background image
background image
background image

Niektóre wątki powieści zostały zaczerpnięte z przed-

wojennych procesów sądowych. Żadna z postaci w niej  

występujących nie jest autentyczna, a ewentualne zbież-
ności i podobieństwa mogą być przypadkowe

W latach trzydziestych...

Ula   Horozińska   —   panna   na   wydaniu,   bywalczyni 

salonów   warszawskich   końca   lat   trzydziestych   —   wśliz -
gnęła   się   niepostrzeżenie   do   pokoju   Ady   Kornickiej,   aby 

przed   lustrem   w   złocistych   ramach,   zajmującym   niemal 
pół ściany, poprawić toaletę. Najpierw kilkoma zręcznymi 

ruchami   uporządkowała   kunsztowną   fryzurę,   dzieło 
mistrza   Jerzego   z   firmy   „As”,   lekko   zwichrzoną   podczas 

tańca, przypudrowała nos i policzki, a potem przygładziła 
fałdy   taftowej,   balowej   sukni   w   tonacji  changeant,  mie-

niącej   się  srebrem  i  czerwienią.  Widok  własnej,  efektow-
nej   sylwetki   sprawił   jej   najwyraźniej   przyjemność.   Na 

twarzy   o   dość   regularnych   rysach,   zeszpeconej   nieco 
przylepionym   do   warg   złośliwym   grymasem,   pojawił   się 

wyraz   triumfu.   Właśnie   dzisiaj   uzyskała   pewność,   że   jej 
sprawy   osobiste   ułożą  się   pomyślnie,   zgodnie   z   najskryt-

szymi   pragnieniami,   nie   pozbawionymi   dużej   dozy   wyra-
chowania.   Panna   Horozińska   bowiem   była   osobą   wielce 

praktyczną i dbałą o dobra doczesne. Niezbyt posażna, za 
to   sprytna   i   pełna   tupetu,   postanowiła   iść   przez   życie 

przebojem.

Z przyległego salonu dobiegały dźwięki najmodniejszych 

melodii   z   gramofonu   wyposażonego   w   automatyczny 
zmieniacz   płyt,   który   wraz   z   siedmiolampowym   radiem 

firmy   „Telefunken"   Ada   Kornicka   otrzymała   w   prezencie 
imieninowym od swojego ojca. Z muzyką mieszały się odgłosy 

background image

wesołych rozmów licznie zgromadzonej, „złotej” warszawskiej 
młodzieży,   raz   po   raz   wybuchały   salwy   podnieconego, 

nerwowego   śmiechu   dziewcząt,  strzelały  korki   od  szampana. 
Tańczące pary pojawiały się i znikały, a wraz z nimi ich odbicia 

w tafli lustra.

—  Czy   dobrze   się   bawisz?   —   zapytała   Ulę   druga 

uczestniczka imieninowego przyjęcia, Iza Będziłło, któ ra 
również   weszła   do   pokoju   Ady,   aby   odświeżyć   swój 

wygląd, nieco nadwyrężony  balowym  szaleństwem.  Bar -
dzo   wysoka,   pochylona   w   ramionach,   o   bujnych   czar -

nych   włosach,   suchej   nieładnej   twarzy   z   wydatnym   no -
sem,   obnosiła   na   sobie   rodową   biżuterię   w   postaci 

brylantowej   kolii   otaczającej   jej   szyję   i   kolczyków 
świecących   ostrym   blaskiem   przy   każdym   ruchu.   Mimo 

mankamentów   urody   towarzyszył   jej   zawsze   orszak 
wielbicieli,   gdyż   posag   jej   sięgał   ponoć   sum   mogących 

oszołomić   i   skłonić   do   żeniaczki   najbardziej 
zaprzysięgłych   kawalerów.   Ona   jednak,   niepomna   na 

szybko upływające lata, wyspecjalizowała się w dawaniu 
kosza natrętnym  epuzerom. Ekscentryczna,  niepohamo-

wana   w   wybrykach   i   ryzykownych   nieraz   posunięciach, 
słynęła   z   ostrości   i   ciętości   języka   oraz   ze   złośliwych 

osądów swoich bliźnich.

—  Tak,   bawię   się   znakomicie   —   odpowiedziała 

Horozińska,   i   dodała   wydymając   pogardliwie   wargi.   — 
Czy   nie   uważasz,   że   papa   Kornicki   przeszedł   dzisiaj 

samego siebie: srebrna zastawa, kucharz wynajęty z „Eu -
ropejskiej”, fotograf ... Brak tylko orkiestry cygań skiej i 

tańca brzucha w wykonaniu odalisek. Najwyraź niej chce 
jak najszybciej złapać męża dla swojej jedynaczki.

— Jeśli chodzi o mecenasa Gradkiewicza — to nie musi 

się   tak   wysadzać.   Ten   filar   naszej   palestry   gotów   jest 

choćby   jutro   dać   na   zapowiedzi,   gdyby   tylko   Ada 
łaskawie spojrzała na jego łysinę i brzuszek — roześmiała się 

ironiczne Będziłłówna.

—  Mam   wrażenie,   że   Kornicki   celuje   o   wiele   wyżej, 

marzy o zięciu arystokracie.

background image

—  Chyba   nie   pragnie,   żeby   hrabia   Todzio   ożenił   się   z 

Adą. Wprawdzie ma on dziewięć pałek w koronie, ale bez 

wątpienia   wyląduje   wkrótce   w   domu   zdrowia.   Zupeł ne 
rozmiękczenie   mózgu   odziedziczone   po   szacownych 

przodkach.

—  „Wszak   paraliż   postępowy   najzacniejsze   chwyta 

głowy!”

Obie   panny   roześmiały   się   perliście,   z   satysfakcją 

stwierdzając, jakiego to typu schorzenie trapi towarzysza ich 
zabaw.   Horozińska   raz   jeszcze   przejrzała   się   w   lustrze, 

poprawiając   koniuszkiem   wymanikiurowanego   palca   loczek 
nad   gładkim   czołem.   —   Wydaje   mi   się,   że   Ada   już   sama 

dokonała   wyboru.   To   się   rzuca   w   oczy,   że   jest   śmiertelnie 
zakochana w Wiktorze Neniewskim.

—  Piękny   Wiko   ma   niebywałe   powodzenie   u   pań   i   nic 

dziwnego   —   świetnie   tańczy,   nie   mniej   dobrze   gra   w 

tenisa i w brydża, wspaniale jeździ konno. Szkoda tylko, 
że   tak   nękają   go   wierzyciele   —   wycedziła   Będziłłówna, 

pudrując czubek nosa.

— Niemożliwe! Przecież on ma duży majątek ziemski i 

wspaniałą stadninę koni. Uchodzi za bardzo zamożnego.

— Pozory. Wiko zarzucał sidła i u nas, a wiesz jak mój 

ojciec   zwykł   postępować   w   takich   razach.   Od   razu 
zasięga   informacji   o   sytuacji   materialnej   delikwenta.   I 

otóż okazało się, że Wiktor tonie w długach i jest niepo -
spolitym   birbantem.   Rozumiesz:   nocne   życie, 

baletniczki, hazard, a to kosztuje. Jedynie bogaty ożenek 
może go uratować.

—  Jeżeli   Ada   uprze   się   go   poślubić,   to   papa   Kornic ki 

będzie   musiał   wybulić   grubszą   forsę   —   parsknęła   krót -

kim śmiechem Horozińska.

—  Qui   vivra  —  verra  —   oświadczyła   sentencjonalnie 

Będziłłówna.   —   Ada   to   istota   sentymentalna,   co   może 
przysporzyć   jej   w   życiu   wielu   kłopotów.   Za   to   ty,   moja 

droga,   zdaje   się   wybrałaś   właściwszą   drogę.   Twój   prze -
mysłowiec jest już całkowicie „ugotowany”. Myślę, że za -

nosi się w naszym kręgu na wesele stulecia. Czy nie mam 

background image

racji?

Na twarz Uli wypłynął znienacka gwałtowny rumieniec, jakby 

słowa   Izabelli   zdemaskowały   najstaranniej   ukrywaną   przed 
światem tajemnicę jej serca, ale zaraz opanowała się i odparła 

zaczepnie:

— A gdyby tak było, to co takiego?

— Nic, świetnie. Będzie wspaniała zabawa. Co w końcu 

znaczy   tych   dwadzieścia   pięć   lat   różnicy   wieku?   A 

kamieniczki na Mokotowie takie śliczniutkie. Ile ich jest 
— pięć czy sześć?

—  Siedem   —   odparowała   czerwona   ze   złości   Ula.   —   A 

po ślubie jedziemy na miesiąc do Włoch.

—  Już   słyszę   odgłos   waszych   namiętnych   pocałunków 

na   Moście   Westchnień   w   Wenecji.   Ale   nie   gniewaj   się, 

kochanie,   szczerze   ci   winszuję.   Nie   mogłaś   podjąć 
mądrzejszej   decyzji.   Mój   Boże,   gdybym   mogła   się   tak 

zakochać.

—  Dobrze,   że   tego   nie   słyszy   ten   piękny   podchorąży 

sanitarki. To chyba twoja ostatnia ofiara, czyż nie tak?

— Ach, Misio! Wiesz, że on mi się podoba. Ma w sobie 

tyle   chłopięcego   wdzięku,   że   budzi   we   mnie   instyn kty 
macierzyńskie. Widać, że starzeję się już na dobre, bo ta 

jego   dziecinna   buzia   i   niewinne   zachowanie   dodają 
pikanterii naszym wzajemnym stosunkom.

W   tej   chwili   w   salonie   rozległy   się   dźwięki   lambeth- 

-walka: „Weź pod rękę damę swą, idź na spacer razem z 

nią, tak jak na ślub, i sześć uderzeń zrób” — śpiewał re- 
frenista.   Skoczny   rytm   melodii   podziałał   elektryzująco 

na obie panny. Jak  najlepsze przyjaciółki, objąwszy się, 
wpłynęły   do   salonu   i   natychmiast   dołączyły   do 

roztańczonego tłumu.

