background image

NORA ROBERTS

KOLEJNA WYGRANA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przyglądał się, jak podjeżdża. Choć ubrana była w kurtkę i dżinsy, a na głowie miała 

maskujący   kask,   Katcha   uderzyła   jej   kobiecość.   Przyjechała   na   małym   motocyklu   marki 

Honda. Zaciągając się cygaretką, podziwiał, z jaką zręcznością zaparkowała.

Powoli zsiadła z motocykla. Była bardzo wysoka i smukła. Katch oparł się o automat z 

napojami i z bezmyślną ciekawością dalej obserwował nieznajomą. Gdy zdjęła kask, jego 

zainteresowanie wzrosło.

Rozpuszczone proste włosy sięgały jej do ramion, a na czoło opadała grzywka. Była 

ciemną brunetką, choć w jej włosach lśniły czerwone i złote refleksy od słońca. Twarz miała 

szczupłą   o   ostrych,   wyrazistych   rysach,   a   jednocześnie   pełnych,   wydatnych   ustach.   Znał 

modelki, które głodziły się, by uzyskać taki wygląd.

Katch,   znając   się   trochę   na   kosmetykach,   wiedział,   że   żadnego   nie   użyła   dla 

podkreślenia swej urody. Nie potrzebowała ich. Miała duże oczy, nawet z daleka zauważył, że 

były  ciemnobrązowe.   Przypominały   oczy  źrebaka  -  były   szeroko  rozstawione,   rozwarte  i 

czujne.   Poruszała   się   z   naturalnym   wdziękiem.   Musiała   być   bardzo   młoda.   Wyglądała 

najwyżej na dwadzieścia lat.

Zaciągnął się znów cygarem. Tak, naprawdę była piękna.

- Cześć, Megan!

Dziewczyna odwróciła się, odgarniając włosy z czoła i uśmiechnęła do sióstr Bailey, 

bliźniaczek, które zatrzymały swojego dżipa przy krawężniku.

- Cześć. - Megan podeszła do samochodu. Bardzo lubiła siostry Bailey.

Tak jak ona miały dwadzieścia trzy lata. Były drobnymi blondynkami o niebieskich 

oczach i długich, delikatnych włosach, potarganych teraz przez wiatr. Obie pary niebieskich 

oczu przesunęły się po Megan i skupiły na mężczyźnie, który stał oparty o automat. Jak na 

komendę dziewczyny wyprostowały się i założyły włosy za uszy, świadome, że ich prawy 

profil jest bardziej atrakcyjny.

- Dawno cię nie widziałam! - Teri Bailey, zwracając się do Megan, zerkała z ukosa na 

Katcha.

- Miałam sporo spraw do załatwienia przed rozpoczęciem nowego sezonu. - Megan 

miała niski głos i mówiła z lekkim południowym akcentem. - Co u was słychać?

- Świetnie! - odpowiedziała Jeri, poruszając się na siedzeniu kierowcy. - Mamy wolne 

popołudnie. Może pojedziesz z nami na zakupy? - Również ona zerkała na Katcha.

- Chciałabym... - Megan pokręciła głową - ale muszę tu coś załatwić.

background image

- Może z tym facetem o wspaniałych, szarych oczach? - wtrąciła Jeri.

Megan wybuchnęła śmiechem.

- I szerokich ramionach - dodała Teri.

- On nie spuszcza z niej wzroku, prawda, Teri? - dodała Jeri.

- O czym wy mówicie? - Megan była całkowicie zdezorientowana.

- Spójrz za siebie. - Teri delikatnie poruszyła głową. - Na tego przystojniaka przy 

automacie. Olśniewający, prawda? - Ale gdy Megan zaczęła odwracać głowę, Teri dodała 

dramatycznym szeptem: - Nie obracaj się tak ostentacyjnie, na litość boską!

- Przecież nic nie zobaczę, jeśli nie spojrzę - zauważyła rozsądnie Megan, odwracając 

jednak głowę.

Mężczyzna miał gęste blond włosy, choć nie tak jasne jak bliźniaczki Teri i Jeri, lekko 

przydymione, z pasemkami rozjaśnionymi przez słońce. Był smukły, wysoki i miał na sobie 

sprane dżinsy. Stał oparty o automat do napojów, w niedbałej pozie, potargany, i pił z puszki. 

Ale wyraz jego twarzy jest skupiony, a nawet czujny, pomyślała Megan, gdy bez mrugnięcia 

okiem wytrzymał jej spojrzenie. Miał regularne rysy twarzy, rzec można - doskonałe, choć 

jego policzki wymagały ogolenia. Mały dołek w podbródku dodawał mu uroku.

W  zwykłych  okolicznościach  Megan uznałaby tę  przystojną  twarz za  fascynującą. 

Jednak spojrzenie szarych, nieprzeniknionych oczu było impertynenckie. Megan dobrze znała 

takie   typy   -   tajemniczy   samotnik,   który   nigdzie   nie   potrafi   zagrzać   miejsca,   szukający 

przelotnych znajomości z kobietami. Ściągnęła brwi. Bezceremonialnie jej się przyglądał. A 

nawet, o zgrozo, dotykając ustami puszki, mrugnął wesoło.

Słysząc chichot jednej z bliźniaczek, Megan odwróciła głowę.

- Fantastyczny facet - zdecydowała Jeri.

- Nie bądź idiotką! - Megan energicznym ruchem głowy odrzuciła włosy do tyłu. - 

Pospolity typ. Nawet prymitywny.

Bliźniaczki wymieniły spojrzenia, po czym Jeri odpaliła dżipa.

- Jesteś zbyt wybredna  - oświadczyła.  Uśmiechnęły się jednocześnie do Megan, a 

potem ruszyły.

- Na razie!

Megan pomachała im na pożegnanie, a potem, świadomie ignorując mężczyznę, który 

spacerował po parkingu, weszła do sklepu.

Skinieniem głowy odpowiedziała na powitanie kasjera. Dorastała w Myrtle Beach i 

znała   wszystkich   kupców   w   promieniu   pięciu   mil   od   wesołego   miasteczka,   które   było 

własnością jej dziadka.

background image

Wzięła wózek i zaczęła prowadzić go wzdłuż pierwszej alejki. Potrzebowała tylko 

kilku   rzeczy.   Zresztą   na   motocyklu   miała   niewielką   torbę   na   zakupy.   Jeśli   nie   naprawią 

pikapa... Oderwała myśli od tego problemu. W tej chwili go nie rozwiąże.

Wzięła już karton mleka, a potem zatrzymała się przy półce ze słodyczami. Nie jadła 

dziś   lunchu,   a   kolorowe   opakowania   ciasteczek   wyglądały   niezwykle   kusząco.   Może 

owsiane...

- Te są lepsze.

Megan   przestraszyła   się,   widząc   czyjąś   rękę   chwytającą   torbę   z   czekoladowymi 

chipsami. Odwróciła głowę, a wtedy spojrzała prosto w impertynenckie, szare oczy.

- Weź te! - Mężczyzna uśmiechnął się bezceremonialnie.

- Nie, dziękuję - odpowiedziała, znacząco spoglądając na jego rękę w swoim koszyku.

Wzruszył ramionami i cofnął ją. Ale ku irytacji Megan nadal szedł obok niej.

- Co masz jeszcze na liście zakupów, Meg? - spytał życzliwym  tonem, otwierając 

torbę z ciasteczkami.

-  Sama  dam  sobie  radę,  dziękuję.  - Skręciła   w  następną  alejkę,  po drodze  biorąc 

puszkę tuńczyka.  Kątem oka zauważyła,  że mężczyzna  szedł, niczym  uzbrojony bandyta, 

długimi, posuwistymi krokami, jednocześnie lekko się kołysząc.

- Masz ładny motocykl. - Ugryzł kawałek ciasteczka. - Mieszkasz w pobliżu?

Megan wybrała pudełko herbaty w torebkach. Oceniła je wzrokiem, po czym wrzuciła 

do koszyka.

- Jestem zajęta - powiedziała i ruszyła energicznie do przodu.

- Nie szkodzi - stwierdził wesoło i zaproponował jej ciasteczko.

Zignorowała propozycję  i poszła dalej. Gdy sięgnęła po chleb, mężczyzna położył 

rękę na jej dłoni.

- Najlepszy będzie dla ciebie pełnoziarnisty.

Jego   dłoń   wydawała   się   twarda   i   stanowcza.   Megan,   spojrzawszy   na   niego   z 

oburzeniem, usiłowała wyrwać rękę.

- Posłuchaj... - zaczęła.

- Brak obrączki - skonstatował, podnosząc jej dłoń, by się lepiej przyjrzeć. - Żadnych 

zobowiązań. Może zjemy razem kolację?

- Wykluczone. - Potrząsnęła ręką, ale mężczyzna nadal ją trzymał.

- Nie bądź taka niemiła, Meg. Masz piękne oczy. - Uśmiechnął się. Patrzył na nią w 

takim skupieniu, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie. Jakiś klient, mrucząc coś pod nosem 

z irytacją, sięgnął ponad jej głową, by wziąć bochenek żytniego chleba.

background image

-   Odejdź!   -   zażądała   przyciszonym   głosem.   Dziwiło   ją,   że   pozostawała   pod   jego 

urokiem, mimo że wiedziała, co kryje się pod tym uśmiechem. - Bo zrobię scenę! - zagroziła.

- Nie mam nic przeciwko scenom - rzekł spokojnie i uśmiechnął się.

To prawda, pomyślała, przyglądając mu się uważnie. Doskonale by się bawił.

- Nie wiem, kim jesteś - zaczęła ze złością - ale...

- David Katcherton - przedstawił się z sympatycznym uśmiechem. - O której po ciebie 

przyjechać?

- Nie będziesz po mnie przyjeżdżać - powiedziała z naciskiem. - Ani dzisiaj, ani nigdy. 

- Rozejrzała się po sklepie. Wokół było pusto. Nawet gdyby urządziła tu scenę, na nikim nie 

zrobiłaby wrażenia. - Puść moją rękę - nakazała stanowczo.

- Izba Handlowa uznała Myrtle Beach za przyjazne miasto, Meg. - Katch puścił jej 

rękę. - Zadajesz kłam tej opinii.

- I przestań nazywać mnie Meg! - powiedziała z furią. - Nie znam cię!

Ruszyła wściekle do przodu, popychając przed sobą wózek.

- Ale poznasz - oświadczył cicho.

Znów skrzyżowali spojrzenia. Jej oczy pałały złością, jego - niezmąconą pewnością 

siebie. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem podążyła do kasy.

- Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło w sklepie. Megan z łoskotem postawiła torbę z 

zakupami na kuchennym stole.

Jej   dziadek   siedział   za   stołem   na   jednym   z   czterech   klonowych   krzeseł,   zajęty 

przypinaniem  do haczyka  wędki sztucznej przynęty.  Mruknął  coś  pod nosem.  Przed  nim 

piętrzyła się kupka drucików, piórek i ciężarków.

-   Ten   mężczyzna   -   zaczęła,   wyjmując   z   torby   chleb   -   ten   niewiarygodnie 

impertynencki  mężczyzna  próbował się ze mną umówić. Stałam wtedy przy półce z cia-

steczkami. - Megan zmarszczyła brwi, chowając torebki herbaty do puszki. - Zaprosił mnie na 

kolację.

Aha. - Jej dziadek z wielką precyzją przywiązywał żółte piórko do muchy. - Miłego 

wieczoru.

- Pop! - Megan pokręciła głową, a uśmiech wykrzywił jej usta.

Timothy Miller był niskim, szczupłym mężczyzną po sześćdziesiątce. Jego okrągłą, 

pomarszczoną twarz otaczała gęsta, siwa czupryna i starannie utrzymana broda. Niebieskie 

oczy,   które   mimo   upływu   lat   nie   straciły   blasku,   były   głęboko   osadzone   i   okolone 

zmarszczkami.   Niewiele   uchodziło   ich   uwadze.   Megan   wiedziała,   że   teraz   był   bardzo 

skupiony na osadzaniu przynęty. To, że w ogóle ją usłyszał, wynikało jedynie z głębokiego 

background image

przywiązania do wnuczki.

Megan pochyliła się i pocałowała dziadka w czoło.

- Idziesz jutro na ryby?

- Tak, wczesnym rankiem. - Pop policzył przynęty i jeszcze raz powtórzył w myślach 

strategię. Wędkowanie to poważna sprawa. - Muszę dziś wieczorem spakować wóz. Wrócę na 

kolację.

Megan skinęła głową i raz jeszcze go pocałowała. Dziadek potrzebował odpoczynku. 

A łapanie ryb to była jego pasja. Wesołe miasteczko, które wspólnie prowadzili, jesienią i 

wiosną było otwarte tylko w weekendy. Ale podczas trzech letnich miesięcy pracowali przez 

siedem dni w tygodniu. Przyjeżdżało wtedy mnóstwo turystów. Na te trzy miesiące lata liczba 

ludności nadmorskiego, trzynastotysięcznego Myrtle Beach wzrastała w porywach do trzystu 

tysięcy. Przyjeżdżały tu tłumy w poszukiwaniu rozrywki.

Dziadek ciężko pracował, by dostarczyć im tej rozrywki oraz zarobić na życie. Zawsze 

ciężko pracował, zamyśliła się Megan. Byłoby to naprawdę uciążliwe, gdyby tak bardzo nie 

kochał swojego lunaparku. Odkąd pamiętała, to miejsce było również częścią jej życia.

Megan straciła rodziców w wieku pięciu lat. Od tamtej pory Pop był dla niej matką, 

ojcem i przyjacielem. Dawno temu połączył ich wspólny ból. Dziś ich miłość była twarda jak 

skała. Megan cechowała ostrożność w sprawach uczuciowych, ponieważ gdy już się anga-

żowała, to na całego. Gdy kochała, to na zabój.

- Z przyjemnością zjem  pstrąga - powiedziała, mocno ściskając dziadka. - A dziś 

wieczorem zjemy tuńczyka.

- Myślałem, że wychodzisz?

- Pop! - Megan oparła się o kuchenkę i obiema rękami odgarnęła włosy z twarzy. - 

Czy  sądzisz,  że  spędzę  wieczór   z mężczyzną,   który próbował  mnie   poderwać  na  paczkę 

czekoladowych ciasteczek?

- To zależy, co to za mężczyzna. - Gdy na nią spojrzał, dostrzegła filuterny błysk w 

jego oczach. - Jak wyglądał?

- Jak plażowy playboy - odparła, choć wiedziała, że nie była to prawda. - Z niewielką 

domieszką kowboja.

-   Odpowiedziała   szerokim   uśmiechem   na   uśmiech   Popa.   -   Tak   naprawdę   ma 

wspaniałą twarz. Szczupłą, silną i bardzo atrakcyjną. Można ją wyrzeźbić.

- Brzmi interesująco. Gdzie go spotkałaś?

- W dziale ze słodyczami.

- I zamierzasz robić zapiekankę z tuńczyka zamiast zjeść kolację w restauracji? - Pop 

background image

westchnął ciężko i pokręcił głową. - Nie wiem, co się z tobą dzieje, dziewczyno - dodał, 

przyglądając się swojej ulubionej przynęcie.

- On był zbyt pewny siebie - oświadczyła Megan, krzyżując ramiona. - I patrzył na 

mnie tak jakoś... pożądliwie. Czy w takich przypadkach porządni dziadkowie nie wyciągają 

rewolweru, by wypłoszyć zalotnika?

- Chcesz wziąć rewolwer na wszelki wypadek? Przenikliwy gwizd czajnika zagłuszył 

odpowiedź Megan. Pop patrzył, jak wstała i zaczęła przygotowywać herbatę.

Była   dobrą   dziewczyną...   Może   czasami   zbyt   poważnie   podchodziła   do   pewnych 

spraw, ale była  dobrą dziewczyną.  A na dodatek piękną. Wcale go nie dziwiło, że jakiś 

mężczyzna chciał się z nią umówić. Zdziwiony był raczej, że nie zdarzało się to częściej. Ale 

Megan samym spojrzeniem potrafiła zmrozić mężczyznę. Wystarczyło, że spojrzała w taki 

sposób, jakby mówiła „chyba się przesłyszałam" i większość jej adoratorów rej terowała. 

Wyglądało na to, że jeszcze żaden jej się nie spodobał.

Zajęta pracą w wesołym miasteczku, a w wolnych chwilach swoją sztuką, nie miała 

czasu na życie towarzyskie. Albo nie chciała go mieć, poprawił się Pop w myślach.

Teraz jednak nie był pewny, czy w jej stosunku do nieznajomego nie kryło się coś 

więcej poza rozdrażnieniem. Chyba była rozbawiona i on jej się trochę podobał. A ponieważ 

Pop dobrze znał wnuczkę, postanowił zostawić sprawę biegowi czasu.

-   Pogoda   ma   być   ładna   przez   cały   weekend   -   zauważył,   starannie   umieszczając 

przynęty w pudełku. - W miasteczku powinno być sporo ludzi. Będziesz pracować w salonach 

gier?

- Oczywiście. - Megan postawiła na stole filiżanki z herbatą i usiadła. - Czy siedzenia 

na karuzeli zostały już naprawione?

- Dopilnowałem tego dziś rano. - Pop dmuchając, studził herbatę, a potem popijał ją 

małymi łykami.

Megan zauważyła,  że był dziś wypoczęty i w dobrym  humorze. Pop był prostym 

człowiekiem. Zawsze podziwiała jego skromny sposób bycia i subtelne poczucie humoru. 

Uwielbiał patrzeć, jak ludzie się bawią. Lubił to nawet bardziej, pomyślała z westchnieniem, 

niż pobieranie za to opłaty. Joyland przynosił zaledwie skromne zyski. Megan już dawno 

doszła do wniosku, że Pop był o wiele lepszym dziadkiem niż biznesmenem.

To ona zajmowała się finansami firmy. I choć ten obowiązek pochłaniał mnóstwo 

czasu, który mogłaby poświęcić na rzeźbienie, zdawała sobie doskonale sprawę, że wesołe 

miasteczko stanowi ich podstawowe źródło utrzymania. A - co ważniejsze, Pop je kochał.

Ostatnio ich dochody spadły gwałtownie. To ją zaniepokoiło, ale z dziadkiem nie 

background image

rozmawiała   na   ten   temat.   Zaledwie   wspomniała   o   konieczności   wprowadzenia   pewnych 

zmian w nowym sezonie, zwłaszcza o zainwestowaniu w reklamę.

Megan, popijając herbatę, z roztargnieniem słuchała, jak Pop rozwodził się na temat 

konieczności zatrudnienia kogoś do pomocy na lato. Zajmie się tym sama, gdy przyjdzie pora. 

Pop miał tendencję do płacenia zbyt wysokich wynagrodzeń pracownikom, którzy na to nie 

zasługiwali. Megan była bardziej praktyczna. Z konieczności.

Doszła do wniosku, że tego lata będzie musiała pracować w pełnym wymiarze godzin. 

Przelotnie pomyślała o nie dokończonej rzeźbie stojącej w pracowni nad garażem. Trzeba 

będzie poczekać z tym do grudnia, pomyślała, tłumiąc westchnienie. Nie było innego sposobu 

na poprawę ich sytuacji finansowej. Może w przyszłym roku... Zawsze wszystko odkładała do 

przyszłego   roku.   Zawsze   było   coś   do   zrobienia,   do   załatwienia.   Wzruszyła   ramionami   i 

skupiła uwagę na monologu Popa.

-   Przypuszczam,   że   jak   zwykle   zatrudnimy   kilku   studentów   oraz   sezonowych 

pracowników do obsługi urządzeń.

- Nie będzie z tym  żadnego problemu - mruknęła  Megan. Gdy Pop wspominał  o 

sezonowych pracownikach, przyszedł jej na myśl David Katcherton.

Katch... Przywołała w myślach jego twarz. Mogłaby wziąć go za plażowego playboya, 

ale musiała przyznać, że było w nim coś więcej. Była dumna ze swego zmysłu obserwacji i 

umiejętności charakteryzowania ludzi. Toteż złościło ją, że tym razem nie potrafi wydać osta-

tecznej opinii. A jeszcze bardziej złościło ją, że ciągle wraca myślami do tego idiotycznego 

spotkania w sklepie.

- Chcesz jeszcze herbaty? - Pop podszedł do kuchenki, ale Megan pokręciła głową.

- Nie, dziękuję. - Zgromiła się w duchu, że myśli o nieistotnych sprawach, podczas 

gdy tyle jest do zrobienia. - Zabieram się za kolację. Powinieneś iść wcześniej spać, skoro 

jutro wybierasz się na ryby.

- Mam wspaniałą wnuczkę! - Pop zgasił płomień pod czajnikiem i wyjrzał przez okno, 

a potem obrzucił Megan przelotnym spojrzeniem. - Mam nadzieję, że i tuńczyka wystarczy 

dla trzech osób - rzekł obojętnie.

- Wygląda na to, że twój kowboj z plaży odnalazł drogę na ranczo.

- Co? - Megan gwałtownie wstała, ściągając brwi.

- Jak zwykle doskonałe go opisałaś - pochwalił ją Pop, obserwując zbliżającego się 

zawadiackim krokiem mężczyznę o wyrazistej, przystojnej twarzy. Popowi spodobał się z 

wyglądu. Odwrócił się do Megan rozpromieniony.

Megan podeszła do okna i wyjrzała. Na widok wyrazu jej twarzy Pop stłumił chichot.

background image

- To on! - szepnęła, ledwo wierząc własnym oczom, podczas gdy Katch podchodził do 

kuchennych drzwi.

- Domyśliłem się, że to on - rzekł Pop.

- Co za tupet! - wymamrotała. - Co za niewiarygodny tupet!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Zanim dziadek zdążył skomentować jej słowa, Megan podeszła do kuchennych drzwi i 

otworzyła   je   z   rozmachem   akurat   w   momencie,   gdy   Katch   stanął   w   progu.   Dostrzegła 

przebłysk, zaledwie przebłysk zaskoczenia w jego szarych oczach.

- Ale masz tupet! - powitała go zimno.

- Już mi to mówiono - zgodził się swobodnym tonem. - Jesteś jeszcze ładniejsza niż 

godzinę   temu.   -   Przesunął   palcem   po   jej   policzku.   -   Zaróżowiona.   Bardzo   twarzowo.   - 

Dotknął jej podbródka, potem opuścił rękę. - Tutaj mieszkasz?

- Doskonale wiesz, że tak - odparowała. - Śledziłeś mnie!

Katch uśmiechnął się szeroko.

- Przykro mi, ale muszę cię rozczarować, Meg. Odnalezienie cię tutaj to dodatkowa 

premia. Szukam Timothy'ego Millera. Czy to twój przyjaciel?

- To mój dziadek. - Przesunęła się prawie niedostrzegalnie i stanęła pośrodku drzwi. - 

Czego od niego chcesz?

Katch zauważył tę obronną postawę, ale zanim zdążył skomentować, dobiegł ich z 

tyłu głos Popa.

- Dlaczego nie wpuścisz gościa do środka, Megan? Sam mi wszystko wyjaśni.

Megan zerknęła przez ramię, potem odwróciła się z powrotem do Katcha. Rzuciła mu 

ostrzegawcze spojrzenie.

- Tylko go nie zdenerwuj - syknęła.

O dziwo, w jego oczach zauważyła łagodność. Tego się naprawdę nie spodziewała. I 

to ją zaniepokoiło. O wiele bardziej niż wcześniejsza arogancja.

W końcu wycofała się do kuchni, pozostawiając otwarte drzwi.

Katch znów się uśmiechnął, a przechodząc obok niej, pozwolił sobie na intymny gest. 

Odgarnął   kosmyk   włosów   z   jej   policzka.   Megan   na   moment   zastygła,   zastanawiając   się, 

dlaczego dotyk nieznajomego zrobił na niej aż takie wrażenie.

- Pan Miller? - Usłyszała naturalną życzliwość w głosie Katcha, gdy wyciągnął rękę 

do jej dziadka.

- Nazywam się David Katcherton.

Pop skinął głową.

- To pan dzwonił do mnie dwie godziny temu, prawda? - Ponad ramieniem Katcha 

zerknął na Megan.

- Widzę, że poznał już pan moją wnuczkę. W oczach Katcha pojawił się uśmiech.

background image

- Tak, jest urocza.

Pop zachichotał i podszedł do kuchenki.

- Właśnie parzymy herbatę. Napije się pan? Megan zauważyła, że nieznajomy lekko 

uniósł brew.

Domyśliła się, że wolałby pewnie co innego.

-   Chętnie,   dziękuję.   -   Podszedł   do   stołu   i   usiadł   ze   swobodą   człowieka 

zadomowionego.

Megan, pohamowując niechęć, usiadła obok, zerkając na niego pytająco.

- Powiedziałem ci już, że masz cudowne oczy? - spytał półgłosem. Nie czekając na 

odpowiedź, skierował uwagę na pudełko ze sprzętem wędkarskim Popa. - Ma pan wspaniałe 

przynęty - zauważył, biorąc, do ręki kalmara wykonanego z kości, a potem drewnianą żabkę. 

- Sam je pan robi?

-  To  połowa zabawy -  powiedział   Pop,  przynosząc  filiżankę  herbaty.   - Dużo  pan 

wędkował?

- Trochę. Przypuszczam, że zna pan najlepsze miejsca na Grand Strand.

- Kilka znam - rzekł Pop skromnie.

Megan   ze   złością   wpatrywała   się   w   swoją   herbatę.   Nieznajomy   podjął   temat 

wędkowania, domyślając się, że Pop potrafi rozwodzić się nad nim godzinami.

- Pomyślałem, że podczas pobytu w tych stronach powędkuję trochę na plaży - rzucił 

Katch chytrze.

- Mogę pokazać panu kilka dobrych miejsc - ożywił się Pop. - Ma pan sprzęt?

- Nie, nie mam.

Pop nie zwrócił uwagi na tę niekonsekwencję.

- Skąd pan pochodzi, panie Katcherton?

-   Katch,   po   prostu   Katch   -   poprawił   nieznajomy,   odchylając   się   na   krześle.   -   Z 

Kalifornii.

Ach, to wiele wyjaśniało, pomyślała Megan. Przede wszystkim ten wygląd plażowego 

podrywacza. Popijała stygnącą herbatę, obserwując go ukradkiem.

- Wypuściłeś się daleko od domu - zauważył Pop. Sięgnął po fajkę, którą zapalał tylko 

podczas   szczególnie   interesujących   rozmów.   -   Jak   długo   zamierzasz   zabawić   w   Myrtle 

Beach?

- To zależy. Chcę pogadać o twoim wesołym miasteczku.

Pop,   który   właśnie   zapalał   fajkę,   raptownie   wciągnął   powietrze.   Tytoń   zajął   się, 

roztaczając aromatyczny, wiśniowy dym.

background image

-   Wspomniałeś   o   tym   przez   telefon.   Widzisz,   właśnie   rozmawialiśmy   z   Megan   o 

zatrudnieniu kogoś do pomocy na lato. Zostało zaledwie sześć tygodni do otwarcia sezonu. - 

Pyknął fajkę i dym leniwie poszybował w powietrze. - A tylko trzy tygodnie do Wielkanocy. 

Czy obsługiwałeś kiedyś urządzenia w lunaparku?

- Nie. - Katch upił łyk herbaty.

-   Łatwo   się   tego   nauczyć.   -   Pop   nie   przejął   się   jego   brakiem   doświadczenia.   - 

Wyglądasz na inteligentnego.

Megan zauważyła zapowiedź uśmiechu w kącikach ust Katcha. Odstawiła filiżankę.

- Osobie niedoświadczonej nie możemy zapłacić zbyt dużo - wtrąciła z udawanym 

żalem.

Katch działał jej na nerwy.  Miała nadzieję,  że go zniechęci. Niech poszuka sobie 

szczęścia gdzie indziej.

Ale coś ją niepokoiło. Katch nie wyglądał na człowieka, który przyjąłby pracę przy 

obsłudze kolejki górskiej lub sprzedaży pamiątek. Jego twarz naznaczona była autorytetem, a 

cała postawa świadczyła  o dużej pewności siebie. Tylko  w jego naturalnym,  trochę non-

szalanckim wdzięku kryło się coś podejrzanego...

Odpowiedział na jej spojrzenie z zupełnym brakiem skrępowania.

- To oczywiste - rzekł. - Pracujesz w wesołym miasteczku, Meg?

Miała ochotę odparować mu ostro, by tak śmiało sobie nie poczynał, ale powstrzymała 

się od komentarza.

- Często - powiedziała.

- Megan ma głowę do interesów - wtrącił Pop. - Dba o moje sprawy.

- Naprawdę? - rzekł Katch, jakby wyrwany z zadumy. - A ja zastanawiałem się, czy 

nie jesteś modelką.  Masz bardzo oryginalny typ urody. - Tym  razem ton jego głosu był 

poważny.

- Megan jest artystką - powiedział Pop z zadowoleniem, pykając fajką.

- Naprawdę?

Obserwowała,   jak   Katch   mruży   oczy   i   przypatruje   jej   się   z   uwagą.   Zakłopotana 

poruszyła się na krześle.

-   Chyba   odbiegliśmy   od   tematu   -   powiedziała   szorstko.   -   Jeśli   przyjechałeś   tu   w 

sprawie pracy...

- Nie - padła krótka odpowiedź.

- Ale... chyba powiedziałeś...

- Nie sądzę - znów jej przerwał i uśmiechnął się lekko. Potem zwrócił się do Popa: - 

background image

Nie chcę pracować w  waszym  wesołym  miasteczku.  Chcę je kupić. Czy możemy  o tym 

porozmawiać?

Mężczyźni   zmierzyli   się  wzrokiem.   Pop   był   niewątpliwie   zaskoczony,  ale   w   jego 

oczach pojawił się namysł. Żaden z nich nie zauważał teraz Megan. Wpatrywała się niemo w 

Katcha, a na jej otwartej twarzy malował się przestrach. Miała ochotę roześmiać się i po-

wiedzieć mu, by przestał żartować, ale instynktownie wiedziała, że Katch mówi poważnie.

Dostrzegła   moc   i   siłę   pod   maską   chłopięcej   nonszalancji.   Chodziło   mu   o   interes. 

Czysty, uczciwy biznes. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Spojrzała na dziadka w 

przypływie paniki.

- Pop? - Głos miała cichy, a Pop w żaden sposób nie zdradził się, że ją usłyszał.

- A to dopiero niespodzianka! - powiedział. Potem znów pyknął z fajki. - Ale dlaczego 

właśnie moje wesołe miasteczko?

- Rozejrzałem się już po tutejszych obiektach rozrywkowych. - Nie zamierzał wdawać 

się w szczegóły. - Podoba mi się właśnie ten.

Pop westchnął i wypuścił dym prosto w sufit.

- Nie mogę powiedzieć, bym był zainteresowany sprzedażą, synu - rzekł wolno. - 

Człowiek przywiązuje się do określonego stylu życia.

- Gdy usłyszy pan moją propozycję, może pan zmieni zdanie.

- Ile masz lat, Katch? - odpowiedział z uśmiechem Pop.

- Trzydzieści jeden.

- Właśnie od tylu lat prowadzę ten interes. A co ty właściwie wiesz o prowadzeniu 

wesołego miasteczka?

- Oczywiście, nie tak dużo jak pan. - Katch uśmiechnął się szeroko i znów odchylił na 

oparcie krzesła. - Ale od dobrego nauczyciela mógłbym się wiele nauczyć.

Megan spostrzegła, że dziadek uważnie przygląda się Katchowi. Czuła się wyłączona 

z rozmowy i bardzo jej się to nie podobało. Dziadek potrafił to robić bardzo subtelnie. David 

Katcherton, jak widać, miał taki sam talent.

