background image

Uuk Quality Books

EDMUND NIZIURSKI

background image

OSOBLIWE PRZYPADKI CYMEONA

MAKSYMALNEGO

background image

SPIS TREŚCI:

1. KOŃ 

3

2. AGENDA, CZYLI MOJE WAŻNE SPRAWY 

9

3. GIGA 

14

4. KOŃ PO RAZ DRUGI 

20

5. JAK ZOSTAŁEM PUZONISTĄ 

26

6. SPISEK CYKANDERÓW 

36

7. STAWKA NA KONIA 

43

8. JAK UCIĄŁEM ŁEB KOŃSKIEJ SPRAWIE 

50

9. JAK TRZYMAĆ DWIE SROKI ZA OGON 

55

10. BIEG NA CZTERYSTA METRÓW 

60

11. O SZKODLIWOŚCI KIBICÓW, W RODZAJU TUBKI, SŁÓW KILKORO 

66

12. KŁOPOTY TRENERA MAMCA 

75

13. DRAMAT NA BIEŻNI 

82

14. ZWYCIĘZCY BYWAJĄ SMUTNI 

88

15. BIGOS DLA ZWYCIĘZCY 

96

16. PRZECHODZĘ PRZEZ STREFĘ MEDORA 

102

17.  DOSTAJĘ  W  ŁEB  ALBUMEM,  CZYLI  TRUDNOŚCI  ROZMOWY  SALONOWEJ  Z

GIGĄ 

108

18. TRAGICZNE PRELUDIUM DO IMIENIN GIGI 

114

19. WRACAM DO SPRAWY KRĘCENIA 

121

20. GŁOWA MNIE BOLI OD PRZYBYTKU, CZYLI ZA DUŻO GWIAZD 

127

21. PRETENSJE NELLI 

132

22. PIERWSZE EMOCJE I NIESPODZIANKI 

138

23. NOCNEJ AWANTURY CIĄG DALSZY 

145

24. WIELKA GAFA! 

151

25. SCENARIUSZE PRAWDZIWE I ZMYŚLONE 

156

26. EPILOG NA DESZCZU 

164

background image

1. KOŃ

To mi się zdarzyło od razu w nowej budzie. Od trzech dni, to jest od początku roku

szkolnego, chodzę do nowej budy, czyli do szkoły nr 3, z racji tego, że mieszkam na Zabuczu.

Prawie wszyscy z Zabucza zostali umieszczeni w tej okropnej budzie.

Szedłem  właśnie  do  gabinetu  lekarskiego  po  zwolnienie,  kiedy  ujrzałem  naszego

fizyka,  pana  Rogera,  zwanego  Rogerem  Fizycznym  w  odróżnieniu  od  jego  brata,  znanego

psychiatry w naszym mieście. Otóż Roger Fizyczny zbliżał się z przeciwnej strony niosąc na

ramieniu szklaną rurę od pompy próżniowej. Chciałem zejść mu z drogi, ale on od razu mnie

zatrzymał.

- No i cóż, spotykamy się znowu, Ogromski!

- Tak jest, proszę pana.

- Nie masz zbyt zachwyconej miny - zauważył.

- Chory jestem - jęknąłem, skurczyłem się i zgarbiłem, jak mogłem najżałośniej.

-  Uprzedzam  cię,  Ogromski  -  Roger  potrząsnął  groźnie  rurą  od  pompy  próżniowej  -

nie myśl sobie przypadkiem, że będziesz tu znów dryfował, korzystając z faktu, że nikt cię tu

jeszcze nie zna! Ja cię znam, Ogromski, to ci powinno wystarczyć.

- Wystarcza mi, proszę pana - zgodziłem się pokornie.

- Ech, gdybyś był mądry, Ogromski - westchnął Roger - to byś wykorzystał okazję.

- Jaką okazję? - nadstawiłem chciwie ucha.

-  Masz  szansę  zacząć  na  nowo,  to  jest  zupełnie  nowa  szkoła.  Jesteś  przesadzony  na

nowy grunt. W nowej szkole każdy jest jakby narodzony na nowo. Najważniejsze, żebyś się

poczuł nowo narodzony, Ogromski, bez żadnych starych obciążeń.

-  To  jest  myśl,  proszę  pana!  -  przytaknąłem  żywo.  -  Niczego  więcej  nie  pragnę,  jak

narodzić  się  na  nowo.  Tylko...  czy  to  jest  możliwe,  opinia  pójdzie  za  mną  -  jęknąłem

dramatycznie i pociągnąłem nosem, żeby wzruszyć Rogera.

Roger Fizyczny poprawił rurę na ramieniu i chrząknął:

- Nie pójdzie.

- Pan nic nie powie?

- Nie. Zresztą będziesz miał nowego wychowawcę.

- Kogo?

- Pana magistra Szykonia. Będzie zarazem was uczył polskiego...

- Więc nie pan dyrektor Biegunowicz?

background image

- Nie. Pan magister Szykoń. Ściągnięto go specjalnie z Urzędowa. Jest pełen zapału i

energii. Pamiętaj, Ogromski, to twoja wielka szansa. Zapamiętaj!

- Zapamiętam, proszę pana!

Roger Fizyczny odszedł, a ja stałem przez chwilę oszołomiony. Szykoń z Urzędowa!

Coś  takiego!  A  potem  przypomniałem  sobie,  że  ten  nowy  okularnik  z  B,  co  ograł  mnie  w

szachy,  ten  grubas,  którego  nazywają  Zezowaty  Dodo,  podobno  też  jest  z  Urzędowa.

Pobiegłem więc do Doda zasięgnąć bliższych informacji.

Dodo pokiwał głową.

- Jasne, że znam faceta. Będzie was uczyć Koń.

- Koń?!

- Dokładnie magister Szykoń, ale wszyscy nazywają go Koniem.

- Znasz go dobrze?

- Jasne. Uczył nas w Urzędowie.

- Co to za typ?

- Niesamowity.

- Okropny? Drętwy? Nerwowy? Złośliwy? - dopytywałem.

- On? Coś ty?! - żachnął się Dodo.

- No więc, jaki jest? - zdenerwowałem się.

- Koń? O, bracie, uważaj na Konia! On magluje...

- Magluje? W jakim sensie?

- Przewraca na drugą stronę, nicuje, on jest niebezpieczny. To znaczy, niebezpiecznie

logiczny, zabójczo prosty i zdradziecko rzeczowy, a raczej chciałem powiedzieć na odwrót, to

znaczy zdradziecko prosty i zabójczo rzeczowy, rozumiesz?

Skinąłem głową, ale szczerze mówiąc, miałem mętlik w głowie.

-  Muszę  mieć  jeszcze  dokładny  opis  postaci,  cechy  charakteru,  skłonności,

ewentualnie ułomności... - powiedziałem.

- Po co ci to?

- Koń jest moją szansą - odparłem - dlatego chcę dokładnie poznać Konia.

Dodo stropił się.

- Nie wiem, co ci powiedzieć... to jest skomplikowane... Musiałbym się zastanowić.

- Zastanowisz się później - powiedziałem - a teraz pokaż mi, jak on wygląda...

- Nie widzę go tutaj... Musiałbym go poszukać...

- Jak go znajdziesz, to mnie zawołaj, będę w poczekalni u lekarza szkolnego...

background image

-  Jesteś  chory?  -  Dodo  spojrzał  na  mnie  zaskoczony,  ale  ja  oddaliłem  się  szybko  i

zniknąłem w drzwiach gabinetu.

W  poczekalni  siedziało  dwu  pacjentów:  blady  jak  nać  piwniczna,  ciemnowłosy,

szczupły  i  nieco  niższy  ode  mnie  chłopczyna,  zupełnie  mi  nie  znany,  oraz  znany  mi  z

widzenia  niejaki  Hipek  z  czwartej,  jeden  z  licznych  Tubkowskich  zaludniających  naszą

szkołę.  Biedak  był  gnębiony  czkawką,  dlatego  wolałem  zająć  miejsce  przy  tym  obcym

chłopcu.

Z gabinetu wyszła Biała Niemiłosierna.

- Co ci jest? - zapytała.

- Mam mdłości i dreszcze - odpowiedziałem - prócz tego mam gniecenie, pieczenie i

wiercenie... i jeszcze mi się troi w oczach...

- Naprawdę ci się troi? - zapytała Biała Niemiłosierna.

-  No,  nie  wiem,  może  nawet  mi  się  czworzy  albo  pięciorzy.  Faktem  jest,  że  widzę

pięciu bliźniaków, jeden za drugim na krzesłach i wszyscy mają czkawkę.

-  Zmierzysz  sobie  gorączkę  -  powiedziała  Biała  Niemiłosierna.  Wsadziła  mi  pod

pachę termometr i wróciła do gabinetu.

Natychmiast  rozpocząłem  intensywne  mierzenie,  mając  na  uwadze  prawo  fizyczne,

które głosi, że przy tarciu wytwarza się ciepło.

Siedzący obok mnie koleś przyglądał się tym zabiegom z ciekawością i uśmiechnął się

do  mnie  przyjaźnie,  jak  mi  się  zdawało.  Postanowiłem  więc  zagaić,  żeby  skrócić  nudę

oczekiwań...

- Ty - odezwałem się - nie znam cię. Jesteś chyba nowy.

- Pierwszy dzień w waszej szkole - powiedział.

- I od razu gorączka? - mrugnąłem okiem.

- Gorzej - powiedział - uczulenie. Jestem na różne rzeczy uczulony. Dostałem właśnie

zastrzyk próbny i czekam na wynik próby...

- Znam to - mruknąłem - mój ojciec też jest uczulony. To się nazywa alergia. Jak się

nazywasz?

- Jacek - odparł. - A ty?

- Ja mam imię i nazwisko maksymalne - powiedziałem. - Nazywam się Maksymilian

Ogromski, ale tu wszyscy mówią na mnie Cymek.

Jacek uśmiechnął się, a potem jakby zastygł w tym uśmiechu i rozbawiony przyglądał

mi się nachalnie, aż mnie zaczęło to denerwować.

background image

- Co tak bez przerwy szczerzysz zęby? - warknąłem. - Wesoło ci? Jeszcze nie dostałeś

po  kulach,  ale  poczekaj,  dostaniesz  i  ty  za  swoje.  -  Wyjaśniłem  mu  dokładnie,  jakie

niebezpieczeństwa czyhają na niego ze strony Rogera Fizycznego, sióstr Burman od chemii i

biologii,  tudzież  Iwana  Groźnego  od  historii.  -  Lecz  najbardziej  uważaj  na  Konia!  -

zakończyłem.

- Na Konia? Jakiego Konia?! - zaniepokoił się.

Postanowiłem napędzić fąflowi trochę strachu.

-  To  nowy  magister  od  polskiego.  Niebezpieczny.  On  magluje,  a  prócz  tego  nicuje.

Jest przy tym zdradziecko logiczny.

- Jak to - zdradziecko? - wykrztusił Jacek. - Dlaczego?

-  Dlatego,  że  jest  zabójczo  rzeczowy  -  uciąłem  bez  namysłu.  -  To  chyba  zupełnie

proste.

- Taaak... zu - zupełnie.

- Widzę, że jesteś trochę zrażony do Konia, ale nie przejmuj się, damy sobie radę z

Koniem.

- Jak?

- Za bardzo jesteś ciekawy - uśmiechnąłem się z wyższością. - Ja sobie zawsze daję

radę - rzekłem wyciągając termometr. - Zobacz, czterdzieści stopni gorączki. Z taką gorączką

od razu dostanę zwolnienie co najmniej na trzy dni.

- Nie lubisz szkoły?

- To nie o to chodzi...

- A o co?

Chciałem  powiedzieć,  że  chodzi  o  film  i  o  Gigę,  ale  ugryzłem  się  w  język  i

powiedziałem tylko:

-  Chcę  nakręcić  film.  To  moja  pasja.  Akurat  jutro  będę  miał  kamerę,  bo  będę  mógł

pożyczyć od Cześka, bo to jest kamera brata Cześka i ten brat wyjedzie zdawać egzaminy...

-  Rozumiem  -  chrząknął  Jacek.  -  Czy...  czy  wszystkie  role  masz  obsadzone,  może  i

ja...

- Ty? - skrzywiłem się i spojrzałem na niego pogardliwie. - Owszem, potrzebuję kogoś

do roli sportowca, ale to musi być siłacz i biegacz...

- Ja jestem silny. - Jacek naprężył muskuły.

-  Zaraz  zobaczymy.  -  Podałem  mu  siłomierz  zawieszony  na  łańcuszku  przy  wadze

lekarskiej. - Naciśnij.

background image

Ścisnął, a ja spojrzałem zdumiony. Strzałka skoczyła aż na koniec skali.

- Dobry jesteś - powiedziałem. - Ile masz na czterysta metrów?

- Czasami schodzę poniżej pięćdziesięciu sekund.

Przyglądałem mu się uważnie.

- Nie wyglądasz na takiego zucha. Ty chyba jesteś przerośnięty i starszy ode mnie.

- Trochę - powiedział. - Więc jak, angażujesz mnie?

-  Moglibyśmy  założyć  zespół  filmowy...  ale  pamiętaj,  ja  będę  głównym  reżyserem  i

kierownikiem artystycznym.

- A mnie co zostawisz?

-  Ty  mógłbyś  grać,  no  i  pisać  scenariusze,  o  ile  masz  cierpliwość  i  umiesz  klecić

zdania...

- Spróbuję - powiedział Jacek.

- Podobasz mi się - oświadczyłem.

- Ty też mi się podobasz.

W tym momencie do poczekalni zajrzał zadyszany i jak mysz spocony Dodo.

- Cymek? Jesteś tu?! - rozglądał się po mrocznym pomieszczeniu. Potem zdjął okulary

i zaczął je przecierać nerwowo.

- O co chodzi? - zapytałem flegmatycznie.

- Uważaj - zasapał Dodo. - Koń się źle poczuł i miał tutaj przyjść... Lepiej pryskaj od

razu. - Włożył na nos okulary, spojrzał. - O rany! - wrzasnął nagle, złapał się za usta i wybiegł

przerażony.

Ja też poczułem się dziwnie słabo, chrząknąłem niepewnie:

- Wyjdę na chwilę - bąknąłem.

- Odchodzisz? - Jacek spojrzał na mnie z wyrzutem. - Już ci się nie podobam?

- Podobasz mi się - warknąłem.

- Miałeś mi zrobić gorączkę i pokazać, jak się ujeżdża Konia...

- Potem - wykrztusiłem cofając się do drzwi.

- No to zostaw przynajmniej termometr - powiedział Jacek.

-  Termometr?  A  prawda!  -  Dopiero  teraz  przypomniałem  sobie  o  termometrze.

Wsunąłem rękę pod pachę, ale termometru tam już nie było, poczułem natomiast, że gładki

przedmiot  łaskocząc  mnie  lekko  przesunął  mi  się  po  żebrach.  Nim  zdołałem  go  złapać,

wyleciał spod koszulki, stuknął o podłogę i roztrzaskał się na drobne kawałki.

Akurat w tym momencie w drzwiach gabinetu stanęła Biała Niemiłosierna.

background image

- Ogromski, do pani doktor! Gdzie twój termometr?

Przerażony dałem nura za drzwi.

- Ogromski, co ty wyrabiasz? - Biała Niemiłosierna wytrzeszczyła osłupiałe oczy.

- Niech siostra się nie przejmuje - usłyszałem jeszcze głos Jacka. - Zdaje się, że kolega

Ogromski jest już wyleczony.

To  była  oczywiście  lekka  przesada.  Dopiero  teraz  poczułem  prawdziwą  gorączkę  i

dreszcze, zakrztuszenie, zadławienie oraz ogólne zatkanie. Półprzytomny dopadłem w kącie

korytarza Zezowatego Doda.

- Ty łotrze - zasapałem - powiedz, że się pomyliłeś. To nie był Koń!

- To był Koń - jęknął Dodo.

- Taki mały?

- On ma metr sześćdziesiąt dwa.

-  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że  on  jest  nieletni!  Najważniejszej  rzeczy  mi  nie

powiedziałeś, że to jest nieletni Koń! Niedojrzały!

- On jest pełnoletni i dojrzały - powiedział Dodo. - On ma aż dwadzieścia cztery lata,

tylko tak młodo wygląda... on prowadzi sportowy tryb życia, może dlatego... gdybyś i ty...

-  Co  ty  mi  tu...  takie  rzeczy...  -  sapałem  z  wściekłością.  -  Przez  ciebie  jestem

skończony... skompromitowany, ośmieszony... Boże, co za wygłup, co za nieszczęście, co za

pech!  A  tak  się  układało  wszystko  dobrze...  Byłem  jak  nowo  narodzony,  zaczynałem  na

nowo! Koń był moją szansą i od razu podpadłem! Co teraz myśli o mnie Koń?

- Nie wyszło ci z Koniem, to fakt - pociągnął nosem Dodo - ale to dopiero trzeci dzień

szkoły. Masz jeszcze dwieście dziewięćdziesiąt z górą dni...

- Jakich dni!? - jęknąłem. - I co teraz zrobi ze mną Koń?!

- To właśnie będzie ciekawe. - Dodo przecierał okulary.

background image

2. AGENDA, CZYLI MOJE WAŻNE SPRAWY

Okropne dni. Żyję w ustawicznym napięciu jak skazaniec w oczekiwaniu na wyrok i

kryję się przed panem Szykoniem. Wiem, że lada chwila mogę zostać wezwany na zasadniczą

rozmowę  do  gabinetu  dyra.  Szykoń  na  pewno  pochwalił  się  dyrowi  Biegunowiczowi  albo

jego zastępcy, panu Rogerowi, jak zręcznie udało mu się mnie podejść w poczekalni gabinetu

lekarskiego,  jak  skłonił  mnie  do  niebezpiecznych  wynurzeń  i  wywnętrzeń.  To  fakt,  że

wyciągnął ze mnie różne tajemnice szkolne i opinie, które w żaden sposób nie powinny były

dostać  się  do  wiadomości  grona  nauczycielskiego  w  tej  formie.  Co  ja  mówię!  W  ogóle  nie

powinny  się  dostać  -  w  żadnej  formie!  Sytuacja  jest  beznadziejna.  Koń  nie  przebaczy  mi

nigdy,  że  śmiałem  go  wziąć  za  ucznia  i  potraktować  z  góry.  Właściwie  ogólny  ton  naszej

rozmowy był przyjazny, ale nie do przyjęcia dla przeciętnego pedagoga. Wprawdzie mogłem

wpaść jeszcze gorzej i nabijać się złośliwie z mizernego wyglądu Szykonia, nie zrobiłem tego

na  szczęście,  ale  i  tak  powiedziałem  co  najmniej  cztery  razy  za  dużo.  Tak,  nie  ma  się  co

łudzić, podpadłem Koniowi i jestem spalony w tej budzie.

A do tego te fatalne stosunki personalne w samej klasie! Nie mogłem wdepnąć gorzej.

Kiedy byłem Paskarzem i chodziłem do szkoły nr l, czyli do szkoły Jana Chryzostoma Paska,

my,  Paskarze,  darliśmy  ciągle  koty  z  Cykanderami,  to  znaczy  z  uczniami  szkoły  nr  2,  czyli

szkoły  Cypriana  Kamila  Norwida.  A  teraz  okazało  się  nagle,  że  prawie  cała  moja  klasa  w

nowej  budzie  -  to  właśnie  Cykanderzy.  Dziewcząt  się  nie  boję,  nawet  lubię  niektóre

Cykanderki, ale rzecz w tym, że w mojej klasie znalazł się największy, najgorszy, najbardziej

zawzięty  Cykander,  z  którym  nieraz  miałem  poważnie  na  pieńku,  niejaki  Klemens  Mężyk

czyli Męsio.

Od samego początku czuję w klasie ten opar niechęci, jaki mnie otacza. Na razie jest

to  opar  nieuchwytny.  Cykanderzy  nie  stawiają  się,  nie  zaczepiają  mnie,  nie  zauważają,

jakbym był dla nich powietrzem, ale ja wiem, że to cisza przed burzą. Opar nienawiści musi

się w końcu skroplić. I rozpęta się burza. Już teraz widzę, jak się zmawiają, jak szepczą po

kątach, jak milkną nagle, gdy się zbliżam. Nie ulega wątpliwości: knują. A ten najmniejszy,

niejaki Elek Gibas, syczy na mój widok. Muszę przyznać, że to syczenie Gibasa bardzo mnie

denerwuje.

Najgorsze, że jestem praktycznie sam jak mysz w kosmosie. Nie ma tu nikogo z mojej

zeszłorocznej  paczki.  Z  poprzedniej  budy  chodzą  tu  ze  mną  tylko  trzy  dziewczyny  i  dwu

chłopców,  ale  z  tymi  dziewczynami  miałem  w  zeszłym  roku  zadry,  a  ci  chłopcy...  Z  nich

background image

pociechy  nie  będzie.  Jeden  to  Tomek  Bulwa,  biedny,  wiecznie  zastraszony  kujon,  którego

wielki łeb pracuje na zwolnionych obrotach. Poczciwy nawet chłopczyna, ale w niczym nie

może pomóc. Tak, Bulwa się praktycznie nie liczy. Drugi koleś to Eugeniusz Tubkowski. W

jakim  stopniu  on  jest  eu  -  nie  sprawdziłem,  ale  że  jest  geniusz,  to  na  pewno.  Tubka  jest

przeciwieństwem Bulwy. Nie przejmuje się szkołą, wszystkie wiadomości ma w małym palcu

u  nogi.  Gdyby  chciał,  mógłby  chyba  zdawać  do  drugiej  klasy  liceum.  Na  przerwach  jest

niewidoczny. W dni pogodne i ciepłe spaceruje z godnością po ogrodzie szkolnym, samotnie

zazwyczaj,  czasem  tylko  w  towarzystwie  podobnych  mu  geniuszy  z  ósmej  klasy.  W  dni

deszczowe i chłodne zaszywa się w bibliotece albo też gromi w świetlicy najwytrawniejszych

szachistów w partiach symultanicznych, a może takich partii grać naraz dziesięć i przeważnie

wszystkie dziesięć wygrywa, czasem tylko remisuje. Co do mnie, utrzymuję z Tubkowskim

stosunki  poprawne,  ale  raczej  chłodne.  Nie  mamy  żadnych  wspólnych  zainteresowań  ani

interesów.  Tubkowski  jest  to  samowystarczalny  geniusz  szkolny.  Nawet  sojusz  obronny  ze

mną go nie interesuje. W razie potrzeby korzysta z ochrony swego starszego brata, zwanego

Ciężkim  Tubką.  Ten  mocno  zbudowany  brzydal  o  małych  oczkach  i  kwadratowej  twarzy

mimo pozorów niezaradności i ociężałości ma opinię niebezpiecznego faceta. Widziałem go

parę razy w akcji. Rzeczywiście jest skuteczny, wysportowany i szybki, przy lada okazji lubi

popisywać  się  swoją  siłą,  rozsadza  go  bowiem  energia.  Schwytanych  delikwentów  poddaje

mękom fizycznym i torturom. Wszyscy omijają go z daleka.

Oto jak wygląda w skrócie moja sytuacja - z jakiegokolwiek spojrzeć na nią punktu,

wygląda  okropnie.  Nic  tu  po  mnie  w  tej  klasie,  trzeba  wiać  stąd  póki  czas.  „Szczęściem

zostały  skrzydła  do  odlotu,  lećmy  i  nigdy  więcej  nie  zniżajmy  lotu”.  Tak  powiada  Adam

Mickiewicz i muszę się zastosować do tej rady.

Trzeba  przyznać,  że  ostatni  mój  lot  był  fatalnie  zaniżony.  Zupełnie  niegodny

Maksymiliana  Ogromskiego,  zwanego  Klawym  Cymkiem.  „Nie  dotrzymujesz  kroku,  synu  -

powiedział mój dobry ojciec - dałem ci ogromne nazwisko i wielkie, rzekłbym, maksymalne

imię,  a  ty  jakoś  nie  nadążasz,  nie  dotrzymujesz  kroku,  synu”.  Nie  da  się  temu  zaprzeczyć.

Byłem karłem. Pod wspaniałym imieniem i nazwiskiem kryła się nędza duchowa. I tak już od

roku...  od  roku  z  grubym  okładem.  Cud,  że  w  ogóle  przeszedłem  do  siódmej  klasy.  Chyba

tylko  dlatego,  że  wszyscy  zajęci  byli  reorganizacją,  siostry  Burman  chorowały  na  grypę

azjatycką,  a  pan  Roger  gotował  się  do  objęcia  nowego  stanowiska  w  nowo  zbudowanej

szkole,  biegał  po  mieście  trzykroć  bardziej  zaaferowany  niż  zwykle  i  trzykroć  rzadziej

pojawiał się na lekcjach...

background image

Tak jest, fatalnie nisko latałem, a parę dni temu na dodatek miałem przykry falstart.

Grunt to dobrze wystartować do następnego etapu, a ja wystartowałem nierozważnie, można

by  rzec  nieroztropnie  czy  raczej  -  delikatnie  mówiąc  -  nieco  niefortunnie,  by  nie  rzec

niemoralnie: wprost od próby oszustwa. Po prostu nie zastanawiałem się wiele.

Zabrałem  się  do  rzeczy  jak  narwany  Fredzio  -  łapu  -  capu,  po  bałaganiarsku.  Bo  w

ogóle jestem bałaganiarz nie z tej ziemi i żyję bez planu, a tu trzeba z ołówkiem w ręku jak

wujek  Ciołkosz,  który  jest  planistą  Miejskiego  Zakładu  Pogrzebowego.  Wujek  twierdzi,  że

podstawą  dynamicznego  rozwoju  jego  przedsiębiorstwa  jest  gospodarka  planowa.  A  ojciec

mówi, że u nich w wodociągach dlatego jest niskie ciśnienie, bo nie wstawili do planu. Jak

się nie wstawi do planu, to przepadło. Dlatego ja też muszę wstawić do planu pewne rzeczy,

skoro  chcę  na  serio  zmienić  moje  życie.  To  prawda,  że  podpadłem  Koniowi  i  że  jestem

spalony  w  budzie  nr  3;  jestem  spalony,  ale  nie  zniszczony.  Nic  nie  jest  jeszcze  stracone  w

życiu,  skoro  można  wystartować  na  nowo.  Pomyślałem  sobie,  co  mówił  Roger  Fizyczny  o

mojej szansie. W nowej szkole będę miał nową szansę. Gdyby tak udało mi się przenieść do

takiej  szkoły,  gdzie  mnie  jeszcze  nie  znają  -  na  przykład  do  Cykanderów.  Tam  mógłbym

startować od nowa, no i, rzecz jasna, planowo.

Przemyślawszy  te  rzeczy  pobiegłem  natychmiast  do  sklepu  papierniczego  w  rynku  i

kupiłem oprawny w żółte płótno wielki kalendarz - notes z wytłoczonym napisem:

AGENDA

rok 1973/74”

Następnie w domu po krótkim namyśle zapisałem tam moje najważniejsze sprawy do

załatwienia w bieżącym sezonie szkolnym:

1. Sprawa nagła - emigracja. Konieczna zmiana klimatu - przenieść się do szkoły C.

K. Norwida i zostać Cykanderem (niestety!).

2. Nakręcić film (co najmniej średniometrażowy). Termin: 31 grudnia 1973 r. (potem

nie będzie kamery - brat Cześka przenosi się na stałe do Warszawy i zabiera sprzęt z sobą).

3.  Zejść  poniżej  50  sekund  na  400  metrów.  Wymazać  ten  kompromitujący  czas  z

tabeli moich wyników! Termin: 30 listopada (potem będzie za zimno).

4.  Zdobyć  3000  zł  na  kamerę  i  sprzęt  turystyczny  (uskładać?  zarobić?  wygrać?).

Termin: do końca roku szkolnego.

Przebiegłem jeszcze raz wszystkie punkty uważnym wzrokiem, stwierdziłem, że to są

background image

moje  najważniejsze  sprawy  i  że  więcej  nie  mam.  Ponadto  stwierdziłem,  że  są  to  wszystkie

sprawy niesłychanie trudne, postanowiłem jednak nie zrażać się trudnościami i natychmiast

energicznie przystąpić do realizacji poszczególnych zadań.

Najpierw  zmiana  klimatu.  W  tym  celu  odbyłem  rozmowę  z  ojcem  i  zażądałem

stanowczo,  by  przeniósł  mnie  do  szkoły  C.  K.  Norwida.  Niestety,  natrafiłem  na  równie

stanowczy  opór.  Ojciec  był  zdania,  że  nie  powinienem  się  nigdzie  przenosić,  że  szkoła,  do

której  obecnie  chodzę,  jest  pod  każdym  względem  idealna  i  wytoczył  argumenty

geograficzne,  polityczne,  socjologiczne  i  okulistyczne.  „Szkoła  nr  3  jest  najbliższa  -  tylko

pięć minut do domu” - powiedział (argument geograficzny); „będzie lepiej, jak tu zostaniesz,

bo tu cię jeszcze nie znają” (argument polityczny, oczywiście najzupełniej fałszywy - biedny

ojciec nie wie, że i tu zdążyli mnie już poznać, zwłaszcza gruntownie poznał mnie Szykoń);

„szkoła jest w spokojnej dzielnicy, nie będziesz przechodził przez Śródmieście, nie będziesz

narażony na pokusy i na kontakty z elementami zepsutymi” (argument socjologiczny); „będę

cię  miał  na  oku”  (ojciec  chciał  przez  to  powiedzieć,  że  z  wysokości  swojej  wieży  ciśnień

może mnie mieć w polu swojego widzenia - argument okulistyczny).

Wobec wielkości i ciężaru gatunkowego tych różnorakich argumentów zrozumiałem,

że  dalsza  dyskusja  jest  bezcelowa  i  od  razu  zwróciłem  się  do  instancji  wyższej,  to  jest  do

mojej  dobrej  mamy,  przedstawiając  szczerze,  acz  w  przejaskrawionych  kolorach,  moją

sytuację w szkole i aktualny stan rzeczy. Mama bardzo się zmartwiła tym aktualnym stanem

rzeczy,  powiedziała,  że  to  zupełnie  fatalne,  bo  zdążyła  się  już  zaprzyjaźnić  z  nowymi

koleżankami...

- Mama? Z koleżankami? - zdziwiłem się.

- Z koleżankami z Komitetu Rodzicielskiego - wyjaśniła spokojnie mama - z przemiłą

panią  Dodońską  (to  matka  Zezowatego  Doda),  z  przezacną  panią  Tubkowską  (to  matka

wszystkich Tubków) oraz z uroczą panią Gafoniową (chwilowo nie znam tej pani).

Ponadto  mama  oświadczyła,  że  zaangażowała  się  w  planową  pracę  Komitetu

Rodzicielskiego i wyraziła nadzieję, iż nie będę jej psuł tej pracy i tych przyjaźni.

- Czy... czy mama zaangażowała się daleko? - zapytałem ponuro.

- Całym sercem i kieszenią - odparła mama. Wyjęła z torebki chusteczkę i otarła oczy.

- Kieszenią czy torebką? - zapytałem rzeczowo, wiedząc, że kieszenie mamy są raczej

puste, w przeciwieństwie do torebki.

- Torebką - wyznała cicho mama.

- Pewnie mama pośpieszyła się niepotrzebnie i zapłaciła składki za cały rok.

background image

- Gorzej - powiedziała mama - ja wzięłam...

- Wzięła mama? - zaniepokoiłem się. - Co mama wzięła?

- Zaliczkę z Komitetu a conto mojego wynagrodzenia.

- Jakiego wynagrodzenia?

-  Ach,  przecież  ty  jeszcze  nic  nie  wiesz!  -  powiedziała  mama.  -  Zapomniałam  ci

powiedzieć, że zgodziłam się prowadzić kuchnię i stołówkę w waszej szkole!

- Ładne rzeczy - jęknąłem. - Musi mama teraz zwrócić tę zaliczkę!

- To byłoby... raczej trudne - chrząknęła mama. - Mamy takie potrzeby i wydatki... a

twój  ojciec,  wiesz  ile  on  zarabia  w  tych  wodociągach,  więc  za  tę  zaliczkę  kupiłam  już

komplet rondli... zawsze marzyłam o rondlach...

- Więc z powodu rondli będę musiał zostać w tej budzie z Koniem?!

-  Przebacz  mi  -  powiedziała  mama  -  tak  mi  przykro,  że  musisz  przeze  mnie  z  tym

Koniem...  ale  gdybyś  się  przeniósł,  straciłabym  funkcję  w  Komitecie,  no  i  ta  zaliczka...

rozumiesz sam - łzy pojawiły się w oczach mamy. - Może za parę miesięcy...

Żal mi się jej zrobiło. To prawda, całe życie marzyła o komplecie nowych, lśniących

rondli... Pocałowałem ją i oświadczyłem:

- Niech się mama nie martwi... jakoś dam sobie radę.

A potem wyciągnąłem moją agendę i z ciężkim sercem przy punkcie l (sprawa nagła -

emigracja - konieczna zmiana klimatu) dopisałem: na razie niemożliwe z powodu rondli.

background image

3. GIGA

To  zdarzyło  się  akurat  wtedy,  kiedy  straciłem  nadzieję,  że  przeniosą  mnie  do

Cykanderów i będę mógł w nowej budzie wystartować na nowo. Tego samego dnia, zaraz po

owej decydującej rozmowie z mamą, nie czując się zdolny do pracy umysłowej udałem się na

boisko,  aby  się  trochę  odprężyć.  Pomyślałem,  że  skoro  nie  mogę  załatwić  sprawy

zanotowanej w punkcie pierwszym, to może uda mi się przynajmniej załatwić sprawę nr 3 z

mojej nieszczęsnej agendy, poćwiczyć biegi średniodystansowe, a kto wie, może zejść nawet

poniżej  pięćdziesięciu  sekund  na  czterysta  metrów,  bo  cały  byłem  napęczniały  złością,  a

podobno złość czasem dodaje siły...

Niestety,  nie  ćwiczyłem  zbyt  długo,  bo  okazało  się,  że  tegoż  popołudnia  ma  się

rozpocząć  turniej  międzyszkolny  siatkówki  i  wypędzono  nas  z  boiska.  Nie  miałem  nic  do

roboty, więc zacząłem przyglądać się występom siatkarzy. I wtedy właśnie zobaczyłem Gigę.

Nie  widziałem  jej  parę  miesięcy  i  stwierdziłem,  że  czas  działa  na  korzyść  Gigi.  Opalona,

tryskająca  zdrowiem,  jej  niesamowicie  jasne  włosy  wydawały  się  jeszcze  jaśniejsze  niż

przedtem  na  tle  ogorzałego  ciała.  Chciałem  podejść  do  niej,  ale  była  w  jakimś  obcym

towarzystwie.  Obserwowałem  ją  za  to  przez  cały  mecz,  nie  spuszczałem  jej  z  oka.

Następnego  dnia  znów  przyszedłem  i  znów  zamiast  na  dzielnych  siatkarzy  i  siatkarki

patrzyłem na Gigę. To spadło na mnie nagle. Byłem odurzony.

Wieczorem  wyciągnąłem  agendę  i  po  namyśle  dopisałem  na  końcu  ważnych  spraw

sprawę szóstą. Krótko. Po prostu nr 6 - Giga.

Jedno tylko uświadomiłem sobie jasno. Że to jest bardzo trudna sprawa. I nikt mi w

tym nie pomoże... Toteż zdziwiłem się bardzo, gdy nazajutrz po kolejnym meczu podszedł do

mnie znany cyklista Józef Mleczko z klasy ósmej, zwany także Włochaczem, i powiedział bez

ogródek:

- Tobie podoba się Giga.

Myślałem zrazu, że to ordynarna zaczepka albo że facet chce się nabijać ze mnie, jak

to  bywa  w  zwyczaju  niektórych  smarkaczy,  ale  omszała  twarz  Włochacza  była  zupełnie

poważna.

- Tobie podoba się Giga - powtórzył.

- To co z tego? - zapytałem.

- Giga jest moją siostrą - oświadczył.

- Bredzisz. Ona nie nazywa się Mleczko.

background image

- Giga jest moją cioteczną siostrą - powtórzył nie zmieszany Włochacz.

- Dobra, ale ja wciąż nie rozumiem, co z tego - powiedziałem.

-  Potrzebuję  dętki  -  oświadczył  cyklista  -  mogę  poznać  cię  z  Gigą,  ale  potrzebuję

dętki.

- Rozumiem - spojrzałem na niego z pogardą - proponujesz mi interes. Raczej brudny.

- To jest czysty interes - powiedział Mleczko. - No więc?

- Myślisz, że sam nie potrafiłbym się przedstawić Gidze? - Wzruszyłem ramionami. -

Zresztą my się już znamy.

- Nie zauważyłem, żeby cię uwielbiała.

Zaczerwieniłem się.

- Nie zależy mi na tym - mruknąłem nieszczerze.

Mleczko przyglądał mi się uważnie przez chwilę, pieszcząc sobie mech na twarzy.

- Słuchaj, Giga może chodzić do tej samej szkoły co my... - powiedział wreszcie.

Milczałem.

- Giga może chodzić do tej samej klasy co ty, razem z tobą - oświadczył Mleczko.

-  Ty  nie  wiesz,  dlaczego  przyglądałem  się  Gidze  -  odchrząknąłem  starając  się

opanować zmieszanie. - Giga jest mi potrzebna do filmu. Kręcę film... Ona ma twarz aktorki.

- Masz w klasie osiemnaście dziewczyn i każda jest przekonana, że ma twarz aktorki -

zadrwił Mleczko.

- Och, nie chodzi mi o pierwszą lepszą aktorkę - zdenerwowałem się. - Ty tego nie

rozumiesz, Włochacz, nie jesteś twórcą. W umyśle reżysera powstaje idealny obraz postaci i

reżyser  zaczyna  się  rozglądać,  szukać  kogoś,  kto  najlepiej  pasuje  do  tego  obrazu,

przymierzać... Więc ja też... rozumiesz chyba...

- Rozumiem. Ty też zacząłeś przymierzać i okazało się, że do twojego filmu pasuje

akurat Giga.

- Właśnie.

-  Zdarza  się  -  powiedział  Mleczko.  -  A  może  obraz  Gigi  dręczył  cię  jeszcze  przed

scenariuszem, zanim pomyślałeś o filmie?

Chrząknąłem niewyraźnie.

- Nie masz się czego krępować - powiedział Mleczko. - I to się zdarza. Czasem dla

jednej aktorki reżyser wymyśla cały film! A zresztą to nieważne. Skoro ci jest obojętne, gdzie

Giga będzie chodziła, do tej czy innej budy... - Obrócił się na pięcie.

-  Zaczekaj  -  powstrzymałem  go  nagle  -  to...  to  nie  jest  mi  obojętne...  rozumiesz...

background image

skoro ten film... to lepiej, jak będę miał aktorów pod ręką i jak Giga będzie chodzić do naszej

szkoły...

-  Tak  myślałem  -  powiedział  Mleczko  -  ale  ja  pilnie  potrzebuję  dętki,  a  do  tego

chciałbym wypożyczyć wyposażenie obozowe... W niedzielę mamy biwak, przedtem przegląd

sprzętu... więc gdybyś mógł mi zorganizować przynajmniej plecak i koc, to ja bym...

- Właśnie, jestem ciekaw, co ty byś potrafił w zamian? - zapytałem ostro.

- Potrafiłbym sprowadzić Gigę do twojej szkoły.

- Jak?

- Zamieniłbym się z nią na miejsca. Ja bym poszedł na jej miejsce do Cykanderów, a

ona na moje miejsce przyszłaby tutaj...

- Myślisz, że zgodziłaby się? - zapytałem nieufnie.

- Moja w tym głowa - uśmiechnął się Mleczko - zresztą dla Gigi byłoby wygodniej,

mieszka przecież na Zabuczu. Zastanów się. Jutro mi dasz odpowiedź w szkole.

Przez  resztę  dnia  biłem  się  z  myślami.  Czułem,  że  nie  powinienem  zawierać  tej

umowy, coś w niej było przykrego i niegodnego, czułem, że nie powinienem wplątywać w to

Gigi, a jednak pokusa była zbyt silna. Następnego dnia poszedłem do Włochacza i przyjąłem

jego warunki; oprócz dętki, koca i plecaka wycyganił jeszcze ode mnie aparat fotograficzny

„Druh” - oczywiście wszystko to miała być pożyczka (z wyjątkiem dętki).

- Kiedy załatwisz tę sprawę? - zapytałem.

- To się da zrobić za trzy dni - powiedział - dokładnie w czwartek.

Miotany  na  przemian  nadzieją  i  niepewnością  oczekiwałem  niecierpliwie  czwartku.

Lecz  nadzieja  opuszczała  mnie  stopniowo.  W  czwartek  rano  obudziłem  się  z

przeświadczeniem,  że  byłem  beznadziejnie  naiwny  godząc  się  na  podobną  transakcję  i  że

Włochacz zrobił mnie w konia.

A jednak...

Nie chciałem wierzyć własnym oczom. Gdy w czwartek rano pojawiłem się w szkole,

zastałem tam już Gigę, a Mleczko zgodnie z umową „wybył”. Zupełnie niesamowita historia!

Włochacz musi mieć jakiś tajemny wpływ na Gigę. Patrzyłem na nią jak urzeczony, niestety,

nie mogłem podejść bliżej, bo otaczała ją chyba z setka koleżanek, a potem z sali biologicznej

wyszła pani Burman i zaraz zabrała Gigę do siebie...

Przez  całą  pierwszą  lekcję  zastanawiałem  się,  jaki  zrobić  następny  krok,  jak

przypomnieć się Gidze, jak zagaić rozmowę. Na razie nie pojawiła się w naszej klasie. A więc

chyba będzie chodzić do B. To utrudnia sprawę, ale z drugiej strony... I nagle uświadomiłem

background image

sobie,  że  wcale  nie  chciałbym,  aby  Giga  chodziła  do  mojej  klasy.  Chciałbym,  żeby  była  w

mojej szkole, ale nie w mojej klasie. I to mnie bardzo zdziwiło. Będę musiał się zastanowić,

dlaczego nie chciałbym, żeby Giga chodziła do tej samej klasy, co ja.

Ostatecznie  postanowiłem,  że  zaraz  na  następnej  przerwie  zastrzelę  ją  bezpośrednią

propozycją filmową. Coś w tym rodzaju: „Giga, organizuję kółko filmowe...” Nie, to brzmi

drętwo, lepiej powiedzieć: „Organizuję zespół filmowy, chcę, żebyś zagrała jakąś fajną rolę w

naszym filmie...” Tak będzie dobrze, tak powinienem powiedzieć.

Gdy jednak wyszedłem na przerwę, okazało się, że do Gigi znów nie ma dostępu. Co

gorsza,  stwierdziłem  rzecz  niesmaczną  w  najwyższym  stopniu  -  ten  goryl  Ciężki  Tubka

spacerował  po  korytarzu  z  Gigą!  Łobuz  starał  się  być  na  poziomie,  kroczył  napuszony  z

godnością,  a  koło  niego  Giga,  wywołując  zrozumiałe  poruszenie  i  rozliczne  komentarze  w

całej szkole, a zwłaszcza u jej byłych kolegów Cykanderów. Co mnie najbardziej raniło, to

zachowanie samej Gigi. Wyraźnie dobrze się czuła w towarzystwie tego goryla Tubki, a jej

śmiech perlisty i beztroski dźwięczał obraźliwie w moich uszach.

Tak  było  przez  dwa  dni.  Trzeciego  dnia  Giga  nagle  nie  przyszła.  Zniknęła  „jak  sen

jaki  złoty”,  równie  nagle,  jak  się  pojawiła.  Pokazał  się  za  to  z  powrotem  Józef  Mleczko.

Blady, o twarzy wybitnie naznaczonej cierpieniem, w towarzystwie wzburzonego ojca.

I wtedy dowiedziałem się prawdy. Wyszło na jaw straszne oszustwo Józka Mleczki.

Oszust  od  dawna  planował  skok  do  Warszawy,  lecz  rower  mu  nawalił,  potrzebował  nowej

dętki, a do tego ekwipunku. W tym czasie spotkał mnie na turnieju siatkówki i zauważył, że

interesuję  się  Gigą.  Uknuł  więc  w  swojej  czaszce  pewien  plan.  Zupełnie  zresztą  prosty.

Wiedział, że Giga jako filar naukowych kółek międzyszkolnych zaofiarowała wraz z aktywem

naukowym swoją pomoc siostrom Burman przy urządzaniu pracowni w nowej szkole i że z

tej racji została na dwa dni, na czwartek i piątek, oddelegowana do naszej budy. Komuś, kto

patrzył  z  zewnątrz  i  kto  nie  znał  sprawy,  mogło  się  wydawać,  że  Giga  została  zwyczajnie

przeniesiona i że odtąd już będzie stale chodzić do szkoły nr 3!

Bystry  Włochacz  od  razu  zorientował  się,  jaką  to  daje  mu  szanse  i  postanowił

wykorzystać  tę  okazję  do  swojego  małego  oszustwa.  Wmówił  we  mnie,  że  potrafi  załatwić

przeniesienie  Gigi  do  naszej  szkoły  w  drodze  zamiany  miejsc,  to  znaczy,  że  on  pójdzie  na

miejsce Gigi do Cykanderów, a Giga zajmie jego miejsce w naszej szkole i na to konto udało

mu  się  wyłudzić  ode  mnie  dętkę  i  ekwipunek...  Byłem  wtedy  zaślepiony,  odurzony  i

półprzytomny. Brałem wszystko za dobrą monetę. Zawarłem więc transakcję, Giga zjawiła się

w  szkole,  a  tegoż  samego  dnia  Mleczko  wyruszył  triumfalnie  w  swoją  podróż.  Jak  potem

background image

wyjaśnił, pragnął naocznie sprawdzić stan robót i postępy przy budowie Zamku Królewskiego

oraz  przeprowadzić  inspekcję  Trasy  Łazienkowskiej  i  uchwycić  moment  „spinania  przęseł

mostu”. Wycieczka miała być rowerowa i póki jechał rowerem, wszystko było w porządku.

Niestety,  na  czterdziestym  czwartym  kilometrze  zaczęły  go  boleć  nogi  i  zdecydował  się

zmienić środek lokomocji, innymi słowy dalszy ciąg podróży odbyć „za jeden uśmiech”, czyli

autostopem.  By  wytłumaczyć  swój  dziwny  ekwipunek  i  obecność  na  szosie,  opowiadał

kierowcom ciężarówki bajeczkę, że wiezie harcerski meldunek w sprawie alertu do Kwatery

Głównej.  Udawało  się  nadspodziewanie  dobrze.  Drugiego  dnia  rano  już  dojeżdżał  do

Warszawy. A jednak na samym końcu miał pecha. Ostatni kierowca, były harcerz, nie tylko

odstawił go do Warszawy, ale był w dodatku tak uczynny, że postanowił zawieźć biednego

Mleczkę do samej Kwatery Głównej. Na próżno Włochacz wił się i wykręcał, kierowca był

uparty i asystował mu osobiście aż do gabinetu samego Druha Naczelnika.

Tu  dopiero  się  wszystko  wydało.  Jeszcze  tego  samego  dnia  Józek  musiał  wrócić  do

domu pod eskortą...

Oczywiście  oberwał  ode  mnie  za  to  ohydne  oszustwo.  Niestety,  nie  od  razu.  Gdy

chciałem  mu  sprawić  doraźne  manto,  zagroził,  że  opowie  wszystko  o  mnie  i  o  Gidze  i  jak

mnie  nabrał  chytrze...  Że  jemu  i  tak  nic  już  nie  zaszkodzi.  Ohydny  szantażysta!  Musiałem

opuścić  bezsilnie  pięści.  Miał  rację,  jemu  nie  mogłoby  zaszkodzić,  ale  mnie  zaszkodziłoby

mocno i Gigę wzięto by na języki...

Nie  mam  więc  nawet  tej  satysfakcji,  że  dałem  Włochaczowi  po  gębie...  Jedyna

pociecha,  że  inni  po  odejściu  Gigi  też  czują  się  jakby  oszukani...  Bractwo  włóczy  się

osowiałe... A goryl Tubka popadł w ogromne rozdrażnienie i bez powodu zaczął „turbować”

Cykanderów.  Wszelka  nieprawość  mnie  oburza,  toteż  interweniowałem  u  Geniusza

Tubkowskiego, a Geniusz Tubkowski pośpieszył od razu na miejsce i zdołał uśmierzyć gniew

ciężkiego brata. Uwolnieni z opresji Cykanderzy, rzecz jasna, nie podziękowali ani słowem,

to  nie  leży  w  ich  stylu,  łypali  natomiast  na  mnie  bardzo  zdumionym  okiem,  w  którym

migotało  coś  na  kształt  wdzięczności.  Faktem  jest  również,  że  przestali  tego  dnia  knuć  po

kątach, a ten okropny Gibas przestał syczeć na mój widok.

A na następnej przerwie sam przeżyłem z kolei coś na kształt zdumienia. Zbliżył się

do mnie znienacka nie kto inny, lecz Męsio, najgorszy z Cykanderów, i zagaił:

- Podobno chcesz prysnąć z tej budy.

- Tak - odparłem coraz bardziej zaskoczony.

- Nie przeniosą cię.

background image

- Dlaczego?

- Nie myśl, że jeśli cię tu wsadzili, to dlatego, że jesteś z Zabucza. Ci ze szkoły nr l

chcieli się pozbyć kłopotu i dlatego tu cię wsadzili. Jesteś źle notowany - powiedział nie bez

satysfakcji.  -  Ja  też  -  dodał  z  diabelskim  uśmiechem.  -  Dlatego  musimy  się  tutaj  smażyć

razem,  no  więc,  jak  ten  sam  los  nas  spotkał,  to  przynajmniej  trzymajmy  się  razem...  -

wyciągnął do mnie kanciastą, niezbyt czystą rękę.

background image

4. KOŃ PO RAZ DRUGI

Od  czasu  tej  historii  z  Gigą  moje  stosunki  z  Cykanderami  bardzo  się  poprawiły.

Najbardziej mi ulżyło, że mały Gibas przestał syczeć na mój widok i choć upłynął już tydzień,

nie wraca do syczenia. A przecież miałby powód, stwierdziłem bowiem, że jest zazdrosny o

Męsia.  Faktem  jest,  że  Męsio  okazuje  mi  specjalne  względy,  raz  po  raz  zagaduje  do  mnie,

dzisiaj nawet próbował mnie poczęstować papierosem w kiblu, ale odmówiłem.

Kto wie, czy wskutek tych działań nie stałbym się po pewnym czasie Cykanderem...

Bardzo możliwe, gdyby... gdyby nie rozpętała się znów ta heca z Koniem. Koń stanął między

nami i okazało się, że ja i Cykanderzy mamy różne poglądy.

Kwestia, kto nas będzie uczył polskiego, wciąż jeszcze nie była wyjaśniona. Nadal na

lekcjach ojczystego języka zbijaliśmy bąki; w dni pochmurne graliśmy w klasie w szewca i w

inne  gry  mniej  lub  bardziej  towarzyskie,  a  Męsio,  znany  talent  graficzny,  wprawiał  się  w

rysowaniu karykatur osobistości szkolnych na tablicy; w dni słoneczne wygrzewaliśmy się w

łagodnym  wrześniowym  słonku  na  dworze,  pod  oknami  naszej  klasy  i  prowadziliśmy

dyskusje  na  różne  tematy,  między  innymi,  co  może  oznaczać  taka  przedłużająca  się  laba.

Męsio był optymistą i z tej przedłużającej się laby wyciągał nader pocieszające wnioski.

-  To  dobry  znak,  panowie  -  mówił  -  być  może  nasza  klasa  jest  fatalna,  być  może

spędzono tu nas, aby poddać specjalnym zabiegom, być może jesteśmy „chłopcami do bicia”,

ale  przynajmniej  pod  jednym  względem  trafiliśmy  w  dziesiątkę:  sam  Biegus  w  chwale  nóg

swoich - dyrektorska osoba - będzie naszym wychowawcą i polonistą.

W  tym  miejscu  Męsio  przymykał  oczy  i  wystawiając  poszarzałą  twarz  na  słońce,

oddawał się przyjemnym marzeniom.

- Ty, Cymek, nie wiesz, kto to jest Biegus! Nie ma lepszego goga pod słońcem i mózg

elektronowy  go  nie  wymyśli!  My  znamy  go  jeszcze  z  tamtej  budy...  Biegus  już  wtedy  był

zalatany. Musisz wiedzieć, że on jest męczennikiem prac społecznych. Nic w naszym mieście

nie  obejdzie  się  bez  Biegusa.  On  organizuje,  rozkręca,  rozwija  i  popycha.  I  stale  biega

zadyszany,  bo  na  normalny  chód  dawno  już  nie  ma  czasu.  Nie  ma  też  czasu  na  normalne

lekcje. W zeszłym roku nie wiem, czy mieliśmy z nim dziesięć... no powiedzmy, dwadzieścia

takich  lekcji...  Rozumiesz  więc,  że  teraz,  kiedy  jeszcze  został  dyrektorem...  Tak,  bracie,

będziemy z nim mieli dolce vita, a w dodatku nikt na nas złego słowa nie powie... wiadomo,

dyrektorska klasa, pod osobistą opieką Biegusa będziemy - włos nam z głowy nie spadnie.

-  Nie  wiadomo  jeszcze,  czy  to  on  weźmie  naszą  klasę  -  miałem  wątpliwości.  -  To

background image

wcale nie jest pewne...

-  Wiadomo  i  to  jest  pewne  -  twierdził  Męsio.  -  To  wynika  z  logiki.  Sprawdziłem.

Wszyscy  nauczyciele  mają  już  pełny  wymiar  godzin.  Z  wyjątkiem  naszej  klasy  wszystkie

godziny polskiego zostały obsadzone. Kto więc został dla nas? Tylko jeden Biegus w chwale

nóg swoich.

- Został jeszcze Koń - zauważyłem spokojnie.

- Koń?

- Magister Szykoń.

- Ten mały? - Męsio skrzywił się lekceważąco.

-  Napoleon  też  był  mały  i  parę  innych  znakomitości,  a  narobili  dużo  zamieszania  w

historii. Mali bywają niebezpieczni - powiedziałem.

- Wiesz coś o nim? - Męsio spojrzał na mnie badawczo.

-  Nie,  skąd...  ja  tylko  tak  sobie  -  przeczyłem  nieszczerze.  Bałem  się  przyznać  do

znajomości z Koniem, żeby nie wyszła na jaw ta kompromitująca mnie historia w poczekalni

lekarskiej.  Męsio  w  żaden  sposób  nie  może  się  dowiedzieć,  jak  bardzo  się  wtedy

ośmieszyłem.

Od  tej  rozmowy  upłynęło  parę  dni  i  w  końcu  ja  sam  zacząłem  żywić  nieśmiałą

nadzieję, że ominie mnie wątpliwa przyjemność „końskich lekcji”. Kto wie nawet - myślałem

- czy to ja sam nie zniechęciłem go wtedy... Nagadałem mu przecież tyle strasznych rzeczy o

naszej klasie, że mógł się spłoszyć... Bardzo możliwe... Może nie chciał mieć do czynienia z

takimi typami jak ja... łobuzami i leniami, a co gorsza - oszustami. Tak, ta rozmowa mogła

mieć poważne znaczenie. Po prostu przestraszyłem Konia. Przestraszyć Konia to duża frajda i

satysfakcja.  Pomyślałem  więc  z  kolei,  czy  nie  warto  by  było  pochwalić  się  tym  przed

Męsiem... Na szczęście nie zdążyłem, bo wybuchła bomba...

Bomba  wybuchła  dokładnie  w  poniedziałek  siedemnastego  września  o  godzinie

dziewiątej minut czterdzieści. Mieliśmy zresztą szczególnego pecha. Tego dnia przed lekcją

polskiego  zabawialiśmy  się  rysowaniem  koni  na  tablicy.  Było  tam  ich  całe  mnóstwo:

galopujące konie, kłusujące konie, konie stające dęba i różne końskie pyski - koni śmiejących

się,  szczerzących  zęby,  ziewających...  Najbardziej  udał  się  jednak  koń  Męsia  -  był  to

wspaniały koń sportowy, biorący w galopie przeszkodę na torze. Oczywiście bractwo pewne,

że i tego dnia lekcja mu się upiecze, jeszcze pod koniec przerwy wyległo na dwór opalać się

na słonku i nawet nikt się nie poruszył, kiedy dzwonek na lekcje zadźwięczał. Ja osobiście

jako  dyżurny  przebywałem  w  tym  czasie  w  umywalni  i  akurat  biłem  się  ścierką  z  innymi

background image

dyżurnymi, gdy nagle w drzwiach pojawił się Zezowaty Dodo i krzyknął:

- Uważaj! Koń się kręci!

Od razu pomyślałem o tych koniach na tablicy i że to może być źle zrozumiane przez

Konia, więc popędziłem ze ścierką do klasy, żeby zetrzeć te konie. Za późno!

Za stołem nauczycielskim siedział już Koń.

- Cóż to za obyczaje?! - skrzywił się. - Już dawno po dzwonku, a nikogo nie ma.

- Myśleliśmy... - zacząłem, ale pan Szykoń mi przerwał.

- Zetrzyj te konie z tablicy.

- Tak jest - rzuciłem się ze ścierką.

- Zostaw tylko tego, co bierze przeszkodę.

- Jak to?!

- On mi się podoba - oświadczył Szykoń, a potem dodał: - My się chyba skądś znamy?

- Nie - zaprzeczyłem gwałtownie. - To znaczy... nie... niezupełnie.

- Ty jesteś tym osobnikiem z poczekalni o maksymalnym nazwisku - powiedział Koń.

- Zdaje się, że mam przyjemność z Maksymilianem Ogromskim, czyli Cymkiem.

- Przykro mi - wydukałem - ja wtedy nie...

-  Stop!  -  przerwał  Koń.  -  Nie  mówmy  o  przykrościach.  Już  powiedziałem,  że  mam

przyjemność, a nie przykrość spotkać się tutaj... z tobą... Tak sobie zresztą życzyłeś... O ile się

nie  mylę,  namawiałeś  mnie,  żebym  wybrał  waszą  klasę...  no  i  namówiłeś  mnie.

Opowiedziałeś  mi  tyle  interesujących  rzeczy,  że  zdecydowałem  się...  -  uśmiechnął  się

szyderczo, jak mi się zdawało.

Słuchałem  przerażony.  Jasne,  należało  się  tego  spodziewać.  Koń  zaczyna  odgrywać

się na mnie.

- Więc pan przeze mnie... tutaj - wybełkotałem.

- Tak.

- Niech pan tylko nie mówi o tym głośno w klasie - jęknąłem błagalnie.

- Rozumiem - powiedział Koń. - Zgoda. A teraz bądź łaskaw i sprowadź do klasy tych

nicponi.

Wybiegłem na korytarz i zawołałem bractwo przez okno. Przybiegli wszyscy. Patrzyli

na mnie z niepokojem.

- Co się stało?