Salon Kornickich, umeblowany w stylu Ludwika XV, tonął w 

powodzi świateł, bijących z kryształowego żyrandola i licznych 
stojących   lamp.   Jedną   ścianę   zajmowały   kosze   kwiatów, 

przeważnie różowych i czerwonych azalii, ofiarowanych przez 
gości solenizantce w dniu jej imienin. Młodzi ludzie we frakach 

lub   paradnych   mundurach   wojskowych,   panny   w   długich, 

background image

połyskujących   sukniach,   podrygiwali   w   takt   najnowszego 
przeboju,   śmiejąc   się   i   klaszcząc   w   dłonie.   Na   kanapkach 

siedziały  mamy   panien,   wymieniając   między   sobą   mniej   lub 
więcej   złośliwe   uwagi   o   toaletach   i   zachowaniu   młodzieży. 

Każda   z   nich   jednak   miała   przyklejony   do   ust   sztuczny, 
przesłodzony uśmiech. Prezentowały też kolekcje rzucającej się 

w   oczy   biżuterii.   Zawodowy   fotograf,   błyskając   magnezją, 
wykonywał   zdjęcia   rozbawionych   par   w   co   ciekawszych 

ujęciach. Nieco dojrzalszy od innych młodzieniec, z kotylionem 
w   klapie   marynarki   świadczącym   o   jego   odpowiedzialnej 

funkcji   wodzireja,   oplątywał   tańczących   siecią   kolorowych 
serpentyn,   celując   w   nich   z   niedościgłym   mistrzostwem. 

Wkrótce przyłączyło się do niego jeszcze kilku innych, młodych 
ludzi.   Jednocześnie,   niepostrzeżenie,   rozdano   karnawałowe 

czapeczki,   które   powędrowały   na   głowy   uczestników   balu, 
dając   nowy   powód   do   coraz   częstszych   i   gwałtowniejszych 

wybuchów   śmiechu.   Niektórzy   „balowicze”,   korzystając   z 
przerwy w pląsach, podążali chyłkiem do podręcznego barku, 

suto zaopatrzonego w smukłe i pękate butelki win i koniaków, 
aby   spełnić   toast   za   zdrowie   solenizantki.   Przez   rozsuwane 

drzwi,   prowadzące   do   gabinetu   gospodarza,   zaglądali   starsi 
panowie   w   strojach   wieczorowych,   z   cygarami   w   ustach   — 

luminarze   wielkiego   lub   mniejszego   warszawskiego   biznesu, 
którzy wstawali na chwilę od zielonych stolików do brydża, aby 

rozprostować   kości   i   przy   okazji   poobserwować   swoich 
rozbawionych potomków. Między nimi znajdował się również 

Leon Kornicki, syn pana domu, wprawdzie młodszy od nich, bo 
zaledwie   trzydziestoparoletni,   ale   nie   zaliczający   się   już   do 

grona młodzieży, jako że od kilku lat był żonaty i całkowicie 
niezależny finansowo. Od pewnego czasu krążyły pogłoski, że 

małżeństwo z czarnowłosą Żanetą chwieje się w posadach, a 
sprawa rozwodowa, której jednym z powodów miał być ponoć 

flirt żony z przystojnym kapitanem piechoty, wisi na włosku. 
Na   razie   pozory   wobec   świata   zostały   zachowane,   młodzi 

Korniccy  zjawili  się razem na imieninach  siostry, choć Leon 
natychmiast   przyłączył   się   do   grona   brydżystów,   a   Żanetę 

porwał   tłum   młodzieży.   Na   ogół   liczni   znajomi   dziwili   się 

background image

nierozsądnemu postępowaniu Kornickiej, gdyż Leon doskonale 
zarabiał,   prowadził   firmę   budowlaną,   skupował   akcje   spółek 

handlowych   i   miał   znakomite   perspektywy   na   przyszłość. 
Natomiast   jej   amant   nie   grzeszył   zamożnością   i   żył   ze 

skromnych, oficerskich poborów.

Młody Kornicki stanął w drzwiach salonu, z papierosem w 

dłoni i ogarnął spojrzeniem gęstwę zebranych gości. Żony nie 
potrzebował   długo   szukać.   Jej   czerwona   suknia   z   cekinów, 

opinająca   smukłą   sylwetkę   i   odsłaniająca   białe   ramiona,   od 
razu rzucała się w oczy. Otoczona przez grupę złożoną z trzech 

mężczyzn i dwóch dziewcząt, młoda kobieta odrzuciła właśnie 
w   tył   głowę,   wybuchając   głośnym,   drażniącym   śmiechem. 

Zawsze   w   towarzystwie   lubiła   zwracać   na   siebie   uwagę   i 
zachowywać się w tak prowokujący sposób. Spojrzenie Leona 

prześlizgnęło się po jej postaci obojętnie. Poszukał wzrokiem 
siostry   i   kiedy   ją   ujrzał,   czoło   jego   przecięła   głęboka 

zmarszczka.

Ada   Kornicka   tańczyła   wtulona   w   ramiona   Wiktora 

Neniewskiego   z   oczyma   zatopionymi   w   jego   twarzy.   Miała 
dwadzieścia dwa lata i po raz pierwszy w życiu się zakochała. 

Uczucie   to   zawładnęło   nią   tak   całkowicie   i   bez   reszty,   że 
wszystkie inne sprawy i wydarzenia rozgrywające się wokół niej 

stały się nagle błahe i bez znaczenia. Ada nie była pięknością, 
ale   wielu   mężczyzn   starało   się   już   o   jej   rękę   nie   tylko   ze 

względu   na   niemały   zresztą   posag,   lecz   również 
niezaprzeczalne   walory   urody.   Wysoka,   wysportowana,   o 

proporcjonalnych kształtach, poruszała się z wdziękiem, choć 
co złośliwsze przyjaciółki twierdziły, że natura wyposażyła ją w 

zbyt duże dłonie i stopy. W bladej twarzy, o cerze zlewającej 
się,   być  może,  zanadto   z   popielatoblond   włosami,   błyszczały 

niebieskie,   bardzo   przezroczyste   oczy,   które   niejednokrotnie 
stawały się zadziwiająco zimne i stanowcze, szczególnie wtedy, 

kiedy dziewczyna w rozgrywkach z własnym ojcem, usiłowała 
postawić na swoim. Nie zdarzało się to co prawda często, gdyż 

wcześnie   owdowiały   Kornicki   ześrodkował   prawie   wszystkie 
swoje zainteresowania i uczucia w jedynaczce, ustępując jej na 

każdym   kroku.   Jednakże   w   sporadycznych   sytuacjach 

background image

konfliktowych   Ada   okazywała   nieoczekiwaną   siłę   i   energię. 
Niewątpliwie brak matki, jej opieki i doradztwa, sprawiał, że 

Ada nie ubierała się zbyt gustownie, przynajmniej w opinii jej 
otoczenia.   Lubiła   kolor   beż   we   wszystkich   odcieniach,   w 

którym   było   jej   nie   do   twarzy.   Teraz   też   na   swoim 
imieninowym   przyjęciu   wystąpiła   w   beżowej,   szyfonowej, 

długiej sukni, ozdobionej złotymi dżetami.

Właśnie głos Aleksandra Żabczyńskiego utrwalony na płycie 

sugestywnie zapewniał: „Już nie zapomnisz mnie. piosenka ci 
na da zapomnieć, i tęsknić wciąż będziesz ogromnie, co dzień, 

co   noc,”   a   Wiktor   wtórował   mu   swoim   głębokim,   miękkim 
głosem,   szepcząc   do   ucha   Ady   te   same   słowa.   Jednocześnie 

wzmocnił znacząco uścisk ręki tańczącej z nim dziewczyny.

Ada   zadrżała   od   stóp   do   głowy,   nie   mogąc   się   opanować. 

Pokochała Wiktora niemal od pierwszego wejrzenia. Wydawał 
się   jej   piękny,   pociągający,   nieporównanie   ciekawszy   od 

wszystkich   innych   młodych   ludzi.   Wysoki,   smukły, 
czarnowłosy, w nienagannie skrojonym fraku, z tajemniczym 

półuśmieszkiem na ustach — stanowił

ucieleśnienie wszystkich najskrytszych pragnień i marzeń jej 

dziewczęcego serca.

—  Ado,   czy   wybierze   się   pani   ze   mną   jutro   na   fajf   do 

„Adrii”?   —   zapytał   wibrującym   od   tłumionych   pragnień 
głosem   (przynajmniej   tak   to   brzmiało   w   uszach 

dziewczyny).

— O, tak — odpowiedziała pośpiesznie, jakby bojąc się, 

żeby nie cofnął swojej propozycji, a w duchu pomyślała: 
„Gdybyś   tylko   zechciał   poszłabym   z   tobą   na   koniec 

świata.”

