background image

A

NDRE

 N

ORTON

O

STEMPLOWANE

 

GWIAZDY

P

RZEŁOŻYLI

 D

ANUTA

 

I

 P

IOTR

 T

ĘCZYŃSCY

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

POSTMARKED

 

THE

 S

TARS

SCAN-

DAL

background image

R

OZDZIAŁ

 1

Nagle przebudzenie

Czołgał się na czworakach poprzez gęstą mgłę i lepkie błoto, w którym prawie tonął.  

Nie mógł oddychać… a jednak musiał iść… wydostać się stąd…

Bardzo   wychudzony   człowiek   leżał   bezwładnie   na   łóżku.   Ramiona   miał   szeroko 

rozpostarte.   Rękoma   bezsilnie   szarpał   skłębione   przykrycie,   a   jego   głowa,   nieznacznie 

podwyższona, obracała się wolno to w jedną, to w drugą stronę w bezustannej, śmiertelnej 

udręce.

Wilgotny   dotyk   zatrzymującego   go,   lepkiego   błota…   ale   musi   iść   dalej!   To   jest  

konieczne… musi!

Łapał   powietrze   z   takim   trudem,   że   każdy   oddech   przyprawiał   go   o   dreszcz, 

wstrząsający całym wychudłym ciałem. Z wysiłkiem spróbował się podnieść, choć oczy miał 

nadal zamknięte.

W pewnym momencie zrozumiał, że już nie czołga się przez żadne moczary wśród 

mgły.   Kiedy   podniósł   wyżej   głowę,   zobaczył   zamiast   nich   ściany   pomieszczenia,   które 

zdawały się wznosić i opadać w rytm jego ciężkiego oddechu.

Dan   Thorson,   asystent   szefa   transportu,   wolny   frachtowiec  Królowa   Słońca

rejestr Ziemi numer 565—724910—JK — przeczytał te słowa, jakby stanowiły one część 

ognistoszkarłatnego znaku wydrukowanego na ciężkiej  zasłonie, którą miał przed oczami. 

Coś mu to przypominało, chociaż… ale czy rzeczywiście rozumiał te słowa? On… tak, to on 

był Danem Thorsonem. A Królowa Słońca

Oddychając   z   trudem,   na   wpół   krzycząc   poderwał   swoje   ciało,   tak   że   teraz   już 

siedział, a nie leżał na łóżku. Jednak wciąż musiał trzymać się mocno, gdyż powierzchnia pod 

nim, która powinna zapewnić bezpieczeństwo i stabilność, koziołkowała i pływała.

Mimo  to przypomnienie,  kim jest, przełamało  jakąś  barierę,  mógł  teraz normalnie 

myśleć.   Nadal   był   śmiertelnie   chory   i   miał   zawroty   głowy,   ale   potrafił   zmusić   się   do 

uporządkowania zdarzeń z najbliższej przeszłości. A przynajmniej części z nich. Jest Danem 

Thorsonem, obecnie szefem transportu na  Królowej, ponieważ jego przełożony Van Ryck 

przebywa teraz w odległych światach i przyłączy się do nich najwcześniej pod koniec tej 

podróży. I oto znajduje się na wolnym frachtowcu Królowa Słońca

Ale   gdy   Dan   ostrożnie   odwrócił   głowę,   zrozumiał,   że   nie   było   to   prawdą.   Nie 

znajdował się w znajomej kabinie na pokładzie statku… był w jakimś nie znanym mu pokoju. 

background image

Oglądał dokładnie otoczenie w poszukiwaniu jakichś wskazówek, które pomogłyby kulejącej 

pamięci. Było tu łóżko, na którym właśnie leżał, i dwa składane krzesła przy ścianie. Nie było 

żadnego   okna,   ale   pod   sufitem   znajdował   się   otwór   wentylacyjny.   Było   też   dwoje 

zamkniętych drzwi. Umieszczony na suficie szklany pręt dawał blade światło. Był to surowy 

pokój, całkiem podobny do celi. Cela… zaczął sobie coś przypominać. Pochwycił ich patrol 

pocztowy.  To  jest cela…  Nie!  To wszystko  zostało  wyjaśnione  — wysunęli  skrzydła  na 

Xecho, gotowi do wyruszenia w swoją pierwszą podróż z pocztą na Trewsworld…

Gotowi do drogi! Dan spróbował stanąć na nogi, jak gdyby te słowa były zaklęciem. O 

mało się nie przewrócił, ale posuwając się wzdłuż ściany zdołał jakoś zachować równowagę, 

narażając tylko swój żołądek na ciężką próbę. Złapał się najbliższych drzwi, które ustąpiły 

pod ciężarem  jego ciała  i zobaczył,  że cudem trafił do łazienki.  Ogarnęły go gwałtowne 

mdłości.

Ciągle drżąc z osłabienia, ochłodził się wodą. Zauważył, że gdzieś podziała się bluza 

od munduru, chociaż nadal miał na sobie spodnie i buty astronauty.

Woda i co dziwniejsze także nudności przywracały mu przytomność. Powlókł się z 

powrotem do pokoju wypełniającego się gwiazdami, gdy tylko próbował myśleć. Ostatnim 

jego wspomnieniem było… Co?

Wiadomość…   jaka   wiadomość?   Że   zarejestrowano   przesyłkę   do   zabrania   na 

standardowych warunkach pierwszeństwa. Przez kilka sekund wydawało mu się, że widzi 

wyraźnie   pokój   służbowy   szefa   transportu   na  Królowej  i   stojącego   w   drzwiach   technika 

łączności Tanga Ya.

Ostania minuta przed odlotem… ostatnia minuta! Królowa odprawiona do odlotu!

Ogarnęła   go   panika.   Nie   pamiętał,   co   się   wówczas   zdarzyło.   Wiadomość…   z 

pewnością opuścił statek… ale, gdzie jest? I — co ważniejsze jaka jest data? Królowa kursuje 

według rozkładu lotu, jest bowiem statkiem pocztowym. Od jak dawna znajduje się tutaj? Z 

pewnością nie polecieli bez niego! A swoją drogą, tak samo interesujące jak pytanie „gdzie”, 

jest pytanie „dlaczego”…

Przetarł ręką mokre czoło. Dziwne. Ociekał potem, a jednak wewnętrznie trząsł się z 

zimna. Zobaczył mundur… Zatoczył się w kierunku łóżka i zaczął oglądać ciśnięte na nie 

ubranie.

Nie należało do niego. Nie było w kolorze ciepłego brązu, jaki nosili astronauci. Miało 

barwę   krzykliwego,   choć   wyblakłego,   szkarłatu   i   było   przyozdobione   skomplikowanym 

haftem. Ponieważ jednak marzł, naciągnął je na siebie. Zwrócił się w stronę drzwi, które, jak 

sądził, muszą wyprowadzić go stąd na zewnątrz… gdziekolwiek się znajduje! Królowa  jest 

background image

gotowa do odlotu, a jego nie ma na pokładzie…

Nogi nadal uginały się pod nim, lecz był w stanie utrzymać się na nich i przejść kilka 

kroków. Drzwi ustąpiły pod lekkim naciskiem i znalazł się na korytarzu, wzdłuż którego 

ciągnął się długi szereg kolejnych drzwi. Wszystkie były zamknięte. Ale w odległym końcu 

pomieszczenia dostrzegł łuk, zza którego dochodziły dźwięki i widać było jakiś ruch. Dan, 

wciąż próbując przypomnieć sobie więcej faktów, skierował się w tę stronę. Wiadomość, aby 

odebrać…   z   pewnością   natychmiast   opuścił  Królową.   Nagle   przystanął,   aby   spojrzeć   na 

swoje ciało pod zgniecionym, nie dopiętym mundurem, nazbyt ciasnym i za krótkim na niego. 

Jego pas bezpieczeństwa… tak, ciągle miał go na sobie. Ale…

Poszukał prawą ręką. Wszystkie kieszenie były puste, z wyjątkiem tej jednej, która 

zawierała   jego   znaczek   identyfikacyjny,   lecz   była   to   rzecz   bezużyteczna   dla   złodzieja. 

Reagował on na przemiany chemiczne zachodzące w jego ciele. Gdyby tylko wziął go ktoś 

inny,   po   kilku   minutach   zawarte   w   nim   informacje   zostałyby   wymazane.   A   więc   został 

obrabowany.

Ale dlaczego znalazł się w tym pokoju? Gdyby został napadnięty, porzucono by go w 

miejscu   rabunku!   W   głowie   czuł   ogień…   to   nie   było   bolesne   potłuczenie   czy   guzy. 

Oczywiście   istnieją   środki   działające   na   układ   nerwowy,   za   pomocą   których   można 

obezwładnić człowieka. A jeśli dmuchnięto mu w twarz gazem usypiającym… Ale dlaczego 

znalazł się w tym pokoju?

Później będzie miał czas na rozwiązywanie zagadek.  Królowa  gotowa do odlotu… 

musi dostać się na Królową! Gdzież się jednak znajduje? Ile ma czasu? No tak, z pewnością 

nie odlecieli bez niego. W lej sytuacji na pewno przybędą go szukać. Załoga Królowej Słońca 

stanowiła zbyt zgraną grupę przyjaciół, żeby zostawić jednego ze swych członków na odległej 

planecie, nie podejmując akcji ratunkowej.

Teraz mógł się przynajmniej sprawniej poruszać i miał jasny umysł. Obciągnąwszy 

mundur, którego nie był wstanie jednak zapiąć, zbliżył się do zakończonego łukiem wyjścia z 

korytarza  i rozejrzał się. Duży pokój wydał  mu się znajomy.  Do połowy był  zastawiony 

ciągnącymi się wzdłuż ściany kabinami, wewnątrz których stały na stołach tace do podawania 

posiłków.   Resztę   powierzchni   zajmował   automat   rejestrujący,   bank   danych   i   ekran   do 

wyświetlania serwisów informacyjnych. To był… była…

Nie mógł przypomnieć sobie nazwy, ale rozglądał się w jednym z tych małych, tanich 

barów znajdujących  się na lotnisku i zaopatrujących  w żywność głównie członków załóg 

oczekujących   na   odprawę.   Wczoraj   jadł   przy   tym   stoliku   z   Ripem   Shannonem   i   Alim 

Kamilem… ale czy to było rzeczywiście wczoraj?

background image

Królowa i czas odlotu… niepokój znów ścisnął mu serce. Ale przynajmniej nie oddalił 

się   zbytnio   od   lotniska.   Chociaż   w   tym   świecie,   gdzie   suchy   ląd   stanowiły   zaledwie 

archipelagi wysp na płytkich, parujących morzach, nawet nie można było oddalić się wiele 

kilometrów od lotniska, by wciąż pozostawać na tym samym skrawku lądu.

To   wszystko   nie   miało   teraz   żadnego   znaczenia.   Musi   dostać   się   z   powrotem   na 

Królową, Postanowił skupić całe swoje siły, aby osiągnąć ten cel. Stawiał ostrożne kroki, 

jeden za drugim, kierując się ku najbliższym drzwiom.

Widział, albo tylko mu się zdawało, że jeden z ludzi siedzących w najbliższej kabinie 

poderwał się, tak jakby chciał go zatrzymać. Być może wyglądał na kogoś potrzebującego 

pomocy. Ale niech tylko dostanie się na Królową

Dan ani nie wiedział, ani nie troszczył się o to, czy zwraca na siebie uwagę. Ważny 

był  w tej chwili fakt, że na zewnątrz znajdował się wolny ślizgacz.  Wyjął  swój znaczek 

identyfikacyjny i w chwili gdy usiadł, a raczej runął na siedzenie, odpowiednio go podłączył i 

wcisnął przycisk „start”.

Uporczywie wpatrywał się w pas startowy. Jeden…, dwa… trzy statki! A jako ostatnia 

w   szeregu   stała  Królowa!   Dokona   tego!   Dygotał   wraz   z   silnikiem   ślizgacza.   Osiągnął 

maksymalną  prędkość, choć nie pamiętał, jak uruchomił silnik. Wyglądało to prawie tak, 

jakby maszyna wyczuła jego strach i zniecierpliwienie i sama go prowadziła.

Właz towarowy Królowej był zamknięty, ale oczywiście tego sam dopilnował. Rampa 

wystawała jeszcze na zewnątrz. Ślizgacz gwałtownie zahamował i Dan zszedł z niego na 

rampę. Zaczął posuwać się, ręka za ręką, wzdłuż poręczy. Postępował naprzód wyłącznie 

dzięki ogromnej sile woli, gdyż powróciło osłabienie i zawroty głowy. Nagle rampa zaczęła 

drżeć! Przygotowywali się do odlotu!

Dan zdobył się na ostateczny wysiłek, by dotrzeć do końca rampy, a potem przeszedł 

przez właz. Nie był w stanie dostać się do własnej kabiny tak szybko, aby zdążyć zapiąć pasy. 

Dokąd iść? Najbliższa była kabina Vana Rycka… w górę, po drabince.

Musiał pokonać własne ciało. Dan nie zdawał sobie sprawy z tego, że szarpie się z 

linką, uderza w drzwi kabiny, dociera do koi i pada na posłanie. Ogarnęła go ciemność.

Tym razem nie śnił, że przedziera się przez gęste bagno i zasłonę z pary. Czuł silny 

ucisk gniotący mu klatkę piersiową i ostre pazurki na brodzie. Dan otworzył oczy i napotkał 

zaciekawiony wzrok kota. Sindbad, ulubieniec załogi, ponownie dotknął go nosem i wbił 

swoje pazury w obolałe ciało Dana z taką siłą, że ten zaprotestował.

Choć, z drugiej strony,  otoczenie,  w którym  się teraz  znajdował, było  mu  dobrze 

znane.   To   był   Sindbad.   To   znaczy,   że   dotarł   na  Królową,   która   właśnie   znalazła   się   w 

background image

przestrzeni poza planetą. Poczuł niezmierną ulgę.

Po chwili dopiero zaczął myśleć o czymś innym. Próbował przypomnieć sobie, co się 

z nim działo… Wyszedł, aby odebrać zarejestrowaną przesyłkę i został gdzieś napadnięty 

oraz   obrabowany.   Tylko   kiedy:   przed   czy   po   odebraniu   pakunku?   Pojawiło   się   nowe 

zmartwienie. Jeśli podpisał odbiór, wówczas on, a właściwie cała załoga  Królowej  byłaby 

odpowiedzialna za poniesioną stratę. Im prędzej złoży raport kapitanowi Jellico, tym lepiej.

— Tak — powiedział głośno i odepchnął Sindbada, żeby usiąść. — Dostać się do 

starego.

Jego samopoczucie w barze było straszne. Teraz nie było lepiej. Musiał się trzymać 

koi i zamykać oczy, by nie upaść. Nie miał pewności, czy w ogóle potrafi się poruszać o 

własnych  siłach. W ścianę wmontowany był  mikrofon.  Dostać  się do niego  i poprosić o 

pomoc… Może został otruty? Czy to możliwe, żeby oni… tajemniczy oni… czy on… czy to 

coś… co go zaatakowało,  użyło  trucizny?  Kiedyś,  dawno temu,  znajdował się już w tak 

beznadziejnym stanie. To było na Sargol, gdy po sukcesie w polowaniu na gorpa, zgodnie z 

tamtejszym zwyczajem, wziął udział w ceremonialnym piciu… i przypłacił to chorobą. Tau… 

lekarz Tau…

Dan otworzył usta, złapał zębami zwisający ze ściany plik mikrofilmów i podciągnął 

się   do   góry.   Zdołał   wyszarpnąć   jeden   mikrofon,   ale   gdy   chciał   nacisnąć   klawisz 

umożliwiający połączenie z izolatką chorych, osłabł tak bardzo, że klawisze rozmazywały mu 

się przed oczami. Musiał zaryzykować.

Gdy się podniósł, poczuł, że nie powinien wracać na koję. Kiedy stał, resztki siły 

zdawały się tlić  w  nim jeszcze.  Być  może,  gdyby  teraz  spróbował  się wydostać…  Musi 

przecież złożyć raport Jellico. Musi…

Dotknął stopą czegoś miękkiego i usłyszał ostrzegawczy pomruk Sindbada. Wielki 

kot, urażony w swej godności przez nadepnięcie na ogon, pacnął łapą w but Dana.

Przepraszam. — Dan, próbując uniknąć zderzenia z resztą cielska Sindbada, zatoczył 

się w przód i wypadł  za drzwi, w ciemność korytarza. Wyciągnął  ręce przed siebie, aby 

chwycić   się   czegoś,   co   pozwoliłoby   zachować   mu   równowagę.   Kapitan…   musi   złożyć 

raport…

Co…?

Dan wprawdzie nie stanął na głowie wspinającego się po drabince człowieka, ale był 

tego bliski. Tak, jak w starciu z Sindbadem, próbował uniknąć zderzenia i odskoczył upadając 

na   ziemię.   Nadchodzący   człowiek   nie   mógł   go   nawet   podtrzymać.   Przed   oczami   Dana 

zamajaczyły rysy twarzy Alego Kamila. Obraz zniknął, gdy Dan poczuł czyjś uścisk.

background image

— Pójść… złożyć… raport — powiedział Dan. — Zobaczyć… kapitana…

— Na Pięć Nazw Stayfola, co się dzieje! — Kamil oparł go o ścianę. Twarz Kamila 

była przez chwilę wyraźna, po czym znów zasnuła ją mgła.

Zobaczyć Jellico — powtórzył Dan. Wiedział, że to mówi, ale nie słyszał własnego 

głosu. Nie mógł też wyzwolić się z uścisku Kamila.

Na dół… chodź… — usłyszał.

Nie na dół… do góry! Musi iść zobaczyć się z Jellico…

Znaleźli się na drabince. Widocznie Ali zrozumiał. Tyle tylko, że szli w dół… w dół… 

Chcąc   odzyskać   zdolność   jasnego   myślenia,   Dan   potrząsnął   głową,   co   tylko   wzmogło 

mdłości. I to w takim stopniu, że nic miał odwagi w ogóle się poruszać. Zawisł na drabince, 

jedynej stałej rzeczy w krążącej wokół niego przestrzeni.

Jakieś ręce wyciągnęły się do niego. Mówił coś z wysiłkiem, ale jego słowa nie miały 

żadnego sensu.

— Złożyć raport… — Mimo kolosalnego wysiłku, by mówić wyraźnie, z jego gardła 

wydobywał się jedynie charczący szept.

Dwoje   ludzi   znajdowało   się   przy   nim.   Ali   i   ktoś   jeszcze.   Dan   nie   był   w   stanie 

odwrócić głowy, żeby zobaczyć kto. A oni prowadzili go w stronę drzwi kabiny. Ali pchnął je 

plecami i przeszli przez nie, ciągnąc Dana między sobą.

Nagle mgła rozciągająca się przed oczami Dana zniknęła na dłuższą chwilę. Nadal 

bezwładnie zwisał pomiędzy dwojgiem podtrzymujących go ludzi, ale widział wyraźnie. Tak 

jakby doznał szoku na widok człowieka, leżącego na koi.

Mężczyzna spał spokojnie, wciąż zapięty w pasy startowe, jak gdyby nie ocknął się po 

starcie. Jego mundur… głowa… twarz…

Dan   szarpnął   się,   tak   że   zdołał   rozluźnić   uścisk   trzymających   go   ludzi.   Ich 

zaskoczenie musiało być takie samo, jak jego własne. Potykając się, zrobił jeden lub dwa 

kroki w kierunku koi i zaczął intensywnie wpatrywać się w leżącego człowieka. Ten miał 

zamknięte oczy, był najwyraźniej uśpiony lub nieprzytomny. Podtrzymując się jedną ręką w 

celu zachowania równowagi, Dan wyciągnął drugą, chcąc dotykiem upewnić się, czy ktoś 

rzeczywiście tam leży, czy przypadkiem jego oczy nie kłamią. Ponieważ twarz leżąca po 

przeciwnej, lekko uniesionej stronie koi była jego własną, którą widywał w lustrach, patrzył 

w dół na… siebie!

Pod palcami wyczuwał twarde mięśnie i kości. Jakieś ciało rzeczywiście lam leżało, 

ale twarz… czy była to wizja biorąca się z jego choroby? Dan odwrócił głowę. Stał za nim 

Kamil, a wraz z nim Frank Mura, steward kuchenny. Obaj gapili się na faceta leżącego na koi.

background image

— Nie! — Dan z łkaniem zaprzeczył temu, co widział. Ja… ja jestem… to ja! Ja 

jestem Danem Thorsonem! I wyrecytował tę samą formułę, która przyszła mu do głowy w 

barze, zaraz po przebudzeniu:

— Dan Thorson, asystent szefa transportu, wolny frachtowiec Królowej Słońca, rejestr 

Ziemi numer 565—724910—JK.

Znaczek identyfikacyjny! Ma dowód! Teraz wydobył go ze swojej kieszeni w pasie i 

trzymał tak, by i oni mogli go widzieć i dowiedzieć się, że naprawdę jest Danem Thorsonem. 

Ale jeśli on był Danem Thorsonem, to kim był…

— Co się dzieje?

Tau! Lekarz Tau! Dan z ulgą odetchnął i pomimo że nadal trzymał się koi, zwalił się 

na podłogę. Ten będzie wiedział, kim on jest. Dlatego, że on i Craig Tau przeszli razem 

bardzo wiele na Khatcie.

Ja jestem Dan — powiedział. — Mogę to udowodnić. Ty jesteś Craig Tau i obaj 

byliśmy na Khatcie, gdzie użyłeś magii, żeby zmusić Limbuloo do polowania na samego 

siebie. A… a… — drżącą ręką wskazał na Alego — ty jesteś Ali Kamil, którego znaleźliśmy 

uwięzionego   w   labiryncie   na   Limbo.   A   ty   …   ty   jesteś   Frank   Mura.   Grając   na   fujarce 

wprowadziłeś nas do tego labiryntu. Tak więc udowodnił im, kim jest. Nikt oprócz Dana 

Thorsona nie wiedziałby tego wszystkiego. Muszą mu teraz uwierzyć.

Ale zatem kto — a właściwie co leży na jego koi, ubrane w jego mundur? Poznawał 

go dzięki łacie, którą przyszył trzy dni temu. On jest Danem Thorsonem….

Ja jestem Danem Thorsonem… — Teraz już nie tylko trzęsły mu się ręce, lecz drżał 

na całym ciele. Wyglądało na to, że choroba znów go atakuje. Nic nie mógł na to poradzić. 

Być może… być może to wszystko było czymś w rodzaju szaleństwa!

— Ostrożnie! Chwyć go, Kamil! — Tau był już przy nim. Dan znów znalazł się w 

łazience i wymiotował.

— Czy możesz go trzymać? — usłyszał głos Taua tak niewyraźny, jakby dochodził z 

dużej odległości. — Będę musiał dać mu zastrzyk. Został…

—   Otruty,   jak   sądzę.   —   Dan   wiedział,   że   sam   to   mówi.   Nie   potrafiłby   jednak 

powiedzieć, czy mówi na głos. W tej samej chwili znów ogarnęła go ciemność.

Ocknął się po raz trzeci; tym razem jednak budził się powoli. Tym, co przywróciło mu 

świadomość, nie był ucisk na klatkę piersiową ani drapanie kocich pazurków. Było to raczej 

poczucie spokoju, tak jakby zrzucił z siebie jakiś ciężar. Przez dłuższą chwilę czuł się nawet 

dobrze, aż do momentu, w którym zaczął sobie przypominać pewne fakty.

Pamiętał   coś…   coś   dotyczącego   raportu   dla   kapitana.   Dan   myślał   bardzo   wolno. 

background image

Otworzył oczy, odwrócił lekko głowę i obraz zdarzeń wyostrzył się. Znajduje się w izolatce 

dla chorych. Choć nigdy przedtem tu nie leżał, kabina wydawała mu się znajoma. Poruszył się 

nieco i w tym momencie w drzwiach pojawił się lekarz.

— Znów razem z nami,  co? Zobaczymy…  — Sprawnie zabrał  się do pracy,  tzn. 

zbadał Dana. Całkiem nieźle, choć w zasadzie powinieneś być już martwy.

Martwy? Był martwy. Dan zmarszczył brwi. W jego koi spoczywało jakieś ciało.

— Ten człowiek w mojej koi? zadał pytanie.

— Nie żyje. A ty, jak sądzę, jesteś teraz wystarczająco gotów… — Tau podszedł do 

mikrofonu. Izolatka chorych wzywa kapitana.

Kapitan… raport dla kapitana! Dan spróbował wstać, lecz Tau już nacisnął guzik, 

zapewniając mu oparcie powstałe przez podniesienie części łóżka. Powróciło lekkie drżenie, 

które po chwili ustąpiło.

— Ten człowiek… jak…

Z powodu złego stanu serca zabiło go przyspieszenie. Nie był to dobry pomysł, próba 

wydostania się z planety powiedział Tau.

— Jego… jego twarz…

Tau   wziął   z  pobliskiej  półki   plastikową   maskę  i   zbliżył  ją  do  twarzy  Dana.  Całe 

szczęście, że zamiast oczu miała dziury. Dan bowiem odniósł wrażenie, jakby spojrzał w 

lustro.  Po  rozciągnięciu  od  tyłu,   maska  pokryta   blond  włosami,   takimi,  jak  jego  własne, 

uzyskała formę całej głowy.

— Kim on był? — W masce było coś okrutnego. Dan szybko odwrócił od niej wzrok. 

Czuł się tak, jakby patrzył na samego siebie, osłabionego i cierpiącego na stole operacyjnym.

— Mieliśmy nadzieję… mamy nadzieję… że ty wiesz odparł Tau. Teraz kapitan chce 

z tobą rozmawiać.

Tak jakby była to oficjalna wizyta, wszedł kapitan Jellico. Na jego śniadej twarzy, z 

blizną po ranie od kuli, ciągnącą się wzdłuż jednego policzka, jak zwykle nie można było 

dostrzec żadnych uczuć. Popatrzył na trzymaną przez Taua maskę, a następnie na Dana.

— Dobra robota — skomentował. — Nie wykonano jej w pośpiechu.

—   Powiedziałbym   także,   że   nie   zrobiono   jej   na   naszej   planecie,   Xecho.   —   Ku 

zadowoleniu Dana Tau odłożył maskę na bok. To jest robota fachowca.

Kapitan podszedł do Dana i wyciągnął rękę z fotografią jakiegoś mężczyzny . Na jego 

dłoni widniały trzy kolorowe litery „d”. Oznaczały człowieka. Jego skóra nie przypominała 

brązowej opalenizny pozostałych członków załogi, lecz była lekko zbielała, chociaż musiał 

być Ziemianinem lub w każdym razie przybyszem z ziemskiej kolonii. W niewzruszonym 

background image

spojrzeniu jego oczu i spokojnych rysach twarzy kryło się coś niepokojącego. Włosy miał 

rzadkie, piaszczystobrązowe, brwi wąskie i poskubane, a na skórze policzków ciemne plamy. 

Dan zupełnie go nie znał.

— Kto…? — rozpoczął Dan.

— Facet ukryty pod tym. Jellico wskazał na maskę. Nie znasz go?

— Nigdy go nie widziałem… o ile sobie przypominam. W swoim bagażu miał twoje 

rzeczy,   podrobiony   znaczek   identyfikacyjny   i   tę   maskę.   Został   wysłany   na   pokład,   aby 

udawać ciebie. A gdzie byłeś ty?

Dan streścił swoje przygody od chwili obudzenia się w barze, dodając to, co pamiętał 

na temat zagubionej przesyłki… jeśli została zagubiona.

— Może poinformować policję portową? — zasugerował nieśmiało.

—   Ale   nie   o   fakcie   grabieży,   jak   sądzę.   Jellico   patrzył   na   trzymaną   w   dłoniach 

fotografię,   tak   jakby   mocą   swojego   spojrzenia   mógł   z   niej   wydobyć   jakieś   rozwiązanie 

zagadki. — To przedsięwzięcie wymagało wielu przygotowań. Twierdzę, że jego celem było 

umieszczenie człowieka na pokładzie.

— Zaokrętowanie szefa transportu, panie kapitanie — gwałtownie poprawił Dan — 

który miałby dostęp do…

— To teza możliwa do przyjęcia. — Jellico zdecydowanie skinął głową. — Miałby 

dostęp   do   raportów   o   załadunku…   Co   takiego   przewozimy,   co   byłoby   warte   tak 

niebezpiecznego działania?

Dan, któremu po raz pierwszy powierzono pełnij odpowiedzialność za towar, był w 

stanie wyrecytować całą jego listę. Pospiesznie odtworzył ją w pamięci. Ale nie było na niej 

niczego… niczego tak ważnego. Maski nie wykonywano by z błahego powodu. Zwrócił się 

do lekarza:

— Zostałem otruty?

— Tak. Gdyby nie odporność organizmu, którą osiągnąłeś podczas ceremonialnego 

picia na Sargol… — Tau potrząsnął głową. — Cokolwiek było ich zamiarem: zabicie cię czy 

jedynie   wyłączenie   z   gry   na   dłuższy   czas,   w   normalnych   warunkach   powinno   cię   to 

wykończyć.

— Zatem on miał być mną… jak długo? zapytał Dan właściwie samego siebie, ale 

kapitan udzielił odpowiedzi:

Sądzę,   że   nie   dłużej   niż   na   czas   podróży   na   Trewsworld.   Po   pierwsze,   pomimo 

dobrego ekwipunku, nie byłby w stanie grać swojej roli przed towarzyszami z załogi, którzy 

naprawdę cię znają. Dokonanie tego wymagałoby wymiany całej pamięci, a na to nie mieli 

background image

ani czasu, ani możliwości. Opuściłeś statek i —jak widać — powróciłeś nań w przeciągu 

jednego xechojańskiego dnia. Wymiana pamięci zabiera przynajmniej jeden dzień planetarny. 

Nie   mógł   w   tym   czasie   udawać   chorego,   gdyż   wówczas   zajmowałby   się   nim   Tau. 

Pozostawało mu udawać, że pochłania go praca, gdyż jest to pierwsza jego podróż, podczas 

której   zarządza   towarem.   No   i   miałby   możliwość   sprawdzania   taśm   i   tym   podobnych 

materiałów. Podróż na Trewsworld nie należy do długich. Mógłby przy odrobinie szczęścia 

przebyć ją całą, i zapewne zamierzał tego dokonać pod takim pretekstem.

Po drugie, są tylko dwie przyczyny,  które mogły sprowadzić go na pokład… Albo 

zabierał coś, co musiał przetransportować osobiście, albo miał inny bardzo ważny powód, aby 

w   takim   przebraniu   dostać   się   na   Trewsworld.   Został   zdemaskowany   głównie   przez 

przypadek: dzięki temu, że ty przeżyłeś już taki wewnętrzny wstrząs na Sargol i ich trucizna 

nie zadziałała, a poza tym on sam okazał się nie przygotowany do podróży kosmicznej.

— Czy przyniósł coś ze sobą? — zapytał Dan. — Zarejestrowaną przesyłkę… sądzę, 

że poszukiwali  jej  od samego  początku, jednak zaplanowali,  iż zgarną ją w Trewsworld, 

zamiast napadać na mnie na Xecho.

— W tym tkwi problem! — odparł Jellico. Przy tym ten człowiek został sprawdzony 

przez komórkę na rampie, a nikogo z nas przy tym nie było. Nie wiemy wobec tego czy coś 

ze sobą przyniósł czy nie. W kabinie niczego nie było, a do ładowni nie miał dostępu.

—   Ale   do   skarbca   mógł   mieć   —   odparł   Dan.   —   Zostawiłem   go   na   wpół 

zapieczętowany,   gdyż   nie   mogłem   go   zamknąć,   zanim   nie   nadejdzie   przesyłka.   Jellico 

podszedł do mikrofonu. — Shannon! — zawołał, żeby przywołać asystenta astronawigatora. 

— Zejdź do skarbca na drugim pokładzie. Zobacz czy jest w pełni zapieczętowany, czy nie! 

Dan spróbował odgadnąć, gdzie jeszcze, skoro ładownie były w pełni zaplombowane, można 

by ukryć coś na Królowej?

background image

R

OZDZIAŁ

 2

Zagubione i odnalezione wspomnienie

— Dwie ładownie całkowicie zaplombowane, skarbiec opieczętowany w połowie — 

głos Ripa rozległ się z łączącego kabiny głośnika dostatecznie głośno, aby i Dan go usłyszał. 

Kapitan Jellico spojrzał w jego stronę, a ten skinął głową.

— Tak jak je zostawiłem. Muszę sprawdzić skarbiec…

Intruz   nie   był   w   stanie   otworzyć   w   pełni   zaplombowanych   komór,   w   których 

spoczywała większa część ładunku, ale nie ta najcenniejsza. To skarbiec był przeznaczony do 

przechowywania   towarów   rejestrowanych   i   wymagających   specjalnej   ochrony.   Jednak   w 

kabinie Dana oprócz martwego ciała nie znaleziono niczego. Z faktu, iż człowiek zapiął pasy, 

wynika w oczywisty sposób, że zamierzał odbyć podróż, a nie wykorzystać przebranie do 

jednorazowego napadu na Królową. Zatem, jeśli rzeczywiście wniósł coś na pokład, to będzie 

lepiej, jeżeli jak najszybciej dowiedzą się co.

Kiepsko wyglądasz… zaczął Tau, ale Dan już siedział.

— Później wszyscy możemy kiepsko wyglądać, jeśli ja się teraz nie pozbieram! — 

odparł   zawzięcie.  Królowa  przewoziła   już   kiedyś   bez   wiedzy   załogi   zabójczy   towar   i 

wspomnienie   tamtego   zdarzenia   jeszcze   długo   towarzyszyć   będzie   całej   ekipie   wyprawy. 

Drewno zabrane na statek na Sargol było zakażone stworzeniami zdolnymi  zmieniać swe 

zabarwienie, w zależności od tego, czego dotknęły. Zwierzątka te przenosiły środek nasenny, 

który gnębił załogę jak plaga.

Dan był pewien, że dzięki inspekcji w skarbcu przekona się, czy na pokładzie jest czy 

też nie ma  jakiegoś  nie zarejestrowanego towaru. Albowiem szef ładowni, dzięki  długiej 

praktyce w swym zawodzie, pamiętał o każdym ładunku.

Pozwolili   mu   wszystko   sprawdzić.   Bezpieczeństwo  Królowej  było   sprawą 

najważniejszą. Tau więc podał ramię Danowi, aby ten mógł się na nim oprzeć, a kapitan 

osobiście szedł po drabince, wyciągając ramiona tuż przed nim, by wesprzeć osłabionego 

kolegę.

Dan potrzebował pomocy przez cały czas. gdy szli do skarbca. Przez długą chwilę 

trzymał się kurczowo Tau, serce mu waliło i z trudem łapał oddech. Słowa lekarza, że był 

bliski   śmierci,   zdawały   się   znajdować   potwierdzenie.   Dan   potknął   się   i   przystanął,   by 

odpocząć.

Trewsworld   była   graniczącą   z   Xecho,   słabo   skolonizowaną   planetą.   Poczta,   którą 

background image

przewozili do jej jedynego portowego miasta, nie ważyła wiele: mikrofilmy z informacjami z 

zakresu rolnictwa i komunikacji, prywatna korespondencja pomiędzy osadnikami z odległych 

światów oraz pakiet oficjalnych taśm dla patrolu pocztowego. Było bardzo mało materiałów 

wymagających specjalnej ochrony, a ich zasadniczą część stanowiły skrzynie z embrionami, 

tj. zarodkami żywych organizmów.

Ponieważ   import   zwierząt   domowych   odbywał   się   na   większości   światów   bardzo 

rzadko,   każdy   taki   ładunek   wymagał   zachowania   najwyższej   ostrożności.   A   działacze 

zajmujący się ochroną przyrody, określili zasady, co wolno, a czego nie wolno przewozić. 

Zbyt wiele razy w przeszłości bezmyślnie naruszano naturalne środowisko niektórych planet 

poprzez sprowadzanie takich form życia, którym nie zapewniano odpowiednich warunków 

rozwoju. Mogło to prowadzić do powstania łańcucha niekontrolowanych produktów, które 

stawały   się   raczej   zagrożeniem   życia,   a   nie   źródłem   zysku,   jakiego   spodziewali   się 

importerzy.

Po przeprowadzeniu dokładnych badań pozwalano sprowadzać embriony wyłącznie w 

celu   wzbogacenia   życia   na   niektórych   planetach.  Królowa  przewoziła   właśnie   w 

zapieczętowanych kontenerach pięćdziesiąt takich embrionów. Były to pisklęta lafsmerów. 

Zostały wyhodowane laboratoryjnie i były bardzo drogocenne. Na Trewsworld rozwinął się 

odpowiedni dla nich klimat, a ptactwo to stanowiło poszukiwany towar na dużym obszarze 

przestrzeni kosmicznej. Dorosłe okazy oskubywano raz do roku z ich wspaniałego puchu, a 

mięso piskląt było niezmiernie delikatne. Gdyby lafsmery się rozmnożyły, pierwsi osadnicy 

na   planecie   mieliby   towar   eksportowy,   który   znacznie   umocniłby   ich   pozycję   w   handlu 

między galaktykami.

Zdaniem   Dana,   właśnie   te   ptaki   były   „skarbami”   przewożonymi   przez  Królową

Skrzynie zostały zabezpieczone podwójnymi zasuwami i zapakowane w sposób chroniący je 

przed   wstrząsami.   Sam   tego   dopilnował.   Pakunki   były   nietknięte   i   zabezpieczone.   Kilka 

innych toreb i skrzyń było również nie uszkodzonych. W końcu Dan stwierdził, że o tyle, o ile 

on sobie przypomina, nic nie było tu ruszane. Ale mimo tego, gdy Tau pomógł mu wyjść, 

założył u wyjścia podwójną pieczęć, tak jak powinien był to zrobić przed startem Królowej.

Zanim ciało nieznajomego zostało zapieczętowane w worku i zamrożone, Tau poddał 

je szczegółowym badaniom, które potwierdziły fakt, że obcy umarł z powodu złego stanu 

serca, zbyt  przeciążonego  przy starcie. Człowiek ten prawdopodobnie pochodził  z Ziemi. 

Trudno było określić jego wiek, a poza tym równie dobrze mógł pochodzić z innych światów, 

których mieszkańcy są tak blisko spokrewnieni z Ziemianami, że nie można ich rozróżnić. 

Nikt z załogi Królowej nie widział wcześniej tego mężczyzny. Pomimo badań lekarzowi nie 

background image

udało się także otrzymać i określić nazwy trucizny, użytej wobec Dana.

Znaczek identyfikacyjny został sfałszowany w doskonały sposób. Jellico stał właśnie 

oglądając go ze wszystkich stron, tak jakby sam ten przedmiot  mógł dostarczyć  jakiegoś 

klucza do rozwiązania zagadki.

— Taki staranny plan świadczy o tym, że to musiała być bardzo ważna akcja. Mówisz, 

że wezwanie do odbioru przesyłki  poleconej przeszło przez wieżę kontrolną lotniska? — 

zapytał Dana.

— Zgodnie z przepisami. Nie ma żadnego powodu, aby podejrzewać podstęp.

—   Prawdopodobnie   wiadomość   była   rzetelna.   Każdy   mógł   im   ją   przekazać 

skomentował Steen Wilcox, astronawigator. — Nic niezwykłego w tym nie dostrzegasz?

— Nic — westchnął ciężko Dan. Był tylko pełniącym obowiązki w zastępstwie Vana 

Rycka. (Och, jakże chciałby teraz, żeby zazwyczaj wszechwiedzący szef transportu był tutaj, 

a on sam mógł wrócić do mniej odpowiedzialnej roli asystenta.) Ale wiedział przynajmniej, 

co przewożą. Osobiście układał większość towarów w specjalnych pojemnikach. Tym, co 

złożono oddzielnie, były skrzynie z zarodkami i klatka z brachami. Klatka z brachami! To 

była   jedyna   rzecz,   o   której   zapomniał.   Głównie   dlatego,   że   jej   zwierzęta,   jako   żywe   i 

wymagające opieki istoty,  zostały umieszczone w strefie Mury, nie opodal pomieszczenia 

gromadzącego plony z roślin hodowanych w sztucznych warunkach, na pokładzie statku.

— Co z brachami? — zapytał Dan.

— Nic.  Natychmiast  odpowiedział  Tau.  — Zaglądam  do nich codziennie.  Samica 

spodziewa się właśnie młodych,  co prawda nie wcześniej, niż wylądujemy,  ale trzeba jej 

doglądać.

Dan rozmyślał o brachach. Były pospolitymi stworzeniami na Xecho, największymi 

zwierzętami rodzimymi, to znaczy lądowymi.

Ale w porównaniu z innymi nie były tak bardzo duże. Dorosły samiec sięgał Danowi 

mniej   więcej   do   kolan;   samica   była   nieco   większa.   Zabawne,   sympatyczne   stworzenia, 

pokryte   miękkim   włosiem,   które   nie   było   ani   futrem,   ani   puchowymi   piórami,   ale 

przypominało trochę i jedno, i drugie. Miały kremowy kolor, ciemniejszy u samców, z lekkim 

odcieniem różu u samic. Samce posiadały dodatkowe fałdy skóry pod gardłem i kiedy je 

nadymały, robiły się one szkarłatne. Na czubku wydłużonej głowy znajdował się ostry róg, 

który sterczał nad spiczastą, wąską mordką. Róg służył  do rozprawiania się z ulubionym 

pokarmem skorupiakami, które trzeba przed zjedzeniem otworzyć. Na uszach brachy miały 

pierzaste frędzelki. Zwierzęta te można było łatwo oswoić, ale obecnie, od czasu gdy pierwsi 

osadnicy na planecie prowadzili nielegalny handel ich skórami, znajdowały się na Xecho pod 

background image

ścisłą   ochroną   prawną.   Czasem,   wyłącznie   w   ramach   umów   naukowych,   eksportowano 

wybrane pary dla specjalistów — biologów. W tym też celu wieziono brachy do laboratorium 

na   Trewsworld.   Stworzenia   te   z   jakichś   powodów   zdawały   się   stanowić   zagadkę   dla 

większości zoologów i na wielu różnych planetach naukowcy poświęcali czas na szczegółowe 

badania nad nimi.

— No tak — powiedział Dan po krótkiej chwili. Przeglądał właśnie taśmę, na której 

utrwalano   wszystkie   towary…   nigdzie   niczego   nie   dostrzegł.   Wciąż   był   jedynie   martwy 

człowiek,   który   najwyraźniej   stanowił   zaledwie   część   bardzo   dokładnie   przygotowanego 

planu.

— Więc… — Wilcox wyglądał tak, jakby miał przystąpić do rozwiązywania jednego 

ze swoich ukochanych zadań matematycznych. I to takiego, które po raz pierwszy spotkał i 

właśnie podziwiał jego zawiłość. —Jeśli nie zrobiono tego dla przechwycenia ładunku, to 

musi chodzić o człowieka. Przebranie przygotowano albo po to, żeby przeprowadzić go przez 

oba   porty,   albo   tylko   przez   jeden.   Ryzykował,   że   go   odkryjemy   i   aresztujemy.   No   i 

morderstwo, ponieważ z pewnością zamierzali cię sprzątnąć. — Skinął na Dana. — A to jest 

bardzo wysoka cena. Jakie są wiadomości na temat tego, co się dzieje na Trewsworld?

Wszyscy   wiedzieli,   że   polityka   planetarna   bywa   niebezpiecznym   zajęciem.   Wolni 

kupcy z ostrożności nie opowiadali się po żadnej ze stron. Astronautom wbijano do głowy 

twierdzenie,   że   sam   statek   jest   ich   planetą   i   jemu   winni   są   wierność   przede   wszystkim. 

Zabroniono uczestnictwa w lokalnym życiu rodzinnych galaktyk. Trudno było się tej regule 

poddać, kiedy wszyscy wokół dyskutowali o pewnych zdarzeniach. Wiedzieli jednak, że nie 

wolno im łamać tej zasady. Dan, jak dotąd, nie musiał jeszcze nigdy wybierać pomiędzy 

bezpieczeństwem statku a chęcią poparcia czyjegoś stanowiska lub przeciwstawienia się mu. 

Zawsze   towarzyszyło   mu   szczęście   i   pozostawało   mieć   nadzieję,   że   i   tym   razem   go  nie 

opuści. Nie rozumiał, dlaczego niektórzy mieli takie problemy.

—   Z   tego,   co   wiem,   nic   niezwykłego.   —   Jellico   nadal   uderzał   znaczkiem 

identyfikacyjnym o swoją dłoń. — Gdyby coś się działo, zostalibyśmy ostrzeżeni głównym 

rozkazem.   Tę   trasę   wyznaczono   w   wyniku   porozumienia   obu   stron.   Wraz   z   umową 

otrzymaliśmy wszystkie pozostałe dokumenty i materiały.

— Zawsze pozostaje powiedział Ali — groźba Inter—Solaru.

Inter—Solar… Dwa razy w przeszłości Królowa Słońca miała kłopoty z tą spółką. I 

oba   razy   wygrała   starcie.   Spółki,   ze   swymi   rozległymi   szlakami   handlowymi,   setkami 

statków, tysiącami,  a nawet milionami  pracowników zatrudnionych  wzdłuż galaktycznych 

dróg komunikacyjnych, rywalizowały ze sobą o kontrolę nad handlem z każdą nową planetą. 

background image

Wolne frachtowce takie jak  Królowa  Slońca, niczym żebracy na uczcie, zbierały okruszki 

zysku, które zostały wzgardzone przez bogaczy.

Królowa Słońca  miała umowę na zabranie z Sargol kamieni Koros… Dążąc do jej 

dotrzymania kapitan stoczył nawet pojedynek z człowiekiem Inter—Solaru. To właśnie Inter

—Solar przyczynił się do ogłoszenia  Królowej  zarażonym statkiem, gdy tajemnicza plaga, 

którą nieświadomie wraz z ładunkiem zabrali na pokład, powaliła większość załogi. Statek i 

życie ludzi uratowały tylko wytrwałość i determinacja młodszych członków załogi, których 

ominęła choroba. Nadali oni z portu apel, odwołujący się, w istocie wbrew prawu, ale za to 

skutecznie, do ogółu Ziemian.

Za drugim razem kapitan Jellico, lekarz Tau i Dan zniszczyli reprezentantom Inter—

Solaru ich nielegalny handel na Khatcie, gdzie zostali na prośbę Głównego Strażnika.

Tak   więc   ludzie   Inter—Solaru   nie   darzyli  Królowej  sympatią,   a   jej   załoga   — 

znalazłszy   się   w   jakichkolwiek   tarapatach   —   zawsze   skłonna   była   w   pierwszym   rzędzie 

właśnie ich podejrzewać o spowodowanie kłopotów. Dan wziął głęboki oddech. To mógł być 

Inter—Solar! Oni mieli odpowiednie środki i warunki do przeprowadzenia takiego planu. 

Podczas pobytu  Królowej  na Xecho nie było na planecie żadnego statku Inter—Solaru — 

było   to   terytorium   Porozumienia   Międzyplanetarnego,   ale   to   nie   miało   znaczenia.   Mogli 

przysłać tam swojego człowieka z innego systemu, np. na neutralnym wahadłowcu. Ale jeśli 

była to zaplanowana akcja Inter—Solaru…

To   mogliby   być   oni   —   rzekł   Jellico.   —   Jednak   wątpię   w   to.   Faktem   jest,   że 

rzeczywiście nie darzą nas ciepłymi uczuciami, ale jesteśmy dla nich bardzo mało znaczącym 

problemem. Gdyby dostrzegli szansę zaspawania nam rur bez kłopotów, prawdopodobnie by 

to   zrobili.   Ale   żeby   przeprowadzić   jakiś   dokładnie   opracowany   plan…   co   to,   to   nie. 

Przewozimy pocztę i jakiekolwiek kłopoty doprowadziłyby do śledztwa ze strony Patrolu, a 

to mogłoby źle się dla nich skończyć. Nie wykluczam Inter—Solaru, ale nie uważam ich za 

głównego podejrzanego. Porozumienie  nic donosi nic na temat  kłopotów politycznych  na 

Trewsworld, a zatem…

—   Jest   sposób,   żeby   dowiedzieć   się   czegoś   więcej.   —   Tau   końcem   palca   bębnił 

bezmyślnie o krawędź wiszącej półki, a Dan obserwował tę czynność. Craig Tau interesował 

się magią czy raczej tymi nie wyjaśnionymi mocami i talentami, których prymitywni ludzie 

na pół tysiącu światów używali, by osiągnąć swoje cele. Wiedzę o tych sprawach wykorzystał 

na Khatcie do tego, żeby wydostać ich z pułapki. Podczas tamtej akcji to właśnie bęben w 

dużym stopniu posłużył do przywołania siły,

której   użył   do   złamania   woli   strasznego,   odprawiającego   czary   mędrca.   Wówczas 

background image

tylko Dan, zgodnie z rozkazami Tau, uderzył w bęben.

Teraz Danowi się wydawało, jakby jakaś myśl przepłynęła z umysłu lekarza do jego 

własnego.   Choć   nie   przypisywał   sobie   nadzwyczajnych   zdolności,   Tau   dopuszczał 

możliwość, że to właśnie dzięki nim tak dobrze pokonał wroga na Khatcie.

— Nie możesz przypomnieć sobie, co wydarzyło się pomiędzy twoim opuszczeniem 

statku a przebudzeniem w barze? — zapytał lekarz. Dan przestał się interesować bębniącym 

palcem i odparł:

— Chcesz dokonać badania poza pamięcią? Czy to się uda? — dopytywał się Jellico.

—   Nie   można   powiedzieć,   zanim   się   nie   spróbuje.   Dan   jest   odporny   na   pewne 

zaklęcia. Chociaż nie możemy powiedzieć, jak bardzo. Jednak martwy człowiek nosił jego 

mundur, co oznacza, że prawdopodobnie się spotkali. Jeśli Dan chciałby spróbować, zbadanie 

jego umysłu może dostarczyć nam jakichś wyjaśnień.

Dan miał ochotę krzyknąć „nie”. Tego typu  badania stosowano na polecenie  sądu 

wobec kryminalistów. Dzięki nim — jeśli pacjent był dość uległy — można było wydobyć z 

niego informację na temat każdego wydarzenia z jego życia, łącznie z najwcześniejszymi 

wspomnieniami   z   dzieciństwa.   Ale   ich   nie   interesowała   tak   odległa   przeszłość   a   jedynie 

ostatnie wypadki. Dan widział pewien sens w propozycji Tau.

— Przeprowadzimy badania  dotyczące  jedynie  tego okresu, kiedy nie było  cię  na 

statku. — Tau chyba rozumiał przyczynę jego zastrzeżeń. Ale i to może się nie udać, nie 

jesteś   dobrym   obiektem.   Ponadto   nie   wiemy,   jakie   zmiany   w   procesach   chemicznych 

zachodzących w twoim ciele mogła wywołać trucizna. W pewnym sensie takie badanie może 

ci pomóc, ponieważ będziemy mogli określić zmiany,  jakie mogła spowodować w twoim 

organizmie podana ci dawka.

Dan poczuł znów ten sam chłód, który poraził go, gdy walczył o odzyskanie siły w 

barze. Czy Tau sądzi, że doznał on urazu psychicznego? Ale przecież pamiętał wszystkie 

załadowane   na   pokład   towary,   a   taśmy   potwierdziły   sprawność   jego   pamięci.   Był   tylko 

pewien krótki okres, który wymknął się z pamięci Dana i który Tau chciał zbadać. Nie mógł 

się   zdecydować…   niechęć   do   wyników,   jakie   może   przynieść   eksperyment   lekarza   oraz 

przekonanie,   że   nie   chce   wiedzieć,   czy   narkotyk   spowodował   w   jego   organizmie   jakieś 

uszkodzenia, sprawiły, iż nie mógł podjąć decyzji. Wiedział jednak, że jeśli się nie zgodzi, 

niewiedza może okazać się w najbliższej przyszłości znaczenie gorsza niż dzisiejsze wahanie.

— Dobrze — powiedział, chociaż następnie przez sekundę lub dwie żałował, że nie 

odmówił.

Ponieważ   statek   pozostawał   w   nadprzestrzeni,   wystarczył   tylko   jeden   strażnik 

background image

dyżurujący na mostku. Obowiązek ten powierzono Ripowi. Stąd też zarówno kapitan, jak i 

Wilcox towarzyszyli Tau w przygotowaniach do przeprowadzenia badań.

Jellico   przyniósł   magnetofon   i   taśmy,   by   nagrać   opowieści   Dana.   Tau   zrobił 

pacjentowi zastrzyk, aby wprawić go w stan uśpienia. Dan usłyszał cichy szmer, a potem…

Szedł w dół rampy trochę zaniepokojony i jednocześnie oburzony tym, że w ostatniej 

chwili wzywano go do odebrania poleconej przesyłki. Na szczęście ślizgacz lotniskowy stał 

zaparkowany w pobliżu. Wgramolił się do niego, podłączył swój znaczek identyfikacyjny i 

skierował pojazd ku bramie.

— Deneb — powtórzył głośno nazwę miejsca, do którego miał się udać. Przypominał 

sobie niejasno, że jest to stołówka niezbyt odległa od lotniska. Dobrze chociaż, że nie musi 

lecieć daleko. Taśmę pocztową miał przy sobie i by otrzymać przesyłkę, potrzebował tylko 

nagrania głosu i odcisku kciuka jej nadawcy.

Ślizgacz dotarł do bramy i Dan w poszukiwaniu restauracji rozejrzał się po biegnącej 

w dół od lotniska drodze. Xecho, leżąca na skrzyżowaniu szlaków, była portem zleceń dla 

statków   przenoszących   się   z   jednego   sektora   do   drugiego.   Dlatego   miała   wprawdzie 

otaczającą lotnisko dzielnicę kawiarń, stołówek i hotelików dla załóg kosmicznych, ale była 

ona ciasna i ponura w porównaniu z podobnymi dzielnicami, otaczającymi porty na innych 

światach.   Tutaj   była  to   po  prostu   jedna   ulica,   zapchana   parterowymi  budynkami  —  i  to 

wszystko.

Upał   panujący   późnym   popołudniem   był   jak   zwykle   intensywny.   Danowi   było 

szczególnie gorąco, ponieważ miał na sobie kompletny mundur. Musi załatwić tę sprawę jak 

najszybciej. Wypatrywał budynku, w którym miał się zgłosić. Te same jasne światła, które 

ułatwiały poruszanie się nocą, teraz myliły drogę. Stracił więc trochę czasu, zanim dotarł na 

miejsce znajdujące się między sklepem ze starymi przedmiotami a barem, który pamiętał, 

gdyż jadł w nim poprzedniego dnia.

Na ulicy nie było wielu ludzi — upał zatrzymał większość mieszkańców planety w 

domach. Dan szedł tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to lejący się z nieba żar.W pewnej 

chwili minął dwóch astronautów. Lecz nie przyjrzał się bliżej żadnemu z nich.

Wejście do wnętrza Deneb było  niemal dosłownie przejściem z gorącego pieca w 

chłodny półmrok. Uwolnił się od koszmarnego xechojańskiego dnia. Nie była to restauracja, a 

raczej   nocny   bar.   Dan   poczuł   niepokój,   nie   było   w   zwyczaju,   aby   ktoś   z   przesyłką 

wymagającą   specjalnej   ochrony   oczekiwał   w   takim   miejscu.   Ale   w   końcu   była   to   jego 

pierwsza podróż pocztowa i Dan nie miał podstaw, by oceniać, co jest normalne, a co nie. 

jeśli otrzyma nagranie głosu i odcisk kciuka, wówczas Królowa będzie odpowiedzialna tylko i 

background image

wyłącznie za bezpieczne przetransportowanie przesyłki, nie zaś za jej zawartość. Gdyby miał 

jakieś   szczególne   wątpliwości,   wystarczy,   że   wstąpi   w   drodze   powrotnej   do   biura 

bezpieczeństwa   na   lotnisku   i   złoży   dodatkowe   nagranie,   chroniące  Królową  przed 

podejrzeniami o udział w jakiejś ciemnej aferze.

Wzdłuż przeciwległej ściany stał szereg kabin wyposażonych w tace do podawania 

napojów   oraz   posiadających   miejsce   dla   palaczy.   Znając   dzielnice   otaczające   porty,   Dan 

domyślał się, że można tu zamówić także narkotyki, jeśli zna się właściwe hasło. Było tu 

bardzo spokojnie. W najdalszej kabinie siedział jakiś pijany astronauta. Stała przed nim pusta 

szklanka, a jego palce wciąż zaciskały się na niej kurczowo.

Nie dostrzegł nikogo więcej, a mała kabina obok drzwi była pusta. Przez chwilę lub 

dwie Dan oczekiwał niecierpliwie. Z pewnością to nie ten pijany z rogu posłał po niego. W 

końcu zastukał w kratkę przesłaniającą otwór w kabinie — kasie. Wewnątrz rozległ się hałas 

głośniejszy, niż się tego spodziewał.

— Ciszej, ciszej…

Słowa  zostały wypowiedziane   w  międzyplanetarnym  języku,   ale  w  taki  „syczący” 

sposób, że zlewały się w coś, co było po prostu serią dźwięków „s”. Zasłona w tyle kabiny 

odsunęła się na bok i weszła kobieta — to znaczy osoba płci żeńskiej na tyle człekokształtna, 

aby można ją zaliczyć  do ludzkiego gatunku, pomimo  bladej, pokrytej  drobnymi  łuskami 

skóry i włosia zwieszającego się wokół ramion. Ale rysy twarzy miała dość zbliżone do jego 

własnych,   całkiem   ludzkie.   Nosiła   wąskie   spodnie   z   metalicznej   tkaniny   i   kurtkę   bez 

rękawów z puszystego futra. Srebrno—miedziana maska, ze zwieszającymi się częściowo na 

nos   zwojami   metalu,   zakrywała  jej   oczy  i czoło.   Zachowywała  pozę  ziemskiej  pewności 

siebie, którą Dan widywał ostatnio na tej planecie.

Sukienka w wytwornym, ziemskim stylu, choć służyła za przebranie, tak nie pasowała 

do tej obskurnej dziury, jak nie na miejscu byłoby picie tu szampana.

— Pan sobie życzy…? — znów ta sycząca wymowa.

— Szanowna Damo, ktoś zwrócił się do statku pocztowego Królowa Słońca z prośbą 

o zabranie przesyłki poleconej.

Wasz znaczek identyfikacyjny, Szanowny Człowieku?

Dan wyjął go, a ona pochyliła lekko głowę, tak jakby maska przesłaniała jej wzrok (a 

jej rozmówcom wyraz jej twarzy).

Ach! Tak, jest taka paczka. — Kto jest nadawcą?

Tedy   proszę.   Nie   odpowiedziała   na   jego   pytanie   i   otwierając   wejście   do   kabiny, 

gestem zaprosiła Dana do środka. Aby mógł przejść, odsunęła zasłonę.

background image

Korytarz był właściwie wąskim tunelem, tak wąskim, że Dan ramionami ocierał o 

ściany. Automatycznie zwolniła się belka wejściowa, i drugie drzwi, wbudowane w ścianę, 

rozsunęły się, kiedy do nich podszedł.

Pokój,   w   którym   się   znalazł,   kontrastował   z   obskurną,   ogólnie   dostępną,   częścią 

Deneb.   Ozdobiony   był   tapetą   przedstawiającą   egzotyczne   krajobrazy.   A   jednak,   pomimo 

piękna ścian, Dan poczuł nagle taki smród, że niemal go zatkało. Nie mógł jednak dostrzec 

źródła   tego   okropnego   zapachu.   Zobaczył   natomiast   mężczyznę,   rozwalonego   w   wielkim 

łożu. Gdy wszedł Dan, tamten nie podniósł się, i nie powitał go, jedynie uważnie mu się 

przyjrzał. Kobieta szybko przeszła obok Dana w drugi koniec pokoju i podniosła metalową 

skrzynkę w kształcie zbliżonym do sześcianu, którego każdy bok miał dwie dłonie długości.

— To zabieracie — powiedziała.

Kto   podpisuje?   —   Dan   przeniósł   wzrok   z   kobiety   na   mężczyznę,   który   nadal 

wpatrywał się w niego z takim uporem, że obserwowany poczuł się nieswojo.

Jeśli to potrzebne, ja to zrobię — rzekł mężczyzna.

— To konieczne. — Dan wydobył  przyrząd nagrywający i skierował obiektyw  na 

skrzynkę.

— Co robisz?! — Kobieta krzyknęła tak gwałtownie, jakby zamierzał wytrącić jej 

paczkę z rąk.

— Pobieram oficjalne nagranie — powiedział.

Przyciskała   do   siebie   przesyłkę   tak   mocno,   że   wyglądało   to   na   próbę   zakrycia 

własnym ciałem jak największej powierzchni skrzynki.

— Wysyłacie to statkiem — wyjaśnił Dan — więc musicie postępować zgodnie z 

przepisami.

Znów wyglądało na to, jakby oczekiwała na jakiś znak ze strony mężczyzny, lecz on 

ani się nie poruszył, ani też nie przestał wpatrywać się w Dana. Ostatecznie, z widoczną 

niechęcią,   kobieta   postawiła   skrzynkę   na   krawędzi   małego   stołu   i   cofnęła   się   o   krok. 

Pozostała jednak w pobliżu, z rozpostartymi rękoma, gotowa porwać przesyłkę w bezpieczne 

miejsce w przypadku jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.

Dan   nacisnął   klawisz,   zrobił   zdjęcie   ładunku,   a   potem   wyciągnął   mikrofon,   by 

zarejestrować głos na taśmie dźwiękowej.

Szanowna Damo, proszę potwierdzić, że wysyłacie pakunek statkiem jako przesyłkę 

poleconą.   Podajcie   swoje   nazwisko,   dzisiejszą   datę,   a   potem   przyłóżcie   kciuk   do   rolki 

taśmy… dokładnie tutaj.

Dobrze.  Jeśli takie są przepisy, zatem muszę to zrobić. — Ale podniosła skrzynkę i 

background image

pochylając się w przód, żeby wziąć mikrofon, trzymała ją przed sobą.

Tyle tylko, że nie dokończyła tego gestu. Zamiast tego ręką wyciągniętą po mikrofon 

walnęła   Dana   w   brzuch,   a   paznokciem   niezwykłej   długości   skaleczyła   jego   ciało.   Przez 

moment był zbyt oszołomiony, aby wykonać jakikolwiek ruch. Nagle zdrętwiała mu ręka i 

bezwładnie opadła, a taśma spadła na podłogę. Miał jedynie tyle siły, żeby odwrócić się do 

drzwi, ale nie zdołał zrobić choćby jednego kroku w ich kierunku. Jego ostatnim wyraźnym 

wspomnieniem był  fakt, że upadł na kolana. Równocześnie odwrócił nieco głowę, tak że 

napotkał świdrujące spojrzenie faceta leżącego na łożu. Tamten ani drgnął.

Nie zdarzyło się nic więcej aż do chwili, gdy przedzierał się przez okolicę pełną mgły, 

unoszącej się nad błotami. I po raz drugi przebudził się w pokoju sąsiadującym z barem, aby 

odbyć powrotną drogę na Królową.

Ocknął się wśród towarzyszy stłoczonych w izolatce chorych. Pochylał się nad nim 

Tau,   który   orzeźwiającym   zastrzykiem   przywrócił   mu   pełną   świadomość   tego,   gdzie   się 

znajduje. Tym razem jednak, dzięki eksperymentowi lekarza, przypomniał sobie wszystko, co 

się z nim działo od chwili opuszczenia Królowej.

background image

R

OZDZIAŁ

 3

Kłopoty z ładunkiem

— Urządzenie nagrywające. — Dan wypowiedział swoją pierwszą myśl.

— Jedyna z rzeczy należących do ciebie, której nieznajomy nie przyniósł ze sobą — 

odpowiedział Jellico.

— A skrzynka?

— Tu jej nie ma. Mogła być tylko przynętą.

Dan   jakoś   w   to   nie   wierzył.   Zachowanie   kobiety,   na   tyle,   na   ile   je   pamiętał, 

świadczyło o czymś wręcz przeciwnym. A może zamierzali całkowicie skupić jego uwagę na 

ładunku, po to, żeby nie był przygotowany na jej atak?

Wiedział, że zgromadzeni w małej izbie chorych słyszeli każdy szczegół opowieści o 

jego przeżyciach. Podczas badania, kiedy odzyskiwał pamięć, ujawnił zdarzenia z niedalekiej 

przeszłości, a jego relację nagrano na taśmie. Tak więc pewne fakty, choć było ich niewiele, 

stały się jasne.

— W jaki sposób dostałem się z Deneb do baru? — zastanawiał się. Było jeszcze coś, 

co z trudem sobie przypominał. Niejasne, dokuczliwe wspomnienie twarzy, którą zobaczył 

przelotnie i nie zdołał jej dokładnie zapamiętać. Czy, kiedy po przebudzeniu wychodził z 

baru, widział w zewnętrznym pokoju tego mężczyznę, który siedział tak milcząco, podczas 

gdy zaatakowała go kobieta? Nie był tego pewien.

— Mogli zanieść cię tam jako pijanego zauważył Ali. — W dzielnicy otaczającej port 

jest to całkiem normalna sprawa. Zresztą o ile dobrze zrozumiałem, kiedy wychodziłeś, też 

mogłeś sprawiać takie wrażenie.

— Musiałem dostać się z powrotem na statek odparował Dan. Myślał o skrzynce, 

której tak pilnowała tamta kobieta. Nie była duża, akurat taka, żeby bez trudu znaleźć dla niej 

kryjówkę. Lecz przeszukali przecież skarbiec, jego kabinę…

— Skrzynka…

Mniej   więcej   taka   duża,   nieprawdaż?   —   Kapitan   Jellico   wstał   i   rękoma   nakreślił 

wymiary w powietrzu. Dan potwierdził.

— W porządku. Wytropimy ją.

Choć Dan bardzo pragnął przyłączyć się do poszukiwań, był tak bardzo osłabiony, że 

musiał pozostać w łóżku. Drugi zastrzyk,’ który zrobił mu Tau, przestał działać. Poczuł się 

nagle tak senny, że nie potrafił dłużej walczyć z własnym organizmem. Wierzył jednak, że 

background image

poszukiwania,   które   zorganizuje   kapitan,   sięgną   do   najbardziej   tajnych   zakamarków 

Królowej.

Kiedy jednak Dan obudził się, dużo silniejszy niż przed zaśnięciem, dowiedział się, iż 

nie znaleziono niczego. Wciąż mieli ciało zamrożonego martwego człowieka i nagranie z 

przebiegu eksperymentu Tau. Nic więcej. Kapitan Jellico bez przerwy przesłuchiwał taśmę z 

relacją Dana, żywiąc nadzieję, iż znajdzie jakiś drobny, nowy szczegół, którego nie dostrzegł 

poprzednio. Danowi w końcu obrzydło słuchanie własnego głosu. Mógł dodać jedno jeszcze 

przypuszczenie:  że mężczyzna  obserwujący jego wyjście  z baru to ten sam,  który był  w 

Deneb.

Jeśli to prawda, musiał być zaszokowany — zadumał się kapitan. Ale już było zbyt 

późno na zmianę ich planów. No cóż, nie możemy nic więcej zrobić, zanim nie połączymy się 

z miejscowym Patrolem pocztowym na Trewsworld. Przysiągłbym, że u nas nie ukryto żadnej 

skrzynki.

