background image

Ryszard Kurylczyk 
SŁOWIAŃSKI PRZEDŚWIT 

background image

ROZDZIAŁ NAJDAWNIEJSZY Z DAWNYCH 
Epizod pierwszy 
Wiosna  220  r.  p.n.e.  w  Sienjangu,  stolicy  chińskiego  królestwa  Ti.  Spotkanie  króla 

Czenga z jego kanclerzem Li-Synem oraz naczelnym dowódcą armii Meng-Tienem. 

Najdostojniejszy cesarzu, zgodnie z twoim życzeniem, przygotowani jesteśmy na przed-

stawienie ci wszystkiego, co tylko uzyskać mogliśmy na temat plemion zachodnich, a szcze-
gólnie zaś na temat plemienia, które w przeszłości zwano: Siong-nu, Sien-ju lub Hiung-nu, a 
które wojsko nasze najdosadniej – Hunami – nazywa. Meng-Tien opowie ci – o najdostojniej-
szy  –  o  stanie  rzeczy  w  chwili  obecnej,  ja  zaś  o  czasach  chwilę  tę  poprzedzających...  Otom 
nakazał, by w archiwach cesarskich, ale też i we wszystkich archiwach księstw i prowincji – 
szukać  najmniejszych  choćby  wzmianek  o  tym  plemieniu.  Poszukiwania  okazały  się 
niezbytecz-ne...  pierwszą  wzmiankę  o  Hunach  znaleziono  w  zapiskach  królestwa  Szeng, 
zwanego  też  In.  Królestwo  to  trwało  w  czasach  odległych  od  nas  o  tysiąc  czterysta  lat. 
Wówczas  to  w  kronikach  króla  Tanga  zapisano,  że  północni  sąsiedzi,  plemiona:  Luftang  i 
Tufang  –  niepokojeni  byli  –  właśnie  przez  oddziały  Hiung-nu.  Wysłannicy  tych  plemion 
przybyli do króla Tanga i prosili go o obronę przed Hunami. Było to tak dawno, że nie wiemy 
czy wspomniany król owej pomocy udzielił. Jeśli zaś tego nie uczynił, nie myślał najpewniej 
o przyszłości Państwa Środka... 

Nie uchodzi tobie, Li-Synu, oceniać swoich władców, nawet jeśli są to władcy aż tak w 

czasie oddaleni. Nasze państwo: „Czang-Kuo” nazwaliśmy tak, nie tylko dlatego, że jest wła-
śnie państwem środka świata, ale też dlatego, że jest środkiem ludzkich namiętności. A każdy 
środek,  w  tym  nawet  środek  cyklonu  –  bywa  oazą  spokoju,  dlatego  wiadomość  o  tym  co 
uczynił  król  Tang  -  powinna  być  podana  z  rozwagą.  Skąd  bowiem  możesz  wiedzieć  czy 
dostojny mój praprapoprzednik postąpił niewłaściwie lub też czegoś zaniechał?! 

Cesarzu! powiedziałem tylko, że: „jeśli tego nie uczynił”... 
Właśnie! Nie wolno ci było tak powiedzieć. Oceniałeś swego zaprzeszłego władcę, a kto 

dał ci takie uprawnienie?! 

Wybacz, o najdostojniejszy. Zbłądziłem! 
Cieszę się, żeś to zrozumiał. Co więc działo się dalej z owymi Hunami? 
Później następuje długa, bo trwająca ponad sześćset lat, cisza i oto za panowania dynastii 

Czou, za czasów króla Czao uczyniono aż dwie wzmianki o Hunach. Jedną, którą w swoich 


kronikach  dokonał  Sy-Ma-Tsien  pisząc  o  zagrożeniu  granic  przez  Hunów  i  drugą  w 

księdze  dokumentów:  „Szu-King”  o  tym,  że  właśnie  dynastia  Czou  upadła  pokonana  przez 
Hunów.  Zapiski  są  krótkie,  ale  zdarzenia,  o  których  mówią  musiały  być  niezwykle 
dramatyczne,  bo  po  rozpadzie  królestwa  Czou  wszystkie  nowo  powstałe  księstwa  zaczęły 
pośpiesznie  wznosić  wzdłuż  swoich  północnych  granic  –  mury  obronne!  Okazały  się  one 
jednak mało przydatne, bo aż do czasów dzisiejszych Hunowie nie niepokoili naszych granic. 
Minęło więc znowu ponad sześćset lat ... 

Cóż więc wynika z twojej opowieści, Li-Synu? To, że na zachodzie są Hunowie i czasem 

atakują nasze państwo? Liczyłem na więcej. 

Bo też i więcej wiem – dostojny cesarzu! 
Na co więc czekasz? Opowiadaj! 
Mogę wywnioskować z zapisków uczynionych w przeszłości odległej, a i z tego, co od 

naszych  szpiegów  i  kupców  zebrałem,  że  w  stepach  przez  koczowni-cze  plemiona 
zajmowanych,  nie  wiadomo  z  jakich  powodów,  co  sześćset  pięćdziesiąt,  sześćset 
sześćdziesiąt lat – następuje długa i dotkliwa susza – step wszechogarniająca. Zamienia się on 
wówczas na lat kilka, a może nawet i kilkanaście, w wypalone żarem pustkowie. Dlaczego tak 
jest  –  nie  wiem...  Bogowie  tak  chcą  najpewniej.  Dość,  że  wówczas  koczownicy  w 
poszukiwaniu  trawy  dla  swoich  stad  –  idą  na  wschód,  ku  naszym  wielkim  rzekom,  gdzie 

background image

wody  i  trawy  mnogość.  Jak  mi  też  wiadomo,  inne  ich  grupy  idą  bardziej  na  południe,  ku 
Indiom. A jeszcze inne w zupełnie przeciwnym kierunku – na zachód... Myślę, że zależy to 
od tego w jakim są miejscu na stepie w czas, kiedy dopada ich susza. Ci ze wschodu podążają 
ku  ziemiom  naszym,  ci  z  zachodu  idą  w  przeciwnym  kierunku...  Czas  kolejnej  takiej  fali 
koczowników,  czy  jak  wolisz  –  cesarzu  –  fali  Hunów,  podług  moich  obliczeń,  nastąpi 
niezadługo, za jakieś dziesięć, dwanaście lat. 

Lepiej wywiązałeś się z zadania niżem sądził. Zawsze podejrzewałem, że musi być jakaś 

przyczyna tego wyrajania się Hunów ze stepu. Skoro zaś wiemy, że tak jest i będzie – mamy 
więc  najmniej  dwa  rozwiązania...  Możemy  wzmocnić  nasze  oddziały  i  czekać  na  ich 
przybycie,  albo,  uprzedzając,  zaatakować  ich  jeszcze  w  stepie.  Meng-Tienie,  co  sądzisz  o 
takich wnioskach? 

Najdostojniejszy cesarzu! Oto kiedym dowiedział się od Li-Syna o jego odkryciu – długo 

zastanawiałem się nad tym, co już się wydarzyło i co jeszcze wydarzyć się może... Tym bar-
dziej,  że  mamy  sporo,  bo  ponad  dziesięć  lat  do  spodziewanej  napaści  Hunów,  o  ile,  rzecz 
jasna, Li-Syn nie popełnia błędu w swoich obliczeniach?! 

Sądzisz, że w tym, co Li-Syn wywiódł, może być ukryty błąd jakiś? 
O najdostojniejszy cesarzu! Cenię i szanuję przemyślenia Li-Syna, ale powiedział on, że 

napaści  Hunów  zdarzają  się  co  sześćset  pięćdziesiąt,  sześćset  sześćdziesiąt  lat.  Jeśli  więc 
mówi, że mamy dziesięć lat jeszcze, to możemy w rzeczywistości czasu tego nie mieć wcale, 
bo  susza  na  stepach  zacznie  się,  powiedzmy  –  jeszcze  tego  lata.  Wówczas,  uwzględniwszy 
szybkość  z  jaką  poruszają  się  koczownicy,  już  za  rok  możemy  ich  mieć  przy  północnych 
granicach! 


Jak odniesiesz się do tej uwagi Li-Synu? 
Powtórzę tylko to, że z moich obliczeń wynika, iż ów okres, a więc lat sześćset pięćdzie-

siąt od poprzedniego, gwałtownego najazdu Hunów – minie za dziesięć, dwanaście lat. Jestem 
raczej  pewien  tego,  że  ani  w  obliczeniach,  ani  w  rozumowaniu  nie  popełniłem  błędu,  więc 
taki właśnie czas jest najpewniej nam dany... 

Powiedziałeś, żeś jest: „raczej pewien”. Wolałbym usłyszeć, że jesteś: „pewien”. 
Najdostojniejszy  cesarzu!  Nie  mogę  tak  powiedzieć  skoro  nie  znam  przyczyny,  która 

powoduje  pustynnienie  stepu  co  około  sześćset  pięćdziesiąt  lat.  Jeśli  więc  następowało  za 
każdym  razem  skrócenie  tego  czasu  powiedzmy  tylko  o  dwa  lata,  to  już  w  trzech  takich 
okresach  będzie  to  aż  –  sześć  lat.  Dlatego  powiadam,  żem  „raczej  pewien”,  a  nie  aż 
„pewien”... 

Li-Synu!  Poprzedniom  cię  zganił,  ale  tym  wywodem  potwierdziłeś  słuszność  mojego 

wyboru,  kiedym  wyniósł  cię  na  godność  –  kanclerza.  Nie  ma  bowiem  gorszego  doradcy  od 
takiego,  który  jest  pewien  wtedy,  kiedy  trzeba  mieć  wątpliwości!  Taki  doradca  przynosi 
władcy kłopoty a nie pożytki. Przekonuje mnie twoja powściągliwość... Załóżmy więc, że jest 
nam dany czas około dziesięciu a może dwunastu lat. Co w tym czasie powinniśmy uczynić? 

Jeśli Hunowie co sześćset pięćdziesiąt lat pojawiali się i pojawiać się będą u naszych pół-

nocnych  granic, to  wówczas nie tylko  ty  – o najdostojniejszy  cesarzu  –  ale i  jakiś przyszły 
władca  Państwa  Środka,  który  nastanie  za  lat  sześćset  pięćdziesiąt,  będzie  miał  kłopoty  z 
kolejną falą Hunów. Dlatego uwa-żam, że powinniśmy podjąć zamierzenia nie tylko z myślą 
o dniu dzisiejszym, ale i o podobnej chwili w odległym od nas – jutrze! 

Nic twemu wywodowi nie mogę zarzucić Meng-Tienie, no może zbytnią ogólnikowość, 

stąd chcę powtórzyć swoje pytanie; co więc czynić powinniśmy?! 

O  najdostojniejszy!  Dokonałem  inspekcji  murów,  jakie  do  tej  pory  wzniesiono  na 

północy  państwa.  Co  więcej,  nakazałem  narysować  ich  położenie.  Zobacz  cesarzu  jak  one 
przebiegają... 

Patrzcie!  Oto  jeszcze  jeden  dowód,  że  musiałem  scalić  wszystkie  te  księstwa,  przecież 

background image

każde z nich budując mur oddzielnie, stawiało go, jak widać często, równolegle do siebie. A 
nadto te przerwy... 

Właśnie - najdostojniejszy cesarzu! Mur nie łączy się w jedną ciągłą całość, choć to, że 

jest częstokroć budowany równolegle, wcale nie jest takie złe. Można bowiem przygotować – 
właśnie dzięki temu – znakomite wręcz zasadzki. Oto zostawiamy zewnętrzny mur niższy i 
słabszy,  i  tam  właśnie  możemy  spodziewać  się  ataku  Hunów.  A  mur  równoległy  za 
widnokręgiem będzie silny i wysoki. Kiedy więc Hunowie słabszy mur sforsują, pozostanie 
ich tylko wzmocnionymi garnizonami – wybić! Spójrz oto dostojny – cesarzu – na ten drugi 
rysunek. Naszkicowałem na nim, jak moim zdaniem powinien przebiegać, połączony ze sobą, 
długi mur. 

Imponujące mój drogi! I trzeba dobudować tylko te krótkie odcinki? 
Tak, o najdostojniejszy! 

To doprawdy niewiele, Meng-Tienie. 
Na zbudowanie tych brakujących odcinków i umocnienie całości muru potrzebowałbym 

pięć, sześć lat i oddziałów blisko stutysięcznych. 

Nie pomyliłeś się?! 
Wybacz cesarzu, ale na przygotowanie się do dzisiejszej  rozmowy dałeś nam  pół  roku, 

jam tego czasu nie marnował. 

Uważasz, że dowódca armii się nie myli? Potrzeby, o których powiedzia-łeś, są ogromne! 

Musiałbym oto, poza obecną armią, nakazać powołać i utrzymać prawie drugie tyle wojska. 
To wymagałoby podniesienia podatków we wszystkich księstwach. Dobrze urodzenie burzyć 
się  będą  nie  mając  z  tego  żadnych  korzyści.  Mam  im  powiedzieć,  że  muszą  płacić  wyższe 
podatki, bo w ten sposób powstrzymamy za lat sześćset pięćdziesiąt, czy i również za tysiąc 
trzysta – ataki Hunów?! 

Właśnie,  najdostojniejszy  cesarzu!  Ten  mur  trzeba  tak  zbudować,  aby  wytrzymał  ataki 

huń-skie i za lat sześćset pięćdziesiąt, i tysiąc trzysta, i może jeszcze po dwakroć tyle. Wiemy 
wszakże,  że  najazdy  huńskie  będą  się  powtarzać,  mur  więc  musi  być  wykonany  z 
dokładnością najwyższą, stąd i stosownie więcej będzie kosztował. 

To  żadna  pociecha,  Meng-Tienie,  to  raczej  kłopot  dodatkowy...  Powiedzmy  jednak,  że 

ów mur zbudujemy tak jak go narysowałeś i z taką dokładnością, jak mówisz. I co, wówczas? 
Siedzimy bezpieczni za owym murem i czekamy na atak huński? 

Wyczuwam  w  twoim  pytaniu  –  dostojny  cesarzu  –  kpinę,  najpewniej  uzasadnioną,  bo 

rzeczywiście  wybudowanie  muru  to  zaledwie  pierwszy  krok  mojego  planu.  Ważny,  bo 
zabezpiecza przed atakiem zdradzieckim. Uważam bowiem, że sama opowieść, jaka rozniesie 
się między koczownikami o potędze muru – będzie ich powstrzymywać przed ruszeniem ku 
wschodowi, jeśli jednak to uczynią... wtedy skoro zezwolisz na powołanie stutysięcznej armii, 
należy ją wykorzystać nie tylko do budowy muru, ale w tym samym czasie wyposażywszy i 
nauczywszy walki z Hunami  – użyć przeciw nim! Stąd, kiedy mur skończymy, powinniśmy 
zaczekać aż ich plemiona schodzić będą z wyschniętego stepu i zbierać się w większą armię. 
Wówczas, kiedy zbliżą się do wielkiego zakrętu Huangho – zaatakujemy ich nowoutworzoną 
armią! 

A jeśli ich nie pokonasz, Meng-Tienie? 
Jeśli  moje  nowe  wojsko  wraz  ze  mną  –  przegra,  to  za  murami  będziesz  miał  –  o 

najdostojniejszy  –  w  dyspozycji  drugą  taką  samą  armię!  Koczownicy  są  liczni,  ale  przecież 
ich ilość nie jest nieskończona... 

Tak! To dobry plan, Meng-Tienie! Tylko jak go wykonać? Zarządcy prowincji powiedzą 

mi przecież, że tak wysokich podatków nie są w stanie ściągnąć. Sami wiecie, że jeśli podatek 
dla utrzymania armii – zarządcy zbierać będą, nie mając prawa niczego zatrzymać dla siebie, 
to zaczną spiskować! Widzę, że musiałbym raczej nakazać tym razem, aby wysoko urodzeni 

background image

sięgnęli do własnych skarbczyków. A kto z nich taką decyzję uzna za słuszną? 


Najdostojniejszy  cesarzu,  nie  jest  ci  najpewniej  obojętne  –  to,  że  przyszłe  pokolenia 

nazywać  będą  ciebie:  Wielkim  Obrońcą  Państwa  Środka.  Tym,  który  nakazał  małe  mury 
połączyć w niezdobyty kształt Wielkiego Muru! 

Ty,  Li-Synu, wiesz jak mnie podejść. Rzecz oczywista, nie jest  mi obojętne co przyszli 

powiedzą o czasach, w których panuję. I to nie dlatego, że jestem nieskromny, ale, że umiejęt-
ność myślenia o przyszłych losach podległych mi krain – w najwyższej mam cenie... Muszę 
jednak  chodzić  po  ziemi,  jeśli  więc  podejmę  ryzyko  utworzenia  tak  licznej  armii  a  także 
budowy  Wielkiego  Muru,  wówczas  będę  miał  wszystkich  przeciw  sobie.  Rolników, 
rzemieślników i kupców za to, że zwiększam im podatki. Poborców, że nic z tego nie będą 
mieli  dla  siebie.  Zarządców,  którzy  będą  musieli  uśmierzać  bunty  w  prowincjach  na  koszt 
własny.  Nie  widzę,  poza  wami,  zadowolonych  z  tego  myślenia  zapobiegliwego  myślenia  o 
przyszłych pokoleniach. 

Najdostojniejszy cesarzu! Meng-Tien wcześniej  objaśnił mi swój zamysł, ja zaś miałem 

czas dłuższy na zastanowienie się jak go wprowadzić w życie. 

Co to – spisek, Li-Synu? 
Raczej chęć spełnienia twoich życzeń – cesarzu! 
Co  do  tego,  na  szczęście  wasze  –  nie  mam  wątpliwości.  Powiedzcie  więc  wreszcie 

coście, jak widzę, wspólnie – uradzili? 

Najważniejsi dla naszego planu są – dobrze urodzeni! Wiesz o tym Panie, że nas można 

zdobyć albo przywilejami, albo dyscypliną. Podwładni, nawet ci dobrze urodzeni, muszą cię 
cesarzu, albo kochać, albo się ciebie bać! Innych możliwości nie ma ... 

Przesadzasz, Li-Synu. Mogliby mnie – powiedzmy szanować... 
Wybacz, o najdostojniejszy, ale takie uczucia wobec władcy zdarzają się nieczęsto... 
Chyba nazbyt wiele sobie pozwalasz. A wy, czyż nie szanujecie mnie właśnie?! 
Raczej pozostałbym przy tym, że cię kochamy – równocześnie bojąc się ciebie. 
Dość tych przekomarzań. Do rzeczy, Li-Synu, do rzeczy! 
Tak  więc  cesarzu,  ponieważ  dla  wszystkich  nie  możesz  być  dobry  i  sprawiedliwy,  tak 

więc wszyscy kochać cię nie mogą – wystarczy, że będą się ciebie bali! Dzisiaj zaś wysoko 
urodzeni nie boją się nikogo, a słuchają tylko stronników Kung-cy

1

. Rozmyślają o przeszłości 

po  to,  by  ganić  teraźniejszość.  W  jakimś  więc  sensie  źle  mówią  o  twoich  dzisiejszych  –  o 
najdostojniejszy – rządach. Ten stan rzeczy trzeba zmienić! 

Ale jak, właśnie – jak? 

1

 Konfucjusz 


Po prostu: czterystu,  pięciuset dobrze urodzonych trzeba skrócić o głowę, wówczas nie 

tylko Sienjang, ale i cała prowincja Szensi – będzie słuchać najdrobniejszych twych poleceń. 
Jeśli  zaś  chodzi  o  dobrze  urodzonych  z  księstw  pozostałych,  to  wystarczy  szybko 
najważniejsze rody przenieść do stolicy, tak by były pod twoim nadzorem... 

Najpewniej im się to nie spodoba! 
Najpewniej!  Dlatego  uważam,  że  wszyscy  dobrze  urodzeni,  z  wyjątkiem  będących  w 

armii  Meng-Tiena,  powinni  zdać  broń  do  cesarskich  zbrojowni.  A  po  co  im  ona?  Przeciw 
komu? 

Wiecie, że służy im jako wyróżnik pośród innych. 
Niech  więc  tylko  tą  broń  ozdobną  zostawią.  Nadto  należy  zalecić,  aby  umocnienia 

wszystkich  miast  prowincjonalnych  i  rodowych  pałaców  –  zostały  zburzone.  Mur  stanowić 
będzie  dostateczną  obronę  przed  wrogiem  zewnętrznym,  a  w  kraju  kogo  mogą  się  bać? 
Jedynie  cesarza  –  i  niech  się  boją!  Kto  zaś  tych  rozkazów  nie  wysłucha,  ten  przystąpi  do 
buntu przeciw tobie. A Meng-Tien umie sobie radzić z buntownikami! Ponadto można takim 

background image

prze-niewiercom zabrać majątki i przeznaczyć je na budowę Wielkiego Muru. 

Kiedym  przed  pół  rokiem  zapytał  was  o  Hunów,  anim  się  spodziewał  takich  aż 

rozwiązań.  A  już  na  pewno  nie  wobec  dobrze  urodzonych.  Upieracie  się  więc  przy  swoich 
wnioskach?! 

Najdostojniejszy  cesarzu  !  Bronię  tego  planu,  bo  zmierza  on  do  umocnienia  „Czang-

Kuo”.  Nie  moglibyśmy  znieść  myśli,  że  kiedykolwiek  –  nawet  w  czasach  nam  odległych  – 
barbarzyńcy zniewolą nasze Państwo Środka. 

Masz  rację,  ale  mam  pewne  wątpliwości,  które  w  naszej  rozmowie  albo  się  utwierdzą, 

albo  zostaną  rozwiane...Czy  ty,  Meng-Tienie,  jesteś  pewien,  że  Hunów  nie  można  pokonać 
posiadaną dziś armią? 

Wybacz,  najdostojniejszy  cesarzu,  że  nie  odpowiem  zwięźle.  Oto  dzisiejsze  państwo 

Hunów składa się z niezmierzonych ziem zajmowanych przez dwadzieś-cia cztery plemiona 
rozlokowane na wschodzie i zachodzie. Część zachodnia to właśnie Hunowie i plemiona Pej-
Ti.  Na  wschodzie  stoją  Sien-Pi  i  górscy  Tangutowie.  Każde  z  plemion  ma  swojego 
przywódcę, a wszyscy oni trzy razy do roku zbierają się i ustalają kierunki wypraw, składają 
ofiary bogom i, jeśli trzeba, wybierają wspólnego wodza, którego nazywają: „Tsen-u”... 

Powiedziano mi w mojej kancelarii, że ich wodza nazywają „Szen-ju”? 
Hunowie wymieniają tę nazwę, tak jak ja ją przywodzę: „Tsen-u”. Teraz wodzem ich jest 

niezwykle przebiegły Man-Tun. Mam prawo sądzić, iż on – tak jak my  – wie, że zbliża się 
pora  suszy  i  konieczności  ataku  na  nasze  granice.  Dość,  że  szpiedzy  donoszą,  że  Man-Tun 
podzielił  swoje  wojska  na  oddziały  po  dziesięć,  sto  i  tysiąc  jeźdźców.  Ich  kowale 
przygotowują półpancerze, włócznie, tarcze i miecze. Przy czym nie odlewają ich z brązu a 
kują  z żelaza!  Nadto,  robią  we  wszystkich  plemionach  inne  niż  dotychczas  łuki.  Mamy  już 
kilka  sztuk  tej  ich  nowej  broni.  Łuk  jest  o  połowę  dłuższy  od  naszego.  Robiony  z  wielu 
gatunków drzewa, ma wklejone płytki z kości i rogu. Strzała wypuszczona z takiego łuku z 
dużą  swobodą  przebija  pancerze  naszych  żołnierzy,  nawet  te  z  laki,  noszone  przez  ciężką 
jazdę. 


Najdostojniejszy  cesarzu!  Li-Syn  ma  rację.  Jeśli  chcemy  uratować  przyszłość  Państwa 

Środka – musimy być bezwzględni, inaczej zginiemy sami i stracimy „Czang-Kuo”! 

Jesteście przekonywujący! To co proponowaliście będzie od tej chwili  – moją decyzją! 

Polecam  aby  wszystko  to,  co  odnosi  się  do  dawnej  walki  Hunów  z  nami,  a  także  powody 
wzniesienia Wielkiego Muru – było przez skrybów spisane i do mnie dostarczone. Chcę oto, 
aby  ów  dokument  przekazany  był  każdemu  następnemu  cesarzowi  przez  jego  poprzednika 
tak, by ten wiedział co czynić kiedy huński atak nastąpi. Sześćset pięćdziesiąt lat to nie tak 
znowu  wiele,  jeśli  myśleć  o  całej  historii  naszego  Państwa  Środka.  Rzecz  w  tym,  że  przez 
pokolenia,  które  przyjdą,  wieść  o  huńskim  zagrożeniu  –  może  nie  przetrwać,  a  nawet  ulec 
pełnemu zapomnieniu,  stąd dokument taki będzie śladem  wiedzy, jaką zebraliś-cie... Meng-
Tienie,  jeszcze  jedno.  Powiedzmy,  że  pokonamy  główne  siły  Hunów  a  ich  reszta  nie 
przedostanie się przez Wielki Mur, ale przecież na jego przedpolu jakaś ich część przetrwa... 
Po suszy wrócą na step i znowu się rozplenią przez następne ponad sześć stuleci. Czy trzeba 
czekać  aż  się  pojawią  w  przyszłości  odległej?  Może  warto  doprowadzić  do  tego,  aby  w 
chwilach  spokoju  wciągnąć  ich  do  walki  z  innymi  plemionami?  Czy  trudno  znaleźć  takich, 
którzy za naszą namową, czy też za złoto – staną przeciw Hunom?! Co sądzisz o tym Meng-
Tienie? 

Nie pomyślałem o tym – o najdostojniejszy cesarzu! Ale to przedni pomysł... 
Znamy sąsiadów Hunów? 
Od szpiegów i kupców wiem, że na zachód od Hunów stoi naród Sauromatów, czy też 

Sarmatów,  bo  tak  i  tak  ich  zwą.  Spośród  tego  narodu  najsil-niejsze  plemiona  to  Aorsi  i 
Roksolanie. Jeśliby istniała możliwość dotarcia do tych plemion i wykorzystanie ich w walce 

background image

z  Hunami,  byłoby  to  przednie  posunięcie  –  to  silne  plemiona...  Od  wschodu  stoją 
koczownicze  plemiona  Wu-sunów  i  Yueh-chihów.  Na  południu  znajdują  się  silne  i  liczne 
plemiona Massagetów i Saków. Oni najpewniej Hunów nie zaatakują, bowiem uważają ich za 
podobnych sobie koczowników. Tak więc, przeciwników Hunów musimy ostrożnie dobierać. 

W  tej  zaś  chwili  nadal  uważam,  że  powinniśmy  rozbić  Hunów  i  pokazać  im  siłę 

Wielkiego Muru tak, aby przez najbliższe sześćset lat opowiadali o swojej porażce i ogromie 
przeszkody, jaka stanęła na ich drodze. Wówczas kiedy w odległej przyszłości przyjdzie pora 
ich  kolejnej  wędrówki  –  niech  zrezygnują  z  tradycyjnej  drogi  na  wschód  i  ruszą  tylko  na 
zachód!  I  to  dopiero  byłoby  naszym  rzeczywistym  zwycięstwem.  To  też  mam  głównie  na 
myśli  chcąc  budować  Wielki  Mur  i  tworzyć  drugą  armię.  Jeśli  plan  się  powiedzie,  nasi 
przyszli – mogą żyć spokojnie! 

