju swego pradziadka. Tylko Ty możesz 

mu  w  tym  pomóc.  Na  razie  nie  chcę  nic  więcej  pisać,  resztę  powiem,  gdy  przyjadę.  A 

przyjadę  tak  pięknym  samochodem,  że  na  jego  widok  oczy  Ci  zbieleją,  choć  podobno 

masz oczy niebieskie. Przywiozę z sobą flaszkę pomarańczowego soku ze swych plantacji i 

wtedy sobie pogadamy. 

A więc do rychłego zobaczenia! 

Ściskam Cię serdecznie i całuję w koniec nosa 

 

Twój najlepszy przyjaciel  

Joe.” 

 

- Skąd przyszedł ten list? - zapytał Gąbka, w którego głosie zadrgało zaniepokojenie. 

- Z poczty. 

- Ale z jakiego kraju? 

- Nie wiem. 

- Pokaż kopertę. Jaki jest znaczek? 

Na  dużym  i  bardzo  kolorowym  znaczku  widać  było  sylwetkę  staroświeckiego 

żaglowca,  zaopatrzonego  w  piracką  flagę.  Pod  obrazkiem  widniał  napis:  Barpiwonia,  2 

zieleńce. 

- Barpiwonia - rzekł w zamyśleniu profesor. - Nie słyszałem nigdy o takim kraju. Ale te 

„zieleńce” coś mi przypominają. Nie wiem jeszcze co, ale coś bardzo nieprzyjemnego... Ach, 

już mam! Przecież zieleńcami nazywały się pieniądze w Krainie Deszczowców! 

- Cię choroba - mruknął Smok. 

- Dziwny zbieg okoliczności - rzekł książę do profesora. - Daj mi ten list. 

Przez chwilę dokładnie oglądał arkusz papieru, a potem poprosił o świeczkę. 

- Chcesz go spalić? - zaniepokoił się Smok. - Przecież muszę odpisać. 

-  Nie  odpiszesz,  bo  tu  nigdzie  nie  ma  adresu  nadawcy.  Ale  jest  coś,  co  mnie  bardzo 

interesuje. 

Mówiąc to, książę kilkakrotnie przesunął list tuż nad płomykiem świecy, a następnie 

zbliżył go do swych oczu. 

- Tu jest coś dopisane - rzekł po chwili. - Słuchajcie: „Ten list należy czytać do góry 

background image

nogami. Życzliwy Rodak”. 

- Co takiego? - zaniepokoił się Smok. - Przecież ja nic takiego nie przeczytałem. 

- Bo ten dopisek został wykonany sokiem z cebuli - wyjaśnił Krak. - To stary sposób na 

to, żeby pisma nie było widać, dopóki nie ogrzeje się go nad ogniem. 

- Ale jak można czytać list do góry nogami? 

-  Chodzi  pewnie  o  to,  że  wszystko  należy  rozumieć  odwrotnie.  Ktoś,  komu  ten  Joe 

Pietruszka  kazał  napisał  list  po  polsku,  chciał  widocznie  ostrzec  cię,  żebyś  nie  był  zbyt 

łatwowierny. Ten cały Joe bardzo mi się nie podoba. To musi być chytra sztuka. 

Smok poskrobał się po głowie, co zawsze czynił, kiedy był bardzo zaaferowany. 

-  Dziwna  historia  -  rzekł  wreszcie:  -  Bardzo  dziwna.  Wynika  z  tego,  że  gdy  ten  Joe 

przyjedzie, nie trzeba zbytnio wierzyć jego słowom. 

- Ja też tak myślę - dodał profesor. - Zwłaszcza że te zieleńce zanadto mi się kojarzą z 

Krainą Deszczowców. Musisz się mieć na baczności. 

-  Ja  się  zawsze  mam  na  baczności  -  powiedział  Smok.  -  Inaczej  nie  byłbym 

nieśmiertelny... 

background image

Rozdział IX 

WIECZÓR AUTORSKI 

 

W  przeddzień  otwarcia  restauracji  Bartolini  odebrał  od  krawca  garnitur,  złożony  z 

szerokich  spodni,  ozdobionej  koronkami  koszuli  oraz  fartucha  zaopatrzonego  w  dwie 

przepaściste kieszenie. W mocno nakrochmalonej czapie oraz w białych tenisówkach wyglądał 

wprost  imponująco.  Starannie  ogolone  i  natarte  kremem  oblicze  promieniowało  radością  i 

optymizmem. 

Obejrzawszy się ze wszystkich stron w lustrze, mistrz spryskał ubranie wodą kolońską 

o  zapachu  jaśminu  i  postanowił  odwiedzić  przyjaciół.  Wiedział  dobrze,  że  zastanie  ich  u 

Smoka, gdyż w tym dniu gospodarz Jamy zawsze urządzał partyjkę bridża. 

Po  trzech  kwadransach  oczekiwania  na  taksówkę  postanowił  skorzystać  z  własnych 

nóg, tym bardziej że piękna pogoda zachęcała do przechadzki. 

Był ostatni dzień juwenaliów. Miasto roiło się od rozbawionych studentów. Bartolini 

spotykał Cyganki, piratów, Arabów owiniętych w prześcieradła, a nawet Murzynów o twarzach 

wysmarowanych  przypalonym  korkiem.  Na  chodnikach  i  jezdniach  tańczyły  dziewczęta  w 

połatanych dżinsach, otulone w firanki lub szale wyciągnięte z babcinych kufrów. Wszędzie 

było  słychać  dźwięki  gitar,  ustnych  harmonijek,  a  nawet  niezwykle  miłe  dla  ucha  odgłosy 

starych  garnków,  ciągniętych  na  sznurkach  przez  rozbawionych  młodzieńców.  Kucharz  w 

swym galowym stroju nie budził żadnej sensacji, gdyż wszyscy uważali go za przebierańca. 

Początkowo  gniewało  go  to,  ale  później  zaczęło  bawić.  Poczuł  się  po  prostu  jednym  z 

uczestników ogólnej zabawy. W pobliżu Wawelu otoczyła go grupa młodych ludzi, z których 

jedni grali na trąbkach, inni zaś na grzebieniach i bębenkach. Ani się spostrzegł, gdy zaczął 

tańczyć  razem  z  nimi  na  skrzyżowaniu  dwóch  linii  tramwajowych,  co  miało  ten  skutek,  że 

wkrótce potworzyły się kilometrowe zatory. Nad ulicami, od ściany do ściany, wisiały girlandy 

różnobarwnych  żarówek,  a  na  głowy  tańczących  spadały  z  okien  długie  wstęgi  serpentyn. 

Bartolini  poczuł,  że  ubyło  mu  co  najmniej  dwadzieścia  lat  życia,  a  zarazem  dwadzieścia 

kilogramów  wagi.  Hasał  tak  zapamiętale,  iż  nie  spostrzegł,  że  przygodni  tancerze  poszli  w 

swoją stronę. Ocknął się dopiero wtedy, gdy ujrzał przed sobą milicjanta, wołającego groźnie: 

- Proszę się rozejść, obywatelu! Kucharz zamarł bez ruchu. 

- Z kim? Z Balbinką? 

- Nie widzę tu żadnej Balbinki - rzekł strażnik porządku publicznego. - To wstyd, żeby 

starszy człowiek sam jeden tamował ruch tramwajowy. 

Bartolini w jednej chwili posmutniał. 

background image

- Już idę, panie sierżancie. Bardzo przepraszam, ale zdawało mi się, że jeszcze jestem 

studentem. 

Milicjant pokiwał palcem: 

- No, no, żeby mi to było po raz ostatni! 

 

* * * 

Smok zgarnął karty ze stolika i schował je do szkatułki wykładanej kością słoniową. 

- Na dzisiaj dość. Przegrałem dwadzieścia lizaków i jestem zupełnie zrujnowany. Czas 

teraz na bardziej kulturalną rozrywkę. 

Profesor zaniepokoił się nie na żarty. 

- Nie zamierzasz chyba poczęstować nas rozrywkowym programem telewizji? 

- Nic podobnego - zastrzegł się gospodarz. - Ale, o ile dobrze pamiętam, obiecałeś nam 

zeszłym razem, że przeczytasz kilka nowych wierszy. 

- Nie wiem, czy się wam spodobają. 

- Ocenimy je surowo i bez kumoterstwa - zapewnił go książę. - Kiedy ty masz jeszcze 

czas na pisanie wierszy? 

Gąbka  wyjął  z  teczki  kilka  arkuszy  papieru  opatrzonego  nagłówkami  Instytutu  i 

przysunął do siebie lampę. 

- Odpowiedzią na twoje pytanie - zwrócił się do Kraka - będzie właśnie wiersz, który 

przeczytam na początek. 

 

Kiedy poeci piszą wiersze? 

 

Gdy w beczce pełnej wody  

trzepie się karp księżyca,  

a cisza snem podlana  

wędruje po ulicach, 

 

gdy z łąk nakrytych mgłami  

snuje się siana zapach,  

a noc po bruku chodzi  

na kociomiękkich łapach, 

 

i gdy na niebie gwiazdy  

background image

grają jak srebrne świerszcze,  

wtedy przy blasku świecy  

poeci piszą wiersze. 

 

Milczenie, które zapanowało po ostatnich słowach, przerwał głos Kraka. 

- Dziękuję. Teraz wiem, że dokonasz jeszcze wielu odkryć naukowych. 

- Chwileczkę - przerwał Smok. - Nie rozumiem, co ma piernik do wiatraka, czyli poezja 

do nauki? 

- Dla mnie to jasne  - odparł książę.  - Uczony bez odrobiny wyobraźni nie dojdzie w 

życiu do niczego. A gdzie szukać wyobraźni, jak nie u poety? 

Gąbka zamachał rękoma na znak protestu. 

- Nie jestem poetą, tylko zwykłym wierszopisem. To moje hobby, takie samo jak dla 

jednego bridż, a dla drugiego zbieranie znaczków pocztowych. 

- A dla mnie rozwiązywanie krzyżówek - wtrącił Bartolini, szczęśliwy, że może zabrać 

głos w tak poważnej dyskusji. - Czy masz jeszcze inne wiersze? 

- Owszem - ucieszył się Gąbka. - Ale to takie głupstewka, pisane dla odprężenia. Cała 

ich zaleta, jeśli można tak powiedzieć, polega na tym, że są krótkie. 

- Słuchamy, słuchamy... 

- Pierwszy wiersz będzie o wodniku ciekawskim. 

- A cóż to takiego? 

-  Wymyśliłem  go  wczoraj  -  wyjaśnił  autor  -  gdy  zobaczyłem  wielką  kadź  na 

deszczówkę. 

- Tę samą, w której się trzepał karp księżyca? - zapytał kucharz. 

- Nie, inną. Oto on: 

 

Wodnik ciekawski 

 

Z każdej kadzi na deszczówkę 

wyciągam maleńką główkę. 

Reszty nie widać, bo po co? 

I tak to robię nocą. 

A w jakim celu? Chcecie wiedzieć? 

Bo mi się nie chce na dnie siedzieć! 

 

background image

- Ten wiersz spodobałby się w Krainie Deszczowców - stwierdził książę - bo jest w nim 

cała beczka w

(

ody. A drugi? 

- Ten ma tytuł „O rybaku”. 

- Masz babo placek - zażartował Smok. - Znowu o wodzie. A może napiszesz wiersz o 

parasolu? 

Książę przyłożył palec do warg. 

- Pst. Nie narzucaj poecie tematów do wierszy. O jajecznicy też można napisać poemat. 

- I to jaki! - zawołał Bartolini. - Zwłaszcza gdy ja ją zrobię! 

Gąbka przetarł okulary i przeczytał: 

 

O rybaku 

Pewien rybak z Przemyśla 

siadł nad Sanem i myślał, 

aż wymyślił rybę, której nie ma. 

No i teraz jest bieda, 

bo jej złowić się nie da, 

ale za to do wiersza jest temat! 

 

- Brawo - rzekł książę. - Oto woda na mój młyn. Pfuj, ja też zaczynam o wodzie. Zaraza 

jakaś?  A  czy  napisałeś  coś  na  temat  jedzenia?  Nie  zapominaj,  że  słucha  cię  mistrz  sztuki 

kulinarnej. 

Na twarzy profesora pojawił się tajemniczy uśmiech. 

- Napisałem, a jakże. Ale uprzedzam, że to już ostatni wiersz. Co za dużo, to niezdrowo. 

- Święta racja - mruknął Bartolini półgłosem. 

 

O smoku 

 

Pewien smok z krainy bajek 

ogromnie nie lubił jajek, 

które lekarz przepisał mu na kurację. 

Więc pewnego wieczora, 

gdy znów ujrzał doktora, 

kłapnął paszczą i zjadł go na kolację! 

 

background image

Smok skrzywił się z niesmakiem. - Jak mogłeś napisać coś podobnego. Wiesz, że nie 

jadam ludzi. 

- To nie jest wiersz o tobie. Ty jesteś zupełnie wyjątkowym smokiem. 

- Dziękuję za komplement - powiedział Smok. - Ale skoro mowa o jedzeniu, to może 

Bartłomiej zdradzi nam, co przygotował na otwarcie lokalu. 

Kucharz otwarł usta, ale Smok nie dopuścił go do głosu. 

- Czekaj, czekaj... Mogę sobie wyobrazić, jakie będzie menu w twojej jadłodajni. 

- No? 

-  Ziemniaczanka  wiosenna,  czyli  z  przemrożonych  kartofli,  a  na  drugie  pieczeń 

strażacka. 

- Jaka? 

- Taka, po której pali w gębie. Ale to nic, bo na deser podasz wodę z kompotu... 

Bartolini zerwał się ze swego miejsca. 

- Panowie! Za chwilę będziecie świadkami morderstwa. Zabiję go! 

Groźba nie zrobiła na Smoku żadnego wrażenia 

-  Już  wielu  próbowało,  ale  nikomu  się  nie  powiodło.  Jednak  na  wszelki  wypadek 

postaraj się o dobrego adwokata. 

Przez  chwilę  zdawało  się,  że  kucharz  eksploduje.  Odruchowo  sięgnął  po  rożen,  ale 

zmitygował się, gdyż przypomniał sobie, że dał go do naostrzenia w Spółdzielni im. Mikołaja 

Kopernika. 

Żeby  rozładować  sytuację,  profesor  zmienił  temat  rozmowy.  Jest  to,  jak  wiadomo, 

dobry sposób na uniknięcie wielu zadrażnień i dobrze by było, gdyby pamiętali o nim politycy 

kłócących się państw. 

- Jutro wybieram się do Zakopanego. Pojadą ze mną dwaj asystenci. Musimy pobrać 

próbki baltazaronu z jaskini, bo najwyższy już czas przystąpić do roboty. 

-  W  czym  go  przywieziecie?  -  zainteresował  się  książę,  jak  zwykle  praktyczny  i 

przewidujący. 

-  Myślę,  że  wystarczą  bańki  na  mleko,  ustawione  dnem  do  góry  -  wyjaśnił  Gąbka.  - 

Jeżeli dać gumowe uszczelki. 

- Ba - mruknął Smok, wypuściwszy z ust wielki kłąb wonnego dymu. - Ale spróbujcie je 

kupić... 

Zadzwonił telefon. Smok podniósł słuchawkę. 

- Halo, proszę?... Tak, jestem przy aparacie, słucham... Radio? Jeszcze nie przywieźli. 

Pyta  pan,  czy  mam  książki  do  czytania?  Niestety,  wciąż  jeszcze  nie  dostałem  półki 

background image

bibliotecznej...  Tak, dobrze, bardzo dziękuję. Może być nawet  jakiś niezły kryminał...  Albo 

Baśnie  Andersena,  co  pan  ma  pod  ręką.  Strasznie  lubię  czytać  wieczorami,  zwłaszcza  gdy 

pada... Ja też pana pozdrawiam. Cześć! 

Po tych słowach Smok odłożył słuchawkę i zabrał się znowu do fajki, która tymczasem 

wygasła. 

- Kto dzwonił? 

- Prezydent. Obiecał przysłać mi coś do czytania. 

- Szczęśliwy jesteś, że masz czas na czytanie - westchnął profesor. - Ja mam tyle roboty, 

że nie mogę o tym marzyć. Kierowanie Instytutem to nie zabawka. Tobie dobrze, siedzisz sobie 

przed Jamą, turyści cię fotografują, a gdy masz już dość, to idziesz sobie na kawę do „Jubilata”. 

Żyć, a nie umierać. 

Smok błysnął kłami w uśmiechu. 

- Toteż ja sobie żyję i nie umieram, czego i wam życzę. 

background image

Rozdział X 

DZIWNA WIZYTA 

 

Wkrótce po starcie pasażerskiego odrzutowca Barpiwońskich Linii Lotniczych (BLL) 

Killy  wyciągnął  się  w  wygodnym  fotelu  i  przymknął  oczy.  Czekało  go  wiele  godzin 

monotonnego  lotu,  toteż  mógł  sobie  pozwolić  na  drzemkę,  zwłaszcza  że  w  najnowszym 

numerze  „Wiadomości  Pirackich”  nie  było  nic  godnego  uwagi.  Miał  wprawdzie  przy  sobie 

podręcznik do nauki języka polskiego, ale po przeczytaniu pierwszego zdania odłożył książkę z 

wyrazem  głębokiego  niesmaku.  Zdanie  to  brzmiało  jak  następuje:  „Trzy  przebiegłe 

szczebiotki,  Szczyrzyczanka,  Wytrzyszczanka  i  Przemyślanka,  przejechały  przez 

Szczebrzeszyn w drodze do Przasnysza. 

Sąsiad z prawej strony założył ręce na pokaźnym brzuszku i gwizdał przez sen niczym 

parowóz  kolejki  wąskotorowej.  Sąsiad  z  lewej  rozwiązywał  krzyżówkę  w  „Ilustrowanym 

Magazynie Okropności”. 

Ukołysany jednostajnym szumem silników Killy zapadł w sen, który przeniósł go w 

lata  dzieciństwa.  Zdawało  się  mu,  że  ma  znowu  dziesięć  lat  i  że  z  gromadą  rówieśników 

zabawia się w zbójów i  żandarmów. On był oczywiście dzielnym żandarmem, biorącym do 

niewoli  bandę  Kaprawego  Byka,  prześladującą  spokojnych  mieszkańców  Arizony.  W  tych 

czasach marzył bowiem o pójściu w ślady swego wuja, szeryfa, znanego ze swej surowości w 

stosunku do złoczyńców. 

Nagły wstrząs samolotu zmusił go do otwarcia oczu. W ułamku sekundy zorientował 

się, że miejsce z prawej strony jest puste. Sąsiad z lewej, z wyrazem przerażenia na twarzy, 

wpatrywał się w drzwi wiodące do kabiny pilotów. 

- Co się stało? - zapytał Killy. 

-  Obawiam  się,  że  ktoś  nas  porywa  -  wyjąkał  amator  krzyżówek.  -  Ten  facet,  który 

siedział obok pana, wszedł nagle do kabiny i zaraz potem samolot zmienił kurs. Coś mi się to 

nie podoba. 

- Mnie też  -  przyznał  Killy.  -  Nie lubię być porywany bez pytania o zgodę. Zaraz to 

sprawdzę. 

Sąsiad pobladł. 

- Tylko ostrożnie! Taki porywacz zdolny jest do wszystkiego. 

- Mnie to pan mówi? - odparł Killy i jednym susem znalazł się przy drzwiach kabiny. 

Otworzywszy je silnym kopniakiem, ujrzał grubaska, który stał tuż za pilotem i szturchał go w 

plecy lufą pistoletu. Niewiele myśląc Killy przyłożył swój pistolet do pleców porywacza. 

background image

- Wracać na miejsce! - krzyknął głosem nie dopuszczającym żadnego sprzeciwu. 

- Ani mi się śni - odparł grubas. - To ty wracaj na miejsce, jeśli ci życie miłe. Lecimy do 

Meksyku i już. 

- Lecimy do Warszawy - wycedził Killy. - Mam tylko dziesięć minut na przesiadkę do 

Krakowa i nic mnie twój Meksyk nie obchodzi. Po co chcesz tam lecieć? 

- Po pewien kaktus, którego nie mam w swej kolekcji. 

- Rzeczywiście to  ważny  powód  - przyznał  Killy.  -  Ale ja mam  znacznie ważniejszą 

sprawę do załatwienia w Krakowie. 

-  Panowie  -  rzekł  pilot.  -  Uzgodnijcie  w  końcu,  dokąd  mamy  lecieć,  bo  mi  się  już 

całkiem pokałapućkało. 

- Do Meksyku - ryknął grubas. 

- Do Warszawy - rozkazał Killy. - Niech pan wraca na dawny kurs. 

- Ani mi się waż - zagroził porywacz. - Naprzód Meksyk, potem Warszawa. Ja muszę 

mieć ten kaktus. 

Wtedy Killy, nie odrywając pistoletu od pleców grubasa, nachylił się do jego ucha i 

powiedział cicho, lecz wyraźnie: 

- Kochany, czy chcesz się narazić Pietruszce? 

Na dźwięk tego imienia porywacz uczuł, że nogi mu miękną. 

- Nie powiesz chyba, że jesteś człowiekiem Pietruszki? 

- A właśnie że jestem. Lecę z jego polecenia i raz jeszcze radzę ci po dobroci, żebyś 

schował swoją pukawkę. 

- Trzeba było od razu tak mówić - mruknął grubas i chowając pistolet do kieszeni dodał 

głośno: 

- Wracajmy na stary kurs. Ja tylko sobie żartowałem. Po chwili obydwaj pasażerowie 

znaleźli się na swych miejscach. 

- Gdybym wiedział, że jesteś kumplem Joego, nigdy bym się na coś takiego nie odważył 

- rzekł grubasek. - Dobranoc. 

- Dobranoc - odparł Killy. - Ale na wszelki wypadek daj mi pukawkę na przechowanie. 

Kto wie, czy za chwilę nie zechcesz lecieć do Rio de Janeiro. 

-  Och,  nie  -  zastrzegł  się  niefortunny  porywacz.  -  Siedziałem  tam  przez  pięć  lat  w 

zupełnej samotności i mam dość tego miasta na całe życie. 

Dalszy  lot  przebiegał  spokojnie  i  planowo.  Killy  zdążył  przesiąść  się  na  samolot  do 

Krakowa,  nie  omieszkawszy  przedtem  oddać  pistoletu  grubaskowi.  Obaj  panowie  uścisnęli 

sobie dłonie. 

background image

- Do zobaczenia - rzekł uszczęśliwiony, acz niefortunny porywacz. 

- Nie radzę - odparł Killy. - Naprawdę nie radzę... 

 

* * * 

Na ścianie dzielącej pomieszczenie dla pasażerów od kabiny pilota pojawił się napis: 

NIE PALIĆ. ZAPIĄĆ PASY. 

Jednocześnie w głośnikach zabrzmiał głos stewardesy: 

- Proszę państwa, za kilka minut wylądujemy w Krakowie. Załoga kapitana Skowronka 

dziękuje za miłe towarzystwo. Do chwili zatrzymania się samolotu prosimy o nieopuszczanie 

swych miejsc. 

Killy  pochylił  się  i  udając,  że  zawiązuje  sznurowadło,  szybko  pozbył  się  okularów, 

wąsów oraz brody. Błyskawicznie zmienił też krawat i perukę. 

Gdy samolot podkołował do płyty lotniska, na miejscu zajmowanym do tej pory przez 

człowieka  o  wyglądzie  profesora  archeologii  śródziemnomorskiej  siedział  osobnik  śmiało 

mogący być przedstawicielem ONZ-tu do spraw badania opinii. 

Okazawszy wopistom świetnie podrobiony paszport, w którym figurował jako Alberto 

Carnavalini, przemysłowiec, wskoczył do taksówki i rzucił kierowcy trzy słowa: 

- Smocza Jama, pręgo! 

Kierowca prztyknął palcem w daszek czapki i z domyślnym uśmiechem zapytał: 

- Italiano? 

- Si, si - odparł Killy, i żeby nie musieć rozmawiać, wrzucił w usta gumę do żucia. Ale 

kierowca  miał  ochotę  na  pogawędkę.  Wysiliwszy  swą  znajomość  języka  włoskiego  zdołał 

wystękać: 

- Roma. Milano. Zofia Loren. Bellissima! Dopiero gdy poczuł między łopatkami lufę 

pistoletu, zapuścił silnik i mruknął: 

- Jakie te ludzie teraz nerwowe... 

Przybywszy do celu, Killy wręczył mu dwa fałszywe dolary i nie czekając na resztę, 

ruszył ku Jamie. 

Miał szczęście. Jej mieszkaniec plewił właśnie grządkę czerwonych tulipanów. Ubrany 

w ogrodniczy kombinezon, z głową nakrytą słomkowym kapeluszem i z nieodłączną fajką w 

zębach, wyglądał bardzo sympatycznie i wcale nie przypominał groźnego potwora. 

Killy, który przed tygodniem zdał egzamin z języka polskiego, skłonił się i powiedział: 

- Dzień dobry. Jaka piękna kwiaty. Szeroką twarz Smoka okrasił radosny uśmiech. 

- Prawda? Pan jest ogrodnikiem? 

background image

-  Nie,  piratem  -  odparł  Killy  i  ugryzł  się  w  język.  O  mało  co  nie  popełnił  fatalnego 

błędu!  Ale  Smok  nie  dosłyszał  słów  gościa,  bo  w  tej  samej  chwili  wawelskie  zegary  jęły 

wydzwaniać południe. Na wszelki wypadek Killy dodał: 

- Och przepraszam. Ale w czasie lecieć czytałem książka o piratach... 

Uścisk  smoczej  łapy  był  przerażająco  mocny.  Killy  przez  dłuższą  chwilę  musiał 

rozcierać swą prawicę. 

- Proszę do środka - rzekł potwór. - Czym chata bogata, tym rada. Czego się pan napije? 

Jest woda źródlana, kefir i sok malinowy. Zrobię panu doskonały cocktail. 

-  Thank  you.  Ja  tylko  na  krótka  chwila.  Jestem  specjalny  wysłannik  ONZ  do  spraw 

badania opinii. Zechce pan odpowiedzieć na jedenaście pytań zamieszczonych w ankieta. Dla 

pana to drobiazg, a dla nas ogromnie cenna informacja. 

- Przesada - rzekł Smok wręczając gościowi szklankę z napojem. 

- Nic podobnego. Mamy już 299 milionów 999 tysięcy  i  999 odpowiedzi.  Brak nam 

tylko tej najważniejszej, pochodzącej od jedyny smok na kula ziemska. 

-  Skoro  tak,  to  zgoda.  Ale  chwileczkę...  Musi  pan  spróbować  kruchych  ciasteczek, 

zrobionych własnoręcznie przez Bartoliniego. 

Odwrócił się plecami do gościa i zajrzał do lodówki. 

Korzystając z tego Killy wykonał szereg zdjęć Jamy przy pomocy aparatu ukrytego w 

guziku  marynarki.  Jednocześnie  błyskawicznym  ruchem  przykleił  pod  stołkiem  niezwykle 

czuły mikrofon. W ten sposób spełnił najważniejszy rozkaz swego szefa. 

- Na szczęście są jeszcze cztery ciasteczka - rzekł Smok. - To niewiele, ale wystarczy, 

żeby się pan poczuł zachwycony. 

- Ja już jestem zachwycona z poznanie tak sławna osobistość - powiedział Killy, kładąc 

dłoń na sercu. - Ale bardzo mnie dziwi, czemu taka sławna osoba mieszka w takie prymitywne 

warunki.  Pan  jest  jaskiniowiec  XX  wieku!  Brak  światło  dzienne,  mnóstwo  chłód,  wilgoć  i 

kamienna podłoga. Czy nie mogli dać porządnego mieszkania w drapacz chmur? 

-  Mogli  -  odparł  szczerze  Smok.  -  Ale  ja  nie  chciałem.  Strasznie  lubię  tę  norę.  Czy 

słyszał pan kiedy, żeby smoki mieszkały gdzie indziej niż w jaskini? Killy przecząco pokiwał 

głową. 

-  A  widzi  pan  -  zatriumfował  gospodarz.  Przybysz  wyciągnął  z  teczki  drukowany 

formularz, rozłożył go na stole i wygładził dłonią. 

- Będzie szybciej, jeżeli sam  przeczytam pytania, a pan udzieli  odpowiedź. Nie chcę 

zabierać zbyt mnóstwo czasu. Można zaczynać? 

- Proszę. 

background image

- Jeszcze jedna uwaga: odpowiedzi powinny być krótkie i zdecydowane. Zaczynam. 

- Co jadasz na śniadanie? 

- Chleb z masłem i jajko na miękko. 

- Czy lubisz piesze spacery? 

- Ogromnie. 

- Jaki masz numer kołnierzyka? 

- Pięćdziesiąty czwarty. 

- Ulubiony kolor? 

- Niebieski. 

- Czy grasz w szachy? - Słabo. 

- Do ilu rachujesz? 

- Do pięciuset. Dalej już mi się nie chce. 

- Czy istnieją latające spodki? 

- Nie wiem. Musiałbym zapytać się Lema. 

- Ile masz zębów? 

- Czterdzieści osiem. I wszystkie prawdziwe. 

- Co to jest poezja? 

- Obiad sporządzony przez Bartoliniego.  

- Czy lubisz zespół Abba? 

- Bardzo. 

- Stan cywilny? 

- Kawaler. 

Killy włożył arkusz do teczki, a długopis do kieszonki. 

-  To  byłoby  wszystko.  Na  razie  -  zastrzegł  się.  -  Opracowanie  ankieta  należy  do 

komputer. Wyniki prześlemy listem ekspres. 

- Tylko nie ekspresem- przeraził się Smok. 

- Dlaczego? 

- Bo te idą najdłużej. Przynajmniej u nas. Najlepsza będzie zwykła kartka pocztowa. 

- W porządku - zgodził się Killy, uradowany, że poszło mu tak łatwo. - Życzenie klienta 

jest dla nas rozkazem. I jeszcze jedno, Mr Smok. Bardzo dziwne, że wytrzymuje pan to okropne 

krakowskie powietrze. Ja twierdzić, że to dlatego, bo macie za mało samochód. 

Zdumienie Smoka nie miało granic. 

- Jakim cudem? Nie rozumiem. 

- Widzi pan - ciągnął Killy  - im więcej samochody na ulice, tym lepsze powietrze w 

background image

miasto.  Samochody  robić  wiatr,  a  każda  samochóda  spoza  miasto  przywozi  trochę  wiejskie 

powietrze. No nie? Gdybym był władcą od Kraków, to przeprowadziłbym przez miasto dwa 

ogromne  autostrady,  po  osiem  pasy  każda.  Jedna  Wschód-Zachód,  druga  Północ-Południe. 

Zaraz byłoby czym oddychać. 

- Pan chyba żartuje? 

-  Ja  mówić  całkiem  poważnie.  Wkrótce  wystąpić  z  taką  tezą  na  zebranie  Komiteta 

Ochrony Środowiska w ONZ. No, ale na mnie już czas. 

