background image

Jarosław Iwaszkiewicz

PANNY Z WILKA

 

 

Wojna już dawno minęła. Wiktor Ruben w kieracie codziennej pracy

zapomniał zupełnie o niej i zajmowały go tylko sprawy powszednie,

bardzo jednak absorbujące. Tym bardziej nie myślał o czasach przed

wojną,   czasach   ubogiej   młodości,   orki,   uniwersytetu,   któremu

poświęcił   tyle   czasu,   a   którego   nie   mógł   skończyć,   gdyż   z   orbity

normalnej wytrąciły go wypadki historyczne. No, a potem to już tak

poszło,   tak   nim   zawinęło,   że   ani   pomyślał   o   młodości,   a   tutaj

tymczasem   zbliżył   się   czterdziesty   rok   życia.   Bardzo   był

przepracowany, ale to tym lepiej, powiadał, nie miał czasu na żadne

rozmyślania,   a   wiedział   przecie   z   praktyki,   że   to   do   niczego   nie

prowadzi. Śmierć Jurka naruszyła jednak jego równowagę, nie mógł

się z nią oswoić i poczuł się tak źle, że zwrócił się o poradę do lekarza.

Nie   była   to   porada   poważna,   oczywiście;   nie   poszedł   do   żadnego

gabinetu,   nie   jeździł   specjalnie   do   Warszawy.   Zlazł   był   właśnie   z

background image

wózka, którym przyjechał z pola - było to w początkach lata - doktor

wysiadł z samochodu, aby jak zwykle zrobić cotygodniowe odwiedziny

zakładu. Wiktor od trzech lat był zarządzającym małego folwarczku,

zapisanego   towarzystwu   ociemniałych,   i   gdzie   co   roku   urządzano

kolonię letnią dla ślepych dzieci. Doktor przyjeżdżał co tydzień i teraz

także   właśnie   przybył.   Wiktor   pogadał   z   nim   trochę,   a   potem

powiedział,   że   się   źle   czuje.   Nie   sypiał   w   nocy,   był   bardzo

zdenerwowany i nie mógł wcale pracować. I przy tym ciągle myślał o

przyjacielu,   który   umarł   przed   dwoma   miesiącami   na   suchoty.

Podawał to wszystko od niechcenia, ale o Jurku spokojnie nie mógł

mówić.   Był   to   jedyny   dotychczasowy   jego   przyjaciel,   kleryk,

siostrzeniec   przełożonej   kolonii,   zupełnie   zwyczajny   człowiek,

wierzący,   spokojny,   dobry.   Prawie   od   dzieciństwa   bardzo   dużo

pracował i musiał latać po mieście, odziany w jakieś nie wystarczające

palto,   przeziębiał   się   w   parszywe   warszawskie   pogody   i   na   tym   tle

wywiązały  się  tuberkuły.  Umarł,  zresztą,   nie  zdając   sobie   sprawy   z

niebezpieczeństwa   swego   stanu,   ale   jak   gdyby   od   dawna   był   na

tamtym brzegu, do niczego się nie przywiązywał i jeśli nawet wiedział

o tym, że umiera, już mu niczego nie było żal. Wiktor nie był przy jego

śmierci. Jurek umierał w szpitalu, na wiosnę, Wiktor nie myślał, że to

tak prędko nastąpi, trzeba było tyle zrobić na folwarku, który nazywał

się "Stokroć". Zakładali w tym roku pierwsze inspekta, i to od razu na

background image

dwieście okien, nawozu brakowało, nie było gdzie dostać, szarpano go

na   wszystkie   strony,   jeździł   aż   pod   Błonie   za   tymi   sprawami   i

wróciwszy   zastał   wiadomość   o   śmierci.   To   mniej   więcej   opowiadał

doktorowi, gdy siedzieli pod kasztanem, przed domkiem kolonijnym, i

czekali,   aż   dzieci   przyjdą   ze   spaceru.   Doktor   zajadał   z   brązowej

miseczki zimne kwaśne mleko, które mu bardzo smakowało, bo dzień

był   gorący.   Nic   nie   mówił,   tylko   potakiwał   Wiktorowi   i   pomrukiwał

nad   mlekiem.   Potem   dopiero,   gdy   ujrzał   w   kurzu   drogi   drepcące

szeregi i trzymające się gromadnie ślepe dzieci, spojrzał Wiktorowi w

oczy:

- Wiktorku - powiedział (doktor do wszystkich mówił "ty") - nie ma co

gadać, jak dawno pan tu pracuje?

- Trzy lata.

-   Nie   ma   co   gadać.   Wyjeżdża   pan   na   trzy   tygodnie.   Powiem   matce

przełożonej. Janek pana zastąpi, a pan wyjedzie. Nie ma pan gdzie

rodziny czy znajomych na wsi? Niech pan wyjeżdża.

Tym   sposobem   znalazł   się   w   podróży.   Dawno   już   myślał,   aby

odwiedzić te strony, ale to były takie westchnienia, jak postanowienia

dalekich   podróży,   które   robimy   patrząc   na   piękne   fotografie,

wystawione w oknach magazynów. Nie, nie myślał nigdy o tamtych

czasach   ani   o   realizacji   tego;   nie   spotkał   nikogo,   nikogo   od   owych

background image

wakacyj,   i   nie   wiedział   nic   o   miejscu,   do   którego   teraz   szedł.

Oczywiście,   wszystko   po   drodze   było   takie   samo.   Przy   stacji   tylko,

która   dawniej   gwarzyła   samotnie   przez   drogę   z   opuszczonym

żydowskim zajazdem, wyrosło teraz z dziesięć domów, gdzie roiły się

kolejowe interesy. Dalej był płot, zamykający skład węgla i drzewa, i

dopiero   potem,   na   prawo,   zaczynała   się   ta   szosa,   która   -   ta   już

oczywiście - nic się nie zmieniła. Świeżo wówczas wybudowany dwór-

willa z czerwonej cegły postarzał się, ogródek naokoło niego podrósł.

Ale dalej przy szosie stały tak olbrzymie białodrzewy, że czas już nie

mógł ich powiększyć, mógł tylko je obalić. Było ich może o parę mniej

niż dawniej i Ruben przypomniał sobie, że w czasie wojny odbywały

się tutaj krwawe walki. Kule siepały pewnie po tych pniach. On nie

był   tutaj,   jego   artyleria   stała   bardziej   na   północy,   potem   brakło

pocisków, pamięta odwrót jak dziś. Ale tamte czasy, kiedy chodził lub

jeździł   tą   szosą   "do   wujostwa",   pamięta   lepiej   niż   zdarzenia

dzisiejszego dnia. Bywał tu rzadko, matka nie lubiła wujenki, ale tym

bardziej pamiętał.

Potem   droga   szła   w   dół,   był   parów   i   wierzby.   Są   i   dzisiaj.   Potem

wychodzi się na górę i jest zagajnik. Wyszedł, ale teraz to już jest las.

Ani wspomnienia wojny, ani obozu w Murmanie, ani ostatnich walk

we   Francji,   ani   atak   na   Kijów   i   tamten   znowu   odwrót,   ani

wspomnienia lat garnizonowych, ani prac samorządowych - nic, całe

background image

życie upłynione w mrówczych, nikomu niepotrzebnych zajęciach, nie

dało Wiktorowi takiego poczucia minionego czasu, co widok tego lasu

na miejscu dawnego zagajnika. Było to coś tak innego, nieoczekiwanie

odmiennego, zamiast srebrnych małych roślinek i żółtych króliczych

dołów   między   nimi   zobaczyć   duże   czarne   drzewa   na   tle   igliwiem

zabitego klepiska. Zatrzymał się przez chwilę i westchnął. Pochylił się

ku dołowi i zobaczył mały czarny słupek, znak graniczny wetknięty w

kopiec na rogu. Ten się nie zmienił, poczerniał może, ale był taki sam.

Znaczek   ten   pamiętał   dobrze,   siedzieli   wtenczas   przy   nim,   w

pamiętnych dniach lipca, kiedy odjeżdżał na wieść o wojnach. Aż tutaj

odprowadziła   go   Jola.   Tutaj   siedzieli,   zjedli   pierwsze   jabłka,

papierówki, które mu ona przyniosła na drogę, i poszedł. Konie  od

razu były zmobilizowane, nie miano go czym odesłać na stację, zresztą

tyle   razy   przychodził   i   odchodził   piechotą.   Zaczął   liczyć.   To   dziś

piętnaście lat. Ani się obejrzał.

Fela, Julcia, Jola. Co się z nimi stało? Mimo woli przyśpieszył kroku,

aby stanąć prędzej na górce, ale zagajnik wyrósł, nie miał już stamtąd

tego co przedtem widoku. O wujostwu wiedział, że są, że mieszkają, że

żyją, choć rzadkie, ale miewał o nich wiadomości. Ale o tamtym domu

nic. Rozmijali się jakoś dotąd - a o to w świecie łatwo. I że też on tak o

tym   zapomniał,   nie   napisał,   nie   zapytał!   Znowu   zaczął   liczyć   w

pamięci, co mu szło niesprawnie. Kroki mimo woli się zwalniały. One

background image

przecie   już   stare,   powychodziły   pewnie   za   mąż.   Oczywiście,   Julcia

miała wtedy lat dwadzieścia czy dwadzieścia jeden. Kazia mało co była

młodsza. A Jola? Też musi być teraz po trzydziestce.

Wyszedł   z   lasu.   Tu   zaraz   był   słup   graniczny   i   figura   świętego

Nepomucena.   Spojrzał   w   tamtym   kierunku.   Ileż   to   razy,   zawsze

przecie idąc czy jadąc do wujostwa, zbaczał, nakładał dwa kilometry,

aby   zajść   do   tego   dworu.   Nazywał   się   zabawnie   -   Wilko;   tak   się

nazywał   folwark   z   dworem,   wsi   żadnej   nie   było.   Zachodził   tam,   a

nawet jedne wakacje spędził całkiem jako korepetytor Zosi. To było na

rok przed wojną. O! to Zosia teraz pewnie jest dorosłą panną. Stał i

patrzył.

W   niedużej   kotlince,   daleko,   ale   jak   na   dłoni,   stały   dwie   wielkie

stodoły,   na   krzyż   do   siebie   zwrócone.   Między   nimi   wielkie,

niepotrzebnie wielkie, zielone podwórze, topole dwie stare, dalej dwór,

dawniej   kryty   blachą,   która   stąd   błyszczała,   teraz   czerwoną

dachówką. To ładniej, pomyślał Wiktor i ucieszył się, jak gdyby to kto

jego dwór pokrył nowym dachem. Za dworem gąszcz drzew, to sad, a

potem   znowu   parę   sosen  bardzo   wysokich,   bo   na   wzgórzu   stoją,   a

dalej   lasek   i   łączka   i   znowu   biała   szosa,   tamtędy   się   idzie   do

wujostwa, a na przeciwnej stronie  kotlinki, na horyzoncie powinien

być las. Ale nie ma, wycięli. Tylko jedno wielkie drzewo stoi, tamtędy

teraz przejdzie, minąwszy drogę do Wilka.

background image

Ale nie wytrzymał, machinalnie prawie, jak dawniej, jak gdyby to było

umówione,   skręcił   na   prawo,   w   stronę   tego   domu,   o   którym   nie

pamiętał tyle lat, i poszedł raźno, pogwizdując i machając teczką, w

której   dźwigał   dwie   koszule   i   szczoteczkę   do   zębów.   Nie   uznawał

innych kufrów podróżnych. I jakby przechodząc obok swojej młodości

mijał garb zielonej trawy, wznoszący się po prawej stronie wyboistej

drogi. Zaraz na lewo miała być kamionka, gdzie były najlepsze jeżyny,

ale   nie   było   jej;   kamienie   sprzedali.   Potem   droga   schodziła   coraz

bardziej i Wiktor domyślił się, że nic się nie zmieniło tutaj, ani w nim

się nie zmieniło; pola były zasiane, uprawione, tak jak piętnaście lat

temu,   jak   dwieście   lat   temu   może,   on   znowu   z   teczką,   znowu   w

jedynym   swoim   ubraniu,   znowu   ledwie   rozprostował   nerwy   po

miejskim załataniu. Aż zdziwił się, że tak wszystko zatarło się w jego

pamięci: i Jurek, i Stokroć, i ślepe dzieci idące, trzymając się za ręce,

szeregiem. Latały równie prędko, równie dobrze jak widzące. Przecie

jest jeszcze zupełnie młody, skądże te głupie myśli o starości. Ile tam

lat   minęło,   to   wszystko   jedno.   On   idzie   teraz   drogą   na   Wilko   i

pogwizduje, jest lato, jest ciepło, czerwiec, koniec czerwca, żniwa za

jakie   dziesięć   dni,   może   nawet   wcześniej,   bo   pogoda   sprzyja.   To

zawsze wuj tak mówił: "Pogoda sprzyja."

Zauważył już od dawna, że bardzo często, zwłaszcza wtedy, kiedy był

zmęczony   lub   przepracowany,   równolegle   do   toku   myśli   normalnie

background image

biegnących   drogami   skojarzeń,   nagle   w   zupełnie   nie   wytłumaczony

sposób wynurza się jakiś pejzaż z widzianych dawno widoków, trzymał

się chwilę na powierzchni świadomości, aż go zauważył i określił, a

potem   znowu   zanurzał   się   w   głębię.   Po   pewnym   czasie   wypływał

znowu, ten sam albo częściej inny. I teraz właśnie, kiedy dochodził

znajomą drogą do znajomego ogrodzenia, kiedy słońce  świeciło "jak

zawsze"   i   psy   ujadały   "jak   zawsze"   na   bydło   wracające   z   pola

pogodnymi łąkami, wynurzył mu się przed oczami pejzaż też dawny,

także letni - ale bardzo odmienny. Spalone pole, gorący kurz, z boku

pod gruszą błysk zostawionego kulomiotu i pośrodku grzędy żytniego

ścierniska kłębek szarych i zielonych łachmanów: trup zastrzelonego

przed   chwilą   człowieka.   Zidentyfikował.   Tak,   to   podczas   odwrotu

kazano   im   rozstrzelać   dezertera   czy   szpiega:   małego   chudego

żołnierza, który spokojnie wypalił papierosa przed zgonem.

A   potem   obraz   zapadł   się.   Znowu   była   wyboista   droga,   poznawał

prawie pod stopą nierówności gruntu i ten deseń w małych zaroślach

zielonego   perzyku,   który   językami   właził   na   ścieżkę,   nie   dbając   na

stałe   przydeptywanie.   Potem   przyszło   ogrodzenie,   czworaki.   Nikt   go

nie zauważył. Przed wieczorem wszyscy są tak zajęci, każdy ma coś do

roboty, bydło, konie, kury i kaczki zabierają się do spania, a ludzie

muszą dopilnować, zamknąć do obory czy kurnika, napoić i nakarmić

przed nocą. Okrągłym łukiem podjazdu Wiktor Ruben wszedł przed

background image

ganek, przez ganek przeszedł: w przedpokoju owionął go zapach tego

domu.   Było   tak,   jakby   się   weszło   do   bufetu   w   stołowym   pokoju:

pachniało suchą herbatą, metalem - jak z puszki - trochę, sosnowym

drzewem,   trochę,   ale   odrobinę,   grzybami.   Stanął   i   machinalnie

powiesił na prawo na haku teczkę, palto i kapelusz. Zobaczył tylko, że

meble w przedpokoju były inne, ale nie myślał nad tym, bo w głębi za

przedpokojem   słychać   było   głośne   rozmowy.   Dużo   kobiet   mówiło

razem,   krzyczały   także   dzieci.   Głosy   były   tak   łudząco   podobne   do

tych, jakie słychiwał tu dawniej, że przekonany był, iż za chwilę zjawi

się w progu malutka Tunia i zawoła: "Pan Wiktor przyjechał!"

I rzeczywiście, ktoś odsunął krzesło ze śmiechem, wstał i wpadł do

przedpokoju. Wiktor zobaczył w progu młodą i bardzo ładną osobę w

jasnej   sukni.   Stanęła   nieruchomo   i   popatrzyła   na   niego   pytająco.

Wiktor   skłonił   się   tylko   i   nie   wiedział,   co   ma   powiedzieć.   Panna

czekała.

- Pan do pana Kaweckiego? - spytała niskim, ciepłym głosem.

- Ja - powiedział Wiktor i uśmiechnął się. Dziewczyna poznała go po

tym uśmiechu. Krzyknęła głośno słowa sakramentalne:

- Jezus Maria! Pan Wiktor przyjechał!

Pociągnęła go za rękę w głąb, do sąsiedniego pokoju, gdzie paliła się

już lampa, mimo że na dworze było jasno. Tam otoczyło go mnóstwo

background image

kobiecych   ramion,   nagich   i   ciepłych,   ktoś   go   nawet   pocałował.

Wołano: "Gdzie mama? gdzie mama? Mamo, Wiktor przyjechał!" Ale

mama, jak zwykle, nie zjawiała się i zresztą nawet nie wiadomo, czy

pamiętała,   kto   to   jest   Wiktor.   Co   innego   "panienki",   pamiętały   go

doskonale, zaraz mu to jedna z nich wyjaśniła. Była to gruba, ciepła,

dobrze   ubrana   dama,   bardzo   korpulentna   i   nawet   przez   chwilę

Wiktora   zadziwiło,   że   mówiła   mu   "ty".   Podług   wszelkich   danych

musiała to być Julcia, najstarsza; poznał nawet jej niski, piękny głos,

pamiętny   potem   przez   długie   lata,   ale   osoba   była   czymś   zupełnie

innym.   Zmieszany,   oglądał   się   po   obecnych,   poruszenie   ogólne

powiększały jeszcze dzieci, chłopczyk i dziewczynka, skaczące dookoła

niego, bezmyślnie się cieszące, bo przecież nie wiedziały, o co chodzi.

Tymczasem Julcia powoli objaśniła:

-   Bo   trzeba   ci   wiedzieć,   że   w   Wilku   stałeś   się   legendą.   Mówi   się

zawsze, żeby to Wiktor był, toby naprawił; żeby Wiktor był, toby to,

toby owo... Jeszcze niedawno mówiłam do Joli, że za czasów Wiktora

to by się nie zdarzyło.

Oszołomiony Ruben odzyskiwał dobry humor:

- Wiesz, że zupełnie się tego nie spodziewałem. No, widzicie, tak się

tworzy historia, ja, który byłem przekonany, że moja osoba przeszła

przez   Wilko   jak   cień.   I   dlatego   nie   starałem   się   przypomnieć,

background image

myślałem, że nikt tu o mnie nie pamięta.

- Źle myślałeś - powiedziała inna kobieta, tę poznał od razu, była to

prześliczna Jola, najładniejsza z sióstr - za każdym razem, cośmy były

u wujostwa, pytałyśmy się o ciebie.

- Ale wujostwo nic nie wiedzieli - śmiał się Wiktor.

- A my się wszystkie zbieramy na wakacje w Wilku. Razem z dziećmi,

z tłomokami. Często się mijamy, ale dziś jesteśmy wszystkie.

- A gdzie Fela? - zapytał Wiktor.

-   Fela,  Fela,  chodź   tu -   zawołała  Julcia  -  zobacz,  jaka  to  ogromna

dziewucha, no, chodź, Fela.

Z   sąsiedniego   pokoju   wyszła   duża,   gruba,   brzydka   dziewczyna

dziesięcioletnia,   podobna,   zresztą,   w   kolorycie   do   matki   i   ciotek,   i

przywitała się z Wiktorem.

- To moja starsza - powiedziała Julcia - a ta mała to moja druga.

-   Tak,   olbrzymie   są   już   -   powiedział   z   roztargnieniem   Wiktor   -   nie

wiedziałem wcale, że wyszłaś za mąż. Ale ja się pytam o dużą Felę.

- Jak to, nie wiesz? - powiedziała cicho Julcia. - Fela umarła, o, już

przeszło dziesięć lat temu. Na hiszpankę.

Wiktorowi zrobiło się bardzo przykro, nie uprzytamniał sobie na razie

nawet, że to Fela umarła, tylko to, że popełnił niezręczność.

background image

- Zaprowadzę ciebie na jej grób - powiedziała Jola.

Poważna,   chuda,   najbrzydsza   Kazia,   zawsze   gospodarna,   podniosła

się i powiedziała:

- Muszę zajrzeć do kolacji, zostaniesz z nami, prawda? - zwróciła na

Wiktora oczy. Potem wyszła, a za nią poskakał chłopczyk, zapewne jej

synek.  Panie  zasypywały   znowu Wiktora  pytaniami.  Właściwie   dwie

tylko: Julcia i Jola. Dwie młodsze, dawne uczennice, trzymały się na

boku   i   patrzyły   zdziwione   na   przystojnego,   zaniedbanego   pana,

którego prawie nie pamiętały: był to ów Wiktor z legendy. Gdy siedli

do   kolacji,   Wiktor   spojrzał   po   obecnych   w   jasnym   świetle   lampy.

Jeszcze przechodząc z gabinetu, dokąd go wciągnięto, do stołowego,

patrzył uważnie na Julcię. Nie, to zupełnie kto inny, te ruchy pełne

powagi, ten gest godny, jak gdyby zakasywała rękawy, śmiech wesoły,

ale opanowany, ten spokój rozlany w każdym poruszeniu. To nie była

dawna Julcia. Wiktor spojrzał na zebrane kobiety i powiedział:

- No, ale mówcie coś o sobie. Ja przez piętnaście lat...

- Nie licz, nie licz - zawołała wesoło Jola.

-   ...przez   piętnaście  lat   nie   wiedziałem   o  was   dosłownie  nic,   coście

robiły, gdzieście były. Kto jest zamężny, a kto nie, żebym nie robił gaf.