Wówczas  jednak  z  pyszna  będą  się  mieli  wspomniani  przez  ciebie,  Meng-Tienie, 

zachodni sąsiedzi Hunów, bowiem nie wschód ,a zachód co siedemset lat będzie stał w ogniu 
pod huń-skim naporem. Fakt ten warto uzmysłowić Sarmatom i innym zachodnim plemionom 
-  wtedy  bowiem  łatwiej  będzie  namówić  ich  do  współdziałania  przeciw  Hunom.  I 
rzeczywiście  -  przyznaję  ci  rację,  Meng-Tienie,  że  najważniejszym  jest  doprowadzenie  do 
tego, by Hunowie zmienili kierunek wędrówki. Niech wędrują na zachód. 

Ty  zaś,  Li-Synu,  dopilnuj  przygotowania  dokumentu,  o  którym  wspomnia-łem.  Cesarz, 

który będzie rządził Państwem Środka w chwili huńskiego ataku, musi wcześniej wiedzieć co 
i kiedy winien uczynić, by przed takim atakiem zabezpieczyć się skutecznie. 


Najdostojniejszy  cesarzu!  Kiedy  nazwano  cię  „Huangiem”,  wiedziałem,  że  przyszli 

kronikarze  Państwa  Środka  nazywać  cię  będą:  „Szy-Huang-Ti”,  bowiem  po  dzisiejszych 
decyzjach  jesteś  najbezsporniej:  Pierwszym  Cesarzem  Państwa  Ti.  Wybacz  mi  proszę  –  o 
najdostojniejszy  i  inne  moje  pragnienie.  Chciałbym  oto,  aby  nazywano  cię:  „Szy-Huang-
Czung-Kuo”, boś zasłużył na miano: Pierwszego Cesarza Państwa Środka. 

Jesteś pochlebcą, Li-Synu... Jednak nie powiem, że pochlebstwo twoje sprawia mi przy-

krość. Jest ono miłe tym bardziej, że szczere – jak sądzę?! Nim jednak przyszli kronikarze ze-
chcą  mnie  nazwać  tak  zaszczytnym  mianem,  ja  podnoszę  was  obu  do  nowych  godności. 
Ciebie  Li-Synu  mianuję:  Pierwszym  Doradcą  Cesarza,  a  ciebie  Meng-Tienie:  Głównym 
Dowódcą Wszystkich Armii Państwa Ti. Przystąpcie więc do skrzętnego wypełniania naszych 
ustaleń.  Czyńcie  to  nie  tylko  w  moim  imieniu,  ale  i  przyszłych  władców  Państwa  Środka. 
Starajcie  się,  by  wasza  gorliwość  została  zauważona  dziś,  a  w  przyszłości  doceniona  przez 
kroniki tych, którzy po mnie nastaną! ... 

10 
Epizod drugi 
Lato 207 r. p.n.e. Sienjang – zdobyta przez powstańców stolica królestwa Ti. Spotkanie 

dowódcy oddziałów rebelianckich Lu-Penga z obalonym cesarzem. 

Chcę  byś  wiedział,  że  zostawiłem  cię  przy  życiu  nie  dlatego,  że  ode  mnie  teraz  zależy 

przyszłość Państwa Środka, bo to wiem i bez ciebie, ale dlatego, że musisz usłyszeć z jakiego 
powodu  nakażę  cię  zabić!  Nie  przerywaj!  Poleciłeś  naszych  synów  do  wojska  pod 
przymusem  wcielać. Tylko starcy i  kobiety pracowali na roli, a mimo  to płaciliśmy jeszcze 
większe  podatki.  Byłem  starszym  w  mojej  wsi,  więc  widziałem  wszystko  na  własne  oczy. 
Mój  grzbiet  zna  pracę  ponad  siły.  Mój  żołądek  zna  głód,  a  moje  plecy  batogi  twoich 
poborców...  Harowaliśmy,  byś  ty  z  dworem  mógł  świętować  z  okazji  wybudowania 
Wielkiego  Muru.  Wszyscyście  tylko  świętowa-li  i  bawili  się,  a  my  nie  mieliśmy  ani  dnia 
wolnego od pracy, ani  nawet  ryżu do syta! A kiedy powstali rolnicy w  prowincji Anhuej  – 
rozkazałeś  żołnierzom,  aby  zabili  moich  przyjaciół.  Zginął:  Czen-Szang  i  Wu-Kuang! 
Obiecałem, że ci nigdy tego nie przebaczę. Tobie i wszystkim dobrze urodzonym... 

Ależ to właśnie dobrze urodzeni, na czele z Siang-In, powstali nie przeciw twoim oddzia-

background image

łom, a przeciw mnie! 

Milcz! Oni mnie nie obchodzą. Ruszyli przeciw tobie, ale to ja ich pokonałem. A zresztą 

Siang-Jn zeznał przed śmiercią, że to właśnie ty wydałeś rozkaz zabicia dowódców powstania 
w Anhuej. 

Siang-Jn kłamał! 
Nikt przed śmiercią nie kłamie! 
Czyżbyś chciał mnie oszczędzić? 
Umrzesz za chwilę! 
A więc i ja nie kłamię, przecież jak sam rzekłeś: „nikt przed śmiercią nie kłamie”! 
Nie  mądrz  się!  Szkoda  mi  mojego  czasu.  Wiedz  więc,  że  to  wszystko  cóżeś  zrobił 

przeciw nam: za ten Wielki Mur z krwi i potu naszych synów, za pracę ponad siły starców, 
kobiet i dzieci – skazuję cię na śmierć! 

Gdybym miał czas, starałbym się zrozumieć twoją niechęć do mnie i próbować ci wiele z 

mego postępowania wytłumaczyć, ale jak widzę – nie jest on mi dany. Niezależnie więc od 
tego,  jak  wielka  jest  twoja  nienawiść,  wysłuchaj  mnie  teraz  uważnie.  Od  tego  zależy 
przyszłość mojego państwa... 

Tylko  nie  twojego!  Już  nie  twojego!  Jakem  Lu-Peng,  ostrzegam  –  nie  pomyl  się  już 

więcej... 

Chcę tylko byś uważnie mnie wysłuchał. Musisz to zrobić! 
11 
A jakie ty masz prawo mnie rozkazywać?! Za chwilę, kiedy zginiesz, stanę się twoim na-

stępcą. Tak naprawdę, już nim jestem! 

Właśnie dlatego chcę, abyś mnie wysłuchał! 
Jeśli tak – mów! 
Na wachlarzu, który trzymam i który chciałbym ci przekazać, zapisane są ważne dla Pań-

stwa  Środka  wiadomości.  Proszę  cię,  jako  przyszłego  władcę,  byś  dokument  ten  chronił  i 
kiedy  kończył  będziesz  panowanie,  przekazał  go  swemu  następcy.  A  on  niech  go  da  – 
następnemu. Są tu zapisane wiadomości o Hunach. Nakazuję ci, abyś dane te przeczytał! 

Za małym dla ciebie, dalej chcesz mi rozkazywać i jeszcze naigrywasz się ze mnie?! Tak! 

Nie umiem czytać, ale to teraz ja jestem twoim cesarzem. A jeśli chcesz, bym wziął ten wa-
chlarz – poproś mnie o to!... 

Proszę cię – cesarzu! 
Ściąć go, a wachlarz, który trzyma w ręku – spalić! 
Co  chcesz  zrobić?  Chcesz  zgubić  Państwo  Środka!  Jak  się  nauczysz  czytać  –  proś  w 

kancelarii  o  kopię  wachlarza  –  jeśli  nie  jest  głupcem  zupełnym.  Zabić  go!  Na  co  jeszcze 
czekacie?!... 

12 
Epizod trzeci 
Lato  125  r.  p.n.e.  Stepowa  stolica  Aorsów.  Spotkanie  poselstwa  chińskiego  z  wodzami 

plemion sarmackich. 

Witamy cię dostojny Czang-Tienie i twoich współtowarzyszy. Znam cię, bo wiem, iż trzy 

lata  temu  byłeś  posłem  w  Tawanie.  W  tym  samym  czasie  ja  byłem  tam  z  naszymi 
wysłannikami. Miło mi cię znowu widzieć... Masz przed sobą całą radę mojego ludu. Są też z 
nami  wodzowie  podległych  nam:  Roksolanów,  Alanów  i  Antów.  Słuchamy  cię  wszyscy 
uważnie. 

Przywożę serdeczne życzenia i pozdrowienia od swego cesarza, Wu-Ti, który polecił mi 

przekazać, iż jest pełen podziwu dla wielkiego ludu Aorsów i jego sojuszników. Przybywam 
zaś,  by  porozmawiać  o  wspólnych  wrogach  –  Hunach.  Jak  wiecie  w  naszym  kraju  dawno 
temu  zbudowano  Wielki  Mur,  przez  który  Hunowie  nie  przejdą.  Nie  bacząc  jednak  na  to, 
zamierzamy, jeśli się pojawią – rozbić ich przed murem. 

background image

Jeśliby  więc  wasze  plemiona  w  umówionym  czasie  skierowałyby  się  na  wschód, 

moglibyśmy wziąć Hunów w kleszcze i raz na zawsze ich wytępić! 

Trzeba  wam  bowiem  wiedzieć,  że  step  co  sześćset  pięćdziesiąt  lat  wysycha  i  wówczas 

Hu-nowie  ruszają  na  wschód.  Tym  jednak  razem,  jak  wspomniałem  –  zatrzyma  ich  nasz 
Wielki Mur i pójdą na Zachód, chyba, że wcześniej poniosą klęskę. 

Byłeś łaskaw powiedzieć, że Hunowie ruszają ze swoich miejsc co sześćset pięćdziesiąt 

lat. Ile więc od dziś zostało czasu do takiej właśnie chwili? 

Około czterystu pięćdziesięciu lat. 
Raczysz  z  nas  żartować  dostojny  pośle?!  Taki  ogrom  czasu  to  przecież  mnogość 

przyszłych  pokoleń.  Cóż  możemy  dziś  wiedzieć  o  zdarzeniach,  które  wówczas  nadejdą?  I 
nawet  jeśli  pokonamy  wspólnie  Hunów,  to  za  ów  długi  czas  oni  się  mogą  znów  odrodzić  i 
szukać  na  nas  zemsty.  Wy  będziecie  za  swoim  murem  bezpieczni.  My  zaś,  jak  i  Hunowie, 
step mamy za schronienie... 

Dlatego właśnie nie zamierzamy czekać owych czterystu pięćdziesięciu lat, aż Hunowie 

urosną w siłę. Zamierzamy ich zaatakować w ich własnych leżach i wyniszczyć do cna! Li-
czymy, że nam w tym pomożecie. A co do upływu czasu, jego rzeka płynie szybkim, wartkim 
nurtem,  cóż  to  jest  czterysta  pięćdziesiąt  lat?!  U  nas  kroniki  ważniejszych  wydarzeń 
zapisywane  są  już  od  ponad  dwóch  tysięcy  lat...  Masz  rację  –  szybko  następują  po  sobie 
pokolenia.  Jeśli  dziś  pokonamy  wspólnie  Hunów,  nie  będziemy  mieli  z  nimi  kłopotów  w 
przyszłości. Zresztą pozwolisz, że przedstawię sprawę do końca jasno! To my sami chcemy 
pokonać Hunów. Po rozbiciu ich głównych sił, ścigać ich za daleko nie możemy, bo ani nasze 
wojska  nie  są  przygotowane  do  długiego  przebywania  w  stepie,  ani  też  nie  chcemy 
pozostawić  Wielkiego  Muru  –  odchodząc  nazbyt  daleko.  Dlatego  propozycja  nasza  jest 
prosta... Pokonamy Hunów, a wy, kiedy damy znak – podejdziecie ku wschodnim granicom 
stepu i czekać tam będziecie na ich niedobitki. Staną się waszym łatwym łupem! 

Czemu nie proponujecie tego Scytom, przecież po odwrocie Hunów od Wielkiego Muru 

w pierwszej kolejności nastąpi ich starcie ze Scytami? Czyż to nie oni sąsiadują z Hunami? 

13 
Chyba  żartujesz  –  szanowny  wodzu?!  Wiesz  tak,  jak  i  ja,  że  przed  czter-dziestu  laty 

Huno-wie rozbili Massagetów i Saków, stąd Scytowie boją się po prostu Hunów. Jedynie wy 
– Sarmaci – możecie ruszyć wraz z nami przeciw Hunom! Ogromnie na to liczymy. 

Sprawa  wymaga  głębszego  zastanowienia,  stąd  –  proponuję,  byśmy  dziś  zasiedli,  jak 

nasz  zwyczaj  każe,  do  wieczornego  posiłku.  Później  zaś  noc  i  sen  –  a  on  dobre  myśli 
przynosi.  Rankiem  spotkamy  się  w  swoim  gronie,  a  przed  południem  damy  ci,  o  dostojny 
pośle – wspólną odpowiedź... 

14 
Epizod czwarty 
Cóż  sądzicie  przyjaciele  o  propozycji  posła  chińskiego?  Wybaczcie,  że  w  pierwszej 

kolejności  zapytam  o  to,  nie  swoich  najbliższych,  a  ciebie  –  Tasjo,  uważam  bowiem,  że 
właśnie Rok-solanie, którzy bliżej Scytów stoją, powinni mieć dobre w sprawie rozeznanie. 

Dziękuję! Powiem zaś krótko i  stanowczo: nie zamierzamy podejmować walki przeciw 

Hunom i to nie dlatego, że się ich boimy, tylko dlatego, że wiem co to susza stepu, brak trawy 
i wody. Znam nie tylko z opowiadań takie trudne czasy, wprawdzie nie aż kilkuletnie, ale jed-
nak...  Przez  wspólny  step  –  Hunowie  są  mi  bliżsi  niż  Chińczycy!  Wiem  to  od  Scytów,  że 
Chińczycy to bogaty i silny lud żyjący w ogromnych miastach za niewyobrażalnie długim i 
wysokim  murem.  Słyszałem,  że  jeden  scytyjski  oddział,  który  dotarł  do  tego  muru,  jechał 
wzdłuż niego – dwadzieścia dni i zawrócił, bo mur dalej ciągnął się aż po krańce widoku... 
Chińczycy to  inny świat i  inni ludzie. I to  nie dlatego, że są żółci. Zobaczcie jak ci,  którzy 
przyjechali z Czang-Tsienem są ubrani! Jak się zachowują! Mówcie co chcecie, mnie bliżsi są 
Hunowie! Jeśli im zabraknie trawy dla bydła, podzielić się wolę z nimi  tym, co mamy, niż 

background image

stanąć  na  ich  drodze  ku  wodzie  i  zielonym  łąkom.  Jeśli  więc,  kiedyś  Hunowie  ruszą  na 
zachód,  a  nie  na  wschód,  to  mój  lud  zejdzie  im  z  drogi  lub  dołączy  do  nich...  Prawdę 
powiedziaw-szy, w tym, czegośmy dowiedzieli się od Chińczyków – najważniejszym jest to, 
że  za  czterysta  pięćdziesiąt  lat  będzie  dokuczliwa  susza  na  stepie,  a  później  jeszcze  to  się 
powtórzy  za  następne  sześćset  pięćdziesiąt  lat  i  kiedyś  za  następny  taki  okres.  Stąd, 
najpewniej  za  owe  czterysta  pięćdziesiąt  lat  –  susza  w  równym  stopniu  może  dosięgnąć 
Hunów, jak i  nasze plemiona. Ale tak przecież  nie musi być1 Mamy dużo czasu, żeby, nie 
tyle zejść z drogi Hunom, co uciec od suszy, znajdując sobie zupełnie miejsca – z dala od tego 
zdradliwego,  jak  widać,  stepu.  Jeśli  zaś  odejdziemy  w  poszukiwaniu  nowych  leży,  to  w 
obawie przed przyszłą suszą i głodem – a nie strachem przed Hunami czy Chińczykami. 

Zechcecie odejść – odejdziecie! A co zamierzają zrobić Antowie? 
My ruszymy na zachód  wzdłuż brzegu morza. Jeśli Hunowie w przyszłoś-ci  pójdą tym 

samym  szlakiem,  nie  będziemy  stali  na  ich  drodze  –  odbijemy  gdzieś  na  północ,  czy  na 
południe – szukając nowych pastwisk. 

A nie lepiej bez ucieczki – pokonać waszych północnych sąsiadów i zająć ich tereny, za-

miast ruszać w nieznane? 

Na północy stoją Słowianie, to bitny lud. Ulokowali się oni, jak Chińczycy – za murami... 
O innych, niż chińskie, murach – nie słyszałem! 
Bo  też  i  nie  o  wzniesionych  przez  ludzi  murach  myślę.  Słowianie  usadowili  się  za 

„murem” z wody! Między nimi a nami płynie Samara, zaś przez ich całą wschodnią granicę 
przebiega  rzeka  Biała.  Z  północy  od  Finów  odgradza  ich  Kama.  Bezpieczni  są  za  tymi 
„murami”. 

W takim razie możecie się wspólnie ze Słowianami domówić i przeciw Finom ruszyć. 
15 
Fińscy Udmurowie i Meria właśnie wzdłuż swoich brzegów Kamy, w obronie przed Sło-

wianami, pobudowali już dawno silne wielce, gliniane – warownie. 

Umiemy przecież dobywać miasta chronione trwalszymi, bo kamiennymi murami! 
Te z gliny wcale nie są łatwiejsze do zdobycia. Wiem to od Słowian. Wały najpierw są 

budowane ze skrzyń drewnianych wypełnionych piaskiem, później od zewnętrznej strony wy-
równywane  glinianą  polepą.  Wystarczy  z  góry  glinę  wodą  polać,  aby  żaden  wojownik  nie 
wszedł po tak śliskim stoku. A jeszcze i drewniana ostra palisada, i najczęściej rzeka albo ba-
gniska.  Słowianie  próbowali  przedrzeć  się  przez  Kamę  na  fiński  brzeg,  ale,  jak  wiem,  nie 
udało im się to! Stąd – prędzej sami podobne grody zaczną budować niż je dobywać. My zaś 
–  ruszymy  na  zachód  i  zamiast  Słowian  atakować  –  uwiadomimy  ich  raczej  o  przyszłym 
zagrożeniu, może z nami albo za nami ruszą! 

Coś podejrzewam,  że to nie tylko  chińskie poselstwo i  wieść o Hunach  skłania was do 

wędrówki? 

Prawda!  Dawno  zamierzaliśmy  ruszyć  ku  zachodowi,  a  teraz  po  tym,  co  powiedział 

Czang-Tien, wyruszymy na pewno! 

A Alanowie? 
Też pociągniemy wcześniej, czy później ku zachodowi. 
Widzi mi się, że my, Raksolanie, sami musielibyśmy zostać na stepie i do wspólnej walki 

z  Chińczykami  przeciw  Hunom  –  zacząć  się  sposobić.  Ale  zrozumiałe,  że  tak  zrobić  nie 
możemy i pociągniemy z wami. Dlatego taką oto odpowiedź przekażę poselstwu chińskiemu: 

„Będąc  ze  stepem  od  urodzenia  związani,  nie  obrócimy  strzał  swoich  przeciw  innym 

stepowym  ludom  w  czas  suszy.  Dobrze  nam,  kiedy  wody  i  trawy  staje,  źle,  kiedy  posucha. 
Ona właśnie jednako dosięgnąć może nas, jak i  Hunów. Z nimi  więc wspólny los na stepie 
dzielimy.  Możemy  wszakże  przyrzec,  że:  Aorsi,  Antowie  i  Raksolanie  nie  zwiążą  się  z 
Hunami,  by  przeciw  Chińczykom  ruszyć.  Raczej  przeciwny  obierzemy  kierunek  –  ku 
zachodowi, nie ze strachu przed Hunami, a przed przyszłą suszą step ogarniającą.” 

background image

Taką zamierzam dać odpowiedź Chińczykom. Godzicie się z tym? 
Zgoda! 
Tak! 
To chodźmy na spotkanie z Czang-Tsienem. 
16 
ROZDZIAŁ PO NAJDAWNIEJSZYM Z DAWNYCH 
Epizod pierwszy 
Lato  97  r.  n.e.  Akwileja.  Spotkanie  patrycjuszy  z  Caiusem  Pliniusem  Caeciliusem 

Secundu-sem. 

Dostojni  mężowie! Jeśli zaprosiliście mnie, to  dajcie wiarę, że przyby-wam  chętnie nie 

dlatego, że chciałbym  zarobić nawet  i  sto  złotych aureusów lub  dwakroć tyle kwinarów, ale 
dlatego, żem zawsze szacunek miał dla Akwilei i jej patrycjuszy. 

A  myśmy,  Pliniuszu  zakłócili  twój  spokój,  bo  wielce  zajęty,  dostojny  konsul  Tacyt  - 

wskazał  właśnie  ciebie,  jako  tego,  który  najlepiej  zna  jego  dzieła.  Wiemy  też,  że  równie 
dobrze  znasz  „Historię”  Pliniusza  Starszego,  boć  inaczej  nie  nazywano  by  ciebie: 
„Młodszym”. Z tych to względów zaprosiliśmy właśnie ciebie... 

Ale do rzeczy! Wiadomym ci jest, Pliniuszu, że trzecia już wyprawa kupców z Akwilei 

nie  powróciła  z  bursztynowego  szlaku.  Pierwsza  przed  sześcioma,  a  dwie  następne  przed 
czterema, wyruszyły laty nad Ocean Północny

1

 i do dzisiaj nie wróciły. Mamy więc powód do 

niepokoju! 

Nadto,  rozstrzygnięcia  wymaga  problem:  wysyłać  kolejną  wyprawę,  czy  czekać  na 

powrót  którejkolwiek  z  poprzednich?  Liczymy,  że  zechcesz  swoją  wiedzą  o  północnych 
krainach – wesprzeć nas, a może nawet podpowiedzieć jakieś rozwiązanie?! 

Jest  to  konieczne,  przecież  całe  nasze  imperium  wie,  że  właśnie  u  nas  można  kupić 

bursztyn. W Akwilei od dawna rozpoczynano i kończono bursztynowy szlak. Dlatego i teraz 
coraz  to  nowi  chętni  pytają  o  ów  kamień  szlachetny,  a  my  musimy  odpowiadać,  że  go  nie 
mamy ni w składach, ni w straganach. Wiesz o czym takie odpowiedzi świadczą? Niestety o 
naszej  kupieckiej  nieudolności.  Jeśli  bowiem  ktoś  chce  coś  kupić,  a  przedstawiciel  naszej 
gildii tego nie ma, to winien jest – on właśnie, bowiem nie może sprostać swemu zawodowi! 
Prawdziwy kupiec ma zawsze to, na co jest zapotrzebowanie... 

Możemy więc stracić rynek bursztynu, wówczas trud jego uzyskania podejmą kupcy z in-

nych miast, jeśli tam, a nie u nas, zaczną pytać o bursztyn. Do tego dopuścić nie możemy! Po-
móż, Pliniuszu! 

Nie wiem – o dostojni patrycjusze, czy uda mi się udzielić wam rady właściwej, ani też 

odpowiedzieć  na  dręczące  was  pytania.  Nie  zawsze  bowiem  czyjaś  wiedza  podpowiada 
najwłaściwsze dla danej chwili rozwiązania. Czyż nie było tak w przypadku śmierci mojego 
ojca?  Nie  zaprzeczycie,  że  wiedział  on  znacznie  więcej  od  innych?!  A  jednak,  kiedy  przed 
osiemnastu  laty  zagrzmiał  Wezuwiusz  –  popłynął  na  spotkanie  śmierci,  chociaż  mógł 
przewidzieć, że wybuch taki zagraża ludzkiemu życiu... 

Pliniuszu – mówisz to z pewną goryczą w głosie, jakbyś nie pamiętał, że ojciec twój był 

wówczas dowódcą floty stojącej pod Mizenum, i że obowiązkiem jego było podążyć wraz z 

1

 Morze Bałtyckie 

17 
okrętami  na  pomoc  zagrożonym  miastom  Kampanii.  Zrobił  to!  Postradał  więc  życie 

spełniając swoje zadanie, jakie przed nim Rzym postawił. 

Można i tak na to patrzeć. Ale przecież mógł nadzorować przejmowanie wchodzących na 

okręty z odległego i bezpiecznego miejsca, a nie wpływać w trujące opary Wezuwiusza. 

Podobnie jest z waszym problemem... Może lepiej bursztyn odkupić od pośredników, a 

nie poddawać się zagrożeniu odległych wędrówek ku Północnemu Oceanowi?! 

Czyżbyś  sugerował,  Pliniuszu,  że  nasze  wyprawy  po  bursztyn  zostały  rozbite  a  ich 

background image

uczestnicy ponieśli śmierć? 

Tego akurat  nie powiedziałem! Może żyją i  właśnie zbliżają się do Akwilei.  Myślałem 

raczej o kolejnych wyprawach z waszego miasta – te mogą już nigdy nie wrócić! 

Wyrażaj się jaśniej, Pliniuszu... 
Oto właśnie nie wiem, czy mogę wyrażać się jaśniej? Czy wolno mi tak uczynić? Wiedzę 

swoją o krainach północnych czerpię nie tylko z opowieści ojca, który brał udział w wypra-
wach wojennych przeciw Germanom, ale również wiedzy przyjaciela mego – konsula Tacyta, 
który poza książką swoją, niejako służbowo – wiele otrzymuje wieści o nadgranicznych pro-
wincjach i docierają-cych tam obcych plemionach. 

Jeśli wiedzą tą dzielił się Tacyt z tobą, możesz i ty podzielić się nią z nami. Nie jest to 

przecież zdrada, a pomoc rzymskim kupcom. A czyż to nie przede wszystkim  – my właśnie 
poprzez wyprawy – przekazujemy konsulom najnowsze wieści o krajach odległych?! 

Najpewniej  macie  rację.  Gdyby  zresztą  było  inaczej,  nie  przybyłbym  do  was.  Wiem 

nadto,  że  bez  względu  na  moją  odpowiedź,  wyślecie  kolejną  wyprawę  ku  Oceanowi 
Północnemu. Z tych względów nie zależy mi na zapłacie za to, co wam powiem – w kruszcu, 
ale w opowieściach waszych podróżach. Rację macie, że kupieckie podróże przydają się nie 
tylko  konsulom,  którzy  za  bezpieczeństwo  imperium  współodpowiadają,  ale  i  tym,  którzy  o 
odległych  krajach  piszą.  Tak  więc,  coś  za  coś...  Ja  wam  wyjawię  stan  rzeczy  na  naszych 
północnych  granicach,  wy  zaś  przekażcie  mi  to,  co  nowego  z  wypraw  kupieckich  wasi 
przywiozą... 

Nie może być inaczej – dostojny Pliniuszu! Słuchamy ... 
Wiecie, że od Oceanu Północnego, aż do Pontu

1

, wzdłuż granic stoją nasze legiony, na 

brzegach  Renu  i  Dunaju  rozstawione.  A  tam,  gdzie  rzek  nie  ma,  ciągną  się  obronne 
obwałowania. Wojska nasze bronią państwa przed dwoma nadciągającymi przeciw nam – już 
od  trzech  wieków  –  żywiołami.  Jeden,  spływający  od  północy  –  to  Germanie;  drugi,  od 
wschodu  –  to  Sarmaci.  Oba  te  strumienie  złączyły  się,  czy  raczej  zetknęły  się  ze  sobą  na 
wysokości Panonii

2

. Wiedząc o tym, można zadać pytanie: czy przez ten niebezpieczny teren 

mogą przedostać się wasze kupieckie wyprawy? 

1

 Morze Czarne 

2

 dzisiejsza Austria 

18 
A może jeszcze ściślej: z której strony, od wschodu, czy od zachodu można przejść bez-

piecznie  ku  Północnemu  Oceanowi?  To  ważne  pytanie!  Jeśli  bowiem  mogą  ku  północy 
przedostać się kupieckie wyprawy, mogą uczynić to również zbrojne oddziały. 