- Good-bye mr Smok! 

- Good-bye! I szczęśliwej drogi. 

Po  odejściu  gościa  Smok  wrócił  do  plewienia  grządki  tulipanów.  Nagle  zerwał  się, 

podskoczył i wybiegł na drogę. Niestety, po miłym wysłanniku ONZ nie było już śladu. 

To straszne - pomyślał mieszkaniec Jamy. - Pomyliłem się z tym numerem kołnierzyka. 

Noszę przecież pięćdziesiąty piąty, a nie czwarty. Ale może to nic ważnego... 

background image

Rozdział XI 

WYPRAWA PO GAZ 

 

W tym samym czasie, gdy Smok rozmawiał z rzekomym wysłannikiem ONZ, Baltazar 

Gąbka, wraz ze swymi asystentami Piotrem i Markiem, zbliżał się do pamiętnego otworu, w 

którym po raz pierwszy od dwunastu stuleci znów ujrzał światło słoneczne. Profesorowi i jego 

pomocnikom  towarzyszyło  kilkunastu  studentów dźwigających  różne  aparaty  naukowe  oraz 

bańki do pobierania próbek gazu. Na wieczną rzeczy pamiątkę należy zaznaczyć, że pojemniki 

te  ofiarowała  Instytutowi  -  i  to  w  drodze  czynu  społecznego  -  Centrala  Spółdzielni 

Mleczarskich! 

Tego dnia, podobnie jak w Krakowie, panowała w górach nadzwyczaj piękna pogoda. Z 

Kalatówek przez Halę Kondratową dążyły na Giewont tłumy turystów, znaczących swą drogę 

papierkami z cukierków i skórkami pomarańcz. Dźwięk gitar przeplatały się z tonami jazzu 

płynącymi  z  niezliczonych  tranzystorów.  Ta  bardzo  hałaśliwa,  a  jednocześnie  pstrokata 

wędrówka ludów wywarła jak najgorsze wrażenie na profesorze, pamiętającym ciszę i pustkę 

Gór Skalistego Południa. 

-  Przecież  oni  wypłoszą  wszystkie  niedźwiedzie  -  rzekł  do  młodszego  z  swych 

asystentów, Piotra. 

-  Już  dawno  je  wypłoszyli  -  odparł  Piotr.  -  O  ile  mi  wiadomo,  w  całych  Tatrach 

zachowało się tylko kilka niedźwiedzi, i to w najbardziej niedostępnych miejscach. 

Jeden z nich jest całkiem głuchy, a pozostałe cierpią na przytępienie słuchu. 

-  Biedaki  -  westchnął  profesor.  -  Ale  co  to? Widzę  jednego  tam  na  skale,  po  prawej 

stronie. A więc nie jest tak źle z nimi. 

Piotr przyłożył dłoń do czoła i spojrzał we wskazanym kierunku. 

- To jest człowiek przebrany za misia - powiedział po chwili.’ - Turyści chętnie się z 

nim fotografują. On nawet nieźle zarabia... 

- Ach tak - rzekł profesor ze smutkiem. - No, to chodźmy dalej. 

Wąska i coraz bardziej stroma ścieżka wiła się między potężnymi głazami, na których 

tu  i  ówdzie  zieleniły  się  czapy  mchu.  Obarczony  ciężkim  plecakiem  stąpał  ostrożnie,  ale 

wytrwale,  czując  na  twarzy  coraz  silniejsze  podmuchy  wiatru,  ciągnącego  od  bliskiej  już 

szczerby w grani Giewontu. Tuż za nim kroczyli Piotr i Marek, o twarzach pokrytych drobnymi 

kropelkami potu. Choć znacznie młodsi od profesora, byli bardziej zmęczeni niż on, ponieważ 

większą część życia spędzali na ślęczeniu przy laboratoryjnych stołach, a wolne od pracy dni za 

kierownicami swych samochodów. 

background image

Już z daleka można było zauważyć, że przed wejściem do jaskini uformowała się długa 

kolejka ludzi czekających na możność zejścia pod ziemię. Po przybyciu na miejsce okazało się, 

że do wnętrza wiedzie wygodna, zaopatrzona w poręcze drabinka. Tuż obok ustawiono kiosk, 

w którym urzędował kasjer sprzedający bilety. Przy okienku widniała tablica z informacją: 

 

Wstęp  20  zł  od  osoby.  Czas  zwiedzania  30  minut.  Dla  wycieczek,  wojskowych  i 

młodzieży  szkolnej  50%  zniżki.  Jaskinię  można  zwiedzać  wyłącznie  grupowo  w 

towarzystwie przewodnika. 

 

Z  uczuciem  ulgi  Gąbka  zrzucił  plecak  i  rozprostował  ramiona.  Pozostali  uczestnicy 

ekspedycji poszli niezwłocznie za jego przykładem. 

- Do kolejki, do kolejki - rozległy się głosy oczekujących przed jaskinią ludzi. 

-  Jestem  Gąbka  -  rzekł  profesor  -  i  prowadzę  ekspedycję  pracowników  Instytutu  do 

Badań nad Baltazaronem. Mamy ważne zadanie do wykonania. 

Dźwięk  znanego  nazwiska  wywołał  ogromne  wrażenie.  W  jednej  chwili  profesor 

znalazł się w tłumie rozgorączkowanych turystów, pragnących z bliska zobaczyć człowieka, 

którego imię wciąż jeszcze nie schodziło ze szpalt dzienników całego świata. Gdyby w tym 

samym momencie zjawił się nad Giewontem latający talerz, na pewno nie wywołałby podobnej 

sensacji. Matki podnosiły swe dzieci, aby pokazać im sławnego człowieka, młodzi ludzie płci 

obojga  głośno  dopraszali  się  autografów,  trzaskały  migawki  aparatów  fotograficznych. 

Profesor, zażenowany dowodami uznania, tłumaczył wszystkim, że chętnie postoi w kolejce, 

ale  nikt  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Widząc,  co  się  dzieje,  kasjer  ogłosił:  -  Na  dziś  koniec  z 

wycieczkami. Proszę zrobić miejsce dla naukowców! 

- Dziękuję w imieniu Instytutu - rzekł wzruszony profesor. - Postaramy się zakończyć 

nasze prace do wieczora. 

Zgromadziwszy swych pracowników przy sobie, w krótkich słowach przypomniał im 

ustalony  porządek  czynności.  Następnie  nachylił  się  nad  otworem,  aby  sprawdzić,  czy  z 

ciemnej otchłani nadal wydobywa się charakterystyczny zapach kwitnących fiołków. Niestety, 

w jego nozdrza uderzyły najrozmaitsze wonie, prócz tej jednej, najważniejszej. 

- Hm - mruknął uczony, nie wiedząc, co o tym sądzić. - Tak czy owak schodzimy. 

Dno  jaskini  usiane  było  zmiętymi  biletami,  strzępami  gazet  i  puszkami  z  konserw. 

Studenci, z wyjątkiem dwóch, którzy pozostali na powierzchni, otoczyli swego mistrza. 

- Czy nie czujecie zapachu fiołków? - zapytał profesor. 

Kilkanaście nosów wciągnęło powietrze do płuc, raz, drugi, trzeci... 

background image

- Nie - zabrzmiała zgodna odpowiedź. 

- A nie jesteście senni? 

- Ani trochę. 

- Dziwne - rzekł Gąbka. - To mogłoby znaczyć, że gaz się ulotnił. 

-  Albo  jest  cięższy  od  powietrza  i  leży  tuż  przy  ziemi  -  poddał  Marek.  -  Trzeba  to 

zbadać. 

I nie czekając na zgodę profesora, położył się na dnie jaskini. 

- Są! Są fiołki! - zawołał. 

Profesor poczuł na plecach dreszcz strachu. 

- ALARM! - krzyknął - ALARM! Natychmiast założyć maski! Inaczej pośpimy się jak 

susły. Dawać bańki. 

W  ciągu  niewielu  sekund  wszyscy  członkowie  ekspedycji  upodobnili  się  do  jakichś 

groteskowych istot, zaopatrzonych w długie ryje, zakończone gumowymi przewodami. Istoty 

owe,  dzięki  latarkom  umieszczonym  na  hełmach,  rzucały  na  ściany  jaskini  ogromne, 

niekształtne cienie, pojawiające się i ginące w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. 

Wyznaczeni już wcześniej pobieracze gazu przystąpili niezwłocznie do pracy. Dobrze 

zamknięte  i  uszczelnione  pojemniki  wędrowały  na  linach  ku  górze.  Robota  szła  sprawnie  i 

planowo.  Liczniki  Geigera  nie  wykazały  żadnych  śladów  promieniowania.  Gdy  wszystkie 

bańki znalazły się na powierzchni, Gąbka dał znak umówionym już wcześniej sygnałem, że 

należy przystąpić do szczegółowego zbadania całej jaskini. Jedni ostukiwali młotkami jej dno, 

inni  badali  ściany,  zaglądając  w  najbardziej  niedostępne  zakamarki  i  fotografując  je  przy 

pomocy  aparatów  zaopatrzonych  w  lampy  błyskowe.  Słowem,  każdy  robił  to,  do  czego  się 

przygotował w czasie wielokrotnych prób w salach Instytutu. Nikt nie myślał o odpoczynku, 

nikt nie spoglądał na zegarek. Zdawało się, że w tej nieforemnej i najeżonej głazami pieczarze 

czas naprawdę przestał istnieć. 

Profesor,  zgodnie  ze  swym  planem,  zmierzył  temperaturę  i  wilgotność  powietrza 

zapisując  wyniki  w  maleńkim  notatniku,  następnie  zaś  odesłał  na  powierzchnię  chlebak 

wypełniony kamykami, pochodzącymi z najniżej położonych części jaskini. 

Gdy po wielu godzinach wytężonej pracy wszyscy znaleźli się znów pod gołym niebem, 

słońce  zniknęło  już  za  horyzontem.  Jeszcze  tylko  wierzchołki  najwyższych  gór  jarzyły  się 

czerwonym blaskiem jak rozpalone, ale szybko stygnące żelazo. 

Była  już  noc,  gdy  grupa  naukowców  zastukała  do  drzwi  schroniska  na  Hali 

Kondratowej. Z wnętrza budynku dolatywały dźwięki muzyki. 

- Fajno - ucieszył się jeden ze studentów. - Szafa gra. 

background image

- Co takiego? - zdziwił się Gąbka. 

- Szafa. 

Profesor wzruszył ramionami. 

-  Nie  rozumiem,  co  ma  szafa  do  muzyki?  Za  moich  czasów  w  szafie  wieszało  się 

ubrania. Ale grunt, że teraz sobie odpoczniemy. 

W otwartych drzwiach zjawiła się barczysta sylwetka kierownika schroniska. 

Profesor uchylił melonika. 

- Dobry wieczór - powiedział uprzejmie. - Prosimy o nocleg dla dziewiętnastu ludzi. 

-  Pan  chyba  żartuje  -  odparł  kierownik  i  spojrzał  niezbyt  przychylnie  na  gromadę 

młodych ludzi. - Nie ma ani jednego miejsca. Od dziś całe schronisko jest zajęte na sympozjum 

Towarzystwa Hodowli Kanarków 

Harceńskich. Bardzo mi przykro, ale nic na to nie poradzę. 

- - Przepraszam - rzekł profesor. - Czy to jest schronisko? 

- Nie widać tego? 

- No to my prosimy o schronienie przed nocą, która zastała nas w górach. 

- Porządni ludzie nie chodzą nocami po Tatrach. A co hodujecie? 

Baltazar Gąbka poskubał w zamyśleniu swą bródkę. 

-  Hm...  Można  powiedzieć,  że  hodujemy  nowe  myśli,  hipotezy  naukowe,  młode 

pokolenie badaczy... 

- Ale nie hodujecie kanarków - uciął dyskusję zniecierpliwiony już kierownik. - U mnie 

trzeba  zamawiaj  miejsca  na  pół  roku  naprzód.  Żyjemy  w  epoce  planowania.  Spróbujcie 

szczęścia  na  Kalatówkach,  ale  nie  wiem,  czy  coś  uzyskacie,  bo  tam  jest  znowu 

kursokonferencja magików cyrkowych. Żegnam! 

Trzask zamykanych drzwi stanowił bezapelacyjne zakończenie rozmowy. 

-  I  co  teraz?  -  westchnął  Piotr,  żegnając  się  w  myśli  z  dobrą  kolacją  i  wygodnym 

noclegiem. 

Gąbka rozłożył ręce. 

- Moi kochani - rzekł do swych towarzyszy. - Czuję, że w ten sposób zajdziemy aż do 

Krakowa. Zresztą lepiej iść, niż siedzieć. Pogoda sprzyja. 

Jakby na potwierdzenie tych słów spoza gór wychylił się rąbek wschodzącego księżyca. 

Profesor poprawił plecak na ramionach i wymachując zwiniętym parasolem ruszył na 

czele orszaku. 

background image

Rozdział XII 

MR JOE PIETRUSZKA W AKCJI 

 

Joe  Pietruszka  obudził  się  wczesnym  rankiem.  Podszedł  w  pantoflach  do  okna  i 

otworzył je na oścież. Zgodnie z wydanym wczoraj rozkazem „Gwiazda Barpiwonii” stała już 

pod  żaglami.  Na  maszcie  łopotała  tradycyjna  flaga  piracka,  zacerowana  i  wyprasowana 

osobiście przez czcigodną małżonkę szefa. 

Joe włączył radio, aby wysłuchać komunikatu o pogodzie. Wszystko zapowiadało się 

jak  najlepiej.  Nad  Barpiwonią  panował  rozległy  wyż,  wiatry  były  pomyślne,  a  stan  morza 

wprost idealny. 

Pietruszka ogolił się starannie i włożył na siebie admiralski mundur, przechowywany w 

szafie na specjalnie uroczyste okazje. Nikt będący przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczyłby, 

że wyprawa po Smoka Wawelskiego w pełni zasługiwała na takie miano. 

Po spożyciu śniadania urozmaiconego butelką rumu Joe zatrzasnął zamek podręcznej 

walizki mieszczącej kolekcję noży i nacisnął guzik dzwonka. W drzwiach stanął Bob-Dziecina. 

Mimo wczesnej pory wyglądał świeżo i  elegancko, co samo już świadczyło o wyjątkowości 

tego  dnia,  noszącego  datę  13  sierpnia  1978  roku.  Promienie  słońca  odbijały  się  od 

wypolerowanej lufy pistoletu i od drewnianej nogi, pociągniętej bezbarwnym lakierem. Czerń 

opaski na lewym oku Boba mogłaby śmiało konkurować z czernią jego pirackiego sumienia, 

jeśli Bob posiadałby coś w tym rodzaju. 

- Wóz gotowy? - zapytał Joe. 

-  Tak  jest,  szefie  -  odparł  Bob.  -  Był  tylko  mały  kłopot  z  paskiem  klinowym,  który 

musiałem wyklinować, ponieważ się zaklinował. 

- Znieś mi walizkę - rozkazał Pietruszka. - I pamiętaj, że gdyby był jakiś telefon, masz 

mówić, że popłynąłem na połów rekinów. Ani słowa o prawdziwym celu wyprawy! 

- Ma się rozumieć. Tajemnica służbowa. 

- Idziemy. 

Po  chwili  czerwony  samochód  marki  „Retro”,  model  1914  r.,  minął  bramę  ogrodu  i 

ruszył  w  kierunku  niedalekiej  przystani.  Jego  drogę  znaczyły  głośne  wybuchy  spalin  i 

przeraźliwy pisk hamulców na ostrych zakrętach szosy. 

Bob-Dziecina pomachał ręką i krzyknął na pożegnanie: 

- Złam kark, szefie! 

Była to tradycyjna formuła używana od wieków na Barpiwonii w chwilach szczególnie 

ważnych i podniosłych. 

background image

Bob  zamknął  bramę  i  wrócił  do  willi,  aby  jak  co  dzień  rozpocząć  swą  pracę  przy 

sekretarskim biurku. Spojrzawszy z odrazą na stos papierów pomyślał nie bez melancholii: 

- Gdybym był młodszy, wszedłbym teraz z szefem na pokład, aby przeżyć jeszcze jedną 

przygodę mego pirackiego żywota... 

O tej samej porze Smok zasiadł do porannej beczki mleka, a profesor Gąbka pochylił się 

w  swym  laboratorium  nad  próbką  zawierającą  mieszaninę  baltazaronu  ze  spalinami  fiata. 

Książę Krak rozłożył na swym biurku katalog zabytków Wawelu, a mistrz Bartolini zjawił się 

w kuchni swej restauracji, aby wydać kuchcikom dyspozycje na dzień bieżący. Krótko mówiąc, 

rozpoczął się normalny dzień pracy, pod słońcem świecącym od samego rana w sposób zdolny 

zaspokoić najwybredniejsze wymagania. 

Wszedłszy na pokład statku, Joe znalazł się przed frontem stojącej na baczność załogi. 

- Czołem, chłopcy! - zawołał mocnym głosem. 

- Człem-ko-szef! - wrzasnęli piraci, co miało oznaczać: czołem, kochany szefie. Głośny 

okrzyk  spłoszył  stado  sępów,  które  obsiadły  reje  statku  w  oczekiwaniu  na  rychły  żer,  oraz 

obudził czarnego kota drzemiącego na kapitańskim mostku. Bosman Zęza, pełniący ochotniczo 

funkcję kierownika chóru, dał znak batutą  - i z trzydziestu męskich piersi wydarły się słowa 

starożytnego hymnu piratów: 

 

Na wyścigi z huraganem,  

Niespokojnym Oceanem  

nasza łajba rusza w dal! 

 

Nad spienionych wód odmętem  

huczą żagle w mig rozpięte,  

ostrych noży błyszczy stal. 

 

Pod zwałami groźnych chmur  

brzmi pirackich głosów chór,  

miauczy głośno czarny kot. 

 

W bryzgach fal i pisku mew,  

na korsarskiej pieśni zew,  

płynie duma wszystkich flot! 

 

background image

Wypijemy z beczki rum,  

poczujemy we łbach szum,  

zdobędziemy cały świat! 

 

Kiedy wrogów braknie już,  

gdy się stępi ostry nóż,  

nasz kapitan będzie rad! 

 

Gdy  przebrzmiały  ostatnie  słowa  hymnu,  rozległ  się  przeraźliwy  szczęk  blaszanych 

kubków, przy których pomocy piraci w mig opróżnili dużą beczkę rumu, wytoczoną uprzednio 

na pokład. Przez ten czas Pietruszka zdążył wyjść na mostek i przyłożywszy do ust tubę ze 

starego gramofonu, wydać komendę: 

- Na stanowiska! 

Zazgrzytał łańcuch wyciąganej kotwicy, statek obrócił się dziobem ku pełnemu morzu, 

a wiatr wypełnił żagle. Gdy „Gwiazda Barpiwonii” minęła falochron, zagrzmiało dwadzieścia 

jej  dział,  ustawionych  wzdłuż  obydwu  burt.  Dla  ścisłości  należy  dodać,  iż  trzy  armaty 

rozsypały się w drobne kawałki, ale nie było w tym nic dziwnego, jako że wypożyczono je z 

muzeum.  Pietruszka  z  rozkoszą  wciągnął  do  płuc  haust  powietrza  pachnącego  prochem 

strzelniczym, stanął w szerokim rozkroku, wziął się pod boki i ryknął ze wszystkich sił: 

- A-hoj, a-hoj, a-hoj! 

Spełniwszy w ten sposób nakazy tradycji, wszedł do swej kajuty, w której czekali na 

niego Billy i Sally. 

- A teraz już dość komedii - rzekł, wieszając na haku swój admiralski kapelusz. - Czas 

zabrać się do porządnej roboty. Za chwilę Killy nada swój codzienny raport, 

Sally  włączył  krótkofalówkę.  Trójka  piratów  zgromadziła  się  przy  aparacie. 

Punktualnie o umówionym czasie rozległ się w nim głos Killy’ego. 

- Hallo Barpiwonia, hallo Barpiwonia, tu Killy! Jak mnie słyszycie? Odbiór. 

- Hallo Killy, hallo Killy, tu Barpiwonia. Słyszymy cię dobrze. Co nowego? 

- Jestem w pobliżu Smoczej Jamy i udaję pracownika Zakładu Oczyszczania Miasta. 

Nadajnik mam w wózku na śmieci, antenę zaś na kiju od miotły. W tej chwili Krak Gąbka i 

Bartolini są z wizytą u Smoka. Słyszę każde słowo ich rozmowy. 

- O czym mówią? - zachrypiał Joe do mikrofonu. 

- Chwalą kokosanki Bartoliniego. I narzekają na krakowskie powietrze. 

- To nic ważnego. Każdy krakowianin to robi. Czy mówią coś o baltazaronie? 

background image

- Nie. 

-  Spryciarze  -  mruknął  Joe.  -  Widocznie  są  bardzo  ostrożni.  Rób  swoje,  my  już 

płyniemy. Jutro o tej samej porze nadasz meldunek. Cześć pracy! 

- Cześć! - odparł Killy. - Gdyby było coś bardzo ważnego, przekażę wiadomość zaraz 

po śniadaniu. Do usłyszenia! 

Pietruszka podszedł do telefonu i połączył się ze sterówką. 

- Kapitanie! - krzyknął do słuchawki. - Zwinąć żagle i uruchomić silnik atomowy. Cała 

naprzód! 

- Tak jest - odparł służbiście kapitan Łajba. -Cała naprzód! 

Przeraźliwy  ryk  syreny  poderwał  załogę  do  pracy.  W  krótkim  czasie  opustoszały 

maszty,  a  statek,  pchnięty  do  przodu  przez  potężny  silnik,  wyprodukowany,  rzecz  jasna,  w 

zakładach  należących  do  Pietruszki,  począł  pruć  fale  oceanu  z  coraz  bardziej  wzrastającą 

szybkością. Zarysy wzgórz na wyspie stawały się coraz słabsze i bledsze, aż wreszcie roztopiły 

się zupełnie w błękicie wód i nieba. 

background image

Rozdział XIII 

PAMIĘTNE CHRZCINY 

 

Nazajutrz,  wczesnym  rankiem,  „Gwiazda  Barpiwonii”  zbliżyła  się  do  równika.  Z 

obliczeń wynikało, że statek przetnie go w 23,5 sekundy po godzinie 8.15. 

Jak  wiadomo  wszystkim  czytelnikom  książek  marynistycznych,  każdy  człowiek 

przekraczający równik po raz pierwszy w swym życiu musi zostać przyjęty przez Neptuna do 

grona jego wyznawców. Od tego obrzędu, zwanego chrztem równikowym, nikomu nie wolno 

się wykręcić. 

Tym razem sprawa chrztu nie była jednak tak prosta jak zwykle. Z notatek kapitana 

wynikało niezbicie, że jedynym kandydatem do owego chrztu był sam... Joe Pietruszka! Każdy, 

kto wie, jak przebiega podobna uroczystość, zrozumie, że kapitan długo się zastanawiał, czy 

powiedzieć o tym swemu pracodawcy. Toteż Łajba odbył wpierw naradę z delegatami załogi, a 

następnie  z  najbliższymi  współpracownikami  Pietruszki  -  Sallym  i  Billym.  Okazało  się  na 

szczęście, że Joe jest w dobrym humorze, ponieważ przy goleniu gwizdał arię ze swej ulubionej 

operetki  pt.  „Narzeczona  pirata”.  Można  więc  było  mieć  nadzieję,  że  rozmowa  z  nim  nie 

skończy się wyrzuceniem kapitana do morza... Mimo to Łajba, nim przekroczył próg kajuty 

Joego,  splunął  trzy  razy  za  siebie,  co  w  myśl  pirackiego  przesądu  miało  go  chronić  przed 

nieszczęściem. W kilka chwil później wybiegł radośnie na pokład ogłaszając wszystkim, że mr 

Pietruszka,  sławny,  wielki  i  niezwykle  bogaty  mr  Pietruszka,  zgodził  się  łaskawie  na 

uczestniczenie  w  uroczystości!  Co  więcej  -  dobry  humor  Joego  wyraził  się  też  decyzją 

poczęstowania każdego członka załogi małą beczułką rumu! 

Na  wieść  o  tym  piraci  wydali  okrzyk  radości  i  nie  tracąc  czasu  rozpoczęli 

przygotowania  do  chrztu.  Bosman  Zęza  przebrał  się  za  Neptuna,  a  czterech  najsilniejszych 

piratów upodobniło się do diabłów, co zresztą nie przyszło im ze szczególną trudnością, jako że 

od  urodzenia  mieli  dość  szatańskie  rysy  i  obyczaje...  Ubrani  jedynie  w  kąpielówki, 

posmarowali się smołą, ogony zaś sporządzili z lin służących do cumowania statku. Każdy z 

nich  dzierżył  widły  zabrane  z  domu  specjalnie  na  tę  okazję.  Przy  środkowym  maszcie 

ustawiono fotel dla Neptuna. Przygotowaniom tym patronował z mostku kapitan Łajba, wciąż 

jeszcze obawiając się, że Pietruszka w ostatniej chwili cofnie swą decyzję. 

O godzinie ósmej czterech piratów wtargnęło bez pukania do kajuty Joego. Ich wygląd 

mógł przerazić nawet tak doświadczonego łotra jak Pietruszka. Wykąpani w smole «i wytarzani 

w  pierzu,  o  włosach  pomalowanych  minią  na  czerwono,  ciągnący  za  sobą  potężne  ogony, 

sprawiali wrażenie potworów zdolnych do najgorszych okrucieństw. Na ich widok Pietruszka 

background image

pożałował swej decyzji, ale było już za późno na wycofanie się z zabawy. Tego rodzaju krok 

piraci potraktowaliby jako objaw strachu, a przecież Joe nie mógł sobie pozwolić na to, by jego 

podwładni  uważali  go  za  tchórza.  Chcąc  nie  chcąc,  udał  się  za  diabłami  na  pokład,  gdzie 

czekała już na niego cała załoga statku. 

Na  widok  srogiego  szefa,  poszturchiwanego  widłami  i  popychanego  przez  diabłów, 

piraci  zarżeli  z  uciechy!  Oto  nadarzyła  się  im  nadzwyczajna  sposobność,  aby  pod  pozorem 

zabawy  dać  mu  solidny  „wycisk”,  nie  ponosząc  z  tego  powodu  żadnych  przykrych 

konsekwencji. 

Siedzący w fotelu Neptun uniósł swój trójząb, a na ten znak diabli porwali Pietruszkę i 

cisnęli go na pokład jak worek z kartoflami. 

- Wybacz nam, panie - wołali, krztusząc się od śmiechu. - Ale to nie nasza wina, tylko 

statek podskoczył na równiku! 

Gdy Pietruszka z trudem się dźwignął,  jeden z szatanów mocnym  kopniakiem  znów 

rozłożył go na pokładzie. 

- Teraz musisz pocałować Neptuna w koniec buta! - krzyknął mu do ucha. 

Cóż  było  robić?  Joe  poczołgał  się  do  stóp  władcy  morza  i  posłusznie  wykonał 

polecenie.  Nie  wiedział  jednak  nieszczęsny,  że  końce  butów  Neptuna  były  wysmarowane 

smołą... 

- W takim stanie nie możesz był sługą Neptuna! - ryknął jeden z diabłów, w którym Joe 

rozpoznał  sternika  Mateusza,  zwanego  przez  kolegów  Papugą  ze  względu  na  haczykowato 

zakrzywiony nos. - Kiedy goliłeś się po raz ostatni? 

- Przed godziną - odparł Joe zgodnie z prawdą, co mu się dość rzadko zdarzało. 

Mateusz-Papuga potarł policzki szefa dłonią oczernioną przypalonym korkiem. 

- Jesteś ohydnie zarośnięty. Czy używasz żyletek Pol-silver? 

- Tak. 

- To widać. Prawdziwy pirat goli się brzytwą. Hej, cieśla, do dzieła! 

Cieśla  okrętowy,  odgrywający  rolę  fryzjera,  sięgnął  do  beczki  z  szarym  mydłem  i 

dokładnie rozmazał je na obliczu delikwenta. Następnie ujął w dłoń wielki pędzel i zabrał się do 

roboty. Po chwili gęsta piana pokryła całą twarz Pietruszki, który zaczął krztusić się i kichać, co 

wprawiło piratów w jeszcze lepszy humor. Brodate i wąsate chłopy tarzały się ze śmiechu po 

pokładzie, widząc swego władcę w tak niezwykłej dla niego sytuacji. Następnie cieśla zabrał 

się do golenia przy pomocy kuchennego noża. Zakończywszy tę czynność, przyjrzał się swej 

ofierze krytycznym okiem i zawyrokował: 

- Teraz musisz się umyć. 

background image

Joe pomyślał z radością, że oto bliski już jest koniec obrzędu, i nie zwlekając pochylił 

się nad beczką, pełną, jak mu się zdawało, czystej wody. W tej samej chwili, pchnięty przez 

jednego z diabłów, wpadł do beczki, zanurzając się w lepkiej i gęstej cieczy, znanej wszystkim 

gospodyniom pod nazwą pomyj. Wszelkie próby wydostania się z pułapki spełzły na niczym, 

gdyż diabli nasunęli na kadź pokrywę. Dopiero gdy począł się dusić, wyciągnęli go na pokład i 

obmyli strumieniami wody z hydrantów, służących do gaszenia pożaru. 

Oczywiście  nie  obeszło  się  przy  tym  bez  szorowania  całego  ciała  drucianymi 

szczotkami! 

Dobry  humor  Pietruszki  już  dawno  należał  do  przeszłości.  Godząc  się  na  udział  w 

zabawie  przypuszczał,  że  zostanie  potraktowany  z  należytym  sobie  szacunkiem,  i  ani  przez 

chwilę nie przyszło mu na myśl, że może się stać inaczej. Zalewany strugami wody, ciągnięty 

za nogi po deskach pokładu, szczypany i popychany, poprzysiągł swym prześladowcom srogą 

zemstę. Niestety  nie miał  czasu na jej obmyślenie,  gdyż doskoczył do niego sternik  Ząbek, 

któremu  z  racji  nazwiska  polecono  odegranie  roli  dentysty.  Był  to  silnie  zbudowany 

mężczyzna, o atletycznym torsie i smagłej twarzy okolonej kruczym zarostem. Na głowie stale 

nosił  biały  turban,  co  upodabniało  go  do  Araba.  Piersi  i  ramiona  pokryte  miał  tatuażem, 

przedstawiającym żaglowce, palmy i syreny. 

- Ho ho ho! Trzeba wyrwać aż cztery zęby  - zdecydował z powagą w głosie. - Sługa 

Neptuna musi mieć zdrowe uzębienie. 

Gdy Pietruszka ujrzał w ręce „dentysty” straszliwie zardzewiałe kleszcze, wyrwał się 

swym prześladowcom, i schowany za masztem jął krzyczeć wniebogłosy: 

- Nie, nie! Wszystko, tylko nie to! 

- Jeżeli za każdego zęba dasz kubek rumu, zostawię ci je w paszczy. 