— Mówisz, że nie znasz tamtej  kobiety.  Wciąż  zastanawiam  się… zaczął  technik 

łączności, Tang Ya, popijając kawę. Siedzieli w stołówce, do której Dan wybrał się na swoją 

pierwszą   wycieczkę   z   izolatki   chorych.   Z   wewnętrznej   kieszeni   munduru   Ya   wyjął 

szkicownik. Obrazek widniejący na jednej z kartek przedstawiał postać, narysowaną krótkimi, 

zdecydowanymi liniami. Położył rysunek przed Danem:

Czy wyglądała podobnie?

Dan   był   zaskoczony.   Tang   Ya,   tak   jak   każdy   członek   załogi,   miał   swoje   hobby, 

któremu   poświęcał   czas   podczas   wolnych   godzin   w   trakcie   wypraw.   Ale,   o   ile   Dan   się 

orientował, łącznościowiec konstruował miniaturowe elektroniczne mechanizmy i zabawki. 

Nie wiedział jednak, że był on także artystą, wykonującym tego typu obrazki, jak ten, który 

Dan właśnie oglądał.

Analizował wizerunek dokładnie, krytycznie, nie z punktu widzenia artyzmu dzieła, 

ale pod kątem podobieństwa do postaci z jego wspomnień.

—   Twarz…   była   węższa   w   okolicach   podbródka.   Oczy…   wydawały   się   bardziej 

skośne, o ile to maska nie sprawiła takiego efektu.

Ya wziął szkicownik, chwilę poprawiał rysunek i linie, o których wspomniał Dan, 

zmieniły się, przybierając taki kształt, jak zasugerował.

Tak! zawołał zdumiony przemianą.

Technik łączności ponownie położył szkicownik na stole i przesunął go w kierunku 

kapitana Jellico. Ten studiował obrazek przez dłuższą chwilę, po czym przekazał go Tau. Od 

lekarza  obrazek  powędrował  do Steena  Wilcóxa.  Astronawigator  podniósł go i przysunął 

background image

bliżej światła.

— Sitllith…

Słowo to nie miało dla Dana żadnego znaczenia, ale i najwyraźniej oznaczało coś dla 

kapitana,   ponieważ   wyszarpnął   kartkę   swojemu   zastępcy   i   zaczął   się   w   nią   ponownie 

intensywnie wpatrywać.

— Jesteś pewien?

— Sitllith! — Wilcox był pewien. — Ale to nie może być!

— Nie — zgodził się gniewnie Jellico.

— Tylko co to jest Sitllith… lub kto? — zapytał Tau.

— Co i kto zarazem — odparł Wilcox. — Człekokształtny obcy, ale w istocie, w 

dziewięćdziesięciu procentach obcy…

Dan poderwał się i pochylił w przód, aby przyjrzeć się obrazkowi leżącemu przed 

kapitanem.   W   dziewięćdziesięciu   procentach   obcy!   Od   szefów   transportu   wymagano 

znajomości środowiska innych światów, ponieważ często z przyczyn handlowych to na nich 

spoczywało zadanie nawiązania pierwszego kontaktu z obcymi rasami. Bezustannie zgłębiali 

zwyczaje, potrzeby i cechy osobowości obcych ludów. Dan jednak nigdy nie spotkał się z 

przypadkiem, by tak człekokształtna forma mieściła tak obcą osobowość, jak to utrzymywał 

Wilcox. Było to podobne do twierdzenia, że psychika węża żyjącego na Ziemi jest podobna 

do jego własnej.

Ale ona… mówiła normalnie. Była… była bardzo ludzka — zaprotestował.

— Ona cię otruła odparł oschle astronawigator.

I  to   nie  jakąś   substancją,  w  której  zanurzyła  paznokieć.   Ta  trucizna   pochodziła  z 

gruczołu w jej palcu! W jaki sposób jej wygląd tak zbliżył się do ludzkiego, tego nie wiem. 

Pewną rolę mógł tu odegrać przymus. Sitllith na Xecho! Zazwyczaj uważa się, że są one 

przywiązane do swojej planety. Tak bardzo obawiają się otwartej przestrzeni, że jakakolwiek 

nawet przypadkowa — próba rozłączenia z ich światem, doprowadza je do samouśmiercenia, 

gdyż  tak bardzo boją się znaleźć gdzieś indziej. Ich świat leży w podczerwieni i dlatego 

dotarło   tam   niewiele   wypraw.   Widziałem   tylko   jednego   Sitllitha,   zamrożonego   na 

Barbarossie.   I   nie   był   to   dorosły   osobnik.   Miał   pusty   worek   na   truciznę.   Śledził   Zwiad 

Badawczy i schował się w jego statku, a ten wystartował. Kiedy się zorientował, był już w 

przestrzeni — Wilcox wzruszył ramionami — i tak to się skończyło. Zabrali go zamrożonego 

ze sobą. Ale ty spotkałeś osobę dorosłą, działającą poza jej światem. A przysiągłbym, że to 

niemożliwe.

— Nic nie jest niemożliwe  — powiedział  Tau. Miał  rację, wiedział  o tym  każdy 

background image

astronauta.   To,   co   byłoby   wysoce   niemożliwe,   nieprawdopodobne,   nie   do   uwierzenia   na 

jednym świecie, mogło okazać się powszechne na innej planecie. Coś, co na Ziemi odbierano 

jako dziką zmorę, było gdzie indziej uczciwym i wartościowym mieszkańcem. Zwyczaje tak 

dziwaczne, że aż nie do uwierzenia, stawały się w odległych galaktykach zgodnymi z prawem 

obrzędami. Tak więc, dawno temu, astronauci, a zwłaszcza wolni kupcy, którzy przeszukiwali 

mniej  znane oraz nowo odkryte  planety,  zaczęli  wierzyć,  że wszystko  jest możliwe.  I to 

niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne zdawałoby się ludziom, którzy całe życie 

spędzili w jednym miejscu.

—   Można   utrwalić   ten   rysunek?   —   zapytał   Jellico   astronawigatora,   ponownie 

podniósłszy szkic.

— Naciśnij w środku, a wówczas obraz zostanie utrwalony na tak długo, aż zechcesz 

go wymazać.

— Mamy więc martwego człowieka, maskę — Wilcox odstawił pusty kubek — i 

obcego, żyjącego na planecie w ogromnej odległości od jego czy też jej rodzimego świata. 

Mamy   poza   tym   skrzynkę   i   powracającego   szefa   transportu…   i,   jak   dotąd,   żadnego 

rozwiązania. Jeśli nie natrafimy na jakiś trop przed wylądowaniem na planecie…

Mamy coś jeszcze… — W drzwiach stal Frank Mura. Choć mówił swoim zwykłym, 

spokojnym tonem, było w jego głosie coś, co zwróciło ich uwagę. — Mamy dwa zaginione 

brachy.

Co do…! — Jellico poderwał się na nogi. Ponieważ interesował się biologią, spędził 

sporo   czasu   na   obserwacjach   zwierząt   z   Xecho.   Niekiedy,   aby   na   jakiś   czas   uwolnić   te 

stworzenia z klatki, zabierał je do swojej kabiny. Wtedy jednak Queex, obrzydliwy hoobat, 

posiadający swą siedzibę w ich sąsiedztwie, gwałtownie protestował. Zwykle kapitan uciszał 

papugo—krabo—ropuchę, gwałtownie rzucając jego klatką o podłogę. Jednak podczas wizyt 

brachów Queex buntował się tak zawzięcie, że ta metoda nie skutkowała i Jellico musiał 

przenosić go w inne miejsce.

Ale zamek klatki — próbował nadal protestować.

Mura wyciągnął rękę. W palcach trzymał cienki drut skręcony na jednym końcu.

— Tym się posłużono stwierdził.

Na Siedem Nazw Trutex! — Ali wziął drut i obracał nim pomiędzy kciukiem a palcem 

wskazującym. — Wytrych!

— Wyciągnąłem go kontynuował Mura — z wewnętrznej siatki w klatce.

Oczywiście zwrócił uwagę wszystkich. Skręcony wewnątrz klatki? Ale to musiałoby 

oznaczać…   Wcześniejsza   gotowość   Dana   do   spokojnej   akceptacji   zjawiska   wręcz 

background image

nieprawdopodobnego, gdy chodziło o Sitllithy, załamała się w zetknięciu z tą niesamowitą 

informacją. Jeśli wewnątrz klatki, to oznacza, że brachy same wykonały wytrych. Lecz są to 

zwierzęta niezbyt bystre. O ile dobrze pamiętał, były mniej inteligentne niż Sindbad, siedzący 

właśnie w odległym kącie stołówki i pracowicie czyszczący sobie pyszczek.

— Muszę to zobaczyć! — Jellico wziął drut i przyglądał mu się z taką samą uwagą, 

jaką wcześniej poświęcił obrazkowi. — Odłamany… i… tak, to jest wytrych.

— Brachów — powtórzył Mura — nie ma.

Nie mogą być  w ładowniach, pomyślał  Dan, gdyż  te są zaplombowane. Pozostaje 

zatem   pokój   techniczny,   izolatka   chorych,   ich   osobiste   kabiny,   sektor   kontrolny   i   kilka 

pozostałych,   mniej   istotnych   pomieszczeń.   Żadne   z   nich   nie   zapewni   dostatecznego 

schronienia tym zwierzętom. Tym bardziej, że załoga poznała wszystkie możliwe kryjówki 

podczas wcześniejszych, intensywnych poszukiwań skrzynki.

Teraz musieli jeszcze coś wytropić. Dwa, na pewno przerażone, zwierzęta. A do tego 

samica spodziewała się potomstwa i nie powinno się jej spłoszyć. Będą musieli zabrać się do 

poszukiwań ostrożnie. Jellico wybrał do pomocy wyłącznie tych, którzy mieli już kontakt z 

brachami,   ponieważ   widok   nieznajomego   mógłby   spowodować   ich   ucieczkę.   W   pokoju 

technicznym   wydał   instrukcje   inżynierowi   Stotzowi,   dwom   laborantom   —   Kostii   i 

Weekesowi  — oraz  Alemu,   który miał  bezzwłocznie  powrócić  do  pozostałych   członków 

załogi. Polecił, aby pozostali na miejscu dopóty, dopóki nie zostanie ogłoszone, że w ich 

pobliżu nie ma brachów.

Wielcox   i   Ya   mieli   dołączyć   do   Shannona   dyżurującego   przy   sterach,   sprawdzić 

wyłącznie ten rejon i zamknąć się w swoich pokojach. Właściwe poszukiwania pozostawiono 

Danowi,   Tau,   Murze   i   kapitanowi,   którzy   byli   odpowiedzialni   za   żywy   transport. 

Dodatkowym środkiem ostrożności było zamknięcie Sindbada w kuchni.

Kiedy   zarówno   z   pokoju   technicznego,   jak   i   od   strony   sterów   zameldowano   o 

zakończeniu poszukiwań bez skutku, pozostała czwórka przystąpiła do dzieła. Dan zszedł 

wyznaczoną   trasą   w   dół,   na   poziom   towarowy,   ale   pieczęcie   na   ładowniach   były   nie 

naruszone.   Nie   było   możliwości,   by   brachy   tam   się   dostały.   Nadal   dręczyła   go   myśl   o 

wytrychu. Jak brachy to zrobiły? Lecz czy to one? A może ktoś uczynił to specjalnie, tak aby 

wyglądało, że same się uwolniły? Wiedział jednak, że żaden z członków załogi nie bawiłby 

się w tak bezsensowne kawały. A nieznajomy wciąż leżał martwy w zamrażarce. Wyobraźnia 

Dana podsunęła makabryczne wyjaśnienie… Przyłapał się na tym, że zmusza się do przejścia 

w   boczny   korytarz,   wiodący   ku   drzwiom   następnego   pomieszczenia.   Te   także   były 

zapieczętowane. Stwierdził z ulgą, że ta straszna wizja była rzeczywiście niemożliwa. Zmarli 

background image

nie powracają do życia.

Teraz pozostały do sprawdzenia ich osobiste kabiny. Na początek te, które należały do 

personelu   technicznego.   Żadna   z   nich   nie   była   umeblowana   luksusowo.   Ciasnota   i   ilość 

sprzętów świadczyły o tym, że ich mieszkańcy, jeśli wcześniej nie przywykli do porządku, 

tutaj musieli się go nauczyć. Dan nie natknął się na żadną otwartą szafkę czy pozostawione na 

łasce   losu   pomieszczenie   magazynowe.   Wszedł   do  każdego   kąta,   skontrolował   wszystkie 

miejsca, w których można by się ukryć. Kryjówek o odpowiednich rozmiarach było bardzo 

niewiele. Nie znalazł niczego.

Następny, wyższy poziom stanowiła kwatera mieszkalna i biuro Vana Rycka. Tutaj też 

nic nie zwróciło jego uwagi. Pragnął, nie po raz pierwszy w czasie tej wyprawy, żeby stary 

szef transportu był teraz na pokładzie. Potrzebowali Vana Rycka. W odczuciu Dana był on, 

po   latach   doświadczeń   w   handlu   i   kontaktach   z   obcymi,   najlepiej   przygotowany   do 

wyjaśnienia tego, co się przydarzyło.

Dotarł   do   skarbca   naprzeciwko   kwatery   szefa   transportu   —   pieczęć   była   nie 

uszkodzona, dokładnie taka, jaką zostawił. Następny poziom stanowiły kwatery młodszych 

oficerów — Ripa i naprzeciwko jego własna. Dalej rozciągał się sztuczny ogród, następnie 

galeria i rejon Mury. To był koniec jego poszukiwań, a nawet nie wszystko należało do niego, 

gdyż Mura sam przeszuka swoją kwaterę i rejon wodny. Danowi została tylko kabina własna i 

Ripa.

Najpierw zajął się kabiną kolegi. Wszystko w porządku. Teraz kolej na jego siedzibę. 

Gdy otworzył drzwi, cudem ocalał, tylko dzięki czyjejś niecelności; ogłuszający snop światła 

przeleciał z trzaskiem ponad jego uchem.

Zachwiał się i wypadł z powrotem na korytarz. Zdołał zatrzasnąć drzwi i ciężko oparł 

się o nie. Trzymając się za głowę, próbował powstrzymać  wirowanie myśli i rozumować 

logicznie. Ktoś… coś… wewnątrz było uzbrojone w ogłuszacz i próbowało powalić go, gdy 

wchodził.   Czy   ukrył   się   tam   jeszcze   jeden   intruz?   Było   to   jedyne   prawdopodobne 

wyjaśnienie. Słaniając się na nogach doszedł do najbliższego mikrofonu i włączył czerwony 

przycisk alarmowy.

— Co…? — zabrzmiał zdenerwowany głos Wilcoxa. Dan słyszał go jednak bardzo 

słabo, jakby wstrząs, który wymiótł go z kabiny, częściowo go ogłuszył.

— Ktoś… w mojej kabinie… ogłuszaczem… — wydobył z siebie pojedyncze słowa. 

Patrzył na drzwi, chociaż nie wiedział, w jaki sposób, będąc bez broni, mógłby przeszkodzić 

wrogowi w opuszczeniu pomieszczenia, gdyby tylko tamten zechciał to zrobić.

Ale jeśli intruz w kabinie zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi, dlaczego nie starał 

background image

się jej wykorzystać do utorowania sobie drogi na zewnątrz? Dan próbował domyślić się, gdzie 

mógł do tej pory ukrywać się nieznany osobnik. Być może we wnętrzu planetolotu? Choć 

jeśli   wziąć   pod   uwagę   przeciążenie   przy   starcie   oraz   szarpnięcie   przy   przechodzeniu   w 

nadprzestrzeń, przy braku zabezpieczenia wykończyłoby to większość ludzi. Ale, oczywiście, 

to wcale nie musiał być człowiek.

Rozległ się stukot na drabince i pojawił się Jellico. W tej samej chwili nadszedł z 

obszaru  wodnego Mura. Tau wyłonił  się zza  pleców  kapitana  i natychmiast  podszedł  do 

przyjaciela.

— Trzepnął  mnie  ogłuszaczem — wyjaśnił  Dan. Nadal jest wewnątrz? — Jellico 

spojrzał w kierunku kabiny.

Tak.

— W porządku. Tau, co sądzisz o wpuszczeniu gazu usypiającego przez przewód 

wentylacyjny?

— Nie ruszaj się stąd! polecił lekarz popychając Dana w stronę ściany. Potem pobiegł 

z powrotem do swojego laboratorium. Powrócił z małym pojemnikiem oraz długą rurą.

— Wszystko gotowe. Podał przyrządy kapitanowi.

— Czy widziałeś, kto to jest? — zapytał Tau Dana, kiedy szef wkroczył do kwatery 

Ripa i zaczął odkręcać siatkę ochraniającą przewód wentylacyjny.

— Nie. To nastąpiło zbyt szybko. Zresztą, po tym, jak mnie trzasnął, nie widziałem 

zbyt wyraźnie. Ale gdzie mógł się ukrywać do tej pory… w planelolocie?

Podczas startu? No cóż, może… przyznał Tau — jeśli jest wystarczająco wytrzymały. 

Ale przy przejściu w nadprzestrzeń… w to wątpię. Chyba, że wskoczył na koję Shannona, 

który w tym czasie pełnił służbę, a martwy człowiek leżał na twojej…

Przez otwarte drzwi widzieli, jak Jellico, stojąc na koi Ripa, przepycha ostrożnie rurę 

w głąb przewodu dochodzącego do sąsiedniej kabiny. Przygarbiwszy ramiona, skupił się na 

tym,   aby   zobaczyć   jak   najwięcej   przez   wężowy   kanał   rury,   zanim   dosięgnie   ona   kratki 

wentylacyjnej od strony kwatery Dana. Potem wykonał ostrożny ruch i Dan domyślił się, że 

manewruje końcem rury, chcąc uderzyć  nim o kratkę po to, żeby uwolniony gaz wleciał 

dokładnie do wnętrza zamkniętego pomieszczenia.

— Teraz! — Jedną ręką uchwycił mały zbiornik, i drugą przytrzymał maskę, którą 

Tau   owinął   mu   wokół   nosa   i   ust,   żeby   ochronić   go   przed   ewentualnym   wstecznym 

podmuchem z rury. Danowi wydawało się, że oczekiwanie, aż zbiornik się opróżni, ciągnie 

się w nieskończoność. Z wolna dochodził do siebie po strzale z ogłuszacza. W końcu Jellico 

wyciągnął rurę z powrotem i opuścił ją na pokład.

background image

— Jeśli ten, kto tam jest, jeszcze żyje — powiedział i okrutną satysfakcją — i tak jest 

już załatwiony.

Zdanie to zabrzmiało dla Dana tak, jakby kapitan podzielał jego potworne podejrzenie, 

że zmarli mogą powracać do życia.

Dan pierwszy dotarł do drzwi. Nie były zamknięte od wewnątrz i łatwo ustąpiły, mogli 

więc zajrzeć do środka. Teraz wszyscy używali masek dostarczonych przez Tau, a lekarz przy 

pomocy ssawki wyciągał opary gazu z kabiny.

Dan   tak   bardzo   spodziewał   się   zobaczyć   człowieka,   że   przez   dłuższą   chwilę   był 

zmieszany faktem, iż nikogo nie ujrzał. Na podłodze kabiny, z jedną przednią łapą nadal 

spoczywającą na ogłuszaczu, leżał samiec bracha. Na koi znajdowała się samica. Oboje byli 

nieprzytomni.

— Brachy! — Dań przyklęknął na jedno kolano i nie mogąc uwierzyć, że to prawda, 

dotknął sierści samca. To rzeczywiście był brach. Nie było w pomieszczeniu nikogo więcej. 

Zwierzę użyło ogłuszacza tak, jak uczyniłby to człowiek, który musi się bronić. Dan zerknął 

na kapitana i po raz pierwszy w czasie swej służby na Królowej zobaczył, że Jellico stracił 

swój zwykły, kamienny spokój.

Tau przecisnął się obok Dana i pochylił nad samicą bracha, by ją zbadać.

—   Ona   rodzi.   Przepuśćcie   mnie!   —   Podniósł   osłabione   zwierzę   i   przeszedł   obok 

ogłuszonego samca.

— Co wy na to? — Dań przeniósł wzrok z kapitana na Murę i z powrotem na samca 

bracha. — To… to… ponad wszelką wątpliwość użyło ogłuszacza. Ale…

—   Tresowany   brach?   —   zasugerował   steward.   —   Nauczony   używania   broni   w 

określonych okolicznościach?

— Być może — zgodził się Jellico. — Ale nie jestem pewien. Frank, czy możesz 

zabezpieczyć klatkę przed ponownym otwarciem?

— Mogę założyć łańcuch, zamontować też alarm… — Mura wyliczał możliwości. 

Podszedł do przodu, pochylił się nad uśpionym zwierzęciem i przyjrzał mu się. Dan podniósł 

ogłuszacz, wepchnął go do najbliższej szafy i zatrzasnął ją z hukiem.

—   Zwierzę   —   powiedział   Mura.   —   Przysiągłbym,   że   to   jest…   było…   zwierzę. 

Widywałem już brachy.  A te tutaj nie zachowywały się jakoś wyjątkowo. Dlaczego, gdy 

napełniałem ich skrzynkę na pokarm… — przerwał i zmarszczył lekko ciemne brwi.

— Napełniałeś ich skrzynkę na pokarm i… co się stało? — Chciał wiedzieć kapitan.

— Ten tutaj, samiec, przyglądał mi się, kiedy zatrzaskiwałem zamek. Potem sięgnął 

łapą przez pręty i potrząsnął zamknięciem. Myślałem, że chciał tylko więcej pożywienia i 

background image

dałem mu jeszcze trochę. Teraz jednak sądzę, że on sprawdzał zamek w drzwiach.

— Dobra, weźmy go z powrotem do klatki, zanim się obudzi — powiedział Jellico. — 

A ty zamontuj i łańcuch, i alarm. Jako dodatkowy środek ostrożności możemy ustawić video i 

podłączyć je tak, żeby obraz pojawiał się na głównym ekranie. Chcę mieć nagrany moment 

jego przebudzenia.

Mura   podniósł   bracha   i   zaniósł   do   klatki.   Jellico   i   Dan   obserwowali   go,   kiedy 

montował zabezpieczenia. Potem przywołano Ya. Miał przygotować video, które umożliwi 

ciągłą obserwację zwierzęcia tak, jakby było ono podejrzanym w celi.

— Kto jest nadawcą tego ładunku? — Jellico zwrócił się do Dana.

—   Laboratorium   Norax.   Wszystkie   papiery   są   w   porządku.   Brachy   mają   być 

dostarczone   naukowcom   z   Simplexu   na   Trewsworld   w   ramach   projektu   autoryzowanego 

przez Radę.

— Nie ma nic na temat mutantów?

— Nie, szefie. Zwyczajny wykaz. Są tam wszystkie typowe informacje i uwagi, a 

ludzie z Noraxu sami przysłali technika z klatką, by ją odpowiednio ustawił. Dostarczył on 

też Murze żywność i opis diety dla nich.

— Ustawił klatkę powtórzył kapitan z namysłem. Podniósł rękę i oparł ją o ściankę 

ponad klatką. Czy sam wybrał właśnie to miejsce?

Dan   próbował   sobie   przypomnieć.   Technik   wszedł   na   pokład   z   dwoma   ludźmi 

niosącymi klatkę. Czy on sam wybrał miejsce? Nie, niezupełnie.

— — Nie, szefie. — Mura miał gotową odpowiedź. — To ja powiedziałem „tutaj”, bo 

stąd łatwiej można obserwować zwierzęta. Ale jednego nie rozumiem. Samica miała przed 

sobą jeszcze około miesiąca, małe miały urodzić się na Trewsworld.

Kapitan Jellico postukał palcami w przegrodę za klatką, tak jakby sprawdzał, czy jest 

solidnie zbudowana.

— Skarbiec leży dokładnie pod tym miejscem — powiedział. Lecz Dan nie potrafił 

dostrzec związku pomiędzy tym faktem a tajemniczym zachowaniem się pary brachów. Miał 

jednak świadomość, że podczas tej podróży jedna tajemnica goni drugą.

Jellico  nie  wyjaśnił,   co  ma  na   myśli.  Zamiast   tego  przykucnął   i  poprosił  Murę  o 

wytłumaczenie, w jaki sposób działa zamknięcie. Potem przyszedł Ya, aby umocować video. 

Kapitan upierał się przy zamaskowaniu go przed mieszkańcem klatki, by brach, kiedy się 

obudzi, nie spostrzegł, że jest pod obserwacją. Zupełnie tak, jakby zwierzę było groźnym 

przestępcą. Dan nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić.

Kiedy   wszystko   zostało   przygotowane,   Jellico   wydał   ostatnie   zarządzenie.   Miano 

background image

zostawić zwierzę samo i trzymać się, w miarę możliwości, z daleka od klatki. Dan po raz 

ostatni   rzucił   okiem   na   spokojnie   śpiące   stworzenie.   Nawet   teraz   nie   mógł   uwierzyć,   że 

próbowało go zabić jego własną bronią. Potem wrócił do swojej kabiny i wyciągnął się na 

koi. Na próżno usiłował nadać sens temu, co się wydarzyło. Już wcześniej uczestniczył na 

Królowej  w różnych perypetiach, ale nigdy nie było takiej serii nie wyjaśnionych zdarzeń. 

Inteligentnie   zachowujące   się   zwierzęta,   martwy   człowiek   noszący   jego   twarz,   obca 

kobieta… wszystko to było równie fantastyczne, jak trójwymiarowy film video.

Video… co kapitan spodziewał się uzyskać, zakładając podgląd? Co z sugestią Mury, 

że   brach   został   tak   przystosowany,   aby   atakować   człowieka?   Coś   takiego   mieści   się   w 

granicach prawdopodobieństwa.

Dan zszedł z koi i poszedł posłuchać nagrań dotyczących brachów. Wszystko było 

dokładnie tak, jak pamiętał: dwa brachy — samiec i samica — wysłane z laboratorium Norax 

na Xecho do stacji Ro Simplex na Trewsworld. Otrzymali wszystkie potrzebne zezwolenia. 

Dokumenty zdawały się być autentyczne.

Tym   niemniej   skopiował   wszystkie   nagrania.   Właśnie   skończył,   gdy   z   głośnika 

dobiegł go alarmujący gwizd.

— Ekran — rozległ się głos Jellico. Danwyciągnął rękę i włączył video.

background image

R

OZDZIAŁ

 4

Lot pełen kłopotów

Na ekranie pojawił się obraz krótkiego korytarza i klatki bracha. Brach już stał i kręcił 

głową tak, jakby czegoś szukał. Potem, okazując dużo bardziej gwałtowne emocje, niż Dan 

uznałby za możliwe u tak sympatycznego stworzenia, rzucił się na drzwi klatki. Złapał sztabę 

zamykającą wejście, oplótł ją łapami i potrząsnął energicznie, jakby chciał utorować sobie 

drogę na wolność.

Jednakże jego szał nie trwał długo. Po kilku chwilach przysiadł i utkwił wzrok w 

nieruchomej przeszkodzie. Wyglądało to tak, jakby zwierzę próbowało inteligentnie rozważyć 

sytuację.

Brach  ponownie  podszedł  do  bariery.   Wyciągnął  jedną łapę   tak  daleko,  jak na  to 

pozwalały odstępy między prętami i badał dotykiem nowe zamknięcie. Obserwując to, Dan 

znowu zaczął  rozważać  możliwość,  którą odrzucił tak pospiesznie  po przejrzeniu nagrań. 

Brach opanował już swój strach czy gniew. Pragnął powtórnie rozprawić się z zamkami, które 

stały na straży jego więzienia.

Czy   był   to   mutant?   Jeśli   tak,   to   naukowcy   z   Noraxu   wykroczyli   poza   posiadane 

zezwolenia. Lecz byli zbyt poważni, jak sądził Dan, żeby pozwolić sobie na coś takiego. 

Ponadto,   jeżeli   brachy   rzeczywiście   pochodziły   z   laboratorium   Norax,   ich   opiekunowie 

powinni wiedzieć, że są wyjątkowymi okazami swojej rasy. Pozostawało zatem tylko jedno 

możliwe wyjaśnienie: wbrew dokumentom, nie były to zwierzęta z Noraxu. Stanowiły raczej 

element precyzyjnie zaplanowanego oszustwa, przygotowanego tak starannie, jak wtargniecie 

na   pokład   nieznajomego,   który   zmarł   przypadkowo.   Brach   i   ów   intruz   —   czy   to   było 

połączenie, które powinni rozważyć?

Brach, zawiedziony nieudaną próbą rozbicia nowego zamka, przycupnął spokojnie i 

gapił się wprost na drzwi oddzielające go od wolnej przestrzeni. Potem, jakby coś postanowił, 

zwrócił się śmiało ku tylnej ścianie klatki. Rogiem podważył kawałek grubego przykrycia 

wyściełającego podłogę, służącego ochronie zwierząt w chwili przyspieszenia statku i skoku 

w   nadprzestrzeń.   Odsłonił   miejsce,   w   którym   jeden   z   drutów   był   wyrwany   i   odłamany. 

Wytrych… to stąd miał wytrych!

Dan patrzył zafascynowany. Czy zamierzał jeszcze raz spróbować tej samej sztuczki? 

Najwyraźniej   tak,   ponieważ   naprężył   się   i   wepchnął   róg   w   dziurę.   Szarpnął   głową,   aby 

wydostać drut. Pracował zawzięcie, ze skupieniem, które Dan widział dotychczas wyłącznie 

background image

wśród ludzi.

W   końcu   odłamał   dłuższy   kawałek   drutu.   Czy   stało   się   to   przypadkiem,   czy   też 

rzeczywiście zrozumiał, że nowy zamek jest umieszczony dalej od poprzedniego, z którym 

dał sobie radę, więc potrzebuje teraz więcej drutu, aby go dosięgnąć?

Podszedł   znów   do   drzwi.   Przepchnął   drut,   usiłując   manipulować   w   nowej   sztabie 

zamka, lecz natychmiast go puścił. Odskoczył, podrzucając głowę do góry, tak jakby został 

ostrzeżony i zraniony zarazem. Dan wiedział, że bracha lekko poraził prąd, podłączony po to, 

żeby zapobiec właśnie takiemu działaniu.

Zwierzak   ponownie   przycupnął,   skulił   się   i   potrząsnął   łapą.   Potem   przycisnął   ją 

mocno do klatki piersiowej, wyciągnął blady język i polizał zakończone pazurami palce. Dan 

wiedział jednak, że wstrząs był  lekki, wyłącznie w celach ostrzegawczych  i nie mógł go 

zranić. To, co zobaczyli, wystarczyło, żeby zrozumieć, iż nie mają do czynienia ze zwykłym 

brachem.

— Kapitanie!  — Z głośnika rozległo  się wołanie  Tau. — Proszę przyjść  do izby 

chorych!

Cóż znowu? Dan wstał. Tau wzywał kapitana, ale jeśli pojawiły się jakieś kłopoty z 

samicą bracha, to jako asystent szefa transportu ponosił za nią odpowiedzialność. Stanowiła 

część towaru podlegającego nominalnie jego kontroli. Poszedł więc także.

Gdy dotarł do drzwi izolatki, Jellico już tam był. Ale ani on, ani lekarz nie zwrócili na 

niego uwagi. Wpatrywali się w zaimprowizowane gniazdo, w którym spoczywała samica. 

Leżała tak bezwładnie, że przez dłuższą chwilę Dan myślał, iż nie żyje. Dwie małe, futrzaste 

kuleczki podnosiły wysoko główki. Choć oczy miały zamknięte, węszyły, jakby próbowały 

wyłowić jakiś szczególny zapach.

Dan widział wprawdzie, w laboratorium na Xecho, dwa bardzo młode brachy, ale nie 

były  one aż tak małe.  Tak czy inaczej, w  porównaniu z dorosłą braszycą,  którą właśnie 

obwąchiwały, te stworzenia były jakieś dziwne.

— Mutanty? zapytał Jellico, nie wiadomo, czy samego siebie czy Tau. — One… no 

cóż, może zaraz po urodzeniu one…

— Spójrzcie tu! — Tau odwrócił się, nie w kierunku skulonych, nowo narodzonych 

zwierzątek, ale skrzynki ustawionej w jednym końcu gniazda. Na jej powierzchni znajdowała 

się tarcza, a wskazówka wychylała się w tę i z powrotem.

—   Promieniowanie   —   rzekł.   —   Nie   mogę   przysiąc,   że   są   mutantami,   ale   jest 

oczywiste, iż różnią się od swojej matki. Mają na pewno większy mózg. Ponadto, jak na 

noworodki, są bardzo pobudzone i aktywne. Nie jestem chirurgiem weterynaryjnym i moja 

background image

wiedza   ogranicza   się   do  podstawowych   informacji,   ale   powiedziałbym,   że   są   wyjątkowo 

dobrze   rozwinięte,   jak   na   przedwczesny   poród   i   wykraczają   poza   zasadniczy   wzorzec 

swojego gatunku.

— Promieniowanie! — Dan podchwycił to słowo, które miało dla niego największe 

znaczenie.   Nie   posiadał   .wprawdzie   umiejętności   przeczuwania   i   nie   potrafił   też   nazwać 

uczuć, które go właśnie ogarnęły. Pomimo to był pewien, że czeka ich jakieś nieszczęście. 

Nie patrząc więcej na brachy, zwrócił się do Tau:

— Czy to jest przenośne? — Wskazał na skrzynkę w gnieździe.

Dlaczego? Ale kapitan najwyraźniej zrozumiał, o co mu chodzi.

— Jeżeli to nie jest ta i tak musimy się nią zająć!— Położył rękę na skrzynce, podczas 

gdy lekarz wpatrywał się w nich nic nie rozumiejąc.

Ya, przynieś na dół urządzenia wykrywające promieniowanie! — krzyknął Jellico do 

mikrofonu.

— Promieniowanie… na statku! Ale… teraz i Tau zrozumiał.

Zdaniem Dana nie było co do tego żadnych wątpliwości. Jeśli to, co podejrzewał, 

okaże się prawdą, to wszystkie domysły zaczynały tworzyć logiczną całość. Obcy człowiek 

przyniósł skrzynkę na pokład i schował tak dobrze, że nie mogli znaleźć jej przy pierwszym 

przeszukaniu skarbca. A przecież Jellico zwrócił uwagę na to, że klatka brachów znajdowała 

się ponad nim.

— Czy jest szkodliwe dla załogi? — zwrócił się teraz z pytaniem do Tau.

— Nie. Zbadałem je pod tym kątem. Choć być może należy odizolować brachy. To 

promieniowanie wykracza poza skalę…

— Ale co z zarodkami lafsmerów? — Dan myślał dalej. I nie czekając na odpowiedź 

Tau, ruszył do skarbca.

Zerwał pieczęć, która, jak sądził, miała doskonale chronić ich towar. W tej samej 

chwili   nadszedł   kapitan,   a   za   nim   Tau,   Shannon   i   Ya.   Ten   ostatni   trzymał   skrzynkę, 

przystosowaną do noszenia na pasku, by ułatwić poruszanie się badacza na planecie. Tau 

wziął ją od niego i włączył.  Momentalnie igła wskaźnikowa zaczęła drgać, tak samo jak 

tamta, w izbie chorych.

Weszli do ładowni. Już po kilku sekundach urządzenia pokazały,  że to, co tropią, 

rzeczywiście znajduje się na linii skrzynek z embrionami. Jednakże nie pomiędzy ani też za 

nimi,   gdzie   szukali   wcześniej,   lecz   tuż   ponad.   Dan   wyszarpnął   kilka   bocznych   ścianek 

pustych półek i używając ich jako drabiny, wspiął się ponad pojemniki. Jellico podał mu 

wykrywacz promieniowania.

background image

Wycelował   nim   w   sufit.   Urządzenie   zareagowało   momentalnie,   odkrywając   przed 

Danem widok rys na suficie.

— Za tym… — Podał na dół niewygodny przyrząd i wyciągnął z pochewki u pasa 

mały nóż. Zabrał się do pracy, nie obchodząc się z blachą zbyt delikatnie. Rozszarpywał 

powierzchnię, która wcześniej została rozcięta i oczyszczona. Była  tam kieszeń dokładnie 

takiej wielkości, aby utrzymać skrzynkę. Tę samą, której tak strzegła kobieta!

— Nie dotykaj jej gołymi rękoma! — ostrzegł Tau. — Poczekaj na rękawice.

Rip   pobiegł,   by   je   przynieść,   a   Dan   w   tym   czasie   starannie   zbadał   zakamarek. 

Skrzynka nie spoczywała na żadnej półce lub wieszaku. Była najwyraźniej przyczepiona czy 

przywiązana do blachy statku. Bez urządzeń wykrywających nie znaleźliby jej. Biorąc pod 

uwagę   konieczność   pośpiechu   przy   rozcinaniu   i   ponownym   maskowaniu   otworu,   był   on 

zrobiony przemyślnie.

Wrócił Rip, niosąc parę dobrze izolowanych rękawic, którą odkręcił od kombinezonu 

kosmicznego. Dan wsunął je na ręce i sięgnął po skrzynkę. Przylegała do metalu tak dobrze, 

jakby była przyspawana. Przez chwilę, gdy szarpał ją i ciągnął, próbował uderzać to z jednej, 

to z drugiej strony, myślał, że będą musieli posłużyć się palnikiem, aby ją wydobyć, być może 

nieodwracalnie niszcząc jej zawartość.

W końcu, gdy po raz ostatni przekręcił ją jak korkociąg, obluzowała się. Dan wyjął ją 

z otworu i trzymając w dużej odległości od siebie, zeskoczył na pokład.

— Weźcie się do tego ze Stotzem — powiedział Jellico do Ya. — Nie wiemy, co to 

jest, więc nie ryzykujcie za bardzo!

Dan położył skrzynkę na pokładzie w znacznej odległości od innych towarów. Zdjął 

rękawice, aby mógł je z kolei założyć Ya i przyglądał się technikowi łączności, niosącemu 

znalezisko do pracowni Stotza.

Dłużej   nie   kłopotał   się   skrzynką.   Myślał   o   tym,   w   jakim   stanie   są   zarodki.   Jeśli 

promieniowanie,   poprzez   warstwę   pokładu,   wywarło   taki   wpływ   na   brachy,   to   co   z   ich 

najcenniejszym towarem? Jellico zastanawiał się nad tym samym problemem.

—   Naświetlanie   czy   badanie   czujnikiem?   Kapitan,   zadumany,   chodził   wokół 

zapieczętowanych kontenerów.

— I jedno, i drugie — odpowiedział Tau z naciskiem. — Mam w archiwach wyniki 

poprzednich ich badań. Łatwo będzie porównać.

— Czy przygotowano ten schowek ze względu na brachy, lafsmery, czy też był to 

tylko przypadek? — zapytał Dan, choć wiedział, że nikt nie zna odpowiedzi.

— To nie był przypadek! Kapitan wydawał się być tego pewny. — Gdyby chodziło 

background image

tylko o przewiezienie skrzynki, nieznajomy mógł ją ukryć w twojej kabinie. Nie, ładunek 

umieszczono tutaj celowo. I jestem skłonny przypuszczać, że zostało to przygotowane ze 

względu na lafsmery.

Było  to przypuszczenie  najgorsze z możliwych.  Byli  statkiem pocztowym,  a takie 

zniszczenie towaru w trakcie pierwszej podróży mogło oznaczać wpisanie Królowej na czarną 

listę.   Gdyby   nie   odkryli   skrzynki   dostatecznie   szybko,   gdyby   poddane   promieniowaniu 

lafsmery   zostały   dostarczone   osadnikom,   którzy   zapłacili   za   nie   ogromne   sumy…?   Dan 

siedział ponownie nad dokumentami i rozważał niewesołą przyszłość. Może okazać się, że są 

odpowiedzialni za uszkodzenie ładunku wartego więcej niż ich roczny zysk. A Królowa nie 

jest przygotowana na poniesienie takiej straty. Gdyby nawet udzielono im pożyczki, to fakt 

posiadania długów doprowadziłby do automatycznego zerwania umowy pocztowej. Skutkiem 

tego,   przez   cały   czas   spłacania   zaciągniętej   pożyczki,   musieliby   podejmować   się 

ryzykownych i słabo opłacanych prac przewozowych.

Inter—Solar?   To   była   pierwsza   odpowiedź,   jaka   przychodziła   mu   do   głowy.   Ale 

Królowa tak niewiele przecież znaczyła dla Inter—Solaru. Oczywiście, zniszczyli tej spółce 

dwa przedsięwzięcia.  Lecz poważna instytucja  nie narażałaby się na tak  wielkie  kłopoty, 

tylko po to, by w ten sposób odegrać się na małej załodze wolnego frachtowca… nie, to nie 

było proste wyjaśnienie.

Dan był przekonany, iż odpowiedź znajduje się na Trewsworld. Człowiek noszący 

maskę jego twarzy najwyraźniej zamierzał tam wylądować. A skrzynka… być może kapitan 

mylił   się,   twierdząc,   że   skrzynkę   umieszczono   w   skarbcu   celowo.   Aby   poznać   rozmiary 

zniszczenia, potrzebują tylko raportu Tau na temat stanu zarodków.

Ale   lekarz   nie   spieszył   się   z   jego   przygotowaniem.   Zamknął   się   w   swoim 

laboratorium,   więc   pozostawiono   go   samego.   Załoga   oczekiwała   niespokojnie   na   jego 

werdykt.

Stotz, zwykle powolny i nieporządny, pierwszy przygotował swój raport. Skrzynka 

stanowiła źródło stałego promieniowania i nie można jej było otworzyć, nie ryzykując jej 

całkowitego rozpadnięcia się. Kiedy poprosił o zgodę na rozbicie jej, Jellico odmówił. Ali, 

ubrany   w   chroniący   przed   promieniowaniem   kombinezon,   poszedł   na   koniec   kadłuba 

Królowej  i   umieścił   skrzynkę   w   zewnętrznej   części   statku,   gdzie   jak   zadecydowali 

inżynierowie — wyrządzała najmniej szkód.

Gdy   w   końcu   Tau   podszedł   do   mikrofonu,   wciąż   nie   miał   gotowej   odpowiedzi. 

Poprosił jedynie o pewne fachowe nagrania i odczyty ze zbiorów kapitana. Dostarczył mu je 

Dan, ale lekarza zobaczył tylko przelotnie. Tamten ledwo wychylił głowę, złapał materiały i 

background image

natychmiast silnie trzasnął drzwiami tuż przed nosem szefa ładowni.

Zbliżała   się   chwila,   kiedy   powinni   wyjść   z   nadprzestrzeni.   Właśnie   wtedy   Mura 

zawołał Jellico, żeby ten spojrzał na samca bracha. Dan poszedł za nim i zobaczył, że steward 

i kapitan klęczą w korytarzu, wpatrując się z uwagą w klatkę.

Zwierzę, które wcześniej tak gwałtownie próbowało wydostać się na wolność, leżało 

teraz skulone w odległym rogu klatki. Jedzenie i woda, w pojemniku na karmę, były nie 

tknięte. Sierść straciła połysk, a włosie otaczające nos było splątane. Brach nie podniósł się 

nawet wtedy, gdy Mura zagadał do niego i pokazał mu przez pręty soczyste liście.

Dobrze   by   było,   gdyby   Tau   go   zbadał   —   powiedział   Jellico,   podczas   gdy   Mura 

rozluźniał specjalne zabezpieczenia na drzwiach klatki. Na wpół uchylił drzwi i sięgnął ręką 

w głąb, aby delikatnie złapać chore zwierzę. Wtedy brach nagle zerwał się. Mignął róg i Mura 

z krzykiem wyszarpnął okrwawioną rękę z klatki. Brach tymczasem był już na zewnątrz. 

Omijając przeszkody, popędził z taką prędkością, jakiej Dan nigdy wcześniej u niego nie 

widział.

Szef ładowni pobiegł za nim i dopadł go przygotowującego się właśnie do skoku na 

drzwi izby chorych, uderzając w nie rogiem i łapami.

To działanie tak pochłonęło jego uwagę, że nie zauważył przybycia Dana, zanim ten 

nie spróbował go chwycić. Wtedy obrócił się i uderzył  rogiem w rękę napastnika z dużo 

większą   siłą   niż   podczas   ataku   na   Murę.   Stał   na   tylnych   łapach,   oparty   o   drzwi,   które 

próbował otworzyć. Miał dzikie i zaczerwienione oczy. Nagle zaczął wydawać niskie, drżące 

odgłosy. Dźwięki brzmiały tak, jakby wymawiał słowa w jakimś nieznanym języku.

— Samica… — Nadszedł Mura, opatrując rozerwaną rękę. Chce dostać się do samicy.

W tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Tau. Brach tylko na to czekał. 

Błyskawicznie minął lekarza, zanim ten zorientował się, co się dzieje. Dan i Jellico rzucili się 

za zwierzęciem i zobaczyli, że pochyla się nad skrzynką z gniazdem. Drżący głos stał się 

teraz  bardziej  miękki.  Brach,  jedną trzecią   ciała  przechylony  ponad  krawędzią,  kiwał  się 

zaniepokojony. Wyciągnął przednie łapy w dół, jakby chciał objąć swoją partnerkę.

— Lepiej go zabierzmy… zaczął kapitan, ale Tau potrząsnął głową.

—   Pozwólmy   im   na   razie   zostać   razem.   Była   bardzo   niespokojna,   a   teraz   się 

uspokoiła. Nie chcemy przecież także i jej stracić…

— Także? — zapytał Jellico. Zatem małe?

— Nie. Chodzi o lafsmery. Spójrzcie tutaj. Pociągnął ich na lewo od skrzynki, dość 

daleko od zajętych sobą i brachów. Na stole stał monitor i kiedy lekarz go uruchomił, na 

małym   ekranie  pojawił   się wyrazisty  obraz.  —  Zdołałem  ustalić,   że  tak  właśnie  obecnie 

background image

wyglądają i zarodki. Rozumiecie?

Kapitan   położył   ręce   na   stole   i   pochylił   się   w   kierunku   ekranu,   tak,   jakby  obraz 

zawierał informację o decydującym znaczeniu. W rzeczywistości widać było na nim podobne 

do   gadów   stwory,   zwinięte   spiralnie   w   ciasnej   paczce.   Trudno   było   rozróżnić   w   tym 

kłębowisku nogi, długą szyję, małą głowę i inne części ciała. To nie jest lafsmer!

— Nie, a przynajmniej  nie współczesny.  Ale patrzcie  tu… — Teraz Tau włączył 

czytnik taśmy. Pojawił się bardzo dokładny obrazek o miedzianym odcieniu, przedstawiający 

jakiegoś gada. Miał on długą szyję, małą głowę, podobne do nietoperza skrzydła i długi ogon. 

Wyglądało na to, że do poruszania się używał  raczej skrzydeł,  gdyż  jego nogi sprawiały 

wrażenie bardzo wątłych.

— Tak wyglądał przodek lafsmera powiedział lekarz. Nikt nie wie, ile tysięcy lat 

planetarnych   temu.  Z  informacji,   które  zawierają  nagrania,  wynika,  że  istoty te  wymarły 

mniej więcej w tym samym czasie, kiedy nasi przodkowie uzyskali postawę wyprostowaną i 

zaczęli używać kamienia łupanego jako broni. Nie mamy zarodków lafsmerów; uzyskaliśmy 

stwora z tak odległej przeszłości, której nasi specjaliści nic potrafią już datować.

Ale w jaki sposób do tego doszło? — Dan był oszołomiony. Z jego dokumentacji 

wynikało, że zarodki pochodziły z typowej, współczesnej rasy hodowlanej, wywodzącej się z 

uznanej   krzyżówki,   która   gwarantowała   rozwój   potomstwa   o   nie   zmienionych   cechach 

gatunkowych. W jaki sposób nagle stały się tymi… tymi bestiami?

Zwrot   ku   przeszłości!   Jellico   przyglądał   się   z   uwagą   to   jednemu,   to   drugiemu 

obrazkowi.

—   Tak   odpowiedział   Tau.   Ale   jak   się   to   stało?   Czy   wszystkie   zarodki   tak   się 

rozwinęły? — Dan przeszedł do najistotniejszego dla nich pytania o obecny stan ładunku.

Będziemy musieli sprawdzić. — W tonie Tau nie było jednak nadziei.

—   Nic   rozumiem.   —   Dan   zerknął   na   brachy.   —   Mówisz,   że   zarodki   uległy 

uwstecznieniu. Ale jeśli inteligencja brachów wzrosła…

No właśnie.. Jellico wyprostował się. Jeżeli promieniowanie podziałało na lafsmery w 

taki sposób, to dlaczego u brachów wystąpiła inna reakcja?

— Powodów mogło być wiele. Zarodki nie są w pełni ukształtowanymi osobnikami. A 

brachy zostały wystawione na działanie promieniowania już jako stworzenia dorosłe.

Dan wpadł na inny pomysł:

— Czy to możliwe, żeby brachy były już w przeszłości wyższą formą życia? I już 

kiedyś   uległy   uwstecznieniu?   Może   właśnie   teraz   powracają   do   grona   inteligentnych 

gatunków?

background image

— Moglibyśmy podać wiele takich odpowiedzi. Tau przegarnął rękoma swoje krótkie 

włosy. Bez odpowiedniego sprzętu jednak nie jesteśmy w stanie potwierdzić żadnej z nich. 

Będziemy   musieli   poczekać   do   czasu,   aż   wylądujemy   na   planecie,   gdzie   zajmą   się   tym 

technicy z laboratorium.

— Ale czy zdołamy je dowieźć? — Jellico nieznacznym  ruchem potarł bliznę na 

policzku. — Sądzę, że możemy nic doczekać się opinii ekspertów. Wyobrażacie sobie, co 

może się dziać, kiedy będziemy mieli na głowie osadników, którzy zainwestowali w zarodki 

lafsmerów oszczędności całego swojego życia? Thorson, jaką datę dostawy przewidują ich 

listy przewozowe?

Gdy tylko transport będzie możliwy odparł z naciskiem Dan.

Możliwy,   bez   gwarantowanej   daty   dostawy.   Mogli   więc   zakładać,   że   embriony 

przybędą następnym rejsem.

— Nie jesteśmy w stanie ukryć tych skrzynek — stwierdził Tau.

— Chyba nie. A już z pewnością nie, gdy w trakcie odprawy wpuści się klientów na 

pokład. Równocześnie chce, zanim złoże jakiekolwiek oświadczenie, odwołać się do Rady 

Kupieckiej.

Sądzi pan, szefie, że to jakieś specjalne działanie, na przykład Inter—Solaru? zapytał 

Dan.

Nie podejrzewam. Gdyby Inter—Solar dostrzegł szansę zniszczenia nas w krytycznej 

sytuacji, zrobiłby to. Ale wypadki, z którymi  mamy do czynienia, zostały zbyt dokładnie 

zaplanowane. Sądzę, że centrum zdarzeń znajduje się na Trewsworld i chcę wiedzieć więcej, 

zanim pogrążymy się w to dużo głębiej niż do tej pory. Jeżeli pokażemy się bez skrzynek z 

zarodkami lafsmerów i bez brachów, ktoś może szczególnie zainteresować się tym faktem. 

Może   zacząć   zbyt   głośno   protestować,   kiedy   wylądujemy   bez   spodziewanego   ładunku 

zwierząt oraz lego, co przemycono na pokład. To będzie dla nas wskazówka odnośnie do 

osób, które przygotowały ten plan.

Chyba nie wyrzucimy skrzyń ze statku! zaprotestował Dan.

O nic, w każdym razie nie w przestrzeń. Ale Trewsworld nie jest gęsto zaludnionym 

światem. Posiada tylko jeden główny port kosmiczny, do którego zawozimy nasz ładunek. 

Nikt nie będzie przeszukiwał całego obszaru, jeżeli zejdziemy po przepisowym lorze. Tak 

więc załadujemy zarodki i brachy na łódź ratunkową, którą osadzimy w nie zamieszkanym 

rejonie.  Van  Ryck   ma   przyjaciół   w  Radzie.   Spróbuję  się z  nim  skontaktować  i  wypytać 

dyskretnie o sytuację panującą na planecie.

Dan zauważył, że kapitan nie wspominał nic o zwróceniu się do Patrolu. Powiedział 

background image

tylko o jednej instytucji do której mogą odwoływać się wolni kupcy. Musi to oznaczać, że 

Jellico nie chce mieszać do swych decyzji żadnych władz, nim nic będzie zupełnie pewny, iż 

potrafią się obronić. Ale przed czym obronić? Sytuacja jest czysta, wszyscy mogą poddać się 

przesłuchaniu i udowodnić swoją niewinność. Chyba że Jellico uważa, iż są tak beznadziejnie 

uwikłani w tę sprawę, że nawet sąd ich nie uniewinni.

— Kto sprowadzi łódź ratunkową? zapytał Tau. Jellico momentalnie spojrzał na Dana.

— Jeśli ktoś oczekuje twojego sobowtóra, nie jest w stanie śledzić wszystkich orbit, 

by sprawdzić, czy nie opuściłeś Królowej podczas lądowania. Mamy martwego człowieka na 

pokładzie.   Przez   jakiś   czas   właśnie   on   może   uchodzić   za   Dana   Thorsona.   I   możemy 

poświęcić   dwóch   młodszych   oficerów.   Shannon   będzie   pilotem,   choć   łódź   ratunkowa 

znajdzie drogę automatycznie i nie będziecie musieli ustalać kursu. A Kamil zaopiekuje się tą 

piekielną skrzynką. Chcę, żeby i ona znalazła się poza statkiem, zanim dotrzemy do portu. 

Wilcox wykreśli kurs, który zaprowadzi was daleko od jakichkolwiek osad. Zabierzecie ze 

sobą radiolatarnię, za pomocą której będziemy się kontaktować. Odczekajcie kilka dni… a 

potem włączcie ją. Odezwiemy się do was, kiedy tylko będziemy mogli.

— Co z tymi zarodkami? — Odwrócił się ponownie do Taua. — Czy któregoś nie 

trzeba już wyjąć?

— Trudno podjąć jakąkolwiek decyzję.

— Zatem im wcześniej się ich pozbędziemy, tym lepiej. Mura, przygotuj pożywienie 

dla załogi i zwierząt.

Łódź ratunkowa będzie zatłoczona. — Jellico znów mówił do Dana. Ale wasza podróż 

nie potrwa długo.

Dan przygotował własne rzeczy, mając nadzieje, że zabiera to, co może mu się okazać 

potrzebne.   Trewsworld   miała   ziemski   klimat,   ale   nie   była   cywilizowanym   światem. 

Bezpiecznie   było   tylko   w   rejonie   zamieszkałym   przez   osadników,   budujących   domy   od 

strony portu. Schował do torby dodatkową zmianę odzieży, przywiązał pas zwiadowczy z 

podręcznymi narzędziami i sprawdził, czy ma dodatkowe ładunki do ogłuszacza.

Kiedy sprawdzał jego działanie, pomyślał o brachu. Inteligentny… wrócił do wyższej 

formy   inteligencji?   Ależ   to   oznaczałoby,   że   brachy   w   rzeczywistości   wcale   nie   są 

zwierzętami!   Załoga  Królowej  miała   już   jedno   bliskie   spotkanie   z   pozostałościami 

starożytnych Przodków, kiedy podbiła cenę na aukcji i kupiła prawa do handlu z Otchłanią.

A  Otchłań,   chociaż   częściowo  wypalona   w  trakcie   jakiejś   galaktycznej  wojny  (na 

której   ślady   ziemscy   badacze   nieustannie   natrafiali   w   swoich   podróżach),   kryła   w   sobie 

niezniszczalną tajemnicę. Sekret ten był równie potężny w dzisiejszych czasach, jak w dniu, 

background image

kiedy   po   raz   pierwszy   zastosowali   go   jego   dawno   zmarli   twórcy.   Z   centrum,   ukrytego 

głęboko   pod   powierzchnią   planety,   wysyłano   siłę   sięgającą   daleko   w   przestrzeń   i 

przyciągającą każdy statek, który znalazł się w jej zasięgu. W efekcie, na wpół zniszczone 

wnętrze planety przez wieki zostało wypełnione wrakami statków.

Choć współcześni piraci odkryli tę siłę i nauczyli się wykorzystywać ją w pewnym 

stopniu do własnych celów, działała samodzielnie na długo przed ich przybyciem. Jej twórcy, 

którzy skonstruowali ją jako narzędzie walki, nie pozostawili po sobie żadnego namacalnego 

śladu. Nigdy nie odnaleziono ich grobowca, zamrożonego w przestrzeni wraku z ciałami na 

pokładzie, ani żadnych  szczątków, dzięki którym dowiedziano by się, jak wyglądali. Byli 

człekokształtni czy też całkowicie obcy… pozostawały jedynie domysły. Lecz jeżeli brachy, 

które znali jako zwierzęta, kiedyś były inteligentną formą życia, to być może mieli teraz na 

pokładzie jakieś rozwiązanie zagadki Przodków?

Jeśli   to   prawda   —   Dan   podchwycił   inną   myśl   —   wówczas   wszystkie   szkody 

wyrządzone zarodkom są nieważne. Brachy stały się bezcennymi skarbami, takimi, za które 

naukowcy wiele zapłacą. Ale jakoś nie mógł uwierzyć,  iż celem mężczyzny,  który ukrył 

skrzynkę   na  Królowej,   były   brachy.   Być   może   zamierzał   zniszczyć   lafsmery,   ale   nie 

przewidział,   że   przypadkowe   ustawienie   klatki   brachów   w   takim,   a   nie   innym   miejscu, 

wywoła niespodziewany skutek.

background image

R

OZDZIAŁ

 5

Czasowe zawieszenie broni

Zanim   ukończono   ostatnie   przygotowania   do   wysłania   łodzi   ratunkowej,   wyszli   z 

nadprzestrzeni i znaleźli się na orbicie otaczającej Trewsworld. Dan został przeszkolony i 

poinstruowany w zakresie opieki nad brachami. Pojemniki z zarodkami załadowano do łodzi. 

Tau sprawdził niektóre, lecz wszystkie, które zbadał, były uszkodzone przez promieniowanie. 

Skrzynkę, która spowodowała te kłopoty, dokładnie opakowano. Stotz zapewniał, że la osłona 

zabezpiecza   przed   możliwością   wycieku   promieniotwórczego.   Umieszczono   przesyłkę   w 

łodzi ratunkowej, najdalej, jak to było możliwe, od załogi i reszty ładunku. Ali otrzymał 

rozkaz, żeby natychmiast po wylądowaniu ukrył ja bezpiecznie i oznakował schowek.

Los   im   sprzyjał,   ponieważ   łódź   ratunkowa   była   znakomicie   wyposażona.   Mogła 

służyć nawet do ochrony rannych, byle tylko zdołali w niej dotrzeć na miejsce. Miała wiec 

również urządzenia wykrywające promieniowanie, automatycznego pilota, który wybiera do 

lądowania najlepsze miejsce, jakie tylko zdołają ustalić czujniki. Gotowi do startu, leżeli teraz 

w hamakach, czekając na wylot z Królowej. W wąskim przejściu stała klatka z brachami.

Samych zwierząt nie było widać, gdyż Tan wypełnił pomieszczenie, aż po samą górę, 

wszelkimi dostępnymi materiałami chroniącymi przed obiciem bądź zranieniem. Pozostawił 

tylko otwory przepuszczające powietrze. Gdy urządził już stworzeniom wygodną siedzibę, 

przyznał  ze zdziwieniem, że małe rozwijają się dużo szybciej  niż zazwyczaj  kilkudniowi 

młodzi przedstawiciele tego gatunku.

Rodzice  maleństw  skulili  się obok siebie.  Samiec  przednimi  łapami  otaczał  swoją 

partnerkę, tak jakby chciał osłonić ją przed każdą krzywdą. Małe zwinęły się w drugim końcu 

skrzynki.

Aż do chwili startu Dan był tak pochłonięty przygotowaniami, że nie miał czasu na 

rozmyślanie o czymkolwiek innym poza czekającym go zadaniem. Teraz, gdy znalazł się już 

w   łodzi   ratunkowej,   zaczął   ponownie   rozważać   decyzję   Jellico,   który   postanowił   usunąć 

„niewygodny” ładunek z Królowej. Dlaczego kapitan tak bardzo nie chciał, żeby wylądowali i 

złożyli raport z wydarzeń, pozostawiając rozwiązanie tego problemu władzom? Wyglądało 

nieomal tak, jakby on jeden przewidywał  i wyczuwał  niebezpieczeństwa lego posunięcia, 

których  nie dostrzegała reszta załogi. Ale wiara w Jellico była  częścią tradycji  Królowej

Gdyby był tu Van Ryck! Dan wiele dałby za możliwość poznania opinii swojego szefa.

Trewsworld   była   zasadniczo   przeciwieństwem   Xecho.   Podczas   gdy   na   wodnej 

background image

planecie,   zalanej   rozległymi   morzami,   ląd   miał   wyłącznie   charakter   wysp,   tutejszą 

powierzchnię wypełniały stłoczone masy lądu, oddzielone od siebie wąskimi wstęgami wód, 

niewiele szerszymi od rzek. Planety różniły się także klimatem. Na Xecho panowały wilgotne 

upały, podczas gdy tutaj było znacznie chłodniej. Lata były krótsze, a w trakcie długich zim 

lód i śnieg spływał z biegunów, niszcząc ludzkie osiedla.

Kiedy łódź ratunkowa wylądowała, członkowie jej niewielkiej załogi byli pewni, że 

kurs   wykreślony   pospiesznie   przez   Wilcoxa   i   wprowadzony   do   pamięci   automatycznego 

pilota zaprowadził ich na len sam kontynent, na którym miała wylądować Królowa. Nie mieli 

jednak pojęcia, jaka odległość dzieli ich od portu.

Zeszli   z   hamaków   i   założyli   ocieplane   kurtki,   gdyż   temperatura,   pomimo   że   na 

zewnątrz   było   południe,   nadal   była   dużo   niższa   od   tej,   do   której   byli   przyzwyczajeni. 

Shannon otworzył właz i przez niewielki otwór wydostali się na powierzchnię, gdzie zalał ich 

snop światła.

Na   Xecho  dominowały   jaskrawe   barwy,   głównie   żółć,   czerwień.   Tutaj   także   było 

kolorowo, ale w zupełnie innych odcieniach.

Pogrążyli się w ziemi na równinie porośniętej trawą, obecnie szarą i zwiędłą. Cała jej 

sterta,   wraz   z   wierzchnimi   warstwami   gleby,   którą   statek   zagarnął   podczas   lądowania, 

znalazła się tuż przed dziobem łodzi ratunkowej. W dole rozciągało się jezioro o wodzie tak 

zielonej, że wyglądała jak szmaragd w najpiękniejszym odcieniu, oprawiony w srebro. Na 

wprost od miejsca, w którym właśnie stali, wznosiła się wysoka ściana lodowca, odbijająca 

się w wodzie. Na ich oczach wielki kloc lodu odłamał się od powierzchni i wpadł do jeziora.

Tak   jak   woda   jeziora   była   zielona,   lak   lodowa   ściana   niebieska.   Jednak   na   jej 

chropowatej   powierzchni   wyrastały   gdzieniegdzie   zastygłe,   białe   wierzchołki,   niczym 

zamarznięte morskie fale.

Najpierw   zwrócili   uwagę   na   kolory,   a   potem   na   ciszę.   Byli   przyzwyczajeni   do 

nieustannego   pomruku   silnika   statku.   Na   astronautów   działał   ten   głos   w   pewnym   sensie 

uspokajająco. Tutaj, pominąwszy hałas pękającego lodu, nie rozlegał się żaden dźwięk. Nie 

wiał też wiatr i Dan, spoglądając poprzez wodę w kierunku lodu, cieszył się, że nie musieli 

stanąć oko w oko z podmuchem niesionym od jego mroźnej powierzchni.

Teren, na którym wylądowali, był całkiem płaski. Gdyby zerwał się wiatr, to nawet 

chroniąc   się   w   łodzi   ratunkowej   mogliby   zmarznąć.   Ponadto   sam   statek   był   łatwo 

dostrzegalny. Wprawdzie Jellico nie wydał im rozkazu ukrywania się, lecz już sam sposób, w 

jaki kazał im lądować, sugerował ostrożność i nieściąganie na siebie uwagi.

Wrócili znad brzegu jeziora i poszli na południe, żeby zobaczyć, co się tam znajduje. 

background image

Natknęli   się   na   gwałtowny   spadek   terenu,   który   stopniowo   przechodził   w   łagodniejsze 

zbocze,  pokryte  plątaniną   suchej   trawy.  Dalej   wznosiły się  ciemne  zarośla,  ustępujące  w 

końcu miejsca drzewom. W odróżnieniu od trawy, która zwiędła od chłodu, krzaki i drzewa 

były gęsto pokryte liśćmi. Roślinność ta była jednak bardzo ponura. Z tej odległości Dan nie 

potrafił   określić,   czy   jest   niebieska,   zielona,   szara,   czy   też   jej   kolor   jest   mieszaniną 

wszystkich tych trzech barw.

— Czy da się sprowadzić statek na dół? zapytał.

Rip spojrzał do tyłu na łódź ratunkową, a potem na urwistą krawędź.

—   Nie   jest   planetolotem.   Ale   ma   silnik   przystosowany   do   tego,   by   w   razie 

niebezpieczeństwa zmienić miejsce lądowania. Myślę, że możemy spróbować. Ali, co o tym 

sądzisz?

Kamil wzruszył ramionami.

—   Raz   można   spróbować   wszystkiego…   zabrzmiała   jego   niezbyt   zachęcająca 

odpowiedź. — Ale im będzie lżejsza, tym lepiej. Ty się wzniesiesz, a my rozejrzymy się w 

dole za miejscem do lądowania.

Ściana urwiska była tak poszarpana, że mieli o co zaczepić ręce i nogi. Kiedy tylko 

Dan przerzucił swoje ciało ponad krawędzią, dołączając do idącego przodem Alego. odkrył, 

że jest tu dużo cieplej. Być może płaskowyż zatrzymywał część zimna promieniującego od 

lodowca? Oznaczałoby to dodatkowy punkt na ich korzyść.  Dan bowiem martwił się już 

faktem, że brachy, pochodzące z dużo gorętszej Xecho, nic przeżyją długo w tym chłodzie.

Znaleźli się u podnóża urwiska i skierowali się w stronę zarośli, rozglądając się za 

jakimś wolnym miejscem, w którym Rip przy swoich umiejętnościach i z odrobiną szczęścia 

— mógłby wylądować. Dan ocenił, że gąszcz znajdujący się na wprost jest nie do przebycia. 

Znalazł się teraz wystarczająco blisko, żeby zobaczyć, iż liście są koloru ciemnoniebieskiego 

oraz zielone. Barwy mieszały się i raz przeważała jedna, a raz druga. Liście były grube i 

mięsiste,   poznaczone   łatkami   szarego   włosia,   które   pokrywało   jak   frędzelki   także   ich 

krawędzie.

Nie próbowali zagłębiać się w ten gąszcz. Ali skręcił w lewo, Dan w prawo. Ponieważ 

łódź ratunkowa nie była poduszkowcem i nie mogła unosić się ponad gruntem, Rip oczekiwał 

na wierzchołku urwiska na sygnał.

