background image

LIN CARTER 

L. SPRAGUE DE CAMP 

 

CONAN WYZWOLICIEL 

PRZEŁOŻYŁ MAREK MASTALERZ 

TYTUŁ ORYGINAŁU CONAN THE LIBERATOR 

 

 

background image

WSTĘP 

 

Conan  Cymmerianin,  bohater  nad  bohatery,  jest  płodem  wyobraźni  Roberta  Ervina 

Howarda  (1906–1936)  z  Cross  Plains  w  stanie  Teksas.  Howard  był  płodnym  pisarzem 

publikującym  w  tzw.  pulp  magazines  (tanich,  drukowanych  na  najgorszym  papierze 

magazynach  zamieszczających  podłą  przeważnie  beletrystykę).  Jego  kariera  przypadła  na 

czasy ich największego rozkwitu. Tego rodzaju periodyków wydawano dziesiątki, wszystkie 

w  tym  samym  formacie  (6,5  na  10  cali,  czyli  17  na  25  centymetrów).  Drukowano  je  na 

szarym  papierze  bez  oprawy.  Obecnie  magazyny  te  zniknęły,  wyjąwszy  kilka  dotąd 

wydawanych pod starymi tytułami, lecz w odmiennym formacie. 

W  czasie  swej  działalności  literackiej,  trwającej  zaledwie  dekadę,  Howard  pisywał 

fantasy,  science  fiction,  westerny,  opowiadania  sportowe,  historyczne,  nowele  kryminalne, 

opowiadania  na  tematy  orientalne  i  wiersze.  Ze  wszystkich  jego  bohaterów  tym,  który 

osiągnął największą popularność, jest Conan z Cymmerii. Opowiadania o Conanie sprawiły, 

że w gatunku fantasy dzieła Howarda ustępują popularnością jedynie J.R.R. Tolkienowi. 

Urodzony  w  Peaster  w  Teksasie,  Howard  przeżył  w  tym  stanie  całe  swoje  życie, 

wyjąwszy  krótkotrwałe  wyjazdy  do  sąsiednich  stanów  i  Meksyku.  Ojciec  był  wiejskim 

lekarzem  w  stanie  Arkansas.  Był  to  człowiek  o  szorstkim,  apodyktycznym  sposobie  bycia. 

Matka  Howarda,  urodzona  w  Dallas  w  Teksasie,  uważała  się  za  osobę  pod  względem 

społecznym  stojącą  wyżej  od  swego  męża  oraz  od  ludności  Cross  Plains,  gdzie  rodzina 

osiedliła się w 1919 roku. 

Oboje rodzice, zwłaszcza matka, byli wyjątkowo zaborczy wobec swojego jedynaka. 

Gdy Robert był  jeszcze chłopcem,  matka roztaczała nad nim czujną opiekę i  decydowała o 

jego przyjaźniach. Kiedy dorósł, czynnie ograniczała jego kontakty z kobietami. Dopiero na 

dwa  lata  przed  śmiercią  Howard  zawarł  znajomość  z  pewną  młodą  nauczycielką.  Twórca 

Conana  wyrósł  więc  w  atmosferze  niewolniczego  oddania  często  chorującej  matce.  Kiedy 

kupił samochód, zabierał»ją ze sobą na długie wycieczki po Teksasie. 

Słabowity  i  zaszczuwany  jako  chłopiec,  Howard  wyrósł  na  wysokiego,  potężnie 

zbudowanego  mężczyznę.  Ważył  blisko  dwieście  funtów  (tj.  około  dziewięćdziesięciu 

kilogramów),  z  czego  większość  stanowiły  mięśnie.  Utrzymywał  formę  uprawiając 

pięściarstwo  i  podnoszenie  ciężarów.  Boks  był  jego  ulubionym  sportem.  Mimo  wyglądu 

troglodyty  Robert  Howard  był  również  żarłocznym  molem  książkowym.  Czytał  szybko  i 

wszystko co popadnie. 

background image

Jeszcze  jako  młodzieniec  zdecydował  się  na  karierę  literacką.  Gdy  w  1928  roku 

ukończył rok bezpłatnych wykładów w Howard Payne Academy w Brownwood w Teksasie, 

jego ojciec zgodził się na trwającą jeden rok próbę. Przez ten czas Howard  miał spróbować 

swych sił jako autor nie związany z żadnym wydawnictwem. Dopiero po tym okresie ojciec 

miał wywrzeć nań nacisk w celu zmuszenia go do podjęcia bardziej konwencjonalnej pracy. 

Wkrótce  honoraria  Howarda,  chociaż  skromne,  były  wystarczające,  aby  skłonić  rodzinę  do 

akceptacji jego powołania. 

Howard wyrósł na mężczyznę o wyjątkowo zmiennych nastrojach, przechodzących od 

radosnej  euforii  i  wylewności  do  napadów  czarnej  depresji,  rozpaczy  i  melancholii,  co 

sprawiło,  że  uległ  fascynacji  ideą  samobójstwa.  Obsesja  ta  narastała  i  pogłębiała  się  przez 

resztę życia. Napomknieniami i mimowolnymi uwagami dawał swoim rodzicom i niektórym 

z przyjaciół do zrozumienia, iż nie zamierza przeżyć swej matki, lecz nikt nie brał tych gróźb 

poważnie. 

W  roku  1936  Robert  Howard  był  już  czołowym  pisarzem  magazynów  „pulp”  i 

zarabiał więcej niż ktokolwiek w Cross Plains. Cieszył się dobrym zdrowiem, ustabilizowaną 

pozycją  towarzyską,  rosnącym  kółkiem  przyjaciół  i  fanów  oraz  obiecującą  przyszłością 

literacką.  Jego  matka  umierała  wówczas  na  gruźlicę.  Kiedy  znalazła  się  w  stanie 

nieodwracalnej  śpiączki,  Howard  wyszedł  z  domu,  wsiadł  do  samochodu  i  strzelił  sobie  w 

głowę. 

W  latach  1926–1930  Robert  Howard  napisał  cykl  opowiadań  fantastycznych  o 

bohaterze  imieniem  Kull,  barbarzyńcy  z  zaginionej  Atlantydy,  który  zostaje  władcą 

kontynentalnego  królestwa.  Opowiadania  te  przyniosły  Howardowi  nikłe  powodzenie  —  z 

dziewięciu,  które  ukończył,  udało  mu  się  sprzedać  jedynie  trzy.  Ukazały  się  one  w  „Weird 

Tales”  —  piśmie  drukującym  fantasy  i  science  fiction,  wychodzącym  w  latach  1923–1954. 

Chociaż stawki za słowo były niskie, a honoraria często się opóźniały, „Weird Tales” mimo 

wszystko pozostawało najpewniejszym rynkiem zbytu dla Howarda. 

W roku 1932, gdy nie sprzedane opowiadania o Kullu  wciąż zalegały szafkę służącą 

jednocześnie jako kartoteka, Howard przerobił jedno z tych opowiadań, zmieniając Kulla na 

Conana i dodając nadnaturalny sztafaż. „The Phoenix on the Sword” opublikowany został w 

„Weird Tales” w grudniu 1932 roku. Opowiadanie osiągnęło natychmiastową popularność i 

przez  kilka  lat  tworzenia  opowieści  o  Conanie  zajmowało  większość  pisarskiego  czasu 

Howarda.  Osiemnaście  tych  opowiadań  pojawiło  się  w  druku  za  życia  autora,  inne  zostały 

odrzucone albo ich nie dokończył. W niektórych listach pisanych pod koniec życia Howard 

rozważał zarzucenie cyklu conanowskiego i poświęcenie się wyłącznie westernom. 

background image

Conan był zarówno rozwinięciem Kulla, jak i idealizacją samego autora  — obrazem 

Howarda  takiego,  jakim  chciałby  on  być.  Robert  E.  Howard  idealizował  barbarzyńców  i 

barbarzyńskie życie, podobnie jak czynili to Rudyard Kipling, Jack London czy Edgar Rice 

Burroughs  —  pisarze,  którzy  wywarli  na  niego  duży  wpływ.  Conan  to  szorstki,  twardy, 

gwałtowny  obieżyświat,  człowiek  bez  korzeni,  nieodpowiedzialny  łowca  przygód, 

gigantycznej  siły  i  postawy.  Właśnie  tak  Howard  —  cichy,  wyobcowany,  introwertyczny 

odludek,  wyobrażał  sobie  samego  siebie.  W  postaci  Conana  łączą  się  cechy  teksańskiego 

pioniera  Bigfoota  Walisce’a,  Tarzana  Burrougsa,  herosa  Wikinga  Swaina  (Wieśniaka)  A.D. 

Howdena Smitha z odrobiną mrocznej melancholii samego Howarda. 

Sam  Howard  pisał  w  liście  do  H.P.  Lovecrafta,  iż  Conan  „gotowy  wychynął  z 

wyobraźni  i  zmusił  mnie do uwiecznienia sagi  jego przygód (…) Jest  on kombinacją ludzi, 

których  znałem,  zawodowych  bokserów,  rewolwerowców,  przemytników  whisky, 

ochroniarzy  pól  naftowych,  hazardzistów  i  uczciwych  pracowników,  z  którymi  miałem 

kontakt, a których cechy połączywszy, otrzymałem amalgamat, który nazwałem Conanem z 

Cymmerii”. 

Po  śmierci  Howarda  niektóre  z  jego  opowiadań  zostały  opublikowane  we 

wspomnianych tanich magazynach. Później brak papieru w okresie drugiej wojny światowej 

skazał je na zagładę i opowieści o Conanie zostały zapomniane przez wszystkich z wyjątkiem 

małego kręgu entuzjastów. W latach pięćdziesiątych nowojorski edytor wydał opowiadania o 

Conanie jako cykl oprawnych w płótno tomików o niewielkim nakładzie. 

Autor  powyższych  słów  został  wciągnięty  w  to  przedsięwzięcie  w  rezultacie 

odnalezienia przez niego nie publikowanych rękopisów Howarda w archiwum nowojorskiego 

agenta  literackiego  i  przyjęcia  ich  do  druku  jako  części  tej  serii.  Dziesięć  lat  później 

zorganizowałem  publikację  całego  cyklu  włącznie  z  kilkoma  nowymi  przygodami  Conana 

spisanymi we współpracy z moimi kolegami,  Linem  Carterem  i  Bj?rnem Nybergiem. Przez 

lata trudziliśmy się nad zbliżeniem naszego stylu do stylu Howarda, z jakim skutkiem  — to 

pozostawiamy  ocenie  czytelników.  Niniejsza  powieść,  przy  przygotowaniu  której  znaczną 

pomoc edytorską okazała moja żona Catherine Crook de Camp, to najnowszy efekt naszych 

wysiłków. 

W  tym  samym  czasie  Glenn  Lord,  literacki  agent  spadkobierców  Howarda,  dzięki 

uporczywym detektywistycznym zabiegom dotarł do skrzyni zawierającej papiery Howarda, 

które  zaginęły  po  jego  śmierci.  Znajdowały  się  w  niej  skończone  i  nie  ukończone 

opowiadania  o  Conanie.  One  również  zostały  włączone  do  cyklu.  Opowiadania  nie 

dokończone zostały uzupełnione przez Cartera bądź przeze mnie. Lord przyczynił się również 

background image

do  wydania  dziesiątków  nieconanowskich  opowiadań  Howarda,  zarówno  drukowanych  w 

magazynach „pulp”, jak i wcześniej nie publikowanych. Mimo iż pośmiertny sukces Howarda 

jest faktem, tym, którzy mają w nim swój udział, trudno jest zwalczyć uczucie żalu, iż sam 

Howard tego nie dożył. 

Istnieje  kilka  wyjaśnień  niezwykłego  przypływu  pośmiertnej  popularności  pisarstwa 

Howarda.  Niektórzy  przypisują  to  duchowi  czasu.  Wielu  czytelników  znużyli 

antybohaterowie, krańcowo subiektywne psychologiczne opowieści oraz skupienie uwagi na 

problemach socjoekonomicznych, zajmujących tak wiele miejsca w prozie lat pięćdziesiątych 

i sześćdziesiątych. Przez pewien czas wydawało się, że fantasy padnie ofiarą Wieku Maszyn. 

Sukces  trylogii  Tolkiena  „Władca  pierścieni”  zwiastował  jednak  jej  powrót.  Opowieści  o 

Conanie  jako  jedne  z  pierwszych  w  tym  gatunku  skorzystały  z  jego  odrodzenia  i  od  czasu 

swej publikacji pociągnęły za sobą znaczną liczbę naśladowców. 

Równa zasługa w ich sukcesie przypaść musi pisarskiemu talentowi Howarda. Był on 

urodzonym narratorem, a jest to warunek sine qua non pisania prozy. Z takim talentem wiele 

innych  pisarskich  uchybień  można  wybaczyć,  a  bez  niego  żadne  zalety  nie  nadrobią  jego 

braku. 

Howard  dorobił  się  wyróżniającego  go,  godnego  uwagi  stylu  —  żywego,  barwnego, 

rytmicznego  i  wymownego.  Oszczędnie  używając  przymiotników,  osiąga  barwne, 

dynamiczne  efekty  przez  obfite  korzystanie  z  czasowników  i  personifikacji,  jak  widać  w 

rozpoczęciu  jednej  z  powieści  o  Conanie:  „Wiedz,  o  książę,  że  przed  laty,  nim  oceany 

pochłonęły  Atlantydę  i  jej  lśniące  miasta…  był  Wiek,  nad  sny  potężniejszy,  gdy  kwitnące 

królestwa  rozciągały  się  po  ziemi  jak  błękitne  opończe  pod  gwiazdami…”  Gorączkowa 

wyobraźnia  Howarda,  inteligentne  fabuły,  oszałamiające  tempo  narracji  i  intensywność,  z 

jaką sam  wciela się w bohaterów, sprawiają, że  nawet  jego najpośledniejsze opowiadania o 

boksie i Dzikim Zachodzie — dostarczają przy czytaniu dużo przyjemności. 

    

Pięćdziesiąt kilka opublikowanych do tej pory opowieści o Conanie przedstawia jego 

życie od czasów młodzieńczych do starości. Jako scenę, po której kroczy z mieczem w dłoni 

jego  bohater,  Howard  wymyślił  Świat  Hyboriański,  istniejący  dwanaście  tysięcy  lat  przed 

zatonięciem  Atlantydy  i  początkiem  pisanej  historii.  Autor  Conana  zaproponował  tezę,  iż 

barbarzyńskie  najazdy  i  naturalne  katastrofy  zniszczyły  wszystkie  zapisy  z  tej  ery  z 

wyjątkiem  okruchów  pojawiających  się  w  wiekach  późniejszych  jako  mity  i  legendy, 

zapewniając jednocześnie swych czytelników, iż jest to czysto fikcyjna konstrukcja, która nie 

może być traktowana jako poważna teoria historyczna. 

background image

W  wiekach  hyboriańskich  magia  była  rzeczywistością,  a  po  ziemi  krążyły 

niesamowite  istoty.  Zachodnia  część  głównego  kontynentu,  którego  zarysy  różniły  się 

znacznie od tego ze współczesnych map, dzieliła się na kilka królestw, ukształtowanych na 

podobieństwo autentycznych państw ze starożytnej i średniowiecznej historii. W ten sposób 

Aquilonia  mniej  lub  bardziej  odpowiada  średniowiecznej  Francji,  a  Poitain  Prowansji, 

Zingara  przypomina  Hiszpanię,  Asguar  i  Vanaheim  odpowiadają  Skandynawii  Wikingów, 

Shem  ze  swymi  walczącymi  miastami–państwami  stanowi  echo  starożytnego  Bliskiego 

Wschodu, a Stygia jest fikcyjną wersją starożytnego Egiptu. 

Conan  pochodzi  z  Cymmerii,  monotonnego,  górzystego,  okrytego  mgłami  kraju, 

którego  lud  to  Protoceltowie.  Conan  (którego  imię  wywiedzione  jest  z  języka  Celtów) 

pojawia się jako młodzieniec we wschodnim królestwie Zamora i przez kilka lat utrzymuje się 

ze  złodziejstwa.  Następnie  służy  jako  najemny  żołnierz,  najpierw  w  orientalnym  królestwie 

Turan, później w kilku królestwach hyboriańskich. Zmuszony do ucieczki z Argos, przystaje 

do piratów z wybrzeża Kush, działając z shemicką piratką i załogą czarnych korsarzy. 

W  późniejszym  okresie  Conan  służy  w  różnych  krajach  jako  najemnik.  Przeżywa 

przygody  wśród  koczowniczych  ludów  na  stepach  wschodu  oraz  piratów  z  Morza  Viiayet, 

obszerniejszego  niż  Morze  Kaspijskie,  które  później  powstanie  w  tym  miejscu.  Zostaje 

wodzem  plemion  z  Gór  Himeliańskich,  pustynnego  miasta  w  Stygli,  piratem  na  Wyspach 

Barachanskich i kapitanem statku zingarańskich korsarzy. 

W końcu wraca do rzemiosła żołnierskiego w służbie Aquilonii,  najpotężniejszego z 

hyboriańskich  królestw.  Prowadzi  zwycięską  wojnę  z  dzikimi  Piktami  na  jego  zachodniej 

granicy,  awansuje  na  generała,  ale  musi  uciekać,  gdyż  grozi  mu  śmierć  ze  strony 

zdeprawowanego i okrutnego króla Numedidesa. 

Po  dalszych  przygodach  Conan  (obecnie  mniej  więcej  czterdziestoletni)  zostaje 

zabrany  z  wybrzeża  Kraju  Piktów  przez  statek  przywódców  rewolty  przeciw  tyrańskim 

rządom Numedidesa. Ci wybierają Conana na głównodowodzącego sił rebelii i właśnie w tym 

miejscu rozpoczyna się niniejsza opowieść. 

L. Sprague De Camp 

Villanova, Pensylwania 

lipiec 1978 

background image

CZASY UKORONOWANEGO SZALEŃSTWA 

 

Noc rozpostarła swe czarne, błoniaste skrzydła nad wieżami królewskiej Tarancji. Na 

cichych, zamglonych ulicach płonęły kaganki niczym wieszczące śmierć oczy drapieżników 

w nieprzebytej dziczy. Niewielu było śmiałków, którzy ważyli się spacerować ulicami miasta 

w  noc  taką  jak  ta,  pomimo  że  ciemności  nasycone  były  aromatem  wczesnej  wiosny.  Ci 

nieliczni, których konieczność wypędziła z domostw, przemykali się ukradkiem jak złodzieje, 

sprężając się na każdy szelest lub cień. 

   Na  wzniesieniu,  dookoła  którego  rozpościerało  się  Stare  Miasto,  na  tle  bladych 

gwiazd  królewski  pałac  wznosił  swój  ozdobiony  rzeźbionymi  gzymsami  dach.  Mroczny 

gmach  czaił  się  na  wzgórzu  niczym  potwór  z  minionych  wieków,  spoglądając  na  mury 

miejskie jak na zniewalającą go klatkę z kamiennych bloków. 

W  oświetlonych  mdłymi  płomykami  marmurowych  korytarzach  i  krużgankach 

milczenie  zalegało  jak  pył  w  stygijskim  grobowcu.  Nikt  poza  królewską  strażą  nie 

przemierzał  wnętrz  uśpionego  pałacu.  Jednak  nawet  ci  pokryci  bliznami  i  zahartowani  w 

bojach weterani niechętnie spoglądali na boki, w głąb cieni wypełniających pałacowe zaułki. 

Twarze strażników wykrzywiały się przy każdym niespodziewanym odgłosie. 

Dwóch  gwardzistów  stało  przed  portalem  udrapowanym  w  kosztowne  brokatowe 

zasłony.  Zesztywnieli  i  zbledli,  gdy  za  drzwiami  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk,  który  jak 

lodowata igła przeszył ich serca rozpaczliwą pieśnią agonii. 

— Mitro, nie opuszczaj nas — wyszeptał z drżeniem strażnik po lewej. 

Jego  towarzysz  nic  nie  odrzekł,  lecz  łomoczące  serce  biło  mu  w  takt  milczącej 

modlitwy: — Mitro, miej nas w opiece i ten kraj także… 

Albowiem  mawiano  w  Aquilonii,  najdumniejszym  z  hyboriańskich  królestw: 

„Najodważniejsi korzą się, gdy szaleństwo nosi koronę”. A król Aquilonii był szalony. 

    

Numedides było jego imię. Był siostrzeńcem i następcą Vilerusa III oraz potomkiem 

odwiecznej  linii  królewskiej.  Od  sześciu  lat  królestwo  jęczało  pod  jego  ciężką  ręką.  Był  to 

człowiek  przesądny,  nieoświecony,  pobłażający  sobie  i  okrutny.  Jednak  do  tej  pory  jego 

grzechy  nie  wyróżniały  go  spośród  wielu  innych  królów  rozpustników  i  zbrodniarzy 

rozmiłowanych  w  miękkim  ciele,  świście  bicza  i  wyciu  katowanych.  Już  na  początku 

panowania Numedides przekazał swoim ministrom wszelkie sprawy państwa, sam oddając się 

wyłącznie zmysłowym przyjemnościom w haremie, który był również izbą tortur. 

background image

Wszystko to jednak przekroczyło granice ludzkiego pojmowania wraz z pojawieniem 

się  na  dworze  Thulandry  Thuu.  Nikt  nie  mógł  powiedzieć,  kim  był  ten  ascetyczny,  śniady 

mężczyzna  w  średnim  wieku.  Nikt  również  nie  wiedział,  dlaczego  ani  skąd  przybył  do 

Aquilonii. 

Niektórzy szeptali, iż był wiedźminem z okrytych mgłami krain Hyperborei, inni, że 

wyłonił  się  ze  złowrogich  cieni  tężejących  w  podziemiach  świątyń  Stygii  czy  Shemu. 

Wierzono nawet, że był Vediańczykiem, gdyż to sugerowało jego imię. Nie wiadomo jednak, 

czy było ono prawdziwe. Wiele teorii głoszono, lecz nikt nie znał prawdy. 

Już  ponad  rok  Thulandra  Thuu  żył  w  pałacu,  ciesząc  się  władzą  i  przywilejami 

królewskiego  faworyta.  Niektórzy  powiadali,  że  był  filozofem,  alchemikiem  usiłującym 

przemienić  żelazo  w  złoto  lub  sporządzić  legendarne  panaceum.  Inni  twierdzili,  że  to 

czarownik,  wprawiony  w  najczarniejszych  arkanach  magii.  Kilku  rozsądniej  myślących 

szlachciców uważało, iż jest on jedynie sprytnym szarlatanem, żądnym władzy. 

Nikt  jednak  nie  przeczył,  że  czarownik  rzucił  urok  na  króla  Numedidesa.  Wszyscy 

wiedzieli, że nie Numedides, lecz Thulandra Thuu rządzi z Rubinowego Tronu. Najmniejszy 

kaprys  przybłędy  był  prawem.  Królewski  kanclerz,  Vibius  Latro,  został  poinstruowany,  by 

traktował polecenia Thulandry tak, jak gdyby pochodziły od samego króla. 

Jednocześnie zachowanie Numedidesa stawało się coraz dziwniejsze. Zażyczył sobie, 

by mennica tłoczyła złote monety z jego podobizną ozdobioną klejnotami, oprócz tego często 

przemawiał do drzew i kwiatów w swoim ogrodzie, każąc przy tym tuż obok obdzierać ludzi 

ze  skóry.  Biada  królestwu,  którego  koronę  nosi  szaleniec  będący  na  dodatek  marionetką  w 

rękach  zręcznego  i  pozbawionego  skrupułów  faworyta,  nieważne,  czy  prawdziwego  maga, 

czy chytrego oszusta. 

    

Za  zdobionymi  brokatem,  strzeżonymi  drzwiami  znajdowała  się  sala,  której  ściany 

przybrane były mistyczną purpurą. Odbywała się tu dziwaczna ceremonia. 

W  przejrzystym,  alabastrowym  sarkofagu  spoczywał  uśpiony  król.  Jego  tłuste  ciało 

było obnażone. Żadna szata nie zakrywała odrażających skutków występnego żywota. Skóra 

Numedidesa  pokryta  była  krostami,  po  wargach  spływała  ślina,  a  pod  oczami  zwisały 

ogromne worki. Kołdun rozdęty i szpetny jak u ropuchy wystawał ponad brzeg sarkofagu. 

Nad królem, głową w dół, wisiała naga, dwunastoletnia dziewczynka. Jej niedojrzałe 

ciało nosiło ślady po narzędziach tortur, które teraz spoczywały pośród żarzących się węgli, w 

miedzianym kotle stojącym obok krzesła z czarnego żelaza. Mebel ten zdobiły tajemne znaki 

obrobione w miękkim srebrze. 

background image

Gardło dziewczynki było równo przecięte i jej jaskrawa krew ściekała po odwróconej 

twarzy  i  zwisających  bezładnie  płowych  włosach.  Sarkofag  pod  zwłokami  częściowo 

wypełniony był parującą krwią i w tej szkarłatnej kąpieli pogrążone było obleśne ciało króla 

Numedidesa. 

Dookoła  sarkofagu  stało  dziewiętnaście  grubych  świec,  każda  wysokości  połowy 

dorosłego mężczyzny. Świece te zostały odlane z trupiego wosku, który na rozkaz Thulandry 

grabarze wydobywali z kilkuletnich grobów. 

Na żelaznym  tronie siedział zamyślony sam  Thulandra Thuu. Jego włosy, ściągnięte 

opaską  ze  złotego  jedwabiu,  były  srebrzyście  siwe.  Oczy  o  niepokojącym,  gadzim  wyrazie 

patrzyły  chłodno  i  z  uwagą.  Wąska  twarz  maga  wydawała  się  dziełem  utalentowanego 

rzeźbiarza. Skóra była ciemna jak drzewo tekowe, od czasu do czasu zaś wąskie wargi zwilżał 

ruchliwy  spiczasty  język.  Szczupły  tors  okryty  był  sztuką  morwowego  brokatu,  owiniętą 

dwukrotnie  i  udrapowaną  na  jednym  barku,  pozostawiając  drugi  odkryty.  Żylaste  ramiona 

spoczywały nieruchomo na poręczach krzesła. 

Co  jakiś  czas  Thulandra  unosił  wzrok  znad  spoczywającej  na  jego  kolanach  starej 

księgi, oprawionej w skórę pytona, i z namysłem spoglądał na alabastrową skrzynię, w której 

nalane  cielsko  króla  Numedidesa  spoczywało  w  kąpieli  z  dziewiczej  krwi.  Następnie, 

marszcząc  brwi,  znów  powracał  do  lektury  swej  księgi.  Pergaminowe  karty  tego  traktatu 

pokrywało pajęcze pismo nieznane mędrcom  Zachodu. Rzędy pochylonych, haczykowatych 

liter  ciągnęły  się  kolumnami  w  dół  strony.  Znaki  te  wypisane  były  atramentami  o  barwach 

szmaragdu, ametystu i cynobru, nie spłowiałymi mimo upływu czasu. 

Wodny  zegar  ze  złota  i  kryształu,  stojący  pod  ścianą,  zadzwonił  srebrzyście. 

Thulandra  Thuu  znów  zajrzał  do  sarkofagu.  Nagły  grymas,  który  wykrzywił  wąskie  usta 

królewskiego  faworyta,  świadczył  o  niepowodzeniu  przedsięwzięcia.  Głęboka  czerwień 

kąpieli ciemniała — powierzchnia krwi matowiała od skrzepu, w miarę jak uchodziło z niej 

życie. 

Czarownik  wstał  nagle  i  z  gniewem  rzucił  księgą  o  ścianę.  Uderzyła  w  draperię  i 

upadła  otwarta,  grzbietem  do  góry.  Gdyby  ktoś  jeszcze  był  tu  obecny,  to  mógłby  teraz 

odczytać stygijski  napis  na okładce owego dzieła, który brzmiał: „Sekrety  nieśmiertelności, 

pióra Guchoty z Shamballah”. 

    

Obudziwszy się z hipnotycznego transu, król Numedides wygramolił się z sarkofagu i 

wszedł  do  basenu  z  wodą  pachnącą  kwiatami.  Wilgotnym  ręcznikiem  otarł  z  krwi  swe 

prostackie  rysy,  podczas  gdy  Thulandra  Thuu  spłukiwał  gąbką  resztę  jego  ciężkiego  ciała. 

background image

Czarownik  nie  zamierzał  dopuścić  nikogo,  nawet  garderobianych  króla,  do  sekretów  swej 

wiedzy  i  z  tej  przyczyny  musiał  sam  zająć  się  obmyciem  i  osuszeniem  monarchy.  Król 

wpatrzył się natarczywie w zamyślone oczy czarnoksiężnika. 

— No i? — zapytał chrapliwym głosem. — Jakie są skutki? Czy siła życiowa pojawiła 

się w mym ciele, gdy wyciekła z tego dzieciucha? 

— Po trosze, wielki królu — odpowiedział Thulandra głosem zupełnie pozbawionym 

intonacji. Mówił dziwnie, skandując poszczególne sylaby. — Po trosze, ale nie dosyć. 

Numeides  burknął  coś  i  podrapał  się  we  włochaty  kołdun.  Włosy  na  brzuchu 

Numedidesa, tak jak jego broda, były rdzawoczerwone, wpadające w siwiznę. 

— A zatem musimy robić to dalej — stwierdził. — W Aquilonii jest wiele dziewczyn, 

których krewni nigdy nie ośmielą się donieść o ich zaginięciu, a moi szpiedzy są dość zmyślni 

w tym fachu. 

—  Pozwól  mi  to  przemyśleć,  królu.  Muszę  sprawdzić  w  zwoju  z  Amendarath,  czy 

owo  częściowe  niepowodzenie  nie  jest  skutkiem  nie  sprzyjającej  opozycji  lub  koniunkcji 

planet. Sądzę też, iż ponownie ułożę twój horoskop. Gwiazdy wieszczą złe czasy. 

Król, któremu z trudem udało się wdziać na siebie szkarłatną szatę, ujął w dłoń puchar 

wina, w którym pływały pączki maku, i jednym tchem wychylił ten egzotyczny napój. 

—  Wiem,  wiem  —  burknął.  —  Zamieszki  wybuchają  na  granicy,  a  w  połowie 

szlachetnych rodów roi się od spisków. Nie lękaj się jednak, mój strachliwy przyjacielu! Ten 

ród królewski dużo wytrzymał i długo jeszcze będzie trwał, gdy ty już w proch się obrócisz. 

Oczy króla zaszkliły się i dziwny uśmieszek wykrzywił kąciki jego warg. 

—  Pył,  pył,  wszystko  to  pył  —  wymamrotał.  —  Wszystko  oprócz  Numedidesa.  — 

Zaraz potem nachmurzył się i prychnął rozdrażniony: — Nie potrafisz odpowiedzieć na moje 

pytanie? Chcesz następną dziewczynę do swoich doświadczeń? 

—  Tak,  o  panie  —  powiedział  Thulandra  po  chwili  namysłu.  —  Wymyśliłem 

ulepszenie ceremonii, które, jestem przekonany, doprowadzi do naszego celu. 

Król  uśmiechnął  się  szeroko  i  walnął  dłonią  w  szczupłe  plecy  czarownika. 

Nieoczekiwane  uderzenie  zachwiało  magiem.  Grymas  gniewu  przemknął  po  mrocznych 

rysach Thulandry i zniknął natychmiast, jak zasłonięty niewidzialną dłonią. 

—  Dobrze,  panie  czarowniku!  —  zagrzmiał  Numedides.  —  Uczyń  mnie 

nieśmiertelnym, bym wiecznie władał tym krajem, a dostaniesz górę złota. Już teraz czuję w 

sobie boską moc — jednakże zaczekam jeszcze z ogłoszeniem swej przemiany mym wiernym 

poddanym. 

background image

— Ależ, panie! — powiedział zaskoczony czarnoksiężnik. — Sytuacja jest gorsza, niż 

sądzisz. Lud się burzy. Dochodzą wieści o buntach na południu i w prowincjach nadmorskich. 

Nie rozumiem… 

Król machnięciem ręki zbył jego słowa. 

—  Już  wiele  razy  poskramiałem  tych  buntowniczych  łotrów,  więc  poradzę  sobie  z 

nimi i teraz — stwierdził krótko. 

To,  co  król  potraktował  jako  błahostkę,  było  jednak  kwestią  wymagającą  poważnej 

troski.  Na  zachodniej  granicy  Aquilonii  trwała  nieustanna  wojna  wszystkich  ze  wszystkimi 

spowodowana przez chorobliwe ambicje drobnych baronów. Lud jęczał pod srogim jarzmem 

i  wołał  o  złagodzenie  przytłaczających  podatków  i  ukrócenie  niesprawiedliwości 

popełnianych  przez  urzędników  królewskich.  Zmartwienia  prostego  ludu  niewiele  jednak 

obchodziły jego monarchę. Numedides był głuchy na jego wołania. 

Król  nie  był  jednak  tak  zaślepiony  pragnieniem  nieśmiertelności,  by  lekceważyć 

wieści  przynoszone  przez  szpiegów,  pozostających  pod  rozkazami  Vibiusa  Latro.  Kanclerz 

donosił, że przywódcą spiskowców jest nie kto inny, jak bogaty i  potężny  hrabia Trocero z 

Poitain.  Trocero  nie  był  kimś,  kogo  można  było  potraktować  jak  chłystka.  Za  hrabią  stała 

liczna,  gotowa  na  każde  skinienie  drużyna  zbrojnych.  Ludzie  Trocera  byli  wierni  i 

zdyscyplinowani. 

— Trocero — powiedział z namysłem król. — Oto cały nasz kłopot. — To on musi 

zostać zgładzony. Stał się zbyt silny. Trzeba nam znaleźć zdolnego truciciela… Oprócz tego 

potrzebny  będzie  mój  wierny  Amulius  Procas.  Stacjonuje  on  teraz  na  południowej  granicy. 

Trzeba  go  wezwać.  Amulius  nieraz  już  gniótł  różnych  wszawych  władyków,  którym  uroiło 

się  zostać  buntownikami.  Oczy  Thulandry  Thuu  były  nieprzeniknione.  —  Wyczytałem  w 

obliczu niebios znaki wieszczące niebezpieczeństwo wiszące nad twoim generałem, panie — 

powiedział powoli mag. — Amulius musi zatroszczyć się o… Numedides przestał go słuchać. 

Wypite  przed  chwilą  wino  z  pączkami  maku  rozbudziło  jego  zmysłowe  apetyty.  Właśnie 

przypomniał sobie, że w jego haremie znalazła się niedawno rozkoszna Kushytka o pełnych 

piersiach.  Wizje  tortur,  którym  miał  zamiar  ją  poddać,  zaczęły  nabierać  kształtu  w 

wypaczonym umyśle króla. 

— Idę — powiedział stanowczo. — Nie zatrzymuj mnie, bo cisnę w ciebie grom. 

Numedides wyciągnął palec wskazujący w stronę Thulandry Thuu i wydał gardłowy 

skowyt. Potem zarechotał prostacko, otworzył drzwi za purpurowym arrasem i wyszedł przez 

nie.  Owo  sekretne  przejście  prowadziło  do  tej  części  haremu,  o  której  szeptano  z 

background image

przerażeniem jako o Domu Bólu i Przyjemności. Czarnoksiężnik popatrzył za nim z cieniem 

uśmiechu na ustach, po czym bez pośpiechu pogasił świece. 

—  Och,  Królu  Ropuch  —  wymruczał  mag  w  swym  ojczystym  języku.  —  Czystą 

prawdę  rzekłeś,  tylko  osoby  miejscami  zamieniłeś.  To  Numedides  rozpadnie  się  w  proch  i 

pył,  a  Thulandra  będzie  władać  Zachodem  z  Rubinowego  Tronu.  Stanie  się  to,  gdy  tylko 

Ojciec Set i Matka Kali wskażą swemu kochającemu synowi, jak wydrzeć z ciemnych stronic 

Nieznanego tajemnicę wiecznego życia… 

Cichy śmiech zabrzmiał w pogrążonej w ciemnościach komnacie niczym szelest węża, 

prześlizgującego się po ciałach zamordowanych istot ludzkich. 

background image

LWY SIĘ GROMADZĄ 

 

Daleko na południe od Aquilonii smukła galera rozcinała wody Oceanu Zachodniego. 

Statek,  będący  własnością  kupca  z  Argos,  kierował  się  w  stronę  brzegu,  gdzie  w  półmroku 

migotały światła Messancji. Pasmo świetlistej czerwieni na zachodnim horyzoncie znaczyło 

odejście dnia. Szafirowe niebo zdobiły klejnoty  wieczornych  gwiazd blednące  w miarę, jak 

wschodził księżyc. 

Na pokładzie dziobowym stało siedmiu ludzi owiniętych w długie płaszcze osłaniające 

ich  przed  lodowatymi  kroplami  wodnej  piany  pryskającej  spod  okutego  brązem  dziobu, 

rytmicznie rozcinającego nadpływające fale. Jednym z owej siódemki był Dexitheus, siwooki, 

dojrzały  wiekiem  mężczyzna  o  poważnej  twarzy.  Spod  płaszcza  wystawała  mu  powiewna 

szata kapłana Mitry. 

Obok  niego  stał  szeroki  w  ramionach  i  szczupły  w  biodrach  szlachcic  o  ciemnych 

przetykanych siwizną włosach. Na jego płaszczu, na piersiach wyhaftowano złotą nicią trzy 

lamparty  Poitain.  Był  to  Trocero,  hrabia  Poitain.  Motyw  trzech  lampartów  powtarzał  się 

jeszcze na banderze, która powiewała na przednim maszcie wysoko nad jego głową. 

Na  lewo  od  Trocera  stał  młodzieniec  o  arystokratycznych  rysach,  w  zadumie 

przeczesujący  palcami  krótką  bródkę.  Spod  kołnierza  jego  płaszcza  przebłyskiwały  ogniwa 

srebrzonej  kolczugi.  To  młody,  zdolny  oficer  Prospero  z  Poitain.  Tuż  obok  korpulentny 

mężczyzna nie zważając na słabe światło gryzmolił coś pośpiesznie rysikiem na woskowanej 

tabliczce. Był nim Publius, dawny skarbnik królewski, który złożył rezygnację protestując w 

ten sposób przeciw polityce nieograniczonych podatków wymyślonej przez Numedidesa. 

Przy  drugiej  burcie  stały  dwie  kobiety.  Powabna  Belesa  z  Korzetty,  szlachcianka  z 

Zingary,  młoda,  smukła  i  o  klasycznej  urodzie.  Do  jej  boku  tuliła  się  blada,  lnianowłosa 

dziewczynka,  szeroko  rozwartymi  oczami  przypatrująca  się  światłom  nadbrzeża.  Była  to 

niewolnica  z  Ofiru,  Tina,  wykupiona  z  rąk  srogiego  pana  przez  Belesę,  siostrzenicę 

nieżyjącego hrabiego Valenso. Obie towarzyszyły hrabiemu na wygnaniu z piktyjskiej dziczy. 

Nad nimi wszystkimi górował  gigantycznej postury mężczyzna o posępnym obliczu. 

Jego oczy miały barwę tlącego się wulkanicznego błękitu, czarne, proste włosy zaś opadały 

luźno na szerokie barki. Człowiek ten pochodził z Cymmerii, a jego imię brzmiało: Conan. 

Płaszcz  Conana  niedbale  zarzucony  na  ramiona  nie  zakrywał  jedwabnej  przyciasnej 

koszuli,  której  szwy  trzeszczały  przy  każdym  drgnięciu  potężnych  muskułów.  Koszula  ta 

pochodziła  z  jednej  ze  skrzyń  należących  do  wodza  piratów,  Tranicosa  Krwawego, 

background image

znalezionych w jaskini w Kraju Piktów. Sam Tranicos i jego kamraci gnili teraz w jamie, w 

której  leżał  wcześniej  zdobyty  przez  nich  skarb  stygijskiego  księcia.  Ubranie  barbarzyńcy, 

zbyt  małe  na  tak  potężnego  mężczyznę,  było  spłowiałe,  popękane  w  szwach  i  poplamione 

winem oraz krwią. Jednak nikt patrzący na Cymmerianina, stojącego z szerokim mieczem u 

boku, nie wziąłby go za żebraka. 

—  Jeśli  wystawimy  skarb  Tranicosa  na  sprzedaż  —  mówił  hrabia  Trocero  —  król 

Milo  może  nabrać  do  nas  niechęci.  Do  tej  pory  traktował  nas  łaskawie,  lecz  gdy  koło  jego 

uszu zaczną brzęczeć pogłoski o naszych bogactwach w rubinach, szmaragdach, ametystach i 

tym podobnych błyskotkach, może on uznać, że należy się ono koronie Argos. 

Prospero skinął głową. 

— Tak, Milo z Argos lubi dobrze wypełniony skarbiec tak samo jak każdy monarcha. 

Jednak,  jeżeli  zbliżymy  się  tylko  do  złotników  i  lichwiarzy  Messancji,  to  po  godzinie  całe 

miasto będzie szeptać o naszym sekrecie. 

— Komu więc sprzedamy klejnoty? — zapytał Trocero. 

— Spytajcie naszego wodza  — zaśmiał się chytrze Prospero. — Popraw mnie, o ile 

się mylę, generale Conan, ale czyż nie zawarłeś w swoim czasie znajomości z… ee… 

Conan wzruszył ramionami. 

— Czy chodzi ci o to, że byłem kiedyś krwawym piratem mającym w każdym porcie 

swego pasera? Tak, tak było i mogłoby tak być dotąd, gdybyście nie zjawili się na czas, by 

skierować  me  złoto  na  wyższy  cel  niż  karczemne  dziewki  —  przemówił  po  Aquilońsku 

płynnie, choć z barbarzyńskim akcentem. 

Po chwili przerwy Conan odezwał się znowu: 

—  Mój  plan  jest  taki:  Publius  uda  się  do  skarbnika  Argos,  by  podjąć  z  powrotem 

zastaw  złożony  za  użytkowanie  tej  galery  oraz  uiści  odpowiednią  opłatę.  W  tym  czasie  ja 

zabiorę  nasz  skarb  do  dyskretnego  handlarza,  którego  znam  z  dawnych  dni.  Stary  Varro 

zawsze dawał mi dobrą cenę za łup. 

— Stare plotki  powiadają  — rzekł  Prospero — że perły Tranicosa mogą  być więcej 

warte niż wszystkie inne klejnoty świata. Ludzie tacy jak ten, o którym mówisz, ofiarują nam 

jedynie ułamek ich wartości. 

—  Przygotuj  się  na  rozczarowanie  —  odrzekł  Publius.  —  Wartość  takich  błyskotek 

zawsze wzrasta przy opowiadaniu, a maleje przy sprzedaży. 

Na twarzy Conana pojawił się wilczy uśmiech. 

background image

—  Wyciągnę,  ile  zdołam,  nie  bójcie  się.  Pamiętajcie,  że  często  dokonywałem 

podobnych  interesów.  Poza  tym  nawet  część  tego  skarbu  wystarczy  do  wprawienia  w  ruch 

wszystkich mieczy Aquilonii. — Conan spojrzał na nadbudówkę, gdzie stali kapitan i sternik. 

—  Hejże!  Kapitanie  Zeno!  —  zagrzmiał  w  języku  argosańskim.  —  Powiedz  swoim 

wioślarzom,  że  jeżeli  dotrą  do  brzegu  przed  zamknięciem  tawern,  to  każdy  z  nich  dostanie 

srebrny grosz ponad ustaloną zapłatę! Widzę przed nami światła łodzi pilota. 

Conan odwrócił się do swoich towarzyszy i zniżył głos. 

— Teraz, przyjaciele, musimy strzec swych języków, by nie wygadać się o naszych 

bogactwach.  Jedno  zbłąkane  słowo  może  nas  kosztować  środki  do  kupienia  usług  ludzi, 

których potrzebujemy. Zapamiętajcie to! 

Łódź  portowa,  w  której  przy  wiosłach  siedziało  sześciu  krępych  Argosańczyków, 

szybko zbliżała się do galery. Na jej dziobie ubrana w płaszcz postać wymachiwała na boki 

latarnią. Kapitan Zeno odpowiedział podobnie. Gdy Conan ruszył na dół, by  spakować swe 

skąpe bagaże, Belesa położyła dłoń na jego ramieniu. Spojrzenie jej łagodnych oczu spoczęło 

na jego twarzy, a w jej głosie zabrzmiało zakłopotanie. 

— Wciąż zamierzasz odesłać nas do Zingary? — spytała. 

— Tak będzie najlepiej, pani. Wojny i bunty to nie miejsce dla szlachetnie urodzonych 

kobiet.  Za  klejnoty,  które  ci  dałem,  powinnaś  otrzymać  sumę  wystarczającą  na  urządzenie 

sobie życia. To twoje wiano. Jeżeli sobie życzysz, zajmę się ich spieniężaniem. Teraz jednak 

muszę zająć się swoimi sprawami. 

Belesa  bez  słowa  wręczyła  Conanowi  mały  woreczek  z  miękkiej  skóry,  a  potem 

patrzyła za nim, jak idzie w stronę swojej kabiny na rufie. Wszystko, co było w niej kobietą, 

czuło  męskość  emanującą  z  niego  jak  żar  z  huczącego  paleniska.  Gdybyż  tylko  mogło  się 

spełnić jej niewypowiedziane pragnienie! Conan uratował ją i Tinę z rąk Piktów, ale nigdy nie 

był dla nich niczym więcej jak tylko przyjacielem i opiekunem. 

Belesa uświadomiła sobie z żalem, że Conan był od niej mądrzejszy w tych sprawach. 

On  wiedział,  że  delikatna,  szlachetnie  urodzona  dama,  wychowana  zgodnie  z  zingarańskim 

ideałem  kobiecej  skromności  i  czystości,  nigdy  nie  mogłaby  przyzwyczaić  się  do 

niecywilizowanego, twardego życia poszukiwacza przygód. Co  więcej,  gdyby został zabity, 

ona stałaby się wyrzutkiem, ponieważ książęce domy Zingary nigdy nie przyjęłyby do swych 

marmurowych wnętrz dziewki barbarzyńskiego najemnika. 

Z westchnieniem dotknęła dziewczynki, która przycupnęła obok niej. 

— Czas zejść na dół, Tina, i spakować się. 

background image

Wśród krzyków i nawoływań galera powoli dobiła do nabrzeża. Publius uiścił opłatę 

portową i wynagrodził pilota. Uregulował też należność wobec kapitana Zeno i jego załogi, 

po czym złożył argosańskiemu szyprowi ceremonialne pożegnanie. 

Marynarze  wykonując  ostatnie  rozkazy  kapitana  opuścili  żagiel  i  schowali  go  pod 

pokładem.  Wioślarze  wsunęli  wiosła  pod  ławy.  Potem  cała  załoga  wylała  się  radośnie  na 

brzeg. 

W  oknach  zajazdów  i  tawern  płonęły  jaskrawe  światła.  Wymalowane  dziewki 

wychylały  się  z  okien  i  zaczepiały  marynarzy  prowokując  ich  docinkami  i  pogodnymi 

sprośnościami. 

Nadbrzeżna ulica pełna była próżnujących ludzi. Pijacy snuli się na miękkich nogach, 

żebracy chrapali pod murami, niektórzy pozbywali się nadmiaru płynów w ciemnych ujściach 

bocznych uliczek. 

Jeden  spośród  tych  ludzi  nie  był  taki  pijany,  jak  mogłoby  się  wydawać.  Był  to 

szczupły  Zingarańczyk  o  twarzy  sprawiającej  wrażenie,  że  wyciosano  ją  tępym  toporem  w 

twardym  drewnie.  Imię,  które podawał  jako własne, brzmiało  Quesado. Błękitnoczarne loki 

okalały  jego  oblicze,  a  oczy  o  ciężkich  powiekach  przydawały  mu  zwodniczego  wyglądu 

sennego przygłupa. Ubrany w czarne szaty stał nieruchomo na progu jednego z domów, jak 

gdyby  czas  się  dlań  zatrzymał.  Gdy  zaczepiło  go  dwóch  pijanych  marynarzy,  odpowiedział 

im starym dowcipem, po którym tamci chichocząc ruszyli swoją drogą. 

Quesado  obserwował  cumującą  przy  nabrzeżu  galerę.  Zauważył,  że  po  rozproszeniu 

się załogi statek opuściło pięciu uzbrojonych mężczyzn, którym towarzyszyły dwie kobiety. 

Po  zejściu  na  brzeg  ludzie  ci  zaczekali,  aż  kilku gapiów  podejdzie,  by  zaofiarować  im  swe 

usługi.  Wkrótce  całe  towarzystwo  zniknęło,  otoczone  przez  podążających  za  nimi  tragarzy, 

dźwigających na barkach szkatuły i marynarskie torby. 

Gdy ciemność wchłonęła ostatniego z tragarzy, Quesado pomaszerował do winiarni, w 

której  zebrała  się  część  załogi  statku.  Wyszukał  sobie  miejsce  przy  ogniu,  zamówił  wino  i 

przyjrzał się marynarzom. Na koniec wybrał muskularnego argosańskiego wioślarza, dobrze 

już  wstawionego,  i  przysiadł  się  do  niego.  Postawił  chłopakowi  kufel  piwa  i  opowiedział 

sprośny dowcip. 

Wioślarz roześmiał się hałaśliwie i kiedy przestał rechotać, Zingarańczyk powiedział 

obojętnie: 

— Nie jesteś przypadkiem z tej wielkiej galery cumującej przy trzecim molo? 

Argosańczyk kiwnął głową, przełykając piwo. 

— To statek handlowy, nie? 

background image

Wioślarz potrząsnął swą zmierzwioną czupryną i przypatrzył mu się pogardliwie. 

—  Można  być  pewnym,  że  durny  obcokrajowiec  nie  odróżni  jednego  statku  od 

drugiego!  —  parsknął.  —  To  „Arianus”,  okręt  wojenny,  krzywonogi  matołku!  Bo  wielcy 

wojownicy na nim płynęli. 

Quesado palnął się dłonią w czoło. 

— Och, bogowie! — zawołał. — Co ze mnie za głupiec! Zbyt długo byłem z dala od 

morza. Ale czy nie płynął pod jakąś banderą z lwami? 

— To książęce lamparty Poitain, przyjacielu — powiedział z ważną miną wioślarz. — 

To właśnie hrabia Poitain, nikt inny, wynajął ten okręt i osobiście nim dowodził. 

—  Trudno  w  to  uwierzyć!  —  wykrzyknął  Quesado,  udając  wielce  zdumionego.  — 

Jakaś doniosła misja dyplomatyczna, to pewne… — zagadnął. 

Pijany wioślarz zadowolony, że trafił na chętnego słuchacza, zareagował natychmiast: 

—  To  była  przeklęta  podróż!  Co  najmniej  tysiąc  mil,  jak  nie  więcej,  i  cud,  że  nie 

poderżnęli nam gardeł dzicy Piktowie… 

W tym momencie oficer z „Arianusa” położył ciężką dłoń na jego ramieniu. 

—  Trzymaj  język  za  zębami,  gadatliwy  półgłówku!  —  warknął  oficer,  spoglądając 

podejrzliwie  na  Zingarańczyka.  —  Kapitan  ostrzegł  nas,  byśmy  nie  rozpuszczali  języków 

przy obcych, więc zamknij jadaczkę! 

— Tak jest — wybełkotał wioślarz i unikając spojrzenia Quesado, ukrył twarz w kuflu 

z piwem. 

—  Nic  mi  po  tym,  koledzy  —  ziewnął  Zingarańczyk  z  beztroskim  wzruszeniem 

ramion.  —  Ostatnio tak mało się dzieje w Messancji, że myślałem,  iż nałapię trochę plotek. 

— Podniósł się leniwie, zapłacił i wyszedł. 

Na  zewnątrz  Quesado  porzucił  pozę  sennej  obojętności.  Pomaszerował  raźno  ulicą 

wzdłuż  nabrzeża,  aż  dotarł  do  obskurnego  domu,  w  którym  wynajmował  pokój,  a  którego 

okna  wychodziły  na  port.  Wspiął  się  na  wąskie  schody  i  poruszając  się  jak  nocny 

złodziejaszek dotarł do swej izby na drugim piętrze. 

Zamknął  szybko  drzwi,  zaciągnął  złachmaniałe  zasłony  w  oknach  i  zapalił  ogryzek 

świecy  od  węgli  żarzących  się  w  żelaznym  piecyku.  Następnie  usiadł  przy  kiwającym  się 

stole i ostro zastruganym piórem napisał kilka słów na wąskim pasku papieru. 

Sporządziwszy  wiadomość,  zwinął  karteczkę  i  umieścił  ją  wewnątrz  brązowego 

cylinderka  nie  większego  niż  paznokieć.  Potem  wstał,  otworzył  klatkę  stojącą  pod  ścianą  i 

wydobył  z  niej  gołębia  pocztowego.  Przymocował  cylinderek  do  jego  łapki,  podszedł  do 

okna, otworzył je, po czym wyrzucił ptaka w ciemność nocy. Gołąb zrobił kółko nad portem i 

background image

zniknął w mroku. Quesado uśmiechnął się posępnie. Dziewięć dni później w Tarancji Vibius 

Latro, kanclerz króla Numedidesa i przełożony jego szpiegów, otrzymał z rąk królewskiego 

ptasznika  małą  rurkę  z  brązu.  Delikatnie  rozwinął  cieniutki  papier  i  pochylił  go  ku  smudze 

światła  skośnie  wpadającej  przez  okno  w  jego  gabinecie.  Przeczytał:  „Hrabia  Poitain  z 

niewielką świtą przybył z odległego portu w tajnej misji Q”. 

    

Przeznaczenie  ciąży  nad  wszystkimi  królami,  a  magiczne  znaki  potrafią 

przepowiedzieć  upadek  z  dawna  panujących  dynastii  i  zagładę  potężnych  władców.  W  tym 

przypadku jednak nie trzeba było czarów ani przepowiedni, by wyczuć, że tron Numedidesa 

znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Wszędzie objawiały się oznaki nadciągającego 

upadku. 

Niepokojące  wieści  dochodziły  z  południowych  królestw,  wędrując  na  północ 

zakurzonymi  drogami  i  niewidzialnymi  powietrznymi  ścieżkami.  Posłania  te  docierały  do 

Poitain  i  innych  feudalnych  włości  wzdłuż  rozrywanej  prywatnymi  wojnami  granicy 

Aquilonii.  Niektóre  z  tych  wezwań  do  buntu  przenikały  nawet  przez  palisady  wojskowych 

obozów  oraz  mury  twierdz  i  znajdowały  posłuch  wśród  żołnierzy,  którzy  walczyli  pod 

dowództwem  Conana  w  wielkiej  bitwie  pod  Velitrium  i  wcześniej  na  Łące  Rzeźni,  gdzie 

Cymmerianin po raz pierwszy zadał klęskę hordom dzikich Piktów. Żołnierze z jego starego 

regimentu, Lwów, dobrze go pamiętali. Tak jak bestie, których imię nosili, pozostawali wciąż 

wierni  przywódcy  swego  stada.  Inni,  którzy  przychylali  ucha  wezwaniom,  dość  już  mieli 

służby  obłąkanemu  królowi,  który  nie  sprostał  trudowi  rządzenia  krajem  i  folgował  swym 

przeciwnym naturze żądzom. 

W  ciągu  trzech  miesięcy  od  przybycia  Conana  do  Messancji  wielu  Aquilońskich 

weteranów  wojen  z  Piktami  porzuciło  służbę  bądź  zdezerterowało  ze  swych  oddziałów  i 

podążyło na południe. Wraz z nimi wyruszali Poitańczycy i Bossończycy, Gunderlandczycy z 

Północy, taurańscy pachołkowie, szlachetki z Tarancji, zubożali rycerze z odległych prowincji 

oraz wielu łowców przygód bez grosza przy duszy. 

— Skąd oni  wszyscy  się biorą?  — zastanawiał  się Publius, stojąc za Conanem  koło 

namiotu  głównodowodzącego  i  obserwując,  jak  zbieranina  obszarpanych  wojowników 

wjeżdża do rebelianckiego obozu. Ich konie były wychudzone, uprzęże ponadrywane, zbroje 

zardzewiałe, a oni sami pokryci stwardniałą warstwą kurzu i brudu. 

— Wasz szalony król ma wielu wrogów — mruknął Conan. — Ciągle donoszą mi o 

rycerzach, którym odebrał ziemie, szlachcicach, którym córki lub żony znieważył, kupcach, 

których oskubał do ostatniego grosza — nawet o zwykłych wyrobnikach i chłopach mających 

background image

na tyle dzielne serca, by podnieść broń przeciw szaleńcowi w koronie. Ci tam zostali wyjęci 

spod prawa i wypędzeni za byle sprzeciw lub skargę. 

— Tyrani często sieją ziarna własnego upadku — powiedział Publius. — Ilu ludzi już 

mamy? 

— Ponad dziesięć tysięcy, wedle wczorajszych obliczeń. 

Publius zagwizdał. 

— Aż tylu? Powinniśmy ograniczyć zaciągi, inaczej zużyjemy wszystkie pieniądze z 

naszego skarbu. Choć za klejnoty  Tranicosa dostaliśmy w istocie wielką  sumę, to  stopnieje 

ona jak śnieg na wiosennym słońcu, jeżeli dalej będziemy brać wszystkich jak popadnie. 

Conan poklepał po plecach korpulentnego cywila. 

—  Dobry  Publiusie,  to  jest  już  twoje  zadanie.  Musisz  dopilnować,  aby  nasza  kiesa 

wytrzymała  tę  ucztę  sępów.  Dzisiaj  rano  zwróciłem  się  do  króla  Milo  z  prośbą  o  więcej 

miejsca na obóz. W odpowiedzi zalał mnie potokiem skarg: nasi ludzie zatłoczyli Messancję, 

spowodowali,  że  ceny  idą  w  górę,  a  niektórzy  popełniają  przestępstwa.  Pragnąłby  przeto, 

byśmy albo przenieśli się do nowego obozu, albo ruszyli do Aquilonii. 