Nas interesują kupieckie szlaki... Wojaczkę zostawiamy legionom. 
Mnie  też  interesują  w  tej  chwili  kupieckie  wyprawy,  ale  legionów  nikt  przy  zdrowych 

zmysłach  nie  posyła  w  nieznany  teren.  Jeśli  zaś  chcecie  wiedzieć  więcej  o  kupieckich 
szlakach, to  zgłębić trzeba również wiedzę o przeciwnikach legionów. Dlatego musicie, tak 
jak  i  ja,  znać  oba  wraże  nam  żywioły:  germański  i  sarmacki...  Oto,  Germanie  dotarli  do 
naszych  granic,  przepływając  Ocean  Północny  od  wyspy  zwanej  Skantinawia,  co 
najbezsporniej  udowodnił  mój  ojciec.  Chociaż  dla  odmiany  –  ja  mam  w  tej  sprawie 
podejrzenia,  o  których  później  powiem...  Pierwszym  plemieniem  germańskim,  jakie 
wylądowało w Europie przed mniej więcej trzystu laty, byli Cymbrowie, stąd też i półwysep, 
na  który  przypłynęli,  nazwano  „cymbryj-skim”

3

.  Za  nimi  pojawili  się:  Angliowie,  Sasi, 

Teutonowie i Jutowie. Później napłynęli inni, rozmieszczając się wzdłuż naszej granicy tak, 
że  do  dzisiaj  rozstawili  się  w  trzech  rzędach  od  Półwyspu  Cymbryjskiego,  aż  do  odległej 
Wistuli

4

. W pierwszym rzędzie, który od Północnego Oceanu wzdłuż granic ciągnie się aż do 

Panonii,  stoją,  od  północy  patrząc:  Fryzowie,  Chama-wowie,  Uzypetowie,  Brulterowie, 
Marsowie, 

Cyganbrowie, 

Tenkterowie, 

Chattowie, 

Hermun-durowie, 

Turonowie, 

Warystowie, Markonowie, Bojowie i Wadowie. Mogę wam w szczegółach opowiadać o tym, 

background image

jakie plemię z jakim sąsiaduje i gdzie mają swoje siedziby, bo, jak widzicie, mam mapę, którą 
wykonałem wespół z Tacytem. Kopię tej mapy wam przekażę, ale też chcę wam powiedzieć 
więcej, niż to zobaczyć można! Bądźcie więc cierpliwi i nie przerażajcie się mnogością nazw 
plemion  germańs-kich,  chcę  byście  –  o  dostojni  patrycjusze  –  uzmysłowili  sobie,  z  jakim 
groźnym żywiołem mamy do czynienia... 

Jak  więc  rzekłem,  pierwszy  rząd  tych  plemion  sąsiaduje  z  naszymi  północnymi 

granicami. Ale też nie tylko sąsiaduje, bo granice nasze próbowali już Germanie przekroczyć. 
Nie wspominam  tego, bo sądzę, że i w waszej  jeszcze pamięci  jest  ich dwukrotna aż klęska 
pod Noreją i  Vercelae.  Pamiętacie też pewnie, że z tego względu  – Rzym  ogłosił  Mariusza 
pogromcą  Germanów.  Sądzę,  że  na  długo  nie  zechcą  oni,  po  tych  klęskach  –  przekraczać 
naszych granic! 

Wracając  zaś  do  dzisiejszego  ustawienia  Germanów.  Za  tym  pierwszym  ich  wałem  – 

rozpościera  się  kolejny,  składający  się  z  dwóch  znacznych  plemion,  są  to:  Longobardowie  i 
Burowie.  Trzeci  ich  pas,  licząc  znów  od  Oceanu  Północnego  do  Wistuli,  to:  Wardonowie, 
Warynowie, Semnonowie, Burgundowie i Wandalowie na koniec. 

Wszystkie  te  plemiona  nazwałem  nie  bez  powodu:  „żywiołem  germańskim”.  Czyż  nie 

jest  to  „żywioł”?  Jeśli  bowiem  granica  na  Renie  i  Dunaju  zostałaby  przerwana,  cała  ta 
germańska lawina – mogłaby spłynąć na nasze tereny... 

Wcześniej powiedziałem, że sprawę napływu germańskiego widzę nieco inaczej niż mój 

ojciec. Podejrzewam bowiem, że aż tak wielka liczba plemion germańs-kich nie mogłaby się 
zmieścić  na  jednej  wyspie:  Skantinawii.  Sądzę  oto,  że  to  nie  wyspa  –  a  półwysep,  który 
gdzieś na krańcach znanej nam ziemi łączy się z lądem, z którego ciągną ku nam Germanie. 
Wszak jednak i półwysep ma swoją pojemność, stąd nowo napływające plemiona spychają te, 
które  dotarły  tam  wcześniej  –  ku  Europie.  Jeśli  więc  pierwsi  wylądowali:  Cymbrowie, 
Angliowie, Sasi i Jutowie, toteż właśnie oni są najstarszymi germańskimi plemionami, jakie 
na Półwysep Skantinawski dotarły. Nowi Wandalowie i Burgundowie, musieli swoich siedzib 
aż koło odle- 

3

 obecnie Półwysep Jutlandzki 

4

 Wisły 

19 
głej  Wistuli  szukać.  A  z  raportów,  jakie  konsul  Tacyt  otrzymał,  wiem,  że  jest  plemię 

germańskie jeszcze młodsze od tych ostatnich. Oto, dowiedzieliśmy się od kupców właśnie, 
że u ujścia Wistuli do Oceanu Północnego wylądowali Germanie, których zwą Gotami. Jeśli 
dobrze znam plemiona germańskie, to ruszą oni za niedługo wzdłuż Wistuli. 

Ponadto  wykluczyć  nie  można,  że  na  owym,  że  tak  teraz  go  nazwę,  półwyspie 

Skantinawii nie pozostały i inne jeszcze germańskie plemiona. Wówczas i one mogą kiedyś 
wyroić się z onego półwyspu i ruszyć ku Europie. Przecież na razie Germanie to koczownicy, 
ale wcześniej czy później nauczą się sztuki żeglarskiej i nie ląd, a morze stanie się szlakiem 
ich wędrówki. Gdzie popłyną? Tego doprawdy przewidzieć dzisiaj nie sposób. Ale, że tak się 
kiedyś stanie – nie wątpię. Czyż i  Grecy, i my  – Rzymianie, nie byliśmy najsampierw jeno 
koczownikami, którzy doszli do kresu swej  lądowej  wędrówki:  Grecy do krańca Europy na 
Półwyspie Pelopo-neskim, my na Apenińskim? Ponad dwa wieki oni i my potrzebowaliśmy 
na  zaznajomienie  się  z  budową  okrętów  i  poznaniem  żeglugi.  Na  początku  –  ruszyliśmy 
nieśmiało wzdłuż 

brzegów, a później odważnie przez morze. Z tego właśnie wnoszę, że aby koczownicy 
dojrzeli  do  morskich  wypraw  –  trzeba  dwustu,  trzystu  lat  i  tyle,  jak  mniemam,  mamy 

czasu, zanim usłyszymy o skantinawskich żeglarzach... 

Ci kupcy, o których wspomniałeś mówiąc o Tacycie, to któraś z naszych wypraw?... 
Nie!  Była  to  kupiecka  wyprawa  z  Dacji,  która  ku  oceanowi  skierowała  się  nie  przez 

żywioł germański, a sarmacki. Ten ostatni ku naszym granicom od Pontu

5

 napłynął. Najpierw 

background image

nadciągnęli sarmaccy Antowie i usadowili się u źródeł Wistuli. Dalsze ich plemiona ustawiły 
się  wzdłuż  naszych  granic  od  Panonni  do  Pontu.  Teraz  z  Germanami  sąsiadują  sarmaccy: 
Osowie,  Karpowie  i  Antowie,  dalej  stoją:  Jazyngowie,  Anartowie  i  Bastarnowie,  a  na 
północy, już wzdłuż brzegów Pontu: Alanoscytowie i Roksolanie. Dwa te żywioły, germański 
i sarmacki, zetknęły się ze sobą nie tak dawno. Co zaś z zetknięcia tego dla nas wyniknie – 
trudno  doprawdy  przewidzieć...  Jeśli  wejdą  ze  sobą  w  zwadę,  lepiej  to  będzie  dla  nas,  bo 
połączywszy się, stanowić mogą, śmiertelne dla Rzymu, zagroże-nie. Na razie obie te siły nie 
myślą  o  przekroczeniu  naszych  granic,  po  prawdzie  bardziej  z  obawy  przed  naszymi 
legionami, niż z chęci okazania nam przyjaznych zamiarów... 

Kiedy więc już wiecie, jakie oto plemiona oddzielają nas od Oceanu Północnego, a więc i 

od  bursztynu,  pozostaje  próba  udzielenia  odpowiedzi  na  pytanie:  „którędy  wasza  wyprawa 
powinna  udać  się  nad  Północny  Ocean?”  Zaprosiliście  mnie  aby  tę  odpowiedź  usłyszeć. 
Sądzę, że należałoby Pontem dostać się do portu Tyras, a dalej rzeką

6

 o tej samej nazwie ku 

Wistuli,  stąd  zaś  wzdłuż  niej  do  brzegów  Północnego  Oceanu  –  zasobnych  w  bursztyn. 
Innymi  słowy,  zachęcam,  aby  wyprawy  odbywały  się  terenami  zajętymi  przez  żywioł 
sarmacki, a nie germański. I to nie tylko dlatego, że plemiona germańskie są groźniejsze, ale 
dlatego, że wiodą oni już bardziej osiadły tryb życia, mając swoje wsie, a nawet miasta. 

Sarmaci zaś to lud koczowniczy, który życie całe spędza na koniu i wozie – stąd, łatwiej 

niezauważonym przejść przez ich terytorium. A jeśli nawet wyprawa natknie się na nich, to 
ci, uznając teren za wspólny wszystkim, którzy nie szukają z nimi zwady, poniechają kupców. 
Tak więc uważam, że wyprawy z Akwilei powinny ruszyć ku Sarmatom... 

Teraz  zaś  powiem  coś,  co  zabrzmieć  może  dziwnie,  ale  jest  prawdą,  o  której  warto 

pamiętać  wybierając  się  ku  jakiemukolwiek  koczowniczemu  ludowi.  Oto,  jak  już 
wspomniałem, my też kiedyś przybyliśmy do Rzymu jako koczownicy! Wówczas Grecy byli 
już osiadłym ludem i o 

5

 Morze Czarne 

6

 Dniestr 

20 
nas mówili jak o barbarzyńcach tak, jak my dzisiaj mówimy o Germanach i Sarmatach. 

Myślę,  że  i  Grecy  byli  wcześniej  jeszcze  koczownikami.  A  więc  staliśmy  się  inni  dopiero 
wtedy,  kiedy  osiedliwszy  się  na  stałe,  musieliśmy  zacząć  dbać  o  swoje  domostwa  i  miasta. 
Gdybyśmy  byli  dalej  koczownikami,  prościej  byłoby  zmienić  miejsca  postoju  niż  pilnować 
porządku dookoła. Sądzę, że większość koczowników staje się z czasem ludem osiadłym. 

A  przecież  owe  koczownicze  ludy  przychodzą  ze  wschodu,  tam  gdzieś  musi  być  nas 

wszystkich – matecznik. Stamtąd i my musieliśmy kiedyś przybyć! Jeśli więc wasze wyprawy 
zmierzać będą w tamtym kierunku, to powinny pamiętać, że kierują się, nie tyle ku barbarzyń-
com, co ku naszym młodszym braciom... Czymże bowiem jest nasza wyższość nad nimi? Tyl-
ko  zasiedzeniem!  Dziś,  jeśli  chcielibyśmy  ruszyć  w  jakimkolwiek  kierunku,  natknęlibyśmy 
się na granice sąsiednich księstw czy królestw, co tylko do wojny mogłoby doprowadzić. Z 
konieczności więc budujemy obronne domostwa i mury miast, z konieczności dbamy o nie i 
to jest ta nasza wyższość nad koczownikami, którzy las mają za miasto, a rzekę za mur. Jeśli 
więc pierwej  Grecy, a  my po nich staliśmy się ludem osiadłym,  to  ani  chybi  wcześniej czy 
później  osiądą  na  stałe  Germanie  i  Sarmaci,  i  do  tej  myśli  przyzwyczaić  się  warto, 
szczególnie wam – kupcom, bo czyż nowe wsie i miasta na wschodzie to nie nowy rynek dla 
naszych towarów? 

Jeśli zaś wy więcej towarów sprzedawać będziecie, to też i więcej podatków zapłacicie 

państwu. Nie dziwcie się więc temu, że konsul Tacyt wręcz nakazał mi, abym udzielił wam 
pomocy  i  wskazał  dalsze  kupieckie  szlaki.  Tacyt  wielokroć  powiada,  że  jeśli  jakiś  urzędnik 
przeszkadza  kupcom,  to  natychmiast  powinien  być  odsunięty  od  powinności  swoich,  bo  nie 
rozumie,  iż  ścina  gałąź,  na  której  sam  siedzi  –  a  Rzym  samobójców  na  urzędzie  nie 

background image

potrzebuje! 

21 
Epizod drugi 
Wiosna 131 r. n.e. Aleksandria. Spotkanie cesarza Trajanusa Hadrianusa z Klaudiuszem 

Ptolemeuszem. 

Jeśliś  tak  wielkim  uczonym,  jak  o  tobie  mówią  –  zechciej  Ptolemeuszu  wyjaśnić, 

dlaczego jadąc do Aleksandrii przez Jerozolimę – nakazałem nazwać ją „Aelia Kapitolina”? 

Najdostojniejszy cesarzu, fakt, iż mógłbym wyjaśnić ową nazwę, nie musi świadczyć o 

mojej mądrości, a raczej o tym, że plotki szybko roznoszą się w rzymskim imperium... 

Cóż więc to za plotki? 
Rzecz jednak nie tylko w plotkach, ale i dodatkowej wiedzy. 
Zdecyduj się więc, Ptolemeuszu, plotki czy wiedza? 
Wiedza  to  pierwsza  część  nazwy  miasta.  Wszyscy  bowiem  tak  przyzwy-czaili  się  do 

twego  –  najdostojniejszy  –  imienia  „Hadriana”,  że  zapominają  o  rodowym  imieniu  „Aelia”. 
Tak  więc,  to  właśnie  owo  imię  stanowi  pierwszą  część  nowej  nazwy  Jerozolimy. 
Wytłumaczenie zaś części drugiej w większym stopniu opiera się na plotkach niż na wiedzy. 
Oto, powiadają, żeś zalecił senatowi, aby podjął dwie decyzje. Pierwszą o zakazie obrzezania 
żydowskich chłopców i drugą o postawieniu na miejscu świątyni ich boga – Jahwe – nowego 
przybytku  na  cześć  Jowisza  Kapitolińskiego.  Jeśliby  była  to  prawda,  wówczas  druga  część 
nazwy „Kapitolina” byłaby wyjaśnioną. 

Czemu to zasadne wyjaśnienie wkładasz między plotki? 
Bo wierzyć mi się nie chce, że historyk i wojownik tej miary, co ty  – cesarzu – mógłby 

podjąć równie ryzykowną decyzję. Powszechnie przecież wiadomo, że wystarczy by Żydom 
zakazać ich rytuałów, albo zamach uczynić na ruiny świątyni Salomona, a powstanie zbrojne 
w Palestynie gotowe! Tyś zaś, podług plotek, nakazał zrobić jedno i drugie, a więc powstanie 
niebawem  wybuchnie!  Tak  więc,  albo  rzecz  jest  plotką,  albo  sam  chcesz  rozniecić  ogień  w 
Judei?! 

A jeśli nie ma w moich decyzjach takich, jakeś wysnuł, motywacji? Jeśli chciałbym po 

prostu aby nie okaleczano młodych ludzi, a świątynię podźwignięto z ruin?! 

Wówczas świadczy to o tym, że zupełnie nie znasz - cesarzu – panujących w Palestynie 

zwyczajów. Zapewniam cię, że nie minie rok jak wybuchnie tam zbrojny opór przeciw twoim 
decyzjom! 

Nie sądzę, Ptolemeuszu, by tak się stać miało, ale pogląd twój zapamiętam... Jednak nie o 

tym chciałem z tobą rozmawiać. Wyjaśniłeś prawidłowo nową nazwę Jerozolimy i to mi wy-
starcza. 

Teraz chodzi mi o coś innego, oto z końcem lata wybieram się do Aten, a później na pół-

nocną granicę. Zastanawiałem się, czy, będąc tak daleko – nie wyruszyć z wyprawą ku najdal- 

22 
szym  krańcom  naszego  świata?  Może  aż  do  brzegów  Północnego  Oceanu,  tam  gdzie 

bursztyn dobywają?... 

Ależ cesarzu, to nie są najbardziej odległe krainy, znam dalsze jeszcze! 
Skąd je znasz? 
Zamierzam  oto  –  najdostojniejszy  cesarzu  –  napisać  obszerną  rozprawę  o  geografii  i 

podać w niej szczegółowe dane o tym, gdzie leży jakie miasto, rzeka, morze czy ważniejsza 
góra. Zbieram do tej pracy dane od wielu lat. Stąd, sporo już wiem. Zaś o najdalszych krajach 
dowiedziałem się z Zapisów Marinosa z Tyru. 

I cóżeś wywiedział się o owych krainach odleglejszych od odległych? 
Wiem oto, że od północnych i wschodnich granic naszego cesarstwa do najodleglejszych 

krain prawie tak daleko, jak od tych granic do Aleksandrii... 

Ależ nie może to być?! Ocean Północny do naszych prawie granic przylega. 

background image

Ty,  najdostojniejszy,  mówisz  o  północnych  granicach,  a  ja  o  północno-wschodnich. 

Kiedyś uważaliśmy germańskie plemiona za dzikie i odległe, teraz od czterech stuleci mamy 
ich za swoich sąsiadów. Za odległych i dzikich uważamy zaś Scytów, no może i Sarmatów... 
Nie wiem czyś cesarzu, jako historyk, zwrócił uwagę na to, że od wschodu pojawiają się co 
pewien czas ludy, które ku Europie dążą i które tu właśnie chcą się osiedlić? 

O kim myślisz? 
O nas! Ale nie tylko. Oto, podług mnie, najpierw przybyli ze wschodu Achajowie, którzy 

świetność  Grecji  zbudowali,  a  kiedy  w  wieki  po  nich  napłynęli  nasi  przodkowie  dając 
początek Rzymowi, czyż Achajowie spodziewali się, że znajdą się pod naszym władaniem? 
Przecież protoplaści nasi dla nich byli tylko barbarzyńcami... 

Trudno nas nazwać „barbarzyńcami”. 
Zależy  w  porównaniu  do  kogo  i  w  jakim  czasie.  Kiedyś,  w  porównaniu  do  Greków, 

byliśmy  barbarzyńcami  ze  wschodu.  Teraz  z  tego  kierunku  napłynęli  Germanie  i  Sarmaci  i 
my  mamy  ich  za  barbarzyńców.  Stamtąd  dawno  temu  nadciągnęli:  Grecy  –  Achajowie, 
przodkowie  nasi  –  Itakowie,  a  też:  Celtowie.  Niedawno  Germanie  i  Sarmaci.  Być  może 
przyjdą  jeszcze  inni.  Dlaczego  tak  się  dzieje  –  doprawdy  nie  wiem.  Przecież  mogliby 
zmierzać  ku  wschodowi,  ale  tego  nie  czynią,  tak  jakby  tam  była  jakaś  niewidzialna 
przeszkoda, jakieś góry, czy mur jakiś – ale to niemożliwe... 

Kraczesz, Ptolemeuszu! Nie ma większej od naszej potęgi. A ty najpierw przepowiadasz 

powstanie w Palestynie, później atak wschodnich ludów na nasze granice! Powstanie w Pale-
stynie może zdławić lada jaki nasz oddział, a przed koczownikami strzegą silne fortyfikacje 
wzdłuż Renu i Dunaju. 

Nie  zabawiaj  się  więc  w  politykę,  bo,  jak  widzę,  nie  masz  ku  temu  dostatecznego 

rozeznania.  Bądź  łaskaw  być  tym  kim  jesteś,  a  więc  –  uczonym,  który  zna  położenie 
najodleglejszych 

23 
krain  i  nie  próbuje  zabierać  chleba  politykom  i  żołnierzom.  Jakie  więc  terytoria  są 

najodleglejsze? 

A  ja  –  najdostojniejszy  cesarzu  –  upierałbym  się  przy  swoich  wnioskach!  Politycy  i 

żołnierze, jeśli nie słuchają uczonych, bywają sprawcami klęsk, nie tylko swoich, ale i całych 
państw. 

Czyżbyś przestał być mędrcem, a zaczął żywot wieszczki? Czyj przepowiadasz upadek? 

Mój? Powtarzam, nie kracz, Ptolemeuszu ! 

Jak sobie życzysz – najdostojniejszy cesarzu. Przestaję „krakać” i opowiem o 
krainach odległych... Oto, od naszych granic na Renie i Dunaju rozpościerają się tereny, 

przez plemiona germańskie zajmowane. Za nimi, do Pontu, leżą tereny sarmackie, chociaż i 
tam już zawędrowali Germanie. Od rzeki Borystenes

1

 do rzeki Ra

2

 – germańscy Goci założyli 

swoje  rozległe  państwo,  dzieląc  się  na  wschodnich  i  zachodnich,  a  więc,  jak  o  nich 

mówią:  Ostrogotów  i  Wizygotów.  Zaś  na  północy,  w  najdalej  nam  znanych  miejscach, 
pomiędzy rzeką Białą i górami Imaos

3

 – stoi lud Suowenoi, czy też by bardziej prawidłowo 

wypowiedzieć to słowo – lud Słowian, bo tak się ich nazwę wymawia... Na południe zaś od 
nich stoją: Hunowie, Scytowie i Massageci, dalej już rozciągają się krainy zupełnie nieznane. 
Jeśli  więc  –  najdostojniejszy  cesarzu  –  pytasz  mnie,  jakie  krainy  najdalej  są  położone  w 
znanym  nam  świecie,  odpowiadam  bez  wahania,  że  są  to  ziemie  Słowian.  I  chcąc  być 
szczerym, uważam, że jeśli w przyszłości odległej jakieś plemiona ze wschodu ruszą ku nam, 
to będą to albo Słowianie, albo Hu-nowie, albo jedni i drudzy. Tylko, że już nie uderzą oni 
bezpośrednio  w  nas,  a  najpierw  w  plemiona  germańskie  i  sarmackie,  które  ku  naszym 
granicom  napłynęły.  Co  zaś  wyniknie  z  tej  nowej  fali  ze  wschodu  –  trudno  przewidzieć. 
Najpewniej takim samym zmartwieniem, jakim dzisiaj są dla nas Germanie, w przyszłości – 
dla nich staną się owi Słowianie! 

background image

Ty, Ptolemeuszu, poza jasną wiedzą o krainach i plemionach odległych, na wszystko co 

przyszłe patrzysz w ciemnych barwach. Wędrówki ze wschodu barbarzyńskich plemion, bunt 
w Jerozolimie... A jeśli tak się nie stanie? 

Nie wszystko nam będzie dane postrzegać, bo po prostu w czas przyszłych zdarzeń nas 

już  nie  będzie.  Część  z  tego  teatrum  będą  mogły  poznać  nasze  dzieci  albo  też  i  dzieci  ich 
dzieci... 

Ale  powstanie  Żydów,  podług  ciebie,  ma  nastąpić  między  wiosną  a  latem  przyszłego 

roku? 

Tak właśnie sądzę! 
Zobaczymy  więc  za  niedługo,  jaką  wartość  mają  twoje  przepowiednie.  Jeśli  powstanie 

wybuchnie, gotowym uwierzyć we wszystko, co powiedziałeś... 

1

 Dniepr 

2

 Wołga 


24 
ROZDZIAŁ DAWNY 
Epizod pierwszy 
Wiosna  448  r.  n.e.  Orszak  wysokiego  dygnitarza  zachodniorzymskiego  Maksiminusa, 

ciągnącego ku biwakowi wodza Hunów – Attyli. 

Miły  mi  Priskosie  z  Panion,  jeśli  mam  cię  przyjąć  do  swego  orszaku,  a  co  więcej  - 

traktować  jak  podległego  mi  na  okres  naszej  misji,  muszę  wiedzieć  najdokładniej,  czy 
podzielasz moje poglądy? Rzecz w tym, że wówczas musiałbym cię z nimi zapoznać, a na to 
nie mamy czasu... Jak więc rozwiążemy ten problem? 

Dostojny 

Maksiminusie 

– 

jestem 

oficjalnym 

przedstawicielem 

cesarza 

wschodniorzymskie-go, Teodozjusza II... 

Też  mi  nowina!  I  co  z  tego?  Wszak  masz  brać  udział  w  moim  orszaku  do  Attyli,  a  ja 

reprezentuję  cesarza  zachodniorzymskiego  –  Walentyniana  III  i  jestem  przewodniczącym 
tego poselstwa. Miałoby z tego wynikać, że skoro ty podlegasz mnie, to Teodozjusz...? 

Czy to aby nie są aż nazbyt pochopne wnioski? 
Właśnie!  Stąd,  nie  to,  kto  kogo  reprezentuje  powinno  decydować  o  wspólnocie 

poglądów. Przecież nie może być tak, że ja Attyli przedstawię swoje stanowisko, a ty nagle z 
boku  odezwiesz  się:  „  ja  reprezentuję  Teodozjusza  II  i  widzę  tę  sprawę  inaczej  niż 
Maksiminus”. A czyż nie może się tak wydarzyć, jeśli nie będziemy jednako widzieć celów 
misji  naszej?  Naszej,  a  nie  mojej,  stąd,  muszę  wiedzieć  jaki  cel  postawił  ci  twój  cesarz  w 
poselstwie do Attyli? 

Mam dołączyć do twego poselstwa, co też i uczyniłem... 
Priskosie! Przestańmy bawić się w kotka i  myszkę. My, albo  musimy być wobec siebie 

do  końca  szczerzy,  albo  nie  możemy  być  we  wspólnym  orszaku!  Proponuję  byśmy  jasno 
wyłożyli  cele,  jakie  stawiają  nam  nasi  władcy.  Ja  zacznę.  Jeśli  uznasz  moją  wypowiedź  za 
szczerą, chcę taką samą usłyszeć od ciebie, dobrze?! 

Proszę, zaczynaj! 
Mam oto rozeznać, czy Hunowie są w zmowie z Wandalami. Jeśliby byli w zmowie, nad 

Rzymem zawiśnie groźba zagłady... 

Kiedy Hunowie pojawili się przed ponad pół wiekiem nad Dunajem, nie wiązaliśmy tego 

faktu z ruchem germańskich plemion. Ale oto, w dwadzieścia lat po pojawieniu się Hunów – 
część  plemion  germańskich  ruszyła  ku  naszym  granicom  w  ucieczce  przed  nimi.  Tak 
wówczas 

25 
uważaliśmy. Stąd też, bez walk przepuszczono przez diecezje nadgraniczne Wandalów, 

Swe-bów  i  Alanów.  Ba,  nawet  wyrażono  ciche  przyzwolenie  na  osiedlenie  się  ich  części  w 

background image

Pirenejach. Podobnie zawarto pokój z Wizygotami, kiedy ci, rozbici przez Hunów, nie mieli 
nowych  sadyb  i  dlatego  otrzymali  przyzwolenie  na  osiedlenie  się  w  północnej  Italii. 
Cesarstwo zachod-niorzymskie pomagało więc Germanom. A co otrzymaliśmy w zamian? 