Zabiegi  uwodzicielskie Wiktora nie uszły uwagi Leo na 

Kornickiego.   Przez   dłuższą   chwilę   przyglądał   się   z   wy -
raźnym   niezadowoleniem   młodej   parze.   Ręka,   w   której 

trzymał   papierosa,   drżała   mu   lekko.   Wreszcie 
zawezwany   przez   swoich   partnerów   od   brydża,   wycofał 

się   z   ociąganiem   do   gabinetu.   Jeszcze   dwóch   innych 
mężczyzn  znajdujących  się w salonie przeżywało  ciężkie 

chwile na widok zakochanej Ady: stateczny, cieszący się 

background image

dużym   autorytetem   w   świecie   prawniczym   mecenas 
Wacław Gradkiewicz i młody człowiek, trzymający się na 

uboczu   —   brat   Żanety   Kornickiej.   Gradkiewicz   uważał 
zachowanie   Ady   za   wymierzony   sobie   policzek,   godzący 

w   jego   dumę   i   ambicję.   Od   pewnego   czasu   miał   niemal 
pewność,   że   stary   Kornicki   odda   mu   swoją   córkę   za 

żonę. Świadczyły o tym niektóre jego posunięcia, prawie 
wiążące   obietnice.   Adwokat   nie   liczył   na   posag   panny, 

zarabiał   wystarczająco   dużo,   jego   kancelaria   rozwijała 
się z niebywałym rozmachem, zyskując coraz liczniejszą 

i   bogatszą   klientelę.   Pragnienie   poślubienia   dziewczyny 
takiej   jak   Ada   tkwiło   zakodowane   w   jego 

podświadomości.   Pochodził   z   ubogiej,   robotniczej 
rodziny   i   dzisiejszą   swoją   pozycję   osiągnął   o   własnych 

siłach.   Brakowało   mu   tylko   żony   z   ekskluzywnego 
środowiska.   Wybór   jego   padł   na   Adę   Kornicką,   która 

odpowiadała   mu   pod   każdym   względem,   a   ponadto 
pociągała   fizycznie.   Nie   był  jeszcze   stary,   miał  nie wiele 

ponad   czterdzieści   lat,   i   chciał   jak   najprędzej   zało żyć 
rodzinę,   aby   ugruntować   swoje   stanowisko   poważa nego 

obywatela, goszczonego w salonach elity towarzyskiej. Dzisiaj 
zrozumiał, że wszystkie jego kunsztownie budowane piany na 

przyszłość runęły jak domek z kart i ze złości niemal zgrzytał 
zębami.

Drugi,   cichy   wielbiciel   Ady,   nie   mający   właściwie   ża -

dnych szans, aby stanąć w szranki do boju o rękę Ady z 

innymi konkurentami — brat Żanety, Roman — skrył się 
w   kącie   salonu,   nie   biorąc   udziału   w   zabawie.   Bez 

przerwy wodził oczyma za tańczącą Adą z twarzą znieru -
chomiałą   od   napięcia   i   bólu.   Całe   towarzystwo 

szykowało   się  do   walca   figurowego,   prowadzonego 
zgodnie   z   tradycją  przez   wodzireja.   Gradkiewicz, 

korzystając   z   przerwy   pomiędzy   tańcami   i   nieobecności 
Neniewskiego   u   boku   Kornickiej,   skłonił   się   przed   nią 

głęboko.

— Panno Ado, czy mogę prosić panią do walca?

— Niestety ten taniec zamówił już pan Neniewski.

background image

— Jak widzę, nie sposób się dzisiaj do pani doci snąć — 

syknął, czerwieniejąc z gniewu.

— Czyżby panu na tym zależało? — zapytała ironicznie 

Ada, i dodała rozmyślnie niegrzecznie. — Bo mnie wcale.

—  Oby   pani   nie   pożałowała   tych   słów   —   wycedził 

Gradkiewicz, raz jeszcze złożył jej ukłon i zmieszał się z 

tłumem gości.

Wkrótce   zabrzmiały   tony   walca  „François".  Barwny 

korowód par ruszył w tan.

— Zmiana dam! — krzyczał wodzirej z twarzą spo coną 

od wysiłku. — Kołeczko! Panie wybierają!

Ledwo przebrzmiały ostatnie akordy walca, otwarły się 

drzwi   do   jadalni   i   oczom   gości   ukazał   się   rozstawiony, 
ogromny  stół,   zasłany   śnieżnym   obrusem,  uginający  się 

od srebra, porcelany i różnorakich potraw. Przy każdym 
nakryciu leżała gałązka mimozy.

Hrabia   Todzio,   chodzący   już   zygzakiem,   w   błazeńskiej 

czapeczce   na   głowie,   wykrzywił   w   uśmiechu   swoją   wymiętą 

twarz przedwcześnie postarzałego oseska i wskazując palcem 
na otwarte drzwi do jadalni, zapiszczał falsetem.

—  Widzicie   ludzie!   Dają   jeść,   jak   Boga   kocham,   dają 

jeść. Chodźmy!

*

Ula   Horozińska   i   Iza   Będziłło   siedziały   przy   stoliku   w 

„Ziemiańskiej”   przy   ulicy   Mazowieckiej,   racząc   się   cze-

koladowymi   rurkami   nadziewanymi   kremem   pistacjowym,   i 
wymieniały między sobą najświeższe nowiny i sensacje z życia 

towarzyskiego   stolicy.   Mimo   przedpołudniowej   pory   prawie 
wszystkie  miejsca były zajęte przez adwokatów, inżynierów i 

innych   przedstawicieli   wolnych   zawodów,   którzy   wpadali,   w 
przerwach   między   zajęciami,   na   przysłowiowe   „pół   czarnej”. 

Horozińska raz po raz podnosiła lewą rękę do góry, rzekomo w 
celu   poprawienia   futrzanego   toczka   sterczącego   na   czubku 

głowy, a w rzeczywistości po to, aby zwrócić uwagę przyjaciółki 
na pierścionek z dwukaratowym brylantem, błyszczący na jej 

serdecznym   palcu.   W   końcu   Będziłłówna,   która   ostatnio 

background image

zmieniała równie często futra jak rękawiczki, spytała niedbale.

— Zaręczynowy?

—  Tak,   to   jeden   z   ostatnich   prezentów   Antosia   — 

odpowiedziała z pozorną obojętnością Ula. — Dostał zu -

pełnego szału na tle kupowania dla mnie biżuterii.

—  A   więc   mariaż   zafiksowany?   Raz   jeszcze   gratuluję. 

Ale popatrz tylko — łza wyjęła z mufki lorgnon, jako że 
miała dość krótki wzrok, i spojrzała uważnie przez szkła. 

— Czy ta panna w popielicach to nie Ada Kornicka?

—  Ada?   —   zainteresowała   się   żywo   Horozińska   i 

odwróciła   głowę.   —   Tak,   to   ona.   Ale   dlaczego   sama? 
Czyżby piękny Wiko pozwolił jej na siebie czekać?

— Czy ten romans naprawdę skończy się małżeństwem? 

Ktoś mi mówił, że Wiktor bywa teraz u baronówny Holzenberg.

—  Wydaje   się   jednak,   że   zwycięży   Kornicka.   Ostatnio 

widuje się ich wszędzie razem. Na balu u wioślarzy Wiko 

pił z pantofelka Ady szampana.

—  Winszuję   upodobań.   Ten   pantofelek   przypomina 

rozmiarami raczej nasz transatlantyk MS „Piłsudski”.

Obie   panny   roześmiały   się   serdecznie   z   konceptu   Bę-

dziłłówny.   Kiedy   nastręczała   się   okazja   do   przypięcia   łatki 
któremuś   ze   wspólnych   znajomych   wykazywały   niezwykłą 

zgodność poglądów.

—  A   otóż   i   Leon   Kornicki   —   zauważyła   w   tej   samej 

chwili   Iza,   ponownie   przykładając   do   oczu   lorgnon.   — 
Więc  to   na  takie  randez-vous  przyszła   Ada,  z  rodzonym 

bratem.

Istotnie,   do   stolika   zajmowanego   przez   Adę   podszedł   jej 

starszy brat Leon.

—  Przepraszam   za   małe   spóźnienie   —   powiedział, 

siadając obok dziewczyny. —Niespodziewanie  zatrzyma-
no mnie w firmie. Czy coś zamawiałaś?

—  Tak   i   nawet   zdążyłam   już   wypić   herbatę.   Ale   to 

nieważne. Przyznam, że zaskoczyła mnie twoja propozy -

cja spotkania się w kawiarni. Ostatnio nie dawałeś  zbyt 
wielu dowodów uczuć rodzinnych.

—  Każdy   ma   swoje   problemy,   które   musi   sam   prze-

background image

trawić i rozstrzygnąć. Wiesz, że rozchodzę się z Żanetą. 
Ta   decyzja   kosztowała   mnie   dużo   nerwów   i   zdrowia. 

Rozbicie   rodziny   to   poważna   sprawa,   choć   na   szczęście 
nie mamy dzieci. Jednakże ta kobieta przez kilka lat była 

moją   żoną.   Sądzę   jednak,   że   postępuję   słusznie.   Nie  o 
tym   jednak   chciałem   z   tobą   porozmawiać,   chodzi   mi   o 

ciebie. Ado, muszę cię prosić, abyś natychmiast zerwała 
wszelkie   kontakty   z   Wiktorem   Neniewskim   i   przestała 

się z nim widywać.

Zazwyczaj bladą twarz Ady pokrył krwisty rumieniec. W jej 

oczach zamigotał gniew, a usta wykrzywił zły grymas.

—  Jakim   prawem   wtrącasz   się   do   moich   osobistych 

spraw? Nigdy ci na to nie pozwolę — powiedziała wolno i 
dobitnie, starając  się opanować,  aby  nie zrobić widowi-

ska w miejscu publicznym.

—  Prawem   brata   i   najbliższego   członka   rodziny.   Ado, 

widocznie   nie   zdajesz   sobie   sprawy,   kim   jest   ten 
człowiek. To zwykły łowca posagów. Jednocześnie zaleca 

się do kilku panien, szukając najintratniejszego  obiektu 
do lokaty uczuć. Prawda jest taka, że grzęźnie w długach 

i trwoni majątek rodzinny.

— Kłamiesz! — zawołała, aż kilka osób siedzących przy 

sąsiednich   stolikach   przyjrzało   się   jej   bacznie.   — 
Zazdrościsz szczęścia innym ludziom, bo sam przegrałeś 

swoje małżeństwo. Nic ci nie wierzę. Ja i Wiktor kocha -
my   się!   Tak,   przyjmij   to   do   wiadomości.   Niedługo 

zamierzamy się pobrać!