- Tam jest Koń - pokazałem na drzwi do klasy.

- Koń?! - zdumieli się.

background image

- Czeka na nas.

- Do licha - zdenerwował się Męsio - starłeś chyba to wszystko z tablicy?

- Nie zdążyłem... Zresztą... zresztą on kazał zostawić twojego konia.

- Co on ci zrobił? - zapytał Męsio. - Wyglądasz tak strasznie...

- Dręczył mnie - powiedziałem.

Wystraszony  Męsio  zajrzał  ostrożnie  do  klasy.  Żeby  oszczędzić  mu  męki  wahań  i

skrócić  jego  rozterki  wepchnąłem  go  brutalnie  do  środka.  Za  nami  wsypała  się  reszta

podnieconej klasy.

Koń odczytał listę uczniów i każdemu przyjrzał się uważnie, potem zamknął dziennik

i powiedział:

- Słyszałem, że zgromadzono tu same talenty, ale musimy się poznać bliżej... Wiem,

że  umiecie  nieźle  rysować  konie,  ale  chciałbym  się  dowiedzieć,  co  myślicie  o  różnych

rzeczach, na przykład o książkach, które czytacie, albo o wierszach... - taką zasunął mowę,

ale nikt nie dał się złapać. Wszyscy milczeli.

- No więc, kto odpowie? - zachęcał Koń. - A może mam wezwać imiennie?

- Bojarska! - rozległy się głosy. - Tak! Bojarska - od razu zawtórowała cała klasa.

Bojarska była u Cykanderów pokazową uczennicą. W razie czego wszyscy wyręczali

się Bojarską. Wstała więc Bojarska i mówiła, jak wielkim poetą był Adam Mickiewicz i jak

bardzo podobał się jej wiersz pt. „Świtezianka”, a potem mówiła jeszcze o innych wierszach i

wszystkie też jej się bardzo podobały i zachwycała się długo jak należy ich pięknością.

Koń chciał się dowiedzieć, czy ktoś ma w klasie inne zdanie, ale okazało się, że nikt

nie ma i że wszyscy kochają, rozumieją i podziwiają te same wiersze tak samo jak Bojarska.

- To zgoła wspaniale - powiedział Koń. - Widzę, że jesteście znawcami i smakoszami

poezji. Wobec tego na jutro zadaję wam wiersz „Męka poety”. Z pewnością was zainteresuje

i zdołacie go ocenić właściwie.

Wstał i napisał na tablicy taki oto wiersz:

Muzo poezji, unieś moje ciężkie ciało,

aby rozkoszy wzlotu nad poziom doznało!

Niech wzlecę poszturchując oporne obłoki

w świat ułudy bezdennej długi i szeroki!

Podskoczyłem. Na próżno! Coś trzyma za nogę!

A w dodatku tak jakoś nieprzyjemnie skrzeczy.

background image

To pospolitość ziemska. Więc wzlecieć nie mogę

i pytam, co mam robić w takim stanie rzeczy.

Uciąć nogę i wzlecieć - kaleka bez nogi,

czy też zostać, przykuty do nędznej podłogi?

I wiję się schwytany w dylematu kleszcze,

i wiem, że do poezji stąd daleko jeszcze.

- Przepiszcie ten wiersz - Koń wytarł ręce z kredy - a na jutro napiszcie wypracowanie:

Jak oceniam wiersz pt. „Męka poety”.

To powiedziawszy wyszedł z klasy.

-  Trochę  dziwny  facet  -  zauważył  Męsio  -  ale  mogliśmy  trafić  gorzej.  Nie  męczy

gramatyką ani ortografią. W ogóle dobrze poszło. Chyba był zadowolony.

- Tak, myślałem, że będzie gorzej - przyznałem ostrożnie - trochę ma hysia na punkcie

poezji, ale to chyba niegroźne.

- W każdym razie - westchnął Męsio - on nie umywa się do Biegusa. Dużo bym dał,

żeby pozbyć się tego Konia. Może jest jakiś sposób?

Na  następnej  lekcji  Koń  zapytał,  kto  chciałby  przeczytać  wypracowanie  o  „Męce

poety”. Klasa jak zwykle wypchnęła Bojarską.

- Dobrze, niech Bojarska przeczyta - zgodził się Koń.

-  „Męka  poety”  to  jeden  z  najwspanialszych  wierszy  Adama  Mickiewicza  -  zaczęła

czytać  Bojarska.  -  Najpierw  opisał  genialnie  poeta  wspaniałe  marzenie  o  wzlocie,  a

najpiękniejszym  obrazem  jest  tam  dla  mnie  szturchanie  obłoków.  Ja  też  -  wyznała  śmiało

Bojarska  -  pragnęłabym  poszturchać  obłoki  i  wzlecieć  razem  z  poetą.  Niestety,  wzlot  nie

dochodzi do skutku. Poeta ma ciężkie ciało, a poza tym coś go trzyma za nogę i skrzeczy. Jest

to pospolitość. Poeta opisał to tak ciekawie i prawdziwie, że jak czytałam, mnie też zaczęło

się zdawać, że coś mnie trzyma za nogę. Spojrzałam, ale to nie była pospolitość, tylko Czaruś.

Czaruś to nasz mały piesek. Chciał, żeby wypuścić go za drzwi. Najbardziej jednak podobała

mi się męka poety na końcu wiersza. Jak pięknie, jak wzruszająco pokazał nasz wielki pisarz

swoje  wahanie,  czy  uciąć  sobie  nogę.  Doskonale  go  rozumiem.  Jest  to  bardzo  prawdziwie

opisane.  Ja  też  bym  się  wahała,  ponieważ  wzlecieć  bez  nogi  już  nie  tak  przyjemnie.  To

właśnie  nazywa  się  problem.  Cudowny  ten  wiersz  jest  dlatego  nie  tylko  uroczy,  ale  i

problemowy. A teraz po kolei ocenię wszystkie zalety wiersza.

Bojarska  odetchnęła  i  przez  dziesięć  minut  oceniała  zalety  wiersza  w  słowach

background image

najwyższego  uznania,  a  cała  klasa  słuchała  z  dumą  Bojarskiej,  że  umie  tak  szczegółowo

oceniać.

Wreszcie Bojarska zamknęła zeszyt, potoczyła wzrokiem po klasie, a gdy rozległ się

szmer ogólnego uznania, usiadła uśmiechnięta i zadowolona.

Koń milczał przez chwilę jakby zaaferowany, a potem zapytał:

- Czy wszyscy zgadzają się z oceną Bojarskiej, czy może ktoś ma inne zdanie?

Ale nikt nie miał innego zdania i wszyscy się zgadzali.

Koń patrzył na nas drwiącym okiem.

-  To  dziwne...  -  powiedział  -  to  dziwne,  że  nikt  nie  ma  innego  zdania.  Ciekawe,

dlaczego na przykład nikt nie zauważył, że ten wiersz jest przede wszystkim śmieszny... I na

tym polega chyba jego jedyna zaleta.

- Jedyna?! - klasa zakotłowała się.

-  W  każdym  razie  nie  ma  tych  zalet,  które  przypisała  mu  koleżanka  Bojarska.  I  nie

wierzę,  abyście  tego  nie  zauważyli.  Tylko  udaliście,  że  nie  widzicie.  Po  prostu  nie  byliście

szczerzy w ocenie. Chyba zresztą nie pierwszy raz. Ale tym razem wpadliście w pułapkę! Ten

wiersz jest podrobiony!

- Podrobiony?!

- Niestety, to nie jest wiersz Adama Mickiewicza. Nie twierdziłem nigdy, że jest, po

prostu  dałem  wam  go  do  oceny,  żeby  się  przekonać,  czy  potraficie  myśleć  samodzielnie  i

pisać naprawdę to, co myślicie...

Bojarska  poczerwieniała,  a  cała  klasa  milczała,  delikatnie  mówiąc,  zakłopotana.

Wreszcie Tubkowski zapytał:

- W takim razie, czyj to jest wiersz? Kto go napisał?

- Klasa VIII a.

- Klasa?!

- Mieli wolną godzinę i, jak mi powiedzieli, dla zabawy ułożyli ten wiersz. No cóż, na

dzisiaj dosyć - powiedział Koń i zebrał się do wyjścia, bo właśnie zabrzmiał dzwonek - jutro

wrócimy do tych spraw.

- No i macie Konia! - wycedził zdenerwowany Męsio. - Po prostu zrobił nas w konia.

- Mówiłem, że on może być niebezpieczny - przypomniałem.

- On mi się nie podoba - powiedział Męsio - przy nim nie będzie życia.

- Nie zgadzam się z tobą - oświadczyłem - dzisiaj było ciekawie i nikt się nie nudził.

- Kiedy dostajesz cios podbródkowy i wynoszą cię z ringu, też jest ciekawie i nikt się

background image

nie nudzi - zamruczał Męsio - ale ja dziękuję! Do licha, nie o to przecież chodzi - spojrzał na

mnie ponuro.

background image

5. JAK ZOSTAŁEM PUZONISTĄ

Nowy  nauczyciel  polskiego,  pan  Szykoń,  jest  teraz  głównym  tematem  wszystkich

rozmów  w  szkole,  no  i  oczywiście  -  plotek.  Nasza  klasa  podzieliła  się  na  zwolenników  i

przeciwników  Szykonia,  czyli  na  hippistów  i  antyhippistów  (od  słowa  greckiego  hippos  -

koń). Co do mnie, zrazu postanowiłem nie przyjmować tej końskiej sprawy do wiadomości.

Wprawdzie podczas pierwszej lekcji polskiego wziąłem stronę Konia przeciw Cykanderom,

ale  to  nie  znaczy,  bym  został  hippistą.  Z  wiadomych  bowiem  powodów  bynajmniej  nie

zachwyca  mnie  perspektywa  całorocznej  zabawy  z  Koniem.  Abym  więc  nie  musiał  brać

udziału w dysputach na przerwach, zaszywałem się w bibliotece szkolnej na drugim piętrze i

wygodnie  rozparty  na  fotelu  studiowałem  Wielką  Encyklopedię  Powszechną.  Ale  w  końcu

znalazła  mnie  tam  Szyperska,  jedna  z  tych  możliwych  Cykanderek.  Przyszła  wymienić

książkę  i  bardzo  była  zaskoczona,  że  mnie  znalazła  pogrążonego  w  studiach

encyklopedycznych.

- Dziwnie się zachowujesz - powiedziała z wyraźną pretensją w głosie.

- Dziwnie? - odparłem. - Co w tym dziwnego, że się uczę? Po to chodzę do szkoły.

- Czy nic cię nie obchodzi, że przygotowują akcję przeciw Koniowi?

- Akcję? W jakim sensie?

- Będą starali się zniechęcić Konia. Oni zrobią wszystko, żeby pozbyć się go z klasy.

- Oni? Myślisz o Cykanderach? - spojrzałem podejrzliwie na Szyperską. - Dziwna jest

twoja mowa. Sama przecież jesteś Cykanderką.

Szyperską zaczerwieniła się.

- Cykanderką? Nie wiem, co to znaczy.

- Nie udawaj. Należysz do Cykanderów jak Męsio i Bojarska.

- Ja... ja nie uznaję takich podziałów - oświadczyła Szyperską.

Zagwizdałem pod nosem.

- Ho, ho! Widzę, że coś się stało! Nie lubisz Bojarskiej? - zapytałem oglądając sobie

paznokcie.

- To nie ma nic wspólnego z tym, czy lubię Bojarską - powiedziała Szyperską. - Czy

dlatego,  że  chodziłam  z  Cykanderami  do  jednej  klasy,  zresztą  tylko  przez  rok,  to  mam

trzymać z nimi całe życie, chociaż nie mają racji?

- Uważasz, że nie mają racji? - zapytałem ostrożnie.

- Jasne, że nie. Koń jest uroczy.

background image

- Ciekawe określenie - zauważyłem. - Nigdy bym na to nie wpadł.

-  Koń  jest  mądry  i  sympatyczny  -  ciągnęła  -  i  poza  tym  dowcipny!  Nie  możemy

przyglądać się bezczynnie, jak oni będą niszczyć Konia!

- Przesadzasz! Co oni mogą mu zrobić?!

-  Nie  znasz  jeszcze  Cykanderów  -  odparła.  -  Oni  mają  bogaty  repertuar.  Jak  chcą,

mogą  każdemu  obrzydzić  życie!  Nawet  świętego  potrafią  wyprowadzić  z  równowagi!

Powinieneś im przeszkodzić...

- Ja? - wzruszyłem ramionami. - Dlaczego z tym przychodzisz do mnie?

- Myślałam, że ci zależy...

- Pomyliłaś się - uciąłem - wcale tak bardzo mi nie zależy na Koniu.

Szyperska milczała przez chwilę, nieprzyjemnie zaskoczona.

- Obojętne ci, kto... kto będzie cię rozwijał umysłowo? - wydukała wreszcie. - My...

myślałam, że masz szerokie poglądy...

Było jej bardzo do twarzy z tą nieszczęśliwą miną. Pomyślałem, że Szyperska jest w

gruncie  rzeczy  całkiem  miła  i  ładna,  żeby  tylko  pozbyła  się  tej  okropnej  chudości  i  trupiej

cery!

Chrząknąłem:

-  Źle  mnie  zrozumiałaś,  Szypsiu.  Oczywiście  nie  jest  mi  obojętne,  z  kim  spędzę

ćwierć  tysiąca  godzin  w  roku  i  kto  będzie  mnie  nadziewał  mądralizmami.  Obawiam  się

jednak, że Koń na dłuższą metę może być męczący. Może rozwijać nas zbyt intensywnie, a

czy  można  na  siłę  rozwijać  kapuściane  głowy?  Poza  tym  może  nas  przekarmiać  tłustymi

pulpetami wiedzy i twardymi szaszłykami mądrości...

- Wolisz, żeby karmili cię sieczką? - pociągnęła nosem Szyperska. - Przecież mówiłeś,

że z Koniem było ciekawie, że... on jest interesujący...

-  Interesujący  raz  na  jakiś  czas  -  wyjaśniłem.  -  Ale  codziennie  mieć  do  czynienia  z

galopującym  Koniem?!  Dziękuję,  Szypsiu.  To  tak,  jakbyś  codziennie  musiała  wchodzić  na

Giewont. Obrzydnąć może...

Tak mówiłem, ponieważ nie mogłem się przyznać, dlaczego bałem się Konia.

Szyperska popatrzyła na mnie smutno.

- Zawiodłam się na tobie - powiedziała dramatycznym głosem.

-  Przykro  mi  -  odparłem  i  zabrałem  się  ze  zdwojoną  energią  do  studiów

encyklopedycznych, z powrotem od litery A.

Niestety,  gdy  Szyperska  wyszła,  ogarnęła  mnie  pewna  melancholia  i  po  pewnym

background image

czasie  stwierdziłem,  że  zamiast  dziewiczej  Artemidy,  bogini  księżyca  i  łowów,  widzę  na

ilustracji  Nelkę  Szyperska.  Stropiło  mnie  to  nieco,  ale  nie  na  długo,  bo  zaraz  pomyślałem

sobie, iż może to mieć pewne znaczenie praktyczne i że Nelka Szyperska mogłaby zastąpić w

moich  myślach  Gigę,  chociaż  chwilowo.  I  już  nie  mogłem  pozbyć  się  tej  idei.  Tak  jest,  to

byłaby  idea!  Niepotrzebnie  rozmawiałem  z  Nelką  tak  ostro.  Trzeba  było  powiedzieć,  że

zastanowię  się  albo  -  jeszcze  lepiej  -  że  musimy  dokładnie  obgadać  tę  sprawę,  i  od  razu:

„Kiedy masz czas? Może dzisiaj po obiedzie?” I z miejsca akcja wypływa na szerokie wody.

Tak,  głupio  postąpiłem,  chociaż  z  drugiej  strony,  gdybym  nie  zasmucił  Szyperskiej,  czy

dostrzegłbym,  że  jest  jak  Artemida?  Bardzo  wątpliwe.  Musiałem  najpierw  zasmucić

Szyperską i dostrzec jej nowy wyraz twarzy. To cierpienie tak rzeźbi i tak ładnie wyrzeźbiło

Szyperską.  Ażeby  zasmucić  Szyperską,  musiałem  być  okropny.  Takie  jest  życie.

Westchnąłem ciężko, ale w gruncie rzeczy czułem się pokrzepiony. I teraz pomyślałem sobie:

nie mam na co narzekać, w gruncie rzeczy los uśmiechnął się do mnie. Poznałem Szyperską.

To  jest  najważniejsze.  Wiem  teraz,  że  jest  dobrą  dziewczyną...  a  przy  tym  jest  wrażliwa,

można  by  powiedzieć,  głęboka...  Skoro  oceniła  właściwie  zalety  Konia,  może  i  mnie

oceniłaby  właściwie.  Bardzo  by  mi  pomogło,  gdybym  mógł  podzielić  się  z  nią  moją

tajemnicą... to znaczy „końską” tajemnicą, jak kiedyś podpadłem Koniowi i jak głupio czuję

się w jego obecności... Dotychczas nikt o tym nie ma pojęcia, może jeden Zezowaty Dodo.

Poczciwy chłopak i niegłupi, ale nie jest z naszej klasy (no i w „Encyklopedii” nie zastąpi mi

Artemidy).  Nelka  jest  z  naszej  klasy.  Ona  zrozumiałaby,  w  jakiej  jestem  podbramkowej

sytuacji. Koniecznie muszę odbyć nową rozmowę z Nellą. Na zupełnie innych zasadach i w

bardziej  kolorowej  tonacji.  Lecz  jak  to  zaaranżować?  Podejść  na  korytarzu  szkolnym  i

powiedzieć: „Przebacz, nie gniewaj się, porozmawiajmy jeszcze raz...” Zaśmiałem się gorzko

w duchu. Nie widziałem jakoś siebie w takiej sytuacji. To nie dla pana, panie Ogromski, zbyt

ogromnej  trzeba  odwagi,  a  do  tego  dochodzi  ryzyko...  Co  będzie,  jeśli  Szyperska  zamiast

rozpromienić się na twój widok, spróbuje się odegrać na tobie, dziewczyny lubią tak robić,

kiedy  czują,  że  komuś  na  nich  zależy.  Podepcze  cię  jak  robaka  i  jeszcze  na  twoim  trupie

zakręci się na obcasie. Tak, tu trzeba ogromnej odwagi, panie Ogromski, a tymczasem pan

zamiast  ogromnej  odwagi  ma  ogromne  zahamowania  i  opory,  przy  których  sam  Ohm

wysiada... sam Ohm, ten od elektrycznych oporów z podręcznika fizyki...

Tak  jest,  nie  da  się  ukryć,  opory  miałem  piekielne  i  dlatego  zdecydowałem,  że

spotkanie i pojednanie z Nellą musi nastąpić na gruncie neutralnym, w sposób przypadkowy

niejako i nie narażający na szwank mojego męskiego honoru. I od razu zarysował się w mojej

background image

głowie pewien sposób...

Odszukałem na drugiej przerwie Zezowatego Doda i zapytałem:

- Nazwisko Szyperski - czy coś ci to mówi, Dodo?

Dodo zmarszczył brwi.

- Mówi mi - odparł. - Do naszej klasy chodzi niejaki Kocio Szyperski.

- Potrzebuję informacji - powiedziałem. - Sprawdź, czy ten Kocio jest bratem Nelki

Szyperskiej  z  mojej  klasy.  Jeśli  tak,  dowiedz  się,  co  robi  Nella  z  wolnym  czasem.  Gdzie

chodzi, czym się zajmuje...

Dodo zagwizdał zdumiony i uśmiechnął się swoją krzywą gębą.

-  Nie  gwiżdż  głupio  -  zdenerwowałem  się  -  i  rób,  co  ci  mówię.  Szyperska  jest  mi

potrzebna do filmu.

- A ja?

- Nie bój się, ty też zagrasz. Właściwą rolę.

- A kiedy będzie ten film?

- Już niedługo. Dlatego właśnie kombinuję z Szyperska.

- Miała być Giga - zauważył Dodo.

-  Do  jasnej  kamery,  przestań  się  wtrącać  do  obsady!  Rób  co  mówię  -  wrzasnąłem

rozzłoszczony. - No, spływaj szybko!

- Tak jest! - Dodo spłynął.

Wrócił  po  kilku  minutach.  Wieści  były  pomyślne.  Nella  jest  siostrą  Kocia

Szyperskiego  z  klasy  Doda.  W  poniedziałki,  środy  i  piątki  gra  w  ognisku  muzycznym  w

Domu Kultury.

- Na czym gra? - zapytałem rzeczowo.

- Na skrzypcach.

- Nieźle - mruknąłem zamyślony, bo już wiedziałem, co zrobię.

Ponieważ była akurat środa, zaraz po obiedzie udałem się do Młodzieżowego Domu

Kultury.  Ognisko  muzyczne  było  w  lewym  skrzydle.  Zastukałem  od  razu  do  pokoju  z

napisem:  „Kancelaria”.  „Zapisy  do  klas  instrumentów  przyjmuje  mgr  A.  Cyndelski,  starszy

instruktor,  w  godz.  16  -  18”.  Szczęście  mnie  nie  opuszczało.  Była  godzina  szesnasta  i

magister A. Cyndelski był na posterunku.

- Dzień dobry - powiedziałem. - Pragnę zapisać się do klasy skrzypiec, proszę pana.

A. Cyndelski obrócił do mnie długą, kozią twarz i zapytał:

- Czy ktoś cię tu skierował, chłopcze?

background image

- Ja sam, proszę pana - oświadczyłem - ja mam skłonności od dziecka...

-  To  ładnie  -  A.  Cyndelski  głaskał  swoją  rzadką,  acz  niewątpliwie  interesującą,

młodzieżową bródkę. - To bardzo ładnie, że masz skłonności. Niestety nie ma już wolnych

miejsc  w  klasie  skrzypiec.  Zabrakło  instrumentów.  W  ostatnich  skrzypcach  wczoraj  pękła

struna  -  zamyślił  się  melancholijnie  -  tak  jest,  pękła  struna...  Nie  chciałbym  cię  jednak

zrażać...  skoro  masz  skłonności...  może  znalazłoby  się  miejsce  w  innych  klasach...  -  zaczął

wertować spisy. - Czy płuca masz zdrowe? - zapytał mnie nagle. - Byłeś prześwietlany?

- Tak, proszę pana.

- Dmuchać umiesz?

- Jasne.

A. Cyndelski wstał i pomacał mi muskuły.

- Możesz grać na tubie - powiedział - masz warunki. Potrzebujemy chłopca do tuby.

- Do tuby?

- To taka duża trąba. Z pewnością marzyłeś nieraz, żeby zagrać na największej trąbie.

-  To  było  wtedy,  kiedy  byłem  bardzo  mały  -  mruknąłem.  Przed  oczyma  stanął  mi

obraz spoconych strażaków uginających się pod ciężarem trąb w majowym słońcu.

- Wolałbym coś mniejszego, proszę pana, na przykład flet albo jakiś klarnet.

- Nie ma fletów i klarnetów, jest tylko tuba - powiedział A. Cyndelski.

- Na tubie niech gra Ciężki Tubka - zdenerwowałem się.

- Tubka? - zainteresował się instruktor.

- Niejaki Tubkowski, pan go zna?

-  Owszem,  Tubkowski  gra  u  nas  na  puzonie...  zaraz...  mamy  chyba  jeszcze  jeden

wolny puzon - zajrzał do spisu - tak jest...

- Ja... ja nie chcę z Tubkowskim - zaniepokoiłem się.

-  Z  Tubkowskim?  -  A.  Cyndelski  uśmiechnął  się  pobłażliwie.  -  Nie  ma  obawy...

Tubkowski jest już zaawansowany, a ty będziesz dopiero próbował dmuchać... - podbiegł do

szafy i wyciągnął wielki, złocisty instrument, wytarł go z kurzu - na pewno ci się spodoba,

posłuchaj, co za ton! - nadął policzki i zademonstrował, jak się gra na puzonie.

Bardzo mi się podobało, a najwięcej, że była to trąba ruchoma, w czasie gry można

było skracać i wydłużać rurę. To robiło wrażenie! No i ten dźwięk, niski, nieco żałosny, ale

przyjemny... można nim wypowiedzieć różne cierpienia i skargi...

- Biorę, proszę pana.

-  Wiedziałem,  że  ci  się  spodoba  -  A.  Cyndelski  pogłaskał  zadowolony  swoją

background image

młodzieżową bródkę.

Porwałem puzon i chciałem od razu wybiec, ale instruktor zatrzymał mnie, musiałem

pokazać  legitymację  szkolną,  wypełnić  formularz  i  złożyć  parę  podpisów.  Następnie  A.

Cyndelski polecił mi udać się do klasy instrumentów dętych, drugie drzwi na prawo, do pana

profesora Kiryłło.

Ja  jednak  miałem  nieco  inny  pomysł  i  zamiast  udać  się  do  pana  profesora  Kiryłło,

poszedłem  spiesznie  w  głąb  korytarza,  skąd  dobiegało  mnie  urzekające  łkanie  skrzypiec.

Nerwowo ściskając puzon w spoconych z emocji rękach, zajrzałem przez dziurkę od klucza.

Serce zabiło mi mocno. Tak... nie myliłem się. To była Nelka. Ale jaka wspaniała! Stała na

estradzie  z  rozpuszczonymi  włosami,  ubrana  w  długą,  powłóczystą  suknię  koloru  lila.  Do

licha... przedstawienie jakieś czy co? Chyba próba przedstawienia, bo obok Nelli zauważyłem

jeszcze  faceta  z  rogiem,  czyli  waltornią,  przebranego  za  Wojskiego  z  „Pana  Tadeusza”,

tamten znowu przy fortepianie jak Szopen, a tu dziewczyna z wiolonczelą, przebrana za grubą

wiejską babę w zapasce... Tak, to jest przedstawienie. Dopiero teraz na drzwiach zauważyłem

ręcznie wykonany afisz:

„OPOWIEŚCI INSTRUMENTÓW”

inscenizacja słowno - muzyczna

a obok wielki napis:

PAMIĘTAJ, JUŻ ZA TYDZIEŃ PREMIERA!

Przez moment zastanawiałem się, co robić, gdy nagle drzwi się otworzyły i ukazała się

w nich przysadzista niewiasta w średnim wieku, dość tęga, lecz o uduchowionym spojrzeniu.

Spojrzała na mnie, na puzon, który ściskałem dumnie, i rozjaśniła się:

- A, to ty, właź szybko - wciągnęła mnie do środka, nim zdążyłem się zastanowić nad

sytuacją. - Nareszcie mamy Puzona!

- Jak to, nareszcie? - wykrztusiłem.

- Spodziewaliśmy się ciebie wcześniej... no, ale zjawiłeś się przecież...

Było mi bardzo przyjemnie. To miło być kimś, na kogo się czeka; uśmiechnąłem się

do  Szyperskiej  i  zatrąbiłem  na  powitanie.  Biedna  Nella  wytrzeszczyła  oczy  ze  zdumienia.

Chciałem  od  razu  podejść  do  niej,  ale  profesorka  pociągnęła  mnie  do  otwartej  szafy  i

background image

wyciągnęła  stamtąd  jakiś  okropny  kostium...  rodzaj  zielonego  kombinezonu  z  kapturem  i

rogami.

- Włóż to! - powiedziała.

- Ale po co?

- Dzisiaj jest próba kostiumowa.

-  Ależ  pani  profesor,  to  nie  jest  strój  dla  Puzona  -  odezwała  się  asystentka  w

niebieskim fartuchu - to jest strój fauna dla Fletu.

- Dla Fletu? Co ty mówisz, moje dziecko. Gdzie są moje okulary?!

- Pani pożyczyła je Moniuszce.

- A, prawda... Niech mi Moniuszko odda!

Podsunięto jej okulary. Założyła je i obejrzała mnie krytycznie.

- Tak, to nie jest strój dla Puzona! Co jest dla Puzona?

- Puzon ma być w stroju kota.

- Dlaczego kota?! - zapytałem z pewnym niepokojem.

Nikt  jednak  nie  kwapił  się  do  wyjaśnień.  Wszyscy  byli  potwornie  zaaferowani.  Nie

zważając na moje zastrzeżenia, ubrano mnie w skórę kota.

- Trochę za duży na ciebie ten kostium... ale to nic. Wypchamy ci brzuch papierem. A

teraz podskocz! Zobaczymy, czy dajesz radę...

W  momencie  gdy  podskakiwałem,  rozwarły  się  gwałtownie  drzwi  i  do  sali  wpadł

zadyszany Ciężki Tubka z puzonem w futerale.

- A to co znowu? - krzyknęła do niego profesorka. - Nie przeszkadzaj!

-  Jak  to?  Miałem  się  przecież  zgłosić  z  puzonem  do  pani  profesor  Kołatko  -  sapał

Tubka.

- Już nie jesteś potrzebny. Mamy Puzona. Poza tym, ty jesteś za duży, nie pasujesz...

On lepiej pasuje...

- Jak to nie pasuję?!

- Idź, dziecko. - Profesorka Kołatko odpychała delikatnie Ciężkiego Tubkę pałeczką

dyrygencką. - Powiedziałam, mamy już puzonistę, który będzie przedstawiał Puzona.

-  Puzonistę?!  Jakiego  puzonistę?!  -  ryknął  Tubka.  -  Ja  tu  jestem  jedynym  puzonistą.

Tylko ja jeden potrafię grać na puzonie.

- Zdaje ci się, dziecko drogie...

- Mnie się zdaje?! - Tubka błysnął oczami, nadął się i zatrąbił na puzonie, poruszając

wspaniale  i  biegle  rurą  instrumentu.  Niewątpliwie  było  to  trąbienie  na  wysokim  poziomie.

background image

Równie  nagłe  i  niespodziewane  jak  potężne!  Niestety,  za  blisko  lewego  ucha  pani  profesor

Kołatko.  Nieszczęsna  kobieta  krzyknęła  boleśnie  i  odskoczyła,  ale  tak  nieszczęśliwie,  że

uderzyła się o pulpit dyrygencki w prawe ucho.

- O Boże, nic nie słyszę! Jestem ogłuszona! - Padła w ramiona asystentki.

Do sali prób wpadł magister A. Cyndelski.

-  Co  się  tu  dzieje?!  -  krzyknął  na  widok  pani  profesor  Kołatko  słaniającej  się  i

półprzytomnej.

- Zostałam ogłuszona przez tego wielkiego natręta - wskazała na Tubkowskiego - ten

jego puzon... och... nie będę mogła prowadzić próby... Moje uszy!

- Pani profesor pokaże.

Magister A. Cyndelski obejrzał uszy słaniającej się pani profesor Kołatko.

- Hańba! Jedno ogłuszone, drugie spuchnięte! Jak mogłeś? - krzyknął A. Cyndelski do

wystraszonego Tubki. - Trzeba uważać, do kogo się trąbi... to znaczy, w kogo się trąbi... co ja

mówię... chciałem powiedzieć, przy kim się trąbi... A w ogóle, po co trąbiłeś?

- Bo pani profesor Kołatko nie wierzyła, że ja umiem... trąbić.

-  To  jest  skandal!  Nie  można  z  wami  prowadzić  normalnej  próby,  zawsze  jakieś

historie. I to w domu kultury! Pomóżcie mi wyprowadzić panią profesor Kołatko do apteczki.

Połowa zebranych rzuciła się ma pomoc pani profesor Kołatko, natomiast rozjuszony

Tubka rzucił się do mnie.

- Kto ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś, łobuzie?!

- To... to jakaś pomyłka - jęknąłem.

-  Ja  ci  pokażę!  -  Tubka  z  wściekłością  złapał  mnie  za  uszy.  Pociągnął.  Rozległ  się

nieprzyjemny  chrzęst  odrywanych  uszu.  Nella  krzyknęła  przerażona.  Ja  też  krzyknąłem.  Na

szczęście  nie  były  to  moje  uszy,  ale  uszy  kota.  Dzięki  nim  ocaliłem  życie.  Uszy  zostały

bowiem w rękach ogłupiałego Tubki, a mnie udało się wyskoczyć na czas z kociej skóry.

-  Co  ty  wyprawiasz?  -  krzyknęła  do  Tubki  asystentka.  -  To  nieładnie  tak  obedrzeć

kolegę ze skóry... to jest... chciałam powiedzieć z kostiumu... biednego puzonistę...

-  Nieładnie...  puzonistę...  -  sapał  wciąż  zaskoczony  Tubka  -  to  nie  jest  żaden

puzonista... to jest niejaki Cymek, ten oszust z siódmej... On tu przyszedł za Nelką Szyperską,

proszę pani. Cały dzień pytał o Szyperską...

W  sali  zrobiła  się  cisza.  A  w  tej  ciszy  słychać  było  głuche  uderzenie.  To  osłupiała

Nella wypuściła z rąk futerał ze skrzypcami.

- Słyszałem, jak Dodońskiego pytał - sapał dalej Tubka zadowolony z efektu.

background image

- Masz nader czułe ucho muzyka - powiedziałem głośno. - Gratuluję ci, to rzadki dar

natury u goryla.

-  Nie  dość  mu,  że  kręci  się  cały  dzień  koło  Szyperskiej  w  klasie,  to  jeszcze  tu  się

wkręcił, oszust, i w dodatku mi ubliża.

- Wkręciłeś się? - zapytała mnie asystentka. - Jak mam to rozumieć? Nie należysz do

zespołu?

-  Ja...  ja  umiem  grać  -  zapewniłem  pośpiesznie,  czując,  że  moje  aukcje  spadają

gwałtownie.  Natężyłem  się  jak  przedtem  Tubka.  Ująłem  rurę  puzonu.  Pociągnąłem

gwałtownie.  Sukces  był  nader  połowiczny.  Z  instrumentu  wydobył  się  cichy  pomruk  czy

może  raczej  westchnienie,  natomiast  sam  instrument  rozpadł  się  na  dwie  części.  Może  ze

zdenerwowania  za  bardzo  pociągnąłem,  w  każdym  razie  kawałek  puzonu  został  w  jednej

ręce, a reszta w drugiej.

Stałem zakłopotany i nie bardzo wiedziałem, co mam robić.

- Jak mogłeś! krzyknęła asystentka. Popsułeś instrument!

- Widzi pani, że on nie ma pojęcia o puzonie. To jest przybłęda wśród artystów. - Brać

go! - krzyknął wielki (cieleśnie) artysta Tubka.

I rzucił się na mnie.

Łatwo  sobie  wyobrazić,  co  by  się  ze  mną  stało,  gdyby  nie  bohaterski  czyn  Nelli.

Widząc,  co  się  święci,  dopadła  do  Tubki  i  zaczęła  go  tłuc  futerałem  od  skrzypiec  jak

maczugą.

- Ach, ty gorylu, puść Cymka!

- Jak możesz? - jęknął rozgoryczony Tubka. - Stanąłem w twojej obronie.

- Wcale nie prosiłam cię o to!

- Co ja widzę! Cymek może liczyć na wzajemność. To zdrada! - błyskając złowrogo

oczami  wyrwał  futerał  z  rąk  Nelli,  ale  w  tej  samej  chwili  zaplątał  się  w  jej  powłóczystą

suknię z trenem i ku naszemu zdziwieniu wylądował na podłodze.

Zanim się wyplątał z sideł trenu, ja już byłem na korytarzu, za mną wypadła Nella...

-  Nie  wierz  temu,  co  on  mówi  -  zasapałem  czerwony.  -  Ja...  ja  tu  przyszedłem  po

prostu grać na instrumencie.

-  Oczywiście  -  powiedziała  Szyperska  -  i  to  jest  właśnie  wspaniałe  -  w  jej  oczach

zapaliły się wesołe iskierki.

Pomyślałem,  że  Szyperskiej  dobrze  jest  z  nieszczęściem  wypisanym  na  twarzy,  ale

chyba jeszcze lepiej z taką wesołością jak teraz...

background image

- Wspaniałe... - wybełkotałem - co jest właściwie wspaniałe?

- To, że zacząłeś grać na puzonie - odpowiedziała.

- Cieszysz się? - zapytałem nieufnie, patrząc, czy nie nabija się ze mnie.

- Cieszę się, że lubisz muzykę.

- Bardzo lubię - zapewniłem gorąco.

W progu stanął Ciężki Tubka przebrany za kota. Zdrętwieliśmy. Lecz Tubka tego dnia

miał zdecydowanego pecha. Niemal w tej samej chwili na korytarzu ukazała się pani profesor

Kołatko z obandażowanym uchem. Klasnęła w ręce. Znowu była w formie.

- Wracamy na scenę, dzieci. A to co znowu? - włożyła okulary i spojrzała krytycznie

na Tubkę. - Kot bez uszu? I dlaczego taki duży zrobił się kot? Co tu się dzisiaj wyrabia?!

Nella uśmiechnęła się rozbawiona do mnie i powiedziała:

- A ty lepiej uciekaj, Cymek. Jutro się zobaczymy.

Chciałem uciec, Bóg mi świadkiem, ale los chciał inaczej. Oto bowiem z przeciwka

zbliżał się magister A. Cyndelski z łysym, dostojnym pedagogiem, który niósł pęki nut...

-  To  ten  nowy  kandydat,  o  którym  panu  mówiłem  -  powiedział  A.  Cyndelski

wskazując  na  mnie.  -  Bardzo  obiecujący  materiał,  ma  warunki  oraz,  jak  oświadczył,

skłonności.

- To pan profesor Kiryłło - zwrócił się z kolei do mnie - oddaję cię w jego ręce.

Kiryłło uśmiechnął się do mnie odsłaniając rząd żółtych zębów. Przez moment wydało

mi  się,  że  to  są  zęby  drapieżnika,  ale  to  były  raczej  poczciwe  końskie  zęby.  Westchnąłem

ciężko i kryjąc za plecami popsuty puzon zniknąłem w sali ćwiczeń.

No cóż, chyba jednak zostanę puzonistą.

background image

6. SPISEK CYKANDERÓW

Nie  popsułem  wczoraj  puzonu.  Profesor  Kiryłło  wyjaśnił  mi  na  pierwszej  lekcji,  że

rura  tego  instrumentu  składa  się  z  dwu  części;  można  je  bez  szkody  rozłączać  i  składać.

Popsułem  sobie  natomiast  zdecydowanie  stosunki  z  Ciężkim  Tubką.  Goryl  ten  tropił  mnie

nazajutrz  od  samego  rana  i  czyhał  na  sposobność,  aby  wyładować  na  mnie  swoją  złość.

Zamiast  więc  zająć  się  Nelką,  jak  miałem  w  planie,  musiałem  niestety  zająć  się

bezpieczeństwem  własnej  skóry.  Uznałem,  że  najmniej  narażony  na  ataki  Tubki  będę  w

„pokoju cichej pracy i skupienia”, który znajduje się za biblioteką w naszej szkole. Udałem

się  więc  bezzwłocznie  do  pani  bibliotekarki  Cyborowej  i  oświadczyłem,  że  potrzebuję  się

dzisiaj skupić, ponieważ muszę przygotować się do olimpiady historycznej, i że jeśli pozwoli,

będę  się  skupiał  na  każdej  przerwie,  aż  do  odwołania.  Następnie  poprosiłem  o  albumy  z

ilustracjami, o książkę o bitwach morskich w czasie II wojny światowej i o książkę o historii

lotnictwa. Na końcu kazałem się zamknąć na klucz w „pokoju cichej pracy i skupienia” aż do

dzwonka.

- Pani wie, mogą mnie szukać - powiedziałem. - Niestety, niektórzy moi koledzy nie

rozumieją potrzeby skupienia. Dlatego, jakby ktoś pytał, niech pani nie mówi, że tu jestem.

Pani Cyborowa spojrzała na mnie z uznaniem.

-  Cieszę  się,  że  spoważniałeś,  Ogromski  -  powiedziała.  -  Nastąpił  u  ciebie  ostatnio

pozytywny przełom. Wytrwaj w tych dobrych chęciach. Adam Mickiewicz też już spoważniał

w twoim wieku.

- Myśli pani?

- To jest stwierdzone - orzekła pani Cyborowa i zamknęła mnie w pokoju.

W  rezultacie  całą  pierwszą  przerwę  spędziłem  bezpiecznie  i  dość  przyjemnie,

oglądając ciekawe ilustracje okrętów i samolotów. Przez okno widziałem Ciężkiego Tubkę,

jak  miotał  się  po  boisku  i  podwórzu  szkolnym  szukając  mnie  daremnie.  Oczywiście  temu

gorylowi Tubce nawet do głowy nie przyszło, że mogę „skupiać się” w „pokoju cichej pracy i

skupienia”. Jest na to za mało inteligentny.

Równo z dzwonkiem pani Cyborowa wypuściła mnie z dobrowolnej klauzury, a ja od

razu zbiegłem na dół.

Koło  naszej  klasy,  na  tablicy  ogłoszeń,  Nelka  Szyperska  przypinała  wielki  afisz

reklamujący „Opowieści instrumentów”, owo nieszczęsne widowisko, z którym się wczoraj

niechcący zetknąłem.

background image

- Mieliśmy dzisiaj porozmawiać - zacząłem.

-  Właśnie  szukałam  cię  -  powiedziała  Nelka.  -  Gdzie  się  podziewałeś?  Nawet  w

bibliotece cię nie zastałam.

- Byłem w „pokoju cichej pracy i skupienia” - odparłem poważnie. - Skupiałem się.

- Ty?! - Nelka spojrzała na mnie rozbawiona. Jej zdziwienie dość nieprzyjemnie mnie

dotknęło.

-  Myślisz,  że  ja  nie  potrzebuję  skupienia?  Wszyscy  ludzie  potrzebują.  Nawet

najsilniejsi  i  najmądrzejsi,  zwłaszcza  jak  mają  przejścia.  Ja  też  wczoraj  miałem  przejścia  i

dlatego potrzebowałem. Muzyka mnie rozkojarzyła. Straciłem równowagę intelektualną.

- Czy już ją odzyskałeś? - zapytała.

-  Oczywiście  -  odparłem  niepewnie,  rozglądając  się  z  niepokojem  po  korytarzu.  Na

szczęście Tubki nie było.

-  Wczoraj  zachowywałeś  się  dosyć  dziwnie...  i...  i  niezrozumiale...  i,  jak  to

powiedzieć, jest takie jedno słowo... - niekonsekwentnie.

Zaczerwieniłem się.

- Wcale nie! - zaprzeczyłem. - To tylko tak wyglądało.

- A jednak w szkole byłeś okropny i mówiłeś takie rzeczy o Koniu, a potem w tym

Emdeku...  -  Nella  wyprostowała  ostrożnie  róg  ogłoszenia.  -  Muszę  to  jeszcze  raz  przypiąć.

Czy  mógłbyś  potrzymać?  -  Wręczyła  mi  pudełko  z  pluskiewkami.  -  I  powiedz  mi,  czy  to

prawda, co mówił o tobie Tubka?

- Uwierzyłaś mu? - zapytałem zmieszany.

- Skąd! Nie uwierzyłam zupełnie. - Teraz z kolei zaczerwieniła się Nella.

- A... a gdyby to była prawda?

- Nie wierzę!

- Dlaczego?

- Bo... bo za bardzo się różnimy, bo... bo nie mamy z sobą nic wspólnego - wyrzucała

z siebie szybko Nelka - bo... nawet w sprawie Konia... jeśli nie żal ci Konia, jeśli zgadzasz

się, żeby go wykończyli, to znaczy...

- No dobrze - przerwałem jej nagle - a gdybym zajął się Koniem?

- Naprawdę zająłbyś się? - zapytała zaskoczona. - Przecież mówiłeś, że on cię mało

obchodzi.

- No... mógłbym to zrobić dla ciebie - powiedziałem oglądając pluskiewki w pudełku.

- Dla mnie?

background image

- Jeśli to ma dla ciebie takie znaczenie, po prostu, żebyś wiedziała, jak dużo mogę dla

ciebie zrobić.

Nella wbiła nerwowo pluskiewkę w róg afisza. Stwierdziłem z satysfakcją, że była to

już  piąta  pluskiewka  wbita  w  ten  sam  nieszczęsny  róg.  Zdumiewające  roztargnienie  jak  na

rzeczową zawsze Nellę!

- Ja wcale nie chcę - powiedziała - żebyś się poświęcał dla mnie. Ty sam powinieneś

bronić Konia, tak jakbyś bronił swoich własnych spraw... Wiesz, że on jest nadzwyczajny, a

Mężyk, Bojarska i cała ich paczka chcą mu zrobić świństwo!

-  Uważasz,  że  powinienem,  w  imię  obrony  nieszczęsnych  gogów  dręczonych  przez

okrutną  młodzież?  Ligi  Ochrony  Gogów  jeszcze  nie  ma.  Gog  powinien  sam  dać  sobie  radę

jako fachowiec od młodzieży.

-  Uważam,  że  powinieneś  w  imię  sprawiedliwości...  -  zaczęła  Nelka,  ale  w  tym

momencie  na  korytarzu  pojawił  się  Koń  z  dziennikiem  pod  pachą;  trzeba  było  przerwać

rozmowę i udać się do klasy.

Koń  zaczął  lekcję  w  swobodnym  nastroju,  żartując  z  Bojarską  na  temat  maskotki  -

małpiszona,  którą  zawsze  trzymała  na  ławce,  a  potem  wyraził  zdziwienie  tudzież

rozczarowanie,  że  zaprzestaliśmy  rysowania  koni  na  tablicy.  Z  ciekawością  oczekiwałem

rozwoju  wypadków.  Czy  skończy  się  na  pogróżkach  Cykanderów,  czy  też  naprawdę  coś

szykują...

Już  wkrótce  przekonałem  się,  że  Nelka  Szyperska  miała  rację.  Pierwsze  oznaki

nadciągającej burzy pojawiły się, gdy Koń chciał zabrać się do przepytywania uczniów.

-  Może  mi  powiesz,  przyjacielu  -  zwrócił  się  do  małego  Gibasa  -  co  wyniosłeś  z

poprzedniej lekcji?

Gibas  wstał,  podobny  do  nastroszonego  gawrona,  zgarbił  się  i  milczał  z  okiem

utkwionym nieruchomo w podłogę, jakby tam kryła się odpowiedź. Było jasne, że Gibas nic

nie wyniósł z poprzedniej lekcji.

- Cóż to, zatkało cię, Gibas?

Gibas milczał i garbił się coraz bardziej.

-  Siadaj!  -  pan  Szykoń  spojrzał  na  Gibasa  z  obrzydzeniem.  -  Nie  jesteś  zbyt

rozgarnięty. Poza tym mógłbyś czesać włosy i nie garbić się tak ohydnie. Nie dość, że jesteś

mały,  to  jeszcze  się  garbisz!  No  cóż,  może  znajdziemy  bardziej  rozmownych  -  pan  Szykoń

rozglądał się po klasie. - O, ty, przyjacielu, co konferujesz tak zapalczywie w ostatniej ławce -

zwrócił się do Męsia - wstań i powiedz, co utkwiło ci w głowie z poprzedniej lekcji.

background image

Męsio wstał ociężale, oparł się dłońmi o pulpit...

- Ja... mnie nic nie utkwiło, proszę pana.

- Bojarska, może ty?!

- Ja nic nie zrozumiałam - oświadczyła uśmiechając się kącikami ust Bojarska.

Ale Koń zdawał się nie dostrzegać tego uśmieszku.

- Nie rozumiecie? - powiedział raczej beztrosko. - Nie ma wielkiej tragedii, ponieważ

właśnie tematem dzisiejszej lekcji będzie sposób właściwego pisania prac z języka polskiego.

O co tu chodzi, moi drodzy? O trzy rzeczy. Trzeba mieć coś do powiedzenia, trzeba chcieć

powiedzieć i umieć powiedzieć. Nie wątpię, że młodzież ma dużo rzeczy do powiedzenia, a w

każdym razie wiele do zapytania. Formułowanie zaś pytań, przedstawianie problemów jest też

cenną formą wypowiedzi. Rzecz w tym, że jeśli nawet ma się dużo do powiedzenia, to jeszcze

nie znaczy wcale, że chce się to powiedzieć w klasie. Co innego bowiem zwierzyć się na ucho

przyjaciółce czy przyjacielowi, co innego Cykanderom z tej samej paczki, a co innego wobec

całej  klasy  i,  co  gorsza,  wobec  nauczyciela,  którego  w  dodatku  tak  mało  się  zna.  Ale

podejmiemy próbę przełamania lodów. Będziemy nagradzać szczere wypowiedzi, byle własne

i uzasadnione, nie będziemy się natomiast okłamywać i grać przed sobą komedii...

W  tym  miejscu  w  klasie  podniósł  się  niespokojny  gwar  -  wszyscy  byli  zaskoczeni,

skąd mały pedagog zna układy klasowe i nader ekskluzywną nazwę Cykanderów. Nim jednak

zdołali  oprzytomnieć,  już  Koń  powrócił  do  naszych  wypracowań  i  zaczął  je  objeżdżać,

demonstrując  ich  nicość.  Wyciągnął  na  światło  dzienne  nasze  błędy,  pozy  i  nieczyste

zagrania.  „Takie  rzeczy  nie  ze  mną  -  mówił.  -  Nie  będzie  pływania  w  mętnej  wodzie  ani

lotów w dętych balonach. Będę nakłuwał takie balony!”

Tak  mówił  Koń  i  od  razu  stało  się  jasne,  że  trudno  będzie  z  Koniem,  że  nie  będzie

można słów - pustaków układać ani bujać w obłokach. Po prostu Koń nie uznaje takiej gry,

jaką dotychczas uprawialiśmy. Inne ma zasady. Byle czym się go nie omami. To było jasne.

Ale czy dla Konia z kolei było jasne, że obalał te reguły, do których byliśmy przyzwyczajeni i

z którymi tak było wygodnie?

Spojrzałem  na  Męsia.  Siedział  ponury,  brwi  marszczył,  wargi  przygryzał  ze  złości...

Nie takiego wymarzył sobie mistrza. A Funia Bojarska ze złości wbijała raz po raz szpilkę w

głowę pluszowego małpiszona.

Czułem,  że  w  tej  chwili  cała  cykanderska  większość  naszej  klasy  nie  cierpi  Konia  i

boi się jego niezwykłych metod oraz wymagań, a najbardziej, że będzie tak nudzić na każdej

lekcji.

background image

Koń  jakby  nie  zdawał  sobie  z  tego  wszystkiego  sprawy.  Beztrosko  przeszedł  do

omawiania punktu trzeciego swoich „zasad”.

- W zeszycie jednego z waszych kolegów - mówił - przeczytałem takie oto zdanie -

potwora,  od  którego  skóra  może  ścierpnąć  nie  tylko  nauczycielowi  polskiego,  redaktorowi

czy innemu specjaliście od języka, ale po prostu zwykłemu czytelnikowi. Posłuchajcie: „Gdy

dynamiczna  rozpacz  poety,  do  której  popchnęła  go  Maryla,  która  była  puchem  bardzo

marnym,  zaślepionym  przez  złoto,  doprowadziła  go  do  takiego  poważnego  stanu,  że  mógł

wydać z siebie stek nieprzyzwoitych złorzeczeń na los, poeta dzięki sublimacji zamiast steku

złorzeczeń wydał ten sławny wiersz, którego wielka wartość, o której mówiliśmy na zeszłej

lekcji,  polega  na  cennych  zaletach,  które  nas  wciąż  uderzają,  chociaż  minęło  już  sto

pięćdziesiąt  lat  od  wydarzeń,  które  przypięły  poecie  postępowe  skrzydła  do  dynamicznego

lotu »górnego« „.

Oto absolutny rekord, moi drodzy! Siedemdziesiąt siedem wyrazów w jednym zdaniu!

Dziewięć  zdań  podrzędnych  spiętrzonych  jedno  nad  drugim!  Sześć  razy  użyto  zaimka

względnego „który”! W dodatku obawiam się, że autor tego zdania nie bardzo rozumie chyba

sens  niektórych  przymiotników.  Czy  puch  może  być  zaślepiony,  czy  skrzydła  mogą  być

postępowe,  czy  rozpacz  może  być  dynamiczna?  Niezbyt  to  szczęśliwe  sformułowania.  A  w

ogóle,  przyjacielu  kolego,  za  często  używasz  słowa  dynamiczny.  Skąd  to  u  ciebie?  W  tym

jednym zdaniu użyłeś go dwa razy. Po co? Jeśli zbyt często używa się jakiegoś przymiotnika,

traci  on  na  sile  i  na  wartości.  Zaś  co  do  całego  zdania,  to  zauważcie,  mimo  dętego  stylu  i

powagi, a może właśnie dzięki temu, jest zabawne, miejscami nawet śmieszne, po prostu taki

nadmuchany  balon,  w  którym  prócz  powłoki  nie  ma  właściwie  nic.  No  bo  w  końcu  nie

dowiadujemy  się  najważniejszego:  na  czym  polegają  walory  tego  wiersza,  autor  pisze

wprawdzie,  że  „wielka  wartość  wiersza  polega  na  cennych  zaletach”,  ale  jest  to  przecież

„masło maślane”, zwykłe wykpienie się od rzeczowej oceny.

Patrzyłem na Konia z troską. Za dużo mówił i zbyt drętwo. Wszystko chciał załatwić

jednym  przemówieniem.  Biedny  Koń!  Niezbyt  zręcznie  zabrał  się  do  rzeczy.  Teraz  już

Cykanderzy na pewno go zjedzą.

Tymczasem  on  naznęcawszy  się  do  syta  nad  nieszczęsnym  zdaniem,  zaczął  z  kolei

mówić, na czym polega dobry styl. Zacytował naprzód dewizę Juliusza Słowackiego: „chodzi

mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa...” Następnie rozwodził się

długo  nad  „nośnością  zdań”,  jak  to  nazwał.  Żeby  zdania  mogły  unieść  myśl,  muszą  być

dobrze zbudowane, muskularne i silne. Jeden trafnie dobrany przymiotnik więcej jest wart niż

background image

dziesięć  źle  dobranych.  Trzeba  wystrzegać  się  tasiemcowych  zdań,  wyrażać  się  krótko  i

treściwie.

Na zakończenie znów wezwał do odpowiedzi Gibasa:

- Teraz już chyba wszystko zrozumiałeś. Przez godzinę kładłem ci łopatą do głowy.

Gibas wstał, znów zgarbił się i milczał i było jasne, że pompowanie wiedzy w Gibasa

nie na wiele się zdało.

Koń machnął zrezygnowany ręką.

- Mężyk?

Męsio  wstał  i  patrzył  bezczelnie  na  Konia  z  szyderczym  uśmieszkiem.  Programowo

nie wypowiedział ani jednego słowa.

- Bojarska?

Bojarska wstała ze spuszczoną głową, ale też milczała jak zaklęta.

- Cóż to za niemoc ogólna i solidarna? - zdziwił się nieprzyjemnie Koń. - Może ty mi

powiesz  wobec  tego  -  zwrócił  się  do  Cykandera,  okularnika  Racucha  -  masz  dosyć

inteligentną minę.

Ale okularnik Racuch, mimo nader inteligentnej miny też nie wykrztusił ani jednego

słowa, uśmiechał się tylko inteligentnie, co jednak, rzecz jasna, nie mogło zadowolić Konia.

- Co wam się stało? - Koń wyszedł zza stolika, oparł się rękoma o pierwszą ławkę. -

Czy naprawdę nikt nie zrozumiał?

I wtedy od strony ław cykanderskich podniósł się groźny szmer, i rósł, przenosząc się

z ławki na ławkę, coraz głośniejszy i śmielszy, aż przerodził się w potężną wrzawę.

- Nie rozumiemy! Nie chcemy!

Więc  to  tak.  Teraz  już  wszystko  było  jasne.  Wiedziałem,  że  powinienem  wystąpić,

stanąć  w  obronie  prawdy,  nawet  wbrew  całej  cykanderskiej  zmowie.  Już  podniosłem  się  z

ławki,  gdy  nagle  przyszło  mi  do  głowy:  co  będzie,  jeśli  wszyscy  stchórzą  i  nikt  mnie  nie

poprze?  Gdyby  najpierw  wystąpiła  Szyperska  albo  Genialny  Tubka,  wtedy  co  innego,

poparłbym ich gorąco, ale samemu występować jako pierwszy? Zawahałem się przez moment

i obejrzałem na Szyperską, ale Szyperskiej nie dostrzegłem, zasłaniały ją gęby wrzeszczących

Cykanderów.  A  mnie  wydało  się  w  tym  momencie,  że  to  już  cała  klasa  krzyczy  przeciw

Koniowi. Przeciwstawić się całej klasie? Straciłem resztę odwagi.

Byłem ciekaw, co teraz Koń zrobi. Wścieknie się i popędzi do dyra, czy też wyładuje

się na miejscu? Ale rozczarowałem się. Koń wciąż zachowywał spokój. Zbladł tylko i uniósł

brwi, jakby niezmiernie zdziwiony, i wodził oczami po klasie, jakby żądając wyjaśnień. Na

background image

mnie też popatrzył. Ale ja udałem, że nie widzę, i skryłem się za plecami kolegów. Czekałem,

aż ktoś mnie wyręczy i za mnie odpowie Koniowi. Może Szyperska? Może Tubka? Lecz oni

też milczeli i teraz już naprawdę tak wyszło, że Koń ma całą klasę przeciw sobie. Tymczasem

on wciąż przyglądał się nam uważnie.

- Ciekawe - powiedział wreszcie.

W tym momencie zadźwięczał dzwonek.

- Ciekawe - powtórzył Koń, zabrał dziennik i wyszedł z klasy.

Wszyscy poderwali się z miejsc, jakby parzyły ich ławki.

- Biegnij za Koniem, Gibas - rzucił rozkaz Męsio. - Musimy wiedzieć, co teraz zrobi!

Gibas wybiegł ochoczo. Za nim chyba pół klasy.

Ja jeden zostałem w ławce. Jakoś mi się nie spieszyło tym razem. Wolałem z nikim

nie  rozmawiać.  A  już  najmniej  z  Nellą  Szyperską.  Wyciągnąłem  moją  żółtą  agendę  i

zamyśliłem się ponuro. No cóż, stało się. Od dzisiaj, Maksymilianie Ogromski, nazywasz się

Minim. Minimek Fajowicz Mikroński. Naprawdę szkoda. Czy już nic nie da się zrobić? Może

jest jeszcze jakaś maleńka szansa? I dopisałem na końcu nie załatwionych spraw: „Ukręcić

łeb końskiej sprawie”. Ale jak?

background image

7. STAWKA NA KONIA

- Panowie, zdaje się, że tym razem tośmy zrobili Konia w konia - powiedział Męsio do

Cykanderów, którzy tłoczyli się na końcu korytarza.

- Tak, Koń został skutecznie spłoszony - roześmiała się Bojarska.

- Myślę, że wycofa się z tej gry - dodał Racuch przecierając nerwowo okulary.

-  Panowie,  wyrażam  wszystkim  moje  największe  uznanie  i  tobie,  pani  -  skłonił  się

błazeńsko przed Bojarską Męsio. - A także tobie dziękuję, Maksym - odwrócił się do mnie.

