background image

 
 
 

Marie Ferrarella 

(Marie Michael) 

 

Ukochanemu tego 

się 

nie robi 

background image

 
Rozdzia

ł 1 

Reese! 
Przez chwil

ę  krew  pulsowała  szaleńczo  w  skroniach 

Charley. Próbowała udać, że go nie zauważyła, chociaż nagle 

przeszył ją dreszcz, a jej oddech stał się płytki. Być może był 

zbyt  zajęty,  by  ją  zauważyć.  Stał  za  kulisami  i  z  kimś 

rozmawiał.  Ona  zaś  znajdowała  się  po  przeciwnej  stronie 

sceny,  razem  z  gromadką  zdenerwowanych  aktorek.  W 

zwyczajnych okolicznościach mógłby nawet nie spojrzeć w jej 
kierunku. 

W zwyczajnych? Dlaczego okoliczno

ści  miałyby  być 

zwyczajne? Przez chwilę bawiła się w myślach tym słowem. 

W ostatnim roku niczego nie robiła zwyczajnie, chyba, żeby 

tak  nazwać  sześciotygodniowe  szkolenie  FBI  i  przedzielone 
jej potem zadania. 

Jej matka tylko kiwa

ła  głową:  -  Charlotto, dlaczego nie 

znajdziesz  sobie  jakiegoś  miłego,  młodego  człowieka  i  nie 

ustatkujesz  się?  -  To  znów,  wpatrując  się  w  nią  z  obawą 

malującą się na bladej twarzy, pytała: - Charlotto, czy coś jest 

nie w porządku? 

Charley zawsze pogodnie zaprzecza

ła,  twierdząc,  że 

usiłuje  tylko  być  dobrą  aktorką.  Ale  matki,  jak  jej  kiedyś 

powiedziano, mają szósty zmysł, gdy idzie o ich potomstwo. 

Przeczucie matki Charley było trochę irracjonalne, to pewne, 

lecz  w  jakiś  niewytłumaczalny  sposób  czuła,  że  w  ostatnim 

roku w życiu jej córki zaszła jakaś dramatyczna zmiana. 

Tak, matka Charley wiedzia

ła,  wiedziała  bez  słów. 

Natomiast  Reese  nie  potrafił  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego 

Charley  zerwała  ich  tak  dobrze  zapowiadający  się  związek. 

Powiedziała  mu  jedynie,  że  sprawy  przybrały  zbyt szybki 

obrót i byłoby lepiej, gdyby przez jakiś czas się nie spotykali. 

Była  pewna,  że  pomyślał,  iż  ogarnięta  pragnieniem  sukcesu 

background image

nie  potrzebuje  go  przy  sobie  w  drodze  do  kariery  i  sławy. 

Pozwalała  mu  w  to  wierzyć.  Nigdy  nie  poznał  prawdziwego 
powodu 

zerwania.  Zdecydowała,  że  to  zbyt  niebezpieczne. 

Zbyt niebezpieczne dla niego. 

Twoja misja, Charley. Pami

ętaj  o  misji,  powiedziała  do 

siebie  surowo,  zmuszając  się  do  odwrócenia  oczu  od 

wysokiej,  okazałej  postaci  w  półmroku.  Utkwiła  wzrok  w 

przygnębiająco pustej scenie. Przypomniała sobie, jaką trwogą 

napawała ją pusta scena w czasach, gdy była jedynie aktorką. 

Teraz  zaś  uznałaby,  że  świetnie  jej  się  wiedzie,  gdyby 

największym  zagrożeniem  miała  się  okazać  właśnie  scena. 

Poczuła nawet przypływ sympatii do tych podekscytowanych 

kobiet  stojących  za  kulisami.  Wszystkie  miały  nadzieję,  że 

dzisiaj uśmiechnie się do nich los. 

Re

żyser  prowadził  przesłuchania  do  pięciu  głównych  ról 

kobiecych  w  nowej  komedii  muzycznej.  Do  każdej  z  nich 

potrzebował  platynowej  blondynki. Charley nigdy nie 

widziała  tylu  blondynek  w  jednym  miejscu.  Ona  sama,  ze 

swoimi  kasztanowymi  włosami,  czuła  się  jak  dziki  kwiat  w 

bukiecie żółtych róż o wysmukłych łodygach. No cóż, dzikie 

kwiaty  mają  swoje  miejsce,  pomyślała.  W  tej  chwili  jej 
miejsce by

ło  tutaj;  przyszło  jej  czytać  kwestie  w  parze  z 

beznadziejnymi  kandydatkami.  Swoją  rólkę  miała  już 

zapewnioną.  Producent  zgodził  się  na  współpracę  z  FBI  i 

przekonał reżysera, aby ją zaangażował bez próby. 

Charley przy

łapała się na tym, że spogląda przez ramię w 

poszukiwaniu  choćby  przelotnego  spojrzenia  Reese'a.  Nagle 

poczuła się tak, jakby usta miała pełne waty. To już się jej nie 

zdarzało  z  powodu  wyjścia  na  scenę.  Nigdy  przedtem  nie 

czuła  takiego  zdenerwowania,  nawet  gdy  podejmowała  się 
najrozmaitszych z

adań  dla  Wydziału.  Winny  był  Reese, 

uświadomiła  sobie  z  wewnętrznym  przekonaniem.  Na 

wspomnienie jego ust wargi zadrżały jej lekko. Pamięć to coś 

background image

dziwnego.  Nie  chciała  tych  myśli.  Nawet  nie  wiedziała,  że 

jeszcze  istnieją,  lecz  nagle  stały  się  tak  natarczywe,  że  nie 

potrafiła ich zignorować. 

 -  Charlotte Tramayne!  - 

usłyszała  swoje  nazwisko 

wywołane  z  wyraźnym  zniecierpliwieniem.  Albo  wzywający 

ją osobnik był nieco popędliwy, albo wywoływał ją już nie po 
raz pierwszy. 

Pospiesznie wysz

ła  na  środek  sceny,  badając  wzrokiem 

najbliższy rząd krzeseł, aby skupić się na Eliocie Chalmersie, 

reżyserze. 

 -  Jestem!  - 

odpowiedziała  żywo,  zasłaniając  oczy  przed 

oślepiającym blaskiem świateł z prawej strony. 

 - 

Zależy gdzie - mruknął z wyrzutem łysy mężczyzna. 

Ale g

łośno  mruczy,  pomyślała  Charley.  Zapewne  nie 

uszczęśliwiło go to, że został nią obarczony. Była przekonana, 

że  przeszłaby  eliminacje,  ale  Wydział  nie  życzył  sobie 

zbędnego ryzyka.  Ona  musiała grać  w  tej  sztuce.  To  sprawa 

narodowego  bezpieczeństwa.  Kątem  oka  Charley  zauważyła, 

że  na  dźwięk  jej  imienia  Reese  gwałtownie  uniósł  głowę.  Z 

wyrazu  jego  twarzy,  na  której  malowało  się  zdziwienie, 

wywnioskowała, że nic nie wiedział o jej obecności. Ale teraz 

już  wiedział.  Starała  się  o  tym  nie  myśleć,  choć  nie  było  to 

łatwe. 

 - 

W  porządku,  Tremayne.  Do  rzeczy,  skoro  już 

odzyskałaś słuch - powiedział kąśliwie Chalmers. 

Pos

łała  mu  promienny  uśmiech,  nawet  nie  mrugnąwszy 

okiem.  Czyżby  mężczyzna,  dla  którego  miała  pracować,  był 

takim  gburem?  Zdecydowała  się  na  to  wszystko  z  pełną 

świadomością.  Jedyny  sposób,  by  dać  sobie  radę,  to 

zachowywać  się  jak  profesjonalistka,  a  tą  przecież  była. 

Aktorstwo to jej pierwsza miłość... A Reese McDaniel to jej 
pierwszy kochanek... 

background image

Zapomnij o Reese'ie, do cholery! Przecie

ż minął już rok, a 

to tak j

akby  minęło  całe  życie.  Tamte  sprawy  nie  powinny 

mieć  teraz  dla  ciebie  żadnego  znaczenia,  strofowała  się 

Charley.  Ale  miały.  Na  jego  widok  wszystkie  zachwycające 

wspomnienia  odżyły  z  całą  wyrazistością.  Poczuła 

przeszywający ból. 

Charley skupi

ła  uwagę  na  reżyserze,  który  właśnie 

wywoływał  pierwszą  ofiarę.  Smukła,  platynowa  blondynka 

ledwo  zdołała  zająć  swoje  miejsce,  gdy  Chalmers, 

wymachując kanapką z wołowiną, dał jej znak, by zaczynała. 

Próbując scenkę Charley uważnie śledziła reakcje Chalmersa. 
Zapowiada

ła się jako niezła aktorka i drażniło ją, że Chalmers 

więcej uwagi poświęca swojej kanapce, niż temu, co się dzieje 

na scenie. Blondynka wyraźnie opadała z sił. 

Pragn

ąc jej pomóc, Charley tchnęła więcej życia w swoje 

kwestie.  W  miarę  jak  czytała,  jej  głos  stawał  się  coraz 

mocniejszy,  żywo  modulowany.  Bez  zbędnej  skromności 

Charley  wiedziała, że  kiedy tylko  chce, jest  dobra, cholernie 

dobra. Zawsze chciała być aktorką, lecz gdy wreszcie zbliżyła 

się  do  upragnionego  celu,  sława  straciła  dla  niej  znaczenie. 
Ak

torstwo wcale nie okazało się tak podniecające, jak to sobie 

wyobrażała. Czegoś w nim brakowało. 

Czego

ś  brakowało  także  w  tej  scenie.  Roztrzęsionej 

platynowej  blondynce  nie  szło  dobrze. Zwolnili  ją  szybko, a 

Chalmers wdał się w rozmowę z niskim, młodym mężczyzną, 

krótkowidzem,  który  siedział  koło  niego.  Mimo  oddalenia 

Charley widziała jego twarz skrytą za szkłami tak grubymi, że 

mogłyby służyć jako przycisk do papieru. Chalmers wyglądał 

na  poirytowanego  i  zmęczonego,  a  było  widać,  że  i  jego 
asystent odczuwa 

dokładnie  to  samo.  Charley  domyśliła  się, 

że  to  nie  pierwsze  przedstawienie,  nad  którym  razem 
pracowali. 

background image

Oczekuj

ąc  na  wezwanie  kolejnej  aktorki,  Charley 

powróciła  myślami  do  sztuki,  w  której  występowała  przed 

laty.  Rzecz  działa  się  w  czasie  II  wojny  światowej, a rola 

agentki Biura Służb Strategicznych zawładnęła nią całkowicie. 

Charley  zaczęła  czytać  o  pracy  wywiadowczej  wszystko,  co 

tylko  mogła  wynaleźć.  To  stawało  się  coraz  bardziej 

intrygujące. To było to. Tego właśnie brakowało w jej życiu. 

Zg

łosiła  się  do  pracy  w  FBI,  nie  po  raz  pierwszy 

wdzięczna swej matce, która skłoniła ją do uzyskania dyplomu 

z  księgowości,  co  miało  uzupełnić  jej  skromne  zarobki 

aktorki.  FBI  wymagało  od  każdego  agenta  dyplomu  z 

księgowości lub prawa. Oczekując na wiadomość z FBI, czy 

została przyjęta, w jednym z teatrów off na Broadwayu wzięła 

udział w próbach do wznowienia sztuki Thortona Wildera „O 

mały  włos".  Tam  właśnie  poznała  Reese'a.  Zanim 

uświadomiła  sobie,  co  się  dzieje,  całkowicie  zawładnął  jej 

duszą  i  ciałem.  To  był  burzliwy  romans,  a  Charley  była 
zakochana. 

Teraz, mimo oddalenia, czu

ła na sobie jego spojrzenie. Te 

błękitne oczy miały moc przenikania jej duszy do głębi. Nie 

chciała  tego  w  tej  chwili.  Gdy  Chalmers  wywołał  nazwisko 

kolejnej  kandydatki,  odetchnęła  z  nadzieją,  że  skupienie  na 

grze pozwoli jej zapomnieć o Reese'ie. 

Nast

ępne trzy kobiety nie były wiele lepsze niż pierwsza. 

Wreszcie piąta wniosła do gry trochę swobody, dzięki czemu 

wypowiadane  przez  nią  kwestie  stały  się  równie  żywe  jak 

kwestie  Charley.  Zerknęła  na  reżysera,  kiwającego  właśnie 

głową do asystenta. 

 - 

W  porządku...  uff,  Doris.  Dostałaś  rolę  Leny  - 

powiedział Chalmers. 

Charley by

ła  przekonana,  że  Doris  zaraz  zemdleje.  Jej 

radość  promieniowała  do  wszystkich  zakątków  sceny, 

docierając nawet tam, skąd Chalmers wydawał swoje wyroki. 

background image

To  musi  być  miło,  gdy  się  podchodzi  do  gry  z  takim 

entuzjazmem,  pomyślała  Charley,  uśmiechając  się  uprzejmie 

w  odpowiedzi  na  radosną  wdzięczność  dziewczyny.  Była 

pewna, że Doris podziękowała nawet kurtynie. 

Chocia

ż Chalmers wyglądał na znudzonego, Charley była 

pewna,  że  oczekiwał  takiej  wdzięczności  i  byłby  wściekły, 

gdyby Doris, po tym, jak ją zaangażował, wymamrotała tylko 

zdawkowe „dziękuję". 

 - 

W  porządku  -  rzucił,  wstając  z  miejsca  -  zrobimy 

przerwę  przed  dalszymi  przesłuchaniami... aha, Charlotte  - 

tonem dał jej do zrozumienia, że jest wolna. 

 - 

Charley, ona ma na imię Charley. 

Charley obr

óciła  się  i  serce  w  niej  zamarło.  Reese 

zmierzał  ku  niej  przez  scenę,  a  w  niej  narastała  ta  sama  co 

kiedyś gorączka. Cholera, zaklęła w duchu. Miała dwadzieścia 

osiem  lat  i  w  akcji  ryzykowała  życiem.  Dlaczego  więc  na 

widok dawnego kochanka poczerwieniały jej koniuszki uszu? 

Umys

ł  podpowiedział  jej,  że  to  dlatego,  że  był 

najpiękniejszym  zjawiskiem,  jakie  kiedykolwiek  widziała. 

Dlatego, że kiedyś chciała za niego wyjść, a teraz nie mogła 

uwolnić  się  od  myśli,  że  gdyby  to  wtedy  zrobiła,  to  teraz 

codziennie czułaby w sobie ten płomień. 

 - 

Nie  wygląda  jak  Charley  -  powiedział  Chalmers, 

przerywając jej romantyczną zadumę. 

 - 

Nie  wygląda  jeszcze  jak  parę  innych  rzeczy  -  rzekł 

Reese. 

Charley wyczu

ła, że tę uwagę skierował do niej. Na nowo 

poczuła  dojmujący  ból,  jakiego  doświadczyła  porzucając  go 

przed  rokiem.  Gdy  została  zaakceptowana,  wybrała  FBI. 

Powiedziała  sobie,  że  chce  popróbować  życia,  jakie 

proponowali, że nie może oprzeć się smakowi przygody. Ale 

teraz,  wpatrując  się  w  błękitne  jak  kryształ  oczy  Reese'a, 

background image

zastanawiała  się,  czy  za  tą  decyzją  nie  kryło  się  coś  więcej, 

coś, o czym sama nie chciałaby zbyt dokładnie wiedzieć. 

 - 

Cześć, Charley - przywitał ją. 

 - 

Cześć,  Reese  -  jej  głos  był  łagodny,  choć  chciała,  by 

pozostał oficjalny. Miał brzmieć przyjaźnie, lecz z dystansem. 

Nie  mogła  pokazać  po  sobie  dawnych  uczuć,  to  byłby 

niewybaczalny błąd. 

Przeci

ągłe spojrzenie jego błękitnych oczu budziło w niej 

uczucia, które mimo długiego rozstania nie osłabły, a byłoby 

lepiej, gdyby zostały na zawsze zapomniane. Czas wzmocnił 

je tylko. Reese wyglądał jeszcze lepiej. Jak to możliwe? Czyż 

Bóg ulepszył doskonałość? Na jego twarzy przybyły jedna czy 
dwie zmar

szczki, przydając jej wyrazu, tak jakby w ostatnim 

roku przeżywał głębokie emocje. 

Zastanawia

ła  się,  czy  ktokolwiek  z  FBI  docenił  jej 

poświęcenie.  Chyba  nie.  Od  stóp  do  głów  przeszył  ją  nagły 
ból. 

 - 

Nie zmieniłaś się ani trochę - powiedział. 

S

łowa  te  zabrzmiały  trochę  szorstko  i  oskarżająco,  lecz 

Charley  wiedziała,  że  Reese  cieszy  się  ze  spotkania.  Jego 

radość  skrywała  ból,  jakiego  doznał,  gdy  go  porzuciła. 

Charley  poczuła  coś  w  rodzaju  satysfakcji.  Więc  on  też 

tęsknił. 

 - 

Och,  znalazłbyś  małe  zmiany,  gdybyś  się  dobrze 

przyjrzał  -  odrzekła  nonszalancko.  Chyba  nie  mógł  słyszeć, 

jak głośno bije jej serce. Była przecież tajnym agentem. A to, 
o czym  teraz jedynie my

ślała,  nie  miało  nic  wspólnego  z 

zadaniem, jakie miała do wykonania. 

 - 

Chciałbym je dostrzec - powiedział Reese. 

Krew uderzy

ła  jej  do  głowy,  gdy  uświadomiła  sobie,  że 

Reese  ma  nadzieję,  że  tych  zmian  nie  zauważyłby 

przypadkowy przechodzień. 

background image

 -  Tajemnica zawodowa  - 

powiedziała  uśmiechając  się 

lekko. 

 - 

Hej  tam,  wy  dwoje,  skończyliście  już  te  pogaduszki? 

Zaraz  mają  posprzątać  scenę.  Zabieraj  swoją  dziewczynę  za 
kulisy i tam sobie gruchajcie - 

krzyknął reżyser ponaglając ich 

gestem. 

Reese otoczy

ł  Charley  ramieniem  i  poprowadził  ją  w  to 

samo miejsce, z którego obserwowała go na początku. 

 -  Nadzwyczajny c

złowiek  -  powiedziała,  kiwając 

Chalmersowi głową na pożegnanie. 

 - 

Ty też - rzekł Reese. 

Dotarli do miejsca, w kt

órym  ciężka  kurtyna  dotykała 

ściany. Gdy Reese stał tak przed nią, czyniła sobie wyrzuty, że 

nie  powinna  była  się  tu  znaleźć.  Powinna  być  po  drugiej 

stronie sceny i nie wolno jej było spuścić oka z kobiety, którą 

miała śledzić. Ale jedyna rzecz, jaką była w stanie zrobić, to 

wpatrywać się bezradnie w Reese'a. Skryta pomiędzy kurtyną 

a ścianą miała przez krótką chwilę złudzenie, że są odcięci od 
c

ałego świata. Gdyby tak było, gdyby byli ostatnią parą ludzi 

na Ziemi, wiedziałaby dobrze, co zrobić. Objęłaby go mocno i 

tak już by trwali aż do samego końca świata. 

Ale nie byli ostatnimi lud

źmi  na  Ziemi,  nie  byli  nawet 

ostatnimi ludźmi na scenie, a ona miała swoje zadanie. A on - 

co on miał? 

 - 

Co ty tu właściwie robisz, Reese? - zapytała z nadzieją, 

że jego przypadkowe dotknięcie nie poruszy jej zbytnio. 

Otoczona jego ramieniem, czu

ła tylko ból na wspomnienie 

tego dotyku, tak dobrze znanego z dawnych lat. 

 - 

Pracuję - odpowiedział zdawkowo. 

 -  Ach, tak?  - 

słowa  zabrzmiały  głucho.  -  Miałeś  już 

próby?  Jasne,  że  miałeś  -  poprawiła  się  pospiesznie, 

przypominając sobie, że męskie role zostały już obsadzone. - 

background image

Reżyser  cię  zna.  Nie  powiedziałabym,  aby  główna  rola  była 
dla ciebie odpowiednia, ale... - 

paplała. 

Nie zdarzy

ło  się  to  jej  o d  czasu,  g dy  p o  raz  o statn i  byli 

razem.  I  nie  w  ten  sposób.  Czuła  się  jak  idiotka.  Wysiłkiem 

woli zmusiła się do przerwania tego potoku słów i popatrzyła 

na  Reese'a  z  nadzieją.  Niech  on  mówi.  Ona  musi  się 

pozbierać. 

 - 

Zwykle  nie  trzeba  prób,  by  zostać  inspicjentem  - 

odpowiedział  nieco  żartobliwie,  a  jego  oczy  pochłaniały  ją 

tak, jak pustynny kwiat chłonie krople przelotnego deszczu. 

 - Inspicjentem? - 

powtórzyła zmieszana. 

Gdy si

ę poznali był pełnym ambicji aktorem. Co się stało? 

 - 

Jada się bardziej regularnie - lekki uśmiech wykrzywił 

jego wrażliwe usta. 

Zapragn

ęła wyciągnąć rękę i dotknąć koniuszkami palców 

jego warg. Minęło. Już rok temu. Po co jej teraz to wszystko? 

 -  Zawsze uw

ażałam,  że  masz  zadatki  na  gwiazdę  - 

powiedziała Wzruszył szerokimi ramionami. 

 - 

Nie  wszystko,  co  sobie  zaplanujemy,  udaje  się, 

choćbyśmy nie wiem jak się starali. Wiedziała, że nie miał na 

myśli  kariery.  Gdyby  chciał  osiągnąć  sukces  aktorski,  w 

końcu by mu 

si

ę  powiodło.  Twarzy  takich  jak  Reese'a  nie  ma  po 

dziesięć centów za tuzin. I tysiąc dolarów byłoby za mało. Był 

po  prostu  wymarzony:  przystojny,  wrażliwy,  czarujący.  I 

niegłupi.  Nic  w  rodzaju  bezmyślnego  przystojniaczka.  A 

kiedyś cały należał do niej. Przełknęła łzy. Poczucie żalu było 

tak dojmujące, że bała się, że straci nad sobą panowanie. 

 - 

Mam  wrażenie,  że  i  ty  wiele  nie  zrobiłaś  w  ostatnim 

roku  - 

powiedział. - Chyba nawet nie pracowałaś w Nowym 

Jorku, prawda? 

Rozmowa bez znaczenia, pomy

ślała.  Wymieniali 

zdawkowe  uwagi.  Kiedyś  po  prostu  mogli  siedzieć  razem 

background image

godzinami,  patrząc  na  gołębie  przysiadające  na  stopniach 

schodów awaryjnych koło jego mieszkania, wsłuchując się w 

zgodne bicie swoich serc. Wtedy nie było między nimi takiego 

skrępowania. 

 -  Pr

acowałam w kilku bardzo dobrych prowincjonalnych 

teatrach.  Gwiazdorstwo  mnie  nie  bawi.  To  prawda.  Sława 

nigdy nie była jej celem. Charley tęskniła tylko za dreszczem 
emocji. Teraz 

czu

ła właśnie coś takiego, ale Wydziałowi raczej by się to 

nie spodobało. Zadanie, które jej powierzono, nie zapowiadało 

się łatwo. 

Gdy Reese przesuwa

ł  palec  od  jej  skroni  aż  do  czubka 

brody, Charley z trudem powstrzymywała drżenie. 

 - Idealistka, tak? 
 - 

To  takie  chłodne  określenie  -  zaprotestowała,  starając 

się odsunąć głowę. Uświadomiła sobie jednak, że jej ciało nie 

posłuchało tego rozkazu. 

 - 

Jeśli dobrze pamiętam, w tobie nie ma nic chłodnego - 

rzekł. 

Na policzkach czu

ła jego oddech, przymknęła oczy, jakby 

to mogło ją uchronić przed atakiem uczuć. 

 - 

Lepiej będzie, jak już sobie pójdę. 

Mia

ła  nadzieję,  że  nie  zapyta  dlaczego.  Wiedziała  tylko, 

że  musi  jak  najszybciej  wydostać  się  zza  kurtyny,  jak 

najszybciej  odejść  od  tego  mężczyzny.  To  on  przytępiał  jej 

umysł i sprawiał, że nogi się pod nią uginały. A agent FBI na 
chwiejnych nogach to ryzyko dla wszystkich  -  przede 
wszystkim dla niej samej. 

Ale Reese nie mia

ł  zamiaru  tak  po  prostu  pozwolić  jej 

odejść. 

 - 

Chalmers  nie  będzie  cię  potrzebował  przez  najbliższe 

dziesięć  minut.  Nie  ma  pośpiechu  -  zapewniał  ją  głosem 

równie  namiętnym,  jak  wtedy,  gdy  przywoływał  ją  z 

background image

powrotem  do  łóżka,  by  z  gorączkowych  przygotowań  do 

przedstawienia wykraść jeszcze kilka chwil miłości. 

 - 

Naprawdę muszę już iść - przekonywała go, odsuwając 

się jednocześnie. 

Powinna by

ć  cały  czas  w  pogotowiu.  Była  na  służbie i 

wyznaczono jej zadanie  - 

miała  obserwować  kobietę  o 

nazwisku Allison Peters, która znalazła się w samym środku 

małej nawałnicy. 

Do diab

ła,  powierzono  jej  zadanie.  Nie  stać  ją  było  na 

szalone  pulsowanie  w  skroniach.  Nie  miała  czasu  na 

wsłuchiwanie  się  w przyspieszony ryto swojego serca i 

błądzenie myślami po ścieżkach pamięci. Nie miała... 

Och, tylko nie to! Pomy

ślała  z  rozpaczą.  Dopóki  nie 

trzymał  jej  w  ramionach,  mogła  walczyć,  by  nie  ulec  jego 
nieodpartemu urokowi. 

Ale by

ło  już  za  późno.  Pomiędzy  zakurzonymi, 

przepastnymi fałdami kurtyny Reese ją pocałował. 

background image

Rozdzia

ł 2 

Je

żeli uroda Heleny trojańskiej mogła wyprawić w morze 

tysiąc  okrętów,  to  pocałunek  Reese'a  mógłby  zniszczyć  całą 

flotę,  a  już  na  pewno  był  w  stanie  zniweczyć  wszystkie 

słuszne zamiary. Charley nie chciała tego pocałunku. Broniła 

się, lecz przegrała. Mogła odejść i udać, że nic się nie stało, że 

nie  obchodzi  jej  Reese  McDaniel,  jego  smagła,  tajemnicza 

uroda  i  delikatne  maniery.  Ale  gdy  tylko  spotkały  się  ich 

wargi,  na  nic  zdały  się  wszystkie  misternie  wymyślone 

kłamstwa. Jakaś tajemnicza moc zawładnęła ciałem Charley i 

chociaż się opierała, miała nie większą szansę na ucieczkę, niż 

opiłki żelaza przyciągane przez gigantyczny magnes. 

Palce zdradzi

ły  Charley.  Zamiast  odepchnąć  Reese'a, 

zan

urzyły  się  w  jego  jedwabiście  połyskujące,  czarne  włosy. 

Uwielbiała czuć go blisko. Każdą jego cząstkę. Pomyślała, że 

powinna nosić zbroję, ale i to by na pewno niewiele pomogło. 

Przez najgrubszy pancerz czułaby Reese'a. 

W ko

ńcu  to  on  zakończył  ich  pocałunek. Charley 

pozwoliłaby, by trwał wiecznie. 

 -  Nie masz nikogo, prawda?  - 

zapytał  głosem  pewnym 

lecz łagodnym. Pozwoliła sobie na uśmiech. 

 - 

To jakiś nowy sposób wróżenia. Na ogół używa się do 

tego fusów. Ty czytasz z ust?  - 

starała się, by zabrzmiało to 

lekko. 

 - 

Masz kogoś? - powtórzył pytanie, głaszcząc jej policzek. 

W g

łębi duszy rozpaczliwie pragnęła stać tak i przytulać 

twarz do dłoni Reese'a, jak kot łaszący się do swego pana. Z 

wielkim wysiłkiem cofnęła głowę. 

 - 

Chyba  rzeczywiście  powinieneś  zając  się  wróżeniem  - 

powiedziała  ożywiona.  Serce  jej  waliło.  Wyraz  jego  oczu 

mówił,  że  nadal  czeka  na  odpowiedź.  -  Tylko  pracę  - 

odpowiedziała  w  końcu,  mając  nadzieję,  że  zabrzmiało  to 

wesoło. 

background image

Rzeczywi

ście,  od  czasu  Reese'a  w  jej  życiu  nie  było 

nikogo. Bo i kt

o, na Boga, mógłby się z nim równać. Tylko 

Kopciuszek  po  tańcu  z  księciem  musiał  wsiąść  do  dyni,  w 

którą  zamienił  się  powóz.  Poza  tym  naprawdę  była  zajęta 

pracą. 

Odwr

óciła  wzrok  w  obawie,  że  mógłby  odgadnąć  jej 

myśli.  Jeżeli  wystarczył  jeden  pocałunek,  by  dowiedział  się, 

że nikogo poza nim nie kochała, o ile więcej mógł wyczytać z 
jej oczu. 

 - Twoja praca - 

powtórzył jak echo. - Jeśli się nie mylę, to 

właśnie twoja praca nas rozdzieliła. Czy to nuta goryczy była 

obecna  w  jego  głosie?  Czy  cierpiał  z  powodu  rozstania tak 
samo jak 

ona? Gdyby cho

ć  w  połowie  wiedział,  co  przeżyła!  Ale 

agenci  FBI  nie  stają  na  ulicy  i  nie  rozgłaszają  swojej 

przynależności. System działa zupełnie inaczej. 

 - 

Nie  wracajmy  do  przeszłości  -  powiedziała  szorstko, 

biorąc go pod rękę. 

Przeszy

ł ją dreszcz. Ramię Reese'a było tak samo silne i 

muskularne jak dawniej. Wyprowadziła go zza kulis, zza fałd 

kurtyny dających im poczucie intymności. 

 - Dlaczego? - 

zapytał. - Czy mamy jakąś przyszłość? 

 - 

Mamy teraźniejszość i to wystarczy. 

Nie by

ła pewna, czy głos jej był dość chłodny. Ukradkiem 

zerknęła na niego. 

 - 

Reese, jesteś tu potrzebny! - zawołał ktoś za nimi. 

Gdy Reese oddali

ł się z ociąganiem, Charley miała ochotę 

odwrócić się i wyszeptać „dziękuję". 

 - 

Później - powiedział znacząco. 

 - Zna

cznie później - wymamrotała. 

Nie mog

ła teraz myśleć o nim. I tak zmarnowała zbyt dużo 

czasu. Na próbach powinna bez przerwy obserwować Allison i 

rozpoznać  jej  łącznika  z  KGB,  którym  był  zapewne  ktoś  z 

background image

obsady  lub  personelu.  Gdyby  został  zidentyfikowany,  FBI 

mogłoby wyznaczyć swojego agenta do śledzenia go - lub jej. 

Charley przygl

ądała  się  grupce  jasnowłosych  aktorek 

nadal  oczekujących  za  kulisami.  Westchnęła.  Przez  chwilę 

pragnęła,  by  agenci  KGB  zawsze  pasowali  do  stereotypu: 

groźny  wygląd,  niski,  krępy,  małe  oczka.  Czy  któraś  z  tych 

ślicznotek była poszukiwanym szpiegiem? A może wszystkie 

były  tylko  tym,  na  co  wyglądały  -  pełnymi  nadziei 

dziewczynami  starającymi  się  o  pracę  w  teatrze?  Poczuła 

dojmującą nostalgię za dawną niewinnością, za czasami, kiedy 
w co

dziennych  zdarzeniach  nie  doszukiwała  się  ukrytych 

znaczeń  i  nie  musiała  być  stale  w  pogotowiu,  podejrzliwa 
wobec wszystkich i wszystkiego. 

Nie mog

ła za to winić nikogo, prócz siebie samej. Może 

zresztą  taka  praca  była  jej  przeznaczeniem.  Zazwyczaj  nowe 
za

danie  podniecało  ją,  ale  tego  popołudnia  czuła  jedynie 

rozdrażnienie. 

Jeste

ś tylko zmęczona, powiedziała do siebie, starając się 

niepostrzeżenie  przyłączyć  do  pozostałych  kobiet.  Posągowa 

blondyna  o  lodowato  błękitnych  oczach  popatrzyła  na  nią 

oskarżająco. 

 - 

A,  to  ty  jesteś  ta,  co  dostała  rolę  po  znajomości  - 

zasyczała.  Było  zupełnie  jasne,  co  miała  na  myśli.  -  Masz 

może zamiar rozpowszechnić ten zwyczaj? 

Scena przyci

ąga różne typy, pomyślała Charley. Narastała 

w niej gwałtowna niechęć do tej kobiety. Zanim się odezwała, 

długo mierzyła ją wzrokiem. 

 - 

Skupiam na sobie uwagę - odpowiedziała. 

 - 

Chyba  bardzo  się  starałaś  skupić  na  sobie  uwagę 

inspicjenta  - 

dopytywała  się  fałszywie  blondyna.  -  Czy tak 

dostaje się role? 

Charley by

ła  zaskoczona.  Nie  byli  więc  z  Reesem sami, 

jak  się  jej  wydawało.  Wiedziała,  że  powinna  po  prostu 

background image

skończyć  tę  rozmowę,  ale  tego  popołudnia  nie  miała  ochoty 

postępować według podręcznikowych reguł. 

 - 

Dostałam  rolę,  bo  na  nią  zasłużyłam  -  powiedziała 

spokojnie. - A ty jak masz zamiar to 

zrobić? 

Charley w

łaściwie spodziewała się, że blondyna rzuci się 

na nią z pazurami jak ogromna angora, do której upodabniały 

ją platynowe włosy i biała, lniana sukienka. 

 - 

Opanuj się trochę, Rhonda - powiedziała inna kobieta, 

powstrzymując  ją  ramieniem.  -  Podczas  prób  jest  trochę 
nerwowa - 

dodała. Najwyraźniej dobrze się znały. 

Rhonda odepchn

ęła  ją  i  majestatycznie  oddaliła  się  do 

kąta, skąd ponuro wpatrywała się w przestrzeń. 

 -  Carol Reynolds  - 

przedstawiła  się  jedna  z  kobiet, 

wyciągając rękę do Charley. 

 - 

Charley  Tremayne,  miło  cię  poznać  -  przywitała  ją 

Charley uśmiechając się szeroko. 

 - 

Mam nadzieję, że to nie będzie tylko krótkie spotkanie - 

powiedziała  Carol.  -  Naprawdę  potrzebuję  tej  pracy.  Moja 

gospodynie raczej umrze, a nie daruje mi zaległego czynszu. 

Albo po prostu mnie wyrzuci. Wiesz, byłam taka przejęta, gdy 

dostałam drugie wezwanie, już po próbie śpiewu i tańca. Może 

lepiej na razie za wiele o tym nie mówić. 

Stara

ła  się  mówić  żywo  i  przekonywająco,  lecz  Charley 

zauważyła, że Carol jest zdenerwowana tak samo jak Rhonda, 

tyle  że  potrafi  trochę  lepiej  się  opanować.  A  może  ta 

nerwowość była tylko udawana? Czy była szpiegiem? 

 - 

Jesteś świetna - pochwaliła ją Carol. 

 - 

Miałam  szczęście  -  odrzekła  Charley  z  udawanym 

zadowoleniem. 

 -  Czy Chalmers za

wsze  tak  szybko  się  decyduje?  - 

zapytała Carol. - Tej dziewczynie, Doris, od razu powiedział, 

że dostała rolę. 

background image

Je

śli Carol nie jest prawdziwą aktorką, to naprawdę dobrze 

udaje,  pomyślała  Charley,  obserwując  zaniepokojenie 

malujące się w jej oczach. Zazwyczaj aktorzy muszą się nieźle 

namęczyć, zanim zadzwoni telefon z propozycją pracy. Często 

telefon  milczy  bardzo  długo.  Pytanie  Carol  wyrażało 

ciekawość, jaką odczuwałaby każda aktorka wobec reżysera i 
jego sposobu pracy. 

 - 

Nigdy wcześniej z nim nie pracowałam, ale chyba tak - 

powiedziała  Charley.  -  W ten sposób decyzja jest 
przynajmniej szybka i bezbolesna. 

 -  Nigdy nie jest bezbolesna  - 

zaprzeczyła  Carol, 

potrząsając głową. 

Charley rozejrza

ła  się  wokoło.  Rhonda  zmierzała  w 

kierunku  ciasno  stłoczonej  grupki  ludzi,  lecz  uwagę  Charley 

przyciągnęła smukła blondynka siedząca w kącie. Bingo! Jej 

twarz pasowała do fotografii kobiety, którą miała się zająć. 

Carol popatrzy

ła w tym samym kierunku. 

 -  To Allison Peters  - 

potwierdziła. - Prawda, że świetnie 

nadaje  się  do  roli  niewiniątka?  Ma  w  sobie  dokładnie  tyle 

naiwności, ile trzeba. 

 - 

Rzeczywiście,  świetnie  -  powtórzyła  Charley,  usilnie 

starając  się  ukryć  zdziwienie.  Dziewczyna  siedząca  w  rogu 

miała  wszystkie  cechy,  które  Charley  wcześniej  dokładnie 
przestudiowa

ła.  Jednak  spodziewała  się  czegoś  więcej, 

jakiegoś  czaru,  magnetyzmu.  Przecież  musiał  być  jakiś 

powód,  dla  którego  uczciwy,  cieszący  się  powszechnym 

szacunkiem  kongresmen  ze  środkowego  zachodu  zmienił  się 
w otumanionego durnia. 

W Biurze zapoznano Charley ze spraw

ą dość gruntownie. 

Historia  jakich  wiele.  Kongresmen  Ethan  Graystone  związał 

się  z  tą  uroczą,  dziecinnie  bezradną  kobietą.  Oczarowany, 

obsypywał  ją  coraz  kosztowniejszymi  prezentami.  W  końcu 

jego  niewinny  kwiatuszek  przeobraził  się  w  kobietę 

background image

spragnion

ą posiadania bardziej wykwintnych przedmiotów, a 

kongresmen znalazł się po uszy w długach. I ni stąd, ni z owąd 

jego  wybranka  wpadła  na  prosty  pomysł,  jak  rozwiązać 

problemy z gotówką. Miała „przyjaciół", którzy mogliby mu 

pomóc  wybrnąć  z  kłopotliwego  położenia  i  pozbyć  się 

długów.  Oczekiwali  jedynie,  aby  w  zamian,  w odpowiednim 

momencie, przekazał im pewien mały dokumencik. 

