background image

 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

2 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

3 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

4 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

5 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

inicjatywa wydawnicza 

wielkie mecyje 

 

 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

6 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

7 

 

 
 

 
 

I nic lepszego nas 

nie czeka.

 

 

 
 
 

Och! Gdzie ta wspaniała przyszłość, gdzie? Wszak miało być 

nam tak pięknie. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

8 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

9 

 

 
Nota wstępna  

 

Ta książka została opublikowana na stronie vonklusken. com  
i jest własnością intelektualną Helgi von Klusken. Wydanie 
elektroniczne,  i tylko elektroniczne, niniejszego opowiadania,  
pt. „I nic lepszego nas nie czeka”, jest publikacją darmową, 
przeznaczoną do prywatnego użytku. Może być kopiowana, 
przekazywana, przetrzymywana na nośnikach 
elektronicznych, cytowana lub używana w innych prywatnych 
publikacjach elektronicznych za wskazaniem źródła.  
Wyłączną sprzedażą książek w tradycyjnej, papierowej formie 
zajmuje się grupa specjalnie przeszkolonych małp, które z 
chęcią przyjmą Państwa zamówienia przez 24 godziny na 
dobę, 365 dni w roku pod adresem: vonklusken.com/sklep. 
W wypadku pytań lub wątpliwości zawsze można się ze mną 
skontaktować pod adresem vonklusken@gmail.com. Odpiszę 
jak najszybciej lub wtedy, kiedy będzie mi się chciało.   
 

Życzę miłej lektury i zachęcam do użalania się nad sobą od 
czasu do czasu. Nic nie kosztuje i w połączeniu z domową 
pigwówką ma fantastyczne właściwości terapeutyczne. 
 

Projekt okładki:  A.M. (creative commons et Prisma et likier 
śmietankowy) 
Korekta:  langaugetool.org 

 

Druk: Leipzig 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

10 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

11 

 

 
 
 
 
 
 
 

 
 

Stołówka fabryki śrubek Barona III Juniora 

Popodopolopupsa była pełna. Pełna niecierpliwych głosów 
wiecznie zmęczonej szarej, pracowniczej brei, pełna 
rozczerwienionych kucharek wiecznie rozdrażnionych tymi 
rozdziawionymi zagłodzonymi gębami, pełna wyszczerbionych 
talerzy z wiecznie niedogotowanym makaronem i 
rozgotowanymi ziemniakami, pełna smrodu przypalonej 
wątróbki i starych frytek, pełna kocich kłaków (skąd? jak? nikt 
nic nie wiedział), pełna kurzu, brudu, kropelek tłuszczu, 
zapachu potu, przepoconych skarpet i ostrych wyziewów 
surowych kawałków wołowiny. 
Wołowina była jednak rarytasem, na który pozwolić sobie 
mogła tylko wyższa kadra kierownicza.  Wyschłe, jak serce 
byłej żony, kawałki mięsa zdawały się być wrotami do 
wyśnionego raju; raju w którym blondwłose anielice 
spacerowały po korytarzach w szpilkach wysokości Mount 
Everestu, a miękki szum klimatyzowanego biura ułatwiał 
trawienie i popołudniową drzemkę przy włączonym laptopie. 
Punkt dwunasta w całej firmie nie znalazłoby się ani jednego 
menedżera, który nie wgryzałby swoich śnieżnobiałych 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

12 

 
koronek w obślizgłe ochłapy męczeńsko zamordowanej krowy 
i nie przewracał przy tym miłośnie oczami. Kto chciał zajść w 
firmie naprawdę wysoko- musiał żreć na obiad mięso, choćby 
resztę miesiąca przyszło mu żyć o chlebie z cukrem. Zwykli 
pracownicy mogli tylko o nim pomarzyć, gdyż przy ich 
zarobkach było horrendalnie drogie, dlatego potulnie i 
pokornie łamali swoje własne, całkiem tanie szczęki na 
czerstwych tostach udających francuski budyń chlebowy i 
śrubkach wyławianych z kapuśniaku. Śrubki były też w 
zapiekance pasterskiej i brukwi gotowanej pół na pół z rzepą. 
W pomidorowej znajdowano nakrętki- trzy czwarte cala, w 
buraczkach na gęsto: wynicowane gwinty, a w jajkach 
sadzonych- metalowe podkładki lśniące opalizującą 
czerwienią i brązem. 
Pan Baron III Junior Popodopolopups od lat ignorował 
składane przez pracowników skargi i nic nie wskazywało na 
to, by ten stan miał się kiedykolwiek zmienić. 
-Za każdą połkniętą śrubkę będę odliczał z wypłaty!- grzmiał 
na comiesięcznych zebraniach motywacyjnych załogi.  
Zastraszona tą motywacją załoga wolała zatem narażać się na 
ryzyko gwałtownej śmierci w pobliżu włączonego 
elektromagnesu niż tracić choćby grosz z nędznego 
wynagrodzenia. 
Ale jedno było sprawiedliwe: na jakości posiłków szef rżnął 
bez wyjątku wszystkich. 
-Przydałaby się zmiana.- westchnął żałośnie Rysiu, polerowacz 
gwintów trzeciej klasy. Ciężko klapnął na plastikowym 
krzesełku,  trzymana w rekach miska zatrzęsła się, a 
wstrząśnięty żurek wydał z siebie podejrzanie metaliczny 
odgłos.  