- Za co? - mruknąłem.

- Za to, że przestałeś bronić Konia. Mówiłem wam, że Ogromski to fajny chłop.

Zaczerwieniłem się. Chciałem im powiedzieć, że zaszła pomyłka w nazwisku i że od

kilku minut nazywam się Minim Mikroński, ale wciąż jeszcze byłem zbyt przygnębiony, by

brać udział w dyskusji.

Męsio trzepnął mnie przyjacielsko w łopatkę.

- Sprawdziłeś się, Cymek. Wiesz, oni się bali - spojrzał na cykanderów - że odetniesz

się  od  nas  i  wszystko  popsujesz.  Widzicie,  że  się  nie  odciął.  Jemu  też  Koń  przestał  się  już

podobać.  Ja  osobiście  dostałem  dreszczy  od  tej  końskiej  mowy.  „Takie  rzeczy  nie  ze  mną.

Nie będziemy się okłamywać!”. Szczera dusza! Czaruś się znalazł! Naciągacz!

- Naciągacz?! - spojrzałem zaskoczony na Męsia.

- Jasne. Chciał nas naciągnąć na szczerość. Ty mu, bracie, powiesz, co myślisz o tym i

o  tamtym,  rozpakujesz  przed  nim  swoją  walizkę,  a  on  potem  będzie  cię  miał  w  garści.

Przyznaj się, otwórz mu serce, pokaż swoje słabe punkty, a on cię przy okazji uderzy w takie

bolące miejsce. Kiedy raz bolało mnie w sobie, podszedł do mnie Ciężki Tubka i zapytał, co

mi jest. No to powiedziałem, że mnie w sobie boli. „Gdzie”? zapytał. Wskazałem na żołądek.

To łobuz rąbnął mnie pięścią w to miejsce i śmiał się, kiedy się zwinąłem. Od tego czasu nie

mówię nikomu, gdzie mnie boli i nie dam się naciągnąć na żadne Końskie apele i mowy. To

są takie zagrania. Nawet Cymek się na tym poznał. Wczoraj jeszcze bronił Konia, a dzisiaj

już Koń przestał mu się podobać!

Pomyślałem, że to ostatni moment, żeby odzyskać szlachetne moje imię i twarz, i że

jeśli teraz nic nie powiem, to stanę się już zupełnym Cykanderem.

Powiedziałem przez ściśnięte gardło:

- Mylisz się!

- Co takiego?! - Męsio wytrzeszczył oczy.

background image

-  Koń  wcale  mi  się  nie  przestał  podobać...  W  ogóle  jak  możesz  porównywać  tego

goryla  Tubkę  z  Koniem?...  -  wyrzucałem  pośpiesznie  potok  słów.  -  A  co  do  naszych

wypracowań to w dalszym ciągu twierdzę i utrzymuję, że były dęte i nie na poziomie. I ty sam

wiesz  o  tym  najlepiej,  Męsiu,  bo  to  ty  właśnie  nazywałeś  ten  styl  pisania  dętologią  i

dmuchaniem w bambus... Wszyscy pamiętają...

- Człowieku, czy ja mówię, że nie? - zdenerwował się Męsio. - Nie chodzi o to, czy

Koń  ma  rację  co  do  wypracowań,  czy  nie!  Po  prostu  chodzi  o  to,  że  to  jest  niebezpieczny

Koń, który próbuje nas wziąć do galopu. A ja nie mam ochoty galopować z Koniem!

-  Ty  nie,  ale  są  tacy,  co  uwielbiają  wyścigi,  jazdę  szybką  na  czas  i  skoki  przez

przeszkody! Co do mnie, ja stawiam na Konia!

Męsia zatkało na moment.

- Stawiasz? W jakim sensie?!

- Ogólnym i szczególnym, ideologicznie i praktycznie.

- Mów konkretnie.

- Konkretnie? Konkretnie to Koń wróci.

-  Być  może  wróci  z  dyrem  -  powiedział  Męsio,  odzyskując  pomału  równowagę.  -

Proszę bardzo, niech sobie wraca. Ja to wziąłem pod uwagę. Jak przyjdzie z dyrem, powiemy

dyrowi,  że  nic  nie  rozumiemy  z  jego  lekcji,  że  jest  okropny,  że  krzyczy  na  lekcjach,  że  się

złości,  że  ze  strachu  nie  możemy  nic  wykrztusić  i  że  nie  chcemy  Konia.  I  zobaczycie  -

dyrektor  zabierze  go  wtedy  i  będziemy  mieć  spokój...  -  urwał  nagle,  bo  przez  okno

zauważyliśmy wszyscy małego Gibasa.

Wracał  zdyszany,  z  wywieszonym  językiem,  widocznie  z  bardzo  daleka.  Rzuciliśmy

się  ku  wyjściu,  ciekawi  najnowszych  wiadomości  o  Koniu.  Ale  Gibas  wpadł  pierwszy  w

drzwi. Już był na korytarzu. Łapał z trudem powietrze.

- Co się stało? - dopytywał Męsio. - Gdzieś ty był?

- Tro... tropiłem Konia, przecież powiedziałeś, żebym biegł za nim.

- Jasne, ale tak daleko?

- On pobiegł aż do lasu - sapał Gibas.

- Co ty pleciesz?! Do lasu? Z dziennikiem?

- No, nie... najpierw wstąpił do pokoju nauczycielskiego i zostawił dziennik, a potem

poszedł do biblioteki.

- Do naszej biblioteki?

-  Tak,  widziałem  dokładnie,  cały  czas  szedłem  za  nim.  On  wziął  jedną  książkę  z

background image

działu „Psychologia”... przerzucał szybko strony...

- I co?

- Potem rąbnął nią...

- Kogo? Ciebie?

- Nie, no skąd? Nikogo nie rąbnął, tylko rzucił ją ze złością.

- Na ziemię?

-  Nie,  na  stół  pani  Cyborowej,  aż  się  wzdrygnęła,  a  on  zapytał,  czy  nie  ma  jakiejś

lepszej  książki,  ale  pani  Cyborowa  nie  miała,  więc  wybiegł  z  biblioteki.  Myślałem,  że

pobiegnie do dyra, a on w ogóle... - Gibas wytarł głośno nos.

- Co to znaczy w ogóle?... - denerwował się Męsio.

- W ogóle wybiegł ze szkoły - dokończył Gibas.

- Wybiegł ze szkoły? W jakim tempie?

-  W  tempie  właściwym  biegom  długodystansowym.  Biegłem  za  nim  -  sapał  Gibas  -

bardzo byłem ciekawy, gdzie tak biegnie.

- Pewnie po papierosy - zauważył Racuch.

- Koń nie pali - powiedziałem.

- Tak, on nie pobiegł po papierosy... tylko do lasu!

Wszyscy spojrzeli na Gibasa zaskoczeni.

- Jak to do lasu? Koń do lasu?

- Skąd wiesz? - zapytałem. - Pobiegłeś za nim do lasu?

- Nie... nie wytrzymałem tempa - wyznał Gibas nieco zakłopotany. - Ale widziałem,

jak biegł... Wbiegł na drogę do lasu.

Męsio zarżał zwycięsko.

- Panowie! Czy jeszcze nie rozumiecie, o co chodzi?! To jest ucieczka Konia! On już

nie wróci.

- W ogóle? - zamrugał oczami Gibas. - Myślisz, że zostanie w lesie?

-  Głupi  jesteś.  Nie  wróci  do  szkoły...  a  w  każdym  razie  nie  do  naszej  klasy.  On  ma

zniszczone nerwy. Ten bieg o tym świadczy. Czy normalny gog pobiegłby po takiej hecy na

lekcji do lasu?

Oczywiście, nikt nie miał pod tym względem żadnej wątpliwości.

- Powtarzam, to jest ucieczka Konia - zakończył Męsio. - Koń nie wytrzymał nerwowo

i uciekł.

-  Bzdura  -  powiedziałem  i  spojrzałem  na  zegarek  -  po  prostu  jest  godzina  dziesiąta

background image

czterdzieści  pięć.  -  O  tej  godzinie  Koń  codziennie  trenuje  biegi...  Poza  tym  nie  pobiegł  do

lasu, lecz na stadion. Jak wiecie, stadion leży przy tej samej drodze. On codziennie wykonuje

na stadionie co najmniej jedno okrążenie.

- Coś ty?! - bąknął zaskoczony Męsio.

- To prawda - przyznał Racuch. - Ja go widziałem na stadionie. Koń należy do klubu

„Sparta”, robi tam biegi średnie. Często schodzi poniżej czterdziestu siedmiu sekund!

Wiadomość  zrobiła  duże  wrażenie  na  Cykanderach.  Zresztą  nie  tylko  na  nich.

Zauważyłem,  że  od  dłuższej  chwili  naszej  dyskusji  przysłuchuje  się  chyba  cała  klasa.  I,  co

mnie bardzo zdopingowało, Nelka Szyperska.

Odchrząknąłem.

-  Panowie,  sami  widzicie,  że  nie  jest  to  zwykły  Koń.  Jest  to  Koń  o  rozmaitych

wybitnych  właściwościach.  Między  innymi  jest  to  Koń  sportowy  -  powiedziałem.  -  Wy

traktujecie  go  jak  fuksa,  ale  ja  stawiam  na  tego  Konia...  Przykro  mi,  że  muszę  ci  to

oświadczyć,  Męsiu,  ale  muszę,  chociażby  dlatego,  żeby  cię  ostrzec.  On  wróci  i  jeszcze  raz

spróbuje  wziąć  przeszkodę,  bo  to  jest  Koń,  który  lubi  brać  przeszkody.  Radziłbym  się

zastanowić, co robić, kiedy wróci.

- Tak, należałoby się zastanowić - wtrącił Racuch. - Oczywiście na wszelki wypadek...

Zawsze trzeba być przygotowanym na różne możliwości.

-  Tu  nie  ma  się  co  zastanawiać  -  powiedział  Męsio.  -  Mosty  są  spalone.  Jeśli  Koń

wróci,  w  co  nie  wierzę,  to  nie  będzie  nas  kochał.  Będzie  próbował  się  odegrać  i  mścić...

Dlatego....

- Nie znasz Konia - przerwałem mu. - Stale przymierzasz go do tego goryla Tubki, a to

jest Koń szlachetnej krwi. To jest mustang...

- Pegaz - dorzucił Racuch, ale wszyscy tylko roześmieli się, bo nikt nie wiedział, co to

takiego jest Pegaz.

A Męsio od razu skorzystał z zakłopotania Racucha i przejął inicjatywę.

- Być może jest to Koń wspaniały, ale w tej chwili jest to Koń zraniony. Rzuciliśmy

mu wyzwanie. Zraniliśmy go śmiertelnie. On nam tego nie daruje... A ja nie mam ochoty być

stratowany przez Konia, i choćby to nawet był mustang, czy też... jak mu tam...

- Pegaz.

-  O  właśnie.  Pegaz.  Na  szczęście  to  nam  nie  grozi,  on  już  do  nas  nie  przyjdzie...

mówię wam, on był tylko przysłany na próbę. Próba się nie udała. Zabiorą go.

- A jeśli on uzna, że próba jeszcze trwa, no i postanowi odbyć jeszcze jedną lekcję? -

background image

zapytałem.

-  Wtedy  musimy  dalej  stawiać  opór  -  oświadczył  Męsio.  -  Aż  się  zniechęci

ostatecznie.  Nie  mamy  innego  wyboru.  U  Konia  jesteśmy  już  spaleni.  Dziecko  wie,  że

podpadliśmy.

- Za bardzo boisz się Konia - powiedziałem. - Od początku za bardzo się go bałeś i

dlatego narobiłeś głupstw.

- Ja? Bałem się?!

- Tak. Po prostu wszystko robiłeś ze strachu. Panowie, spójrzcie w lustro - jesteście

już prawie dorośli, a tak boicie się Konia. To przecież śmieszne...

-  Jak  tu  się  nie  bać  po  tym  wszystkim?  -  mruknął  Racuch.  -  Teraz  już  chyba  jest

powód.

- Nie przesadzaj... bywają gorsze opresje.

- Ale coś trzeba zrobić - mówił zdenerwowany Racuch. - Męsio ma rację, że jeśli Koń

wróci, to nas stratuje.

- Tak, co robić? - odezwały się głosy.

- Przede wszystkim nie robić burzy w wannie. Nie popadać w panikę, nie wyobrażać

sobie, że od dmuchania w zupę zrobiły się tajfuny. Może Koń sam nie będzie chciał o tamtej

lekcji pamiętać... i zacznie z innej beczki.

- A jeśli przyjdzie nastawiony bojowo, znów wróci do tych okropnych zdań i będzie na

siłę chciał brać przeszkodę? - zapytała Bojarska.

- Wtedy musimy szybko usunąć przeszkodę, zanim oszołomiony Koń zrozumie, co się

stało, utniemy łeb całej sprawie...

- Ale jak? Potrafisz to zrobić?

- Spróbuję...

-  Teraz  jesteś  dzielny  junak,  bracie  Cymku  -  zadrwił  Męsio  -  ale  dziwnie  jakoś  nie

słychać cię na lekcji.

Spojrzałem na niego ciężkim wzrokiem.

- Jutro usłyszysz - powiedziałem.

-  No,  to  będzie  dziejowa  chwila  w  naszej  klasie!  Słyszeliście  wszyscy?  Cymek

przyrzekł ujarzmić mustanga!

- Hurrra! - krzyknęli Cykanderzy.

Podnieceni  czekającą  ich  jutro  zabawą,  już  na  to  konto  zaczęli  szalone  gonitwy  po

korytarzu.

background image

Podszedłem do Nelki Szyperskiej.

- No, jak? Jesteś zadowolona?

Nelka patrzyła na mnie oszołomiona.

-  Już  sama  nie  wiem,  jak  to  jest.  Czasem  wydajesz  mi  się  zabawny  i  dziecinny,  jak

wtedy, kiedy wlazłeś z puzonem na próbę przedstawienia, a czasem piekielnie inteligentny i

mądry.

- To naturalna mieszanka - odparłem - jestem i taki, i taki. Tak właśnie jest, kiedy się

ma  piętnaście  lat.  Czytałem  o  tym  w  jednej  książce,  tam  pisali,  że  na  tym  właśnie  polega

młodość. Oczywiście ta mieszanka może być w różnych proporcjach. U mnie na przykład w

ostatnim czasie było trochę za mało mądrości...

-  Ależ  skąd  -  zaprzeczyła  gwałtownie  Nella  -  właśnie  dzisiaj  przecież  błysnąłeś

mądrością.

- Gdzie niby?

- No, przede wszystkim w klasie...

Pomyślałem,  że  nabija  się  ze  mnie  i  że  jest  to  rodzaj  tak  zwanej  zimnej  ironii,

spojrzałem na nią z ukosa, ale była piekielnie poważna. Tym hardziej zrobiło mi się głupio,

ale nie dałem tego po sobie poznać.

- Och, przesadzasz! - powiedziałem, robiąc skromną minę.

- Wcale nie! To było takie mądre, że nie od razu się zorientowałam.

- Co na przykład? - byłem bardzo ciekaw.

- No, że odłożyłeś tę rozmowę z Cykanderami do przerwy... Gdybyś wystąpił przeciw

nim na lekcji... dopiero teraz widzę, jakie to byłoby straszne!

- Myślisz, że dobrze zrobiłem?

-  Pewnie.  Gdybyś  wtedy  wystąpił,  pan  Szykoń  dowiedziałby  się,  że  klasa  jest

podzielona, że to jest spisek Cykanderów, że oni umyślnie tak wszystko robią... no i wtedy

przejechałby  się  po  Cykanderach.  Nie  mieliby  żadnych  szans.  Byliby  zgubieni...  nie  tylko

zresztą  im  by  to  zaszkodziło.  W  ogóle  atmosfera  w  klasie  byłaby  zatruta.  Może  na  zawsze.

Oczywiście  ty  zdobyłbyś  łaski  Konia,  ale  jakim  kosztem?  Po  trupach  Cykanderów...  Ale  ty

nie  mogłeś  przecież  tak  postąpić.  Ty  chciałeś  dać  im  szansę!  I  dlatego  postanowiłeś

przemówić  im  do  rozumu  dopiero  po  lekcji.  I  zrobiłeś  to  świetnie.  Dopiero  teraz

zrozumiałam, że za jednym zamachem chcesz uratować i Konia, i Cykanderów. To jest mądre

i to jest ładne.

Czułem lekki zawrót w głowie. Nie przypuszczałem, że byłem aż taki mądry. A może

background image

tylko w oczach Nelli, bo Nella... Wcale bym się zresztą tym nie zmartwił. Popatrzyłem na nią

uważnie. Uśmiechała się do mnie.

-  Jesteś  naprawdę  równy  chłopak,  Cymek.  Gdybym  ja  choć  w  części  była  taka

odważna!

Chrząknąłem zakłopotany.

-  Nie  przejmuj  się,  za  to  jesteś  bardzo  przenikliwa  -  powiedziałem  z  odrobiną

szyderstwa i goryczy.

background image

8. JAK UCIĄŁEM ŁEB KOŃSKIEJ SPRAWIE

W  napięciu  czekaliśmy,  czy  Koń  przyjdzie  na  następną  lekcję.  Nawet  najbardziej

opieszali i niesforni uczniowie zajęli miejsca w ławkach jeszcze przed dzwonkiem. Wszyscy

spodziewali się poważnych emocji. Mnie oprócz emocji czekał jeszcze poważny wysiłek - to

ja przecież według słów Męsia miałem „ujeżdżać mustanga”. Najgorsze, że nie wiedziałem,

jak to zrobić. Wszystko będzie przecież zależeć od okoliczności.

Minuta biegła za minutą - pan Szykoń się nie zjawiał. W klasie zaczął narastać gwar.

Mały Gibas wyskoczył nawet z ławki i napisał na tablicy wielkimi literami: Koniec z Koniem.

Chciał  jeszcze  dorysować  przewróconego  na  przeszkodzie  konia,  ale  w  tym  właśnie

momencie  pan  Szykoń  stanął  w  progu.  Gibas  nie  zdążył  nawet  otrzeć  rąk  z  kredy!

Zapanowała śmiertelna cisza. Wszyscy czekali, co teraz się stanie, ale pan Szykoń nawet nie

spojrzał na tablicę.

- Czemu sterczysz? - powiedział tylko do Gibasa. - Zmiataj na miejsce.

Gibas czmychnął i schował się za plecami kolegów.

Potoczyłem wzrokiem po klasie. Napotkałem wściekły wzrok Męsia. Uśmiechnąłem

się  z  satysfakcją.  Koń  przyszedł,  jak  przepowiadałem.  A  więc  wygrałem  pierwsze  starcie.

Teraz mogłem już być pewny, że mam za sobą co najmniej pół klasy i zrobiło mi się raźniej.

Niestety,  gdy  spojrzałem  na  Konia,  znów  poczułem  pewien  niepokój.  To  był

wprawdzie  Koń,  ale  już  nieco  inny  Koń.  Poważny,  jakby  skupiony,  a  może  skrępowany  po

prostu.  W  każdym  razie,  gdy  na  moment  uniósł  głowę  znad  dziennika,  ujrzałem  w  jego

oczach niepewność. Sam też od razu poczułem się niepewnie. Przecież od wczoraj stawiałem

na Konia.

Niedobrze, pomyślałem, jeśli Męsio zauważy u Konia tę niepewność, od razu pójdzie

do  ataku,  tym  razem  już  na  całego,  i  zacznie  się  okrutna  zabawa.  Wilki  osaczą  Konia  i

rozszarpią w drobne kawałki.

Tak  jest,  łowcy  wilków  i  poskramiacze  lwów  nie  mogą  sobie  pozwolić  na

niepewność.  Lwy  to  czują  i  stają  się  tym  bardziej  niebezpieczne.  Bałem  się  o  Konia.  Nie

wiedziałem,  co  zrobi.  Niepewni  poskramiacze  lwów  mogą  ulec  paraliżowi,  zesztywnieć,

stracić  głos,  szczękać  zębami.  Mogą  także  przestać  panować  nad  nerwami,  niepotrzebnie

trzaskać  z  bicza  i  strzelać,  co  jest  jeszcze  gorsze.  Mogą  także  spróbować  obłaskawić  lwy

pochlebstwami,  rozkaprysić  i  rozgrymasić,  próbować  się  okupywać  lwom  kawałkami

(cudzego) mięsa, co jest tylko pozornie lepsze, a na dłuższą zwłaszcza metę zgubne.

background image

Co  zrobi  Koń?  Na  razie  starał  się  panować  nad  nerwami.  Wstał  i  powiedział

spokojnym, może tylko znużonym głosem:

- Zdaje się, że to, co mówiłem na poprzedniej lekcji, nie było dostatecznie zrozumiałe.

Powtórzymy zatem wszystko jeszcze raz...

Patrzyłem z niepokojem na Konia. To był błąd! Nie powinien tak zagaić. Nieostrożny,

biedny Koń! Sam dobrowolnie wchodził na teren bagnisty i śliski, gdzie już czekały na niego

wilki  -  Cykanderzy.  Nie  należy  wracać  do  niczego,  co  skończyło  się  nieprzyjemnie,  a

przynajmniej  na  pozór  zacząć  z  innej  beczki;  powtarzanie  mogło  doprowadzić  tylko  do

powtórzenia  wczorajszej  przykrości.  Nową  bitwę  należy  wydać  w  innym,  wygodniejszym

miejscu,  w  żadnym  wypadku  na  polu  niedawnej  klęski.  Klasa  nie  znosi  powtórek!  Jeszcze

tego tylko brakowało, żeby Koń zaczął nudzić!

Obejrzałem  się.  Pół  klasy  patrzyło  na  mnie.  Wiedziałem:  chcą,  żebym  szybko

zadziałał w tej sytuacji. Ja też patrzyłem na moich stronników, starałem się ich zliczyć, ale

tak naprawdę to widziałem tylko oczy Nelki.

I nagle pomyślałem: Maksymilianie Ogromski, to jest moment, żeby pokazać, iż nie

darmo nosisz maksymalne imię i nazwisko. Oto masz szansę, żeby odegrać dziejową rolę w

historii  tej  okropnej  klasy.  Decyduj  się!  Odwróć  bieg  wydarzeń!  Za  moment  będzie  już  za

późno. Wstań i ujmij ster wydarzeń w swoje ręce!

Wstałem.

Zgnębiony  Koń,  coraz  bardziej  upodabniający  się  do  chudej  smutnej  szkapy,  nawet

nie zauważył, że chcę się włączyć i zabrać głos.

- Wróćmy do poprzedniej lekcji - powiedział.

- To nie będzie potrzebne - oświadczyłem możliwie spokojnie, ale głośno i dobitnie.

Klasa  zastygła.  Poczułem  przyjemne  podniecenie.  Wszyscy  patrzyli  na  mnie.  Koń

drgnął i też obrócił się do mnie.

- Co powiedziałeś?

Widać było, że nie od razu zrozumiał.

- Powtórki nie są konieczne - powtórzyłem - myślę, że wszyscy w klasie zrozumieli.

- Jednak wczoraj... - zaczął Koń.

-  Wczoraj  to  było  zaskoczenie  -  przerwałem  szybko  -  ogólne  zaskoczenie  i

oszołomienie, proszę pana. Cios podbródkowy, że tak powiem... prawie nokaut, proszę pana...

musi upłynąć trochę czasu, aby przyjść do siebie.

- Czy to ma znaczyć, że już przyszliście do siebie? - zapytał nieufnie pan Szykoń.

background image

- Właśnie to chciałem powiedzieć. Po prostu wczoraj nas zatkało, może to wyrażenie

bardziej przemówi do pana. Ja sam byłem zatkany... To wszystko, co pan mówił, było takie

inne  i  nowe,  nie  byliśmy  przyzwyczajeni...  nie  mogłem  słowa  wykrztusić  (jakaż  to  była

prawda). Ale zrozumieć, to my zrozumieliśmy.

- Wolałbym jednak przekonać się i upewnić, powtórka wam nie zaszkodzi - chrząknął

Koń.

Westchnąłem ciężko. Boże, jaki ten Koń uparty! Przeczuwałem, że czeka mnie ciężki

wysiłek.

-  Proszę  pana,  słowo  daję  -  podjąłem  z  poświęceniem  -  pan  może  być  zupełnie

spokojny. Zresztą u nas jak kto nie rozumie, to my sami wkładamy mu łopatą do głowy. U nas

w  klasie  są  koledzy,  co  mają  zdrowe  makówki.  Wystarczy  tylko  potrząsnąć  i  sypią  się

wyjaśnienia,  fakty  i  wiadomości.  Taki  na  przykład  Mężyk  -  to  intelekt  jak  brzytwa...  on  to

wszystko, co pan nam mówił, ma w jednym małym palcu... Jak pan nie wierzy, możemy na

ten temat podyskutować przy całej klasie, inni na pewno też się włączą... Mężyk poprowadzi

tę dyskusję...

Spojrzałem  złośliwie  na  Męsia.  Męsio  siedział  jak  przygwożdżony,  nie  bardzo

wiedząc  chyba,  czy  ma  się  wstydzić,  czy  być  dumny...  „No  wstań  teraz  -  rzuciłem  mu

wyzywające spojrzenie - tłumacz się, że to nieprawda, tłumacz, że niczego nie pojąłeś! Nie,

nie zrobisz tego, bo jeśli masz trochę oleju w głowie, to rozumiesz, że ja chcę cię wyciągnąć

za uszy z tej afery!”

Mój chwyt okazał się nie najgorszy. Cykanderzy siedzieli zdezorientowani. Część ich

zapewne  przypuszczała,  że  wszedłem  w  kontakt  z  Męsiem  i  taką  wypracowaliśmy,  tudzież

uzgodniliśmy,  linię  działania.  Więc  oszołomieni  Cykanderzy  nie  ruszą...  zostali  chyba

skutecznie zneutralizowani. Ale pozostawał Męsio. Czy nie chwyci się jakichś rozpaczliwych

metod? Oczekiwałem w niepewności. On jednak nie odważył się. Nie był aż tak szalony.

-  No,  pięknie,  skoro  już  rozumiemy  się  tak  dobrze,  uznaję  problem  za  zamknięty  -

powiedział  zaaferowany  i  jakby  nie  przekonany  do  końca  Szykoń  -  chyba  że  Mężyk  ma

jeszcze coś do powiedzenia... Wczoraj byłeś niemową, a dzisiaj słyszę, że pomagasz kolegom

i jesteś kimś w rodzaju autorytetu. Więc jak to jest? Powiedz?

Męsio wstał, łypiąc bezradnie okiem... Poprawił szyję w kołnierzyku.

- Ja... nie mam nic do powiedzenia, to znaczy... nic nowego. To jest tak, jak mówił

Ogromski... to było oszołomienie, proszę pana...

- Siadaj!

background image

Męsio usiadł szybko.

- Ciekawa klasa - powiedział pan Szykoń odzyskując pewność siebie - co trochę ktoś

tu  popada  w  oszołomienie.  Wczoraj  wy,  dzisiaj  i  jestem  oszołomiony...  Bo  muszę  wam

powiedzieć... właściwie to miała być moja ostatnia lekcja z wami... Miałem dosyć waszego

uporczywego  oszołomienia  i  przyszedłem  się  z  wami  pożegnać...  ale  skoro  się  już

rozumiemy...

- A to dopiero heca! - szepnął do mnie Męsio.

- Teraz z kolei ty jesteś oszołomiony, jak widzę - odparłem.

- Niech cię Koń kopnie! - zasapał Męsio.

Przez chwilę jeszcze miałem obawy, że zbyt szczere wyznanie Konia może na nowo

wzbudzić  czy  rozdrażnić  Cykanderów.  Rozglądałem  się,  czy  któryś  z  nich  nie  podejmie

kontrataku,  ale  nie,  w  klasie,  o  dziwo,  panował  spokój.  Rozluźniony  wewnętrznie  Koń

przeszedł  do  nowego  tematu:  „Piszę  do  gazety  reportaż  z  miejscowości,  gdzie  spędziłem

wakacje”. Tu już każdy w klasie czuł się na mocniejszym gruncie.

Odetchnąłem. A więc zwycięstwo? Zwycięstwo całkowite i bezwzględna kapitulacja

Cykanderów?  Nie  chciało  mi  się  wierzyć!  Jedno  było  pewne.  Przynajmniej  na  razie

postanowili przyjąć moją formułę... Nie wymyślili widać nic lepszego na poczekaniu.

Wracałem ze szkoły razem z Nelką. Kiedyśmy się rozstawali, zapytałem:

- A teraz powiedz mi prawdę, czy wtedy, podczas tej okropnej lekcji, nie uważałaś, że

jestem tchórzem?

- Co ty?! Przecież już powiedziałam ci... Dlaczego to cię wciąż dręczy?!

- Bo ja sam... muszę ci powiedzieć, ja sam czułem się wtedy jak Minim Mikronowicz.

- Bzdura. Dla mnie byłeś zawsze Maksymilianem Ogromskim.

- Zawsze?

- Tak, nawet jak mówiłam co innego, zawsze wierzyłam w ciebie.

- Dlaczego?

- Nie wiem... tak krótko cię znam, a jednak ci wierzę.

- Jesteś łatwowierna.

- Wcale nie. Nie myśl, że ja każdemu wierzę. Ale myślę, że tobie można... W każdym

razie ja się nie zawiodłam. Przecież to właśnie ty ukręciłeś w końcu łeb końskiej sprawie.

- Sprawa miałaby łeb, i to bardzo duży, do tej pory, gdyby... gdyby nie ty... Przecież

wiesz, że ja to wszystko zrobiłem dla ciebie!

- Mówisz serio?

background image

- Tak.

Milczała przez chwilę.

- Jestem bardzo szczęśliwa - odezwała się wreszcie. - Pierwszy raz w życiu ktoś zrobił

taką trudną rzecz dla mnie. I to właśnie jesteś ty. To strasznie miło mieć kogoś, komu można

wierzyć i na kim można polegać? Dlaczego masz taką ponurą minę? - zapytała zdziwiona.

-  Trudno  być  zachwyconym  w  mojej  sytuacji.  Ja  cię  robię  szczęśliwą,  ale  ty

uwielbiasz Konia!

- Co ty gadasz!

- Uwielbiałaś go od samego początku!

- Coś ty... ja go tylko żałowałam.

- Och, nie wypieraj się. Obserwowałem cię całą lekcję. Patrzyłaś w niego jak w obraz.

- Jak w obraz?

-  Zbyt  łatwo  wpadasz  w  zachwyt,  jak  każda  dziewczyna.  Koń,  owszem,  jest  na

poziomie, ale bez przesady! Dlaczego ty się śmiejesz - wykrztusiłem - co w tym śmiesznego?

Ale  ona  śmiała  się  w  dalszym  ciągu.  Ja  też  uśmiechnąłem  się  w  końcu...  bo

pomyślałem, co sam mówiłem o młodości jako o piekielnej mieszance. Psiakość, znów chyba

coś mi się pomieszało... a może po prostu źle dobrałem proporcje?

background image

9. JAK TRZYMAĆ DWIE SROKI ZA OGON

Wprawdzie  wykreśliłem  nareszcie  z  agendy  sprawę  Konia,  ale  nie  sprawiło  mi  to

większej  ulgi,  bo  przy  okazji  stwierdziłem  z  przykrością,  że  pozostałe  ważne  sprawy  nie

ruszyły zupełnie z miejsca. Był już październik, a ja nie nakręciłem ani pół metra filmu, nie

przebiegłem  czterystu  metrów  w  czasie  poniżej  pięćdziesięciu  sekund,  w  ogóle  nawet  nie

zbliżyłem  się  do  tej  magicznej  cyfry.  Finansowo  też  stałem  na  progu  bankructwa.  No  i

wreszcie  -  Giga!  Wiedziałem,  że  powinienem  wykreślić  Gigę  z  agendy  i  wstawić  na  jej

miejsce Nelkę Szyperską. Tak zrobiłby człowiek konsekwentny. Ja jednak stale zwlekałem.

Wtedy,  gdy  wykreślałem  sprawę  Konia,  też  postanowiłem  za  jednym  zamachem  wykreślić

Gigę. Już nawet zamachnąłem się piórem... ale na próżno, niestety! Pióro - a ściślej mówiąc

mój zielony pisak - jakoś zawisł mi w powietrzu... Nie... nie potrafię wykreślić Gigi. Mimo

wszystko! Na razie - pomyślałem. Potem „czas uleczy wszystko”. Tak przynajmniej mówiła

moja biedna mama w krytycznych chwilach dziejów naszej rodziny. Niestety, wzdychała przy

tym  ciężko  i  te  westchnienia  mamy  sprawiały,  że  zapatrywałem  się  nieco  sceptycznie  na

lekarskie kwalifikacje czasu. Nie mając jednak pod ręką innego środka, postanowiłem poddać

się owej problematycznej kuracji.

Oczywiście  jako  człowiek  czynu  zamierzałem  aktywnie  pomagać  i  czasowi  w

przepędzaniu Gigi z mych myśli i pamięci. Zdawałem sobie sprawę, że jest to operacja długa

i bolesna. Aby ją skrócić i znieść możliwie bezboleśnie, uznałem za konieczne rzucić się w

wir czegoś. Czytałem w książkach, że zadurzeni nieszczęśliwie bohaterowie rzucali się w wir

zajęć,  aby  zapomnieć...  aby  otrząsnąć  się...  więc  ja  też  postanowiłem  rzucić  się  w  wir.  Ale

czego? Z początku nie wiedziałem. Idąc w ślad bohaterów należałoby się rzucić w wir pracy,

mnie  jednak  specjalnie  nie  odpowiadał  jakoś  ten  wir.  Praca  ucznia  nie  wydała  mi  się  zbyt

pasjonująca,  w  każdym  razie  z  pewnością  nie  tak  ciekawa,  aby  można  się  było  w  niej

pogrążyć bez reszty i zapomnieć o nękających nas troskach. Więc co? Może sport? W końcu

wstawiłem  przecież  do  agendy  ten  mój  nieszczęsny  bieg  na  czterysta  metrów.  Gdyby  tak

oddać  się  całkowicie  idei  poprawienia  wyników  na  tym  dystansie?  Zejść  poniżej  owych

pięćdziesięciu  sekund?!  Ćwiczyć  i  ćwiczyć,  trenować  codziennie  ze  stoperem  aż  do

zupełnego  zmęczenia?  Wiedziałem  już  z  doświadczenia,  że  gdy  się  intensywnie  trenuje,

zapomina się o wszystkich innych sprawach, a po treningu człowiek marzy tylko o jednym:

żeby  napić  się  czegoś  zimnego  i  odpocząć.  Więc  i  teraz  może...  gdybym  podjął  na  nowo

treningi, myślałbym tylko o jakiejś coca - coli, o dobrej kolacji, o fotelu, a nie o Gidze...

background image

Po  krótkim  namyśle  zdecydowałem  się  więc  zaktywizować  sportowo,  zapisałem  się

do  klubu  do  sekcji  lekkoatletycznej  i  jako  obiecujący  narybek  codziennie  ćwiczyłem  pod

okiem  trenera  biegi  średniodystansowe  razem  z  innymi  młodzikami.  Po  dwu  tygodniach

osiągnąłem wymagane minimum i zostałem dopuszczony do Międzyszkolnego Biegu z okazji

Święta  Wojska  Polskiego,  który  to  bieg  miał  się  odbyć  dwunastego  października.  Najpierw

stanąłem  do  eliminacji  i  wygrałem  ją  w  mojej  grupie.  W  biegu  finałowym  razem  ze  mną

mieli startować zwycięzcy pozostałych pięciu grup. Znałem wszystkich doskonale z pracy w

klubie.  Byli  to  następujący  chłopcy:  bracia  Bojek,  Ciemski  Tytus,  Opęda  Klaudiusz,  zwany

Klodkiem, oraz Kobylak Stanisław. Wszyscy byli bardzo groźni, może z wyjątkiem Klodka,

który zwyciężył fuksem, bo wylosował najsłabszą grupę. Od razu więc pomyślałem sobie, że

nie  mam  szans  liczyć  na  zwycięstwo,  chyba...  chyba  że  zdarzy  się  jakiś  cud.  Ale  potem

przyszło mi na myśl, że gdzie jak gdzie, ale właśnie w sporcie zdarzają się różne cuda i nie

powinienem  z  góry  kapitulować.  Najważniejsze  to  prócz  formy  fizycznej  mieć  formę

psychiczną.  Wiedziałem,  że  to  nie  zależy  tylko  ode  mnie,  ale  i  od  postawy  publiczności  w

czasie  zawodów.  Gdybym  czuł,  że  trzyma  moją  stronę,  że  stawia  na  mnie...  Tak,

potrzebowałem  dopingu,  oparcia  duchowego  i  zachęty.  Na  kogo  mogę  liczyć?  Oczywiście

liczyłem  na  moją  klasę,  a  zwłaszcza  na  Nelkę  Szyperską,  bo  ważne  jest  nie  tylko,  ile  osób

dopinguje,  ale  także  kto  to  robi.  Tak,  w  tym  biegu  Nella  by  mi  bardzo  pomogła.

Wystarczyłaby świadomość, że znajduje się na trybunie. W przeddzień zawodów spotkałem ją

w szkole.

- Oczywiście jutro spotykamy się na stadionie - powiedziałem. Była raczej zdziwiona.

- Na stadionie? Dlaczego?

- Nie wiesz?

- Skąd mam wiedzieć?!

Zamilkłem, przykro zaskoczony. Nic nie wie! A ja głupi myślałem, że wszyscy żyją

tymi zawodami. To był pierwszy kubeł zimnej wody na mój rozpalony łeb.

- Będę biegał na czterysta metrów - wyjaśniłem rozdrażniony, jutro są zawody i ja...

- Będziesz brał udział w biegach? - Nelka spojrzała na mnie dziwnie.

- Tak. Trenowałem ciężko przez dwa tygodnie...

- Rozumiem - powiedziała - dlatego nigdzie nie było cię widać. Słuchaj, Cymek, nie

chcę się wtrącać do twoich spraw, ale pozwól, że jedno ci powiem: za bardzo się rozpraszasz,

za wiele srok naraz chcesz trzymać za ogon! Boję się, że wszystkie ci uciekną.

Zdenerwowała  mnie.  Zamiast  podziwiać  moje  zdolności,  jakieś  pouczenia...  drętwe

background image

mowy... Chciałem jej to wygarnąć, ale powiedziałem tylko:

- Po prostu jestem wszechstronny. Powinnaś to docenić. A może nie lubisz sportu?

-  Nie  lubię  przesady.  Znikasz  po  całych  dniach.  Przestałeś  zaglądać  do  naszego

ogniska, profesor Kiryłło martwi się, co będzie z twoją grą na puzonie... A ty sobie po prostu

biegasz na stadionie...

- Miałem w planie ten bieg wcześniej niż puzon!

- To po co zapisałeś się na lekcję puzonu?

Zasapałem gniewnie, ale nie mogłem odpowiedzieć na to pytanie.

- Marnujesz tylko czas! - ciągnęła wzburzona Nelka. - Zastanawiam się, czy naprawdę

jesteś taki mądry, jak myślałam.

-  To  zastanawiaj  się  -  odpaliłem  -  a  ja  muszę  przekroczyć  granicę  pięćdziesięciu

sekund!

- Po co?

- Szkoda, że tego nie rozumiesz. Po prostu mam takie ambicje.

- Wolałabym, żebyś się zajął ambicjami filmowymi.

- Filmowymi? Skąd wiesz?

-  Dowiedziałam  się,  że  werbujesz  aktorów  do  filmu,  który  masz  kręcić.  Czy  to

prawda?

- Tak - bąknąłem zbity z tropu.

- Ciekawe, że nic mi o tym nie wspomniałeś.

- Nie wspomniałem?

-  Nie.  Tyle  z  sobą  rozmawialiśmy,  a  ty  ani  słowa  o  tym  filmie  -  w  głosie  Nelli

wyczuwałem wyraźną pretensję. - Ukrywałeś to umyślnie przede mną!

- Ależ skąd...

- To dlaczego?...

- Nie myślałem, że cię to interesuje...

- To mnie interesuje! - zaczerwieniła się Nelka.

Chrząknąłem i zapytałem ostrożnie:

- Czy... czy chciałabyś zagrać w tym filmie?

-  Uważasz,  że  się  nie  nadaję?  -  Nella  poprawiła  włosy,  odstąpiła  krok  i

zademonstrowała  się  w  całej  okazałości  na  tle  szkolnej  tablicy  ogłoszeń,  ze  sztucznym

uśmiechem przylepionym do jaskrawoczerwonych ust.

Wytrzeszczyłem  oczy.  Dopiero  teraz  zauważyłem,  że  Nelka  ma  „zrobioną”  twarz.

background image

Podmalowane powieki, dorysowane brwi, uczernione rzęsy i uszminkowane wargi. A do tego

ta fryzura!

- No więc? - zniecierpliwiła się Nella. - Nadaję się czy nie?

- O... owszem - wykrztusiłem - oczywiście, że się nadajesz, tylko...

- Tylko co?

Ugryzłem  się  w  język.  Nie  mogłem  jej  przecież  powiedzieć,  że  w  tym  momencie

przypomniała mi się Giga. Westchnąłem ciężko. Nie, tego nie da się ukryć, jednak Szyperska

nie zastąpi Gigi w filmie.

-  Masz  jakieś  zastrzeżenia  -  zaniepokoiła  się  Nella  -  jakieś  opory?  -  dopytywała.  -

Może chodzi o Gigę?!

- Co? - zdrętwiałem.

- Nie wypieraj się - zasapała Nella. - Ciężki Tubka mi wszystko powiedział. Chciałeś

wziąć Gigę do filmu!

- No... tak - wyjąkałem - po prostu pasowała mi...

- Ona? A co ze mną?

Poczułem, że się pocę.

- Och, to nie problem - rzekłem pośpiesznie - potrzebuję paru aktorek... w scenariuszu

będzie kilka ról kobiecych... Więc ty i Giga... obie możecie zagrać - wypaliłem wreszcie.

- Obie?! - wykrzyknęła Nelka.

- No, na przykład jako matka i córka.

- Ale kto będzie matką? - zdenerwowała się. - Chyba nie ja!?

Zdałem  sobie  sprawę,  że  wpakowałem  się  na  teren  nader  niebezpieczny  i  śliski,

wycofałem się więc szybko.

- Możecie być siostrami - zaproponowałem.

-  Ja  mam  być  siostrą  Gigi,  no  wiesz...  -  oburzyła  się  Nelka.  -  Nie  potrafiłabym  z

Gigą...  nie....  film  z  Gigą  w  ogóle  nie  ma  sensu  -  oświadczyła  stanowczo  -  musisz  ją

wykluczyć!

- Ależ Nelka, co ty znowu... zrozum!...

- Nie, nie zgadzam się! Nie znoszę Gigi!

-  Nie  bądź  dzieckiem!  -  próbowałem  ją  uspokoić.  -  Jakby  niektórzy,  prawdziwi

aktorzy, tak stawiali sprawę, to by nie powstał nigdy żaden film. Myślisz, że oni zawsze się

lubią?  O,  moja  droga  -  czasem  nie  znoszą  się  bardziej  niż  ty  z  Gigą,  a  grają  zakochanych!

Udają  uczucia  takie,  jakie  są  w  scenariuszu,  a  prawdziwe  chowają  do  kieszeni.  Na  tym

background image

właśnie polega aktorstwo, proszę ciebie!

- Nienawidzę Gigi! - krzyknęła Nelka. Twarz jej napęczniała od złości.

Spojrzałem na nią z pobłażaniem.

-  Musisz  panować  nad  swoim  ciałem  -  powiedziałem  -  jeśli  chcesz  być  aktorką.

Aktorka musi.

Nella opanowała się.

- Myślisz, że potrafię? - zapytała strapiona.

- Na pewno! Ale powinnaś stale o tym pamiętać i nie dać się zaskoczyć przez złość!

Po prostu musisz trenować.

- Będę - westchnęła Nelka - ale to okropne, że Giga...

- Daj spokój z Gigą - powiedziałem ostro - jeszcze nawet nie wiadomo, czy zgodzi się

zagrać w moim filmie. Nawet z nią nie rozmawiałem.

- Nie rozmawiałeś?

- Nawet jej nie znam właściwie - mruknąłem cicho.

- Nie znasz?

- Nie. To wszystko tylko plany.

Nelka odetchnęła wyraźnie.

- Czy ona będzie na... na tym wyścigu?

- Na zawodach?

- Tak... na tych, o których mówiłeś.

- Skąd mogę wiedzieć - wzruszyłem ramionami - wiem tylko, że zawsze interesowała

się sportem... Widywałem ją na trybunach.

- Na pewno przyjdzie - przygryzła wargi Nelka. - Ja też przyjdę - oświadczyła nagle.

- A to byłoby świetnie - powiedziałem i uśmiechnąłem się pod nosem. Było jasne, że

Nelka  jest  zazdrosna.  Lecz  nie  miałem  nic  przeciwko  temu.  Przeciwnie,  to  mi  sprawiało

przyjemność. Więcej, to mi było w tym wypadku na rękę...

background image

10. BIEG NA CZTERYSTA METRÓW

To zapowiadało się z początku całkiem nieźle. Kiedy w dniu zawodów zjawiłem się

na  stadionie,  jeszcze  przed  szatnią  usłyszałem  głośne  kichanie.  Z  ciekawością  otworzyłem

drzwi.  Okazało  się,  że  to  kichali  bracia  Bojek.  Właśnie  z  identycznych  kieszeni  wyciągali

identyczne  chusteczki  koloru  yellow  -  bahama,  po  czym  z  identycznym  trąbieniem  wytarli

identycznie baniaste i czerwone nosy. Prawdopodobnie byli obaj identycznie zakatarzeni. Od

razu poczułem się raźniej. Taka niedyspozycja w dniu zawodów to jest handicap co się zowie.

Przynajmniej  z  braćmi  Bojek  mi  się  udało!  Szansę  mamy  teraz  wyrównane,  a  nawet  może

zdobyłem przewagę. Spojrzałem na Ciemskiego Tytusa. Może i jemu też przytrafiła się jakaś

przykrość?  Niestety,  Ciemski  Tytus  był  bezwstydnie  zdrowy.  Podskakiwał  w  miejscu  jak

pajac, demonstrując ostentacyjnie swą odrażająco wysoką formę. Również Kobylak Stanisław

napawał  mnie  niepokojem.  Był  spokojny  i  skupiony.  Zawsze  bałem  się  spokojnych  i

skupionych twardzieli. Kobylak Stanisław wygląda mi na takiego twardziela. Podobno obaj,

zarówno Ciemski Tytus, jak i Kobylak Stanisław, trenowali całe lato na obozie sportowym,

podczas gdy ja zbijałem bąki u babci Ciuszyńskiej w Pcimiu nad Rabą. Nadto, jak słyszałem,

Ciemski Tytus i Kobylak Stanisław poddali się specjalnej diecie i prócz innych przepisanych

pokarmów  pożerali  posłusznie  jak  zające  dwie  główki  sałaty  i  potężne  porcje  szpinaku

dziennie.  Ja  osobiście  unikałem  nadmiaru  zieleniny,  a  zwłaszcza  do  szpinaku  czułem

nieprzezwyciężony  wstręt.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  to  wszystko  obniża  poważnie  moją

kondycję fizyczną i że w żaden sposób nie mogę się równać z takimi asami jak Ciemski Tytus

i Kobylak Stanisław.

Z  tych  przykrych  rozmyślań  wyrwał  mnie  donośny  dźwięk  puzonu.  Spojrzałem  za

okno. Oczywiście to był Ciężki Tubka. Nadchodził w otoczeniu mikrusów. Raz po raz dął w

srebrzysty instrument, budząc podziw malców. W chwilę później pojawił się w progu naszej

szatni.

- Cześć, chłopaki. Mam dla was dobrą nowinę - obwieścił zasapany, po czym zatrąbił

triumfalnie  -  impreza  zapowiada  się  na  medal!  Kolosalne  zainteresowanie!  Włączyli  się

nawet gogowie!

- Co... gogowie? - zaniepokoił się Ciemski Tytus, który zdążył już złapać od początku

roku  szkolnego  po  parę  łabędzi  z  ważniejszych  przedmiotów  i  był  znany  w  środowiskach

nauczycielskich  jako  Ciemna  Masa  Tytoidalna.  -  W  jakim  sensie  gogowie?  -  dopytywał

wyraźnie zdegustowany tą nowiną.

background image

- W sensie przyjemnym - oświadczył Tubka. - Postanowili ufundować pewne... pewne

nagrody dla zwycięzcy biegu na czterysta metrów.

- Nagrody? Jakie?

-  Krążą  wieści,  że  zwycięski  uczeń  ma  być  przez  cały  rok  traktowany  ulgowo  w

pytaniu...

- Nie wierzę... - oświadczył z goryczą Ciemski Tytus.

- Niby jak to ulgowo? Nie będą stawiać łabędzi?

- Podobno zwycięski biegacz ma być podciągany co najmniej o jeden stopień w górę.

To by cię urządziło, Tytus.

-  To  są  bujdy!  Chcesz  mnie  podnieść  na  duchu  i  dlatego  tak  mówisz.  To  jest

oszukańczy  doping  -  rozzłościł  się  Ciemski.  -  Zwycięzca  tego  biegu  nie  tylko  nie  będzie

podciągany przez gogów, ale na pewno im podpadnie. Ja się znam na tym - pociągnął nosem.

-  Przyuważą  go.  Będą  chcieli  wiedzieć,  co  umie  zwycięzca.  Będą  mówić:  byłeś  silny  na

bieżni,  no  to  pokaż,  czy  jesteś  równie  silny  z  matmy,  i  będą  cię  maglować  z  satysfakcją  i

zaginać  z  rozkoszą...  Gogowie  nie  znoszą  kogoś,  kto  się  wyróżnia  na  sportowym  polu,  a  w

klasie jest klops.

- Głupstwa gadasz. Jakby tak było, to by nie ustanowili specjalnej nagrody rzeczowej

za ten bieg - zarżał Tubka.

- Co to za nagroda? - Bracia Bojkowie zbliżyli się w identyczny sposób poprawiając

okulary na identycznie napuchniętych nosach.

-  Fantastyczna  -  powiedział  Ciężki  Tubka.  -  Z  początku  miał  być  to  Puchar  Grona

Nauczycielskiego, ale okazało się, że w żadnym sklepie nie ma odpowiednio wspaniałego i

wielkiego kryształowego pucharu. Wszędzie oferowano gronu tylko kieliszki do wódki i do

sikacza. Pani Czubało zgodziła się już nabyć zamiast pucharu kieliszek z zielonkawego szkła,

nawet ładny, za dwanaście złotych, ale pan dyrektor Biegunowicz się sprzeciwił. Powiedział,

że  mogłoby  to  być  źle  zrozumiane.  Ofiarowanie  zwycięskiemu  uczniowi  kieliszka  mogłoby

wywołać  wrażenie,  iż  grono  pedagogiczne  zachęca  go  do  picia  napojów  alkoholowych.  I

wtedy pan Roger Fizyczny zaproponował, żeby wręczyć dyrektora Biegunowicza.

Spojrzeliśmy po sobie.

- Jak to wręczyć? Dyrektora? Co ty?!

- Jako nagrodę dla zwycięzcy - oświadczył spokojnie Tubka.

- Samego Biegunowicza?! Zwariowałeś?!

- No... chciałem powiedzieć posążek dyrektora... to znaczy przedstawiający dyrektora,

background image

czyli Biegunowicza, ze spiżu.

- Ze spiżu?

-  Czyli  z  brązu.  Konkretnie  miała  to  być  statuetka  biegacza,  którą  na  pewno

widzieliście...

- Ta co stoi na wystawie w sklepie „Desy”?

-  Ta  sama!  Za  sześćset  sześćdziesiąt  złotych.  Słyszeliście  pewnie,  że  jest  to  dzieło

pana Fąfary?

- Tego, co robi nagrobki na ulicy Cmentarnej?

-  To  jego  brat.  Fąfara,  o  którym  mówię,  czyli  Fąfara  Rączka  podupadł  ostatnio  na

skutek nałogu pijaństwa i robi już tylko figurki diabełków i aniołków z gipsu w spółdzielni

„Kramarz”. Kiedyś zapowiadał się na wielkiego artystę i był kolegą dyrektora Biegunowicza,

gdy  uczył  zajęć  plastycznych  w  szkole  w  Lelowie.  Wtedy  podobno  wyrzeźbił  tę  podobiznę

dyrektora.

-  Nie  jestem  pewien,  czy  statuetka  z  wystawy  „Desy”  przedstawia  Biegunowicza  -

powiedziałem.

- Nie ma wątpliwości - oświadczył autorytatywnie Tubka. - Biegunowicz w młodości

był biegaczem.

- Twarz podobna - powiedział Ciemski. - Ma nawet okulary.

- Wysuniętą szczękę dolną - dodał Tubka. - A w ogóle ta sama postawa... ten rozbieg...

Widziałem, jak Biegunowicz raz śpieszył się na zebranie do Komitetu. Biegł tak samo jak ten

wyrzeźbiony  sportowiec  z  wyciągniętą  szyją  podnosząc  wysoko  kolana.  To  jest  na  pewno

Biegunowicz! I co ważniejsze, w cenie sześciuset sześćdziesięciu złotych. Nierdzewny.

Wiadomość  o  tak  cennej  nagrodzie  zrobiła  na  nas  silne  wrażenie.  Przez  chwilę

milczeliśmy oszołomieni.

- I... i to będzie na własność? - wykrztusił przejęty Tytus.

- Niezupełnie powiedział Tubka. To ma być nagroda przechodnia. Zwycięski biegacz

będzie  przechowywał  Biegunowicza,  oczywiście  na  honorowym  miejscu,  aż  do  następnych

zawodów. Dopiero gdy zwycięży trzy razy z rzędu, otrzyma posążek na własność...

- To mi się mniej podoba - oświadczyłem.

- To może być kłopotliwe - dodał Ciemski Tytus.

Tubka chrząknął.

-  To  prawda...  Rzecz  może  być  kłopotliwa.  Podobno  brąz  użyty  do  wyrobu  posążka

nie  jest  najwyższej  jakości...  pod  wpływem  powietrza...  zwłaszcza  zanieczyszczonego

background image

powietrza zbyt szybko zielenieje, a co gorsza czernieje. Dlatego do nagrody będzie dołączona

specjalna pasta i flanelka do czyszczenia dyrektora.

Spojrzeliśmy  po  sobie.  Perspektywa  czyszczenia  dyrektora  Biegunowicza  przy

pomocy pasty i flaneli nie bardzo nam się podobała. To mogło być nudne na dłuższą metę.

- E, nabijasz się chyba z nas. - Opęda Klaudiusz spojrzał podejrzliwie na Tubkę.

-  Jak  słowo...  -  uderzył  się  w  swą  gorliwą  pierś  Ciężki  Tubka.  -  Słyszałem,  grono

pedagogiczne naradzało się w tej sprawie. Wszyscy byli za tym, żeby ufundować nagrodę w

postaci biegacza, ale bali się, czy młodzież potrafi uszanować tak cenne trofeum. Szczególnie

pani Czubało wyraziła wątpliwość, czy można oddawać bądź co bądź spiżowe wyobrażenie

władzy  szkolnej  we  władzę  jakiegoś  drapichrusta  -  gołowąsa  tylko  dlatego,  że  ma  szybkie

nogi. Tak powiedziała, zapamiętałem dokładnie.

- Drapichrusta? - skrzywił się Ciemski Tytus.

- Drapichrusta - gołowąsa! - odparł Tubka. - I powiedziała jeszcze, że żaden z nas nie

potrafi przechować posążka przez rok.

- Oburzające! - stwierdził Opęda Klaudiusz. - Taki brak zaufania!

-  Wreszcie  postanowiono  -  ciągnął  dalej  Tubka  -  że  pan  Roger  Fizyczny  będzie

osobiście kontrolował, czy statuetka dyrektora Biegunowicza jest właściwie przechowywana

przez ucznia - biegacza.

- Co to znaczy - właściwie? - zaniepokoił się Ciemski Tytus.

- To znaczy - odparł spokojnie Tubka - czy jest ustawiona na honorowym miejscu w

domu...  czyli,  jak  się  wyraziła  pani  Czubało,  odpowiednio  eksponowana  oraz  czy  jest

odkurzana i czyszczona tą flanelką, o której mówiłem...

- Odkurzanie nie będzie łatwe - pociągnął nosem Opęda Klaudiusz. - Nie wiem, czy

przyjrzeliście się panu Biegunowiczowi na tej wystawie. On jest cały pofałdowany - zauważył

rzeczowo, i to też była prawda.

Milczeliśmy stropieni, a Ciemski Tytus zaczął podskakiwać jeszcze bardziej nerwowo

niż przedtem.

-  Najbardziej  się  boję,  że  przy  sposobności  pan  Roger  może  oprócz  stanu  nagrody,

sprawdzić stan ucznia. Człowiek będzie się bał żyć po swojemu, bo stale będzie myślał, że

Roger  wpadnie  do  domu,  krzyknie,  fuknie  i  zapędzi  do  odrabiania  lekcji.  -  Ciemski  Tytus

przebierał nogami coraz bardziej nerwowo.

Tubka przypatrywał mu się z niesmakiem.

- Widzę, że zrobiłeś się nerwowy - zauważył. - To niedobrze. - Wyciągnął z kieszeni

background image

wymiętoszoną paczkę sportów. - Masz, zapal sobie, stary, to cię uspokoi.

Ciemski Tytus zawahał się. Niewątpliwie z jednej strony był zaszczycony propozycją

Tubki,  a  z  drugiej  bał  się...  Wiedział,  że  jako  biegacz...  jako  biegacz,  powinien  stanowczo

odmówić,  ale  chciał  zagrać  przed  Tubką  dorosłego  wygę,  któremu  jakiś  dymek  nie  może

zaszkodzić. Nawet przed biegiem na czterysta metrów. Wziął więc papierosa i zapalił z miną

starego praktyka.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Do licha, nowy handicap. „Pal, kochasiu - pomyślałem

patrząc z przyjemnością na Ciemskiego Tytusa - zaciągaj się jak najgłębiej, a ciebie też będę

miał z głowy”.

A potem pomyślałem, że jestem podły. To nie są myśli godne wielkiego sportowca.

Ach,  wiedziałem  dobrze,  co  powinienem  zrobić.  Powinienem  wypędzić  Tubkę  z  szatni,

wyrwać mojemu szanownemu partnerowi Ciemskiemu Tytusowi peta z jego głupiej gęby, w

każdym  razie  powinienem  go  ostrzec,  czym  to  grozi,  no  i  powinienem  być  zmartwiony,  że

mój szanowny partner traci tuż przed biegiem formę, a tymczasem nic z tego. Nie poruszyłem

się nawet i wcale nie byłem zmartwiony. Tak... nie jestem na pewno wielkim sportowcem,

jestem nędznym drapichrustem - jak by powiedziała pani Czubało - małym graczem, któremu

zależy tylko na wygranej, a bardzo mało na stylu, w jakim się wygrywa. To smutne. Czy musi

tak być?... Może by jednak spróbować pokazać, że stać mnie na wielki styl...