Na szcz

ęście  kongresmen  był  głupcem,  ale  nie  zdrajcą, 

pomyślała  Charley,  obserwując  Allison  Peters.  Uświadomił 

sobie,  jakim  był  durniem,  i  opowiedział  całą  historię  FBI. 

Przekazał  im  wszystkie  informacje,  jakie  posiadał,  choć  po 

prawdzie nie było tego wiele: fotografia Allison i informacja, 

że  dokument  ma  zmienić  właściciela  w  Bostonie,  podczas 
próbnego tournee tej sztuki. 

Carol akurat zwr

óciła  uwagę  na  kogoś  innego  i  Charley 

wykorzystała to, by zbliżyć się do Allison, która siedziała na 

stołku, ściskając w ręce egzemplarz scenariusza. Charley nie 

mogła  pojąć,  jak  kongresmen  mógł  ulec  tak  łatwo.  Allison 

przypominała  raczej  słodkie,  zagubione  dziecko  niż 

prawdziwą kobietę. 

Allison podnios

ła oczy, wyraźnie zdziwiona, że ktoś stoi 

tak  blisko.  Charley  gotowa  była  przysiąc,  że  przez  krótką 

chwilę widziała w jej oczach błysk ostrożności. 

 - 

Cześć  -  powiedziała  Charley,  obdarzając  dziewczynę 

promie

nnym uśmiechem. 

 - 

Cześć  -  odpowiedziała  Allison,  odwzajemniając  się 

uśmiechem, który był naprawdę olśniewający. 

Chocia

ż  spoglądała  przyjaźnie,  nie  zaproponowała 

Charley, by koło niej usiadła. 

 -  Pierwszy raz?  - 

zapytała  Charley  nadal  stojąc.  - 

Wyglądasz na zdenerwowaną - dodała, wskazując na pomięte 

kartki, a w duchu podziwiała siłę rąk Allison. 

background image

Wiedzia

ła,  że  Allison,  tak  jak  i  ona,  miała  rolę 

zapewnioną.  KGB  znalazło  na  to  sposób.  Dziewczyna 

naprawdę nie miała powodu do niepokoju. 

 - 

Robiłam trochę teatr, jeszcze jak byłam w domu, ale to 

moja pierwsza próba od długiego czasu - potaknęła Allison. 

Interesuj

ący dobór słów, pomyślała Charley, patrząc na jej 

twarz, która sprawiała wrażenie zupełnie szczerej. Gdyby była 

gorzej zorientowana, mogłaby sądzić, że rozmawia z kimś w 
rodzaju sierotki Marysi. 

 - Tremayne! - 

wrzask reżysera uciął dalszą rozmowę. 

 - 

Chyba  na  mnie  tak  się  wydziera  -  usprawiedliwiła  się 

Charley. - Wracam do pracy. 

Przez ca

łą popołudniową próbę Reese nie odrywał wzroku 

od  Charley.  Już  wtedy,  gdy  wstępowali  razem  w  sztuce  „O 

mały  włos",  wiedział,  że  jest  świetną  aktorką,  a  dziś  znowu 

podziwiał  jej  talent.  Czytanie  w  kółko  tych  samych  paru 

linijek  było  nudne  i  każdy  aktor  miałby  trudności  z 

zachowaniem 

koncentracji 

niezbędnej, 

by 

grać 

przekonywa

jąco.  Charley  to  potrafiła,  starała  się  grać  jak 

najlepiej,  tak,  by  pomóc  nowicjuszkom,  biorącym  udział  w 
eliminacjach. 

W tym si

ę nie zmieniła, pomyślał Reese. Ale pod innymi 

względami tak. Nie umiał wytłumaczyć sobie wyrazu jej oczu 
podczas ich pierwszego 

spotkania.  Wyglądała  tak,  jakby  się 

go  bała,  jakby  narażał  ją  na  jakieś  niebezpieczeństwo.  Lecz 

później, gdy ją całował, stopniała w jego ramionach, a jej usta 

były  tak  samo  czułe  jak  niegdyś.  Chalmers  wspominał,  że 

został zmuszony do zaangażowania jakiejś aktorki, nawet jej 

nie  oglądając,  lecz  Reese  nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  to 

może być Charley. Nawet nie dopuszczał myśli, że mogłaby 

dostać  rolę  posługując  się  jakimiś  brudnymi  sposobami.  Coś 

się  z  nią  stało  w  ciągu  ostatniego  roku  i  Reese  stanowczo 
po

stanowił dowiedzieć się co. 

background image

Allison mia

ła przesłuchanie jako ostatnia. Zarówno Carol, 

jak i Rhonda, która, co Charley przyznała z niechęcią, okazała 

się dobra, dostały role. Powiodło się też Lizie, która była już 

doświadczoną aktorką. Do obsadzenia pozostała już tylko rola 

niewiniątka. Charley prowadziła dialog z Allison, starając się 

wydobyć  z  dziewczyny to,  co  najlepsze.  Jak  na  nowicjuszkę 

Allison  była  niezła,  choć  Charley  spodziewała  się  po  niej 

czegoś więcej. Tak czy owak dostała rolę. 

Charley zastanawia

ła się, czy ktoś naciskał na Chalmersa, 

by  zaangażował  Allison,  czy  może  to  on  właśnie  był 

brakującym ogniwem, którego szukała. 

 - 

Przyjął mnie! - powtarzała w kółko Allison, gdy razem 

szły  za  kulisy  po  swoje  rzeczy.  -  Podobałam  mu  się!  -  W 

końcu jej entuzjazm osłabł. - O raju! - krzyknęła. 

To ju

ż lekka przesada, pomyślała Charley. Dawno już nie 

słyszała, żeby ktoś mówił „o raju". 

 - O co ci chodzi? 
 - 

Muszę  znaleźć  jakieś  mieszkanie  -  Allison  opadła  na 

taboret, jakby ta myśl nagle ją wyczerpała. 

 -  A teraz gdzie mieszkasz?  - 

zapytała  Charley.  Allison 

spojrzała na nią wzrokiem zbłąkanej owcy. 

 - 

W  hotelu.  Jeszcze  nigdy  nie  byłam  tak  długo  poza 

domem. 

 - 

A skąd jesteś? 

 - 

Z  Iowa.  Powiedz  mi,  czy  będzie  trudno znaleźć  jakieś 

mieszkanie  - 

w  głosie  Allison  było  słychać  nutę  rozpaczy.  - 

Nie stać mnie na dłuższy pobyt w hotelu. 

Z tego, co s

łyszałam,  to  akurat  nieprawda,  pomyślała 

Charley. Czy to wszystko było ukartowane? Czy Allison wie, 

kim  ona  jest  naprawdę?  Czy  prowadzi  tylko  grę  pozorów, 

udając borykającą się z losem młodą aktorkę, za jaką zresztą 

każdy  ją  uważał.  W  każdym  razie  tej  szansy  Charley  nie 

background image

mogła  przegapić.  Gdyby  razem  zamieszkały  nadarzyłaby  się 

świetna okazja, by mieć Allison stale na oku. 

 - 

Możesz  zatrzymać  się  u  mnie,  zanim  czegoś  nie 

znajdziesz  - 

powiedziała.  -  Nie  miałabym  ci  za  złe,  gdybyś 

dołożyła do czynszu. 

Allison rozpromieni

ła się. 

 - 

Naprawdę?!  -  wykrzyknęła.  -  Jesteś  pewna,  że  nie 

sprawię ci kłopotu? 

 - 

Jestem  zgodna  we  współżyciu  -  przyjaźnie  odparła 

Charley. 

Pomy

ślała,  że  jak  dotąd  wszystko  idzie  jak  po  maśle, 

jednak w głębi ducha zadawała sobie pytanie, kto właściwie to 

wszystko  zaplanował  -  ona czy oni. To pytanie jednak 

pozostało bez odpowiedzi. Obecność Allison mogła okazać się 
korzystna z dwóch powodów  - 

po  pierwsze,  Charley  byłaby 

cały  czas  blisko  swojego  „zadania",  po  drugie  zaś  miałaby 

dodatkową  ochronę  przed  Reese'em.  Bała  się,  że  ciężka 

zbroja, którą próbowała oddzielić od niego swoje serce, stopi 

się  pod  jego  jednym  spojrzeniem.  Allison  będzie  kimś  w 
rodzaju jej przyzwoitki. 

W przeciwnym razie, gdyby Reese ją 

odwiedził... Nie dokończyła nawet tej myśli. 

Charley usi

łowała  znaleźć  w  swojej  ogromnej  torbie 

kawałek papieru i coś do pisania. W jej zakamarkach kryły się 

różne przedmioty, których zwykle nie spotyka się w damskich 
tor

ebkach. Każdy z nich mógł pewnego dnia ocalić jej życie. 

Miała  tylko  nadzieję,  że  gdy  będzie  w  potrzebie,  zdoła  je 

szybciej  odszukać.  W  końcu  wygrzebała  tępy  ołówek  i 

wymięty notesik. 

 - 

Proszę  -  powiedziała,  zapisując  adres.  -  Tu mieszkam. 

Allison wzięła kartkę. 

 - 

Znakomicie! Spakuję się, załatwię wszystko w hotelu i 

zjawię się. Mogę już dzisiaj wieczorem? 

background image

 -  Jasne  - 

odparła  Charley,  zbierając  swoje  rzeczy.  - 

Czemu nie? 

 -  Ale...  - 

Allison  zawahała  się,  jakby  nagle  zabrakło  jej 

właściwego słowa, choć Charley była pewna, że należy raczej 

do tych osób, które zawsze wiedzą co powiedzieć - chodzi o 

tego chłopaka... 

By

ło jasne, co miała na myśli. Czy wszyscy ich widzieli? 

Charley  poczuła  się  tak,  jakby  o  nich  mówiono  w  głównym 

wydaniu Wiadomości. 

 - 

Może będzie chciał cię odwiedzić... 

Co do tego Charley nie mia

ła żadnych wątpliwości, jednak 

jeśli miała zachować zimną krew, to absolutnie nie mogło się 

zdarzyć.  Obecność  Reese'a  nigdy  dobrze  nie  wpływała  na 

jasność jej myśli i miarowość pulsu. 

 - 

O  niego  się  nie  martw  -  uspokoiła  dziewczynę.  -  To 

tylko mój stary znajomy. - On... 

 - On tu jest. 
Na d

źwięk tego głosu Charley odwróciła się gwałtownie. 

Dobrze  jej  znany,  namiętny  uśmiech  błądził  po  wargach 

Reese'a.  Serce  zabiło  jej  żywiej,  poczuła  narastające 
podniecenie. 

Jak  da  sobie  radę  z  tym  wszystkim,  jeśli  jego 

widok  za  każdym  razem  zmienia  ją  w  galaretę,  która,  jak 

wiadomo nie jest najlepszą bronią w starciach z KGB. 

 - 

Jesteś  pewna,  że  wszystko  będzie  w  porządku?  - 

zapytała Allison, zniżając głos. Charley potaknęła, nie będąc 

w stanie oderwać wzroku od twarzy Reese'a 

 - Jasne - 

odpowiedziała, nie patrząc na Allison. 

 - 

To świetnie, do zobaczenia wieczorem. 

Charley us

łyszała  stukot  oddalających  się  kroków  i 

trzaśnięcie drzwi. Allison odeszła, a oni znowu byli tylko we 
dwoje. 

 - 

No  cóż  -  rzuciła  Charley  z  udawaną  wesołością  -  na 

mnie już czas. 

background image

Pr

óbowała  zarzucić  na  ramię  swoją  wyładowaną  torbę, 

lecz dłoń Reese'a znalazła się tam szybciej. 

 - 

Po co ten pośpiech? - zapytał. 

Pasek torby, a za nim ca

ła reszta, opadły na jego ramię. 

 - 

Muszę  uczyć  się  roli  -  odpowiedziała  nerwowo, 

próbując odebrać mu torbę. 

 - 

O ile pamiętam, uczysz się bardzo szybko - powiedział. 

Patrzy

ł na nią z uwagą, a ona rozpaczliwie brnęła w dalsze 

kłamstwa. Miała wrażenie, że dusza z niej uleci. 

 - W

szystko się zmienia - wyszeptała. 

 - 

Naprawdę? - zapytał, głaszcząc jej policzek. 

Tak, to prawda, pomy

ślała. Teraz uganiam się za agentami 

KGB,  którzy  chcą  zagrozić  demokracji  na  świecie.  Podczas 

weekendów  gołymi  rękami  wyginam  żelazo.  Proszę  cię, 
Reese, z

ostaw  mnie  w  spokoju  i  przestań  zamącać  mi  myśli 

sprawami, które nie mają nic wspólnego z moim zadaniem. 

 - 

Wszystko  się  zmienia  -  powtórzyła  starając  się,  by 

zabrzmiało to odpychająco. 

W skali od jednego do dziesi

ęciu  za  tę  odpowiedź 

dostałaby  najwyżej  jeden  punkt,  pomyślała  niezadowolona  z 

siebie.  Może  nawet  minus  jeden.  Musiała  się  od  niego 

uwolnić. 

Nagle, o nic ju

ż nie pytając, Reese przygarnął ją do siebie. 

Próbowała  się  cofnąć  i  zawadziła  obcasem  o  jakiś  niedbale 

rzucony zwój liny. Zachwiała się, a Reese chwycił ją, właśnie 

tak,  jak  się  obawiała.  Pomyślała,  że  już  bezpieczniej  byłoby 

upaść. 

 - 

Tu cię mam - powiedział, uśmiechając się szeroko. Ich 

dotykające się ciała nieomal iskrzyły. 

 -  Reese  - 

jej  głos  był  nadspodziewanie  opanowany, 

chociaż  znowu  miała  wrażenie,  że  cała  jest  z  galarety  -  nie 

chcę tego zaczynać od nowa. 

background image

Pr

óbowała zwiększyć dystans, odpychając go dłońmi, ale 

równie  dobrze  mogłaby  próbować  gołymi  rękami  przesunąć 

górę. 

 - 

Już zaczęłaś - odrzekł. - Twój pocałunek obudził dawne 

uczucia. 

 - 

Byłoby  lepiej;  gdybyśmy  o  nich  zapomnieli  - 

powiedziała bez przekonania. 

 - 

Chodźmy  gdzieś  na  kolację  -  zaproponował,  ignorując 

jej  słowa.  -  Teraz  już  mnie  stać,  by  zapłacić  za  nas  dwoje  - 

dodał z łagodnym uśmiechem. 

Dawniej ka

żde  z  nich  musiało  płacić  za  siebie. Charley 

uśmiechnęła  się  na  to  wspomnienie,  lecz  szybko  przywołała 

się do porządku. A przynajmniej próbowała. 

 - 

Sama  nie  wiem.  Allison  ma  przyjść  wieczorem...  - 

zaczęła. 

 - Allison? 
 - 

To ta mała, która przed chwilą odeszła. 

 - 

Mała? Ja bym jej tak nie nazwał. 

 - A jak? - 

burknęła, czując nagły przypływ zazdrości. 

Co si

ę z nią dzieje? Powinna raczej starać się uniezależnić 

od niego, a nie poddawać się mękom zazdrości. 

 - 

Ta mała ma zadatki na bardzo ponętną kobietę. 

 - 

Wszyscy  mężczyźni  są  tacy  sami  -  Charley  prychnęła 

pogardliwie. 

Jej pocz

ątkowe  wątpliwości  co  do  Allison  zniknęły. 

Zrozumiała  wpadkę  kongresmena.  Zaczął  z  zagubioną, 

niewinną dziewczyną, a skończył z pełną seksu, wymagającą 

kobietą. 

 -  Gdyby byli tacy sami  - 

odparował  Reese, 

przeprowa

dzając  ją  przez  drzwi  -  to  już  dawno  byś  sobie 

kogoś znalazła. 

 - 

Może wcale nie szukam. 

background image

Charley pozwala

ła się prowadzić, nie bardzo zdając sobie 

z tego sprawę. 

 - Dlaczego? - 

zdziwił się. 

Ze skrzy

żowania Czterdziestej Piątej i Broadwayu, gdzie 

mieścił się teatr Minskoff, skierowali się na wschód, później 
zboczyli nieco z drogi. 

Charley spojrza

ła  na  słońce.  Wyglądało  jak  wielka, 

czerwona  kula,  chowająca  się  właśnie  za  jednym  z 

niezliczonych  nowojorskich  placów  budowy.  Bawiło  się  w 
chowanego w stalowych kons

trukcjach  niedokończonych 

wieżowców.  Po  co  pyta  o  to  wszystko?  Cóż  miała  mu 

odpowiedzieć? 

 - 

Nie mam czasu na mężczyzn - odparła pogodnie. - Już ci 

mówiłam, jestem bardzo zajęta pracą. 

 - 

Praca  to  słabe  towarzystwo  w  łóżku  -  powiedział  bez 

ogródek. 

Tu j

ą  trafił.  Ileż  to  razy  tęskniła  za  tymi  cudownymi 

chwilami,  gdy  budziła  się  w  objęciach  Reese'a,  bezpiecznie 

wtulona w jego muskularne ciało. Poczuła ucisk w gardle. 

 - 

Po pracy jestem tak zmęczona, że nie myślę o żadnym 

towarzystwie w łóżku. 

Przesun

ął  ręką  wzdłuż  jej  pleców  i  objął  ją.  Nagły 

podmuch  wiatru  poderwał  uliczne  śmieci  i  podarte  gazety  i 

niósł je prosto pod nogi Charley. Próbowała je ominąć i nagle 

poczuła  na  ramieniu  silny  uścisk.  Reese  przytrzymał  ją, 

zapewne  myśląc,  że  znowu  chce  mu  się  wyrwać.  Owszem, 

nawet o tym myślała, ale nie była w stanie. Nie przestała go 

kochać. Nie było sensu temu zaprzeczać. 

 - 

Naprawdę  nie  jestem  głodna  -  powiedziała  słabym 

głosem, błagając go w duchu, by pozwolił jej odejść. 

 - 

O, nie, tak łatwo mi się nie wymkniesz. Nie pozbawiaj 

mnie  chociaż  przyjemności  zjedzenia  kolacji  w  twoim 
towarzystwie. 

background image

Dusza za kolacj

ę? - miała ochotę zapytać, przypominając 

sobie jego pocałunek. Zamiast tego jeszcze raz spróbowała go 

zbyć. 

 - 

Reese, muszę uczyć się roli. Przecząco pokręcił głową. 

 - 

Nawet  taki  potwór  jak  Chalmers  nie  będzie  wymagał, 

żebyś przez jedną noc nauczyła się wszystkiego - powiedział, 

otwierając przed nią jakieś drzwi. 

Nawet nie zauwa

żyła,  jak  dotarli  do  restauracji.  Cóż  ze 

mnie  za  agent,  pomyślała  o  sobie  z  lekceważeniem. 

Tymczasem Reese objął ją i wprowadził do środka. W głębi 

duszy chciała, by to trwało, by mogła być blisko niego. 

 - 

Dobrze ci dzisiaj szło - pochwalił ją z uśmiechem. 

Wola

łaby,  żeby  się  nie  uśmiechał.  W  wyrazie  jego  ust 

było wtedy coś takiego, co trafiało wprost do serca i zawsze 

prowadziło ją do zguby. Westchnęła. 

 - 

Zawsze  tak  obojętnie  reagujesz  na  komplementy?  - 

zapytał, podczas gdy kelnerka ubrana w ludowy strój zbliżała 

się do nich ż plikiem kart w złoconych oprawach. 

 -  Stolik dla dwóch osób  -  r

zucił  Reese,  a  dziewczyna 

szybko odwróciła się i poprowadziła ich za sobą. 

 - 

Zapamiętałem  cię  jako  bardziej  żywiołową  osobę  - 

dodał. 

 - 

Już się wyszumiałam - powiedziała Charley, idąc powoli 

przed nim. 

 - 

Sam  to  widzę  -  wyszeptał,  schylając  się  ku  niej.  Jego 

oddech muskał jej szyję. 

To musi si

ę  skończyć,  pomyślała,  bliska  szaleństwa.  Ale 

jak mogła oddalić się od niego? Tym razem nie mogła uciec. 
Powierzono jej zadanie do wykonania. 

Kelnerka odesz

ła  i  zostali  sami.  Sami  w  tłumie 

rozgadanych ludzi. Charley i 

tak  nie  słyszała  niczego  poza 

biciem swojego serca. 

background image

 - 

Mają tu świetny deser truskawkowy - powiedział Reese. 

A więc pamiętał! Uwielbiała truskawki. 

 - 

Staram  się  nie  pozwalać  sobie  na  zbyt  wiele  - 

powiedziała, klepiąc się po brzuchu. - Nie ma za wiele pracy 
dla grubasów, a na role charakterystyczne mam jeszcze czas. 

 - 

Czy ja wiem? O ile pamiętam, zawsze miałaś charakter. 

Naprawdę  miałaś  -  powtórzył  łagodnie,  pieszcząc  ją 
wzrokiem. 

W restauracji panowa

ł  taki  hałas,  że  prawie  go  nie 

słyszała,  ale  czytała  z  jego  warg.  Odwróciła  głowę  nie  z 

powodu  jego  słów,  ale  tego,  jak  na  nią  działał.  Wystarczył 

jeden  pocałunek,  aby  całe  ciało  zbuntowało  się  przeciwko 

niej.  Pragnęła  go  tak  gwałtownie,  że  aż  czuła  lęk.  Jego 

błękitne  jak  kryształ  oczy  dawały  jej  do  zrozumienia,  że  ten 

wieczór  nie  skończy  się  na  deserze  truskawkowym  i 

wspominkach.  Wyglądało  na  to,  że  zakończy  się  w  jego 

mieszkaniu, a do tego po prostu nie wolno było jej dopuścić. 

Życie  było  i  tak  dostatecznie  pogmatwane  i  nie  chciała 

dodatkowo  zamartwiać  się,  że  z  powodu  związku  z  nią 

Reese'a mogłoby spotkać coś złego. 

Poza tym, o sz

óstej  miała  spotkanie  na  drugim  końcu 

miasta. Co miała mu powiedzieć, by mogła po prostu wstać i 

wyjść? Nie więcej niż pół prawdy. 

 - 

Reese,  naprawdę  nie  mogę  zostać  z  tobą  na  kolacji. 

Chodzi  o  mojego  wuja  Maxa,  już  się  z  nim  umówiłam  na 

dzisiejszy wieczór. Muszę lecieć - usprawiedliwiła się. 

Zaskoczony Reese patrzy

ł, jak zerwała się na równe nogi i 

wybiegła z restauracji. O co, do diabła, tu chodzi? Zastanawiał 

się. Traktowała go jak zadżumionego. A jednak był pewien, że 

właściwie odczytał jej reakcje. Znał ją dobrze i zauważył, że 

nawet  przypadkowe  dotknięcie  sprawiało,  że  chciała,  by  ją 

całował  i  pieścił.  Więc  dlaczego  uciekła.....Teraz  i  przed 
rokiem? 

background image

Skin

ął tylko głową usłużnie oczekującej kelnerce, wstał i 

wyszedł z restauracji. Tym razem nie miał zamiaru pozwolić 

Charley wymknąć się tak łatwo. A pierwsze, co postanowił, to 

dowiedzieć się, kim właściwie jest ten wujaszek Max. 

background image

Rozdzia

ł 3 

Na ulicy Charley odetchn

ęła głęboko, wciągając w płuca 

mieszaninę powietrza i spalin. 

Ruch by

ł  okropny,  co  na  Manhattanie  nie  było  niczym 

nadzwyczajnym. Rozejrzała się na wszystkie strony, czekając 

na zielone światło. Dzięki Bogu, Reese'a nie było. 

Prawie bieg

ła szeroką aleją. W głębi duszy czuła przypływ 

żalu.  Przecież  okłamywała  samą  siebie  udając,  że  nie  chce 

spędzić  nocy  w  ramionach  Reese'a  i  kochać  się  z  nim  bez 

końca. Ale na taki luksus nie mogła sobie teraz pozwolić. Max 

będzie na nią czekał w barze przy Trzeciej Alei. Spotkanie z 
Reese'em sp

rawiło, że prawie o tym zapomniała. 

Nie zdziwi

ło  jej  to.  Przez  ostatni  rok  wspomnienia  o 

łączącej ich miłości doprowadzały ją nieomal do szaleństwa. 

Nawet  czas  nie  złagodził  bólu  rozstania.  Początkowo 

próbowała  sobie  wmówić,  że  to  dyscyplina  obowiązująca  na 

szkoleniach  FBI  tak  jej  dokucza.  Ból  jednak  pozostał,  mimo 

że  dawno  już  opuściła  sztab  Akademii  w  Quantico,  w 

Wirginii. Usiłowała przezwyciężyć uczucie pustki wmawiając 

sobie, że tak będzie lepiej. Lepiej dla niego i dla niej. Życie, 
jakie dla siebie wyb

rała, nie miało w sobie nic z codziennego 

banału.  Takiego  życia  nikt  by  nie  uznał  za  normalne  -  no, z 

wyjątkiem  może  Maty  Hari.  Ale  gdyby  z  jej  powodu 

Reese'owi stało się coś złego, nie przeżyłaby tego. 

Przechodz

ąc na drugą stronę Piątej Alei rzuciła okiem na 

zegarek i uświadomiła sobie, że może się spóźnić. Max będzie 

się niepokoił. To do niego podobne. Pominąwszy siwą brodę i 

dobre  dwieście  funtów  wagi,  z  usposobienia  był  bardzo 
podobny do jej matki. 

Nie czuj

ąc  nóg  z  bólu  i  zmęczenia,  Charley  pospiesznie 

przedzierała  się  przez  morze  ludzi  wypełniających  chodniki. 

Wreszcie  dojrzała  zielony  neon  baru.  Chwyciła  za  długi, 

mosiężny uchwyt i otworzyła drzwi. Słabo oświetlone wnętrze 

background image

z  drewnianą,  obficie  posypaną  trocinami  podłogą  miało  w 

sobie  coś  z  atmosfery  staromodnych  knajp.  Jednak  nęcące 

aromaty  rozmaitych  mięs  zmieszane  z  zapachem  piwa  i 

marynowanych  warzyw  świadczyły,  że  to  najprawdziwszy 
nowojorski bar. 

Charley omin

ęła  kolejkę  ludzi  czekających  na  wolny 

stolik. Trociny szybko znalazły sobie drogę do jej sandałów, 

irytująco drażniąc stopy. Dlaczego Max zawsze wybiera takie 
miejsca? Czy nie  lepiej by

łoby spotkać się w parku, karmiąc 

gołębie, tak jak to pokazują w szpiegowskich filmach? 

Łatwo  znalazła  odpowiedź.  Max  ponad  wszystko 

przedkładał jedzenie. Dlaczego miałby karmić gołębie, skoro 

mógł sam się najeść? 

Wreszcie go zauwa

żyła.  Przeszła  przez  salę  i  usiadła 

naprzeciw  niego.  Na  stole  znajdowały  się  już  półmiski  z 

mięsem i jarzynami, a obok nich dzban piwa i dwa kufle. 

 - 

Spóźniłaś się - mruknął Max, surowo spoglądając znad 

talerza.  W  dłoni  podobnej  do  łapy  niedźwiedzia  trzymał 

ogromną kanapkę z szynką. - Pozwoliłem sobie zamówić coś 

dla ciebie, ale zrobiło się zimne... 

 - 

Więc zacząłeś beze mnie - dokończyła za niego. - Max, 

dlaczego  mi  nie  powiedziałeś?  Zdziwiony,  uniósł  krzaczastą 
brew: 

 - 

A o czym miałem ci powiedzieć? 

 - 

Że Reese McDaniel jest inspicjentem! 

 - No i co z tego? 
Z tonu jego g

łosu wywnioskowała, że to nazwisko nic mu 

nie mówi. Zdziwiła się, gdyż sądziła, że w Wydziale wszyscy, 

z  wyjątkiem  niej,  wiedzą  wszystko  o  pozostałych.  Ale  być 

może naczytała się za dużo kiczowatych powieści. 

Zauwa

żyła, że Max przerwał jedzenie i wyraźnie czekał na 

odpowiedź. Może i kochał jeść, ale nawet to zamiłowanie nie 

background image

było ważniejsze od pracy. Nawet drobne szczegóły nie mogły 

pozostać nie wyjaśnione, o ile miały jakiś związek ze sprawą. 

Charley zmiesza

ła  się.  Opuściła  głowę,  wpatrując  się  w 

zmatowiałą,  metalową  klamrę  swojej  torby,  jakby  jej  nigdy 

przedtem nie widziała. 

 - 

My... no wiesz, trochę byliśmy razem, coś jakby... 

 - 

Byliście kochankami - uciął Max. 

Gwa

łtownie podniosła głowę i uśmiechnęła się. Napięcie 

minęło. 

 - 

To w tobie lubię, Max. Jesteś taki taktowny i delikatny! 

Masz  rację  -  dodała  zrezygnowana.  -  Byliśmy  kochankami. 

Myślałam,  że  wiesz.  Sądziłam,  że  to  powinno  być  gdzieś  w 
moich aktach. 

Max potrz

ąsnął głową. 

 - 

Czy  to  może  stanowić  jakąś  przeszkodę?  -  zapytał, 

nagarniając na widelec porcję sałatki kartoflanej. 

 - 

Powiedzieć ci szczerze? 

 - Szczerze. - 

Sałatka zniknęła bez śladu w jego ustach. 

 - Nie j

estem pewna. Mam nadzieję, że nie. 

 - 

Nie  dopuść  do  tego  -  powiedział  po  prostu,  Charley 

roześmiała się. 

 - 

Łatwo ci mówić. No, może zresztą wcale nie tak łatwo. 

Przynajmniej  nie  z  tak  pełnymi  ustami.  Max,  czy  jedzenie 

nigdy cię nie męczy? 

 - Nigdy - odpow

iedział bez chwili wahania. 

 - 

A co tak naprawdę masz mi do powiedzenia? - zapytała, 

spoglądając na zegarek. 

By

ł  kwadrans  po  siódmej.  Powinna  pospieszyć  się  z 

powrotem do domu. Allison mogła zjawić się w każdej chwili, 

a Charley nie chciała, by czekała pod drzwiami. 

 - 

Mam  coś  nowego  w  sprawie  twojej  podopiecznej  - 

powiedział Max. Charley nadstawiła ucha. 

background image

 - 

Ona nie jest agentką. To pionek, tak jak i kongresmen. 

Wygląda  na  to,  że  już  ponad  rok  temu  odwiedzili  ją  nasi 
przyjaciele w papachach i naopowiadali jej o cudach, jakie 

nastąpią  w  jej  raczej  bezbarwnej  karierze,  jeśli  tylko  zgodzi 

się grać w piłkę w ich drużynie. No i zagrała. 

Spostrzeg

ł,  że  Charley  odruchowo  znów  popatrzyła  na 

zegarek. 

 - 

Zatrzymuję cię zbyt długo? 

 - Nie mieszkam teraz sama - usprawie

dliwiła się. 

 - Reese? - 

zapytał Max z udawaną obojętnością. 

 - Nie, nasza futbolistka. 
 - 

Bardzo dobrze. To najlepszy sposób, żeby mieć ją stale 

na oku. Jak ci się to udało? 

 - 

Sama  nie  wiem.  Równie  dobrze  ona  mogła  to 

zaplanować.  -  Charley  przysunęła  się  bliżej  ze  swoim 

krzesłem, choć w barze był taki hałas, że i tak nikt by jej nie 

słyszał.  -  Myślisz,  że  ona  wie,  że  ja  wiem,  kim  ona  jest?  - 

zapytała. 

 - 

Trudno powiedzieć - odrzekł - ale twoje pytanie może 

świadczyć o ostrym przypadku postępującej paranoi... 

Zanim zd

ążyła zaprotestować ciągnął dalej: 

 - 

Ale  to  dobrze.  Zaczynałem  się  już  obawiać, że  stajesz 

się zbyt ufna - nalał sobie do kufla trochę piwa. - Rozgrywaj 

to  tak,  jakby  wiedziała.  Mało  prawdopodobne,  ale  nigdy  nic 
nie wiadomo - 

zawiesił głos, a widząc, jak wpatruje się w jego 

kufel, powiedział - To słabe piwo, niskokaloryczne. 

 -  Po co je w ogóle pijesz?  - 

zapytała,  bawiąc  się 

dzbankiem. - 

Wolisz przecież normalne piwo. 

 - 

Nawet  drobne  wyrzeczenia  mają  znaczenie.  Muszę 

uważać na wagę. 

 - Tu akura

t możesz to robić - powiedziała z przekąsem. 

 - 

Gdybym  spełniał  wszystkie  swoje  zachcianki,  byłbym 

dwa razy grubszy - 

odrzekł, klepiąc się po brzuchu. 

background image

 - 

Boże uchowaj - powiedziała Charley z sympatią. 

By

ł już najwyższy czas wracać do domu. Umówili się na 

s

potkanie  za  dwa  dni.  Zanim  odeszła,  przysunęła  do  niego 

swój talerz: 

 - 

Max, zajmij się i tym, dobrze? 

 - 

Taki właśnie miałem zamiar, Charley. Dokładnie taki! 

Wysz

ła  z  baru,  kierując  się  w  stronę  Drugiej  Alei  i 

swojego  mieszkania.  Zanim  do  niego  dotarła,  było  już 

zupełnie  ciemno.  Jak  się  obawiała,  Allison  z  całym  swym 

doczesnym dobytkiem już na nią czekała. 

Charley by

ła  wręcz  zdumiona,  że  współżycie  z  Allison 

okazało się tak łatwe. Dziewczyna była gotowa zgodzić się na 

każdą propozycję Charley, rzadko wyrażała własne zdanie i na 

wszelkie sposoby starała się jej przypodobać. 

Nalega

ła, że będzie spać na kanapie, tak, aby Charley nie 

musiała z nią dzielić swej małej sypialni. Leżąc w łóżku, już 

późno  w  nocy,  gdy  za  jedyne  towarzystwo  służyła  jej  kopia 
scenarius

za, Charley nie miała wątpliwości, kogo by powitała 

z radością. Była taka szczególna osoba. Uleganie nastrojom i 

grzebanie się we własnych nieszczęściach - to nie w jej stylu. 

Musiała wziąć się w garść! 

A mo

że  Reese  straciłby  nieco  w  jej  oczach,  gdyby 

widy

wała  go  codziennie.  Nigdy  nie  miała  dość  czasu,  by 

poznać  jego  słabe  strony.  Zapadając  w  niespokojny  sen, 

próbowała  nabrać  przekonania  do  tej  myśli,  jednak  nawet  w 

stanie półuśpienia nie mogła dać jej wiary. 

Na pierwsz

ą  próbę  Charley  ubrała  się  zwyczajnie.  Tego 

dnia zaczynali o dziewiątej, ona jednak lubiła być wcześniej. 

Dawno już była gotowa, gdy Allison wreszcie otworzyła oczy. 

Miała  na  sobie  lalkowatą,  białą  piżamę  w  małe  różowe 

kwiatki. Niesforne jasne włosy falami opadały jej na ramiona. 
Nic dziwnego, 

że  Graystone  wpadł  jak  śliwka  w  kompot, 

pomyślała  Charley,  idąc  do  kuchni  po  szklankę  soku 

background image

pomarańczowego.  Za  to  ja,  gdy  rano  wstaję,  nie  różnię  się 

niczym  od  rozgrzebanego  łóżka,  dodała  w  duchu  nie  bez 

zazdrości. 

 - 

Obudziłam cię? - spytała. 

 - Nie, nie! - 

szybko odpowiedziała Allison. - Zaspałam? - 

zapytała,  gramoląc  się  z  kanapy.  Mówiła  trochę  tak,  jakby 

brakowało  jej  tchu,  jakby,  świadomie  lub  nie,  naśladowała 
Marylin 

Monroe. 
 - 

Ależ  skąd  -  odpowiedziała  Charley.  -  Po  prostu  lubię 

wcześnie wstawać. To moja ulubiona pora dnia. 

No, mo

że  z  wyjątkiem  tych  kilku  tygodni  z  Reesem, 

dodała  w  duchu.  Wtedy  najbardziej  lubiła  noce,  gdy  po 

przedstawieniu  mieli  czas  tylko  dla  siebie  i  spędzali  długie 

godziny kochając się. Gdzie się podziały tamte chwile? 

 - 

Moja też! Uwielbiam poranki! - zaszczebiotała Allison. 

 - 

Świetnie, ale muszę już lecieć - powiedziała Charley. - 

Nie  zapomnij  zatrzasnąć  drzwi,  gdy  będziesz  wychodzić. 

Zobaczymy się na próbie. 

 - 

Masz zamiar się z nim spotkać? - zapytała nagle Allison, 

zmierzając  do  kuchenki.  Charley  wydało  się,  że  w  glosie 

dziewczyny zabrzmiała nuta niezdrowej ciekawości. 

 - Z kim? - 

zapytała niewinnie. 

 - 

Z  tym  naprawdę  przystojnym  facetem,  z  którym  cię 

wczoraj  widziałam.  Czy  on  też  jest  w  obsadzie?  -  Allison 

uśmiechnęła się i sięgnęła po dzbanek z kawą. 

 - Jest inspicjentem - 

wyjaśniła Charley. 

Czy wszyscy musz

ą  wiedzieć,  co  czuję  do  Reese'a?  - 

pomyślała. To znaczy, co czułam, poprawiła się. 

Nie, nie powinna pozwoli

ć,  by te  uczucia  znowu  wyszły 

na jaw, nawet jeśli pozostały żywe. W takim razie po co tak 

wcześnie  wychodzi  na  próbę?  Może  po  to,  by  znaleźć  się  z 
nim sam na sam? 

background image

 - 

Spotkasz  się  z  nim?  -  Allison  nie  dawała  za  wygraną, 

wypowiadając głośno to, o czym myślała Charley. 

 - 

Może  przypadkiem  -  odpowiedziała  wymijająco, 

sięgając  po  sweter.  Zarzuciła  go  sobie  na  ramiona  tak,  że 

rękawy  swobodnie  zwisały  z  przodu,  wzięła  do  ręki 

egzemplarz scenariusza i wyszła. 

Opuszczaj

ąc dom, przekonywała się w duchu, że to nie z 

powodu  spotkania  z  owym  inspicjentem  wyruszyła  tak 

wcześnie.  Po  prostu idzie do pracy. I to w podwójnej roli  - 

jako aktorka i jako agent FBI. Aż za dużo, jak na jedną osobę! 

Nie miała zamiaru dopuścić do żadnych dalszych komplikacji. 

To już postanowione. Idąc wzdłuż Sześćdziesiątej Piątej Ulicy 

na  zachód,  nakłaniała  się  raczej  do  podziwiania  świeżego, 

wrześniowego poranka. 