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

13 

 
-A co ty chcesz zmieniać?- oburzyła się Krycha, spawacz 
wyborowy. 
-Życie. 
-Żarcie. 
-Fryzurę. 
Posypały się odpowiedzi kolegów. 
-Cokolwiek.- jęknął rozpaczliwie Rysiu. Wyjął spod pachy ciut 
spoconą bułkę (tacek zabrakło na stołówce jeszcze chyba w 
czasach podbojów rzymskich) i leniwie zamieszał łyżką w 
zupie. Westchnął ciężko, ale przecież chyba nie z powodu 
żurku. 
Ot, zupa ja zupa, jajko, pietruszka, krążki marchewki i żelazne 
opiłki. 
-Mam wrażenie, że cały świat czerpie z życia całymi garściami 
i tylko ja, jeden jedyny tonę w śrubkach.- stęknął płaksiwie. -
Od rana do wieczora pucowanie gwintu, na śniadanie 
owsianka z gwoździem, w południe szczawiowa z żelaznymi 
trybikami. Wszędzie tylko gwoździe i śrubki. Ba! Nawet w 
głupim kinie nie mogę się odprężyć, bo gdzie tylko zobaczę na 
filmie jakiś wkręt, to zaraz się zastanawiam czy on jest płaski 
czy krzyżowy. Czuję się jakbym zaprzedał duszę śrubkom. Ech, 
co za przeklęte, przeklęte życie. Po śmierci pewnie też nie 
czeka mnie nic lepszego. Z moim pechem nawet piekło będzie 
składać się z samych śrubek, tysiąca i milionów 
niedokręconych wkrętów, do których nie pasuje żaden 
standardowy imbus! 
Z nadmiaru rozpaczy nagle huknął łbem o stół i zastygł w tej 
pełnej melancholii pozycji. 
-Uuu... to nie wygląda dobrze.- skrzywiła się Krycha.- Jak bum 
cyk cyk to kryzys wieku średniego. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

14 

 
-Jestem zbyt biedny, zbyt rozwiedziony i zbyt brzydki  by 
pozwolić sobie na kryzys wieku średniego.  
-Zupę rozlałeś.- zauważył pragmatycznie któryś z kolegów. 
-Udław się tą zupą.- głos nieszczęśliwego Rysia brzmiał 
mrocznie i cokolwiek głucho. 
Głośny, szczekliwy dźwięk dzwonka oznajmiającego koniec 
przerwy taktownie zagłuszył odpowiedź kolegi. Nagle Rysiu 
przeniósł się w myślach o czterdzieści lat wstecz. 
O! Bez wątpienia, tak samo brzmiała sygnaturka na pogrzebie 
rysiowego dziadka. 
Dobrego miała dziadka- ten to życie znał od podszewki, wojnę 
przeżył, komunistów przeżył, demokrację też przeżył i nie 
złamało go to życie, nie! Stary był, cokolwiek zdziecinniały i 
całkiem pomarszczony dziadek jego własny, ale do końca 
uśmiechał się do wszystkich tak samo pogodnie jakby dopiero 
co na świat przyszedł- nagi i ufny. Rodzina coś tam szeptała, 
że dziadek śmiał się tylko dlatego, że w 1939 dostał w czerep 
kolbą od nazisty podczas ulicznej łapanki i od tamtego czasu 
obluzowało mu się pod czaszką kilka, nomen omen, śrubek 
ale Rysiu wolał w to nie wierzyć. 
Jeszcze w trumnie wyszczerzał jeden, jedyny ząb co mu się w 
gębie ostał. Po prawdzie to tylko dlatego, że nikt trupowi 
brody nie podwiązał jak należy, ale może to i lepiej, bo nawet 
patrząc kostusze w oczy, dziadzia wyglądał na szczęśliwszego 
niż Rysiu kiedykolwiek był i kiedykolwiek będzie. 
Zbiorowy tupot wielu stóp wyrwał Rysia z wesołych marzeń o 
własnym pogrzebie i kazał mu się domyślić, że kantyna 
właśnie opustoszała. 
Tylko domyślić, gdyż brakło mu sił, by wyprostować znużone 
plecy, zebrać resztki podeptanej godności i razem z innymi 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