Zanim  jednak  zdążyłem  cokolwiek  komukolwiek  pokazać,  w  oknie  pokazała  się

Nelka Szyperska. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Wybiegłem z szatni.

- Co się stało? - zapytałem.

- Jak się czujesz? - popatrzyła na mnie z niepokojem.

- Doskonale - odparłem zdziwiony.

- Czy... czy bardzo się denerwujesz?

- Trochę.

- A kogo się boisz z partnerów?

- W tej chwili, to już chyba tylko Kobylaka Stanisława.

- Och, Kobylaka... - Nelka zaczerwieniła się i westchnęła ciężko.

- Dlaczego wzdychasz? - zapytałem podejrzliwie.

Nelka spojrzała na mnie dziwnie spłoszonymi oczyma.

- Muszę ci coś wyznać - wykrztusiła.

- Co takiego?

background image

- Całą noc nie mogłam spać i myślałam ciągle o tym... Słuchaj, Cymku, ja... nie mogę

trzymać twojej strony w tym biegu... ja... ja muszę trzymać stronę Staszka...

- Staszka?

- No, Kobylaka. Obiecałam... przyrzekłam mu, że będę go dopingować.

- Co takiego?! - osłupiałem. - Zdradziłaś mnie?!

- Mu... musiałam. - Nelka miała oczy pełne łez.

- Musiałaś?! No wiesz! - zasapałem wzburzony.

- Kobylak zrobił mi scenę.

- On? Taki spokojny?

- Wcale nie jest taki spokojny, jak ci się zdaje... On jest straszny... - wyznała Nella. -

Zrobił mi okropną scenę zazdrości. Mówił, że jak on mnie prosił, żebym przyszła na stadion,

to  nigdy  nie  chciałam,  a  ty  tylko  jeden  raz  mi  zaproponowałeś  i  od  razu  się  zgodziłam,

chociaż znam cię dopiero od niedawna, a on mnie zna od przedszkola! I powiedział, że jeśli

nie będę trzymać jego strony w tym biegu i nie będę go dopingować okrzykami „Kobylak!”,

to on cię tak załatwi, że nie ukończysz biegu i że w ogóle odechce ci się być sportowcem.

Odgrażał się strasznie, a w oczach miał złe błyski...

- I ty się zgodziłaś?

- Bałam się, że on ci naprawdę coś zrobi.

- Ohydny terrorysta! Ale ty nie powinnaś się zgodzić - powiedziałem - powinnaś mnie

tylko ostrzec przed nim. Już ja bym sobie dał z nim radę.

- Och, ty go nie znasz... On jest gotów na wszystko, mógłby ci na przykład nasypać

czegoś do pantofli... albo schować kostium, albo niby niechcący przytłuc ci nogę... Jak o tym

pomyślałam... nie... nie mogłam dopuścić żadnego ryzyka.

-  Mimo  wszystko,  nie  powinnaś  była  tego  zrobić  -  rzekłem  twardo.  -  Przyrzekać

doping takiemu gadowi?! Bardzo liczyłem na to, że usłyszę twój głos na ostatnim wirażu... A

tak będę zupełnie sam.

- Będę krzyczeć „Kobylak”, ale myślami będę z tobą - oświadczyła Nelka.

- Dziękuję i za to - powiedziałem kwaśno.

- Przebacz mi. - Nelka otarła oczy.

- Przebaczam ci - powiedziałem.

Potem pomyślałem, że jeszcze nie zaczęły się zawody, a już tyle dramatów i emocji. A

swoją drogą, że taki Kobylak... - Pokręciłem głową i westchnąłem ciężko.

background image

11. O SZKODLIWOŚCI KIBICÓW, W RODZAJU TUBKI, SŁÓW

KILKORO

Spojrzałem  na  zegarek.  Dochodziła  szesnasta.  Od  strony  bieżni  dochodziły  mnie

oklaski  i  okrzyki  tłumu.  Wkrótce  dołączył  do  nich  bełkotliwy  głos  megafonu.  To  witają

sprinterów,  którzy  wyszli  właśnie  na  boisko  i  zostali  przedstawieni  publiczności.  Jeszcze

dwadzieścia minut i wystartujemy my - czterystumetrowcy. Pomyślałem, że czas wrócić do

szatni i zacząć przebierać się pomału...

Na progu garderoby buchnął we mnie gryzący obłok dymu tytoniowego. W głębi, w

niebieskich oparach majaczyły niewyraźne kształty zawodników. Wśród nich górował kształt

bardzo  podobny  do  goryla.  Był  to  niewątpliwie  kształt  Tubki.  Zostawiłem  drzwi  otwarte  i

zacząłem  przedzierać  się  przez  zasłony  dymne  do  mojej  szafki...  Jak  się  wkrótce

zorientowałem, w szatni wciąż trwała dyskusja na temat szans poszczególnych zawodników i

nagród przewidzianych dla zwycięzcy.

- Wiedziałem, że tak będzie - usłyszałem głos Tubki. - Nagroda Grona to rzecz śliska.

Spodziewałem się, że może wam nie przypaść do gustu. Brać nagrodę od nauczycieli może

być krępujące, to zbyt przypomina naszą szkółkę kochaną, co innego, gdybym ja... - Tubka

wypuścił kłąb dymu.

- Gdybyś ty?! Co ty? - rozległy się niespokojne pytania.

- No, gdybym ufundował nagrodę.

- Nagrodę!

-  Nie  wiem  tylko,  czy  mi  wypada  -  chrząknął  z  fałszywą  skromnością  Tubka.  -

Wprawdzie  jestem  dość  znany  w  kołach  młodzieży,  zdobyłem  pewien  autorytet  w  kręgach

artystycznych  oraz  sportowych  i  moja  opinia  się  liczy,  ale  z  drugiej  strony  jestem  tylko

uczniem... Dlatego chciałbym znać wasze zdanie. Czy to będzie dobrze przyjęte? - Spojrzał na

nas badawczo małymi, przenikliwymi oczami.

-  Och,  niepotrzebnie  masz  skrupuły  -  powiedziałem  głośno  -  pomysł  jest  wspaniały.

To miło z twojej strony, że chciałbyś ufundować mi nagrodę.

- Tobie? - zmarszczył brwi Tubka.

- Oczywiście. Bo to ja wygram ten bieg - rzekłem twardo.

- Ty?! - Ciężki Tubka zaśmiał się nieprzyjemnie. - Gdybym wiedział, że ty wygrasz

ten bieg, nie fundowałbym żadnej nagrody. Albo... albo ufundowałbym ci nagrodę w postaci

zgniłego jaja lub medalu ze sparciałego buraka, ale ty nie wygrasz. Dlatego ufunduję wielką,

background image

cenną nagrodę.

-  Jaką?  -  zapytał  Ciemski  Tytus  i  wszyscy  zawodnicy  spojrzeli  na  Tubkę  ciekawie.

Nawet Kobylak Stanisław przestał na moment medytować nad swoim pryszczem.

- Właśnie zastanawiam się... jak ją nazwać... - zamruczał zamyślony Tubka.

- To proste - powiedziałem - to się powinno nazywać Nagroda Sportowa Tubki.

- Tak po prostu? - skrzywił się Tubka.

- No więc Nagroda Artystycznej Tubki.

- To już lepiej, ale za mało uroczyście.

- Proponuję: Nagroda Sportowa Wielkiej Tuby! - wykrzyknął Ciemski Tytus.

- Złotej Tuby! - uzupełniłem.

-  Wielkiej  Złotej  Tuby  -  zakaszlał  krztusząc  się  dymem  Klodek  -  to  brzmiałoby

dumnie.

- Może być - zgodził się łaskawie Tubka.

- Ale jak to będzie wyglądać? - zainteresował się Ciemski Tytus.

- Co?

- No, ta nagroda.

- Coś w rodzaju trąbki na postumencie - powiedziałem.

-  Tak  jest  -  zaaprobował  Tubka.  -  Z  tym,  że  zamiast  trąby  mógłby  być  puzon...

ewentualnie nawet ja sam grający na puzonie. Taka mała rzeźba, złocona.

- Ale skąd ty weźmiesz na to forsę? - zreflektował się nagle Ciemski Tytus.

Tubka uśmiechnął się pod nosem. Pytanie nie zmieszało go bynajmniej. Widać było,

że rzecz przemyślał już przedtem.

-  Właśnie  rozpocząłem  zbiórkę  pieniędzy  na  nagrodę  -  oświadczył  oglądając  sobie

paznokcie. - Myślę, że powinniście pierwsi złożyć pewne datki. Powiedzmy, dychę od łebka.

To  przecież  w  naszym  interesie.  Zaraz  potem  ogłoszę,  że  zawodnicy  wpłacili  radośnie  na

Fundusz Nagrody. To zachęci innych do bulenia forsy. To ich zdopinguje i podnieci. Wszyscy

będą płacić.

W  tym  momencie  pomyślałem,  że  Ciężki  Tubka  nie  jest  taki  głupi,  na  jakiego

wygląda. Więc po to przylazł do nas i udaje zapalonego kibica! Po prostu chce wyciągnąć od

nas grubszą gotówkę... i wpadł na taki pomysł! Nieźle! Całkiem inteligentnie jak na Tubkę.

-  Genialnie  to  sobie  wykombinowałeś  -  oświadczyłem  głośno  -  ale  ja  nie  dam  ani

grosza. Byłoby śmieszne, gdybym sam sobie fundował nagrodę... Koszt nagrody musi ponieść

sam fundator. Inaczej jest to dmuchanie w bambus i nabieranie gości.

background image

-  Nie  słuchajcie  go!  -  zasapał  Tubka.  -  To  jest  aspołeczny  typ!  Niezdolny  do

współpracy kolektywnej.

A  jednak  ostudziłem  nieco  zapały.  Zbiórka  pieniężna  wśród  zawodników  przyniosła

zaledwie niecałe pięć złotych i rozczarowała zupełnie Tubkę.

-  To  skandal!  -  wykrztusił  wściekły.  -  Widzę,  że  zaraziło  was  skąpstwo  Cymka.  No

więc dobrze! Jak chcecie. Dopóki będziecie pielęgnować tę swoją chciwość i sknerstwo, to

pamiętajcie,  nędzni  dusigrosze,  że  moja  nagroda  będzie  polegała  na  uściśnięciu  ręki

zwycięzcy. Niestety - tylko na uściśnięciu ręki - powtórzył z goryczą.

- Nie żartuj! - jęknął Ciemski Tytus. - Mamy się wysilać dla jednego uściśnięcia ręki...

- Mogę was uścisnąć dwa razy - rzekł z godnością Tubka.

- Dołożysz jeszcze komplet artystek?

- Artystek? Jakich artystek? - denerwował się Tubka.

- No, przecież masz te albumy filmowe - mruknął Ciemski Tytus.

-  Masz  także  kolorowe  zdjęcia  gwiazd  i  gwiazdorów,  wszyscy  wiedzą,  że  stryjek

przysyła ci z zagranicy - dodałem.

- Chodzi ci o fotografie astronomiczne?

-  Nie  udawaj  Greka.  Chodzi  mi  o  fotografie  aktorów  i  aktorek,  za  pomocą  których

usiłujesz  podrywać  niektóre  dziewczyny.  Gdybyś  zechciał  podarować  zwycięzcy  jakiś  mały

komplecik... - uśmiechnąłem się niewinnie.

-  Tak,  jakiś  mały  komplecik  -  podchwycił  Ciemski  Tytus,  oblizując  się  łakomie.  -

Chyba stać cię na to jako działacza sportowego.

- Mogę wam dać trzy sztuki - zasapał rozzłoszczony Tubka. Trzy sztuki, to wszystko!

- Męskie czy żeńskie?

- Jasne, że męskie, dam wam Klossa, Zagłobę i Hamleta.

- Wypchaj się!

- No to trzech facetów z Bonanzy.

- O rany, takie gęby...

- A co byś chciał?

- No... chociaż jedną babkę.

- Jesteś nieletni, Bonanza powinna ci wystarczyć - oświadczył zgorszony Tubka.

Niestety, widać było, że Ciemskiemu Tytusowi nie wystarcza. Uznałem za stosowne

interweniować.

- Słuchaj, Tubka - rzekłem siląc się na przyjacielski ton. - Jesteś znany z tego, że masz

background image

szeroki  gest.  Uważają  cię  za  mecenasa  sportu.  Tak  napisali  w  gazetce  szkolnej.  Czytałeś

chyba.  „Zawody  zaszczyci  swą  obecnością  znany  mecenas  sportu,  kolega  Tubkowski  z

ósmej...”

-  To  były  zgrywy  redaktorów,  oni  stale  się  mnie  czepiają...  w  dziale  satyrycznym  -

sapał Tubka.

-  Nie  wyssali  tego  z  palca.  Tak  o  tobie  mówią  zawodnicy:  „mecenas  sportu”.  To

zobowiązuje. Powinieneś odżałować jakąś fotkę z babką i dołączyć do nagrody.

- Kolorową! - dodał Ciemski Tytus.

Tubka przez chwilę toczył walkę wewnętrzną. Wreszcie oświadczył zbolałym głosem:

- No, dobrze, znajcie mój gest. Dołożę wam Claudię Cardinale na koniu.

- Och, Tubka, jesteś wspaniały! - zawołał Ciemski Tytus.

- Tylko pamiętajcie. Wynik musi być na medal. Claudia zostanie dołączona tylko w

wypadku,  gdy  zwycięzca  osiągnie  wyśrubowany  czas...  Powiedzmy,  poniżej  pięćdziesięciu

dwu sekund. Zgoda?!

- Zgoda.

-  No,  to  zapalimy  -  Tubka  wyciągnął  ponownie  wymiętą  paczkę  sportów  i  zaczął

częstować  zawodników.  Mnie  ostentacyjnie  ominął,  natomiast  podszedł  do  leżących  braci

Bojków.

- Wstawać! Bo jak wam przyleję! - wrzasnął Tubka.

Bracia  Bójek  unieśli  się  na  kanapce  i  patrzyli  na  nas  identycznie  podpuchłymi

oczyma.

Tubka spojrzał na nich ze wstrętem.

- Coście tacy zaślimaczeni?

Bracia  Bójek  pociągnęli  identycznie  baniastymi  nosami,  po  czym  wyciągnęli  z

kieszeni  dwie  chusteczki  w  identycznym  kolorze  yellow  -  bahama  i  wytarli  nimi  dwa

identycznie sine nosy w kolorze bleu de Paris.

- Ooobawiamy się, żeee nie jesteśmy w formie - zabeczeli.

- Ja też się obawiam - powiedział Tubka. - Co wam jest?

- Maaamy nieżyt.

- Co to jest?

- Coś w rodzaju kataru - powiedział większy Bojek i kichnął przeraźliwie.

Tubka spojrzał na nich krytycznie.

- Tylko bez takich kawałów!

background image

- Tooo niechcący - wyjaśnił większy Bojek. - Tooo dlatego, że mamy zatkane drogi

oddechowe - wyjaśnił mniejszy.

- I w ogóle jesteśmy nie - do - tle - nie - ni.

Tubka spojrzał na nich krytycznie.

-  Przydałyby  się  wam  inhalacje  -  oświadczył  i  podsunął  braciom  paczkę  sportów.  -

Zapalcie sobie, to wam przetka drogi oddechowe, wypuszczajcie tylko dym przez nos!

Bracia Bojek spojrzeli po sobie zaskoczeni.

- Trener Mamiec zabronił... a do tego w naszym stanie...

- Wasz stan was rozgrzesza - uciął Tubka - powiedziałem, że musicie przetkać sobie

kinole. Nikotyna oczyści wam przewody... No, śmiało, to wam na pewno dobrze zrobi.

Bracia  Bojek  zapalili,  i  ostrożnie,  żeby  się  nie  zakrztusić,  zaczęli  sobie  czyścić

nikotyną przewody.

-  Zupełnie  nie  wiem,  na  kogo  postawić  w  tej  sytuacji  -  westchnął  zdenerwowany

Tubka. Wiem tylko jedno.

- Co wiesz?

- Na kogo nie postawić. Na przykład wiem, że na pewno nie postawię na Cymka.

- Dlaczego?

- Cymek nie wygra.

Tubka spojrzał na mnie dziwnie ciężkim wzrokiem.

-  Myślisz?  -  uniósł  do  góry  brwi  Opęda  Klaudiusz.  -  A  ja  myślałem,  że  on  jest

faworytem.

- Źle myślałeś - uśmiechnął się krzywo Tubka. - Forma Cymka jest nader niepewna.

Nie wiem nawet, czy ukończy ten bieg.

- Dlaczego nie ma ukończyć?

Ale  Tubka  nie  odpowiadał,  tylko  wciąż  uśmiechał  się  tajemniczo.  Poczułem  się

dziwnie nieswojo... szczerze mówiąc w tym momencie po raz pierwszy zdjął mnie strach, że

ten wyścig może mieć niespodziewany, dramatyczny przebieg.

Mimo złych przeczuć, jakie mnie ogarnęły, postanowiłem trzymać fason.

- Panowie - powiedziałem siląc się na niedbały ton - czas przerwać dyskusję i kończyć

palenie. Zbliża się pora występu. Naprawdę radziłbym się już przebrać.

To mówiąc zdjąłem marynarkę i powiesiłem na krześle.

Ciemski  Tytus  popatrzył  w  rozterce  na  swojego  peta.  Został  mu  jeszcze  spory

kawałek.  Żal  było  wyrzucać,  zaciągnął  się  więc  spiesznie,  a  potem  nerwowo  strzepnął

background image

popiół... prosto na klapy mojej marynarki.

- Zdmuchnij to łaskawie, Ciemna Maso Tytoidalna - powiedziałem.

Ciemski Tytus nie kwapił się jednak zdmuchnąć łaskawie i udawał niedomogę słuchu.

To mnie zdenerwowało. Dopadłem do niego i chwyciłem za kołnierz.

- Słyszałeś, co powiedziałem? Zdmuchnij ten popiół, bo inaczej to ja cię dmuchnę w

twoje tytoidalne ucho.

- Zostaw - odepchnął mnie Tubka. - Uszkodzisz zawodnika!

- Jemu już nic nie zaszkodzi - powiedziałem szyderczo. - Spójrz na niego.

Tubka spojrzał podejrzliwie na Ciemskiego Tytusa.

- Źle się czujesz?

- Nic mi nie jest - bąknął Ciemski Tytus z niewyraźną miną, kończąc palenie.

- Zobacz, zrobił się zielony - powiedziałem do Tubki. - Lepiej wyprowadź go na dwór.

Tubka przez chwilę trwał w rozterce.

- Skacz! - rzucił wreszcie do Ciemskiego Tytusa.

- Dlaczego mam skakać? - jęknął Ciemski Tytus.

- Chcę cię sprawdzić - warknął Tubka i odsunął się od niego na wszelki wypadek.

Nieszczęsny faworyt zaczął podskakiwać ostrożnie i niemrawo, ale mimo to robił się

coraz bardziej zielony.

Tubka przypatrywał mu się zatroskany, a potem spojrzał z niesmakiem na Kobylaka

Stanisława,  który  wciąż  jeszcze  przebywał  w  stanie  skupienia  wewnętrznego  i  z

namaszczeniem oglądał sobie pryszcze w lusterku.

- Nie wyglądacie zbyt za... zachęcająco.

-  Naprawdę,  Tubka,  powinieneś  liczyć  tylko  na  mnie  -  oświadczyłem  z  bezczelnym

uśmiechem.

- Nie denerwuj mnie! - zasapał Tubka.

- Mówię ci, póki czas, postaw na mnie!

-  Idź,  bo  cię  kopnę!  -  zagrzmiał  rozzłoszczony  Tubka,  po  czym  zwrócił  się  do

Ciemskiego  Tytusa  i  do  Kobylaka  Stanisława.  -  Weźcie  się  w  garść!  Nie  chciałbym  być  w

waszej skórze, gdy przegracie! Liczę tylko na was!

- A na mnie? - jęknął żałośnie Opęda Klaudiusz.

-  Ty  się  nie  liczysz  -  powiedział  Tubka  -  i  bracia  Bojkowie  też  się  nie  liczą.  Liczę

tylko na Ciemskiego i Kobylaka oraz na mój puzon oczywiście.

- Na twój puzon? - zapytał Nie Liczący Się Klodek.

background image

-  To  jest  potężny  instrument  dopingu  -  oświadczył  Tubka  rozciągając  połyskujące

złociście rury. - Będę zagrzewał do walki mojego faworyta trąbieniem. Nawet gdy już będzie

wypompowany i sflaczały, pod wpływem tego głosu nabierze nowych sił i zapału... Czy nie

mam racji, Ciemski? Ja to już przecież wypróbowałem z tobą na treningach.

- To było oookropne... to znaczy ookropnie skuteczne - przytaknął Tytus.

- Równie dobrze można by posłużyć się ryczącą krową - zauważyłem.

- Na pewno, kiedy się ma dębowe ucho jak ty! - odciął się pogardliwie Tubka. - Na

szczęście są tacy, co potrafią ocenić szlachetny ton puzonu. Ich poderwę do walki! O tak! -

Uniósł do góry puzon i zatrąbił głośno, niestety - przez nieuwagę - prosto w ucho Kobylaka

Stanisława.

Kobylak Stanisław, który aż do tej chwili trwał w stanie głębokiego skupienia, teraz

dopiero  został  wytrącony  z  tego  dostojnego  stanu,  upuścił  lusterko  i  przeszedł  w  stan

gwałtownego  pobudzenia,  co  wyraziło  się  niezwykłym  skokiem  wzwyż.  Był  to  skok

zadziwiająco wysoki, tym bardziej zdumiewający, że Kobylak Stanisław skakał bez rozbiegu.

Skoczyłby zapewne ponad dwa metry i miałby murowane szansę na rekord, niestety szatnia

nie jest odpowiednim miejscem do bicia rekordów. Kobylakowi Stanisławowi zaszkodził zbyt

niski pułap, a ściśle mówiąc belka stropowa, o którą uderzył głową. W rezultacie nieszczęsny

zawodnik  przeszedł  z  kolei  ze  stanu  pobudzenia  w  stan  ogłuszenia,  a  następnie  osłupienia.

Opadł  na  podłogę  i  usiadł  zamroczony.  Z  rozrzuconymi  rękami  i  nogami  oraz  z

przekrzywioną głową wyglądał jak porzucony przez dzieci pajac.

- Co mu się stało? - wybełkotał przykro zaskoczony Tubka.

-  Obawiam  się,  że  byłeś  zbyt  skuteczny  -  powiedziałem,  badając  głowę  Kobylaka

Stanisława.

Tubka  z  niedowierzaniem  obejrzał  swój  puzon,  jakby  dziwiąc  się,  że  mógł  on

spowodować  podobnie  żałosne  następstwa,  a  potem  spróbował  podnieść  nieszczęsną  ofiarę

trąbienia.

-  Kobylak,  co  ty  wyrabiasz?  Wstawaj!  Zaraz  zacznie  się  bieg!  Nie  zasuwaj  głupich

kawałów! Byłeś moim typem, postawiłem na ciebie!

Niestety, Kobylak Stanisław był zupełnie wiotki i zdawał się nie rozumieć tej mowy.

W  tym  momencie  do  szatni  wbiegł  jeden  z  mniejszych  Tubkowskich  zaludniających  naszą

szkołę,  niejaki  Kulfon.  Był  to  krępy,  mocno  zbudowany  głowacz.  Mimo  ciężkiej  budowy

odznaczał  się  wyjątkową  ruchliwością  i  pełnił  przy  swoim  starszym  bracie  rolę  adiutanta,

wywiadowcy i szpiega.

background image

- Mamiec idzie! - krzyknął podniecony. - A przy nim Koń!

Tubka spojrzał niespokojnie na zamroczonego Kobylaka Stanisława.

- Panowie, usuńmy lepiej to ciało.

-  Jak  to  „usuńmy”?  -  zdziwił  się  nieprzyjemnie  Nie  Liczący  Się  Klodek.  -  Kobylak

chyba nie jest trupem?...

-  Chyba  nie...  i  dlatego  powietrze  dobrze  mu  zrobi  -  wyjaśnił  Tubka.  -  Wynieśmy

Kobylaka  na  dwór  i  posadźmy  go  przed  szatnią,  bo  inaczej  będzie  na  nas,  jak  Mamiec

przyjdzie...

- Jest jeszcze sprawa atmosfery - zauważył Nie Liczący Się Klodek pociągając nosem.

-  Mamiec  powiedział,  że  jak  jeszcze  raz  wywęszy  dym  w  szatni,  to  podda  nas  wszystkich

rewizji, aż znajdzie tego, kto przynosi knoty.

- Zostanę tu i wywietrzę - powiedział Tubka.

-  Wietrzenie  nic  nie  da.  Mamiec  wyczuwa  dym  nawet  po  trzech  godzinach.

Sprawdziłem - jęknął z głębi szatni zbolałym głosem Ciemski Tytus.

-  Powiemy,  że  już  było  nadymione,  jak  przyszliśmy  po  sprinterach,  grunt,  żeby  nie

znalazł  knotów.  Ale  ja  już  to  załatwię  -  powiedział  Tubka.  -  Wynieście  tylko  to  ciało,  a

wszystko będzie okay! Jazda!

Rzuciliśmy się do Staszka Kobylaka i wynieśliśmy go na dwór. Zostałem chwilę przy

nim, masując mu guza na głowie. Bałem się, żeby nie miał pękniętej czaszki pod tym guzem

albo nie dostał jakiegoś wstrząsu mózgu. Wreszcie, żeby się upewnić, nacisnąłem mu palcem

ten guz. Kobylak wrzasnął przeraźliwie. Jedną ręką złapał się za głowę, a drugą rąbnął mnie

dość sprawnie w żebro. To mnie przekonało, że ośrodki mózgowe ma w porządku, i wróciłem

do szatni.

Tubka wyglądał przez otwarte okno z knotem w ustach.

- Mamca na razie nie widać. Co z Kobylakiem? - zapytał mnie.

- Próbuje przyjść do siebie.

- Myślisz, że zdąży?

- Zależy na co - odparłem. - Na uroczystość ma pewną szansę zdążyć.

- Na jaką uroczystość?

- Jak będziesz wręczał mi nagrodę.

Tubka zasapał z wściekłości.

- Nagrodę dostaniesz już teraz - warknął i zamachnął się pięścią. Chciał mnie ugodzić

w  szczękę,  ale  odsunąłem  się  błyskawicznie  i  cios  wylądował  -  na  niewinnym  żołądku

background image

Ciemskiego Tytusa.

Tego  było  już  za  wiele  na  nadwątlone  siły  faworyta.  Jego  twarz  podejrzanie

zielonkawa  już  od  pewnego  czasu,  teraz  poszarzała  niebezpiecznie,  zaokrągliła  się  nagle  i

odbiło się na niej uczucie rozpaczliwej bezradności.

- Uważaj, Tubka! - krzyknął Nie Liczący Się Klodek.

Tubka odskoczył w ostatnim momencie.

- Piekielna Ciemna Masa! - zaklął. - Wyprowadźcie na dwór tę Masę Tytoidalną!

Nie  Liczący  Się  Klodek  wyprowadził  haftującego  Ciemskiego  Tytusa.  Rozejrzałem

się po szatni. W ciągu kilku minut sytuacja zmieniła się zdecydowanie. Praktycznie tylko ja

jeden zostałem na placu boju.

-  No  cóż,  Tubka,  przykro  mi  -  powiedziałem  zwycięsko.  -  Chyba  jednak  będziesz

musiał naprawdę postawić na mnie!

background image

12. KŁOPOTY TRENERA MAMCA

Do  szatni  wbiegli  zdyszani  malcy  w  dresach.  Przynieśli  numery  startowe  i  pledy  do

okrywania zawodników po biegu. Za malcami ukazał się wzburzony magister Mamiec, a za

Mamcem... (tego jeszcze brakowało) nasz polonista, pan Szykoń we własnej osobie. Niby nie

było w tym nic dziwnego, bo Koń należał do tutejszego klubu i sam uprawiał biegi, a jednak

dostałem gęsiej skóry. Wciąż jeszcze w drażliwych okolicznościach wolałem nie spotykać się

z  Koniem.  A  okoliczności  były  wyjątkowo  drażliwe.  Magister  Mamiec  ledwie  stanął  na

progu, zagrzmiał gniewnie:

-  No  proszę!  Tego  się  obawiałem!  Wciąż  jeszcze  nie  gotowi!  A  to  co  takiego?!  -

zatrzymał  się  nagle  i  skrzywił  ze  wstrętem.  -  Więc  znowu  te  historie  i  to  przed  samym

startem! Który był tak bezczelny? - patrzył po nas badawczo.

- O co chodzi? - zapytał niewinnie Tubka.

- Nie udawaj Greka! Kopciliście!

- Chłopaki, czy ktoś kopcił?

- Ale skąd!

- Nie róbcie z siebie głupków! - sapał magister Mamiec. - Ja mam węch...

- To nie my... to może sprinterzy, oni tu byli przed nami.

- Nie opowiadaj! Widzę ślady haftowania. Kto haftował?

Milczeliśmy.

- I co robi Kobylak pod oknem?

- Pod oknem?

- Siedzi pod oknem, trzyma się za głowę i nie rozumie, co się do niego mówi, tylko

oddycha jak ryba...

- Może robi ćwiczenia oddechowe.

- Bez idiotycznych żartów! Coście mu zrobili?

- My nie... Może struł się...

-  Powiedziałem,  bez  wykrętów!  Kobylak  został  uderzony  w  głowę.  Kto  uszkodził

Kobylaka?

-  Przysięgam,  że  nikt!  -  walnął  się  w  pierś  Tubka.  -  Nie  dotknęliśmy  go  nawet.

Wszyscy potwierdzą! Po mojemu to on się struł.

- Struł? Czym mógł się struć?

- Pulpetem w stołówce szkolnej.

background image

- Nie, nie. To nie zatrucie, to jakieś osłupienie!

- Pan magister zje kiedyś siekańca w naszej stołówce, to pan magister też osłupieje jak

Kobylak... i poczuje ogólną niechęć...

-  Ależ  tu  istne  pobojowisko  -  rozglądał  się  przerażony  Mamiec.  -  Widzę,  że  także

bracia Bojkowie i Klodek. Coś ty im zrobił?

-  Nic,  panie  magistrze.  Bracia  Bojkowie  mają  zatkane  drogi  oddechowe...  a  co  do

Klodka...

Mamiec machnął zniecierpliwiony ręką.

- Na Klodka i tak nie liczyłem, ale gdzie jest Ciemski? Był w doskonałej formie!

- Nie będę ukrywał przed panem magistrem - rzekł z grobową miną Tubka. - Kazałem

go wyprowadzić.

- Coś takiego! Nie wierzę! Ciemskiego?! Dlaczego?

- Niedobrze mu się zrobiło.

- Więc te ślady?... - jęknął Mamiec.

- To właśnie początek jego haftu, panie magistrze.

- Aha! - powiedział Mamiec. Nagle się zreflektował: - Jak się wyrażasz?! - krzyknął.

- Przepraszam. Pewnie struł się tym samym pulpetem co Kobylak - oświadczył Tubka.

-  Nie  wykręcaj  kota  ogonem  -  wycedził  magister  Mamiec.  -  Dokonałem  oględzin

Kobylaka. Kobylak został pobity, a nie struty! Ma guza na głowie jak kartofel!

- To ja nic nie wiem - mruknął Tubka. - Może Ogromski...

- Ogromski, ty też nic nie wiesz? - zapytał mnie podejrzliwie magister Mamiec.

- Nie tknąłem go, panie magistrze.

- Na pewno?

- Dlaczego miałbym...

- Coś mi się obiło o uszy, że ty i Kobylak... zdaje się, że mieliście na pieńku...

Zaczerwieniłem się.

- Nie jestem jaskiniowcem, żeby rozbijać głowy rywalom.

-  I  widziano  cię  poza  tym,  jak  okładałeś  go  pięścią,  gdy  już  tam  leżał  pod  oknem.

Kobylak krzyczał i bronił się rozpaczliwie.

- To kłamstwo - wybuchnąłem - oglądałem mu tylko głowę... i... nacisnąłem mu guz...

- Nacisnąłeś guz!?

- Żeby przekonać się, czy Kobylak nie ma uszkodzonej czaszki... i on wrzasnął wtedy.

To mnie uspokoiło.

background image

- Dosyć tych bredni z naciskaniem guza! - zagrzmiał Mamiec. - Wiem coś o tobie od

pana  Rogera  -  dodał.  -  Twoje  zachowanie  w  zeszłym  roku  było  skandaliczne.  Pan  Roger

ostrzegał mnie przed tobą. Ma o tobie wyrobione zdanie! Był bardzo niezadowolony, gdy się

dowiedział, że trenujesz w klubie mimo tak poważnych zaległości w nauce. Chyba będziemy

musieli się rozstać. Nie mogę trzymać chłopców, którzy demoralizują mi zespół!

Rozżalony przygryzłem wargi. Roger Fizyczny obiecał mi, że nie piśnie ani słowa o

tym,  co  było  w  starej  budzie,  że  będę  mógł  zacząć  od  początku,  a  jednak  powiedział

Mamcowi.  Czyżby  według  niego  ta  umowa  odnosiła  się  tylko  do  terenu  szkoły,  do

nauczycieli? To przecież nonsens. Tak jakbym się miał zmienić tylko w szkole. A przecież

całe  moje  życie  wymagało  odmiany.  Czy  naprawdę  nie  ma  dla  mnie  miejsca  na  stadionie

sportowym? Nie mogłem się zgodzić z panem Rogerem.

- Więc to niby ja mam demoralizować? - Spróbowałem roześmiać się szyderczo, ale

mi nie wyszło. Zbyt byłem przygnębiony.

- Na to wygląda, niestety - powiedział smutno pan Mamiec.

- To są podejrzenia bez dowodu - zamruczałem.

- Dowody zaraz się znajdą - wycedził pan Mamiec. - Po raz ostatni pytam po dobroci,

kto przyniósł tu knoty? - Rozglądał się podejrzliwie dokoła, ale nikt z nas nie odezwał się ani

słowem.

- No więc dobrze, sami tego chcieliście - zasapał. - Nie pozostaje mi nic innego, jak

sprawdzić was metodycznie. Zbiórka! - krzyknął.

Stanęliśmy  w  szeregu.  W  drzwiach  pojawił  się  blady  jak  upiór  Ciemski  Tytus  z

błędnym wzrokiem.

- Ty też! - warknął Mamiec.

Ciemski Tytus dołączył na chwiejnych nogach.

- Łapki do góry! - krzyknął trener.

Podnieśliśmy posłusznie.

Magister  Mamiec  obszukał  nas  dokładnie.  Oczywiście  bezskutecznie.  Zbity  z  tropu

przez  chwilę  medytował  w  napięciu,  wreszcie  wzrok  jego  padł  na  Tubkę,  który  ostrożnie

wycofywał się tyłem, najwidoczniej chcąc dać cichaczem nogę.

- Stój! - krzyknął Mamiec.

Tubka zatrzymał się.

- To ty! - magister wycelował w niego palec.

- Ależ, co pan magister, jestem harcerzem - rzekł ze szlachetnym oburzeniem Tubka.

background image

- Widziałem już harcerzy kurzących jak Etna - zasapał Mamiec i obrócił się do pana

Szykonia. - Czy chciałby pan się włączyć do śledztwa? To w końcu pańscy uczniowie.

-  Nie,  dziękuję,  to  pana  rejon  -  powiedział  łagodnie  pan  Szykoń.  -  Wystarczy,  jak

siądę  sobie  i  popatrzę...  -  co  rzekłszy  usiadł  rzeczywiście  na  stole  i  popatrzył  na  mnie

badawczo.

Było to bardzo nieprzyjemne, ale starałem się wytrzymać wzrok Konia. Tubka wypiął

z godnością pierś, wyprężył się jak żołnierz.

-  Jestem  harcerzem  rasowym...  to  znaczy,  chciałem  powiedzieć,  prawdziwym  -

oświadczył. - Staram się świecić przykładem, nie dotknęło mnie zepsucie i bimbanie.

- Nie jestem pewien - powiedział magister Mamiec.

- Proszę bardzo, może mnie pan obszukać, czyli zrewidować. - Zrezygnowany Tubka

podniósł ręce do góry.

-  Niech  pan  szuka  -  zasapał  Tubka  -  a  przekona  się  pan  o  mojej  niewinności

harcerskiej.

Magister  Mamiec  po  namyśle  spróbował  spenetrować  lewą,  podejrzanie  wypchaną

kieszeń marynarki Tubki, wsunął tam rękę, ale zaraz, wyciągnął ją z bolesnym sykiem.

- Co ty trzymasz w tej kieszeni?! Jakieś igły? Mogłeś mnie uprzedzić. - Ssał pokłuty

palec.

-  Przepraszam,  zapomniałem,  to  pewnie  szpileczki  od  tarczy  szkolnej  -  chrząknął

Tubka.

- Od tarczy? - zmarszczył brwi magister Mamiec.

- Przypinam sobie tarczę, gdy idę do szkoły, a zdejmuję, gdy znów jestem w cywilu,

proszę pana... dlatego te szpileczki.

- Szpileczki? - jęknął magister. - Ależ tam był szpikulec chyba na pół metra!

- W takim razie uprzejmie przepraszam - rzekł grzecznie Tubka. - Jeśli to była szpila

większych rozmiarów, to znaczy, że pan magister musiał się natknąć na szpilkę do krawata -

wyjaśnił  rzeczowo.  -  Przyniosłem  krawat,  żeby  go  założyć  po  biegu,  kiedy  będę  rozdawał

nagrody...  proszę  pana.  Pan  magister  rozumie,  że  nie  wypada  bez  krawata,  człowiek  musi

wyglądać  odpowiednio  w  takiej  chwili...  niestety,  poprzednim  razem  wiatr  wpychał  mi

krawat do ust, o mało co się nie udławiłem, dlatego tym razem postanowiłem przymocować

go  szpilką  ozdobną  do  koszuli...  -  to  mówiąc  Tubka  wyciągnął  z  kieszeni  wielki  jak  kotlet

krawat  koloru  czerwonego  w  zielone  groszki  oraz  srebrzystą  szpilę  z  ozdobną  główką  w

kształcie trupiej czaszki i demonstrował przed oczyma osłupiałego trenera.

background image

- Dosyć tej szopki! Schowaj to! - zasapał wreszcie magister.

-  Pan  magister  zrezygnował  z  poszukiwań?  -  zapytał  Tubka.  -  Mam  jeszcze  drugą

kieszeń.

- Wiem, ale nie chcę być narażony na obrażenia cielesne - odparł Mamiec.

- Zaręczam, że nic pana magistra tam nie obrazi cieleśnie.

Magister Mamiec ostrożnie zanurzył rękę w drugiej kieszeni Tubki.

W  szatni  zapanowała  pełna  napięcia  cisza.  Mamiec  manipulował  przez  chwilę  w

kieszeni  Tubki,  nagle  znieruchomiał,  a  potem  wyciągnął  rękę  ze  wstrętem  przebierając

dziwnie  palcami.  Spojrzeliśmy  zdumieni.  Od  kieszeni  Tubki  do  palców  magistra  Mamca

ciągnęły się jakieś elastyczne, jakby gumowe nici... długie i lepkie.

-  Co  to  za  świństwo  -  krzyknął  magister.  -  Kto  widział  nosić  coś  podobnego  w

kieszeni!

- To jest guma do żucia, proszę pana - oświadczył spokojnie Tubka.

- Niemożliwe! Taka lepka?

-  Jest  to  guma  używana  -  wyjaśnił  Tubka  -  moje  fundusze  są  ograniczone.  Nie  stać

mnie na wyrzucanie gumy po jednorazowym użyciu...

-  Dość  tego  -  krzyknął  Mamiec  wycierając  z  obrzydzeniem  rękę.  -  Zabraniam  ci

pokazywać się w szatni! Wynoś się, ty łobuzie.

-  Protestuję  -  oświadczył  Tubka  -  spotyka  mnie  rażąca  niesprawiedliwość.  Jestem

znanym  sympatykiem  sportu  i  cieszę  się  zaufaniem  w  kołach  sportowych  i  kulturalnych

szkoły! Nie zasługuję na takie traktowanie ze strony przedstawicieli wychowania fizycznego!

- Zasługujesz na pręgierz publiczny... - zasapał Mamiec.

- Przepraszam, na co?

- Na pręgierz i piętnowanie żelazem!

- Żelazem?! To barbarzyństwo! Co za metody i obyczaje! - oburzył się Tubka.

- Łobuzie! Ty mi trujesz nikotyną narybek, moich najlepszych chłopców! Rozpalasz

ich...

- Owszem, ideowo i bojowo - odparł Tubka - jestem żarliwym działaczem sportowym.

- Rozpalasz ich tytoniowo! Niszczysz moje młode kadry!

- Wynik rewizji tego nie potwierdził. Jestem niewinny jak święta Agnieszka!

- Precz!

Tubka odmaszerował z godnością.

Magister Mamiec napił się wody z karafki i przetarł sobie przedwcześnie poradlone

background image

czoło.

-  Jak  ja  się  z  wami  męczę!  Jak  ja  się  zdzieram  daremnie  -  westchnął  ciężko.  -

Powiedzcie, za co mnie tak ukarano? Za co?

Nie mogliśmy udzielić pożądanej odpowiedzi i przyglądaliśmy się bezradnie mękom

magistra Mamca. Tymczasem w jego mrocznej duszy narastał bunt.

- Nie dam się wciągnąć w bagno przez upadłą młodzież - oświadczył z godnością. -

Nie jestem pierwszym lepszym wuefowcem! Byłem trenerem kadry wojewódzkiej! Nie dam

się  zepchnąć  na  dno!  Nie  będę  z  wami  pracował.  Dobiorę  sobie  inny  zespół.  Wy  jesteście

zupełnie zdemoralizowani! Niech was trenują gitowcy! Podaję się do dymisji!

Słuchaliśmy  w  spokoju  tych  gorzkich  wyznań  i  gróźb.  Nie  braliśmy  ich  poważnie.

Magister  Mamiec  nieraz  już  groził  dymisją.  Wiedzieliśmy,  że  to  tylko  chwilowy  kryzys

zasłużonego  trenera.  Po  upuszczeniu  pewnej  ilości  goryczy  wewnętrznej  magister  Mamiec

odzyskiwał na nowo równowagę i zabierał się z powrotem do pracy.

Tak było i tym razem. Wyjęczawszy się i wyżaliwszy, opanował się szybko, znów stał

się rzeczowy i groźny, a jego gniewny wzrok spoczął na mojej marynarce wiszącej na krześle.

-  Mam!  -  wykrzyknął  nagle.  -  Nie  sprawdziliśmy  jeszcze  tego  ciucha.  Czyja  to

marynarka?

- To marynarka Ogromskiego - wyjaśnił usłużnie Kulfon.

- No właśnie - rzekł zwycięsko Mamiec. - Ogromski, weź tę marynarkę.

Wziąłem.

- Zbliż się. Zdaje się, że mamy ten dowód...

- Pan magister znów mnie podejrzewa?!

- Bądź łaskaw wywrócić kieszenie tej marynareczki.

Wzruszyłem  wzgardliwie  ramionami.  Z  pewną  miną  wywróciłem  na  nice  lewą

kieszeń. Wypadła z niej tylko starannie złożona, świeżo uprasowana chusteczka do nosa, w

którą zaopatrzyła mnie rano moja dobra mama.

- Wywróć prawą! - zakomenderował Mamiec.

Wywróciłem  beztrosko...  i  nagle  osłupiałem:  z  kieszeni  wypadły  dwie  paczki

sportów... pety rozsypały się po podłodze. Patrzyłem na nie oniemiały. Skąd się tam wzięły?!

- Więc to tak! - krzyknął Mamiec. - Teraz wszystko się zgadza!

-  To  nie  moje  -  wykrztusiłem  wzburzony  -  pan  magister  widział,  że  ta  marynarka

wisiała tutaj, przez dłuższy czas nie miałem jej na sobie, więc każdy mógł...

- Chcesz zwalić na kolegów?

background image

- Ależ oni wszyscy wiedzą, że nie palę... - popatrzyłem po moich partnerach. Niestety,

żaden  z  nich  mnie  nie  poparł.  Milczeli.  Zrozumiałem,  że  z  ich  strony  nie  mogę  się

spodziewać żadnej pomocy. Tchórze!

- Ciemski, czy to papierosy Ogromskiego? - zapytał Mamiec.

- Nie wiem - jęknął Ciemski - wszystkie pudełka są jednakowe.

- Częstował cię?

- Nikt nas nie częstował - łgał Ciemski. - My nie palimy.

- A on sam palił?

- Nie przyglądałem się, może palił, może nie, wchodził, wychodził, nie śledziłem go...

- Bojkowie, Klodek, może wy?...

- My nic nie wiemy.

- A jednak są papierosy. I w twojej kieszeni! - powiedział rozzłoszczony Mamiec do

mnie. - W świetle tego, co mówił o tobie pan Roger, byłbym krańcowo naiwny, gdybym miał

jeszcze wątpliwości...

- To nie moje - powtórzyłem, czując, że grzęznę. Oczywiście, nikt mi nie uwierzy.

- Jeszcze odważasz się zaprzeczać? - zasapał Mamiec...

- On mówi prawdę - rozległ się nagle głos pana Szykonia.

Mamiec osłupiał. Ja też.

- Pan go broni?

- Ogromski mówi prawdę - powtórzył Koń.

- Ależ ten łobuz...

- Ręczę za niego. - Koń zeskoczył ze stołu.

- Pan ręczy?

- Tak.

- Skoro tak...

Do szatni wbiegł Trusiak z ósmej i zapiszczał:

- Panie magistrze, pan dyrektor prosi w sprawie nagrody...

-  Już  lecę  -  mruknął  Mamiec.  -  Wrócimy  jeszcze  do  tej  sprawy.  -  Spojrzał  na  mnie

ciężko.  -  Na  razie  najważniejszy  jest  bieg.  Za  pięć  minut  wszyscy  na  bieżni!  Przebrani  i

gotowi do startu!

- Tak jest - odetchnąłem.

Chciałem podejść do Konia i podziękować, ale on już wybiegł spiesznie za trenerem

Mamcem.

background image

13. DRAMAT NA BIEŻNI

Żarty  się  skończyły.  Zaraz  po  wyjściu  trenera  Mamca  rzuciliśmy  się  do  szafek  z

kostiumami i pantoflami. Ja też podbiegłem do swojej, otworzyłem ją i... zdrętwiałem. Ani

moich  spodenek,  ani  koszulki!  Wspiąłem  się  na  palce  i  zajrzałem  na  najwyższą  półkę.  Też

była  pusta.  Nie  dowierzając,  sięgnąłem  ręką  w  najdalsze  kąty.  Niestety,  namacałem  tylko

śliską powierzchnię deski. Coraz bardziej zdumiony kucnąłem i przejrzałem dolne półki. Na

ostatniej  znalazłem  pantofle  i  zmiętą  koszulkę,  spodenek  ani  śladu.  Zdenerwowany

wyciągnąłem  gwałtownie  szufladę.  W  szufladzie  leżał  tylko  jakiś  stary  trep  i  to  wszystko.

Przetrząsnąłem  jeszcze  raz  wszelkie  zakamarki  szafy  -  bez  rezultatu.  Zajrzałem  pod  szafę,

tudzież za szafę - daremnie, było oczywiste, że spodenki ulotniły się w niepojęty sposób!

A  potem  pomyślałem:  cudów  nie  ma.  Prawa  fizyczne  obowiązują.  Spodenki  nie

wyparowały. Ktoś musiał je zabrać!

-  Kto  mi  gwizdnął  majtasy?!  -  krzyknąłem  wściekły.  -  Jeśli  to  dowcip,  to  ciężki!  Ja

sobie wypraszam podobne zagrywki...

-  Nikt  ci  nie  gwizdnął!  Poszukaj  lepiej  -  jęknął  wciąż  jeszcze  zielony  na  gębie

Ciemski.

-  Musiał  ktoś  zakasować...  -  krzyknąłem.  -  Albo  wyłożycie  je  zaraz,  albo  będę

rozstawiał po kątach.

- Coś się tak spienił - zamruczał Nie Liczący Się Klodek. - Nie ma sprawy.

- Nie ma sprawy?! - wrzasnąłem. - To jak mam biegać?

Nikt  nie  raczył  odpowiedzieć  na  to  rzeczowe  pytanie,  wszyscy  przebierali  się

spiesznie w obojętnym milczeniu.

-  To  się  musiało  stać  wtedy,  kiedy  nie  było  mnie  w  szatni  -  zasapałem.  -  Dwa  razy

wychodziłem, jak wy tu byliście. Ktoś musiał zwędzić mi wtedy te rajtuzy. Widzieliście na

pewno. Albo powiecie kto, albo... To będzie dowód, że wy sami - chwyciłem braci Bojków za

kołnierze.  -  Wy  tu  stękaliście  cały  czas  na  kanapce...  A  może  to  wszystko  lipa  z  tą  waszą

niedyspozycją i nieżytem... zgrywaliście się, żeby uśpić moją czujność!

-  No,  no,  co  ty...  takie  posądzenia?  -  jęknęli  oburzeni  bracia  w  identyczny  sposób

ucierając identycznie napuchłe nosy. - Pewnie sam gdzieś zawieruszyłeś te rajty...

-  A  w  ogóle,  czy  na  pewno  miałeś  je  w  szafce?  -  zapytał  Nie  Liczący  Się  Klodek  i

uśmiechnął się szyderczo.

Tak mi się przynajmniej zdawało. Ten jego uśmiech najbardziej mnie zdenerwował.

background image

Dopadłem  do  Klodka  i  zacząłem  mu  ściągać  jego  spodenki.  -  O  rany...  co  ty!  -  krzyczał

Klodek.

- Albo powiesz, gdzie są moje, albo będziesz paradował na golasa przed trybunami! -

szarpałem się z Klodkiem.

-  Ratunku,  weźcie  tego  wariata.  Coś  mu  się  pozajączkowało  we  łbie.  Cymek...

przestań... ja nic nie wiem... jak słowo... Czy widzieliście, żeby Cymek miał jakieś majtasy w

szafie?

- Nikt nie widział - jęknęli bracia Bojkowie.

- Ja mu tam nie zaglądałem do szafki - powiedział Ciemski. - Czy ktoś z was zaglądał?

Oczywiście nikt nie zaglądał i oczywiście nikt nie widział moich spodenek. Wszyscy

się wyparli.

- Je... jeśli masz podejrzenia, to powiedz po nazwisku - zasapał Klodek - a nie lutuj na

oślep...

- Właśnie! Powiedz, kogo oskarżasz?! Może mnie? - Ciemski Tytus trzymając się za

poręcz krzesła ustawił się przede mną bohatersko z ręką niby na sercu, ale w rzeczywistości

na żołądku i patrzył na mnie z wyrzutem na zieleniejącej twarzy.

Wypuściłem z rąk Nie Liczącego Się Klodka i na wszelki wypadek odsunąłem się od

niebezpiecznie zieleniejącego Ciemskiego Tytusa.

Poczułem się bezsilny. Oczywiście! Nie mogłem podać żadnego nazwiska. Nikogo nie

mogłem  oskarżyć  konkretnie.  Nie  miałem  żadnych  dowodów,  chociaż...  chociaż  moje

podejrzenia kierowały się coraz wyraźniej w stronę pewnego fąfla...

Zanim  jednak  zdołałem  wypowiedzieć,  kogo  miałem  na  myśli,  do  szatni  wpadł

zziajany  osobnik  o  ptasiej  twarzy  i  czerwonych  odstających  uszach,  w  którym  to  osobniku

rozpoznałem  niejakiego  Szczypasa  Henryka,  Cykandera  i  kolegę  Gigi,  zwanego  także

Kancerą. Serce zabiło mi mocno. Czyżby Giga nareszcie raczyła zauważyć moje występy na

stadionie i przez Henryka przesyłała mi słowa otuchy i zachęty? Bardzo potrzebowałem tych

słów w tragicznych okolicznościach, w jakich się znalazłem przed startem.

- Ty jesteś Cymek z nowej budy, filmowiec, biegacz i korbalon? - zapytał zdyszany

Henio.

- Można uznać - powiedziałem.

- Poza tym grasz na puzonie.

- Chwilowo w charakterze nogi. W puzonie jestem fajans - boj.

- Ty masz na pieńku z Tubką.

background image

- Na dużym pniu dębowym.

Szczypas pokiwał głową ze znacznym zrozumieniem.

- Zatem, czy tobie, koleś, nie zginęły spodnie?

- Zginęły mi majty sportowe - wybełkotałem zdumiony - jakiś łobuz mi gwizdnął.

- To Tubka - powiedział Szczypas.

- Tak myślałem... ale ty skąd wiesz?...

- Widziałem... i domyśliłem się...

- Widziałeś, jak je wynosił?

- Widziałem, jak je zawieszał.

- Co ty?! Gdzie?

- Na tyczce.

- Na jakiej tyczce? - przeraziłem się.

- Do skoku.

- Do skoku?

- Do skoku o tyczce.

Wybiegłem z szatni. Za mną Szczypas.

- Patrz, tam! - krzyknął. - Na prawo!

Istotnie,  przy  bocznych  trybunach  na  prawo  zauważyłem  wbitą  w  ziemię,  chyba

sześciometrową,  tyczkę;  na  jej  szczycie  powiewały  jak  czerwona  flaga  moje...

lekkoatletyczne spodenki...

-  Nie  do  wiary!  Obłęd!  -  wykrztusiłem.  -  I  one  po  prostu  tak  wiszą?  Dlaczego

pozwoliliście?! Dlaczego nikt ich nie zdjął!

-  Wszyscy  myśleli,  że  to  normalny  maszt  z  chorągiewką  przy  trybunie...  -  wyjaśnił

Szczypas. - Tylko mnie coś tknęło, kiedy zobaczyłem, że to Tubka przy tym majstruje...

- Jesteś genialny! - powiedziałem.

-  Od  razu  pomyślałem,  że  to  może  być  głupi  kawał  Tubki!  Na  twoje  konto  w

dodatku... Bo ja stawiałem na ciebie i byłem czuły na takie zagrania.

- Och, stary, uratowałeś mnie - dopadłem do tyczki, zwaliłem ją z pomocą Szczypasa i

zdarłem z niej moje czerwone spodenki.

- A to co takiego!? - Rozległy się wzburzone głosy na trybunie. - Patrzcie! Wyrwali

maszt! Chuligani! Trzymajcie ich! Zerwali flagę! Milicja!

Tego  jeszcze  brakowało!  Biorą  nas  za  oprychów.  Niestety,  nie  było  czasu  na

tłumaczenia.  Spiker  zapowiadał  już  start  do  biegu  na  czterysta  metrów.  Porwaliśmy  więc

background image

spodenki  i  w  nogi.  Za  nami  rozległy  się  milicyjne  gwizdki.  Obejrzałem  się.  Dwu

funkcjonariuszy pędziło za nami. A to dopiero heca! Rzeczywiście biorą nas za przestępców.

Wpadliśmy zdyszani do szatni. Nie było tu już nikogo. Naciągnąłem szybko spodenki

i koszulkę. Wkładałem właśnie pantofle, gdy otworzyły się drzwi i stanął w nich milicjant.

Spojrzał na mnie zbity nieco z tropu.

- Nie widzieliście tu dwu łobuzów z flagą? - zapytał.

- Nie, nikogo z flagą - odparłem.

- Ja ciebie chyba widziałem - powiedział do mnie milicjant.

-  Jasne  -  odparłem  -  jestem  czołowym  biegaczem  na  dystansie  czterystu  metrów.

Przepraszam, ale już muszę na start - wybiegłem z szatni.

Ledwie jednak zrobiłem kilka kroków, gdy nagle poczułem, że te przeklęte spodenki

zsuwają się ze mnie. W ostatniej chwili złapałem je w garść.

- Co się stało? - zapytał mnie w biegu Szczypas.

- Guma mi pękła w majtasach!

- Tego jeszcze brakowało.

- Nieszczęścia chodzą stadami - westchnąłem. - Taki niefart!

-  Nie  załamuj  się  -  zasapał  Szczypas  -  trzymaj!  -  wręczył  mi  w  biegu  agrafkę.  -

Zepniesz i będzie cacy. Grunt, że zdążyłeś, bracie.

Istotnie  zdążyłem.  Mimo  wszystko.  Wszyscy  moi  rywale,  bracia  Bojek,  Kobylak

Stanisław, Ciemna Masa Tytoidalna i Nie Liczący Się Klodek byli już na swoich miejscach.

Patrzyli  teraz  na  mnie  rozczarowani.  Już  mieli  nadzieję,  łotry,  że  się  spóźnię  na  start,  a  ja

zdążyłem, co więcej, zdążyłem jeszcze ściągnąć u góry materiał nieszczęsnych pantalonów,

zmarszczyć i spiąć agrafką, tak że już nie spadały.

Odetchnąłem i potoczyłem dumnym okiem po trybunach. Najpierw poszukałem Gigi.

Jest!  Tam  gdzie  zwykle.  Sektor  nr  3  blisko  trybuny  honorowej.  Roześmiana  i  ożywiona

potrząsa  złotymi  i  różowymi  włosami.  Nie,  do  licha,  coś  mi  się  pomyliło.  To  różowe  to

oczywiście  nie  włosy,  to  chusteczka,  którą  powiewa.  Wpatrywałem  się.  Giga  jest  piękna!

Złociste blaski biją od niej! Tych blasków jednak coś za wiele. Przymrużyłem oczy. A niech

to łysi strzygą! To puzon Tubki tak błyszczy! Łobuz! Już tam wachluje przy niej!

Odwróciłem  się  zdegustowany  i  chciałem  poszukać  Nelki,  ale  w  tym  momencie

wypalił pistolet startowy. Przez to zezowanie na trybuny zagapiłem się, przez ułamek sekundy

może, ale wystarczyło. Wszyscy poderwali się przede mną i odskoczyli od razu daleko. Nie,

to na szczęście złudzenie. Biegnę po ostatnim torze i nie wziąłem pod uwagę wyrównania. Za

background image

wirażem ich dojdę! W gruncie rzeczy powinienem być zadowolony. Ostatni tor to najlepsza

pozycja.  Jestem  w  sytuacji  ścigającego  -  wszystkich  widzę  przed  sobą.  To  ułatwia  walkę.

Przyspieszyłem  kroku  i  jeszcze  przed  wirażem  zauważyłem,  że  łatwo  uzyskuję  przewagę.

