background image

*****

****

*

Mary Lynn Baxter 

Prezent dla Joni 

background image

Rozdział pierwszy 

Lacy Madison uśmiechnęła się, patrząc na rząd książek 

w błyszczących obwolutach, stojący na kontuarze. Pomysł, 

żeby prowadzić w sklepie wypożyczalnię, okazał się znako­

mity - obroty wzrastały z każdym dniem, co cieszyło ją, tym 

bardziej że Boże Narodzenie było tuż tuż. Podśpiewując „Idą 

święta", Lacy sięgnęła po leżącą na samej górze nowość 

z dziedziny literatury faktu, którą obiecała sobie przeczytać, 

i oparta o kontuar zaczęła ją kartkować. Dotarła już prawie do 

końca, gdy znalazła kopertę. Przyjrzała się jej ze zmarszczo­

nymi brwiami. Była to firmowa koperta banku American 

Express, w jakich dostaje się wyciągi ze stanu konta. Ktoś już 

ją otwierał, bo w okienku nie było widać nazwiska właścicie­

la. Sięgnęła do środka i wtedy złożona kartka różowego pa­

pieru listowego sfrunęła na podłogę. 

Lacy podniosła ją i rzuciła okiem na treść. Poczuła, że się 

czerwieni - kartka okazała się prywatnym listem, a adresatem 

był jeden z klientów jej sklepu. Nigdy zresztą nie spotkała 

tego tajemniczego pana Boothe'a Larsona, poznała go za to 

Sue, jej współpracownica, która określiła go jako „kawał 

chłopa", dodając, że jest dziwakiem i odludkiem. 

To ostatnie Lacy mogła łatwo zrozumieć. Sama marzy­

ła o spokoju, od dwóch lat bez powodzenia usiłując za­

pomnieć o bolesnej przeszłości. Kiedy kilka lat temu wy­

chodziła za mąż, myślała, że jest najszczęśliwszą kobietą pod 

słońcem. Jej mąż był energiczny i błyskotliwy, mimo 

młodego wieku osiągnął już kierownicze stanowisko i pew­

nie dlatego nie przeszkadzało jej to, że nie znali się zbyt 

długo. Może po prostu chciała wtedy zmienić swoje dotych­

czasowe życie, rzucić losowi wyzwanie. Po czterech latach 

studiów właściwie nie wiedziała, co naprawdę chce robić. 

background image

Zaczęła pracować jako pomoc radcy prawnego w dużej kor­
poracji, ale nie znosiła tego monotonnego zajęcia. Podjęła się 
go jedynie pod wpływem rodziców, którzy - aż do swojej 
przedwczesnej śmierci w wypadku samochodowym - wpajali 
w nią, że najważniejszym celem w życiu jest stała i dobrze 
płatna posada. 

Przez kilka pierwszych lat małżeństwa Lacy była szczęśliwa. 

Potem coś się popsuło -jej mąż nie dostał awansu, na który, jego 
zdaniem, zasłużył, i zaczął pić. Zmienił się do tego stopnia, że 
dalsze przebywanie z nim stało się dla Lacy i ich małej córeczki 
nie do zniesienia. Zdecydowała za wszelką cenę wyjechać z mia­
sta i rozpocząć nowe życie. Od wielu lat utrzymywała kontakt ze 
starą przyjaciółką swojej matki, mieszkającą w małej miejsco­
wości wypoczynkowej. Kiedy dowiedziała się, że tamta poszu­

kuje kogoś zaufanego, by poprowadził, a w przyszłości odkupił 
od niej księgarnię, nie wahała się ani chwili. 

Nigdy nie żałowała tego posunięcia, miasteczko Camden 

w stanie Arkansas okazało się rajem na ziemi. Położone było 
w centrum rolniczego okręgu, w dzikich i pięknych górach 
Ozarks. W strumieniach, ocienianych przez wspaniałe sosny 
i dęby, pływały okonie i leszcze, zdolne zadowolić najbar­
dziej wybrednego wędkarza. Zaś wędkarze i ich rodziny sta­
nowili źródło pokaźnych dochodów dla mieszkańców tego 
regionu. 

Zaraz po urządzeniu się w nowym miejscu Lacy zaczęła 

robić użytek ze swych artystycznych zdolności i nauczyła się 
produkować wyroby ze szkła. Wkrótce jej specjalnością stały 
się lampy - nieduże, o dziwnych, niepowtarzalnych kształ­
tach. Teraz nawet zamierzała rozwinąć tę produkcję i rozpro­
wadzać lampy również w innych sklepach, by zarobić wystar­
czającą ilość pieniędzy na spłacenie księgarni. 

Przerwała na chwilę rozmyślania i rozejrzała się po sklepie 

z rosnącą dumą. Udało jej się stworzyć wnętrze, które wyglą­
dało oryginalnie i naprawdę pięknie. Antyczne regały i stoliki 

background image

wypełnione były kolorowymi książkami, między którymi sta­
ły lampy, mające pomóc jej zdobyć środki do osiągnięcia 
celu. 

- Mamusiu! 
Wesoły dziecięcy głosik przywrócił Lacy do rzeczywisto­

ści. Zauważyła, że wciąż ściska w dłoni kopertę, więc scho­
wała ją do kieszeni. 

- Tutaj jestem, kochanie!-zawołała. 

Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że ma mało czasu. Była 

już dziewiąta, sklep musiała otworzyć za godzinę i do tego 

czasu powinna sprawdzić wszystkie książki. Na widok córe­
czki uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej ramiona. Joni pod­
biegła, zarzuciła jej ręce na szyję i przytuliła się. Lacy uści­
skała ją z czułością. 

- Jak się masz kochanie? Dobrze spałaś? - spytała. 
- Aha - odpowiedziała Joni, wiercąc się na kolanach ma­

my. 

- Zjesz płatki na śniadanie? - zaproponowała Lacy przy­

gładzając jej włosy. 

- A może ciasteczko? 
- Oczywiście że nie, panienko. Czy umyłaś zęby? 
- Aha. 
- To dobrze. 
- A czy później dostanę ciasteczko? 
- Zobaczymy - powiedziała Lacy, pieszczotliwie szczy­

piąc nos córeczki. 

Czteroletnia Joni była dzieckiem żywym, nad wiek rozwi­

niętym i wymagała nieustannej uwagi. I chociaż Lacy zajmo­
wała się nią z radością i poświęceniem, jej zadanie nie było 
łatwe. Czasami poczucie odpowiedzialności przytłaczało ją 
i nie dawało spać. Gdyby tylko miała kogoś, z kim mogłaby 
dzielić ten ciężar, mężczyznę, który by ją kochał i którego ona 
by kochała. Ale nie było nikogo takiego i na tym polegał 
problem. 

background image

słysząc, jak Sue z trudem łapie oddech ze zdziwienia, i czu­

jąc, że jej własne serce zatrzymuje się na moment. - Przecież 

wiesz - dodała nie poznając własnego głosu, tak wydał się jej 

nienaturalny. - A teraz idź zrobić to, o co cię prosiłam. 

- Czasami musi jej być ciężko - zauważyła Sue, gdy mała 

zniknęła za drzwiami. 

- Bardziej niż na to wygląda - westchnęła Lacy. 

- Ona tęskni za ojcem. 

- Tak - przytaknęła Lacy cicho. 

- Czy jest jakaś szansa, że możecie znów być razem? 

- Nie - odparła Lacy z oczami pełnymi łez. 

Na chwilę zapadła cisza. Sue westchnęła i ostrożnie po­

wiedziała: 

- Nigdy o tym nie mówiłaś ani ja nie pytałam, ale jestem 

twoją przyjaciółką i bardzo zależy mi na tym, żebyście były 

szczęśliwe. Chciałabym wiedzieć, co się stało z twoim byłym 

mężem. 

Lacy oparła się o szafkę, z trudem przezwyciężając drże­

nie. 

- Słuchaj... nic nie musisz mówić, zapomnij, że o to spy­

tałam. 

- Ależ nie, wszystko w porządku. Ja... ja chcę, żebyś 

o tym wiedziała. Rozwód trwał długo i był bardzo nieprzy­

jemny, a potem, kiedy myślałam, że już wszystko będzie do­

brze, on porwał Joni i zwiał z naszego stanu. Miała wtedy 

dwa lata. 

- O Boże, to straszne. 

- Możesz sobie wyobrazić, że o mało nie oszalałam. 

- I co zrobiłaś? 

- Za wszystkie moje oszczędności wynajęłam prywatne­

go detektywa, który w końcu ich odnalazł. Ojciec Joni na­

tychmiast został aresztowany i później skazany na więzienie. 

- Głos Lacy był teraz ledwie słyszalny. - A ja spakowałam 

background image

wszystko i przyjechałyśmy tutaj. Resztę już znasz - dodała, 
unikając badawczego wzroku przyjaciółki. 

Sue chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w końcu zrezygno­

wała i napiła się kawy. Po chwili milczenia zauważyła tylko: 

- Nie wszyscy mężczyźni są tacy jak on. 
- Prawdopodobnie nie - odpowiedziała Lacy, starając się 

uśmiechnąć i zmienić nastrój rozmowy. - Ale ja jestem zbyt 
tchórzliwa, żeby znów próbować. 

- Tylko pamiętaj, że nie można żyć samą pracą - zachi­

chotała Sue. - Od tego wyrasta garb. 

- Pewnie już mi wyrósł. 
- Przestań, przecież mogłabyś się spodobać każdemu 

mężczyźnie. Billy chciałby cię umówić z kolegą z pracy. 

- Twój mąż jest kochany, ale nie. Powiedz mu, że dzięku­

ję, nie. 

- Zgoda, może tamten to nie Boothe Larson - mówiła 

dalej Sue, nie zrażona odmową - ale nie jest taki zły. 

Lacy bezwiednie włożyła rękę do kieszeni i natrafiła na 

kopertę. Musi pamiętać, żeby mu to wysłać. 

- A jeżeli już mowa o naszym nowym kliencie, to ile razy 

był w sklepie? 

- Przy mnie tylko dwa razy. 
- Nie mogę sobie wyobrazić, po co on w ogóle tu przy­

chodzi. 

- Przypuszczam, że czuje się samotny. Mówi się w mie­

ście, że pracował w specjalnych oddziałach straży leśnej do 
zwalczania pożarów. A teraz z jakichś powodów żyje jak od-
ludek, bo czuje nienawiść do ludzi. - Sue skrzywiła się. -
Mogę potwierdzić to ostatnie. Kiedy wydawałam mu książki, 
patrzył na mnie wzrokiem starego niedźwiedzia, którego boli 
pazur. 

- Chciałabym to zobaczyć - zaśmiała się Lacy. 
- Nie radzę. 

background image

Lacy roześmiała się znowu, a Sue rzuciła jej badawcze 

spojrzenie. 

- Mamusiu, z czego się śmiejesz? - Joni pojawiła się 

w drzwiach. 

- Tak sobie, kochanie - Lacy szybko stłumiła śmiech. 

- To tylko taka rozmowa między dorosłymi. 

Pół godziny później Lacy siadała za kierownicą swojej 

hondy. 

- Cholera - syknęła zorientowawszy się, że w kieszeni 

wciąż ma ten cudzy list. 

- Och, mamusiu... ty powiedziałaś brzydkie słowo - wy­

jąkała Joni. 

- Masz rację, kochanie, bardzo przepraszam. 

- Jedźmy już, musimy spotkać świętego Mikołaja. 

Lacy zastanawiała się, nie zwracając uwagi na zniecierpli­

wienie córeczki. A może zwrócić tę kopertę osobiście, zamiast 

wysyłać ją pocztą? Cóż jej to szkodzi. Poza tym pogoda zdecy­

dowanie sprzyja przejażdżce, przekonywała dalej samą siebie. 

- Mamusiu, jedźmy już. 

Lacy z determinacją zapuściła silnik. Podobno ciekawość 

to pierwszy stopień do piekła. 

background image

Rozdział drugi 

Spike, czarny labrador, wpatrywał się w swego pana i ma­

chał ogonem. 

- Wiem, że jesteś głodny - powiedział Boothe Larson. 

- Ale jeszcze przez chwilę musisz być cierpliwy. Już prawie 

skończyłem. 

Pies zaskomlał i przyczołgał się kawałeczek bliżej. Boo­

the, nie zwracając na niego uwagi, ociosywał siekierą gruby 

pień. Mimo porannego chłodu był do pasa nagi, pokryty po­

tem i brudem. 

Przerwał, odłożył siekierę i rozejrzał się. Zawsze z przyje­

mnością przebywał na dworze. Nie nadawał się do życia 

w mieście i to wcale nie dlatego, że postanowił odizolować 

się od ludzi. Po prostu nie znosił chaosu i bieganiny, jakie 

nieodmiennie towarzyszą wielkomiejskiemu pośpiechowi. 

Wybrał życie w odosobnionej chacie, gdzie czuł się bezpiecz­

ny. Wiedział, że mieszkańcy miasteczka uważają go za dzi­

waka, ale wcale go to nie wzruszało. Chciał jedynie, by go 

zostawiono w spokoju, by mógł pielęgnować swoją rozpacz 

i złość na samego siebie. 

Minął właśnie rok od chwili, gdy jego najbliższy przyja­

ciel zginął w pożarze, w którym on sam został ranny, czego 

następstwem było trwałe kalectwo i równie trwałe blizny na 

duszy. W ciągu tego roku bardzo się postarzał. Każdego ran­

ka, patrząc w lustro, przeżywał wstrząs - chociaż miał dopie­

ro trzydzieści pięć lat, wyglądał i czuł się o dziesięć lat sta­

rzej. Ale właściwie nigdy nie był naprawdę młody i beztroski. 

Wychowywał się w domu, gdzie panowała przemoc i to spra­

wiło, że stronił od innych ludzi. Wydawało mu się, że to 

jedyny sposób, żeby przetrwać. Nie wiedział, gdzie jest jego 

background image

matka, ale zupełnie to go nie obchodziło. Co gorsza, nie 
wiedział nawet, kto jest jego ojcem. 

Kiedy Boothe zaczął pracować jako leśny strażnik, poczuł, 

że znalazł wreszcie sposób na życie. Wkrótce jednak nastąpiła 
tragedia. W czasie pożaru w lesie płonące drzewo zabiło jego 
przyjaciela i współpracownika. Chciał odepchnąć go na bez­
pieczną odległość, ale nie udało się. Larson wyszedł z tego 

jedynie ze strzaskaną nogą, jego przyjaciel zginął na miejscu. 

Boothe spędził kilka miesięcy w szpitalu i wtedy zostawiła go 
narzeczona. Obawiała się, że będzie musiała spędzić resztę 
życia z kaleką, niezdolnym do zapewnienia jej dostatku. Zły 
i odarty z wszelkich iluzji, spakował cały swój dobytek i wy­

niósł się do chatki ukrytej w górach Ozarks. 

Spike uderzył ogonem o ziemię. Z grymasem bólu na twa­

rzy Boothe odsunął od siebie wspomnienia smutnej przeszło­
ści i wbił siekierę w drzewo. 

- Jeszcze jedno i zaraz cię nakarmię. 
Pot spływał z jego twarzy, kiedy pochylił się, by sięgnąć po 

następny pniak. Nagle usłyszał trzaśnięcie drzwi samochodu. Co 
u diabła? Mamrocząc przekleństwa wyprostował się i odwrócił 
gwałtownie. Nie życzył sobie towarzystwa, nawet jeśli intruz był 
prześliczną, ciemnowłosą dziewczynką, trzymającą rękę równie 
pięknej, rudowłosej kobiety o bladej skórze i ogromnych błękit­
nych oczach. Ale kobiety przecież już go nie interesują i żadne 
oczy, nieważne jak wspaniałe, nie sprawią, że znów będzie brał 
udział w tej grze. Mimo to odłożył siekierę i czekał. 

Instynkt ostrzegł Lacy, że ich przybycie rozgniewało tego 

mężczyznę. Popełniła błąd przychodząc tutaj, jak zwykle jej 
impulsywność obróciła się przeciwko niej. Podeszła bliżej, 
mocno ściskając rękę Joni. 

- Mamo, to boli -jęknęła dziewczynka, próbując uwolnić 

palce. 

Lacy zwolniła uchwyt, ale nie puściła rączki dziecka. 

background image

Zauważyła dużego, czarnego psa, który nie budził jej zaufa­
nia. 

- Mamusiu, popatrz, jaki duży piesek. 
- Tak, widzę - odparła niepewnie. 
Zatrzymały się obie w bezpiecznej odległości, ale Lacy 

i tak widziała, że rysy twarzy mężczyzny stwardniały, a oczy 
zwęziły się groźnie. Nie powstrzymało jej to jednak od pa­
trzenia na niego ani nie przerwało szalonych myśli. 

Rzeczywiście, jest przystojny jak amant filmowy, odkryła 

zaskoczona. To nie znaczy, że nie dowierzała Sue, ale wraże­
nie piękna jest odczuciem subiektywnym, pomyślała. Ma wy­
stające kości policzkowe, które oznaczają zdecydowany cha­
rakter. Chociaż oceniła jego wzrost na mniej niż metr osiem­
dziesiąt, wyglądał na wyższego dzięki muskularnym ramio­
nom i szerokiej klatce piersiowej. Mogła podziwiać jego cia­
ło, gdyż nie zadał sobie trudu, by sięgnąć po koszulę wiszącą 
obok na pniu. Na pokrytej włosami piersi błyszczały krople 
potu. 

Przełknęła ślinę i spojrzała ponownie na jego twarz. Nagle 

zmieniła zdanie, już nie uważała, że jest przystojny. Nawet 
niezwykły, szaroniebieski kolor oczu nie mógł złagodzić pu­
stki i bólu, jakie w nich dostrzegła. Następny ze złamanym 
życiem, pomyślała Lacy i próbowała znaleźć jakieś słowa, 
które mogłyby przerwać pełną zakłopotania ciszę. 

Za to jej córka nie miała żadnych zahamowań. 
- Moja mamusia ma na imię Lacy, a ja Joni. -A jak ty się 

nazywasz? 