- Dam nawet po dwa kubki, tylko mi ich nie wyrywaj! Sternik udał, że się namyśla. 

- No, dobrze. Ale od masażu już się nie wykręcisz. Tak się też stało. Obalony na pokład 

i  wymasowany  wałkami  do  ciasta,  Pietruszka  zrezygnował  z  wszelkich  prób  oporu  i  nie 

reagował zupełnie na mycie uszu przy pomocy wyciorów do armat ani na czesanie grabiami. 

Wypił posłusznie kufel czerwonego wina suto zaprawionego pieprzem i krzywiąc się okropnie 

zjadł kanapkę z towotem. Znał dobrze swych podwładnych i wiedział, że są to ludzie zdolni do 

najdzikszych  pomysłów.  W  końcu,  na  znak  dany  przez  mistrza  ceremonii,  obwiązano  go 

sznurami  i  przy  pomocy  bloczka  wywindowano  na  reję  masztu,  gdzie  miał  pozostać  aż  do 

chwili  zupełnego  wyschnięcia.  Wisząc  wysoko  nad  pokładem  i  kiwając  się  w  takt  wahnięć 

statku,  mełł  w  zębach  najokropniejsze  przekleństwa  i  obmyślał  sposoby  ukarania  piratów, 

którzy, jego zdaniem, przekroczyli wszelkie dopuszczalne granice zabawy. 

background image

Po pewnym czasie mistrz ceremonii wydał rozkaz opuszczenia Joego na pokład. Wtedy 

też zaszło coś, czego nie spodziewał się ani Neptun, ani też Pietruszka. Oto jeden z piratów, 

którego Joe ukarał kiedyś tygodniową głodówką, zakradł się niepostrzeżenie w pobliże masztu 

i jednym ciosem noża przeciął linę, na której wisiał władca Bar-piwonii. Z głośnym okrzykiem 

strachu  Pietruszka  rąbnął  o  pokład,  przebił  go  i  zatonął  w  czymś,  co  było  białe,  puszyste  i 

miękkie. Oślepiony i na pół uduszony, wygrzebał się ze zwałów pszennej mąki i kichając raz za 

razem, stanął w środku tłumu ryczących ze śmiechu piratów. Jak Barpiwonia Barpiwonią nikt 

jeszcze nie widział jej władcy w takim ataku wściekłości. 

- Banda ohydnych łajdaków - piszczał prychając mąką. - Synowie diabła i czarownicy! 

Wstrętna  zbieranina  zwyrodnialców!  Przebrała  się  miarka  mojej  cierpliwości!  Popamiętacie 

mnie  do  końca  swego  bandyckiego  żywota!  Za  karę  nie  dostaniecie  ani  kropli  rumu!  Po 

zakończeniu rejsu zakuję was w kajdany i wyślę na ciężkie roboty. Odechce się wam wtedy 

żartów z mojej czcigodnej osoby! 

Nie  dbając  o  wywołane  wrażenie,  Joe  pobiegł  do  swej  kajuty  i  zatrzasnął  drzwi  z 

hukiem przypominającym armatni wystrzał. 

background image

Rozdział XIV 

BUNT PIRATÓW 

 

Słowa Pietruszki wprawiły piratów w osłupienie. Cofnięcie obietnicy było dla nich co 

najmniej  tak  nieoczekiwane,  jak  podwyżka  zarobków.  Po  prostu  nie  mogli  uwierzyć  swym 

dawno  nie  mytym  uszom.  Spoglądali  na  siebie  z  niedowierzaniem,  nie  wiedząc,  co  o  tym 

sądzić.  Niektórzy  przypuszczali  nawet,  że  Pietruszka  oszalał.  Jednak  powoli  dotarło  do  ich 

świadomości  przekonanie,  że  zostali  haniebnie  oszukani.  Nie  słuchając  rozkazów  kapitana, 

który ich wezwał do powrotu na stanowiska, zebrali się na dziobie w celu odbycia narady. W 

chwilę potem tłum runął po schodach w kierunku magazynu. Pod uderzeniami siekier i młotów 

ustąpiły  mocno  okute  drzwi,  a  rozwścieczona  banda  rzuciła  się  do  wytaczania  beczek  z 

eksportowym rumem. 

Widząc, co się dzieje, Łajba poczuł drżenie łydek. Jeszcze bardziej się przeraził, gdy 

ujrzał piratów nabijających armaty ostrymi pociskami i kierujących lufy dział ku sterówce. Nie 

ulegało już wątpliwości, że na statku wybuchł bunt. 

W tym samym momencie do kajuty Joego wpadli Billy i Sally. 

- Jest źle - rzekł Billy bez żadnych wstępów. - Ludzie są wściekli, że nie dostali rumu. 

Mówią, że ich oszukałeś. 

- Zasłużyli na to - warknął Joe, otrzepując się z resztek mąki. - To banda łotrów! 

-  Ogłosili  bunt  -  dodał  Sally.  -  Już  ostrzą  noże!  Z  pokładu  doleciał  ryk  zmieszanych 

głosów: 

- Powiesić go! Posiekać na bigos! Wypruć mu flaki! 

- O kim oni mówią? - wyjąkał Pietruszka, czując dziwne zmięknięcie kolan. 

- Obawiam się, szefie, że o tobie. Musimy być gotowi na wszystko. 

Po tych słowach Billy otwarł pancerną szafę i wyjął z niej trzy pistolety maszynowe. 

Tymczasem we wszystkich pomieszczeniach statku rozległy się dzwonki alarmowe, a z 

głośnika zainstalowanego w kajucie dał się słyszeć drżący głos kapitana: 

-  Mr  Pietruszka,  sytuacja  staje  się  groźna.  Na  statku  wybuchł  bunt.  Proszę  zamknąć 

drzwi i nikogo nie wpuszczać. Spróbuję przemówić im do rozsądku. 

Sally  przekręcił  klucz  w  zamku.  Zrobił  to  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  gdyż  na 

korytarzu zatupotały liczne kroki, a drzwi zatrzęsły się od uderzeń. 

- Otwierajcie, psie syny, ściągniemy z was skórę! Otwierajcie. 

-  Ani  mi  się  śni!  -  ryknął  Billy,  kierując  na  drzwi  lufę  swego  pistoletu.  -  Macie 

natychmiast wracać do roboty! 

background image

W korytarzu zabrzmiał szyderczy śmiech: 

- Teraz wy będziecie pracować, przeklęte nieroby, obiboki i kłamcy. A my będziemy 

leżeć do góry brzuchami i popijać rum. Dość już gadania, otwierajcie, bo inaczej wywalimy 

drzwi. 

- Dajcie nam pięć minut do namysłu - zaproponował Sally i jednocześnie ruchem głowy 

wskazał swym kolegom drabinkę znajdującą się w jednym z kątów kajuty. Pierwszy wspiął się 

na  nią  Joe  i  uniósłszy  klapę,  wydostał  się  na  małą  platformę.  Stał  tu  mały  helikopter, 

pomalowany  na  czerwony  kolor.  Tuż  za  szefem  wynurzyli  się  na  platformę  jego  dwaj 

przyjaciele.  Nie  tracąc  czasu,  trójka  łotrzyków  zajęła  miejsce  w  kabinie  helikoptera.  Joe 

błyskawicznie uruchomił silnik i maszyna uniosła się pionowo w powietrze. Tymczasem piraci 

wypchnęli  drzwi  z  zawiasów  i  wpadli  do  pustej  kajuty.  Słysząc  warkot  motoru,  wydali  ryk 

wściekłości i rzucili się ku drabince. Przez chwilę szamotali się na niej jak opętani, gdyż każdy 

chciał  być  pierwszy  na  pokładzie  nadbudówki.  Jeden  drugiego  ściągał  za  nogi  wśród 

najbardziej wyszukanych przekleństw. Gdy wreszcie wygramolili się z otworu w suficie, było 

już za późno. Joe, Billy i Sally znajdowali się w powietrzu, a przestrzeń między nimi i statkiem 

zwiększała się z każdą sekundą. Wymachujący rękoma napastnicy wyglądali już jak laleczki i 

jak one byli zupełnie niegroźni. Joe położył maszynę w głęboki wiraż. 

- Zbombardujemy ich? - zapytał Billy. 

- Szkoda statku - odparł Pietruszka. - Prędzej czy później wyrżną się sami między sobą. 

- Ale najpierw powieszą kapitana Łajbę - wtrącił Sally. 

- Nie szkodzi - mruknął Pietruszka. - I tak w tym roku miał odejść na emeryturę... 

W  braku  lepszego  zajęcia  Billy  począł  obserwować  morze.  Na  ogromnej 

ciemnobłękitnej  przestrzeni  widniała  biała  kreseczka.  To  była  „Gwiazda  Barpiwonii”. 

Spoglądając  na  nią  przypomniał  sobie,  że  zostawił  w  kajucie  pudełko  z  ulubionymi 

landrynkami.  Na  myśl,  że  cukierki  wpadną  w  ręce  zbuntowanych  piratów,  zrobiło  się  mu 

bardzo przykro. 

-  Czemu  posmutniałeś?  -  zapytał  Sally.  -  Wyglądasz  tak,  jakbyś  się  miał  zamiar 

rozpłakać. 

- Zapomniałem zabrać landrynki... 

- Ale ja nie zapomniałem dosypać do nich trucizny na szczury - pocieszył go kolega. - 

Zrobiłem to wtedy, gdy wchodziłeś już na drabinkę. 

- Jesteś genialny! - krzyknął Billy. 

- Zawsze byłem tego samego zdania - odparł skromnie Sally. - Ale ty mnie nigdy nie 

doceniałeś. 

background image

Wtedy do rozmowy włączył się Pietruszka: 

- Ile mamy paliwa? 

- Mało - rzekł Sally. - Po trzy cygara na osobę. Ale ja mogę nie palić. 

- Durniu, ja pytam o benzynę. 

- Powinno wystarczyć do Abidżanu. 

-  W  takim  razie  wylądujemy  w  Abidżanie  -  postanowił  Joe.  -  Mam  nadzieję,  że 

pamiętaliście o zabraniu pieniędzy. 

Billy klepnął się po kieszeni i pobladł: 

- Nie mam przy sobie ani grosza. 

- Ja też nie - jęknął równie przerażony Sally. - Myślałem, szefie, że ty zabrałeś forsę. 

- Ładna historia! - ryknął Joe, tracąc panowanie nad sobą.  - Ja też nic nie mam. Mój 

portfel został pod poduszką. Niech was piekło pochłonie! I co teraz będzie? 

Wtedy Billy wpadł na zbawienny pomysł: 

- Opylimy helikopter na bazarze i w ten sposób zdobędziemy trochę grosza na bilety 

lotnicze do Paryża. A w Paryżu mieszka mój wujek, który pożyczy nam pieniędzy na dalszą 

drogę. 

- W porządku - rzekł udobruchany Joe. - Okazuje się, że czasem dobrze jest mieć wujka 

w  Paryżu.  Z  Paryża  do  Krakowa  już  tylko  jeden  skok.  Jeśli  wszystko  pójdzie  dobrze,  jutro 

wieczór zaprosimy się na kolację do Smoka. 

Sally rozpromienił się: 

- Z takim szefem konie można kraść! 

- To się też kiedyś robiło - rzekł Pietruszka, mile pogłaskany w swej próżności. - Żadna 

praca nie hańbi... 

 

* * * 

Gdyby  pasażerowie  helikoptera  mogli  zajrzeć  do  wnętrza  statku,  ich  zdumienie,  a 

zapewne i wściekłość nie miałyby granic. Zobaczyliby bowiem kapitana Łajbę w najlepszej 

komitywie z buntownikami. Zamiast wisieć na maszcie, kapitan popijał rum i wesoło gwarzył 

ze zgromadzoną w mesie załogą. 

Jak do tego doszło? 

Gdy buntownicy w pierwszym porywie szału prowadzili go na pokład wśród wyzwisk i 

wrogich okrzyków, kapitan ją im tłumaczyć, że nie może być powieszony. 

-  Dlaczego  nie?  -  wrzasnęli  piraci.  -  Jesteś  człowiekiem  Pietruszki  i  zasługujesz  na 

śmierć. Zawsze byłeś po stronie tego wyzyskiwacza! 

background image

- Nie przeczę - przyznał się Łajba. - Ale mam świadectwo lekarskie, z którego wynika, 

że cierpię na łaskotki szyi i dlatego nie mogę być wieszany... 

-  Jeśli  tak  -  postanowili  oprawcy  -  to  przywiążemy  cię  do  armaty  i  rozerwiemy  w 

strzępy przy pomocy jednego pocisku. 

- To by było lepsze - zgodził się kapitan. - Ale czy nie szkoda kuli armatniej dla takiego 

łajdaka jak ja? Zresztą nie mamy zbyt wiele amunicji, sam wiem o tym najlepiej. 

- Tak, to jest rzeczowy argument - rzekł jeden z piratów. - W takim razie wrzucimy cię 

do morza i będzie po krzyku. 

Łajba przyznał mu rację, ale wysunął nową wątpliwość: 

-  W  zasadzie  byłoby  to  niezłe  rozwiązanie.  Ale  nie  wolno  nam  zanieczyszczać 

środowiska  naturalnego!  Barpiwonia  niedawno  podpisała  międzynarodową  konwencję  w 

sprawie ochrony mórz i oceanów. 

- No to wymyśl jakiś lepszy sposób. My nie jesteśmy od myślenia. 

-  Na  razie  trzeba  zjeść  obiad  -  rzekł  kapitan,  nie  znajdując  lepszego  argumentu.  - 

Dochodzi południe, a porządek dnia musi być zachowany. Proszę umyć ręce i do stołu. 

Było  to  najlepsze  wyjście  z  sytuacji.  Dobre  jedzenie,  okraszone  skwarkami  i  suto 

podlane  czerwonym  winem,  miało  ten  zbawienny  skutek,  iż  piraci  wyraźnie  złagodnieli,  a 

nawet  nabrali  dobrego  humoru.  Widząc  zmianę  nastrojów,  kapitan  wzniósł  toast  na  cześć 

buntowników. Trzymając w dłoni kubek napoju mówił: 

- Moi kochani! Oto dzięki wam ziściły się moje najgorętsze marzenia. Przez długie lata 

śniłem o chwili, gdy diabli wezmą naszego szefa, oby mu ziemia była ciężka... Miałem już dość 

jego  zwariowanych  pomysłów  i  zmiennych  humorów.  Prawdę  mówiąc,  już  dawno 

podziękowałbym  za  tę  psią  służbę,  gdyby  nie  obawa  przed  utratą  zasłużonej  i  w  końcu  nie 

najlepszej emerytury. 

- A co będzie, jeżeli szef wróci i zechce się z nami porachować? - zapytał magazynier 

Barnaba, ogromny chłop z ogniście rudym zarostem. 

-  Spokojna  głowa  -  uspokoił  go  kapitan.  -  Mam  pomysł,  który  właśnie  chciałbym  z 

wami omówić. Sprawę egzekucji możemy chwilowo odłożyć. Co ma wisieć, nie utonie! 

Odpowiedzią  był  głośny  śmiech  piratów.  Łajba  zrozumiał,  że  wygrał.  Ciągnął  więc 

dalej: 

-  Co  powiedzielibyście  na  to,  żebyśmy  założyli  swoje  własne  państwo,  zupełnie 

niezależne od Pietruszki? 

-  Pomysł  jest  wspaniały-rzekł  bosman  Zęza,  ten  sam,  który  niedawno  odgrywał  rolę 

Neptuna. - Ale w tym celu musielibyśmy znaleźć jakąś bezludną wyspę, a takich już chyba nie 

background image

ma na świecie. 

- A właśnie że są!  -  krzyknął  kapitan.  -  Wystarczy zwrócić się do Biura Sprzedaży i 

Wynajmu Wysp Bezludnych, które prowadzi mój kumpel z lat młodzieńczych, mr Samuel Mac 

Korreck! Kiedy ostatni raz spotkałem się z nim w Las Palmas, mówił mi, że dysponuje wielkim 

wyborem  bezludnych  wysp  i  wysepek  na  całym  świecie.  Jedne  są  umeblowane  na  wysoki 

połysk, mają nawet klimatyzację, inne zaś są zupełnie pierwotne. 

- Ale na to trzeba mieć furę pieniędzy - powiedział sternik Ząbek. - Mr Mac Korreck jest 

człowiekiem interesu i nie zrobi nam prezentu za Bóg zapłać. 

Kapitan ujął się pod boki i spojrzał na otaczających go piratów: 

- Pieniądze są  -  rzekł  z triumfem  w  głosie.  -  Cała pierwsza ładownia zapełniona jest 

beczkami złotych dukatów! 

Bosman Zęza lekceważąco machnął ręką: 

- W tych beczkach jest suszone mięso. Wiem na pewno, bo z ciekawości zajrzałem do 

jednej z nich w czasie ładowania statku. 

- Owszem - przyznał spokojnie kapitan. - Na wierzchu jest mięso, a pod spodem złoto. 

Sam Pietruszka powiedział mi o tym, oczywiście w najgłębszej tajemnicy. Musiałem przysiąc 

na ząb rekina, że nikomu nie pisnę o tym  ani  słowa. A wiecie, co znaczy  przysięga na ząb 

rekina. 

- Wiemy, wiemy - przyznali piraci. - Kto taką przysięgę złamie, godzien jest śmierci w 

najokropniejszych  męczarniach.  Jesteś  bardzo  odważnym  człowiekiem,  jeśli  się  na  to 

zdecydowałeś. 

- Zrobiłem to tylko z gorącej miłości do was - zapewnił go Łajba. - Pietruszka jest takim 

bogaczem,  że  nawet  nie  zauważy  tej  straty.  W  krótkim  czasie  zbudujemy  wielką  flotę  i 

zaatakujemy Barpiwonię! 

-  A  Pietruszka  będzie  myć  talerze  po  naszych  ucztach  -  wykrzyknął  z  uniesieniem 

sternik. 

W  chwilę  potem  głośniki  podały  załodze  do  wiadomości,  że  „Gwiazda  Barpiwonii” 

bierze kurs na Wyspy Kana-ryjskie. 

- Hej tam, w maszynie! - krzyknął kapitan do tuby. - Dorzućcie na stos kilka łopatek 

uranu i w drogę! Śmierć frajerom! 

background image

Rozdział XV 

SMOK CONTRA SMOG 

 

Profesor Gąbka zamknął drzwi swego mieszkania i  wyszedł  na  wieczorny  „spacer z 

pieskiem”. Wprawdzie nie miał już pieska, ale zwyczaj ten pozostał mu z dawnych lat, gdy 

jeszcze żył jego wierny i poczciwy Ares, towarzysz podróży do Krainy Mypingów. 

- Hej, jakie to odległe lata - pomyślał z melancholią profesor - a mnie się wciąż zdaje, że 

wszystko zostało po staremu... 

Nagle  uświadomił  sobie,  że  nieśmiertelność,  o  której  ludzkość  marzy  od  początku 

swego  istnienia,  mogłaby  dawać  szczęście  jedynie  pod  warunkiem,  że  dzieliłoby  się  ją  ze 

swymi najbliższymi. Ta  zaś, która przypadła w udziale jemu oraz jego trzem  towarzyszom, 

miała  w  sobie  posmak  goryczy.  Cóż  z  tego,  że  żył  Smok,  Krak  i  Bartolini,  skoro  nie  było 

ukochanego  brata  Hipolita  ani  Pelasi,  ani  wesołej  kompanii  z  gospody  „Pod  Trzema 

Gwiżdżącymi Kotami”... Odeszli w niepowrotną przeszłość dzielni dworzanie księcia Kraka, 

niezwykły  zbójnik  Marcin  Lebioda,  życzliwy  senator  Stuk-puk,  a  nawet  dawniejszy 

przeciwnik, a później serdeczny druh - Don Pedro de Pommidore. Jakże inny był teraz Gród 

Kraka,  pełen  ludzi,  samochodów  i  tramwajów,  jakże  inne  było  w  nim  nawet  powietrze, 

przesycone dymem fabrycznych kominów, których ilość zdawała się przewyższać ilość drzew 

rosnących na Plantach... 

Smutne  myśli  profesora  wywołane  zostały  niepowodzeniem  jego  dotychczasowych 

badań nad baltazaronem. Z ogromnej ilości wykonanych doświadczeń wynikało jasno, że gaz 

pobrany  z  jaskini  pod  Giewontem  nie  miał  żadnych  właściwości  zapewniających 

nieśmiertelność. Oddychające nim myszy i króliki wcale nie żyły dłużej niż te, które oddychały 

zwyczajnym powietrzem. Cóż więc było powodem, że on i jego towarzysze przespali przeszło 

tysiąc lat i obudzili się w dobrym zdrowiu? To, że tajemnica tej niezwykłej długowieczności 

nadal była nie wyjaśniona, wprowadzało profesora w stan rozdrażnienia. 

Trzeba iść spać - pomyślał i zawrócił w kierunku domu. - Może jutro wpadnę na jakiś 

pomysł, dzięki któremu cała sprawa stanie się jasna i zrozumiała. 

Nazajutrz obudził się z uczuciem, że ma głowę dwukrotnie cięższą niż poprzedniego 

dnia. 

Czyżbym  tak  zmądrzał  w  ciągu  jednej  nocy?  -  pomyślał  ze  zdziwieniem.  -  To  co 

najmniej wątpliwe. Przyczyna musi być inna. 

Spojrzawszy przez okno zrozumiał, że istotnie była inna. Świat tonął w gęstej mgle o 

przykrym,  kwaskowatym  zapachu.  Blady  krążek  słońca  znikał  chwilami  w  kłębach  dymu, 

background image

który niesiony wschodnim wiatrem rozpinał się nad miastem jak ogromna popielata płachta. 

To  jest  smog  -  domyślił  się  Gąbka,  przypomniawszy  sobie  określenie  użyte  przez 

jednego  z  redaktorów.  -  Oto  konsekwencja  rozwoju  cywilizacji,  nie  mówiąc  już  o 

zanieczyszczeniu wód i zatruciu gleby. Jedyna nadzieja w potężnych płucach Smoka. 

Podszedł do telefonu i wykręcił numer Smoczej Jamy. Po chwili w słuchawce rozległ 

się zaspany głos jej mieszkańca: 

- Proszę... 

- Cześć, stary, tu Baltazar. Przepraszam, że budzę cię tak wcześnie, ale czy wiesz, co się 

dzieje? 

-  Nie  widzę,  bo  jeszcze  mam  oczy  zamknięte,  ale  czuję,  że  strasznie  coś  śmierdzi.  I 

głowa mnie boli. 

- Mnie też - rzekł profesor. - Trudno oddychać tym powietrzem. Może byś spróbował 

dmuchnąć... 

- Z przyjemnością - odparł Smok. - Ale dawno już tego nie robiłem i nie wiem, czy dam 

radę. 

- Nie bądź taki skromny - uśmiechnął się uczony. - Ale chciałbym być przy tym. 

- Dlaczego? 

- Żeby zebrać materiał do pracy, jaką mam zamiar napisać. 

- Cóż to będzie? 

-  Artykuł  do  pisma  „Aura”  na  temat  nowych  metod  w  walce  z  zanieczyszczeniem 

środowiska. 

- Wobec tego bierz taksówkę i przyjeżdżaj do mnie. A ja przez ten czas zjem śniadanie 

i wykonam kilka ćwiczeń. 

Gdy profesor zajechał przed Jamę, Smok zamknął drzwi na klucz i wywiesił na nich 

kartkę:  

„Wyszedłem służbowo. Wracam w południe. Przepraszam”. 

-  Jestem  gotów  -  powiedział  do  przyjaciela.  -  Pójdziemy  na  kopiec  Kościuszki,  bo 

stamtąd będzie najlepiej dmuchać. 

W drodze na kopiec  Gąbka poinformował Smoka o negatywnym  wyniku badań nad 

baltazaronem. 

- Nie ma powodu do zmartwień - rzekł Smok. - Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby 

różni faceci, w stylu Największego Deszczowca lub pana Mżawki, dowiedzieli się, że mamy 

środek na nieśmiertelność. Zaraz chcieliby zagarnąć ten wynalazek dla siebie i zrobiłaby się 

draka nie z tej ziemi. 

background image

- Obawiam się, że właśnie najbardziej z tej ziemi - wtrącił profesor. - Strach pomyśleć, 

do jakich wojen doszłoby na świecie. To jasne. Ludzie potrafią się mordować o byle co. 

- Niestety  - westchnął  uczony.  - Ja też o tym  myślałem  i  doszedłem do tego samego 

wniosku.  Ale  wyobraź  sobie,  że  przy  sposobności  dokonałem  niespodziewanego  odkrycia. 

Otóż baltazaron w połączeniu z benzyną tworzy związek usuwający szkodliwe działanie spalin 

samochodowych. Co ty na to? 

Usłyszawszy tę nowinę, Smok stanął jak wryty. 

-  I  ty  to  mówisz  tak  spokojnie?  -  zawołał  z  przejęciem.  -  Przecież  to  genialny 

wynalazek! Wiesz przecież, jak spaliny niszczą ludzkie zdrowie. Chodź, niech cię uściskam! 

Nie zważając na zdziwienie mijających ich ludzi, Smok objął przyjaciela i serdecznie 

go wycałował. 

- Zasłużyłeś na Nagrodę Nobla! Niech mnie kaczka kopnie, jeżeli jej nie dostaniesz. Już 

moja w tym głowa! 

- Wpadłem na to zupełnie przypadkowo - rzekł profesor. 

-  Cóż  z  tego?  Zawsze  nam  mówiłeś,  że  najważniejsze  odkrycia  powstawały 

przypadkiem, 

- Ale w dalszym ciągu nie mam pojęcia, dlaczego my żyjemy tak długo. 

-  I  na  to  przyjdzie  czas.  Zresztą  to  nie  jest  takie  ważne.  Ostatecznie  jest  nas  tylko 

czterech, a na świecie są miliony samochodów, które odtąd nie będą zatruwać powietrza! 

Stanąwszy na szczycie kopca, obaj przyjaciele spojrzeli na zadymione miasto. Wisiała 

nad nim warstwa rudej mgły, w której ginęły wieże Wawelu i licznych kościołów. Złowrogi 

tuman toczył się powoli, ale groźnie, w kierunku kopca, którego wierzchołek tkwił jeszcze w 

stosunkowo czystym powietrzu. 

- Nie można tracić czasu - rzekł Smok. - Wróg nadchodzi... 

I wzorem starożytnych wojów jął urągać przeciwnikowi, obsypując go obelgami, które 

pominiemy taktownym milczeniem z uwagi na to, że książka ta przeznaczona jest w zasadzie 

dla  młodocianych  czytelników,  zaś  autor  nie  chce  wejść  w  konflikt  z  redaktorami 

Wydawnictwa. 

W trakcie tej perory ściągnął koszulę i odsłonił swój atletyczny tors, pokryty drobną, 

srebrzystą łuską. Jednocześnie stanął w rozkroku i oparł się na mocno wyprężonym ogonie. 

-  Mój  drogi  -  zwrócił  się  do  Gąbki.  -  Obiecaj  mi,  że  jeżeli  sprawa  się  nie  uda,  nie 

piśniesz nikomu ani słowa. Smok na moim stanowisku nie może się skompromitować. 

- Na pewno dasz radę - zapewnił go Baltazar. - Wiem, co potrafisz. 

Był już najwyższy czas na rozpoczęcie akcji. Bure dymy pokryły znaczną część Błoń 

background image

rozciągających się między miastem a kopcem. 

Z każdym oddechem pierś Smoka potężniała i w końcu stała się podobna do olbrzymiej 

cysterny. Gąbka, choć znał Smoka od dawna, nigdy nie widział go w równie wspaniałej postaci. 

Takich rozmiarów potwór nie osiągnął nawet w czasie gaszenia wielkiego pożaru na Kleparzu. 

Profesor pożałował, że nie wziął z sobą aparatu fotograficznego. Cóż by to było za zdjęcie! 

Widząc  jednak,  że  przyjaciel  nie  przestał  wciągać  powietrza,  zaniepokoił  się  nie  na  żarty  i 

krzyknął głośno: 

- Dość już, dość! Uważaj, bo trzaśniesz! Smoczysko doszło widocznie do tego samego 

wniosku,  gdyż  nagle  rozległ  się  przeraźliwy  gwizd  wylatującego  mu  z  paszczy  powietrza. 

Gwizd ten przeszedł natychmiast w ryk startującej eskadry odrzutowców. Gwałtowny huragan 

runął w kierunku miasta, przyginając do ziemi nawet największe drzewa. Zerwane z nich liście 

zawirowały jak wielkie stada ptaków, a z dróg uniosły się kłęby kurzu. 

Tymczasem  Smok,  wypuściwszy  z  płuc  resztki  powietrza,  powrócił  do  normalnych 

rozmiarów i wielką, kraciastą chustką otarł swe czoło z potu. 

- Patrz, co się dzieje - zawołał podniecony profesor i wyciągnął rękę ku miastu. 

Wicher dmący z piersi potwora spowodował gwałtowne zawirowanie ciemnej chmury 

dymu i pyłów. Przez dłuższą chwilę toczyła się walka dwóch prądów powietrza, podobna do 

walki jednakowo silnych przeciwników. Ale jeden z nich okazał w końcu swą przewagę. Sina 

płachta smogu poczęła się z wolna rwać na strzępy i cofać ku wschodowi. Na oczyszczonym 

niebie znów pojawiło się słońce. Pokonany wróg przycupnął do ziemi i coraz szybciej znikał za 

horyzontem. W przejrzystym powietrzu zalśniły bielą bloki osiedli mieszkaniowych, a wieże 

Wawelu błysnęły jasną zielenią hełmów. Na południu zarysowała się zębata grań Tatr. 

Baltazar Gąbka podskakiwał z radości jak małe dziecko. 

-  Zwycięstwo!  Wspaniałe  zwycięstwo  -  wołał  z  entuzjazmem.  -  Czegoś  podobnego 

nigdy w życiu nie widziałem. Przeszedłeś samego siebie! 

- Nie byłem wcale pewny, że pójdzie mi tak gładko  -  przyznał  Smok,  zadowolony z 

pochwały. 

- Po raz pierwszy od naszego przyjazdu zobaczyłem Tatry - rzekł zdumiony profesor. – 

Z Grodu Kraka widywaliśmy je codziennie. 

- No cóż, wtedy powietrze było lepsze. 

Na te słowa Baltazar stanął i chwycił Smoka za rękę. 

- Czekaj, czekaj. Może właśnie to wspaniałe powietrze jaskini pozwoliło nam przetrwać 

w  zdrowiu  przez  tyle  lat?  A  czy  pamiętasz,  że  przed  zaśnięciem  napiliśmy  się  wody  z 

podziemnego źródła? 

background image

- Pamiętam. Tak czystej i smacznej wody nigdy nie piłem. Gąbka rozpromienił się: 

-  Dobra  woda  i  dobre  powietrze  to  przecież  podstawowe  warunki  zdrowia!  Takich 

warunków nie mieliśmy nawet w Grodzie Kraka. Bądź co bądź, to także było miasto. - Fakt, że 

tak zwany baltazaron nie zapewnia nieśmiertelności, wynika po prostu z tego, że przez długie 

wieki powietrze na ziemi bardzo się zepsuło. Nawet w jaskiniach Giewontu nie jest już takie jak 

za naszych czasów. Jakie to proste! 