Oko

ło  czterdzieści  minut  później  dotarła  do  teatru 

Minskoff.  Wchodząc  do  sali  prób,  mrugnęła  kilka  razy,  by 

przyzwyczaić wzrok do panującego w niej półmroku. Przeszła 
po scenie, tam i z powrotem, gdy n

agle  aż  podskoczyła  na 

dźwięk głosu za sobą: 

 - 

Cześć, co tam u wuja Maxa? 

Odwr

óciła  się  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z  Reese'em.  Jej 

zdawałoby się stalowe nerwy nie były tego dnia w najlepszej 

kondycji. Omal nie krzyknęła, gwałtownym gestem łapiąc się 
za serc

e. Jej torba i scenariusz upadły na podłogę. 

 - 

Reese, nie powinieneś podchodzić ludzi w ten sposób! - 

wykrzyknęła. 

 - 

Nie podchodzę ludzi - poprawił ją - tylko ciebie, zanim 

czmychniesz jak sarna z filmu o pożarach lasów. 

Nachyli

ł się, by podnieść scenariusz. 

Charley spojrza

ła  w  dół  na  jego  głowę.  Zapragnęła 

zagłębić  palce  w  tych  ciemnych,  miękkich  włosach.  Tego 

jednak nie wolno jej było zrobić. Wszystko, co miała w torbie, 

background image

rozsypało  się  dookoła,  rozmaite  przedmioty  toczyły  się  w 

przejściu, zatrzymując się gdzie popadło. 

 - No, nie... - 

jęknęła. - Popatrz tylko, co narobiłeś. 

W p

ółprzysiadzie  posuwała  się  naprzód,  podnosząc  tu 

grzebień, tam puderniczkę, dalej jeszcze szminkę i cienie do 

oczu. Reese, zamiast jej pomóc, oparł się o krzesło i tylko się 

przyglądał, wyraźnie ubawiony. 

 - 

Mógłbyś mieć chociaż tyle przyzwoitości, żeby okazać 

skruchę  -  powiedziała  Charley,  rozprostowując  kolana,  gdy 

wreszcie  zdołała  powrzucać  swoje  rzeczy  z  powrotem  do 
torby. 

 - 

A niby dlaczego? Czy ty okazałaś skruchę, kiedy mnie 

z

ostawiłaś? - trzymał ciągle w rękach jej scenariusz. 

 - 

Przecież ci powiedziałam - żachnęła się. - Musiałam się 

spotkać z wujem Maxem. 

 - 

Nie  mówię  o  wczorajszym  wieczorze  -  powiedział 

cicho, kładąc jej ręce na ramionach. - Mówię o tym, co było 
przed rokiem  - 

Times  Square,  samo  południe. Gdyby  nie  to, 

nie byłoby czym się przejmować. 

Patrzy

ła w podłogę unikając jego wzroku. 

 - 

Wszystko ci wtedy wyjaśniłam. 

Wsun

ął  palec  pod  jej  podbródek  i  uniósł  głowę  tak,  by 

musiała patrzeć mu prosto w oczy. 

 - A teraz? - z

apytał. 

 - 

Co teraz? Teraz mogę być zupełnie inną osobą. Ludzie 

zmieniają się przez jeden weekend, a nas dzieli cały rok. Skąd 

wiesz, czy bym ci się spodobała taka, jak jestem dzisiaj? 

Wypowiadaj

ąc  te  słowa  czuła  się  prawie  tak  podle,  jak 

wtedy, gdy usunęła go ze swego życia po raz pierwszy. 

 - 

Podobasz  mi  się  taka,  jaka  jesteś  teraz  -  powiedział, 

odgarniając kosmyk jej kasztanowych włosów. 

Ten gest, 

łagodny  i  pieszczotliwy,  wywołał  w niej  burzę 

uczuć. 

background image

 - 

Skąd możesz wiedzieć? - nie dawała za wygraną. 

 - Po

całowałem cię, pamiętasz? - wyszeptał, nachylając się 

tak blisko, że czuła jego oddech na twarzy. 

Wyrwa

ła  się  ostatkiem  sił.  Gdyby  nie  to,  na  pewno 

potrzebowałaby jego pomocy, by utrzymać się na nogach. 

 - 

Oczywiście! Boski mistrz pocałunku! Jakże mogłabym 

zapomnieć!  Tylko,  że  jeden  pocałunek  to  jeszcze  nie 

pomyślna wróżba na przyszłość - powiedziała lekceważąco. 

 - 

Zgoda, nie ma się o co kłócić - odpowiedział, obejmując 

ją  i  odwracając  ku  sobie.  -  Spróbujmy, do czego nas 
doprowadzi trzeci lub czwarty. 

 - W

pędzi nas tylko w kłopoty - ucięła. - Inspicjentowi nie 

wolno  spoufalać  się  zbytnio  z  aktorami.  Jest  coś  o  tym  w 

przepisach związkowych. Zwróć na to uwagę! 

 - 

Wolałbym raczej na ciebie! 

 - 

Zdziwiłbyś się - zareplikowała ponuro. 

 - 

Czyżby? Już teraz? - przytulił ją. 

 -  Nie mieszkam sama  - 

powiedziała.  Zmienił  się  w 

mgnieniu oka. 

 - Ach, tak? - 

jego głos był zimny jak lód. 

Charley pomy

ślała, że powinna pozwolić mu odejść i nie 

wyprowadzać  go  z  błędu.  To  by  wreszcie  rozplątało  łączące 

ich  więzi.  Nie  było  lepszego  rozwiązania,  ani  dla  niego,  ani 

dla niej. W jego oczach było takie samo cierpienie, jak wtedy, 

gdy  zadała  mu  ból  po  raz  pierwszy.  Usłyszała  błaganie 

własnego serca, tej jego cząstki, która była spragniona miłości. 

Mimo to milczała. 

Reese odsun

ął się o krok. Usiłowała nie zwracać uwagi na 

swoje  uczucia.  To  dla  dobra  sprawy,  przekonywała  samą 

siebie.  To  było jedyne  wyjście. To  także  dla  niej  -  ogromny 
ból. 

background image

Nogi mia

ła  jak  z  ołowiu.  Właśnie  starała  się  jakoś 

odwrócić i odejść, gdy nagle, jak promień słońca, wpadła do 
sali Allison. 

 - 

Cześć!  -  rzuciła  śpiewnie,  znów  jakby  bez  tchu.  -  Nie 

przeszkadzam? 

 - 

Nie ma nic, w czym dałoby się jeszcze przeszkodzić - 

powiedziała Charley martwo. 

 - 

To  dobrze.  Słuchaj,  oszczędziłam  trochę  forsy,  tak  na 

wszelki wypadek. Ch

odźmy  dziś  na  kolację  -  ja stawiam, 

dobrze?  Na  razie  tylko  tyle  mogę  zrobić,  zanim  będę  mogła 

dołożyć się do czynszu... 

Charley drgn

ęła i powoli zamknęła oczy. Potem otworzyła 

jedno i spojrzała w stronę Reese'a. Wszystko słyszał. 

 - 

A  więc  to  jest  twoja  nowa lokatorka  -  powiedział 

wylewnie, biorąc je obie pod ręce. 

 - 

Zgadza się - przytaknęła Allison. - Charley przygarnęła 

mnie ot tak, po prostu  - 

pstryknęła palcami - tak jak to robią 

ludzie w Iowa. Czyż ona nie jest taka sama? 

 -  Na pewno tak  -  odpowiedzia

ł  Reese  niskim,  głębokim 

głosem. Charley zacisnęła usta. Całą intrygę diabli wzięli. 

Za nimi gromadzi

ła się reszta zespołu. Większość aktorów 

już przybyła. Nieskładnej procesji przewodziła Rhonda, która 

wyglądała  tak,  jakby  już  uwierzyła,  że  jest  gwiazdą. 

Najwyższy czas zabrać się do pracy, pomyślała Charley. Ale 

nie  mogła  się  na  niczym  skoncentrować,  kiedy  Reese  ją 

obejmował i schylał ku niej głowę. 

 - 

Kolacja dziś wieczorem? - zapytał. 

Jego oddech musn

ął  jej  policzek.  Opanuj  się,  Charley, 

ostrzegła się. 

 - 

Będę  zajęta  -  odpowiedziała,  unikając  jego  wzroku. 

Uczę się roli. 

 - 

Będę pomocny w każdej roli, jakiej tylko zapragniesz - 

obiecał namiętnie. 

background image

 - 

I  pewnie  wiesz  coś  więcej,  niż  można  znaleźć  w 

scenariuszu. Zaśmiał się cicho. 

 - 

Z tobą, Charley, nie potrzebuję żadnego scenariusza. 

To by

ła  prawda.  Tym  bardziej  niebezpiecznie  byłoby 

spotykać się z nim poza pracą. 

 - 

Reese, wiedz, że nie mam zamiaru z tobą jeść, nie mam 

zamiaru  z  tobą  pić  ani  trzymać  się  za  ręce.  A  na  pewno  nie 

zamierzam  iść  z  tobą  do  łóżka  -  dokończyła  może  zbyt 

stanowczo i trochę za głośno. 

 - 

Świetnie, Charley! Świetnie! Długo się opierasz, zanim 

ulegniesz?  - 

zapytała  sarkastycznie  Rhonda.  -  Uważaj  tylko, 

żebyś nie przeholowała, bo on tymczasem może nabrać ochoty 

na  prawdziwą  kobietę  -  wyciągnęła  rękę  i  uśmiechając  się 

zapraszająco pogłaskała Reese'a po podbródku. 

 - 

Jeśli  nawet  tak  -  odpaliła  Charley  -  to na pewno nie 

będzie szukał takiej, której cała kariera jest opisana w książce 
telefonicznej - 

szukać pod hasłem „tapetowanie". 

W nast

ępnej  chwili  przeraziła  się  tego,  co  powiedziała. 

Straciła  zimną  krew  na  samym  początku.  Bez  wątpienia 

obecność  Reese'a  źle  na  nią  wpływała.  Miała  obowiązek 

wniknąć do zespołu i zdobyć zaufanie wszystkich. Jak mogła 

tego  dokonać,  jeżeli  zachowywała  się  jak  wściekła  osa, 

pomyślała z wyrzutem. 

Wydawa

ło się jednak, że nikt nie poczuł się obrażony jej 

zachowaniem.  Prawdę  powiedziawszy,  jeśli  dobrze  czytała  z 

ich  twarzy,  wyglądali  tak,  jakby  chcieli  bić  jej  brawo.  Było 

jasne, że nikt, z wyjątkiem Carol, nie lubi Rhondy. 

Za nimi rozleg

ło się głośne klaśnięcie. Wszyscy zwrócili 

oczy w kierunku sceny. Stal na niej, w towarzystwie nie 

odstępującego  go  ani  na  krok  asystenta,  zniecierpliwiony 

Chalmers i przyglądał im się z wściekłością. 

 - 

A może by tak, panie i panowie, wziąć się wreszcie do 

roboty? - 

krzyknął. 

background image

Gdy st

łoczyli  się  na  scenie,  Resse  znalazł  okazję,  by 

przysunąć się do Charley. Był tak blisko, że czuła dotyk jego 
biodra. 

 - 

Zobaczymy  się  później  -  wyszeptał  głosem  pełnym 

obietnic. 

background image

Rozdzia

ł 4 

Pr

óba  zmęczyła  wszystkich.  Chalmers  nie  był 

człowiekiem  skorym  do  żartów.  Podczas  próby  zachowywał 

się tak jak w czasie przesłuchań. Charley się nie myliła - to był 
gbur. 

 - 

Mam dokładnie dwa tygodnie, żeby z was, pozujących 

na  gwiazdy  przygłupów,  zrobić  aktorów  -  zaczął,  patrząc  z 

wyższością  gdzieś  ponad  ich  głowami.  Postawy  dopełniały 

ręce zaplecione z tyłu. 

 - 

Facet nie zapomina języka w gębie - mruknęła Charley 

do Allison. 

Allison odpowiedzia

ła uśmiechem, który zabłysnął i zgasł 

w  mgnieniu  oka.  Chalmers  nadal  gadał,  co  dało  Charley 

okazję, aby dokładnie przyjrzeć się profilowi Allison. Po raz 

kolejny  zadała  sobie  pytanie,  czy  ta  dziewczyna  wie,  z  kim 

naprawdę  zamieszkała  pod  jednym  dachem.  Gdyby  mogła 

znać odpowiedź, odzyskałaby spokój. Ale na uczucie spokoju 

trudno  było  liczyć  w  tym  interesie.  Mieć  się  na  baczności 

dwadzieścia cztery godziny na dobę, to był jedyny sposób, aby 

przetrwać. 

Monolog re

żysera trwał już dobre dwadzieścia minut. 

Charley pomy

ślała,  że  Chalmers  mówi  tak  długo  tylko 

dlatego,  że  upaja  go dźwięk  własnego  głosu.  Nie  oszczędzał 

ich  przez  resztę  dnia,  gdy  przygotowywali  główną  scenę 

sztuki. Było go wszędzie pełno, z każdym z osobna omawiał 

jego sposób gry, nie ćwiczyli jedynie układów tanecznych. 

To by

ło naprawdę wyczerpujące. 

Szczególnie dla Charley, któ

ra  w  dodatku  starała  się 

unikać  Reese'a,  a  właściwie  jego  wzroku.  Jako  inspicjent 

Reese musiał siedzieć koło Chalmersa i notować jego uwagi. 

Również do niego należało suflerowanie, gdyby ktoś z zespołu 

zapomniał jakąś kwestię. 

background image

Charley mia

ła  nadzieję,  że  robienie notatek zajmie nie 

tylko ręce, ale i oczy Reese'a. Myliła się. Ilekroć zerknęła w 

jego  stronę,  mogła  dostrzec,  jak  pieści  ją  czule  spojrzeniem. 

Tak czule, jak kiedyś robiły to jego ręce. 

Tymczasem min

ęła piąta i wszyscy odetchnęli z ulgą. To 

pewne, 

że  gdyby  nie  przepisy  związkowe,  gwarantujące 

ośmiogodzinny dzień pracy i odpowiednie przerwy, Chalmers 

kazałby im harować do bladego świtu. 

 - 

Wygląda  tak,  jakby  mógł  zacząć  od  początku  z  nową 

grupą  straceńców  -  powiedziała  Charley,  gdy  razem  z  Carol 

szły za kulisy. 

 - 

Nawet nie chcę myśleć, co będzie, gdy zaczniemy z nim 

ćwiczyć  układy  taneczne  -  Carol  ze  znużeniem  pokiwała 

głową. 

 - Nie ma choreografa? - 

zdziwiła się Charley. 

 -  On nim jest  - 

odpowiedziała Carol strapionym głosem, 

zarzucając  na  ramię  brezentową  torbę.  -  Chodź,  zobaczymy, 

kto  ma  przyjść  na  próbę  jutro  rano.  Dobry  Boże,  żebym  to 

tylko  nie  była  ja  -  westchnęła,  przewracając  oczami.  - 

Chciałabym  posiedzieć  w  wannie  jeszcze  przed  Bożym 
Narodzeniem - 

dodała kpiąco. 

Przy tablicy og

łoszeń  natknęły  się  na  Reese'a.  Właśnie 

przypinał do niej długą listę z nazwiskami. 

 - 

Próba o dziewiątej, moje panie - powiedział pogodnie, 

patrząc na Charley. 

 - 

Jesteśmy na liście? - z przestrachem w głosie zapytała 

Carol. 

 -  Owszem  - 

odpowiedział,  nie  przestając  przyglądać  się 

Charley. 

Charley przesun

ęła  się  niewygodnie,  by  uniknąć 

spojrzenia  Reese'a.  Patrzyła  na  Carol,  która  długim, 

szkarłatnym  paznokciem  wodziła  po  liście,  aż  wreszcie 

znalazła swoje nazwisko. 

background image

 - 

Rzeczywiście jestem - westchnęła. 

 - 

Przecież ci powiedział. Facet wie, co mówi, bo sam to 

napisał - powiedziała Charley, czując, że głos jej drży. 

C

óż  takiego  miał  w  sobie  Reese,  że  już  sama  jego 

obecność  odbierała  jej  pewność  siebie?  Rzuciła  na  niego 

przelotne  spojrzenie.  Wpatrywał  się  w  nią  zachłannie,  a  to 

tylko  pogarszało  sytuację.  Reese  uśmiechnął  się  tak,  jakby 

czytał w jej myślach. 

 - Do zobaczenia jutro - 

pożegnał je obie i odszedł. 

Charley odetchn

ęła  z  ulgą  i  pospiesznie  pożegnała  się  z 

Carol.  Rozejrzała  się  w  poszukiwaniu  Allison.  Ostatnio 

widziała ją, jak flirtowała z kimś z zespołu. Chciała ją złapać, 

zanim wyjdzie z teatru. Zdołała zrobić zaledwie parę kroków, 

gdy zatrzymał ją glos Carol: 

 -  Hej, Charley  - 

zawołała,  wyraźnie  zaintrygowana  -  tu 

jest jeszcze jakaś karteczka! 

 - Tak? Gdzie? - zapyta

ła Charley zawracając. 

Carol pokaza

ła  palcem  róg  tablicy.  Była  tam  odręczna 

notatka,  wzywająca  Charley  na  spotkanie  z  reżyserem  po 

próbie, w rekwizytorni. Carol patrzyła na nią zadziwiona. 

 - 

Z  nim  też  coś  cię  łączy?  -  zapytała.  Gdybym  była  na 

twoim miejsc

u,  trzymałabym  się  raczej  tego  dużego  faceta. 

Może  Chalmers  mógłby  ci  zapewnić  lepszą  przyszłość,  ale 

stawiam  moje  trzy  następne  wypłaty,  że  przy  tym  dużym 

będziesz zawsze uśmiechnięta - mimo zmęczenia oczy Carol 

zabłysły figlarnie. 

 - 

Ma na imię Reese - machinalnie odpowiedziała Charley, 

wpatrując się w kartkę. Określenie „duży facet" kojarzyło jej 

się  z  niezgrabnym  misiem.  Reese  nie  był  niezgrabny  i w 
niczym nie przypomina

ł  misia.  Charley  pamiętała  z 

dzieciństwa  swojego  ukochanego,  pluszowego  niedźwiadka. 

Niewinną,  miłą  zabawkę,  która  niczego  od  niej  nie  żądała. 

Reese żądał jej duszy. 

background image

 - 

Ja  wybrałabym  Reese'a  -  powiedziała  zdecydowanie 

Carol. 

Co do tego Charley nie mia

ła  żadnych  wątpliwości. 

Większość kobiet tak by zrobiła. Pewnie Carol uważała ją za 
lekko 

stukniętą, widząc, jak odrzuca zaloty Reese'a. Nie miała 

do niej o to pretensji. Sama uważała się za wariatkę - w końcu 

ile  razy  w  życiu  spotyka  się  kogoś  takiego  jak  on,  kto  na 

dodatek pragnie dać jej miłość. Usiłowała sobie przypomnieć, 

czy  w  FBI  obowiązują  jakieś  instrukcje  odnoszące  się  do 

miłości. To ją nawet rozbawiło. 

 -  Tymczasem jednak  - 

dodała Carol - starałabym się nie 

uchybić Chalmersowi. Wygląda na takiego, co może zamienić 

życie w piekło. 

 -  On to robi!  - 

rzucił  z  tyłu  jakiś  aktor,  który  też 

przyszedł,  by  sprawdzić  się  na  liście.  Na  widok  swego 

nazwiska tylko jęknął. 

 - 

Nie ma się czym przejmować - zapewniła Charley, gdy 

odeszły od tablicy - z żadnym z nich nic mnie nie łączy. 

Carol by

ła  wyraźnie  dotknięta,  że  Charley  nie  chce  jej 

powierzyć swoich sekretów. 

 - 

Jasne, jasne. Rób to po swojemu. Reese przez cały dzień 

wytrzeszczał  na  ciebie  oczy,  bo  pewnie  jest  krótkowidzem! 
Do jutra - 

rzuciła i opuściła salę. 

Charley z u

śmiechem  pokręciła  głową.  Teraz  należało 

odnaleźć reżysera. O co właściwie mogło mu chodzić? Nagle 

zamarła. Karteczka była napisana odręcznie, nie na maszynie, 

jak wszystkie ogłoszenia na tablicy. Może reżyser nie miał z 

tym nic wspólnego? Każdy mógł to napisać. Charley widziała, 

jak Allison wychodziła podczas próby. Miała dość czasu, by 

napisać  krótką  notkę.  Czy  to  Allison  popychała  ją  do 

decydującego starcia ze szpiegiem KGB? 

Wszystkie jej zmys

ły  wyostrzyły  się.  Ruszyła  wąskim 

korytarzem.  Wydawało  się,  że  w  pobliżu  nie  ma  nikogo. 

background image

Doszła  do  nieoznakowanych  drzwi.  Otworzyła  je  ostrożnie, 

wstrzymując  oddech.  Z  ulgą  wypuściła  powietrze.  To  była 
toaleta. 

Drzwi obok okaza

ły się tymi, których szukała. Otworzyły 

się  z  głośnym  skrzypieniem  i  Charley  znalazła  się  w 

rekwizytorni.  Z  miejsca,  w  którym  stała,  pomieszczenie 

wydawało się niewiele większe od toalety. Było niemożliwie 
zagracone rozmaitymi przedmiotami i nic w tym dziwnego, 

gdyż  sale  prób  w  teatrze  Minskoff  były  popularne  i  często 

używane. 

W pokoju by

ło ciemno. Odczuła nieprzyjemne mrowienie 

w  placach,  gdy  po  omacku  szukała  włącznika  światła.  W 

końcu go odnalazła i przekręciła kontakt. W tym momencie na 

ścianach  ukazała  się  plątanina  przedziwnych  cieni.  To  było 

jeszcze gorsze niż ciemności. 

 - Panie Chalmers? - 

zawołała niepewnie. 

C

óż  mógłby  robić  Chalmers  w  tym  ciemnym  i  dusznym 

pokoj

u?  Jeśli  znajdował  się  tu  naprawdę,  musiał  być 

miłośnikiem  czarnego  humoru.  Albo  lubił  grobowce. 

Grobowce!  To  naprawdę  pocieszające!  Zadrżała.  Czy 

Chalmers czeka tu na nią? Czy też jest tu ktoś inny?! 

Spr

óbowała  jeszcze  raz,  zakładając,  że  wiadomość  na 

tab

licy  okaże  się  prawdziwa.  Reżyserzy  bywają  czasem 

dziwni, a on z całą pewnością był dziwakiem. 

 -  Panie Chalmers?  - 

tym  razem  jej  głos  był  mocny  i 

czysty. 

Mo

że zagwizdać jakiś wesoły kawałek? - pomyślała. Nikt 

by  przynajmniej  nie  wiedział,  jak  się  boję,  o  ile by nie 

zauważył, jak mi się trzęsą kolana. 

Wreszcie da

ła  za  wygraną.  Wychodząc,  sięgnęła  do 

wyłącznika światła, lecz w tym momencie ktoś schwycił ją za 

rękę i wciągnął z powrotem do środka. Gdy drzwi się za nią 

zatrzasnęły, z przerażenia przestała oddychać. 

background image

Odwr

óciła  się  z  bijącym  sercem,  by  spojrzeć  na 

napastnika. 

 - Reese! 
 - 

Cieszę  się,  że  mnie  jeszcze  poznajesz  -  powiedział, 

puszczając ją. - Przez cały dzień mnie unikasz, sądziłem więc, 

że masz mnie już za kogoś obcego, a na dodatek natrętnego - 
w t

onie jego głosu, mimo pozornej lekkości, był żal. 

Mia

ł  rację,  unikała  go.  Ale  też  była  zajęta.  Próbowała 

poznać  jak  najwięcej  ludzi,  przeniknąć  do  tworzących  się 

grupek towarzyskich, mając nadzieję, że gdzieś znajdzie ślad 
pomocny w rozszyfrowaniu nieznanego agenta. 

Reese przysun

ął  się  do  niej,  a  ona  odsunęła  się,  a 

przynajmniej  takie  miała  wrażenie.  Stała,  uwięziona  między 

jakąś tarczą Wikinga a starym patefonem. 

 - 

Ty powiesiłeś tę kartkę? - zapytała. 

 - Ja - 

potwierdził, cały czas delikatnie wodząc palcami po 

jej twarzy. 

 - Po co? 
Cofnij g

łowę!  Zrób  unik!  Krzycz!  Zrób  cokolwiek!  - 

myślała w panice. No i coś przecież robiła. Rozkoszowała się 

jego bliskością. 

 - 

Tylko w ten sposób mogłem  być z tobą sam na sam - 

wyjaśnił. - W tym tłumie spieszących się ludzi nie ma za wiele 
miejsca. 

 - 

Tu też jest ciasno - zauważyła. 

 - To prawda - 

uśmiechnął się. 

A potem przywar

ł do niej tak mocno, że dokładnie czuła 

siłę jego ciała. Wziął ją w ramiona i trzymał tak, jak trzyma 

się delikatną różę. 

Nie pozw

ól się całować! Nie pozwól... nie... 

Charley nie mia

ła nic do powiedzenia. Jej wargi drgnęły 

tylko, gdy zaraz natrafiły na jego usta, delektując się słodyczą, 

jaką  w  nich  znalazły.  Zdawało  jej  się,  że  biją  dzwony. 

background image

Wszystko  powróciło.  Nigdy  zresztą  nie  odeszło  -  magia, 

miłość, pożądanie. 

 - 

Marzyłem o tym przez cały dzień - wyszeptał blisko jej 

policzka, oddychając szybko. - A ty, Charley? 

 - Mmm? 
Nie by

ła w stanie nic więcej powiedzieć. 

 - 

Jest jeszcze coś, o czym marzyłem przez cały dzień... 

Gwa

łtownie podniosła głowę. O nie, pomyślała. Chciał się 

z  nią  kochać.  Pocałunek  to  jedno.  Gdyby  się  kochali, 

dowiedziałby  się  wszystkiego  o  jej  uczuciach.  Nie  ukryłaby 

tego  przed  nim.  A  wtedy  Reese  dążyłby do  zajęcia  trwałego 

miejsca w jej życiu i do roztoczenia opieki nad nią za wszelką 

cenę. 

Nie mog

ła  na  to  pozwolić.  Gdy  opuszczała  go  po  raz 

pierwszy,  odgadywała  tylko  niebezpieczeństwo,  na  jakie 

mogła go narazić. Teraz miała pewność. 

 - 

Reese, trudno mi tu oddychać - poskarżyła się. 

Wiedzia

ła,  że  jeśli  zaraz  się  nie  odsunie  od  niego, 

ni

euchronnie  mu  ulegnie.  Jego  palce  błądziły w  jej  włosach, 

aż  poczuła  mrowienie  w  głowie.  Nie  była  pewna,  czy 

ogarniające ją drżenie jest widoczne. 

 - 

Mnie  też  trudno  oddychać  -  powiedział,  z  uśmiechem 

spoglądając jej w oczy. - To musi być miłość. 

 - Na pewno nie! To klaustrofobia. 
Spojrza

ł na nią ze zdziwieniem. Nawet przestał pieścić jej 

policzki. Charley odetchnęła z ulgą. 

 - 

Nie  wiedziałem,  że  cierpisz  na  klaustrofobię  - 

powiedział zdumiony. 

 - 

Dostaję fioła w takiej ciasnocie - stwierdziła. 

W jego twarzy, s

łabo  widocznej  w  tym  oświetleniu, 

próbowała  odnaleźć  ślad  zrozumienia  dla  tego,  co 

powiedziała.  Mimo  nędznego  światła  Reese  wyglądał 

wspaniale. Ona jednak usiłowała usunąć go ze swojego życia. 

background image

Chyba oszalałaś, beształa się w duchu - to bez sensu, tak się 

poświęcać. 

 - 

Możemy się spotykać w Parku Centralnym - zażartował, 

nie  przestając  drażnić  jej  ust  deszczem  delikatnych 

pocałunków.  -  Tyle,  że  będziemy  musieli  uważać  na 

tamtejszych bandziorów. Choć z drugiej strony, mogliby nam 

się przyglądać. 

Charley przymkn

ęła  oczy,  walcząc  ze  sobą  o  prawo  do 

ocalenia  tych  cudownych  chwil.  Ten  mężczyzna  był 

czarodziejem.  Uwalniał  jej  duszę  z  okowów  ciała  i  wiódł  ją 
przez nieznane, cudowne krainy. 

 - 

Nie  będą  się  przyglądać...  nie  będzie  czemu  się 

przyglądać... nic... ciekawego. Reese, proszę cię... 

 - 

Charley, gdzie jesteś?! - czysty, kobiecy głos wdarł się 

nagle  w  duszną  atmosferę  rekwizytorni.  Z  odległych  krain 

Charley  powróciła  na  Broadway.  Allison!  Wrogowie 

przychodzą na ratunek! 

Jeszcze jeden powód, aby ich nienawi

dzić. Drzwi uchyliły 

się i ta bezczelna blond - osóbka wsunęła głowę. 

 - 

Charley,  jesteś  tu?  -  zapytała,  robiąc  wielkie  oczy.  - 

Och, przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać. 

 -  Wcale nie przeszkadzasz, niestety  - 

powiedział  Reese, 

łagodnie kładąc dłonie na biodrach Charley. 

Ten swobodny, cho

ć nieprzypadkowy gest wywołał to, co 

miał wywołać - obudził w niej jeszcze większe pożądanie. 

Allison wygl

ąda  naprawdę  pociągająco,  pomyślała 

Charley,  obserwując  refleksy  światła  w  złotych  włosach 

dziewczyny.  Może  i  nie  była  agentką  KGB,  ale  nie  była  też 

całkowicie szczera. Charley zauważyła pełne zainteresowania, 

choć  ukrywane  spojrzenie  Allison,  które  biegły  w  kierunku 
Reese'a. 

background image

 - 

Nie  mogłam  cię  znaleźć  -  powiedziała  Allison,  ciągle 

patrząc  na  Reese'a.  Miała  tyle  przyzwoitości,  by  nie  patrzeć 

wprost, a tylko kątem oka. 

 - 

No  dobrze,  już  mnie  znalazłaś  -  powiedziała  Charley, 

usiłując  ominąć  Reese'a.  Odsunął  się  tylko  o  krok,  więc 

musiała  otrzeć  się  o  niego  ciałem.  Zdziwiła  się,  że  nie 

wywołało  to pomiędzy  nimi  wyładowania elektrycznego z 

jasnym snopem iskier. Dlaczego Reese tak się nad nią znęcał? 

Dlaczego ona znęcała się nad sobą samą? 

 - 

Domyślam  się,  że  z  kolacji  nici,  czy  tak?  -  zapytała 

Allison,  cały  czas  pożerając  Reese'a  swoimi  chabrowymi 
oczami. 

Charley odkaszln

ęła. 

 - 

Nie, wszystko w porządku - odezwała się głosem o całą 

oktawę wyższym niż zwykle. 

Kto by pomy

ślał,  że  jakaś  ofiara  podstępu  KGB 

przybędzie jej na ratunek i będzie ją chronić przed sobą samą. 

Świat stanął na głowie! Allison przecząco pokręciła głową. 

 - 

Nie, widzę, że macie swoje sprawy. Poza tym - muszę 

jeszcze powtórzyć swoją rolę. Do zobaczenia wieczorem... lub 
kiedy tam wypadnie - 

uśmiechnęła się znacząco. 

Charley przysz

ło do głowy, że Allison ustępuje tak łatwo 

nie bez powodu. Może liczyła, że na dłużej zostanie w domu 

sama, co pozwoli jej zająć się organizacją swoich kontaktów. 

Charley  miała  tylko  nadzieję,  że  będzie  używać  do  tego 

telefonu. Jej linia miała połączenie z pracownią Maxa, a tam z 

magnetofonem, który był przesłuchiwany codziennie rano. 

 - Spostrzegawcza dama - 

powiedział Reese, zwracając się 

do Charley. - 

Od razu wiedziała, że chcemy zostać sami. 

 - 

My  nie  chcemy  zostać  sami  -  sprostowała  Charley.  - 

Chcemy iść potańczyć, gdzieś, gdzie jest dużo ludzi i głośna 
muzyka - 

miała nadzieję, że w takim miejscu będzie bardziej 

odporna na jego czar. 

background image

 - 

Przecież  nie  lubisz  tłumów  i  głośnej  muzyki  - 

przypomniał,  ujmując  ją  pod  ramię,  gdy  wychodzili  z 
rekwizytorni. 

 - 

Zmieniłam się - skłamała. Nienawidziła dyskotek. 

 - 

Zauważyłem  -  powiedziała  w  zamyśleniu.  -  W 

porządku. 

 - 

Co, w porządku? 

 - 

Poszukajmy  jakiejś  zatłoczonej  dyskoteki  z  głośną 

muzyką. 

O Bo

że,  jęknęła  w  duchu.  Czy  naprawdę  miał  zamiar 

zaprowadzić  ją  do  jednego  z  tych  miejsc,  gdzie  ludzie 

popisują  się  fryzurami,  jakby  trzymali  włosy  w  pudełkach  z 

pastelami,  a  poziom  decybeli  powoduje,  że człowiek  oblewa 

najbliższy  test  słuchu?!  Dlaczego  po  prostu  nie  pójdzie  do 
domu i nie zostawi jej w spokoju? 

Życzenia  Charley  spełniły  się  przynajmniej  częściowo. 

Reese zmierzał do domu. Tyle, że zabierał ją ze sobą. Przez 

pierwsze  dziesięć  minut,  mimo  iż  kierowali  się  na  północny 

wschód,  utrzymywał  ją  w  przekonaniu,  że  idą  do  jakiegoś 

klubu,  z  muzyką  i  tańcami.  Zaczęła  coś  podejrzewać,  gdy 

wszedł  do  baru,  z  którego  dolatywały  smakowite  zapachy,  i 

kupił  dwie  bagietki  wypełnione  różnymi  smakołykami.  Nikt 

przecież  nie  idzie  do  dyskoteki  z  bagietkami  pod  pachą  - 
wszystko jedno, jak bardzo apetycznymi. 

 -  Nie idziemy do dyskoteki, prawda?  - 

zapytała,  gdy 

znowu znaleźli się na ulicy. Chwycił ją pod ramię. Wydawało 

się, jakby wypełniający chodnik tłum powracających do domu 
ludzi mia

ł zamiar ich rozdzielić. 

 - 

Domyślna  dziewczynka  -  pochwalił  ją  Reese, 

zatrzymując  się  na  skrzyżowaniu,  w  oczekiwaniu  na  zielone 

światło. - Zawsze wiedziałem, że masz zadatki na detektywa. 

 - 

Lepiej, żebyś za dużo nie wiedział - mruknęła Charley 

pod nosem. Spojrzał na nią przez ramię. 

background image

 - 

Mówiłaś coś? 

 - 

Zapytałam, dlaczego nie idziemy na kolację, skoro nie 

chcesz mnie zabrać na tańce - krzyknęła, pragnąc rozpaczliwie 

pozostać między ludźmi. Sama będzie zgubiona! 

Reese spojrza

ł na nią z wyrzutem. O mało nie wrzasnęła 

mu prosto do ucha! Popatrzyła na niego przepraszająco. 

 - 

Ależ  zabieram  cię  na  kolację  -  powiedział  -  i to w 

bardzo ekskluzywne miejsce. Chodźmy już! 

 - 

Założę się - odcięła się Charley - że zabierasz mnie do 

siebie. 

 - 

Być może, być może - powiedział z błyskiem w oczach. 

W  ten  sposób  miałbym  przynajmniej pewność,  że  nie 

zerwiesz  się  nagle  i  nie  wybiegniesz,  żeby  się  spotkać  z 

wujem  Maxem.  Charley,  przecież  ty  nie  masz  żadnego wuja 
Maxa! 

Nie by

ło  sensu  zaprzeczać.  Wiedział  o  niej  wszystko. 

Przez ten krótki czas, gdy byli razem, otworzyła się przed nim. 

Opowiedziała mu też o swojej całej rodzinie. Pamiętał. 

On jest zbyt dobry, aby go utraci

ć,  usłyszała  cichy  glos 

płynący  z  głębi  duszy.  Musiała  uznać  chwiejność  swojego 

charakteru.  Milczała  przez  resztę  drogi,  aż  do  skrzyżowania 

ulic Pierwszej i Siedemdziesiątej ósmej, gdzie Reese mieszkał. 

 - 

Ładny  dom  -  pochwaliła,  gdy  wchodzili  do  budynku. 

Hall był obszerny i świeżo pomalowany, a jej buty stukały o 

posadzkę ułożoną z białych i czarnych płytek. - Daleko lepszy 

od starego. Masz nawet windę! 

 - 

Czasem pozwalam z niej korzystać innym lokatorom - 

powiedział,  gdy  znaleźli  się  w  kabinie.  -  O  ile  obiecają,  że 

będą dla mnie mili. 

 -  Ja 

niczego nie obiecuję - odpowiedziała, żartując tylko 

w połowie.. 

background image

 - 

Za późno. Już się przejechałaś. A ja pobieram opłatę - 

wyprowadził  ją  z  kabiny,  która  zatrzymała  się  na  trzecim 

piętrze. - Zawsze pobieram - dodał. 

To g

łupie,  ale  ta  wymiana  zdań  sprawiła,  że  dreszcz 

przeszedł  jej  po  plecach.  Miała  ostatnią  szansę.  Był 

odwrócony  tyłem,  gdy  otwierał  drzwi.  Jeżeli  nie  ucieknie 

teraz, będzie zgubiona! 

Nie uciek

ła. 

Mieszkanie Reese'a od razu przypad

ło jej do gustu. Salon 

był  duży,  z  kilkoma  oknami  wychodzącymi  na  południe, 

dającymi mnóstwo światła. Jedną stronę zajmowała kanapa i 

dwa fotele, drugą zaś - niewielki, okrągły stół i dwa krzesła. 

Białe ściany ozdabiało kilka kolorowych plakatów teatralnych, 

nie wyłączając tego ze sztuki „O mały włos". 

Charley przezornie nie patrzy

ła  na  ten  plakat. 

Obserwowała Reese'a, który zmierzał w kierunku najdalszego 

kąta  pokoju,  gdzie  sięgający  pasa  blat  oddzielał  salon  od 

maleńkiej kuchenki. 

 - 

Znajdź  sobie  jakieś  wygodne  miejsce  -  poprosił 

spoglądając  na  nią,  gdy  wyjmował  z  szafki dwa wielkie 
talerze.  - 

To  znaczy,  mogłabyś  usiąść  -  dodał,  widząc,  jak 

bardzo jest spięta. 

 - 

Usiądę - odpowiedziała, kładąc torbę na podłodze - ale 

nie będzie mi wygodnie. 

 - 

Pozwól, że ja się tym zajmę - powiedział, niosąc w obu 

rękach talerze z kanapkami. 