Dan czuł, że panująca wokół cisza staje się coraz groźniejsza. Na  Królowej  mieli 

niewiele czasu, żeby przejrzeć posiadane taśmy z informacjami na temat Trewsworld. Zresztą 

ich   materiały   dotyczyły   tylko   portu   i   osad.   Było   to   zrozumiałe   z   punktu   widzenia 

zasadniczego   celu   ich   wyprawy.   Mogło   się   bowiem   zdarzyć,   że   rozwożąc   towary,   które 

background image

zobowiązali się dostarczyć, będą musieli udać się do którejś z posiadłości. Znalazł niewiele na 

temat tego terenu, w którym przebywali obecnie.

Życic na planecie nie ogranicza się tylko do roślinności. A jednak Dan nie widział 

żadnych   ptaków,   owadów,   czy   innych   zwierząt.   Być   może   lądowanie   łodzi   ratunkowej 

wystraszyło je i sprawiło, że wiele z nich się ukryto. Wciąż jednak miał nadzieję, iż zauważy 

jakiś choćby pojedynczy trop, jakikolwiek dowód, że nie znaleźli się w opuszczonym świecie.

Dźwiękiem, który przerwał tę narastającą, złowieszczą ciszę, był gwizd Alego. Dan 

obrócił się szybko i zobaczył Kamila machającego do Ripa, który natychmiast zniknął z pola 

widzenia.   Jednak   Dan   nie   od   razu   zawrócił.   Powodowany   potrzebą   upewnienia   się   czy 

rozwija się tu jakieś życie, poszedł kawałek dalej.

Znalazł   wysuszony,   czarny   kawałek   ziemi.   Niewątpliwie   palono   tu   swego   czasu 

ognisko.   Otoczone   nierównym   kręgiem   kamieni   leżały   zwęglone   kłody   drewna.   Na 

kamieniach zgromadził się piasek przywiany podmuchami wiatru. A więc od chwili, gdy 

zorganizowano to obozowisko, upłynęło sporo czasu. Kto mógł tu przebywać? Mierniczy z 

jakiejś posiadłości? Grupa badawcza? A może schronił się w tym pustkowiu osobnik wyjęty 

spod   prawa?   Chociaż   posiadane   przez   nich   dokumenty   nazywały   Trewsworld   spokojną, 

pracowitą i praworządną planetą.

Dan   zszedł   trochę   poniżej   ogniska   i   natknął   się   na   miejsca,   w   których   wycięto 

roślinność, zapewne po to, aby utorować drogę czemuś przerastającemu rozmiary człowieka. 

Po chwili znalazł jeszcze jedno pozbawione roślinności miejsce. Z pewnością kiedyś była tu 

miękka   glina.   Teraz   jednak   ziemia   zamarzła   w   nierówne,   ostre   grudy,   miedzy   którymi 

rozpoznał   ślad   jakiegoś   pojazdu,   prawdopodobnie   pełzacza.   Pas   stratowanej   roślinności   i 

niewyraźne ślady wiodły dalej, znikając w cieniu drzew.

Gdyby kiedyś szukali przejścia, mogą skorzystać z tego tropu. Ale na razie…

Usłyszał   świst   powietrza   i   odwrócił   się   akurat   w   samą   porę,   żeby   zobaczyć   łódź 

ratunkową ześlizgującą się ze szczytu urwiska. Kierowała się w stronę Alego. Nie po raz 

pierwszy podziwiał Ripa w roli pilota.

Nie   byli   w   stanie   zatrzeć   śladów   lądowania,   ponieważ   łódź   ratunkowa   wyrąbała 

korytarz w zaroślach i zatrzymała się dopiero wtedy, gdy dziobem natrafiła na brzeg lasu. 

Rośliny jednak okazały się bardzo giętkie. W miejscach gdzie nie zostały połamane, zaczęły z 

wolna podnosić się i skrywać ślady zostawione przez łódź ratunkową.

Dan nie potrafił wyjaśnić, dlaczego nieustannie boi się, że mogą zostać dostrzeżeni. 

Był  zdania,  że   całe   to  przedsięwzięcie  jest   bardzo  dziwaczne   i  na  pewno  niebezpieczne. 

Wiedział też, że kapitan przeznaczył na wykonanie tego zadania dość czasu.

background image

Nie niepokoili brachów w ich gniazdo—klatce. Ali natomiast ubrał się w kombinezon, 

wziął   skrzynkę   i   poruszając   się   niezgrabnie   w   swym   ochronnym   ubraniu,   pomaszerował 

ociężale   pomiędzy   drzewa.   Kiedy   wrócił,   utrwalił   na   taśmie   dane   dotyczące   miejsca,   w 

którym   zakopał   skrzynkę.   Nawet   teraz   nie   mieli   pewności,   że   nie   ma   jakiegoś   wycieku 

promieniotwórczego poprzez opakowanie, tak pospiesznie wykonane w technicznej kabinie 

naprawczej na Królowej.

— Prawdę mówiąc, powinniśmy wyrzucić ją w przestrzeń! — wyraził swój pogląd 

Rip, wyjmując paczki zjedzeniem. Usiedli, opierając się plecami o łódź ratunkową i zaczęli 

się posilać.

—   Gdybyśmy   wyrzucili   ją   w   przestrzeń,   nie   mielibyśmy   żadnej   szansy,   by   ją 

odzyskać odparł Ali. Po tym, jak kapitan złoży raport, może znaleźć się wiele tęgich mózgów, 

które będą chciały się nią zająć.

Są jeszcze brachy. Dan, którego myśli biegły zupełnie innym torem, tylko jednym 

uchem słuchał ich rozmowy. — No dobrze, jeśli uległy kiedyś uwstecznieniu, to co należy 

zrobić? Czy jesteśmy zobowiązani do użycia skrzynki lub czegoś podobnego, aby przywrócić 

ich gatunkowi inteligencję? Istnieje przepis zabraniający takich poczynań… jak działałby w 

takim przypadku?

— To musiałby rozstrzygnąć prawnik. — Ali kończył swój posiłek. Jeśli masz stację 

na   planecie   oznaczonej   jako   pozbawiona   życia   typu   I,   a   polem   odkrywasz,   że   możesz 

stworzyć takie życie, to czy można od ciebie żądać, abyś, stosując się do przepisów prawa, 

tak właśnie postąpił?

— Masz na myśli to, że Porozumienie Międzyplanetarne może występować przeciwko 

podwyższaniu inteligencji gatunku? — zapytał Dan. Czy Xecho jest tak ważną planetą, by dla 

wzbogacenia życia na niej ryzykować konflikt z Radą?

— Xecho odpowiedział Rip — jest skrzyżowaniem dróg, stacją przelotową. Sama w 

sobie nie jest istotna, liczy się tylko ze względu na port. Tak więc, gdyby Porozumienie było 

przekonane,   że   brachy   są   w   stanie   go   utrzymać,   mogłoby   nie   występować   przeciwko 

podwyższaniu   inteligencji   tego  gatunku.  Istnieje  jednak  ryzyko.   Uważa  się,  że  brachy są 

niegroźne, a te zachowywały się wrogo…

Wyobraź sobie, że nagle budzisz się ze snu i dostrzegasz, iż jesteś więźniem obcej 

rasy, a musisz obronić żonę oraz dzieci… Co byś zrobił? — zapytał Ali.

— Dokładnie to samo, co zrobił brach zgodził się Dan. — Tak więc teraz od nas 

zależy, wyłącznie od nas trzech, czy nawiążemy kontakt z brachami i przekonamy je do tego, 

by widziały w nas przyjaciół.

background image

—   To   jest   do   zrobienia.   Nie   podoba   mi   się   natomiast   ten   ładunek   zarodków   — 

zauważył   Ali.   —   Myślę,   że   lepiej   będzie,   jeśli   wyniesiemy   je   ze   statku.   Są   teraz   tak 

uszkodzone, że nie nadają się do niczego. No i jeszcze jedno… braszyca powiła młode przed 

czasem. Przypuśćmy,  że promieniowanie podziałało tak samo na zarodki, skracając okres 

inkubacji. Stotz nie mógł zmontować żadnego aparatu zamrażającego, który powstrzymałby 

ten proces.

—   Nie   wyjmiemy   ich   odparł   Dan.   —   Gdybyś   to   zrobił   w   tym   chłodzie,   byłyby 

załatwione. Teraz przepadło. — Ale były to z jego strony wyłącznie słowa. Tak jak pomocnik 

inżyniera, odczuwał chęć zabrania z łodzi ratunkowej tych skrzynek wraz z ich przerażającą 

zawartością. Im prędzej będą mieli pewność, że to, co leży wewnątrz, nigdy nie rozwinie się 

dalej, tym lepiej. Przystąpili do pracy.

Wyciąganie skrzynek przez właz, przedzieranie się z nimi wśród drzew i układanie w 

stertę pomiędzy dwoma stosami kamieni, było męczącym zajęciem. Po kostki zapadali się w 

ziemię, pokrytą grubą warstwą suchych liści. Zakopali skrzynki w ziemi i pyle, a następnie 

przykryli je kamieniami, aby nie dostała się do nich jakaś miejscowa żywa istota. Chociaż 

Dan   nie   potrafił   wyobrazić   sobie   żadnego   stworzenia,   które   byłoby   zdolne   je   rozbić   i 

otworzyć.

Nim   skończyli,   zapadł   zmrok.   Zmęczeni,   skierowali   się   znużonym   krokiem   z 

powrotem   do   łodzi   ratunkowej,   marząc   jedynie   o   odpoczynku   w   hamakach.   Dan   jednak 

najpierw   podszedł   do   klatki   brachów,   podniósł   wieko   i   odgarnął   na   bok   nieco   warstwy 

ochronnej. Materiał poruszył się i coś podniosło się tuż pod jego ręką.

Wychyliła się głowa, sądząc z wielkości, należąca do jednego z małych. Stworzenie 

wlepiło oczy w Dana. Nie był to jednak bezradny szczeniak. Dan na pewno nie mylił się, 

dostrzegając inteligencję w tym upartym spojrzeniu. Zdumiał się też niesamowitym tempem 

rozwoju braszątka. Osiągnęło już połowę, a może nawet dwie trzecie wielkości rodziców. 

Oceniając na podstawie skali rozwoju brachów, można je było uznać za co najmniej o rok 

starsze, niż były w rzeczywistości. Pomimo że czas w nadprzestrzeni płynął inaczej niż czas 

planetarny, nic oprócz efektów promieniowania nie wyjaśniało tego zjawiska.

Dan był tak wstrząśnięty, że następny ruch młodego bracha całkowicie go zaskoczył. 

Mała istota rzuciła się na klatkę. Zahaczyła obiema przednimi łapami o jej krawędź i uniosła 

się   z   taką   prędkością,   jakiej   Dan   nigdy   przedtem   nie   widział   może   z   wyjątkiem   drugiej 

ucieczki dorosłego bracha z klatki na statku. Rip… właz!

Shannon szarpnął klapę, zatrzaskując ją w ostatniej chwili i nieomal przytrzaskując 

długi nos stworzonka. Zanim zdołał nachylić się i złapać uciekiniera, zwierzę odwróciło się i 

background image

umknęło. Wskoczyło na najbliższy hamak i usadowiwszy się tam, zaczęło im się przyglądać. 

Ściągnęło pyszczek, odsłaniając dobrze już rozwinięte zęby.

Dan w samą porę zatrzasnął drzwi klatki, ponieważ trzy następne głowy podniosły się 

z posłania i kolejne łapy zaczęły dosięgać krawędzi. Zbliżył się do braszątka na hamaku.

Chodź… Nie chcę cię zranić. Chodź… Z całych sił starał się, aby jego głos brzmiał 

miękko, przymilnie i uspokajająco.

Mały wydał drżący, wysoki dźwięk i spróbował uderzyć rogiem jego rękę. Ale Ali 

zakradł się od tyłu i złapał go w hamak, jak w sieć. W rękach trzymał teraz szamoczący się 

kłąb.   Zwierz   kopał   rozpaczliwie   we   wszystkie   strony,   a   jego   piskliwy   głos,   wyrażający 

jednocześnie strach i wściekłość, odbijał się głośnym echem od klatki. W końcu wszyscy trzej 

mężczyźni  musieli  zabrać się do wpychania  małego  z powrotem do jego klatki. Dan nie 

uniknął przy tym ugryzienia w rękę.

Trzeba je nakarmić — powiedział,  opatrując ranę. A nie możemy  włożyć  im tam 

jedzenia, zanim nie usuniemy nieco tego uszczelnienia…

— Zatem wyjaśnij im to, uprzejmie i powoli — rzeki Ali. — Ale nie sądzę…

— W porządku, zrobię to przerwał mu Dan. Nikt nie potrafił dokładnie określić, co 

rozumieją, a czego nie rozumieją brachy. Dan nie znał się na oswajaniu dzikich istot, ale nie 

mógł pozwolić, aby brachy pozostawały dłużej bez jedzenia i picia. A było oczywiste, że jeśli 

ponownie otworzy klatkę, zostanie zaatakowany.

Zabandażował rękę, żeby nie zabrudzić rany i wydobył pojemnik z wodą oraz torbę, 

do   której   Mura   zapakował   zapas   żywności   dla   brachów.   Napełnił   wodą   płytką   miskę   i 

postawił ją na pokładzie łodzi ratunkowej. Potem otworzył torbę, wysypał z niej do innego 

naczynia trochę znajdującej się wewnątrz mieszaniny, składającej się z suszonych owadów, 

skorupiaków i odrobiny przywiędłych liści. Oba naczynia ustawił tak, aby brachy widziały 

jedzenie i poczuły jego zapach.

Wszystkie   cztery   głowy   odwróciły   się   w   jego   kierunku   i   stworzenia   zaczęły 

przyglądać mu się uważnie. Spróbował porozumieć się z nimi na migi. Dotknął rękoma obu 

misek, a potem popchnął naczynia nieco w kierunku klatki.

— Czy właz jest zamknięty? zapytał, nie odrywając oczu od brachów, które również 

odpowiadały mu spojrzeniem.

— Na mur beton — zapewnił go Rip.

W porządku. Jeśli możecie, zejdźcie im z linii wzroku.

Jak? Przenikając przez ściany? —chciał wiedzieć Ali. Ale Dan usłyszał stukot butów o 

pokład i wiedział, że odsunęli się tak daleko, na ile pozwalała ograniczona przestrzeń.

background image

Chyba nic zamierzasz pozwolić im wyjść? zaczął dopytywać się Ali w chwilę później.

Jeżeli mają zamiar jeść, to muszę im to umożliwić. Powinny już zgłodnieć na tyle, by 

zależało im przecie wszystkim na pożywieniu.

Podniósł się wolno z kucek i przyklęknął. Namacał klamkę przykrywy, którą dopiero 

co zatrzasnął i spróbował ją otworzyć. Poruszał się wolno i najciszej jak potrafił.

Dan   był   przekonany,   że   kiedy   tylko   uchyli   wejście,   wszystkie   cztery   pomkną   na 

zewnątrz tak szybko, jak wcześniej zrobił to mały. Ale nie uczyniły tego. Nadal poruszając się 

ostrożnie, całkiem otworzył wieko, a następnie pomału się wycofał.

Przez dłuższą chwilę brachy przyglądały mu się uważnie. Najpierw poruszył się mały, 

którego z takim trudem zmuszono do powrotu do klatki. Ale któreś z rodziców machnęło 

łapą, która wylądowała na młodym nosie nieco powyżej czubka rogu. Wywołało to pełen 

oburzenia pisk. Samiec osobiście podciągnął się w górę i wygramolił z grubej wyściółki na 

zewnątrz. Zeskoczył  i dotknął nosem jedzenia oraz miski z wodą. Następnie, zerkając na 

swoją rodzinę, wydał krótki, mrukliwy dźwięk.

Dwa małe wyskoczyły natychmiast, ale samica poruszała się wolniej. Samiec wrócił 

więc i kiwając się na krawędzi klatki, zachęcał ją drżącym głosem do opuszczenia legowiska. 

Raz po raz odwracał długą głowę, żeby popatrzeć na Dana i jego towarzyszy, którzy wycofali 

się możliwie jak najdalej.

Małe nie czekały na swoich rodziców. Oba jadły łapczywie. Przerywały posiłek tylko 

od czasu do czasu, żeby napić się wody. Jeden miał najwyraźniej ochotę włożyć do miski 

przednią łapę i zlizywać płyn z jej poduszek.

Poduszek? Dan nie ośmielił się podejść bliżej, ale był przekonany, że przednie łapki 

małych są innego kształtu niż łapy dorosłych… jakby bardziej podobne do ręki. Kiedy samiec 

zdołał pieszczotami nakłonić samicę do przejścia ponad krawędzią i podejścia do naczyń, 

wydał   kilka   niskich   warknięć.   Jeden   z   małych   zapiszczał   z   oburzenia,   lecz   oba,   wciąż 

przeżuwając, wycofały się. Samiec popchnął swoją partnerkę naprzód i stał na straży, podczas 

gdy ona — początkowo ociężale, a potem okazując większe zainteresowanie — posilała się. 

Dopiero   gdy   odwróciła   się   z   własnej   woli,   sam   zjadł   to,   co   pozostało.   I   co   dalej?   — 

zastanawiał się Dan. Będą musieli umieścić je z powrotem w klatce, chociaż nie obejdzie się 

prawdopodobnie bez szamotaniny. Jaki dokładnie jest poziom inteligencji brachów? A jeśli są 

zdolne do logicznego myślenia, to jak bardzo różnią się procesy zachodzące w ich mózgach 

od tych, które mają miejsce w umysłach przedstawicieli jego własnej rasy? Dwie inteligentne 

istoty nie zawsze umieją się porozumieć.

Gdyby to tylko było możliwe, chciałby nawiązać z nimi kontakt. Traktowanie ich jak 

background image

zwierzęta może doprowadzić je do stałej wrogości i gotowości do ucieczki, a ludzi zmusić do 

nieustannego pilnowania ich.

Dan spróbował powtórzyć ten krótki, przypominający cmokanie dźwięk, który wydał 

samiec, nakłaniając swoją partnerkę do wyjścia z klatki. Odniósł sukces o tyle, że głowy 

wszystkich   czterech   brachów   zwróciły   się   w   jego   kierunku.   Najwyraźniej   wzbudził   ich 

zainteresowanie. Jednak wyczuwał w nich pewną wrogość oraz gotowość do gwałtownego 

oporu   w   razie   ataku.   Nadal   cmokając,   Dan   poruszył   się.   Starając   się   nie   zbliżać   do 

zwierzaków, lecz zwrócony twarzą w ich kierunku, przesuwał się pomaleńku wzdłuż brzegu 

łodzi ratunkowej, odpychając na bok hamaki, aż znalazł się po przeciwnej stronie klatki.

Podniósł wieko. Natychmiast wszystkie przywarły mocniej do podłogi. Samiec wydał 

z   głębi   gardła   ostrzegawczy   dźwięk,   a   samica   zasłoniła   dwa   maleństwa,   które   piszczały 

drżącymi głosami.

Dan nachylił się i przesunął rękę wzdłuż krawędzi pokrywy. Miał nadzieję, że klatka 

jest dość mocna. Pracując nad zwolnieniem zamknięcia, trzymał wieko w górze jak przed 

napaścią brachów.

Jeszcze przez jakiś czas samiec warczał groźnie. Potem, widząc, że Dan zajmuje się 

wyłącznie pokrywą, podniósł się nieco, najwyraźniej chcąc zobaczyć, co zamierza uczynić ten 

człowiek. Po chwili brach wskoczył na skrzynkę. Posuwał się wolno wzdłuż jej krawędzi, aż 

w końcu trącił rogiem palce Dana. Ten, zaskoczony, odskoczył do tyłu, i róg natychmiast 

dostał   się   pod   zamknięcie.   Brach   zaczął   uderzać   w   zawias,   aż   w   końcu   rozluźnił   go   i 

otworzył. Następnie kołyszącym krokiem przeszedł wzdłuż krawędzi i uporał się z kolejnym 

zamkiem. Dan podniósł i odrzucił pokrywę. Stanął z tyłu, niepewny, czy jego gest zostanie 

właściwie zrozumiany, chociaż postępowanie bracha przy usuwaniu zamknięcia dawało taką 

nadzieję.

Samiec nadal kołysał się na krawędzi klatki i popatrywał to na Dana, to na wieko, 

oparte teraz o ścianę kabiny. Dan się poruszył. Zaczął przesuwać się bokiem wokół kabiny, 

zachowując jednak pomiędzy sobą a brachami odległość, o której sądził, że jest bezpieczna. 

Potem nachylił się i po kawałku zaczął usuwać wyściółkę klatki. Pozostawił jej tylko tyle, 

żeby można  było  uformować  z. tego  wygodne  legowisko. Brach wciąż  znajdował się  na 

krawędzi klatki i przyglądał się.

Wtedy poderwała się samica. Usiadła obok partnera, a po chwili skoczyła na dno. 

Złapała ostatni zwój wyściółki, wyrywając go z rąk Dana i wymościła nim klatkę. Zawołała 

swoje małe, które, ku radości Dana, przybiegły do niej. W końcu i samiec skoczył w dół, 

pragnąc przebywać wraz ze swoją rodziną. Dan odszedł kilka kroków.

background image

—   Czy   to   oznacza,   że   są   skłonne   tam   przebywać,   mimo   iż   nie   będą   zamknięte? 

zastanawiał się Rip.

— Możemy mieć taką nadzieję. Ale będziemy musieli trzymać zamknięty właz. Na 

zewnątrz jest zbyt zimno. — Dan dodatkowo rozesłał na podłodze trochę wyściółki. Nagle 

poczuł się bardzo zmęczony, niezdolny do jakiegokolwiek wysiłku. Tak jakby „rozmowa” z 

brachami była równie dużym przeżyciem, jak to na Xecho. Pragnął spokoju, ciszy i snu. I 

miał nadzieję, że może na to liczyć, bez żadnych dodatkowych komplikacji — przynajmniej 

na razie.

background image

R

OZDZIAŁ

 6

Potwór z przeszłości

Ocknij się i wstawaj!

Dan został wyrwany ze snu. Jego hamak kiwał się pod wpływem solidnego pchnięcia, 

które zafundował mu Rip, trzymający nadal uniesioną rękę, gotów powtórzyć akcję, gdyby 

jego   pierwszy   atak   okazał   się   nieskuteczny.   Dan,   roztrzęsiony,   usiadł.   Przez   chwilę   nie 

wiedział, gdzie się znajduje. To nie była jego kabina na Królowej

Kiedy wreszcie Dan zebrał myśli, oprócz Ripa zobaczył również Alego, który ubrany 

w ocieplaną kurtkę stal już u włazu, tak jakby niecierpliwie czekał na niego. Co do…?

— Możemy mieć kłopoty odpowiedział Ali. Patrz. Wskazał ręką.

Kiedy sporządzili dwie kryjówki — ze skrzynką i z zarodkami — Ali zamontował w 

nich urządzenia zabezpieczające. Na każdej umocował mały sygnalizator talowy. W łodzi 

ustawił zmontowane naprędce odbiorniki, które miały ostrzegać ich, gdyby zdarzyło się coś 

nieoczekiwanego.   A   teraz   jeden   z   nich   mrugał   alarmująco   czerwonym   światłem.   Dan 

całkowicie otrząsnął się ze snu.

— Która z nich? Przy ich obecnym szczęściu będzie to oczywiście skrzynka. Wstał i 

zaczął się ubierać.

Ale Ali zaskoczył go:

— Ta z zarodkami. Mógłbyś ruszać się szybciej… to jest pilna robota!

Wyszli na zewnątrz, gdzie ogarnął ich poranny chłód, pod wpływem którego Dan 

przykrył  się kapturem osłaniającym twarz i wsunął dłonie w rękawice. Pamiętał jednak o 

zamknięciu włazu, a przedtem zdążył upewnić się, że brachy są bezpieczne w ciepłej kabinie.

Gałęzie   i   liście   pokrywał   mroźny   szron,   otulając   roślinność   srebrnym   płaszczem. 

Oddechy maszerujących ludzi tworzyły małe, białe obłoczki.

— Posłuchajcie! Rip podniósł rękę, jakby chciał zagrodzić wejście na ścieżkę, która 

wydeptali wczoraj, przenosząc pakunki cło kryjówki.

Do ich uszu dochodziły trzaski, tak jakby coś dużego przedzierało się przez zarośla. z, 

kilku miejsc dotarł także inny hałas coś w rodzaju parskania pozwalający się domyślać, że 

mają do czynienia z dużym stworzeniem.

Dan wyciągnął ogłuszacz, kciukiem nastawił regulator na pełna moc i dostrzegł, że 

jego   towarzysze   robią   to   samo.   Rośliny   przysłaniały   widoczność,   więc   kierowali   się 

wyłącznie słuchem. Lecz wnioskując po odgłosach, „coś” oddalało się, a nie zbliżało do nich. 

background image

Przez kilka minut nasłuchiwali, dopóki nie upewnili się, że stworzenie wycofało się głębiej w 

las.

Dan   był   pewien,   że   to   „coś”   węszyło   wokół   kryjówki   z   zarodkami.   Być   może 

przyciągnął je lam jakiś zapach. Zdecydował, że muszą pójść i zobaczyć wyrządzone szkody. 

Było całkowicie pewne, że te lafsmery są w obecnym stanie bezużyteczne dla osadników, ale 

żaden ładunek nie może zostać zniszczony przed wydaniem rozkazu, a Dan takiego polecenia 

nie otrzymał. Dlatego musi ochraniać skrzynki tak długo, aż nie zapadną decyzje. Nic uszli 

zbyt daleko ścieżką wydeptaną przez nich samych poprzedniego dnia, kiedy natknęli się na 

ślady pozostawione przez tajemniczą istotę, która musiała tupać czy raczej stąpać ciężko. 

Znaki odciśnięte w zamarzniętej glinie były na tyle duże, że kiedy Dan przyklęknął i zmierzył 

je ręką, wystawały poza jego rozcapierzone palce. Ślady nie były zbyt wyraźne, ponieważ 

gleba skuta mrozem opierała się nawet tak znacznemu ciężarowi, ale na pewno przypominały 

bardziej okrągłe dziury niż cokolwiek innego.

Ogłuszacz, ustawiony na maksymalną moc, teoretycznie powinien pokonać większość 

stworów.   Ale   na   niektórych   światach   istniały   zmory,   na   które   takie   promieniowanie 

wywierało wrażenie nie większe od plaśnięcia gałązką. Wówczas jedynym rozwiązaniem był 

miotacz, lecz tej broni akurat nie mieli.

Posuwali się teraz wolno, nasłuchując i licząc na to, że obce zwierzę wciąż oddala się 

od nich, gdyż odgłos jego kroków stawał się słabszy. Kiedy doszli do miejsca, w którym 

ukryli skrzynki, znaleźli kolejne dowody siły tej istoty, której jeszcze nie widzieli. Kamienie i 

ziemia,  które usypali  w jednym  miejscu z tak wielkim wysiłkiem,  żeby ukryć  kryjówkę, 

zostały rozsypane. Same pojemniki były porozbijane, chociaż wykonano je tak, aby mogły 

oprzeć się wszelkim wstrząsom i naciskom, jakie występują podczas lotu w przestrzeni. Były 

poskręcane i połamane, a dwa z nich otwarte, co było widać bez jakiegokolwiek wysiłku.

I były całkiem puste. Dan kopnął jedną skrzynkę leżącą na uboczu i jego wzrok skupił 

się na następnej, która została pogięta i porzucona. Nie mylił się. To, co spoczywało w jej 

wyściełanym wnętrzu, poruszało się. Ale nie nadszedł jeszcze czas, kiedy powinno wyjść na 

zewnątrz. Tak jak w przypadku brachów, „narodziny” tego stwora nastąpiły przed terminem.

Widział,   jak   potworne   ciało   wewnątrz   skrzynki   się   wije.   Jeszcze   kilka   minut   i   z 

pewnością zwierzę umrze. Ponieważ to potwór, niech tak się stanie. Poczucie obowiązku 

mówiło jednak Danowi, że ładunek musi pozostać nienaruszony. A być może zachowanie 

tych zarodków takimi, jakie są, aż do chwili, gdy specjaliści stwierdzą, co się z nimi stało, 

będzie dowodem niewinności załogi.

Ale to pokryte łuską, na wpół wężowate coś… nie mogą się tym opiekować w łodzi 

background image

ratunkowej. I jak długo potrwa, zanim Jellico przyśle im polecenia, co mają robić dalej.

Dan ukląkł obok rozbitego pojemnika.  Z pewnością to „coś” wkrótce zamarznie  i 

zesztywnieje. Gady są szczególnie wrażliwe na temperatury, zarówno niskie, jak i wysokie. 

Hyc może mogliby to „coś” zamrozić i przechować tak, jak przechowywali ciało zmarłego 

nieznajomego na Królowej.

Stworzenie,  które z początku  zdawało się ledwo ruszać,  zamiast  słabnąć, wiło się 

coraz  żwawiej. Jeśli  to  „coś”  czuło  zimno,   to chłód,  zamiast  wpędzać   je  w  odrętwienie, 

pobudzał do zwiększonego wysiłku. Skrzynka chwiała się tam i z powrotem, aż w końcu 

przewróciła się na bok. Poprzez pęknięcie w pokrywie, zbyt małe, aby stworzenie wypełzło 

przez nie na zewnątrz, wypchnęła pokrytą łuskami stopę. Drapiąc dużymi  pazurami skutą 

mrozem ziemię, próbowało się wydostać.

Dan ustawił regulator ogłuszacza na pół mocy i napromieniował pojemnik. Pazurzasta 

stopa znieruchomiała, a pojemnik przestał się trząść.

— Jeszcze dwa inne chcą się wydostać na zewnątrz. Ali zdążył już poukładać skrzynki 

w stertę. Teraz wskazywał na dwie, odstawione na bok.

Grasujący osobnik nie obszedł się z nimi aż tak źle. Zanim jednak ludzie zdołali się 

poruszyć, pokrywy nagle rozwarły się na oścież, jakby zostały włączone na „rodzenie”, a 

stwory ze środka zaczęły wypełzać na zewnątrz. Rip momentalnie napromieniował je tak, że 

straciły przytomność.

Smocze   głowy   na   długich   szyjach   zwisały   teraz   bezwładnie   przewieszone   przez 

krawędzie skrzyń.

Co z innymi? — Dan poszedł sprawdzić, lecz w pozostałych pojemnikach nie znalazł 

żadnych oznak życia. Etykiety ostrzegawcze na przykryciach były nienaruszone.

— Co robimy? Czy zastosować im maksymalne promieniowanie i wykończyć je? — 

zapytał Ali.

Prawdopodobnie byłoby to najbardziej sensowne posunięcie. A jednak są towarem i 

mogą okazać się potrzebne. Dan akurat tyle zdążył powiedzieć, kiedy zobaczył, że Rip wolno 

kiwa głową, tak jakby się zgadzał.

— Laboratoriom może na nich zależeć. Prawdopodobnie po zbadaniu ich będą mogli 

powiedzieć coś więcej na temat promieniowania. Ale gdzie je umieścimy?

— No właśnie, gdzie? — dopytywał się Ali. — W łodzi ratunkowej? Jeśli tak, to 

musielibyśmy sami wynieść się stamtąd. Już i tak mamy tam zoo. A te stwory — zmarszczył 

nos   nie   są   najlepszym   towarzystwem   na   statku.   Ich   zapach   jest   łagodnie   mówiąc, 

nieprzyjemny…

background image

Smród wydzielany przez bezwładne gady rzeczywiście sprawiał, że były one ostatnią 

rzeczą,   którą   chciałoby   się   trzymać   pod   łóżkiem   czy   w   jego   okolicy.   Ale   pozostając   na 

zewnątrz   nie   mają   żadnej   szansy   przeżycia,   o   ile   nie   znajdą   się   w   jakiejś   ogrzewanej 

zagrodzie. Dan głośno zastanawiał się nad tym.

Mamy   klatkę   brachów.   Jeśli   będą   współpracowały   z   nami,   tak   jak   ostatniej   nocy 

zaproponował Rip — to możemy umieścić je na dodatkowym hamaku. A te pojemniki… czyż 

nie moglibyśmy ich naprawić, zamontować wokół klatki i podłączyć urządzenie ogrzewcze?

Nie   można   przewidzieć,   czy   to   się   uda   Ali   podniósł   jeden   z   pogruchotanych 

pojemników   ale   warto   spróbować.   W   każdym   razie   nie   możemy   ich   wpuścić   na   łódź 

ratunkową, ani swobodnie, ani w skrzynkach. To cuchnie tak, że momentalnie przyprawia o 

wymioty. Jak długo pozostaną one nieprzytomne?

Dan   nie   chciał   dotykać   bezwładnych   gadów,   a   nic   dysponował   żadnym   innym 

sposobem,  żeby je zbadać. Jedynym  rozwiązaniem było  pozostawienie przy nich jednego 

strażnika, podczas gdy pozostali członkowie załogi będą pracować.

— Jest jeszcze jeden problem — powiedział Rip. — To „coś”, co narobiło tu tego 

bałaganu, mogło upodobać sobie pseudolafsmery. Jeśli tropi lub poluje za pomocą węchu, 

może dotrzeć do łodzi ratunkowej. Czy zależy nam na tym?

Nie przyszło mi to do głowy, pomyślał Dan. Pierwszym rozwiązaniem, jakie mu się 

nasunęło, to zabrać stwory na statek i wybudować ogrzewaną zagrodę w pobliżu. Ale czy był 

to dobry pomysł?

— Możemy zamontować urządzenie — odpowiedział Ripowi Ali które porazi prądem 

każdą istotę, która przyjdzie tu polować. Kiedy wyruszaliśmy, Stotz dał mi zestaw narzędzi 

potrzebnych do skonstruowania takiego zabezpieczenia. Możemy leż doprowadzić do klatki 

kabel ze statku i ustawić pole siłowe…

Dan miał zaufanie do Alcgo. Każdy, kto był uczniem Johana Stotza, znał swój zawód, 

a załoga wolnego frachtowca nie po raz pierwszy musi polegać na własnych pomysłach. Ich 

życie w nadprzestrzeni w dużej mierze zależało od umiejętności radzenia sobie w trudnych 

sytuacjach.

Tak więc spędzili ten długi dzień na ciężkiej pracy — Ali dostarczał informacji i 

wiedzy   technicznej,   która   była   im   potrzebna,   a   Rip   i   Dan   wykonywali   jego   polecenia. 

Naprawili trzy pojemniki, zniszczone przez nieznajomego stwora, oraz dwa inne, których 

etykiety   wskazywały,   że   zarodki   w   nich   obumarły.   Resztki   źle   ukształtowanych   płodów 

wyrzucili do dołu w znacznej odległości od miejsca, w którym planowali ustawić zagrodę i 

przysypali je kamieniami.

background image

W   końcu   wybudowali   coś   w   rodzaju   pomieszczenia,   przypominającego   klatkę 

brachów, którą ogołocili z całej wyściółki. Była wystarczająco duża, żeby pomieścić trzy 

nadal   uśpione   stwory.   Ali   zamontował   pole   siłowe,   ostrzegając   jednocześnie   swych 

towarzyszy, że w ten sposób wyczerpują moc łodzi ratunkowej.

Brachy   wydawały   się   być   zadowolone   z   przeniesienia   do   czwartego   hamaka   w 

kabinie.   Większość   dnia   przespały   i   Dan   zastanawiał   się,   czy   w   stanie   naturalnym   nie 

prowadza   nocnego   trybu   życia.   Równocześnie   upomniał   sam   siebie,   że   nie   wolno   mu 

zapomnieć o solidnym  zatrzaśnięciu włazu na noc, na wypadek, gdyby zwierzęta nabrały 

ochoty na spacer.

Nie zostawili reszty skrzynek w pobliżu smoczej zagrody. Ponownie ustawili je w stos 

i przykryli, tym razem dużo większą stertą kamieni. Dodatkowo Ali ściął trzy duże drzewa i 

ułożył je tak, że ich grube, górne gałęzie stykały się i splatały ponad kryjówką.

Zagrodę   ustawili   bliżej   lodzi   ratunkowej   i   za   pomocą   piły   oczyścili   teren   wokół 

wybranego   miejsca.   Ponadto   utorowali   drogę   do   swej   siedziby.   Dzięki   temu   uzyskali 

wygodną ścieżkę wiodącą do zagrody, na wypadek gdyby musieli szybko się tam dostać.

Dan nie miał  pojęcia, czym  będą się żywić  uwięzione  stwory.  Sądząc  po zębach, 

mogły   być   mięsożerne.   Przygotował   im   więc   pełną   miskę   jedzenia   z   zapasów 

przygotowanych dla załogi, ustawił ją przy wejściu do klatki, do czasu, kiedy przebudzą się z 

wywołanego ogłuszaczem snu. Jeśli kiedykolwiek w ogóle to nastąpi — wydawało mu się 

bowiem, że ich trwający cały dzień sen jest nienaturalny, choć bardzo ułatwił im wykonanie 

ich własnego zadania.

Ali zamontował alarm, który miał ich zbudzić w przypadku, gdyby coś zbliżyło się do 

zagrody. Kiedy ułożyli się na noc w hamakach, wszyscy byli tak zmęczeni, że nawet nie 

chciało   im   się   przygotować   kolacji.   Dan,   zanim   zasnął,   sprawdził   drzwi.   Brachy   były 

ożywione. Zostawił im wiec żywność i wodę. Miał tylko nadzieję, że jeśli rzeczywiście wyjdą 

się powłóczyć, nie obudzą członków załogi. W jego głowie powstała jednak pewna obawa. 

Przez cały dzień brachy były bardzo spokojne i chętnie współpracowały z nimi. Zastanawiał 

się, czy przypadkiem nie oznacza to, że knują jakiś wrogi plan.

Fakt,   że   na   zewnątrz   panowało   przejmujące   zimno,   mógł   powstrzymać   je   przed 

ucieczką,  nawet   jeśli   potrafiłyby  poradzić  sobie  z   systemem  zamków,   zamocowanych  na 

klapie włazu. Był jednak tak zmęczony, że nawet ten niepokój nie zdołał wybić go ze snu.

Czuł   przejmujący   chłód,   przenikający   do   szpiku   kości.   Zakopano   go   w   lodowcu 

wznoszącym się ponad szmaragdowym jeziorem. Musi się poruszyć, by przełamać powłokę 

background image

lodu… jeśli tego nie zrobi, to potoczy się w dół wraz z lawiną i utonie w zielonych głębiach 

jeziora. Musi wyrwać się i uwolnić. Zdobył się na potężny wysiłek.

Bryła  lodowa zakołysała  się i zatrzęsła.  Osuwał się… wpadł do jeziora!  Musi się 

uwolnić…

Hamak zakołysał się i nagły upadek obudził Dana. Wciąż dygotał z zimna, chłód nie 

był  jedynie snem! Mroźne powietrze otaczało go rzeczywiście. Wstał i w przytłumionym 

świetle   lampki   zawieszonej   nad  sterami   zobaczył   uchyloną   klapę   włazu   i  usłyszał   wycie 

wiatru na zewnątrz.

Brachy!  Zatrzasnął właz i podszedł do hamaka lafsmerów. Tak jak oczekiwał, był 

pusty. Leżała tam tylko sterta posłania wyniesiona z ich klatki. Dan odciągnął hamak na bok, 

mając nadzieję, że znajdzie stwory schowane pod nim.

Wciąż trzymał linkę hamaka w swojej ręce, kiedy w łodzi ratunkowej rozległ się glos 

brzęczyka   ostrzegawczego,   zamontowanego   przez   Alego.   Jeśli   nieznany   stwór   zwietrzył 

brachy na zewnątrz, to mogą być narażone nie tylko na zmarznięcie, ale są także bezradne 

wobec zagrożenia.

Dan   złapał   swoją   ocieplaną   kurtkę   dokładnie   w   tym   momencie,   gdy   Rip   i   Ali 

wyskoczyli ze swoich hamaków.

— Brachy uciekły — powiedział Dan krótko — i włączył się alarm przy klatce. — 

Nie potrzebował tego dodawać, gdyż brzęczenie dzwonka było aż nazbyt dobrze słyszalne w 

tej ograniczonej przestrzeni.

Podniósł ręczną latarkę i przyczepił ją do pasa, by pozostawić sobie wolne ręce. W 

pierwszym   rzędzie   muszą   zająć   się   raczej   brachami,   a   nie   smokami.   Na   zewnątrz   łodzi 

ratunkowej było bardzo zimno. Zegarek wskazywał, że jest już dawno po północy — zbliżał 

się świt. Słaby promień światła jego latarki padał na ślady odciśnięte w zamarzniętej ziemi. 

Nie były zbyt wyraźne, ale sądził, że są to tropy pozostawione przez brachy. Miał nadzieję, że 

zbita ściana zarośli zmusi je do trzymania się ścieżki.

Dan usłyszał dźwięk zatrzaskiwanego włazu i domyślił się, że towarzysze podążają za 

nim. Posuwali się naprzód starając się wyrządzać jak najmniej hałasu i z taką prędkością, na 

jaką pozwalały noc, słabe światło i nierówny grunt. Na szczęście, nie mieli zbyt długiej drogi 

do  przebycia.  Dan  był  przekonany,  że   brachy  weszły  w   obszar  pola   siłowego,  które   Ali 

umieścił wokół klatki ze smokami.

Dan spostrzegł, że przed nim idzie coś, co wcale nie usiłuje zachowywać ostrożności. 

Dochodził   go   głośny,   głuchy   odgłos   tego   samego   ociężałego   stąpania,   które   słyszał   już 

wcześniej.

background image

A więc obca istota powróciła w poszukiwaniu zarodków. Nagle, kiedy Dan przystanął, 

trzymając ogłuszacz nastawiony na pełną moc, chociaż nie wiedział, jaka odległość dzieli go 

od stwora, usłyszał przeraźliwy krzyk, wyrażający strach. I choć nigdy wcześniej Dan nie 

słyszał wycia bracha, był pewien, że to właśnie któryś z uciekinierów tak nawołuje.

Nagłym ruchem przestawił latarkę na maksimum i pobiegł; magnetyczne płytki na 

podeszwach jego butów uderzały głośno o zamarznięty grunt. Już po kilku sekundach wpadł 

na wolny teren, który przygotowali wokół klatki. Unosiła się tu mgiełka pola siłowego. W tej 

mglistej osłonie skuliły się brachy. Jeden z małych leżał na ziemi. Jego brat lub siostra — 

opierał się o niego bezwładnie. A dwa dorosłe, ze spuszczonymi głowami, grożąc swojemu 

przeciwnikowi rogami na nosach, stały na straży.

Żałosny to był widok, ponieważ stwór, który zaatakował brachy, był w stanie jednym 

ciosem   którejkolwiek   ze   swoich   sześciu   kończyn   roztrzaskać   oba   zwierzęta   na   krwawą 

miazgę. Potwór uniósł się wysoko i wycofał. Dotykał ziemi okrągłym brzuchem i czterema 

kończynami, które przywierały do niej jak kotwica statku do morskiego dna. Równocześnie 

mniejszy tułów i długie przednie ramiona kołysały się tam i z powrotem tuż przed ekranem 

siłowym.

Najwyraźniej obawiał się go, ponieważ nie próbował przedrzeć się przez mgiełkę. 

Widok atakującego oszołomił Dana do tego stopnia, że przez chwilę nie był w stanie wykonać 

żadnego   ruchu.   Mrówko—chrząszcz?   Nie,   nie   miał   twardej,   zewnętrznej   powłoki,   jaką 

posiadają te owady.  Zamiast  niej, wokół zaokrąglonego,  dużego brzucha, pleców  i klatki 

piersiowej miał długie futro splątanych siwoczarnych włosów, między którymi tkwiły gałązki 

oraz liście. Wyglądał prawie tak, jak poruszający się krzak, gdyby pominąć głowę i łapy w 

nieustannym ruchu.

Górne   kończyny   miał   zakończone   długimi,   wąskimi,   zachodzącymi   na   siebie 

pazurami, które cały czas rozwierał i zaciskał, uderzając o pole siłowe. Najwidoczniej jednak 

wciąż nie mógł się zdecydować, by sięgnąć do środka. Dan wziął na cel okrągłą głowę z 

wielkimi, przypominającymi owady, oczyma.

Stwór   wstrząsnął   się,   a   więc   ogłuszająca   wiązka   wystrzelona   przez   Dana   musiała 

dosięgnąć ośrodka nerwowego. Potem to „coś” zgięło się tak, jakby w ogóle nie posiadało 

szkieletu   czy   kręgosłupa.   Zamachało   jedną   z   pazurzastych   przednich   kończyn,   ale   Dan 

nieugięcie   trwał   na   swojej   pozycji,   nadal   celując   w   jego   głowę   wiązką   z   ogłuszacza 

ustawionego na pełną moc. Mimo to skuteczność promieniowania była niewielka, aż zaczął 

się obawiać, czy nie wybrał złego sposobu ataku. Czy mózg tego stworzenia nie mieścił się w 

głowie, a w innym miejscu ogromnego ciała?

background image

Ali i Rip widząc, że strzały oddane przez Dana nic powaliły go, celowali niżej — 

pierwszy w klatkę piersiową, a drugi w beczułkowaty brzuch. Któryś z ich trójki musiał trafić 

w centralny układ nerwowy, ponieważ kończyny opadły i uderzyły kilka razy o ciało. Stwór 

zatoczył się, jakby próbował uciekać, a potem runął tuż obok klatki oraz obleganych brachów.

Ali gwałtownie wyłączył pole siłowe i pospieszyli do uciekinierów. Troje z nich nie 

było rannych. Lecz mały, leżący na ziemi, otrzymał ranę, biegnącą wzdłuż ramienia aż do 

żebra. Zaskomlał żałośnie, kiedy Dan pochylił się nad nim. Reszta rodziny cofnęła się, lak 

jakby wiedziała, że chodzi o udzielenie pomocy.

Smoki… — Ali zdążył już podejść do klatki i zajrzeć do środka …uciekły. Patrzcie 

tutaj!  — Ledwo  dotknął  drzwi,  a  te  otworzyły   się  na oścież,   jakby  nie  zamknęli  ich  na 

zatrzask. Ale Dan przysiągłby, że to zrobili.

Delikatnie podniósł małego bracha i ruszył z powrotem do łodzi ratunkowej. Pozostałe 

trzy   zwierzaki   podążyły   tuż   za   nim,   wydając   drżące   dźwięki,   które   coraz   bardziej 

przypominały ludzkie głosy.

Pójdziemy poszukać smoków — powiedział Rip jeśli poradzisz sobie z brachami sam.

Poradzę sobie. — Dan chciał je zabrać do ciepłej  i bezpiecznej  lodzi ratunkowej. 

Wiedział o tym, że Ali i Rip będą postępować ostrożnie z. tym ogłuszonym potworem. Teraz 

trzeba przede wszystkim zająć się rannym brachem.

Nie miał możliwości przekonać się, czy leki przeznaczone dla ludzi uzdrowią ranne 

zwierzątko. Lecz nie znał innego sposobu ratunku. Spryskał więc ranę antybiotykiem, pokrył 

ją cienką warstwą maści gojącej i usadowił malca w hamaku. Matka szybko dołączyła się do 

niego, przytuliła go delikatnie do siebie i lizała mu głowę, dopóki nie zasnął.

Samiec wraz z drugim potomkiem nadal siedzieli na półce, na którą wszystkie brachy 

wspięły się, żeby obserwować, jak Dan opatruje ranę. Teraz, odłożywszy na bok lekarstwa i 

opatrunki, szef ładowni spojrzał na nie. To, że rozmawiały ze sobą, było  oczywiste. Czy 

potrafią jednak z nimi się porozumieć? W wyposażeniu łodzi ratunkowej był sprzęt, który 

mógł posłużyć temu celowi. Podszedł do schowka z paczkami, wyjął jedną ze skrzynek i 

wypakował ostrożnie jej zawartość. Znajdował się lam mały mikrofon, sztuczna krtań, którą 

można przyczepić do własnego gardła oraz płaska metalowa tarcza. Drugi, podobny zestaw 

odłożył na bok. Potem umieścił tarczę przed samcem.

—   Ja,   Dan…   —wypróbował   najstarszego   ze   wszystkich   sposobów   nawiązywania 

znajomości, podając swoje imię. — Ja, wasz przyjaciel…

Z metalowego krążka wydobyła się seria pisków. Ale Dan nie potrafił określić, czy ten 

automatyczny tłumacz wiernie przekazał jego słowa.

background image

Samiec rzucił się w bok, tak wstrząśnięty, że nieomal spadł z półki, a mały zapiszczał i 

skoczył na hamak, padając bezwładnie obok samicy. Ta podniosła nos i zaprezentowała swój 

róg. Cofnęła pyszczek z ostrzegawczym warknięciem.

Ale samiec nie uciekł. Przykucnął natomiast i popatrywał to na Dana, to na tarcze, tak 

jakby   rozważał   problem.   Nadal   nie   spuszczając   wzroku   z   Dana,   przysunął   się   bliżej. 

Człowiek spróbował ponownie:

— Ja, przyjaciel…

Tym razem odgłosy wydobywające się z krążka nie przestraszyły bracha. Wysunął 

przednią   łapę   i   położył   ją   na   urządzeniu,   a   potem   dotknął   krótkiej   antenki,   popatrując 

jednocześnie na mikrofon w gardle Dana.

— Moja ręka, ona jest pusta. Ja, przyjaciel… Dan, poruszając się ostrożnie, wyciągnął 

dłoń skierowaną do góry. I tak, jak powiedział, nic w niej nie trzymał. Brach pochylił się w 

przód, wysunął swój długi nos i węszył.

Dan cofnął rękę, wstał wolno, wyjął torbę z pokarmem i napełnił nim miskę.

Jedzenie — powiedział dobitnie.

Nalał wody do pojemnika. — Woda, do picia… — Ustawił oba pojemniki tak, aby 

brach mógł je widzieć.

Samica   zawołała,   ą   jej   partner   podniósł   naczynie   i   zaniósł   do   hamaka.   Braszyca 

usiadła, sięgnęła po jedzenie i zlizała je z łapy. Większą porcję wepchnęła w usta rannego 

małego, który od razu się ożywił. Samiec pociągnął długi łyk wody, zanim zaniósł ją rodzinie 

usadowionej w hamaku. Ale nie pozostał wraz z nimi, lecz wskoczył ponownie na półkę. 

Teraz przycupnął tuż obok urządzenia przetwarzającego dźwięki, wydając co pewien czas 

drżące odgłosy. Zrozumiał przynajmniej trochę z wypowiedzi Dana, który niezmiernie się 

ucieszył. Czy zdoła teraz nakłonić zwierzę do założenia drugiego mikrofonu gardłowego, tak 

żeby tłumacz pracował w obie strony? Zanim zdążył to uczynić, otworzył się właz. Samiec 

uciekł na hamak, a Dan odwrócił się zdenerwowany i stanął oko w oko z Ripem oraz Alim. 

Na widok ich twarzy niemal zapomniał o swej „rozmowie” z brachami.

background image

R

OZDZIAŁ

 7

Zwłoki w okowach lodu

— Jak duże było stworzenie, które ogłuszyliśmy? — zapytał Ali. Nie odpiął nawet 

munduru i nadal trzymał ogłuszacz w pogotowiu, tak jakby spodziewał się ataku.

— — Wyższe od nas wszystkich. — Dan nie umiał podać konkretnych rozmiarów. 

Zresztą, jakie to mogło mieć znaczenie?

To „coś” wyglądało na potwora, ale udowodnili, że ogłuszacze mogą poradzić sobie 

ze wszystkim.

— W rzeczywistości  — Rip schował broń i teraz odmierzał  rękoma  w powietrzu 

odcinek długości około trzydziestu centymetrów — nie powinno być większe niż takie, no i 

oczywiście są także inne różnice.

— Może powiecie łaskawie, o co wam chodzi. Głośno i wyraźnie. — Dan nie miał 

ochoty na rozwiązywanie następnej zagadki.

— — Na Asgard — Ali przystąpił do wyjaśnień — żyje pewien ryjący stwór, niezbyt 

różniący się od ziemskiej mrówki, z wyjątkiem wielkości i tego, że nie żyje w stadach, lecz 

jest samotnikiem. Nie jest co prawda porośnięty włosami ani futrem. I nie jest w stanie odciąć 

człowiekowi   głowy   pazurami,   ani   też   zadeptać   go.   Osadnicy…   nazywają   go… 

mrówkorodem. To, z czyni walczyliśmy na zewnątrz, jest rodzajem mrówkoroda.

Ale… — Dan zaczął protestować, lecz Rip wszedł mu w słowo:

Tak, ale i ale, i ale. Obaj jesteśmy pewni, że to był… jest… mrówkoród z pewnymi 

zmianami.   Nastąpił   proces   dokładnie   taki   sam,   jak   w   przypadku   zarodków   lafsmerów   i 

brachów.

— Zatem skrzynka… Myśli Dana znalazły się przy niebezpiecznym ładunku, który 

niedawno   zakopali.   A   wiec   zabezpieczenia   Stolza   zawiodły.   Promieniowanie   znów 

podziałało. Tym razem na jakieś stworzenie, które ryło blisko miejsca ukrycia skrzynki.

Wyglądało na to, że Rip czyta w jego myślach:

—   To   nie   skrzynka   powiedział   zdecydowanie.   Poszliśmy   sprawdzić.   Jest 

nienaruszona. Ponadto, stworzenie to nie mogłoby z dnia na dzień przeobrazić się w swoją 

obecną postać. Poszliśmy trochę dalej po śladach. To zwierzę było tulaj już przed naszym 

lądowaniem.

Jakie macie na to dowody?

— Wyrytą norę — twarz Alego wyrażała odrazę zapełnioną odpadkami. To jest z całą 

background image

pewnością mrówkoród.

Skąd   masz   tę   pewność?   Powiedziałeś,   że   można   dostrzec   powierzchowne 

podobieństwo   pomiędzy   ziemską   mrówką   a   mrówkorodem.   Równie   dobrze   tutaj   może 

występować zwierzę czy owad, wywodzące się z lego samego pragatunku, nieprawdaż? A 

sam powiedziałeś, że są między nimi inne różnice.

— Rozsądnie mówisz — odparł Ali. — I my nie mielibyśmy pewności, gdyby na 

Asgard nie było muzeum przyrodniczego. Kilka podróży temu wieźliśmy do niego ładunek — 

pewne wykopaliska, którymi Van Ryck kazał nam się szczególnie opiekować. Podczas gdy 

kustosz muzeum wychwalał naszą odpowiedzialność, rozejrzeliśmy się trochę wokół. Był lam 

model   wcześniejszej   odmiany   mrówkoroda,   która   wymarła   na   długo   przed   przybyciem 

pierwszych osadników na tlę planetę: zostały zalane podczas powodzi, zakopane głęboko w 

glebie i w len sposób zakonserwowane. Dlatego wiemy, że były duże, owłosione i bardzo 

podobne   do   tego   potwora   na   zewnątrz.   Na   pewno   mogą   uchodzić   za   jego   ukochane 

rodzeństwo!   Jako   że   Asgard   leży   daleko   stad,   jak   wyjaśnisz   odnalezienie   lulaj   żyjącego 

stworzenia, które na innym świecie wymarło około pięćdziesięciu tysięcy lat planetarnych 

temu?

Skrzynka… Dan wciąż powracał do tego źródła. A siad zrodziła się następna myśl. — 

Inna skrzynka?

— Nie tylko inna skrzynka Rip skinął głową ale z całą pewnością przekazywanie 

różnych form życia. Nie ma drugiego takiego zwierzęcia na żadnym ze światów. Tak wiec 

ktoś musiał sprowadzić współczesnego mrówkoroda, poddać go procesowi uwstecznienia i 

stworzył to „coś”. Dokładnie, w taki sam sposób, w jaki narodziły się nasze smoki.

— Smoki! Dan przypomniał sobie zaginiony towar. — Czy ten potwor je zjadł?

— Nie… mały…  uwolnił je… — padły słowa wypowiedziane wysokim głosem z 

delikatną, metaliczną nutą. Dan przyjrzał się uważnie swoim dwóm towarzyszom. Żaden z 

nich tego nie mówił. Obaj natomiast wpatrywali się w punkt za nimi, tak jakby nie mogli 

uwierzyć w to, co widzą. Odwrócił głowę.

Brach   ponownie   przycupnął   na   półce,   skąd   przysłuchiwał   się   drżącym   tonom 

wypowiedzi   Dana,   wydobywającym   się   z   metalowej   płytki   urządzenia   tłumaczącego. 

Dodatkowo zwierzę trzymało coś w przednich łapach, przyciskając to sobie do gardła. Dan 

rozpoznał przetwarzacz dźwięków.

— Mały je uwolnił. Samiec z całą pewnością przemawiał do nich, a jego słowa miały 

sens. — Jest ciekawski, a pomyślał, że to nie jest w porządku… tamte stwory w naszym 

domu.  Kiedy otworzył  klatkę,  został zraniony.  Zawołał… podbiegliśmy po niego. Wtedy 

background image

przybyło to wielkie „coś”, ale smoki już uciekły w las. Tak to było.

Do licha. — Wykrzyknął Ali. On mówi!

— Przy pomocy tłumacza! — Dan był tak samo wstrząśnięty. Pamiętał, że zostawił 

drugi mikrofon gardłowy na boku. Widocznie brach poszedł po niego, gdy odkrył, że to 

właśnie mikrofon przyłożony do gardła Dana sprawia, iż dźwięki wydawane przez człowieka 

stają   się  zrozumiałe.   I  też   postanowił  go  użyć.   Ale  jak  musiał   być   inteligentny,   żeby  to 

wykonać! Być może tak naprawdę brachy nigdy nie były bezmyślnymi zwierzętami, na jakie 

wyglądały i skrzynka promieniotwórcza nie musiała aż tak bardzo oddziaływać, jak zdawało 

się Ziemianom?

— Ty mówiłeś. Brach wskazał na mikrofon, który trzymał przyciśnięty do swojego 

gardła i na tarczę. — Ja słyszałem. Ja mówię, ty słyszysz. To jest prawda. Ale te smoki w 

klatce nie zostały zjedzone przez to duże. One także nie były małe… nie mieściły się w 

swoim mieszkaniu. Pchały się na ściany, drapały drzwi pazurami… Mały pomyślał, że jest im 

ciasno, otworzył klatkę, aby im pomóc. One lecą…

— Lecą? — powtórzył Dan. To prawda, że stworzenia miały trzepoczące fałdy skórne, 

które w odległej przyszłości mogły stać się skrzydłami lafsmerów. Ale żeby potrafiły latać…!

— Musimy je złapać, bo jeśli latają po lasach… — zaczął w chwili, gdy brach dodał:

— One nie latają dobrze, wiele razy spadają na ziemię… hop… hop… — Wolną łapą 

wykonał gest, przedstawiający wznoszenie się i opadanie.

— Mogą zatem być wszędzie — powiedział Rip. Brach popatrzył na niego pytająco i 

Dan zdał sobie sprawę, że rozumie on tylko wówczas, kiedy się do niego mówi poprzez 

tłumacza.

— Mogły udać się w dowolnym kierunku — powtórzył słowa Ripa.

— Szukają wody… potrzebują wody… — odparł brach. — Woda tam… — Wskazał 

teraz na południe, tak jakby widział staw, jezioro, czy strumień poprzez solidne ściany łodzi 

ratunkowej.

— Ale jezioro leży w tamtym kierunku. — Rip skinął głową na północny zachód.

— W tamtym kierunku… jezioro — przetłumaczył Dan.

— Nie, nie udają się tu… ale tam! — I brach ponownie wyciągnął łapę ku południowi.

— Widzisz je? zapytał Ali. A potem uświadomił sobie, że tylko Dan może przekazać 

pytanie i dodał:

Zapytaj go, skąd jest tego taki pewien. Ale Dan już zaczął. Zauważył na długopyskiej 

twarzy tej obcej istoty wyraz zdziwienia. Potem brach dotknął łapą tej części swojej głowy, 

która u człowieka byłaby czołem i odpowiedział:

background image

— Smoki ogromnie pragną wody, więc my mamy… mamy pragnienie…

— Telepatia! — Rip prawie krzyknął. Ale Dan nie był tego pewien:

— Czujesz, co myśli inne stworzenie? — — Miał nadzieję, że wyraził się jasno.

Nie, co myśli.  Najwyżej  co myśli  inny brach… i to tylko  niekiedy.  My zaledwie 

czujemy to samo, co inne stworzenia. Ono czuje mocno, wiemy o tym.

— Swego rodzaju przekaz uczuć — podsumował Ali.

— Mały czuł, że smoki chcą wyjść, więc pozwolił im na to mówił dalej brach. — 

Potem smok zranił małego. To źle…

— Jest zimno — powiedział Rip. — Jeśli wędrują w poszukiwaniu wody na południe, 

chłód je wykończy.

Zatem musimy je znaleźć — odpowiedział Dan.

— Ktoś powinien pozostać, by czekać na wiadomości z Królowej — zauważył Ali.

— Pilot — powiedział szybko Dan, zanim Rip zdążył zaprotestować. — Weźmiemy 

ze sobą mikrofony.

Gdyby zaszła potrzeba, będziesz mógł wezwać nas z powrotem.

Spodziewał   się   protestu   ze   strony   Shannona,   ale   tamten   już   otwierał   szafki 

magazynowe z zapasami i wyciągał paczki. Tym, który przemówił, był brach:

— Pójdę z wami. Mogę czuć smoki… powiem gdzie…

— Jest zbyt  zimno  — odpowiedział  szybko  Dan. Być  może,  że stracili  już część 

towaru,   ale   brachy   są   dużo   ważniejsze   od   rozwijających   się   zarodków   i   nie   zamierza 

ryzykować ich straty.

— Może… — Rip trzymał jedną z zapasowych toreb. —Włóżcie tu małe urządzenie 

ogrzewcze, nastawcie na minimalną moc i zapakujcie naszego przyjaciela razem z tym. — 

Skinął głową w kierunku wyściółki, którą usunęli z klatki. — Powinno mu być ciepło. To, co 

mówi brach, ma sens. Jeśli potrafi być waszym przewodnikiem w poszukiwaniu smoków, 

oszczędzicie wiele czasu i energii.

Dan wziął torbę od Ripa. Przeznaczona do przenoszenia zaopatrzenia na planetach 

posiadających   szkodliwy   klimat,   była   wodoszczelna   i   częściowo   przystosowana   do 

utrzymywania   ciśnienia   powietrza   zbliżonego   do   ziemskiego.   Jeszcze   jedno   doskonałe 

urządzenie   ratownicze   z   wyposażenia   łodzi   ratunkowej,   wystarczająco   przestronne,   żeby 

pomieścić bracha, nawet z tymi ocieplającymi dodatkami, które wymienił Rip. Jeśli prawdą 

jest   to,   o   czym   mówi   brach:   że   poprzez   odczuwanie   potrafi   pozostawać   w   kontakcie   z 

odmieńcami lafsmerów, wówczas jego towarzystwo uchroni ich przed stratą czasu. A Dan 

coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że im szybciej opuszczą ten teren, tym lepiej.

background image

Wyćwiczone  ręce Alego przygotowały posłanie dla niezwykłego  pomocnika. Małe 

urządzenie ogrzewcze powędrowało na spód torby. Wokół niego oraz wzdłuż boków torby 

Ali owinął wyściółkę, pozostawiając w środku miejsce dla bracha. Pasy po bokach torby, 

służące  do  wkładania  na  ramiona,   wydłużył   tak,  żeby  pasowały  na Dana.  Sam  Ali  niósł 

pojemnik z zaopatrzeniem. Każdy z nich zabrał osobisty mikrofon, który przypiął do kaptura 

kurtki. Dan dodatkowo przymocował sobie blisko policzka automatycznego tłumacza.

Brach udał się do swojej rodziny w hamaku i ze stłumionego mruczenia, jakie stamtąd 

dochodziło, Dan domyślił się, że wyjaśnia swoją zbliżającą się nieobecność. Dan nie znał 

treści rozmowy, ponieważ samiec zostawił tłumacza, aby mogli przywiązać go do torby.

Wyruszyli o poranku. Drzwi klatki zastali otwarte na oścież, a mrówkoród, jeśli to 

„coś” rzeczywiście było jego odmianą, uciekł. Głęboko wyżłobione w gruncie ślady wiodły 

na wschód i świadczyły o tym, że potwór raczej czołgał się, aniżeli szedł.

— Udał się w kierunku nory — zauważył Ali. Sądzę, że spędzenie nocy na zewnątrz 

w tym zimnie nie wyszło mu na zdrowie. Dobre chociaż to, że słychać, gdy nadchodzi.

— Jeżeli to jest mrówkoród przywrócony do swojej wcześniejszej formy… — Dan 

nadal miał trudności z zaakceptowaniem tej myśli.

— Zatem kto go tutaj sprowadził i dlaczego? — Ali dokończył pytanie za niego. — 

Jest   się  nad  czym  zastanawiać.   Możemy,  jak  sądzę,  założyć,  iż   nasza  skrzynka   nie  była 

pierwszą   tego   typu.   A   także,   że   jej   konstruktorzy   bardzo   spieszyli   się   przy   załadunku. 

Wygląda na to, że zmuszeni są do szybkiego działania. Porozumienie Międzyplanetarne nie 

miało   nigdy   żadnych   kłopotów   na   tej   trasie   pocztowej.   Oznacza   to,   że   jeśli   tą   drogą 

przywędrowała kiedyś  inna skrzynka, to albo lepiej ją ukryto, albo nie było na pokładzie 

żywego towaru, który uległby zniszczeniu. Lecz w to nie chce mi się wierzyć.  Osadnicy 

regularnie sprowadzają ładunki zarodków, nie tylko lafsmerów, ale i innych zwierząt.

— — Mogą się nie posługiwać oficjalnymi środkami transportu… kimkolwiek są — 

zwrócił uwagę Dan.

— To prawda. Na Trewsworld jest tylko jeden główny port i nie posiada systemu 

radarowego   obejmującego   całą   planetę.   Nie   ma   takiej   potrzeby.   Nie   istnieje   tu   nic,   co 

przyciągnęłoby kłusowników, bandytów czy przemytników… a może jednak coś jest?

— Narkotyki  — strzelił  Dan, podając pierwszą i najprostszą odpowiedź. Niektóre 

rośliny służące do produkcji środków odurzających można było uprawiać na suchym gruncie, 

a mały, lekki ładunek był wart bardzo wiele i przynosił zysk hodowcom i dostawcom.

— Ale  po co skrzynka?  Chyba,  że  w  jakiś  sposób używa  się jej  do wymuszania 

wzrostu roślin. Narkotyki, to może być  prawdopodobna odpowiedź. Jeśli lak, to możemy 

background image

stanąć oko w oko z bandytami lubiącymi posługiwać się miotaczami. Ale po co sprowadzać 

mrówkoroda i przekształcać go w potwora? I dlaczego jakiś facet przyszedł na pokład w 

masce twojej twarzy?  Wygląda to bardziej na plan przygotowany specjalnie w związku z 

Królową. Mógłbym leż przedstawić całą masę innych dowodów…

— Woda przed nami… wysoki pisk bracha zadźwięczał w uchu Dana.

— Czy wyczuwasz obecność smoków? — Dan zajął się najpilniejszą w tej chwili 

sprawą.

— Woda… teraz żadnego smoka. Ale smok potrzebował wody.

— Jeżeli on ich nie czuje skomentował Ali, gdy Dan przekazał mu tę informację — to 

znaczy, że mogą już nie żyć.

Dan zgodził się z tą opinią. Przepychali się właśnie między drzewami, a ich stopy 

tonęły w gnijącej masie opadłych liści. Zarośla, zbite dotąd ciasno, zniknęły i droga zaczęła 

opadać.