Publius zmarszczył brwi. 

—  W  czasie,  gdy  nasze  oddziały  się  szkolą,  musimy  być  blisko  miasta  i  morza,  by 

mieć  nieskrępowany  dostęp  do  dostaw.  Dziesięć  tysięcy  brzuchów  potrzebuje  wiele  jadła, 

inaczej ich posiadacze zaczną się krzywić i pouciekają. 

Conan wzruszył ramionami. 

— Nie ma na to rady. Trocero i ja wyjeżdżamy jutro szukać nowego miejsca na obóz. 

Podczas następnej pełni winniśmy już być w drodze do Aquilonii. 

—  Co  to  za  jeden?  —  spytał  Publius,  wskazując  żołnierza,  który  po  zakończeniu 

porannej musztry przechadzał Się w pobliżu namiotu Conana. Mężczyzna ubrany był w liche 

czarne  szaty  i  musiał  tego  popołudnia  wychylić  niejeden  puchar,  gdyż  jego  chude  nogi 

uginały się pod nim, a raz nawet potknął się o kamień, który znalazł się na jego drodze. Gdy 

zauważył  Conana i  Publiusa, zerwał  z głowy obszarpany kapelusz, ukłonił się tak nisko, że 

prawie stracił równowagę, odzyskał ją i ruszył dalej swoją drogą. 

—  To  Zingarańczyk,  zgłosił  się  kilka  dni  temu  —  rzekł  Conan.  —  Wydawał  się 

małym,  szczurowatym  łapserdakiem,  ale  okazał  się  zupełnie  niezłym  szermierzem,  dobrym 

jeźdźcem i wytrawnym artystą w rzucaniu nożem, tak więc Prospero przyjął go bez wahania. 

Nazywa się Quesado. 

— Twoja sława jak magnes przyciąga ludzi z bliska i z daleka — powiedział Publius. 

background image

— Więc lepiej, żebym wygrał tę wojnę — odparł Conan. — W dawnych czasach, gdy 

przegrywałem bitwę, mogłem wymknąć się do krain, które mnie nie znały i zacząć od nowa 

bez niczyjej wiedzy. Teraz to już się nie uda. Zbyt wielu o mnie słyszało. 

—  To  dla  nas  dobra  wiadomość  —  uśmiechnął  się  Publius  —  że  sława  odbiera 

wodzowi możność ucieczki. 

Conan nie odpowiedział. W jego umyśle przesunęło się długie pasmo wspomnień, od 

chwili,  gdy  jako  obszarpany,  zagłodzony  młodzieniec  uciekł  z  lodowatej  Północy  i  walczył 

wędrując  wzdłuż  i  wszerz  całego  kontynentu.  Był  złodziejem,  bandytą,  piratem,  wodzem 

dzikusów,  a  także  prostym  żołnierzem,  który  awansował  do  rangi  generała  i  stracił  to,  gdy 

Fortuna  się  od  niego  odwróciła.  Od  puszcz  Kraju  Piktów  po  stepy  Hyrkanii,  od  śniegów 

Nordheimu po parujące dżungle Kush jego imię i sława były legendą. Dlatego wojownicy z 

odległych krain zbierali się, by służyć pod jego rozkazami. 

Sztandar  Conana  powiewał  teraz  dumnie  na  maszcie  jego  namiotu.  Godło  na  nim 

wyobrażone,  złoty  lew  na  czarnym  polu,  było  pomysłem  samego  Conana.  On,  syn 

cymmeriańskiego kowala, nie był herbowym szlachcicem, ale największą sławę osiągnął jako 

dowódca Regimentu  Lwów w bitwie pod Velitrium. Godło tego regimentu przyjął za swoje 

własne wiedząc, że żołnierze potrzebują sztandaru, pod którym mogliby walczyć. To właśnie 

po  Velitrium  król  Numedides  mniemający,  iż  sława  Cymmerianina  jest  groźbą  dla  jego 

władzy,  postanowił  zabić  popularnego  generała,  w  którym  wyczuwał  przyszłego  rywala. 

Numedides zazdrościł Conanowi opinii niezwyciężonego i bał się magnetyzujących zdolności 

przywódczych barbarzyńcy. 

Wymknąwszy  się  z  sideł,  które  zastawił  na  niego  Numedides,  i  utraciwszy  w  ten 

sposób dowództwo Lwów, Cymmerianin z nostalgią wspominał dni, które spędził wśród tych 

żołnierzy.  I  oto  sztandar,  pod  którym  odniósł  swe  największe  zwycięstwo,  powiewał  znów 

nad jego głową. 

Teraz  potrzebne  mu  były  jeszcze  większe  zwycięstwa,  a  złoty  lew  na  czarnym  polu 

stanowił  pomyślny  znak.  Conan  nie  był  wolny  od  przesądów.  Mimo  że  przemierzył  pół 

świata, poznając odległe krainy i egzotyczną mądrość obcych narodów, zdobywając przy tym 

wiedzę  o  postępkach  królów,  kapłanów,  czarnoksiężników  i  wojowników,  magnatów  i 

żebraków, prymitywne wierzenia plemion Cymmerii wciąż tliły się na dnie jego duszy. 

    

W  tym  samym  czasie  Quesado,  gdy  tylko  namiot  dowódcy  zniknął  mu  z  oczu,  w 

cudowny  sposób  odzyskał  trzeźwość.  Nie  zataczał  się  już,  lecz  raźno  podążył  drogą 

prowadzącą do Północnej Bramy Messancji. 

background image

Szpieg przezornie zachował swój pokój z widokiem na port po tym, jak przeniósł się 

do  kwater  żołnierskich  w  namiotach  za  murami  miasta.  Właśnie  w  tej  izbie  znalazł  list 

wepchnięty pod drzwi. Papier był nie podpisany, ale Quasado rozpoznał rękę Vibiusa Latro. 

Nakarmiwszy  gołębie,  Quesado  zasiadł  do  odszyfrowywania  kodu  kryjącego 

wiadomość.  List  wydawał  się  zbieraniną  gospodarskich  banałów,  ale  po  podkreśleniu  co 

czwartego  słowa  Quesado  dowiedział  się,  że  jego  zwierzchnik  przysyła  mu 

współpracowniczkę. Była ona, jak twierdził list, kobietą uwodzicielsko piękną. 

Quesado uśmiechnął się drwiąco, a następnie wyskrobał kolejny raport i wysłał go do 

dalekiej Tarancji. 

W czasie, gdy armia ćwiczyła musztrę, pociła się i rosła w siłę, Conan pożegnał się z 

Belesą i jej młodą protegowaną. Ich powóz wyruszył drogą do Zingary. Przed nim i za nim 

jechało  dwudziestu  żołnierzy.  Ukryta  wśród  bagażu  okuta  żelazem  skrzynia  zawierała  dość 

złota, by Belesa i Tina mogły żyć spokojnie przez wiele lat. Conan miał nadzieję, że nigdy już 

ich nie ujrzy. 

Cymmerianin nie był obojętny na wdzięki Belesy, ale w tym momencie nie zamierzał 

zadawać  się  z  żadną  kobietą,  a  już  najmniej  z  delikatną  szlachcianką,  dla  której  nie  było 

miejsca  w  wojskowym  obozie.  Później,  gdyby  rebelia  się  powiodła,  być  może  mógłby,  a 

nawet  powinien  pomyśleć  o  małżeństwie.  Mimo  to  Conan  potrzebował  kobiety.  Odczuwał 

przypływ żądzy jak każdy krzepki mężczyzna. Długo obywał się bez rozkoszy i okazywał to 

czasem przez oschłe słowa, ponure nastroje i gwałtowne wybuchy złości. Wreszcie Prospero, 

zgłębiwszy  przyczynę  tych  czarnych  nastrojów,  ośmielił  się  zasugerować  Conanowi,  że 

dobrze  by  mu  zrobiło,  gdyby  zechciał  rzucić  nie  tylko  okiem  na  dziwki  w  tawernach 

Messancji. 

— Mając tak duży wybór, generale — stwierdził bez ogródek — mógłbyś bez trudu 

znaleźć odpowiadającą ci towarzyszkę łoża. 

Prospero nie zdawał sobie sprawy, że jego słowa brzęczą jak gzy w uszach smukłego 

Zingarańczyka,  który  przykucnął  w  pobliżu  namiotu  z  plecami  opartymi  o  kołek,  pozornie 

przysypiając z głową pochyloną na kolana. 

Conan również tego nieświadom wzruszeniem ramion zbył radę przyjaciela. Jednak w 

miarę upływu dni pożądanie coraz silniej walczyło z opanowaniem i z każdą mijającą nocą 

jego potrzeba stawała się coraz bardziej paląca. Tylko wilgoć kobiety mogła ugasić ten ogień. 

Armia  rozrastała  się  z  każdym  dniem.  Napływali  łucznicy  z  bagien  Bossońskich, 

pikinierzy z Gunderlandu, lekka jazda z Poitain oraz ludzie wysokiego i niskiego stanu z całej 

Aquilonii.  Pole  musztry  codziennie  rozbrzmiewało  okrzykami  komend  i  łoskotem 

background image

maszerującej  piechoty.  Prospero  i  Trocero  trudzili  się  nieustannie  nad  przekuciem  tej 

zbieraniny w dobrze wyćwiczoną armię. Czy jednak siła ta, złatana z różnych nacji i nigdy nie 

wypróbowana  w  walce,  zdoła  stawić  czoło  zahartowanym  w  bojach  oddziałom  Amuliusa 

Procasa — tego nie wiedział nikt. 

Każdego  dnia  w  południe  Conan  dokonywał  przeglądu  wojsk,  po  czym  spożywał 

popołudniowy  posiłek  wraz  z  żołnierzami.  Każdego  dnia  przybywał  w  gościnę  do  innej 

kompanii. Kilka dni po rozmowie z Prosperem o kobietach publicznych Conan jadł obiad w 

towarzystwie  kompanii  lekkiej  jazdy.  Siedząc  pośród  pospolitych  żołnierzy  tak  jak  i  oni 

słuchał i opowiadał sprośne dowcipy, żując chleb i popijając gorzkie piwo. 

Na dźwięk wysokiego głosu, który nagle wybił się ponad inne, Conan odwrócił głowę 

i  ujrzał  znajomego  Zingarańczyka  o  wąskiej  twarzy,  który  przemawiał  pomagając  sobie 

wymowną gestykulacją.  Conan przerwał  opowiadanie swojej  anegdoty, by jej już nigdy nie 

skończyć  i  zaczął  przysłuchiwać  się  słowom  Zingarańczyka,  ponieważ  ten  mówił  o  pewnej 

kobiecie. Conan poczuł, jak krew zaczyna w nim szybciej krążyć. 

— Jest tancerką — mówił Zingarańczyk — o włosach czarnych jak skrzydło kruka i 

oczach  zielonych  jak  szmaragdy.  W  jej  czerwonych  wargach  i  smukłym  ciele  jest  coś  z 

czarownicy, a piersi ma jak dojrzałe granaty! — Tu ruchem dłoni pokazał ich kształt. — Co 

noc  tańczy  za  miedziaki  w  zajeździe  „Pod  Dziewięcioma  Mieczami”,  obnażając  swe  ciało 

przed oczami mężczyzn, ale nie jest pierwszą lepszą. Alcina to wyniosła, wybredna flirciarka, 

nie pozwalająca się objąć żadnemu mężczyźnie. Mówi, że nie spotkała jeszcze takiego, który 

rozbudziłby w niej namiętność! 

Oczywiście  — dodał  Quesado, mrugając obleśnie  — bez wątpienia w tym  namiocie 

znajdują  się  doświadczeni  w  miłości  wojownicy,  którzy  zdołaliby  zadrzeć  kieckę  tej 

wspaniałej dziewce. Cóż, może nasz przystojny generał… 

W tym momencie Quesado spostrzegł skupione na nim spojrzenie Conana. Przerwał, 

skłonił głowę i powiedział szybko: 

— Tysięczne przeprosiny, szlachetny generale! To znakomite piwo tak rozluźniło mój 

nikczemny  język,  że  się  zapomniałem.  Błagam  cię,  dobry  panie,  racz  mi  wybaczyć,  że  się 

zagalopowałem… 

—  Wybaczam  ci  —  mruknął  Conan  i  zmarszczywszy  brwi  zajął  się  własnym 

talerzem. 

Jednak  jeszcze  tego  wieczoru  Cymmerianin  wypytał  swych  oficerów  o  drogę  do 

zajazdu „Pod Dziewięcioma Mieczami”, po czym wskoczył w siodło i z jednym giermkiem 

background image

ruszył  w  kierunku  Północnej  Bramy.  Quesado,  przyczajony  w  cieniu,  uśmiechnął  się  z 

zadowoleniem. 

background image

SZMARAGDOWE OCZY 

 

Zaledwie blady świt dotknął lazurowego nieba, srebrzyście brzmiąca trąbka oznajmiła 

przybycie  posłańca  od  króla  Milo,  Herold  wjechał  do  obozu  na  gniadej  klaczy,  dzierżąc  w 

uniesionej  dłoni  zapieczętowany  i  przewiązany  wstęgą  zwój.  Skrzywieniem  ust  poseł 

zareagował  na  widok  rojnego  placu  apelowego,  gdzie  pstrokata  zbieranina  ustawiała  się  w 

szeregi  przed  porannym  apelem.  Gdy  gromkim  głosem  wykrzyczał  żądanie,  aby 

zaprowadzono  go  do  namiotu  generała  Conana,  jeden  z  podwładnych  hrabiego  Trocero 

powiódł go w głąb obozu. 

—  To  zwiastuje  kłopoty  —  mruknął  Trocero  do  kapłana  Dexitheusa,  wiodąc 

spojrzeniem za argosańskim heroldem. 

Wysoki, łysy kapłan Mitry pogładził palcami paciorki swego różańca. 

— Do tej pory powinniśmy już przyzwyczaić się do kłopotów — stwierdził krótko. — 

Wiesz przecież, mój hrabio, że jeszcze więcej kłopotów jest przed nami. 

—  Mówisz  o  Numedidesie?  — zapytał  hrabia  z krzywym  uśmiechem.  —  Mój  stary 

druhu, na tego rodzaju kłopoty jesteśmy przygotowani. Chodzi mi o trudności ze strony króla 

Argos.  Mimo  iż  udzielił  pozwolenia  na  szkolenie  tutaj  naszych  ludzi,  czuję,  że  zaczyna 

niepokoić  go  obecność  tylu  żołnierzy  oddanych  obcej  sprawie  i  zgromadzonych  tak  blisko 

jego stolicy. Wydaje mi się, iż Jego Królewska Wysokość zaczyna żałować swojej zgody na 

tak wygodny punkt zborny dla naszej armii. 

— Owszem — dodał Publius podchodząc ku nim. — Nie wątpię, że lupanary i zaułki 

Messancji  roją  się  już  od  szpiegów  Tarancji.  Numedides  wywrze  każdy  nacisk  na  króla 

Argos, by skłonić go do zwrócenia się przeciw nam. 

— Król musiałby być durniem — powiedział w zamyśleniu Trocero — by zrobić to, 

gdy nasza armia aż dyszy żądzą walki. 

Publius wzruszył ramionami. 

—  Władca  Messancji,  jak  dotąd,  zawsze  był  naszym  przyjacielem  —  stwierdził.  — 

Królowie  są  jednak  skłonni  do  wiarołomstwa,  a  zimne  wyrachowanie  włada  sercami  nawet 

najszlachetniejszych spośród nich. Jesteśmy zmuszeni czekać na to, co będzie… Zastanawiam 

się, jakie to wieści przynosi ten nadęty posłaniec. 

Publius  i  Trocero  oddalili  się,  by  dopilnować  swych  obowiązków,  pozostawiając 

Dexitheusa w roztargnieniu  przesuwającego  w palcach paciorki różańca. Kapłan, mówiąc o 

background image

przyszłych  kłopotach,  myślał  nie  tylko  o  nadchodzącym  starciu,  ale  także  o  innych  złych 

zapowiedziach na przyszłość. 

Ubiegłej nocy jego spoczynek zakłócił złowieszczy sen. Mitra często objawiał swym 

wiernym  wyznawcom  wiedzę  o  przyszłych  wydarzeniach  poprzez  sny  i  Dexitheus 

zastanawiał się, czy jego sen nie był proroczy. 

W tym śnie generał Conan walczył z wrogiem na polu bitwy, wykrzykując rozkazy i 

wznosząc  miecz,  lecz  za  potężnym  Cymmerianinem  majaczyła  smukła,  zagadkowa  postać. 

Kapłan nie był w stanie rozpoznać tej tajemniczej istoty. Widział tylko, że w cieniu rzucanym 

przez kaptur zasłaniający twarz jarzyły się kocie oczy barwy szmaragdowej zieleni i że istota 

ta stała za nie chronionymi plecami Conana. 

Chociaż  wznoszące  się  słońce  rozgrzewało  łagodny  wiosenny  poranek,  Dexitheus 

poczuł  zimny  dreszcz.  Nie  lubił  takich  snów,  będących  jak  kamyki  spadające  w  głęboką 

studnię spokoju jego ducha. 

    

Gdy  królewski  herold  wyruszył  z  powrotem  drogą  do  Messancji,  gońcy  Conana 

wezwali wszystkich wyższych oficerów na naradę. 

Olbrzymi Cymmerianin przywitał ich w swym namiocie z trudem wstrzymując gniew. 

—  Krótko  mówiąc,  przyjaciele  —  zagrzmiał  —  wolą  Jego  Królewskiej  Wysokości 

jest,  abyśmy  wycofali  się  na  trawiaste  równiny  na  północy,  co  najmniej  na  dziesięć  mil  od 

Messancji. Król Milo sądzi, iż nasza obecność w sąsiedztwie stolicy zagraża zarówno jemu, 

jak  i  naszej  sprawie.  Niektórzy  z  naszych  żołnierzy,  powiada,  zbyt  awanturniczo  poczynali 

sobie ostatnio w mieście, burząc spokój króla i przysparzając kłopotów straży miejskiej. 

—  Tego  się  obawiałem  —  westchnął  Dexitheus.  —  Nasi  wojownicy  są  zbyt  oddani 

przyjemnościom  kielicha  i  łoża,  ale  mimo  wszystko  to  jednak  zbyt  wielkie  wymaganie  w 

stosunku do ludzkiej natury spodziewać się po nich, a zwłaszcza po tak mieszanej kompanii 

jak nasza, by zachowywali się jak pokorni mnisi. 

—  Prawda  —  powiedział  Trocero.  —  Na  szczęście  jesteśmy  przygotowani  do 

wymarszu. Kiedy możemy ruszać, generale? 

Conan  gwałtownym  ruchem  zapiął  pas  z  mieczem.  Pod  równo  przyciętą  czarną 

grzywą jego niebieskie oczy lśniły jak błękitne płomienie. 

— Daje nam na to dziesięć dni, ale jestem gotów wyruszyć od razu. W Messancji jest 

zbyt  wiele oczu i  uszu, bym  czuł  się tu  spokojny.  Zbyt  wielu  naszych żołnierzy ma  giętkie 

języki,  które  puchar  wina  zbyt  łatwo  wprawia  w  ruch.  Przeniosę  się  na  dziewięć  albo  i 

dziewięćdziesiąt  mil  od  tego  gniazda  szpiegów.  Bierzmy  się  więc  do  dzieła,  panowie. 

background image

Unieważnijcie  wszystkie  przepustki  i  wyciągnijcie  naszych  ludzi  z  winiarni,  siłą,  jeżeli 

zajdzie  taka  potrzeba.  Dzisiejszej  nocy  wyruszę  z  małym  oddziałem,  by  zbadać  drogę  i 

znaleźć nowe miejsce na obóz. Trocero, będziesz dowodził, dopóki nie wrócę. 

Oficerowie  wstali  i  wyszli.  Przez  resztę  dnia  żołnierze  uwijali  się  jak  mrówki  w 

ukropie, przygotowano zapasy i ładowano na wozy sprzęt obozowy. Następnego dnia, zanim 

wstające  słońce  dotknęło  swymi  promieniami  pozłacanych  wież  Messancji,  uformowano 

kolumny marszowe. Gdy resztki mgieł opadły na pola, armia wyruszyła w drogę. Rycerze i 

pachołkowie, łucznicy i pikinierzy. Kompania za kompanią szli osłaniani przez tylne i boczne 

straże. 

Conan  z  oddziałem  poitańskiej  lekkiej  jazdy  odjechał  na  pomoc,  gdy  jeszcze 

ciemności  spowijały  ziemię.  Barbarzyńca  nie  ufał  przyjaźni  króla  Milo.  Wiele  spraw  miało 

wpływ  na  czyny  królów.  Było  możliwe,  że  wysłannicy  Numedidesa  zdołali  przekonać 

argosańskiego  monarchę,  by  sprzymierzył  się  z  władcą  Aquilonii,  zamiast  polegać  na  nie 

dających  się  przewidzieć  losach  powstania.  W  Argos  wiedziano,  iż  jeżeli  rebelia  poniesie 

klęskę,  zemsta  Aquilonii  będzie  straszna  i  natychmiastowa.  Jeżeli  zaś  Milo  zamierzał 

zdradzić,  to  powinien  zaatakować  armię  w  czasie  marszu,  gdy  jest  rozciągnięta  w  długą 

kolumnę i zawadzają jej tabory… 

Tak więc  Lwy ruszyły na północ. W ogromnej  większości nie zaprawiona w bojach 

armia maszerowała zakurzonymi drogami, przeprawiając się przez brody i pokonując niskie 

Wzgórza Didymiańskie. Nikt nie czyhał na maszerujące oddziały, nie atakował ani nawet nie 

opóźniał ich marszu. Być może podejrzenia Conana wobec króla Milo były niesłuszne albo 

powstańcza  armia  była  zbyt  silna,  by  wojska  Argos  spróbowały  otwartej  walki.  Być  może 

Milo wyczekiwał na bardziej sprzyjający moment, by rzucić przeciw nim swoje siły. Jednak 

niezależnie od tego, czy król Argos to przyjaciel, czy utajony wróg, Conan był zadowolony z 

podjętych środków ostrożności. 

Gdy  pierwszy  dzień  marszu  upłynął  bez  przeszkód,  Conan  powróciwszy  z  nowo 

obranego  miejsca  na  obóz,  odprężył  się  trochę.  Byli  teraz  poza  zasięgiem  szpiegów,  od 

których  roiło  się  w  Messancji.  Zwiadowcy  bezustannie  sprawdzali  całą  okolicę,  jeżeli  więc 

nieprzyjazne oczy śledziły ich nadal, to musiały one kryć się w samym obozie. Conan miał 

nadzieję,  że  zwiadowcy  w  końcu  odnajdą  ich  posiadaczy.  Na  razie  jednak  nie  wykryto 

nikogo. 

Cymmerianin ufał niewielu ludziom, a i tym nigdy pochopnie. Długie lata życia poza 

prawem  ugruntowały  jego  kocią  ostrożność.  Dobrze  poznał  ludzi,  którym  towarzyszył  i 

background image

których sprawę przyjął za swoją. Mimo to nigdy nie zaświtało mu w głowie, że wróg może 

znajdować się dosłownie tuż za jego plecami… 

Dwa dni później powstańcy pokonali bród na rzece Astar i dotarli na równinę Pallos. 

Na  północy  majaczyły  Góry  Rabiriańskie  —  zębata  linia  purpurowych  szczytów,  które  o 

zachodzie słońca wydawały się być maszerującymi gigantami. Armia rozbiła obóz na skraju 

równiny  na  szczycie  rozległego,  niskiego  pagórka  mogącego  po  otoczeniu  go  rowem  i 

palisadą łatwo zamienić się w twierdzę. Tutaj, tak długo jak docierały dostawy z Messancji i 

innych  miast,  powstańcy  mogli  przygotowywać  się  do  przekroczenia  Alimane  i  wejścia  do 

Poitain, najbardziej na południe wysuniętej prowincji Aquilonii. 

W ciągu następnego dnia żołnierze z kilofami i łopatami pracowali z pośpiechem nad 

otoczeniem  obozu  fosą  i  wałem  ziemnym.  Jednocześnie  oddziały  lekkiej  jazdy  odjechały  z 

powrotem drogą, którą przybyły, by eskortować wozy z zapasami. 

Późno w nocy z namiotu Conana wymknęła się smukła postać, ubrana tylko w długi, 

obszerny kaftan, który zlewał się z ziemią pod jej stopami. Postać ta podeszła do innej, skrytej 

w cieniu pobliskiego namiotu. 

Para wymieniła rozpoznawcze hasła, po czym szczupła dłoń przybrana pierścieniami i 

bransoletami wcisnęła w drugą, pobrudzoną ziemią rękę kawałek pergaminu. 

— Na tej mapie zaznaczyłam przełęcze, którymi podążą buntownicy do Aquilonii — 

powiedziała dziewczyna jedwabistym głosem mruczącego kota. 

— Prześlę tę wiadomość — szepnęła druga postać. — A nasz pan zajmie się tym, aby 

szybko dotarła do Procasa. Dobrze się sprawiłaś, pani. 

— Jest jeszcze wiele do zrobienia, Quesado  — powiedziała Alcina. — Nie możemy 

być widziani razem. 

Zingarańczyk  skinął  głową  i  pogrążył  się  w  głębszym  cieniu.  Tancerka  odrzuciła 

kaptur  i  zapatrzyła  się  w  pałający  bladą  poświatą  księżyc.  Chociaż  dopiero,  co  wyszła  z 

namiętnych  objęć  Conana,  jej  oświetlone  przez  srebrne  światło  rysy  pozostawały 

nieporuszone  i  zimne  jak  lód.  Blade,  owalne  oblicze  wyglądało  jak  maska  wyrzeźbiona  w 

kości  słoniowej.  W  głębokich,  szmaragdowych  oczach  kryła  się  odrobina  rozbawienia, 

pogardy i złośliwości. 

Tej nocy, gdy powstańcza armia pogrążona była we śnie na równinie Pallos u stóp Gór 

Rabiriańskich,  jeden  z  rekrutów  zdezerterował.  Jego  nieobecność  wykryto  dopiero  na 

odprawie wart następnego poranka. Trocero, gdy doniesiono mu o tym, potraktował to jako 

wydarzenie  o  niewielkim  znaczeniu.  O  mężczyźnie,  Zingarańczyku  zwanym  Quesado, 

krążyła opinia, iż jest on leniwym pijakiem, tak że jego brak nie był dotkliwą stratą. 

background image

Mimo  jego  beztroskiego  sposobu  bycia  o  Quesado  bynajmniej  nie  można  było 

powiedzieć,  że  jest  leniwy.  Najsprytniejszy  ze  szpiegów  służących  Latro,  Zingarańczyk 

pozorną  bezmyślnością  maskował  czujne  nasłuchiwanie  i  pilną  obserwację  wszystkiego 

dookoła. Był mistrzem w sporządzaniu zwięzłych, lecz dokładnych raportów. Tej nocy, gdy 

obozowisko  pogrążone  było  we  śnie,  skradł  konia  z  zagrody,  wymknął  się  wartownikom  i 

pogalopował w długą drogę na północ. 

Dziesięć  dni  później,  pochlapany  błotem,  pokryty  kurzem  i  zataczając  się  ze 

zmęczenia,  Quesado  dotarł  pod  bramę  Tarancji.  Ołowiany  odcisk  pieczęci,  który  nosił  na 

piersi, dał mu szybki dostęp do kanclerza Numedidesa. 

Pan  szpiegów  zmarszczył  brwi  nad  mapą  narysowaną  przez  Alcinę,  a  którą 

Zingarańczyk wręczył teraz jemu. 

— Dlaczego ty sam ją dostarczyłeś? — spytał surowo Latro. — Powinieneś był zostać 

z armią buntowników. 

Zingarańczyk wzruszył ramionami. 

— Nie mogłem przesłać jej za pomocą gołębia, panie. Kiedy przyłączyłem się do tego 

stada  wyrzutków,  musiałem  pozostawić  ptaki  w  Messancji  pod  opieką  mojego  pomocnika 

Fadiusa Kothiańczyka. 

Vibius Latro popatrzył zimno na szpiega. 

—  Więc  dlaczego  nie  przekazałeś  mapy  Fadiusowi,  który  mógłby  przesłać  ją  tu  w 

ustalony  sposób?  Powinieneś  był  pozostać  w  tym  gnieździe  zdrajców  i  śledzić  koleje  losu. 

Liczyłem na to, że twój nóż znajdzie się w plecach Conana. 

Quesado wykonał bezradny gest. 

—  Panie,  gdy  Alcina  zdobyła  kopię  tej  mapy,  armia  buntowników  znajdowała  się  o 

trzy  dni  konnej  drogi  od  granicy  Aquilonii.  Nie  mogłem  nie  wywołując  podejrzeń  prosić  o 

dwutygodniową  przepustkę  na  drogę  do  Messancji  i  z  powrotem.  A  gdybym  dotarł  tam  w 

charakterze dezertera, wzbudziłoby to z kolei zainteresowanie Argosańczyków. Nie mogłem 

również dołączyć z powrotem do armii, raz oddaliwszy się bez przepustki. Poza tym gołębie 

padają  czasami  łupem  dzikich  kotów,  jastrzębi  lub  myśliwych.  Sądziłem  więc,  iż  lepiej 

będzie, jeżeli dokument takiej wagi dostarczę osobiście. 

Kanclerz zacisnął usta. 

— Dlaczego więc nie przekazałeś mapy bezpośrednio generałowi Procasowi? 

Quesado  spocił  się  obficie.  Jego  ziemiste  brwi  i  pokryte  szczeciną  policzki  zaczęły 

lepić się od błota, z brudu i potu. Latro nie był człowiekiem, którego gniewem można było się 

nie przejmować. 

background image

— Generał Procas mnie nie zna — głos szpiega zaczął się łamać. — Moja pieczęć nic 

by  dla  niego  nie  znaczyła.  Tylko  ty,  mój  panie,  masz  władzę  i  możesz  przekazać  taką 

wiadomość dowódcom wojsk. 

Nikły uśmieszek przemknął po wąskich wargach kanclerza. 

—  Dobrze  —  powiedział.  —  Zachowałeś  się  właściwie.  Wolałbym  jednak,  gdyby 

Alcina zdobyła tę mapę przed wyruszeniem buntowników z Messancji. 

—  Ich  wodzowie  radzili  nad  wyborem  drogi  aż  do  wieczora,  kiedy  uciekłem  — 

powiedział  Quesado.  Nie  wiedział,  czy  tak  było  istotnie,  ale  miało  to  posmak  prawdy  i 

brzmiało prawdopodobnie. 

Vibius Latro zwolnił szpiega i wezwał swego sekretarza. Studiując mapę, podyktował 

krótką  wiadomość  do  generała  Amuliusa  Procasa  oraz  raport  dla  króla.  W  czasie,  gdy 

sekretarz kopiował szkic Alciny, Latro wezwał gońca i wręczył mu oba dokumenty. 

—  Oddaj  je  sekretarzowi  króla  —  powiedział  kanclerz  —  i  poproś,  aby  Jego 

Królewska  Wysokość  raczył  odcisnąć  na  rozkazie  dla  wojska  swą  pieczęć.  Potem,  jeśli  nie 

będzie  sprzeciwu,  wyjedź  z  nim  do  Amuliusa  Procasa.  Tu  masz  przepustkę  do  stajni 

królewskich. Weź szybkiego konia i zmieniaj go w każdym zajeździe. 

Wiadomość  ta  nie  dotarła  do  sekretarza  króla.  Zamiast  tego  khitajski  sługa  Hsiao 

przekazał ją do rąk swego pana, Thulendry Thuu. Czarnoksiężnik przeczytawszy wiadomość i 

przyjrzawszy się mapie z aprobatą pokiwał głową. 

—  Zręcznie  się  spisałeś,  Hsiao  —  pochwalił  sługę  Thulandra  Thuu.  —  Przynieś  mi 

lak, sam zapieczętuję zwoje. Nie ma potrzeby odrywać króla od jego przyjemności dla takiej 

drobnostki. 

Z tajemnej skrytki w poręczy krzesła czarnoksiężnik wyjął kopię królewskiej pieczęci. 

Zwinął  leżące  przed  nim  dokumenty  i  wsunął  laseczkę  laku  w  płomień  stojącej  na  stole, 

świecy. Po chwili brązowe krople zaczęły skapywać na pergamin. Thulandra przypieczętował 

stygnący lak duplikatem pieczęci i wręczył zwój Khitajczykowi. 

—  Oddaj  to  z  powrotem  kurierowi  kanclerza  —  rzekł  —  i  powiedz  mu,  że  Jego 

Królewska  Wysokość  życzy  sobie,  aby  natychmiast  dostarczono  to  generałowi  Procasowi. 

Następnie przygotuj list do hrabiego Ascalante, dowódcy oddziałów stacjonujących w Palaei. 

Życzę sobie, żeby się tu zjawił. 

Hsiao zawahał się. 

— Miłościwy panie! — rzekł. Thulandra Thuu ostro spojrzał na sługę. 

— Tak? 

background image

— Nie jest tajemnicą dla mej osoby, że między tobą, panie, a generałem Procasem nie 

panuje  zgoda.  Pozwól  mi  zapytać,  czy  twoją  wolą  jest,  aby  to  on  odniósł  zwycięstwo  nad 

buntownikami? 

Thulandra  Thuu  uśmiechnął  się  lekko.  Hsiao  wiedział,  że  czarnoksiężnik  i  generał 

zażarcie  rywalizowali  o  względy  króla.  Hsiao  był  też  jedyną  osobą  na  świecie,  której 

Thulandra był skłonny się zwierzyć. 

—  Na  razie  —  odpowiedział.  —  Dopóki  Procas  przebywa  w  południowych 

prowincjach, nie może zagrozić mojej pozycji tutaj. Ponieważ ani on, ani ja nie chcemy, by 

Conan zawitał u wrót  Tarancji, muszę zaryzykować, że do rosnącej  listy  swoich zwycięstw 

Procas doda jeszcze to jedno. Jego wojska stoją na drodze marszu buntowników. Chodzi mi o 

to,  żeby,  owszem,  zgniótł  rebelię,  jednak  w  taki  sposób,  aby  to  mnie  przypadła  zasługa. 

Wtedy, być może, jakiś wypadek wyrwie dzielnego generała spomiędzy żywych, zanim zdąży 

on w blasku chwały powrócić do Tarancji. Teraz wykonaj, co ci nakazałem. 

Hsiao ukłonił się nisko i w milczeniu wycofał. Thulandra Thuu otworzył mahoniową 

skrzynię i zaczął układać w niej swoje papiery. 

 

Trocero patrzył  ze zdumieniem na Conana, który chodził po namiocie jak uwięziony 

w klatce tygrys. W oczach barbarzyńcy błyskało gniewne zniecierpliwienie. 

— Co cię dręczy, generale? — zapytał w końcu. — Myślałem, że to brak kobiety, ale 

odkąd  zabrałeś  ze  sobą  tę  tancerkę,  to  wyjaśnienie  jest  warte  tyle,  co  dziurawy  bukłak  na 

wino. Co więc cię trapi? — powtórzył z naciskiem. 

Conan odwrócił się i podszedł do stolika. Nachmurzony, nalał sobie kubek wina. 

—  Nic,  co  mógłbym  nazwać  słowami  —  burknął.  —  Ale  ostatnio  zrobiłem  się 

drażliwy, skaczę przy byle cieniu. 

Urwał nagle i czujnie wpatrzył się w kąt namiotu. Po chwili roześmiał się nieszczerze 

i ciężko siadł na krześle. 

— Na Croma, jestem niespokojny jak suka w rui — powiedział. — I zaiste, nie wiem, 

co gryzie mnie w trzewiach. Czasami, kiedy się naradzamy, mam wrażenie, że nawet  cienie 

przysłuchują się naszym słowom. 

— Cienie czasami mają uszy — zauważył Trocero. — Także oczy. 

Conan wzruszył ramionami. 

—  Wiem, że  nie  ma  tu  nikogo  poza  mną  i  tobą,  odpoczywającą  dziewuchą,  dwoma 

giermkami, którzy czyszczą moją zbroję, oraz wartownikami chodzącymi dookoła namiotu — 

mruknął. — Wciąż jednak czuję, że ktoś nas podsłuchuje i obserwuje. 

background image

Trocero  nie  wyśmiał  tego,  ponieważ  stwierdził,  że  również  w  nim  narasta  to  samo 

przeczucie.  Już  wcześniej  nauczył  się  ufać  prymitywnym  instynktom  Cymmerianina,  które 

były o wiele czulsze niż u ludzi cywilizowanych. 

Lecz Trocero nie był pozbawiony swoich instynktów, jeden z nich zaś kazał mu nie 

ufać  szczupłej  tancerce,  którą  Conan  zabrał  ze  sobą  jako  towarzyszkę  łoża.  Coś  w  niej 

niepokoiło  Trocera,  ale  nie  mógł  wskazać  palcem  przyczyny  tego  niepokoju.  Z  pewnością 

była piękna, nawet zbyt piękna, by za rzucane miedziaki tańczyć w portowej tawernie. Była 

również zbyt  milcząca i  tajemnicza jak na jego gust. Trocero potrafił swym  czarem  skłonić 

kobiety do poufnych zwierzeń, gdy jednak próbował pociągnąć Alcinę za język, nic z tego nie 

wyszło.  Odpowiadała  na  jego  pytania  uprzejmie  i  powściągliwie,  nie  mówiąc  przy  tym  nic 

istotnego. 

Na koniec wzruszył ramionami, nalał sobie jeszcze jeden kubek i wysłał wszystkie te 

rozważania do dziewięciu piekieł Mitry. 

—  Doskwiera  ci  bezczynność,  Conanie  —  powiedział  w  końcu  hrabia.  —  Kiedy 

ruszymy  do  boju  i  powieje  nad  nami  sztandar  Lwów,  znów  staniesz  się  sobą.  Znikną 

nasłuchujące cienie! 

— Tak — mruknął Conan. 

To, co powiedział Trocero, było prawdą. Gdyby miał przed sobą wroga z krwi i kości 

oraz chłodną stal w dłoni, ze spokojnym sercem wdałby się w nawet z góry przegraną walkę. 

Gdy  jednak  miał  do  czynienia  z  niedotykalnymi  i  nieuchwytnymi  przeciwnikami,  w  jego 

umyśle zaczynały się budzić prymitywne przesądy przodków… 

W  głębi  namiotu,  za  zasłoną,  Alcina  uśmiechnęła  się  i  przeciągnęła  jak  kotka.  Jej 

delikatne  palce  bawiły  się  osobliwym  talizmanem,  zawieszonym  na  szyi  na  misternym 

łańcuszku. 

    

Daleko na północy, za równinami, górami i rzeką Alimane, Thulandra Thuu siedział 

na  swym  tronie  z  kutego  żelaza.  Na  kolanach  trzymał  rozwinięty  zwój  zapisany 

astrologicznymi  diagramami  i  symbolami.  Przed  nim  na  taborecie  stało  owalne  lustro  z 

czarnego  wulkanicznego  szkła.  Na  brzegu  owego  magicznego  zwierciadła  brakowało 

półokrągłego  kawałka  szkła  i  właśnie  ta  połówka  krążka,  związana  z  lustrem  subtelnymi 

więzami czarnoksięskiej mocy, wisiała teraz pomiędzy krągłymi piersiami Alciny. 

Czarnoksiężnik,  studiując  rozpostarty  na  kolanach  diagram,  co  jakiś  czas  unosił 

wzrok,  by  popatrzeć  na  stojący  obok  zwierciadła  zegar  wodny.  Z  tego  kunsztownego 

czasomierza dochodziło miarowe kapanie. 

background image

Kiedy srebrny dzwonek we wnętrzu zegara wybił właściwą godzinę, Thulandra Thuu 

odłożył zwój. Przeciągnął dłonią z palcami sterczącymi jak szpony przed lustrem i wymruczał 

zaklęcie w nieznanym języku. Skupił swe spojrzenie w głębi lustra i osiągnął jedność z duszą 

i  umysłem  Alciny.  Mistyczny  trans  połączył  ich  oboje  w  momencie  określonym  pewnym 

ascendentem ciał niebieskich. W tym czasie to, co tancerka widziała i myślała, w magiczny 

sposób było przekazywane wprost do umysłu Thulandry Thuu. 

Mag  nie  potrzebował  szpiegów  Vibiusa  Latro.  Czujne  zmysły  Conana  służyły  mu 

naprawdę dobrze. Cienie w jego namiocie rzeczywiście miały uszy i oczy. 

background image

KRWAWA STRZAŁA 

 

Każdego  poranka  pobudka  grana  na  trąbkach  wyrywała  ludzi  ze  snu,  ogłaszając 

początek  kolejnego  dnia  nauki  wojennego  rzemiosła.  Ćwiczenia  odbywały  się  na  równinie 

Pallos.  Z  nadejściem  nocy  ten  sam  sygnał  zwalniał  żołnierzy  na  nocny  odpoczynek.  Armia 

wciąż  rosła,  a  z  przybyszami  docierały  wieści  i  plotki  z  Messancji  oraz  Aquilonii.  Księżyc 

przybrał  postać wąskiego sierpa,  gdy przywódcy powstania zgromadzili  się na wieczerzę w 

namiocie  Conana.  Po  przepłukaniu  gardeł  po  trudach  wielogodzinnych  ćwiczeń  rozpoczęła 

się narada. 

—  Z  każdym  dniem  —  rzekł  zamyślony  Trocero  —  król  Milo  wydaje  się  coraz 

bardziej niespokojny. 

Publius pokiwał głową. 

— Owszem, trudno, żeby go zadowalało, iż w jego granicach obozuje tak wielka siła 

pod  obcą  komendą.  Wychodzi  na  to,  iż  obawia  się,  że  zwrócimy  się  przeciw  niemu,  jako 

zdobyczy łatwiejszej niż Aquiloński tyran. 

Dexitheus, kapłan Mitry, uśmiechnął się. 

—  Królowie,  nawet  najlepsi,  są  podejrzliwi  i  wiecznie  zalęknieni  o  swoje  korony. 

Król Milo nie jest wyjątkiem. 

— Sądzisz, że będzie próbował zaatakować nas od tyłu? — mruknął Conan. 

Kapłan w czarnej szacie uniósł dłoń do góry. 

—  Któż  to  może  orzec?  —  stwierdził.  —  Nawet  ja,  wyćwiczony  w  umiejętności 

czytania  w  sercach  ludzkich,  nie  poważę  się  wypowiadać,  co  do  skrytych  myśli  drążących 

umysł króla Milo. Doradzam jednak, byśmy przekroczyli Alimane i to jak najszybciej. 

— Armia jest gotowa  — powiedział Prospero. — Ludzie są przygotowani do walki, 

tak solidnie, jak to tylko możliwe. Dobrze by było, gdyby już wkrótce poznali zapach krwi, 

bo inaczej bezczynność stępi ich bojowego ducha. 

Conan  z  powagą  skinął  głową.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  armia  zbyt  wiele 

ćwiczona, a zbyt mało używana, z czasem zaczyna się upodabniać do gromady wędrownych 

błaznów i pajaców. Ich duch zaczynał gnić jak przejrzały owoc. 

—  Zgadzam  się  z  tobą,  Prospero  —  powiedział  Cymmerianin  —  ale  równie  duże 

niebezpieczeństwo grozi nam przy zbyt wczesnym wymarszu. Z pewnością Procas już wie, że 

rozbiliśmy obóz na północy Argos. Nawet generał mniej przenikliwy niż on domyśliłby się, iż 

zamierzamy  przeprawić  się  przez  Alimane  do  Poitain.  Wszystko,  czego  potrzebuje,  to 

background image

rozstawić silne straże przy każdym brodzie i tak ustawić swój Legion Pograniczny, aby mógł 

szybko dotrzeć do każdej zagrożonej przeprawy. Trocero przegarniał swe siwiejące włosy. — 

Całe  Poitain  powstanie,  by  przyłączyć  się  do  nas.  Moi  zwolennicy  na  razie  jednak  siedzą 

cicho, by nie prowokować Procasa. 

Pozostali wymienili spojrzenia, w których nadzieja mieszała się ze zwątpieniem. Kilka 

dni wcześniej z obozu buntowników wyruszyli posłańcy przebrani za wędrownych handlarzy. 

Ich zadaniem było przynaglić lenników i zwolenników hrabiego Trocero do działań mających 

na celu zdezorientowanie i rozproszenie sił królewskich oraz wciąganie ich w ciągłe utarczki i 

pościgi.  Gdyby  emisariusze  zdołali  wypełnić  swą  misję,  do  powstańczej  armii  miał  dotrzeć 

znak do wymarszu — poitańska strzała umoczona we krwi. Na razie jednak wyczekiwanie na 

wiadomość szarpało wszystkim nerwy. 

— Ja przywiązuję mniejszą wagę do powstania w Poitain — powiedział Prospero. — 

Ono  jak  wszystko  na  tym  świecie  może  dojść  do  skutku  lub  nie.  Ważniejszą  sprawą  jest 

postawa baronów na północy. Jeżeli nie dotrzemy do Culario do dziewiątego dnia wiosennego 

miesiąca, mogą się wycofać, bo nadejdzie dla nich czas siewów. 

Conan burknął coś i osuszył swój kielich. Magnaci z północy, wśród których również 

tliła  się  rewolta  przeciwko  Numedidesowi,  przyrzekli  poprzeć  powstańców,  lecz  nie 

związaliby się otwarcie z rebelią skazaną na klęskę. Gdyby sztandar Lwów padł nad Alimane 

lub bunt w Poitain nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, żadne więzy nie złączyłyby tych 

ludzi ze sprawą powstania. 

Niepewność kolącymi igłami drążyła dusze przywódców buntu. Jeżeli będą zmuszeni 

czekać  na  równinie  Pallos  na  sygnał  Poitańczyków,  to  czy  zdołają  dotrzeć  na  wyznaczony 

dzień  do  Culario?  Pomimo  swej  porywczej,  barbarzyńskiej  natury,  Conan  doradzał 

cierpliwość aż do nadejścia znaku z Poitain. Jego oficerowie przedstawiali jednak odmienne 

plany. 

I  tak  przywódcy  buntu  dyskutowali  do  późnej  nocy.  Prospero  rzucił  myśl,  aby 

rozdzielić  armię  na  trzy  części  i  zaatakować  równocześnie  trzy  brody:  Mevano,  Nogara  i 

Tunais. 

Conan przecząco potrząsnął głową. 

— Procas dokładnie tego się po nas spodziewa — powiedział. 

— No i co z tego? — zmarszczył brwi Prospero. 

Conan rozpostarł mapę i wskazał palcem na środkowy bród przy wsi Nogara. 

— Tutaj dokonamy pozornej przeprawy dla odwrócenia uwagi Procasa siłami dwóch 

lub trzech kompanii. Zrobimy kilka sztuczek, aby przekonać wroga, że jest nas dużo więcej. 

background image

Rozpalimy  dodatkowe  ogniska.  Oddziały  będą  maszerować  nie  kryjąc  się,  po  czym 

zawrócimy je w lesie i puścimy znów tą samą drogą. Ustawimy na brzegu rzeki parę balist, by 

dokuczyć  strażom  na  przeprawie.  To  wszystko  razem  powinno  sprawić,  że  Procas  szybko 

nadciągnie tam z całą potęgą. I ty, Prospero, będziesz dowodzić tą akcją — zakończył Conan. 

Dowiedziawszy się, że nie weźmie udziału w głównej bitwie, młody dowódca zaczął 

protestować, lecz Conan uciszył go. 

— Trocero i ja poprowadzimy pozostałe oddziały, połowę nad Mevano i tyleż samo 

pod Tunais i sforsujemy obydwie przeprawy. Przy odrobinie szczęścia weźmiemy Procasa w 

kleszcze. 

—  Myślę,  że  masz  rację  —  wymruczał  Trocero.  —  A  z  moimi  Poitańczykami 

buntującymi się za plecami Procasa… 

— Niech bogowie uśmiechną się do twojego planu, generale  — powiedział Publius. 

— Jeżeli nie, to wszystko stracone. 

—  Ach,  ponuraku!  —  zawołał  Trocero.  —  Wojny  to  ryzykowny  interes,  a  wszyscy 

mamy do stracenia nie mniej niż ty. Zwyciężymy czy przegramy, musimy trzymać się razem. 

— Nawet u stóp szubienicy — mruknął Publius. 

Za  parawanem  w  namiocie  Conana  jego  nałożnica  spoczywała  wśród  rozpostartych 

futer.  Ciało  Alciny  lśniło  matowo  w  świetle  pojedynczej  świecy,  której  drżący  płomień 

odbijał się w jej dziwnych, szmaragdowych oczach i w mrocznych głębiach obsydianowego 

talizmanu  spoczywającego  w  dolince  pomiędzy  piersiami.  Na  twarzy  tancerki  wciąż  gościł 

koci uśmiech. 

Jeszcze  przed  świtem  Trocera  wyrwała  ze  snu  dłoń  wartownika.  Hrabia  ziewnął, 

przeciągnął się i niecierpliwie odtrącił rękę strażnika. 

— Dość! — warknął. — Nie śpię, łotrze, chociaż na pewno nie jest jeszcze dość jasno, 

żeby to był czas na apel… 

Jego  twarz  stężała,  a  głos  zamarł,  gdy  zobaczył,  co  strażnik  trzyma  w  wyciągniętej 

dłoni. Była to poitańska strzała, od zębatego ostrza po pióra pokryta zakrzepłą krwią. 

— Jak się tu znalazła? — zapytał. — I kiedy? 

— Całkiem niedawno, panie hrabio, przywiózł ją jeździec z północy — odpowiedział 

wartownik. 

— Ach tak! Wezwij moich giermków! Ogłoś alarm i pędem zanieś strzałę generałowi 

Conanowi! — zawołał Trocero, zrywając się na równe nogi. 

Wartownik zasalutował i wyszedł. Wkrótce dwóch giermków, pięściami ścierając sen 

z oczu, pospieszyło ubierać hrabiego i zakładać nań zbroję. 

background image

— Wreszcie coś się dzieje, na Mitrę,  Isztar i Croma Cymmeriańskiego!  — krzyknął 

hrabia. 

—  Hej  tam,  Mnester!  Zawołaj  moich  kapitanów  na  naradę!  Czy  Czarna  Dama  jest 

nakarmiona i napojona? Dopilnujcie, by ją osiodłano, i to szybko! Dobrze zaciągnąć popręg. 

Nie życzę sobie zimnej kąpieli w wodach Alimane! 

Zanim  wstające  słońce  rozświetliło  zalesione  grzbiety  Gór  Rabiriańskich,  namioty 

zwinięto,  wozy  załadowano,  a  cała  armia  ustawiła  się  w  szyku  marszowym.  Nim  wstający 

dzień  rozproszył  poranne  mgły,  wojsko  ruszyło  kierując  się  w  stronę  przełęczy  Saxula,  ku 

Aquilonii i wojnie. Droga stawała się coraz bardziej stroma i kręta. Po obu stronach wznosiły 

się nagie stożki skalne pokryte zębami szarych głazów. Były to Góry Rabiriańskie, ciągnące 

się ze wschodu na zachód rzędami majestatycznie wypiętrzonych szczytów. 

Godzina po godzinie żołnierze maszerowali pod górę. Gorące słońce lało na nich swój 

żar, gdy pchali pod strome wzniesienia ciężkie balisty, krążąc dookoła nich jak mrówki wokół 

źdźbła trawy. Skłębiony pył wzbijał się w górę, całymi chmurami kalając krystaliczne górskie 

powietrze. 

Po pokonaniu każdego wzniesienia główna grań cofała się niczym miraż, sprawiając 

wrażenie  coraz  bardziej  odległej,  ale  blaski  gasnącego  słońca  dotknęły  zachodnich  zboczy 

okolicznych szczytów, góry rozstąpiły się jak rozciągnięte na boki zasłony. Oczom żołnierzy 

ukazała  się  przełęcz  Saxula  —  głęboka  szczelina  w  środkowym  masywie  sprawiająca 

wrażenie jak gdyby góry zostały rozrąbane ciosem topora wzniesionego ręką rozgniewanego 

boga. 

Gdy  armia  wspinała  się  po  zboczu  wiodącym  ku  przełęczy,  Conan  rozkazał 

oddziałowi  swej  gwardii  przybocznej  wdrapać  się  na  szczyty  obramowujące  przejście  i 

sprawdzić, czy nie oczekuje ich żadna zasadzka. Wkrótce dano znak, że wszystko w porządku 

i  armia  przekroczyła  przełęcz.  Kroki  ludzi,  skrzypienie  wozów  i  stukot  kopyt  odbijały  się 

wielokrotnym echem od skalnych urwisk po obu stronach. Gdy wynurzyli się z drugiej strony 

przełęczy,  kręta  droga  poprowadziła  ich  w  dół  pomiędzy  kępami  cedrów  i  sosen 

porastających północne zbocza. Daleko w dole błyszczała Alimane, wijąc się wśród równin 

jak srebrzysty wąż wygrzewający się w promieniach zachodzącego słońca. 

Podążyli  w  dół  stromych  zboczy.  Koła  wozów  skrępowano  łańcuchami,  by  nie 

staczały  się  zbyt  szybko.  Gdy  gwiazdy  poczęły  migotać  na  ciemniejącym  niebie,  żołnierze 

dotarli  do  rozwidlenia  drogi  prowadzącej  do  brodów.  Tu  armia  zatrzymała  się  i  rozbiła 

obozowisko. Conan rozesłał zwiadowców w pobliże rzeki, by nie dopuścić do nagłego ataku 

Procasa.  Nic  jednak  nie  zakłócało  odpoczynku  wojowników  poza  rykiem  polującego 

background image

lamparta,  który  uciekł  na  krzyk  wartownika.  Następnego  poranka  Trocero  i  jego  oddziały 

ruszyli  drogą  na  prawo  od  rozwidlenia,  prowadzącą  do  brodu  Tunais.  Conan  i  Prospero  z 

resztą  armii  podążyli  w  przeciwną  stronę.  Przy  następnym  rozstaju  Prospero  ze  swym 

niewielkim  oddziałem  skręcił  na  prawo,  ku  środkowemu  brodowi  Nagara.  Conan  z 

pozostałymi jeźdźcami i pieszymi ruszył na zachód, do brodu Mevano. 

Kompania  za  kompanią,  chorągiew  za  chorągwią,  powstańcy  Conana  podążali 

piaszczystymi  drogami.  Na  kolejną  noc  rozbili  obóz  na  pagórku,  a  rano  ruszyli  dalej.  Gdy 

przeszli  ostatnie  pasmo  wzgórz,  przed  nimi  ponownie  ukazała  się  Alimane,  wyznaczająca 

granicę  pomiędzy  Argos  a  Poitain.  Wprawdzie  Argos  rościła  sobie  prawa  do  ziem  na 

północnym brzegu rzeki wraz z traktem, który prowadził aż do ujścia Alimane do Khorotas, 

lecz  pod  rządami  Vilerusa  III  Aquilończycy  najechali  te  tereny  i  jako  silniejsi  wciąż 

pozostawali w ich posiadaniu. 

Gdy  oddziały  Conana  dotarły  do  równych  terenów,  Cymmerianin  nakazał  swym 

ludziom  ciszę.  Tak  bardzo  jak  to  możliwe,  mieli  wystrzegać  się  czynienia  hałasu.  Wozy 

zatrzymano za gęstymi kępami drzew, a żołnierze rozbili obóz w miejscu, z którego nie było 

widać  brodu  Mevano.  Zwiadowcy  wysłani  naprzód  nie  donieśli  o  jakimkolwiek 

nieprzyjacielu, ale wrócili z niedobrą wieścią, że rzeka wylała po wiosennych roztopach. 

Na  długo  przed  świtem  następnego  dnia  oficerowie  Conana  zarządzili  żołnierzom 

pobudkę. Rozespani wojownicy bez śniadania zaczęli formować szyki. Conan krążył dookoła 

żując  przekleństwa  i  wygrażając  tym,  którzy  podnosili  głos  lub  szczękali  bronią.  Cały  czas 

miał  wrażenie,  że  odgłosy  te  słychać  na  wiele  mil  wokoło.  Lepiej  wyćwiczeni  żołnierze, 

myślał ponuro, poruszaliby się cicho jak koty. 

By  ograniczyć  hałas,  komendy  były  przekazywane  nie  przez  okrzyki  czy  dźwięki 

trąbek,  ale  znakami  rąk.  Wywoływało  to  sporo  nieporozumień.  Jedna  z  kompanii, 

otrzymawszy  rozkaz  wymarszu,  wpadła  w  szeregi  innej.  Wywiązały  się  bójki  i  zanim 

kapitanowie opanowali zamieszanie, z kilku nosów polała się krew. 

Zasnute  ciężkimi  chmurami  niebo  wisiało  nad  drogą  i  rzeką,  gdy  oddziały  Conana 

podchodziły do brzegu Alimane. Siedzący na czarnym rumaku Conan ściągnął wodze i przez 

mętną kurtynę mżawki przyjrzał się przeciwległemu brzegowi. Brązowa woda przepływała z 

bulgotem przed kopytami jego konia. 

Conan  dał  znak  swojemu  adiutantowi,  Alaricusowi,  obiecującemu  młodemu 

kapitanowi. Alaricus podjechał bliżej. 

— Jak sądzisz, jak głęboko? — mruknął Conan. 

background image

— Głębiej niż po kolana — odpowiedział Alaricus. — Może nawet po pierś; pozwól, 

że wjadę koniem, aby to sprawdzić. 