- Dlaczego chcesz zostać właścicielem parku rozrywki? - spytał nagle Pop.

Megan nabrała przekonania, że David Katcherton wzbudził jego zainteresowanie. W 

jej głowie zabrzęczał ostrzegawczy dzwonek. Naprawdę nie chciała, by jej dziadka połączyły 

z Katchem jakieś interesy. Przeczuwała zbliżające się kłopoty.

- To dobry interes - odpowiedział Katch na pytanie Popa. - I zabawny. - Uśmiechnął 

się. - Lubię rzeczy, które sprawiają radość.

Potrafił przemówić do Popa, pomyślała Megan z zazdrością, obserwując wyraz twarzy 

background image

swego dziadka.

- Byłbym zobowiązany, gdyby pan to sobie przemyślał, panie Miller - ciągnął Katch. - 

Możemy wrócić do tej rozmowy za kilka dni.

I wiedział, kiedy dyplomatycznie się wycofać, pomyślała.

-  Mogę  pomyśleć   - zgodził  się Pop,  choć  jednocześnie  kręcił  głową. -  Ale  lepiej 

rozejrzyj się gdzie indziej. Prowadzimy Joyland od wielu lat. Ja i Megan. To nasz dom. - 

Popatrzył przekornie na wnuczkę. - Czy przypadkiem nie wybieracie się na kolację?

- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie, rzucając mu rozzłoszczone spojrzenie.

- Właśnie pomyślałem o tym samym - wtrącił gładko Katch. - Chodźmy, Meg. Kupię 

ci hamburgera.

- Ogromnie mi przykro, że muszę odmówić tak uroczemu zaproszeniu - powiedziała 

kwaśno.

- A więc nie odmawiaj - powiedział Katch, a potem zwrócił się do Popa: - Pójdzie pan 

z nami?

Pop zaśmiał się cicho i zbył ich machnięciem ręki.

- Zmykajcie już. Muszę przygotować sprzęt na jutro.

- Mogę wybrać się z panem? - spytał znienacka Katch. Pop przyjrzał mu się uważnie.

- Wychodzę o piątej trzydzieści rano - powiedział po chwili. - Mam zapasowy sprzęt.

- Przyjdę.

Megan była  tak zaskoczona, że bez słowa protestu  pozwoliła  wyprowadzić  się na 

zewnątrz.   Pop   nigdy   nikogo   nie   zapraszał   na   wspólne   wędkowanie.   Lubił   łowić   ryby   w 

samotności. W ten sposób się odprężał.

- On nigdy nikogo ze sobą nie zabiera - powiedziała, głośno myśląc.

- Bardzo mi to pochlebia.

Megan dopiero teraz zauważyła, że Katch nadal trzymają za rękę, splatając jej palce ze 

swoimi.

- Nigdzie z tobą nie pójdę - oświadczyła stanowczo, przystając. - Mogłeś zauroczyć 

Popa, ale...

- Naprawdę uważasz, że jestem uroczy? - Z zuchwałym uśmiechem wziął jej drugą 

rękę.

- Wcale nie - odparła twardo, ale musiała powstrzymywać uśmiech.

- Dlaczego nie chcesz zjeść ze mną kolacji?

- Ponieważ cię nie lubię - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

background image

- Daj mi szansę, bym zdołał cię przekonać do zmiany zdania.

- To niemożliwie. - Megan usiłowała wyrwać dłonie, ale Katch zacisnął na nich palce.

- Chcesz się założyć? Ale jeśli uda mi się skłonić cię do zmiany zdania, obiecaj, że 

pobawimy się razem w lunaparku w piątkowy wieczór.

Znów musiała tłumić uśmiech.

- A jeśli nie zmienię zdania? Co wtedy?

- Wtedy nie będę ci się więcej narzucać. - Uśmiechnął się tak wymownie, jakby już 

był pewien swego.

Uniosła pytająco brew. Nieoczekiwanie przyszło jej do głowy, że może warto z nim 

wyjść.

- Musisz tylko zjeść ze mną dziś wieczorem kolację - przekonywał, wpatrując się w jej 

twarz. - Zajmie ci to najwyżej dwie godziny.

- W porządku - zgodziła się impulsywnie. - Umowa stoi. - Wykręciła palce, ale on ich 

nie puszczał.

- Moglibyśmy podać sobie ręce - powiedziała - ale ty nadal mi nie pozwalasz.

- To prawda. A więc przypieczętujmy to inaczej. Tak szybko przyciągnął ją do siebie, 

że uderzyła o jego klatkę piersiową. Wyczuła w nim ogromną siłę, choć ciało miał szczupłe i 

z pozoru kościste. Nim zdążyła zaprotestować, poczuła jego władcze usta na swoich.

Był zręczny i nieustępliwy. Nie pamiętała potem, czy instynktownie rozchyliła usta, 

czy delikatnie dotykając jej języka, skłonił ją, by to zrobiła.

Gdy   znalazła   się   w   jego   objęciach,   nagle   poczuła   pustkę   w   głowie.   Nie   potrafiła 

zebrać myśli, ulegając nieoczekiwanym potrzebom swego ciała. Stopiła się z nim, świadoma 

jego twardej klatki piersiowej, o którą się oparła, świadoma jego ust atakujących jej usta. Wo-

kół panowała pustka. Odkryła, że nie było niczego, na czym mogłaby się wesprzeć. Żadnej 

kotwicy, która powstrzymałaby ją przed wypłynięciem na wzburzone wody.

Nagle wydała cichy jęk protestu i odsunęła się od niego.

Oczy miał pociemniałe i zbyt zamglone, by mogła cokolwiek z nich wyczytać. Nazbyt 

pochopnie   myślała,   że   łatwo   je   rozszyfrować.   Jak   mogła   naiwnie   sądzić,   że   łatwo   nim 

sterować! Wszystko wyglądało teraz inaczej niż kilka minut temu. Cała drżała, bezskutecznie 

usiłując zapanować nad sobą.

- Jesteś podniecona - stwierdził łagodnie Katch. - Szkoda, że tak usilnie walczysz, by 

zachować chłód.

- Ja nie... - Megan rozpaczliwie kręciła głową, pragnąc, by jej serce zwolniło.

- Ależ tak. Nadal to robisz. - Katch po przyjacielsku uścisnął jej dłonie, a w końcu 

background image

puścił   jedną   z   nich.   Drugą   nadal   mocno   trzymał   w   swojej   dłoni,   gdy   odwrócił   się   do 

samochodu.

Megan   poczuła   przypływ   paniki.   Usiłowała   nad   sobą   zapanować.   Już   przecież 

całowała się z chłopakami... Katch po prostu ją zaskoczył.

Ale wiedziała, że to nie było wytłumaczenie. Nigdy przedtem tak jej nie całowano.

- Myślę jednak, że z tobą nie pojadę - powiedziała trochę spokojniejszym tonem.

Ale Katch już otworzył drzwi samochodu.

- Umowa stoi, Meg.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Katch jeździł czarnym porsche. Megan to nie zdziwiło. Łatwo było się domyślić, że 

David Katcherton może pozwolić sobie na wszystko co najlepsze.

Opierając się o srebrnoszare poduszki siedzenia, doszła do wniosku, że swój majątek 

zapewne   odziedziczył.   Prawdopodobnie   nie   przepracował   w   życiu   ani   jednego   dnia. 

Przypominając sobie twardą skórę jego dłoni, pomyślała, że pewnie uprawia jakiś sport. Gra 

w   tenisa,   squasha   albo   żegluje.   Nigdy   nie   robi   niczego   użytecznego.   Szuka   wyłącznie 

przyjemności. I łatwo je znajduje.

Megan odrzuciła włosy na ramiona i odwróciła się do niego. Miał bardzo atrakcyjny 

profil. Ciemnoblond włosy niesfornie wiły się za uchem.

- Zobaczyłaś coś, co ci się spodobało? Przyłapana na podglądaniu, zarumieniła się ze 

złości.

- Powinieneś się ogolić - powiedziała chłodno. Katch zerknął w lusterko.

- Chyba masz rację. - Uśmiechnął się, gdy włączali się do ruchu. - Następnym razem, 

gdy po ciebie przyjadę, będę o tym pamiętał. - Tylko nic już nie mów - dodał szybko, czując, 

że zesztywniała. - Czy twoja matka nigdy ci nie mówiła, że lepiej się w ogóle nie odzywać, 

jeśli nie można powiedzieć czegoś naprawdę przyjemnego?

Megan przełknęła ostre słowa, jakie przyszły jej do głowy.

- Jak długo tu mieszkasz? - zagadnął po chwili jak gdyby nigdy nic.

-   Od   niepamiętnych   czasów.   -   Przez   otwarte   okno   dobiegała   muzyka   płynąca   z 

samochodowych odbiorników. Megan podobała się ta kakofonia dźwięków. Odprężyła się, 

wyprostowała ramiona i znów odwróciła w stronę Katcha.

- Czym się zajmujesz? - spytała.

Zauważył cień lekceważenia w jej głosie, ale skwitował to uniesieniem brwi.

- Posiadam pewne rzeczy.

- Jakie rzeczy?

Katch zatrzymał się na czerwonym świetle i spojrzał na nią badawczo.

- Wszystkie, które zechcę. - Gdy światło zmieniło się, zręcznie wjechał na parking i 

zatrzymał samochód.

- Nie możemy tam pójść - powiedziała Megan, zerkając na elegancką restaurację.

- Dlaczego nie? - Katch wyłączył silnik. - Można tu nieźle zjeść.

- Wiem, ale nie jestem odpowiednio ubrana i...

-   Czy   zawsze   robisz   odpowiednie   rzeczy,   Meg?   To   pytanie   zbiło   ją   z   tropu. 

background image

Przyglądała się przez chwilę jego twarzy, zastanawiając się, czy z niej kpił.

- Pomyśl o tym przez chwilę. - Wysiadł z samochodu, a potem wystawił głowę przez 

okno. - Zaraz wracam.

Megan obserwowała, jak niespiesznym krokiem wchodzi przez eleganckie drzwi do 

restauracji. Pokręciła głową. Zaraz go wyproszą, pomyślała. Podziwiała jego pewność siebie. 

Skrzyżowała ramiona. Mimo wszystko nie lubię go, zapewniła się w duchu.

Po   piętnastu   minutach   doszła   do   wniosku,   że   lubi   go   jeszcze   mniej.   Co   za 

nieuprzejmość! Nadąsana wysiadła z samochodu. Tyle czasu kazać jej czekać!

Rozejrzała   się   za   najbliższą   budką   telefoniczną.   Zadzwoni   do   dziadka,   by   po   nią 

przyjechał. Sięgnęła do kieszeni kurtki, a potem do dżinsów. Nie miała przy sobie nawet 

dziesięciu centów. Wzięła głęboki oddech i wpatrywała się w drzwi restauracji. Za chwilę 

będzie musiała pożyczyć jakieś drobne, albo prosić, by pozwolono jej skorzystać z telefonu. 

Upokarzające! Ale wszystko było lepsze, niż czekać tu na niego.

W chwili, gdy otworzyła drzwi do restauracji, pojawił się w nich Katch.

- Dzięki - powiedział uprzejmie, przechodząc ostrożnie obok niej.

Patrzyła   za   nim   w   zdumieniu.   Niósł   największy   kosz   piknikowy,   jaki   w   życiu 

widziała. Otworzył bagażnik i wstawił kosz do środka.

- Chodźmy - powiedział, zatrzaskując klapę bagażnika. - Umieram z głodu.

- Co tam masz? - spytała podejrzliwie.

- Kolację. - Ponaglił ją gestem ręki.

Megan nadal stała przy zamkniętych drzwiach od strony pasażera.

- W jaki sposób to załatwiłeś?

- Poprosiłem. Nie jesteś głodna?

- Owszem, jestem... Ale...

- A więc jedźmy. - Katch usiadł za kierownicą i włączył silnik. Ledwie Megan zdążyła 

zająć miejsce, ruszył z parkingu. - Masz jakieś ulubione miejsce? - spytał po chwili.

- Ulubione miejsce? - powtórzyła jak echo.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że mieszkając tu całe życie,  nie masz tu swojego 

ulubionego miejsca? - Katch skręcił w stronę oceanu. - A więc dokąd jechać?

- Na północny kraniec plaży - odpowiedziała. - Niewielu ludzi tam dociera, chyba że 

jest pełnia sezonu.

-   To   świetnie.   Wolę   być   z   tobą   sam   na   sam.   Ta   szczerość   ją   poruszyła.   Powoli 

odwróciła się i spojrzała na niego z uwagą.

- Czy jest w tym coś złego? - Uśmiechnął się tak zuchwale, że Megan aż dech zaparło.

background image

- Prawdopodobnie - mruknęła pod nosem.

Plaża była zupełnie pusta, nie licząc krążących nad nią krzykliwych mew. Megan stała 

przez chwilę z twarzą zwróconą ku zachodowi, napawając się urodą zachodzącego słońca.

- Uwielbiam tę porę dnia - powiedziała cicho. - Wszystko jest teraz takie spokojne. 

Jakby dzień wstrzymał oddech. - Katch położył ręce na jej ramionach. Megan drgnęła.

- Spokojnie  - powiedział. Stojąc  za nią i obserwując  ponad jej  głową zachodzące 

słońce, niespodziewanie zaczął masować jej napięte mięśnie. - Ja najbardziej lubię tę chwilę 

przed świtem, gdy ptaki zaczynają śpiewać, a światło jest nadal rozproszone. - Przesuwał 

palcami w górę i dół jej szyi. - Powinnaś częściej się odprężać.

- Gdy chciała się odsunąć, odwrócił jej twarz do siebie.

- Nie! - zaprotestowała, opierając się rękami o jego klatkę piersiową. - Nie!

- W porządku. - Zwolnił  uścisk, ale jeszcze  przez chwilę jej nie puszczał.  Potem 

pochylił się nad koszykiem piknikowym, wyjął z niego biały obrus i energicznie stwierdził: - 

Pora coś zjeść. Proszę.

Megan   wzięła   serwetkę   z   jego   rąk,   nie   wychodząc   z   podziwu,   że   dano   mu 

adamaszkowy obrus.

Kryształowe, pomyślała oszołomiona, gdy wręczył jej kieliszki.

- Dlaczego dali ci to wszystko? - Patrzyła na porcelanową zastawę i srebra.

- Zabrakło im papierowych talerzy. Szampan?

- Chyba oszalałeś!

- Co się stało? Nie lubisz szampana?

- Lubię, ale do tej pory piłam tylko amerykański - powiedziała niepewnie.

- Ten jest francuski - odpowiedział swobodnie, nalewając trunek.

Megan wypiła mały łyk.

- Cudowny - oceniła, zanim pociągnęła następny.

- Ale nie musiałeś... - Bezradnie rozłożyła ręce.

- Doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty na hamburgera. - Katch wbił butelkę w 

piasek. Postawił mały pojemnik na obrusie, potem znów zaczął grzebać w koszyku.

-   Co   to   jest?   -   spytała   Megan,   otwierając   pojemnik.   Zmarszczyła   brwi   na   widok 

lśniącej, czarnej masy. - Czy to...? - Urwała z niedowierzaniem, zerkając na Katcha, który 

układał grzanki na talerzu. - Czy to naprawdę kawior?

Tak Pozwól, że coś zjem, dobrze? Umieram z głodu. - Wyjął  jej z rąk pudełko i 

posmarował grzankę grubo kawiorem. - Nie masz ochoty? - spytał, gdy ugryzł kęs.

-   Nie   wiem...   -   Megan   przyglądała   się   grzance   krytycznym   wzrokiem.   -   Nigdy 

background image

przedtem nie jadłam kawioru.

- Naprawdę? - Oddał jej swoją grzankę. - A więc spróbuj. - A gdy się zawahała, 

uśmiechnął się szerzej i przysunął grzankę do jej ust. - Odwagi, Meg, ugryź kawałek.

- Słony - mruknęła zaskoczona. Wyjęła mu grzankę z ręki i ugryzła następny kęs. - 

Ale bardzo dobry - oceniła, przełykając.

- Mogłaś mi trochę zostawić - pożalił się, gdy Megan skończyła grzankę. Roześmiała 

się,   po   czym   nałożyła   obficie   kawioru   na   następną   grzankę   i   podała   ją   Davidowi.   - 

Zastanawiałem się, jaki on będzie. - Katch przyjął grzankę, ale jego uwaga skupiona była na 

Megan.

- Co takiego? - Uśmiechając się, oblizała kciuk.

- Twój śmiech. Zastanawiałem się, czy będzie równie pociągający jak twoja twarz... - 

Nie spuszczając z niej wzroku, ugryzł kawałek grzanki. - I jest.

Megan usiłowała zapanować nad swoim przyspieszonym pulsem.

- Nie musiałeś karmić mnie kawiorem i szampanem, żeby usłyszeć mój śmiech. - Z 

obojętnym wzruszeniem ramion odsunęła się od niego. - Śmieję się całkiem często.

- Nie dość często.

- Dlaczego tak mówisz? - Była zaskoczona.

- Twoje oczy są takie poważne. Twoje usta też. - Przesunął wzrokiem po jej twarzy. - 

Być może dlatego poczułem wewnętrzny przymus, by skłonić cię do uśmiechu.

- To niebywałe. - Megan przykucnęła i wpatrywała się w niego. - Ledwie mnie znasz.

- Czy to ma znaczenie?

- Zawsze myślałam, że powinno - wyszeptała, podczas gdy Katch znów sięgnął do 

koszyka. Już bez zdziwienia patrzyła, jak wyciąga sałatkę z homara i truskawki. Roześmiała 

się, odrzuciła włosy do tyłu i przysunęła bliżej do niego.

- Dasz mi spróbować? - powiedziała.

Zanim skończyli tę ucztę, słońce już zaszło i księżyc rzucał drżącą, białą poświatę na 

morze. Megan pomyślała, że wszystko działo się jak we śnie. Porcelana, srebra lśniące w 

świetle księżyca, wykwintne jedzenie, znajomy szum fal i ten nieznajomy obok niej, który z 

każdą minutę stawał się coraz mniej obcy.

Megan   wyczuwała   już,   kiedy   Katch   się   uśmiecha,   poznała   modulację   jego   głosu, 

wyraz oczu, gdy się cieszy i gdy ironizuje. Zapamiętała również charakterystyczny sposób, w 

jaki włosy układały mu się za uchem. Więcej niż raz, oczarowana szampanem i poświatą 

księżyca, musiała się powstrzymywać, by nie przygładzić ich palcami.

- Nie masz ochoty na kawałek sernika? - Katch machnął widelcem, a potem wsunął go 

background image

jej do ust.

- Już nie mogę. - Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i oparła na nich podbródek. 

Patrzyła, jak Katch delektuje się deserem. - Jak ty to robisz?

- Poświęcam się - zażartował, zjadając ostatni kęs. - Zawsze staram się doprowadzić 

sprawy do końca.

- Nigdy nie byłam na takim pikniku - powiedziała, wzdychając z zadowolenia. Oparła 

się na łokciach, wyciągnęła nogi i zapatrzyła się w gwiazdy. - Nigdy nie jadłam takich delicji.

- Przekażę Ricardo twoje wyrazy uznania. - Katch zmienił pozycję i usiadł obok niej.

- Kto to jest Ricardo? - spytała machinalnie, a potem bez sprzeciwu pozwoliła, by 

Katch odgarnął jej włosy za ucho.

- Szef kuchni. Uwielbia komplementy.

Megan uśmiechnęła się, zachwycona tym, jak dźwięk jego głosu mieszał się z szumem 

fal.

- Skąd wiesz?

- W ten sposób ściągnąłem go z Chicago.

- Ściągnąłeś go z Chicago? Co masz na myśli? - Po chwili się zreflektowała: - Jesteś 

właścicielem tej restauracji?

- Tak. - Z uśmiechem przyjął niedowierzanie malujące się na jej twarzy. - Kupiłem ją 

dwa lata temu.

Megan zerknęła na delikatną porcelanę i ciężkie srebra rozrzucone na białym obrusie. 

Przypomniała sobie, że ponad dwa lata temu ta restauracja była bliska bankructwa. Jedzenie 

było za drogie, a obsługa beznadziejna. Potem lokal został zmodernizowany. Słyszała, że 

zmieniono wystrój wnętrza, a na suficie zamontowano lustra. Od czasu ponownego otwarcia 

restauracja zapracowała na miano najlepszej w mieście.

- Kupiłeś ją? - powtórzyła.

- To prawda. - Katch usiadł na piętach obok Megan, która leżała oparta na łokciach. - 

Czy to cię dziwi?

Megan   dokładnie   mu   się   przyjrzała.   Potargane   nonszalancko   włosy,   wytarte   na 

kolanach dżinsy, podniszczone sportowe buty. Nie przypominał prosperującego biznesmena. 

A jednak... Jednak musiała przyznać, że w jego twarzy było coś takiego...

- Nie - powiedziała w końcu. - Raczej nie. - Zmarszczyła brwi, gdy zmienił pozycję. 

W jednej chwili znalazł się obok niej i patrzył na morze tak jak ona. - Kupiłeś ją w taki sam 

sposób, jak chcesz kupić Joyland - zawyrokowała.

- Mówiłem ci, że właśnie tym się zajmuję.

background image

- Ale to coś więcej niż samo posiadanie, prawda?

- nalegała. - Ty jeszcze doprowadzasz swoje nabytki do stanu świetności.

-   Na   tym   to   polega   -   zgodził   się.   -   Sukces   przysparza   mnóstwo   satysfakcji,   nie 

uważasz?

Megan usiadła i odwróciła się do niego.

- Ale nie możesz mieć Joylandu. Jest całym życiem Popa. Nie rozumiesz...

- Wyjaśnisz mi to później, zgoda? - rzekł swobodnie. - Nie dziś wieczorem. - Nakrył 

jej dłoń swoją. - To nie jest biznesowa kolacja.

- Katch, musisz...

- Spójrz na gwiazdy, Meg - poprosił. - Czy kiedykolwiek próbowałaś je policzyć?

- Gdy byłam mała - zaczęła. - Ale...

-   Nie   tylko   dzieci   liczą   gwiazdy   -   powiedział   ciepłym   tonem.   -   Przychodzisz   tu 

czasami wieczorami?

Gwiazdy nisko zawieszone nad morzem jasno lśniły.

- Czasami - powiedziała cicho. - Gdy praca nie idzie mi dobrze, albo gdy chcę coś 

przemyśleć, albo po prostu gdy chcę być sama.

- Malujesz morskie pejzaże? Portrety? Uśmiechnęła się i pokręciła głową.

- Rzeźbię.

- Ach! - Uniósł jej rękę, a potem przyjrzał jej się uważnie z jednej i z drugiej strony. - 

Tak, teraz widzę. Twoje ręce są silne i zręczne. - Gdy przywarł ustami do jej dłoni, poczuła 

prąd elektryczny przeszywający całe jej ciało.

Ostrożnie cofnęła rękę. Potem przyciągnęła kolana do piersi i objęła je ramionami.

Nie patrząc na Katcha, wiedziała, że się uśmiechał.

- W jakim materiale rzeźbisz? W glinie, drewnie, kamieniu?

- We wszystkich trzech. - Odwróciła głowę i znów się uśmiechnęła.

- Gdzie studiowałaś?

- Skończyłam kursy w college'u. - Wzruszyła ramionami. - Nie miałam na studiowanie 

zbyt   dużo   czasu.   -   Znów   spojrzała   w   niebo.   -   Księżyc   tak   jasno   dziś   świeci.   Lubię   tu 

przychodzić, gdy jest pełnia. Wtedy wszystko tonie w srebrzystym blasku.

Gdy musnął wargami jej ucho, chciała raptownie się odsunąć, ale on jej nie pozwolił. 

Objął ją za ramiona.

- Odpręż się, Meg - szepnął prosto w jej policzek. - Jest tylko księżyc i ocean. Tylko to 

jest prócz nas.

Prawie mu uwierzyła, zwłaszcza że jego wargi przyjemnie drażniły jej skórę, a w 

background image

całym ciele czuła słodką ociężałość po winie. Ale gdy Katch przesunął wargi w dół jej szyi, 

nagle puls jej podskoczył i jęknęła.

- Katch, lepiej już pójdę... Proszę...

-   Później   -   wymamrotał,   pokrywając   lekkimi   pocałunkami   jej   szyję,   potem   znów 

podbródek i wracając do ucha. - Później, znacznie później.

Odwróciła głowę, chciała coś powiedzieć, ale głos zamarł jej w gardle. Jego usta były 

tak blisko. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi, czujnymi oczami, on zaś pochylał się 

coraz bliżej i bliżej. Nadal jednak nie dotknął ustami jej ust. Krążyły one nad nią, wabiąc i 

obiecując. Gdy wreszcie  dotknął  kącików jej  ust, jęknęła  znów  i  przymknęła  oczy. Tym 

razem w ogóle nie dotykał jej rękami. Łączyły ich usta, języki i wymieszane oddechy.

Megan czuła, że jej opór słabnie, warstwa po warstwie, aż pozostało nagie pożądanie. 

Zapomniała   o   niebezpieczeństwie,   o   konsekwencjach.   Zawładnęły   nią   zmysły.   Jej   usta 

szukały   jego   ust,   odpowiadały   na   pocałunki.   Porzuciła   wahanie,   nieśmiałość,   dotknięta 

szaleństwem   pożądania   i   pragnieniem,   by   doznać   znów   tego,   co   czuła   już   przedtem   - 

rozkosznego zawrotu głowy.

Ponieważ nadal jej nie obejmował, sama oplotła go pożądliwie ramionami i mocno do 

siebie   przyciągnęła.   Pozwolił   jej   przejąć   inicjatywę,   jedynie   gładząc   palcami   jej   włosy. 

Megan ledwie słyszała szum fal poprzez głuche dudnienie swego serca.

Wreszcie   oderwała   się   do   niego   z   głębokim   westchnieniem.   Ale   on   nie   chciał 

pozwolić jej odejść.

- Powtórzymy? - Mimo że pytanie padło cichym głosem, w nocnej ciszy zabrzmiało 

jak krzyk.

Miała   na   końcu   języka   odmowę.   Wiedziała,   że   traci   grunt   pod   nogami.   Katch, 

trzymając rękę na jej karku, przyciągnął ją bliżej.

Tym razem był natarczywy. Pokazał jej wiele odmian pocałunku. Zarówno język, jak i 

wargi mogły dostarczyć przyjemności.

Megan wsunęła palce we włosy Katcha, gdy całował ją coraz gwałtowniej i mocniej. 

Była gotowa, odpowiadała na jego pocałunki. Pragnęła go.

Gdy objął dłonią jej nagą pierś, ledwie wyszeptała słowa sprzeciwu. Nie czuła, gdy 

rozpiął   suwak   jej   kurtki,   a   potem   guziki   bluzki.   Pieszczota   jego   ręki   była   delikatna,   a 

jednocześnie   zuchwała.   Opór   jej   powoli   topniał,   by   wreszcie   przeistoczyć   się   w   dzikie 

pożądanie, które tliło się pod jej skórą, w każdej chwili grożąc wybuchem.

- Pragnę cię - szepnął Katch prosto w jej usta. - Pragnę się z tobą kochać.

Megan czuła, jak pożądanie ją obezwładnia, jak ogarniają nieposkromiony apetyt na 

background image

miłość.   Toczyła   walkę,   by   wrócić   do   rzeczywistości,   przypomnieć   sobie   okoliczności, 

nazwiska, miejsca, obowiązki. Było przecież coś więcej niż tylko księżyc i morze. A Katch 

był obcy, był mężczyzną, którego ledwie znała.

- Nie! - Udało jej się wreszcie wyzwolić usta ze słodkiej niewoli jego ust. Z trudem 

podniosła się z piasku. - Nie - powtórzyła, zapinając guziki.

Katch również wstał i chwycił ją za połę koszuli. Megan popatrzyła ze zdziwieniem w 

jego oczy jaśniejące dziwnym blaskiem.

- Dlaczego nie?

Megan przełknęła ślinę. W jego głosie nie było teraz leniwej nonszalancji lecz jakaś 

oschła, bezwzględna nuta.

- Nie chcę - powiedziała.

- Kłamiesz! - rzucił jej w twarz.

- Zgoda - przyznała. - Nie znam cię.

- Ale poznasz - zapewnił. Potem pocałował ją mocno, jakby chciał sprawić jej ból. - 

Ale zaczekamy, aż to nastąpi.

- Zawsze osiągasz to, co chcesz? - spytała w przypływie zuchwałości.

- Tak - odpowiedział i uśmiechnął się szeroko. - Oczywiście, że tak.

- Będziesz więc rozczarowany. - Wyrwała mu z rąk koszulę i zaczęła znów zapinać 

guziki. - Nie możesz mieć Joylandu i nie możesz mieć mnie.

Katch przyglądał jej się przez chwilę, gdy stała odwrócona plecami do morza. Na jego 

twarzy znów zagościł arogancki uśmiech.

- Będę miał i Joyland, i ciebie, Meg - obiecał cicho. - Zanim nadejdzie sezon.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Popołudniowe słońce zalewało pracownię, ale Megan nie zwracała na nie uwagi, tak 

samo jak na śpiew ptaków za oknem. Była skupiona na glinie, nad którą pracowała, a raczej 

nad tym, co w tej chwili było częściowo uformowaną głową.

Zrobiła coś, co zdarzało jej się niezmiernie rzadko - odsunęła na bok aktualną pracę, 

żeby rozpocząć następną. Nowy temat ścigał ją przez całą noc i w końcu doszła do wniosku, 

że uwolni się od myśli o Davidzie Katchertonie, wykonując jego popiersie. To wydawało się 

najlepszym sposobem.

Megan miała bardzo wyraźną wizję, dokładnie wiedziała, co pragnie uchwycić: siłę i 

determinację tkwiącą pod powierzchnią uprzejmości i pewnej nonszalancji.

Musiała   jednak   przyznać,   że   wczoraj   wieczorem   Katch   ją   nieco   przestraszył.   Nie 

fizycznie, oczywiście - wiedziała, że był mężczyzną zbyt inteligentnym,  by zachować się 

wobec niej brutalnie - ale siłą swej osobowości.

Ze złością uderzyła w glinę. Wyglądał na człowieka, który osiąga to, co chce. Ale nie 

tym razem. Była zdecydowana zrobić wszystko, by tym razem mu się nie powiodło. Katch 

wkrótce zrozumie, że nie można nią dyrygować. Nawet Popowi to się nie udawało.

Wolno,   precyzyjnie   modelowała   rysy   jego   twarzy.   To   dawało   jej   uczucie   pewnej 

przewagi.

Instynktownie, jakby w natchnieniu, nadała kształt niesfornemu kosmykowi włosów 

tuż   nad   uchem.   Cofnęła   się   o  krok,   by  lepiej   przyjrzeć   się   swemu   dziełu.   Udało   jej   się 

uchwycić pewien rys jego osobowości. Doszła do wniosku, że był typem słodkiego drania. To 

staroświeckie   określenie   bardzo   do   niego   pasowało.   Mogła   wyobrazić   go   sobie   w 

kowbojskich  butach  i z rewolwerem za  pasem, grającego  w pokera  w jakiejś  szulerni w 

Tuscon; albo z szablą, gdy zdobywa statek.