 - 

Może  nie  powinnam  siadać  -  Charley  zerwała  się  na 

równe  nogi.  Spoglądając  na  niego  z  dołu  czuła  się  taka 
bezbronna. 

Wcisn

ął jej talerz do ręki. 

 - 

Wiesz,  lekarze  ostrzegają,  że  gdy  się  je  na  stojąco,  to 

jedzenie idzie prosto w stopy. Chyba nie chcesz sobie 

zrujnować tej twojej piąteczki? 

background image

Usiad

ł przy stole. Charley pomyślała, że zalecenia lekarzy 

nie dotyczą wszystkich w jednakowym stopniu. 

 - 

Jeżeli  usiądę,  mogę  sobie  zrujnować  coś  innego  - 

zażartowała, lecz usiadła. - Czuję, że znowu odzywa się moja 
klaustrofobia - 

dodała ciszej. 

 - 

Jedyny sposób, by rozprawić się z problemem, to stanąć 

z  nim  twarzą  w  twarz  -  powiedział  Reese,  nachylając  się  do 
niej niebezpiecznie blisko. 

 - 

Ja... nie uważam... żeby... to było słuszne... teraz. 

Dlaczego tu jest tak ma

ło  tlenu,  myślała.  Przecież  to 

zaledwie trzecie piętro. Przysunął do niej twarz. 

 - Twoja kanapka... - 

przypomniała mu, starając się, by jej 

głos nie zdradził rozpaczy. 

 - 

Przeszła  mi  nagle  chęć  na  salami  -  powiedział, 

wpatrując  się  w  nią  zniewalającym  wzrokiem  i  głaszcząc  jej 
policzek. 

 - 

A na co... masz chęć? 

 - Na ciebie. 
Wyszepta

ł  te  słowa  tuż  przy  jej  ustach.  Wszystkie  jej 

zmysły  zawrzały.  Zapomniała  o  jedzeniu.  O  jednym  tylko 

mogła myśleć, jedno mogła widzieć - to był Reese! 

Nie powinna by

ła  tu  przychodzić.  Nie  powinna  była 

przychodzić...  Lecz  każda  cząstka  jej  istoty  czuła 

wdzięczność, że tu jest. 

Po czarownej chwili, kt

óra  zdawała  się  wiecznością,  ich 

usta  złączyły  się.  Cały  jej  opór  załamał  się,  zdruzgotany 

trzecim  pocałunkiem.  Już  nie  było  aktorek na próbach, ani 
agentów KGB, tylko oni sami: Charley i Reese, i nie zjedzone 
kanapki. 

Zarzuci

ła  Reese'owi  ramiona  na  szyję,  poddając  się 

całkowicie.  Była  tylko  ludzką  istotą.  Miała  wrażenie,  jakby 

ogarniał  ją  całą  ze  wszystkich  stron  jednocześnie,  mimo  że 

ciągle  jeszcze  siedzieli  na  niskich,  drewnianych  krzesłach. 

background image

Reese wstał powoli, a wraz z nim ona. Przylgnęła do niego z 

takim uczuciem szczęścia, o jakim zapomniała, że kiedyś było 

jej udziałem. 

 - Witaj znowu - 

wyszeptał do jej ucha. - Witaj w domu. 

background image

Rozdzia

ł 5 

Charley przesta

ła  myśleć  o  czymkolwiek  poza  Reesem. 

Na nim skupiły się wszystkie jej myśli, niby drogi, które jak 

wiadomo  zawsze  prowadzą  do  Rzymu.  Ulegała  żądaniom 

serca, wprost nie wierząc, że można tak bardzo kogoś pragnąć. 

Starała  się  ze  wszystkich  sił  opanować  drżenie.  Na  próżno. 

Przytuliła  się  do  Reese'a,  by  uspokoić  roztrzęsione  ciało. 

Przypominało  to  gaszenie  ognia  przez  dorzucanie drew. 
Obejmuj

ąc  go,  gładziła  jego  plecy  przesuwając  dłonie  to  w 

górę, to w dół. Zdała sobie sprawę, że robi wszystko, aby go 

mieć. 

 -  Jeszcze!  - 

poprosił,  gdy  na  chwilę  przestała.  Wsunął 

ręce do tylnych kieszeni jej dżinsów i przygarnął ją do siebie, 

obejmując dłońmi jędrne pośladki. 

Wydawa

ło jej się, że żar narastającego podniecenia stopi 

ich oboje i zamieni w 

rzekę rozszalałej lawy. Miała w głowie 

wszystkie słowa o miłości, jakie kiedykolwiek słyszała. Było 

ich jednak za mało, by opisać tę chwilę. 

Ich wargi spotka

ły  się  znowu.  Poczuła  język  Reese'a 

wnikający  do  jej  ust,  wypełniający  je.  Reese  wiedział,  jak 
dop

rowadzić  ją  na  skraj  przepaści,  nie  pozwalając  jej  spaść. 

Był urodzonym kochankiem. I był jej! 

 - 

To niegodziwe, co ze mną robisz - wyszeptała Charley. 

Ledwo mogła mówić. 

 - 

To  dopiero  początek  -  zapewnił.  Ogarniał  ją  rosnący 

płomień namiętności. 

 - Obejmij mnie - 

zawołała, dotykając wargami jego ust. 

 - 

To  właśnie  robię  -  jego  zachrypły  z  pożądania  głos 

wibrował tuż przy jej twarzy. 

 - Mocniej - 

jęknęła błagalnie. 

Reese spojrza

ł jej w oczy. Ogrom uczuć, jaki dostrzegła w 

jego  spojrzeniu,  przestraszył  ją,  wręcz  przeraził.  Być  może 

jutro  znów  będą  agenci,  intrygi  i  zagrożenie.  Dziś  jest  tylko 

background image

Reese.  Wystarczyło,  że  widziała,  jak  bardzo  jej  pragnie,  by 

być blisko ekstazy. Nie miała już odwrotu. Jeszcze raz podała 

mu usta do pocałunku, lecz Reese odsunął ją łagodnie. 

 - 

Moja  pani,  byłem  przekonany,  że  cię  utraciłem. 

Utraciłem na zawsze. Wmawiałem sobie, że byłaś wytworem 

mojej  wyobraźni,  czymś  wyrosłym  we  mnie  ponad  miarę. 

Nagle  wczoraj  zobaczyłem  cię  tam,  w  teatrze,  podczas 

przesłuchań. Myślałem, że śnię, a teraz pragnę cię bardziej niż 
kiedykolwiek.  - 

Mówiąc te słowa, patrzył jej prosto w oczy i 

łagodnie dotykał jej twarzy. 

 -  Mów jeszcze  - 

szepnęła.  Słowa,  które  wypowiadał, 

zniewalały  ją  bardziej  niż  pieszczoty.  -  Och, Reese! Kochaj 
mnie! Po prostu mnie kochaj! 

 -  Mam taki zamiar  - 

odpowiedział,  wodząc  wargami  po 

delikatnej linii jej szyi. 

W g

łowie  Charley  wystrzeliły  fajerwerki.  Szyja  zawsze 

należała do najbardziej pobudliwych miejsc na jej ciele. Lecz 

w tym momencie pewnie tak samo by reagowała, gdyby Reese 
p

ieścił paznokcie jej stóp. Znów przytulił ją do siebie. 

 - 

Nigdy  nie  lubiłem  na  tobie  takich  bluzek  -  wyszeptał. 

Palcem odsunął lekko bluzkę z jej ramienia. 

Najpierw poczu

ła  jego  ciepły  oddech  w  zagłębieniu,  tuż 

nad  obojczykiem,  a  potem  całą  mozaikę  pocałunków na 

odsłoniętym ramieniu. Całe jej ciało przeszył dreszcz. 

 - 

Właściwie  -  ciągnął  Reese  z  leciutkim  uśmiechem  - 

nigdy  nie  lubiłem  na  tobie  żadnych  ubrań.  Lepiej  wyglądasz 
naga. 

Charley westchn

ęła tylko, gdy Reese ujął skraj jej bluzki i 

uniósł ją do góry ponad jej piersiami. 

Poczu

ła przelotny chłód, lecz zaraz potem ogarnęły ją fale 

gorąca.  Została  jedynie  w  koronkowym  staniku,  który 

ukazywał  więcej,  niż  zasłaniał.  Reese  uśmiechnął  się,  co 

jeszcze wzmogło jej rozpalenie. Przez chwilę wpatrywał się w 

background image

nią,  a  potem  leniwie  przesunął  palcami  po  górnych 

wypukłościach  jej  piersi.  Bez  pośpiechu  sięgnął  do  kokardki 

łączącej obie miseczki. 

 - 

Co będzie, jak za to pociągnę? - pochylił się ku niej i 

powoli zgłębiał tajemnicę zapięcia. 

 - 

Zdobędziesz nagrodę - wyszeptała. 

 - 

Co to będzie? 

Charley nie wiedzia

ła, jak zdołała opanować drżenie. 

 - Ja - 

wykrztusiła wreszcie. 

 -  Hmm...  - 

mruknął,  przedłużając  grę  i  doprowadzając 

Charley  do  granic  szaleństwa.  -  Jeszcze nigdy niczego nie 

wygrałem. Czy to ma znaczyć, że wystarczy pociągnąć za tą 

małą, magiczną wstążeczkę i będziesz należeć do mnie? 

Tylko kiwn

ęła  głową,  niezdolna  nagle  do  powiedzenia 

choćby  jednego  słowa.  Reese  delikatnie  ujął  koniec 

cieniutkiego  paseczka  materiału  i  pociągnął  go  do  dołu. 

Kokardka  rozwiązała  się  i  obie  miseczki  stanika  zsunęły  się 
uwodzicielsko z piersi Charley. 

Reese pochyli

ł  głowę,  a  Charley  jęknęła  tylko,  czując 

gorący dotyk jego warg. Zmierzał do jej kusząco wspaniałych 

wypukłości,  rozpoczynając  od  miejsca  pomiędzy  nimi.  Gdy 

musnął językiem naprężone sutki, wczepiła się palcami w jego 

włosy, przytulając jego głowę mocno do siebie. Przez całe jej 

ciało przepływały fale gorąca. Dojmująco pragnęła pozbyć się 

reszty  ubrania.  Wszystko,  czego  chciała,  to  czuć  jego  ciało 

blisko, bez niczego, co mogłoby ich dzielić. 

Odsun

ęła  się  trochę  i  sięgnęła  do  guzików  jego  koszuli. 

Reese stał bez ruchu, gdy je rozpinała i zsuwała koszulę z jego 

ramion,  lecz  gdy  próbowała  uwolnić  go  z  rękawów, 

przyciągnął ją do siebie i wziął w objęcia z powstrzymywaną 

namiętnością. Ujął jej piersi, złączył je razem i zaczął się o nie 

ocierać obnażonym torsem. 

 - Chcesz tak? - 

zapytał łagodnie. 

background image

 - O, tak - 

westchnęła. 

On wie wszystko, pomy

ślała  Charley.  Znał  wszystkie 

pragnienia,  jakie  w  niej  budził.  Był  jakby  drugą  połową  jej 
dus

zy. Jego ręce powolnym ruchem zsunęły się z jej piersi i 

zatrzymały  na  biodrach.  Odsunął  się  łagodnie,  na  tyle,  by 

rozpiąć dżinsy. Gdy suwak ustąpił, Reese ściągnął jej spodnie 

i  majteczki.  Charley  zamarła  w  oczekiwaniu.  Gdy  Reese 

wprost  pożerał  oczami  łagodną  doskonałość  jej  ciała, 

uświadomiła  sobie,  że  ledwo  stoi  na  nogach.  Chwiejąc  się, 

wsparła się na nim, rozluźniła pasek jego spodni, a po chwili 

już  mocowała  się  z  zapięciem.  Czuła,  jak  drżą  jej  palce. 

Wreszcie  poradziła  sobie  z  suwakiem,  a  jej  dłonie  błądziły 

wzdłuż  jego  naprężonej  męskości.  A  potem  jednym  ruchem 

ściągnęła  z  niego  wszystko.  Tu  już  nie  było  żartów!  Ludzie 

tak spragnieni nie są do nich zdolni. 

Reese kopniakiem odrzuci

ł  ubranie  na  bok  i  znowu 

przytulił ją do siebie. Charley płonęła. Nie protestowała, gdy 

położył  ją  na  podłodze.  Gwałtownie  wciągnęła  powietrze  -  i 

pod  wpływem  jego  pocałunków,  jak  i  tego,  że  podłoga  była 

bardzo zimna. Była także, ponad wszelką wątpliwość, twarda. 

Reese opamiętał się na moment. 

 - Bardzo ci niewygodnie? - zapyt

ał, spoglądając na drzwi 

swojej małej sypialni. - Tam jest łóżko - dodał ochryple. 

Charley wyci

ągnęła  ramiona  i  przycisnęła  jego  głowę  z 

powrotem do siebie. 

 - Za daleko - 

zamruczała. 

Pomimo ogromnego napi

ęcia  Reese  uśmiechnął  się  i 

ściągnął z kanapy trzy poduszki. 

 -  Teraz lepiej?  - 

zapytał,  układając  je  pod  nią.  Powoli 

potrząsnęła głową. 

 - Jeszcze nie, jeszcze nie - 

szepnęła. 

Wiedzia

ł, co miała na myśli. 

background image

Nie rozmawiali ju

ż więcej o sypialni i niewygodach. Dwie 

bliskie dusze, które zbyt długo były rozdzielone, złączyły się 

nareszcie.  Spragnione  usta  Reese'a  zawładnęły  ciałem 

Charley, całując ją bez końca. Z miłości i pożądania znalazła 

się  na  granicy obłędu.  Jej  usta, mimo  odrętwienia,  błagały o 

jeszcze. Charley była nienasycona. 

Reese uni

ósł się na łokciu, popchnął ją głębiej na poduszki 

i  położył  się  na  niej.  Czując  jego  ciężar,  miała  wrażenie,  że 

znalazła  się  w  niebie.  Jej  ciało  prężyło  się,  odwzajemniając 

miłość. 

Nie m

ógł  czekać  ani  chwili  dłużej.  Łagodnym  naporem 

ciała  rozchylił  jej  nogi i  wszedł  do  raju,  który tak  długo był 

przed nim zamknięty. 

To by

ł raj. Charley jęknęła, tracąc prawie świadomość. 

 - Powoli - 

usłyszała gorący szept Reese'a. - Mamy przed 

sobą całą wieczność. 

Lecz pomimo szale

ństwa  uczuć  Charley  miała 

świadomość,  że  to  nieprawda.  Przylgnęła  do  niego,  choć 

wiedziała, że nie powinna tego robić. 

 - 

Ta chwila, Reese! Liczy się tylko ta chwila - zawołała. 

 - 

Och,  Charley,  Charley.  Tak  za  tobą  tęskniłem  - 

wyszeptał i poprowadził ją na wyżyny, na które tylko on mógł 

ją zabrać. 

To by

ła  szalona,  magiczna  podróż  do  wieczności.  Tylko 

jego  rozkołysane  ciało  łączyło  ją  z  rzeczywistością,  gdy 

wznosiła  się  ku  niebu  i  sięgając  gwiazd  odsuwała  od  siebie 

cały realny świat. 

Lecz wszystkie podr

óże mają swój kres. 

Charley westchn

ęła głęboko. Spokojna błogość przenikała 

jej  ciało  i  rozlewała  się  od  stóp  do  głów.  Otworzyła  oczy  i 

spojrzała na Reese'a. Wiedziała, że go kocha. Nie było sensu 

zaprzeczać. Ten wieczór rozwiał złudzenia. 

background image

Czu

łym  gestem  odgarnęła  kosmyk  ciemnych  włosów, 

który zsunął się na czoło Reese'a. 

 - 

Nie trudź się - powiedział. - Za chwilę znowu opadnie. 

 - Znowu? - 

zapytała, odgadując jego myśli. 

 - Znowu? - 

potwierdził z błyskiem w oczach. 

 - 

Twój zapał mnie zdumiewa. 

 - 

Przez dwanaście miesięcy można nabrać dużo zapału - 

powiedział,  biorąc  w  dłonie  jej  twarz.  Spojrzała  na  niego 

zdumiona. Chyba nie miał na myśli... 

 - 

Dwanaście miesięcy? - zapytała. 

U

śmiechnął  się  do niej,  najzwyczajniej  potwierdził  -  bez 

fanfar i bez zakłopotania: 

 - 

Należę do tego rzadkiego gatunku mężczyzn, za którym 

wy, kobie

ty  powinnyście  się  uganiać.  Muszę  coś  czuć  do 

kobiety,  zanim  pójdę  z  nią  do  łóżka.  Pozbawiona  uczuć 

kopulacja  nie  ma  dla  mnie  żadnego  uroku  -  uśmiechnął  się 

szeroko, widząc jej zdumienie. - Zawsze zostaje jogging, jak 

trzeba się trochę zmęczyć - dodał. 

My

ślami  powróciła  do  słów,  które  wypowiedział 

przedtem. 

 - A co teraz czujesz? - 

zapytała, pragnąc, by mówił jej o 

miłości, a zarazem zdając sobie sprawę, że to może prowadzić 

do  zguby.  Była  jak  ćma  zwabiona  blaskiem  płomienia.  Nie 

zdołała w pełni opanować zasad wpajanych jej w FBI... 

 -  Jestem wyko

ńczony  -  zwierzył  się  -  ale  czuję  się 

wspaniale. 

 - 

Tak właśnie wyglądasz - powiedziała, ukrywając zawód, 

jaki sprawiły jej te słowa. 

 - 

Upewnijmy  się  -  zaproponował  z  diabolicznym 

błyskiem w oczach. - Ale tym razem - podniósł się na kolana i 

podał jej rękę - skorzystamy z łóżka. 

background image

Wsta

ł, pociągając ją za sobą. A potem znów ją pocałował. 

Pocałunek,  który  prawie  odebrał  jej  świadomość,'  był 

wspaniały, pełny i bogaty. 

 - 

Ciągle za daleko do sypialni? - zażartował. 

 - 

Właściwie...  nie  tak  bardzo...  -  leniwie  wymawiając 

słowa, oparła głowę na jego muskularnej piersi. 

W nast

ępnej chwili Reese wziął ją na ręce. 

 - 

Żebyś  nigdy  nie  mówiła,  że  nie  jestem  rycerskim 

kochankiem  - 

powiedział  ze  śmiechem,  niosąc  ją  do 

sąsiedniego pokoju. 

Charley przylgn

ęła policzkiem do jego owłosionego torsu, 

wsłuchując  się  w  uspokajający  rytm  serca.  Zamknęła  oczy, 

odgradzając  się  od  czekających  ją  następnego  dnia 

niebezpiecznych zadań. 

Lecz jutro, chciane czy nie, nadchodzi. 
Charley i Reese, wyczerpani, zapadli w g

łęboki sen. 

Charley obudzi

ła się i zobaczyła księżyc. Jego promienie 

przenikały przez firanki jak leciutkie zorze. Przez chwilę nie 

wiedziała,  gdzie  jest.  Niepokój,  jaki  poczuła,  szybko  ustąpił, 

gdy  do  jej  świadomości  dotarł  odgłos  miarowego oddechu 

Reese'a.  Cudowny  Reese!  Wydarzenia  nocy  wróciły,  a  ona 

pozwoliła, by przez chwilę zawładnęły nią bez reszty. 

Mimo wszystko jednak by

ła  zbyt  doświadczoną 

profesjonalistką,  by  bez  reszty  stracić  głowę.  Jej  uwagę 

przyciągnęło  zielone  światełko  elektronicznego zegarka 

stojącego  na  nocnym  stoliku.  Była  3:19.  Niezbyt  przyjemna 

pora dla kobiety wracającej do domu ulicami Nowego Jorku. 

Lecz  miała  przecież  rewolwer  i  przeszła  szkolenie  obronne; 

mogła  czuć  się  pewnie  Mieszkała  niedaleko,  a  pozostanie  u 
Rees

e'a było bardziej niebezpieczne. 

Charley wiedzia

ła,  że  powinna  wyjść.  Narobiła  już  dość 

szkód w swoim dobrze skonstruowanym systemie 

bezpieczeństwa  kochając  się  z  Reese'em.  To,  co  się  stało, 

background image

niczego  nie  zmienia.  Zadanie  musi  być  wykonane.  Miała 
jednak wyrz

uty sumienia. Jeśli w ten sposób podchodziła do 

swoich  obowiązków  w  czasach,  gdy  bezpieczeństwo  kraju 

było  zagrożone...  Nawet  nie  dokończyła  tej  myśli.  Była  też 

winna tego, że naraża Reese'a. 

Mimo tych my

śli  bardzo  pragnęła  go  dotknąć.  Chciała 

pogłaskać  go  po  głowie,  pozwolić  palcom,  by  ułożyły  jego 

czarne,  gęste  włosy.  Ale  to  mogłoby  go  obudzić.  Gdyby  tak 

się  stało,  już  by  mu  nie  umknęła.  Jemu  lub  też  własnym 

uczuciom. Charley pospiesznie wysunęła się z łóżka. 

W salonie pozbiera

ła swoje porozrzucane rzeczy i ubrała 

się.  W  pięć  minut  później  wychodziła  z  mieszkania,  nie 

oglądając się za siebie. Nic lepszego nie mogła zrobić. 

Mroczne ulice mia

ły pewien urok - miasto było ogarnięte 

niezwykłą  ciszą,  przerywaną  od  czasu  do  czasu  warkotem 
samochodu. Charley zmusi

ła  się,  by  myśleć  jedyn ie  o  tym, 

aby iść pewnie - krok za krokiem. 

Jaki

ś samochód zwolnił i zatrzymał się przy niej. 

 - Taksówka dla pani? - 

zawołał kierowca. 

G

łos  miał  dziwnie  pogodny,  jak  na  tę  porę  nocy, 

pomyślała  Charley.  Nagle  stała  się  czujna,  wszystkie jej 

zmysły wyostrzyły się. 

 - 

Nie, raczej się przejdę - odpowiedziała. 

 - 

Żeby  to  nie  była  ostatnia  przechadzka  w  pani  życiu  - 

kierowca ostrzegł ją przyjaźnie. Może nawet zbyt przyjaźnie, 

pomyślała. 

 - Jest pani z prowincji? - 

zapytał. 

 -  Nie  -  odpowie

działa,  mając  nadzieję,  że  wreszcie 

odjedzie. Przyspieszyła kroku, ale to nie pomogło. 

 - 

Więc  nie  ma  pani  za  grosz  rozumu  w  głowie  - 

powiedział. - Mam córkę w pani wieku - przerwał i Charley 

pomyślała, że może wreszcie da za wygraną. Jednak ostatnio 
spraw

y nie układały się po jej myśli. 

background image

 - 

Jakieś przykrości? - dopytywał się dalej. 

 - W pewnym sensie - 

odpowiedziała wymijająco. 

Je

śli określenie „przykrość" miało oznaczać pozostawienie 

Reese'a, to owszem, spotkała ją przykrość. 

 - 

Mam złe przeczucie - powiedział kierowca, rozglądając 

się  dookoła.  W  zasięgu  wzroku  nie  było  żywej  duszy.  -  Nie 

powinienem tego robić, ale... - zatrzymał się i otworzył tylne 
drzwi. - 

Proszę wsiadać. 

 - Co takiego? - 

zapytała Charley, oszołomiona. 

 - 

Proszę wsiadać! - powtórzył. - Zawiozę panią do domu. 

Nie  musi  pani  płacić.  Nie  chcę  mieć  jakiejś  dziewczyny  na 
sumieniu - 

dodał poważnie. 

Charley pomy

ślała,  że  to  może  być  zasadzka.  Z  drugiej 

strony,  gdyby  był  z  KGB,  mógłby  ją  po  prostu  przejechać, 

zamiast bawić się w tę całą dyskusję. Może rzeczywiście był 

tylko tym, na kogo wyglądał. 

Potakn

ęła z uśmiechem. 

 - 

Dziękuję - powiedziała i wsiadła do taksówki. 

 - 

To  mi  się  podoba.  Z  wami,  młodymi,  zawsze  trzeba 

stracić trochę czasu - powiedział, kiwając głową. 

Gdy tylko Charley zatrzasn

ęła  drzwi,  światło  na  dachu 

samochodu  zgasło.  Z  identyfikatora  odczytała,  że  kierowca 

nazywa  się  Marvin  Sykes.  Przez  całą  drogę  mówił  dużo  i 

szybko.  Jego  monotonny,  uspokajający  głos  odsunął  od  niej 

inne myśli. I uczucia. 

Gdy dojechali na miejsce, pr

óbowała  zapłacić,  lecz 

Marvin  odmówił.  Gdy  odeszła,  uśmiechnął  się  pod  nosem, 

spod  deski  rozdzielczej  wyciągnął  mikrofon  i  nadał  krótki 
komunikat: 

 - 

Dowiozłem ją do domu, Max. 

 - Nareszcie - 

padła zwięzła odpowiedź. 

Charley wesz

ła po  cichu  do  mieszkania,  niepewna,  co w 

nim zastanie. Tak to jest, gdy się mieszka pod jednym dachem 

background image

z  kimś,  kto  współpracuje  z  KGB.  Nerwy  bez  końca.  Mimo 

wszystko była zadowolona, że zadanie odciąga jej uwagę od 

Reese'a.  Odciąga?  Przecież  całą  uwagę  powinna  poświęcać 

obowiązkom. Jeśli miała być użyteczna, powinna natychmiast 

przywrócić sprawom właściwą hierarchię. 

Allison le

żała na kanapce, pogrążona w głębokim śnie. Z 

tymi  swoimi  złotymi  włosami  rozrzuconymi  na  poduszce 

wyglądała  jak  śpiący  anioł.  Ale  pozory  mylą.  Charley 

zastanawiała  się,  czy  Allison,  korzystając  z  samotności, 

próbowała  załatwić  swoje  sprawy.  Biuro  wyznaczyło 

człowieka,  który  śledził  ją  przez  cały  czas.  Max  na 

jutrzejszym spotkaniu będzie miał jego raport. 

Charley wesz

ła do sypialni, starając się odsunąć od siebie 

wszystkie 

myśli.  Potrzebowała  snu.  Jednak  następne  dwie 

godziny  spędziła  leżąc  w  ubraniu  i  obserwując  cienie 

przesuwające się po suficie. Będę dziś wyglądała jak strach na 

wróble, pomyślała, gdy wreszcie wstała i poszła do łazienki. 

Co sobie pomy

śli  Reese,  gdy  się  obudzi?  Pewnie,  że 

zakochał się w wariatce. 

Mo

że  to  i  prawda,  pomyślała  ze  smutkiem,  przyglądając 

się swojemu odbiciu w lustrze. 

background image

Rozdzia

ł 6 

Od agent

ów oczekuje się, by mieli nerwy ze stali. Jednak z 

nerwami  Charley  coś  nie  było  w  porządku.  To  jedyne 

wytłumaczenie, dlaczego aż podskoczyła, gdy rano, na próbie 

Reese zaszedł ją od tyłu. Filiżanka z nie dopitą kawą wypadła 

jej  z  ręki.  Gorący  płyn  boleśnie  poparzył  jej  stopy,  aż 

krzyknęła z bólu. 

 - 

Mam  dość  bałaganu  na  scenie  -  usłyszeli  tubalny  głos 

Chalmersa. - 

Nie życzę sobie żadnych hałasów zza kulis! 

 - 

Kto  by  pomyślał,  że  w  takim  kurduplu  może  być  tyle 

głosu  -  zażartowała  Charley,  starając  się  uprzedzić  pytania 
Reese'a. 

Ci

ągle  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć,  gdyby  zapytał, 

dlaczego  wyszła  i  nie  obudziła  go.  Gdyby  zapytał?  Jakże 

mogła  sądzić,  że  tego  nie  zrobi?  Czuła,  jak  kurczy  jej  się 

żołądek. 

 - 

Reżyserzy  tacy  już  są  -  odpowiedział,  nie  podejmując 

żartu. - Wiesz, co się stało rano, gdy chciałem cię przytulić? - 

ciągnął, patrząc jej prosto w oczy. 

Zaprzeczy

ła ruchem głowy. 

 - 

O mało nie spadłem z łóżka. Nie tak chciałem rozpocząć 

dzień. 

Przez chwil

ę  obserwował  ją  badawczo,  a  Charley 

usiłowała  odgadnąć  wyraz  jego  oczu.  Czy  był  oburzony? 

Rozdrażniony?  A  może  tylko  zdziwiony?  Gdyby  mu 

powiedziała,  kim  jest  naprawdę,  wszystko  stałoby  się  jasne. 

Ale tego nie mogła zrobić. 

Nie odezwa

ła  się  ani  słowem,  nienawidząc  w  duchu 

swego milczenia. 

 - 

Nie sądziłem, że lubisz zabawę w chowanego - dodał, a 

delikatny uśmiech błąkał się po jego wargach. 

Rozejrza

ł  się  dookoła.  Kręcący  się  w  pobliżu  ludzie 

udawali  tylko,  że  nie  przysłuchują  się  ich  rozmowie.  Reese 

background image

odciągnął  Charley  na  stronę,  by  oddalić  się  od  ciekawskich 
uszu. 

 - 

Dużo  miałaś  nowych  znajomych,  po  tym  jak  się 

rozstaliśmy? - zapytał. 

 - 

Trochę - mruknęła, wpatrując się w jego ramiona. 

Ba

ła się spojrzeć mu prosto w oczy. Obawiała się, że z jej 

spojrzenia odgadnie całą prawdę. 

 - Jeszcze o tym porozmawiamy - 

obiecał łagodnie. 

Te s

łowa  ją  zadziwiły.  On  jest  naprawdę  niesamowity, 

pomyślała. 

 - 

Nie  ułatwiasz  mi  tego  -  powiedziała  uczciwie, 

przygryzając dolną wargę. Podniósł jej głowę tak, by patrzyła 
mu prosto w oczy. 

 - 

Mam  zamiar  w  ogóle  ci  to  uniemożliwić.  Posłuchaj  - 

powiedział  z  wyczuwalną  nutą  zniecierpliwienia.  -  Nie 

obchodzą mnie twoi znajomi, czy też ilu miałaś przez ten rok 

mężczyzn.  Ważne  jest  tylko  to,  że  jesteś  tu  ze  mną  i  że  tu 
zostaniesz. Dla mnie! 

St

łumiła łzy. Dlaczego, dlaczego jest tak związana służbą. 

Dlaczego nie może przygarnąć go po prostu i pójść z nim ku 

słońcu, do innego, lepszego życia. Dlaczego ten kongresmen 

dał się nabrać na wystudiowane pozy Allison, narażając kraj 

na  niebezpieczeństwo,  a  życie  Charley  zamieniając  w 

niekończący się zamęt? 

 -  Reese  - 

powiedziała, z trudem wydobywając głos - nie 

ma nikogo takiego, jak ty. 

 - 

Święta  racja  -  odparł.  -  Ciekawe tylko, co ty masz 

zamiar z tym zrobić? - pogładził ją po policzku, co sprawiło, 

że znowu się rozkleiła. 

Tak bardzo go potrzebowa

ła.  Ale  ilekroć  ulegała, 

następnym razem jeszcze trudniej było jej odmówić. Poza tym 

nie  chciała  wplątywać  go  w  to  wszystko:  z  KGB  nie  było 

żartów. 

background image

 - 

McDaniels,  coś  cię  trzyma?  -  ryknął  Chalmers.  - 

Zabieraj tych głupków do sceny piątej. 

 -  Chyba chodzi o mnie  - 

powiedziała  Charley,  w  duchu 

błogosławiąc reżysera. 

Nie musia

ła  odpowiadać  na  pytanie  Reese'a.  Uniknęła 

kolej

nej konfrontacji. Ale jak długo można to ciągnąć? 

 Gdy lunch si

ę  skończył,  Charley  była  już  pewna,  że 

Allison jest dość ograniczona. 

 - 

Zaopiekuj się nią - poprosiła przyjaźnie Carol. 

Sz

ła  na  spotkanie  z  Maxem  i  chciała  mieć  pewność,  że 

Allison ani przez c

hwilę nie będzie sama. 

 - 

A ty nie możesz? - zapytała Carol. 

 - 

Muszę  się  z  kimś  spotkać.  Allison  mieszka  u  mnie  i 

szczerze mówiąc, widzę, że nie jest zbyt rozgarnięta. Wiesz, 
taka prosto ze wsi. 

Carol zgodzi

ła się niechętnie. 

 - 

Dobrze,  podczas  kolacji  będę  ją  trzymać  za  rękę.  O, 

Boże - jęknęła dobrodusznie, odchodząc - ale mi się trafiło! 

Charley w

łaśnie sięgała po torbę, gdy ujrzała zbliżającego 

się  Reese'a.  Przez  ułamek  sekundy  nie  wiedziała,  co  robić. 

Reese bez wątpienia zasypie ją pytaniami, na które nie mogła 

odpowiedzieć, a Max będzie zaniepokojony, jeśli Charley nie 

stawi się na spotkanie. Nie w tym rzecz, że nie miała mu nic 

do powiedzenia; może on chciał jej coś przekazać. W końcu to 

u niego był magnetofon. 

Szcz

ęście  w  końcu  się  do  niej  uśmiechnęło. Jedna z 

aktorek odwołała Reese'a na scenę. Dziękując losowi, Charley 

zarzuciła torbę na ramię i wybiegła z sali. Gdy znalazła się na 

ulicy, obejrzała się - Reese'a nie było. Pogratulowała sobie bez 
przekonania. 

Siedem przecznic dalej, w ma

łej  japońskiej  restauracji, 

czekał  na  nią  Max.  Charley  popatrzyła  na  mijającą  ją 

taksówkę  i  zerknęła  na  zegarek.  Przy  tym  ruchu  taksówką 

background image

dotarłaby tam w dwadzieścia minut, idąc szybkim krokiem - w 

pięć. Pomaszerowała. 

Zdyszana wpad

ła  do  restauracji.  Skierowano  ją  do  malej 

wnęki  o  papierowych  ściankach,  gdzie  przy  niskim  stoliku 

siedział Max. 

 -  Prosto od Reese'a?  - 

zapytał  bez  wstępów.  Nawet  nie 

przerwał jedzenia, gdy siadała. 

 -  Nie  - 

odparła,  szykując  się  do  obrony.  -  A o co ci 

chodzi? - 

zajęła się rozkładaniem swojej serwetki. 

 - 

Trzecia  nad  ranem  to  trochę  późno,  jak  na  powrót  po 

zwykłej kolacji - powiedział, patrząc na nią badawczo. 

W Charley wezbra

ło poczucie winy. 

 - 

Skąd wiesz? - zapytała. 

 -  Mam swoje sposoby. Dbam o interesy  - 

odrzekł, 

zniżając głos. 

Nie mia

ł do niej pretensji. Przez rok, gdy razem pracowali, 

Charley dowiedziała się jednego: Max nie oczekiwał od ludzi 
zbyt wiele. 

 - 

Słuchaj, Max, ja... 

 -  Nie musisz  - 

Max uniósł swoje łapsko - się tłumaczyć. 

Na szczęście nic złego się nie stało. Miss Iowa telefonowała - 

wrócił do swojego sushi. 

Charley unios

ła brwi. 

 - Do kogo? 
 - 

Do swojego chłopaka. 

 - To znaczy? 
 -  Do tego, który jest po naszej stronie  - 

do ust wepchnął 

kawałek  surowej  ryby,  gdy  tymczasem  Charley  starała  się 

opanować drżenie. 

 - W Waszyngtonie? - 

zapytała. Max potaknął. 

 - 

Pozwoliłaś jej używać telefonu, ile dusza zapragnie? 

 - 

Płaci rachunki - powiedziała Charley. 

background image

Max przerwa

ł  jedzenie  by  z  rozbawieniem  obserwować, 

jak Charley boryka się z pałeczkami. 

 - Marnie ci idzie. 
 - 

Sama  to  widzę  -  mruknęła;  ryż  ciągle  spadał  jej  z 

powrotem do miseczki. - 

Nie mają tu jakiegoś widelca? 

 - 

Przeczuwałem,  że  będziesz  miała  problemy  -  Max z 

westchnieniem  podał  jej  widelec,  który  wydostał  spod 
serwety. 

Wreszcie mog

ła coś zjeść. 

 - 

Nic dziwnego, że nasz kongresmen ma takie długi. Czy 

powiedziała coś ważnego? 

 - 

Przypomniała  mu  o  premierze  w  Bostonie.  Spróbuj 

sushi  - 

zaproponował  Max,  podsuwając  jej  czarną,  lakową 

tackę. 

 - 

Nigdy  w  życiu  -  kategorycznie  odmówiła  Charley.  - 

Mówiła o pierwszym wieczorze? 

 - Tak. Wy

mieniła konkretnie wtorek. 

 - 

Myślisz, że to się wtedy stanie? - Charley skusiła się na 

coś, co wyglądało jak wieprzowa potrawka z ryżem. 

 - 

Na  to  wygląda.  Kazała  mu  spakować  się  starannie. 

Wspomniała,  że  zamierza  po  przedstawieniu  przedstawić  go 
swoim prz

yjaciołom. 

 - 

To  musi  być  ten  wieczór,  w  porządku  -  powiedziała 

Charley. Czy ten człowiek, który ją śledzi, zauważył, że się z 

kimś  kontaktowała?  Musiała,  aby  ustalić  termin  wymiany, 

spotkać  się  z  agentem  KGB  w  ciągu  ostatnich  czterdziestu 

ośmiu godzin. 

Max potrz

ąsnął głową. 

 - 

Miałem nadzieję, że ty mi o tym coś powiesz. Branigan 

obserwował  ją,  gdy  ciebie  nie  było  w  pobliżu.  Niczego  nie 

zauważył. 

 - 

Wczoraj,  na  próbie,  była  sama  przez  zaledwie  parę 

minut.  To  za  mało,  by  się  z  kimś  spotkać.  Cały  czas 

background image

przeby

wała  ze  mną.  Co  z  telefonem  -  nie  było  innych 

rozmów? 

 - 

Nie.  I  Branigan  twierdzi,  że  z  próby  poszła  prosto  do 

twojego mieszkania. 

 - 

Miał ją na oku? 

 - 

Przez cały czas siedział w samochodzie, na rogu ulicy. 

Oczywiście  mnóstwo  ludzi  wychodziło  i  wchodziło  do 

budynku,  ale  nikt  nie  pasował  do  rysopisu  kogokolwiek  z 

zespołu aktorskiego lub personelu. 

Max potar

ł czoło z miną pełną zawodu. 

 - 

A  nie  spróbowałabyś  zdobyć  fotografii  wszystkich, 

którzy  mają  coś  wspólnego  z  tą  sztuką?  Można  by  je 

porównać ze zdjęciami w aktach FBI w Waszyngtonie. Może 

w  ten  sposób  udałoby  się  zidentyfikować  szpiega,  a  naszym 

ludziom byłoby łatwiej rozpoznać człowieka, który będzie się 

kontaktował z Allison. 