— Pilnuj się, żebyś nie ugrzązł w mule — ostrzegł Conan. 

Młody  kapitan  przymusił  swego  gniadego  wałacha  do  wejścia  w  spienione  wody 

wezbranej rzeki. Zwierzę najpierw zaparło się, ale potem posłusznie pobrnęło ku północnemu 

brzegowi.  W  środku  nurtu  brunatna  woda  dotknęła  czubków  butów  Alaricusa.  Gdy  ten  się 

obejrzał, Conan kiwnął mu, żeby wracał. 

—  Będziemy  musieli  spróbować  —  mruknął  Cymmerianin,  gdy  adiutant  dotarł  z 

powrotem.  —  Daj  znać  lekkiej  jeździe  kapitana  Dio,  by  pierwsza  przekroczyła  rzekę  i 

przeszukała przyległe lasy. Następna przejdzie piechota. Każdy żołnierz ma trzymać się pasa 

swego poprzednika. Niektórzy z tych partaczy utonęliby pod ciężarem swej broni, gdyby się 

tylko potknęli. 

Niebawem  chorągiew  lekkiej  jazdy  rozchlapując  wodę  wjechała  w  nurt  rzeki.  Po 

dotarciu  do  przeciwległego  brzegu  kapitan  Dio  machnięciem  ręki  dał  znak,  że  w  lesie  nie 

kryje się żaden nieprzyjaciel. 

Conan  przypatrywał  się  z  uwagą  koniom  idącym  przez  wodę,  zapamiętując  jej 

głębokość. Gdy stało się jasne, że za połową swej szerokości rzeka nie ma żadnej głębiny, a 

przeciwległy  brzeg  jest  pusty,  Cymmerianin  dał  znak  piechocie.  Wkrótce  dwie  kompanie 

pikinierów  i  jedna  łuczników  pokonały  wezbrane  wody.  Każdy  z  żołnierzy  trzymał  się 

drzewca piki idącego przed nim. Łucznicy trzymali  łuki w górze, by  chronić cięciwy przed 

zamoknięciem. Conan podjechał bliżej Alaricusa i zawołał: — Przekaż ciężkiej konnicy, by 

forsowała bród, potem niech zaczną się przeprawiać tabory wraz z kompanią Cerca. Ja jadę 

na środek rzeki. 

Koń  wszedł  do  rzeki  prychając.  Gdy  zwierzę  zaczęło  się  boczyć  i  zarżało  przed 

niewidzialnym  niebezpieczeństwem,  Conan  uderzył  ostrogami  i  zmusił  konia  do  wejścia  w 

najgłębszą część rzecznego koryta. 

Bystre  oczy  barbarzyńcy  wciąż  przepatrywały  nadbrzeżne  krzewy  o 

nefrytowozielonym listowiu. Droga od brodu była mrocznym tunelem biegnącym pod dębami 

okrytymi  świeżymi  liśćmi.  Gałęzie  drzew  zdawały  się  podtrzymywać  ciężar  ołowianego 

nieba.  Jest  tu  dość  miejsca,  aby  się  ukryć,  pomyślał  Conan.  Lekka  jazda  stała  stłoczona  na 

małej  polance  na  brzegu  rzeki,  chociaż  powinni  byli  rozproszyć  się  i  głębiej  przeszukać 

przyległe  lasy,  zanim  pierwsi  piechurzy  osiągnęli  północny  brzeg.  Cymmerianin  wykonał 

gniewny gest. 

background image

   — Dio! — wrzasnął ze środka rzeki. Jeśli był tu nieprzyjaciel, na pewno już dawno 

spostrzegł przeprawę, tak że nie było sensu zachować milczenia. 

   — Rozproszcie się i przeczeszcie te krzaki! Ruszcie się, żeby was szlag nie trafił! 

   Trzy  kompanie  piechoty  wygramoliły  się  na  brzeg,  zabłocone  i  ociekające  wodą, 

podczas gdy konnica Dio rozdzieliła się w końcu na małe grupy i zanurzyła w gęstwinę po 

obu  stronach  drogi.  Wojsko  jest  najbardziej  narażone  na  atak  przy  przekraczaniu  brodu. 

Conan wiedział o tym i mroczne przeczenie wezbrało w jego barbarzyńskim sercu. 

Zmusił  konia  do  obrócenia  się  w  miejscu,  by  sprawdzić,  jak  wygląda  sytuacja  po 

drugiej  stronie.  Ciężka  jazda  brnęła  przez  rzekę,  pierwsze  wozy  zaś  zaczynały  właśnie 

wjeżdżać do wody. Kilka od razu ugrzęzło  w mule. Żołnierze pchali je  stojąc zanurzeni  do 

pasa. 

Nagły  krzyk  rozdarł  gęste  od  wilgoci  powietrze.  Conan  odwrócił  się  szybko  i  ujrzał 

ruch w krzakach bardziej oddalonych od brodu. Odruchowo ściągnął wodze swego rumaka i 

wymierzona w niego strzała śmignęła przed jego piersią jak atakująca żmija i pogrążyła się w 

szyi  młodego  oficera  stojącego  za  nim.  Gdy  umierający  mężczyzna  spadł  z  siodła  we 

wzburzoną  wodę,  Conan  wbił  ostrogi  w  końskie  boki,  wykrzykując  rozkazy.  Musiał  jak 

najszybciej  poprowadzić  ciężką  jazdę  do  starcia  z  wrogiem.  Wciąż  nie  wiedział,  czy  miał 

przed sobą słabe ubezpieczenie przeprawy, czy też główne siły armii Procasa. 

Nagle  koń  stanął  dęba  i  zatoczył  się  trafiony  następną  strzałą.  Rżąc  rozpaczliwie, 

stworzenie upadło wyrzucając Conana z siodła. Cymmerianin łyknął mętnej wody i podniósł 

się na nogi klnąc jak szalony. Kolejna strzała trafiła w jego napierśnik, odbiła się i zniknęła w 

nurcie.  Wszędzie  dookoła  niego  leniwy  spokój  szarego  dnia  przepadł  w  nicość.  Ludzie 

wywrzaskiwałi bojowe okrzyki albo krzyczeli ze strachu i bólu i przeklinali bogów. 

Zaraz  potem  Conan  zobaczył  potrójną  linię  łuczników  i  kuszników  w  niebieskich 

płaszczach Legionu Pogranicznego. Równym krokiem wymaszerowali z gęstego listowia, by 

zasypać  gradem  strzał  szamoczących  się  w  rzece  buntowników.  Przeciągły  świst  strzał 

mieszał  się z głębszym  wizgiem bełtów z kusz. Kusznicy nie mogli wprawdzie strzelać tak 

szybko  jak  łucznicy,  ale  kusze  miały  dużo  większy  zasięg,  a  ich  żelazne  pociski  przebijały 

nawet  najlepsze  zbroje.  Coraz  to  któryś  z  jeźdźców  spadał  z  konia  z  krzykiem  lub  w 

milczeniu, a spienione wody Alimane zamykały się nad nim i unosiły w dal bezwładne ciało. 

Brnąc do brzegu, Conan wypatrywał trębaczy, którzy mogliby zwołać rozproszonych 

powstańców  i  opanować  zamieszanie.  Znalazł  wreszcie  jednego,  Gunderlandczyka  o 

wyłupiastych  oczach,  tępo  przyglądającego  się  dokonującej  się  jatce.  Wymyślając  mu  od 

najgorszych Conan ruszył w stronę przerażonego tchórza, lecz gdy miał go już schwycić za 

background image

kołnierz, Gunderlandczyk zgiął się wpół i padł głową w wodę ze strzałą z kuszy w brzuchu. 

Trąbka wysunęła się z jego dłoni i przepadła w rzece. 

Conan  przystanął,  rozglądając  się  wokół  jak  przyparty  do  skały  lew.  Wtem  usłyszał 

dobiegający z polany tętent kopyt. Aquilońska konnica z grzmotem wyjechała z lasu i natarła 

na kręcącą się w kółko gromadę lekkiej jazdy i piechoty. Uzbrojeni w miecze i lance jeźdźcy 

na  potężnych  rumakach  rozpędzili  jazdę  Conana  na  boki.  Piesi  zostali  stratowani.  W 

mgnieniu  oka  północny  brzeg  został  oczyszczony  z  buntowników.  Chorągwie  Procasa 

rozsypały się w tyralierę jeźdźców, która rzuciła się w wodę, by wybić tych, którzy szamotali 

się w rzece. 

— Do mnie! — zagrzmiał Conan, wymachując mieczem. — Zewrzeć szeregi! 

Lecz ci, którzy przeżyli atak nieprzyjaciela, zepchnięci do rzeki w panicznej ucieczce 

cofali  się  na  południowy  brzeg,  odpychając  lub  roztrącając  swych  towarzyszy,  idących  w 

przeciwną  stronę.  Jeźdźcy  Procasa  pokonywali  nurt  wzbijając  fontanny  wody.  Za  pierwszą 

ich  linią  utworzyła  się  druga,  a  za  tą  trzecia  i  następne.  Ze  skrzydeł  łucznicy  i  kusznicy 

kontynuowali  swój  ostrzał.  Łucznicy  Conana  bez  przerwy  potrącani  i  popychani  nie  byli  w 

stanie im odpowiedzieć. 

—  Generale!  —  zawołał  Alaricus.  Conan  obejrzał  się  i  ujrzał  młodego  kapitana 

brnącego  ku  niemu.  —  Ratuj  się!  Przepadliśmy  tutaj,  ale  możesz  przygotować  obronę  na 

południowym brzegu. Weź mojego konia! 

Conan wypluł przekleństwo w stronę zbliżającej się linii jeźdźców. Na chwilę zawahał 

się. Przez głowę przemknęła mu myśl, aby rzucić się na nich w pojedynkę, lecz odegnał ten 

pomysł tak szybko, jak się pojawił. W młodości Conan bez namysłu zdecydowałby się na taki 

szaleńczy  atak.  Teraz  był  jednak  generałem,  odpowiedzialnym  za  życie  swoich  żołnierzy. 

Lata  doświadczeń  utemperowały  jego  młodzieńczą  brawurę.  Gdy  Alaricus  począł  zsiadać  z 

konia, Conan chwycił strzemię adiutanta, krzycząc: 

— Nie zsiadaj, chłopcze! Ruszaj na południowy brzeg, na Croma! 

Alaricus  spiął  ostrogą  konia,  który  rozchlapując  wodę  pognał  z  powrotem.  Conan, 

trzymając  się  strzemienia,  towarzyszył  —  mu  długimi  susami.  Przedzierali  się  ku  brzegowi 

pośród  cofającej  się  masy  pieszych  i  konnych  powstańców  gnających  na  południe  w 

bezmyślnej ucieczce. 

Za  nimi  jechali  Aquilończycy  pchnięciami  lanc  zabijając  tych,  co  zostawali  w  tyle. 

Wody brodu Mevano były różowe od krwi. Tylko to, że ścigający również musieli walczyć ze 

spienionym nurtem, ocaliło przednie oddziały Conana przed całkowitym zniszczeniem. 

background image

Główna  masa  uciekinierów  dotarła  do  ciężkiej  jazdy,  która  weszła  do  rzeki  za 

piechotą.  Pędzący  ludzie  wpadli  pomiędzy  konie,  wywrzaskując  swą  zgrozę.  Przestraszone 

zwierzęta  poczęły  stawać  dęba  i  zrzucać  jeźdźców,  dopóki  ci  również  nie  dołączyli  do 

odwrotu.  Za  nimi  zdesperowani  woźnice  starali  się  zawrócić  wozy  z  zapasami  bądź  też 

tchórzliwie porzucali je, skakali do wody i brnęli ku południowemu brzegowi. Dotarłszy do 

porzuconych  pojazdów,  Aquilończycy  zarżnęli  ryczące  woły  i  ruszyli  dalej.  Martwe  ciała, 

niesione przez prąd, zbijały się w makabryczne ludzkie tratwy. Wozy przewracały się gubiąc 

swoją zawartość. Spieniony nurt unosił płachty namiotów, pęki oszczepów i kołczany strzał. 

Conan, krzycząc do ochrypnięcia, wydostał się na południowy brzeg, gdzie pozostałe 

kompanie stały przyglądając się bezczynnie nadciągającej katastrofie. Cymmerianin próbował 

rozstawić  je  w  obronnym  szyku,  lecz  wszędzie  powstańcze  oddziały  rozpadały  się  na 

bezładne  rojowiska  uciekających  ludzi.  Odrzucając  piki,  tarcze  i  hełmy,  szukali 

bezpieczeństwa  w  okolicznych  krzakach  i  zagajnikach.  Cała  dyscyplina,  mozolnie  wpajana 

im przez poprzednie miesiące, zniknęła w tej chwili próby. 

Tylko kilka grup żołnierzy zostało na stanowiskach i przyjęło walkę, gdy Aquilońska 

jazda dotarła do nich, lecz szybko zostali stratowani, wybici lub rozproszeni. 

Conan natknął się w ścisku na Publiusa i schwycił go za ramię, krzycząc, aby szedł za 

nim.  Niezdolny  usłyszeć  dowódcę  w  tym  zgiełku,  skarbnik  bezradnie  wzruszył  ramionami, 

pokazując w dół ręką. U jego stóp leżało ciało adiutanta Conana, które Publius osłaniał przed 

buciorami uciekających żołnierzy. Koń Alaricusa zniknął. 

Z  gniewnym  okrzykiem  Conan  rozproszył  tłum  płazem  miecza.  Zarzucił  sobie 

Alaricusa  na  ramię  i  ruszył  biegiem  na  południe.  Krępy  Publius  biegł  obok  niego  dysząc  i 

sapiąc. Tuż za ich plecami Aquilońscy jeźdźcy wyjechali na brzeg i ruszyli za uciekającymi 

buntownikami. Niebawem otoczyli stojące wzdłuż drogi tabory i zatrzymali się czekając, aż 

dalsze szeregi pokonają wezbraną rzekę. 

Dalej  od  brodu  niektórzy  z  woźniców  zdołali  zawrócić  swe  ciężkie  wozy  i  pognali 

woły  do  niezdarnego  biegu  ku  bezpiecznym  wzgórzom.  Droga  na  południe  czerniła  się  od 

uciekających  ludzi,  podczas  gdy  setki  innych  gnały  przez  łąki,  ku  ciemniejącym  w  oddali 

lasom. 

Ponieważ  dzień  był  jeszcze  młody,  a  siły  Aquilończyków  świeże,  oddziały  Conana 

stanęły  w  obliczu  całkowitej  zagłady.  W  tym  momencie  jednak  zaszło  coś,  co  zwiększyło 

szansę  powstańców.  Aquilończycy,  którzy  okrążyli  wozy  z  zapasami,  zamiast  ruszyć  dalej, 

jęli plądrować je, nie zważając na rozkazy swych oficerów. Widząc to, Conan zawołał: 

— Publiusie! Gdzie jest skrzynia z żołdem? 

background image

— Nie… wiem — wychrypiał skarbnik. — Była w jednej z ostatnich fur, więc może 

nie dostała się w ich ręce. Nie… mogę… już biec. Zostaw mnie, Conanie. 

—  Nie  bądź  głupcem  —  warknął  Conan.  —  Potrzebuję  człowieka  umiejącego 

rachować. Ten worek mąki już dochodzi do siebie. 

Gdy Conan położył  Alaricusa na ziemi, młodzieniec otworzył oczy i jęknął. Nie był 

ranny.  Ogłuszyła  go  strzała  z  kuszy,  która  bokiem  uderzyła  w  jego  hełm  i  wgięła  blachę. 

Conan podźwignął Alaricusa na nogi. 

—  Wyniosłem  cię  stamtąd,  chłopcze  —  powiedział  Cymmerianin.  —  Teraz  twoja 

kolej pomóc mi nieść naszego grubego przyjaciela. 

Cała  trójka  ruszyła  pospiesznie  w  stronę  wzgórz.  Conan  i  Alaricus  podpierali  z  obu 

stron zataczającego się między nimi Publiusa. Począł padać deszcz, zrazu łagodnie, ale potem 

lunęło jak z cebra. 

   Ponure  myśli  przechodziły  przez  głowę  Conana  tej  nocy,  gdy  siedział  w  dolinie  u 

stóp  Gór  Rabiriańskich.  Dzień  zakończył  się  zupełną  klęską.  Jego  ludzie  rozproszyli  się. 

Oddziały wiernego królowi generała przeczesywały okolicę wieszając i ścinając schwytanych 

powstańców.  Wydawało  się,  że  rebelia  poniosła  ostateczną  porażkę,  utopiona  w  mętnych, 

zmieszanych z krwią wodach Alimane. 

W  skalnym  zagłębieniu,  wśród  dębów  i  sosen  ukryło  się  wraz  z  Conanem  kilka 

tuzinów żołnierzy. Było to mieszane towarzystwo: Aquilońscy rycerze, pachołkowie, banici i 

poszukiwacze przygód. Niektórzy byli ranni, choć tylko paru śmiertelnie, ale wszystkie serca 

pełne były rozpaczy. 

Conan  wiedział,  że  oddziały  Amuliusa  Procasa  krążą  wśród  wzgórz  z  zamiarem 

wytępienia  wszystkich  niedobitków.  Zwycięski  Aquilończyk  zamyślił  zapewne  zgnieść 

rebelię raz na zawsze poprzez zadanie śmierci każdemu schwytanemu buntownikowi. Conan 

musiał  przyznać  rację  swemu  zaprawionemu  w  bojach  rywalowi.  Gdyby  on  był  na  miejscu 

Amuliusa Procasa, postępowałby podobnie. 

Pogrążony  w  posępnym  milczeniu,  Conan  rozmyślał  nad  losem  Prospera  i  Trocera. 

Prospero miał zmylić przeciwnika, ścigając jego główne siły pod bród Nogara, tak by Conan i 

Trocero przeprawiając się mieli do czynienia jedynie z niewielkimi oddziałami ubezpieczenia 

przepraw.  Zamiast  tego  wojska  Procasa  uderzyły  znienacka  i  z  całą  siłą  na  grupę  Conana. 

Barbarzyńca zastanawiał się, w jaki sposób Procas tak dobrze poznał ich plany. 

W  ciemności  dookoła  Conana  siedzieli  ludzie  przemoczeni  do  suchej  nitki.  Nie 

odważyli się rozpalić ognia. Kichanie i kaszel rozlegały się raz po raz w różnych miejscach. 

Gdy ktoś zaklął na pogodę, Conan burknął: 

background image

—  Dziękujcie  swym  bogom,  że  pada!  Gdyby  dzień  był  pogodny,  Procas  wyrżnąłby 

wszystkich do nogi! Ilu nas jest? — zapytał po chwili. — Zgłaszać się, ale po cichu. Publius, 

licz ich. 

Ludzie odpowiadali: „Tutaj! Tutaj!”, podczas gdy Publius zliczał ich na palcach. Gdy 

przebrzmiało ostatnie: „Tutaj”, skarbnik powiedział: 

— Stu trzynastu, generale, nie licząc nas. 

Conan  mruknął  coś  niezrozumiale.  Chociaż  pragnienie  zemsty  gorzało  jaskrawym 

ogniem  w  piersi  barbarzyńcy,  wydawało  się  niemożliwe,  by  tak  mizerna  grupa  mogła 

stanowić  początek  nowej  armii.  Mimo  że  przed  resztkami  swych  wojsk  przybierał  dziarską 

minę, jego duszę szarpał sęp zwątpienia. 

Rozstawili  straże  i  przez  całą  noc  zbłąkani  żołnierze,  doprowadzani  przez 

wartowników,  napływali  do  dolinki  pojedynczo,  dwójkami  lub  trójkami.  Około  północy 

pojawił  się  Dexitheus.  Kapłan  Mitry  przy  każdym  kroku  krzywił  się  z  bólu  w  zwichniętej 

kostce. 

Nad  ranem  w  zagłębieniu  zebrało  się  prawie  dwustu  niedobitków,  niektórzy  z  nich 

ciężko ranni. Dexitheus, mimo własnej kontuzji, zabrał się za opatrywanie rannych. Całymi 

godzinami usuwał z ciał groty strzał i bandażował rany, dopóki Conan szorstko nie nakazał 

mu odpoczynku. 

Obóz  był  prowizoryczny,  a  Conan  wiedział,  że  mają  niewielkie  szansę,  by  ujrzeć 

następny poranek. Na razie jednak byli żywi, większość wciąż miała broń i wielu gotowych 

było  podjąć  straceńczą  walkę,  gdyby  Procas  odkrył  ich  kryjówkę.  W  takiej  sytuacji  Conan 

wreszcie usnął. 

Świt  ogarniał  niebo,  na  którym  chmury  rozłamywały  się,  kurczyły  i  odpływały 

pozostawiając  czysty  błękit.  Conana  obudził  gwar  wielu  ludzi.  Nowo  przybyłym  okazał  się 

Prospero wraz ze swoim oddziałem w sile pięciuset ludzi. 

—  Prospero!  —  wykrzyknął  Conan,  zrywając  się  na  nogi.  Objął  przyjaciela  w 

potężnym  uścisku,  a  następnie  odprowadził  go  na  bok.  —  Dzięki  niech  będą  Mitrze!  — 

zawołał. — Jak przeszedł ci wczorajszy dzień? Jak nas odnalazłeś? Co z Trocerem? 

— Wszystko po kolei, generale — odrzekł Prospero, odzyskując dech. — Nad brodem 

Nogara znaleźliśmy tylko kilku wartowników, którzy na nasz widok uciekli. Przez cały dzień 

maszerowaliśmy  w  kółko,  trąbiliśmy  i  biliśmy  w  bębny,  ale  nie  udało  nam  się  zwabić  do 

brodu ani jednego królewskiego żołnierza. Pomyślałem, że to dziwne, więc pchnąłem gońca 

w dół rzeki. Ten doniósł mi, że wre tam zacięta walka, a oddziały Trocera cofają się. Potem 

dotarł do nas uciekinier od ciebie i opowiedział o waszej klęsce. Nie chcąc przeto dostać się 

background image

ze  swoimi  pomiędzy  żarna,  wycofałem  się  na  wyżynę.  Tam  inni,  którzy  wyszli  cało, 

powiedzieli  mi,  gdzie  cię  mniej  więcej  szukać. Reszta  to  szczęśliwy  przypadek.  Mów  teraz, 

co z tobą? 

Conan zacisnął zęby, by stłumić grube przekleństwo. 

— Tym razem wyszedłem na głupca. Poprowadziłem swoich prosto w zęby Procasa. 

Powinienem był zaczekać, aż Dio przeczesze las i dopiero wtedy dać rozkaz do forsowania. 

Dobrze, że Dio zginął na początku ataku, bo w przeciwnym razie sprawiłbym, żeby teraz tego 

zapragnął. On i jego ludzie zachowywali się jak bezmyślne szczeniaki. Zanim zabrali się do 

przeszukania  lasu,  było  już  za  późno.  Lecz  to  moja  wina.  Byłem  zbyt  niecierpliwy. 

Zwiadowcy Procasa musieli siedzieć na drzewach. Dali znak do ataku w najgorszym dla nas 

momencie. Teraz wszystko stracone. 

— Niezupełnie, Conanie — powiedział Prospero. — Jak zwykłeś mawiać: nic nie jest 

stracone, dopóki ostatni człowiek nie gryzie ziemi. W każdej wojnie bogowie na obie strony 

rzucają nagrody i klęski. Wycofajmy się z powrotem na równinę Pallos. Po drodze dołączymy 

do  Trocera.  Jest  nas  teraz  siedem  setek,  a  kiedy  zbierzemy  pozostałych  maruderów,  znowu 

będą tysiące. W wielu takich wąwozach jak ten powinny się kryć podobne gromady. 

—  Procas  ma  nad  nami  dużą  przewagę  —  skwitował  ponuro  Conan.  —  A  jego 

wyćwiczone oddziały nabrały nowego ducha po tym zwycięstwie. Czegóż przeciw nim może 

dokonać tych kilka tysięcy przygnębionych niepowodzeniem oberwańców? Poza tym będzie 

próbował  obsadzić  przełęcze  w  Górach  Rabiriańskich,  a  przynajmniej  główną  przełęcz 

Saxula. 

— Niewątpliwie — odparł Prospero. — Ale oddziały Procasa rozproszyły się szeroko, 

poszukując  niedobitków.  Nasze  stada  lwów  mogą  więc  po  kolei  pożreć  jego  zgraje  psów 

gończych. Nawiasem mówiąc, na jedną z nich natknęliśmy się w drodze tutaj. Była to setka 

lekkiej jazdy. Wybiliśmy ich do nogi. Daj spokój, generale! Ze wszystkich ludzi ty jesteś tym, 

który  nigdy  nie  daje  za  wygraną.  Zdarzało  ci  się  już  tworzyć  armie  z  band  łotrzyków  i 

wstrząsnąć posadami tronów, więc możesz to uczynić ponownie. Bądź dobrej myśli! 

Conan zaczerpnął głęboki oddech i uniósł głowę. 

—  Masz  rację,  na  Croma!  —  zawołał.  —  Nie  będę  dłużej  jęczał  jak  głodujący 

półgłówek.  Przegraliśmy  bitwę,  ale  nasza  sprawa  trwa  tak  długo,  dopóki  jest  nas  dwóch 

mogących oprzeć się o siebie plecami i walczyć za nią. I wciąż mamy to! — Sięgnął za siebie 

i wydobył ze szczeliny w skale sztandar Lwów, symbol rebelii. Żołnierz, który go niósł, choć 

śmiertelnie  ranny,  dowlókł  się  z  nim  do  wzgórz.  Gdy  padł,  Conan  zwinął  sztandar  i  ukrył. 

Teraz rozpostarł go w blasku dnia. 

background image

—  Niewiele  zostało  tego  z  całej  armii  —  powiedział  głębokim  basem  —  ale 

zdobywano  trony  mając  jeszcze  mniej.  —  Na  obliczu  Conana  pojawił  się  surowy,  pełen 

determinacji uśmiech. 

background image

PURPUROWY LOTOS 

 

Dalsze godziny udowodniły, że Fortuna nie do końca odwróciła się od buntowniczej 

armii.  Poprzedniej,  pochmurnej  i  dżdżystej  nocy  w  ciemnościach  znużeni  żołnierze  Procasa 

nie  zdołali  wytrzebić  zbyt  wielu  niedobitków.  Tak  więc,  gdy  poranne  słońce  wytoczyło  się 

spod  okrywy  chmur,  pojedyncze  oddziały  powstańców,  które  wymknęły  się  oddziałom 

pościgowym  albo rozbiły te, które spotkały na swej drodze, maszerowały raźno w kierunku 

gór. 

Noc się już zbliżała, gdy Conan wraz z resztkami wojsk dotarł do przełęczy Saxula. 

Posłał przed sobą ludzi na zwiad, ponieważ był pewien, iż przyjdzie mu siłą wywalczyć sobie 

przejście. Zaklął ze zdziwienia, gdy zwiadowcy przynieśli wiadomość, że nigdzie w okolicy 

nie  stwierdzono  obecności  żołnierzy  Legionu  Pogranicznego.  Znaleziono  tylko  popioły 

ognisk i inne ślady. Oznaczało to, że oddziały Procasa obozowały na przełęczy, lecz już stąd 

odeszły. 

— Na Croma! Co to ma znaczyć? — denerwował się Cymmerianin, wpatrując się w 

wielką szczerbę w  górskiej grani.  — Czy to  możliwe, by Procas wysłał swoje siły dalej, w 

głąb Argos? 

—  Nie  sądzę  —  powiedział  Publius.  —  To  oznaczałoby  otwartą  wojnę  z  Milo. 

Bardziej  prawdopodobne  jest,  że  nakazał  swym  ludziom  cofnąć  się  za  Alimane,  zanim  w 

Messancji  dowiedzą  się  o  tym  wtargnięciu.  Wtedy,  jeżeli  król  Milo  złoży  protest,  Procas 

będzie  mógł  zaprzeczyć,  iż  jakikolwiek  Aquiloński  żołnierz  postawił  stopę  na  argosańskiej 

ziemi. 

— Miejmy nadzieję, że masz rację — powiedział Conan. — Ruszajmy! 

Następnego dnia do Conana przyłączyło się kilka pełnych kompanii, które nietknięte 

uszły  z  zasadzki  pod  Mevano.  Największym  jednak  sukcesem  było  odnalezienie  hrabiego 

Trocero  we  własnej  osobie,  obozującego  na  szczycie  jednego  ze  wzgórz  wraz  z  dwiema 

setkami  jazdy  i  tysiącem  pieszych.  Trocero  długo  nie  mógł  wydostać  się  z  objęć  Conana  i 

Prospera. 

— Dzięki niech będą Mitrze, że żyjesz! — wołał hrabia. — Słyszałem, że padłeś od 

strzały i że twój oddział czmychnął na południe jak ptactwo odlatujące na zimę. 

—  Na  pewno  wiele  słyszałeś  o  bitwie,  a  może  dziesiąta  część  z  tego  to  prawda  — 

rzekł Conan. Potem opowiedział mu o zasadzce pod Mevano i zapytał:  — Jak wiodło ci się 

pod Tunais? 

background image

—  Procas  zmiótł  nas  równie  skutecznie  jak  was.  Myślę,  że  dowodził  osobiście. 

Zorganizował  zasadzkę  na  południowym  brzegu  rzeki  i  uderzył  z  obu  stron,  gdy 

przygotowywaliśmy  się  do  przeprawy.  Nie  spodziewałem  się,  że  może  wtargnąć  na 

terytorium Argos. 

— Amulius Procas nie jest głupi — powiedział Conan. — Nie ma też nic przeciwko 

ryzykownym posunięciom, kiedy trzeba. Jak jednak tu dotarłeś? Przez przełęcz Saxula? 

— Nie. Kiedy na nią podeszliśmy, obozował tam silny oddział Procasa. Na szczęście 

jeden z moich jeźdźców, parający się dawniej przemytem, znał wąskie przejście, przez które 

nas  przeprowadził.  Wspinaczka  była  bardzo  stroma,  ale  obeszliśmy  się  utratą  tylko  dwóch 

koni. Powiedz, czy przełęcz Saxula jest już wolna? 

— Była, przynajmniej ostatniej nocy — odrzekł Conan i rozejrzał się dookoła. 

— Ruszajmy czym prędzej z powrotem do naszego obozu na równinie Pallos. Razem 

z twoimi mamy ponad dwa tysiące ludzi. 

— Trudno to nazwać armią — mruknął Publius. — To zaledwie resztka z dziesięciu 

tysięcy, które wymaszerowały z nami na północ. 

— To początek — powiedział Conan, którego pochmurny nastrój z poprzedniej nocy 

ulotnił  się  bezpowrotnie.  —  Przypominam  sobie,  że  całe  nasze  przedsięwzięcie  liczyło 

najpierw jedynie piątkę dzielnych serc. 

W trakcie dalszego marszu do resztek buntowników dołączyły kolejne grupki, a także 

pojedynczy wojownicy. Conan ciągle oglądał się za siebie z niepokojem, spodziewając się w 

każdej chwili ujrzeć wylewający się zza Gór Rabiriańskich cały Legion Pograniczny Procasa. 

Publius miał jednak odmienne zdanie. 

— Zważ, generale — mówił. — Król Milo z pewnością jeszcze nas nie zdradził, ani 

nie zwrócił się przeciwko nam, inaczej wysłałby swoje wojska, by nas zaatakowały w chwili, 

gdy  Procas  zdobył  nad  nami  przewagę.  Mniemam,  że  nawet  szalony  król  Aquilonii  nie 

poważy  się  na  otwartą  wojnę  z  państwem  Argos.  Argosańczycy  to  twardy  orzech  do 

zgryzienia.  Amulius  Procas  musi  znać  jego  politykę,  inaczej  nie  przeżyłby  tak  długo  w 

służbie Numedidesa. Nie można pochopnie zadrażniać stosunków z przyległymi królestwami. 

Kiedy już dotrzemy z powrotem do naszego obozu, to powinniśmy być na razie bezpieczni. 

Czekają na nas rezerwowe dostawy i markietanki. Cymmerianin popatrzył na niego spode łba. 

—  Chyba,  że  Numedides  przekupi  albo  namówi  Mila  do  zwrócenia  się  przeciwko  nam. 

Conan miał rację, gdyż niedługo potem Aquilońscy posłowie spotkali się z królem Milo i jego 

doradcami. Przywódcą wysłanników Numedidesa był Zingarańczyk Quesado, który dotarł do 

Messancji po długiej i ciężkiej jeździe, omijając z daleka walczące armie. 

background image

Quesado, ustrojony teraz w kaftan z czarnego aksamitu i buty z delikatnej czerwonej 

kordowańskiej  skóry,  zmienił  się  bardzo,  ale  bynajmniej  nie  z  korzyścią  dla  swego 

pracodawcy.  Słysząc  o  wyczynach  szpiega  Vibiusa  Latro  zachwycony  król  Numedides 

nakazał przeniesienie Quesado do służby dyplomatycznej. Okazało się to błędem. 

Zingarańczyk był doskonałym szpiegiem, od dawna przywykłym nie wyróżniać się w 

tłumie.  Teraz  jednak,  po  nagłym  awansie  połączonym  z  przypływem  gotówki  i  znaczenia, 

Quesado  zupełnie  pozbył  się  swej  fasadowej  skromności.  Zamiast  niej  pojawiła  się 

pompatyczna duma i pyszne pozy zingarańskiego szlachetki. Spoglądając wzdłuż dziobatego 

nosa,  usiłował  niedwuznacznymi  pogróżkami  przekonać  króla  Milo  i  jego  doradców,  iż 

mądrzej byłoby zjednać sobie łaskawość króla Aquilonii, niż popierać jego niedowarzonych 

przeciwników. 

—  Wasza  Królewska  Wysokość,  panowie  —  rozpoczął  Quesado  ostrym  belferskim 

tonem.  —  Z  pewnością  wiecie,  iż  jeżeli  postanowicie  nie  przyjąć  przyjaźni  mojego  pana, 

musicie  zaliczyć  się  do  jego  wrogów.  I  im  dłużej  będziecie  zezwalać,  aby  w  waszym 

królestwie  znajdowała  schronienie  rebelia,  tym  bardziej  skazi  was  trucizna  zdrady  wobec 

mojego suwerennego władcy, potężnego króla Aquilonii. 

Na szerokiej twarzy króla Milo pojawił się rumieniec gniewu i monarcha poruszył się 

gwałtownie. Potężnie zbudowany mąż w średnim wieku, którego bujna broda sięgała do pasa, 

Milo  roztaczał  aurę  niewzruszonej  godności.  Wyglądał  jak  prosty  chłop,  ale  był  władcą 

bogatego  i  sprawnie  urządzonego  królestwa.  Powolny  w  kształtowaniu  swego  zadania,  gdy 

jednak raz podjął decyzję, potrafił być wyjątkowo uparty. Spoglądając spod brwi na Quesado, 

wyrzucił z siebie twardo: 

— Argos to wolny kraj, mój panie! Nigdy nie byliśmy, i Mitra mi świadkiem, że nie 

będziemy,  poddanymi  króla  aquilońskiego.  Zdrada  oznacza  naruszenie  zasad  postępowania 

poddanego wobec swego pana. Twierdzisz zatem, że twój wypasiony Numedides jest panem 

Argos? 

Quesado  zaczął  się  pocić.  Jego  kościste  czoło  zalśniło  w  łagodnym  świetle 

przesączającym  się  przez  szyby  komnaty  rady,  zabarwione  pasmami  lazuru,  zieleni  i 

szkarłatu. 

— Nie taka była moja intencja, Wasza Królewska Wysokość — ukorzył się spiesznie, 

po  czym  znacznie  ciszej  powiedział:  —  Lecz  z  całym  należnym  szacunkiem,  panie,  muszę 

wskazać, że mój władca nie może nie zważać na pomoc udzielaną przez swego monarszego 

brata buntownikom przeciw Rubinowemu Tronowi. 

background image

—  Nie  udzieliliśmy  im  żadnej  pomocy  —  odrzekł  nachmurzony  Milo.  —  Wasi 

szpiedzy  musieli  wam  donieść,  że  ich  resztki  rozbiły  się  obozem  na  równinie  Pallos  i  że  z 

braku  dostaw  z  Messancji  grasują  po  okolicy  w  poszukiwaniu  pożywienia.  Ich  bossońscy 

łucznicy wykorzystują teraz swoją zręczność w polowaniach na kaczki i jelenie. Twierdzicie, 

że  zwycięstwo  generała  Procasa  było  rozstrzygające?  Czego  więc  miałaby  się  obawiać 

potężna  Aquilonia  ze  strony  zgrai  niedobitków,  których  głodówka  skłoniła  do  takiej 

desperacji.  Doniesiono  nam,  że  została  ich  jedynie  dziesiąta  część  pierwotnej  liczby  i  że 

codziennie ubywa ich z powodu dezercji. 

— To prawda, Wasza Królewska Wysokość — powiedział Quesado, przybrawszy swą 

pozę.  —  Ale  co  oświecone  Argos  może  zyskać  na  udzielaniu  schronienia  takiej  bandzie? 

Nieudolni zwrócić się przeciw ich prawowitemu władcy, z pewnością będą utrzymywać się z 

przestępstw przeciw twoim lojalnym obywatelom. 

Nachmurzywszy się, Milo zamilkł, ponieważ nie miał przekonywającej odpowiedzi na 

argument  Quesado.  Nie  mógł  powiedzieć,  że  dał  słowo  swemu  staremu  przyjacielowi, 

hrabiemu Trocero, iż pozwoli jego powstańcom  korzystać z gościny na swojej ziemi. Króla 

coraz  bardziej  drażniły  usiłowania  aquilońskiego  posła,  zmierzające  do  wymuszenia  jego 

decyzji. Milo lubił sam dochodzić do nich w swoim czasie, bez niczyjego ponaglania. Władca 

podniósł się ociężale, kończąc rozmowę. — Rozważymy życzenia naszego brata Numedidesa, 

ambasadorze Quesado — powiedział Milo. — W stosownej chwili zostaniesz powiadomiony 

o naszej decyzji. Obecnie otrzymujesz nasze pozwolenie odejścia. 

Z  ustami  zwiniętymi  w  fałszywym  uśmiechu  Quesado  wycofał  się  w  ukłonach,  lecz 

jad  wściekłości  przeżerał  jego  serce.  Fortuna  tym  razem  sprzyjała  Conanowi,  ale  następny 

rzut kości mógł dać inny wynik, albowiem Conan, chociaż tego nie wiedział, hodował żmiję 

na swojej piersi… 

Armia  Lwów  nie  była  jednak  tak  osłabiona  czy  zagłodzona,  jak  sądzili  Milo  i 

Quesado.  Liczyła teraz tysiąc pięciuset  ludzi  i  z każdym  dniem odbudowywała swoją siłę i 

gromadziła  zapasy.  Konie  pasły  się  na  wysokiej,  równinnej  trawie,  markietanki  zaś,  które 

pozostały w obozie, gdy armia wymaszerowała na północ, pielęgnowały rannych. Ocalono też 

znaczną  część  taborów,  a  obszarpane  grupy  wciąż  napływały  do  obozu,  by  powiększyć 

szczupłe,  lecz  rezolutne  szeregi  rebeliantów.  W  lasach  słychać  było  odgłosy  siekier  drwali, 

podczas  gdy  w  obozie  strugano  oszczepy  i  drzewca  strzał,  a  kowadła  rozbrzmiewały 

uderzeniami młotów kowali kujących do nich groty. 

Najbardziej  dodawała  otuchy  wieść,  że  straż  tylna  w  sile  tysiąca  ludzi,  dowodzona 

przez  barona  Grodera,  wymknęła  się  z  zasadzki  pod  Tunais  i  wędrowała  przez  góry  na 

background image

zachodzie. Conan wysłał oddział lekkiej jazdy pod wodzą Prospera, by odnaleźli zbłąkanych 

towarzyszy  i  sprowadzili  ich  do  głównego  obozu.  Dexitheus zanosił  modły  do  Mitry,  by  ta 

wieść okazała się prawdziwa, bowiem siły Grodera podwoiłyby ich szeregi. Zdarzało się już, 

że królestwa były zdobywane przez armie liczące mniej niż trzy tysiące ludzi. 

Księżyc  w pełni słał swój  blask na równinę Pallos niczym  żółte oko rozgniewanego 

boga. Przejmująco zimny, niespokojny wiatr szemrał  w wysokich trawach i  niewidzialnymi 

palcami targał płaszcze wartowników, stojących na czatach dookoła obozu powstańców. 

W  namiocie,  w  blasku  świec  Conan  zasiedział  się  do  późna,  przysłuchując  się 

rozmowom  swych  oficerów.  Niektórzy  z  nich,  przygnębieni  niedawną  klęską,  niechętnie 

mówili  o”  dalszej  walce.  Inni,  żądni  pomsty,  nalegali  na  nowy  atak,  nawet  tak  niewielkimi 

siłami. 

—  Zważ,  generale  —  mówił  hrabia  Trocero.  —  Amulius  Procas  na  pewno  nie 

spodziewa się ataku z naszej strony tak szybko po poniesionej porażce, a więc moglibyśmy 

pokonać  go  przez  zaskoczenie.  Gdy  przekroczymy  Alimane,  przyłączą  się  do  nas  nasi 

przyjaciele w Poitain, którzy tylko czekają na nasze przybycie, by wywołać ogólne powstanie. 

Barbarzyńska natura Conana skłaniała się ku radom hrabiego. Przekroczenie granicy 

w momencie, w którym los zdawał się najmniej im sprzyjać, mogłoby przekształcić klęskę w 

zwycięstwo. Pilnie potrzebował uwieńczonego powodzeniem boju, by poprawić morale swej 

armii.  Sporo  ludzi  zdążyło  już zdezerterować  porzucając  to,  co  wydawało  im  się  przegraną 

sprawą.  Jeśli  nie  zdoła  nowymi  nadziejami  na  tryumf  podeprzeć  chwiejącego  się  ducha,  to 

strumyczek rozczarowanych stanie się wkrótce powodzią, która rozmyje jego armię. 

Jednakże  potężny  Cymmerianin  w  ciągu  lat  wojowania  dobrze  poznał  tajniki 

wojennego  rzemiosła.  Doświadczenie  nakazywało  mu  powściągnąć  ten  zapał  i  nie  narażać 

resztek  wojska,  przynajmniej  do  powrotu  Prospera  z  wieściami  o  baronie  Groderze  i  jego 

oddziale.  Dopiero  otrzymawszy  tak  znaczne  posiłki,  Conan  mógłby  zadecydować,  czy 

nadszedł już czas ataku. 

Odprawiwszy  dowódców,  Conan  zapragnął  ciepła  ramion  i  miękkich  piersi  Alciny. 

Czarnowłosa tancerka oczarowała go zręcznymi sposobami nasycania jego namiętności. Tej 

nocy jednak Alcina ze śmiechem wymykała się z jego uścisków, namawiając go do wypicia 

pucharu wina. 

—  Czas,  panie,  byś  zakosztował  napoju  ludzi  szlachetnych,  zamiast  jak  byle  chłop 

żłopać  bez  przerwy  piwsko  —  powiedziała.  —  Dla  twej  wyłącznej  przyjemności  dostałam 

butelkę wina z Messancji. 

background image

—  Na  Croma,  dziewczyno,  dość  już  wypiłem  tego  wieczora!  Pragnę  teraz  wina  z 

twoich warg, a nie z wytłaczanych winogron. 

—  To  tylko  łagodny  środek  pobudzający,  panie,  mający  wzmóc  twe  męskie  siły  i 

naszą rozkosz — przymilała się. 

Stojąc  w  świetle  świec  w  kusej  tunice  z  szafranowego  jedwabiu  uśmiechnęła  się 

uwodzicielsko i wyciągnęła ku niemu puchar z winem. 

—  Zawiera  przyprawy  z  moich  rodzinnych  stron,  które  pobudzą  twe  zmysły  — 

dodała. — Czyż nie skosztujesz go, panie, aby mnie zadowolić? 

Spoglądając z pożądaniem na blady owal jej twarzy, Conan rzekł: 

— Nie potrzebuję żadnych podniet, gdy czuję zapach twych włosów. Podaj mi jednak 

ten kielich, wypiję za rozkosze tej nocy. 

Wychylił  wino  trzema  głębokimi  łykami,  ignorując  gorzkawy  posmak  przypraw  i  z 

trzaskiem  odstawił  kielich.  Następnie  wyciągnął  ramiona  do  dziewczyny,  której  szeroko 

rozwarte oczy nagle wpatrzyły się w niego badawczo. Kiedy spróbował wziąć ją w ramiona, 

namiot  zawirował  dookoła  niego  w  szaleńczym  tempie  i  przeszywający  ból  wypełnił  jego 

trzewia.  Sięgnął  dłonią  do  słupa  podtrzymującego  namiot,  nie  trafił  i  ciężko  upadł.  Alcina 

pochyliła się nad nim. Oczy Conana zaszły mgłą. Rysy tancerki rozpływały się, ale jej zielone 

oczy ciągle płonęły jak jarzące się szmaragdy. 

— Na Croma, dziewko! — wydyszał Conan. — Otrułaś mnie! 

Cymmerianin usiłował się podnieść, lecz miał wrażenie, że jego ciało zamieniło się w 

ołów. Krew łomotała mu w skroniach, twarz spurpurowiała z wysiłku, ale nie udało mu się 

podnieść na nogi. Upadł na plecy, gwałtownie chwytając powietrze. W oczach ćmiło mu się, 

a potem poczuł, że odpływa z  jasnego wnętrza namiotu w podobny do transu sen na jawie. 

Nie był w stanie poruszyć się ani przemówić. 

   —  Conanie!  —  syknęła  jadowicie  dziewczyna.  —  Koniec  z  tobą,  ty  barbarzyński 

głupku!  Niedługo  i  te  żałosne  resztki  armii  powędrują  za  tobą  do  piekieł,  tam  gdzie  wasze 

miejsce! 

   Usadowiła  się  wygodnie  i  wyjęła  amulet,  który  nosiła  między  piersiami. 

Spojrzawszy na odmierzającą czas świecę stwierdziła, że jeszcze pół godziny musi upłynąć, 

zanim będzie mogła porozumieć się ze swym panem. Siedziała w milczeniu, nieporuszona jak 

sfinks, dopóki nie nadszedł czas. Wtedy skupiła swe myśli na kawałku obsydianu. 

W  dalekiej  Tarancji  Thulandra  Thuu  spoglądając  w  magiczne  lustro  wydał  z  siebie 

szyderczy śmiech, ujrzawszy rozciągniętego na ziemi Cymmerianina. Potem wstał, umieścił z 

powrotem zwierciadło w skrzyni, obudził służącego i wysłał go z wiadomością do króla. 

background image

Hsiao  znalazł  Numedidesa  nagiego,  rozkoszującego  się  masażem  wykonywanym 

przez  cztery  skąpo  ubrane  dziewczyny.  Skromnie  utkwiwszy  spojrzenie  w  posadzce,  Hsiao 

ukłonił się nisko i powiedział: 

— Mój pan pragnie z całym szacunkiem powiadomić Waszą Królewską Wysokość, że 

dzięki jego nieziemskim mocom bandyta Conan poniósł w Argos śmierć. 

Numedides odpędził dziewczyny i usiadł. 

— Martwy, powiadasz? 

— Tak jest, panie i królu. 

— Wspaniała wiadomość, wspaniała! — Z głośnym wybuchem śmiechu Numedides 

poklepał się po gołym udzie. — Coś jeszcze? — spytał. 

— Mój pan prosi o twoje pozwolenie wysłania kuriera do generała Amuliusa Procasa, 

aby zawiadomić go o tym wypadku i nakazać mu wkroczyć do Argos i rozbić buntowników, 

zanim znajdą sobie następnego przywódcę. 

Numedides machnął ręką. 

— Idź, żółty psie, i powiedz swemu panu, żeby czynił to, co uważa za stosowne.  — 

Następnie zwrócił się do dziewczyn: — Do roboty, gołąbeczki! 

Niebawem  w  drogę  do  obozu  generała  Procasa  na  granicy  z  Argos  wyruszył  kurier. 

Wiózł  on  wiadomość  noszącą  pieczęć  króla  Numedidesa,  która  w  ciągu  mniej  niż  dwóch 

tygodni miała spowodować atak niepokonanego Legionu Pogranicznego na pozostających bez 

przywództwa powstańców zebranych pod sztandarem Lwów. 

W namiocie Conana Alcina wyciągnęła swój podróżny kuferek i wyjęła zeń kostium 

pazia, w który się przebrała. W skrzyni pod strojami spoczywała mała miedziana szkatułka, 

którą  tancerka  otworzyła  przekręcając  opasującego  pokrywę  smoka.  Szkatułka  zawierała 

mnóstwo  pierścieni,  bransolet,  naszyjników,  kolczyków  i  innych  klejnotów.  Alcina 

przebierała  w  biżuterii,  dopóki  nie  znalazła  niewielkiego  miedzianego  prostokąta  z 

argosańską inskrypcją. Znak ten upoważniał jego właściciela do zmiany koni w królewskich 

stajniach  pocztowych.  Szybko  przebrała  klejnoty,  co  cenniejsze  wkładając  do  skórzanego 

woreczka, który wetknęła za pas. 

Dokonawszy  tego,  zgasiła  świecę  i  wyszła  z  pogrążonego  w  ciemności  namiotu. 

Zbliżyła się do wartownika i powiedziała wyniośle: 

— Conan zasnął, polecił mi jednak dostarczyć pilną wiadomość do króla Argos. Bądź 

tak dobry i każ pachołkom, by natychmiast osiodłali dla mnie konia i przyprowadzili go tutaj! 

background image

Wartownik zawołał kaprala, który posłał ludzi, by wykonali życzenie Alciny, podczas 

gdy  ona  czekała  spokojnie  u  wejścia  do  namiotu.  Żołnierze,  przyzwyczajeni  do  kaprysów 

nałożnicy generała i zapatrzeni w jej wspaniałą figurę, bez wahania spełnili jej polecenie. 

Gdy  przyprowadzono  konia,  wsiadła  nań  zręcznie  i  szybko  zniknęła  w  oświetlonej 

przez księżyc dali. 

Cztery dni  później Alcina dotarła do Messancji.  Natychmiast  pospieszyła do dawnej 

kryjówki  Quesado,  gdzie  znalazła  następcę  szpiega,  Fadiusa  Kothiańczyka,  karmiącego 

gołębie pocztowe. 

— Powiedz mi, gdzie jest Quesado? — zapytała. 

—  Nie  słyszałaś?  —  odrzekł  Fadius.  —  Jest  teraz  ambasadorem,  zbyt  dumnym,  by 

tracić czas na takich jak my. 

—  Cóż,  pan  czy  cham,  muszę  się  z  nim  natychmiast  widzieć.  Przynoszę  wieści 

wielkiej wagi. 

Fadius  zaprowadził  Alcinę  do  zajazdu,  w  którym  mieszkali  Aquilończycy.  Służący 

Quesado  przygotowywał  właśnie  łoże  dla  swego  pana,  gdy  Fadius  i  Alcina  wpadli  nie 

zapowiedziani. 

—  Do  kroćset!  —  wrzasnął  Quesado.  —  Cóż  z  was  za  grubiański  motłoch,  że 

przeszkadzacie mej szlachetnej osobie udać się na spoczynek? 

—  Dobrze  wiesz,  kim  jestem  —  przerwała  Alcina.  —  Przybyłam  przekazać  ci,  że 

Conan nie żyje. 

Quesado zamarł z otwartymi ustami, po czym je powoli zamknął. 

—  Dobrze!  —  powiedział  w  końcu.  —  To  rzuca  nowe  światło  na  wiele  spraw. 

Naciągnij mi z powrotem buty, Narses. Muszę natychmiast udać się do Milo. Co się zdarzyło, 

Alcino? 

Niedługo potem Quesado przybył  do pałacu i  wyniośle zażądał  posłuchania u króla. 

Zingarańczyk  zamierzał  zmusić  Milo  do  natychmiastowego  ataku  na  armię  Conana.  Żywił 

przekonanie,  że  buntownicy  zdemoralizowani  śmiercią  swego  przywódcy  pierzchną  na  sam 

widok armii byłego sojusznika. 

Los jednak sprawił, że wypadki potoczyły się zupełnie inaczej. Wyrwany ze snu, król 

Milo wpadł w szał usłyszawszy, że Quesado żąda audiencji o pomocy. 

Chwilę później do Quesado wszedł paź z wiadomością od Milo. 

— Jego Królewska Wysokość rozkazuje ci, panie, byś oddalił się natychmiast i wrócił 

o bardziej stosownej porze, najlepiej na godzinę przed południem dnia jutrzejszego. 

Quesado zarumienił się z gniewu i zawodu. Spoglądając z góry, powiedział: 

background image

— Mój dobry człowieku, wydajesz się nie pojmować, kim jestem. 

Paź roześmiał się, dorównując bezczelnością Quesado. 

—  Owszem,  panie,  wszyscy  wiemy,  kim  jesteś  i  czym  byłeś.  —  Szerokie  uśmiechy 

pojawiły się na twarzach strażników stojących za paziem, który mówił dalej: — Upraszam cię 

zatem,  abyś  raczył  się  oddalić  i  to  żywo,  bo  możesz  narazić  się  na  niezadowolenie  mego 

władcy! 

— Pożałujesz tych słów, hultąju! — warknął Quesado i odwrócił się. Rozwścieczony 

poszedł do swej dawnej kwatery na nadbrzeżu, gdzie zastał oczekujących na niego Alcinę i 

Fadiusa. Tam sporządził gniewną notatkę dla króla Aquilonii, donoszącą o odmowie Milo, i 

wysłał ją przywiązaną do gołębiej nóżki. 

Dwa dni później raport byłego szpiega dotarł do Vibiusa Latro, który pośpieszył z nim 

do  króla.  Numedides,  z  trudem  umiejący  powstrzymywać  swoje  pasje  nawet  w  najbardziej 

sprzyjających  okolicznościach,  przeczytawszy  o  sprzeciwie  króla  Argos,  z  miejsca  wysłał 

kolejnego  kuriera  z  poleceniem  dla  generała  Amuliusa  Procasa.  Posłanie  to  w 

przeciwieństwie  do  poprzedniego  zawierało  znacznie  więcej  niż  tylko  upoważnienie  do 

wtargnięcia  na  terytorium  Argos.  W  dobitnych  słowach  nakazane  zostało  Procasowi,  aby 

natychmiast zaatakował Argos i wszelkimi niezbędnymi siłami zmiótł z powierzchni ziemi to 

państwo. 

Procas,  twardy  i  uzdolniony  dowódca,  wykrzywił  się  na  królewski  rozkaz.  W  nocy, 

która  nastąpiła  po  zwycięskich  bitwach  stoczonych  nad  Alimane,  szybko  wycofał  z 

argosańskiego terytorium oddziały, które wysłał w celu wybicia uciekających buntowników. 

Wtargnięcie  takie  można  było  usprawiedliwić  jako  dokonane  w  ferworze  pościgu.  Obecnie 

jednak  nakaz  inwazji  oznaczał  odwrócenie  stanowiska  króla  Milo  od  ostrożnej  neutralności 

do otwartej wrogości wobec króla Aquilonii. 

Królewski rozkaz nie pozostawiał jednak żadnego miejsca na odmowę, jeżeli pragnął, 

by jego  głowa jeszcze jakiś  czas pozostała na swej  szyi. Procas musiał  zaatakować. Jednak 

cały  jego  rozsądek  i  żołnierskie  doświadczenie  buntowały  się  przeciwko  poleceniu 

Numedidesa. 

Procas odwlókł swój wymarsz o kilka dni, mając nadzieję, że król po namyśle odwoła 

rozkaz, lecz do obozu nie dotarły żadne nowe wieści, więc nie odważył się dłużej czekać. I 

tak  pewnego  pięknego  wiosennego  poranka  Amulius  Procas  przekroczył  ze  swoją  armią 

Alimane. Rzeka, której poziom opadł już po wiosennych roztopach, nie była przeszkodą dla 

chorągwi  rycerzy  w  lśniących  zbrojach,  tarczowników  w  kolczugach  i  łuczników  w 

skórzanych  kaftanach.  Przebrnęli  przez  nurt  i  podjęli  marsz  krętą  drogą  wznoszącą  się  ku 

background image

przełęczy  Saxula,  a  po  jej  przebyciu  w  pierwszej  kolejności  ruszyli  w  kierunku  obozu 

buntowników na równinie Pallos. 

Dopiero  rankiem  oficerowie  dowiedzieli  się  o  otruciu  swego  dowódcy.  Pośpiesznie 

zgromadzili  się  w  namiocie  Conana.  Dexitheus  wziął  puchar  i  ostrożnie  powąchał  resztki 

napoju Alciny. 

—  Ten  trunek  —  orzekł  —  zawiera  sok  purpurowego  lotosu  ze  Stygii.  Wedle 

wszelkich  zasad  nasz  generał  powinien  już  być  martwy  jak  król  Tuthamon.  Mimo  to  żyje, 

choć wygląda jak trup z otwartymi oczami. 

Publius zamyślił się i powiedział: 

—  Być  może  morderca  użył  tylko  tyle  trucizny,  ile  potrzebne  było  do  powalenia 

zwykłego człowieka, a nie wziął pod uwagę wzrostu i tężyzny Conana. 

— To ta suka o zielonych oczach! — zawołał Trocero. — Nigdy jej nie ufałem, a jej 

zniknięcie ostatniej nocy tylko potwierdza jej winę. Gdybym dostał tę wiedźmę w swoje ręce, 

spaliłbym ją na stosie! 

Dexitheus obrócił się ku hrabiemu. 

— Zielone oczy, rzeczesz? — spytał szybko. — Kobieta o zielonych oczach? 