Bezwiednie   zaczęła   pieścić   palcami   uformowane   w   glinie   loki.   Taki   mężczyzna, 

prawdziwy pirat,  nie lękał się sztormu, zdobywał  skarby i kobiety wszędzie, gdzie  tylko 

chciał. Kobiety... Myśli Megan wróciły do poprzedniego wieczoru. Do jego ust na jej ustach, 

do pieszczoty jego dłoni. Zapamiętała nawet strukturę piasku, na którym razem leżeli, zapach 

i odgłos oceanu za plecami. Pamiętała,  jak światło księżyca  oświetlało jego włosy, które 

przeczesywała   spragnionymi   palcami,   podczas   gdy   Katch   wędrował   ustami   po   jej   ciele. 

Wydały jej się miękkie, a zarazem szorstkie... Jak...

Przerażona   odegnała  zdrożne   myśli.   Zerknęła   w   dół   na  własne   palce   błądzące   po 

glinianych   włosach  Katcha.   Zaklęła  pod nosem,  o  mały  włos  nie  niszcząc  rodzącego   się 

background image

dzieła.   Wstała   i   odeszła   od   stołu.   Nie   powinna   dopuścić,   by   jakieś   drobne   zawirowania 

odrywały ją od pracy. Wczorajszy wieczór spędzony w towarzystwie Katcha należał do tej 

kategorii. Tylko drobne zawirowanie. Nic ważnego.

A jednak intuicja podpowiadała jej, że Katch był ważny, o wiele ważniejszy, niżby 

sobie tego życzyła.

Gdzie   podział   się   jej   zdrowy   rozsądek?   Zaczerpnąwszy   powietrza,   podeszła   do 

umywalki, by umyć ręce. Musi być rozsądna. Pop potrzebował kogoś, kto przypominałby mu 

o konieczności płacenia rachunków. Uśmiechnęła się, wycierając ręce. Przyszło jej do głowy, 

zresztą nie po raz pierwszy, że jest w takim samym stopniu potrzebna swemu dziadkowi, jak 

on jej.

Dawno temu, gdy była jeszcze dzieckiem, a potem młodą dziewczyną, była od niego 

całkowicie zależna. I on jej nie zawiódł. W miarę jak dorastała, stopniowo przejmowała od 

niego obowiązki, które sprawiały mu trudność, a więc księgowość czy pertraktacje z bankiem. 

Zdarzało   się,   że   rezygnowała   z   własnych   pragnień,   by   zrobić   to,   co   uważała   za   swój 

obowiązek.   Zajmowała   się   nudnymi,   mało   romantycznymi   rachunkami,   choć   wolała 

przebywać w zaczarowanym świecie sztuki. Bywały momenty, gdy pochłonięta swoją twór-

czością,   zapominała   o   codzienności.   Często   czuła   się   rozdarta   pomiędzy   tymi   dwoma 

światami.

Miała naprawdę dość życiowych rozterek nawet bez Davida Katchertona.

Nie rozumiała, jak to się stało, że nieznajomy mężczyzna tak szybko i tak skutecznie 

naruszył delikatną równowagę jej świata. Pokręciła głową. Zamiast się nad tym zastanawiać, 

postanowiła wyładować złość, kończąc popiersie.

Następna  godzina  szybko  minęła.  W ferworze  pracy zapomniała  o irytacji,  z jaką 

przyjęła wiadomość, że Katch wybiera się z jej dziadkiem na ryby. Rozzłościło ją, gdy o wpół 

do   szóstej   rano,   wyglądając   zza   firanki,   zobaczyła   go   wypoczętego   i   pełnego   zapału   do 

wędkowania. Rzuciła się z powrotem na łóżko i przez następną godzinę martwo wpatrywała 

się w sufit. Jakże pociągająco zabrzmiał o świcie jego śmiech... Wolałaby o tym zapomnieć.

Rzeźbiona twarz zaczęła nabierać kształtu pod jej palcami. Po chwili Meg usłyszała 

nadjeżdżający samochód. Śmiechowi Katcha towarzyszył szorstki, rubaszny głos jej dziadka.

Z pracowni znajdującej się nad garażem Megan miała doskonały widok na dom i 

podjazd. Patrzyła, jak Katch wyciąga sprzęt i połów z pikapa, a potem z szerokim uśmiechem 

mówi coś do jej dziadka. Pop odrzucił do tyłu grzywę białych włosów i roześmiał się głośno, 

jakby zachwycony jakimś pomysłem. Po przyjacielsku poklepał Katcha po plecach. Dziwne, 

ale Megan poczuła się urażona. Czy dlatego, że, jak widać, panowie doskonale czuli się w 

background image

swoim towarzystwie?

Przyglądała się Katchowi, gdy wyciągał z bagażnika pudełka z przynętami. Ubrany 

był,   tak   samo   jak   wczoraj,   w   jasnoniebieską,   spłowiała   koszulkę,   ozdobioną   jakimś 

nadrukiem na przodzie. Na głowę włożył czapkę z daszkiem, własność Popa, co dodatkowo 

zdenerwowało Megan. Musiała jednak przyznać, że obydwaj dobrze się prezentowali. Mimo 

różnicy wieku i budowy ciała obaj robili bardzo męskie wrażenie. Różnice i podobieństwa 

pomiędzy nimi zaabsorbowały ją na chwilę tak bardzo, że nawet gdy Katch spojrzał do góry i 

zauważył ją w oknie, nie zwróciła na to uwagi i nadal im się przyglądała.

Katch uśmiechnął się, przesuwając do tyłu  daszek czapki, by miała lepszy widok. 

Okno było długie i wąskie, a parapet sięgał jej do kolan. Wyglądała jak na oprawionym w 

ramy   obrazie.   Z   włosami   związanymi   do   tyłu   wstążką   wydawała   się   jeszcze   młodsza   i 

bardziej niewinna, a jej oczy pełne melancholii przypominały czarne jeziora. Stara koszula 

Popa, którą założyła zamiast fartucha, szczelnie spowijała jej kruchą postać.

Na chwilę skrzyżowali wzrok i Megan dojrzała w oczach Katcha ten sam wewnętrzny 

blask, jaki zauważyła wczoraj przez moment w świetle księżyca. Zadrżała. Po chwili jego 

usta znów wykrzywił arogancki uśmiech, a z oczu wyjrzało rozbawienie.

- Zejdź na dół, Meg! - Machnął do niej ręką. - Przywieźliśmy ci prezent. - Odwrócił 

się, by podnieść lodówkę z połowem.

- Wolałabym szmaragdy! - zawołała w odpowiedzi.

- Następnym razem - obiecał, znikając z lodówką na tyłach domu.

Znalazła Katcha w kuchni, skrobiącego ryby. Uśmiechnął się na jej widok, odłożył 

nóż,   a   potem   wziął   ją   w   ramiona   i   ku   jej   ogromnemu   zdziwieniu   pocałował.   Mimo   że 

pocałunek był bardziej  przyjacielski   niż  namiętny,  wywołał  w   niej  reakcję,  której  siła  ją 

zdumiała. Zszokowana oderwała się od niego.

- Nie możesz...

- Już to zrobiłem - podkreślił, a potem dodał obojętnym tonem, jakby pocałunek w 

ogóle nie miał miejsca: - Chciałbym zobaczyć twoją pracownię.

W gruncie rzeczy była oczywiście zadowolona ze zmiany tematu.

- Gdzie jest mój dziadek? - spytała, podchodząc do torby - lodówki i unosząc wieko.

- Pop odkłada sprzęt.

Wszyscy, którzy znali Timothy'ego Millera, zwracali się do niego Pop. Ale Megan 

zmarszczyła brwi.

- Szybko się zaprzyjaźniasz, prawda?

- To fakt. Polubiłem twojego dziadka, Meg. Ty najlepiej powinnaś wiedzieć dlaczego.

background image

Postąpiła krok w jego stronę.

- Nie wiem, czy powinnam ci ufać - powiedziała.

- Nie powinnaś. - Katch uśmiechnął się szeroko i przesunął palcem po jej nosie. - Ani 

przez sekundę. - Otworzył pokrywę lodówki, żeby pokazać złowione ryby. - Jesteś głodna?

Megan uśmiechnęła się, ulegając jego urokowi, mimo ostrzeżeń płynących z bardziej 

rozsądnej strony swej natury.

- Nie byłam. Ale mogę być. Zwłaszcza, jeśli nie muszę ich czyścić.

- Pop powiedział mi, że masz delikatny żołądek.

- Doprawdy? I co jeszcze ci powiedział?

- Powiedział, że lubisz narcyzy i miałaś pluszowego słonia o imieniu Henry.

- Powiedział ci to? - Megan nie była zadowolona.

- I jeszcze, że lubisz oglądać horrory, a potem wchodzisz z głową pod kołdrę.

Megan zmrużyła oczy, widząc coraz szerszy uśmiech Katcha.

- Przepraszam - rzuciła ze złością, a potem odepchnęła Katcha na bok i pobiegła do 

kuchennych drzwi. Za plecami słyszała jego gromki śmiech.

- Pop! - Znalazła dziadka w małym pokoju przylegającym do kuchni, gdzie trzymał 

swoje wędkarskie akcesoria.

- Cześć, kochanie. - Na widok Megan stojącej w drzwiach z rękami na biodrach Pop 

uśmiechnął   się   czule.   -   Muszę   ci   powiedzieć,   że   ten   chłopak   zna   się   na   łowieniu   ryb. 

Naprawdę wie, jak to się robi!

Jego zachwyt nad Katchem był tak oczywisty, że Megan tylko zacisnęła zęby.

- To najlepsza wiadomość, jaką usłyszałam dzisiejszego dnia - zadrwiła, wchodząc do 

pokoju.   -   Ale   dlaczego   uznałeś   za   konieczne   informowanie   tego   chłopaka,   że   miałam 

pluszowego słonia i śpię z głową pod kołdrą?

Pop uniósł rękę, by podrapać się w głowę. Nie zrobił tego jednak na tyle szybko, by 

ukryć uśmiech.

- Pop, naprawdę... - Megan ściągnęła brwi. - Czy musisz pleść o mnie takie rzeczy, 

jakbym była małą dziewczynką?

-   Zawsze   będziesz   moją   małą   dziewczynką   -   powiedział   Pop   i   pocałował   ją   w 

policzek. - Widziałaś nasze pstrągi? Dziś wieczór usmażymy mnóstwo ryb.

- Przypuszczam - Megan skrzyżowała ramiona - że on zje z nami kolację?

- Oczywiście. - Pop zamrugał oczami. - W końcu to on złowił połowę ryb.

- To wspaniale.

- Pomyślałem, że mogłabyś upiec swoje ciasteczka, z jagodami... - Pop uśmiechnął się 

background image

prostodusznie.

Megan westchnęła, uznając swoją klęskę.

Po kilku minutach Pop usłyszał łoskot wyjmowanych foremek. Uśmiechnął się pod 

nosem, a potem cicho prześlizgnął się przez dom i wyszedł frontowymi drzwiami.

-   Upiecz   swoje   ciasteczka!   -   przedrzeźniała   Megan,   siekając   masło   z   mąką   -   Ci 

mężczyźni!

Gdy   pochylała   się,   by   wsunąć   foremki   do   piekarnika,   usłyszała   za   sobą   dźwięk 

zamykanych szklanych drzwi.

- Słyszałem już o ciasteczkach - powiedział Katch, kładąc na blacie oczyszczone ryby. 

- Pop jest zajęty w garażu. Prosił, by go zawołać, gdy kolacja będzie gotowa.

Megan ze złością spojrzała przez szklane drzwi na sąsiedni budynek.

- Naprawdę? - Znów odwróciła się do Katcha. - Jeśli myślisz, że będziesz siedział i 

czekał, to się grubo mylisz.

- Chyba nie sądzisz, że pozwoliłbym ci smażyć moje ryby!

Wpatrywała się w jego kamienną twarz.

- Zawsze sam je smażę - dodał tonem wyjaśnienia. - Gdzie jest patelnia?

Megan, obserwując go uważnie, w milczeniu pokazała właściwą szafkę. Patrzyła, jak 

przykucnął, by poszukać patelni.

-  To  oczywiście  nie  znaczy,   że  uważam  cię  za  kiepską  kucharkę.  -  Wyjął   ciężką 

patelnię z nierdzewnej stali. - Po prostu lubię i umiem gotować.

-   Czyżbyś   jednak   sugerował,   że   ja   nie   potrafię   usmażyć   tych   żałosnych,   małych 

sardynek?

- Powiedzmy, że w sprawie posiłków nie lubię zdawać się na przypadek. - Zaczął 

przeszukiwać szufladę. - Lepiej przygotuj sałatę - podpowiedział - a mnie zostaw ryby.

Megan patrzyła, jak bez skrępowania buszuje w kuchennych szufladach.

-   Dlaczego   nie   zabierzesz   swoich   pstrągów   i...   Przenikliwy   dzwonek   minutnika 

przerwał jej gniewną wypowiedź.

- Twoje ciastka. - Katch podszedł do lodówki po jajka i mleko.

Megan   najwyższym   wysiłkiem   opanowała   się   i   zajęła   wypiekiem.   Odstawiając 

ciasteczka, żeby wystygły,  postanowiła zrobić swoją specjalną sałatkę. Miała nadzieję, że 

zakasuje nią smażonego pstrąga.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Rozgrzana oliwa syczała, gdy Katch kładł na nią 

przyprawione ryby. Megan darła sałatę, potem kroiła warzywa. Zapach unoszący się z patelni 

był niezwykle kuszący. Megan obrała marchewkę i westchnęła. Katch uniósł pytająco brew.

background image

- Jesteś dobrym kucharzem, prawda? - Megan uśmiechnęła się niechętnie.

Wzruszył ramionami, a potem wyrwał jej z ręki obraną marchewkę i schrupał.

- Wolałabyś, aby było inaczej, prawda?

- Byłbyś bardziej uroczy, gdybyś kręcił się nieporadnie po kuchni i robił bałagan - 

stwierdziła.

Katch sprawdził szpikulcem, czy ryba na patelni jest już gotowa.

- Czy to komplement?

Marszcząc brwi, w skupieniu nadal pedantycznie kroiła marchewkę.

-   Nie   wiem...   Może   byłoby   łatwiej   się   z   tobą   porozumieć,   gdybyś   był   mniej 

kompetentny.

Ku jej zaskoczeniu chwycił ją za ramiona i odwrócił twarzą do siebie.

- Naprawdę chciałabyś tego? - Delikatnie masował palcami jej ciało. - Porozumieć się 

ze mną? - Gdy przyciągnął ją bliżej, położyła ręce na jego klatce piersiowej w obronnym 

geście. - Czy ja cię denerwuję?

- Nie. - Zaprzeczyła ruchem głowy. - Oczywiście, że nie. - Ale gdy Katch, unosząc 

brew, przyciągnął ją jeszcze bliżej, przyznała pospiesznie: - Tak, jak diabli!

- Odsunęła się od niego. Podeszła do lodówki, by wyjąć stamtąd jagodowe nadzienie 

do ciasteczek. - Nie musisz okazywać z tego powodu takiego zadowolenia. - Pożałowała, że 

nie potrafi okazać zniecierpliwienia, które powinna odczuwać. - Kilka rzeczy doprowadza 

mnie do złości - ciągnęła, napełniając babeczki nadzieniem. - Węże, próchnica zębów i małe 

ujadające pieski.

- Gdy usłyszała, że zachichotał, odwróciła głowę i sama się roześmiała. - Trudno cię 

nie lubić, ponieważ mnie rozśmieszasz.

- Naprawdę nie możesz mnie polubić? - Katch zręcznie wrzucił następną rybę  na 

skwierczący tłuszcz.

- Taki miałam plan - przyznała Megan. - To wydawało się dobrym pomysłem.

- Opracuj więc inny plan - poradził, wyjmując z szafki półmisek. - Co jeszcze lubisz 

oprócz narcyzów? - spytał niespodziewanie.

- Roztopione lody - odparła spontanicznie. - Oskara Wilde'a i chodzenie na bosaka.

- A baseball?

Na chwilę przerwała napełnianie babeczek.

- O co ci chodzi?

- Czy lubisz baseball?

- Tak - rzekła po namyśle, uśmiechając się. - Właściwie to lubię.

background image

- Wiedziałem, że coś nas łączy. - Katch z promiennym uśmiechem zgasił ogień pod 

patelnią. - Zawołamy Popa? Ryby gotowe.

Megan doszła do wniosku, że było coś zbyt słodkiego w tym, że siedzieli we trójkę 

przy posiłku, który wspólnie przygotowali. Wyczuwała coraz większą sympatię pomiędzy 

dwoma mężczyznami i to ją najbardziej niepokoiło. Była pewna, że Katch nadal jest zdecydo-

wany kupić Joyland. A Pop najwyraźniej dobrze czuł się w jego towarzystwie. Instynktownie 

nie ufała Katchowi. Musiała jednak przyznać, że ona również go polubiła.

- Coś wam powiem... - Pop westchnął nad pustym talerzem i odchylił się na krześle. - 

Skoro we dwoje przygotowaliście ucztę, ja przynajmniej pozmywam. - Popatrzył na Megan, 

potem na Katcha. - Dlaczego nie pójdziecie sobie na spacer? Megan bardzo lubi spacery po 

plaży.

- Pop!

- Wiem, że młodzi ludzie wolą być sami - ciągnął Pop bezlitośnie.

Megan otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Katch przemówił pierwszy.

- Chętnie pójdę na spacer z piękną kobietą, zwłaszcza jeśli to oznacza uniknięcie prac 

domowych.

- Bardzo wdzięcznie to ująłeś - skwitowała Megan.

- Ale najpierw chciałbym zobaczyć twoją pracownię, dobrze?

-   Zabierz   Katcha   na   górę,   Megan   -   nalegał   Pop.   -   Tak   pięknie   rzeźbisz.   Pozwól 

Katchowi zobaczyć twoje prace.

Po chwili wahania Megan wyraziła zgodę. W gruncie rzeczy nie miała nic przeciwko 

pokazaniu Katchowi swoich prac. Zresztą na pewno bezpieczniej było przebywać z nim w 

pracowni, niż iść z nim na plażę.

Ledwie opuścili kuchnię, Katch objął ją ramieniem.

- To bardzo miły dom - zauważył, rozglądając się po zadbanym trawniku okolonym 

krzewami azalii. - Spokojny i przytulny.

Ciężar jego ramienia był przyjemny. Gdy szli w stronę garażu, Megan nie uwolniła się 

z ramion Davida.

- Nie sądziłam, że coś cichego i spokojnego będzie dla ciebie pociągające.

- Jest czas na huśtanie się na werandzie i czas na kolejki górskie - odpowiedział, 

zerkając na nią, gdy zatrzymała się przy schodach. - Myślę, że o tym wiesz.

- Wiem - powiedziała, zdając sobie sprawę, że uczucia do niego wymykają jej się spod 

kontroli. - Ale dziwię się, że ty wiesz. - W zamyśleniu wchodziła po schodach. - To mała 

pracownia - uprzedziła. - Nie robi dużego wrażenia. Właściwe to tylko kąt do pracy, gdzie nie 

background image

przeszkadzam Popowi, a on nie przeszkadza mnie.

Otworzyła drzwi i zapaliła światło, ponieważ zaczynało się ściemniać.

Panował tu artystyczny nieład. Na taki nieporządek nie pozwalała sobie w innych 

dziedzinach życia.  To pomieszczenie należało tylko  do niej,  bardziej nawet niż sypialnia 

znajdująca się w sąsiednim domu. Tu i ówdzie leżały rozmaite narzędzia - imadła, dłuta, noże 

i pilniki. Z krzesła zwisał rzucony tam naprędce fartuch. Pod ścianami stały szkice przyszłych 

prac, nietknięte jeszcze kawałki piaskowca i drewna. Był też cenny kawałek marmuru, który 

chroniła jak największy skarb. Wszędzie - na półkach, stołach oraz na podłodze, stały jej 

rzeźby.

Katch   ominął   ją   w   drzwiach   i   wszedł   do   środka.   Poczuła   zdenerwowanie. 

Zastanawiała się, jak zareaguje, jeśli Katch wypowie się krytycznie lub, co gorsze, wystąpi z 

jakimiś banalnymi komplementami. Jej twórczość była dla niej sprawą bardzo ważną i bardzo 

osobistą. Ku swemu niemałemu zdziwieniu doszła do wniosku, że zależy jej na jego opinii. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami.

Katch podszedł do małego studium dziewczynki budującej zamek z piasku. Tę rzeźbę 

wykonała w drzewie orzechowym i była z niej bardzo dumna, ponieważ osiągnęła nastrój, 

jaki chciała. Na twarzy dziecka malowało się coś więcej niż tylko młodość i niewinność. 

Dziewczynka   uważała   się   za   księżniczkę   zamkniętą   w   zamkowej   wieży.   Półuśmiech 

błąkający się na jej ustach świadczył, że wierzyła w szczęśliwe zakończenie.

Rzeźba była misternie wykończona, począwszy od zwieńczonego blankami dachu i 

wieżyczek zamkowych, aż po drobne palce dziewczynki. Dziewczynka miała długie włosy 

opadające na ramiona; kilka kosmyków wiatr rozwiewał na jej twarzy. Po skończeniu tej 

pracy Megan była ogromnie z siebie zadowolona; czuła, że odniosła sukces, ale teraz, widząc, 

jak Katch w skupieniu, z dziwnie ponurym wyrazem twarzy obraca rzeźbę w rękach, dopadły 

ją wątpliwości.

- To twoja praca?

Ponieważ cisza się przeciągała, Megan aż podskoczyła, słysząc pytanie.

- Tak... - Gdy szukała w myślach czegoś stosownego, co mogłaby powiedzieć, Katch 

odwrócił się i zaczął chodzić po pracowni. Słyszała każde skrzypnięcie podłogi pod jego 

sportowymi butami.

W milczeniu oglądał kolejne rzeźby. W miarę jak cisza się przedłużała, Megan robiła 

się coraz bardziej spięta. Powinna wreszcie coś powiedzieć... Podniosła niedbale rzucony 

fartuch i złożyła go nerwowym ruchem, wygładzając fałdy.

- Co ty tu jeszcze robisz?

background image

Szeroko otworzyła oczy. Spodziewała się po nim każdej reakcji, ale nie gniewu. Na 

jego zaś twarzy malowała się złość. Mocnej zacisnęła palce na starym, znoszonym fartuchu.

- Co masz na myśli? - Głos miała spokojny, ale jej serce biło coraz szybciej.

- Dlaczego się tu ukrywasz? - spytał. - Czego się boisz?

Zdumiona pokręciła głową.

- Wcale się nie ukrywam, Katch. Mówisz bez sensu.

- Ja mówię bez sensu? - Zrobił krok w jej stronę, potem zatrzymał się, odwrócił i 

zaczął   znów   maszerować   po   pracowni.   Obserwowała   go   zafascynowana.   -   Uważasz,   że 

tworzenie takich rzeczy, żeby je trzymać w zamknięciu, ma sens? - Podniósł wypolerowany 

piaskowiec, przedstawiający mężczyznę i kobietę w objęciach. - Gdy ma się taki talent, ma 

się   również   pewne   zobowiązania.   Zamierzasz   upychać   tu   swoje   prace,   aż   nie   starczy   ci 

miejsca?

Jego reakcja wytrąciła ją z równowagi. Rozejrzała się bezradnie po pracowni.

- Od czasu do czasu zanoszę niektóre prace do galerii w centrum miasta - powiedziała. 

- Sprzedają się nieźle, zwłaszcza w sezonie i...

Ostre przekleństwo Katcha przerwało jej wypowiedź. Spojrzała na niego z uwagą. 

Czyżby ten wściekły, naburmuszony człowiek był tym samym sympatycznym facetem, który 

niedawno smażył pstrągi w jej kuchni?

- Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki zły - powiedziała.

- Straty!  - rzucił ostro, odstawiając  rzeźbę z piaskowca na półkę. - Straty zawsze 

doprowadzają   mnie   do   furii.   -   Podszedł   do   niej   i   gwałtownie   chwycił   ją   za   ramiona.   - 

Dlaczego nic nie zrobiłaś ze swoim talentem, Megan? - Patrzył jej prosto w oczy, domagając 

się odpowiedzi.

- To nie jest takie proste - zaczęła. - Mam pewne zobowiązania.

- Masz zobowiązania wobec siebie i swego talentu.

-   Mówisz   tak,   jakbyś   uważał,   że   dopuściłam   się   występku.   -   Zmieszana,   zaczęła 

uważnie przyglądać się jego twarzy. - Robię to, co uważam za właściwe. Nie rozumiem, 

dlaczego jesteś taki zły. W grę wchodzą jeszcze inne sprawy - czas, pieniądze i interes, który 

trzeba prowadzić. I rzeczywistość, której trzeba stawić czoła. - Pokręciła głową. - Chyba nie 

wyobrażasz sobie, że zawiozę swoje rzeźby do galerii w Charlestonie i zażądam wystawy?

- To byłoby na pewno bardziej sensowne, niż trzymać je tu pod kluczem. - Puścił ją 

nagle i znów zaczął przechadzać się po pracowni.

Był bardziej impulsywny, niż osądziła na podstawie pierwszego wrażenia. Zerknęła na 

glinę owiniętą mokrym ręcznikiem. Zapragnęła poczuć ją pod swoimi palcami.

background image

- Kiedy ostatnio byłaś w Nowym Jorku? - spytał, zatrzymując się naprzeciwko niej. - 

Albo w Chicago czy Los Angeles?

- Nie wszyscy możemy być obieżyświatami - powiedziała. - Niektórzy są stworzeni do 

czego innego.

Podniósł   znów   dziewczynkę   z   zamkiem   z   piasku,   a   potem   musnął   palcem   parę 

zakochanych z piaskowca.

- Chcę te dwie - oświadczył. - Sprzedasz mi?

To były jej ulubione prace, choć tak odmienne w nastroju.

- Dobrze... - zgodziła się z wahaniem. - Jeśli chcesz.

- Dam pięćset dolarów. Za każdą.

Oczy Megan rozszerzyły się ze zdumienia.

- Och, nie są tyle warte...

-   Są   warte   o   wiele   więcej,   jak   sadzę.   Masz   jakieś   pudełko,   w   które   mógłbym   je 

zapakować?

- Tak, ale... - Megan przecierała oczy. - Tysiąc dolarów?

Odstawił rzeźby na stół i podszedł do niej. Nadal był nachmurzony.

- Uważasz, że bezpieczniej jest siebie nie doceniać, niż stanąć oko w oko z własnym 

talentem?

Wytrącona z równowagi, zrobiła bezradny gest rękami. Katch odwrócił się i zaczął 

szukać pudełka. Potem przyglądała się, jak zawijał rzeźby w stare gazety. Czoło miał nadal 

zmarszczone, a w oczach złość.

- Przyniosę ci czek - oświadczył, po czym bez słowa wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Rozległ się długi, przeraźliwy krzyk. Kolejka górska z turkotem pięła się w górę, 

potem   wzięła   ostry   zakręt,   niebezpiecznie   przechylając   się   na   bok.   Wzdłuż   toru   kolejki 

migotały   światełka   i   było   głośno.   Bardzo   głośno.   Słychać   było   łoskot   i   jęki   maszynerii, 

gwizdy   i   brzęczenie   maszyn   elektronicznych   z   grami   wideo,   trzaski   korkowców   i 

nawoływania sprzedawców.

Z głośników dobiegała jazgotliwa muzyka,  zagłuszana przez ludzkie głosy. Ludzie 

śmiali  się, nawoływali,  krzyczeli.  W powietrzu unosiły się zapachy popcornu, orzeszków 

ziemnych, hot dogów i smażonego oleju.

Megan naładowała magazynek i podała pistolet przyszłemu Wyattowi Earpowi.

-   Króliki   po   pięć   punktów,   kaczki   po   dziesięć,   jelenie   dwadzieścia   pięć,   a 

niedźwiedzie pięćdziesiąt.

Szesnastoletni strzelec wyborowy wycelował i udało mu się ustrzelić kaczkę i królika. 

W   nagrodę   wybrał   gumowego   węża,   mimo   okrzyków   przerażenia   towarzyszącej   mu 

dziewczyny.

Megan, kręcąc głową, obserwowała ich, jak odchodzili. Chłopak objął dziewczynę 

ramieniem, a potem objawiał swe uczucia, machając wężem przy jej twarzy. Zarobił mocnego 

kuksańca w żebra.

Dziś wieczorem nie było tłumu, jak zwykle przed sezonem. Poza tym, o czym Megan 

wiedziała, w okolicy było kilka parków rozrywki, oferujących więcej atrakcji. Megan nie 

przeszkadzał ten luz. Od tamtego wieczoru, gdy Katch odwiedził jej pracownię, pochłonięta 

była własnymi myślami.

Od   trzech   dni   nie   odezwał   się   ani   słowem.   Z   początku   bardzo   chciała   się   z   nim 

zobaczyć,   porozmawiać   o   tym,   co   jej   powiedział.   Było   niewątpliwie   zasługą   Katcha,   że 

zaczęła myśleć o tej stronie swej natury, którą przez większą część życia ignorowała lub 

tłumiła.

Ale w miarę upływu czasu to pragnienie słabło. Ostatecznie, czy Katch miał prawo 

krytykować jej sposób życia, traktować ją tak, jakby popełniła przestępstwo? W ciągu paru 

minut oskarżył ją, osądził i skazał. A potem zniknął.

Trzy dni, rozmyślała, podając kolejnemu strzelcowi pistolet. Trzy dni i ani jednego 

słowa. Czekała na niego, mimo że czuła do siebie z tego powodu wewnętrzną niechęć. Po 

trzech dniach, tęsknota przerodziła się w gniew. Przypominała sobie, że nie tylko ją skrytyko-

wał i obraził, ale w dodatku wyszedł z jej dwiema ulubionym rzeźbami. Tysiąc dolarów, 

background image

dobre   sobie!   Marszcząc   brwi,   wsunęła   nowy   magazynek   do   pistoletu.   Gadanina,   czcza 

gadanina, to wszystko! Przyznać trzeba, że robił to bardzo dobrze. Gadanie o prowadzeniu re-

stauracji pewnie też było kłamstwem.

Ale   dlaczego?   Po   co?   Doszła   do   wniosku,   że   mężczyźni   tacy   jak   on   nie   muszą 

kierować się logicznymi powodami. To wszystko przez rozbuchane ego, uznała na koniec.

- Ach, mężczyźni... - mruknęła, podając pistolet nowemu klientowi.

- Wiem, co masz na myśli, moja droga. - Pulchna blondynka wzięła karabin z rąk 

Megan i puściła do niej oko.

Megan mocniej zmarszczyła czoło.

- Komu oni są potrzebni? - spytała.

- Nam, kochanie. - Kobieta przyłożyła karabin do ramienia. - Na tym polega problem.

Megan westchnęła, gdy kobieta zdobyła sto dwadzieścia punktów.

- Niezły wynik - pogratulowała. - Może pani sobie wybrać nagrodę z drugiego rzędu.

- Poproszę hipopotama. Odrobinę przypomina mojego drugiego męża.

Megan ze śmiechem zdjęła hipopotama z półki.

- Bardzo proszę.

Kobieta   mrugnęła   porozumiewawczo,   wsadziła   hipopotama   pod   ramię   i   odeszła 

kołyszącym się krokiem.

Megan cofnęła się, gdy znów dwóch nastolatków próbowało szczęścia. Uśmiechnęła 

się, przypominając sobie słowa tamtej kobiety. W jakiś sposób ją rozbawiły i udobruchały. 

Chociaż, pomyślała, znów podając karabin i inkasując ćwierć dolara, ona przecież nie zna 

Katcha.

I ja też go nie znam, przypomniała sobie.

Automatycznie rozmieniła banknot jednodolarowy, który pojawił się na ladzie.