Odwróciwszy  się.   Dan   widział   wyraźne   ślady   ich   dotychczasowego   marszu.   Aby 

wrócić do łodzi ratunkowej, nie będą musieli korzystać z radarów, ale po prostu pójdą po 

własnych śladach.

Wodę, o której mówił brach, zobaczyli  tak nagle, że omal nie popadli w tarapaty. 

Grunt kończył się niespodziewanie. Stali na skraju przepaści o stromych ścianach. W dole wił 

się potok.

— Odpływ z jeziora — powiedział Ali patrząc z ukosa w kierunku, z którego brał 

początek.

Potok był skuty lodem, ale w samym środku powstał i wąski kanał, którym przepływał 

bystry nurt z północnego wschodu na południowy zachód. Nie było widać żadnego smoka.

— Czy teraz je czujesz? — zapytał Dan bracha.

— Nie tutaj. Dalej… poza…

— Którędy? Dan próbował uzyskać jakieś dokładniejsze wskazówki.

— Ponad wodą…

Jeśli przekroczyły tę rzekę, to rzeczywiście musiały wznieść się na skrzydłach. Nie 

było  innego sposobu przedostania się na drugą stronę. Dan nie potrafił zrozumieć,  jakim 

cudem udało im się przeżyć w tym zimnie. Chyba, że są dużo mniej wrażliwe na lodowaty 

klimat, aniżeli przypuszczał. On i Ali musieli teraz poszukać jakiegoś miejsca, w którym 

można by zejść w dół przepaści i przerzucić mostek przez strumień. W zasięgu wzroku nie 

było jednak żadnego takiego miejsca.

Rozdzielili się więc w celu sprawniejszego przeprowadzenia poszukiwań. Ali poszedł 

background image

na północny wschód, w kierunku jeziora, a Dan na południowy zachód. Ale rzeka była wciąż 

szeroka.   W   końcu   jednak   Dan   doszedł   do   miejsca,   w   którym   dojrzał   wyrwę   w   ścianie. 

Urządzenie, które ją wyryło, znajdowało się na powierzchni rzeki, obrócone dookoła własnej 

osi i złapane w potrzask grubego lodu. Woda uderzała w jego ściany, pokrywając kolejnymi 

warstwami lodu.

Pełzacz — pojazd przystosowany do poruszania się po nierównym terenie! W kabinie 

nie   było   widać   nikogo.   Dan   nie   spodziewał   się   znaleźć   kierowcy,   ponieważ   wszystko 

wskazywało,   że   maszyna   tkwi   tu   od   dłuższego   czasu.   A   jednak   ześliznął   się   w   dół   po 

rozkruszonej ścianie skalnej, żeby przeszukać maszynę.

Był przekonany, że przy braku specjalnych urządzeń, jakich używa się w porcie, nie 

ma szansy uwolnienia pojazdu z potrzasku. Gdyby poziom rzeki podniósł się nieco, być może 

woda poniosłaby go dalej. Wątpił, że pełzacz może im się do czegoś przydać.

Nie   była   to   maszyna   rolnicza,   do   której   przymocowuje   się   różne   przyrządy, 

ułatwiające pracę w polu. Pojazd był za to wyposażony w mały świder — obecnie odłamany i 

skrzywiony oraz czerpak, z którego pozostały tylko powyginane szczątki. Mógł spełniać rolę 

maszyny górniczej, i prowadzić poszukiwania na niewielką skalę. Z nadzieją, że znajdzie 

jakieś ślady najbliższego obozu czy osady, Dan ostrożnie przemierzał drogę po nierównym 

lodzie.

Kiedy dotarł do pełzacza, otworzył drzwi kabiny i, pożałował, że to zrobił. Wewnątrz 

znajdowały się dwa martwe  ciała, oba spalone miotaczem. Pasek blaszki identyfikacyjnej 

zwisał z przodu sterów i Dan energicznie go oderwał. Kiedy… jeśli… powrócą do portu, 

może jakoś przydać się do wyjaśnienia tej śmierci… tego morderstwa.

Zamknął   drzwi,   zabezpieczając   je   kawałkiem   lodu.   Ale   zanim   odszedł,   otworzył 

komorę towarową. Racje żywnościowe mogą im się przydać, choć Dan nie był teraz w stanie 

zabrać ich ze sobą. Najbardziej jednak zależało mu na tym, żeby zobaczyć, co leży w skrzyni 

transportowej. Ludzi zabito. A czy ograbiono także?

Jego   podejrzenia   okazały   się   słuszne.   Pieczęć   na   komorze   transportowej   została 

nadpalona, a drzwi na wpół stopione. Skrzynia  była  pusta, z wyjątkiem  małego  kawałka 

skały, leżącego na krawędzi rozbitych drzwi.

Był on wystarczająco mały, żeby zabrać go wraz z identyfikatorem. A jeżeli miał taką 

wartość,   że   trzymano   go   w   zamkniętym   pojemniku,   należy   sprawdzić,   jakie   jest   jego 

znaczenie.

Dan nie potrafił określić, od jak dawna pełzacz tkwi w tym miejscu. Ale wnioskując z 

ilości otaczającego go wokół lodu, upłynęło już trochę czasu. Kiedy wspiął się na szczyt 

background image

przepaści, szedł kawałek po śladach zostawionych przez maszynę, biegnących równolegle do 

brzegu urwiska. Mogło to oznaczać, że zejście w dół nie było próbą ucieczki, ale że maszyna 

była   prowadzona   automatycznie   i   już   tutaj   wiozła   martwą   załogę.   Czy   to   jest   ta   sama 

maszyna, która pozostawiła ślady na równinie? Było to prawdopodobne, tyle tylko, że Dan 

musiał teraz przerwać swą wędrówkę.

— Wzywam Thorsona! Wzywam Kamila! — Sygnał z nadajnika zabrzmiał tak ostro, 

że   Dan   aż   drgnął.   Wracajcie   do   łodzi   ratunkowej,   wracajcie   do   łodzi   ratunkowej… 

natychmiast!

Taki   alarm   —   to   niepodobne   do   Ripa.   Chyba,   że   stało   się   coś   naprawdę   bardzo 

groźnego! Mrówkoród? A może — myślał Dan zawracając z drogi i patrząc w dół na pełzacz, 

kiedy mijał go, biegnąc w kierunku łodzi — mają także dwunogich wrogów? Czy ci, którzy 

zamordowali załogę pojazdu, zainteresowali się teraz statkiem kosmicznym? Czy Rip znalazł 

się w takim położeniu, że nie mógł łagodniej przekazać im ostrzeżenia?

Brach nie wydał żadnego dźwięku. Jeżeli wyczuwał czekające ich kłopoty — tak, jak 

potrafił wyczuwać działania smoków nie mówił tego. Nagle przez głowę Dana przebiegła 

inna   myśl,   niemal   tak   samo   wstrząsająca,   jak   nagłe   wezwanie   ze   statku.   Wydawała   się 

nieprawdopodobna. Kiedy odnaleźli brachy osaczone przez, rnrówkoroda, znajdowały się one 

wewnątrz pola siłowego, które utrudniło potworowi atak. Ale i smoki wydostały się przez nie. 

Pole   było   słabe,   to   prawda,   lecz   Ali   wypróbował   je   i   działało.   Zatem,   w   jaki   sposób 

stworzenia obu gatunków zdołały się przez nie przebić? Kiedy mały Dan mówił do tłumacza 

odnalazł klatkę, wokół niej była ochrona. A jednak pokonał ją i otworzył smokom drzwi… — 

Czy wyrażał się na tyle jasno, że brach zrozumiał? I co rzeczywiście wydarzyło się z polem. 

Czy stworzenia wyłączyły je, a potem włączyły ponownie? Gdyby zrozumiały zasadę jego 

działania, mogłyby je wyłączyć. Ale przecież nie mogły go ponownie włączyć od wewnątrz.

Brach odpowiadał niepewnie, tak jakby sam miał trudności z wyjaśnieniem procesu, 

który   wydawał   mu   się   zjawiskiem   naturalnym.   Albo   leż   nie   dysponował   odpowiednim 

słownictwem, aby wyrażać się zrozumiale:

— My myślimy…  jeśli rzecz nie jest żywa, możemy myśleć, co chcemy i ona to 

robi…

Dan potrząsnął głową. Jeśli jego towarzysz dobrze przekazał umiejętności brachów, to 

znaczy,  że  posiadają  one  pewną kontrolę   nad światem   nieożywionym.  Niesamowite!  Był 

jednak na to dowód. Brachy przeszły przez pole obronne.

Ale smoki też. A przecież jest niemożliwe, żeby i smoki posiadały te zdolność.

— A smoki… w jaki sposób one przedostały się przez osłonę?

background image

— Mały… kiedy one go zraniły… otworzył im. Pragnęły wyjść, więc skorzystały z 

tego — padła natychmiast logiczna odpowiedź bracha.

No   dobrze,   to   wszystko   pasuje.   Pod   jednym   warunkiem:   że   uwierzy   się   w 

umiejętności brachów, polegające na otwieraniu drzwi siłą woli poprzez pole energetyczne. 

Pojawiało   się   coraz   więcej   niezrozumiałych   kwestii   związanych   z   tymi   niesamowitymi 

zwierzętami — nie, one nie były zwierzętami tylko ludźmi, gdyż należało przyznać im to 

określenie, niezależnie od tego, jak traktowano je na Xecho.

Dan zobaczył biegnącego z tyłu Alego. Zwolnił i zatrzymał się, czekając, aż tamten 

dołączy do niego.

— Posłuchaj  — Dan odłożył  na później  pytania  dotyczące  brachów  i pospiesznie 

przedstawił Kamilowi historie porzuconego pełzacza, jego załogi oraz ładunku.

— Sądzisz więc, że Rip może mieć gości? — Ali natychmiast zrozumiał. W porządku, 

wejdziemy tam wolno i ostrożnie.

Podczas rozmowy zasłaniali kciukami w rękawicach mikrofony, lak że nic z tego, co 

mówili,   nie   było   słyszalne   dla   przypadkowego   odbiorcy.   Dan   zasłonił   się   kapturem, 

chroniącym przed mroźnym powietrzem. Chociaż świeciło słońce, dawało niewiele ciepła tu, 

na otwartej przestrzeni. A gdy ponownie weszli w cień lasu, nawet to wrażenie jasności i 

ciepła przepadło.

Ostrożnie podeszli do łodzi ratunkowej. Odetchnęli nieco, gdy spostrzegli, że trochę 

poniżej, na otwartej przestrzeni, stoi planetolot zwiadowczy z Królowej. Dan poczuł ulgę. A 

więc Jellico przysłał po nich… być może zakończą się ich tarapaty. Uspokojeni, podbiegli do 

włazu.

Wewnątrz czekał na nich Rip oraz Craig Tau, ale trzecim facetem nie był  — jak 

spodziewał się Dan kapitan. Nie był to także nikt inny z załogi  Królowej. A pozbawiona 

wyrazu twarz Ripa i chłodna postawa Tau ostrzegały, że kłopoty się jeszcze nie skończyły.

Nieznajomy   był   niewątpliwie   Ziemianinem,   jednak   nieco   niższym   od   członków 

załogi,   szerokim   w   ramionach,   długorękim.   Cechy   te   podkreślało   futro,   stanowiące 

wierzchnią część jego ubrania. Pod spodem miał zielony mundur, który na wysokości piersi 

miał naszytą rozetkę, składającą się z dwóch srebrnych liści, wychodzących z pojedynczej 

łodyżki.

Strażnik Meshler, Dan Thorson, obecny szef ładowni, Ali Kamil, asystent inżyniera — 

lekarz   Tau   dokonał   prezentacji   i   dodał   wyjaśnienie   dla   towarzyszy   z   załogi   —   strażnik 

Meshler jest teraz odpowiedzialny za ten okręg.

Dan drgnął. Być może mylił się w ocenie ich obecnej sytuacji. Ale jedna z zasad 

background image

postępowania w przypadku bezpośredniego spotkania z wrogiem, znana większości wolnych 

kupców, głosiła, że należy wytrącić przeciwnika z równowagi, by ten się ujawnił. I należy 

zrobić to w jak najbardziej nieoczekiwany sposób.

Jeśli   pan   reprezentuje   prawo,   mam   do   zgłoszenia   morderstwo,   a   raczej   dwu 

morderstwa.

Wyjął   pasek   identyfikacyjny,   pochodzący   z   pełzacza   oraz   okruch   kamienia,   który 

znalazł zaczepiony na brzegu opróżnionej skrzyni.

—   Nad   rzeką   znajduje   się   uwięziony   przez   lód   pełzacz.   Sądzę,   że   tkwi   tam   od 

dłuższego czasu, ale wiem tak mało na temat warunków klimatycznych panujących na waszej 

planecie, że trudno odgadnąć, od jak dawna. W kabinie znajduje się dwóch ludzi… spalonych 

miotaczem. Aby otworzyć zamykaną skrzynię przewożoną przez nich, ktoś ją nadpalił. To 

znalazłem zahaczone o drzwi. — Położył kamień na półce. — A tu jest karta identyfikacyjna, 

wyjęta z końcówki w sterach. — Położył pasek metalu obok kawałka skały.

Jeśli miała nastąpić wojna na terytorium wroga, to Dan właśnie ją rozpoczął. Meshler 

gapił się na przemian to na niego, to na dwa znaleziska.

— Musimy także złożyć raport — Ali przerwał ciszę — jeśli Shannon nie zrobił tego 

jeszcze, o obecności wyjątkowego mrówkoroda.

Meshler w końcu przyszedł  do siebie. Teraz  jego twarz, początkowo bez wyrazu, 

nabrała surowości i zniknęło z niej zaskoczenie.

— Wyglądałoby na to — mówił głosem tak lodowatym, jak powietrze na zewnątrz — 

że dokonaliście bardzo wielu dziwnych odkryć… niezmiernie dziwnych odkryć.

Dan pomyślał, że strażnik mówi w taki sposób, jakby uważał większość z tego nie 

tylko   za   nieprawdopodobne,   ale   wręcz   zmyślone.   Ale   oni   posiadali   na   wszystko 

potwierdzenie, dobre, solidne dowody.

background image

R

OZDZIAŁ

 8

Lot wbrew woli

— Jak przedstawia się sytuacja, szefie? — Dan zignorował ostatnią uwagę strażnika i 

zwrócił się do Tau, zrobiwszy wszystko, co leżało w jego mocy, żeby wytrącić przeciwnika z 

równowagi. Chciał po prostu wiedzieć, co ich czeka.

Odpowiedzi udzielił mu sam Meshler:

Jesteście   aresztowani!   —   powiedział   wyniośle,   lak   jakby   tymi   słowami   mógł   ich 

pokonać, a przynajmniej uzyskać przewagę nad nimi czterema. Mam dostarczyć was do portu 

Trewsworld, gdzie zostaniecie oddani w ręce Patrolu…

O co jesteśmy oskarżeni?— Kamil nie ruszył się od włazu. Jedną rękę założył za plecy 

i Dan przypuszczał, że nadal trzyma dłoń na klamce. Było jasne, że Ali nie uznaje przewagi 

Meshlera.

— Zniszczenie  ładunku,  wtrącanie  się  do poczty,  morderstwo…  Strażnik  wyliczał 

kolejne punkty oskarżenia, tak jakby był sędzią ogłaszającym wyrok.

Morderstwo? — Ali wyglądał na zaskoczonego. — Kogo zamordowaliśmy?

Nieznaną osobę, która pojawiła się na statku rzekł Tau. Jego wcześniejsza pewność 

siebie osłabła. Oparł się o ścianę i położył rękę na krawędzi hamaka, w którym siedziały 

brachy. — Widziałeś go martwego skinął głową w kierunku Dana — swego czasu nosił twoją 

twarz…

W tym momencie Meshler zmierzył przenikliwym spojrzeniem Dana, który zrzucił 

kaptur, żeby ułatwić rozpoznanie. I po raz drugi szef ładowni zobaczył zaskoczenie malujące 

się na twarzy strażnika. Tau wydał z siebie dźwięk, przypominający śmiech.

— Jak widzisz, strażniku Meshler, nasza opowieść była prawdziwa. I tak samo, jak 

pokazujemy   ci   człowieka   z   tymi   samymi   rysami   twarzy   co   maska,   możemy   udowodnić 

pozostałe   zdarzenia.   Dysponujemy   skrzynką,   która   spowodowała   wszystkie   kłopoty, 

rozwijającymi   się   zarodkami   lafsmerów,   brachami…   Pozwólcie,   żeby   wasi   technicy   i 

naukowcy przebadali te dowody, a przekonacie się, że mówiliśmy prawdę.

Coś zatrzęsło się na ramionach Dana. Dopiero teraz przypomniał sobie o brachu w 

torbie.   Rozluźnił   paski   i   wypuścił   na   wolność   towarzysza   swej   wędrówki,   który   zaraz 

dołączył do swojej rodziny na hamaku. Strażnik Meshler obserwował to bez słowa.

Po   chwili   wydobył   z   wewnętrznej   kieszeni   munduru   trójwymiarowe   zdjęcie. 

Trzymając  je w  ręce, podszedł  do hamaka,  w którym  znajdowali się „ludzie”  z Xecho i 

background image

spoglądał  to na obrazek, to na brachy.  — Są pewne różnice  rzeki w końcu. — Tak jak 

powiedzieliśmy. Słyszałeś je, a raczej ją, jak mówiła odparł Rip. W jego glosie wyczuwało się 

zdenerwowanie,   pozwalające   wnioskować,   że   czas   przed   przybyciem   Alego   i   Dana   nie 

upłynął na przyjemnej rozmowie.

—   A   gdzie   znajduje   się   la   tajemnicza   skrzynka?   —   Strażnik   nie   patrzył   w   ich 

kierunku, ale nadal przyglądał się brachom. Wyraz jego twarzy wskazywał, że w dalszym 

ciągu jest pełen wątpliwości.

— Zakopaliśmy ją opakowaną bardzo dokładnie odpowiedział Dan. — Tyle tylko, że 

ona z pewnością nie jest pierwszym tego rodzaju ładunkiem, który tu przysłano.

Teraz   całkowicie   skupił   na   sobie   uwagę   Meshlera.   Strażnik   utkwił   w   nim   oczy, 

przypominające dwa okruchy lodu.

—   Macie   podstawy,   żeby   tak   uważać?   —   zapytał.   Dan   opowiedział   mu   o 

mrówkorodzie.   Nie   potrafił   stwierdzić,   czy   wywarł   jakieś   wrażenie   na   strażniku,   ale 

przynajmniej   nareszcie   mężczyzna   słuchał   go   bez   żadnych   zewnętrznych   objawów 

niedowierzania.

— Mówisz, że znaleźliście jego norę? I że pozostawał pod wpływem promieniowania 

z ogłuszacza, kiedy widzieliście go po raz ostatni?

— Już wcześniej poszliśmy po jego śladach do nory — wtrącił Ali. — Tym razem 

wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że po oddaleniu się od klatki poszedł w kierunku swej 

nory. Nie tropiliśmy go ponownie.

— Oczywiście, że nie, ponieważ byliście zajęci szukaniem innych  potworów, aby 

ukryć to, co tu przywieźliście. Meshler nie ustępował. A te potwory… gdzie są teraz?

— Szliśmy za nimi aż do rzeki —kontynuował Ali.— Brach powiedział, iż przeleciały 

nad   nią,   więc   szukaliśmy   drogi,   żeby   się   przeprawić.   A   wtedy   zostaliśmy   przywołani   z 

powrotem do łodzi.

— Brach mówił? odezwał się Tau. — A skąd to wiedział?

— Twierdzi on, że odbiera uczucia innych istot. Dzięki temu możliwa była ucieczka 

smoków. Jedno z dzieci — Dan świadomie położył nacisk na tym słowie — wyczuło ich 

gniew   spowodowany   zamknięciem   w   klatce   i   poszło   je   uwolnić.   Smoki   zaatakowały 

maleństwo, a potem uciekły…

Spodziewał   się,   że   strażnik   mu   nie   uwierzy   i   zlekceważy   jego   wypowiedź.   Lecz 

tamten nie zrobił tego. Słuchał uważnie, raz po raz spozierając na brachy.

— Zatem, oprócz tego mrówkoroda, mamy na wolności kilka innych potworów…

— Mamy też dwóch zamordowanych  ludzi wtrącił Dan — którzy byli  martwi  na 

background image

długo przed naszym wylądowaniem na planecie.

— Jeśli są martwi od dawna, jak powiedziałeś —odrzekł strażnik — nie zaszkodzi, 

jeśli jeszcze trochę poczekają, aż ktoś się nimi zajmie. To, czym my musimy się najpierw 

zająć, są te wasze „smoki”.

Odłożył na bok trójwymiarowe zdjęcie i wydobył mapę. Choć miniaturowa, była tak 

wyraźnie oznaczona, że nie było żadnego problemu z jej odczytaniem.

— Jezioro — wskazał Meshler. — Skąd wypływa rzeka?

— Stąd, jak sądzę — pokazał Dan.

— I wasze smoki przekroczyły ją? — Troszeczkę za linią rzeki widniały narysowane 

bladozielone znaki. Strażnik postukał w nie końcem palca. — Posiadłość Cartla. Jeżeli wasze 

smoki   zmierzają   w   jej   kierunku…   —Zwinął   mapę   w   rulon.   —   Będzie   lepiej,   jeśli 

odnajdziemy je, zanim tam dotrą. To… to stworzenie potrafi je tropić? Jesteście tego pewni?

—   Mówi,   że   potrafi.   Zaprowadził   nas   do   rzeki   —   Dan   drgnął;   nie   pozwoli,   aby 

strażnik zabrał bracha.

Pomimo wszystko, nieważne jak zmieniony, stwór stanowił nadal część ładunku, za 

który Dan był odpowiedzialny. Ale Meshlerowi zależało na brachu.

— Jesteście aresztowani!

Rozejrzał się wokół, patrząc kolejno na każdego z nich swym uważnym spojrzeniem, 

jak gdyby oczekiwał sprzeciwu.

— Jeżeli będziemy czekać na grupę poszukiwawczą z portu Trewsworld, może być za 

późno. Znam swoje obowiązki. Jeśli posiadłość Cartla znalazła się w niebezpieczeństwie, 

muszę udzielić  pomocy.  Ale to wy wypuściliście  na wolność te niebezpieczne zwierzęta. 

Dlatego także wy macie obowiązek…

— Nie zaprzeczamy temu — odparł Tau. — Zrobiliśmy wszystko, co leżało w naszej 

mocy, żeby zabezpieczyć port przed skażeniem.

—   Wszystko,   co   leżało   w   waszej   mocy?   Pozwalając,   żeby   te   smoki   zaatakowały 

posiadłość?

—   Nie   mogę   jednak   zrozumieć   —   powiedział   wolno   Dan,   a   jego   słowa   były 

skierowane do Tau jak one wytrzymują tę niską temperaturę. Zostały wypuszczone o świcie. 

Spodziewałem się, że znajdziemy je zamarznięte. Gady nie znoszą zimna…

— Lafsmery — poprawił go Meshler — nie są gadami i są dobrze przystosowane do 

chłodu. Są przyzwyczajone do trewsworldzkich zim, zanim zostają wyjęte przy wylęgu.

— Ależ mówię ci — powiedział gniewnie Dan — że to nie są wcale lafsmery, ale 

najprawdopodobniej   ich   przodkowie   sprzęci   miliona   lat.   Z   całą   pewnością   są   gadami. 

background image

Wystarczy na nie spojrzeć!

— Nie mamy podstaw twierdzić, czym są, a czym nie są łagodził Tau. — Dopóki nie 

będziemy   mieli   możliwości   przeprowadzenia   na   nich   laboratoryjnych   badań 

specjalistycznych. Odporność na zimno może równie dobrze stanowić tę ich cechę, na którą 

promieniowanie nie miało wpływu.

—   Nie   mamy   czasu   na   tego   typu   spory!   —  oświadczył   stanowczo   Meshler.   — 

Odnajdziemy   smoki,   zanim   spowodują   dalsze   kłopoty.   Najpierw   nadam   raport.   Wy 

pozostańcie tutaj!

Przepchnął się za Alim i wyszedł  przez właz, zamykając go z trzaskiem za sobą. 

Kamil przemówił do Tau:

— Co naprawdę się dzieje?

— Wszyscy chcielibyśmy poznać trochę więcej faktów — odpowiedział z rezygnacją 

Tau.   Kiedy   wylądowaliśmy,   wiedzieli   już   o   naszych   kłopotach…   od   samego   początku 

byliśmy podejrzani. Potem byliśmy przesłuchiwani w sprawie zgonu na pokładzie… — Ale 

jak? zaczął Shannon.

—   Co   jak?   —   odparł   Tau.   —   Nic   mieliśmy   czasu   na   złożenie   raportu. 

Odpowiadaliśmy   zgodnie   z   prawdą   i   pokazaliśmy   im   ciało.   Przekazałem   lekarzowi 

portowemu   wyniki   moich   badań.   Zażądali   dokumentów   tego   nieboszczyka.   Kiedy   im 

powiedzieliśmy,   że   posługiwał   się   twoimi   papierami   i   pokazaliśmy   im   tę   maskę,   nie 

dowierzali nam, albo udawali, że nic wierzą. Powiedzieli, że nie sądzą, aby taka zamiana była 

możliwa   bez   naszej   wiedzy.   Uznali   też,   że   oszustwo   musiałoby   wyjść   na   jaw   w   trakcie 

podróży. Tu prawdopodobnie mieli rację. Wychodząc od tych założeń logicznie przeszli do 

kolejnego pytania. Co mianowicie skłoniło tego człowieka do przedarcia się na statek.

— Więc opowiedzieliście im o skrzynce — uzupełnił Ali.

— Musieliśmy,  ponieważ  ludzie  z laboratorium  dopytywali  się o swoje brachy,  a 

osadnicy o embriony. Mogliśmy powiedzieć, że jeden towar nie nadszedł, ale w tej sytuacji 

nie   było   sensu   twierdzić,   że   oba.   Jellico   domagał   się   skontaktowania   z   Radą   Kupiecką. 

Królową skonfiskowano, a załogę aresztowano. Wysłali tego Meshlera, żeby was zabrał, a ja 

mam się zająć brachami. Zgodnie z prawem handlowym, przy transporcie żywego ładunku 

konieczna jest obecność oficera medycznego.

— Sądzisz, że stoi za tym Inter—Solar? — dopytywał się Rip.

— Nie wierzę w to. Duża spółka nie zrealizowałaby tak skomplikowanego planu, żeby 

ściągnąć kłopoty na jakiś wolny frachtowiec. I w dodatku wcale nie konkurowaliśmy z nimi 

w   sprawie   podpisania   tego   kontraktu   pocztowego.   Przez   lata   stanowił   on   własność 

background image

Porozumienia Międzyplanetarnego. Nie. Sądzę, że byliśmy po prostu pod ręką i ktoś nas 

wykorzystał.   Być   może   to   samo   przytrafiłoby   się   statkowi   Porozumienia,   gdyby   nadal 

kursował na tej trasie pocztowej.

— Craig — Dan nie słuchał uważnie, jego myśli zwróciły się w innym kierunku — 

ten   martwy   człowiek…   czy   to   możliwe,   że   jego   śmierć   była   zaplanowana?   Może   był 

przeznaczony na straty i dlatego nie troszczyli się, czy przeżyje tę podróż?

— Może być. Tylko dlaczego…?

—   Dlaczego,   dlaczego   i   dlaczego?   Rip   potrząsnął   rękami,   zdenerwowany   ilością 

pytań, na które nie było odpowiedzi.

Ali podniósł kamień, przyniesiony przez Dana z rozbitego pełzacza. Obracał go w 

palcach, przyglądając mu się uważnie.

— Trewsworld jest całkowicie planetą rolniczą, prawda?

— Tak się ją określa.

— Co z  tymi  poszukiwaczami  z pojazdu,  których  zamknięty ładunek  skradziono? 

Gdzie dokładnie znalazłeś ten kamień? Ali nagle rzucił pytanie pod adresem Dana.

—   Był   zahaczony   pod   stopionymi   drzwiami.   Sądzę,   że   ktoś   wymiótł   zawartość 

skrzyni w wielkim pośpiechu i przeoczył ten kawałek skały.

— Według mnie — Rip ponad ramieniem Alego spojrzał na kamień — wygląda na 

zwykły kamień.

— Och, ale ty się na tym nie znasz. Tak jak nikt z nas. — Ali ważył skałę w ręku. — 

Mam wrażenie, że to jest klucz do wyjaśnienia tego wszystkiego, ale za mało wiemy, żeby 

ocenić jego znaczenie.

Nadal  trzymał  skałę,  gdy zgrzytnął  otwierany właz  i Meshler  znów  znalazł  się w 

środku.

— Ty — wskazał na Shannona zostajesz tutaj. Przyślą z portu statek straży, który cię 

zabierze. I ciebie także. — Tym razem wycelował palcem w Alego. Ale ty i ty, i to… to 

stworzenie, o którym mówicie, że może wytropić wasze smoki… pójdziecie ze mną. Bierzcie 

planetolot i łapiemy te stwory. Tylko szybko!

Przez moment wydawało się, że Shannon i Kamil będą protestować. Spojrzeli jednak 

na Tau. Chociaż w wyrazie twarzy lekarza nie zaszła żadna zmiana, Dan był przekonany, iż 

otrzymali rozkaz, aby nie sprzeciwiać się zarządzeniom Meshlera.

Po raz drugi Dan umieścił bracha w torbie. Ten nie sprzeciwiał się, tak jakby podążał 

za tokiem ich rozmowy i znał cel tej drugiej wyprawy. Strażnik nie domagał się, żeby Dan 

oddał swój ogłuszacz.

background image

—   Najpierw   wyruszymy   do   posiadłości   Cartla   —   oznajmił   Meshler   swoim   nie 

znoszącym   sprzeciwu   tonem.   Zasiadł   za   sterami   i   wskazał   Danowi   miejsce   obok   siebie. 

Podczas gdy szef ładowni układał torbę z brachem na kolanach, Tau zajął jedno z tylnych 

siedzeń.

Trzeba było przyznać, że strażnik okazał się doskonałym pilotem. Sprawiał wrażenie, 

jakby co dzień podróżował planetolotem. Bez wysiłku uniósł statek w powietrze, obrócił go 

dziobem na południowy wschód i przestawił dźwignię prędkości na maksimum.

Już   po   kilku   sekundach   przelecieli   nad   rzeką.   Potem   znów   pojawiły   się   gęsto 

ulistnione   drzewa,   przypominające   swoją   zielenią   jakąś   wodę.   Brach   siedział   cicho   na 

kolanach   Dana  z  głową   wysuniętą  z  torby.   W  kabinie  było  ciepło,   więc  nikt   z  nich   nie 

naciągnął   kaptura.   Ponieważ   nos   bracha   wraz   z   rogiem   obracał   się   nieznacznie   tam   i   z 

powrotem, Dan odniósł wrażenie, że stworzenie węszy w poszukiwaniu jakiegoś określonego 

zapachu.

Nagle brach wycelował nosem w prawo, bardziej na zachód od ich obecnej linii lotu. 

Zapiszczał cienkim głosem i z nadajnika przyczepionego do kaptura Dana rozległy się słowa:

— Smoki, tam…

Meshler,   zaszokowany,   odwrócił   się   od   sterów.   Nos   bracha   nadal   wskazywał 

kierunek, jak gdyby stworzenie odbierało jakiś sygnał.

— Skąd wiesz? — dopytywał się strażnik.

Dan powtórzył jego pytanie.

— Smoki głodne, poszukują mięsa…

Polowanie!   No   tak,   głód   odruchem,   a   u   dzikiego   stworzenia   może   być   bardzo 

gwałtowny. Ale lotem kieruje Meshler. Czy zdecyduje się skorzystać z informacji bracha czy 

też będzie upierał się przy utrzymaniu ustalonego kursu? Zanim Dan zaczął namawiać go na 

polowanie,   strażnik   zmienił   kierunek   lotu.   Nos   bracha,   tak   jakby   rzeczywiście   był 

wskaźnikiem połączonym ze sterami, celował teraz dokładnie na wprost.

— Posiadłość — poinformował ich Meshler. Pomiędzy wystającymi z ziemi pniami 

rozstawiono słupki tworzące dziwne ogrodzenie. Nie było zestawione w parkan, ale słupki 

rozmieszczono w równomiernych odstępach. Najwyraźniej stanowiły one podpory szczebli 

czy   poręczy.   W   świetle   popołudnia   zobaczyli,   że   na   większości   z   nich   siedzą   jakieś 

stworzenia,   które   wściekle   miotają   długimi   szyjami,   walcząc   jednocześnie   między   sobą. 

Lafsmery!   —   Pozwalacie   im   biegać   swobodnie   bez   żadnego   nadzoru?   zdziwił   się   Dan, 

przypominając   sobie   o   mrówkorodzie.   A   być   może   na   Trewsworld   żyją   także   inne 

drapieżniki.

background image

Meshler wydał z siebie głos, który można było uznać za śmiech.

Mają swoje własne środki obronne. Obecnie ludzie nie wchodzą na ich teren nawet z 

ogłuszaczem. Chociaż, jeśli wjechać pełzaczem i prowadzić go wolno, lafsmery zachowują 

się   obojętnie.   Ale   nie   ma   zbyt   wielu   stworzeń,   które   byłyby   dostatecznie   duże   czy 

wytrzymałe, żeby zwyciężyć w walce z grupą lafsmerów.

Kiedy przelatywali wysoko ponad polem bitwy, na którym kłębiły się okrutne stwory, 

siedzący na kolanach Dana brach zaskrzeczał, choć nie było to żadne konkretne słowo.

Dalej liczba lafsmerów zmniejszyła się. Na ziemi leżały sponiewierane i martwe ciała. 

Ale dwóch mieszkańców grzędy nadal jeszcze dzielnie walczyło. Miotali pozbawionymi piór 

głowami, celując dziobami w swoich wrogów.

Były to… W pierwszej chwili Dan nie chciał uwierzyć w to, co widzi. Zarodki w 

momencie   wylęgu   miały   wielkość   mniej   więcej   samicy   bracha.   A   te   stwory   były   nieco 

większe   od   pozostałych   lafsmerów.   Ich   szybkie   ataki,   ciosy,   sposób   użycia   szponów, 

uderzenia   ogonem,   łopoczące   skrzydła,   na   których   mogłyby   wznieść   się   tak   wysoko,   by 

nacierać   na   przeciwników   z   góry,   były   typowe   dla   dojrzałych   i   zaprawionych   w   wielu 

bitwach dorosłych.

— One… one urosły! — zawołał zdumiony Dan. Wciąż nie mógł uwierzyć, że przez 

jeden czy dwa dni mogły ulec takiemu przekształceniu.

— Czy te stworzenia to wasze smoki? I wy oczekujecie, żebym uwierzył, że one są 

nowo narodzone? — Meshler nie dowierzał. Podobnie jak Dan. Ale to były te same stwory, 

które umieścili w klatce wówczas o wiele mniejsze.

— To są one.

Meshler zawrócił planetolot, ponieważ oddalili się już spory kawałek od pola bitwy. 

Maszyna   stanęła   i   Dan   pomyślał,   że   strażnik   próbuje   odstraszyć   smoki   od   pozostałych 

lafsmerów.   Trzymał   ogłuszacz   w   pogotowiu.   Nie   mógł   go   jednak   użyć,   zanim   się   nie 

przybliżą. Meshler poszperał ręką w kieszeni swojego munduru i podał Danowi jajokształtny 

przedmiot.

— Wepchnij zawleczkę u góry — polecił. Kiedy ponownie przelecimy ponad nimi, 

zrzuć to najbliżej, jak tylko zdołasz.

Jeszcze raz oddalili się od walczących stworów. Dan otworzył okno po swojej prawej 

stronic, opuścił bracha pomiędzy kolana, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo i wychylił się, 

przygotowany do zrzucenia jajokształtnego przedmiotu.

Przy trzecim przelocie Meshler poprowadził planetolot bliżej ziemi. Dan liczył na to, 

że potrafi właściwie ocenić odległość. Kciukiem wcisnął guzik znajdujący się na szczycie 

background image

pocisku i opuścił go w dół. Strażnik zwiększył prędkość pojazdu. Planetolot wystrzelił łukiem 

do przodu z taką szybkością, że Dana wcisnęło w fotel. Po chwili Meshler zaczai zwalniać, a 

kiedy statek jeszcze raz zawrócił, osiągnęli prędkość, przy której może nastąpić lądowanie.

Wyglądało na to, że opuszczenie się na ziemię w tym miejscu, pomiędzy palikami, na 

nierównym   terenie,   będzie   trudnym   manewrem.   Ponownie   skierowali   się   ku   zniszczonej 

grzędzie.   Teraz   jednak   wokół   roztrzaskanych   słupów   unosiła   się   zielonkawa   mgła. 

Rozwiewała się cienkimi, wznoszącymi się ku górze wstęgami, by zniknąć znacznie powyżej 

wysokości ich lotu.

Stworzenia, które kilka chwil wcześniej prowadziły bezlitosną wojnę, teraz zgodnie i 

spokojnie   leżały   na   ziemi.   Meshler   wylądował   na   jedynej   wolnej   przestrzeni,   w   pewnej 

odległości od grzędy.

Dan   pozostawił   bracha   w   planetolocie   i   pobiegł   wraz   z   Meshlerem   oraz   Tau   w 

kierunku pola bitwy. Jeżeli smoki przybyły tu z zamiarem upolowania czegoś do jedzenia, to 

pewnie lafsmery swoim oporem przyczyniły się do własnej zagłady. Lub też. nie było to ze 

strony smoków zwykłe, bezsensowne zabijanie, ale obrona przed atakiem stworzeń, które ich 

nie doceniły.

Smoki i ostatnie dwa lafsmery leżały tak, jak upadły, lecz nie były martwe. Opary 

wywoływały   mniej   więcej   taki   sam   skutek,   jak   napromieniowanie   ogłuszaczem.   Meshler 

pochylił się nad nie znanymi mu stworami i przyglądał im się uważnie.

— Mówicie, że to są przodkowie lafsmerów? — w jego głosie pobrzmiewało wahanie. 

Samego   Dana   również   trudno   byłoby   przekonać,   gdyby   nie   widział   ich   dwa   dni   temu 

wypełzających z pojemników.

— Chyba że nastąpiła pomyłka podczas załadunku — stwierdził Tau. Ale sądzę, że to 

możemy   wykluczyć.   Zostały   prześwietlone   w   porcie   na   Xecho…   co   prawda   bez   jakichś 

szczególnych badań… ale eksperci na lotnisku nie pomijają niczego istotnego.

Meshler   schylił   się   i   uniósł   skrzydło   stwora,   odsłaniając   szkielet,   pokryty 

pofałdowaną, przypominającą gumę skórą. Gdy je puścił, opadło z powrotem na łuskowate 

ciało. Odrażająca skóra rozciągała się i kurczyła z każdym parskającym oddechem gada.

— Jeśli wasza magiczna skrzynka jest w stanie zdziałać coś takiego…

— Nie nasza skrzynka poprawił go Dan. — I nie zapominaj o mrówkorodzie. Nasz 

ładunek prawdopodobnie nie jest pierwszym tego rodzaju.

— Raport! — Meshler mówił jak gdyby do siebie. —Teraz… — wyjął zza pasa linę, 

zdolną całkowicie unieruchomić każdego więźnia.

Użył  jej doskonale. Solidnie spętał kończyny,  ogony,  skrzydła i okrutnie uzębione 

background image

szczęki smoków.

Zawlekli   więźniów   do   planetolotu   i   załadowali   do   pomieszczenia   towarowego. 

Meshler obejrzał dwa z pozostałych przy życiu lafsmerów. Sądził, że te, które walczyły do 

końca, ocaleją. Ale pozostałe były martwe. Muszą zawiadomić o tym nieszczęściu właściciela 

hodowli.

— Będzie domagał się odszkodowania — skomentował Meshler złośliwie. A jeśli 

zechce poprzysiąc wam wszystkim szkodę rolną…

Dan nie miał pojęcia, co to jest szkoda rolna, ale wnosząc z tonu strażnika, oznaczała 

ona kolejne kłopoty.

— My tego nie zrobiliśmy — odpowiedział Tau.

— Nie? Nie wyładowaliście przecież waszego towaru w porcie… przynajmniej tej 

jego   części…   tak   więc   jesteście   nadal   za   niego   odpowiedzialni.   A   ładunek   dokonał 

zniszczeń…

Czy   wystąpiliśmy   przeciwko   prawu,   zastanowił   się   Dan.   Odpowiedzialność   za 

uszkodzenie towaru to jedno, a odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez towar jest 

zupełnie   czymś   innym?   Gorączkowo   przypominał   sobie   wszystkie   taśmy   z   przepisami   i 

regulaminami,   które   przestudiował   podczas   lat   nauki   i   służby   na  Królowej.   Czy   jakiś 

przypadek tego rodzaju trafił kiedyś do sądu? Nie mógł sobie przypomnieć. Być może Van 

Ryck wiedziałby coś o tym. Ale on jest daleko stąd, w innym rejonie galaktyki i nie wiadomo, 

kiedy powróci.

— Wybrać najkrótszą drogę. Meshler znów zdawał się mówić do samego siebie. Ale 

kilka minut później, zamiast skręcić na wschód, gdyż taki był jego początkowy zamiar, dziób 

małego statku sam obrócił się na zachód.

Meshler krzyknął i grzmotnął pięścią w jeden ze wskaźników na stole sterowniczym. 

Wskazówka na tarczy poruszyła się nieznacznie, ale nie odwróciła się. Meshler zaczął szarpać 

drążki sterów i przyciskać kolejne guziki. Pomimo to ich kurs nie uległ zmianie.

O co chodzi? — Dan znał się na sterowaniu planelolotem na tyle, żeby zrozumieć, iż 

statek zachowuje się w taki sposób, jakby jego automatyczny pilot został zablokowany na 

ustalonym kursie, a strażnik nie był w stanie złamać blokady i sterować ręcznie.

Tau pochylił się do przodu i jego głowa znalazła się tuż obok głowy Dana.

— Patrzcie na ten wskaźnik! Znaleźliśmy się w obszarze przyciągania!

Na jednej z tarcz rzeczywiście można było odczytać, ze lecą bezwładnie w kierunku 

silnego promieniowania.

— Nie mogę się z tego wydostać! — Ręce Meshlera osunęły się ze sterów. — Nie da 

background image

się ręcznie prowadzić.

— Ale jeśli nikt nie określił tego kursu… i nie… Dan gapił się na tarczę. Ustawienie, 

a nawet trwałe zablokowanie automatycznego pilota jest możliwe. Ale żaden z nich tego nie 

zrobił, i chociaż byli zajęci przenoszeniem smoków na pokład, nikt obcy nie mógł podejść nie 

zauważony do planetolotu.

— Wiązka przyciągająca — powiedział z namysłem Meshler ale to jest niemożliwe! 

W   tym   kierunku   nic   ma   nic   takiego.   Spotkać   tam   można   najwyżej   kilku   wędrujących 

myśliwych.  Dopiero  znacznie  dalej  na  północ znajduje się stacja doświadczalna  Trosli.  I 

nawet jej pracownicy nie dysponują sprzętem, potrzebnym do…

— Za to ktoś inny nim dysponuje powiedział Tau. — I wygląda na to, że wasza dzika 

planeta kryje więcej, niż przypuszczacie, strażniku Meshler. Tak czy inaczej, jak dokładnie ją 

patrolujecie?

Meshler podniósł głowę. Zaczerwienił się, rozgniewany.

— Dzika jest obecnie połowa obszaru. Opracowano mapy lotnicze naszej planety, 

ułatwiające   orientację.   Ale   jeśli   chodzi   o   kontrole,   to   mamy   mało   ludzi   i   pieniędzy   na 

rozbudowę   bazy.   Nasza   praca   polega   przede   wszystkim   na   patrolowaniu   i   ochronie 

posiadłości. Nigdy nie było na Trewsworld żadnych kłopotów, zanim…

Jeżeli   zamierzacie   powiedzieć,   że   zanim   my   przybyliśmy   —   przerwał   Dan   —   to 

nieprawda. Nie my stworzyliśmy potwornego mrówkoroda,  ani nie zamordowaliśmy tych 

dwóch w pełzaczu. I to oczywiście nie my wciągamy w pułapkę nasz własny statek. Jeśli 

złapano nas w obszar promieniowania, jakieś urządzenie musi je wysyłać. Tak więc w tej 

dziczy kryje się więcej, niż wam wiadomo.

Ale Meshler zdawał się nie słuchać. Włączył mikrofon i trzymając go w ręku, podawał 

serie liter, które musiały stanowić jakiś szyfr. Powtórzył je trzykrotnie, za każdym razem 

czekając na odpowiedź. Potem, ponieważ żadna nie nadeszła, wzruszył lekko ramionami i 

odwiesił mikrofon na haczyk.

Nie działa? — zapytał Tau.

— Na to wygląda — odpowiedział Meshler. A planetolot nadal leciał na zachód, w 

nieznane, w zapadającą ciemność.

background image

R

OZDZIAŁ

 9

Łowcy ludzi

Mrok gęstniał. Dan się poderwał, żeby włączyć światła planetolotu, ponieważ Meshler 

nie kwapił się, by to zrobić. Ale strażnik złapał go za rękę.

—   Nie   ma   potrzeby.   Nie   chcę,   żeby   nas   zauważyli   —   wyjaśnił.   Dan   poczuł   się 

zakłopotany tym mogącym sprowadzić na nich niebezpieczeństwo odruchem.

— Gdzie jesteśmy? Widzisz jakieś znane ci miejsca? —zapytał Tau.

—   Na   południowym   zachodzie!   Zgodnie   z   naszymi   informacjami   nie   ma   tu   nic, 

oprócz dziczy — odparł Meshler. — Czyż nie powiedziałem tego?

A ta stacja Trosti? — upierał się lekarz. — Czego dotyczą ich badania?

— Przede wszystkim zajmują się przekazywaniem okazów życia naszej planety na 

inne światy. I określają zasady przystosowania ich do zmienionych warunków. Ale oni nie są 

warci zainteresowania. Odwiedzałem ich w trakcie moich objazdów. Już dawno minęliśmy 

ich siedzibę, a poza tym nie mają tam urządzenia zdolnego do emisji takiego promieniowania 

jak to, pod którego wpływem się znaleźliśmy.

— Trosti — powtórzył Tau z namysłem. — Trosti…

—   Vegan   Trosti   to   nazwisko   fundatora.   Opłacił   budowę   i   wyposażenie   tej   stacji 

doświadczalnej — uzupełnił Meshler.

Vegan Trosti!  Dan  przypomniał  sobie  setki  plotek  i setki być  może  prawdziwych 

opowieści, które słyszał na jego temat. Był jednym z tych ludzi, których Ziemianie nazywają 

„urodzonymi w czepku”. Każdy wynalazek, który poparł, badanie, które sfinansował, stawały 

się sukcesem, pomnażając jego skarby. Nikt nigdy nic dowiedział się, jak wielki majątek 

zgromadził Trosti. Co pewien czas przeznaczał ogromne sumy na projekty badawcze. Jeśli 

któryś z nich okazywał się opłacalny — a zwykle tak się właśnie działo — zysk wędrował na 

szczęśliwą planetę, na której go realizowano.

Oczywiście pojawiały się na jego temat i inne opowieści że jego „powodzenie” nie 

zawsze   wynika   z   przeprowadzania   uczciwych   badań,   że   prowadzone   są   one   na   dwóch 

poziomach:   jednym,   który   można   poddać   oficjalnej   kontroli,   i   drugim,   ukrytym, 

wymierzonym przeciwko społecznościom poszczególnych planet.

Nigdy   nie   znaleziono   najmniejszego   dowodu,   potwierdzającego   prawdziwość   tych 

pogłosek. A bogactwo Trostiego wywierało duże wrażenie. Jeżeli więc popełnił jakieś błędy 

lub podejmował nielegalne działania, władze zdawały się tego nie dostrzegać.

background image

Ale   czy   Vegan   Trosti   żył   rzeczywiście?   Powiadano,   że   wystrzega   się   rozgłosu. 

Krążyły opowieści, że często brał udział, nie ujawniając się, w przygotowywanych  przez 

własnych pracowników, wyprawach badawczych. Zanim zniknął, przygotował tak dokładną 

kontrolę   prawną   nad   swoim   majątkiem,   gwarantując   w   ten   sposób   wykorzystanie   go   dla 

wiedzy i dobra powszechnego, że na wielu światach traktowano  go jak bohatera,  prawie 

półboga.

Pomimo śledztwa Patrolu nie było wiadomo, w jaki sposób zniknął. Ponoć kilka lat 

planetarnych temu wystąpili po prostu jego zastępcy i ogłosili, że prywatny siatek Trostiego 

nie wrócił w wyznaczonym czasie, a oni mają wyraźne polecenie, aby w takim przypadku 

dokonać podziału majątku. I zrealizowali to, nie ukrywając niczego.

Nikt nigdy nie dowiedział się niczego o młodości Trostiego, równie tajemniczej, jak 

jego śmierć. Był jak kometa, która przemknęła przez zamieszkaną część galaktyki, zmieniając 

wszystkie światy, do których się zbliżyła.

— Tracimy wysokość — wykrzyknął nagle Meshler.

— Coś jeszcze… — Tau znów pochylił się do przodu, tak że jego głowa i ramiona 

znalazły się tuż obok siedzącej przed nim dwójki.

— Czy widzicie to? — Cień jego ręki widoczny w mrocznej kabinie wyciągał się ku 

tarczy rozjaśnionej wokół własnym światłem. Wskazówka na tarczy zadrżała i odchyliła się w 

prawo. Słychać było brzęczenie, które w odczuciu Dana zdawało się narastać.

— Co…? zaczął Meshler.

— Przed nami jest źródło promieniowania tego samego typu, jak to wysyłane przez 

skrzynkę z Królowej. Tyle tylko, że silniejsze. Być może wkrótce uzyskamy odpowiedzi na 

pewne pytania.

— Słuchajcie… — Dan nie widział twarzy strażnika. Była tylko plamą odznaczającą 

się na tle ciemności, ale w głosie tamtego brzmiał ton, którego nie znali. Mówicie, że pod 

wpływem  tego promieniowania  różne stworzenia cofają się w  czasie, przybierając  postać 

swych form wcześniejszych…

— Wszystko, czym dysponujemy, to dowód w postaci rozwijających się zarodków i 

bracha powiedział Tau.

— Ale załóżmy, że wpłynie szkodliwie na nas. Czy to możliwe?

—   Nie   wiem.   Skrzynka   została   przyniesiona   na  pokład   przez   człowieka.   Thorson 

widział,   jak  dotykała   jej   obca  kobieta.  Oczywiście,   mogli   posłać  swojego  wysłannika   na 

pokład, wiedząc, że umrze. Ale nie sądzę, aby tak było. Potrzebowali Królowej, by przewieźć 

tutaj   swój   towar.  A   przecież   załoga,   która   uległaby   uwstecznieniu   tak   szybko,   jak  tamte 

background image

zwierzęta, nie mogłaby sterować statkiem. Nie bylibyśmy w stanie wyjść z nadprzestrzeni. 

Jeśli jednak tutaj promieniowanie jest silniejsze, nie jestem pewien…

— I mówisz, że to promieniowanie jest tego samego rodzaju?

— Zgodnie z tym, co wskazują przyrządy, tak.

Ale   jeśli   Tau   miał   ochotę   coś   dodać,   nigdy   nie   dowiedzieli   się   tego,   ponieważ 

planetolot runął nagle w dół. Meshler krzyknął i zaczął szarpać stery — bez rezultatu. Nie 

potrafił wydostać statku spod wpływu siły ciągnącej go w kierunku ziemi.

— Zabezpieczenie przedwypadkowe! Dan raczej wyczuł, aniżeli zobaczył, jak pilot 

usiłuje trafić w przycisk alarmowy.  Nacisnął taki sani po swojej stronie kabiny. Ile mieli 

czasu? Czy wystarczająco dużo? Ziemia stanowiła tylko ciemną masę w oddali i Dan nie miał 

pojęcia, jak szybko pędzą na spotkanie z nią.

Na   ciele   poczuł   pianę   ochronną,   która   sięgała   mu   już   do   podbródka.   Postępując 

zgodnie z instrukcją, usadowił się głęboko w fotelu i zamknął oczy, a przykrycie ochronne 

szczelnie   wypełniało   przestrzeń   wokół   trzech   członków   załogi   i   bracha.   Dan   powinien 

wcześniej ostrzec tego ostatniego, ale całkiem zapomniał o stworzeniu, które siedziało tak 

cicho. A teraz było już za późno.

Rozluźnij się! Umysł Dana starał się zapanować nad nerwami. Rozluźnij się, pozostaw 

wszystko   urządzeniom   ochronnym!   Jeśli   będziesz   spięty,   osłabisz   ich   działanie 

zabezpieczające. Rozluźnij się! W tym momencie skupił na tym całą swoją wolę.

Uderzyli o ziemię. Pomimo piany ochronnej, Dan doznał wstrząsu, od którego stracił 

przytomność.   Nie   wiedział,   ile   czasu   upłynęło,   zanim   przyszedł   do   siebie   na   tyle,   żeby 

poszukać po omacku uchwytu na drzwiach kabiny po swej prawej stronie. Musiał pokonać 

opór otaczającej go galarety, ale w końcu dosięgną! palcami zasuwy. Ktoś jednak otworzył 

drzwi   od   zewnątrz   tak   gwałtownym   szarpnięciem,   że   wyrwał   mu   zasuwę   z   ręki.   Piana 

popłynęła w kierunku otworu, unosząc Dana ze sobą. Ten próbował się uwolnić, lecz był 

bardzo osłabiony.

Ktoś usuwał tę warstwę ochronną. Duży jej pas opadł z głowy i ramion Dana, który 

otworzył   oczy   prosto   w   oślepiający   blask   latarki.   Zamrugał   nic   nie   widząc,   ani   też   nie 

rozumiejąc, co się właściwie wydarzyło. Ulegli katastrofie, a potem…

Czyjeś ręce, dość gwałtownie, uwalniały go z ucisku piany. Wydawało się, że komuś 

bardzo się spieszy. Kiedy Dan poczuł swobodę ruchów, zdecydowanym szarpnięciem został 

postawiony na nogi. Latarka nadal świeciła tak, że nie widział, kto go trzyma, ale z pewnością 

było dwoje ludzi. Kiedy już uporali się z galaretą, obrócili go i związali mu ręce za plecami. 

Był unieszkodliwiony.

background image

Mężczyźni popchnęli Dana do przodu, a ten uderzył boleśnie o jakąś powierzchnię. 

Dzięki temu odzyskał równowagę i rozejrzał się ostrożnie dookoła. Zaczął odzyskiwać wzrok. 

Widział niewyraźne cienie dwóch ludzi zajmujących się w tej chwili Tau.

Dan przypuszczał, że napastników było więcej, lecz część z nich przebywała poza 

polem   światła.   Mężczyźni   pracowali   tak   sprawnie,   że   wydawało   się,   iż   przeprowadzają 

wielokrotnie przećwiczoną akcję.

Uwięzili już załogę planetolotu. Ale nie odkryli torby z brachem! Czy nie wiedzieli 

nic o obecności zwierzęcia czy też nie zależało im na nim?

Galareta wystawiona na działanie powietrza zaczęła znikać. A więc wkrótce brach 

będzie wolny.  Może być  jednak tak przerażony katastrofą, że… Dan nie wiedział,  czego 

spodziewać się po brachu… ani co się z nim stanie… Wtem usłyszał łoskot czegoś, co mogło 

być   tylko   zbliżającym   się   pełzaczem.   Miał   nadzieję,   że   jego   towarzysz   pozostanie   nie 

zauważony.

Z ciemności, w krąg światła latarki wpłynęła wijąca się lina. Zahaczono ją pośpiesznie 

o dziób planetolotu i ten, ciągnięty przez pełzacz, ruszył z jękiem. Danowi nie było dane 

zobaczyć, co się dalej działo z ich wrakiem. Czyjaś ręka złapała go za ramię, odciągnęła od 

ściany, o którą się opierał i zaczęła popychać wzdłuż niej. Droga była bardzo nierówna. Dan 

potykał  się i gdyby jego niewidoczny strażnik, a zarazem przewodnik, nie trzymał  go w 

uścisku, kilka razy upadłby.

W końcu wkroczyli na polanę, na której rozbito obozowisko. W górze, niby dach, 

sterczał   występ   skalny.   Na   trawie   stała   przenośna   kuchenka   i   leżało   mnóstwo   różnych 

narzędzi.   Z   ilości   zgromadzonego   sprzętu   można   było   się   domyślać,   że   mężczyźni 

przebywają tu od dłuższego czasu i są dobrze wyposażeni.

Znajdująca się tam lampa oświetlała obozowisko. Ustawiono ją na najniższej mocy, 

jak gdyby jej właściciele oszczędzali paliwo.

W tym  słabym świetle Dan zobaczył  trzech ludzi, którzy ich tutaj przyprowadzili. 

Nosili   zwyczajne,   jednoczęściowe   kombinezony   myśliwskie   oraz   pasy   służące   do 

zawieszania przyrządów i narzędzi — typowe wyposażenie podróżujących, zapuszczających 

się w dzikie obszary obcej planety. Wszyscy trzej napastnicy byli Ziemianami. Ale ten, który 

wyszedł im na spotkanie, nim nie był.

Należał do rasy nie znanej Danowi. Był tak wysoki, że musiał garbić się i pochylać 

głowę pod występem skalnym, stanowiącym dach. W świetle lampy jego skóra wydawała się 

żółta (nie brązowożółta, jaką mógłby mieć przedstawiciel jednej ze starożytnych ziemskich 

ras orientalnych). Jego oczy i zęby świeciły jasnym blaskiem. Ponadto oczy miał okolone 

background image

jakąś błyszczącą substancją.

Jego czaszkę pokrywały rzadkie włosy, pomiędzy którymi  przeświecała skóra. Ale 

jego   sylwetka,   pomimo   że   ręce   i   nogi   wydawały   się   nazbyt   długie,   była   podobna   do 

ziemskiej, okryta kombinezonem myśliwskim.

Dan zastanawiał  się, czy Tau, ze  swoją  większą  wiedzą  z zakresu rozpoznawania 

obcych   istot,   potrafiłby   nazwać   tę   rasę.   Z   jakiegokolwiek   świata   pochodził   obcy,   było 

oczywiste, że to właśnie on dowodzi obozem. Nic nie powiedział, ale dał znak ręką i całą 

trójkę z planetolotu ustawiono plecami do ściany skalnej, a potem posadzono tak, by nie 

widzieli oświetlonego obszaru obozowiska. W tym czasie dowódca przykucnął przy lampie. 

W   rękach,   przypominających   pozbawione   kości   macki,   trzymał   mikrofon.   Ale   zamiast 

mówić, uderzał w niego czubkami giętkich palców.

Żaden z tych ludzi nie przemówił do więźniów, Meshier także o nic nie pytał. Dan 

zerknął na strażnika i zauważył, że mężczyzna przygląda się scenie tak uważnie, jakby chciał 

utrwalić w pamięci każdy szczegół.

Nieznajomi nosili ubrania myśliwych. Używali też sprzętu, jaki Dan widywał już na 

innych światach u ludzi polujących dla rozrywki. Ale gdyby wykorzystali łowiectwo jako 

pretekst   i   wkroczyli   do   dziczy   na   Trewsworld,   posiadając   odpowiednie   zezwolenie, 

towarzyszyłby  im przewodnik. Nie było  go jednak widać. Nie słyszeli  również  pełzacza, 

który   ciągnął   planetolot.   Dan   przypuszczał,   że   ludzi   jest   więcej   i   być   może   mają   jakieś 

powody ku temu, aby pozostawać poza zasięgiem ich wzroku.

Po nadaniu wiadomości wysoki obcy wyjął długi płaszcz z kapturem. Owinął się nim 

dokładnie i ułożył się w drugim końcu obozu, pod występem skalnym. Po , chwili dwóch z 

trójki Ziemian podążyło w jego ślady | zapadając w drzemkę. Od chwili, gdy przyprowadzili ‘ 

swoich więźniów, żaden z nich nawet nie rzucił na nich okiem. Trzeci człowiek pozostał przy 

lampie. Na kolanach trzymał linę.

Dan   znał   się   trochę   na   elektronice,   ale   w   tym   obozie   nie   zobaczył   nic,   co 

przypominałoby   skrzynkę  Królowej.   Ani   też   nic,   co   wskazywałoby   na   to,   że   silne 

promieniowanie, które ściągnęło planetolot w dół, było wysyłane właśnie stąd.

Dan był  zmęczony,  ale nie na tyle,  żeby zasnąć w tak niewygodnej  pozycji.  Gdy 

spojrzał na Tau i Meshlera, stwierdził, że i oni nie śpią. Wartownik przy lampie raz po raz 

podnosił się i przechadzał lam i z powrotem. Przy każdym takim obchodzie zerkał na jeńców. 

Lecz znacznie więcej czasu poświęcał na wpatrywanie się w mrok.

Przechodził  właśnie, kiedy Dan zauważył  ruch na drugim końcu obozowiska. Coś 

poruszało się tam z wielką ostrożnością. Było to zbyt małe jak na człowieka — nawet gdyby 

background image

pełzał. Brach! Dan nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego wierzył, że obcy dotrze za nimi aż tutaj. 

Dużo bardziej prawdopodobne było to, że stworzenie ucieknie przed zagrożeniem ze strony 

istot, które z taką łatwością pokonały załogę planetolotu.

Wartownik odwrócił się i zasłonił Danowi pole widzenia. Kiedy mężczyzna powrócił 

w krąg światła, Dan nie dostrzegł już niczego.

Jednak   nadal   ukradkiem   spozierał   w   tamtym   kierunku,   starając   się   nie   odwracać 

głowy,  aby nie  zwrócić uwagi  wartownika. Kilka  sekund później  zobaczył,  że  coś  znów 

przemknęło między roślinami. Tym razem wybiegło zza zarośli i skryło się za drugą zasłoną 

— kilkoma skrzynkami z zaopatrzeniem. Nie mylił się, ten długi, zakończony rogiem pysk, 

bez wątpienia należał do bracha.

Dan   nie   potrafił   odgadnąć,   co   stworzenie   zamierza   zrobić   (chyba   że   zwyczajnie 

podążał tu za trójką ludzi z planetolotu, gdyż bliskość znanych osób dawała mu poczucie 

bezpieczeństwa). Był już świadkiem, jak brach użył ogłuszacza. Ale oni zostali rozbrojeni. I 

nawet jeśli została w planetolocie jakaś broń, a brach znalazł ją, nie miałby najmniejszych 

szans, gdyby został odkryty. Nie było żadnego sposobu skontaktowania się z tym dziwnym 

przyjacielem. A jednak Dan zastanawiał się, jak można go ostrzec…

Wartownik wstał i wyruszył na kolejny obchód. Kiedy odwrócił się plecami, brach 

wybiegł na otwartą przestrzeń. Poruszał się tak cicho, jak gdyby był cieniem. Przykucnął tuż 

za plecami Tau. Wyciągnął głowę i rogiem spróbował rozciąć krępującą ich linę!

Nie było to łatwe. Była mocna i ustępowała pod naciskiem ostrza noża, ale nie dawała 

się rozciąć rogiem.

A   jednak   Dan   widział,   jak   brach   nieznacznie   porusza   głową   —   najwyraźniej 

rozszarpywał więzy. Tau krzywił się, tak jakby te wysiłki sprawiały mu ból, ale nie poruszył 

się.

Potem ramiona Tau rozluźniły się odrobinę i Dan. poczuł zdenerwowanie. W jaki 

sposób   brach   rozerwał   sploty   liny?   Tau   był   wolny.   Na   razie   nie   zrobił   jednak   nic,   aby 

skorzystać z tej wolności.

Pochylił się wolno do przodu, odsuwając jak najdalej od ściany. Dan był przekonany, 

że brach prześlizguje się za plecami Tau, aby z kolei jemu udzielić pomocy. I miał rację, 

ponieważ w chwilę później poczuł ciepło puszystego ciała przylegającego ciasno do niego, 

oraz szarpanie i pociąganie za pęta, które brach zaczął przecinać rogiem. Wkrótce również i 

on był wolny. Teraz Dan odsunął się nieznacznie, żeby umożliwić stworzeniu dotarcie do 

Meshlera.

Wartownik   skończył   swój   obchód   i   usadowił   się   z   powrotem   przy  lampie.   Nadal 

background image

obserwował więźniów, lecz przede wszystkim wpatrywał się w ciemności.

W końcu wstał, podszedł do jednego ze śpiących towarzyszy i obudził go. Co dziwne, 

brutalnie potrząśnięty mężczyzna nic nie powiedział, tylko przejął linę i rozpoczął wartę przy 

lampie. Kończący służbę owinął się tym samym przykryciem, spod którego nowy wartownik 

właśnie się wyłonił. Ich milczenie było bardzo dziwne… być może nie potrafili mówić?

Brach wysunął się zza pleców Meshlera i Dan był pewien, że len również jest wolny. 

Ich   wybawiciel   przemykał   się,   używając   ludzi   i   cieni   jako   zasłony.   Wreszcie   ponownie 

przykucnął   za   stertą   skrzynek.   Wartownik   był   akurat   w   trakcie   obchodu.   Nagle   brach 

poruszył  się. Dan nie widział dokładnie, co się stało, ale coś potoczyło się z łoskotem w 

kierunku lampy, przewróciło ją i światło zgasło.

Dan i jego towarzysze rzucili się naprzód, niewidoczni dla wrogów. Przynajmniej taką 

mieli   nadzieję.   Dan   nie   próbował   wstać,   ale   czołgał   się   w   stronę   otwartej   przestrzeni. 

Dobiegające   go   głosy   przekonywały,   że   dwaj   pozostali   uciekinierzy   zastosowali   tę   samą 

technikę.

Oczekiwał,   że   usłyszy   krzyk   wartownika,   jakiś   głos   mający  na   celu   przebudzenie 

śpiących. Zamiast tego usłyszał tylko szuranie nogami i gwizd wystrzału z pętacza. Ale strzał 

go nie dosięgnął.

Gdy   znalazł   się   poza   obozowiskiem,   wstał.   Przypadkiem   dotknął   jakiegoś   innego 

wymachującego ramienia i poczuł pod palcami gładką powierzchnię kurtki termicznej. Złapał 

tamtego za rękę i razem, najszybciej jak tylko potrafili, pognali w gęste zarośla. Ta roślinność 

chroniła ich przed wystrzałami z pętacza. Ale obozowicze z pewnością dysponowali bardziej 

niebezpiecznymi rodzajami broni… — Tau?

— Tak doszedł do niego głos z boku.

— Gdzie jest Meshler?

— Nie wiem — wyszeptał lekarz.

Bezszelestne przedzieranie się przez te zarośla było niemożliwe. Trzaski towarzyszące 

ich przejściu stanowiły z pewnością wyraźną wskazówkę dla podążającej za nimi pogoni. 

Nagle   czyjeś   ręce   chwyciły   Dana   i   zatrzymały   w   miejscu.   Zakołysał   się,   wymierzając 

napastnikowi cios na oślep.

— Cicho! — Bez wątpienia był to głos Meshlera. — Róbcie to cicho… spokojnie!