—  Tak,  jak  szmaragdy,  ale  co  z  tego!  Z  pewnością  widziałeś  nałożnicę  Conana, 

piękną Alcinę. 

Dexitheus potrząsnął głową z miną świadczącą o złym przeczuciu. 

— Słyszałem, że nasz generał zabrał ze sobą tancerkę z winiarni w Argos — mruknął. 

— Starałem się jednak nie zważać na taką nieobyczajność, Conan zaś taktownie trzymał ją z 

dala  od  mych  oczu.  Biada  naszej  sprawie!  Sam  Mitra  objawił  mi  we  śnie,  aby  strzec  się 

zielonookiego cienia, stojącego blisko naszego dowódcy. Nie wiedziałem, wtedy, że zło już 

stąpa pomiędzy nami. Biada mi za to, że zaniedbałem zwierzyć się moim towarzyszom! 

—  Dość!  —  uciął  Publius.  —  Conan  żyje  i  możemy  dziękować  bogom,  że  nasza 

piękna trucicielka to partaczka w tym fachu. Niech nikt prócz giermków Conana nie wchodzi 

do  tego  namiotu.  Musimy  powiedzieć  ludziom,  że  zaniemógł  nieco,  i  sami  dalej 

odbudowywać nasze siły. Musisz przejąć dowodzenie, Trocero. 

Poitański hrabia z powagą skinął głową. 

—  Zrobię,  co  będę  mógł,  skoro  jestem  zastępcą  dowódcy.  Ty,  Publiusie,  musisz 

rozesłać zwiadowców, abyśmy wiedzieli wszystko o ruchach Procasa. Muszę iść. Już czas na 

poranny apel. Będę ćwiczył naszych chłopców tak ostro jak Conan, a nawet bardziej! 

Do  czasu  gdy  Procas  rozpoczął  inwazję,  Lwy  posiadały  już  liczne  czujne  oczy  i 

nasłuchujące uszy krążące po górach i nad brzegiem Alimane. Do przywódców powstańczej 

background image

armii,  jak  zwykle  odbywających  swe  narady  w  namiocie  Conana,  rychło  dotarły  raporty  o 

liczbie  najeźdźców.  Trocero,  z  siwizną  gęściejszą  niż  przed  tygodniem  i  ze  śladami 

zmęczenia na twarzy, spokojnie zapytał Publiusa: 

— Co nam wiadomo o sile przeciwnika? 

Publius pochylił głowę, by zsumować liczby na woskowych tabliczkach. Gdy podniósł 

wzrok, w jego oczach była obawa. 

— Przewyższa nasze siły co najmniej trzykrotnie — powiedział ciężko. — To czarny 

dzień, przyjaciele. Niewiele możemy zrobić poza stawieniem ostatecznego oporu. 

—  Bądź  dobrej  myśli,  Publiusie!  —  pocieszał  go  hrabia,  poklepując  skarbnika  po 

plecach.  —  Dobrze,  że  nie  jesteś  generałem,  bo  w  przeciwnym  razie  szybko  przekonałbyś 

żołnierzy, iż są pokonani, jeszcze przed rozpoczęciem walki. — Odwrócił się do Dexitheusa. 

— Jak z naszym generałem? 

—  Odzyskał  świadomość,  lecz  jak  dotąd  nie  może  się  poruszyć.  Sądzę,  że  wyżyje, 

chwała niech będzie Mitrze. 

— Jeśli nie będzie mógł wsiąść na konia, gdy zagra trąbka bojowa, ja uczynię to za 

niego — odparł Trocero. — Czy mamy jakieś wiadomości od Prospera? 

Publius i Dexitheus potrząsnęli głowami. 

— A więc musimy sobie poradzić z tym, co mamy. — Trocero wzruszył ramionami. 

— Wróg nadejdzie dopiero jutro, a zatem teraz musimy zdecydować: walczyć czy uciekać? 

    

Od  strony  górskich  szczytów  nadciągała  konnica  i  piechota  Legionu  Pogranicznego. 

Poprzedzały  ich  luźne  gromady  zwiadowców  i  harcowników.  Za  nimi  jechał  na  swym 

rydwanie Amulius Procas. Powstańcy rozwinęli szyki bojowe na środku równiny. 

Powietrze znieruchomiało, jakby zastygło w oczekiwaniu. Szeroki front przeważającej 

liczebnie  Aquilońskiej  armii  nie  pozwalał  hrabiemu  Trocero  na  jakikolwiek  manewr 

okrążający  ze  skrzydeł.  Rozerwanie  centrum  oznaczałoby  natychmiastowe  unicestwienie  sił 

rebeliantów. Hrabia wiedział też, że nie ma szans na żaden udany odwrót osłaniany ciągłymi 

kontratakami  straży  tylnej.  Taki  manewr  mógł  być  wykonany  tylko  przez  dobrze 

wyćwiczonych  i  zdyscyplinowanych  żołnierzy.  Ludzie,  którymi  dysponował  Trocerro, 

rozczarowani  tym,  co  spotkało  ich  nad  Alimane,  otrzymawszy  rozkaz  odwrotu  po  prostu 

rozpierzchliby  się,  każdy  na  własną  rękę,  a  Aquilońska  lekka  jazda  zmasakrowałaby 

uciekających. Byłby to prawdziwy koniec powstania. 

Trocero,  przyjrzawszy  się  nadciągającym  wojskom  Procasa  ze  swojego  punktu 

dowodzenia  na  wzgórzu,  dał  znak  giermkowi,  aby  ten  przyprowadził  mu  konia.  Hrabia 

background image

poprawił zapinkę na płaszczu okrywającym zbroję i wdrapał się na siodło. Potem odwrócił się 

do kilkuset jeźdźców, którzy zgromadzili się dookoła niego, i zawołał: 

— Znacie nasz plan, przyjaciele! Teraz wszystko zależy od waszych mieczy! 

Trocero  zdecydował,  że  ich  jedyna  szansa  leży  w  desperackim  ataku  na  szyk 

Aąuilończyków  i  próbie  przebicia  się  do  samego  Amuliusa  Procasa.  Wiedział,  że 

nieprzyjacielski dowódca, podstarzały, krępy mężczyzna, od lat nękany jest dolegliwościami 

pochodzącymi od starych ran i źle znosi konną jazdę. Z tego powodu Procas korzystał zawsze 

z rydwanu. Trocero liczył na to, że woźnica generała będzie miał kłopoty z manewrowaniem 

mało  zwrotnym  pojazdem  w  bitewnym  ścisku.  Gdyby  więc  powstańczej  konnicy  udało  się 

jakimś  cudem  przedrzeć  i  zabić  aquilońskiego  generała,  jego  wojska  mogłyby  się  załamać 

pod wpływem zwątpienia. 

Raz  jeszcze  Fortuna  uśmiechnęła  się  do  buntowników.  Tym  razem  uśmiechem  tym 

był król Argos — Milo, we własnej osobie. Zanim bowiem rozpoczął się aquiloński najazd, 

argosański  szpieg,  zajeździwszy  na  śmierć  trzy  konie,  dotarł  do  Messancji  i  dostarczył  na 

dwór wieść o tym, że Numedides nakazał atak na Argos. W ten sposób król Milo dowiedział 

się  o  planowanym  ataku  równocześnie  z  przywódcami  powstańców.  Zirytowany  arogancją 

ambasadora  Quesado,  stateczny  zazwyczaj  monarcha  wściekł  się  na  dobre.  Natychmiast 

wydał rozkaz dowódcy garnizonu Messancji, by forsownym marszem ruszył na pomoc w celu 

odparcia napaści. 

W  spokojniejszej  chwili  Milo  mógłby  powstrzymać  swój  gniew.  Wystarczyło 

pozwolić  Procasowi  zniszczyć  buntowników,  co  na  pewno  ułagodziłoby  Numedidesa,  a 

potem  podjąć  z  nim  rozmowy  pokojowe.  Trochę  prezentów  i  kilka  urodziwych  niewolnic 

załatwiłoby sprawę. Tym razem jednak, zanim król Argos ochłonął, jego wojska maszerowały 

już na północ. Z tej przyczyny konsekwentny z natury Milo odmówił Quesado proszącemu o 

zmianę decyzji. 

Amulius  Procas  zatrzymał  swą  armię  i  zaczął  wydawać  oddziałom  drobiazgowe 

rozkazy bojowe, kiedy do jego rydwanu podjechał galopem rozgorączkowany zwiadowca. 

—  Generale!  —  zawołał.  —  Na  południowej  drodze  unosi  się  wielki  obłok  kurzu, 

jakby zbliżała się tu jeszcze jedna armia! 

Procas  kazał  zwiadowcy  powtórzyć  wiadomość,  po  czym  klnąc  jak  szewc  zerwał  z 

głowy hełm i z rozmachem rzucił nim o podłogę rydwanu. Stało się to, czego się najbardziej 

obawiał! Ochłonąwszy z pierwszej furii Procas warknął do swoich adiutantów: 

background image

—  Odwołać  bitwę!  Rozluźnić  szyk.  Rozkazać  zwiadowcom,  by  okrążyli  armię 

buntowników,  zapuścili  się  na  południe  i  zbadali  liczebność,  a  także  skład  zbliżających  się 

oddziałów. Rozbić mój namiot i wezwać wyższych oficerów na naradę! 

Godzinę  później,  gdy  zwiadowcy  donieśli,  że  zbliża  się  ku  nim  tysiąc  konnych, 

Amulius Procas znalazł się w rozterce. Mimo wyraźnych rozkazów swojego króla nie chciał 

prowokować  Argos  do  otwartej  wojny.  Również  i  on  uważał,  że  wszystko  da  się  załatwić, 

byle  tylko  zgnieść  buntowników.  Procas  nie  śmiał  jednak  bez  wystarczająco  ważkiego 

powodu nie wykonać jednoznacznego polecenia Numedidesa. 

Prawdą  było,  że  armia  Procasa  mogła  unicestwić  rebelię,  odegnać  jazdę  Milo  i 

rozpocząć  oblężenie  Messancji.  Oznaczało  to  jednak  początek  długiej  wojny,  do  której 

Aquilonia  była  źle  przygotowana.  Choć  było  to  królestwo  większe  i  ludniejsze  niż  Argos, 

miało  jednak  władcę,  delikatnie  mówiąc,  ekscentrycznego  i  którego  panowanie  mocno 

osłabiło  kraj.,  Co  więcej,  Argosanczycy  walczący  ze  sprawiedliwym  oburzeniem  na  swej 

rodzinnej ziemi, mogli z pomocą rebeliantów przeważyć szalę wojny na niekorzyść Aquilonii. 

Procas  nie  mógł  się  jednak  wycofać.  Ponieważ  jego  wojska  przewyższały  liczebnie 

połączone  siły  Argos  i  buntowników,  król  Numedides  poczytałby  to  za  akt  tchórzostwa  i 

szybko skrócił generała o głowę. 

Gdy  słońce  zawisło  nad  zachodnim  horyzontem,  Procas,  dyskutując  ze  swoimi 

oficerami, wciąż odwlekał decyzję. W końcu powiedział: 

—  Za  późno  już  dzisiaj  na  rozpoczęcie  bitwy.  Wycofamy  się  na  północ,  gdzie 

pozostawiliśmy tabory, i rozbijemy umocniony obóz. Wyślijcie kogoś z rozkazem, by zaczęto 

sypać wały obronne. 

    

Trocero, spod zmrużonych powiek obserwujący królewskie wojska, już dawno zsiadł 

z  konia.  Obok  stał  Publius,  obgryzający  udo  pieczonego  kurczaka.  W  końcu  skarbnik 

powiedział: 

— Cóż, na Mitrę, wyrabia Procas? Miał nas tak jak na półmisku, a teraz wycofuje się i 

rozbija  obóz.  Oszalał?  Wnosząc  z  tego  wszystkiego,  możemy  wyślizgnąć  mu  się 

nadchodzącej nocy albo przekraść za jego plecami do Aquilonii. 

Trocero wzruszył ramionami. 

—  Zdaje  się,  że  to  Argosańczycy,  którzy  tu  nadciągają,  mają  coś  wspólnego  z  jego 

postępowaniem.  Jeszcze  zobaczymy,  czy  żołnierze  Milo  zamierzają  nam  pomóc,  czy 

zaszkodzić. Możemy zostać zamknięci  między dwoma wrogami i  starci  na proch, chyba że 

Procas sądzi, iż argosańscy jeźdźcy wykonają za niego całą brudną robotę. 

background image

Gdy  jeszcze  wymawiał  te  słowa,  rozległ  się  odgłos  kopyt.  Wkrótce  na  ich  pagórek 

przycwałowała niewielka grupka Argosańczyków, poprzedzanych przez konnego powstańca. 

Dwóch  z  nowo  przybyłych  zsiadło  z  koni  z  brzękiem  zbroi  i  wystąpiło  do  przodu.  Jeden  z 

nich  był  wysoki,  szczupły  i  sprawiał  wrażenie  zawodowego  żołnierza.  Jego  towarzysz  był 

młodszy i niższego wzrostu, z twarzą o szerokich policzkach i perkatym nosem oraz jasnymi 

oczami.  Miał  na  sobie  złocony  pancerz  i  purpurowy  płaszcz  obrzeżony  szkarłatem, 

purpurowo—szkarłatne były także pióra tańczące nad jego hełmem. 

Szczupły  weteran  przemówił  pierwszy.  —  Witaj,  hrabio  Trocero!  Jestem  Arcadio, 

kapitan  Straży  Królewskiej,  do  twoich  usług,  panie.  Niech  będzie  mi  wolno  przedstawić  ci 

księcia Cassio, następcę tronu. Pragnęlibyśmy naradzić się z waszym generałem, Conanem z 

Cymmerii. 

Skinąwszy głową oficerowi i skłoniwszy się księciu Argos, Trocero powiedział: 

— Pamiętam cię dobrze, książę, jako nieznośne dziecko i swawolnego młodzieńca. Co 

do generała Conana, z przykrością muszę stwierdzić, że jest chory. Możesz jednak mnie, jako 

jego zastępcy, wyłuszczyć powód swej wizyty. 

—  Naszym  celem,  hrabio  —  powiedział  książę  —  jest  usunięcie  Aquilończyków  z 

granic  Argos.  Mój  ojciec  wysłał  mnie  tu  z  takimi  siłami,  jakie  można  było  naprędce 

zgromadzić. Mam nadzieję, że ja i moi oficerowie możemy uważać was za sprzymierzeńców? 

Trocero uśmiechnął się. 

— Przyjmij potrójne powitanie, książę Cassio! Sądząc po twoim wyglądzie, odbyłeś 

długą i męczącą podróż. Czy raczysz udać się wraz z kapitanem Arcadio do namiotu naszego 

dowódcy? Dobrze by było przepłukać gardła. Wino skończyło się nam już dawno, ale wciąż 

mamy piwo. 

W drodze Trocero szepnął Publiusowi: 

— To wyjaśnia, dlaczego Procas wycofał się mając nas jak na talerzu. Nie ośmielił się 

zaatakować, by nie wywołać wojny z Argos. Nie śmiał też wycofać się, by nie okrzyknięto go 

tchórzem. Rozbił więc obóz tam, gdzie dotarł, i wyczekuje… 

— Trocero! — głęboki bas dobiegł z wnętrza namiotu. — Z kim rozmawiasz, oprócz 

Publiusa? Przyprowadź go tu! 

— To generał Conan — powiedział Trocero, ukrywając swe zaskoczenie. — Raczycie 

wejść, panowie? 

Zastali  Conana,  siedzącego  na  łożu,  ubranego  w  koszulę  i  krótkie  skórzane  spodnie. 

Dzięki pomocy Dexitheusa potężny organizm Cymmerianina przemógł dawkę soku z lotosu, 

która  powaliłaby  zwykłego  śmiertelnika.  Conan  mógł  myśleć  i  mówić,  ale  nie  był  w  stanie 

background image

zrobić nic więcej, bowiem resztki trucizny wciąż pętały jego muskularne członki. Nie mógł 

poruszać się bez pomocy, a własna bezradność drażniła go i irytowała. 

—  Diabły  i  bogowie!  —  sapnął  z  gniewem.  —  Gdybym  tylko  mógł  się  podnieść  i 

wziąć  miecz  do  ręki,  pokazałbym  Procasowi,  jak  się  nim  posługiwać!  Kim  są  ci 

Argosańczycy? 

Trocero  przedstawił  księcia  Cassio  oraz  kapitana  Arcadio,  po  czym  opowiedział  o 

ostatnich ruchach Procasa. 

Conan wyrzucił z siebie: 

—  Sam  chcę  to  zobaczyć.  Giermkowie!  Podnieście  mnie!  Procas  może  udawać 

odwrót, by zaskoczyć nas nocnym atakiem. 

Z ramionami zarzuconymi na barki dwóch giermków Conan powlókł się do wyjścia. 

Słońce zawieszone tuż nad szczytami Gór Rabiriańskich rozlewało swe ostatnie błyski 

na  mroczniejących  zboczach.  Odchodzące  słoneczne  promienie  krzesały  szkarłatne  iskry  na 

zbrojach  Aquilończyków  trudzących  się  nad  rozbiciem  obozu.  W  wieczornym  powietrzu 

rozlegały się odgłosy młotków wbijających namiotowe kołki. 

— Jak sądzicie, czy Procas będzie chciał pertraktować?  — zapytał Conan. Pozostali 

wzruszyli ramionami. 

— On nie chciał z nami rozmawiać. Może w ogóle nie zechce — powiedział Trocero. 

— Pożyjemy, zobaczymy. 

—  Czekaliśmy  cały  dzień  —  mruknął  Conan  —  trzymając  naszych  ludzi  na  słońcu. 

Życzyłbym sobie, żeby coś się stało, cokolwiek, co przerwałoby tę mitręgę. 

—  Wydaje  mi  się,  że  będzie  po  myśli  naszego  generała  —  stwierdził  Dexitheus  i 

ocieniwszy dłonią oczy spojrzał w stroną odległego obozu wojsk królewskich. 

— I co, czcigodny kapłanie? — powiedział Conan. 

— Patrzcie! — Dexitheus wyciągnął rękę. 

—  Na  Isztar!  —  wykrzyknął  kapitan  Arcadio.  —  Usmażcie  moje  flaki,  jeśli  oni  nie 

uciekają! 

I  tak  rzeczywiście  było.  Jeżeli  nawet  Aquilończycy  nie  uciekali,  to  na  pewno 

rozpoczęli  zorganizowany  odwrót.  Zamiast  nadal  wznosić  fortyfikacje  wokół  swego  obozu, 

ludzie z Legionu Pogranicznego, pomniejszeni przez odległość do rozmiaru mrówek, zwijali 

namioty,  które  dopiero  co  rozbili,  ładowali  wozy  i  kompania  za  kompanią  kierowali  się  w 

stronę Gór Rabiriańskich. Conan i jego towarzysze spoglądali na to z niedowierzaniem. 

Wkrótce  ujawniła  się  przyczyna  tego  odwrotu.  Maszerując  raźno  od  wschodu  ze 

stoków jednego ze wzgórz schodziła czwarta armia, licząca około tysiąca pięciuset żołnierzy. 

background image

Nowo  przybyłe  oddziały  rozwinęły  się  szerokim  frontem  i  postępowały  dalej,  gotowe  do 

bitwy. 

Zwiadowca  powstańców  wpadł  do  obozu  na  spienionym  koniu,  zeskoczył  z 

wierzchowca, zasalutował Conanowi i zawołał: 

— Generale, mają sztandary z lampartami Poitain i znakami barona Grodera. 

—  Na  Croma  i  Mitrę!  —  zagrzmiał  Conan,  po  czym  jego  twarz  rozjaśniła  się,  a 

śmiech rozniósł się szeroko pomiędzy namiotami. — Prospero nadciągnął w samą porę! 

—  Nic  dziwnego,  że  Procas  ucieka!  —  powiedział  Trocero.  —  Teraz,  gdy 

przewyższamy  go  liczebnie,  może  to  uczynić  nie  ściągając  na  siebie  gniewu  króla.  Powie 

Numedidesowi, że trzy armie mogły go równocześnie okrążyć i rozszarpać na strzępy. 

—  Generale  Conan  —  rzekł  Dexitheus.  —  Musisz  wracać  do  swego  łoża.  Nie 

możemy narażać cię na ryzyko nawrotu choroby. 

    

W  Messancji,  w  niechlujnym  pokoju  Fadiusa  Alcina  siedziała  samotnie,  trzymając 

przed sobą swój obsydianowy amulet i wpatrywała się w czarne kreski na odmierzającej czas 

świecy. Fadius krążył gdzieś po pogrążonych w mroku ulicach miasta. Alcina kazała mu się 

oddalić, by móc na osobności porozumieć się ze swym panem. 

Chybotliwy  płomień  obniżał  się  w  miarę  wypalania  się  świecy.  Gdy  ostatnie  z 

zaczernionych sadzą nacięć rozpłynęło się w stopionym wosku, tancerka podniosła talizman i 

skupiła myśli. 

Głos  Thulandry  Thuu  zaszemrał  w  umyśle  Alciny  tak  delikatnie,  że  zrozumienie 

wiadomości przekazywanych przez czarownika wymagało skupienia całej uwagi. 

— Dobrze się sprawiłaś, moja córko. Czy coś zaszło w Messancji? 

Potrząsnęła przecząco głową, a upiorny szept odezwał się znów: 

— Mam przeto  dla ciebie następne zadanie; weźmiesz konia i  udasz się w drogę na 

północ… 

Alcina wydała okrzyk niezadowolenia. 

—  Czy  muszę  znowu  nosić  jakieś  wstrętne  szmaty  i  pokonywać  pustkowia  mając 

mrówki  i  żuki  za  towarzyszy  łoża?  Błagam  cię,  panie,  pozwól  mi  tu  zostać  i  pobyć  trochę 

kobietą! 

Czarnoksiężnik uniósł brwi. 

— Wolisz luksusy Messancji? — zapytał. 

Z zapałem skinęła głową. 

background image

—  Niestety,  tak  się  stać  nie  może.  Potrzebuję  cię,  żebyś  miała  na  oku  Legion 

Pograniczny  i  jego  generała.  Jeżeli  uważasz,  że  podróż  jest  dla  ciebie  trudząca,  zważ  na 

przyszłą nagrodę, jaka cię czeka. Oddziały wysłane przez króla Argos powinny już dotrzeć na 

równinę Pallos. Nim słońce wzejdzie po dwakroć, Amulius Procas znajdzie się z powrotem w 

Poitain.  Przewiduję,  że  przeprawi  się  przez  bród  Nogara.  Ty  zatem  omiń  szerokim  łukiem 

wszystkie  armie  i  przybądź  na  to  miejsce  od  północy,  traktem  z  Culario.  Uczyniwszy  to 

złożysz mi raport przy najbliższej sprzyjającej koniunkcji. Szemrzący głos ucichł, a obraz w 

obsydianie zmętniał i zniknął. Alcina siedziała zamyślona. 

Po  jakimś  czasie  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  środka  wtoczył  się  Fadius. 

Kothiańczyk  spędził  cały  wieczór  w  winiarniach  Messancji  i  wypił  więcej,  niż  nakazywała 

rozwaga. Z wyciągniętymi ramionami zatoczył się w stronę Alciny, bełkocząc: 

—  Chodź,  mój  śliczny,  namiętny  kwiatuszku!  Znudziło  mi  się  spanie  na  gołej 

podłodze  i  czas  już,  abyś  wyświadczyła  swojemu  towarzyszowi  tę  samą  uprzejmość,  co 

owemu barbarzyńskiemu byczkowi… 

Alcina poderwała się gwałtownie i cofnęła. 

—  Uważaj,  mistrzu  Fadiusie!  —  rzekła  ostro.  —  Nieprzychylnie  przyjmuję  zaloty 

takich jak ty! 

— Chodź, pięknotko — wymamrotał Fadius. — Nie zrobię ci krzywdy… 

Dłoń  Alciny  pomknęła  ku  stanikowi.  Jakby  za  sprawą  magii  w  jej  przybranej 

klejnotami dłoni pojawił się smukły sztylet. 

— Odsuń się! — zawołała. — Jedno pchnięcie i będziesz martwy. 

Groźba  przeniknęła  do  zamroczonego  umysłu  Fadiusa,  który  nagłym  szarpnięciem 

odsunął się od ostrza. Znał szybkość, z jaką tancerka umiała się poruszać. 

— Ależ, moje drogie maleństwo… 

— Wynoś się! — powiedziała Alcina. — I nie wracaj, dopóki nie wytrzeźwiejesz! 

Klnąc  pod  nosem  Fadius  wyszedł.  W  izbie,  wśród  klatek  ze  śpiącymi  gołębiami, 

Alcina zaczęła wyjmować ze skrzyń części stroju, w którym rano miała wyruszyć w drogę. 

background image

KOMNATA SFINKSÓW 

 

O świcie oddziały sojuszników wkroczyły do obozu powstańców przy wtórze warkotu 

werbli  i  powitalnych  okrzyków.  Wygłodniałym  żołnierzom  barona  Grodera  i  Prospera 

wydano  solone  mięso,  jęczmienny  chleb  i  piwo  z  ostatnich  zapasów.  Konie  napojone  i 

spętane wypuszczono na pobliskie łąki, powstańcy zaś oraz ich nowi sprzymierzeńcy rozpalili 

ogniska i zasiedli do wieczornego posiłku. Wkrótce morze świecących punktów rozjarzyło się 

na równinie Pallos rywalizując z migocącymi na niebie gwiazdami. Krzyki i śmiechy czterech 

tysięcy ludzi, niesione z wieczornym powiewem na północ, drażniły uszy wycofujących się 

legionistów Procasa. 

Książę  Cassio,  kapitan  Arcadio  i  przywódcy  powstańców  zgromadzili  się  przy  łożu 

Conana, by wspólnie spożyć posiłek i przygotować plan na dzień następny. 

— Ruszymy na nich o świcie! — zakrzyknął Trocero. 

— Bynajmniej — odrzekł młody książę. — Mam wyraźne polecenia od mojego ojca. 

Walkę mogę podjąć tylko wtedy, gdy generał Procas nie zaprzestanie marszu w głąb Argos. 

Król liczył na to, że sama nasza obecność powstrzyma Procasa, i wydaje się, że w istocie miał 

rację. Aquilończycy się wycofali. 

Conan nie odpowiedział, ale błyskawice miotane przez jego niebieskie oczy zdradzały 

gniewne  rozczarowanie.  Książę  spojrzał  na  niego  na  poły  z  podziwem,  na  poły  ze 

zdziwieniem. 

—  Pojmuję  twoje  uczucia,  generale  —  powiedział  łagodnie.  —  Musisz  jednak 

zrozumieć  nasze  położenie.  Nie  pragniemy  wojny  z  Aquilonią,  której  siły  dwukrotnie 

przewyższają  nasze.  Zaprawdę,  dosyć  już  ryzykowaliśmy,  udzielając  waszej  armii 

schronienia w granicach Argos. 

Drżącą z wysiłku dłonią Conan sięgnął po kubek z piwem i podniósł go powoli do ust. 

Pot perlił się na jego czole, jakby naczynie ważyło pół cetnara. Rozlał trochę jego zawartości, 

wypił resztę i pozwolił pustemu kubkowi upaść na ziemię. 

—  Więc  sami  ruszymy  za  Procasem  —  ponaglił  Trocero.  —  Możemy  zagnać  go  z 

powrotem za Alimane,  a każdy  człowiek, którego teraz powalimy, będzie jednym  mniej  do 

zabicia,  gdy  znajdziemy  się  w  Poitain.  Jeżeli  Procas  wyda  nam  bitwę,  no  cóż,  zwycięstwo 

zawsze spoczywa na kolanach Fortuny. 

Conana kusiła ta propozycja. Wszystkie wojownicze instynkty w jego barbarzyńskiej 

duszy  przynaglały  go  do  wysłania  swych  ludzi  w  pościg  za  królewskimi  siłami.  Powstańcy 

background image

nękaliby ich jak zgraja psów gończych i zabijali pojedynczych żołnierzy Procasa przez całą 

drogę  do  Alimane.  Pasmo  Gór  Rabiriańskich  było  stworzone  do  wojny  partyzanckiej. 

Poprzecinane  tysiącem  jarów  i  wąwozów,  pomarszczone  stoki  i  niebosiężne  szczyty  aż 

prosiły się, by w ich cieniu przygotowywać zasadzki. 

Gdyby  jednak  wojska  Procasa  zawróciły,  los  powstańców  mógłby  być  opłakany. 

Brakowało  im  przecież  broni,  kiepsko  było  z  zaopatrzeniem,  a  do  tego  oddziały 

przeprowadzone  przez  Prospera  były  utrudzone  i  wyczerpane  po  dniach  spędzonych  w 

górskich  pustkowiach.  Co  więcej,  generał,  który  nie  był  w  stanie  dosiąść  konia  ani  unieść 

miecza  w  dłoni,  miał  niewielkie  szansę,  by  natchnąć  swych  ludzi  odwagą  i  wiarą  w 

zwycięstwo.  Conan  w  pełni  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  ma  innego  wyboru,  jak 

siedzieć w namiocie lub przyglądać się walce z lektyki. 

Gdy  noc  umknęła  przed  mglistym  świtem  i  trąbki  odegrały  pobudkę,  Conan 

podtrzymywany przez dwóch  giermków ruszył  na przechadzkę po budzącym  się obozie. W 

trakcie  spaceru  rozważał  swą  sytuację.  Nie  powinien  pozwolić  Procasowi  dotrzeć  cało  z 

powrotem  do  Aquilonii.  Jednocześnie,  by  pokonać  potężny  Legion  Pograniczny,  musiał 

wymyślić  coś,  co  dałoby  jego  żołnierzom  przewagę  pomimo  ich  mniejszej  liczebności. 

Potrzebował  siły,  która  byłaby  ruchliwa  i  łatwa  w  manewrowaniu,  a  równocześnie,  która 

mogłaby nękać wroga na odległość. 

Gdy  Conan  przyglądał  się  musztrowanym  wojownikom,  jego  zadumane  spojrzenie 

padło  na  pewnego  Bossończyka,  który  nagle  wskoczył  na  konia  i  pogalopował  ku  bramie. 

Zapewne  wysłano  go  z  jakimś  rozkazem.  Mężczyzna  ten  miał  hak  ukośnie  przewieszony 

przez plecy i kołczan ze strzałami u prawego biodra. 

Lata służby u króla Turanu wypłynęły na powierzchnię pamięci Conana. W tamtejszej 

armii  łucznicy  stanowili  elitę.  Żołnierze  ci  potrafili  strzelać  z  grzbietu  galopującego  konia 

równie celnie, jakby stali na twardym gruncie. Ich krótkie łuki wykonane były ze ścięgien i 

zakrzywionych  rogów.  Podobnych  umiejętności  Bossończycy  nabywali  jednak  dopiero  po 

latach  praktyki,  a  poza  tym  bossoński  łuk  był  zbyt  długi  i  nieporęczny,  by  strzelać  zeń  z 

końskiego grzbietu. 

Naraz  w  swej  wyobraźni  Conan  ujrzał  oddział  konnych  łuczników  w  pościgu  za 

uciekającym  wrogiem.  Zobaczył  ich,  jak  zbliżają  się  na  odległość  strzału,  zsiadają,  by 

wypuścić  kilka  morderczych  salw,  po  czym  odjeżdżają  galopem,  w  chwili,  gdy 

rozwścieczony wróg zwraca się ku nim całą siłą. Nagły wybuch śmiechu Conana przeraził; 

giermków,  którzy  rozdziawili  usta  nie  wiedząc,  co  robić,  kapitan  Alarius  zaś  popędził,  by 

natychmiast obudzić kapłana. 

background image

Kiedy  skąpo  odziany  Dexitheus  przybiegł  do  namiotu  Conana,  ten  uśmiechnął  się 

widząc jego niepokój. 

— Nie, przyjacielu — zachichotał Cymmerianin. — Purpurowy lotos nie nadwerężył 

moich  klepek.  To  pan  Mitra,  Crom,  czy  jakiś  inny  błogosławiony  bóg  zesłał  na  mnie 

natchnienie. Wyślij natychmiast kogoś, by przywołał tu dowódców Argosańczyków. 

Gdy  książę  Cassio  i  kapitan  Arcadio  w  zbrojach  i  przy  broni  dotarli  do  namiotu 

głównodowodzącego, Conan powitał ich grzmiącym śmiechem i zawołał: 

—  Mówiliście,  że  król  Milo  zabronił  wam  atakować  wycofujących  się 

Aquilończyków, Czy królewski zakaz rozciąga się również na wasze konie?! 

— Nasze konie, generale? — zapytał zdezorientowany Arcadio. 

Conan wesoło skinął głową. 

— Owszem, wasze zwierzaki, mój drogi kapitanie. Nasze wierzchowce są nieliczne, a 

na  dodatek  niedożywione,  co  można  dowieść,  jeżeli  zadasz  sobie  trud  policzenia  ich  żeber. 

Wasze zaś są świeże i przedniej rasy. Użyczcie nam pięciuset wierzchowców, a zrzekniemy 

się  pomocy  nawet  jednego  argosańskiego  żołnierza  w  trakcie  przeganiania  Procasa  z 

powrotem za Alimane. 

W  miarę  jak  Conan  przedstawiał  swój  plan,  na  twarzy  księcia  Cassio  wykwitał 

uśmiech. Coraz bardziej podobał mu się ten nieobliczalny barbarzyńca o srogim obliczu. 

— Daj mu pięćset koni, Arcadio — powiedział na koniec. — Król, mój ojciec, nic o 

tym nie mówił. 

Argosański  oficer  szczękając  zbroją  wyszedł,  by  wydać  rozkazy,  i  niebawem  na 

płaskim terenie, na którym bossońscy łucznicy ustawili się do porannych ćwiczeń, pojawiło 

się dwustu argosańskich jeźdźców prowadzących za sobą osiodłane wierzchowce. Trocero i 

Prospero  natychmiast  pobiegli  do  zaskoczonych  żołnierzy,  aby  wyjaśnić  im  w  czym  rzecz. 

Wybuchło radosne zamieszanie. 

— Przyprowadźcie mojego ogiera i przywiążcie mnie do siodła! — rozkazał Conan. 

—  Generale!  —  wykrzyknął  Dexitheus.  —  Nie  powinieneś,  w  swym  obecnym 

stanie… 

—  Oszczędź  mi  przestróg,  przyjacielu.  Przez  miesiąc  ludzie  mnie  nie  widzieli  i  bez 

wątpienia zastanawiają się, czy jeszcze żyję. 

Kiedy dziesięciu żołnierzy podniosło potężne ciało Conana, aby usadzić je w siodle, 

Cymmerianin klął w żywy kamień niemoc, która spętała jego potężne kończyny. Niebieskie 

oczy  barbarzyńcy  płonęły  ogniem  niezwyciężonej  woli,  a  brwi  ściągnęły  się  z  gniewu,  gdy 

wszystkie próby zmuszenia bezwładnych mięśni do posłuszeństwa spełzły na niczym. 

background image

W  końcu  udało  się  umieścić  Conana  w  siodle.  Nikt  z  obserwujących  te  wysiłki, 

widząc  nieugiętą  wolę  Cymmerianina,  nie  ośmielił  się  pomyśleć  o  nim  z  litością.  We 

wszystkich oczach był podziw i respekt. 

Książę  Cassio  patrząc  na  to  znieruchomiał  ze  zdumienia.  Tam,  w  Messancji, 

dworzanie  uważali  Conana  za  dzikusa  i  nieokrzesanego  barbarzyńcę,  którego  zbuntowani 

szlachcice  z  Aquilonii  niebacznie  wybrali  na  swego  wodza.  Dopiero  teraz  książę  wyczuł 

pierwotną siłę tkwiącą w tym mężczyźnie oraz jego niespożytą energię. Dostrzegał nadludzką 

duchową  siłę,  oryginalność  myśli,  żywość  umysłu  i  upór.  Cechy  te  zarówno  szlachetnie 

urodzonych,  jak  i  pospolitych  żołnierzy  przekształcały  w  wosk  wobec  woli  Cymmerianina. 

Ten człowiek, myślał Cassio, jest stworzony do przewodzenia. Urodził się, by zostać królem. 

Podtrzymywany  po  bokach  przez  konnych  giermków,  Conan  poprowadził  wolno 

swego  rumaka  wzdłuż  szeregów  bossońskich  łuczników.  Krzywiąc  się  z  wysiłku,  Conan 

zdołał unieść rękę i pozdrowić żołnierzy. Ci powitali go entuzjastycznymi okrzykami. 

Kilka  mil  na  północ  dwóch  zwiadowców  z  wojsk  królewskich,  pozostawionych  do 

obserwowania ruchów rebelianckiej armii, jadło śniadanie przy drodze wiodącej do przełęczy 

Saxula. Do ich uszu doleciały nagle słabe okrzyki. Przestali jeść i popatrzyli po sobie. 

— Cóż tam się dzieje? — spytał młodszy. 

Drugi ocienił dłonią oczy. 

— Za daleko, żeby coś dostrzec, ale zaczął się ruch w obozie buntowników. Najlepiej 

będzie, jak jeden z nas doniesie o tym generałowi. Ja pojadę. 

Starszy zwiadowca przełknął ostatni kęs, wstał, odwiązał konia od pobliskiego drzewa 

i odjechał. Tętent ucichł w oddali. 

Tymczasem  Conan  uciszywszy  łuczników  nieznacznym  gestem  dłoni,  zaczął 

wydawać  szczegółowe  rozkazy.  Każdy  oddziałek  konnych  łuczników  miał  być  dowodzony 

przez  doświadczonego  kawalerzystę,  którego  zadaniem  było  dopilnowanie  należytej  opieki 

nad zwierzętami, a także zajmowanie się nimi w czasie, gdy łucznicy będą ostrzeliwać wroga. 

Ci, którzy nie umieli jeździć konno — tu Conan uśmiechnął się ponuro — mieli się jedynie 

mocno trzymać siodła i grzywy. Inny bardziej wyszukany styl jeździecki nie był tu bowiem 

konieczny. 

Pod  wodzą  Aquilońskiego  najemnika  o  imieniu  Pallantides,  który  służył  kiedyś  w 

oddziale turańskich łuczników konnych, Bossończycy wyjechali z obozu i skierowali się na 

pomoc traktem do Aquilonii. 

Pierwsze  starcie  z  tylną  strażą  armii  królewskiej  nastąpiło  u  podnóża  Gór 

Rabiriańskich, na drodze do przełęczy Saxula. Zbliżywszy się do nieprzyjaciela, Bossończycy 

background image

rozproszyli się, po czym cicho podeszli pod osłoną zarośli na dogodny dystans i zabrali się do 

dzieła. Padło dwudziestu oszczepników, zanim tętent kopyt oznajmił powstańcom, że zbliża 

się jazda Procasa, by odeprzeć atak i osłonić odwrót. Usłyszawszy to Bossończycy pobiegli 

do swoich wierzchowców, wskoczyli na siodła i przepadli w lesie. Ich straty ograniczyły się 

do jednego łucznika, który nie umiejąc jeździć konno spadł z wierzchowca i złamał obojczyk. 

Przez  następne  trzy  dni  Bossończycy  nękali  wycofujących  się  Aquilończyków  jak 

ogary kąsające pięty i łydki uciekających złodziei. Uderzali znienacka, a kiedy żołnierze króla 

zwracali się przeciwko nim, znikali kryjąc się w tysiącach rozpadlin wyrytych przez wiatr i 

wodę w stokach gór. 

Amulius  Procas  i  jego  oficerowie  klęli  do  zachrypnięcia,  lecz  nic  nie  mogli  zrobić. 

Strzały nadlatujące nagle zza głazów powodowały ogromne zamieszanie. Czasami grzęzły w 

końskich  bokach,  a  oszalałe  z  bólu  zwierzęta  wyrzucały  jeźdźców  z  siodeł  i  tratowały 

piechurów. Co i raz jakiś żołnierz padał z jękiem przebity strzałą wystrzeloną nie wiadomo 

skąd.  Oprócz  tego  z  wysokich  skał  lub  wąwozów  spadały  nagle  całe  chmary  pocisków, 

zabijając i raniąc dziesiątki ludzi. 

Amulius Procas nie miał wyboru. Nie mógł rozbić obozu w pobliżu przełęczy Saxula, 

bo trudno było o dostateczne zaopatrzenie w wodę i brakowało odpowiedniego miejsca. Nie 

mógł również zaatakować, ponieważ przeciwnik uparcie unikał otwartej walki. Gdyby rzucił 

przeciw  rebeliantom  całą  swoją  armię,  bez  wątpienia  zmiótłby  tę  buntowniczą  zarazę  jak 

wiatr  plewy,  ale  postępowanie  takie  zaprowadziłoby  go  z  powrotem  na  równinę  Pallos  i 

zakończyło się starciem z Argosańczykami. 

Tak  więc  Amulius  Procas  nie  miał  innego  wyjścia,  jak  tylko  brnąć  uparcie  dalej, 

wysyłając  lekką  jazdę  wszędzie  tam,  gdzie  nieprzyjaciel  objawiał  swą  obecność  gradem 

strzał.  W  stosunku  do  całej  armii  straty  były  znikome,  ale  ustawiczny  lęk  i  niepokój 

podkopywały  morale  jego  ludzi.  Do  tego  wszystkiego  przeczucie  szeptało  mu,  że  król 

Numedides  nie  zapomni  i  nie  wybaczy  niepowodzenia  wyprawy  i  niewykonania  swoich 

wyraźnych rozkazów. 

Na  przełęczy  Saxula  na  wojska  królewskie  runęła  skalna  lawina.  Procas  posępnie 

polecił usunąć zwałowisko, zepchnąć w przepaść połamane wozy, a śmiertelnie rannych ludzi 

i  zwierzęta  miłosiernie  podobijać.  Po  drugiej  stronie  przełęczy  jego  oddziały  mogły  iść 

szybciej, rebelianccy łucznicy nękali je jednak z niemalejącym zapałem. 

Procas  uświadomił  sobie,  że  Cymmerianin  jest  mistrzem  w tego  rodzaju  działaniach 

wojennych  i  aż  trząsł  się  ze  wstydu  widząc  paniczny  lęk  na  twarzach  swoich  żołnierzy. 

Poprzysiągł, że ta plama na jego honorze zostanie zmyta krwią barbarzyńcy. 

background image

Trzeciego  dnia  odwrotu  wyczerpane  wojska  królewskie  dotarły  do  południowego 

brzegu Alimane i stanęły u brodu Nogara. Tu przez kilka godzin Procas zwlekał, pogrążony w 

rozterce.  Mimo  iż  wiosenna  powódź  ustąpiła  już  dawno,  przeprawa  przez  rzekę  stanowiła 

zaproszenie  do  ataku  w  chwili,  gdy  żołnierze  znajdą  się  w  wodzie.  Byłoby  to  okrutnym 

żartem  kapryśnych  bogów,  gdyby  Aquilońskiego  generała  schwytano  w  dokładnie  tę  samą 

pułapkę, w której dwa miesiące temu znaleźli się rebelianci. Z drugiej strony rozbicie obozu 

po  argosańskiej  stronie  skazałoby  wielu  wartowników  na  śmierć  od  strzał  nadlatujących  z 

ciemności. Procas przygryzł wargę. Skoro jego oddziały nie potrafiły się skutecznie  obronić 

przed taką taktyką, to im prędzej pozwoli im przekroczyć Alimane, tym szybciej będą mogli 

spokojnie  zasnąć.  Rzeka  była  wystarczająco  szeroka,  aby  uchronić  jego  armię  przed 

pociskami wystrzeliwanymi z południowego brzegu. 

W  chwili,  gdy  takie  myśli  snuły  się  w  umyśle  Amuliusa  Procasa,  stojącego  w 

rydwanie  na  szczycie  wzniesienia  nad  brzegiem  rzeki,  podszedł  do  niego  jeden  z  oficerów, 

Bossończyk, gigant o szerokich barach, i zasalutował z cierpkim wyrazem twarzy. 

— Generale, oczekujemy twego rozkazu, by zacząć przeprawę — powiedział. — Im 

dłużej tu zostaniemy, tym więcej naszych ludzi dostaną ci przeklęci łucznicy. 

—  Jestem  tego  świadom,  Cromel  —  powiedział  zimno  generał,  po  czym  westchnął 

głęboko i machnął ręką. — Dobrze, bierzcie się za to! Nic nie zyskamy marudząc tutaj. Diabli 

mnie  biorą,  że  nie  mogę  tej  bandzie  zamorzonych  głodem  łotrzyków  odpłacić  pięknym  za 

nadobne. Gdyby nie względy polityczne… 

Cromel omiótł wzgórza za nimi pogardliwym spojrzeniem. 

—  Diabli  by  wzięli  taką  politykę,  która  wiąże  żołnierzom  ręce!  —  warknął.  —  Ci 

tchórze nie staną z nami do walki, bo wiedzą, że zmietlibyśmy ich za jednym zamachem. Tak 

nie pozostaje nic innego, jak stanąć w Poitain i przygotować się, by zgnieść ich, kiedy znów 

spróbują sforsować Alimane. 

— Będziemy gotowi — powiedział surowo Procas. — Niech zagrają trąbki. 

Przejście  przez  rzekę  przebiegło  bez  większych  przeszkód.  Noc  zastąpiła  już 

zmierzch, kiedy ostatnia kompania zaczęła brnąć w poprzek rzecznego nurtu. 

Procas zszedł z rydwanu i pomimo bólu starych ran wsiadł na konia. Dowodząc strażą 

tylną  złożoną  z  lekkiej  jazdy,  stary  generał  był  jednym  z  ostatnich,  którzy  wprowadzili 

wierzchowce  w  ciemny  nurt  Alimane.  Strzały  rozświstały  się  wokół  nich  jak  wściekłe 

szerszenie. 

Na  środku  rzeki  Procas  krzyknął  nagle,  chwytając  się  za  lewe  udo.  Na  ten  okrzyk 

bossoński oficer podjechał bliżej i ściągnął wodze. Otworzył usta, by zapytać, co się stało, i 

background image

wtedy  spostrzegł  strzałę,  która  przeszyła  nogę  starego  mężczyzny  tuż  nad  kolanem.  Błysk 

satysfakcji zalśnił w oczach Cromela i zgasł szybko. Patrząc na ranę Procasa, jego podwładny 

ujrzał przed sobą zapowiedź rychłego awansu. 

Ze stoickim spokojem generał przeprowadził swego rumaka przez rzekę, jednak, gdy 

tylko  znalazł  się  na  pomocnym  brzegu,  natychmiast  nakazał  swym  adiutantom  zdjąć  się  z 

końskiego grzbietu, Cromel zaś pokłusował naprzód przywołując chirurga. 

Po wyjęciu ostrza i zabandażowaniu rany medyk powiedział: 

— Minie jeszcze wiele dni, generale, zanim będziesz mógł stanąć o własnych siłach. 

— Bardzo dobrze — rzekł twardo Procas. — Rozbijcie zatem mój namiot na tamtym 

wzgórku. Tu spędzimy noc i pozwolimy buntownikom przyjść do nas, jeżeli mają na to dość 

odwagi. 

Wśród cieni pobliskich drzew smukła postać odziana w strój pazia przysłuchiwała się 

każdemu  słowu  starego  generała.  Obserwator  o  kocich  oczach  przyjrzawszy  się  jej  figurze, 

rozpoznałby  w niej smukłą i  piękną kobietę. Po pewnym czasie, uśmiechając się złowrogo, 

Alcina odwiązała konia i oddaliła się cicho. 

Thulandra Thuu ucieszy się, że jego rywal, Amulius Procas, został zraniony podczas 

tchórzliwego  odwrotu  przed  zgrają  buntowników  —  pomyślała  tancerka.  Teraz,  gdy 

Cymmerianin był martwy, Procas spełnił już swoje zadanie i mógł zostać złożony w ofierze 

wybujałej  ambicji  jej  pana.  Będzie  musiała  przekazać  tę  wieść  tak  szybko,  jak  tylko  układ 

gwiazd i planet pozwoli na skorzystanie z obsydianowego talizmanu. 

Nachyliwszy  się  ku  swemu  magicznemu  zwierciadłu  Thulandra  Thuu  z  zachwytem 

dowiedział  się  o  ranie  generała  Procasa.  Gdy  obraz  Alciny  zniknął  ze  lśniącego  szkła, 

czarownik  pogładził  palcem  grzbiet  swego  jastrzębiego  nosa,  po  czym  uniósł  metalowy 

młoteczek  i  uderzył  w  gong  w  kształcie  czaszki  wiszący  przy  żelaznym  tronie.  Dźwięczna 

wibracja zabrzmiała w purpurowej komnacie. 

Po  chwili  draperie  rozchyliły  się,  ukazując  Khitajczyka  Hsiao.  Ten  ukłonił  się  i 

znieruchomiał, w milczeniu wyczekując na słowa swego pana. 

— Czy hrabia już jest? — zapytał czarnoksiężnik. 

—  Panie,  hrabia  Ascalante  oczekuje  na  pozwolenie  wejścia  —  powiedział  cichym 

głosem żółtoskóry sługa. 

Thulandra Thuu skinął głową. 

— Wspaniale! Rozmówię się z nim natychmiast. Powiedz mu, że czekam w Komnacie 

Sfinksów, a potem udaj się do króla i powiadom go, że proszę o niezwłoczne posłuchanie w 

ważnych sprawach państwowych. Możesz odejść. 

background image

Hsiao skłonił się i wycofał. Draperie opadły za nim bezszelestnie. 

Komnata  Sfinksów  przypominała  grobowiec  o  ścianach  i  podłodze  z  różowego 

marmuru. Nie było w niej żadnych sprzętów oprócz tronu z alabastru, stojącego pod ścianą 

naprzeciw  wejścia.  Mebel  ten  wspierał  się  na  grzbietach  potwornych  kotów  o  ludzkich 

głowach.  Motyw  ten  powtarzał  się  jeszcze  na  arrasie  wiszącym  na  ścianie  za  tronem.  Te 

kunsztownie  wyszyte  złotymi  nićmi  dwie  bestie  o  człowieczych  twarzach,  brodatych  i 

władczych, patrzyły przed siebie chłodnym, pogardliwym wzrokiem. Światło w tej komnacie 

pochodziło  z  dwóch  miedzianych  trójnogów  z  pochodniami,  których  płomienie  tańczyły  w 

wypolerowanych marmurach. 

Niewiele odróżniał się od sfinksów Ascalante, łowca przygód i samozwańczy hrabia 

Thune.  Wysoki  i  szczupły,  ubrany  w  aksamitną  togę  o  najmodniejszej  śliwkowej  barwie, 

krążył  po  komnacie  z  kocią  gracją.  Jego  oczy,  jak  ślepia  haftowanych  bestii,  spoglądały 

chłodno i wyniośle, ale była w nich również ostrożność i obawa. 

   Już  od  kilku  dni  Ascalante  był  wzywany  na  audiencję.  Mimo  iż  Thulandra  Thuu 

ściągnął  hrabiego z zachodniej granicy i  zażyczył  sobie jego stałej  obecności na dworze, to 

jednak aż dotąd trzymał go w niepewności, każąc wciąż czekać na posłuchanie. Dopiero teraz 

czarnoksiężnik uznał, że hrabia dojrzał już do rozmowy. 

   Ascalante  zamarł,  a  jego  ręka  instynktownie  dotknęła  rękojeści  sztyletu.  Arras 

odchylił  się,  ukazując  wylot  wąskiego  korytarza,  w  którym  stanął  smukły  mężczyzna  o 

śniadej  skórze.  Spojrzenie  przymrużonych  oczu  przybysza  wydawało  się  czytać  najskrytsze 

myśli hrabiego. Opanowawszy się Ascalante wykonał dworski ukłon. Czarnoksiężnik wszedł 

do komnaty podpierając się kunsztownie rzeźbioną laską, na której wiły się splatające się ze 

sobą napisy w nie znanym hrabiemu alfabecie. 

Thulandra  bez  pośpiechu  usiadł  na  tronie.  Skwitował  ukłon  hrabiego  skinięciem 

głowy i cienkim uśmiechem, po czym rzekł: 

— Ufam, że czujesz się dobrze i nie znużyła cię bezczynność? 

Ascalante wymamrotał uprzejmą odpowiedź. 

— Twe doświadczenie i umiejętności — ciągnął dalej czarownik — nie uszły uwagi 

tych,  którzy  służą  mi  jako  oczy  i  uszy.  —  Twoje  talenty  dorównują  twemu  pożądaniu 

wysokich godności oraz brakowi skrupułów w doborze środków, dzięki którym próbujesz je 

osiągać. Spieszę zapewnić cię, że król i ja liczymy zarówno na twoją ambicję, jak i twój… 

hm… zmysł praktyczny. 

— Dziękuję ci, panie — powiedział hrabia. 

background image

—  Przejdę  od  razu  do  rzeczy  —  oznajmił  Thulandra  Thuu  —  wydarzenia  bowiem 

posuwają się naprzód w miarę upływających godzin i my, śmiertelni, musimy spieszyć się, by 

dotrzymać im kroku. Sprawy mają się tak: wolą Jego Królewskiej Wysokości stało się cofnąć 

swą łaskawość wobec czcigodnego Amuliusa Procasa, dowódcy Legionu Pogranicznego. 

W  mrocznych  oczach  Ascalante  zapłonęło  zdumienie.  Oszołomiła  go  ta  nowina. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  Procas  był  najzdolniejszym  wodzem,  jakiego  Aquilonia  mogła 

wystawić w polu,  od  czasu,  gdy Conan porzucił królewską służbę. Jeżeli  ktokolwiek był w 

stanie poskromić niespokojnych baronów z Północy i zgnieść rebelię na Południu, był to tylko 

Amulius  Procas.  Odsunąć  go  od  dowodzenia,  teraz  gdy  niebezpieczeństwo  nie  zostało 

zażegnane, było czystym szaleństwem. 

— Potrafię zgłębić uczucia, których nie masz ochoty ujawnić — rzekł Thulandra Thuu 

z uśmiechem na wąskich wargach. — Prawdą jest, że generał Procas poprowadził pochopny i 

źle zaplanowany rajd za Alimane, który zakończył się upokorzeniem. 

—  Wybacz  mi,  panie,  ale  wręcz  nie  sposób  mi  w  to  uwierzyć  —  powiedział 

Ascalante.  —  Napaść  na  sąsiadujące  z  nami  zaprzyjaźnione  państwo  bez  rozkazu  naszego 

monarchy to po prostu zdrada! 

—  Dokładnie  tak  —  uśmiechnął  się  czarnoksiężnik.  —  To,  że  król  rzeczywiście 

nakazał  ekspedycję  karną  do  Argos,  jest  jednak  faktem,  który,  obawiam  się,  nie  trafi  do 

historycznych  kronik,  ponieważ  dziwnym  trafem  wszystkie  kopie  tego  rozkazu  zniknęły. 

Pojmujesz, o co mi chodzi, panie? 

W oczach Ascalante zabłysło rozbawienie. 

—  Sądzę,  że  tak,  mój  panie.  Jednak,  proszę,  mów  dalej.  —  Hrabia  Thune  potrafił 

docenić subtelny smak nikczemności oraz starego wina. 

— Generał mógłby uniknąć nagany — z udawanym żalem mówił Thulandra Thuu — 

gdyby  rozdeptał  rebelię,  bowiem  plotki,  jakie  zapewne  słyszałeś  o  samozwańczej  Armii 

Wyzwoleńczej,  która zgromadziła się na południe od Gór Rabiriańskich, są prawdziwe.  Ich 

wódz zowie się Conan Cymmerianin… 

—  To  on  w  zeszłym  roku  dowodził  Regimentem  Lwów  Aquilonii  podczas 

zwycięskiej bitwy z Piktami? — upewnił się Ascalante. 

— Ten sam — odrzekł Thulandra. — Ale czas naciska i nie pozwala na roztrząsanie 

bezużytecznych plotek, bez względu na to jak ciekawych. Otóż, gdyby generał Procas rozbił 

buntowników i wycofał  się za Alimane, zanim król Milo dowiedziałby się o tym, wszystko 

byłoby  dobrze.  Procas  jednak  spartaczył  swoją  misję,  wzniecił  gniew  Argos  i  uciekł z  pola 

walki  nie  przelawszy  nawet  kropli  buntowniczej  krwi.  Zamiast  tego  stracił  dziesiątki  swych 

background image

najdzielniejszych żołnierzy. Miary jego błędów dopełniły gafy popełnione w Messancji przez 

durnego  szpiega  Quesado,  którego  Jego  Królewska  Wysokość  nieopatrznie  awansował  na 

ambasadora. Oprócz tego podczas odwrotu generał Procas został ranny i nie jest już w stanie 

dowodzić. Na szczęście dla nas przywódca buntowników Conan również nie żyje. Wracając 

więc do ciebie, drogi hrabio… 

— Do mnie? — spytał Ascalante, przybierając pozę nieskończonej skromności. 

—  Właśnie  do  ciebie  —  powiedział  czarnoksiężnik  z  uśmiechem.  —  Mniemam,  że 

twoje  zasługi  z  czasów  wojen  z  Ofirem  i  Nemedią  są  wystarczające,  byś  mógł  objąć 

dowództwo  Legionu  Pogranicznego,  które  wypadło  z  niepewnych  rąk  generała  Procasa  lub 

wkrótce wypadnie, gdy otrzyma on ten dokument. 

Czarnoksiężnik przerwał i wyciągnął z szerokiego rękawa swej szaty zwój, na którym 

jak plama świeżo zakrzepłej krwi lśniła królewska pieczęć. 

—  Zaczynam  pojmować  —  powiedział  Ascalante  i  pożądliwość  w  jego  sercu 

wezbrała jak gorące źródło. 