- Dziesięć strzałów za ćwierć dolara - zaczęła jak zwykle. - Króliki za pięć, kaczki za 

dziesięć... - Popchnęła trzy ćwierćdolarówki po ladzie i sięgnęła po karabin. Nagle rozpoznała 

palce, które odsunęły resztę w jej stronę.

-   Postrzelam   za   dolara   -   powiedział   Katch,   gdy   zaskoczona   podniosła   wzrok. 

Uśmiechnął   się,   a   potem   pochylił   i   przelotnie   pocałował   ją   w   usta.   -   To   na   szczęście   - 

oświadczył, gdy odskoczyła.

Zanim Megan zdążyła zebrać ćwierćdolarówki, ustrzelił wszystkie niedźwiedzie.

- Hej, proszę pana, może pan powtórzyć? - Dwóch chłopców stojących w pobliżu było 

pod wrażeniem.

- Naładujesz? - Katch spojrzał na Megan. Megan w milczeniu podała mu karabin.

background image

- Ładnie pachniesz - zauważył. - Co to jest?

- Olej do karabinu.

Wybuchnął   śmiechem,   a   potem   kolejno   zestrzelił   nieszczęsne   niedźwiedzie.   Dwaj 

chłopcy jednocześnie zagwizdali z podziwem. Wokół Katcha zebrał się tłum.

- Hej, Megan!

- Zerknęła do góry i zobaczyła bliźniaczki Bailey oparte o kontuar. Obie pary ich oczu 

patrzyły znacząco na Katcha. - Czy to nie jest... ?

- Tak - ucięła Megan, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia.

-   Boski!   -   westchnęła   Teri   i   uśmiechnęła   się   zalotnie   do   Katcha,   gdy   ten   się 

wyprostował.

Katch odwzajemnił uśmiech i znów sięgnął po karabin, który podała mu Megan.

- Masz zamiar życzyć mi szczęścia? - spytał.

Megan wytrzymała jego długie spojrzenie.

- Dlaczego nie?

- Meg, szaleję na twoim punkcie!

Podczas gdy zestrzelił czwarty zestaw niedźwiedzi, Megan starała się opanować falę 

nagłego   uczucia,   którą   wywołały   jego   beztrosko   rzucone   słowa.   Zebrani   wokół   gapie 

zareagowali burzliwym aplauzem. Katch odłożył strzelbę na ladę, po czym znów zwrócił się 

do Meg:

- Co wygrałem?

- Wszystko, co zechcesz.

Ani   na   chwilę   nie   spuszczając   wzroku   z   jej   twarzy,   błysnął   zębami   w   uśmiechu. 

Zarumieniła się, karcąc się za to w duchu. Wolno przeszedł na bok i pokazał nagrodę.

- Wezmę Henry'ego - powiedział, a gdy zaintrygowana podniosła wzrok, wyjaśnił: - 

Słonia. - A gdy Megan postawiła prawie metrowej wysokości słonia w kolorze lawendowym 

na ladzie, Katch ujął jej dłonie. - I ciebie - dodał cicho.

- Możesz wybierać tylko spośród wystawionych nagród - powiedziała sztywno.

- Uwielbiam, gdy tak mówisz - skomentował.

- Przestań! - syknęła, słysząc chichot bliźniaczek.

- Założyliśmy się, pamiętasz? - Katch uśmiechnął się znacząco. - Jest piątek wieczór.

Megan próbowała wyrwać dłonie, ale jego palce splotły się z jej palcami.

- A kto mówi, że przegrałam zakład? - spytała. Starała się mówić cicho, ponieważ 

obok stoiska nadal kłębił się tłum. Katchowi najwyraźniej to nie przeszkadzało.

- Daj spokój, Megan. Wygrałem bezdyskusyjnie. Chyba nie zamierzasz wystrychnąć 

background image

mnie na dudka?

- Nigdy nikogo nie wykiwałam - szepnęła, zerkając na zaciekawiony tłum. - Ale nawet 

jeśli przegrałam, czego  nie powiedziałam,  nie mogę teraz  zostawić strzelnicy.  Na pewno 

znajdziesz kogoś, kto dotrzyma ci towarzystwa.

- Chcę ciebie.

Walczyła, by patrzeć mu prosto w oczy.

- Naprawdę nie mogę stąd wyjść. Ktoś musi obsługiwać...

- Megan... - Jeden z zatrudnionych na godziny pracowników stanął za ladą. - Pop mnie 

przysłał, bym cię zastąpił.

- Doskonała koordynacja czasowa - skomentowała, patrząc na niego z niechęcią. - 

Wielkie dzięki.

- Ależ nie ma za co, Megan.

- Przechowaj go dla mnie, dobrze? - Katch wcisnął słonia w ręce pracownika, a gdy 

Megan schyliła się nad ladą, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie.

Pocałunek był długi i namiętny. Gdy odsunął ją od siebie, rękami oplatała jego szyję i 

wpatrywała się w jego twarz oczami pociemniałymi z pożądania.

- Tęskniłem za tym od trzech dni - wyszeptał i lekko potarł jej nos swoim.

- To dlaczego tego nie zrobiłeś?

Katch   uniósł   brwi,   a   potem   uśmiechnął   się   szeroko.   Megan   zawstydzona   swą 

impulsywnością zarumieniła się.

- Och, nie miałam tego na myśli - dodała szybko, próbując wyswobodzić się z jego 

ramion.

- Ależ tak - odparował Katch. Puścił ją, ale zaraz po przyjacielsku objął ramieniem. - 

To było  naprawdę miłe.  Nie psuj efektu.  - Powiódł wzrokiem po lunaparku. - Może się 

przejdziemy?

- Nie wiem po co. My nie sprzedamy Joylandu.

- To się jeszcze okaże - powiedział, jak zawsze z nieznośną pewnością siebie. - W 

każdym   razie   ja   nadal   jestem   zainteresowany.   Wiesz,   dlaczego   ludzie   tu   przychodzą?   - 

Gestem ręki omiótł cały park.

- Żeby się zabawić - odpowiedziała Megan, podążając wzrokiem za jego ręką.

-   Zapominasz   o   dwóch   najważniejszych   powodach.   Aby   pomarzyć   i   aby   się 

sprawdzić.

Zatrzymali się i przyglądali mężczyźnie w średnim wieku, który zdjął marynarkę i 

próbował zadzwonić dzwonkiem. Młot opadł na dół z głośnym łoskotem, ale kula podniosła 

background image

się zaledwie do połowy masztu. Mężczyzna potarł dłonie z zamiarem ponowienia próby.

- Masz rację. - Megan odrzuciła włosy do tyłu, a potem uśmiechnęła się do Katcha. - 

Ty powinieneś to wiedzieć.

Odchylił głowę i posłał jej szeroki uśmiech.

- Chcesz, żebym zadzwonił?

- Siła mięśni nie robi na mnie wrażenia - rzekła stanowczo.

-   Naprawdę?   -   Nadal   ją   obejmując,   poprowadził   ją   dalej.   -   A   co   robi   na   tobie 

wrażenie?

- Poezja - powiedziała bez namysłu.

- Aha. - Katch, pocierając podbródek, zręcznie wyminął trójkę nastolatków. - A może 

limeryki? Znam kilka wspaniałych limeryków.

- Nie wątpię. - Megan pokręciła głową. - Chyba zrezygnuję.

- Tchórz!

-   Przejedźmy   się   kolejką   górską,   a   wtedy   zobaczysz,   kto   tu   jest   tchórzem   - 

zaproponowała.

- Chętnie. - Wziął ją za rękę i zaczął biec.

Dopiero przy budce z biletami zdołała złapać oddech. Przypatrując się jego twarzy, 

doszła do wniosku, że go naprawdę lubi. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej, pomyślała.

- O czym myślisz? - spytał, gdy zapłacił za ich przejażdżkę.

- O tym, że mogłabym cię polubić za jakieś trzy czy cztery lata. A może w trochę 

krótszym czasie - dodała z uśmiechem.

Katch ujął jej dłonie i pocałował je, a Megan przeszył silny dreszcz.

- Schlebiasz mi - mruknął pod nosem, a jego oczy rozjaśnił wesoły błysk.

Megan próbowała wyrwać ręce, zaskoczona siłą swojej reakcji. Instynktownie czuła, 

że ich znajomość nie powinna wykroczyć poza pewne ramy.

- Będziesz musiała trzymać  mnie za rękę. - Katch ruchem głowy pokazał kolejkę 

górską. - Mam lęk wysokości.

Wybuchnęła śmiechem. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia. Nie wycofała ręki.

Katchowi nie wystarczyła przejażdżka górską kolejką. Potem zgubili się w labiryncie, 

przestraszyli w zamku duchów i pokręcili leniwie na diabelskim młynie.

Z góry mogli podziwiać kolorowe światła lunaparku oraz ocean ciągnący się z prawej 

strony.   Wiatr   rozwiewał   włosy   Megan.   Katch   zebrał   je,   gdy   pięli   się   znów   w   górę,   i 

przytrzymał w dłoni. Gdy ją pocałował, przyjęła to niezwykle naturalnie, jakby ta chwila 

należała tylko do nich. Hałas i ludzie tam na dole - to był inny świat. W ich świecie był tylko 

background image

kręcący się młyn oraz lekki wietrzyk wiejący od oceanu. I dotyk ust. I przyjemność...

Megan oparła się o Katcha; odkryła, że jej głowa doskonale pasuje do jego ramienia. 

Wtulona w nie, obserwowała, jak kręci się świat. Na niebie pulsowały niezliczone gwiazdy. 

Sierp księżyca pojawiał się i znikał za chmurami. W powietrzu czuło się morską wilgoć i 

lekki chłód. Westchnęła z rozkoszą.

- Kiedy po raz ostatni to robiłaś?

- Co takiego? - Pochyliła głowę, by na niego spojrzeć. Mimo że byli tak blisko siebie, 

nie czuła niebezpieczeństwa.

- Kiedy po raz ostatni bawiłaś się w wesołym miasteczku? - Katch zauważył wyraz 

zmieszania na jej twarzy. - Kiedy tak po prostu się tu bawiłaś?

Diabelski młyn zwolnił, potem zatrzymał się. Wagoniki kołysały się lekko, gdy jedni 

pasażerowie wysiadali, inni wsiadali. Nagle wróciła myślami do dzieciństwa. Kiedy to było?

- Nie wiem - powiedziała niepewnie, podnosząc się z ławki.

Idąc u boku Katcha, rozglądała się wokół siebie. Zauważyła kilka znajomych osób, ale 

w większości byli to turyści, którzy wzięli urlop przed sezonem.

-   Powinnaś   robić   to   częściej   -   zauważył   Katch,   kierując   się   w   stronę   wschodniej 

bramy.   -   Śmiać   się   -   ciągnął,   gdy   odwróciła   do   niego   głowę   -   odprężyć,   zapomnieć   o 

ograniczeniach, które na siebie nałożyłaś.

Megan zesztywniała.

- Jak na kogoś, kto ledwie mnie zna, zbyt dobrze się orientujesz, co dla mnie dobre.

- To nic trudnego. - Zatrzymał się przy budce z lodami i zamówił dla Megan lody w 

waflu. - Nie masz żadnych tajemnic, Megan.

- Dziękuję bardzo.

Katch, śmiejąc się, podał jej lody.

- Nie dąsaj się, to miał być komplement.

- Przypuszczam, że znasz wiele bywałych w świecie kobiet.

Gdy zaczęli iść, Katch znów objął ją ramieniem.

- Owszem, znam taką - powiedział. - Nazywa się Jessica. To jedna z najpiękniejszych 

kobiet, jakie spotkałem.

- Naprawdę? - Megan w roztargnieniu lizała lody.

-   To   blondynka   o   klasycznych   rysach.   Jasna   skóra,   delikatnie   rzeźbione   rysy, 

niebieskie oczy. Cudowne niebieskie oczy.

- To interesujące - wtrąciła Megan.

- I jeszcze coś - ciągnął Katch. - Jest bardzo inteligentna i ma poczucie humoru.

background image

- Wygląda na to, że ją lubisz.

- Nawet więcej. Przez wiele lat razem mieszkaliśmy. - Nagle dodał obojętnym tonem: 

- Teraz jest już mężatką i ma dwoje dzieci, ale nadal często się spotykamy.

Może uda jej się przyjechać tu na parę dni, wtedy ją poznasz.

- Och, naprawdę? - Megan była nie na żarty zła. Przystanęła. - Jeśli myślisz, że marzę 

o tym, by poznać twoją...

- Siostrę - dokończył Katch, chrupiąc wafel. - Polubiłabyś ją. Lód ci kapie, Meg!

Podeszli do bramy wyjściowej.

- To bardzo ładny lunapark - pochwalił Katch. - Mały, ale dobrze zorganizowany. - 

Jakby od niechcenia sięgnął do kieszeni i wyciągnął kartkę papieru. - Och, zapomniałem dać 

ci czek.

Megan, nie patrząc, wsunęła czek do kieszeni. Oczy miała utkwione w twarzy Katcha. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, w którą stronę biegły jego myśli.

- Mój dziadek poświęcił temu miasteczku całe swoje życie - przypomniała.

- Ty również - powiedział Katch.

- Dlaczego chcesz je kupić? Żeby na nim zarobić? Katch milczał przez długą chwilę. 

Jakby za obopólną zgodą zaczęli schodzić w dół po piasku ku oceanowi.

-   Czy   to   taki   zdrożny   powód,   Megan?   -   odpowiedział.   -   Masz   coś   przeciwko 

zarabianiu pieniędzy?

- Nie, oczywiście, że nie. To byłoby śmieszne.

- Zastanawiałem się, czy dlatego nic nie zrobiłaś ze swoimi rzeźbami.

- Robię to, co mogę i na co mam czas. Istnieją w życiu pewne priorytety.

- Być może źle je ustaliłaś. - Nim zdążyła odpowiedzieć, znów się odezwał: - Jaki 

wpływ na zyski z lunaparku miałoby zainstalowanie nowoczesnych karuzeli i powiększenie 

pasażu handlowego?

- Nie możemy sobie pozwolić...

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - Wziął ją za ramiona i poważnym wzrokiem 

spojrzał prosto w jej oczy.

- Naturalnie zyski byłyby większe - odpowiedziała. - Ludzie przychodzą tu, by się 

rozerwać. Im więcej atrakcji, tym bardziej są zadowoleni i wydają więcej pieniędzy.

Katch skinął głową ze zrozumieniem.

- Czytasz w moich myślach - skwitował.

- Ale, jak wiesz, nie mamy pieniędzy na modernizację. - Nadal na nią patrzył, ale 

Megan zauważyła, że myślami błądził daleko stąd. - O czym myślisz? - spytała.

background image

Zwolnił uścisk na jej ramieniu i teraz delikatnie je gładził.

- Jesteś niezwykle piękna - powiedział.

- Nie, nie o tym myślałeś. - Odsunęła się od niego.

-   Ale   teraz   myślę.   -   Oczy   mu   zabłysły,   gdy   obejmował   ją   w   talii.   -   To   właśnie 

pomyślałem, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy.

- Jesteś zabawny! - Próbowała się wyrwać, ale zdołał przyciągnąć ją bliżej.

- Temu nie przeczę. Ale nie możesz mówić, że jestem zabawny, ponieważ twierdzę, że 

jesteś piękna. - Niespodziewanie pocałował ją w czoło. Megan poczuła, jak kolana się pod nią 

uginają.   Oparła   ręce   na   jego   klatce   piersiowej,   częściowo   by   się   na   nim   wesprzeć,   a 

częściowo   by   zaprotestować.   -   Jesteś   artystką   -   ciągnął   zniżonym   głosem.   -   Potrafisz 

rozpoznać piękno.

- Przestań! - zaprotestowała bez przekonania.

- Przestać cię całować? - Wolno, z namaszczeniem, jego usta zaczęły wędrować po jej 

skórze. - Ale ja muszę, Meg.

Gdy jego usta czule dotknęły jej ust, a potem wycofały się, Meg wydawało się, że 

serce jej stanęło. Jęknęła z rozkoszy, a potem przyciągnęła go do siebie. Miała wrażenie, że 

coś   w   niej   eksploduje.   Oszołomiona,   przerażona   siłą   swej   reakcji,   przywarła   do   niego. 

Pożądanie, nowe, nieznane wrażenia i emocje kłębiły się w niej zbyt szybko, by mogła je 

analizować.  Nagle   ogarnięta  paniką  zaczęła   się  wyrywać.  Najchętniej  uciekłaby  na   oślep 

przed siebie, ale Katch nadal trzymał ją mocno w ramionach.

- Co się stało? Cała drżysz. - Uniósł jej podbródek, by spojrzała mu w oczy. - Nie 

chciałem cię przestraszyć, przepraszam.

Jego delikatność ją obezwładniła. Miłość, nowo odkryta, gwałtownie szukała ujścia. 

Megan   nie   mogła   się   odezwać,   ponieważ   głos   miała   nabrzmiały   od   łez.   Zdołała   jedynie 

pokręcić głową. Potem przełknęła ślinę i modliła się, by się uspokoić.

- Nie... - zająknęła się. - Muszę już wracać. Za chwilę zamykamy. - Widziała, jak za 

jego plecami gasną światła w miasteczku.

- Meg... - Ton jego głosu zatrzymał ją w miejscu. Nie było to żądanie, lecz prośba. - 

Zjedz ze mną kolację.

- Nie mogę...

- Może w poniedziałek?

- Nie. - Twardo obstawała przy swoim.

- Proszę.

Jej stanowczość złagodziło lekkie westchnienie.

background image

- Nie grasz fair - wyszeptała.

- Nigdy. O siódmej?

- Ale żadnych pikników na plaży - zdecydowała się na kompromis.

- Zjemy w środku, obiecuję.

- Zgoda, ale tylko kolacja. - Odsunęła się od niego. - Teraz muszę już iść.

- Odprowadzę cię. - Katch wziął jej rękę i, nim zdołała go powstrzymać, pocałował ją. 

- Muszę zabrać słonia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Megan   trzymała   w   dłoniach   głowę   Katcha.   W   skupieniu   modelowała   jego   kości 

policzkowe. Gdy zaczynała pracę nad tym popiersiem, myślała, że będzie to dobra terapia. Do 

pewnego stopnia miała rację. Czas mijał spokojnie, bez niepokoju, który dręczył ją przez 

ostatnie   dwie   noce.   Umysł   miała   skoncentrowany   na   pracy,   nie   było   w   nim   miejsca   na 

niepokojące myśli, które męczyły ją przez cały weekend.

Wolno otwierała i zamykała dłonie, ćwicząc mięśnie, aż zaczęły ją boleć. Zerknęła na 

zegarek. Pracowała dłużej, niż zamierzała.  Przez okna wlewało  się popołudniowe słońce. 

Masując palce, krytycznym wzrokiem przyglądała się swemu dziełu.

Doszła   do   wniosku,   że   ma   powody   do   radości.   Udało   jej   się   uchwycić 

charakterystyczne cechy osobowości Katcha: pewną twardość oraz inteligencję. Usta miał 

mocno   zarysowane   i   zmysłowe,   oczy   myślące,   przenikliwe.   Była   to   twarz   wzbudzająca 

zaufanie.

Mrużąc oczy, przyglądała się glinianej replice Katcha. Pomyślała, że są mężczyźni, 

którzy robią karierę dzięki kobietom, inni zdobywają je, kochają i porzucają. Wreszcie są też 

tacy, którzy się ustatkowują, żenią się, zakładają rodzinę. Nie miała wątpliwości, do której 

kategorii należał Katch.

Wstała, by umyć ręce. Zauroczenie, pomyślała. Po prostu zauroczenie. On jest inny i 

naprawdę ekscytujący... Nie byłaby kobietą, gdyby nie schlebiało jej jego zainteresowanie. 

Och, zbyt silnie zareagowała, to wszystko. Wytarła ręce. Człowiek nie zakochuje się tak szyb-

ko. A jeśli nawet, to nie może być nic trwałego.

Gliniany model znów przykuł jej wzrok. Uśmiech Katcha zdawał się drwić z jej jakże 

rozsądnych argumentów. Cisnęła ręcznik na podłogę.

- To nie mogło stać się tak szybko! - rzuciła mu w twarz z wściekłością. - Nie w ten 

sposób. Nie mogło przytrafić się właśnie mnie. - Odsunęła się, by nie widzieć jego pewnego 

siebie wyrazu twarzy. - Nie pozwolę na to!

On tylko chce kupić wesołe miasteczko, przypomniała sobie. Gdy w końcu przekona 

się, że nie może go mieć, odejdzie. Ból, jaki ją przeszył, był niespodziewanie silny. Tego 

właśnie pragnę, pomyślała stanowczo. Chcę, by wyjechał i zostawił nas w spokoju. Starała się 

nie pamiętać wzruszeń, jakich doświadczała, gdy była w jego ramionach.

Potrząsając głową, zerwała z włosów wstążkę. Włosy rozsypały jej się na ramiona. 

Jutro zacznę pracować w drewnie, postanowiła, zakrywając gliniany model. A dziś będzie się 

dobrze bawić na kolacji z atrakcyjnym mężczyzną. To takie proste.

background image

Z udawanym spokojem Megan zdjęła roboczy fartuch i wyszła z pracowni.

- Cześć, kochanie! - Pop podjechał furgonetką, akurat gdy Megan zeszła na dół.

Gdy wysiadł z samochodu, Megan zauważyła, że jest zmęczony. Podeszła do niego 

szybko i objęła go wpół ramieniem.

- Cześć. Długo cię nie było.

- Miałem kilka spraw w miasteczku - powiedział, gdy szli w stronę domu.

To wyjaśniało, dlaczego jest zmęczony, pomyślała Megan, otwierając drzwi.

- Jakieś problemy? - Poczekała, aż usiadł przy stole, a następnie podeszła do kuchenki, 

by zaparzyć herbatę.

- Naprawy, Megan. - Westchnął. - Naprawy. Kolejka górska i ośmiornica oraz kilka 

mniejszych urządzeń. - Oparł się o krzesło, gdy Megan odwróciła się i spojrzała na niego.

- Bardzo źle?

Pop westchnął. Wiedział, że najlepiej od razu powiedzieć prawdę.

- Dziesięć tysięcy, może piętnaście.

- Dziesięć tysięcy dolarów... - Megan wzięła długi oddech. Potarła dłonią czoło. Nie 

było sensu dopytywać się. Gdyby miał jakieś wątpliwości, zatrzymałby tę wiadomość dla 

siebie. - Możemy wyłożyć  pięć tysięcy - zaczęła, dokładając w myślach do oszczędności 

sumę, którą dostała właśnie od Katcha. - Musimy znać dokładną kwotę, by wiedzieć, jaką 

pożyczkę zaciągnąć w banku.

- Banki niechętnie pożyczają duże sumy ludziom w moim wieku - mruknął Pop.

- Nie bądź niemądry - starała się go pocieszyć. - I tak pożyczą pieniądze pod zastaw 

parku, prawda? - Starała się nie myśleć o wysokich odsetkach od kredytu.

- Jutro spróbuję porozmawiać z kilkoma osobami - obiecał, wyciągając rękę po fajkę i 

tym   gestem   kończąc   rozmowę   o   interesach.   -   Wychodzisz   dziś   na   kolację   z   Katchem, 

prawda?

- Tak. - Megan wyjęła filiżanki i spodki.

- Sympatyczny młody człowiek. - Pop pykał fajkę.

- Lubię go. Ma klasę.

-   To   prawda   -   bąknęła,   gdy  czajnik   zaczął   gwizdać.   Ostrożnie   nalała   wrzątek   do 

filiżanek.

- I potrafi łowić ryby - podkreślił Pop.

- Co, oczywiście, czyni go wcieleniem wszelkich cnót.

- Nie mam mu tego za złe, to fakt. - Mówił miłym tonem, uśmiechając się do Megan 

szeroko. - Zauważyłem was wczoraj na diabelskim młynie. Ładnie razem wyglądaliście.

background image

-   Pop,   naprawdę...   -   Czując,   że   się   rumieni,   Megan   podeszła   do   zlewu   i   zaczęła 

przestawiać naczynia.

-   Wydaje   się,   że   trochę   go   lubisz   -   powiedział.   -   Nie   zauważyłem,   żebyś   się 

wzbraniała, gdy cię całował.

- Pop rozradowany popijał herbatę. - Nawet wydawało mi się, że bardzo ci się to 

spodobało.

- Pop! - jęknęła zaskoczona.

- Och, Megan wcale cię nie szpiegowałem - wyjaśnił uspokajająco. I zakaszlał, by 

zamaskować chichot.

- To się działo w miejscu publicznym, wiesz o tym. Założę się, że wielu ludzi was 

widziało. Wyglądaliście razem naprawdę ładnie.

Megan nie wiedziała, co powiedzieć. Podeszła i usiadła przy stole.

- To był tylko pocałunek - wykrztusiła. - To jeszcze nic nie znaczy.

Pop dwukrotnie skinął głową, drobnymi łykami popijając herbatę.

- Zupełnie nic - powtórzyła Megan.

Pop uśmiechnął się do niej jednym ze swoich pobłażliwych uśmiechów.

- Ale ty go lubisz, prawda? Megan spuściła wzrok.

- Czasami - powiedziała cicho. - Czasami tak. Pop przykrył jej dłoń swoją i poczekał, 

aż wnuczka podniesie wzrok.

- To najbardziej naturalna rzecz na świecie - powiedział. - Trzeba zostawić sprawy 

własnemu biegowi.

- Ledwie go znam - odparła pospiesznie.

- Mam do niego zaufanie - wyznał szczerze Pop. Megan przyjrzała mu się uważnie.

- Dlaczego?

Pop wzruszył ramionami i znów pociągnął fajkę.

- Mam takie przeczucie, a poza tym  dobrze mu z oczu patrzy.  Gdy się prowadzi 

interesy z ludźmi, trzeba umieć właściwie oceniać charaktery. To uczciwy człowiek. Chce 

postawić na swoim, to fakt, ale nie jest oszustem. To ważne.

Megan przez chwilę siedziała w milczeniu, nawet nie upiła swej stygnącej herbaty.

- On chce mieć nasze wesołe miasteczko. Pop patrzył na nią poprzez obłok dymu.

-   Wiem.   Powiedział   mi   to   wprost.   Nie   działa   podstępnie.   -   Wyraz   jego   twarzy 

złagodniał, gdy patrzył w oczy Megan. - W życiu zachodzą zmiany. Musisz to zaakceptować, 

Meg.

- Nie rozumiem, co masz na myśli? Czy... czyżbyś myślał jednak o sprzedaży?

background image

Pop dosłyszał w jej głosie panikę i znów poklepał ją po dłoni.

-  Nie   martwmy  się   tym  teraz.  Przede   wszystkim  trzeba  nareperować  sprzęt   przed 

feriami wielkanocnymi. Może dziś wieczorem założysz tę żółtą sukienkę, którą tak lubię, 

Meg? Tę z małym żakiecikiem. Gdy cię w niej widzę, od razu myślę o wiośnie.

Megan zrezygnowała z dalszej indagacji. Dziadek to był twardy orzech do zgryzienia. 

Gdy postanowił zamknąć temat, nic go od tego nie odwiedzie.

- Zgoda - powiedziała. - Pójdę teraz na górę i wezmę kąpiel.

- Megan! - Odwróciła się od drzwi i popatrzyła na niego. - Baw się dobrze. Czasami 

lepiej jest popłynąć z prądem - dodał sentencjonalnie.

Gdy wyszła, patrzył za nią w zamyśleniu gładząc się po brodzie.

Godzinę później Megan przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Żółta sukienka, o 

prostym   kroju   pasującym   do   jej   smukłej   figury,   miała   ciepły,   morelowy   odcień,   który 

podkreślał jej karnację.

Megan długimi pociągnięciami szczotki rozczesała włosy. W uszy wpięła maleńkie 

złote kółka. Stanowiły jej jedyną biżuterię.

- Cześć, Megan!

Szczotka znieruchomiała w powietrzu. Oczy, które Megan widziała w lustrze, zrobiły 

się okrągłe ze zdumienia. To niemożliwe, żeby to Katch stał pod jej oknem!

- Meg!

Kręcąc z niedowierzaniem głową, podeszła do okna. Katch istotnie stał pod jej oknem 

i machał do niej na powitanie.

- Co tutaj robisz?

- Otwórz! - poprosił.

- Jeśli spodziewasz się, że wyskoczę przez okno, to się rozczarujesz.

- Łap!

Refleks zadziałał, nim zdążyła pomyśleć. W porę wyciągnęła rękę i złapała bukiecik 

narcyzów.

- Jakie piękne! - Jej oczy śmiały się do niego z góry. - Dziękuję.

- Schodzisz już?

- Tak. - Odrzuciła włosy do tyłu. - Za chwilę.

Katch prowadził szybko i z wprawą. Nie pojechał jednak do swojej restauracji, czego 

się spodziewała, tylko skręcił w stronę oceanu i dalej jechał na północ. Megan odprężyła się, 

delektując się cichym zmierzchem i płynną, swobodną jazdą.

Rozpoznała   okolicę.   Domy   za   wysokimi   żywopłotami   były   tu   większe   i   bardziej 

background image

eleganckie niż te na obrzeżach miasta. Katch zatrzymał się przed jednym z nich i zaparkował 

pod kwitnącym na czerwono krzewem.

W porównaniu z sąsiednimi domami ten był mniejszy, jednopiętrowy, zbudowany z 

omszałych desek, ale Megan od razu przypadł do gustu.

- Co tu się mieści? - spytała.

- Tutaj mieszkam. - Katch otworzył furtkę i przepuścił Megan przed sobą.

- Mieszkasz tutaj?

Słysząc zaskoczenie w jej głosie, uśmiechnął się lekko.

- Muszę gdzieś mieszkać, Megan.

Szła kamienną ścieżką prowadzącą do domu.

- Nie sądziłam, że kupisz tu dom - powiedziała. To by świadczyło, że zapuszczasz 

korzenie.

- Przenoszę je z łatwością - oświadczył. Spojrzała na dom i rozległy ogród.

- Znalazłeś doskonałe miejsce.

Katch wziął ją za rękę i oplótł jej palce swoimi.

- Wejdź do środka - zaprosił.

- Kiedy go kupiłeś? - dopytywała się, wchodząc po schodkach.

- Kilka miesięcy temu, gdy tu przyjechałem. Przeprowadziłem się w zeszłym tygodniu 

i jeszcze nie miałem zbyt wiele czasu na poszukanie odpowiednich mebli. - Włożył klucz do 

zamka - Znalazłem kilka rzeczy, a resztę wkrótce sprowadzę z mojego mieszkania w Nowym 

Jorku.

Umeblowanie rzeczywiście było skąpe, ale stylowe. W salonie stała niska, kremowa 

sofa, na której leżały barwne poduszki, oraz duży wiklinowy fotel, obok zaś stała ceramiczna 

donica z okazałym, wijącym się bluszczem. W etażerkach wykonanych z mosiądzu i szkła 

znajdowała się kolekcja muszli, a na dębowej podłodze leżał sizalowy dywan.

Pokój był przestronny, na prawo znajdowały się schody wiodące na piętro, na lewo 

zaś  kamienny  kominek.   Megan   szybko   omiotła  wzrokiem  pokój  w  poszukiwaniu  swoich 

rzeźb. Ale ich nie znalazła. Zastanawiała się, co z nimi zrobił.

- Jest tu bardzo pięknie, Katch - pochwaliła. - Podeszła do okna. Trawnik schodził w 

dół, a na jego końcu stał wysoki żywopłot, zapewniając ogrodowi intymność. - Czy z góry 

widać ocean? - spytała.