- Każde wielkie odkrycie jest w zasadzie proste - rzekł 

Smok z filozoficzną zadumą. 

Wróciwszy  do  śródmieścia,  dowiedzieli  się,  że  potężny  dech  rozkołysał  wszystkie 

dzwony  kościelne  i  spowodował  chwilowe  zakłócenie  w  programie  telewizyjnym.  W  kilku 

najwyższych budynkach wyleciały szyby z okien. Wieść o sukcesie rozbiegła się po mieście 

lotem błyskawicy. Uradowani mieszkańcy urządzili spontaniczną manifestację, w czasie której 

na  cześć  bohatera  odśpiewano  „Sto  lat”.  Studenci  przybyli  z  transparentami:  „Niech  żyje 

Smok” i „Precz ze smogiem”! Wieczorem w Smoczej Jamie zjawił się sam Prezydent Miasta, 

aby na piersi jej gospodarza przypiąć honorową odznakę, wykonaną z 24-karatowego złota! Do 

późnych  godzin  na  ulicach  panował  niezwykle  ożywiony  ruch.  Ludzie  oddychali  z  ulgą 

świeżym i czystym powietrzem. 

A profesor, wróciwszy do domu, nakreślił na kartce papieru wiekopomny wzór, który 

przeszedł do historii pod nazwą WZORU BALTAZARA. Wyglądał zaś następująco: 

CP + CW = Z 

Czyli: Czyste powietrze + Czysta Woda = Zdrowie. 

W tym samym czasie na lotnisku Orły pod Paryżem wylądował samolot AIR FRANCE, 

którym przylecieli trzej znani nam dobrze panowie: Sally, Billy i Pietruszka. 

background image

Rozdział XVI 

CO TO BYŁO?... 

 

Zajęci  ważnymi  sprawami,  zapomnieliśmy  prawie  zupełnie  o  mistrzu  Bartolinim,  z 

czego jednak nie wynika, by nie był on osobistością ważną i sławną. Chcemy więc naprawić ów 

błąd, aby nie zasłużyć na miano niewdzięcznych i niesprawiedliwych. 

Restauracja  „U  Bartoliniego”  z  każdym  dniem  ściągała  coraz  większą  liczbę  gości, 

którzy chwalili sobie świetne jedzenie i nie mniej świetną obsługę. Prócz mieszkańców miasta 

korzystali z niej zagraniczni turyści, chcący popróbować specjałów polskiej kuchni. A należały 

do nich m.in. ziemniaki pieczone w prawdziwym ognisku, żytni razowy chleb oraz gryczana 

kasza z kwaśnym mlekiem. Szef lokalu, w myśl przysłowia, że „pańskie oko konia tuczy”, sam 

doglądał  wszystkiego, pilnując smaku potraw i  napojów. Z tego też powodu wyglądał  coraz 

lepiej i, co za tym idzie, ważył coraz więcej. Aby schudnąć, sprawił sobie rower i w wolnych od 

pracy chwilach jeździł na nim po okolicach Krakowa. Ulubionym celem jego wycieczek stał” 

się Ojców, pełen pięknych skał i jaskiń. Jeździł też pan Bartłomiej na Bielany, a raz dotarł do 

Myślenic, gdzie z największą rozkoszą chlapał się w czystej wodzie Raby. 

Pewnej  niedzieli  wybrał  się  nasz  bohater  do  Tyńca,  leżącego  nie  opodal  Krakowa, 

chcąc  obejrzeć  słynne  opactwo,  o  którym  czytał  w  książce  Henryka  Sienkiewicza  pt. 

„Krzyżacy”.  Pogoda  była  piękna,  toteż  pedałując  zawzięcie,  śpiewał  na  głos  swą  ulubioną 

piosenkę o babie, która miała koguta i wsadziła go do buta. Gdy zaczynał następną zwrotkę: „O 

mój miły kogucie, jakże ci tam w tym bucie”, spostrzegł, że znalazł się nagle w cieniu czegoś, 

co  było  podobne  do  ogromnego  ptaka,  sunącego  bezszelestnie  tuż  nad  drogą.  Odruchowo 

podniósł głowę i zauważył, że ptak trzyma w szponach człowieka, rozpaczliwie machającego 

nogami! Widok ten tak go przeraził, że stracił panowanie nad kierownicą i gruchnął na szosę, 

nie zdążywszy nawet krzyknąć „mamma mia!” Po wykonaniu iście cyrkowego salta znalazł się 

w rowie pełnym wody po niedawnych deszczach. Tymczasem wielkie ptaszysko wylądowało z 

drugiej strony drogi, widocznie z zamiarem zaatakowania nowej ofiary. Nieszczęsny Bartolini 

zrozumiał, że oto nadeszła ostatnia chwila jego życia. Siedząc w wodzie po szyję, oczekiwał na 

atak potwora, który zapewne czaił się już do skoku. Nagle rozległ się ludzki głos: 

- Bardzo pana przepraszam, ale to naprawdę nie moja wina. 

Gdy zdumiony rowerzysta odważył się na otwarcie oczu, ujrzał przed sobą młodego, 

najwyżej  piętnastoletniego  chłopca,  który  przyglądał  się  mu  z  wyraźnym  współczuciem  w 

niebieskich oczach. 

-  Czy  stało  się  panu  coś  złego?  -  zapytał  chłopiec,  przybrany  w  żółty  kombinezon  i 

background image

czerwony plastikowy hełm. 

- Co... co to było? - wyjąkał Bartłomiej. - Gdzie jest ten ptak? 

- Jaki ptak? 

- Ten, który niósł cię w szponach. Chłopiec roześmiał się serdecznie. 

- To nie żaden ptak, tylko lotnia. Leży na łące... Dopiero teraz kucharz zdecydował się 

na opuszczenie mokrej kryjówki. 

- Ale napędziłeś mi strachu - rzekł z ulgą. - Myślałem, że już po mnie. 

Okazało  się,  że  łąka  stanowiła  lądowisko  dla  lotniarzy,  startujących  z  niedalekiego 

wzgórza. Chłopiec nazywał się Tomek i był uczniem technikum mechanicznego. Widząc, że 

rowerzyście  nie  stało  się  nic  złego,  pokazał  mu  swą  lotnię,  która  została  wykonana  w 

klubowym warsztacie. 

- Jeszcze tylko kilka lotów i będę miał dyplom - pochwalił się z dumą. - A potem wezmę 

udział w międzyszkolnych zawodach. Nasz instruktor latał już nawet z samego Giewontu. Zna 

pan Giewont? 

- Ho, ho, jeszcze jak - rzekł Bartolini i pożegnawszy się z chłopcem, ruszył w dalszą 

drogę. 

Od  tego  czasu  mistrz  Bartłomiej  o  niczym  nie  marzył  goręcej,  jak  o  lotniarstwie. 

Zgodnie z zasadą, że naprzód należy opanować teorię, zaopatrzył się w podręczniki i następne 

wieczory poświęcił na ich dokładne studiowanie. W tajemnicy przed przyjaciółmi postanowił 

bowiem, iż nie spocznie, dopóki nie poleci z wieży Mariackiej na kopiec Krakusa. Wyczynu 

tego chciał dokonać dla uczczenia urodzin księcia, który to dzień przypadał za kilka tygodni. 

 

* * * 

Tymczasem były władca, również w tajemnicy przed przyjaciółmi, przygotowywał się 

do egzaminu doktorskiego z historii sztuki. Mieszkanie jego, znajdujące się w południowym 

skrzydle  zamku,  przypominało  księgarnię  lub  bibliotekę.  Prócz  książek  były  w  nim  liczne 

rzeźby, ryciny i obrazy, które Krak troskliwie odkurzał przy pomocy miotełki z piór kogucich. 

W  kącie  gabinetu  stał  kolorowy  telewizor,  ofiarowany  przez  uczniów  Liceum 

Ogólnokształcącego noszącego jego imię. Choć wartość posiadanych przez księcia dzieł sztuki 

wynosiła setki tysięcy złotych, Krak najbardziej sobie cenił drobną pamiątkę z czasów swego 

panowania.  Był  to  maleńki  kordzik  z  damasceńskiej  stali,  o  srebrnej  rękojeści  wykładanej 

bursztynem. W dawnych czasach książę stale zabierał go z sobą udając się na polowanie do 

Puszczy  Niepołomickiej.  Ilekroć  spojrzał  na  niego,  przypominał  sobie  dawne  czasy,  gdy 

wieczorami zasiadał przy ognisku, aby w gronie towarzyszy omawiać myśliwskie przygody. 

background image

Puszcza Niepołomicka wyglądała wtedy jak ogromne, zielone morze pełne wiekowych 

drzew,  wśród  których  królowały  imponujące  swą  potęgą  dęby.  W  myśl  książęcego 

rozporządzenia nie wolno było ich ścinać. Pokonane przez czas olbrzymy same waliły się na 

ziemię w przeraźliwym trzasku pękających konarów. Nad głębokimi jeziorkami, zarastającymi 

po brzegach tatarakiem, unosiły się stada dzikich kaczek. Nocami wisiało nad Puszczą niebo 

usiane  tysiącami  gwiazd.  W  słoneczne  dni  niosły  się  światem  zapachy  wszelakich  roślin  i 

nieustający brzęk pszczół, znoszących kwietny pył do leśnych barci. Ze zbieranego tu miodu 

sporządzano napój zwany książęcym, którym Krak częstował gości, przybywających do niego 

z  dalekich  krain.  Wśród  gości  tych  zdarzali  się  nawet  kupcy  z  tajemniczego  Wschodu, 

przywożący  drogie  kamienie,  wonne  olejki,  smaczne  przyprawy  i  lśniące  złotymi  nićmi 

tkaniny. Niektórzy z nich, wyróżniający się żółtą cerą i skośnymi oczyma, opowiadali cuda o 

Kraju  Wielkiego  Smoka,  co  szczególnie  interesowało  mieszkańca  jaskini  pod  Wawelem. 

Większość tych przybyszów ciągnęła do  grodu szerokim, piaszczystym  traktem, biegnącym 

przez Puszczę ze wschodu na zachód. Jedna z książek, zalegających biurko księcia, miała na 

okładce  fotografię  starożytnej  figurki,  która  dziwnie  przypominała  postać  współczesnego 

kosmonauty.  Podobieństwo  to  wynikało  przede  wszystkim  z  kulistego  nakrycia  głowy, 

zaopatrzonego w dwa duże okrągłe okienka. Spoglądając na ową okładkę książę przypomniał 

sobie  pewne  zdarzenie  z  czasów  swych  dawnych  polowań.  Zapędziwszy  się  głęboko  w 

puszczę, spotkał pustelnika, który przebywał tam od niepamiętnych lat. Był to człowiek tak 

stary,  iż  pamiętał  najstarsze  drzewa  jako  młodziutkie  i  wątłe  roślinki.  Częstując  Kraka 

brzozowym sokiem i korzonkami w kruchym cieście, opowiedział mu o zdarzeniu, którego był 

świadkiem  wkrótce  po  zamieszkaniu  nad  leśnym  jeziorkiem.  Pewnego  dnia,  gdy  wracał 

wieczorem  do  domku  zbudowanego  z  kory  leśnych  olbrzymów,  spostrzegł  na  niebie  jakiś 

wielki krąg, który początkowo wydał mu się wschodzącym księżycem.  Po chwili zrozumiał 

swą  pomyłkę,  gdyż  rzekomy  księżyc,  przybrawszy  jaskrawo-pomarańczowe  zabarwienie, 

gwałtownie się obniżył i zawisł kilka metrów nad ziemią. Z tak niewielkiej odległości dziwny 

ten  przedmiot  przypominał  dwa  sklejone  z  sobą  talerze,  zaopatrzone  w  szereg  okrągłych 

otworów, podobnych do okienek. Wystraszony pustelnik schował się w swym domku i tylko 

przez szpary spoglądał na niezwykłe zjawisko. Nie wydając żadnego dźwięku, jaśniejący krąg 

łagodnie spoczął na trawie, nie opodal jeziorka. Po upływie piętnastu minut pustelnik ujrzał 

czterech  ludzi,  którzy  opuścili  swój  pojazd  i  poczęli  ostrożnie  kroczyć  w  kierunku  wody. 

Ubrani byli w białe, obcisłe stroje, na głowach zaś mieli duże kuliste hełmy. Gdy doszli nad 

brzeg jeziorka, zatrzymali się, a jeden z nich, zrzuciwszy swe ubranie, zanurzył się w nim po 

szyję. W chwilę potem jego towarzysze uczynili to samo i cała czwórka poczęła broić w wodzie 

background image

na wzór kąpiących się dzieciaków. Potężnie wystraszony, ale i ciekawy pustelnik nie spuszczał 

z nich oczu. Po kąpieli dziwni przybysze wrócili do wnętrza maszyny, która powoli uniosła się 

w powietrze. Przez jakiś czas wisiała nieruchomo nad jeziorem, następnie zaś przybrała kolor 

zielony i błyskawicznie zniknęła pomiędzy zaróżowionymi przez słońce obłokami. Dopiero na 

drugi  dzień  mieszkaniec  leśnego  domku  odważył  się  zbliżyć  do  miejsca,  na  którym  stał 

tajemniczy  pojazd.  Jego  zdumienie  nie  miało  granic,  gdy  spostrzegł  duży  krąg  wypalonej 

trawy. Grzebiąc w niej kijem znalazł małą, metalową kulkę, pokrytą czerwonawym nalotem. 

Na pytanie Księcia, co się z ową kulką stało, starzec przyniósł szkatułkę, mieszczącą 

cały jego skarb w postaci kilku starych monet, grzebienia z kości mamuta oraz zegarka marki 

„Omega”.  Znaleziony  przedmiot  ofiarował  księciu  na  pamiątkę  spotkania  i  na  dowód 

prawdziwości swoich słów. 

- Jak myślisz, panie - powiedział wtedy pustelnik. - Co to było? 

-  Nie  wiem  -  odparł  szczerze  władca.  -  Naprawdę  nie  wiem.  Pierwszy  raz  w  życiu 

słyszę, żeby talerze latały... 

Wróciwszy  do  grodu  Krak  schował  kulkę  w  skarbcu  i  wkrótce  zupełnie  o  niej 

zapomniał. 

Obecnie, wspomniawszy swe spotkanie z pustelnikiem, książę pomyślał z żalem: 

-  Jaka  szkoda,  że  nie  mam  jej  przy  sobie  dziś,  gdy  coraz  więcej  mówi  się  i  pisze  o 

„latających talerzach”. Dziwny jest ten świat, dziwny i wciąż jeszcze tajemniczy, choć ludzie 

tyle już tajemnic wyjaśnili... 

Do późnej nocy w pokoju  paliło  się światło. Książę kończył  bowiem  swą doktorską 

pracę  pt.  „Smok  Wawelski  (Draco  Cracoviensis)  -  jedyny  w  dziejach  świata  przedstawiciel 

smoków człekokształtnych, i jego wyobrażenia w sztuce pierwotnych Słowian”. 

W tym samym czasie profesor Gąbka pisał artykuł o nowym zastosowaniu baltazaronu, 

a Bartolini studiował trzeci z kolei podręcznik lotniarstwa. Ciemno było jedynie w Smoczej 

Jamie, gdyż jej lokator miał zwyczaj zasypiać już o dziewiątej wieczorem. I to bez względu na 

porę roku. 

background image

Rozdział XVII 

FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY 

 

Wkrótce po przylocie do Paryża Joe pożałował, że przed wyruszeniem na wyprawę nie 

zasięgnął porady astrologów. Wszystko bowiem wskazywało na to, iż przedsięwzięcie zaczęło 

się pod złą gwiazdą. Jako pirat z dziada pradziada, Pietruszka był przesądny i wierzył, że nic się 

nie dzieje bez woli gwiazd i planet. Tym razem jednak zlekceważył rady swej małżonki, która 

namawiała go, aby przed powzięciem ostatecznej decyzji zwrócił się do Zespołu Astrologów z 

żądaniem  opracowania  horoskopu.  Ogarnięty  pragnieniem  jak  najszybszego  zrealizowania 

swych  planów,  obawiał  się,  że  każdy  dzień  zwłoki  może  mieć  nieobliczalne  następstwa. 

Machnął więc ręką, powiedział, że jakoś to będzie, i dał rozkaz wyjazdu. 

Pierwsze  niepowodzenie  spotkało  go  na  morzu.  Był  nim  bunt  załogi.  Drugi  cios 

dosięgną! go w Paryżu. Okazało się bowiem, że kochany wujaszek Billy’ego został skazany na 

dziesięć lat więzienia za obrabowanie banku. Nie było więc od kogo pożyczyć pieniędzy na 

dalszą podróż. 

Nie mogąc opłacić miejsca w hotelu, trójka łotrzyków przenocowała na trawie w Lasku 

Bulońskim.  Noc  była  chłodna,  a  trawa  wilgotna,  toteż  nad  ranem  pechowi  podróżnicy 

wyglądali jak z krzyża zdjęci. Za resztę pieniędzy zdobytych ze sprzedaży helikoptera zjedli 

skromne śniadanie, złożone z talerza zupy cebulowej i kawałka suchego chleba. 

- Musimy pomyśleć o jakimś uczciwym zarobku - rzekł Joe, wysączywszy resztki zupy. 

- Może zgłosimy się do pracy w Halach Targowych - zaproponował Billy. 

Pietruszka spojrzał na niego z pogardą. 

- Głupi jesteś! Myślę o uczciwym zarobku. Trzeba oskubać jakiegoś faceta albo zrobić 

skok na bank. 

- To zbyt ryzykowne - rzekł Sally. 

- Jeżeli cię strach obleciał, wracaj do domu. Nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej! 

Przez szyby knajpki, w której toczyła się rozmowa, widniała strzelista sylwetka słynnej 

wieży Eiffla. 

- Mam pomysł - powiedział Billy. - Chodźmy pod wieżę Eiffla, tam zawsze kręci się 

mnóstwo bogatych turystów. Być w Paryżu i  nie wjechać na wieżę to  tak samo,  jak być w 

Barpiwonii i nie ujrzeć jej słynnego władcy! 

-  Nareszcie  powiedziałeś  coś  mądrego  -  przyznał  łaskawie  Pietruszka.  - Choć  muszę 

stwierdzić, że ostatnio zdarza ci się to dość rzadko. 

W niespełna godzinę później Joe i jego podwładni siedzieli już przy stoliku wytwornej 

background image

kawiarni w towarzystwie pana Johna Samuela Róllmopsa, człowieka wielkiej tuszy i równie 

wielkiego  majątku.  Mr  Rollmops,  właściciel  ogromnych  pól  naftowych  w  stanie  Teksas, 

przebywał w Paryżu dopiero od dwóch dni. Zawarcie znajomości z nim było dziecinnie łatwe. 

John Samuel stał przy swym luksusowym samochodzie marki Pontiak i z cielęcym zachwytem 

wpatrywał się w wieżę Eiffla, której strzelista i koronkowa sylwetka rysowała się ostro na tle 

białych  obłoków.  Przechodząc  koło  zapatrzonego  turysty  Pietruszka  potrącił  go  i  uniósłszy 

kapelusza, powiedział uprzejmie: 

- I am sorry, przepraszam. 

- Nie szkodzi - odparł potrącony, nie odrywając wzroku od wieży. 

Joe zatrzymał się. 

- Ładna, co? 

-  Wspaniała  -  rzekł  John  Samuel.  -  Szkoda  że  nie  można  jej  kupić  i  przewieźć  do 

Teksasu. 

- Dlaczego nie? Wszystko można kupić i sprzedać. 

- W zasadzie tak - przyznał pan Rollmops. - Ale rząd francuski nie sprzeda jej za żadną 

cenę. Cóż byłby wart Paryż bez tej wieży? 

- Rząd nie ma tu nic do gadania - rzekł Pietruszka. - Wieża jest własnością prywatną, o 

czym wie każde dziecko w Paryżu. 

- Niemożliwe! 

-  Ale  prawdziwe  -  ciągnął  Pietruszka,  mrugając  porozumiewawczo  do  swych 

zdumionych  towarzyszy.  -  Ma  pan  wielkie  szczęście,  gdyż  to  ja  jestem  jej  właścicielem. 

Byłbym szczęśliwy, gdyby zechciał pan przyjąć moje zaproszenie na drinka. Opowiem, w jaki 

sposób się to stało. 

Billy pociągnął szefa za rękaw marynarki. 

- Zwariowałeś? Przecież nie mamy złamanego grosza. 

- Nic się nie bój - odparł szeptem Pietruszka. - Wiem dobrze, co robię. 

Przy  butelce  najlepszego  koniaku  bogaty  nafciarz  dowiedział  się,  iż  Joe  wygrał 

niedawno  proces  z  rządem  francuskim  i  na  mocy  wyroku  sądowego  stał  się  właścicielem 

wieży,  jako  jedyny  z  żyjących  jeszcze  potomków  jej  konstruktora.  Przy  drugiej  butelce  mr 

Rollmops wyznał, że od dawna marzy o tym, aby kupić to cudo techniki z końca XIX wieku, 

rozebrać je i przewieźć do swego rodzinnego miasta Las Vegas. 

-  To  świetny  biznes  -  powiedział  swym  nowym  znajomym,  do  których  czuł  coraz 

większą sympatię. - Same bilety wstępu pokryją w ciągu roku koszty transportu. Ze szczytu 

będzie  można  skakać  na  spadochronie,  oczywiście  za  odpowiednią  opłatą.  Na  każdym 

background image

spadochronie będzie napis: The Rollmops Petroleum  Company! Wyobrażacie sobie, jaka to 

reklama? Samobójczy skok bez spadochronu będzie kosztować dwa razy więcej. Na szczycie 

zainstaluję dyskotekę, obserwatorium spodków latających i wyrzutnię rakiet ziemia-powietrze! 

Przy  trzeciej  butelce  szlachetnego  napoju  Pietruszka  zaznaczył  mimochodem,  że  od 

pewnego czasu nosi się z myślą sprzedania wieży i chodzi mu tylko o to, aby obiekt taki dostał 

się  w  godne  ręce.  Sam  zaś  zamierza  spędzić  resztę  życia  w  tybetańskim  klasztorze  na 

uprawianiu ćwiczeń jogi. 

Przy  czwartej  i  ostatniej  flaszce  obaj  panowie  dobili  targu.  Uszczęśliwiony  nafciarz 

wypisał czek na śmieszną sumę miliona dolarów i wręczył go Pietruszce. 

- Pośpiesz się, bo za godzinę zamykają banki i musiałbyś czekać do jutra. 

Słów tych nie trzeba było Joemu powtarzać. Zerwał się z miejsca i rzekł: 

- Pozwól, że skorzystam z twojego wozu, będzie szybciej. A Billy i Sally zostaną tu w 

charakterze zakładników. 

Milioner roześmiał się. 

- Okey, ale to zupełnie niepotrzebne. Zbyt dobrze z oczu ci patrzy. Wracaj szybko, a my 

przez ten czas zjemy sobie po porcji lodów z rodzynkami. 

Każdy czytelnik sensacyjnych powieści domyśli się łatwo, że korzystając z nieuwagi 

mr Rollmopsa, Billy dosypał mu do lodów dużą porcję środka nasennego, jaki nosił przy sobie 

na  wszelki  wypadek.  Po  kilku  minutach  łatwowierny  nafciarz  z  Teksasu  zasnął  głęboko, 

złożywszy  swą  głowę  na  marmurowym  blacie  stolika.  Wówczas  Billy  i  Sally  wynieśli  się 

dyskretnie z kawiarni, zabierając sobie na pamiątkę jego książeczkę czekową, elektroniczny 

zegarek i złotą spinkę z krawata. W ostatniej chwili Sally wyrwał z notesu kartkę, narysował na 

niej rumaka i położył ją na stoliku. Chodziło oczywiście o to, żeby milioner po przebudzeniu 

się  nie  miał  żadnych  wątpliwości,  że  zrobiono  go  „w  konia”.  Następnie  cała  trójka  zajęła 

miejsca w pontiaku 

i pognała do banku, aby zamienić czek na potężną pakę dolarów. 

Późnym wieczorem czarny samochód z trzema pasażerami opuścił terytorium Francji i 

z szybkością 200 km na godzinę pomknął autostradą ku wschodowi. 

- Szefie - powiedział sennym już głosem Billy - to jest pierwszy dzień w moim życiu, 

kiedy  nie  miałem  w  ustach  nic  konkretnego  prócz  zupy  cebulowej,  koniaku  i  lodów  z 

rodzynkami. 

Pietruszka zaśmiał się. 

- A o suchym chlebie zapomniałeś? 

Nie usłyszał jednak odpowiedzi, gdyż obaj pomocnicy spali już snem sprawiedliwych 

background image

rzezimieszków. Pietruszka dodał gazu i pomyślał: 

- Fortuna kołem się toczy. A nawet czterema kołami! 

- I zadowolony ze swego dowcipu, zaśpiewał na cały głos: 

 

Raz pewien pirat w barze pił  

rum złoty prosto z beczki,  

a gdy już całkiem opadł z sił,  

powiedział do córeczki:  

córeczko ma, cierpliwa bądź,  

bo jadę na kraj świata -  

i odtąd dziewczę czeka wciąż  

na powrót taty-pirata. 

background image

Rozdział XVIII 

RAJ NA KÓŁKACH 

 

Drogą  wiodącą  ku  ruinom  starożytnego  klasztoru  w  Zagórzu  sunęło  czterech 

rowerzystów. Jeżeli napiszemy, że jeden z nich odznaczał się śnieżnobiałą czapą kucharską, nie 

będziemy musieli wyjaśniać, kim byli pozostali członkowie grupy. Czytelnicy tej książki nie są 

bowiem  jołopami,  którym  wszystko  trzeba  kłaść  łopatą  do  głowy.  Dzięki  temu  autor 

zaoszczędzi sobie roboty, a Wydawnictwo papieru. 

Należy jednak wyjaśnić sprawę owych ruin oraz powód, dla którego czwórka przyjaciół 

dosiadła rowerów, obciążonych przymocowanymi do bagażników plecakami. 

Resztki obronnego niegdyś klasztoru w Zagórzu wznoszą się na pagórku, oblanym z 

trzech  stron  wodami  Osławy.  Ta  szeroka  i  płytka  rzeka,  usiana  ogromną  ilością  płaskich 

kamieni, stanowi dopływ Sanu. Jej źródła znajdują się w pobliżu południowej granicy kraju, 

wśród gęsto zalesionych gór, pokrytych mieszanym lasem. Nie trzeba więc być detektywem w 

rodzaju  porucznika  Colombo,  aby  się  domyślić,  że  czterej  rowerzyści  wybrali  się  na 

krajoznawczą  wycieczkę  korzystając  z  pięknej  pogody,  jaka  zapanowała  w  drugiej  połowie 

sierpnia. Jeden rzut oka na imponujące swą wielkością plecaki wyjaśni nam w dodatku, że nie 

był to zwykły spacer za miasto, tylko wyprawa zaplanowana na dłuższy czas. 

Jakoż tak było w istocie. Nasi przyjaciele doszli zgodnie do wniosku, że nie ma sensu 

siedzieć w mieście, podczas gdy większość jego mieszkańców spędza wakacje w górach lub 

nad morzem. 

Przykład  Bartłomieja,  który  z  zapałem  odbywał  rowerowe  wycieczki,  podziałał 

zaraźliwie na resztę jego kolegów. Wszyscy zaopatrzyli się w rowery i rozpoczęli trening po 

nadwiślańskich bulwarach. Po kilku dniach jeździli już tak dobrze, że mogliby się odważyć na 

wzięcie udziału w Wyścigu Pokoju. 

- Musimy obmyślić jakąś ciekawą trasę - rzekł Gąbka. 

- Jedźmy nad morze - zaproponował Smok. Bartolini lekko się skrzywił: 

- To za daleko. Lepiej wybierzmy się w Bieszczady. 

- A co to takiego? - zapytał Krak. 

- To piękne góry, pełne lasów i czystych potoków. 

- Stęskniłem się już za czystą wodą - westchnął Smok. - Gdy patrzę na tę czarną Wisłę, 

robi mi się czarno na duszy... 

- Płynie tam rzeka zwana Sanem - ciągnął Bartolini. - A w górach są wielkie łąki, na 

których pasą się stada owiec. Czytałem o tym w pewnej książce, tylko nie pamiętam jej tytułu. 

background image

Przygotowania do wyprawy nie zajęły zbyt wiele czasu. Nie była to bowiem wyprawa 

do Krainy Deszczowców ani też ekspedycja mająca na. celu odnalezienie siedziby mypin-gów. 

Chodziło tylko o miłe spędzenie dwóch tygodni urlopu. 

Teraz już wiemy, dlaczego nasza czwórka znalazła się w okolicy Zagórza. Wytrawni 

podróżnicy  przyjechali  pociągiem  do  Sanoka,  a  następnie  przesiedli  się  na  rowery.  Odtąd 

jedynym środkiem komunikacji miały być dla każdego z nich dwa kółka... 

-  Nie  ma  to  jak  rower  -  cieszył  się  profesor.  -  Jedziesz  sobie,  człowieku,  po  dobrej 

drodze,  rozglądasz  się  dokoła  i  słuchasz,  jak  ptaszki  śpiewają.  A  najważniejsze,  że  się  nie 

śpieszysz. Pośpiech to największe utrapienie ludzkości. 

- Baltazarek nawet na wycieczce myśli o ludzkości - zażartował dr Krak. 

(Uwaga dla pana składacza: Autor wcale się nie pomylił stawiając te dwie skromne, ale 

jakże wymowne literki „dr”. Trzeba bowiem wiedzieć, iż Krak zaledwie przed trzema dniami 

otrzymał  promocje  doktorską  na  Uniwersytecie  Jagiellońskim.  W  dzisiejszych  czasach 

doktorat ma znacznie większe znaczenie niż godność książęca). 

- Cóż w tym  dziwnego?  -  odparł  Gąbka.  -  Człowiekiem  jestem  i  nic,  co ludzkie, nie 

może mi być obojętne. 

Było  późne  popołudnie.  Promienie  słońca  złociły  bliskie  już  mury  klasztoru,  nad 

którymi  wisiało  kilka  obłoków,  podobnych  do  owiec  pasących  się  na  lazurowej  łące  nieba. 

Powietrze pachniało nagrzaną żywicą sosen, miętą i macierzanką. Z pobliskiego gospodarstwa 

dolatywało  gdakanie  kury,  ogłaszającej  ważny  fakt  zniesienia  jajka.  Od  czasu  do  czasu 

porykiwały krowy pasące się na zboczu wzgórza. Bartolini oparł rower o pień drzewa. 