—  Długo  czekałeś  na  sprzyjające  okoliczności,  by  objąć  wysokie  stanowisko  w 

królestwie  i  zasłużyć  na  łaski  króla.  Takie  okoliczności  właśnie  zaistniały.  Jednak…  —  tu 

Thulandra podniósł ostrzegawczo palec i mówił dalej głosem zimnym jak lód — musisz mnie 

dobrze zrozumieć, hrabio Ascalante. 

— Panie? 

—  Wiem,  że  sąd  heraldyczny  nie  uznał  jak  dotąd  przyjęcia  przez  ciebie  hrabstwa 

Thune  oraz  że  pewne  niejasności  otaczają  nagły  zgon  twego  starszego  brata, 

nieodżałowanego, prawowitego hrabiego Thune, który zginął w wypadku na polowaniu… 

Zaczerwieniony  Ascalante  otworzył  usta,  by  wygłosić  stanowczy  protest,  ale 

czarownik uciszył go ruchem ręki i uśmiechnął się dobrotliwie. 

—  To  są  jedynie  drobne  nieporozumienia,  które  nie  mogą  dotyczyć  uwieńczonego 

wawrzynem  zwycięstwa  pogromcy  buntowników.  Zatroszczę  się,  aby  spotkała  cię  należyta 

nagroda  za  wierną  służbę  tronowi.  Musisz  jednak,  co  do  joty  wypełniać  moje  polecenia. 

Inaczej  nigdy  nie  przypadnie  ci  hrabstwo  Thune.  Świadom  jestem,  że  nie  masz  żadnego 

doświadczenia w walkach granicznych oraz że nie dowodziłeś nigdy oddziałem większym niż 

kompania. Faktyczne dowodzenie Legionem Pogranicznym przekazuję więc w ręce pewnego 

starszego  oficera,  niejakiego  Cromela  Bossończyka,  który  nieźle  się  sprawił  w  ostatnich 

utarczkach z Piktami. Od dawna mam Cromela na oku i planuję uczynić go swoim sługą. Tak 

więc, to on będzie kierował wojskami, natomiast ty zachowasz formalne dowództwo. Czy to 

dla ciebie jasne? 

background image

— Tak jest, panie — wycedził Ascalante przez zaciśnięte zęby. 

—  Dobrze.  Teraz,  gdy  Conan  nie  żyje,  ty  i  Cromel  możecie  zatrzymać  resztki 

buntowników  na  południe  od  Alimane  tak  długo,  dopóki  ta  horda  nie  rozpierzchnie  się  z 

głodu i braku sukcesów. 

Thulandra Thuu wyciągnął przed siebie zwój, mówiąc: 

— Tu są twoje rozkazy. Eskorta czeka na ciebie przy Południowej Bramie. Udaj się 

jak najspieszniej do brodu Nogara nad Alimane. 

—  A  co  będzie,  panie,  jeżeli  Procas  nie  zechce  przyjąć  moich  listów 

uwierzytelniających? — zapytał Ascalante. 

—  Zanim  przybędziesz  przejąć  dowodzenie,  naszemu  walecznemu  generałowi 

przydarzy się nieszczęśliwy wypadek — uśmiechnął się Thulandra Thuu. — Wypadek, który 

—  gdy  o  nim  oficjalnie  doniesiesz  —  zostanie  określony  jako  samobójstwo  spowodowane 

poczuciem  winy  za  tchórzostwo  w  obliczu  nieprzyjaciela  oraz  chęcią  zadośćuczynienia  za 

napaść na sąsiednie królestwo. Gdy to nastąpi, zadbaj, by ciało zostało z honorami przysłane 

do  Tarancji.  Żywego  Procasa  nikt  by  tu  nie  witał,  ale  martwemu  wyprawimy  wspaniały 

pogrzeb.  Ruszaj  teraz  w  swoją  drogę,  mój  panie,  i  pamiętaj,  byś  zawsze  słuchał  rozkazów, 

które będzie ci przekazywać niejaka Alcina, zaufana, zielonooka kobieta w mojej służbie. 

Schwyciwszy zapieczętowany zwój, Ascalante skłonił się głęboko i opuścił Komnatę 

Sfinksów. 

Obserwując  jego  odejście,  Thulandra  Thuu  uśmiechnął  się  bezlitośnie.  Wiedział,  że 

wszystkie  służące  mu  ludzkie  narzędzia  są  słabe  i  mają  wiele  skaz,  ale  niedoskonały 

instrument tym łatwiej jest wyrzucić po użyciu… 

background image

ŚMIERĆ W CIEMNOŚCI 

 

Przez  wiele  dni  obecność  armii  Amuliusa  Procasa  na  północnym  brzegu  Alimane 

powstrzymywała  powstańców  przed  próbami  przekroczenia  rzeki.  Chociaż  sam  Procas  był 

ranny,  to  jego  doświadczeni  oficerowie  bez  przerwy  śledzili  wszystkie  poczynania 

buntowników. Żołnierze Conana pojawiali się codziennie na południowym brzegu, pozorując 

forsowanie tego czy innego brodu. Jednakże Procas przewidywał każdy ich ruch i nie zaszło 

nic, co mogłoby zadowolić Conana i jego dowódców. 

— Impas! — oznajmił załamany Prospero. — Obawiałem się, że do tego dojdzie! 

— Tylko pomoc bogów mogłaby coś zmienić — powiedział Dexitheus. 

— W ciągu życia spędzonego na wojaczce  — odrzekł hrabia Trocero  — nauczyłem 

się mniej polegać na bóstwach, a bardziej na własnym rozumie. Wybacz mi, czcigodny, ale 

wydaje mi się, że jeżeli cokolwiek ma zamącić pokój Procasa, musi to być dzieło nas samych. 

Sądzę też, że wiem, jak powinniśmy się do tego zabrać. Szpiedzy donieśli mi, że sytuacja w 

Poitain dochodzi do wrzenia. 

   Tej  nocy,  za  zgodą  Conana,  ubrany  na  czarno  mężczyzna  przepłynął  Alimane  i 

ociekając  wodą  zniknął  w  lesie.  Nocne  niebo  było  zaciągnięte  chmurami,  a  gęsta  mżawka, 

szeleszcząc na liściach drzew, stłumiła odgłosy, które inaczej mogłyby zwrócić uwagę straży. 

Pływak  w  ciemnym  stroju  był  Poitańczykiem,  pochodzącym  z  włości  hrabiego 

Trocero. Na piersi niósł starannie zszytą kopertę z przesyconego woskiem jedwabiu, w której 

znajdował  się  list  pióra  samego  hrabiego,  adresowany  do  przywódców  wrzącej  na  wolnym 

ogniu poitańskiej rebelii. 

 

Amulius Procas nie spał tej nocy. Deszcz spływający po tkaninie namiotu drażnił jego 

uszy. Mrucząc barbarzyńskie przekleństwa, których nauczył się jako młodszy oficer służąc na 

zachodnich rubieżach Aquilonii, stary generał popijał grzane wino mające odegnać gorączkę 

oraz  dla  rozproszenia  melancholii  grał  w  szachy  z  sierżantem  ze  swej  przybocznej  straży. 

Zraniona noga, owinięta bandażami, spoczywała na drewnianym podnóżku. 

Pomruk gromu sprawił, że stary weteran uniósł posiwiałą głowę. 

— To tylko grzmot, generale — powiedział sierżant. — Noc jest burzliwa. 

— Wymarzona noc, by Conan i jego buntownicy spróbowali sforsować brody — rzekł 

Procas.  —  Wierzę,  że  wartownicy  zostali  pouczeni,  iż  nie  wolno  im  chować  się  pod 

drzewami? Muszą być stale na brzegu. 

background image

— Dostali taką instrukcję — zapewnił go sierżant. — Twój ruch, generale, zważ, że 

dostałeś szacha królową. 

—  I  owszem,  i  owszem  —  wymruczał  Procas,  marszcząc  czoło  nad  szachownicą. 

Zastanawiał  się,  dlaczego  nagły  ziąb  przeszył  jego  serce,  gdy  usłyszał  te  niewinne  słowa: 

„dostałeś  szacha  królową”.  Po  chwili  jednak  uśmiechnął  się  ironicznie  na  babskie  strachy  i 

przełknął łyk wina. Nie uchodziło takim starym żołnierzom jak on zważać na wydumane złe 

znaki.  Mimo  to,  gdyby  mógł,  to  osobiście  przeprowadziłby  inspekcję  wart.  Dyscyplina  bez 

wątpienia rozluźniła się w czasie jego choroby… 

Zasłona namiotu odsunęła się na bok. 

— O co chodzi, żołnierzu — spytał Procas. — Buntownicy ruszyli? 

— Nie, generale, masz gościa. 

— Gościa, powiadasz? — powtórzył zaskoczony Procas. — Dobrze, wpuść go! 

—  To  ona,  nie  on  —  powiedział  żołnierz.  Partner  Procasa  przy  szachownicy  wstał, 

zasalutował i wyszedł. 

Po chwili żołnierz wprowadził dziewczynę ubraną w strój pazia. Alcina pojawiła się w 

obozie twierdząc, że jest wysłanniczką kanclerza króla Numedidesa. Nikt nie spytał jej, jak tu 

dotarła. Wszystkich onieśmielił  jej chłód,  arystokratyczne maniery i  dziwne światło płonące 

w jej zielonych oczach. 

Procas jednak patrzył na nią z powątpiewaniem. Pieczęć, którą mu pokazała, niewiele 

dla  niego  znaczyła.  Takie  błyskotki  można  było  ukraść  lub  podrobić,  Również  ze 

sceptycyzmem  odniósł  się  do  przywiezionych  przez  nią  dokumentów,  lecz  kiedy  tancerka 

oznajmiła, że przynosi wiadomość od Thulandry Thuu, jego zainteresowanie wzrosło. Procas 

obawiał  się  śniadego  czarnoksiężnika,  któremu  nie  ufał  i  zawsze  próbował  się 

przeciwstawiać. 

— Dobrze — mruknął w końcu Amulius Procas. — Mów. 

Alcina rzuciła spojrzenie na dwóch wartowników stojących u jej boków z dłońmi na 

rękojeściach mieczy. 

— To jest przeznaczone tylko dla twoich uszu, generale — powiedziała uprzejmie. 

Procas pomyślał chwilę, po czym skinął głową wartownikom. 

— Dobrze, poczekajcie na zewnątrz. 

—  Ależ,  panie!  —  powiedział  starszy  z  nich.  —  Nie  powinniśmy  zostawiać  cię 

samego z tą kobietą. Kto wie, do jakich szatańskich sztuczek może posunąć się Conan. 

—  Conan!  —  zakrzyknęła  Alcina.  —  Ależ  on  nie  żyje!  —  Natychmiast  zapragnęła 

odgryźć sobie język, ale nie mogła już cofnąć tych nieopatrznych słów. 

background image

Starszy żołnierz uśmiechnął się. 

—  Nie,  dziewczyno.  Barbarzyńca  ma  więcej  żywotów  niźli  kot.  Powiadają,  że 

przeszedł jakąś ciężką chorobę, ale gdy przekraczaliśmy rzekę, pojawił się nad nią na koniu, 

wołając do swych łuczników, żeby zrobili z nas jeże. 

— Ta młoda kobieta zdaje się sądzić, że Conan nie żyje — mruknął Amulius Procas 

— i rad bym dowiedzieć się, jakie ma powody dla takiego sądu. Zostawcie nas. Nie jestem 

jeszcze takim śliniącym się starym piernikiem, żebym musiał obawiać się kobiety. 

Gdy wartownicy odeszli, Amulius Procas powiedział do Alciny z uśmiechem: 

— Moi chłopcy chwytają się każdej sposobności, żeby się schronić przed deszczem. 

Powtórz mi teraz wiadomość od Thulandry Thuu. 

Alcina  sięgnęła  za  dekolt  swojej  tuniki.  W  tym  momencie  zabłysła  potężna 

błyskawica. Tancerka powiedziała: 

— Wiadomość od mojego pana, generale, jest taka… 

Huk gromu zagłuszył następne słowa. Procas pochylił się naprzód, przybliżając głowę 

na odległość dłoni od jej twarzy. Alcina szeptała dalej: 

— …że czas… nadszedł… 

Z szybkością atakującego węża pchnęła sztyletem w pierś Amuliusa Procasa, mierząc 

w serce. 

— …byś umarł! — dokończyła, odskakując na bok, by wymknąć się sięgającym ku 

niej rękom starego generała. 

Choć cios  był  dobrze  wymierzony, napotkał niespodziewaną przeszkodę. Pod tuniką 

Procas  miał  kolczugę.  Czubek  sztyletu  rozerwał  jedno  z  ogniw  i  wszedł  między  żebra,  ale 

reszta klingi zaklinowała się tak, że ostrze nie sięgnęło głębiej niż na ćwierć piędzi. Starając 

się  w  czasie  szarpaniny  uwolnić  sztylet  Alcina  złamała  jego  koniec,  który  pozostał  w  ciele 

generała. 

Z chrapliwym okrzykiem stary żołnierz pomimo rany zerwał się z miejsca i rzucił na 

dziewczynę.  Alcina  cofnęła  się  i  kopnęła  stół,  na  którym  stała  świeca.  W  namiocie 

zapanowała grobowa ciemność. 

Amulius Procas brnął przed siebie w hebanowym mroku. W pewnej chwili udało mu 

się chwycić kołnierz tuniki tancerki. Przez moment Alcinie zdawało się, że czeka ją śmierć w 

uścisku  żylastych  rąk  generała.  Jednak  materiał  się  rozdarł,  a  stary  żołnierz  stracił 

równowagę.  Zraniona noga ugięła się pod nim i upadł  jak długi.  Zanim  zdołał wstać, jad z 

ostrza Alciny dokonał swego dzieła. 

background image

Tancerka  pospieszyła  do  wyjścia  i  wyjrzała  przez  szparę.  Błysk  pioruna  oświetlił 

dwóch wartowników w przemokniętych płaszczach, stojących jak pomniki po prawej i lewej. 

Zgodnie z rozkazem generała odeszli tak daleko od namiotu, by nie słyszeć rozmowy. Resztę 

zagłuszyły  odgłosy  burzy.  Macając  po  ciemku,  Alcina  znalazła  krzemień,  hubkę  i  kawałek 

stali, po czym zapaliła świecę. Szybko zbadała ciało Procasa, a następnie owinęła jego palce 

na rękojeści złamanego sztyletu. Przemknąwszy z powrotem do wejścia, ponownie spojrzała 

na nieruchomych żołnierzy i zaczęła zawodzić przejmującą pieśń. Powoli podnosiła głos, aż 

w końcu melodia dotarła do uszu wartowników. 

W śpiewanej przez nią pieśni wszystkie dźwięki były tak dobrane, by zahipnotyzować 

słuchacza.  Pomału  nieświadomi  niczego  wartownicy  pogrążyli  się  w  letargu,  w  którym 

przestali słyszeć i widzieć cokolwiek. 

Jakiś  czas  później  przemknąwszy  obok  straży  na  skraju  obozu  Alcina  dotarła  do 

własnego  namiotu,  ukrytego  głęboko  w  lesie.  Z  westchnieniem  ulgi  rzuciła  się  pod  jego 

osłonę  i  zaczęła  ściągać  z  siebie  przemoczone  szaty.  Koszula  była  podarta.  Odruchowo 

sięgnęła ręką do piersi, by dotknąć talizmanu, ale nie było go tam! Przerażona uświadomiła 

sobie,  że  Procas  chwyciwszy  ją  w  ciemności  zerwał  delikatny  łańcuszek.  Szklisty  półokrąg 

leżał  teraz  gdzieś  na  dywanie  w  generalskim  namiocie.  Nie  mogła  go  odzyskać.  Żołnierze 

króla  być  może  odkryli  już  ciało  dowódcy  i  jak  rozwścieczone  szerszenie  rozbiegli  się  po 

okolicy, szukając zielonookiej kobiety, aby natychmiast ją zabić, 

Dygocąc ze zgrozy i niepewności Alcina wsłuchiwała się w gniewne łoskoty gromów 

i bębnienie deszczu. Jej myśli galopowały jak spłoszone konie. Czy Thulandra Thuu wiedział, 

że Conan przeżył  jej  truciznę? Ostatnim  razem,  kiedy  rozmawiali  za pomocą talizmanu, jej 

pan sprawiał wrażenie, jakby o niczym takim nie słyszał. Jeżeli wiadomość o wyzdrowieniu 

Cymmerianina nie dotarła jeszcze do czarnoksiężnika, to Alcina musiała mu ją natychmiast 

przekazać.  Bez  magicznego  kawałka  obsydianu  mogła  to  uczynić  jedynie  wracając  do 

Tarancji. 

Dalsze  czarne  myśli  wypełniły  jej  głowę.  Czy  gdyby  Thulandra  Thuu  wiedział,  że 

Conan  żyje,  to  rozkazałby  jej  zabić  Amuliusa  Procasa?  Czy  nie  okaże  jej  teraz  swojego 

gniewu?  Thulandra  mógłby  ukarać  ją  za  podsunięcie  przywódcy  buntowników 

niewystarczającej  ilości  trucizny  i  zgubienie  amuletu.  Bez  broni  i  pozbawiona  kontaktu  ze 

swoim  mentorem,  Alcina  była  bezradna  i  przez  moment  wahała  się  między  powrotem  do 

Tarancji a ucieczką do jakiegoś obcego kraju. 

Opanowała się jednak. Thulandra Thuu zawsze traktował ją łaskawie i dobrze opłacał. 

Przypomniała sobie, jak obiecywał jej wprowadzenie w wyższe arkana sztuk tajemnych oraz 

background image

nieśmiertelność.  Thulandra  mówił  też,  że  gdy  zdobędzie  wieczną  władzę  nad  Aquilonią,  to 

uczyni  ją  swoją  królową.  Alcina  zdecydowała  się  powrócić  do  stolicy  i  narazić  na  gniew 

swego pana. Była piękna i potrafiła radzić sobie z mężczyznami, bez względu na ich pozycję. 

Uśmiechając się, zasnęła, postanowiwszy wyruszyć z nadejściem świtu. 

 

Rankiem  jeden  z  kapitanów  podszedł  do  namiotu  generała,  by  odebrać  poranne 

rozkazy.  Dwóch  zmęczonych  wartowników,  wyczekujących  na  zakończenie  służby, 

zasalutowało niemrawo. Potem jeden z nich wystąpił, by odsłonić wejście do namiotu. 

Lecz  generał  Procas  miał  już  nigdy  nie  wydać  żadnego  rozkazu,  chyba  że  w  piekle. 

Leżał na dywanie twarzą w dół, obejmując dłońmi rękojeść sztyletu o smukłym ostrzu, który 

uciszył głos najdzielniejszego wojownika Aquilonii. 

Dwóch  żołnierzy  obróciło  zwłoki  i  przyjrzało  się  im.  Stalowosiwe  włosy  Procasa, 

częściowo w nieładzie, zasłaniały jego stężałe rysy. 

—  Nigdy  nie  uwierzę,  że  nasz  generał  odebrał  sobie  życie  —  wyszeptał  głęboko 

poruszony oficer. — To do niego niepodobne. 

—  Ani  ja,  kapitanie  —  powiedział  wartownik.  —  Czy  ktoś,  kto  zdecydował  się 

popełnić samobójstwo, przebija sztyletem kolczugę? To musiała być ta kobieta. 

— Kobieta? Jaka kobieta?! — zawołał kapitan. 

— Miała zielone oczy. Przyprowadziłem ją tutaj wczoraj późno wieczorem. Mówiła, 

że przynosi wiadomości od króla. Proszę spojrzeć, jest tu jeszcze jej ślad. — Żołnierz wskazał 

na zarys małej stopy utworzony na dywanie przez zaschłe błoto. 

— Prosiliśmy generała, by pozwolił nam zostać podczas rozmowy, kazał nam jednak 

wyjść. 

— Co się stało z tą kobietą? 

Wartownik wzniósł bezradnie ręce. 

—  Odeszła,  nawet  nie  wiem  jak.  Zapewniam,  kapitanie,  że  nie  mijała  nas  przy 

wyjściu. Sergius i ja przez cały czas od opuszczenia generała, aż do chwili, gdy przyszedłeś 

po rozkazy, staliśmy na posterunku i nie spaliśmy. Możesz zapytać innych strażników.— Hm 

—  zamyślił  się  kapitan.  —  Tylko  diabeł  może  zniknąć  ze  środka  strzeżonego  obozu 

wojennego. 

—  Więc  może  diabeł  jest  kobietą,  kapitanie  —  mruknął  wartownik,  przygryzając 

wargę. — Proszę tu spojrzeć; jakiś półksiężyc ze szkła czarnego jak piekielne otchłanie… 

Kapitan trącił czubkiem buta kawałek obsydianu, po czym zniecierpliwiony kopnął go 

w kąt. 

background image

— Jakiś fikuśny amulet dla przesądnych. Diabeł czy nie, nie możemy tak stać i paplać. 

Ty będziesz strzegł ciała generała, a ja wyślę kilka kompanii piechoty, by przeszukali obóz i 

okoliczne wzgórza. Sergius, sprowadź trębacza! Niech no tylko złapię tę diablicę… 

Zostawszy  sam  w  namiocie,  wartownik  podniósł  amulet.  Obejrzał  go  dokładnie, 

związał rozerwane końce łańcuszka i włożył go sobie na szyję. Jaki by ten talizman nie był, 

zawsze była szansa, że przyniesie mu on choć trochę szczęścia. Żołnierz potrzebował każdego 

okrucha Fortuny, jaki tylko mógł mu się trafić. 

    

Conan  wychylony  poza  krawędź  wysokiej,  skalnej  półki  obserwował  wojska 

nieprzyjaciela, obozujące wzdłuż północnego brzegu Alimane. Poprzedniego dnia wydarzyło 

się u nich coś szczególnego. Dobiegało stamtąd wiele krzyku i widać było zamieszanie, lecz 

nawet bystrooki barbarzyńca nie był w stanie wypatrzyć przyczyny owego nieładu. 

Ze wzrokiem utkwionym nieruchomo za rzeką Conan pożerał z apetytem przyniesioną 

przez  giermka  sztukę  pieczonego  mięsa.  Strząsnął  już  z  siebie  wszystkie  skutki  działania 

zatrutego wina i czuł się pełen wigoru. Straty, które udało się zadać cofającym się wojskom 

Legionu Pogranicznego osłodziły gorycz klęski po przegranej bitwie na brodach Alimane. 

Lata  minęły  od  czasu,  gdy  Cymmerianin  ostatni  raz  toczył  partyzancką  wojnę  — 

atakując  znienacka  o  wiele  silniejszego  przeciwnika.  Wtedy  dowodził  zbójecką  bandą  na 

pustyni  Zuagir.  Po  tamtym  okresie  pozostało  mu  wyryte  w  pamięci  doświadczenie,  nie 

stępione mimo upływu czasu. Teraz, gdy nieprzyjaciel przekroczył Alimane i rozbił obóz na 

przeciwległym  brzegu,  sytuacja  uległa  kolejnej  zmianie  i  to,  jak  sądził  niecierpliwy 

Cymmerianin,  zmianie na gorsze. Siły zebrane pod sztandarem  Lwów nie mogły sforsować 

Alimane,  dopóki  wojska  królewskie  stały  w  gotowości  bojowej.  Wobec  tak  dobrze 

przygotowanej  obrony,  atak  powstańców  mógłby  się  powieść  tylko  w  przypadku 

przytłaczającej liczebnej przewagi, której buntownicy nie mieli. Partyzancka taktyka i konni 

łucznicy byli tu nieprzydatni. Co więcej, zapasy były na wyczerpaniu. 

Conan  nachmurzył  się.  Przynajmniej  tyle  dobrego,  myślał,  że  oddziały  Amuliusa 

Procasa  nie  wykazywały  najmniejszej  chęci  ponownego  przekroczenia  rzeki,  by  wydać  im 

bitwę.  Kolejny  raz  zadumał  się  nad  przyczyną  wydarzeń  sprzed  paru  dni,  które  zburzyły 

spokój  w  nieprzyjacielskim  obozie.  Legion  Pograniczny  powiększył  otwartą  przestrzeń  w 

miejscu,  gdzie  trakt  do  Culario  dochodził  do  rzeki.  Zrąbano  drzewa  i  powyrywano  krzewy 

rozszerzając  naturalną  polanę  w  górę  i  w  dół  rzeki.  Nic  już  nie  stało  na  przeszkodzie 

manewrom dużych oddziałów w czasie przyszłej bitwy. Gdy Conan przyglądał się temu, do 

background image

obozu  wroga  wjechała  grupa  jeźdźców,  wywołując  duże  poruszenie.  Conan  osłonił  dłonią 

oczy i zmarszczywszy brwi odwrócił się do swego giermka. 

— Idź i przyprowadź zwiadowcę Maliasa, ale szybko! — rozkazał. 

Giermek oddalił się biegiem, by po chwili powrócić z chudym, starszym mężczyzną. 

Cymmerianin  podniósł  wzrok  i  jego  twarz  pojaśniała.  Melias  służył  już  pod  rozkazami 

Conana na piktyjskiej  granicy. Stary zwiadowca  potrafił poruszać się po  lesie równie  cicho 

jak wąż, a jego oczy były bystrzejsze niż u jastrzębia. 

— Kto tam przybył, mój stary? — zapytał Conan, skinieniem głowy wskazując obóz 

przeciwnika. 

   Zwiadowca  przypatrzył  się  z  uwagą  grupie  jadącej  pomiędzy  namiotami,  po  czym 

powiedział: 

— Jakiś generał, sądząc po wielkości jego eskorty, a przy tym na pewno szlachcic. 

Conan  rozkazał,  by  sprowadzono  Dexitheusa,  który  oprócz  wiedzy  teologicznej 

posiadał również wielką znajomość heraldycznej symboliki. Gdy zwiadowca opisał insygnia 

wyszyte na płaszczu przybyłego, kapłan zmarszczył czoło. 

— Wydaje mi się — powiedział wreszcie — że to godło hrabiego Thune. 

Conan wzruszył ramionami. 

— Imię jest mi znajome, ale pewien jestem, że nigdy nie spotkałem tego człowieka. 

Co ci o nim wiadomo? 

Dexitheus zastanowił się. 

—  Thune  to  hrabstwo  w  zachodniej  części  Aquilonii,  ale  nie  natknąłem  się  na 

obecnego właściciela tego tytułu. Przypominam sobie plotki, krążyły może rok temu, o jakimś 

skandalu związanym z przyjęciem przez niego tego miana. Nie mogę wszakże przypomnieć 

sobie żadnych szczegółów. 

Po  powrocie  do  swego  namiotu  Conan  wezwał  pozostałych  dowódców,  by  wypytać 

ich o hrabiego Thune. Trocero wiedział o tym człowieku tylko tyle, że służył on jako oficer 

na  spokojnych  wschodnich  granicach,  nie  odznaczając  się  żadnym  szczególnym 

bohaterstwem. 

Po  południu  Melias  doniósł,  że  oddziały  Legionu  Pogranicznego  ustawiły  się  w 

paradnym  szyku,  po  czym  pojawił  się  hrabia  Thune,  by  odczytać  jakieś  dokumenty 

zaopatrzone  w  pieczęcie  i  wstęgi.  Prospero  wyślizgnął  się  z  obozu  powstańców  i  ukryty  w 

krzakach  podsłuchał  treść  proklamacji.  Każde  jej  zdanie  powtarzane  dodatkowo  przez 

sierżantów niosło się wyraźnie nad wodą i niebawem zdumiony młodzieniec dowiedział się, 

że  Amulius  Procas  poniósł  śmierć  z  własnej  ręki  i  że  Ascalante,  hrabia  Thune,  został 

background image

wyznaczony na jego miejsce, by dowodzić Legionem Pogranicznym. Ta wstrząsająca wieść 

została natychmiast przekazana Conanowi. 

— Procas samobójcą? — burknął zdumiony Cymmerianin. — Nigdy, na Croma! Ten 

starzec, choć nasz nieprzyjaciel, był żołnierzem do szpiku kości, najlepszym oficerem w całej 

Aquilonii.  Tacy  jak  Procas  drogo  sprzedają  swe  życie  i  nie  porzucają  go  jak  wąż  skórkę. 

Czuję w tym zdradę, co wy o tym powiecie? 

— Co do mnie — mruknął Dexitheus, przebierając swe paciorki — widzę w tym rękę 

Thulandry Thuu, który od dawna żywił nienawiść wobec generała. 

— Czy nikt z was nie wie czegoś więcej o tym Ascalante? — zapytał nagląco Conan. 

— Czy potrafi dowodzić wojskami w walce? Czy jest zaprawiony w wojaczce, czy to tylko 

jeszcze  jeden  wyperfumowany  pochlebca  tego  durnia  Numedidesa?  —  Gdy  inni  potrząsnęli 

głowami,  Conan  dodał:  —  Dobrze,  wyślijcie  sierżantów,  by  rozpytali  ludzi,  czy  któryś  nie 

służył kiedyś pod Ascalante. Muszę wiedzieć, co z niego za oficer. 

—  Czy  sądzisz  —  zapytał  Prospero  —  że  nowy  dowódca  Legionu  Pogranicznego 

może wbrew swej woli przysłużyć się naszej sprawie? 

—  Może  tak,  może  nie.  Pożyjemy,  zobaczymy  —  burknął  Conan.  —  Jeżeli  plan 

Trocera dojdzie do skutku… 

Hrabia Trocero uśmiechnął się tajemniczo. 

Następnego  poranka  przywódcy  buntu,  zebrani  na  stanowiącej  punkt  obserwacyjny 

skalnej  półce,  przyglądali  się  w  posępnym  milczeniu  ceremonii  po  drugiej  stronie  rzeki. 

Legion Pograniczny stał w długim szpalerze wzdłuż drogi do Culario. Pomiędzy nimi jechała 

wolno  grupa  konnych  legionistów  otaczających  rydwan  generała  Procasa,  na  którym  leżała 

trumna okryta błękitnym sztandarem. 

—  Ostatni  raz  widzimy  starego  Amuliusa  —  powiedział  Conan.  —  Gdyby  on  był 

królem Aquilonii, sprawy wyglądałyby dziś zupełnie inaczej. 

Po zmroku, gdy ciężka mgła kłębiła się nad powierzchnią Alimane, powrócił ubrany 

na  czarno  pływak,  którego  hrabia  Trocero  wysłał  tydzień  temu.  W  woreczku  dobrze 

zabezpieczonym przed wilgocią znajdowała się odpowiedź na list hrabiego. 

Jeszcze tej samej nocy sztandar Lwów załopotał w srebrzystym blasku księżyca. 

background image

MIECZE PRZEKRACZAJĄ ALIMANE 

 

Przez  kilka  miesięcy  przyjaciele  hrabiego  Trocero  dokonywali  swego  dzieła  i 

wypełnili je dobrze. Po targowiskach i przydrożnych zajazdach, przez wsie i zaścianki, miasta 

i wioski, na skrzydłach plotki niosła się przez Poitain wieść: „Wyzwoliciel się zbliża!” 

Taki bowiem tytuł nadano Conanowi. Powszechnie przypominano sobie opowieści o 

gigantycznym Cymmerianinie krążące w minionych latach. Mówiono o tym, jak rąbiąc i tnąc 

przeprawił się przez srebrzyste wody Rzeki Gromowej, by zmiażdżyć dzikich Piktów, którzy 

tysiącami  przekroczyli  granice,  by  siać  śmierć  i  zniszczenie  na  kresach  bossońskich. 

Poitańczycy,  słuchając  tych  opowieści,  z  utęsknieniem  czekali  na  Conana,  by  wyrwał  ich  z 

ucisku krwawego tyrana. 

Łucznicy,  pachołkowie  i  rycerze  zdążali  potajemnie  na  południe,  ku  Alimane.  Po 

wioskach  Poitain  szeptano  o  mającej  nadejść  inwazji.  Gdy  w  końcu  wieść  tak  bardzo 

oczekiwana  przybyła  w  natłuszczonym  woreczku,  opatrzona  pieczęcią  ich  ukochanego 

hrabiego, byli gotowi. 

    

Noc  była  mglista  i  zimna.  Wartownik,  młody  chłopak  z  Gunderlandu,  kichnął,  po 

czym przestępując z nogi na nogę zaczął zabijać ręce dla rozgrzewki. Stanie na warcie było 

uciążliwym obowiązkiem nawet przy dobrej pogodzie, a w tak wilgotną i zimną noc można 

tylko przeklinać swój los. 

Gdyby  tylko  nie  dał  się  głupio  przyłapać  na  posyłaniu  całusów  kochance  swego 

kapitana,  rozkoszowałby  się  teraz  błogim  ciepłem  jadalni  sierżantów.  Poza  tym,  czy 

naprawdę  w  taką  noc  jak  ta  warto  było  strzec  głównej  bramy  koszar  w  Culario?  Czy 

komendant  myślał,  że  skradała  się  ku  nim  armia  z  Koth,  Nemedii  lub  może  dalekiego 

Vanaheimu? 

Z rozżaleniem pomyślał, że gdyby los obdarzył go szlachetnym urodzeniem i ziemską 

majętnością, paradowałby teraz w atłasie i złoconej stali na balu oficerskim. Tak pogrążył się 

w swych marzeniach, że umknął jego uwagi cichy szelest za jego plecami. Nie spostrzegł nic 

niepokojącego aż do chwili, gdy rzemień opadł na jego gardło i zacisnął się szybko. Niedługo 

po stwierdzeniu tego faktu już nie żył. 

Bal  oficerski  rozbrzmiewał  wesołym  gwarem.  Z  kandelabrów  lało  się  światło  setek 

świec, odbijając się i migocąc w zwierciadłach o srebrnych ramach zawieszonych na filarach 

background image

sali balowej. Oficerowie w paradnych strojach konkurowali o względy tutejszych piękności, 

rozkosznie szczebioczących i chichoczących. 

Przyjęcie  dochodziło  do  punktu  kulminacyjnego.  Gubernator  królewski,  Conradin, 

zjawił się tylko, by wypełnić obowiązek otwarcia uroczystości i już dawno odjechał. Starszy 

kapitan  Armandius,  komendant  garnizonu  w  Culario,  ziewał  i  kiwał  się  nad  pucharem 

najwykwintniejszego  wina  z  Poitain.  Ze  swego  fotela  pokrytego  czerwonym  aksamitem 

spoglądał  z  góry  na  tancerzy,  myśląc,  że  całe  to  krążenie,  paradowanie  i  ukłony  to  zabawa 

przystojąca  dzieciakom.  Zdecydował,  że  jeśli  za  godzinę  opuści  bal,  to  nie  będzie  to  już 

nietaktem.  Jego  myśli  zwróciły  się  ku  ciemnookiej  zingarańskiej  kochance,  która  na  pewno 

wyczekiwała  go  z  wielką  niecierpliwością.  Uśmiechnął  się  sennie,  przywołując  obraz  jej 

miękkich warg oraz innych wdzięków, po czym zapadł w drzemkę. 

Pierwszy  wyczuł  dym  służący.  Otworzył  drzwi  i  ujrzał  stos  płonących  krzaków 

zwalonych pod ścianami na zewnątrz. Jego krzyk zaalarmował innych. 

W krótkim czasie królewscy oficerowie oraz towarzyszące im kobiety wyroili się na 

zewnątrz jak pszczoły wykurzone z ula przez bartników. Jednak zamiast zbieraczy miodu na 

majdanie czekał na nich tłum milczących, patrzących ponuro ludzi, trzymających nagie ostrza 

w brązowych od słońca rękach. 

Na  swoje  nieszczęście  oficerowie  mieli  przy  sobie  jedynie  ozdobne  sztylety,  co 

całkowicie  przekreśliło  ich  szansę  w  starciu  z  dobrze  uzbrojonymi  buntownikami.  W  ciągu 

kwadransa  Culario  zostało  oswobodzone  i  chorągiew  hrabiego  Poitain  z  karmazynowymi 

lampartami załopotała nad dachem koszar. 

W jednym z pokojów zajazdu w Culario gubernator królewski zasiadł do gry ze swym 

przyjacielem, asesorem podatkowym na ziemie południowych prowincji. Obaj skupieni byli 

wyłącznie  na  kościach,  a  uporczywa  zła  passa  sprawiła,  że  gubernator  stawał  się 

nachmurzony  i  rozdrażniony.  Całą  swą  złość  wyładował  więc  na  stojącym  pod  oknem 

wartowniku, którego widok nie wiedzieć czemu bardzo go zirytował. Conradin sklął żołnierza 

w żywy kamień, po czym szorstko rozkazał mu usunąć się z widoku. 

— Nie dadzą człowiekowi spokoju — burknął. 

—  Zwłaszcza,  gdy  przegrywa,  co?  —  dociął  asesor.  Szacował,  że  wartownik  nie 

będzie  musiał  zbyt  długo  znosić  zimnej,  nocnej  mgły,  ponieważ  trzos  gubernatora  był  już 

prawie pusty. 

Kontynuując  grę,  zapatrzeni  w  taniec  pięciu  małych  sześcianów,  nie  usłyszeli 

głuchego uderzenia i odgłosu padającego ciała, który rozległ się gdzieś pod oknem. 

background image

Chwilę później drzwi zostały otwarte kopniakiem i do środka wpadł tłum wieśniaków 

uzbrojonych  w  pałki,  grabie,  cepy  i  sierpy.  Graczy  wyciągnięto  zza  stołu,  po  czym 

powleczono ich ku szubienicom świeżo postawionym na środku placu targowego. 

Pierwsze ostrzeżenie dla żołnierzy Legionu Pogranicznego, że w prowincji rozgorzało 

powstanie, nastąpiło, gdy oficer straży, obchodząc posterunki na skraju obozu, odkrył jednego 

z wartowników śpiącego bezczelnie w cieniu wozu z zapasami. Z wściekłym przekleństwem 

kapitan kopnął  go w żebra. Gdy to  nie dało  efektu,  oficer przykucnął,  by sprawdzić, co się 

stało  temu  człowiekowi.  Uczucie  wilgoci  na  palcach  spowodowało,  że  natychmiast  cofnął 

rękę. Z niedowierzaniem spojrzał na ciemną plamę na dłoni i ziejące cięcie na szyi żołnierza. 

Wyprostował się, nabrał w płuca powietrza, by wszcząć alarm i dokładnie w tej chwili strzała 

przeszyła jego serce. 

Mgła unosiła się nad wodami Alimane. Kłębiła się pomiędzy drzewami i namiotami. 

Przez  las,  tu  i  ówdzie  przebiegały  przypominające  zjawy  postacie  w  ciemnych  strojach,  z 

nożami  w  dłoniach  i  łukami  na  plecach.  Spowite  cieniem  sylwetki  wynurzały  się  z  mgły, 

przemykały  od  namiotu  do  namiotu,  wchodziły  do  nich  i  wychodziły  po  chwili,  ścierając 

krew z ostrzy noży. 

Kiedy  owe  mroczne  zjawy  siały  śmierć  wśród  śpiących  ludzi,  inne,  znacznie 

liczniejsze, brnęły przez nurt Alimane. 

Hrabiego Ascalante wyrwał z głębokiego snu stłumiony krzyk człowieka w agonii. Po 

tym  jęku  rozległa  się  wrzawa,  jakby  nad  obozem  zagrzmiały  trąby  chaosu.  Przez  chwilę 

Aquilończyk myślał, że wciąż jeszcze śpi, ale krzyki toczących morderczą walkę ludzi, jęki 

ranionych, charkot konających, świst strzał i klangor mieczy były aż nazbyt realne. 

Hrabia  wyskoczył  półnagi  z  łóżka,  odrzucił  na  bok  zasłonę  namiotu  i  jak  urzeczony 

zapatrzył się na dokonujący się wokół pogrom. Płonące namioty rzucały migoczące światło 

na  królujące  wokół  szaleństwo.  Jak  porzucone  dziecięce  zabawki  leżały  w  lepkim  błocie 

zdeptane  ciała.  Na  pół  nadzy  Aquilońscy  żołnierze  walczyli  w  rozpaczliwym  zapamiętaniu 

przeciw ludziom w kolczugach, uzbrojonym we włócznie, miecze i topory. Łucznicy strzelali 

do legionistów z tak małej odległości, że każda strzała dosięgała celu. Królewscy kapitanowie 

i  sierżanci  desperacko  usiłowali  ustawić  w  szyku  swoich  pikinierów  i  uzbroić  tych,  którzy 

wybiegli z namiotów z pustymi rękami. 

Po chwili przed skamieniałym ze zgrozy hrabią Thune stanęła straszliwa postać. Był 

to  Cromel,  z  którego  grubych  ust  nieustannie  dobywał  się  strumień  przekleństw.  Ascalante 

zamrugał oczyma ze zdumienia. Oficer miał na sobie jedynie przepaskę na biodra i sięgającą 

do kolan kolczugę podartą w co najmniej tuzinie miejsc. Cały ociekał krwią. 

background image

—  Zostaliśmy  zdradzeni?  —wyrzucił  z  siebie  Ascalante,  chwytając  Cromela  za 

dzierżące miecz ramię. 

Cromel strząsnął chwytającą go rękę i splunął krwią. 

— Zdradzeni, zaskoczeni, jedno i drugie, na śluzowate trzewia Nergala! — zagrzmiał 

Bossończyk.  —  W  prowincji  wybuchło  powstanie,  naszych  wartowników  wymordowano, 

nasze  konie  przegnano  do  lasu,  droga  na  północ  zablokowana.  Buntownicy  przeprawili  się 

przez rzekę, niezauważeni w tej przeklętej mgle. Większości strażników popodrzynali gardła 

wieśniacy. Jesteśmy wzięci w dwa ognie i nie możemy odeprzeć tego ataku. 

— Co więc robić? — szepnął Ascalante. 

— Uciekać do lasu — wyrzucił z siebie Cromel — albo poddać się, co ja zamierzam 

zrobić. Pomóż mi zabandażować te rany, bo inaczej wykrwawię się na śmierć. 

Conan jako pierwszy przeprowadził swych ludzi przez bród Nogara pod osłoną mgieł. 

Gdy  rozgorzała  walka,  podążyli  za  nim  Trocero,  Prospero  i  Pallantides  z  łucznikami  oraz 

konnicą.  Gdy  hrabia  Poitain  dotarł  na  plac  boju,  legionistom  udało  się  jednak  utworzyć 

zwarty  szyk  najeżony  długimi  włóczniami.  Trocero  skierował  na  ten  mur  z  tarcz  swych 

ciężkozbrojnych  jeźdźców  i  po  kilku  nieudanych  szarżach  przełamał  go.  Wtedy  rozpoczęła 

się rzeź. 

Obóz  królewskich  wojsk  był  rozciągnięty  wzdłuż  północnego  brzegu  Alimane  i 

przylegał  do  lasu.  Jego  wydłużony  kształt  utrudniał  obronę.  Z  reguły  obozy  wojskowe 

budowane  były  na  planie  kwadratu,  o  bokach  z  wałów  ziemnych  wzmocnionych  palisadą. 

Tym razem nie uczyniono tego i dlatego pozycje Legionu Pogranicznego okazały się nie do 

utrzymania. Układ terenu i zaskakujący  atak armii  powstańczej  doprowadziły do całkowitej 

klęski  wojsk  królewskich,  pomimo  ich liczebnej  przewagi.  Nie  bez  znaczenia  było  również 

osłabienie morale wojska, spowodowane śmiercią Amuliusa Procasa. Gdy Ascalante ogłosił, 

że ich poprzedni dowódca poniósł śmierć z własnej ręki, przygnębiony żałosnymi skutkami 

wtargnięcia  na  ziemie  Argos,  żołnierze  nie  dawali  wiary  tej  bladze.  Znali  i  kochali  starego 

generała mimo jego surowości i szorstkiego sposobu bycia. Oficerom i prostym żołnierzom 

Ascalante wydał się lalusiem i pozerem. Co prawda hrabia Thune miał pewne doświadczenie 

w  sprawach  wojskowych,  ale  jedynie  w  służbie  garnizonowej  i  na  spokojnych  granicach. 

Potwierdziła się również prawda, że każdy generał obejmując dowodzenie nad zaprawionymi 

w bojach oficerami, musi umieć im zaimponować i  ostudzić pierwszą niechęć z ich  strony. 

Układne  maniery  i  dworskie  zachowanie  nowo  przybyłego  nie  wzbudziły  szacunku 

starszyzny, której niezadowolenie natychmiast udzieliło się żołnierskim szeregom. 

background image

Atak  został  starannie  zaplanowany.  Gdy  poitańscy  chłopi  uśmiercili  wartowników, 

podpalili  namioty  i  wypędzili  konie  z  zagród,  legioniści  otrząsnąwszy  się  z  zaskoczenia 

utworzyli szyki zwrócone frontem ku północy. Gdy jednak jednocześnie z południa uderzyły 

na nich oddziały Conana, linie obronne rozsypały się i doszło do masakry. 

Generała  Ascalante  nigdzie  nie  zdołano  odnaleźć.  Zobaczywszy  zabłąkanego  konia 

rzucił się na jego grzbiet i przepadł w ciemnościach. 

Szczwany  karierowicz  Cromel  mógł  sobie  pozyskać  łaskę  zwycięzców  poddając 

siebie  i  swój  oddział,  ale  dla  Ascalante  sprawa  wyglądała  zupełnie  inaczej.  Miał  dumę 

szlachcica.  Poza  tym  hrabia  domyślał  się,  co  uczyni  Thulandra  Thuu,  gdy  dowie  się  o 

pogromie. Czarnoksiężnik  spodziewał  się po nim, że utrzyma buntowników na południe od 

Alimane. W zwykłych okolicznościach było to niezbyt trudne zadanie nawet dla dowódcy ze 

skromną  wiedzą  wojskową.  Magiczne  zdolności  nie  ostrzegły  jednak  czarnoksiężnika  o 

powstaniu  wśród  Poitańczyków  —  wydarzeniu  mogącym  przyprawić  o  zimny  pot  znacznie 

bardziej doświadczonych oficerów niż hrabia Thune. Teraz, gdy obóz był spalony do szczętu, 

a  klęska  nieunikniona,  Ascalante  mógł  jedynie  opuścić  stanowisko  i  znaleźć  się  możliwie 

najdalej  zarówno  od  zręcznego  przywódcy  buntowników,  jak  i  od  śniadego  nekromanty  z 

Tarancji. 

Przez całą noc hrabia Thune galopował wśród drzew, aż świt zastał go o dziewięć mil 

na wschód od miejsca pogromu. Gnany myślą o nieobliczalnym gniewie Thulandry Ascalante 

jechał dalej tak szybko, jak tylko mógł. Hrabia żywił nadzieję, że gdzieś wśród wschodnich 

pustyń  znajdzie  się  jakieś  miejsce,  w  którym  mściwy  czarownik  nigdy  go  nie  odszuka.  W 

miarę  mijających  godzin  Ascalante  zaczęła  ogarniać  nienawiść  do  Conana  Cymmerianina, 

który był powodem jego ucieczki i hańby. Hrabia Thune poprzysiągł sobie, że któregoś dnia 

odpłaci barbarzyńcy pięknym za nadobne. 

O  świcie  Conan  przechadzał  się  po  zrujnowanym  obozie  Legionu  Pogranicznego, 

odbierając meldunki swych kapitanów. Setki legionistów leżało martwych lub umierających. 

Setki  innych  szukało  schronienia  w  lesie,  gdzie  polowali  na  nich  partyzanci  Trocera.  Jeden 

oddział  żołnierzy  królewskich  w  sile  siedmiuset  łudzi  przeszedł  na  stronę  powstańców, 

przekonany przez okoliczności oraz bossońskiego oficera imieniem Cromel. Przyłączenie się 

tego oddziału, złożonego z Poitańczyków i Bossończyków, wraz z garścią Gunderlandczyków 

i  kilkoma  dziesiątkami  Aquilończyków,  sprawiło  Conanowi  wielką  radość.  Byli  to  bowiem 

doświadczeni,  dobrze  wyćwiczeni,  zawodowi  żołnierze.  Znający  się  na  ludziach 

Cymmerianin  podejrzewał  Cromela,  że  jest  on  zarówno  doskonałym  żołnierzem,  jak  i 

sprytnym  karierowiczem.  Było  to  jednak  do  wybaczenia,  jeśli  służyło  dobrej  sprawie. 

background image

Pogratulował  więc  krzepkiemu  kapitanowi  przystania  do  nich  i  przestał  się  nad  tym 

zastanawiać. 

Dziesiątki ludzi trudziło się ściąganiem z poległych nadających się do użytku zbroi i 

składaniem  zwłok  na  stosach  pogrzebowych,  kiedy  na  pobojowisku  pojawił  się  Prospero. 

Jego zbroja, zachlapana zakrzepłą krwią, wyglądała jak zardzewiała, a on sam wydawał się w 

wyjątkowo dobrym nastroju. 

— Co jest? — zapytał Conan. 

— Same dobre rzeczy,  generale!  — zawołał  Prospero.  — Zdobyliśmy  całą kolumnę 

taborów, z zaopatrzeniem i bronią wystarczającą dla sił dwa razy większych niż nasze. 

— Dobra robota — mruknął Conan. — Co z końmi? 

—  Partyzanci  wyłapali  je  w  lesie.  Wzięliśmy  też  kilka  tysięcy  jeńców.  Pallantides 

chce wiedzieć, co ma z nimi zrobić. 

—  Niech  zaproponuje  im  przyłączenie  się  do  nas.  Jeżeli  odmówią,  niech  idą,  dokąd 

chcą. Bez broni nam nie zaszkodzą — powiedział Conan. — Jeżeli mamy wygrać tę wojnę, 

musimy zjednać sobie tyle przychylności, ile tylko się da. 

— Bardzo dobrze, generale. Czy są jakieś inne rozkazy? — zapytał Prospero. 

— Tego ranka ruszamy do Culario. Partyzanci donieśli, że między nami a miastem nie 

ma żadnych wojsk nieprzyjaciela. 

— Zanosi się na łatwy marsz do Tarancji — uśmiechnął się Prospero. 

— Może tak, może nie — odpowiedział Conan, mrużąc oczy. — Za kilka dni wieść o 

zmiażdżeniu  Legionu  dotrze  do  Bossonii  i  Gunderlandu  i  tamtejsze  garnizony  ruszą  na 

południe, by przeciąć nam drogę. Jeśli nie będą zwlekać, to powinno się im to udać. 

—  Owszem,  gdy  będzie  im  dowodzić  hrabia  Ulric  z  Raman  —  rzekł  Prospero,  po 

czym zwrócił się do idącego ku nim Trocera: 

— Co sądzisz o naszej sytuacji, hrabio? 

—  Szkoda,  że  spóźniliśmy  się  na  spotkanie  z  baronami  z  Północy  —  powiedział 

Trocero. — Byłoby nam teraz znacznie łatwiej. 

Conan wzruszył szerokimi ramionami. 

— Przygotujcie ludzi do wymarszu w południe. Ja pójdę rzucić okiem na jeńców. 

Niedługo później Conan przechodził wzdłuż linii rozbrojonych żołnierzy królewskich, 

przystając tu i ówdzie i zachęcając legionistów, by wstępowali do jego armii. 

W  czasie  przeglądu  wpadł  mu  w  oko  promień  porannego  słońca  odbity  od  czegoś 

wiszącego na piersi obszarpanego jeńca. Przyjrzawszy się bliżej, Conan stwierdził, że jest to 

background image

mały  obsydianowy  półokrąg.  Przez  chwilę  przyglądał  się  amuletowi,  usiłując  przypomnieć 

sobie, gdzie już widział tę rzecz. Wziąwszy przedmiot w dwa palce, oschle zapytał żołnierza. 

— Skąd masz tę błyskotkę? 

—  Jeżeli  pragniesz  wiedzieć,  generale,  znalazłem  to  w  namiocie  generała  Procasa 

rankiem, kiedy zastałem go martwego. Myślałem, że ten amulet przyniesie mi szczęście. 

Conan przyjrzał się mężczyźnie przez zmrużone powieki. 

— Na pewno nie przyniósł szczęścia generałowi Procasowi. Daj mi to. 

Żołnierz  pośpiesznie  zdjął  ozdobę  i  wręczył  ją  barbarzyńcy.  W  tym  momencie 

podszedł do nich Trocero, a Conan podnosząc wisiorek do oczu, mruknął: 

— Wiem, gdzie widziałem tę rzecz. Tancerka Alcina nosiła ją na szyi. 

Brew Trocera uniosła się. 

— Aha! To wyjaśnia… 

— Później — uciął Conan i skinąwszy jeńcowi głową poszedł dalej. 

Gdy smugi  słonecznego  światła gęsto  podziurawiły chmury  wiszące nad  wschodnim 

horyzontem, tylna straż i tabory wojsk Conana przebrnęły przez Alimane i wkrótce cała armia 

ruszyła  do  Culario,  będącego  pierwszym  etapem  drogi  ku  Tarancji  i  pałacowi  Numedidesa. 

Stąpanie  po  rodzinnej  ziemi  po  tak  wielu  miesiącach  pobytu  na  obczyźnie  wlało  nowego 

ducha w serca powstańców. Mimo że aż do szpiku kości przenikało ich zmęczenie całonocną 

walką, szli na pomoc grzmiąco intonując marszowe pieśni. 

Przed nimi, szybciej niż wiatr, pędziła radosna wieść: Wyzwoliciel nadchodzi! Zrazu 

był  to  jedynie  szept,  idąc  jednak  od  wsi  do  grodów  i  miast  urósł  do  krzyku,  od  którego 

zadrżały posady Rubinowego Tronu. 

Conan  i  jego  oficerowie  tryumfowali.  Przemarsz  przez  włości  hrabiego  Trocero  był 

równie  wspaniały  jak  lot  orła.  Najbliższe  wojska  królewskie,  nieświadome  ich  obecności, 

znajdowały  się  w  odległości  kilkuset  mil.  Po  śmierci  Amuliusa  Procasa  i  rozgromieniu 

Legionu  Pogranicznego  żołnierze  Conana  byli  przekonani,  że  zdołają  zmieść  wszelkie 

przeszkody i zmiażdżyć każdego wroga. 

W  tym  jednakże  powstańcy  mylili  się.  Pozostawał  jeden  wróg,  o  którym  niewiele 

wiedzieli. Był to czarnoksiężnik z Tarancji. 

W komnacie obwieszonej purpurą, w blasku świec z trupiego wosku Thulandra Thuu 

siedział  nieruchomo  na  swym  czarnym  jak  sadza  tronie.  Cały  czas  wpatrywał  się  w 

obsydianowe  zwierciadło,  usiłując  natężeniem  woli  wycisnąć  z  mrocznej  powierzchni  jasne 

wizje  osób  i  wydarzeń.  W  końcu  z  westchnieniem  odchylił  się  na  oparcie  i  dał  spocząć 

znużonym  oczom.  Potem,  zmarszczywszy  brwi,  raz  jeszcze  sprawdził  obliczenia 

background image

astrologicznych ascendentów i zerknął na zegar wodny stwierdzając, że nie omylił się co do 

dnia  ani  godziny.  Nie  mógł  pojąć  przyczyny  niepowodzenia.  Alcina  kolejny  raz  nie 

nawiązywała  z  nim  kontaktu  o  wyznaczonym  czasie.  Pukanie  zakłóciło  jego  melancholijną 

medytację. 

— Wejść — mruknął niechętnie Thulandra. Draperie rozsunęły się i na marmurowym 

progu stanął Hsiao. 

— Panie, Alcina pragnie mówić z tobą — rzekł Khitajczyk półgłosem. 

— Alcina?! — zawołał ostro czarnoksiężnik. — Wprowadź ją natychmiast! 

Zasłony opadły, a potem znów się uniosły. Tancerka weszła chwiejąc się na nogach. 

Jej  strój  pazia,  postrzępiony  i  podarty,  był  szary  od  kurzu  i  stwardniały  od  wysuszonego 

słońcem błota. Czarne włosy zlepione w grube i sztywne strąki otaczały twarz zesztywniałą 

ze zmęczenia i lęku. 

Piękna dziewczyna, która wyruszała z Messancji, wydawała się teraz starą kobietą u 

kresu swojego życia. 

— Alcina! — zawołał czarownik. — Skąd przybywasz? Co cię tu sprowadza? 

— Panie, czy mogę usiąść? — szepnęła z wysiłkiem. 

— Siadaj więc. 

Gdy  Alcina  osunęła  się  na  marmurową  ławę  i  przymknęła  oczy,  Thulandra  Thuu 

siedzący w drugim końcu komnaty podniósł głos: 

— Hsiao! Wina dla Alciny. A teraz, dobra dziewczyno, opowiadaj o wszystkim, co ci 

się przydarzyło — rozkazał, gdy wychyliła kielich. 

Dziewczyna jękliwie wciągnęła powietrze. 

— Jestem w drodze od ośmiu dni. Prawie się nie zatrzymywałam, by się zdrzemnąć 

czy coś zjeść. 

— Ach tak! A dlaczego? 

— Przybyłam oznajmić — powiedzieć ci — że Amulius Procas nie żyje… 

— Wspaniale! — rzekł Thulandra Thuu, w którego oczach zamigotały mściwe błyski. 

— …ale Conan żyje! 

Czarnoksiężnik osłupiał. 

— Na Seta i Kali! — wrzasnął po chwili. — Jak to się stało? Mów, dziewko! 

Alcina  powoli  dobierając  słowa  opowiedziała,  jak  zasztyletowała  Procasa,  jak 

dowiedziała się, że Conan żyje i wreszcie jak wymknęła się strażom. 

background image

—  I  potem  —  zakończyła  —  obawiając  się,  że  nie  wiadomo  ci  o  cudownym 

ozdrowieniu  barbarzyńcy,  uznałam  za  swój  obowiązek,  jak  najszybciej  cię  o  tym 

powiadomić. 