No?

- Ja zamężna, dzieci dwoje - powiedziała Julcia. - Kazia rozwiedziona,

background image

jeden syn; Jola zamężna, bezdzietna; Zosia zamężna, jeden syn.

-   Ojej,   już!   -   powiedział   Wiktor   i   spojrzał   na   swoją   uczennicę.   -   A

łacina?

Zosia zaśmiała się:

- Już ma dwa lata. Nazywa się Henio.

- Tunia, panna do wzięcia - ciągnęła Julcia. - To wszystko.

Wiktor   uśmiechnął   się   i   spojrzał   na   Julcię,   potem   na   Tunię.   Może

najpodobniejsze były ze sobą, ale jakże inne. Tunia miała dziś tyle lat

zapewne, co Julcia w tamtych czasach. Była może ładniejsza, mniej

hoża, cieńsza w przegubach, delikatniejsza i miała spłoszone wielkie,

szare oczy, podczas gdy Julcia miała niebieskie, ładne, ale banalne.

- A ty, Wiktorze? - spytała się Jola.

Wiktor znów się uśmiechnął, inaczej. Czy tam warto o nim mówić?

- Teraz pracuję, zarządzam folwarkiem fundacyjnym pod Warszawą,

byłem w wojsku, byłem kapitanem, teraz jestem w stanie spoczynku.

No, to wszystko...

I   nagle   popłynął   przed   nim,   ponad   twarzami   tych   białych   kobiet,

karawan   obrazów,   zdarzeń,   mąk,   walk   i   bezcelowych   "czynów".

Pomyślał   o   życiu   swoim   pogmatwanym   i   połamanym   w   samym

zaraniu i wstrząsnął się.

background image

- Nie, nie, naprawdę, ja nic ważnego nie robię - powiedział. - Nie warto

o mnie mówić, żyję, jak i wszyscy.

I poczuł: to dopiero jest straszne, że on żyje, jak i wszyscy, wszyscy

tak żyją, jak on.

Pamiętał te czasy, kiedy tu bywał. Zawsze mu się wydawało, że życie

będzie   miał   inne,   obfitsze,   bogatsze,   niezwyklejsze   niż   wszyscy.

Rozmawiał o tym tylko z Kazia. Z nią mówił bardzo mało zazwyczaj,

ale   raz   na   tydzień,   raz   na   dwa   tygodnie   ucinali   sobie   rozmowę

naprawdę   ważną,   która   była,   jak   to   nazywali   wtedy   między   sobą,

"etapem".   W   czym?   Nie   zastanawiali   się   wtedy,   czy   etapem   w   ich

rozwoju duchowym, czy w rozwoju ich przyjaźni, czy po prostu jakiejś

drogi do jutra, nie pytali o to. Pamięta tylko, że jeden z "etapów" był

specjalnie poświęcony jego możliwościom na przyszłość. To było zaraz

po jego maturze i Kazia namawiała go, aby nie szedł na prawo. Poza

tym przestrzegała go, aby nie myślał, że to tak łatwo, że mu się życie

tak ułoży - naiwnie formułowała istotne przestrogi, a jemu wszystko

było mało. "To zabawne - pomyślał - że wówczas nigdy nie myślałem o

niepodległości,   a   przecie   tak   było   najłatwiej."   A   jednak   ona   miała

rację. Chciał popatrzeć na Kazię, spojrzeć jej w oczy, podziękować za

te "etapy" - ale ona w tej chwili wychyliła się poza krzesło, aby przez

plecy Joli i Zosi zobaczyć, co się dzieje na szarym końcu stołu, gdzie

jej   syn,   Antoś,   dokuczał   którejś   kuzynce.  Ona  już   wtedy   nie   miała

background image

żadnych złudzeń, a jednak przebrnęła przez małżeństwo i rozstanie.

Jakże to było wszystko? Nigdy się o tym nie dowie, o Kazi nigdy nikt

nic nie wiedział, była zamknięta, małomówna, gospodarna. Pamiętał,

że   znowu   go   zadziwiła   jej   inteligencja,   jak   gdyby   trochę   źle

umieszczona.   Nie   mogła   z   niej   zrobić   żadnego   użytku,   prócz

pesymistycznych   nastawień   na   przyszłość.   "Ciekawy   jestem   -

pomyślał Wiktor - co ona myśli o przyszłości Antosia?"

Julcia   tymczasem   mówiła   mu   o   wujostwu,   że   wuj   się   bardzo

postarzał, że ciotka zawsze taka sama. W połowie kolacji, cichutka i

potulna, wypłynęła z dalszych pokojów "mama". Nie znalazła żadnego

słowa, aby nim powitać Wiktora, pocałowała go w głowę i usiadła w

cieniu   okazałej   Julci,   która   siedziała   na   pierwszym   miejscu.   Nie

zmieniło to ani na chwilę toku rozmowy, głośnej, ożywionej i wesołej, a

"mama"   zaczęła   kolację   nie   od   punktu   wyjścia,   tylko   od   chwili,   w

której przybyła do stołu, to znaczy od drugiej potrawy.

Jedna   rzecz   zastanowiła   Wiktora,   a   mianowicie   to,   że   go   tutaj   tak

dobrze   pamiętano,   że   przez   piętnaście   lat   mówiono   o   nim   w   tym

ustroniu,   podczas   gdy   on   myślał,   że   -   nieznany   i   niepotrzebny

korepetytor, młody człowiek przyjeżdżający na wakacje w sąsiedztwo -

prześliznął   się   nie   zauważony   i   niepozorny   przez   pokoje   dworu   w

Wilku, zawsze postawionego na szerokiej stopie. Okazało się jednak,

że odegrał tutaj ważną rolę, z której nie zdawał sobie przez tyle lat

background image

sprawy. Był za młody, aby odczuć oczy tych kobiet na niego wówczas

zwrócone.   Dało   mu   to   dziś   do   myślenia,   ale   nie   miał   czasu

zastanawiać się nad tym, bo musiał odpowiadać na pytania i słuchać,

co mu opowiadają.

Uważnie patrzył na mówiącą Julcię i myślał o tamtych czasach. Jeżeli

podczas   lat   wojennych,   garnizonowych,   pracy   w   samorządach,

wreszcie w Stokroci, jeśli podczas tych trudów szarych i nieznośnych

przypomniał  sobie  był  Wilko,  to  nieodłącznie  z  twarzą i  postacią,  z

głosem Julci. Nie tej damy dostojnej, gorącej, miłej i poważnej, która

teraz siedziała na końcu stołu i opowiadała mu jakże inne dzieje tych

samych   upłynionych   lat   niskim,   dobrym   głosem.   Ach,   nie,   tamta

Julcia   była   smukła,   zgrabna,   żywa,   nieopanowana   i   mająca   jakieś

dziwne porywy. Zabierała go zawsze konno na spacery, na których nic

z   nim   nie   mówiła,   grywali   w  tenisa.  Nie   było  między   nimi  żadnego

flirtu, żadnego zbliżenia się. Kokietowała go raczej Jola, młodziutka

wówczas, szesnastoletnia i prześliczna panna. Nie rozmawiał z Julcią

tak jak z Kazią, wcale z nią nie rozmawiał, i zdaje mu się, że dzisiejsza

właśnie   rozmowa,   którą   tak   zdecydowanie   Julcia   objęła   w   swoje

posiadanie, jest właśnie najdłuższą rozmową, jaką dotychczas z sobą

prowadzili. I jeszcze jedno myślał czasami przelotnie Wiktor Ruben.

Myślał,   że   gdy   się   kiedy   z   Julcią   jeszcze   spotkają,   wyjaśnią   sobie

wszystko. Teraz jednak pojął, że wszystko musi utonąć w przepaści lat

background image

minionych i nigdy już nie będzie wyjaśnione. I gdy teraz patrzył na

Julcię   mówiącą   prędko   i   wyraźnie,   na   jej   zimne   niebieskie   oczy   i

bardzo prawidłowe rysy pięknej twarzy, na błyszczące i obfite brylanty

na   nieco   spuchniętych   białych   palcach,   zrozumiał,   że   nic   tutaj   nie

było do wyjaśnienia.

Aby   to  "wszystko"   zrozumieć,  należy  sobie   uprzytomnić   topografię  i

zwyczaje   dworu   w   Wilku.   Przede   wszystkim   panny   doroślejąc

nabierały   manii,   że   każda   musi   mieć   osobny   pokój.   Jeszcze   trzy

młodsze   dławiono   w   olbrzymim   "dziecinnym",   położonym   za

gabinetem,   Jola   miała   tam   swoją   toaletę,   ale   sypiała   w   małym

saloniku za dużym salonem, na kanapie, a Kazia i Julcia na górce.

Górka, czyli pięterko, składała się z korytarza i czterech jednakowych

pokoi. Wiktora umieszczono, gdy przyjechał tu na stałe, na wakacje

trzynastego roku, w gościnnym pokoju za Julcią. Oba pokoje miały

bardzo   podobne   umeblowanie,   zresztą   Wiktor   często   zaglądał   do

pokoju Julci po książki, po fotografie, które Julcia wywoływała, i znał

doskonale jego rozkład.

Pewnego   razu,   już   pod   koniec   wakacyj,   Wiktor   bardzo   długo

wieczorem, w noc nawet, był z Jolą na spacerze. Pomiędzy stawami

wilkowskimi   a   Rożkami   wujostwa   i   tamtejszym   sporym   jeziorem

ciągnęła się zarośnięta tatarakiem i rzęsą struga, kryjówka kaczek i

zimorodków.   Jola   z   Wiktorem   postanowili   popłynąć   małą   łódeczką

background image

wilkowską do wujostwa na kolację. Wypłynęli zaraz po podwieczorku,

ale przeprawa była ciężka, czółno trzeba było parę razy przeciągać,

rzeczywiście zajechali dopiero przed kolacją na rożeckie jezioro i mimo

przedstawień wujostwa uparli się wracać tą samą drogą. Co prawda,

noc była księżycowa, droga powrotna szła o wiele łatwiej, ale bądź co

bądź   przyjechali   dosyć   późno,   kiedy   dom   cały   spał,   a   psy   były

spuszczone   z   łańcucha.   Wiktor   rozmarzył   się   tym   koleżeńskim

obcowaniem   z   Jolą,   która   mu   się   najbardziej   ze   wszystkich   sióstr

zawsze podobała, i co do niej jednej nie miał zupełnej pewności, że

pozostaje   na   jego   urodę   i   inteligencję   obojętna.   Godzinami   pletli

głupstwa, dokuczali sobie, dostawał klapsy, walczyli czasami z sobą, a

potem razem jeździli na spacery, jak ten, albo wózkiem do lasu, albo

jeszcze gdzie indziej, do miasteczka; kąpali się razem i jeździli konno,

a zawsze ich było słychać z daleka, tak dużo i głośno, i bez żadnego

sensu gadali. Milkli, kiedy się kto do nich zbliżał, ale tylko dlatego, że

się  wstydzili bezmyślnej  treści tych rozmów.  Widywano ich razem i

przyzwyczajono się do tego, nikogo to nie dziwiło, nie uważano tego

jakoś za flirt, tylko za zażyłe koleżeństwo. Wiktor nawet jakiś czas,

zaraz po maturze, korespondował z Jolą, ale potem to im wywietrzało.

Tego wieczora, zmęczeni i senni, wrócili rozmarzeni i pożegnali się w

salonie,   gdzie   jeszcze   dla   nich   stała   zimna   herbata,   chleb,   masło   i

wędliny. Zjedli to wszystko i Jola poszła spać do swojej "alkowy", jak

background image

nazywała salonik, a Wiktor szedł po schodach do siebie.

W zamyśleniu zupełnie nieświadomie otworzył, zamiast drzwi swoich,

drzwi pokoju Julci. Nieraz się potem zastanawiał, jak to się stało, i nie

mógł   sobie   uprzytomnić.   To   tylko   jest   pewne,   że   nigdy   by   na   coś

podobnego   sobie   nie   pozwolił   świadomie.   Wszedł   po   ciemku   i   nie

zapalając świecy usiadł na pierwszym z brzegu krześle, i patrząc na

okna,   przez   które   widać   było   niebo   niebieskie   od   niewidocznego

księżyca,   zdjął   buty   i   skarpetki   -   najważniejsze   części   swojego

ubrania,   poza   tym   nie   miał   na   sobie   dużo,   lekkie   okrycie   ciała

spoczęło obok krzesła. Podszedł do łóżka i tutaj spostrzegł pomyłkę

swoją, zaśmiał się cicho i sam nie wiedział już, dlaczego począł ową

pomyłkę   kontynuować:   sam   grać   przed   sobą.   Dotknął   leżącej

dziewczyny, ale ona się nie ruszyła, siadł przy niej, spała. Wyciągnął

się obok niej i poczuł całą rozkosz jej ciała przez cienkie prześcieradło.

Po chwili zrozumiał, że Julcia nie  śpi, i zmartwiał z tego wrażenia.

Leżeli   tak   przy   sobie   przez   długie   chwile,   nie   mówiąc   ani   słowa,

powściągając   oddech.   Pomału,   nieznacznie,   jak   wskazówki   zegara

wykonywali   cały   szereg   zmian   pozycji,   aby   się   przybliżyć   ku   sobie,

objąć, przycisnąć. Nigdy w życiu Wiktor nie zapomni tego wrażenia,

jakiego doznał poczuwszy pod dłońmi skórę tej dziewczyny. Było to

coś tak skończenie pięknego, ciepłego i materialnego jak kwiat. Nie

wie,   dlaczego   nie   powiedzieli   nic   do   siebie.   Dlaczego   symulowali

background image

nawzajem przed sobą całkowicie nieprawdopodobną komedię snu. To,

co robili, wykluczało wszelką możliwość nieświadomości. Wiktor czuł

takie   natężenie   wszystkich   sił   erotycznych   w   sobie,   że   ogarniał   go

jakiś   bolesny   zachwyt,   każde   przesunięcie   ręką   po   ciele   Julci

przyprawiało go prawie o omdlenie. Że nigdy przedtem nie odczuwał

nic   podobnego,   to   nie   dziwota,   bo   jakiż   tam   to   był   ten   jego

dotychczasowy mizerny erotyzm, ale nigdy potem się to nie powtórzyło

i   wspomnienie   tej   pierwszej   nocy   miłosnej,   bardzo   gorącej   i   cichej,

nosił w sobie przez całe życie. Nigdy już nic, żaden owoc ani żadne

ciało nie miało tego dotyku, tej sprężystości w ugięciu się, tego atłasu,

co młode piersi Julci wtedy w Wilku. Nie spali, udając sen, do świtu.

Wtedy Wiktor zabrał swoje rzeczy i przekradł się do swojego pokoju.

Zasnął   wtedy   naprawdę   jakby   snem   kamienia   i   zbudził   się   dosyć

późno.

Julcia wcześnie rano wyjechała z matką do Warszawy, tak że się z nią

nie zobaczył, dopiero na trzeci dzień pod wieczór. Grał w tenisa z Jolą

i Kazią na podwórzu, skąd było widać drogę idącą od stacji. Zobaczył

Julcię   siedzącą   obok   swej   matki,   ubraną   w   migdałowy   kostium   z

czerwonym krawatem. (Ukradł jej potem ten czerwony krawat i długo

miał   w   swoich   rzeczach,   aż   wszystko   razem   gdzieś   się   zgubiło.)

Obojętnie zwrócona w stronę kop na polu, nie spojrzała na grających,

potem dopiero po podwieczorku przyszła do nich i grali razem, jak

background image

gdyby nic nie było. I nie powiedzieli do siebie od tego czasu ani słowa.

Owszem, rozmawiali o potocznych rzeczach, jeździli nawet razem na

spacery,   zachodził   do   niej   po   książki,   znajdowali   się   bardzo   często

sami  w   osobnych  pokojach,   w  lesie,  na łódce;  ale  o  tym   nigdy  ani

słowa.

Zdarzenie   to   nastąpiło   pod   koniec   lata   i   Wiktor   niedługo   już

pozostawał w Wilku. Jednak dwa razy jeszcze przychodził do Julci i

wszystko odbywało się tak samo, w niemej komedii niemożliwego snu.

I   zawsze   zostawała   taka   noc   we   wspomnieniach   Wiktora,   jak

zetknięcie z czymś nieskończenie pięknym i pachnącym, tak jakby w

tych   nocach   nie   było   nic   cielesnego,   tylko   jakieś   nabożeństwo.

Zwłaszcza trzecia noc - było to w przeddzień jego wyjazdu - zostawiła

mu wspomnienie takiej pogody i słodyczy, jak letni dzień spędzony

nad morzem.

W następnym roku mieszkał u wujostwa, dorywczo tylko przychodził

na   lekcje   z   młodszymi   dziewczynkami,   późno   przyjechał,   a   już

sławetny pierwszy sierpnia odwołał go do miasta. Ale odważył się tym

razem   na   rzecz   szaloną.   Raz,   po   długich   namysłach   i   wahaniach,

przyszedł   tu   w   nocy,   wlazł   na   podmurówkę,   stamtąd   na   gzyms   i

wszedł   przez   okno   do   pokoju   Julci.   I   tym   razem   nic   mu   nie

powiedziała, a noc była taka sama, parna i pachnąca.

Te   cztery   noce,   najpiękniejsze   noce   jego   ciała,   przypomniał   sobie

background image

pomiędzy   pytaniem   a   pytaniem,   jedząc   groszek   z   grzankami   i

kurczęta,   gdy   patrzył   na   rysy   pięknej,   otyłej   i   obcej   kobiety,   która

siedziała   niedaleko   i   mówiła   tak   dużo,   jadła   też   dużo,   błyskając

brylantami   pierścieni   i   władczym   tonem   rzucając   matczyne   nakazy

Feli i Kici, które siedziały z Antosiem i bonami na szarym końcu stołu.

Dotychczas zawsze myślał, że się spotkają na starość z Julcią i że się

z nią ugadają, wyjaśnią sobie wszystko, że powie jej, iż nigdy jej nie

kochał, a zawdzięcza jej tyle, jak żadnej kobiecie w swym życiu, że to

było takie dziwnie piękne. A przy tym chciał się dowiedzieć, czym były

te noce dla niej, czy także je wspomina.

Ale teraz widział, że wszystko na próżno. Pytania i niedoszłe rozmowy

utonęły   na   zawsze,   nigdy   sobie   o   tym   nie   powiedzą   i   jak   wtedy

udawali, że śpią, tak teraz muszą udawać, że nie pamiętają.

Zaraz po kolacji zwrócił się do Kazi z prośbą, aby go odesłały końmi

do   Rożków.   Jakoż,   nim   jeszcze   skończyli   pić   kawę   w   gabinecie,   z

dawnych złoconych filiżanek, które "mama" ocaliła, zaturkotało przed

gankiem i Antoni zajechał. Wiktor pożegnał się czym prędzej i wszyscy

odprowadzili go na ganek. Gwar zrobił się straszny. Julcią zapraszała

go, aby przyjechał jutro na obiad, pozna jej męża, Kaweckiego. Ale

Wiktor odpowiedział, że się wujostwo obrażą.

- Jutro muszę zjeść obiad z wujostwem, przyjdę na podwieczorek, a za

to dopiero pojutrze będę na obiedzie!

background image

Mówił wesoło i wskoczył do powozu jak młodzik, przyjemnie mu było,

że go tu lubiano i pamiętano o nim. Panie też były gwarne i wesołe.

Wszystkim ubyło tych lat piętnaście i każdy był z tego zadowolony.

-   Pan   się   nie   ożenił   jeszcze,   a   nam   już   wszystkie   panny   za   mąż

powychodziły - powiedział sentencjonalnie furman, stary Antoni.

- Nie wszystkie, jest jeszcze panna Tunia - odpowiedział Wiktor.

- E, takie tam dziecko - sarknął Antoni i machnął biczem. Widać dla

niego też czas stanął przed piętnastu laty.

W   przeciwieństwie   do   Wilka   Rożki   był   to   domek   bardzo   skromny   i

skromnie prowadzony. Wuj, niegdyś ekonom, dorobił się, ciotka mu

pomogła   handlując   kurami,   folwarczek   był   malutki,   ale   rządny   i

mądrze   utrzymany.   Dom   też   niewielki,   skromny,   w   posiłkach

przebijający   się   własnymi  środkami,  to  znaczy  drobiem,  ogórkami  i

kwaśnym   mlekiem.   Ale   też   Wiktor   ogromnie   lubił   tę   pracowitą,

własnoręczną skromność.

Tym   razem   jednak   nie   siedział   długo   z   wujostwem,   tyle   tylko,   co

należało; przyznał się do tego, że zaszedł do Wilka, ciotka pokiwała

głową: "Mój Boże, najlepsze panny sprzed nosa ci zabrali!" Wuj na nią

huknął, głupkowata Kasia, duplikat takiej samej Walerci sprzed lat

piętnastu, zaniosła przed nim lampę do zimnego, dusznego pokoju.

Wiktor został sam.

background image

Chodził tam i z powrotem po tym pokoju, jak u siebie w Stokroci, ale

trzeba przyznać, że nie myślał ani o jednym z tamtejszych kłopotów,

ani o jednej sprawie, co go tak irytowały i tyle mu krwi psuły. Zapadły

się   one   nagle   pod   ziemię,   a   Wiktor   prowadził   most   od   dwóch

pamiętnych   lat   młodości,   skromnych   zresztą   w   zdarzenia,   jakie

przepędził   w   Wilku   i   w   Rożkach.   Słyszał   teraz   z   rozmów   swoich

inteligentnych  przyjaciół,   Jurek   mu  o   tym   coś   mówił,   że   się   ludzie

wiele zajmują ideą czasu, że piszą książki o przezwyciężaniu czasu.