15 

 
tracić wzrok, zdrowie i chęć do życia przy cholernym 
polerowaniu cholernych gwintów. 
Nieee!!! 
Zbyt dobrze było mu z tym czołem w zupie, z opuszczonymi aż 
do brudnej podłogi rękami, grzbietem wygiętym w kabłąk i 
zamkniętymi oczyma. 
-Bang! Bang!  Bang!- zabrzmiał dzwonek po raz ostatni i 
ucichł. 
-Nigdy nie pytaj: komu bije dzwon,- recytował uroczyście 
Rysiu- bo przecież on bije tobie. 
-Bang.- zgodził się posępnie gong. 
Kucharki opuściły z hukiem okienko do wydawania posiłków, 
przez grube, hartowane szkło i szum gorącej wody dobiegał 
ich babski jazgot, podobny szczekaniu wygłodniałych psów. 
-Nigdy nie pytaj: komu wyje kundel bury,- zajęczał Rysiu- 
wszak wyje on tobie. 
-Na grobie.- dopowiedziała kucharka. – No, na grobie 
rodziców byłam w tamtym tygodniu. Lało, padało ale myślę 
se, że cza podejść, bo już chyba ze trzy miesiące nie 
zaglądałam. 
-Hau, hau, hau!- odpowiedziały jej zgrane, kobiece szczeki. 
-To tu, to tam, człek ma zawsze coś na głowie, a to dziecki 
problemy robią, a to w robocie się wszystko sypie, do lekarza 
bym poszła, ino ciągle coś ważniejszego się między wódkę a 
zakąskę wtranżala i tak leci ten czas, leci, leci, leci a rodzice 
martwi leżą i się martwią.  
-Wuf, wuf! 
-Chryzantemy posadziłam, żółte z czerwonym, ładne takie. Jak 
mnie stary w końcu z tego pijaństwa kiedyś na wątrobę 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

16 

 
zejdzie, to też mu takie posadzę. On lubi żółty kolor. Niech mu 
ziemia lekką będzie, temu ochlejusowi, kiedy już zdechnie. 
-Barf, barf! 
-Mamie i tatuńciowi to zawsze tylko żółte chryzantemy sadzę. 
Trochę się na nie wykosztuje człowiek, ale u mnie w rodzinie 
to już taka tradycja. Babcia sadziła swojej mamie żółte, mama 
babci, ja mamie i Kaście, tej córce mojej latawicy i 
piździelcowi też zawsze przypominam, że tylko żółte ma na 
mnie zasadzać. Grunt, żeby nic nie zmieniać, tradycja 
najważniejsza, bo tylko tradycja może rodzinę w miłości 
spajać. Mamusia moja z tatulem też się tłukli co niemiara, ale 
jak tatuńciowi czerep w tartaku urwało, to mamusia połowę 
hektarów sprzedała, żeby wszytko było fest i na glanc przed 
rodziną. Mówię ja wam, tatuńco to dosłownie tonął w 
chryzantemach i nawet nie widać mu było, że głowy brakuje, 
bo nie znaleźli. 
-Hau, hau, hau! 
„Zabijcie mnie”- jęczał w myślach Rysiu. „Zakopcie i posadźcie 
na grobie majeranek.” 
Kucharka gładko przeszła od tematu rodzinnego grobu i 
rodzinnych tradycji do wzmacnianych lajkrą rajstop, od 
rajstop do problemów do psa sąsiadki, drogą skojarzeń od 
suki w cieczce do własnej córki, tej latawicy i piździelca co to z 
trzecim już dzieckiem w brzuchu lata i kto ją teraz z takim 
wiadrem za kościelną żonę weźmie, od córki do kota sąsiadki, 
który szcza jej na balkonie, a od kota do ostatniej powieści 
Umberto Eco, to znaczy tej, co to ją przed śmiercią napisał i 
wszystko w niej tak piękne opisane, że ach, nic tylko płakać ze 
wzruszenia. Dzięki Bogu brzdęk tłuczonych szklanek wygłuszył 
tę szczekaninę. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