Ciemski był bez formy. Za dużo przed biegiem „strzelał w płucko”. Nie zdążył przewietrzyć

baloników... Zatykało go. To było do przewidzenia. Bracia Bojek też mieli kanały zatkane, a

Klodek?  Klodek  oczywiście  się  nie  liczył.  Za  wirażem  miałem  już  wszystkich  z  głowy,

wszystkich,  z  wyjątkiem  Kobylaka.  Oszołomienie  przeszło  mu  widać,  a  ruch  na  świeżym

powietrzu otrzeźwił go do reszty, bo fąfel zasuwał zdrowo tuż za moimi plecami; słyszałem

wyraźnie jego oddech głęboki i rytmiczny. To było dość denerwujące. Postanowiłem uwolnić

się od asysty Kobylaka, wykończyć go nagłym zrywem. Zaczerpnąłem powietrza. Szarpnąłem

się  do  przodu...  W  tym  samym  momencie  coś  mnie  potwornie  ukłuło  w  brzuch.  Omal  nie

krzyknąłem z bólu i zwolniłem instynktownie... To z pewnością ta przeklęta agrafka! Musiała

się odpiąć nagle i wbić ostrym końcem w moją skórę. Jednocześnie poczułem, że spodenki

spadają ze mnie. Czy jest sens biec dalej w tym stanie rzeczy? To był moment, gdy chciałem

wycofać się z biegu.

Kobylak  natychmiast  skorzystał  z  mojego  załamania  i  odsadził  się  ode  mnie  co

najmniej  na  pięć  metrów.  Jest  teraz  bohaterem  bieżni.  Na  trybunach  skandują:  „Kobylak,

Kobylak!” A najbardziej przygnębia mnie fakt, że i Nelka tak krzyczy. Zostaję coraz bardziej

w  tyle.  Lada  moment  wyprzedzą  mnie  „strzeleni  w  płucko”  z  Ciemną  Masą  Tytoidalną  na

czele,  bracia  Bojek,  a  nawet  Nie  Liczący  Się  Klodek...  Kompromitacja!  Ale  czy  można

wygrać bieg na czterysta metrów, kiedy się musi trzymać majtki w garści? Nie, tego jeszcze

nikt nie dokonał... przede mną - dodałem w duchu - bo ja mam właśnie zamiar dokonać tego

wyczynu. Co prawda na razie wcale się na to nie zanosi, choć biegnę dalej sapiąc wściekle.

Muszę wyglądać bardzo zabawnie, bo przez stadion raz po raz przelewa się fala śmiechu. Ale

ma  to  tę  dobrą  stronę,  że  publiczność  zajęta  moją  osobą  przestaje  interesować  się

Kobylakiem.  Już  nikt  nie  skanduje  „Kobylak!”,  zamiast  tego  z  trybun,  gdzie  siedzi  Giga,

rozlega się donośny szyderczy dźwięk puzonu, a potem słyszę głos Tubki: „Cymek! Cymek!”

Zrozumiałem od razu, dlaczego ten goryl Tubka tak mnie namiętnie dopinguje. Chce

mieć  tani  ubaw,  łobuz,  moim  kosztem.  Liczy  na  to,  że  w  porywie  walki  zapomnę  o  tych

nieszczęsnych  majtkach  i  urządzę  niezapomniane  widowisko  publiczności  -  coś  w  rodzaju

strikingu...  „Nie!  Niedoczekanie  twoje  -  odpowiedziałem  w  myśli  Tubce.  -  Nie  opadną  mi

pantalony,  za  to  tobie  opadnie  szczęka,  przyjacielu,  ze  zdziwienia,  gdy  mimo  wszystko

wygram! A więc, naprzód, Cymeonie Maksymalny!”

background image

Tymczasem  w  ślad  za  głosem  puzonu  i  okrzykami  Tubki  rozległ  się  okrzyk  Gigi:

„Ogrom,  Ogrom!  Trzymaj  się!”  Ogrom  -  dawne,  zapomniane  już  przezwisko.  Kiedyś

nazywano  mnie  Ogromem,  nie  Cymkiem.  Jeśli  tak  zawołała  Giga,  to  chce  mi  pomóc.  Na

pewno  nie  wie  nawet  o  moim  osobliwym  przypadku  i  nie  czeka  na  ubaw  jak  Tubka.  Ona

czeka  na  moje  zwycięstwo!  Ścisnąłem  mocniej  spodenki  w  garści  i  znów  przyspieszyłem

kroku. Przez stadion przeszedł jakiś dziwny głos - ni to pomruk, ni głębokie westchnienie... A

potem?...  Nie,  nie  mylę  się  chyba!  W  ślad  za  Gigą  wszyscy  skandują:  „Ogrom,  Ogrom!

Naprzód, naprzód!” Więc jeszcze jeden zryw! To nic, że powietrze zalewa płuca i żar zalewa

żyły.  Zwyciężę  albo  padnę  trupem!  Już  widzę  przed  swoim  nosem  pięty  Kobylaka...

Doszedłem go! Już połowa dystansu! Teraz utrzymać tempo za wszelką cenę! Atak! Nie będę

czekał  na  ostatnie  metry.  Rozstrzygnę  bieg  już  teraz.  Wydałem  dziki,  nieartykułowany  ryk,

który  miał  być  okrzykiem  bojowym.  Ten  ryk  okazał  się  zgubny  dla  Kobylaka  Stanisława.

Jego ucho nadwerężone przez puzon musiało ucierpieć w tym momencie. Może ta nadmierna

wrażliwość  akustyczna  zgubiła  Kobylaka,  a  może  odezwał  mu  się  ponownie  ból  głowy.  W

każdym  razie  zwolnił  w  tym  momencie,  obejrzał  się  i  stracił  rytm.  Wyprzedziłem  go  w

następnej sekundzie. Widząc to stadion zamarł, a potem zaczął z kolei dopingować Kobylaka,

jednak ja nie oddałem prowadzenia. Mógł cały stadion wrzeszczeć, ja słyszałem już tylko głos

Gigi. A Giga wołała: „Ogrom!”

Już taśma mety! Przerywam. Dopiero teraz Kobylak.

Zwycięstwo! Stadion szaleje.

background image

14. ZWYCIĘZCY BYWAJĄ SMUTNI

Jak było do przewidzenia, przynajmniej na parę minut stałem się bohaterem stadionu.

Pierwsi podbiegli do mnie chłopcy z mojej klasy. „Brawo, Cymek! To był bieg! Dałeś łupnia

frajerom,  pokazałeś  im  styl!”  Otaczali  mnie  coraz  ciaśniej,  mówili  coś  gorączkowo  jeden

przez  drugiego,  rzucali  pytania,  ale  ja  nie  słuchałem.  Nie  słuchałem  i  nie  odpowiadałem,

stałem  przez  chwilę  półprzytomny,  a  potem  odsunąłem  ich  gwałtownie  i  zacząłem  iść  jak

zahipnotyzowany  w  stronę  trybuny,  udzie  siedziała  Giga.  Przedzierałem  się  uparcie  przez

zapory kibiców, używając w miarę potrzeby łokci i pięści, aż nagle poczułem czyjąś ciężką

łapę na ramieniu. Wyrósł przede mną trener Mamiec.

-  No,  udało  ci  się,  Ogromski  -  zachrypiał.  -  Ale  mówiąc  między  nami,  to  pobiegłeś

okropnie! Ten twój styl - jęknął. - Fatalne, że to ty musiałeś zwyciężyć. Przez ciebie jestem

skompromitowany przed magistrem Zamszatym i przed całą dyrekcją. To skandal, żeby przez

cały bieg trzymać się za majtki! Czy ty wiesz, jak wyglądałeś! Cały stadion pękał ze śmiechu,

a ty nic... Kto to widział, tak trzymać się za spodenki!

- Chciały mi opaść, panie magistrze - wyjaśniłem.

- Nie pleć! Jak to opaść?

-  Proszę  -  zademonstrowałem  -  pan  widzi,  że  opadają.  Ktoś  mi  przeciął  złośliwie

gumę. To był zamach...

- Co ty mi opowiadasz?!

-  Szczypas  świadkiem...  pan  wie,  gdzie  my  je  znaleźliśmy?  Na  tyczce.  Najpierw

schowali, a potem zawiesili na tyczce do skoku...

- Kto?

Ale  ja  zamiast  odpowiedzieć,  rzuciłem  się  w  prawo,  bo  właśnie  Giga  schodziła  z

trybuny.  Za  nią  Tubka...  Wciąż  ten  Tubka!  Co  ona  widzi  w  tym  gorylu?  Przez  moment

myślałem,  że  idzie  do  mnie,  w  swojej  głębokiej  naiwności  myślałem,  że  chce  mi

pogratulować  zwycięstwa,  tymczasem  ona  ruszyła  w  przeciwną  stronę,  do  wyjścia.  Nie

rozumiałem w pierwszej chwili... Dlaczego? Przecież przed dwiema minutami wołała jeszcze

„Ogrom!”,  dopingowała  mnie  zawzięcie...  I  nagle  zdałem  sobie  sprawę,  że  nie  istnieję  dla

niej. Nie istnieję jako prywatna osoba. Po prostu byłem częścią widowiska, jednym z wielu

zawodników, może tylko bardziej śmiesznym od innych. Dostarczałem przez te pięćdziesiąt

sekund sportowych emocji - to wszystko.

Z wyciągniętą szyją, z zadartą głową patrzyłem za Gigą, aż zniknęła w tłumie.

background image

-  Cymek,  gdzieś  ty  się  podział,  szukają  cię!  -  usłyszałem  znajomy  głos;  dopadł  do

mnie zdyszany Szczypas. - Coś się zagapił jak wołek, nie zadzieraj tak głowy, bo pomyślą, że

jesteś zarozumiały... Trzymaj fason, patrzą na ciebie!

Wzdrygnąłem się. Coraz więcej ludzi opuszczało stadion. Przez bieżnię, przez puste

trybuny  wiał  zimny  wiatr.  Północne  chmury  przewalały  się  po  ciemnogranatowym  niebie.

Dreszcz mnie przeszedł.

- Wychodzą... - wybełkotałem - wszyscy wychodzą... to koniec.

-  Wychodzą  tylko  na  przerwę  -  powiedział  Szczypas.  -  Wychodzą  się  rozruszać,  bo

zmarzli...  ty  też  skostniejesz  zaraz,  jak  się  nie  ubierzesz.  Wkładaj  dres!  -  krzyknął  i  zaczął

mnie  ubierać  przemocą,  jak  ubiera  się  niesforne  dziecko.  -  Słowo  daję,  dziwnie  reagujesz,

stary - zrzędził. - Wygląda, jakbyś nie był zadowolony. Nie rozumiem dlaczego... Czy chodzi

ci o czas? Czas masz niezły? 51,2 w tych warunkach to jest coś... To nawet jest doskonały

czas jak na...

- Jak na kretyna, który chciał traktować biegi jako zabieg leczniczy - zaśmiałem się

gorzko. - Do diabła z taką terapią! Byłem naiwnym szczeniakiem!

- Ty... ty naprawdę dziwnie reagujesz jak na zwycięzcę. - Szczypas spojrzał na mnie z

niepokojem.

- Jak na zwycięzcę?! - wykrzyknąłem szyderczo.

- To twój dzień - zamruczał Szczypas naciągając mi dres na głowę. - To dzień twojego

zwycięstwa.

- To dzień klęski.

- Co ty bredzisz?

W  tym  momencie  usłyszałem  dźwięk  puzonu.  To  oni!  Giga  i  Tubka!  Niemożliwe.

Czyżby rzeczywiście nie opuścili stadionu? Czyżby wracali...

- Słyszałeś? - zapytałem Szczypasa.

- To puzon Tubki - odparł Szczypas. - Pęta się tu z Gigą. Powiedziałbym mu, co myślę

o tym zagraniu z twoimi spodenkami, ale nie chcę przy Gidze.

- Znasz Gigę? - zapytałem.

- Jasne - odparł. - A ty? - zainteresował się nagle.

- Ja? O... oczywiście, że znam.

- Czy jesteś z nią w dobrych stosunkach?

- Jak najlepszych.

- Dyplomatycznych czy koleżeńskich? - dopytywał Szczypas.

background image

- Koleżeńskich - zełgałem czerwieniąc się.

- To świetnie - powiedział Szczypas.

- Dlaczego świetnie? - zapytałem podejrzliwie.

Szczypas chrząknął.

- Mam do ciebie prośbę. Czy zrobiłbyś coś dla mnie?

- Co takiego?

- Pestka... właściwie głupstwo, chcę, żebyś oddał jej książkę. Pożyczyłem kiedyś od

niej taki album z aktorami filmowymi, już długo trzymam, muszę oddać...

- Nie możesz sam?

- Nie... nie! - Szczypas wzdrygnął się dziwnie.

- Czemu?

- Głupio mi... widzisz, ja... zerwałem z Gigą stosunki.

- Koleżeńskie czy dyplomatyczne?

- I koleżeńskie, i dyplomatyczne - oświadczył z goryczą Szczypas. - Obrażony jestem.

- Za co? Co się stało?

- Mam powód - mruknął niechętnie.

- Jaki? - naciskałem zaintrygowany.

- Możesz się łatwo domyślić. - Szczypas splunął z obrzydzeniem.

- Tubka?

- Zgadłeś. Po tej zdradzie nie mogę na nią patrzeć - wyznał. - Nie chciałbym się z nią

widzieć... to byłaby zbyt wielka przykrość dla mnie... przeklęty Tubka!...

Jakby  w  odpowiedzi  w  oddali  rozległ  się  szyderczy  głos  puzonu.  Bolesny  skurcz

wykrzywił twarz Szczypasa.

- Chyba rozumiesz - wybełkotał. - Dlatego byłbym ci wdzięczny, gdybyś oddał jej w

moim imieniu tę książkę... no... jak będziesz miał czas... przy jakiejś sposobności.

Słuchałem  zamyślony  tej  niespodziewanej  propozycji.  A  potem  pomyślałem  nagle:

„Jestem głupi osioł bez refleksu! Jak mogłem nie zorientować się od razu! Jak mogłem uznać

dzień  dzisiejszy  za  fatalny!  Za  dzień  klęski!  Jak  mogłem  tak  upaść  na  duchu!  To  jest

wspaniały  dzień!  Przecież  Szczypas  proponuje  mi  kapitalną  rzecz.  Będę  miał  powód,  żeby

odwiedzić Gigę. Ta książka będzie powodem”.

To  wszystko  pojąłem  w  jednej  chwili,  a  potem  powiedziałem  umyślnie  obojętnym

tonem, żeby nie wzbudzać podejrzliwości Szczypasa:

-  Skoro  tak  ci  zależy,  zrobię  to  dla  ciebie,  stary.  Gdzie  ona  mieszka?  -  zapytałem

background image

rzeczowo.

- Nie wiesz?

-  Nie  interesują  mnie  pielesze  gąsek.  Nie  jestem  ptakiem  domowym  -  rzekłem  siląc

się na chłodny ton.

-  Ona  mieszka  na  Pierwszego  Maja  szesnaście  -  wyjaśnił  Szczypas.  -  Taka  chata

piętrowa z czerwonym dachem, podobna do ula. Za zielonym parkanem w ogrodzie. Musiałeś

widzieć tę chatę.

- To ta?! - wykrztusiłem. - Ależ tam jest ten pies.

- Tak, tam jest ten pies - potwierdził ponuro Szczypas - buldog, wstrętna morda, wabi

się Medor.

- Gryzie?

- Nie... to znaczy w miarę.

- Bojowy?

- Niespecjalnie... tylko...

- Tylko co?

- Nie lubi spokojnych gości.

- Jak to? Spokojni go drażnią?

- Tak. Wydają mu się podejrzani. Kąsa spokojnych.

- Co ty gadasz?

- Taki dziwny pies. Drażnią go ponuracy.

- To co mam robić, żeby nie kąsał? - zaniepokoiłem się.

- Najlepiej podskakiwać i podśpiewywać, jak wchodzisz... ewentualnie podrygiwać i

pogwizdywać, to go rozwesela.

- Po jakie licho trzymają tam to okropne bydlę?

-  To  złośliwość  ciotki  Teresy,  która  zajmuje  się  domem  Gigi.  Okropna  Ksantypa.

Poważnie  stuknięta.  Niestety,  cały  Ul  jest  pod  jej  władzą.  Najgorsze,  że  ubzdurała  sobie

jakieś  straszne  niebezpieczeństwo  wiszące  rzekomo  nad  Gigą.  Uważa,  że  Giga  ma  za  dużo

kolegów i odstrasza ich tym psem!

- Niesamowita kobieta.

- Tak, ona jest niesamowita.

- Ale chyba jest tam jakiś dzwonek przy furtce i Giga może powstrzymać to bydlę.

- Nie ma dzwonka. Furtka zamyka się tylko na klamkę, każdy sam sobie otwiera. Z

powodu Medora czują się zupełnie bezpieczni. - Szczypas patrzył krytycznie na mój dres. - I

background image

pamiętaj,  żebyś  zmienił  szaty,  jak  będziesz  się  tam  wybierał...  Żadnych  czerni,  granatów,

szarości,  beżów  i  zgnilizn!  Medor  toleruje  tylko  jaskrawe  kolory,  był  wychowany  wśród

kolorowych sukien kobiecych. Ciotka Teresa nosi tylko materie o barwie gorącej żółci.

- Do diabła! Czy mam ubrać się na żółto?... - jęknąłem.

- Byłoby pożądane. Ewentualnie włóż coś czerwonego.

- Oszalałeś?!

-  Cynobry  i  pomarańcze  też  wpływają  korzystnie  na  Medora.  Ale  zapomniałbym  o

najważniejszym... Najważniejszy jest zapach!

- Zapach?

- Zapach, czyli odór.

- Co ty?!

- To prawo zoologii! Pies ma krótki wzrok i słuch też nienadzwyczajny, za to węch

znakomity. W swych sympatiach i antypatiach kieruje się przeto przede wszystkim węchem;

to elementarna prawda o psach, nie muszę ci chyba powtarzać... Stąd twój zapach będzie miał

dla Medora istotne znaczenie.

- A jaki zapach on lubi?

Szczypas chrząknął nieco zakłopotany.

-  Pod  tym  względem  Medor  jest  trochę  nietypowy.  Jeśli  chodzi  o  obcych,  to  znosi,

niestety, tylko zapach kapuśniaku lub bigosu.

- Nabijasz się ze mnie.

-  Słowo  daję.  To  stwierdzone  doświadczalnie  i  ma  uzasadnienie  biograficzne.  Otóż

zapach  kapuśniaku  kojarzy  się  Medorowi  z  kucharką,  która  go  karmiła  w  PGR.  Musisz

wiedzieć, że Medor wychował się w PGR Barany Wielkie, który specjalizuje się w uprawie

roślin  kapuścianych,  wiesz,  kalafiory,  kalarepy,  brukselki,  jarmuże,  no  i  różne  odmiany

kapusty,  właściwej  oczywiście.  Stąd  bigosy  i  kapuśniaki  były  tam  na  porządku  dziennym.

Wszystko  dookoła  przeniknięte  było  odorem  kapusty,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  Medor

karmiony był za młodu niemal wyłącznie bigosem. Stąd jego zamiłowania... Wyjaśniłem ci

chyba dokładnie.

- Tak... bardzo dokładnie, ale nie wyobrażam sobie...

-  Chyba  że  wolisz  się  nasmarować  cebulą  -  przerwał  mi  Szczypas  -  cebulą  lub

czosnkiem.  Ten  zapach  też  jest  uznawany  przez  Medora,  ponieważ  w  okresie  dzieciństwa

jego buda znajdowała się pod spichrzem z cebulą.

- Daj spokój...

background image

- Zostańmy więc przy kapuśniaku; wobec twojej niechęci do cebuli pozostaje ci tylko

kapuśniak, ewentualnie bigos.

- Skąd ja wezmę?...

- Z domu. Nie gotuje się u was bigosu?

- Raczej rzadko. Ja nie przepadam, a ojciec ciężko trawi.

- No, ale raz możecie się poświęcić i ugotować.

- To prawda, możemy - westchnąłem. - Czy radzisz mi wziąć do miseczki?

- Do miseczki? To niewygodne.

- Mógłbym zaraz za furtką dać Medorowi ten bigos do zjedzenia.

- Ani się waż! - wykrzyknął Szczypas. - Gdyby ciotka Teresa zauważyła, że dajesz coś

psu,  wygnałaby  cię  z  Ula.  Zresztą  Medor  i  tak  by  od  ciebie  nie  przyjął,  a  ty  byłbyś

pozbawiony zapachu. Medor jest nauczony nie przyjmować od obcych jadła.

- To co mam zrobić w końcu z tym bigosem?! - wybuchnąłem.

- Nosić przy sobie.

- W kieszeni?

-  W  kieszeni,  w  torebce,  w  teczce,  jak  chcesz,  byle  odór  wydostawał  się  dość

swobodnie.

Uczułem nagle zniechęcenie. Odwiedzenie Gigi przechodziło chyba moje możliwości,

chciałem  o  tym  powiedzieć  Szczypasowi,  ale  w  tym  momencie  zobaczyłem  przed  sobą

wzburzonego  magistra  Mamca.  Za  nim  stał  kierownik  Ośrodka  Sportowego,  magister

Zamszaty, posiniały na twarzy albo z gniewu, albo z zimna. Obaj patrzyli na mnie surowo.

-  Ogromski,  ty  szaleńcze,  co  ty  wyprawiasz?  -  zapytał  Mamiec.  -  Gdzieś  pędzisz,

znikasz  z  pola  widzenia,  a  tu  trzeba  rozpocząć  dekorację  biegaczy...  Wyjątkowo  trudny

zawodnik  -  zwrócił  się  do  kierownika  Zamszatego.  -  Patologiczne  odchylenia,  zaburzenia

pokwitania,  nieskoordynowany,  nieobliczalny,  nierówny.  Za  co  mnie  tak  ukarano  tym

cymbałem?  Tylu  trenowałem  normalnych  chłopców,  dlaczego  on  właśnie  zwyciężył?  -

biadolił. - Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on zwyciężył! Marsz na podium, ty fuksie!

Nie  było  możliwości  ucieczki.  Zapędzono  mnie  na  podium  zwycięzców.  Orkiestra

grała  fanfary...  Przez  megafon  zapowiadano  moje  maksymalne  imię  i  nazwisko.  Tłum  bił

brawo.  W  ostatniej  chwili  na  podium  przedarł  się  zasapany  Tubka  ciągnąc  za  sobą  Gigę.

Chciał ustawić się obok notablów, ale magister Mamiec zagrodził mu drogę.

- Tubkowski? Co to znowu?! Jeszcze tu ciebie brakowało! Zmiataj!

- Jak to, panie magistrze... mam przecież wręczać nagrody.

background image

- Ty? Kto tak powiedział?! Bezczelny jesteś! Nagrody wręczy pan magister Zamszaty,

jako kierownik Ośrodka...

- Lecz ja w imieniu młodzieży...

- To nie jest przewidziane...

- Mam chyba prawo wręczyć moją nagrodę Złotej Tubki.

- Głupie żarty!

- Panie magistrze, ja poważnie...

- Spłyń, łobuzie!

Trener Mamiec jedną ręką odepchnął Tubkę, a drugą wepchnął mnie na podium.

Przystąpiono  do  dekoracji.  Dostałem  medal  na  wstążce,  ponadto  brązową  figurkę

biegacza; rzeczywiście był podobny do dyrektora Biegunowicza. Zanim zdołałem zeskoczyć z

podium, przedarł się do mnie Tubka.

- Trzymaj, stary - wręczył mi kartkę papieru złożoną podwójnie. - Nie stawiałem na

ciebie, ale jestem uczciwy. Oto nagroda.

- Widzę papier, a nie nagrodę - zauważyłem cierpko.

Tubka chrząknął. W oczach miał wyraz zasadniczej niemocy.

- Przykro mi. Z powodów finansowych, to znaczy trudności walutowych, wręczam ci

na  razie  tylko  dyplom  honorowy.  -  Po  czym  wspiąwszy  się  na  palce,  zbliżył  się  do  mojego

ucha i szepnął poufnie: - To jest upoważnienie do zamówienia Złotej Tuby na postumencie

według załączonego rysunku w firmie jubilersko - grawerskiej Zygmunta Koszałka w rynku.

- Zamówienia? - spojrzałem na niego rozczarowany.

- No i opłacenia oczywiście.

- Jak to?! Ja mam płacić? - oburzyłem się.

- A kto? Sądzę, że ty jesteś najbardziej zainteresowany.

- Wypchaj się z taką nagrodą!

-  Czemu  się  łamiesz,  stary  -  próbował  mnie  ułagodzić  Tubka.  -  Wyłożysz  forsę

chwilowo.

- Co to znaczy - chwilowo?

-  Aż  zbiorę  odpowiednie  fundusze.  Potem  się  rozliczymy.  A  może  masz  złom

mosiężny? Dalibyśmy przetopić.

- Nie.

- To nic. Może uda mi się zdobyć jakąś rzecz mosiężną.

-  Chodź  już,  zimno  mi  -  powiedziała  zniecierpliwiona  Giga.  Odciągnęła  Tubkę  i

background image

odeszli.  Na  mnie  nawet  nie  spojrzała.  Zdaje  się,  że  moje  zwycięstwo  w  ogóle  niewiele  ją

obchodziło. I pomyślałem, że Giga odwiedza stadion w zupełnie innych, specjalnych celach,

które  nie  mają  nic  wspólnego  ze  sportem.  Przypuszczalnie  traktuje  tutejsze  widowiska  jak

rewie  mody,  przychodzi  tu  sama  występować,  po  prostu  pokazywać  siebie,  błyszczeć.

Zawody na stadionie są tylko oprawą dla występów Gigi.

Zrobiło mi się łyso i znów odechciało mi się żyć, nie mówiąc już o bieganiu. Jeśli jako

laureat, zdobywca medalu, dwu nagród i mistrz stadionu nie zrobiłem wrażenia na Gidze, to

już  nie  zrobię  chyba  nigdy!  Schodziłem  zamyślony  posępnie  z  podium.  Zapadał  zmierzch.

Niskie  jesienne  chmury  zakryły  już  niebo  nad  miastem.  I  to  niebo  było  czarne.  Na  tablicy

wyników  jaskrawym  światłem  zabłysła  cyfra  51,2.  To  mój  wynik.  Spiker  coś  mówił  o

rekordzie  stadionu  młodzików.  Zerwały  się  nowe  okrzyki  i  brawa.  Ale  mnie  złościły  te

wiwaty. Chciałem powiedzieć im wszystkim, że ten mój bieg i wszystkie moje biegi to fatalna

pomyłka!  Chciałem  powiedzieć  im  wszystkim,  że  nie  zależy  mi  na  tym  zwycięstwie  i  na

wyniku, i nawet na rekordzie. Co mi z tego, kiedy Giga gwiżdże na mnie, a ja nie mogę się

wyzwolić z uczucia, które mnie niszczy.

Czy można jeszcze coś zrobić w takiej sytuacji? Pomyślałem o propozycji Szczypasa.

Skoro  nie  mogę  zapomnieć  o  Gidze,  pozostaje  mi  już  tylko  jedno;  muszę  podjąć  tę  próbę,

przed którą chciałem uciec... Muszę zmierzyć się z Gigą, nawet... jeśli na drodze stoi Tubka i

Medor.

background image

15. BIGOS DLA ZWYCIĘZCY

Wiadomość  o  moim  zwycięstwie  przeniknęła  do  pieleszy  domowych  dopiero

wieczorem.  Wtedy  bowiem  zadzwoniła  do  mamy  pani  Tubkowska  w  sprawie  stołówki

szkolnej.  Przy  okazji  opowiedziała  też  mamie,  jak  świetnie  spisałem  się  na  stadionie,  a  na

zakończenie  zapytała,  czy  przypadkiem  nie  przyniosłem  do  domu  moździerza.  Mama

zaniemówiła  z  wrażenia.  Chyba  nie  tyle  zdziwiło  ją  moje  zwycięstwo  w  biegu  na  czterysta

metrów, co ten moździerz...

- O jakim moździerzu pani mówi? - wykrztusiła wreszcie.

-  O  moim  moździerzu  kuchennym  -  odparła  pani  Tubkowska  -  pokazywałam  go

kiedyś pani, kochanie.

- Chodzi o ten wspaniały moździerz mosiężny z tłuczkiem?

- O ten właśnie, proszę pani - potwierdziła zbolałym głosem pani Tubkowska. - Pytam

panią,  kochanie,  bo  mój  Jurek  dręczył  mnie  od  tygodnia,  żebym  mu  podarowała  ten

moździerz.  Chciał  go  wręczyć  jako  nagrodę  temu  chłopcu,  który  zwycięży  w  biegu  na

czterysta metrów...

- Moździerz?! - wykrzyknęła mama. - Co za pomysł!

- Takie tym chłopakom przychodzą pomysły do głowy!

-  Dać  taki  cenny  moździerz!  -  oburzała  się  moja  mama.  -  Rozumiem  pani  irytację,

moja droga, to zapewne stary zabytek rodzinny, urocza pamiątka przedwojenna.

- Był w naszej rodzinie od pięciu pokoleń - oznajmiła pani Tubkowska. - Moja mama

przekazała mi go na łożu śmierci.

- Pani oczywiście odmówiła Jurkowi...

- Odmówiłam stanowczo. Mimo to moździerz znikł.

- Znikł, co też pani mówi, moja droga?

- A tak. Znikł, kochana. Dzisiaj chciałam tłuc migdały, patrzę, a moździerza nie ma!

- Pani myśli, że Jurek go wyniósł?

-  Przychodzą  mi  do  głowy  różne  podejrzenia...  Kto  wie,  czy  Jurek  nie  ofiarował  go

zwycięzcy tego biegu. Pani zna Jurka, on ma takie dobre serce i taki szeroki gest... tylko by

rozdawał wszystko i rozdawał... on tak łatwo się wzrusza, wszystko zrobiłby dla kolegów...

anioł miłosierdzia...

-  Tak...  możliwe  -  bąknęła  bez  przekonania  moja  mama,  bo  jakoś  nie  mogła  sobie

wyobrazić Ciężkiego Tubki w roli anioła.

background image

- Dlatego pomyślałam - ciągnęła pani Tubkowska - że skoro pani Maksymek wygrał

ten bieg, to mógł dostać od mojego Jurka ten moździerz...

-  Niech  pani  będzie  spokojna,  zaraz  sprawdzę,  a  potem  zadzwonię  do  pani  -

powiedziała moja mama trochę podenerwowana i odłożyła słuchawkę. - Cymku, chodź tutaj

zaraz, chciałam z tobą porozmawiać.

- Słucham, mamo. - Zbliżyłem się, udając, że nic nie słyszałem z tej rozmowy.

-  Nic  mi  nie  powiedziałeś  -  rzekła  z  pretensją  mama.  -  Jak  mogłeś  nic  nie

powiedzieć... swojej matce?

- O czym, mamo?

- O tym, co było na stadionie, że biegłeś na czterdzieści metrów...

- Na czterysta, mamo...

- Wszystko jedno, w każdym razie biegłeś i zwyciężyłeś, i cały stadion cię oklaskiwał,

a ja o tym nic nie wiedziałam.

- Mama się przecież nigdy nie interesowała biegami...

-  Ale  skoro  ty  biegłeś,  to  co  innego...  Powinieneś  przynajmniej  powiedzieć,

uprzedzić... a ty ani słowa! Dlaczego?

Chrząknąłem zakłopotany.

- Nie powiedziałem, bo... bo bałem się, że mama mi nie pozwoli...

- Ależ, co ty?! - oburzyła się mama.

- No, nie wiem - mruknąłem - teraz, jak wygrałem, to mama jest dumna i mama się

zgadza, ale czy przedtem mama by się zgodziła?... Mama mówiła, że najpierw muszę odrobić

zaległości  w  nauce,  a  potem  mama  mówiła,  żebym  się  nie  przemęczał  na  boisku,  bo  mogę

sobie zaszkodzić i dostać powiększenia serca, bo jestem za młody i za słaby...

-  Kto  wie,  czy  sobie  nie  zaszkodziłeś  -  powiedziała  mama  patrząc  na  mnie  z

niepokojem. - Jutro pójdziemy cię zbadać i prześwietlić.

- O rany, co też mama... - przestraszyłem się.

- Takie wyścigi są niezdrowe! Czterysta metrów z wywieszonym językiem!

- Wcale nie miałem wywieszonego...

- Wypruwać z siebie wszystkie siły i zamęczać swoje serduszko - biadoliła mama. - Ty

masz za małe serce na takie biegi...

-  Niech  mama  już  przestanie,  słowo  daję,  nie  wiem,  czy  mama  jest  w  końcu

zadowolona z tego, że biegłem, czy też przeciwnie...

-  Sama  nie  wiem...  To  wszystko  takie  okropne...  Ale  skoro  już  biegłeś,  to  mogłeś

background image

zaprosić rodziców... Mamy tak mało radości, a ty zupełnie zapominasz o nas... w ogóle nic

nie znaczymy dla ciebie... tak jakby nas nie było... na starość pewnie wyrzucisz nas z domu. -

Mama otarła kąt oka chusteczką.

-  Niech  mama  nie  mówi  takich  rzeczy  -  zdenerwowałem  się.  -  Sprawa  jest  prosta.

Mamie  żal  i  mnie  też  żal.  Czy  mama  myśli,  że  mnie  było  przyjemnie  na  stadionie?  To  są

straszne,  dramatyczne  przeżycia,  a  ja  byłem  sam.  Nie  było  żadnej  delegacji  domowej,  ani

mama, ani ojciec, ani Seweryna, ani Marcelina. Czy ja w ogóle mam siostry? Czasem wątpię.

Przykra rzecz... Ale myślę, że teraz mama zacznie chodzić na zawody i w ogóle zajmie się

sportem. Mama jeszcze sama mogłaby biegać.

- Myślisz, że mogłabym? - zainteresowała się mama.

- Jasne. Mama ma niezłą formę. Myślę, że miałaby mama lepszy czas niż pani Dydo

od wuefu dla dziewczyn.

Mama uspokoiła się wyraźnie i odprężyła.

- O co to ja chciałam cię zapytać?...

- Pewnie o ten moździerz.

- A właśnie... ale skąd ty wiesz?

- No bo jeśli pani Tubkowska... ona ostatnio wciąż o moździerzu... ale nie rozumiem,

co to ma wspólnego ze mną.

- Dostałeś podobno nagrodę za bieg?

- Tak, medal na wstążce i postać biegacza.

- Z mosiądzu?

- Nie, z brązu. Stop miedzi i cyny.

- A nie dostałeś przypadkiem moździerza?

- A... więc o to chodzi! - roześmiałem się.

- Tak, chodzi o ten moździerz.

- Do strzelania na wojnie?

- Nie. Do tłuczenia w kuchni.

- Nie interesuje mnie.

- Jurek Tubkowski nie wręczył ci przypadkiem?

- On? Taka kutwa i dusigrosz? Co za pomysł, mamo!

- Bo właśnie pani Tubkowska dzwoniła, że zniknął jej z kuchni moździerz - wyjaśniła

mama i opowiedziała mi dokładnie całą rozmowę telefoniczną z matką Tubki.

- Nie sądzę, żeby Tubka gwizdnął ten instrument kuchenny - powiedziałem. - Po co

background image

byłby  mu  potrzebny  moździerz?  -  zastanawiałem  się  głośno.  -  Miała  być  przecież  Nagroda

Złotej  Tubki,  a  nie  moździerz...  chociaż  moździerz  też  jest  z  mosiądzu  i  nadaje  się  jako

surowiec wtórny...

- Surowiec wtórny?! - zaniepokoiła się mama. - Co ci chodzi po głowie?!

- Tubka mógł wpaść na pomysł, żeby przetopić ten moździerz.

- Przetopić?! O Boże! - wykrzyknęła przestraszona mama.

-  Przetopić  i  uformować  z  niego  tubkę,  ewentualnie  puzon  na  postumencie...

oczywiście  miniaturę  puzonu...  mógł  w  tym  celu  wejść  w  porozumienie  z  Zygmuntem

Koszałką w rynku - zakład jubilersko - grawerski i wytwórnia sztucznej biżuterii...

- Biedna pani Tubkowska - załamała ręce mama.

- Ale mimo to wątpię, by Tubka naprawdę wziął ten moździerz - ciągnąłem. - Gdyby

miał  zamiar  przetopić  go  na  nagrodę  dla  mnie,  to  by  nie  omieszkał  się  tym  przede  mną

pochwalić.  Powiedziałby:  „Cierpliwości,  Cymeonie,  twoja  nagroda  już  się  pitrasi  w  tyglu

mistrza Koszałki”, a on zamiast tego powiedział, żebym sam sobie zamówił nagrodę. Wręczył

mi tylko dyplom i rysunki.

-  Uspokoiłeś  mnie  -  powiedziała  mama  -  będę  teraz  mogła  z  kolei  uspokoić  biedną

koleżankę Tubkowską.

-  Niech  ją  mama  uspokoi,  ale  to  w  końcu  przykre  -  dodałem  z  niejaką  goryczą  -  że

matka  Tubki  myśli  tylko  o  moździerzu.  W  końcu  Tubka  miał  dobry  pomysł  z  tą  nagrodą.

Młodzież ma tak mało nagród. Zamiast drżeć o ten moździerz, pani Tubkowska powinna była

pomóc Jurkowi Tubce w ufundowaniu jakiejś nagrody... ale rodzice zupełnie o to nie dbają,

żeby pomagać dzieciom w takich sprawach... Mama też. - Spojrzałem z wyrzutem na moją

biedną  mamę.  -  Mama  też  mi  nic  nie  ufundowała...  tak  jakbym  codziennie  odnosił  takie

zwycięstwa.  A  to  się  zdarza  rodzicom  raz  na  całe  życie,  że  ich  dziecko  wygra  bieg  na

czterysta  metrów  na  prawdziwym  stadionie,  najwyżej  raz,  bo  większość  rodziców  w  ogóle

nigdy nie ma takiej szansy. Ale mama tego nie docenia...

-  Nie  mów  tak.  Doceniam  -  szepnęła  mama.  -  Wiesz,  że  chętnie  ufundowałabym  ci

nagrodę  ze  szczerego  złota,  ale  nie  stać  nas  na  to.  Póki  twój  ojciec  będzie  się  trzymał

kurczowo tej nędznej posady w wodociągach, na nic nie będzie nas stać - westchnęła ciężko.

- To prawda, wodnisto nam - przytaknąłem skwapliwie.

- Czy można utyć na wodzie? - zadała dramatyczne pytanie mama. - Czy woda ubierze

człowieka?  -  spojrzała  krytycznie  w  lustro  na  swoje  szaty  i  rozpoczęła  znane  mi  dobrze

narzekania  na  niezaradność  ojca,  który  z  wysokości  swoich  wież  ciśnień,  z  mylącej

background image

perspektywy  pomp  i  filtrów  nie  jest  w  stanie  ocenić  całej  nędzy  naszego  położenia  i

„nikczemności naszej kondycji”, jakby powiedział poeta klasyczny.

-  Rozumiem  to  wszystko,  mamo  -  powiedziałem  przerywając  te  jałowe  żale  -  nie

liczyłem  na  złoty  puchar,  liczyłem  natomiast,  że  w  ramach  naszej  kondycji  mama  coś

wykombinuje...  to  znaczy,  że  moje  zwycięstwo  znajdzie  przynajmniej  odbicie  w  naszym

menu domowym. O ile mi wiadomo, od początku historii zwycięzców odpowiednio karmi się

i poi.

- Nie zdążyłam nic przygotować - rzekła zakłopotana mama. - Twoje zwycięstwo było

tak  nagłe,  nie  zapowiedziane  i  niespodziewane,  lecz  jeśli  chcesz,  jutro  mogę  przygotować

obiad specjalny i ugotować, co tylko zechcesz, Cymku. Co byś chciał?

Nie myślałem zbyt długo. Od razu wziąłem pod uwagę Gigę i Medora.

- Przede wszystkim bigos, mamo - wypaliłem.

- Bigos? - zdumiała się moja biedna mama. - Co ty mówisz?! Od dziecka przecież nie

znosiłeś bigosu.

-  Wyrosłem  z  lat  dziecinnych,  mamo  -  odpowiedziałem  poważnie.  -  Gusty  i  smaki

zmieniają się u człowieka co siedem lat. Właśnie w tej chwili przechodzę taką zmianę jako

mężczyzna czternastoletni. Dlatego, jeśli mama chce mi sprawić przyjemność, to niech mama

nagotuje  na  jutro  bigosu.  Poza  tym  może  być  tort,  galaretka  pomarańczowa,  ewentualnie

budyń; o lodach nie śmiem marzyć.

- I to wszystko do bigosu?! - wykrztusiła moja mama.

- Kto nie chce, niech nie je - oświadczyłem - nie zmarnuje się.

Jeszcze  tego  wieczoru  drażniący  odór  gotowanej  kapusty  napełnił  nasze  małe

mieszkanie. Mama wychodziła z założenia, że bigos musi się pitrasić przynajmniej dwa dni.

Nazajutrz  spotkałem  się  pod  szkołą  ze  Szczypasem.  Szczypas  wręczył  mi  album  pt.

„Sto gwiazd współczesnego filmu”, żebym zwrócił go Gidze. W tym momencie zdjęły mnie

ostatnie wątpliwości.

-  Nie  wiem...  jak  Giga  to  przyjmie...  -  rzekłem  zakłopotany.  -  Gotowa  sobie

pomyśleć... - zaczerwieniłem się - właściwie nie mam powodu, żeby oddawać za ciebie...

-  Możesz  powiedzieć,  że  spuchła  mi  twarz  po  wizycie  u  dentysty  i  wstydzę  się

pokazać, dlatego prosiłem cię o tę przysługę - odparł beztrosko Szczypas.

- A dlaczego mnie?... I dlaczego się zgodziłem? Och, nie jest taka naiwna. Domyśli

się, że to pretekst.

- Spokojna głowa... Wymyślimy lepszy powód tej wizyty... Już mam! Powiesz, że ja ci

background image

pożyczyłem tę książkę, że miałeś oddać ją zaraz, ale nie mogłeś się oderwać, że trzy razy ją

przeczytałeś, bo była ci potrzebna do filmu, który kręcisz... Teraz będzie zupełnie zrozumiałe,

że skoro czytałeś sam tę książkę i tak długo ją przetrzymałeś, to ją teraz sam odnosisz Gidze z

przeprosinami w moim imieniu.

- Tak, to jest powód, ale Giga może się złościć na mnie, że tak długo trzymałem.

- Och, skrzywi się najwyżej, zniesiesz chyba dla mnie to skrzywienie...

- No, dobra - powiedziałem - zniosę jakoś.

-  Naprawdę,  stary  -  Szczypas  pociągnął  nosem  -  robisz  dla  mnie  wielką  rzecz.

Zdejmujesz mi balast z serca i wyjmujesz kamień z wątroby.

Chrząknąłem niewyraźnie.

- Głupstwo i pestka! Cieszę się, że mogę ci się odwdzięczyć, stary - powiedziałem i

rozstaliśmy się obaj wzruszeni naszą głęboką przyjaźnią.

Ale  mój  dobry  nastrój  popsuł  od  razu  Męsio.  Ledwie  Szczypas  zniknął,  wódz

Cykanderów podszedł do mnie z nader ponurą miną.

- Co ty masz z tym Szczypasem? - zapytał skrzywiony.

- Nic takiego.

- On lepi się do ciebie - powiedział Męsio.

- Przesadzasz.

-  Widziałem  na  stadionie  wczoraj,  a  dzisiaj  znowu  się  przypętał.  Uważaj,  to

niebezpieczny typ. Brat - łata, odmiana lepka. Przylepiają mu się różne rzeczy.

- Coś ty! Nie zauważyłem...

- Ostrożnie z nim! Facet żyje z podejrzanych transakcji.

- Do licha, z jakich transakcji?!

- Na przykład pożycza i zapomina oddawać.

-  Nie  bardzo  się  zgadza  -  powiedziałem.  -  Na  razie  to  on  mi  oddał  przysługę  i  ja

jestem jego dłużnikiem.

- A ta książka, ten album? - Męsio wskazał na dzieło, które trzymałem w ręku. - Ile

mu za to dałeś? Na pewno zdarł z ciebie skórę. Widziałem, ja ubijaliście ten handel.

-  Źle  widziałeś!  -  zasapałem  wściekły.  -  Nie  było  żadnego  handlu,  po  prostu  mi

wręczył...

-  Wręczył!  Po  prostu  wręczył!  -  Męsio  zarechotał  szyderczo.  -  No  to  jeszcze

zobaczysz! To metoda Szczypasa! Najpierw okazuje ci uczucia koleżeńskie, pożycza to i owo,

zrobi jakąś przysługę, omota ofiarę pochlebstwem, a kiedy twoja uwaga i czujność osłabną,

background image

wtedy  sam  prosi  cię  niby  o  niewinną  pożyczkę  czy  przysługę...  A  jeśli  się  zgodzisz,  to

wpadasz, stary, w okropnie stęchłą marmoladę i grzęźniesz jak głupia mucha.

Zdegustowany  do  głębi  zostawiłem  chichoczącego  Męsia  i  odszedłem  szybko,

ściskając pod pachą album.

background image

16. PRZECHODZĘ PRZEZ STREFĘ MEDORA

Obiad na cześć mojego zwycięstwa udał się znakomicie, to znaczy każdy miał to, co

mu  najbardziej  odpowiadało:  -  ja  -  tort  i  galaretkę,  reszta  rodziny  -  bigos.  Oczywiście

nałożyłem też sobie kopiastą porcję tego specjału, ale jej nie tknąłem.

- Nie smakuje ci? - zmartwiła się mama.

- Jest wyśmienity - powiedziałem.

- To dlaczego nie jesz?

-  Bo  zabieram  z  sobą.  Urządzimy  degustację  zbiorową.  Porównamy  z  nędznymi

bigosami, które pitrasi pani Tubkowska, pani Julicka i pani Gafońska. To w ramach konkursu

kulinarnego, który organizuje Koło Przyjaciół Zwierząt.

- Koło Przyjaciół Zwierząt? - zdziwiła się mama.

-  Mama  na  pewno  wygra  -  dodałem  pośpiesznie  i,  żeby  nie  przedłużać  tej

niebezpiecznej  rozmowy,  połknąłem  resztę  galaretki,  zastrzegłem,  że  reszta  tortu  należy  do

mnie, porwałem talerz z bigosem i wycofałem się z pokoju.

- Nie podoba mi się ta historia - powiedziała mama.

- Niech się mama nie denerwuje - rzuciłem w progu. - Mama na pewno wygra.

Ale  nie  zdołałem  rozproszyć  wątpliwości  mamy.  Czułem  na  sobie  jej  niespokojne

spojrzenie,  gdy  w  kuchni  przekładałem  bigos  do  słoika,  a  słoik  umieszczałem  w  mojej

sportowej torbie. Na szczęście nie pytała o nic więcej.

Z kolei należało rozwiązać sprawę odzieży ochronnej, czyli przynajmniej spodni pod

gust Medora. Pomny, że bestia przywykła do gorących barw, postanowiłem zaopatrzyć się w

odpowiedni kostium u moich sióstr. Seweryna była dla mnie zawsze przyjaźniej usposobiona

i  najchętniej  pożyczyłbym  coś  od  Seweryny,  niestety,  z  niezrozumiałych  dla  mnie  przyczyn

uwielbiała  raczej  mniej  krzykliwe  kolory.  Jej  smutne  czernie,  szarości  i  mdłe  beże  z

pewnością naraziłyby mnie na zęby Medora. Udałem się więc do Marceliny. Była wprawdzie

nieznośna, interesowna i złośliwa, lecz posiadała sporą kolekcję odzieży w nader jaskrawych

barwach.

- Słuchaj, stara - powiedziałem wchodząc do jej pokoju ze sztucznym uśmiechem na

twarzy. - Potrzebuję kolorowego ciucha... najbardziej by mnie chyba urządziły pomarańczowe

spodnie... masz coś takiego w szafie?

- Oszalałeś? - zdumiała się Marcelina. - Pomarańczowe spodnie? Po co? Nie będziesz

chyba ich nosił?

background image

- Potrzebne mi są w charakterze kostiumu - odparłem.

- Do czego?

- Do filmu. Chyba wiesz, że kręcę film.

- Och, ten twój film! - skrzywiła się Marcelina. - Już drugi rok słyszę o tym filmie.

- Będzie na pewno kręcony. Jeszcze w tym tygodniu zrobię próbne zdjęcia. Kolorową

taśmą.  Powinnaś  ze  mną  współpracować  -  powiedziałem.  -  Mówiliśmy  już  kiedyś  na  ten

temat.

- Owszem, mówiliśmy.

- Miałaś zająć się kostiumami i dekoracjami. Zgadza, się?

- Zgadza.

- Daj więc teraz te spodnie. To będzie twój wkład.

- Z przyjemnością - powiedziała Marcelina.

- No, więc daj! - Otworzyłem szafę.

- Chwileczkę - powstrzymała mnie. - Najpierw podpiszesz zobowiązanie.

- Jakie zobowiązanie?

- Że tego, co obiecałeś, dotrzymasz.

- Ja ci coś obiecałem? - udałem zanik pamięci.

- Jak to? Nie pamiętasz? Obiecałeś mi główną rolę w tym filmie.

- Jesteś pewna?

- Najzupełniej.

-  Skoro  tak...  no  to  proszę  bardzo  -  chrząknąłem.  -  Mogę  cię  zaangażować...  w

porządku, jeśli chcesz... załatwione. A teraz bądź łaskawa te spodnie...

- Podpiszesz zobowiązanie - powtórzyła twardo Marcela.

- Co ty?! - uniosłem się honorem. - Nie dowierzasz mi?

- Nie. Wiem, że chcesz wpakować do głównej roli niejaką Szyperską.

- Kto ci powiedział?!

- Och, wszyscy już o tym mówią. Szyperska chwali się od pewnego czasu, rozpowiada

na prawo i lewo... A mnie pytają, czy to prawda. I robią różne złośliwe uwagi. Nie mogę już

znosić  tych  uwag  i  pytań.  „Cóż  to,  Marcelko,  zrezygnowałaś  z  tej  roli,  a  może  Cymek

zrezygnował z ciebie? Podobno znalazł nową gwiazdę!” i od razu chichoty. „Czy to prawda,

że zakochał się w Szyperskiej?”

Poczerwieniałem.

- Nie słuchaj tych wstrętnych dziewczyn! To wszystko przez zazdrość...

background image

- Więc nie zakochałeś się w Szyperskiej?

- To... to bardzo skomplikowana sprawa - odparłem zakłopotany - potem ci wyjaśnię.

W każdym razie masz u mnie rolę zapewnioną.

- Główną?

-  Tak.  Pod  warunkiem,  że  oddasz  mi  swoje  ciuchy  do  dyspozycji  i  dołożysz  się

finansowo.  Potrzebuję  tysiąc  metrów  taśmy...  Liczę,  że  to  załatwisz.  Kolorowej  taśmy  -

dodałem.

- Dostaniesz kostiumy i taśmę, ale teraz siadaj i pisz: „Oświadczam, że główną rolę w

moim filmie zagra moja droga siostra Marcelina Ogromska... z uwagi na swój talent...”

- Ja to mam pisać? - przerwałem.

- Czy nie wierzysz w mój talent?

- Oczywiście, wierzę.

- No, to pisz: „...z uwagi na swój talent i szczególną fotogeniczność”. Data. Podpis.

Postawiłem datę i podpisałem.

Marcelina wręczyła mi pomarańczowe spodnie. Zapakowałem je do sportowej torby,

gdzie  już  znajdował  się  słój  bigosu,  wcisnąłem  na  końcu  ów  album,  który  miałem  oddać

Gidze,  i  pogwizdując  wesoło,  ruszyłem  w  kierunku  ulicy  Pierwszego  Maja.  Wkrótce  zza

drzew pyszniących się o tej porze wspaniałymi kolorami żółci i czerwieni, wyłonił się jeszcze

bardziej czerwony dach „Ula” - rodowej siedziby Julickich. Już z daleka usłyszałem ujadanie

Medora,  w  bardzo  niskiej  tonacji,  podobnej  do  pomruków  nadciągającej  burzy,  uznałem

więc,  że  pora  jest  wdziać  strój  ochronny.  Udałem  się  więc  w  pobliskie  zarośla  koło

przerwanej  budowy  i  tam  naciągnąłem  na  moje  dżinsy  te  okropne,  pomarańczowe  spodnie.

Najbardziej bałem się, czy nie będą za długie, ponieważ wtedy mogłem zaplątać się w nie i

skompromitować przed Gigą. Okazało się jednak, że raczej były za krótkie. I pomyślałem z

satysfakcją, że jednak mam dłuższe nogi niż „gwiazda filmowa”, ten biedny pulpet Marcela.

Natomiast  zgodnie  z  przewidywaniem  okazało  się,  że  te  „pantelejmony”  są  niesamowicie

bufiaste i obszerne. Zachodziła obawa, że zsuną się ze mnie. Dla pewności porobiłem w pasie

zakładki,  spiąłem  je  agrafkami,  które  zawsze  nosiłem  w  kieszeni,  a  w  końcu  mocno

zacisnąłem pas. Wiedziałem, że wyglądam jak pajac, ale liczyłem na to, że po szczęśliwym

przejściu przez strefę Medora, uda mi się ściągnąć z siebie te spodnie, zanim jeszcze zobaczy

mnie Giga.

Medor zauważył mnie jeszcze przed furtką i podbiegł szczekając głośno. Zawahałem

się.  Bydlę  miało  ze  sto  kilo  wagi  i  mordę,  którą  mogła  wymyślić  tylko  chora  wyobraźnia

background image

abstrakcjonisty. Drżącą nieco ręką wysunąłem naprzód torbę. Medor zatrzymał się i węszył

przez chwilę. Potem, jak mi się wydawało, zapatrzył się mętnym wzrokiem w moje radosne

„pantelejmony” i wydał zadowolony pomruk, a potem zaskomlił tęsknie.

Przemogłem lęk i szybko przeniknąłem przez furtkę.

Medor ocierając się o moje nogi i poszczekując radośnie towarzyszył mi aż do samego

„Ula”; po drodze obwąchiwał namiętnie moją torbę. Bałem się, by nie złapał jej zębami i nie

wyszarpnął z rąk, był jednak na to, jak się okazało, zbyt dobrze wychowanym psem.

Niestety,  jego  głośne  i  pełne  zachwytu  poszczekiwanie  doprowadziło  do

przedwczesnego  ukazania  się  Gigi.  Nim  zdołałem  uwolnić  się  od  natręctw  Medora,  już

stanęła w drzwiach swojego „Ula”, zaskoczona niesamowicie. Przejechała po mnie wzrokiem

od  dołu  do  góry  i  z  powrotem.  Była  zbyt  dobrze  wychowaną  dziewczyną,  by  powiedzieć

cokolwiek  na  temat  mojego  stroju,  ale  w  jej  oczach  dostrzegłem  błysk  niechęci,  by  nie

powiedzieć wstrętu. Zrozumiałem od razu, że zrobiłem fatalne wrażenie i że nie mam u Gigi

żadnych  szans.  Najchętniej  uciekłbym,  gdzie  pieprz  rośnie,  ale  nogi  miałem  jak

sparaliżowane.  Pomyślałem,  że  moja  ucieczka  w  tych  warunkach  byłaby  jeszcze  bardziej

komiczna  i  postanowiłem  odegrać  moją  nieszczęsną  role  do  końca.  Do  tragicznego  końca,

dodałem w duchu, bo wiedziałem, że wszystko musi się skończyć tragicznie.

-  Myślałam,  że  to  ktoś  znajomy  -  powiedziała  Giga  jakby  usprawiedliwiając  swoje

wyjście. - Medor w ten sposób wita tylko przyjaciół...

- Jestem przyjacielem - udało mi się wykrztusić przez ściśnięte gardło.

- Coś się Medorowi pomyliło - powiedziała chłodno Giga - on zwykle nie wpuszcza

obcych. - Spojrzała na psa niezadowolona.

Medor lizał łapczywie moją torbę, łasząc się i skomląc tęsknie.

- On cię naprawdę lubi! - zauważyła zdezorientowana Giga.

- Mądry pies - powiedziałem - zna się na ludziach.

-  Raczej  na  zapachach.  -  Giga  zmarszczyła  brwi.  -  Co  ty  właściwie  masz  w  tej

torbie?...

- Nic takiego...

-  Pokaż.  -  Nie  czekając  zajrzała  do  torby  i  cofnęła  się  z  nieprzyjemnym  grymasem

twarzy.

- Co ty? Nosisz w słoiku bigos? - popatrzyła na mnie z wyraźnym niesmakiem.

- Czasem bywam głodny - wyjaśniłem. - Więc noszę i jem po drodze.

- Cudak z ciebie. I te spodnie!... Ty jesteś naprawdę jakiś nie...

background image

- Nienormalny - chciałaś powiedzieć? To prawda. Artyści rzadko bywają normalni...

- Jesteś artystą? - zakpiła Giga. - Cyrkowym?

- Myślałem, że mnie znasz.

- Oczywiście, że cię znam. Ty jesteś ten Mycek.

Poczerwieniałem.

- Jestem Cymek - sprostowałem zimno.

-  Cymek?  -  roześmiała  się  nie  wiadomo  dlaczego.  -  Niech  będzie.  To  przecież

wszystko jedno.

- Zaręczam ci, że to nie wszystko jedno - wycedziłem.

- Obraziłam cię? - stropiła się Giga. - Och, przebacz mi, nie wiedziałam, że jesteś tak

przywiązany do imienia.

- Przebaczam ci - powiedziałem pośpiesznie.

- Nie myśl, że mylę cię z kim innym. Pamiętam doskonale. Ty jesteś tym chłopakiem,

co wygrał wczoraj bieg na dwieście metrów.

- Na czterysta - sprostowałem.

- Możliwe - powiedziała Giga. - Przez Tubkę wszystko mi się poplątało. Przeszkadzał

mi  się  skupić,  stale  coś  plótł  albo  trąbił...  Powiedz,  dlaczego  wszyscy  przeszkadzają  mi  się

skupić?

- Nie wiem... może dlatego, że za bardzo ich interesujesz... to znaczy... pociągasz...

- Pociągam? W jakim sensie?

- To... trudno w paru słowach wytłumaczyć... - wykrztusiłem. - W każdym razie nie

powinnaś chodzić z tym gorylem.

- O kim ty mówisz?

- Nie wiesz?

- O Boże... czy myślisz o Jurku Tubkowskim?...

- A o kim?

- Kto mu wymyślił takie okropne przezwisko?!

- My, w klasie.

- To brzydko... Goryl! Jak można tak mówić o koledze?

- On jest goryl - powtórzyłem z przekonaniem.

Giga milczała przez chwilę.

- Dlaczego wy się tak nie lubicie? - szepnęła wreszcie. - Tubka też cię nie lubi. Żebyś

wiedział, co on opowiada o tobie!

background image

Poczerwieniałem z gniewu.

- To wszystko kłamstwo! Wszystko! - wykrzyknąłem.

- Przecież jeszcze nie wiesz, co opowiadał.

- Ale wiem, co mi zrobił! To mi wystarcza! Nigdy byś się nie domyśliła!

- Wiem, że na zawodach trzymał twoją stronę. Dopingował cię głośno...

- O tak, bardzo głośno! - rzekłem z goryczą.