 - 

Da się zrobić - Charley popatrzyła na zegarek. - Muszę 

już lecieć. Do piątku! - rzuciła, wstając. 

 -  Brass Rail, przy Siódmej Alei, o szóstej  - 

powiedział 

Max. 

 -  Brass Rail, o szóstej  - 

powtórzyła  i  szybko  wyszła  z 

restauracji. Biegiem wróciła do teatru. 

 - Zawsze biegasz w porze lunchu? - pytanie zasko

czyło ją 

w  chwili,  gdy  właśnie  miała  otworzyć  drzwi  sali  prób.  Tuż 

przy  niej  stał  Chalmers.  Z  bliska  wydawał  się  jeszcze 
brzydszy. 

 - 

Musiałam  pilnie  coś  kupić  -  odpowiedziała,  z  trudem 

łapiąc oddech, a kiedy Chalmers popatrzył na jej puste ręce, 

uzupełniła szybko: - Z dostawą do domu. 

Czy wypytywa

ł ją z czystej ciekawości, czy też kryło się 

za  tym  coś  więcej?  Wyglądało  na  to,  że  odpowiedź  go 

zadowoliła. 

background image

 -  Zobaczymy, czy gra pójdzie ci tak samo dobrze jak 

zakupy - 

zakpił. 

Przeszed

ł  przez  drzwi  pierwszy,  nawet  nie  zadając  sobie 

trudu, by je dla niej przytrzymać. Jak jakiś książę, pomyślała 

Charley podążając za nim. Mimo dużej odległości zauważyła, 

że na widok Chalmersa wszystkim obecnym na scenie zrzedły 
miny. 

 - 

W porządku! - wrzasnął. - Lecimy dalej z tym pustym 

kawałkiem bezdusznej rozrywki. Wszyscy na miejsca! 

Sze

ść  osób,  a  wśród  nich  Allison,  rzuciło  się  na  scenę. 

Unikając  spojrzenia  Reese'a,  który  siedział  z  przodu,  ze 

scenariuszem  w  dłoni,  Charley  przeszła  za  kulisy,  by 

obserwować Allison. 

Gra Allison nie by

ła  warta  wzmianki.  Nic  dziwnego,  że 

dziewczyna skwapliwie skorzystała z szansy, by „dodatkowo" 

podeprzeć  swoją  karierę.  Całą  sprawę  przedstawiono  jej  w 
najprostszych  s

łowach.  Miała  tylko  uwieść  kongresmena  i 

sprawić,  by  był  chory  z  miłości.  Charley  nie  sądziła,  by 

Allison  rozumiała  wszelkie  zawiłości  tego,  co  robi.  Bez 

wątpienia była tylko pionkiem. 

I kokietk

ą. 

Charley zauwa

żyła,  że  kiedy  tylko  schodziła  ze  sceny, 

szukała  byle  pretekstu,  by  znaleźć  się  w  pobliżu  jakiegoś 

mężczyzny  -  tancerza lub aktora.  Wpatrywała  się  w  swego 

wybrańca  uduchowionymi,  błękitnymi  oczami  i  uśmiechała 

się  promiennie.  Charley,  kiedy  tylko  mogła,  włączała  się  do 

rozmowy,  z  nadzieją,  że  Allison  wypaple  coś  ważnego. 

Niczego jednak nie zauważyła, z wyjątkiem tego, czego akurat 
w

olałaby  nie  oglądać:  Reese'a  i  Allison  siedzących  w 

odległym kącie i pogrążonych w rozmowie. Charley nie mogła 

opanować uczucia zazdrości. 

To by

ł naprawdę długi dzień. 

background image

Po pr

óbie, wieczorem Reese czekał na Charley. Nie uszło 

jego uwagi, że przez cały dzień go unikała, nawet bardziej, niż 

poprzednio. Starał się być cierpliwy i wyrozumiały, ale po ich 

cudownej miłosnej nocy taka oschłość raniła go. Pocieszał się, 

że  nie  ignorowałaby  go  tak  ostentacyjnie,  gdyby  nie  to,  że 

zrobił na niej ogromne wrażenie. 

Wychodz

ąc  z  teatru  Charley  starała  się  nie  myśleć  o 

czekającym ją samotnym wieczorze. Allison właśnie odrzuciła 

jej  propozycję,  by  wrócić  razem  do  domu  i  poćwiczyć  role. 

Uparła  się  pójść  na  kolację z  facetem  o  imieniu  Peter,  który 

grał  główną  męską  rolę.  Charley  wiedziała,  że  Branigan  nie 

spuści  dziewczyny  z  oka,  ale  i  tak  nie  była  zadowolona  z 
obrotu sprawy. 

Musia

ła  też  poradzić  sobie  z  Reese'em.  Tak  czy  inaczej, 

był  mężczyzną,  z  którym  pragnęła  spędzić  ten  wieczór,  a 

zarazem  kimś,  z  kim  nie  powinna  przebywać.  Skrzywiła  się 

boleśnie na myśl, jaki zamęt panuje w jej życiu. Nie uważając, 

gdzie idzie, wpadła prosto na Reese'a. 

 - 

Mógłbyś  przestać  tak  wyskakiwać  znienacka  - 

krzyknęła, gdy wyrósł przed nią jak spod ziemi. 

 -  Ubijmy interes  - 

powiedział,  biorąc  ją  pod  rękę  i 

pociągając za sobą. - Ja przestanę wyskakiwać znienacka, za 

to ty przestaniesz znikać - przytrzymał przed nią drzwi. - Czas 

na kolację! Masz ochotę na coś smacznego? 

Powinna odm

ówić,  lecz  w  obecności  Reese'a  nigdy  nie 

robiła tego, co należało. 

 - Na 

przykład na co? - zapytała, pozwalając się prowadzić 

w  kierunku  zwariowanej  okolicy  skrzyżowania  Broadwayu  i 
Siódmej Alei. 

 - 

Coś  najlepszego  w  całym  Nowym  Jorku,  to  jasne  - 

zapewnił. 

W chwil

ę  później  podszedł  do  sprzedawcy  hot  -  dogów. 

Siwy  mężczyzna  na  swoim  rozklekotanym,  składanym 

background image

krzesełku  sprawiał  wrażenie,  jakby  tu  siedział  od  zawsze. 

Wózek  i  parasol  w  żółto  -  niebieskie  pasy  dopełniał  całości 

interesu.  Na  widok  Reese'a  sprzedawca  zerwał  się  na  równe 

nogi, a jego ręce zatrzymały się nad rzędem pokrywek. 

 - 

Słucham co dla pana? - zapytał uprzejmie. 

 - Dwa hot - dogi - 

poprosił Reese. Przez ramię popatrzył 

na Charley. - 

Nadal bez kapusty? Skrzywiła się. 

 - 

Tak,  bez,  za  to  dużo  musztardy  -  dodała  na  wszelki 

wypadek, gdyby go zawiodła pamięć. 

 -  Mam tylk

o  na  gorąco  -  powiedział  sprzedawca 

przepraszająco, podając im dwa hot - dogi. 

 - 

W porządku - uspokoiła go Charley. 

Nagle poczu

ła  się  taka  głodna,  że  mogłaby  jeść  samą 

musztardę. Szybko odgryzła dwa ogromne kęsy i uśmiechnęła 

się z zadowoleniem. 

 -  Gdybym 

wiedział,  że  tak  się  będziesz  uśmiechać  - 

zadziwił  się  Reese  -  kupiłbym  ci  hot  -  doga w pierwszej 

chwili, gdy cię zobaczyłem. 

Ruszy

ł,  kierując  się  na  wschód,  a  ona  dotrzymywała  mu 

kroku, zajadając ze smakiem. 

 - 

To tak chcesz się wkraść w moje łaski? - zaśmiała się. - 

Przekupstwem? 

 - 

Każdy  sposób  jest  dobry,  moja  pani.  Każdy  -  mimo 

uśmiechu wypowiedział to niezwykle poważnie. 

Charley uzna

ła, że bezpieczniej będzie zmienić temat: 

 - 

Przypominam  sobie  czasy,  gdy  były  dużo  większe  - 

rzekła,  unosząc  hot  -  doga.  Zostało  zaledwie  tyle,  by  mogła 

zilustrować swą opinię. 

 - 

A ja pamiętam, że kiedyś nie uciekałaś z mojego łóżka. 

Rozejrza

ła  się  i  zatrzymała  wzrok  na  pustej  witrynie  z 

zakurzoną tabliczką „Do wynajęcia". Reese powiedział to tak, 

jakby spędzili razem całe życie. A przecież ich związek trwał 
zaledwie osiem tygodni. Jednak osiem tygodni to czasem 

background image

więcej  niż  całe  życie.  Czy  tak  było  w  ich  przypadku?  Czy 

dlatego z taką determinacją robiła uniki? 

 - 

Sądzę, że wszystko się zmienia - powiedziała, starając 

się, by zabrzmiało to serdecznie. 

 -  Nie musi  - 

odrzekł  łagodnie.  -  A przynajmniej nie na 

gorsze. Może zmienić się na lepsze. Przed czym ty uciekasz, 
Charley? - 

zapytał poważnie, biorąc ją za rękę. 

Zatrzyma

ła się i spojrzała mu prosto w oczy. Przecież nie 

uwier

zyłby jej, gdyby mruknęła: - Nie uciekam przed niczym 

patrząc  na  czubki  swoich  butów.  Nie  żartowała  z  niego. 

Mógł  to  wyczytać  z  jej  oczu.  Jednak  Reese  uciął  dalszą 

rozmowę. 

 - 

Rób, jak chcesz. Może sto na godzinę to twoja normalna 

prędkość.  Ale  jeżeli  uciekasz  przed  czymś,  Charley  -  dodał, 

cały  czas  trzymając  ją  za  rękę  -  pozwól  mi  biec  z  tobą. 

Cokolwiek by to było, zawsze ci pomogę. 

U

ścisk  jego  ręki  był  taki  ciepły  i  dawał  poczucie 

bezpieczeństwa. Charley czuła się winna, że tak go oszukuje. 

Z  pewnością  podejrzewał,  że  wpadła  w  tarapaty.  Ale  Reese 

nie  powinien  nic  o  tym  wiedzieć,  a  przede  wszystkim  nie 

może się zorientować, że Charley unika go tylko dlatego, by 

go chronić przed niebezpieczeństwem. 

Charley wiedzia

ła,  że  powinna  odejść,  ale  nie  była  w 

stani

e narzucić swoim stopom właściwego kierunku. 

 - 

Dam ci znać, gdy będziesz mi potrzebny - powiedziała z 

lekkim uśmiechem. - A na razie bądź spokojny. Wszystko jest 

w porządku. Zawsze tak się denerwuję, gdy dostaję rolę. Mam 

nadzieję, że to może być przełom w mojej karierze. Coś w tym 
rodzaju. 

Potakn

ął bez przekonania. 

 -  Jeszcze jednego?  - 

zapytał,  pokazując  poplamioną 

musztardą serwetkę, którą cały czas trzymała w ręce. 

 - 

Chętnie - odparła bez namysłu. Uśmiechnął się. 

background image

 - 

Przynajmniej nie wpędzasz mnie w koszty. Masz ochotę 

na  koktajl  pomarańczowy?  Będę  mógł  powiedzieć,  że  cię 

zdobyłem i nakarmiłem. 

Nie czekaj

ąc  na  odpowiedź,  poprowadził  ją  do  wózka  z 

napojami,  przy  którym  ludzie  raczyli  się  koktajlem  z  soku 

pomarańczowego,  żółtek  i  cukru.  Charley  nie  mogła  sobie 

przypomnieć,  kiedy  piła  coś  równie  smacznego.  Słomką 

starała  się  wyssać  z  dna  papierowego  kubeczka  wszystko  aż 
do ostatniej kropli. 

 - 

Powiedz mi, kiedy ostatni raz jadłaś? - przekomarzał się 

z nią Reese. Charley zaczynała dochodzić do siebie. 

 -  Po 

prostu  jedzenie  sprawia  mi  przyjemność  -  odrzekła 

nieprzekonywająco. 

 - 

Można  by  jeszcze  coś  dodać  o  docenianiu  prostych 

przyjemności  życia  -  zgodził  się,  kładąc  jej  rękę  na  karku.  - 

Może byśmy spróbowali jeszcze czegoś? - zapytał niewinnie. 

Ale wyraz jego  twarzy 

świadczył, że nie myśli o niczym 

niewinnym. 

 -  Nie wiem, Reese. Mam jeszcze tyle do powtórzenia na 

jutro... - 

wymawiała się tak, jak poprzednio, bo nic innego nie 

przychodziło jej do głowy. 

 - 

Przecież nie masz jutro próby - przypomniał. 

Nie wzi

ęła  pod  uwagę,  że  to  Reese  układał  plany  dla 

Chalmersa. 

 -  Tak, racja  - 

odpowiedziała,  nie  pesząc  się  mimo 

pomyłki.  -  Ale  znasz  mnie.  Lubię  być  przygotowana.  Nigdy 
nie wiadomo, kiedy Chalmers zmieni zdanie. 

 -  Znowu uciekasz  - 

zauważył  Reese.  -  Charley, czy ty 

uciekasz ode mnie? 

 - 

Nie, skądże. Nie bądź głupi - odpowiedziała nieco zbyt 

szybko. 

Czy rzeczywi

ście uciekała od Reese'a, zastanawiała się w 

duchu.  Czy  popychał  ją  do  tego  skrywany  strach  przed 

background image

angażowaniem się w głębsze związki? Och, oczywiście miała 
p

od  ręką  mnóstwo  drobnych  argumentów  przewiązanych 

efektowną  kokardą,  ale  to  był  tylko  pretekst,  by  odwrócić 

uwagę  od  prawdziwego  powodu,  dla  którego  nie  została  z 

Reese'em  już  na  samym  początku.  Obcowanie  z 

niebezpieczeństwem  i  dreszczem  emocji  to  jedno.  A  strach 

przed  związaniem  się  na  zawsze  z  jednym  mężczyzną  do 

drugie. Czy bała się uczuć? 

 - 

Nie uciekam przed tobą - dodała głośniej, jakby chciała 

przekonać samą siebie. 

 - 

Mimo wszystko myślę, że tak - powiedział łagodnie. - 

Uważam, że to był prawdziwy powód twojego odejścia. 

 - 

Miałam  wrażenie,  że  jesteś  inspicjentem,  a  nie 

dyżurnym psychiatrą. 

 - 

Do  tego  nie  trzeba  psychiatry.  Wielu  ludzi  boi  się 

trwałych związków. Popatrzyła na niego: 

 - A ty nie? 
 - 

Nie z tobą. 

Niewiele brakowa

ło,  a  by  się  rozpłakała,  tu, w samym 

środku Manhattanu, wzruszona ciepłym wejrzeniem jego oczu 

i  miłością  wibrującą  w  jego  głosie.  Czemu  odrzuciła  to 

wszystko  przed  rokiem?  Dlaczego  opiera  się  teraz?  FBI  i 

KGB, Max i Allison i ten nieznany agent, wszystko to zatarło 

się w jej umyśle, przytłoczone miłością do Reese'a. 

Nie

świadomie wyszeptała jego imię i nagle zarzuciła mu 

ręce na szyję. Przygarnął ją mocno do siebie i zagłębił twarz w 

jej włosach. 

 -  Charley, Charley  - 

wyszeptał.  -  Chodźmy  do  domu. 

Pragnę cię. Odsunęła się nieznacznie i popatrzyła mu prosto w 
oczy. 

 - 

Dobrze. Ja też ciebie pragnę. 

Nie zwlekaj

ąc  zszedł  z  chodnika  i  przywołał  taksówkę. 

Jakimś  cudem  natychmiast  znalazła  się  wolna.  Przez  całą 

background image

drogę  milczeli,  trzymając  się  za  ręce.  Wystarczyło,  że  byli 
razem. 

W hallu, gdy zmierzali do jego mieszkania, Charley mia

ła 

wrażenie,  że  z  napięcia  i  oczekiwania  za  chwilę  eksploduje. 

Trochę  jej  przeszło,  gdy  zobaczyła,  jak  Reese  nerwowo 
przeszukuje kieszenie. 

 - Cholera! - 

mruknął pod nosem. 

 - 

Co się stało? 

 - 

Coś mi się zdaje - odwrócił się od drzwi - że nie uda mi 

się  zawlec  cię  do  mojej  jaskini  tak  szybko  jak  się 

spodziewałem. Chyba zostawiłem klucze w teatrze. - Charley 

spostrzegła, że się zarumienił, i tym jeszcze bardziej ją ujął. 

 - 

Może dozorca mógłby coś poradzić? - zasugerowała. 

Wr

ócili na parter, lecz stukanie do drzwi dozorcy nie dało 

żadnego rezultatu. 

 - 

Wygląda na to, że go nie ma - powiedział Reese, - Może 

pójdziemy do ciebie? 

 - 

To niemożliwe - odrzekła Charley zdecydowanie. 

Nie mia

ła  pojęcia,  o  której  Allison  wróci  do domu. Nie 

mogła  dopuścić,  by  przyłapała  ich  razem.  Poza  tym  miała 

sposób na zatrzaśnięte drzwi, nie wymagający ani powrotu do 

teatru, ani długiego oczekiwania na dozorcę. 

 - 

Rusz się - powiedziała gwałtownie. - Idziemy! 

 - 

Dokąd? - zapytał Reese, wchodząc za nią do windy. 

 - Do twojego mieszkania. 
 - 

Nie sądzę, by to mogło coś zmienić - powiedział, gdy 

ponownie  dotarli  na  trzecie  piętro.  -  Drzwi  są  zamknięte,  a 
klucze...  - 

urwał  i  popatrzył  na  Charley,  która  wydobyła  z 

torby coś, co wyglądało jak cienkie, srebrne szydełko. 

Nie trac

ąc  czasu  na  wyjaśnienia,  włożyła  to  do  zamka, 

chwilę  w  nim  manipulowała  i  oszołomiony  Reese  zobaczył, 

jak zamek otworzył się z cichym trzaskiem. 

background image

 - 

Gdzie  się  tego  nauczyłaś?  -  zapytał.  Posłała  mu 

szelmowski uśmiech: . 

 - Skauti

ng czasem się przydaje. 

 - 

Nigdy  nie  słyszałem,  żeby  uczyli  takich  rzeczy  - 

powiedział, przytrzymując drzwi. 

 - 

Nie jesteś na bieżąco - zażartowała, mając nadzieję, że 

wreszcie da spokój tej sprawie. 

 - 

Włamywać  się,  żeby  zwędzić  koleżankom 

kieszonkowe? 

 - 

Zgadłeś! A teraz, skoro już jesteś w środku, lepiej sobie 

pójdę - obróciła się na pięcie, gotowa do odejścia. 

Przeczuwa

ła, że Reese ma zamiar zasypać ją pytaniami, na 

które nie będzie mogła odpowiedzieć. Besztając się w duchu 

za  zbyt  spontaniczną  reakcję  na  kłopot  z  kluczami,  zrobiła 
krok w kierunku windy. 

Ale Reese przytrzyma

ł jej ramię. 

 - 

Jeszcze nie jestem tam, gdzie chcę - powiedział, a jego 

łagodny  glos  sprawił,  że  Charley  porzuciła  wszelkie  myśli  o 
ucieczce. - Przynajmniej na razie. 

background image

Rozdzia

ł 7 

Kochali si

ę  natychmiast,  ledwie  zamknęli  za  sobą  drzwi 

mieszkania,  oboje  niezdolni  do  opanowania  nagłego 

przypływu  namiętności.  Połączyli  się  w  dzikim,  szalonym 

akcie,  podsycanym  bezmiarem  wewnętrznych  potrzeb 

Charley,  a  także  jej  obawą,  że  odkryta  na  nowo  radość 

przebywania  z  Reesem  nie  może  trwać.  W  końcu  i  tak,  dla 

jego  własnego  dobra,  będzie  musiała  go  porzucić.  Dopóki 

pracowała  w  FBI,  przebywanie  z  nią  było  dla  niego 

niebezpieczne. Lecz czy mogłaby opuścić Biuro? To pytanie 

wróciło do niej, gdy odpoczywali po miłosnych uniesieniach. 

Czy  umiałaby  żyć  gdzieś  na  prowincji,  za  drewnianym 

parkanem  oplecionym  bluszczem?  Nie,  odpowiedziała 

przygnębiona. Nie pasowała do takiego spokojnego, nudnego 

życia.  Potrzebowała  dreszczu  emocji  związanego  z  karierą, 
poczucia, 

że  jej  praca  naprawdę  się  liczy.  Ale  to  oznaczało 

życie  bez  Reese'a.  Powstrzymując  łzy,  mocno  przylgnęła  do 

niego, całując go z zapamiętaniem. 

 -  Hola, hola  - 

uwolnił  się  z  jej  objęć.  -  O co chodzi? 

Odwróciła się kryjąc twarz w poduszce. 

 -  O nic  - 

skłamała,  przecząco  kręcąc  głową,  choć  łzy 

nadal błyszczały w jej oczach. 

 - 

Nie mów, że o nic. Rzuciłaś się na mnie, jakbyśmy się 

mieli  już  nigdy  nie  zobaczyć,  a  ja  przecież  nigdzie  się  nie 
wybieram - 

gestem pełnym uwielbienia odgarnął z jej twarzy 

potargane  włosy.  -  Opowiedz mi o wszystkim  -  poprosił 

łagodnie. 

Nie, jeszcze nie teraz, pomy

ślała Charley z rozpaczą. Nie 

odważyłaby  się  na  to.  Próbowałby  nakłonić  ją,  aby  się 

wycofała,  a  dla  niej  była  to  kwestia  odpowiedzialności  za 

zadanie,  którego  się  podjęła.  Lub,  co  gorsze,  starałby  się  ją 

chronić  i  sam  popadłby  w  tarapaty.  Nie,  nie  mogła  do  tego 

dopuścić. 

background image

 - 

Nie  ma  o  czym  mówić,  Reese.  Poddałam  się  trochę 

nastrojowi  chwili.  Czy  wiesz,  że  jesteś  najlepszym 

kochankiem  na  świecie?  -  tęsknym  ruchem  gładziła  jego 
wargi. 

 - 

A  co,  widziałaś  może  puchar?  -  zapytał,  udając 

zaskoczenie. W chwilę później musiał zrobić gwałtowny unik 

przed poduszką, którą Charley usiłowała mu przyłożyć. - Taki 

z  ciebie  łobuz?  -  zawołał,  obezwładniając  ją.  Poduszka 

wypadła  jej  z  rąk  i  Charley  bezwładnie  wyciągnęła  się  na 

łóżku. - Mam na takich sposób - ostrzegł, układając się przy 
niej. 

A po chwili ca

ły  świat  i  wszystkie  jego  kłopoty  straciły 

znaczenie. Tym razem Charley nie poszła do domu. 

 - 

Czemu nie możesz się do mnie przeprowadzić - zapytał 

Reese następnego ranka, przekrzykując plusk wody. 

Stara

ł  się  przeniknąć  wzrokiem  matowe  drzwi  kabiny  z 

prysznicem,  by  choć  przez  chwilę  uchwycić  kształt  nagiego 

ciała Charley. Zamiast tego boleśnie zaciął twarz maszynką do 
golenia. 

 -  Cholera!  - 

zaklął,  gdy  kropelka  krwi  rosła  coraz 

bardziej, mieszając się z resztkami piany. 

 - 

Już  ci  mówiłam  -  odkrzyknęła  Charley.  -  Allison 

mieszka ze mną. Nie stać jej na coś samodzielnego. 

Na wspomnienie Allison opad

ło ją poczucie winy. Ale ze 

mnie agent, ofuknęła się w duchu, przyrzekając poprawę. To 

nie w porządku, żeby cały ciężar nadzoru nad Allison spadł na 

agenta,  który  miał  tylko  obserwować  mieszkanie.  Mogło  się 

nawet nic nie dziać, ale to ona pierwsza powinna o wszystkim 

wiedzieć. Przez ostatni rok służby miała wzorowe oceny - do 

chwili, gdy pojawił się Reese. Dość tego! 

W uchylonych drzwiach prysznica Reese podziwia

ł 

pokryte  kropelkami  wody  ciało  Charley.  Czemu  ona  ciągle 

background image

szuka wymówek? Co stoi między nimi? Co stara się przed nim 

ukryć? 

 - 

A co z nią zrobisz w Bostonie? 

 - 

Zarezerwowałam już dla siebie i dla niej pokój w hotelu. 

Wiesz, ona jest pierwszy raz sama tak daleko od domu i 

postanowiłam się nią trochę zająć. 

To przynajmniej by

ła prawda. 

 - 

Nie za prędko? - zapytał, ucinając potok kłamstw. 

 -  Nie  -  odpowied

ziała,  korzystając  z  wymówki,  jaką  jej 

podsunął. 

Ale czy to by

ła  tylko  wymówka,  czy  raczej  próba 

usprawiedliwienia obowiązkami własnych ułomności? Gdyby 

nie było żadnej Allison, to zamieszkałaby z nim, czy odeszła? 

 - 

Dobrze. Zgadzam się na wszystko - powiedział Reese. - 

Tylko  bądź  wobec  mnie  uczciwa,  Charley.  Najbardziej  na 

świecie nie znoszę kłamstw. 

Dobry Bo

że,  Charley  jęknęła  w  duchu,  tyle  już 

nakłamałam, że nigdy nie będę w stanie wyjawić prawdy. 

 - 

A co do Allison, z tego co widzę, to raczej przytomna 

osóbka - 

podjął na nowo przerwane golenie. 

Mog

ę  zaczekać,  pomyślał.  Sztuka  miała  szanse  stać  się 

przebojem,  a  to  oznaczało,  że  Charley  będzie  blisko  przez 

dłuższy  czas.  Znajdzie  wiele  okazji,  by  złamać  jej  opór  i 

sprawić, by sama zmieniła zdanie. 

 - Przytomna, mówisz? - 

zapytała z namysłem, zakręcając 

ciepłą  wodę.  Zimna  jak  lód  struga  zaatakowała  jej  ciało  ze 
wszystkich stron. - 

Takie ci się podobają? 

 - 

Podobają  mi  się  takie  ze  śmiesznymi  imionami, 

powiedzmy „Charley" - 

odpowiedział. - Ale mówiąc serio, nie 

musisz  się  martwić  o  Allison.  Wcale  nie  jest  taką  zahukaną 

prowincjuszką, na jaką wygląda. 

Szkoda, 

że  kongresmen  nie  okazał  się  tak  bystry, 

pomyślała Charley - nie byłoby wtedy tego całego bałaganu. Z 

background image

drugiej  strony,  nie  grałabym  wówczas  w  tej  sztuce  i  nie 

zaznałabym  ponownie  rozkoszy  z  Reese'em.  Zamarzając  na 

śmierć  pod  prysznicem,  dodała  w  duchu,  zauważając 

wreszcie,  że  cały  czas  stoi  pod  lodowatym  strumieniem. 

Zakręciła  kran  i  chwilę  stała  bez  ruchu,  pozwalając  kroplom 

wody skapywać ze swego ciała. 

 - 

Skąd wiesz, że Allison da sobie radę sama? 

 - 

Bo  ze  mną  flirtowała  -  powiedział,  goląc  szyję.  -  Ona 

wie, czego chce, i wie jak to osiągnąć. 

Charley z trzaskiem otworzy

ła  drzwi  kabiny  i 

gwałtownym  ruchem  zerwała  ręcznik  zamotany  na  głowie. 

Złociste  włosy  rozsypały  się,  podobne  do  słonecznych 
promieni. 

 - 

I ma ochotę na ciebie? - zapytała, niezdolna do ukrycia 

zazdrości.  Reese  obserwował  w  lustrze,  jak  Charley  wyciera 

się i owija ręcznikiem. 

 - Rok temu - 

ciągnął - to pewna bystra, młoda aktorka bez 

żadnej litości odstawiła mnie na boczny tor. I dopóki mi za to 

nie zapłaci, żadna inna mnie nie dostanie. 

. - 

Mówisz o litości - zaśmiała się Charley. - Tylko to jest 

potrzebne, żeby cię zatrzymać? 

 - 

Nie,  trzeba  tylko  twoich  dwóch  rąk  -  odwrócił  się  i 

podszedł, by ją pocałować. 

 - 

Nie dokończyłeś golenia - zauważyła. 

 - 

Do diabła z goleniem! Wylansuję nową modę - wziął ją 

w ramiona. 

Poczu

ła zapach i delikatną śliskość jego pianki do golenia, 

gdy przytulił się do niej policzkiem. 

 - 

Spóźnisz  się  -  ostrzegła.  Miała  wolny  dzień,  ale  on 

musiał być w teatrze. 

Otulaj

ący  Charley  ręcznik  opadł,  gdy  Reese  uniósł  ją  do 

góry. Uwielbiała błysk zachwytu w jego oczach, gdy patrzył 

na jej nagie ciało. 

background image

 - 

Pospieszę się - obiecał. 

 - Byle nie za bardzo - 

zamruczała, pozwalając jeszcze raz 

wziąć górę emocjom. 

 -  Charley?  - 

wyszeptał  Reese,  gdy  leżeli  w  łóżku,  na 

krótko zaspokojeni. Tykanie zegarka uświadomiło mu, że po 

raz  pierwszy  w  życiu  się  spóźni.  Nie  zważał  na  to.  Jedyne, 

czego chciał, to zatrzymać tę chwilę. 

 - Hmm? - 

przysunęła się bliżej, aby nacieszyć się ciepłem 

jego ciała. 

 - 

Pamiętasz, jak to się zaczęło? 

 - 

Tak.  Przyniosłeś  mnie  z  łazienki.  Nawet  nie  wytarłeś 

pianki do golenia - 

rozmyślnie drażniła się z nim, pragnąc nie 

ulec czułości, którą widziała w jego oczach. 

 - Nie 

to miałem na myśli - poprawił ją cierpliwie. - Jak to 

się zaczęło z nami od początku? 

 - 

Spóźnisz się, Reese - powiedziała błagalnym tonem. 

Na jego wargach b

łąkał się uśmiech. Nie usłyszał jej słów. 

Na chwilę wrócił do przeszłości. 

 - 

Zgłosiliśmy  się  na  przesłuchania  do  wznowienia  „O 

mały włos". Oboje byliśmy przerażeni, ale staraliśmy się tego 

nie okazać. Ale gdy cię ujrzałem, rola nie była już dla mnie 

taka  ważna  -  nawinął  na  palec  pasemko  jej  włosów  i 

pocałował je. 

 - 

Miłość  od  pierwszego  wejrzenia,  tak?  -  starała  się 

obrócić to w żart. 

 - 

Coś  w  tym  rodzaju  -  powiedział  tak  poważnie,  że 

przeszła jej ochota na kpiny. - Wszystko się dobrze ułożyło, 

dostaliśmy  role  -  ciągnął  -  choć  nie  te,  które  chcieliśmy. 

Wtedy ty zaproponowałaś, że dla pocieszenia wybierzemy się 

na kolację. 

To pami

ętała. Nie wiedziała, dlaczego tak postąpiła. Była 

roztrzęsiona, nie z powodu roli, lecz dlatego, że FBI spóźniało 

się  z  decyzją.  Nie  pragnęła  bliskich  kontaktów  z  Reesem, 

background image

jednak  miał  w  sobie  coś  takiego,  co  pociągało  ją  od 
pierwszego wejrzenia. 

 - 

To  była  szczególna  kolacja  -  dodał,  spoglądając  jej 

prosto w oczy. 

 - 

Rzeczywiście - przyznała łagodnie. 

Nic podobnego nigdy jej si

ę nie przydarzyło. Kolacja była 

długa  i  gdy  wreszcie  poszli  na  kawę  do  jego  mieszkania, 

namawiał  ją,  by  została.  Nie  chciała,  lecz  po  tygodniu 

wspólnych  prób,  posiłków,  dzielenia  wszystkich  wolnych 

chwil, została. Nigdy przedtem nie doświadczała takich uczuć, 

pragnień  i  tęsknot,  jakie  poznała  dzięki  Reese'owi.  W  jego 

obecności  wszystkie  uczucia  nabierały  intensywności,  co 

napawało ją przerażeniem. To wszystko było zbyt mocne, zbyt 

nagłe.  Może  właśnie  dlatego  zgłosiła  się  do  Biura 

natychmiast, gdy ją zaakceptowali. 

Reese powi

ódł palcem po jej górnej wardze. 

 - 

O czym myślisz? - zapytał. 

 - 

Jeżeli będziesz dalej snuł te wspomnienia, nie dotrzesz 

do teatru przed południem i Chalmers cię wyleje! - mrugnęła, 

starając się skoncentrować. 

Popatrzy

ł na nią przeciągle. 

 - 

Racja, lepiej już pójdę. 

 - Dobrze zrobisz - 

powiedziała cicho. 

Reese nalega

ł,  by  jeszcze  przed  pójściem  do  teatru 

odprowadzić  Charley  do  domu.  Nie  mogła  pozbyć  się 

wrażenia,  że  za  jego  beztroskim  uśmiechem  kryje  się 

prawdziwe  zatroskanie.  Martwił  się  o  nią,  choć  nie  wiedział 

dlaczego.  Czy  była  wobec  niego  w  porządku,  wobec  ich 

obojga?  Wyjmując  klucz  z  torby,  uświadomiła  sobie,  że 

jedynie odsuwa od siebie to, co nieuchronne. Ich związek nie 

mógł trwać wiecznie - wcześniej czy później będzie musiała 

go zerwać. Nie chodziło tylko o zagrożenie. Charley czuła, że 

ich osobowości różnią się bardzo; ona kochała ryzyko, Reese 

background image

pragnął spokojnej stablizacji. Świadczyło o tym już choćby to, 

że  wolał  być  inspicjentem  niż  aktorem.  W  zawodzie  aktora 

zbyt dużo zależy od przypadku - choćby pory posiłków. Reese 

dążył  do  równowagi.  Życie  pośród  wzlotów  i  upadków 

wyraźnie  mu  nie  odpowiadało.  Wątpiła,  czy  w  ogóle 

potrafiłaby mu to wytłumaczyć. 

Wesz

ła do mieszkania i stwierdziła, że Allison jeszcze śpi. 

Ranny ptaszek?  - 

Charley  z  ironią  przypomniała  sobie 

wynurzenia Allison na temat wczesnego wstawania. Gotowa 

była iść o zakład, że ta dziewczyna zna wczesne ranki tylko z 

przedłużających się wieczorów. 

Posz

ła do sypialni starając się zachować cicho. Ostrożnie 

zamknęła  za  sobą  drzwi  i  rozejrzała  się  uważnie.  Wyglądało 

na  to,  że  wszystko  jest  na  swoim  miejscu.  Przynajmniej  na 
pier

wszy  rzut  oka.  Otworzyła  dolną  szufladę  komódki  z 

bielizną.  Charley  podniosła  tomik  poezji,  który  zostawiła  na 

komódce,  i  przyłożyła  go  do  bielizny.  Gdy  ją  układała, 

okładki  książki  dokładnie  zakrywały  staranny  stosik.  Teraz 
skrawki nylonu i jedwabiu wysta

wały po obu bokach okładki. 

Wszystko jasne! Allison musiała tu szperać. 

U

śmiechnęła się pod nosem. Cały wysiłek Allison poszedł 

na marne. Charley była pewna, że ze swego otoczenia usunęła 

wszystko,  co  mogłoby  ją  zdradzić  jako  agenta.  Nie  lubiła 

zbędnego  ryzyka.  Z  tym  większą  surowością  oceniała  swoje 

postępowanie wobec Reese'a. 

Na dalsze wewn

ętrzne  rozterki  nie  miała  czasu;  Allison 

obudziła się. 

 - Kto tam? - 

zawołała zaspanym głosem. 

Charley odwr

óciła się, szybko odłożyła książkę na miejsce 

i zamknęła szufladę. 

 - To tylko ja! - 

odkrzyknęła. - Wejdź, proszę. 

Drzwi otworzy

ły się szeroko i Allison weszła do środka. 

Jej złociste włosy były w nieładzie i Charley nie mogła oprzeć 

background image

się  myśli,  że  tak  właśnie  musi  wyglądać  wcielenie  męskich 

fantazji.  Są  kobiety,  która  zgarniają  całą  pulę  szczęścia.  No, 

może nie całą, poprawiła się. Związać się z KGB to nie żarty. 

Allison  lepiej  by  zrobiła,  gdyby  w  drodze  do  kariery 

zawierzyła raczej własnej urodzie. Ale uroda nie zawsze idzie 

w parze ze zdrowym rozsądkiem. 

 - 

Martwiłam  się  o  ciebie  -  powiedziała  Allison, 

przysiadając  na  łóżku.  -  Naczytałam  się  różnych  strasznych 

historii w gazetach. Bałam się, że ktoś mógł cię porwać, czy 

coś w tym rodzaju - potarła oczy. - Która to godzina? 

 - 

Parę minut po dziewiątej. Dobrze się bawiłaś z Peterem? 

Charley mia

ła  nadzieję,  że coś  wyciągnie  z  Allison,  lecz 

dziewczyna tylko wzruszyła ramionami: 

 - 

Dobrze. Zresztą nie trwało to długo. Szybko wróciłam 

do domu i uczyłam się roli. I trochę się rozejrzałaś, uzupełniła 
w duchu Charley... 

 - I 

zadzwoniłam do swojego chłopaka - dodał Allison. 

Charley zacz

ęła przeglądać szafę w poszukiwaniu ubrania 

na zmianę. 

 - 

Masz  chłopaka?  -  zapytała  najniewinniej  jak  umiała, 

spoglądając ukradkiem na Allison. Z ulgą zauważyła, że na jej 

twarzy nie pojawił się nawet cień podejrzliwości. 

 - 

Ma  na  imię  Ethan  -  przyznała  Allison  kiwając  jasną 

główką. 

 - Jest z twoich stron? 
Charley zrzuci

ła  z  siebie  ubranie  i  włożyła  świeżą  parę 

dżinsów i sweter. 

 - 

Tak. Dobrze by było mieć kogoś pod ręką, ale niestety... 

Ten wątek trzeba zdusić w zarodku, zdecydowała Charley. 

Mijaj

ąc  Allison,  skierowała  się  w  stronę  komódki.  Z 

dolnej  szuflady  wyjęła  cienie  do  oczu.  Allison  spojrzała  w 
sufit, zmieszana. 

 - A inspicjent? 

background image

 -  Reese?  - 

Charley  zaśmiała  się  i  pokręciła  głową.  -  To 

tylko 

stary znajomy. Żadnych więzów, żadnych zobowiązań. 