Otóż jemu się wydało, że on także przezwyciężył, przeskoczył czas i

potrafił go zawrócić. Że stoi teraz tam, gdzie był przed piętnastu laty, i

że teraz może wybrać!

Teraz dopiero rozumiał, co było urokiem tamtych dwóch lat i dlaczego

tak   łatwo   mu   się   one   uplastyczniły.   To   był   nie   uświadomiony,

młodzieńczy erotyzm, jaki się rozlewał w powietrzu naokoło sześciu

dziewcząt   ładnych   i   przyjemnych.   To   było   to,   co   i   dla   nich   miało

wówczas   znaczenie,   i   dlatego   one   tak   dobrze   o   nim   pamiętały.

Powtarzały   mu   najdrobniejsze   jego   słowa,   czyny,   jak   naprawił

dzwonki, jak czyścił sobie żółte buty kwaśnym mlekiem.

Wszystko, co wtedy się działo, to były nie uświadomione zapowiedzi

rzeczy, których nie zrealizowali. Ale on przerzucił most, zawrócił czas,

teraz   można   zrealizować   wszystko,   co   się   wówczas   zapowiadało.

Wówczas to było cielęce szczęście, ale teraz on stał się już dojrzałym

background image

mężczyzną, potrafi zrealizować to, co wtedy było szkicem, chwiejnym

rysunkiem. Tak, oczywiście. Dotychczas niewiele urzeczywistniał, ale

to były przyczyny wyższe, warunki. A zresztą, dlatego pewnie wszystko

odkładał, że podświadomie czuł, że wróci tutaj, że będzie znowu na

podwieczorku w Wilku, a to jest przecież takie zupełnie, zupełnie inne

niż wszystko, co było dotychczas.

Julcia, niestety, nie liczy się. Wszystko z nią związane, nieodwołalnie

zamknięte,   nawet   nie   potrafi   się   z   nią   rozmówić.   Ona   -   to   jest

zamknięta książka. Zupełnie inna, niepodobna, skończona. Jednak te

lata nie zawsze dadzą się przeskoczyć. Kazia nigdy nie miała żadnego

znaczenia,   ale   inne?   Jola,   Zosia,   Tunia.   Biedna   Fela,   byłaby   teraz

najładniejsza, ale umarła. Otworzył drzwi do przyległego pokoju, gdzie

słyszał jeszcze głosy wujostwa. Ciotka czesała przed lustrem długie,

siwe włosy.

- Kiedy umarła Fela? - zapytał gwałtownie. - Nic o tym nie wiedziałem.

- A bo to jeszcze podczas wojny - powiedziała ciotka. - Zaraz po ślubie

Julci.

- A na co?

- Na hiszpankę, mówili. Serce zawsze miała słabe.

- Bój się Boga - taka dziewczyna! - sapnął wuj już spod pierzyny.

- No, to dobranoc wujostwu.

background image

- Dobranoc.

Wiktor   wycofał   się   znowu   do   swego   pokoju.   Wreszcie   ułożył   się   w

wysokim,   drewnianym,   mocno   skrzypiącym   łóżku.   Sen   długo   nie

przychodził, męczył go zapach świeżo upranych prześcieradeł i słomą

napchanych sienników. Wreszcie zasnął, zbudził się potem i już był

dzień.   Za   oknem   gdakały   kury,   piał   kogut,   ciocia   dyskutowała   o

czymś z Kaźmierzową, jednym słowem, nastrój Rożków w całej pełni.

Ubrał   się   leniwie   i   włóczył   po   ogrodzie   niewielkim   i   olbrzymim

podwórzu,   napełnionym   mnóstwem   narzędzi   wuja   Roberta.   Oglądał

bezmyślnie siewniki i rozpylacze, a czekał niecierpliwie obiadu, który

na szczęście bywał bardzo wcześnie, jak to u ludzi zdrowych. Chciało

mu się dowiedzieć czegoś ze strony, z boku, o wilkowskich pannach,

jak   je   nazywano.   A   ciotka   była   kroniką   całej   okolicy.   Na   pewno

uzupełni mu wiadomości, których skąpił sobie od tych czasów.

Niestety, gdy obiad nastąpił (krupnik i siekane kotlety), niewiele się

mógł dowiedzieć. Wuj nie dał dojść do słowa ciotce i trochę w kółko

zapytywał Wiktora, co ten robi, co robił, o dawno minione dzieje, jak

wojsko   rosyjskie,   Murman,   przeprawy   do   Francji   i   odwrót   spod

Kijowa.   Za   każdym   pytaniem   wuja   Wiktor   patrzył   na   niego   przez

chwilę ze zdziwieniem, potem siłą musiał uprzytamniać sobie swoje

minione życie.

- A tak, tak, proszę wujaszka... - mówił i bardzo krótko odpowiadał.

background image

Nie  mógł  odpędzić  tych pytań,  ale  chciał  odpędzić  te  myśli,  więcej,

chciał odpędzić te zdarzenia i nawet raz powiedział:

- Tak, tak, to było okropne, wolałbym o tym nie wiedzieć.

Dotyczyło   to   najmniej   okropnego   epizodu   jego   przeszłego   życia,

mianowicie, dość wesołego i niefrasobliwego pobytu w Archangielsku,

ale   teraz   dopiero   wydał   mu   się   ten   świat   bez   kobiet,   przez   który

przebrnął z trudnością, czymś doprawdy okropnym. Ciotka od razu

wyczuła, że Wiktor nie chce mówić o tamtych czasach, a jeszcze mniej

o teraźniejszej swojej pracy, którą wszyscy krewni uważali za wielki

upadek   kariery   Rubena.   Ale   wuj   nie   dawał   jej   przyjść   do   słowa.

Wreszcie,   gdy   się   już   pod   koniec   obiadu   Wiktor   dorwał   do   pytań,

musiał   wysłuchać   całej   genealogii   rodziny   Kaweckich,   ich

pokrewieństw, czym się Kawecki trudnił, jak się teraz doskonale zajął

Wilkiem i jego folwarkami, potem, jak Wilko obecnie prosperowało, ile

mieli   krów,   ile   owiec   i   ile   zasadzili   w   tym   roku   buraków.   Potem

opowiadała   mu   ciocia,   jak   się   obie   córki   Julci   rodziły,   jedna   w

Warszawie, druga w Wilku, i ile z tym było kramu. Ostatecznie mniej

go to niecierpliwiło od pytań wuja. Wstał od stołu w dobrym humorze i

powiedział:

- Proszę cioci, ja na podwieczorku nie będę. Obiecałem już, że przyjdę

do Wilka.

background image

Ciocia się uśmiechnęła.

- Mój drogi - powiedziała - my tutaj to już nie bardzo nacieszymy się

twoim widokiem.

- Cóż robić? - westchnął wuj - młodzi zawsze jednakowi.

- Młodzi? - zaśmiał się Wiktor. - Niestety, wujaszku, już nie młodzi.

Ciotka zamachała rękami:

-   Młodszy   jesteś,   niż   dawniej   byłeś,   a   piękniejszy   w   każdym   razie.

Właśnie do wuja mówiłam: kto by to pomyślał dawniej, że z ciebie taki

piękny   chłopiec   wyrośnie.   Jak   tu   bywałeś,   to   tylko   Kazia   i   Jola

uważały, żeś przystojny, a wszyscy się śmieli z tego. Chudy byłeś i

wysoki jak koń angielski, a teraz przyjemnie  popatrzeć. Wilkowskie

panny   pewnie   pożałują,   że   na   ciebie   nie   poczekały.   Zresztą,   teraz

zamążpójście to tylko próba...

Wiktor pogwizdując pobiegł do swego pokoju i zmieniając krawat na

ciemniejszy   (jednak   nie   tylko   dwie   koszule   zawierała   jego   teczka)

przypatrywał się swojej twarzy w lustrze. Pewnie, że przystojny, tylko

zaniedbany,   rysa   na   policzku   -   muśnięcie   kuli.   Kąty   czoła   zbyt

wgłębione w kędzierzawe włosy; gdy się co dzień golił, to zaraz lepiej

wyglądał. Jak gdyby czyściej. Niedawno dowiedział się o tym, że miał

ładne   oczy.   Powiedział   mu   to   ktoś   zupełnie   bezstronny,   któryś   z

kolegów.   Janek   zdaje   się.   W   ogóle   zawsze   myślał,   że   był   bardzo

background image

brzydki,   i   to   go   jeszcze   bardziej   onieśmielało.   W   Wilku   przy   stole

rzadko się odzywał, stronił od ludzi, przychodził nie zauważony i był

do wczoraj przekonany, że nie zasługiwał na żadną uwagę. Chodził

czytać do ogrodu na wzgórek pod sosnami, ale ukrywał się z tym, co

czyta, bo panny bardzo szydziły z jego lektury. Schillerowi zwłaszcza

dostało   się   i   Nietzschemu.   Co   prawda,   Nietzschego   sam   wówczas

niewiele rozumiał. Zachwycał się za to dwiema książkami, które miały

dla   niego   zasadnicze   znaczenie: Science   et   hypothese Poincarego

oraz Ewolucja   twórczaBergsona.   Dlaczego   właśnie   te   książki,   a   nie

inne?   Był   to   jeden   z   tych   niewiadomych   skoków   młodości,   która

wybiera nieokreślone rzeczy z niewiadomych powodów i powołuje się

raz   na   Nietzschego,   odrzucając   Bergsona,   to   znowuż   faworyzuje

francuskiego   pisarza,   nie   lubi   Nietzschego,   nie   może   zrozumieć

najprostszej   myśli   Hegla,   a   studiuje   trudności   Kanta.   Zresztą,   to

wszystko ma gdzieś. Nie czytuje ani Kanta, ani Bergsona, nie czytał

ich   od   tamtych   czasów   ani   razu.   Ani   w   Archangielsku,   ani   jako

podstarosta w Rudkach, ani jako zarządzający w Stokroci nie miał na

to czasu. Zapewne teraz także nie weźmie się do książek.

Włożył kapelusz, wziął szpicrutę wuja i uderzając nią po udzie wyszedł

przed dom. Dzień był ciepły i jasny. Zapach suszonej trawy, piołunu

roztopił się w powietrzu, a chociaż niebo jaśniało, niebieskie stawy i

wszystkie wody, jakie spotykał po drodze, były białe.

background image

Nie wiedział dlaczego, ale myślał cały czas o Feli i jej przedwczesnej

śmierci.   Fela   byłaby   może   ładniejsza   od   Joli,   dorodniejsza,

mocniejsza; trzymała się zawsze prosto i z dziecinną powagą nosiła,

jak   pełne   naczynia,   małe,   ledwie   rozwinięte   piersi.   Pamiętał   ją   jak

dzisiaj.   Natomiast   we   wszystkim,   co   dzisiaj   słyszał   od   ciotki,   co

przebijało pomiędzy jej słowami a pytaniami wuja, była pewna niechęć

do   Joli.   Może   nawet   nie   tyle   niechęć,   ile   jakieś   ciche   potępienie;   o

mężu Joli, który zresztą prawie nigdy do Wilka nie przyjeżdżał, ciotka

mówiła z widocznym smutkiem w głosie; wyliczając gości bywających

w   Wilku   o   kilku   panach   mówiła   dosyć   niewyraźnie:   "przyjeżdża",

"zaprzyjaźnili   się".   Wiktor   określił   to   dokładnie   i   dosadnie,

przechodząc ponad stawem ku wyciętemu lasowi i ku szosie; machnął

szpicrutą po leszczynie, aż poleciały liście ciemnozielone, i powiedział:

"Puszcza   się   po   prostu."   Nie   sprawiło   mu   to   określenie   żadnej

przykrości,   ale   też   było   jak   gdyby   wykreśleniem   Joli   z   programu.

Szkoda jednak, ładna jest jeszcze bardzo, ale nie  mógł określić, do

czego odnosi się to "szkoda".

Obiad w Wilku bywał daleko później niż w Rożkach, dlatego też Wiktor

nie obliczywszy się przyszedł zaraz po sprzątnięciu ze stołu, wszystkie

damy porozłaziły się po swoich osobnych pokojach, a gdy zajrzał do

dziecinnego, zobaczył tylko Felę i Kicię, leżące po obiedzie na płaskich,

osobno w tym celu zbudowanych pochyłych deskach; zachmurzone i

background image

brzydkie, nic nie odpowiadały na jego "dzień dobry". Panie wszystkie

były na górze, tamte cztery pokoje służyły teraz Julci z mężem, Kazi z

Antosiem, Zosi z Heniem i Tuni. Jola nie wyprowadzała się ze swojej

"alkowy",   całkiem   ją   zamieniwszy   na   sypialnię.   Na   górce   pachniało

teraz   rezedą   i   wodą   kolońską,   świeżą   bielizną,   prześcieradłami,

pudrem, jednym słowem: kobietami. Zapukał do pokoju Julci, wszedł

i   zastał   ją   leżącą   na   kanapce   w   różowych   szlarkach   całą,   bardzo

dorodną i piękną. Obok niej na fotelu, z nogami na stołku, siedział jej

mąż   Kawecki,   przystojny,   okazały   w   jasnym,   bardzo   porządnym

ubraniu. Wiktor poczuł dla niego od razu całą niechęć zaniedbanego

mężczyzny do eleganta, poza tym Kawecki gadał bez przerwy rzeczy

banalne, inteligentne, ale zupełnie oczywiste. Mówił o wszystkim, co

Wiktor i Julcia przyjmowali do wiadomości, co leżało w założeniu, co

wiedzieli i odczuwali. Miał styl zbliżony przy tym do powiedzenia: "Miło

jest w dzień pogodny zrobić wycieczkę na świeżym powietrzu." Wiktor

na   próżno   starał   się   go   sprowadzić   na   zagadnienia   czysto

gospodarskie, którymi sam się interesował. Miał zamiar dowiedzieć się

naprawdę   czegoś   od   doskonałego   gospodarza   i   skorzystać   z   tych

wiadomości   przy   prowadzeniu   gospodarstwa   w   Stokroci.   Tak   na

przykład   chodziło   mu   o   kalkulację   gospodarstwa   mlecznego   w

majątku położonym dalej od Warszawy, kwestię "mleko czy masło?",

dostawy, taryfy, koszty transportu do najbliższej stacji. Ale Kawecki

background image

niechętnie   poruszał   te   tematy.   Wolał   mówić   rzeczy   oderwane   i

niepotrzebne, jak to, że niebo jest niebieskie, że gorąco, że kurz jest

latem dokuczliwy, że muchy należy tępić flitem. Wiktor nie wytrzymał

i spytał się o Jolę.

- Jola ma dzisiaj gości - powiedziała Julcia. - Przyjechali z Edwardem

(Edward to był Kawecki) z Warszawy, nie będzie mogła ci towarzyszyć.

Jeżeli się chcesz przejść po podwieczorku, to Zosia może pójść z tobą.

Wiktor wyszedł na korytarz i zastanowił się, jak ma zawołać na Zosię.

Pomyślał, że będzie najlepiej tak, jak dawniej: "Zosiu". Odezwała się

tuż obok w jego dawnym pokoju, wszedł tam i zobaczył znowuż Zosię

leżącą na kozetce, sytą i białą, pomyślał, że i ta też była skłonna do

otyłości. Obok niej, w wózeczku przykrytym gazą, spał jej synek. Zosia

mówiła zupełnie głośno.

- Możesz się nie krępować jego obecnością - powiedziała do Wiktora -

on swoje  dwie godziny po obiedzie musi odespać, żeby tam armaty

waliły. Przed czwartą się nie obudzi. Prawdziwy mężczyzna!

- A ty musisz go tu pilnować?

Zauważył, że Zosia bez najmniejszego omówienia tej kwestii mówiła

mu po imieniu, jak starsze siostry. Oczywiście tak było najprościej,

ale przecie należało to określić wzajemną umową.

- Nie - nie muszę, zaraz przyjdzie panna Franciszka.

background image

- A czy nie chciałabyś pójść ze mną na podwórze albo do ogrodu?

- Och, to chyba po podwieczorku. Teraz jestem za leniwa, Tunia cię

oprowadzi,   ona   ma   zapał   i   zdrowie   -   zaśmiała   się   pokazując   białe,

mocne zęby, największą ozdobę swojej świeżej twarzy. Uśmiech także

miała bardzo miły.

Wiktor   czuł,   że   między   nimi   na   zawsze   niezapomnianą   przegrodą

pozostaną ich dawne lekcje i antypatia, jaka się między nauczycielem

a   uczennicą   wytworzyła   z   powodu   jej   lenistwa,   a   jego   niechęci.

Pierwotne urazy tych spotkań pozostawiły stałe ślady i Wiktor czuł w

Zosi,   spokojnej   kobiecie   oddanej   trawieniu   i   macierzyństwu,   ową

dziewczynę, która pogardzała nim, robiła mu sceny w gorące, letnie

południa,   kiedy   z   nią   przerabiał   łacinę,   a   dziewczynie   chciało   się

jeździć konno. Nazywała go wtedy ekonomem, jego wuja rządcą i do

pasji   ją   doprowadzała   równowaga   Wiktora,   którego   zwłaszcza   tak

demokratyczne   wymysły  nie   mogły  wyprowadzić   -  rzecz  prosta -   ze

spokoju. I teraz szukał w słowach Zosi, w jej wymówkach, że nie może

iść na spacer, w jej pytaniach, których kilka mu zadała, wykazując

wielkie wyrobienie towarzyskie i konwersacyjne, szukał śladów dawnej

pogardy. I przyznał, że je znajdował. Łatwość, z jaką przeszła z nim na

"ty",   pytania,   które   jakoś   omawiały,   omijały   kwestię   jego   pracy   i

zarobkowania, które nie mówiły także wszystkiego ani o jej siostrach,

ani o jej mężu, który pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

background image

(po   jego   nazwisku   sądząc   Wiktor   wiedział,   że   jest   wicekonsulem   w

Lubece) - wszystko to do pewnego stopnia było tej pogardy i antypatii

leciutkim wyrazem i pokrywką. A przy tym Wiktor czuł, że mu się ta

mała Zosia, wówczas bardzo nieznośna, a która teraz była najbardziej

damą   ze   wszystkich   sióstr,   ogromnie   podobała.   Imponowała   mu

spokojem,   niefrasobliwością   i   umiejętnością   cieniowania   słów.   Przy

tym rzeczywiście była ładna i młoda, senna, trochę ociężała i jakby

zmęczona swoją cielesnością. Miał w stosunku do niej coś z uczucia

chama,   który   pragnie   zgwałcić   swoją   panią,   toteż   naumyślnie   był

bardziej ordynarny i obcesowy w słowach, niż miał to we zwyczaju.

Zosia udawała, że tego nie widzi - mimo iż miał iść na podwórze i do

ogrodu,   przegadali   tak   do   czwartej,   w   której   to   godzinie   coś

zaszamotało się pod gazową pokrywką i odezwał się głos Henia, od

razu   energiczny   i   wyraźny,   nic   w   sobie   ze   snu  nie   mający.   Małego

zabrała   panna   Franciszka,   ubrała   go   w   oczach   zachwyconej   Zosi   i

obojętnego   na   te   wdzięki   Wiktora,   i   wreszcie   nadeszła   godzina

podwieczorku.

Podwieczorek ten rozczarował  Wiktora. Za  dużo było obcych osób i

wszyscy   byli   jak   gdyby   skrępowani   wczorajszą   wesołością.   Zresztą,

wczoraj   był   sam   z   paniami,   które   znał   dobrze,   a   teraz   zjawiło   się

mnóstwo ludzi, którzy - jemu nie znani ani jego znający - nabrali w

Wilku   przez   tych   lat   kilkanaście   zasadniczego   znaczenia.   Przede

background image

wszystkim   Kawecki,   tronujący   obok   Julci   i   nadający   cały   ton

zebraniu. Widać było, że ani Kazia, ani Jola nie darzyły go sympatią, a

Wiktor   domyślał   się,   że   musiały   w   tym   domu   zachodzić

skomplikowane zagadnienia materialne, dotyczące podziału dochodów

z Wilka i w ogóle działów, ponieważ właśnie najmłodsza z sióstr była

od   roku   pełnoletnia   i   musiała   niedawno   do   tych   aktów   przystąpić.

Mama nie zeszła wcale na podwieczorek, a Jola bardzo się spóźniła,

nadeszła,   pomimo   dwukrotnego   gęstego   brzęku   gongu,   po   pewnym

czasie   dopiero   przez   szklane   drzwi   od   ogrodu   w   towarzystwie   dwu

nieznajomych panów, z których jeden był w mundurze wojskowym.

Wiktor rozmawiając z Kaweckim widział, jak przeszła przez werandę

bardzo wesoła i uśmiechnięta. Pamiętał, że Jola miała bardzo krótki

wzrok, a teraz spostrzegł, że wada ta rozwinęła się do tego stopnia, iż

Jola idąc przez werandę garbiła się trochę, patrząc ciągle pod nogi; a

że przy tym miała w ręku wysoką trzcinową laseczkę, nadawało jej to

wyrazu   nieoczekiwanie   starczego.   Ale   gdy   podnosiła   głowę,   aby

spojrzeć   na   jednego   ze   swych   towarzyszy,   olbrzymi   biały   kapelusz,

który   przed   chwilą   przykrywał   ją   jak   grzyb,   stawał   się   słoneczną

aureolą naokoło roześmianej, cienkiej, podłużnej twarzy. Jakaż była

ładna!   W   słonecznym   świetle   jasnego   popołudnia   można   to   było

dopiero   zobaczyć.   W   pokoju   ruszała   się   normalnie,   bystro,   żwawo,

wzruszając   cienkimi   ramionami,   obnażonymi   z   białej   lekkiej   sukni.

background image

Śmiała się do wszystkich, do Kaweckiego nawet, z Wiktorem witała się

serdecznie   i   przedstawiała   mu   obu   eleganckich   panów,   z   których

każdy   był   bardzo   ładny   i   wypielęgnowany.   Zwłaszcza   skóra   nad

sztywnym kołnierzykiem wojskowym oficera doprowadzała Wiktora do

pasji,   była   niezmiernie   biała,   podbita   tłuszczykiem,   wykarmiona   i

odżywiona jak na gatunkowym, włoskim wieprzu. Sam rotmistrz był

chudy,   zresztą   zgrabny,   wysoki   i   miał   niezmiernie   piękne   ręce.