Spojrzał na małą nawet dość łagodnie, ale zęby nadal miał 

mocno zaciśnięte. Padła uprzejma odpowiedź: 

- Boothe Larson. 
Joni spojrzała na matkę, potem na Boothe'a i zmarszczyła 

nosek. 

- Jakie śmieszne imię! 
- Joni! - Rumieniec palił policzki Lacy, która w tym mo-

background image

mencie miała ochotę udusić swoją córkę. Już chciała ją zbe­

sztać, jednak w końcu zawahała się. Na ustach mężczyzny 

igrał ledwo widoczny uśmiech. Patrzyła, jak przykuca, aż 

jego twarz znalazła się na poziomie buzi dziecka. 

- Uważasz, że to imię jest śmieszne? 

Dumna z uwagi, jaką jej poświęcił, Joni wyzwoliła rękę 

z uścisku matki i stanęła bliżej niego. 

- Aha. 

- Chciałaś powiedzieć: „Tak, proszę pana" - podpowie­

działa łagodnie Lacy. 

- Tak, proszę pana - powtórzyła Joni z uśmiechem, uka­

zując rząd równych ząbków. 

- Mnie też wydaje się śmieszne - powiedział Boothe. 

- Naprawdę? - zachichotała Joni. - A jak nazywa się ten 

pies? 

- Spike. 

Pies machnął ogonem i ziewnął, gdy usłyszał swoje imię. 

Joni znów zachichotała. 

- Czy on mi się pozwoli pogłaskać? 

- Nie, kochanie - wtrąciła się Lacy i pociągnęła ją za 

ramię. 

- A czy pan ma córeczkę? 

- Joni, to nie twoja spra... 

- Nie, nie mam. - Boothe przerwał Lacy w pół słowa. 

- A może synka? 

- Nie, też nie. 

- Ja też nie mam tatusia - powiedziała Joni po chwili 

milczenia. 

Zapadła głęboka, dzwoniąca w uszach cisza. Lacy zasta­

nowiła się przez chwilę, czy jedynym rozsądnym rozwiąza­

niem nie byłoby zakneblowanie dziecka. Nie wykonała żad­

nego ruchu, stała wyprostowana i tylko rumieniec znów oblał 

jej policzki. Boothe wcale na nią nie patrzył, oczy utkwione 

miał w twarzy Joni. 

background image

- To niedobrze. Małe dziewczynki powinny mieć tatu­

siów. 

- Kiedyś miałam tatusia. 
Lacy raptownie wciągnęła powietrze. 
- Ach, tak - powiedział Boothe. 
- Ale moja mamusia i tatuś wzięli rozwód. Czy pan wie, 

co to jest? 

- Joni, przestań - przerwała zdesperowana Lacy. - Już 

dosyć. 

Boothe wstał i patrzył teraz na nią. Wzdrygnęła się. Coś, 

co ociepliło przed chwilą jego rysy, zniknęło, oczy znów miał 
lodowato zimne, a usta gorzko zaciśnięte. 

- Przypuszczam, że zastanawia się pan, dlaczego tu przy­

jechałyśmy - zaczęła głupio Lacy, próbując opanować dziw­

ny dreszcz. Nie jestem przecież przestraszona, więc skąd to 
się wzięło, dziwiła się. 

- Rzeczywiście, taka myśl pojawiła się w mojej głowie 

- odezwał się Boothe w odpowiedzi. 

- Nazywam się Madison - kontynuowała Lacy. nie zrażo­

na jego drwiną - i prowadzę księgarnię w miasteczku. 

Miał ciemne włosy, przetykane srebrnymi pasmami. Były 

długie. Wiedziała, że ułożą się nierówną falą na kołnierzu 
koszuli, gdy wreszcie zdecyduje się naciągnąć ją na grzbiet. 
Niecierpliwie przejechał po nich ręką, mierzwiąc je jeszcze 
bardziej, i czekał, jakby licząc na to, że ona powie coś bardzo 
ważnego. 

- Przyjechałam, żeby to panu zwrócić. - Mówiąc to Lacy 

sięgnęła do kieszeni i wyjęła kopertę. 

Na jego czole pojawiły się głębokie zmarszczki. 
- A cóż to jest? 
- Rachunek z American Express. 
Teraz był naprawdę zdumiony. 
- Pański rachunek, oczywiście. 
- Mój? 

background image

Podała mu kopertę. Wziął ją do ręki, dużej i stwardniałej 

od pracy. Nagle jak błyskawica przeszyła ją myśl, jakie to 

może być uczucie, poczuć tę dłoń na swoim ciele. Przeraziła 

się. Jak może myśleć o takich rzeczach! Przecież to obcy 

człowiek! Chyba oszalała, a może raczej zbyt długo już jest 

bez mężczyzny. 

- A skąd pani go wzięła? 

- Był w książce, którą pan oddał. 
- Rozumiem. 

- W środku jest list - dodała Lacy nierozważnie i musiała 

zwilżyć usta, które nagle zrobiły się suche jak bibuła. Chcia­

łaby, żeby te słowa nigdy nie padły, przecież zawartość ko­

perty nie powinna jej obchodzić. Ale ten list wzbudził w niej 

tak wielkie zainteresowanie... Najwyraźniej kobieta, która go 

napisała, była mu kiedyś bliska. 

Gdy Boothe zobaczył różową kartkę, jego rysy znów stę­

żały. 

- Dziękuję - powiedział szorstko. 

Lacy domyślała się, że czuje się dotknięty jej wścibstwem. 

Wsadził list do kieszeni i podniósł siekierę, dając w ten spo­

sób do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną. Znów 

przeszedł ją dreszcz i w tym samym momencie usłyszała 

krzyk. 

- Mamo! 

Oboje odwrócili się błyskawicznie, ale nie byli w stanie 

zatrzymać psa, który nagle skoczył gwałtownie w kierunku 

zaczepiającego go dziecka. Przerażeni widzieli, jak uderzył 

Joni łapami w pierś z tak wielką siłą, że dziewczynka prze­

wróciła się i uderzyła głową o kawał drewna. 

Straszną ciszę przeszył krzyk Lacy. 

background image

Rozdział trzeci 

Lacy nie mogła ruszyć się z miejsca, nie mogła nawet 

myśleć, przerażenie zupełnie ją sparaliżowało. 

- Mamusiu... 
Ten żałosny jęk spowodował, że wreszcie ruszyła się z miej­

sca. Musiała użyć nie lada siły, by pobiec do dziecka na nogach 
ciężkich jak z ołowiu. Boothe wyprzedził ją o ułamek sekundy 
i prawie jednocześnie padli na kolana przy leżącej Joni. 

- Dziecinko, mamusia jest przy tobie - szeptała Lacy 

przesuwając rękami po ciele dziewczynki. Dotknęła czegoś 
mokrego i zobaczyła krew. 

- Och, nie... nie... - wyjąkała patrząc na Boothe'a. 
- Zanieśmy ją do środka - powiedział ochrypłym głosem. 
Wziął oszołomioną dziewczynkę w ramiona i kuśtykając 

zaniósł do swojej chatki. Delikatnie położył ją na łóżku. 

- Czy... czy ona jest nieprzytomna? - Lacy zdobyła się 

na zadanie tego pytania, klękając przy Joni i układając jej 
głowę na boku, by obejrzeć ranę. Krew sączyła się z rozcięcia 
z tyłu głowy, blisko karku. 

- Joni, słyszysz mnie? - zapytał Boothe. Jego palce prze­

suwały się obok palców Lacy, gdy odgarniał włosy dziew­

czynki i delikatnie badał opuchliznę wokół rany. 

- Mamusiu... - znów zaszeptała Joni. 

Łzy napłynęły do oczu Lacy, a nagła ulga spowodowała, 

że zrobiło się jej słabo. Musiała zadrżeć, gdyż Boothe rzucił 

jej zaniepokojone spojrzenie. 

- Chyba nie zrobi pani jakiegoś głupstwa i nie zemdleje, 

mam nadzieję. 

Chociaż ta niegrzeczna uwaga odniosła skutek i Lacy oprzy­

tomniała, przez chwilę miała ochotę wymierzyć mu policzek. 

- Nie - odpowiedziała lodowato i odwróciła się do Joni. 

background image

- To dobrze, bo nic jej nie będzie. Przyniosę gorącej wody 

i bandaże, niech pani przy niej zostanie. 

- Mamusiu, boli mnie głowa. 
- Wiem, kochanie, ale zaraz poczujesz się lepiej. Posma­

rujemy ci to miejsce lekarstwem, dobrze? 

- Dobrze - zachlipała Joni. 
Boothe wrócił i ze zręcznością, jakiej nie spodziewała się po 

jego wielkich dłoniach, obmył ranę i zabandażował ją. Nie była 

taka groźna, jak w pierwszej chwili się wydawało. Nagle Lacy 
zdała sobie sprawę, że jest tuż przy nim. Widziała cienkie linie 
wokół jego oczu, czuła zapach jego potu. Przede wszystkim zaś 
czuła dotyk muskularnych, twardych, wciąż nagich ramion i bar­
ków, które ocierały się o nią, gdy się poruszał. 

Zadrżała i odsunęła się. Zacisnął mocno usta, jakby domy­

ślił się, że wzbudził w niej odrazę. Lecz ona wolała nie my­
śleć, jakie uczucia wytrąciły ją z równowagi. 

Boothe wstał. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się jak 

najuprzejmiej, mając nadzieję, że złagodzi jego gniew. 

- Dziękuję, że pan się tym zajął - powiedziała. 
- Spike ją zranił - padła lapidarna odpowiedź. 
Już się nie odezwała. Usiadła na tapczanie, wzięła Joni 

w ramiona i mocno przytuliła. 

- Mamusiu... 
- Jestem przy tobie - powiedziała szeptem Lacy. 

Dziecko westchnęło i mocniej przylgnęło do niej, zamyka­

jąc oczy. Kiedy mała zasnęła, Lacy bez powodzenia próbowa­

ła zapanować nad roztrzęsionymi nerwami. Serce wciąż biło 
nierówno, czuła, że ogarnia ją zmęczenie, potęgowane jeszcze 
przez zalegającą ciszę. 

Boothe stał przy oknie po drugiej stronie pokoju i spoglą­

dał na zewnątrz. Patrzyła na jego lewy profil, który wyglądał 

jak wyciosany z kamienia. Po chwili odwróciła się i obrzuciła 

wzrokiem pokój. Ze zdziwieniem odnotowała, że proste wnę­
trze chaty było zupełnie przytulne i schludne. Belkowany 

background image

strop, kamienny kominek, pokryte skórą meble i wielki, kolo­

rowy kilim. Ale przede wszystkim uwagę jej zwróciły drew­
niane rzeźby wypełniające wnękę okna. 

W końcu Lacy poczuła, że nie zniesie tej ciszy ani minuty 

dłużej. 

- Słyszałam, że jest pan strażnikiem leśnym. 
- Domyślam się, że miejscowe plotkarki muszą zawsze 

mieć jakiś temat. Równie dobrze mogę nim być ja - mówił 
odwróciwszy się do niej. Twarz miał znów bez wyrazu, 
a oczy jak ze stali. 

- Tej kontuzji nabawił się pan przy pracy? - naciskała, 

sama nie wiedząc dlaczego. Może dlatego, że wzbudzał 
w niej jakieś dziwne uczucia, których nie rozumiała. 

- Tak. 
Wyczuwała rosnącą w nim złość i zdawała sobie sprawę, 

że już najwyższy czas, by przerwać to wypytywanie. Ale coś 
nie pozwalało jej tego uczynić. 

- Te drewniane rzeźby... czy to pan je robił? 
- Tak - powtórzył. 
Przymknęła nieco oczy i długie, ciemne rzęsy zakryły przebi­

jające z nich napięcie. Joni poruszyła się i Lacy zaczęła kołysać 
ją w swoich ramionach. Czuła, że on obserwuje każdy jej ruch. 

- Musimy... musimy już iść. 
- Też tak uważam - odparł Boothe. - Ale nie do domu. 
- Dlaczego nie? - Lacy przeraziła się. 
- Myślę, że powinien ją zbadać lekarz. Niepokoję się, że 

coś może być nie w porządku. 

- Ale pan nie myśli, że... - rosnący strach nie pozwolił 

Lacy dokończyć zdania. 

- Nie. Ale mimo wszystko lepiej będzie, jeżeli lekarz ją 

obejrzy. Przebiorę się i zawiozę was. 

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknęła je bez 

słowa. 

background image

Lacy ziewnęła, próbując rozciągnąć zmęczone mięśnie. 

W pierwszej chwili nie wiedziała, co robi na tym twardym 

krześle w rogu szpitalnej sali. Spojrzenie jej padło na łóżko ze 

śpiącą Joni. Osłabiona, przytuliła głowę do oparcia. Joni nie 

stało się nic poważnego, co stwierdził doktor Moore po do­

kładnym zbadaniu dziecka, i to było najważniejsze. 

- Dzięki Bogu - westchnęła wtedy uszczęśliwiona i spoj­

rzała na Boothe'a, który wciąż patrzył badawczo na lekarza. 

- Nie trzeba żadnych szwów? - zapytał. 

- Plaster w zupełności wystarczy. Jednak na wszelki wy­

padek wolałbym zatrzymać ją tutaj na noc. 

- Ale... przecież powiedział pan... 

- Niech się pani nie denerwuje - uspokajał ją doktor. -

Powiedziałem, że badanie nie wykazało żadnych uszkodzeń. 

Po prostu chcę, żeby przez tę noc była pod obserwacją. 

- Też myślę, że to dobry pomysł - wtrącił się Boothe. 

- No dobrze, oczywiście. Przecież to dla jej dobra - po­

wiedziała Lacy oddychając głęboko. 

- W takim razie zanieśmy ją do sali - zaproponował Boothe. 

Niedługo potem Lacy i pielęgniarka ułożyły Joni do snu. 

Gdy po chwili zostali sami, żadne z nich nie wiedziało, co 

powiedzieć. 

- Co będzie z moim samochodem? - zapytała w końcu 

Lacy. 

- Niech się pani nie martwi, zajmę się nim. 

Znów nastała cisza. 

- I... i jeszcze raz dziękuję za wszystko - powiedziała 

Lacy, zmuszając się do spojrzenia mu prosto w oczy. 

Jego wzrok utkwiony był w jej ustach. Cofnął się gwał­

townie, z grymasem na twarzy. 

- Muszę iść. 

Kiedy światło poranka zaczęło przesączać się przez zasło­

ny, Lacy podeszła na palcach do łóżka. Pochyliła się, pocało­

wała delikatnie różowy policzek Joni i doszła do wniosku, że 

background image

może zostawić ją na chwilę samą i przynieść sobie kubek 

kawy z poczekalni. Przekroczyła próg i zatrzymała się 

w miejscu, gdyż zobaczyła śpiącego na krześle Boothe'a. 

Podeszła bliżej, czując, że ma przyśpieszony puls. Natych­

miast opadły ją te same niemądre myśli, których tak trudno 

było jej się pozbyć. On naprawdę wyglądał wspaniale. Lacy 

z natury była osobą impulsywną i łatwowierną, ale od czasu, 

gdy życie tak mocno ją doświadczyło, obiecała sobie nie 

poddawać się łatwo pierwszemu wrażeniu. Jeżeli jeszcze kie­

dykolwiek zakocha się po raz drugi, na pewno nie odbędzie 

się to z dnia na dzień. I nie wybierze kogoś takiego jak ten 

zgorzkniały mężczyzna. 

Spojrzała na jego zręczne ręce i znów wyobraziła sobie, że 

dotykają jej ciała. Rumieniec wstydu wystąpił na jej policzki, 

ale nie mogła ruszyć się z miejsca i przestać patrzeć na niego. 

- Lacy? - odezwał się otwierając oczy. 

Zmieszana, jakby przyłapano ją na gorącym uczynku, 

otworzyła usta i znów nie mogła wydobyć z siebie słowa. 

Boothe wstał nie odrywając od niej wzroku. Też jakby czuł, 

że coś ważnego dzieje się między nimi, gdyż odetchnął chra­

pliwie, zanim zapytał: 

- Wszystko w porządku? 

- Tak... zupełnie dobrze. - Lacy musiała przygryźć war­

gę, by powstrzymać jej drżenie. - Mogą wypisać ją w każdej 

chwili. 

- Poczekam i zawiozę was do domu. 

W czasie jazdy atmosfera była niezwykle napięta. 

Lacy, nawet nie patrząc, była świadoma jego każdego 

ruchu, każdego drgnienia, kiedy sprawnie prowadził samo­

chód. Joni siedziała między nimi i od chwili, gdy opuścili 

szpital, paplała niemal bez przerwy. 

- Mamusiu, czy w domu też będę musiała leżeć w łóżku? 

- Nie, chyba że będziesz chciała. 

background image

- Nie chcę. Chcę, żeby Boo poszedł ze mną do domu. 

Boo! Lacy nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać, z nie­

pokojem czekając na reakcję Boothe'a. O mało nie westchnę­

ła z ulgą, gdy na jego ustach pojawił się niechętny uśmiech. 

Znów zmiana w wyrazie jego twarzy poruszyła ją. Popatrzyła 

na Joni. 

- Hej, cóż to, nagle wracamy do dziecięcego gaworzenia? 

- spytała, próbując przełamać zakłopotanie. 

Joni uśmiechnęła się i zwróciła znów do Boothe'a: 

- Gdzie jest pies? 

- W domu - odpowiedział trochę zdławionym głosem. 

- I co robi? 

- Pomyślmy. - Boothe przerwał i podrapał się po nie ogo­

lonej brodzie. - Założę się, że jest na na podwórzu i czeka na 

mój powrót. 

- Czy on jest na mnie zły? 

- Nie. A czy ty jesteś zła na niego? 

Joni najwyraźniej musiała przemyśleć tę sprawę przez 

chwilę. 

- Nie - odpowiedziała w końcu, starając się, by jej głos 

brzmiał dorośle. 