- Ależ on naprawdę chciał, żebyś biegł jak najprędzej!

Zaśmiałem się gorzko.

- Oczywiście, chciał, ale nie wiesz dlaczego!

- Chciał, żebyś wygrał.

- Nie. Tam wcale nie o to chodziło...

- A o co?

-  To  się  nie  nadaje  do  opowiedzenia...  -  zaczerwieniłem  się.  -  Może  kiedyś  ci

powiem...

- Kiedy?

- No... kiedy poznamy się bliżej... Na razie, póki jesteś w rękach Tubki...

- Ja! W rękach Tubki? - oburzyła się Giga. - Co ty sobie wyobrażasz?!

- Wyobrażam sobie, że to jest zaślepienie... Ale ja postaram się, żebyś zrozumiała, kim

jest naprawdę Tubka.

Giga  milczała  przez  chwilę.  Widziałem,  że  jest  wściekła  na  mnie...  ale  nie  mogłem

opanować goryczy. Byłem przekonany, że na tym skończy się moja pierwsza i ostatnia wizyta

u  Gigi.  Za  chwilę  Giga  wybuchnie  i  wyrzuci  mnie  z  „Ula”...  Tak...  na  to  się  zanosi.  Już

podniosła rękę i wyciągnęła ją w stronę furtki. Zamarłem... Ale ona powiedziała tylko:

-  Zamknij  furtkę,  bo  Medor  przestraszy  kogoś  na  ulicy...  i...  chodź.  Porozmawiamy

spokojnie w domu.

background image

17. DOSTAJĘ W ŁEB ALBUMEM, CZYLI TRUDNOŚCI ROZMOWY

SALONOWEJ Z GIGĄ

Giga zaprowadziła mnie do wielkiego pokoju, gdzie stało dużo starych mebli i kazała

mi  usiąść  na  wielkiej,  pluszowej  kanapie.  Sama  usiadła  naprzeciw  w  głębokim  skórzanym

fotelu.

- Dlaczego ty prześladujesz Tubkę? - zapytała.

Zatkało mnie kompletnie.

- Ja? Tubkę? Czy w ogóle można prześladować kogoś tak silnego jak Tubka?

- Można. Ty go dręczysz, jak by to powiedzieć - Giga zapatrzyła się w okno - ty go

dręczysz moralnie.

- Nie bardzo rozumiem...

-  Przez  ciebie  przeżył  wstyd  i  upokorzenie  w  klubie.  Przez  ciebie  o  mało  co  nie

wyleciał z zespołu artystycznego. Podobno udawałeś puzonistę i podstępnie przeniknąłeś na

próbę, żeby podrywać tę okropną Nelkę Szyperską.

Zaczerwieniłem się.

- Ja ci to wytłumaczę...

- Ale po co? - wzruszyła ramionami Giga. - Ja uwielbiam takie zgrywy. Tylko potem

powinieneś  wyjaśnić  wszystkim,  że  to  były  po  prostu  żarty.  I  uspokoić  Tubkę.  On  jest  taki

wrażliwy.

- To nie były żarty - mruknąłem ponuro. - To... to był po prostu nieszczęśliwy zbieg

okoliczności. Nie chciałem nic złego zrobić Tubce... Widzę, że nie wierzysz mi...

-  Ależ  wierzę.  Jurek  Tubka  to  pechowy  chłopak...  Zawsze  wdepnie  w  jakąś  hecę...

Tym bardziej powinieneś dla niego być wyrozumiały i miły.

-  No  wiesz?!  -  wykrzyknąłem  wzburzony.  -  Widzę,  że  zupełnie  nie  zdajesz  sobie

sprawy, kim jest Tubka. On jest groźny.

-  Jurek?!  Groźny?!  -  Giga  roześmiała  się  serdecznie.  -  Nigdy  by  mi  nie  przyszło  do

głowy! Według mnie jest po prostu zabawny!

- Zabawny!?

- I... jak by ci to powiedzieć... prostoduszny.

- Prostoduszny, Tubka?! - oburzyłem się. - Pierwszy raz słyszę. Może jeszcze powiesz,

że go lubisz?

- Owszem. Lubię go - powiedziała Giga.

background image

- Za co?!

- Nie wiem dokładnie... Po prostu lubi się kogoś albo nie. Nie zastanawiałam się nad

tym... - zamyśliła się Giga. - Może dlatego go lubię, że potrafi marzyć.

- Wszyscy umiemy marzyć - mruknąłem. - Co za sztuka!

-  Zależy  jeszcze,  o  czym.  Jurek  nie  marzy  o  niebieskich  migdałach  ani  nawet  o

samochodach i podróżach...

- Pewnie marzy, żeby wszystkimi rządzić i żeby wszyscy go się bali.

- Nie.

- Żeby zostać sławnym puzonistą.

- Śmieszny jesteś - powiedziała Giga.

- Co za gapa ze mnie! - wykrzyknąłem. - Oczywiście marzy o tobie!

- Mylisz się - zaczerwieniła się Giga. - Po prostu jesteśmy przyjaciółmi.

- No więc nie wiem, o czym marzy ten piekielny Tubka! - zdenerwowałem się.

-  Nie  zgadniesz.  Jego  marzenie  jest  bardzo  skromne.  On  marzy  po  prostu  o  dobrym

koledze.

Umilkłem zaskoczony.

- On wie, że nikt go nie lubi. Wszyscy koledzy albo się go boją, albo nabijają się z

niego - ciągnęła Giga. - Jest bardzo osamotniony, potrzebuje przyjaźni, zrozumienia...

-  O  Boże,  kiedy  tak  mówisz,  można  by  pomyśleć,  że  jest  małym,  nieszczęśliwym

chłopczykiem - rzekłem rozdrażniony.

- On jest biedny i nieszczęśliwy...

- Tylko że wali każdego, kto mu się nawinie pod rękę!

Giga chrząknęła zakłopotana.

- To prawda, że często bywa rozdrażniony, bo wie, że za jego plecami śmiejecie się z

niego... a gdy się nadarzy okazja, dokuczacie mu i prowokujecie go!

- Jeszcze trochę, a zacznę litować się nad Tubką! - zaszydziłem.

- Nie chodzi o litość. Chodzi po prostu o to, żebyś traktował go normalnie. Powinieneś

wznieść  się  ponad  małe  zatargi,  głupie  uprzedzenia  i  urazy.  Powinieneś  zaprzyjaźnić  się  z

Tubką.

Oniemiałem.

- Ja?! Z Tubką?! - wykrzyknąłem po chwili.

-  Właśnie  ty.  Ze  wszystkich  kolegów  najczęściej  mówi  o  tobie.  W  gruncie  rzeczy,

gdzieś na dnie serca pragnie twojej przyjaźni...

background image

- Tubka nie ma serca - powiedziałem. - A ty powinnaś zostać adwokatem. Masz do

tego talent...

Ale Giga nie zauważyła mojej gorzkiej ironii i mówiła dalej z przejęciem:

-  On  jest  bardzo  oddany  przyjaciołom.  Pomyśl,  gdybyście  działali  ręka  w  rękę...

gdybyś mógł zawsze liczyć na pomoc Tubki, bylibyście niezwyciężeni... Ile ważnych rzeczy

moglibyście zrobić!

- To byłoby rzeczywiście piękne, ale to nie jest możliwe - powiedziałem.

- Spróbuję was pogodzić - oświadczyła Giga. - Nie masz chyba nic przeciwko?

Zastanowiłem się przez moment.

- Osobiście byś nas godziła? - zapytałem.

- Jasne. Jak sobie wyobrażasz inaczej?

Pomyślałem, że w tej sytuacji godzenie mnie z Tubką mogłoby być przyjemne i trwać

dłuższy czas, a więc miałbym pretekst odwiedzać Gigę.

- No, to zgadzam się - powiedziałem skwapliwie. - Kiedy zaczniesz nas godzić?

-  Mam  na  imię  Jadwiga,  jak  wiesz.  Jutro  obchodzę  imieniny.  Przyjdź  -

zaproponowała. - Będzie też Jurek..

- Przyjdę.

- Przyjdź najlepiej już o godzinie czwartej. Chciałabym pogodzić was, zanim zejdą się

goście... Potem już nie będzie czasu. Będę musiała zająć się całym przyjęciem. Chciałabym,

żeby  to  były  wspaniałe  imieniny.  W  tym  roku  zaproszę  tylko  młodzież  na  poziomie.  A

właśnie,  dobrze  że  jesteś,  poradzisz  mi,  czy  zaprosić  także  brata  Jurka,  tego  Gienia

Tubkowskiego.  On  chodzi  do  twojej  klasy...  Wiesz,  ja  chciałabym  otaczać  się

intelektualistami i artystami...

-  Zupełnie  słusznie  -  powiedziałem.  „Ale  bardzo  ciekawi  są  także  filmowcy”  -

pomyślałem o sobie.

- Czy ten Gienio Tubkowski naprawdę jest taki zdolny? - zapytała z ciekawością.

-  On  jest  piekielnie  zdolny  -  odparłem.  -  On  po  prostu  siedzi  w  książkach.  To  jego

hobby.

- To znaczy lubi pożyczać? - zmarszczyła brwi Giga.

- No... oczywiście.

- A czy oddaje? Niektórzy hobbiści są lepcy - powiedziała Giga. - Żeby tylko nie był

podobny do Kancery.

- Do Kancery? Kto to?

background image

- To znaczy do Szczypasa.

Drgnąłem.

- Miałaś kłopoty ze Szczypasem?

- Właśnie. Z początku też wydawał się inteligentny, oblatany i oczytany, rozprawiał o

lekturach, o filmach, o teatrze... A potem naciągnął mnie na książkę.

- Naciągnął? Jak to?

- Pożyczyłam mu książkę - album „Sto gwiazd współczesnego filmu” pół roku temu,

jeszcze przed wakacjami, i od tej pory jakoś go nie widuję. Po prostu mnie unika... w ogóle

się nie pokazuje.

Uznałem, że nadeszła chwila ujawnienia formalnego powodu mojej wizyty.

- Nie gniewaj się na niego - próbowałem bronić Szczypasa - to wszystko przeze mnie.

Właśnie przyszedłem oddać tę książkę. - Sięgnąłem do teczki.

- Nie pożyczałam tobie... - powiedziała Giga.

-  Ale  pożyczyłaś  Szczypasowi  i  on  prosił,  żebym  ci  oddał  i  przeprosił  za  zwłokę.

Zobaczyłem kiedyś u niego tę książkę i wziąłem do czytania.

- Ach, to ty... Więc to przez ciebie wszystko - spojrzała na mnie wzburzona.

- Czy... bardzo się gniewasz?

- Przez ciebie nie miałam z czego przygotować się do quizu i ominęła mnie murowana

nagroda... A tak chciałam wystąpić w telewizji - otarła oczy. - Straciłam taką okazję. Kto wie,

czy nie zostałabym na stałe zaangażowana. Może nawet dostałabym jakąś rolę w filmie. Kto

widział trzymać książkę pół roku!

- Ja... nie trzymałem jej pół roku - wykrztusiłem.

- Kłamiesz! Kiedy raz przypomniałam Szczypasowi o tej książce, usprawiedliwiał się,

że pożyczył ją jakiemuś Myckowi, który zajmuje się filmem. A to było pół roku temu.

- Ja nie jestem Mycek, jestem Cymek.

- Możliwe. Ale to na pewno byłeś ty. Tubka mi mówił, że ty udajesz filmowca i nawet

ostrzegał mnie przed tobą. Że też od razu nie przypomniałam sobie! Gdzie jest ten album?

Otworzyłem  zakłopotany  teczkę.  Ostry  zapach  bigosu  rozszedł  się  po  pokoju.

Wyciągnąłem album i podałem Gidze.

-  Ach  ty  flejtuchu!  Obrzydliwe!  Trzymać  taki  album  z  bigosem!  -  wykrzyknęła

krzywiąc się z obrzydzeniem.

- On... on był zawinięty. Izolowany - próbowałem się usprawiedliwiać.

-  Izolowany?!  -  Giga  powąchała  album.  -  To  okropne!  Gregory  Peck  pachnący

background image

kapustą! Jak mogłeś - spojrzała na mnie z autentycznymi łzami w oczach.

Zrozumiałem, że przy pomocy bigosu dokonałem poważnej profanacji Gregory Pecka,

nie mówiąc już o innych gwiazdach...

-  Jeśli  ktoś  nie  potrafi  szanować  książki,  nie  powinien  jej  dotykać!  Naprawdę  nie

przypuszczałam, że ty...

-  Ja  naprawdę  szanuję  książki  -  powiedziałem.  -  Ja...  ja  szanuję  i  bardzo  lubię...

Pasjonują mnie... ta też była fantastyczna! Nie mogłem się od niej oderwać...

-  Właśnie  widzę  -  zmarszczyła  brwi  Giga  przeglądając  album.  -  Ale  w  końcu  się

oderwałeś...

- No... oderwałem się.

- Razem z moimi fotosami!

- Jak to? - wybełkotałem zdumiony.

-  Tu  brakuje  kilku  kartek  -  wykrzyknęła.  -  Został  wyrwany  Fijewski,  Olbrychski  i

Pieczka! A tu Śląska i Lucyna Winnicka!... I jeszcze tam... O Boże! Jak śmiesz pokazywać się

mi na oczy z taką książką? Myślałeś, że nie zauważę?

Zrozumiałem wszystko w jednej chwili. Oto dlaczego Szczypas nie chciał sam oddać

tej książki... Zatrzęsłem się z oburzenia. A to łobuz, perfidny drań! Żeby tak wrobić mnie z tą

książką. A ja sam... jeszcze się mu podstawiałem... Męsio słusznie ostrzegał mnie przed tym

typem!

- Wysłuchaj mnie, Giga - jęknąłem - ja ci wytłumaczę.

- Ty bezczelny smarkaczu! - krzyknęła zrozpaczona. - Co tu jest to tłumaczenia?!

- Posłuchaj...

Ale ona mnie nie słuchała. W nagłym porywie gniewu rąbnęła mnie w łeb albumem.

Miał  bardzo  twarde  okładki.  Zobaczyłem  przed  oczami  gwiazdy...  raczej  niezupełnie

filmowe... jakieś takie gorące, żółte i czerwone kropki... a potem pociemniało mi w głowie.

Oszołomiony usiadłem na podłodze.

-  O  Boże,  co  ja  ci  zrobiłam?!  -  przestraszyła  się  Giga.  Uklękła  przede  mną

roztrzęsiona  i  obejrzała  ślad  uderzenia...  Potem  pobiegła  do  łazienki.  Wróciła  z  mokrym

ręcznikiem  i  okręciła  mi  głowę...  Zrobiło  mi  się  lepiej...  Przestało  mnie  trochę  łupać  w

czaszce.

Weszła babcia Julicka z filiżanką w ręku. Uśmiechnęła się do nas.

- Bawicie się, dzieci?

- Tak, babciu - wybełkotała Giga.

background image

-  W  Arabów?  Ten  ręcznik  jest  źle  zwinięty  i  za  mały  na  turban  -  przyniosę  wam

większy  -  próbowała  poprawić  mi  mój  opatrunek.  -  Co  to?  Dlaczego  taki  mokry?  Boli  cię

głowa, dziecko?

- Cymkowi zrobiło się niedobrze - powiedziała Giga.

-  Jaka  słaba  jest  dzisiaj  młodzież  -  westchnęła  babcia  -  ale  to  nic,  dam  ci,  dziecko,

ziółek. Wypij - podsunęła mi pod nos filiżankę... Zrobiło mi się jeszcze bardziej „niedobrze”.

- Nie... dziękuję... już mi przechodzi.

- Nie krępuj się. Naparzę sobie świeżych...

Zapach  był  niesamowity.  Zakręciło  mi  się  w  nosie.  Zerwałem  się  z  podłogi

przerażony...

- Ja... już sobie pójdę - wybełkotałem i rzuciłem się do drzwi.

-  Mówiłam,  że  ziółka  mu  pomogą  -  powiedziała  zadowolona  babcia.  -  Od  razu

postawiły go na nogi.

background image

18. TRAGICZNE PRELUDIUM DO IMIENIN GIGI

Już teraz wiem, czemu tylu ludzi, zwłaszcza wybitnych, pisze dzienniki i pamiętniki.

Pisanie pomaga w ocenie sytuacji. Można wtedy przyjrzeć się jeszcze raz swoim czynom, ale

już  chłodnym,  krytycznym  okiem.  Poza  tym  można  uporządkować  rozwichrzone  myśli.  Jak

wiadomo,  człowiekowi  różne  myśli  chodzą  po  głowie,  czasem  genialne,  a  czasem  zupełnie

głupie. Jaka jest ich prawdziwa wartość, można poznać dopiero wtedy, kiedy się je wypowie

głośno albo napisze. Bo wtedy muszą zostać sformułowane i uporządkowane. A więc myśli

sprawdzają się w słowach. Te myśli, których nie potrafimy wypowiedzieć, nie liczą się... po

prostu nie istnieją w rzeczywistości.

Po owych nader przykrych perypetiach podczas pierwszej wizyty u Gigi doszedłem do

wniosku, że moje myśli także wymagają szybkiego sformułowania i uporządkowania, a czyny

-  oceny.  Miałem  bowiem  zupełny  mętlik  w  czaszce,  a  tylko  jedna  myśl  dominowała  tam

całkiem jasno: udusić Szczypasa. Łaknąłem jego krwi i dyszałem zemstą.

Tak  jest...  to  nie  żarty!  Szczypasowi  groziło  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  Na

szczęście postanowiłem przed wykonaniem wyroku na Szczypasie zanotować wydarzenia w

agendzie  i  przelać  swoją  żółć  na  papier...  Kiedy  zaś  zabrałem  się  do  pisania,  szalone  myśli

opuściły mnie wkrótce i doszedłem do wniosku, iż moja złość na Szczypasa była przesadna.

Szczypas jest fajans, to fakt, chciał mnie zrobić w konia z tą książką, ale faktem jest również,

że pomógł mi wtedy na stadionie i że starał się w końcu oddać Gidze pożyczoną książkę, co

więcej, uprzedził mnie, że bardzo długo ją trzymał...

Co  prawda,  mógł  mnie  także  uprzedzić,  że  album  uległ  dewastacji  i  że  wypadło  z

niego parę kartek, no, ale to już za duże wymagania jak na takiego fajansa. W każdym razie

nie  jest  zupełnie  denny.  Jakby  był  zupełnie  denny,  to  by  go  ani  grzało,  ani  ziębiło,  co  się

stanie z tą książką... Więc nie zwalajmy całej winy na Szczypasa. Spójrzmy prawdzie w oczy.

To ja sam rwałem się do złożenia wizyty Gidze, to ja sam podstawiłem łeb pod prysznic.

Wszystko  dlatego,  że  niepotrzebnie  wstawiłem  fabułę.  Gdybym  na  samym  początku

powiedział Gidze, że spełniłem tylko rolę posłańca, nie mogłaby mieć do mnie pretensji... Ale

ja  zgodziłem  się  wstawić  fabułę  Gidze,  no  więc  nie  powinienem  się  dziwić,  że  wpadłem  i

dostałem tym albumem po głowie. A w dodatku nie umiałem się zachować potem. Uciekłem

jak  tchórz  ostatni...  tak,  to  była  haniebna,  szczenięca  ucieczka.  Myślałem  o  tym  wszystkim

rozgoryczony  i  w  rezultacie  zamiast  być  zły  na  Szczypasa,  poczułem  głęboką  niechęć  do

siebie.

background image

Dlaczego tak często jestem niezadowolony z siebie? Czy dlatego, że mam pecha, że

rzadko coś mi się udaje, że nie mogę zrealizować moich planów i zapanować nad sytuacją?

Nie, chyba nie dlatego. Nad sytuacją trudno jest czasami zapanować, czasami jest to w ogóle

niemożliwe, ale, do licha, zawsze można zapanować nad sobą! To jest istotny powód mojego

niezadowolenia. Podczas wizyty u Gigi nie potrafiłem zapanować nad sobą...

Szkoda.  Kiedy  teraz  rozważyłem  rzecz  na  zimno,  doszedłem  do  wniosku,  że  moja

sprawa nie wyglądała wtedy wcale tak tragicznie, jak by się mogło zdawać. Rękoczyn Gigi

miał  dobre  skutki.  Teraz  ja  stałem  się  z  kolei  ofiarą  jej  popędliwości  i  rachunki  zostały

wyrównane, co więcej, zaistniałe okoliczności sprzyjały zacieśnieniu więzów... Gdybym nie

uciekł  tak  głupio...  Zamiast  uciekać,  powinienem  poddać  się  wszelkim  zabiegom,  udać

ogłuszonego,  wzruszyć  Gigę,  niewątpliwie  stałbym  się  obiektem  czułości.  Co  prawda...  ta

okropna  babcia  Julicka  i  te  jej  ziółka...  a  jednak  powinienem  był  znieść...  należało  znieść

wszystko, byle zostać przy Gidze choć pół godziny dłużej.

Na szczęście jeszcze nic straconego. Już jutro będę miał szansę naprawić wszystko i

zatrzeć  niekorzystne  wrażenie,  jakie  zrobiłem  na  Gidze...  Zostałem  przecież  zaproszony  na

imieniny... Co więcej, Giga pozwoliła mi przyjść wcześniej, bo ma mnie godzić z Tubką! A

zatem będzie sposobność porozmawiać w cztery oczy i zatrzeć niekorzystne wrażenie...

Aby  zatarcie  było  kompletne  i  jak  najbardziej  skuteczne,  postanowiłem  zjawić  się  z

prezentem imieninowym. Doszedłem do wniosku, że wspaniały tort najlepiej załatwi sprawę.

Jeszcze tego wieczoru udałem się do Śródmieścia, by dokonać odpowiedniego zakupu. Tort

musi być imponujący, taki, jakiego Giga nigdy jeszcze nie miała, o średnicy co najmniej pół

metra.  Widziałem  taki  na  wystawie  najbardziej  znakomitej  firmy  cukierniczej  w  naszym

mieście  (Kazimierz  Piepke  i  synowie.  Rok  założenia  -  1888).  Aby  sfinansować  zakup,

wyciągnąłem  z  PKO  połowę  moich  oszczędności  przeznaczonych  na  nakręcenie  filmu.

Miałem  wprawdzie  chwilę  wątpliwości,  ale  potem  pomyślałem:  „Obłożę  kosztami  filmu

aktorów  i  aktorki.  Skoro  chcą  mieć  przyjemność  występowania  w  filmie,  niech  płacą”.

Uspokoiwszy  w  ten  sposób  wyrzuty  sumienia,  podjąłem  z  książeczki  dwieście  pięćdziesiąt

złotych i z miną nadzianego klienta wkroczyłem do sklepu znakomitego Kazimierza Piepke.

- Chciałbym kupić ten tort z wystawy - powiedziałem.

Znakomity Piepke nie zdradził jednak ożywienia, które powinno cechować kupca po

tak ponętnej ofercie. Flegmatycznie wyganiał miotełką zabłąkaną muchę z sernika.

- Chciałbym nabyć ten tort z wystawy - powtórzyłem głośno.

-  To  kosztuje  dwieście  złotych  -  rzekł  mistrz,  mierząc  mnie  przenikliwym

background image

spojrzeniem, podobnym do spojrzenia fakira.

- Jestem przygotowany - odpowiedziałem wytrzymując śmiało to spojrzenie.

-  Niestety,  tort  na  wystawie  jest  zamówiony  dla  pani  dyrektor  Okisło  -  Bandurnej  -

rzekł mistrz cukierniczy.

- Ja muszę mieć koniecznie taki tort. Czy mógłby pan zrobić podobny? - wyciągnąłem

dwieście złotych i położyłem na ladzie.

- Niech pan zgłosi się jutro - powiedział znakomity Piepke chowając walutę. - Jutro o

dwunastej w południe.

Nazajutrz  w  niedzielne  południe  odebrałem  tort,  prócz  tego  nabyłem  jeszcze

dwadzieścia pączków i z dwoma potężnymi pakunkami zjawiłem się za kwadrans czwarta u

Gigi.

Dzięki  daninie  w  postaci  bigosu  (w  kubku  po  maśle  roślinnym)  udało  mi  się

szczęśliwie  przekroczyć  strefę  Medora  i  przeniknąć  do  przedpokoju.  Tu  usłyszałem

podniecone głosy w kuchni, a następnie okrzyk przerażenia i wołanie:

- Ratunku! Na pomoc!

Pośpieszyłem do kuchni. Ale w kuchni już nikogo nie było, roznosił się tylko nader

przykry zapach. Jak mogłem się zorientować, pochodził on z parującego, świeżo wyjętego z

pieca  ciasta.  Nim  mogłem  zastanowić  się  nad  tym  dziwnym  zjawiskiem,  usłyszałem

przerażony  głos  Gigi  z  sąsiedniego  pokoju.  Wpadłem  zaniepokojony  i  ujrzałem  tragiczną

scenę. Giga podtrzymywała słaniającą się ciotkę Teresę, której ciałem raz po raz wstrząsały

potężne spazmy...

- Co się stało?! - wykrzyknąłem.

- Ciocia Teresa ma atak. Nie wyszło jej ciasto... Och, Cymek, rób coś...

- Co mam robić?!

- Potrzymaj ciocię... pobiegnę po pastylkę! Ciocia musi zażyć pastylkę...

Rzuciłem paczkę z pączkami na krzesło. Tort położyłem na drugim... i pośpieszyłem

do ciotki.

Giga wybiegła.

Starałem  się  utrzymać  ciotkę  w  pozycji  pionowej,  ale  nie  było  to  łatwe.  Leciała  mi

przez ręce.

-  Niech  pani  nie  płacze  -  próbowałem  ją  uspokoić  -  z  powodu  ciasta  nie  należy  się

łamać...

Ciotka jednak łamała się uparcie i było to dla mnie nader wyczerpujące, zważywszy

background image

jej wzrost i wagę.

Na szczęście wróciła Giga i uwolniła mnie od ciotki.

- Jak widzisz, mamy pewne kłopoty - próbowała mi wyjaśnić sytuację. - Obchodzimy

imieniny dwupoziomowo... to znaczy na dole i na górze. Bo ciocia Teresa obchodzi imieniny

w tym samym dniu, co ja. W dodatku kuchnia jest jedna i jeszcze babcia się wtrąca.

Z sąsiedniego pokoju dochodził wesoły głos babci:

Jam myślała, że to maki,

że ogniste lecą ptaki,

a to ułani! Ułani!...

- Słyszysz? - zapytała Giga.

- Słyszę. Czy przeszkadza wam ten miły śpiew? - powiedziałem.

- Och, nie chodzi o śpiew, chodzi o to, że babcia narobiła bigosu.

- Czy gotuje niesmacznie?

- Nie chodzi o bigos do jedzenia. Chodzi o to, że babcia przeszkadza. Po prostu nie

można jej wypędzić z kuchni.

-  Och,  ciasta,  moje  ciasta  -  jęczała  ciotka  Teresa  -  ten  dziwny  zapach,  ta  gorycz...

zupełnie nie rozumiem, co się z nimi stało.

-  Za  to  ja  rozumiem  doskonale  -  powiedziała  zdenerwowana  Giga.  -  To  babcia!

Musiała coś domieszać!

Strzeż się tego, co na przedzie

Tam na karym koniu jedzie

Oficyjera... oficyjera...

Strzeż się, strzeż!

- śpiewała babcia.

- Stale mamy z nią kłopoty - ciągnęła Giga. - Bo leczy się na własną rękę... Na pewno

domieszała  przez  pomyłkę  czegoś  do  naszych  ciast!  Mam  strasznego  pecha.  Akurat  na

imieniny taka okropna historia.

Pokiwałem  głową  ze  zrozumieniem.  Kto  jak  kto,  ja  wiedziałem  dobrze,  co  znaczy

pech... Tak... jedyna pociecha w tym, że kłopoty nie oszczędzają nikogo.

background image

Drzwi otworzyły się i na progu stanęła babcia zaróżowiona i podejrzanie podniecona...

- Czy babcia czuje ten zapach? - zapytała Giga. - Niech babcia się przyzna, co babcia

zrobiła z tym ciastem...

- Ależ nic... wszystko zgodnie z przepisem... o co ci chodzi, dziecko? - powiedziała

babcia i zanuciła ponownie pieśń o ułanach. Giga spojrzała na nią podejrzliwie.

- Babcia musiała coś wypić!

- Wypiłam tylko ziółka.

- Naprawdę?

- Tylko ziółka gerontologiczne - powtórzyła babcia. - Dlatego czuję się odmłodzona.

-  Coś  mi  się  zdaje,  że  za  bardzo.  Niech  babcia  sobie  przypomni,  co  takiego  babcia

wypiła... a co wlała do ciasta... czy przypadkiem nie te ziółka gerontologiczne.

- Ależ nie! Pamiętam doskonale, studziły się w zielonym garnuszku. Wypiłam tylko te

ziółka - powiedziała babcia. I cofnęła się do swojego pokoju.

- O Boże! - jęknęła ciotka - przecież w zielonym garnuszku miałam tę przyprawę do

ciasta... to wino z korzeniami.

- Zatem wszystko jest jasne - powiedziała Giga. - Babcia wypiła wino, a ziółka wlała

do ciasta.

- Trzymajcie mnie! - wykrzyknęła ciotka Teresa. - To ponad moje siły - osunęła się na

krzesło. - O Boże... zmarnować takie ciasto! Co damy teraz gościom?!

W drzwiach stanęła babcia Julicka z gitarą ozdobioną różowymi wstążkami.

-  Będziemy  śpiewać  w  takt  gitary  -  oświadczyła.  -  I  ty,  Tereso,  będziesz  śpiewać  z

nami. Miałaś kiedyś piękny głos.

- Kto pozwolił wujence wziąć gitarę? Wujenka wie, że nie wolno jej ruszać! To gitara

Jerzego! - rozgniewała się ciotka Teresa, a jej twarz stała się bardziej żółta od sukni.

-  Najwyższy  czas,  żebyś  przestała,  moja  duszko,  zatruwać  się  wspomnieniami  i

wróciła do życia. Jerzy sam byłby bardzo zadowolony, gdyby wiedział, że jego gitara wciąż

służy  młodzieży.  Kto  widział,  wciąż  myśleć  o  tamtej  tragicznej  śmierci,  zamieniać  dom  w

klasztor... w jakiś okropny grobowiec! Przez ciebie Giga stała się nienormalna...

- Co takiego?! Nie, tego już za wiele! - Rozzłoszczona ciotka zerwała się z krzesła i

pobiegła odebrać babci Julickiej instrument.

Skorzystałem  z  okazji  i  natychmiast  porwałem  paczkę  z  pączkami  z  krzesła.  Z

niepokojem  rozwinąłem  papier...  No  tak...  jeden  rzut  oka  wystarczył  -  nie  można  się  było

niczego innego spodziewać! Wszystkie pączki zostały dokładnie spłaszczone. A gdzie tort?

background image

Nim  jednak  zdążyłem  odszukać  paczkę  z  tortem,  do  pokoju  ponownie  wkroczyła

babcia Julicka, taszcząc dwa olbrzymie, tekturowe, płaskie pudła...

-  Nie  uciekajcie  -  zatrzymała  Gigę  -  przyniosłam  pchełki  i  wyścigi  samochodowe...

Nauczę was w to grać...

- Potem, babciu...

- Nie zabieraj mi chłopca - powiedziała babcia. - Mam do ciebie sprawę - zwróciła się

do mnie - muszę z tobą pomówić na temat Gigi... Wyglądasz na rozsądnego chłopczyka...

- Wolałbym...

- Siadaj!

- Przepraszam, ale najpierw chciałbym pokazać niespodziankę Gidze... - Chciałem się

wymknąć, ale babcia chwyciła mnie już swoją kościstą ręką.

-  Siadaj!  -  rzekła  głosem  nie  znoszącym  sprzeciwu  i  pchnęła  mnie  z  całej  siły  na

krzesło.

Usiadłem.  Mimo  tego  brutalnego  pchnięcia  moje  zetknięcie  z  krzesłem  było

wyjątkowo łagodne, by nie powiedzieć przyjemne. Siedzenie krzesła było idealnie miękkie...

dopiero  po  chwili  zorientowałem  się,  że  -  zbyt  miękkie.  Oblał  mnie  zimny  pot...  Czyżbym

miał aż takiego pecha! Przerażony pomacałem ręką. Tak... nie mogłem już mieć wątpliwości.

Rzeczywistość była ponura. Pasmo moich nieszczęść trwało. Siedziałem na torcie.

Odlepiłem się ostrożnie, wsunąłem krzesło z nieszczęsnym rozpapranym tortem pod

stół i cofając się tyłem próbowałem wymknąć się z pokoju.

- Co ci się stało? - zapytała z niepokojem Giga.

- Niestety... muszę wyjść.

- Wyjść?

- Wrócę za... za pół godziny.

- On pewnie znów źle się poczuł - powiedziała babcia wyraźnie zdegustowana. - To

naprawdę chorowity chłopiec, Gigo.

- Dziwnie się zachowujesz - zauważyła Giga. - Powiedz, co ci się właściwie stało?

- Lepiej nie pytaj! - wykrztusiłem z nieszczęśliwą miną i wybiegłem z mieszkania.

Na  ulicy  zobaczyłem  wystrojonego  Jurka  Tubkę.  Zasuwał  z  bukietem  imieninowym

pod pachą.

-  Wiesz,  już  skombinowałem  moździerz  mosiężny.  Przetopimy  go  na  nagrodę  -

zawołał z daleka na mój widok. - Dokąd uciekasz?! - dodał zaskoczony. - Przecież Giga ma

nas dzisiaj godzić...

background image

- Musimy przełożyć to... to godzenie - zasapałem.

-  Przełożyć  godzenie?  -  Tubce  zrobiło  się  wyraźnie  przykro.  -  A  może  ty  w  ogóle

zrezygnowałeś z godzenia się ze mną? - zapytał podejrzliwie. - Może odechciało ci się?

- Nie, skądże - zaprzeczyłem. - Nie odechciało mi się, tylko...

- Tylko co?

- Nie wiem, jak ci powiedzieć... siła wyższa... po prostu... no... źle się poczułem.

- Ty coś kręcisz - zadyszał Tubka. - Mętna sprawa. Nie podoba mi się to. Może znów

zrobiłeś jakiś kawał Gidze? Chyba nie zrobię błędu, jak cię trzepnę na wszelki wypadek...

- Daj spokój - przeraziłem się - przecież mamy się godzić.

- Sam mówiłeś, że to odłożone.

- Tylko na razie.

- Więc ja na razie cię trzepnę - zamierzył się pięścią.

- Ach, ty gorylu! - wykrzyknąłem rozzłoszczony.

- Co powiedziałeś?! - Tubka dopadł do mnie.

- Uważaj, połamiesz kwiaty - mruknąłem.

Tubka dopiero teraz przypomniał sobie, że w ręce trzyma kwiaty. Ochłonął, opanował

się, zaklął tylko pod nosem i ruszył w stronę domu Gigi... Wielki, elegancki, pachnący...

Westchnąłem ciężko i powlokłem się w przeciwną stronę.

background image

19. WRACAM DO SPRAWY KRĘCENIA

Na  imieniny  Gigi  już  nie  poszedłem.  Zanim  dobrnąłem  do  domu  i  przebrałem  się,

upłynęła  prawie  godzina.  Pomyślałem,  że  o  tej  porze  u  Gigi  jest  już  pełno  gości  i  że  nie

czułbym  się  między  nimi  dobrze.  Nie  znam  nikogo  spośród  przyjaciół  Gigi,  z  wyjątkiem

Tubki.  Lecz  Tubkę  lepiej  omijać  z  daleka.  Wprawdzie  Giga  obiecała  nas  pogodzić,  ale  nie

jestem aż tak naiwny, żeby za bardzo w to wierzyć, zresztą do godzenia trzeba mieć czas, a

czas przeznaczony przez Gigę na to godzenie już minął. W tej chwili imieniny są w pełnym

toku i nie ma zupełnie warunków na poważną rozmowę. Giga zajęta jest swymi obowiązkami

gospodyni i bawi gości. Zapewne grucha w najlepsze z Tubką. Mam za słabe nerwy, żeby na

to patrzeć! I nie uśmiecha mi się wcale być w cieniu Tubki! Tak. Zdecydowanie nie ma sensu

wracać na te imieniny... Zadzwonię lepiej i przeproszę...

Zadzwoniłem więc do Gigi, że strasznie żałuję, ale nie będę mógł przyjść.

- Chyba już wiesz, co się stało? - zakończyłem.

-  To  nie  jest  żaden  powód  -  oświadczyła  Giga.  -  Chyba  że  masz  już  dosyć  naszego

zwariowanego  domu  i  mnie...  Pewnie  mi  jeszcze  nie  przebaczyłeś  mojego  wczorajszego

rękoczynu...

- Ależ, co ty! - wykrztusiłem. - Wierzę, że mogłaś się zdenerwować, gdy zobaczyłaś

zniszczoną  książkę...  Ale  to  nie  moja  wina!  Przysięgam,  to  nie  ja  wydarłem  te  ilustracje...

Dostałem już w takim stanie od Szczypasa... i rozumiem teraz dobrze, dlaczego nie chciał się

fatygować osobiście i prosił mnie o tę przysługę. Chyba mnie nie podejrzewasz?...

- Oczywiście, że nie. I dziękuję za tort...

- Och... tort! - jęknąłem zawstydzony.

- Strasznie mi przykro, że zniszczyłeś sobie spodnie...

- Najbardziej szkoda samego tortu.

-  Tak,  bardzo  mi  żal,  był  wspaniały  -  westchnęła  Giga.  -  Nigdy  jeszcze  takiego  nie

miałam.

- Głupi pech!

-  To  przez  babcię  -  rzekła  Giga  -  ale  co  robić?  Wszyscy  będziemy  kiedyś  starzy...

Teraz za to przynajmniej wiesz, że moje życie wcale nie jest łatwe.

- Nie narzekaj - mruknąłem babcia Julicka nie jest taka okropna... według mnie, jest

całkiem miła.

- Cieszę się, że tak myślisz. Czy już przebrałeś się?

background image

- Oczywiście.

- No to czekam...

-  Nie...  przepraszam  cię,  Giga,  ale  dzisiaj  już  nie  mam  nastroju...  Zresztą,  mówiąc

szczerze, nie bawią mnie takie oficjalne przyjęcia. Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo

w bardziej kameralnym gronie, mianowicie przy kręceniu filmu. Chcę ci zaproponować rolę...

- Ro - lę? Jaką?

- Oczywiście główną. Dawno już miałem to w planie. Zanim się poznaliśmy osobiście.

- Żartujesz...

- Słowo!

- Teraz rozumiem, dlaczego chciałeś mnie poznać. Po prostu polowałeś na aktorkę...

- Jeśli wolisz takie wyjaśnienie... proszę bardzo, nie mam nic przeciwko.

-  Bardzo  mi  to  odpowiada.  Różnie  próbowano  mnie  podrywać,  ale  jeszcze  nikt  nie

wpadł na taki sposób.

- Giga, ja poważnie... Zaczynamy kręcić.

- Kiedy?

-  Chciałbym  już  zacząć  w  najbliższą  sobotę.  Wszystko  zależy  od  tego,  czy  uzyskam

bazę u ciotki. To idealne miejsce do kręcenia plenerów. Czy miałabyś wolny czas w sobotę i

ewentualnie w niedzielę? Wykombinuj coś...

- Spróbuję. Ale muszę wiedzieć najpóźniej w środę, czy to sprawa pewna. Zadzwoń!

- Zadzwonię na pewno. Cześć.

- Cześć i wypij przynajmniej szklankę wody za moje zdrowie - powiedziała Giga.

Odłożyłem  słuchawkę  i  pomyślałem:  „Dobra  myśl  przyszła  mi  do  głowy  podczas

rozmowy  z  Gigą.  Dosyć  już  marudzenia  i  zabaw  towarzyskich,  dosyć  sentymentalnych

zagrywek i szczebiotów pod znakiem Amora. Za bardzo zawróciły mi w głowie dziewczyny.

Obsunąłeś się, Maksymilianie Ogromski. Należy wrócić na pierwszą linię. Inaczej czeka cię

upadek. Jeśli chcesz dokonać wielkiej rzeczy i zapisać się złotymi głoskami w historii, wracaj

na pierwszą linię...”

Postanowiłem  więc  wrócić  zdecydowanie  na  pierwszą  linię  i  zacząć  realizować

zadania, które nakreśliłem sobie w agendzie... Przede wszystkim należy zrealizować ów film,

o  którym  myślałem  od  dawna,  pod  groźbą  wiecznej  niesławy  powinienem  natychmiast

przystąpić do dzieła! Zamiast więc na imieniny Gigi pojechałem do Cześka, którego brat miał

kamerę filmową i poprosiłem o pożyczenie mi kamery na sobotę i niedzielę. Pojechałem na

nowym  rowerze  pożyczonym  na  tydzień  od  Zezowatego  Doda  i  wiozłem  z  sobą  mały

background image

magnetofon  kasetowy  pożyczony  od  mojej  siostry  Seweryny.  Zarówno  rower,  jak  i

magnetofon  zrobiły  duże  wrażenie  na  Cześku.  Zauważyłem  przeto  głośno,  że  mógłbym  mu

zostawić  magnetofon,  aby  nagrał  sobie  dźwięk  do  swoich  filmów,  czyli  zrobił

„postsynchrony”. Mógłbym... gdyby Czesiek w tym samym czasie skombinował mi kamerę...

Dodałem  przy  tym,  że  rower  wyrabia  łydki,  a  wyrobione  łydki  są  ozdobą  mężczyzny,

wyrażając przy tym zaskoczenie z powodu nader skromnego wyglądu łydek Cześka... Były to

argumenty ważkie i propozycje nie do odparcia. W rezultacie kwadrans później wracałem do

domu bez roweru i magnetofonu, za to z kamerą w żółtawym futerale, przewieszoną niedbale

przez ramię.

Kolejne kroki skierowałem do mojej znakomitej siostry Marceliny.

-  Marcelino,  czas  nadszedł  -  powiedziałem  demonstrując  kamerę.  -  Pamiętasz,  co

obiecałaś: kostiumy i taśmę w zamian za rolę...

- Główną rolę - poprawiła Marcelina.

- Główną?! - udałem zaskoczenie.

- Tak obiecałeś.

- No cóż... skoro obiecałem... niech będzie główna, ale pamiętaj, finansujesz ten film.

Na  początek  nabędziesz  sześć  taśm  odwracalnych  ośmiomilimetrowych  i  kolorowych,

zechciej zanotować.

- Ile to będzie kosztować?

- Pół patyka.

- O Boże! - przestraszyła się Marcelina. - Nie wiem, jak zniosę taki wydatek!

-  Zniesiesz  ochoczo  i  z  uśmiechem,  jeśli  pomyślisz,  że  na  każdym  z  tych  filmów

uwieczni się twoja znakomita twarz. Wiem, że chcesz iść do szkoły teatralnej. Wystarczy, jak

przed egzaminem zaprezentujesz te filmy, a egzamin masz z głowy. Profesorowie z wrażenia

pospadają z krzeseł.

Nie  wiem,  czy  przekonałem  pod  tym  względem  Marcelinę.  Odeszła  mrucząc,  ale

nazajutrz wręczyła mi sześć kolorowych filmów marki „Orwo”.

Z kolei należało sobie zapewnić bazę produkcyjną. W tym celu pojechałem nazajutrz

do  ciotki  Matyldy.  Wróciłem  dosyć  późno  i  w  doskonałym  humorze.  Oświadczyłem,  że

jestem już po kolacji.

Mama popatrzyła na mnie podejrzliwie.

- Znów jakieś imieniny? Prowadzisz ostatnio zbyt towarzyski tryb życia.

-  Skończyłem  już  z  tym,  mamo.  Byłem  w  podróży  służbowej,  jeśli  tak  można

background image

powiedzieć.

- Służbowej?

- Przygotowywałem bazę dla mojego filmu...

-  Och...  słyszę  o  tym  filmie  od  roku  -  powiedziała  mama.  -  Ten  film  to  świetny

parawan dla twoich ciemnych sprawek...

- Ciemnych sprawek, co też mama - oburzyłem się. - To naprawdę była sprawa bazy!

- Doskonale karmią widać w tej bazie.

-  Żeby  mama  wiedziała.  Kolacja  była  -  palce  lizać.  Prócz  mięs,  jakichś

nadzwyczajnych ptaków i sałatek, ciastka, kremy, budynie i galarety, nie mówiąc o napojach

pienistych.

- A więc jednak trafiłeś na jakąś uroczystość, imieniny, chrzciny czy stypę?

- Mama myśli, że jak dobra kolacja, to od razu imieniny lub jakieś święto - rzekłem

nie bez goryczy. - Mama nie może sobie wyobrazić, że są jeszcze gospodynie, które dbają o

żołądek  młodzieży.  Otóż  musi  mama  wiedzieć,  że  zostałem  poczęstowany  normalną

powszednią kolacją przez szlachetną osobę, która doskonale rozumie, że żołądek młodzieży

ma taki sam spust w dzień powszedni jak w święto...

- Któż to był tą szlachetną osobą?

- Ciotka Matylda.

-  Ach  tak  -  zaśmiała  się  mama  usiłując  ukryć  irytację.  -  Pewnie  znów  szykuje  na

ciebie  jakiś  zamach,  wiórkowanie  podłóg,  malowanie  czy  utykanie  okien  na  zimę?  Te

kolacyjki to najzwyklejsze przekupstwo...

-  Cóż  też  mama!  Wszystkie  prace,  które  wykonuję  u  ciotki,  to  prace  czysto

bezinteresowne!

- Ciekawe, że nie palisz się do wykonywania bezinteresownych prac w domu, a mnie

ręce czasem odpadają.

Chrząknąłem.

- Chętnie pomogę i w domu, ale przypominam, że mama prócz mnie ma jeszcze dwie

córki, praktyka w domowym gospodarstwie bardzo by im się przydała... Inna rzecz, że mnie

nikt  nie  pomaga  -  rzekłem  teatralnym  głosem.  -  Samotnie  się  borykam.  Kogo  obchodzi,  że

kręcę film? Jedna tylko ciotka wykazała zrozumienie. Dzięki niej będę mógł kręcić plenery w

sobotę i niedzielę. Oddała całe mieszkanie do dyspozycji naszej ekipy.

- Co takiego?!

- Przecież mówię. Ciocia Matylda zgodziła się zostać bazą... to znaczy, żeby jej dom

background image

we Wrzoskach był bazą...

- Nieszczęsna Matylda! - wykrzyknęła mama. - Zawsze była lekkomyślna... Nie zdaje

sobie sprawy, co zrobiła! O, nieszczęsna.

-  Jak  mama  może  tak  mówić!  Ciocia  Matylda  interesuje  się  sztuką  filmową  i  jest

bardzo szczęśliwa, że może wnieść swój wkład do kręcenia.

-  Bokiem  jej  wyjdzie  to  kręcenie  -  oświadczyła  mama.  -  Pamiętam,  co  przeżyłam,

kiedy miałeś manię teatralną i cały dom zamieniałeś na teatr... Biedaczka Matylda nie pozna

swojego mieszkania...

-  Może  mama  być  spokojna.  Kręcić  będziemy  na  dworze,  chodzi  nam  tylko  o  bazę

zaopatrzeniową i noclegową...

Ale mama nie słuchała moich rzeczowych wyjaśnień i biadoliła dalej:

- Nieszczęsny wujek Błażej! Oczywiście nic nie wie i o wszystkim dowie się ostatni.

Kiedy wypędzą go z łóżka i każą zostać statystą.

- To prawda, że nie wie - przyznałem. - Nie był obecny przy omawianiu sprawy... a co

do roli filmowej, to istotnie przewidujemy rolę dla wujka. On ma taką niesamowitą twarz...

- Pojadę z wami na to kręcenie - zdecydowała mama. - Wy tam gotowiście roznieść

cały dom...

- Tego się właśnie obawiałem. Mamie nie można nic powiedzieć.

- Pomogę wam... będę czuwać... Nie rozumiesz mnie...

-  Rozumiem.  Mama  chce  reżyserować...  Mama  nie  zrobi  tego...  Jeśli  mama  chce

reżyserować, to w innym filmie. Mogę nawet napisać dla mamy scenariusz, ale nie może być

dwu reżyserów naraz... Zresztą w sobotę mama urządza zabawę na rzecz zwierząt z ramienia

Towarzystwa  Ochrony  Przyrody...  a  w  niedzielę,  o  ile  się  nie  mylę,  jest  mama  zaproszona

przez kynologów na wystawę psów... mama będzie zajęta.

- Już zdążyłeś sprawdzić! Jesteś okropny!

- Tylko przezorny. Mama zawsze mówiła, że należy działać opatrznie i przewidywać z

góry wszelkie zagrożenia...

- Najlepiej, jak zabiorę cię w niedzielę na tę wystawę i nakręcisz film o psach...

- Mama chyba żartuje - przestraszyłem się. - Przecież mama wyraźnie zgodziła się na

filmy  fabularne.  Kiedy  miałem  manię  instrumentalną,  mama  powiedziała,  że  zgodzi  się  na

każdą inną, byle nie tak głośną.

-  Och,  to  było  straszne!  -  Mama  jeszcze  teraz  zadrżała  na  wspomnienie  seansów

„mocnego uderzenia”, które aplikowałem jej codziennie w domu.

background image

-  No  więc  widzi  mama  -  ciągnąłem  -  wyleczyłem  się  z  tej  manii.  Zrobiłem  wielkie

poświęcenie, żeby mama nie wpadła w chorobę nerwową i przerzuciłem się do filmu... Ale

jeśli  mama  boi  się  kręcenia  i  woli,  żebym  znów  ćwiczył  instrumentalnie,  to  proszę  bardzo.

Właśnie zapisałem się do klasy puzonu i pan profesor Kiryłło zachęca mnie, abym codziennie

ćwiczył w domu. Mama porozmawia z panem profesorem Kiryłło. Klasa puzonu w emdeku.

-  Nie,  nie  -  zatrzepotała  rękami  przerażona  mama.  -  Wszystko,  tylko  nie  puzon  w

domu! Lepsze już kręcenie.

- Ja też tak myślę. Zatem nic mi nie pozostaje innego, jak kręcić film. I naprawdę mi

przykro, że mama rzuca mi kłody...

- Ależ ja ci nie rzucam kłód, tylko...

- Mama napisze do pani Klementyny Olbrychskiej, czy rzucała takie kłody Danielowi,

jak był w moim wieku, i mama zobaczy, jak matki dbają o rozwój artystyczny dziecka... A w

ogóle to głowa mnie rozbolała od tej rozmowy. To straszne, co musi przejść młody artysta w

wieku  szkolnym...  Gdybym  normalnie  zbijał  bąki  na  rogu  ulicy  Balonowej,  to  mama  nie

miałaby do mnie pretensji, a jak chcę pracować artystycznie, od razu podejrzenia, niepokoje i

rzucanie  kłód  pod  nogi...  Że  ja  muszę  tracić  tyle  energii  na  jałowe  boje  z  opieką  domową,

zamiast wyładować tę energię w twórczości filmowej...

- Dosyć już! - przerwała mama. - Jedno jest pewne, że nikt ciebie nie przegada. Nie

wiem, czy powinieneś zostać filmowcem, ale na pewno masz szansę zostać adwokatem.

Tego dnia szedłem na zasłużony odpoczynek nocny z uczuciem, że nie zmarnowałem

dnia.  Wszystkie  sprawy  układały  się  pomyślnie,  nawet  rozmowa  z  mamą  zakończyła  się

pełnym  sukcesem.  Moje  marzenia  o  filmie  zaczynały  nareszcie  przybierać  realne  kształty.

Właściwie  najważniejsze  rzeczy  były  już  załatwione.  Dopiero  potem  pomyślałem,  że

przeoczyłem jeden „drobiazg”: scenariusz. Bagatelka!

background image

20. GŁOWA MNIE BOLI OD PRZYBYTKU, CZYLI ZA DUŻO

GWIAZD

Zanim  usnąłem,  myślałem  o  filmie.  Wierzyłem,  że  w  nocy  przyśni  mi  się  gotowy

scenariusz. Rano wystarczy go tylko zapisać. Nieraz przecież miałem już cudowne filmowe

sny!  Dlaczego  nie  miałby  przyśnić  mi  się  teraz,  gdy  tak  go  potrzebuję  i  tak  myślę  o  nim

intensywnie  przed  zaśnięciem?  Ach,  gdyby  stworzyć  nową  metodę  pracy  artystycznej!  W

nocy podczas snu układamy scenariusze, a w dzień według nich kręcimy filmy! Zaprzęgnąć

sen do pracy koncepcyjnej, to byłby pomysł! To byłby prawdziwy przełom w dziejach sztuki!

Co  za  oszczędność  czasu!  Wydajność  twórców  zwiększyłaby  się  dwukrotnie.  Wiadomo,  że

artysta wciąż walczy z czasem. Życie jest krótkie. Iluż geniuszy nie mogło stworzyć arcydzieł

z powodu braku czasu. Co najmniej połowę czasu zabiera twórcy obmyślenie kształtu dzieła,

gdyby  więc  można  załatwić  to  we  śnie,  można  by  pracować  dwadzieścia  cztery  godziny  na

dobę...

Z tą myślą usnąłem wreszcie... Scenariusz przyśnił mi się znakomity... byłem o tym

przekonany.  Niestety,  zostały  mi  z  niego  tylko  strzępy...  Chyba  musiały  wystąpić  usterki  w

nagrywaniu na taśmę pamięci, a może taśma była za mało czuła. W każdym razie coś u mnie

jeszcze  szwankuje  w  zapisie.  Będę  musiał  pracować  nad  tym  i  nauczyć  się  zapisywać  w

mózgu sny.

To były wskazania na przyszłość. Na razie jednak byłem bez scenariusza i usiłowałem

gorączkowo wymyślić go podczas lekcji polskiego w klasie.

Podziwiałem  Konia.  Od  razu  to  zauważył.  Co  więcej,  okazało  się,  że  wszystko

zapamiętał i od razu skojarzył poprawnie.

-  Co  się  dzisiaj  z  tobą  wyrabia?  -  powiedział.  -  Zupełnie  nie  uważasz.  Na  pewno

myślisz o filmie. Masz kłopoty z obsadą czy ze scenariuszem?... Jeśli brakuje ci scenariusza,

to mogę służyć pomocą. Mam gotowy. „Historia wielkości i upadku Maksyma Ogromskiego,

czyli jak nie zostałem filmowcem z powodu bomby z polskiego”. A może wolisz tytuł: „Jak

zaszkodziły mi przydawki”?

Śmiech przetoczył się przez klasę.

Spojrzałem z pretensją na Konia. Przynajmniej dziś mógł mnie zostawić w spokoju.

Być  może  swoim  szyderstwem  niweczy  genialne  dzieło.  Czyż  to  nie  hańba,  że  zamiast

tworzyć  scenariusz,  zmuszony  jestem  skupić  się  na  nędznych  przydawkach?  Co  prawda,

jeszcze cztery dni do rozpoczęcia zdjęć... ale będę miał przez ten czas mnóstwo innej roboty...

background image

Trudno. Nie będę się tym przejmował. Zresztą i tak ostateczny kształt scenariusza powstaje

na  planie.  Grunt,  że  mam  tytuł,  nawet  dwa  tytuły:  „Ostatni  dzień  wakacji”  i  „Rapsodia

jesienna na puzon z perkusją”. Oczywiście ten ostatni tytuł zawiera w sobie głęboką ironię.

To wcale nie będzie film muzyczny. Ale oczywiście będzie ilustrowany muzyką...

Tak,  w  ostateczności  scenariusz  wymyślę  na  planie,  natomiast  należałoby  jak

najwcześniej skompletować obsadę aktorską.

A  więc  problem  brzmi:  kogo  zaangażować  do  filmu?  Nie  ulega  wątpliwości,  że

powinna  w  nim  zagrać  Giga.  Z  drugiej  strony,  jak  wiadomo,  zaprzedałem  się  mojej

znakomitej  siostrze  Marcelinie.  To  nie  żarty.  Ona  finansuje  przecież  wszystko.  Jak  to  się

mówi - siedzę u niej w kieszeni. Marcelina na pewno zażąda zgodnie z umową głównej roli.

Co  gorsza,  główną  rolę  obiecałem  także  Nelce  Szyperskiej.  Niech  to  diabli!  Zakląłem  pod

nosem.  Nadmiar  gwiazd!  I  co  teraz  zrobić  z  tym  fantem?  Giga  i  Nella  nie  cierpią  się

nawzajem. Wykluczone, żeby mogły wystąpić jednocześnie. Jedna nie ustąpi drugiej... A więc

co? Zerwać z Nelką? Nie, o tym nie może być mowy! To prawda, że na samym początku była

Giga, a Nelka miała ją chwilowo tylko zastąpić, ale potem okazała się nagle ważną osobą w

moim życiu. Nie moja wina, pomyślałem, że spodobała mi się także Nelka. Była taka różna...

taka  zupełnie  inna  od  Gigi!  Nie,  nie  mogę  sobie  wyobrazić  zerwania  z  Nelką.  Zbyt  już  się

zaprzyjaźniliśmy.  Nie  mogę  jej  zdradzić.  Dlaczego  te  okropne  dziewczyny  nie  potrafią

zrozumieć, że można przyjaźnić się z dwiema naraz?

A potem pomyślałem smętnie, że jak dotąd spotkały mnie same nieprzyjemne rzeczy z

Gigą.  Czyżby  Giga  przynosiła  mi  pecha?  Może  to  jest  dziewczyna  fatalna  mego  życia?

Oczywiście,  to  bzdurna  myśl,  ale  fakt  pozostaje  faktem.  Jakoś  mi  się  nie  wiedzie  w  życiu

towarzyskim. Dlatego szukam pocieszenia u Szyperskiej. I byłbym nieszczęśliwy, gdybyśmy

się  pokłócili.  Dlatego  obie  muszą  zagrać  główne  role  w  filmie.  Sposób  jest  tylko  jeden.

Muszę  nakręcić  dwa  różne  filmy.  Jeden  z  Gigą,  drugi  z  Nelką  Szyperską.  Giga  wystąpi  w

pierwszym filmie. Nelka w drugim... Na razie nie będę jej o niczym wspominał. Zaproszę ją

do bazy na którąś tam kolejną niedzielę, najlepiej, jak spadnie pierwszy śnieg... Biały śnieg,

nagie drzewa... smutne stada kraczących gawronów i przestrzeń... dużo przestrzeni. To nawet

pasuje do Szyperskiej. Kłopot będzie tylko z moją znakomitą siostrą Marcelą. Przed nią nie

da się nic ukryć... Zresztą jest mi potrzebna ze swoją kasą.

Kłopot, prawdziwy kłopot... Że też musiałem tak się zaplątać.