—  Popełnisz   najpotworniejsze   głupstwo   wychodząc   za 

Neniewskiego.   To   hulaka   i   utracjusz.   On   nie   ciebie   ko -
cha, ale posag, który spodziewa się otrzymać od naszego 

ojca.

— To ty drżysz o rodowe pieniądze. Boisz się za pewne 

o spadek. Absolutnie, kompletnie się mylisz. Zupełnie go 
nie znasz. Między mną a Wiktorem nie ma w ogóle mowy 

o   sprawach   finansowych.   I   nie   rozumiem   dlaczego 
wywlekasz   te   historie   w   cukierni.   Pełno   tu   ciekaw skich 

znajomych.   Horozińska   i   Będziłłówna   tylko   strzygą 

background image

uszami, żeby coś podsłuchać.

—  Po   prostu   nie   chciałem   tak   drażliwego   tematu   po-

ruszać   przy   ojcu,   aby   mu   zaoszczędzić   niepotrzebnych 
wzruszeń. Ostatnio nie czuje się dobrze, a poza tym ma 

dość innych kłopotów, o których nawet nie wiesz. W każ -
dym razie pamiętaj, że cię ostrzegałem. Jeżeli popełnisz 

ten   nierozsądny   krok   i   wyjdziesz   za   Neniewskiego   — 
gorzko tego pożałujesz.

—  Nie   traktuj   mnie   jak   małe   dziecko.   Na   szczęście 

jestem   pełnoletnia   i   sama   mogę   decydować   o   swoim 

losie.   A   zresztą   dobrze   rozumiem,   o   co   chodzi   tobie   i   ojcu. 
Chcielibyście   mnie   wydać   za  mąż   za  jakiegoś   podtatusiałego 

lowelasa z forsą, na przykład za mecenasa Gradkiewicza — Ada 
wpadała w coraz większą złość.

— Jak ty błędnie oceniasz sytuację — powiedział już ze 

zniechęceniem   w   głosie   Kornicki.   Patrzył   teraz   na   sio-

strę z pewnego rodzaju współczuciem, zdając sobie jed-
nocześnie sprawę z tego, że żadne argumenty nie złamią 

jej uporu. Miłość do Wiktora zaślepiała ją i czyniła głu -
chą na wszelkie  perswazje. — Byłbym dużo szczęśliwszy 

gdybyś wyszła za biednego, ale porządnego chłopca, któ -
ry   by   cię   naprawdę   kochał   —   wygłosił   to   zdanie   nieco 

pompatycznie  i wbrew swoim poglądom, że  małżeństwo 
powinno   opierać   się   na   obopólnie   wniesionym   kapitale 

przez   partnerów.   Sam   ożenił   się   z   panną   bez   posagu, 
prędko się rozczarował i odtąd potępiał związki zawiera -

ne nierozważnie i bez bazy materialnej.

—  A   może   chcesz   mi   zaproponować   swojego   pupilka. 

brata   Żanety?   Wiem,   że   łączą   cię   z   nim   jakieś   bliżej 
nieokreślone   więzy.   Powiedz   mu.   żeby   przestał   za   mną 

łazić. To jest denerwujące.

Leon   poczerwieniał   na   twarzy.   Aluzja   siostry   do   jego 

przyjaźni   z   Romanem   Powelskim   dotknęła   go   do   ży-
wego!

—  Tak,   to   prawda,   opiekuję   się   tym   młodym   czło -

wiekiem   i   cenię   jego   prawy   charakter.   Nawet   rozwód   z 

Żanetą nie zmieni mojego stosunku do niego. W każ dym 

background image

razie,   moja   droga,   w   przyszłości   nie   możesz   liczyć   na 
moją   pomoc,   choćbyś   jej   najbardziej   potrzebowała. 

Pamiętaj o tym! Ja nie rzucam słów na wiatr.

*

Prezes Stanisław Kornicki zapalił lampę na biurku i rozłożył 

przed sobą dokumenty, które przywiózł z księgowości Fabryki 
Drutów w Mysłowicach. Od wielu lat sprawował w tej firmie 

odpowiedzialną   i   wielce   znaczącą   funkcję   przewodniczącego 
Rady   Nadzorczej,   ciesząc   się   nieposzlakowaną   opinią   wśród 

akcjonariuszy   i   pracowników.   Obecnie   jednak   znalazł   się   w 
poważnym impasie życiowym, z którego trudno było znaleźć 

wyjście,   bez   narażenia   na   szwank   reputacji   człowieka 
związanego z nim wieloletnią przyjaźnią. Z ostatniej bowiem 

kontroli, przeprowadzonej w związku z rocznym zamknięciem 
bilansu fabryki, wynikało w sposób niezbity, że naczelny dyrek-

tor dopuścił się nadużyć finansowych. To, że malwersacji tych 
dokonywano przez dłuższy czas bez wyciągania konsekwencji w 

stosunku do winnego, nasuwało podejrzenie, że Kornicki albo 
w nich również uczestniczył, albo tolerował taki stan rzeczy, 

dopuszczając   się   tym   samym   karygodnego   niedbalstwa   w 
sprawowaniu   swoich   obowiązków.   Prawda,   że   zawierzył 

zbytnio bliskiemu przyjacielowi i koledze ze szkolnej ławy, z 
którym   wspólnie   przepracował   dużą   część   życia.   Znał 

wprawdzie jego upodobanie do hulanek, wystawnych przyjęć, 
pozamałżeńskich grzeszków kosztujących niemałą fortunę, nie 

podejrzewał   jednak   dyrektora   o   przestępcze   machinacje, 
powodujące ruinę jego własnej kariery oraz jego najbliższych 

współpracowników.   I   oto   przed   kilku   miesiącami   odkrył   ku 
swojemu   przerażeniu   poważne   manko;   jednakże   beztroski   i 

pełen   osobistego   uroku   oraz   pewności   siebie   dyrektor   Jan 
Połoszko zdołał go natychmiast uspokoić. Zapewnił przyjaciela, 

że   chwilowo   zaciągnięta   pożyczka   zostanie   niepostrzeżenie 
przez   niego   zwrócona   bez   żadnych   ujemnych   następstw. 

Tymczasem   stało   się   inaczej.   Długi   przerosły   możliwości 
płatnicze dyrektora i zamiast je uregulować, pogrążył się w nich 

jeszcze bardziej, pociągając za sobą jako współwinnego prezesa 

background image

Rady Nadzorczej.

Kornicki   przeklinał   chwilę   słabości,   kiedy   zajął   bierną 

postawę   wobec   nieuczciwości   kolegi,   uległ   jego   w   gruncie 
rzeczy   niepoważnym   argumentom   i   nie   postawił   sprawy   na 

ostrzu   noża.   Ten   brak   decyzji   i   stanowczości,   spowodowany 
sentymentem   do   człowieka   bliskiego   mu   od   młodości,   mógł 

kosztować   go   nie   tylko   utratę   stanowiska.   ale   zaprowadzić 
nawet na ławę oskarżonych. Najbardziej ze wszystkiego bał się 

kompromitacji w środowisku, w którym obracał się od tylu lat. 
Nie chciał też ściągnąć hańby na córkę i syna wychowanych w 

atmosferze   szacunku   do   ojca.   Jeśli   wystąpi   przeciwko 
dyrektorowi   Poło-   szce   z   wnioskiem   o   pociągnięcie   go   do 

odpowiedzialności,   to   czy   uchroni   się   od   zarzutu   wspólnego 
prowadzenia   z   nim   nieuczciwej   gry?   Wprawdzie   mecenas 

Gradkiewicz, wtajemniczony w meritum sprawy, doradzał mu 
pewne posunięcia asekurujące  przed konsekwencjami  natury 

służbowej i prawnej (a adwokat ten znał wszystkie niezawodne 
w takich wypadkach kruczki), lecz Kornicki wiedział, że ceną za 

skuteczną obronę miała być ręka Ady. Postawiony w sytuacji 
przymusowej   prezes   poczynił   poważne   obietnice 

Gradkiewiczowi,   choć   nie   o   takim   mężu   marzył   dla   swojej 
jedynaczki.

Jeszcze raz zagłębił się w zakwestionowanych przez kontrolę 

dokumentach   i   ponownie   stwierdził,   jak   bardzo   oczywista   i 

niezaprzeczalna   jest   wina   Połoszki.   Poczuł   silny,   dokuczliwy 
ucisk   w   okolicy   serca.   Cierpiał   już   na   to   dawniej,   ale   teraz, 

kiedy   ujawniła   się   fatalna   dla   niego   afera,   dolegliwości 
wzmogły   się,   mimo   że   starał   się   na   nie   nie   zwracać   uwagi. 