Alaryk z Wizygotami oblegał i zdobył Rzym i, gdyby nie uległ później naszym legionom, 

okupacja wizygocka mogłaby trwać do dzisiaj. Wandalowie zaś, pod wodzą zdradzieckiego 
Genzeryka, przeprawili się do Afryki i podbili większość naszych prowincji. A dziś zagrażają 
Rzymowi od południa. Jeśli do tego są oni w zmowie z Hunami i wspólnie zaatakują od połu-
dnia  i  północy  to  nad  Rzymem  zawiśnie  groźba  zagłady!  Muszę  się  więc  wywiedzieć  w 
czasie  poselstwa,  czy  Attyla  uzgodnił  lub  uzgadnia  swoje  poczynania  z  Genzerykiem  – 
Wandalem... 

A to ciekawe, nie pomyślałem o tym, że Hunowie mogliby wejść w ugodę z Wandalami, 

raczej sądziłbym, że rozbici przez was Wizygoci mogliby próbo-wać knowań z Hunami. 

Resztki  Wizygotów  są  pod  naszą  obserwacją  i  kontrolą  w  Akwitanii.  A  Wandalowie 

założyli w Afryce swoje państwo ze stolicą w Kartaginie. Wiemy, że skumali się z piratami z 
afrykańskiego  wybrzeża  i  Sycylii,  a  więc  nie  mieliby  większych  kłopotów  z  dostaniem  się 
morzem do Italii. 

Sądzisz więc, że Attyla zaatakuje wespół z Wandalami? 
Nie jest to wykluczone. Myślę jednak, że atak dotyczył będzie Rzymu, a nie Cesarstwa 

Wschodniego, bo jak wiem, twój władca zawarł przymierze z Hunami. 

Może i tobie uda się uzgodnić podobne dla Cesarstwa Zachodniego! 
Może...  ale  odbiegamy  od  zasadniczego  wątku  naszej  rozmowy.  Jaki  oto  ty  stawiasz 

sobie cel, biorąc udział w moim poselstwie do Attyli? Lub jeszcze ściślej: jaki cel poruczył ci 
Teodozjusz? 

Chcę  wiedzieć  Maksiminusie,  czy  huński  najazd  na  Europę  niesie  ze  sobą  zapowiedź 

przyszłej agresji innych plemion ze wschodu, czy też jest pojedyn-czym zagrożeniem? 

O czym myślisz – mówiąc tak zagadkowo? 
Zdaniem mego cesarza, Hunowie nie ruszą przeciw nam! 
Dziękuję! Rzecz jednak w tym, że przed Hunami naszym północnym granicom zagrażali 

Sarmaci. Teraz mamy meldunki, że pojawiają się tam słowiańskie watahy, oddziały innego, 
niż  Sarmaci  i  Hunowie,  wschodniego  ludu.  Barbarzyńskie  to,  ale  chyba  najbardziej  bitne 
plemię – przez to groźne! My zaś nie wiemy czy to lud liczny? Czy Hunowie ich wchłonęli w 
czas  swojej  wędrówki?  Czy  też  jest  to  zapowiedź  nowego  ze  wschodu  zagrożenia?  I  to 
zagrożenia  bardziej  dla  naszego  niż  waszego  cesarstwa!  Was  oddzielają  od  wschodu 
Germanie  i  każdy  atak  najpierw  skieruje  się  na  nich.  Jeśli  zaś  Słowianie  są  w  zmowie  z 
Hunami, my możemy być zaatakowani bezpośrednio! 

Mamy więc zupełnie podobną misję do spełnienia! 
26 
Ja jednak muszę się dowiedzieć więcej o Słowianach niż ty o Wandalach. Ty znasz leża 

swoich ewentualnych wrogów, ich liczbę i władców. My nawet tego o Słowianach nie wiemy. 
Do niedawna, nieopodal naszej granicy, istniały dwa silne germańskie państwa: Wizygotów i 
Ostrogotów. Rozbici przez Hunów, już nam nie zagrażają, ale każda pustka z zasady czymś 
się wypełnia – tym „czymś” mogą być owi słabo rozpoznani Słowianie. 

Widzisz,  Priskosie  –  sporo  musieliśmy  sobie  powiedzieć,  abyś  wreszcie  zgodził  się  z 

tym, com zaproponował na wstępie naszej rozmowy. 

Rzeczywiście  –  miałeś  rację!  Jeśli  więc  pozwolisz,  ustalmy  najpierw  to,  co  wiemy  o 

Hunach.  Powiem  ci  o  tym,  co  jest  mi  wiadomym,  ty  zaś  będziesz  łaskaw  poprawić  mnie, 
jeślibym  mylił  się  w  jakimś  osądzie.  Tak  postępując,  możemy  z  uzgodnionymi  poglądami 
wyruszyć w dalszą drogę. 

Zgoda, Priskosie! I rzeczywiście zacznij ty, wszak pierwsza część huńskiego najazdu ro-

zegrała się przy waszych granicach. 

background image

Tak właśnie było! Hunowie rozbili i rozproszyli najpierw Ostrogotów. Wizygoci zaś pró-

bowali  organizować  swoją  obronę  na  północ  od  Dunaju,  ale  też  zostali  rozbici.  Ich  króla, 
Atha-naryka,  przyjął  jeszcze  Teodozjusz  I.  Athanaryk  pomocy  nie  zdążył  wykorzystać,  bo 
zmarł u nas. Wiem, że wówczas Wizygoci ruszyli ku granicom Cesarstwa Zachodniego. 

Masz  rację,  Priskosie.  Następca  Athanaryka  –  Alaryk  znalazł  sobie  schronienie  wraz  z 

resztą Wizygotów w północnej Italii. Tam zezwoliliśmy się im osiedlić, a w dziesięć lat póź-
niej, w wątpliwej podzięce, złupili oni Rzym! 

Ależ dostojny Maksiminusie, dopowiedzieć należałoby, że nim wieczne miasto uległo  -

okazało pierwej słabość, a więc zachęciło do późniejszej grabieży. 

Co masz na myśli? 
A czyż to nie Rzym zapłacił Alarykowi, kiedy ten pierwszy raz przyszedł pod mury mia-

sta, ogromny okup i wydał zgodę na osiedlenie w Noricum? A czy w rok później, to nie senat 
rzymski zgodził się na przekazanie cesarstwa Attalusowi, który był kandydatem Alaryka? 

Widzę, że niezgorzej znasz rzymskie wydarzenia?! 
Trudno, będąc Rzymianinem, nie znać własnej historii! 
Przecież jesteś Grekiem! 
My, mieszkańcy Cesarstwa Wschodniorzymskiego, podlegamy, jak wiesz, senatowi Rzy-

mu, a więc czujemy się Rzymianami. 

To chwalebne, choć nam nie pomaga, bo przecież mówimy o tych samych zdarzeniach 

jak przedstawiciele przyjaznych sobie, ale w istocie – odrębnych państw. 

Czyż możesz mnie obwiniać za taki stan rzeczy, Maksiminusie? 
27 
Zaiste nie, ale przerwałem twój wywód. 
Tak więc, wódz Wizygotów, Athanaryk, umarł w Konstantynopolu, a króla Ostrogotów, 

Gajnosa,  zabił  wódz  Hunów  –  Uldis  w  kilka  lat  później.  To  właśnie  Uldis  uderzył  na  nas! 
Spustoszył  Trację,  zdobył  Castr  Martis  w  Mezji  i  poważył  się  skierować  swoje  wojska  na 
Konstantynopol. 

Myśmy wówczas nie mogli wam pomóc, będąc zajęci walką z Wizygotami. 
Pomógł nam Anthemnisz, prefekt pretorian, który przezornie nakazał zbudować solidne 

mury i umocnienia wokół Konstantynopola. Hunowie oblegli miasto, ale po bezskutecznych 
szturmach – odstąpili ... 

I ruszyli przeciw nam, tak, że przyjaciel mój – Epigenes zmuszony został do podpisania 

niekorzystnego dla nas układu z Hunami. 

Znam  ten  układ.  Uważam,  że  był  dla  was  korzystny!  Hunowie  podpisali  podobny  z 

nami... Wyście płacili osiem złotych solidów za zwrot każdego jeńca, my zaś aż dwanaście. 
Wyście opłacali roczny trybut w wysokości siedmiuset funtów złota, my ponad dwa tysiące. 

Wyście jednak traktat zawierali po klęsce pod Chersonezem. 
Teraz,  przerywając  ci  chciałbym  równie  złośliwie  powiedzieć  ci,  Maksiminusie,  że  w 

czasie  kiedy  nasze  wojska  gotowały  się  do  walki  z  Hunami,  Rzym  nadawał  Attyli  godność 
„magistra militum”, czym zachęciliście go do ruszenia przeciw nam... 

Będziemy wracać do zadawnionych waśni, czy uzgadniać stan naszej wiedzy?! 
Ładnie zadawnione spory, skoro, jak wiesz, Attyla uderzył na Konstanty-nopol w ubie-

głym roku. 

Ale przecież go nie zdobył, a więc rzec można – poniósł klęskę... 
Tu zgodzę się z tobą, Maksiminusie! 
Czyż nie należałoby więc powiedzieć, Priskosie, że Attyla stanowi dla obu naszych ce-

sarstw zagrożenie wystarczająco silne, aby nas... zjednoczyć? 

Sądzę, że inaczej nie bylibyśmy razem w poselstwie. Rzecz jednak w tym, że stopień za-

grożenia  huńskiego  zmienił  się  po  nieudanym  ataku  na  Konstantyno-pol.  Attyla  nie  uderzy 
już na nas, a jaki zaś wybierze kierunek ataku – nietrudno przewidzieć... 

background image

Rzeczywiście to  przewidzieć nietrudno, ale dla mnie w tym  momencie najważniejszym 

jest, czy będzie to  atak  pojedynczy od wschodu, czy wsparty  współuderzeniem Wandali od 
południa? 

To  pytania  na  miarę  naszej  misji,  podobnie  jak  to,  czy  po  nieudanym  oblężeniu 

Konstantynopola przez Hunów, pojawią się u wrót miasta słowiańskie watahy?! 

28 
Epizod drugi 
Zima 449 r. n.e. – dwór Attyli po powrocie jego poselstwa z Konstantynopola. 
Proszę was trzech o najwyższą uwagą! Ciebie, Barichosie, bo jako szef kancelarii, znasz 

wszystkie  dokumenty.  Ciebie,  Orestosie,  bo  znasz  Rzymian  i  ciebie,  Onegezjosie,  bo  znasz 
Greków... Posłuchajcie teraz wodza Edekona... 

Dostojny  Attylo,  przyjaciele!  Wiecie,  żem  powrócił  z  Konstantynopola,  gdzie  byłem  z 

poselstwem.  Nie  chcę  omawiać  ustaleń  tam  podjętych  –  znacie  dokumenty.  Nie  ma  w  nich 
jednak  pewnej  wieści,  którą  przekazałem  tylko  dostojnemu  Attyli.  Na  jego  zaś  polecenie, 
mam wieść tą ujawnić, z zastrzeże-niem, iż czynię to wyłącznie w tej właśnie chwili, a więc 
adresując ją tylko do was... 

Do rzeczy, Edekonie, do rzeczy! 
Tak  więc,  w  trakcie  mego  pobytu  w  Konstantynopolu  przekazano  do  mojej  dyspozycji 

dwóch  ludzi:  tłumacza  Biglasa  i  eunucha  Chryzafiosa,  którzy  odpowiadali  za  spotkania, 
kwatery  i  wyżywienie  naszego  poselstwa.  Ludzie  ci  po  pewnym  czasie  zaproponowali  mi 
skrycie,  bym  za  pięćdziesiąt  funtów  w  złocie...  zabił  Attylę!  Sami  rozumiecie,  że  gdybym 
odmówił – nie wróciłbym żywy, bo w drodze powrotnej zostalibyśmy napadnięci na przykład 
przez jakiś niby to germański oddział. Nie mając więc wyboru, przystałem na ich propozycję. 

Przed dwoma dniami dotarł tajemnie do naszego obozu ów tłumacz Biglas, ze złotem dla 

mnie – oczekując spełnienia zamiaru. Został uwięziony! Pierwotnie ustaliliś-my z Attylą, że 
poprzestaniemy  na  tym,  ale  sprawa  wydaje  się  być  podejrzaną.  Sądzimy,  iż  Biglas  nie 
wiedział,  że  to  mnie  właśnie  podlegają  sprawy  wywiadu,  sądził  raczej,  że  jestem  wodzem 
części  armii  i  bliskim  Attyli.  Nie  wiedział  więc,  że  z  dawna  obserwuję  ruchy  Bizancjum. 
Pamiętacie, kiedy przed rokiem przybyło do nas rzymskie poselstwo? Moi ludzie dokładnie 
ich obserwowali. Poselstwo wówczas udało się wraz z nami do nowego obozu na północy. W 
czas burzy od grupy odłączyło się kilku, jak sądziliśmy, Rzymian. Później okazało się, że byli 
to  Grecy  z  Konstantynopola.  Pośród  nich  był  wysłannik  Walentyniana  –  Priskos.  Ten  więc 
Priskos  starał  się,  co też mu  się i  udało  –  dotrzeć do wdowy  po  Bledzie. Zastanawiałem się 
wtedy, co też ów Grek szukał u wdowy po bracie Attyli! Priskos przekazał jej podarki, które 
skrzętnie zbadaliśmy. Były to trzy srebrne puchary, skóry wyprawione na czerwono i różne 
słodkie owoce. Żaden z tych podarunków nie zawierał niczego szczególnego. Niczego! 

A  mimo  to,  aż  po  tę  chwilę  sądzę,  że  tamta  wizyta  nie  była  dziełem  przypadku.  Od 

pojmanego  Biglasa  wywiedziałem  się,  że  ów  poseł  Priskos,  to  najbliższy  współpracownik 
prefekta  pretorian  Cesarstwa  Wschodniego.  A  więc  w  poselstwie  Zachodniorzymskim  brali 
udział  szpiedzy  bizantyjscy!  Dlaczego?  Jaki  był  cel  tego  wspólnego  poselstwa?  Przecież 
Rzymianie  i  Grecy  nie  współpracują  ze  sobą,  a  wtedy  to  uczynili.  Dlaczego?  Jak  widzicie, 
pytań jest wiele, liczę, że wspólnie zdołamy znaleźć na nie odpowiedzi! 

Poza tą twoją informacją i zagadkami do rozwikłamia Edekonie, sam chciałbym postawić 

wam kilka dodatkowych pytań. Oto, interesuje mnie przede wszystkim próba docieknięcia po-
wodu, dla którego ów Priskos chciał koniecznie spotkać się z wdową po moim bracie? Chcę 
też  wiedzieć,  co  radzicie  w  sprawie  Biglasa,  co  mamy  z  nim  uczynić?  Nie  muszę  też 
dodawać, iż 

29 
wszystko,  co  już  zostało  powiedziane  i  co  powiedziane  będzie,  ma  okryć  szczelna 

zasłona tajemnicy. Zacznij ty, Onegezjosie, wszak najlepiej powinieneś znać Greków. 

background image

Dostojny  Attylo! Co do intencji Biglasa, nie mam  żadnych złudzeń. Jest on najpewniej 

poślednim  wykonawcą  zamierzenia,  uknutego  przez  prefekta  pretorian,  bez  wątpienia  za 
zgodą  samego  Walentyniana!  Konstantynopol  będzie  układał  się  z  nami,  ale  jednocześnie 
czyhał na twoje życie, albo wojenną porażkę. Liczą, że gdybyś zginął, łatwiejsze lub choćby 
tylko możliwe – byłoby ich zwycięstwo. Nadto, prościej zapłacić pięćdziesiąt funtów złota za 
zabicie ciebie, niż ponad dwa tysiące funtów trybutu ! Myślę więc, że to nie ostatnia próba 
zamachu  na  ciebie  –  o  Panie!  Co  zaś  do  zadań  Biglasa  i  Priskosa,  sądzę,  że  nie  mają  oni 
specjalnych ze sobą związków. A wizyta Priskosa w czas burzy mogła być przypadkowa. 

Co zaś zrobić z Biglasem? Zabić, rzecz oczywista! Tyle miałbym do powiedzenia. 
Dziękuję  ci,  Onegezjosie!  A  co  o  zagadkach  Edekona  i  moich  pytaniach  sądzisz  ty, 

Oresto-sie? 

Jeśli  chodzi  o  postępek  Biglasa,  w  części  popieram  zdanie  Onegezjosa  –  w  części 

tyczącej  chęci  pozbawienia  ciebie  życia  przez  Konstantynopol.  Natomiast  nie  sądzę,  by 
śmierć  Biglasa  była  dobrym  sprawy  rozwiązaniem.  Walentynian  uzna,  że  stracił  Biglasa  i 
pięćdziesiąt funtów, a to stanowczo za mała kara za taki niecny zamiar! Edekon powiedział, 
że zdrajców było dwóch: tłumacz Biglas i eunuch Chryzafios. Niech Konstantynopol wie, że 
mamy dobry wywiad i nasi ludzie nie dają się ani zaprzedać, ani zastraszyć! Uważam więc, że 
powinniśmy  zażądać  wydania  drugiego  skrytobójcy  –  Chryzafiosa  i  najmniej  dalszych 
pięćdziesięciu funtów w złocie odszkodowania... 

Sądzę, że nie wydadzą zbira, ale sprawa nabierze w Konstantynopolu rozgłosu i nie przy-

sporzy chwały wywiadowi Walentyniana, a i  odstraszy innych potencjalnych skrytobójców. 
Sami zaś wiecie, że osłabienie wywiadu przeciwnika warte jest każdej ceny. Jeśli idzie o Pri-
skosa, to wizyta owa jest zaiste tajemnicza. Czy wdowa dała w zamian jakieś podarunki Gre-
kom? 

Nie! Przekazała tylko jadło i napoje dla grupy Priskosa. 
W  takim  razie  nie  wiem  doprawdy,  co  można  sądzić  o  tym  wydarzeniu,  może 

rzeczywiście był to przypadek?... 

Dziękuję ci, Orestosie. A jakie jest twoje zdanie, Barichosie? 
Również  sądzę,  że  Konstantynopol  powinien  być  dotkliwie  ukarany  za  sam  zamiar 

zabicia  ciebie.  Im  sprawa  stanie  się  głośniejsza,  tym  większa  będzie  pewność,  że  nikt  nie 
zechce  ponowić  zbrodniczego  zamysłu.  Jeśli  zaś  chodzi  o  Priskosa,  to  mnie  akurat  sprawa 
wydaje się dość prostą. Pamiętam dokładnie pobyt delegacji Maksiminusa, bom nadzorował 
większość  uzgodnień  i  rozmów.  Ów  Priskos,  który  był  Grekiem,  wielokroć  pytał  mnie  o 
Słowian. Wówczas powiedziałem mu, że pośród nas, jedna z wdów po Bledzie jest Słowianką 
i przybyła do nas w otoczeniu swojej rodziny. Sądzę, że stąd jego wypad w czas burzy. Tym 
bardziej,  że  sam  wskazałem  mu  do  niej  drogę,  nie  widząc  w  tym  zainteresowaniu  nic 
groźnego.  Grek  chciał,  jak  mi  powiedział,  poznać  ludzi  z  plemienia,  które  w  nielicznych 
watahach zaczęło się pojawiać u północnych granic Bizancjum. Później Priskos opowiadał mi 
o owej wizycie, napomknął też, 

30 
jak pamiętam, że pił tam słowiański napój, który oni „med” zowią... Po napoju tym, jak 

mówił, „szumiało mu w głowie”. 

Sądzę, że w tej wizycie u Słowian musi być coś więcej niż mówisz, Barichosie! Choć do-

prawdy  nie  wiem  co.  Jeśli  zaś  idzie  o  sprawę  Biglasa,  to  w  pełni  zgadzam  się  z  poglądem 
Ore-stosa,  iż  trzeba  będzie  zażądać  wydania  zdradzieckiego  Chryzefiosa  i  dalszych  sakw 
złota. Czy chcecie coś jeszcze dodać do tego, com powiedział? Jeśli nie, to proszę raz jeszcze 
ciebie, Ede-konie. 

Dostojny Panie! Po tym, co powiedział Barichos, przypominam sobie wyraźnie, że prze-

wodniczący rzymskiej delegacji, Maksyminus, interesował się dla odmiany Wandalami. Wie-
lokroć  mnie  o  nich  pytał,  wówczas  nie  uważałem  tego  za  ważne,  bo  też  i  po  prawdzie 

background image

niewiele wiem o tym germańskim plemieniu, a to jedynie, że uciekło przed nami. 

Mnie też ów Maksiminus pytał o Wandali. 
I mnie! 
Zaczekajcie! Jak z tego, co powiedzieliście, wynika – wysłannik Rzymu interesował się 

Wandalami, a wysłannik Konstantynopola – Słowianami! Dlaczego? Oto macie zagadkę, ale 
ja adresuję ją przede wszystkim do ciebie, Edekonie. Jeśli mnie pamięć nie myli, Wandalowie 
przeprawili  się  przez  morze  na  południe,  a  Słowianie  ruszyli  ze  swoich  leży  na  północy. 
Czemu Rzymianie interesują się tak odległymi od siebie ludami? Najpewniej nie czynią tego 
w  naszym  interesie!  Edekonie,  weź  na  spytki  wdowę  po  Bledzie,  muszę  znać  każde  słowo 
Priskosa,  jakie  na  spotkaniu  z  nią  zostało  wypowiedziane.  Wandalowie  są  za  morzem,  ale 
Słowianie nie tak znowu odlegli. Jeśli nasi wrogowie czymś się interesują z myślą o nas, to i 
my musimy tym samym się zainteresować z myślą o nich... Edekonie, chcę wiedzieć dlaczego 
Rzymianie interesują się Wandalami, a Konstantynopolscy Grecy – Słowianami?! 

31 
Epizod trzeci 
Zima 476 r. n.e. Konstantynopol. Spotkanie Priskosa z Maksiminusem. 
Żałuję szczerze, iż nie znajdziemy się już wspólnie w poselstwie. Maksiminusie. Zaś  – 

cieszę  się  ogromnie,  żeś  dotarł  bezpiecznie  do  Konstantynopola.  Liczę,  że  już  odpocząłeś  i 
zechcesz opowiedzieć mi o wszystkich wydarzeniach od czasu naszego ostatniego spotkania. 

Najpewniej wiesz o tym, że Attyla, jakeś się spodziewał, ruszył przeciw Rzymowi. Nasze 

wojska  wespół  z  Germanami  pokonały  Hunów  na  Polach  Katalaunijskich.  Przewodził 
Aecjusz.  I  to  właśnie  germańscy  Goci  zadali  ostatni  cios  wojskom  huńskim,  zabijając 
najstarszego syna Attyli – Ellaka. Dwaj pozostali, Dengizech i Ernak, uciekli z resztą wojsk i 
taborów na wschód. Słuch po Hunach zaginął! 

Tegom się właśnie spodziewał, że Hunowie w walce z wami przegrają, ale nie sądziłem, 

że będziesz miał rację, iż Wandalowie uderzą z południa ! 

Tylko częściowo miałem racje, Priskosie. Nie byli oni – jak myślałem w zmowie z Hu-

nami.  Uderzyli  na  Rzym  w  dwa  lata  po  huńskiej  klęsce,  ale  uczynili  to  ze  śmiertelną  dla 
miasta  skutecznością.  Złupili  Rzym  doszczętnie!  Co  więcej,  to  nie  Hunowie,  a  właśnie 
Germanie zakończą najpewniej tysiącletnią historię Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Wiesz, 
po co przyjechałem do Konstantynopola? Przybyłem tu nie tylko dla przyjemności spotkania 
się z tobą, ale przede wszystkim jako członek poselstwa, które przywiozło insygnia Cesarstwa 
Zachodnio-rzymskiego.  Niestety,  to  nie  tylko  symboliczny  koniec  naszego  imperium! 
Herulowie  –  germańscy  najemnicy,  którzy  mieli  bronić  resztki  cesarstwa,  jeśli  cesarstwem 
nazwać  można  Italię  i  Galię  Narbońską,  pozbawili  władzy  ostatniego  naszego  cesarza  – 
Romulusa Augustulusa. I o ironio, insygnia nakazali odesłać do Konstantynopola. 

Brytanię, opuszczoną przez nasze wojska, zajęli Angliowie i Sasi, Akwitanię – Wizygoci, 

Italię – Herulowie, a resztę zaleją inne germańskie plemiona. Nie masz już ni Cesarstwa Za-
chodniorzymskiego,  ni  Rzymu!  Pozostaje  mi  ponowić  to  samo  pytanie,  jakie  zadałem  ci  w 
liście: „przyjmiesz mnie, rozbitka bez króla i królestwa, do swego domu”?! 

Znasz już odpowiedź, skoro służba wskazała ci twoje komnaty. 
Wolałem  się  upewnić,  skoro  zaś  to  potwierdzasz,  cieszę  się,  że  będziemy  mieli  wiele 

czasu na omówienie w szczegółach zdarzeń, jakie ostatnio zaszły. Może też ci się do czegoś 
przydam,  wszak  teraz  twój  cesarz,  mając  insygnia  Cesarstwa  Wschodniorzymskiego  i 
Zachodnio-rzymskiego, jest prawowitym spadkobiercą całego imperium! 

Wracając  zaś  do  poprzedniego  wątku  rozmowy,  w  której  wspomniałeś  o  Wandalach... 

Jak widzisz, słusznie obawiałem się ich przed laty! Złupili Rzym i nie mogę powiedzieć, że 
na szczęście bez Hunów, bo uczynili to tak, że nie wyobrażam sobie jak mogliby zniszczyć 
miasto wspólnie z Hunami?! A co z tym plemieniem, którym ty się interesowałeś, Priskosie? 

32 

background image

Masz na myśli Słowian, bo ich wówczas byłem ciekaw. Niestety miałem i ja rację, to oni 

właśnie  powoli  zajmują  tereny  opuszczone  przez  Hunów.  Mam  informacje,  że  przy 
północnych  naszych  granicach  pojawiają  się  każdej  wiosny  coraz  liczniejsze  słowiańskie 
watahy! 

Pamiętasz naszą rozmowę sprzed laty?! Coraz to napływają ze wschodu nowe ludy, są-

dząc,  że  na  zachodzie  będzie  im  lepiej.  Ten  stan  rzeczy  stanowi  zagrożenie  dla  wcześniej 
osiadłych tu narodów. 

A może to przekonanie, że na zachodzie jest lepiej, to nie zasadniczy powód ich wyraja-

nia? Może coś ich zmusza do wędrówki, choć nie wiem, co to mogłoby być akurat? 

To  jednak  nie  zmienia  faktu,  że  Greków  pokonaliśmy  my,  nas  Germanie,  a  ich 

najpewniej pokonają Słowianie, albo jakieś inne plemiona ze wschodu. 

Przecież trudno powiedzieć, że myśmy pokonali Greków, a raczej, że staliśmy się z cza-

sem silniejszymi od nich. 

Jakby rzeczy nie nazywać, skutek się liczy. Może Germanie też nas niezupełnie pokonali, 

ale przecież dzisiaj są silniejsi od nas. W przyszłości może tak stać się ze Słowianami wobec 
Germanów. 

Byłaby to dobra dla nich nauczka za naszą klęskę. 
Jest to ciekawe, że każda nacja tak bardzo przywiązuje się do nowo utrwalonych terenów, 

że zapomina iż też przybyła ze wschodu. 