- Na kolację będzie jajecznica i gorące mleczko! Jesteście głodni? 

- Jeszcze jak - odparł Smok. Było to, jak wiemy, jego ulubione powiedzenie. 

Profesor z uczuciem ulgi wyciągnął się na miękkiej trawie. 

- Marzę tylko o tym, żeby po kąpieli pójść na siano. 

- Jeśli mam być szczery - Bartolini łypnął okiem w kierunku przyjaciela - to mógłbym 

jeszcze jechać przez dwie godziny. 

- Dobrze ci tak mówić, bo z nas wszystkich masz największy trening. 

-  Dzięki  któremu  -  dokończył  Bartłomiej  -  straciłem  już  pięć  kilogramów!  A  po 

skończonej wyprawie będę wyglądał jak Apollo. 

- Oj, to niedobrze - zażartował Krak. - Twój wygląd był dotychczas doskonałą reklamą 

restauracji, a gdy schudniesz, możesz stracić klientelę. 

Tymczasem  na  podwórko  zajechał  wielki  wóz  wyładowany  sianem.  Gospodarz 

wprowadził wóz do stodoły i wyprzągł konie, aby je napoić w korycie obok studni. 

background image

Wydelegowany przez towarzyszy książę podszedł do gospodarza z prośbą o nocleg. Po 

krótkiej rozmowie wrócił z radosną nowiną: 

- Wszystko w porządku. Możemy spać na sianie, a na kolację dostaniemy mleko, ser i 

jajka. Gospodarz nazywa się Michał Brzoza. To bardzo miły człowiek. Powiedziałem mu, że 

jest z nami Smok, ale się wcale nie przestraszył. 

Po chwili rowery znalazły się w stodole. 

-  Nigdy  nie  myślałem,  że  będę  gościć  prawdziwego  smoka  -  rzekł  uradowany 

gospodarz. - Widziałem pana w telewizji. Moje dzieci, Marysia i Józek, pasą jeszcze krowy nad 

rzeką. Spotkacie je może, gdy pójdziecie się kąpać. 

Opisywanie  przyjemności  kąpieli  byłoby  podobne  do  ponownego  odkrywania 

Ameryki. Każdy przecież wie, jak smakuje kąpiel w słoneczny i upalny dzień. Dlatego też nie 

wspomnę o tym, że nikomu nie chciało się wychodzić z wody, bo jest to sprawa tak zrozumiała 

jak wschód lub zachód słońca... 

Właśnie zachód słońca stał się sygnałem do powrotu. 

Z  komina  domu  Michała  Brzozy  unosiła  się  smuga  dymu  pachnącego  bukowym 

drewnem. 

-  Spójrzcie  -  powiedział Gąbka.  -  Dym  leci  prosto  do  góry,  a  to  znaczy,  że  jutro  też 

będzie pogoda. 

Okazało  się,  że  Marysia  i  Józek  przygnali  już  krowy  z  pastwiska.  Gospodyni,  która 

niedawno  wróciła  z  pola,  poszła  do  stajenki,  aby  je  wydoić.  Dzieci,  wiedząc  od  ojca  o 

przyjeździe Smoka, nie wykazały żadnego strachu. 

- Czy ty jesteś smokiem Telesforem? - zapytała Marysia, wpatrując się w niezwykłego 

gościa oczami przypominającymi niezapominajki. 

- Nie. Jestem Smokiem Wawelskim. 

-  Wiem!  -  krzyknął  Józek.  -  To  ty  byłeś  w  Krainie  Deszczowców,  żeby  uwolnić 

profesora Gąbkę! 

Smok uśmiechnął się zadowoleniem. 

- Tak jest. Czuję, że zostaniemy przyjaciółmi. Chodzicie do szkoły? 

- Pewnie że chodzimy - powiedziała Marysia. - Ja do czwartej klasy, a Józek do piątej, 

bo on jest o rok starszy ode mnie. 

- Ale teraz macie wakacje - wtrącił profesor. 

- Jeszcze tylko dwa dni - powiedział gospodarz. - W czwartek zaczyna się już nauka. 

-  A  za  dwa  lata  pójdę  do  technikum  w  Sanoku  -  pochwalił  się  Józek.  -  Będę 

mechanikiem. Ja już teraz umiem jeździć na komarze! 

background image

Gąbka złapał się za głowę: 

- Ojejku! Na komarze? 

- To jest taki motorower - wyjaśnił chłopiec. - Mój wujek kupił go niedawno i jeździ na 

nim do pracy w Sanoku. Tam jest wielka fabryka autobusów. 

-  Ach  tak  -  rzekł  uspokojony  profesor.  -  Od  razu  sobie  pomyślałem,  że  taki  duży 

chłopiec nie dałby rady dosiąść prawdziwego komara... 

Zaraz po kolacji gospodarz zaprowadził gości do stodoły. 

- Tu macie słomę - powiedział - a tu siano. Śpijcie, gdzie wam będzie lepiej. 

-  Na  sianie,  oczywiście  -  odparł  książę.  -  Za  wiązkę  siana  jestem  gotów  odstąpić 

najwspanialsze książęce łoże! 

Przez otwarte wrota zajrzał do stodoły sierp młodziutkiego księżyca. 

- Fajno jest - mruknął sennym głosem Bartolini. - Chyba jesteście tego samego zdania... 

Odpowiedziało mu głębokie milczenie. Wszyscy już spali. 

background image

Rozdział XIX 

PONTIAK NR 979899 

 

O piątej rano wkroczył na klepisko stodoły Bardzo Dumny Kogut i nie zważając na 

obecność śpiących gości zapiał w zupełnie konkursowy sposób: 

- Kukuryku! Kukuryku! 

Bardzo Dumne Koguty są częstym zjawiskiem w naszym kraju, ale zaręczam wam, że 

niewiele z nich odznacza się taką muzykalnością jak kogut Michała Brzozy z Zagórza. 

Zaraz  potem,  jakby  przebudzony  pianiem,  zawył  na  stacji  parowóz  lokalnego 

„ekspresu” Zagórz-Łupków, wyruszającego na swą trasę o godzinie 5.04. 

W kilka minut później rozległ się dźwięk kościelnej sygnaturki i piekielny jazgot gęsi 

wypuszczonych na wolność przez gospodynię. 

Smok otwarł oczy i odgarnął z pyska garść siana. Promień słońca, który przecisnął się 

przez szpary między deskami, padł mu prosto na czubek nosa. 

-  Pobudka!  -  ryknęło  Smoczysko,  głosem  zdolnym  poderwać  na  nogi  całą  kompanię 

piechoty. 

- Co się stało? Tatarzy? - krzyknęła głowa Bartoliniego, zanurzona w sianie po uszy. 

Wtedy, jak spod ziemi, dał się słyszeć zaspany głos profesora: 

- Która godzina? 

Smok rozejrzał się dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł najmniejszego śladu Baltazara. 

- Gdzie jesteś? 

- W sianie - odparł uczony. - Zaraz postaram się wypłynąć na wierzch. 

Po chwili słynny biolog, chemik i poeta w jednej osobie ukazał towarzyszom swą kozią 

bródkę, gęsto przetkaną zeschniętymi kwiatami koniczyny. 

- A gdzie szanowny doktor Krak? 

- Tu jestem - rozległ się od strony wrót głos księcia. - Wyście sobie smacznie chrapali, a 

ja już byłem na spacerze i kąpałem się w rzece. Fantastyczna woda! 

Bartolini zsunął się po sianie i stanął bosymi stopami na grabiach. 

-  Mamma  mia!  -  pisnął  przerażony.  -  Wstawanie  o  takiej  godzinie  powinno  być 

sądownie karane. 

Do stodoły weszła Marysia. 

- Mama proszą do izby na mleko. 

- Powiedz mamie, że zaraz przyjdziemy  - rzekł Smok - tylko musimy się obmyć pod 

studnią. 

background image

- A podpiszesz mi się w pamiętniku? - zapytała dziewczynka. - Bo ja już mam autograf 

tego pisarza, który napisał książkę o tobie. On był w naszej szkole na spotkaniu autorskim. 

- Pewnie że podpiszę - zapewnił ją Smok. - Tylko muszę sobie popić mleka, bo bez tego 

ani rusz. A gdzie jest Józek? 

- Pognał krowy na pastwisko - wyjaśniła. - A ja już nakarmiłam króliki. 

Śniadanie upłynęło w miłym nastroju. Smok nie tylko wpisał się do pamiętnika Marysi, 

ale narysował także domek z dymiącym kominem, płotem i kilkoma malwami. Nad domem 

wisiało uśmiechnięte słońce w towarzystwie uśmiechniętej chmurki. 

Z radiowego komunikatu wynikało jednak, że nie wszystkie chmurki będą się w tym 

dniu  uśmiechać.  W  godzinach  popołudniowych  mogły  się  wydarzyć  burze,  a  wiadomo,  że 

burzowe chmury nie są zbyt skłonne do wesołych uśmiechów. 

Pożegnawszy gościnnych gospodarzy, nasi rowerzyści ruszyli w dalszą drogę, zdając 

sobie sprawę z tego, że obecnie coraz częściej będą musieli popychać swe rumaki pod górę. 

- To nic - pocieszał ich Bartolini. - Za to z powrotem będziemy wciąż jechać z górki. 

Tak to bywa w życiu. 

- Kochany Bartłomieju - rzekł na to Gąbka. - Widzę, że powoli i ty stajesz się filozofem. 

- A co to jest filozof? - zapytał kucharz, na którego twarzy pojawiły się już pierwsze 

kropelki potu. 

-  Biorąc  rzecz  dosłownie,  filozof  jest  to  przyjaciel  mądrości  -  wyjaśnił  profesor  ku 

pełnemu zadowoleniu kolegi. 

Widok  pedałującego  Smoka  wywoływał  wszędzie  dużą  sensację.  Ludzie  przerywali 

pracę i z okrzykami zdumienia wybiegali na drogę, a kierowcy przejeżdżających samochodów 

pozdrawiali go porykiwaniem klaksonów. Jeden fiat zjechał nawet na łąkę, siejąc przerażenie 

wśród pasących się tam krów. 

Okolica  stawała  się  coraz  ciekawsza.  Tuż  za  drogą  biegły  ku  górze  łąki  porośnięte 

kępami drzew i krzaków, a wyżej zieleniła się zbita gęstwa liściastych lasów. Coraz mniej było 

zamieszkałych  domów  i  uprawnych  pól.  Tu  i  ówdzie  widniały  smutne  resztki  dawnych 

zabudowań  i  pokryte  pokrzywami  fundamenty  zmurszałych  chałup.  Z  głęboko  wyciętych 

dolinek  pomykały  rwące  potoki,  na  których  widok  rosła  w  sercach  ochota  do  kąpieli.  Ale 

Smok, który jechał dziś na czele grupy, był nieubłagany: 

- Za godzinę zrobimy sobie postój. Gdybyśmy się chcieli moczyć w każdym strumieniu, 

nie ujechalibyśmy daleko. 

-  Ale  chyba  zatrzymamy  się  nad  jakąś  wodą  -  jęczał  Bartolini.  -  Ja  już  całkiem 

dojrzałem do kąpieli. 

background image

Coraz częściej musieli zsiadać z rowerów, gdyż jazda na nich z każdą chwilą stawała się 

uciążliwsza. W gorącym i przesyconym zapachami powietrzu unosiły się roje kąśliwych gzów. 

Od czasu do czasu mijały ich ciężarówki załadowane pniami grubych drzew. 

- Mam pomysł - rzekł kucharz, zrównawszy się z Gąbką. - Na przyszły raz zamontuję na 

rowerze zbiornik z wodą i natrysk. Można by się wtedy kąpać, nie schodząc z roweru. Co ty na 

to? 

Rozweselony profesor uzupełnił pomysł Bartłomieja: 

- A ja dodałbym jeszcze składany dach dla ochrony przed słońcem. A na kierownicy 

umieściłbym wiatraczek połączony z pedałami... 

Bartłomiej  chciał  coś  odpowiedzieć,  ale  w  tej  samej  chwili  tuż  koło  niego  śmignął 

szeroki, czarny samochód z zagraniczną rejestracją. Pęd powietrza omal nie obalił kucharza, 

który w ułamku sekundy zrozumiał, że przekroczył przepisy drogowe jadąc obok Gąbki, a nie 

za nim. Samochód zrównał się ze Smokiem, a następnie wyprzedził go i zjechał na pobocze. 

Jego  kierowca  dał  znak  rowerzystom,  aby  się  zatrzymali,  a  następnie  otworzył  drzwiczki  i 

wyskoczył  na  szosę.  Smok  zahamował  przy  pomocy  ogona  i  spojrzał  pytająco  na  krępego 

człowieka, który błysnął zębami w serdecznym uśmiechu. 

- Mr Smok, jeśli mnie oko nie myli? 

- Na pewno oko pana nie myli - odparło zaskoczone Smoczysko. - Ale skąd pan mnie 

zna? 

- Do wszystkich diabłów! - zarechotał mężczyzna. - Nie ma na świecie nikogo, kto by 

cię nie znał. Co za niespodzianka! 

Mówiąc to, podszedł z wyciągniętą ręką do Smoka. 

- Jestem Joe. Czy dostałeś mój list? Smok zmarszczył brwi. 

- Joe? Pan wybaczy, ale ja dostawałem tyle listów, że nie mogę pamiętać ich autorów. 

Mężczyzna w zamszowej kurtce silnie potrząsnął dłonią Smoka. 

-  Pisałem  w  nim,  że  przyjadę  do  ciebie  takim  wozem,  że  na  sam  jego  widok  oko  ci 

zbieleje. 

- A zbielało? 

-  Naturalnie!  Prawe  bardziej  niż  lewe,  ale  to  drobiazg.  Wszystkiego  bym  się 

spodziewał, tylko nie tego, że cię tu spotkam. Ma się to szczęście! 

- Chwileczkę - wtrącił Krak. - Przypominam sobie, że czytaliśmy kiedyś list podpisany 

imieniem Joe. 

- Pamiętam-zawołał  profesor. - Pisał pan w nim, że chce pan zrobić coś dobrego dla 

kraju swych przodków. 

background image

- Właśnie, właśnie - Joe ucieszył się. - Ale tylko wy możecie mi w tym pomóc. 

W ślad za kierowcą wysiadło z samochodu trzech dżentelmenów. Wszyscy trzymali 

ręce w kieszeniach spodni, żuli gumę i mieli na głowach czarne, szerokoskrzydłe kapelusze. 

Joe wskazał na nich ręką: 

- To moi bratankowie; Sally, Billy i Killy. Równe chłopaki. 

Trzej  panowie  jednocześnie  skinęli  głowami  i  wyszczerzyli  zęby  w  powitalnym 

uśmiechu. 

- Wczoraj przyjechaliśmy do waszego miasta - ciągnął Joe - ale już było za późno. Jakiś 

facet,  który  zamiatał  ulice  przy  Smoczej  Jamie,  powiedział  nam,  że  wybraliście  się  na 

wycieczkę w Bieszczady. 

- Jakim cudem zamiatacz ulic mógł o tym wiedzieć? - zdziwił się Bartolini. 

- Nie ma cudów. Jest tylko szczęście! A Joe Pietruszka zawsze ma cholerne szczęście! 

Jak było, tak było, ale się dobrze złożyło - jak mawiała moja babunia. Jakie macie plany? 

-  Chcemy  pojeździć  na  rowerach,  kąpać  się,  zbierać  grzyby  -  rzekł  Smok.  -  To 

wszystko. 

Pietruszka zastanawiał się przez chwilę. 

- Doskonale! Mnie i moim kochanym bratankom także się przyda taki urlop. 

Bratankowie wyprężyli się na baczność i krzyknęli: 

- Tak jest, szefie! To znaczy... wujaszku! 

Joe roześmiał  się hałaśliwie. Nawet  zbyt  hałaśliwie, jak się  wydało  Gąbce, który od 

kilku chwil starał się przypomnieć sobie coś, co mogło mieć wielkie znaczenie. Zbyt sztuczna 

serdeczność Pietruszki nasuwała dziwne podejrzenia. Ażeby się lepiej zastanowić, odszedł na 

bok i usiadł nad rowem. 

- Zaraz, zaraz - mruczał do siebie. - Dlaczego niepokoi mnie jego nazwisko? Przecież 

tak samo dobre, jak dajmy na to Gąbka, Marchewka czy Cebula. Różnie się ludzie nazywają. 

Ale dlaczego przyszły mi na myśl te właśnie nazwiska? Gąbka dlatego, że ja się tak nazywam, 

to jasne. Marchewka dlatego, że jest podobna do Pietruszki. Ale Cebula? Cebula?... Już mam... 

Olśniony  nagłym  przypomnieniem  zerwał  się znad  rowu  i  podszedł  do Kraka,  który 

poprawiał  swój  plecak  na  bagażniku.  Po  drodze  rzucił  okiem  na  tablicę  rejestracyjną 

samochodu, aby zapamiętać jego numer. Na szczęście był bardzo prosty: 979899. Stanąwszy 

obok księcia rzekł do niego półgłosem: 

-  Będę  udawać,  że  ci  pomagam.  To  bardzo  ważna  sprawa.  Tylko  zachowuj  się 

normalnie. 

Ściągając rzemienie plecaka Gąbka nachylił się ku przyjacielowi: 

background image

- Czy pamiętasz, jak przy pomocy świeczki ujawniłeś na liście dopisek zrobiony sokiem 

z cebuli? 

Krak omal nie krzyknął z wrażenia, ale zdołał się opanować. 

-  Teraz  sobie  przypominam.  Było  tam  napisane  „Ten  list  należy  czytać  do  góry 

nogami”. 

- Podpis brzmiał: „Życzliwy Rodak”. Tak? 

- Zgadza się. 

- Powiedziałem wtedy - ciągnął Gąbka przyciszonym  głosem  - że z tym  Joem trzeba 

uważać. I oto mamy go we własnej osobie! 

- Co radzisz? - zapytał książę, rzuciwszy ukradkowe spojrzenie na Pietruszkę, który w 

tym momencie zapalał cygaro. 

- Jak największą ostrożność - odparł Gąbka. - Zobaczymy, co będzie dalej. Chodźmy 

teraz do nich. 

Tymczasem Pietruszka kuł żelazo póki gorące. 

-  A  więc  wszystko  okey!  My  pojedziemy  przodem  i  zatrzymamy  się  w  najlepszym 

hotelu.  Jutro  kupię  piękny  domek  i  zamieszkam  w  nim  na  czas  waszego  urlopu.  Będziecie 

mogli z niego korzystać w każdej chwili. Widzę, że macie piękne lasy. Zapolujemy sobie na 

słonie, lwy i hipopotamy! 

Gąbka uśmiechnął się ironicznie. 

- Tu są tylko dziki i jelenie. Ale jeszcze za wcześnie na polowanie. 

Joe wypuścił z ust kłąb dymu. 

- Co za wcześnie? Ja mogę je wszystkie kupić za gotówkę i wystrzelać co do jednego. 

Ma się tę forsę! 

To mówiąc klepnął dłonią w kieszeń, z której wystawał bardzo gruby portfel. 

- Forsa to nie wszystko - mruknął profesor, czując coraz większą wrogość w stosunku 

do chełpliwego obcokrajowca. 

-  A  właśnie  że  wszystko  -  odparł  Joe  i  pogardliwie  spojrzał  na  Gąbkę,  gdyż  po  raz 

pierwszy w życiu spotkał człowieka o tak dziwacznych poglądach. - Ja mogę kupić te dzikie 

góry - zakreślił duży krąg ręką z tlącym się cygarem - i jeszcze mi zostanie na drobne wydatki. 

Hę, hę, hę, dobry dowcip, co? 

Trzej bratankowie zawołali jak jeden mąż: 

- Doskonały, drogi wujaszku! 

Po  czym  włożyli  do  ust  nowe  kawałki  gumy  i  poczęli  ją  żuć  w  sposób  zdradzający 

zupełną  obojętność  wobec  spraw  tego  świata.  W  ślad  za  wujaszkiem  zajęli  miejsca  w 

background image

samochodzie i zatrzasnęli drzwiczki. Pietruszka wychylił się przez okienko i zawołał: 

- Bye, bye, kochani. Do rychłego zobaczenia! 

W chwilę potem czarny pontiak z rejestracją 979899 zniknął za najbliższym zakrętem. 

W kilku słowach Gąbka przypomniał towarzyszom o liście z „cebulowym” dopiskiem. 

-  Trzeba  mieć  tych  facetów  na  oku  -  stwierdził  Smok  poważnie.  -Wujaszek  i  jego 

bratankowie wyglądają mi na kombinatorów. Taki z niego wujek, jak ze mnie cesarz chiński... 

- No to na koń, moi panowie - zakomenderował książę. - Zbliża się pora obiadu. 

- I burza - dodał  Bartolini. - Spójrzcie na niebo. Nad  górami rosły olbrzymie obłoki, 

kształtem swym przypominające kowadło. 

Dosiedli rowerów i pomknęli w dolinę, gdzie na obszernej łące stało kilkanaście dużych 

namiotów. Po chwili ujrzeli maszt z biało-czerwoną chorągwią. 

- Ju-hu! - krzyknął uradowany kucharz. - To pewnie obóz harcerski! 

Pędząc  na  złamanie  karku,  nie  zauważyli  nawet,  że  słońce  schowało  się  za  krawędź 

sinej,  bardzo  niesympatycznie  wyglądającej  chmury.  Pierwsze  krople  deszczu  pocętkowały 

asfalt szosy. Znowu zagrzmiało, ale tym razem znacznie bliżej i groźniej. 

Z pełną szybkością wpadli na teren obozu przez bramę, na której widniał napis ułożony 

z jodłowych szyszek: 

HARCERSKI OBÓZ LETNI IM. BARTŁOMIEJA BARTOLINIEGO! 

background image

Rozdział XX 

„RANCHO TEXAS” 

 

Gdyby tuż przed rowerem Bartoliniego wylądował latający spodek, czcigodny mistrz 

patelni  nie  byłby  ani  w  połowie  tak  zaskoczony  jak  wówczas,  gdy  minął  bramę  obozu 

noszącego jego imię. 

Nie było jednak czasu na okazywanie zdumienia. Potoki deszczu zagnały rowerzystów 

pod dach najbliższego namiotu. Gwałtowny wicher zatargał ścianami, przy których ustawione 

były  polowe  łóżka.  W  liliowym  blasku  błyskawicy  zajaśniały  twarze  zgromadzonych  w 

namiocie harcerzy. 

- Chłopaki! - zawołał jeden z nich. - Na cześć naszych gości: hip, hip, hura! 

- Hura, hura, hura! - zagrzmiało z kilkunastu piersi. Harcerze wiedzieli już o wyjeździe 

czwórki  rowerzystów  z  Zagórza.  Wiadomość  tę  przekazał  im  kierowca  cysterny  wiozącej 

paliwo do stacji benzynowej. 

-  Heca  nie  z  tej  ziemi  -  opowiadał.  -  Na  przodzie  zasuwa  Smok  w  meksykańskim 

kapeluszu na łbie, a za nim jedzie facet w kucharskiej czapie. Prawdziwy cyrk, mówię wam. 

Profesorek ma na głowie czarny melonik, zupełnie jak krakowski dorożkarz, a książę czerwoną 

chustkę. Z daleka można ich poznać. 

Decyzja  o  ochrzczeniu  obozu  imieniem  Bartoliniego  zapadła  błyskawicznie.  Szybko 

uzupełniono  napis  z  szyszek  i  wystawiono  warty,  mające  zawiadomić  o  zbliżaniu  się 

niezwykłych  turystów.  Nadlatująca  burza  spędziła  jednak  wartowników  do  obozu.  Na 

szczęście  ta  sama  burza  spowodowała,  iż  rowerzyści  znaleźli  się  tam,  gdzie  ich  z 

niecierpliwością oczekiwano. Był to oczywiście zbieg okoliczności, ale zaręczam wam, że w 

życiu  większość  zdarzeń  jest  wynikiem  przypadku,  niezależnie  od  tego,  czy  się  to  komuś 

podoba, czy nie. 

Rozmowom i śpiewom nie było końca. Harcerze pochodzili z Rybnika i znali mnóstwo 

górniczych przyśpiewek i anegdot, które profesor Gąbka z zapałem notował w swym zeszycie. 

Pod koniec spotkania Smok co drugie słowo mówił „pieruna”, wprawiając tym chłopców w 

nieopisany zachwyt, zaś Bartolini postanowił wprowadzić w swej restauracji znakomite śląskie 

„krupnioki”.  Książę  Krak  żałował  bardzo,  iż  za  jego  czasów  nie  było  harcerzy,  a  profesor 

obiecał, że jak tylko znajdzie trochę czasu, to przyjedzie do Rybnika, aby po raz pierwszy w 

swym życiu zwiedzić kopalnię węgla. 

Tymczasem po godzinie wyczerpał się zapas prawdziwych piorunów, deszcz ustał tak 

samo  nagle,  jak  się  rozpoczął  -  i  spoza  chmur  ukazało  się  słońce.  Burza  przetoczyła  się  ku 

background image

wschodowi, a na tle sinej, prawie granatowej chmury zabłysnął hak wspaniałej tęczy! Płynący 

za obozem strumień szumiał głośniej niż przed burzą. W jego zmąconych falach grzechotały 

przetaczające się kamienie. Mokra flaga owinęła się smętnie wokół masztu. Z obozowej kuchni 

dolatywał smakowity zapach grochówki... 

Nie wiem, czy to ważne, ale z obowiązku kronikarskiego pragnę zanotować, że goście 

zostali zaproszeni na obiad. Trzeba było jednak trochę poczekać, ponieważ mokre drzewo nie 

chciało się palić. Aby skrócić oczekiwanie, harcerze odśpiewali piosenkę „Szła dzieweczka do 

laseczka” przy akompaniamencie harmonijek ustnych, gitar i pokrywek do rondli. 

W  ostatniej  chwili  przed  odjazdem  jeden  z  chłopców  zrobił  gościom  zdjęcie  na  tle 

efektownej bramy. 

Spotkanie  zakończyła  wymiana  adresów  oraz  gorące  obietnice  obustronnej 

korespondencji. 

Okazało się, że po przejechaniu niespełna trzech kilometrów goście znajdą się znów na 

brzegu Osławy. Była to wiadomość niezmiernie miła, gdyż wszyscy marzyli już o kąpieli. 

- Szczęśliwej drogi - wołali zgromadzeni przy bramie chłopcy. - Niech się wam kółka 

dobrze kręcą! 

-  Do  zobaczenia  w  Rybniku!  -  krzyknął  Bartolini  z  wyżyn  swego  siodełka.  - 

Przyjedziemy do was na krupnioki! 

- A teraz do kąpieli - zakomenderował Smok, wyjeżdżając na parujący asfalt szosy. - 

Pieruna, daję słowo, że przez godzinę nie wyjdę z wody! 

Zanim Smok mógł spełnić swe postanowienie, musieli usypać tamę, gdyż rzeka okazała 

się zbyt płytka. Dopiero po zbudowaniu prowizorycznej zapory można się było zanurzyć do 

kolan. Przybrani w kolorowe kąpielówki brodzili więc w wodzie, przetaczali wielkie głazy, a 

szpary między nimi zatykali darnią. Było to bardzo przyjemne zajęcie, o czym wie każdy, kto 

choć  raz  kąpał  się  w  górskiej  rzece.  Woda  była  ciepła,  słońce  mocno  grzało,  a  zwilżone 

deszczem łąki pachniały jak magazyn „Herbapolu”. Z urwistego brzegu przypatrywało się im 

kilka  krów,  a  na  tle  śnieżnobiałego  obłoku,  podobnego  do  potężnej  porcji  lodów 

śmietankowych, krążył jastrząb. 

- Dziś będziemy spać w namiotach - powiedział Smok. - Musimy tylko znaleźć dobre 

miejsce na biwak. 

- I rozpalimy ognisko - dodał uszczęśliwiony profesor. - Okropnie lubię wąchać dym z 

ogniska. Jest to jedyny dym, jaki mi sprawia przyjemność. 

Po niedalekim torze kolejowym przejechał pociąg złożony z kilku wagonów. Czyż jego 

pasażerowie  mogli  przypuszczać,  że  brojąca  w  rzece  gromadka  składa  się  z  tak  sławnych 

background image

osobistości? Większość ludzi sądzi bowiem, że sławne osobistości nie chodzą, tylko kroczą, nie 

jedzą, tylko posilają się, nie mówią, tylko oświadczają. Tak więc nikomu nie przyszło na myśl, 

że oto jest świadkiem wakacyjnej zabawy Przybyszów z Dawnych Czasów... 

 

* * * 

Joe  Pietruszka  włączył  radio  w  tej  samej  chwili,  gdy  spiker  czytał  wiadomości  o 

wyczynie oszusta, który pewnemu milionerowi z Teksasu sprzedał w Paryżu wieżę Eiffla za 

okrągłą sumę miliona dolarów, a następnie ulotnił się wraz ze swymi wspólnikami, zabierając 

na  pamiątkę  luksusowy  samochód  swej  ofiary.  Komunikat  kończył  się  stwierdzeniem,  iż 

sprawą tą zainteresował się Interpol. Następnie z głośnika popłynęła melodia „Kapitańskiego 

tanga”, dedykowana przez pannę Franię młodszemu marynarzowi Kukułce, pływającemu na 

trasie Gdynia-Hel i z powrotem. Joe uśmiechnął się od ucha do ucha. 

- Słyszeliście? 

„Bratankpwie” odpowiedzieli jednogłośnie: 

- Tak jest, kochany wujaszku. Ale z Interpolem nie ma żartów. 

- Wiem o tym - odparł szef. - Ze mną też nie ma żartów. Pamiętacie sprawę Rudego 

Goryla? 

Rudy Goryl był agentem Pietruszki, działającym w Australii. Wioząc na życzenie szefa 

kopę strusich jaj, złakomił się w drodze na jedno i sporządził sobie jajecznicę ze szczypiorkiem. 

Za karę został zesłany na jedną z gór lodowych dryfujących po Atlantyku, aby przez resztę 

życia topić lód przy pomocy chuchania. 

Wiemy już, że jeśli temat rozmowy nie jest przyjemny, należy go zmienić. Toteż Killy 

zwrócił uwagę szefa na stojący przy szosie zajazd „POD RUMCAJSEM”. 

Znając  profesję  pasażerów  pontiaka  możemy  być  pewni,  że  do  płukania  gardeł  nie 

używali bynajmniej wody mineralnej, lecz napojów, których konsumpcja jest surowo zakazana 

wszystkim 

kierowcom 

pojazdów 

mechanicznych. 

Ponieważ 

płukanie 

„Jasiem 

Wędrowniczkiem”  nie  dało  rezultatu,  dobrana  czwórka  przystąpiła  z  kolei  do  płukania 

gardzieli „Białym Koniem”. W trakcie tych leczniczych zabiegów lunął gwałtowny deszcz i 

trzeba było zacząć kurację od początku. Przy akompaniamencie gęsto bijących piorunów piraci 

spożyli wytworny obiad, zakończony poziomkami ze śmietaną. 