Z  twarzą  ściągniętą  w  okrutnym  grymasie  czarnoksiężnik  wpatrywał  się  w  Alcinę 

wzrokiem głodnego upiora. 

— Dlaczego nie przekazałaś mi tej wiadomości o właściwej porze za pomocą twojego 

kawałka tego oto zwierciadła? 

— Nie mogłam, panie. — Alcina z desperacją zacisnęła dłonie. 

— A czemuż to? — Głos Thulandry Thuu przeciął ją jak ciśnięty nóż. — Czy błędnie 

odczytałaś tablicę z pozycjami planet, którą ci powierzyłem? 

—  O  nie,  mój  panie,  stało  się  coś  gorszego.  Zgubiłam  mój  fragment  zwierciadła, 

zgubiłam mój talizman! 

Czarnoksiężnik wydał z siebie wężowy syk. 

—  Na  demony  Nergala!  —  zgrzytnął  zębami.  —  Ty  suko!  Co  za  diabeł  cię  opętał? 

Oszalałaś? A może ten barbarzyński osiłek usidlił cię jak kotkę w marcu? Ukarzę cię za to w 

sposób  niewyobrażalny  dla  zwykłych  śmiertelników!  Przeżyjesz  ból,  jakiego  od  początku 

świata nie odczuły wszystkie żywe istoty razem wzięte! Będziesz wyła o śmierć, ale… 

—  Panie,  błagam,  wysłuchaj  mnie!  —  zaszlochała  Alcina,  padając  na  kolana.  — 

Wiesz, że męskie żądze nic dla mnie nie znaczą. Moją jedyną namiętnością jest służba tobie. 

— Płacząc, opowiedziała o śmiertelnej szamotaninie z Amuliusem Procasem i o późniejszym 

odkryciu straty talizmanu. 

Thulandra Thuu przygryzł wargę hamując szalejący w nim gniew. 

— Rozumiem — powiedział wreszcie. — Ale kiedy gra się o tak wielką stawkę, nie 

można sobie pozwolić na błędy. Gdybyś celniej uderzyła sztyletem, Procas nie żyłby na tyle 

długo, by chwycić za twój amulet. 

— Nie wiedziałam, że ma pod tuniką kolczugę. Czy nie możesz ze swego zwierciadła 

wyciąć jeszcze jednego kawałka? 

—  Mógłbym,  ale  jego  spreparowanie  tak,  by  przekazywało  obrazy  i  słowa  na 

odległość, to  bardzo żmudny proces i  nim  go ukończę, będzie już po wojnie.  — Thulandra 

Thuu masował swój podbródek. — Czy upewniłaś się, że Procas nie żyje? 

— Tak. Szukałam pulsu i przyłożyłam mu głowę do piersi, by sprawdzić, że serce nie 

bije. 

— Dobrze. Ale nie zrobiłaś tego z Cymmerianinem! To poważniejszy błąd! 

Alcina wykonała rozpaczliwy gest. 

background image

—  Podałam  mu  ilość  trucizny  wystarczającą  do  zabicia  dwóch  ludzi.  Skąd  mogłam 

wiedzieć, że to za mało? — Upadła pokornie do stóp swego pana i zamilkła. 

Thulandra Thuu powstał i górując nad drżącą dziewczyną wzniósł palec ku niebu. 

—  Ojcze  Secie!  —  zawołał  —  czy  żaden  z  moich  sług  nie  potrafi  wypełnić  choćby 

najprostszego  polecenia?  —  Następnie,  kierując  swój  gniew  ku  skulonej  dziewczynie, 

wrzasnął: — Ty bezmyślna dziewko, czy nakarmiłabyś lwa porcją wystarczającą dla psa?! 

— Panie, nie nauczyłeś mnie, jak wyliczyć, ile ziaren purpurowego lotosu potrzeba na 

jad  dla  olbrzyma!  —  Alcina  podniosła  głos,  w  którym  zaczęła  przebijać  furia.  — 

Przesiadujesz w wygodnym pałacu, podczas gdy ja przemierzam kraj w dobrą i złą pogodę, 

narażając własną skórę, by wypełnić dla ciebie tak ryzykowne zadania. I nie masz dla mnie 

nawet jednego uprzejmego słowa! 

Thulandra Thuu otworzył szeroko ramiona w geście przebaczenia. 

—  Już  dobrze,  moja  droga  Alcino,  nie  mówmy  sobie  złych  rzeczy.  Kiedy 

sprzymierzeńcy  się  kłócą,  ich  wrogowie  bez  trudu  zwyciężają.  Następnym  razem,  jeżeli 

poproszę  cię  o  otrucie  któregoś  z  moich  nieprzyjaciół,  przydzielę  ci  do  pomocy  aptekarza 

umiejącego  wyliczyć  dawkę  trucizny  —  westchnął  ciężko  i  dodał:  —  Zaprawdę,  bogowie 

muszą śmiać się jak czarty z tej przewrotności losu. Wysławszy najpierw Amuliusa Procasa 

do piekła, teraz gorąco pragnąłbym, by ten stary łotr ożył. Nikt inny bowiem nie zdołałby na 

pewno  pokonać  tego  barbarzyńcy.  Sądziłem,  że  Ascalante  i  Cromel  zdołają  zatrzymać 

buntowników  na  brzegu  Alimane.  Udałoby  im  się  to,  gdyby  Conan  nie  żył.  Teraz  muszę 

znaleźć  zdolnego  dowódcę,  a  to  wymaga  zastanowienia.  Hrabia  Ulric  dowodzi  Armią 

Północną  w  Gunderlandzie,  mając  na  oku  cymmeriańską  granicę.  To  zdolny  dowódca,  ale 

zanim otrzymałby wiadomość i dotarł na miejsce, księżyc przebyłby drogę od nowiu do pełni 

i z powrotem. Książę Numidor stacjonuje bliżej, na granicy z Piktami, ale… 

Pukanie do drzwi zabrzmiało bardzo delikatnie i taktownie. Mógł to być tylko Hsiao. 

Otrzymawszy pozwolenie Khitajczyk wszedł i powiedział: 

— Wiadomość z Messancji, panie. Przed chwilą przyleciał gołąb. — Skłoniwszy się, 

wręczył czarownikowi mały zwitek. 

Thulandra Thuu wstał i zbliżył karteczkę do jednej ze świec. Czytając, coraz bardziej 

zaciskał wargi, aż w końcu jego usta stały się ledwo dostrzegalną, cienką kreską na śniadej 

twarzy. W końcu rzekł: 

—  Cóż,  pani  Alcino,  wydaje  się,  że  moi  bogowie  nie  dbają  o  powodzenie  ich 

wiernego syna. 

— Cóż się stało? — zapytała Alcina, powstając z klęczek. 

background image

—  Fadius  donosi,  że  królewicz  Cassio  przysłał  do  Messancji  posłańca  z  Gór 

Rabiriańskich  z  wieścią,  iż  Conan  odzyskawszy  siły  po  ciężkiej  chorobie,  przekroczył 

Alimane  i  przy  pomocy  poitańskiej  szlachty  i  chłopstwa  unicestwił  Legion  Pograniczny. 

Starszy  kapitan  Cromel  i  jego  ludzie  zdezerterowali  na  stronę  buntowników.  Ascalante 

zapewne uciekł. Nie znaleziono ani jego, ani jego ciała. 

Czarownik zmiął list i wpatrzył się w Alcinę. W jego nieruchomych oczach płonął taki 

gniew, jakiego jeszcze nie widziano na obliczu żadnej ludzkiej istoty. 

— Bardzo kusi mnie, dziewko, by zdusić twe nędzne życie, tak jak  gasi  się świecę. 

Znam  zaklęcie,  które  zmienia  ofiarę  w  kupkę  dymiącego  popiołu…  —  wycedził  lodowato. 

Alcina  skuliła  się  i  cofnęła,  lecz  nie  mogła  uciec  przed  hipnotyzującym  wzrokiem 

czarnoksiężnika.  Ciało  zaczęło  ją  palić,  jak  gdyby  lizały  je  jęzory  płomieni.  Magiczne 

wibracje  przeszywały  jej  duszę  aż  do  najskrytszych  głębi.  Na  moment  zamknęła  oczy, 

usiłując  uniknąć  spojrzenia  Thulandry.  Kiedy  je  otworzyła,  gwałtownie  wyrzuciła  przed 

siebie ręce, jakby chcąc coś odepchnąć i zaczęła histerycznie krzyczeć. 

Tam, gdzie dotąd stał czarnoksiężnik, unosił teraz głowę olbrzymi wąż. Kołysała się 

ona  na  wysokości  twarzy  tancerki,  a  oczy  o  wrzecionowatych  źrenicach  miotały  złowrogie 

błyskawice. Jej nozdrza sparzył gadzi oddech. Pokryte łuską szczęki rozwarły się na moment, 

obnażając  parę  ostrych  jak  sztylety  kłów.  Alcina  zacisnęła  powieki  i  padła  na  twarz.  Gdy 

ponownie odważyła się otworzyć oczy, przed nią stał znów Thulandra Thuu. 

Z krzywym uśmiechem na wąskim obliczu czarownik powiedział: 

— Nie bój się, dziewczyno, niechętnie łamię swe narzędzia, kiedy są jeszcze ostre. 

Wciąż dygocząc, tancerka zapytała: 

—  Czy…  czy  naprawdę  przybrałeś  postać  węża,  panie,  czy  tylko  ukazałeś  mi  taki 

obraz? 

Thulandra Thuu zignorował to pytanie. 

— Przypomniałem ci tylko, kto tu jest nauczycielem, a kto uczniem. 

Alcina rada była zmienić temat. 

—  Jak  Fadius  zdobył  wiadomość  wysłaną  przez  księcia?  —  zapytała  wskazując 

zmięty pergamin. 

— Król Argos zarządził zabawę na ulicach Messancji z okazji zwycięstwa Conana. To 

jasne,  po  czyjej  stronie  jest  ten  stary  głupiec.  I  jeszcze  jedno:  Milo  nakazał  wypędzić  ze 

swego  królestwa  tego  półgłówka  Quesado.  Ostatni  raz  naszego  niedoważonego  dyplomatę 

widziano,  jak  pod  eskortą  straży  pałacowej  odjeżdżał  na  północ  traktem  do  Aquilonii. 

Dopilnuję, by Vibius Latro wysłał go do zbierania zwierzęcego nawozu z ulic Tarancji. Do 

background image

niczego innego się nie nadaje. Mam nadzieję, że teraz nasz szalony król powierzy mi sprawy 

państwa i ograniczy się do swoich brudnych rozkoszy. Zatem, Alcino, możesz odejść, Hsiao 

zatroszczy się o ciebie. Muszę w spokoju rozważyć kolejne posunięcie w mojej grze, stawką 

jest królestwo… 

    

Długa  na  milę  i  lśniąca  stalą  rzeka,  która  była  powstańczą  armią,  przepłynęła 

pomiędzy  porośniętymi  lasem  wzgórzami  i  dotarła  do  bram  Culario.  Jadący  na  przedzie 

Conan  zatrzymał  swego  karego  ogiera  na  widok  stojących  otworem  wrót.  Na  wieżyczkach 

przy  bramie  łopotały  chorągwie  ze  szkarłatnymi  lampartami  Poitain,  nigdzie  zaś  nie  było 

widać czarnego orła Aquilonii. W mieście ludzie tłoczyli się po obu stronach wąskich uliczek. 

W  umyśle  Conana  przebudziła  się  barbarzyńska  podejrzliwość  wobec  podstępów 

cywilizowanych ludzi. Zwróciwszy się do jadącego za nim Trocera, Cymmerianin mruknął: 

— Jesteś pewien, że nie zastawiono na nas pułapki? 

— Głowę daję, że nie! — zapewnił żarliwie hrabia. — Znam dobrze mój lud. 

Conan spojrzał przed siebie i rzekł po chwili namysłu: 

— Myślę, że lepiej będzie, jeśli nie będę wyglądał zbyt dostojnie. Poczekajcie chwilę. 

Zdjął  hełm  i  powiesił  na  łęku  siodła,  a  następnie  zsiadł  z  konia  i  z  brzękiem  zbroi 

ruszył  pieszo  w  stronę,  wrót,  prowadząc  wierzchowca  za  sobą.  Tak  oto  Conan  wyzwoliciel 

jak  prosty  żołnierz  wszedł  do  Culario,  z  powagą  kiwając  głową  mieszczanom  zebranym 

wzdłuż ulicy. Posypał się na niego deszcz kwiatów, a powitalne okrzyki zadudniły pomiędzy 

domami. Jadący za Conanem Prospero przybliżył się do Trocera i szepnął do ucha swojego 

towarzysza: 

—  Czyż  nie  byliśmy  głupcami  zastanawiając  się  zeszłej  nocy,  kto  powinien  przejąć 

tron po Numedidesie? 

Hrabia  Trocero  odpowiedział  wymuszonym  uśmiechem  i  wzniósł  okryte  żelazem 

ramię pozdrawiając poddanych. 

    

W  swoim  sanktuarium  Thulandra  Thuu  pochylił  się  nad  rozpostartą  mapą.  Przez 

chwilę  przyglądał  się  jej,  po  czym  zwrócił  się  do  Alciny,  wypoczętej  już  po  podróży  i 

wspaniale prezentującej się w zwiewnej szacie z żółtego atłasu. 

— Jeden ze szpiegów doniósł, że Conan i jego armia dotarli do Culario i odpoczywają 

tam  po  bitwie  oraz  forsownym  marszu.  Wkrótce  uderzą  na  północ,  przez  Khorotas  ku 

Tarancji.  —  Pokazał  to  długim,  równo  opiłowanym  paznokciem.  —  Miejsce,  w  którym 

można  ich  powstrzymać,  to  skarpa  Imirian,  leżąca  na  ich  szlaku.  Jedyną  dość  dużą  siłą, 

background image

zdolną tam dotrzeć na czas, są Królewskie Wojska Graniczne księcia Numidora, stacjonujące 

w Forcie Thandra na Kresach Zachodnich Bossonii. 

Alcina przyjrzała się mapie i powiedziała: 

— Czy nie powinieneś więc rozkazać księciu Numidorowi wyruszyć jak najszybciej 

na południowy wschód, pozostawiając w forcie jedynie niewielki garnizon? 

Czarownik zachichotał sucho. 

— Jeszcze będzie z ciebie generał. Jeździec z taką wiadomością wyruszył o świcie. 

Thulandra  Thuu  wymierzył  odległość  rozstawionymi  palcami,  obracając  dłoń,  tak 

jakby była cyrklem. 

—  Jednak,  jak  widzisz  —  stwierdził  —  jeżeli  Conan  wyruszy  w  ciągu  najbliższych 

dwóch dni, to Numidor w żaden sposób nie zdoła dotrzeć do skarpy przed nim. Musimy więc 

sprawić, by jego wymarsz został opóźniony. 

— Tak, panie, ale jak? 

—  Nie  jest  mi  obca  magia  pogody  i  potrafię  obchodzić  się  z  duchami  powietrza. 

Wymyślę  coś,  by  zatrzymać  Conana  w  Culario.  Daj  znać  Hsiao,  by  przyniósł  me 

czarodziejskie przybory. 

    

Conan  stał  na  murze  miejskim  wraz  z  nowo  wybranym  burmistrzem  Culario.  Dzień 

był pogodny, kiedy wchodzili do miasta, teraz jednak niebo przybrało barwę brudnego indyga 

i w nieskończonej procesji przesuwały się po nim szare jak ołów chmury. 

— Nie podoba mi się to, panie — powiedział burmistrz. — Wiosna była mokra, a to 

wygląda mi na początek kolejnych deszczów. Zbyt wiele opadów szkodzi zbiorom tak samo 

jak posucha. 

Gdy  obaj  mężczyźni  schodzili  z  murów  wąskimi  schodkami,  natknęli  się  na 

podnieconego Prospera, który wyszedł im naprzeciw. 

— Generale! — zawołał. — Znów wymknąłeś się swojej straży! 

— Na Croma, czasami lubię być sam! — burknął Conan. — Nie potrzebuję nianiek, 

żeby się mną opiekowały. 

—  Taka  jest  cena  władzy,  generale  —  powiedział  Prospero.  —  Stałeś  się  czymś 

więcej  niż  tylko  wodzem.  Jesteś  naszym  symbolem  i  natchnieniem.  Musimy  cię  strzec  jak 

naszego  sztandaru.  Gdyby  dosięgła  cię  ręka  wroga,  miałby  wojnę  w  trzech  czwartych 

wygraną. Zapewniam cię, że szpiedzy Vibiusa Latro czyhają tylko na okazję, by dosypać ci 

trucizny do wina lub wbić sztylet pomiędzy żebra. 

— Robactwo! — prychnął Conan. 

background image

— Owszem — zgodził się Prospero — ale od ich żądeł możesz zginąć równie łatwo, 

jak  każdy  inny  człowiek.  Nie  mamy  przeto  innego  wyjścia,  generale,  jak  ochraniać  cię 

niczym nowo narodzone książątko. Musisz zatem nauczyć się znosić te drobne niewygody. 

Conan westchnął ciężko. 

— Wygląda na to, że o życiu  bezdomnego wędrowca, którym  kiedyś byłem,  można 

rzec więcej dobrego, niż sądziłem do tej pory. Zgoda, chodźmy do pałacu gubernatora, zanim 

nas spłucze to nadchodzące oberwanie chmury. 

Conan  i  Prospero  ruszyli  raźno,  krępy  burmistrz  zaś  podążył  zadnimi  głośno  sapiąc. 

Nad ich głowami rozjarzona fioletowym światłem szczelina rozczepiła niebiosa i rozległ się 

grzmot przypominający werbel tysiąca bębnów. Potem lunął deszcz. 

background image

ŻELAZNY OGIER 

 

W  czasie,  gdy  nad  Poitanią  szalała  burza,  jakiej  najstarsi  ludzie  nie  pamiętali,  nad 

Tarancją  świeciło  złociste  słońce.  Thulandra  Thuu  stojąc  na  pałacowym  balkonie  w 

towarzystwie Alciny i Hsiao spoglądał na łagodne wzgórza środkowej Aquilonii, na których 

dojrzewała falująca pszenica. 

—  Krąg  niebieski  mówi  mi,  że  duchy  powietrza  dobrze  mi  usłużyły  —  powiedział 

mag. — Wywołana przeze mnie burza rozwija się jak należy, a gdy ustąpi, wszystkie drogi i 

brody  prowadzące  na  pomoc  przez  kilka  dni  będą  nie  do  przebycia.  Z  Kresów  Zachodnich 

spieszy Numidor. Muszę do niego dołączyć. Alcina przyjrzała mu się badawczo. 

— Chcesz udać się na pole bitwy, panie? Na Isztar! To nie w twoim zwyczaju. Czy 

wolno mi zapytać, dlaczego? 

— Siły buntowników mają liczebną przewagę nad Numidorem, Ulric z Raman zaś nie 

zdoła dotrzeć do Poitain  wcześniej niż w tydzień po księciu.  Co więcej, książę Numidor to 

zupełny  tępak.  Z  tego  właśnie  powodu  nasz  drogi  król  pozwolił  mu  żyć,  podczas  gdy  całą 

resztę  swego  rodu  skrupulatnie  wymordował.  Nie  mogę  zatem  zawierzyć  księciu,  że  zdoła 

utrzymać  skarpę  Imirian  do  przybycia  hrabiego  Ulrica.  Będzie  do  tego  potrzebował  moich 

sztuk tajemnych. 

Czarnoksiężnik odwrócił się ku swemu milczącemu słudze, który przybył tu z nim z 

krain za morzami. 

— Hsiao, przygotuj mój rydwan i zbierz rzeczy niezbędne w podróży. Wyruszamy z 

nastaniem poranka. 

Gdy Khitajczyk odszedł, Thulandra odwróciwszy się do Alciny, mówił dalej: 

—  Skoro  duchy  powietrza  są  mi  posłuszne,  sprawdzę,  jak  mej  sprawie  mogą  się 

przysłużyć duchy ziemi. Ty zaś pozostaniesz tu jako moja zastępczyni. 

— Ja? — zdumiała się. — Brak mi zdolności, aby cię zastępować. 

—  Powiem  ci,  co  masz  robić.  Po  pierwsze  nauczysz  się  posługiwać  Zwierciadłem 

Ptahmesu, by móc się porozumieć. 

— Ale nie mamy niezbędnego talizmanu! 

—  Ja  w  przeciwieństwie  do  ciebie  potrafię  przekazywać  obrazy  i  słowa  siłą  mego 

umysłu. Chodź, nie mamy czasu do stracenia! 

Z  królewskich  stajni  Hsiao  wyprowadził  konia  swego  pana.  Na  pierwszy  rzut  oka 

zwierzę  wydawało  się  jedynie  wielkim  czarnym  ogierem.  Dopiero  po  bliższym  przyjrzeniu 

background image

się jego sierści można było zwrócić uwagę na jej metaliczny połysk. Co więcej, zwierzę ani 

razu  nie  tupnęło  kopytem,  ani  też  nie  opędzało  się  ogonem  od  gzów.  Na  dodatek  żadna  z 

much nie chciała na nim usiąść, mimo że podwórze stajni rozbrzmiewało brzęczeniem setek 

tysięcy  owadów.  Rumak  stał  nieruchomo,  dopóki  Hsiao  nie  wydał  jakiejś  niezrozumiałej 

komendy. 

Khitajczyk  przyprowadził  ogiera  do  powozowni  i  zaczął  zaprzęgać  do  rydwanu 

Thulandry.  Gdy  przypadkiem  kopyto  uderzyło  w  jedno  z  kół,  niespodziewanie  rozległ  się 

metaliczny szczęk. 

Pojazd barwy cynobrowej przyozdobiony był godłem w postaci kłębowiska wijących 

się złotych węży i miał siedzenie w tylnej części. Z przodu znajdowała się tabliczka, na której 

wyryto  osobliwe  symbole,  stanowiące  zagadkę  dla  wszystkich  z  wyjątkiem  tych,  którzy 

potrafiliby  rozpoznać  na  niej  zarysy  głównych  konstelacji  gwiazd  południowej  półkuli.  W 

skrzyni  pod siedzeniem  tego osobliwego pojazdu Hsiao umieścił zapasy  na drogę. Pracując 

nucił płaczliwą khitajską pieśń, pełną niezwykłych ćwierćtonów. 

    

Conan  i  Trocero  patrzyli  na  deszcz  z  okna  pałacu  gubernatora.  W  końcu  Conan 

mruknął: 

— Nie wiedziałem, panie, że twój kraj leży na samym dnie morza. 

Hrabia potrząsnął głową. 

— Nigdy, jak żyję, nie widziałem czegoś podobnego. To sprawa czarów. Jak sądzisz, 

czy Thulandra Thuu… 

   Conan skrzywił się niechętnie. Myśl, że użyto przeciw niemu czarów, zirytowała go. 

Nie cierpiał walczyć z czymś, czemu nie można było odrąbać głowy jednym cięciem dobrze 

wyostrzonego miecza z zacnej stali. 

— O, Prospero! — zawołał, gdy do komnaty wpadł młody oficer. 

— Generale, wrócili zwiadowcy i donoszą, że wszystkie drogi są całkowicie rozmyte. 

Nawet  najmniejsze  strumyki  zamieniły  się  w  rwące  potoki.  Nie  da  się  ujść  choćby  mili  za 

miasto. Conan zaklął. 

—  Twoje  podejrzenia  co  do  tego  wiedźmina  z  Tarancji  zaczynają  nabierać  wagi, 

Trocero. 

— Mamy też gości — ciągnął Prospero. — Baronowie z Północy, którzy wyruszyli do 

domów,  przed  naszym  przybyciem  do  Culario,  musieli  zawrócić  z  powodu  ulewy.  Krótko 

mówiąc: spłukało ich z powrotem… 

Uśmiech rozświetlił pokrytą bliznami twarz Cymmerianina. 

background image

— Dzięki Cromowi, wreszcie dobre wieści! Proś ich. 

Prospero  wprowadził  pięciu  mężczyzn  w  wełnianych  strojach  podróżnych 

ociekających  wodą  i  błotem.  Trocero  przedstawił  barona  Roalda  z  Imirus,  którego  włości 

leżały  w  pomocnej  Poitanii.  Były  oficer  armii  królewskiej,  surowy  siwowłosy  mężczyzna, 

przewodził  pozostałym  baronom  oraz  ich  eskorcie.  On  też  zaprezentował  Conanowi  swych 

towarzyszy. 

Conan  osądził,  że  ci  magnaci  to  ludzie  bardzo  odmiennych  charakterów.  Jeden  był 

krępy,  o  rumianej  twarzy  i  jowialnym  uśmiechu,  a  drugi  szczupły  i  elegancki.  Trzeci  był 

energicznym  tłuściochem,  niewątpliwym  wielbicielem  suto  zastawionego  stołu  i  pełnego 

pucharu.  Natomiast  dwaj  pozostali  mówili  mało  i  z  powagą.  Choć  tak  bardzo  różnili  się 

między  sobą,  wszyscy  całym  sercem  popierali  sprawę  buntu.  Zbyt  dopiekli  im  bowiem 

zachłanni  poborcy  podatkowi  Numedidesa.  Na  dodatek  rodową  dumę  baronów  drażniły 

panoszące się w ich włościach oddziały królewskie, co roku zdzierające trybuty tak z pana, 

jak  i  chłopa.  Z  utęsknieniem  wyglądali  upadku  tyrana,  ale  jednocześnie  z  zapałem  szukali 

następcy Numedidesa, by móc zawczasu zaskarbić sobie łaski przyszłego monarchy. 

Gdy  baronowie  odpoczęli  i  przebrali  się  w  świeże  stroje,  Conan  i  jego  przyjaciele 

zmuszeni  byli wysłuchać litanii  skarg oraz całej masy próśb i  oczekiwań. Conan obiecywał 

niewiele, lecz jego współczujące zachowanie pozostawiło w nich wszystkich przekonanie, że 

pod nową władzą będzie im się wieść lepiej. 

—  Strzeżcie  się,  panowie  —  powiedział  na  koniec  Conan.  —  Urlic  hrabia  Raman 

przeprowadzi  swoje  wojska  przez  wasze  ziemie  idąc  na  południe,  by  stawić  czoło  naszej 

armii. 

—  A  cóż  to  za  wojska,  które  prowadzi  ten  staruch?  —  prychnął  baron  Roaldo.  — 

Zbieranina, głowę daję. Na cymmeriańskiej granicy od dawna panuje spokój i do zapewnienia 

jej bezpieczeństwa potrzeba jedynie niewielkich sił. 

—  Niezupełnie  —  odrzekł  hrabia  Poitain.  —  Poinformowano  mnie,  że  Armia 

Północna jest prawie równa naszej siłą i jest tam wielu weteranów pogranicznych potyczek. 

Zaprawdę, sam Ulric to świetny strateg, który przebił się przed laty z oblężonego Venarium. 

Conan  uśmiechnął  się  wstrzemięźliwie.  Jako  młodzik  przyłączył  się  do 

cymmeriańskiej  hordy,  która  splądrowała  Fort  Venarium,  ale  nie  uznał  za  stosowne  teraz  o 

tym wspominać. Miast tego powiedział: 

— Nie wątpię, że Numedides przyśle najpierw oddziały z Kresów Zachodnich. Są one 

bliżej  i  szybciej  tu  przybędą.  Musicie  uwikłać  je  w  przewlekłe  walki  tak  długo,  dopóki  nie 

rozgromimy wojsk z Bossonii. 

background image

Hrabia Trocero spojrzał przenikliwie na baronów. 

— Jesteście w stanie zebrać własne oddziały pod bokiem królewskich sił znajdujących 

się na waszych ziemiach? 

Baron Ammian z Rondy odrzekł: 

—  Te  koniki  polne  w  ludzkiej  skórze  wyrajają  się  jedynie  pod  koniec  żniw,  żeby 

pożreć  owoc  naszych  trudów.  Jak  dobrze  pójdzie,  te  królewskie  pasożyty  nawet  się  nie 

spostrzegą, kiedy zostaną zdeptane. 

— Ale! — sprzeciwił się gruby baron Justin z Armaviru. — Takie walki, toczone na 

naszych ziemiach, zrujnują i nasze kiesy, i nasz lud. Możliwe, że uda się nam powstrzymać 

hrabiego Ulrica, lecz tylko do czasu, gdy spali nasze pola i powywiesza naszych poddanych. 

— Jeżeli generałowi Conanowi nie uda się zdobyć Tarancji, to tak czy owak jesteśmy 

nędzarzami — zaoponował Roaldo o twardych rysach. — Królewscy szpiedzy zapewne już 

wiedzą,  że  opowiedzieliśmy  się  po  stronie  buntowników.  Wisieć  za  jednego  ukradzionego 

konia czy wisieć za dwa, to w istocie niewielka różnica. 

— Prawdę powiada — rzekł Ammian z Rondy. — Jeżeli teraz nie obalimy tyrana, to 

królewscy  oprawcy  albo  wydłużą  nam  szyje  na  szubienicy,  albo  je  skrócą  na  pniaku. 

Podejmijmy więc ryzyko, to jedyny sposób, aby nasze szyje nie zmieniły swojej długości. 

W  końcu  pięciu  baronów  doszło  do  zgody.  Zdecydowano,  że  gdy  tylko  pogoda  się 

poprawi, natychmiast pośpieszą na północ do swych baronii i tak jak to tylko możliwe będą 

obrzydzać życie Północnej Armii Ulrica, gdy ta dotrze do ich posiadłości. 

Kiedy baronowie udali się na nocny spoczynek, Prospero zapytał Conana: 

— Sądzisz, że dotrą na czas? 

— Spytaj raczej — odparł chłodno Trocero — czy dotrzymają przymierza z nami, gdy 

tylko Numedides tupnie nogą i groźnie zmarszczy brwi. 

Conan wzruszył ramionami. 

— Nie jestem prorokiem. Bogowie jedynie są zdolni czytać w ludzkich sercach. 

    

Rydwan  czarnoksiężnika  z  hurkotem  toczył  się  ulicami  Tarancji.  Hsiao  dzierżył 

wodze,  a  Thulandra  Thuu  w  płaszczu  z  kapturem  siedział  na  wymoszczonej  poduszkami 

ławce.  Mieszkańcy,  którzy  spostrzegli  zbliżający  się  pojazd,  pośpiesznie  odwracali  wzrok. 

Napotkanie  spojrzenia  ciemnych  oczu  czarnoksiężnika  mogłoby  zwrócić  jego  uwagę  i 

spowodować  jakieś  nieszczęście.  Nie  było  bowiem  nikogo,  kto  nie  słyszałby  pogłosek  o 

potwornych doświadczeniach Thulandry i opowieści o zaginionych dziewicach. 

background image

Wielkie  spiżowe  skrzydła  Bramy  Południowej  rozchyliły  się  przed  zbliżającym  się 

pojazdem,  a  potem  zawarły  za  nim.  Na  gościńcu  osobliwy  ogier  czarnoksiężnika  ciągnął 

rydwan  dwukrotnie  szybciej  niż  zwykły  koń.  Pojazd  podskakiwał  i  kołysał  się,  wlokąc  za 

sobą ogon kurzu. Z każdą mijającą godziną rumak pozostawiał za sobą czterdzieści mil drogi 

i ani wiatr, ani deszcz, mrok lub noc nie były w stanie zwolnić biegu żelaznego ogiera. Gdy 

Hsiao  zaczynał  odczuwać  znużenie,  wodze  przejmował  jego  pan.  Podczas  tych  okresów 

wytchnienia  żółtoskóry  sługa  przełykał  porcję  zimnego  mięsa  i  zapadał  na  krótko  w  płytki 

sen. Czy jego pan kiedykolwiek przymykał oczy, tego Hsiao nie wiedział. 

Podążając  przez  kilka  dni  wzdłuż  wschodniego  brzegu  rzeki  Khorotas,  Thulandra 

Thuu  dotarł  do  wielkiego  mostu,  który  zbudował  król  Vilerus  I.  Most  ów  wspierał  się  na 

sześciu  kamiennych  filarach  wystających  z  rzecznego  koryta  i  pokryty  był  drewnianą 

nawierzchnią. Z obu stron prowadziły do niego strome podjazdy. 

Na  widok  godła  na  boku  rydwanu  poborca  myta  ukłonił  się  nisko  i  dał  znak,  że 

przejazd  jest  wolny.  Gdy  wjechali  na  most,  Thulandra  rozejrzał  się  po  okolicy.  Ujrzawszy 

wznoszący  się  daleko  przed  nim  obłok  pyłu,  uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  Były  to 

maszerujące oddziały księcia Numidora, a zatem obliczenia czarnoksiężnika dotyczące czasu 

i odległości okazały się trafne. Powinni się spotkać w miejscu, gdzie Trakt Bossoński łączył 

się z drogą do Poitain. 

Rydwan zjechał z turkotem po zachodnim podjeździe i potoczył się dalej na południe. 

W ciągu godziny Thulandra dogonił kolumnę jazdy. Gdy podjechał bliżej, jeźdźcy spiesznie 

rozjechali  się  na  boki,  pozostawiając  w  środku  wolną  drogę  dla  królewskiego  czarownika. 

Konie rżały i boczyły się, gdy mijał je żelazny rumak Thulandry. Kilka luzaków stanęło dęba, 

powodując duże zamieszanie. 

Czarnoksiężnik odnalazł księcia Numidora na czele kolumny, jadącego na masywnym 

ogierze. Tak jak jego królewski kuzyn, książę był mężczyzną krzepkiej budowy, a jego broda 

i  włosy  miały  rudawy  odcień.  Poza  tym  prezencja  Numidora  była  całkowicie  odmienna; 

szczere błękitne oczy stanowiły ozdobę ogorzałej twarzy o szerokich brwiach, promieniejącej 

dobroduszną uprzejmością. 

—  No,  no,  mag  Thulandra!  —  wykrzyknął  zdumiony  Numidor.  —  Co  cię  tu 

sprowadza? Czy przywozisz jakąś pilną wiadomość od króla? 

—  Książę,  moje  czarnoksięskie  arkana  będą  ci  potrzebne,  by  powstrzymać  pochód 

buntowników na północ. 

Na obliczu Numidora pojawiło się zakłopotanie. 

background image

— Nie podoba mi się użycie do walki czarów, to niegodne mężczyzny. Skoro jednak 

przysyła cię mój królewski kuzyn, muszę to wykorzystać jak najlepiej. 

Złośliwy błysk zamigotał w osłoniętych kapturem oczach czarownika. 

— Mówię w imieniu prawowitego władcy Aquilonii — powiedział — i moje rozkazy 

muszą  być  wypełnione.  Jeżeli  pospieszymy  się,  możemy  dotrzeć  do  skarpy  Imirian  przed 

buntownikami. Czy tych kilka chorągwi jazdy to wszystkie siły, którymi rozporządzasz? 

— Nie, podążają za nami jeszcze cztery kompanie piechoty, ale jak dotąd nie dotarły 

one do skrzyżowania z Traktem Bossońskim. 

— To bardzo mało, mimo iż mamy stawić opór tylko bandzie niezdyscyplinowanych 

łotrzyków.  Jeżeli  jednak  uda  się  nam  powstrzymać  ich  pod  urwiskiem  Imirian  do  czasu 

przybycia  hrabiego  Ulrica,  to  wyrwiemy  im  pazury.  Kiedy  dotrzemy  do  grzbietu  skarpy, 

przydziel mi, książę, pięciu twoich ludzi. Muszą to być dobrzy myśliwi. 

— Na cóż ci oni, panie? 

— O tym  powiadomię  cię później. Teraz niech  ci  wystarczy, że do  czaru, o którym 

myślę, niezbędni są doświadczeni łowcy… 

    

Deszcz  w  końcu  przestał  padać.  Baronowie  wraz  ze  swymi  świtami  wyjechali  z 

Culario i podążyli na północ, tonącymi w błocie drogami. Olbrzymie kałuże powoli wyschły 

w  letnim  słońcu.  Wkrótce  potem  armia  powstańcza  ruszyła  traktem,  prowadzącym  ku 

środkowym prowincjom Aquilonii. 

W każdym mieście i zaścianku, w którym się zatrzymywali na postój, przyłączali się 

do  powstańców  nowi  ochotnicy.  Byli  to  starzy  rycerze,  pragnący  wziąć  udział  w  ostatniej 

chwalebnej walce, byli też otrzaskani z wojną żołnierze, którzy służyli pod wodzą Conana na 

piktyjskiej granicy, twardzi mieszkańcy lasów i myśliwi oraz wygnańcy i łotrzykowie wyjęci 

spod prawa, których przyciągnęła obietnica amnestii.  Do tego zjawiali  się jeszcze okoliczni 

drwale,  wypalacze  węgla  drzewnego,  kowale,  kamieniarze,  brukarze,  tkacze,  pilśniarze, 

minstrelowie,  urzędnicy  i  wszyscy,  którym  obrzydło  dotychczasowe  życie.  Uzbrajając 

przybywających,  tak  nadwerężono  arsenały,  że  Cymmerianin  rozkazał  w  końcu,  by  każdy 

rekrut zjawiał się już uzbrojony, choćby miały to być tylko widły albo maczuga. 

Conan i jego oficerowie znów musieli się podjąć mozolnego zadania przekształcenia 

tej pałającej zapałem zbieraniny w coś, co choćby odległe przypominało prawdziwe wojsko. 

Rozdzielili ludzi na chorągwie i  kompanie oraz wyznaczyli sierżantów i kapitanów spośród 

doświadczonych żołnierzy. W czasie postojów nowo mianowani oficerowie wpajali rekrutom 

podstawowe zasady walki w zwartym szyku, ponieważ, jak wciąż powtarzał im Conan: „Bez 

background image

ostrej  musztry,  gdy  poleje  się  pierwsza  krew,  ta  zgraja  żółtodziobów  zamieni  się  w  tłum 

wyjących uciekinierów”. Pomiędzy rolniczymi obszarami północnej Poitanii i skarpą Imirian 

rozciągała się Puszcza Broceliańska, przez którą droga wiła się niczym  wąż wśród paproci. 

Gdy powstańcy znaleźli się w cieniu drzew, śpiewy poitańskich ochotników ucichły. Conan 

spostrzegł, że rekruci z coraz większą obawą spoglądają na otaczające ich zarośla. 

—  Co  ich  gnębi?  —  Cymmerianin  zapytał  Trocera,  gdy  na  postoju  zasiedli  do 

wieczornego posiłku. — Można by pomyśleć, że te lasy roją się od jadowitych węży. 

Hrabia uśmiechnął się pobłażliwie. 

—  W  Poitain  mamy  tylko  pospolite  żmije,  a  i  tych  niewiele.  Lud  jednak  pełen  jest 

chłopskich  przesądów  i  uważa,  że  w  lasach  znajdują  schronienie  nadnaturalne  istoty,  które 

mogą sprowadzać śmierć. Te wierzenia mają dla mnie i moich przyjaciół dużą zaletę. Dzięki 

nim nikt nie ośmiela się naruszyć tych wspaniałych terenów łowieckich. 

Conan mruknął: 

—  Kiedy  dojdziemy  do  skarpy  i  znajdziemy  się  na  płaskowyżu  nad  Imirian,  nasi 

ludzie  bez  wątpienia  wynajdą  sobie  jakiegoś  nowego,  nękającego  ich  chochlika.  Nie  byłem 

jeszcze w tych stronach Aquilonii, ale z tego co wiem, urwisko znajduje się mniej więcej o 

dzień drogi stąd. Jak biegnie droga na płaskowyż? 

—  W  skarpie  jest  głęboka  szczelina,  nazywamy  ją  Szczerbą  Olbrzyma.  Tuż  obok 

znajdują się kaskady rzeki Bitaxa, dopływu Alimane. Droga jest kręta, a sam wąwóz stromy i 

wąski.  Naprawdę  kiepsko  byłoby  z  nami,  gdybyśmy  natknęli  się  na  zaczajonego  tam 

nieprzyjaciela!  Módl  się  do  swego  Croma,  by  wojska  Numidora  nie  dotarły  do  Szczerby 

przed nami. 

—  Crom  niewiele  się  troszczy  o  ludzkie  modlitwy  —  odparł  Conan.  —  Zwykle  w 

ogóle  ich  nie  słucha  albo  wpada  w  gniew,  gdy  prośby  są  zbyt  natrętne.  Wlewa  w  duszę 

każdego śmiertelnika siłę do stawienia czoła wrogowi. To wszystko, czego rozsądny człowiek 

może oczekiwać po bogach. Oni mają swe własne troski. Co się tyczy naszych spraw, to nie 

możemy ryzykować walki w tej pułapce. Jutro o świcie weź silny oddział jazdy i sprawdź, co 

w trawie piszczy. 

Do namiotu wszedł Publius, uginając się pod całym naręczem ksiąg. Conan pożegnał 

Trocera i razem ze skarbnikiem zajął się oceną zapasów armii. Hrabia poszedł na drugi koniec 

obozowiska  i  spośród  poitańskiej  konnicy  wybrał  na  jutrzejszy  zwiad  czterdziestu 

wojowników. Wyruszyli o świcie. 

Szczerba  Olbrzyma  wznosiła  się  wysoko  nad  głowami  ludzi  Trocera.  Otaczające  ją 

urwiska w południowym słońcu wyglądały całkiem niewinnie. Powstańcy patrzyli w górę, na 

background image

rozpadlinę,  nadaremnie  wypatrując  zdradliwego  błysku  słonecznego  światła  na 

nieprzyjacielskiej  zbroi.  Nie  udało  im  się  dostrzec  też  dymów  obozowych  ognisk.  Trocero 

powiedział w końcu: 

—  Pójdziemy  przez  las  tam,  gdzie  wysoka  skalna  półka  wisi  nad  leśną  ścieżką. 

Vopisco, weźmiesz połowę oddziału i dołączysz tam do mnie za godzinę. Na razie sprawdź 

zachodnią część urwiska. 

Oddział rozdzielił się i jeźdźcy zaczęli przedzierać się przez splątane zarośla. Krzaki 

zniknęły  dopiero  wtedy,  gdy  znaleźli  się  pod  gęstymi  koronami  potężnych  dębów.  Teraz 

mogli już jechać bez trudu. 

Przez pewien czas posuwali się w milczeniu i ciszy. Stąpanie koni tłumił gruby dywan 

z gnijących liści. Nagle jeden ze zwiadowców machnął ręką, obrócił się w siodle i szepnął: 

— Panie, przed nami są jacyś ludzie. Konni, jak sądzę. 

Odruchowo ścieśnili szyk, po czym stanęli czujni i gotowi. Oczy Trocera spostrzegły 

ruch w gęstwinie pni i ich cieni. Do uszu hrabiego doszedł szmer głosów. 

— Do mieczy! — syknął Trocero. — Ruszać dopiero na moją komendę. Nie wiemy, 

czy to swoi, czy obcy. 

Dwadzieścia mieczy z sykiem wysunęło się z pochew i żołnierze skierowali swe konie 

na  prawo  i  lewo,  tworząc  okrąg  wśród  drzew.  Głosy  stały  się  wyraźniejsze  i  zza 

pobrużdżonych pni wyłoniła się grupa jeźdźców. Machnięciem miecza Trocero dał znak do 

ataku. 

   Dwudziestu Poitańczyków wypadło spomiędzy dębów i pognało ku obcym. W ciągu 

kilku uderzeń serca zbliżyli się do nich na tyle, by się im dobrze przyjrzeć. 

   — Poddajcie się! — krzyknął Trocero, po czym zdumiony i zaskoczony gwałtownie 

ściągnął wodze. Zwierzę stanęło dęba. 

Pięciu  jeźdźców  miało  na  sobie  białe  opończe  ozdobione  czarnymi  Aquilońskimi 

orłami.  Na  widok  powstańców  stanęli  rozglądając  się  niepewnie.  Wszyscy  prócz  jednego 

prowadzili  za  sobą  na  sznurach  zaciśniętych  dookoła  szyi  jakieś  dziwne  stworzenia.  Jeńcy, 

trzech rodzaju męskiego i jeden żeńskiego, byli nie więksi niż kilkuletnie dzieci, a ich nagość 

osłaniało delikatne jasnobrązowe futerko. Nad każdą z człekopodobnych twarzy o szerokim, 

zadartym  nosie  sterczała  para  spiczastych  uszu.  Trocero  ujrzał,  że  każde  z  tych  stworzeń 

miało krótki, biały pod spodem, pokryty sierścią ogonek. 

Dowódca  Aquilończyków  ochłonąwszy  z  zaskoczenia  wydał  krótki  rozkaz,  a  jego 

ludzie natychmiast odrzucili sznury, na których prowadzili swych jeńców, i zaatakowali. 

— Bij, zabij! — krzyknął Trocero. 

background image

Śmierć  zabłysła  w  oczach  pięciu  królewskich  żołnierzy,  gdy  z  kopyta  ruszyli  ku 

Poitańczykom, pochylając się nisko nad końskimi grzywami. Dowódca zwrócił się w stronę 

Trocera. Ostrze miecza zamigotało tuż przed twarzą hrabiego. Z prawej i z lewej powstańcy 

jak wściekłe furie rzucili się na wroga. 

Zakotłowało się, rozległy się przeraźliwe krzyki i szczęk żelaza. Dwóch zwiadowców 

dopadło  Aquilończyka,  wywijającego  mieczem  nad  zmierzwioną  głową.  Jeden  z 

Poitańczyków przeszył prawe ramię żołnierza, drugi, cięciem z góry, ranił w bok pędzącego 

konia. Kwiczące zwierzę przebiło się jednak i żołnierzowi udało się wymknąć. 

Przeciwnik  Trocera  miał  mniej  szczęścia.  Hrabia  sparował  cios  i  pięknym, 

klasycznym  sztychem  pchnął  prosto  w  czarnego  orła.  Chwilę  później  czterech  jeźdźców, 

którym  udało  się  przerwać  linię  Poitańczyków,  było  już  daleko.  Piąty  leżał  rozciągnięty  na 

liściastej  ściółce,  a  na  jego  białej  opończy  rozlewała  się  wolno  krwawa  plama.  Stratowana 

wokół ziemia świadczyła o gwałtowności starcia. 

— Gremio! — wykrzyknął hrabia. — Zbierz ludzi i ścigaj ich! Spróbuj wziąć jednego 

żywcem! 

Trocero spojrzał na leżącego mężczyznę. 

— Sierżancie, sprawdźcie, czy ten człowiek żyje — polecił. 

— Już nie! — oznajmił sierżant dotknąwszy tętnicy na szyi leżącego. Trocero zaklął. 

— Jest tu jeszcze jeden z tych stworów! — zawołał inny żołnierz, przyklękając przy 

nagim stworzeniu, leżącym bezwładnie pod drzewem. — Zdaje mi się, że oberwał kopytem w 

tym zamieszaniu. 

Trocero przygryzł w zamyśleniu dolną wargę. 

— Chyba tak. To jest, jak sądzę, jeden z owych satyrów, o których kmiotkowie lubią 

opowiadać straszne bajdy. 

W oczach żołnierza pojawił się zabobonny lęk. Wstał szybko i zrobił krok do tyłu. 

— Co mam z tym zrobić, panie? — zapytał niespokojnie. 

   Satyr,  którego  nadgarstki  związane  były  rzemieniem,  otworzył  oczy  i  ujrzawszy 

krąg  nieprzyjaznych  ludzi  na  koniach,  poderwał  się  ciężko  i  rzucił  do  ucieczki.  Sierżant 

jednak chwyciwszy za ciągnącą się za nim linę, szarpnął  i  powalił  go na ziemię. Gdy satyr 

przestał się szarpać, Trocero zwrócił się do niego: 

— Stworze, potrafisz mówić? 

— Taa — odpowiedział łamaną Aquilońszczyzną. — Mówić dobra. Mówić mój język, 

mówić trochę twoja język. Co moja zrobisz? 

— O tym zadecyduje nasz generał — odrzekł Trocero. 

background image

— Twoja nie podciąć gardło jak inni ludzie? 

— Nie mam zamiaru podcinać ci gardła. Dlaczego sądzisz, że tamci by tak zrobili? 

— Inne łapać nasze na magiczna ofiara. 

— Rozumiem — mruknął hrabia. — Nie bój się niczego. Musimy cię jednak zabrać 

do naszego obozu. Masz jakieś imię? 

— Moja Gola — powiedział satyr łagodnym głosem. 

— A więc, Gola, będziesz jechał na siodle za jednym z moich ludzi. Rozumiesz? 

Satyr skulił się odruchowo. 

— Moja bać koniów. 

— Musisz zatem pokonać swój strach — powiedział Trocero, dając znak sierżantowi. 

—  Hop,  do  góry!  —  zawołał  podoficer,  podnosząc  małą  istotę. Posadził  Golę  przed 

jednym  ze zwiadowców, po czym  zdjąwszy sznur z szyi  satyra, związał  ich obu ze sobą w 

pasie. — Będziesz zupełnie bezpieczny — roześmiał się na koniec. 

Oddział wysłany za żołnierzami króla gonił ich aż do podstawy Szczerby Olbrzyma. 

Gdy  tamci  zniknęli  w  cieniu  wąwozu,  Poitanczycy  z  obawy  przed  zasadzką  nie  podjęli 

dalszego pościgu. 

Później,  w  namiocie  dowodzenia,  Trocero  zdał  sprawę  ze  swej  misji  zebranym 

dowódcom rebelii. Conan obejrzał jeńca i powiedział: 

—  Te  pęta  na  twoich  nadgarstkach  wydają  się  zbyt  ciasne,  druhu  Goło.  Nie 

potrzebujemy ich. 

Wyciągnął  sztylet  i  podszedł  do  satyra,  który  skulił  się  i  wrzasnął  w  śmiertelnej 

grozie: 

— Gardła nie rżnąć! Człowiek obiecać, gardła nie rżnąć! 

—  Nie  poderżnę  ci  gardła,  ale  ty  postaraj  się  go  nie  zdzierać  —  burknął  Conan, 

chwytając w jedną ze swych potężnych dłoni oba ramiona satyra. — Nie zrobię ci krzywdy. 

— Rozciął rzemień i schował sztylet do pochwy. 

Gola masując nadgarstki skrzywił się z bólu. 

—  Już  lepiej,  co?  —  zagadnął  Conan,  sadowiąc  się  za  stołem  i  gestem  ręki  dając 

satyrowi znak, by do niego dołączył. — Lubisz wino, Gola? 

Satyr uśmiechnął się i pokiwał głową. Conan skinął na giermka. 

   —  Generale!  —  wykrzyknął  Publius,  wznosząc  palec,  by  powstrzymać  wykonanie 

polecenia.  —  Wino  się  nam  prawie  skończyło.  Jeszcze  parę  dzbanów  i  znów  wrócimy  do 

piwa. 

background image

— To bez znaczenia — powiedział Conan. — Będziemy mieli wino. Nemediańczycy 

zwykli mawiać, że: „W winie jest prawda”. Chcę to sprawdzić. 

Publius,  Trocero  i  Prospero  wymienili  zdumione  spojrzenia.  Conan  od  pierwszej 

chwili  okazywał  sympatię  temu  nieludzkiemu  stworzeniu.  Barbarzyńska  natura 

Cymmerianina  doskonale  umiała  wczuć  się  w  położenie  innego  dziecka  natury,  porwanego 

przez  cywilizowanych  ludzi,  których  obyczaje  i  motywy  działania  musiały  być  dla  niego 

zupełnie niezrozumiałe. 

Pół  bukłaka  wina  później  Conan  dowiedział  się,  że  „duża  mnóstwo”  królewskiej 

konnicy i piechoty stoi na płaskowyżu nad skarpą Imirian. Ich obóz znajdował się pół mili od 

krawędzi urwiska. Przez ostatnie dni niewielkie oddziały wojsk królewskich często schodziły 

w dół Szczerby i przeczesywały okoliczne lasy w poszukiwaniu satyrów. Schwytane żywcem 

stwory sprowadzano do obozu i zamykano w specjalnie przygotowanych klatkach. 

—  Moja  ludzie  iść  do  Szczerba  —  powiedział  ze  smutkiem  Gola.  —  Nie  mieć 

piszczałków na gotowość. 

Ignorując tę dziwną uwagę Conan zapytał: 

— Skąd wiecie, że zamierzają użyć waszej krwi do składania magicznych ofiar? 

Satyr spojrzał chytrze na Conana. 

— Wiedzieć. My też mieć czarów. Wielkie magiki na górze, tam. 

Conan zastanowił się, uważnie przyglądając się stworowi. 

— Gola, jeżeli przepędzimy złych ludzi z równiny na górze, nie będziecie się już mieli 

czego bać. Jeżeli nam pomożecie, oddamy wam nasze lasy. 

— Ja wiedzieć, jak robić wielkie ludzie! Wielkie ludzie zabijać nasze ludzie. 

—  Nie,  my  jesteśmy  twoimi  przyjaciółmi.  Popatrz,  możesz  odejść  bez  obaw.  — 

Conan pokazał na wejście do namiotu. 

Dziecinna  radość  rozlała  się  na  twarzyczce  satyra.  Conan  odczekał  chwilę  i 

powiedział: 

— Teraz, gdy uratowaliśmy czworo z was przed nożem czarownika, chcemy prosić o 

pomoc. Jak mogę się z wami spotkać? 

Gola pokazał Conanowi rurkę z kości, którą miał ukrytą pod włosami za uchem. 

— Wnijść w las i dmuchać. — Satyr przyłożył gwizdek do ust i nadął policzki. 

— Nic nie słyszę — powiedział Conan. 

— Twoja nie, ale satyr słyszeć. Twoja wziąć. 

background image

Conan  przypatrzył  się  niewielkiemu  gwizdkowi.  Pozostali  ściągnęli  brwi,  sądząc,  że 

ten  kawałek  kości  to  tylko  bezużyteczna  zabawka  mająca  omamić  ich  generała.  Po  chwili 

Conan wsunął gwizdek w kieszeń i rzekł z powagą: 

— Dziękuję ci, mały przyjacielu. 

Potem przywoławszy giermków i najbliższego wartownika powiedział: 

—  Wyprowadźcie  Golę  do  lasu  za  obozem.  Niech  nikt  mu  nie  dokucza,  to  rozkaz! 

Żegnaj. 

Gdy satyr odszedł, Conan zwrócił się do swoich towarzyszy: 

— Numidor stoi za Szczerbą, ale rozłożył się obozem trochę za daleko od niej. Co o 

tym sądzicie? Prospero wzruszył ramionami. 

— Wydaje mi się, że bardzo polega na tym „wielkim magiku”. Nie mam wątpliwości, 

że to chodzi o królewskiego czarownika. 

Trocero potrząsnął głową. 

— Myślę raczej, że chce nam dać wolną drogę na płaskowyż i tu spotkać się z nami 

jak równy z równym. To uczciwy szlachcic, który zwykł wojować w rycerski sposób. 

— Musi wiedzieć, że mamy nad nim przewagę — powiedział zakłopotany Publius. 

—  Owszem  —  zauważył  Trocero  —  ale  jego  oddziały  są  jednymi  z  najlepszych  w 

Aquilonii, podczas gdy połowa naszej pstrej zbieraniny to dzieciuchy bawiące się w wojnę. 

Polega więc na dzielności i dyscyplinie… 

Wymiana  poglądów  była  długa  i  nie  rozstrzygnięta.  Gdy  zaczęło  świtać,  Conan 

rozeźlony walnął kubkiem o stół. 

—  Nie  możemy  siedzieć  diabli  wiedzą  jak  długo  pod  tym  urwiskiem,  starając  się 

odgadnąć myśli Numidora. Jutro ruszamy na Szczerbę Olbrzyma i niech rozstrzygną miecze! 

background image

10 

KREW SATYRÓW 

 

Książę  Numidor  przechadzał  się  po  obozie  wojsk  królewskich.  Było  już  po 

wieczornym  posiłku  i  żołnierze  przygotowywali  się  do  snu.  Księżyc  był  w  nowiu  i  w 

gęstniejących  ciemnościach  gwiazdy  rozbłyskiwały  jak  diamenty  na  granatowej  opończy 

nocy.  Na  zachodnim  nieboskłonie  gasły  ostatnie  błyski  czerwonej  poświaty.  Nad  głową 

księcia przemknął nietoperz. 

Numidor  minął  wartowników  i  podszedł  do  krawędzi  skarpy,  gdzie  Thulandra  Thuu 

rozłożył się ze swymi magicznymi przyborami. Za plecami księcia obozowisko skryły cienie 

drzew.  Przed  nim  stromo  opadała  przepaść,  a  po  lewej  stronie  ział  czarny  wąwóz  zwany 

Szczerbą Olbrzyma. 

Chociaż  do  uszu  Numidora  nie  doszedł  żaden  odgłos,  coś  go  zaczęło  niepokoić.  Po 

chwili niepewności określił źródło swych podświadomych obaw. 

W  odległości  dwóch  strzałów  z  łuku  płonęło  niewielkie  ognisko.  Książę  poszedł  w 

jego stronę. Thulandra Thuu w czarnym płaszczu z zarzuconym na głowę kapturem niczym 

złowieszczy  ptak  nachylał  się  nad  ogniem,  który  klęczący  Hsiao  podsycał  drobnymi 

gałązkami. Nad płomieniami na mosiężnym trójnogu wisiał mały kociołek z brązu. Z boku, 

na trawie stał drugi, duży, miedziany kocioł. 

Gdy  Numidor  podszedł,  czarnoksiężnik  cofnął  się  od  ogniska  i  pogrzebawszy  w 

wiszącej u pasa sakwie, wyjął kryształową fiolkę. Odetkał ją i wymruczawszy zaklęcie wylał 

zawartość do rozgrzanego naczynia. W kociołku rozległ się nagły syk i wydobył się z niego 

kłąb tęczowego dymu. 

Thulandra Thuu zerknął na księcia. 

— Dobry wieczór, panie! — rzekł i znów sięgnął do sakwy. 