Rozmowa   przy   stole   była   ożywiona,   zabawna,   zdawkowa   jednak

bardzo i towarzyska. Obecność nieznajomych panów bardzo zmroziła

Wiktora   i   podwieczorek,   na   który   tak   się   cieszył,   znudził   go

ostatecznie.   Zwrócił   się   do   Tuni,   która,   chuda   i   z   rozszerzonymi

oczami, siedziała już prawie między dziećmi.

- Widzę, że tylko Tunia zostaje mi, aby oprowadzić po Wilku i pokazać,

co się zmieniło - powiedział. - Pójdziemy na spacer? Dobrze?

Tunia mruknęła "tak" i pogrążyła swe usta i oczy w białej filiżance z

mlekiem. Coś jeszcze niezmiernie dziecinnego i podlotkowatego było w

jej zachowaniu się i Wiktor bynajmniej nie dziwił się Antoniemu, że

nazwał ją "takim dzieckiem".

I rzeczywiście, po podwieczorku ruszyli na spacer. Kawecki z Julcią

poszedł na inspekty, aby jej tam coś pokazać, Kazia miała z Antosiem

lekcję,   Jola   znowu   w   cieniu   płóciennego   kapelusza   zajęła   leżak   na

werandzie   i   otoczyła   się   "swoimi   panami".   Tym   razem   Zosia

background image

dotrzymywała jej towarzystwa.

Wyszli przed ganek i zatrzymali się przez chwilę, patrząc na śliczny

widok, jaki się stąd rozlegał. Zaraz za podjazdem zaczynał się równy,

dość   wąski   kanał   i   ciągnął   się   w   alei   starych   grabów,   jak   strzała,

wyprostowany   i   przejrzysty,   przynajmniej   na   jaki   kilometr.   Na

zakończenie tego kanału u wylotu alei stał duży młyn drewniany, a z

młynem zaczynała się wieś parafialna.

- Czy lubisz dużo chodzić? - spytał się Wiktor Tuni.

- A pan? - zapytała się.

- Przede wszystkim nie możesz do mnie mówić "pan". Wszystkie twoje

siostry mówią do mnie po imieniu.

- Na razie to mi będzie trudno - szepnęła zmieszana. - Pan jest o tyle

ode mnie starszy... - tu się jeszcze bardziej zmieszała i poczerwieniała,

aż po proste łuki brwi. - Ojej - zawołała - palnęłam jakieś głupstwo.

-   No,   nie,   to   nie   jest   wcale   głupstwo,   masz   rację,   moje   dziecko.   -

Wiktor   nadrabiał   miną,   choć   rzeczywiście   powiedzenie   Tuni   nie

sprawiło   mu   żadnej   przyjemności.   -   Pamiętam   ciebie   zupełnie

malutką, miałaś zawsze przestraszone oczy... najbardziej wtedy, gdy

wpadłaś   zdyszana  do  salonu  i   zawołałaś  przestraszona:  "Ojej,   kura

mnie goniła!"

Śmieli się  oboje. Obeszli podjazd i poszli wzdłuż  kanału, wymijając

background image

główną drogę.

- Zawsze chodziłem z Felą w stronę młyna - powiedział Wiktor - a ty

pamiętasz dobrze Felę?

- Pamiętam - powiedziała obojętnie Tunia - ale to już dziesięć lat, jak

umarła...

- Wiesz co, chodźmy teraz na cmentarz?

- Dobrze - zgodziła się Tunia - to przecie niedaleko.

Całą drogę, co szli wzdłuż grabów, Wiktor mówił o Feli, wspominał jej

różne powiedzenia, spacery z nią, zabawy. Fela wiecznie siedziała na

stawach, w  wodzie, kąpała się całymi  godzinami, bo bardzo  dobrze

pływała.   Bawiło   ją   to   ogromnie.   Tunia   słuchała   obojętnie   i   uwagi,

którymi   przerywała   opowiadanie   Wiktora,   świadczyły,   że   myśli

zupełnie o czym innym. Dotyczyły one urodzajów na polach po obu

stronach   alei,   połowu   raków   i   ewentualnej   hodowli   ryb,   którą

projektował Kawecki. Myśli ich płynęły tak równolegle, jak gdyby szły

dwiema stronami kanału - nie spotykały się, ale też nie przeszkadzały

sobie.

O jednej scenie nie mógł jej opowiedzieć. Było to ostatniego lata, na

parę tygodni przed wybuchem wojny. Wracał kiedyś przed wieczorem

z jakiegoś polowania, na kaczki, zdaje się, bo lubił tak chodzić sobie z

fuzją   tu   i   ówdzie,   choć   niewiele   nastrzelał.   Miał   zajść   do   Wilka   na

background image

kolację i nagle wyszedł z zarośli wierzbowych na łączkę nad stawem.

Pośrodku   łąki   stała   plecami   do   niego   Fela,   całkiem   naga,   i   żółtym

grzebieniem rozczesywała niedługi warkocz; zwracając się do siedzącej

naprzeciw   niej   Joli,   ubranej   w   czerwoną   suknię,   mówiła   coś   czy

opowiadała.   Wiktor   zatrzymał   się   gwałtownie.   Słońce   miał   za   sobą

przed   samym   już   zachodem   i   żółty   blask   padał   na   całą   grupę,

dokładnie oświetlając białe kształtne ciało Feli i czerwoną suknię jej

siostry.   Jola   zobaczyła   Wiktora   i   patrzyła   na   niego   bez   słowa   z

przerażeniem; Fela poszła za jej wzrokiem i, zobaczywszy go, spojrzała

na   niego   zdziwiona   przez   ramię:   "Dlaczego   nie   przechodzisz?"   -

powiedziała spokojnie i bez popłochu. Ale nagle wrzasnęła gwałtownie,

przypadła   do   ziemi   i   schowała   się   błyskawicznie   za   Jolę.

"Zapomniałam, że zrzuciłam trykoty!" - wołała śmiejąc się trochę, a

jednocześnie bardzo zażenowana. Wiktor zawrócił w wierzbowe zarośla

i czekał tam, aż się Fela ubierze. Zamykał oczy i wciąż widział przed

sobą w białym oświetleniu Felę, czeszącą się i spokojnie zwracającą

ku niemu swój profil. Pachniało wtedy pomiędzy wierzbami goryczą

mokrych lasków - i teraz, ilekroć poczuł taki zapach przechodząc obok

kanału, wypływała przed nim ta grupa. Fela ubrała się wtedy i uciekła

naprzód, nie chcąc się spotkać z Wiktorem, a oni wracali z Jolą; czuł

się wtedy bardzo mężczyzną, z fuzją za plecami, przy pięknej Joli, i

zabawne   zażenowanie   i   nieporozumienie   Feli   napełniało   go   raczej

background image

pogardliwą   wyrozumiałością.   Uważał   Felę   za   "małą",   coś   zaledwie

starszego od Zosi, i nigdy nie patrzył na nią inaczej, jak na dziecko.

Teraz czuł, że może się mylił. Nie tylko teraz scena ta przychodziła mu

na pamięć. Wypływała jako typowy jego "pejzaż" - na Murmanie, kiedy

tak   bardzo   długo   nie   widzieli   ani   jednej   kobiety.   Albo   podczas

wyprawy   kijowskiej,   kiedy   spał   na   łóżku,   na   którym   przed   chwilą

zakłuto   Żyda,   i   czuł   mdły   zapach   krwi   w   powietrzu,   ale   sen   był

ważniejszy   od   wszystkiego,   od   zbolałych   i   poobcieranych   nóg,   od

widoku  śmierci  i  ran,  z   którym  się   przecie   miał  czas   przez   tyle  lat

oswoić;   i   wtedy   właśnie   wypływał   obraz   kąpiących   się   kobiet,

pławiących się w spokojnym świetle zachodzącego słońca.

Jednak widział, sumując dopiero teraz te rzeczy, że nie zapomniał on

tak bardzo o Wilku; że myślał o nim częściej, niżby się zdawało. Że w

każde wolne oko jego świadomości wpadało zaraz coś z tamtej epoki,

obraz którejś z tych kobiet. Spojrzał na Tunię, szła obok niego wiotka,

"kroczyła" raczej jak archanioł obok Tobiasza na obrazie Giorgiona,

stawiając   osobno   długie   nogi.   I   w   całej   tej   manierze   chodzenia,   w

lekkim   pochyleniu   naprzód,   w   oczach,   które   prześlizgiwały   się   po

dalszych obiektach z krótkowzroczną obojętnością, spostrzegł zadatek

na starcze chodzenie Joli. "Za lat piętnaście będzie tak samo chodziła"

- pomyślał.

Do cmentarza było niedaleko, za młynem zaraz zaczynała się wieś, a

background image

na prawo na wzgórzu, za pierwszymi domami, leżał cmentarz. Szło się

tam zboczem, potem trochę w dół, gdzie stała krynica z żurawiem, z

czterema srebrnymi białodrzewkami, a potem była brama. Samo pole

boże   też   było   zasadzone   gęsto   drzewami   i   szczelnie   wypełnione

małymi, zacierającymi się wzgórkami, pod którymi odpoczywali ludzie.

Krzyże,   powalone   i   nikłe,   gdzieniegdzie   tylko   sterczały   nad   nimi.

Trzeba   było   przejść   to   mrowie,   aby   dojść,   pod   samym   już   murem

okólnym,   do   grobu   rodzinnego   państwa   z   Wilka.   Ale   i   on   już   był

przepełniony.   Felę   położono   opodal   w   kącie,   przy   zbiegu   dwóch

murów,   ułożonych   z   polnych   kamieni.   Nad   grobem   stał   krzyż

brzozowy otoczony sztachetami, ale mogiłka była zaniedbana. Wiktor

popatrzył na ten wzgórek, na którym nie było ani jednego kwiatka, i

zrozumiał,   że   jego   pytanie   o   Felę   nie   dlatego   było   niestosowne,   że

poruszało   świeżo   zabliźnioną   ranę,   ale   dlatego,   że   budziło   rzeczy

dawno zapomniane. Tak, z tego, co mówiła mu dziś Tunia, z tego, jak

wyglądał ten grób, wynikało dobitnie, że o Feli nikt już nie pamięta.

- Mama tu często przychodzi? - zapytał się Tuni.

- O, mama teraz prawie się nie rusza. Niedobrze się czuje. 

Wiktor   stał   nad   mogiłą   i   nie   wiedział,   co   teraz   ma   powiedzieć,   co

jeszcze   ma   pomyśleć.   Zapomnieli   o   jej   istnieniu   nawet,   a   któż   by

dopiero pamiętał jej ciało oświetlone zachodzącym słońcem. On sam

tylko na świecie ma taką tajemnicę, kto wie, może jadąc tutaj myślał

background image

tylko o tym, że spotka się z Felą. Nie, nie myślał o niej, wie o tym

dobrze   i   wcale   nie   myślał   o   Wilku,   dopóki   nie   zrobił   pierwszych

kroków na szosie za stacją. Ale ją zastałby tutaj najmniej zmienioną,

wtedy była na wstępie, dziś byłaby na końcu najpiękniejszego łuku na

moście życia kobiety, prawie taka sama jak wtedy na łące schodziłaby

ku   dojrzałości,   spokojnie   może   by   zwróciła   głowę   w   jego   stronę   i

powiedziała:   "Dlaczego   nie   przechodzisz?"   Albo   może:   "Dlaczego   nie

przychodzisz?" Przyszedł, ale za późno, już to wszystko, co mogło na

niego czekać, stało się popiołem. Dziesięć lat - po dziesięciu latach nie

ma tam zapewne nic, prócz kilku kości, ani odrobiny z tych szerokich

białych   pleców   wiotkiej   dziewczyny,   zwróconych   pod   żółte   słońce.

Westchnął.

Tunia zaśmiała się lekko:

- Wzdychasz jak zakochany.

Spojrzał na nią zdziwiony i osadził go brak delikatności u tej młodej

dziewczyny. "Jak to można" - pomyślał, ale nic nie powiedział. Nad

cmentarzem   leciały   trzy   kaczki,   pokazał   je   Tuni.   Tunia   nigdy   nie

strzelała do kaczek, umówili się, że w przyszłym tygodniu pojadą o

kilka   kilometrów   stąd   na   ważyckie   stawy,   gdzie   on   już   zna   takie

miejsca.   Świetnie   się   strzela   kaczki,   akurat   w   przyszłym   tygodniu

wypadało Piotra i Pawła. Wyszli z cmentarza i nawet się nie obejrzeli.

Bo i po co? Nie ujrzeliby tam nic, co by przypominało Felę albo kazało

background image

o niej pamiętać. Niech śpi w spokoju.

Ale  już nazajutrz  przyszedł  tu sam rankiem,  tak, aby gdzieś pójść,

przejść   się,   i   jak   sentymentalna   panienka   nazrywał   po   drodze

bławatków, aby je położyć na tym grobie... Śmiał się sam z siebie, ale

nie   zrobił   tego   z   jakichś   specjalnie   sentymentalnych   względów,   po

prostu   wstyd   mu   było,   że   tak   wszyscy   o   biednej   dziewczynie

zapomnieli.

Od   obiadu   w   Wilku   wykręcił   się,   szepnął   na   ucho   Julci:   "Przyjdę,

kiedy już nie będzie tych panów od Joli." Ale ona się zaśmiała: "Pojadą

ci, będą inni, tutaj zawsze ktoś jest." Tak, ale on będzie miał parę dni

wypoczynku, musi posiedzieć choć z wujostwem.

Chciał   mieć   jakiś   jeden,   dwa   dni   wolne   na   zebranie   myśli.   Obraz,

który   powstał   w   jego   głowie   pierwszego   zaraz   wieczora,   począł   się

rysować   i   mącić.   Właściwie   nie   potrzebował   zbierać   myśli,   tylko

uczucia.   Kłębiło   się   w   nim,   gotów   był   potępić   wszystko

dotychczasowe, pojąć coś nowego, ale co było tą nowością, nie mógł

określić. I owszem, mógł: była to miłość. Powstawała w nim wbrew

wszystkiemu,   co  dotychczas   o   niej   myślał:   poczynała   panować   nad

jego czynami. Najzabawniejsze jednak było w tym uczuciu, że było ono

niepotrzebne i nigdzie nie skierowane, zawieszone zupełnie w próżni,

po   prostu   wszystko,   co   miał   dawniej   z   radości   życia,   a   co   więdło,

przygniecione   zwaliskami   i   kamieniami   męczącego   przebiegu

background image

codziennych zdarzeń, wyrastało jak pokrzywy przybite rumowiskiem,

podnosząc   się  ku  górze.  Humor   miał  doskonały  i   ciągle  w  zachwyt

wprawiał wuja i ciotkę. Dopiero teraz spostrzegł, że wuj rzeczywiście

bardzo   się   postarzał,   zapominał   się,   zadawał   te   same   pytania,   jak

jakaś   osoba   z   dramatu   wciąż   chciał   przypomnieć   Wiktorowi   to

wszystko, co ten pogrzebał. Ale Wiktor brał to na wesoło i odpowiadał

wujowi, iż nie chce o tym myśleć. I niemyślenie nie sprawiało żadnego

wysiłku.

Z   rana   poszedł   na   cmentarz,   po   obiedzie   czytał   w   ogródku   jakieś

zapomniane   pamiętniki   z  początków   XIX  wieku.  Wieczorem  gadał  z

wujostwem do późna, aż oni sami go do snu zapędzili. Nazajutrz od

samego rana pojechał konno na ważyckie stawy, aby zobaczyć, jak

tam   wygląda,   czy   się   nic   nie   zmieniło   i   kto   może   pozwolić   na

jednokrotne zapolowanie na tamtejszych wodach. Okazało się, że stróż

i rybak w jednej osobie jest ten sam, co dawniej. Ponieważ Piotra i

Pawła   wypadało   w   niedzielę   i   miał   polować   sam   starosta,   Wiktor

umówił się z Barem (tak się stróż nazywał) na wtorek. Mieli przyjechać

koło   południa,   popływać   trochę   i   przed   wieczorem   postrzelać,   jak

zwykle. A o pozwolenie to się sam Bar już miał postarać. Znaczyło to,

że trzeba mu było dać pięć złotych w łapę i strzelać, ile śrutu starczy.

Wrócił,   kiedy   wujostwo   już   byli   dawno   po   obiedzie,   zostawiono   dla

niego jedzenie i ciotka sama mu towarzyszyła przy stole. Jak zwykle

background image

rozmawiano o Wilku, ciotka mówiła, że bardzo jest niedobry Kawecki

dla sióstr swojej żony, że się szalenie kłóci z nimi o wydatki, że Kazię

maltretuje, bo ona nie ma męża i musi siedzieć u matki z dzieckiem,

że   działy   są   już   przeprowadzone,   że   majątek   należy   wspólnie   do

Kaweckich   i   do   Rudnickich   (to   Jola),   a   że   tamte   siostry   mają   być

spłacone,   że   spłat   jeszcze   nie   rozpoczęto,   że   Kazia   zahipotekowała

swój   kapitał   na   części   matki,   jednym   słowem,   wprowadzała   go   w

komplikacje   majątkowe   "panien   z   Wilka".   Wiktor   słuchał   jednym

uchem,   wypuszczał   drugim   i   medytował,   skąd   by   to   dostać

dubeltówkę, nakładając sobie na talerz góry sałaty. Nagle ktoś puknął

w okno, Wiktor ujrzał białą parasolkę, potem biały kapelusz. Oboje

skoczyli do drzwi: Jola przyszła.

Wilko   i   Rożki   były   najbliższym   sąsiedztwem,   ale   nie   panowały   tu

stosunki   przyjacielskie   ani   zażyłe.   Raczej   jedynym   łącznikiem

pomiędzy   dwoma   domami   był   Wiktor.   I   owszem,   starsze   pokolenia

odwiedzały się w święta domowe i ogólne, ale panny już rzadko do

Rożków zaglądały. Toteż nadejście Joli było wielkim świętem. Przyszła

prosić   "wujostwa"   (tak   ich   zawsze   wszystkie   panny   nazywały)   na

pewno,   pojutrze,   na   imieniny   mamy.   Same   imieniny   wypadają   w

poniedziałek,   Emilii,   ale   już   przeniesiono   je   na   niedzielę   i   razem   z

Piotrem i Pawłem odprawią. Koniecznie na obiad, a potem do samego

wieczora, i naturalnie Wiktor także. Nie, Wiktor zostanie w domu, co?

background image

Ciocia czym prędzej poszła do kuchni przygotować podwieczorek. Na

pewno zaraz wystąpi czekolada z pianką jak dla dzieci, a Wiktor i Jola

zostali sami w stołowym pokoju. Zostali w ogóle po raz pierwszy sami,

odkąd   się   znowu   spotkali.   Jola   rozglądała   się   po   mieszkaniu,   tak

dawno tutaj nie była, już parę lat, bo przyjeżdża tylko na parę tygodni

do Wilka, na dwa miesiące czasami.

Dwór wujostwa stał na stronie, trochę w dołku i nie dostał się w tak

ostre ognie walk, nie tak bardzo też był zniszczony jak dwór w Wilku,

meble pozostały te same, nawet fortepian, stary grat, brzęczący pod

palcami   Joli.   Jola   rozglądała   się   i   mówiła   o   tym   wszystkim   jakoś

prędko, nie swoim głosem, i nie patrzyła Wiktorowi w oczy. Wiktor

czuł się panem sytuacji i uśmiechnął się patrząc na jej nerwowe ruchy

i na unikanie jego wzroku. Wreszcie zapytał:

-   Jolu,   co   to   za  dwaj   faceci   byli   przedwczoraj   u   was?   Zupełnie   mi

zepsuli   cały   podwieczorek   i   przyjemność   twojego   towarzystwa.   Nie

powiedziałaś do mnie ani słowa.

- Taka tam i przyjemność; zresztą, oni już pojechali.

- Podobno przyjadą inni. Julcia mi mówiła.

-   Julcia   zawsze   dużo   gada.   A   zresztą,   dlaczego   ci   to   robi   różnicę?

Patrzcie go, po piętnastu latach jest zazdrosny!

- Rzeczywiście - Wiktor roześmiał się. - Dziwny ton przybrała nasza

background image

rozmowa. Ty się tłumaczysz, a ja niepotrzebnie pytam. Nic mnie to

przecież nie obchodzi.

- A to szkoda - powiedziała nagle inaczej, prościej Jola i popatrzyła w

oczy Wiktorowi.

Nigdy   może   Wiktor   nie   odczuł   silniej   wymowy   dwóch   źrenic,

patrzących   prosto   w   inne   źrenice.   Było   w   nich   daleko   więcej,   niż

można   wypowiedzieć   słowami,   na   szczęście   było   wszystko   prócz

miłości. Wiktor z kolei odwrócił oczy.

- Szkoda, że cię to nie obchodzi i nigdy nie obchodziło.