17 

 
„Niech się coś zmieni.” – w myślach Rysiu wił się niby Madej 
na łożu boleści. -„ Cokolwiek. Cokolwiek. Duszę bym diabłu 
zaprzedał za najdrobniejszą zmianę.” 
W filmach i tanich powieścidłach takie wyzwanie niechybnie 
sprowadza rogatą bestię, która z uprzejmym uśmiechem 
podaje do podpisania cyrograf spisany na koźlęcej skórze. 
Jako że Rysiu nie był ani aktorem, ani szczególnie znaczącym 
podmiotem lirycznym zjawił się tylko zarośnięty jak małpa 
kierownik Benek i w krótkich, żołnierskich słowach pognał 
Rysia do pracy. Benek wprawdzie miotał się jak szatan, ale to 
wcale nie było to samo, bo na propozycje zakupu ryśkowej 
duszy tylko splunął mu w twarz i poprawił lewym sierpowym. 
-Do roboty, bo pogonię z roboty!-ryknął. 
A o taką zmianę to Rysio się wcale nie prosił, gdyż miał na 
głowie trzech komorników po eksżonie, jednego własnego i 
alimenty na wytwór jego lędźwi z czasów, gdy jeszcze mu się 
chciało chcieć. 
Wieczorem Benek kazał Ryśkowi robić nadgodziny, niby za ten 
dodatkowy fajerant na stołówce. 
Było to wielce niesprawiedliwe, bo z pyskiem w ciepłym żurku 
leżał sobie może trzydzieści sekund, a tyrać miał dodatkowe 
dwie godziny. 
Rysiek już, już miał na końcu języka dziarską odpowiedź, 
mężne hasło, od którego odpadłyby Benkowi porośnięte 
szczeciną uszy, ciętą ripostę, w ostateczności serdeczne 
„spieprzaj dziadu”, lecz nagle przed oczyma duszy swojej 
ujrzał trzech komorników żony i jednego własnego - dwóch 
rudych, jeden łysy i jeden zupełnie siwy, z twarzy podobny do 
Dziadzi Mroza a z charakteru do tuzina Benków razem 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

18 

 
wziętych, zawsze uwalony katarem i gilami- po czym zwątpił i 
nie powiedział nic. 
Do północy polerował gwinty. 
Ostatni autobus na osiedle robotnicze odjeżdżał o 
dwudziestej drugiej trzydzieści. 
Do domu wrócił z buta o czwartej trzydzieści siedem nad 
ranem. Lato było, więc już jasno. 
-No to żeś pan zabalował.- powitał go drwiąco sąsiad Janek 
kurzący na klatce rytualnego peta przed poranną kupą.- Do 
roboty sąsiad dzisiaj nie idziesz? Święto jakie? 
-Święto to dla mnie będzie, jak mnie kopytami do przodu z 
chałupy wyniosą.- odburknął Rysiu.- Oczywiście, że idę. 
W mieszkaniu Ryska piętro wyżej nagle zaterkotał budzik. 
-No to kłaść się już pan nie musisz.- zarechotał sąsiad. 
Uprzejmie splunął resztką tytoniu na cudzą wycieraczkę i 
wrócił do siebie, nie omieszkając huknąć drzwiami tak głośno 
jakby wybucha bomba wodorowa średniej mocy. Ot, 
przyzwyczajenie, nic nie poradzisz. 
Sąsiedzi już mu nie raz, za te trzaskanie, klamkę psim gównem 
wysmarowali, a on jak hukał tak huka. 
Rysiu wszedł do mieszkania, wyłączył dławiący się budzik i 
zdjął z opuchniętych stóp ciasne, ubłocone trampki. 
-Do usranej śmierci to wszystko.- zachlipiał. Chwilę leżał na 
zniszczonym tapczanie, z oczyma wbitymi w spękany sufit, z 
ubłoconymi kopytami opartymi o jasnoróżowy podłokietnik.- 
Do usranej, w dupę pieprzonej, wypindolonej śmierci.- mełł w 
ustał przekleństwa. W czarnej tafli telewizora zobaczył swoją 
pomarszczoną twarz i małe oczy okolone ciemnymi 
obwódkami. Wydawał się tak żałosnym, że aż zachciało mu się 
nad sobą samym zapłakać, lecz na to już brakło czasu. Zjadł na 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

19 

 
śniadanie wczorajszą kolację, skrobnął dla zasady kilka razy 
żyletką po zarośnietęj gębie, z trudem wcisnął stopy w 
przemoczone trampki i poczłapał na przystanek autobusowy- 
gdyby wsadził łeb w pusta ramkę byłby idealnym obrazem 
nędzy i rozpaczy. 
Dzień znowu wlókł się tak samo ohydnie jak zwykle. 
Polerowanie, polerowanie, polerowanie, gwint, gwint, gwint, 
o choroba znowu Tadziowi skarpety cuchną, polerowanie, 
polerowanie, gwint, gwint, gwint, fajerant, przerwa.  
I znowu stołówka była pełna zapachu na wpół surowego 
mięsa, zupy na gwoździu i pierogów, w których ktoś znalazł 
stalowy kołek, a ktoś inny stary zakrwawiony plaster na 
nagniotki. 
-Jestem zmęczony.- powiedział Rysiu. Klapnął ciężko w 
plastikowe krzesełko, wstrząśnięty krupnik zagrzechotał 
metalicznie.- Zmęczony tym marazmem, tą stagnacją, 
prokastynacją i sterylizacją duszy. Jestem zmęczony tą samą 
tanią pasztetową na kolację i owsianką na śniadanie, która z 
owsem ma tak mało wspólnego, że smakuje jak srajtaśma z 
cukrem. Jestem zmęczony tym, że w życiu nie wydarzy się nic 
więcej, że nic mnie nie czeka. Zmęczony tym, że będę tu tkwił 
aż do emerytury i tym, że zaraz gdy na nią przejdę będę 
zmuszony tu wrócić na pół etatu, by nie zdechnąć z głodu. 
Jestem zmęczony tym, że niczego nie zobaczyłem, niczego nie 
dokonałem, nic nie zrobiłem i niczego nie wynalazłem. Jestem 
zmęczony tym, że nic się nigdy nie zmienia. 
-Ale za to jaki dobry krupnik dzisiaj.- zauważył entuzjastycznie 
kolega. 
-Chcesz zobaczyć gdzie ja mam ten twój krupnik? 
-Nie pokażesz mi niczego nowego. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