— Mistrzu Thulandro! — powiedział Numidor. 

— Tak? — Czarnoksiężnik przerwał poszukiwania. 

— Nalegałeś, by rozbić obóz z dala od przepaści, zastanawiam się więc, co cię do tego 

skłoniło.  Gdyby  buntownicy  przekradli  się  Szczerbą  Olbrzyma,  to  wsiedliby  nam  na  kark, 

zanim zdążylibyśmy się obejrzeć. Czy nie powinniśmy przenieść obozu bliżej, tam skąd nasi 

ludzie z łatwością mogliby razić strzałami nieprzyjaciela idącego pod górę? 

Ukryte  pod  kapturem  oczy  czarnoksiężnika  zabłysły  na  moment  jak  u  nocnego 

drapieżnika. Thulandra mruknął: 

background image

— Książę panie, jeżeli demony, które przywołam, dobrze wykonają swoje zadanie, to 

twoi ludzie będąc zbyt blisko znaleźliby się w dużym niebezpieczeństwie. Do ostatniej części 

tego czaru przystąpię o północy, za trzy godziny od tej chwili. Hsiao cię powiadomi. 

Czarownik wsypał trochę żółtego proszku do parującego kociołka i zamieszał wrzącą 

miksturę srebrną różdżką. 

—  Racz  mi  teraz  wybaczyć,  panie,  ale  muszę  poprosić  cię,  byś  odszedł  stąd,  gdy 

nakreślę pentagram. 

Hsiao  podał  Thulandrze  kunsztownie  rzeźbioną  drewnianą  laskę  i  znów  zajął  się 

ogniskiem.  Podczas  gdy  sługa  podsycał  ogień,  czarnoksiężnik  zaczął  rysować  na  ziemi 

końcem  laski.  Najpierw  nakreślił  krąg  o  średnicy  dwunastu  kroków,  po  czym  wyrył  pięć 

głębokich linii tworzących pięcioramienną gwiazdę. Wypełniając tajemny rytuał, w każdym 

kącie pentagramu mag narysował po jednym znaku. Książę nie wiedział, po co Thulandra to 

robi, ale nie miał najmniejszej ochoty zgłębiać nieczystych sekretów czarownika. 

Po  chwili  Thulandra  stanął  przy  ognisku,  zwrócony  plecami  do  przepaści,  i 

zaintonował dziwną, jękliwą modlitwę. Gdy skończył, obrócił się twarzą na zachód i zaczął tę 

samą  modlitwę  jeszcze  raz.  Postępował  tak  dotąd,  dopóki  nie  wykonał  pełnego  obrotu. 

Numidor zobaczył, że gwiazdy mętnieją, a w powietrzu nad głową Thulandry gromadzą się 

trzepoczące,  bezkształtne  cienie.  Usłyszawszy  złowieszczy  łopot  niewidzialnych  skrzydeł, 

książę  uznał,  że  dość  już  się  napatrzył  na  sprzeczne  z  naturą  poczynania  faworyta  swego 

kuzyna  i  szybkim  krokiem  wrócił  do  obozu.  Wartownikom  przed  swoim  namiotem  wydał 

rozkaz, by zbudzili go na pół godziny przed pomocą. 

O  umówionym  czasie  zjawił  się  Hsiao  prosząc  Numidora,  by  przybył  na  miejsce 

czarów.  W  drodze  ku  urwisku  natknęli  się  na  grupę  żołnierzy,  z  których  każdy  prowadził 

spętanego satyra. Dwanaście kudłatych leśnych ludków kuliło się i jęczało z przerażenia. 

W  kociołku  bulgotało  intensywnie,  a  pod  gwieździste  niebo  unosiły  się  obłoki 

różnobarwnej pary. Na rozkaz Thulandry pierwszy żołnierz powlókł swego szamoczącego się 

jeńca do miedzianego kotła stojącego na trawie  i  mocno przytrzymał  głowę stworzenia nad 

krawędzią naczynia. Czarnoksiężnik podszedł do nich z nożem w ręku i  powolnym ruchem 

podciął satyrowi gardło. Na rozkaz Thulandry żołnierz podniósł ofiarę do góry i odczekał, aż 

cała krew ścieknie do kotła, po czym rzucił małego trupka w przepaść. 

Nastąpiła przerwa, podczas której Thulandra dosypał kilka szczypt proszku do swego 

magicznego wywaru i wyrzekł nową litanię zaklęć. W końcu dał znak, aby przyprowadzono 

następnego  satyra.  Żołnierze  przestępowali  niespokojnie  z  nogi  na  nogę.  Jeden  z  nich 

mruknął: . 

background image

— Mam dziwne przeczucie, że niebawem nam ktoś będzie rżnął gardła… 

Bladł  już  wschodni  nieboskłon,  kiedy  skonał  ostatni  satyr.  Ogień  pod  spiżowym 

kociołkiem  wygasł,  a  węgle  pokrył  popiół.  Na  rozkaz  swego  pana  Hsiao  zdjął  z  haków 

parujący  kociołek  i  wlał  jego  zawartość  do  kotła  z  krwią.  Najbliżej  stojący  żołnierze 

zobaczyli albo myśleli, że zobaczyli — nietoperzowate zjawy ulatujące z większego naczynia. 

Dla  pozostałych  jednak  były  to  tylko  ogromne  kłęby  pary.  W  upiornym  blasku  przedświtu 

nikt nie mógł być pewien tego, co widziały jego oczy. 

Naraz  od  strony  urwiska  doleciał  narastający  łoskot  maszerujących  żołnierzy.  W 

porannym  powietrzu  wyraźnie  zabrzmiały  szczęk  broni  i  zbroi  oraz  komendy  oficerów. 

Thulandra Thuu przemówił przenikliwym z emocji głosem: 

— Panie! Książę Numidorze! Każ natychmiast odejść swoim ludziom! 

Wyrwany z półsnu książę wydał rozkaz: 

— Na ramię broń! Do obozu marsz! 

Hałasy  zbliżającej  się  armii  były  coraz  głośniejsze.  Czarnoksiężnik  uniósł  ramiona  i 

wygłosił śpiewne zaklęcie. Hsiao wręczył mu chochlę, w którą Thulandra nabrał płynu z kotła 

i  wylał  go  w  głęboką  szczelinę  w  skale.  Potem  cofnął  się,  wzniósł  ramiona  na  tle 

rozjaśniającego  się  nieboskłonu  i  znów  wykrzyczał  coś  w  nieznanym  języku,  po  czym 

zaczerpnął jeszcze jedną chochlę i następną. 

Na  drodze  z  Culario,  przed  miejscem,  gdzie  piaszczysta  wstęga  wychodziła  spod 

sklepienia listowia, mag zobaczył dwóch jeźdźców. Podjechali wolno do Szczerby Olbrzyma, 

rozglądając się uważnie dookoła. Za nimi  pojawił się cały oddział konnicy, po czym  z lasu 

wynurzyła się kolumna piechoty. Zamigotały groty włóczni. 

Thulandra  Thuu  pośpiesznie  zaczerpnął  kolejną  porcję  płynu  z  kotła  i  raz  jeszcze 

wzniósł chude ramiona ku niebu. 

Conan,  prowadzący  pierwszy  oddział  jazdy,  uniósł  się  w  strzemionach  i  spojrzał  w 

górę.  Jego  zwiadowcy  nie  wykryli  żołnierzy  królewskich  ani  w  zaroślach  przy  drodze,  ani 

przy samej Szczerbie Olbrzyma. Orli wzrok Conana błądził po szczycie urwiska oświetlonym 

różowym światłem przez padające skośne promienie wschodzącego słońca. W barbarzyńskiej 

duszy  Conana  wrzały  złe  przeczucia.  Książę  Numidor  bynajmniej  nie  był  geniuszem,  ale 

nawet ktoś taki jak on był w stanie dobrze przygotować obronę Szczerby. 

Mimo  to  wciąż  nie  widział  żadnych  oznak  obecności  wojsk  królewskich.  Czy 

Numidor rzeczywiście miał zamiar pozwolić buntownikom wspiąć się na płaskowyż Imirian? 

Conan wiedział, że szlachta tego kraju wyznawała ideały honorowej walki, jednakże w ciągu 

background image

wszystkich  lat  swej  wojaczki  nie  spotkał  jeszcze  ani  jednego  wodza,  który  zaryzykowałby 

pewne zwycięstwo dla tak abstrakcyjnej zasady. Nie, tu musiała się kryć jakaś pułapka! 

Jeden  ze  zwiadowców  zameldował  o  dziwnym  znalezisku.  U  podnóża  urwiska,  na 

lewo  od  Szczerby  Olbrzyma  natrafiono  na  tuzin  ciał  satyrów  z  poderżniętymi  gardłami. 

Ciałka były zmiażdżone i poszarpane, co znaczyło, że zostały zrzucone z dużej wysokości. 

—  Ktoś  uprawia  czary!  —  mruknął  Trocero.  —  Założę  się,  że  to  ów  królewski 

wiedźmin… 

Dwóch  konnych,  jadących  na  czole  kolumny,  zbliżyło  się  do  Szczerby,  spięło 

ostrogami  swe  wierzchowce  i  zniknęło  na  drodze  wiodącej  pod  górę.  Wkrótce  pojawili  się 

ponownie na skalnej półce i dali znak, że wszystko jest w porządku. Conan raz jeszcze zbadał 

wzrokiem szczyt. Wydało mu się, że dostrzega ślad ruchu — małą czarną plamkę. Mogła ona 

być  jednak  tylko  grą  światła  w  zmęczonych  oczach.  Odwróciwszy  się  dał  znak  kapitanowi 

Morenusowi, dowódcy oddziału, by wprowadził swych ludzi do Szczerby. 

Conan zjechał na bok z drogi i stanął przyglądając się czujnie wszystkiemu dookoła. 

Jego koń, gniady ogier, był niespokojny. Walił w ziemię kopytami i tańczył na boki. Conan 

pogłaskał  kark  zwierzęcia,  by  je  ułagodzić,  ale  wierzchowiec  nie  przestawał  kaprysić.  W 

duszy Cymmerianina złe przeczucia zakotłowały się z taką gwałtownością, że już dłużej nie 

mógł ich lekceważyć. 

Rzuciwszy  jeszcze  raz  okiem  na  skarpę,  Conan  z  pochmurnym  wyrazem  twarzy 

przerzucił  nogę  nad  łękiem  i  z  chrzęstem  zbroi  zsiadł  z  konia.  Uchwyciwszy  wodze, 

przymknął  oczy.  Jego  barbarzyńskie  zmysły,  o  wiele  czulsze  niż  u  ludzi  wydelikaconych 

miejskim życiem, nie zawiodły go. Przez podeszwy swych butów czuł słabe drżenie gruntu. 

Nie  była  to  wibracja,  jaką  powoduje  grupa  galopujących  jeźdźców.  To  było  powolniejsze, 

bardziej rozważne, jak gdyby sama ziemia obudziła się, by się przeciągnąć i ziewnąć. 

Conan nie wahał się dłużej. Stuliwszy dłonie przy wargach i nabrawszy powietrza w 

wielkie płuca, krzyknął: 

— Morenus, cofnij się! Wyjedź ze Szczerby! Dajcie koniom ostróg! Żywo! 

We wnętrzu Szczerby nastąpiła chwila zamieszania, gdyż rozkaz był przekazywany po 

linii  i  żołnierze  starali  się  zawrócić  swe  konie  na  wąskiej  ścieżce.  Na  szczycie  urwiska 

czarnoksiężnik wykrzyknął ostatnie zaklęcie i uderzył w skałę laską. 

Pomruk,  ledwie  słyszalny  głęboki  grzmot,  dobył  się  spod  ziemi.  Nad  wycofującymi 

się  jeźdźcami  zakołysały  się  kamienne  ściany.  Bloki  granitu  zaczęły  odpadać  od  skalnej 

macierzy, najpierw ze zwodniczą powolnością, potem przyspieszały, kruszyły się, pękały na 

background image

kawałki, odbijały od siebie i waliły do rzeki Bitaxa. Wylatujące w górę bryzgi wody sięgały 

równie wysoko jak sam wodospad. 

Conan  nie  bez  trudności  wsadził  stopę  z  powrotem  w  strzemię.  Porażone  strachem 

zwierzę  miotało  się  na  wszystkie  strony.  Cymmerianin  klnąc  wskoczył  na  siodło  i  zatoczył 

koniem ku kolumnie piechoty, wciąż maszerującej ku Szczerbie. 

— Cofnąć się! Cofnąć się! — wrzasnął, lecz słowa zginęły w grzmocie gigantycznych 

kamiennych  żaren.  Zajechał  im  drogę,  gorączkowo  gestykulując.  Żołnierze  na  przedzie 

zrozumieli  i  zatrzymali  się,  ale  pozostali  nadal  szli  przed  siebie.  Kolumna  zamieniła  się  w 

skłębioną masę. 

Z przeraźliwym rykiem gigantyczne masy skał kaskadą runęły w otchłań. Ziemia pod 

stopami powstańców zadygotała z taką siłą, że jedynie chwytając się jeden drugiego żołnierze 

byli w stanie utrzymać się na nogach. 

Ogarnięta  paniką,  chorągiew  jazdy  Conana  wyjechała  pędem  z  rozkołysanego 

wąwozu. Jadący na czele wpadli na piechotę. Kilka koni przewaliło się, wyrzucając jeźdźców 

z siodeł. Wielu pieszych zostało poturbowanych. Nad huk trzęsienia ziemi wybiły się krzyki 

ludzi i rżenie koni. 

Spieniona  Bitaxa  wystąpiła  z  brzegów,  fale  wywołane  upadkiem  skał  pędziły  na 

płaskim terenie i zalewały drogę. Żołnierze brodzili po kolana w wodzie wznosząc modły do 

wszystkich bogów, jakich znali. 

W  końcu  szamoczący  się  w  tłumie  swoich  ludzi  Conan  zdołał  przywrócić  jako  taki 

porządek. 

— Morenus! — ryknął. — Czy wszyscy twoi ludzie się wydostali?! 

— Może z tuzin zostało, generale! 

Rzuciwszy  gniewne  spojrzenie  w  kierunku  Szczerby,  Conan  przeklął  stratę.  Gęsty 

obłok kurzu spowił przełęcz. Dopiero po dłuższej chwili wiatr zdołał go rozproszyć. Gdy pył 

rozrzedził się, Conan spostrzegł, że Szczerba jest o wiele szersza niż dotąd, a jej zbocza stały 

się znacznie mniej strome. Wąwóz był wypełniony olbrzymim zwałowiskiem potrzaskanych 

skał wielkości od drobnych kamyków po odłamy wielkie jak namiot. Od czasu do czasu małe 

lawiny z klekotem zsuwały się ze zboczy i utykały na zwałowiskach. Każdy, kto znalazł się 

pod tym skalnym rumoszem, był pogrzebany na zawsze. 

Dziwnym zrządzeniem losu jeden fragment urwiska pozostał nie zmieniony i przybrał 

teraz  postać  wąskiej  wieży.  Na  czubku  tej  kamiennej  iglicy  Conan  dojrzał  dwie  postacie  w 

czarnych szatach. Jedna z nich trzymała uniesione w górę ramiona. 

background image

—  To  czarnoksiężnik  króla,  Thulandra  Thuu,  albo  jestem  Stygijczykiem!  — 

wycharczał jakiś głos za plecami Conana. 

Barbarzyńca odwrócił się i zobaczył Cromela. 

— Sądzisz, że to on zesłał trzęsienie ziemi? — zapytał Cymmerianin. 

— Tak. Gdyby zaczekał, aż wszyscy wejdziemy w Szczerbę, bylibyśmy już krwawą 

miazgą. Jest za daleko, by trafić go z łuku, ale gdybym go miał, mógłbym spróbować. 

Usłyszał to jakiś łucznik i wręczył mu swój łuk, mówiąc: 

— Spróbuj mojego, panie. 

Cromel  zsiadł  z  konia,  naciągnął  cięciwę  za  ucho,  wycelował  i  wypuścił  strzałę. 

Pocisk  zatoczył  wysoki  hak  i  uderzył  w  urwisko  jakieś  dwadzieścia  stóp  poniżej  szczytu. 

Drobne figurki zniknęły. 

—  Niezły  strzał  —  mruknął  Conan.  —  Ale  powinniście  raczej  ustawić  balistę. 

Cromel, ludzie połamali kości i trzeba przygotować łubki. Przypilnuj, żeby medycy zrobili, co 

do nich należy. 

Spod  przymrużonych  powiek  Cymmerianin  przyjrzał  się  rumowisku.  Barbarzyński 

instynkt  kusił  go,  żeby  zagrzać  swych  ludzi  do  boju,  spieszyć  jazdę  i  poprowadzić  ich  do 

rozstrzygającego  ataku  pod  górę.  Doświadczenie  jednak  mówiło  mu,  że  byłby  to  daremny 

gest  i  poświęcenie  ludzkich  istnień  bez  rozsądnej  potrzeby.  Podejście  byłoby  powolne  i 

męczące,  a  grunt  niepewny.  Jego  ludzie  stanowiliby  wymarzony  cel  dla  łuczników,  ci  zaś, 

którym  udałoby  się  pokonać  zbocze,  byliby  zbyt  wyczerpani,  by  przyjąć  bój.  Rozejrzał  się 

dookoła. 

—  Hej  tam,  Trocero!  Prospero,  do  mnie!  Morenus,  wyślij  gońca  do  Publiusa  i 

Pallantidesa, niech im powie, aby się tu stawili. I co teraz zrobimy, przyjaciele? 

Hrabia Trocero podjechał bliżej Conana i przyjrzał się zwałom skał. 

—  Armia  w  żaden  sposób  nie  zdoła  pokonać  tego  zbocza.  Piesi  mogliby  się  jakoś 

wdrapać,  o  ile  Numidor  nie  zaatakowałby  ich,  a  czarnoksiężnik  nie  rzucił  jeszcze  jakiegoś 

zaklęcia. Nie konie jednak, a w żadnym razie nie wozy. 

—  Może  moglibyśmy  sami  zbudować  drogę  na  miejscu  dawnego  traktu?  —  poddał 

myśl Prospero. 

Trocero zastanowił się nad tym pomysłem. 

— Mając tysiąc robotników, kilka miesięcy i złoto na zbyciu wybudowałbym ci każdą 

drogę, jaką byś tylko sobie wymarzył. I na dodatek dwa mosty… — dodał ponuro. 

background image

—  Nie  mamy  ani  czasu,  ani  pieniędzy  —  burknął  Conan.  —  Jeżeli  nie  damy  rady 

przejść przez Szczerbę, musimy przeprawić się dookoła, nad albo pod nią. Rozkażcie ludziom 

cofnąć się o ćwierć mili i rozbić obóz w lesie. 

    

W obozie wojsk królewskich Thulandra Thuu musiał stawić czoło rozwścieczonemu 

księciu.  Zmęczony  czarnoksiężnik  wyglądał  o  wiele  starzej  niż  zazwyczaj  i  wspierał  się  na 

ramieniu  Hsiao.  Teren,  na  którym  był  nakreślony  pentagram,  nie  zapadł  się  wraz  z  resztą 

urwiska i czarownik wydostał się stamtąd po wąskiej kładce. 

— Ty głupi nekromanto! — warczał Numidor. — Jeżeli już uciekłeś się do magii, to 

powinieneś zaczekać, aż Szczerba zapełni się buntownikami. W ten sposób wybilibyśmy ich 

wszystkich, a tak uciekli z niewielkimi stratami. 

— Nie wyznajesz się na tych sprawach, książę — odpowiedział zimno Thulandra. — 

Wstrzymywałem się z ostatnim zaklęciem, dopóki nie zobaczyłem, że coś lub ktoś ostrzegło 

Cymmerianina  przed  zasadzką  i  rebelianci  zaczęli  uciekać.  Gdybym  wstrzymał  się  jeszcze 

dłużej,  wszyscy  wymknęliby  się  bezkarnie.  W  każdym  razie  wąwóz  jest  zatarasowany. 

Buntownicy muszą pomaszerować na wschód, by dotrzeć do rzeki Khorotas, albo na zachód 

do Alimane, nie dadzą bowiem rady sforsować skarpy. Teraz, Wasza Wysokość, musisz mi 

wybaczyć. Zaklęcia wyczerpały me siły i muszę wypocząć. 

— Nigdy nie byłem wysokiego mniemania o cudotwórcach — mruknął Numidor, gdy 

Thulandra się odwrócił. 

 

Tego samego wieczora w leśnym obozowisku Conan i jego oficerowie przyglądali się 

mapie. 

—  Żeby  okrążyć  skarpę  —  powiedział  barbarzyńca  —  musimy  wrócić  do  wsi 

Pedassa, gdzie rozchodzą się trakty ku obydwu rzekom. To jednak dłuższa droga. 

—  Gdyby  tylko  była  jakaś  mało  znana  ścieżka  w  ścianie  urwiska  —  westchnął 

Prospero  —  moglibyśmy  przekradłszy  się  po  cichu  zajść  Numidora  od  tyłu  i  wziąć  go  z 

zaskoczenia. 

   Conan zmarszczył brwi. 

—  Na  tej  mapie  nie  widać  takiego  przejścia,  ale  już  dawno  temu  nauczyłem  się  nie 

wierzyć  kartografom.  Dobra  to  mapa,  na  której  przynajmniej  rzeki  płyną  we  właściwym 

kierunku. Trocero, nie wiesz czasem czegoś o jakiejś innej drodze? 

Trocero potrząsnął przecząco głową. 

— Muszą przecież być inne niż Bitaxa spływające ze skarpy strumienie! 

background image

Hrabia bezradnie wzruszył ramionami. Wszedł Pallantides, mówiąc: 

—  Proszę  o  wybaczenie,  generale,  ale  z  kompanii  Serdicusa  zdezerterowało  dwóch 

ludzi. 

Conan prychnął ze złością. 

—  Za  każdym  razem,  kiedy  zwyciężamy,  królewscy  żołnierze  przechodzą  na  naszą 

stronę,  gdy  zaś  przegrywamy,  nasi  ludzie  dezerterują  na  ich  stronę.  To  przypomina  grę  w 

kości  na  pieniądze.  Wyślij  zwiadowców,  żeby  się  za  nimi  rozejrzeli.  Jeżeli  znajdą  tych 

zdrajców, to niech ich powieszą, ale bez rozgłosu. Rozkaż też tym, którzy znają ten las, żeby 

o świcie sprawdzili  ścianę urwiska na odległość mili w każdą stronę. Może zdołają znaleźć 

jakąś ścieżkę na szczyt.  A teraz, przyjaciele, zostawcie mnie, żebym mógł sam to wszystko 

rozważyć. 

Conan  usiadł  na  łóżku,  z  kuflem  piwa  w  ręku.  Raz  jeszcze  przestudiował  mapę  i 

spróbował wymyślić jakiś sposób, który umożliwiłby armii pokonanie skarpy. 

Wyjął  z  kieszeni  obsydianowy  półokrąg,  który  niegdyś  wisiał  pomiędzy  bujnymi 

piersiami tancerki Alciny. Przyjrzał się temu przedmiotowi, myśląc, na ile miał rację Trocero 

podejrzewając, że to ona spowodowała śmierć starego Amuliusa. 

Po  trochu  kawałki  układanki  zaczynały  pasować  do  siebie.  Alcina  została  nasłana 

przez  przełożonego  królewskich  szpiegów  lub  przez  monarszego  czarnoksiężnika.  Później 

udało  się  jej  zamordować  Amuliusa  Procasa.  Dlaczego  jego?  Skoro  Conan  miał  już 

spoczywać w grobie, to stary generał nie był dłużej potrzebny — wyjaśnił sobie barbarzyńca. 

Wynikało z tego, iż ani ona, ani jej pan nie wiedzieli w chwili śmierci Procasa, że Conan nie 

skonał od zatrutego wina. 

Cymmerianin  pomyślał,  że  w  przyszłości  powinien  ostrożniej  dobierać  sobie 

towarzyszki  łoża.  Ale  dlaczego  Procas  musiał  umrzeć?  Ponieważ  pan  Alciny,  kimkolwiek 

był, nie życzył sobie, by starzec stał mu na drodze. Ten wniosek podsunął Conanowi myśl o 

Thulandrze Thuu. Czarownik bez wątpienia dążył do zagarnięcia władzy nad Aquilonią. Gdy 

spłynęło  na  niego  to  olśnienie,  Conan  odruchowo  zacisnął  palce  na  czarnym  talizmanie  i 

czyniąc  to  uświadomił  sobie,  że  doznaje  osobliwego  wrażenia.  Wydało  mu  się,  że  w  jego 

czaszce rozbrzmiewają jakieś rozmawiające głosy. 

Przed  nim  nabrała  kształtu  ciemna  postać.  Gdy  Conan  naprężył  się,  by  sięgnąć  po 

miecz,  wizja  stała  się  wyraźniejsza  i  ujrzał  kobietę  siedzącą  na  czarnym  tronie  z  kutego 

żelaza. Obraz był przezroczysty — Conan mógł dojrzeć przezeń płótno namiotu — i zarazem 

nie  dość  wyraźny,  by  rozpoznać  rysy  kobiety.  W  mrocznym  obliczu  płonęły  jednak 

szmaragdowe oczy. 

background image

Z nerwami napiętymi jak struny Conan wpatrywał się w nią i przysłuchiwał głosom. 

Jeden  był  głęboki,  kobiecy  i  współgrał  z  ruchami  warg.  Należał  do  Alciny,  najwyraźniej 

nieświadomej faktu, że Conan ją obserwuje. 

Drugi głos należał do mężczyzny, który mówił po Aquilońsku, świszcząco zbijając ze 

sobą głoski. Conan nigdy nie zamienił słowa z Thulandrą Thuu, aczkolwiek niegdyś widywał 

maga  w  Tarancji.  Z  wypowiadanych  słów  wynikało  jednak,  że  mógł  to  być  tylko  faworyt 

monarchy. Głos ciągnął rozpoczętą kwestię: 

„…nie  wiem,  kto  zdradził  mój  plan,  ale  jakiś  zaprzaniec  musiał  jednak  ostrzec  tego 

barbarzyńcę!” 

Alcina odrzekła: „Może nie, mistrzu. Ten Cymmeriański pies ma zmysły czulsze niż 

każdy człowiek, mógł więc sam wykryć nadciągający kataklizm. Co teraz zrobisz?” 

„Muszę tu zostać i zanim przybędzie hrabia Ulric, strzec tego durnia Numidora przed 

jakąś  fatalną  omyłką.  Gwiazdy  ukazały  mi,  że  Ulric  dotrze  tu  za  trzy  dni.  Jestem  jednak 

znużony.  Wezwanie  duchów  ziemi  wyczerpało  mnie.  Nie  będę  w  stanie  rzucać  żadnych 

zaklęć, dopóki nie nadejdzie pełnia księżyca”. 

„Błagam  cię  więc,  wracaj  natychmiast!”  —  powiedziało  prosząco  wyobrażenie 

Alciny.  —  „Ulric  z  pewnością  przybędzie,  zanim  buntownicy  zdołają  pokonać  skarpę,  a  ja 

potrzebuję twej ochrony”. 

„Ochrony? A dlaczego?” 

„Jego  robaczywa  wysokość  król  ciągle  namawia  mnie,  żebym  uczestniczyła  w 

różnych plugawych zabawach. Boję się”. 

„Do czego zmusza cię ta chodząca sterta nawozu?” 

„Jego zachcianki nie dadzą się wprost opisać, mistrzu. Na twe rozkazy przespałam się 

z kilkoma mężczyznami i kilku zabiłam. Tego jednak nie zrobię”. 

„Na  Seta  i  Kali!”  —  krzyknął  męski  głos.  —  „Kiedy  dostanę  Numedidesa  w  swoje 

ręce, to zapragnie schronić się na samym dnie piekła. Wyruszam do Tarancji jutro o świcie”. 

„Uważaj,  żebyś  nie  wpadł  po  drodze  w  ręce  buntowników!  Doniesiono  mi,  że  na 

Drodze Królów grasują bandy rebeliantów. 

Męski  głos  zachichotał  cicho:  „Nie  obawiaj  się  o  mnie,  moja  droga  Alcino.  Nawet 

teraz, gdy jestem osłabiony, potrafię z małej odległości zabić każdego śmiertelnika. Żegnaj”. 

Głosy  ucichły  i  wizja  zniknęła.  Conan  otrząsnął  się  jak  ktoś  budzący  się  z 

koszmarnego  snu,  wyjazd  Thulandry  dawał  szansę  zniszczenia  armii  Numidora  przed 

przybyciem Ulrica z posiłkami. Pozostawało tylko dostać się na płaskowyż… 

background image

Musiał  uporządkować  rozbiegane  myśli.  W  namiocie  zrobiło  się  duszno. 

Cymmerianin wstał więc i wyszedł ze swej ciasnej kwatery. 

Na  zewnątrz  wartownicy  przyzwyczajeni  do  jego  nocnych  wędrówek  pomyśleli,  że 

idzie na kolejny obchód straży. Conan skierował się jednak na skraj obozu i dalej w uśpiony 

las.  Barbarzyńca  pomyślał  z  rozbawieniem,  że  Prospero  znów  będzie  niepocieszony,  gdy 

dowie się, że „jego natchnienie” kolejny raz wymknęło się straży. 

Sięgnął  do  kieszeni  po  gwizdek  z  kości,  który  dał  mu  Gola,  wyjął  go  i  obrócił  w 

palcach. Po krótkim  namyśle przyłożył  piszczałkę do ust  i  dmuchnął.  Nic się nie stało. Dla 

pewności gwizdnął jeszcze raz. 

Być  może  resztki  satyrzego  plemienia  odeszły  w  bezpieczniejsze  miejsce.  Jeśli  zaś 

usłyszeli gwizd, to potrzebowali czasu, aby tu dotrzeć. Conan znieruchomiał i czekał z czujną 

cierpliwością  pantery,  czyhającej  na  zdobycz.  Barbarzyńca  wsłuchiwał  się  w  brzęczenie  i 

świergotanie  owadów  oraz  szelest  wiatru  w  gałęziach  drzew.  Co  jakiś  czas  przykładał 

gwizdek do ust i znów dmuchał. W końcu spostrzegł ruch w zaroślach. 

—  Kto  twoja  dmuchać  gwizdek,  wołać  satyr?  —  zapytał  łamaną  Aquilońszczyzną 

stłumiony wysoki głos. 

— Gola? 

— Nie, ja Zudik, wódz. Kto ty? — Krzewy rozsunęły się. 

—  Conan  Cymmerianin.  Znasz  Golę?  —  Barbarzyńca  dostrzegł  starego, 

przygarbionego satyra, którego sierść poprzetykana była siwizną. 

— Tak — odpowiedział wódz satyrów. — Jego mówić o twoja. Ocalić jego i cztery 

inne. Czego chcesz? 

— Żebyście pomogli nam zabić ludzi na szczycie urwiska. 

— Jak Zudik pomagać zabić wielkie ludzie jak twoja? 

—  Potrzebujemy  ścieżki  prowadzącej  na  szczyt  —  powiedział  Conan.  —  Szczerba 

Olbrzyma została zawalona skałami. Znacie jakąś inną drogę? 

Noc  śpiewała  rozbrzmiewającymi  wśród  ciszy  odgłosami  owadów.  Zudik 

odpowiedział po chwili: 

— Być mały ścieżka do tamtędy. — Wskazał na wschód. 

— Jak daleko? 

Satyr  odpowiedział  w  ich  własnym  języku,  brzmiącym  jak  krakanie  wron. 

Zdezorientowany Conan zapytał: 

— Damy radę dotrzeć tam w ciągu dnia? 

— Mocno iść. Może. 

background image

— Wskażesz nam drogę? 

— Tak. Gotowie się, zanim słońce wzejść. 

Conan odnalazł później Publiusa i oznajmił: 

— Wyruszamy o świcie. Satyr wskaże nam ścieżkę na urwisko, za wąską dla wozów. 

Odprowadzisz tabory z  powrotem do Pedassy, a stamtąd ruszysz w stronę Khorotasu. Jeżeli 

dołączymy  do  was  na  drodze  do  Tarancji,  będzie  to,  znaczyło,  że  pokonaliśmy  Numidora. 

Jeżeli nie… — Conan przeciągnął palcem po gardle — to dalej martwcie się sami. 

Szczelina  w  skarpie  była  o  wiele  węższa  niż  Szczerba  Olbrzyma.  Z  dołu  była 

niewidoczna,  ukryta  przez  bujną  roślinność  i  zasłaniające  ją  skały.  Jeźdźcy  musieli  pieszo 

prowadzić  swe  wierzchowce  wzdłuż  potoku,  który  spływał  dnem  skalnej  rozpadliny.  Co 

trochę zdarzało się, że konie przerażone stromymi ścianami wąwozu rżały, kwiczały, stawały 

dęba i tarasowały innym drogę. 

Piesi, maszerujący dwójkami z trudem przeciskali się między skałami. Gdy zmierzch 

uczynił ścieżkę bardziej złowieszczą, Conan rozkazał żołnierzom chwytać się pasów idących 

przed  nimi  i  brnąć  dalej  nie  bacząc  na  nic.  Przed  nadejściem  poranka  wszyscy  pokonali 

wąwóz. 

W  czasie,  gdy  armia  powstańcza  wypoczywała  po  marszu  i  męczącej  wspinaczce, 

Conan  wysłał  zwiadowców,  by  obejrzeli  pozycje  Numidora.  Po  powrocie  ich  dowódca 

zameldował: 

— Numidor rozbił obóz cofnąwszy się o kilka mil od Szczerby. Jest położony w lesie, 

po obu stronach traktu. 

Conan rzucił pytające spojrzenie swym oficerom. Pallantides syknął: 

—  Co  to  ma  znaczyć?  Nawet  jeśli  Numidor  jest  głupi,  nigdy  nie  zdarzyło  mi  się 

słyszeć, że jest tchórzem! 

— Wygląda na to — wtrącił się Trocero — że dowiedział się, iż znaleźliśmy drogę na 

urwisko i wycofał się, aby nie zostać zepchniętym do przepaści. 

— Czarnoksiężnik mógł go ostrzec — dorzucił Prospero. 

—  To  nie  wszystko,  generale  —  powiedział  dowódca  zwiadowców.  —  Do 

nieprzyjaciela dołączyły posiłki; cztery kompanie piechoty. 

—  A  więc  Numidor  sprowadził  z  Kresów  Zachodnich  wszystkie  regularne  wojska 

pozostawiając obronę przed Piktami lokalnej milicji — mruknął Conan. — Ma więc nad nami 

przewagę liczebną, a Królewskie Wojska Graniczne to dobrze wyćwiczone oddziały. Byłem 

ich dowódcą… — przerwał na chwilę, po czym dodał: — Przyjaciele, ten satyr, Gola, mówił 

coś o użyciu przeciw wrogom piszczałek. Jak myślicie, o co mu chodziło? 

background image

Nie wiedział nikt. Conan powiedział w końcu: 

— Widzę, że znów muszę poradzić się naszych małych druhów. 

Gdy zmierzch rzucił szarą zasłonę mgły na spływający ze skał strumień, Conan zszedł 

na dół tą samą drogą, którą wspięli się jego ludzie. Stanął samotnie w otaczającym go zmroku 

Puszczy  Broceliańskiej  i  znów  dmuchnął  w  gwizdek.  Po  pewnym  czasie  zjawił  się  Zudik. 

Odpowiadając na pytanie Cymmerianina wódz rzekł: 

— Tak, nasza używać piszczałków. One robić wasze ludzie tak, że trzymać ich uszy. 

— Uszy? — zapytał zdumiony Conan. 

— Tak. Brać wosk, glina, łach — coby długo nie słyszeć. Wtedy nasze pomóc… 

Wojska  Graniczne  Numidora  stały  w  poprzek  traktu  do  Tarancji.  Książę  postanowił 

poprzestać  na  obronie  do  czasu  przybycia  hrabiego  Ulrica.  Żołnierze  zajęci  byli  sypaniem 

wałów ziemnych i umacnianiem ich spiczastymi kołkami. Las otaczający pozycje Numidora z 

boków  i  z  tyłu  uniemożliwiał  atak  zwartymi  szykami.  Mimo  to  rebelianci  wybrali  właśnie 

taką taktykę. 

Zachowując całkowitą ciszę armia powstańcza rozwinęła się w luźny szyk o kształcie 

półksiężyca  i  pod  osłoną  zarośli  podeszła  do  obozu  wojsk  królewskich.  Ogłoszono  alarm. 

Żołnierze  Numidora  porzuciwszy  łopaty  i  oskardy  chwycili  za  broń  i  zaczęli  formować 

szeregi. 

Conan  dał  znak  łucznikom.  Na  nieprzyjaciela  spadła  lawina  strzał,  a  po  chwili  nad 

świst  pocisków  i  brzęk  cięciw  wybił  się  upiorny,  przenikliwy  pisk.  Rozedrgane  tony 

wwiercały  się  do  wnętrza  czaszek,  przyprawiając  o  obłęd.  Ludzie  Conana  jednak  nic  nie 

słyszeli. Ich uszy były zatkane woskiem. 

Zawodzący, nieziemski świergot dochodził zewsząd i znikąd. Docierał do najdalszych 

szeregów.  Żołnierze  rzucali  broń  i  chwytali  się  za  przeszywane  bólem  głowy.  Niektórzy 

wybuchali histerycznym śmiechem, inni zalewali się łzami. 

Dźwięk narastał budząc nieodpartą potrzebę ucieczki. W końcu pragnienie to wzięło 

górę  łamiąc  wieloletnie  nawyki  karności  i  dyscypliny.  Królewscy  żołnierze  dziesiątkami 

odwracali się i opętańczo krzycząc zaczynali biec na oślep, przed siebie, byle dalej od źródła 

tego  jazgotu.  Oba  skrzydła  królewskich  wojsk  zamieniły  się  w  bezładne  gromady 

przerażonych uciekinierów. Gdy flanki przestały istnieć, niewidzialni grajkowie przesunęli się 

ku  środkowi  i  niebawem  tu  również  wybuchła  panika.  Na  pierzchających  żołnierzy  runęła 

konnica Trocera, dopełniając pogromu. 

background image

—  Nie  ma  co  —  powiedział  później  Conan,  przechadzając  się  po  zdobytym  obozie 

królewskim.  —  Pozostawili  tyle  broni,  że  wystarczyłoby  dla  nas,  nawet  gdybyśmy  byli 

dwukrotnie liczniejsi. Możemy teraz brać wszystkich ochotników, jacy tylko się zgłoszą. 

— To było łatwe zwycięstwo — stwierdził Prospero. 

— Zbyt łatwe — Conan spochmurniał. — Łatwe zwycięstwo jest równie zwodnicze 

jak  uśmiech  dworzanina.  Powiem,  że  droga  do  Tarancji  stoi  otworem  dopiero  wtedy,  gdy 

zobaczę mury miasta, nie wcześniej. 

background image

11 

KLUCZ DO MIASTA 

 

Armia powstańcza bez przeszkód maszerowała przez środkową Aquilonię, gdzie stada 

rasowych  koni  i  bydła  pasły  się  na  bujnej  trawie,  a  zamki  dumnie  wznosiły  ku  niebu  swe 

baszty  o  karmazynowych,  purpurowych  i  złotych  dachach.  Droga  kluczyła  wśród  wzgórz 

okrągłych jak poduchy i porośniętych bujną roślinnością. 

Jednak  wzrok  Conana,  gdy  z  wysokości  końskiego  grzbietu  patrzył  na  idących 

żołnierzy,  był  śmiertelnie  poważny.  Królewskie  Wojska  Pograniczne  rozproszyły  się  jak 

liście  na  jesiennej  wichurze,  ale  za  to  nowy  wróg,  przed  którym  nie  było  żadnej  obrony, 

począł  nękać  szeregi  powstańców.  Była  to  zaraza.  Choroba  powalała  ludzi  dreszczami  i 

gorączką,  a  potem  pokrywała  ich  ciała  szkarłatnymi  plamami.  Niewidzialny  demon 

przerzedzał oddziały Conana, zabierając więcej żołnierzy niż nieustępliwy przeciwnik. Wielu 

powstańców zostało w wioskach po drodze, wielu lękając się strasznej choroby uciekło, wielu 

zmarło. 

— Ilu nas teraz jest? — zapytał Conan Publiusa wieczorem, gdy armia dotarła do wsi 

Elymia. 

Skarbnik przejrzał swoje papiery. 

—  Około  ośmiu  tysięcy  ludzi,  generale,  wliczając  w  to  chorych,  którzy  jeszcze 

trzymają się na nogach. 

—  Na  Croma!  Było  nas  ponad  dziesięć  tysięcy,  kiedy  przekraczaliśmy  Alimane. 

Potem doszło jeszcze kilkanaście setek. Co się z nimi stało? 

Trocero uniósł głowę. 

— Niektórzy przyłączyli się do nas jak pan młody do oblubienicy, ale zmienili zdanie, 

kiedy  przejście  kilku  mil  od  rodzinnych  stron  wycisnęło  z  nich  trochę  potu.  Zaczęli 

zamartwiać się o swoje rodziny i powrót do domu na żniwa. 

—  Ta  plamiasta  zaraza  powaliła  prawie  dwa  tysiące  —  dodał  Dexitheus.  — 

Wypróbowałem już wszystkie zioła i proszki, by ją przepędzić. Bez skutku. Wydaje się, że są 

w tym jakieś czary albo okrutne przeznaczenie kieruje nasz los ku złemu końcowi. 

Conan powstrzymał  cisnące mu  się na usta szydercze słowa. Po trzęsieniu ziemi nie 

mógł pozwolić sobie na niedocenianie potężnej magii swego przeciwnika. 

—  Gdyby  udało  się  nam  przekonać  satyrów,  żeby  poszli  z  nami,  zabierając  swoje 

piszczałki — powiedział Prospero — niewiele by znaczyło, że jest nas tak mało. 

background image

— Ale postanowili nie opuszczać swych domostw w Puszczy Broceliańskiej — uciął 

Conan. 

—  Mogłeś  pochwycić  starego  Zudika  jako  zakładnika,  żeby  ich  zmusić  —  odrzekł 

Prospero. 

—  Ja  tak  nie  postępuję  —  mruknął  Conan.  —  Zudik  okazał  się  przyjacielem  w 

potrzebie. Nie wykorzystałbym go wbrew jego woli. 

Trocero uśmiechnął się łagodnie. 

— Czyż nie ty sam szydziłeś z księcia Numidora za honorowe postępowanie. 

Conan chrząknął. 

—  U  prymitywnych  istot  wódz  ma  niewiele  władzy.  Poza  tym  wątpię,  czy  gdyby 

nawet poprzysięgli Zudikowi wierność w doli i niedoli, to pokonaliby swój lęk przed otwartą 

przestrzenią. Zamiast  zajmować się duchami martwej  przeszłości, stańmy twarzą w twarz z 

przyszłością! Czy zwiadowcy nie donieśli czegoś nowego o armii Ulrica? 

—  Nie  meldowali  o  tym  —  powiedział  Trocero  —  z  wyjątkiem  tego,  że  dzisiaj  z 

daleka ujrzeli kilku jeźdźców, którzy szybko zniknęli z pola widzenia. Nie wiemy, kim byli, 

ale założyłbym się, że baronowie z Północy wciąż opóźniają marsz hrabiego Ulrica. 

— Jutro — rzekł Conan — wezmę oddział i sam pójdę na zwiad. Reszta niech podąża 

jak dotąd. 

— Generale — sprzeciwił się Prospero — nie powinieneś się tak narażać! Dowódca 

powinien  pozostawać  za  liniami  obronnymi,  skąd  może  nadzorować  żołnierzy,  a  nie 

ryzykować życie jak jakiś bezdomny awanturnik. 

Conan zmarszczył brwi. 

— Jeżeli ja tu dowodzę, to będę dowodzić tak, jak uważam za najlepsze! — Widząc 

zaś  zmartwione  oblicze  Prospera,  dodał  z  uśmiechem:  —  Nie  bój  się,  nie  zrobię  nic 

nierozważnego, ale nawet generał musi czasami dzielić niebezpieczeństwa swoich ludzi. Poza 

tym, czyż nie jestem bezdomnym awanturnikiem? 

—  Wydaje  mi  się  —  burknął  Prospero  —  że  po  prostu  dajesz  upust  swej 

barbarzyńskiej żądzy bezpośredniego starcia. 

Cymmerianin  nie  odpowiedział,  ale  uśmiech  na  jego  twarzy  nabrał  nagle  wilczych 

cech. 

Droga ciągnęła się jak złota wstęga przed zwiadowcami rozglądającymi  się uważnie 

na  wszystkie  strony.  Na  czele  jechał  Conan,  mając  u  boku  kapitana  Gyrto.  Jeźdźcy  sunęli 

wśród  falistych  pagórków  z  lancami  opartymi  o  strzemiona.  Kilku  pojedynczych 

background image

zwiadowców kluczyło po bokach zataczając szerokie koła po płowych polach i sprawdzając 

pobliskie zagrody. 

Wieśniacy  pracujący  na  roli  przerywali  robotę  i  opierając  się  na  grabiach  lub 

motykach przyglądali się przejeżdżającym zbrojnym. Kilku zdobyło się na powitalne okrzyki, 

większość  jednak  zachowywała  ponure  milczenie.  Co  jakiś  czas  Conan  spostrzegał  kobiety 

spieszące, by ukryć się przed wojskiem. 

— Czekają, kto zwycięży — stwierdził Gyrto. 

—  I  bardzo  dobrze  —  rzekł  Conan  —  bo  jeśli  przegramy,  wszyscy,  którzy  nam 

pomogli, drogo za to zapłacą. 

Za  następnym  wzniesieniem  w  płytkiej  dolinie  znajdowała  się  większa  wieś. 

Niewielki  strumień  wił  się  za  chałupami  z  cegieł  z  suszonej  na  słońcu  gliny,  zdążając  na 

wschód ku Khorotasowi. W wolno płynącej wodzie odbijały się pochylone wierzby. 

Wieś, która dawała schronienie kilku setkom dusz, nie miała jakiejkolwiek ochrony. 

Dziesięciolecia  pokoju  rozleniwiły  mieszkańców  tak  bardzo,  że  pozwolili,  by  stare  wały 

obronne  zostały  rozmyte  przez  deszcze  i  porosło  je  zielsko.  Wieśniaków  nie  było  nigdzie 

widać. 

—  Tutaj  jest  za  spokojnie  —  mruknął  Conan.  —  W  taki  pogodny  dzień  jak  dziś 

powinno być widać krzątających się ludzi. 

— Być może odsypiają południowy posiłek — zasugerował Gyrto. — Albo wszyscy z 

wyjątkiem starców pracują na polach. 

— Za późno na to — orzekł Cymmerianin. — Nie podoba mi się to. 

— Może ukryli się, obawiając się czegoś? 

— Wyślij tam dwóch ludzi. My zaczekamy tutaj — powiedział Conan. 

Dwaj zwiadowcy zjechali z łagodnego stoku i zniknęli pomiędzy chałupami. Wkrótce 

pojawili się ponownie, dając znaki, że wszystko jest w porządku. 

— Rozejrzyjmy się sami — powiedział Conan. 

Gyrto wydał rozkaz i oddział ruszył kłusem w stronę wioski. 

Domy o sczerniałych z brudu ścianach stały ciche i posępne. Powstańcy spoglądali na 

nie z zaniepokojeniem. Wciąż nie było widać ani śladu mieszkańców. Panowała głucha cisza. 

—  Być  może  —  odezwał  się  Gyrto  —  chłopi  usłyszeli  o  dwóch  zbliżających  się 

armiach i uciekli, by nie trafić między młot i kowadło. 

Conan  wzruszył  ramionami  i  poluzował  miecz  w  pochwie.  Po  obu  stronach  drogi 

wznosiły się niskie chaty z grubymi strzechami. Drzwi jednej z nich były otwarte, w środku 

widać  było  stoły  i  ławy.  Wymalowany  nad  wejściem  kufel  świadczył,  że  była  to  wiejska 

background image

piwiarnia  lub  zajazd.  Dalej,  w  pewnej  odległości  od  drogi,  stała  budowla  przypominająca 

dużą szopę. Porozrzucane żelazne sztaby, kleszcze i palenisko świadczyły, że była to kuźnia. 

Złe przeczucie podniosło włosy na karku Cymmerianina. 

Conan  „obejrzał  się  i  zobaczył,  że  ostatni  powstańcy  wjechali  już  pomiędzy  domy. 

Cały oddział stłoczył się na drodze biegnącej środkiem wioski. 

—  Wyborne  miejsce  na  atak  z  zasadzki  —  stwierdził  Conan.  —  Daj  znać  ludziom, 

żeby przejechali jak najprędzej. 

Gyrto przekazał polecenie trębaczowi, gdy nagle koło nich zagrała jakaś inna trąbka. 

W  jednej  chwili  drzwi  wszystkich  chat  stanęły  otworem  i  jak  spieniony  wrzątek  wypadli  z 

nich  królewscy  żołnierze,  rozdzierając  ciszę  setkami  bojowych  okrzyków.  Oddział  Conana 

został  zaatakowany  z  trzech  stron.  Przed  nimi  ustawiły  się  trzy  rzędy  pikinierów,  tworząc 

najeżony  grotami  płot  w  poprzek  drogi.  Po  chwili  żołnierze  Ulrica  ruszyli  naprzód,  w  ich 

oczach lśniła żądza walki, a na czubkach włóczni odbijały się złociste promienie słońca. 

— Na Croma! — wrzasnął Conan, wyciągając miecz z pochwy. — Trafiliśmy Śmierci 

w kieszeń! Gyrto, zawróć ludzi! 

Wokoło  rozbrzmiewały  już  wrzaski  walczących,  rżenie  miotających  się  koni,  zgrzyt 

stali o stal, łoskot mieczy o tarcze i głuchy łomot padających na ziemię ciał. Otoczony przez 

przeważającego  przeciwnika,  oddział  Conana  znalazł  się  od  razu  w  beznadziejnej  sytuacji. 

Brak miejsca uniemożliwiał jakikolwiek manewr. W narastającym ścisku coraz trudniej było 

posłużyć się lancą. 

Buntownicy ogarnięci strachem i wściekłością porzucając nieprzydatną broń wyciągali 

miecze  i  poczęli  rąbać  tłoczących  się  wokół  piechurów.  Ludzie  wykrzykiwali  imiona 

wszystkich znanych im  bogów. Ranne konie stawały  dęba i  kwiczały  potępieńczo. Jeden, z 

rozprutym  brzuchem,  upadł  przygniatając  swojego  jeźdźca.  Żołnierze  królewscy  zaroili  się 

wokół niego rąbiąc i dźgając, dopóki buntownik cały nie zalał się krwią. 

Inny  jeździec  nadziawszy  się  na  uniesioną  do  góry  pikę,  został  wyrwany  z  siodła  i 

bezwładnie  zsunął  się  po  drzewcu  do  stóp  potężnego  pikiniera.  Jeszcze  inny  powstaniec, 

zrzucony  z  konia,  zdołał  oprzeć  się  plecami  o  ścianę  chałupy  i  szachował  nacierających 

żołnierzy błyskawicznymi młyńcami miecza. 

Niektórzy  z  żołnierzy  hrabiego  Ulrica  padli  przeszyci  lancami  i  pod  mieczami 

buntowników.  Krew  mieszała  się  z  pyłem  drogi,  a  w  gardłach  śmiertelnie  rannych  ludzi 

rozlegało się złowieszcze chrypienie kostuchy. 

Rycząc  jak  lew  Conan  przedzierał  się  na  tył  swego  oddziału.  Przeciskał  się  przez 

stłoczonych  ludzi  i  koło  ścian.  Jego  miecz  wznosił  się  i  opadał.  Za  każdym  ciosem  jakiś 

background image

żołnierz króla z charkotem lub wrzaskiem znikał pod nogami walczących. Trzykroć spadające 

z góry ostrze oddzieliło ramię od tułowia. Krew tryskała fontannami z okropnych ran. Rąbiąc 

na prawo i lewo Conan krzyczał w uniesieniu: 

— W tył! W tył! Wycofać się ze wsi! Zbierać na drodze! 

Jego potężny głos chwilami ginął we wszechogarniającej wrzawie. Powstańcy jednak 

po  trochu  zawracali  swe  konie  i  kierowali  się  ku  południowemu  wylotowi  uliczki.  Za 

Conanem  kapitan  Gyrto  wraz  z  kilkunastoma  żołnierzami  z  lancami  w  rękach  rozpaczliwie 

starali się powstrzymać pikinierów pchających się naprzód niczym stalowy jeż. Gdy jeden z 

nich padał, jakiś inny natychmiast zajmował jego miejsce. Zwiadowcy nie wytrzymywali tego 

naporu. Bez przerwy cofali się i ginęli jeden po drugim. 

Ogier Conana potknął się o rozciągnięte na ziemi ciało. Cymmerianin szarpnął uzdę w 

górę,  by  zapobiec  upadkowi  zwierzęcia  i  równocześnie  na  odlew  uderzył  w  tarczę 

najbliższego  żołnierza.  Siła  uderzenia  rzuciła  przeciwnika  barbarzyńcy  na  kolana.  Tarcza 

pękła, a żołnierz wycofał się na czworakach tuląc do siebie złamaną rękę. 

Conan  zobaczył  wreszcie,  że  resztki  jego  oddziału  odrywają  się,  od  nieprzyjaciela  i 

galopują pod górę byle dalej od zasadzki. Wiejska uliczka wypełniła się pieszymi żołnierzami 

króla, potykającymi się o pokrwawione ludzkie i końskie trupy. Pikinierzy jak charty, które 

zwietrzyły  ofiarę,  zbliżali  się  do  trzech  jeźdźców  osaczonych  ze  wszystkich  stron.  Conan 

spojrzawszy  w  prawo,  dostrzegł  między  chatami  wąskie  przejście  —  ścieżkę  wydeptaną 

wśród chwastów. 

— Gyrto! — zagrzmiał Cymmerianin. — Tędy! Za mną! 

Wjeżdżając w przesmyk Conan zatrzymał się na moment, żeby zorientować się, czy 

tamci podążają za nim. Cienie chat okryły ich swoim mrokiem. Piechurzy stracili ich z oczu. 

Korzystając z chwili wytchnienia Conan puścił wodze swego wierzchowca i pozwolił 

mu  wybierać  drogę  wśród  chaszczy.  Wkrótce  natrafił  na  chlew,  którego  wejście  było 

zastawione  koślawą  przegrodą  z  desek,  przywiązanych  sznurkiem  do  płotu.  Skrwawionym 

mieczem Cymmerianin przeciął sznur i deski rozsypały się z głuchym klekotem. Gyrto i jego 

towarzysz  popatrzyli  po  sobie  zaskoczeni,  zastanawiając  się,  czy  jakiś  silny  cios  nie 

nadwerężył przypadkiem głowy ich dowódcy. Chwilę później Conan wskazując im coś przed 

sobą spiął konia i ruszył galopem. Jego podwładni podążyli za nim. 

Gromada  pieszych  i  konnych  żołnierzy  królewskich  gwałtownie  stłoczyła  się  w 

ciasnym przejściu między chałupami. 

Gyrto krzyknął do Conana: 

— Pędź, generale! Trafili na nasz ślad! 

background image

Cymmerianin pochylił się nisko nad końską grzywą. 

Przed  nim  pojawił  się  wysoki  płot  zagradzający  koniec  ścieżki.  Ogier  Conana 

poderwał  się  do  skoku  i  przyciągając  do  tułowia  zadnie  nogi  wziął  przeszkodę,  przelatując 

nad  nią  wspaniałym  łukiem.  Koń  towarzysza  Gyrta,  Sardusa,  zrobił  to  samo  chwilę  potem. 

Sam Gyrto miał mniej szczęścia. Jego zmęczony wierzchowiec skoczył zbyt późno i uderzył 

bezwładnie w przeszkodę łamiąc sobie przy tym nogę. 

Gyrto  zwalił  się  na  ziemię,  poderwał  szybko  i  dobył  miecz,  postanawiając  drogo 

sprzedać swe życie. Wtem ścigający ich jeźdźcy zaczęli kląć jak szaleni, rozległy się rżenia 

koni i przeraźliwy kwik. W przejściu między chatami powstało olbrzymie zamieszanie. 

Gyrto w pierwszej chwili nie spostrzegł, co uratowało go od pewnej śmierci. 

— Znów magia? — mruknął przez zaciśnięte zęby. Dopiero potem spostrzegł, czemu 

zawdzięczał  ocalenie.  Z  otwartego  chlewu  wylazło  kilkanaście  świń,  które  rozlazłszy  się  w 

wąskim przesmyku skutecznie zablokowały drogę królewskim żołnierzom. 

—  Właź  na  płot,  człowiecze,  żywo!  —  rozległ  się  krzyk  Conana  i  Gyrto  nie 

namyślając się dłużej pośpiesznie przełazi na drugą stronę. 

— Złap moje strzemię! — krzyknął Cymmerianin. 

Gyrto  zrobił,  co  mu  kazano,  i  biegł  wielkimi  susami  obok  dźganego  ostrogami 

wierzchowca. Uciekinierzy galopem przemknęli przez pola, pozostawiając przeciwników za 

sobą. 

Kiedy wieś zmalała w oddali, Conan zatrzymał konia i powiedział: 

—  Powinniśmy  szybko  dołączyć  do  naszych,  ale  najpierw  warto  by  odszukać  obóz 

nieprzyjaciela. 

Ze  szczytu  pobliskiego  wzniesienia  Conan  omiótł  wzrokiem  okoliczne  pagórki  i 

dolinki. Trochę na północ od wsi spostrzegł duże obozowisko. W świetle dnia migotały blado 

dziesiątki  ognisk  rozpalonych  do  przyrządzenia  południowego  posiłku.  Chwiejne  smugi 

niebieskiego dymu unosił łagodny wiatr. 