Nie   odpowiedział.   Odwróciła   się   do   niego   i   uśmiech   jej   zamarł   na   widok 

intensywności jego spojrzenia. Serce zabiło jej szybciej. Bała się, ale mimo lęku odrzuciła 

głowę do tyłu i patrzyła mu w oczy. Katch ujął jej twarz w dłonie, odgarnął włosy z jej twarzy 

background image

i przyciągnął ją do siebie. Pochylił głowę, ale zanim ją pocałował, wstrzymał się na chwilę, 

by zobaczyć w jej oczach pożądanie. Pocałunek był od razu gorący i namiętny.

Była głupia, jakże naiwna, myśląc, że uda jej się w nim nie zakochać!

Gdy Katch odsunął ją od siebie, Megan przytuliła policzek do jego piersi, pozwalając 

mocno objąć się w talii. Z wahaniem, nie dłuższym jednak niż ułamek sekundy, przyciągnął 

ją znów do siebie. Gdy poczuła jego usta na swoich, westchnęła z rozkoszy. Słyszała szybkie, 

równomierne bicie jego serca.

- Mówiłaś coś?

- Kiedy?

-   Przedtem.   -   Pomasował   palcami   jej   kark.   Megan   zadrżała   z   przyjemności, 

jednocześnie usiłując sobie przypomnieć, co było przedtem, nim znalazła się w ramionach 

Katcha...

- Chyba spytałam cię, czy z góry widać ocean - powiedziała.

- Tak. - Objął rękami jej twarz i całował ją znów długo i namiętnie. - Widać.

- Pokażesz mi?

Zacisnął   mocniej   palce   na   jej   skórze,   aż   przymknęła   oczy,   czekając   na   następny 

pocałunek. Ale tym razem uwolnił ją z objęć.

- Po kolacji - obiecał.

- Będziemy jeść tutaj? Uśmiechnął się tajemniczo.

- Nie lubię restauracji - powiedział i poprowadził ją do kuchni.

- To dziwne, jak na właściciela jednej z nich.

- Powiedzmy, że w pewnych okolicznościach wolę bardziej kameralny nastrój.

- Rozumiem. - Popchnął drzwi i Megan zobaczyła nowoczesną kuchnię z drewna i 

nierdzewnej stali. - A kto dziś gotuje?

- My - rzekł swobodnie. - Co powiesz na steki?

Zjedli   wspaniały   posiłek   przy   stole   z   blatem   z   przydymionego   szkła,   popijając 

smakowite mięso wybornym czerwonym winem. Na bufecie w tle migotały płomienie tuzina 

świec oprawionych w małe mosiężne świeczniki. Megan poddała się intymnemu nastrojowi, 

czując w głowie szum wina. Mężczyzna, który siedział naprzeciwko niej, miał ją w garści. 

Gdy podniosła się, by posprzątać ze stołu, chwycił ją za rękę.

- Nie teraz. Chodźmy. Dzisiaj widać księżyc. Bez wahania poszła za nim.

Weszli po szerokich, drewnianych schodach, które na podeście rozchodziły się w dwie 

strony.   Katch   poprowadził   Megan   przez   sypialnię   zdominowaną   przez   ogromne   łóżko   z 

mosiężnym wezgłowiem. Wysokie, szklane drzwi wiodły na korytarz, skąd po schodach w 

background image

górę wchodziło się na taras widokowy na dachu.

Megan usłyszała szum fal uderzających o brzeg, jeszcze zanim podeszła do barierki. 

Poniżej   żywopłotu  przewalały   się  niespokojne   fale.   Białe  grzywy   lśniły  w   ciemnościach. 

Księżyc świecił słabo, ale pomagały mu niezliczone gwiazdy.

Z głębokim westchnieniem szczęścia oparła się o barierkę.

- Jak tu pięknie. Uwielbiam patrzeć na ocean. - Usłyszała trzask zapalniczki, a potem 

zapach tytoniu zmieszał się przyjemnie z zapachem morza.

- Myślałaś kiedyś o podróżach?

- Oczywiście, czasami. - Megan wzruszyła ramionami. - Ale teraz to nie jest możliwe.

Katch zaciągnął się cienkim cygarem.

- Dokąd chciałabyś pojechać?

- Dokąd bym pojechała? - powtórzyła.

-  Tak,  dokąd  byś   pojechała,   gdybyś  mogła?   - Dym  z  cygara   szybował  do  góry i 

rozpływał się w powietrzu.

- Pofolguj wyobraźni, Megan. Przecież lubić marzyć, prawda?

Przymknęła oczy, pozwalając, by fantazja pokierowała jej myślami.

- Do Nowego Orleanu - powiedziała półgłosem. - Zawsze chciałam zobaczyć Nowy 

Orlean.   I   Paryż.   Gdy   byłam   młodsza,   marzyłam   o   studiach   w   Paryżu,   śladami   wielkich 

artystów.  - Otworzyła  oczy.  - Przypuszczam, że ty tam już byłeś?  W Nowym  Orleanie i 

Paryżu?

- Tak, byłem.

- I jak tam jest?

Zanim odpowiedział, pogładził jej podbródek.

- Latem Nowy Orlean pachnie rybami i potem. Przez całą dobę rozbrzmiewa muzyka 

grana   w   nocnych   klubach   i   przez   ulicznych   grajków.   Podobnie   jak   Nowy   Jork,   miasto 

nieustannie tętni życiem.

- A Paryż? - dopytywała się, chcąc zobaczyć swoje marzenie jego oczami. - Opowiedz 

mi o Paryżu.

- Jest staroświecki i dostojny, jak dama w podeszłym wieku. Nie jest zbyt czysty, ale 

to nie ma znaczenia. Najpiękniej  wygląda wiosną; nic tak nie pachnie jak Paryż  wiosną. 

Chciałbym cię tam zabrać. - Niespodziewanie ujął pukiel jej włosów. Oczy wpatrzone w nią 

przybrały intensywny wyraz. - Chciałbym zobaczyć, jak ulegasz emocjom, które tutaj tak 

skutecznie kontrolujesz. W Paryżu nie da się trzymać uczuć na wodzy.

- Wcale tego nie robię! - zaprzeczyła natychmiast z ożywieniem.

background image

Wyrzucił cygaro przez barierkę, a potem wolno objął ją wpół i przyciągnął do siebie.

- Naprawdę? - Ściągając żakiet z jej ramion, dodał z lekkim zniecierpliwieniem: - 

Masz w sobie życiową pasję, którą stale tłumisz. Znajdujesz dla niej ujście w pracy, ale nawet 

swoje rzeźby trzymasz  zamknięte w pracowni. Gdy cię całuję, czuję, jak walczysz z na-

miętnością, by nie wydostała się na zewnątrz.

Uwolnił ją od żakietu i powiesił go na barierce tarasu. Wolno, zmysłowo przesuwał 

palcami po jej nagiej skórze, czując, jak powoli rozbudza jej zmysły.

- Pewnego dnia ona wybuchnie - dokończył. - Zamierzam to zobaczyć.

Zsunął ramiączka, potem sukienkę z jej ramion i zaczął całować jej szyję. Megan nie 

protestowała, gdy poczuła jego dłoń na swojej piersi. A gdy jego usta znalazły się na jej 

ustach, odpowiedziała mu z równą namiętnością.

Katch mamrotał z zadowoleniem, czując, jak jej piersi twardnieją z pożądania. Megan 

pozwalała mu na  wszystko,  ponieważ  wezbraną  falą  ogarniało ją podniecenie. Nie miała 

wiedzy, która służyłaby jej za przewodnika, nie miała żadnego doświadczenia. Rządziło nią 

pożądanie i instynkt.

Przesuwała   palcami   po   jego   karku,   uciskając   ciepłą   skórę   i   rozkoszując   się   jego 

reakcją na swój dotyk. Tej swojej siły jeszcze nie znała. Wsunęła ręce pod sweter Katcha. 

Wolno, z namysłem odnajdywała zakamarki jego ciała. Czuła pod palcami, jak tężeją mu 

mięśnie.

Całował ją coraz głębiej, coraz bardziej gorączkowo, jego namiętność ją pochłaniała, 

mieszała się z jej namiętnością. Ból przyszedł nagle, znikąd. Rozprzestrzenił się po jej ciele z 

nienasyconą gwałtownością. Pożądanie było tak ostre, że nie mogła mu się oprzeć. Poddała 

się z nieznośnym wyczekiwaniem, przywierając do Katcha całym ciałem.

- Katch... - Miała zduszony głos. - Chcę zostać u ciebie na noc...

Na moment gwałtownie ją do siebie przycisnął i trzymał w objęciach mocno, niemal 

nie pozwalając jej na oddech.

Potem poczuła, że zwalania uścisk. Wziął ją za ramiona i popatrzył na nią z góry 

przenikliwymi oczami. Rwał jej się oddech, dreszcze przeszywały ciało. Wolno, prawie jej 

nie dotykając, założył jej z powrotem sukienkę.

- Odwiozę cię do domu.

Szok z powodu odrzucenia był bolesny jak cios. Z drżeniem otworzyła usta, ale zaraz 

jej   zamknęła.   Szybko,   walcząc   z   napływającymi   do   oczu   łzami,   niezdarnymi   ruchami 

zakładała żakiet.

- Meg! - Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia, ale ona cofnęła się gwałtownie.

background image

- Nie, nie dotykaj mnie... - Głos miała nabrzmiały łzami. Przełknęła ślinę. - Nie musisz 

głaskać mnie po głowie. Chyba się źle zrozumieliśmy.

- Nieprawda - odrzekł. - I nie płacz, do diabła!

- Nie zamierzam płakać - powiedziała. - Chcę już wrócić do domu. W jej oczach czaił 

się ból, do którego nie chciała się przyznać.

- Porozmawiajmy spokojnie. - Wziął ją za rękę, ale mu się wyrwała.

- Nie będziemy rozmawiać. - Wyprostowała ramiona i popatrzyła mu prosto w oczy. - 

Zjedliśmy kolację, potem sprawy zaszły trochę za daleko. To proste. I już minęło.

- To nie jest proste i wcale nie minęło, Meg - zaoponował. Popatrzył jej głęboko w 

oczy. - Ale na razie to zostawmy.

Megan odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W świetle dnia lunaparki tracą wiele ze swego uroku. Bród, rdza i odrapana farba 

wychodzą na wierzch. To, co w sztucznym świetle lśni i mieni się kolorami, w naturalnym 

wygląda   bardzo   pospolicie.   Tylko   bardzo   młodzi   ludzie,   a   przynajmniej   młodzi   duchem, 

mogą wierzyć w magię, gdy zderzają się z rzeczywistością.

Pop należał do tych  wiecznie młodych. Megan kochała go za to. Ze wzruszeniem 

obserwowała, jak nadzoruje naprawy w zamku duchów. Weszła do środka, odganiając własne 

upiory. Minęło dziesięć dni od czasu spotkania z Katchem. Odsunęła myśl o nim, skupiając 

uwagę na rzeczywistości. Myślała o dziadku i ich wesołym miasteczku. Była wystarczająco 

dorosła, by odróżniać realne życie od fantazji.

- Jak leci? - zawołała za plecami Popa.

Pop odwrócił się i uśmiechnął od ucha do ucha.

- Doskonale, Megan. - Jego słowom towarzyszyły odgłosy prac remontowych. - Lepiej 

niż myślałem. Ruszymy jeszcze przed wielkanocną gorączką. - Objął ją ramieniem i uścisnął. 

- Wszystkie mniejsze urządzenia są w porządku. A co u ciebie?

Nie wzbraniała się, gdy wyprowadził ją na zewnątrz. Hałas był taki, że trudno było 

rozmawiać.

- U mnie? - powtórzyła. W ostrym świetle słonecznym zamrugała oczami. Wiosenny 

dzień był równie gorący jak w środku lata.

- Masz takie smutny wyraz oczu. Już od tygodnia.

- Pop poklepał ją po ramieniu, jakby mimo gorącego dnia chciał ją rozgrzać. - Wiesz, 

że przede mną nic nie ukryjesz. Znam cię zbyt dobrze.

Milczała przez chwilę, szukając odpowiednich słów.

- Niczego  nie próbuję  ukryć,  Pop. - Wzruszyła  ramionami,  potem odwróciła  się i 

obserwowała  ludzi   pracujących  przy  górskiej   kolejce.  - Po  prostu  sprawa  nie   jest  aż  tak 

ważna, by się nad nią rozwodzić. To wszystko. Kiedy kolejka ruszy?

- To musi być ważna sprawa, ponieważ jesteś nieszczęśliwa - odpowiedział, ignorując 

próbę   zmiany   tematu.   -   Czyżbyś   już   była   za   dorosła,   by   rozmawiać   ze   mną   o   swoich 

problemach?

Rzuciła mu przepraszające spojrzenie.

- Ależ nie, Pop! Zawsze będę ci się zwierzać.

- A więc słucham - rzekł po prostu.

- Popełniłam błąd. To wszystko.

background image

- Megan. - Pop położył ręce na jej ramionach. Ich oczy, ponieważ byli tego samego 

wzrostu,   znajdowały   się   na   tym   samym   poziomie.   -   Zapytam   cię   wprost.   Jesteś   w   nim 

zakochana?

- Nie - zaprzeczyła pospiesznie.

- Jak widzę, nie musiałem wymieniać jego imienia.

- Pop uniósł brew.

Jakże sprytny potrafił być jej dziadek! Nie powinna o tym zapominać.

- Myślałam, że je wymieniłeś - powiedziała ostrożnie. - Ale się pomyliłam.

- A więc dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa? - kontynuował przesłuchanie.

- Proszę... - Chciała się cofnąć, ale duże ręce Popa znów ją powstrzymały.

-   Zawsze   mówiłaś   mi   prawdę,   Meg.   Westchnęła,   wiedząc,   że   wszelkie   uniki   i 

półprawdy na nic się nie zdadzą, jeśli dziadek postanowił się czegoś dowiedzieć.

- W porządku. Tak, jestem w nim zakochana, ale to już nie ma znaczenia.

- Niezbyt to inteligentne stwierdzenie, jak na tak mądrą dziewczynę - rzekł z pewną 

dezaprobatą w głosie. - Może wyjaśnisz, dlaczego to nie ma znaczenia?

-   Nie   ma   znaczenia   -   powtórzyła,   wzruszając   ramionami   -   ponieważ   jest   to 

nieodwzajemnione uczucie.

-   A   kto   to   powiedział?   -   dopytywał   się   Pop.   W   jego   głosie   słychać   było   lekkie 

oburzenie.

- Pop... - Wyraz jej twarzy złagodniał. - To, że ty mnie kochasz, nie oznacza, że 

wszyscy inni też muszą.

- Dlaczego jesteś taka pewna, że on cię nie kocha? r upierał się dziadek. - Pytałaś go o 

to?

- Nie! - Megan ze zdumienia niemal się roześmiała.

-   Dlaczego   nie?   Wszystko   byłoby   wtedy   prostsze.   Megan   wzięła   głęboki   oddech. 

Miała nadzieję, że jednak go przekona.

- David Katcherton nie należy do mężczyzn, którzy się zakochują. W każdym razie nie 

na poważnie. A jeśli nawet, to z pewnością nie w kimś takim jak ja. - Podkreśliła słowa 

energicznym machnięciem ręki. - On był w Paryżu, mieszka w Nowym Jorku... Ma siostrę o 

imieniu Jessica...

- To rzeczywiście wszystko wyjaśnia - zgodził się Pop ironicznie.

- Ja nigdy nigdzie nie byłam. - Megan westchnęła, przeciągając dłonią po włosach. - 

Latem   widuję   tu   tysiące   ludzi,   naprawdę   tysiące,   ale   to   tylko   turyści.   Najdalej   byłam   w 

Charlestonie.

background image

Pop pocieszająco pogłaskał ją po głowie.

- Zawsze trzymałem cię zbyt blisko siebie - wymamrotał. - Mówiłem sobie, że jeszcze 

będziesz mieć wiele okazji.

- Och, nie, Pop, nie to miałam na myśli! - Objęła go i zatopiła twarz w jego ramieniu. - 

Nie chciałam, by to tak zabrzmiało. Kocham cię! I kocham to miejsce. Niczego nie chcę 

zmieniać. To było okropne z mojej strony.

Pop roześmiał się i poklepał ją po plecach. Delikatny zapach jej perfum przypomniał 

mu, że Megan nie jest już małą dziewczynką. Jak szybko minęły te lata!

- Nigdy w życiu nie zrobiłaś niczego okropnego. Obydwoje wiemy, że chciałabyś 

zobaczyć kawałek świata, a ja wiem, że tkwisz tu ze mną, by się mną opiekować. - Ależ tak - 

powiedział   szybko,   przewidując   jej   protesty.   -   To   ja   byłem   samolubny,   że   ci   na   to 

pozwoliłem.

-   Nigdy   nie   byłeś   egoistą   -   odrzekła   i   odsunęła   się   od   niego.   -   Chciałam   tylko 

powiedzieć, że ja i Katch mamy ze sobą tak niewiele wspólnego. On patrzy na świat inaczej 

niż ja. Przy nim tracę grunt pod nogami.

- Przypominam sobie, że jesteś niezłą pływaczką. - Pop pokręcił głową, widząc wyraz 

jej twarzy i westchnął. - W porządku. Zostawmy to. Jesteś również uparta.

- Stanowcza - poprawiła go z uśmiechem. - To ładniejsze określenie.

- Jedynie bardziej elegancki sposób stwierdzenia, że ktoś jest uparty jak osioł - rzekł 

szczerze, ale nie mógł ukryć uśmiechu w oczach. - Dlaczego nie popracujesz nad swoimi 

rzeźbami, zamiast kręcić się tutaj w środku dnia?

- Praca nie szła mi zbyt dobrze - wyznała, myśląc o niedokończonej twarzy Katcha, 

która ją prześladowała. - A zresztą lubię tu przychodzić. - Wzięła go pod ramię i zaczęli iść 

razem.

- W przyszłym tygodniu już wszystko będzie gotowe - powiedział Pop, rozglądając się 

dookoła   z   zadowoleniem.   -   Przy   odrobinie   szczęścia,   jak   będzie   dobry   sezon,   spłacimy 

znaczną część z tych dziesięciu tysięcy.

- Może bank pójdzie nam na rękę i dogodnie rozłoży spłaty - zasugerowała Megan, 

wsłuchując się w stukot młotków, gdy zbliżali się do kolejki górskiej.

- Nie pożyczyłem pieniędzy od banku... - Pop urwał w pół zdania. Potem chrząknął i 

pochylił się, by zawiązać but.

- Nie pożyczyłeś pieniędzy od banku? - Megan zmarszczyła brwi i ze zdziwioną miną 

wpatrywała się w posiwiałą głowę dziadka. - Skąd więc, na Boga, je wziąłeś?

Pop w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale.

background image

- Nie znam nikogo z takimi pieniędzmi - podjęła z zastanowieniem i nagle zamilkła. - 

Nie! Nie zrobiłeś tego, prawda? Chyba nie wziąłeś od niego pieniędzy?

- Och, Megan miałaś o tym nie wiedzieć! - W jego głosie pobrzmiewała niepewność, a 

w oczach pojawił się niepokój. - On bardzo prosił, by ci o tym nie mówić... Jak mogłem...

- Dlaczego? - spytała. - Dlaczego to zrobiłeś, Pop?

- Och, to był zwykły przypadek, Megan. - Pop wyciągnął rękę i w stary, wypróbowany 

sposób poklepał ją pocieszająco po dłoniach. - Akurat tu był. Gdy wspomniałem o naprawach 

i konieczności zaciągnięcia kredytu, od razu zaproponował mi pożyczkę. Wydało mi się to 

doskonałym   rozwiązaniem.   -   Bawił   się   sznurówkami.   -   Banki   tracą   mnóstwo   czasu   na 

papierkową  robotę, a  on bierze  zdecydowanie  mniejsze odsetki.  Myślałem, że się  z tego 

powodu ucieszysz...

- Czy spisaliście umowę? - spytała ze śmiertelnym spokojem.

-   Oczywiście.   Katch,   co   prawda,   nie   nalegał,   ale   ponieważ   wiem,   jaka   jesteś 

pedantyczna, jeśli chodzi o finanse, spisałem prawną umowę.

- A co dałeś w zastaw? - spytała półgłosem.

- Oczywiście, wesołe miasteczko.

- Oczywiście! - powtórzyła, a słowo to pulsowało furią. - Założę się, że zrobił to z 

wielkim zapałem.

- Meg, nie martw się. Wszystko dobrze się układa, Naprawy idą sprawnie i otworzymy 

zgodnie   z   planem.   A   prócz   tego   -  dodał   z   westchnieniem   -   wcale   nie   miałaś   się   o  tym 

dowiedzieć. Katch tak chciał.

- Och, tego jestem pewna - skomentowała z goryczą. - Absolutnie pewna. - Odwróciła 

się i uciekła.

Pop obserwował, jak znika mu z pola widzenia. Potem wstał. Co za temperament ma 

ta dziewczyna! Z szerokim uśmiechem otrzepał dłonie. Był zadowolony ze swoich działań. 

Naprawdę zadowolony.

Megan   zatrzymała   motor   przed   domem   Katcha   i   zgasiła   silnik.   Zdjęła   kask   i 

przyczepiła go do siedzenia.

Z mocnym postanowieniem, że nie ujdzie mu to na sucho, przeszła przez trawnik do 

frontowych drzwi. Zastukała, potem załomotała w drzwi, ale nikt nie otwierał.

Ze złością wsadziła ręce do kieszeni. Jej motocykl stał zaparkowany za jego czarnym 

porsche. Porzucając zasady dobrego wychowania, usiłowała przekręcić gałkę. Gdy ustąpiła, 

Megan bez wahania otworzyła drzwi i weszła do środka.

W domu panowała cisza. Instynktownie czuła, że nikogo nie ma. Weszła do salonu, 

background image

mimo wszystko rozglądając się za gospodarzem.

Złoty,   cienki  jak   opłatek  zegarek   leżał   na  jednej   ze   szklanych   półek   etażerki.   Na 

stoliku do kawy zobaczyła aparat fotograficzny, otwarty i bez filmu. Spod kanapy wystawała 

para używanych adidasów. Obok leżała otwarta książka Johna Cheevera.

Nagle zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Wdarła się do cudzego domu! Czuła 

zażenowanie, a zarazem podniecenie. Niedopałek cygara leżał w popielniczce...

Po krótkiej walce z sumieniem weszła do kuchni.

Powtarzała sobie w duchu, że wcale nie myszkuje, a jedynie upewnia się, czy Katcha 

nie ma w domu. W końcu jego samochód stał przed domem, a drzwi były otwarte.

W zlewie stała filiżanka, na kuchence dzbanek z zimną kawą. Rozlał trochę kawy na 

blat i jej nie wytarł. Megan powstrzymała się przed instynktownym sięgnięciem po gąbkę. 

Gdy już się odwracała, by wyjść, jednostajny, mechaniczny dźwięk przykuł jej uwagę. Pode-

szła do okna i wtedy go zobaczyła.

Nadchodził z południowego krańca ogrodu, pchając przed sobą elektryczną kosiarkę. 

Był nagi do pasa, dżinsy opadały mu nisko na biodra. Opalone na złoto ciało lśniło z powodu 

fizycznego wysiłku. Patrzyła z podziwem na grę mięśni na jego klatce piersiowej.

Raptownie   odskoczyła   od   okna,   wypadła   przez   kuchenne   drzwi   i   pobiegła   przez 

trawnik.

Nagły   ruch   i   błysk   czerwieni   przykuł   uwagę   Katcha.   Podniósł   głowę   i   zobaczył 

zmierzającą   ku   niemu   Megan,   ubraną   w   czerwoną,   dopasowaną   koszulę   i   białe   dżinsy. 

Mrużąc oczy w słońcu, wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Następnie pochylił się i wyłączył 

kosiarkę.

- Witaj, Meg - powiedział swobodnie, ale w jego oczach zabłysł niepokój.

-   Jesteś   bezczelny,   Katcherton!   -   rzuciła.   -   Ale   mimo   wszystko   nie   sądziłam,   że 

wykorzystasz łatwowierność starego człowieka!

Katch uniósł brew i oparł się o kosiarkę.

- Jeszcze raz - poprosił. - Powiedz to trochę jaśniej.

- Należysz do ludzi, którzy lubią mieszać się w cudze interesy - ciągnęła. - Po prostu 

musiałeś   przyjść   do   naszego   lunaparku   i   wysunąć   swoją   wspaniałomyślną   propozycję, 

posługując się starannie przygotowaną bajeczkę dla naiwnych!

- Och, wreszcie snop światła. - Wyprostował plecy.

- Podejrzewałem, że nie będziesz zachwycona, iż pieniądze pochodzą ode mnie. I, jak 

widać, miałem rację.

- Wiedziałeś, że nigdy bym na to nie pozwoliła!

background image

- Nie zastanawiałem się nad tym. - Znów oparł się o kosiarkę, ale nie wyglądał na 

odprężonego. - Nie rządzisz życiem Popa, Meg, a już na pewno nie rządzisz mną. Mam rację?

Rozpaczliwie starała się, by głos jej brzmiał spokojnie i zimno.

- Bardzo interesuję się lunaparkiem i wszystkim, co go dotyczy.

- Doskonale, a więc powinnaś być zadowolona, że szybko otrzymałaś pieniądze na 

remont,   w   dodatku   płacąc   bardzo   niskie   odsetki.   -   Ton   jego   głosu   był   oschły,   niemal 

urzędowy.

- Dlaczego? - spytała. - Dlaczego pożyczyłeś nam pieniądze?

- Nie muszę ci niczego wyjaśniać - rzekł Katch po dłuższym milczeniu.

- A więc ja zrobię to za ciebie - odparowała, gotując się ze złości. - Dostrzegłeś okazję 

i ją wykorzystałeś. Przypuszczam, że tak postępują ludzie w twoim świecie. Biorą, co chcą, 

nie myśląc o innych.

- Może się mylę - powiedział bezosobowym głosem - ale miałem wrażenie, że ja coś 

dałem.

- Pożyczyłeś - poprawiła go. - Pod zastaw...

- Jeśli w tym leży problem, porozmawiaj ze swoim dziadkiem. - Pochylił się i sięgnął 

po sznur, by uruchomić kosiarkę.

- Nie miałeś prawa go wykorzystywać! On ufa każdemu.

Katch gwałtownie upuścił sznur.

- Szkoda, że nie jest to u was cecha dziedziczna.

- Nie mam powodu ci ufać.

- Wygląda na to, że nie ufasz mi od pierwszej chwili. - Zmrużył oczy, jakby się nad 

czymś zastanawiał. - Czy chodzi tu tylko o mnie, czy żywisz urazę do wszystkich mężczyzn?

Nie zamierzała odpowiadać na tę prowokację.

- Chcesz mieć nasze miasteczko - powtórzyła.

- Tak, i postawiłem tę sprawę jasno od samego początku. - Katch odstawił na bok 

kosiarkę. Nie było teraz pomiędzy nimi przeszkody. - Nadal też mam zamiar zdobyć ciebie. - 

Cofnęła się o krok, ale Katch był szybszy. Lekko chwycił ją za ramię. - Może popełniłem 

błąd, pozwalając ci tamtej nocy odejść.

- Wcale mnie nie pragnąłeś. To tylko gra.

- Nie pragnąłem cię? - Zrobiła kolejną próbę, by się odsunąć, ale jej się nie udało. - 

Tak, to prawda, nie chciałem cię. - Przyciągnął ją do siebie i wycisnął na jej ustach namiętny, 

nieco brutalny pocałunek. W głowie jej się zakręciło. - I teraz też cię nie chcę. - Nim zdążyła 

odpowiedzieć,   znów   zaatakował   jej   usta.   -   Tak   samo   nie   chciałem   cię   od   kilku   dni.   - 

background image

Pociągnął ją na ziemię.

- Nie! - powiedziała wystraszona. - Nie... - Ale jego usta ją uciszyły.

Nie było  teraz w jego zachowaniu tej łagodnej, zniewalającej siły przekonywania, 

którą   demonstrował   do   tej   pory,   ani   też   śladu   arogancji.   Powodowało   nim   prymitywne 

pragnienie,   na   które   odpowiadała   tym   samym.   Jego   usta   zostawiły   na   chwilę   jej   usta   i 

powędrowały na szyję, a potem niżej. Megan czuła, jak traci oddech, jak niemal dusi się z 

gorąca. Powietrze zatrzymało się w jej płucach, wydostając się z nich krótkimi, urywanymi 

spazmami. Tak długo przesuwał kciukiem po jej piersi, aż znalazła się poza strachem. Potem 

wrócił gorącymi ustami do jej ust. Mamrotała coś bez sensu, jęczała, przywierając do niego 

ciałem, którym wstrząsały dreszcze.

Katch   uniósł   głowę,   ciepłym,   urywanym   oddechem   omiatając   jej   twarz.   Megan 

zamrugała powiekami, otwierając oczy, zamglone namiętnością, ciężkie z pożądania. Gdyby 

była w stanie cokolwiek powiedzieć, powiedziałaby, że go kocha. Nie czuła w tej chwili ani 

upokorzenia,   ani   wstydu,   tylko   rosnącą   namiętność   i   miłość,   które   były   tak   silne,   że   aż 

bolesne.

- To nie jest odpowiednie miejsce. - Głos miał chrapliwy, gdy przewracał się na plecy. 

Przez chwilę leżeli obok siebie, nawet się nie dotykając. - I nie jest to odpowiedni sposób.

Umysł miała zamglony, krew szumiała jej w żyłach.

- Katch - powiedziała z wysiłkiem i z trudem usiadła.

Wolno przesunął wzrokiem po jej ciele, aż zatrzymał się na jej twarzy. Chciała go 

dotknąć, ale się bała. Na chwilę ich oczy się spotkały.

- Czy... sprawiłem ci ból? - zapytał. Pokręciła głową. Owszem, bolało ją ciało, ale z 

powodu niezaspokojonych pragnień.

- A więc wracaj do domu. - Wstał i raz jeszcze spojrzał na nią przelotnie. - Ja już idę. - 

Odwrócił się i zostawił ją pośrodku ogrodu.

Po chwili usłyszała trzask zamykanych kuchennych drzwi.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Przez najbliższe dwa tygodnie Megan z trudem radziła sobie z napływem turystów. 

Zawsze przyjeżdżali tłumnie na każdą Wielkanoc. To był przedsmak tego, co działo się w 

lecie. Przybywali, by smażyć się na plaży, a potem imponować wiosenną opalenizną tym, 

którzy pozostali w domach. Przyjeżdżali, by zażywać morskich kąpieli i surfować na falach. 

Przyjeżdżali wreszcie, by się zabawić. Jakie lepsze miejsce mogli znaleźć niż plażę z białym 

piaskiem i ocean ze spokojnymi prądami? Przyjeżdżali, by się pośmiać i szukali rozrywki na 

wodnych zjeżdżalniach, w hałaśliwych centrach handlowych lub zatłoczonych lunaparkach.

Megan   po   raz   pierwszy   w   życiu   miała   ich   dosyć.   Traktowała   ich   jak   intruzów. 

Pragnęła ciszy, tęskniła za spokojem, który panował tu przed sezonem. Chciała być sama, 

chciała pracować, by ukoić ból. Tylko sztuka mogła ją pocieszyć. Nie potrafiła rozmawiać z 

dziadkiem o swoich uczuciach. Zbyt wiele spraw musiała jeszcze sobie ułożyć w myślach. 

Pop przez delikatność o nic nie pytał.