Znajdował   się   w   stanie   takiej   depresji,   że   chwilami   śmierć 
wydawała   mu   się   wybawieniem   i   pragnął   jej   więcej   niż 

czegokolwiek na świecie. Kilkakrotnie myślał o samobójstwie, 
zanim wybuchnie skandal wokół jego osoby i splami dobre imię 

rodziny.   Teraz   też   odruchowo   zajrzał   do   szuflady,   gdzie 
spoczywał   ukryty   pod   stertą   papierów   rewolwer.   Wyciągnął 

rękę   i   dotknął   lufy.   Chłód   bijący   od   niej   podziałał   na   niego 
uspokajająco.  Wiele   wysiłku   kosztowało   go  zatajenie   prawdy 

przed córką. W czasie przyjęcia imieninowego umiejętnie opa-

background image

nował dręczący go niepokój. Ukazał ludziom pogodną twarz, 
wystąpił   nawet   z   niebywałym   przepychem   i   rozmachem, 

mimo   sytuacji,   w   jakiej   się   znalazł.   Jednakże   zda wał 
sobie sprawę, że będzie musiał ustąpić z funkcji pre zesa 

Rady Nadzorczej, co w konsekwencji  spowoduje zmianę 
standardu   życia   jego   i   córki.   O   Leona   nie   potrzebował 

się   na   szczęście   martwić.   Ten   młody   człowiek   dał   sobie 
radę.  Jego interesy  prosperowały   doskonale, w szybkim 

tempie   dorabiał   się   majątku.   Nad   rozpadem   swojego 
małżeństwa   przeszedł   już   do   porządku   dziennego   i 

pogodził   się   z   rozstaniem   z   Żanetą.   W   jego   wieku 
odbudowanie   życia   uczuciowego   nie   przychodzi   z 

trudnością.   Ale   Ada?   Co   stanie   się   z   Adą? 
Przyzwyczajona do zbytku, nawet luksusu, może załamać 

się psychicznie. Wprawdzie posag jej został odpowiednio 
zabezpieczony   przez   Kornickiego,   także   w   przypadku 

restrykcji finansowych, ale stanowił jedyne dobro, które 
mógł   jej   zaoferować.   W   takiej   sytuacji   kandydatura 

Gradkiewicza,   człowieka   majętnego,   zaradnego, 
zyskiwała   i   szanse   jego   niewątpliwie   rosły.   Kornicki 

wiedział jednak, że adwokat jest córce obojętny, a nawet 
wstrętny.   Dlatego   też   myślał  o  innym   małżeństwie   dla 

Ady, mogącym zapewnić jej spokój i dobrobyt.

W głębi korytarza rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych.

„To pewnie wraca Ada — pomyślał. — Muszę zachowywać się 

tak, jak dawniej, żeby niczego nie spostrzegła. Tylko ten podły 

ból się nie uspokaja"

Po chwili usłyszał głos córki. Rozmawiała z gosposią, pytała, 

czy nikt do niej nie telefonował. Smuga światła płynąca spod 
wpółprzymkniętych drzwi gabinetu ojca, zachęciła ją widać do 

wejścia, gdyż stanęła na progu.

—  Jak   się   masz,   Ado?   —   powiedział   pogodnie.   —   Czy 

wybierasz   się   dzisiaj   do   Wiczyńskich   na   urodziny   ich 
córki Niny? Podobno z okazji tej uroczystości wszystkie 

najelegantsze   panny   w  Warszawie   wykupiły   wieczorowe 
suknie u Hersego.

—  Oczywiście   pójdę   tam,   choć   nie   mam   specjalnie 

background image

ochoty. Tato, chciałam z tobą porozmawiać, a właściwie 
zakomunikować  ci, że  wychodzę  za mąż  za Wiktora  Ne-

niewskiego.

Po tym oświadczeniu zapadła krótka cisza. Kornicki nerwowo 

poruszył się w fotelu, a potem wstał z miejsca.

—  Jestem   tym   zaskoczony   —   powiedział.   —   Mocno 

zaskoczony.   Wiedziałem,   że   ten   młody   człowiek   ci   się 
podoba,   ale   nie   przypuszczałem,   iż   myślisz   o   nim   po -

ważnie.

—  Czyżbyś   miał   coś   przeciw   temu   projektowi?   —   głos 

Ady   nabrał   ostrych   tonów.   Po   przykrej   rozmowie   z 
bratem zdecydowała się na przystąpienie do frontalnego 

ataku  w obronie swoich  praw i postawienie  ojca niemal 
przed faktem dokonanym.

— Dziecko, nikt bardziej ode mnie nie pragnie twojego 

dobra.   Dlatego   muszę   ci   powiedzieć   otwarcie,   że   nie 

tylko nie pochwalam twojego wyboru, ale wręcz uważam 
go za wysoce nietrafny.

—  Ojcze   —   Ada   rozmyślnie   porzuciła   pieszczotliwy   i 

poufały   sposób,   w   jaki   zwykle   zwracała   się   do   Kornic -

kiego   —   nie   próbuj   mnie   przekonywać,   że   popełniam 
straszliwy błąd. To zrobił już dzisiaj za ciebie Leon. Ani 

ty, ani on, ani nikt na świecie nie zdoła mi przeszkodzić 
w  poślubieniu   człowieka,   którego   kocham.   Nawet   jeśli -

byś miał mnie wydziedziczyć.

—  O   tym   nie   ma   mowy.   Twój   osobisty   majątek   po-

zostaje całkowicie do twojej dyspozycji. Jednakże chciał -
bym, żebyś orientowała się w pewnych sprawach. Wiktor 

Neniewski nie cieszy się dobrą reputacją. To bawidamek 
i   lekkoduch.   Zaciąga   ciągle   długi   na   hipotekę   swojego 

majątku,   który   pod   zarządem   dbałego   właściciela 
przynosiłby  stałe   i   przyzwoite   dochody.   Ale   gdy   w   grę 

wchodzą   karty,   wyścigi,   kobiety   można   stracić 
największą   fortunę.   Ado!   Nie   chciałbym   abyś   była 

nieszczęśliwa,   zasłużyłaś   na  lepszy   los   —   mówiąc   to 
Kornicki   nagle   uświadomił   sobie,   że   właściwie   nie   ma 

prawa wydawać takiego sądu o tym człowieku, skoro sam 

background image

stoi   u   progu   bankructwa   z   powodu   własnej 
lekkomyślności.   Ostry,   znajomy   ból   przeszył   go   na 

wylot. Odruchowo przyłożył rękę do serca.

Ada zdawała się tego zupełnie nie zauważać.

—  Zapewne   w   twoim   przekonaniu   tylko   Gradkiewicz 

okazałby się idealnym zięciem. Ten jegomość rości sobie 

teraz   do   mnie   jakieś   dziwaczne   i   nieuzasadnione 
pretensje. Czy to twoja sprawka?

—  Nie,   bardzo   się   mylisz.   Nigdy   bym   ciebie   nie 

zmuszał do małżeństwa z kimkolwiek, choć Gradkiewicz 

ma  wiele   cech   dodatnich   i   jak   najlepsze   intencje.   Przy -
znaję, myślałem o innym związku dla ciebie. Syn rejenta 

Brasławskiego—Jerzy, to z gruntu porządny i inteligent -
ny chłopiec. Ukończył wydział prawa, robi karierę dyplo -

matyczną i sądząc z tego, co mówi jego ojciec, bardzo się 
tobą interesuje.

—  Koniecznie   szykujesz   dla   mnie   tak   zwaną   dobrą 

partię, aby mój przyszły mąż podobał się wszystkim zna-

jomym   i   pociotkom.   Na   litość   boską,   ojcze,   przestań 
mnie   wreszcie   swatać.   Gdybym   nie   pokochała   Wiktora, 

najchętniej  w   ogóle   nie   wyszłabym   za   mąż.  Małżeństwo 
nie jest jedynym celem mojego życia. Co byś powiedział 

na   to,   jeślibym   została   misjonarką   i   pielęgnowała   mu-
rzynków w tropikach? Zawsze chciałam studiować medy-

cynę.   Nie,   nie   bój   się,   teraz   to   mi   nie   grozi.   Jednak   za 
Jerzego Brasławskiego  nie wyjdę! Ten wyblakły  blondy-

nek   zupełnie   mi   nie   odpowiada,   ma   cielęce   oczy   i   poci 
się w tańcu. Moja decyzja jest nieodwołalna. Stanowczo 

powinieneś   się   pozbyć   uprzedzeń   do   Wiktora,   jeżeli 
zależy   ci   na   kontaktach   z   nami   w   przyszłości   —   teraz 

mówiła   już   spokojnie   i   dobitnie,   z   całą   świadomością 
zadawanego ojcu cierpienia.

— Przepraszam cię Ado, muszę się położyć. Trochę źle 

się   czuję   —   Kornicki   powoli,   ze   spuszczonymi   ramio -

nami wyszedł z pokoju.

W   tej   chwili   ostro   zadzwonił   stojący   na   biurku   telefon; 

dziewczyna momentalnie podniosła słuchawkę.

background image

— Aduś? — usłyszała po drugiej stronie drutu głęboki, 

jakże   jej   drogi,   męski   głos.   —   Za   pół   godziny   przy -

jeżdżam po ciebie i jedziemy do Wiczyńskich. Czy jesteś 
już gotowa?

— Niezupełnie, ale to nie potrwa długo. Nie dam ci na 

siebie czekać.

— To świetnie. Co byś powiedziała, malutka, gdy byśmy 

po   godzinie   urwali   się   z   tego   kinderbalu.   Zanosi   się   na 

straszne nudy: podstarzałe mamusie, panny na wydaniu, 
rozplotkowane   ciotki.   Proponuję   wieczór   we   dwoje   w 

„Cafe   Clubie”.   Dobry   koniak,   nastrojowa   muzyka   do 
tańca, ty i ja — jak się na to zapatrujesz?

— To znakomity pomysł. Bardzo się cieszę.
— A więc do zobaczenia Adziątko. Całuję i tęsknię.