Lacy uśmiechnęła się do siebie. Najwyraźniej Boothe Lar­

son miał więcej twarzy niż ta, którą zaprezentował przy pier­

wszym spotkaniu. Jego cierpliwość w stosunku do Joni była 

zaskakująca. 

- Ale wiesz co? - odezwała się Joni. 

- Nie, ale przypuszczam, że mi powiesz - powiedział 

Boothe nie odrywając oczu od drogi. 

Joni odsunęła się na brzeg siedzenia, oparła obie ręce na 

biodrach i patrząc na niego powiedziała: 

- Jeżeli on jeszcze raz coś mi zrobi, to go stłukę po tyłku. 

- Joni! - zawołała osłupiała Lacy. - Jak ty się wyrażasz! 

Widzę, panienko, że będziemy musiały porozmawiać. 

Tym razem usta Boothe'a nie tylko drgnęły, ale rozchyliły 

background image

się w pełnym uśmiechu. Szybko odwrócił głowę nie pozwala­

jąc, by Joni ujrzała ten uśmiech. Ale Lacy go widziała... 

Po chwili Boothe wprowadził samochód na podjazd przed 

sklepem. Kiedy Lacy otworzyła drzwi, Joni wbiegła szybko 

do środka zostawiając ich samych. 

- Jeszcze raz dziękuję... za wszystko. 

- Nie ma o czym mówić. 

- Czy... może zechciałby pan zjeść z nami śniadanie? 

- Nie - odparł krótko, znów mocno zaciskając usta. 

- No cóż, przepraszam. Pomyliłam się, myślałam, że mi­

mo wszystko jest pan normalnym człowiekiem - wypaliła 

Lacy, zanim zdążyła pomyśleć, co mówi. 

Widziała, że ogarnia go wściekłość, jego oczy zrobiły się 

wąskie jak szparki. Obrócił się na pięcie i poszedł do samo­

chodu, nie obdarzając już jej najmniejszym spojrzeniem. 

background image

Rozdział czwarty 

Następnego ranka Lacy wciąż myślała o Boothe'em Lar-

sonie i o ich sprzeczkach. Zapomnij o nim, upominała samą 

siebie. Niech pławi się w swoim cierpieniu. Dostatecznie 

wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru zawierać 

z nią bliższej znajomości. Po prostu jest egocentrycznym nu­

dziarzem, i tyle. 

Westchnęła niecierpliwie, podeszła do okna i wyjrzała na 

dwór. Ciężki płaszcz śniegu okrywający ziemię wprawiał ją 

w świąteczny nastrój. Lacy, dorastając w Teksasie, nie znała 

właściwie śniegu, teraz zaś cieszyła się jak dziecko na jego 

nadejście. Niebo zasnute było ciężkimi, niosącymi opady 

chmurami. 

Szaroniebieskie chmury... w kolorze jego oczu. 

Boże, chyba oszalała na punkcie tego człowieka, który 

zresztą w ogóle nie zwraca na nią uwagi. Samotność, którą 

otoczył się jak skorupą, przyciągała ją. Może dlatego, że czuła 

się podobnie. Bardzo kochała swoją córeczkę, ale czteroletnie 

dziecko nie zastąpi przecież mężczyzny. 

Ciekawe, co sprawiło, że jest taki szorstki i nietowarzyski? 

Prawdopodobnie nigdy się nie dowie. Gwałtownie odwróciła 

się od okna. To czysta głupota pozwalać sobie na takie rozwa­

żania. Powinna teraz szybko przygotować obiad i zabrać się 

do pracy. Chociaż była niedziela, miała zamiar spędzić całe 

popołudnie robiąc lampy, podczas gdy Sue zostałaby w skle­

pie. Ale najpierw obiad. 

Dwadzieścia minut później w piekarniku grzała się zapie­

kanka z kurczaka i pieczarek. Joni siedziała przy stole i kolo­

rowała obrazek z dinozaurem. 

- Mamusiu - poprosiła - to takie trudne. Pomożesz mi? 

- Nie teraz, kochanie, za minutę, jak skończę sałatkę. 

background image

W tym momencie u drzwi do mieszkania odezwał się 

dzwonek. 

- Ja otworzę - zawołała Joni zrywając się z krzesła. 
Lacy poszła za nią i osłupiała, kiedy mała otworzyła 

drzwi. W progu, oparty o futrynę, stał Boothe, trzymając pod 
pachą pluszowego misia. 

- Cześć, Boo - wykrzyknęła radośnie Joni z wzrokiem 

utkwionym w zabawce. 

- Cześć, mała - powiedział Boo. Jego oczy spotkały się 

z oczami Lacy i znowu coś nieuchwytnego przebiegło mię­
dzy nimi. - Czy mogę wejść? - zapytał nieśmiało. 

Lacy wciąż nie mogła wydobyć ani słowa ze ściśniętego 

gardła. 

- Oczywiście - powiedziała wreszcie, nienawidząc samej 

siebie za to drżenie w głosie. 

- Czy ten miś jest dla mnie? - spytała Joni. 
- Zgadłaś - odparł Boothe wyciągając rękę. 
Ubrany był w dżinsy, błękitną koszulę i wysokie buty... 

i wyglądał wspaniale. Włosy jak zwykle miał rozczochrane, 

jakby właśnie przejechał po nich palcami. 

- Patrz, mamusiu, co Boo mi przyniósł. 
- To śliczne, kochanie. A ty co powiedziałaś? - mówiąc 

to Lacy zastanawiała się, czy podarunek dla małej miał być 
formą przeprosin za wczorajsze grubiaństwo. 

- Dziękuję. 
Joni bez namysłu skoczyła Boothe'owi w ramiona, zarzuciła 

mu ręce na szyję i pocałowała w policzek. O Boże, niech on jej 
teraz nie odtrąci, pomyślała Lacy widząc, że jego twarz blednie. 
Ale chociaż wyraźnie był zaskoczony takim wybuchem uczuć, 
uszczypnął lekko dziewczynkę w policzek i powiedział: 

- Nie ma za co. Kiedy zobaczyłem go na wystawie, po­

myślałem, że spodobałby ci się. 

Oczy Joni błyszczały z radości i Lacy czuła, że za chwilę 

znów rzuci się go uściskać. Po chwili wahania Boothe stwierdził: 

background image

- No cóż... chyba czas na mnie. 

- Może zostałby pan na obiedzie? - wypaliła Lacy i zaraz 

tego pożałowała. Przecież wczoraj odrzucił jej zaproszenie. 

- Chodź, Boo. - Joni złapała go za rękę. - Ty i miś bę­

dziecie siedzieli przy mnie. 

- Ja nie... 

- Och, proszę - powiedziała błagalnie Joni. 

Zaskoczona Lacy obserwowała, jak różne uczucia odbijają 

się w jego twarzy. Wreszcie westchnął lekko. 

- Naprawdę nie będę przeszkadzać? - zapytał w końcu. 

- Przecież to ja pana zaprosiłam - odrzekła Lacy z ulgą. 

- Coś tu pachnie tak zachęcająco... - powiedział z nie­

śmiałym uśmiechem. 

- Więc zostanie pan? 

- Zostanę -odpowiedział po chwili nieznośnej ciszy. 

Teraz z kolei Lacy straciła głowę. O czym będą rozma­

wiać? A jeśli jedzenie nie będzie mu smakować? Uspokój się, 

skarciła się w myśli. Niech cię to nic nie obchodzi. 

Łatwo powiedzieć... 

Joni wzięła go za rękę i poprowadziła do stołu. 

- Czy już napisałeś swoje życzenia do świętego Mikoła­

ja? - zapytała. 

- Nie, muszę przyznać, że nie. 

- A może chcesz, żebym po obiedzie pomogła ci napisać? 

Boothe popatrzył na Lacy ostrym, badawczym spojrze­

niem. Czuła, jak jego oczy prześlizgują się po całym jej ciele. 

Znów poczuła dziwny ból. Jego usta skrzywiły się lekko 

i chociaż odezwał się do Joni, ani na moment nie oderwał 

wzroku od Lacy. 

- Jasne, dlaczego nie? Myślę, że Mikołaj powinien wysłu­

chać także mojego życzenia. 

Fala ciepła zalała Lacy i wiedziała już, że wszystko będzie 

dobrze. 

background image

- Och, ta jest rzeczywiście prześliczna. 

Wylewne pochwały Sue wywołały uśmiech na twarzy La­

cy, przyglądającej się swojej nowej lampie. 

- Naprawdę tak uważasz? 

- O co ci chodzi? - Sue zmarszczyła brwi. - Przecież 

jeżeli czegokolwiek byłaś pewna, to właśnie tej swojej pracy. 

- Wiem - powiedziała Lacy wzdychając. - Ja tylko tak... 

- Przerwała i odwróciła się. - Nieważne. 

- Co się z tobą ostatnio dzieje? - spytała Sue z otwarto­

ścią możliwą jedynie wobec najbliższych. 

- Nie przejmuj się mną, wszystko w porządku. - Lacy 

zmusiła się do uśmiechu. - Sądzę, że padłam ofiarą przed­

świątecznego szaleństwa. To na mnie działa. 

- I tak ci nie wierzę, ale na razie niech tak zostanie. - Sue 

machnęła ręką. 

Lacy nienawidziła samej siebie za to okłamywanie przyja­

ciółki, ale nie mogła postąpić inaczej. Sue rzeczywiście miała 

rację, ostatnio nie była sobą. Ciągłe rozmyślanie o Boothe'em 

sprawiło, że nerwy miała napięte do ostatecznych granic. Od 

czasu gdy został na obiedzie, minęły już trzy dni, a nie była 

w stanie przestać o nim myśleć. Dręczyło ją to, że najwy­

raźniej nie odwzajemniał jej zainteresowania. 

- Mamo, gdzie jesteś? 

- Tutaj, kochanie. W pracowni. 

- Co robisz? - spytała Joni wbiegając do pokoju, cała 

w uśmiechach. 

- Pracuję. Chcesz mi pomóc? 

- Albo mnie - odezwała się Sue. - Każda para rąk mi się 

przyda. 

- Nie. - Joni potrząsnęła głową. - Ja chcę iść pobawić się 

z psem Boo. 

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. 

- Ale ja chcę - Joni wydęła wargi. 

- Cieszę się, że nie boisz się psów, że jesteś dużą, dzielną 

background image

dziewczynką. Ale w tej chwili mamusia jest bardzo zajęta, 

mamy dużo zamówień w związku ze świętami. 

- Ale... 

- Zgadzam się z Joni - odezwała się nagle Sue. - Uwa­

żam, że to świetny pomysł. 

- Naprawdę? - Lacy była szczerze zaskoczona reakcją 

przyjaciółki. 

- Oczywiście. Za ciężko pracujesz i parę godzin na po­

wietrzu i w słońcu dobrze ci zrobi. 

- To co, mamusiu - naciskała Joni. - Możemy pójść? 

Lacy zastanawiała się. Sama miała wielką ochotę, chociaż 

wiedziała, że nie będzie to rozsądne posunięcie. Boothe też 

tak będzie uważał, na pewno. Może być dotknięty ponownym 

wtargnięciem w swoją prywatność. W każdym razie, gdyby 

chciał zobaczyć ją albo Joni, to wiedział, gdzie je można 

znaleźć. 

Z drugiej strony Sue miała rację, dzień był taki piękny. 

A poza tym były tam jeszcze te drewniane rzeźby. Nie zapo­

mniała o nich i oddałaby wszystko, by móc sprzedawać je 

w swoim sklepie. Nadawałyby się znakomicie na świąteczne 

prezenty i wiedziała już nawet, w którym miejscu sklepu 

można je najlepiej wyeksponować. 

- No dobrze, wygrałaś - powiedziała odwracając się do 

Joni. - Biegnij po płaszczyk. 

Boothe przerwał na chwilę i otarł pot z czoła. Postanowił, 

że albo naprawi dzisiaj siedzenie w tym starym wozie, albo 

skona. Odsunął się o krok i badawczo przyjrzał się wykona­

nej pracy. Rezultat nie był zły. Wóz znalazł w stodole, wkrót­

ce po kupieniu tego domku. Ale aż do niedawna, właściwie do 

odwiedzin Lacy, nie zdecydował się na jego renowację, wie­

dząc, że będzie to wymagało mnóstwo czasu i wysiłku. 

Mimo wszystko nawet tak ciężka fizyczna praca nie zagłu­

szyła w nim myśli o Lacy. Do tej pory przesądzał z góry, że 

background image

jego prywatne życie jest świętością i nikomu nie wolno go 

zakłócić. Nie przejmował się ogrodzeniem terenu, gdyż wy­

obrażał sobie, że nikt nie ośmieli się przekroczyć jego grani­

cy, chyba że on sam tego zechce. Tak było, zanim zjawiła się 

Lacy. Z łatwością wtargnęła w jego życie, przez nią znów 

czuł się bezbronny, wystawiony na ciosy. 

Schwycił młotek i wbijając kolejny gwóźdź czuł niemal 

fizyczny ból, tak pragnął jej dotknąć. Sięgnął po następny 

gwóźdź i zaklął. Czuł się jak dobrze naoliwiona maszyna, 

której mechanizm nagle oszalał. 

I do tego jeszcze to dziecko z delikatną buzią, włosami 

w lokach i anielskim uśmiechem. Czy mógłby o niej zapo­

mnieć? Ona też podkradła się niezauważalnie, znalazła słabe 

miejsce w jego sercu i tam się zadomowiła. 

Ta znajomość musi się skończyć. Nie ma nic do zaofero­

wania ani Lacy, ani jej córce. Jedyne, co go obchodzi, to 

powrót do pracy. Jak najszybszy, kiedy tylko ta cholerna noga 

będzie się nadawała do użytku. Żadna rozsądna kobieta nie 

chciałaby wiązać się z mężczyzną, który codziennie ryzykuje 

swoje zdrowie i życie. Zwłaszcza kobieta, która ma dziecko. 

A właściwie kto powiedział, że Lacy interesuje się nim? 

Domyślał się, że ma ona własne problemy, że również ją 

dotknęło cierpienie. Nie wiedział, w jaki sposób ani dlaczego, 

ale domyślał się, że ma to coś wspólnego z ojcem Joni. 

W tych pięknych, błękitnych oczach czaił się ból - prawie 

niewidoczny, ale taki pechowiec jak on, który też przeszedł 

przez piekło, był w stanie go dostrzec. 

Cały problem tkwił po prostu w tym, że jest wygłodniały. 

Może powinien... Nie, do diabła! Ma ochotę na Lacy, a nie na 

jakąkolwiek inną kobietę. I pewne jest jedynie to, że nigdy nie 

będzie jej miał. Wyciągnął rękę po następny gwóźdź i wtedy 

usłyszał trzaśnięcie drzwi samochodu. Nie musiał się odwra­

cać, by wiedzieć, kim są niespodziewani goście. 

- Cholera! - wybuchnął, licząc na to, że jeśli nie zwróci 

background image

na nie uwagi, odejdą. Ale tak się nie stało. Gwałtownie pod­

niósł głowę i obejrzał się. Matka i córka szły z wahaniem 

w jego kierunku. Czuł, że żołądek skręca mu się w supeł. 

Lacy wyglądała prześlicznie. Po prostu była prześliczna. Nie, 

to nie było właściwe określenie. Raczej smakowita. Tak, była 

łakomym kąskiem w tych obcisłych dżinsach i turkusowej 

bluzie, której grubość i tak nie mogła zamaskować pełnych, 

pięknie zbudowanych piersi. Na pewno ich czubki wyglądają 

jak małe, różowe pączki... Boże, jak on pragnął jej dotknąć. 

Nie! Wszystko, czego pragnie, to żeby go zostawiono w spo­

koju. 

O mało się nie potknął, tak śpieszył się na ich powitanie. 

background image

Rozdział piąty 

Spotkali się w połowie drogi między stodołą a domem. 

Joni została z tyłu, szukając psa. Lacy wpatrywała się w Boo-

the'a. Chciała coś powiedzieć, ale musiała najpierw zwilżyć 

językiem suche wargi. 

- My... ja... mam nadzieję, że nie przeszkadzamy. 

Czuł się jej niewolnikiem. Usta miała takie miękkie i za­

praszające. Zaklął cicho, próbując odzyskać równowagę, ale 

puls nie chciał wrócić do normy, a płuca niemal bolały od 

przyśpieszonego oddechu. 

- Spike! Chodź tu, Spike! - cienki głos Joni przerwał 

ciszę. 

- Joni chciała zobaczyć psa - powiedziała Lacy lekko 

zdławionym głosem, wyraźnie zakłopotana. 

- To dobry pomysł. - Boothe próbował mówić spokojnie, 

chociaż daleko mu było do zachowania równowagi. 

- Jest pan pewien? 

Ich spojrzenia spotkały się i szybko odwrócił wzrok. 

- Nie - wymamrotał ochryple. - Nie jestem już pewien 

niczego. 

- Chodź tu, piesku! - znów zawołała Joni. - Spike, psi-

sko, gdzie jesteś? 

Boothe miał ochotę ją uściskać, gdyż jej głosik rozluźnił 

wiszące w powietrzu napięcie. 

- On od rana biega po lesie. 

- Czy twój pies jest na mnie zły? - spytała Joni, stając 

u boku Lacy i patrząc na niego poważnie. 

- Nie, skądże. 

Boothe włożył dwa palce do ust i zagwizdał głośno. 

Prawie natychmiast pies wyskoczył spomiędzy drzew. Sta­

nął przy swoim panu, dysząc głośno i przyglądając się 

background image

dziecku. Joni zachichotała, wyciągnęła rękę i cofnęła ją bo-

jaźliwie. 

- Może po prostu tylko z nim porozmawiaj - zapropono­

wała zaniepokojona Lacy. 

- On jej nic nie zrobi - powiedział Boothe, ujął rękę 

dziewczynki i położył delikatnie na głowie psa, który natych­

miast polizał cienkie paluszki. 

- Patrz, mamusiu, on mnie lubi - zapiszczała uszczęśli­

wiona Joni. 