Szarpnął Dana, a ten pociągnął za sobą lekarza, którego nadal trzymał za rękę. Dan 

doszedł   do   wniosku,   że   Meshler   musi   posiadać   niezwykłą   zdolność   poruszania   się   w 

ciemności, ponieważ przestali błądzić wśród zarośli. Nadal jednak wpadali na siebie, gdyż 

bez przerwy zmieniali kierunek wędrówki.

background image

Szli dosyć wolno. Dan stale zastanawiał się, dlaczego nie słychać żadnych odgłosów 

alarmu w obozie. Wtem ujrzeli światło. Najwyraźniej nie tylko ponownie włączono lampę, 

ale ustawiono ją na większą moc. Lecz rośliny zasłaniały już zbiegów.

Podeszwy ich butów zastukały o twardszą powierzeń nie, a zarośla zniknęły. Po obu 

stronach pojawiły się jakieś ciemne, jednolite ściany. Dan spojrzał w górę. Zobaczył wąski 

pas nieba z kilkoma gwiazdami.

Coś otarło się o jego kolana. Wyrwał ręce z uścisku swoich towarzyszy, schylił się i 

dotknął drżącego bracha. Dan odpiął kurtkę i otulił nią zmarzniętą istotę.

— Co to jest? — wyszeptał Meshler.

— Brach… zimno mu. Dan zastanawiał się, jak długo stworzenie znosiło okrutne, 

nocne powietrze.

— Czy to… on… wie, gdzie jest planetolot?— szept Meshlera był natarczywy.

Dan zauważył, że brach nadal ma przy sobie tłumacza. Pociągnął za kaptur i zaszeptał 

do mikrofonu:

— Ta latająca rzecz… gdzie ona jest?

—   W   dziurze…   w   ziemi.   —   Ku   jego   zadowoleniu   stworzenie   odpowiedziało 

natychmiast. Dan obawiał się, że brach może być wykończony chłodem.

— Gdzie?

Brach wykręcił się w jego uścisku i Dan poczuł uderzenie w brodę, to znaczy, że 

przewodnik wskazuje na lewo.

— Mówi, że na lewo… w dziurze — zrelacjonował strażnikowi Dan. Meshler ruszył 

w tym kierunku tak pewnie, jak gdyby widział wyraźnie. Ale kiedy Ziemianie potykali się, 

spóźniali, zawrócił.

— Pośpieszcie się!

— Pośpiech nic nam nie da, jeśli połamiemy sobie przy tym kości — odparł rozsądnie 

Tau.

— Ale — zaczął Meshler — to jest otwarty teren.

— W ciemnościach — skontrował Tau — to może być cokolwiek.

— Ciemność? Chcesz przez to powiedzieć, że nie widzicie? — w głosie Meshlera 

odbijało się szczere zaskoczenie, prawie szok.

—   Nie   w   nocy,   nie   na   tyle   dobrze,   żeby   puścić   się   szarżą   przez   coś   takiego 

odpowiedział Tau.

— Nie wiedziałem. Poczekajcie zatem! — Niewyraźna postać Meshlera obróciła się. 

Potem tuż obok Dana pacnął koniec pasa. — Połączcie się razem… ja poprowadzę.

background image

Kiedy tylko Dan złapał  pas, a Tau położył  rękę na jego ramieniu, strażnik zaczął 

stąpać tak pewnie, jakby oświetlał ścieżkę przed sobą latarką.

— Nadal tędy? — zapytał w chwilę później.

— Tędy? — Dan posługując się tłumaczem, powtórzył pytanie brachowi.

— Tak. Wkrótce duża dziura…

Dan   przekazał   tę   informację.   I   wkrótce   rzeczywiście   doszli   do   dużej   dziury.   Z 

poziomu,   na   którym   stali,   wyrwa   wydawała   się   ciemnym   zagłębieniem   wiodącym   w 

nieznane.

— Widzisz coś? — zapytał.

—   Zniszczyli   planetolot   odparł   ponuro   Meshler.   —Ale   będziemy   potrzebowali 

zapasów… o ile jakieś zostawili.

Nagle  pas   zwisł  miękko   i luźno  w   uścisku  Dana  i  Dan  usłyszał   odgłosy,  które   z 

pewnością oznaczały, że Meshler opuszcza się do planetolotu.

background image

R

OZDZIAL

 10

Pułapka

Nie   ma   w   ogóle   czasu,   aby  dokończyć   przeszukiwania   wraku,  Dan   zaprotestowal 

cicho.   Z  pewnością  tamci   z  tyłu   wkrótce  rozpoczną  polowanie,  używając  lej  błyszczącej 

lampy. A kto kierował pełzaczem, który przywlókł tutaj planetolot? Ci nieznani członkowie 

grupy wroga mogą właśnie brać ich w okrążenie!

Przypomniał   sobie,   że   brach   potrafi   wytropić   kogoś   wyczuwając   jego   uczucia.   Z 

pewnością emocje, towarzyszące zamykaniu okrążenia przez grupę prowadzącą polowanie, 

będą wystarczająco silne, żeby obcy mógł je wyczuć.

— Czy nadchodzą jacyś inni? — zamruczał do mikrofonu tłumacza. Poczuł, że brach 

poruszył się w jego uścisku i domyślił się, iż obcy kręci głową, jak gdyby jego długi nos był 

odbiornikiem jakiegoś superradaru.

— Z tyłu, nigdzie indziej nie…

Rakieta wybuchnie i płomień spali Meshlera! Muszą się stąd wydostać, a strażnik 

zostawił ich w potrzasku i sam poszedł węszyć wokół bezużytecznego wraka. Jest oczywiste 

— musi być — że ci, którzy wzięli ich do niewoli, nie pozostawili tam w dole żadnej broni. A 

może zostawili? Załóżmy, że próbowali tak zorganizować cały ten bałagan, żeby wyglądało, 

jakby statek uległ wypadkowi. Wówczas z pewnością nie splądrowaliby go. Ale we wraku 

potrzebne są ciała…

Chłód   przebiegł   wzdłuż   kręgosłupa   Dana.   Ciała   były   pod   ręką,   gotowe   do 

wykorzystania w chwili, kiedy będą potrzebne do uzupełnienia tego kamuflażu. Być może 

przed zamianą żywych jeńców w martwe ciała chcieli zdobyć jakieś informacje. A im dłużej 

ich   trójka   marudzi   tutaj   czwórka,   upomniał   sam   siebie   Dan   (ponieważ   jak   dotąd   brach 

udowodnił, że jest naprawdę użytecznym,  członkiem ich grupy) — tym bardziej staje się 

prawdopodobne, że plany wroga zakończą się sukcesem.

— Musimy się stąd wydostać! Dan oznajmił Tau coś, co było oczywiste. Co nam 

może dać to grasowanie Meshlera tam w dole? Wkrótce nas dogonią.

Chcesz spróbować tego na własną rękę?  — zapytał:  lekarz.  — Jest oczywiste,  że 

Meshler dysponuje niezwykłą zdolnością widzenia w nocy. O ile ci bandyci nie podzielają tej 

umiejętności, dzięki niemu możemy przebyć szybciej!, trasę, po której oni będą mogli nas 

ścigać tylko bardzo powoli.

— Bandyci? — Dan podchwycił to słowo, które za skoczyło go dużo bardziej, niż 

background image

powinno   w   tych   okolicznościach.   Było   przecież   jasne,   że   zetknęli   się   z   nielegalni   grupą 

działającą   w   ukryciu.   Chociaż   bandyci   zazwyczaj   nie   zadają   sobie   trudu   układania 

drobiazgowych piano Uderzyć i uciec to zasadniczy wzorzec ich postępowania.

— Czego by tutaj szukali?

— Kto wie? Być może Meshler wie, albo przynajmniej powinien. Posłuchaj!

Zamarli. Dan wyczuwał napięcie lekarza, kiedy stali tak ramię w ramię obok siebie. 

Ten dźwięk nie dobiegał z tyłu. Dochodził z dołu. Wspinający się do góry Meshler? Dan miał 

gorącą nadzieję, że taka jest prawda.

— Chodźmy — głos Meshlera zabrzmiał tuż pod nogami Dana. Ziemianin ruszył do 

tyłu i poczuł, że pas w jego ręku został szarpnięty i naprężył się. A potem, holowany tak jak 

uprzednio, z ręką Tau na swoim ramieniu, szedł za strażnikiem. Raz po raz Meshler wydawał 

szeptem zwięzłe polecenia, ale nie powiedział, co znalazł we wraku. A jednak na ramieniu 

miał przewieszone zawiniątko, co jakiś czas uderzające Dana w rękę, którą trzymał pas.

Posuwali się szybciej, niż Dan oczekiwał, chociaż był tak otumaniony ciemnością, że 

nie potrafił powiedzieć, w jakim kierunku obecnie wędrują. Jeśli wyruszyli z powrotem do 

łodzi ratunkowej, z pewnością mają przed sobą wiele dni wędrówki. Być może więc to, że 

Meshler przeszukał wrak, aby znaleźć jakieś zaopatrzenie, było konieczne.

Stracił poczucie czasu. Raz po raz Meshler przystawał, żeby dać im okazję do złapania 

oddechu.   Dan   i   Tau,   na   zmianę,   nieśli   bracha   wewnątrz   swoich   kurtek.   Kiedy   na   Dana 

przyszła   kolej   ponownego   wzięcia   na   siebie   jego   ciężaru,   mały   obcy   nie   drżał   już,   ale 

wydawał się ciepły i rozluźniony.

Ziemianin miał więc nadzieję, że nie rozchorował się on wskutek pobytu w nocnym 

chłodzie.

Świt zastał ich w miejscu, gdzie wiatr rzeźbił skały nadając im niesamowite kształty. 

Masywne, ciężkie bryły kamienia zawierały otwory i szczeliny, niektóre wielkości małych 

jaskiń. Miejsce to doskonale nadawało się do tego, żeby się tu ukryć, a nie tylko zatrzymać na 

krótki odpoczynek. Najwyraźniej Meshler wybrał je właśnie z tą myślą.

Dan nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo jest zmęczony, dopóki nie przykucnął 

w wybranym przez strażnika miejscu wgłębieniu pomiędzy kilkoma skalami. Wędrowanie w 

butach kosmicznych było bardzo meczące. Na żadnym ze światów nie można było znaleźć 

bardziej   wytrzymałego   i   mocniejszego   obuwia.   A   jednak   ciężar   blach   magnetycznych 

przymocowanych   do   podeszew   wywoływał   uczucie,   jak   gdyby   wokół   kostek   zostały 

przylutowane masywne bransoletki z żelaza. ;

— Poluźnij zapięcia. — Mówiąc to, Tau pochylił się do przodu, żeby odpiąć swoje 

background image

buty. — Ale nie zdejmuj; ich… nie rób tego, jeśli chcesz szybko włożyć je z powrotem.

Już samo rozluźnienie ciasnych zapięć przynosiło tak wielką ulgę, że Dan westchnął 

uszczęśliwiony. Meshler otworzył torbę, którą zabrał z planetolotu. Wyjął jedzenie i podzielił 

na cztery części, tak by również brach otrzymał swoją porcję.

Jedzenie   było   bardzo  pożywne.  Człowiekowi   wystarczała  niewielka  jego ilość,  by 

mógł przetrwać. Ale oczywiście nie zaspokajała apetytu  i Dan nadal czuł się głodny.  — 

Idziemy na północ. Jak daleko jest stąd do łodzi ratunkowej albo do tej posiadłości, o której 

mówiłeś? — chciał wiedzieć Dan, gdy upewnił się, że nic ma już nic do jedzenia.

—   Zbyt   daleko…   do   obu   miejsc…   żeby   dostać   się   tam   pieszo   —   zabrzmiała 

zniechęcająca odpowiedź Meshlera. — Nie zdołamy tam dotrzeć bez odpowiedniego środka 

transportu, jedząc tak niewiele i nie posiadając broni…

— Wydawało mi się, że mówiłeś, iż nie ma tu żadnych naprawdę niebezpiecznych 

zwierząt — nie ustępował Dan. Nie mógł uwierzyć, że znaleźli się w tak trudnym położeniu.

—   Jesteśmy   ścigani   —   przypomniał   Tau.   —   No   dobrze,   ale   skoro   nie   możemy 

skierować się na północ, to co robimy?

— Pełzacz… — Meshler zamknął torbę. — A także to… — Wyciągnął rękę do Tau i 

Dan   rozpoznał   przyrząd,   który   umożliwił   lekarzowi   wykrycie   promieniowania,   kiedy 

znajdowali się w planetolocie.

— Czy nadal działa? — zapytał strażnik.

Tau   obejrzał   go   dokładnie,   a   potem   nacisnął   wyłącznik.   Wskazówka   natychmiast 

obróciła się, wycelowując dokładnie w kierunku trzymającego urządzenie człowieka.

— Działa. A teraz powiedz, gdzie był ten obóz? Mnie tak się pokręciły kierunki, że 

nie odróżniam północy od południa.

— Tam… — Meshler wskazał palcem na lewo z taką pewnością siebie, że musieli mu 

uwierzyć.

— Zatem źródło promieniowania nie znajduje się w obozie.

— W zasięgu wzroku nie było żadnego sprzętu, który służyłby temu celowi zauważył 

Dan.

— Skrzynka zajmuje mało miejsca. Mogli gdzieś zakopać coś podobnego do niej. Ale 

wskazówka  pokazuje,  że  źródło  znajduje  się w   tym   kierunku…  — Lekarz   wykonał   gest 

ponad swoim ramieniem.

— Nie ma żadnego sposobu, żeby stwierdzić, jak daleko stąd? — zapytał Meshler.

— Nie. Można tylko powiedzieć, że promieniowanie jest tu silniejsze.

— Nie jesteśmy w stanie przebyć tej drogi pieszo, nawet do posiadłości Cartla. — 

background image

Strażnik odchylił głowę do tyłu i oparł ją o skałę. A jest to najbardziej wysunięta na południe 

osada. — Być może Meshler, ujawniając te informacje, po prostu myślał głośno. — Pełzacz 

jest powolną i ciężką maszyną. Normalnie używa się go w pobliżu obozu—bazy, gdzie można 

go co rusz kontrolować.

— Tamci poszukiwacze mieli pełzacz — wtrącił Dan.

— Musieli więc także mieć obóz — odparł ciężko Meshler. — A ten pod występem 

skalnym — dodał jest tylko tymczasowy. Dlatego…

— Mamy wpaść z powrotem w ich ręce? wybuchnął Dan. Człowieku, czy ty jesteś 

kosmicznie pokręcony?

— Jestem wyszkolonym strażnikiem. — Meshler nie okazał zdenerwowania z powodu 

wybuchu Dana. — Tamci ludzie, w ubraniach myśliwskich… nie sądzę, że są myśliwymi.

— Nie mamy żadnej broni — przypomniał mu Tau. — A może znalazłeś jakąś w 

planetolocie?

— Nie. Jestem przekonany, że uwięziliby nas ponownie, gdybyśmy powrócili w tamto 

miejsce.  Ci ludzie będą nas  szukać, to prawda, ale spodziewają się, że kierujemy się na 

północ. Jeżeli pójdziemy na południe i zdobędziemy ten pełzacz — lub inny środek transportu 

mamy szansę. Inaczej… — nie dokończył lego zdania.

Zamknął   oczy   i   Dan   nagle   uświadomił   sobie,   że   ta   nocna   wyprawa   wymagała 

podwójnego wysiłku od strażnika, który im przewodził.

— Czy mam objąć pierwszą wartę? — Tau spojrzał w kierunku Dana.

Dan chciał powiedzieć, że nie, ale ogrom zmęczenia, które odczuwał, nie pozwolił mu 

zaprzeczyć.

— Dobrze zgodził się Dan i usadowił się wygodniej na kamieniu, mniej więcej w tej 

samej pozycji co Meshler, który na wpół już spał.

Kiedy Tau go zbudził, by przejął wartę, blade, zimowe słońce stało już wysoko na 

niebie i przygrzewało lekko. Przypadkiem czy celowo, Meshler dobrze wybrał to zagłębienie 

na   miejsce   postoju.   Było   skierowane   na   północny   zachód   —   w   stronę,   z   której   mogli 

nadciągnąć prześladowcy. A jedyna droga, którą można było się do nich dostać, wiodła przez 

wąski pas otwartej przestrzeni i wymagała wspinaczki. Ścieżka była wystarczająco stroma, 

żeby można zepchnąć po niej w dół kilka dużych głazów. Tyle tylko, że w pobliżu nie było 

takich   kamieni   —   Dan   przekonał   się   o   tym,   kiedy   zdrętwiały   wyczołgał   się   z   jaskini   i 

przeciągał się ukryty w jej cieniu. — W powietrzu latały jakieś stworzonka. Wznosiły się i 

opadały   na   rozpostartych   skrzydłach,   którymi   trzepotały   raz   po   raz.   Najwyraźniej   były 

stałymi mieszkańcami tej krainy. Wśród zarośli nic się nie poruszało. Dan żałował, że nie ma 

background image

lornetki, która zapewne została w planetolocie.

Meshler był  najwyraźniej  zdecydowany wykonać  swój  plan  wyruszenia  wprost  na 

terytorium   wroga.   Dan   jednak   wahał   się.   W   chwili,   gdy   pochylił   się   ku   wejściu   do   ich 

schronienia, brach wyczołgał się spomiędzy Meshlera i Tau. Podszedł do Dana i usiadł obok 

niego.

—   Czy   jest   ktoś   w   dole?   —   powiedział   Dan   do   mikrofonu   przyczepionego   cło 

kaptura.

Brach obracał długą głową, kołysząc nią wolno w prawo i w lewo.

—   Nikt   nie   nadchodzi.   Myśliwy   tam…   —   Wskazał   na   jedną   z   kręcących   się, 

uskrzydlonych istot. — Jest głodny, czeka… ale nic na nas.

Dan ufał wyczuciu bracha, ale nic na tyle, żeby porzucić swoje wygodne miejsce i 

zrezygnować z obserwowania terenu w dole.

— Niedawno… — kontynuował brach.

— Co niedawno? — ponaglił go Dan.

— Niedawno byli tutaj ludzie.

— Tutaj! — Dan był wstrząśnięty.

— Nie w tym miejscu, niżej… tam… Brach wskazał ponownie, tym razem w dół 

zbocza, na lewo.

— Skąd wiesz?

— Smród maszyny. Danowi zdawało się, że brach zmarszczył długi nos z wyrazem 

niesmaku. — Nie teraz… ale kiedyś.

—   Zostań   tu…   popilnuj   powiedział   Dan   do   bracha.   Nie   widział   śladów   żadnej 

maszyny. A jeśli przechodził tą drogą pełzacz, zostawiłby jakieś tropy, po których mogliby 

podążyć. Lepsze to od podejmowania podróży w nieznane z urządzeniem Tau jako jedynym 

przewodnikiem.

Przedzierając   się   w   dół   wzniesienia   przedsięwziął   wszelkie   środki   ostrożności. 

Chociaż   Meshler   wytknąłby   mu   z   pewnością   wszelkie   możliwe   błędy.   Kiedy   dotarł   do 

miejsca, o którym mówił brach, stwierdził, że stwór miał racje. W ziemi były głębokie ślady 

pozostawione przez pełzacz. A na skale widniała plama smaru, która z pewnością podrażniła 

wrażliwy nos bracha.

Ktoś prowadził maszynę w tym bardzo nierównym terenie. Trop rzeczywiście biegł na 

południe. Nie prowadził dokładnie w tym samym kierunku, jaki wskazywał przyrząd Tau, 

lecz był z nim na tyle zbieżny, żeby przypuszczać, iż ślad kończy się w tym samym miejscu, 

w którym leży źródło promieniowania. Nie chcąc być zauważony przez kogokolwiek, Dan 

background image

przeszedł tylko kawałek wzdłuż śladu.

Krótko po jego powrocie na stanowisko u wejścia do ich schronienia przebudził się 

Meshler.   Wyszedł   na   zewnątrz   i   przyłączył   się   do   Dana.   Ten   opowiedział   mu   o   swoim 

odkryciu i strażnik od razu zaczął ostrożnie skradać się w dół. Powrócił bardzo szybko.

— To nic jest stały szlak powiedział sięgając po torbę, żeby wyjąć następną porcję 

żywnościową. —Pełzacz przejechał tam tylko raz i miał jakieś kłopoty.

— Sądzisz tak na podstawie rozlanej plamy smaru? — zapytał Dan.

— To też… a poza tym jedno z wgłębień ma postrzępioną krawędź. Bardzo możliwe, 

że   prowadzono   maszynę   do   naprawy   i   dlatego   wybrano   drogę   na   skróty.   —   Meshler 

sprawiedliwie odmierzył cztery porcje jedzenia.

Zjadł swój przydział i zanim podał tubkę z żywnością Danowi, wycisnął jedną porcję 

dla bracha. Szef ładowni zjadł swoją część i zostawił resztę dla Tau, do czasu, gdy ten się 

przebudzi.

— Nic więcej nie odkryłeś? — zapytał strażnik.

— Nie. On się z tym zgadza. Dan wskazał na bracha, który długim językiem oblizywał 

swój pysk.

— Wyruszymy, kiedy się ściemni. Meshler podniósł głowę, mniej więcej tak, jak robił 

to brach, kiedy węszył. — Dzisiejszej nocy będzie jaśniej… spodziewani się pełni księżyca…

To nie ma większego znaczenia, pomyślał Dan. Meshler może sobie twierdzić, że noc 

będzie jaśniejsza, lecz nawet jeśli jemu w czymś to pomoże, dla reszty towarzyszy pozostanie 

zbyt mroczna, by poruszać się swobodnie.

Dan zasnął ponownie i Tau zbudził go dopiero późnym  popołudniem.  Jeszcze raz 

podzielili się racją żywnościową, a potem Meshler dał sygnał, żeby ruszać, Słońce częściowo 

skryło się za góry, a cienie zlewały siei z nadchodzącym zmierzchem.

Czekając   na   ostrzeżenie   ze   strony   bracha.   Dan   nie   zapinał   kurtki,   w   której   niósł 

przyjazną   istotę.   Jednak   tracił   przez   to   pewną   ilość   ciepła.   Ruszyli   wzdłuż   ślad 

pozostawionego przez pełzacz. Zanim ściemniło się całkowicie, minęli miejsce, w którym 

przeryta   ziemia   świadczyła   o   tym,   że   maszyna   ugrzęzła   i   aby   ją   uwolnić,   trzeba   było 

odkopywać zbity piach. Ślady stóp były zatarte i nie można było się domyślić, ilu pasażerów 

przewoził pojazd.

Urządzenie trzymane przez Tau nadal wskazywało mniej więcej ten sam kierunek. 

Jednakże   lekarz   utrzymywał,   że   moc   promieniowania   nie   zwiększa   się.   Około   północy 

ostrzegł ich głos bracha.

— Stworzenia… — rozległ się jego pisk w mikrofonie umocowanym przy kapturze 

background image

Dana. — Niebezpieczeństwo…

— Ludzie? — zapytał szybko Dan.

— Nie. Podobne do smoków…

Dan   powtórzył   to   swoim   towarzyszom.   W   słabym   świetle   księżyca   zobaczył,   że 

Meshler, który kroczył na czele, uniósł głowę; znów zdawał się węszyć.

—   Cholerny   smród!   —   wyrwało   się   strażnikowi.   Dan   odwrócił   głowę,   kaszląc   i 

zatykając nos. To był naprawdę obrzydliwy zapach! Dużo gorszy od tego, który wydzielały 

stworzenia, wylęgające się w pojemnikach na zarodki, a nawet od smrodu mrówkoroda. I był 

tak wyraźny, jakby stali tuż przy śmietniku.

—  Jest tam pole  siłowe. — Tau  wyjął  przyrząd  i zobaczyli,  że wskazówka drga. 

Wówczas Dan dostrzegł delikatną, błękitną mgiełkę, która rozciągała się dokładnie na wprost 

nich. Stanęli przed mroczną, splątaną masą roślinności, ale wcześniej rozciągało się jeszcze 

pole siłowe. W skrytości ducha Dan był z tego nawet zadowolony. Gdyby zanurzyli się po 

ciemku w tę mgłę… I to niezależnie od tego, czy Meshler potrafi ich prowadzić, czy też nie. 

A smród najwyraźniej dochodził właśnie stamtąd.

— Ślady pełzacza skręcają w lewo. — Meshler ruszył wzdłuż nich. Dan z wahaniem 

zrobił to samo, a kiedy Tan ruszył na końcu, szef ładowni wyczuł, że lekarz wcale nie jest z 

tego bardziej zadowolony niż on sam.

Jak dotąd szli po swego rodzaju szosie, a przynajmniej ubitej drodze utworzonej przez 

pełzacze. Albo jedna maszyna przejechała tę trasę wiele razy, albo też jeździło tędy więcej 

pojazdów. Poruszali się równolegle do mgiełki, która nikłym i dość niesamowitym blaskiem 

oświetlała ich drogę. Blaskiem wystarczającym do…

To nie Dan  sapnął. To właśnie Meshler, pomimo całego swojego obycia z dziczą, 

jęknął i zatrzymał się tak gwałtownie, jak gdyby pole siłowe wystrzeliło nagle ramię, które go 

zatrzymało. A Dan stanął jak wryty.

Mgiełka się poruszyła. Spojrzeli teraz w górę i zobaczyli coś, co nawet w tym bardzo 

ograniczonym   świetle  byłoby  w  stanie  doprowadzić   do szaleństwa  każdego   zdrowego  na 

umyśle człowieka. Widzieli to coś tylko przez moment. Po chwili obraz zniknął i Dan nie był 

w ogóle pewien, czy rzeczywiście cokolwiek widział, Teraz nie dochodził do nich żaden 

dźwięk ani ruch. Co z tego, kiedy to coś było tak straszne, że nawet gwiezdny podróżnik 

wzdrygał się na myśl o ponownym spotkaniu z tym oko w oko.

— Czy to…? Czy to było tam rzeczywiście, chciał spytać Dan.

Ale   Meshler   ruszył   tak   długimi   susami,   że   pozostali   towarzysze,   ślizgając   się   i 

potykając na porytej kamieniami drodze, musieli biec, aby go dogonić. Wyglądało tak, jakby 

background image

tą zawziętą ucieczką strażnik próbował zaprzeczyć temu, co zobaczył. Żaden z nich nic nie 

mówił. Także brach siedział cicho.

Mgiełka ściany siłowej skręciła w prawo, ale kamienista droga biegła dalej prosto. Po 

jakimś czasie Meshler przystanął, a Dan uderzył w jego wysuniętą na kształt bariery rękę. 

Stali   na   szczycie   małego   wzniesienia.   U   ich   stóp   znajdowała   się   przepaść,   a   z   jej   głębi 

dochodził dźwięk płynącej wody. Ale nad potokiem był przerzucony most. Oba jego końce 

oznaczono  światłami  lamp,  ustawionymi  na najniższej  mocy.  O ile  mogli  zobaczyć  z  tej 

wysokości,   nie   było   tam   żadnego   wartownika.   Mógł   być   jednak   ukryty   w   jakimś 

niewidocznym miejscu.

— Są tam ludzie? Dan przemówił do bracha.

— Żadnych ludzi odpowiedział natychmiast brach.

— Musimy zaryzykować postanowił Meshler, kiedy Dan przekazał tę wiadomość. — 

Bardzo   prawdopodobne,   że   nie   ma   innej   drogi   umożliwiającej   przejście   na   drugą   stronę 

potoku.   Gdyby   była,   nie   zadawano   by   sobie   trudu   budowania   mostu.   Pełzacz   zazwyczaj 

potrafi przeprawić się przez płytką wodę.

Przez cały czas, gdy pędzili w dół zbocza, przekraczali most i biegli pośpiesznie ku 

upragnionej ciemności, Dan czuł się całkowicie bezbronny i wystawiony na ciosy.

— Jesteśmy bardzo blisko źródła promieniowania — powiedział Tau, kiedy gnali po 

śladach pełzacza. Ale ono jest bardziej na lewo.

Jak gdyby jego słowa były zaklęciem, ścieżka także skręciła w tym kierunku. Nadal 

widzieli mgiełkę, chociaż, ku radości Dana, już nie tak blisko. Droga była teraz wąska ścieżką 

pomiędzy mrocznymi ścianami zarośli. Oczyszczono ją niestarannie. Wędrówkę utrudniały 

pozostałości korzeni i pomiażdżone oraz połamane pnie młodych drzew. Musieli poruszać się 

tu   bardzo   wolno   i   ponownie   zaufać   umiejętnościom   Meshlera,   widzącego   w   nocy   i 

omijającego wszelkie pułapki.

Nie widzieli stąd mgiełki, a Dan wciąż przypominał sobie ten potworny widok sprzed 

kilku   chwil.   Pomyślał,   że   być   może   to   krótkie   spotkanie   było   w   gruncie   rzeczy   czymś 

gorszym nawet od walki.

Ślad ponownie skręcił i zobaczyli przed sobą lampy, jak gdyby były drogowskazami. 

Kiedy zwrócili się do bracha, ponownie oświadczył, że nie ma tu żadnych ludzi. Ale Dan 

wahał się. Wydawało mu się, że i Tau podziela jego uczucia. Dla nich ta wyprawa w mrok, 

bez żadnego wyobrażenia na temat tego, co może ich spotkać, była kompletnym szaleństwem. 

Dan powiedział to tak stanowczo, jak tylko potrafił.

— Maszyny — zapiszczał brach — maszyny tak… ludzie nie.

background image

—   A   widzicie   odparł   Meshler,   kiedy   Dan   przekazał   uwagę   swego   towarzysza. 

Wejdziemy, weźmiemy pełzacz i wyjdziemy… jeżeli ten stworek nadal będzie nas ostrzegał.

— Jeśli mają podgląd na terenie zarośli — powiedział Tau, poruszając urządzeniem 

pomiarowym z boku na bok — ukrywa go tamto promieniowanie.

—  Jesteśmy  zagrożeni   upierał   się  Dan.  Uczucie,  iż   znaleźli   się  na  skraju  groźnej 

pułapki, nic opuszczało go i nie chciał ustąpić Meshlcrowi.

— Pójdę na zwiady rzekł w końcu strażnik. — Zostańcie tutaj!

Cień Meshlera opadł na kolana i badał rękoma nierówny grunt. Tak sprawdzając drogę 

przed sobą, poczołgał się przez otwartą przestrzeń aż do lamp. Nie podniósł się na nogi, ale 

wrócił w ten sam sposób i tą samą drogą.

— Żadnego promienia alarmowego. — Skąd możesz mieć pewność?

— Są świeże  ślady damara.  Przeszedł  przez  bramę.  Jeżeli  byłby  tam  jakiś  alarm, 

przygotowano by go dla istot chodzących na dwóch nogach. A przynajmniej większych od 

damara.

Dan nie wiedział, co to jest damar prawdopodobnie zwierzę. Ale Meshler był pewien 

swego. A skoro także brach relacjonował, że nie ma przed nimi nic, czego należałoby się 

obawiać, Dan nie mógł się dłużej wahać, opierając się wyłącznie na przeczuciach.

I oto czołgał się pomiędzy lampami, choć w każdej chwili spodziewał się usłyszeć 

jakiś głos, znów poczuć zaciskającą się na jego ciele linę. Był tak pewien, że to się stanie, iż 

nie mógł uwierzyć, gdy bezpiecznie dotarł do celu drogi.

— Nic ci się nie stało? —Czy w głosie strażnika brzmiał cień wzgardy? Jeśli nawet 

tak było, nie uraziło to dumy Dana. Na nieznanych światach obowiązywała przede wszystkim 

zasada bezpieczeństwa. Została ona tak silnie wpojona wszystkim wolnym kupcom, że nawet 

podejrzenie o tchórzostwo nie skłoniłoby Dana do wyciągnięcia broni w celu udowodnienia, 

że tak nie jest.

Nadal trzymając bracha w uścisku stwierdził, że pomimo wysiłków trudno mu się 

podnieść. Był jeszcze na kolanach, kiedy wydarzyło się właśnie to, czego tak się obawiał. 

Chociaż żaden dźwięk nie rozdarł nocnej ciszy, ani też nikt nie napadł na nich z ukrycia.

Nagle   coś   błysnęło   po   lewej   stronie.   Gdy   Dan   odwrócił   się   gotów   do   ucieczki, 

zobaczył, że z dwóch stron otacza ich mgiełka.

Stali w wąskim, ślepym korytarzu, którego ściany stanowiło pole siłowe. Jego koniec 

zaczął się przysuwać, spychając ich w jedną wolną drogę w dół, na prawo. Ściany zbliżyły się 

i zatrzasnęły. Teraz nie był to już korytarz, ale jednolita ściana, która nadal pchała ich przed 

sobą, tak jakby znaleźli się w sieci, a ten, który ją zarzucił, teraz wyciągał zdobycz.

background image

R

OZDZIAŁ

 11

Bezpieczeństwo — czy…?

Spychano   ich   na   wschód,   z   powrotem   w   kierunku   miejsca,   w   którym   widzieli   to 

potworne stworzenie. Właśnie tam…! Nie było jednak żadnego sposobu, by pokonać pole 

siłowe.

Jak tego dokonać? Brachy przedostały się przez pole, ustawione w celu ograniczenia 

smokom swobody ruchów. Ale tamto było bardzo słabe w porównaniu z tym, które ich teraz 

otacza. To, oceniając na podstawie mgiełki, jest dużo silniejsze. Jedynym sposobem byłoby 

wyłączenie jego źródła. A ponieważ musi się ono znajdować po drugiej stronie ściany, nie są 

w stanie tego dokonać. Jednak Dan ciągle myślał o tym, że brachy przełamały jedno pole. I, 

jak się wydaje, zrobiły to wyłącznie wysiłkiem woli.

Cała   trójka   towarzyszy   bardzo   niechętnie   cofała   się   pod   powolnym,   choć 

zdecydowanym, naciskiem mgiełki. Na moment zatrzymali się pod jednym z. drzew.

— Żadnych alarmów, co? — Dan nie mógł powstrzymać się od wypowiedzenia tej 

uwagi. — Nie potrzebują żadnego alarmu. Sami uruchomiliśmy pułapkę. Może włączać się 

automatycznie, tak więc nie muszą się martwić o nieoczekiwanych i nieproszonych gości. 

Wystarczy pozwolić im wejść i już są uwięzieni.

— Jeśli w ogóle zależy im na nich dodał Tau. A ukryta  za tymi  słowami groźba 

mroziła krew w żyłach, zwłaszcza że podejrzewali, iż znajdują się obecnie na terenie, po 

którym włóczy się tamto okropne stworzenie.

Brach  zaczął  się  wiercić  w uścisku Dana, jak gdyby  chciał  się  uwolnić.  Wysunął 

głowę i zwrócił ją w kierunku mgiełki. Nie zaszkodzi sprawdzić, zdecydował Dan, czy brach 

potrafi przedostać się przez nią. Podzielił się tą myślą z pozostałymi.

— Pole wokół smoków było słabe odpowiedział Tau. — A to ma pełną moc.

Brachy dostały się do środka obszaru i wypuściły smoki na zewnątrz… — Meshler 

podchwycił myśl Dana. Sądzisz, że ten potrafiłby zrobić to dla nas? Zatem chodź…!

Złapał Dana za ramię i popchnął w kierunku pola siłowego.

Ta rzecz — Dan powiedział do mikrofonu tłumacza — jest silna, ale podobna do tej, 

która była wokół klatki. Czy potrafisz zrobić w niej dziurę, byśmy mogli wydostać się na 

zewnątrz?

Brach wyrwał się z rąk Dana i niepewnym krokiem podążył w kierunku mgiełki. Szedł 

z podniesionym nosem, jak gdyby zamierzał przedrzeć się przez pole torując sobie drogę 

background image

rogiem.   Ale   zatrzymał   się,   zachowując   bezpieczną   odległość.   Potem   zaczął   wolno  kiwać 

głową. Być może odmierzał obszar, w którym chciał przebić otwór. Kiedy jednak przycupnął 

na zadzie, z mikrofonu Dana dobiegł piskliwy głos:

— To jest silne, bardzo silne. Być może potrafię zrobić małe przejście dla siebie… 

będzie to wymagało wiele wysiłku. Ale wy jesteście za wielcy, a ja nie potrafię utrzymać tak 

dużego otworu przez dłuższy czas.

Dan powtórzył to pozostałym.

— A zatem — powiedział Meshler — to… on… może się wydostać, ale nie my.

— Jest inny sposób — zasugerował Dan. — Jeśli potrafi wydostać się i wyłączyć 

nadajnik pola…

— Bardzo nikła szansa. Meshler nie wierzył w sukces takiego przedsięwzięcia.

— Nie aż tak bardzo… — Tau opadł na jedno kolano. — To jest pole produkowane 

przez typowy nadajnik. Można zmieniać ilość wysyłanej energii i to nie jest trudne. Jeśli 

brach potrafi się przedostać przez… Dan… — zwrócił się do młodszego kolegi — czy można 

w jakiś sposób wytłumaczyć mu, czego ma szukać i co musi zrobić, jeżeli to znajdzie?

— Gdybym mógł mu to narysować…

— Masz kartkę i ołówek? — Tau spojrzał na Meshlera — i jakieś światło?

— Jest latarka na pasku. Co do reszty… — Strażnik potrząsnął głową.

Dan przyklęknął  obok Tau i zaczął  przeszukiwać  teren, aż w końcu znalazł  mały 

patyk. Podniósł go z na wpół zamarzniętej ziemi.

— Jest coś — Dan zwrócił się teraz do bracha co można zrobić dla nas wszystkich.

Stworek obrócił się i przycupnął pomiędzy Danem a Tau. Dan wygładził rękawicą 

kawałek powierzchni. Meshler wyjął małą latarkę na pasku. Zawiesiwszy ją na ręku Dana, 

rozpiął i zdjął wierzchni mundur. Zrobił z niego osłonę, pod którą mogli używać światła. Dan 

przykucnął, próbując przypomnieć sobie wygląd nadajników pola siłowego. Jak zauważył 

Tau, wszystkie były podobne do siebie i proste w obsłudze.

— Gdzieś… niezbyt daleko… —zaczął Dan, mówiąc wolno i najbardziej zrozumiale, 

jak tylko potrafił — jest skrzynka. Będzie wyglądała w ten sposób. — Starannie nakreślił 

patykiem na ziemi nadajnik pola siłowego. — Na górze są trzy klawisze, takie. — Umieścił je 

na rysunku. — Jeden będzie obrócony do góry… w ten sposób… — Narysował krótką linie. 

Pozostałe   dwa   w   dół…   w   takim   położeniu.   Ten,   który   jest   do   góry   —   przerwał,   żeby 

wymazać pierwszą linie i narysować ją od nowa — trzeba przestawić w dół, a pozostałe dwa 

podnieść do góry. Ten otworzy nam ścianę. Nie wiem, gdzie znajduje się ta skrzynka. Być 

może   zdołasz   ją   odnaleźć,   a   ona   będzie   strzeżona   przez   ludzi.   Ale   to   jest   nasza   jedyna 

background image

nadzieja na odzyskanie wolności. Czy rozumiesz?

—   Rozumiem.   Ale   czy   ty   rozumiesz?   Nie   było   jasne,   o   co   chodzi   brachowi. 

Stworzenie mówiło dalej, starając się wyrażać tak samo dokładnie, jak wcześniej wypowiadał 

się Dan:

— Ja robię to… wy jesteście wolni. A co wy potem robicie dla mnie… dla moich?

Układ! Dan był oszołomiony. Zapomniał, że brachy są towarem i nie mają żadnego 

powodu, żeby przyłączyć się do załogi na prawach uczestnika wyprawy. Jeśli się nad tym 

zastanowić,   to   nawet   nie   zapytali   bracha,   czy   zechce   im   pomóc.   Korzystali   z   jego 

szczególnych   umiejętności   tak,   jakby   wykorzystywali   zwierzę,   za   które   swego   czasu 

uchodził.

Dan wyjaśnił to Tau i Meshlerowi.

— Ależ oczywiście odezwał się lekarz. — Dlaczego mielibyśmy sądzić, że dla nas 

będzie się narażał na niebezpieczeństwo?

— Uwolnił nas w tamtym obozie — wtrącił Meshler. — Jeśli nie chciał nam pomóc, 

dlaczego zatem tak zrobił?

— Byliśmy mu potrzebni. — Danowi zdawało się, że | zna odpowiedź. — Chciał, 

żebyśmy zaopiekowali się nim w nieznanym, dzikim terenie.

— Zatem i teraz będzie potrzebował tej opieki. — Meshler się ucieszył. — Jesteśmy 

skazani na siebie.

— Sytuacja — zauważył Tau — nie jest dokładnie taka sama. Tam była dzicz, a tutaj 

gdzieś  niedaleko  musi  być  jakiś obóz lub osada. W tej chwili on nie potrzebuje nas tak 

bardzo, jak my jego.

— Czego chcesz? — Nie zwracając najmniejszej uwagi na swoich towarzyszy, Dan 

podjął targ z brachem.

— Żadnej klatki… być wolnym wraz ze swoimi… —Ten odpowiedział natychmiast.

Brachy nadal były towarem. Danowi nie było wolno podejmować takiej decyzji. Ale z 

drugiej   strony   —   istot   inteligentnych   nie   przewożono   jako   towaru   były   pasażerami, 

niezależnie   od   tego,   czy   władze   wyrażały   na   to   zgodę,   czy   nie.   A   pasażerowie   pod 

warunkiem, że nie popełnili żadnego przestępstwa na pokładzie Królowej — są wolni i mogą 

pójść, dokąd chcą. Tyle tylko, że Dan nie był żadną władzą i nie mógł podejmować decyzji. 

Nie   mógł   też   składać   obietnic   bez   pokrycia.   Ryzykuje   całą   swoją   przyszłą   karierę   bez 

względu na to, co teraz postanowi. Być może Meshler nie zdawał sobie z tego sprawy. Lecz 

przekazując życzenie bracha. Dan był przekonany, że przynajmniej Tau go zrozumie.

— Jeżeli jest inteligentny — mruknął Meshler — nie ma nic do roboty w klatce. 

background image

Powiedz „tak” i niech on nas stąd uwolni!

Czy to jest takie proste? Co się stanie, gdy Dan powie  tak, a, prawnicy handlowi 

powiedzą   później  nie?   Brachy   są   towarem,   i   to   towarem,   który   nie   dotarł   na   miejsce 

przeznaczenia.   Jest   nadawca   na   Xecho   i   odbiorca,   oczekujący   w   porcie.   A   czy   oni   bez 

protestu zaakceptują ten układ z brachem?

—  Na co  czekasz?   Meshler  nalegał  coraz  bardziej  zniecierpliwiony.  —  Jeżeli  ten 

brach potrafi znaleźć nadajnik i wyłączyć  pole, wyjdzie na tym  lepiej. Czy zdajesz sobie 

sprawę z tego, że wraz z nami może być tutaj ten potwór?

Ale Dan nie zamierzał podejmować pochopnej decyzji.

— Ja powiedziałbym „idź wolno” — próbował starannie dobierać swoje słowa, aby 

mieć pewność, że brach rozumie — ale są tacy, ważniejsi ode mnie, którzy mogą powiedzieć, 

że nie mam racji. Nie mogę obiecać, że oni tego nie powiedzą.

Wcześniej,   kiedy   tylko   Dan   skończył   rysować,   Tau   wyłączył   latarkę,   a   Meshler 

naciągnął kurtkę. Dan nie widział wiec teraz bracha zbyt dobrze. Dostrzegał tylko tyle, że 

stworzenie trzyma nos wycelowany wprost w niego. Potem nadeszła odpowiedź obcego:

— Ty nam współczujesz. Czy wstawisz się za nami?

— Zrobię to. Tak samo postąpią wszyscy ze statku.

— Potrzeba czegoś więcej.

— Nie mogę dawać wam obietnicy wolności, której inni mogą nie spełnić. To by była 

zła rzecz. Ale wstawię się za wami.

Zatem zrobię to, co się da zrobić. Jeżeli odnajdę tę skrzynkę…

Brach podszedł do mgiełki i potarł ją nosem kilka razy, tak jakby szukał jakiegoś 

słabszego miejsca. Potem zamarł w bezruchu ze zwieszoną głową. Tau krzyknął cicho i złapał 

Dana   za   ramię,   żeby   przyciągnąć   jego   uwagę.   Wskazówka   na   blado   oświetlonej   tarczy 

urządzenia pomiarowego poruszyła się, nabierając coraz większej prędkości, aż zatarł się jej 

kształt. Pod wpływem na wpół zdławionego okrzyku Meshlera podnieśli wzrok z powrotem 

na barierę.

Dan nie widział, żeby mgiełka rozstąpiła się, a jednak brach już przez nią przechodził. 

Chwilę później był po drugiej stronie. Obrócił się i spojrzał do tyłu, jak gdyby uspokajając 

ich. Potem pobiegł w kierunku, w którym zmierzali, zanim pole złapało ich w potrzask.

— Zostańmy w pobliżu poradził Meshler i wykorzystajmy to jako osłonę skinął głową 

w kierunku zarośli.

Nie powiedział nic więcej, ponieważ nagle rozległ się przenikliwy, rozdzierający ciszę 

nocy, dźwięk. Takiego wrzasku Dan nie słyszał nigdy w życiu. Zakrył rękoma uszy i skulił 

background image

ramiona, jak gdyby dźwięk ten boleśnie go uderzył.

Po chwili usłyszeli drugi wrzask i w blasku słabego światła mgiełki Dan zobaczył, że 

nie jest jedynym, który skulił się pod wpływem tego ataku na ich uszy.

— Co… co to było? Z pewnością Meshler jako strażnik tych terenów musiał znać 

źródło tego dźwięku.

— Nic, co znam. Także Meshler był głęboko wstrząśnięty.

— Pole siłowe jest nie tylko pułapką — Tau podsunął im groźbę tego, co może ich 

teraz spotkać — ale prawdopodobnie także klatką. I nie sądzę, żebym miał ochotę spotkać się 

z naszym współlokatorem.

Byłoby dużo lepiej, uznał Dan, gdyby właściciele tej klatki przyszli i zabrali ich jako 

swoich więźniów. Bali się odsunąć zbyt daleko od bariery, gdyby brachowi się powiodło, 

muszą  być  gotowi, żeby szybko  czmychnąć  na wolność. Ale z tym  potworem,  z którym 

zostali złapani w ten sarn potrzask… muszą także się zmierzyć. A nie mają żadnej broni.

— Ogień… pochodnia… To był głos Tau. Dan usłyszał trzask i zobaczył, że lekarz 

odłamuje kawałek gęsto pokrytej liśćmi gałęzi.

— Czy masz coś, czym możemy podtrzymać ogień? Tau zapytał Meshlera.

— Zielony materiał… może się nie palić — odpowiedział strażnik. Ale jeszcze raz 

sięgnął w głąb torby. — Trzymaj to z daleka od siebie… w dużej odległości…

Dan nie widział, co wyjął Meshler, ale strażnik wydawał się zadowolony.

— To jest nasączone paliwem. Wystarczy jedna iskra i zapłonie solidnym ogniem. 

Masz rację, sądząc, że ogień może powstrzymać bestię przed zbliżeniem się. Tyle tylko, że 

nie mamy pewności, co się tutaj włóczy. Światło… latarki… też jest do pewnego stopnia 

skuteczne.

— Brach poszedł w tę stronę — powiedział Dan. Jeżeli podążymy za nim, na granicy 

mgiełki…

— Taka sama dobra droga, jak każda inna — zgodził się Meshler.

Jednakże nadal ukrywali się za zaroślami idąc wolno i ostrożnie. Okropny wrzask nie 

rozległ się powtórnie. Mimo to Dan ciągle spodziewał się, że jakiś potwór wyskoczy na nich z 

mroku.

Po chwili droga utorowana przez pełzacz skręciła, ponownie oddalając się od mgiełki. 

Zatrzymali się na jakiś czas w tym miejscu, nic chcąc oddalać się od jedynego miejsca, z 

którego mogła dla nich nadejść wolność. Pierwszy przerwał ciszę Tau:

— Obóz musi znajdować się gdzieś lam… Dan zobaczył cień ręki Tau na tle mgiełki. 

Lekarz wskazywał wzdłuż skrętu drogi.

background image

—   Źródło   promieniowania   leży   w   tym   kierunku.   —   Nie   rozumiem   jednak   — 

powiedział wolno Dan —jak może istnieć tego rodzaju urządzenie, a władze nic o nim nie 

wiedzą.

Oczekiwał jakiegoś, raczej nieprzyjemnego komentarza ze strony Meshlera. Ponieważ 

strażnik nic nie powiedział, zrodziło się w nim podejrzenie.

— Ty coś wiesz! — Tau wyraził słowami myśl Dana. — Czy jest to projekt rządowy? 

A jeśli tak…

— Właśnie. Jeśli tak, powinieneś wydostać nas stąd! Meshler przenosił ciężar ciała z 

jednej nogi na drugą. Nie widzieli wyrazu jego twarzy, ale w jego milczeniu kryło się coś, co 

wzmogło niepokój Dana. — Czekamy — powiedział Tau. Tau… Tau powinien wiedzieć, jak 

dotrzeć do prawdy. Lekarz interesował się magicznymi sztuczkami, które często kontrolowały 

myśli. Na wielu światach spotykał się z istotami obdarzonymi niezwykłymi zdolnościami, a 

także  z  oszustami,  którzy  potrafili   nabrać  nawet  bystrego   obserwatora.   Na  Khatcie,   żeby 

pokonać człowieka, który uważał się za czarodzieja, ukazał mu jego własne złudzenia. Dan, 

choć był świadkiem tego zdarzenia, nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić, co zrobił Ta u dla 

uratowania jego i kapitana Jellico… a być może i całego tamtego świata, ponieważ Limbuloo 

próbował objąć nad nim rządy.

Obecnie lekarz nie miał żadnego pomysłu, aby wydobyć z Meshlera prawdę. Musi coś 

wymyślić. On jeden z całej załogi Królowej może sprawić, żeby Meshler zdradził, co wie.

— Obowiązuje zakaz wstępu na to terytorium. — Meshler wyznał otwarcie

— Ale zaciągnąłeś nas tutaj — zauważył Tau. — Czy zgodnie z rozkazami?

— Nie! Strażnik zaprzeczył szybko i zdecydowanie. — To, co wam powiedziałem, 

jest prawdą. Nie wydostaniemy się bez pojazdu. Jedyną szansę przeżycia daje odnalezienie 

stacji badawczej.

— Stacji Trosti?

Ale   zgodnie   z   wcześniejszą   informacją   samego   Meshlera,   leżała   ona   na   północny 

zachód stąd. Dan pozostawił Tau zadawanie pytań.

— Ich dodatkowej siedziby, a nie głównej. Jej istnienie jest objęte ścisłą tajemnicą. 

Wiemy tylko, że działa, nie wiemy jednak, gdzie się znajduje…

— Nie wiecie też, co oni tam robią — dodał Tau. Czy przypadkiem nie wykorzystałeś 

naszego polowania na smoki, żeby troszeczkę rozejrzeć się w tym terenie? Jeśli tak, z, czyich 

rozkazów?

— Przypuszcza się, że Rada wie, ale nasz miejscowy zarząd… wydaje nam się…

— Że wy także powinniście być dopuszczeni do wszelkich tajemnic? Zastanawiam się 

background image

—   głośno   myślał   Tau   —   czy   nie   kryje   się   za   tym   coś   więcej   aniżeli   zwyczajna   wojna 

pomiędzy   władzami.   Nic   dziwnego,   że   mieliśmy   kłopoty   po   wylądowaniu.   Ktoś…   ktoś 

ważny… spodziewał się, że przywieziemy to, co zrzuciliśmy do łodzi ratunkowej. Czy tak 

było?

— Nie wiem — głos Meshlera stał się szorstki. Albo ogarniała go wściekłość i nie 

chciał dzielić się swoimi myślami, albo też rzeczywiście był zbity z tropu.

— A co to była za grupa myśliwska? No i nasz planetolot został uwięziony w obszarze 

promieniowania… ale czy rzeczywiście tak było?

— Tak! A na temat tamtych myśliwych nie wiem nic więcej od was. — Jego wybuch 

był bardzo gwałtowny. — Wiem tylko, że to jest teren objęty ścisłą tajemnicą.

—   A   jednak   pozwoliłeś   nam   wysłać   bracha,   żeby   wyłączył   nadajnik   pola   —   nie 

ustępował Tau. — A to oznacza jedno z dwojga: albo wiedziałeś, że mu się nie powiedzie, 

albo podejrzewałeś, że…

Ale lekarz nie dokończył zdania. W gąszczu za nimi rozległ się trzask. Jednocześnie 

poczuli   ten   sam   smród,   który   wcześniej   doprowadził   ich   niemal   do   wymiotów.   Było 

oczywiste, że to stworzenie, które widzieli przelotnie, właśnie poluje i zmierza w ich stronę. 

Ale czy zdoła ich pokonać…

— Zawracamy! — Meshler złapał Dana za ramię i pociągnął za sobą. — Pośpieszcie 

się!

I znów musieli zaufać zdolności strażnika do sprawnego poruszania się w ciemności, 

gdyż mgiełka po lewej stronie świeciła bardzo blado. Szli tak szybko, jak tylko mogli, ale cóż 

z lego, kiedy pozostawali daleko od celu.

Dan trzymał rękę w górze, żeby ochronić twarz i oczy przed uderzeniami twardych 

gałęzi. Podarły już jego kurtkę, a z policzka, w który wbił mu się kolec, ciekła krew. Potem 

wyszli spomiędzy gęstych zarośli na otwartą przestrzeń, którą oświetlał księżyc, a grunt był 

tutaj wystarczająco równy, żeby po nim biec.

—  Na prawo!  polecił   Meshler.  Dan  posłuchał,  ale  głównie  dlatego,  że  sam  także 

zobaczył coś czarnego i wysokiego wznoszącego się nad powierzchnią. Nie była to roślina, 

ale jakaś budowla. Tuż za nimi rozlegał się ten potworny ogłuszający głos.

Meshler  dopadł  najbliższego   słupa  podpierającego   budowlę,  podskoczył   do  góry  i 

złapał się mocno jakiegoś wybrzuszenia, którego Dan nie widział. Wspiął się szybko, a wtem 

coś poleciało w dół z. taką siłą, że przycisnęłoby Dana do ziemi, gdyby upadło kilkanaście 

centymetrów bliżej. Tau złapał ten przedmiot.

— Drabina! — wysapał i od razu zrobił z niej użytek. Dan deptał mu dosłownie po 

background image

piętach.   Lekarz   znalazł   się   u   góry   i   przeskoczył   ponad   murem   otaczającym   wierzchołek 

budowli. Po chwili Dan wśliznął się za nim. Skulił się przy ścianie, podczas gdy strażnik 

złapał drabinę i gwałtownie wciągnął ją do góry.

Dan ostrożnie przekradł się ku krawędzi i wypatrywał w wątłym świetle księżyca, co 

nadejdzie w ślad za nimi. Pojawiło się zgarbiony kształt, wyglądający jak ciemna plama. Z 

podwyższenia   trudno   było   ocenić   jego   rozmiary,   ale   Dan   przysiągłby,   że   stwór   jest 

kilkakrotnie wyższy od niego. Chociaż wyszedł z ukrycia na czterech nogach, stanął teraz na 

dwóch i powlókł się ku nim ze swobodnie zwisającymi przednimi łapami.

Stworzenie nie podniosło głowy na tyle wysoko, żeby Dan mógł zauważyć coś więcej, 

oprócz ciemnej, poruszającej się plamy. Właściwie Dan był nawet z tego zadowolony, gdyż 

sama sylwetka stworzenia świadczyła o tym, że mają do czynienia z potworem z nocnego 

koszmaru, a jego smród przyprawiał o mdłości.

Od   czasu   do   czasu   to   „coś”   opadało   na   cztery   łapy   i   Dan   pomyślał,   że 

prawdopodobnie nie poluje przy pomocy wzroku, ale posługuje się węchem. Najwyraźniej ich 

szukało. W końcu doszło do podstawy budowli. Jeżeli dostanie się na jej szczyt, jak zdołają je 

pokonać? Choć nie potrafił ocenić, jaką siłę posiada ten stwór, było w nim coś, co mówiło 

mu, iż jest groźnym przeciwnikiem nawet dla uzbrojonego człowieka. Meshler wspiął się bez 

drabiny. Czy „coś” też potrafi to uczynić?

Nagle pod nimi rozległ się przeraźliwy wrzask, a budowla zadrżała nie od hałasu, ale 

dlatego, że potwór z ogromną siłą walnął w jedną z podpór. Dan nie ośmielił się wychylić na 

tyle, żeby zobaczyć, co się dzieje na dole. Czuł jednak, że stworzenie próbuje przewrócić 

najbliższy z czterech filarów podpierających ich kryjówkę. Ciosy i szarpnięcia były tak silne, 

że konstrukcja bez przerwy drżała i kiwała się.

Głuchy odgłos… szarpnięcie… głuchy odgłos! Stworzenie nie ustawało. Jak długo 

potrwa,   zanim   budowla   upadnie   wraz   z   nimi?   Tutaj,   u   góry,   zrozumieli,   że   przegrali. 

Jednakże   wspinaczka   na   szczyt   tej   konstrukcji   wydawała   się   być   jedynym   możliwym 

schronieniem.

— Popatrz! — Tau położył Danowi rękę na ramieniu i obrócił go nieznacznie. Lekarz 

także leżał, jak gdyby sądził, iż mają w ten sposób większą szansę na przeżycie.

Patrz? Gdzie? Na co? Na ludzi z Patrolu zdążających  im na ratunek? Takie akcje 

widział jedynie na filmach.

Ale w rzeczywistości w miejscu, lub blisko miejsca, z którego wcześniej wynurzył się 

potwór, zobaczył zielonobiałą, świecącą się plamę.

background image

R

OZDZIAŁ

 12

Ukryta baza

Budowla drżała. Dan zastanawiał się, jak długo jeszcze potrwa, zanim konstrukcja 

rozpadnie się w gruzy. Tymczasem tamta błyszcząca, zielonkawa plama przybliżała się.

Płynięcie   było   najlepszym   określeniem   sposobu,   w   jaki   się   posuwała.   Nie   miała 

stałego kształtu, jak gdyby była zbudowana z jakiejś półpłynnej substancji. Im była bliżej, 

tym mniej przypominała jakąkolwiek znaną Danowi żywą istotę.

Inny, równie obrzydliwy zapach zaczął się teraz mieszać ze smrodem wydzielanym 

przez pierwszego przybysza. Ten nagle przestał walić w podporę i wrzasnął ponownie. Ze 

swojego   podwyższenia   uciekinierzy   nie   widzieli   znajdującego   się   w   dole   potwora.   Dan 

domyślił się jednak, że ten nie wita z radością zbliżającego się stwora.

Ogromna płynąca masa świeciła, co sprawiało, że była widoczna w ciemności. Jest — 

ocenił Dan — mniej więcej wielkości rozbitego planetolotu. Drgająca plama, zbliżając się do 

budowli,   wysuwała   od   czasu   do   czasu   białe,   jaśniejsze   od   podstawowej   barwy  jej   ciała, 

wypustki.  Wszystkie   one kierowały  się w   jedną  stronę  i celowały  w  ryczącego   potwora. 

Pojawiały się jednak tylko na krótką chwilę, a potem na powrót ginęły w głównej masie. 

Wyglądało na to, że ich wystawianie wymaga od nowo przybyłego ogromnego wysiłku, na 

który potrafi się zdobyć tylko przez krótki czas.

Pierwszy potwór wrzasnął raz jeszcze, ale ani nie rzucił się do ataku, ani nie uciekł. 

Wyglądało to tak, jakby wahał się, nie będąc całkowicie pewnym, który sposób postępowania 

okaże się bezpieczniejszy.

Plama w mgnieniu oka pokonała otwartą przestrzeń. Pojawiało się na niej coraz więcej 

wypustek,   które  wydłużały  się,  stawały  coraz   cieńsze   i  przekształcały  w   wyraziste,   ostre 

zakończenia,   coraz   bardziej   przypominające   macki.   Nadal   jednak   utrzymywały   się   tylko 

przez krótką chwilę.

Potwór znów ryknął i jak się zdawało — podjął decyzję. Ruszył naprzód, na prawo, z 

błyskawiczną prędkością. Uderzył ciemną łapą w poprzek plamy i odciął przynajmniej ze trzy 

macki. Te, upadłszy na ziemię, zaczęły się poruszać i połączyły się w małą, samodzielną 

bryłę. Ale potwór nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Obrócił się i uniósł przednie łapy, 

wymachując nimi zawzięcie. W tym czasie plama zmieniła kurs i skierowała się wprost na 

niego. Wprawdzie poruszała się teraz wolniej, ale z widoczną zaciętością.

Jeszcze   raz   pierwszy   przybysz   błyskawicznie   zaatakował.   Odcinał   łapami   białe 

background image

wypustki i odrzucał je na bok. Fragmenty te znów połączyły się i utworzyły mniejsze ciało, 

które — jak poprzednia nowo powstała istota —ruszyło w kierunku potwora.

Ten stał obecnie twarzą w twarz nie z jednym przeciwnikiem, lecz z trzema, choć 

dwaj przybyli  teraz wydawali się dużo mniej  niebezpieczni niż główne ciało. Stworzenie 

znów zaatakowało dwukrotnie, raniąc swojego przeciwnika i za każdym razem powstawał 

nowy, chociaż dużo mniejszy, wróg.

— Biorą go w okrążenie! —wykrzyknął Meshler. — Sądzi, że zabija przeciwnika, ale 

w rzeczywistości zamyka samego siebie w pułapce.

Strażnik miał rację. Było już osiemnaście plam. Potwór nie atakował z taką samą 

prędkością jak na początku. Widocznie był zmęczony,  bo jego siły zostały już wcześniej 

nadszarpnięte przy zmaganiu się z podporą budowli. Albo też stał się ostrożny, gdyż zaczynał 

rozumieć, o ile posiadał umysł zdolny do myślenia, że jego wysiłki wpędzają go tylko w 

coraz większe niebezpieczeństwo.

Obecnie   główna   plama   była   co   najmniej   o   połowę   mniejsza   niż   w   chwili,   kiedy 

wpłynęła na otwartą przestrzeń. Ale podczas gdy ona kurczyła się, przybywało jej potomstwa. 

Teraz największy z nowych kleksów zaczynał sam wytwarzać krótkie, machające macki, a 

wszystkie   wyciągały   się   w   kierunku   stworzenia,   wokół   którego   plamy   zbudowały  ciasny 

pierścień.

Nastąpiła przerwa w tej niesamowitej walce. Potwór przycupnął w bezruchu, ciągle 

skierowany przodem do pierwszego Kleksa. Pozostałe nie poruszyły się. Zamiast tego zaczęły 

teraz machać na wszystkie strony mackami, które wysunęły, celując w swojego wroga. Macki 

stawały się coraz cieńsze. Wiły się w powietrzu na wszystkie strony. Lecz wkrótce okazało 

się, jaki jest w tym cel. Dwie macki, należące do osobnych, mniejszych plam, zetknęły się. 

Kleksy natychmiast zlały się i z dwóch stały się jednym — cienkim i bardziej trzymającym 

się ziemi. W ich ślady poszła reszta mniejszych plam. W ten sposób pierścień wokół ich 

wroga   prawie   zamknął   się,   z   wyjątkiem   miejsca   bezpośrednio   przed   potworem,   gdzie 

spoczywała rodzicielska plama. Być może bezruch głównego kleksa miał na celu uśpienie 

czujności   ofiary.   Tak   się   przynajmniej   wydawało,   ponieważ   pierwszy   świecący   przybysz 

najwyraźniej nie zauważał lub nie troszczył się o swe potomstwo leżące teraz nieruchomo na 

ziemi.

Dan nie wiedział, co stanowiło sygnał do podjęcia dalszej walki, ale dwa wolne końce 

pierścienia   poderwały   się,   aby   połączyć   się   z   rodzicem.   Pierścień   przewrócił   potwora, 

wrzeszczącego   i   machającego   łapami,   na   plecy.   A   główna   istota   uniosła   połowę   swego 

cielska,   a   potem   opadła   miażdżąc   jeńca.   Ten   próbował   dźwignąć   się,   lecz   zakołysał   się 

background image

jedynie otoczony, teraz całkowicie połączonym, pierścieniem.

Chociaż pokonany, potwór nie poddał się. Plama wirowała wokół niego zmieniając 

bezustannie kształt, gdy zmagający się w jej wnętrzu potwór szarpał się i walił na oślep. Ale 

szamotanina  stopniowo  ustawała.  Kleks  zaciskał  się,   kurczył,   malał,  aż   w  końcu  stał  się 

nieruchomą kulą.

—   Trawi   —   powiedział   Tau.   —   No   dobra,   to   zobaczyliśmy,   jak   wygląda   walka 

potworów.

— Co to jest? Dan, szukając wyjaśnienia, zwrócił się do Meshlera, który powinien coś 

wiedzieć na lemat miejscowych, dzikich istot.

— Nie wiem. — Strażnik, osłupiały, nadal gapił się na kulę. — To nie jest zwierzę 

stąd. Nie pierwszy tego typu przypadek… To są dwa… trzy, jeśli liczyć to, co ono zjada — 

powiedział Dan. Tamten mrówkoród i te dwa. Mrówkoród z pewnością pochodził z odległego 

świata. A te być może też.

— Ale — Meshler z wyraźnym wysiłkiem odwrócił głowę — sprowadzanie obcych 

istot bez zgody władz jest sprzeczne z prawem. Ludzie z Trosti nie…

— Kto powiedział, że zostały sprowadzone? A jeżeli tak, to czy w takiej formie? — 

zapytał Tau. Jeśli oni mają skrzynkę, te potwory mogą być wynikiem procesu uwstecznienia 

zupełnie innych stworzeń. Oczywiście, ludzie z Trosti cieszą się dobrą opinią, ale czy jesteś 

całkowicie pewien, Meshler, że to jest część ich badań?

— To jest obszar pod zarządem Trosti, objęty ścisłą tajemnicą — powiedział wolno 

strażnik.

— Rozkazy można niekiedy wydawać w celu ukrycia czegoś rzekł lekarz, wyrażając 

coś, czego wolni kupcy nauczyli się już dawno.

— Po co komuś potwory? — Dan spojrzał na świecące plamy, a potem w ciemność. 

Pragnął zapomnieć o przebiegu obserwowanej walki, chociaż nie darzył sympatią bestii, która 

przegrała.

—   Być   może   nie   potwory   dla   nich   samych   przyznał   Tau.   Te   prawdopodobnie 

powstały w wyniku przeprowadzenia jakichś badań naukowych przy użyciu promieniowania. 

Ale takie promieniowanie można zastosować także w inny sposób. Załóżmy, że ktoś ukrył 

taką skrzynkę w jakiejś posiadłości. Jak długo osadnik potrafiłby wytrzymać z nią, gdyby 

jego zwierzęta zaczęły zmieniać się w takim stopniu i tak szybko? To doskonały sposób, aby 

wykończyć osadników. Albo też, gdyby potrafili za pomocą tego promieniowania wpływać 

na istoty ludzkie…

Dan usiadł prosto. Tau dał wyraz obawom, które on sam podzielał.  Ale Meshlera 

background image

bardziej zainteresowała pierwsza część rozważań lekarza.

— Dlaczego chcieliby pozbywać się osadników?