*

Wiktor   Neniewski   wrócił   późno   w   nocy.   Wszedł   do 

małżeńskiej   sypialni   na   nieco   chwiejnych   nogach   i,   nie 

zwracając  uwagi   na  żonę, rzucił  marynarkę   od  smokingu  na 
fotel.   Ada   siedziała   na   łóżku   w   peniuarze,   patrząc   roz-

szerzonymi aż do bólu oczyma w otaczającą ją ciemność. Od 
dawna   przyzwyczaiła   się   do   spędzania   bezsennie   samotnych 

godzin, wsłuchana w tykanie zegara, w każdy szmer na klatce 
schodowej,   w   oczekiwaniu   na   powrót   męża.   Co   parę   minut, 

słysząc odgłos hamujących w pobliżu ich domu samochodów 
lub stukot kopyt koni dorożkarskich. zrywała się i podbiegała 

do   okna.   Potem   padała     z   powrotem   na   pościel,   tłumiąc 
krótkie,   suche   łkanie.   Zgrzyt   klucza   w   zamku   zawsze 

wywoływał u niej tę samą reakcję w postaci ogarniającej ją fali 
gniewu   pomieszanego   z   upokorzeniem   i   nieopisanego 

szczęścia,   że   Wiktor   znów   jest   w   domu   i   spędzi   u   jej   boku 
dłuższy czas. Mimo pełnego uświadamiania sobie wszystkich 

wad   i   złych   cech   charakteru   męża,   kochała   go   nadal 
bezgranicznie i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Wiktor 

zaś wykorzystywał to bezceremonialnie i po mistrzowsku grał 
na   jej   uczuciach.   Rok   ich   małżeństwa   upłynął   burzliwie   i 

przyniósł Adzie wiele cierpień i rozczarowań. Związek ich był 

background image

najpierw   pasmem   nieprzerwanych   zabaw,   podróży, 
orgiastycznych   niemal   biesiad,   szaleńczego   wydawania   przez 

Wiktora   pieniędzy   na   wyścigi,   karty,   najwykwintniejsze 
ubrania. Przyjęcia, urządzane głównie dla znajomych Wiktora, 

słynęły z ekskluzywności, wyrafinowanego menu składającego 
się nawet z przysmaków sprowadzanych na specjalne zlecenie 

Neniewskiego   samolotem   z   zagranicy.   Ada   pozwalała   na 
wszystko,   zapatrzona   w   męża,   posłuszna   każdemu   jego 

skinieniu,  zakochana,  nieprzytomna ze   szczęścia.   Nie  pytała, 
skąd brał pieniądze, jak zarządzał jej posagiem, nie interesował 

jej   również   majątek   Wiktora,   w   którym   właściwie   nigdy   nie 
przebywali.   Ten   szalony   tryb   życia   przerwała,   zresztą   na 

krótko,   niespodziewana   śmierć   ojca   Ady   na   atak   serca. 
Dotknęła   ją   mniej   niż   można   było,przypuszczać,   gdyż   fa-

scynacja   osobą   męża   przesłaniała   wszystkie   inne   sprawy   i 
doznania.   Wiktor   nie   pozwolił   jej   nosić   żałoby,   nie   chciał 

zrezygnować z rozrywek, izolować się od ludzi, z którymi lubił 
obcować. Po zgonie starego Kornickiego, a głównie po otwarciu 

jego   testamentu,   wiele   zmieniło   się   w   ich   małżeństwie. 
Początkowo   Wiktor  darzył   ją jakąś  namiastką   uczucia,   którą 

Ada   w   swojej   naiwności   brała   za   prawdziwą,   wielką   miłość. 
Zachowywał   się   wobec   niej   poprawnie,   choć   zapewne   wiele 

kosztowało go wyrzekanie się różnych kawalerskich nawyków i 
upodobań.   Teraz   zupełnie   odsłonił   wszystkie   karty   i 

diametralnie   zmienił   swój   stosunek   do   żony,   zwłaszcza   gdy 
okazało się, że Kornicki nie pozostawił żadnego spadku, gdyż 

już dawno całość jego aktywów została zabezpieczona na poczet 
ewentualnego   długu   wobec   Fabryki   Drutów   w   Mysłowicach. 

Ponadto o osobie zmarłego zaczęły krążyć niepochlebne opinie 
i pogłoski, że śmierć ocaliła go od kary więzienia. Wiktor po 

prostu   przestał   krępować   się   Adą   i   odtąd   małżeństwo   nie 
przeszkadzało   mu   w   prowadzeniu   hulaszczego   życia,   do 

którego żona nie miała prawa się wtrącać.

Początkowo   Ada   robiła   mu   wyrzuty,   błagała   o   rozsą-

dek, żebrała o miłość, ale wkrótce przekonała się, że je -
żeli  chce   go   utrzymać   przy   sobie,   musi   tolerować   wszy-

stkie   jego   postępki.   Wiedziała,   że   mąż   nałogowo   gra   w 

background image

karty,   staczając   się   w   coraz   gorsze,   nikczemniejsze   to -
warzystwo,   że   traci   pieniądze   na   wyścigach   i   nawet 

utrzymuje   mniej   lub   więcej   przelotne   kontakty   z 
kobietami   podejrzanej   konduity.   Piękny   Wiko   — 

marzenie   dziewcząt   zeszłego   karnawału,   ideał   jej   snów 
dziewczęcych,   okazał   się   jeszcze   gorszym   niż   to 

przewidywali jej ojciec i brat. Jednakże, wbrew wszelkiej 
logice,   nie   przestawała   go   kochać,   choć   miłość   jej   stała 

się   teraz   inna:   jakaś   rozpaczliwa,   przepełniona 
cierpieniem.   Zawsze   skryta,   małomówna,   nie   miała 

wśród   znajomych   dziewcząt   przyjaciółek,   ani   też 
żadnego   członka   rodziny,   któremu   mogła   by   powierzyć 

tajemnice   swojego   nieudanego   małżeństwa.   Mimo   że 
postępowanie męża nie mogło ujść uwagi liczne go kręgu 

dawnych   i   nowych   znajomych,   zawsze   starała   się 
ukazywać   spokojną   twarz   ludziom   i   nie   uzewnętrzniać 

swoich uczuć. Właściwie  żyła tylko  pragnieniem  i wiarą 
w to, że Wiktor się opamięta i wróci do niej taki, jak da -

wniej:   czuły,   nadskakujący,   zakochany.   Dlatego   każdy 
jego   serdeczniejszy   gest,   lepsze   słowo,   nawet   uśmiech 

kwitowała   wybuchami   radości   i   wzmożoną   czułością, 
która  wzbudzała  w  nim  coraz  większy   wstręt  i  wyraźnie 

okazywaną niechęć.

Neniewski   usiadł   na   brzegu   łóżka   i   zapalił   papierosa.   Nie 

pytała  go,  gdzie był i  skąd  wraca  —  to nie  miało  już sensu. 
Niepokoiło ją tylko, dlaczego nie kładzie się. Zwykle po nocnej 

wyprawie zasypiał zaraz kamiennym, ciężkim snem.

— Nie rozbierasz się? — zapytała.

—  Nie,   chcę   z   tobą   porozmawiać   —   odpowiedział. 

Ogień   papierosa   żarzył   się   w   ciemności,   a   głos   jego 

brzmiał jakoś inaczej, bardziej wyzywająco, agresywnie.

— Teraz, o tej porze?

—  Tak,   bo   sprawa   jest   pilna.   Słuchaj,   musisz   na-

tychmiast zobaczyć się z bratem i pożyczyć od niego pie -

niądze.

— Z Leonem? Nigdy! To nie możliwe!

Roześmiał się krótko, chrapliwie.

background image

—  Moja   mała,   nie   ma   rzeczy   niemożliwych.   Jutro   do 

niego   zadzwonisz,   umówisz   się   z   nim   jak   najszybciej   i 

zażądasz 200 000 złotych pożyczki.

— Ile?!

—  200   000   złotych   polskich.   Czy   to   cię   tak   dziwi? 

Chyba nie będzie chciał, żeby doszło do jeszcze jednego 

skandalu w rodzinie. Wasz ojciec omal nie wylądował w 
więzieniu,   teraz   siostrzyczka   na   bruku,   w   nędzy,   a   on 

taki   nadziany,   bogaty   facet.   Jak   to   będzie   wyglądało? 
Jestem pewien, że ludzie zaczną wytykać go palcami.

—  Wik,   opamiętaj   się!   Leon   nigdy   mi   nie   pomoże, 

zapowiedział to przed naszym ślubem. Nie chciał, żebym 

za   ciebie   wychodziła.   Nie,   za   nic   w   świecie   się   tak   nie 
upokorzę. Przecież  od pogrzebu ojca w ogóle go nie wi -

działam.

—  Tym   lepiej,   zrobisz   mu   niespodziankę.   A   teraz 

słuchaj   uważnie:   jestem   kompletnie   zrujnowany,   kom -
pletnie, rozumiesz? Nie  mam już ani  grosza, nic oprócz 

długów, które muszę spłacić, bo inaczej powinienem so-
bie palnąć w łeb. Tego wymaga kodeks honorowy, a ko -

chająca   żoneczka   chyba   nie   chciałaby   widzieć   mnie   w 
charakterze zimnego trupa.

 — Wiktor, ty kpisz sobie ze mnie. A twój majątek, a stadnina 

koni?   Ojciec   też   ci   powierzył   duży   kapitał   w   kontrakcie 

ślubnym. Co się z tym stało?

— Jesteś śmieszna. Dopiero teraz pytasz o to. Mają tek i 

konie dawno diabli wzięli, przegrałem w karty i w ruletkę. Idą 
pod młotek, jeśli chcesz wiedzieć. A twój posag, moja panno? 

Prawdę powiedziawszy stanowił kroplę w morzu. Stary okpił 
mnie, powszechnie uważano cię za dużo lepszą partię niż się 

okazało.   Nie   wycofałem   się   w   ostatniej   chwili,   aby   cię   nie 
skompromitować.   Już   taki   ze   mnie   dżentelmen.   Panna 

porzucona w przededniu ślubu — to byłby skandal stulecia, jak 
myślisz? I potem na dodatek ta chryja ze spadkiem. Poważny 

człowiek,  figura, a nie  zostawił  córuchnie  ani  grosza. To już 
szczyt wszystkiego. Ostatecznie i ty korzystałaś ze wspólnych 

rozrywek.   Pamiętasz   nasz   pobyt   w   Monte   Carlo?   A   szam-

background image

pańskie noce w Zakopanem? Nie odmawiałaś sobie niczego.