20 

 
Kolega miał rację. Czarna dziura to czarna dziura i z wyjątkiem 
głębokości nie zmienia się nic. 
-Ten tego,- zauważyła Krycha.- i do tego obrazki powiesili se 
na ścianach. 
Pan Baron III Junior Popodopolopups, świeżo zakochany w 
plakatach motywacyjnych z przeceny, kazał poobklejać 
odrapane ściany kantyny wielkimi płachtami burego papieru. 
„Opuść swoją strefę komfortu.”- głosiły jedne hasła, podczas 
gdy inne twierdziły, że tylko „praca czyni wolnym”. 
Plakaty były tańsze niż tapeta. 
„Jeżeli opuszczę moją strefę komfortu, to zostanie mi już tylko 
deska i trochę piachu w oczy”- pomyślał smutno Rysiu. 
Rzeczywiście jego strefa komfortu była tak żałośnie mała, że 
jedyne co w niej było komfortowe to myśl, że może będzie 
miał szczęście i trafi go zawał gdzieś w okolicach 
pięćdziesiątki. 
-Chciałbym coś zmienić.  
-Ale co, Rysiu? 
-Bo ja wiem? Choćby cały świat. 
-Świata nie zmienisz, ale skarpety mógłbyś. Strasznie 
śmierdzą.- powiedziała Krycha, marszcząc nos. 
Rysiu nawet nie próbował tłumaczyć, że to nie jego, tylko 
Tadzia. 
-Ty jesteś po prostu za wrażliwy do tego świata.-Krycha nie 
miała żadnych wątpliwości.- Taka antylopa z ciebie, ta 
najsłabsza... najsłabsza z całej gromady, co to ją stado rzuca 
na przekąskę dla wygłodniałych hien. 
-Możliwe.- zgodził się Rysiu, apatycznie wzruszając 
ramionami.- Benek nawet ma coś hienowatego w tych swoich 
świdrujących oczkach. Pewnie dlatego zostawia mnie nocami 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

21 

 
na hali, bo mu się we krwi odzywa pierwotny instynkt 
łowiecki. Zaczaja się gdzieś w krzewach z folii bąbelkowej i 
czyha na okazje do skoku. Nawet dobrze być takim Benkiem. 
Ochłepce się krwi od czasu do czasu i fruu! Szczęśliwy, że 
mógłby latać. 
-No. Każdy chciałby być Benkiem. I ty, i ja, i Tadziu... O, Tadziu 
to już w szczególności. Własną babcię by sprzedał, żeby bujać 
się razem z kierownikiem przy wodopoju i żreć mięso do syta. 
-Wodopój? 
Krycha tylko uderzyła kantem dłoni w swoją szyję. 
-Wódopój.- sprostował ponuro Rysiek.- Powiedz Tadziu, ty tak 
na serio? Naprawdę byś babcię sprzedał za kierownicze 
stanowisko? Tę babcię, która ci pierożki z kapustą i grzybami 
lepiła? Barszczykiem poiła? Makowcem futrowała? 
 -Sprzedałbym.- wychrypiał Tadziu. 
-Widzisz go jaki zgodny.- ucieszyła się Krycha. 
-Bong, bong, bong.- gong wydzwonił żałośnie koniec przerwy. 
Tylko siła przyzwyczajenia zmusiła Rysia do wstania, bo w 
duszy mu raczej wyło, niż grało. 
Na szczęście druga połowa dnia była już znacznie 
przyjemniejsza. Ktoś (ale nie wiadomo kto), korzystając z 
krótkiej przerwy w dostawie prądu, obił Benkowi ryło w 
ciemnej szatni. Kiero aż do wieczora tamował krwotok z 
kinola na kozetce u zakładowej pielęgniarki, a Rysiu odżałował 
ostatnie drobniaki na fajki i kupił resztki zimnego mięsa z 
obiadu, by obłożyć spuchniętą dłoń. 
Godziny mijały, a kierownika jak nie było, tak nie było i w 
końcu gruchnęła wieść, że Benek dostał L4 na siedem dni. 
Tylko dlatego Rysiu zdążył na ostatni wieczorny autobus. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