- Kochałaś się we mnie?

- A ty we mnie?

- Ja nie... chyba nie, choć bardzo ciebie lubiłem.

- Nie, i ja nie. Nie kochałam się w tobie nigdy i mam nadzieję, że się

domyślasz, że teraz także nie kocham. Ale miałeś w moim życiu inną,

ważniejszą   rolę.   Wiesz,   że   nawet   wiedziałam   przez   wujostwo   niby

niechcący wszystko, co się z tobą działo. Nie, nie o to chodzi. Miałeś

dla mnie wtedy znaczenie szalonego autorytetu. Pomyśl sobie, jakim

byłam   wtenczas   szczeniakiem.   Siedemnastu   lat   nie   miałam,   kiedy

byłeś   u   nas.   I   zawsze   wszystko,   co   robiłam,   stawiałam   przed   twój

domniemany osąd. Nic się nie domyślałeś, ale ja zawsze zadawałam

sobie pytanie: co by Wiktor o tym powiedział? Czytałam jakieś książki,

background image

układałam je tak, abyś zauważył, że ja się kształcę; ale ty nigdy nie

widziałeś;   pytałam   czasami   ciebie   o   różne   poważne   rzeczy,   ale

najczęściej   zbywałeś   mnie   żartami,   oczywiście,   byłam   taka   sobie

pannica, ale najzabawniejsze, że to przetrwało tak długo. Wiesz, że

chciałabym, abyś i teraz czasami pochwalił moje postępowanie. I teraz

myślę chwilami, co by na to Wiktor powiedział... I...

- Jolka? Co?

- No, wiesz - i nagle odwróciła znowu na niego oczy pełne łez, które

szklaną płytką przykryły jej prześliczne źrenice.

- No i wiesz, Wiktor, nie zawsze myślę, że byłbyś ze mnie zadowolony.

- A ty jesteś zadowolona?

-   Pytanie.   Psiakrew!   -   zaklęła   i   wstała   z   ceratowej   kanapki.

Przypatrywała   się   pilnie   jakiemuś   portretowi,   zawieszonemu   na

ścianie. Po chwili dodała:

- No, i właśnie po to dzisiaj przyszłam. Żebyś wiedział, że ja wiem, że

to nie jest dobrze... widzisz, jaka składnia... no, jednym słowem, żebyś

mnie nie potępiał.

Wiktor uśmiechnął się:

- A czy ty zastanowiłaś się. Jolko, jakie ja mam prawo do sądzenia

ciebie czy kogokolwiek? Czy ty wiesz, jaki ja jestem?

- Ja wiem. Ty jesteś szlachetny człowiek.

background image

- Och, to bardzo niewiele. I bardzo dużo, jak na moje skromne barki.

Ty więc wiesz, jakie miałem życie. Ani jednego punktu w nim nie ma,

z którego mógłbym cię sądzić. Rozumiesz. Gładka pustka.

- A twoja praca w Stokroci?

- Bo nie mam innej.

- A ja wiem. Twoja matka mówiła wujence, poświęcasz się dla ślepych.

-   Jola!   Jola!   -   zawołał   Wiktor   i   roześmiał   się   na   dobre,   szczerze.

Rzeczywiście,   to   niewiele.   Tyle   bajd   można   opowiadać   o   okropnym,

strasznym   życiu,   które   nie   miało   w   sobie   nic   ze   szlachetnego

materiału.

-   Widzisz,   ja   ciebie   nie   kocham   i   nigdy   nie   kochałam,   ale   daleko

więcej: ja ciebie szanuję.

- O, Jolka, to dla mnie za mało.

Roześmieli się oboje.

- Och, ty jesteś taki dobry - powiedziała nagle Jola i stanęła pośrodku

pokoju. Znowu oczy jej się zaszkliły. Ale w tej chwili przyszła ciotka z

tacą:   rzeczywiście,   jechała   czekolada   z   żółtym   kremem.   Jola   była

łakoma.   Zasiedli   więc   we   trójkę   do   podwieczorku.   Potem   miały

przyjechać po nią powozem Tunia i Kazia z dziećmi, wracając z lasu.

Na razie jedli i gadali. Po czekoladzie Jola poprosiła Wiktora, aby ją

oprowadził   nie   po   ogrodzie,   ale   po   podwórzu,   po   gospodarstwie.   U

background image

pana Roberta zawsze takie śliczne rzeczy. A ona tak dawno tego nie

widziała.

Poszli więc przez ogromne podwórze usiane narzędziami. Każde stało

pod osobnym daszkiem, niby ule. Takie było dziwactwo wuja Roberta.

Obok szeregu wozów, stojących z dyszlami na baczność, do krowiarni,

stajen i kurników; zwłaszcza prześliczne były kury i świnie, choć koło

jednych   i   drugich   śmierdziało   potężnie.   Folwarczny   wypuścił

prześliczną czarną maciorę włoskiej rasy i z drugiej strony czworo jej

prześlicznych, dużych już, prosiąt. Jola była zachwycona, ale wciąż

ciągnęła z Wiktorem przerwaną rozmowę.

- Mój drogi - mówiła - w życiu musi być jakiś autorytet moralny. I im

bardziej niemoralne  życie człowiek prowadzi,  tym bardziej autorytet

ten jest potrzebny.

- Co, zresztą, znaczy niemoralny? Patrz, teraz te w białe łaty.

-   Prześliczne.   Niemoralny,   tak   jak   ja   to   rozumiem,   da   się   zastąpić

raczej   słowem   bezcelowy.   Coś   takiego  -   z   kąta   w   kąt,   bez   żadnego

uzasadnienia. To ja nazywam brakiem moralności.

Przeszli teraz do kur. Za wielkimi kratami z drutu, które stanowiły

tylko   "przedmurze"   specjalnych,   ogrzewanych   domków,   siedziało

mnóstwo   białego   drobiu,   białych   kur   i   pantarek.   W   innym   domku

wspaniałe, wysokie, czerwone kurzyska machały olbrzymimi nogami.

background image

- Patrz, patrz - mówiła Jola - one biegają jak zwierzęta przedpotopowe.

Oboje   nie   mieli   pojęcia,   jak   biegały   zwierzęta   przedpotopowe,   ale

porównanie to wydało im się dobre i śmieli się długo. Wreszcie stanęli

na   środku   podwórza   i   Jola   rysując   parasolką   na   piasku   rozmaite

desenie   mówiła   bez   przerwy.   Ale   nie   bardzo   to   się   trzymało   kupy.

Wiktor coraz bardziej zachowywał rezerwę, spostrzegając w gadaniu

Joli   odrobinę   histerii,   jakiś   posmak   uczuć   niezadowolonej,

bezdzietnej, chorej kobiety. Bał się tego jak ognia, ale Jola naprawdę

była   taka   piękna   w   swoim   klasycznym   białym   kapeluszu,   który   ją

przytłaczał, gdy pochylała głowę, i unosił, gdy ją podnosiła. Wszystko

razem wyglądało na daleko idące zwierzenia z jej strony, do których

bynajmniej jej nie zachęcał. Nic go to nie obchodziło i w miarę jak

mówiła,   stawała   mu   się   coraz   bardziej   obca.   Wyprostowywał   się,

odchylał się od niej, i gdy skończyła, zobaczywszy, że on nic nie mówi,

skonfundowana i obca już mu zupełnie, odeszła ku domowi. Szedł za

nią i patrzał, jak nieudolnie i zgrabnie stawiała nogi, jak przechylona

nieco naprzód, a jednak wyprostowana patrzyła uważnie na ścieżkę

krótkowidzącymi oczami. Wszystko, co miało mu ją zbliżyć, odsunęło

ją. Bardzo był zły na nią o to, bo podobała mu się ogromnie, i gdy

teraz   przypomniał   sobie   dawne   czasy   i   te   spacery   wspólne,   a

zwłaszcza   ten   pamiętny   spacer   łódką   do   Rożków   na   kolację,   coraz

więcej myślał o tym, że się podkochiwał w Joli. Musi poprosić Kazi,

background image

aby   mu   pokazała   dawne   jego   listy,   jest   w   nich   pewnie   coś   o   tym

wszystkim, bo pamięta, że się Kazi "zwierzał", choć mógł komponować

z chęcią imponowania młodej dziewczynie. Ale ten cały nastrój lata,

szczęścia i niefrasobliwych spotkań, pełnych pomysłów i żartów, był

bardzo podobny do miłości.

Jola   stanęła   na   ganku   i   patrzyła   na   niego   z   uśmiechem,   wreszcie

wyciągnęła do niego rękę:

-   Widzę,   że   ci   popsułam   dobry   humor   -   powiedziała   -   taki   jesteś

zamyślony.

-  Ale  gdzie  tam  -  odpowiedział  Wiktor  -  myślę  właśnie  o tym, jaką

chlewnię zaprowadzić w Stokroci, bo właśnie mam się tym zająć...

Zajechały Kazia i Zosia z dziećmi, ale nawet nie wysiadały z powozu, i

tak się już spóźniły, nie wiadomo, kto Kazię zastąpił w wydaniu kolacji

i co z tego będzie. Edward do tego zły jest od samego rana. Zabrały

tylko   Jolę   i   pojechały.   Wszyscy   mieszkańcy   Rożków   obiecali,   że

przyjadą pojutrze na obiad.

Gdy   powóz   się   już   oddalił   i   znikło   echo   turkotu,   ciotka   poczęła

przestrzegać Wiktora przed Jolą. Roześmiał się tylko.

- Zapomina ciocia - powiedział - że już nie mam dwudziestu lat. A cóż

to ja do trzydziestu siedmiu lat życia kobiet nie widziałem, czy co? Cóż

ona może mi zrobić.

background image

- No, bo ja bym chciała, abyś się ty z Tunią ożenił - przyznała się

ciotka - a ona wszystko psuje.

- Nic nie popsuje, bo nic nie będzie do psucia - powiedział Wiktor. -

Nie, ciociu, niech ciocia porzuci wszelkie nadzieje. Ja się już w Wilku

nie ożenię, chyba z Kazią, ale ona już za stara.

I   rzeczywiście,   pomyślał   sobie,   naprawdę   nie   ożenię   się   w   Wilku   i

nigdy bym nie chciał: jaka może być tego przyczyna?

Wyjaśnił to sobie może dopiero na trzeci dzień, podczas imienin, na

które zjechało się bardzo dużo ludzi z okolicy. Oprócz domowych było

przeszło trzydzieści osób, naprzód był olbrzymi i długi obiad. Wiktor

siedział między dwiema nieznajomymi paniami, które wolały mówić z

innymi   sąsiadami,   naprzeciwko   siebie   miał   rotmistrza   Joli,   który

znowu   powrócił.   Jeszcze   z   nim   najwięcej   rozmawiał,   rotmistrz

dowiedział   się,   że   Wiktor   jest   kapitanem   rezerwy,   że   ma   dwa   razy

krzyż   walecznych,   i   nabrał   do   niego   szacunku   i   przekonania.   Jego

wojskowe dobre wychowanie wyrażało się w tym, że nie chciał pić bez

Wiktora i zadawał mu co pewien czas pojedyncze pytania, dotyczące

przebiegu   jego   służby.   Cały   stół,   zresztą,   był   bardzo   ożywiony,   w

drodze   wyjątku   przyjechał   mąż   Joli,   bardzo   skromny,   korpulentny,

znakomity   mecenas.   Kawecki   był   w   dobrym   humorze,   pito   zdrowie

mamy,   której   fiołkowa   suknia   nic   nie   zmieniła   skromnej   miny   i

potulnej postaci. Wszystko to nieprawdopodobnie znudziło Wiktora i

background image

zaraz   po   obiedzie,   kiedy   towarzystwo   się   porozłaziło   po   pokojach   i

werandach, poszedł na duży spacer do ogrodu, do lasku, nad staw.

Chodził przynajmniej godzinę, ale dosyć bezmyślnie. Jakoś i teraz, i w

ogóle w ciągu ostatnich dni nie bardzo mógł się odnaleźć. Gubił się w

sprzecznych tokach myśli, dużo także miejsca zajmowała mu w głowie

Jola i jej wizyta w Rożkach. Natomiast wszystkie sprawy warszawskie

i   stokrockie   upadły,   jak   gdyby   ich   ważność   na   chwilę   została

zawieszona przez jakieś moratorium erotyczne. Wracając obszedł cały

dom dokoła i zajrzał do spiżarni.

Dom   w   Wilku   przecinał   z   przedpokoju   idący   ogromny   korytarz.   Na

końcu   tego   korytarza   był   mały   ganeczek,   potem   rodzaj   krytego,

drewnianego przejścia prowadził do osobnego, sporego budynku, gdzie

się   mieściła  kuchnia   i   jej   przyległości.   Tam   się   też   mieściła  słynna

wilkowska spiżarnia. Był to wielki pokój, cały obramiony dębowymi

półkami,   ogromny   stół   stał   w   pośrodku.   Wiktor   śmiał   się,   że

zastępowała ta spiżarnia bibliotekę, której w Wilku wcale nie było. Za

stołem znajdowało się zejście do piwnicy, większej od całego domu. Na

półkach stało nieprzebrane mnóstwo słoi i słoików podług hierarchii

dat, każdy z odpowiednim napisem i notatką, były to konfitury i soki;

osobna półka była poświęcona grzybom i marynatom, osobna wreszcie

preparatom Weka, mały zakątek szczególniej ulubiony w swoim czasie

przez   Wiktora   i   Jolę   zawierał   suche   konfitury,   gruszki   w   miodzie,

background image

rożenki i tym podobne przysmaki. W tej chwili, kiedy Wiktor zajrzał do

spiżarni,   Kazia   stała   przy   olbrzymim   stole,   w   białym   fartuchu,   i

przygotowywała podwieczorek.

- Chodź, chodź, to mi pomożesz - powiedziała nie odwracając oczu od

ogromnych   truskawek,   które   układała   na   półmisku,   wyłożonym

zielonymi liśćmi.

- Co mam robić? - zapytał Wiktor, rad, że mu się nadarza sposobność

pogadania   z   Kazią   i   pożytecznego   odsunięcia   się   od   nudzących   się

gości.

-   Zjedz   sobie   truskawek,   z   tych  mniejszych  -   powiedziała  Kazia  -   i

pobaw mnie trochę przy tym niezabawnym zajęciu.

-   Nie   mogłaś   nic   lepszego   zaproponować.   Znieść   nie   mogę   tego

towarzystwa. Nie rozumiem dlaczego?

- Bo jest bezmyślne - powiedziała Kazia, kładąc największą truskawkę

na środek góry owocowej.

- Jesteś zanadto obcesowa - mówił Wiktor jedząc truskawki - masz za

łatwy sąd. Trudno od wszystkich wymagać, aby byli filozofami. A oni

są wszyscy poczciwi i pracowici.

- Zwłaszcza moje siostry.

-   Nie,   ale   ci   wszyscy   inni.   Tylko   ja   jakoś   inaczej   patrzę   na   rzeczy.

Przecie nie jestem czymś nadzwyczajnym. Ja myślę, że to, przez co ja

background image

przechodziłem, oddzieliło mnie od całego świata.

- Ty zawsze byłeś inny. Od samego początku - i to nie potem dopiero

oddzieliłeś się od innych ludzi, zawsze byłeś oddzielony.

- Pochlebiasz mi, Kaziu.

Kazia   odstawiła   truskawki   i   przysunęła   sobie   wielki   klosz   szklany,

niebieski. Poczęła na nim układać w deseń suche konfitury, wyjmując

je szczypczykami z metalowych puszek.

-   To   nie   jest   wcale   żadne   pochlebstwo.   To   nie   jest   ani   zaleta,   ani

zasługa. Ja nie mam żadnych zalet ani zasług, a przecie także jestem

oddzielona i osobna, i to jest w moim życiu najważniejsze. Te rzeczy

decyduje ktoś poza naszymi plecami - ustawia na szachownicy, wilki

osobno  same,  a  owce  gromadnie.  Z   tą  tylko   różnicą,   że   tutaj   owce

zjadają wilki, a nie na odwrót.

- Porównanie skomplikowane.

- A bo wczoraj grałam z Antosiem całe popołudnie w wilki i owce, to

mi to przyszło do głowy.

- Ale ja bym coś chciał poradzić na moją osobność. Widzisz, ta moja

praca w Stokroci to nie jest żadna kariera ani nawet zarobek, to chęć

pracowania ze wszystkimi razem. Ale mi to bardzo nie wychodzi.

- Nie lubisz tego?

- Nie.

background image

- A dlaczego porzuciłeś wojsko, tam byłoby ci może lepiej.

-  Och,  nie.  Garnizon,  to  było okropne.  Nie  możesz  sobie  wyobrazić

pustki i ubóstwa życia oficerskiego. Nie, już wolę w Stokroci, to ma

jakiś bezpośredni sens i natychmiastowy rezultat. Dopiero gdy tutaj

wróciłem, widzę dokładnie, jak inaczej to sobie stąd wyobrażałem.

- I myśmy inaczej ciebie widziały wtedy, kiedyśmy szalały za tobą.

- Ach, moja droga, kto tam szalał - westchnął Wiktor i odłożywszy

łyżeczkę począł skubać suche owoce.

- Nie bierz tych ułożonych - skarciła go Kazia - masz pełne puszki.

- Ja tak sobie tylko, nie będę już.

- Szalałyśmy, szalałyśmy, teraz to się dopiero widzi, Jola to może nie

tak, bardziej udawała, wypadało jej, bo gdzieżby ona coś zrobiła nie

tak, jak ja. Zawsze mnie naśladowała od dzieciństwa. A ja szalałam.

-   Kochałaś   się   we   mnie,   na   serio?   -   Wiktor   tak   się   zdziwił,   że

zapomniał o konfiturach.

- Och, i bardzo na serio - powiedziała Kazia, zamieniając szczypce na

długą   ostrą   szpilkę   i   wyjmując   nią   z   puszki   z   wielką   ostrożnością

zielone owoce agrestu. - Przez długi czas mi to nie mijało. W pierwsze

lata wojny myślałam, że wrócisz, no, a potem poszłam za mąż. Bardzo

dobrego i miłego miałam męża, rozstaliśmy się  w zgodzie, on sobie

wziął inną.

background image

-   Ale   teraz   się   już   we   mnie   nie   kochasz?   -   z   niepokojem   zapytał

Wiktor.

Kazia   się   uśmiechnęła   nie   odwracając   oczu   od   szpilki,   którą

operowała zręcznie i szybko.

-   No,   nie   niepokój   się.   Zupełnie   o   tobie   zapomniałam   i   tak   się

niezmiernie   zdziwiłam,   kiedy   zobaczyłam   ciebie   znowu   u   nas.

Wydajesz mi się taki zupełnie inny.

- Postarzałem się.

- No, oczywiście, zestarzałeś się, ale to nie tylko to. Tak jakoś zgasłeś.

Wiktorowi, mimo że był wypoczęty, znowu wynurzył się ten nieznośny

pejzaż z zabitym żołnierzem, spowiniętym w szare i zielone łachmany.

Odłożył korzonek gruszki, którą ogryzał, i popatrzył uważnie na Kazię.

Nie miał potrzeby wyjaśniać wszystkiego, zresztą, czy mógłby nawet

wyjaśnić;   zdaje   się,   że   najtrudniej   tutaj   było   rzucić   most   przez   te

piętnaście lat, gdzie go nie zapomniano, jak mówiła Kazia, ale wciąż

jeszcze widziano w heroicznym świetle dwudziestej wiosny życia.

- Wiesz, Kaziu - powiedział po chwili - widziałem kiedyś Felę nagą,

stojącą na łące nad stawem. To jest tak - to, co ty chcesz teraz we

mnie zobaczyć - jakbym odkopał trumnę Feli i dziwił się, że to nie

tamta dziewczyna, taka piękna.

Kazia podniosła na niego uważne oczy.

background image

- Ależ ja bym wcale nie chciała widzieć ciebie takiego jak dawniej -

powiedziała szczerym tonem - to by było okropne. To by mi zburzyło

całe moje życie, które sobie jakoś tam ułożyłam. Nie, tylko chciałam

cię z mojej strony zapewnić, że nic ci nie grozi, że kiedyś się w tobie

kochałam jak panna, jak podlot prawie, po wariacku, że śmieszy mnie

to teraz, że nic z tego nie zostało i że w ogóle nie wyobrażam już dziś

sobie,   że   można   się   tak   w   kimś   kochać.   Wydaje   mi   się   to   trochę

śmieszne,   no   bo   przyznaj,   że   każda   wielka   miłość   ma   w   sobie   coś

upokarzającego i śmiesznego.

- Upokarzające może - powiedział powoli Wiktor - ale śmieszne?

-   Nie   czułeś   nigdy   niestosowności,   całej   strony   ridicule   takiego

przywiązania?

- Nie, nigdy.

- No, to pewnie nigdy nie kochałeś.

- Nie miałem na to czasu - powiedział wstając gwałtownie.

Podszedł do półki z konfiturami i obracając słoiki w ręku, sprawdzał

na nich daty. Niektóre miały po dwa, trzy lata i więcej.

- Po co się tyle tego robi? - zapytał Kazi.

- Aby się niektóre z tych słoików dostały wybranym. 