— Wiesz więcej ode mnie na temat swojej własnej planety. Zapytaj więc o to samego 

siebie. Zastanawiam się, czy to stworzenie potrafiłoby się wspiąć tutaj. — Tau obserwował 

plamę. — A także, jak długo trwa, zanim on po takiej porcji pożywienia…

Dan podniósł się. Na jego rodzinnej planecie żyły wielkie gady, które zjadłszy duży 

posiłek   były   potem   ospałe   przez   wiele   następnych   dni.   Nie   można   wprawdzie   oceniać 

nieznanych   stworów   na   podstawie   tego,   co   wiadomo   o   innych   gatunkach,   ale   mogli 

oczekiwać,   że   mają   tu   do   czynienia   właśnie   z   takim   przypadkiem.   Odwrócił   się,   żeby 

poszukać mgiełki pola siłowego. Powinni widzieć ją stąd i ustalić drogę, na wypadek, gdyby 

brachowi udało się zlikwidować pole promieniowania.

— Nie ma żadnego powodu… — Meshler nadal rozmyślał o problemie osadników. — 

Nie ma żadnego powodu do wypędzania  ich. A Rada z pewnością nic nie wie na temat 

takiego… tego działania.

W porządku. Wydostańmy się stąd, to będziesz mógł im wszystko o nim opowiedzieć 

— odparł Tau. — Czy pole nadal jest włączone? — zapytał Dana.

Tak — rzadka mgiełka  pozostawała  nie naruszona. Ile czasu upłynie,  zanim będą 

musieli  uznać, że brachowi się nie powiodło?  A ile, zanim kleks  podniesie  się, szukając 

pożywienia?  Czy potrafi się wspinać? Dan wolał nie domyślać się tego. Pomimo to jego 

umysł nie przestawał mu podpowiadać, że nie ma żadnego powodu, żeby podejrzewać, iż nie 

potrafi.

Spróbował   skupić   się   na   najważniejszej   w   tej   chwili   sprawie   —   określeniu 

najbliższego   punktu   mgiełki.   Uznał,   że   leży   on   w   kierunku   północnym   i   przekazał   tę 

informację towarzyszom.

— Pozostaje pytanie, czy zostajemy tutaj, czy próbujemy dotrzeć do pola, zanim nasz 

gość   zbudzi   się   ze   swego   poobiedniego   snu   —   powiedział   Tau.   Zastanawiam   się,   ile 

kolejnych niespodzianek czeka nas jeszcze.

Dan nie słuchał dalej, gdyż zobaczył, że mgiełka drgnęła. Czy brachowi udało się? Ale 

bariera  nie zniknęła.  Jednakże  po chwili  nastąpiło  drugie drgnięcie,  a potem  pole siłowe 

zniknęło.

— Wyłączone!

Ruszajmy się! — Tau schylił się i podniósł coś, co Meshler położył obok swojej torby. 

Była to pochodnia zrobiona z gałęzi. Lekarz zważył ją w jednej ręce, jak gdyby oceniał jej 

przydatność jako broni, a następnie wepchnął pniak za pas.

background image

Dan   prawidłowo   określił   położenie   najbliższego   punktu   leżącego   poza 

oddziaływaniem pola. Ziemia była  tam wyrównana i umożliwiała szybsze poruszanie się. 

Rzucił ostatnie spojrzenie na świecącą plamę, ale ta pozostawała tak spokojna, że można by ją 

uznać za skałę.

Zrzucił drabinę na zewnątrz, usłyszał, jak jej ciężki koniec uderzył o ziemię i przeniósł 

ciężar ciała na drugą stronę. Ale opuszczając się w dół, nadal spoglądał pomiędzy podpory, 

obserwując potwora. Wolał, żeby nie musieli uciekać przed jego atakiem.

Od otwartej przestrzeni oddzielały ich gęste i splątane zarośla, przez które wcześniej 

przeprowadził ich Meshler. Gdy biegli w ich kierunku, Tau wyciągnął pochodnię zza pasa.

— Czy te zarośla trudno się palą? — Zrównał się ze strażnikiem, żeby zapytać.

— Jest zima i liście są wysuszone. Opadną na wiosnę, zastąpione przez świeże. Co 

chciałbyś zrobić?

— Ustawić za nami ścianę ognia… dla pewności, że nie czekają nas inne paskudne 

niespodzianki.

Znów chwycili się za ręce i Meshler powiódł ich przez krzaki. Kiedy znaleźli się na 

otwartym   terenie,   Tau   podpalił   pochodnię.   Buchnęła   gwałtownym   płomieniem,   a   lekarz 

odwrócił się, okręcił ją ponad głową i cisnął w gąszcz.

— To jest doskonała latarnia — zaprotestował Dan.

— Być może. Ale skoro nie można ponownie ustawić pola, jest to najlepszy sposób na 

powstrzymanie pościgu. Nie mam ochoty, aby cokolwiek z tego potwornego terenu szło po 

moich śladach!

Pędzili   co   tchu   przez   otwartą   przestrzeń.   Kiedy,   potykając   się,   wpadli   na   drogę 

pozostawioną przez pełzacz, za nimi rosła ściana ognia.

— Dokąd teraz? Dan był pewien, że Meshler zrezygnuje z wyprawy drogą oświetloną 

przez lampy. Ale strażnik zwrócił się właśnie w jej kierunku.

Nadal potrzebujemy środka transportu… i to bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza że 

oni będą chcieli pojmać nas po tym… — Wykonał gest w kierunku ognia, który w tej chwili 

nie tylko rozprzestrzeniał się na ziemi czerwono—żółtym pierścieniem, ale także wystrzelał 

w górę obejmując drzewa.

— Po prostu wejdziemy i weźmiemy… — Dan nie ruszał się. To jest mniej więcej 

takie głupie, jak podejmowanie walki z potworami…

— Nie. Meshler zachował przynajmniej trochę rozsądku. Poczekamy. — Rozejrzał się 

dookoła, zdejmując torbę z ramienia. Możemy spróbować przedostać się w innym miejscu, 

nieco wyżej.

background image

Chodziło   mu   o   wyrwę   pozostawioną   przez   pełzacz,   biegnącą   pomiędzy   nieco 

wyższymi   skałami.   Była   trochę   osłonięta   rozkruszonymi   kawałkami   ziemi.   Gdyby   mieli 

miotacze, byłoby to doskonałe miejsce na przygotowanie zasadzki. Czy Meshler sądzi, że 

ogień   zwróci   czyjąś   uwagę   i   sprowadzi   tutaj   pojazd,   który   uda   im   się   zdobyć?   Ale   bez 

broni…?

— Co zrobisz? — dopytywał się. Zatrzymasz ich machaniem ręki?

Po raz pierwszy usłyszał głos przypominający zardzewiały, hałaśliwy zgrzyt. Czy to 

możliwe, że Meshler się śmiał?

—   Coś   w   tym   rodzaju.   O   ile   będziemy   mieli   tyle   szczęścia,   że   ktoś   przybędzie 

zobaczyć, co się dzieje.

Wyjął coś z torby, ale Dan nie widział, co. Wyglądało na to, że strażnik nie zamierza 

zdradzić swojego planu. Najrozsądniejsza rzecz, którą mogli on i Tau — zrobić, to uciec i 

pozostawić Meshlera jego głupocie. Ale nie mieli czasu na podjęcie decyzji. Do ich uszu 

doszedł dźwięk zbliżającego się pełzacza.

Dan i Tau pospiesznie ukryli się za niskim wzniesieniem. Strażnik stał po przeciwnej 

stronie drogi i tak dobrze się schował, że Dan nie wiedział, gdzie on leży.

Pełzacz posuwał się z maksymalną prędkością. Silnik i rama trzęsły się, wydając przy 

tym rozmaite piskliwe odgłosy. Zobaczyli, jak pełzacz zagłębia się dziobem w wąwóz i mija 

ich klekocząc. Przez cały czas Dan z napięciem oczekiwał na atak Meshlera. Kiedy jednak nic 

nie nastąpiło, odetchnął z ulgą. Najwidoczniej strażnik zrezygnował ze swojego szalonego 

pomysłu.

Gdy pełzacz posuwał się dalej, ciemny kształt oderwał się od przeciwnej ściany i spadł 

na drogę. Dan nie widział wyraźnie tego, co się dalej działo, ale wydawało mu się, że Meshler 

rzucił coś na tył maszyny. Pełzacz potoczył się jeszcze kawałek, a potem zaczęła się w nim 

kłębić para.

Z kabiny dobiegał kaszel i niezrozumiałe dla Ziemian okrzyki. Drzwi z jednej strony 

otworzyły się i na zewnątrz wyskoczył człowiek. Ogień z miotacza wymierzonego w górę 

rozświetlił ciemności. Dzięki temu Dan zobaczył, jak dwóch kolejnych mężczyzn wypada z 

krzykiem z kabiny, zasłaniając twarze. Miotacz wypadł z ręki swego właściciela i leżał teraz 

na zboczu drogi, wysyłając wzdłuż niej swój śmiercionośny promień, który odbijał się od 

wąskich ścian przepaści.

Światło   miotacza   nadal   zapewniało   im   możliwość   obserwacji   tego,   co   się   dzieje. 

Pełzacz, z rozwartymi na oścież drzwiami kabiny, toczył się dalej, ale ludzie, którzy wypadli 

z niego, leżeli nieruchomo. Jeszcze dwóch podjęło wysiłek wydobycia ręcznej broni. Jeden z 

background image

nich, zanim padł bez sił, zdołał wydostać swoją z torby.

Nagle pojawił się Meshler. Ruszył szybko równolegle do drogi. Wskoczył na pełzacz i 

zawisł na otwartych drzwiach. Przez jakiś czas pełzacz wlókł go za sobą, aż w końcu strażnik 

zdołał   podciągnąć   się   i   wśliznąć   do   środka.   Ciężka   maszyna   poruszała   się   przez   chwilę 

zgrzytając, po czym stanęła.

Miotacz ciągle wysyłał ogień wzdłuż drogi. Dan i Tau, biegnąc, żeby przyłączyć się 

do strażnika,  ostrożnie ominęli  tę wiązkę  promieniowania.  Tau przystanął  przy pierwszej 

leżącej postaci. Nie dotknął mężczyzny, lecz tylko wciągnął powietrze, a potem pospiesznie 

wykonał serię szybkich oddechów dla oczyszczenia płuc.

— Gaz usypiający — powiedział do Dana. — A więc w rzeczywistości miał broń.

— I użył jej znakomicie! — Dan docenił umiejętności i zasługi strażnika. Ale co by 

było,   gdyby   choć   jeden   z   tamtych   w   pełzaczu   miał   dosyć   czasu,   żeby   się   właściwie 

przygotować do strzału? Meshler mógł łatwo stracić życie. Dan przyklęknął na jedno kolano, 

złapał rozładowujący się miotacz i wyłączył go kciukiem. Zabrakło teraz światła, uprzednio 

pochodzącego od miotacza, zmuszony więc był poruszać się po omacku, od jednego ciała do 

drugiego, zbierając resztę broni należącej do pokonanych.

Meshler, pomimo  nadmiernej  pewności siebie,  zrealizował  swój ryzykowny plan i 

opłacił się on bardzo dobrze. Mieli pełzacz i cztery miotacze, choć jeden z nich był niemal 

rozładowany, czyli środek transportu oraz broń.

Kiedy   jednak   Dan   i   Tau   dołączyli   do   Meshlera,   ten   nie   wyglądał   na   w   pełni 

zadowolonego.   Pełzacz   wolno,   płynnie   ruszył.   Gdy   przyjaciele   gratulowali   strażnikowi 

sukcesu, ten odburknął tylko, jak gdyby myślał o czymś innym.

— Usuńcie ich z drogi, dobrze? — powiedział, gdy maszyna obróciła się przodem do 

miejsca, z którego przybyła. — Ułóżcie ich porządnie za wzniesieniem. Prześpią to.

— Ale dokąd zamierzasz pojechać? — dopytywał się Dan.

— Wiesz, jak szybko porusza się taka maszyna? W tym pytaniu była pogarda. — 

Oczywiście, możemy ją wziąć. A potem oni nas napadną, i to dużo wcześniej, nim dotrzemy 

do posiadłości Cartla. Potrzebny nam jest planetolot lub wahadłowiec.

— Myślisz, że możemy po prostu wjechać do ich obozu i wybrać sobie taki rodzaj 

środka transportu, jaki chcemy? zdumiał się Dan.

—   Nie   dowiemy   się,   dopóki   nic   sprawdzimy,   czy   to   jest   w   ogóle   możliwe, 

nieprawdaż? — Stwierdzenie Meshlera brzmiało rozsądnie, ale rozsądek i jego propozycja 

zupełnie się ze sobą nie zgadzały. — Pełzacz wyruszył z ich ludźmi w środku… teraz wraca. 

Jak mieliby poznać, że to nie są ich ludzie? I macie miotacze…

background image

Och!   Wszystko   to   było   w   pewien   chorobliwy   sposób   logiczne.   Mogli   skierować 

miotacze na Meshlera, ale strażnik wiedział, że tego nie zrobią. A pełzacz porusza się bardzo 

wolno.

Zapal dwie laseczki modlitewne Xampbremie tajemniczo powiedział Tau. — Uderz w 

bęben, przywołaj siedem duchów Alba Nuca… Możliwe, że cytował jedno ze znanych sobie 

zaklęć. — On jest wystarczająco szalony, żeby to zrobić. Po wszystkim, co już przeszliśmy, 

równie dobrze możemy wziąć i w tym udział.

Dan i Tau przenieśli śpiących za jedno ze wzniesień i ułożyli ich, żeby oczekiwali 

przebudzenia. W tym czasie pełzacz kierowany przez Meshlera, kołysząc się, mijał miejsce 

zasadzki.

Dan   był   zadowolony   —   wchodząc   do   kabiny   —   że   rzeczywiście,   jak   zauważył 

Meshler, ma teraz miotacz. Ale… ale brach! Pod naporem ostatnich zdarzeń zapomniał o 

swoim przyjacielu. On musi gdzieś być… nie mogą oddalić się i zostawić go.

Pełzacz, posuwając się swoim własnym śladem, dowiózł ich do dolinki o owalnym 

kształcie. Kiedy spojrzeli w dół, Dan zaczął potrząsać głową i przecierać oczy. Było tam 

coś…

— Wjedź szybko do środka! Tau wydał ten rozkaz gwałtownie, jak gdyby uciekali 

przed niebezpieczeństwem.

Dziób pełzacza zagłębił się w ziemi. Poczuli się tak, jakby tracili orientację, podobnie, 

jak to się dzieje w momencie wchodzenia w nadprzestrzeń. Ale przecież nie znajdowali się w 

tej chwili na pokładzie statku.

Dan   zamknął   oczy,   żeby   odpędzić   to   dziwaczne   uczucie.   Po   chwili   otworzył   je  i 

zobaczył, że pełzacz zjeżdża po stromym zboczu.

To   przyprawiające   o   zawrót   głowy   rozmazanie   obrazu,   które   poraziło   ich   chwilę 

wcześniej,  zniknęło.   Na  zboczu   doliny   widoczne   były   lampy.   Chociaż   żadnej   z   nich   nie 

ustawiono   na   maksymalną   moc,   świeciły   wystarczająco   silnie,   żeby   służyć   za   latarnie 

naprowadzające. Tyle tylko, że wcześniej ich nie widzieli. Pozostawali w ciemności, dopóki 

nie prześliznęli się przez coś, co przypominało dach, a stanowiło coś w rodzaju wieczka 

zasłaniającego dolinę od góry.

— Zmiana pola widzenia — zamruczał Tau. z żadnej latającej maszyny nie można by 

zauważyć tego miejsca.

Ale Dana bardziej w tym momencie zainteresował widok rozciągający się przed nimi. 

Lampy oświetlały cztery beczułkowate budowle — zwyczajne budki, jakie znajdowały się w 

każdym  obozie zwiadowczym. Poniżej stały dwa budynki. Wyposażone w niskie ściany i 

background image

okryte gliną, wyglądały bardziej na wydrążone w ziemi aniżeli na wybudowane ponad jej 

powierzchnią.

W tej chwili jednak najważniejszy był parking, znajdujący się po przeciwnej stronie 

obozu.   Stał   tam   następny   pełzacz,   poniżej   planetolot,   a   dalej   nieruchomy…   Dan   wydał 

stłumiony   okrzyk,   ponieważ   w   wielkim   dole   dojrzał,   balansujący   na   ogonie,   statek 

kosmiczny. W świetle stojących blisko lamp dyfuzyjnych widać było zrytą ziemię. A więc 

statek lądował tu więcej niż jeden raz. Wiele razy statek musiał wznosić się i opadać, a ze 

śladów na powierzchni wynikało, że pilot prowadził rakietę na ograniczonej mocy.

Planetolot… — Meshler skinął głową, jak gdyby przez cały czas domyślał się, że tak 

będzie.

Obóz bynajmniej  nie był wyludniony.  Jacyś  ludzie pędzili w stronę tego drugiego 

pełzacza. W świetle lamp Dan zobaczył wyraźnie długą lufę rozrywacza. Co robiła tutaj ta 

zakazana   w   cywilizowanym   świecie   broń,   było   oczywiście   kolejną   zagadką.   Ponadto   z 

jednego   z   pokrytych   ziemią   budynków   wznosił   się   metalowy   drążek   wielkie   urządzenie 

nadawczo—odbiorcze, za pomocą którego można było nie tylko skontaktować się z portem 

na północy, ale być może także nadawać wiadomości w przestrzeń.

Meshler   prowadził   pełzacz   ze   stałą   prędkością.   Aby   dotrzeć   do   planetolotu,   będą 

musieli   przejechać   obok   tamtego   drugiego   pojazdu.   Strażnik   wcale   nie   miał   zamiaru   go 

omijać. Być może sądził, że w ten sposób uda się ich sztuczka.

Kiedy zbliżyli się do podobnego, ruszającego już pełzacza, ten potoczył się kawałek 

ze zgrzytem i zatrzymał się. Z jego kabiny wychylili się ludzie i zaczęli na nich krzyczeć. 

Meshler pomachał im ręką przez okno. Być może miał nadzieje, że tym gestem zyska trochę 

na czasie. Ściany pełzacza ochronią ich przez jakiś czas. Ale kiedy już wyjdą z niego, żeby 

pobiec do planetolotu…

Dan trzymał miotacz w pogotowiu, oceniając pozostającą jeszcze odległość. Meshler 

obrócił dziób pełzacza i ustawił go lak, aby ściany pojazdu posłużyły im jako osłona. Krzyki z 

sąsiedniej maszyny stały się głośniejsze i bardziej natarczywe. Następnie dano im sygnał do 

zatrzymania się strzelając z miotacza, którego ogień przeciął ziemię przed nimi.

Tau z trzaskiem otworzył drzwi. — Teraz! — Był już na zewnątrz i biegł w kierunku 

planetolotu.

background image

R

OZDZIAŁ

 13

Schronienie w dziczy

Dan naciągnął kaptur w taki sposób, że jego wargi dotknęły mikrofonu tłumacza.

— Brach… do planetolotu! Nie wiedział, gdzie znajduje się stworzenie. Być może 

uciekło już z obozu. Ale jeżeli nie. Dan musi je odnaleźć.

Do planetolotu, brach!

— Ruszaj się! — Meshler próbował wypchnąć Dana z kabiny pełzacza. Ale ten z 

uporem trwał w fotelu i ręką wskazał strażnikowi, żeby sam wychodził.

—   Brach…   przyjdź   do   planetolotu!   —   zawołał   raz   jeszcze,   opędzając   się 

równocześnie przed ciągnącym go Meshlerem.

Z gniewnym okrzykiem strażnik przecisnął się obok Dana i pobiegł za Tau. Jednak w 

połowie   drogi   do   planetolotu   odwrócił   się.   Wycelował   miotacz   w   ziemię   przed   sobą   i 

wystrzelił, żeby zatrzymać tych, którzy nadbiegali ich uwięzić.

Brach! Dan nie mógł czekać ani chwili dłużej. Opuścił kabinę i pobiegł zygzakiem w 

kierunku planetolotu. Wokół niego, z prawa i z lewa, błyskały ognie z miotaczy. Strzały nie 

miały na celu uzyskania więźniów — oddawano je, by zabić.

Zanim Dan dotarł do otwartych drzwi kabiny planetolotu, coś śmignęło w kierunku 

statku. Rozpoznał bracha.

Równocześnie   wpadli   do  środka.  Tym  razem  jednak  za   sterami   usiadł  Tau,   który 

pierwszy   znalazł   się   w   planetolocie.   Najwidoczniej   z   całych   sił   przycisnął   klawisz 

wznoszenia się, ponieważ maszyna  wystrzeliła w górę pionowo z prędkością zbliżoną do 

szybkości wznoszenia się statku kosmicznego. Dana i bracha na moment wcisnęło w fotele.

Zanim zdołali się pozbierać, planctolot, oddalając się ciągle od obozu z najwyższą 

prędkością, jaką był w stanie rozwinąć, wdzierał się z wyciem w poranne niebo.

— Sądzę, że uciekliśmy! zawołał Tau. Nie zauważyłem innego planetolotu. Chyba, że 

ponownie będą nas ściągać wiązką przyciągającą…

Na pewno mają takie możliwości. Przypomnijcie sobie, jak złapali nas poprzednio 

stwierdził Dan. Przez cały czas oczekiwał powtórnego pojawienia się tej siły, która ściągnie 

ich ku ziemi. Dlaczego Meshler jest przekonany, że zdołają uciec, skoro wcześniej im się to 

nie   udało?   Obecnie,   kiedy   Dan   miał   czas   na   zastanowienie   się   nad   tym,   bardzo   go   to 

zaciekawiło. Z pewnością strażnik nie zapomniał…

— Na północ i na wschód… — Meshler, jak gdyby był pewien, że nie mają się teraz 

background image

czego obawiać, pochylił się, aby sprawdzić wskaźnik kierunku. Tau posłusznie ustawiał stery, 

aż wskazówka osiągnęła właściwy punkt na tarczy,

Brach przytulił się do Dana. Ten poczuł, że stworzenie dyszy z wysiłku, jaki włożyło 

w ten pośpieszny bieg. Naciągnął kurtkę na leżącego na jego kolanach obcego.

— Żadnego przyciągania z ziemi… — Dan nie potrafił zrozumieć, w jaki sposób tak 

łatwo udało im się uciec.

— Przynajmniej  jak dotąd skomentował  Tau. Wyraz  twarzy lekarza,  widocznej  w 

przyćmionym świetle, mówił, że on także spodziewa się w każdej chwili pojawienia się tej 

siły. Upływały kolejne minuty, a oni wciąż nie zostali złapani w obszar promieniowania. Lecz 

nadal nie uspokoili się.

— Dostać się do posiadłości Cartla — powiedział Meshler, bardziej do siebie aniżeli 

do nich. — Nadać przez ich mikrofon wiadomość do portu…

— I co chcesz im powiedzieć? — dopytywał się Dan. — Z pewnością twoje władze 

wiedzą o tym wszystkim …

— Ale czy na pewno wiedzą? — przerwał Tau z namysłem. To nie byłby pierwszy 

wypadek, że badacze wykroczyli poza posiadane zezwolenia i nie pierwszy, gdy wyniki ich 

prac przerosły oczekiwania samych wykonawców.

— Lub pracują dla kogoś innego…

— Dla kogo? chciał wiedzieć Dan. — I dlaczego? Strażnik jednak zaledwie potrząsnął 

głową. Było oczywiste, że jest wstrząśnięty wydarzeniami ostatniej nocy. Dawno już stracił 

swoje służbowe podejście, które miał w łodzi ratunkowej. To, co tutaj zobaczył, z pewnością 

przekonało go, że historia opowiedziana przez załogę  Królowej  jest prawdziwa, a na jego 

własnej planecie dzieje się dużo więcej, niż wiedzą jego szefowie, zobowiązani do ochrony i 

utrzymywania porządku w tym kraju.

— To pole siłowe… — powiedział. — Czy za pomocą swego przyrządu potrafisz 

określić, czy ustawiono je ponownie?

— Nie. On odbiera promieniowanie, lecz nie określa jego rodzaju. Bez przerobienia 

go nie mogę mieć pewności, czy docierające do niego sygnały pochodzą właśnie od pola 

siłowego.

— Być może jest pewien sposób. — Dan odwrócił głowę, żeby mówić do mikrofonu 

tłumacza. Brach nadal nosił na gardle bliźniacze urządzenie.

— Skrzynka… zostawiłeś dźwignie tak… Nie, nie mogłem tego zrobić…

— Jak to?

— Ludzie przychodzili i odchodzili. Mogli łatwo znaleźć. Przekręcić z powrotem… 

background image

wiec brach przechylił głowę i wykonał ruch rogiem teraz skrzynka nie działa.

Kiedy   Dan   przekazał   tę   informacjęi,   usłyszał   chrapliwy   i   świszczący   oddech 

Meshlera.

— Posiadłość Cartla. — Strażnik pochylił się do przodu, jak gdyby siła woli potrafił 

sprawić, że dotrą szybciej do celu. — Musimy ostrzec posiadłość Cartla!

Dopiero wtedy jego towarzysze zrozumieli przyczynę jego niepokoju.

— Te potwory! wykrzyknął Dan.

— Ile… — dodał Tau.

Czy po tym zniszczeniu ściany siłowej ludzie, którzy są odpowiedzialni za ten obszar, 

potrafią zagnać je z powrotem? Czy można uporać się z czymś takim jak świecąca plama… 

oprócz, oczywiście, spalenia miotaczem? I, jak zapytał Tau, ile było tam potworów lub raczej 

jakie? A len mrówkoród… czy nie uciekł już wcześniej i nie powędrował na północ?

— Ile ich jest i jakie, to słuszne pytania — powiedział ponuro Meshler. Będziemy 

musieli   ostrzec   wszystkie   najbardziej   wysunięte   na   południe   posiadłości.   A   nie   mamy 

żadnego wyobrażenia, z czym być może przyjdzie zmierzyć się osadnikom.

— Chyba że potrafisz ustalić, kto jest za to odpowiedzialny i wycisnąć z niego jakieś 

informacje — odparł Tau. — Czy ta posiadłość rzeczywiście ma bezpośrednią łączność z 

portem?

— Wszystkie mają odpowiedział Meshler.

Świtało, ale dzień nie zapowiadał się pogodny. Pomiędzy planetolot a odległe, zimowe 

słońce   wcisnęły   się   chmury.   Potem   zostali   nagle   zaskoczeni   burzą   deszczu   ze   śniegiem, 

zamarzającego szybko na zewnętrznej powłoce pojazdu. Widoczność była bardzo zła. Tau 

wskazał na wysokościomierz.

— Jakaś siła ściąga nas w dół.

— Ale nadal pozostajemy na kursie — odpowiedział Meshler. — Leć dalej!

Deszcz ze śniegiem tłukł o statek, a porywy wiatru spychały go z kursu. Tau więc, aby 

utrzymać ich na właściwym szlaku, musiał bezustannie walczyć ze sterami. Wyglądało to tak, 

jakby ktoś użył pogody jako broni, chcąc w ten sposób opóźnić ich dotarcie do celu podróży.

Z drugiej strony, taka pogoda mogła powstrzymać potwory przed zbytnim oddalaniem 

się od lasów, znajdujących się za — teraz wyłączonym — polem siłowym.

Tau, który obserwował radar i wysokościomierz, odwrócił szybko głowę.

— Powinniśmy lądować — ostrzegł. — Mamy do wyboru: lądowanie lub ryzyko 

katastrofy.

Dan nigdy nie leciał podczas takiej burzy. A ponieważ jej siła wciąż rosła, skłonny był 

background image

uwierzyć,   że   jeden   z   gwałtownych   porywów   wiatru   może   roztrzaskać   ich   o   ziemię. 

Zastanawiał się, czy w ogóle możliwe jest w takich warunkach bezpieczne lądowanie. Nie 

można   było   w   żaden   sposób   ocenić,   czy   znajdują   się   ponad   zalesionym,   czy   otwartym 

terenem.

— Uwaga! Tau nie czekał na zgodę towarzyszy.

Walczył z burzą, wiatrem i deszczem ze śniegiem. Przez cały czas obserwował radar, 

który informował o tym, co znajduje się pod nimi. Dan zauważył, że znacznie zboczyli z 

kursu   wyznaczonego   przez   Meshlera,   ale   przynajmniej   nie   znaleźli   się   nad   terenem 

górzystym. Zamiast lecieć na północny zachód, byli spychani na południe.

Planetolot   posuwał   się   z   maksymalną   prędkością   i   na   możliwie   największej 

wysokości. Pędzili jedyną trasą, po której pozwalała im poruszać się burza na południe. I 

żaden z nich nie wiedział, jak długo potrwają te zmagania z nią.

Ale w końcu deszcz ze śniegiem ustal. Pozostawił jednak ślady w postaci lodowego 

pancerza   na   oknach   kabiny.   Lecieli   zatem   nic   nie   widząc,   prowadzeni   wyłącznie   przez 

przyrządy.

— Wylądujmy dopóki jesteśmy w stanie — przekonywał Tau. — Jeśli burza zaatakuje 

ponownie, możemy tego nie przetrzymać. Jesteśmy zbyt oblodzeni, żeby utrzymać właściwą 

wysokość.

— W porządku. Jeżeli potrafisz tego dokonać, ląduj — zgodził się niechętnie Meshler.

Dan okropnie się denerwował. Żałował, że nie trzyma sterów we własnych rękach. 

Tau,   jak   każdy   członek   załogi  Królowej,   potrafił   pilotować.   Ale   siedzenie   tutaj   w   takiej 

chwili, bez wykonania jakiegokolwiek gestu i czekanie na koniec… Musiał skupić się, żeby 

zachować spokój.

Lekarz będzie musiał zniżyć lot i obserwować radar w poszukiwaniu odpowiedniego 

miejsca do lądowania. Opuszczenie planetolotu przy tak silnym wietrze jest jednak prawie 

niemożliwe. Skrzywione usta Tau dowodziły, iż zdaje sobie sprawę z tego, że może zdarzyć 

się najgorsze.

Statek   zawisł   i   natychmiast   prawic   przekoziołkował   pod   wpływem   potężnego 

podmuchu. Ale na szczęście nie zdarzyło się to po raz drugi. Meshler pochylił się w przód i 

nosem nieomal dotknął tarczy radaru, jak gdyby w ten sposób mógł wymusić potrzebny im 

odczyt.

— Teraz! rozkazał gniewnie.

Lądowali. Dan domyślił się tego. Dzięki wielkiemu wysiłkowi woli nie patrzył  na 

tarczę, ani nie obserwował walczącego ze sterami Tau. Zapiął pas bezpieczeństwa wokół 

background image

siebie i bracha. Meshler nacisnął przycisk uruchamiający pianę ochronną. Czekał, podczas 

gdy galareta unosiła się coraz wyżej.

Ale tworzywo nie zdążyło podnieść się do poziomu ich ramion, gdy uderzyli o ziemię 

z szarpnięciem, które wbiło ich głęboko w fotele. Z głuchym odgłosem rozłupał się i odpadł 

duży kawał lodu przykrywającego okna kabiny.

Natknęli się na grubą ścianę roślinności. Jak się okazało, była  tak blisko nich, że 

czubki   gałęzi   dotykały   kabiny.   Gdy   Dan   otworzył   drzwi,   aby   piana   ochronna   mogła 

wypłynąć, do środka wdarł się lodowaty deszcz. Dan uwolnił bracha i usadowił go na drugim 

siedzeniu planetolotu. Polem naciągnął kaptur i wyszedł zobaczyć, jak wygląda miejsce, w 

którym wylądowali.

W   chwilę   później   stał   zmrożony   czymś   więcej   niż   tylko   wiatrem   i   deszczem. 

Zrozumiał,   jak   wielkie   mieli   szczęście.   Albowiem   kiedy   spojrzał   na   ogon   planetolotu, 

zobaczył krawędź skały, na której osiedli. Ta wysepka bezpieczeństwa była tak niewielka, że 

Dan   prawie   nie   był   w   stanie   uwierzyć,   iż   w   ogóle   tego   dokonali.   Wokół   rozciągał   się 

olbrzymi obszar splątanej roślinności.

Skała pod stopami była niebezpiecznie śliska od zamarzającego deszczu. W butach 

kosmicznych potrafił jednak utrzymać równowagę, kiedy, wspierając ręce w rękawicach o 

planetolot,  przedzierał   się do  tyłu,   by dokładnie  obejrzeć  uskok skalny.   Nie  ośmielał   się 

podchodzić bliżej do krawędzi, niż było to konieczne, żeby prześliznąć się wokół planetolotu 

na drugą stronę. W trakcie poszukiwań nie dostrzegł jednak nic więcej ponad to, co odkrył od 

razu. Dokonali ryzykownego lądowania na wąskiej, sterczącej w przestrzeń skale, mając tuż 

przed sobą gęstą roślinność. Ale podwozie zaczęło przymarzać do skały.

Meshler i Tau również czołgali  się wokół statku. Najpierw przebrnęli  przez  gęstą 

pianę,   która   zgromadziła   się   pod   drzwiami.   Deszcz   rozrzedzał   ją,   a   jednak   nie   zniknęła 

całkowicie — raczej zamarzła. Kiedy tamci dotarli do Dana, ukryta pod osłoną twarz Tau 

była lekko zielona z przerażenia, a Meshler wolno potrząsał głową.

— Do licha! — wykrzyknął strażnik. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem! Co 

za szczęście! Długość ręki… stopy… czy to w tę stronę, czy w tamtą… — Znów potrząsnął 

głową, gapiąc się na planetolot.

— Powiadają — głos Tau brzmiał obco — że jeżeli człowiek urodził się, aby utonąć, 

to nie umrze od miotacza. Wydaje się, iż mamy podstawy wierzyć, że nie jest nam jeszcze 

pisane umrzeć. A teraz — zwrócił się bardziej energicznie do Meshlera czy wiesz, gdzie 

jesteśmy?

— W znacznej odległości od naszego kursu… wysunięci na południowy zachód. To 

background image

właściwie   wszystko,   co   potrafię   powiedzieć.   Ale   nie   możemy   wystartować,   dopóki   nie 

poprawi się pogoda. Lecz kiedy to nastąpi… — Wzruszył ramionami.

— Jeśli w ogóle wystartujemy — poprawił Dan. Bardzo ostrożnie przykucnął, żeby 

spojrzeć na podwozie. Było oczywiście oblodzone. Ponadto przesączyło się tam trochę gęstej 

piany, mieszając się z na wpół stajałym i zamarzającym deszczem ze śniegiem. Najwidoczniej 

skała obniżała się ku środkowi, gdzie spoczął planetolot.  Zanim wystartują, będą musieli 

starannie rozmrozić podwozie. Zwrócił na to uwagę, podczas gdy pozostali dwaj przykucnęli, 

żeby zobaczyć.

Przynajmniej pełni teraz rolę kotwicy. Im silniej przymarza, tym mniejsza jest szansa, 

że zostaniemy stąd zrzuceni tam. — Ta u wskazał w kierunku przepaści. — Przeczekajmy 

burzę, a potem uwolnimy planetolot i wystartujemy. Ale lepiej zrobimy, jeśli teraz wrócimy 

do środka.

Miał rację. Zimno przenikało nawet przez ocieplane ubranie. Strząsnęli z siebie lód i 

śnieg i wspięli się z powrotem do planetolotu, który raz po raz kołysał się niebezpiecznie pod 

pchnięciami wiatru. Czy któryś z porywów okaże się aż tak silny, że zerwie ich „kotwicę”?

Meshler   podzielił   kolejną   porcję   jedzenia.   A   Dan   przeszukał   pomieszczenie 

magazynowe i stwierdził, że nie jest jeszcze najgorzej z zapasami; nawet jeżeli mała torba, 

którą Meshler niósł na ramieniu, była  pusta. W magazynie  znajdowały się dwie skrzynki 

jedna   z   żywnością,   a   druga   z   lekami   i   przyborami   medycznymi   oraz   lornetka   i   nieco 

ładunków do miotacza.

— Dobrze się o nas zatroszczyli — skomentował Dan, kiedy z powrotem schował do 

pomieszczenia większość tego, co znalazł.

—   A   co   z   połączeniem?   Czy   nie   możesz   wywołać   tej   posiadłości,   przekazać   im 

informacji i poprosić, żeby ją podali innym osadnikom?

Po powrocie do planetolotu Meshler zajął fotel pilota. Teraz odrzucił do tyłu kaptur i 

rozpiął kurtkę.

— Ta burza przerwała wszelką łączność. Ale skoro tylko się skończy… Tymczasem 

chodźmy spać.

To była jedyna rozsądna rzecz, którą mogli zrobić. A na samą wzmiankę o śnie Dan 

poczuł  nagle, jak bardzo  jest zmęczony.  Od chwili,  gdy schowali  się w jamie  pomiędzy 

skałami i odpoczywali na zmianę, upłynęły więcej niż dwadzieścia cztery godziny. Ale, jako 

że planetolot od czasu do czasu trząsł się pod naciskiem podmuchów wiatru. Dan zastanawiał 

się, czy potrafią zasnąć, wiedząc, że mogą być zrzuceni w przepaść.

W   rzeczywistości   jednak   usnął,   tak   jak   i   jego   towarzysze.   Kiedy   przebudził   się, 

background image

upłynęło kilka sekund, zanim w pełni odzyskał przytomność i świadomość tego, gdzie się 

znajduje.   Planetolot   przestał   się   trząść   pod   naporem   wiatru   i   nie   było   słychać   bębnienia 

deszczu o blachę. Czuł na sobie gorący ciężar leżącego na nim w poprzek bracha. Wygramolił 

się spod zwierzęcia, a ono sapnęło i wydało cichy pisk skargi. Dan spojrzał przez okno lub 

raczej   spojrzałby,   gdyby   nic   gruba   powierzchnia   pokrywającego   je,   iskrzącego   się   lodu. 

Docierał   jednak   stamtąd   taki   blask,  że   szef   transportu  pomyślał,  iż   może   to  być  jedynie 

światło słoneczne. A jeśli burza minęła, to najwyższy czas, aby ruszali w drogę. Poruszając 

się, potracił fotel przed sobą i Tau, kaszląc i rozglądając się wokół, podniósł głowę z oparcia.

— Co… — zaczął i dopiero wówczas uprzytomnił sobie, gdzie się znajduje.

— Tam, na zewnątrz świeci słońce… być może… — Dan wskazał na okno.

Tau obrócił się i spróbował otworzyć drzwi. Stawiały opór, tak jakby mróz założył 

dodatkowy zamek, lecz po chwili ustąpiły. Tau popchnął je i otworzył. Poczuli przenikliwy 

chłód, który zaparł im dech w piersiach, a słońce zaświeciło im prosto w oczy.

Lekarz spuścił nogi na zewnątrz kabiny, lecz pośliznął się i złapał za krawędź drzwi. 

Czyniąc   wiele   hałasu   opadł   na   kolana.   Jednak   nadal   trzymał   się,   wisząc   w   otwartych 

drzwiach.

Z trudem odwrócił się, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Kiedy Dan ujrzał twarz Tau, miała 

ona taki wyraz, jakby dostał on strzał z miotacza z odległości wystarczającej do osmalenia. 

Ostrożnie wciągnął się z powrotem do kabiny. Najwidoczniej nie mógł poruszać nogami, 

gdyż podciągał się na rękach, dopóki ponownie nie znalazł się w fotelu. Potem gwałtownie 

zatrzasnął drzwi.

— Gładki lód powiedział. — Nic sądzę, żeby ktokolwiek potrafił na tym ustać, nie 

mówiąc już o chodzeniu.

Meshler otworzył drzwi po swojej stronie i gapił się na powierzchnię ziemi.

— Z tej strony to samo — dodał.

— Zanim wystartujemy, musimy uwolnić podwozie — powiedział Dan. — Ogień z 

miotacza ustawionego na minimum? — sformułował to jako pytanie.

—  Potrzebujemy   czegoś  w   rodzaju  liny  ratunkowej  dla   tego,  kto   podejmie  się  to 

zrobić — skomentował Tau. Czy mamy wśród zapasów coś takiego?

Dan   odepchnął   bracha   i   otworzył   szafkę,   którą   przeszukał   poprzedniej   nocy.   Nie 

pamiętał, by widział jakąś linę, ale może coś takiego tam było. Niestety, nic nie znalazł.

— Co to jest? — Meshler obrócił się na fotelu i wskazywał ponad głową Dana jakiś 

ciasno zwinięty przedmiot. Szef ładowni sięgnął ręką. Okazało się, że nieprzemakalny brezent 

z tworzywa sztucznego. Być może służył do ochrony planetolotu przed burzą. Planetolot z 

background image

Królowej nie miał w wyposażeniu czegoś takiego.

—   Potniemy   to   na   pasy,   powiążemy   i   będziemy   mieli   naszą   linę.   —   Meshler 

przygotował się do pracy, wyjmując zza pasa ostry nóż o długim ostrzu.

Było   to   jednak   trudne   zajęcie,   ponieważ   tworzywo   sztuczne,   wystarczająco 

wytrzymałe,   żeby   chronić   od   burzy,   nie   poddawało   się   łatwo   ostrzu   noża.   Strażnik   ciął 

cierpliwie, dopóki nie uzyskał trzech pasów. Pomimo oporu materiału związał je w długą linę. 

Nie pytając, czy ktoś z pozostałych chce wyjść, by roztopić lód wokół podwozia, przywiązał 

swe dzieło do własnego pasa. Gwałtownym  ruchem opuścił osłonę kaptura, zapiął ciasno 

wierzchnią kurtkę oraz spojrzał, czy Tau i Dan złapali mocno drugi koniec liny.

To nie powinno potrwać długo… przy użyciu tego. — W dłoni osłoniętej rękawicą 

trzymał   przygotowany   miotacz.   Ponownie   otworzył   drzwi   i   wyśliznął   się   na   zewnątrz. 

Pomimo że trzymał rękę na ramie pojazdu, najwyraźniej nie mógł utrzymać równowagi.

Dan i Tau skupili uwagę. Trzymali linę okręconą wokół nadgarstków i zaciskali palce 

na   jej   postrzępionych   krawędziach.   Meshler   spróbował   postawić   krok.   Stracił   oparcie   i 

zniknął z pola widzenia. Obciążona lina ciągnęła ich do przodu, lecz oni ze wszystkich sił 

starali się utrzymać w jednym miejscu.

Lina drżała i okręcała się, jak gdyby Meshler ślizgał się na wszystkie strony. Ile czasu 

zabierze mu stopienie lodu? Dan czuł ból w ramionach. Jego nadgarstki zbielały i zaczęły 

drętwieć w miejscach, gdzie wrzynało się tworzywo sztuczne.

Nagle, kiedy myśleli, że wyczerpali wszystkie siły, w drzwiach pokazało się ramię. 

Meshler wciągnął się do środka. Opadł na siedzenie, a Dan przechylił  się ponad nim i z 

trzaskiem zamknął drzwi. Strażnik otrząsnął się, zrzucił rękawice i usiadł. Kciukiem wcisnął 

klawisz startowy i Dana odrzuciło do tyłu. Przycisnął bracha, który krzyknął i spróbował się 

wydostać.

Znaleźli się w powietrzu i szybko wznosili się, chociaż mogli się tego tylko domyślać. 

Zamarznięte okna nadal zasłaniały widok.

— Zniosło nas na południe powiedział Meshler— — Dlatego polecimy na północ, 

choć nie jestem pewien co do drugiego kierunku, to znaczy, jak daleko zepchnęło nas na 

zachód.

Co z mikrofonem? — zapylał Tau. Meshler odczepił mikrofon pokładowy i zapiął na 

szyi zatrzask, przeznaczony na gardło pilota.

— Wzywam Cartla… Cartla… Cartla wypowiadał kilkakrotnie nazwisko.

Wszyscy oczekiwali na jakąś odpowiedź. Ale rozległ się tylko charczący, hałaśliwy 

chrzęst, prawie tak samo nieprzyjemny jak wrzaski potwora.

background image

— Zakłócenia. — Meshler odłożył mikrofon. — Nic się przez nie nie przebije.

— Czy to normalne? chciał wiedzieć Tau.

— Skąd mogę wiedzieć? — Strażnik jak zwykle wybuchnął. Oczy odrobinę zapadły 

mu się, a na twarzy pojawiły się zmarszczki, jak gdyby od chwili ich pierwszego spotkania 

postarzał się o całe miesiące. — To jest dla mnie, jak się okazuje, nie znany kraj. Ale te 

dźwięki są tak głośne i uporczywe, że powiedziałbym, iż muszą być nadawane celowo.

— Mogą spodziewać się, że nadamy ostrzeżenie — rzeki lekarz. — No dobra, od nas 

zależy, czy polecimy osobiście, skoro nie możemy wysłać wiadomości.

Lecieli   na   północ,   ponieważ   zniosło   ich   na   południe   i   na   wschód,   a   Meshler   był 

przekonany, że zboczyli także na zachód. Ale skąd strażnik miał pewność? Nie było żadnego 

punktu,   na   który   mogliby   się   nakierować.   Gdyby   Meshler   zdołał   nawiązać   łączność   z 

posiadłością,  mogliby wykorzystać  jej nadajnik jako radiolalarnię.  Teraz nic dysponowali 

niczym, oprócz domysłów strażnika. A kraj pod nimi był niezbadaną dziczą — i być może 

krył w sobie jeszcze dodatkowe niespodzianki, takie jak np. obóz w dolinie.

Burza już nie szalała, a podczas lotu z okien kabiny z wolna znikały lodowe zasłony. 

Widzieli więc, że dzień jest wyjątkowo pogodny. Meshler znalazł mały monitor, który ustawił 

w taki sposób, że mogli oglądać krainę w dole.

Sądząc po pozycji słońca na niebie, był wczesny poranek. Oznaczało to, że przespali 

część   poprzedniego   dnia   oraz   całą   ostatnią   noc   —   była   to   strata   czasu,   która   martwiła 

Meshlera.   Chociaż,   uwzględniając   odległość   pomiędzy   doliną   a   posiadłością   Cartla,   nie 

powinien się niepokoić, że którykolwiek z uwolnionych stworów już tam dotarł.

Nie było w dole żadnej kolejnej dolinki ukrytej  pod nietypowym  ukształtowaniem 

terenu, żadnej innej maszyny w powietrzu, żadnych pełzaczy, ani też śladów pojazdów na 

ziemi.   Pod   nimi   rozciągał   się   jednostajny   krajobraz   rzadkich   lasów,   przeciętych   dwiema 

dużymi rzekami. Tu i ówdzie pojawiały się obszary nagich skał. I nigdzie żadnego znaku, że 

jest tu coś więcej, poza dziczą — jak wcześniej twierdził Meshler.

background image

R

OZDZIAŁ

 14

Posiadłość Cartla

Od   czasu   do   czasu   strażnik   próbował   uruchomić   mikrofon,   ale   wciąż   słyszeli 

wyłącznie trzaski zakłóceń. Nagle Meshler wskazał na rzekę o oblodzonych brzegach.

— Veecorox!

—   Widziałeś   ją  już  kiedyś?   zapytał   Tau.   Dan   pomyślał,   że   lekarz   jest   być   może 

zaniepokojony ich niezbyt dokładnie ustalona trasa.

W ubiegłym roku wyprawa dotarła aż do tego miejsca. Meshler usadowił się głębiej w 

fotelu pilota i rozluźnił się, tak jakby poczuł ulgę. Najwidoczniej strażnik, podobnie jak oni, 

denerwował się z powodu nieznanego kursu planetolotu.

— Wystarczy, że będziemy się posuwać wzdłuż rzeki aż do miejsca, gdzie zasila ją 

dopływ Corox, a potem skręcimy na wschód. Tam zaczyna się posiadłość Cartla.

Przechylił maszynę i skręcił, aby prowadzić ją wyznaczoną trasą. Na ziemi pod nimi 

nie było widać żadnych śladów, wskazujących na to, że ludzie byli tutaj kiedykolwiek.

— A zatem wasze południowe ziemie są w większości dziczą — stwierdził lekarz.

—   Oczyszczanie   terenu   jest   trudne.   Sprawdzanie   i   utrzymanie   urządzeń 

mechanicznych jest zbyt kosztowne i nie możemy pozwolić sobie na stały dopływ paliw oraz 

zatrudnienie techników, którzy obsługiwaliby i naprawiali maszyny. A koni, dwurożców z 

Astry czy jakichkolwiek innych  zwierząt  pociągowych  z odległych  światów  osadnicy nie 

sprowadzają tutaj… a przynajmniej nie w pierwszym pokoleniu. W stacji badawczej próbują 

wyhodować jakąś rasę, która potrafiłaby żyć tutaj bez stałej kontroli człowieka. Występuje tu 

pewien miejscowy owad — much tork który atakuje oczy zwierząt. Jak dotąd nie zdołaliśmy 

temu   zaradzić.   A   tutejsze   zwierzęta   wcale   się   nie   nadają   do   ciężkiej   pracy.   Mamy   więc 

urządzenia mechaniczne, które są wspólną własnością wszystkich posiadłości. Przenosi się je 

z miejsca na miejsce. Poza tym w razie suszy osadnicy próbują stosować wypalanie. Pożary 

wymagają jednak kontroli, a to oznacza, że potrzebni są ludzie do pracy.

— A więc osadnictwo nie rozwinęło się zbytnio od chwili przybycia tutaj pierwszych 

osadników? — zapytał Tau.

Dan zobaczył, że strażnik zaciska usta, tak jakby poczuł się obrażony tą uwagą.

—   Trewsworld   —   odpowiedział   Meshler   —   zrobił   wystarczająco   wiele,   aby   się 

usamodzielnić. Nie zostaniemy poddani kolejnej fali osadnictwa… jeśli o to ci chodziło. — 

Przerwał i spojrzał na Tau, a Dan zobaczył cień niepokoju na jego twarzy. Sądzisz… że o to 

background image

może chodzić?

— Istnieje taka możliwość, czyż nic? — odparł Tau. Przypuśćmy, że stracilibyście to, 

co zdobyliście z takim trudem. Albo choćby część z tego. To już jest powód, żeby uznać was 

za niesamodzielnych.

Dan zrozumiał. Każda planeta, na której osiedlają się ludzie, musi rozwijać się i co 

roku   wykazywać   znaczącymi   przyrostami   ludności   oraz   wysyłanych   towarów.   W 

przeciwnym wypadku Wielkie Biuro do Spraw Osadnictwa zgodnie z prawem może podjąć 

decyzję o wymianie władz i ludzkości. Wówczas dotychczasowi osadnicy,  o ile nie są w 

stanie wykupić swych ziem, tracą wszystko, co zdobyli tak ciężką pracą.

— Ale dlaczego? — zapytał Meshler. Jesteśmy planetą, na której osadnictwo dopiero 

się zaczyna. Każdy napotka tutaj dokładnie te same trudności, z którymi my walczyliśmy od 

początku. Nie ma tu niczego, co zainteresowałoby ludzi z zewnątrz… żadnych bogactw na 

tyle wartościowych, żeby opłacało się je wydobywać…

— A co z tą skałą z rozbitej skrzynki z pełzacza poszukiwaczy?  — zapytał  Dan. 

Znaleźli coś, co uznali za tak wartościowe, aby to dokładnie zabezpieczyć. Zabito ich, a towar 

zabrano. Być może tutaj, na Trewsworld, znajduje się więcej, niż ci wiadomo, Meshler.

—   W   trakcie   jednej   z   wypraw   —  strażnik   potrząsnął   głową   —   przeprowadzono 

badania skał i ziemi za pomocą specjalnych przyrządów. Występują tu normalne ilości żelaza, 

miedzi i innych składników, ale nic na tyle wartościowego, żeby to wysyłać do odległych 

światów.   Sami   wykorzystujemy   to,   co  potrafimy.   Poza   tym   być   może   tamtych   ludzi   nie 

spalono miotaczem ze względu na to, co przewozili, ale z powodu tego, co zobaczyli. A skałę 

zabrano, żeby nas zmylić. Mówiliście, że tam w pobliżu włóczył się mrówkoród. Być może 

wyruszyli grupą, żeby go złapać.

— Całkiem możliwe — zgodził się Tau. — Proponowałbym jednak, żebyście jeszcze 

raz przeprowadzili badania skał… o ile zostało wam na to dosyć czasu.

— Obóz w dolinie — powiedział Dan znajduje się tam już od jakiegoś czasu. Od jak 

dawna działa tutaj stacją Trosti?

— Osiem lat… czasu planetarnego.

— A czy w tym czasie jakieś nowe posiadłości zostały wybudowane wokół niej? — 

Teraz Tau podrzucił Danowi myśl, której ten szukał już od pewnej chwili.

—   Cartl…   zastanówmy   się.   Cartl   zwołał   ludzi   do   oczyszczania   terenu   wiosną 

dwudziestego   czwartego,   zanim   wzrosły   trawy.   Teraz   mamy   dwudziesty   dziewiąty.   Jego 

posiadłość jest najbardziej wysunięta na południe.

A zatem upłynęło już pięć lat. Co z innymi osadami… od wschodu, zachodu, północy?

background image

Na północy jest za zimno dla lafsmerów. Na północ od portu znajduje się tylko kilka 

stacji   badawczych.   —   Meshler   odpowiedział   natychmiast.   —   Na   wschodzie   mieszka 

Hancorn,   który   osiedlił   się   w   dwudziestym   piątym.   A   na   zachodzie…   Lansfeld.   Od 

dwudziestego szóstego.

—   Zatem   upłynęły   trzy  lata   od  czasu,   gdy  przeprowadzono   ostatnie   oczyszczanie 

terenu — zauważył Tau. A w poprzednich latach, ilu było nowych osadników?

Popędzany pytaniami Meshler, sądząc z wyrazu jego twarzy, już liczył.

— Aż do dwudziestego czwartego mieliśmy rocznie jedno lub dwa, a czasami trzy 

nowe osiedla. W dwudziestym trzecim przybyły cztery statki pełne ludzi. Od tamtej pory 

tylko jeden, a jego pasażerami byli głównie technicy i ich rodziny,  którzy osiedlili się w 

porcie. Rozwój osadnictwa uległ zahamowaniu.

— I nikt nie zwrócił na to uwagi? zapytał Dan. Jeżeli ktoś zauważył, nic na ten temat 

nie   mówił.   Ludzie   z   posiadłości   są   w   zasadzie   samowystarczalni.   Przybywają   do   portu 

najwyżej raz lub dwa razy do roku… po prostu wtedy, kiedy mają towar do przekazania na 

statek. W posiadłości mieszka jakieś pięć, sześć rodzin, które podpisują umowy. Do lżejszych 

prac   w   polu   używają   samonaprawiających   się   robotów,   które   nie   nadają   się   jednak   do 

oczyszczania  terenu.  Od  czasu, kiedy  zaczął   się handel   lafsmerami,   żyje  się  łatwiej.  Nie 

trzeba   uprawiać   ziemi   specjalnie   dla   ptaków.   Wystarczy   tylko   udostępnić   im   przestrzeń 

życiową i zasiać ze dwa pola smesu, którego ziarno jest dodatkowym pokarmem w zimie. 

Lafsmery lubią miejscowe owady, a także kilka tutejszych roślin jagodowych i dobrze się 

nimi   odżywiają.   Kupujący   sądzą,   że   to   właśnie   nadaje   wyjątkowy   smak   potrawom 

przyrządzanym z ich mięsa i podnosi ich wartość. Lafsmery można wpuścić na częściowo 

tylko   oczyszczoną   ziemię.   Aby   je   dokarmiać,   wystarczy   posłużyć   się   robotem.   Ale   do 

oskubywania ich z puchu, który wysyła się do innych światów, potrzeba ludzi… Te prace 

wykonuje się późną wiosną. Puch zbiera się do puszek, przekazuje do portu, gdzie formuje się 

go w bele.

— A więc doprowadzacie do tego, żeby stać się producentem jednego towaru?

Meshler ponownie okazał zaniepokojenie pytaniem Tau, jak gdyby do tej pory nigdy 

nie zastanawiał się nad tym.

— Nie… no cóż… być może… tak. Hoduje się coraz więcej lafsmerów, ponieważ 

tylko   je   opłaca   się   wysyłać.   Tak,   jesteśmy   światem   jednego   produktu   i   w   dodatku   nie 

powstają tu nowe posiadłości… — Meshler skrzywił usta. Jestem strażnikiem. Do moich 

obowiązków należy tylko patrolowanie. Czasem rysuję mapy i uczestniczę w badaniach oraz 

odwiedzam posiadłości leżące na pograniczu. Ale Rada… ktoś z pewnością wie, co się dzieje!

background image

— Na pewno — zgodził się Tan. Pozostaje tylko sprawdzić, czy komuś nic zależało 

na tym,  aby tak właśnie się stało. Widziałeś, jak te smoki wykończyły lafsmery…  a one 

powstały, pod wpływem promieniowania, z zarodków współczesnych lafsmerów. Wyobraź 

sobie,   że   jedna   z   tych   okropności   z   obszaru   pola   siłowego,   czy   choćby   ten   mrówkoród, 

wkracza na teren upraw? Albo też jedna z tych skrzynek zostaje ukryta w jakimś oddalonym 

rejonie i poraża wszystkie ptaki przechodzące w jej pobliżu…

Im   prędzej   dotrzemy   do   Cartla   i   uzyskamy   łączność   ze   światem,   tym   lepiej!   — 

powiedział zaniepokojony Meshler.

Wkrótce dolecieli do miejsca, gdzie rzeka wraz ze swoim dopływem łączyły się w 

kształcie litery V. Meshler skręcił i ruszył wzdłuż mniejszego, miejscami przykrytego lodem, 

strumienia. Troszeczkę później lecieli już nad pierwszymi częściowo oczyszczonymi polami. 

Dostrzegli grzędy,  ale nie było widać lafsmerów. Na białej warstewce leżącego na ziemi 

śniegu nie zostawiono żadnych śladów. Pierwsze pole przeszło w następne, także pozbawione 

oznak życia. Meshler skręcił planetolotem i przeleciał nisko ponad zagospodarowaną ziemią.

Nic rozumiem.  Te tereny to pola hodowlane… są to centralne miejsca, w których 

znajdują się grzędy.

Raz jeszcze uruchomił kciukiem mikrofon i próbował wezwać właściciela posiadłości. 

Lecz nadal słychać było zakłócenia, choć już nie tak głośne i męczące dla uszu.

Meshler zwiększył wysokość lotu i z maksymalną prędkością popędził naprzód.

Dwa następne pola… i na ostatnim zobaczyli wreszcie ptaki biegające na wszystkie 

strony. Kiedy przesuwał się nad nimi cień planetolotu, zdawały się szaleć ze strachu. Próbując 

wzlecieć, rzucały się na boki, nieudolnie rozpościerały i wykręcały skrzydła. Tratowały przy 

tym   niektóre   mniejsze   okazy.   Ptaki   tworzyły   ciemną,   kłębiącą   się   chmurę.   Wreszcie 

planetolot minął je.

— Przypuszczam — powiedział Tau — że takie ich zachowanie nie jest naturalne.

— Nie — odpowiedział Meshler krótko.

Za ustawionym w polu ogrodzeniem rozciągały się kolejne pola, które oczyszczono 

staranniej niż te przeznaczone dla lafsmerów. Poprzez śnieg widać było jakieś uprawy. Rzeka 

skręcała, a wzdłuż jej brzegu wznosiły się zabudowania mieszkalne i gospodarcze.

Nie był to dom, lecz szereg domów ustawionych  w kwadrat. W środku zauważyli 

wieżę   nadawczą,   wystającą   znacznie   ponad   dachy   budynków.   W   połowie   jej   wysokości 

umieszczono znak firmowy Cartla; symbol, który jest na wszystkich towarach sprzedawanych 

przez niego.

Domy zbudowane były z kamiennych bloków, ale pokryto je dachami z gliny. Pod 

background image

spodem   ułożono   jednak   dachówki   Dan   wiedział   o   tym   z   taśm   informacyjnych,   które 

przesłuchiwał przed wyprawą. Na wierzchniej warstwie ziemi gęsto posadzono cebulki roślin. 

Wiosną  zakwitną  one  barwnymi  szeregami.  A  jesienią  osadnicy zbiorą  starannie  ziarna   i 

zmielą na proszek, stanowiący na tej planecie coś w rodzaju kawy, uprawianej w odległych 

światach.

Dan   pomyślał,   ze   jak   na   świat,   na   którym   nie   ma   żadnych   miejscowych 

niebezpieczeństw — a tak przynajmniej określano Trewsworld zabudowania przypominają 

twierdze.   Domy,   których   wszystkie   drzwi   otwierały   się   na   wewnętrzne   podwórze,   były 

połączone ścianami z gliny, również ozdobionymi roślinami.

Tuż przed brama, na wygładzonej ziemi, wybudowano parking. Po jednej stronie stał 

pełzacz i mniejszy ślizgacz, według Dana nazbyt lekki, aby podróżować po tym dzikim i 

pozbawionym dróg kraju. Meshler wylądował i wyskoczył na zewnątrz, zanim jeszcze ucichł 

głos silnika. Zwinął ręce i zawołał głośno:

— Hej tam, w domu!

Posiadłość Cartla wydawała się opuszczona tak jak dwa pierwsze pola lafsmerów.

— Podaj swoje nazwisko! — Nagle ktoś zawołał cienkim głosem zza ściany tuż przed 

nimi.

Meshler odrzucił do tyłu kaptur, odsłaniając twarz.

— Wim Meshler, strażnik. Znasz mnie?

Nie nadeszła żadna odpowiedź. Czekali, stojąc w chłodzie. Dan trzymał bracha. Po 

chwili ciężkie drzwi uchyliły się ze zgrzytem.

— Wchodźcie, szybko!

Był   to   tak   zdecydowany   rozkaz,   że   Dan   zerknął   ponad   ramieniem.   To   miejsce 

przypominało oblężona twierdzę. Ale kto… lub co… doprowadziło mieszkańców do ukrycia 

się w niej? Nie widzieli żadnego żywego stworzenia. Jedynie lafsmery, których przerażenie 

było ostrzeżeniem, że nie wszystko jest w porządku.

Przecisnęli   się   przez   wąskie   przejście.   Oczekujący   tam   człowiek   natychmiast 

zatrzasnął drzwi, jak gdyby spodziewał się, że sarna śmierć depcze im po piętach. Zaryglował 

bramę, opuszczając sztabę.

Właściciel domu był wysokim mężczyzną, ubranym w futro, zarzucone luźno wokół 

ramion jak peleryna. Puste rękawy łopotały, kiedy się poruszał. Należał do innej rasy niż 

Meshler. Skórę miał ciemną, tak jak Rip, a włosy sztywne, niczym druciana szczotka.

Nosił   koszulę   ze   skóry   lafsmera,   na   której   pozostawiono   puszek,   tu   i   ówdzie   już 

wytarty.  Miał szeroki pas, za którym,  zgodnie ze zwyczajem osadników, nosił dwa noże. 

background image

Jeden, zatknięty z przodu, służył do przygotowywania jedzenia i do wykonywania prac w 

gospodarstwie. Drugi, umieszczony z tyłu  w zdobionej pochwie, był oznaką dojrzałości i 

używano go w rzadkich obecnie wypadkach zemsty honorowej.

Jego   spodnie   oraz   buty   uszyte  były   z   włochatej   skóry.   Wszystko   to   sprawiało 

wrażenie, iż jest nie mniej „opierzony” niż jego lafsmery. Była jednak pewna różnica. W ręku 

trzymał pistolet na kule, pochodzący z dawnych czasów. Taki rodzaj broni Dan widywał tylko 

w muzeach  na Ziemi.  Używano  jej obecnie  jedynie  na niewielu  prymitywnych  światach, 

gdzie ładunki do miotaczy są zbyt kosztowne i osadnicy sami organizują sobie broń.

— Meshler! Mężczyzna wyciągnął rękę, a strażnik uczynił to samo i obaj przycisnęli 

łokcie w tradycyjnym powitaniu.

—  Co   się   dzieje?   —   dopytywał   się   strażnik,   nie   przedstawiwszy   nawet   swych 

towarzyszy.

Być może ty potrafisz nam powiedzieć — odparł tamten ostro. — Lub raczej powiesz 

to wdowie po Jaycorze. Ledwo wrócił tu ostatniej nocy… Zdążył opowiedzieć nam jedynie 

niesamowitą historie o potworach i ludziach. Przeprowadzał kontrolę odległych pól, kiedy 

napadnięto na niego.

— Napadnięto na niego? powtórzył Meshler. Właśnie tak. Nigdy nie widziałem takich 

ran!

Skryliśmy   się,   kiedy   zauważyliśmy,   że   coś   nie   jest   w   porządku   z   nadajnikiem… 

zakłócenia! Kaysee zabrał planetolot i poleciał do portu. Zrobił to, zanim zorientowaliśmy się, 

że Angria i dzieci nie powróciły! Próbowałem zatrzymać ich przez mikrofon w posiadłości 

Vanatara… bez rezultatu. Inditra i Forman wyruszyli dużym transporterem, żeby tam dotrzeć 

pospiesznie wyrzucał z siebie słowa, jak gdyby koniecznie musiał opowiedzieć to komuś. 

Meshler, nadal trzymający jego ramię w uścisku, przerwał ten potok wymowy:

— Nie wszystko naraz. Yanalar… zatem on w końcu zakłada swoją posiadłość?

— Tak, prosili nas przez nadajnik, żebyśmy zabrali się do oczyszczania terenu. Ja 

znów miałem drgawki, ale Angria, Mabla, Carie i dzieci oraz Singi, Refal, Dronir, Lanlgar… 

wszyscy   wyruszyli   planetolotem   towarowym.   Kaysee   miał   przeprowadzić   kontrolę   na 

zachodzie, Jaycor na wschodzie, a Inditra i Forman stawiali nową szopę na narzędzia. I co ja 

powiem   Carie…   Jaycor   nie   żyje!   Przedwczoraj   słuchaliśmy   południowych   wiadomości   z 

portu. Mówili tylko o jakichś kryminalistach z wolnego frachtowca, którzy sprawiają kłopoty. 

A potem… trzaski… zakłócenia. Od tamtej pory nie możemy uzyskać połączenia. Kaysee 

powrócił cały i zdrowy. Ale Jaycor się spóźniał. Potem zobaczyliśmy zbliżający się pełzacz. 

Poruszał się tak, jakby nikt nim nic kierował. W zasadzie tak było. Jaycor był prawie martwy. 

background image

Powiedział coś o ludziach i potworach, którzy wyszli z lasu… po chwili zmarł! Nie mogliśmy 

nawiązać z nikim łączności, więc Kaysee powiedział, że poleci planetolotem do portu. Inditra 

i Forman uruchomili transporter i wyruszyli do posiadłości Vanatara, żeby zaopiekować się 

kobietami. Z powodu tych przeklętych drgawek nie nadawałem się do niczego. Brr, znów się 

zaczyna!

Wysoki mężczyzna zaczął gwałtownie drżeć i Tau natychmiast ruszył do przodu, aby 

go podtrzymać.

— Gorączka przestrzenna!

— Niezupełnie — odrzekł Meshler. Ma taki sam przebieg, ale leki nie skutkują. Jak 

dotąd w żaden sposób nie zdołano go wyleczyć. Być może ty potrafisz coś dla niego zrobić!

Drgawki   wstrząsały   wychudzonym   ciałem   osadnika   i   sprawiały,   że   kiwał   się   na 

wszystkie   strony.   Głowa   opadła   mu   bezsilnie   do   tyłu.   Gdyby   strażnik   i   lekarz   nie 

podtrzymywali go w pozycji stojącej, upadłby na ziemię.

— Zabierzmy go do łóżka powiedział Tau. Leki mogą nie skutkować, ale ciepło mu 

pomoże.

Powlekli go do środkowego budynku, który stał na wprost bramy. Dan szedł przodem, 

żeby otworzyć drzwi.