22 

 
Sklepy na osiedlu były już pozamykane, w oknach ciemno, 
mieszkańcy szykowali się do snu. Jedynie stara babcia 
Olbrychtowa czuwała w swoim mikroskopijnym kiosku. 
Właściwie to nikt nigdy nie widział, by babcia opuszczała go 
kiedykolwiek, pewnie od lat zrosła się z wypierdzianym 
stołkiem i blaszanymi ścianami. Piątek, świątek, siódma rano 
czy druga w nocy- zawsze trwała na stanowisku. 
Kiosk był jednak niezbędny, gdyż zaopatrywał wszystkich we 
wszystko: osiedlowych menedżerów w New York Timesa, 
okolicznych żuli w wysokoprocentowe małpki farbowane 
karmelem a rozwrzeszczaną dziatwę w sklejające szczęki 
gumy-kulki. 
Babcia Olbrychtowa przy świetle zleżałej łojówki rozwiązywała 
zeszłoroczny egzemplarz tysiąca panoramicznych. Rysiu 
przypomniał sobie nagle o przemokniętych skarpetkach. Kto 
wie, może to faktycznie jednak on tak śmierdzi od tej ciągłej 
wilgoci?  
Nachylił się do okienka, które ze względu na niski wzrost babci 
Olbrachtowej miał na wysokości bioder. 
-Dobry wieczór. Skarpety mam babcia jakieś? 
-Dobry wieczór synku, dobry wieczór. Co ty z pracy dzisiaj tak 
wcześnie? Święto jakieś macie? 
-Ech... żeby mi życie takim świętem było.- westchnął Rysiu.- 
Kierownika karetka do szpitala zabrała i w końcu, pierwszy raz 
w tym roku, cała zmiana mogła wyjść o czasie. Nawet na 
ostatni nocny zdążyłem.- pochwalił się z dumą. 
-Ten o dwudziestej drugiej trzydzieści? 
-Eche. 
-W czepku żeś synek urodzony.- babcia Olbrychtowa 
rozradowała się na pomarszczonej twarzy. Oczy zajaśniały 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

23 

 
jakimś łagodnym blaskiem, usta, które od wielu lat odwykły 
od uśmiechu naprężały się z trudem, układając w grymas, ni 
to radości, ni bólu. W tym wieku co babcia, to można już się 
cieszyć z niczego, bo i tak nic lepszego nie nastąpi. 
-Może i ma babcia rację, chociaż mnie ojciec powtarzał, że w 
cholerę. 
-Toć to grzech, tak mówić. 
-Za dzieciaka to mnie bolało, ale teraz to już mnie wszystko 
jedno. Jedynym ciepłem, jakie dostawałem w domu, to ciepło 
pozostawione na desce klozetowej. 
-Dobre i tyle. 
-Ba, ba! Zawsze mogło być gorzej. Juleczkowi z podstawówki 
to fater w pijackim zrywie siekierą łeb odrąbał, bo mu się 
zwidziało, że to hitlerowcy. Pamięta babcia Juleczka? 
-Synku, ja tu wszystko od okupacji pamiętam. I Hitlera 
pamiętam, i Stalina, i Gomułkę, i Juleczka pamiętam, i Andzię 
co ją z rzeki wyłowili, i Henia co go autobus przejechał. 
Pamiętam, jak wszystko było i jak niczego nie było. Pamiętam 
każdy dzień, każdą noc i każdą łzę.  
-Trochę strach tak wszystko pamiętać. Chciałbym zmienić 
wszystko i nie przypominać sobie niczego. Ani jednego dnia.  
-Marzenia ściętej głowy, synku. 
-Nie kuś babciu.- roześmiał się ponuro Rysiu.- To wcale nie 
trudne łeb pod tramwaj podłożyć.  O, nawet na nocną 
siedemnastkę bym zdążył, trzysta metrów biegiem do placu 
Kopernika i za kwadrans byłoby po wszystkim. 
-Nie zdążyłbyś, synek. 
-Dlaczego nie? 
-Bo Kopernika teraz w remoncie, tam kładkę betonują. Już 
prędzej na Wyspiańskiego, przystanek dalej. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