Godziny w lunaparku mijały jedna po drugiej. Przewijały się przed jej oczami obce 

ludzkie twarze. Megan czuła do nich niechęć. Denerwowało ją, że inni się bawili, gdy jej 

życie stanęło w miejscu. Pociechę znajdowała tylko w swojej pracowni. Światło paliło się tam 

długo   po   północy.   Tutaj   nie   zauważała   upływu   czasu.   Kipiała   wprost   energią,   nerwową, 

gorączkową energią, która pozwalała jej żyć.

Było już dobrze po południu. Megan sprawdzała bilety przy wejściu na karuzelę dla 

dzieci. A potem, gdy wozy strażackie, ambulanse, samochody wyścigowe i policyjne zostały 

załadowane, naciskała dźwignię, wprawiając maszynerię w ruch. Dzieci chwytały się kie-

rownicy, piszczały i śmiały się głośno.

Chłopiec   siedzący   za   kierownicą   wozu   strażackiego   miał   szeroko   otwarte   oczy. 

Malował się w nich taki zachwyt, że Megan mimo zmęczenia uśmiechnęła się do siebie.

- Przepraszam. - Megan podniosła głowę, by odpowiedzieć na pytanie jakiejś matki. 

Kobieta była elegancką blondynką o gładko zaczesanych do tyłu włosach. - Pani ma na imię 

Megan? - spytała. - Megan Miller?

- W czym mogę pani pomóc?

- Jestem Jessica Delaney.

- Siostra Katcha - powiedział Megan szybciej, niż zdążyła pomyśleć.

- Tak. - Jessica uśmiechnęła się. - Katch wspominał, że jest pani bardzo inteligenta i 

spostrzegawcza. Oczywiście, jest pomiędzy nami pewne rodzinne podobieństwo, ale niewielu 

ludzi je zauważa, chyba że stoimy obok siebie.

background image

Megan patrzyła na ludzkie twarze okiem artystki. Zwracała uwagę na strukturę kości. 

Poza tym Jessica miała niebieskie oczy i delikatniej zarysowane brwi, ale takie same jak 

Katch gęste rzęsy i ciężkie powieki.

- Cieszę się, że panią poznałam - powiedziała Megan, szukając w myślach dalszych 

słów. - Przyjechała pani odwiedzić Katcha? - Jessica nie wyglądała na stałą bywalczynię 

lunaparków.

- Na dzień lub dwa - odpowiedziała. Gestem wskazała karuzelę, na której kręciły się 

dzieci. - Jestem tu z rodziną. To Rob, mój mąż.

Megan uśmiechnęła się do wysokiego mężczyzny z ciemnymi, prostymi włosami i 

przystojną, kościstą twarzą.

- A to moje dziewczynki - ciągnęła Jessica. - Erin i Laura. - Skinęła głową w stronę 

dwóch kilkuletnich dziewczynek o brązowych włosach, które razem szybowały w samolocie. 

- Katch nie wiedział, gdzie mogę panią dziś znaleźć, ale opisał panią bardzo dokładnie - 

dodała.

- On tu jest? - Megan postarała się, by głos jej zabrzmiał obojętnie, ale wzrokiem 

zaczęła przeszukiwać tłum.

-   Nie,   miał   spotkanie   w   interesach.   Zadźwięczał   dzwonek,   sygnalizując,   że 

przejażdżka skończona.

-   Przepraszam   na   chwilę   -   bąknęła   Megan.   Zadowolona   z   tej   przerwy,   doglądała 

wysiadania   i   Wsiadania   malców   na   następną   karuzelę.   Miała   czas   na   uspokojenie.   Dwie 

ostatnie dziewczynki to były siostrzenice Katcha. Erin uśmiechnęła się do niej oczami, które 

były identyczne jak oczy jej wuja.

- Ja prowadzę - rzekła Erin stanowczo, gdy jej siostra siadała obok niej.

- Nieprawda! - Laura z energią chwyciła swoją kierownicę.

- To cecha rodzinna - oświadczyła stojąca za nimi Jessica. - Upór. Pewnie zdążyła 

pani zauważyć?

Megan zapięła ostatni z pasów bezpieczeństwa i podeszła do tablicy z dźwignią.

- Tak, raz czy dwa - przyznała z uśmiechem.

- Wiem, że jest pani zajęta. - Jessica spojrzała na wypełnioną po brzegi karuzelę.

- Muszę dopilnować przede wszystkim, by dzieci były zapięte pasami - powiedziała.

- Czy możemy porozmawiać, gdy skończy pani pracę?

- Tak, oczywiście. - Megan zmarszczyła brwi. - Powinnam być wolna za godzinę.

- Świetnie.  - Jessica uśmiechnęła się tak samo uroczo, jak jej  brat. - Chciałabym 

przyjechać do pani pracowni. Oczywiście, jeśli się pani zgodzi. Mogłybyśmy się spotkać za 

background image

półtorej godziny.

- W mojej pracowni?

- Świetnie! - powiedziała od razu Jessica i poklepała Megan po dłoni. - Katch objaśnił 

mi, jak dojechać.

Znów   rozległ   się   dzwonek,   wzywając   Megan   do   jej   obowiązków.   Uruchamiając 

karuzelę, zastanawiała się, dlaczego Jessica chciała się z nią spotkać w pracowni.

Megan ściągnęła brwi i przyglądała się swemu odbiciu w lustrze. Czy mężczyźnie, 

który   zachwycał   się   delikatną,   eteryczną   Jessica,   mogła   się   spodobać   kobieta   o   tak 

wyrazistych,   ostrych   rysach?   Megan   wzruszyła   ramionami.   To   nie   miało   znaczenia. 

Bezwiednie zaczęła obracać szczotkę w ręce. Zapewne Katch, jak większość ludzi, którzy tu 

przyjeżdżali, po prostu szukał przelotnej rozrywki.

- Jesteś głupia - powiedziała cicho do kobiety w lustrze. Przymknęła powieki, by nie 

widzieć potwierdzenia we własnych oczach. - Dobrze wiesz, że w gruncie rzeczy nie ma 

znaczenia, dlaczego cię pragnął. Ważne, że w ogóle cię pragnął. Bo ty nadal go pragniesz, 

pragniesz całym sercem.

Potrząsnęła głową, niszcząc fryzurę, którą przed chwilą ułożyła. Musiała wreszcie z 

tym skończyć. Przestać o tym myśleć. Za chwilę zjawi się tu Jessica Delaney.

Po co ona tu przyjeżdża? Megan odłożyła szczotkę i zmarszczyła brwi. Czego może 

chcieć? Megan nie mogła znaleźć sensownego wytłumaczenia. Katch nie dawał znaku życia 

od dwóch tygodni. Dlaczego jego siostra nagle zapragnęła się z nią widzieć?

Tok jej myśli przerwał szum samochodowego silnika. Megan podeszła do okna. Z 

samochodu Katcha wysiadła Jessica.

Megan wyszła jej naprzeciw na tylną werandę.

- Witam. - Megan czuła się trochę niezręcznie.

- Jakie urocze miejsce! - Jessica uśmiechnęła się, upodabniając się jeszcze bardziej do 

swego brata. - Jakże zazdroszczę wam tych azalii.

- To Pop... mój dziadek je hoduje - wyjaśniła Megan.

- Tak. - Niebieskie oczy były ciepłe i pogodne. - Słyszałam wspaniałe rzeczy o pani 

dziadku. Bardzo chciałabym go poznać.

- Pracuje jeszcze w lunaparku. - Megan czuła, jak jej początkowe skrępowanie mija. 

Urok osobisty był jak widać cechą dziedziczna u Katchertonów. - Napije się pani kawy? 

Herbaty?

- Może później. Chodźmy do pracowni, dobrze?

- Jeśli nie ma pani nic przeciwko, pani Delaney...

background image

- Och, mówmy sobie wreszcie po imieniu. Jestem Jessica - dodała radośnie i zaczęła 

piąć się w górę po schodach.

- Jessico - poprawiła się szybko Megan - skąd wiesz, że moja pracownia jest nad 

garażem?

-   Katch   mi   powiedział   -   odparła   Jessica   beztrosko.   -   On   dużo   mi   opowiada.   - 

Zatrzymała się przed drzwiami, czekając, aż Megan je otworzy. - Nie mogę się doczekać, by 

zobaczyć twoje prace. Ja również maluję po amatorsku.

- Naprawdę? - Teraz zainteresowanie Jessiki wydało jej się bardziej zrozumiałe.

- Niestety, obawiam się, że moje prace nie są zbyt udane. Stale przyprawiają mnie o 

frustrację. - Znów uśmiech Katchertonów rozświetlił jej twarz.

Megan, sięgając do klamki, podjęła temat:

- Nigdy nie wychodziło mi malowanie na płótnie... - Potrzebowała słów, wielu słów, 

by pokryć to, co jak się obawiała, łatwo było zauważyć. - Zresztą nic mi nie wychodzi tak, jak 

zamierzałam - ciągnęła, gdy weszły do pracowni. - To naprawdę frustrujące, gdy nie można 

wyrazić tego, co się chce. Latem, podczas sezonu, wykonuję trochę kompozycji  techniką 

aerografii, ale...

Jessica jej nie słuchała. Poruszała się po pracowni w bardzo podobny sposób jak jej 

brat - wdzięcznie, w skupionym milczeniu. Jednych rzeźb dotykała palcami, inne unosiła do 

góry. Tak długo przyglądała się małemu jednorożcowi z kości słoniowej, że Megan zaczęła 

się kręcić nerwowo.

Co ona robi? - rozmyślała. Dlaczego? Promienie zachodzącego słońca wpadały do 

pokoju,   rysując   desenie   na   podłodze.   Drobinki   kurzu   tańczyły   w   powietrzu.   Zbyt   późno 

Megan przypomniała sobie o popiersiu Katcha. Ukośny promień padł na nie, wydobywając 

płaszczyzny   już   zaznaczone   dłutem.   Chociaż   popiersie   było   jeszcze   surowe   i   dalekie   od 

ukończenia,   łatwo   można   było   rozpoznać,   że   przedstawia   Katcha.   Megan,   czując 

zażenowanie, podeszła i stanęła przed nim w nadziei, że ukryje je przed Jessiką.

-   Katch   miał   rację   -   powiedziała   Jessica   w   skupieniu.   Nadal   trzymała   w   ręce 

jednorożca i pieściła go palcami. - Bez wątpienia. Zwykle mnie to denerwuje, ale nie tym 

razem. - Jej podobieństwo do Katcha było uderzające. Nawet teraz, gdy Megan starała się 

nadążyć za jej rozumowaniem, aż swędziały ją palce, by szybko ją naszkicować.

- W jakiej sprawie?

- Masz niezwykły talent.

- Co? - Megan szeroko otworzyła oczy.

- Katch powiedział mi, że twoje prace są genialne - ciągnęła. Po raz ostatni obrzuciła 

background image

zachwyconym spojrzeniem jednorożca, po czym go odstawiła. - Na podstawie tych dwóch 

rzeźb, które mi przysłał, zgodziłam się z nim. Ale to były zaledwie dwie prace. - Podniosła 

dłuto i zaczęła nim bezwiednie uderzać o dłoń, podczas gdy jej oczy nadal wędrowały po 

pracowni. - To zdumiewające!

- Wysłał ci moje rzeźby?

- Tak, kilka tygodni temu. Zrobiły na mnie duże wrażenie. - Jessica odłożyła dłuto i 

podeszła do niedokończonego studium kobiety wyłaniającej się z morza. Megan pracowała 

nad nim, zanim zajęła się popiersiem Katcha.

- To jest wspaniałe! - powiedziała z zachwytem. - Wezmę je, jak również jednorożca. 

Dwie rzeźby, które przysłał mi Katch, zostały entuzjastycznie przyjęte.

- Nie rozumiem, o czym mówisz.

- Przez moich klientów - wyjaśniła Jessica. - W mojej galerii w Nowym  Jorku. - 

Uśmiechnęła się do Megan.

- Czy nie wspomniałam ci, że prowadzę galerię?

- Nie. Nie wspomniałaś.

- Och, pewnie myślałam, że zrobił to już Katch. Zacznę więc od początku.

- Będę naprawdę zobowiązana - powiedziała Megan i poczekała, aż Jessica usiądzie na 

małym drewnianym krześle.

- Dwa tygodnie temu Katch przysłał mi dwie twoje prace - rozpoczęła Jessica. - Chciał 

usłyszeć moją opinię. Mimo że sama słabo maluję, znam się na sztuce. - Mówiła z dużą 

pewnością siebie. - Gdy zorientowałam się, że nigdy nie będę wielką artystką, poświęciłam 

się studiowaniu sztuki. Potem otworzyłam galerię na Manhattanie. Przez ostatnie sześć lat 

wyrobiłam sobie dobrą markę i pozyskałam klientelę. - Uśmiechnęła się z dumą. - A więc 

naturalnie, gdy mój wiecznie podróżujący brat zobaczył twoje prace, przysłał mi je do oceny. 

On zawsze poddaje swoje instynktowne działania weryfikacji eksperta, a potem i tak robi to, 

co sam uważa za stosowne. - Westchnęła pobłażliwie. - W zeszłym roku na przykład eksperci 

odradzali mu budowę szpitala w Afryce, ale on i tak go wybudował.

- Szpital? - Megan uchwyciła się nowego tematu.

- Tak, szpital dziecięcy. Katch ma miękkie serce dla dzieci. - Jessica starała się mówić 

z nonszalancją, ale w jej głosie czuło się wzruszenie. - Katch zrobił zadziwiające rzeczy dla 

osieroconych dzieci z Wietnamu - ciągnęła. - I wreszcie ten fantastyczny park rozrywki, który 

zbudował w Nowej Południowej Walii.

Megan siedziała jak zamurowana. Czy naprawdę rozmawiały o tym samym Davidzie 

Katchertonie?   Czy   to   ten   sam   człowiek,   który   tak   bezczelnie   zaczepił   ją   w   sklepie 

background image

spożywczym?

Przypomniała sobie, jak oskarżyła go, że usiłował oszukać i wykorzystać jej dziadka. 

Zarumieniła się ze wstydu. Wmówiła sobie, że był oportunistą, pyszałkiem zepsutym przez 

bogactwo, zakochanym w sobie narcyzem. Próbowała przekonać samą siebie, że był nieod-

powiedzialny,   że   nie   można   było   na   nim   polegać   oraz   że   w   życiu   szukał   wyłącznie 

przyjemności.

- Nie wiedziałam - wymamrotała. - Nic o tym nie wiedziałam.

- Och, Katch jest bardzo skromny i trzyma się w cieniu - powiedziała Jessica. - Nie 

szuka rozgłosu. Jest niewiarygodnie energiczny i pewny siebie, ale jednocześnie to bardzo 

ciepły i wrażliwy człowiek. - Spojrzała gdzieś poza ramię Megan. - No, ale ty chyba dobrze 

go znasz.

Przez moment Megan wpatrywała się w Jessicę nieobecnymi oczami. Gdy odwróciła 

głowę, wzrok jej padł na popiersie Katcha. Na chwilę zapomniała, że chce je zasłonić. Powoli 

odwróciła głowę i powiedziała ze spokojem, starając się zachować obojętny wyraz twarzy:

- Nie. Myślę, że tak naprawdę w ogóle go nie znam. Wiem tylko, że ma fascynującą 

twarz. Nie mogłam się oprzeć pokusie, by go wyrzeźbić.

Dostrzegła błysk zrozumienia w oczach Jessiki.

- To w ogóle fascynujący człowiek - dodała Jessica. Megan odwróciła wzrok.

- Przepraszam - zreflektowała się Jessica. - Wtrąciłam się w nie swoje sprawy. Nie 

będziemy rozmawiać o Katchu. Porozmawiajmy o twojej wystawie.

- O czym? - Megan znów podniosła wzrok.

- O twojej wystawie - powtórzyła Jessica, rzucając się pospiesznie na nowy temat. - 

Jak myślisz, czy masz już dość gotowych prac? Katch wspomniał mi coś o jakiejś galerii w 

mieście, gdzie wstawiałaś swoje rzeźby. Myślę, że można by urządzić ci wystawę na jesieni... 

Co o tym sądzisz?

- Jessico, naprawdę nie wiem, o czym mówisz. - W głosie Megan pojawiła się nuta 

paniki.   Jessica   ją   zauważyła.   Wyciągnęła   dłoń   i   ujęła   ręce   Megan.   Ten   uścisk   był 

niespodziewanie stanowczy.

- Megan, posiadasz coś specjalnego, coś potężnego. Czas, byś się tym podzieliła z 

innymi. - Wstała, pociągając Megan za sobą. - Może napijemy się teraz kawy?

Godzinę później Megan siedziała samotnie w kuchni. Zapadała ciemność, ale Megan 

nie   wstała,   by   zapalić   światło.   Na   stole   nadal   stały   dwie   filiżanki.   Megan   starała   się 

uporządkować w myślach to wszystko, co usłyszała w ciągu ostatniej godziny.

Wystawa   w   galerii   Jessiki   na   Manhattanie   w   Nowym   Jorku.   Publiczna   wystawa. 

background image

Wystawa jej prac!

To się nie mogło zdarzyć, myślała. To tylko wytwór mojej wyobraźni. Zerknęła znów 

na pustą filiżankę. W powietrzu nadal unosił się lekki, wytworny zapach perfum Jessiki.

W końcu, nadal oszołomiona, zaniosła filiżanki do zlewu i automatycznie zaczęła je 

myć.

Jak dała się namówić? Uzgadniała daty i szczegóły, zanim jeszcze zgodziła się na 

wystawę...   Ale   czy   ktoś   potrafił   kiedyś   odmówić   czegoś   Katchertonom?   Westchnęła, 

spoglądając  na swoje  mokre ręce. Musi do niego zadzwonić. Gdy sobie to uzmysłowiła, 

ogarnęła ją jeszcze większa panika. Musi...

Postawiła filiżanki i spodki na suszarce. Musi mu podziękować. Ze zdenerwowania i 

tremy dławiło ją w gardle, ale aby zachować pozory przed samą sobą, metodycznie wytarła 

ręce. Potem podeszła do telefonu wiszącego na ścianie obok kuchenki.

- To przecież proste - szepnęła do siebie, a potem zagryzła wargę. Odchrząknęła. - 

Muszę mu tylko podziękować. To zabierze minutę. - Sięgnęła po słuchawkę, ale zaraz cofnęła 

rękę. Myśli tłukły jej się po głowie w szalonej gonitwie. Tak samo biło jej serce.

Wreszcie podniosła słuchawkę. Znała numer. Czyż przez ostatnie dwa tygodnie nie 

zaczynała  wykręcać  tego numeru co najmniej dziesięć razy dziennie? Głęboko wciągnęła 

powietrze,  zanim wybrała  pierwszą  cyfrę.  To  zajmie  pięć minut,  a  potem  nie będzie już 

żadnego powodu, by się z nim kontaktować. Byłoby lepiej, gdyby ich znajomość skończyła 

się w jakiś przyjemniejszy sposób. Nacisnęła ostatni klawisz i czekała.

Zabrzmiały cztery dzwonki, cztery długie dzwonki, zanim Katch podniósł słuchawkę.

- Katch? - Ledwie usłyszała własny głos.

- Meg?

- Tak, to ja... - Szukała odpowiednich słów. - Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam... 

- Jakie to wyświechtane. .. jakie banalne...

- Wszystko w porządku? - W jego głosie zabrzmiał niepokój.

-   Tak,   oczywiście.   -   Gorączkowo   szukała   prostych,   zwyczajnych   słów.   -   Katch, 

chciałabym z tobą porozmawiać. Była tu twoja siostra i...

- Wiem, wróciła kilka minut temu - powiedział z lekkim zniecierpliwieniem. - Czy coś 

się stało?

- Nie, nic się nie stało. - Nadal nie mogła uspokoić głosu.

- Jesteś sama?

- Tak...

- Przyjadę za dziesięć minut.

background image

- Nie! - Megan nerwowo przeczesała włosy palcami. - Proszę, nie przyjeżdżaj.

- Za dziesięć minut - powtórzył i przerwał połączenie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Przez   dłuższą   chwilę   Megan   wpatrywała   się   w   głuchą   słuchawkę   telefonu.   Ale 

narobiła zamieszania! Wcale nie chciała, by przyjeżdżał. W ogóle nie chciała go widzieć. 

Och, to kłamstwo...

Powoli odłożyła słuchawkę. Chciała go zobaczyć. Chciała go zobaczyć od wielu dni. 

Odwróciła się i pustym wzrokiem rozejrzała po kuchni. W pomieszczeniu panowała prawie 

całkowita ciemność. Stół i krzesła wyglądały jak ponure cienie. Podeszła do kontaktu i włą-

czyła światło.

Tak lepiej, pomyślała. Bezpieczniej. Kawa. Zaparzy kawę. Musiała czymś zająć ręce.

Zaczęła się krzątać przy ekspresie. Czuła ogromne zdenerwowanie. Miała nadzieję, że 

za kilka minut zdoła się uspokoić. Gdy Katch przyjedzie, powie mu, co ma do powiedzenia, a 

potem się rozstaną.

Zadzwonił telefon. Podskoczyła nerwowo. Usiadła i podniosła słuchawkę.

- Cześć, Megan - zatrzeszczał w słuchawce jowialny głos Popa.

-   Pop,   nadal   pracujesz   w   lunaparku?   Która   to   już   godzina?   -   zastanawiała   się 

nieprzytomnie, zerkając na zegarek.

- Właśnie dlatego dzwonię. Wpadł do mnie George. Zjemy kolację w mieście. Nie 

chciałem, byś się martwiła.

- Nie będę. - Uśmiechnęła się. Napięcie powoli mijało. - Przypuszczam, że macie 

sobie dużo do opowiedzenia o ostatnich wędkarskich przygodach.

- A może wpadniesz do miasta, kochanie? Postawimy ci drinka.

- Och, chcecie mieć po prostu wdzięcznego słuchacza. - Uśmiechnęła się szerzej, a 

Pop zachichotał. - Ale dziś wieczorem dziękuję. Mam w lodówce resztkę spaghetti, poradzę 

sobie.

-   Przywiozę   ci   coś   dobrego   na   deser.   -   To   był   stary   zwyczaj.   Od   niepamiętnych 

czasów, gdy Pop jadł kolację bez niej, zawsze przywoził jej coś słodkiego. - Na co masz 

ochotę?

- Na tęczowy sorbet - zdecydowała natychmiast. - Baw się dobrze.

- A ty nie pracuj za długo, kochanie.

Gdy   odłożyła   słuchawkę,   zaczęła   się   zastanawiać,   dlaczego   nie   powiedziała 

dziadkowi,   że   Katch   złoży   jej   wizytę.   Nie   wspomniała   ani   o   Jessice,   ani   o   planowanej 

wystawie.

To musi poczekać. Aż będą mogli spokojnie porozmawiać.

background image

Tylko w ten sposób dowie się, co dziadek naprawdę czuje i myśli o jej planach.

To nie był najlepszy pomysł. Megan zaczynała mieć wątpliwości. W zdenerwowaniu 

przeczesywała   włosy  palcami.   Szalony  pomysł.   Przecież   nie   może   wyjechać   do  Nowego 

Jorku i...

Jej   myśli   przerwał   widoczny   w   oknie   blask   świateł   nadjeżdżającego   samochodu. 

Powoli,   starając   się   po   drodze   odzyskać   równowagę,   skierowała   się   do   szklanych, 

przesuwanych drzwi.

Katch   wszedł   na   werandę   i   położył   dłoń   na   klamce.   Przez   chwilę   w   milczeniu 

przyglądali   się   sobie   przez   szybę.   Megan   słyszała   delikatny   trzepot   skrzydeł   owadów 

wpadających na lampę na zewnątrz.

W końcu Katch otworzył  drzwi. Gdy zamknął je cicho za sobą, wyciągnął  rękę i 

dotknął policzka Megan. Nie odrywając dłoni, oczami badał jej twarz.

- Wydaje mi się, że jesteś zdenerwowana - powiedział cicho.

Megan zwilżyła usta.

-   Wszystko   w   porządku.   -   Cofnęła   się   o   krok.   Katch   wolno   opuścił   rękę.   - 

Przepraszam, że cię niepokoję...

- Megan, przestań. - Głos miał cichy i opanowany. Znów spojrzała na niego, trochę 

zaintrygowana. - Przestań przede mną uciekać. I przestań mnie przepraszać!

- Robię kawę - powiedziała sucho. - Za chwilę powinna być gotowa. - Już miała się 

odwrócić, by przygotować filiżanki, gdy Katch złapał ją za ramię.

- Nie przyjechałem na kawę. - Opuścił rękę i objął ją wpół.

-   Katch,   proszę,   nie   utrudniaj   mi   tego.   -   Pod   jego   dotykiem   puls   zaczął   jej 

przyspieszać. Zauważyła, jak coś zabłysło w jego oczach, a potem znikło.

- Przepraszam - powiedział. - Przez ostatnie dwa tygodnie miałem pewne trudności z 

poradzeniem sobie z tym, co zaszło podczas naszego ostatniego spotkania. - Zauważył, że 

gwałtownie się zarumieniła, ale nie odwracała wzroku. Wsunął ręce do kieszeni. - Chciałbym 

to naprawić, Megan.

Poruszona niezwykłą delikatnością w jego głosie, pokręciła głową i odwróciła się do 

ekspresu z kawą.

- Nie wybaczysz mi?

Gdy znów na niego spojrzała, oczy miała pociemniałe ze zmieszania.

- Nie... - zająknęła się. - To znaczy, tak, oczywiście, ja...

- Oczywiście nie chcesz mi wybaczyć? - dopytywał się. W jego oczach i wokół ust 

pojawił się cień uśmiechu. A wtedy poczuła, że tonie.

background image

- Oczywiście, że ci przebaczam - poprawiła się i znów odwróciła głowę, by nalać 

kawę. - Już o wszystkim zapomniałam, - Aż podskoczyła, gdy położył ręce na jej ramionach.

- Naprawdę? - Obrócił ją do siebie. Uśmiech zniknął z jego oczu. - Mam wrażenie, że 

nie znosisz mojego dotyku. Myślę, że się mnie boisz.

Uczyniła wysiłek, by odprężyć się pod jego delikatnym dotykiem.

- Nie boję  się ciebie, Katch - powiedziała  półgłosem. - Wprawiasz mnie  tylko  w 

zakłopotanie. Przez cały czas.

Obserwowała, jak z namysłem unosi brwi.

- Nie zamierzałem wprawiać cię w zakłopotanie. Przepraszam cię, Megan.

- Wiem, że mówisz szczerze. - Uśmiechnęła się.

Przyciągnął ją do siebie.

- A więc możemy się pocałować na przeprosiny? Megan zaczęła protestować, ale jego 

usta, mimo że czułe i delikatne, były nieubłagane. Serce zaczęło jej walić. Katch nie próbował 

pogłębić pocałunku. Ręce nadal trzymał swobodnie na jej ramionach. Wbrew ostrzeżeniom 

zdrowego rozsądku przytuliła się do niego, przyzwalając na więcej. Ale on nie wziął więcej.

Odsunął ją od siebie i poczekał, aż otworzy oczy. Następnie bez słowa odwrócił się i 

podszedł do okna.

- Chciałam porozmawiać z tobą o twojej siostrze.

- Za wszelką cenę starała się wypełnić ciszę. - A mówiąc dokładniej, o jej wizycie w 

mojej pracowni.

Katch   odwrócił  głowę   i  obserwował,   jak  rozlewa  kawę  do  filiżanek.  Podszedł   do 

lodówki i wyjął mleko.

- Zgoda. - Stojąc przy niej, nalał mleko do filiżanek.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że wysłałeś swojej siostrze moje rzeźby?

- Wolałem poczekać, aż wypowie swoją opinię. - Katch usiadł obok Megan i podniósł 

filiżankę do ust.

- Mam do niej zaufanie. Pomyślałem, że ty również bardziej zaufasz jej opinii niż 

mojej. Zamierzasz urządzić wystawę? Jessica nie zdążyła mi wszystkiego powiedzieć, gdy 

zadzwoniłaś.

Wpatrując się w kawę, lekko poruszyła się na krześle. Potem uniosła głowę i spojrzała 

mu prosto w oczy.

- Ona ma ogromną siłę perswazji. Zgodziłam się, zanim jeszcze zdałam sobie z tego 

sprawę.

- To świetnie - powiedział po prostu, popijając kawę.

background image

- Chcę ci podziękować - dodała pewniejszym głosem - za załatwienie tej sprawy.

-   Niczego   nie   załatwiałem   -   odparł.   -   Jessica   sama   podejmuje   decyzje, 

odpowiedzialnie i profesjonalnie. Ja tylko wysłałem jej twoje rzeźby z prośbą o opinię.

- A więc dziękuję ci za wykonanie tego pierwszego ruchu, którego ja pewnie nigdy 

bym nie zrobiła z tysiąca powodów, które przyszły mi do głowy już pięć minut po wyjściu 

Jessiki.

Katch wzruszył ramionami.

- W porządku, skoro tak bardzo chcesz być mi wdzięczna.

- Jestem ci wdzięczna - przyznała. - Ale boję się, naprawdę jestem przerażona, że moje 

prace zostaną wystawione na widok publiczny. - Oddychała z drżeniem. - A ponieważ po 

otwarciu wystawy krytycy sztuki mogą mnie całkowicie zmiażdżyć, wtedy będę na ciebie 

wściekła. Dlatego lepiej teraz przyjmij moją wdzięczność, zgoda?

Gdy Katch podszedł do niej, poczuła zawrót głowy, ponieważ była absolutnie pewna, 

że weźmie ją zaraz w ramiona. Ale on tylko wierzchem dłoni pogładził ją po policzku.

-   Gdy   odniesiesz   olśniewający   sukces,   będziesz   znów   mogła   mi   ją   okazać.   - 

Uśmiechnął się, a wtedy cały świat nabrał barw i ostrości. Aż do tej chwili nie zdawała sobie 

sprawy, jak nudne i szare było jej życie bez niego.

- Cieszę się, że przyjechałeś - wyszeptała i, nie mogąc się powstrzymać, objęła go i 

wtuliła twarz w jego ramię. Po chwili Katch delikatnie objął ją w talii. - Przepraszam za to, co 

powiedziałam... na temat pożyczki. Wcale nie miałam tego na myśli. Mówię okropne rzeczy, 

gdy jestem wściekła.

- Czy teraz przyszła kolej na okazanie skruchy? Potrafił ją rozśmieszyć.

- Tak. - Odchyliła głowę i uśmiechnęła się. Nadal go obejmowała. Pocałował ją lekko 

i wypuścił z objęć. Z niechęcią mu na to pozwoliła. Stał przez chwilę w milczeniu i patrzył na 

nią z góry.

- Co robisz? - spytała trochę zażenowana.

- Zapamiętuję twoją twarz. Jadłaś już kolację? Pokręciła głową, zastanawiając się, jak 

to się działo, że ciągle wprawiał ją w zakłopotanie.

- Jeszcze nie. Miałam zamiar podgrzać sobie makaron.

- To nie do przyjęcia. Co powiesz na pizzę?

- Wspaniale, ale ty masz przecież gości.

- Jessica i Rob zabrali dzieci na minigolfa. Nie będą za mną tęsknić. - Wyciągnął rękę. 

- Chodźmy!

- Och, poczekaj - powiedziała, zanim podała mu dłoń.

background image

Na tablicy obok szklanych drzwi napisała: „Wyszłam z Katchem". To wystarczyło.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Katch pojechał nadmorskim bulwarem. Poruszali się wolno w tłumie turystów. Radia 

w   samochodach   grały   na   cały   regulator.   Zewsząd   dobiegały   śmiechy   i   muzyka.   Ludzie 

siedzieli   na   hotelowych   balkonach   i   obserwowali   wolno   płynący   potok   samochodów   i 

pieszych. Z lewej strony pomiędzy budynkami raz po raz połyskiwało morze.