—  Wik,   jak   możesz...   —   znów   wstrząsnęło   nią   głu che 

łkanie, choć spod powiek nie mogła wypłynąć ani je dna 
łza przynosząca ulgę.

—  Przestań   beczeć,   znalazłem   wyjście.   Pójdziesz   do 

Leona, on jest samotny, nie ma rodziny. Zbija z dnia na 

dzień   coraz   większą   forsę.   W   końcu   jesteś   jego   jedyną 
krewną   i   spadkobierczynią.   Ostatnio   kupił   dwie 

kamienice na Mokotowie. To, co mówił ci przed naszym 
ślubem,   nie   ma   żadnego   znaczenia.   Chyba   nie   pozwoli, 

żebyś harowała jako pomywaczka w jakimś barze.

— Wik, co ty mówisz....

—  Powiem   ci   więcej,   jeśli   mnie   nie   posłuchasz,   po -

stąpię   inaczej.   Nie,   nie   zabiję   się.   Nie   taki   frajer   ze 

mnie,   zanadto   kocham   życic.   Są   jeszcze   kobiety   gotowe 
mi   pomóc.   Baronówna   Holzenberg   czeka   tylko   na   moje 

skinienie.   Odkąd   umarł   jej   ojciec,   pławi   się   w   zbytku   i 
milionach.   Nie   podoba   mi   się   nadzwyczajnie,   ale   jeśli 

nie   zdobędziesz   pieniędzy,   odejdę   do   niej.   To   moje 
ultimatum, Ado!

Po tych słowach zapanowała cisza. Fala przerażenia ścisnęła 

ją za gardło. Wiedziała, że Wiktor mówi prawdę i porzuci ją bez 

skrupułów, jeżeli nie spełni jego żądań. Nie mogła go stracić, to 
byłoby dla niej gorsze niż śmierć.

Kochała   go   przecież   rozpaczliwie,   mimo   że   okazał   się   tak 

podły i okrutny. Brutalna prawda o możliwości rozstania się z 

nim oślepiła ją swoją bezwzględnością, pozbawiła rozsądnego 
myślenia.   Nie   potrafiłaby   żyć   samotnie,   z   dala   od   niego,   ze 

świadomością, iż połączył się z inną kobietą.

Neniewski odgadł, co się z nią działo. Wiedział, jakie struny 

potrącić, aby zmusić ją do uległości.

— No, Aduś — powiedział z udaną czułością, której od dawna 

już nie okazywał — bądź grzeczna. Jeszcze wszystko się ułoży 
między nami. Nie sądzisz chyba, że wolę tę rudą Żydówkę od 

ciebie, mojej małej dziewczynki — i objął ją ramieniem.

*

background image

Leon  Kornicki  przeliczył  dwukrotnie   dużą  sumę  pieniędzy, 

którą tego ranka podjął z banku, po czym włożył banknoty do 

koperty   i   schował   do   szuflady   biurka.   Stanowiła   ona 
odszkodowanie przeznaczone dla jego byłej żony Żanety, coś w 

rodzaju rekompensaty za zrzeczenie się roszczeń finansowych 
do   wspólnego   majątku,   w   rzeczywistości   (jak   sam   w   duchu 

stwierdzał) niewspółmierne z kwotą, która by jej przypadła w 
razie sądowego podziału dorobku.

„Jednak ten Gradkiewicz ma łeb nie od parady” — pomyślał. 

— Załatwił mi tę sprawę bezbłędnie, zna się chłop na rzeczy.”

W   istocie   jednak   korzystne   dla   młodego   Kornickiego 

rozstrzygnięcie   problemów   majątkowych,   związanych   z 

ustaniem małżeństwa z Żanetą, nie stanowiło wyłącznej zasługi 
doświadczonego i przebiegłego mecenasa, a raczej wynikało z 

bezinteresowności   eksmałżonki   i   skwapli-   wości,   z   jaką 
wyrażała zgodę na wszystkie stawiane jej warunki, aby tylko jak 

najrychlej sfinalizować rozwód.

Śpieszno jej było do swojego kochasia — mruknął do siebie 

Kornicki,   wsuwając   palce   do   szuflady,   celem   pogłaskania 
pieszczotliwie koperty.

Kochał pieniądze. Zarówno ich zarabianie, jak i gromadzenie 

stanowiło jego największą pasję życiową. Lubił także wygody, 

komfort codziennego bytu, dogadzanie swojemu podniebieniu, 
ale   nie   znosił   rozrzutności   i   marnotrawstwa.   Dla   ludzi 

odznaczających   się   takimi   przywarami   charakteru   nie 
potrafiłby wykrzesać w sobie litości i wyrozumienia. Obecnie 

miał   powody   do   absolutnego   zadowolenia   z   samego   siebie. 
Dobrze wiodło mu się w pracy zawodowej, majątek jego, dzięki 

wrodzonej żyłce kupieckiej i handlowej, rósł szybko — nieomal 
z dnia na dzień. Lokal na biuro wynajmował przy Puławskiej, a 

mieszkał w pięciopokojowym mieszkaniu przy Mokotowskiej, 
które opustoszało nieco po wyprowadzce Żanety, choć fakt ten 

w zasadzie nie sprawił mu przykrości. Pożycie z tą kobietą od 
początku   nie   układało   się   dobrze.   Była,   jak   na   jego   gust   i 

upodobania,   zbyt   agresywna   i   wymagająca   pod   względem 
seksualnym   i   uczuciowym.   Zresztą   ostatnio   zarabianie 

pieniędzy oraz gromadzenie dóbr materialnych zajmowało tak 

background image

poczesne miejsce w jego życiu, że nie pozostawało mu wiele 
czasu   na   spekulacje   myślowe.   Potrzeby   natury,   oględnie 

mówiąc,   czysto   fizjologicznej   zaspokajała   dość 
nieskomplikowana   pod   względem   intelektualnym   i   mało 

absorbująca rozwódka — parająca się damskim krawiectwem. 
Kornicki   wstał   z   fotela   i   przeszedł   się   po   swoim 

sześćdziesięciometrowym gabinecie, umeblowanym czarnymi, 
masywnymi sprzętami, świadczącymi o solidności i zamożności 

ich   właściciela.   Było   ciepłe,   czerwcowe   popołudnie.   Przez 
wpółotwarte   okna   i   drzwi   balkonowe   wpadało   słońce, 

rozjaśniając   ciemną   posadzkę   i   wiśniowy   dywan.   W   jego 
promieniach dostrzegł warstewkę kurzu na bibliotece i stole. 

Rozgniewało go to, nie znosił nieporządku, jak każdy pedant.

Jutro   powiem   Mariannie,   by   staranniej   sprzątała   — 

pomyślał,   szykując   się   w   duchu   do   udzielenia   ostrej   nagany 
swojej gosposi. Nagle pochylił się nad biurkiem i wziął do ręki 

stojący   kalendarz-notatnik.   Tutaj   zwykle   wpisywał   sprawy, 
które   miał   do   załatwienia:   spotkania   przewidziane   na   dzień 

bieżący, pilniejsze telefony i tym podobne szczegóły dotyczące 
dnia   codziennego.   „Ada   o   siedemnastej”   przeczytał   i   rzucił 

okiem   na   zegarek,   brakowało   jeszcze   dziesięciu   minut   do 
zapowiedzianej   wizyty.   Telefon   siostry   zaskoczył   go 

nieprzyjemnie.   Od   dawna   nie   utrzymywali   ze   sobą   żadnych 
stosunków   rodzinnych,   a   właściwie   od   owej   pamiętnej 

rozmowy w „Ziemiańskiej”, w czasie której udzielił jej przestróg 
na   przyszłość   zgodnie   z   nakazami   swojego   sumienia.   Wtedy 

jeszcze   czuł   do   niej   braterski   sentyment;   uważał   się   za   jej 
duchowego opiekuna, będąc o dwanaście lat starszym. Chciał 

służyć jej radą, doświadczeniem, ale ona zlekceważyła te dobre 
intencje,   mało   tego   wyśmiała   je,   odepchnęła   jego   pomocną 

dłoń.   Teraz   nie   miał   już   dla   niej   litości.   Okazała   się   słaba, 
głupia,   nierozważna,   zmarnowała   pieniądze,   nie   umiała   ich 

cenić, uszanować, i to według niego stanowiło jej największe 
przewinienie.   Wiedział,   że   za   parę   minut   czeka   go   niemiła 

przeprawa,   gdyż   ani   przez   chwilę   nie   wątpił,   jaki   cel   mają 
odwiedziny Ady.

Punktualnie   o   piątej   rozległ   się   dzwonek   u   drzwi 

background image

wejściowych.   Na   progu   stała   Neniewska.   Zauważył,   że   jest 
blada,   a   jej   niebieskie,   przezroczyste   oczy,   pod   nieco 

zapuchniętymi powiekami przygasły, tracąc dawną siłę i urok.
    — Wejdź – powiedział - i rozgość się. Może się czegoś 

napijesz?

Pokręciła przecząco głową. Usiadł przy biurku i wskazał jej 

miejsce naprzeciw siebie.

— Słucham, czym ci mogę służyć?

Odłożyła na bok torebkę i splotła nerwowo ręce.
—  Leon,   nie   gniewaj   się,   że   przychodzę   do   ciebie   w 

takiej   sprawie.   Widzisz,   ja   potrzebuję   pieniędzy. 
Chciałabym od ciebie pożyczyć pewną sumę.

Spojrzał uważnie w głąb gabinetu ponad głową Ady, jakby 

ujrzał coś niezwykle interesującego.

—  Przyznam,   że   zadziwia   mnie   twoja   propozycja. 