24 

 
Rysiek zastanowił się. 
-Eee tam.- wzdrygnął się.- To trzeba by całe pięćset metrów 
dalej iść i to do tego na przełaj przez park. Nocą? Przez 
chaszcze? W takich butach? Szaleństwo. Ma babcia lepiej 
jakieś skarpety? 
-Jakżebym miała nie mieć? Męskie, damskie, dziecięce, do 
wyboru, do koloru. Z bawełną, nylonem, włóknem 
bambusowym, gładkie i we wzorki, w koty i w papugi, czarne, 
białe, czerwone, prążkowane, haftowane i w ząbek tkane. 
Jakie podać? 
Rysiu przeliczył w myślach zawartość portfela. Szlag by to 
trafił te kupione na lewo od kucharki mięso. 
-Jakiekolwiek byle całe. Te, co mam ciągle mi przemakają, 
jeszcze trochę i błona zacznie mi wyrastać między palcami jak 
u szczupaka. O, o! widzi babcia?- Rysiu podniósł nogę i położył 
ją razem ze stopą i ubłoconym kamaszem na blacie, który 
służył babci Olbrachtowej do smarowania masłem kanapek na 
sprzedaż.- Z tyłu mokre, z przodu mokre, bokami też mi 
ciecze. Bagno, proszę babci. Nic tylko bagno. 
Babcia fachowo obejrzała girę. 
-To nie skarpetek wina, tylko tobie, synuś, cała podeszwa od 
kapcia odpadła. Tobie musowo nowe walonki kupić, bo 
skarpety wszystkie w jedną i tak bydom przeciekać. 
Rysiu posmutniał. 
-No masz ci los.- jęknął.- Właśnie tego mi brakowało. A tu 
czynsz w tym miesiącu jeszcze niezapłacony i nawet na 
papierosy też już nie mam. Proszę babci, ja od jutra chyba 
będę herbatę kurzył zawiniętą w Gazetę Wyborową. 
Babcia aż pobladła ze zgrozy. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

25 

 
-W Wyborową? Raka chcesz synu od tego świństwa dostać? 
Kalosze trzeba zmienić, lamentacyja nic ci nie da. Kataru się 
tylko nabawisz i do piachu. O zdrowie to trzeba dbać, bo 
chorowanie jest rozrywka bogaczy. Jakąś koprowinę masz ty 
na czarną godzinę? 
-Tylko na bilet jutro rano.- mruknął Rysiu. 
-A od sąsiada pożyczyć? 
-Sąsiad to mi może jedynie dobrego wieczoru życzyć, a i to nie 
zawsze to mendzie przez gardło przejdzie. Wszędzie wiszę. Za 
chleb w piekarni wiszę, za parówki u rzeźnika wiszę, alimenty 
nie popłacone, krawiec nie chce mnie znać, ta gruba 
sprzedawczyni z rybnego już drugi raz napluła mi na trampki. 
Nawet listonosz przestał mi się odkłaniać. 
-Chamieje nam społeczeństwo. 
-No, to akurat to dobrze, bo z listonosza to był niewielki 
pożytek i tak tylko ciągle rachunki przynosił. Żeby chociaż 
jakaś kartka na urodziny z dobrym słowem, ale nieee! Wie 
babcia, kto mi w zaprzeszłym roku jako jedyny wysłał życzenia 
świąteczne? Komornik! A do tego, jucha, i tak ściągnął mi z 
konta ekstra siedemdziesiąt groszy na znaczek. Chce mi się 
wyć. Tak bardzo chciałbym wszystko pozmieniać, a jeżeli nie 
uda się wszystkiego to przynajmniej chociaż odrobinkę. 
Najmniejsza nawet. Ach... wpadłem w to życie jak w 
pajęczynę. Największym szczęściem będzie pewnie to, że 
zdechnę od tych przemoczonych nóg i hop, siup wysiudają 
mnie na cmentarz. Dobrze, że tam rano nie trzeba do roboty 
wstawać, no i sąsiedzi niekonfliktowi. Zawsze coś. 
Rysiu przysiadł na ziemi, skulił się i ukrył twarz w dłoniach. 
Babcie Olbrachtową aż coś za serce targnęło. 
-No nie płacz synek, bo mię się w piersi kraje. 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