Rzeczywiście   dopiero   teraz   w   trakcie   rozmowy   z   Kazia   przyszła

Wiktorowi   ta   myśl   do   głowy,   że   nigdy   nie   kochał   się   w   nikim   jak

background image

wariat.   Podkochiwał   się,   miał   romanse,   jedna   heca   zmusiła   go   do

tego, żeby wcześniej wyjść z wojska, niż to zamierzał; gdy pracował w

starostwie w Rudkach, była pani Żakowa, wszystko prawda. Ale jakie

to mizerne wobec tego, co mogło było być. Odwrócił się od konfitur i

spojrzał na Kazię; nic teraz nie robiła, odsunęła od siebie kryształowe

wazony ze słodyczami i, oparta na ręku łokciem na nie politurowanym

stole, patrzyła w dal, w te same lata zapewne, które on teraz przebiegł

właśnie   myślami.   Wydała   mu   się   prawie   ładna,   miała   rozszerzone

duże czarne  oczy, poza tym była chuda, włosy spadały jej na uszy

ładnymi   lokami.   Spostrzegła,   że   na   nią   patrzy,   uśmiechnęła   się   i

strzepnęła dłonią kruszyny cukru ze stołu.

- Patrzysz tak na mnie, jakbyś czego żałował - powiedziała.

- O nie, ja niczego nigdy nie żałuję - powiedział Wiktor stanowczo.

Zbliżył się do niej i wziął ją za rękę:

- No, widzisz - powiedział - przepraszam cię bardzo, ale ja naprawdę

nic o tym nie wiedziałem. A choćbym i wiedział, cóż można na takie

rzeczy poradzić?

- Pewnie, że nic, toteż ja nie mam do ciebie ani żalu, ani żadnych

złych uczuć.

Służący wszedł, spojrzał zdziwiony na Wiktora - nie gościom przecież

było   miejsce   w   spiżarni   -   i   począł   zabierać   klosze   i   talerzyki

background image

przygotowane przez Kazię do stołowego pokoju.

- Herbata już gotowa - powiedział do Kazi - zaraz podajemy.

I poszedł sobie. Kazia też chciała iść, ale Wiktor ją zatrzymał.

- Chwileczka jeszcze - powiedział - tutaj tak dobrze w tej spiżarni, niby

pod   podszewką   ciepłego   płaszcza.   I   miło   mi,   że   odbywamy   jeszcze

jeden "etap" - dodał - wspominając dawne czasy.

- No, to chyba już ostatni - uśmiechnęła się Kazia, odpasując fartuch

- widzisz, jak one nas daleko zaprowadziły, te "etapy".

- Na Sybir - gorzko powiedział Wiktor.

I   wyszli,   goście   przespali   się   już   i   zaroili   pokoje,   Kazia   poszła   do

stołowego, Wiktor przeszedł przez salon i wyszedł na werandę: tu się

po   większej   części   odbywały   dawne   "etapy"   jego   z   Kazią,   nie

podejrzewał,   jakie   nasiona   zasiewał   wtedy.   W   ogóle   był   przerażony

przepaściami swej owoczesnej nieświadomości, ale i teraz widział, że

nie pojmował wielu rzeczy jak inni, że stał się osobniejszy, niż był, że

stał   się   odludkiem   i   pracując   dla   społeczeństwa   stanął   jakoby   na

boku, poza nim.

Gdy   schodził   z   werandy   do   ogrodu,   przyszedł   mu   na   myśl   nagle

Jurek, przyjaciel jedyny, który go właśnie opuścił, przypomniał sobie

rozmowy   z   nim   i   zobaczył   wyraźnie,   jakie   to   wszystko   było

pozażyciowe,   teoretyczne   i   jak   zupełnie   nie   można   było   sprawdzić

background image

wartości ich postanowień. "Śmierć Jurkowi poplątała wszystkie szyki -

pomyślał   -   odszedł,   zanim   się   dowiedział,   jak   to   wszystko   nic   nie

znaczy, to, co człowiek postanawia i dokonywa świadomie, a wszystko

ważne i dokonane niechcący zostaje gdzieś za nami i potem nas ściga

albo my je, co gorsza, ścigamy."

Nie!  Nie!   on  jednak  ścigać   nie   myśli:  po  raz  pierwszy  od   przyjazdu

pomyślał o swojej pracy w Stokroci. Ciężka była, ale wydała mu się

portem rzeczy trudnych, wybranych decyzją i określonych. A to, co

otaczało go tutaj wokoło, z radosnych możliwości przeradzało się nagle

w chimery nie popełnionych win.

Wieczorem wracał z wujostwem do domu powozem. Noc była zimna,

ciemna,   ale   letnia   mimo   wszystko,   to   znaczy   pełna   wewnętrznego,

ukrytego   przed   okiem   ludzkim   życia   i   tylko   krążące   zapachy,

dochodząc do nozdrzy, świadczyły o tym, że się coś naokoło działo.

Wiktor mimo woli począł mówić o Kazi i dowiadywał się od ciotki, jak

tam właściwie z nią było. Kawecki był podobno dla niej nieznośny,

powtarzano   mu   to   już   parę   razy.   Dlaczego   siedziała   więc   tutaj,

pracowała   nad   obcym   jej   gospodarstwem?   Czyżby   nie   mogła   mu

pomóc w Warszawie? W Stokroci?

Otrząsnął się z tych myśli, kiedy przyjechał do domu i znowu został

sam w pokoju; nie spał długo i myślał nie tyle o Kazi, co o sobie. Ale

myśli   te   stały   się   daleko   wyraźniejsze   dopiero   nazajutrz,   kiedy

background image

zmęczony niewyspaniem położył się po południu, aby się zdrzemnąć

na chwilę. Wszystko ucichło oprócz upału i, leżąc spocony pod osłoną

muślinowej siatki, powoli przeprowadzał przez swą świadomość szereg

obrazów,   które   mu   plastycznie   uprzytamniały   nicość   jego   przeżyć

dotychczasowych,   w   stosunku   do   fali,   jakie   wywołał,   wpadając   jak

kamień w zastałą wodę. I po raz pierwszy atmosferę Wilka przyrównał

do stojącej wody w stawie, i wtedy pomyślał także, że nie może być nic

wspólnego pomiędzy wodą a kamieniem.

Z drzemki tej zbudził się ociężały i jak gdyby w gorączce. Włóczył się z

kąta w kąt po całych Rożkach, ale do Wilka nie poszedł, chociaż go

ciotka namawiała, miał tego dosyć, sama rozmowa z Kazią mogła na

parę   dni   wytworzyć   w   jego   duszy   roztwór   nasycony;   tym   bardziej,

zresztą, nie jechał do "panien z Wilka", że musiał się wcześnie położyć

i o świcie nazajutrz wstać na kaczki na ważyckie stawy.

Polowanie   to   było   pamiętne,   nie   ze   względu   jednak   na   ilość   ubitej

zwierzyny; przeciwnie, przyjechali dosyć późno, bo Tunia nie w czas

po Wiktora zajechała, kaczki się pochowały, nie widzieli ani jednej.

Malutkim   czółnem   pożyczonym   od   rybaka   jechali   długo   przez

szuwary,   po   wodzie   zarośniętej   rzęsą,   płytkiej,   tym   cichszej   więc,

otoczeni   tatarakiem   wjeżdżali   w   małe   zatoczki   pomiędzy   trzcinami,

przekradali się z sykiem i szelestem. Nie było im gorąco, bo od wody

szedł   świeży   oddech,   uspokajający   i   serdeczny.   Wiktor   zaniedbał

background image

myślenia o sobie i o swoich sprawach, ani wspominał rzeczy, które

minęły i których naprawić nie można już było. Czuł dzień dzisiejszy i

przyjemność mu sprawiała myśl, że jest jeszcze młody, tą młodością,

która ma w sobie tyle równowagi, że jeszcze ma czas zacząć życie na

nowo, że wszystko może się jeszcze odmienić i zmarnowana młodość

powrócić wbrew piosnkom i przysłowiom w odmiennej, konkretniejszej

postaci.

Wszystkim   tym   myślom   przyczyną   była   oczywiście   Tunia;   ta   sama

kobieta,   co   wtedy,   w   czasie   jego   młodości,   mijała   go   w   kształcie

dziecinnym, nie zauważonym. Za mała była wówczas, aby jak Zosia

obdarzyć   go   jakimkolwiek   uczuciem,   i   już   to   samo,   że   była   owym

dzieckiem   dawnym,   że   nie   była   splamiona   żadnym   wspomnieniem

sprzed   piętnastu   lat,   czyniło   z   niej   istotę   nową,   godną   uwagi   i

odmładzającą.

Wiktor poddał się bez żadnego zastanowienia przyjemności obcowania

z   przemiłą,   zdrową  panną,   która  ani   jednym   słowem   nie   poruszyła

jego melancholii, nie miała ona w sobie żadnej zdolności wspomnień

ani żalów. Feli po prostu nie pamiętała, chociaż przypominała bardzo

zmarłą siostrę. I jeżeli czasami przychodziło do Wiktora jakieś echo

dawnych   czasów,   których   wówczas   tak   bardzo   nie   rozumiał,   to   w

uśmiechu,   rozśmianiu   się,   odwróceniu   lub   pochyleniu   głowy   Tuni,

które miało w sobie tyle z rozmaitych trwań i poruszeń się Feli.

background image

Widząc dzisiaj w Tuni te wszystkie wyrazy i sposoby, które dawniej

przed nim roztaczała Fela, począł rozumieć znaczenie rozmów, które

miewał   ze   zmarłą,   sens   spacerów,   które   z   nią   odbywał.   Czytał   to

wszystko jako palimpsest, jako wyznanie zza grobu, jako odnowienie

tego, co stracił.

Ale jeżeli zastanawiał się przez chwilę i, odwracając głowę od Tuni,

aby przepchnąć czółno przez tatarak i trzcinę, spostrzegał, co mu z

kokieterii, miłości może, ofiarowywała dawniej Fela, to spoglądając z

powrotem na swoją towarzyszkę, widział znowu jej uśmiech, jej zęby,

jej prześliczne oczy i smukły stan, smuklejszy od stanu Feli.

Dopiero późnym popołudniem zebrali się do domu i Wiktor mógł przez

długie godziny błądzić między szuwarami i szukając niby to kaczek

poić się młodym towarzystwem Tuni.

A ona też była z tego zadowolona: Wiktor widocznie stanął przed nią

nie obciążony żadnym wspomnieniem, dla niej jednej (nareszcie!) był

nowym   znajomym,   niespodziewanie   nowym,   może   pięknym   i   ona

jedna ze wszystkich osób, jakie tu spotkał, nie obciążała go żadnymi

dostrzeżonymi zmianami. Poczuł się wolnym od wspomnień - i przez

to powróciła mu młodość.

Tak mu się te  postacie  Tuni i Feli zlały, że nawet wieczorem tegoż

dnia, gdy wyjeżdżał już z Wilka i Tunia stała na progu, odprowadzając

background image

swojego całodziennego towarzysza,  wydało  mu się   nagle, że  to Fela

wyszła, żeby go pożegnać. I nie czuł w tym zjawisku strachu śmierci,

tylko przeciwnie, radość życia.

Na drugi dzień po polowaniu, z rana, już dosyć wcześnie, był w Wilku.

Odszukał   Tunię   i   poszli   razem   do   sosnowego   gaiku:   tych   kilku

wysokich sosen, które stały za ogrodem na wzgórzu i które tak dobrze

widać było z daleka. Siedli znowu na trawie i rozpoczęła się ta gra,

która tak czarowała przez cały dzień wczorajszy Wiktora: w nocy mu

się   nawet   śniła.   Gra   żartów   i   niedomówień,   zmysłowej   bliskości   i

niedostępności,   zapachu   ciała   i   lata,   źdźbeł   trawy,   które   łechtały

dokuczliwie,   lub   mrówek,   które   spacerowały   po   rękach   i   nogach,

wywołując   dreszcz   i   otrząś.   Była   to   jednocześnie   gra   starości   i

młodości, wspomnień i rzeczywistości, życia i śmierci, Tuni i Feli.

Tunia   miała   teraz   lat   dwadzieścia   jeden   czy   dwadzieścia   dwa;   ale

wyglądała znacznie  młodziej, gdy stawiała równo swoje długie nogi,

podobna do anioła z Giorgiona. Gdy siedziała obok Wiktora na trawie,

tak   bardzo   przypominała   trzepoczącego   się   ptaka.   Nieuchronnie

nastąpiło to, co nastąpić musiało; Wiktor chwycił dziewczynę za oba

łokcie   i   przyciskając   do   trawnika   pocałował   mocno   w   usta.   Tunia

porwała   się   i   krzyknęła.   Potem   zaczęła   obrzucać   Wiktora  wyrazami

niezadowolenia, w końcu jednak roześmiała się serdecznie i pozwoliła

się pocałować po raz drugi, mocniej i dłużej. Pachniała żywicą.

background image

-   Nie   -   powiedziała   potem,   podnosząc   palec   do   góry.   -   Więcej   ani

trochę, nie ma mowy! - i śmiała się serdecznie.

Wiktora   śmiech   ten   lekko   dotknął:   Tunia   powinna   była   łaskawiej

traktować ten pocałunek, powinien się był jej wydawać czymś o wiele

poważniejszym. W śmiechu tym tkwiła jak gdyby kpina z niego i jego

uczuć. Wrócił do dworu zawiedziony, a Tunia szła przy nim, ściszona

nagle i poważna nad usposobienie. Spostrzegł, jak spoglądała bez celu

na   boki   swoimi   ciemnoszafirowymi   oczami   spod   szeroko

zarysowanych   brwi.   Zrobiło   mu   się   jej   żal   i   serce   mu   się   ścisnęło

myślą, jak bardzo mógłby pokochać takie wesołe, piękne stworzenie.

Potem był podwieczorek i zdarzenia, które nastąpiły po podwieczorku,

skierowały   jego   myśli   na   inne   tory.   Pojechali   wszyscy   dwoma

powozami do lasu. Ale ponieważ było za dużo osób (znowu byli goście

Joli),   zabrakło   miejsca   i   doprzężono   do   małej   jednokonnej   bryczki

konia   folwarcznego,   który   oczywiście   szedł   daleko   pomalej   od

cugowych.   W   tamtą   stronę   jechali   tą   bryczką   Jola   z   kapitanem.

Wiktor   siedział   w   powozie   z   Julcią,   jej   córeczkami   i   Tunia.   Dzieci

kręciły się, a Julcią sympatycznym niskim głosem gadała przez cały

spacer. Wiktor patrzył na Tunię, która odwracała się od rozmowy, od

dzieci, i tym samym wzrokiem, który już dziś zauważył, poważnie i

nieoczekiwanie skupionym, patrzyła na pola po bokach drogi. Wiktor

patrzył także na mówiącą Julcię i porównywał powierzchowność obu

background image

sióstr. Były zupełnie do siebie niepodobne. Oczy tylko miały ten sam

kolor,   ale   wyraz   inny.   Może   Julcia   dawniej,   gdy   była   chudsza,

podobniejsza była do Tuni, ale dzisiaj różnił je zanadto wiek. Jedna

tylko  rzecz   w   ich  urodzie   była  uderzająco   podobna:   ich  skóra.   Ten

ciepły, żółtawy atłas, którego widoczne prawie granulacje stanowiły o

wartości   drogocennej   materii   -   jednakowy   był   prawie   na   dwóch

szyjach,   które   porównywał   Wiktor.   Szyje,   ramiona,   karki   sióstr

obciągnięte prawie jednakowo gładko, choć warstwa tłuszczu Julci o

wiele pokaźniejsza. I znowu przypomniały się Wiktorowi - choć o tym

już przestał myśleć - owe noce, kiedy pieszczota takiej skóry utkwiła

mu w pamięci.

W lesie Jola zgubiła bransoletkę. Wszyscy jej szukali, co zajęło bardzo

dużo   czasu.   Wreszcie   znalazł   ją   mały   Antoś   Kazi   i   stał   się   przeto

bohaterem   całego   wieczoru.   Jola   zdenerwowana   pojechała   naprzód

powozem i Julcia z Wiktorem zostali sami do jednokonnego powoziku.

Na polanach było moc kwiatów i Wiktor z bukietu, jaki miała Tunia,

zatrzymał   dużą   stokrotkę   o   żółtym,   pustym   wnętrzu.   Prowadził

palcami po owym środku i po białych płatkach postrzępionych i już

lekko   przywiędłych.   Czuł   ich   drobną   ziarnistość,   spoistość   i

sprężystość cząsteczek, z których się składały przystrzyżone na jeża

słupki i płatki delikatne, jedwabiste. Myślał o tych kwiatach, o Tuni i

o Julci, kiedy wsiedli do małej dryndulki i Julcia zacięła leniwego a

background image

spracowanego konia.

Julcia   powoziła.   Zrobiło   się   ciemno   na   dworze,   pół   nieba   zajęła   z

wolna   posuwająca   się   chmura.   Nie   była   to   nadchodząca   burza,

zmieniała się tylko pogoda. Miał być deszcz i niebo przebierało się jak

kobieta. Gwiazdy i zorze gasły, chmura się nasuwała, ale powietrze

było równie duszne, jak przez cały dzień. Wiktor czuł się podniecony.

Bryczuszka   w   ciemności   zjechała   na   kosogór   i   przechyliła   się

gwałtownie.   Wiktor,   aby   nie   wypaść,   przytrzymał   się   jedną   ręką

poręczy,   drugą   przycisnął   do   Julci.   Gdy   tylko   zostali   sami,   Julcia

przestała mówić i Wiktor poczuł zbliżającą się chmurę, jak ta, co na

niebo wschodziła, otaczała ich ona i spajała ciężarnym milczeniem.

Przesuwał   powoli   rękę   po   plecach   towarzyszki,   doszedł   jej   karku,

potem   opuścił   się   niżej   na   ramiona.   Wciąż   czuł   na   palcach

wspomnienie   tamtej   skóry   sprzed   piętnastu   lat,   która   była   czymś

piękniejszym od kwiatu. Ale to, co miał pod ręką w tej chwili, czego

przezornie  i  ostrożnie  dotykał  w  miarę   chybotania  się  bryczki, było

czymś zupełnie różnym i tak banalnym, że się przestraszył. Tyle razy

już   miał   pod   ręką   taką   skórę,   iż   teraz   zdawało   mu   się,   iż   dotyka

czegoś   bardzo   dobrze   znanego,   prawie   tak,   jakby   własnego   ciała

dotykał.   Nic   z   dawnego   nieprawdopodobnego   dreszczu,   nic   z   tego

milczenia żądzy, która paraliżowała mu język. Julcia była taką samą

kobietą, jak tysiące innych.

background image

Powiedział głośno, wiedząc, że rozdziera tymi słowami niepotrzebnie

czas letniej nocy:

- Czy widzisz drogę, Julciu - bo jeszcze się wywrócimy.

Julcia przez chwilę nie odpowiadała, chociaż drgnęła na głos Wiktora.

Wiedziała, że pytanie to znaczy zupełnie co innego, ale jeszcze nie od

razu się mogła zorientować co. Dla zbadania sytuacji powiedziała po

dobrej chwili:

- Nie, nic nie widzę, ale klacz sama do domu nas zawiezie.

- Zawieźć, zawiezie, ale może po drodze wywrócić.

Ręka Wiktora opadła niżej i znowuż ściskała Julcię za kibić. Dziwił

się, że jest taka obszerna, dawniej była wiotka jak Tunia.

- Mimo wszystko jesteście do siebie podobne z Tunią.

Julcia   w   odpowiedzi   mruknęła   tylko   i   nagle   Wiktor   zrozumiał,   że

palnął   głupstwo,   że   Julcia   pomyślała   sobie   zupełnie   co   innego.

Jedynym lekarstwem na popełniony błąd było jechać teraz na gwałt

do końca, ale Wiktor nie mógł się przezwyciężyć. Nie, te piętnaście lat

naprawdę istniały.

I tak już dojechali. Nie dawali spaść na siebie milczeniu, ale słowa i

zdania,   które   zamieniali   między   sobą,   nie   miały   naprawdę   żadnego

znaczenia   ani   zewnętrznego,   ani   wtórnego.   Chodziło   im   tylko   o

dziurawienie letniego obłoku. Wiktor czynił to z pewnym żalem, ale

background image

jednocześnie   czuł,   że   wspomnienia   dawnych   czterech   nocy   rosną,

olbrzymieją, dają mu tęsknotę za latem minionym, choć i to, które

teraz   przeżywał,   było   piękne   i   pachnące.   Julcia   mówiła   obojętnie   i

naprawdę może nic to ją nie obchodziło.

Tylko   gdy   już   dojechali   -   i   w   ogólnym   gwarze   siadali   do   kolacji,   a

wszyscy mówili o zgubieniu bransoletki, o Antosiu, o tym, jak się tyle

razy   przechodziło   koło   tego   samego   miejsca,   gdzie   leżał   zgubiony

klejnocik - gdy siadali do kolacji, Julcia, stojąc przy swoim pierwszym

miejscu i czekając, aż wszyscy się zbiorą, powiedziała ze śmiechem

swoim niskim głosem:

-   Nie   wiedziałam,   że   Wiktor   boi   się   jeździć   w   nocy.   Ciągle   mnie

przestrzegał, że wywrócę.

- Dobrze, że nas ten bucefał nie ponosił - powiedział na to Wiktor i

wszyscy się śmieli z biednej fornalskiej klaczy.