Z  moich  obliczeń  wynika,  że  owe  wschodnie  wyrojenia  odbywają  się  co  około  siedem 

wieków – to  szmat czasu. Wystarczający, by nowe pokolenia zapomniały  skąd przybyli ich 
przodkowie  i  aby  –  bronili  swoich  nowych  leży  przed  kolejnymi  falami  koczowników  ze 
wschodu. 

Czemu  akurat,  co siedemset lat? Czyżby historia miała jakieś swoje „pory  roku”, które 

miałaby  się  powtarzać  w  takim  akurat  rytmie?  Wiosna  –  wyrojenie  się  ludów  ze  wschodu, 
lato – ich wzlot kulturowy, jesień – powolny upadek, zima – skostnienie, i znowu wiosna dla 
kolejnego ludu. Miałby ten „rok historyczny” mieć aż siedemset lat? I dlaczego akurat tyle?! 

Rzecz w tym, Maksiminusie, że ciągle mówimy o naszym zakątku świata, na obrzeżach 

Morza Śródziemnego, ale doprawdy nie wiemy czy prawidła, jeśli takowe istnieją, dotyczą i 
innych  krajów,  których  jeszcze  nie  znamy!  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  Europa  jest 
miejscem,  w  którym  co  około  siedemset  lat  różne  ludy  koczownicze  ze  wschodu  –  kończą 
swoją  wędrówkę,  dochodząc  do  jakiegoś  kresu  lądu.  Ale  zaiste,  nie  wiem  dlaczego  tak  się 
dzieje a bardzo chciałbym zgłębić ową tajemnicę! 

Myślisz, że i ja nie chciałbym tego?! 
33 
ROZDZIAŁ BLIŻSZY 
Epizod pierwszy 
Zima  490  r.  n.e.  Wysoki,  przeciwległy  do  ujścia  Desny,  brzeg  Dniepru.  Spotkanie 

wojewodów i starostów plemion słowiańskich. 

Mili moi! Wiele lat minęło od chwili, kiedyśmy wyruszali z ojczystej krainy nad rzeką 

Białą w świat nieznany. Który to już zimowy obóz – trudno aż zliczyć. Wiem wszakże jedno, 
że  nie  jest  to  obóz  ostatni.  Przecież  z  wiosną  ruszymy  w  dalszą  drogę.  Kto  zaś  w  jakim 
kierunku – zdecydujemy dzisiaj. Niech najsampierw starosta Tugomir, który z innymi szmat 
drogi przebył, by wiedzieć gdzie i jakie obce ludy stoją – zdał nam sprawę z rzeczy. 

Rozpuściłem  Obodrzyców  swoich  we  wszystkich  kierunkach.  Byli  też  i  tacy,  co 

zaciągnęli  się  na  wojenną  służbę  do  bizantyjskiego  cesarstwa.  O  losach  moich  ludzi 
opowiadał nie będę, bo i zimy by nie starczyło. Pozwólcie, że jeno opowiem wam o tym, co z 
tych wypraw wynika. 

Oto,  na  zachodzie  do  niedawna  było  silne  państwo,  które  Germanie  rozbili.  Zwycięscy 

przegradzają nam drogę ku zachodowi. Od zimnego, północnego morza w głąb stoją ich ple-

background image

miona: Sasów, Turyngów, Longobradów i Gepidów, a też najpewniej i inne, z którymi nie ze-
tknęliśmy się jeszcze. 

Na  południu  rozciąga  się  Cesarstwo  Bizantyjskie,  z  którym  lepiej  zaczepki  nie  szukać. 

Pomiędzy nimi, nad rzeką Wisklą, niedaleko jej źródeł, stoi sarmackie plemię Antów, których 
też Wisklanami zowią. Ci armii większej nie mają, w odróżnieniu od Bizantyjczyków. Stąd, 
południe można lepiej rozpoznawać, na wojenną służbę do armii bizantyjskiej wstępując... 

Po  uczynieniu  rozeznania  w  położeniu  różnych  ludów,  uważam,  że  pierwszą  kolumną 

trzeba  z  wiosną  ruszyć  między  Sarmatów  a  Germanów  tak,  żeby  klinem  naszym  ich 
rozdzielić.  Jeśli  pójdziemy  od  południowej  strony  gór,  to  za  nami  sarmackich  Antów  mieć 
będziemy, a później germańskich Gepidów, zaś Longobardów naprzeciwko. Tym, którzy tam 
pójdą zwady nie trzeba z żadnymi szukać, a jeno przyczaić się na nowych leżach... Druga zaś 
kolumna powinna w dłuższą drogę udać się – ku północnemu morzu. Ci, z czasem, powinni 
tereny od morza do Antów zająć. A kiedy tak się stanie, z dwóch stron Sarmatów nacisnąć i, 
albo do nich się przyłączyć, albo pokonać. Tak uważam! Kto zaś w jakiej kolumnie winien 
ruszyć, nie mnie rozstrzygać, stąd oddaję ci głos napowrót, Dobromysławie. 

Tugomir, bardziej jak wojewoda a nie starosta, zdał nam sprawę... Oto, patrzcie, na ziemi 

narysowałem to, o czym Dobromysław mówił. Na górze zimne morze

1

, na dole ciepłe

2

. Na- 

1

 Morze Bałtyckie 

2

 Morze Czarne 

34 
przeciw nas Germanie, a tą poprzeczkę stanowią góry

3

, przy których sarmaccy Antowie 

mają  swoje  siedziby.  My  tu,  w  przedłużeniu  tych  gór,  stoimy.  Zająć  zaś  powin-niśmy 
wszystkie tereny, jakie są wolne przed nami, a jeśli Swaróg pozwoli, to Germanów i Antów 
pokonać! Czy o to ci Tugorze chodziło? 

To miałem na myśli, chociaż tyś rzecz jaśniej przedstawił. 
Potrzebne nam będą rady i wojewodów, i starostów, bo przecie nie samymi oddziałami 

ruszymy  w  wyprawę,  a  plemionami  całymi.  Jakimi  –  na  to  powinniśmy  dziś  odpowiedzieć, 
proszę o wasze głosy w sprawie. 

Uważam oto, że najtrudniejsza rola przypadnie tym, którzy, jak wąż pod kamień, muszą 

dostać się cicho między plemiona sarmackie i germańskie. Jeśli bowiem odkryci zostaną nim 
druga kolumna przysposobi się do walki, mogą być z dwóch stron zaatakowani i wybici! 

Masz rację, Stajgniewie, ale też i nam pozostałym tutaj, do tego pola walki nie będzie tak 

daleko, a więc i szybko z odsieczą moglibyśmy przybyć, choć prawyś w tym, że zadanie jest 
trudne i powinny wykonać go najsilniejsze plemiona. 

Szczesi więc niech idą! 
Szczesi! Szczesi! 
Widzisz, Częściborze, że to was, Szczechów za najsilniejszych, nie bez przyczyny, biorą. 

Czy, jako starosta, przyjmiesz to zadanie? Jeśli tak, to kogo chcesz mieć w odwodzie? 

Pozwól, że z wojewodą Drogowitem zdań kilkoro zamienię. 
Uczyń  to,  kiedy  zaś  gotowi  będziecie,  daj  znak.  A  co  z  kolumną,  która  ku  morzu 

zimnemu ma ruszyć? Znowu ty, Tugomirze? 

Tak, bom zapomniał dopowiedzieć, że droga do morza długa i trudna. Szczesi do Turyn-

gów  i  Longobardów  mają  nie  więcej  niż  miesiąc  drogi,  zaś  ku  morzu  jest  pięć,  sześć  razy 
dalej.  Stąd,  chciałbym  poprawkę  do  tego,  com  powiedział  wnieść.  Oto,  z  wczesną  wiosną, 
najsam-przód  winny  ruszyć  plemiona  nad  morze  zimne,  a  później  latem  dopiero  ci,  którzy 
wzdłuż  gór  pójdą.  Tak,  by  jedni  i  drudzy  mogli  na  zimę  trwalsze  obozowiska  ustanowić  w 
nowym  dla  nich  terenie.  Uważam,  że  to  właśnie  my  –  Obodrzyce  –  na  czele  kolumny  na 
północ  powinniśmy  ruszyć!  Znamy  drogę,  a  ponadto  nam  nie  pierwszyzna  w  przeszpiegi 
chodzić. Tam bory przepastne pełne ząbrza

4

 i niedźwiedzia, rzek rozległych kilka przekroczyć 

trzeba,  że  już  o  bagni-skach  i  mokradłach  nie  wspomnę.  Za  swoimi  plecami  chciałbym 

background image

Wieletów  mieć,  wtedy  spokojny  będę  o  bezpieczeństwo  moich  ludzi.  Nieraz  w  kolumnie 
takiej szliśmy. 

A kto za Wieletami ciągnął? Polanie! 

3

 Karpaty 

4

 żubrów 

35 
Czy i teraz Polanie nie powinni iść za nimi? Tylko dla dwóch plemion to za długa droga. 
Nie chcę być źle zrozumiany, ale często Polan – Lędzianami nazywają. Większą oni bo-

wiem mają skłonność ku lędom

5

 i zakładaniu obozowisk niż do wojaczki... Bez obrazy woje-

wodo Radzimie! 

My  nie  obrażamy  się  łacno  i  to  prawda,  że  jak  trzeba  przed  obcymi  szybko  ostrokół 

postawić, czy obóz w kolisko zamknąć, to kogo o to prosicie, jak nie nas?! Tak! Znamy swoje 
rzemiosło  i  kiedy  wy  z  Wieletami  naprzeciw  Germanów  staniecie,  my  rychło  miejsce 
sposobne palisadą i  glinianym  wałem otoczymy,  żebyście, kiedy  cofać się zaczniecie, mieli 
się gdzie skryć... 

To zniewaga, Radzimie! Wojewoda obodrzycki tego płazem nie może puścić! 
Stajgniewie, sam  rzecz rozpocząłeś tak, jakbyś z wojewodą Radzimem  zwady szukał  – 

toś  ją i  znalazł.  Zapalczywość twoją i  męstwo znamy,  ale teraz roztropności  i  spokoju nam 
trzeba, a nie swarów! Stąd, proszę poniechajcie zbędnych słów, tym bardziej, że razem wam 
przyjdzie z wiosną w drogę ruszać. 

Widno  z tego, że ku morzu zimnemu  na czele pójdą Obodrzyce, za nimi  Wieleci,  a na 

końcu Lędzianie. Ze swojej strony, ku staroście Chwalimie, taką prośbę stawiam, by Polanie 
na dwie grupy się rozdzielili. Jedna, liczniejsza niech idzie za Wieletami aż do nowych leży 
swoich, druga zaś – mniejsza, niech ostanie z nami. Chcę by tak się stało, bo nie wiedzieć jak 
daleko jedna grupa od drugiej się oddali. Tugomir mówił, że na kilka miesięcy drogi, a może i 
dalej.  To  duża  odległość,  stąd,  niech  tę  przestrzeń  wolną,  jaka  powstanie  z  dwóch  stron, 
Polanie zasiedlają, aż się połączą. 

Dobrze, Dobromysławie! O rozdziale naszych, wespół z wojewodą Radzimem, ustalenia 

poczynimy, słuszną twoją uwagę mając na względzie. 

Częściborze, uradziliście już – idziecie, czy nie, na czele drugiej kolumny? 
To  wyróżnienie  dla  nas  i  cieszymy  się,  że  tak  się  właśnie  stanie!  Domówiliśmy  się  ze 

Słowakami – oni za nami ruszą, a za nimi Chorwaci. 

A co pozostałe plemiona będą czynić? 
Czekać!  Zobaczymy co  z wypraw wyniknie.  I  albo  za pierwszymi następni  pójdą, albo 

zostaniemy tu. Terenu wokół mamy niemało. Zmieszczą się tu liczni. A jak urośniemy w siłę, 
możemy na południe przeciw Bizancjum ruszyć. Na razie ustaliliśmy, co w najbliższą wiosnę 
i lato czynić będziemy. Swaróg świadkiem, żeśmy to uzgodnili! 

Niech tak będzie! 
Niechaj się tak stanie! 
Uzgodniliśmy! 

5

 polom 

36 
Epizod drugi 
Wiosna  553  r.  n.e.  Klasztor  w  okolicach  Tessalonik.  Rozmowa  wysłannika  zarządcy 

bizantyjskiego Italii z Jordanisem – byłym kanclerzem gockiego księcia, Gunthigisa. 

Mówiąc  najzupełniej  wprost,  chcę  znać,  Jordanisie,  odpowiedź  na  dwa  pytania.  Po 

pierwsze, chcę wiedzieć, czy schroniwszy się w klasztorze z cicha knowasz przeciw nam? Po 
drugie  zaś,  pan  mój  –  Narzes

1

  –  czytał  twoją  „Historię  gocką”  i  chce  uzyskać  nieco 

szczegółów na temat Słowian, o których piszesz... 

Nie  żartuj  ze  mnie,  panie!  Gdybyś  choć  przez  chwilę  sądził,  że  knowam  coś  przeciw 

background image

Bizancjum, już najpewniej bym nie żył! A ponadto, cóż dziś Goci znaczą? Czyż nie na rozkaz 
twego cesarza – Justyniana – Wizygoci zostali rozgromieni? A Ostrogoci w Italii – czyż nie 
zostali  wręcz  wybici?  Czyim  więc  dzisiaj  jestem  kanclerzem?...  Mogę  tylko  o  przeszłości 
gockiej  pisać  księgi  w  klasztorze.  I  czynię  to  właśnie!  O  jakich  więc  knowaniach  mówisz, 
panie?!... 

Jeśli zaś idzie o Słowian, to rzeczywiście mogę ci o nich powiedzieć więcej niż inni, bo 

też i wiem o nich sporo. 

Słowianie  napłynęli  od  wschodu,  kiedy  już  nas  nie  było  nad  Pontem

2

,  a  i  Hunowie 

cofnęli  się  z  Europy.  Imiona  ich  plemion  zmienne  wielce,  stosownie  do  zwań  szczepów 
rozmaitych,  ale  głównie  nazywa  się  ich  „Wenedami”,  dzieląc  na  Sklawenów  i  Antów.  Owi 
Sklaweni wschód zajęli i międzymorze aż za rzekę Wistulę. Od Wistuli w dół, aż do gór, stoją 
Antowie.  Z  nimi,  kiedy  na  ich  czele  stał  książę  Boz  –  walczył  nasz  król,  Winifar.  Zaś  nad 
samym brzegiem Oceanu Północnego

3

 żyją Widiwariowie, złączeni w jedno z wielu plemion. 

Za nimi, na wschodzie stoją Estowie, ale oni nie są Słowianami. 

A ja pewien jestem, że nie są nimi również Antowie! 
Skąd ta pewność – panie? 
Wiem  to  z  naszych  bizantyjskich  źródeł.  Antowie  pojawili  się  nad  źródłami  Wistuli 

znacznie wcześniej nie tylko od Słowian, ale i od Hunów. Są to nie Słowianie a Sarmaci! To 
pobratymcy: Jazyngów, Bastarnów i Roksolanów, z którymi wojska nasze mają do czynienia 
na północy. Sarmaci różnymi drogami szli ku Europie. 

Widzę, że dużo wiesz o Sarmatach, a i najpewniej o Słowianach, dlaczego więc pytasz 

mnie o nich? 

Przeżyłeś  bowiem  wędrówkę  swojego  ludu,  stąd,  wiesz  jakimi  racjami  kierują  się 

koczownicy. Możesz też wiedzieć, czy pójdą owi Słowianie w swojej wędrówce na północ i 
trafią na plemiona germańskie, zatrzymując się na tej tarczy, czy też rozbiwszy ją skierują się 
ku  Italii?  A  może  nie  pójdą  na  północ,  a  w  przeciwnym  kierunku,  ku  Konstantynopolowi, 
Jordanisie?! 

1

 bizantyjski zarządca Italii 

2

 Morze Czarne 

3

 Morze Bałtyckie 

37 
Teraz rozumiem twoje obawy, dostojny wysłanniku, i nawet się im nie dziwię. Miałbym 

podobne, będąc na twoim miejscu. Uważam zresztą, że owo słowiańskie zagrożenie wam się 
należy,  boście  na  nie  zasłużyli!  Czyż  to  właśnie  nie  my,  Goci,  stojąc  na  swoich  leżach 
dawnych,  nad  Pontem,  nie  byliśmy  najlepszą  tarczą  dla  Rzymu  i  Konstantynopola  przed 
koczownikami  ze  wschodu?  Nie  tylko  przed  Hunami,  ale  i  Słowianami?!  Mogliśmy  ich 
wcześniej  powstrzymać,  gdyby  było  zrozumienie  Konstantynopola  dla  naszej  walki! 
Gdybyśmy dostali w swoim czasie wsparcie oddziałów bizantyjskich i rzymskich, Hunowie 
ani Słowianie nigdy nie pojawiliby się w Europie! 

Zuchwałyś! 
Nie,  jeno  rozgoryczony,  choć  nie  na  tyle  aż,  aby  ci  nie  powiedzieć,  że  Słowianie  swój 

główny obóz mają nad brzegiem Donapru

4

, zwanego dawniej Borystenesem. 

Jeśli choć jeden ich szczep ruszy na południe i nie napotka oporu, pójdą za nim inne! I 

wówczas wezmą sobie za cel bogaty Konstantynopol. Ich jest więcej niż Gotów i nie dadzą 
się, jak my, odpędzić od waszej granicy! 

Powtarzam: zuchwałyś! Obyś tego nie żałował! 
Ja  nie  mam  się  czego  obawiać.  Mogę  stracić  tylko  jedno,  co  mi  jeszcze  pozostało  – 

życie... 

Przestań doprawdy użalać się nad sobą. Historia waszego plemienia potoczyła się tak, jak 

potoczyła i niczego już ty, ani ja – zmienić nie możemy. Tak się już dzieje, że pod minionymi 

background image

zdarzeniami  –  historia  zawiesza  pieczęcie,  których  nikt  przełamać  nie  może.  Było  –  minęło 
nieodwracalnie! Tylko to co będzie można kształtować. 

Ale  i  o  przeszłości  można  też  mówić  inaczej.  Tyś,  panie,  powiedział,  że  Antowie  to 

Sarmaci,  ja,  że  Słowianie.  Uważam,  że  więcej  o  nich  wiesz  niż  ja.  Przyjmuję  więc  twój 
pogląd:  An-towie  to  Sarmaci...  Jak  widzisz  można  nawet  dzisiaj  zmieniać  mniemanie  o 
przeszłości. 

Tak,  można  zmieniać  mniemanie,  ale  nie  rzeczywiste  zdarzenia.  Jeśli  oto,  na  teren  u 

źródlisk  Wistuli  napłynęli  kiedyś  sarmaccy  Antowie,  to  nazwanie  ich  kiedykolwiek  i  przez 
kogokolwiek  Słowianami  czy  nawet  Germanami,  nie  zmieni  faktu,  iż  w  krainie  owej 
mieszkają Sarmaci właśnie! Prawda, nawet jeśli się jej w jakimś czasie nie dowiedzie  – nie 
przestanie być prawdą! 

A jeśli czegoś nie jesteśmy pewni? 
Wówczas prawda wyjdzie na jaw wcześniej czy później! 
Jesteś więc, panie, pewien, że Antowie to Sarmaci. 
Tak właśnie wygląda prawda w tej sprawie! 
Szkoda, że wiem to dopiero teraz, bo już nie mogę poprawić tego, co napisane zostało. A 

jeśli za lat kilkaset przeczyta ktoś moja księgę i uzna za prawdziwe, że Antowie to Słowianie, 
to czy to właśnie nie stanie się prawdą?! 

4

 Dniepru (w rejonie dzisiejszego Kijowa) 

38 
Pogląd ów może się stać prawdą wątpliwą na czas jakiś, ale wcześniej czy później ktoś 

docieknie prawdy. Wciągasz mnie w filozoficzne wywody a przecież miałeś mi odpowiedzieć 
na kilka pytań, Jordanisie?... 

Zapytałeś mnie, panie, o to, czy moim zdaniem Słowianie pójdą przeciw Germanom, czy 

przeciw  Bizancjum?  Kiedy  więc  Hunowie  opuścili  Europę,  to  krainy  dawniej  zajmowane 
przez nas, zaczęli zasiedlać, bez walki - Słowianie! A może, jak mówisz, wcześniej Sarmaci a 
później  Słowianie.  Tak  czy  inaczej,  uważam,  że  Słowianie  zajmą  wszystkie  tereny  na 
zachodzie, ku którym się skierują. I trzeba się tylko modlić, aby ich marsz na północ i zachód 
nie był nazbyt szybki... 

Inaczej  zaś sytuacja ma  się na południu  – tu  Słowianie nie pójdą dalej niż do waszych 

strażnic. Nie sądzę, by ich zagony były groźnym przeciwnikiem dla wojsk Bizancjum! Odpo-
wiadając więc najkrócej na pytanie twoje, powiem, że zachód bardziej zagrożony jest przez 
Słowian niż południe. 

Obyś miał rację, Jordanisie... 
A ja chciałbym jej nie mieć! 
Wróćmy  jednak  do  twoich  doświadczeń,  jakeś  zdobył  zbierając  materiały  do  „Historii 

gockiej”. Skąd to stałe wyrajanie się koczowniczych plemion ze wschodu? 

Jest to nieco zagadkowa, ale bliżej rozpoznana przeze mnie, historia. Mogę ją opowiadać, 

ale sporo w niej domysłów. 

Mów, co wiesz! 
Oto, panie, mapa jaką narysowałem, by opisać wędrówkę Gotów. Przy czym, nie o nas 

zamierzam  ci  opowiadać.  Pierwsi  oto  przywędrowali  ze  wschodu  Achajowie,  zajmując  ten 
półwysep,  peloponeskim  zwany.  Nauczyli  się  po  latach  żeglować,  stąd,  wzdłuż  brzegów 
zakładali kolonie, budowali drogi, miasta i świątynie. Stali się najsilniejszymi pośród silnych, 
ale  po  około  siedmiuset  latach  ze  wschodu  przyszli  Italkowie.  Ponieważ  Półwysep 
Peloponeski  był  zasiedlony,  poszli  dalej  i  zasiedlili  Półwysep  Apeniński.  Czerpiąc  wzory  z 
Greków,  szybciej  budowali  miasta  i  zakładali  kolonie.  Po  następnych  siedmiu  wiekach,  ze 
wschodu  przybyli  Celtowie  i  osiedli  w  miejscach,  które  były  wolne  –  na  Półwyspie 
Pirenejskim  i  Wyspach  Cy-nowych

5

. Po nich przyszliśmy my, zajmując tereny od granicy z 

rzymskim imperium, aż po Pont

6

. Teraz pojawia się żywioł sarmacki i słowiański, i on będzie, 

background image

jak inni koczownicy, ogarniał wolne ziemie. Stąd, możesz się panie nie obawiać – Słowianie 
pójdą głównie na zachód, a jeśli nawet na południe, to nie do Bizancjum! Patrz gdzie nie ma 
silnych strażnic i oddziałów a będziesz wiedział gdzie pójdą Słowianie! Chyba, że ich sami 
zaatakujecie, wtedy na pewno ruszą przeciw wam – nie wiem jak bilibyście silni. 

Tacy już są! 

5

 Wyspy Brytyjskie 

6

 Morze Czarne 

39 
Epizod trzeci 
Zima 603 r. n.e.- spotkanie Teofylakta Simokottesa z cesarzem bizantyjskim, Fokasem . 
Wszyscy  teraz  za  złe  mi  mają,  że  dostatecznego  nie  mam  rozeznania  w  sytuacji  na 

północy kraju, uważając, że stamtąd największe grozi nam niebezpie-czeństwo. A skąd niby 
mam  o  tym  wiedzieć?  Zawsze,  jako  oficer,  dowodziłem  wojskami  na  południu  i  po  dzień 
dzisiejszy wiem co tam się dzieje, ale północ?... Cesarz Maurycjusz, jak powiadają, lepiej niż 
ja  rozeznawał  się  w  zagrożeniach,  tylko  że  Maurycjusz  nie  żyje,  a  wyście  właśnie  mnie 
obwołali cesarzem! Teraz więc radźcie jak mam postąpić. Poradź Teofylakcie, wszak ty, jak 
mi jest wiadomo, spotkałeś się nawet z owymi Słowianami z północy?! 

Dostojny cesarzu! Na północy sprawy wielce się skomplikowały. Najpierw atakowali nas 

wschodni  Słowianie:  Tywercy,  Ulicze  i  Siewierzanie.  Zaczęli  jeszcze  za  czasów  cesarza 
Justyniana  i  atak  ten,  z  różnym  nasileniem,  trwał  do  ubiegłego  roku.  A  teraz  pojawiło  się 
nowe zagrożenie... 

Myślisz o Awarach? 
Tak – o nich! 
Widziałem ich poselstwo w Konstantynopolu. Ci śmieszni ludzie z długimi warkoczami? 
Może  śmieszni  z  wyglądu,  ale  bitni.  Nadwerężyli  kilka  plemion  słowiańskich.  Zawarli 

sojusz  z  sarmackimi  Alanami,  wespół  z  Longobardami  pokonali  Gepidów,  a  teraz  ci  ich 
sojusznicy musieli uchodzić do Italii, bo Awarowie i Longobardów chcieli rozbić. 

Czyli przegroda  germańska, jaka była między  nami a Słowianami, zniknęła? Mogą nas 

Słowianie zaatakować? 

Jeśli Awarowie odejdą! 
A co z tymi słowiańskimi wysłannikami, których spotkałeś? 
Przyprowadzeni  zostali  z  przygranicznych  strażnic.  Nie  byli  uzbrojeni.  Dowiedziałem 

się, że przybyli z krainy położonej nieopodal Północnego Oceanu i że bez żadnych przeszkód 
przywędrowali aż do nas. Był to ważny sygnał o tym, że Słowianie mogą docierać do naszych 
granic.  A  przecież  nie  wszyscy,  którzy  mogą  tu  przybyć,  będą  bezbronni!  Krótko  mówiąc, 
musimy brać pod uwagę możliwość słowiańskiego ataku na nasze granice. 

Ja  wprawdzie  uważam,  że  większe  grozi  nam  niebezpieczeństwo  od  południa.  Władca 

perski,  Chozroes,  od  dawna  szykuje  się  do  wyprawy  przeciw  nam,  ale  skoro  sądzisz,  że 
zagrożenie z północy jest gorsze – może masz rację... A gdzie jest siedlisko owych Słowian? 

40 
Jedno jest położone na wschodzie, nad brzegami Borystenesu

1

, inne na północy, ale gdzie 

– nie wiemy... 

Masz jeszcze u siebie tych zatrzymanych Słowian? 
Nie! Zostali wypuszczeni. Nie mieli broni, jak wspomniałem. 
Właśnie! Zatrzymujecie najpierw szpiegów słowiańskich, a później ich wypuszczacie! 
Zatrzymaliśmy ich za czasów cesarza Maurycjusza, a ten, mimo naszych informacji, nie 

zainteresował się Słowianami, więc ich wypuściliśmy. 

Rzecz  nie  w  tym,  czy  cesarz  interesuje  się  jakimiś  obcoplemieńcami,  ale  w  tym,  by 

wiedzieć skąd przybywają, jak liczne są ich plemiona, czy mają oddziały zbrojne i w jakim 
stopniu  mogą  nam  zagrażać!  O  Persach  wiemy  dużo,  bo  mamy  w  krainach  wielu  swoich 

background image

ludzi, a kogo mamy wśród Słowian?... Milczysz, a więc nie mamy tam nikogo?! To na jakiej 
podstawie mówimy o zagrożeniu z północy?! A mało to mamy w swoich oddziałach Słowian? 
Nie można ich wykorzystać dla tego celu? A może to Słowianie walczący przy naszym boku 
– szpiegują nas? Teofylakcie – brak mojej wiedzy o północy łatwo usprawiedliwić, ale brak 
działań służb tobie podległych – trudniej! Oczekuję twoich odwiedzin wówczas, kiedy więcej 
wiedzieć będziesz o Słowianach... 