Z chłopakami pójdzie chyba lepiej... Zaangażuję Zezowatego Doda, chłopak na medal

i  przyjaciel,  a  przy  tym  -  co  za  fenomenalna  twarz.  Ale  przydałby  się  jakiś  przystojniak.

background image

Najbardziej by się nadawał Geniusz Tubkowski. Inteligentna blada gęba, długie rzęsy, ładny

uśmiech. Zadzwoniłem do niego natychmiast. Niestety, odmówił. W sobotę i niedzielę będzie

w  Warszawie.  Zdecydował  się  wziąć  udział  w  eliminacjach  do  telewizyjnej  Wielkiej  Gry.

Będzie odpowiadał z historii ruchów rewolucyjnych. Kogo wziąć zamiast niego? Nadawałby

się oczywiście Męsio. Jest także zdolny i ma fotogeniczną, sympatyczną gębę. Ale bałem się

Męsia.  Mógłby  zrobić  zbyt  duże  wrażenie  na  dziewczynach.  Jest  zbyt  sprytny  i  wygadany,

poza tym chciałby rządzić... a na pewno by się wtrącał. Nie, lepiej trzymać z daleka Męsia

Cykandera  od  tych  rzeczy.  Już  lepiej  wziąć  Kobylaka.  Szyperska  ma  wprawdzie  dla  niego

niezrozumiałe  względy,  ale  typ  w  zasadzie  jest  nieszkodliwy,  więcej  myśli,  niż  mówi.

Spokojny koleś. To niewątpliwie poważna zaleta.

Ustaliwszy z grubsza skład ekipy filmowej, zadzwoniłem do Gigi.

-  Cześć,  Giga  -  powiedziałem  -  no  więc  widzisz,  że  jestem  szybki.  Wszystko

załatwione. W sobotę zaczynamy kręcić.

- Ty naprawdę poważnie?... - zapytała zaskoczona.

- Nie wierzyłaś? - roześmiałem się.

- Nawet teraz niezupełnie wierzę.

- Nie znasz mnie jeszcze - powiedziałem. - Jestem konsekwentny i efektywny.

Słowa  te  zrobiły  duże  wrażenia  na  Gidze.  Nie  odważyła  się  już  poddawać  w

wątpliwość realizacji filmu. Zapytała tylko:

- A zatem w sobotę?

- Tak. We Wrzoskach. Tam założyłem bazę.

- Byłam tam kiedyś w lesie... To piękna okolica.

- Wymarzone plenery jesienne - powiedziałem. - Modlę się tylko, żeby do soboty wiatr

nie strącił reszty złotych liści.

- Kto tam będzie prócz nas? - zapytała Giga.

-  Nie  wiem  jeszcze  dokładnie...  Przyjadę  z  asystentem  Dodońskim...  poza  tym

zaproszę kilku aktorów.

- Jakich? Ja muszę wiedzieć.

-  Czy  ci  nie  wszystko  jedno,  z  kim  będziesz  grać?  Najważniejsze,  żeby  facet  był

zdolny.

- Nie... Nie mam ochoty grać z pierwszym lepszym... Źle bym się czuła... Na przykład

wykluczone, żebym mogła zagrać z Kancerą...

-  Jeśli  ci  na  tym  zależy...  proszę  bardzo  -  wzruszyłem  ramionami  -  powiedz,  z  kim

background image

chciałabyś zagrać, a ja postaram się go ściągnąć...

- Chciałabym zagrać z Jurkiem Tubkowskim - oświadczyła Giga.

Znieruchomiałem zaskoczony.

- Co takiego? Chciałabyś z Jurkiem Tubką?!

- On musi być!

-  Daj  spokój,  zastanów  się!  -  mówiłem  zdegustowany.  -  Wiesz,  w  jakich  okropnych

jesteśmy stosunkach. Nie możesz mi tego zrobić...

- Nie szkodzi - powiedziała Giga. - To właśnie będzie okazja, żebyście się pogodzili.

- Błagam cię - jęknąłem.

- Nie.

- On nie nadaje się.

- Nadaje się doskonale. Ma cierpiącą, uduchowioną twarz...

- Uduchowioną twarz! Ależ to jest twarz goryla!

- No wiesz! - oburzyła się Giga. - Owszem, Jurek ma mocno zarysowane rysy, ale to

podkreśla tylko jego męską urodę... Przyznasz chyba, że ma bardzo charakterystyczny wyraz.

- Owszem, w sam raz do dreszczowca albo do komedii kryminalnej... Ale ja nie mam

zamiaru kręcić dreszczowca ani komedii kryminalnej. To ma być dramat psychologiczny.

- Jurek to świetnie zagra.

- Nie.

-  To  mój  warunek  -  rzekła  zimno  Giga.  -  Albo  zaangażujesz  nas  oboje,  albo  ja

zrezygnuję.

Zawahałem się. Jeszcze Tubki tu brakowało! Popsuje całą przyjemność. Nie miałem

jednak wyboru, skoro Giga tak postawiła sprawę.

-  Dobra,  zrobię  to  dla  ciebie,  niech  będzie,  jak  chcesz  -  rzekłem  sapiąc  ze

zdenerwowania.

- Jesteś okropnie miły - ucieszyła się Giga. - Wiedziałam, że się zgodzisz. Zobaczysz,

nie pożałujesz. Będziesz zadowolony z Jurka.

Milczałem.

- Przyjdę po ciebie o trzynastej w sobotę - powiedziałem po chwili.

- Tak wcześnie?!

- Mamy PKS o trzynastej dwadzieścia.

-  Nic  z  tego  -  powiedziała  Giga  -  będę  mogła  wyjechać  dopiero  o  czwartej  po

południu. O drugiej umówiona jestem z krawcową, a potem mam anglika.

background image

- Za późno, nie zdążymy nic nakręcić. O pół do piątej już zaczyna się ściemniać...

-  Zostanie  nam  cała  niedziela.  Możemy  zacząć  z  samego  rana.  A  więc  jesteśmy

umówieni.  Przyjadę  koło  pół  do  piątej.  Wytłumacz  tylko  dokładnie,  gdzie  to  jest.  Tatuś

podwiezie mnie samochodem.

- To jest kolonia kolejowa pod lasem. Ostatni dom. Ulica Opatowska 77. Moja ciotka

nazywa się Materska. Baza jest u mojej ciotki.

- Załatwione. Przywiozę pieczone kurczaki i sernik. Tym razem cioci Teresie ciasto

na pewno się uda...

- Nie potrzebujesz nic przywozić. Papu mamy na miejscu. Giga, to jest baza z pełnym

wiktem.  I  luksusowe  sypialnie.  Wszystko  będzie  zorganizowane  na  medal.  Wystarczy,  jak

przywieziesz dobry humor.

- Przywiozę dobry humor i Tubkę - powiedziała Giga. - Cześć!

- Cześć! - powiedziałem z pewnym chłodem. Z powodu Tubki. Tubka to był bolesny

cierń w tej całej imprezie.

Mimo  tego  bolesnego  ciernia  byłem  jednak  szczęśliwy.  Jeszcze  tydzień  temu  Giga

wydawała  mi  się  nieosiągalna  jak  gwiazda  na  niebie.  A  teraz  rozmawiam  z  gwiazdą  jak  ze

starą koleżanką. Jednak sprawy ruszyły wyraźnie z miejsca.

background image

21. PRETENSJE NELLI

Nazajutrz w szkole przekonałem się, że sprawy nie tylko ruszyły z miejsca, ale ruszyły

niebezpiecznym galopem. Tak szybko, że od razu dotarły do wiadomości Nelki Szyperskiej.

Podeszła  do  mnie  na  pierwszej  przerwie  z  ponurą  miną  i  obrazą  wypisaną  na  czole.

Poczułem, że burza wisi w powietrzu.

- Dawno się nie widzieliśmy - powiedziała.

Chrząknąłem.

- Jak to, przecież widzimy się codziennie w klasie...

- Klasa się nie liczy.

- A co się liczy?

- Z kim spotykasz się po lekcjach?

- Ostatnio z nikim. Jestem piekielnie zajęty.

- Gigą?

Zaczerwieniłem się.

- Więc jednak kłamałeś wtedy - przymrużyła oczy Nelka. - Film to był pretekst! Od

początku  chciałeś  poznać  Gigę,  no  i  dopiąłeś  swego!  Wsadziła  cię  do  swojej  menażerii  tak

jak tego goryla Tubkę.

- Do menażerii?

-  Przepraszam,  do  swojej  gwardii  przybocznej.  Teraz  biegasz  do  niej  na  każde

zawołanie.

- Kto ci powiedział?!

- Od czasu meczu byłeś u niej dwa razy! - ciągnęła rozżalona Nelka.

- Masz doskonały wywiad... - zasapałem. - Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Posłuchaj.

Właśnie chciałem z tobą pomówić.

- Pomówić? - Nelka wzruszyła ramionami. - Po tym, co się stało? O czym mielibyśmy

mówić? Chyba nie mamy sobie już nic do powiedzenia.

- Nie bądź śmieszna. Owszem, byłem u Gigi, bo Szczypas mnie prosił, żebym oddał

Gidze książkę... - Opowiedziałem ze szczegółami, na jakie mnie naraził przykrości.

-  Wystarczyło,  że  wspomniał  o  Gidze,  a  ty  poleciałeś  od  razu  jak  na  skrzydłach.  I

nawet nie zląkłeś się Medora. - Szyperska wciąż była rozżalona na mnie.

- Musiałem spłacić Szczypasowi dług wdzięczności. Podczas tego pamiętnego biegu

wybawił mnie z ciężkiej opresji...

background image

- Ale nikt ci nie kazał na drugi dzień biec z tortem! Z takim tortem! Kosztował chyba

majątek, a ty mówiłeś, że nie masz pieniędzy...

- Dostaniesz jeszcze większy!

Szyperska przygryzła wargi. Widać było, że Szyperskiej wcale nie chodzi o to, żeby

ona  dostała  jeszcze  większe  torty.  Szyperskiej  chodzi  o  to,  że  w  ogóle  śmiałem  podarować

tort Gidze.

-  Tort  nie  jest  ważny...  -  powiedziałem.  -  Tak  się  złożyło,  że  akurat  były  imieniny

Gigi...

- Tak się ładnie złożyło...

- Ale ja wcale nie z powodu Gigi... Po prostu miałem spotkać się w jej domu z Tubką.

- Ty z Tubką? Cóż to za nowe wykręty?

- Żadne wykręty. Giga zgodziła się pogodzić mnie z Tubką.

- Tak ci bardzo na tym zależało?

- Oczywiście. Stale mam tego goryla na karku. Żyć w ciągłym zagrożeniu, to nie jest

wcale przyjemne.

- Ja bym też was mogła pogodzić - odpaliła Nelka. - Ciekawe, że nie zwróciłeś się do

mnie.

- Do Gigi też się nie zwracałem. To od niej wyszła propozycja... Ale skoro już o tym

mowa... i ty chcesz zamiast Gigi, to proszę bardzo, pogódź nas, jeśli potrafisz.

- Czy tę kamerę też pożyczyłeś po to, żeby filmować Gigę, jak was godzi?... A może to

godzenie należy do scenariusza filmu, o którym wspomniałeś.

- Co ty wygadujesz? Kto ci powiedział o tej kamerze?

- Właśnie Tubka.

- Ohydny krąg plotkarski.

- Więc to nieprawda?

- Co?

- No to, co opowiada Jurek. Że specjalnie dla niego i dla Gigi napisałeś scenariusz...

- Bzdura! Nie napisałem w ogóle żadnego scenariusza.

- I nie zaangażowałeś ich?

-  No...  w  pewnym  sensie  -  zająknąłem  się  głupio.  -  Już  ci  mówiłem,  że  do  filmu

potrzeba wiele postaci... ale ty nie potrzebujesz się martwić - dodałem pośpiesznie.

- Na pewno?

- Na pewno.

background image

Szyperska odetchnęła.

- A ja myślałam, że zapomniałeś, co mi przyrzekłeś.

- Jak mogłaś tak pomyśleć? - rzekłem silnie wzburzony. - To mnie obraża. Ja nigdy

nie zapominam o moich przyrzeczeniach.

- A więc będę grała w tym filmie?

- Oczywiście.

- I dostanę główną rolę?

Umilkłem na chwilę.

- Już zawahałeś się - zauważyła podejrzliwie. - Ty coś knujesz.

- Ależ nie... Oczywiście, że dostaniesz główną rolę.

- W tym filmie, który zaczynasz kręcić? W tym najbliższym?

Zakląłem w duchu. Czy mogę teraz powiedzieć: „Nie, dziewczyno, nie w tym filmie,

ale dopiero w następnym, w którąś tam kolejną niedzielę, gdy spadnie pierwszy śnieg”? Nie,

nie mogę. Nie przejdzie mi to przez gardło.

-  Zaniemówiłeś...  Dlaczego  nic  nie  mówisz?  -  zaniepokoiła  się  Nelka.  -  Ty  coś

ukrywasz przede mną. Może nie chcesz, żebym wystąpiła przed kamerą?... Coś mi się zdaje...

- Źle ci się zdaje - zasapałem.

- Gdybyś naprawdę chciał, to byś mnie o tym zawiadomił, wiedziałabym wcześniej od

innych... że zaczynasz kręcić... a tymczasem dowiaduję się ostatnia.

Wzruszyłem ramionami.

- Po prostu chodzę z tobą do jednej klasy - powiedziałem - więc uważałem, że nie ma

problemu.  I  starałem  się  zawiadomić  najpierw  tych,  z  którymi  nie  mam  bezpośredniego

kontaktu. Bałaś się, że cię w ogóle nie zawiadomię?

- Tak - wyznała Nelka.

Roześmiałem się sztucznie.

-  Niepotrzebnie  się  bałaś.  Ja  mam  wszystko  z  góry  zaplanowane.  Nakręcenie  filmu

należy  do  moich  zadań  na  ten  rok.  Skoro  zanotowałem,  że  masz  tam  grać  główną  rolę,  to

choćby ziemia się trzęsła, muszę wykonać zadanie.

- Z żelazną konsekwencją - dopowiedziała Nelka.

Spojrzałem na nią kątem oka, czy nie drwi sobie ze mnie.

-  Nie  wiem,  czy  z  żelazną  -  mruknąłem  -  po  prostu  z  taką,  na  jaką  mnie  stać.  W

każdym razie się staram.

- To właśnie u ciebie lubię - powiedziała Nelka. - Masz silną wolę.

background image

- Nabijasz się ze mnie.

-  Na  pewno  masz  silniejszą  wolę  niż  inni  chłopcy,  których  znam  -  powtórzyła.  -  W

każdym  razie  wiesz,  czego  chcesz,  nakreślasz  sobie  jakieś  cele...  realizujesz  je...  próbujesz

jakoś  układać  sobie  życie.  -  Wyciągnęła  z  torby  pomarańczę  i  podzieliła  na  dwie  części.  -

Poczęstuj się.

Jedząc soczysty owoc, myślałem, że w oczach Nelki przedstawiam się zawsze lepszy,

niż  jestem  w  rzeczywistości.  Z  wyjątkiem  momentów,  kiedy  jest  zazdrosna.  O  czym  to

świadczy? To może świadczyć tylko o jednym... Spojrzałem na nią uważnie i powiedziałem

głośno:

- Za dobrze o mnie myślisz... ale jestem ci za to wdzięczny. To mnie krzepi.

- Śmiejesz się ze mnie. Wiem, że w gruncie rzeczy, to jesteś zły na mnie...

- Za co, u licha?!

- Za moją nieufność i za te oskarżenia... - zaczerwieniła się Nelka - ale przebacz mi!

To wszystko dlatego, że tak bardzo mi zależało na tej roli... Nie masz pojęcia jak bardzo! Ta

rola ma dla mnie podwójne znaczenie.

- Podwójne? Jak to?

-  Najpierw  dlatego,  że  będę  grać...  To  było  moje  marzenie.  Pasjonuje  mnie  teatr  i

film... ale nie to jest najważniejsze. Najwięcej dla mnie znaczy, że właśnie mnie wybrałeś do

głównej  roli...  sam  ten  fakt...  Bo  wcale  nie  uważam,  że  mam  najlepsze  warunki...  I  łatwo

znalazłbyś inną, zdolniejszą... A ty wybrałeś mnie. To o czymś świadczy.

Chrząknąłem.

- Oczywiście.

- Na pewno jestem głupia, ale to mi sprawia największą radość... może wcale nie jest

tak  jak  myślę,  może  za  dużo  sobie  wyobrażam...  -  urwała  i  spojrzała  na  mnie  z  taką

niepewnością  w  oczach  i  z  takim  niepokojem,  że  zrobiło  mi  się  całkiem  łyso.  Do  licha,

umiała mnie wzruszyć...

- Wyobrażasz sobie dokładnie, tak jak jest - zamruczałem. - Krótko mówiąc za - fas -

cy - no - wa - łaś mnie do tego stopnia, że wymyśliłem specjalny scenariusz dla ciebie...

- Naprawdę specjalnie dla mnie? - rozjaśniła się.

- Tak - bąknąłem - to znaczy... nie jest zupełnie gotowy, dopniemy go na planie... ale

mam pomysł i tytuł.

- Jak się nazywa?

- „Ostatni dzień wakacji.”

background image

- Wspaniale! I gdzie będziemy kręcić?

Wyjaśniłem w paru słowach.

-  Nie  wiem,  czy  tam  kiedyś  byłaś...  Fantastyczny  las.  Zwłaszcza  o  tej  porze  cały

kolorowy... no i sama baza...

- Czy na pewno?

-  Baza  jest  zagwarantowana  w  ramach  współpracy  z  ciotką  -  cały  dom  do  naszej

dyspozycji  i  stara  Michałowa  na  dodatek.  Ciotka  Matylda  niedawno  została  babką  i  dzisiaj

wyjeżdża  do  Lublina  pomóc  córce  w  prowadzeniu  domu,  no  i  zobaczyć  wnuka!  A  dom

przekazała mnie...

- Masz dobrą ciotkę - powiedziała Nelka.

- Jasne. Ciotka mnie lubi.

- Ale czy wie, że sprowadzisz tam całą ekipę?

- Oczywiście.

- Nie miała żadnych zastrzeżeń?

- Skądże! Była zachwycona.

Nelka spojrzała na mnie podejrzliwie.

- A czy powiedziałeś jej, z ilu osób składać się będzie ta ekipa?

- Tak jest. Powiedziałem, że dom nawiedzi wataha w sile sześciu lub siedmiu ludzi.

- Masz bardzo dobrą ciotkę - rzekła z przekonaniem Nelka.

- Jasne. Ciotka Matylda jest nadzwyczajna. Od dawna współpracujemy - wyjaśniłem. -

Ciotka  uważa,  że  jestem  jedynym  mężczyzną  do  rzeczy  w  całej  rodzinie.  Ilekroć  jest  w

kropce,  zwraca  się  do  mnie.  Jestem  pogotowiem  technicznym  dla  ciotki.  Nie  zawsze

wszystko  potrafię  sam,  czasem  muszę  sprowadzać  kolegów  z  technikum,  ale  zawsze  coś

wykombinuję... W tym roku odwaliłem wyjątkowy kawał roboty, było wielkie malowanie w

lecie...  wszystkie  okna  i  drzwi...  sama  zobaczysz,  to  moje  dzieło.  We  wrześniu  zbierałem

owoce. Ciotka nie może się wspinać po drabinach... a wujek jest stale zajęty... wraca bardzo

późno ze służby; ostatnio likwidowałem przecieki w kranach i uszczelniałem okna na zimę...

Teraz widzisz „szaleństwo” mojej ciotki trochę w innym świetle - uśmiechnąłem się.

- No, skoro tak...

-  Możesz  być  spokojna...  A  zatem  pamiętaj,  w  sobotę  o  trzynastej  dwadzieścia

spotykamy  się...  na  dworcu  PKS.  Autobus  jedzie  dziesięć  minut...  To  tylko  siedem

kilometrów. Już o pół do trzeciej możemy zacząć zdjęcia.

-  To  niemożliwe  -  powiedziała  Nelka.  -  Nie  będę  miała  przy  kim  zostawić  moich

background image

małych braci. Mama wróci dopiero o drugiej z pracy...

- No to zdążysz jeszcze na następny pekaes. Będzie o czternastej trzydzieści.

- Chyba jednak nie da rady - zaczęła zakłopotana Nelka. - Wątpię, czy mama zgodzi

się, żebym została tam na noc... Wolałabym przyjechać wcześnie rano w niedzielę...

Milczałem przez chwilę. Jeszcze jedna komplikacja - pomyślałem. Ale potem przyszło

mi do głowy, że właściwie wszystko się dobrze składa. W sobotę będę mógł pracować z Gigą,

a rano w niedzielę nakręcić z nią plenerowe sceny. Pierwszy autobus z miasta przyjeżdża do

Wrzosek w niedzielę dopiero o jedenastej. Do tej pory Giga już będzie zmęczona i zabiorę się

do kręcenia scen z Nelką... - uśmiechnąłem się zadowolony. - Kto wie, czy w tym układzie

nie uda mi się wyjść obronną ręką z tej „opozycji gwiazd” i uniknąć kosmicznej burzy. Gdyby

jeszcze coś zrobić z moją kochaną siostrą Marcelą...

-  Dobrze  -  powiedziałem  do  Nelki  -  musimy  uszanować  wolę  mamy.  Przyjedź  w

niedzielę.  Jakoś  to  wszystko  ułożę...  Będziemy  kręcić  podczas  twojej  nieobecności  inne

sceny.

- Z Gigą?

Rozłożyłem bezradnie ręce.

- No, to mi tylko pozostaje.

Nelka przygryzła wargi i odeszła zasępiona.

background image

22. PIERWSZE EMOCJE I NIESPODZIANKI

Mama do ostatka odradzała mi wyjazd do Wrzosek.

- To nic, że ciotka Matylda cię zaprosiła - tłumaczyła mi. - Po prostu krępowała się

odmówić po tym, co zrobiłeś dla niej, ale to będzie nadużycie gościnności. Zwalać wujkowi

na głowę siedem osób... W dodatku on jeszcze o niczym nie wie.

-  Niech  mama  będzie  spokojna.  Wuj  Błażej  na  pewno  będzie  zadowolony  -

oświadczyłem beztrosko. - Mam dla niego rolę w filmie... Nie każdy się nadaje... Na przykład

mamy bym nie zaangażował...

Mamie zrobiło się przykro.

- Nie zaangażowałbyś mnie? Dlaczego? - zapytała nieprzyjemnie dotknięta.

-  Mama  jest  za  ładna  do  filmu.  Ostatnio  ładne  twarze  nie  są  modne.  Co  innego

wujek...

- Ależ on...

- Nic nie szkodzi, mamo...

-  Biedna  Matylda!  -  westchnęła  mama.  -  Twarz  wujka  Błażeja  nie  nadawała  się  do

fotografii rodzinnej nawet po retuszach. Małe dzieci zawsze uciekały na jego widok...

-  Ma  za  to  doskonałe  wyniki  jako  rewizor  kolejowy  -  powiedziałem.  -  Robi  raczej

niezapomniane  wrażenie  na  pasażerach,  zwłaszcza  tych  bez  biletu.  Ale,  moim  zdaniem,

właściwe  miejsce  wujka  Błażeja  jest  w  filmie.  Należy  żałować,  że  taka  twarz  marnuje  się

bezproduktywnie...  Ja  wujka  jeszcze  wylansuję,  zobaczy  mama...  ulizani  przystojniacy,

gładysze i pięknisie nie mają obecnie żadnych szans, poszukuje się twarzy z charakterem, a

największe kariery robią stuprocentowi brzydale.

- Ale taka brzydota jak u wujka... o, biedna Matylda...

- Brzydotę życia sztuka zmienia w piękno - oświadczyłem. - To jest duża szansa dla

wujka Błażeja.

- Czy on już wie o tym twoim pomyśle?

- Nie wie, ale to nie szkodzi. Będzie bardziej naturalny. Nie zdąży wystudiować póz i

min. Dlatego pożądane jest, by ta szczęśliwa wiadomość spadła na niego znienacka.

- Nie zgodzi się.

-  To  jest  uzgodnione  z  ciotką.  Otrzymałem  jej  pozwolenie,  poza  tym  omówiliśmy

wszystkie techniczne szczegóły związane z rolą wujka...

- Ciekawam, jaką przewidziałeś dla niego rolę.

background image

- Charakterystyczną. Będzie grał rolę przestępcy.

- Zmiłuj się... wujek to poczciwa dusza.

-  Mama  zupełnie  nie  zna  się  na  filmie.  Właśnie  chodzi  o  to,  żeby  zaskakiwać.

Poczciwa twarz u przestępcy - to robi prawdziwe wrażenie.

- Ależ on nie potrafi tego zagrać...

- Najważniejsza jest twarz. Reszta to ręka reżysera i praca kamery... Byle tylko wujek

był mi posłuszny, zrobię z niego rasowego przestępcę... - powiedziałem i pożegnałem się z

mamą. W drzwiach odwróciłem się jeszcze.

- Zaangażuję do filmu także starą Michałową.

- Nie radzę ci próbować - ostrzegła mnie mama. - Dostaniesz od niej ścierką.

Pod  kasami  biletowymi  czekała  na  mnie  moja  siostra  Marcela  i  Zezowaty  Dodo.

Kobylaka nie było. Dodo oświadczył, że Kobylak przyjedzie razem z Nelką Szyperską.

Podczas  jazdy  autobusem  zastanawiałem  się,  jak  nas  przyjmie  Michałowa.

Wiedziałem, że nie znosiła gości w domu, cóż dopiero mówić o tabunie obcej młodzieży...

Czy  więc  nie  przyjmie  nas  rzeczywiście  ścierką?  Dlatego  byłem  dość  zaskoczony,  gdy

zauważyłem starą Michałową bez ścierki, witającą nas na progu domu z wykrzywioną twarzą,

co  miało  oznaczać  uprzejmy  uśmiech.  Powód  tej  uprzejmości  wyjaśnił  się  rychło.  Gdy

Michałowa  posadziła  nas  przy  stole  i  wniosła  obiad,  nie  wycofała  się  do  kuchni,  lecz

przypatrywała się zadowolona, jak wsuwamy, początkowo w milczeniu, a potem zagaiła:

- No, to teraz raźniej...

- Raźniej? - zdumiałem się. - Michałowa czuła się samotna?

- Pani wyjechała, pan wraca ze służby w nocy, a nasz dom pod samym lasem... Bałam

się... A ty się nie bałeś tu przyjechać? - zapytała mnie nagle.

- Czego miałbym się bać? - zamruczałem z gębą pełną mięsiwa.

- No... wampira.

O mało się nie zakrztusiłem.

- Kogo?

- Grasuje tutaj wampir, znaczy Kubuś.

- Ładnie się nazywa - powiedziałem beztrosko, połykając marynowaną śliwkę. - Ale

dlaczego Kubuś?

-  Raz  gonił  dzieci  w  lesie...  i  wołał:  „Dlaczego  uciekacie?  Nie  bójcie  się  Kubusia”.

Dzieci to zapamiętały i opowiedziały. Niektórzy nazywają go także Puchacz, bo pojawia się

na ścieżce w nocy, a niektórzy nazywają go Punktualny, bo udaje, że śpieszy się na pociąg,

background image

zaczepia ludzi i pyta o godzinę. To jego zwykłe zagranie...

- I dawno on tu tak grasuje? Nic przedtem o nim nie słyszałem.

- Zaczęło się chyba dwa tygodnie temu. Sąsiad, niejaki Masztalerz, wracał o północy z

imienin przez las na skróty i został zaczepiony przez nieznanego osobnika, który spytał go o

godzinę, a następnie wyrwał mu zegarek i zaczął go dusić... Nieszczęśliwego znalazła niejaka

Karasiowa,  która  wybrała  się  rano  na  grzyby...  bo  u  nas  było  w  tym  roku  moc  grzybów...

osobliwie  gąski  i  kurki.  Masztalerz  znajdował  się  w  opłakanym  stanie,  na  pół  rozebrany  i

skostniały...  Do  dzisiejszego  dnia  jest  w  szpitalu...  Inna  rzecz,  że  przeprowadza  tam  także

leczenie odwykowe.

- Znaczy... wracał z tych imienin dobrze zaprawiony.

-  To  fakt,  zaprzeczać  nie  będę.  Alkohol  miał  w  tym  swój  udział...  Ale  faktem  jest

także,  że  od  tamtego  czasu  nikt  nie  chodzi  tą  ścieżką  przez  las,  czy  kto  trzeźwy,  czy  nie...

Tym  bardziej  że  od  paru  dni  Kubuś  znów  się  pojawił.  Co  noc  teraz  zaczepia...  osobliwie

dziewczyny.

- Michałowa go widziała?

- A dajże spokój, umarłabym ze strachu... Cała kolonia teraz żyje nerwami... Człowiek

boi się drugiego człowieka.

-  Czy  był  trup?  -  zapytała  moja  znakomita  siostra  Marcelina  z  właściwą  jej

rzeczowością.

- Chwalić Boga, jak dotąd nie było - odpowiedziała Michałowa - ale Kubuś wielu już

gonił... Milicja ma zeznania. Na piśmie. My jesteśmy najbardziej narażeni... bo ostatni dom

pod lasem. Już trzecią noc oka nie mogę zmrużyć. Nasz pies bez przerwy szczeka... Kubuś na

pewno gdzieś tu się czai. - Michałowa spojrzała ponuro w ciemną ścianę drzew za oknem.

-  Nie  szkodzi  -  powiedziałem.  -  To  nam  nawet  odpowiada.  Będziemy  mieli  spokój

przy kręceniu filmu... Ludzie nie będą się pętać... A z Kubusiem damy sobie radę.

- Oj, dziecko, dziecko - westchnęła pobłażliwie Michałowa. - Chojrak jesteś, dopóki

nie  zobaczysz  Kubusia  na  ścieżce...  Ale  zachowaj  cię  Bóg,  żebyś  wieczorem  wychodził  z

domu. Zamykam drzwi na zasuwę i nikogo nie wypuszczam.

- Jak nie było trupa, to ja w nic nie wierzę - odpowiedziała Marcelina. - To wszystko

mogą być plotki. Musi być trup.

Tym sceptycznym akcentem zakończyliśmy wspaniały deser i udaliśmy się do naszych

pokoi.  Michałowa  wyjaśniła,  że  przygotowała  dla  dziewczyn  dwa  pokoje  na  dole,  a  dla

męskiej części ekipy dwa pokoje na górze i jedno łóżko na poddaszu.

background image

Wsadziłem Doda do jednego pokoju, sam ulokowałem się w drugim na piętrze. Tubkę

postanowiłem  zakwaterować  na  samej  górze,  na  facjatce.  Uznałem,  że  tak  będzie

najbezpieczniej. Gdy tylko rozpakowaliśmy się, zabraliśmy się natychmiast do pracy. Marcela

zaczęła przygotowywać kostiumy, a ja z Dodem postanowiłem obejrzeć teren zdjęć i wybrać

najbardziej ciekawe miejsca...

Ledwie jednak zeszliśmy na dół, czekała nas niespodzianka.

Przyjechała Giga z Tubką. Wesoła i rozgadana, rozglądała się po bazie.

- Świetne miejsce... I ten las. Cudo!

- Tam jest wampir - powiedziałem.

- Nadzwyczajne! Uwielbiam wampiry. Kiedy pracuje?

- Po zmierzchu na ścieżce w lesie.

-  Ostatnio  koło  jedenastej  wieczorem  -  zauważył  Dodo  -  pani  Michałowa  mi

powiedziała. On ma pseudonim Kubuś.

- Świetnie. Wybieramy się dziś na spotkanie z Kubusiem! - zdecydowała Giga. - A to

co takiego? - zastygła nagle patrząc w stronę furtki. - Patrzcie, co za niespodzianka. Piekielnie

lubisz robić przyjaciołom niespodzianki, Cymek - rzekła do mnie, mrużąc oczy.

Spojrzałem  zdumiony...  Do  licha,  ktoś  maszerował  drogą.  Czyżby  Kubuś?  Nie,  zza

drzew wyłoniły się dwie osoby. Serce załomotało mi nerwowo w piersiach... Do diabła, tego

się  nie  spodziewałem...  Po  chwili  skrzypnęła  furtka  i  na  ścieżce  ukazała  się  Nelka  z

Kobylakiem, który taszczył dwie wypchane torby.

Bałem się, że burza wybuchnie natychmiast i dojdzie do ostrej wymiany zdań, ale nic

takiego na szczęście się nie stało. Nelka i Giga przywitały się kulturalnie, aczkolwiek nader

powściągliwie i ozięble.

- Więc jednak zdecydowałaś się? - zasapałem odprowadzając Nelkę do jej pokoju. -

Mama ci pozwoliła? - wciąż jeszcze nie mogłem ochłonąć z wrażenia.

- Nie rozmawiałam z nią na ten temat.

- Nie rozmawiałaś?

- Tak się szczęśliwie złożyło, że mama była zaproszona na uroczysty obiad... z okazji

czyjegoś awansu czy rocznicy... Zostawiłam więc jej tylko kartkę, że jadę kręcić film z ekipą

do Wrzosek i być może będę tam nocować, więc żeby się nie martwiła... Nie spodziewałeś

się, jak widzę, nie wydajesz się specjalnie zachwycony - popatrzyła na mnie podejrzliwie.

- Ależ jestem... - wykrztusiłem - to doskonale, że urwałaś się tak szybko... To jest twój

pokój - wprowadziłem ją do sypialni ciotki. Giga będzie spać obok w salonie razem z moją

background image

siostrą Marcelą. - Zaraz dostaniesz coś do zjedzenia. Rozpakuj się, rozgość...

- Czy będziemy jeszcze dzisiaj kręcić?

Chrząknąłem zaaferowany.

- Tylko parę scen z Gigą...

- Z Gigą?

-  No,  tak  przecież  ustaliliśmy...  parę  mniej  ważnych  scen  z  Gigą  -  mówiłem

pośpiesznie. - Właściwe zdjęcia zaczniemy dopiero jutro... Niestety, zaraz się ściemni... Dziś

omówimy tylko scenariusz i zapoznam was z rolami... Pójdziemy spać wcześnie, bo jutro o

szóstej robię pobudkę.

Niestety, nie było mowy, żebym mógł wieczorem omówić scenariusz. Ledwie bowiem

zrobiło się ciemno, Giga od razu zaproponowała:

- Robimy wyprawę na wampira! Kto idzie ze mną?

Projekt wywołał entuzjazm Tubki. Znacznie mniejszy u pozostałych członków ekipy,

ale  poszliśmy  wszyscy.  Niestety,  wampira  nie  spotkaliśmy.  Mimo  to,  a  może  dzięki  temu,

wszyscy  byli  zadowoleni  i  humory  dopisywały.  Odbyliśmy  wielokilometrowy  spacer

błyskając  latarkami  i  czyniąc  taki  harmider,  że  wampir,  jeśli  był,  zaszył  się  w  największy

gąszcz.

-  Za  wcześnie  się  wybraliśmy  -  oświadczyła  Giga,  ziewając  potężnie.  -  Powtórzymy

eksperyment jutro o północy.

Odurzeni  leśnym  powietrzem,  senni  i  głodni  zarazem,  wróciliśmy  do  domu  i

posiliwszy się solidnie przy stole, poszliśmy spać, choć nie było jeszcze dziewiątej.

W  nocy  długo  nie  mogłem  zasnąć.  Myślałem  o  tym,  co  mnie  jutro  czeka.  Martwiły

mnie wrogie stosunki panujące między dziewczynami. Wprawdzie dziś odbyło się bez scysji,

ale  nie  miałem  złudzeń.  Była  to  cisza  przed  burzą.  Bomba  wybuchnie  na  pewno,  gdy  jutro

przystąpię  do  zdjęć.  Dlatego  bałem  się  jutrzejszego  dnia.  Zastanawiałem  się,  jak  ratować

zespół,  jak  uchronić  go  przed  rozłamem,  ale  nic  skutecznego  nie  mogłem  wymyślić.

Pozostawało tylko nawoływanie do zgody i apel do wyższych uczuć.

Potem myślałem o scenariuszu i przyszło mi do głowy, że najlepiej będzie, jak zacznę

realizować  jednocześnie  dwa  scenariusze.  W  jednym  w  roli  głównej  wystąpi  Giga,  a  w

drugim  Nelka.  Z  moją  siostrą  Marcelą  jakoś  sobie  poradzę...  już  nawet  zaczął  mi  się

zarysowywać pewien plan... A jeśli chodzi o ten drugi scenariusz, włączę tam wątek wampira.

Oczywiście  do  tej  roli  świetnie  by  się  nadawał  Tubka.  Czy  jednak  się  zgodzi?  Bardzo,

wątpliwe.

background image

I oświadczył: po pierwsze, że chce wystąpić wraz z Gigą w filmie psychologicznym, a

po drugie, że chce grać rolę pozytywnego młodego człowieka.

-  I  nie  proponuj  mi  żadnych  „czarnych  charakterów”,  żadnych  ról  „goryli”  i

kryminalistów - zaznaczył. - Wystarczy, że jestem czarnym charakterem w życiu... wiem, że

uważają mnie za takiego.

- Przesadzasz - powiedziałem.

- Wcale nie. Przyznaj się, że ty sam uważasz mnie za goryla.

Nie mogłem zaprzeczyć.

Potem  pomyślałem,  że  każdy  ma  swojego  robaka,  co  go  gryzie.  Nawet  Tubka.  I  to

mnie pocieszyło. Uspokoiłem się i sam nie wiem, kiedy zasnąłem. To wyglądało jak dalszy

ciąg moich myśli o scenariuszu, ale to już nie był scenariusz, to był sen. Nie bardzo zresztą

oryginalny. Śnił mi się wampir. Najpierw powiało chłodem lodowatym w pokoju, ktoś wszedł

do pokoju, gdy leżałem w łóżku. Wszedł przez okno. I usiadł na mojej pościeli. Czoło miał

nisko  zarośnięte  szczeciniastym  włosem,  oczka  małe,  z  ust  sterczały  mu  zwierzęce  kły...

Położył mi rękę na ustach, żebym nie mógł krzyczeć. A kiedy próbowałem się wyrwać, usiadł

okrakiem na mojej piersi. Nie poddawałem się jednak. Potwornym wysiłkiem udało mi się go

zepchnąć z siebie. Potem zacząłem okładać go pięściami. Czułem, że przewaga moja rośnie...

-  Och,  daj  już  spokój,  oszalałeś!  -  usłyszałem  wreszcie  błagalny  jęk.  To  już  nie  był

sen. To był głos Zezowatego Doda. Kulił się na moim łóżku, a ja biłem w niego jak w bęben.

- Skąd się tu wziąłeś? - wykrzyknąłem.

- Ba... bałem się.

- Ty, takie stare chłopisko?! Kogo się bałeś?

- Obudziły mnie kroki w drugim pokoju - tłumaczył wystraszony Dodo - drzwi były

uchylone...  zobaczyłem  włamywacza.  Świecił  i  przeszukiwał  gorączkowo  szuflady...  W

biurku... w szafie... w kredensie.

- Co ty opowiadasz?

- Był w płaszczu nieprzemakalnym... niestety, stał tyłem, nie widziałem jego twarzy...

zresztą i tak bym jej nie dostrzegł w tej ciemności... Chciałem zapalić światło, ale okazało się,

że światło wysiadło.

- Niemożliwe.

- Sprawdź sam.

Przekręciłem  wyłącznik.  Rzeczywiście.  Światła  nie  było.  Nie  podobało  mi  się  to

wszystko.

background image

- Czy... ten włamywacz jeszcze jest? - zapytałem niepewnym głosem.

- Chyba tak... nie wiem, czy znalazł, czego szukał, w tych szufladach, ale w pewnej

chwili  przerwał  poszukiwania,  zatrzasnął  szuflady  i  wyszedł  z  pokoju...  słyszałem,  jak

schodził na dół po schodach...

- I przybiegłeś wtedy do mnie.

- Nie... nie od razu. Najpierw wyjrzałem z pokoju na klatkę schodową... żeby upewnić

się, czy on poszedł... i wtedy zobaczyłem Jurka Tubkę.

- Jurka Tubkę?

- Tak, schodził w szlafroku po schodach świecąc sobie latarką. Zapytał mnie, czy nie

ma  u  nas  wolnego  koca,  bo  strasznie  zmarzł  na  tej  facjacie.  Powiedziałem,  że  nam  też  nie

było za ciepło. Więc on powiedział, że weźmie z dołu z wieszaka swój płaszcz i będzie spał w

płaszczu...  Wtedy  ja  powiedziałem  mu,  żeby  uważał,  bo  na  dole  jest  włamywacz...  Ale  on

roześmiał  się  tylko  i  powiedział,  żebym  poszedł  spać...  Więc  pobiegłem  do  ciebie...  Nie

wiem, czy dobrze zrobiłem... Bo jeśli mi nie wierzysz...

- Dobrze zrobiłeś... - zacząłem i nagle znieruchomiałem z wrażenia. Na dole rozległ

się ciężki łomot, jakby uderzenie pałą, a potem głuchy odgłos walącego się ciała. Po chwili

usłyszałem tupot kroków i zdławiony okrzyk Tubki... Tak... to był na pewno okrzyk Tubki.

background image

23. NOCNEJ AWANTURY CIĄG DALSZY

Wciągnąłem  pośpiesznie  spodnie  i  włożyłem  buty...  Rzuciłem  się  do  okna.  Byłem

przekonany, że zbieg będzie uciekał przez podwórze. Zsunę się wtedy po rynnie i odetnę mu

drogę... A nawet, jeśli będzie szybszy i zdąży przeskoczyć płot, nie stracę tropu i rzucę się za

nim w pogoń. Ale włamywacz miał inny plan. Wcale nie kwapił się do odwrotu. Po minucie

wyczekiwania wypadłem na klatkę schodową. Panowała tu zupełna cisza. Zszedłem na dół.

- Kto tam?! - usłyszałem w ciemności głos Tubki. Błysnął latarką.

- To ja, Cymek. Co się tu wyrabia, u licha?!

- Ktoś wdarł się do domu i rozrabia - powiedział Tubka. - Może to on...

- Kto?

- No... ten wampir... ten Kubuś.

- Wariat! Uwierzyłeś w wampira?

- Po tym, co tu widziałem... we wszystko gotów jestem uwierzyć.

- Widziałeś go?

- Tak jak ciebie widzę. Walczyłem z nim.

- Jak wyglądał?

-  W  płaszczu  nieprzemakalnym...  wygolona  maska  z  wielkim  nosem...  Odrażająca

gęba, będę ją pamiętał do końca życia.

- Co robił?

-  Myszkował  po  kuchni.  Zaskoczyłem  go.  Krzyknąłem:  „Ręce  do  góry!”  W

odpowiedzi strzyknął we mnie czymś białym i lepkim.

- Strzyknął? W jakim sensie?

- Wydawało mi się, że wypluł jakby z siebie...

- Bzdura!

- W każdym razie oślepił mnie jakąś masą... to było słodkawe i lepkie, miało zapach

migdałów...

-  Zapach  migdałów?  -  zaniepokoił  się  Dodo  i  poprawił  okulary.  -  To  może  być

preparat cyjankowy. Cyjanek tak właśnie pachnie. To najgorsza trucizna! Jak się czujesz?

- Nieszczególnie - powiedział zmaltretowany Tubka. - Myślisz, że mogę być zatruty?

- Chyba nie za dużo liznąłeś tego?

- Tylko trochę...

-  Na  wszelki  wypadek  zadzwońmy  po  pogotowie  -  powiedział  Dodo  -  i  na  milicję

background image

oczywiście też.

- Tu nie ma telefonu - uciąłem dyskusję. - Możemy liczyć tylko na siebie.

-  W  takim  razie  ustalamy  najpierw,  co  stało  się  z  włamywaczem  -  mruknął  Dodo.  -

Referuj dalej, Tubka!

- No więc, kiedy stałem oślepiony, on natarł na mnie. Zdaje się, że dostałem czymś w

głowę...  jakąś  maczugą  czy  pałą...  to  było  w  każdym  razie  ciężkie  i  grube...  Trochę  mnie

zamroczyło. Wtedy on skorzystał z tego i próbował wydostać się z kuchni. Ale gdy przemykał

się koło mnie, udało mi się schwytać go za nogę. Upadł. Przez chwilę kotłowaliśmy się na

podłodze. Wreszcie uderzył mnie tą pałą po rękach... rozluźniłem uchwyt... Byłem w trudnej

sytuacji...  Krzyknąłem  wtedy:  „Chłopaki,  na  pomoc!  Łapcie  go!”.  Ten  okrzyk  musiał  go

spłoszyć.  Zrozumiał,  że  jest  tu  nas  cała  paczka  i  uciekł  na  górę.  Otarłem  twarz...  wciąż

jeszcze  byłem  na  pół  oślepiony,  ale  próbowałem  go  gonić...  Miałem  pecha...  pomyliłem

drzwi.  Zaplątałem  się  w  jakieś  sznury,  chyba  przewody  od  stojącej  lampy...  Wreszcie

wydostałem  się  na  schody,  popędziłem  na  górę.  Zaryglował  się  w  pierwszym  pokoju...  tym

balkonowym,  wiecie...  Wróciłem  na  dół...  To  wszystko...  Cholernie  łupie  mnie  czaszka...  -

Tubka skrzywił się boleśnie.

- Pokaż. - Dodo obejrzał mu głowę. - Rzeczywiście poważnie cię rąbnął... Masz guza

jak pomidor...

- Słuchajcie - powiedziałem. - Zapomnieliście, że do drugiego pokoju, w którym śpi

Kobylak, wiedzie tylko jedna droga... Właśnie przez pokój balkonowy...

- W którym zaryglował się włamywacz - dodał Dodo.

- Z tego wynika, że Kobylak jest w rękach włamywacza - mruknął ponuro Tubka.

- Niepokoi mnie, że nie daje żadnego znaku życia - powiedziałem - nie jest przecież

żaden ułomek, powinien walczyć.

- A przynajmniej krzyczeć - dodał Dodo.

- Tak jest, powinien przynajmniej krzyczeć... wzywać pomocy, jęczeć... Tymczasem

zupełna cisza...

- No, nie taka zupełna - zauważył Dodo. - Słyszę jakieś szelesty... Cicho...

Nasłuchiwaliśmy przez chwilę.

- Ktoś skrada się korytarzem - szepnął Tubka.

- Kto tam? Stój! - krzyknąłem i poświeciłem latarką.

W snopie światła ujrzeliśmy Gigę. Biegła do nas w czerwonym szlafroczku zadyszana

i przestraszona. Oczy miała wielkie jak spodeczki.

background image

- O Boże, więc was też zbudził? Widzieliście go? - szeptała podniecona.

- Tak. Przetrząsał szuflady w balkonowym pokoju - powiedział Dodo - widziałem go

przez  uchylone  drzwi.  Ledwie  mu  się  wymknąłem.  Ale  Kobylak  został...  Nie  daje  znaku

życia. Nie wiadomo, czy żyje... - bełkotał bezładnie Dodo.

- Nie wiadomo też, czy żyje Szyperska - powiedziała Giga.

- Co ty opowiadasz?! - zdenerwowałem się.

- Nie ma jej w pokoju. Zniknęła...

- Jesteś pewna? Skąd wiesz? Zaglądałaś do niej?

- Tak.

- Po co? - zmarszczyłem brwi.

- Po prostu zbudził mnie jej krzyk...

- Krzyk?

-  Nie  mogłam  prawie  nic  zrozumieć,  co  krzyczała,  ale  to  był  krzyk  mordowanego

człowieka... Jedno słowo zrozumiałam wyraźnie. Parę razy powtórzyła moje imię. Było jasne,

że  wzywa  mnie  na  pomoc.  Powiem  szczerze...  Bałam  się  ruszyć  z  miejsca.  Siedziałam  jak

sparaliżowana.  Potem  jednak  wzięłam  się  w  garść.  Pomyślałam,  że  to  wstyd  być  takim

tchórzem... Ktoś walczy o życie, a ja siedzę bezczynnie. Uzbroiłam się więc w moją parasolkę

i ostrożnie, na palcach podeszłam do drzwi pokoju, gdzie spała Szyperska, uchyliłam je jak

mogłam najciszej i... i stanęłam jak wryta. Na stołku przy łóżku Nelki paliła się świeczka, ale

samo  łóżko  było  puste...  Nagle  usłyszałam  jakiś  łomot  w  kuchni  i  krzyki.  Nasłuchiwałam

zdrętwiała z przerażenia. Potem... otworzyły się drzwi od strony korytarza... Myślałam, że to

Szyperska wraca, tymczasem na progu stanął on! Miał maskę na twarzy. To znaczy wydawało

mi się że to chyba maska, bo gdy przyjrzałam się uważniej, doszłam do wniosku, że on miał

taką  okropną  cerę,  gliniastą,  z  potwornymi  wrzodami...  Chciałam  uciekać,  ale  nie  mogłam

zrobić  ani  kroku...  Tymczasem  on  sapiąc  ciężko  zbliżał  się  powoli  do  mnie...  Już  chciał

rzucić się na mnie, gdy przypomniałam sobie, że nie jestem przecież bezbronna, bo trzymam

w ręku tę parasolkę... Zamachnęłam się, ale zamiast w niego trafiłam w lampę na komódce.

Lampa  przewróciła  się  z  brzękiem.  To  go  zatrzymało  na  chwilę...  Skorzystałam  z  jego

oszołomienia, uciekłam do swojego pokoju i zamknęłam się na klucz... Marcela też się już

zbudziła.  Opowiedziałam  jej,  co  mi  się  przydarzyło...  Nasłuchiwałyśmy  niespokojnie,  co

będzie dalej. Potem usłyszałyśmy znajome głosy i Marcela namówiła mnie, żebym wyjrzała

na korytarz... No i zobaczyłam was...

- Coś tu się nie zgadza - zauważyłem.

background image

-  Nie  zgadzają  się  wrzody  -  stwierdził  Zezowaty  Dodo.  -  Włamywacz  nie  miał

wrzodów.

- A może ty walczyłaś z lampą na komódce i tylko ci się zdawało...

- No, wiesz - oburzyła się Giga - widziałam go wyraźnie...

-  W  takim  razie  widziałaś  Tubkę...  -  powiedziałem.  -  Po  starciu  w  kuchni  wlazł

omyłkowo do jakiegoś pokoju z upaćkaną twarzą... To jego musiałaś zaatakować parasolem...

- Tubka nic nie wspomniał, że to Giga... mówił, że sam zaplątał się w przewody lampy

- zauważył Dodo.

-  Tubka  umyślnie  zmienił  ten  przykry  szczegół...  -  powiedziałem.  -  To  nie  jest

przyjemne  być  atakowanym  parasolem  przez  miłą  sercu  osobę,  w  dodatku  bez  powodu.

Ponieważ nie wierzę, by Tubka chciał w tym momencie „rzucić się” na Gigę. To już fantazja

Gigi. Strach ma wielkie oczy.

- O Boże, Jurek, więc to byłeś ty?! - wykrzyknęła Giga.

Tubka sapał ciężko.

- Przebacz, tak mi przykro...

- Przebaczam ci - powiedział wspaniałomyślnie Tubka.

-  Może  tego  guza  wtedy  sobie  nabiłeś  -  przymrużyłem  oczy.  -  Do  licha,  może  tu  w

ogóle nie ma włamywacza...

- Jest! - usłyszeliśmy głos z ciemności.

Skierowałem latarkę w tamtą stronę. Zbliżała się do nas podniecona Marcela.

- Jest tu włamywacz albo wampir - oznajmiła.

- Widziałaś go?

-  Widziałam  trupa  -  oświadczyła  poważnie.  -  To  zmienia  zupełnie  sytuację.  Nie

wierzyłam w tego wampira. Słyszeliście sami. Pytałam o trupa. No i... jest trup.

- Nie żartuj, nie czas na bzdurne żarty - zdenerwowałem się.

- Ja wiem, że to głupio brzmi, ale nic na to nie poradzę.

- Jest trup? - podniecony Dodo nerwowo poprawił okulary.

- Jest i, żeby wyglądało jeszcze bzdurniej, leży w szafie.

- Trup w szafie? - oniemiał Dodo.

- Tak, na końcu korytarza - oznajmiła z kamienną twarzą Marcela.

Ruszyliśmy bezzwłocznie sprawdzić tę makabryczną nowinę.

- Czy... czy już wiesz... czyj to trup? - zapytałem ostrożnie Marcelę.

- Nelki Szyperskiej - odparła Marcela.

background image

-  Nie!  Nie  może  być  -  wykrzyknąłem  przerażony  i  rzuciłem  się  biegiem  do  szafy...

Przed samą szafą omal nie wyłożyłem się jak długi... z powodu poślizgu. Pośliznąłem się na

jakiejś  mokrej  plamie  na  podłodze.  Poświeciłem  latarką.  Zastygła  czerwona  ciecz...

wypływała wąską strużką z szafy. Krew! Przeniosłem wzrok na szafę. Była czarna, rzeźbiona,

jakiś  antyk  chyba.  Między  nie  domkniętymi  drzwiami  coś  tkwiło...  białego...  Wzdrygnąłem

się. To nie było złudzenie. Z szafy sterczała ludzka noga. Dotknąłem jej. Była zimna.

- Już sztywnieje - oświadczyła Marcela. - Zgon musiał nastąpić kilka godzin temu.

Tubka  otworzył  szafę.  Nelka  leżała  wciśnięta  między  starą  odzież;  z  rozrzuconymi

włosami, rękami rozpostartymi, z zastygłą, jakby wymodelowaną w białym marmurze twarzą.

Oczy  miała  zamknięte.  „Jest  piękniejsza  niż  wtedy,  gdy  była  żywa...”  -  pomyślałem  i

pomyślałem jeszcze, że żywa Nelka nigdy nie wydawała mi się piękna. Dopiero teraz...

- Pomóżcie mi ją wyciągnąć - mruknął Tubka.

-  Zostaw  -  powiedziała  Marcela  -  nie  wolno  niczego  ruszać,  póki  nie  przyjedzie

milicja. Musimy ją zostawić tak jak jest... inaczej moglibyśmy mieć kłopoty.

-  Tak,  mogłoby  być  na  nas  -  powiedział  podniecony  Dodo.  -  Zdaje  się,  że  ostatnio

pokłóciłeś się z Nelką - obrócił się do Jurka Tubki.

- No to co?

- Mogliby ci próbować przylepić to morderstwo - powiedział Dodo - masz motyw. I

Giga też ma. I ty też masz - wskazał palcem na Marcelę.

- Ja?

- Mogłaś jej zazdrościć głównej roli w tym filmie.

- Uważaj, Dodo, bo cię strzelę - rzekła ostro Marcela. - Nie lubię takich żartów...

- Ja przecież nic... ja tylko was uprzedzam... możecie być w to wplątani...

-  Przestań  -  spojrzałem  z  wyrzutem  na  Doda  i  przymknąłem  przygnębiony  szafę.

Czułem, że ogarnia mnie rozpacz... To przeze mnie wszystko... przez ten film przeklęty!

- Kiedy ją znalazłaś? - Tubka indagował Marcelę.

-  Przed  chwilą...  Chciałam  iść  do  łazienki  i  zabłądziłam,  z  powodu  tych  ciemności

zabrnęłam  aż  na  koniec  korytarza...  Pamiętam,  zawadziłam  o  coś...  Wyobraźcie  sobie  moje

przerażenie, gdy stwierdziłam, że to była ludzka sztywna noga!

-  Teraz  już  nie  ma  wątpliwości  -  zamruczał  Tubka.  -  Nie  było  przesady  z  tym

wampirem... Facet jest cholernie niebezpieczny. Nie mogę sobie darować, że pozwoliłem mu

się wymknąć... Ale rozgrywka nie skończona... póki tam jeszcze siedzi na górze, mam szansę.

-  Ty  może  tak...  ale  jaką  ma  szansę  Kobylak?  -  wtrąciłem.  -  W  tej  chwili

background image

najważniejszą  sprawą  jest  ratowanie  Kobylaka...  Dosyć  tego  gadania.  Musimy  coś

postanowić.

-  Żeby  coś  postanowić,  musimy  najpierw  zbadać  sytuację.  Istotne  jest,  czy  Kobylak

jeszcze  żyje,  czy  już  nie  -  mruczał  Tubka.  -  Mógłbym  próbować  wyważyć  drzwi,  ale  jeśli

Kobylak jeszcze żyje, ten zwyrodnialec gotów go wtedy ukatrupić. Może zrobić z Kobylaka

zakładnika. Tego się właśnie boję.

- Najlepiej pędzić po milicję - zaproponowała Marcela.

- Milicja jest siedem kilometrów stąd - powiedziałem. - Zeszłaby cała godzina... co ja

mówię,  dwie  godziny,  zanim  mogliby  nam  pomóc...  A  do  tego  czasu...  Strach  pomyśleć...

Musimy działać sami...

-  Pójdę  na  górę  -  zdecydował  Tubka.  -  Spróbuję  nawiązać  z  nim  kontakt...  i

dowiedzieć  się,  czego  chce...  Nastraszę  go  przy  sposobności...  Może  zgodzi  się  wypuścić

Kobylaka.

- Pójdę z tobą - powiedziałem.

- I ja - rzekł Dodo.

W rezultacie poszliśmy wszyscy.

Przez  dłuższą  chwilę  nasłuchiwaliśmy  przy  drzwiach.  W  pokoju  panowała  zupełna

cisza.

- Boję się - powiedział Dodo. - Ta cisza nie wróży nic dobrego...

- Może drań uciekł przez balkon...

- To karkołomne przedsięwzięcie - mruknąłem. - Gładka ściana, nie ma nawet rynny

w pobliżu, takiej jak przy moim pokoju.

- Cicho... słyszę go! Pokasłuje - szepnął Tubka. - Tak, to on.

- Ale dlaczego nie słychać zupełnie Kobylaka?

- Prawdopodobnie już nie żyje.

- Może jest tylko zakneblowany - powiedziałem.

- Przynieś noże z kuchni - mruknął Tubka do Doda - wybierz największe i najdłuższe.

Musimy być przygotowani na wszystko - wyjaśnił.

Wzdrygnąłem  się.  Pomyślałem,  że  zaczyna  się  największa  przygoda  mojego  życia...

Ale ledwie się zaczęła, już miałem jej dość. Nie taką sobie zaplanowałem tu przygodę.

background image

24. WIELKA GAFA!

Zezowaty Dodo wrócił z trzema nożami. Tubka wybrał dla siebie największy, niemal

rzeźniczy nóż - wąski i długi. Dodo zatrzymał dla siebie nóż - piłę. Mnie przypadł tępy nóż

stołowy. Wyglądał dość niewinnie, a mimo to poczułem się raczej niewyraźnie. Tym razem

bowiem,  po  raz  pierwszy  w  życiu,  nie  miał  mi  służyć  do  obiadu,  lecz  do  obrony.  Tubka

spojrzał nań krytycznie.

- Nie było lepszego? - zapytał Doda.

- Tylko te dwa - odparł Dodo. - Trzeciego kuchennego już nie było.

- Trzymaj! - Tubka wręczył mi swój. - Ja ostatecznie mogę bez, bo znam dżudo, ale

taka faja jak ty...