- To cudownie, kochanie. A teraz powiedz mu pa pa, bo 

musimy już iść. 

- Założę się, że on chce pobawić się z tobą - wtrącił 

Boothe. 

- Och, mamusiu, zostańmy jeszcze! 

- Nie musi pan tego robić - powiedziała otwarcie Lacy. 

- Wiem - odparł, mimo że z trudem wydobywał głos 

z zaciśniętego gardła. - Chodź, mała - zwrócił się do Joni. 

- Poszukamy patyka. 

Kilka minut później dziewczynka, zmęczona zabawą 

z psem, zawołała: 

- Mamusiu, teraz twoja kolej! 

Spike siedział u boku swego pana i odpoczywał dysząc 

hałaśliwie. Lacy zaśmiała się potrząsając głową. 

- Nie, ja nie, kochanie. 

- Tchórz - cicho zadrwił Boothe z prowokującym uśmie­

chem. 

- Proszę o patyk - powiedziała Lacy, a jej oczy rzucały 

gniewne iskry, kiedy brała podany kij do ręki. 

Musiał przyznać, że jednak jest odważna Gdy tak patrzył na 

nią, przypominała narowistą klacz, którą należało poskromić. 

- Aport! - zawołała Lacy podnosząc rękę i robiąc duży 

krok do przodu. Nagle straciła równowagę. - Och! - krzyknę­

ła. 

Boothe rzucił się i zdołał ją złapać. Ale ponieważ oboje 

background image

byli w ruchu, przewrócili się do tyłu, a śnieg zamortyzował 

uderzenie ich ciał o ziemię. Udało mu się jakoś wylądować na 

spodzie i ochronić Lacy, która upadła na niego. Boothe zerk­

nął na nią przez przysypane zimnym śniegiem rzęsy. Oddy­

chali równo, w tym samym rytmie. Gdzieś niedaleko zaskrze­

czał ptak, podmuch wiatru zdmuchnął śnieg z wierzchołka 

oblodzonego drzewa. Czuł, że jego ciało zesztywniało, cho­

ciaż wcale się nie poruszył. Nie mógłby się poruszyć. Jej 

bliskość zadawała mu tortury, rozpalała w nim ogień. Aż do 

bólu pragnął dotknąć językiem zagłębienia na jej szyi... 

Twarz i wargi Lacy były skrzywione, ale nie z zimna czy 

gniewu, jak w pierwszej chwili pomyślał, tylko ze śmiechu. 

Czuł, że w nim również narasta śmiech, gdy rozbawiona Joni 

klapnęła na śnieg obok nich. 

- Mamusiu, ale z ciebie niezdara. 

Usiłowali wstać nie patrząc sobie w oczy. 

- Już czas wracać do sklepu - powiedziała Lacy cicho. 

- Pożegnaj się z pieskiem. 

Zamiast pójść do samochodu, Joni złapała Boothe'a za 

rękę i spytała: 

- Czy przyjdziesz na moje świąteczne przedstawienie 

w przedszkolu? 

- Joni, pana na pewno to nie interesuje. 

Jej cichy głos i zażenowany uśmiech nie pozostawiały cie­

nia wątpliwości, że nie była inicjatorką zaproszenia. Boothe 

odwrócił się do Joni i mrugnął do niej porozumiewawczo. 

- Myślę, że jakoś dam radę upchnąć to w moim rozkła­

dzie zajęć. Kiedy to ma być? 

- Za dwa dni - odpowiedziała Joni. 

Po raz drugi od chwili, kiedy się poznali, widoczne by­

ło, że Lacy nie może znaleźć słów, co mu zresztą odpo­

wiadało. Mówiąc szczerze, on też nie wiedział, co powie­

dzieć, czując się jak głupiec, który pozwala, by uczucia wzię­

ły w nim górę. 

background image

- Czy mogłabym pana o coś poprosić? - spytała Lacy 

zapalając silnik, gdy obie z Joni siedziały już w samochodzie. 

- Zależy, co to będzie. 

- Wie pan, te rzeźby... - Przerwała dla zaczerpnięcia po­

wietrza. - Bardzo chciałabym sprzedawać je w moim sklepie. 

- To niemożliwe - odparł, z trudnością skrywając swoje 

oburzenie. - One nie są na sprzedaż. Ani teraz, ani kiedykol­

wiek. 

- W takim razie bardzo przepraszam - powiedziała prze­

szywając go lodowatym spojrzeniem. 

Wrzuciła bieg i odjechała, zanim zdołał znaleźć odpo­

wiedź. Nie wiedział, jak długo stał w tym samym miejscu 

przeklinając ją i siebie. 

W ciągu następnych dwóch dni Lacy była tak zajęta sprze­

dawaniem książek i lamp - gwiazdkowych prezentów - oraz 

przystrajaniem domu, że z łatwością mogła o nim nie myśleć. 

Kiedy jednak skończyła ubierać się przed przedstawieniem 

Joni, znów pojawiło się wspomnienie, z którym nie miała siły 

walczyć. 

Niech go licho weźmie. Już myślała, że jest bliska odkry­

cia jego zamiarów, gdy tymczasem on wsadził jej nóż między 

żebra. Widać było, że zalewa go złość. Dobrze, prędzej jej 

kaktus wyrośnie na dłoni, niż jeszcze kiedykolwiek wspomni 

o tych drogocennych rzeźbach. Może sobie razem z nimi 

zgnić w tej swojej puszczy. 

Już nigdy więcej nie pozwoli, by tak ją traktował. Nie będą 

miały znaczenia uczucia, jakie nią targały, gdy czuła dotyk 

jego ciała, gdy przypominała sobie, jak dawno nie dotykał jej 

mężczyzna. 

Potoczyła trochę nieprzytomnym wzrokiem po pokoju, 

wstała i wyszła mając nadzieję, że te myśli zostawi za sobą. 

- Joni, pośpiesz się! - zawołała wchodząc do kuchni, by 

wyłączyć czajnik. 

background image

- Przecież śpieszę się, mamo - zapewniła Joni wpadając 

do kuchni. 

Lacy uśmiechnęła się patrząc na nią, myśląc, jak ślicznie, 

jak niebiańsko wygląda w przebraniu anioła. I zaśmiała się. 

Ślicznie - tak. Ale niebiańsko? 

- Z czego się śmiejesz, mamusiu? 
- Pięknie wyglądasz, kochanie. Już musimy wychodzić. 
- Ale ja nie mogę znaleźć mojej torebki. 
Lacy westchnęła do niebios o pomoc w zachowaniu cier­

pliwości i rozejrzała się w poszukiwaniu swojej własnej to­
rebki. Właśnie natrafiła na nią wzrokiem, gdy zadzwonił 
dzwonek u drzwi. 

- Wspaniale - powiedziała do siebie, zastanawiając się, 

jakie jeszcze niespodzianki przyniesie ten wieczór. 

- Mamusiu, ja otworzę. 
- O nie - sprzeciwiła się Lacy. - Ty musisz znaleźć torebkę. 
Nie słuchając protestów pośpieszyła do drzwi i otworzyła 

je gwałtownie. Za nimi stał Boothe, niezwykle przystojny 

w eleganckich spodniach i w swetrze. Przyglądał jej się tak, 
że aż zadrżała. 

- Domyślam się, że nikt mnie nie oczekiwał - powiedział 

z uśmiechem, mierząc ją badawczym i zagadkowym wzrokiem. 

- Och, nie... wręcz przeciwnie - odpowiedziała półprzy­

tomnie. 

- Mogę wejść? 
Nogi miała jak z waty, ale jakoś udało jej się zrobić krok, 

by mógł wejść do środka. Przeszedł tuż obok niej i poczuła 
zapach świetnej wody po goleniu. 

- Cześć, Boo - powitała go Joni, wyskakując zza drzwi 

jak rakieta i rzuciła mu się na szyję. 

- Jej, jak pięknie wyglądasz - powiedział z serdecznym 

uśmiechem. 

- Mama mówiła, że na pewno nie przyjdziesz na moje 

przedstawienie. 

background image

- Tak mówiła? A ja od początku miałem zamiar przyjść 

- mówił zwracając się do Joni, choć wzrok miał utkwiony 
w Lacy. 

- Och, to dobrze - ucieszyła się dziewczynka i wzięła go 

za rękę. 

Lacy ledwie mogła oddychać, ale wytrzymała jego wzrok 

ze spokojem. Nagle Joni puściła rękę Boothe'a i zaczęła pod­
skakiwać radośnie. 

- Mamusiu, przecież ty stoisz pod jemiołą! To znaczy, że 

musisz pocałować Boo. 

W pokoju zapanowała kompletna cisza. Lacy zdawała so­

bie sprawę, że Joni uczyła się w przedszkolu o różnych bożo­
narodzeniowych zwyczajach, ale wcale nie pomogło jej to 
zwalczyć szoku i zażenowania. 

- Pośpiesz się, mamusiu - popędzała ją Joni. - Przecież 

musimy iść. 

Lacy słyszała jej głos jakby z bardzo daleka. Tak, na pewno 

jej się to wszystko śni. Jeszcze chwila i obudzi się, a wtedy okaże 

się, że to senny koszmar. Uniosła wyżej głowę i twarz Boothe'a, 
nagle tak bliska, wypełniła całe jej pole widzenia. Zanim oprzy­
tomniała, jego usta dotknęły jej ust. Była tak zaskoczona, że nie 
mogła nic zrobić. Wargi rozchyliły się i poczuła dotyk jego 

języka. Kolana ugięły się pod nią. Wbiła paznokcie w jego ra­

miona i przywarła do niego kurczowo, podczas gdy jego usta, 

chciwe i gorące, delektowały się smakiem jej ust. 

Pocałunek zakończył się tak samo niespodziewanie, jak się 

zaczął. Boothe zakaszlał. Lacy przełknęła, żeby zwalczyć dra­
piącą suchość w gardle. Narastała w niej panika, ale nie mog­
ła oderwać wzroku od jego twarzy. Na pierwszy rzut oka 
wyglądał, jakby nic się nie zdarzyło, ale nie dała się zwieść 

pozorom - krople potu na jego czole mówiły co innego. 

- Lepiej już chodźmy - odezwała się Joni bardzo doro­

słym głosem. 

Nie patrząc na siebie odwrócili się i poszli za nią do drzwi. 

background image

Rozdział szósty 

- Au! 
- Przepraszam cię, kochanie - powiedziała Lacy do wier­

cącej się Joni - ale posiedź spokojnie choć przez chwilę. 

Dziewczynka właśnie przebudziła się z drzemki i Lacy 

czesała ją pośpiesznie, gdyż lada chwila Sue miała przyjechać 
razem ze swoją córeczką Melody i zabrać małą na pizzę. 

- No już. Zrobione. 

Cofnęła się i przyjrzała swojemu dziełu. Joni miała dość 

długie włosy, które, zaczesane do tyłu i przypięte spinkami, 
uwydatniały śliczną jak u lalki buzię i wielkie brązowe oczy. 

- Ładnie wyglądam? 
- Prześlicznie - odpowiedziała Lacy biorąc ją w objęcia. 
- Mamusiu, a kiedy będziemy miały choinkę? 
- Już niedługo, przyrzekam ci - westchnęła Lacy. - By­

łam... byłyśmy tak zajęte w sklepie, że naprawdę nie miałam 
chwili czasu. Może poszukamy jakiejś jutro wieczorem, do­
brze? 

- Dobrze. - Joni milczała przez chwilę, po czym spytała: 

- Czy Boo będzie mógł nam pomóc? 

- Wątpię, czy będzie chciał - powiedziała Lacy lekkim to­

nem, usiłując nie zwracać uwagi na ściskanie w żołądku, które 
pojawiło się na wspomnienie Boothe'a. 

- Założę się, że tak - zaprotestowała Joni. 
- Zobaczymy. 
W tej chwili zadźwięczał dzwonek u drzwi sklepu, Joni 

pobiegła otworzyć, a Lacy odetchnęła z ulgą, wybawiona 
z opresji. Wcale nie była zadowolona, że jej córeczka coraz 
bardziej przywiązuje się do Boothe'a. Wiedziała, że jest tylko 
kwestią czasu, kiedy on odsunie się od nich i że zrani to 
głęboko Joni. A z nią samą właściwie było jeszcze gorzej. 

background image

Chyba oszalała na jego punkcie, była nim zafascynowana 

i nie mogła przestać myśleć o tym pocałunku. 

- Mamusiu, przyszły Sue i Melody. 

- Czy jesteś pewna, że mogę wyjść na całe popołudnie? 

- dopytywała się Sue. 

- Oczywiście. Musisz przecież trochę odsapnąć, przez ca­

łe tygodnie harowałaś jak dziki osioł. - Mówiąc to Lacy wy­

ciągnęła rękę w stronę wyjścia. - Za drzwi! Pam i ja poradzi­

my sobie. Zresztą i tak zamykamy wcześniej, jest przecież 

niedziela. 

Pam Riley była uczennicą szkoły średniej i pomagała 

w sklepie w czasie przedświątecznego ruchu. Chociaż mło­

dziutka, radziła sobie doskonale. 

- Cokolwiek rozkażesz - roześmiała się Sue. - Ty tu je­

steś szefem. 

Następnych kilka godzin przeleciało błyskawicznie. Pam 

czarowała każdego, kto pojawił się w drzwiach, i mało kto 

opuszczał sklep tylko z jednym zakupem. Za każdym razem, 

kiedy dziewczyna wychodziła do pracowni po następne lam­

py, fala podniecenia zalewała Lacy. Wyglądało na to, że tego­

roczne Boże Narodzenie będzie lepsze niż kiedykolwiek; zdo­

ła odłożyć sporą sumę. 

Sprzedaż książek też nie szła źle. W ciągu popołudnia 

musiała rozpakować kilka paczek i poustawiać książki na re­

gałach. Ku jej zadowoleniu najnowsze bestsellery były roz­

chwytywane niemal w locie, zanim zdążyła je wystawić. 

Zbliżała się godzina piąta i Lacy nie wiedziała, czy jest bar­

dziej wyczerpana tym wszystkim, czy też podekscytowana. 

W nawale zajęć nie zdążyła jednak zrobić wszystkiego, co 

sobie zaplanowała. Miała skończyć trzy lampy na zamówie­

nie i jeszcze kilka do sklepu. Joni może wrócić w każdej 

chwili i wtedy będzie musiała poświęcić jej cały swój czas 

i uwagę. 

- Lacy? 

background image

- Już musisz iść, tak? 

- Tak, ale oprócz tego tam jest jakiś pan, który mówi, że 

chce się z tobą zobaczyć. 

- Kto to jest? - spytała, nagle sztywniejąc. 

- Nazywa się Boothe Larson. 

Zaczęła drżeć. Czego on chce? Zresztą to wszystko jedno, 

potraktuje go tak chłodno, jak na to zasługuje. 

- To co? 

- Ee... przyślij go tutaj i zamknij dobrze drzwi, jak bę­

dziesz wychodziła. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. - Dzięku­

ję ci, byłaś dzisiaj wspaniała. 

Pam znikła, a Lacy nie zdążyła nawet opanować rozdygo­

tanych nerwów, gdyż Boothe już pojawił się w drzwiach. 

Jego widok napełnił ją radością, którą jakoś musiał wyczuć, 

bo widać było, że jest trochę zaskoczony. Uśmiechnął się. Ich 

oczy spotkały się i przepłynęła między nimi iskra pożądania. 

Ale on odwrócił wzrok i czar prysnął. 

- Unosi się tu taki świąteczny zapach - powiedział, wciąż 

się uśmiechając, choć głos miał trochę nienaturalny. 

- Przecież zbliżają się święta - odpowiedziała z trudem. 

Jedyne, co mógł zrobić, to wejść do środka, i wtedy poczu­

ła, że cała jest jak z galarety. Odwrócił się i rozejrzał po 

sklepie. 

- Czy pani sama robiła to wszystko? To znaczy tę dekora­

cję? 

Czego on chce, jęknęła bezgłośnie Lacy. Ale odezwała się 

spokojnie, próbując ukryć zdenerwowanie: 

- Tak, oczywiście z pomocą Sue. 

- Sue? 

- To moja sprzedawczyni. 

- To ta, co właśnie wyszła? 

- Nie, to była Pam, pomoc na okres świąteczny - zaprze­

czyła z myślą, że ta rozmowa staje się idiotyczna. - Sue wzię­

ła Joni i swoją córeczkę na pizzę. 

background image

- Aha. Właśnie miałem zapytać o moją małą przyjaciół­

kę. 

- No to teraz pan wie. 

Lacy czuła pulsowanie w skroniach. Była tak zdenerwo­

wana, że musiała włożyć wiele wysiłku, by nie spytać, jaki 

właściwie jest cel jego wizyty. 

Był zbyt wielki, zbyt onieśmielający, by mogła zachowy­

wać się spokojnie. I wyglądał zbyt dobrze w znoszonych 

dżinsach i błękitnej wełnianej koszuli, która podkreślała kolor 

jego oczu i współgrała ze srebrnymi pasmami we włosach. 

Kołnierzyk był rozpięty i widać było włosy na piersi. Czuła, 

że jej dłonie są mokre. 

- Podoba mi się pani sklep - odezwał się. 

- Święta to moja ulubiona pora - odpowiedziała, próbu­

jąc się odprężyć. - Uwielbiam robić wszystko, by były uro­

czyste. 

- To widać. 

Rzeczywiście tak było. Obok pięknej choinki, przystrojo­

nej czerwonymi aksamitnymi kokardami i satynowymi 

bombkami, stały pudełka z różnymi kolorowymi świąteczny­

mi ozdobami, poustawiane między książkami i lampami. 

Boothe wciągnął powietrze. 

- Czy to pachnie świąteczny poncz? 

- Nie, to potpourri. To jest właśnie specjalny zapach na 

Boże Narodzenie. 

- Tak pachnie, że chciałoby się to wypić. 

- Obawiam się, że byłoby trujące. 
- Obawiam się, że ma pani rację. 
Zaśmiała się cicho. 

- Widzę, że tutaj nie ma jemioły - zauważył. 