Było  oczywiste, że osadnicy leczą  się w cieple, ponieważ w szerokim i głębokim 

kominku płonął silny ogień. Przed kominkiem stało łóżko polowe przykryte kilkoma grubymi 

kocami. Położyli tam mężczyznę, a Tau okrył go dokładnie. W tym czasie Meshler podszedł 

do garnuszka wiszącego nad ogniem. Powąchał parująca zawartość. Podniósł ze stojącego nie 

opodal stołu kubek oraz łyżkę i nalał do kubka odrobinę płynu z garnuszka.

— Napar Esama — wyjaśnił. — Jest dość ciepły, żeby go rozgrzać. Ale i tak Cartl jest 

skazany na atak odrętwienia.

Tau uniósł dobrze okrytego mężczyznę i przy pomocy Meshlera wlał mu do gardła 

pełen   kubek   płynu.   Kiedy   jednak   położyli   go   z   powrotem,   wydawało   się,   że   stracił 

przytomność.

Dan  postawił   bracha,   który  podszedł  ostrożnie  do  kominka  i  przycupnął   w  cieple 

bijącym od ognia. Stworek zachowywał się tak, jakby był w pełni zadowolony i szczęśliwy. 

Dan zastanawiał się, w jaki sposób brach potrafił wytrzymać zimno, które towarzyszyło im 

przez większa część wędrówki.

— Jest tutaj sam? — Tau skinął głową w kierunku swojego pacjenta.

— Z tego, co powiedział, tak. To jest Cartl. Musiał mieć ciężki atak drgawek, skoro 

nie wziął udziału w akcji.

background image

— A ten Vanatar… czy istnieje jakaś inna południowa posiadłość? — zapytał Dan.

—   Vanatar   od   dłuższego   czasu   mówił   coś   o   osiedleniu   się   tutaj.   Nic   wiedziałem 

jednak,   że   akurat   teraz   się   na   to   zdecydował.   Z   pewnością   podjął   decyzję   w   pośpiechu. 

Miałem akurat inne obowiązki i nic zajmowałem się patrolowaniem pól. Zobaczmy…

Podszedł do ściany po lewej stronie. Dan podążył za nim i dostrzegł wymalowaną tam 

mapę. Przydziały gruntu z mniej lub bardziej wyraźnymi granicami pól, takich jak te, ponad 

którymi przelatywali, były pokolorowane na żółto. Nie oczyszczone zaś ziemie na szaro. Na 

wschodzie   wyrysowano   zakropkowane   obszary,   które   oznaczały   tereny   jeszcze   nie 

przydzielone.

— Vanatar zmierzył te ziemie jakieś pięć lat temu. Meshler wskazał na zakropkowane 

pola. Potem wahał się i nie był  pewien, czy kiedykolwiek  je weźmie. Te tereny leżą na 

wschodzie, lecz są bardziej wysunięte w kierunku południowym.

Dan wpatrywał  się w szarą plamę  oznaczającą  dzikie obszary.  W którym  miejscu 

znajdował się las z polem siłowym i obóz w dolinie? A może ten teren w ogóle nie był 

zaznaczony na mapie?

— Vanatar nie ma broni… A prace w polu… są rozproszeni… poszerzali teren upraw 

we wszystkich kierunkach… kobiety i dzieci zajęte były pilnowaniem. Jeśli tamte potwory 

dotarły do nich… — Urywane zdania Meshlera nie wymagały dodatkowych wyjaśnień, aby 

Dan je zrozumiał.

— Może weźmiemy nasz planetolot i spróbujemy ich odszukać? — zaproponował 

Tau, kiedy dołączył się do nich.

— Nie da rady zabrać ich wszystkich na raz. — Meshler już o tym myślał.

— Te zakłócenia w nadajniku… —zaczął Tau—jak sądzisz, jak daleko sięgają?

—   Kto   wie?   —   Meshler   wzruszył   ramionami.   —   Może   przynajmniej   Kaysee 

sprowadzi pomoc, kiedy dotrze do portu.

— Jest też łódź ratunkowa — powiedział Dan. — Łódź ratunkowa z Ripem i Alim na 

pokładzie… i ukryta niedaleko skrzynka. Co się stanie, jeżeli ci, dla których była wieziona, 

wiedzą już, gdzie jej szukać?

— Nie dałoby się polecieć łodzią. — Meshler źle go zrozumiał. A poza tym,  nie 

możemy skontaktować się z ludźmi na jej pokładzie. Myślę, że do tej pory zabrano ich już z 

powrotem do portu.

Jest coś jeszcze. — Tau uważnie obserwował strażnika. — Co ten Cartl powiedział o 

kryminalistach zabranych ze statku kosmicznego? Wynika z tego, że być może nasi ludzie 

znaleźli się w gorszych niż nasze kłopotach… A to całe zamieszanie, to twoja robota, a nie 

background image

nasza. Im wcześniej władze będą o tym wiedziały, tym lepiej.

O tym,  co stało się w porcie, wiem tyle  samo, co i wy. — Meshler wyglądał na 

wyprowadzonego z równowagi. — Najważniejsze jest to, co dzieje się właśnie tu i teraz. 

Musimy   zająć   się   ludźmi   w   posiadłości   Vanatara.   Czy   próbowałeś   ostatnio   użyć   swego 

miernika promieniowania?

Dan nie wiedział, po co strażnikowi to urządzenie, ale Tau odpiął je od pasa i nacisnął 

przycisk. Wskazówka obróciła się szybko. Nie poruszała się w wąskim obszarze pomiędzy 

dwoma   najbliższymi   punktami,   ale   drgała   pomiędzy   symbolami   oznaczającymi   północ   i 

południe, zakreślając na tarczy półokrąg, jak gdyby była przyciągana jednocześnie przez dwie 

równe siły.

— Co to oznacza? — dopytywał się Meshler.

Tau wyłączył urządzenie, dokładnie obejrzał pojemnik, a potem ustawił przyrząd pod 

innym kątem i włączył ponownie. Wskazówka drgała tak samo, jak poprzednio. Wyglądało to 

tak,   jakby   urządzenie   rejestrowało   dwa   odmienne   źródła   promieniowania,   znajdujące   się 

naprzeciw siebie.

— To może oznaczać istnienie dwóch różnych pól promieniowania odpowiedział Tau.

— Ich skrzynkę i być może tę z łodzi ratunkowej! domyślił się Dan. Czy to możliwe, 

że promieniowanie wysyłane z południa zwiększyło siłę oddziaływania zakopanej przez nich 

skrzynki? Jeżeli tak, jak wpłynie to na łódź ratunkową? Ali i Rip mieli rozkazy, aby zabrać ją 

do portu, przewożąc w tyle statku. Czyżby oznaczało to więc, że nadal tkwią tam, gdzie ich 

zostawili i są narażeni na dalsze kłopoty?

— Czy siła promieniowania skrzynki — Meshler ciągle stał i trzymał rękę na mapie 

ściennej w miejscu, gdzie zaznaczono obszar należący do Vanatara — może przyciągnąć te 

stworzenia do siebie?

— Kto wie? Oba źródła są silne — brzmiała odpowiedź lekarza.

— Mam  coś. Dan przypomniał  sobie rozmowę,  którą słyszał  kiedyś  na  Królowej

Obsługa systemu nadawczo—odbiorczego należała do obowiązków Ya. Dan orientował się 

wyłącznie   w   ogólnych   podstawach   nawiązywania   łączności;   wiedział   tylko   tyle,   ile   jest 

konieczne, aby — gdyby zaszła taka potrzeba uzyskać kontakt ze światem zewnętrznym. Ale 

pewnego   razu   Ya   rozmawiał   z   Yanem   Ryckiem.   I   wspomniał   coś   o   tym,   jak   bandyci 

zagłuszali  wiadomości  przekazywane  przez  załogę  statku.   Powiedział  też,   co  zrobili,  aby 

pomimo to nadać sygnał wezwania o pomoc. Nadali przeciwzagłuszenie, w którym ukryli 

prostą wiadomość, wyrażoną pojawianiem się i zanikaniem dźwięków. Technicznie było to 

zbyt skomplikowane, aby sam mógł tego spróbować. W tej posiadłości znajdował się jednak 

background image

nadajnik.   Ktoś   z   pewnością   nie   tylko   potrafił   go   obsługiwać,   ale   orientował   się   w   jego 

konstrukcji na tyle, żeby przeprowadzić naprawę. Co? Meshler niecierpliwił się.

— Coś, co usłyszałem pewnego razu. Kto zajmuje się tutaj nadajnikiem?

— Głównie Cartl. Zanim się tu osiedlił, był technikiem w porcie. Ale ten sprzęt nie 

działa… lub… możemy zobaczyć… Przeszedł pośpiesznie przez pokój do miejsca, w którym 

stała   tablica   sterownicza   nadajnika,   prawie   tak   skomplikowana   jak   na  Królowej.   Kiedy 

uruchomił mikrofon, usłyszeli trzaski. Nie były już tak nieznośne dla uszu, ale nadal silne.

— Nadal zagłuszany.

Czy Cartl jest bardzo chory? — Teraz Dan spojrzał na lekarza. Może byłby w stanie 

zrobić coś z interkomcm?

— Jeżeli ta choroba przebiega  tak samo  jak gorączka przestrzenna, atak minie za 

jakieś cztery lub pięć godzin, Będzie wówczas osłabiony i roztrzęsiony, ale umysł będzie miał 

jasny. Problem tkwi w tym, że nie wiem, ile miał już tego typu ataków, a to jest bardzo 

ważne.

— Tak czy owak nie może w tej chwili niczego zrobić z nadajnikiem wtrącił Meshler. 

Czy nic sądzisz, że już wcześniej próbował coś poradzić?

—   Próbował   tylko   zwyczajnie   nadawać   —   odpowiedział   Dan.   —   A   istnieje 

możliwość bardziej skomplikowanego przekazania wiadomości. I jeżeli przy odbiorniku w 

porcie siedzi ktoś z wrażliwym uchem…

—   Opowieść   Ya   o   Erguard!   Tau   zrozumiał,   o   co   chodzi   Danowi.   To   nam   może 

pomóc. Ale musimy poczekać, aż Cartl dojdzie do siebie.

Być   może   wy   wiecie,   o   czym   mówicie.   Meshler   przenosił   wzrok   z   jednego   na 

drugiego. — Ja jednak nic nie rozumiem. Ale nie sądzę, żebyśmy mieli inne możliwości 

działania.   Nie   jestem   nawet   pewien,   czy   potrafię   ustalić   miejsce,   gdzie   leży   posiadłość 

Vanatara.

background image

R

OZDZIAŁ

 15

Akcja ratunkowa

Nareszcie znów mieli prawdziwe jedzenie. Dan siedział przy stole, na którym stała 

potrawa z, mięsa lafsmera. doprawiona miejscowymi ziarnami i jagodami. I smakowało to 

naprawdę   wspaniale   po   tylu   dniach,   podczas   których   żywili   się   niewielkimi   porcjami 

sztucznego   jedzenia   zabranego   z  Królowej.   Nadchodziła   noc.   Tau   pielęgnował   na   wpół 

świadomego, od czasu do czasu niezrozumiale mamroczącego Cartla. Nie powrócili jeszcze 

ludzie, którzy pracowali wraz z Vanatarem, ani też ci, którzy wystartowali po nich. Ponadto z 

nadajnika,   który   zostawili   włączony,   nie   dochodził   żaden   dźwięk   oprócz   brzęczenia 

odcinającego ich łączność ze światem.

— Jak daleko jesteśmy od łodzi ratunkowej? Dan skończył pić gorący napar i postawił 

kubek przed Meshlerem.

Strażnik  dwukrotnie  podchodził do mapy ściennej. Studiował jej linie,  za każdym 

razem wodząc po nich palcem, tak jakby chciał upewnić samego siebie, że rzeczywiście się 

tam znajdują. Polem usiadł przy stole.

— Jakieś dwie godziny lotu przy normalnej prędkości odpowiedział. Ale dlaczego? 

Nie ma tam waszych ludzi. Miano ich zabrać zaraz po naszym odlocie. I zabrali na pewno 

skrzynkę.

— Zabrali? spytał Tan. — A co z odczytem miernika? Nie sądzę, że wskazywałby 

obecność pola, gdyby skrzynka dotarła do portu. Co o tym myślisz? — spytał Dana.

— Zastanawiam się, czy jeśli mielibyśmy skrzynkę przy sobie… czy ona mogłaby 

odciągnąć potwory? —odparł.

— Nic i tego, tym bardziej, że właściwie nic wiemy, jak ona działa. Tau potrząsnął 

głową. — Dan, daj mi jeszcze trochę tego napoju!

Cartl poruszył się pod grubym okryciem nałożonym na niego przez lekarza. Starał się 

zrzucić   z   siebie   ten   ciężar.   Dan   podszedł   do   parującego   naczynia,   nalał   pól   kubka 

aromatycznego płynu i zaniósł lekarzowi.

— Teraz spokojnie — powiedział Tau i podparł ręką ramiona  osadnika. Podsunął 

kubek do ust Cartla, a ten, spragniony, wypił do dna. Następnie, przy pomocy Tau, podniósł 

się,   odrzucając   na   bok   okrycia.   Nie   drżał   już,   a   na   jego   ciemną   twarz   powrócił   wyraz 

opanowania.

— Jak długo byłem nieprzytomny? — zapytał.

background image

— Około trzech godzin odpowiedział Tau.

— Angria… dzieci… reszta?

Wyczytał odpowiedź ze spojrzenia Tau. Jego ręka powędrowała do zatkniętego z tyłu 

za pasem noża.

— A zatem… — Lecz nie dokończył tej groźby.

—   Posłuchaj!   —   Dan   obrócił   się   do   niego.   Nie   wiedział,   co   może   zrobić 

zaniepokojony o los swojej rodziny Cartl. Chciał jednak od razu sprawdzić, czy osadnik ma 

doświadczenie   potrzebne   do   rozwiązania   problemu   nadajnika.   Mikrofon   jest   nadal 

zagłuszony. Ale istnieje sposób, za pomocą którego moglibyśmy przesłać prostą wiadomość i 

poprosić o pomoc.

Cartl zmarszczył brwi. W ogóle nie spojrzał na Dana. Zamiast tego wyciągnął nóż i 

lekko pocierał ostrzeni wewnętrzną stronę kciuka, jak gdyby sprawdzał ostrość, swej broni.

—   Mikrofon   jest   zagłuszony   —   powtórzył   osadnik   bezbarwnym   głosem.   Potem 

obrócił   się   do   Meshlera.   Przybyłeś   planetolotem.   Pozwól   mi   go   wziąć…   teraz   nie   mam 

dreszczy.

— Na jak długo? — spytał Tau z takim naciskiem, że przyciągnął uwagę Cartla, który 

teraz spojrzał na lekarza. — To prawda, ten atak minął. Ale chłód wywoła następny. A jeśli 

wystartujesz,   a   potem   stracisz   przytomność,   to   jaką   to   przyniesie   korzyść   tobie   lub 

komukolwiek innemu? Proszę, posłuchaj Thorsona. Możliwe, że nie słyszałeś o tym sposobie, 

który on chce ci przekazać. Ta metoda już kiedyś, w podobnej sytuacji, zdała egzamin. Jesteś 

wyszkolonym technikiem łączności, więc powinieneś z tego skorzystać, aby pomóc swoim 

ludziom.

— Zatem w czym rzecz? — Teraz Cartl rzeczywiście zwrócił się do Dana. Był jednak 

zniecierpliwiony, tak jakby nie spodziewał się usłyszeć czegoś ważnego i z góry złościł się 

koniecznością skupienia na tym myśli.

— Nie jestem technikiem łączności i nie znam waszych specjalistycznych terminów… 

zaczął   Dan   ale   ten   sposób   zastosował   pewien   wolny   kupiec,   gdy   jego   statek   zagłuszał 

bandyta, chcący uzyskać jego ładunek — i przekazał bogatą w szczegóły opowieść.

Gdy Dan zaczął mówić, Cartl obracał w palcach nóż tam i z powrotem. Teraz jednak 

przestał.

— Informacja nadana przeciwzagłuszaczem — powiedział osadnik. — A jaki rodzaj 

wiadomości?

— Nic wyszukanego. Tylko podanie naszych nazwisk i wołanie o pomoc.

— No tak. Cartl schował nóż do pochwy. — A jeśli Kaysee nie dotarł… Podniósł się i 

background image

zachwiał na moment, ale nie była mu potrzebna pomoc Tau, który chciał go podtrzymać. 

Potem podszedł do nadajnika.

Wciśnięcie przełącznika spowodowało, że trzaski stały się głośniejsze. Cartl słuchał 

uważnie. Jego wargi poruszały się. Możliwe, że liczył.

Usiadł, nadal słuchając z tym samym skupieniem. Sięgnął pod stół, na którym stalą 

część wyposażenia i wyjął skrzynkę z narzędziami. Wyłączył  odbiornik, odkręcając jakąś 

część. Następnie zabrał się do pracy. Z początku działał wolno, prawie niezdarnie, potem 

szybciej i z większa pewnością siebie. W końcu przechylił się do tylu, oparł dłonie o krawędź 

stołu i opuścił lekko ramiona, lak jakby praca bardzo go wyczerpała.

— Gotowe. Ale czy się uda? — zdawało się, że pyta samego siebie, a nie trzech 

mężczyzn stojących za nim.

Brach leżał wyciągnięty przed kominkiem, wylegując się w cieple. Lecz nagle usiadł 

na zadzie i złożył na brzuchu przednie łapy. Nie odwrócił głowy w kierunku ludzi w rogu, 

lecz zdawał się nasłuchiwać. Przyciągnęło to uwagę Dana, który obecnie obserwował raczej 

bracha, a nie Cartla. Osadnik delikatnie połączył dwa kable i teraz wystukiwał przerywany 

rytm.

Dan przeszedł w poprzek pomieszczenia i usiadł na łóżku polowym, które dopiero co 

opuścił Cartl.

— Co się dzieje? — Wziął swoją kurtkę i powiedział do mikrofonu w kapturze.

— Zbliża się — odpowiedział brach.

— — Coś, czego musimy się lękać? — spytał szybko Dan.

— Jest lam strach… ale on tkwi w tych, którzy nadchodzą. I są tam także rany…

— Jak daleko?

Brach   wolno   kołysał   głową   tam   i   z   powrotem,   jak   gdyby   jego   długi   nos   był 

wskazówką miernika.

— Idą szybko, ale jeszcze nie tutaj — padła niejasna odpowiedź. — Jest tam lęk, 

dużo, dużo lęku. I boją się wszyscy.

— — Brach mówi — Dan wstał i rzekł do pozostałych — że zbliżają się jacyś ludzie. 

Twierdzi, że są ranni i przestraszeni.

Pomimo   głośnej   mieszaniny   dźwięków,   która   dochodziła   z   głośnika,   Cartl   musiał 

usłyszeć. Odwrócił się do Dana.

— Kiedy tu będą?

— Brach mówi, że zbliżają się szybko.

Cartl stał już na nogach. Nie sięgnął nawet po futro, lecz błyskawicznie złapał broń. 

background image

Ale Meshler, z miotaczem w ręku, pierwszy znalazł się przy drzwiach.

Wszyscy biegli do bramy; Cartl na czele. Reszta dogoniła go dopiero wtedy, gdy już 

wskoczył na wzniesienie biegnące wzdłuż jednego z budynków po stronie bramy, skąd dobrze 

widać było okolicę. Świecił jasny księżyc, a śnieg skrzył się odbitym blaskiem. ;

Wreszcie usłyszeli dźwięk dudnienia silnika planetolotu. Cartl wydał okrzyk radości i 

pochylił   się,   szukając   jakiegoś   przycisku.   Rozbłysły   światła   lądowiska.   Meshler   podniósł 

rękę, by je wyłączyć, ale w końcu nie zrobił tego,

Planetolot nie miał żadnych świateł pozycyjnych, Zbliżał się ciemny i w jakiś sposób 

groźny, oświetlany jedynie blaskiem księżyca. Kiedy wylądował, zobaczyli, że pojazd jest 

nieco   większy   od   tego,   który   ukradli   z   obozu   w   dolinie   i   prawie   dwa   razy   większy   od 

planetolotu wożonego przez  Królową. Jego kulisty kształt wskazywał, że jest przeznaczony 

do   transportu   towarów.   Nagle   otworzyły   się   włazy   kabiny   oraz   ładowni   i   grupa   ludzi 

wybiegła   na   lądowisko   z   takim   pośpiechem,   iż   kilkoro   potknęło   się   i   upadło.   Pozostali 

schylali   się,   podnosząc   swych   towarzyszy.   Zachowywali   się   tak,   jakby   byli   więźniami 

uciekającymi na wolność. Zostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi, rzucili się do bramy. 

Być może gonił ich któryś z potworów.

Kobiety…  trzy,  cztery,  pięć, sześć… dzieci… tak wiele, że musiały być stłoczone 

wewnątrz   ramię   przy   ramieniu.   A   za   nimi   dwóch   zabandażowanych   mężczyzn, 

podtrzymujących trzeciego, który potykał się, daremnie próbując stawiać kroki.

Cartl otworzył na oścież bramę i rzucił się, aby chwycić jedną z kobiet — tę, która 

kurczowo trzymała za ręce dwoje dzieci. Kiedy przytulił ją do siebie, pozostali zgromadzili 

się wokół nich. Krzyczeli jakimś planetarnym, niezrozumiałym dla Ziemian, językiem.

Tau jednak, z Meshlerem i Danem tuż za plecami, przecisnął się pomiędzy kobietami i 

dotarł do rannych. Wspólnie przenieśli ich do pokoju, który przed chwilą opuścili.

Trochę później usłyszeli całą historię. Przybyszami były kobiety z posiadłości Cartla, 

a wraz z nimi  trzy z grupy Vanatara oraz dzieci  z obu osad. Dwóch rannych  mężczyzn 

pochodziło z terenów Cartla, a ten, który był w najgorszym stanie, z posiadłości Vanatara.

Katastrofa nastąpiła bez żadnego ostrzeżenia. Tak, jak wcześniej przypuszczał Cartl, 

rozeszli się po polach, nadzorując pracę. Kobiety rozpaliły ogniska, aby zaparzyć napoje oraz 

przygotować jedzenie. Nagle zaczął się ten koszmar. Ich relacje dotyczące tego, co widzieli i 

przed czym uciekali, całkowicie się od siebie różniły. Dan domyślił się, iż w skład atakującej 

grupy wchodziły różne potwory. Żaden z nich nie przypominał stworzeń znanych osadnikom, 

co zwiększyło ich przerażenie.

background image

Część pracujących wpadła na pomysł, żeby skierować na pola roboty, które miały 

osłaniać ich ucieczkę. Ci, którzy dotarli do Cartla, mieli szczęście, że znajdowali się blisko 

parkingu   planetolotów   i   zdołali   się   tam   przedrzeć.   Ale   nawet   wtedy   ratunek   nie   był 

oczywisty, ponieważ za potworami nadciągali ludzie, którzy strzelali z miotaczy. Jednak z 

kilku   opowieści,   zwłaszcza   jednego   z   mężczyzn,   wynikało,   że   nieznajomi   jednocześnie 

popędzali potwory i bronili się przed nimi.

Pojawił   się   jakiś   planetolot   i   zawisł   nad   parkingiem   pojazdów,   a   bestie   zaczęły 

przesuwać się za nim, prawie tak, jak gdyby prowadził je na smyczy. Dwa potwory stoczyły 

bitwę. Natomiast oba zaparkowane planetoloty zostały rozbite zaraz po próbie wzniesienia się 

w powietrze. Tak więc zawiódł pierwszy plan osadników: ucieczki do posiadłości Cartla, a 

następnie ratowania pozostałych grup,

— Potem im przyładowaliśmy… — powiedział mężczyzna noszący bandaż na lewej 

ręce poniżej ramienia. — Vanatar miał na pełzaczu zamontowany palnik, którym zamierzał 

zniszczyć   gęste   zarośla.   Yashty   i   ja   dopadliśmy   do   niego.   Trafiliśmy   w   sam   środek 

kłębowiska   potworów.   Potem   przybył   statek   Cartla,   więc   mogliśmy   uciec   nim   wraz   z 

kobietami. Nie miałem wielkiego pożytku z mojej ręki, a Yashty oberwał w głowę, ale razem 

stanowiliśmy sprawnego pilota. Asmual otrzymał silny cios i leżał nieprzytomny. Tak więc 

Thanmore kazał się nam wynosić, póki niebo jest jeszcze czyste. Powiedział, że z ludźmi 

Cartla   utrzymają   parking,   a   może   wezmą   ten   pełzacz   z   włączonym   palnikiem   i   zdołają 

dotrzeć na wzniesienie. Słyszeliśmy jeszcze, jak wyruszali, wiemy więc, że kilku naszych 

ludzi dotarło tam. Ale nawet jeśli utrzymają się przez jakiś czas, nie są w stanie bronić się w 

nieskończoność.   Ich   głównym   narzędziem   walki   są   roboty   i   mały   palnik.   Nie   dysponują 

niczym więcej.

— Ilu was tam dotarło? chciał wiedzieć strażnik.

—   Trudno   powiedzieć.   —   Mężczyzna   potrząsnął   głową.   —   Byliśmy   największą 

grupą, złożoną w większości z kobiet i dzieci. Widziałem troje… przynajmniej troje ludzi 

uciekających przed tymi cholernymi stworzeniami. A dwa ciała potworów leżały spalone na 

dziedzińcu, zanim do nich wystrzeliliśmy.

— Gdzie znajduje się to wzniesienie? — przerwał Meshler.

Na moment mężczyzna przymknął oczy, tak jakby próbował przywołać w pamięci 

obraz miejsca schronienia. Potem odpowiedział:

— Na południowy wschód od lądowiska. To jest duży obszar nagich skał. Vanatar 

sądził,   że  można   tam   zorganizować  jakąś   superbezpieczną  grzędę  i  rozkazał   nam  go  nie 

wypalać. Stanowi dobre miejsce do obrony.

background image

— Czy planetolot mógłby wylądować w pobliżu?

— Tylko na otwartym terenie — mężczyzna potrząsnął głową — a tam musiałbyś 

walczyć z tymi stworzeniami. Gdyby nie udało im się wedrzeć na skały…

— Czy twoi ludzie wiedzieliby, jak się zachować, gdyby planetolot zawisł nad nimi, a 

my użylibyśmy pasów ratunkowych? — upierał się strażnik.

— Nie wiem.

Propozycja Meshlera była niebezpieczna. Dan wiedział, że stosuje się ją na stacjach 

treningowych, ale ludzie z  Królowej  nigdy nie zostali zmuszeni do jej zastosowania. A czy 

osadnicy mają odpowiedni sprzęt?

Zapytał o to drugi ranny mężczyzna:

— Czy macie tutaj planetolot ratunkowy? Potrzebne byłyby pasy i liny ratunkowe. I 

trzeba   opuścić   nisko   maszynę.   Oni   używają   miotaczy.   A   więc   jeśli   siatek   się   obniży, 

wystarczy jeden strzał, aby przeciąć linę pasa.

— Potrafimy zawisnąć nisko. Meshler był pewny siebie. Dan jednak pomyślał, że jest 

to szalony pomysł. Rozejrzał się po pokoju. Tau zajmował się ciężko rannym mężczyzną. Z 

pewnością  zostanie tutaj. Ci trzej, którzy przybyli  planetolotem  uciekinierów,  nie zdołają 

podjąć takiego wysiłku. A Cartl, jeśli nawet się zdecyduje, może mieć kolejny atak. Wszystko 

wskazywało na to, że misja ratunkowa spadnie na nich dwóch — Mashlera i jego samego.

Strażnik nie spytał, czy są jacyś ochotnicy. Wszystkich, z wyjątkiem Tau, zapędził do 

pracy przy pospiesznym przygotowaniu potrzebnego wyposażenia. Ostatecznie mieli gruby 

pas, podwójnie splecioną stalową linkę i niewielką dźwignię. Wszystko to zajmowało tak 

wiele miejsca we wnętrzu planetolotu. że Dan nie pojmował, jak zmieści się tu więcej niż 

dwóch — co najwyżej trzech uciekinierów na raz. Ponadto, aby w ogóle móc wykorzystać tę 

konstrukcję,   musieli   skorzystać   z   wolniejszego   planetolotu   transportowego.   I   nawet   Cartl 

ostrzegł ich, że w chwili, gdy zawisną, najmniejsze przeciążenie może spowodować runięcie 

planetolotu na ziemię.

Ale   o   świcie   wystartowali.   Meshler   znów   usiadł   za   sterami.   Dan   i   brach,   który 

dołączył do ich kompanii w ostatniej chwili, usadowili się za dźwignią, w ogonie pojazdu.

— To jest złe. — Dan próbował nakłonić bracha do pozostania. — Pakujemy się w 

olbrzymie niebezpieczeństwo.

—   Iść   z   tobą,   dotrzeć   z   tobą,   zawsze,   z   tobą   znaleźć   nasze   własne   miejsce   — 

stanowczo oświadczył  brach, jak gdyby w Danie pokładał całą nadzieję powrotu do swej 

rodziny.   A   Dan,   pamiętając,   jak   często   w   przeszłości   stworzenie   było   im   pomocne,   nie 

potrafił go po prostu wyrzucić.

background image

Meshler   obrał   kurs   zgodnie   ze   wskazówkami   uciekinierów   i   rozwinął   największą 

prędkość, jaką mógł utrzymać ciężki statek. Ludzie z posiadłości Cartla przygotowywali się w 

tym czasie do oblężenia, a sam Cartl powrócił do nadajnika, choć zdawało się, że nie wierzy 

w powodzenie próby, którą zdecydował się podjąć.

Nie padało, ale dzień był pochmurny, a słońce stanowiło tylko bardzo bladą plamkę 

światła,   przesłoniętą   chmurami.   Poza   dwoma   miotaczami   nie   mieli   innej   broni.   Dan   nie 

próbował sobie nawet wyobrażać,  co się stanie, jeśli wróg zdobędzie jeden z palników i 

skieruje go w górę, aby spalić siatek przybywający na pomoc.

Kiedy pojawili się nad polami, gdzie pracował Vanatar ze swoimi ludźmi, poszarpana 

ziemia,   świadcząca   o   nagłym   przerwaniu   pracy,   stanowiła   wystarczający   drogowskaz.   Z 

planetolotu   zestrzelonego   przez   uciekinierów   pozostały   spalone   szczątki,   częściowo 

zasłaniające dwa pełzacze, na które runęła maszyna.

Z wraka wystrzelił w kierunku ich statku snop promienia z miotacza. Czy to przyjaciel 

sądzi, że są wrogami, czy też napastnicy próbują uniemożliwić odsiecz? W każdym razie 

strzał ich nie dosięgnął. Chociaż, gdyby się zniżyli, mogli zostać trafieni…

Meshler   zawrócił   planetolot   daleko   od   parkingu.   Sterowanie   tą   maszyną,   nie 

przeznaczoną   w   ogóle   do   szybkiego   manewrowania,   a   tym   bardziej   w   ograniczonej 

przestrzeni, wymagało od pilota skupienia całej uwagi na sterach. Ale był jeszcze brach, który 

dał im wskazówkę.

— Dużo lęku… bólu… tam… — Wskazał nosem. Dan przetłumaczył, a Meshler obrał 

nowy kurs.

Ujrzeli   skały.   Widziane   góry   przypominały   bardziej   jakąś   sztuczną   budowlę   niż 

naturalnie ukształtowany teren, chociaż nie układały się w żaden wzór, a tylko wznosiły się 

ku niebu masą podziurawionego przez wiatr kamienia.

Meshler podprowadził  planetolot  bliżej. W połowie z grubsza oczyszczonego  pola 

leżał przewrócony pełzacz. Sterczał z niego uchwyt palnika, a wzdłuż pojazdu ciągnął się 

długi pas czarnej i osmalonej gleby. Widocznie maszyna została przewrócona, gdy palnik był 

maksymalnie   rozgrzany   i   dlatego   tak   długo   spalał   ziemię,   dopóki   nie   wyczerpało   się 

urządzenie ogrzewcze.

Ale zanim maszyna uległa zniszczeniu, odbyła walkę z wrogiem. Leżały za nią trzy na 

pół spalone ciała potworów. Jednakże większość koszmarnych stworów wciąż żyła i polowała 

wokół skał. Nie mogły atakować, powstrzymywane przez trzy roboty trzymające straż wokół 

skalnego   obszaru.   Przygotowane   do   obrony,   wymachiwały   swymi   długimi,   połączonymi 

ramionami, zakończonymi narzędziami do skrobania i przecinania.

background image

Dwa   roboty   były   uszkodzone.   Jeden   kręcił   się   w   kółko,   ciągnąc   za   sobą   dwa 

pogruchotane ramiona, które uderzały o ziemię. Połowa skrzynki kontrolnej, która służyła mu 

za   głowę,   była   stopiona.   Drugi   stał   w   miejscu.   Najwidoczniej   nastąpiło   uszkodzenie 

mechanizmu wspomagającego ruchy nóg. Wściekle jednak tłukł ziemię ramionami.

Sądząc z czterech pociętych i pomiażdżonych ciał, te także stoczyły ciężką walkę. Ale 

roboty  były  przydatne  tylko  dopóty,  dopóki  starczało   im  energii.   Właśnie  gdy  planetolot 

zawisł nad kamieniami, dwa z trzymających straż robotów zaczęły poruszać się wolniej, a 

jeden zatrzymał się całkowicie. Uniósł wysoko swe uzbrojone ramiona i znieruchomiał.

Meshler   mocował   się   ze   sterami   planetolotu.   Tak,   jak   ostrzegał   Cartl,   ciężki 

transportowiec nie był lak zwrotny jak statki, do których przywykł strażnik. Dlatego trudno 

mu było dokładnie ocenić, czy znaleźli się na właściwej wysokości. Ukrywający się ludzie 

musieli rozpoznać statek, ponieważ rozpaczliwie wymachiwali rękoma zza osłony kamieni.

Dan kopnięciem otworzył właz i przygotował się do opuszczenia pasa ratunkowego. 

Jednak przekorny planetolot podskakiwał, nie chcąc się zatrzymać. Sprzęt kołysał się tam i z 

powrotem. Dan nie zastanawiał się nawet, czy dźwignia będzie działać. Pozostawało im tylko 

spróbować.

Chroniąc   linę  przed  splątaniem,  obserwował,  jak  pas  powoli  opada.  Kiedy  poczuł 

szarpnięcie, zrozumiał, że ludzie trzymają pas. Teraz…

— Obserwuj i uważaj, czy wszystko przebiega prawidłowo— powiedział do bracha. 

Muszę się teraz zająć…

Stwór podbiegł do włazu i wysunął głowę. Zaparł się nogami o krawędź otworu, aby 

nie wypaść z kołyszącego się statku.

— Przywiązują jakiegoś mężczyznę… jest ranny…

Wysyłają na początek rannego. Dan żałował, że ci na dole nie byli na tyle domyślni, 

aby jako pierwszego przysłać zdrowego pomocnika. Jeśli pas nie wytrzyma…

Uruchomił   dźwignię   połączoną   z   silnikiem.   Lina   zaczęła   się   naprężać,   a   kiedy 

naciągnęła   się   zupełnie,   silnik   stęknął.   Dźwignia   działała   bardzo   wolno,   zbyt   wolno… 

pomimo to Dan nie mógł zrobić nic innego, jak tylko czekać i pilnować, czy silnik nadal 

pracuje, a lina zwija się równomiernie.

Oczekiwanie zdawało się nie mieć końca, a wtem odezwał się brach:

— Jeden jest tu… nie potrafi pomóc sam sobie.

— Chodź tutaj. — Dan podjął szybką decyzję. — Obserwuj… jeśli ta lina poluźni się, 

krzycz!

Przecisnął się obok bracha, który posłusznie podszedł do dźwigni. Pas znajdował się 

background image

dokładnie pod włazem. Nieruchomego i bezwładnego mężczyznę przymocowano do niego 

poskręcanymi łachmanami. Dan, bardzo ostrożnie, wciągał go do środka. Kiedy położył go na 

pokładzie,   poczuł,   że   jest   cały   zlany   potem.   Rozwiązując   linę   krępującą   ciało   rannego, 

próbował robić to delikatnie. Potem raz jeszcze rzucił pas przez otwór włazu.

Nie było czasu na zbadanie pierwszego przybysza. Meshler nawet nie obejrzał się za 

siebie. Tak był zajęty sterami, że wydawał się teraz częścią statku, który próbował zmusić do 

posłuszeństwa.

Jeszcze jedno szarpnięcie liny, a potem pojawił się kolejny ranny mężczyzna. Tym 

razem jednak przytomny i zdolny sam wciągnąć się na pokład.

— Ilu was tam jeszcze zostało? — spytał Dan, szarpiąc zapięcie trzymające osadnika 

w pasie.

— Dziesięciu — odpowiedział osadnik.

Dziesięciu! Nie są w stanie zmieścić tutaj tak wielu ludzi. I na pewno nie za pomocą 

tej dźwigni, która zajmuje tak wiele miejsca. To oznacza jeszcze dwa kursy… ale czy mają 

tyle czasu? Znów zrzucił pas, poprosił osadnika, aby pilnował dźwigni, a sam przysunął się 

do Meshlera.

— Jest ich dwunastu. Nie jesteśmy w stanie zabrać wszystkich.

—   Nie   mamy   zbyt   wiele   czasu.   Możemy   nie   zdążyć   zrobić   drugiego   kursu 

odpowiedział Meshler, nie odwracając się od sterów.

To było oczywiste. Ale było także jasne, że nie mogą liczyć na to, iż zdołają uciec 

przeciążonym planetolotem. Jak dotąd, widzieli tylko potwory wokół robotów i domyślali się 

obecności kogoś, kto strzelał do nich z miotacza. Ale to nie oznaczało, że nieprzyjaciel się 

wycofał.

Nagle planetolot przechylił się, zupełnie jakby szarpnęła go jakaś niewidzialna lina. 

Przestali unosić się ponad skałami — zaczęli się od nich oddalać.

— Wiązka promieniotwórcza! — krzyknął strażnik. Jest słaba, ale tym statkiem nie 

potrafię się z niej wyrwać.

Promieniowanie! Znów ściągali ich, dokładnie tak jak wtedy, gdy siedzieli w tamtym 

planetolocie. Następna katastrofa?

— Co do… — usłyszeli dobiegający z tyłu krzyk drugiego rannego mężczyzny. — 

Mijamy skały!

Dan powrócił do włazu. Pod nimi zwisał pas. Minęli już skały i na całe szczęście 

nikogo w nim nie było. Uwaga!

Kiedy wiązka sprowadziła ich niżej, Dan zobaczył, jak pas osiada i nagle zaczepia o 

background image

wysunięte w górę ramię rozładowanego robota. Trzeba mieć wielkiego pecha, aby być tak 

złapanym. Pomimo zręczności Meshlera planetolot ostro zadarł dziób do góry, a oni runęli 

ogonem ku ziemi.

background image

R

OZDZIAŁ

 16

Pułapka z przynętą

Nagły   przechył   statku   cisnął   Dana   do   tyłu.   Szef   ładowni   trzasnął   w   dźwignię   i 

boleśnie uderzył głową w jej ramię. Być może podszycie ocieplanego kaptura uratowało mu 

życie, ale momentalnie stracił przytomność.

Ocknął się z okropnym  bólem głowy.  Wyciągnął  obolałą  rękę, aby zbadać  kark i 

ramiona. Wtem usłyszał głośny, przerywany dźwięk, który docierał do niego spoza czerwonej 

mgiełki przesłaniającej mu wzrok.

Ktoś   usiłował   go   podnieść.   Przeszył   go   tak   gwałtowny   ból,   że   aż   krzyknął,   aby 

zostawić go w spokoju. Gwałtowne traktowanie ponieważ brutalnie ciągnięto go dalej — 

nasiliło ból, choć nie stracił ponownie przytomności.

Niosący rzucili go raczej, niż położyli.  Nieznacznie unieśli mu głowę, a następnie 

zostawili samego. Powoli, mrużąc oczy, zdołał rozejrzeć się trochę wokół siebie. Ponieważ 

nie mógł podnieść wyżej głowy, nie widział szczątków rozbitego statku. Po kilku minutach 

powolnego  odzyskiwania  pamięci,  domyślił  się, że planetolot  musiał  wbić się ogonem w 

ziemię. W jego polu widzenia pojawił się i zaraz zniknął machający wielkimi ramionami 

robot.

—  Meshler?   — szorstkim  i  charczącym  głosem  wymówił  nazwisko  strażnika,   ale 

twarz mężczyzny, który pochylił się nad nim, była mu całkowicie obca. Nieznajomy spojrzał 

obojętnie na Dana i nie próbował nawet zbadać jego ran.

— Ten jeszcze żyje — zameldował komuś.

—   Tym   lepiej.   Jeśli   będzie   się   trochę   szamotać,   będzie   to   wyglądało   bardziej 

przekonywająco. Co z pozostałymi?

— Jeden nie żyje, jeden nadal oddycha. A pilot?

— Unieszkodliwiliśmy go. Z tymi spętanymi nogami może także wywrzeć wrażenie. 

Wepchnij   go   częściowo   pod   wrak   i   to   będzie   cała   dekoracja.   Teraz   krzyknij   do   tych 

parszywych osadników… głośno i wyraźnie…

Słowa zdawały się rozpływać w uszach Dana. Niektóre były ostre, wyraźne i miały 

sens. Inne docierały tak słabo, że mógł się ich tylko domyślać.

— Wy… tam na górze, wśród skał!

Wrzasnął tak głośno, że głos odbił się echem w czaszce Dana jak przeraźliwy zgiełk.

— Posłuchajcie — krzyknął słabiej…

background image

— Słuchamy —jeszcze słabiej…

— Mamy dla was propozycję.

— Przyślijcie kilku swoich ludzi na rozmowę…

— Przyślijcie swoich tutaj… nieuzbrojonych — padła odpowiedź zza skał.

— Dostaną to, czego chcą wtrącił się następny, zniecierpliwiony głos. — Nie mamy 

teraz dużo czasu. Musimy wykonać plan.

— Podejdziemy bez miotaczy, do tamtej skały…

— Zgoda.

Mężczyzna stojący obok Dana oddalił się. Kiedy mijał robota, maszyna odsunęła się 

od niego, ponieważ zamontowane w jej wnętrzu urządzenie do rozpoznawania istot ludzkich 

nie pozwalało jej na zaatakowanie człowieka. Drugi mężczyzna poszedł za nim. Stali plecami 

do   Dana,   ale   w   zasięgu   jego   wzroku.   Mgiełka,   przesłaniająca   jego   oczy,   stopniowo 

ustępowała. Obserwował teraz sytuację obojętnie, jak gdyby nie miało to żadnego znaczenia, 

ponieważ zajmował go przede wszystkim własny ból.

Z   ukrycia   wyszło   dwóch   mężczyzn   ubranych   we   włochate   wyjściowe   stroje 

osadników. Poruszali się ostrożnie. Nie odchodząc zbytnio od skał, stanęli dość daleko od 

wroga.

— Czego chcecie? spytał jeden z nich.

—   Jedynie   wydostać   się…   z   waszego   świata.   Mamy   statek   kosmiczny,   którym 

możemy polecieć, ale potrzebujemy czasu, aby do niego dotrzeć… i potrzebujemy środka 

transportu… jakiegoś planetolotu.

— A zatem? No cóż, nie mamy planetolotu odpowiedział osadnik. — I nie potrafimy 

zbudować go z kamieni…

— Zawrzyjmy układ — odrzekł ten drugi. Zabierzemy stąd te bestie. Skierujemy je w 

inną   stronę.   Na   północy   jest   nadajnik,   do   którego   podążą,   jeśli   tylko   wyłączymy   nasz. 

Nadamy   przez   mikrofon   prośbę   o   pomoc.   Ktokolwiek   przybędzie,   zobaczy   ten   wrak   i 

wyląduje obok niego. Przejmiemy jego pojazd. Och, nie przy pomocy miotaczy… ogłuszymy 

tylko   załogę.   Potem,   kiedy   .wyniesiemy   się   stąd,   będziecie   wolni.   Wszystko,   czego 

potrzebujemy,   to   planetolot.   Wzięlibyśmy   ten,   gdyby   nie   zderzył   się   z   tym   spalonym 

robotem. Siedźcie cicho i spokojnie tam, gdzie jesteście. Nie próbujcie żadnych sztuczek, 

zanim nie zdobędziemy planetolotu. Potem odlecimy.

Osadnik odwrócił się do swojego towarzysza. Dan zobaczył,  że rozmawiają, ale z 

miejsca, w którym leżał, nie słyszał słów.

— Co z nimi? — Osadnik wskazał na wrak i Dana.

background image

— Zostaną tutaj aż do czasu przybycia planetolotu. Potem możecie ich zabrać. I aby 

was przekonać, że mówimy poważnie, zabierzemy stąd bestie. To znaczy, jeśli się zgodzicie.

— Przemyślimy to… Przedstawiciele osadników zaczęli się wycofywać. Nie obrócili 

się plecami do wroga, ale powoli szli tyłem, dopóki nie zniknęli za dostatecznie dużymi, aby 

ich zasłonić, skałami.

Dwóch nieznajomych  powlokło się z powrotem, nie podejmując  żadnych  środków 

ostrożności przed możliwością strzałów zza kamieni. Dan mimo bólu właściwie pojął sens 

zasłyszanej   rozmowy.   Zrozumiał   warunki  urnowy,   ale   dla   niego   osobiście   nie   miała   ona 

wielkiego znaczenia. Wzbudziła w nim tylko niepokój. Było oczywiste, że osadnicy nie ufają 

tym obcym ludziom. Ale czy się zgodzą? A jeśli się zgodzą…

Przynęta!   Wyjaśnienie   pojawiło   się   w   umyśle   Dana   niczym   sygnał   alarmowy 

wskazujący mu, co to może oznaczać z punktu widzenia szansy jego przeżycia. Fragmenty 

rozmowy, które usłyszał, gdy po raz pierwszy odzyskał przytomność, nabrały sensu. On… 

pozostali, którzy przeżyli katastrofę… mieli zostać tutaj jako przynęta!

Jeszcze   jeden   planetolot   może   wylądować,   aby   udzielić   im   pomocy.   Jeżeli   wróg 

zabierze stąd bestie i nie będzie widać innych oznak jego działalności, to zasadzka może się 

udać.   A   przypuśćmy,   że   ludzie   ukryci   wśród   skał   nie   zrobią   nic,   aby   ostrzec   nowo 

przybyłych… wtedy pułapka natychmiast się zatrzaśnie.

Ale czy nieznajomi, gdy zdobędą już środek transportu, rzeczywiście wycofają się? 

Dan, próbując pokonać ból głowy, spróbował rozważyć sytuację. Jeśli osadnicy zgodzą się na 

ten układ, okażą się głupcami.

Ale z drugiej strony oni nie są dobrze uzbrojeni, a robotom wyczerpuje się energia. Na 

przykład   ten,   który   krążył   tam   i   z   powrotem   za   szczątkami   planetolotu,   właśnie 

znieruchomiał. Zamachał jeszcze kilka razy ramionami, a potem zastygł, celując nimi prosto 

przed siebie, jak gdyby chciał powstrzymać dalsze ataki wroga.

Tak   więc   bez   miotaczy   i   z   bezwładnymi   robotami   mogliby   łatwo   stać   się   łupem 

potworów.   Uchodźcy   mogą   więc   być   tak   zrozpaczeni,   że   zaryzykują   zawarcie   układu, 

wierząc, że dzięki temu mogą ocaleć. Pragnąc ostrzec osadników, Dan poczuł przypływ siły. 

Spróbował  poruszyć  się, a przynajmniej  unieść jedną dłoń. Podnosił ją wolno, aż zwisła 

bezwładnie na nadgarstku, jak gdyby nie należała do niego, lecz do kogoś innego. Zwrócił 

uwagę na swe palce. Były zdrętwiałe i bez czucia, ale poruszały się zgodnie z jego wolą.

Teraz potrzebował jednak dużo więcej sił. Spróbował usiąść. Lecz kiedy uniósł głowę, 

świat zawirował obłędnie wokół niego, a on znów o mało co nie stracił przytomności.

Tak więc leżał spokojnie, wykorzystując tylko tyle sił, ile konieczne, by sprawdzić, 

background image

czy druga dłoń i nogi nic zostały uszkodzone. Nie poczuł, by jakąś kość miał złamaną. A 

zdrętwienie dłoni ustępowało. Być  może  skończyło  się na uderzeniu w głowę i ogólnym 

potłuczeniu.

— Czy sądzisz, że się zgodzą…

Dan zamarł na dźwięk tego głosu, który rozległ się tuż za nim.

— Jaki mają wybór? Kiedy tylko roboty wyczerpią swą energię, bestie natychmiast 

ich zaatakują. Wiedzą o tym. Pozwólmy im jeszcze troszeczkę zwlekać z odpowiedzią, a 

potem postawmy im warunek… teraz albo nigdy.

— Jak sądzisz, długo będziemy musieli czekać na planetolot?

— No cóż, tamta grupa uciekła, a ci przybyli przygotowani do zabrania pozostałych. 

Tak więc, gdzieś już wszczęto alarm. A Dextis otrzymał wiadomość z portu. Zdaje się, że 

wolni kupcy nagadali już dosyć, aby wywarło to wrażenie na Largos i komendancie Patrolu.

— Myślałem, że Spuman dał sobie z tym radę…

— Miał  wszystko  dokładnie  opracowane, aż  do czasu tej  ostatniej  przesyłki.  Ona 

wszystko zniszczyła. Grotler nie popełniłby większego błędu, gdyby rozmyślnie spróbował 

zatkać   komory   odrzutowe.   Dobrze,   że   nie   przeżył   tego   rejsu.   Dextis   rozszarpałby   go   na 

kawałki i nakarmił nimi  jednego ze swoich ulubieńców. To wszystko  mogło zepsuć całe 

przedsięwzięcie.  I tak się stanie, o ile Spuman nie zdoła wykorzystać  możliwości Trosti. 

Jeden człowiek… tylko jeden człowiek… działający tak głupio i tracimy trzy lata pracy! A 

być może na dodatek wyjdą na jaw wszystkie nasze działania.

— Grotler z pewnością był już chory. Czy nie umarł podczas startu?

— Miejmy nadzieję, że przynajmniej ta część historii jest prawdziwa. Bo jeśli ktoś 

pomógł mu się wynieść z tego świata, to sprawy stoją gorzej, niż się wydaje. Nie, w tym 

punkcie Dextis ma rację… należy zapobiec naszym dalszym stratom tutaj, wydostać się stąd i 

pozwolić tym osadnikom wyczerpać siły w starciu z potworami. Dextis włączy urządzenia 

pobudzające, aby doprowadzić potwory do szału i rozesłać je na wszystkie strony. Osadnicy 

będą tak zajęci ucieczką i wyciąganiem swoich przyjaciół ze szczęk ulubieńców Dextisa, iż 

będziemy mieli dość czasu, żeby zatrzeć za sobą ślady. Wiedz, że czasem się zdarza, iż trzeba 

opracować jakiś plan na gorąco.

— Myślisz, że to może zniszczyć cały interes Trosti?

—   Kto   wie,   co   może   znaleźć   Patrol,   kiedy   zacznie   węszyć   wokół?   Być   może 

moglibyśmy zatuszować sprawę Grotlera i wolnego frachtowca, gdyby ten strażnik i ci kupcy 

nie   przylecieli   tutaj   wtrącać   się   w   nie   swoje   sprawy,   nie   wyłączyli   pola   siłowego   i   nie 

wypuścili olbrzymów. Po tym nie pozostawało nam nic innego, tylko pokierować nimi. A 

background image

tego nie mogliśmy zrobić z powodu jakiegoś innego źródła promieniowania znajdującego się 

na północy.

— Skrzynka Grotlera?

— Cóż by innego? Wolny frachtowiec nie przywiózł jej do portu. Słyszeliśmy ostatnio 

od   Spumana,   że   kupcy   sami   przyznali   się,   iż   sprowadzili   ją   do   dziczy   w   jakiejś   łodzi 

ratunkowej.   Umieścili   ją   tam   sądząc,   że   będzie   nieszkodliwa,   dopóki   nie   zbada   jej   jakiś 

technik.   Do  licha,   zrzucić  to  właśnie   tam   i  wtedy!  Próbowaliśmy   im  przeszkodzić   i  co? 

Wpadliśmy w…

— Dextis powiedział, żeby ich zabić. Niech strażnicy myślą, iż zrobiły to bestie.

— Wiem, wiem. I co? Niektórzy  z nich i tak uciekają! Tak więc musimy czekać w 

pobliżu, aby upewnić się, że ci nie będą mówić, kiedy nadejdzie pomoc… Możemy wtedy 

stracić planetolot. Nie wrócisz tu pełzaczem, skoro wiesz, że bestie potrafią otworzyć go jak 

tubkę z żywnością i wyssać cię, jakbyś był porcją jedzenia…

— Więc czekajmy na następny planetolot.

—   Potrafisz   wymyślić   lepsze   rozwiązanie?   Eilik   zaprzestał   zagłuszania.   Wysyła, 

celowo słaby, sygnał SOS. Pomiędzy naszym statkiem a portem leżą cztery lub nawet pięć 

dużych posiadłości. Każda z nich może zareagować na wezwanie pomocy… taki jest zwyczaj 

osadników. Tak więc zdobędziemy planetolot, a potem włączymy na pełną moc urządzenie 

pobudzające potwory.  Zważywszy,  że ich roboty nie działają, pragnienia  Dextisa zostaną 

spełnione… nie pozostanie żywy nikt, kto mógłby mówić.

Choć   w   tym   planie   nadal   brakowało   pewnych   fragmentów,   dla   Dana   wydarzenia 

ostatnich  dni nabierały większego sensu niż kiedykolwiek,  od momentu,  gdy zobaczył  w 

swojej koi martwego mężczyznę. Tak jak się obawiał, ci nieznajomi nie mieli najmniejszego 

zamiaru dotrzymać swej części umowy. W jaki sposób mógłby ostrzec ludzi ukrytych wśród 

skał?

— Wy… tam na zewnątrz! — Tym razem pierwsi zawołali osadnicy.

Dan   spróbował   zapanować   nad  swoim   ciałem.   Gdyby   tylko   mógł   krzyknąć!   Lecz 

kiedy   spróbował   to   zrobić,   wydał   z   siebie   jedynie   niezrozumiały   charkot.   Jeden   z 

przechodzących  nieznajomych  spojrzał na niego, a potem kopnął wyciągnięte  nogi Dana. 

Zanim ten zdążył pomyśleć, że traci przytomność, ból tego uderzenia przeszył jego ciało. 

Kiedy trochę oprzytomniał, zobaczył, że nieznajomi i osadnicy stoją naprzeciwko siebie.

Zgadzamy   się.   Weźmiecie   stąd   te   stworzenia,   a   my   pozwolimy   wam   wziąć 

planetolot… jeżeli przyleci.

— Przyleci — odparł nieznajomy. — Nadajemy na północ wezwanie o pomoc. Jeśli 

background image

nie poślecie żadnego sygnału ostrzegawczego, żeby trzymali  się z daleka, wycofamy stąd 

bestie. Dacie sygnał ostrzegawczy, a my wypuścimy je. One najpierw zajmą się tamtymi… 

Wskazał ręką na wrak, a być może także na innych pozostałych przy życiu, których Dan nie 

widział. Czy brach jest pomiędzy nimi?

Znów prawie o nim zapomniał. Ponieważ nieznajomi nie wspominali o stworzeniu z 

Xecho, całkiem możliwe, że brach został zgnieciony gdzieś w planetolocie. Byłby to smutny 

koniec niezwykłego towarzysza tej niebezpiecznej przygody. Kaptur Dana leżał zmięty pod 

jego   głową.   A   kiedy   spróbował   się   poruszyć,   żeby   zorientować   się,   czy   jest   w   stanie 

dosięgnąć mikrofonu tłumacza, przeszył  go ostry ból, więc zrezygnował z dalszych prób. 

Odniósł   wrażenie,   że   mikrofon   został   zmiażdżony.   To   już   koniec.   Nie   może   przywołać 

bracha, nawet jeśli ten żyje i uniknął groźniejszych ran.

Ale kiedy mężczyźni wrócili ze skał i przystanęli obok niego, Dan myślał o czymś 

innym. Na tyle, na ile potrafił ocenić, obaj pochodzili z Ziemi, a w każdym razie należeli do 

ziemskiej rasy osadników. Nosili ocieplane kurtki przypominające jego własną, na głowach 

mieli kaptury, chociaż odchylili osłony. Potem jeden z nich kucnął, ale nie wyciągnął ręki, 

żeby dotknąć Dana.

— Słyszałeś wszystko. — Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie. W porządku, teraz 

nie   dasz   żadnego   sygnału   ostrzegawczego   i   nie   pomieszasz   nam   szyków.   Jeśli   zrobisz 

cokolwiek, znów wypuścimy tutaj naszych ulubieńców. Jak sądzisz, kogo pierwszego zjedzą 

ze smakiem?

Dan   nie   odpowiedział,   a   mężczyzna   wydawał   się  zadowolony;   wzbudził   strach   w 

zrozpaczonym i bezbronnym jeńcu.

— Musimy mieć cię na oku — dodał. — To wy, przeklęci kupcy, wpędziliście nas w 

te kłopoty. Gdyby nie wy…

—   Daj   spokój.   —   Jego   towarzysz   położył   mu   rękę   na   ramieniu.   Nie   ma   sensu 

obarczać   go   tym   wszystkim.   To   wina   Grotlera,   a   nie   ich.   Grotlera   i   czegoś,   czego   nie 

mogliśmy nawet przewidzieć. A ten i tak jest skończony.

Obaj zniknęli. Dan leżał samotny, gapił się na wrak, nieruchomego robota i kamienie, 

a w jego umyśle błąkały się słowa: i tak skończony. Ale to stwierdzenie podziałało jak nagłe 

uderzenie biczem w plecy.

A więc sądzą, że jest skończony, że wszystko, co mu pozostaje, to leżeć tutaj w roli 

przynęty w ich pułapce, a potem zginąć od ciosu jednego z ich potworów! Gdyby tylko mógł 

zobaczyć, co znajduje się za nim… Co powiedzieli wcześniej… że Meshler jest cały i zdrów, 

a oni tylko związali mu nogi i wepchnęli go pod wrak, aby wyglądał na jeszcze jedną ofiarę…

background image

Tym razem nie było w pobliżu bracha, który by ich uwolnił. A zatem, jeżeli cokolwiek 

można   zrobić,   Dan   skazany   jest   na   samotne   działanie.   Raz   jeszcze,   powoli   i   ostrożnie, 

spróbował poruszyć rękoma i nogami. Tym razem poszło mu lepiej. Wyglądało na to, że 

pomogło j kopnięcie nieznajomego. Również ból głowy stał się j łagodniejszy. Wprawdzie 

nie zniknął, ale nie powodował już uczucia, że świat wirował wokół niego.

Spróbował ocenić czas na podstawie wyglądu nieba. Wciąż było zachmurzone. Nie 

potrafił  stwierdzić,  ile  czasu zostało  do zapadnięcia  zmierzchu.  Ale z pewnością  bandyci 

mogą ustawić jakieś światła, aby przyciągnąć pomoc, której nadejścia się spodziewają. Nie 

zmarnują przecież swojej przynęty z powodu ciemności. Jak silne będą te światła?

Dan   nasłuchiwał   najuważniej,   jak   tylko   potrafił.   Doszło   do   jego   uszu   szczękanie 

dwóch ostatnich robotów broniących skał i… bardzo słabo… szmer odległej rozmowy… nie 

rozróżniał jednak jej słów.

Woda…   Duch   Przestrzeni…   jakże   był   spragniony!   Dan   zawsze   myślał,   że   jest 

wytrzymały…   wolni   kupcy   słyną   ze   swoich   zdolności   radzenia   sobie   w   najgorszych 

warunkach, jakie tylko mogą napotkać na obcej planecie. Zawsze potrafią walczyć do końca o 

przetrwanie, nawet gdy znajdują się w sytuacji bez wyjścia. Na Ziemi nauczano pewnych 

sposobów… metod przetrwania, opierających się nie na posiadanym sprzęcie, ale na siłach 

tkwiących w samym człowieku. Dan nigdy nie potrafił zbyt dobrze ich stosować. Wątpił, czy 

teraz jest w stanie zrobić to lepiej. Lecz kiedy człowiekowi pozostaje tylko jedna droga, chcąc 

nie chcąc, musi nią podążyć.

Zabrał się do dzieła, stosując metody, które ćwiczył podczas kursów. Wtedy jednak 

jego zachowania przyprawiały instruktorów o rozpacz. Umysł panujący nad ciałem… tyle 

tylko, że Dan nie miał żadnych zdolności pozaumysłowych…

Pragnienie…   był   spragniony.   Czuł,   że   mógłby   leżeć   w   basenie   pełnym   wody   i 

wchłaniać   ją   w   siebie   jak   gąbka.   Woda!   Przez   chwilę   pozwolił   sobie   myśleć   o   wodzie, 

wysuszonych ustach i gardle. Potem jednak zastosował właściwą technikę… lub to, co jego 

instruktorzy,   siedzący   wygodnie   w   odległości   połowy   galaktyki   stąd   przed   klasą 

początkujących astronautów, uważali za właściwą technikę.

Woda… pragnął jej, więc postanowił ją zdobyć. Aby to zrobić, musi się ruszyć. W 

tym celu jednak, musi panować nad swoim ciałem. Lecz teraz był ograniczony obawą, że jeśli 

okaże zbyt wiele życia, napastnicy mogą zadbać o to, by znów siedział nieruchomo.

Dan rozłożył ręce, ale dłonie trzymał na ziemi. Uniósł się nieco i odkrył, że nie jest już 

tak bardzo osłabiony i zdoła podnieść się o własnych siłach.

Czy potrafi udawać obłęd? A czy wrogowie ośmielą się potraktować go brutalnie na 

background image

oczach ludzi skrytych pomiędzy skałami? Zawarli przecież umowę, nawet jeśli nie zamierzają 

jej dotrzymać. Przypuśćmy, że spróbuje się poruszyć, a oni go zaatakują. Obserwujący mogą 

wtedy dojść do wniosku, że i oni zostaną nie lepiej potraktowani. Poprzednio kopnięty został 

bez powodu, a dla osadników wyglądał z pewnością na nieprzytomnego. A więc…

Dan   przechylił   się   na   jeden   bok.   Istotne   było,   w   którą   stronę   się   przesunie.   Jeśli 

spróbuje potoczyć się w kierunku kamieni, zatrzymają go. Lecz jeśli potoczy się w stronę 

wraka? Pozostało spróbować.

Zebrał wszystkie siły i obrócił się na jeden bok. Leżał nieruchomo, znów czując ból i 

zawroty głowy. Teraz jednak widział cały wrak. Niedaleko od niego leżał, twarzą do ziemi, 

jakiś człowiek. Był to ów ciężko ranny mężczyzna, którego wzięli na pokład, a który teraz 

najwyraźniej nie żył. Trochę dalej zauważył Meshlera.

Strażnik utkwił wzrok w towarzyszu niedoli i zaczął się daremnie szamotać. Dan nie 

widział   jego   związanych   rąk   i   nóg,   gdyż   ciało   Meshlera,   od   klatki   piersiowej   w   dół, 

przyciskała wyrwana z zawiasów klapa włazu. Nad nim zwieszało się niebezpiecznie jedno z 

ramion dźwigni.

— Ten się rusza! Dan nie widział mówiącego, ale ten człowiek musiał stać tuż za nim.

— Wody… Dan uznał, że czas już przystąpić do odegrania swojej roli. Wody…

Mówił głosem chrapliwym i niewiele głośniejszym od szeptu, lecz tym razem zdołał 

wypowiedzieć słowa wyraźniej.

— Wygląda na to, że chce mu się pić.

— Dobra, daj mu trochę. Nie możemy teraz dopuścić, aby zobaczyli, że zachowujemy 

się nieodpowiednio. Mogliby wpaść na pomysł…

Dan  był   zadowolony:   właściwie  ocenił   sytuację.  Nagle  gwałtownie   złapano  go  za 

ramię i przewrócono na plecy. Zdążył tylko zobaczyć zarys kubka kosmicznego i poczuł, że 

upragniony płyn zalewa mu usta i wypełnia gardło. Oblano go wodą tak, że zadławił się i 

kilka   kropli   spłynęło   po   jego   brodzie   w   fałdy   kaptura.   Potem   brzeg   kubka   znalazł   się 

pomiędzy jego zębami, a on zaczął chciwie wysączać resztki płynu.

— Przeciągnij go gdzieś tutaj — padł rozkaz, kiedy wyrwano mu kubek spomiędzy 

zębów, tak samo brutalnie lekceważąc jego ból jak w chwili, gdy mu go podawano. — Leży 

zbyt blisko skał. Ktoś mógłby wpaść na pomysł, aby podjąć próbę dotarcia do niego, kiedy się 

ściemni.

Czyjeś ręce chwyciły go pod pachy, podniosły trochę, a potem powlokły po ziemi do 

tyłu.   Tylko   dzięki   tej   drobnej   cząstce   energii,   jaką   sobie   pozostawił,   zdołał   znieść   to 

ciągnięcie. Starał się nie tracić przytomności, jak gdyby świadomość była bronią, którą ktoś 

background image

próbował mu wydrzeć.

Kiedy go puszczono, uderzył ciężko o ziemię. Głowę i ramiona miał ułożone znacznie 

wyżej niż poprzednio. A Meshler leżał prawie w zasięgu ręki.

— Doskonale… — usłyszał Dan i otworzył oczy. Teraz nie odgrywał swej roli — on 

nią żył. Jak przez mgłę zobaczył jakiegoś człowieka stojącego przed nim.

Człowieka?   Nie,   to   był   obcy   przybysz   przypominający   tamtego   z   obozu   pod 

występem skalnym. O ile nie ten sam. Mówił międzyplanetarnym językiem. Przynajmniej to 

jedno słowo w nim wypowiedział, choć z dziwnym akcentem.

— Tak, dobra robota, Yuljo. Teraz przedstawia sobą widok, który wzruszy członków 

każdej wyprawy ratunkowej. Niewątpliwie przywlókł się o własnych siłach do tego miejsca, 

aby   spróbować   uwolnić   swego   schwytanego   towarzysza,   a   potem   osłabł.   Bardzo   dobrze 

zainscenizowane… ponieważ istoty żyjące na tych pogranicznych światach są bardzo przejęte 

obowiązkiem pomagania sobie nawzajem, kiedy zdarzy się jakieś nieszczęście. Gdyby nie 

była znana ta ich słabość, nie mielibyśmy co liczyć na powodzenie naszego planu.

Uniósł głowę okrytą ciasno przylegającym hełmem, z tyłu którego sterczała antena… 

nie   był   to   hełm   kosmiczny,   ale   być   może   urządzenie   łączności   pochodzące   z   dalekich 

światów. Patrzył teraz na północ. Dan zastanawiał się, czy spodziewają się nadejścia pomocy 

tak   szybko?   O   ile   się   orientował,   znajdowali   się   w   dużej   odległości   od   jakiejkolwiek 

północnej posiadłości. A z posiadłości Cartla nie przybędzie żadna następna wyprawa.

— Byłoby dobrze ustawić lampy. Nie ma burzy, ale zapowiada się ciemna noc.