Spojrzałem na rzeźniczy nóż, który trzymałem w ręku. Głupia sytuacja. Nigdy jeszcze

nie walczyłem na noże.

-  Jak  ty  trzymasz  ten  nóż!  -  zdenerwował  się  Tubka.  -  Nie  będziesz  nim,  do  licha,

krajał kurczaka... Nóż do walki trzyma się tak - zademonstrował.

- Nie miałem dotąd okazji... - chrząknąłem - i raczej tego nie lubię...

-  Ja  też  nie  -  rzekł  Tubka  -  ale  pamiętaj,  że  to  jest  niebezpieczny  facet,  który  nie

przebiera w środkach, a ty co... chcesz na niego z gołymi rękami? Chodzi o Kobylaka.

To prawda, chodzi o Kobylaka. Wziąłem się w garść.

- Zagajaj - powiedział Tubka.

- Może ty...

- Nie, ty zagaisz lepiej.

Zastukałem energicznie do drzwi. Odpowiedziało mi milczenie.

-  Nie  ma  pan  żadnych  szans!  -  zawołałem.  -  Jest  pan  otoczony.  Mamy  przewagę

liczebną. Niech pan nie przeciąga struny.

Spojrzałem na Tubkę. Pokiwał głową.

- Zagajaj dalej, dobrze ci idzie - szepnął.

- Czy pan chce rozlewu krwi? Jesteśmy uzbrojeni. Zdolni do wszystkiego - ciągnąłem.

- Puścimy jednak pana wolno, jeśli pan spełni jeden warunek.

Tym razem poskutkowało. Z pokoju doszedł nas słaby głos.

- Czego chcecie?

- Niech pan wypuści naszego kolegę Kobylaka.

- Tylko ja tutaj jestem - odpowiedział głos.

background image

Na moment poczułem skurcz serca.

- Nie chce pan chyba powiedzieć, że pan go już załatwił?

- Nie ma tutaj nikogo.

-  Do  kogo  ta  mowa?  Tam  został  nasz  kolega.  Spał  w  drugim  pokoju  -  zagrzmiał

Tubka.

- Nie zaglądałem do drugiego pokoju - odpowiedział głos.

Spojrzeliśmy po sobie zbici z tropu.

-  Może  niepotrzebnie  zdekonspirowaliśmy  Kobylaka  -  mruknąłem  zaaferowany.  -

Kobylak mógł się ukryć w drugim pokoju... i siedzieć tam cały czas bezpiecznie, a teraz...

-  Trudno,  stało  się  -  szepnął  Tubka,  a  głośno  zawołał:  -  Jeśli  pan  tam  nie  zaglądał,

niech pan zajrzy, do licha! Ale to jest ostatnia chwila pańskiego życia, jeśli chłopakowi coś

się stanie!

- O Matko Miłosierna! - jęknął opryszek.

Poruszyłem się niespokojnie. Nóż z brzękiem upadł mi na podłogę.

- Co ci się stało? - zapytał z niepokojem Tubka.

- Niech to diabli... zdaje się, że poznaję ten głos... o, niech to diabli... lepszy ubaw...

- Ubaw?!

- Do licha, schowaj te noże... to mój wujek.

- Co takiego?

- Zaatakowałeś w kuchni wuja Błażeja.

- Niemożliwe... przecież Dodo...

- Zaatakowałeś gospodarza domu. Co za gafa!

Tubka bawił się nożem.

-  No,  nie  wiem,  czy  taka  gafa...  wujek  nie  wujek,  w  każdym  razie  zamordował

Szyperską.

- Idioto, schowaj ten nóż! - rozzłościłem się. - Jak śmiesz podejrzewać wujka!

- Wszystko wskazuje na to, że twój wujek jest wampirem - rzekł spokojnie Tubka.

- Nie unoś się... Zrozum, zdarzają się takie wypadki, że człowiek wiedzie podwójne

życie... zwłaszcza, gdy jest stuknięty.

- Mój wujek nie jest stuknięty. Jest rewizorem.

- Pamiętaj, że Szyperska nie żyje... Ktoś ją zabił. Jeśli nie on, no to kto? No to kto w

takim razie? Stara Michałowa czy ktoś z nas?

Powiało grozą.

background image

-  Najbardziej  podejrzana  jest  Giga  -  powiedział  Dodo.  -  Wiemy,  że  była  w  pokoju

Szyperskiej, tam zastał ją Tubka...

- Zajrzała zobaczyć, co się dzieje. Szyperską krzyczała.

-  Tak  twierdzi  Giga,  ale  oprócz  niej  nikt  nie  słyszał  krzyku  Szyperskiej...  Poza  tym

Giga nie znosi Szyperskiej i trudno uwierzyć, że chciała jej śpieszyć na pomoc...

- Może tobie trudno - zapiał Tubka. - Ja ją znam i mnie bardzo łatwo w to uwierzyć.

Giga  mogła  nie  lubić  Szyperskiej,  ale  nie  odmówiłaby  jej  pomocy  w  potrzebie.  Taka  jest

właśnie Giga!

- W takim razie sam się wkopujesz, Tubka... Bo ty jesteś kolejny na liście...

- Ja?

-  Już  powiedziałem  ci,  że  miałeś  motyw,  a  oprócz  tego  nie  masz  alibi.  Przeciwnie,

widziałem cię, jak schodziłeś w nocy na dół.

- Szedłem po płaszcz, mówiłem ci, że zmarzłem...

- Czy uwierzą? Uznają to za wykręty...

-  Idź  do  diabła  i  zabierz  lepiej  te  noże...  -  krzyknął  Tubka.  -  Słyszałeś,  co  mówię?

Zjeżdżaj!

Przerażony Dodo porwał noże i zbiegł na dół. Wrócił po chwili podniecony.

- Co, znowu tutaj? Spływaj! - Tubka chciał go przegonić.

- Ma... mam nie... niesamowitą wiadomość - wykrztusił Dodo.

- Co się znowu stało? - zapytałem. - Mam nadzieję, że nie nowy trup.

- Prze... przeciwnie... Szyperska poruszyła nogą - oznajmił Dodo.

- Co ty, wygłupiasz się?!

- Widziałem na własne oczy. Ona spała w szafie.

- Spała w szafie? Dlaczego?

- Nie wiem... możemy ją spytać... na razie jest zajęta. Wyciera syrop wiśniowy... W tej

szafie  stały  jakieś  butelki  z  sokami  i  jedna  się  potłukła...  Wszystko  zapaprane...  A  myśmy

myśleli, że to krew... Teraz sprząta, Giga i Marcela jej pomagają, bo ona jest bardzo słaba,

czymś  się  struła...  Ale  wszystkie  są  w  dobrym  humorze,  bo  już  im  powiedziałem,  że

wampirem jest wujek.

W pokoju znów rozległy się kroki. Przyłożyłem ucho do drzwi.

-  Niesamowita  historia  -  rozległ  się  drżący  głos  wujka.  -  Tam  naprawdę  śpi  jakiś

chłopiec...

- Śpi? - zdziwiłem się.

background image

-  Śpi  spokojnie,  wydając  lekki  pomruk  jak  kot  -  powiedział  wujek.  Nader  spokojny

sen jak na opryszka...

Pomyślałem,  że  Kobylak  ma  nerwy.  A  jednak  nie  zazdrościłem  mu.  Przespał

najciekawsze wydarzenia tej nocy.

Przez drzwi słychać było głośne sapanie wujka. Był czymś wyraźnie wzburzony.

- To skandal! - wybuchnął wreszcie. - To już zupełny upadek obyczajów, nie mówiąc

o naruszeniu podstawowych zasad higieny, przyprowadzać z sobą na nocną robotę nieletnich

jak  ten  chłopiec.  Widać  po  jego  śnie,  że  to  niewinne  dziecko  jeszcze,  a  panowie  brutalnie

pchają go na drogę przestępstwa... Nawet jeśli dopuścimy, że zachodzi konieczność praktyki i

wdrożenia do zawodu od najmłodszych lat... to przecież, na miłość boską, nie w godzinach

nocnych. Widzę po tym chłopcu, że jego organizm potrzebuje o tej porze snu...

- Chwileczkę, proszę pana - Tubka usiłował przerwać ten potok wymowy, nadaremnie

jednak, ponieważ w wujka Błażeja wstąpił duch apostolski. Uzdrawianie obyczajów, naprawa

stosunków społecznych i dbałość o poziom moralny młodzieży to były życiowe pasje wujka.

-  Muszę  nadto  zwrócić  panom  uwagę,  skoro  mam  rzadką  okazję  rozmawiać  z

przedstawicielami  tak  oryginalnego,  acz  starego  zawodu,  że  zdumiewa  mnie  upadek  etyki

profesjonalnej  w  waszych  szeregach,  panowie.  To  ładnie,  że  wznieśliście  się  na  wyższy

poziom  kultury  osobistej  i  wyjeżdżacie  na  delegacje  z  mydłem,  szczoteczką  do  zębów  itp.

przyborami  toaletowymi,  tudzież  bielizną  nocną  w  neseserach,  ale  zakładać  kwatery  i

nocować w domu, który się właśnie plądruje, to już bezczelność. Tego nie robili szanujący się

włamywacze.  Stąd  mój  apel!  Zabierajcie,  co  macie  zabrać,  i  cześć!  Zniosę  brak  tego  czy

owego przedmiotu, ale nie zniosę waszego towarzystwa! To już za wiele mieć was koło siebie

w  kuchni,  w  wannie  i  w  łóżku!  To  jakieś  nowe,  niesłychane  metody  rabunku!  Wypraszam

sobie w imieniu zainteresowanych obywateli!

- Doskonale, wujku, podpisuję się pod tym apelem, ale tu zaszła jakaś pomyłka... Do

kogo właściwie wujek wygłasza ten apel?

-  Wujek?  Co  takiego?  Wiem,  że  mam  wielu  krewnych  w  różnych  zawodach,  ale  w

takim?... Kto mnie nazywa wujkiem? - denerwował się Błażej.

- Powtarzam, do kogo wujek wygłasza ten apel?

- Do włamywaczy całego świata.

-  Pomyłka  w  adresie.  My  gościmy  tu  na  zaproszenie  ciotki  Matyldy.  Czyżby  nie

uprzedziła wujka?

-  Biedna  Matylda...  Wiem,  że  jest  bardzo  gościnna,  ale  żeby  aż  tak...  To  już  jakieś

background image

zaburzenia umysłowe! Zapraszać na weekend przestępców!

- Dopiero, jak zrobię nudny film, pozwolę wujkowi nazwać się przestępcą.

-  Film...  zaraz...  coś  mi  świta...  i  głos  jakby  znajomy.  Czy  ty,  przyjacielu,  nie  jesteś

czasem tym najbardziej postrzelonym maniakiem ze wszystkich nienormalnych siostrzeńców

mojej biednej Matyldy?

Chrząknąłem urażony.

- Nie wiem naprawdę, kogo wuj ma na myśli.

- Mam na myśli oczywiście Cymeona Maksymalnego, czyli Cymka Ogromskiego. On

właśnie ma bzika na punkcie filmu.

-  Ja  protestuję  przeciwko  tym  sformułowaniom  -  oświadczyłem  -  i  przypominam

wujkowi, że wujek wciąż jeszcze jest zamknięty w tym pokoju...

- Sam się zamknąłem i wyjdę, gdy będę chciał - oświadczył z godnością wuj Błażej.

- Wyjście jest tylko jedno i prowadzi do naszej ekipy - powiedziałem surowo.

- Nie rozumiem.

- Wuj został skierowany do pracy w naszej ekipie przez ciotkę Matyldę.

- Nic o tym nie wiem.

-  Pewnie  nie  otworzył  wuj  listu  zawierającego  dwanaście  zleceń  cioci  dla  wuja  do

wykonania  podczas  jej  nieobecności.  Zlecenie  ostatnie,  zlecenie  numer  dwanaście,

przewiduje udział wujka w realizacji obecnego filmu w charakterze aktora, z uwagi na walory

wewnętrzne i zewnętrzne wujka. List znajduje się na biurku pod przyciskiem.

Przez chwilę trwała po drugiej stronie cisza.

Wreszcie  rozległ  się  zgrzyt  klucza  w  zamku.  Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich

zrezygnowany wujek Błażej. W ręce trzymał wałek kuchenny do ciasta.

- Strasznie mi przykro. Zdaje się, że kogoś rąbnąłem tym wałkiem.

-  Mnie  -  powiedział  Tubka.  -  Ale  to  my  przepraszamy...  Zaszło  żałosne

nieporozumienie...

-  Nie...  nie...  to  ja  jestem  gapa...  Nie  zauważyłem  tego  listu...  w  dodatku  przed

wyjazdem  ciotka  wspominała  o  waszym  przyjeździe,  ale  wypadło  mi  z  głowy...  Jestem

przepracowany... ostatnio zastępuję chorego kolegę... gonię resztkami nerwów...

-  Zatem  dobranoc,  wujku.  Jutro  przy  śniadaniu  spróbujemy  odtworzyć  historię  tej

niesamowitej nocy - ziewnąłem.

-  Wyjaśnić  niektóre  ciemne  punkty  -  powiedział  Tubka.  -  Postanowiłem  analizować

skrupulatnie  wszystkie  moje  niepowodzenia,  rozczarowania  i  wpadki.  Może  wreszcie

background image

zrozumiem, skąd się bierze mój systematyczny pech - westchnął ciężko.

background image

25. SCENARIUSZE PRAWDZIWE I ZMYŚLONE

Nazajutrz  po  śniadaniu  poprosiłem  najbardziej  „tragicznych”  bohaterów  tej

niezapomnianej nocy, to znaczy wuja Błażeja i Nelkę Szyperską, aby opowiedzieli nam swoje

przygody. Postanowiłem zanotować je skrupulatnie jako dokumentację do przyszłego filmu.

Gdy ktoś będzie mi zarzucał, że jestem niepoważny i że moje scenariusze nie mają związku z

rzeczywistością, pokażę te zeznania wujka i Nelli, dołączę moje zmyślone nowele filmowe i

każę  zgadywać,  które  z  tych  utworów  zawierają  opisy  prawdziwych  zdarzeń,  a  które  są

płodem  mojej  wyobraźni...  I  mogę  się  założyć,  okaże  się  wtedy,  że  jestem  jednak

„poważniejszy” niż życie. Bo życie lubi drwić sobie z nas na każdym kroku. A oto teksty obu

zeznań.

Zeznanie wuja Błażeja

Jak wam już wspomniałem, tego dnia byłem wyjątkowo zmęczony i senny. Jesienny

szczyt przeładunków na kolei. Od dwu dni i dwu nocy nie zmrużyłem oka. Do tego kolega

zachorował i musiałem zastępować go w pracy. Chodziłem jak zamroczony i czułem, że łapie

mnie grypa. Z pewnością miałem gorączkę, dręczyło mnie pragnienie. Wróciłem o jedenastej

wieczorem.  W  domu  panowała  idealna  cisza  i  nie  zauważyłem  nic  podejrzanego.  Tylko

światło  wysiadło.  Ale  nie  chciało  mi  się  zmieniać  korków.  Moim  marzeniem  było  jak

najszybciej zażyć polopirynę, ugasić byle czym pragnienie i położyć się spać. Nie zdejmując

płaszcza poczłapałem do mojego pokoju na piętrze. Wiedziałem, że w którejś szufladzie mam

parę tabletek leku... Dlaczego nie zdjąłem płaszcza? Ponieważ przechodząc przez podwórze

zauważyłem,  że  Michałowa  zostawiła  na  noc  bieliznę  na  sznurze  i  zapomniała  sprzątnąć.

Michałowa stała się ostatnio roztargniona. Starość czy też skutki myślenia o wampirze?... Z

początku  miałem  zamiar  nie  mieszać  się  do  takiej  babskiej  rzeczy  jak  pranie  i  suszenie

bielizny,  ale  gdy  chciałem  w  przedpokoju  ściągnąć  płaszcz,  zauważyłem,  że  jest  wilgotny.

Zaczynała  się  mżawka.  Pomyślałem  wtedy,  że  jednak  należałoby  sprzątnąć  tę  bieliznę,  bo

inaczej rano trzeba ją będzie znowu wyżymać. Postanowiłem przeto, że skoczę tylko na górę,

zażyję polopirynę i napiję się czegoś, no i zaraz wezmę się za tę bieliznę... Uznałem, że nie

warto  w  tej  sytuacji  zdejmować  płaszcza...  Skąd  mogłem  przypuszczać,  że  to  będzie  miało

takie ogromne znaczenie? Czy zgadzam się, że mógł w waszych oczach wyglądać podejrzanie

osobnik w płaszczu, przeszukujący gorączkowo wszystkie szuflady w pokoju? Tak. Zgadzam

background image

się. Na pewno mógł kojarzyć się ze złodziejem, a nawet włamywaczem...

Co było dalej? Znalazłem w końcu tę polopirynę i zszedłem na dół napić się czegoś w

kuchni. Tam właśnie zaskoczył mnie Jurek. Krzyknął do mnie: „Ręce do góry!” Oczywiście

wziąłem  go  za  bandytę...  Pomyślałem  nawet,  że  to  może  być  ten  opryszek  grasujący  w

okolicy,  którego  nazywają  wampirem  czy  też  Kubusiem.  Nie  miałem  jednak  zamiaru

kapitulować... Zrobiłem nagły unik na wypadek, gdyby miał prawdziwą broń przy sobie. Sam

byłem wprawdzie bez oręża, ale nawinął mi się pod rękę garnek z budyniem czy kremem. Nie

namyślając się wiele, nabrałem garść tej masy i cisnąłem nią w napastnika. Korzystając z jego

zaskoczenia  porwałem  wałek  do  ciasta  i  z  pomocą  tego  wałka  utorowałem  sobie  drogę  do

pokoju.  Tam  zamknąłem  się  na  klucz  i  zacząłem  medytować  nad  sytuacją...  To  wszystko.

Dalszy  ciąg  już  znacie.  Dlaczego  nie  wydostałem  się  od  razu  z  domu?  Mógłbym  wtedy

zaalarmować  sąsiadów  albo  wezwać  milicję.  Owszem,  w  pierwszej  chwili  miałem  nawet

zamiar  wybiec  z  domu,  ale  potem,  gdy  Jurek  zaczął  wzywać  kolegów  na  pomoc,

zrozumiałem,  że  jest  tutaj  cała  banda  i  że  drzwi  na  pewno  są  pilnowane.  Kiedy  w  dodatku

usłyszałem  czyjeś  kroki  w  korytarzu  i  zamajaczyła  mi  jakaś  sylwetka  w  ciemności,

pomyślałem, że droga na dwór jest odcięta. Bałem się ryzykować przedarcia się przebojem i

poszukałem schronienia na górze. Oczywiście teraz już wiem, że ta postać w korytarzu, której

się przestraszyłem, to była Nella Szyperska.

Zeznanie Nelli Szyperskiej

Miałam okropny sen, ledwie zasnęłam tej nocy. Czy o wampirze? Nie, to nie był sen o

wampirze.  Wolałabym  nie  mówić,  co  mi  się  śniło...  To  było  zbyt  straszne  i  przykre...  Tak.

Krzyczałam  przez  sen.  Pamiętam...  Nalegacie,  żeby  powiedzieć  jednak  coś  o  tym  śnie,

przynajmniej ogólnie. No więc ogólnie to śniło mi się kręcenie filmu... Nie mogę powiedzieć,

kto mi się śnił i co się ze mną stało... Ten sen był tak okropny, że obudziłam się. Potem nie

mogłam  zasnąć.  Bałam  się.  Naprawdę  się  bałam.  Na  stoliku  nocnym  zauważyłam  parę

flakoników z bardzo wyraźnymi wielkimi napisami, naklejonymi zapewne przez ciotkę, żeby

mogła je przeczytać bez okularów. Te napisy brzmiały: na serce, na wątrobę, na żołądek, na

uspokojenie.  Zażyłam  więc  tabletkę  na  uspokojenie.  Kiedy  po  pięciu  minutach  nie

uspokoiłam się, wzięłam jeszcze jedną... Tak, teraz wiem, że wzięłam za dużą dawkę i że taka

dawka  działa  nasennie.  Potem  poszłam  do  łazienki  i  żeby  rozluźnić  nerwy,  wzięłam  zimny

prysznic. Zimny prysznic zawsze dobrze mi robi.

background image

Kiedy byłam w łazience, usłyszałam jakiś dziwny hałas. Zarzuciłam szybko szlafrok

na siebie i zaniepokojona wyszłam na korytarz. Wtedy usłyszałam jakby odgłosy szorowania

czy  też  szamotania  oraz  ciężki  łomot  w  kuchni.  Od  razu  pomyślałam  o  włamywaczu.

Wiedziałam,  że  o  tej  porze  Michałowa  śpi  kamiennym  snem.  Chwaliła  się  bowiem  przede

mną,  że  ma  taki  cudowny  środek,  po  którym  śpi  jak  zabita,  a  ponadto  używa  specjalnych

koreczków do zatykania uszu. Więc od razu pomyślałam, że to nie może być Michałowa... A

kiedy  potem  usłyszałam  krzyk  i  głuche  uderzenie,  nie  miałam  już  wątpliwości.  Chciałam

pobiec  na  górę  i  obudzić  chłopców,  ale  w  tym  momencie  z  kuchni  wypadł  zadyszany

człowiek w czarnym płaszczu. Drogę miałam odciętą. Zatrzymałam się przerażona. On też się

zatrzymał... Musiał mnie zauważyć... Nasłuchiwał... Chciałam krzyczeć, wzywać pomocy, ale

głos uwiązł mi w gardle. Zauważyłam obok mnie szafę... jej drzwi były uchylone. Wsunęłam

się pośpiesznie do niej... Niestety była pełna starej odzieży i w dodatku jakieś butelki stały na

dole.  Chyba  nawet  parę  się  przewróciło.  Ale  byłam  tak  przerażona,  że  nie  zwróciłam  na  to

specjalnej  uwagi.  Starałam  się  siedzieć  jak  najciszej...  Przywarłam  do  jakiegoś  futra...

Czułam, jak ogarnia mnie spokój i głęboka senność... Nie wiem, jak długo spałam, strasznie

ścierpła mi noga z powodu niewygodnej pozycji. Dlatego ocknęłam się w końcu i zobaczyłam

ze zdumieniem, że wciąż siedzę w szafie. A potem zobaczyłam Gigę i Marcelę, jak pochylały

się  nade  mną  ciekawie.  Wstałam,  ale  strasznie  kręciło  mi  się  w  głowie...  To  wszystko,  co

zapamiętałam z tej nocy.

Bardzo  mi  przykro,  że  wzięliście  mnie  za  trupa  i  tyle  najedliście  się  strachu  przeze

mnie.  Ale  czy  to  tylko  moja  wina?  Tak,  teraz  już  wiem,  że  ten  człowiek,  którego  się

przestraszyłam, to był pan Błażej, wujek Cymka. Ale wtedy skąd mogłam wiedzieć?

* * *

W ten sposób wszystkie zagadki tej piekielnej nocy zostały wyjaśnione.

Zaraz po śniadaniu poprosiłem całą ekipę, aby zebrała się pod domem, gdyż musimy

omówić plan pracy i zapoznać się ze scenariuszem filmu. Okazało się jednak, że z dziewcząt

tylko jedna Giga była gotowa. Szyperska wciąż nie mogła jeszcze przyjść do siebie po tych

pastylkach.  Znów  ogarnęła  ją  senność  i  poszła  wziąć  trzeźwiący  natrysk.  A  moja  siostra

Marcela zamknęła się w pokoju i przymierzała kostiumy przed lustrem.

Nie narzekałem specjalnie z tego powodu. Nareszcie będę miał sposobność pomówić

w cztery oczy z Gigą. Może wyrazi zgodę na kompromisowy podział ról w filmie?

- Chodź, Giga, zapoznam cię ze scenariuszami - powiedziałem. - Przejdźmy do altany.

background image

- To ile w końcu masz tych scenariuszy?

- Dwa.

- Jak się nazywają?

- Jeden: „Ostatni dzień wakacji”, a drugi: „Rapsodia jesienna na puzon i perkusję”.

Usiedliśmy w altanie.

- Który z nich jest ciekawszy? - zapytała Giga.

- Oba są ciekawe... Ale ja wolę „Rapsodię”.

- Dlaczego?

- Bo ty będziesz tam grała główną rolę.

Niestety,  okazało  się,  że  nie  znam  Gigi  i  popełniłem  błąd.  Właśnie  dlatego,  że

zaproponowałem  jej  „Rapsodię”,  zaczęła  zdradzać  olbrzymie  zainteresowanie  „Ostatnim

dniem wakacji”! Gdybym to przewidział... Niestety.

- Opowiedz mi najpierw o tym „Ostatnim dniu wakacji” - zaproponowała niewinnie.

- Wolałbym najpierw o „Rapsodii”.

I znów popełniłem błąd. Giga spojrzała na mnie teraz już całkiem podejrzliwie.

- Dlaczego nie chcesz, żebym poznała „Ostatni dzień”?

- Ależ chcę - zaśmiałem się sztucznie - po prostu wydawało mi się, że lepiej będzie,

jak poznasz „Rapsodię”, ale to dla mnie wszystko jedno.

- Jeśli wszystko jedno, to zacznijmy o „Ostatnim dniu”. O czym to jest właściwie? O

czym i o kim?...

-  No,  o  nas...  o  naszych  sprawach...  Wiesz,  jak  się  spędza  wakacje...  przeważnie

głupio... dni przeciekają przez palce, ani się spostrzeżemy - już koniec. I wtedy żal. Uczucie

niedosytu  i  niezadowolenia,  że  nie  wykorzystaliśmy  ich  jak  należy...  Ale  przecież  czasami

zostaje  nam  jedna  pociecha.  Poznaliśmy  kogoś,  zawarliśmy  znajomość  wakacyjną.  Czy

skończy się razem z wakacjami, czy przetrwa?

- Pasjonujący temat!

- Takie właśnie pytanie zadaje sobie bohaterka mojego filmu, Kornelia.

- Kornelia? - skrzywiła się Giga. - Dlaczego Kornelia?

- Nie wiem... tak mi się napisało...

- Po prostu myślałeś o Szyperskiej, przyznaj się - naciskała Giga. - Szyperska ma na

imię Kornelia.

- Naprawdę nie wiem... może podświadomie... możliwe, że widziałem ją w tej roli...

- Ach tak... rozumiem wszystko. - Giga ściągnęła gniewnie brwi.

background image

-  Nic  nie  rozumiesz.  To  było  jeszcze  wtedy,  kiedy  nie  znałem  ciebie...  w  ogóle  nie

myślałem, że może cię zainteresować ten pomysł.

- Przecież mówiłeś, że zabrałeś się do filmu z myślą o mnie.

Zaczerwieniłem się.

- Nie do tego... Z myślą o tobie zabrałem się do „Rapsodii jesiennej”. Naprawdę mi

przykro, że nie doceniasz tego filmu. „Rapsodia” to wielki film, z rozmachem... Zdobędzie

szeroką  publiczność,  to  będzie  przebój.  „Ostatni  dzień  wakacji”  to  film  skromny,  raczej

kameralny... studyjny.

- Wcale mi nie zależy na szerokiej publiczności - oświadczyła Giga. - Ja wolę filmy

studyjne.

Zaniemówiłem na chwilę.

- Żartujesz chyba...

- Jak ty mnie zupełnie nie znasz - westchnęła ciężko Giga. - Mnie się podoba „Ostatni

dzień wakacji”... ja go czuję...

- Przecież jeszcze nie wiesz dokładnie, o co chodzi.

- No to opowiadaj szybko.

- Treść w skrócie jest taka - zacząłem zrezygnowany. - Kornelia i Paweł poznali się na

wakacjach,  ale  z  początku  mało  sobie  obiecywali  po  tej  znajomości...  Udawali  oboje

twardych,  nieprzemakalnych  i  bali  się  zdradzać  swoje  prawdziwe  uczucia,  żeby  nie  narazić

się  na  śmieszność  i  nie  paść  ofiarą  drwin.  Sami  zresztą  nabijali  się  z  tych  rzeczy,  bo  tego

wymagał  ich  styl...  Zresztą  nie  wierzyli  w  bezinteresowne  uczucia.  Nie  pochodzili  ze

szczęśliwych rodzin. Obydwoje doznali już upokorzeń i rozczarowań. Dlatego wydawało im

się niepojęte, że można żyć dla kogoś i kochać kogoś więcej niż siebie, że istnieje prawdziwa

przyjaźń i miłość, że jeden człowiek może naprawdę interesować drugiego człowieka dłużej

niż pół godziny. I nawet, gdy zaczęli podejrzewać, że nie są sobie nawzajem obojętni, dalej

kryli  swoje  prawdziwe  myśli  za  parawanem  słów,  bali  się,  że  okazując  prawdziwe  uczucia

zostaną  wykorzystani  -  padną  ofiarą  cudzych  wyrachowanych  egoizmów.  Bo  przecież  taka

dotąd była ich dewiza: „Biada temu, kto kocha. Jest bezbronny jak żółw bez skorupy. Należy

zawsze nosić twardą skorupę...”

- Och, wspaniale mówisz o tym wszystkim, Cymek - rzekła poruszona Giga. - Jak ty

umiesz  to  świetnie  wyrazić.  To  samo  kiedyś  czułam...  A  ty?  Czy  przeżywałeś  to  kiedyś?  -

zapytała.

Zmieszałem się.

background image

- Potem ci powiem, a teraz nie zjeżdżajmy z tematu. Dokończmy o filmie.

-  Już  wiem,  co  będzie  dalej  -  powiedziała  Giga.  -  Przyszedł  ostatni  dzień  wakacji  i

wtedy nagle Kornelia i Paweł zlękli się, że już nigdy się więcej nie zobaczą. Zrozumieli, że

cały czas zgrywali się, że nie byli sobą... Po prostu byli nieprawdziwi i teraz chcą to naprawić.

Ale czy zdążą powiedzieć sobie wszystko? W ostatni dzień wakacji jest tyle innych spraw do

załatwienia. Ciągle ktoś im przeszkadza. I rodzice każą się już pakować, i trzeba wskoczyć

jeszcze na pocztę i do urzędu, i trzeba zrobić zakupy, i przygotować się do podróży, a jeszcze

nachodzą ich natrętni koledzy i koleżanki, i całe korowody znajomych.

- Doskonale, Giga - pochwaliłem - zdaje się, czujesz te rzeczy.

Giga rozpromieniła się.

-  To  fantastyczny  pomysł.  Bardzo  życiowy.  Można  popłakać  się  i  pośmiać  zarazem.

Muszę to zagrać - oświadczyła z zapałem. - Chcę mieć rolę Kornelii...

-  Cymek  już  ustalił,  kto  będzie  grał  Kornelię  -  powiedziała  głośno  Szyperska

wchodząc do altany. - To jest scenariusz specjalnie napisany dla mnie. Dlaczego, Cymeonie,

nie powiedziałeś tego wyraźnie Gidze?

-  Spokojnie,  dziewczyny  -  próbowałem  zdławić  konflikt  w  zarodku  -  wszystko

ustalimy sobie spokojnie i bez nerwów... Ale pozwólcie, że najpierw przedstawię wam drugi

scenariusz pod tytułem „Rapsodia jesienna na puzon i perkusję”. Omówimy go z grubsza!

Ledwie  jednak  zacząłem  opowiadać,  do  altany  weszła  moja  znakomita  siostra

Marcela, chrupiąc z apetytem jabłko.

-  Będziemy  musieli  zrobić  sztuczne  liście  -  powiedziała  -  po  tej  okropnej  nocy  już

prawie nic nie zostało na drzewach. Trzymają się jeszcze na dębach, ale nie takie czerwone

jak  trzeba.  W  sadzie  widziałam  wprawdzie  fantastyczne  kolorowe  jabłka,  musimy  jednak

dorobić trochę liści. Na szczęście przywiozłam żółty i czerwony papier... Ale przydałoby się

także  babie  lato.  Wiedziałam,  że  nie  będzie  już  prawdziwego,  i  zabrałam  także  dużo  białej

przędzy... Musisz tylko kazać Dodowi, Cymku, żeby ją zaczął puszczać, jak będę na planie.

Koniecznie chcę mieć dużo babiego lata. No to chyba możemy już zaczynać - rozejrzała się -

jesteśmy w komplecie. Ale dlaczego nie kazałeś się jeszcze przebrać Gidze? Jak ona wygląda

w tych szortach? Mam dla niej znakomite maxi...

-  Zaraz...  zaraz,  droga  Marcelo,  o  kostiumach  potem,  jak  już  ustalimy  ogólną

koncepcję...

- Właśnie! Jaka będzie ogólna koncepcja?

-  Kręcimy  jednocześnie  dwa  filmy  -  powiedziałem.  -  Póki  jesteśmy  tutaj,  chcę

background image

zrealizować możliwie wszystkie plenery.

- Ale najpierw „Ostatni dzień wakacji” - nalegała Giga.

- Może być - zgodziła się łaskawie Marcela. - Ale o co właściwie tam chodzi?

- To jest problem marnowania wakacji...

-  Marnowania  wakacji?  Ja  nigdy  nie  marnuję  wakacji  -  oświadczyła  Marcela.  -

Wydaje mi się, że to jest problem dęty i wydumany.

- Zależy, co kto uważa za marnowanie - powiedziała Nelka.

- Wakacje powinny być czynne - rzekła Marcela.

- Trzeba wiedzieć, co się chce od wakacji - powiedziałem - co zobaczyć, co poznać,

co zdobyć...

- Co czy kogo? - zażartowała Giga.

- Zależy od możliwości - wycedziła Marcela, ziewając.

- Moja bohaterka postanowiła przede wszystkim...

- Zrzucić parę kilo wagi - dokończyła Giga patrząc wymownie na Marcelę.

Marcela  poczerwieniała.  Giga  trafiła  celnie  w  jej  najczulszy  punkt.  Pomyślałem,  że

mogłaby darować sobie tę uwagę.

-  Słuchajcie,  dziewczyny,  bez  komentarzy,  dobrze?  Pozwólcie  mi  referować...  -

zasapałem. - A więc bohaterka mojego filmu postanowiła nauczyć się...

-  Podrywać  na  wakacjach  -  wycedziła  Nelka  patrząc  jak  bazyliszek  na  rozbawioną

Gigę.  -  Zwłaszcza  podczas  kręcenia  filmu  jest  to  umiejętność  cenna,  bo  można  za  jednym

zamachem poderwać reżysera i rolę.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zmarszczyła brwi Giga.

- Mogę ci wyjaśnić w cztery oczy.

- Nelka, prosiłem, żeby nie przerywać. Mamy mało czasu, a mnóstwo roboty, proszę

państwa... Moja bohaterka...

- Skończ już z tą nudną bohaterką - skrzywiła się Marcela.

- Już kończę. Moja bohaterka...

- Postanowiła przede wszystkim uchronić brata przed klapą i kompromitacją - wtrąciła

zdenerwowana Marcela.

- Co takiego?!

-  Widzę  przecież,  że  koniecznie  chcesz  się  wplątać  w  beznadziejną  aferę.  W  twojej

sytuacji nie nakręcisz żadnego filmu.

- Dlaczego?

background image

-  Za  dużo  tutaj  widzę  gwiazd.  Będzie  zbyt  gorąco.  Gwiazdy  powinny  być  z  daleka

jedna od drugiej...

- Ależ...

- Powtarzam, za dużo gwiazd! - skrzywiła się Marcela.

-  Rzeczywiście  za  dużo  -  rzekła  z  dziwnym  uśmiechem  Giga.  -  Uważaj,  Marcelo,

gwiazdy czasem spadają, i to szybko!

- Myślisz o sobie czy o Nelce? Bo jeśli chodzi o mnie, możesz być spokojna. To ja

realizuję ten film.

- Ty? Co to znaczy?

- Po prostu jestem producentem. Wiesz, co to znaczy pro - du - cent?

- To taki, co daje forsę i angażuje.

- Więc już wiesz.

- Chcesz powiedzieć, że to ty mnie zaangażowałaś? - oburzyła się Giga. - Cymek, co

ona wygaduje?

Chrząknąłem zakłopotany. Po co Marcela wdaje się w takie dyskusje?

- Przepraszam, ale muszę pomówić z siostrą - rzekłem ostro. - Przerywamy dyskusję.

Chodź, Marcelo - wyciągnąłem mojego „producenta” z altany.

-  Zdaje  się,  że  za  dużo  powiedziałam  -  stropiła  się  Marcela.  Spodziewała  się  ostrej

nagany z mojej strony, ale ja powiedziałem tylko:

- Widzę, że chcesz być reżyserem.

- Mam takie prawo jak ty.

- Niezupełnie. Nawet producent nie może zastępować reżysera na planie. Funkcje są

podzielone.

- W każdym razie mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie, co myślę o scenariuszach i

obsadzie.

-  Oczywiście,  ale  najlepiej  mnie  na  ucho  -  powiedziałem.  -  Twoje  krytyki  źle

wpływają na zespół.

- No więc mówię ci na ucho: one są okropne, a scenariusz do kitu.

Zniosłem z kamiennym spokojem tę ocenę. A potem pomyślałem, że trzeba coś zrobić

z Marcelą.

- Masz rację - rzekłem patrząc w ziemię - mnie też się one nie podobają.

- Dziewczyny czy scenariusze?

Chrząknąłem.

background image

- Na razie mówmy o scenariuszach.

- Tylko szybko, zimno mi i spać mi się chce. Od razu wiedziałam, że nic z tego nie

wyjdzie. Wycofaj się z tego.

Zastanawiałem się przez chwilę, a potem powiedziałem:

- Masz rację, przekonałaś mnie. Nie będę kręcił.

Marcela przestała ziewać i spojrzała na mnie zaskoczona.

background image

26. EPILOG NA DESZCZU

- A więc zwijamy manatki - powiedziała Marcela.

- Jak najszybciej - dodałem spokojnie.

- Wyleczyłeś się z filmowej manii?

- O nie, to tylko posunięcie taktyczne - odparłem z przekonaniem.

- Taktyczne? Jak mam to rozumieć?

-  Nakręcę  film,  jak  będę  miał  scenariusz  z  prawdziwego  zdarzenia  -  uśmiechnąłem

się. - Liczę na ciebie w tym względzie.

- Na mnie? - zdziwiła się Marcela.

- Że napiszesz.

- Scenariusz?

- Właśnie.

- Naprawdę chciałbyś mieć mój scenariusz? - ożywiła się.

Chrząknąłem z pewnym zakłopotaniem.

- No, cóż... jesteś okropna, to fakt, ale jesteś piekielnie zdolna, wierzę, że napiszesz

coś z sensem.

Uśmiechnęła się pod nosem.

- Dobrze, że przynajmniej widzisz u mnie jedną dobrą stronę.

-  Staram  się  być  obiektywny  -  rzekłem  skromnie.  -  A  więc?  Myślę,  że  przyjmujesz

moją propozycję. Na kiedy mogłabyś napisać?

- No... na koniec listopada na pewno.

- Zgoda - rzekłem szybko - oczywiście tym razem będziesz mogła sama zaproponować

obsadę.

- Sama? - Jej zainteresowanie wzrastało. Stwierdziłem to z satysfakcją.

- A nawet mogłabyś sama reżyserować - dodałem życzliwie.

- A ty?

- Zadowoliłbym się tylko stanowiskiem operatora.

Marcela zastanawiała się chwilę.

- Wiesz, przekonałeś mnie. Chyba wezmę się także za reżyserię.

- Brawo! W takim razie z tobą wszystko załatwione. Ale z nimi?

- O kim myślisz?

-  No,  o  reszcie  ekipy.  Będą  wściekli,  że  ich  tu  sprowadziłem  na  próżno...  Jak  im  to

background image

powiedzieć?... Jak im to wytłumaczyć?...

- Przejmujesz się? - wzruszyła ramionami.

- Tak, trochę. Ostatecznie nie chcę wyjść na idiotę. No i opinia się liczy... Mogą nam

potem bruździć... A Tubka... Tubka, gdy mu to powiem, może być niebezpieczny...

- No to wykombinuj coś.

- Właśnie kombinuję... - rzekłem marszcząc brwi - i chyba już coś mam - wycedziłem

zamyślony.

- Co?

- Niewinną sztuczkę.

- Jaką?

- Zostanę tu jeszcze z godzinę i udam, że ich filmuję.

- Będziesz ich filmował?

- Oczywiście pustą kamerą, bez taśmy. Ale nikt przecież nie pozna. Tylko, pamiętaj,

ani słowa. Przyrzeknij, że się nie wygadasz! I żadnych porozumiewawczych uśmieszków.

- Jasne - moja dobra siostra zaśmiała się diabelsko. - Ale ja nie muszę się chyba w to

bawić? - spojrzała na zegarek. - Taka jestem po tej nocy rozbita i śpiąca. Dochodzi pierwsza.

Zdążę jeszcze na obiad, powinien być zaraz autobus.

- Na pewno zdążysz.

- No to cześć. Pędzę pakować się.

- Cześć.

Odeszła  pośpiesznie.  Patrzyłem  z  uśmiechem,  jak  znika  w  drzwiach  domu  i  nie

chciałem wierzyć, że kłopot z Marcelą mam z głowy!

Wróciłem zadowolony do altany. „Zdumiewające - myślałem - że dała się tak łatwo

nabrać!”

- Załatwione - powiedziałem do zaskoczonych dziewczyn, zacierając ręce. - Marcela

nie będzie występować w filmie.

- Nie będzie? - wytrzeszczyła oczy Giga.

- Spławiłem ją. Wyjeżdża. Pakuje się właśnie.

- Jak ty to załatwiłeś? - szepnęła z podziwem Nelka.

- Pokłóciliście się? - Giga spojrzała na mnie przymrużonymi oczyma.

-  Ależ  skąd,  wprost  przeciwnie...  -  urwałem,  bo  właśnie  na  progu  pojawiła  się

Marcela, w płaszczu z podniesionym kapturem, z torbą i parasolem w ręce.

- Nie będziecie mieli pogody. Mgła coraz gęstsza... O, już pada! - rozłożyła okropny

background image

parasol taty, wielki i czarny.

- Kamera, Dodo! - zawołałem.

Dodo wręczył mi kamerę. Marcela pomachała nam parasolem i uśmiechnięta ruszyła

do  furtki.  Patrzyłem  z  ulgą  na  parasol  znikający  w  gęstych  szarych  oparach  unoszących  się

nad łąką i nad drogą i z zapartym tchem kręciłem tę piękną scenę rozstania.

- Naprawdę jesteś genialny - roześmiała się Giga. Uśmiechnąłem się skromnie.

-  Wracajmy  do  naszej  roboty  -  powiedziałem  -  deszcz  trochę  siąpi,  ale  to  nic

strasznego, każda pogoda ma swoje uroki. Zwłaszcza w przyjemnym towarzystwie.

- Więc jak teraz wygląda sytuacja? - zapytała Giga.

- Znacznie lepiej. Będziemy kręcić sceny plenerowe jednocześnie do dwu filmów. Raz

z tobą, raz z Nelką...

- Lubisz dublety - rzekła Giga i uśmiech zgasł na jej twarzy. - Dwie sroki w garści... to

ci odpowiada najbardziej.

- Nie stawiaj tego w ten sposób - zniecierpliwiłem się.

- Mam tylko jeszcze jedno pytanie, gdybyśmy mogli nakręcić tylko jeden jedyny film,

kogo byś wybrał do głównej roli?

Spojrzałem na nią ciężko.

- Nie bądź czerstwa - warknąłem. - Nie odpowiem na to pytanie.

- Czemu?

- Jest denne.

-  Wobec  tego  bez  pytań  -  rzekła  na  pozór  swobodnym  głosem,  ale  w  oczach  jej

pojawił  się  dziwny  błysk.  -  Wyjaśnijmy  od  razu  sytuację,  bez  żadnych  niedomówień.  Chcę

grać w „Ostatnim dniu wakacji”.

- Już to mówiłaś.

- Więc zdecyduj się, tylko bez kitowania. Sprawa wygląda tak: albo dostanę tę rolę,

albo wyjeżdżam natychmiast.

Czułem, że krew mi uderza do głowy.

- Przecież wytłumaczyłem ci - zasapałem - to miała grać Nelka.

- Odsuniesz Nelkę - powiedziała zimno Giga.

Wszyscy  patrzyli  na  mnie.  Zapanowała  głęboka  cisza,  słychać  było  tylko  szelest

drobniutkich kropelek deszczu. Rzuciłem okiem na Nelkę. Wstała. Z niepokojem w oczach,

bliska płaczu. I też patrzyła na mnie.

Wziąłem się w garść. Flegmatycznie podniosłem kamerę i zacząłem filmować scenę.

background image

Wydawała mi się dobrze wyreżyserowana. Z nerwem i napięciem.

- Co ty wyrabiasz? - zdenerwowała się Giga.

- Kręcę. Wyglądasz świetnie w tej autentycznej złości.

- Przestań.

Opuściłem kamerę.

- Słyszałeś, co powiedziałam na temat roli? - zasapała Giga.

- Nie dosłyszałem. Powtórz, z łaski swojej.

Giga poczerwieniała ze złości.

- Odsuniesz Nelkę. Nie chcę jej tutaj widzieć.

- Tego nie zrobię - powiedziałem.

W  altanie  zapanowało  poruszenie.  Nella  jakby  nie  zrozumiała  w  pierwszej  chwili,

patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

-  Nikogo  nie  będę  odsuwał  od  gry  -  powiedziałem.  -  Jesteśmy  tu  kolegami,  na

równych prawach... Zresztą ja zaproponowałem tę zabawę i ja decyduję.

- W takim razie cześć, mały oszuście! - Giga wstała z podniesioną głową i patrzyła na

mnie z pogardliwym uśmiechem.

Na moment pociemniało mi w czaszce. Zrozumiałem, że tracę chyba na zawsze Gigę.

Trudno. Tak widać musi być. Ale dlaczego nazwała mnie oszustem?

- Zdaje się, że mamy autobus za pół godziny - usłyszałem, jak mówiła do Tubki. - Ty

oczywiście jedziesz ze mną.

Tubka poruszył się niespokojnie.

- Jedziesz czy nie?! - zasapała.

- Tak, to znaczy chciałbym jeszcze... - wił się Tubka.

- Bez dyskusji.

- Jadę.

Giga ruszyła w stronę domu. W pierwszej chwili chciałem biec za nią i zatrzymać ją,

za wszelką cenę... Ale opanowałem się i nie drgnąłem nawet... „Tak musi być - pomyślałem. -

Tak musi być...”

I tę scenę też nakręciłem w krótkich ujęciach. Obawiam się jednak, że ręka mi drżała i

obraz będzie skakał po ekranie.

Tubka dopadł do mnie wzburzony. Myślałem, że dopuści się zniewagi, i cofnąłem się

na wszelki wypadek, ale on powiedział tylko bulgoczącym głosem:

- Zatrzymaj ją. Zacietrzewiła się niepotrzebnie.

background image

- Ja jej nie wyrzucam... Ale jak stawia denne żądania...

- Zrobiłeś jej kawał - powiedział Tubka. - Była przekonana, że będzie tu tylko jedna.

- Głupia koza, nie zna się na filmie - zasapałem. - Ekipa to jeden zespół. To zawsze

jest parę główek. Mnie potrzebne są aktorki dobre i różne, jak powiedział jeden poeta.

- Ale ta Szyperska...

-  Umyślnie  tak  je  dobrałem,  żeby  mogły  zagrać  prawdziwiej,  na  zasadzie  kontrastu.

Kontrast to jedno z prawideł sztuki, stary, znasz się chyba na tym, sam przecież jesteś artystą.

Tubka chrząknął mile połechtany.

- Ona ze swoją naturą nie ma co robić w filmie - powiedziałem smutno. - W filmie

stale się będzie spotykać z rywalkami.

- Nie tylko w filmie - powiedział Tubka.

Spojrzeliśmy po sobie i uśmiechnęliśmy się.

- Nie tylko w filmie - powtórzyłem.

- Szkoda, że ci nie wyszło, Cymek - mruknął Tubka.

- Smarkate... nie dorosły do filmu - przygryzłem wargi.

-  No  i  znów  nie  mogliśmy  się  pogodzić.  Szkoda.  Myślałem,  że  tym  razem  będzie

dobra okazja, żeby się pogodzić... - powiedział Tubka.

- Ja też tak myślałem.

- To wszystko przez mojego pecha - mówił rozgoryczony Tubka. - Czasem myślę, że

jestem najbardziej pechowym człowiekiem na świecie.

- W takim razie jest dwu najbardziej pechowych, bo ja też to samo myślę o sobie.

- Ty przynajmniej ustanowiłeś rekord w biegu.

- A ty jesteś w dobrych stosunkach z Gigą.

Tubka pokręcił głową.

- Nie. Mnie nikt nie lubi. Rozumiesz? Nikt.

- Przecież Giga... Giga naprawdę cię lubi.

-  Nie  jestem  taki  naiwny,  jak  myślisz.  Ja  wiem...  to  nie  jest  żadne  prawdziwe

uczucie... Giga lubi także Medora, Giga lubi różne rzeczy... Nie, to nie jest to...

- A co?

Nie  odpowiedział.  Machnął  ręką  i  odszedł.  Popatrzyłem  na  jego  ciężką  sylwetkę...

Dziś  wydawał  się  wyjątkowo  ociężały  i  zmęczony.  Czy  polubię  kiedyś  Tubkę?  Czy

zaprzyjaźnię się z nim, czy mógłbym?... Nie znalazłem na te pytania odpowiedzi.

Potem wróciłem do Nelki Szyperskiej.

background image

- Nie przejmujmy się - powiedziałem. - Damy sobie radę bez nich. Przystąpimy teraz

spokojnie do pracy.

Niestety, nie mogliśmy przystąpić spokojnie do pracy. Najpierw czekaliśmy, aż deszcz

przestanie  padać.  Deszcz  nie  chciał  przestać  padać,  zmieniłem  więc  scenariusz  i

powiedziałem:

-  Trudno.  „Ostatni  dzień  wakacji”  będzie  dniem  deszczowym.  Będziemy  kręcić  na

deszczu. To nam daje nawet nowe możliwości. Deszcz i mgła pasują do smutnych rozstań.

Nelka Szyperska uśmiechnęła się do mnie.

Wyciągnąłem do niej rękę i wybiegliśmy w deszcz i mgłę.

Nie przypuszczałem, że już za chwilę czeka nas jeszcze jedno, co gorsza, rzeczywiste,

rozstanie. Ledwie bowiem rozstawiłem na deszczu aktorów, jakaś ciemna postać wynurzyła

się z mgły. Podniosłem kamerę do oczu. Przez moment myślałem, że to Giga wraca. Powrót

Gigi, to byłaby wspaniała scena. Oto jak życie pisze swój scenariusz.

Ale to nie była Giga. To była pani Szyperska, matka Nelli.

Nelka zastygła jak posąg rozpaczy.

- Jak mogłaś! - wybuchnęła mama Szyperska; nie traciła czasu i z miejsca przystąpiła

do ostrego ataku.

- Zostawiłam kartkę... wyjaśniłam.... - wykrztusiła Nelka.

- Noc poza domem! Tego jeszcze nie było! I to w jakimś podejrzanym towarzystwie -

rozejrzała  się  dookoła.  -  O,  nie,  moja  panno!  Nigdy  się  na  to  nie  zgodzę!  Przyjechałabym

jeszcze wczoraj, ale wróciłam z przyjęcia o dwunastej w nocy... Myślałam, że śpisz w swoim

pokoju.  Ani  mi  przez  myśl  nie  przeszło,  że  ciebie  w  ogóle  nie  ma  w  domu...  Ładnie  sobie

zaczynasz w tej nowej szkole. Mówili, ostrzegali, że tam najgorszy element... No i proszę...

już cię zarazili... Zabieraj się natychmiast, gdzie twoje rzeczy? Porozmawiamy w domu!

- Mamo, proszę cię - jęknęła Nelka, bardziej upokorzona niż wystraszona.

- Proszę pani - wtrąciłem głuchym głosem - niech pani pozwoli jej zostać. Nelce tu nie

stanie się nic złego... My tu po prostu kręcimy film...

- Że kręcicie, to fakt, a co kręcicie, nie chcę nawet wiedzieć... Nelka nie będzie się w

to bawić. - Pani Szyperska potrząsnęła różowym parasolem. - Deprawujcie się sami. To nie

jest towarzystwo dla mojej córki. Nie życzę sobie!

- Mamo... posłuchaj...

- Nie... Nie dam cię wciągnąć do jakichś spelunek i melin!

- Dom mojej ciotki to nie jest spelunka! - wykrzyknąłem oburzony, ale pani Szyperska

background image

mnie nie słuchała.

- Zabieraj rzeczy! Gdzie są? - nacierała na Nelkę.

- W pokoju...

- No, to prowadź mnie! Idziemy!

Chciałem jeszcze interweniować, prosić, ale zrozumiałem, że sprawa jest przegrana.

Pani  Szyperska  należy  do  rodzaju  „szlachetnych  i  nieugiętych”.  Czułem,  że  powinienem

sfilmować  tę  całą  scenę  interwencji  opieki  domowej  i  egzekwowania  praw  rodzicielskich;

była wyjątkowo wyrazista i plastyczna, ale byłem zbyt wstrząśnięty osobiście.

- Kręć - powiedziałem do Zezowatego Doda.

Dodo pochwycił kamerę. I sfilmował tę smutną scenę - jeszcze jedną scenę rozstania.

Udała  się  wyjątkowo.  Nelka  wyprowadzona  przez  matkę  i  trzymana  krótko  pod  rękę,  a

jednocześnie osłaniana troskliwie parasolem jak cenny schwytany zbieg, przedefilowała przed

nami  rzucając  nam  pożegnalne  spojrzenia  zapłakanymi  oczami.  Ale  kiedy  znalazła  się

naprzeciwko  mnie,  wyprostowała  głowę  niemal  dumnie.  Zdobyła  się  na  ten  gest  i  na

uśmiech...  Był  to  uśmiech  przeproszenia...  Zrobiło  mi  się  nagle  duszno  i  złociście...  Bo

wszystko  rozgrywało  się  w  złocistej  scenerii.  Słońce  przebijało  się  przez  chmury...  acz  z

trudem,  i  mokre  liście  błyszczały...  Ale  mnie  było  duszno...  jakby  mało  powietrza  było

dookoła i wszystko zamieniało się w smutną, dławiącą mgłę...

Nie zdobyłem się na ani jedno słowo. Pomachałem tylko Nelce ręką. A Dodo wciąż

kręcił zajadle.

-  Polecę  za  nimi  -  powiedział  Kobylak  -  może  wytłumaczę...  Pani  Szyperska  mnie

zna... jak będę przy Nelce... nie będzie tak na nią krzyczeć...

-  Leć  -  powiedziałem.  Wiedziałem,  że  nic  nie  wytłumaczy,  ale  nie  był  mi  już

potrzebny... Wiedziałem już, że nie nakręcę mojego filmu... Nie będzie ani „Ostatniego dnia

wakacji”, ani „Rapsodii jesiennej na puzon i perkusję”. Czy tak być musi, że nigdy nie można

zrealizować swoich najważniejszych marzeń? Nie... nie pogodzę się z tym nigdy...

Dodo  spojrzał  na  mnie  z  niepokojem.  Moja  twarz  musiała  go  przestraszyć,  bo

powiedział:

- Nie przejmuj się, mamy parę doskonałych scen.

- Tak. Mamy - powtórzyłem. I pomyślałem, że jednak nie wszystko poszło na marne i

coś mi się przecież udało... Dodo ma rację... To powinny być bardzo dobre sceny. Mało ich,

nie  mają  nic  wspólnego  ze  scenariuszem,  ale  do  licha,  są  za  to  prawdziwe...  Przez  dwa

miesiące życie nie przeciekło mi jak woda przez palce... Coś mi się udało zatrzymać z niego.

background image

Coś  zostanie,  zapisane  na  zawsze  w  agendzie.  Nie  wszystko  się  będzie  liczyć...  Nie

wykonałem  wszystkich  planów,  a  jednak  coś  mi  się  chyba  udało.  I  coś  przechowam  w

pamięci.  Co?  I  co  będzie  się  liczyć?  Parę  rozmów  z  Nelką?  Koń?  Może  Tubka?  I  parę

uśmiechów Gigi? Czy to dużo, czy mało?

Ściemniało  się  powoli.  Czas  było  wracać.  Dodo  zniknął  już  w  domu.  Chłód  mnie

ogarnął. Od zachodu szły chmury, ciężkie, zimowe... Jesień kończyła się definitywnie. Padał

deszcz ze śniegiem.

- Czy może mi pan powiedzieć, która godzina?

Drgnąłem i podniosłem oczy. Przede mną stał facet o ostrych rysach i przenikliwym

wzroku, z wypchaną czarną teczką. Zrobiło mi się wybitnie nieswojo... przez moment miałem

ochotę dać nogę... ale stłumiłem strach.

- Jest za dwadzieścia piąta - powiedziałem nader swobodnym tonem.

- Dziękuję - mruknął facet - wie pan, jacyś dziwni ludzie w tej okolicy. Kiedy pytam o

czas, wszyscy uciekają. Pan jest pierwszym normalnym człowiekiem, którego tu spotykam.

- Normalnym? - roześmiałem się nerwowo. - Jest pan pewien?

Facet przyjrzał mi się bacznie.

- Nie, nie jestem pewien - powiedział i ruszył dalej.

Szalona myśl strzeliła mi do głowy.

- Proszę pana! - pobiegłem za nim.

Stanął.

- Pan często chodzi tędy?

- Co dzień.

- W nocy też?

- Tak. Czasem wracam zupełnie nad ranem.

- Aha, to pan jest tym... tym - Kubusiem, tym wampirem - powiedziałem z bezpiecznej

odległości.

- Wampirem? - powtórzył młody człowiek raczej zdegustowany.

- Tu był napad. Wieczorem w lesie. I ten opryszek spytał najpierw ofiarę o godzinę.

- To nie ja!

- Być może, ale pan też chodzi wieczorem po lesie...

- Moja praca tego wymaga.

- Poza tym za często pan pyta o godzinę.

- Bo się boję spóźnić do roboty, a potem na pociąg.

background image

- Dlaczego nie nosi pan zegarka?

- Ukradli mi na stacji. Kupię sobie nowy, jak mi zapłacą za tę cholerną robotę.

- Za... za jaką robotę? - wstrzymałem oddech.

-  Prowadzę  tu  studia  ekologiczne.  Ostatnio  badam  życie  ptaków  nocnych.  Dlatego

wracam późno.

- To ciekawe - powiedziałem.

- Widział pan kiedy żywą sowę? - zapytał.

- Nie.

- Pokażę panu! - zaproponował nagle.

Zawahałem się.

- Nie boi się pan chyba?

Ruszyłem z niepewną miną.

Szliśmy  coraz  głębiej  w  las.  Serce  mi  biło  mocno.  Myślałem:  tak  się  boję,  a  idę  za

nim. Co mnie ciągnie w ten las? Tak się boję, a idę...