Bezpośrednio po burzy czarny pontiak ruszył w dalszą drogę. 

Pełen  fantazji  Pietruszka  wyobraził  sobie,  że  jest  oto  na  mostku  pirackiego  statku, 

ciskanego przez potężny sztorm o sile 2 stopni Beauforta! Jako doświadczony żeglarz, doszedł 

do przekonania, że jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy będzie przeczekanie sztormu w 

background image

jakiejś  spokojnej  zatoczce.  Toteż  niewiele  myśląc  (bo  myślenie  sprawiało  mu  teraz  dużą 

trudność),  zjechał  z  asfaltowej  szosy  na  boczną  drogę,  wiodącą  do  wymarzonego  azylu.  Ta 

śmiała decyzja spotkała się z entuzjastyczną aprobatą „bratanków”, którzy podobnie jak szef 

wyobrazili sobie, że są na pokładzie „Gwiazdy Barpiwonii”. Kręta i wąska droga wiodła przez 

las,  brzegami  głośno  szumiącego  potoku.  Samochód  tańczył  na  śliskiej  nawierzchni, 

podskakiwał na wybojach i niebezpiecznie ocierał się o żelazne bariery licznych mostków. W 

pewnej  chwili  Pietruszka  dostrzegł  z  lewej  strony  silny  błysk  światła.  W  normalnych 

warunkach zrozumiałby, że jest to odbicie promieni słonecznych w oknie małego drewnianego 

domku, stojącego na zboczu wzgórza. Teraz jednak uznał, że jest to światło latarni morskiej na 

Przylądku Samotnego Kościotrupa, stanowiącym południowy cypel Barpiwonii. Ryknął więc 

głośno: „Ster na lewą burtę”, i skręcił kierownicę o 90 stopni. Efekt był piorunujący! Samochód 

zarył nosem w skarpę, a pasażerowie zbili się nagle w trudny do rozplatania kłąb. Gwałtowny 

wstrząs otrzeźwił ich do tego stopnia, że po wydobyciu się z samochodu stwierdzili, iż znajdują 

się w pobliżu pięknego domku, otoczonego pełnym kwiatów ogródkiem. 

- Przydałoby się nam coś takiego - powiedział Sally, rozcierając sobie guz na czole. 

Joe  spojrzał  we  wskazanym  kierunku.  Rzekoma  latarnia  morska  stała  w  odległości 

kilkunastu  metrów  od  drogi  i  robiła  wrażenie  domku,  przeznaczonego  na  miłe  spędzenie 

wakacji. W pobliżu nie było widać żadnych innych zabudowań. 

- Owszem - przyznał. - Możemy go kupić. 

- Nie wiadomo, czy jest do sprzedania - rzekł milczący dotychczas Billy. 

-  Cena  nie  gra  roli  -  mruknął  szef.  -  Przecież  muszę  przyjąć  tych  łapserdaków  w 

porządnym miejscu. 

(Nie musimy chyba wyjaśniać, kogo miał na myśli, mówiąc o łapserdakach. Wiadomo 

przecież, że dla Joego łapserdakiem był każdy człowiek nie mający tylu co on pieniędzy...). 

Wydobywszy samochód na drogę, co zajęło im prawie pół  godziny, czterej panowie 

ruszyli w kierunku domku. Na drewnianej bramie prowadzącej do ogródka widniał napis: 

 

RANCHO TEXAS 

 

Joe  obciągnął  na  sobie  wdzianko  i  energicznie  pchnął  furtkę.  Na  powitanie  gości 

wyszedł z domu mężczyzna w średnim wieku. 

- Czego sobie panowie życzą? - zapytał. 

- Chcę kupić ten domek - rzekł Pietruszka bez żadnych wstępów. 

- To się wspaniale składa! - krzyknął gospodarz. 

background image

- To jest domek składany? 

- Ależ nie! Mówię, że się dobrze składa, bo ja go chcę właśnie sprzedać. Ale proszę do 

środka, nie będziemy przecież rozmawiać na dworze. Napijemy się kawy... 

-  O  tak,  kawa  bardzo  się  przyda  -  rzekł  Pietruszka.  Gospodarz  wyglądał  na 

uszczęśliwionego. 

-  To  się  nazywa  mieć  szczęście!  Nie  myślałem,  że  tak  szybko  znajdę  kupca.  Dziś 

wieczorem wracamy do miasta, a na przyszły rok chcemy spędzić wakacje nad morzem. Bo ja 

tu jestem z żoną i dziećmi. 

Nie sądzę, żeby szczegóły transakcji mogły interesować Czytelników dysponujących 

środkami  pozwalającymi  na  zakup  porcji  lodów  lub  gumy  do  żucia.  Dość,  że  po  upływie 

kwadransa „Rancho Texas” przeszło  wraz z umeblowaniem do rąk Pietruszki, w zamian za 

grubą  paczkę  dolarów,  stanowiących  do  niedawna  własność  mr  Johna  Samuela  Rollmopsa. 

Obydwie strony były bardzo zadowolone, Najmniej entuzjazmu wykazały dzieci gospodarza - 

Darek  i  Mariola  -  dla  których  rancho  było  wymarzonym  miejscem  zabaw  w  Indian  i 

ludożerców. 

Po  upływie  godziny  dotychczasowi  właściciele  domu  odjechali  swym  fiatem  do 

dalekiego miasta. Mr Joe Pietruszka zasiadł w fotelu przed telewizorem, aby obejrzeć „Kobrę”, 

pt. „Ofiara grzechotnika”, i w spokoju wypalić wonne hawańskie cygaro. 

A  Killy  zasiadł  za  kierownicą  pontiaka  z  poleceniem  jak  najszybszego  odszukania 

Czterech Zwariowanych Rowerzystów i sprowadzenia ich do „Rancho Texas”. 

Nie było to trudne zadanie. Swego czasu, udając zamiatacza ulicy przed Smoczą Jamą, 

Killy  umieścił  pod  siodełkiem  roweru  Smoka  miniaturowy  nadajnik,  pracujący  na  ściśle 

określonej fali. Aparacik działał bez zarzutu, dzięki czemu gangsterzy byli poinformowani o 

każdorazowym miejscu pobytu Smoka i jego przyjaciół. Akcja rozwijała się planowo i miała 

wszelkie widoki powodzenia. 

Wydostawszy  się  na  asfaltową  szosę  Killy  dodał  gazu,  nie  zważając  na  to,  iż  po 

wypadku  samochód  miał  tylko  jeden  reflektor  i  połowę  przedniego  zderzaka.  Sygnały 

nadajnika  wskazywały,  iż  Smok  znajduje  się  w  odległości  zaledwie  kilkunastu  kilometrów. 

Spotkanie z nim mogło więc nastąpić w bardzo krótkim czasie. 

background image

Rozdział XXI 

PRZYJEMNY BIWAK 

 

Nawet najmilsza kąpiel musi mieć swój koniec pomyślał profesor i pomaszerował na 

brzeg, aby lec na kocu i osuszyć się w promieniach słońca. W ślad za nim pośpieszyła reszta 

towarzystwa.  Najdłużej  moczył  się  Bartolini,  nucąc  pod  nosem  włoską  piosenkę  „Wróć  do 

Sorrento”. Ale i on w końcu dostał gęsiej skórki, co skłoniło go do opuszczenia rzeki. 

Ciepło  oraz  przyjemne  bulgotanie  wody  szybko  uśpiły  czwórkę  przyjaciół. 

Bartoliniemu przyśniła się córeczka Nasturcja. Bawiła się wielką, kolorową piłką na łące pełnej 

kwitnących  maków.  Zdawało  mu  się,  że  wystarczy  wyciągnąć  rękę,  aby  pogłaskać 

dziewczynkę po ciemnych i krętych włosach, ale gdy tylko spróbował to  uczynić, Nasturcja 

lekko  odbiła  się  od  ziemi  i  wskoczyła  na  obłoczek,  sunący  spokojnie  po  błękitnym  niebie. 

Spróbował  uczynić  to  samo,  ale  widocznie  podskoczył  zbyt  mocno  i  wylądował  na  drugiej 

chmurce,  która  niesiona  przeciwnym  wiatrem  oddalała  się  coraz  bardziej  od  obłoku  z 

Nasturcją. Daremnie wyciągał swe krótkie i pulchne ręce, odległość między nimi rosła z każdą 

chwilą.  Zrobiło  mu  się  tak  smutno,  że  usiadł  na  skraju  chmury  i  zapłakał.  To  go  obudziło. 

Spojrzał na zegarek i zorientował się, że jest już piąta po południu. 

- Wstawajcie!  -  zawołał  do przyjaciół.  - Czas jechać dalej.  Musimy przecież znaleźć 

miejsce na biwak. 

Smok usiadł i przetarł zaspane oczy. 

- Otwieram naradę produkcyjną - rzekł po chwili, gdy już całkiem oprzytomniał. - Jako 

ludzie  nowocześni  musimy  działać  planowo  w  myśl  zasad  naukowej  organizacji  pracy. 

Proponuję następujący porządek dzienny: referat zasadniczy na temat warunków koniecznych 

do założenia pierwszorzędnego biwaku. 

- Potem dyskusja - dodał profesor, wpadając w żartobliwy ton Smoka. 

-  I  wolne  wnioski  -  uzupełnił  książę.  -  Zebranie  bez  wolnych  wniosków  nic  nie  jest 

warte. 

- Oczywiście - zgodził się Smok. 

- Kto wygłosi referat? - zapytał kucharz. 

- Ja - odparł Smok. - Ogromnie lubię wygłaszać referaty. A więc do roboty. Udzielam 

głosu samemu sobie. Czy są jakieś sprzeciwy? 

Sprzeciwów nie było, wobec czego Smok przystąpił do referowania sprawy. 

-  Przede  wszystkim  musimy  się  ulokować  z  dala  od  szosy.  Nie  lubię  spać,  gdy 

samochody jeżdżą mi po głowie. 

background image

- Brawo - krzyknął Bartolini.  

Smok spojrzał na niego surowo. 

-  Proszę  nie  przerywać.  Po  drugie:  w  pobliżu  musi  być  źródełko,  żeby  można  było 

ugotować zupę i herbatę. Po trzecie: gałęzie na ognisko. Po czwarte... Hm, czy nie wiecie, co 

ma być po czwarte? 

- Strumyk, który ukołysze nas do snu. 

-  Zgoda.  Strumyk  musi  być  koniecznie.  Bez  tego  ani  rusz.  Skończyłem.  Otwieram 

dyskusję nad referatem. 

Książę wyciągnął dwa palce: 

-  Po  tak  wszechstronnym  i  wyczerpującym  referacie  stawiam  wniosek  o  dokonanie 

wizji lokalnej. Siadajmy na rowery i jedźmy szukać idealnego miejsca pod obóz. 

Wniosek  przyjęto  większością  głosów,  przy  jednym  wstrzymującym  się.  Był  nim 

Gąbka, który tak się zapatrzył na kroczącego za rzeką bociana, że zapomniał o naradzie. 

Nikogo  to  nie  zdziwiło.  Baltazar  zawsze  był  zdania,  że  „kle-kle”  najzwyklejszego 

boćka jest znacznie ciekawsze od „ple-ple” wielu ludzkich narad. 

Wyjechali więc na szosę, aby zgodnie z podjętą uchwałą wyszukać Idealne Miejsce na 

Biwak. 

Zasługa odkrycia go przypadła w udziale Smokowi, który nadal jechał na czele grupy. 

Wkrótce  spostrzegł  on  wylot  małej  dolinki,  utworzonej  przez  strumyk  wpadający  do  rzeki. 

Brzegiem strumyka wiodła wąska ścieżka, ginąca za skalnym urwiskiem. 

- Jedziemy w tę dolinkę - zawołał. - Byle dalej od szosy. 

Tuż  za  urwiskiem  ścieżka  skręcała  w  prawo  i  wyprowadzała  na  niewielką  polankę 

usianą krzakami jałowca. Było tu niezwykle zacisznie i spokojnie. 

- A gdzie źródełko? - zapytał zawiedziony profesor. 

- Trudno, mój drogi - odparł Smok. - Będziemy gotować na wodzie ze strumyka. Jest 

przecież cudownie czysta, bo leci prosto z lasu. A spanie będzie na sto dwa! 

W niedługim czasie na polanie stanęły dwa żółte namioty, a przed nimi wyrósł potężny 

stos  gałęzi.  Bartolini  wydobył  z  plecaka  zapasy  żywności,  a  książę  zabrał  się  do  ostrzenia 

patyków,  na  których  miano  piec  kiełbasę.  Smok  nadmuchał  materace,  co  było  dla  niego 

drobnostką, po czym syty chwały usiadł na pniu i zapalił fajeczkę. 

A profesor, zaopatrzony w mały reporterski magnetofon, wybrał się na spacer w górę 

strumienia,  zapowiadając  powrót  za  pół  godziny.  Gdy  nie  wrócił  w  oznaczonym  terminie, 

pośpieszył za nim książę Krak, który wiedział, że Baltazar traci na spacerze poczucie czasu i 

przestaje spoglądać na zegarek. 

background image

Przecisnąwszy się przez zarośla łopianów, przypominających uszy słoni, książę znalazł 

się nad brzegiem strumienia. Nisko wiszące słońce, przesiane przez gałęzie drzew, oświetliło 

mu  niezwykły  widok.  Oto  Baltazar  Gąbka,  tkwiąc  w  wodzie  po  kolana,  pochylał  się  nad 

głazami, przez które przelewały się spienione fale. Na szyi profesora wisiał magnetofon, a w 

ręce błyskał krążek mikrofonu. Nie ulegało wątpliwości, że uczony nagrywa szum potoku. 

Po  chwili  Baltazar  wyprostował  się  i  wrócił  na  brzeg.  Gdy  spostrzegł  księcia, 

uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem, jakby przyłapany na gorącym uczynku. 

- W Zagórzu nagrałem pianie koguta - rzekł do przyjaciela. - Mam też gdakanie kwoki i 

gęganie gęsi. Brakowało mi szumu wody. 

- O ile sobie przypominam, masz też kasetę z kumkaniem żab. 

Baltazar ostrożnie włożył magnetofon do torby. 

- Nie tylko - pochwalił się. - Pewnego dnia w maju wyszedłem na wieczorny spacer w 

okolicę  mojego  osiedla.  Zachował  się  tam  mały  lasek,  rosnący  na  starym  forcie.  I  wyobraź 

sobie, że udało mi się nagrać śpiew słowika! Gdy połączę te wszystkie taśmy, będziemy mieć 

miłą muzykę na jesienne i zimowe wieczory. 

- Musisz jeszcze nagrać owcze dzwoneczki - zaproponował książę. - A także szczekanie 

psów pasterskich i beczenie baranów. 

- Oczywiście. Zmontuję z tego symfonię pt. „Głosy wsi polskiej”. 

- Nie zapomnij jednak o pykaniu traktorów i buczeniu młockarni - dodał Krak - bo to 

także  są  głosy  wsi  polskiej.  Za  naszych  czasów  mógłbyś  nagrać  skrzypienie  studziennych 

żurawi, ale obawiam się, że dziś mielibyśmy z tym duży kłopot. 

- Są jeszcze gdzieniegdzie - odparł profesor. - Ale już bardzo rzadko. 

Obaj  przyjaciele  usiedli  nad  urwiskiem  w  blasku  odbitego  od  wody  słońca.  Lekki 

wietrzyk przyniósł z łąk zapach wyschniętego siana. 

- To by nie było takie trudne-rzekł nagle Gąbka do siebie. 

Krak spojrzał na niego ze zdziwieniem: 

- O czym mówisz? 

- O baltazaronie - wyjaśnił profesor. - Wiesz przecież, że baltazaron dodany do benzyny 

zupełnie usuwa szkodliwe działanie spalin. 

- O tym wie już każde dziecko w Polsce. 

- Przyszło mi teraz na myśl, że do tej mieszanki można by dodać trochę zapachu siana. 

Czy wyobrażasz sobie, jak przyjemnie zrobiłoby się na ulicach miast? 

Książę zerwał liść mięty, roztarł go na dłoni i powąchał. 

- Można by też dodać olejku miętowego... 

background image

- A może jeszcze różanego?  - zaśmiał się Gąbka - niestety taka mieszanka byłaby za 

droga, a stacje benzynowe zamieniłyby się w perfumerie. 

- Wracajmy - rzekł książę. - Czuję dym. Bartolini pichci już kolację. 

Wieczorem spoza krawędzi wzgórza wypłynął księżyc i posrebrzył wody strumienia, 

rozłożyste gałęzie świerków, zwilżone rosą kamienie oraz strzeliste krzaki jałowców. 

Bartolini dorzucił chrustu do ogniska, a Smok począł przebierać palcami po strunach 

gitary. Po chwili z jego ust popłynęły słowa piosenki, którą lubił nucić w dawnych czasach, 

siedząc na ławce przed Jamą. 

 

Znam psa, który chce być skowronkiem,  

znam kota, co się chce zamienić w biedronkę,  

znam wronę, która chce być świnką,  

i chłopczyka, który chce zostać dziewczynką. 

 

Znam Kasię, która chce być Krysią, 

znam Hankę, która chce być Wisią, 

znam Zbyszka, który pragnie być Władkiem, 

nawet wnuka, który chce być swym dziadkiem. 

 

Lecz ja smokiem chcę zostać na zawsze,  

życie smoka jest dla mnie najciekawsze.  

Chcę mieć ogon swój własny,  

pod Wawelem kąt ciasny 

chcę, by łuski me lśniły jak złoto, brylanty,  

chcę w Wiśle wciąż pływać, 

ładne kwiatki z łąk zrywać,  

a wieczorem na spacer iść sobie  

przez Planty... 

 

Gdy  przebrzmiały  ostatnie  słowa  piosenki,  do  uszu  siedzącej  przy  ogniu  gromadki 

doleciał okrzyk: 

- Wonderfull! Wspaniałe! Nie wiedziałem, że pan Smok tak fajno śpiewać. 

Słowa  te  wyszły  z  ust  mężczyzny  w  czarnym,  szerokoskrzydłym  kapeluszu. 

Niespodziewany przybysz stanął w kręgu światła rzucanego przez ognisko i wtedy poznali w 

background image

nim jednego z bratanków Pietruszki. 

- Co pan tu robi? - zapytał książę. 

- Długo was szukać i na szczęście znaleźć - odparł mężczyzna w czarnym kapeluszu. - 

Kochany wujaszek zapraszać Iwas do „Rancho Texas”. On już kupić ekstra bungalow z garaż i 

telewizor i czekać na mister Smok and company. 

- Niech pan siada - powiedział profesor. 

- Dziękuję. Ja stać, żeby nie poplamić spodnie. To bardzo blisko, piętnaście kilometrów. 

Naprzód będzie zajazd „Pod Rumcajsem”, potem droga w lewo aż do sam „Rancho Texas”. 

-  Proszę  powiedzieć  drogiemu  wujaszkowi  -  rzekł  Smok  -  że  bardzo  dziękujemy  za 

zaproszenie, ale przyjedziemy dopiero jutro przed południem. Dziś tu będziemy spać. 

- Jak chcecie - odparł przybysz niezbyt grzecznym tonem. - Ale czy wy się nie boicie 

wilki? 

Na te słowa Bartolini podskoczył jak oparzony: 

- Mamma mia! Bać się wilków, kiedy jest z nami Smok Wawelski? Pan chyba żartuje. 

-  Dobra,  dobra  -  rzekł  bratanek  Pietruszki.  -  To  ja  wrócić  do  „Rancho  Texas”  i 

powiedzieć wujaszkowi, że jutro wy tam być. Dobranoc. 

- Dobranoc, dobranoc. I niech pan sam uważa na wilki... 

-  Ja  mieć  broń,  to  się  nie  bać  wilki.  Good-bye!  Gdy  wysłannik  milionera  zniknął  za 

krawędzią skały, 

Smok odłożył gitarę i przeciągnął się, aż mu chrupnęło w stawach. 

- Bardzo chciałbym wiedzieć, w jaki sposób ten facet trafił do nas. Przecież to spory 

kawałek od szosy. 

- Może zauważył ognisko? 

- Wątpię. Jesteśmy za pagórkiem i z drogi nas nie widać. Ciągle mi się zdaje, że już go 

kiedyś widziałem. 

- Widziałeś go dziś rano - rzekł książę. 

- Nie, to nie to... Chodzi o głos i sposób mówienia. Wszystko razem jest bardzo dziwne. 

Jutro muszę się mu dokładnie przyjrzeć. 

Z tymi słowy wczołgał się do namiotu. 

- Ja już śpię i wam radzę zrobić to samo. 

background image

Rozdział XXII 

CO BYŁO POD SIODEŁKIEM... 

 

O  wschodzie  słońca  Smok  obudził  się  ł  delikatnie  opuścił  namiot,  aby  nie  potrącić 

śpiącego jeszcze Kraka. 

Tuż  przy  ziemi  leżała  mgła,  ale  zaróżowione  wierzchołki  drzew  rysowały  się  na  tle 

czystego  nieba.  W  porannej  ciszy  słychać  było  wyraźnie  bulgotanie  wody  w  strumieniu.  Z 

daleka doleciał sygnał parowozu, a po chwili stukot kół pociągu jadącego za lasem. 

Zgodnie  ze  swym  zwyczajem  Smok  wykonał  codzienną  porcję  ćwiczeń 

gimnastycznych, a następnie wykąpał się w potoku. Włożywszy na siebie dres, powędrował z 

biegiem strumienia i po kilku minutach dotarł do szosy. 

- Tak - powiedział do siebie. - Ten podejrzany bratanek nie mógł stąd widzieć naszych 

namiotów ani ogniska. W takim razie skąd wiedział, jak do nas trafić? Oto jest pytanie! 

Rzeźwe  powietrze  pachniało  mgłą,  wilgotną  trawą,  mchem.  Na  gałązkach  krzewów 

srebrzyły się pajęcze nitki. W olszynowym zagajniku skrzeczała sroka. Korzystając z tego, że 

szosa była pusta, Smok przebiegł truchcikiem kilkaset metrów. Zadowolony, że nadal jest w 

doskonałej formie, wrócił do obozu i zabrał się do czyszczenia roweru przy pomocy suchej i 

miękkiej szmatki. Aby ułatwić sobie pracę, postawił rower kołami do góry i wtedy ujrzał coś, 

czego  się  zupełnie  nie  spodziewał.  Oto  pod  siodełkiem  znajdowało  się  jakieś  maleńkie 

pudełeczko, przymocowane dwoma skrzyżowanymi paskami przylepca. 

Ki diabli? - pomyślał. - Przecież ja tego tu nie umieściłem... 

Oderwał przylepiec i stwierdził, że pudełeczko jest zrobione ze sztucznego tworzywa. 

Niewiele myśląc zmiażdżył je w swych potężnych zębach. 

Wewnątrz  znajdowała  się  płytka  z  laminatu,  pokryta  dziwnym  deseniem 

różnobarwnych, przecinających się linii, miniaturowe cewki i wałeczki oraz maleńki krążek, 

przypominający pastylkę jakiegoś lekarstwa. Smok obejrzał to wszystko, a nawet powąchał i 

przyłożył do ucha. 

- Hm -  mruknął.  -  Nie powiem,  żebym  był  mądrzejszy niż na początku.  Wiem tylko 

jedno, że to coś nie należy do normalnego wyposażenia roweru. 

Schował aparacik do kieszeni i postanowił obudzić przyjaciół. 

Co cztery głowy, to nie jedna, choćby taka duża jak moja - pomyślał nie bez słuszności. 

Wypełzali z namiotów, przecierając sklejone, snem oczy. 

- Mamy dziś 22 sierpnia, imieniny Cezarego i Tymoteusza - mówił żartobliwie Gąbka, 

na podobieństwo  radiowego spikera.  - Pogoda zapowiada się piękna, Polska znajduje się  w 

background image

zasięgu wyżu znad Skandynawii... 

- Nie wygłupiaj się - rzekł Smok - tylko patrz, co znalazłem pod siodełkiem roweru. 

- Co to? 

- Ja też chciałbym wiedzieć. 

Profesor  założył  na  nos  okulary  i  obejrzał  zdemolowany  nieco  aparacik.  Po  chwili 

podniósł wzrok na Smoka. 

- Czy pamiętasz ten film w telewizji o gangsterach? To było jakieś trzy tygodnie przed 

wyjazdem na wyprawę. Gangsterzy obrabowali bank i chcieli prysnąć za granicę. 

- Do czego zmierzasz? 

-  Coś  mi  świta  w  łepetynie,  więc  pozwól,  że  skończę,  bo  jak  ucieknie,  to  żegnaj, 

Karolu... Tam był taki detektyw, któremu udało się zdobyć zaufanie bandytów. Uważali go za 

swojego. 

- Nadal nic nie rozumiem. 

-  Czekaj,  czekaj.  I  ten  facet  założył  pod  zderzakiem  samochodu  szefa  miniaturowy 

nadajnik radiowy. Gnali do granicy po górskich drogach, a za nimi policja... A skąd policja 

wiedziała, gdzie ich szukać? 

- Już nic nie musisz mówić! - ryknął Smok, dla którego nagle wszystko stało się jasne i 

zrozumiałe. - Teraz już wiem, dlaczego ta cholerna Pietruszka dogoniła nas na szosie i w jaki 

sposób ów bratanek trafił wczoraj do naszego obozu. O, łajdaki! 

Zgrzytnął zębami, aż po obecnych przeszedł dreszcz, i odebrał aparat z rąk Gąbki. 

- Sprawa jest poważna - powiedział książę. - Jesteśmy przez nich śledzeni. Tylko nie 

wiem, w jakim celu. 

-  To  się  wkrótce  okaże  -  rzekł  Smok  zdecydowanym  tonem.  -  Zaraz  po  śniadaniu 

jedziemy do tego „Rancho Texas” czy jak mu tam. I nich mnie drzwi ścisną, jeżeli do wieczora 

pan Pietruszka nie znajdzie się w kryminale! 

- Razem ze swymi bratankami - dodał Bartolini. - Czuję, że będzie niesamowita draka, 

ale mogę się założyć o tabliczkę czekolady, że zrobimy ich na szaro. Mamma mia! 

- Oni są uzbrojeni - zauważył rzeczowo książę. 

- My też! - krzyknął kucharz i wywinął młynka swą rożnoszpadą. - Przydała się w walce 

z Wirem-Siąpawicą, to przyda się i teraz w walce z panem Pietruszką! 

W godzinę po wyjechaniu  na szosę ujrzeli gospodę „Pod Rumcajsem”. Na parkingu 

stało kilka samochodów, a z komina budynku unosiło się błękitne pasemko dymu. 

- Wkrótce powinna być  droga w lewo  - rzekł  książę.  -  Musimy uważać,  żeby jej nie 

minąć. 

background image

Po przejechaniu dwóch kilometrów spostrzegli drogowskaz z napisem „Rancho Texas”. 

- Skręcamy - zawołał Smok. - Wprowadzam stan ostrego pogotowia! Znajdujemy się na 

terytorium wroga! 

 

* * * 

Killy przyłożył odbiornik do ucha. Usłyszał szereg wysokich, szybko powtarzających 

się sygnałów: pi, pi, pi, pi... 

- Już zjechali z szosy. 

Sally bez słowa odbezpieczył pistolet i schował go do kieszeni. Billy uczynił to samo. 

Następnie obydwaj włożyli do ust nowe kawałki gumy do żucia. 

Joe Pietruszka rozparł się wygodnie w fotelu. 

- Jest teraz dziesiąta godzina. Wkrótce powinni być na miejscu. Zanim się rozgoszczą i 

odpoczną,  będzie  południe.  Potem  zawiozę  ich  na  obiad  do  gospody  „Pod  Rumcajsem”. 

Popołudnie przeznaczam na spacer i ewentualną drzemkę. Decydującą rozmowę ze Smokiem 

wyznaczam na godzinę dwudziestą. Zegarki sprawdzone? 

- Tak jest, szefie. 

- Dobrze. Teraz musicie zniknąć. Powiem, że poszliście na grzyby. Koszyki macie? 

- Tak jest, szefie. 

-  W  porządku.  O  dwudziestej  musicie  być  w  oznaczonym  miejscu.  Gdy  załatwię 

Smoka, nadam wam sygnał „Biedroneczki są w kropeczki”. Co wtedy macie zrobić? 

-  Postarać  się  o  ciężarówkę  i  jak  najszybciej  przyjeżdżać.  Ale  chwileczkę,  szefie,  co 

zrobimy z resztą towarzystwa? 

Pietruszka pogardliwie wydął wargi. 

- I ty się mnie o to pytasz? Gdy im zagrożę zabiciem Smoka, zgodzą się na wszystko, 

czego od nich zażądam. Te głuptaki poszłyby za nim nawet w ogień. Zapakujemy bractwo do 

ciężarówki i pryskamy za granicę. Ja pojadę przodem i przekupię celników. Zrozumiano? 

- Tak jest, szefie. 

- A więc spływajcie - rzekł Joe i władczym ruchem ręki wskazał im drzwi. 

Po chwili trzech ponurych drabów w szerokoskrzydłych kapeluszach zniknęło między 

drzewami pobliskiego lasu. Pietruszka zapalił cygaro i założył nogę na nogę. 

Pół  godziny  relaksu  dobrze  mi  zrobi  -  pomyślał  i  przysunął  do  siebie  kieliszek 

napełniony francuskim koniakiem, pochodzącym, rzecz jasna, z zapasów mr Johna Samuela 

Rollmopsa. 

Na stole, w kryształowym flakonie, pysznił się bukiet jesiennych astrów. 

background image

To powinno wywrzeć dobre wrażenie - pomyślał, przypominając sobie ładny ogródek 

przed  Smoczą  Jamą.  -  Słowianie  są  sentymentalni,  a  Smok  jest  przecież  czystej  krwi 

Słowianinem. 

Goście  przybyli  w  przewidywanym  czasie.  Na  dźwięk  rowerowych  dzwonków  Joe 

zerwał się z miejsca i stanął na drewnianym ganeczku. 

- Witajcie, kochani - zawołał wylewnie. - Proszę do środka. Czym chata bogata, tym 

rada. 

- Że bogata, to widać-szepnął Smok do siebie. - Ale kto będzie rad, to się jeszcze okaże. 

 

* * * 

Trójka  rzezimieszków  maszerowała  przez  las,  jeżeli  nieustanne  potykanie  się  o 

korzenie drzew można nazwać marszem. Killy narzekał na ciasne lakierki, a Sally przeklinał na 

głos kapelusz, który zrywany gałęziami drzew wciąż spadał mu z głowy. 

- Strasznie dziki ten kraj - mruczał Billy. - Któż to widział, żeby leśne ścieżki nie były 

asfaltowane! Ani jednej lampy, ani ławeczki, żeby można było odsapnąć. 

- Dotychczas myślałem, że nogi są po to, żeby naciskać pedał gazu - stęknął Sally - a nie 

po to, żeby łazić po takich bezdrożach. 