Parę dni potem nie ruszał się z Rożków i omijał z daleka aleję wiodącą

w stronę Wilka. Damy stamtąd też nie zgłaszały się do wujostwa i dnie

mijały zupełnie bezbarwnie i monotonnie. Wiktor nie myślał o niczym

i wypoczywał. Jak był osłabiony, miał dowód oczywisty - a może to już

zbliżająca   się   czterdziestka   sprawiała   -   że   nabrał   teraz   w   Rożkach

zwyczaju   spania   po   południu.   Sen   ten   popołudniowy,   zajmujący

najgorętsze godziny dnia, różnił się zasadniczo od snu nocnego, który

background image

mógł  nie  przychodzić,   z  chwilą  jednak   przybycia  spadał   jak   czarna

płachta   i   dawał   kompletne   zapomnienie.   Gorący   i   ciężki   sen

popołudniowy   był,   właściwie   mówiąc,   drzemką   tylko,   a   częstokroć

przybierał   formy   bardziej   intensywnego   i   bardziej   konkretnego

myślenia. Mieszały się w nim dopiero co przeżyte uczucia z marami

wspomnień, opromienione chwałą urzeczywistnienia. Sny i zjawy tych

drzemek   popołudniowych   miały   zazwyczaj   charakter   bardzo

erotyczny.   Zamknąwszy   wszystkie   okiennice,   Wiktor   układał   się   w

salonie na małej kanapce, z podkurczonymi nogami. Niewygodna ta

pozycja stanowiła jeden z charme'ów tego obrządku. Leżąc tak z głową

przykrytą   Jaśkiem,   słuchał   z   równą   uwagą   stłumionego   brzęczenia

much,   jak   swoich   zwolnionych   w   tempie   myśli.   Przyjemne   ciepło,

rozlewające   się   w   podłuż   skręconego   ciała,   przekształcało   się

niebawem w rzeczywisty dotyk i stawało się rozciągniętym tuż przy

nim, innym, mocno przyciśniętym, ciałem. Poza tym stawało się tak,

jakby zawiasy wszystkich drzwi, zwory wszystkich ścian rozluźniły się

i nic nie miało granic. Jego ciało stawało się  tym obcym kobiecym

ciałem, tuliło się doń i rozłączało. Mimo ścisłego zespolenia odczuwał

przepaść pomiędzy sobą a owym ciałem, o którym nawet nie wiedział,

do kogo należało. Nie umiał go nazwać i drzemka stawała się męką,

pragnął wiedzieć coś o nim i było zawsze nieokreślone. Raz tylko jeden

oznaczył je jako ciało zabitego żołnierza, ale nie sprawiło mu to żadnej

background image

przykrości. Przeciwnie, trup ten wydzielał przyjemne ciepło, które go

łechtało erotycznie, zresztą po chwili łachmany jego opadły, zlały się w

jedno   z   poduszką   pod   głową,   z   poduszką   na   głowie,   a   on,   Wiktor,

znowu stanowił jedno z tym ciałem, które leżało wzdłuż niego, i znowu

się oddzielał od niego nieprzeniknioną przepaścią męczącej osobności,

i   wszystko   razem,   męka   i   radość,   duszność   i   osobność,   stanowiło

tylko formy erotycznego podniecenia, kształty męczącego snu.

Budził się ociężale i powoli przychodził do równowagi ledwie poznając

granice otaczających go przedmiotów i zawartości myśli w głowie. Za

to  później  przez cały  dzień  czuł się   zupełnie   wypoczęty  i  nieprędko

zasypiał z wieczora. Nie przychodziły mu nigdy na myśl w czasie snu

kobiety z Wilka. Gdy się budził jednak, czuł potrzebę zanurzenia się w

ich   atmosferę   i   naprawdę   musiał   się   zmuszać,   aby   nie   chodzić   do

Wilka.   Tak   przyszedł   prawie   koniec   drugiego   tygodnia   pobytu   na

urlopie. Wiktor obojętnie myślał o tym, że za tydzień czy trochę więcej

trzeba będzie zbierać manatki do powrotu. Bawiło go przyglądanie się

swojej   osobie,   jak   gdyby   komu   obcemu.   Nie   mógł   wykreślić   linii

swojego życia i czuł w niej luki, których niepodobna było uzupełnić

logicznie. Przecięcie pionowe w momencie wyjazdu jego z Wilka w roku

1914   zmieniało   zasadniczo   symetrię   tej   linii.   Nawet   zabawił   się

wykreśleniem   tego,   ale   mu   się   nie   udało,   gdyż   nie   wiedział,   jak

prowadzić "krzywą życia" po czternastym, a zwłaszcza po dwudziestym

background image

roku: w górę czy w dół. Ostatecznie zrobił taki wykres: do czternastego

roku, potem piętnaście kratek przerwy i znowu ciąg dalszy linii na

poziomie   przerwanym   i   w   górę.   Ponad   piętnastoma   kratkami

narysował zamkniętą elipsę; życie inne, skończone.

Rysując   te   wszystkie   linie   w   bardzo   piękny   ranek   i,   trzeba   się

przyznać, tylko na piasku, myślał także o Feli. Ona też miała życie w

kształcie zamkniętej elipsy, nie miała tylko nic poza tym. I nagle, gdy

tak rysował, zachciało mu się zobaczyć Julcię, Jolę czy Tunię, i wprost

od   kreślunku   wyruszył   znajomą   drożyną   (wybrał   najkrótszą),   i   po

dwudziestu minutach wchodził na ganek dworu wilkowskiego.

Nie   spotkał   jednak   żadnej   z   pożądanych   kobiet.   Czekała   na   niego

jakby naumyślnie Zosia. Zastał ją w gabinecie czytającą. Siedziała w

fotelu i podniosła na niego oczy zza grubej, wytwornej książki.

- Przecież przyszedłeś - powiedziała Zosia, jak gdyby się ucieszyła, ale

zaraz zmyła ten pozór - siostry o niczym innym nie mówiły przez te

dni, tylko dlaczego ciebie nie widać. Ale żadna nie miała tyle energii,

aby pójść lub pojechać do Rożków.

Wiktor usiadł przy niej, machinalnie wyjął jej książkę z ręki i oglądał.

Zosia patrzyła na niego z uśmiechem. Wreszcie powiedziała:

- Obawiam się, że znowu staniesz się bohaterem naszego domu. One

tyle o tobie mówią.

background image

- Nie bój się - z gorzkim, zdawało się, uśmiechem odpowiedział Wiktor.

- Nic nie będzie z mojego bohaterstwa, za tydzień wyjeżdżam i tyle

mnie widzieli.

- Ja też - powiedziała Zosia, myśląc widocznie tylko o sobie - mojego

męża przenoszą do Awinionu, muszę mu pomóc w przeprowadzce. - A

potem, przypomniawszy sobie Wiktora, dodała: - Jak to? nie wrócisz

już więcej do Wilka?

-   W   tej   chwili   myślę,   że   wrócę   -   powiedział   Wiktor   po   chwilce

zastanowienia. - Oczywiście, że wrócę, ale obawiam się, że kiedy się

dostanę w moje życie codzienne, znowu o was zapomnę.

- Jesteś uprzejmy - powiedziała Zosia.

- Nie bawimy się tutaj w żadne uprzejmości, jestem po prostu szczery,

więcej nic. Sam sobie ze wstydem to przyznaję, ale mam wrażenie, że

praca   mnie   tak   pochłonie,   nagle   stanie   się   taką   przytłaczającą

rzeczywistością, że tam dla Wilka miejsca nie będzie.

- Ty się obchodzisz zupełnie bez kobiet?

- Tak!

To   "tak"   było   powiedziane   z   niezachwianą   pewnością   siebie,   bez

żadnego wahania, aż Zosia zaśmiała się dyskretnie.

- Ty jesteś nadzwyczajny - powiedziała po chwili i wstała. Poprawiła

włosy   przed   lustrem,   a  potem  odwracając  się   do  Wiktora  dodała:   -

background image

Uprzedzam cię, że tu nie wszyscy są tego pewni, i mam wrażenie, że

jeżeli nie  jesteś przedmiotem nadziei, to w każdym razie  pożądań -

zaśmiała się znowu. Potem znowu siadła.

-   Widzę,   że   masz   minę   przerażoną   i   niepewną   -   powiedziała   -   jak

dawniej boisz się decyzji, boisz się wszystkiego, nawet samego siebie.

-   Czy   myślisz,   że   te   cnoty   posiadam   od   dawna?   Czy   obserwowałaś

mnie i wtedy?

- Byłam głupim i złym dzieckiem - powiedziała Zosia - cieszyło mnie

to,   że   nie   orientowałeś   się   zupełnie   w   sytuacji.   To   było   jak   w

ciuciubabce:   stałeś   pośrodku   pokoju   z   zawiązanymi   oczyma,   a

wszystko  zmieniało  się   co  chwila  naokoło ciebie.  Bawiłam  się  Jolą,

chociaż miałam dopiero dwanaście lat. Ja jednak widziałam więcej od

ciebie.

- Byłaś kobietą.

- Tak, dwunastoletnia kobieta spostrzega więcej od dwudziestoletniego

mężczyzny.  Może  dlatego nie  miałeś nigdy w oczach  moich powagi,

śmiałam się z ciebie i nie lubiłam ciebie.

-   Mówisz   mi   same   nieprzyjemne   rzeczy   -   powiedział   Wiktor   z

uśmiechem.

-   Bo   wiem,   że   cię   to   nic   nie   obchodzi   -   uśmiechnęła   się   Zosia

czarująco. - Ciebie to naprawdę, rzeczywiście nic nie obchodzi.

background image

Wiktor patrzył przez okno. Był to jeden z tych dni na przełomie lata,

kiedy jest bardzo ciepło, ale niebo jest pokryte, białe i ciepłe obłoki

układają się w nieprzerwaną zasłonę. Drzewa stały z opuszczonymi,

jakby zwiędłymi liśćmi, które pokazywały białawą podszewkę. Kwiaty

też   jakby   zwiędły,   dalie   i   fuksje   zwiesiły   głowy.   Poczuł,   patrząc   na

niemoc przyrody, że nie przezwycięży ona jesieni, i sam w sobie odczuł

ów brak oporu, który decydował o przełomie lata. Wyszedł na balkon i

patrzył na ogród, i poczuł się jak gdyby innym człowiekiem, nie tym

samym, który tu przyszedł przed kwadransem. Zosia przyszła za nim,

czuł do niej wdzięczność za to, iż swoim mroźnym tonem wywołała ten

nastrój przywiędły, a decydujący.

- Wiesz, odmieniłaś mnie kilkoma słowami.

- Wywołałam może to, co dawno leżało uśpione w tobie.

- Nie, nie. Przeciwnie. Lato się we mnie przełamało.

Powiedział te słowa i zszedł po stopniach w dół. Zatrzymał się i czekał,

aż Zosia zejdzie za nim, ale ona zatrzymała się na tarasie, ręce oparła,

dłoniami   dotykając   balustrady,   i   patrzyła   na   niego   przenikliwie   i   z

ciekawością.

Odwrócił się i odszedł w głąb ogrodu.

Dzień zamknięty pod namiotem obłoków miał w sobie jakąś słodycz i

gorycz,   jak   zapach   łubinu.   Było   bardzo   cicho   i   bardzo   ciepło,   a   w

background image

powietrzu, mimo jego czystość, unosił się jakiś trupi zapach. Ziemia

była   nieruchoma,   połysk   podłużnego   kanału   wydawał   się   czymś

martwym.   Powietrze   było   przejrzyste   i   fury   ze   zbożem,   jadące   na

pagórku za ogrodem, wydawały się  jakby  przybliżone  przez  lornetę,

każde źdźbło sterczało nieruchomo i wyraźnie. Turkot niegłośny wolno

poruszających   się   kół   stanowił   jedyną,   przerywaną   muzykę   tego

popołudnia.

Przeraził   się   tej   godziny.   Przeszedł   się   pod   nawisłymi   gałązkami

leszczyny, potem w lasku usiadł na darniowej ławie, siedział, czekał,

patrzył   i   nie   miał   zupełnie   poczucia   rzeczywistości.   Tylko   to

przełamane   lato   bolało   go   mocno,   jak   gdyby   zranił   się   w   palec.   Z

pogmatwanych,   nieokreślonych   myśli   wyłaniało   się   tylko   jedno

uczucie: niemożność żadnego osiągnięcia.

Znał to uczucie w pracy społecznej, w Stokroci nazywał je brakiem

doskonałości. Tymczasem tutaj w to martwe, białe, prześliczne letnie

popołudnie ukazało mu się ono w upiornej postaci. Nie chciał z nim

walczyć, a ono ogarniało zupełnie, odpędzając concreta. Nic nigdy nie

dopełnić,   nic   nigdy   naprawdę   nie   zrobić,   nic   nigdy   nie   posiąść   do

głębi.

Odnalazła   go   Jola   samotnego,   zabłąkanego   pomiędzy   zakurzonym

igliwiem   sosen.   Wyrwała   go   z   przejrzystych   przestrzeni

nierzeczywistości i powróciła do życia  bardzo zwyczajnymi słowami.

background image

Gadała wiele i jak za dawnych czasów opowiadała o tym, co było na

obiad, jak zapomniano o mamie i nie poproszono jej do stołu, jakie

były lody, jak mąż Zosi, który po nią przyjechał, robił dyplomatyczne

miny, choć jest tylko wicekonsulem. Śmiała się trochę nienaturalnie i

stukała parasolką po pniach sosen. Nie patrzyła wcale na Wiktora, nie

miała na to czasu i odwagi. Wiktor też ją omijał spojrzeniem i wciąż

jeszcze kusiły go białe chmury pomiędzy czarnymi drzewami.

Poszli ku domowi, spotkali Tunię, razem z nią wybrali się na daleki

spacer.

Przez cały czas mówiła Jola, Tunia dodawała od czasu do czasu jakiś

szczegół   do   jej   opowiadań,   Wiktor   zadawał   tylko   pytania   albo

potakiwał.   Pod   wieczór   chmury   się   przetarły,   z   jasnych   zrobiły   się

ciemne,   i   odeszły.   Parę   niebieskich   pasów   zostało   na   białawym,

czystym zachodzie. Ochłodziło się.

Wiktor nie słuchał i myślał o tej chwili ciszy, kiedy był w ogrodzie,

wprowadzony w trans samotności ironicznym spojrzeniem Zosi. Czuł,

że atmosfera wokół nich zgęszcza się i staje się cięższa, ale nie chciał

sobie   tego   tłumaczyć.   Wiedział,   raz   na   zawsze   wiedział   teraz,   że

wszystkie rzeczy tak, jak istnieją naprawdę, są nieosiągalne. Że musi

stać sam nad brzegiem białego morza, a morze podejdzie stopniowo i

zabierze go, i nic za nim nie pójdzie.

background image

- Posiąść naprawdę coś, to jest rzecz niemożliwa - powiedział głośno,

nie   zastanawiając   się,   czy   powiedzenie   to   da   się   zastosować   w

bieżącym momencie rozmowy. Ale ton jego głosu, który - nie słowa -

nawet   Tunię   zastanowił,   nie   zdołał   przerwać   toku   wymowy   Joli   i

wreszcie   Wiktor   zrozumiał,   iż   Jola   gada  byle   co,   jak   gdyby   chciała

zagłuszyć   jakieś   wewnętrzne   brzmienia   czy   jak   gdyby   nie   chciała

dopuścić Wiktora do słowa.

Po kolacji pojechali konno we dwójkę z Jolą. Po ciepłym dniu spadła

chłodna   rosa   i   liście,   które   biły   po   twarzy   Wiktora,   były   zupełnie

mokre. Księżyc wstawał późno, prując chmury, przedzierając w nich

dziury. Plamy jego blasku na obłokach podobne były do plam śniegu

leżących   na   górach.   Jola   powiedziała   to,   ale   Wiktor   milczał.   Potem

oboje milczeli i jechali tak, stępa, daleko.

Wiktor   czuł   nieprzeniknioną   samotność   człowieka;   niemożność

pokazania Joli tego, co się dziś w nim działo: jak wszystko osiągalne,

mogące się konkretyzować, rozpływało się na nic i zostawiało coś w

rodzaju zamyślonej mgły. Wyrzekał się wszystkiego, dzisiejszy dzień

brzmiał jak muzyka niektórych wielkich sonat Beethovena; a czuł, że

Jola nie chciała się niczego wyrzec. Właśnie dzisiaj, coraz cieplejsza i

piękniejsza,   spokojniejsza,   dumna   jechała   obok   niego,   dotykając

stopą   jego   strzemion.   -   Pamiętasz,   jakeśmy   tak   jeździli   dawniej?   -

powiedziała tylko.

background image

Nie   pamiętał.   Przypuszczał   nawet,   że   może   nigdy   nie   jeździli   we

dwójkę konno po nocy. Letnia noc nie pachniała tak nigdy piołunem,

a   przy   tym   nigdy   tak   nie   żegnał   życia   czynnego,   młodości.

Rzeczywiście   noc   była   bardzo   piękna   i   nagle   w   swej   białości   i

przepaścistości wydała się Wiktorowi tym samym dniem, który minął,

biały.   Między   drzewami   lasu,   obok   którego   przejeżdżali,   widniały

zapadliny   cienia,   niebieskie   przestrzenie,   dokąd   nie   dosięgał   blask

światła.   Cicho   było   ogromnie   i   Wiktor   mimo   woli   pochylił   się   i

pocałował Jolę.

Wrócili późno do domu, wszyscy spali. Wiktor niezdecydowany stanął

w przedpokoju, ale Jola go pociągnęła do salonu, a za salonem do

małego   buduarku,   który   jej   służył   za   sypialny.   Jej   dzienna

gadatliwość przeszła, stawała się milkliwa, Wiktor też nie bardzo miał

ochotę dźwigać ciężar rozmowy, zgasił więc lampę i potoczył się wraz z

Jolą   w   objęcia   tak   niebieskiego   cienia,   jak   niebieski   był   ów   cień

między drzewami w lesie. Zaśmiał się cicho w mroku, pomyślawszy, iż

tak się kończył ów dzień rezygnacji. Ale Jola wykazała tyle miłosnej

sztuki i fachowego wykształcenia, że wszystko, co było w jego czynie

prymitywnym impulsem, wchłonęła bardzo prędko. Odszedł z małego

ciemnego   pokoiku   przez   okno   bardzo   szybko,   bynajmniej   nie

nasycony   czynami,   których   dokonał,   i   szedł   cieniem   drzew

ogrodowych,   i   potem   już   do   samych   Rożków,   jak   gdyby   spłoszony.

background image

Czuł jednak swój każdy mocny krok na ziemi, czuł rzeczywistość liści i

gałęzi,   czuł   prawdę   zmysłowego   nasycenia   i   prawdziwy   strach

konsekwencyj.   Postanowił   sobie   jednak,   że   wieczór   dzisiejszy   nie

będzie miał wieczorów podobnych.

I zaraz nazajutrz był od samego rana w Wilku: wbrew wszystkiemu

chciał patrzeć na Jolę i na Tunię, a nade wszystko chciał rozmawiać z

Kazia, która była tak spokojna, zdecydowana, zaaklimatyzowana w tej

atmosferze;   tutaj   gdzie   jego   pociągało   i   odrzucało,   gdzie   mógł

obserwować   najsprzeczniejsze   reakcje   swojego   barbarzyństwa,   gdzie

jego   barometr   wskazywał   coraz   to   inne   ciśnienia,   ta   kobieta   z

kluczykami,   w   spiżarni,   w   kuchni,   na   werandzie   miała   olimpijski

wyraz niektórych twarzy Rafaela. Ale Kazia, jak to przed południem,

kręciła   się   ciągle   i   zostawiała   go   samego;   siedział   na   ganku   i   cała

praca   domowa,   skrzętna   i   mająca   wszelkie   pozory   niepotrzebności,

przewijała się przed nim jak obraz mrowiska.

Przykro  mu  było  trochę,   iż   mógł   śledzić   to  krzątanie   się   z   zupełną

bezinteresownością,   że   w   życie   tego   domu   nie   wszedł   i   nie   wejdzie

nigdy.   Za   parę   dni   wyjeżdża,   odsuwa   się   w   swoje   własne   zajęcia   i

nawet nie wie, czy nowe wspomnienia Wilka zakryją mu sprzed oczu

tamte dawne. Nawet noc wczorajsza nie potrafiła go tak olśnić, jak

widok Feli po kąpieli, na łące. Skonstatował stępianie się wrażliwości,

jakie przychodzi z wiekiem, pomyślał, że jednak tamtej nocy, u Julci,

background image

nic   nie   potrafi   dorównać.   Banalna   przygoda   wczorajsza   jak   gdyby

zepsuła   mu   wszystko,   co   tu   przeżył   dawniej;   to   była   już   bardzo

spóźniona historia.

Dzień   był   chłodny,   drzewa   odcinały   się   ostro   na   szarym   niebie,   a

podwórze przed domem pełne było ruchu i odgłosów gospodarskich;

widział owo krzątanie się, które stało w zupełnym przeciwieństwie do

kontemplacyjnego zamyślenia, w jakim się pogrążył.

Wtedy przyszła Jola, jeszcze nie ubrana, w białym stroju porannym,

pełnym   zapachów   i   koronek.   Była   śliczna   i   uśmiechnięta,   zupełnie

swobodna i nawet zaraz zaczęła mówić Wiktorowi o dniu wczorajszym,

jak   gdyby   się   chciała   tłumaczyć   czy   usprawiedliwiać.   Ale   Wiktor

potraktował od razu jej przeprosiny najbardziej radykalnym "szkoda

gadać", jakie mu zostało z czasów żołnierskich. Zobaczył, iż delikatna

i   ładna  kobiecina  przepłoszyła  się,  jakby   jej   naprawdę   na   Wiktorze

zależało, przykro mu było, że ją tak potraktował. Ale cóż było robić?

Naprawdę,   szkoda   mu   było   gadania   o   rzeczy,   do   której   nie

przywiązywał najmniejszej wagi, i bał się, aby Jola nie powiększała jej

do niepożądanych rozmiarów.