Charley malowa

ła powieki i mówiła to wszystko jakby od 

niechcenia.  W  lusterku  widziała,  że  jej  współmieszkanka  ją 

obserwuje.  Udawała,  że  makijaż  pochłania  ją  bez  reszty  i 

miała  nadzieję,  że  zbiła  Allison  z  tropu.  Nie  chciała,  by 

ktokolwiek, a szczególnie ona, domyślił się, że jest uczuciowo 

związana z Reese'm. 

 - 

W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko temu, 

jeśli się z nim umówię? - zapytała Allison niewinnie. 

Charley o ma

ło nie wypuściła z ręki pędzelka, ale nie dala 

nic po sobie poznać. 

 - Ja nie - 

odpowiedziała - ale może ten twój chłopak, jak 

mu tam...? 

 - 

Ethan.  Prawdę  powiedziawszy,  to  straszny  nudziarz. 

Reese  - 

ciągnęła  rozmarzonym  głosem  -  to  zupełnie  co 

innego... 

Doigra

łaś  się,  pomyślała  Charley.  Dotarło  do  niej,  co 

zrobiła. Mały pędzelek wydał się jej nagle niezwykle ciężki. 

Wyciągnęła chusteczkę, by zetrzeć nadmiar różowego cienia. 

 - 

Tak.  O  Reese'ie  można  to  powiedzieć  -  potwierdziła, 

starając się opanować wewnętrzne wzburzenie. 

Rozs

ądek  podpowiadał  jej,  że  zainteresowanie  Allison 

Reese'em ma swoje dobre strony. To ją odciągnie od innych 

spraw.  Dlaczego  więc  poczuła  się  tak  podle?  Wystarczyło 

spojrzeć,  jak  pociągająco  wygląda  Allison  w  swej  kusej 

piżamce,  by  zapomnieć  ó  wszelkich  racjonalnych 
argumentach. 

 - 

Pamiętaj,  nie  chciałabym,  abyś  miała  do  mnie  żal  - 

powiedziała wesoło Allison, zeskakując z łóżka. - Wpadnę na 

próbę dziś po południu. Poproszę go, żeby mi trochę pomógł 
przy jednej scenie  - 

bezwiednie  przyjęła  zachęcającą  pozę  i 

uśmiechnęła się. 

background image

Charley kurczowo 

ścisnęła grzebień, który właśnie wzięła 

do ręki, ale nawet nie drgnęła jej powieka. 

Przez nast

ępne  dwa  dni  Charley  miała  mnóstwo  pracy. 

Chalmers niespodziewanie zażądał zmian w scenariuszu i rola 

Charley  powiększyła  się  niepomiernie. W pierwszej wersji 

pokazywała  się  w  kilku  zaledwie  scenach  i  mnóstwo  czasu 

zostawało  jej  na  zasadnicze  zadanie.  Teraz  musiała  nauczyć 

się  na  pamięć  całych  stron  dialogów  i  nowych  piosenek.  Na 

dodatek  odnosiła  wrażenie,  że  Chalmers  znajdował  rodzaj 
sad

ystycznej  przyjemności  w  mordowaniu  jej  trzy  razy 

bardziej niż kogokolwiek z obsady. Pocieszała się, że czasem 

reżyserzy traktują niektórych aktorów brutalnie, by wydobyć z 

nich  cały  talent.  To  jej  nawet  pochlebiało.  Z  drugiej  strony 

kiełkowało  w  niej  podejrzenie,  że  Chalmers  wprowadził 

zmiany tylko po to, by w nawale pracy trzymała się z dala od 
Allison. 

W ci

ągu  dnia  Charley  miała  teraz  naprawdę  niewiele 

czasu. Każdą wolną chwilę wykorzystywała na robienie zdjęć 

ludziom  z  zespołu  lub  z  personelu,  tłumacząc,  że 

przygotowuje  pamiątkowy  album.  Starała  się  nie  pominąć 

nikogo. Pamiętała słowa Maxa, że jedno z tych zdjęć może się 

stać kluczem do rozwikłania zagadki. 

Jedynie Chalmers nie 

życzył  sobie  żadnych  zdjęć. 

Wymawiał  się,  że  nie  ma  czasu  na  takie  bzdury,  i 

zdecydowanie  unikał  obiektywu.  W  piątkowe  popołudnie 

ukryła się za kulisami i starała się sfotografować go z ukrycia. 

Już prawie dopięła swego, gdy wrzasnął przeraźliwie: 

 - 

Tremayne! Teraz miała być twoja replika. 

Charley gwa

łtownie  podniosła  głowę  i  szybko  wrzuciła 

aparat  do  torby.  Czy  zauważył,  co  robiła?  Chyba  nie. 

Wydawało się, że był zbyt zajęty z innymi aktorami. 

background image

 -  Przepraszam  - 

wymamrotała,  wchodząc  na  środek 

sceny. - 

Zastanawiałam się, jak to zagrać - uśmiechnęła się ze 

skruchą. 

Nie zrobi

ło to na nim żadnego wrażenia. 

 - 

Każdy  ma  swoje  problemy,  nie  jesteś  wyjątkiem  - 

odburknął, miętosząc w rękach scenariusz. 

Charley zadr

żała.  Czy  niechęć  Chalmersa  do 

fotografowania wynikała tylko z jego paskudnego charakteru? 

Czy  kryło  się  za  tym  coś  poważniejszego?  Może  to  o n  jest 

tajnym agentem KGB, a jeśli tak, to czy zna prawdę o niej? 

background image

Rozdzia

ł 8 

 -  Jak leci?  - 

zajęty  krojeniem  grubego  steku,  Max  tylko 

przelotnie zerknął na Charley. Wzruszyła ramionami: 

 - Chyba dobrze. Nie mam nic nowego. Ona jest nudna jak 

flaki z olejem. 

 - 

Byłaś w domu wczoraj wieczorem - zauważył. 

 - 

Owszem, ale ona nie. Mogłam przejrzeć jej rzeczy. Nic 

ciekawego - 

dodała, ubiegając pytanie Maxa. 

Powoli chrupa

ła  liść  sałaty  ze  swojej  porcji  sałatki 

cesarskiej. Zachęcała przecież Allison do zajęcia się Reese'em, 

a sama unikała go, jak mogła. Allison namówiła Reese'a, by 
poszli w czwartek wieczorem do galerii w Greenwich Village, 

a  Charley  spędziła  wieczór  gryząc  paznokcie.  Pomyślała,  że 

posunęła  się  trochę  za  daleko  w  zachęcaniu  Allison. 

Uświadomiła  sobie,  że  wcale  nie  chce  widzieć,  jak  Reese 
ulega jej urokowi. 

 - 

Wyszła z Reese'em - wyjaśniła po długim milczeniu. 

 - 

Wiem,  Branigan  ich  śledził  -  Maxowi  wyraźnie  nie 

przypadło do gustu jej rozdrażnienie. 

 - 

Coś  się  wydarzyło?  -  zapytała,  z  trudem  dobywając 

głosu. 

 -  Podziwiali obrazy  - 

odpowiedział,  nie  podnosząc 

wzroku. 

 - A potem? - 

zapytała niecierpliwie. 

 - 

Rozumiem,  że  chciałabyś  wiedzieć,  czy  się  kochali, 

prawda? Charley z westchnieniem przymknęła oczy. 

 - Tak. 
 - Po co? 
 - Bo jestem masoc

histką i tyle. A ty jesteś sadystą. Mów 

wreszcie! - 

zażądała, starając się panować nad głosem. 

 - 

A  więc  nie,  chyba,  że  zdołali  to  zrobić  na  stole  w 

Peacock Caffe - 

odparł z kwaśną miną. 

 - Peacock Caffe? - 

Charley opadła na krzesło. 

background image

 - 

Branigan powiedział, że poszli tylko na kawę. 

 - 

Jesteś  tego  pewien?  -  zapytała,  łapiąc  Maxa  za  rękę. 

Widelec w jego dłoni znieruchomiał. 

 - 

Tak.  Obserwował  ich  cały  czas,  z  wyjątkiem  może 

pięciu  minut,  gdy  musiał  wyjść  na  skutek  łapczywie 
zjedzonego obiadu. Jestem przekonan

y,  że  gdyby  nawet  w 

tym czasie wydarzyło się coś istotnego, to Branigan musiałby 

zauważyć jakieś poruszenie wśród innych gości. A teraz może 

już mnie puścisz? 

Charley poczu

ła przypływ ulgi. A więc między Reese'em i 

Allison  nic  się  nie  wydarzyło.  Nawet  nie  tknął  tej  pięknej, 

pełnej seksu kobiety, mimo iż ona zgodziłaby się na wszystko. 

Doskonale,  z ironią  pomyślała Charley.  Wracamy  do  punktu 

wyjścia.  Przecież  nie  ma  dla  niego  miejsca w moim życiu. 

Pociągnęła  łyczek  wina  i  westchnęła.  Czas  wracać  do 

obowiązków, napominała się. 

 - 

Czy  w  Biurze  znaleźli  coś  ciekawego  na  fotografiach, 

które ci dałam? 

 - 

Nic,  żadnego  podobieństwa.  Ale  szukamy  dalej. 

Podejrzewasz kogoś? 

 - 

Wszyscy zaczynają wyglądać podejrzanie - wyznała, nie 

kryjąc zawodu. 

 - 

Zdrowe  podejście  -  Max  spojrzał  znad  sałatki 

kartoflanej.  - 

Trzymaj  się  blisko  Miss  Iowa.  Chcemy  ją 

wykorzystać jako świadka - nie powinno jej się przytrafić nic 

złego.  Jasne?  -  ton  jego  głosu  był  spokojny,  lecz  Charley 

czuła, że Max ma do niej pretensje o zaniedbania, jakich się 

ostatnio dopuszczała z powodu Reese'a. 

 - Jasne - 

odparła ze ściśniętym gardłem. 

 - 

To dobrze. Trzymaj się z daleka od Reese'a. 

 - Max, ja... 
 - Charley - 

przerwał jej z wyrzutem - twoje życie osobiste 

mnie nie interesuje, o ile nie przeszkadza w pracy

, a to właśnie 

background image

ma  miejsce.  Nie  możesz  jednocześnie  romansować  i  mieć 

oczy szeroko otwarte na wszystkie ewentualności. 

Nie podoba

ł jej się sposób, w jaki to powiedział. 

 - 

Ewentualności? - zdziwiła się. 

 - 

A czy przyszło ci kiedyś do głowy, że Reese może być 

tym łącznikiem KGB? O mało nie zachłysnęła się winem. 

 - 

Nigdy w życiu, Max. To niemożliwe, daję głowę! 

 - 

Może  faktycznie  to  robisz  -  odpowiedział  spokojnie, 

pozwalając, by sama zinterpretowała jego słowa. - Daj sobie z 
nim spokój  - 

nagle  jęknął.  -  Nie  oglądaj  się.  Coś  mi  się 

wydaje, że to właśnie obiekt twoich uczuć stoi przy wejściu, 
pod filodendronem. 

 -  Co takiego?  - 

Charley  odwróciła  się  odruchowo, 

rozglądając się na wszystkie strony. 

 - 

Niezbyt to rozsądne, sama widzisz, Charley. Naprawdę 

możesz mieć kłopoty z jego powodu. 

 - 

W glosie Maxa słychać było współczucie. 

Mia

ł  rację.  Wszystko  było  nie  tak.  Nie  wolno  jej  było 

związać  się  z  Reesem,  bez  względu  na  jej  pragnienia. 

Niepokoje  i  rozterki  miłosne  musiały  zejść  na  dalszy  plan. 

Jeśli  z  powodu  uczuciowych  dylematów  straciłaby  czujność, 

mogłaby  narazić  ich  oboje  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo. 

Taka była brutalna prawda. 

 -  Przepraszam  - 

wymamrotała,  zawstydzona  swoim 

dyletanckim zachowaniem.  -  Ale co on tu robi?  - 

zapytała 

przytłumionym głosem. 

 -  Pew

nie cię szpieguje. Sądząc z tego, jak marnie mu to 

wychodzi, nie jest chyba agentem KGB 

 - 

powiedział Max. 

 - 

Świetnie - ucieszyła się i sięgnęła po torbę. 

 - 

Też tak uważam - dodał Max oschle. - A przy okazji... 

Charley,  istnieją  przesłanki,  że  agent,  którego szukamy, to 

ktoś z samej góry KGB. Jest bezwzględny. Sowieci nie cofną 

background image

się  przed  niczym,  by  zdobyć  te  informacje,  na  których  im 

zależy.  Nie  muszę  ci  chyba  mówić,  żebyś  miała  się  na 

baczności - popatrzył na nią przeciągle. 

 -  O, Max  - 

wykrzyknęła z udawanym zdziwieniem. - To 

tobie na mnie zależy? 

 -  Po prostu szkoda mi fatygi na szukanie nowego 

partnera. To zabiera zbyt dużo czasu 

 - 

wyjaśnił i wrócił do posiłku. 

 - 

Jasne, czas lepiej poświęcić na żarcie! 

 -  Racja. A teraz zmykaj do tego swojego skaucika. 

Zobaczymy  się  w  Bostonie.  Potaknęła,  wstając.  Jej  skaucik. 

Co mu powie? Jak dotąd jakoś się wyłgiwała. Może uda się i 
tym razem? 

Przeciska

ła  się  przez  mroczną  salę,  starając  się  ominąć 

filodendron z daleka i udając, że nie widzi Reese'a. 

 - Charley! - z

łapał ją za rękę. 

 - 

Reese! Skąd się tu wziąłeś? - otworzyła szeroko oczy, 

udając przyjemne zaskoczenie. 

 - 

Przyszedłem  za  tobą  -  odparł,  popychając  obite  skórą 

drzwi restauracji. Na ulicy kładły się już wieczorne cienie. 

 -  Po co?  - 

zapytała,  nie  spodziewając  się  tak 

bezpośredniej odpowiedzi. Wziął ją za rękę. Przystanął, więc i 

ona musiała się zatrzymać. 

 - 

Bo chyba masz kłopoty. 

Za

śmiała się, próbując obrócić jego słowa w żart. 

 - 

Dziwnie  się  zachowujesz.  Coś  jest  nie  w  porządku, 

prawda? - 

to było raczej stwierdzenie, niż pytanie. 

 - 

Wszystko  w  porządku,  Reese  -  uspokoiła  go.  -  Muszę 

wracać do domu - odetchnęła, gdy uwolnił jej rękę i ruszyli. - 

Cieszy  mnie  twoja  troskliwość,  naprawdę  -  dodała  -  ale nie 

mam żadnych kłopotów - zerknęła na niego z ukosa, szukając 

potwierdzenia,  że  go  przekonała.  Ale  jego  twarz  pozostała 

napięta. 

background image

Nie baw si

ę w detektywa, Reese, pomyślała. Nie czas na 

to. 

 - 

Z kim byłaś w restauracji? - zapytał. 

Z tonu jego g

łosu  przebijało  zainteresowanie,  nie 

zazdrość.  Inna  sprawa,  że  nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie 

byłby zazdrosny o Maxa. Gdyby mu posiwiały włosy i broda, 

mógłby udawać Świętego Mikołaja. 

 -  To wuj Max  - 

odparła lekko. Reese wziął ją ponownie 

za rękę. 

 - 

Charley,  to  już  sobie  wyjaśniliśmy,  pamiętasz?  Nie 

masz żadnego wuja Maxa. 

 -  Nieprawda. Mam  - 

upierała  się.  Starała  się  ukryć 

rozpacz  w  głosie.  -  Jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie 
wiesz. 

 - 

W  porządku  -  powiedział  Reese,  zatrzymując  się 

gwałtownie i powstrzymując ją od wejścia na jezdnię. Zapaliło 

się  zielone  światło  i  na  skrzyżowanie  wlała  się  rzeka 

samochodów pędzących na wyścigi, by zdążyć przed zmianą 

świateł. - Może byś mi o nich opowiedziała? 

Westchn

ęła i popatrzyła przed siebie, skupiając wzrok na 

napisie „Stój". 

 - 

Nie mogę. 

Reese'owi udawa

ło  się  panować  nad  rosnącym 

rozdrażnieniem. Kłótnia nic tu nie da. 

 - 

O  jakich  to  strasznych  rzeczach  mogłabyś  mi 

opowiedzieć?  -  Światło  zmieniło  się  i  Charley  rzuciła  się 

naprzód a Reese pospieszył za nią. - Może jesteś złodziejką? - 

zapytał  ze  śmiechem.  Przechodnie  popatrzyli  na Charley z 
zadziwieniem. - Albo szpiegiem? 

Charley by

ła dumna z siebie, że nawet nie zwolniła kroku. 

Zdecydowanie  maszerowała  w  kierunku  następnego 

skrzyżowania. Reese dogonił ją i odwrócił twarzą do siebie. 

background image

 - 

Daj  spokój,  Charley.  Znam  cię  dobrze.  Wiem, jaka 

jesteś, i nie odstręczysz mnie niczym - powiedział, patrząc jej 
w oczy. 

 - 

Zdziwiłbyś  się  -  powiedziała  Charley  cicho, 

uśmiechając się. 

 - To znaczy? 
 - Nic nie znaczy - 

zdecydowanym krokiem szła dalej. W 

dwóch skokach był przy niej. 

 - 

Ucieczką nigdy niczego nie załatwisz. 

 -  Ale przynajmniej unikam konfrontacji  - 

przygryzła 

wargę,  dziwiąc  się,  że  w  ogóle  zdołała  wydobyć  głos. 

Nadszedł moment, by zrobić co należy: 

 - 

Słuchaj, Reese, przeszkadzasz mi. 

To obcesowe stwierdzenie zdziwi

ło go. Wydawało mu się, 

że między nimi układa się coraz lepiej. 

 - 

Miałem  nadzieję,  że  między  nami  wszystko  będzie 

dobrze - 

powiedział, zirytowany i zmartwiony jednocześnie. 

Skr

ęcili właśnie na wschód, na Sześćdziesiątą Piątą ulicę. 

Charley przyspieszyła kroku, zbierając siły, by nie wypaść z 

roli. To była gra, czuła się jak na scenie. 

 - 

Myliłeś  się  -  powiedziała.  -  Nie  będzie  dobrze.  Za 

bardzo się różnimy. 

 - 

Co masz na myśli? - Tym razem nie miał zamiaru dać za 

wygraną  i  postanowił  dowiedzieć  się,  kogo  lub  co  ma 
przeciwko 

sobie.  Sam  nawet  modlitwą  nie  rozwiąże  tego 

problemu. 

 - 

Ja  lubię  skakać  z  wieżowców,  a  ty  lubisz  rozwieszać 

siatki ochronne. 

 - Co to za bzdury - 

złapał ją za rękę, gdy otwierała drzwi 

budynku,  w  którym  mieszkała.  Zmierzyła  wzrokiem 

trzymającą ją dłoń. Reese rozluźnił uścisk. Charley weszła do 
hallu i zdr

ętwiałym palcem nacisnęła przycisk windy. 

background image

 - 

To nie bzdury. To znaczy, że ty lubisz, żeby wszystko 

było bezpieczne, uładzone, możliwe do przewidzenia. - Winda 

nadjechała i Charley weszła do środka. Ku jej rozpaczy Reese 

zrobił to samo. Nie mogła się go pozbyć. - A ja się czuję jak w 
klatce - 

ciągnęła, starając się, by zrozumiał. - Ja lubię emocje, 

nawet  niebezpieczeństwo.  -  W  zapamiętaniu  bezwiednie 

zdradziła,  co  jej  przeszkadzało  w  ich  związku.  Tak  było 
n

aprawdę - woda i ogień. Dwie skrajności. - Reese, czemu nie 

możesz  tego  pojąć?  -  drzwi  windy  otworzyły  się,  a  Charley 

błagała  niebiosa,  by  Reese  nie  poszedł  za  nią.  Nie  została 

wysłuchana. 

 - Jedyne co rozumiem - 

powiedział - to to, że pozwalasz, 

by  ominęło  cię  coś  cennego,  bo  się  boisz.  Boisz  się  siebie, 

mnie,  związania  się,  wszystkiego.  Ale  ja  nie  zrezygnuję, 

dopóki nie zmuszę cię do rozmowy o tym. 

 - 

Właśnie rozmawiamy - upierała się. 

 -  Ale ty nie mówisz wprost  - 

powiedział,  starając  się 

zachować cierpliwość. - Może wcale nie jestem taki stateczny 

i łatwy do przewidzenia, jak mogłoby ci się wydawać. Pomyśl 
o tym. 

 - 

Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała zdziwiona. 

U

śmiechnął  się.  Ostatnimi  czasy,  jeszcze  przed 

ponownym  pojawieniem  się  Charley,  nurtował  go  jakiś 

niepokój.  Podejmując  pracę  inspicjenta  uważał,  że  znalazł 

idealne  rozwiązanie  swoich  sprzecznych  pragnień  -  emocji i 

stabilności. Miał regularne zarobki, a jednocześnie pozostawał 

w  kręgu  teatru.  Okazało  się  jednak,  że  to  mu  nie  wystarcza. 
Gdy 

ujrzał Charley, zapomniał chwilowo o swych rozterkach. 

Teraz  jednak  chciał  jej  powiedzieć,  że  tak  jak  ona  pożądał 

życia...  bardziej  emocjonującego.  Lecz  moment  nie  był 
odpowiedni na takie wyznanie  - 

Charley  wyglądała  na 

wyczerpaną.  Znajdzie  bardziej  sprzyjającą  chwilę,  może  na 
próbie generalnej w Bostonie. 

background image

 - 

Powiem  ci,  kiedy  naprawdę  będziesz  chciała  o  tym 

porozmawiać - pocałował ją w czoło. - Dobranoc, Charley. 

Charley wesz

ła  do  mieszkania.  Oparła  się  o  drzwi, 

oszołomiona  jego  słowami,  a  jednocześnie  zadowolona,  że 

rozmowa zakończyła się tak gładko. Cichnący odgłos kroków 

upewnił  ją,  że  Reese  odszedł.  Nagle  owładnęło  nią  uczucie 

pustki, której nie mogła zapełnić satysfakcja z pracy. 

S

łysząc  hałas  dochodzący  z  łazienki,  Charley  szybko 

przywołała się do porządku. Nawet cień smutku nie pozostał 

na jej twarzy, gdy Allison weszła do pokoju. 

 - 

Co się stało? - zapytała Allison. - Wydawało mi się, że z 

kimś się sprzeczałaś. 

 -  Nic takiego  - 

odpowiedziała  Charley  swobodnie.  - 

Starałam  się  pozbyć  Reese'a.  Napatoczył  się  po  drodze  i 

nalegał,  że  odprowadzi  mnie  do  domu  -  rzuciła  torbę  na 

krzesło. 

Allison nie potrafi

ła ukryć zaciekawienia. 

 - 

Czemu  go  nie  zaprosiłaś?  -  zapytała  rozczarowana. 

Charley wzruszyła ramionami. 

 - To nudziarz. 
 - 

Może  dla  ciebie  -  westchnęła.  -  Ja  bym  się  łatwo 

przyzwyczaiła  do  takiej  nudy  -  dodała,  uśmiechając  się 
szeroko. 

Charley zauwa

żyła z zadowoleniem, że piękna Allison ma 

trochę koński uśmiech. Taka mała pociecha, pomyślała. 

 - 

Tak samo uważa mnóstwo dziewczyn - Allison klapnęła 

na  kanapę  i  wyciągnęła  się  wygodnie.  Mimo  wczesnej  pory 

była już w swej kusej piżamie. Nic dziwnego, że chciała, by 

Reese ją zobaczył. Słuchając nie kończącego się potoku słów 

dziewczyny,  Charley  zauważyła,  że  jedynym  tematem  był 

Reese. Allison twierdziła, że wszystkie dziewczyny z zespołu 

za nim szaleją. - Najgorsza jest Rhonda, łasi się do niego przy 

każdej okazji. 

background image

Na kr

ótką  chwilę  Charley  dała  ponieść  się  uczuciu 

zazdrości,  jednak  szybko  odepchnęła  od  siebie  myśli  o 

Rhondzie  i  skupiła  się  na  próbie  wyciągnięcia  z  Allison 
bardziej istotnych informacji. 

 - 

Jest  do  wzięcia  -  powiedziała.  -  Ja nie jestem nim 

zainteresowana. Allison rozpromieniła się jeszcze bardziej. 

 - 

Ja na pewno bym go nie odepchnęła. 

Charley usiad

ła na kanapie, szukając sposobu, jak zdobyć 

to o co 

jej chodziło: 

 - 

A ty i Ethan? To już skończone? - zapytała. 

Allison wpatrywa

ła  się  w  swoje  pięknie  ukształtowane 

paznokcie. Charley mogłaby przysiąc, że dziewczyna czuje się 

nieswojo. Czyżby myślała o swojej roli w sprzedaży tajemnic 

państwowych? 

 - Chyba tak - 

odpowiedziała po długim milczeniu. - Mam 

zamiar powiedzieć mu zaraz po przedstawieniu, że wszystko 

skończone. 

 - 

Kiedy  ma  przyjechać?  -  zapytała  Charley,  wstając  i 

wychodząc  do  kuchni.  Nagle  zapragnęła  napić  się  mocnej 
kawy. 

Dogoni

ł ją głos Allison: 

 - 

W poniedziałek wieczorem, na próbę kostiumową. 

Charley zamar

ła.  Na  próbę  kostiumową?  Przecież  Max 

słyszał,  jak  zapraszała  Graystone'a  na  premierę.  Musiał  być 

jakiś  powód  zmiany  planów.  Charley  przygryzła  wargę.  W 

jaki  sposób  Allison  została  poinformowana o zmianie 

terminu?  Ktoś  z  KGB  kontaktował  się  z  nią,  zmyliwszy 

uprzednio Charley i Branigana. Wydawało się to niemożliwe, 

jednak stało się. Zmiana terminu zaniepokoiła ją. Czy to coś 

oznaczało? Czy KGB było na ich tropie? 

 - 

Masz  ochotę  na  kawę?  -  zapytała,  stając  w  drzwiach 

kuchenki.  Żadnym  gestem  nie  dała  poznać  po  sobie 
zaniepokojenia. 

background image

 - 

Źle  mi  działa  na  nerwy  -  odpowiedziała  Allison  i 

sięgnęła po lakier do paznokci, stojący na stoliku. 

A ty 

źle działasz na mnie, pomyślała Charley. Wróciła do 

kuchni 

i nalała wody do ekspresu. Dlaczego zmienili termin? 

To  pytanie  nie  dawało  jej  spokoju.  W  przebłysku  intuicji 

przypomniała  sobie  ogłoszenie  wywieszone  na  tablicy. 

Producenci przedstawienia zawiadamiali o kolacji dla zespołu 

i  całego  personelu,  którą  zamierzali  wydać  po  próbie 

kostiumowej. Na pewno tam odbędzie się wymiana. 

Ale kiedy i jak Allison si

ę  o  tym  dowiedziała?  I  kiedy 

zdołała skontaktować się z Graystonem? Charley drobiazgowo 

analizowała przebieg mijającego dnia. Allison była ciągle przy 
niej lub n

a  scenie...  z  wyjątkiem  krótkiej  chwili  podczas 

lunchu,  który  jadła  w  restauracji  w  towarzystwie  dwóch 

aktorów.  Allison  poszła  do  toalety,  a  gdy  w  minutę  później 

Charley  podążyła  za  nią,  znikała  dopiero  w  drzwiach,  obok 

których właśnie znajdowały się aparaty telefoniczne. 

Trzeba niezw

łocznie  zawiadomić  Maxa.  Jednak  Allison 

mogłaby  nabrać  podejrzeń,  gdyby  teraz  nagle  wybiegła. 

Przygryzła wargę i spokojnie czekała, aż ostatnia kropla kawy 
skapnie do dzbanka. 

Cisz

ę przerwał przeraźliwy dzwonek telefonu. 

 - Czekasz na telefon? - 

zapytała dziewczynę. 

 - 

Nie. Chcesz, żebym odebrała? 

Telefon! Jasne! Przecie

ż  Max  nagrywa  wszystkie 

rozmowy, pomyślała. 

 -  Nie trzeba, nie przeszkadzaj sobie  - 

rzuciła  się  do 

aparatu. - Hallo? 

 - Charley? To ja, Carol. Co robisz jutro rano? 
Mia

ły  wolne,  bo  Chalmers  zarządził  próbę  tylko  dla 

męskiego zespołu tanecznego. 

 - 

Spróbuję  jakoś  się  pozbierać  -  powiedziała,  mając  na 

myśli  wyczerpujące  próby.  Chalmers  kazał  powtarzać 

background image

wszystkie  numery  w  nieskończoność.  Może  ponosiła  ją 

wyobraźnia, 

ale ca

ły  czas  miała  wrażenie,  że  naprawdę  szczególnie 

zawziął się na nią. Zmuszał ją do pracy bardziej bezwzględnie 

niż innych. 

 - 

To  chyba  nie  będziesz  miała  ochoty  pójść  ze  mną  na 

zakupy? - 

W głosie Carol słychać było nutę zawodu. 

Zakupy by

ły  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  Charley  miała 

ochotę, ale nie mogła przegapić okazji. 

 - 

Dlaczego nie? Z chęcią się wybierzemy. 

 - My? - 

zdziwiła się Carol. 

Charley zakry

ła dłonią mikrofon i popatrzyła na Allison. 

 - 

Carol proponuje, żebyśmy się jutro wybrały na zakupy. 

Alli

son skrzywiła się: 
 - Sama nie wiem... 
 -  Daj spokój  - 

powiedziała Charley przymilnie. - Będzie 

fajnie. Pochodzimy trochę po sklepach, potem zjemy lunch w 

jakimś małym, przytulnym lokaliku - dodała kusząco. 

Stanowczo postanowi

ła nie spuścić dziewczyny z oka, tym 

bardziej, że plany się zmieniły. Możliwe, że ktoś z KGB znów 

będzie  chciał  się  z  nią  skontaktować,  więc  Charley  musiała 

znać każdy ruch Allison. 

 -  No dobrze  - 

Allison przystała bez entuzjazmu. - Może 

rzeczywiście będziemy się dobrze bawić. 

 - Doskonale - 

ucieszyła się Charley i odkryła mikrofon. - 

Ona się zgadza. 

 - Kto to jest „ona"? 
 - 

Allison. Powiedziała, że chętnie do nas dołączy. 

 - Och... 
G

łos Carol brzmiał zimno. Charley przypomniała sobie, że 

chłopak  Carol  był  jednym  z  wielu,  z  którymi  Allison 

zapamiętale flirtowała. Może to on był łącznikiem? A Carol? 

background image

Było tak wiele możliwości! Wiadomość! Musisz natychmiast 

przekazać wiadomość, ponagliła się. 

 - 

Czy wiesz, że na próbę kostiumową przyjedzie chłopak 

Allison?  - 

To  zdanie  w  rzeczywistości  było  skierowane do 

Maxa. 

 - 

To ona ma chłopaka? - zdziwiła się Carol. 

 - 

Właściwie  to  już  jej  były  chłopak.  O  ile  pamiętam  na 

imię  ma  Ethan.  W  każdym  razie  przyjeżdża  w  poniedziałek. 

Musi  mu  na  niej  cholernie  zależeć,  że  jedzie  taki  kawał  do 

Bostonu.  Nie  uważasz,  że  ta  nasza  Allison  to  prawdziwa 
mistrzyni w podbijaniu serc? - 

Charley zerknęła na Allison. 

Dziewczyna nie wygl

ądała  na  zadowoloną,  raczej  na 

zmieszaną. Może ma resztki sumienia, pomyślała Charley. 

 - Mistrzyni... - 

mruknęła Carol. - Nie ma więc nadziei, że 

odczepi  się  od  Terry'ego,  prawda?  -  zapytała,  dając  upust 
swoim uczuciom. 

 - Raczej nie - 

odrzekła Charley. - To o której jutro? 

 - 

O dziesiątej. Może być? 

 - 

Świetnie. Do zobaczenia. 

Dwie pieczenie na jednym ogniu, pomy

ślała  Charley  z 

satysfakcją.  Max  dowie  się  o  zmianie  planów,  a  Charley 

będzie  miała  Allison  pod  bokiem  przez  całe  przedpołudnie. 

Upiekę  i  trzecią,  dodała  w  duchu,  wracając  do  kuchni.  Jeśli 

spędzi czas z Carol i Allison, Reese nie będzie miał okazji, by 

zadręczać ją pytaniami. 

Wi

ęc dlaczego nie odczuwała radości? 

Życie nie jest takie proste, pomyślała podnosząc filiżankę 

z kawą. Skrzywiła się. Kawa była gorzka. 

W sobot

ę  wszystko poszło  zgodnie  z  planem.  Przez całe 

przedpołudnie  biegały  jak  szalone  po  magazynach 

ulokowanych  wzdłuż  Madison  i  Piątej  alei.  Ku  swemu 

zdziwieniu, Charley poczuła nawet sympatię do Allison, która 

przymierzając  szykowne  stroje  cieszyła  się  jak  dziecko. 

background image

Przywołało  to  na  myśl  Graystone'a  i  okrągłą  sumkę,  jaką 

wybulił, by spełnić kosztowne zachcianki swojej ukochanej. Z 

drugiej  strony,  widząc,  jak  Allison  rozpromienia  się 

wygładzając  na  biodrach  fałdy  jedwabnej  sukni,  pojęła, 

dlaczego ten mężczyzna obsypywał ją prezentami. Allison po 

prostu  uwielbiała  wszystko,  co  najlepsze.  Na  dodatek 

promieniała urodą i entuzjazmem i Charley czuła się przy niej 
stara i nieatrakcyjna. 

 - 

Nie masz dosyć? - zapytała Carol z nadzieją. Carol już 

dwa sklepy wcześniej przestała cokolwiek przymierzać. 

 - Tak, chyba wystarczy. 
 - 

Pamiętaj, że musimy jeszcze dotrzeć do teatru. 

Si

łą  odciągnęły  Allison  od  trzech  kreacji,  które  miała 

jeszcze ochotę założyć, i doholowały ją do Minskoff właśnie 

w chwili, gdy Chalmers zaczął się za nimi rozglądać. 

Tego samego dnia podczas próby tanecznej, Charley 

skutecznie  udało  się  unikać  Reese'a,  a  w  niedzielne 
prz

edpołudnie  razem  z  Allison  wybrały  się  na  lunch.  Gdy 

wróciły do domu, migające czerwone światełko informowało, 

że aparat zgłoszeniowy przyjął jakąś wiadomość. Wiadomości 

były trzy i wszystkie od Reese'a dla Charley. Słuchając jego 

głosu Charley odczuła taki ból, że wyłączyła aparat w połowie 

trzeciej, przewinęła taśmę i nawet nie oddzwoniła do Reese'a. 

Stara

ła  się  o  nim  nie  myśleć.  Wypełniała  sobie  czas 

oglądaniem  w  towarzystwie  Allison  starych  filmów  w 

telewizji  i  opowiadaniami  o  przeszłości.  Właściwie  mówiła 

Allison. Wyglądało na to, że wspomnienia przynoszą jej ulgę. 

W  chwili,  gdy  Charley  przypadkowo  zapytała  o  Ethana, 

dziewczyna zadumała się. 

 - 

Jest  miły  -  odpowiedziała  po  chwili,  tak  jakby  to  był 

ostateczny  wyrok.  Wstała  i  nerwowo  zmieniając  kanały  w 
t

elewizji  szukała  czegoś,  co  by  ją  oderwało  od  własnych 

background image

myśli.  -  O,  popatrz!  Dają  stary  film  z  Fredem  Astaire'em  - 

zauważyła. 

 - 

Umiałabyś tak zatańczyć? 

Nie, pomy

ślała  Charley,  ale  chciałabym  znaleźć  sposób, 

żebyś się wygadała, kto jest twoim łącznikiem. 

W poniedzia

łek rano Charley stwierdziła ze zdziwieniem, 

że Chalmers nie pojawił się na próbie. 

 - 

Chyba  wreszcie  zadziałała  moja  laleczka  woodoo  - 

powiedziała Carol scenicznym szeptem, gdy zespół szykował 

się do drugiego aktu. 

 - 

Czy jest ktoś, kto go zastąpi? - zapytała Charley. - Ja. 

Rozejrza

ła się. Obok niej stał Reese. Wypadło jej z głowy, 

że  jednym  z  obowiązków  inspicjenta  jest  zastępowanie 

reżysera  w  razie  jego  nieobecności.  Ale  przy  Reese'ie 

zapominała przecież o wielu rzeczach. 

 - 

Dobrze, moi państwo - zakrzyknął, zwołując aktorów. - 

Postarajmy  się  przejść  przez  to  możliwie  bezboleśnie.  Pana 

Chalmersa  dziś  nie  będzie.  Rozbolał  go  ząb.  -  Zgromadzeni 

jęknęli z nieszczerym współczuciem. - Ale to nie powód, żeby 

zaniedbywać pracę, prawda? 

Przytakn

ęli bez entuzjazmu. 

Charley zastanawia

ła  się,  czy  Reese  kiedykolwiek 

zastępował  reżysera.  Nie  wyglądał  na  skrępowanego  ani 

zdenerwowanego.  Wątpiła  zresztą,  by  cokolwiek  mogło 

sprawić,  że  byłby  skrępowany.  Mimo  to  ona  była 
zdenerwowana za niego. 

Zadziwi

ł ją. Spodziewała się, że przysiadzie gdzieś z boku 

i  będzie  biernie  obserwował  układy  taneczne.  Lecz  gdy  solo 

Rhondy  wymagało  poprawek,  Reese  podniósł  się  i  pokazał, 
czego, jego zdaniem, oczekiwa

łby Chalmers. Reese śpiewał. I 

tańczył.  Charley  wiedziała,  że  jest  dobrym aktorem, ale nie 

podejrzewała  w  nim  talach  talentów.  Miała  wrażenie,  że 

background image

powiodłoby  mu  się  we  wszystkim,  o  czymkolwiek  by 

zamarzył. 

Gdy nadesz

ła pora lunchu, Charley była pewna, że Reese 

będzie próbował jej towarzyszyć. Uratowała ją Rhonda, która 
kokieter

yjnym ruchem wzięła go pod rękę. 

 - 

Może  pomógłbyś  mi  wygładzić  mój  układ?  -  zapytała 

zalotnie. 

Wychodz

ąc z sali prób z kilkoma innymi osobami Charley 

wmawiała sobie, że wszystko ułożyło się najlepiej jak mogło. 

Lecz gdy już siedziała w pobliskiej kawiarni, przyłapała się na 

tym,  że  zamiast  przyłączyć  się  do  rozmowy,  z  nadzieją 

wpatruje się w drzwi. Zazdrość ścisnęła jej gardło tak, że nie 

była w stanie niczego przełknąć. 