- Szef nie płaci nam za myślenie, tylko za posłuszeństwo - pouczał go Killy. - Ile razy 

muszę ci o tym przypominać? 

Od czasu do czasu schylali się, aby zerwać kilka grzybów, o których oczywiście nie 

mieli  żadnego  pojęcia.  Najłatwiej  było  o  muchomory,  toteż  wkrótce  nazbierali  ich  tyle,  że 

mogliby wytruć wszystkie muchy w promieniu stu kilometrów. Chodziło im o to, aby w razie 

spotkania z jakimś gajowym lub leśnikiem wyglądać na spokojnych letników, bawiących się 

niewinnym grzybobraniem. 

Konieczność wielogodzinnego pętania się po lesie wprowadziła ich w tak zły humor, że 

co chwila rozpoczynali kłótnie o byle głupstwo. Każdy z nich marzył w skrytości ducha, aby 

jak najszybciej zasiąść wokół suto zastawionego stołu i przy butelce rumu wspominać dawne 

dobre czasy. 

Szefowi to dobrze - rozmyślał Killy, sprawdzając kurs przy pomocy kompasu. - Siedzi 

sobie  w  gospodzie  „Pod  Rumcajsem”  i  omawia  interes  z  tymi  dziwakarni,  a  ty,  człowieku, 

włócz się po wertepach i ślizgaj po błocie. Ech, życie, życie... Cała nadzieja w tym, że ten głupi 

Smok zbaranieje do reszty, kiedy szef zadzwoni mu przed uchem kieską pełną złota. 

- Gdybym ja był na miejscu szefa - rzekł w pewnej chwili Sally - tobym się nie bawił w 

żadną dyplomację, tylko stuknąłbym Smoka młotkiem w łeb i do worka! 

background image

- Pewnie że tak byłoby najlepiej - przyznał Billy. Wydostawszy się wreszcie z lasu w 

okolicę  asfaltowej  szosy,  trójka  „bratanków”  legła  w  cieniu  krzaków,  aby  rozprostować 

utrudzone marszem kości. Miejsce idealnie nadawało się do urządzenia zasadzki. Droga wiodła 

ostrymi zakosami do góry, a w pobliżu nie było żadnych zabudowań. 

- Do wieczora mnóstwo czasu - rzekł Killy. - Możemy sobie uciąć drzemkę. 

To mówiąc nastawił budzik na godzinę 19.30 i nakrywszy twarz kapeluszem, zamknął 

oczy. Sally i Billy uczynili to samo. 

 

* * * 

Mimo usilnych starań nie udało się Pietruszce namówić swoich gości do zamieszkania 

w „Rancho Texas”. Nocleg pod namiotami tak im zasmakował, że postanowili rozbić obóz w 

pobliżu domku milionera. 

- Mam kolorowy telewizor - kusił ich Pietruszka. - Możemy sobie obejrzeć festiwal w 

Sopocie. 

- Jeszcze czego - oburzył się Gąbka. - Wolę słuchać koncertu świerszczy. 

- Oddaję wam do dyspozycji swoją łazienkę... 

- To jest niezły pomysł - zgodził się Smok. - Chętnie wykąpię się w ciepłej wodzie. Ale 

spać będę w namiocie. 

- A gdzie są bratankowie? - zapytał książę. 

- Poszli na grzyby - wyjaśnił Joe. - Jeżeli przyniosą, możemy je usmażyć. Nie macie 

pojęcia, jak ja lubię grzyby. Co najmniej tak samo jak was. 

- Z tą tylko różnicą - uśmiechnął się Gąbka - że my jesteśmy niejadalni. 

Milioner wyglądał na zachwyconego. 

-  Wonderfull!  Profesorze,  jest  pan  najdowcipniejszym  człowiekiem  pod  słońcem. 

Czuję, że razem potrafimy zawojować cały świat. 

- Naprzód należałoby go zapytać, czy chce być przez nas zawojowany - rzekł profesor. - 

Co do mnie, mam pewne wątpliwości w tym względzie. 

-  Postaram  się  je  rozproszyć  -  zakończył  rozmowę  Pietruszka.  -  Zapraszam  więc  do 

siebie na godzinę dwudziestą. Spędzimy uroczy wieczór. Od dawna marzyłem o tej chwili. Moi 

bratankowie będą zachwyceni. Aha, i jeszcze jedno, nie musicie przebierać się w wieczorowe 

stroje. 

- To dobrze - rzekł Smok - bo nasze garnitury oddaliśmy do chemicznej pralni... 

background image

Rozdział XXIII 

DECYDUJĄCA ROZMOWA 

 

Bartłomiej powiesił kociołek z wodą nad ogniskiem i usiadł na kamieniu dzierżąc w 

ręce najnowszy numer „Płomyczka”, kupiony jeszcze przedwczoraj w Sanoku. 

Wzrok kucharza padł na stronę z rozrywkami umysłowymi. 

Doskonale - pomyślał - nigdy nie należy pomijać sposobności do wyćwiczenia swego 

umysłu. Przez ten czas woda się zagotuje i będzie można zrobić herbatę. 

Smok, Gąbka i Krak rozłożyli się obok na kocach. 

- Jak myślicie - zapytał kucharz - kto to może być: „legendarny założyciel Krakowa”? 

- Oczywiście że Krak - rzekł profesor. 

- Z tym zastrzeżeniem - uzupełnił książę - że wcale nie jestem osobistością legendarną. 

- Ale do tej pory uchodziłeś za postać z legendy. Po prostu nie wszyscy ludzie oswoili 

się jeszcze z prawdą. Co tam jest dalej? 

- Miasto Rzym po łacinie - przeczytał Bartłomiej. - Z tym będzie kłopot, bo nie znam 

łaciny. 

- Ale ja znam - powiedział książę. - Napisz ROMA. 

- Już piszę! Kochani, cóż bym zrobił bez was? A teraz następny punkt: część ciała na 

cztery litery. 

- OKO - ryknął Smok, bardzo z siebie zadowolony. 

- Zwariowałeś? Oko ma tylko trzy litery. 

- Racja - zawstydził się Smok. - To może NOGA? Są cztery litery. 

- Nic z tego - zmartwił się kucharz. - To słowo musi się zaczynać na literę K. 

Zapanowało milczenie, które po chwili przerwał odgłos silnego klapnięcia. To Smok 

uderzył się w kark, spędzając z niego końską muchę. 

- Pisz KARK - zawołał do Bartłomieja. - Zaczyna się na K i ma cztery litery. Ale teraz ja 

dam ci zagadkę. Co to jest: zaczyna się na literę „w”, ma też cztery litery, kipi i zalewa nam 

ognisko? 

- WODA - ryknął kucharz, zerwał się z miejsca i odstawił kociołek na bok. 

- Zaraz będzie podwieczorek - powiedział i w pośpiechu wsypał do wrzątku całą paczkę 

herbaty. 

- Człowieku! - krzyknął Smok. - Po tak mocnej herbacie nie zmrużymy oka tej nocy! 

Były to prorocze słowa, ale oczywiście nikt z obecnych nie miał o tym najmniejszego 

pojęcia... 

background image

- W czyim plecaku jest cukier? 

- Chyba w mdim - rzekł Gąbka. - Zaraz sprawdzę. Wydobywszy z głębi plecaka puszkę 

z cukrem, profesor nagle pobladł i trzymając ją w ręce, wyjąkał: 

- A gdzie mój magnetofon?  

Smok przerwał krajanie chleba. 

- W twoim plecaku. 

- Nie ma go! 

- Mamma mia! - zawołał Bartolini. - Zobacz dokładnie. 

- Nie ma go, nie ma - powtarzał Gąbka z rozpaczą. - Musiał zostać na ostatnim biwaku. 

-  Wczoraj  wieczorem  nagrywałeś  szum  strumienia  -  rzekł  Krak.  -  Pamiętam,  że 

przyniosłeś magnetofon do obozu. 

- Tak, przecież potem nagrałem jeszcze piosenkę Smoka. Sprawdźcie swoje plecaki. 

Po chwili na kocu znalazła się cała zawartość plecaków. Magnetofonu jednak nie było. 

- Wracamy po niego - zdecydował książę. - Jestem przekonany, że nikogo tam nie było 

po nas. 

-  Pojadę  z  wami  -  postanowił  kucharz,  któremu  widok  twarzy  Baltazara  omal  nie 

wycisnął łez z oczu. - A może Smok chce jechać? 

- Wolałbym tu zostać i zastanowić się spokojnie nad wieczorną rozmową z Pietruszką. 

Tylko wróćcie na czas. 

- Bez plecaków pojedziemy szybko. 

- Co za dureń ze mnie - rozpaczał profesor. - Jak można być tak roztargnionym! 

- Wielcy uczeni często bywali roztargnieni - pocieszył go książę. - Czytałem, że jakiś 

znakomity wynalazca ugotował na miękko swój zegarek, patrząc na trzymane w ręce jajko... 

No to jedziemy! 

- Szerokiej drogi! - krzyknął za nimi Smok. 

Po odjeździe przyjaciół usiadł na miejcu Bartoliniego i zadumał się. 

Ciekaw  jestem  -  pomyślał  -  jaką  minę  zrobi  mister  Pietruszka,  gdy  pokażę  mu 

pudełeczko. Przypuszczam, że nie będzie to mina zbyt mądra... 

 

* * * 

Podczas  gdy  „zbzikowani  rowerzyści”  rozbijali  swe  namioty  na  pobliskiej  łące, 

Pietruszka, ukryty za firanką, obserwował ich przez lornetkę. Doświadczonym okiem gangstera 

pierwszej  klasy  oceniał  atletyczną  sylwetkę  Smoka,  obliczając  w  myśli  dawkę 

obezwładniającego  środka,  który  trzeba  będzie  mu  zaaplikować  w  wypadku  odmowy 

background image

współpracy. 

Wyjazd Kraka, Gąbki i Bartoliniego niezmiernie go ucieszył. 

Oto woda na mój młyn - pomyślał radośnie. - Teraz albo nigdy! 

Opuścił swój punkt obserwacyjny i powędrował do Smoka. 

-  Może  wpadniesz  do  mnie  -  zaproponował,  starając  się  nadać  swemu  głosowi  jak 

najzwyklejsze brzmienie. 

- Chętnie. Ale muszę pilnować obozu. 

- Nic mu nie grozi. Widać go dobrze z domu. A dokąd to pojechali twoi przyjaciele? 

- Po magnetofon. Baltazar zostawił go na poprzednim biwaku. 

- No to chodźmy... 

Zaprosił  swego  gościa  do  zajęcia  miejsca  w  wygodnym  fotelu,  sam  zaś  poszedł  do 

kuchni po koktajl. 

Smok z przyjemnością spojrzał na bukiet astrów. 

Może oceniam go niesprawiedliwie. - pomyślał o gospodarzu - Człowiek, który lubi 

kwiaty, nie może być łotrem. 

Joe wniósł szklanki z brunatnym napojem, w którym pływały kostki lodu. 

-  Piję  na  twoje  zdrowie  -  powiedział.  -  I  na  zdrowie  twoich  kumpli.  Szkoda  że  nie 

jesteście Barpiwończykarni. 

- Dlaczego? 

- Barpiwonia byłaby dumna z takich obywateli.  Ale nic straconego. W każdej chwili 

możecie nimi zostać. 

- Jakim cudem? 

- Nie trzeba cudu. Pojedziecie ze mną do Barpiwonii i ja to załatwię. 

- Nie mógłbym żyć w kraju, w którym nie ma Wawelu, Smoczej Jamy i hejnału z wieży 

Mariackiej - rzekł Smok i wypił kilka łyków zimnego płynu. 

- Urządzę was tak, że do końca życia nie zaznacie żadnych kłopotów. 

- Teraz też nie mamy żadnych kłopotów. Joe usiadł naprzeciw Smoka. 

- Chyba żartujesz. Mógłbyś zrobić wielką karierę, a tymczasem siedzisz w jakiejś norze 

i pozwalasz się oglądać szkolnym wycieczkom. 

- Ja bardzo lubię dzieci. 

- U mnie będziesz ich mieć do syta, na śniadanie, obiad i kolację! 

- Zwariowałeś? Ja dzieci nie jadam. I prószę cię, żebyś nie obrażał Smoczej Jamy. Tu 

się urodził mój tata, tata mego taty i tata taty mego taty! 

- Pomyśl też o swoich kolegach - ciągnął nie zrażony Pietruszka. - Taki Krak mógłby u 

background image

mnie  zrobić  wielkie  pieniądze  choćby  za  samo  pokazywanie  się  na  jarmarkach.  Przecież  to 

prawdziwy książę, a takich nie ma już wielu na świecie. Za jedno uściśnięcie swej ręki mógłby 

brać po pięć zieleńców! 

- Powiedzmy, że masz słuszność - rzekł Smok. - Ale musisz przyznać, że Baltazar ma 

znakomite warunki do pracy. A Bartolini prowadzi najlepszą restaurację w kraju. Wątpię, żeby 

chcieli pojechać do tej jakiejś Barpiwonii. 

- Zrobią, co im każesz. 

-  Nie  mogę  im  nic  rozkazywać.  To  wolni  ludzie!  Pietruszka  pominął  tę  uwagę 

milczeniem,  gdyż  nie  wiedział,  co  na  nią  odpowiedzieć.  Aby  pokryć  chwilowe  zmieszanie, 

napełnił znów szklanki. 

- Smakuje ci? 

- Owszem. Co to? 

- Gonokoka-kola - wyjaśnił gospodarz. - Mojej produkcji. Ach, gdybyś ty zechciał ze 

mną współpracować! 

- To co? 

- Zrobilibyśmy z całego świata taki sam raj, jakim jest Barpiwonia! Czy wiesz - mówiąc 

to przysunął się z fotelem do Smoka - czy wiesz, że my dwaj moglibyśmy zrobić największy 

biznes wszystkich czasów? Całe życie marzyłem, żeby mieć takiego współpracownika - zapalał 

się coraz bardziej. - Gdybyś ty był ze mną, nikt nie ośmieliłby się pisnąć, że Joe Pietruszka to 

zwykły gangster i wyrzutek społeczeństwa. Wszyscy by się nas bali! 

Smok skrzywił się z niesmakiem. 

- Chcesz uszczęśliwiać ludzi przy pomocy strachu? To nieładnie. 

-  Ładnie  czy  nieładnie,  drobiazg.  Ale  skutecznie.  Żebyś  wiedział,  ile  ja  zieleńców 

wydałem na tę podróż! A Joe Pietruszka nigdy nie marnuje pieniędzy na głupstwa. 

Wtedy Smok zrozumiał, że przyszedł czas na mocny cios. Wyjął z kieszeni aparacik 

znaleziony pod siodełkiem roweru i zapytał prosto z mostu: 

- Nawet na takie? 

Zaskoczony  Pietruszka  na  chwilę  zaniemówił.  Ale  natychmiast  odzyskał  tupet  i 

roześmiał się: 

- Ach, o tym mówisz? To niewinna zabawka... Po prostu nie chciałem tracić czasu na 

szukanie cię po tym dzikim kraju. 

Tego już było Smokowi za wiele. Poczuł, że kolce zaczynają mu się jeżyć na grzbiecie. 

- Pozwól więc sobie powiedzieć, że, po pierwsze, ten kraj wcale nie jest tak dziki, jak ci 

się wydaje, a po drugie, że w ten sposób nie zdobywa się zaufania. 

background image

Powstał i cisnął aparacik na stół. 

- Szkoda czasu na takie rozmowy - ciągnął podniesionym już głosem. - Wylazło szydło 

z worka! Tobie wcale nie chodzi o szczęście ludzi, tylko o twój własny interes. Nie ze mną takie 

numery, mister Pietruszka! Żegnam pana. 

- To twoje ostatnie słowo? 

- Tak. Życzę panu spokojnej nocy i przyjemnych marzeń. 

To mówiąc, skłonił się dwornie w myśl reguł demokratycznego savoir-vivre’u i ruszył 

ku drzwiom. 

Milioner nieznacznie wsunął rękę do kieszeni i wydobył z niej strzykawkę, napełnioną 

żółtą cieczą. 

- To naprawdę twoje ostatnie słowo? - powtórzył powoli i wyraźnie. 

Smok, nie odwracając się, ujął za klamkę. 

- Już raz powiedziałem. 

Błyskawicznym ruchem gangster wbił igłę w odsłonięty kark Smoka i nacisnął tłoczek 

strzykawki. 

- A więc masz! 

Smok, stojący już w progu, uczynił pół obrotu, próbując Chwycić Pietruszkę za rękę. 

Gangster odskoczył i ukrył się za stołem. 

- A kuku! - zawołał. - Już za późno! 

I oto ostatni smok na świecie, bohater tysiąca baśni i poematów, zachwiał się i gruchnął 

na dywan. Domek zatrząsł się jak pod uderzeniem halnego wiatru. 

- Dawka była dobra - mruknął Pietruszka i wyciągnął z szuflady krótkofalówkę. 

- Tu Joe, tu Joe, jak mnie słyszycie? Odbiór. 

W miniaturowym głośniku zachrypiał głos Killy’ego: 

- Tu Killy, tu Killy, słyszę cię dobrze. Odbiór. 

- „Biedroneczki są w kropeczki”. Zrozumiałeś? 

- Okay, zrozumiałem. 

Smok leżał nieruchomo, pozbawiony wszelkiego czucia. Pietruszka trącił go końcem 

buta. 

-  Następna  rozmowa  odbędzie  się  w  Barpiwonii  -  rzekł  ze  złośliwym  uśmiechem.  - 

Wtedy już będziesz śpiewał inaczej. 

Schylił się i wyciągnął spod tapczanu długi stalowy łańcuch produkcji Barpiwońskich 

Zakładów Metalurgicznych imienia Hakona Bezzębnego. 

- Ze mną jeszcze nikt nie wygrał, a co dopiero taki głupi, naiwny i nieżyciowy facet... 

background image

Z tymi słowy przystąpił do systematycznego krępowania bezbronnej ofiary. 

Zagrzmiało. O szyby uderzyły pierwsze krople deszczu. 

background image

Rozdział XXIV 

SZYBKI REFLEKS KUCHARZA 

 

Magnetofon  leżał  na  trawie  w  pobliżu  miejsca,  na  którym  jeszcze  rano  stał  namiot 

Gąbki i Bartoliniego. 

- Jest! - krzyknął książę. - Byłem pewny, że go znajdziemy. Możemy wracać. 

- Zostańmy chwilę - zaproponował profesor, szczęśliwy z pomyślnego obrotu sprawy. - 

Mamy jeszcze trochę czasu, a tu jest tak przyjemnie. 

Zdjęli trampki i zanurzyli stopy w wodzie strumienia. 

-  Nie  tylko  ty  jesteś  roztargniony  -  mówił  Bartolini,  poklepując  Gąbkę  po  plecach.  - 

Wyobraź  sobie,  że  pewnego  razu  tak  się  zamyśliłem  o  mojej  Balbince,  że  zrobiłem 

kogel-mogel  z  solą zamiast  z cukrem.  Gość, który  go spróbował,  omal nie wyskoczył przez 

okno na środek rynku. 

- Szkoda że nie ma z nami Smoka - powiedział książę. - Byłby tak samo uradowany jak 

my z odnalezienia zguby. 

Profesor nacisnął klawisz magnetofonu. 

- Zaraz go usłyszycie: 

 

Lecz ja smokiem chcę być na zawsze, 

życie smoka jest dla mnie najciekawsze. 

Chcę mieć ogon swój własny, 

pod Wawelem kąt ciasny, 

chcę, by łuski me lśniły jak złoto, brylanty... 

Chcę w Wiśle wciąż pływać, 

ładne kwiatki z łąk zrywać,  

a wieczorem na spacer iść sobie  

przez Planty. 

 

Miłą piosenkę zakończył efektowny akord gitary oraz oklaski słuchaczy. 

Gąbka zatrzymał taśmę. 

- No cóż, chyba będziemy jechać. Ściemnia się. Wydostawszy się na szosę spostrzegli, 

iż połowę nieboskłonu pokryła czarna chmura. 

- Fiu, fiu - zagwizdał profesor. - Zdaje się, że nas zdrowo poleje. To dlatego było dziś 

tak parno. Musimy dobrze ciągnąć. 

background image

- Cała naprzód - zakomenderował wesoło książę. - Kierunek „Rancho Texas”! 

- Chwileczkę - zawołał na to Gąbka. - Coś się stało z moim rowerem. 

- Co takiego? 

- W tylnym kole nie ma powietrza. Czuję, że jadę na samej rafce. 

- Na szczęście mam pompkę - odezwał się książę. - Może to nic groźnego. 

Niestety sprawa wyglądała nad wyraz poważnie. Pompowanie dętki nie dało żadnego 

rezultatu. 

- Trzeba załatać dętkę - zdecydował Krak. - Musiałeś wjechać na jakiś gwóźdź. 

- Ba, ale czym łatać? - zmartwił się uczony. - Apteczka rowerowa została w obozie. Jest 

w plecaku Smoka. Zapasowych dętek też nie mamy. Co za pech! 

- Rzeczywiście - rzekł kucharz. - Tylko czekać, jak się zacznie ulewa. Ale mam pomysł, 

wezmę cię na ramę. 

- A co z rowerem? Przecież go nie zostawimy. 

- Jeszcze czego - obruszył się książę. - Ja go poprowadzę wolną ręką. Jakoś dojedziemy. 

- Raczej dopłyniemy - mruknął profesor. - Już pada. 

W  jaskrawym  świetle  błyskawicy  zalśnił  mokry  asfalt  szosy.  Przeraźliwy  łoskot 

ogłuszył pechowych rowerzystów. 

- Ładnie się zaczyna - rzekł Bartolini. - Było nie było, jedziemy. Na szczęście nie jesteś 

zbyt ciężki. 

- Bo jeszcze nie namokłem - zażartował Gąbka, choć po prawdzie wcale mu nie było 

wesoło.  -  „To  wszystko  przeze  mnie  -  pomyślał.  -  Gdybym  nie  zgubił  magnetofonu, 

siedzielibyśmy teraz w namiotach”. 

Jechali z wysiłkiem, gdyż droga wiodła teraz pod górę. 

- Zmęczyłeś się? - zapytał profesor. 

- Troszeczkę - sapnął kucharz. - Nie wiem, na jak długo starczy mi sił... 

Deszcz  wzmagał  się  z  każdą  minutą.  Byli  już  zupełnie  przemoczeni,  strugi  wody 

spływały im z włosów na oczy, mokre spodnie przyklejały się do nóg. 

Bartoliniemu zaczynało brakować tchu. Rozpoczęli więc pieszą wędrówkę, starając się 

nie myśleć o tym, że od obozu dzieli ich jeszcze wiele, wiele kilometrów. Krok za krokiem 

przebijali się przez gęstą ścianę ulewy. 

- Zaśpiewajmy coś - zaproponował książę. - Szybciej nam czas zleci. Raz, dwa, trzy! 

 

Szła dzieweczka do laseczka,  

do zielonego... 

background image

 

Drżące  ognie  błyskawic  wydobywały  z  ciemności  wstęgę  drogi,  obramowanej  nie 

kończącym się lasem. 

- Dobrze że nie jesteśmy z cukru - żartował kucharz - bo inaczej nie byłoby już po nas 

ani śladu. 

Osiągnąwszy szczyt wzniesienia, znów dosiedli rowerów. Tym razem Gąbka wziął na 

ramę Bartoliniego, mimo jego protestów. 

-  Musi  być  sprawiedliwość  -  rzekł  profesor.  -  Zresztą  muszę  się  trochę  rozgrzać,  bo 

czuję, że mam dreszcze... 

W pewnej chwili na plecach jadącego przed nimi Kraka zamigotało jakieś światło. 

- Za nami jedzie samochód-zawołał Gąbka. - Jeżeli ciężarówka, to może nas weźmie. 

Zeskoczyli z rowerów i poczęli machać rękami. Dwa silne reflektory zbliżały się bardzo 

szybko. W ich blasku było widać gęste strugi deszczu, rozpryskujące się na asfalcie. Samochód 

zatrzymał się z głośnym piskiem hamulców. 

Podbiegli  ku  niemu.  Ku  swej  radości  spostrzegli,  że  jest  to  wóz  przeznaczony  do 

transportu mebli. Z szoferki wychyliła się twarz kierowcy. 

- O co chodzi? 

- Możecie nas zabrać ze sobą? - krzyknął książę. - Mamy zepsuty rower. Jedziemy do 

„Rancho Texas”. 

- Hallo, boys, przecież my się znamy - odparł kierowca: - Jestem Killy, bratanek pana 

Pietruszki. Byłem u was wczoraj. Co wy tu robić? 

Zdumienie przemoczonych rowerzystów nie miało granic. 

- Burza nas zaskoczyła. Wracamy do obozu. Killy zwrócił się do siedzących obok niego 

mężczyzn: 

- Ptaszki same lecą nam do sieci. Załatwimy wszystkich za jeden zamach. Brać ich! 

Billy i Sally wyskoczyli z samochodu. W ich rękach zamigotały pistolety. 

- Włazić do paki, ale już! 

- Hola - zawołał Krak. - Co to ma znaczyć? Jak wy się zachowujecie? 

-  Szkoda  czasu  na  gadanie,  czas  to  pieniądz  -  ryknął  groźnie  Sally  -  zabawa  się 

skończyła. 

- Poskarżymy się wujowi - pisnął Bartolini. - Chyba jesteście pijani. Szkoda, że Smoka 

nie ma z nami. 

Odpowiedzią łotrzyków był ironiczny śmiech. 

- Zaraz zobaczycie waszego Smoka - krzyknął Billy. - Już mu szef dał radę. Jesteście 

background image

wszyscy w naszych rękach. No, włazić do paki, bo leje jak z cebra. 

- To niesłychane - oburzył się profesor. - Ja protestuję! My do was jak do przyjaciół, a 

wy... 

- Przyjaciele się skończyli - rzekł Sally. - Szkoda każde słowo. 

Bartolini spojrzał nagle na niebo i głośno krzyknął: 

- Mamma mia, co to? 

Obaj  gangsterzy  odruchowo  zadarli  głowy.  Wtedy  kucharz  pchnął  na  nich  rower, 

ścinając ich z nóg. Wspomagany przez Gąbkę przydusił  ich do asfaltu. Zaskoczeni  bandyci 

wypuścili z rąk pistolety. Krak jednym kopnięciem posłał je do rowu i uzbrojony w rowerową 

pompkę wdarł się do szoferki. Po krótkiej walce wypchnął kierowcę z samochodu i skoczył na 

niego jak kowboj ujarzmiający dzikiego mustanga. 

- Bij! wal! rąb! kłuj! - darł się w zapale Bartolini, w którego wstąpił bojowy animusz. 

Billy,  poczęstowany  prawym  sierpowym,  legł  nieruchomo  na  mokrej  szosie.  Tymczasem 

profesor krępował ręce drugiego zbója przy pomocy paska, wyciągniętego ze swych spodni. 

- Ratunku, biją! - wrzeszczał Killy, nadaremnie próbując wyśliznąć się z silnych ramion 

księcia. Ale Krak, przyzwyczajony do mocowania się z niedźwiedziami, nic sobie z tego nie 

robił. 

-  Biją,  biją  -  przyznał  Bartolini,  który  przyszedł  księciu  na  pomoc.  -  Może  mają 

częstować cukierkami? 

Nie  minęło  nawet  sześćdziesiąt  sekund,  gdy  wszyscy  gangsterzy  leżeli  rządkiem  na 

szosie, skrępowani czym się dało. Zwycięzcy zawlekli ich na skraj rowu. 

W wirze zaciętej walki nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że deszcz ustał. 

- A teraz gadajcie, co się stało? - rozkazał groźnie książę. - Tylko mówcie całą prawdę, 

bo szkoda czasu. 

Łamaną polszczyzną, przerywaną szlochaniem, Killy opowiedział im o tym, co zaszło 

w „Rancho Texas” po ich wyjeździe. 

- Szef uśpił Smoka - zakończył swą relację - aby go w tej pace zawieźć do Barpiwonii. I 

co teraz będzie z nami? 

Trójka zwycięzców naradzała się przez chwilę półgłosem. 

- Co będzie z wami? - rzekł wreszcie Krak. - Przywiążemy was do drzew i pojedziemy 

uwolnić Smoka. 

- A nie zabijecie nas? 

- Przecież nie jesteśmy bandytami - uspokoił go książę. - Ale możecie być pewni, że 

zadzwonimy na Milicję, a ona już się wami zajmie. 

background image

Po chwili trójka łotrzyków została przywiązana do drzew przy pomocy znalezionych w 

samochodzie sznurów. 

Rewizja kieszeni przyniosła łup w postaci krótkofalówki i trzech czarnych masek. 

- To będą dowody rzeczowe w procesie - postanowił profesor. - A gdzie kapelusze? 

- W szoferce - skwapliwie poinformował go Sally. 

- Przydadzą się nam chwilowo... I jeszcze jedno, skąd macie ten samochód? 

-  Pożyczyliśmy  -  przyznał  potulnie  Billy.  -  A  kierowcę,  który  nie  chciał  się  na  to 

zgodzić, przywiązaliśmy do drzewa. 

Profesor, książę i kucharz zajęli miejsca w samochodzie. Bartolini przekręcił kluczyk w 

stacyjce. 

- A teraz gazu! - krzyknął i włączył pierwszy bieg. 

- Od kiedy masz prawo jazdy? - zdziwił się Gąbka. 

- Nie mam. Ale jakoś to będzie. W czasie wyprawy do krainy mypingów Smok dał mi 

kilka lekcji. Trzymajcie się mocno, bo pojedziecie z demonem kierownicy! 

Gangsterzy odprowadzili ich ponurymi spojrzeniami aż do najbliższego zakrętu. 

Spoza chmur ukazał się księżyc. 

-  Warto  by  się  przespać  -  mruknął  Sally.  -  W  tej  chwili  nie  mamy  nic  lepszego  do 

roboty. 

background image

Rozdział XXV 

CZARNA DZIURA 

 

Gdyby myśli i pragnienia pasażerów mogły się przyczynić do zwiększenia szybkości 

samochodu, zdobyczny wóz meblowy gnałby co najmniej z szybkością rakiety kosmicznej. Ale 

i bez tego star, który dwukrotnie w ciągu pół godziny zmienił właściciela, pożerał przestrzeń 

niczym rajdowy porche Sobiesława Zasady. Ostre zakręty i wzniesienia nie stanowiły dla niego 

żadnej  przeszkody.  W  ciągu  krótkiego  czasu  Bartolini  złamał  tyle  przepisów  kodeksu 

drogowego,  że  gdyby  mu  przyszło  płacić  mandaty,  do  końca  życia  nie  wygrzebałby  się  z 

długów. 