Zadowolona i nieco senna po zjedzeniu olbrzymiej  pizzy i wypiciu chianti Megan 

zapadła się głęboko w miękki, skórzany fotel.

- Po weekendzie wróci tu spokój - zauważyła.

- Czy czasami nie macie wrażenia, że jesteście obiektem inwazji? - spytał  Katch, 

gestem pokazując tłum.

- Lubię tłok i gwar - odparła natychmiast, a po chwili wybuchnęła śmiechem. - Ale 

lubię też zimę, gdy plaże są puste. Przypuszczam, że jest coś takiego w tym zgiełku, co do 

mnie przemawia, zwłaszcza gdy sobie przypominam senne zimowe miesiące.

- To przecież twój czas - powiedział Katch, zerkając na nią. - Czas, który poświęcasz 

swoim rzeźbom.

Wzruszyła   ramionami,   czując   się   trochę   niezręcznie   pod   jego   intensywnym 

spojrzeniem.

-   Rzeźbię   również   latem   -   powiedziała.   -   Gdy   mam   wolną   chwilę...   Właściwie 

zapomniałam o wolnym czasie, gdy Jessica mówiła o wystawie i robiłyśmy plany... - Urwała, 

marszcząc brwi. - Nie wiem, jak zdołam to wszystko przygotować.

- Chyba się nie wycofasz?

- Nie, ale... - Znów zawstydziło ją jego spojrzenie. - Nie - dodała bardziej stanowczo. 

Nie wycofam się.

- Nad czym teraz pracujesz?

Megan przeniosła wzrok za okno, myśląc o na wpół ukończonym popiersiu Katcha.

- Nic wielkiego... - Wzruszyła ramionami i zaczęła bawić się gałkami radioodbiornika. 

- Mała rzeźba w drewnie.

- Co przedstawia?

Megan mruknęła coś niewyraźnie. Katch odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem.

- Pirata - powiedziała szybko, gdy światło latarni padło na twarz Katcha, uwydatniając 

jej płaszczyzny i cienie. - Głowę pirata.

- Chciałbym ją zobaczyć - rzekł w skupieniu.

-   Nie   jest   jeszcze   skończona   -   odparła   pospiesznie.   To   zaledwie   gliniany   model. 

background image

Możliwe, że odłożę ją na bok, jeśli mam przygotować resztę moich prac na wystawę.

- Meg, dlaczego nie przestaniesz się martwić i nie zaczniesz wreszcie się cieszyć?

- Cieszyć się? - Nieco zdezorientowana wpatrywała się w niego.

- Z wystawy.

- Och! - Walczyła, by uporządkować myśli. - Będę się cieszyć... gdy już wszystko się 

skończy - dodała z uśmiechem. - Będziesz wtedy w Nowym Jorku?

- Zastanawiam się.

- Chciałabym,  byś tam był. - Gdy się roześmiał, potrząsając głową, dodała tonem 

wyjaśnienia: - Chodzi mi o to, że potrzebuję mieć obok siebie jakieś przyjazne twarze.

- Zobaczysz, że nie będziesz potrzebować niczego prócz swoich rzeźb - zapewnił ją 

Katch nadal z rozbawieniem w oczach. - Nie sądzisz, że zechcę być obok ciebie na wernisażu, 

bym mógł się przechwalać, że cię odkryłem?

- Miejmy nadzieję, że obydwoje nie będziemy tego żałować - bąknęła Megan, a on 

znów się roześmiał. - Nie dopuszczasz do siebie myśli, że mogłeś się pomylić - oskarżyła go 

cierpko.

- A ty nie dopuszczasz myśli, że możesz odnieść sukces - odparował.

Megan otworzyła usta, a potem znów je zamknęła.

- Tak - odezwała się po namyśle - obydwoje mamy rację. - Gdy zatrzymali się w 

korku, dotknęła jego ramienia. - Katch?

- Tak?

- Dlaczego zbudowałeś szpital w Środkowej Afryce?

Odwrócił się do niej, lekko marszcząc brwi.

- Ponieważ był tam potrzebny.

- Tylko tyle? - naciskała, choć czuła, że nie był zadowolony z tej indagacji. - Jessica 

wspomniała, że ci odradzano, ale ty...

- Szczęśliwym trafem posiadam dość pieniędzy. - Niecierpliwie wzruszył ramionami. - 

I mogę robić z nimi, co zechcę. Och, są pewne rzeczy, które lubię robić. To wszystko. - 

Widząc wyraz jej twarzy, pokręcił głową. - Nie rób ze mnie świętego, Meg.

Odprężona, bezwiednie pogłaskała go po włosach nad uchem.

- Ani mi się śni. - Wolałby uchodzić za ekscentryka niż za dobroczyńcę, pomyślała z 

nagłą  czułością. Jeszcze  łatwiej  było  go kochać,  znając  ten  sekret.  - O  wiele  łatwiej cię 

polubić, niż myślałam wtedy w sklepie, gdy mi się naprzykrzałeś - powiedziała głośno.

- Próbowałem ci tylko coś uświadomić - podkreślił. - Ale ty udawałaś, że nie jesteś 

zainteresowana.

background image

- Nie byłam zainteresowana. W najmniejszym stopniu. - Jego uśmiech był zaraźliwy i 

stwierdziła, że sama się śmieje. - W każdym razie nie bardzo - dodała. Gdy raptownie skręcił 

w boczną uliczkę, spojrzała na niego pytająco: - Co robisz?

- Pospacerujemy po promenadzie. - Zaparkował samochód i energicznie wysiadł. - 

Może kupię ci jakąś pamiątkę - obiecał.

- Trzymam cię za słowo! - zawołała radośnie Megan, dołączając do niego.

- Powiedziałem „może".

- Umówmy się, że tego nie dosłyszałam. - I dodała, splatając palce z jego palcami: - 

Liczę na coś ekstrawaganckiego.

- Na przykład? - Przecinali nieprawidłowo jezdnię, lawirując między samochodami.

- Gdy zobaczę, dam ci znad.

Promenada była zatłoczona, pełna ludzi, świateł i hałasu. Wiatr od morza przynosił 

orzeźwiający zapach soli, który mieszał się z zapachem smażonego mięsa dochodzącego z 

barów.

Zamiast wejść do jednego ze sklepików z pamiątkami, Katch pociągnął Megan do 

salonu gier.

- Wielkie słowa o prezencie, a potem coś takiego... - skomentowała, gdy wymieniał 

banknoty na żetony.

- Jeszcze za wcześnie na taką opinię - powiedział, wysypując jej kilka żetonów na 

rękę. - Może spróbujesz szczęścia i ocalisz naszą galaktykę przed najeźdźcami?

Megan ze znaczącym uśmiechem wybrała maszynę i wsunęła do niej dwa żetony.

- Gram pierwsza. - Nacisnęła guzik startowy, a potem posługując się dźwignią, zaczęła 

unieszkodliwiać wroga. Mocno ściągając brwi, skręciła swym pojazdem w prawo, a wtedy 

maszyna eksplodowała kolorami i hałasem.

Katch rozbawiony włożył ręce do kieszeni i obserwował ożywioną mimikę jej twarzy. 

Podczas manewrów Megan marszczyła brwi, zagryzała wargi, a gdy na ekranie pojawiał się 

laserowy wybuch, mrużyła oczy. Walczyła bardzo dzielnie, by uniknąć krzyżowego ognia, ale 

w końcu jej pojazd został unicestwiony.

- Całkiem nieźle! - Katch pochwalił osiągnięty przez nią wynik.

- Trzeba być dzielną, gdy jest się ostatnią nadzieją planety - odrzekła skromnie.

Katch zaśmiał się, odsunął ją na bok i sam zmierzył się z maszyną.

Megan doceniła jego zręczność, gdy jeszcze szybciej niż ona niszczył przeciwników. 

Lubi ryzykować, pomyślała, gdy o mały włos nie został zestrzelony przez ogień laserowy w 

trakcie wysadzania trzech statków. Podeszła bliżej, by lepiej obserwować jego technikę.

background image

Przypadkowo musnęła ramieniem jego ramię, a wtedy zauważyła, że na krótką, ledwie 

dostrzegalną   chwilę   stracił   rytm.   Prowokacyjnie   przysunęła   się   jeszcze   bliżej.   Nastąpiło 

kolejne krótkie zakłócenie jego rytmu. Delikatnie dotknęła wargami jego ramienia, a potem 

uśmiechnęła  się mu prosto w twarz. Wtedy usłyszała  eksplozję. Jego statek wystrzelił w 

powietrze.

Katch nie patrzył na ekran, tylko na nią. Zauważyła przelotny błysk w jego oczach, 

zanim zmierzwił ręką jej włosy.

- Oszustka - wymamrotał.

Na chwilę Megan zapomniała o panującym na sali zgiełku, zapomniała o tłumie ludzi, 

którzy kręcili się wokół nich. Zatraciła się w tych zamglonych, szarych oczach oraz swym 

własnym, przyprawiającym o zawrót głowy poczuciu siły.

- Oszustka? - powtórzyła, zostawiając lekko rozchylone usta. - Nie wiem, co masz na 

myśli.

Zacisnął palce na jej włosach.

- Myślę, że dobrze wiesz - wykrztusił z wysiłkiem, jakby zmagając się z własnymi 

uczuciami. - I myślę, że muszę teraz być bardzo ostrożny, ponieważ zdałaś sobie sprawę, jaką 

masz nade mną władzę.

- Katch... - Wzruszona przywarła wzrokiem do jego ust. - Może ja nie chcę, żebyś był 

dłużej ostrożny?

Puścił jej włosy i pogłaskał ją po policzku.

- Mam ku temu swoje powody - powiedział stłumionym głosem. - Chodźmy. - Wziął 

ją pod ramię i odciągnął od maszyny. - Zagramy w coś innego.

Megan nie sprzeciwiała się, zadowolona, że spędza z nim czas. Wrzucali żetony do 

następnych automatów i rywalizowali zaciekle - zarówno ze sobą, jak i z maszynami. Megan 

czuła ten sam radosny nastrój, jak pamiętnego wieczoru w wesołym miasteczku. Przebywanie 

z Katchem przypominało jazdę na górskiej kolejce. Błyskawiczne zakręty, szybkie podjazdy i 

zjazdy na łeb na szyję, niespodziewane przeszkody i hamowanie.

Z rękami na biodrach stała za nim, gdy wygrywał z kolejną maszyną.

- Czy ty kiedykolwiek przegrywasz? - spytała wyzywająco.

Katch rzucił kolejną piłkę za czterdzieści punktów.

- Staram się, by nie weszło mi to w nawyk. Chcesz rzucić?

- Nie. Wspaniale się popisujesz.

Śmiejąc się, Katch rzucił dwie ostatnie piłki za dziewięćdziesiąt punktów, a potem 

pochylił się, by oderwać kolejny wygrany kupon.

background image

- Uważaj, bo nie zamienię tego na prezent dla ciebie - ostrzegł.

- Obiecałeś - powiedziała Megan z wyrzutem, patrząc na wygrany plik kuponów.

- To prawda. - Z uśmiechem zwinął kupony, potem objął ją ramieniem i podszedł do 

stoiska z nagrodami.

- Zaraz zobaczymy, co tu jest... Mam dwa tuziny. Co powiesz na przykład na jeden z 

tych wielofunkcyjnych scyzoryków?

- Jeśli to ma być dla mnie - powiedziała Megan, przyglądając się asortymentowi na 

półkach - to podoba mi się ta mała, jedwabna różyczka. - Postukała palcem w szklaną ladę, 

wskazując szpilkę do wpinania w klapę. - Mam wszystkie narzędzia - dodała z figlarnym 

uśmiechem.

- W porządku. - Katch skinął na kobietę stojącą za ladą, a potem oderwał kupony. - 

Zostały jeszcze cztery - policzył, potem rozejrzał się po pólkach. - Poproszę jeszcze to.

Megan z ciekawością przyglądała się maleńkiej figurce, którą podała sprzedawczyni. 

Przedstawiała coś pośredniego między kaczką a pingwinem.

- Co zamierzasz z tym zrobić? - spytała.

- Podarować tobie. - Katch podał kobiecie resztę kuponów. - Mam szczodre serce.

- Jestem do głębi poruszona - powiedziała Megan, obracając figurkę w dłoni, podczas 

gdy Katch przypinał jej do kołnierzyka koszuli spinkę z różyczką. - Co to właściwie jest?

- Chyba jakiś mutant. - Objął ją ramieniem i wyprowadził z salonu gier. - Sądziłem, że 

jako artystka docenisz jego walory estetyczne.

Megan uważnie przyjrzała się figurce, potem wsunęła ją do kieszeni.

- Dostrzegam jej urok. I - dodała, stając na palce, by pocałować go w policzek - to 

było naprawdę miłe z twojej strony, że całą wygraną przeznaczyłeś dla mnie.

Katch z uśmiechem przesunął palcem po jej nosie.

- Czy pocałunek w policzek to jedyne twoje podziękowanie?

Śmiejąc się, Megan obejmowała go w pasie, gdy przechodzili przez promenadę, a 

potem schodzili w dół na plażę.

Księżyc w nowiu wyglądał jak cienki rogalik, ale gwiazdy błyszczały jasno i odbijały 

się w wodzie. Fale rozbijały się z szumem o brzeg. Zakochani spacerowali tam i z powrotem, 

ramię przy ramieniu, cicho rozmawiając albo milcząc. Dzieci biegały z latarkami po piasku, 

poszukując skarbów.

Megan zdjęła buty i podwinęła nogawki dżinsów. W milczącym porozumieniu Katch 

zrobił to samo. Chłodna woda lizała im stopy, a oni szli i szli coraz dalej, aż śmiech i muzyka 

dobiegająca z promenady stała się tylko odległym echem.

background image

- Twoja siostra jest urocza - odezwała się w końcu Megan. - I bardzo ładna. Tak jak 

mówiłeś.

-  Jessica  zawsze   była  piękna  -  zgodził  się   w  zamyśleniu.   -  Realistka,  ale  zawsze 

piękna.

- Widziałam w parku twoje siostrzenice. - Megan uniosła głowę; wiatr od morza targał 

jej włosami. - Buzie miały wysmarowane czekoladą.

-   Typowe.   -  Śmiejąc   się,   gładził   ją   po  ramieniu.   Megan   czuła,   jak   krew  zaczyna 

pulsować w jej żyłach. - Dziś wieczorem poszły kopać robaki. Jutro mam zabrać je na ryby.

- Lubisz dzieci - stwierdziła.

Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale Megan wpatrywała się w ocean.

- Tak, dzieci to nieustanna przygoda, prawda?

- Co roku w lunaparku widzę ich mnóstwo, ale nigdy nie przestają mnie zadziwiać. - 

Odwróciła   się;   słodki,   kobiecy   uśmiech   rozjaśniał   jej   twarz.   -   Widuję   z   nimi   również 

udręczonych rodziców.

- Kiedy straciłaś swoich rodziców?

Zauważył zaskoczenie w jej oczach, nim znów zapatrzyła się w przestrzeń.

- Miałam pięć lat - powiedziała.

- Pewnie słabo ich pamiętasz?

-   Mam   tylko   niejasne   wspomnienia,   właściwie   impresje.   Pop   oczywiście   ma 

fotografie. Gdy je oglądam, zawsze dziwię się, jak bardzo byli młodzi.

- To musiało być dla ciebie niezwykle trudne - powiedział Katch. - Dorastać bez nich.

Współczucie w jego głosie ją ujęło. Odwróciła do niego głowę. Przeszli plażą już tak 

daleko, że teraz oświetlały im drogę tylko gwiazdy. Katch zauważył ich odbicie w oczach 

Megan.

- Byłoby nie do zniesienia, gdyby nie Pop - powiedziała. - Zrobił więcej, niż powinien. 

- Zatrzymała się i weszła głębiej do morza. Woda pieniła się i pluskała wokół jej stóp. - Nigdy 

nie zapomnę, jak Pop starał się uprasować moją odświętną, organdynową sukienkę. Miałam 

wtedy jakieś osiem lat... - Kręcąc głową, roześmiała się, rozpryskując stopą wodę. - Nadal 

mam  ten  obrazek   przed  oczami. Stał   nad deską  do  prasowania  i  walczył   z  falbankami   i 

zakładkami, a klął jak szewc. Oczywiście, nie wiedział, że tam byłam. Nadal kocham go za to 

- dodała. - Choćby tylko za to.

Katch objął ją w pasie i przyciągnął plecami do siebie. Musnął ustami czubek jej 

głowy.

- Wyobrażam sobie, że niedługo potem powiedziałaś mu, że nie lubisz odświętnych 

background image

sukienek.

- Skąd wiesz? - Spojrzała na niego kompletnie zaskoczona.

- Bo znam cię. - Pieszczotliwie powiódł palcem po jej twarzy.

Megan ze zmarszczonymi brwiami patrzyła gdzieś ponad jego ramieniem.

- Jestem aż tak nieskomplikowana?

- Ależ nie. - Dotykając nadal palcem jej policzka, odwrócił ku sobie jej twarz. - Muszę 

przyznać, że dużo o tobie rozmyślałem.

- Dlaczego? - Poczuła, że krew niemal zastyga jej w żyłach.

Katch pokręcił głową i zatopił znów palce w jej puszystych włosach.

- Dziś wieczorem żadnych pytań - rzekł cicho. - Nie znam jeszcze odpowiedzi.

- Żadnych pytań - zgodziła się, a potem wspięła na palce i dotknęła ustami jego ust.

Był   to   czuły,   ale   zarazem   zmysłowy   pocałunek.   Katch   obejmował   ją   tak   lekko   i 

delikatnie,   jakby   była   porcelanową   lalką,   która   może   się   stłuc.   Rozchyliła   usta   i   to   ona 

pierwsza  zawładnęła  jego  ustami,  zaczęła   drażnić  jego  język  swoim.  Chłodna,  aksamitna 

woda obmywała jej łydki.

Przesuwała dłońmi po jego plecach, a następnie jej silne palce artystki wsunęły się w 

jego włosy i pieściły jego kark. Wyczuwała, że jest spięty, szeptała więc coś prosto w jego 

usta,  jakby chciała go tym  szeptem ukoić. Wyczuwała  jego opór, ale  jednocześnie coraz 

mocniej zaciskał palce na jej skórze. Jej zaś ciało coraz bardziej natarczywie naciskało na 

jego.

Namiętność   narastała   z   każdą   chwilą.   Megan   czuła,   że   wzbudza   w   Katchu 

podniecenie, które wymyka mu się spod kontroli. Zdumienie z powodu własnej siły uderzyło 

ją jak błyskawica. Powstrzymywał się, hamował, pozwalał jej narzucać tempo, ale czuła, że 

jest bliski wybuchu. Kusiło ją, jakże kusiło ją, by wytrącić go z równowagi, podkopać jego 

samokontrolę.   Nie   mogła   zmusić   go   do   miłości,   ale   mogła   sprawić,   by   jej   pragnął   do 

szaleństwa. To powinno jej wystarczyć.

Toczył walkę z ogarniającym go pożądaniem. Obejmował ją coraz mocniej, przytulał 

coraz gwałtowniej, aż stali się jedną sylwetką. W pewnej chwili złapał ją za włosy i odchylił 

jej głowę do tyłu, jakby zdecydował się przejąć przywództwo. Płonął teraz jasnym, gorącym 

ogniem. W niej też narastał żar, pulsowała krew. Złapała zębami jego wargę. Wtedy usłyszała 

jego cichy jęk i raptownie wypuścił ją z objęć.

- Meg...

Z głową odrzuconą do tyłu, z włosami, którymi szarpał wiatr, czekała na dalsze słowa. 

Właściwie, co chciała usłyszeć? Czuła się niewiarygodnie silna. Wpatrzone w nią badawczo 

background image

oczy Katcha była prawie czarne. Na wargach czuła jego oddech - gorący, ciężki, nierówny.

- Meg - powtórzył jej imię, kładąc dłonie na jej ramionach. - Muszę iść.

Ośmielając się na rzecz niemożliwą, Megan znów przycisnęła usta do jego ust.

- Czy naprawdę tego chcesz? - wymamrotała. - Chcesz teraz mnie zostawić?

Konwulsyjnie zacisnął palce na jej ramionach, by zaraz znów oderwać ją od siebie.

-   Znasz   odpowiedź   -   rzekł   szorstko.   -   Co   chcesz   zrobić?   Doprowadzić   mnie   do 

szaleństwa?

- Może... - Nadal czuła podniecenie rozchodzące się po ciele ciepłą falą. Odbijało się 

w jej oczach, gdy w nie spojrzał. - Może tak.

Przycisnął ją do siebie, mocno i stanowczo. Czuła szaleńcze tempo, w jakim biło mu 

serce. Ich wargi znajdowały się znów tak blisko siebie...

-   Przyjdzie   taka   chwila   -   powiedział   czule.   -   Przysięgam,   że   nadejdzie   czas,   gdy 

będziemy tylko ty i ja. Niedługo, Meg. Pamiętaj o tym.

Patrzyła mu prosto w oczy. Poczucie siły nadal ją uskrzydlało.

- To ma być obietnica?

- Tak - powiedział. - Dokładnie tak.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Nad   popiersiem   Katcha   pracowała   jeszcze   dwa   dni.   Gdy   skończyła,   próbowała 

zdystansować się do swego dzieła i ocenić je obiektywnie.

Miała rację, że wybrała drewno. Materiał był o wiele cieplejszy niż kamień. Zagryzła 

wargi i długo szukała niedociągnięć. W końcu jednak całkiem obiektywnie stwierdziła, że to 

jedna z jej lepszych prac. Może nawet najlepsza.

Ta twarz nie była nienagannie piękna, ale miała w sobie siłę i przykuwała uwagę. 

Poczucie humoru widoczne było w wygięciu brwi i ust. Przesunęła palcem po tych ustach. 

Były   niewiarygodnie   zmysłowe.   Przypomniała   sobie   ich   smak,   ich   dotyk.   Widziała,   jak 

wyglądają, gdy jest rozbawiony, zły lub podniecony. A jego oczy... Te oczy zmieniały barwę 

i wyraz w zależności od jego nastroju. Bywały jasne, gdy się cieszył, zamglone złością, gdy 

wpadał w szał, pociemniałe z namiętności, gdy ją całował.

Znała tę twarz tak dobrze jak swoją własną. Ale nadal nie przeniknęła jego duszy. 

Nadal jego umysł był dla niej ziemią nieznaną. Z westchnieniem oparła łokcie na stole i 

położyła podbródek na dłoniach.

Czy Katch kiedykolwiek pozwoli jej wniknąć do swego serca? Czule pogłaskała jego 

rozwichrzone   loki.   Jessica   zna   go   zapewne   lepiej   niż   ktokolwiek.   Jeśli   był   w   kimś 

zakochany...

Jak by zareagował,  gdyby  wyznała  mu  miłość? Co by się stało,  gdyby  po prostu 

powiedziała mu „kocham cię"? Niczego od niego nie żądając, niczego nie oczekując. Może 

powinna to zrobić? Czyż miłość nie była uczuciem zbyt rzadkim, zbyt specjalnym, by ją 

ukrywać?

Ale Meg wyobraziła sobie wyraz współczucia w jego oczach.

- Nie zniosłabym tego - szepnęła, pochylając się i dc tykając czołem drewnianego 

czoła Katcha. - Po prostu bym nie zniosła. - Jej rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. 

Megan przybrała obojętny wyraz twarzy i przekręciła się na obrotowym krześle. - Proszę!

W drzwiach stanął Pop. Wędkarską czapkę z daszkiem miał zawadiacko nasadzoną na 

czubek siwej głowy.

-   Co   powiesz   o   świeżej   rybie   na   kolację?   -   Szeroki   uśmiech   świadczył,   że   jego 

poranna wyprawa zakończyła się sukcesem.

-  Chyba   dam  radę   przełknąć  kilka   kęsów.  -  Megan   przekornie   przechyliła   głowę. 

Uśmiechnęła się zadowolona, widząc błysk w oczach dziadka i rumieniec na jego policzkach. 

Wstała i, tak samo jak robiła to w dzieciństwie, objęła go za szyję. - Och, kocham cię, Pop!

background image

- Je też cię kocham, Megan. - Zaskoczony, ale zadowolony pogładził ją po głowie. - 

Wygląda na to, że powinienem częściej przynosić pstrąga na kolację.

Oderwała głowę od jego ramienia i uśmiechnęła się ciepło.

- Nie trzeba wiele, by mnie uszczęśliwić.

Pop przybrał poważny wyraz twarzy. Z czułością założył jej włosy za ucho.

-   To   prawda.  Zawsze   tak   było.   -   Szorstką   dłonią   dotknął   jej   policzka.   -  Przez   te 

wszystkie lata to ty dałaś mi wiele szczęścia, Megan. Wiele radości. Będę za tobą tęsknił, gdy 

wyjedziesz do Nowego Jorku.

- Och, Pop! - Znów ukryła twarz w jego ramieniu. - To tylko miesiąc lub dwa. Potem 

wrócę. - Czuła zapach tytoniu, który zawsze nosił w kieszonce na piersi. - Może zresztą 

wybierzesz się ze mną? Sezon już się skończy...

- Meg - przerwał jej, unosząc głowę, tak by ich oczy się spotkały. - To dla ciebie 

początek nowego etapu w życiu. Nie narzucaj sobie ograniczeń.

Kręcąc głową, Megan zaczęła nerwowo przechadzać się po pracowni.

- Nie wiem, co masz na myśli.

- Musisz zrobić coś dla siebie, coś bardzo ważnego. Masz talent, Meg. - Pop rozejrzał 

się po pomieszczeniu, aż jego wzrok spoczął na popiersiu Katcha. - Masz przed sobą całe 

życie. Chcę, byś od razu ruszyła pełną parą.

- Mówisz to tak, jakbym miała tu nie wrócić. - Gdy się odwróciła, zobaczyła,  co 

przykuło  uwagę   Popa.   -  Właśnie   ją  skończyłam  -  objaśniła,  walcząc,   by  je  głos  brzmiał 

normalnie. - Dość dobra, nie sądzisz?

- Myślę, że bardzo dobra. - Spojrzał na nią uważnie. - Usiądź, Megan, muszę z tobą 

porozmawiać.

Wiedziała, że mówił poważnie. To ją nieco speszyło. Bez słowa podeszła do krzesła. 

Pop poczekał, aż usiadła i znów wbił uważny wzrok w jej twarz.

- Jakiś czas temu - podjął - powiedziałem ci, że wszystko się zmienia. Przez większość 

twego życia byliśmy tylko we dwoje. Byliśmy sobie potrzebni, polegaliśmy na sobie. Dzięki 

wesołemu miasteczku mieliśmy dach nad głową i pracę. - Jego głos złagodniał.

- Przez te osiemnaście lat ani przez chwilę nie byłaś dla mnie ciężarem. Dzięki tobie 

czułem się młody. Obserwowałem, jak dorastasz i byłem z ciebie ogromnie dumny. Teraz 

nadszedł czas na zmianę.

Megan z trudem przełknęła ślinę.

- Nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć.

- Nadszedł czas, byś wyruszyła w świat, Megan. Czas, bym wypuścił cię spod swoich 

background image

skrzydeł. - Sięgnął do kieszeni koszuli i wyjął starannie złożone papiery. Rozłożył jej i podał 

Megan.

Patrząc mu prosto w oczy, wzięła je dopiero po chwili wahania. Od razu domyśliła się, 

co ma przed sobą. Mimo to przeczytała wszystko bardzo starannie, zdanie po zdaniu.

- A więc sprzedałeś mu nasze wesołe miasteczko - skwitowała oschłym tonem.

- Musimy jeszcze podpisać dokumenty - odpowiedział. - A ty będziesz świadkiem. - 

Klęska odmalowała się w jej oczach. - Megan, posłuchaj, wiele o tym myślałem. - Pop wyjął 

jej z dłoni papiery, odłożył je na stół i chwycił jej dłonie. - Katch nie był pierwszy, który 

zwrócił się do mnie z taką propozycją. I nie po raz pierwszy się nad tym zastanawiałem. 

Tylko przedtem nie wszystko pasowało do siebie tak, jak chciałem.

- A teraz co pasuje? - spytała, czując, jak jej oczy wypełniają się łzami.

- To jest właściwy człowiek, Megan. I odpowiedni moment. - Gładził ją po dłoniach, z 

bólem patrząc na malujące się w jej oczach cierpienie. - Wiedziałem to od chwili, gdy spadły 

na mnie te wszystkie naprawy. Jestem gotów oddać nasz lunapark komuś młodszemu, kto .go 

sprawnie poprowadzi, abym sam mógł iść na ryby. Teraz potrzebuję tylko łódki i wędki. A on 

jest takim człowiekiem, którego chętnie zobaczę na moim miejscu. - Przerwał i zaczął szukać 

w kieszeni chusteczki, by wytrzeć jej oczy. - Powiedziałem ci, że mu ufam i nie zmieniłem 

zdania. - A ty - ciągnął, wycierając jej łzy z policzków - musisz pójść wreszcie swoją drogą. 

Nie możesz robić tego, co chcesz, ślęcząc nad księgowością czy listą płac.

- Jeśli ty tego naprawdę chcesz... - zaczęła, ale Pop jej przerwał.

-   Nie,   to   ty   musisz   chcieć.   Dlatego   ostatnie   linijki   kontraktu   są   ciągle   puste.   - 

Popatrzył   na   nią   swymi   poważnymi,   głęboko   osadzonymi   oczami.   -   Nie   podpiszę   tego, 

Megan, jeśli ty się nie zgodzisz. To musi być najlepsze dla nas obojga.

Megan wstała, a Pop uwolnił jej ręce. Podeszła do okna. Nie rozumiała teraz swoich 

uczuć. Wiedziała tylko, że zgadzając się na wystawę w Nowym Jorku, zrobiła milowy krok, 

oddalający ją od dotychczasowego życia. A lunapark był tego życia istotnym  elementem. 

Wiedziała, że jeśli chce poświęcić się karierze artystycznej, nie może przywiązywać się do 

Joylandu.

Lunapark dawał jej poczucie bezpieczeństwa, był jej drugim domem, tak samo jak 

stojący za nią mężczyzna był dla niej i matką, i ojcem. Pamiętała to znużenie i zatroskanie na 

jego   twarzy,   gdy  przyszedł   do  domu   i   powiedział,  że   park   potrzebuje   pieniędzy.   Megan 

wiedziała, ile niekończących się problemów przyniesie najbliższe lato.

Pop miał prawo przeżyć starość w spokoju, poświęcając się swojemu hobby. Miał już 

w życiu wystarczająco dużo zmartwień i dużo odpowiedzialności. Miał prawo do chodzenia 

background image

na ryby, wysypiania się, do hodowania azalii. Czyż mogła mu tego odmawiać jedynie z lęku 

przed przecięciem ostatniej nici, jaka łączyła ją z dzieciństwem? Pop miał rację. Nadszedł 

czas na zmiany.

Wolno podeszła do biurka i poszukała długopisu.

- Podpisz to - zwróciła się do Popa. - Wypijemy szampana na kolację.

Pop wziął długopis, ale nie spuszczał z niej wzroku.

- Jesteś pewna, Meg?

Skinęła głową bez najmniejszego wahania.

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się na widok błysku w jego oczach, gdy pochylał się, by 

podpisać akt sprzedaży.