Jola zabrała go do jadalni, gdzie jadła drugie śniadanie, składające się

z chleba, masła i długich zielonych ogórków, które zręcznie obierała

srebrnym nożykiem i krajała na blade plasterki. Jadła żwawo i dużo,

tak   samo   jak   mówiła.   Trochę   raziło   to   Wiktora,   że   nie   zdradzała

background image

najmniejszego zażenowania, że się nawet niespecjalnie wdzięczyła do

niego,   lecz   okazywała   towarzyską   uprzejmość   i   obojętność.   Słońce

zjawiało   się   między   chmurami   od   czasu   do   czasu   i   oświetlało

porywiście   stołowy   pokój,   biały   jej   strój   i   srebrny   nożyk,   którym

operowała.   Mówiła   znowu   o  byle   czym,   opowiadała   o   listach   męża,

które mają zawsze ton handlowo-urzędowy. Blask jej oczu i dźwięk jej

głosu wydawał mu się fałszywym. Wreszcie Jola, jak gdyby nie mogła

znieść jego milczenia, powiedziała, odkładając nóż i widelec:

- Ja wiem, co ty myślisz, ale już mi jest wszystko jedno...

- Niedawno mówiłaś inaczej...

-   Wszystko   jedno.   Naprawdę.   Jestem   tak   zgryziona   wczorajszą

realizacją rzeczy, które powinny były pozostać na zawsze w stadium

nieurzeczywistnienia.

- Więc ty nazywasz to urzeczywistnieniem? Do głowy mi nie przyszło.

To było na tak innej płaszczyźnie niż nasz młodzieńczy flirt, że w ogóle

tych rzeczy nie można porównać.

- To prawda. Ale mi pozostało po dawnych czasach takie pragnienie

twojej przyjaźni. Uważam, że teraz to jest niemożliwe.

Wiktor uśmiechnął się:

- Aż tak? Nie, nie, Jolka, uspokój się. Zrozum, że w ogóle przyjaźń

pomiędzy nami jest czymś niemożliwym. Należymy... obracamy się w

background image

tak innych "sferach". Nie w tym znaczeniu, jak to mówiono przed pół

wiekiem, ale w znaczeniu astronomicznym.

- Jednym słowem, nie możemy mieć nigdy wspólnej orbity?

- Chyba gdyby nastąpiła jakaś katastrofa wszechświatowa...

- Jesteś okropny.

W   tej   chwili   weszła   Julcia   wyspana,   wyczytana,   wyleżana,   biała,

różowa, też pełna wstawek i koronek, tyle tylko że pod suknią lekką i

białą rysował się staromodny gorset. Julcia zaczęła się śmiać z Joli, że

ile   razy   kto   wejdzie   do   sali   jadalnej,   zawsze   ją   zastanie   przy   stole,

łakomstwo   Joli   znane,   zresztą,   było   powszechnie.   Ale   Julcia,

pośmiawszy się do woli, przesunęła sobie talerz i niby to żartami także

zaczęła   zmiatać   chleb   z   masłem   i   ogórki,   wreszcie   zadzwoniła   na

służącą i kazała sobie podać białego sera.

Wiktor przysłuchiwał się ich przekomarzaniu, potem wstał i chodząc

po pokoju przypatrywał się obu kobietom, ładnym i miłym, jak wiele

jadły i dość łapczywie przy tym. Patrzył, jak długie, białe zęby Julci

pogrążały się w matowym twarogu, jak Jola pochylała się nad stołem,

smarując   chleb   masłem,   gdyż   jej   krótki   wzrok   zmuszał   ją   do   tego:

przypatrywała   się   z   uwagą   swoim   czynnościom   na   stole,   co   robiło

wrażenie, że usuwa swoje białe czoło spod kontroli Wiktora. Ten zaś

uśmiechał   się   tylko   na   to.   Oto   dwie   "jego"   kobiety   siedziały

background image

naprzeciwko we wzorowej zgodzie i żadna z nich nie myślała na serio o

Wiktorze ani o jego miłości.

I   przypomniała   mu   się   zimna   noc   w   okopie,   kiedy   odżywał   w   nim

dotyk ciała Julci. Teraz ma tę kobietę przed sobą i inną kobietę, o

której nie myślał w okopach, ale o której, wie to teraz dobrze, długo

pamiętał. Jej szare oczy, gdy wzniosą się teraz, przypomną mu bardzo

wiele dawnych chwil: ale nie wzniosły się. Obie siedzą naprzeciwko

siebie i zajadają: smacznie, żwawo, treściwie. Nie może, niestety, nic

więcej się dowiedzieć od nich i o nich. Mają mężów, Julcia ma dzieci,

Jola ma kochanków (domyślił się tego od razu, a teraz ponadto po jej

"szkole") - siedzą teraz przed nim i gadają na przemiany o wszystkim,

co   tylko   myśl   do   głowy   przyniesie.   Jola   nawet   wydaje   się   wesoła   -

czasami rzuca na Wiktora wzrok porozumiewawczy, jak gdyby to ją

ogromnie bawiło, że została jego kochanką.

Wiktor przypomina sobie dawne dnie nazajutrz po tym, gdy nocował w

pokoju   Julci:   ta   mieszanina   zawstydzenia,   skrępowania   i   bakcyli

erotycznych,   latających   między   nimi,   stwarzała   atmosferę

niezapomnianą.   Dzisiaj   Jola   wydaje   mu   się   bezwstydną   w   tym,   co

mówiła,   a   jeszcze   bardziej   w   tej   chwili,   kiedy   patrzy   na   niego

ukradkiem, chowając swój wzrok od Julci. Wiktor mimo woli bierze

ciepłą i miękką dłoń Julci do ręki i podnosi do ust. Obie panie są

zdziwione,   ale   Wiktorowi   kontakt   tej   ręki,   zupełna   względem   niej

background image

obojętność sprawiła jakąś wtórną, inną niż wszystkie, przyjemność.

Podziękował jej tym pocałunkiem za owe dawne, niezapomniane noce

i miło mu, że uczynił to wobec Joli, która zupełnie nie rozumie tego

postępku. Patrzy na niego szeroko otwartymi szarymi oczyma i znowu

czuje w twarzy tyle młodości.

- Nie dziw się. Jolka - powiada Wiktor - ja zawsze  bardzo kocham

Julcię.

Po   tych   słowach   wychodzi,   zostawiając   obie   panie   zdziwione   jego

zachowaniem się. Jola ma rozpacz w oczach, gdy on się oddala, ale

Wiktor  myśli,  że   one   zaraz   wrócą do  ogórków.  Poszedł  do  spiżarni,

Kazi   tam   nie   było.   Znalazł   ją   w   gabinecie:   pochylona   nad   szufladą

staroświeckiej, brzydkiej komody wkładała sztuki świeżo wypranych

obrusów i serwet, wyjmując je z dużego kosza. Wiktor patrzył przez

chwilę na tę spokojną robotę, wreszcie powiedział:

- Wiesz, moja droga - ja bym już chciał jechać.

- Nie możesz pójść piechotą? - zapytała spokojnie Kazia.

- Mogę. Ale to daleko, szkoda czasu, ja chcę wracać do Warszawy, do

Stokroci.

- Urlop się przecie kończy dopiero za cztery dni.

- Mógłbym urlop nawet przedłużyć, gdybym tylko chciał.

-   Naprawdę?  -  Kazia  się   ucieszyła,  ale  potem,  pomyślawszy  trochę,

background image

dodała: - Ale jeśli myślisz, że ci to zrobi lepiej, jeżeli wyjedziesz, to

śpiesz. Po co masz się czymkolwiek wiązać?

Ale nie pojechał od razu: nie przedłużył sobie urlopu, bo uważał to za

niepotrzebne,   jednak   wysiedział   do   ostatniego   dnia   w   Rożkach.   Na

parę dni przed wyjazdem miał zasadniczą rozmowę z ciotką, rozmowę,

która go zmęczyła i zirytowała. Z trudnością mógł wytłumaczyć jej, że

nie   ma   zamiaru   się   żenić,   że   w   ogóle   małżeństwo   nie   leży   w   jego

charakterze, a tym bardziej że nie ma zamiaru angażować się z którąś

z   panien   z   Wilka,   że   Wilko   i   jego   atmosfera   jest   czymś   wprost

przeciwnym   temu   sposobowi   życia,   które   on   prowadzi   i   ma   zamiar

prowadzić. Na co ciotka zapytała:

- Czy ty rzeczywiście masz zamiar zawsze prowadzić takie życie?

Tyle było w tym pytaniu ironii i niechęci, że to na serio zagniewało

Wiktora. Uniósł się i powiedział ciotce kilka bardzo nieprzyjemnych

rzeczy,   których   zaraz   pożałował.   Przeprosił   ciotkę,   ale   mimo   to   nie

mógł się uspokoić i poszedł na bardzo daleki i długi spacer.

Lubił te strony, było tu faliście, zboże rozkładało się dużymi łanami i

stare wyjeżdżone drogi tworzyły rodzaj wąwozików otoczonych z obu

stron bujną trawą, którą jeszcze w tej porze gęsto przetykały polne

kwiaty.   Rzeczywiście   nie   wiedział,   dlaczego   się   tak   zirytował,   ale

zagniewało go to zestawienie dwóch sposobów życia, zagniewało samo

background image

przypuszczenie ciotki, że chciałby zmienić tryb życia. Wybrał to, co

wybrał, i ani myślał o czym innym, ma swoje ślepe dzieci. Stokroć,

zarządzanie   folwarkiem,   to,   co   mu   daje   głębokie   wewnętrzne

zadowolenie, a że tam czasem go to nudzi i myśli, że nie warto, no, to

przypuszcza,   że   każdy   ma   takie   momenty   zniechęcenia,   każdemu

ostatecznie jest ciężko. "Pannom z Wilka - pomyślał - też łatwo chyba

nie   jest.   Jola   ma   takiego   męża,   mój   Boże,   poza   tym   wstydzi   się."

Przypomniał   sobie   spokój,   z   jakim   Julcia   zajadała   chleb   z   serem

siedząc   w   stołowym   pokoju,   a   nagle   jakieś   rozświetlenia   słońca

przerywającego   chmury   ukazywały   ją   niby   w   aureoli,   zapalając   jej

młode jeszcze, złote włosy. Jej niski i przyjemny głos dźwięczał mu w

uszach i także głos Joli, która była prawie nieszczęśliwa tego dnia,

kiedy mu mówiła o przyjaźni, o szacunku, o przyszłości, a po prostu

myślała, że jej Wiktor powie: "Porzuć no tego twojego starego i jedź ze

mną do Warszawy", albo może zwyczajnie czekała, że ją zapyta, czy

dzisiaj może przyjść do niej i o której. Wszystko to nudziło go i nie

chciał iść do Wilka. Albo i ta Kazia, która się nagle ucieszyła, że może

on sobie urlop przedłuży. Naumyślnie nie przedłużył.

Ale czy zrobił to naprawdę dla Kazi? Nie, na pewno nie. Trzymał się

tego   terminu   ze   strachu.   Może,   gdyby   teraz   nie   wyjechał,   nie

wyjechałby już nigdy. Wsiąknąłby w Wilko, został z nimi, czując przy

sobie   to   białe   ciepło,   tę   świeżość,   to   życie   zdrowe   i   potężne,

background image

przepływające przez rozgrzane ciała kobiet.

Wracając   zaszedł   na   cmentarz   na   grób   Feli.   Był   tak   samo

zapuszczony,   jak   przed   paru   tygodniami.   Sterczał   tu   tylko   jeszcze

oskubany zeschły wiecheć bukietu, złożonego wtedy przez niego. Tak

samo był ten murek kamienny. Te same rzadkie, odarte z liści akacje,

ten sam smutek bezdomny rzeczy brzydkich i niepotrzebnych. Nikt tu

nie był od tego czasu, co on tu przychodził, mogiła pięknej dziewczyny

zionęła opuszczeniem, akacja, przez całe lato tracąca liście, zasypała

zeschłą   trawę   brązowymi   talarkami   i   tak   to   stało,   trwało,   było,

wszystko chyba tylko po to, aby zapisać się w jego sercu żałosnymi

zgłoskami.

Stał i patrzał. Nad niskim murkiem widziało się niskie i szare chmury,

co chwila rozświecane od dołu, czasami błękitne trójkąty rozwidniały

się jak oczy, które się otwierają nieoczekiwanie do słodkiego bytu.

- Nie, nic mi po tym - powiedział Wiktor.

Nie było w nim najmniejszych wahań. Ani przez myśl mu nie przeszło,

aby na przykład dziś w nocy wstać, przejść pieszo ten mały kawałek

drogi,   jaki   oddziela   Rożki   od   Wilka,   i   zapukać   do   okna   małego

buduarku, znajdującego się za salonem.

"Nie, nic mi po tym" - powtarza i zawraca z cmentarza, mija drogę do

Wilka wzdłuż kanału i idzie prosto przed siebie w stronę Rożek. Myśli

background image

już teraz tylko o swojej pracy, do której ma wrócić, i tylko jako wtórne

pejzaże   czy   myśli   akompaniatorskie   zjawiają   mu   się   obrazy

rozstrzelanego   żołnierza,   Feli   stojącej   na   łące   w   żółtym   promieniu

niskiego słońca czy też czerwony kolor sukni Joli pewnego dawnego

popołudnia.

Dopiero kiedy przyszedł do swojego pokoju, wieczorem, dosyć nawet

późno - stanął przy oknie i patrzył na niebo niebieskie i przejrzyste

mimo wieczora, przypomniał sobie, że - to już jutro ma wyjechać, i

chwycił   go   nieopisany,   wielki   żal.   Zdawało   mu  się   przez   chwilę,   że

wszystko rzeczywiste odbyło się wówczas, piętnaście lat temu, a on

nic o tym nie wiedział. Tyle starań i wysiłków włożył w następne lata

życia, tak wyczerpały go one, i teraz dopiero spostrzega, że były one

prochem. Nic mu z nich nie zostało, nawet wspomnienie owoczesnego

szczęścia dzisiaj dopiero sobie zdobył. Zobaczył jak na dłoni, że, jak

się   to   mówi   w   mieszczańskich   rodzinach,   zmarnował   się.   Wielki   to

grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia.

I to także jest nieprawdą, że zmarnowały go lata wojny, że zasypały go

gradem szarych, niwelujących zdarzeń; nie, to on sam przywołał te

zdarzenia,   chciał,   aby   one   nad   nim   zapanowały.   Bał   się   po  prostu

myśli, że można żyć inaczej, jak przez piętnaście lat opędzał się od

myśli, że można pojechać do Wilka. Nie kochał nigdy nikogo, ale nie

dlatego, że nie było po temu sposobności, tylko dlatego, że tchórzył.

background image

Jakiż  ciężki   był   ów   żal,   który   ogarnął   go  tego  wieczora  i  długo  nie

dawał   mu   zasnąć   na   twardym   materacu   kochanych   wujostwa   w

Rożkach.

Zbudził się wcześnie: był to ostatni dzień jego pobytu tutaj. Przez cały

dzień   rozmawiał   z   wujostwem,   drzemał,   chodził   w   stronę   kanału   i

ostatecznie nie poszedł do Wilka, tylko, zamiast odjechać wieczornym

pociągiem,   postanowił   odłożyć   wyjazd   do   następnego   rana.   Wtedy,

widząc już, że nic się nie zmieni i nic nie pomoże, dzielnie spakował

drobiazgi do teczki i przyjrzał się sobie w lustrze. Wyjeżdżał opalony i

dobrze   wyglądający:   poszedł   na   Wilko   i   pożegnał   się   z   paniami   z

daleko   idącym   opanowaniem.   Julcia   mu   zarzuciła,   że   jest   zbyt

obojętny. Zosia zapytała, czy znowu się zjawi za lat piętnaście.

Pomyślał sobie: "Nigdy", ale nie powiedział nic, uśmiechnął się tylko i

nikt   na   pewno   nic   nie   zauważył   w   tym   jego   uśmiechu.   Kazia   mu

przyniosła   dużą   paczkę,   starannie   związaną   sznurkami,   były   to

zapasy z jej spiżarni, "nowy etap naszej przyjaźni", powiedziała z jakąś

nieprzyjemną ironią; była jak gdyby rozżalona.

Wiktor   widział,   że   Jola   wzięła   biały   płócienny   kapelusz,   nachylając

głowę zeszła z ganku.

-   Ja   cię   odprowadzę   -   powiedziała   -   jak   wtedy   w   dziewięćset

czternastym.

background image

- Czy do tego samego miejsca? - spytał Wiktor.

- A ty pamiętasz, dokąd doszliśmy wtedy?

-   Idąc   zatrzymałem   się   i   przypomniałem   sobie   dokładnie.   Jest   tam

kopiec graniczny, ale zagajnik urósł.

Gdy wyszli na drogę, dzień wydał im się jesienny, choć było pełne lato;

w przymgleniu nieba, w ciszy na ziemi drzemały hasła jesieni. Tak

jakby   lato   już   odchodziło,   choć   było   obecne,   dojrzałe,   pod   ręką

stojące, pełne zapachu siana i jagód.

Prawie milcząc - wymieniając tylko te uwagi o dziwnym nastroju dnia

- przeszli przez drogę, szosą aż do zagajnika, który już teraz lasem

trzeba by było nazwać, i znaleźli się w tym samym miejscu, w którym

Jola żegnała go w roku dziewięćset czternastym. Wiktor popatrzył na

zegarek i zobaczył, że do pociągu, który go miał zabrać, była jeszcze

przeszło   godzina:   pośpieszył   się,   chcąc   czym   prędzej   porzucić   te

strony.

Przy   dawnym   kopcu   granicznym   przysiedli.   Jola   oparła   się   o   darń

wzniesienia i gryząc trawkę patrzyła w niebo, po którym przesuwały

się ogromne, dojrzałe obłoki. Wiktor, przeciwnie, pochylił się, zgarbił i

patrzył w ziemię. Nie widział, zresztą, ani źdźbeł, na które patrzył, ani

drobnych   owadów,   dokonywających   między   nimi   swojej   męczącej

pracy. Przesuwał w pamięci lata, które go dzieliły od tamtej chwili,

background image

kiedy siedział w tym miejscu w towarzystwie tej samej kobiety.

Wszystkie   wydały   mu   się   monotonne   i   do   siebie   podobne   i

przestraszyła go ich ilość, kiedy ją sobie uprzytomnił. Piętnaście razy

mógł wrócić w to samo miejsce i nie wrócił tu ani razu.

- Z jakimi uczuciami porzucasz Wilko? - spytała go po długiej chwili

Jola, a Wiktor w odpowiedzi niechętnie wzruszył ramionami i zwrócił

ociężale swą głowę ku niej. Żałował, że to nie siedzi przy nim Kazia,

której by mógł powiedzieć w przybliżeniu to samo, co myślał. Jej nie

mógł   powiedzieć   nic.   Gdyby   powiedział,   że   żałuje   tamtych   czasów,

gdyby   powiedział   w   ogóle   cokolwiek   -   ona   wszystko   chciałaby

interpretować jako wyznanie miłosne. A on był naprawdę tak daleko

od tego. Wszystko, co czuł teraz, było jednak tęsknotą za miłością,

która mu się przelała jak woda między palcami - ale nie teraz, tylko

kiedyś   tam!   Trzeba  było  może   kochać   -   ale   to   nie   znaczy,   że   teraz

trzeba objąć Jolę i mocno ją pocałować w usta. Toteż Wiktor milczał.

Gest odwróconej ku Joli głowy wydał mu się już czymś zbyt wielkim,

więc znowu ją opuścił ku trawkom i insektom po nich spacerującym.

Potem podniósł dłoń do ust i nakrył jej wierzchem wargi, jakby się

miał wstrzymać od płaczu. Ogarnął go prosty i jaskrawy żal. Żal za

wszystkim, co mija i odpływa. Za wszystkim, co można ujrzeć dopiero

z perspektywy, jak łódź oddalającą się na zakręcie rzeki.

background image

- Smutne rozmyślania - westchnęła raz jeszcze Jola.

-   O,   bo   ty   mnie   nie   rozumiesz   -   powiedział   Wiktor   i   nagle   dodał

nerwowo   i   skwapliwie:   -   Widzisz,   tak   mi   tu   było   dobrze   i

zrozumiałem... zrozumiałem...

Zatrzymał się nagle i popatrzył na Jolę z przerażeniem.

- Co zrozumiałeś?

Ale  Wiktor  machnął  ręką,  jakby  pełen zwątpienia,  a potem wstał  z

kopca.

- No - powiedział - bo pociąg sobie pójdzie, a jutro już bym może stąd

nie wyjechał.

- Żartujesz - powiedziała Jola poważnie.

- Naturalnie. Cóż ja bym tutaj między wami robił, zabłąkany z innej

planety? Do widzenia - dodał i pocałował ją w rękę.

- I potem... co ja chciałem jeszcze powiedzieć? - dodał - a, tak, nie

zaniedbujcie tak grobu Feli.

Potem   odszedł   nie   oglądając   się,   zrazu   drobnym   i   niepewnym

krokiem.   Jola   wstała   i   rozłożywszy   ręce   patrzyła,   jak   odchodził.

Wytężała   swój   krótki   wzrok,   ale   kontury   odchodzącego   mężczyzny

zaczęły   jej   się   zacierać   w   oczach.   Strzepnęła   więc   białą   suknię   i

zawróciła do domu, ale nie, obejrzała się jeszcze.

background image

Krok   Wiktora,   w   miarę   jak   odchodził,   stawał   się   mocniejszy   i

pewniejszy.   Głowa   wznosiła   się   do   góry,   a   gdy   wchodził   na   stację,

machał   już   wesoło   swoją   teczką,   myśląc   o   tym,   co   tam   Janek   w

Stokroci przez te trzy tygodnie robił.

 

Syrakuzy, kwiecień 1932