26 

 
-Ja nie płaczę.- stęknął głucho w odpowiedzi Rysio.- Ja sobie 
tylko w duszy umieram. Tu już żadna rozpacz nie pomoże. O!- 
podniósł głowę- do tego padać zaczęło. I muzyka w oddali gra. 
Wesoło jest. 
Z nieba siąpiła mżawka, a w niedalekim śmietniku wył 
bezdomny pies. 
-Wszystkim się w życiu udaje, babciu, tylko nie mnie.- jęczał 
cicho Rysiu.- Inni zmieniaja Porsche na Ferrari, a ja zmieniam 
grypę na zapalenie płuc. Choćbym się bardzo starał i choćbym 
nie wiem co robił i tak na samym końcu ląduję jak świnia w 
błocie. Ileż można to błoto ryjem do przodu pchać? 
Wieczność? Trochę za długo jak dla mnie. Wie babcia, jakie 
jest moje najpiękniejsze wspomnienie?- Babcia nie wiedział, 
więc Rysiu ciągnął dalej- To było dwadzieścia lat temu, kiedy 
w pociągu relacji Kraków- Zakopane zemdlałem z zaduchu. 
Głową huknąłem w podłogę, aż krew po szybach poszła, 
dlatego konduktor pozwolił mi siedzieć w swoim przedziale, 
tylko łeb musiałem workiem na śmieci obwiązać, coby 
zagłówków nie uświnić. Ścisk był wtedy niesłychany, ludzie 
sobie na plecach siedzieli, z walizkami i wywalonymi ozorami 
za pociągiem po torach biegli, bo szpilki nie było gdzie włożyć 
a ja, jak panisko prawie że, w pierwszej klasie. Nawet papier 
toaletowy mieli w ichniej konduktorskiej toalecie. Mięciutki. Z 
wzrokiem. Ech te czasy. Tak dawno to było, tak dawno temu. 
Nawet odrobinka mi nie pozostała z tamtego szczęścia, chyba 
wtedy wykorzystałem już cały mój życiowy przydział. Teraz 
wszystko wszędzie zajęte. Gdzie bym nie poszedł- wszystko 
zajęte. W knajpie zajęte, w kiblu zajęte, u dentysty fotel na 
pół roku z góry zaanektowany, nigdzie nie ma miejsca. Nawet 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

27 

 
zimne serca kobiet są już zajęte, pełne małych kotków, 
piesków i facetów z reklamy Old Spice. 
Zmarznięty pies przytaknął Ryśkowi warknięciem. Długo, 
długo milczeli tak we trójkę: Rysiu, babcia Olbrachtowa i 
niepotrzebny nikomu kundel. I cała trójka wiedziała, że w 
życiu nie spotka ich już nic lepszego nad tę mżawkę, te 
przemoczone buty i ta pamięć pełną śmiertelnych 
wspomnień, tak niebezpiecznych jak ostra brzytwa w małpiej 
dłoni. 
Z oddali dobiegł słaby, ale wesoły dzwonek siedemnastki 
przejeżdżającej przez Kopernika. 
-To co? Dać te skarpety?- babcia Olbrachtowa pierwsza 
przebudziła się z zadumy. 
-Niech będzie, zasłużyłem na odrobinę luksusu. Najwyżej 
mnie z mieszkania wyciepią, a wtedy przyjdę tu do babci, 
zwinę się w kulkę pod ścianą i poczekamy sobie na śmierć. I 
tak nic lepszego nas nie czeka. Dajcie mnie babciu dwie pary.- 
Rysiu wstał ociężale. 
-Ino jakie? 
-Ino najtańsze. 
Rysiek wysupłał ostatnie pieniądze, te co to na bilet jeszcze 
miał, zmienił skarpety, starymi cisnął w kundla i powlókł się 
do domu. Wygłodniały pies wył mu na pożegnanie żałobnego 
marsza.  
Nie mógł zasnąć, ale to niczego nie zmieniało, bo nawet w 
snach nie czekało na niego nic dobrego. 
Rankiem w fabryce śrubek zapanowało niemałe zdziwienie, 
gdy zupełnie niespodziewanie zjawił się Benek z kinolem 
wielkości dojrzałej gruszki, kunsztownie obwiązanym 
bandażem. Kręcił się to tu, to tam, pojękując i krwawiąc spod 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

28 

 
opatrunku, lecz tak naprawdę kitrał się tylko po to, by 
przydybać Rysia samego w szatni. 
Ktoś (ale nie wiadomo co to był za śmierdziel) puścił parę, 
komu to kiero tak naprawdę zawdzięcza swój wielki nochal i 
L4 na siedem dni. 
Kiedy byli już sami, Benek sprał Ryśka po pysku, fachowo 
klepiąc go w dziąsła, na przemian prawą i lewą pięścią.  
 „Nic się nie zmienia. Ani na odrobinkę.- myślał smutno, 
podczas gdy kiero dawał upust swojej wściekłości. – Co nam 
po technologii, postępie i cywilizacji skoro od tysięcy lat wciąż 
bijemy się po mordach jak dzikusy.” 
Tymczasem w Benka wstąpiła zwierzęca furia, zawzięcie tłukł i 
tłukł ryśkowe ryło, aż spuchło i zfioletowiało. Rysio nawet się 
nie bronił. I tak nie czekało go w życiu nic lepszego nad te 
benkowe bęcki. 
 
 

KONIEC 

 

Sulzbach 
10.01.2017 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

29 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

30 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

31 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Helga von Klusken 

vonklusken.com 

32