Napisał   swoje   nazwisko   zamaszyście,   potem   podał   Megan   długopis,   by   mogła 

poświadczyć podpis. Megan podpisała się wyraźnymi, dużymi literami, nie pozwalając, by jej 

zadrżała ręka.

- Powinienem zadzwonić teraz do Katcha - powiedział Pop z westchnieniem ulgi, 

zupełnie jakby zdjęto mu z piersi ogromny ciężar. - Albo odwieźć mu te dokumenty.

- Ja je zawiozę. - Megan starannie złożyła papiery. - Chciałabym z nim porozmawiać.

- Doskonały pomysł. Weź pikapa - zasugerował, gdy odwracała się w stronę drzwi. - 

Zanosi się na deszcz.

Gdy   dojeżdżała   do   domu   Katcha,   odzyskała   już   całkowity   spokój.   Dokumenty 

wsunęła bezpiecznie do tylnej kieszeni spodni. Zaparkowała pikapa za samochodem Katcha i 

wysiadła.

Powietrze było śmiertelnie ciche i ciężkie, niemal drżało od zbierającego się deszczu. 

Na niebie kłębiły się czarne chmury. Tak jak poprzednim razem, podeszła do frontowych 

drzwi i zapukała. I tak samo jak przedtem nie było odpowiedzi. Odwróciła się i obeszła dom 

dookoła.

Ale   nie   znalazła   Katcha   w   ogrodzie.   Nie   słyszała   żadnego   dźwięku   prócz   szumu 

morza stłumionego przez wysoki żywopłot. Zauważyła, że Katch posadził młodą wierzbę na 

zboczu, które schodziło do plaży. Ziemia  pod drzewem była  jeszcze ciemna, świeżo po-

ruszona.   Nie   mogąc   się   pohamować,   Megan   podeszła   do   drzewka,   by   dotknąć   jego 

delikatnych,   młodych   liści.   Dziś   nie   było   wyższe   od   niej,   ale   wyobraziła   je   sobie   w 

przyszłości - potężne, rozłożyste, latem stanowiące oazę cienia. Instynkt nakazał jej pójść 

zboczem dalej ku morzu.

Katch   stał   z   rękami   w   kieszeniach,   obserwując   nadchodzący   przypływ.   Nagle 

odwrócił się, jakby wyczuł jej obecność.

background image

- Stałem tu i myślałem o tobie - powiedział. - Czyżbym cię tu ściągnął?

Wyjęła dokumenty i podała mu zamaszystym gestem.

-   Lunapark   jest   twój   -   powiedziała.   -   Tak   jak   chciałeś.   Nawet   nie   spojrzał   na 

dokumenty, ale dostrzegła przelotny błysk w jego oczach.

- Chciałbym z tobą porozmawiać, Meg. Wejdźmy do domu.

- Nie. - Cofnęła się o krok. - Naprawdę nie ma już nic do powiedzenia.

- To twoja opinia. Ja mam ci wiele od powiedzenia. A ty mnie wysłuchasz. - Jego 

głos, w którym pojawiło się zniecierpliwienie, dotarł do Megan wraz z silnym podmuchem 

wiatru.

- Nie chcę cię słuchać, Katch! - Przy świetle pierwszej błyskawicy na niebie wcisnęła 

mu do ręki dokumenty. - Weź je!

- Megan, poczekaj... - Gdy się odwróciła, chwycił ją za ramię. Grzmot zagłuszył jego 

dalsze słowa.

- Nie będę czekać! - odparowała, wyrywając mu się. - Przestań mnie szarpać. Masz to, 

czego chciałeś. Nie jestem już ci potrzebna.

Katch zaklął, wcisnął dokumenty do kieszeni i, zanim uszła dwa kroki, znów chwycił 

ją za ramię i obrócił w kółko.

- Nie jesteś chyba taką idiotką. Musimy porozmawiać. Mam ci coś do powiedzenia. 

Coś ważnego. - Podmuchy wiatr smagały twarz Megan, targały jej włosami.

-   Czy   ty   nie   rozumiesz   prostego   słowa   „nie"?   -   krzyknęła,   a   jej   głos   walczył   z 

narastającym hukiem fal i świstem wiatru. - Nie chcę słuchać, co masz mi do powiedzenia! 

Nic mnie to nie obchodzi!

Z nieba lunął deszcz, tak silny, że zmoczył ich w okamgnieniu.

- A szkoda - odpowiedział równie zły jak ona. - Ponieważ i tak mnie wysłuchasz. 

Chodźmy do środka!

Zaczął ją ciągnąć przez plażę, ale udało jej się wyrwać i skręcić gwałtownie. Deszcz 

lał strugami, tworząc wokół nich ściany wody.

- Nie! - krzyknęła. - Nie wejdę z tobą do środka!

- Ależ wejdziesz - upierał się.

- A co zrobisz? Zaciągniesz mnie za włosy?

- Nie podpuszczaj mnie. - Znów wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. - W porządku - 

powiedział wreszcie i jednym sprawnym ruchem, którym całkowicie ją zaskoczył, wziął ją na 

ręce.

- Zostaw! - Oślepiona złością, kopała i rzucała się w powietrzu. Ale Katch, ignorując 

background image

całkowicie jej opór, bez widocznego wysiłku wspinał się po zboczu. - Nienawidzę cię! - 

krzyczała niemal histerycznie, gdy szybkim krokiem maszerował po trawniku.

- Nie szkodzi. To dopiero początek. - Otworzył biodrem drzwi, a potem przez kuchnię 

wniósł ją do salonu. Pozostawili za sobą na podłodze smugę wody. Bez dalszych ceremonii 

rzucił ją na sofę. - Siedź spokojnie - rozkazał, nim zdążyła odzyskać oddech. - Choć przez 

chwilę   bądź   cicho!   -   Podszedł   do   kominka   i   długą   zapałką   podpalił   papier   wsadzony 

pomiędzy gałęzie i polana. Suche drewno zajęło się ogniem niemal natychmiast.

Megan, która  zdążyła  już  złapać oddech,  wstała  i  skierowała  się  do drzwi. Katch 

powstrzymał ją, zanim palcami dotknęła klamki. Chwycił ją za ramiona i obrócił plecami do 

drzwi.

- Ostrzegam cię, Megan, moja cierpliwość wisi na cienkim włosku. Nie prowokuj 

mnie!

-   Nie   przestraszysz   mnie   -   powiedziała   niecierpliwie,   potrząśnięciem   głowy 

odrzucając mokre włosy z czoła.

- Wcale nie próbuję cię przestraszyć. Próbuję rozsądnie z tobą porozmawiać. Ale ty 

jesteś zbyt uparta, by zamilknąć na chwilę i posłuchać.

Oczy jej się rozszerzyły w przypływie nowej fali gniewu.

- Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! Wcale nie muszę cię słuchać.

- Owszem, musisz. - Zręcznie  sięgnął do jej  prawej  kieszeni i wyciągnął  stamtąd 

kluczyki od pikapa. Przynajmniej tak długo, jak mam to!

- Mogę iść piechotą - odparowała, patrząc, jak jej kluczyki lądują w jego kieszeni.

- W taką ulewę?

- Oddaj mi kluczyki. - Potarła ramiona, ponieważ zaczynała trząść się z zimna.

Zamiast odpowiedzi pociągnął ją bliżej kominka.

- Musisz zdjąć te mokre ciuchy - poradził.

- Jesteś szalony, jeśli myślisz, że się tutaj rozbiorę.

- Jak chcesz. - Ostentacyjnie ściągnął z siebie przemoczony podkoszulek i odrzucił ją 

na bok. - Jesteś uparta jak osioł.

-   Dzięki.   -   Ledwie   opanowała   kichnięcie.   -   To   wszystko,   co   miałeś   mi   do 

powiedzenia?

- Nie. - Podszedł do ognia. - To dopiero początek. Usiądź.

- A więc może ja najpierw powiem, co mam do powiedzenia. - Ciało przeszywały 

dreszcze; musiała walczyć, by opanować drżenie. - Myliłam się co do ciebie. Nie jesteś ani 

leniwy, ani niefrasobliwy, ani też nie szukasz poklasku. I na pewno postępowałeś ze mną 

background image

uczciwie. - Wytarła oczy mokre od deszczu i łez. - Powiedziałeś mi otwarcie, że zamierzasz 

kupić nasz park. Dochodzę do wniosku, że być może to najlepsze wyjście. To, co zdarzyło się 

między nami, to była moja wina, ponieważ pozwoliłam ci się do siebie zbliżyć.

- Przełknęła ślinę; chciałaby ocalić trochę dumy, ale musiała to powiedzieć. - Ale ty 

jesteś   mężczyzną,   którego   trudno   ignorować.   Teraz,   gdy   osiągnąłeś   swój   cel,   wszystko 

dobiegło końca.

- Mam dopiero część tego, czego chciałem. - Podszedł do niej i wziął do ręki jej 

ociekające wodą włosy.

- Tylko mizerną część, Meg.

Spojrzała na niego z rezygnacją. Była zbyt zmęczona, by się dalej z nim kłócić.

- Czy nie możesz po prostu zostawić mnie w spokoju? - spytała trochę bezradnie.

- Zostawić cię w spokoju? Wiesz, ile razy spacerowałem po tej plaży o trzeciej nad 

ranem, ponieważ pragnienie posiadania ciebie nie dawało mi spać? Czy wiesz, jak trudno mi 

było oderwać się od ciebie, gdy trzymałem cię w ramionach? - Zacisnął mocniej palce na jej 

włosach, przyciągając ją bliżej.

Oczy miała teraz ogromne, a dreszcze nadal przeszywały jej skórę. Co on wygaduje? 

Nie mogła zaryzykować pytania, nie mogła zacząć się zastanawiać. Nagle zaklął i chwycił ją 

w ramiona.

Cienkie, mokre ubranie nie stanowiło wystarczającej osłony przed jego rękami. Nie 

zaprotestowała, gdy pociągnął ją na podłogę, gdy jego palce pospiesznie rozpinały guziki jej 

bluzki, a usta, chłodne i zarazem gorące, wędrowały od jej szyi w dół i w dół. Jej wychło-

dzona, mokra skóra zapłonęła ogniem pod pieszczotą tych palców, pod dotykiem ust.

Ich przyspieszonym  oddechom towarzyszyło  dzwonienie deszczu o szyby i trzaski 

polan w kominku.

Megan usłyszała, jak Katch bierze długi, głęboki oddech, by się uspokoić.

-   Przepraszam...   Chciałem   porozmawiać.   Jest   tyle   spraw,   o   których   muszę   ci 

powiedzieć. Ale tak cię pragnę... Zbyt długo to w sobie tłumiłem.

Pragnę... ? „Pragnę" brzmiało trochę lepiej niż zwykłe „chcę" - mocniej i bardziej 

osobiście i, choć nadali nie wyrażało miłości, Megan uchwyciła się tego słowa z nadzieją.

- W porządku. - Chciała usiąść, ale Katch, pochylając się nad nią, znów przygwoździł 

ją do podłogi.

- Proszę cię, Meg, wysłuchaj mnie. Przyglądała się bacznie jego twarzy i zauważyła, 

że jego oczy i wyraz ust były poważne. Naprawdę to, co chciał jej powiedzieć, musiało być 

dla niego bardzo istotne.

background image

- Zgoda - powiedziała już spokojnie. - Słucham.

- Pragnę cię od pierwszej chwili, w której cię zobaczyłem, Meg. Od pierwszej minuty. 

Wiesz o tym. - Głos miał niski, wyraźnie podenerwowany. - Podczas pierwszego wieczoru, 

który razem spędziliśmy, zaintrygowałaś mnie w równym stopniu, jak mi się spodobałaś. Z 

początku myślałem, że zdobycie ciebie będzie proste... Zwykły, przyjemny romans na parę 

tygodni.

- Wiem - wtrąciła półgłosem, starając się nie okazać bólu.

-   Nie   mów  tak.   -   Przytknął   palce   do  jej   ust.   -   Nic  nie   wiesz.   To   bardzo   szybko 

przestało być  proste. Gdy przywiozłem cię tutaj na kolację, a ty powiedziałaś, że chcesz 

zostać... - Zamilkł na chwilę i odsunął kosmyki  mokrych  włosów z jej policzków. - Nie 

mogłem   ci   na   to   pozwolić.   Choć   nie   byłem   do   końca   pewien   dlaczego.   Pragnąłem   cię, 

pragnąłem bardziej niż jakiejkolwiek kobiety w moim życiu. Ale nie mogłem cię wziąć...

- Katch... - Megan pokręciła głową. Nie była pewna, czy potrafi udźwignąć prawdę. 

Przymknęła oczy. Katch poczekał, aż je otworzy, zanim znów się odezwał.

- Próbowałem trzymać się z dala od ciebie, Meg. Próbowałem wmawiać sobie, że 

tylko wyobrażam sobie swoje uczucia do ciebie. Ale potem, gdy wściekła pędziłaś przez 

trawnik, wyglądałaś tak pięknie, że już nie mogłem myśleć o niczym innym. Sam twój widok 

odebrał mi oddech. - Uniósł jej dłoń i przycisnął do ust. Ten gest niezwykle ją poruszył.

- Przestań - wyszeptała. - Przestań, proszę... Katch przez długą chwilę wpatrywał się w 

jej oczy, potem puścił jej rękę.

- Pragnąłem cię - powtórzył spokojniejszym głosem.

- Pragnąłem i byłem na ciebie z tego powodu wściekły.

- Przyłożył czoło do jej czoła i zamknął oczy. - Nigdy nie chciałem cię zranić, Meg. 

Ani cię przestraszyć.

Leżała   spokojnie,   jakby  bez   czucia.   Powoli,   bardzo   wolno   docierały   do   niej   jego 

słowa.   Zdawała   sobie   sprawę,   że   był   podekscytowany   i   mówił   szczerze.   Płomyki   ognia 

połyskiwały na skórze jego ramion i pleców.

- Nie mogłem uwierzyć, że się tak zaangażowałem - ciągnął. - Ale nie potrafiłem się 

wycofać. Byłaś stale obecna w moich myślach, w moich snach. Nie miałem odwrotu. I tamtej 

nocy, gdy odwiozłem cię do domu, przyznałem sam przed sobą, że wcale nie chcę uciekać. 

Nie tym razem. Nie od ciebie. - Uniósł głowę i spojrzał na nią z góry. - Najpierw musisz 

wiedzieć,   że   zrezygnowałem   z   kupna   waszego   lunaparku.   Ale   wczoraj   z   tą   propozycją 

wystąpił twój dziadek. Nie chciałem, by ta sprawa stanęła między nami, ale Pop nalegał. 

Uważał, że to i dla ciebie, i dla niego najlepsze rozwiązanie. Ale jeśli nie chcesz się z tym 

background image

pogodzić, podrę te przeklęte dokumenty...

- Nie! - zaprotestowała gwałtownie. - Wiem, że to najlepsze wyjście. Po prostu czuję 

pustkę, jakbym straciła coś bardzo drogiego. To boli, nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że to 

najdogodniejsze rozwiązanie. Ale, proszę, nie chcę, byś mnie przepraszał. Nie powinnam tu 

wpadać z krzykiem i mieć do ciebie pretensji. - Czuła, że uwalnia się od wielkiego ciężaru. 

Ból ustąpił, a wszystkie lęki zaczęły z niej opadać. - Pop dobrze robi, sprzedając park, a ty 

masz wszelkie prawo go kupić.

- Westchnęła, chcąc już zakończyć te wyjaśnienia. - Przypuszczam, że w pewnym 

sensie poczułam się zdradzona. I nie umiałam spokojnie tego przemyśleć.

- A teraz?

- A teraz wstydzę się, że zachowałam się jak idiotka. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem. - 

Chciałabym już jechać do domu. Pop będzie się martwić.

- Jeszcze nie - poprosił.

Gdy odchylił się, by wyjąć coś z kieszeni, Megan zdołała wreszcie usiąść. Zebrała do 

tyłu mokre, splątane włosy. Wtedy zauważyła, że Katch trzyma w dłoni małe pudełko. Na 

moment zawahał się, zanim je jej ofiarował. Zaintrygowana zarówno prezentem, jak i bijącym 

od Katcha napięciem, uchyliła wieczko. I zaniemówiła.

Był   tam   pierścionek   z   kwadratowym,   zielonym   szmaragdem,   wytworny   w   swej 

prostocie.  Megan oszołomiona wpatrywała  się w niego, a potem w Katcha. W milczeniu 

kręciła głową.

- Katch... - wyjąkała. - Nie rozumiem... Nie mogę tego przyjąć.

-   Nie   odmawiaj,   Meg.   -   Katch   przykrył   jej   dłoń   swoją.   -   Niezbyt   dobrze   znoszę 

odmowę.

Mimo że ton jego głosu był swobodny, zauważyła napięcie w jego twarzy. Przelotna 

myśl zadrżała w jej umyśle, a serce zatrzepotało.

Próbowała zachować spokój i patrzeć mu prosto w oczy.

- Nie wiem... nie rozumiem, o co mnie prosisz.

- Wyjdź za mnie. - Uścisnął jej palce. - Kocham cię, Megan.

Zawładnęły   nią   gwałtowne   emocje.   Pomimo   że   jego   głos   brzmiał   śmiertelnie 

poważnie,   przeleciało   jej   przez   myśl,   że   Katch   żartuje.   Ale   nie,   on   nie   żartował.   Miał 

ściągniętą twarz, był poruszony. Megan wstała, mocno ściskając w dłoni pudełko. Musiała to 

przemyśleć. Musiała zyskać na czasie.

Małżeństwo... W najśmielszych snach nie oczekiwała, że poprosi ją o rękę. Że zechce 

spędzić z nią życie. Jakie byłoby to życie? Czy rozpędzone, pełne nieoczekiwanych zakrętów 

background image

i nadspodziewanych wrażeń, podobne do jazdy na kolejce górskiej? Tego się spodziewała, ale 

pomyślała również o cichych, kameralnych momentach, ciepłych chwilach we dwoje, które 

na pewno ich czekały. O takich chwilach, po których każdy nowy zwrot czy zakręt byłby 

jeszcze bardziej podniecający.

Być może oświadczył jej się tak otwarcie i prosto, bez ogródek i wybiegów, ponieważ 

był szczerze zdesperowany. Tak samo jak ona. Cóż za pomysł! Przycisnęła palce do skroni. A 

jednak... Megan przypomniała sobie ten błagalny wyraz jego oczu, gdy prosił ją o rękę.

Kocham cię. Te dwa słowa, słowa wypowiadane przez ludzi na całym świecie, na 

zawsze odmieniły jej życie. Megan odwróciła się, potem podeszła do Katcha i uklękła. Jej 

oczy prześwietlał wewnętrzny blask. Trzymając pudełko w wyciągniętej dłoni, oświadczyła 

pospiesznie, widząc rozpacz na jego twarzy:

- Będę go nosić na serdecznym  palcu lewej dłoni. Wtedy chwycił ją w ramiona i 

zamknął jej usta gwałtownym pocałunkiem.

- Och, Meg! - Obsypał pocałunkami jej twarz. - Tak się bałem, że mi odmówisz.

-   Jak   bym   mogła!   -   Zarzuciła   mu   ramiona   na   szyję   i   oddawała   mu   pocałunki.   - 

Kocham   cię,   Katch   -   wypowiedziała   prosto   w   jego   usta.   -   Rozpaczliwie,   bez   reszty. 

Przygotowywałam się na powolną śmierć, gdy już odejdziesz.

- Nie miałem zamiaru odchodzić. - Leżeli znów na podłodze, a Katch zanurzył twarz 

w pachnących deszczem włosach Megan. - Pojedziemy do Nowego Orleanu w krótką podróż 

poślubną, żebyś zdążyła przygotować swoją wystawę. A na wiosnę polecimy do Paryża.

- Uniósł głowę i spojrzał na nią z góry. - Wyobrażam już sobie, jak kochamy się w 

Paryżu. Chcę zobaczyć twoją twarz w miękkim świetle poranka.

Dotknęła czule jego policzka.

- Już wkrótce, kochany - powiedziała półgłosem.

- Pobierzmy się jak najszybciej. Pragnę być z tobą.

Podniósł pudełko, które leżało na podłodze obok nich, wyjął pierścionek i wsunął jej 

na palec.

-   Jesteśmy   zaręczeni,   Meg   -   powiedział   stłumionym   głosem.   -   Nie   możesz   teraz 

odejść.

- Nigdzie się nie wybieram - odparła, podając mu usta.

background image

EPILOG

Megan   nerwowym   ruchem   przekręciła   szmaragd   na   palcu.   Spróbowała   szampana, 

którego Jessica wcisnęła jej do ręki. Uśmiechała się niepewnie. Nigdy nie spodziewała się 

tylu ludzi. Takie tłumy! Co ona tutaj robi? W sławnej galerii na Manhattanie stała oto pośród 

podnieconych gości, udając artystkę! Najchętniej schowałaby się w jakimś zacisznym kąciku.

-   Chodź   do   bufetu,   Meg!   -   Pop   wyglądał   nadzwyczaj   dystyngowanie   w   swym 

najlepszym - i jedynym - czarnym garniturze. - Powinnaś skosztować tych smakołyków. - 

Podsunął jej mikroskopijną kanapkę.

- Dziękuję. - Megan, zżerana przez tremę, nie miała wcale apetytu. - Cieszę się, że 

przyleciałeś na weekend.

- Jakże mógłbym przegapić wielki wieczór mojej wnuczki! - obruszył się Pop. Połknął 

kanapkę i uśmiechnął się jowialnie. - Co powiesz na ten tłum?

- Czuję się jak oszustka - wymamrotała Megan, uśmiechając się bohatersko, gdy jakiś 

mężczyzna   w   kapeluszu   na   bakier   przystanął   nieopodal,   by   podziwiać   jedną   z   jej 

marmurowych rzeźb.

-   Nie   pamiętam,   żebyś   kiedykolwiek   ładniej   wyglądała.   -   Pop   dotknął   rękawa   jej 

pastelowej jedwabnej sukni. - No, może z wyjątkiem dnia ślubu.

- Och, dziś jestem o wiele bardziej stremowana. - Omiotła wzrokiem tłum gości. - 

Gdzie się znowu podział Katch?

- Ostatnio widziałem go w towarzystwie bardzo eleganckiej pary. Ale słyszałem, jak 

Jessica mówiła, że ty masz teraz wmieszać się w tłum i rozmawiać z gośćmi.

- Nie mogę się ruszyć. - Megan westchnęła zrozpaczona.

- Nie sądziłem, że jesteś taka tchórzliwa, Meg - rzucił Pop prowokacyjnie.

Z ustami na wpół otwartymi w proteście, Megan obserwowała, jak dziadek odchodzi. 

Tchórzliwa! - obruszyła się w duchu. Wyprostowała ramiona i upiła łyk szampana. Raz kozie 

śmierć. Nie będzie ukrywać się w kącie. Z dumnie podniesioną głową, wolno zaczęła iść do 

bufetu.

- To pani wystawa?

Odwróciła   głowę   i   zobaczyła   dostojną   starszą   kobietę   w   czarnej   jedwabnej   sukni 

ozdobionej brylantami.

- Tak - przyznała Megan, nieznacznie unosząc podbródek. - To ja.

Elegancka dama omiotła Megan długim, taksującym spojrzeniem.

- Zauważyłam, że studium dziewczynki budującej zamek z piasku nie jest na sprzedaż.

background image

- Rzeźba należy do mojego męża. - Nawet po dwóch miesiącach, gdy wymawiała to 

słowo, robiło jej się cieplej na sercu, a krew zaczynała szybciej krążyć w jej żyłach. Katch... 

Jej mąż... Rozejrzała się wokół z lekkim roztargnieniem.

- Szkoda - zauważyła kobieta w czerni.

- Słucham panią?

- Powiedziałam, szkoda. Chciałabym ją mieć.

- Pani... - Megan, oszołomiona, wbiła wzrok w swą rozmówczynię - pani naprawdę 

chciałaby ją mieć?

- Kupiłam już „Kochanków" - ciągnęła kobieta. - To znakomita rzeźba. Chciałabym 

zamówić kolejny zamek z piasku. Skontaktuję się z panią przez Jessicę.

-   Tak,   oczywiście   -   bąknęła   Megan,   automatycznie   podając   nieznajomej   dłoń. 

Zamówienie? - Dziękuję - dodała, gdy kobieta już odchodziła.

-   Miriam   Tailor   Marcus   -   odezwał   się   obok   znajomy   głos.   -   Ciężki   orzech   do 

zgryzienia.

Megan odwróciła się i chwyciła Katcha za ramię.

- Katch, ta kobieta... Ona...

- Miriam Tailor Marcus - powtórzył i pochylił się, by ją pocałować w usta. - Wszystko 

słyszałem. Przed chwilą ze skromną miną zbierałem komplementy za mój wkład do świata 

sztuki. - Stuknął kieliszkiem o jej kieliszek. - Moje gratulacje, kochanie!

- Podobają im się moje prace?

- Gdybyś nie była tak zajęta udawaniem, że cię nie ma, wiedziałabyś, że odniosłaś 

ogromny   sukces.   Chodź   ze   mną.   -  Wziął   ją   za   rękę.   -   I  obejrzyj   te   wszystkie   maleńkie 

niebieskie znaczki przy twoich rzeźbach. One oznaczają „sprzedane".

- Kupują je? - Megan roześmiała się z niedowierzaniem. - Naprawdę je kupują?

- Jessica gorączkowo usiłuje zapanować nad sytuacją. Już trzy osoby próbowały kupić 

tę alabastrową rzeźbę, którą sama od ciebie kupiła, i to za podwójną cenę. A jeśli za chwilę 

nie porozmawiasz z krytykami sztuki, Jessica naprawdę oszaleje.

- Nie wierzę...

- Uwierz. - Podniósł rękę Megan do ust. - Jestem z ciebie bardzo dumny, Meg.

Oczy Megan wypełniły łzy.

- Proszę... - zdołała wyszeptać.

Bez   słowa   pociągnął   ją   przez   tłum   i   wyprowadził   do   magazynu   położonego   na 

zapleczu.

-   Jaka   jestem   głupia   -   powiedziała,   gdy   zamknął   za   nimi   drzwi.   Łzy   popłynęły 

background image

strumieniami po jej policzkach. - Jestem idiotką... Mam wszystko, o czym w życiu marzyłam, 

a zamiast cieszyć się, płaczę na zapleczu. O wiele lepiej znosiłam porażki.

- Kocham cię, Megan. - Śmiejąc się z cicha, przycisnął ją do piersi.

- To wszystko jest takie nierealne - wyjąkała drżącym głosem. - Nie tylko wystawa... 

ale wszystko. Gdy patrzę na ten pierścionek na palcu, zastanawiam się, kiedy się w końcu 

obudzę. Nie mogę w to uwierzyć...

Zamknął   jej   usta   pocałunkiem.   Bezradnie   westchnąwszy,   wtuliła   się   w   jego 

marynarkę.   Nadal,   po   tych   wszystkich   razem   spędzonych   dniach   i   szalonych   nocach, 

wystarczyło, że jej dotknął, że ją pocałował, a stawała się miękka jak wosk, bezbronna jak 

lalka. Przełknęła łzy, czując znów w żyłach pulsującą krew. Przytuliła się do niego mocniej, 

przesuwając dłońmi po jego twarzy, a potem po włosach.

- To rzeczywistość - szeptał prosto do jej ucha. - Uwierz w nią wreszcie. Naprawdę 

każdej nocy jesteś w moich ramionach i naprawdę każdego ranka budzisz się przy mnie. - 

Wolno odsunął ją od siebie, a potem całował jej wilgotne policzki, aż zamrugała oczami. - A 

dziś wieczorem - dodał z łagodnym uśmiechem - zamierzam kochać się z najnowszą gwiazdą 

nowojorskiego świata artystycznego. A jutro rano, gdy będzie uszczęśliwiona po przeczytaniu 

recenzji w porannej prasie, zamierzam kochać się z nią znów.

- O której możemy stąd wyjść? - spytała z nadzieją. Rozpromieniony szczęściem znów 

mocno i namiętnie ją pocałował.

- Nie kuś mnie. Jessica obedrze nas ze skóry, jeśli nie zostaniemy tu do ostatniego 

gościa.   A   teraz,   popraw   makijaż   i   idź   na   salę   upajać   się   powszechnym   podziwem.   To 

wzmacnia ego.

- Katch! - Megan powstrzymała go, zanim otworzył drzwi. - Mam jedną rzeźbę, której 

dziś wieczorem nie wystawiłam.

- Tak? - Zaciekawiony uniósł brew.

- Tak... - Zarumieniła się lekko. - Bałam się, że wystawa skończy się fiaskiem, ale od 

początku uważałam, że jakoś zniosę krytykę.  Ale ta praca... Nie zniosłabym,  gdyby ktoś 

powiedział, że jest słaba lub amatorska.

- Widziałem ją?

- Nie. - Ruchem głowy odrzuciła z czoła grzywkę.

- Chciałam dać ci ją w prezencie ślubnym, ale wszystko wydarzyło się tak szybko, że 

nie zdążyłam. Ostatecznie - dodała z promiennym uśmiechem - byliśmy zaręczeni zaledwie 

trzy dni.

- I tak byłem bardzo cierpliwy - podkreślił.

background image

-   A   potem   -   ciągnęła   -   byłam   zajęta   wystawą   i   zbyt   zdenerwowana,   by   ci   ją 

podarować. - Zaczerpnęła powietrza. - Chcę dać ci ją teraz, gdy czuję się, naprawdę czuję się 

artystką.

- Ona jest tutaj? - spytał coraz bardziej zaciekawiony.

Megan bez słowa sięgnęła na półkę, gdzie stało starannie przykryte płótnem popiersie. 

W milczeniu podała je Katchowi.

Katch zdjął zasłonę, a potem długo wpatrywał się we własną twarz.

Megan niezbyt dokładnie wypolerowała drewno, ponieważ chciała zachować tę nieco 

buntowniczą aurę, która otaczała Davida. Rzeźba oddawała jego tupet, pewność siebie, ale i 

wewnętrzne ciepło, które prędzej spostrzegła okiem artystki niż kobiety. Katch przyglądał się 

swemu popiersiu tak długo, że Megan zaczęła się niepokoić. Wreszcie podniósł wzrok i długą 

chwilę przeszywał ją pociemniałymi oczami.

- Meg... - Jedynie tyle był w stanie powiedzieć.

- Nie chcę jej wystawiać - rzekła pospiesznie. - Jest dla mnie zbyt osobista. Były takie 

chwile   podczas   pracy   nad   gipsowym   modelem   -   wyznała,   biorąc   od   niego   popiersie   i 

przesuwając palcem po wyrzeźbionych kościach policzkowych - gdy chciałam go roztrzaskać 

na kawałki. - Odstawiła rzeźbę na mały stolik. - Ale nie mogłam. Z początku wmawiałam 

sobie, że stale myślę o tobie tylko dlatego, że masz niezwykle plastyczną twarz. Twarz, którą 

chciałabym rzeźbić. - Podniosła głowę i napotkała oczy Katcha. - Zakochałam się w tobie, 

siedząc w pracowni i modelując twoją głową. Myślałam, że nie mogę kochać cię bardziej niż 

wtedy. Ale się myliłam.

- Meg... - Katch znów wziął ją za ręce i uścisnął. - Słów mi brakuje...

- Po prostu mnie kochaj.

- Zawsze będę cię kochać.

Megan z westchnieniem położyła głowę na jego ramieniu.

- Świadomość tego pozwoli mi lepiej znieść sukces. Katch objął ją i otworzył drzwi.

- Chodźmy napić się szampana. To wyjątkowy wieczór. Trzeba go uczcić.