Dniepru 
41 
Epizod czwarty 
Meldunek  od  Prokopiasa  –  komisarza  cywilnego,  do  naczelnego  wodza  wojsk 

bizantyjskich, Balizariusza, skierowany wiosną 540 r. n.e. pod mury obleganego Auksimum. 

Dostojny Panie! Uczyniłem wedle twego polecenia. Oto, z oddziału, jaki przybył nam z 

pomocą przed trzema laty, wybrałem kilku Sklawinów, którzy znali nasz język i pismo, i po 
stosownym upewnieniu się, że będą naszymi szpiegami – wysłałem ich nad Morze Północne 
–  bursztynowym  szlakiem  w  kupieckiej  wyprawie.  Wiedzieć  ci  zaś  Panie  trzeba,  że 
Sklawinowie, choć mówią jednym językiem, składają się z plemion wielorakich. Ci zaś byli 
znad rzeki Ister

i po prawdzie nie wiedzieli nawet, że ich współplemieńcy stoją nad Morzem 

Północnym.  Otrzymałem  od  nich  raport,  który  pozwalam  sobie,  wraz  z  moimi  uwagami, 
skierować do ciebie. Oto treść wspomnianego raportu: 

Przybyliśmy do braci naszych późną jesienią. A droga ta zajęła nam cztery miesiące, bo-

wiem  kupcy,  z  którymi  wyruszyliśmy,  też  po  raz  pierwszy  szli  bursztynowym  szlakiem.  Nie 
będziemy  opisywali  przygód  wszystkich,  jakie  w czas  tej  długiej  podróży nas  spotkały,  bo o 
tym  opowiedzą  kupcy,  a  napiszemy  tylko  o  tym,  czym  mieliśmy  się  interesować.  Tak  więc, 
miast,  w  bizantyjskim  znaczeniu,  u  Słowian  nie  ma  zupełnie.  W  czas  marszu  ustawiają  oni 
swoje wozy z budami z kory brzozowej, które zwą „pałubami”, w krąg. Śpią w tak strzeżonym 
kręgu i w razie napaści zza niego – jak zza muru szykują obronę. W czas pokoju mają swoje 
„gordy”,  a  są  to,  otoczone  wałem  ziemnym,  obozowiska.  Czasami  na  tych  wałach  są 
drewniane  ostrokoły  i  wieże  strażnicze,  zwane  „samborzami”.  Takich  ich  go  rdów 
napotkaliśmy po drodze kilkanaście. Niektóre z nich otoczone są ponadto wodnymi fosami i 
mają swoje nazwy. Od południa wyliczając, były to: Kalisja, Poznan, Gniazdo, Kruszwica, a 
słyszelim, że jeszcze na zachodzie leży Łęczyca. Zaś nad Morzem Północnym pono jest silny 
Wolin. Mówiono nam, że dostatniejszy od niego i  zasobniejszy jest gród Truso,  ale władają 
nim nie Słowianie, a Prusowie, którzy należą do Bałtów. Na północ, aby wieści te wybadać 
dokładniej, udamy się przyszłą jesienią.
 

Grodami  władają  „grododzierżcy”,  a  w  plemieniu  najważniejsi  są  starsi  wiekiem,  z 

których  wybierają  „starostę”  –  i  ten  jest  najwyższym  szacunkiem  darzony.  W  czas  marszu 
albo wojny, którą oni „racią” zowią, wybierany jest „wojewoda”, to znaczy ten, który stoi na 
czele „wojów”, bo tak zwie się ich żołnierzy. Słowianie niechętnie poddają się jakiejkolwiek 
władzy, a jeśli już ją stanowią, to czynią wszystko, aby miała ona niewiele do powiedzenia. To 
już  w  ich  nazwach  usłyszeć  można.  Oto,  starosta  dobiera  sobie  pomocników,  których 
oficjalnie  „włody-kami”  się  nazywa,  ale  oni  między  sobą  nazywają  ich  pogardliwie 
„przystawami”, a tych pośledniejszych „ścierałkami”. Trzeba powiedzieć, że  królów u nich 
nie  ma  żadnych,  a  jeśli  jakiś  „knędz”

2

  się  trafi,  to  taki,  który  wcześniej  był  wojewodą  i  na 

wojnie  obłowił  się  w  bogactwo  i  zaszczyty.  By  zaś  wojnę  ogłosić,  we  wszystkich  szczepach 
radzić,  czyli  „wiatać”,  zaczynają,  a  zaraz  po  tym  „wici,”  czyli  posłańców  ze  zwiniętym 
powrozem,  rozsyłają  od  domu  do  domu  i  biada  takiemu,  co  bez  broni  na  główny  plac  nie 
przyjdzie. Tak więc, dzielą się oni na „wicię-dzów” – takich, którzy mają broń i na wici mogą 
stanąć do wspólnej walki.
 

Szlachetny wodzu, te ostatnie zdania mogą ci się wydać niezrozumiałe, stąd, pozwól, że 

swoją  uwagę  wtrącę  do  raportu.  Oto,  mają  oni  dziwny  dość  sposób  powiadamiania  swoich 

background image

plemion  i  szczepów  o  konieczności  przystąpienia  do  walki.  Z  wikliny  lub  zwykłej  słomy 
robią 

1

 Dunaj 

2

 książę 

42 
długi  na  łokieć  powróz  i  powróz  ten,  pod  groźbą  użycia  go  na  pierwszej  gałęzi  wobec 

tego, kto zawiadomienie przerwie lub z bronią nie przyjdzie, w najszybszym możliwie czasie, 
od domu do domu, od osady do osady, przenoszą. Ci mężczyźni, którzy mogą brać udział w 
walce z bronią, jaką każdy z nich posiada, muszą stawić się w umówione miejsce. Tak, że od 
chwili uwiadomienia o zbliżającym się zagrożeniu, w pół dnia najdalej, strumykami i rzekami 
spływają  uzbrojone  oddziały  we  wcześniej  ustalone  obozowisko.  Po  drodze  wybierają 
dowódców, a na koniec, w miejscu zbiórki, wojewodę. Na jego czele ruszają do boju. Przy 
czym,  rzadko  stają  oni  do  walki  na  otwartej  przestrzeni.  Raczej  nękają  przeciwnika, 
wykrwawiają go, zwodzą, osaczają. W taktyce walki przypominają stado wilków i, jak wilcy, 
są niebezpieczni! Wracam do treści raportu: 

Pozostali  to  młodzież,  zwana  „czeladzią”,  „białogłowy”,  czyli  kobiety  z  białą  lnianą 

przepaską we włosach i „robieńce”, czyli dzieci. 

Co  zaś  ich  główną  broń  stanowi?  Każdy  z  mężczyzn,  czym  by  się  nie  zajmował,  ma  w 

domu  łuk  w  obudowie,  który  u  nich  zwie  się  „obłok  w  łubach”,  zaś  strzały  to  „szypy”. 
Ponadto,  mają  oszczepy  –  „sulice”,  „rogaciny”,  czyli  oszczepy  z  rogowym  grotem. 
Najprostszą ich włócznią jest „szczep”, a więc  rozszczepiony, czy też rozdwojony na końcu 
prosty  kij,  w  który  włożony  jest  kamienny  lub  żelazny  grot  i  całość  przewiązują  skórzanym 
rzemieniem  nasączonym  żywicą.  Więcej  zachodu  wymaga  wykonanie  „nasięku”.  Jest  to 
rodzaj  maczugi.  Otóż,  kiedy  młody  Słowianin  kończy  dzieciństwo  i  w  wieku  siedmiu  lat 
zaczyna  być  ćwiczony  w  rzemiośle  myśliwskim  i  wojennym,  wówczas  idzie  z  ojcem  do  lasu, 
wybiera  młode  drzewko  dębu,  „nasiąka”,  czyli  nacina  je  i  w  nacięcie  wkłada  skrawki 
krzemienia, rogu i kamienie. Kiedy skończy lat po dwakroć tyle, czyli stanie się dorosły, idzie 
do  lasu,  obcina  wybrane  drzewko  z  góry  i  z  dołu.  Po  jego  obrobieniu,  ma  pierwszą  swoją 
broń:  maczugę  –  „nasięk”  właśnie.  Strzały  Słowianie  zatruwają  jadem  z  czemerycy. 
Większość  z  nich  ma  poręczne  tarcze,  zwane  „szczytami”,  najczęściej  drewniane,  rzadziej 
nabijane  żelaznymi  ćwiekami  lub  z  żelaznymi  obręczami  i  takim  szczytem.  Tylko  nieliczni 
mają żelazne miecze, które oni zowią „szerszunami”.
 

Nazwy  ich  przedmiotów  mają  bardzo  prosty  i  naturalny  charakter.  Ot  choćby  „szyp”, 

czyli  strzała,  od  świstu  w  locie,  bo  po  słowiańsku  świst  to  „szyp”.  „Szerszun”,  bo  u  nich 
„szer” to linia prosta, a miecz ma takie linie po obu stronach. Wozy z „pałubami”, bo „łub” 
to kora, a budy na wozach właśnie z brzozowej kory są wykonane. Oszczep to „sulica”, bo 
„suli” to lepszy najpewniej od włóczni bez grota. I przykładów takich w dalszej części raportu 
będziemy jeszcze wiele przywodzić.
 

Jeśli zaś idzie o ich wierzenia, to bogiem jest Niebo Wysokie i Słońce – „Swaróg”, które 

jest  jego  panem,  a  także  syn  jego,  Księżyc,  nazywany  „Swarożycem”.  U  Słowian  słowo 
„swar” znaczy niebo, ale i gniew jednocześnie, tak więc „Swaróg” to gniew nieba. Czczony 
jest też Perun, który błyskawicami – piorunami włada. Im to głównie służą kapłani, których 
oni „żerz-cami” nazywają, od słowa „żrzec”, a więc sławić. Owi „żerzcowie” nie tylko służą 
bogu, ale też zajmują się wróżeniem. Ponieważ wróżbici mruczą coś do siebie, a u Słowian 
mruczeć znaczy „wołchować”, stąd wróżbitów „wołchami” zowią. Mają oni miejsca bądź to 
w świętych gajach dębowych, bądź na wyspach, „ostrowami” nazywanymi, które traktują jak 
świątynie  –  „chramy”.  A  lud  w  domach  ma  też  mniejsze  ołtarze  ku  czci  swoich  bogów  i 
zmarłych,  które  zwane  są  „kącinami”,  bo  też  i  w  kątach  drewnianych  chałup  są 
umiejscawiane.
 

Wróżą  oni  podobnie  jak  dawni  Achajowie

3

  –  z  lotu  ptaka,  czyli  „kobu”,  czarnych  i 

background image

białych deseczek, zwanych „źrebami”, bowiem los ma u nich nazwę „źreb”, czy też wnętrz 
zwierzęcych.  Przed  duchami,  czyli  „nawami”,  strzegą  ich  amulety  –  „nawęzy”.  I  tak  jak 
wszędzie, w
 

3

 Grecy 

43 
chramach  i  kącinach  składa  się  ofiary,  czyli  „trzeby”,  bo  też  i  trzeba  je  składać  dla 

przebłagania bogów. 

Tu  znowu  mój  dopisek,  wodzu.  Jak  się  zorientowałem  z  rozmów  i  raportu,  ich  wiedza 

astronomiczna  jest  niewielka.  Kapłani  skupili  się  głównie  na  obserwacji  słońca  i  księżyca, 
stąd  też,  potrafią  przewidzieć  pory  roku,  posługując  się  mało  dokładnym  kalendarzem 
księżycowym  o  krótkiej  ilości  dni,  co  wywołuje  potrzebę  czynienia  co  kilka  lat  korekt  w 
dostosowaniu  ich kalendarza do wydarzeń w przyrodzie. Czynią to  kapłani  właśnie. Nazwy 
miesięcy  mają  równie  proste  i  związane  z  przyrodą,  jak  cały  ich  język.  Po  kolei  nazwy  te 
tłumaczyć można następująco: styczeń to „sieczeń”, bo należy rąbać, czyli „siec” drewno na 
opał; „luty”, bo groźny, zły, a to właśnie w ich języku oznacza słowo: „luty”. „Brzezień”, bo 
w  trzecim  miesiącu  mają  zwyczaj  sok  z  brzóz  spuszczać,  który  im  za  napój  gaszący 
pragnienie służy. Czwarty to „łży-kwiecień”, bo pojawiają się w ich lasach pierwsze kwiaty, 
które  bardzo  krótko  trwają  i  szybko  giną.  „Trawień”,  bo  wtedy  właśnie  zaczynają  wypas 
bydła.  „Czerwiec”  –  bo  pojawia  się  u  nich  w  dużej  ilości  poczwarka  czerwia,  z  którego 
wyrabiają  farbę  czerwoną.  Nawiasem  mówiąc,  purpurę  otrzymują  z  ziela,  które  nazywa  się 
„brocz”,  stąd,  wypływ  krwi  nazywają  „broczeniem”.  Wracając  do  miesięcy,  później  jest 
„lipiec”,  bo  kwitną  u  nich  lipy;  „sierpień”,  bo  to  czas  żniw  i  pracy  sierpem  właśnie; 
„wrzesień”,  bo  zakwitają  wrzosy;  „październik”  –  bo  len  miętlą  i  paździeże  kuszczą; 
„listopad”, bo jest to u nich pora opadania liści – kraina to znacznie, znacznie zimniejsza od 
naszej. „Grudzień”, bo mróz u nich już ściska i „grudy”, zmarzliny powstają... 

Ciekawym jest, że coś ciężkiego, przygniatającego, ale również i czas określają jednym 

słowem – „wrzemię”, zaś krótki czas nazywają „godzina”, a dłuższy albo rok – określają sło-
wem  „god”.  Rok  przyszły  nazywają  „łoń”.  Mierzenie  czasu,  inne  niż  poprzez  pory  dnia  i 
roku, nie jest u nich znane. 

Jeśli zaś idzie o ich znaki  bojowe, to  takowych używają niewiele. Proporce, pióra przy 

hełmach, rysunki na tarczach. W czas bitwy albo zagrożenia, skrzykują się wojennym zawoła-
niem rodowym, które z dawna mają wybrane, i  które „godłem” nazywają. Jest to albo imię 
znane w rodzie, dla przykładu: „Ślepowron”, „Poraj” lub „Rogala”, albo miejsce, nad którym 
jest  osada,  z  której  oddział  pochodzi:  „Nałęcz”  czyli  nizina,  „Gozdawa”  czyli  las, 
„Śrzeniawa” czyli rzeka. 

Prosiłem kupców, dostojny Wodzu, aby zbierali słowiańskie imiona, które często są przy-

datne  dla  wywiadowczych  celów,  ale  też  i  poznaniu  bliższemu  plemienia  służą.  Uzyskaną 
wiedzą chciałbym podzielić się z tobą, bo też i zasady nadawania imion są u nich przedziwne. 
Często bardzo imiona te tworzone są podobnie jak u Chaldejczyków albo sarmackich Aorsów 
i składają się z połącz-enia dwóch słów. Dla przykładu jest to „Bogu – chwał”, ale i „Chwali 
– bóg”, „Brato – mił” i „Miło – brat”, „Gości – rad” i „Rado – gost”, „Miro – sław” i „Sławo 
– mir”. Bardzo często owo „sławienie” pojawia się w ich imionach w zależności od tego, co 
sławią – jeśli, więcej, to: „Bole – sław”, jeśli groźnie, srogo, to: „Luto – sław”, jeśli pamięć, 
to: „Siecie – sław”, bo też „siecieć” oznacza pamiętać. W imionach, częściej niż inne narody, 
okazują  Słowianie  miłość  do  swoich  dzieci,  bom  nie  zetknął  się  gdzie  indziej  z  takimi  oto 
imionami:  „Cieszyrad”,  „Przemił”,  „Drogomił”,  „Miłorad”,  „Więcemił”,  „Bratomił”, 
„Dziadumił”.  A  już  za  zupełnie  dziwne  uznaję  te  imiona,  które  mówią  po  czyjej  śmierci 
dziecię  się  narodziło:  „Bezwuj”,  „Przezdziad”,  „Nieznastryj”.  Naszych  Słowian  pytałem 
natomiast o sens imion, jakie wymieniali kupcy, a które świadczyłyby o tym, że ich rodzice 
raczej nie darzyli dzieci miłością, ot choćby: „Niemój”, „Nienasz”, alem się dowiedział, że to 

background image

są  imiona  nadawane  celowo  dla  zmylenia  złych  duchów.  Przedziwny  to  zwyczaj  – 
nieprawdaż?! Sporo też wymieniano imion, które, jak i u nas, od przezwisk pochodzą, a to: 
„Łysek”, „Długosz”, „Cich” czy „Kro-tosz”. To ostatnie, po słowiańsku, niezwykłą łagodność 
oznacza. Jakby na rzecz nie patrzeć, 

44 
widać wyraźnie, że jest to lud o innych niż nasze zwyczajach. Ale pozwól panie, że do 

treści słowiańskiego raportu wrócę: 

Mieliśmy także opisać to,  czym Słowianie się zajmują, jaką strawę sposobią,  jaką mają 

zwierzynę! Oto, ze zwierząt największy jest u nich „tur” i „żubr”, których w Bizancjum nie 
ma  i  tylko  mogą  być  do  wielkiego  wołu  porównane,  przy  czym  wół  ów  powinien  być  po 
dwakroć  większy  niż  normalnie,  wtedy  będzie  „żubra”  napominał,  bo  „tur”  jest  jeszcze 
większy. Słowianie bydło „skotem” nazywają, hodując „karwę” – krowę i „orza” – konia. Co 
ciekawe,  „koń”  oznacza  u  nich  początek,  a  „końc”  koniec.  Z  ryb  są  wszystkie,  które  i  w 
naszych jeziorach, napotkać można, choć nazwy mają inne, a najtrudniejsze do wymówienia 
byłyby „szczuka” i „piskorz”. Wysokie umiejętności mają Słowianie w hodowli pszczół, które 
oni  „bczoła-mi”  nazywają.  Roje  pszczół  przenoszone  są  po  naturalnych  i  sztucznych 
dziuplach - „barciami” nazywanymi, umieszczonymi najczęściej w pniach drzew. Zajmują się 
tym  „bartodzieje”.  Nie  znają  Słowianie  cukru,  wszystko  słodzą  „medem”,  bo  tak  miód 
nazywają i wówczas potrawy są „miedzwne”, czyli słodkie. Potrafią też miód fermentować i 
wcale  dobre  trunki  z  niego  sposobić.  Mieliśmy  wielokroć  okazję  ich  próbować,  stąd, 
powiedzieć możemy, że przednie były.
 

Uprawiają Słowianie „pyro”, czyli pszenicę i „reż” – żyto, dlatego ściernisko nazywają 

„rżyskiem”.  A  jedzą  pierogi  z  różnym  nadzieniem,  głównie  z  mięsa  i  grzybów.  Grzyby  zaś 
dzielą na „smerdze”, czyli jadalne i „bedłki”, czyli „bdłe”, a więc niejadalne. Jedzą też ser – 
„syr”,  bliny  –  „mliny”,  „juszycę”  –  czernicę,  „jętrznię”  –  kiełbasę  z  wątroby,  „tuk”  albo 
„skrom”, czyli tłuszcz, mięsa, dziczyznę, drób, ryby. Potrafią wypiec kwaśny chleb, czyli „ki-
sły  kołacz”.  Z  owoców  lubią  „gdule”  –  gruszki, „trześnie”  –  czereśnie,  „bukwie”  –  owoce 
buku. Lubią się najeść, czyli „naćkać”.
 

Ponieważ zaś mężczyźni głównie myślistwem, rolnictwem i wojaczką się zajmują, to przy-

gotowanie  posiłków  należy  do  kobiety,  jako,  że  na  niewolników  biorą  tylko  mężczyzn  i  do 
kuchni ich nie dopuszczają, raczej do prac pomocniczych przy domu i na polu. Jedzą oni z gli-
nianych, wypalanych mis, czyli „krzynów” łyżką z drewna i kory, nazywaną „korzkwią”. Sta-
rają się by nikt w rodzinie nie był głodny, które to określenie u nich pochodzi od „głodania”, 
a więc obgryzania resztek z kości.
 

Co  zaś  do  rzemiosła,  to  najważniejszym  jest  „koleśnik”,  czyli  kołodziej,  który  potrafi  i 

„kolasę”  –  wóz  –  przysposobić.  A  jak  trzeba,  to  i  dom  drewniany,  wieżę  czy  ostrokół 
wyciosać. Samiśmy widzieli, że koleśnicy z północy potrafią i chatę, i „trzem” – dom piętrowy 
z  „tłem”,  czyli  drewnianym  stropem,  zbudować.  Mogą  też  „oji”  –  dyszel  wymienić  i 
gospodyni „piast” – tłuczek do ziaren – przygotować. Ważny jest też „szwiec” – szewc, który 
„krzno” – futro, „błonę” – szybę z natłuszczonego pęcherza, „kłopc” – siodło, „trzos” – pas 
skórzany – potrafi wykonać, znając również „łupież”, a więc zdzieranie skóry i „dębanie” – 
wyprawianie skór w korze dębu.
 

Słowiański zaś „kowarz” – kowal, wie jak z rudy darniowej żelazo wytopić i „rzeciądz” – 

łańcuch  z  niego  „wykować”.  Sposobny  „kowarz”  nie  tylko  takie  rzeczy  wykona,  ale  i  arty-
styczne: „grzywny” – srebrne naszyjniki, „obręcze” – bransolety, „przęcki” – sprzączki, „ka-
błączki”  –  na  skronie  kobiet  i  „pirsty”  –  pierścionki.  Wszystkie  te  wyroby  potrafią  oni 
wykonać z „czyśćca” – cyny, „świńca” – ołowiu, „śrzebła” – srebra, „śniedzi” – miedzi, a i 
„zołta”. Tego ostatniego mają raczej niewiele.
 

Zaś  ich  kobiety  są  bardzo  sposobne  i  większość  „odziewu”,  czyli  ubrania,  same  sobie 

przygotowują  albo  z  lnu,  albo  wełny,  albo  wyprawionych  skór.  Najczęstszym  odzieniem 

background image

słowiańskiego mężczyzny jest „gzło” – koszula długa, „gacie” z „gacnikiem” – czyli paskiem 
do spodni. Czasem owe gacie zwane są „portkami”, bo z „partu”, czyli zgrzebnego płótna, są 
wykonane. Przy czym, na koszulę lnianą, kiedy zimno, nakładana jest długa i gruba opończa z 
„sukna”, bo u nich „sukanie” to nawijanie nici z lnu albo konopi. Najważniejszym jest jednak
 

45 
by  latem  „gzło”,  a  zimą  „sukmana”  była  przewiązana  pasem,  który  u  nich  ,  jeśli 

skórzany, zwany jest „trzosem”, a jeśli wełniany – „pajasem”. Pokazanie się przez mężczyznę 
bez  pasa  –  uchodzi  za  nieprzyzwoite  i  gorzej  jest  widziane  niż  chodzenie  bez  żadnego 
odzienia.
 

Co do kobiet, to Słowianki noszą „gzło” lniane i takąż lnianą spódnicę. A to, co ich różni 

i  rzuca  się  w  oczy,  to  ozdoby  włosów.  Panny  –  włosy  przeplatają  kolorową  lub  białą 
„wstążką”,  a  mężatki  noszą  białe,  lniane  zawoje,  od  czego  „białogłowami”  je  zowią.  W 
chłody  na  strój  ten  nakładają  wełniane  „łaktusze”  –  rodzaj  chusty,  czy  też  nawet  płachty, 
bowiem w „łaktuszach” Słowianki „motłoch”, czyli zielsko, i „chrust”, przenoszą. Czasami w 
święta, kobiety „pstru-chy” zakładają, czyli coś na kształt kolorowych opończy albo peleryny. 
Wszystkie  one  dobrze  „piejać”  i  „plesać”  umieją  jak  tylko  „gądziec”,  czyli  grajek,  coś 
skocznego zagra. A „gąść”, czyli grać, wielu z nich potrafi.
 

Ponieważ o kolorowych „łaktuszach” pisaliśmy, to dodać trzeba, że wybór kolorów nie 

jest u Słowian duży. Naszym zdaniem, wynika to z braku naturalnych barwników na północy. I 
nazwane są tylko te kolory, które albo w naturze istnieją, albo sztucznie można je otrzymać. 
Kolory oni „maścią” nazywają. Jest to: „brocz” – purpura z marzanny, „czerw” – czerwień z 
poczwarek owadzich, „żołty” – z „żółciołka”, czyli jałowca, „zielony” – z ziela rozmaitego, 
„modry” – z „modraka” przydrożnego. Ponadto, mają swoje nazwy dla koloru szarego, zwąc 
go „siary”, błyszczącej bieli – „bełży”, pręg i pasów – „morągowaty”, siwego – „szady”, po-
pielatego  –  „szadziowy”,  barwy  różnokolo-rowe  nazywają  „pstre”  albo  „rabe”.  Jeśli  robią 
jakąś  farbę  –  nazywają  ją  „wap”.  A  skoro  o  kolorach  i  farbach  mowa,  to  większość 
składników z lasu jest zbierana. Aby w tym słowiańskim morzu lasów, borów i kniei pozyskać 
teren na osadę i pole, trzeba lasy „trzebierzyć”, czyli wypalać. Z lasu bierze się: „gozd”  – 
drzewo, „chwarst” – chrust, „czołn” – kloce na łodzie, „maź” – smoła ze spalonych sosen i 
„dziegieć”  –  smołę  z  brzóz.  Z  „łat”  i  „komów”,  a  więc  pni,  można  zbudować  „pław”  – 
tratwę. W lesie mogą też być „chęchy” – zarośla i „chachnęć” – gąszcz. Z drewna robi się 
„kośle” – narty i „sanice”.
 

Ciekawie nazywają otoczenie. Nizina to u nich „łęg” albo „niwa”, przy czym „niwa” to 

bardziej  pole  obsiane  zbożem.  Pagórki  nazywają  „chełmem”.  Jeśli  owa  wyniosłość  jest 
otoczona mokradłem to „grądem” bo na suchą wyspę mówią „ostrów”. Wiele mają określeń 
na błota, bo tych jest tam mnogość. Tak więc będzie: „kał” jeśli jest ono wodniste, „breń” 
jeśli  gęste,  „liga-wica”  jeśli  niebezpieczne  dla  ludzi,  „ług”  lub  „ślęż”  jeśli  płytkie  i 
„tymiano”  jeśli  zwykłe  błoto  po  deszczu.  Podobnie  różne  maja  nazwy  dla  rzek  i  strumieni, 
których tam nie mniej niż mokradeł i bagnisk. Po prawdzie, w krainie tej częściej płynęliśmy 
ich łodziami niż wędrowaliśmy po gościńcach. Tak więc, mały strumień lub rów nazywają oni 
„sątokiem”, a prąd rzeki to „wart” lub „lić”. Fale zowią „wał” albo „przewał”.
 

Na  koniec  raportu  naszego  chciałbym  opisać  ich  sądownictwo  i  nazwanie  różnych 

codziennych  czynności.  Oto,  sądy  w  czas  wojny  sprawuje  „wojewoda”,  a  w  czas  pokoju 
„starosta”, a jeśli gdzieś jest i książę, to we swoich włościach – „knędz” właśnie może spory 
rozstrzygać. Władza każda otrzymuje dary, przy czym dowolne w wysokości, które nazywają 
Słowianie „dań” albo „danina”, jeśli zaś są uzgodnione, to nazywają się „urok”. Danina w 
zbożu  zwie  się  „sep”  lub  „osep”,  w  bydle  –  „narzaz”,  bowiem  bydło  takie  oznaczane  jest 
„narzazami” – nacięciami.
 