Jasno oświetlona gospoda „Pod Rumcajsem” śmignęła do tyłu. Bartolini pochylił się ku 

przodowi,  aby  nie  przeoczyć  drogowskazu  z  napisem  „Rancho  Texas”.  Z  głośnym  piskiem 

opon samochód skręcił na boczną drogę, pełną kałuż i wybojów. Zdemolowawszy bariery kilku 

mostków  i  rozwaliwszy  kilka  znaków  drogowych,  ciężarówka  wypadła  na  polankę  z 

namiotami. 

- Stój - krzyknął książę. - Jesteśmy na miejscu! 

- Wiem o tym, ale muszę nawrócić - odparł Bartolini i skręcił w lewo, rozszarpując oba 

namioty na strzępy. Samochód podskoczył jak piłka i znów znalazł się na drodze. Kierowca z 

całą siłą nacisnął pedał hamulca. Trójka pasażerów stuknęła głowami o przednią szybę. Byli u 

celu! 

-  Maski  i  kapelusze-wrzasnął  kucharz.  -  Pietruszka  nie  śmie  nas  poznać,  bo  inaczej 

zabije Smoka. 

- Chodźcie szybko, niedorajdy - krzyczał oczekujący ich na ganku Joe.- Brać smoka i do 

paki! Spieszcie się! 

Biegnący na przodzie Bartolini  schylił  się, pchnął  bandytę  głową, jak byk  atakujący 

toreadora, i wpadł do wnętrza domu. Zbity z nóg Pietruszka rozciągnął się na deskach werandy, 

nie zdążywszy nawet krzyknąć. Silny cios napastnika i zdumienie wywołane nagłym atakiem, 

odebrały mu na chwilę mowę. 

- Idioci! - wrzasnął wreszcie. - Smoka macie brać, a nie mnie. Pijani jesteście czy co? 

Nie mówiąc ani słowa, książę i profesor zdjęli kapelusze i ściągnęli maski z twarzy. 

W  świetle  bijącym  z  okna  domu  Pietruszka  zrozumiał,  że  wszystko  przepadło.  Oto 

zamiast swych podwładnych miał przed sobą Gąbkę i Kraka, którego surowe spojrzenia nie 

wróżyły mu niczego dobrego. 

Powstał  z  desek,  otrzepał  ubranie,  poprawił  krawat  i  wolnym  krokiem  wszedł  do 

background image

mieszkania. 

Bartolini, klęcząc przy Smoku, płakał rzewnymi łzami. 

-  Coś  ty  mu  zrobił,  coś  ty  zrobił?  -  jęczał  kucharz,  zupełnie  załamany  widokiem 

przyjaciela, który obwiązany łańcuchem leżał nieruchomo na dywanie. 

Pietruszka cisnął kluczyk na ziemię i usiadł przy stole. 

-  Możesz  go  rozwiązać  -  powiedział.  -  Nic  mu  nie  będzie,  pośpi  sobie  tylko  przez 

dziesięć dni. 

- Za to ty posiedzisz dziesięć lat - rzekł książę. Joe spojrzał na niego spode łba. 

- Porozmawiajmy jak mężczyźni. Ile chcecie? 

- Nie rozumiem. 

- Nie będę się targować. Odpalę wam sporą sumkę, a wy puścicie mnie wolno. Zgoda? 

Bartolini uniósł się i z zaciśniętymi pięściami podskoczył do Pietruszki. 

- Ty podła kreaturo! - krzyczał w napadzie wściekłości. - Ty skrzynio gnijącej kapusty, 

ty grzmęciu chacharowaty! Gdybym nie chciał sobie rąk powalać, to bym cię tak poczęstował 

po tym zbójeckim łbie, że rodzona małżonka by cię nie poznała. Że też taka zgaga chodzi po 

tym pięknym świecie! ‘ Krak położył mu dłoń na plecach. 

- Uspokój się, Bartłomieju. Szkodą twoich nerwów. Załatwimy to zgodnie z prawem. 

Ujął w dłoń słuchawkę telefonu i wykręcił numer najbliższego posterunku MO. 

- Halo, Milicja? Tu mówi książę Krak. Dzwonię z „Rancho Texas”; Proszę natychmiast 

aresztować groźnego przestępcę. Jego trzej pomocnicy są przywiązani do drzew w lesie, przy 

drodze.  Znajdziecie  ich  łatwo,  tylko  pośpieszcie  się,  bo  inaczej  drzewa  mogą  uschnąć  z 

obrzydzenia. Dziękuję. 

Odłożył słuchawkę i zwrócił się do przyjaciół: 

- Będą tu za dwadzieścia minut. 

Obwiązanie Pietruszki łańcuchem i przymocowanie go do krzesła nie zajęło im wiele 

czasu. Mieli już wprawę. Wiadomo, że trening jest połową sukcesu. 

Gąbka włączył telewizor. 

-  Żeby  ci  się  nie  nudziło,  obejrzyj  sobie  transmisję  z  Sopotu.  Dziś  jest  koncert 

laureatów. 

- Litości! - zawołał Joe. - Nie bądźcie aż tak okrutni! 

-  A  teraz  szybko  do  szpitala  -  zarządził  książę.  -  Nie  wiadomo,  czym  go  ten  drab 

poczęstował. 

Z trudem wynieśli bezwładnego Smoka i umieścili w pace samochodu. 

- Ja zostanę przy nim - rzekł profesor - i będę robił sztuczne oddychanie. A wy siadajcie 

background image

do szoferki. Walimy setką na sygnale. Każda chwila jest droga. 

Bartolini  wcisnął  pedał  gazu  aż  do  deski.  Żeby  tylko  nie  spotkać  lotnej  z  radarem  - 

pomyślał i mocno ujął w dłonie kierownicę. 

 

* * * 

Latający talerz „HORTEX”, przeznaczony do patrolowania planety Ziemia, otrzymał 

ze  swej  bazy  wiadomość,  że  Naczelny  Zarząd  Komunikacji  Transgalaktycznej  zezwala 

załodze, złożonej z Javoxa, Siluxa i Castrola, na przekroczenie czasoprzestrzeni. 

-  Dobra  nasza,  chłopaki!  -  ucieszył  się  dowódca  Javox.  -  Urzędnicy  z  NZKT  doszli 

widocznie do przekonania, że należy się nam  jakieś małe urozmaicenie  patrolu.  - Czuję, że 

znowu wykąpiemy się w jeziorku, nad którym mieszka pustelnik z hecną brodą. Jaki to był 

wiek ziemskiej ery? 

-  O  ile  pamiętam,  ósmy  -  odparł  nawigator  Silux,  odznaczający  się  ogniście  rudą 

czupryną, opadającą mu lokami aż na kark. - Mogę to sprawdzić w komputerze. 

- Dobrze - zgodził się dowódca. - Jeśli to bydlę znowu nie nawali. Najwyższy już czas 

posłać  go  na  emeryturę.  Pamiętasz,  jak  zeszłym  razem  na  pytanie  „która  godzina” 

odpowiedział bezczelnie, że możemy zadzwonić do zegarynki, bo on ma ważniejsze sprawy na 

głowie? 

Silux zaprogramował maszynę. Po serii zgrzytów i szumów na seledynowym ekranie 

komputera OMO ukazała się odpowiedź: 

- Ósmy. Albo siódmy. 

- Do licha! - zdenerwował się młodszy Kosmita Castrol. - To nie jest żadna informacja. 

Wyreguluj go. 

Silux kopnął aparat, a następnie dołożył mu pięścią w okolicy układu scalonego. 

- Siódmy - jęknął komputer. - Zażartować nie można? 

-  Kiepskie  żarty  -  mruknął  Javox.  -  W  siódmym  wieku  pustelnik  był  jeszcze  w 

przedszkolu i nie miał brody. Zabraliście kąpielówki? 

- Oczywiście. 

- No, to lećmy. Przełóż wajchę na ósmy wiek. 

- Tak jest - rzekł Silux. - Przekładam. 

W  kabinie  zapanowało  chwilowe  milczenie.  Nawigator  zwolnił  z  zaczepu  strzałkę 

cofacza stuleci i w skupieniu obserwował zbliżanie się jej do cyfry VIII. Castrol, nie mając na 

fazie  nic  lepszego  do  roboty,  włożył  do  ust  miętowy  cukierek  i  ssał  go  powoli,  z  błogim 

wyrazem okrągłej, niemal dziecięcej twarzy. 

background image

Nagle  zaszło  coś  nieoczekiwanego.  Strzałka  zatrzymała  się  w  pobliżu  ósemki,  a  w 

następnej  chwili  ruszyła  w  przeciwnym  kierunku,  z  wyraźnym  zamiarem  powrotu  do 

dwudziestki. 

-  Co  u  licha?  -  zdenerwował  się  Javox.  -  Przecież  to  jest  nowy,  eksportowy  cofacz! 

Połącz się z bazą. 

- Halo baza, halo baza, tu „Hortex”. Coś złego dzieje się z nami. 

Ale mimo wielokrotnego powtórzenia formuły z bazy nie nadeszła żadna odpowiedź. 

Natomiast Javox oderwał się od swego fotela i poszybował pod sufit kabiny. To samo stało się 

z pozostałymi członkami załogi. 

- Komendancie! - zawołał Castrol. - Nic innego, tylko antygrawitacja przestała działać! 

Mój cukierek lata razem z nami. 

- To złap go. 

- Nie mogę. Jest za daleko. 

Przez  dłuższą  chwilę  koziołkowali  w  ciasnej  przestrzeni  kabiny,  i  nagle,  jak  na 

komendę,  gruchnęli  wszyscy  na  podłogę.  Javoxowi  udało  się  w  przelocie  rzucić  okiem  na 

tarczę cofacza. Strzałka stała spokojnie na dwudziestce. 

-  Wróciliśmy  w  dwudziesty  wiek  -  stwierdził  dowódca,  rozcierając  sobie  potłuczoną 

nogę. - Już wiem, co to było. 

Zajęli znów swe miejsca. 

- Jakiś nowy kawał komputera? - zapytał Castrol. 

- Tym razem nie - odparł dowódca. - Wpadliśmy w „czarną dziurę”. Ale jej tu wcale nie 

powinno być. Przed startem sprawdziłem wszystkie mapy. 

-  Musiała  powstać  w  ostatniej  chwili  -  rzekł  Silux.  Ale  Javox  pokiwał  głową  z 

niedowierzaniem: 

- Myślę, że jest inna przyczyna. Po prostu faceci z NZKT zapomnieli umieścić ją na 

mapach. Do chrzanu z taką robotą. 

- Dobrze że to trwało krótko - wtrącił Silux. - Mój pradziad Pralux siedział kiedyś w 

czarnej  dziurze  przez  trzy  doby.  I  znaczy,  tylko  jemu  tak  się  zdawało.  W  rze-czywisto4<  l 

minęło wtedy 150 lat, dzięki czemu, wróciwszy do domu, mógł zatańczyć na moim weselu. 

-  Tak,  w  czarnych  dziurach  panują  zupełnie  zwariowane  stosunki  -  potwierdził 

dowódca. - Nie ma innej rady, tylko trzeba lądować w XX wieku i spokojnie sprawdzić całą 

aparaturę. 

- Mam! - krzyknął nagle Castrol. 

- Co takiego? 

background image

- Cukierka. Znalazłem go pod fotelem komendanta. 

-  Lądujemy  -  zarządził  Javox.  -  Wprawdzie  nie  było  tego  w  planie,  ale  sytuacja  jest 

wyjątkowa. Przygotować się do manewru XYZ/234

2

. Musimy znaleźć jakąś mało zaludnioną 

okolicę. Najlepsza byłaby Antarktyda. 

Na ekranie komputera ukazał się napis: 

- Nie trzeba żadnej Antarktydy. Pod nami są Bieszczady. Góry, lasy i bardzo mało ludzi. 

Można siadać. 

- Mówisz poważnie? - zaniepokoił się Javox. 

- A co? - odparł OMO przechodząc na fonię. - Myślisz, że znów żartuję? To by było 

nieciekawe. 

-  Patrzcie  państwo  -  rzekł  Javox.  -  Widzę,  że  czarna  dziura  dobrze  ci  zrobiła. 

Zmądrzałeś... 

Latający talerz rozjarzył się pomarańczowym światłem W jego blasku zamajaczyła łąka 

mająca służyć za lądowisko. „HORTEX” osiadł miękko wśród wysokiej trawy. 

- Założyć hełmy i skafandry z materii międzygalaktycznej - Powietrze na Ziemi jest z 

każdym rokiem gorsze. Nie możemy narażać się na zatrucie. Ja wyjdę pierwszy, po mnie Silux. 

Młodszy Kosmita Castrol zostanie w talerzu i skontroluje przyrządy. 

- Jak zawsze - mruknął pod nosem asystent. - Zwalają na mnie najgorszą robotę, a sami 

idą na wagary... 

background image

Rozdział XXVI 

PIERWSZY KONTAKT 

 

W słabym świetle kieszonkowej latarki, przy akompaniamencie trzasków i wstrząsów, 

trwała walka o życie Smoka. Tak, o życie. Wprawdzie Pietruszka zapewnił, że Smok został 

tylko uśpiony na dziesięć dni, ale czy można było wierzyć słowom szefa bandy gangsterów? 

Czy istniała pewność, że użyty przez niego środek nie wywoła żadnych groźnych następstw? 

Toteż Gąbka nie przerywał wysiłków, aby przywrócić Smoka do przytomności, i bez 

przerwy  stosował  sztuczne  oddychanie,  według  wskazówek  zawartych  w  czytanej  niegdyś 

broszurze  pt.  „Pierwsza  pomoc  w  nagłych  wypadkach”.  Daremnie!  Smok  wciąż  leżał  bez 

czucia, a jego tętno było niepokojąco słabe. 

- Smoczku, Smoczusiu kochany - rozpaczał uczony. - Nie śpij tak mocno, zbudź się! 

Pokaż,  że  jesteś  wspaniałym,  potężnym  smokiem,  który  zawsze  wychodzi  zwycięsko  ze 

wszystkich niebezpieczeństw. 

Tymczasem samochód gnał po szosie lśniącej w blasku księżyca, zarzucał na zakrętach, 

warczał i zgrzytał, spadał jak kamień w dolinki i wdzierał się na wzniesienia. Bartolini coraz 

sprawniej  manewrował  przekładnią  biegów,  a  serce  rosło  mu  na  myśl,  że  lekcje  pobrane  u 

Smoka nie poszły na marne. 

Z głośnym wyciem klaksonu śmignęli obok namiotów harcerskiego obozu, zostawili za 

sobą  miejsce  pierwszego  spotkania  z  Pietruszką  i  nie  zmniejszając  szybkości  na  zakrętach, 

wypadli z lasu miedzy łąki, nad którymi wisiała cienka warstwa mgły. 

Ucho kierowcy wyłapało jakieś niepokojące stuknięcia, dolatujące spod maski wozu. 

- A, niech to diabli! - syknął kucharz przez zaciśnięte zęby. - Silnik nawala. 

Ledwo wyrzekł te słowa, motor zazgrzytał i stanął. Rozpędzony samochód przejechał 

jeszcze kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się. 

Bartolini wyskoczył na drogę i w przystępie rozpaczy chwycił się za głowę. 

- Mamma mia! Nic nie poradzę, bo nie znam się na silnikach. 

W tym samym momencie z wnętrza wozu dobiegł głośny okrzyk profesora: 

- Smok żyje! 

Jednocześnie rozległo się gwałtowne łomotanie. 

- Otwierajcie! 

Bartolini i książę błyskawicznie znaleźli się przy drzwiach paki. 

Profesor wyskoczył na drogę. 

- Smok się obudził, nic mu nie jest! 

background image

W ślad za nim ukazała się zwalista postać Smoka. 

- Co się tu dzieje? - rzekło Smoczysko, ziewnąwszy od ucha do ucha. - Tak dobrze mi 

się spało. Gdzie ja jestem? 

Porwali go w ramiona, nieprzytomni wprost z radości i szczęścia. Oto znów był z nimi, 

zdrów i cały, tylko nieco oszołomiony i zaspany. 

- O jejku, nie uduście mnie - bronił się ze śmiechem. - Co to wszystko ma znaczyć? 

Przekrzykując  się  wzajemnie,  objaśnili  go  o  tym,  co  niedawno  zaszło  w  „Rancho 

Texas”. 

- Ten łotr uśpił cię. Miałeś być porwany. Wieziemy cię do szpitala! 

-  Ach  tak,  teraz  sobie  przypominam,  że  pokłóciłem  się  trochę  z  panem  Pietruszką. 

Zaskoczył mnie od tyłu, poczułem ukłucie w kark i nagle film mi się urwał... 

- Powiedział, że będziesz spał przez dziesięć dni. Smok potarł dłonią czubek nosa, co 

znaczyło, że myśli niezmiernie intensywnie. 

- Już wiem! - krzyknął po małej chwili. - Musiał źle obliczyć dawkę. No, i nie wziął pod 

uwagę, że mam cholernie grube łuski na karku. Na co się tak gapisz? 

Słowa te skierował do kucharza, który z wybałuszonymi oczyma spoglądał w kierunku 

dziwnych postaci, zbliżających się od strony łąki. 

Pojawienie się ludzi nie było jednak tak dziwne, jak ich wygląd. Przybysze mieli na 

sobie białe obcisłe skafandry i wielkie kuliste hełmy zaopatrzone w szybki, za którymi widniały 

ich twarze, rozjaśnione seledynową poświatą. Zatrzymawszy się na skraju drogi, unieśli ręce 

jak gdyby w geście powitania, a następnie wskazali nimi na łąkę. 

Zdumieni pasażerowie ciężarówki spojrzeli w tym kierunku. 

W  odległości  niespełna  stu  metrów  spoczywał  na  łące  jakiś  ogromny  dysk, 

promieniujący łagodnym światłem o pomarańczowej barwie. 

- No, to cześć - jęknął Bartolini. - Jeszcze tylko brakuje czarownicy na miotle... 

-  Oni  wyraźnie  chcą,  żebyśmy  poszli  za  nimi  -  wyszeptał  profesor,  opanowany 

przemożną  chęcią  znalezienia  się  w  kręgu  światłości.  -  Czuję,  że  dzieje  się  ze  mną  coś 

niezwykłego. 

- Skoro tak grzecznie proszą, to chodźmy - odparł Smok i przeskoczył przez rów. - Mam 

nadzieję, że nie są to ludzie Pietruszki. 

- Na pewno nie - odparł Baltazar. - Oni są już nieszkodliwi. 

Krok za krokiem zbliżali się do spoczywającego na łące przedmiotu. 

- A może to jakiś nieznany samolot, który musiał przymusowo lądować? - przemknęło 

przez myśl księciu.- A ci ludzie to piloci, nie znający naszego języka. 

background image

I nagle zatrzymał się w miejscu, gdyż z zakamarków pamięci wychylił się ku niemu 

obraz starego pustelnika, mówiącego mu o tajemniczym kręgu, który osiadł kiedyś na brzegu 

puszczańskiego jeziorka. Przecież to pustelnik ofiarował mu małą czerwoną kulkę, znalezioną 

wśród wypalonej trawy... 

Tymczasem przyjaciele znaleźli się już w kręgu pomarańczowego światła. 

Widocznie  nadszedł  czas  PIERWSZEGO  KONTAKTU  -  pomyślał  książę  i 

energicznym krokiem dołączył do swoich towarzyszy. - W końcu musiało to kiedyś nastąpić. 

Baltazar  Gąbka  postawił  nogę  na  stopniu  metalowych  schodków.  Przez  ułamek 

sekundy zawahał  się, po czym,  jakby pchnięty niewidzialną siłą, szybko  wbiegł  do wnętrza 

pojazdu NIE Z TEJ ZIEMI. 

background image

Rozdział XXVII 

...l NARESZCIE OSTATNI 

 

Usiedli  w  wygodnych  fotelach  wskazanych  im  przez  Kosmitów.  Wnętrze  „talerza” 

przypominało  kabinę  pilotów  nowoczesnego  odrzutowca.  Pełno  tam  było  najrozmaitszych 

zegarów,  przekładni,  wyłączników  i  różnobarwnych  wtyczek.  Centralne  miejsce  zajmował 

niewielki srebrny ekran. - Może nam pokażą jakiś nowy film Daenikena? - szepnął książę do 

Baltazara. - Albo jeszcze coś ciekawszego? 

Gospodarze ściągnęli z głów hełmy i zajęli miejsca naprzeciw swych gości. Ich twarze 

były  podobne  do  ludzkich,  z  tą  tylko  różnicą,  że  promieniowała  z  nich  delikatna  poświata, 

przypominającą blask zasłoniętego obłokami księżyca. 

Smok nachylił się ku profesorowi. 

- Po jakiemu będziemy gadać z tymi dziwakami? 

- Nie mam pojęcia. 

Nagle z głośnika nad ekranem popłynęły słowa wypowiedziane poprawną polszczyzną. 

-  Dobry  wieczór  państwu.  Jestem  robot  OMO.  Będę  waszym  tłumaczem.  Za  moim 

pośrednictwem odbędziecie rozmowę z Javoxem, Siluxem i Castrolem. No, i ze mną, to jasne. 

Jesteśmy mieszkańcami jednej z planet systemu Syriusza. Reszta stanowi na razie tajemnicę 

służbową. 

- Cię choroba - mruknął Smok, ale urwał, skarcony spojrzeniem Baltazara. 

- Możecie zadawać pytania - ciągnął OMO. - Bądźcie tylko uprzejmi mówić powoli i 

wyraźnie. Jestem już stary i trochę źle słyszę. 

- Czy jesteście naszymi przyjaciółmi, czy wrogami? - zapytał profesor. -Jest to bowiem 

zagadnienie  niepokojące  ludzkość  od  czasu  zaobserwowania  pierwszych  latających  talerzy, 

określanych skrótem UFO. 

-  Mówi  komendant  Javox.  Pojęcie  „wróg”  już  dawno  wykreśliliśmy  ż  naszego 

słownika. 

- Co chcecie od nas usłyszeć? 

- Czy napijecie się czegoś? 

- Z rozkoszą - rzekł Smok. - Macie oranżadę? 

- Możemy służyć jedynie śmietanką z Drogi Mlecznej z truskawkami. 

- Bardzo prosimy... 

W  mgnieniu  oka  na  niskim  stoliczku  zjawiły  się  plastykowe  kubki  z  napisem 

„HORTEX”, a w powietrzu rozszedł się zapach świeżych truskawek. 

background image

-  Mówi  Starszy  Kosmita  Silux:  dlaczego  jeden  z  was  wygląda  inaczej  niż  reszta? 

Czyżby to był gość z innej planety? 

Tym razem odpowiedział książę: 

- Nic podobnego. To Smok Wawelski, nasz rodak. 

- Mówi Młodszy Kosmita Castrol: nie wiedziałem, że smoki żyją jeszcze w XX wieku. 

-  Bo  ja  wcale  nie  jestem  z  XX  wieku  -  wyrwał  się  Smok.  -  Ja  i  moi  przyjaciele 

pochodzimy  z  BARDZO  DAWNYCH  CZASÓW  i  tylko  przypadkiem  znaleźliśmy  się  w 

czasach dzisiejszych. To bardzo skomplikowana historia, jak w ogóle wszystko, co ma związek 

z czasem. 

- Mówi Javox: to niesłychanie ciekawe! Sądziliśmy, że jesteście ludźmi z XX stulecia. 

Z jakiego więc czasu pochodzicie? 

- Z ósmego  wieku  -  wyjaśnił profesor.  - Przedostaliśmy się do  współczesności przez 

jaskinię w Giewoncie. Giewont to taka góra, w której mieszkają Śpiący 

Rycerze. 

- Wiem - odparł Javox. - Są oni ekipą Kosmitów z bardzo dalekiej galaktyki. Będą spać, 

dopóki nie przyjdzie odpowiednia pora na przebudzenie. Czy smakuje wam śmietanka z Drogi 

Mlecznej? 

- Jeszcze jak! - mlasnął Smok. - Jest po prostu szałowa. Można sobie dolać? 

- Bardzo proszę. Wracam do tematu: jako ludzie z Dawnych Czasów, nie potraficie nam 

odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących współczesności. To zrozumiałe. Powiedzcie jednak, 

czy jesteście zadowoleni z dwudziestego stulecia? 

- I tak, i nie - odparł szczerze Baltazar Gąbka. - Są osiągnięcia wspaniałe i zadziwiające, 

ale są też sprawy, które 

budzą przerażenie. 

- Ma pan rację, profesorze - powiedział Javpx. - To się zgadza z naszymi obserwacjami. 

A  teraz  kieruję  pytanie  do  szanownego  gościa  w  białej  czapce:  co  się  panu  podobało 

najbardziej? 

-  Juvenalia  -  krzyknął  kucharz,  uradowany,  że  może  rozmawiać  z  prawdziwym 

przybyszem z Kosmosu. 

- A najmniej? 

- Tramwaje. Są okropnie hałaśliwe! 

-  A  teraz  jeszcze  jedno  pytanie  -  rzekł  komendant  Javox,  którego  słowa  OMO 

przetłumaczył  z  zadziwiającą  szybkością.  -  Jakie  jest  wasze  najgorętsze  życzenie?  Mam  na 

myśli najbardziej osobiste pragnienia. 

background image

Bartolini nie zastanawiał się ani przez sekundę. 

-  Chcemy  wrócić  do  swoich  -  i  nagle  urwał,  gdyż  wzruszenie  ścisnęło  mu  gardło. 

Powiódł oczyma po twarzach swych przyjaciół w obawie, czy nie wyczyta w nich nagany za 

wtrącanie się do spraw wzniosłych i poważnych. 

-  Wiedziałem  o  tym  już  wcześniej,  ale  chciałem  się  upewnić.  Nasz  analizator 

podświadomości mógł się uszkodzić w czasie przejścia przez czarną dziurę. Widzę jednak, ż 

nic mu się nie stało. Słuchajcie teraz uważnie: ponieważ mamy zamiar zrobić małą wycieczkę 

do waszych czasów, możemy was podrzucić do domu. Zgoda? 

-  Zgoda  -  ryknął  Smok,  nie  panując  nad  swoją  radością.  -  Ta  jakaś  analiza 

podświadomości była zupełnie zbyteczna. U nas co w sercu, to na języku! 

Ale Javox chciał się upewnić: 

- Nie będziecie żałować? 

-  Nie  -  rzekł  Gąbka.  -  Wyniki  badań  nad  baltazaronem  zostawiłem  na  widocznym 

miejscu w Instytucie. Moi asystenci będą je mogli zastosować w praktyce. 

- W porządku - zamknął dyskusję Javox, który jako dowódca statku miał najwięcej do 

powiedzenia.  -  Lecimy  do  Grodu  Kraka.  Na  wszelki  wypadek  zapnijcie  pasy.  Załoga  na 

stanowiska! Obsługę cofacza stuleci powierzam Młodszemu Kosmicie Castrolowi. Gotowi? 

- Tak jest, gotowi - zameldował uszczęśliwiony Castrol i ujął w dłoń gałkę aparatu. 

- Przepraszam, czy można zapalić fajeczkę? - zapytał Smok, który zawsze to robił, gdy 

był w dobrym humorze. 

Z odpowiedzią pośpieszył tym razem robot OMO, rad wielce, że i on będzie mógł wziąć 

udział w rozmowie: 

-  Oczywiście  że  można.  Tylko  nie  wiem,  czy  warto,  bo  to  nie  potrwa  długo. 

Zapamiętajcie moje słowa: to nie! potrwa długo. 

-  Nie  gadaj  tyle  -  syknął  Javox.  -  Zaczynam  odliczanie:  dziesięć,  dziewięć,  osiem, 

siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero. UWAGA - START! 

 

* * * 

Nie poczuli najmniejszego wstrząsu. Smok pykał spokojnie swą fajeczkę, a Gąbka z 

zainteresowaniem obserwował ekran, na którym pojawiły się dziwne zygzaki, przypominające 

rysunki małego dziecka. Przez ułamek sekundy zamigotało na nim zdanie ALA MA KOTA, 

które zaraz ustąpiło miejsca informacji TO LAS, A TO LIS. 

Profesor pomyślał, że jest to zapewne szyfr służący do porozumiewania się talerza z 

jakąś bazą w kształcie półmiska, ale Castrol wyprowadził go z błędu tłumacząc, że robot OMO 

background image

cierpi na chwilowe zaburzenia psychiczne, związane z niedawnym przejściem przez czarną 

Na tablicy rozdzielczej zamigotało czerwone światło. 

- Jesteśmy na miejscu - powiedział Javox. 

Dwie  płyty  srebrzystego  metalu  rozsunęły  się  bezszelestnie,  a  do  wnętrza  kabiny 

wtargnęło rzeźwe, pachnące sianem powietrze. 

 

-  Nie  musimy  zakładać  skafandrów  –  powiedział  komendant.  -  To  już  nie  jest 

dwudziesty wiek. W imieniu załogi dziękuję za miłe towarzystwo i życzę wszystkiego dobrego. 

Tylko nie budźcie Śpiących Rycerzy. Jeszcze czas. A teraz pozwólcie, że uścisnę wasze ręce. 

I oto znów stali na swej rodzinnej ziemi, pod niebem usianym gwiazdami, nie mogąc 

wciąż otrząsnąć się z oszołomienia, wywołanego przejściami ostatnich godzin. 

Javox,  widoczny  na  tle  oświetlonego  wnętrza  pojazdu,  pomachał  im  ręką  na  znak 

pożegnania. 

Ogromny dysk uniósł się w górę lekko i bezgłośnie jak kolorowy dziecięcy balonik. Po 

kilku sekundach nie można go już było odróżnić od tysięcy gwiazd sierpniowej nocy. 

- Czy to sen? - powiedział do siebie profesor Gąbka. 

-  Nie,  to  nie  sen  -  odparł  Krak.  -  Mam  jeszcze  w  ręce  kubek,  z  którego  piliśmy 

śmietankę z Mlecznej Drogi. A zresztą spójrz, jesteśmy pod Wawelem, obok starej, poczciwej 

Smoczej Jamy. 

Zaledwie wyrzekł te słowa, rozległ się w pobliżu znajomy dźwięk strażniczego rogu. 

Odpowiedział mu drugi, pochodzący ze szczytu zamkowej wieży. 

Uścisnęli się serdecznie. 

- Lecę do domu! - krzyknął uradowany kucharz. Do Balbinki i dzieciaków. To dopiero 

będzie dla nich niespodzianka! 

- A ja do Aresa - szepnął wzruszony profesor. - Mam nadzieję, że Pelasia dbała o jego 

żołądek i nie karmiła go wyłącznie makaronem, w którym psisko nie gustuje. 

-  Czy  uwierzycie  -  uśmiechnął  się  Smok,  wskazując  na  tlącą  się  jeszcze  fajkę  -  że 

paliłem ją przez 1200 lat? Przecież znów mamy 778 rok naszej ery... 

Daleki zegar wybił jakąś godzinę. Nad uśpionym grodem popłynęła melodia hejnału. 

- Dobranoc - powiedział Krak i ziewnął z całego serca. - Należy się nam odpoczynek. 

Autor jest tego samego zdania, toteż z wielką radością pisze na ostatniej kartce słowo 

KONIEC!