- Nie, nie ma - odparła czując, jak jej żołądek spada 

gdzieś w dół. 

Słyszała jego przyśpieszony oddech, widziała, że wpatruje 

się w jej wargi. Powróciło wspomnienie tamtego pocałunku. 

background image

Oboje odwrócili wzrok, by popatrzeć gdziekolwiek, byle nie 
na siebie nawzajem. 

- Chciałbym, żeby pokazała mi pani, jak się robi te lam-

py. 

Lacy podniosła głowę. Zobaczyła białą linię wokół zaciś­

niętych ust i wiedziała już, że mężczyzna jest zdenerwowany. 
Poczuła się nieco pewniej. Odwróciła się i podeszła do war­

sztatu. Czuła jego obecność za plecami. 

- A czy pokaże mi pan swoje rzeźby? - Odważyła się 

spojrzeć na niego. 

- Może - odpowiedział burkliwie. 
- To za mało. 
- Och, zgoda. 

Uśmiechnęła się ukradkiem, podnosząc mały kawałek ko­

lorowego szkła z półki. 

- Zamawiam w wytwórni różnokolorowe szkło. Potem wy­

cinam z niego kawałki różnej wielkości i kształtu. 

- Aha, i potem łączy pani te kawałki i uzyskuje zaplano­

wany kształt? 

- Właśnie. Owijam krawędzie szkła miedzianą folią, łą­

czę za pomocą lutownicy i okrywam formę, zaczynając od 
góry. - Położyła z powrotem szkło na półce. - To tak w du­
żym skrócie. 

- Do tego potrzeba piekielnie dużo talentu. 
- Sądzę raczej, że cierpliwości... 
- I za ile pani je sprzedaje? 
- To zależy od rozmiaru i ilości kawałków. Żadna nie 

schodzi poniżej pięćdziesięciu dolarów. A niektóre osiągają 
ponad dwieście. - Podniosła w górę małą lampę w kształcie 
grzybka. - Ta na przykład kosztuje dwieście pięćdziesiąt. 

- Jest taka delikatna, zupełnie jak pani - najwyraźniej 

wypowiedział te słowa wbrew sobie, bo miał minę, jakby 
chciał dotkliwie ugryźć się w język. 

Trzasnęły drzwi frontowe. 

background image

- Joni wróciła - oznajmiła Lacy, omijając go i biegnąc do 

wejścia. 

Chwilę później wróciła do pracowni razem z podskakują­

cą radośnie dziewczynką. 

- Cześć, Boo - powiedziała Joni. - Przyszedłeś zobaczyć 

się ze mną? 

- Właśnie. Pomyślałem, że może ty i twoja mama chcia­

łybyście przyjechać do mnie i wybrać sobie jakieś drzewko. 

Lacy westchnęła ciężko. A więc taki był cel jego wizyty... 

- Ojej! Mamusiu, czy możemy? Czy pojedziemy? 
- Och, kochanie, ja nie... - Lacy przerwała, gdyż wzrok 

jej spoczął na twarzy mężczyzny. Nie powiedział ni słowa, 

tylko mięśnie jego twarzy zesztywniały i w oczach na ułamek 
sekundy pojawił się ból. A może to było złudzenie? Ale nie 
potrafiła już odmówić. 

- Pójdę wziąć płaszcz. 

- No i jak myślisz? - zapytał Boothe. - Czy ta się nadaje? 
- Mamo, co to znaczy „nadaje się"? - dopytywała się 

Joni, wyraźnie zaintrygowana. 

Lacy uśmiechnęła się, a Boothe wyjaśnił cierpliwie: 

- Pytałem, czy ona jest ładna. 
- To najładniejsza choinka, jaką kiedykolwiek widziałam 

- odpowiedziała Joni. 

- Ja też - dodała Lacy pozornie lekkim tonem. 
Po przyjeździe do domku Boothe'a natychmiast poszli do 

lasu, tam gdzie wcześniej upatrzył kilka drzewek. Zrobił wiel­
ką przyjemność Joni, pozwalając jej samodzielnie wybrać jed­
no z nich. Następnie dał jej małą siekierkę, by zaczęła rąbać. 
Joni aż piszczała z uciechy. Boothe ukląkł przy niej ze swoją 
siekierą i razem powalili drzewo. Lacy patrzyła na to w mil­
czeniu, z gardłem tak ściśniętym, że nie mogła wypowiedzieć 
słowa. 

Ale na tym nie skończyło się to cudowne popołudnie. Wrócili 

background image

do domu Lacy i do wieczora ubierali choinkę, chrupiąc przy 
rym prażoną kukurydzę i pijąc gorącą czekoladę. Przez cały 
czas Lacy była świadoma jego obecności, czuła ją każdą 
cząsteczką ciała. Robiła wszystko, by ich ręce nie dotknęły się 
podczas dekorowania drzewka. Ale cieszyła się ukradkiem, 
czując na sobie jego wzrok. 

Skończyli i stali podziwiając swoje dzieło. Rzeczywi­

ście, drzewko było przepiękne. Pozostała jeszcze tylko jedna 
rzecz. 

- Jesteś gotowa, mała? - spytał Boothe. 
Lacy patrzyła, jak ten silny mężczyzna unosi delikatnie 

w górę jej córeczkę, i nieoczekiwanie łzy napłynęły jej do 
oczu. Jeżeli tylko... Przestań! powiedziała do siebie ze zło­
ścią. On na pewno nie ma zamiaru brać na siebie odpowie­
dzialności za cudze dziecko. 

Po włożeniu anioła na szczyt choinki Joni zarzuciła ręce na 

szyję Boothe'a i uściskała go. 

- Jest piękna, prawda? 
- O tak, ale nie tak piękna jak ty - odparł szczypiąc ją 

żartobliwie w nos. 

Nagle Lacy opanowało takie samo uczucie, jak wtedy 

w lesie. Nie mogła wykrztusić słowa, nie mogła się poruszyć. 
Jakieś słodkie ciepło zalało jej serce. 

Na szczęście Boothe postawił Joni na podłodze, co zmusi­

ło Lacy do powrotu do rzeczywistości. Wyciągnęła rękę do 
córki. 

- Najwyższa pora iść do łóżka, panienko. 
- Och, mamusiu... 
- Tylko bez jęków. Miałaś dzisiaj wyczerpujący dzień. 
Joni przetarła oczy i dumnie podeszła do Boothe'a. 
- Czy przyjdziesz otulić mnie kołdrą? 
Nie patrząc na Lacy, ze wzrokiem skierowanym na dziew­

czynkę, która obejmowała jego udo, odpowiedział spokojnie: 

- Tak, jeżeli twoja mama się zgodzi. 

background image

- Och, jej jest wszystko jedno. Pamiętam, że kiedyś tatuś 

czytał mi bajki. 

W pokoju zapanowała cisza. Lacy i Boothe popatrzyli na 

siebie. Usta Lacy były wyschnięte, a nogi drżały. 

- Może przeczytam ci jakąś? - spytał w końcu Boothe 

dziwnym głosem. - Chcesz? 

- Tak! Pokażę ci, którą lubię najbardziej. 
Lacy wzięła córeczkę za rękę. Nie patrzyła na Boothe'a, 

bo targające nią uczucia były zbyt silne. 

- No chodź. Pan Boothe przyjdzie do ciebie, kiedy bę­

dziesz już w łóżku. 

Kwadrans później wrócił do pokoju. Przyglądała mu się, 

kiedy podchodził, żeby usiąść przy niej na kanapie. 

- Zasnęła? 
- Tak, zaraz po pierwszej stronie. 
- Miała dzisiaj dzień pełen wrażeń. - Lacy uśmiechnęła 

się z czułością. 

- Jak my wszyscy. 
- Nie wiem, jak pan, ale ja jestem zupełnie wykończona. 
- Pani, taki tytan pracy? - Boothe udał zaskoczonego. 

- Nie wierzę. 

- Niech pan mi wierzy, naprawdę. Zajmowanie się Joni 

wymaga niepospolitej wytrzymałości. 

- O tak, ona jest jak mały ładunek wybuchowy. 
- Ja... ja chciałabym panu podziękować. To Boże Naro­

dzenie będzie dla Joni czymś specjalnym i jestem za to wdzię­
czna. 

- A dla pani? 
- Co znaczy - dla mnie? 
- Czy dla pani też będzie czymś specjalnym? -jego głos 

brzmiał szorstko. 

- Tak -odpowiedziała cicho. 

background image

- Nie mogę sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek miałem 

choinkę, a prezentów na pewno nie dostawałem. 

Powiedział to chłodno, ale wyczuwała w tych słowach 

głęboko ukryty ból. Wyobraziła go sobie - małego chłopca, 
który nie wie, co to są radosne święta. Chłopca, którego nikt 

nie kocha. Odpędziła cisnące się do oczu łzy i powiedziała 
z promiennym uśmiechem: 

- Może te święta będą inne. 
- Tak pani myśli? - spytał patrząc na jej usta. 
Nagle podniósł wzrok. Ich oczy spotkały się na moment 

i równie szybko uciekły gdzieś w bok. Lacy wstała i zrobiła 
krok w stronę kuchni. 

- Przyniosę czekoladę. 
- Gdzie jest ojciec Joni? 
Lacy zatrzymała się jak wryta. 
- On... on był w więzieniu. 
- Był? A gdzie jest teraz? 
- Nie żyje. 

background image

Rozdział siódmy 

Przez chwilę panowała przygniatająca cisza. 

- Proszę, niech pani usiądzie - powiedział nieswoim gło­

sem Boothe. - Czekolada może zaczekać. 

Lacy wiedziała, że oczekuje wyjaśnień, których nie bardzo 

chciała mu udzielić. To byłoby rozdrapywanie starej rany. 

Jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuła, że opowie 

mu wszystko, tak jakby miał prawo znać jej głęboko ukryte, 

mroczne sekrety. W jego obecności traciła silną wolę. 

- W jaki sposób umarł? - spytał spokojnie, tylko żyłka na 

skroni zdradzała, jak szybko pulsuje w nim krew. 

- W więzieniu... podczas buntu. 

Poczuła, że łzy cisną się jej do oczu, i odwróciła się nie 

chcąc, by je zobaczył. 

- Jeżeli nie chce pani o tym mówić... 

Spróbowała się uśmiechnąć, ale podbródek jej drżał. Przez 

długą chwilę panowało milczenie. 

- Chyba powinienem pójść - powiedział szorstko i poło­

żył dłonie na kolanach, jakby przygotowując się do wstania. 

- Tam... tam wybuchł bunt - zaczęła opowiadać mono­

tonnym głosem. - On, nie wiadomo w jaki sposób, dostał się 

pomiędzy dwa gangi i został zasztyletowany. 

Widać było, że Boothe jest zaszokowany, lecz zanim zdążył 

coś powiedzieć, Lacy podniosła się i oznajmiła pośpiesznie: 

- Zaraz wrócę. Pójdę zobaczyć, czy Joni śpi, i przyniosę 

czekoladę. 

W kuchni musiała oprzeć się o stół, żeby nie upaść. Ręce 

miała lodowato zimne. Po chwili zdołała się opanować i przy­

gotowała czekoladę, przez cały czas oglądając się przez ra­

mię, czy Boothe nie idzie za nią. Nie przyszedł. Postawiła 

dwie filiżanki z czekoladą na tacy i poszła, zaglądając po 

background image

drodze do pokoju Joni. Dziecko spało. Wyglądało tak słodko, 
tak rozczulająco... 

Kiedy wróciła do salonu, już w progu uderzył ją powiew 

ciepłego powietrza. Boothe rozniecił ogień w kominku i sie­
dział zatopiony w myślach, wpatrując się w płomienie. 

- Och, jak tu przyjemnie - powiedziała, czując się nagle 

trochę winna. Rozmowy o śmierci byłego męża zawsze wy­
woływały w niej to uczucie. Usiłowała się otrząsnąć, ale nie 
była w stanie. 

Boothe wziął filiżankę z jej wyciągniętej ręki i podzięko­

wał skinieniem głowy. 

- Powiedziała pani o tym Joni? 
Lacy postawiła swoją filiżankę na stoliku. 
- Ona wie, że... że jej ojciec jest w niebie. 
- Ale nie wie, w jaki sposób umarł? 
- Jest za mała, żeby znieść coś takiego. 

- Czy pani go kochała? 

- To dziwne, nikt nigdy o to nie zapytał, tylko pan. - Lacy 

rzuciła mu krótkie spojrzenie. 

Boothe wzruszył ramionami i czekał na odpowiedź. 

- Myślę, że tak, na początku. Ale potem zaczął mieć kło­

poty w pracy i bardzo się zmienił. 

- Znęcał się nad Joni? 
Głos Boothe'a załamał się leciutko, jakby musiał wyrywać 

z siebie to pytanie. Widać było, że przejmuje się losem Joni, 
Lacy była tego pewna. 

- Nie, ani po rozwodzie, ani nawet wtedy, gdy ją zabrał. 
- Chce pani powiedzieć, że on ją porwał? 
- Tak - odparła i opowiedziała mu, jak wynajęła prywat­

nego detektywa, żeby ich wytropił. 

- Wiem, że nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale 

chyba dostał to, na co zasłużył - rzekł Boothe. 

- No cóż, moim zdaniem z całą pewnością zasłużył na wię­

zienie, ale to, co się stało... - przerwała wstrząsana dreszczem. 

background image

- Kiedy... kiedy zawiadomiono mnie o jego śmierci, myśla­
łam, że serce mi pęknie. - Widziała, że mocno zacisnął szczę­
ki, ale mówiła dalej: - Nie dlatego, bym go jeszcze kochała, 
ale ta śmierć była taka niepotrzebna. Był zdolnym człowie­
kiem, a skończył tak marnie. Tak czy owak, miałam szansę 
zacząć od nowa i wykorzystałam ją. - Uśmiechnęła się przez 
łzy. -I jak się to mówi, reszta to już zupełnie inna historia. 

- Czy osiągnęła pani to, co chciała? 
- Prawie - odpowiedziała zamyślona, patrząc w płomie­

nie. - Kiedy ten sklep będzie już wyłącznie mój, a ja wolna od 

jakichkolwiek zobowiązań, może będę mogła tak powiedzieć. 

- To dla pani takie ważne? 
- Tak, ponieważ to oznacza, że nasze życie będzie usta­

bilizowane, Joni i moje. A to jest najważniejsze, zwłaszcza po 
tym, co przeżyłyśmy. Na szczęście wydaje się, że u Joni nie 
pozostawiło to żadnych trwałych śladów. 

Boothe nic nie odpowiedział. Wypił resztę czekolady 

dwoma długimi łykami i odstawił filiżankę. 

- A jaki jest pana problem? Co pan chce osiągnąć? 
- Wrócić do mojej pracy - odparł zwięźle. 
- I obawia się pan, że tak nie będzie? 
- Jestem tego pewien jak cholera. Nie można gasić poża­

rów mając niesprawną nogę. 

- A co mówią lekarze? 
- Co oni wiedzą... - parsknął lekceważąco. 
- Ale przecież muszą coś mówić - naciskała Lacy. 
- O tak, że to wymaga czasu, że trzeba czekać. 
Podniósł się nagle, podszedł do kominka i dołożył do og­

nia. Lacy paliła ciekawość, by dowiedzieć się, co sprawiło, że 
wycofał się z życia między ludźmi. Mogłaby się założyć, że 
wypadek nie był jedynym powodem jego zgorzknienia. 

- A więc... - powiedziała, zrzucając pantofle i podwija­

jąc nogi pod siebie. 

- Co wiec? - Zmarszczył brwi. 

background image

- Och, przecież pan wie, o co mi chodzi. Teraz pana kolej, 

by zdradzić trochę rodzinnych sekretów. 

Znów parsknął i usiadł obok niej na sofie. 
- Nie ma co zdradzać, w każdym razie ja nic nie wiem. 
- Każdy ma jakąś rodzinę. 
- Ja nie. Moja matka opuściła mnie, kiedy byłem jeszcze 

tak mały, że nawet o tym nie wiedziałem. Ojciec? Diabli 
wiedzą, kto nim był. Nie sądzę, żeby nawet matka wiedziała. 

Lacy patrzyła na niego wstrząśnięta. 
- Niezbyt piękna historia, co? 
- Tak... tak, rzeczywiście - wyszeptała, przejęta do głębi. 

- W jaki sposób uszkodził pan sobie nogę? 

Opowiedział jej całe zdarzenie. 

- Przykro mi z powodu pańskiego przyjaciela. 
- A jak mnie jest przykro... 
- Ale była też jakaś kobieta, prawda? 
- Skąd pani wie? - spytał, nie mogąc ukryć bólu w głosie. 
- Instynkt - odparła wzruszając ramionami. 
- Zostawiła mnie po tym wypadku. - Zaśmiał się niewe­

soło. Myśl, że może związać się na resztę życia z kaleką, 
wystraszyła ją śmiertelnie. 

- Nie może pan oceniać wszystkich kobiet według niej. 
- Och, do diabła, ja tak nie myślałem... - przerwał, jakby 

nie był w stanie dokończyć. 

Nagle stało się jasne, że nie trzeba już mówić nic więcej. 

Ich oczy znów się spotkały, ale tym razem na dłużej. Na 
policzkach Lacy pojawił się rumieniec. Przejechała językiem 
po wyschniętych wargach. 

- Lacy... -jego głos zabrzmiał głucho. 
- Co takiego? 
- Nie rób tak -powiedział szorstko. 
-Jak? 
- Wiesz, o co mi chodzi. 
- Nie, nie wiem - odrzekła ledwo słyszalnym szeptem. 

background image

- O twój język. Sposób, w jaki oblizujesz usta. 
Wciąż wpatrywali się w siebie. Oboje nie mieli odwagi 

powiedzieć słowa, poruszyć się. Antyczny zegar ścienny za­
brzęczał, a potem wybił godzinę. Za szybą świstał wiatr. 

- Lacy? 