Jeśli  ktoś  składa  skargę,  czyli  „żałbę”,  to  odbywa  się  „prze”  –  proces  sądowy.  Przed 

oblicze sądu powołani są „sępierze” – oskarżyciel i oskarżony. Oskarżyciel, „sok”, powinien 

background image

„oso-czyć”,  czyli  obwinić  oskarżonego.  Jako  wynik  procesu  sądzący  może  przyjąć: 
„jednanie” – ugodę, „pokorę”, a więc zawieszenie gołego miecza na szyi oskarżonego tak, by 
wszyscy  widzieli,  że  nie  miał  racji.  Może  też  oskarżony  znaleźć  się  w  „ciemnicy”,  czyli 
więzieniu, które w jednej z piwnic pod wieżą jest przygotowane. Sąd też może orzec pojedynek 
na kije, próbę wody, a więc przepłynięcie rzeki lub jeziora ze związanymi nogami, albo próbę 
ognia, to jest –
 

46 
przeczołganie  się  między  rozpalonymi  kamieniami.  Metody  uzyskania  sprawiedliwości 

może  nie  są  u  Słowian  północnych  nazbyt  przemyślane,  ale,  jak  widzieliśmy,  wszędzie 
skuteczne! Nikt oto drzwi nie zamyka w domach, bo też i kradzieże należą do rzadkości, a i 
wzajemne  oskarżenia  też  nie  są  częste.  Raz  tylko  słyszeliśmy  o  przypadku  zemsty,  którą  oni 
zwą „wróżdą”.
 

Co  zaś  o  nazwy  różnych  codziennych  czynności  idzie,  to  większość  z  nich  albo  z  walk, 

albo z rolnictwa pochodzi, jako, że Słowianie tych dwóch czynności najczęściej się imają. Tak 
więc, walczyć to „borzyć”, bić to „prać”, ciąć to „skródlić”, trzymać to „imać”, trafiać to 
„łuczyć”,  dręczyć  to  „tonić”,  ciągnąć  to  „włóczyć”,  zaś  chwycić  to  „chopić”.  Trzeba 
przyznać, iż nie mają oni żadnych nazw dla tortur, bo też i ich nie stosują. Niewolnicy, czyli 
„imańce”, wprawdzie są bez praw, ale traktowani są jak domownicy.
 

Jeśli  zaś  o  czynności  w  rolnictwie  idzie,  to  uprawę  ziemi  nazywają  „oraniem”,  pewno 

dlatego, że koń to u nich „orz”. Owo „oranie” też czasami zwane jest „ardajem” – od nazwy 
radła,  które  u  nich  „ardłem”  jest  nazywane.  Sianie  zaś  to  „siejba”,  a  kruszenie  kłosów  to 
„omłot”.
 

Jak zaś nazywają proste czynności: można oto „kiełzać”- czyli ślizgać się, „smykać”  – 

czyli  przesuwać,  „lutać”  –  czyli  biadać,  „raczyć”  –  czyli  chcieć,  „tolić”  –  czyli  uciszać,  a 
wszystko  można  „siecieć”  –  a  więc  pamiętać.  Niektóre  zaś  słowa  są  wręcz  pocieszne  i  te 
warto  jeszcze  przywieść.  Oto  -  „azalisz”  to  u  nich  „albo”;  „jakmierz”  to  „w  sam  raz”; 
„lepak”  to  „przeciwnie”;  a  „wtąż”  to  „tak  samo”.  Spisaliśmy  wiele  i  innych  słów  i  ich 
znaczeń, ale te po dotarciu do Morza Północnego – opiszemy. Na tym raport kończymy.
 

Jak więc z opisu wynika – Dostojny Wodzu – Słowianie są raczej prymitywnym ludem. 

Może bitnym, ale na bardzo niskim poziomie. Nie mają swego pisma, żyją w nędznych drew-
nianych osadach. Prawodawstwo i urzędy, jak widać, też nie są na wysokim poziomie. To, co 
może być nam przydatne, to ich waleczność. Trzeba więc ich zaciągnąć jako najemników. Są-
dzę  też,  że  powinni  być  raczej  rozproszeni  po  różnych  oddziałach  i  miejscach  tak,  aby  w 
większej  liczbie  uzbrojonych  i  związanych  ze  sobą  nie  trzymać,  bo  nie  jest  to  lud  łatwo 
poddający  się  dyscyplinie.  Odkryliśmy  więc,  Dostojny  Wodzu,  miejsce  pozyskania  nowych 
wojowników, ale naszych oddziałów nie ma po  co tam kierować. Krom  bursztynu, niczego 
cennego tam nie ma, a bursztyn kupcy przywiozą. Ślę ci serdeczne pozdrowienia, ufając, iż 
rychło spotkamy się w Konstantynopolu. 

47 
Epizod czwarty 
Zima 782 r. n.e. – spotkanie w Akwizgranie Karola Wielkiego z mnichem iryjskim Alku-

inem i mnichem Einhardtem. 

Oto, Alkuinie, zamierzam utworzyć w Akwizgranie szkołę, która kształcić będzie moich 

urzędników, tobie zaś chcę powierzyć jej nadzór. Zgodzisz się z tym moim zamysłem? 

Ależ to ogromne dla mnie wyróżnienie – o Panie! 
Jednako nie oczekuję od ciebie, jako duchownego, misji teologicznej na miarę świętego 

Augustyna, a raczej kształcenia urzędników, którzy w materii świeckiej i prawnej będą umieli 
poruszać się sprawnie. 

A czyż Enhardt, choć duchowny, nie para się świeckim zajęciem pisząc historię twojego 

– o Panie – życia? Różne są posługi przez duchownych wykonywane. A to na równi od kurii 

background image

biskupiej,  jak  i  od  naszych  władców  zależy.  Jak  rozkazałeś,  tak  też  czynił  będę!  Choć 
przyznam,  że  w  porównaniu  ze  świętym  Augustynem  wielce  mam  ułatwione  zadanie.  Ja 
jestem  pośród  chrześcijan,  a  on  przybył  do  Kentu  mając  naprzeciw  pogańskich  Angliów. 
Zresztą wówczas i Sasi, i Jutowie, i Longobardowie byli jeszcze poganami... 

Sasi najdłużej tkwili w pogaństwie. To przecież jam nakazał ich nawróce-nie, a bunt ich 

pogańskiego  Widukina  zdławiłem  dopiero  przed  czterema  laty.  Możesz  więc,  Alkuinie, 
jeszcze i teraz wykazać się gorliwością równą świętego Augustyna  – przygotowując dobrze 
urzędników, których na wschód wyślę, choćby właśnie na ziemie Sasów. A trzeba myśleć i o 
terenach,  które  do  ich  ziem  przylegają.  Słowianie  sprzyjali  nam  w  walce  z  Sasami,  ale 
przecież  mnie  nie  tylko  idzie  o  sojusze  w  walce,  chciałbym,  by  byli  mnie  podlegli,  płacili 
koronie trybut. Wschód wymagał będzie nowych podbojów, a kiedy okażą się zwycięskie  – 
nowych  urzędników  i  to  twoje,  Alkuinie,  zadanie...  A  jakie  tereny  i  jakie  plemio-na 
powinniśmy nam podporządkować – powie Einhardt. Przygotowałeś się do tego tak, jak cię 
prosiłem, Einhardtcie? 

Tak, o Panie! Przepytałem twoich dowódców, kupców, a także kancelaria przygotowała 

mi wieści od szpiegów na wschodzie rozmieszczonych. Stąd też wiem, że jeśli oddziały ruszą 
na  południowy  wschód  –  natkną  się  na  Bawarów,  a  za  nimi  na  tereny  trzymane  przez 
koczownicze  plemiona  Awarów.  Główny  ich  ośrodek  znajduje  się  w  mieście  Ring,  między 
Dunajem i Cisą. Jeśli więc ten kierunek wybierzesz – królu – najpierw trzeba będzie pokonać 
pogańskich  jeszcze  ciągle  Bawarów.  Jeślibyś  jednak  nakazał  ruszyć  na  północny  wschód, 
będziemy  mieć  do  czynienia  ze  Słowianami,  którzy  również  żyją  w  pogaństwie.  Z  tego  co 
wiem,  nie  mają  oni  swoich  państw,  a  jeno  plemienne  związki  układające  się  w  trzy  grupy. 
Pierwszą  stanowią  Obodrzyce,  zwani  też  Obodrycami.  W  ich  skład  wchodzą  plemiona: 
Warnów, Wagrów, Poła-bian, Gorzyczan, Bytyńców, Smoleńców i Glinian. Wiem to z taką 
dokładnością,  bo  w  naszych  oddziałach  po  wspólnych  bojach  z  Sasami  pozostało  wielu 
Słowian i mnogość ich przesłuchać musiałem niżem sobie pełne rozeznanie wyrobił co do ich 
związków i plemion. 

Dlatego też tą mapą się posługuję, na której skrybowie wyrysowali siedziby plemion po-

szczególnych.  Wracając  zaś  do  ich  rozmieszczenia...  drugi  związek  słowiański  –  stanowią 
Wieleci, zwani też Lutykami albo Wilkcami. Ich grupa to plemiona: Redarów, Wkrzan, Do-
szan, Nieletyków, Czrezpienian, Chyżan, Doleńców i Rzeczan. Trzeci zaś to związek Serbów, 

48 
złożony  z:  Chutyków,  Głomaczy,  Serbiszczan  i  Susłów.  Z  tego  co  zdołałem  się 

dowiedzieć, Obodrzyce niechętni są Wieletom, stąd – jedni albo drudzy mogliby być naszymi 
sojusznikami. Bliżsi granic saskich są Obodrzyce... Wracając do Serbów, to są dwie ich grupy 
plemienne. Jedna stoi na południu odległym, druga zaś tutaj, o Łabę oparta. Za tymi trzema 
plemiennymi  związkami  stoją  dalsi  Słowianie.  O  nich  wiedza  moja  jest  już  znacząco 
mniejsza, bom, wypytując, dowiedział się tylko o Pomorzanach i plemionach lechickich, jakie 
dalej na wschodzie stoją. 

Z Awarami styka się słowiańskie terytorium, które oni Białą Chrobacją zowią. 
Jeśli jednak o szczegółach nie mówić, to naszymi sąsiadami na wschodzie są pogańscy 

Ba-warowie, Awarowie i Słowianie. 

I  tych  to  będziemy  musieli  zjednać  kościołowi,  moi  drodzy.  Liczę  na  twoją  pracę, 

Alkuinie, a za to, cóżeś już rozeznał, Einhardtcie – szczerze ci dziękuję. 

Jeśli  ich  zjednamy  kościołowi  –  zjednamy  i  innych,  a  wtedy  będziesz  cesarzem 

wszystkich chrześcijan! 

Nie  schlebiaj  mi,  Einhardtcie,  nadmiernie.  Czynisz  to  wystarczająco  dobrze  –  pisząc 

kronikę  o  mnie.  A  uważaj,  bo  skierujesz  mnie  w  objęcia  grzechu,  który  mój  spowiednik 
nieskromno-ścią, czy nawet: pychą – nazwie! 

49 

background image

ROZDZIAŁ PO DAWNYM 
Epizod pierwszy 
Zima 839 r. n.e. w klasztorze Seligestadt. Spotkanie opata Einhardta z królem Ludwikiem 

Pobożnym. 

Cóż  więc  mogę  uczynić,  by  zachować  cesarstwo  przez  ojca  ustanowione?  Doradzałeś 

jemu w Akwizgranie, podpowiedz i mnie... 

Za dużo chcesz od starego człowieka! Mam już blisko siedemdziesiąt wiosen i, prawdę 

powiedziawszy,  sprawy  opactwa  niejednokrotnie  mnie  przerastają,  a  ty  chciałbyś  bym 
doradzał ci jeszcze w kwestiach – cesarstwa?! 

Tyś napisał księgę o ojcu moim, znasz wszystkie jego wyprawy i zdoby-cze, wiesz też o 

tym, com ja czynił, a więc możesz doradzić. Tym bardziej iż obawiam się, że państwo nasze 
zmierza do rozpadu... 

Ja też tak uważam. 
Więc trzeba temu zapobiec! 
Raczej należałoby się zastanowić nad tym, czy można temu rozpadowi – zapobiec? 
A można? 
Moim zdaniem można, ale nie trzeba! 
Odpowiadasz zagadkami? 
Zawsze  doradzałem  Karolowi  Wielkiemu,  by  starał  się  podbić  plemiona  niemieckie  – 

Słowian mając za sojusznika! 

A czyż tak właśnie nie czynił? Ojciec, wespół z Obodrzycami, walczył przeciw Sasom, a 

po ich wysiedleniu, ziemie te oddał Słowianom. 

Tak – masz rację, ale nasi obodrzyccy sprzymierzeńcy niewiele mieli z tego korzyści. Ich 

książę, Wilczan, został skrytobójczo zabity,  a jego następca,  Drażko, który  pomagał  twemu 
ojcu  w  walkach  z  Duńczykami,  został  przez  nich  porwany  i,  w  odwecie,  zamordowany  w 
Reri-ku...  A  czy  nie  było  podobnie  z  innym  naszym  słowiańskim  sojusznikiem,  choćby 
księciem  Chorwacji,  Bornem?  Wiem,  że  za  najwyższym  przyzwoleniem  wystąpił  przeciw 
Panonii, ale, 

50 
mimo  obietnic,  żadna  nasza  drużyna  nie  ruszyła  mu  z  pomocą.  Wojsko  jego  poszło  w 

rozsypkę, a księcia osamotnionego spotkałem na dworze w Akwizgranie... Nie najlepiej więc 
kończyli nasi słowiańscy sojusznicy. 

Jednak  nie  o  tym  myślałem,  mówiąc,  iż  doradzałem  Karolowi  Wielkiemu,  by 

podporządkowując plemiona niemieckie, miał za sojuszników Słowian. Myślałem bowiem o 
czasach o wiele wcześniejszych. Za króla Dagoberta powstało pierwsze państwo słowiańskie. 
Wówczas to na nich napadli Awarowie. Przeciw nim wystąpiło wiele plemion słowiańskich, a 
na  ich  czele  stanął  jeden  z  naszych  kupców  o  imieniu  Samo.  Pomagał  rozbić  owych 
koczowniczych  Awarów  i  został  przez Słowian  wyniesiony  na  stolec  książęcy.  Sporo  krain 
połączył, bo należały do niego dzisiejsze: Morawy, Czechy i Kartynia, a nawet podległy nam 
teren Serbów przyłabskich – oddał się w jego panowanie. 

Wtedy  to  król  nasz,  Dagobert,  zaczął  zabiegać  o  przyłączenie  państwa  Samona  do 

naszego.  Kiedy  Samo  odmówił  –  ruszył  przeciw  niemu  z  drużyną...  i  został  pobity  pod 
Wogastisbur-giem.  Z  tej  historii  wynika  kilka  morałów,  które  przekazałem  Karolowi 
Wielkiemu.  Oto,  po  pierwsze  –  nie  należy  szukać  wrogów  w  odległych  stronach,  jeśli  nie 
pokonało  się  wrogów  bliższych.  Po  drugie  –  lepiej  mieć  wrogów  naszych  wrogów  za 
sojuszników,  niż  przeciw  sobie.  Po  trzecie  –  jeśli  ktoś  z  naszych  stanął  na  czele  innego 
plemienia, niech raczej szybko stanie się księciem wasalnym naszego króla niż jego wrogiem. 

Sumując  –  błędy  popełnił  Dragobert,  ruszając  przeciw  księstwu  Samona.  Tych  błędów 

nie popełniał twój ojciec! Nigdy!... 

Teraz przesadziłeś. Sprowadzasz wszystko do twierdzenia, że niemieckie plemiona trzeba 

background image

pokonać w sojuszu ze Słowianami. A ja ci mówię, że, moim zdaniem, to już się stało. Karol 
Młot  pokonał  Fryzów  i  Alamanów,  Pepin  Krótki  –  Longobardów,  a  ojciec  mój  ostatecznie 
podporządkował  Sasów  i  Bawarów.  Wszystko  wespół  ze  Słowianami.  Można  dziś 
powiedzieć, że mamy podporząd-kowane wszystkie znaczące plemiona niemieckie. Ale teraz 
naszymi  sąsiadami,  a  więc  i  przeciwnikami,  stali  się  Słowianie!  Przyszedłem  do  ciebie  po 
radę praktyczną, jak oto nowego wroga pokonać, a nie wysłuchiwać morałów, które może i 
były pożyteczne dla mojego ojca, ale nie dla mnie! 

Jeśliś  przyszedł  do  mnie  aby  mnie  pouczać,  to  jest  to  zbyteczna  fatyga  –  daję  sobie 

jeszcze nieźle radę ze swoim opactwem. Więc czy ci zależy na moich opiniach? 

Gdyby tak nie było, nie przyjechałbym aż do Seligestadt! 
Jeśli tak, to pozwolę sobie na grzech nieskromności i powiem, że Karol, słuchając moich 

rad, stał się Karolem Wielkim... Wcześniej mówiłem o tym, co minęło i jakie prawdy z tego 
wynikają. Chcesz, nazwij je morałami. Zapytam jednak – czy usłyszeć chcesz przydatniejsze 
ci morały? 

Słucham uważnie. 
Oto,  radziłbym,  byś  nie  zabiegał  o  jedność  cesarstwa!  Bowiem,  jeśli  tak  uczynisz, 

będziesz  miał  do  rozwiązania  nie  tylko  problem  Słowian.  Jeszcze  sprawę  księstw  Rzeszy  i 
Włoch, zagrożenie arabskie i inne kłopoty... 

A jak miałbym uniknąć owych problemów? 
51 
Rozdzielając  je  na  innych!  Nie  masz  synów?  Lotara,  jak  wiem,  sposobisz  na  swego 

następcę – daj  mu  do rozwiązania jakąś ze spraw, którą wymieniłem.  A  Ludwik? Czyż nie 
nazywają go już dzisiaj „niemieckim”? Niech przejmie sprawy wschodu cesarstwa. Dasz mu 
najpewniej  radę  odwrotną,  niż  moja  dla  Karola  Wielkiego,  że  trzeba  z  plemionami 
niemieckimi podporządkować Słowian... i wówczas będziesz miał rację – czasy się zmieniły! 

A księstwa włoskie? 
Czyż nie masz jeszcze jednego syna, Karola? Ponadto, sprawę księstw włoskich dobrze 

zabezpieczył jeszcze Pepin Krótki. 

O czym myślisz? 
Pamiętasz  jak  papież  Stefan  II  zwrócił  się  do  Pepina,  by  ten  stanął  przeciw 

Longobardom?  Wówczas  Pepin  nie  tylko  ich  pokonał,  ale  nadał  papieżo-wi  egzarchat 
Rawenny i okręg rzymski... 

Papież był mu wdzięczny. 
To  też!  Ale  najważniejsze,  że  od  tej  chwili  zaognił  się  problem  księstw  włoskich.  Oto 

właśnie,  co  pewien  czas  jakieś  księstwo  chce  podporządkować  sobie  państwo  kościelne,  a 
wówczas  niezmiennie  papież  zwraca  się  do  nas  o  pomoc.  W  ten  sposób,  zawsze  będziemy 
kontrolować włoskie księstwa, przy okazji pomagając papieżom! 

Taka rola cesarzy rzymskich! 
Święte słowa Ludwiku, a jak słyszę, nie z przypadku nadano ci przydomek „Pobożny”. 
Teraz kpisz ze mnie! 
Jakżebym śmiał. 
Dobrze, dobrze! A Arabowie? Nic nie powiedziałeś o nich! 
Są  oni  problemem,  ale  przecież  dziś  w  niewielkim  stopniu  nam  zagrażają.  A  to,  że 

próbują podbić Sycylię, to bardziej sprawa księstw włoskich niż nasza! 

Rozbili państwo Wizygotów! 
Pochód arabski zatrzymał Karol Młot pod Poitiers, a za rozbicie Wizygotów powinniśmy 

Arabom podziękować. 

Żartujesz najpewniej! 
Ani przez chwilę. Pamiętasz wynik soboru w Toledo? 
Król zobowiązany został do opieki nad Kościołem. 

background image

52 
Widzę, że pamiętamy z tamtych zdarzeń zupełnie coś innego. Ja bowiem nie mogę zapo-

mnieć o tym, że sobór w Toledo ograniczył władzę króla w nakładaniu podatków. Czyż nie 
musiał  on przysięgać, że nigdy nie uczyni  żadnych podwyżek należności bez zgody książąt 
świeckich i kościelnych? Jeśliby państwo Wizygotów przetrwało, to wynik soboru w Toledo 
obowiązywałby  powszechnie!  A  tak,  zdobycie  przez  Arabów  Toledo  i  Sewilli  rozwiązało 
sprawę! Nie ma Toledo – nie ma decyzji toledańskiego soboru! Nie zapominaj, że król który 
nie  może  swobodnie  ustalać  i  zbierać  podatków  –  rychło  przestaje  być  królem!  No  więc 
ustalaj i zbieraj podatki. Będziesz mógł wystawić silniejszą armię! 

Można i tak na rzecz spojrzeć, ale z tych rad nie wynika, jak ustrzec państwo nasze przed 

rozpadem. 

Powtórzę oto, że moim zdaniem, rozpadowi ani to można, ani trzeba się przeciwstawić! 

Bowiem cokolwiek zrobisz, cesarstwo i tak się rozpadnie na: frankońskie, niemieckie i wło-
skie,  a  problemem  będzie  tylko  to,  które  z  nich  przejmie  rolę  wiodącą,  czy  też  inaczej 
mówiąc, który z twoich trzech synów – zostanie w przyszłości cesarzem?! 

53 
Epizod drugi 
Zima 885 r. n.e. - spotkanie Ludwika Niemieckiego z Wichingiem – biskupem Nitry. 
To całe zamieszanie w państwie morawskim powstało dużo wcześniej zanim wysłany zo-

stałem przed pięcioma laty do Nitry. I prawdę powiedzieć, ty – królu byłeś tego sprawcą. 

Nie  chcesz  mi  chyba  biskupie  wypominać  sprawy  Rościsława.  Kazałem  go  oślepić  i 

zabić! 

Tym niemniej, to on właśnie sprowadził na Morawy Cyryla i Metodego. 
Sprawy decyzji świeckich pozostaw mnie. Ja chciałbym zrozumieć powody wyraźnej do 

ciebie niechęci – kurii rzymskiej. 

Muszę więc powrócić do tego, że wszystko zaczęło się od osadzenia przez ciebie, Panie, 

na tronie w Nitrze – Rościsława. Ten, z czasem urastając w siłę, a nie mogąc przeciwstawić 
się  nam  zbrojnie,  wszedł  w  układy  z  Bizancjum.  Konstantynopol  skrzętnie  spowodował 
przyjazd na Morawy dwóch Greków, braci z Sołunia: Konstantyna i Metodego. Konstantyn 
mało, że wprowadził dla Słowian przydatny alfabet i przetłumaczył im nie tylko „Ewangelię”, 
ale  jeszcze  wprowadził  do  kościoła  język  słowiański.  Krok  ten  mógł  znacznie  przybliżyć 
państwa słowiańskie do Bizancjum. Zrozumieli to najszybciej biskupi bawarscy i oficjalnie w 
kurii  rzymskiej  oskarżyli  Konstantyna  o  herezję.  Nie  muszę  najpewniej  przypominać,  że 
obowiązuje  w  kościele  zasada,  iż  liturgię  odprawiać  można  w  trzech  tylko  językach: 
łacińskim,  greckim  lub  hebrajskim.  Konstantyn  zapewne  zostałby  pociągnięty  do 
odpowiedzialności,  ale  udał  się  do  papieża  Hadriana  II,  a  wcześniej  jeszcze  złożył  śluby 
zakonne i przyjął imię „Cyryla”. Na domiar wszystkiego – zaraz potem zmarł. 

Papież,  ujęty  głównie  jego  śmiercią,  powołał  metropolię  sirmijską  i  na  pierwszego  jej 

biskupa  postawił  Metodego.  A  ten  dalej  trwał  przy  obrządku  słowiańskim.  Stąd  też, 
arcybiskup  w  Salzburgu  –  Adalwin,  doprowadził  do  uwięzienia  Metodego  i  osądzenia  jego 
herezji. Został więc Metody wtrącony do lochu. Zaś papież zarzucił biskupom bawarskim, iż 
osądzili  Metodego  bez  zgody  kurii  rzymskiej  i  nakazał  go  z  więzienia  uwolnić.  Nadto, 
postawił  go  na  powrót  na  morawską  metropolię  i  do  tego  już  jako  –  arcybiskupa!  Heretyk 
trwał  na  Morawach  do  czerwca  tego  roku,  a  więc  do  swojej  śmierci.  Przed  śmiercią,  na 
następcę wyznaczył Gorazda, który najpewniej podtrzyma obrządek słowiański – trwał więc 
będzie w herezji! 

Co zamierzasz uczynić? 
Rozmawiałem  przed  wyjazdem  z  księciem  Świętopełkiem.  Obiecał,  że  uwięzi  uczniów 

Metodego, szczególnie zaś Gorazda i Nauma, a Angelara i Klemensa wypędzi z Moraw. 

Co  na  to  papież?  Czy  znowu  nie  nakaże  uwolnić  Gorazda  i  nie  powoła  go  na 

background image

arcybiskupa? 

54 
Otóż  to!  Jeśli  wystąpienie  biskupów  bawarskich  nie  przyniosło  skutku  właściwego,  to 

teraz w ich i w swoim imieniu chciałem cię królu prosić o osobiste wstawiennictwo u papieża 
w tej sprawie. 

Po pierwsze, uważam,  że nowy papież  – Stefan V  – inaczej  powinien patrzeć na nasze 

starania.  Rozszerzenie  wpływów  Konstantynopola  to  zarazem  ograniczenie  rzymskich. 
Wschodni obrządek wprowadzono już w Bułgarii i Serbii, a wiem, że są czynione starania dla 
po- 

zyskania Rusi... 
Najpierw na Morawach obrządek słowiański, potem podległość Konstantynopolowi – a z 

Nitry do Kijowa nie jest daleko. Do tego nie można dopuścić! Proszę cię królu o wsparcie na-
szych  starań!  Inaczej  kościół  rzymskokatolicki  przedzieli  kordon  państw  zależnych  nie  od 
Rzymu,  a od Konstantynopola! Dostanie się Rusi  pod wpływy  Bizancjum,  to zablokowanie 
naszych wpływów na długie wieki! 

Tak, to poważna sprawa, będę rozmawiał z papieżem! A ty wracaj do Nitry i miej pieczę 

nad postępowaniem Świętopełka... 

55 
Epizod trzeci 
Jesień 962 r. n.e. - spotkanie cesarza Ottona I z Adalbertem, biskupem misyjnym Rusi. 
Czy  mogę  rzec,  iż  misja  twoja  nie  została  spełniona,  skoroś  wrócił  tak  prędko, 

Adalbercie? 