Popo

łudnie  minęło  na  cyzelowaniu  drugiego  aktu.  Czuli, 

że Chalmers były zadowolony, lub przynajmniej jego wrzaski 

nie byłyby aż tak przeraźliwe. 

Charley szykowa

ła się już razem z Allison do wyjścia, gdy 

Reese stanął za nią. 

 - 

Panno  Tremayne,  czy  może  pani  zostać  jeszcze  przez 

chwilkę? - zapytał. Zamierzała wymówić się innymi planami, 
ale n

ie dał jej szansy. 

 - 

Proszę  -  dodał  łagodnie  i  Charley  nie  była  w  stanie 

odmówić. 

 - 

To na razie, zobaczymy się później - rzuciła Allison. 

Charley chcia

ła ją poprosić, by została, lecz Allison wzięła 

pod rękę któregoś z tancerzy i zniknęła z nim w mroku kulis. 

Charley  była  zrozpaczona;  jak  zdoła  odgadnąć,  z  kim  ta 

dziewczyna się kontaktuje, skoro flirtuje z każdym, kto pojawi 

się w zasięgu wzroku. 

 - 

Twoja  druga  kwestia  w  trzeciej  scenie  jest  trochę 

bezbarwna  - 

powiedział  Reese.  -  Myślałem,  że  może 

chciałabyś to powtórzyć. Jestem do dyspozycji. Randka mi nie 

wyszła. 

background image

 - Z kim? - 

zapytała Charley. - Z Rhondą? 

By

ła pewna, że ta kobieta ma wobec Reese'a jak najgorsze 

zamiary i nie mogła znieść myśli o ich spotkaniu. 

 -  Rhonda?  - 

powtórzył  Reese.  -  Prosiła  mnie  tylko o 

pomoc w swoim solo.  - 

Ton  jego  głosu  świadczył,  że  nie 

obchodzi  go  żadna  inna  kobieta.  -  Ja  natomiast  potrzebuję 

pomocy  przy  rozwikłaniu  tego  wszystkiego.  Czy  dobrze  cię 

oceniam, Charley? Czy może wyciągam niewłaściwe wnioski 
z twojego zachowania? Czy wszystkie swoje uczucia 

zachowujesz rzeczywiście jedynie dla mnie? 

Charley wiedzia

ła, że powinna potwierdzić jego domysły, 

lecz zabrakło jej siły. 

 - Nie. Nie tylko dla ciebie - 

wymamrotała. 

A w chwil

ę  potem  była  w  objęciach  Reese'a,  który 

obsypywał  ją  pocałunkami.  Czuła,  jak  w  miarę  narastania 

namiętności traci nad sobą kontrolę. By nie dać się opanować 

zmysłom, odpychała Reese'a od siebie. 

 -  Ale to i tak niczego nie zmienia  - 

powiedziała  z 

wysiłkiem. 

Reese nie mia

ł  pojęcia,  co  to  ma  znaczyć,  ale  nie  chciał 

dalszych sporów. 

 -  Dobrze  - 

zgodził się, całując delikatnie jej szyję. - Do 

szczegółów  wrócimy  innym  razem.  Dotyk  jego  warg 

oszałamiał  ją,  znów  czuła,  że  traci  panowanie  nad  sobą.  Po 
chwili uczucia 

wzi

ęły  górę  i  przywarła  do  niego,  pragnąc  czuć  kojący 

dotyk jego ciała. 

Reese nie traci

ł czasu. Stanął za nią i odgarniając jej gęste 

włosy  pieścił  jej  ramiona.  Jego  dłonie  wsunęły  się  do  jej 

dżinsów  i  masowały  delikatnie  brzuch.  Charley  topniała  pod 
jego dotykiem. 

Chcia

ła stanąć do niego przodem, by móc nasycić się jego 

ustami,  ale  to  oznaczałoby  rezygnację  z  tych  cudownych 

background image

wrażeń, jakich dostarczały jego dłonie. To był trudny wybór, 

odwróciła się jednak i uniosła ramiona, by zarzucić mu ręce na 

szyję. Reese cofnął się krok. 

 - Hola, to ja dzisiaj jestem 

reżyserem - drażnił się z nią. - 

Ja dyktuję, co masz robić. 

 - 

Jesteś  tylko  zastępcą  -  zażartowała  mimo 

podekscytowania. - 

Przyda ci się niewielka pomoc. 

 - 

Czyżby? To trzeba sprawdzić! - rozejrzał się i Charley 

domyśliła się, co miał na myśli. 

 - O nie, nie na scenie - 

prosiła. - Ktoś mógłby wejść. 

 - 

Możemy  wynająć  pokój.  Przy  Times  Square  jest 

mnóstwo  tanich  hotelików.  Przewróciła  oczami  i  potrząsnęła 

przecząco głową. 

 - 

Nie  wytrzymam  tak  długo  -  powiedziała,  zachwycona 

szerokim uśmiechem, jaki na jego twarzy wywołały te słowa. 

 - 

Jakoś  sobie  poradzimy  -  powiedział  z  diabelskim 

błyskiem  w  oczach.  -  Chodźmy!  -  wziął  ją  za  rękę  i 

poprowadził wąskim korytarzem. 

 - Rekwizytornia? - 

zakrzyknęła, gdy otworzyli skrzypiące 

drzwi. - Ale tu jest strasznie ciasno, n

ie mówiąc już o kurzu i... 

Nie pozwoli

ł  jej  na  dalsze  narzekania.  Zamknął  jej  usta 

pocałunkiem i po chwili wszystkie jej wątpliwości odeszły w 

niepamięć. Rekwizytornia nie była taka zła. Scena też by się 

wydała  dobra.  Każde  miejsce  na  Ziemi,  w  którym  Reese  by 

się z nią kochał, byłoby doskonałe. 

To by

ło wszystko, co się liczyło. A w tej chwili liczył się 

tylko Reese. 

background image

Rozdzia

ł 9 

To zabawne, jak wszystko jest wzgl

ędne,  pomyślała 

Charley. Gdy była tu po raz pierwszy, rekwizytornia wydała 

się  jej  tak  duszna  i  zagracona,  że  ledwie  starczało  w  niej 

miejsca dla jednej osoby, nie mówiąc o dwóch. Lecz teraz w 

chwili  ogarniającej  ich  namiętności,  stała  się  całkiem 
wygodna. 

 - 

W tym pomieszczeniu dziewczyna musiałaby być miła, 

nawet gdyby nie miała na to ochoty - powiedziała, otrząsając 

się  z  narkotycznego  wrażenia,  jakie  wywołał  pocałunek 
Reese'a. 

Powi

ódł  palcem  po  zapięciu  jej  bluzki,  zmierzając  do 

pierwszego guzika. 

 - A ma? - 

zapytał łagodnie, lecz prowokująco, bawiąc się 

guzikiem. 

 - Tak - 

odparła bez chwili wahania. 

Wiedzia

ła;  że  każde  zbliżenie  z  nim  przyczynia  się  do 

tego,  że  nieuchronne  rozstanie  będzie  tym  bardziej  bolesne. 

Lecz kiedy Reese był obok niej, stanowczość obracała się w 
gruzy. 

Schyli

ł głowę, a jego usta posuwały się ścieżką wytyczoną 

przez palce. Pierwszy guzik. Drugi guzik. Trzeci. Charley 

czuła, że bluzka rozchyla się a jej skóra zaczyna płonąć. Reese 

nie  spieszył  się  i  rozmyślnie  wzmagał  jej  pożądanie.  To 

skutkowało. Charley zagłębiła palce w jego ciemnych włosach 

i przycisnęła jego głowę do piersi, które pieścił przeciągłymi, 

zmysłowymi  pocałunkami.  Powolnym  ruchem  zsunął  jej 

biustonosz  poniżej  piersi,  uwolniwszy  je.  Przycisnął  się  do 

niej całym ciałem tak, że mogła czuć siłę jego żądzy. 

Palcami niezdarnymi z emocji rozpi

ęła  mu  koszulę  i 

przywarła piersiami do jego torsu pokrytego gęstym, czarnym 

zarostem.  Poruszała  się  rytmicznie,  a  fale  dreszczy 

przechodziły  całe  ciało.  Reese  delikatnie  lecz  zdecydowanie 

background image

rozebrał  ją  a  potem  siebie.  Jego  dłonie  delikatnie  pieściły 

wypukłości  jej  ciała.  Gdy  gładził  jej  pośladki,  czuła  jak 

wzbiera  w  niej  namiętność.  Jak  mogła  bez  tego  żyć?  W 

przelotnej chwili szaleństwa przyrzekła sobie, że opuści Biuro, 

gdy zadanie będzie zakończone. 

 - 

Kocham cię, Reese - wypowiedziała te słowa naturalnie, 

bez zastanowienia i bez w

ysiłku..  Uczucie  obracało  się  w 

słowa. 

 - 

Mam nadzieję - powiedział głosem pełnym pożądania. - 

To byłby koszmar, gdybyś mi powiedziała, że jesteśmy tylko 

dobrymi przyjaciółmi. 

Rozbawi

ł  ją.  Czuła  się  tak,  jakby  wypełniał  ją 

promieniami  słońca.  Kochała  go  tak  bardzo,  że  bała  się,  że 

spłonie. 

 - Kochaj mnie, Reese! - 

błagała. 

 - Wszystko w swoim czasie - 

obiecał. 

Cofn

ął się i uważnie zlustrował pokój. Wyciągnął coś, co 

wyglądało na derkę mocno nadgryzioną przez mole. Rzucił ją 

Charley pod nogi, wzbijając tuman kurzu. 

 - 

Pani łoże, markizo - uśmiechnął się. Charley spojrzała w 

dół. 

 - Co to takiego? 
 - 

Kiedyś udawało chyba skórę bawołu. 

 - 

Sądzisz,  że  bawół  się  zgodzi?  -  zapytała,  gdy  Reese 

poprosił, by usiadła. Było zaledwie tyle miejsca, by mogła to 

zrobić. Znacznie mniej, by się położyć. 

 - 

Myślę, że byłby zaszczycony - powiedział Reese i wziął 

ją w objęcia. 

Jego sk

óra była gorąca i gdy położyli się na derce, czuła 

jednocześnie pożądanie i ukojenie. Pod naciskiem jego ciała z 

rozkoszy zamknęła oczy. Zaraz je otworzyła, pragnąc sycić się 

każdym  szczegółem  jego  twarzy.  Ale  to,  co  zobaczyła,  gdy 

podniosła wzrok, ubawiło ją. Poklepała Reese'a po plecach. 

background image

 - 

Mała przerwa? - zapytał z nutą rozczarowania. 

 - 

Reese,  mam  wrażenie,  że  ktoś  na  nas  patrzy  - 

powiedziała, wskazując ręką gdzieś w mrok pokoju. 

Odwr

ócił się zdziwiony. Na czymś w rodzaju kufra stała 

figurka  mewy  z  szeroko  rozpostartymi  skrzydłami  i  głową 

pochyloną  tak,  jakby  szykowała  się  do  pochwycenia  jakiejś 

nieostrożnej ryby. Jedno skrzydło ptaka było odłamane. 

Reese po

łożył  się  z  powrotem  i  popatrzył  na  Charley  z 

mieszaniną rozbawienia i pożądania. 

 - 

To niech chociaż ma na co popatrzeć. 

 - 

Tak  jest,  panie  wicereżyserze  -  ochoczo  pokiwała 

głową. 

 - 

Gdybym wiedział, że zawód reżysera jest taki zabawny, 

już  dawno  bym  się  zdecydował  -  powiedział,  a  ich  usta 

złączyły się w pocałunku. 

S

łowo „zabawny" wydało się Charley zbyt ubogie. Raczej 

namiętny,  gwałtowny.  Dłonie  Reese'a  zagłębiały  się  w  jej 

włosach, a potem zsuwały się w dół roznamiętnionego ciała, 

aż  do  bioder.  Nie  mogli  oprzeć  się  pożądaniu  ani  chwili 

dłużej. Wszedł w nią i kochał ją tak, jak chciała być kochaną, 

wyrywając  ją  z  realnego  świata  surowych  obowiązków. 

Narastająca  pasja  wywołana  jego  zdecydowanymi  ruchami 

sprawiła,  że  Charley  czuła  się,  jakby  jakaś  potężna  siła 

przeniosła ją do raju. Przywarła do Reese'a i oddała mu się z 

zapamiętaniem, jakiego nigdy przedtem nie zaznała. 

Wreszcie ich oddechy uspokoi

ły  się,  nabierając 

regularnego, pełnego harmonii rytmu. 

 - 

Jak myślisz, czy mewie zwróciły się wydatki? - Reese 

uśmiechnął się i wtulił twarz w jej policzek. 

 - 

Nie wiem, co sobie myśli mewa, ale mole w tej skórze 

bawołu zgotowały ci owację na stojąco - powiedziała, starając 

się zachować powagę. 

 - Nam! - 

poprawił ją z przekonaniem. 

background image

U

śmiechnęła  się.  Miło  było  to  usłyszeć.  Lecz  musiała 

wrócić do brutalnej rzeczywistości. Czy będą mówić o sobie 

„my",  gdy  zadanie  się  zakończy  i  wyzna  mu,  jak  go 

oszukiwała? A nawet jeśli będą razem, to czy żyjąc spokojnie 

u boku Reese'a nie będzie miała wrażenia, że znalazła się w 

ciasnej  klatce?  Czy  jej  uczucie  przetrwa,  przynosząc  jej 

wewnętrzny  spokój,  czy  też  nie  wytrzyma  konfrontacji  z 

niespokojnym  duchem.  Na  te  pytania  nie  potrafiła  sobie 

odpowiedzieć.  Ucałowała  Reese'a  pospiesznie,  wysunęła  się 

spod niego i zaczęła się ubierać. 

 -  O co chodzi? - 

zapytał, spostrzegając zmieniony wyraz 

jej twarzy. 

Z Charley wychodzi

ło  poczucie  winy.  Max  kazał  jej 

trzymać się z dala od Reese'a, a miał po temu wiele powodów. 

Ona zaś była tu, po brzegi wypełniona miłością do niego. Co 

się stało z jej dyscypliną? 

 - O nic - 

skłamała. 

Nie przekona

ła go  jednak.  Reese  wstał  i  położył  ręce  na 

jej ramionach. 

 - 

Musimy porozmawiać. 

Potrz

ąsnęła  przecząco  głową.  Rozmowa  nic  tu  nie  da. 

Powinna odsunąć się od niego całkowicie. 

Ale jak to zrobi

ć? Był obok każdego dnia. Nie mogła po 

prostu uciec, jak poprzednim razem. I nagle Charley 

zrozumiała,  że  wcale  nie  chce  go  porzucić.  Myśl  o  trwałym 

związku  przestała  dławić  ją  za  gardło.  Z  drugiej  strony  nie 

miała wyboru, bo nie wolno jej było go narażać. Zdecydowała 

ponownie  użyć  argumentów,  którymi  poprzednio  tłumaczyła 

swoje zachowanie. Tym razem jednak to miała być prawda. 

 - 

Wybacz,  ale  nie  przyjmuję  do  wiadomości  twojego 

sprzeciwu  - 

powiedział  Reese.  -  Porozmawiamy  -  wytarł  z 

kurzu jakąś starą skrzynię. - Siadaj! - nakazał. 

 - Reese... 

background image

 - Siadaj! 
Usiad

ła,  choć  jej  oczy  ostrzegały  go,  że  i  tak  nic  nie 

wskóra. 

 - 

Nie chcę cię do niczego zmuszać - zaczął. 

 - 

Ale właśnie to robisz. 

 -  Nie!  - 

przerwał.  -  Próbuje  jedynie  dać  ci  do 

zrozumienia, że bez względu na to, jak długo to potrwa, zniosę 

wszystko,  wytrzymam  do  końca.  Że  ta  kobieta  na  bawolej 

skórze pokazała, że pragnie mnie tak samo jak ja jej. Nie ma 

mowy  o  żadnej  pomyłce.  I  doczekam  się,  aż  wreszcie 

zdecydujesz się powiedzieć, co stoi nam na przeszkodzie. 

Dobry Bo

że,  jak  bardzo  chciała  mu  powiedzieć.  Wtedy 

sam  by  zrozumiał,  dlaczego  ich  związek  jest  takim 

zagrożeniem  dla  nich  obojga.  Ale  nie  mogła  tego  zrobić. 

Pomijając  nawet  obawę  o  Reese'a,  który,  co  oczywiste, 

chciałby  ją  chronić,  miała  jeszcze  inny  powód.  Max  by  ją 

zamordował. 

Z wahaniem spojrza

ła Reese'owi w oczy. Do diabła z tym 

wszystkim, pomyślała. Musiała mu w końcu powiedzieć. Nie 

mogła dłużej żyć z tą tajemnicą. Oblizała wyschnięte usta. 

 - 

Jestem agentką FBI. 

 - 

To zabawne, bo nie wyglądasz jak szpieg - powiedział, 

szczerze rozbawiony. 

 - 

To tylko kwestia makijażu - wymamrotała. 

 - 

Chyba nie mówisz poważnie? - wpatrywał się w nią z 

niedowierzaniem. Potaknęła. 

Reese potrz

ąsnął głową, jakby chciał zebrać myśli. 

 - 

Od początku, proszę. 

I Charley opowiedzia

ła  mu  całą  historię.  Nie  ujawniła 

tylko rodzaju dokumentów, jakie były w rękach kongresmena. 

Powiedziała,  jak  została  agentem  i  ile  dla  niej  znaczyła 

kariera.  Opowiedziała  mu  o  obecnym  zadaniu,  o  Allison  i  o 

background image

niezidentyfikowanym  agencie  KGB.  Do  końca  opowieści 

Reese nie odezwał się ani słowem. 

 - Reese? - 

poprosiła. 

Dotkn

ęła  jego  ręki,  pragnąc  czuć  go  blisko.  Ku  jej 

zdumieniu  Reese  odsunął  się  gwałtownie.  Patrzył  na  nią 

oskarżycielskim wzrokiem, w którym tliło się coś, co widziała 
po raz pierwszy. 

 -  Dlaczego 

mi nie powiedziałaś? - zapytał. Jego głos był 

niebezpiecznie  spokojny.  Czuła,  że  narasta  w  nim  gniew.  - 
Tego dnia, przed rokiem  - 

gdy odeszłaś w chwili, gdy nasze 

uczucie dopiero rozkwitało - dlaczego mi nie powiedziałaś? 

Przygryz

ła wargę. 

 - 

Nie  chciałam  cię  w  to  wplątywać.  Nie  chciałam  cię 

zranić - wsparła się na dłoniach, jakby opuściły ją siły. 

Poczu

ła się znużona i wyczerpana. Chciała, by ja objął i 

powiedział,  że  ją  rozumie.  Ale  wystarczyło  spojrzeć  na  jego 

twarz, by zrozumieć, że jej pragnienie się nie spełni. 

 - 

I  wydawało  ci  się,  że  będzie  lepiej,  jeśli  po  prostu 

odejdziesz  w  siną  dal  -  zapytał  ostro.  -  Zostawiając  mnie  z 

przeświadczeniem, że w moim postępowaniu było coś złego, 

skoro  nie  mogłaś  mnie  kochać,  tak  jak  ja  kochałem  ciebie. 

Kochałem cię, a ty odeszłaś. 

Jego s

łowa wypełniały mały pokój, przygniatając Charley. 

 - 

Uważałam, że tak będzie lepiej - wyszeptała wpatrując 

się w swoje dłonie. Czuła, jak mimo woli łzy napływają jej do 
oczu. 

 -  Lepiej?  - 

Reese  zaśmiał  się  zgryźliwie.  -  Lepiej? Do 

di

abła, Charley. Nie przyszło ci do głowy, że ukochanemu się 

tego nie robi? 

Wpatrywali si

ę  w  siebie  przez  dłuższą  chwilę  i  wreszcie 

Reese przygarnął ją do siebie. Jego głos złagodniał. 

 - 

Nie miałaś prawa decydować, co będzie dla mnie lepsze. 

Takie prawo mam  tylko ja.  - 

Bliskość  Charley sprawiała,  że 

background image

jego  gniew  słabł.  -  O  Boże,  Charley,  te  wszystkie  bezsenne 

noce, gdy leżałem wpatrując się w sufit i zastanawiałem się, 

co  takiego  zrobiłem,  czym  cię  spłoszyłem  -  odsunął  ją 

łagodnie, by móc patrzeć na jej twarz. - Jeśli chcesz grać rolę 

szpiega,  mogę  się  do  tego  przyzwyczaić.  Mogę  znieść 

wszystko z wyjątkiem rozstania. 

Mia

ła  wyschnięte  usta.  Przełknęła  ślinę,  by  pozbyć  się 

tego przykrego uczucia. 

 - 

Zrobiłam to dla twojego dobra - powiedziała z rozpaczą. 

 - 

To właśnie mówią rodzice, gdy dają dzieciom w skórę. 

To całe piekło nie miało nic wspólnego z moim dobrem. Jeśli 

pozwolisz  mi  być  częścią  twojego  życia  -  to  będzie  dobre  - 

powiedział,  całując  jej  włosy.  Ten  pocałunek,  delikatny, 

przelotny,  wypełnił  ją  czułością.  Przylgnęła  do  Reese'a  z 

bijącym  sercem.  Pragnęła  jego  ciepła,  jego  zrozumienia,  A 

ponad wszystko potrzebowała jego miłości. 

I mia

ła ją. 

Chalmers pojawi

ł się następnego dnia, w humorze jeszcze 

gorszym niż zazwyczaj. Zmuszał wszystkich do pracy ponad 

siły i, tak jak poprzednio, szczególnie pastwił się nad Charley. 

 - 

Nie lubi cię - wyszeptała Carol podczas przerwy. 

 -  On nikogo nie lubi  - 

odparła  Charley,  choć  w  głębi 

ducha przyznawała Carol rację. 

Czy niech

ęć Chalmersa miała źródło w jego artystycznym 

temp

eramencie,  czy  kryło  się  za  tym  coś  więcej?  Może  nie 

podobał mu się sposób, w jaki dostała rolę? A może to on był 

agentem  KGB,  starał  się  wyprowadzić  ją  z  równowagi  i... 

trzymać z dala od Allison. Charley postanowiła, że gdy znajdą 

się  w  Bostonie,  zasugeruje  Maxowi,  żeby  przydzielił 
Chalmersowi agenta na czas próby kostiumowej. 

Reszta tygodnia min

ęła  niepostrzeżenie  w  wirze  prób. 

Chalmers nie był zadowolony z kształtu sztuki i żądał ciągłych 

zmian.  Doprowadzony  do  furii  scenarzysta  był  już  gotów 

background image

zabrać  swój  scenariusz  i  wyjść.  Reese  musiał  panować  nad 

tym wszystkim i łagodzić konflikty. Był zasypywany tysiącem 

żądań  i  chociaż  Charley  tęskniła  do  jego  towarzystwa,  to 

jednak miała więcej czasu, by skupić się na swojej pracy. 

Przede wszystkim nie spuszcza

ła  z  oka Allison. 

Proponowała  jej  dodatkowe  ćwiczenia  po  próbach,  jadała 

razem  z  nią  posiłki  i  pilnowała,  by  z  sali  prób  zawsze 

wychodziły  razem.  Nawet,  dzięki  pomocy  Reese'a,  miały 

przymiarki  kostiumów  w  tych  samych  godzinach.  Ciągłe 

towarzystwo zaczęło w końcu doskwierać Allison i Charley to 

zauważyła.  O  to  właśnie  chodziło:  rozdrażniona  Allison 

łatwiej  popełni  błąd.  Lecz  pomimo  wielu  prowokujących 

rozmów,  nie  ujawniła  nic,  co  mogłoby  doprowadzić  do 

ujawnienia jej łącznika z KGB. 

W pi

ątkowe popołudnie w sali prób burza wprost wisiała 

w powietrzu. Chalmers przechodził sam siebie. Aktorzy padali 

ze  zmęczenia.  Po  którymś  szczególnie  wyczerpującym 

numerze  tanecznym  Charley  przysiadła  obok  Reese'a  w 

pierwszym  rzędzie  na  widowni.  Na  mokrą  szyję  zarzuciła 

ręcznik.  Sukienka,  w  której  Charley  odbywała  próbę,  była 
wilgotna od potu. 

 - 

Wygląda to całkiem nieźle, prawda? - zapytała cicho. 

 - 

Z  mojego  miejsca  wygląda  wspaniale  -  wymamrotał 

Reese. Było jasne, że ta uwaga nie dotyczy sceny. 

 - 

Miałam  na  myśli  przedstawienie  -  syknęła, 

powstrzymując śmiech. 

Chalmers popatrzy

ł na nią morderczym wzrokiem. Wolała 

tego nie zauważyć. 

 - 

Ty  też  wyglądasz  wspaniale  -  wyszeptał  Reese.  - 

Tańczysz  i  śpiewasz  bardzo  dobrze  -  dodał  po  krótkiej 
przerwie. 

background image

 -  Tak jak ty  - 

powiedziała,  wspominając  dzień,  gdy 

zastępował  Chalmersa.  Odwróciła  ku  niemu  twarz.  -  Nigdy 

nie wspominałeś, że potrafisz śpiewać. Albo tańczyć. 

Reese z lekkim u

śmiechem  wpatrywał  się  w  swój 

notatnik.  Musiał  pilnować,  by  wszystkie  kwestie  padały  w 
odpowiednim momencie i aby nik

t  nie  improwizował 

dialogów. 

 - 

Wygląda na to, że nie wszystko jeszcze o sobie wiemy. 

 - 

Reese,  czemu  tego  wszystkiego  nie  rzucisz?  Mógłbyś 

zrobić wspaniałą karierę. Wzruszył ramionami. 

 - 

Może.  Ale  talent  to  za  mało  -  powiedział  szczerze.  - 

Sama wiesz. Wt

edy,  gdy  postanowiłem  zostać  inspicjentem, 

wydawało  mi  się,  że  wolę  regularne  zarobki  niż  ciągłą 

niepewność,  czy  okażę  się  lepszy  od  dwunastu  innych 
facetów, tak samo przystojnych i utalentowanych, jak ja. 

Pow

ątpiewała, czy mógłby się znaleźć ktoś tak przystojny 

jak Reese, jednak jej uwagę zwróciły przede wszystkim inne 

słowa. 

 - Wtedy? 
Potakn

ął, biorąc ją za rękę. 

 - 

Stabilizacja  już  tak  wiele  dla  mnie  nie  znaczy.  Serio. 

Nudzę się. 

Czy m

ówił to tylko po to, by sprawić jej przyjemność, czy 

też  może  rzeczywiście  tak  myślał?  Prawda,  że  był  nieco 

znudzony  pracą  inspicjenta,  lecz  nie  oznaczało  to  wcale,  że 

skwapliwie przystałby na życie, jakie ona prowadziła. 

 - Charley... - 

zaczął. 

Ton g

łosu Reese'a postawił ją w stan pogotowia. 

 - Hmm? 
 - 

Pamiętasz,  co  mi  powiedziałaś  w  rekwizytorni 

poprzednim razem? - Tak? 

Co mia

ł  zamiar  powiedzieć?  Czy  będzie  nalegał,  by 

porzuciła  pracę?  Nie  chciałaby  stanąć  przed  koniecznością 

background image

wyboru.  Jeszcze  nie  teraz.  Gdy  zakończy  zadanie,  może 

będzie mogła trzeźwo spojrzeć na swoją pracę, na Reese'a, na 
wszystko. Ale jeszcze nie teraz, 

 - Wiesz - 

mówił powoli, wpatrując się w nią natarczywie 

coś zaszło tego wieczoru, gdy spotkałem się z Allison. Coś, 

co  na  pozór  nie  miało  sensu,  a  przynajmniej  wtedy  tak  to 

odebrałem. Ale teraz - popatrzył na nią - może warto, żebyś o 

tym wiedziała. 

 - Co takiego? 
 - 

Po  obejrzeniu  wystawy  poszliśmy  na  kawę  do  małej 

restauracji w Village. 

 -  Peacock Caffe  - 

potwierdziła.  Spojrzał  osłupiały,  a 

Charley dodała: - Śledzimy Allison. 

 - 

Ach  tak.  To  pewnie  już  wiesz,  że  kiedy  tam  byliśmy, 

spotkaliśmy Chalmersa, który dał Allison jakieś papiery. 

 - Chalmersa? - 

powtórzyła Charley. Nie podniosła głosu, 

ale nie ulegało wątpliwości, że jest zaskoczona. - Co on tam... 

 - 

Właśnie. Sam się zdziwiłem. Powiedział, że wpadł, żeby 

coś  przegryźć.  Razem  ze  scenarzystą  pracowali  nad 

poprawkami  i  miał  kilka  stron  nowych  dialogów,  które  w 

drugim  akcie  przypadły  Allison.  Powiedział,  że  dobrze  się 

składa, że ją spotkał. 

 - 

Ona nie ma żadnych nowych dialogów w drugim akcie! 

 - Wiem, d

latego uznałem, że to dziwne. 

Charley zamilk

ła.  Dlaczego  Branigan  nie  powiedział  o 

tym Maxowi?  - 

zastanawiała  się,  analizując  każdy  szczegół 

rozmowy  z  Maxem.  Nagle  doznała  olśnienia.  To  oczywiste! 

Te brakujące pięć minut! Max powiedział, że Branigan musiał 

pójść do toalety. 

 -  Chalmers!  - 

powtórzyła  jeszcze  raz  z  błyszczącymi 

oczami. 

Potwierdza

ły się jej podejrzenia. Papiery, które Chalmers 

przekazał  Allison,  zawierały  prawdopodobnie  informacje  dla 

background image

Graystone'a o nowym terminie spotkania z Sowietami. Może 
to 

bez  znaczenia,  ale  miała  przeczucie,  że  to  Chalmers  jest 

motorem tego wszystkiego. Miała wreszcie coś, o czym mogła 

zameldować Maxowi na poniedziałkowym spotkaniu. 

 -  Reese, kocham ci

ę  -  powiedziała  spontanicznie  i 

ucałowała go. 

Reese przytuli

ł ją, nie zwracając uwagi na notatnik, który 

z kolan zsunął się na podłogę. 

Cisz

ę  przerwał  nagle  wrzask  Chalmersa.  Charley, 

przestraszona,  gwałtownie  odsunęła  się  od  Reese'a.  Czy 

reżyser zauważył ich pieszczoty? 

 - 

Nie, do diabła! Nie! - darł się. - To ciągle brzmi nie tak, 

jak trzeba! 

 - 

Słuchaj  -  odkrzyknął  scenarzysta  -  jeżeli  sądzisz,  że 

mam  zamiar  zmienić  dialogi  na  pięć  minut  przed  próbą 

kostiumową, to jesteś pomylony i to bardziej niż myślałem - 

nie panując nad wzburzeniem, nerwowo poprawiał okulary. 

Aktorzy tylko j

ęknęli. 

 - 

Reese,  chyba  jesteś  tam  potrzebny  -  zasugerowała 

Charley. 

 -  Reese rozjemca spieszy na ratunek  - 

powiedział  z 

niechęcią,  podnosząc  notes  i  kładąc  go  na  krześle,  po  czym 

ruszył w sam środek nawałnicy. 

Charley z przyjemno

ścią  obserwowała,  jak  Reese  godził 

skłóconych  mężczyzn.  Wiedziała,  że  potrafi  dokonywać 

cudów.  Czy  jego  siła  perswazji  sprawdziłaby  się  w  innej 

dziedzinie,  gdzie  stawka  była  wyższa  niż  sukces  lub  klapa 
przedstawienia? 

Nie, nie mia

ła  prawa  wciągać  go  do  swojego  świata. 

Mimo dyle

matów, do których się przyznał, Charley wiedziała, 

że był zadowolony z pracy, którą sobie wybrał. Tak, jak ona 

ze  swojej  aż  do  chwili,  gdy  ponownie  spotkała  Reese'a.  Na 

moment  wróciła  do  myśli,  by  porzucić  Biuro,  gdy  tylko 

background image

tajemnica zostanie rozwikłana. Jednak dalsze roztrząsanie tego 

zagadnienia zostawiła sobie na później. Teraz musiała znaleźć 
Allison. 

Harmonogram przewidywa

ł  dwa  tygodnie  przedstawień 

przedpremierowych  w  Bostonie.  Próby  trwały  w  piątek  do 

późnej nocy, a w sobotę rano wszyscy pojechali do Bostonu. 

Obsługa  techniczna  wyjechała  o  dzień  wcześniej,  aby 

zainstalować  się  w  teatrze  i  dokonać  próby  oświetlenia.  W 

niedzielę  próby  odbywały  się  w  pełnych  światłach,  z 
rekwizytami i zmianami dekoracji. Aktorzy byli w 
kostiumach, lecz bez charakteryzacji

.  Jak  każda  pierwsza, 

pełnowymiarowa próba, tak i ta trwała bez końca. Co dziesięć 

minut przerywali, by zmienić ustawienie świateł lub układ na 

scenie.  Charley  obserwowała  Reese'a,  który  cierpliwie 

rozwiązywał  setki  problemów.  Zadziwiał  ją  jego  spokój  i 
zd

olność zapamiętywania najdrobniejszych szczegółów. Wiele 

razy podczas tego długiego dnia i nie kończącego się wieczoru 

nie mogła oprzeć się myśli, że Reese byłby dobrym agentem. 

Gdy pr

óba wreszcie się zakończyła, a Chalmers każdemu 

z osobna przekazywał uwagi na temat jego gry, Charley była 

tak  zmęczona,  że  chyba  mogłaby  spać  przez  cały  tydzień. 
Nawet Allison, która  - 

jak  się  wydawało  -  lubiła  nocne 

godziny, powiedziała, że marzy jedynie o łóżku. 

Patrz

ąc  z  oddalenia  na  Reese'a,  Charley  po  raz  nie 

wiadomo któ

ry żałowała, że  musi  pilnować  Allison.  Tak  jak 

ona marzyła o łóżku, tyle że chciała mieć w nim także Reese'a. 

Zgodzili  się  co prawda,  że  dopóki  wszystko  się  nie  wyjaśni, 

powinni  trzymać  się  z  daleka,  lecz  Charley  tęskniła  za  jego 

ramionami lub choćby za rozmową z nim. Pocieszała się, że to 

nie potrwa dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. 

O ile to w og

óle możliwe, poniedziałek okazał się jeszcze 

gorszy  niż  niedziela.  Był  pasmem  nerwów.  Wszystkim 

brakowało pewności siebie, zapanowało ogólne zwątpienie. Z 

background image

prz

yklejonymi do twarzy sztucznymi uśmiechami i szklistym 

wzrokiem  aktorzy  wymieniali  zdawkowe  uwagi,  choć  i  tak 

nikt ich nie słuchał. Bali się, że zapomną roli, martwili się o 

premierę  i  o  losy  sztuki.  Krytycy  mogli  zniszczyć 

przedstawienie jednym pociągnięciem pióra. 

Charley mia

ła  się  zobaczyć  z  Maxem  na  dwie  godziny 

przez  umówioną  porą  przystąpienia  do  charakteryzacji. 
Zostawi

ła  Allison  w  ich  pokoju  hotelowym  a  sama  zjechała 

windą na dół. Aktorzy otrzymywali diety na pokrycie kosztów 
utrzymania i prawie wsz

yscy  zatrzymali  się  w  hotelu  w 

pobliżu  teatru.  Kongresmen  Graystone  -  jak  dowiedziała  się 
Charley  - 

zatrzymał  się  tu  również.  W  hallu  Charley 

odetchnęła z ulgą - nikogo z teatru nie było w zasięgu wzroku. 

Zmierzała do wyjścia, gdy ktoś chwycił ją za ramię. 

 - 

A dokąd to? - zamruczał jej prosto do ucha niski głos. 

Odwróciła się. 

 - 

Reese!  Ile  razy  mam  ci  mówić,  żebyś  na  mnie  nie 

wpadał w taki sposób! Uśmiechnął się, nie okazując skruchy. 

 - 

Nie mogłem się oprzeć. 

 - 

Wyglądasz na zmęczonego - powiedziała, zauważywszy 

cienie pod jego oczami. ~ Znowu cała noc przed tobą? 

 - 

Tak,  chyba,  że  wcześniej  uduszę  Chalmersa.  Będziesz 

na przyjęciu? 

 - 

Nie przepuszcza się takich okazji. 

 - 

Świetnie - powiedział łagodnie. - Najpierw cię upiję, a 

potem  znajdę  na  ciebie  sposób.  Przysuń  się  -  wyciągnął  do 

niej rękę - dam ci zapowiedź tej nocy. 

 -  Nie ma czasu  - 

powiedziała,  odwracając  się  ze 

śmiechem.  -  Mam  swoje  obowiązki  -  wyjaśniła,  gotowa  do 

wyjścia. 

 - 

Masz być w teatrze o wpół do siódmej. 

 - 

Nie  martw  się,  będę  -  krzyknęła  przez  ramię,  mijając 

drzwi. 

background image

Przed hotelem wsiad

ła  do  taksówki.  Zapadając  się  w 

miękkie  siedzenie,  podała  kierowcy  wskazany  przez  Maxa 

adres. Samochód ruszył, a Charley odruchowo spojrzała przez 

tylną  szybę,  by  sprawdzić,  czy  ktoś  jej  nie  śledzi.  To,  co 
z

obaczyła,  nieomal  odebrało  jej  oddech.  Reese  właśnie 

pakował się do następnej taksówki, która po chwili podążyła 

jej  śladem.  Co  on  wyprawia?  -  zastanawiała  się  z  rosnącą 

wściekłością.  Mógł  narazić  ich  oboje  na  śmiertelne 

niebezpieczeństwo! 

Gdy taksówka zat

rzymała  się  przed  restauracją,  w  której 

miał czekać Max, Charley zapłaciła i pospiesznie wyskoczyła 

na  chodnik.  Tuż  przy  niej  zatrzymała  się  taksówka  Reese'a. 

Właśnie gramolił się z tylnego siedzenia. 

 - Charley... - 

zaczął. 

 - Co ty wyprawiasz?  - 

przerwała mu głosem spokojnym, 

lecz zdecydowanym. - 

Miałeś się trzymać z daleka ode mnie. 

To nie są żarty. 

 - 

Sądziłem, że możesz potrzebować pomocy. 

O Bo

że,  pomyślała,  nie  powinnam  była  mu  mówić.  To 

musiało tak się skończyć. 

 - 

Reese,  potrafię  zatroszczyć  się  o  siebie sama  - 

przygryzła wargę. Zabrzmiało to zbyt ostro. - Wiesz przecież, 

że potrafię - dodała łagodniej. 

 - Ale... 
Powstrzyma

ła go ruchem ręki. 