Serce biło jej mocno, pragnęła go tak bardzo, aż do bólu, 

jednak instynktownie obawiała się tego, co nastąpi. Rozpacz­

liwie usiłowała stawić czoło katastrofie, która mogła zmieść 
ich oboje. Nie potrafiła. Była w stanie jedynie patrzeć na 
niego ze łzami w oczach. 

Boothe wyciągnął rękę i Lacy oparła się o jego pierś. Jego 

usta przywarły do jej warg - mocno, zaborczo. Przesunęła 
rękami po jego włosach, by przyciągnąć go bliżej, by jeszcze 
podsycić ten ogień, który w niej płonął. Boothe zatrzymał się, 
w jego oczach było błaganie. 

- Pragnę cię. 
- Ja też. 
- Chcę mieć ciebie całą. 
Oboje wstali i w świetle kominka zaczęli pośpiesznie zdej­

mować z siebie ubranie, rzucając je na podłogę. Pierwszy raz we 
wzroku Boothe'a nie było chłodu ani rezerwy. Promieniowało 
z niego gorąco, które niemal paliło jej skórę, ale wcale nie chcia­
ła się odsunąć. Już nie myślała o konsekwencjach. Wiedziała 

jedynie, że nie wytrzyma, jeżeli nie będzie go miała. 

- Jesteś piękna - wyszeptał. - Twoje ciało... jest wspa­

niałe. 

Jej piersi lśniły w blasku kominka jak biała porcelana, ich 

czubki były różowe i twarde. Oblał ją rumieniec. Boothe 
uśmiechnął się i czubkiem szorstkiego, pokrytego bliznami 
palca dotknął sutka. Wzdrygnęła się - nie z powodu bólu, ale 
pod wpływem narastającego w niej pożądania. 

- Gdzie? - zapytał. 
- Tam - odpowiedziała, nie próbując nawet udawać, że 

nie rozumie tego pytania. 

background image

Boothe, nie odrywając od niej wzroku, ujął jej rękę i po­

prowadził do sypialni. Ogień na kominku rzucał dostatecznie 
dużo światła, by oświetlić im drogę. Usiadł na łóżku i przy­
ciągnął ją do siebie. Jego zachwycone spojrzenie wciąż skła­
dało hołd pięknu jej ciała. Pociągnął ją jeszcze bliżej, je­
go usta znalazły się na wysokości jej piersi. Przesunął języ­
kiem po sutku. Lacy westchnęła i przylgnęła do niego mocno. 
Boothe jęknął. 

- Już nie mogę. 

Pod jego dotykiem ona też traciła kontakt z rzeczywisto­

ścią. W końcu osunął się na łóżko pociągając ją za sobą. 
Przywarli do siebie mocno. 

- Jesteś jak miękki, pachnący kwiat... twoje włosy, twoja 

skóra... - szeptał całując jej ramiona pokryte kropelkami po­
tu. 

Z cichym krzykiem zatopiła palce w jego włosach, czując, 

jak wchodzi w nią coraz głębiej i głębiej... 

Lacy ocknęła się tuż przed świtem. Poruszyła się powoli 

i poczuła, że wszystkie mięśnie ma obolałe - i wtedy przypo­
mniała sobie, co się zdarzyło. 

Odwróciła głowę. Boothe leżał na boku, głęboko uśpiony. 

A więc jednak to nie był sen. Ale co z tego, spytała samą siebie. 
Czy to tylko seks? Oczywiście. Oboje stali się ofiarami swych 
własnych ciał. Dwie samotne istoty, które potrzebowały fizycz­
nego wyzwolenia. Czystą głupotą byłoby przywiązywać wię­
ksze znaczenie do tego aktu, spowodowałoby to tylko ból. 

Ale było już za późno. Zrobiła to, czego przyrzekała sobie 

nigdy nie uczynić. Zakochała się w tym mężczyźnie, gwał­
townie i bez sensu. Serce mówiło jej, że tym razem miłość jest 
prawdziwa i będzie trwać zawsze. Ten mężczyzna, który pod 
maską samotnika ukrywał czułe serce, obudził w niej głębo­
kie uczucia, jakich nigdy nie doświadczyła w stosunku do 
kogoś innego, a już na pewno nie do byłego męża. 

background image

Ale nie czuła się wcale lepiej z tego powodu. Problem 

pozostał, wciąż groził jej ból i rozczarowanie. 

Boothe obudził się nagle i usiadł na łóżku. Patrzyła na jego 

umięśnione plecy i jedyne, co mogła zrobić, to powstrzymać 

się od pokrycia ich pocałunkami. Potrzeba dotykania jego 

ciała stała się u niej równie silna jak potrzeba oddychania. 

Odwrócił się, jego oczy były ciemne z pożądania. 

- Jeżeli znów cię teraz dotknę - powiedział szeptem, jak­

by umiał czytać w jej myślach - to już nie będę w stanie 

przestać. A nie chciałbym obudzić Joni... 

- Wiem. 

- Wcale nie żałuję tego... tego co się stało. 

Lacy opuściła wzrok. 

- Lacy, popatrz na mnie. 

Podniosła głowę i oblizała pobladłe wargi. Boothe jęknął, 

ale nie poruszył się. 

- Ja też nie żałuję - powiedziała w końcu. 

- Spotkamy się później, dobrze? 

Kiedy drzwi zamknęły się za nim, opadła na poduszki, 

przycisnęła prześcieradło do drżących warg i pozwoliła pły­

nąć łzom. 

background image

Rozdział ósmy 

Boothe trzymał w wyciągniętej ręce kawałek z grubsza 

obrobionego drewna i przyglądał mu się krytycznie. Nie tak 

źle, pomyślał podnosząc nóż i robiąc następne wąskie nacię­

cia na dziobie ptaka. Kiedy skończył, położył rzeźbę na stole 

warsztatowym i rozprostował bolące plecy. Pracował ciężko 

od wczesnego rana, a ten ptak był już trzecią rzeźbą, zrobioną 

w ciągu dwóch dni. Jednak nawet praca nie zdołała wymazać 

z jego myśli obrazu Lacy. Wciąż powtarzał sobie, że musiał 

być szalony, żeby kochać się z nią tamtej nocy. Nic się prze­

cież nie zmieniło, wciąż nie miał jej nic do zaoferowania. To, 

że pozwolił, by uczucie wzięło górę nad rozsądkiem, dolewa­

ło jeszcze oliwy do i tak szalejącego w nim ognia. 

Teraz, kiedy już poznał sekrety jej ciała, jego ciężko wy­

pracowana dyscyplina legła w gruzach. Pożądanie zagnieź­

dziło się w nim głęboko i wywoływało ból nie do zniesienia, 

ból, o którym myślał, że już na zawsze pozostanie mu obcy. 

Jej uroda, jej śmiech, oddziaływały na niego jak metafizyczna 

siła, zapierały niemal dech w piersi. 

- Cholera - zaklął cicho i czubkami palców otarł pot 

z czoła. 

Chciał ją zobaczyć. Ją i Joni. Minęły dwa dni od czasu, 

kiedy się kochali, kiedy wyślizgnął się z jej domu jak zło­

dziej. Od tego czasu nie pojawił się tam, nie odezwał się do 

niej. Przyrzekał sobie, że to już się nie powtórzy. 

Był za mądry, żeby nie przyznać, iż jego życiu został 

nadany nowy cel, nowe znaczenie, czy mu się to podobało, 

czy nie. Lacy wniosła coś ożywczego w jego ponurą egzy­

stencję. Jednak nurtowały go pytania, na które nie było odpo­

wiedzi. Czy powinien ryzykować jeszcze jeden związek? Co 

czuła do niego Lacy? Czy on ją obchodził, tak naprawdę? 

background image

Zaczęła go boleć noga, usiadł więc na starym, drewnianym 

krześle i oparł głowę o ścianę. Zamknął oczy i próbował nie 

myśleć choć przez chwilę, kiedy odezwał się natarczywy 

dźwięk telefonu. Nie był w stanie go zignorować, zerwał się 

i pobiegł do chatki. 

- Och Lacy, to najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widzia­

łam. 

Pełna satysfakcji Lacy przyglądała się delikatnej lampie 

w ręku kupującej. 

- Zgadzam się z tobą, Maxie, jest piękna - powiedziała ze 

śmiechem. - Nic nie sprawia takiej przyjemności, jak chwale­

nie swojej własnej pracy. 

- Wierz mi, kochana, ty masz do tego prawo - mówiła 

Maxie, przyglądając się, jak Lacy wkłada lampę do pudełka. 

- Zobaczysz, że moja siostra z Seattle nie powstrzyma się 

i kupi drugą. 

- To byłoby wspaniale - odpowiedziała Lacy. 

- Jeszcze raz dziękuję i wesołych świąt. 

- Nawzajem. Uważaj w czasie jazdy. 

Gdy kobieta wyszła, Lacy odetchnęła głęboko i z ulgą zsu­

nęła buty z obolałych nóg. Powinna być mądrzejsza i nie 

wkładać pantofli na wysokich obcasach, ale dzisiaj ubrała się 

staranniej, w turkusowy aksamitny kombinezon, w nadziei, 

że to podniesie ją na duchu. 

Dlaczego Boothe nie zadzwonił? Czy nie wiedział, jak 

bardzo go chce zobaczyć? Powiedział, że nie żałuje, iż się 

kochali. Jeżeli to prawda, to dlaczego się nie odezwał, do 

diabła? W świetle dnia próbowała sobie wmówić, że po pro­

stu wtedy widziała wszystko inaczej i że mimo wszystko nie 

zakochała się w nim. Ale dlaczego czuje takie dławienie 

w piersi, kiedy o nim myśli? Co to jest, jeśli nie miłość? 

- Jak tu cicho - powiedziała Sue, wychodząc z pracowni. 

- Prawda? To takie przyjemne. 

background image

- Lacy Madison, nie mogę uwierzyć, że to powiedziałaś 

w momencie, kiedy potrzebujesz każdego grosza - Sue ze 

zdumienia szeroko otworzyła oczy. 

- Masz rację, ale tak mnie bolą nogi -jęknęła Lacy. 

Sue zaśmiała się i powiedziała w zamyśleniu: 

- Wyglądasz dziś bardzo ładnie. Czy dzieje się coś, 

o czym nie wiem? 

- Nie. 

- Hmm. 

- Co znaczy to „hmm"? 

- No cóż, Joni mówiła mi, że ma nowego przyjaciela. 

- Aha - powiedziała ostrożnie Lacy, a w jej głowie ode­

zwał się dzwonek alarmowy. 

- Tak, nawet zdradziła, jak się ów przyjaciel nazywa. 

- W porządku, do rzeczy. Powiedz, o co ci chodzi. 

- Uznałam, że jeżeli on jest przyjacielem Joni, to musi też 

być twoim. 

- Przypomnij mi, że mam zakneblować moją córkę, kiedy 

tylko wróci z tego przyjęcia. 

- A więc nie masz zamiaru ujawnić żadnych sekretów? 

- Absolutnie nie - odparła Lacy z przesłodzonym uśmie­

chem. 

Rozległ się dzwonek telefonu. 

- Och, niebo ci pomaga - Sue podniosła oczy do góry. 

Lacy podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Przez 

chwilę słuchała w milczeniu. Nagle upuściła słuchawkę i zła­

pała się za żołądek. 

- Lacy? Co się stało? 

- To... to Joni - wyjąkała szczękając zębami. 

- Co, Joni? - domagała się wyjaśnień Sue. 

- Zaginęła. 

- Jak to? Nic nie rozumiem. 

- Och, Boże! - krzyknęła Lacy, tracąc panowanie nad 

sobą. - Co ja tu jeszcze robię? Muszę tam jechać. 

background image

Sue nie pytała już o nic. 

- Zamknę sklep i jadę z tobą. 

Boothe! Gdzie jest Boothe? On jej pomoże, on będzie 

wiedział, co robić. 

- Nie, poczekaj. Zadzwonię do Boothe'a. 

Lacy siedziała sztywno wyprostowana w pędzącym samo­

chodzie, patrząc prosto przed siebie, tylko w żołądku wciąż 

miała ten nieznośny ciężar. Czuła, że Boothe co chwila spo­

gląda na nią. 

- Spróbuj się rozluźnić, dobrze? 

- Nie mogę - odparła przez zaciśnięte, pozbawione kolo­

ru wargi. 

Bóg jeden wiedział, jak bardzo próbowała, ale była nie­

przytomna z przerażenia. Kiedy Marion, gospodyni przyjęcia, 

powiedziała jej o zniknięciu Joni, pomyślała w pierwszej 

chwili, że ktoś robi sobie niesmaczne żarty. Ale usłyszała 

szloch Marion i nie mogła mieć na to nadziei. 

Przez całe miesiące po odzyskaniu uprowadzonej córeczki 

Lacy nie spuszczała jej z oka. Dopiero po przyjeździe do tego 

małego miasteczka poczuła się wystarczająco bezpiecznie 

i rozluźniła nieco kontrolę. Teraz koszmar wrócił i myślała, 

że tego już nie przeżyje. Przez głowę przelatywały jej najgor­

sze przypuszczenia, które jeszcze wzmagały tortury. Mimo 

wszystko próbowała być rozsądna. Przecież jej były mąż nie 

mógł mieć nic wspólnego ze zniknięciem Joni - on nie żył, 

już nigdy więcej ich nie skrzywdzi. 

Miała ochotę krzyczeć z bólu, ale obecność Boothe'a po­

magała jej zachować spokój. Kiedy tylko powiedziała, że go 

potrzebuje, przyjechał natychmiast. Jechali dopiero dziesięć 

minut, ale Lacy wydawało się, że to już cała wieczność. Jej 

dziecko! O Boże, nie pozwól, żeby jej się coś stało! 

- Lacy? 

- Co takiego? - spytała przytłumionym głosem. 

background image

- Powtórz mi, co ta pani powiedziała. 
- Niewiele. Wiem tylko tyle, że nigdzie nie można było 

znaleźć Joni. I pomyśl, że o mało nie zabroniłam jej pójść. 

- Dlaczego? 
- Bo nie mogłam iść z nią. Ale płakała, a ja pomyślałam, 

że przecież znam Marion, i zgodziłam się. 

- Jak to się mogło stać? - odezwał się z gniewem. -

Gdzie, do jasnej cholery, byli dorośli? 

- Nie wiem. - W słowach Lacy słychać było strach. Nie 

mogła opanować drżenia całego ciała. 

- Spokojnie. Znajdziemy ją. 
- Jak możesz być taki pewny? A jeżeli... 
- Przestań - powiedział ostro. - Nie wywołuj wilka z la­

su. Najpierw musimy poznać szczegóły. Na pewno nic się jej 
nie stało. 

Jego głos brzmiał tak pewnie, że chciała mu wierzyć. 

Musiała mu wierzyć. 

Boothe ostro zahamował przed domem Marion Holt. Obo­

je z Lacy, wyskoczyli jak najszybciej. W progu czekała na 

nich szlochająca gospodyni. 

- Lacy, przepraszam... tak mi przykro... 
- Powiedz mi tylko, co się stało! - krzyknęła Lacy, za­

trzymując się, chwytając rozhisteryzowaną kobietę i potrzą­
sając nią mocno. 

Osiągnęło to zamierzony efekt - Marion natychmiast się 

uspokoiła. 

- My... dzieci... bawiliśmy się w chowanego. - Przerwa­

ła i pociągnęła nosem. 

- Co dalej? - Lacy domagała się odpowiedzi. 
- Wszyscy zostali odnalezieni... oprócz Joni. Nie... nie 

możemy jej znaleźć... 

Boothe wymamrotał pod nosem przekleństwo. Z twarzy 

Lacy odpłynęła cała krew, ale w jakiś sposób zdołała zapytać: 

background image

- Ile osób opiekowało się nimi? 

- Dwie. Szukają teraz na zewnątrz. 

- Chodźmy - powiedział Boothe. - Proszę pokazać 

nam miejsce, gdzie Joni była widziana po raz ostatni. Nie 

mamy wiele czasu do stracenia. - Popatrzył na niebo. - Zapo­

wiadają nowe opady i wygląda na to, że nastąpi to lada chwi­

la. 

Lacy podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem i znów po­

czuła, że jej żołądek jest ciężki jak kamień. Boothe wziął ją za 

rękę, jakby wiedział, co czuje. Byli w połowie pokrytego 

śniegiem podwórza, gdy zza rogu wybiegła machająca rękami 

postać. Zatrzymali się w pół kroku. 

- Znalazłam ją! - zawołała kobieta. - Stoczyła się do wą­

wozu! 

- Gdzie to jest? - zapytała Lacy oddychając ciężko. 

- Tam. 

Lacy niemal odepchnęła kobietę z drogi i pobiegła w kie­

runku dziecka modląc się, by te wszystkie obrazy, które wy­

woływała jej wyobraźnia, okazały się fałszywe: Joni z poła­

manymi rękami i nogami, ze zmasakrowaną twarzą, może 

nawet sparaliżowana. 

- Chyba nic jej się nie stało - dodała kobieta - na ile 

mogłam stwierdzić. 

- Zabierajmy się do roboty - zakomenderował Boothe. 

Usłyszeli jęk. Lacy czuła tak dojmujący ból, że bała się, 

czy nie zemdleje. Nie zemdlała jednak. Przecież jej dziecko 

potrzebowało pomocy. Nie mogła go zawieść. 

Dobiegli do wąwozu, uklękli na szczycie i patrzyli w dół. 

Chociaż światło było niewyraźne z powodu chmur zasnuwa-

jących niebo, mogli dostrzec Joni. Siedziała na dnie, zwinięta 

w kłębek, i płakała. 

- Mamusiu! 

- Jestem tutaj, kochanie. Czy nic ci się nie stało? 

- Upadłam. 

background image

- Wiem - odpowiedziała Lacy walcząc z łzami. - Po­

wiedz mamusi, czy coś sobie zrobiłaś. 

- Mamusiu - znów zapłakała Joni. 
Lacy popatrzyła oszalałym wzrokiem na Boothe'a. 
- Hej, mała! - zawołał spokojnym głosem. 
Dziewczynka przestała szlochać i podniosła w górę drob­

ne ramiona. 