Rzeczywiście, ciemności pogłębiły się. Ale z miejsca, gdzie leżał, Dan mógł oglądać 

większy obszar terenu. O drugim mężczyźnie, którego wciągnęli do statku przed katastrofą, 

nic nie wiedział. Meshler leżał nieruchomo, chociaż twarz miał zwróconą w stronę Dana i od 

czasu do czasu zerkał na niego.

Nieznani napastnicy montowali  dwie polowe lampy.  Ustawiali ich klosze tak, aby 

rzucały   jak   najwięcej   światła…   jedno   światło   skierowali   na   wrak   i   leżących   tam   dwóch 

mężczyzn, drugim oznaczyli miejsce lądowania dla statku, którego przybycia oczekiwali. Dan 

zastanawiał się, dlaczego ponownie nie użyją wiązki sterującej. A potem sam udzielił sobie 

odpowiedzi.   Spróbowali   tego   i   skończyło   się   rozbiciem   statku.   Nie   chcą,   żeby   to   się 

powtórzyło.

Starannie   przygotowawszy   teren,   przeprowadzili   końcową   kontrolę.   Dwoje   ludzi 

ukryło się w cieniu wraka. Od góry osłaniały ich szczątki planetolotu. Obaj byli uzbrojeni w 

liny.

Nieznajomy raz jeszcze podszedł i stanął przed Danem oraz strażnikiem.

background image

—   Jakichkolwiek   macie   bogów,   módlcie   się   i   pokładajcie   w   nich   nadzieję   — 

powiedział abyście nie musieli czekać długo. Powstrzymujemy te bestie z daleka, ale nie 

mamy tutaj sprzętu o dużej mocy. A jak długo potrafimy je zatrzymać… kto wie? To jest gra, 

w której najwięcej do stracenia macie wy i tamci głupcy ukryci za skałami. Działa ich ostatni 

robot… a jak długo dwa miotacze i para ogłuszaczy zdoła obronić ich przed grasującymi tam 

stworzeniami… skoro tylko będą wolne?

Wskazał   w   kierunku   na   pół   oczyszczonej   ziemi   i   Dan   zobaczył,   że   te   groźne, 

obrzydliwe stworzenia rzeczywiście czekają. Większości z nich nie potrafiłby nawet opisać. 

Były jednak wystarczająco podobne do potworów, z którymi już się zetknął, aby zdał sobie 

sprawę,   jak   czarno   rysuje   się   przyszłość…   czarniej   niż   bezksiężycowa   noc,   której   nie 

rozjaśniały żadne gwiazdy.

background image

R

OZDZIAŁ

 17

Wyprawa do gniazda żmij

—   Musimy   się   opierać   —   kontynuował   obcy   przybysz   —   na   tej   zasadzie,   którą 

wpajają wam w trakcie wychowania. Gdy zagrożone jest życie kogoś z waszego gatunku, 

każdy z was musi natychmiast popędzić mu na pomoc, pozwalając uczuciom wziąć górę nad 

ostrożnością. Przygotowaliśmy dla tych wrażliwych smutny widok.

Dan uznał tę wypowiedź za przykład czarnego humoru, jak gdyby obcy okrutnie kpił 

ze   sposobu   wychowania.   Ale   czy   brał   pod   uwagę,   że   ta   scena   jest   zbyt   starannie 

przygotowana… że każdy, nieco podejrzliwy osobnik, odpowiadając na wezwanie pomocy, 

będzie wystrzegał się tak dobrze oświetlonej i opracowanej sceny katastrofy? Przyjąwszy, że 

sygnały przeciwzakłóceniowe Cartla przedarły się przez trzaski i… Ale Danowi nie wolno 

było rozmyślać o tej złudnej nadziei. Powinien zastanowić się wyłącznie nad tym, co czekało 

go w najbliższej przyszłości. Jeżeli ci, którzy przybędą z pomocą — o ile w ogóle to zrobią — 

nie okażą się podejrzliwi…

Obcy poszedł sobie.

— Może im się udać — wycharczał Meshler, jak gdyby zupełnie zaschło mu w gardle 

i z wielkim trudem wydobywał słowa. — Z pewnością z góry nie widać nic podejrzanego. A 

jeśli spróbujemy ich ostrzec…

— Tak czy owak, dla nas nie ma żadnej nadziei — odpowiedział Dan. Słyszałem ich 

rozmowę. — Dan nie mógł uwierzyć, że Meshler choćby przez chwilę sądził, iż bandyci 

dotrzymają danego słowa. ,

Świecące lampy ustawiono w taki sposób, aby wydawało się, że przynajmniej jeden 

człowiek   wyszedł   cało   z   katastrofy   planetolotu   i   za   pomocą   światła   usiłował   dostarczyć 

wskazówek   statkowi   przybywającemu   na   ratunek.   Przyćmione   oświetlenie   ustawiono   tak 

zręcznie, że Dan i Meshler byli widoczni jak na dłoni. Najmniejszy wykonany przez nich ruch 

zostanie natychmiast zauważony przez tamtych w zasadzce.

Ale oczekujący tam mężczyźni nie mieli przy sobie miotaczy.  Czy oznacza to, że 

wrogom kończą się ładunki do tej śmiercionośnej broni i oszczędzają te, które im jeszcze 

zostały? A ile jest potworów?

Znieruchomiałe roboty i polujące tu bestie… Dan spróbował odpędzić od siebie ten 

obraz i myśleć tylko o najbliższej przyszłości oraz o tym, co można zrobić dla nich obu tu i 

teraz. Tyle tylko, że nie miał żadnego pomysłu!

background image

Wciąż   odczuwał   pragnienie.   Woda…   nie,   nie   myśleć   o   wodzie,   tak   samo   w   tym 

momencie niedostępnej dla niego jak KrólowaKrólowa, łódź ratunkowa… co stało się z jego 

własnym, wędrującym wśród gwiazd światem? Najwyraźniej skrzynka nadal znajduje się w 

miejscu, w którym ją zakopali. W przeciwnym razie nie przyciągałaby potworów. A więc 

wysyłane przez nią promieniowanie potrafiło pokonać zabezpieczenia zamontowane przez 

Stotza i oddziaływać jak wiązka przyciągająca.

Dan był tak pochłonięty tymi myślami prowadzącymi donikąd, że zrazu nie zauważył, 

iż jakiś zimny metal wśliznął się pod jego leżącą na ziemi rękę. Jednakże uporczywe trącanie 

w końcu zwróciło jego uwagę.

Nie ośmielił się spojrzeć w dół. Obawiał się nie tylko, że może to wywołać zawroty 

głowy,   ale   także   wzbudzić   podejrzenia   tamtych   w   zasadzce.   A   jeżeli   dzięki   jakiemuś 

nieprawdopodobnemu uśmiechowi szczęścia następowało właśnie to, czego się domyślał, nie 

wolno mu było niczego okazać. Ukradkiem poruszył ręką i trochę ją podniósł. Trącający go 

przedmiot  został  natychmiast  wciśnięty pomiędzy dłoń a ziemię.  Najpierw  poczuł lufę, a 

potem kolbę, którą obracano ostrożnie dookoła, tak, żeby mógł zacisnąć na niej palce.

Ogłuszacz! Brach! Widocznie obcy z Xecho ukrywał się za wrakiem, a teraz przyniósł 

mu broń. Nie była wprawdzie tak dobra jak miotacz, ale lepsza od lin, które mieli tamci w 

zasadzce. Dan niestety nie wiedział, ile pozostało w niej ładunku.

Znów trącono go w rękę i wyczuł drugą lufę. Tę jednak brach trzymał mocno i dotknął 

nią   dłoni   Dana   tylko   na   chwilę,   a   potem   cofnął.   Widocznie   stworek   chciał   tylko 

poinformować Dana, iż ma jeszcze swoją broń. Ten pamiętał, jak stworzenie zmierzyło się z 

nim na Królowej… wiedziało, jak posłużyć się ogłuszaczem. Gdyby tylko Dan mógł się z nim 

porozumieć…   powiedzieć,   żeby   działał   w   pobliżu   planetolotu   i   wykorzystał   ogłuszacz 

przeciwko tym dwóm w zasadzce. Ale to było niemożliwe.

Spróbował pomacać w poszukiwaniu łap, które musiały trzymać drugi ogłuszacz, ale 

nie natknął się na nic. Gdyby nie to, że nadal trzymał pierwszy ogłuszacz, mógłby pomyśleć, 

iż wszystko to przyśniło mu się w gorączce.

Szybko   zapadały   ciemności,   a   lampy   dyfuzyjne   jaśniały   w   półmroku.   Najbardziej 

denerwujące były tamte stwory, grasujące poza zasięgiem świateł. Ogłuszacz… jak będzie 

można wykorzystać tę broń, kiedy nadejdzie decydująca chwila? Nie myśleć o tym teraz! Czy 

zdoła dosięgnąć obu mężczyzn w zasadzce? Dan powoli obrócił głowę. Powieki trzymał na 

wpół przymknięte, a jednak nieco widział. Przypuśćmy, że przybywa statek z pomocą… czy 

potrafi załatwić przynajmniej jednego z bandytów, zanim zdążą użyć swoich lin? I czy Dan 

się ośmieli… lub też, czy nie odpowie mu ogień z miotacza wystrzelony z cienia, w którym 

background image

ukryła się reszta wrogów?

Ilu było bandytów? Obcy, który jak się zdawało był dowódcą, przynajmniej sześciu 

innych… bardzo prawdopodobne. Ten plan był szaleńczy i nierealny, ale to było jedyne, co 

Dan mógł uczynić.

Człowiek   nie   może   żyć   tylko   nadzieją.   Niepokój,   towarzyszący   długiemu 

oczekiwaniu, potrafi znacznie ją osłabić. Dan znal z doświadczenia taki stan oczekiwania 

przed działaniem, lecz nigdy przedtem nie był tak bezradny.

Ta   noc   nie   była   spokojna.   Wokół   rozbrzmiewały   złowieszcze   dźwięki   wydawane 

przez   bestie   powstrzymywane   na   razie   przez   swoich   panów.   Te   dźwięki   były   gorsze   od 

wyglądu samych potworów.

Ale w końcu poprzez dobiegające z ich strony ryki, warczenia i syczenia przedostał się 

inny  dźwięk  — równomierne  łomotanie   silnika  planetolotu.   Dan  odchylił   głowę do  tyłu, 

próbując   wypatrzyć   światła   na   dziobie,   ale   widocznie   statek   nadlatywał   z   północy   i   był 

skierowany przodem ku południowi.

—   Nadlatują…   —   powiedział   chrapliwym   głosem   Meshler.   Strażnik   próbował 

wyszarpnąć się spod klapy włazu. — Czy nie możesz czegoś zrobić… ostrzec ich?

— Nie wydaje ci się, że zrobiłbym to, gdybym mógł? — odciął się Dan. Nie było 

jednak najmniejszego sensu poruszać bronią i ujawniać, że ją w ogóle ma, dopóki nie mógł 

zrobić z niej użytku.

Ku zaskoczeniu Dana dźwięk nie nasilał się. I ten doszedł do wniosku, że pilot musi 

być przezorny i zamierza przed wylądowaniem przyjrzeć się dokładnie terenowi. Czy domyśli 

się czegoś i nie wyląduje? Stłumiony warkot silnika osłabł i zanikł. Dan był zrozpaczony i 

pomyślał, że jego domysły okazały się słuszne. Teraz, kiedy przynęta nie chwyciła, wrogowie 

uwolnią potwory.

Ale najwyraźniej przywódca bandytów miał dużo cierpliwości i bardzo ufał w swój 

plan oraz wiedzę o ludzkiej naturze, ponieważ tamci w zasadzce nie poruszyli się. Okazało 

się,   że   miał   rację,   gdyż   raz   jeszcze   w   mroku   nocy  rozległ   się   warkot.   Teraz   dobiegał   z 

południa, gdzie przedtem zniknął planetolot.

Tym razem Dan widział światła na dziobie — zielone jak błyszczące w nocy oczy 

myśliwego. Maszyna zanurkowała bardzo cicho prawie wprost na nich. Potem statek zaczął 

się opuszczać, a warkot motoru stał się głośniejszy. Dan spojrzał na jedynego z bandytów, 

którego widział ze swojego miejsca. Mężczyzna był spięty. Trzymał broń tak wycelowaną, że 

bez problemu mógł dosięgnąć Dana i Meshlera.

Dan nie widział niczego, co znajdowało się poza obrębem świateł. Był jednak pewien, 

background image

że reszta wrogiej grupy nie czeka bezczynnie. Z pewnością przygotowywali się do ataku w 

chwili, gdy tylko planetolot dotknie ziemi. Przypuszczał jednak, że nie zrobią tego, zanim nie 

upewnią   się,   iż   wszyscy   pasażerowie   opuścili   statek.   W   przeciwnym   razie   pilot   mógłby 

wystartować, pozostawiając ich nadal bez środka transportu.

Potem   akcja   potoczyła   się   zgodnie   z   przewidywaniami   Dana.   Zanim   podwozie 

dotknęło gruntu, przedni właz otworzył się i ktoś wyskoczył z planetolotu i zaczął biec. Lecz 

nie skierował się najkrótszą drogą ku rannym leżącym przy wraku, ale pobiegł zakosami, jak 

gdyby   wiedział   o   zasadzce.   Wtedy   Dan   się   poruszył.   Przewrócił   się   na   jeden   bok,   nie 

zauważony przez bandytę, który — być może — był oszołomiony faktem, że z planetolotu 

wyskoczył tylko jeden pasażer, a planetolot poderwał się ku górze i zawisł ponad wrakiem.

Dan   wystrzelił.   I   choć   zupełnie   nie   miał   czasu,   żeby   dobrze   wycelować,   ręka 

mężczyzny opadła. Upuścił broń, a próbując ją odzyskać, pośliznął się i runął do przodu. Dan 

nie   unieszkodliwił   całkiem   wroga,   ale   uczynił   go   —   przynajmniej   na   kilka   godzin   — 

jednorękim.   Biegnący,   potykając   się   na   ostatnim   odcinku   drogi,   zanim   dopadł   Meshlera, 

zdołał   odwrócić   się   i   wypalić   z   ogłuszacza.   Jego   strzał   okazał   się   celniejszy.   Wiązka 

promieniowania uderzyła mężczyznę, nadal szukającego utraconej broni. Dostał w głowę i 

natychmiast padł.

Drugi mężczyzna czatujący w zasadzce wystrzelił z broni nastawionej na zarzucanie 

sieci. A więc nici będą teraz automatycznie szukały najbliższego ludzkiego ciała. Na swoje 

nieszczęście, strzelający, aby trafić w nowo przybyłego, który przykucnął obok Meshlera, 

musiał   wysunąć   się   nieznacznie   na   otwartą   przestrzeń.   A   Dan   i   człowiek   z   planetolotu 

wystrzelili jednocześnie w jego rękę.

Broń wypadła mu z ręki. Nadal jednak produkowała nici, które obecnie wystrzelały w 

górę. Chwilę później sieć znalazła swój cel — stał się nim sam atakujący. Nici zaczęły szybko 

omotywać jego głowę i ramiona.

—   Czy   sytuacja   jest   bardzo   zła?   —   Głos   Ripa   wyrwał   Dana   z   rozmyślań   nad 

przebiegiem tej akcji, która wydawała się być zesłaniem losu.

— Pokrzyżowaliśmy im plany, ale gotowi są wysłać przeciwko nam swoje potwory. A 

pomiędzy kamieniami są osadnicy…

— Sądzę, że będą mieli dosyć innych spraw na głowie odpowiedział Shannon. — A 

jeśli   chodzi   o   ich   potwory…   Jedną   ręką,   trzymając   w   drugiej   przygotowany   do   strzału 

ogłuszacz,   wyciągnął   spod   swojej   kurtki   skrzynkę.   —   Gdzie   są   te   potwory?   —   spytał, 

wciskając klawisz na jej wieczku.

Po raz ostatni widziałem je gdzieś tam… — Dan odchylił się od wraka. Nadal miał 

background image

zawroty głowy, ale próbował wziąć się w garść.

—   W   porządku.   Rip   wstał,   zanim   Dan   zdążył   zaprotestować   przeciwko   takiemu 

ujawnianiu się wrogom.  Zamachnął  się tak, jakby przymierzał  się do wysłania  granatu z 

gazem usypiającym i rzucił skrzynkę w ciemności. Dan poczuł dziwne mrowienie skóry i ból 

oczu — znów poczuł się śmiertelnie chory.

— Granat ogłuszający wyjaśnił zwięźle Rip. — Jest nastawiony na unieszkodliwienie 

mrówkoroda. Miejmy nadzieję, że podziała na całą resztę tych bestii.

Chwilę później Rip runął pomiędzy Dana i strażnika, a ognisty promień wystrzelony z 

miotacza przeleciał wzdłuż wraka w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego 

głowa i ramiona. Palący podmuch płomienia przemknął ponad całą trójką. Dan próbował nie 

myśleć o tym, że w następnej wiązce z pewnością się usmażą. Nie nastąpił jednak drugi 

wystrzał. Zamiast tego słychać było zamieszanie gdzieś w mrokach nocy… krzyki, strzały. 

Jednakże żaden z nich nie był wycelowany w ich kierunku.

— Zaczyna  się. — Rip powiedział Danowi wprost do ucha, kiedy ramię w ramię 

przywarli do ziemi. — Oprócz nas będą mieli wiele innych spraw na głowie…

— Co…? — zaczął Dan, ale Rip nie dał mu dokończyć pytania. Odpowiedział szybko, 

jak gdyby był przekonany, że uspokajające wieści podziałają jak dobry lek wzmacniający:

Widzisz,  nie przybyliśmy  tutaj  bezpośrednio. Spuściliśmy  w pobliżu kilku ludzi  z 

Patrolu, dwóch strażników  i kilku z ochrony portu. Potem ściągnęliśmy na siebie uwagę 

waszych napastników, podczas gdy nasi ludzie zajmowali pozycje na tyłach. To właśnie oni 

ruszają teraz do akcji. Granat ogłuszający zmusi potwory do ucieczki daleko stąd…

— A tamta skrzynka z  Królowej… oni powiedzieli, że to właśnie ona przyciągała 

potwory na północ… wtrącił Dan.

— Też dobrze. Jeśli tam powędrują, będzie je można wyłapać. Ale najpierw, co z 

wami?   Rip   dźwignął   i   odsunął   na   bok   szczątki   wraka,   którymi   przyciśnięto   Meshlera. 

Uwolnił z więzów jego spętane kończyny. Strażnik z jękiem wypełzł na zewnątrz, machając 

zdrętwiałymi i zesztywniałymi rękoma i nogami.

W  pobliżu  lądował   planetolot,  który  do tej   pory unosił  się  nad  nimi.  Tym  razem 

jednak nie wzbił się z powrotem w górę tuż po dotknięciu ziemi. Otworzył  się właz i z 

pojazdu wypadło kilku ludzi.

Kapitan Jellico! — Dan rozpoznał pierwszego z nich. Drugi nosił mundur Patrolu ze 

skrzydlatym, usianym gwiazdami znaczkiem służb medycznych. Nieznajomy niósł w jednej 

ręce zestaw pierwszej pomocy lekarskiej.

—   Co   się   z   tobą   działo,   Thorson?   —   Kapitan   przyklęknął   na   jedno   kolano   i 

background image

nieznacznie uniósł Dana.

— Ostrożnie, szefie! — Dan złapał Jellico za rękaw i spróbował przyciągnąć go bliżej 

ziemi. — Mają miotacze.

— Ale są im bardziej potrzebne gdzie indziej — odparł kapitan. — Zajmiemy się 

tobą…

Pomimo   protestów   Dan   znalazł   się   w   rękach   lekarza.   Ten   dał   mu   zastrzyk 

wzmacniający, a w chwilę później wydał orzeczenie:

— Otrzymałeś potężny cios w głowę, ale czaszkę masz całą. A to wyrzucił pełną garść 

metalowych skrawków — poharatało ci trochę skórę. Teraz, powąchaj!

Rozłamał ampułkę tuż pod nosem Dana. Ostry zapach dotarł do jego nozdrzy i uwolnił 

go od bólu głowy. Lekarz odszedł pomiędzy skały do tych, którzy mogli potrzebować jego 

pomocy,   a   Dan   leżał   i   odpoczywał.   Kiedy   go   badano,   kapitan   zniknął,   ale   Rip   nadal 

pozostawał w pobliżu.

— Skąd wziął się tutaj kapitan?

— To długa historia odpowiedział Shannon. Zbyt długa, żeby ją teraz opowiedzieć. 

Ale Cartl zdołał przesłać wiadomość. A my już byliśmy w drodze na południe. Z drugiego 

nadanego stąd wezwania zrozumieliśmy tyle, iż jest to prawdopodobnie pułapka. Tak więc 

stary osadnik spodziewał się tego.

— Cartl powiedział, że nadeszły wiadomości o uwięzieniu i oskarżeniu naszej załogi.

— Tak to się zaczęło, ale w końcu uzbierało się tyle faktów, że nawet ta tępa policja 

portowa musiała przyznać, iż coś nie jest w porządku. Wtedy zaczęli nas słuchać. Zadali nam 

mnóstwo pytań, a na każde z nich można było udzielić wyczerpujących odpowiedzi. Patrol 

zaaresztował kilka osób z miejscowych władz i poddał ich badaniom psychologicznym. To 

było   bardzo   ważne…   gdyby   ich   podejrzenia   nie   potwierdziły   się,   dowodzący   oficerowie 

mogliby stracić swoje stopnie i stanowiska kosmiczne. — Ta afera obejmuje nie tylko ten 

rejon… ma większy zasięg i wykracza poza Trewsworld. A gdyby nie to, że Patrol już coś 

podejrzewał, być może nie wysłuchaliby nas tak szybko. Wszystkie nici prowadzą do stacji 

Trostiego…

— Thorson… — przerwał Shannonowi kapitan Jcllico, który wszedł w obręb świateł 

— ilu ludzi tutaj widziałeś?

— Sześciu czy siedmiu. Większość była Ziemianami lub pochodziła z rasy osadników. 

Ale przewodził im obcy. Był im bardzo potrzebny planetolot… musieli dostać się z powrotem 

do swojego obozu. Planowali wycofać się stąd…

Ale wydawało się, że kapitan przestał go słuchać. Jellico pociągnął trochę swój kaptur 

background image

i Dan zobaczył, że z boku ma przymocowany mikrofon. Urządzenie bardzo przypominało to, 

którego on sam używał w rozmowach z brachem.

Brach!   Dlaczego   ciągle   zapominał   o   tym,   który   dwukrotnie   uratował   mu   życie… 

trzykrotnie,   jeśli   wliczyć   pokonanie   pola   siłowego?   Wyglądało   to   prawie   tak,   jakby   coś 

ustawicznie zmuszało go do spychania obrazu tej istoty w niepamięć.

W tym momencie zza wraka wybiegło stworzenie z Xecho. Poruszało się na trzech 

łapach, a czwartą podwinęło pod siebie, ściskając w niej ogłuszacz. Z planetolotu wypadł 

inny   brach   i   ruszył   pędem   na   spotkanie   swego   partnera.   Dotknęły   się   nosami,   a   potem 

odwróciły się ku Ziemianom.

Kapitan Jellico podniósł dłoń, odsunął rękawicę i wskazał jeszcze jedno urządzenie 

przypominające mikrofony osobiste używane przez badaczy.

—   Finnerstan,   właśnie   wystartował   jakiś   mały   statek   powietrzny…   wziął   kurs   na 

południe. Brachy utrzymują, że na pokładzie znajduje się jeden z bandytów. Na podstawie 

tego, co one wyczuwają, przypuszczam, że jest to ich przywódca. Z pewnością leci do ich 

punktu dowodzenia. Zatrzymajcie…

Nie nadeszła żadna odpowiedź oprócz potwierdzającego pstryknięcia, które rozległo 

się w mikrofonie przymocowanym  na nadgarstku kapitana. Dan usiadł i zauważył, że ból 

głowy całkowicie go opuścił. Dzięki lekarzowi, pomimo osłabienia, mógł się poruszać. Rip 

wstał i wyciągnął do niego rękę. Dan oparł się na niej i również wstał.

— Bierze kurs na dolinę…

— Dolinę? Jaką dolinę? dopytywał się Jellico.

Dan,   plącząc   się,   opowiedział   o   uwięzieniu   w   polu   siłowym   i   położonej   za   nim 

głównej siedzibie bandytów. Jellico zsunął kaptur do tyłu i skubał dolną wargę. Wyraz jego 

twarzy, która zazwyczaj przypominała kamienną maskę, zapowiadał działanie.

— Mieli planetolot — powiedział Dan ale zestrzelili go osadnicy. Tę pułapkę zastawili 

właśnie po to, żeby zdobyć inny pojazd. Musieli dostać się z powrotem… mają tam statek 

kosmiczny, którym chcą odlecieć.

— Finnerstan — kapitan Jellico nagle ożywił się — oni posiadają statek kosmiczny, 

który jest gotowy do odlotu z planety… w bazie na południu. Czy masz jakiś pojazd, którym 

można wysłać ludzi w tamtym kierunku?

Odpowiedź zagłuszyły trzaski. Jellico zmarszczył brwi i przyłożył głośnik do ucha.

— Ten granat ogłuszający — Rip zaszeptał do Dana — wywołuje zakłócenia. I nie 

sądzę, żeby udało im się skontaktować z portem, dopóki on działa. A jeśli go wyłączą…

— Właśnie! — Dan nie był pewien, czy Jellico odpowiada Shannonowi, czy też temu, 

background image

kogo usłyszał poprzez trzaski.

— Meshler powinien znać położenie doliny — podsunął Dan. Ale rozejrzawszy się 

wokół, nie dostrzegł strażnika.

— Mamy urządzenia wykrywające sygnały. Tyle tylko, że one nie będą działały w 

pobliżu granatu ogłuszającego. Chodźcie!

Jellico ruszył ku planetolotowi. Dan, Rip i dwa brachy biegnące na czele, jak gdyby 

niosły jakieś ostrzeżenie, podążyli za nim. Ale trzymając już rękę na włazie, kapitan odwrócił 

się i spojrzał na Dana. Jesteś chory, Thorson.

Dan zaprzeczył potrząśnięciem głowy. Zaraz jednak pożałował tego, gdyż gwałtowny 

ból głowy przypomniał mu, że nie powinien pozwalać sobie na takie gesty.

— Byłem tam… Stanowiło to wątłe uzasadnienie, gdyż Meshler z pewnością okazałby 

się  lepszym   przewodnikiem.  Dan  pragnął  jednak  zobaczyć,  jak  to  wszystko   się  skończy. 

Kiedy zaś nadbiegło trzech ludzi w mundurach Patrolu i jeden policjant z portu kosmicznego, 

znalazło   się   uzasadnienie   włączenia   go   do   lej   wyprawy.   Albowiem   gdy   zaczęto   szukać 

strażnika, okazało się, że ten poszedł na parking, by zobaczyć, czy nie dałoby się zdobyć 

jakiegoś pojazdu do przewiezienia rannych.

W końcu zebrano członków wyprawy. Dwa brachy wcisnęły się w głąb planetolotu i 

przykucnęły   obok   siebie.   Wydawały   się   całkowicie   zdecydowane   na   pozostanie   w   tym 

miejscu i zaatakowałyby każdego, kto chciałby je wyciągnąć. Pozostałą część załogi stanowili 

trzej ludzie z Patrolu wraz z, dowódcą, Finnerstanem — który wskoczył do planetolotu w 

chwili, gdy zatrzaskiwali właz — — policjant z portu kosmicznego, dwóch strażników oraz 

Jellico, Rip i Dan.

W   kabinie   było   dosyć   ciasno.   Fotel   pilota   zajął   sam   kapitan,   obok   niego   usiadł 

Finnerstan, a reszta wepchnęła się do tyłu. Ponieważ nie był to planetolot towarowy, lecz 

transportowiec osobowy z portu, mieli przynajmniej miejsca do siedzenia i nie musieli cisnąć 

się na podłodze.

Dan   siedział   tuż   za   Jellico.   Kapitan   wzniósł   maszynę   w   powietrze   i   zapytał,   nie 

odwracając głowy:

— W którą stronę?

— Na południowy zachód… to wszystko, co potrafię powiedzieć, szefie.

— Tam nic nie ma. Finnerstan odwrócił się nieznacznie i zmierzył Dana wzrokiem. — 

Kontrolujemy ten rejon od miesięcy…

— Znajdują się w dolinie — odpowiedział Dan — przykrytej skalnym dachem. Z góry 

niczego nie widać…

background image

— Zniekształcenie pola widzenia! — W głosie Finnerstana brzmiało niedowierzanie. 

W tak dużym stopniu… niemożliwe!

— Z tego, co słyszałem i widziałem — kapitan Jellico mówił chłodnym tonem — ci 

ludzie z Trosti udowodnili, że wiele pozornie niemożliwych rzeczy jest jednak możliwe. Już 

teraz wyobrażam sobie, ile uznanych teorii naukowych upadnie z chwilą, gdy wyjdzie na jaw 

wszystko, czego dokonali. Zniekształcenie pola widzenia, co? Zatem w jaki sposób wy ją 

odnaleźliście?

— Podążaliśmy po śladach pełzacza.

To nam coś daje… pod warunkiem, że dotrzemy wystarczająco blisko przy świetle 

dziennym. Ale musimy się pospieszyć. Nie podoba mi się fakt, że tamta maszyna poleciała na 

południe. Pilot przybędzie z ostrzeżeniem i wyniosą się stamtąd. A wtedy… — mówił do 

Finnerstana. — Możliwe, że pokrzyżowałeś im plany, ale wszystko, co ci zostawią, to ślady 

po swojej ucieczce. A przypuszczam, że będzie ich niewiele. Zniszczą wszystko, czego nie 

będą mogli wziąć ze sobą. A na to nie możemy im pozwolić. Najlepiej nadaj zaszyfrowaną 

wiadomość,   natychmiast,   kiedy   znajdziemy   się   poza   zasięgiem   działania   granatu 

ogłuszającego. Sprawdź, czy możesz uzyskać pomoc z portu. Królowa nie jest dostatecznie 

dobrze   uzbrojona,   aby   zatrzymać   jakikolwiek   statek   w   przestrzeni   kosmicznej.   A   wasze 

pojazdy?

— Można spróbować. — W głosie Finnerstana wyczuwało się jednak niepewność.

Dan doskonale rozumiał jego obawy, ponieważ bandyci najwyraźniej mieli w swoim 

wyposażeniu niespotykane, skutecznie działające urządzenia.

Jeżeli   Finnerstan   snuł   jakieś   własne   rozważania,   nie   przeszkadzało   mu   to   w 

uruchamianiu   mikrofonu   planetolotu,   aż   w   końcu   nawiązał   łączność   z   portem.   Nadał 

zaszyfrowaną w postaci szeregu liczb wiadomość. Powtórzył  ją kilkakrotnie,  aż w końcu 

nadszedł   sygnał   potwierdzenia   przyjęcia   informacji.   Odwiesił   mikrofon   na   uchwyt   i 

powiedział:

Nasz kuter wyruszy w przestrzeń kosmiczną i będzie ją patrolował. Być może zdąży 

na czas… Poszerzają zasięg swojego radaru, tak więc zarejestrują wszystko, co wystartuje z 

tej planety.

— Czas… powtórzył Jellico. — No dobra, nie mamy żadnego sposobu, żeby zyskać 

na czasie. Chyba, że potrafimy ich jakoś zatrzymać. Ale nie ma sensu robić planów, dopóki 

nie mamy pewności, że dysponujemy czymś konkretnym, na czym moglibyśmy je oprzeć.

background image

R

OZDZIAŁ

 18

Łupy zwycięzców

— Co tu się naprawdę dzieje! zapytał Dan i wcisnął się obok Ripa.

— A co się  nie dzieje? odparł Rip żartobliwie, ale potem zaczął wyjaśniać: — Nie 

wiemy   jeszcze   wszystkiego,   ale   badacze   w   stacjach   Trostiego,   tutaj   i   prawdopodobnie 

również w innych światach, prowadzą podwójną grę. Oficjalnie robią to, o czym wiemy i za 

co   ich   cenimy.   Ale   poza   tym,   no   cóż…   Patrol   posiada   obecnie   dowody,   że   opanowali 

przynajmniej cztery rządy planetarne w znacznie od siebie oddalonych obszarach galaktyki i 

stworzyli głęboko ukrytą siatkę władzy…

— Kim są oni? — przerwał Dan. Trosti umarł… czy rzeczywiście?

— To jest właśnie jedna z tajemnic, choć istnieją dwa podejrzenia. Jedno głosi, że on 

ciągle żyje sobie w najlepsze i kieruje tym wszystkim przy pomocy przedstawicieli nie tylko 

jednego gatunku. Inna wersja głosi, że Trosti  stanowił zawsze tylko  zasłonę innej, tajnej 

organizacji, która oddziaływała na społeczeństwa planetarne w ten sposób, że skupiała ich 

uwagę na postaci Trostiego, podczas gdy jej członkowie działali w celu opanowania wielu 

światów.

— Tak czy inaczej, badacze stacji Trostiego są dziś swego rodzaju tajnym rządem. 

Lecz Patrol już od jakiegoś czasu coś podejrzewał. Ale dopiero w chwili, gdy zdarzył się len 

wypadek   na  Królowej,   wiele   z   ich   planów   wyszło   na   jaw   i   prawo   mogło   wkroczyć 

swobodnie.

— Wiem, że mają tutaj nielegalną stację badawczą, w której trzymają uzyskane w 

wyniku uwstecznienia rozwoju potwory powiedział Dan. — Ale czy to jest wszystko?

— Nie, to dopiero początek. Potem odkryli coś jeszcze.

— Skałę!

Minerał poprawił go Rip — i to bardzo szczególnego rodzaju. Działa na zachowania 

pozarozumowe…   służy   między   innymi   do   przekazywania   myśli   poza   świadomością. 

Występuje na kilku planetach. Prawdopodobnie jest to jedno z tych przypadkowych odkryć, 

które   często   towarzyszą   zasadniczym   badaniom.   Istnieją   powody   do   przypuszczeń,   że 

większość tych przedsięwzięć została przeprowadzona właśnie na tych terenach. Jednak teraz 

potrzebowali Trewsworld. Tutejsze posiadłości stanowiły zagrożenie dla wszelkiej oficjalnej 

działalności.   Dlatego   kierowano   rozwojem   potworów   i   stopniowo   je   uwalniano,   żeby 

doprowadzić do wycofania się osadników.

background image

— Patrol wiedział o tym i nic nie robił?

— To były tylko podejrzenia. Potem zjawiliśmy się my. Wysłannik Trosti w porcie 

chciał,   żebyśmy   siedzieli   cicho.   Ale   by   to   osiągnąć,   musiałby   nas   zabić.   Kapitan   złożył 

odwołanie na ręce przedstawiciela Rady Kupieckiej. W odpowiedzi przybył  Patrol i mógł 

rozpocząć oficjalne śledztwo. Wprawdzie tutejsza Rada była opanowana przez ludzi z Trosti, 

ale nie miała żadnej władzy naci Patrolem. Usiłowano wywierać na nas naciski, aż w końcu 

kapitan   przedstawił   raport,   a   bomba   wybuchła   na   ich   oczach.   I   zniszczyło   ich   to   jak 

prawdziwa bomba. Prawdopodobnie zrozumieli to. Pomyśleli, że uwalniając potwory zyskają 

trochę czasu potrzebnego do zatarcia śladów swojej działalności tutaj…

— To my zrobiliśmy… a raczej zrobił to brach — wtrącił Dan.

Opowiedział o barierze z pola siłowego i podsłuchanej rozmowie bandytów, z której 

wynikało,   że   potwory   były   przyciągane   na   północ   przez   drugą   skrzynkę.   —   Ale   ci 

poszukiwacze — przypomniał sobie nagle — jeżeli nie byli ludźmi z Trosti, to skąd oni… 

Lub raczej, czy oni wiedzieli, jaką skałę znaleźli?

Przypuszczamy,   że   mieli   jakiś   nowy   rodzaj   wykrywacza,   który   zarejestrował 

niezwykły   rodzaj   promieniowania   wysyłanego   przez   minerał,   co   doprowadziło   ich   do 

przekonania, że znaleźli coś wartościowego. Pobrali próbki, ale być może pochodziły one z 

tego samego miejsca, które wcześniej odkryli ludzie z Trosti. Zabito poszukiwaczy, a skałę 

zabrano. Zrobiono to w pośpiechu i niedbale. Powiedziałbym, że ostatnio działacze Trosti nie 

pracowali zbyt solidnie. Ta skomplikowana operacja związana z załadowaniem skrzynki na 

Królową

— No tak, ale skoro mieli już tutaj minerał i inne takie skrzynki, po co podejmowali 

ryzyko sprowadzenia jeszcze jednej?

To jest jedna z mniej istotnych tajemnic. Może ta… nasza skrzynka… pochodziła z 

jakiegoś innego ich laboratorium i wysłano ją do sprawdzenia, a z pewnością pochodziła z 

bardziej ukrytego miejsca. Dlatego wysłali ją w taki sposób. Mieli pecha, że wśród naszego 

towaru znajdowały się brachy i zarodki lafsmerów, a ich człowiek umarł. Gdyby nie został 

wykryty i przedostał się ze skrzynką do portu, wystarczyłoby, że ściągnąłby maskę i zniknął. 

Ten plan był  ryzykowny,  ale z pewnością mieli jakiś ważny powód do przewiezienia  tej 

skrzynki. Kiedy Patrol zbada całą sprawę, być może dowiemy się, dlaczego… o ile wszystko 

to nie będzie tajemnicą wagi państwowej.

— Trosti… trudno uwierzyć, że Trosti…

— To zdanie będzie powtarzane na wielu różnych planetach. Jeden z ludzi z Patrolu 

wtrącił   się   do   ich   ;   rozmowy.   Cały   kłopot   w   tym,   że   oni   rzeczywiście   dokonali   wielu 

background image

wspaniałych   odkryć   dla   dobra   światów,   na   których   działali.   Dlatego   musimy   uzyskać 

niepodważalne dowody, że oficjalne badania stanowiły tylko zasłonę. W przeciwnym razie 

będziemy zmuszeni działać, mając przeciwko sobie opinię publiczną… A na dodatek oni 

zatrudnią   najbardziej   utalentowanych   prawników   i   będą   w   sianie   wpływać   na   decyzje 

każdego sądu, w którym wytoczymy im sprawę. Mamy nadzieję, że ta akcja, która jak dotąd 

ujawniła   najwięcej   ich   tajemnic,   dostarczy   nam   dowodów…   nagrań,   taśm.   I   że   tego 

wystarczy, żeby rozbić tę szajkę, a także znaleźć ślady jej powiązań z innymi.

— Jeżeli dotrzemy tam na czas zauważył Dan. — Mogą odesłać stąd najważniejsze 

materiały i zniszczyć resztę.

Znów zaczynała go boleć głowa. Miał nadzieję, że lekarstwo będzie działało dłużej. 

Podobnie jak kapitan oraz wszyscy pozostali znajdujący się na pokładzie, rozumiał, iż muszą 

się   śpieszyć.   A   na   dodatek   nie   mieli   pojęcia,   jaką   broń   posiadają   ci   w   dolinie.   Wróg 

posługiwał   się   wiązką   sterującą,   za   pomocą   której   potrafił   przejąć   kontrolę   nad   innymi 

planetolotami i ściągnąć je na Ziemię. Mógł także wykorzystać takie przyciąganie do rozbicia 

statku. Wystarczy, że bandyci użyją promieniowania, a ich prześladowcy zostaną pokonani, 

zanim rozpocznie się jakakolwiek walka.

Istniało   też   wiele   innych   rodzajów   broni,   za   pomocą   których   mogli   ich   zgładzić 

jednym   naciśnięciem   guzika.   Na   nieszczęście   wyobraźnia   podsuwała   Danowi   całą   masę 

straszliwych  obrazów, wraz z różnymi  okrutnymi  szczegółami.  Wyglądało  na to, że jego 

myśli były tak zrozumiałe dla towarzyszy, jak gdyby miał je wypisane na czole.

— Nie mogą użyć wiązki sterującej, jeżeli przygotowują się do startu — zauważył 

Rip. — Im samym uniemożliwiłaby lot…

—   Nawet   jeśli   nie   użyją   wiązki   sterującej,   mogą   posłużyć   się   pięcioma   innymi 

rodzajami broni — odrzekł Dan ponuro. Odchylił do tyłu obolałą głowę, oparł się o ścianę i 

zamknął oczy.

Masz! — Ktoś wcisnął mu  do ręki jakiś przedmiot. Zerknął w dół i zobaczył,  że 

trzyma tubkę z jedzeniem. Pokrywka termiczna była odkręcona i z pojemnika unosiła się 

wąska smużka pary. Dan poczuł, że jest bardzo głodny. Drżącą ręką podniósł tubkę do ust i 

wycisnął pastę. Była na tyle podgrzana, że kiedy spłynęła : mu w usta, poczuł błogie ciepło. 

Pomyślał, że upłynęło już bardzo wiele czasu od tamtego posiłku w posiadłości i Cartla. 

Jeszcze więcej od czasu, kiedy jadał regularnie o stałych porach. f

Ale chociaż ta porcja żywności nie zawierała niczego, co człowiek mógłby gryźć i 

była pozbawiona smaku, rzeczywiście odpędzała głód. A tym razem nie musiał ograniczać się 

co do ilości jedzenia. Miał całą tubkę dla siebie, a reszta załogi także się posilała.

background image

— A brachy? przypomniał sobie o nich od razu, gdy tylko zaczął jeść.

— Dostały swoje. — Rip wskazał głową do tyłu. Pomimo słabego oświetlenia Dan 

zobaczył, że z obu zakończonych rogami pysków sterczą tubki z pożywieniem.

— Co z nimi będzie? zapytał chwilę później, gdy wycisnął już ostatnią kroplę z tubki i 

zwinął ją w rulonik.

Małe są w laboratorium, poddawane badaniom rządowym odpowiedział Rip. — Ale 

braszyca uparła się, że poleci razem z nami. Jeżeli brachy są inteligentną formą życia, zanosi 

się na to,  że Xecho będzie  mieć  kłopot. I wszystko  wskazuje na to,  iż tak  właśnie jest. 

Prawdopodobnie będą zobowiązani  do przywrócenia  im odpowiednich warunków życia… 

zmieni to wiele spraw i będzie niemałym problemem dla wszystkich zainteresowanych.

— Czy one mają w ogóle jakieś zdolności pozarozumowe? — zastanawiał się Dan.

— Nie wiemy właściwie, do czego te stworzenia są zdolne… przynajmniej na razie. 

Laboratorium przerwało wszystkie inne badania i zajęło się nimi. Urządzenie wywołujące 

uwstecznienie   rozwoju   zbudowano   wykorzystując   minerał,   który   wzbudza   zdolności 

pozaumysłowe. Jest więc możliwe, że w zetknięciu z nim każde stworzenie, które posiada 

takie zdolności choćby w niewielkim stopniu, bardziej je rozwinie. To jest kolejny problem…

— Ha… — odezwał się oficer z Patrolu. Wyciągnął rękę, a na jej nadgarstku był 

przymocowany wykrywacz promieniowania podobny do tego, który nosił Tau. Tyle, że ten 

był znacznie mniejszy. — Promieniowanie właściwego typu, dwa stopnie na zachód…

— W porządku! — Jellico lekko zmienił kurs. — Jak daleko?

— Mniej niż dwie jednostki. Przenika przez powierzchnię.

Dan   zobaczył,   że   kapitan   nieznacznie   potrząsnął   głową.   Chwilę   później   Jellico 

oznajmił:

— Brachy mówią, że pod nami poruszają się jakieś dwa naziemne środki transportu.

— Czy to możliwe, że nadal ściągają ludzi? — zapytał Finnerstan.

Ściągają   ludzi,   w   myślach   powtórzył   Dan.   A   jednak   załoga   stłoczona   w   tym 

planetolocie   wyrusza   właśnie   przeciwko   czemuś,   co   może   okazać   się   wyposażoną   w 

znakomity system ostrzegawczy i dobrze bronioną bazą. Jednakże przyjrzawszy się twarzom 

ludzi zgromadzonych wokół niego, nie zauważył cienia niepokoju. Wszyscy wyglądali jak 

podczas normalnego lotu. Choć nie był już głodny, nadal czuł pulsujący ból głowy i ogromne 

zmęczenie.   Kiedy   spał   spokojnie   po   raz   ostatni?   Próbował   przypomnieć   sobie   minione 

wydarzenia. Ostatnie kilka dni wydawały się teraz długie niczym miesiące. Jellico znany był z 

tego, że jeśli tylko istniało inne wyjście, nie decydował się na niepotrzebne ryzyko. Gdyby 

jakikolwiek wolny kupiec postępował odmiennie, nic utrzymałby długo statku. A kapitan 

background image

najwyraźniej był zdecydowany na ten atak.

—   Obecnie   mamy   tylko   jedną   jednostkę   przed   nami   powiedział   Finnerstan,   nie 

podnosząc wzroku znad urządzenia wykrywającego.

Radar pokazuje, że niczego nie ma w powietrzu — odpowiedział Jellico. — Odczyty z 

powierzchni ziemi są niewyraźne i mamy mnóstwo zakłóceń.

Dan odwrócił głowę i próbował wyciągnąć się, żeby wyjrzeć przez okno kabiny. Ale 

nawet   gdyby   otaczała   ich   jasność,   a   nie   ciemności   wczesnego   poranka,   fizyczną 

niemożliwością było dostrzeżenie powierzchni Ziemi z miejsca, na którym siedział.

— Nie ma żadnej wiązki sterującej. — Nie wiadomo, czy Jellico powiedział to do 

nich, czy też głośno myślał.

Zaczynam wychwytywać coś nowego… być może to zniekształcenie pola widzenia. 

Finnerstan zerknął do tyłu, na Dana.

— Dobra, Thorson, co jest tam na dole? — zapytał Jellico, a Dan podjął decyzję. 

Nadszedł czas, kiedy musiał udowodnić, że nie przypadkiem znajduje się na pokładzie.

— Na południu musi być lądowisko statku kosmicznego. — Zamknął oczy, szkicując 

w pamięci obraz tego, co widział podczas ich krótkiego pobytu w dolinie. — Około siedmiu 

długości polowych na północ grupa trzech baraków w kształcie beczułek… za nimi dwie 

długie budowle, na wpół wkopane w grunt, ze ścianami z ziemi i dachami pokrytymi gliną… 

obok tamtych baraków jest parking dla pojazdów. To wszystko.

—   Być   może,   będą   oczekiwali   na   powrót   swoich   ludzi   w   zdobytym   planetolocie 

powiedział Jellico. A oni wylądowaliby bez wahania. Tak więc spróbujemy zrobić to właśnie 

w ten sposób.

I być może, jeżeli się nie uda i rozpoznają w nas wrogów, ogień z miotacza trafi nas w 

sam środek, uznał Dan. Marzył, by mieć jakiś pancerz ochronny, w którym mógłby skryć się 

na przeciąg kilku następnych minut. Ale oficer z Patrolu nie wyraził żadnych sprzeciwów 

wobec szalonego planu Jellico.

— Spójrzcie tam! Finnerstan przylgnął do okna kabiny po swojej stronie i gapił się w 

dół. Ale zgromadzeni z tyłu nie mieli żadnej szansy zobaczenia, co przyciągnęło jego uwagę.

— W dół. Jellico pilnował sterów. — To musi być to zniekształcenie pola widzenia. 

Obniżam lot…

Dan   dostrzegł   ruch   wokół   siebie.   Człowiek   z   Patrolu,   znajdujący   się   obok   włazu 

wyjściowego, trzymał w pogotowiu ręce na zamku. A planetolot powoli zaczął opadać.

Zza okien dochodziło dziwne światło. Nagle zrobiło się tak jasno, jak gdyby ktoś 

włączył jego źródło na maksymalną moc. Być może przeszli właśnie przez zniekształcenie 

background image

pola widzenia, które do tego momentu tłumiło światło lamp. Teraz opadali wprost na obóz, 

który oświetlono jasno, aby ułatwić pracę.

— Teraz! — To Finnerstan, a nie kapitan, wydał ten rozkaz, tuż przed wstrząsem, 

który oznajmił im, że dotknęli ziemi.

Mężczyzna z Patrolu szarpnięciem otworzył  właz i błyskawicznie wyskoczył. Jego 

sąsiad  ruszył  w  ślad za  nim.  Policjant  z portu kosmicznego  i strażnicy podążyli  z nieco 

mniejszą zwinnością.

Sam Finnerstan zniknął już w przednim włazie. I nagle, zanim Rip i Dan ruszyli na 

zewnątrz, brachy czmychnęły z zaskakującą prędkością, zważywszy ich krępą budowę ciała.

Rip skoczył. Dan wyczołgał się jako ostatni. Ruszał się powoli, ale w ręku trzymał 

ogłuszacz. Jellico zniknął i prawdopodobnie znajdował się po drugiej stronie planetolotu.

Dan uderzył o ziemię i poczuł ciśnienie w obolałej głowie. Rozejrzał się dookoła. Było 

jasno, ale dzięki jakiemuś szczęśliwemu przypadkowi wylądowali w pewnej odległości od 

źródła światła. Statek kosmiczny stał nadal, z dziobem wycelowanym wprost w niebo. Oba 

jego   włazy   ładunkowe   były   szeroko   otwarte,   a   dźwigi   pracowały   przy   załadunku.   Wiele 

robotów—tragarzy pędziło od strony dwóch budynków o dachach pokrytych ziemią. Wszyscy 

dźwigali   skrzynki   i   pojemniki,   ale   były   one   małe.   Zabierają   tylko   lżejsze,   łatwiejsze   do 

zapakowania rzeczy — osądził Dan wprawnym okiem kogoś, kto przywykł do radzenia sobie 

z załadunkiem. Resztę prawdopodobnie zniszczą.

Nie opodal stał pełzacz z dwiema przykrytymi klatkami na platformie. Nie było jednak 

przy nim nikogo. Pomost statku kosmicznego wiodący do pomieszczeń dla załogi i pasażerów 

nie był jeszcze umocowany i…

Dana zatkało. Pomost znajdował się pod strażą. Dwóch ludzi w mundurach stało na 

jego szczycie, w otwartym włazie. Obaj byli uzbrojeni w miotacze i pilnie wpatrywali się w 

dół. Kiedy Dan dokładniej  przyjrzał się scenie, zauważył  także, że podobna straż pilnuje 

dwóch włazów ładowni. Obaj wartownicy przyglądali się ładunkom, które roboty układały w 

stos, przygotowując do zabrania na pokład.

Jak   się   wydawało,   nikt   dotychczas   nie   zauważył   lądowania   planetolotu   i   jego 

pasażerów. Bliżej statku stała grupka ludzi. Ich ręce bezwładnie zwisały wzdłuż boków ciała, 

a oni gapili się na strzeżony pomost oraz ładownie.

—   Nie   mają   miejsca.   —   Dan   usłyszał   cichą   uwagę   Finnerstana.   —   Dowództwo 

zamierza zostawić swoich podwładnych. Zastanawiam się, czy zgodzą się…

— Są nie uzbrojeni, szefie — stwierdził jeden z jego ludzi.

Przez szczęk robotów—tragarzy i ogólny szum towarzyszący załadunkowi przebił się 

background image

jakiś dźwięk. Nie dochodził od strony grupki ludzi z goryczą obserwujących przygotowania 

do ucieczki, ale skądś dalej. Wkrótce dwa kolejne pełzacze wjechały na jasno oświetlony 

teren wokół statku.

W pierwszym znajdowało się tylko trzech ludzi. Każdy z nich przyciskał do siebie 

paczkę   czy   skrzynkę,   jak   gdyby   osłaniając   ją   przed   wstrząsami   i   szarpnięciami, 

towarzyszącymi   jeździe   po   bardzo   nierównym   terenie.   Na   drugim   stała   wielka,   osłonięta 

skrzynia.

Kiedy pełzacze mijały oczekujących ludzi, rozległy się okrzyki i grupa nieznacznie 

przesunęła się w przód, jak gdyby zamierzała rzucić się na pojazdy. Wtedy ogień z miotacza 

rozciął   ziemię   w   poprzek,   przypominając   im,   że   mają   pozostać   tam,   gdzie   są.   Ludzie, 

potykając się, uskoczyli, odsuwając się od tej bariery ognia.

Pełzacze   nie   zatrzymały   się,   a   ich   pasażerowie   nie   rzucili   nawet   okiem   na   tych, 

których zaatakowano. Pojazdy jechały dalej i zatrzymały się dopiero przy pomoście i włazie 

towarowym. Chodzące przedtem w szeregu roboty już się nie poruszały. Większość z nich 

została wyłączona i stała teraz w ciasnej grupie, która przypominała gromadę bezradnych 

ludzi. Tylko dwa roboty nadal pozostawały włączone i przystąpiły do przenoszenia skrzyni z 

drugiego transportowca. Pracowały bardzo ostrożnie, co świadczyło o tym, że ten bagaż ma 

wielką wartość. W momencie, kiedy zaczęły przymocowywać do skrzynki liny, potrzebne do 

wciągnięcia jej do ładowni, ludzie z drugiego transportowca ruszyli w górę pomostu. Nieśli 

swoje bagaże z taką samą ogromną ostrożnością.

— Są już prawie golowi cło startu powiedział Jellico. Najwyższy czas się ruszyć.

Ale jeszcze ktoś inny wpadł na ten sam pomysł. Podczas gdy oni pozostawali w cieniu 

planetolotu i obserwowali scenę, próbując wybrać najlepszy sposób działania, zaatakowały 

brachy. Zobaczyli, że samiec, trzymając ogłuszacz w przednich łapach, przysiadł na zadzie. 

Znajdował się u stóp pomostu. Wiązką promieni z ogłuszacza omiótł szerokim łukiem tam i z 

powrotem, próbując trafić obu strażników.

Byli tak całkowicie pochłonięci przygotowaniami do startu, że kiedy zauważyli obcą 

istotę, było już za późno. Ostatni z mężczyzn wnoszących paczki zachwiał się, upadł do tyłu i 

ześliznął się bezwładnie w dół pomostu, tak, że brach musiał usunąć się z drogi. Nie była to 

jedyna ofiara wystrzału. Jeden ze strażników na górze wypuścił z nagle zmartwiałych rąk 

miotacz. Drugi, przestraszony, natychmiast wycelował. Nie mierzył jednak w bracha, ale w 

tamtych, którzy mieli zostać, a o których wiedział, że są wrogami. Strzelał prosto w nich i ci, 

którzy nie zostali zabici, rozbiegli się z wrzaskiem.

W tym momencie zaczęli strzelać pozostali dwaj strażnicy, stojący w ciągle otwartym 

background image

włazie towarowym. Wkrótce jednak upadli, trafieni promieniowaniem z ogłuszacza bracha. 

Równocześnie  drugi strażnik — nadal strzelając — upadł i potoczył  się w dół pomostu. 

Wypuścił z rąk miotacz, który — wciąż wysyłając na prawo i lewo śmiercionośną wiązkę 

promieniowania — upadł obok niego, a następnie potoczył się na ziemię.

— Teraz!

Ludzie z Patrolu ruszyli do akcji. Popędzili w kierunku statku, a za nimi podążyli 

tamci z portu. Żeby odlecieć, muszą  wciągnąć pomost do środka i zamknąć  właz. Nagle 

wybiegł z ukrycia któryś z brachów. Zmierzał w kierunku miotacza, nadal zionącego ogniem. 

Ale nie zdążył go dopaść. Z włazu wystrzelił snop ognia. Brach nie został trafiony, gdyż 

ponownie przypadł do ziemi.

Jednakże ludzie z Patrolu już otoczyli statek kosmiczny. Mierzyli w otwarte włazy i 

strzelali do każdego, kto próbował je zamknąć.

Dan, potykając się, ruszył za kapitanem i Shannonem. Miał trudności z chodzeniem i 

tamci zostawili go z tyłu. Ale żaden z wolnych kupców nie skierował się w stronę bitwy przy 

włazach. Pobiegli do trzeciego transportowca tego, na którym stały dwie skrzynie. Rip dopadł 

do   niego   pierwszy,   wgramolił   się   na   siedzenie   kierowcy   i   włączył   silnik.   W   tym   czasie 

kapitan wskoczył  z drugiej strony i na wpół stojąc, na wpół kucając, przygotował się do 

obrony ich zdobyczy. I rzeczywiście musiał jej bronić, ponieważ kilku ludzi z tych, których 

nie zabrano na siatek, a którzy przeżyli strzał z miotacza, próbowało przepędzić Ziemian.

Jellico uporał się z dwoma. Dan strzelił do ostatniego, raniąc ogłuszaczem. Rip ruszył 

z maksymalną prędkością i spróbował zawrócić pojazd. W tym momencie Dan zrozumiał, co 

tamten   zamierza   zrobić.   Ciężar   transportowca,   gdyby   udało   się   wepchnąć   go   na   koniec 

pomostu, przytrzymałby statek na ziemi, uniemożliwiając start.

Przy pomoście nadal trwała strzelanina. Jellico czujnie obserwował właz, by w razie 

ataku   ochronić   kierującego   transportowcem   Ripa.   Asystent   astronawigatora   zdążył   już 

ustawić dziób pojazdu dokładnie wymierzony na cel.

Dan zobaczył, że ramię Ripa unosi się i opada. Trzymał ogłuszacz za lufę i uderzał 

kolbą jak młotkiem. Rozbijał stery, bez których nie będzie można zmienić kursu tej ciężkiej 

maszyny.

Rip wyskoczył na jedną stronę, Jellico na drugą i pełzacz sam potoczył się dalej ze 

szczękiem. Krzykom ludzi towarzyszył głośny zgrzyt i odgłosy miażdżenia. Równocześnie 

rozległ   się   strzał   z   miotacza.   Dziób   transportowca   uniósł   się   ponad   skrajem   pomostu   i 

maszyna zawisła. Nic mogąc jechać dalej, zakopywała się coraz głębiej w ziemię. Ale i tak 

zatrzymała   statek,   nawet   jeśli   aresztowanie   jego   pasażerów   nastąpi   trochę   później.   Jeżeli 

background image

nadejdzie pomoc z portu, być może zdołają użyć bomb gazowych.

Uporawszy   się   ze   statkiem,   spędzono   razem   pozostałych   przy   życiu   ludzi,   którzy 

rozbiegli się w trakcie strzelaniny z miotaczy. Dan powlókł się za Jellico i Finnerstanem, 

którzy  ruszyli   przyjrzeć  się   bazie.   Większość  z   tego,  co  się   tam   znajdowało,   została   już 

zniszczona. Jedną z wmurowanych w ziemię budowli zburzono za pomocą bomby. Wszystkie 

pozostałe budynki wyglądały, jakby opuszczano je w pośpiechu. Dobrze wyposażona stacja 

nadawcza   pozostała   nie   uszkodzona.   Jeden   z   policjantów   portowych   wyszukał   właściwy 

kanał i nadał wezwanie o pomoc.

—   Kłopot   w   tym   —   skomentował   Finnerstan   —   że   jeżeli   oni   rzeczywiście   będą 

chcieli zachować tajemnice za wszelką cenę, wówczas zniszczą to, co mają na statku.

Spojrzał na statek kosmiczny takim wzrokiem, jak gdyby miał ochotę rozbić go, tak 

jak roztrzaskuje się skorupę jajka, żeby dostać się do żółtka.

— Do czasu, zanim uzyskamy pomoc, usuną wszystko, na czym nam zależy.

— Spróbujemy się z nimi dogadać? — zapytał Jellico. — To da im tylko więcej czasu 

na pozbycie się wszystkich podejrzanych materiałów. Gdyby to była drobna operacja, zwykły 

napad bandytów, moglibyśmy dobić targu. Ale ta sprawa jest zbyt poważna. Na pokładzie z 

pewnością   mają   informacje,   które   zaprowadzą   nas   do   innych   świadków.   Możliwe,   że 

niektórych z nich w ogóle jeszcze nie podejrzewamy. Zdobycie tego, co przewożą, jest dla 

nas ważniejsze od aresztowania ich.

— A co — zapytał Dan — z tamtymi?

Poprzez drzwi pokoju z nadajnikiem wskazał na zgromadzonych ludzi. — Nie mają 

żadnego   interesu,   aby   stać   po   stronie   tych   ze   statku.   Może   potrafią   udzielić   ci   jakichś 

wskazówek na temat tego, co znajduje się na pokładzie i czy tamci mogą łatwo to zniszczyć.

Widocznie   Finnerstan   już   wcześniej   pomyślał   o   tym,   ponieważ   ruszył   się,   żeby 

przystąpić do przesłuchania. Większość ludzi była niechętna do współpracy, ale któryś z kolei 

zapytany   udzielił   im   wskazówek,   jakich   potrzebowali.   Wzięci   do   niewoli   byli   głównie 

strażnikami i pracownikami stanowisk niższych od technika trzeciego stopnia. Dowództwo 

spisało ich na straty. Piąty mężczyzna, którego przyprowadzono, różnił się od pozostałych. 

Zataczający się i prawie nieprzytomny jeniec o mało nie zginął na pomoście, zmiażdżony 

przez pełzacz. Był to ten, który wsiadał na statek ostatni i ześliznął się z pomostu po strzale 

bracha.

Był  jednym z dowodzących. Kiedy strażnicy prowadzili go obok reszty więźniów, 

dwóch z nich, przeklinając, rzuciło się ku niemu. Gdy stanął przed Finnerstanem, drżał ze 

strachu i był w głębokim szoku.

background image

Atak ogłuszaczem, otarcie się o śmierć pod pełzaczem i nienawiść podwładnych — 

wszystko to załamało go. Oficer z Patrolu dowiedział się wszystkiego, czego chciał. Pod 

przewodnictwem Finnerstana wyciągnęli z wraka znajdującego się w bazie rurę, przez którą 

wrzucili w otwarte włazy bomby gazowe. Gdy te wybuchły, wypełniły pomieszczenia statku 

gazem   usypiającym.   Ubrana   w   maski   straż   z   planetolotu   wkroczyła   na   pokład,   związała 

więźniów, a następnie przystąpiła do zabezpieczenia wszystkich materiałów, które o mało co 

nie zostały stąd wywiezione.

Trzy   dni   później,   w   porcie   Trewsworld,   po   raz   pierwszy   od   chwili   odlotu   łodzi 

ratunkowej,   załoga  Królowej  zebrała   się   w   komplecie.   Rząd   osadników   upadł.   Władzę 

sprawowało   Tymczasowe   Dowództwo   Patrolu,   a   do   zbadania   laboratoriów   Trosti   i 

materiałów zabranych ze statku sprowadzono specjalistów z odległych światów.

Dan siedział,  ściskając  kubek z kawą. Długo utrzymujący się ból  głowy wreszcie 

minął i szef ładowni czuł się dziwnie lekko. Przespał około dwudziestu godzin planetarnych i 

w tej chwili mógł skupić uwagę na tym, co mówił kapitan Jellico:

— …tak więc, gdy tylko skończą przeszukiwać, ma być sprzedany jako przedmiot 

odebrany działającej niezgodnie z prawem szajce. Na tej planecie nie ma jednak nikogo, kto 

chciałby mieć statek kosmiczny lub wiedział, co z nim zrobić, gdyby mu go podarowano. 

Prawdopodobnie   jesteśmy   jedynymi   zainteresowanymi   jego  kupnem,   ponieważ   Patrol   nie 

zamierza   zadawać   sobie   trudu   przewożenia   go   na   inny   świat   tylko   po   to,   żeby   go   tam 

sprzedać. Mam słowo Finnerstana, że jeśli na czas złożymy ofertę, jest nasz!

— Mamy statek… dobry statek! — stanowczo zaprotestował Stotz. Widać było, że nie 

da się łatwo przekonać.

— Mamy dobry statek, ale nie jesteśmy w stanie go utrzymać — odrzekł Jellico. — 

Opłaty pocztowe są niewielkie. A jeżeli mamy okazję zebrać trochę pieniędzy na czas, kiedy 

umowa się skończy…

Nabycie   kolejnego,   drugiego   po  Królowej  Slońca,   statku   było   poważnym 

posunięciem. Bardzo niewielu wolnych kupców zdobyłoby się na taki krok.

—   Nie   musimy   długo   go   trzymać   kontynuował   kapitan.   —   Nie   mówię   nawet   o 

wyruszaniu na nim w odległe rejony przestrzeni kosmicznej, a tylko o lataniu w tym systemie. 

Trewsworld jest planetą rolniczą. Ale gdyby potrafili wyprodukować więcej roślin… szybko 

rosnących roślin… a także wyhodować dużą liczbę lafsmerów, byliby wkrótce gotowi do 

podjęcia regularnego handlu międzygwiezdnego. Teraz popatrzcie tutaj. Wyświetlił na ścianie 

obraz z aparatu projekcyjnego. — To jest układ Trewsworld. Mapy pokazują, że podczas gdy 

tutaj jest troszeczkę tego minerału… nazywają go pozarozumowcem… dużo więcej znajduje 

background image

się go na Riginni, następnej planecie układu. Można na niej wybudować kopalnie, ale nie da 

się stworzyć ziemskich warunków życia. A górnicy muszą jeść. Muszą też przesyłać minerał 

lulaj celem przeładunku galaktycznego. Macie tu wspaniałe warunki handlu… pewne i ciągle 

rozwijające się, kiedy zacznie przybywać kopalń. A biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy swój 

udział  w  uporządkowaniu tego  bałaganu,  którego  narobiło  Trosti, mamy  sporą szansę na 

uzyskanie pierwszeństwa w organizacji. Same zyski.

— A załoga? — zapytał Steen Wilcox.

Jellico przesunął czubkiem palca wzdłuż blizny na twarzy.

— Podróż pocztowa jest łatwa…

Łatwa? — pomyślał Dan, ale nie powiedział tego głośno.

— Na jakiś czas rozdzielimy nasze siły. Pierwszy raz weźmiesz go ty, Sleen. Kamil 

będzie twoim inżynierem, a Weeks zajmie się napędem. Jako kucharza zatrudnimy kogoś 

spośród miejscowych. A ty, Thorson, dopóki Van Ryck nie wróci na  Królową, zostaniesz 

szefem   transportu.   Następnym   razem   na   odwrót,   Shannon   może   objąć   stanowisko 

astronawigatora… będziemy się zmieniać. Będzie trochę brakowało rąk do pracy, ale podróż 

wewnątrz układu nie jest trudna, a używając robotów, nawet bardzo nieliczna załoga powinna 

sobie poradzić. Zgoda?

Dan   przenosił   wzrok   z   jednej   twarzy   na   drugą.   Dostrzegał   korzyści,   o   których 

wspominał Jellico. Domyślił  się też, że kapitan nie wspomniał o trudnościach. Ale kiedy 

nadeszła jego kolej, tak jak pozostali, wyraził, zgodę.

Kupią   statek   kosmiczny,   wyruszą   w   podróż   z   Trewsworld   na   sąsiednią   planetę, 

podzielą swoje siły na dwa., statki i będzie liczyć  na sukces. Wciąż jednak gotowi będą 

zmierzyć się z najgorszymi trudnościami, tak jak niejednokrotnie robili to już wolni kupcy. I 

jakie to nieszczęście przytrafi im się następnym razem? Dan doszedł do, wniosku, że nie ma 

żadnego pożytku z fantazjowania i malowania ponurych obrazów. Załoga Królowej wiele już 

przeżyła. Jej nowy, bliźniaczy statek też będzie uczestniczył w jej przygodach.


Document Outline