Gdyby zadał mi to pytanie Ojciec Święty, odpowiedziałbym, że zadań misyjnych, jakie 

przede  mną  postawiono  –  nie  wypełniłem.  A  ściślej,  nie  zdołałem  wypełnić.  Wprawdzie 
księżna Olga sprzyja mi wielce, ale nie mogę tego powiedzieć o jej synu. Rusini to pogański 
naród, a i nie inaczej mogę powiedzieć o księciu Świętosławie. Musiałbym być w Kijowie nie 
dwa  lata,  a  dwadzieścia,  bo  może  dopiero  wtedy  Świętosław  dałby  się  z  pogańskiej  drogi 
zawrócić. Ale najważniejszym dla mnie jest to, że już w drodze z Kijowa dowiedziałem się, 
żeś  tej  zimy  –  o  Panie  –  koronowany  został  na  stolec  „Świętego  Cesarstwa  Rzymskiego”. 
Ucieszyłem  się  wielce,  acz  aż  do  tej  chwili  nie  miałem  możliwości  złożenia  ci 
najserdeczniejszych  powinszo-wań.  Nie  wątpiłem,  że  zaszczytu  tego  nie  dostąpi  ani  władca 
Francji, ani Włoch, tylko właśnie Niemiec! 

A ja naiwny sadziłem, że papież podjął tę decyzję tylko dlatego, że ja byłem najlepszym 

spośród władców, a nie dlatego, że byłem królem Niemiec. 

To miałem na myśli. Wywyższenie nasze nastąpiło dlatego, żeś ty był najlepszy! 
Stwierdzeniem  tym  zaspokoiłeś  bardziej  moją  próżność  niż  skromność,  ale  kto  nie  ma 

chwil słabości?! Wracając zaś do zadania, jakie ci postawiłem... Czegoś dowiedział się o Rusi 
i jej umizgach do Konstantynopola? 

Dowiedziałem  się  wiele.  Na  tyle  dużo,  by  uznać,  iż  mogą  wracać.  Wieści  mam  dużo, 

mogę opowiadać? 

Opowiadaj. Będę starał się nie przerywać ci po próżnicy. 
Najwięcej  dowiedziałem  się  od  księżnej  Olgi.  Minioną  zimę  spędzałem  na  dworze 

Święto-sława, ale anim nie mógł się z nim domówić, ani do czegokolwiek go przekonać. Z 
wiosną  księżna  zabrała  mnie  do  wsi  jej  nadanej,  którą  oni  zwą  Olżyce,  i  tam  właśnie 
przyjeżdżało wielu ludzi, którzy mogli, za namową i zgodą księżnej, opowiadać mi o historii 
Rusi. 

Z tego, com się dowiedział wynika, że Słowianie wszyscy watahą ogromną napłynęli nad 

Dniepr już dość dawno. Było to może sto, a może dwieście lat temu. Nie ma u nich jeszcze 
kronik pisanych, tak, że datowanie określają ogólnie, że coś dawno lub niedawno miało miej-
sce.  Tak  więc,  kiedy  wszyscy  Słowianie  znaleźli  się  nad  Dnieprem,  rozeszli  się  w  różne 

background image

strony.  Część  poszła  na  północ  i  tych  my  dzisiaj  mamy  za  wschodnich  sąsiadów,  część  na 
zachód  i  dziś  na  ich  czele  stoi  książę  Bolesław,  który,  jeśli  dobrze  pomnę,  przed  prawie 
dziesięcioma laty Pragę – twojej Panie – polecił opiece... Ci, co poszli na południe, stworzyli: 
Bułgarię,  Chorwację  i  Serbię.  Część  poszła  ku  wschodowi  –  ci  popadli  w  niewolę  plemion 
koczowniczych tak dziwnych, że w ich istnienie aż mi się wierzyć nie chciało. Skoro jednak 
opowiadają- 

56 
cy  upierali  się,  że  to  prawda,  wypada  mi  to  za  nimi  powtórzyć.  Oto,  owe  plemiona 

nazywane są Chazarami i swoją stolicę mają w mieście Itil nad Wołgą... 

Nic w tym na razie dziwnego... 
Tak, tylko, że owi koczownicy przyjęli podobno religię żydowską, a za język urzędowy – 

właśnie hebrajski. 

A to rzeczywiście nie może być chyba wiarygodne. Skąd aż za pogańskimi Słowianami 

mogliby być wyznawcy mojżeszowi? 

I  ja  tak  uważałem,  tym  bardziej,  że  mówiono  mi  jakoby  Chazarowie  z  jeszcze 

odleglejszego  wschodu  pochodzą.  Ale  przekonywano  mnie,  że  owi  Chazarowie  naprawdę 
istnieją. 

Wracając  zaś  do  Słowian,  największa  ich  ilość  pozostała  nad  Dnieprem  i  główną  siłę 

Rusi stanowi. Przy czym wiedzieć ci Panie trzeba, że ich państwa nie utworzyli Słowianie. A 
tak  w  ogóle,  to  prawie  nigdzie  Słowianie  sami państw  swoich  nie  stworzyli.  Na  Morawach 
początek księstwu dał kupiec frankoński – Samo, który Słowian najpierw przeciw Awarom, a 
potem  przeciw  Dagobertowi,  poprowadził.  Zwyciężywszy  –  rządził  nimi  przez  ćwierć 
stulecia. 

Na południu – słowiańskie państwo dzisiejszych Bułgarów – powołał chan turecki, Aspa-

ruch, który trzysta lat temu przekroczył Dunaj i zmieszał się z Siewierzanami i innymi, z na-
zwy  nieznanymi,  słowiańskimi  plemionami.  I  tak  powstało  pierwsze  na  południu  państwo 
buł-garsko-słowiańskie, które w dzisiejszą potęgę urosło. 

A  na  północy,  czyż  jest  inaczej?  Wiem,  że  przy  naszych  granicach,  twój  krewny  – 

Wichman Saski – przewodzi jakiemuś słowiańskiemu plemieniu... Podobnie było na Rusi... 

Zanim  powiesz  mi,  jaki  był  początek  kijowskiego  państwa,  muszę  cię  ostrzec,  byś  nie 

mieszał się w sprawy świeckie, jeśli to do twoich zadań nie należy! 

Alem przecież w niczym, nie uchybił twoim poleceniom?! 
A czemu to do opowieści o Rusi mieszasz sprawy grafa Wichmana? 
Wszak stoi na czele słowiańskiego plemienia Wieletów. 
Przedtem mówiłeś, że nie wiesz jak się owo plemię nazywa. Graf Wichman niczego nie 

robi  bez  mojego  pouczenia  a  to  dobrze,  że  Słowianie  w  swoim  przesadnym  umiłowaniu 
demokracji nie potrafią wybrać własnych przywódców. Co zaś do dalej idącego wniosku, że 
nie  potrafią  oni  utworzyć  swoich  państw,  miałbym  przykład  zaprzeczający  twojemu 
wywodowi. Oto, przed ponad stu laty w Bizancjum wybuchło znaczące powstanie, na czele 
którego  stanął  Tomasz  Słowianin.  I  wiem,  że  został  koronowany  w  Antiochii  na  cesarza 
całego Bizancjum, przybierając imię Konstantyna. Był więc Słowianin przywódcą państwa. 

Ale obcego a nie słowiańskiego państwa – cesarzu! W swoim pewno nie byłby wybrany 

nawet na księcia. Sameś rzekł, że Słowianie nadmiernie ukochali demokrację i obawiają się 
mieć swojego ziomka nad sobą - wolą obcych! Sam powiedziałeś, że mam omówić sprawy 
Rusi.  Doszli  więc  Słowianie  na  północny-wschód  daleko,  założywszy  Nowogród  i  Ładogę. 
Wymieniam te miasta, bo historia Rusi od nich się zaczyna. Do Ładogi docierały łodzie Nor-
manów, których w Rusi nazywają Waregami, a na północy Wikingami. I stało się tak około 
stu 

57 
lat  temu,  że  do  Ładogi  sprowadzono  drużynę  Normanów  dla  obrony  grodu.  Na  czele 

background image

owych  Waregów  stał  rycerz  o  imieniu  Ruryk,  a  byli  z  nim  jego  bracia:  Truwor  i  Sineus,  a 
także  bliscy  mu  drużynnicy:  Oleg  i  Sweneld  oraz  najpewniej  wielu  innych,  których  imiona 
nie przetrwały w ludzkiej pamięci. Ale wracając  do wodza owego normańskiego oddziału  - 
przekazano mu władzę w Ładodze, stamtąd ruszył on na Nowogród, gdzie pokonał Wadima, 
dowódcę wojsk nowogrodzkich... Po śmierci Ruryka, na czele zdobytych grodów stanął Oleg, 
opiekun  syna  Ru-ryka  -  Igora.  I  chociaż  Ruryk  dał  początek  ich  władcom,  to  tak  naprawdę 
państwo  ruskie  stworzył  Oleg.  On  to  wyruszył  z  Nowogrodu  i  podbił  Smoleńsk  i  Kijów, 
czyniąc to ostatnie miasto stolicą państwa. 

Stamtąd uderzył na Konstantynopol i zrobił to tak skutecznie, że Bizancjum zgodziło się 

na  wcale  dobry  dla  Rusi  układ,  z  którego  Kijów  po  dzień  dzisiejszy  czerpie  znaczące 
korzyści. 

Kiedy Igor dorósł, również wyprawiał się z wojskami przeciw Bizancjum. Brał udział w 

wielu  potyczkach  wojennych,  a  zginął  z  rąk  Słowian  przy  ściąganiu  danin  od  plemienia 
Drew-lan.  Wówczas  przeciw  temu  zdradzieckiemu  plemieniu,  żona  Igora,  księżna  Olga, 
wysłała  swojego  wojewodę,  Swenalda.  Jego  miałem  okazję  poznać  u  księżnej  i  usłyszeć 
opowieść  o  wyprawie  przeciw  Drewlanom.  Wybił  on  to  plemię,  a  ich  główne  miasto, 
Iskoresteń, spalił! 

I tu dopowiedzieć chciałbym, że wszystkie ich miasta, nawet Kijów, są prawie w całości 

zbudowane  z  drewna.  Nawet  ściany  obronne,  które  oni  nazywają  kremlem,  są  drewniane. 
Stąd  -  Iskoresteń  spłonął!  Kiedy  zaś  dorósł  syn  księżnej  i  Igora,  Światosław,  którego  też 
poznałem -pilno mu było do wojaczki. W tym chyba najbardziej Normanowie podobni są do 
Słowian. I ci, i ci szybko potrafią sięgać po miecze. A mieszanina Normana ze Słowianinem 
szczególnie jest wojownicza i zawzięta. Takim jest Świętosław. 

Próbowałem z nim mówić o religii i kościele, ale to rzucanie grochem o ścianę... Planuje 

teraz wyprawę przeciw wspomnianym wcześniej – Chazarom. Zaraz później przeciw Bułgarii 
i Bizancjum. Nawet mu do głowy nie przychodzi, że mógłby ponieść porażkę. Zresztą co do 
ataku na Bizancjum, to podtrzymywałem go w tym zamiarze i przekonany jestem, że żadnej 
ugody, czy porozumienia przeciw nam nie zawrze. Prawdę powiedziaw-szy, dla Kijowa jeste-
śmy odległym i nie nazbyt poznanym sąsiadem. Oni za sąsiadów uznają Lachów, bo tak nazy-
wają plemiona Mieszkowi podległe... Dalszymi zachodnimi krajami się nie przejmuję. 

Zaraz, zaraz! W misji twojej nie prosiłem cię o rozeznanie czy książę kijowski napadnie, 

czy  też  nie,  na  Bizancjum.  Chciałem  i  chcę  wiedzieć,  co  trzeba  zrobić,  aby  przeciwdziałać 
rozszerzaniu wpływów Bizancjum na naszych bliższych i dalszych sąsiadów?! 

Na  to  właśnie  pytanie  próbowałem  odpowiedzieć.  Uważam,  że  Ruś  trzeba  zostawić 

sobie, a ta ruszy przeciw Bizancjum. Będąc o tym przekonany – wróciłem ze swojej misji. 

Twierdzisz  jednak,  że  Rusini  są  poganami,  a  więc  mogą  przejąć  obrządek  wschodni  i 

wtedy będziemy mieć kłopoty, podobne jak na Morawach... 

Jeśli Ruś będzie walczyć z Bizancjum, to taka sytuacja – cesarzu – nie powinna się wyda-

rzyć! Ale zabezpieczając się przed tą ewentualnością, mur z wiernych powinniśmy budować. 
Czyż nie temu celowi służy klasztor świętego Maurycego w Magdeburgi?! 

Od  Bułgarów  i  Serbów,  którzy  są  pod  wpływem  Konstantynopola,  oddzielają  nas 

ochrzczeni książęta: chorwaccy, czescy i obodrzyccy. Jest wprawdzie w murze tym luka - kraj 
Polan! Stąd, odpowiadając na twoje pytanie, uważam, że najważniejszym dzisiaj dla nas – jest 
doprowadzenie do najrychlejszego chrztu księcia Mieszka i podległych mu plemion. 

58 
Trzeba było biskupie aż pojechać do Kijowa, żeby przekonać się o tym, iż powinniśmy 

zająć się krajem Polan? 

Czasem z daleka lepiej widać... 
Masz najpewniej rację. Czym mam ci wynagrodzić trudy twojej wyprawy na Ruś? 
Jeślibyś  zechciał  -  cesarzu  -  wstawić  się  za  mną  w  kurii  rzymskiej,  bym  mógł  zostać 

background image

opatem klasztoru w Weissenbergu?... 

Wiedziałem,  że  o  to  ponownie  poprosisz!  Nie  zdziw  się  więc,  że  zwiedziawszy  się  o 

twoim powrocie, powiadomiłem kurię, że powołuję cię na  czas pewien  na notariusza mojej 
kancelarii. 

To zaszczyt, ale czemu warunkowy? 
Bo  chcę  cię  wynagrodzić  i  poprzeć  twoje  starania  o  opactwo,  ale  zosta-niesz  opatem 

klasztoru w Weissenbergu dopiero w roku, w którym Polska przyjmie chrzest! 

A  więc  zawczasu  wiedziałeś  cesarzu,  że  taki  wniosek  wywiodę  na  temat  Mieszka? 

Posłałeś mnie do Kijowa, żeby się tylko upewnić... 

Tyś to powiedział! 
59 
Epizod czwarty 
Zima 962 r. n.e. - spotkanie cesarza Ottona I z Wichmanem – grafem saskim. 
Synowie twoi, Ekbert i Wichman, wiążą się z moimi wrogami! 
Jeśli ja – panie – jestem twoim lennikiem, to będą nimi również moi synowie. 
Powinieneś dopowiedzieć, że jesteś lennikiem nie nazbyt obowiązkowym skoro zwykle 

występowałeś przeciw mnie, wiążąc się na dodatek ze Słowianami. 

Skoro  nie  pozwolono  mi  na  czele  wojsk  naszych  przeciw  Mieszkowi  ruszyć,  czyniłem 

wiele by przewodzić słowiańskim Redarom, a ci nie są Mieszkowi przychylni. 

Widzę  Wichmanie,  żeś  nie  zwrócił  uwagi  na  to,  że  jednak  nie  przeszka-dzałem  ci  w 

twoich staraniach o przywództwo nad Redarami?! 

To prawda, ale walkę przeciw Mieszkowi zleciłeś margrabiemu Geronowi i Hermanowi 

Billungowi, a nie mnie! 

Im zleciłem walkę przeciw Obodrzycom i Łużyczanom, a nie przeciw Mieszkowi. 
A to ja mógłbym pokonać wschodnie, słowiańskie plemiona i drużynę Mieszka! 
Widzę, że teraz ponosi cię nadmierna ambicja. Od nas zależy spokój w wielu zachodnich 

księstwach, sam wiesz o tym, co teraz dzieje się we Włoszech, a ty chciałbyś jeszcze wschód 
cały postawić przeciw nam?! Jeśli chcesz właściwie spełnić misję, jaką zamierzam ci powie-
rzyć, musisz wiedzieć najjednoznaczniej, jakie jest oto moje zdanie na temat walki ze Słowia-
nami. 

Nie zechcesz mi chyba  -  Panie -  opowiadać o plemionach słowiańskich,  z którymi albo 

na zmianę, przeciwko którym – walczyłem przez całe życie! I których tereny znam lepiej 

od naszych krain. 
Ale  walczyłeś  tylko  na  pograniczu  sasko-słowiańskim,  a  to  niewielki  skrawek  ziemi, 

jakim przyszło mi zarządzać! Stąd, jeszcze raz powtarzam, iż jeśli chcesz wykonać zadanie, 
jakie przed tobą postawię, musisz mnie uważnie wysłuchać... Porzucić pychę i pewność siebie 
i po prostu – słuchać! 

Słucham cię, Panie! 
Już  lepiej!...  Oto,  słowiańskie  plemiona  serbsko-łużyckie  sprowadzone  zostały  do  roli 

poddanych  jeszcze  przez  mego  ojca  i  to  się  nie  zmieniło  po  dzień  dzisiejszy.  Ich  stolica, 
Gana, spłonęła, a nasz zamek w Miśni stoi na straży tamtych okolic. 

Podobnie zniszczono główny  gród Łużyczan  –  Lubusz, choć oni sami ponownie głowy 

przeciw nam podnoszą. Obodrzyców pokonałem i nie mam najmniejszej wątpliwości, że ich 

60 
książę  Nakon  i  brat  jego  Stojgniew  dali  głowy  w  bitwie  nad  rzeką  Reknicą.  I  to  ja 

nakazałem spalić ich stolicę – Machlinę. Pozostali więc Wieleci i Wolinianie. 

A plemiona podległe Mieszkowi? 
Na  wszystko  musi  przyjść  właściwa  pora.  Czy  nie  widzisz,  a  sądziłem,  że  jest  to 

widoczne, jak zależy mi na pokonaniu wszystkich słowiańskich plemion, które między Łabę a 
Odrę  weszły?  I  że  chcę,  by  nasza  granica,  silna  granica,  oparła  się  na  Odrze?!  Dzisiaj  nie 

background image

stawiam sobie dalszych celów! 

Sam wiesz to, może lepiej niż ja, że nie ma właściwszej linii granicznej niż wartka rzeka. 

Jeśli  trzymasz  jej  brzeg,  a  jeszcze  masz  na  niej  umocnienia,  możesz  trwać  latami!  Sam 
powiedz, jak długo plemiona nasze walczyć musiały z Rzymianami, żeby przekroczyć Ren? 
Jeśli więc wybijemy Słowian aż po Odrę i umocnimy granicę na tej rzece, to z czasem myśleć 
będzie  można  i  o  innych  zamierzeniach,  ale  jeszcze  nie  teraz!  Przecież  za  Odrą  silne 
mieszkowe plemiona, przepastne knieje i grody obronne. A dalej mnogość plemion ruskich – 
to też Słowianie! Wystarczy ich ruszyć, by utknąć w walce na wiele lat. Musimy postępować 
rozważnie. Słowianie to dla nas groźny wróg – taki, jakim myśmy byli dla Rzymu. 

To właśnie Rzym traktował nas jak barbarzyńców, a oto minęły pokolenia i pokonaliśmy 

ich, dziś ja jestem cesarzem. 

Jeśli jednak nie zwyciężymy Słowian, oni mogą pokonać nas! Nie wolno nam popełniać 

błędu  Greków,  Celtów  czy  Rzymian.  Czyżbyś  nie  wiedział,  że  każdy  następny  lud,  który 
przychodzi ze wschodu, podporządkowuje tych, którzy wcześniej tu dotarli?! 

A nie można ich wchłonąć tak, jak myśmy to zrobili z Rzymianami? 
Żeby  wchłonąć,  jak  powiadasz,  trzeba  najpierw  pokonać  czyli  po  prostu  –  zniewolić! 

Zresztą nie ma co liczyć na to, że różnice między plemionami szybko się zatrą, na to trzeba 
jak wiesz – wielu pokoleń. Stąd raz jeszcze powiadam, że Słowian musimy pokonać, jeśli nie 
chcemy być przez nich zwyciężeni! Zaś zadanie to musimy wykonać rozważnie, żadnej samo-
woli, rozumiesz?! 

Tak, Panie! 
To dobrze. Z wiosną, margrabia Geron ruszy przeciwko rozzuchwalonym Łużyczanom, 

ty zaś możesz z Redarami stanąć przeciw mieszkowym  wojskom, ale z naszej strony Odry. 
Nie chcę przenosić walki poza rzekę. Nam trzeba pokonać Wieletów i Wolinian, i nie będzie 
to  łatwa  walka.  W  niej  Mieszko  i  Bolesław  czeski  powinni,  jako  sojusznicy,  a  nie  jako 
wrogowie, przysłać swoje oddziały. Bolesław zrobi to na pewno. Jeśli zaś Redarowie uderzą 
na  Mieszka,  to  najpewniej  stanie  on  po  naszej  stronie  w  walce  z  Wieletami  i  Wolinianami. 
Masz  więc  i  swoje  zadanie  jasno  ustalone...  Od  ciebie  zależy  czy  uda  mi  się  na  czas  jakiś 
uśpić czujność Mieszka. 

61 
Epizod piąty 
Zima 965 r. n.e. - spotkanie cesarza Ottona I z margrabią Geronem i biskupem Jordanem 

z Lotaryngii. 

Drogi mój Jordanie, jako znawca spraw słowiańskich wiesz najpewniej, co oni, wespół z 

Bizancjum, przeciw nam knują! 

Najdostojniejszy cesarzu! Pozwól, że pytanie twoje inaczej postawię, to bowiem nie Sło-

wianie  wspólnie  z  Bizancjum  przeciw  nam  występują,  a  raczej  Bizancjum  wspólnie  ze 
Słowianami... 

To brzmi groźniej! 
Uważam  oto,  że  Bizancjum  usiłuje  nas  otoczyć  życzliwymi  im  Słowianami.  Najpierw 

Bułgaria  przyjęła  obrządek  wschodni,  potem  Serbowie,  następnie  Konstantyn  i  Metody 
pojawili się na Morawach, a teraz bizantyjczycy zabiegają o Ruś Kijowską. Jedyna nadzieja w 
Normanach – ci zawsze ze Słowianami przeciw Konstantynopolowi ciągnęli... 

Z tego co wiem, stali się oni bardziej Słowianami niż Normanami, przynajmniej tak jest 

w Kijowie. 

Czy mówisz, Panie, o tych samych Normanach, którzy oblegali Paryż? 
Właśnie  o  nich.  Przez  rok  oblegali  Paryż,  a  przed  pięćdziesięcioma  laty  zajęli  znaczne 

tereny przy ujściu Sekwany i założyli tam księstwo Normandii. 

A ja – dostojny cesarzu – słyszałem, że sprawa ta miała się inaczej. 
Nie chcesz się chyba kłócić ze mną, Geronie? 

background image

Jakżebym  śmiał.  Wiem  tylko,  że  to  nie  oni  zdobyli  ujście  Sekwany,  a  jeno  król 

frankoński,  Karol,  nadał  im  te  ziemi,  licząc,  że  zapobiegnie  to  dalszym  ich  napadom  na 
ziemie Franków. 

Wiem o tym, Geronie. Ziemie te zostały nadane wodzowi normańskiemu, Rollandowi i 

rzeczywiście  w  ten  sposób  stał  się  on  lennikiem  króla  Karola  III.  Co  nie  pozostaje  w 
sprzeczności  z  moim  określeniem,  że  ziemie  te  zostały  na  swój  sposób  zdobyte  przez 
Normanów. Ale przecież nie o zachodzie chciałem z wami rozmawiać, a o wschodzie. Tam 
Normanowie  stanęli  na  czele  Słowian  i  to  prawda,  że  wspólnie  zapuszczali  się  aż  pod 
Konstantynopol.  Zresztą  nie  tylko  –  dowiedziałem  się,  że  ostatnio  książę  kijowski, 
Światosław,  wyruszył  przeciw  Bułgarii  i  został  pobity  przez  wojska  bizantyjsko-bułgarskie. 
Można się spodziewać, a nawet być pewnym, że skorzysta z tego patriarcha Konstantynopola 
i będzie chciał wprowadzić obrządek wschodni na Rusi Kijowskiej. 

62 
Czy  chcesz  –  Panie  –  przez  to  powiedzieć,  że  Bizancjum  może  nam  zagrażać  od 

wschodu? 

A  jakąż  mamy  od  tamtej  strony  przegrodę?  Od  południa  oddzielają  nas  podległe  nam 

plemiona  Chorwatów,  Węgrów  i  Czechów.  A  od  wschodu?  Księstwo  Mieszka,  a  dalej  już 
Ruś Kijowska. 

Mieszkowe oddziały pokonał Wichman, na czele Redarów przed dwoma laty. Długo się 

nie podźwigną. 

A  ja  nie  jestem  o  tym  tak  silnie,  jak  ty,  Geronie,  przekonany.  Przeciw  Wichmanowi 

ruszył  Mieszko  z  lada  jaką  zbieraniną,  był  bez  swojej  drużyny.  Postawię  sprawę  jeszcze 
inaczej.  Między  nami  a  Rusią,  która  może  się  dostać  w  najbliższym  czasie  pod  wpływy 
Bizancjum, leżą tereny Mieszkowi podległe. Oni nazywają je Polską i owa Polska musi stać 
się przeszkodą nie do pokonania przed wpływami wschodu. 

Wybacz  –  o  Panie  –  ale  Polacy,  którzy  mówią  tym  samym  językiem,  co  Rusini  mogą 

łatwo się porozumieć. Mógłby więc Mieszko ze Światosławem... 

Widzę,  że  mnie  nie  rozumiesz  biskupie  drogi.  Spójrz  oto  na  niedawne  cesarstwo 

rzymskie. Póki wszędzie obowiązywała jedna religia, było ono ogromne, nie bacząc na języki 
i tradycje mnogich plemion, jakie w nie wchodzi-ły. Religia była lepiszczem wystarczającym, 
by utrzymać trwałość cesarstwa. A kiedy tego zabrakło – rozpadło się. Chyba nie chcecie aby 
rozpadło się z podobnych powodów nasze cesarstwo? Tak więc, mieszkowe księstwo chrzest 
powinno przyjąć z rąk biskupów rzymskich! I z tego powodu poprosiłem ciebie, Jordanie... 

Wiem  z  dworu  praskiego,  że  Mieszko  stara  się  o  rękę  córki  Bolesława,  Dobrawy,  a  to 

wierna córka kościoła, może więc... 

Drogi  biskupie.  To  sprawa  twoja  i  innych  biskupów.  Możesz  dla  tego  zbożnego  celu 

wykorzystać dwór praski, czy każdy inny. Ja mogę zaś uzbroić ciebie, Jordanie, w jakie tylko 
zechcesz  pełnomocnictwa.  Oto,  jeśliby  Mieszko  przyjął  chrzest,  wówczas  skłonny  jestem 
nadać mu tytuł „przyjaciela cesarza”, a trybut będzie mi opłacał nie z całych ziem swoich aż 
po Wisłę, a tylko po rzeką Wartę... I to jest twoja misja, Jordanie. Spraw się więc, bo nowe 
biskupstwo,  czy nawet  arcybiskupstwo,  powołane na ziemiach Mieszka, kuria rzymska chce 
w twoje przekazać ręce! 

Chciałbym  bardzo,  by  misja  twoja  powiodła  się,  ale  też,  jako  ziemski  władca, 

zabezpieczyć  się  muszę  i  na  inne  sposoby.  Stąd  to,  co  teraz  powiem  kieruję  do  ciebie, 
margrabio Geronie. Spotkaj się oto możliwie najrychlej z Hodonem i przekaż mu wszystkie 
swoje doświadczenia, jakeś zdobył w walce z Obodrzycami i Wieletami, zamierzam bowiem 
powierzyć  Hodonowi  misję  pokonania  wojsk  Mieszka,  gdyby  ten  pozostawał  grzesznie  w 
pogaństwie, mimo twoich, Jordanie, zabiegów. Masz więc niewiele czasu, bowiem zależy mi 
na tym, by chrzest Polski nastąpił w przyszłym jeszcze roku!... 

Słupsk: styczeń, 1977 r. wrzesień, 2000 r. 

background image

63