- Boo, chodź, pomóż mi. 
- Już idę, maleńka. Trzymaj się, dobrze? 
- Czy jesteś pewien, że... To znaczy... - zaczęła Lacy, 

ale nie powiedziała nic więcej. Wiedziała już, że on musi 
ratować Joni, a ona musi mu na to pozwolić. Ale, dobry Boże, 
bała się teraz o nich oboje. 

- Uważaj - błagała, śledząc jego kroki, gdy schodził po 

pokrytej zlodowaciałą skorupą skarpie. 

Boothe skinął głową i przytrzymał się rosnących na zbo­

czu krzaków. Używając ich gałęzi jako podpory, rozpoczął 
wolną wędrówkę w dół. Lacy patrzyła ze strachem, czuła się 
zdręrwiała i chora. A co będzie, jeżeli on zrobi sobie krzyw­
dę? Widziała, że porusza się powoli i z trudnością, ale idzie 
bez wahania. Był w połowie drogi, kiedy jego niesprawna 
noga nagle poślizgnęła się. Lacy przycisnęła rękę do ust, by 
stłumić krzyk strachu. Boothe zaklął, z trudem odzyskując 
równowagę. 

- Czy... czy nic ci się nie stało? 
- Nic - odpowiedział krótko. - To tylko ta noga. 

Twarz miał szarą. Widać było, że nie może się poruszać. 

W Lacy narastała panika, ale jakoś udało jej się opanować. 

- Zostań na miejscu, idę tam. 
Boothe znów zaklął. Wzięła głęboki wdech i podążyła je­

go śladami po zboczu. Gdy doszła do niego, właśnie osunął 
się na śnieg, z twarzą wykrzywioną z bólu. 

- Pójdę po Joni, a potem ci pomogę. 
Potrząsnął głową ze złością. 

background image

- Nie myśl o mnie. Zabierz tylko ją, jeżeli dasz radę. 

Kolejne minuty wydawały się wiecznością. Lacy wydawa­

ło się, że zrobienie każdego kroku trwa wieczność. Wreszcie 

udało jej się dotrzeć do córki. 

- Och, maleńka, moje dziecko - szeptała, otaczając ra­

mionami trzęsącą się dziewczynkę. 

- Mamusiu - chlipała Joni. 

Lacy przyciskała ją do piersi, a łzy radości płynęły jej po 

twarzy. Kiedy w końcu zapanowała nad uczuciami, wstała 

i rozejrzała się dokoła. Marion przewiązała się liną w pasie i, 

asekurowana przez drugą kobietę, była już w połowie drogi 

w dół zbocza. Lacy przy jej pomocy wyekspediowała Joni do 

góry, w bezpieczne miejsce, i spróbowała pomóc Boothe'o-

wi, który jakoś zdołał wstać. Przytrzymując się liny, z wysił­

kiem wspiął się w końcu na krawędź wąwozu. 

- Zobaczmy, co z Joni - powiedział, łapiąc z trudem od­

dech i opierając się ciężko o drzewo. 

Mimo groźnie wyglądającego upadku Joni nie była po­

ważnie ranna. Miała tylko kilka zadrapań na twarzy i nogach. 

Lacy kręciło się w głowie z ulgi, kiedy mogła przytulić córkę 

do siebie, a jej łzy zmieszały się ze łzami Joni. Po chwili, gdy 

już trochę się opanowała, rozejrzała się. Boothe! Gdzie jest 

Boothe? Obróciła się. Zobaczyła, że stoi już na obu nogach, 

ze wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali. Poczuła niemal 

fizyczny ból, gdy ujrzała rozpacz na twarzy mężczyzny. 

Chciała go pocieszyć, powiedzieć mu, że jest wspaniały, 

a ona go kocha. Ale nie odezwała się z obawy, że wszystko 

jeszcze pogorszy. 

- Mamusiu - powiedziała Joni - postaw mnie na ziemi. 

- Dobrze. - Lacy otarła łzy. 

- Mamusiu, proszę... nie płacz. 

- Nie mogę przestać, kochanie. 

- Gdzie jest Boo? 

- Stoi tam. 

background image

Dziewczynka odwróciła się w jego stronę i patrzyła przez 

dłuższą chwilę. Wyczuła, że coś mu dolega, gdyż podeszła 
bliżej i spytała: 

- Czy noga cię boli? 
- Troszeczkę - odpowiedział drżącym głosem. 
- Czy chcesz, żebym ci ją pomasowała? - spytała poważ­

nie. 

- Chciałbym - Boothe uśmiechnął się z trudem. 
- Zrobię tak, że ci przejdzie, przyrzekam. 
Lacy, oślepiona łzami i z sercem przepełnionym miłością, 

patrzyła na małą dziewczynkę i twardego mężczyznę. Nie 
mogła się poruszyć, nie mogła oddychać, z lęku, że zacznie 
płakać i nie będzie w stanie się uspokoić. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Boothe stał przy oknie na najwyższym piętrze przychodni 

i spoglądał na zaśnieżony krajobraz. Widział cały park, 

a w nim turystów, łyżwiarzy na lodowisku, mieszkańców 

miasteczka śpiewających kolędy lub po prostu spacerujących, 

cieszących się z nadejścia Bożego Narodzenia. Niestety, ten 

świąteczny nastrój jakoś jemu nie mógł się udzielić. Jeszcze 

mocniej zacisnął usta. 

Gdy gwałtownie odwracał się od okna, ktoś wszedł do 

gabinetu. 

- Przepraszam, że kazałem panu czekać - powiedział do­

ktor Hank Stewart, podchodząc do biurka i kładąc na nim 

teczkę z papierami. 

- Nic nie szkodzi - odpowiedział Boothe, udając nonsza­

lancję, której tak naprawdę wcale nie czuł. 

Zachowanie doktora Stewarta świadczyło o doświadcze­

niu i kompetencjach. Ale Boothe nie ufał lekarzom, nawet 

tym najlepszym. Choć od czasu wypadku leczyli go sami 

specjaliści, z nogą nie było ani odrobinę lepiej. 

- Niech pan usiądzie - poprosił doktor Stewart i zajął 

miejsce w swym wielkim fotelu. 

- Wolę stać, jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu. 

- Jak pan sobie życzy. 

- Jaki jest werdykt, panie doktorze? - zapytał bez żad­

nych wstępów. Miał już dość owijania wszystkiego w baweł­

nę i chciał znać prawdę. 

- Najpierw niech pan mi powie, dlaczego nie kontynuo­

wał pan leczenia w Houston? Był pan przecież pacjentem 

jednego z najlepszych specjalistów. 

- Czułem, że zrobił wszystko, co było w jego mocy - od­

rzekł Boothe wzruszając ramionami. 

background image

- I spodziewa się pan, że ja mogę zrobić coś jeszcze? 

- spytał doktor Stewart z uśmiechem, który łagodził nieco 
bolesną prawdę zawartą w tym pytaniu. 

- Nie wiem. - Boothe znów wzruszył ramionami. -

A może pan? 

- N i e . 
Przez wiele miesięcy Boothe przygotowywał się do takiej 

odpowiedzi. Ale kiedy nastąpiła, poczuł się jakby dostał celny 
cios w żołądek. Musiał bardzo się zmobilizować, by pokonać 
wstrząs. 

- Nie tego pan oczekiwał? - Mówiąc to lekarz szukał 

oczami jego wzroku. 

- I tak, i nie. 
- Niestety, w pana przypadku nie można liczyć na cudow­

ną poprawę. Kiedy dochodzi do uszkodzenia i mięśni, i kości, 
pomóc może tylko długotrwałe leczenie. 

- Ale ja już przez to przechodziłem i efekty wcale nie 

były takie, jak na początku obiecywano. 

- Obawiam się w takim razie, że musi pan po prostu na­

uczyć się z tym żyć. 

- Och, oczywiście, że mogę z tym żyć - odparł Boothe 

bez ogródek. - To nie jest żaden problem. Sęk w tym, że 
chciałem wrócić do mojej pracy, do gaszenia pożarów. 

- Przykro mi, ale to niemożliwe - powiedział doktor, wy­

trzymując jego wzrok. 

- Tak myślałem. - Boothe podszedł do biurka i wyciągnął 

dłoń na pożegnanie. - Dziękuję, że poświęcił mi pan swój czas. 

- Żałuję, że nie mogę panu pomóc. 
- Ja też, ale trudno. 

Dni, które nastąpiły po wypadku Joni, były okresem wy­

jątkowo wytężonej pracy. Nawet najstarsi mieszkańcy tego 

uzdrowiskowego miasteczka nie pamiętali takiego najazdu 
turystów. Oczywiście, Lacy nie narzekała z tego powodu, 

background image

gdyż dzięki turystom będzie mogła odłożyć więcej pieniędzy. 

Chociaż z drugiej strony miała za mało czasu dla Boothe'a, 

który kilka razy wstąpił do sklepu i raz nawet zabrał Joni do 

siebie, by mogła pobawić się ze Spike'em. 

Z jego nogą było trochę lepiej, choć utykał bardziej niż 

przedtem. Następnego dnia po upadku Lacy spytała go o to, ale 

odpowiedział, że wszystko jest w porządku. Czuła, że nie chce 

o tym rozmawiać, więc nie naciskała. Ale kiedy przyjdzie, musi 

zapytać go jeszcze raz, chociażby dla własnego spokoju. 

Postanowiła wziąć dziś wolne popołudnie i spędzić je 

z Joni poza domem. Poszły na spacer do parku, a potem na 

zakupy. Joni kupiła prezenty dla swojej nauczycielki, dla 

Melody - córki Sue i dla Boothe'a. Lacy również kupiła coś 

dla niego, mając nadzieję, że sprawi mu tym radość. Chociaż 

z nim nigdy nic nie wiadomo. 

- Mamusiu, czy Boo spodoba się mój prezent? 

Lacy uśmiechnęła się, odgarniając niesforny kosmyk wło­

sów z twarzy córki. 

- Skąd wiedziałaś, że właśnie o tym myślę? 

- Nie wiedziałam. 

Nie wyjaśniła Joni, o co jej chodziło. Bała się nadchodzą­

cego wieczoru. Zaprosiła Boothe'a na kolację i myślała 

o tym, co będą robić, kiedy Joni położy się spać. Aż do bólu 

pragnęła się z nim kochać, czuć jego umięśnione ciało na 

swoim, czuć jego gorące usta... 

- Mamusiu, chcesz zobaczyć? 

- Co, kochanie? - spytała Lacy nieswoim głosem. 

- Prezenty dla Boo. 

- Ale przecież dopiero je kupiłyśmy. 

- Obejrzyjmy je jeszcze raz... - prosiła mała. 

- Dobrze, ale zaraz potem muszę wziąć się do pracy w ku­

chni. 

Joni poprowadziła matkę do sypialni, gdzie na łóżku leżały 

rozłożone prezenty, jeszcze nie zapakowane. Joni kupiła dla 

background image

Boothe'a mały obrazek przedstawiający orła. Lacy nie po­

chwalała tego wyboru, gdyż obrazek był tandetny i w lichej 

oprawie, ale dziewczynka miała swoje własne pieniądze i by­

ła przekonana, że Boothe'owi się spodoba, więc Lacy nie 

miała serca jej zabronić. Jej własny wybór był bardziej trady­

cyjny, choć wcale nie bardziej okazały. Ale od razu spodobał 

się jej ten robiony na drutach sweter, gdyż miał dokładnie taki 

sam kolor, jak jego oczy. 

- Kiedy to zawiniemy? - spytała Joni. 

- Może teraz? 

- Wspaniale! 

Lacy zaśmiała się cicho. 

- Wiesz co, mamusiu, już nie mogę się doczekać, kiedy 

Boo przyjdzie. 

- Ja też - powiedziała Lacy zdławionym głosem, ściska­

jąc córeczkę. - Ja też. 

Boothe wziął książkę z ręki Joni i zaczął czytać: „Było to 

w noc wigilijną...". Wcześniej zjedli uroczystą kolację, sta­

rannie przygotowaną przez Lacy, i zaraz potem poszli do 

samochodu, gdyż Joni koniecznie chciała zobaczyć świątecz­

ne dekoracje. W ciągu godziny objechali miasteczko i okoli­

ce, po czym wrócili do mieszkania, gdzie Lacy od razu poszła 

do kuchni i wróciła z wielką misą prażonej kukurydzy i wazą 

grzanego piwa. Po chwili Joni wdrapała się na kolana Boo­

the'a z książką w rękach. 

- Podoba ci się „Noc wigilijna"? - spytała, gdy skończył 

czytać. 

- Bardzo - odparł Boothe. 

- Dobrze, w takim razie możesz przeczytać mi to jeszcze 

raz. 

- Mała spryciara z ciebie, panienko - powiedział Boothe 

dając jej prztyczka w nos. 

Lacy patrzyła na jego uśmiech i nie mogła opanować 

background image

wzruszenia, chociaż wcześniej było jej jakoś nieswojo. Za­

chowywał się dzisiaj dziwnie, ale nie mogła dojść, na czym to 

polegało. W tej chwili jednak, gdy widziała, jak bawi się 

z Joni, była pełna ufności. Widocznie wyobraźnia płata jej 

figle, nic złego się nie dzieje. Naprawdę wszystko jest w zu­

pełnym porządku. Przecież on troszczy się o Joni i o nią. Tłu­

maczyła sobie, że niektórzy ludzie mają trudności z wyraże­

niem swoich uczuć. Boothe jest jedną z takich osób. Musi być 

cierpliwa i czekać, aż on podejmie decyzję. 

- Wiesz, dzisiaj jeszcze nie jest wieczór wigilijny - po­

wiedziała Joni sztucznie dorosłym głosem, jakby chcąc zaim­

ponować Boothe'owi. 

Lacy zaśmiała się w duchu i czekała na jego odpowiedź. 

- Skąd wiesz? - spytał równie poważnym tonem. 

- Bo wiem. 

- To głupia odpowiedź - dociął małej Boothe. 

Joni tylko zachichotała. 
- Założę się, że nie wiesz, kiedy przychodzi święty Miko-

łaj. 

- A właśnie, że to też wiem - odparła Joni ostrym, irytu­

jącym tonem. 

Lacy wróciła do pokoju i spojrzała na córeczkę poważnie. 

- Uważaj, co mówisz - skarciła ją łagodnie. - Nie wolno 

się odzywać w ten sposób. 

Joni spuściła głowę, zawstydzona. 

- Tak czy owak, już dawno minęła pora, kiedy powinnaś 

być w łóżku. Pocałuj Boothe'a na dobranoc. 

- Och, mamusiu... 

- Zrób to, co powiedziała mama - wtrącił się Boothe, po 

czym przyciągnął dziewczynkę do siebie i położył palec na 

swoim policzku. - O, tutaj. 

Joni uśmiechnęła się, objęła go za szyję i cmoknęła we 

wskazane miejsce. Następnie ześlizgnęła się z kanapy i po-

background image

dążyła za wychodzącą z pokoju Lacy, która musiała się po­

śpieszyć, by ukryć mokre od łez oczy. 

- Zasnęła? 
- Jak tylko się położyła, dzięki Bogu - powiedziała Lacy, 

opadając obok niego na kanapę. 

Boothe nic nie odpowiedział, ale nie przejmowała się tym. 

Cisza też była przyjemna. Słuchali trzaskania i skwierczenia 
ognia w kominku. Mrugające lampki na choince jeszcze bar­
dziej ocieplały pokój. Gdyby Lacy nie była podniecona jego 
tak bliską obecnością, mogłaby spokojnie zamknąć oczy i za­
paść w sen. Nie zamierzała jednak zmarnować ani chwili 
z bezcennego czasu, który mogli spędzić tylko we dwoje. 
Chciała poczuć, jak obejmują ją jego ramiona, jak jego usta 
przyciskają się do jej warg... 

- Boothe? 

- Co takiego? 
Przeciągnęła się leniwie wiedząc, że jej nabrzmiałe piersi 

prężą się zmysłowo pod włóczkowym swetrem. 

- Tęskniłam za tobą - powiedziała cicho. 
Jego spojrzenie powędrowało na jej usta, potem na piersi, 

ale nie zbliżył się do niej. Nagle wstał i podszedł do kominka. 
Lacy poczuła dojmujący chłód, dzwonki w jej głowie za­
dzwoniły na alarm. 

- Co... o co chodzi? 
Odwrócił się i patrzył na nią takim wzrokiem, jakby chciał 

zapamiętać ją na zawsze. Alarm przerodził się w panikę. 

- Dlaczego... - przerwała, bo łzy, które chciała powstrzy­

mać, utkwiły jej w gardle. - Dlaczego patrzysz na mnie w ten 
sposób? 

- Bo już cię nigdy więcej nie zobaczę... ciebie ani Joni. 
- Co?... Nie mówisz tego poważnie - wykrztusiła z twa­

rzą pobladłą z przerażenia. 

background image

- Jak najbardziej poważnie - odparł zaciskając wargi 

w gorzkim grymasie. 

- Ale... ale ja myślałam... 

- W takim razie źle myślałaś - mówił unikając jej wzro­

ku. 

Lacy zerwała się, chociaż ledwo mogła utrzymać się na 

nogach, i zmusiła go, by popatrzył jej prosto w oczy. 

- Coś się stało. Ja muszę wiedzieć, co. 

- Przestań - wykrztusił. - Niech tak zostanie. Po prostu 

pozwól mi odejść. 

Gniew sprawił, że przez chwilę stała jak sparaliżowana. 

- Nie, do diabła - odezwała się w końcu drżącym głosem. 

- Kocham cię i nie możesz powiedzieć, że o tym nie wiesz. 

Wiec dlaczego... dlaczego to robisz? - Jej słowa zakończył 

cichy szloch. 

- Ponieważ zasługujesz na kogoś lepszego niż kaleka, 

kogoś w pełni sił, kto zapewni ci dostatnie życie i bezpieczeń­

stwo. 

- Zwariowałeś? Przecież ja nie kocham twoich nóg, tylko 

ciebie, to, co jest w tobie, na litość boską. Nie obchodzi mnie, 

czy jesteś kaleką. 