 - 

Nie chcę o tym mówić. W środku czeka na mnie Max, a 

ja  już jestem  spóźniona.  Czekaj  tu  na  mnie  i  módl  się, żeby 

Max cię nie zobaczył. 

Charley odwr

óciła się i weszła do restauracji. Max siedział 

przy słabo oświetlonym stole w samym końcu sali. 

 - 

Co słychać? - zapytał, gdy usiadła naprzeciwko niego. 

 - 

Myślę,  że  wszyscy  w  zespole  załamią  się  nerwowo, 

zanim ten t

ydzień się skończy - przesunęła dłoń po kraciastym 

background image

obrusie  i  znieruchomiała.  Max  mógł  zauważyć,  że  jest 

zdenerwowana. Splotła ręce na kolanach. 

 - 

Zrozumiałem  twoją  wiadomość  o  nowym  terminie 

wymiany  - 

powiedział,  kręcąc  widelcem  w  dużym  talerzu 

spaghetti. - 

Coś nowego? 

 - 

Tak, ale najpierw muszę ci powiedzieć o czymś innym. 

 -  To znaczy?  - 

zapytał  spokojnie,  lecz  wiedziała,  że 

słucha z uwagą. 

 - 

Powiedziałam mu. 

Maxowi to wystarczy

ło. Wiedział, co i komu powiedziała. 

 - Dlaczego? - 

zapytał z wymuszoną cierpliwością. 

Mog

ła  się  domyślić,  że  nie  wybuchnie.  Jego  spokój  był 

jeszcze  gorszy  niż  furia.  Popatrzyła  na  niego,  prosząc  by 

zrozumiał jej rozdarcie. 

 - 

Musiałam. 

Nie by

ło  sensu  mówić  więcej.  Miała  nadzieję,  że  Max 

zrozumie. Zbyt dobrze znał jej sposób myślenia, by tego nie 

zrobić. Wiedział także, że pouczenia na nic się nie zdadzą. Co 

się stało - już się nie odstanie. 

 - Zatrzymamy go w areszcie - 

powiedział spokojnie. 

 - Nie! - 

wykrzyknęła. - Możecie mu zaufać. Czy sądzisz, 

że bym mu powiedziała, gdyby tak nie było? 

 - 

Ty mogłaś tak uważać, ale... 

 - 

Ręczę za to własnym życiem, Max. 

 - 

Uważaj, bo się przeliczysz. Charley potrząsnęła głową. 

 - 

Nie, na pewno nie. Poza tym dał mi ważną wskazówkę - 

opowiedziała  mu  o  Chalmersie  i  Allison  i  o  wymianie 
papierów w restauracji. 

Max zamy

ślił  się,  tak  jakby  rozważał,  czy  w  ogóle 

uwierzyć w tę informację. 

 - 

Przypomnij  sobie:  brakujące pięć  minut  -  powiedziała, 

mając nadzieję, że go przekona. - I wiedz, że tylko Chalmers 

background image

odmówił pozowania do mojego „pamiętnika". Nic dziwnego, 

że poszukiwania w kartotece FBI nie przyniosły rezultatu. 

Max pokiwa

ł  głową.  Wyraźnie  oswajał  się  z  myślą,  że 

Charley może mieć rację. 

 - 

Wyznaczymy  kogoś,  by  go  obserwował  -  obiecał. 

Nabrał na widelec kolejną porcję spaghetti. - Ja też mam coś 
dla c

iebie...  Kiedy  skontaktowaliśmy  się  z  Graystonem,  by 

potwierdzić,  że  wymiana  nastąpi  raczej  dziś,  niż  jutro, 

powiedział,  że  jego  zdaniem  zgłoszą  się  do  niego  po  próbie 

kostiumowej, na przyjęciu. 

 - 

Świetnie - powiedziała Charley. - Choć nie wyobrażam 

sobie

, by komuś udało się śledzić Chalmersa bez zwrócenia na 

siebie  uwagi.  Podobnie  jak  większość  reżyserów,  będzie  się 

zapewnie przesiadał z miejsca na miejsce, z parteru na balkon, 

tak by obserwować przedstawienie z różnej perspektywy. Na 

przyjęciu  to  co  innego.  Obcy  nie  zostanie  zauważony  wśród 

sponsorów i ich rodzin. Ja zajmę się Allison, chociaż sądzę, że 

nie będzie z tego wiele pożytku. Domyślam się, że wymknie 

się  natychmiast  po  próbie,  a  ja  za  nią,  więc  w  momencie 

wymiany będziemy daleko. 

Max popija

ł wino. 

 - 

Umieścimy  agentów  przy  każdym  wyjściu,  żeby  mieć 

pewność, że Chalmers nie urwie się wcześniej. 

 - 

Dobry pomysł. 

Przez chwil

ę milczeli. Nagle Max nieoczekiwanie zapytał: 

 - 

Denerwujesz się? 

 - Nie, dlaczego? 
Ruchem g

łowy wskazał na jej ręce. 

 -  Bo zam

ieniasz tę kromkę chleba na confetti. Spojrzała 

na swoje dłonie. Nie mogła zaprzeczyć. 

 - 

Może masz racje, trochę się denerwuję - przyznała. 

 - 

Nie denerwuj się, tylko rób co należy. 

background image

Potakn

ęła i wstała, zostawiając zamówiony posiłek nawet 

nie tknięty. 

 -  Z

astanawiam  się,  Charley,  jakim  cudem  jeszcze 

trzymasz się na nogach. Nigdy nic nie jesz. 

Z u

śmiechem pochyliła się nad Maxem i poklepała go po 

brzuchu. 

 -  Ty jesz za nas dwoje  - 

zażartowała i  odwróciła  się  do 

wyjścia. 

Byli ju

ż blisko sedna sprawy, pomyślała, idąc przez salę. 

Jak  tylko  to  wszystko  się  skończy,  powie  Maxowi,  że 

potrzebuje trochę wolnego, żeby uporządkować swoje sprawy. 

Weźmie  się  za  wszystko  po  kolei.  Teraz  jednak  musiała 

przede wszystkim poradzić sobie z Reese'em. 

Czeka

ł na nią, stojąc nonszalancko w drzwiach restauracji. 

Zmienił pozę natychmiast, gdy ujrzał Charley. 

 - 

Co powiedział wuj Max? - zapytał z ożywieniem. 

 - 

Zgodził  się,  że  Chalmers  może  być  podejrzanym  - 

powiedziała.  -  I  jeszcze  coś:  wymiana  ma  się  odbyć  dziś 

wieczorem,  na przyjęciu.  Ja  muszę  śledzić  Allison.  I,  Reese, 

naprawdę  nie  będę  w  stanie  się  skoncentrować,  jeżeli  będę 

wiedziała, że ty śledzisz mnie! 

 -  Dobrze  - 

powiedział.  -  Wygrałaś.  Tym  razem  się 

wycofam.  Westchnęła  i  położyła  głowę  na  jego  ramieniu. 

Objął ją i przytulił mocno. 

Za kulisami trwa

ły  nerwowe  przygotowania  do  próby 

kostiumowej.  Gdy  Charley  weszła  do  wielkiej,  wspólnej 

garderoby,  wydało  jej  się,  że  znalazła  się  w  oku  cyklonu. 

Nerwowe  uwagi  krzyżowały  się  w  powietrzu.  W  pokoju 

tłoczyli  się  aktorzy,  tancerze  i  obsługa  techniczna. 

Kostiumerka  podchodziła  do  każdego  z  osobna,  by 

przypomnieć  o  szczegółach  zmiany  strojów,  jej  śladem 

podążał rekwizytor, upewniając się, czy każdy pamięta, jakich 

rekwizytów  będzie  używał.  Część  aktorów  skupiła  się  w 

background image

małych  grupkach,  by  jeszcze  powtórzyć  role.  Inni  szlifowali 

figury  taneczne.  Kątem  oka  Charley  widziała  też  tancerzy 

rozgrzewających  się  w  poczekalni  dla  artystów,  znajdującej 

się po drugiej stronie korytarza. 

Charley przeciska

ła się przez cały ten tłum, zmierzając w 

kierunku d

ługiego stołu do charakteryzacji, który przylegał do 

ściany.  Prawie  wszystkie  krzesła  były  przy  nim  zajęte,  ale 

dostrzegła  jedno  wolne,  dokładnie  obok  Allison.  Po  drodze 

pomachała  do  Carol,  która  z  rozpaczą  przyglądała  się 
swojemu odbiciu w lustrze. 

 - Cze

ść - powiedziała do Allison, zanim położyła na stole 

swoją  kosmetyczkę.  Allison  odpowiedziała  jej  przelotnym 

uśmiechem. Była wyraźnie zdenerwowana. 

 -  Jak leci?  - 

zapytała  Charley,  spinając  włosy  w  koński 

ogon, by ułatwić sobie makijaż. 

 - 

W porządku - odparła dziewczyna. 

Lekkie dr

żenie  jej  głosu  upewniło  Charley,  że  to 

nieprawda.  Dla  Allison  to  pierwsza  próba  wejścia  do 

wielkiego  świata,  pomyślała  Charley,  nic  więc  dziwnego,  że 

całą  swą  energię  skoncentrowała  na  zbliżającym  się 

przedstawieniu. Zastanawiała się, czy Allison poświęciła choć 

jedną myśl możliwym do przewidzenia konsekwencjom tego 

wieczoru.  Raczej  nie.  Chciała  ponad  wszystko  stać  się 

gwiazdą.  Co  ją  mogło  obchodzić  narodowe  bezpieczeństwo, 

gdy w grę wchodziła sława. 

Charley czu

ła, że jej oczy nabierają twardego wyrazu, gdy 

patrzyła na Allison. Zmusiła się jednak, by uśmiechnąć się do 

niej z sympatią. Nie było to łatwe. 

 - 

Będziesz  świetna  -  powiedziała  ściskając  na  szczęście 

dłoń dziewczyny. Ta dłoń była zimna jak lód. 

Gdy Charley sta

ła  za  kulisami  słuchając  orkiestry,  która 

grała  uwerturę,  czuła,  że  otacza  ją  atmosfera  napięcia  i 

podniecenia. Była to co prawda tylko próba kostiumowa, lecz 

background image

dla zespołu równie ważna, jak premiera. Widownię wypełniali 

sponsorzy z rodzinami i przyjaciółmi, więc wszystko musiało 

wypaść idealnie. 

Chocia

ż  dla  Charley  główny  występ  tego  wieczoru  miał 

zacząć  się  dopiero  po  przedstawieniu,  nie  potrafiła  uniknąć 

napięcia z powodu zbliżającego się wyjścia na scenę. Od roku 

nie stała przed publicznością i dokuczała jej trema. Aktorstwo 

nie  dawało  jej  takiego  dreszczu  emocji,  jak  praca 
wywiadowcza, jednak by

ło coś elektryzującego w wyjściu na 

scenę  i  tworzeniu  świata  iluzji  dla  ludzi  siedzących  na 

widowni. Zdawała sobie sprawę, że sztuka i tak nie wejdzie na 
afisz, przynajmniej ni

e  z  tą  obsadą  i  reżyserem,  mimo  to 

zależało  jej,  aby  przedstawienie  tego  wieczoru  wypadło 
efektownie. 

Popatrzy

ła  na  Allison,  która  stała  za  kulisami  po 

przeciwnej  stronie  sceny.  Charley  wolałaby  znajdować  się 

obok  niej,  ale  to  było  niemożliwe.  Próbowała  zwrócić  jej 

uwagę  machając  „na  szczęście",  lecz  Allison patrzyła  gdzieś 

w  bok.  Nagle  obok  niej  pojawił  się  Chalmers.  Charley  w 

osłupieniu szeroko otworzyła oczy. 

Co on tam robi? Przecie

ż powinien siedzieć na widowni. 

Chalmers  szeptał  coś  dziewczynie  do  ucha.  Podniecenie i 

zdenerwowanie  widoczne  na  twarzy  Allison  ustąpiło  nagle 
zdziwieniu. 

Do diabla, pomy

ślała Charley, co on jej powiedział? Zaraz 

potem  zobaczyła  Reese'a  przechodzącego  koło  nich  i  doszła 

do wniosku, że świat oszalał. Miejsce Reese'a było w kabinie 

oświetleniowej,  skąd  miał  kontrolować  efekty  świetlne  i 

dźwiękowe.' 

Zanim zdo

łała  cokolwiek  zrobić,  dać  Reese'owi  choćby 

znak, muzyka ucichła i zapłonęły reflektory. Musiała wyjść na 

scenę. 

background image

Charley nie wiedzia

ła,  jak  udało  się  jej  przebrnąć  przez 

pierw

sze  zdania  tekstu.  Miała  wrażenie,  jakby  ktoś  zupełnie 

inny  wskoczył  w  jej  pantofelki  i  deklamował  jej  kwestie. 

Wykonując  wyuczone  gesty,  myślała  jedynie  o  tym,  co 

Chalmers powiedział Allison. 

Mo

że  nic  takiego  -  uspokajała  się  w  miarę  jak  Allison, 

odtwarza

jąc  swoją  rolę,  rozwijała  patetyczny  monolog  o 

mężczyźnie, którego właśnie poznała. W końcu Chalmers był 

reżyserem  -  mógł  dawać  Allison  ostatnie  wskazówki,  gdyż 

widać było, że naprawdę potrzebuje pomocy. 

Jednak przeczucie m

ówiło  Charley,  że  cokolwiek 

powie

dział Chalmers, na pewno nie miało to żadnego związku 

ze sztuką. 

Przez prawie ca

ły  pierwszy  akt  była  na  scenie  razem  z 

Allison. Dopiero pod koniec mogła zejść. Ledwo znalazła się 

za kulisami, czyjaś ręka chwyciła ją za ramię. Odwróciła się. 

 - Reese! 
 -  Mu

simy  porozmawiać  -  powiedział,  odciągając  ją  na 

bok. - Chodzi o Chalmersa. 

 - Co z nim? - 

zapytała cicho. 

 - 

Podsłuchałem,  co  mówił  do  Allison,  zanim  kurtyna 

poszła w górę. 

 - Co? - 

Charley złapała go mocno za ramię. 

 - W ostatniej chwili zmienili termin wymiany. Allison nie 

bierze  w  tym  udziału.  Mają  zamiar  zrobić  to  teraz,  nie  na 

przyjęciu. 

 - 

Ale przecież kongresmena tutaj nie ma - skinęła głową 

w kierunku widowni. 

 - 

Wygląda na to, że zmusili go do pozostania w pokoju. 

Potem Chalmers mnie zauważył i przerwali rozmowę 

Umys

ł  Charley  pracował  gorączkowo.  Agent  FBI 

przydzielony  do  Chalmersa  nie  pojawi  się  przed  końcem 

przedstawienia. Ale Max powiedział, że ustawi agentów przy 

background image

wszystkich wyjściach, i miała tylko nadzieję, że któryś z nich 

zauważy  reżysera  i  pójdzie  za  nim.  Jeśli  jednak  wymiana 

odbywa  się  w  tej  chwili,  on  i  agent  przydzielony  do  pokoju 

Graystone'a będą potrzebowali pomocy. 

Charley popatrzy

ła  na  scenę.  Mijała  właśnie  połowa 

jednego  z  numerów  muzycznych.  Oceniła,  że  pierwszy  akt 

zakończy  się  za  około  dziesięć  minut,  a  potem  będzie 

dziesięciominutowa  przerwa.  Musiała  być  z  powrotem  na 

scenie  wraz  z  rozpoczęciem  drugiego  aktu.  Miała  więc  dość 

czasu... być może. 

Odwr

óciła  się,  by  natychmiast  ruszyć.  Nagle  dotarła  do 

niej  cala  absurdalność  faktu,  że  martwi  się  o  punktualne 

wejście  na  scenę,  podczas  gdy  Graystone  i  dokumenty  są  w 

niebezpieczeństwie. 

 - 

Dokąd się wybierasz? - zapytał Reese. 

 - Do hotelu. Zawiadom Maxa! 
 - Co takiego? 
 - 

Siedzi w trzecim rzędzie, skrajne krzesło. Na pewno go 

znajdziesz  - 

ruszyła  w  kierunku  garderoby.  Mogła 

potrzebować rewolweru. 

 - 

Dokąd tak pędzisz? - zapytała teatralnym szeptem Carol, 

gdy mijały się po drodze. 

 - 

Do  garderoby.  Alergia  mnie  zaraz  wykończy  - 

pociągnęła  nosem  dla  lepszego  efektu.  -  Jeśli  nie  wezmę 
lekarstwa

, nie wiem, jak uda mi się przebrnąć przez trzeci akt. 

Nie zainteresowa

ła się, jak Carol przyjęła to wyjaśnienie. 

W  garderobie  całkowicie  zignorowała  zdziwione  spojrzenia 

aktorów i tancerzy. Złapała torbę, upewniła się, że rewolwer 

jest w środku, i pobiegła w kierunku tylnego wyjścia z teatru. 

Drzwi wychodzi

ły  na  czysty,  choć  słabo  oświetlony 

zaułek. Charley ostrożnie wyszła na zewnątrz. Zauważyła, że 

zrobiło  się  mgliście.  Do  uzupełnienia  scenerii  brakuje  tylko 

wilkołaka, pomyślała. 

background image

Gdy cz

łowiek  jest  zdenerwowany,  najgłupsze  rzeczy 

przychodzą mu do głowy. A ona była zdenerwowana. Nawet 

bardzo. Lecz wiedziała, że tylko głupek byłby spokojny. KGB 

grało o wysoką stawkę. 

Przy wyj

ściu  nie  było  nikogo.  Miała  nadzieję,  że  agent 

Maxa  podążył  za  Chalmersem  do  hotelu.  Z  ręką  na 

rewolwerze  spoczywającym  w  torbie  ruszyła  w  kierunku 

ulicy.  Nie  uszła  nawet  pięciu  kroków,  gdy  czyjaś  ręka 

dotknęła jej ramienia. Zamarła. 

 - 

Proszę za mną - nakazał jakiś pospolity głos. 

Odwr

óciła  się  powolnym  ruchem  i  ujrzała  przed  sobą 

najbar

dziej  okrągłą  twarz,  jaką  widziała  w  życiu.  Małe, 

głęboko  osadzone  oczka  mierzyły  ją  uważnie.  W  półmroku 

wydawały  się  zupełnie  czarne.  Zimne  i  pozbawione  uczuć. 

Omiotła  spojrzeniem  zaułek,  szukając  drogi  ucieczki.  Jej 

wzrok zatrzymał się na nieruchomej postaci leżącej na ziemi. 

To był jeden z agentów FBI. 

Charley w mgnieniu oka podj

ęła  decyzję  i  rzuciła  się  w 

kierunku  ulicy.  Oceniała,  że  może  zdoła  uciec  przed 

człowiekiem z KGB. Musiał ważyć ze sto kilogramów więcej 

niż ona. Jednak nie odbiegła daleko. Dwie ogromne, potężne 

łapy chwyciły ją w pasie i podniosły do góry. Broniła się lecz 

na nic się to nie zdało. W tej pozycji nie miała żadnych szans 

wyrwać się silnemu mężczyźnie. 

To niegrzecznie przerywa

ć  spotkanie  tak  szybko  - 

powiedział, dysząc ciężko. 

 - Do

kąd mnie ciągniesz? - krzyknęła Charley. 

Nie odpowiedzia

ł.  To  niósł  ją,  to  wlókł  w  kierunku 

pustego samochodu. Lecz gdy otworzył drzwi, Charley złapała 

się za dach, a obcasami zaparła z całych sił o dół samochodu. 

Wrzeszczała ile sił w płucach. 

background image

Gdy m

ężczyzna zatkał jej usta ręką, Charley natychmiast 

wgryzła się w umięśnioną dłoń. Teraz on wrzasnął i puścił ją 
w bezwiednym odruchu. 

Ruszy

ła  do  ucieczki,  lecz  zimny  błysk  rewolweru 

zatrzymał  ją.  Stała  dokładnie  w  linii  strzału.  Wiedziała,  że 

szansa na ucieczkę jest zerowa... 

M

ężczyzna uśmiechnął się lodowato. 

W chwil

ę później uśmiech zamarł raptem na jego twarzy i 

człowiek  runął  na  ziemię,  uderzając  głową  o  chodnik. 

Rewolwer wypadł mu z ręki. 

 - 

Skąd  się  tu  wziąłeś?  -  krzyknęła,  widząc,  że  za 

powalonym agentem o

bcego wywiadu, stoi Reese, trzymając 

w ręce potężną, drewnianą pałkę. Czuła zdziwienie, a zarazem 

ulgę, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyła. 

 - 

Właśnie  uratowałem  ci  życie,  a  ty  dopytujesz  się, 

dlaczego tu jestem. Potrząsnęła głową. 

 - 

Jestem  ci  wdzięczna, ale Max potrzebuje... Reese 

odrzucił pałkę i wziął ją w objęcia. 

 -  Nie obchodzi mnie, czego potrzebuje Max. Ty 

potrzebujesz... 

 - 

Musimy  dostać  się  do  hotelu  -  przerwała  mu  od  razu, 

podnosząc z ziemi rewolwer. 

 -  A co z nim?  - 

Reese  wskazał  ruchem  głowy na 

nieprzytomnego agenta. 

 - Nie ma czasu. 
Przebiegli przez ulic

ę, o mało nie wpadając pod taksówkę, 

która z warkotem odjechała w głąb kwartału. 

 - 

Dlaczego nie powiedziałeś Maxowi? - zapytała Charley, 

gdy wchodzili do hotelu. 

 - 

Posłałem mu wiadomość. 

 - 

Wiadomość? - powtórzyła z niedowierzaniem. 

background image

Przez mojego asystenta. Przede wszystkim musia

łem 

zatroszczyć się o ciebie. Charley przystanęła i popatrzyła mu 
w oczy. 

 - 

Dziękuję ci - powiedziała po prostu. 

Nieliczni go

ście przebywający w hallu popatrzyli na nią z 

zaciekawieniem.  Jej  suknia  w  kolorze  kości  słoniowej  była 

rozdarta w jednym miejscu i zabrudzona. Widząc że skupia na 

sobie uwagę, szybkim krokiem podeszła do recepcjonisty. 

 - 

W którym pokoju zatrzymał się kongresmen Graystone? 

zapytała. Mężczyzna popatrzył z wyższością na stojącą przed 

nim rozczochraną dziewczynę. 

 -  Niestety  - 

zaczął wyniośle - to informacja zastrzeżona. 

Kongresmen nie życzy sobie, by mu zakłócano spokój. 

Ju

ż miał się odwrócić tyłem, gdy Reese brutalnie chwycił 

go  za  ramię  a  Charley  wyciągnęła  identyfikator  FBI. 

Recepcjonista  patrzył  to  na  nią,  to  na  identyfikator  i  z 
powrotem. 

 - A teraz powie mi pan? - 

zapytała. 

 - 

Pokój  dziesięć  -  czterdzieści  -  odpowiedział  piskliwie. 

Charley rzuciła się biegiem. 

 - 

Hej, do windy tędy - zawołał Reese, gdy ominęła ją bez 

zatrzymania. 

 - 

Nie  możemy  ryzykować!  -  odkrzyknęła,  gwałtownym 

szarpnięciem otwierając ciężkie drzwi, prowadzące na schody 
awaryjne. 

Bardzo prawdopodobne, 

że  kongresmen  już  nie  żył,  a 

dokumenty  przepadły.  Wszystko  możliwe.  Ale  nie wolno jej 

było tracić nadziei. 

 - Dlaczego winda to takie ryzyko? - 

dopytywał się Reese. 

 - 

Bo  to  by  mogła  być  ostatnia  przejażdżka  w  naszym 

życiu. Była pewna, że w strategicznych miejscach w hotelu i 

wokół niego rozlokowali się liczni agenci KGB. 

background image

Klatka schodowa by

ła  słabo  oświetlona,  a  na  ścianach 

malowały  się  groteskowe  cienie.  Przestrzeń  wypełniał  stukot 

ich  kroków  i  odgłos  przyspieszonych  oddechów.  Charley  w 

duchu  przeklinała  szpilki,  w  których  występowała  na  scenie. 

Na  każdym  zakręcie  zmuszały  ją  do  drobienia  małymi 
kroczkami. 

Gdy dobiegli do 

ósmego  piętra, Charley  czuła  nieznośne 

pulsowanie  w  skroniach,  a  nogi  miała  jak  z  gumy.  Na 

dziesiątym nie mogła już złapać tchu i musiała przystanąć na 

chwilę. Dała znak Reese'owi, by szedł za nią, i wyjęła z torby 

rewolwer. Ostrożnie otworzyła ciężkie drzwi. 

W korytarzu nie dostrzeg

ła niczego z wyjątkiem stolika na 

kółkach, którym posługiwała się służba hotelowa. Pokój 1040 

był tuż przed nimi, po przeciwnej stronie. Charley w pierwszej 

chwili  chciała  wtargnąć  do  pokoju,  ale  instynkt  ją 

powstrzymał. Dlaczego nikt nie pilnował korytarza? 

 -  Trzymaj  - 

wyszeptała,  wciskając  Reese'owi  do  ręki 

rewolwer, który zabrała ogłuszonemu agentowi KGB. 

 - Co... - 

popatrzył niepewnie na rewolwer. 

 - 

Chciałeś być częścią mojego życia - powiedziała. - To 

jest właśnie to. Naprzód! 

Nisko pochylona dobieg

ła  do  stolika,  dziękując 

opatrzności, że zasłania ich długa do ziemi, lniana serweta. Po 

chwili Reese był przy niej. 

 - Co teraz? - 

zapytał. 

 - 

W każdej chwili mogą wyjść z pokoju. Prawdopodobnie 

z kongresmenem. Spróbuj unieszkodliwić agentów. Strzelaj w 
nogi. 

 - 

W  nogi?  Tym  nie  wcelowałbym  nawet  we  wrota 

stodoły. 

 - Celuj i... 
Przerwa

ł  jej  odgłos  otwierania  drzwi.  Wyjrzała  zza 

krawędzi stolika i dostrzegła trzech mężczyzn wychodzących 

background image

z pokoju. Kongresmen szedł pomiędzy dwoma mężczyznami 

w  ciemnych  ubraniach.  Za  nimi  podążał  Chalmers.  Zanim 

zamknął  drzwi  pokoju,  Charley  dostrzegła  mężczyznę 

leżącego  w  środku  na  podłodze.  Cała  grupa  oddalała  się  w 
kierunku windy. 

Modl

ąc  się,  by  Max  z  posiłkami  był  już  blisko,  Charley 

przyklęknęła na jedno kolano i wychyliła się zza wózka. 

 - Graystone, padnij! - 

krzyknęła, kierując lufę rewolweru 

w najbliższego mężczyznę. Oddała trzy szybkie strzały, które 

powaliły  go  na  podłogę.  Drugi  agent  odwrócił  się  i  zaczął 
strzela

ć w ich kierunku. W tym momencie Charley kątem oka 

zauważyła,  że  Reese  podnosi  się  zza  wózka  i  strzela.  Agent 

KGB  zawahał  się  przez  moment,  zaskoczony  jego  nagłym 

pojawieniem  się.  To  wystarczyło,  by  Charley  zdążyła  celnie 

strzelić. Agent upadł z przestrzeloną nogą. 

Nagle zapanowa

ła cisza. Charley wstała i z rewolwerem w 

ręku  ruszyła  korytarzem  w  stronę  dwóch  powalonych 

agentów. Chalmers, świadomy porażki, odwrócił się i pognał 

przed siebie w głąb korytarza. 

 - 

Ja  się  nim  zajmę  -  krzyknął Reese,  mijając Charley w 

pełnym  biegu.  Chalmers  dobiegał  już  do  zakrętu  korytarza, 

gdy Reese podciął mu nogi i schwycił go. Chalmers 

pr

óbował się wyrwać, lecz Reese był szybszy. Dwa silne, 

dobrze wymierzone ciosy pozbawiły reżysera przytomności. 

Charley tylko przez chwil

ę mogła podziwiać styl Reese'a. 

Dwóm agentom KGB nakazała położyć się płasko, twarzą do 

podłogi.  Kopnięciem  odrzuciła  ich  rewolwery,  tak  by  nie 

mogli ich dosięgnąć. 

Kongresmen podni

ósł się z podłogi. 

 - 

Nic się panu nie stało? - zapytała Charley. 

 -  Nic, nic  - 

Graystone  powtórzył  te  słowa  kilka  razy, 

jakby  chciał  sam  siebie  przekonać.  -  Ale  obawiam  się,  że 

background image

jeden  z  waszych  ludzi  nie  żyje.  Zaskoczyli  nas  -  dodał 

drżącym głosem. Widać było, że jest w szoku. 

 -  Nie tylko was  - 

powiedziała  Charley.  Odetchnęła 

głęboko, starając się uspokoić. 

 - 

On wszedł - ciągnął Graystone, pokazując na Chalmersa 

i  powiedział,  że  nastąpiła  zmiana  planów  i...  -  głos  mu 

zamierał.  Wydawał  się  zbyt  wyczerpany,  by  zakończyć 

opowieść. 

Nie musia

ł  kończyć.  Mogła  sama  uzupełnić  szczegóły: 

wystarczył  moment  nieuwagi  agenta,  by  Chalmers  go 

sprzątnął na oczach przerażonego Graystone'a. 

S

łysząc za sobą hałas, Charley w mgnieniu oka odwróciła 

się,  gotowa  do  strzału.  Z  westchnieniem  ulgi  rozpoznała 

zwalistą, przywracającą jej poczucie bezpieczeństwa postać. 

 - 

Mam  tu  coś  dla  ciebie,  Max  -  zawołała,  pokazując  na 

obezwładnionych  agentów.  -  Mieliśmy  rację.  To  był 
Chalmers! 

 - 

Na to wygląda - odpowiedział. 

ślad za Maxem pojawiło się jeszcze dwóch agentów. 

 -  No, panowie  - 

odezwał  się  do  nich  -  mamy  tu  trochę 

sprzątania. - Odwrócił się w stronę Charley, a w jego oczach 

przez  moment  pojawiło  się  współczucie.  -  Dalszy  ciąg 

dzisiejszego  przedstawienia  został  odwołany  -  powiedział.  - 

Nie odbędzie się również żadne następne. Co do tego nie ma 

wątpliwości.  A  jeśli  chodzi  o  Allison  -  właśnie  została 
aresztowana. Odpocznij, Charley - 

poradził jej. - Świetnie się 

spisałaś, chociaż nie słuchałaś rozkazów. 

Przez chwil

ę mierzył wzrokiem Reese'a, po czym całą swą 

uwagę skupił na kongresmenie. 

 - J

uż po wszystkim? - zapytał Reese, gdy Charley wzięła 

go za rękę i wyciągnęła z tego całego zamętu. 

 - 

Tak, to już koniec - powiedziała. 

background image

Czu

ła  się  wyczerpana  i  wzburzona.  Wiedziała,  że  miną 

godziny, zanim odzyska spokój. Najwyższy czas porozmawiać 

i uporządkować wszystko. 

 -  Idziesz do mnie?  - 

zapytała,  naciskając  guzik  przy 

windzie. 

 - Nic mnie nie powstrzyma. 
Bezw

ładnie osunęła się na ramię Reese'a, pragnąc czuć w 

nim oparcie. 

 - 

Cieszę się, że byłeś ze mną - wyznała, gdy wchodzili do 

windy. 

 - 

A  więc  czujemy  to  samo.  Nie  chcę  nawet  myśleć,  co 

chciał z tobą zrobić ten bandyta w zaułku za teatrem. 

 - 

Ja  o  tym  nie  myślę.  Tylko  w  ten  sposób  można 

zachować zimną krew. 

Milcz

ąc pojechali na czwarte piętro i nie odezwali się ani 

słowem,  dopóki  nie  weszli  do  pokoju  Charley.  Zamknęła 

drzwi i odwróciła się twarzą do niego. 

 - 

Mam zamiar zrezygnować z pracy w FBI - oświadczyła 

zdecydowanie. - Jutro powiem o tym Maxowi. 

Przez chwil

ę zastanawiał się nad jej słowami. 

 - 

Powiesz  mu,  że  odchodzisz,  bo  jesteś  spalona,  czy 

dl

atego, że wybrałaś mnie? 

 - 

Czy  to  ma  jakieś  znaczenie?  -  zapytała,  starając  się 

odczytać jego intencje. 

 - Ogromne. 
 - 

Dlatego, że wybrałam ciebie - odpowiedziała łagodnie. 

Zdziwiła się, gdy przecząco pokręcił głową. 

 - 

To  znaczy,  że  nie  rezygnujesz  -  oznajmił.  Otworzyła 

usta, by zaprotestować, lecz przerwał jej: 

 - 

Ty, Charley nie potrafisz bez tego żyć. Obserwowałem 

cię  tam,  na  schodach.  Gdybym  próbował  odgrodzić  cię  od 

emocji,  niebezpieczeństwa,  szybko  miałabyś  mnie  dosyć.  A 

do tego nie dopuszczę - powiedział z przekonaniem. 

background image

 - 

Więc co będzie z nami? 

 - 

Nasza miłość będzie trwać. 

 - 

Ale  będziesz  narażony  na  niebezpieczeństwo  - 

zaprotestowała. - Tak jak dzisiaj. Reese usiadł na łóżku i wziął 

ją na kolana. 

 - 

Sama widzisz, że nic mi się nie stało. Prawda? 

 - Tak, ale... 
 - 

A teraz ty mnie posłuchaj, Charley Tremayne - zawiesił 

na  chwilę  głos.  -  Tak  się  naprawdę  nazywasz,  czyż  nie?  -  a 

gdy  potaknęła,  mówił  dalej  z  uśmiechem.  -  To dobrze. 

Przynajmniej  nie  będę  musiał  przyzwyczajać  się  do  jakiegoś 
innego imien

ia. Przeszedłem dziś przyspieszony kurs życia w 

twoim świecie i przetrwałem. 

 - 

Ale następnym razem... - zaczęła. 

 - 

...będzie  następnym  razem.  -  Sięgnął  do  zamka 

błyskawicznego jej sukienki i zaczął go rozpinać. - Będziemy 

się o to martwić w odpowiednim czasie. Charley, może to do 

ciebie  nie  dociera,  ale  ja  cię  kocham.  A  to  dużo  znaczy  w 

moim  przypadku.  Wolę  żyć  krótko  i  cieszyć  się  twoją 

miłością, niż długo - bezpiecznie i miło, lecz bez ciebie. Poza 
tym  - 

ucałował  ją  w  czoło  -  bezpiecznie  i  miło,  czy  to 

naprawdę tak wiele warte? Ja też potrzebuję w życiu szczypty 
emocji. 

Powi

ódł ręką po jej plecach i uśmiechnął się szeroko. 

 - 

Lubię sposób, w jaki się ubierasz - zamruczał. Rozsunął 

materiał  wokół  jej  ramion  i  górna  część  sukni  opadła.  -  Ale 
jeszcze bardzi

ej lubię sposób, w jaki się rozbierasz. 

Ich usta z

łączyły  się.  Charley  czuła,  że  topnieje  w 

objęciach  ukochanego  mężczyzny.  Jego  dłonie  delikatnie 

ślizgały się po jej plecach. Po chwili Reese rozpiął i ściągnął 

jej biustonosz. Charley jęknęła. Oderwała się od jego ust i po 

chwili poczuła, że wtulił głowę pomiędzy jej piersi. Zagłębiła 

palce  w  jego  gęste  włosy  pragnąc,  by  tak  pozostał.  Ruchy 

background image

języka,  którymi  pieścił  jej  sutki,  przyprawiały  ją  o  dreszcze. 

Odgięła głowę do tyłu, drżąc z rozkoszy. 

 - 

Będziesz musiała się zdecydować - powiedział głosem 

zadziwiająco  spokojnym  i  opanowanym.  Otworzyła  oczy, 

próbując  się  skupić  na  jego  słowach.  -  Albo wyjdziesz za 

mnie,  albo  przez  całe  życie  będziesz  oglądać  się  za  siebie, 

słysząc  odgłos  moich  kroków.  Bo  ja,  moja  pani, nigdy nie 

pozwolę, byś zniknęła mi z oczu. 

Po

łożył ją na łóżku i zsunął z niej suknię. Uśmiechnęła się 

w  przejmującym  oczekiwaniu,  a  płomień  pożądania,  jaki 

zabłysł w jej oczach, obudził w Reese'ie żądzę, nad którą nie 

mógł  zapanować.  Nie  tracąc  czasu  zdjął  z  niej  wszystko  i 

położył się obok. 

 - Mam inny plan - 

wymamrotała. 

 - O? - 

leniwie wodził palcem wokół jej pępka. 

 - 

Co  byś  powiedział,  gdybyśmy  zorganizowali  własną 

agencję? 

 - 

Czy  rząd  zniesie  taką  konkurencję?  -  zapytał 

żartobliwie. 

 - 

Mam na myśli agencję detektywistyczną - wyjaśniła ze 

śmiechem.  -  Pomyślałam  sobie...  -  Gwałtownie  wciągnęła 

powietrze,  nie  panując  nad  dreszczem  wywołanym  jego 

pieszczotą. Trudno jej było skoncentrować się na rozmowie. - 

Pomyślałam  sobie,  że  wolałabym  pracować  na  własny 
rachunek. 

Palec Reese'a kre

ślił ósemki na wewnętrznej stronie jej ud. 

 - 

Co o tym sądzisz? - zapytała tracąc oddech. 

 - 

Fantastyczny  pomysł  -  powiedział,  całując  jej  szyję. 

Ciało  Charley  wyprężyło  się.  Objęła  go  i  przytuliła  z  całej 

siły. - Każdy jest dobry, dopóki jesteśmy razem. 

Jego j

ęzyk błądził pomiędzy jej piersiami. - Mógłbym ci 

pomóc na swój głupi sposób. 

background image

 - 

W  tobie  nie  ma  nic  głupiego  -  powiedziała  głosem 

ochrypłym  z  pożądania,  rozkoszując  się  gładkością  jego 

doskonale umięśnionego ciała. 

 -  Dzi

ękuję  ci.  W  takim  razie  pozostała  do  wyjaśnienia 

jeszcze tylko jedna sprawa. 

 - Co takiego? 
 - 

Kto się zajmie Maxem? 

Mimo narastaj

ącego podniecenia Charley roześmiała się. 

 - Biuro. 
 - 

Dzięki  Bogu  -  ucieszył  się  Reese,  odsuwając  się,  by 

spojrzeć jej w oczy. - Okropnie by się nudził podczas naszego 

miodowego miesiąca. 

Uni

ósł się lekko, a ona wsunęła się pod niego. 

 - 

Nawet  miodowy  miesiąc  kiedyś  się  skończy  - 

zauważyła. 

 - 

Ani  mi  się  śni  -  obiecał,  a  w  chwilę  potem  Charley 

poznała przedsmak tego, co miało nastąpić.