— To armia hrabiego Ulrica — stwierdził Conan. — Jak sądzisz, Gyrto, ilu ich jest? 

Kapitan zastanowił się nad odpowiedzią. 

—  Wnosząc  z  liczby  ognisk  i  wielkości  obozu,  generale,  rzekłbym,  że  dwanaście 

kompanii. Jak ci się wydaje, Sardus? 

— Co najmniej dwadzieścia tysięcy ludzi, panie — odrzekł tamten. — Czyje to godło, 

tam na maszcie z prawej? 

Conan zmrużył oczy, starając się rozróżnić szczegóły, po czym wykrzyknął: 

background image

—  Żebym  tak  był  został  stygijskim  kapłanem,  jeśli  to  nie  jest  sztandar  Czarnych 

Smoków! 

— Gwardii pałacowej króla, generale? — spytał z niedowierzaniem Gyrto. — To nie 

do wiary? Czyżby sam Numedides dołączył do hrabiego Ulrica. 

—  Nie  widzę  królewskiej  chorągwi,  więc  wątpię  w  to  —  odparł Conan  chrapliwym 

głosem. — Czas, byśmy dołączyli do naszych towarzyszy. Mamy długą drogę przed sobą. 

Gyrto wsiadł na konia za plecami swego podwładnego i ruszyli, zataczając szeroki łuk 

dookoła wioski. Dotarłszy w ten sposób do drogi, pospieszyli ku kępie drzew, za którą zebrali 

się  ci,  którzy  przeżyli  potyczkę.  Brakowało  ponad  jednej  trzeciej  oddziału.  Wielu  było 

obandażowanych. Kilku ciężej rannych leżało na derkach pomiędzy końmi. 

Gdy Conan, Gyrto i Sardus zbliżyli się do nich, przygnębieni żołnierze popatrzyli na 

nich bez entuzjazmu. 

—  Dobrze  się  spisaliście!  —  oznajmił  Conan  nie  bacząc  na  ich  ponure  miny.  — 

Powinienem  był  przeszukać  domy,  a  nie  prowadzić  was  w  pułapkę  jak  ostatni  żółtodziób. 

Mimo to, chłopcy, odpłaciliście im więcej niż pięknym za nadobne. Ruszajmy teraz do obozu. 

Wieczorem, gdy Conan zdał sobie sprawę ze swych przygód, Prospero aż zagwizdał 

ze zdumienia. 

— Dwadzieścia tysięcy ludzi! Gdyby wydali nam bitwę, pożarliby nas żywcem. 

—  Nawet  się  nie  waż  tak  myśleć,  bo  to  proroctwo  może  zechcieć  się  spełnić  — 

warknął  Cymmerianin,  przełykając  pośpiesznie  kęs  pieczonego  mięsa.  —  Ogłoście  alarm, 

zbierzcie  ludzi  i  wyślijcie  ich  do  umacniania  obozu.  Mając  tyle  wojska  hrabia  Ulric  może 

zaryzykować nocny  atak. Jeżeli nie będziemy mieli żadnych fortyfikacji,  to  rozdusi nas jak 

chrząszcze pod butem. 

—  Czarne  Smoki?!  —  wykrzyknął  Trocero.  —  To  niewiarygodne,  że  Numedides 

wysłał swą pałacową gwardię, pozostawiając swój pałac bez ochrony! 

Conan wzruszył ramionami. 

— Jestem pewien tego, co widziałem — oznajmił. — Żadna inna jednostka nie ma za 

godło skrzydlatego potwora na czarnym polu. 

—  Wysłanie  Czarnych  Smoków  tutaj  może  i  czyni  Numedidesa  bezbronnym,  w 

niczym jednak nie ułatwia naszego położenia — powiedział Pallantides. 

— Jeżeli już, to ich przybycie tylko je pogarsza — dodał Trocero. 

— Więc bierzcie się do roboty, przyjaciele! — rozkazał Conan. — Nie mamy czasu 

do stracenia! 

background image

Wzniesiona  w  ciągu  nocy  palisada  rozczesywała  swymi  zębami  poranny  wietrzyk, 

chłodzący  zlane  potem  ciała  żołnierzy,  którzy  przy  niej  pracowali.  Ich  wysiłek  nie  był 

daremny.  Gdy  nieco  później  towarzyszące  powstańczej  armii  markietanki  wyszły  po  wodę, 

zza  pobliskiego  pagórka  nadciągnęła  chorągiew  nieprzyjacielskiej  jazdy,  przepędzając  je  z 

powrotem. Jedna z kobiet, która nie uciekała dość szybko, została zabita. 

Potem królewscy żołnierze przejechali koło obozu, wykrzykując szyderstwa i ciskając 

oszczepy  w  palisadę.  Łucznicy  zdołali  zabić  dwa  konie.  Ich  jeźdźcy  zostali  jednak 

natychmiast  zabrani  przez  swych  towarzyszy  i  odjechali  wraz  z  nimi.  Mimo  iż  nie  był  to 

poważny atak, w obozie powstańców zapanowała nerwowa atmosfera. 

Na zgromadzeniu przywódców Publius powiedział: 

— Choć nie jestem żołnierzem, generale, sądzę, że w nocy powinniśmy stąd odejść. 

W  przeciwnym  razie  Ulric  weźmie  nas  przez  oblężenie  lub  głodem.  Ma  dość  sił,  by  to 

uczynić, a w naszych szeregach wciąż krąży zaraza. 

— A ja mówię — podniósł głos Trocero i uderzył pięścią w stół — żeby utrzymać tę 

pozycję, dopóki powstanie nie ogarnie całej Aquilonii. Jeżeli Ulric nas okrąży, powstańcy też 

wezmą go w kocioł. 

— Zbliża się pora żniw — zauważył Publius — i mało kto porzuci pracę w polu. Nie 

wiem,  czy da się  zebrać, choć tysiąc ludzi.  Poza tym,  wieśniacy uzbrojeni  tylko  w topory i 

widły nie dadzą rady regularnym wojskom Ulrica. 

— Moim zdaniem trzeba jeszcze dziś w nocy przypuścić niespodziewany atak na obóz 

Ulrica! — zawołał Prospero. 

Palantides potrząsnął głową. 

—  Mamy  na  to  zbyt  słabo  wyszkolone  oddziały.  Połowa  ludzi  pogubi  się  w 

ciemnościach, zanim w ogóle znajdzie nieprzyjaciela. 

Dyskusja  toczyła  się  dalej  bez  żadnych  rozstrzygających  wniosków.  Conan  siedział 

nachmurzony, nie odzywając się wiele. Nagle wszedł wartownik. 

— Generale, przybył królewski oficer. Ma białą flagę i pragnie z tobą mówić. 

— Rozbrójcie go i wpuśćcie tutaj — powiedział Conan, prostując się na stołku. 

Zasłona  wejścia  do  namiotu  uniosła  się  niebawem  i  do  środka  wszedł  mężczyzna  w 

zbroi. Czarny orzeł Aquilonii rozpościerał skrzydła na jego piersiach, a na hełmie zrywał się 

do lotu skrzydlaty smok — godło Gwardii Królewskiej. Oficer zasalutował. 

—  Generał  Conan?  Jestem  kapitan  Silvanus  z  Gwardii  Czarnych  Smoków. 

Przybywam przyłączyć się do was wraz z większością moich oddziałów, jeżeli zechcecie nas 

przyjąć. 

background image

W namiocie rozległ się głuchy jęk zdumienia. Conan powiódł po kapitanie z góry na 

dół i z powrotem spojrzeniem spod przymrużonych powiek. 

—  Witamy,  kapitanie  —  powiedział  w  końcu.  —  Dziękuję  ci  za  twoją  propozycję. 

Zanim ją jednak przyjmę, muszę wiedzieć o tobie coś więcej. 

— Oczywiście, generale. Proszę pytać. 

— Po pierwsze, co skłania cię do zmiany strony właśnie w tej chwili? Musisz przecież 

wiedzieć, że nasza sytuacja jest wątpliwa, a Ulric ma nad nami dużą przewagę. Poza tym to 

zręczny dowódca. Dlaczego więc pragniesz do nas przystać? 

— To proste, generale. Ja i moi ludzie przedkładamy ryzyko śmierci po waszej stronie 

nad ryzyko życia pod rządami tego szaleńca. 

— Ale dlaczego w tej szczególnej chwili? 

— To była pierwsza okazja. Gdybyśmy wyruszyli z Tarancji z celem przyłączenia się 

do was, wierne królowi wojska stanęłyby na naszej drodze i zniszczyłyby nas. 

— Czy Numedides przysłał tu cały regiment Czarnych Smoków? — zapytał Conan. 

— Tak, z wyjątkiem szkolących się młodzików. 

— Dlaczego ten pies pozbawił się swej osobistej gwardii? 

— Numedides ogłosił się bogiem. Myśli, że jest nieśmiertelny i niewrażliwy na ciosy, 

co oznacza, że nie potrzebuje już żadnej ochrony. Poza tym zdecydowany jest zgnieść waszą 

rebelię za wszelką cenę. 

— A co z Thulandrą Thuu, czarnoksiężnikiem króla? 

Oblicze Silvanusa zbielało. 

— Demony czasem można przywołać przez samo wymówienie ich imienia, generale. 

Król  jest  szalony,  a  czarnoksiężnik  rządzi  za  niego.  Choć  mniej  głupi  niż  Numedides,  jest 

równie bezduszny. Wszyscy wiedzą o składanych przez niego ofiarach z dziewic. — Kapitan 

sięgnąwszy  do  mieszka,  wyjął  zeń  namalowaną  na  alabastrze  miniaturę  przedstawiającą 

dziesięcioletnią dziewczynkę. 

—  Moja  córka.  Nie  żyje  —  powiedział  Silvanus.  —  On  ją  porwał.  Gdyby  bogowie 

dali mi, choć jedną szansę, własnymi zębami rozdarłbym mu gardło — głos kapitana zadrżał, 

a dłonie zacisnęły się w pięści. 

Dzikie  błyski  błękitnego  ognia  rozświetliły  oczy  Conana.  Jego  oficerowie  poczuli 

niepokój, wiedząc, że okrucieństwo wobec kobiet wzbudza w nieustraszonym Cymmerianinie 

wściekłą  furię.  Barbarzyńca  uniósł  miniaturę,  tak  by  pozostali  mogli  się  jej  przyjrzeć,  po 

czym zwrócił ją Silvanusowi, mówiąc: 

— Musimy więcej wiedzieć o armii hrabiego Ulrica. Jaka jest jej liczebność? 

background image

— Z tego, co mi wiadomo, blisko dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. 

—  Gdzie  Ulric  zebrał  tylu  żołnierzy?  Kiedy  opuściłem  służbę  u  tego  szaleńca 

Numedidesa, Armia Północy nie była aż tak silna. 

   —  Do  Ulrica  przyłączyły  się  niedobitki  Królewskich  Wojsk  Granicznych  księcia 

Numidora, a także garnizony z kilku miast. Poza tym jest jeszcze jedna kompania Czarnych 

Smoków. 

— Co się stało z Numidorem po klęsce? 

— Zabił się, zrozpaczony porażką. 

— Jesteś pewien? — zapytał Conan. — Mówiono, że Amulius Procas odebrał sobie 

życie, ale wiem, że został zamordowany. 

—  Nie  ma  wątpliwości,  generale.  Książę  Numidor  przeszył  się  sztyletem  na  oczach 

świadków. 

— Szkoda — westchnął Trocero. — Był najprzyzwoitszym  członkiem królewskiego 

rodu, ale zbyt prostodusznym człowiekiem, żeby nosić koronę. 

—  Sytuacja  wymaga  przedyskutowania  —  zagrzmiał  Conan.  —  Pallantides,  znajdź 

kwaterę dla kapitana Silvanusa i jego ludzi. Potem wróć do nas. 

Publius, który dotąd niewiele mówił, odezwał się nagle: 

— Za pozwoleniem, kapitanie. Kim był twój ojciec? 

Oficer odwrócił się. 

— Moim ojcem był Silvius Marco, panie. Dlaczego pytasz? 

— Znałem go, kiedy byłem królewskim skarbnikiem. Dobrej nocy kapitanie. 

Gdy Silvanus wyszedł, Conan podrapał się za uchem. 

— Cóż, co o tym myślicie? — spytał. 

—  Sądzę  —  odparł  Prospero  —  że  Thulandra  Thuu  chce  wcisnąć  pomiędzy  nas 

nowego mordercę, który będzie tylko czekał sposobności, żeby wsadzić ci nóż między żebra, 

a następnie uciec jak czart do piekła. 

— Nie zgadzam się — rzekł Trocero. — Silvanus nie wygląda mi na jednego z tych 

bezmyślnych pochlebców otaczających Numedidesa czy zaślepionego pachołka Thulandry. 

—  Nigdy  nie  można  wierzyć  pozorom  —  uparł  się  Prospero.  —  Najświeżej 

wyglądające jabłko może być w środku pełne robaków. 

— Jeżeli można się wtrącić — odezwał się Publius. — Znałem ojca tego młodzieńca. 

Był to porządny człowiek i wciąż jest, jeśli jeszcze żyje. 

— Jabłko nie zawsze pada blisko jabłoni — trzymał się swego Prospero. 

background image

— Prospero — powiedział Conan — twoja troska o moje bezpieczeństwo przynosi mi 

zaszczyt,  ale  trzeba  ryzykować,  zwłaszcza  na  wojnie.  Bez  względu  na  to,  jak  usilnie 

strzegłbyś  mnie  przed  ukrytym  nożownikiem,  Ulric  i  tak  wybije  nas  do  nogi  i  to  całkiem 

jawnie, jeżeli nie wymyślimy czegoś, by odwrócić od siebie ten los. 

Przez  chwilę  panowało  milczenie.  Cymmerianin  siedział  zamyślony  utkwiwszy 

spojrzenie swych niebieskich oczu w ziemi pod stopami. W końcu oznajmił: 

—  Mam  plan,  niebezpieczny  nie  bardziej  niż  nasze  obecne  położenie.  Tarancja  jest 

bezbronna,  pozbawiona  ochrony,  podczas  gdy  szalony  Numedides  błaznuje  odgrywając 

nieśmiertelnego boga. Grupa śmiałków, przebranych za Czarne Smoki z gwardii pałacowej, 

mogłaby dotrzeć do miasta i… 

— Conanie! — wykrzyknął Trocero. — To natchnienie od bogów. Ja poprowadzę tę 

wyprawę. 

— Jesteś zbyt potrzebny Poitanii, panie — powiedział Prospero. — To ja… 

— Żaden z was — uciął stanowczo Conan. — Poitańczycy nie są przesadnie kochani 

w  centralnych  prowincjach,  gdzie  ludzie  nie  zapomnieli  jeszcze  waszego  najazdu  podczas 

wojny z królem Vilerusem. 

— Więc kto? — zapytał Trocero. — Pallantides? 

Conan potrząsnął czarną grzywą, a na jego twarzy pojawiła się żądza walki. 

— Wykonam  to  zadanie jak najlepiej albo  zginę, próbując  — oznajmił. — Wybiorę 

chorągiew  zahartowanych  żołnierzy  i  pożyczymy  od  ludzi  kapitana  Silvanusa  ich  hełmy  i 

opończe.  Silvanus  —  jego  też  wezmę  —  umożliwi  nam  przejście  przez  bramy.  On  będzie 

naszym kluczem do miasta! 

Publius uniósł ostrzegawczo dłoń. 

—  Chwileczkę,  panowie.  Plan  Conana  miałby  szansę  powodzenia,  gdyby  to  była 

zwykła  wojna.  W  Tarancji  jednak  będziecie  mieć  do  czynienia  nie  tylko  z  królem,  który 

postradał rozum, ale i z czarownikiem, którego zaklęcia i czary potrafią przenosić góry oraz 

przywołać demony ziemi, morza i powietrza. 

— Nie lękam się czarowników — rzekł Conan. — Lata temu w Khorai stawiłem czoło 

najstraszniejszemu z nich i zabiłem go mimo jego wymachiwania rękami i mamrotania. 

— Jak tego dokonałeś? — zapytał Trocero. 

— Rzuciłem w niego mieczem. 

— Nie licz znów na podobny wyczyn — powiedział Publius. — Masz wielką siłę, a 

twoje  zmysły  są  czulsze  niż  u  pospolitych  ludzi,  jednak  Fortuna  nie  zawsze  jest  łaskawa, 

nawet dla bohaterów. 

background image

— Jeśli przyjdzie na mnie pora, to trudno — mruknął Conan. 

— Ale pora na  ciebie będzie również porą na nas  —  rzekł  Prospero.  — Pozwól, że 

poślę po Dexitheusa. Kapłani Mitry wiedzą o zaświatach więcej niż ktokolwiek. 

Conan  niechętnie  uległ  temu  życzeniu.  Dexitheus  skrzyżowawszy  ręce  na  piersiach 

wysłuchał Cymmerianina, po czym przemówił grobowym głosem: 

— Publius ma rację, Conanie. Nie możesz nie doceniać Thulandry Thuu. My, kapłani, 

mamy pewne pojęcie o ciemnych, bezimiennych siłach krążących poza zmysłami człowieka. 

— Skąd wziął się ten obrzydliwy mag? — zapytał Trocero. — Ludzie powiadają, że 

jest Vendiańczykiem, inni, że przybył ze Stygii. 

—  Ani  to,  ani  drugie  —  odrzekł  Dexitheus.  —  W  naszym  zakonie  nazywamy  go 

Lemuriańczykiem. Przybył, nie  wiem  w jaki sposób, z wysp daleko poza krańcem  znanego 

świata,  leżących  na  oceanie  daleko  za  Khitajem.  Te  tajemnicze  wyspy  to  wszystko,  co 

pozostało  z  wielkiego  niegdyś  lądu,  który  zniknął  pod  morskimi  falami.  Żeby  pokonać 

czarnoksiężnika  takiego  jak  ten,  nasz  generał  będzie  potrzebował  czegoś  więcej  niż  tylko 

zbroi i miecza. 

— Czy nie ma w naszym obozie czarowników, którzy mogliby się z nim mierzyć? — 

zapytał Trocero. 

— Nie! — prychnął Conan. — Nie potrzebuję tych wydrwigroszy! Nigdy nie ucieknę 

się do pomocy kogoś takiego! 

Dexitheus przybrał żałosny wyraz twarzy. 

— Generale, choć nie zdajesz sobie z tego sprawy, zrobiłeś mi dużą przykrość. 

—  A  dlaczegóż  to?  —  Cymmerianin  popatrzył  na  niego  uważnie.  —  Wiele  ci 

zawdzięczam i nigdy nie ośmieliłbym się rozmyślnie cię urazić. Nie mów zagadkami, drogi 

przyjacielu. 

—  Nie  uciekasz  się  do  pomocy  czarowników,  generale,  i  stale  nazywasz  ich 

wydrwigroszami  i  oszustami.  Mimo  to  jednego  spośród  nich  masz  za  swego  przyjaciela. 

Potrzebujesz  czarnoksiężnika,  a  mimo  to  odrzucasz  jego  pomoc.  —  Dexitheus  przerwał,  a 

Conan  skinięciem  dał  mu  znak,  by  mówił  dalej.  —  Wiedz  zatem,  że  w  czasach  mojej 

młodości  studiowałem  czarną  magię  i  osiągnąłem  kilka  stopni  czarnoksięskiego 

wtajemniczenia.  Później  ujrzałem  światło  Mitry  i  zarzuciłem  wszelkie  kontakty  z  siłami 

tajemnymi i demonami. Gdyby zakon dowiedział się o mojej przeszłości, nie zostałbym doń 

przyjęty. Tak więc, towarzysząc ci w twej niebezpiecznej wyprawie… 

— Co, ty?!  — wykrzyknął  Conan, marszcząc brwi.  — Czarownik  czy nie, jesteś za 

stary, żeby przejechać konno sto mil! Nie przeżyłbyś tego. 

background image

—  Przeciwnie,  jestem  z  twardszej  gliny,  niż  myślicie.  Surowy  żywot  daje  mi  siły 

niezwykłe  jak  na  moje  lata.  Będziesz  mnie  potrzebował,  żebym  rzucił  jedno  czy  drugie 

zaklęcie.  Skoro  jednak  tak  postąpię,  mój  sekret  wyjdzie  na  jaw.  Będę  zmuszony  do 

zrezygnowania z godności kapłana Mitry… 

—  Wydaje  mi  się,  że  użycie  magii  w  godnym  celu  jest  wybaczalnym  grzechem  — 

powiedział Conan. 

— Dla ciebie, panie, ale nie w moim zakonie, który w tej kwestii nie toleruje żadnych 

wyjątków. Nie mam jednak wyboru. Użyję tej wiedzy, jaką posiadam, dla dobra Aquilonii — 

westchnął głęboko, nie mogąc opanować łez. 

—  Kiedy  to  się  skończy  —  powiedział  Conan  —  postaram  się  przekonać  władze 

zakonu,  by  tym  razem  odstąpiły  od  tych  rygorów.  Przygotuj  się,  przyjacielu,  wyruszamy  za 

godzinę. 

— Tej nocy? 

— A kiedy indziej? Jeżeli będziemy czekać do jutra, może się okazać, że okrążyły nas 

wojska Ulrica. Prospero, wybierz pół setki najbardziej doświadczonych żołnierzy. Dopilnuj, 

żeby  każdy  miał  dwa  konie,  jednego  na  zmianę.  Tylko  nie  zrób  zamieszania.  Musimy 

przegonić wieść o naszym wyjeździe. Co do reszty was: powiedzcie ludziom, że wyjechałem 

po pomoc, niech dalej pracują przy umacnianiu obozu. Na razie żegnajcie! 

Księżyc  w  trzeciej  kwadrze  ledwie  zdążył  oderwać  się  od  szczytów  drzew,  gdy 

kolumna jeźdźców, z których każdy prowadził dodatkowego luzaka, wyjechała ukradkiem z 

obozu  buntowników.  Na  czele  jechał  Conan,  ubrany  w  hełm  i  białą  opończę  Czarnych 

Smoków. Za nim podążali Silvanus i Dexitheus, odziani tak samo jak ich dowódca. 

Kierując  się  wskazówkami  Silvanusa  żołnierze  Conana  szerokim  łukiem  wyminęli 

tereny opanowane przez wojska królewskie. Kiedy znaleźli się na trakcie do Tarancji, konie 

przeszły w równy galop. Księżyc zaszedł i czerń nocy pochłonęła gromadę śmiałków. 

background image

12 

CIEMNOŚĆ W ŚWIETLE KSIĘŻYCA 

 

Słońce zaszło i nad miastem zabłysł półksiężyc zawieszony na bezchmurnym niebie. 

W  monarszym  pałacu  w  Tarancji  sprzątano  ze  stołu  po  królewskiej  wieczerzy.  Prócz  pazia 

kosztującego  potrawy,  stojącego  za  fotelem  władcy,  dwóch  strażników  przy  drzwiach 

nabijanych  srebrnymi  ćwiekami  i  posługaczy  podających  złote  półmiski  nikt  inny  nie 

towarzyszył  Numedidesowi  w  trakcie  posiłku.  Mimo  to  tysiące  świec  płonęło  w  każdej 

królewskiej  komnacie,  dając  tyle  światła,  że  postronny  obserwator  mógłby  pomyśleć,  iż  to 

koronacja  lub  wizyta  monarchy  z  sąsiedniego  królestwa  stała  się  przyczyną  tak  bujnej 

iluminacji. 

Poza  tym  pałac  był  dziwnie  opustoszały.  Zamiast  głosów  uroczych  pań  dworu, 

szarmanckich młodzianów i wysoko postawionych urzędników królewskich, w marmurowych 

salach  pobrzmiewały  jedynie  echa  dni  minionych.  Mnogość  płomieni  świec  odbijała  się  w 

wypolerowanych pancerzach nielicznych, snujących się tu i  ówdzie  gwardzistów.  Ludzie ci 

byli  albo  dojrzewającymi  chłopcami,  albo  siwowłosymi  weteranami.  Reszta  Czarnych 

Smoków wymaszerowała na południe. 

Lampy  oliwne  i  świece  płonęły  przez  całą  noc,  król  bowiem  mniemając,  że  jest 

bogiem  słońca,  uważał,  iż  tylko  dzienne  światło  w  środku  nocy  odpowiada  jego  aktualnej 

godności.  Lokaje  chodzili  więc  ciągle  od  lampy  do  lampy,  dolewając  paliwa  i  z  naręczami 

świec biegali od kandelabru do kandelabru, stale uzupełniając te, które się wypaliły. 

Przebywający  przy  Numedidesie  dworzanie  i  urzędnicy,  pod  różnymi  pretekstami 

pouciekali  z  pałacu,  gdy  królewskie  szaleństwo  przekroczyło  już  wszelką  miarę.  W  końcu 

znalazł się pośród nich również i Vibius Latro. Kanclerz wysłał władcy pismo, prosząc w nim 

o krótki urlop w pełnieniu swych obowiązków. Jego zdrowie, jak twierdził, szwankowało od 

nadmiernego obciążenia pracą i obawiał się, że bez krótkiego odpoczynku na wsi nie będzie 

mógł dłużej służyć Jego Królewskiej Wysokości. 

Zachłostawszy na śmierć jedną ze swych konkubin, Numedides był właśnie w dobrym 

humorze i bez wahania spełnił prośbę kanclerza. Nie czekając dłużej ani chwili Latro wsadził 

rodzinę  w  karetę  i  wyruszył  do  swych  posiadłości  leżących  na  północ  od  Tarancji.  Na 

pierwszym skrzyżowaniu traktów skręcił jednak w przeciwną stronę i zacinając konie pogonił 

je  ku  odległej  o  dwanaście  mil  granicy  z  Nemedią.  Pozostali  urzędnicy  kierując  się 

przykładem swego szefa w ciągu miesiąca z „nie cierpiących zwłoki” powodów rozjechali się 

we wszystkich kierunkach. 

background image

Tron  Numedidesa  w  Komnacie  Osobistych  Posłuchań  stał  na  wschodnim  dywanie, 

którego  przetykana  złotą  nicią  delikatna  osnowa  mieniła  się  barwami  rubinów,  nefrytów, 

ametystów  i  szafirów.  Sam  tron  był  znacznie  mniej  imponujący  niż  Rubinowy  Tron  w 

Komnacie  Tronowej.  Oblepiały  go  niegustowne  motywy  smoków,  lwów,  mieczy  i  gwiazd. 

Nad  wysokim  oparciem  szybował  heraldyczny  orzeł  dynastii  numedidejskiej,  którego  oczy 

zrobione z niestarannie dobranych rubinów jarzyły się szczurzym blaskiem. Srebrne berło — 

symbol  monarszej  władzy  —  leżało  na  purpurowym  siedzeniu,  Miecz  Ceremonialny  zaś, 

wielka  dwuręczna  broń  o  przybranej  klejnotami  rękojeści,  opierał  się  o  jedną  z  szerokich 

poręczy tronu. 

W  komnacie  znajdowały  się  dwie  osoby:  król  Numedides  w  koronie,  odziany  w 

karmazynową  szatę  zbrukaną  krwią,  winem  i  wymiocinami,  oraz  Alcina,  ubrana  w 

przylegającą do ciała tunikę barwy morskiej zieleni. 

Spoglądali na siebie wrogo, stojąc po przeciwnych stronach tronu. 

—  Ty  wszawy,  stary  kundlu!  —  syknęła  Alcina.  —  Wolę  umrzeć,  niż  ulec  twoim 

zboczonym żądzom! Nie zdołasz mnie złapać, ty stara, tłusta, obrzydliwa kupo łajna! Idź do 

chlewu, znajdź sobie maciorę i z nią zaspokajaj swe żądze! Podobne do podobnego! 

—  Powiedziałem  ci,  że  cię  nie  skrzywdzę,  ty  mała  złośnico!  —  wychrypiał 

Numedides. — Ale cię złapię! Nikt nie umknie przed wolą króla, a co dopiero boga. Chodź 

tu! 

Numedides  niespodziewanie  skoczył  w  bok  ze  zwinnością  zdumiewającą  przy  jego 

tuszy. Zaskoczona Alcina szarpnęła się w tył, tracąc osłonę w postaci tronu. Z rozpostartymi 

rękami król zagonił ją w róg komnaty. 

Alcina  sięgnęła  do  stanika  swej  szaty  i  wyszarpnęła  zza  niego  ruchem  szybkim  jak 

smagnięcie bicza wąski sztylet o ostrzu pokrytym tą samą trucizną, od której zginął Amulius 

Procas. 

— Ostrzegam cię, nie zbliżaj się! — zawołała. — Jedno draśnięcie i zginiesz! 

Numedides mimowolnie cofnął się o krok. 

— Ty mała suko, nie wiesz, że twoje jadowite żądło  nie zdoła wyrządzić mi żadnej 

krzywdy? 

— To się okaże, jeżeli podejdziesz bliżej. 

Król  cofnął  się  do  tronu  i  chwycił  berło,  po  czym  znów  ruszył  w  stronę  drżącej 

dziewczyny. Gdy Alcina uniosła sztylet, Numedides uderzył ją srebrną pałką w nadgarstek. 

Sztylet,  zadźwięczał  na  posadzce,  Alcina  zaś  z  okrzykiem  strachu  przycisnęła 

stłuczoną dłoń do piersi. 

background image

— Teraz, czarownico — powiedział Numedides — zobaczymy… 

Drzwi  po  prawej  stronie  komnaty  audiencyjnej  otworzyły  się  raptownie.  Na  progu 

stanął Thulandra Thuu i oparł się na swej lasce. 

— Jak tu wszedłeś? — zagrzmiał Numedides. — Drzwi były zamknięte! 

Przenikliwy głos śniadego czarnoksiężnika zabrzmiał jak syk węża. 

— Wasza Wysokość! Ostrzegam cię, żebyś nie nękał moich sług! 

Król zmarszczył brwi. 

—  Bawimy  się  tylko  w  niewinną  grę.  A  ty,  kimże  jesteś,  żeby  ostrzegać  boga  we 

własnej osobie? Kto tu rządzi? 

Thulandra Thuu uśmiechnął się szyderczo. 

— To chyba oczywiste, że ja! Ty możesz najwyżej panować… 

Policzki Numedidesa spurpurowiały od wzbierającego gniewu. 

— Ty bluźnierczy pokurczu! — wrzasnął. — Wynoś mi się sprzed oczu, zanim porażę 

cię błyskawicą! 

— Uspokój się, Wasza Wysokość. Przynoszę wieści… 

Głos stał się histerycznym skowytem: 

— Powiedziałem: wynoś się! Ja ci pokażę… 

Spojrzenie  Numedidesa  padło  na  rękojeść  Miecza  Ceremonialnego.  Król  uniósł 

masywne  ostrze  i  wymachując  trzymaną  oburącz  bronią,  ruszył  w  stronę  Thulandry  Thuu. 

Czarnoksiężnik spokojnie obserwował zbliżającego się króla. 

Z głupawym okrzykiem Numedides spuścił ostrze na głowę maga. Dopiero w ostatniej 

chwili Thulandra z kamienną twarzą sparował cios laską. Stal i rzeźbione drzewo zderzyły się 

z tak donośnym łoskotem, jak gdyby czarnoksiężnik również dzierżył ciężki miecz. Zręcznym 

młyńcem  laski  Thulandra  wytrącił  broń  z  rąk  króla.  Czubek  koziołkującego  ostrza  trafił 

Numedidesa w twarz i rozpłatał mu policzek, żłobiąc długą na palec bruzdę. 

Numedides przycisnął dłoń do rany, po czym cofnął ją i zupełnie ogłupiały zapatrzył 

się na swoje lepkie od krwi palce. 

— Krwawię jak zwykły śmiertelnik — wybełkotał. — Jak to możliwe? 

—  Jeszcze  dużo  ci  brakuje,  żeby  pysznić  się  mianem  boga  —  zadrwił  Thulandra 

Thuu. 

—  Niewolnicy!  Paziowie!  Phaedo!  Manius!  —  zawołał  król  w  nagłym  przypływie 

wywołanej strachem wściekłości. — Gdzie jesteście, na dziewięć piekieł? Mordują waszego 

pana i boga! 

background image

—  Nic  z  tego  nie  będzie  —  rzekła  spokojnie  Alcina.  —  Chełpił  się,  że  porozsyłał 

wszystkich  służących  do  innych  części  pałacu,  bym  mogła  krzyczeć  o  pomoc  do 

ochrypnięcia. — Zdrową ręką odrzuciła z czoła pasmo włosów. 

— Gdzie moi wierni poddani? — skamlał Numedides. — Valerius! Procas! Thespius! 

Cromel!  Volman!  Gdzie  moi  dworzanie?  Gdzie  jest  Vibius  Latro?  Czy  wszyscy  mnie 

porzucili?  Czy  nikt  mnie  już  nie  kocha?  —  opuszczony  monarcha  rozpłakał  się  całkiem 

szczerze. 

— Mówiłem ci już — powiedział surowo czarnoksiężnik — że Procas nie żyje, Vibius 

Latro  uciekł,  a  Cromel  przeszedł  na  stronę  nieprzyjaciela.  Volman  jest  z  hrabią  Ulrikiem, 

podobnie inni. Siadaj teraz i słuchaj, muszę przekazać ci ważne wieści. 

Powlókłszy się do tronu Numedides opadł nań ciężko. Wyciągnął z rękawa chustkę do 

nosa i przycisnął ją do zranionego policzka. 

— Jeżeli nie potrafisz nad sobą panować  —  rzekł  Thulandra Thuu  — lepiej będzie, 

jeśli pozbędę się ciebie i będę rządził sam, a nie poprzez ciebie jak dotąd. 

— Nigdy nie będziesz królem — wymamrotał Numedides. — Ani jeden człowiek w 

Aquilonii cię nie usłucha. Nie jesteś królewskiej krwi. Nie jesteś Aquilończykiem. Nie jesteś 

nawet  Hyboriańczykiem.  Zaczynam  wątpić,  czy  w  ogóle  jesteś  ludzką  istotą  —  przerwał, 

zastanawiając  się  nad  czymś  ponuro.  —  Więc  nawet,  jeśli  się  nienawidzimy,  potrzebujesz 

mnie  tak  samo,  jak  ja  ciebie.  Cóż  to  zatem  za  wiadomości,  które  przynosisz?  Dobre,  mam 

nadzieję. Mów, panie czarowniku, nie trzymaj mnie w niepewności! 

—  Gdybyś  tylko  zechciał  słuchać…  Raz  jeszcze  sporządziłem  nasze  horoskopy  i 

wykryłem bliskość śmiertelnego niebezpieczeństwa. 

— Niebezpieczeństwa? Z jakiego źródła? 

— Tego nie jestem  w stanie określić. Wskazówki były niejasne. Z pewnością to  nie 

buntownicza armia. Otrzymałem wczoraj wiadomość od hrabiego Ulrica, że rebelianci zostali 

otoczeni.  Wkrótce  poddadzą  się  bądź  zostaną  zniszczeni.  Z  ich  strony  zatem  nic  nam  nie 

grozi. 

— Czy ten diabeł Conan mógł się wyślizgnąć z okrążenia? 

—  Niestety,  moje  wizje  nie  są  dość  wyraźne,  by  odpowiedzieć  na  to  pytanie  z  całą 

pewnością.  Ten  barbarzyńca  to  zdolny  łajdak.  Ostrzegałem  cię,  kiedy  zmusiłeś  go  do 

ucieczki, że być może nie widzimy go po raz ostatni. 

—  Doniesiono  mi  o  bandach  zdrajców  grasujących  wewnątrz  murów  miasta  — 

powiedział król wargami drżącymi z niepewności i rozdrażnienia. 

— To tylko plotka. 

background image

— Przypuśćmy, że jednak nie. Co wtedy, skoro Czarne Smoki są tak daleko? To był 

twój pomysł, żeby dołączyły do hrabiego Ulrica — głos króla stawał się piskliwy w miarę jak 

gniew  i  strach  znów  brały  górę  nad  rozsądkiem.  —  Pozostawiłem  ci  prowadzenie  tej 

kampanii  —  zawodził  —  ponieważ  twierdziłeś,  że  posiadasz  dość  wiedzy  tajemnej.  Teraz 

widzę, że w sprawach wojskowych jesteś zwykłym  durniem.  Spartaczyłeś wszystko!  Kiedy 

wysłałeś Procasa do Argos, mówiłeś, że ten najazd zdusi zagrożenie ze strony buntowników 

raz na zawsze. Lecz się tak nie stało! Zapewniałeś mnie, że ten motłoch nigdy nie przekroczy 

Alimane.  I  patrz!  Legion  Pograniczny  został  zniszczony.  Rzekłeś,  że  nie  mają  szansy  na 

przejście  skarpy  Imirian,  a  mimo  to  buntownicy  tego  dokonali.  W  końcu  nasłałeś  na  nich 

zarazę, która, jak twierdziłeś, miała z całą pewnością wykończyć ten motłoch i co… 

— Wasza Wysokość! — Za drzwiami rozległ się jakiś młodzieńczy głos. — Błagam, 

proszę mnie wpuścić! 

— To jeden z moich paziów! — powiedział Numedides, podnosząc się i podchodząc 

do drzwi po lewej stronie tronu. Kiedy obrócił klucz, do środka wpadł przestraszony chłopiec. 

— Panie mój! — zawołał. — Buntownik Conan opanował pałac! 

— Conan! — krzyknął król. — Co się stało? Mów! 

—  Oddział  ludzi  odzianych  w  stroje  Czarnych  Smoków  podjechał  do  pałacowych 

wrót,  wołając,  że  mają  pilne  wieści  z  pola  bitwy.  Strażnicy  niczego  się  nie  domyślili,  więc 

przepuścili ich. Jednak ja rozpoznałem tego wielkiego Cymmerianina, kiedy zobaczyłem go 

w  oświetlonym  przedsionku.  Widziałem  Conana  na  Kresach  Zachodnich,  zanim  przybyłem 

do Tarancji. Przybiegłem więc, by cię ostrzec, panie. 

— No proszę! — syknął król. — On już tu jest, podczas gdy w całym pałacu nie ma 

żadnych straży poza nędzną garstką niedorostków i ich dziadków! — Numedides z oczyma 

gorejącymi  od  gniewu  odwrócił  się  do  Thulandry  Thuu.  —  Dobra,  czarnoksięski  łotrze, 

wymyśl teraz jakieś przekleństwo! 

Czarownik wykonał kilka ruchów swą laską i przemówił w świszczącym języku. Gdy 

przebrzmiały ostatnie zdania, zaszło dziwne zjawisko. Świece straciły swój blask, jak gdyby 

sala wypełniła się wirującą mgłą lub oparem znad bagien, woniejącym wilgotnym rozkładem. 

Powietrze  stawało  się  coraz  mniej  przejrzyste,  aż  w  końcu  Komnata  Osobistych  Posłuchań 

pogrążyła  się  w  ciemności  tak  nieprzeniknionej,  jak  ta  panująca  w  zatrzaśniętym  na  wieki 

lochu. Król zawył ze zgrozy: 

— Oślepiłeś mnie? 

—  Spokojnie,  Wasza  Wysokość!  Rzuciłem  na  pałac  czar  mroku.  Jeżeli  zamkniemy 

drzwi na klucz i będziemy rozmawiać szeptem, napastnicy nas nie odkryją. 

background image

Paź  po  omacku  dotarł  do  wejścia  i  obrócił  klucz  w  zamku.  W  tym  samym  czasie 

Alcina zamknęła drzwi na drugim końcu komnaty. Król cofnął się do tronu i zasiadł na nim w 

milczeniu,  zbyt  przerażony,  by  się  odezwać.  Tancerka  przysunęła  się  do  czarnoksiężnika, 

przypadła do jego nóg i zamarła w bezruchu. Wystraszony paź zaszył się w najdalszym kącie 

pomieszczenia  marząc,  by  to  wszystko  się  jak  najprędzej  skończyło.  Zapanowała  całkowita 

cisza, jeśli nie liczyć niespokojnego bicia czworga serc. 

Nagle  drzwi,  którymi  wszedł  paź,  otworzyły  się  z  łoskotem  i  dał  się  słyszeć 

zawodzący śpiew w starożytnym hyboriańskim języku. Ciemność zszarzała i znikła, a światło 

świec ponownie zalało najdalsze zakątki komnaty audiencyjnej. 

W  progu  stał  Conan  Cymmerianin  ze  skrwawionym  mieczem  w  dłoni,  tuż  za  nim 

Dexitheus kończył właśnie wymawiać ostatnie frazy melodyjnego zaklęcia. 

— Zabij ich, Thulandra! — wrzasnął Numedides, wybałuszając oczy na swego byłego 

generała. Alcina przytuliła się mocniej do nóg swego nauczyciela i z nienawiścią wpatrzyła 

się w człowieka, który przeżył jej morderczy napitek. 

Thulandra Thuu wzniósł rzeźbioną laskę, wycelował ją w Conana i gardłowym głosem 

wyrzucił  z  siebie  wibrujące  przekleństwo.  Z  oślepiającym  błyskiem  błękitna  smuga  ognia 

wystrzeliła z laski i pomknęła ku opancerzonej piersi Conana. Z okropnym grzechotem piorun 

roztrzaskał  się  o  niewidzialną  tarczę,  krzesząc  snop  iskier.  Zmarszczywszy  brwi  Thulandra 

Thuu  powtórzył  zaklęcie,  głośniej  i  bardziej  władczym  tonem,  mierząc  tym  razem  w 

Dexitheusa. Ponownie niebieski płomień zygzakiem przeciął dzielącą ich przestrzeń i rozprysł 

się jak woda wylana na szklaną taflę. 

Gdy  Conan  ruszył  w  stronę  czarnoksiężnika,  kapitan  Silvanus  przepchnął  się  obok 

Cymmerianina. 

— To ty zamordowałeś moją córkę! Zemsty! — zawołał ruszając w stronę Thulandry. 

Kapitan z szaleństwem  w oczach rzucił się na czarnoksiężnika. Zanim jednak zdołał 

zrobić trzy kroki, Thulandra wymierzył w niego laskę i ponownie wymówił zaklęcie. Trzeci 

raz błękitna błyskawica  rozświetliła salę przeszywając na wylot Silvanusa, który wydawszy 

krótki  okrzyk  zgrozy  padł  na  twarz.  W  pancerzu  na  plecach  kapitana  pojawiła  się  dymiąca 

dziura  o  średnicy  drobnej  monety.  Czerwona  plama  rozlała  się  z  wolna  po  wschodnim 

dywanie i wtopiła się w barwy osnowy. 

Conan  nie  marnował  czasu  na  lamentowanie  nad  towarzyszem,  lecz  podszedł 

spokojnie  do  czarnoksiężnika  i  uniósł  miecz  do  ciosu.  Alcina  zerwała  się  z  krzykiem  i 

odskoczyła do tyłu.  Paź  blady jak popiół skrył  się za tron, tancerka i  król  zaś przywarli do 

najdalszej ściany. 

background image

Thulandra  Thuu  nie  wyczerpał  jeszcze  wszystkich  swych  sztuczek.  Uchwyciwszy  w 

dłonie oba końce laski wysunął ją przed siebie na odległość wyciągniętych rąk. Równocześnie 

rozległ się śpiew w języku, który był stary już wtedy, gdy morze pochłonęło Lemurię. Conan 

zrobił jeszcze krok i natknął się na dziwny opór, co zmusiło go do zatrzymania się. 

Była to niewidzialna powierzchnia, twarda i sprężysta. Conan naparł na nią całą siłą. 

Na grubej szyi Cymmerianina wystąpiły sznury żył. Twarz pociemniała mu od nadludzkiego 

wysiłku,  a  mięśnie  zadrgały  jak  sploty  pytona.  Magiczna  zapora  jednak  nie  ustąpiła.  Gdy 

Conan  pchnął  ją  mieczem,  zobaczył,  że  laska  Thulandry  wygięła  się  w  łuk,  elastycznie 

przeciwstawiając się sile ciosu. Nie pękła jednak. Nawet najpotężniejsze zaklęcia Dexitheusa 

nie  zdołały  jej  złamać.  W  końcu  Thulandra  przemówił  zmęczonym  głosem  człowieka 

przytłoczonego ciężarem przeżytych lat: 

—  Widzę,  że  ten  heretycki  kapłan  Mitry  osłonił  cię  przed  mymi  pociskami,  jednak 

cała jego żałosna magia nie zdoła mi zaszkodzić. Aquilonia nie jest warta, by o nią walczyć. 

Odchodzę do kraju  za wschodem  słońca,  gdzie ludzie lepiej  docenią mój kunszt  i  zapragną 

wiecznego życia. Żegnajcie! 

—  Panie,  zabierz  mnie  ze  sobą!  —  zawołała  Alcina,  wznosząc  ręce  w  pokornej 

prośbie. 

— Nie, dziewczyno, zostaniesz! Nie jesteś mi już do niczego potrzebna. 

Thulandra  Thuu  zaczął  się  cofać  do  drugich  drzwi,  którymi  wcześniej  dostał  się  do 

komnaty audiencyjnej. W miarę jak szedł, cofała się również sprężysta zapora. Z zaciśniętymi 

zębami  i  ogniem  w  niebieskich  oczach  Conan  krok  za  krokiem  podążał  za  szczupłym 

czarnoksiężnikiem. 

Gdy  dotarli  do  drzwi,  ich  zamek  otworzył  się  ze  szczękiem,  a  czarnoksiężnik 

zawirował w szybkim piruecie. Obracał się coraz szybciej, aż jego postać stała się zamazaną 

plamą i rozpłynęła się w powietrzu. 

Gdy  Thulandra  zniknął,  Conan  przestał  odczuwać  niewidzialną  barierę.  Skoczył 

naprzód z mieczem wzniesionym do cięcia. Z ciężkim przekleństwem wypadł na korytarz, ten 

jednak był pusty. Barbarzyńca nasłuchiwał chwilę, lecz nie doszedł doń żaden odgłos kroków. 

Potrząsnąwszy zmierzwioną grzywą, jakby pragnąc przepędzić zły sen, Conan wrócił 

do  Komnaty  Osobistych  Posłuchań.  Stwierdził,  że  Dexitheus  strzeże  drugich  drzwi,  Alcina 

przyciska  się  do  przeciwległej  ściany,  król  Numedides  zaś  znów  siedzi  na  tronie  i  ociera 

chusteczką skaleczony policzek. Conan podszedł żwawo do tronu i stanął twarzą w twarz z 

monarchą. 

background image

— Stój, śmiertelniku! — wrzasnął Numedides, mierząc w niego tłustym paluchem. — 

Wiedz, że jestem bogiem! Jestem królem Aquilonii! 

Conan chwycił szaleńca za szatę i podniósł go na nogi. 

—  Chciałeś  powiedzieć  —  warknął  —  że  byłeś  królem.  Masz  jeszcze  coś  do 

powiedzenia, nim umrzesz? 

Numedides oklapł jak nadmuchany pęcherz, który przebito szpilką. Łzy potoczyły się 

po sflaczałych policzkach pokonanego władcy i zmieszały się z krwią wciąż cieknącą z rany. 

Opadł na kolana, bełkocząc: 

—  Błagam,  nie  zabijaj  mnie,  szlachetny  Conanie!  Chociaż  popełniałem  omyłki, 

miałem na względzie tylko dobro Aquilonii. Wyślij mnie na wygnanie, a już nigdy mnie nie 

zobaczysz. Nie możesz zabić starszego, nieuzbrojonego mężczyzny! 

Z pogardliwym prychnięciem Conan odepchnął Numedidesa na posadzkę. Otarł miecz 

o szatę leżącego i schował ostrze do pochwy. Obracając się na pięcie powiedział: 

— Nie poluję na myszy. Niech zwiążą to łajno, dopóki nie znajdziemy dla niego domu 

obłąkanych. 

Nagły  ruch  dostrzeżony  kątem  oka  i  gwałtowne  westchnienie  Dexitheusa  ostrzegło 

Conana  o  grożącym  niebezpieczeństwie.  Numedides  natrafił  na  upuszczony  przez  Alcinę 

zatruty sztylet i poderwał się, by wbić smukłe ostrze w plecy wyzwoliciela. 

Conan  obrócił  się  na  pięcie  i  lewą  ręką  chwycił  opadający  nadgarstek.  Prawa  dłoń 

barbarzyńcy złapała Numedidesa za gardło. Jednym ruchem Conan rzucił atakującego króla z 

powrotem  na  tron.  Wolną  ręką  Numedides  bezskutecznie  starał  się  rozluźnić  uchwyt 

Cymmerianina. 

Gdy  żelazne  palce  Conana  głębiej  wpiły  się  w  tłustą  szyję,  oczy  wyszły  królowi  na 

wierzch. Rozdziawił usta, nie wyszedł  z nich jednak żaden dźwięk. Coraz mocniej  zaciskał 

się żelazny chwyt Conana, aż w końcu rozległ się chrzęst miażdżonej krtani. Krew buchnęła z 

nosa i ust Numedidesa. Wierzgające nogi skotłowały dywan u stóp tronu. 

Oblicze  króla  zsiniało  i  jego  miotające  się  lewe  ramię  opadło  bezwładnie.  Zatruty 

sztylet  wysunął  się  z  rozcapierzonej  dłoni.  Cymmerianin  nie  zwolnił  chwytu,  póki  z 

Numedidesa nie uciekło całe życie. 

W  końcu  Conan  puścił  trupa,  który  jak  szmaciana  kukła  osunął  się  z  tronu. 

Cymmerianin wciągnął głęboko powietrze i usłyszawszy na korytarzu głosy biegnących ludzi 

oraz  klekotanie  zbroi,  wydobył  miecz.  Dwudziestu  powstańców,  którzy  szukając  swego 

dowódcy krążyli po pałacu, stłoczyło się nagle za progiem komnaty. Wszystkie oczy zwróciły 

się na Conana. Barbarzyńca stał w lekkim rozkroku obok tronu Aquilonii i patrzył na nich z 

background image

kamiennym spokojem. Jakie myśli snuły się w tej chwili w umyśle Conana, tego nikt nigdy 

się nie dowiedział. Powolnym ruchem Cymmerianin wsunął miecz do pochwy, pochylił się i 

zdarł  koronę  z  głowy  martwego  Numedidesa.  Trzymając  diadem  jedną  ręką,  drugą  rozpiął 

pod brodą pasek od hełmu i zdjął go z głowy. Następnie uniósł koronę w obydwu dłoniach i 

włożył ją na swe skronie. 

— Cóż — powiedział. — I jak wyglądam? 

— Bądź pozdrowiony, Conanie, królu Aquilonii! — zawołał Dexitheus. 

Pozostali podjęli okrzyk. Nawet paź, który dotąd przypatrywał się temu wszystkiemu 

z rozszerzonymi ze strachu oczyma, przyłączył się do chóru. 

Alcina  wystąpiła  naprzód  z  tą  samą  uwodzicielską  gracją  tancerki,  która  tak  bardzo 

podniecała  Conana  w  Messancji.  Dziewczyna  stanęła  przed  nim  i  z  wdziękiem  opadła  na 

kolana. 

—  Och,  Conanie!  —  zawołała.  —  To  ciebie  zawsze  kochałam.  Niestety,  spętana 

czarami, byłam zmuszona wypełniać rozkazy tego podłego czarownika. Wybacz mi i pozwól 

być twą wierną służką! 

Zmarszczywszy brwi Conan popatrzył na nią z góry. Jego głos zabrzmiał jak grzmot 

przetaczający się po górach. 

—  Musiałbym  być  ostatnim  głupcem,  by  dać  ci  drugą  szansę.  Gdybyś  była 

mężczyzną,  zabiłbym  cię  tu  i  teraz.  Nie  walczę  z  kobietami,  więc  odejdź  w  pokoju.  Jeżeli 

jednak jutro ktoś znajdzie cię na ziemi Aquilonii, spłoniesz na stosie. Elatus, zaprowadź ją do 

stajni, osiodłaj jej konia i odprowadź do rogatek Tarancji. 

Alcina  wstała  i  odeszła  z  pochyloną  głową.  W  drzwiach  odwróciła  się  raz  jeszcze  i 

spojrzała na Conana. Na jej policzkach lśniły łzy. Potem wyszła. 

Conan kopnął ciało Numedidesa. 

— Zatknijcie głowę tego ścierwa na tyczce i pokażcie ją miastu. Potem zawieźcie ją 

hrabiemu Ulricowi na dowód, że Aquilonia ma nowego władcę. 

Jeden z żołnierzy Conana gwałtownie wepchnął się do zatłoczonej komnaty. 

— Generale! 

— Tak? 

Mężczyzna przerwał dla nabrania oddechu. Jego oczy były wielkie jak u sowy. 

— Rozkazałeś Cadmusowi i mnie strzec pałacowych wrót. Przed chwilą usłyszeliśmy, 

jak ze stajni wyjeżdża rydwan, ale nie było widać ani konia, ani pojazdu, naprawdę. Potem 

Cadmus pokazał na drogę i w świetle księżyca zobaczyliśmy przesuwający się po ziemi cień 

konia i wozu. 

background image

— Co zrobiliście? 

—  Zrobiliśmy,  panie?  Cóż  mogliśmy  zrobić?  Cień  przejechał  przez  otwarte  wrota  i 

zniknął na ulicy. Przybiegłem, żeby ci o tym powiedzieć. 

— To czarnoksiężnik byłego króla, jak sądzę  — rzekł Conan do zebranej kompanii. 

— Niech jadą: wiedźmin powiedział, że wybiera się w jakieś dalekie strony, na wschód. Nie 

będzie nam więcej przysparzał kłopotów. 

Następnie zwrócił się do Dexitheusa: 

— Musimy do jutra zorganizować rząd. Będziesz moim kanclerzem. 

Kapłan chrząknął zakłopotany. 

—  Och,  nie,  gen…,  to  jest:  Wasza  Wysokość!  Muszę  zostać  pustelnikiem,  żeby 

odpokutować za użycie magii wbrew zakazom mego zakonu! 

—  Kiedy  dołączy  do  nas  Publius,  będziesz  mógł  to  uczynić  z  moim 

błogosławieństwem. Na razie potrzebujemy rządu, a ty znasz się na sprawach państwowych. 

Zbierz do południa urzędników i ich sługi. 

Dexitheus westchnął. 

—  Dobrze,  panie  i  królu.  —  Opuścił  wzrok  na  ciało  Silvanusa  i  ze  smutkiem 

potrząsnął głową. 

— Bardzo żałuję tego nieszczęśliwego człowieka. 

— Zginął śmiercią żołnierza — powiedział chłodno Conan — nic lepszego nie mogło 

go spotkać… Gdzie można wykąpać się w tej marmurowej szopie? 

 

Trzy dni później ogolony i ostrzyżony, odziany w aksamity o barwie hebanu, Conan 

zasiadł  na  tronie  w  Komnacie  Osobistych  Posłuchań.  Uprzątnięto  już  wszystkie  ślady 

przemocy. Pogrzebano ciała, spalono zatruty sztylet, a dywan wyszorowano ze śladów krwi. 

Rozmarzony uśmiech rozjaśnił pobrużdżone oblicze Conana. 

Nagle do komnaty wpadł kanclerz Publius z kilkoma zwojami pergaminu pod pachą. 

— Mój panie — zaczął — mam tu… 

—  Na  Croma!  —  wybuchnął  Conan.  —  Czy  to  nie  może  poczekać?  Prospero  ma 

przyprowadzić  dwadzieścia  piękności,  które  pragną  zostać  mymi  towarzyszkami  łoża.  Mam 

wybrać wśród nich… 

—  Panie  —  rzekł  Publius  surowo.  —  Niektóre  z  tych  spraw  wymagają 

natychmiastowego załatwienia. Nic się nie stanie, jeśli te młode damy trochę poczekają. Tu, 

na  przykład,  jest  petycja  z  baronii  kastryjskiej  z  prośbą  o  umorzenie  ich  zaległości 

podatkowych.  Tu  są  sprawozdania  skarbowe.  A  to  wyrok  sądu  w  sprawie  Pintesa  przeciw 

background image

Ariusowi  Broasusowi,  wobec  którego  złożono  apelację  do  tronu.  Procesu  tego  nie 

rozstrzygnięto  od  szesnastu  lat.  Tu  mamy  list  od  niejakiego  Quesado  z  Kordaw,  byłego 

szpiega Vibiusa Latro. Zdaje mi się, że mieliśmy już z nim do czynienia. 

— Czego chce ten pies? — prychnął Conan. 

— Błaga, by znów zatrudniono go jako tajnego sługę Jego Królewskiej Wysokości. 

—  Owszem,  dobrze  odgrywał  rolę  nierozgarniętego  moczymordy.  Dajcie  mu  jakieś 

zadanie,  ale  nigdy,  powtarzam:  nigdy  nie  wysyłajcie  go  jako  posła  do  zaprzyjaźnionego 

monarchy. 

— Tak jest, panie. Tu jest prośba o darowanie kary niejakiemu Galenusowi z Sele. A 

tu jeszcze jedna petycja cechu górników miedzi. Chcą… 

— Bogowie i diabły! — wykrzyknął Conan, waląc dłonią o udo. — Dlaczego nikt nie 

powiedział mi, że królowanie to taka żmudna harówka? Wolałbym być piratem! 

Publius uśmiechnął się. 

—  Nawet  najlżejsza  korona  potrafi  czasem  zaciążyć.  Władca  musi  władać,  inaczej 

zastąpi go ktoś inny. Numedides unikał swych obowiązków i jak się to dla niego skończyło? 

Conan westchnął ciężko. 

— Tak, tak. Przypuszczam, że masz rację, na Croma! Paziowie! Przynieście stół pod 

te dokumenty. Zajmijmy się, Publiusie, najpierw sprawozdaniami skarbowymi…