- Ale mnie obchodzi - powiedział, patrząc pustym i zi­

mnym wzrokiem. 

- Wiesz, co myślę? 

Nic nie odpowiedział. 

- I tak ci powiem - rzekła ze smutkiem. Wiedziała, że 

walczy o swoją przyszłość. - Myślę, że tobie po prostu odpo­

wiada takie życie, takie litowanie się nad sobą. 

- Co ty możesz wiedzieć na ten temat - odparował ostrym 

głosem. 

- Czy... czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia? 

- Wszystko skończone, Lacy. Tylko tyle mam do powie­

dzenia. 

Przez chwilę chciała rzucić mu się na szyję i błagać. Opa-

background image

nowała się jednak. Wiedziała, że byłby głuchy na jej słowa. 

Rysy twarzy miał jak wyciosane z granitu. Nie miała szans, 

traciła tylko czas. Wyprostowała się więc i powiedziała: 

- W porządku, jeżeli tak chcesz, to idź. Ale wiedz, że 

uważam cię za największego na świecie tchórza i że masz 

rację, lepiej mi będzie... bez ciebie. 

Popatrzył na nią niewidzącymi oczami, odwrócił się i ci­

cho zamknął za sobą drzwi. 

Gdy została sama, znów przeszył ją tak silny ból, że nie­

mal zgięła się wpół. Cały jej świat, tak mozolnie, z takim 

trudem zbudowany, rozsypał się na kawałki i nic nie można 

było na to poradzić. Ale nie wolno jej pogrążyć się w rozpa­

czy, nie może pozwolić sobie na taki luksus, musi przecież 

myśleć o Joni. O Boże! Joni! Ten prezent, który tak pieczoło­

wicie dzisiaj pakowała. To złamie jej serce. 

Lacy usiadła na kanapie, objęła głowę rękami i rozpłakała 

się. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Rozpacz pchnęła Boothe'a do zatelefonowania do swojego 

szefa w Zarządzie Lasów. Max Helm był uradowany, gdy go 

usłyszał, nie chciał jednak rozmawiać przez telefon i nalegał 

na osobiste spotkanie. Boothe zaprosił go więc do siebie. 

Rozmawiali kilka godzin na błahe tematy, aż wreszcie 

wizyta dobiegła końca. Szli z powrotem do ciężarówki Maxa, 

a wciąż jeszcze nie dotarli do głównego celu spotkania. 

- No tak, rzeczywiście jest tu spokojnie i jakoś pasuje do 

ciebie to miejsce, chociaż to takie odludzie - powiedział Max, 

pocierając dłonią łysinę. 

- Nie chciałbym mieszkać nigdzie indziej. 

Max oderwał kawałek lodu czubkiem buta i rzucił koledze 

dziwne spojrzenie. 

- Co się, u diabła, z tobą dzieje? Jak na kogoś, kto 

utrzymuje, że kocha samotne życie, wyglądasz niezbyt szczę­

śliwie. 

- Znasz mnie aż za dobrze - zgodził się Boothe. 

Doszli do werandy z przodu chatki i zamiast iść dalej, 

wspięli się po schodach i usiedli na bujanej ławce. Było prze­

piękne, mroźne popołudnie i przez chwilę wdychali tylko 

pachnące żywicą powietrze. 

- Czy nie wydaje ci się, że już dostatecznie długo się 

katujesz? 

- To nie to, chociaż rzeczywiście do końca życia będę 

obwiniał się za śmierć Calvina. 

- No cóż, jeżeli sprawia ci przyjemność odgrywanie mę­

czennika... 

- Zawsze waliłeś prawdę prosto z mostu, co? - powie­

dział Boothe patrząc twardo na Maxa. 

- Nie widzę powodu, dla którego miałbym postępować 

background image

z tobą inaczej. Dlatego pytam cię jeszcze raz, co się z tobą 
dzieje? 

- Nie będę już nigdy więcej gasić pożarów - oznajmił 

Boothe martwym głosem. 

- Tak ci powiedział lekarz? 
- Tak. 
- Więc wróć do nas jako inspektor terenu. Stary Charley 

z biura w Ozarks ma odejść na emeryturę za jakieś trzy mie­
siące. - Max westchnął. - Wiem. że to nie to samo, ale... 

- Tak. to nie to samo. Czy dasz mi trochę czasu do namysłu? 
- Ile tylko chcesz. Niestety, muszę już wracać. 
Boothe stał na podjeździe i patrzył, aż ciężarówka zniknę­

ła w oddali. Potem ciężkim krokiem wszedł z powrotem na 
ganek. Osunął się na huśtawkę, ale nie mógł usiedzieć na 
miejscu. Tak zachowywał się od chwili, gdy odszedł od Lacy, 
gdy odrzucił jej miłość. Wciąż jednak uważał, że postąpił 
słusznie. To bolało, o Boże, jak to bolało. Kiedy zarzuciła mu, 
że jest tchórzem, czuł, jak w środku walczą w nim ból 
i wściekłość. Nie mógł się bronić, gdyż nie było słów mogą­
cych opisać żal i bezsilność, które czuł wtedy w wąwozie, 
gdy Joni potrzebowała go, a on nie był w stanie jej pomóc. 

Powinien być rozsądniejszy i nie pakować się w to wszystko. 

Przecież wiedział, co się stanie. Ludzie, którzy poddają się uczu­
ciom, sami są winni ciosów, jakie na nich spadają. Jedyne, co 
mógł teraz zrobić, to wyrzucić wspomnienie o Lacy i Joni ze 
swojego serca i żyć dalej, jakby nic się nie zdarzyło. 

Marne szanse. Myśli o Lacy, wspomnienie ich wspólnych 

przeżyć, przyprawiały go o szaleństwo. Był w raju i chciał 
tam być znowu. 

Zerwał się z ławki i dotkliwy ból przypomniał mu o kalec­

twie. Ale przecież mógł pracować, Max zaproponował mu 
zajęcie, chociaż niezupełnie takie, jakiego chciał. Praca stra­
żaka była dla niego stracona na zawsze, ale przynajmniej 
mógłby zapewnić Lacy jaką taką egzystencję i... 

background image

To nie ma sensu. Nawet jeżeli spróbowałby powiedzieć 

Lacy, jakim był tchórzem, bezmyślnym egoistą, to ona z pew­

nością nie będzie chciała go słuchać. 

A może? 

Właściwie miał wszystko, czego pragnął. Nie miał tyl­

ko nikogo do kochania, nikogo, kto by jego kochał. Pot spły­

wał mu po twarzy, machinalnie otarł go wierzchem dłoni. 

Myśli kłębiły się gorączkowo. A jeżeli pójdzie do niej i bę­

dzie błagał, żeby mu przebaczyła? Oby tylko dała mu szan­

sę... Zrozumiał nagle, że nie zniesie już dłużej samotności 

i cierpienia. 

- Mamusiu, dlaczego nie mogę pojechać do Boo? 

Lacy działały już na nerwy dąsy Joni i jej jękliwy ton. 

Jednak zamiast zbesztać ją, na co miała ochotę, zagryzła 

wargi i policzyła do dziesięciu. Ostatnio łatwo wpadała 

w złość, więc dziecko wyczuwało, że coś jest nie w porządku. 

- Ponieważ mam za dużo pracy w sklepie - odpowiedzia­

ła w końcu, co zresztą nie mijało się z prawdą. 

- A dlaczego Boo nie przyjdzie do nas? 

Lacy zaskoczyło to pytanie, chociaż powinna była się go 

spodziewać. Gorączkowo szukała odpowiedzi. 

- Chyba też jest zajęty. 

- Ale co robi? 

- Myślę, że rzeźbi. 

To była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy. Znów 

zagryzła usta. Wkrótce będzie musiała powiedzieć Joni pra­

wdę, że nie zobaczy już nigdy więcej „swojego" Boo. I mu­

siała zrobić to przed Bożym Narodzeniem, bo przecież tego 

dnia on nie przyjdzie. 

Skręciła się z bólu, który nagle przeszył jej serce. Tak 

bardzo za nim tęskniła. Czy naprawdę dopiero trzy dni minęły 

od chwili, kiedy od niej odszedł? Czuła się tak, jakby to była 

cała wieczność. Zaś Joni wcale nie pomagała jej zapomnieć. 

background image

Nieustannie paplała jednym tchem o Boo i świętym Mikołaju. 
Dzisiaj nie było inaczej. 

- Dlaczego Boo nie może być moim tatusiem? 
- Czy możemy porozmawiać o tym później? - spytała La­

cy błagalnie. -I tak musimy już iść, bo się spóźnimy. 

Następnego dnia, w Wigilię, od rana padał śnieg. Lacy 

zawsze uważała, że Boże Narodzenie musi być pełne śniegu, 
ale tym razem nie robiło to na niej wielkiego wrażenia, cho­
ciaż udawała radość ze względu na Joni. Sklep był dzisiaj 
zamknięty, ale zaplanowała dużo zajęć, przyrzekła upiec ra­
zem z Joni ciasteczka i jeszcze przygotować świąteczny obiad 

na następny dzień. Sue zaprosiła je do siebie, lecz Lacy odmó­

wiła, gdyż uważała, że nie byłaby najweselszym towarzy­
stwem. W domu zaś stale wyszukiwała sobie coś do zrobie­

nia, żeby tylko nie myśleć. 

Wieczór powoli dobiegał końca, trzy metalowe pudełka 

wypełnione już były świętymi Mikołajami, gwiazdkami i in­
nymi różnego kształtu ciasteczkami. Indyk i wszystkie trady­
cyjne dodatki czekały w lodówce, żeby je upiec następnego 
ranka. Joni pluskała się w łazience i Lacy postanowiła zaraz 
potem powiedzieć jej, że Boothe nie przyjdzie do nich na 
Święta. 

Oślepiona przez łzy, które nagle napłynęły jej do oczu, 

zgasiła światło w kuchni i powoli poszła do pokoju. Zamiast 
usiąść, stanęła przy oknie i oparła głowę o szybę. Musi prze­
stać rozpaczać - życie toczy się dalej. A tak w ogóle to może 
być wdzięczna losowi, przecież sklep przyniósł już jej sporo 
pieniędzy, poprzedniego dnia wpłaciła całkiem pokaźną sumę 
do banku. 

Trzeba było jednak sprostać prawdzie. Ani praca, ani nawet 

Joni, jej najdroższe dziecko, już jej nie wystarczały. Kiedy 
Boothe ją opuścił, coś w niej pękło, nie mogła już normalnie 
funkcjonować. Dlaczego bardziej o niego nie walczyła? Wie-

background image

działa przecież, że on ją kocha. Dlaczego tak łatwo pozwoliła 
mu odejść? Może to właśnie ona okazała się tchórzem? Zbyt 
łatwo zrezygnowała... Czy mimo wszystko nie powinna jesz­
cze raz spróbować przekonać go o swojej miłości? Tak! - od­
powiedziała natychmiast. Była to winna sobie i Joni. 

- Skończyłam, mamusiu. 
Lacy odwróciła się i zobaczyła stojącą w progu córeczkę. 
- Tak, kochanie, widzę. 
- Dlaczego płaczesz? Boisz się, że święty Mikołaj nie 

przyjdzie do ciebie? 

- Och nie, na pewno przyjdzie do nas obu. 
- Czy to już teraz? 
- Nie, jeszcze za wcześnie. Zanim przyjdzie, my musimy 

dokądś pojechać. 

- Gdzie? 
- Powiem ci po drodze - odrzekła Lacy niepewnie, oszo­

łomiona podjętą właśnie decyzją. - Ubierz się teraz szybko 
w coś ciepłego. 

Dziesięć minut później szły właśnie do drzwi, kiedy za­

trzymał je jakiś dziwny dźwięk. Zaczęły nasłuchiwać. Ciszę 
wieczoru wypełnił brzęk dzwoneczków. 

- Mamo, to Mikołaj! - wrzasnęła Joni rzucając się do 

okna. 

Lacy nie ruszała się z miejsca sądząc, że postradała zmy­

sły. - Mamusiu, pośpiesz się! 

Podniecony glos Joni sprawił, że Lacy stanęła obok córki 

i wyjrzała na ulicę. Przed wejściem do sklepu stał konny wóz 
przystrojony migającymi światełkami i dzwoneczkami, a na 
nim siedział... święty Mikołaj! Patrzyły, jak zeskakuje z wo­
zu i zdejmuje z niego wyładowany worek, z którego niemal 

wysypują się zabawki. 

- Mówiłam ci, że to święty Mikołaj! - wrzasnęła znów 

Joni. 

- To... to Boo... przebrany za Mikołaja - wykrztusiła 

background image

Lacy, a dziewczynka popędziła do drzwi i otworzyła je jed­
nym szarpnięciem. 

Lacy wyszła na zewnątrz. Boothe stał z Joni uczepioną jego 

nogi, ale patrzył prosto na nią. Z jego oczu wyzierało błaganie. 

- Czy... czy możesz mi wybaczyć? - zapytał po prostu. 
- A czy ty mnie kochasz? 
- Bardziej niż życie. 
- Dla mnie tylko to się liczy... 

- Nie. Liczy się też to, że jestem takim sukinsynem... 
- Mamo, co to jest suki... 
- To nieważne, Joni - odpowiedziała Lacy nie odrywając 

wzroku od Boothe'a. 

- Wyjdziesz za mnie? 
Joni ciągnęła go za rękę, więc pochylił się do niej. 
- O co chodzi, kochanie? 

- Czy będziesz moim tatusiem? 
- A chciałabyś? 
- Aha - powiedziała Joni, dotykając małą rączką jego 

policzka. - Ale nie zostawisz mnie i nie pójdziesz do nieba, 

tak jak tamten tatuś, prawda? 

- Och, Joni - wyszeptała Lacy. 
- W każdym razie mam nadzieję, że nieprędko - odparł 

Boothe. Wziął dziewczynkę na ręce i popatrzył znowu na 
Lacy, która czuła, że krew uderza jej do głowy. 

- No to jak? Wyjdziesz za mnie? 

- Tak! Tak! Tak! - zawołała rzucając się w jego ramiona. 
- Au, mamusiu! Zgnieciecie mnie! 
Lacy i Boothe uścisnęli ją jeszcze mocniej. 

W domu panowała cisza. Zaraz po tym, jak Joni i Boothe 

wręczyli sobie prezenty, dziewczynka zapadła w sen na jego 
kolanach. Razem zanieśli ją do łóżeczka, a potem poszli do 
sypialni Lacy i kochali się z gorączkowym pośpiechem. Te­
raz leżeli przytuleni, szczęśliwi, nareszcie znów sobie bliscy. 

background image

- Mmm, jak przyjemnie - powiedziała rozmarzonym gło­

sem Lacy. - Powiedz, że nigdy nie będę musiała odejść od 
ciebie, z tego ciepłego łóżka. 

- Już nigdy cię nie zostawię - wyszeptał Boothe, chowa­

jąc twarz w zagłębieniu jej szyi. 

- Dlaczego... Co sprawiło, że zmieniłeś zdanie? 
- Dlaczego przyszedłem? To proste, poczułem, że nie 

wytrzymam już ani jednego dnia bez ciebie... i bez Joni. 

- Ja... właśnie wychodziłam, żeby do ciebie pojechać, 

kiedy pojawiłeś się w tym zabawnym stroju. 

- Och, co za bluźniercze słowa. Ciężko pracowałem, żeby 

skompletować ten ekwipunek. 

- O tak, na pewno. 
- W każdym razie zajęło mi to całe dwie minuty -powie­

dział, znów zanurzając twarz w cieple jej szyi. 

Lacy przytuliła go mocno i przez chwilę leżeli w milczeniu. 

Nagle Boothe odsunął się trochę i popatrzył na nią poważnie. 

- Mam pracę. 
- Naprawdę? - Lacy zabrakło tchu z wrażenia. 
- Tak - uśmiechnął się smętnie. - Chociaż nie całkiem 

taką, o jaką mi chodziło. 

- Nie ma żadnej szansy na to, że będziesz mógł wrócić do 

poprzedniego zajęcia? 

- Żadnej. To poślizgnięcie się na lodzie, kiedy próbowa­

łem dojść do Joni, jeszcze pogorszyło sprawę. 

- Wciąż winię siebie... 
- Nie mów tak. To nie była twoja wina. Nie było w tym 

niczyjej winy. 

- Co będziesz robił? 
- Będę inspektorem terenowym. Nie w centrali, niedaleko 

-jakieś pięćdziesiąt kilometrów stąd. - Uśmiechnął się. - Nie 

jest to prawdziwa, męska robota, ale gdy się nie ma, co się 

lubi... 

- Jesteś zadowolony? 

background image

- Jeżeli codziennie będę mógł wracać do ciebie, do nasze­

go domu, to będę uwielbiał tę pracę. 

- A ja już uwielbiam ciebie -wyszeptała. 
- Zabawmy się w świętego Mikołaja - zaproponował 

Boothe. - Nasza córeczka może przecież obudzić się w każ­
dej chwili. 

Serce Lacy zaczęło bić szybciej. „Nasza córeczka". 

W końcu Joni będzie miała prawdziwą rodzinę. 

- Dla ciebie też mam prezent - powiedział Boothe pod­

chodząc do swojego worka. 

- Nie chcę żadnych prezentów oprócz ciebie. 
- Ja myślę - zgodził się. - To tylko taki mały dodatek. 

Zamknij oczy. 

- Stroisz sobie żarty. 
- Wcale nie. No, zamknij oczy. 
Lacy czekała cierpliwie z zamkniętymi oczami. 
- Teraz możesz już spojrzeć - powiedział w końcu. 
Otworzyła oczy. na chwilę zaparło jej dech w piersiach ze 

zdziwienia, po czym roześmiała się. Na podłodze stało pudełko 
wypełnione najpiękniejszymi drewnianymi rzeźbami, jakie kie­

dykolwiek widziała. Boothe pochylił się i pocałował ją. 

- Wesołych Świąt, najdroższa. 

janes+a43