Nawet   nie   pytam   o   sumę,   którą   spodziewałaś   się   ode 

mnie   otrzymać.   Przecież   powiedziałem   ci   wyraźnie   w 
swoim czasie, że nigdy ci nie pomogę, jeśli wyjdziesz za 

Neniewskiego.   Postawiłaś   na   swoim,   nie   zważając   na 
moje życzliwe rady, musisz teraz ponieść konsekwencje.

— Nie możesz tak mówić, to nieludzkie. Wiktor nie jest 

taki   zły,   jak   myślisz,   po   prostu   ma   chwilowe   kłopoty. 

Chodzi   o   uratowanie   jego   majątku,   grozi   mu   licytacja. 
Wiem, że mógłbyś nam pomóc — to bardzo ważne.

— Twój mąż to wyjątkowy drań i nierób, ty też dobrze 

zdajesz sobie z tego sprawę. Widocznie grunt pali mu się 

pod   nogami,   skoro   przysłał   ciebie.   Przcłajdaczył   cały 
swój   majątek,   nie   uszanował   twoich   pieniędzy,   a   te raz 

chciałby sięgnąć po mój uczciwy dorobek. Ale nic z tego, 
moja droga, ja łobuzom nie pomagam.

— Tu chodzi o mnie, Leonie. To ja zostanę na bruku i 

nie będę miała z czego żyć.

— To tylko twoja wina. Nie chciałaś  mi wierzyć, kiedy 

usiłowałem   ci   otworzyć  oczy.  A  tak   przez   ciekawość,  ile 

sobie życzy ten gagatek?

— 200 000 złotych.

— Ha, ha, ha! 200 000 złotych! Tylko tyle? To fortu na 

background image

Rotschilda.   I   on   liczy   na   to,   że   ja   lekką   ręką   wyjmę   z 
portfela   taką   sumę,   żeby   miał   za   co   pić   i   utrzymywać 

dziwki. Wybacz, iż wyrażam się trywialnie, ale dla takiej 
bezczelności brak innych słów.

W tej chwili w sąsiednim pokoju dał się słyszeć jakiś szelest, 

jakby czyjeś ciche, skradające się kroki.

—  Czy   ktoś   jest  w  mieszkaniu  oprócz   nas?   —   zapy tała 

Ada. — Prosiłam cię przecież o dyskrecję.

Leon uniósł głowę, chwilę nasłuchując.
— To kot, nikogo tam nie ma.

— Wiktor mówi, że rozgłosi prawdę o naszym ojcu,  ma 

jakieś poufne informacje, że popełnił malwersację i że groziła 

mu   kara   więzienia.   Twierdzi,   że   przedstawi   dowody   i   ogłosi 
całą tę aferę w gazetach.

— A więc jeszcze szantaż na dokładkę! Do tego się ten 

łotr posuwa! Można się wszystkiego po nim spodziewać. 

I ty za takiego człowieka wyszłaś za mąż. Powiedz mu, że 
nawet   za   cenę   zbeszczeszczenia   pamięci   naszego   ojca, 

nie sfinansuję jego dalszych łajdactw.

— Leon, to kwestia życia i śmierci. On mnie porzuci.

— Tym lepiej dla ciebie. Oby to zrobił jak najprędzej.
W   przyległym   pokoju   powtórzył   się   jeszcze   wyraźniejszy 

szelest.   Mimo   panującego   ciepła,   ciałem   Ady   wstrząsnął 
dreszcz.

— Jednak tam ktoś jest.
— Mówiłem ci, że to ten stary kot, zawsze tak hała suje, 

kiedy   jest   sam.  A  więc,   moja   droga,   myślę,  że   wszystko 
zostało   już   wyjaśnione.   Nie   mam   ci   nic   więcej   do   po -

wiedzenia.

Twarz młodej kobiety zbladła jak płótno.

—  Jeśli   on   odejdzie,   jak   tego   nie   przeżyję.   Błagam, 

pomóż mi...

—  Ado,   nie   poniżaj   się   tak.   Nawet   gdybyś   na   moich 

oczach   zażyła   truciznę   albo   rzuciła   się   z   tego   balkonu, 

czego   wiem,   że   nie   zrobisz,   bo   zbyt   dobrze   cię   znam   — 
nie dam ci ani grosza.

—  Jesteś   potworem   bez   serca.   Już   nigdy   więcej   mnie 

background image

nie zobaczysz!

— Żegnaj Ado.

*

Klucz zgrzytnął w zamku. Marianna Drucikowa — wysłużona 

pomoc   domowa   rodziny   Kornickich   —   odsapnęła   chwilę   w 

przedpokoju, po przebyciu trzech pięter na własnych nogach, 
jako   że   windę   uważała   za   wymysł   szatana,   schyliła   się,   aby 

pomasować   obolałe,   lekko   spuchnięte   stopy   i   podreptała   do 
kuchni   po   szczotki,   miotełki   i   tym   podobne   narzędzia   do 

sprzątania.   Zdziwił   ją   nieco   wygląd   tego   pomieszczenia, 
nietypowy dla obyczajów „panicza”, jak zwykła nazywać Leona 

Kornickiego   nieomal   odkąd   zaczął   stawiać   pierwsze 
samodzielne   kroki.   Panował   tam   bowiem   swojego   rodzaju 

nieporządek, polegający na pozostawieniu na stole szklanek po 
herbacie,   pustych   butelek   po   napojach,   niedopałków 

papierosów   w   popielniczce.   Po   wyprowadzce   żony   młody 
człowiek osobiście dbał o czystość kuchni. Marianna zastawała 

rano wszystkie naczynia uporządkowane, ustawione na przez-
naczonych na nie miejscach, gdyż „panicz” cenił nade wszystko 

ład i nie znosił najmniejszego bałaganu.

„Widać nie miał czasu — pomyślała. — Może gdzie- sik się 

zabawił, ale nie dziwota, bo młody, a sam żyje jak len palec." 
Pozmywała więc, schowała szklanki do kredensu, i zaopatrzona 

w   ściereczki   do   kurzu   rozpoczęła   codzienny   obchód 
mieszkania.  Zwykle  najpierw sprzątała  w  sypialni,  ale  tu  też 

spotkała ją niespodzianka, aż przystanęła ze zdziwienia: story 
były niezapuszczone, a łóżko nietknięte, zasłane kapą, w takim 

samym stanic, w jakim je zostawiła wczorajszego popołudnia. 
Pokręciła głową z niedowierzaniem: „Ot, u siebie nie spal, z 

którąś się już tam spiknął. Pewnie niedługo będzie jakaś nowa 
w domu." Nie bardzo to odpowiadało wiernej gosposi, przy-

zwyczajonej od dłuższego czasu do zupełnej samodzielności w 
zarządzaniu gospodarstwem, i nawet z tego powodu ogarnął ją 

wielki   smutek.   W   sypialni   nie   miała   wiele   do   roboty,   więc 
powędrowała   do   gabinetu.   Tu   zawsze   czekało   ją   mnóstwo 

sprzątania:   dywan,   różne   cacka,   książki,   rzeźbione   meble. 

background image

Wszystko   musiała   porządnie   okurzyć,   wymieść   śmiecie   z 
każdego   kąta,   bo   pan   lubił   sprawdzać,   czy   wszędzie   panuje 

absolutna czystość.

W gabinecie zastała nie domknięte drzwi od balkonu. Wiatr 

pewno   hulał   w   nocy   po   pokoju,   bo   kilka   papierów   leżało 
porozrzucanych po podłodze. Przykucnęła, lekko stękając, aby 

je   podnieść,   i   nagle   ku   nieopisanemu   swojemu   zdziwieniu 
ujrzała   Leona   Kornickiego   siedzącego   przy   biurku   z   głową 

opartą na blacie i rękoma opuszczonymi w dół. Coś dziwnie 
nieruchomego   i   nienaturalnego   w   tej   pozycji   sprawiło,   że 

wydała krzyk przerażenia.

— Panie Leonie, paniczu! Co panu jest?! Czy pan śpi?! 

—   dźwignęła   się   z   podłogi,   dopadła   do   niego,   po -
trząsnęła z całej siły sztywnymi ramionami Kornickiego. 

Opadły   bezwładnie   jak   u   manekina.   Wtedy   zrozumiała, 
że zaszło coś strasznego i nieodwracalnego.

— Jezus Maria! Wszyscy Święci Pańscy! — rozdarła się 

na   całe   gardło.   —   Coś   się   stało   z   paniczem!   Ludzie 

ratujcie!

Bez   tchu,   z   obłędem   w   oczach   wybiegła   na   schody, 

kontynuując przeraźliwe, zdolne obudzić umarłego, wołanie o 
pomoc.

Pierwszy   otworzył   drzwi   najbliższy   sąsiad,   emerytowany 

profesor   Uniwersytetu   —   Bazyli   Dolina-Palnicki.   Wyszedł   w 

bonżurce   i   rannych   pantoflach,   jeszcze   nie   ogolony   i   nie 
uczesany. Początkowo chciał zgromić rozw- rzeszczaną babinę, 

gdyż   nade   wszystko   cenił   spokój   i   ciszę,   ale   na   widok 
wywróconych  ze strachu  białek  jej oczu, trzęsących się rąk i 

nóg,   bez   słowa   wszedł   za   nią   do   mieszkania   Kornickiego. 
Zbliżył   się   do   biurka   i   dotknął   zwisającej   dłoni   młodego 

mężczyzny.

—  O   Jezu   Nazareński!   Panie   profesorze,   co   z   nim?   — 

wyjąkała   Drucikowa,   czepiając   się   rękawów   starszego 
pana, rozdygotana i szlochająca.

—  Niech   się   pani   uspokoi,   płacz   tu   nic   nie   pomoże   — 

powiedział   z   powagą   Palnicki.   —   Pan   Kornicki   nie   żyje 

już od wielu godzin.

background image

*

Kobieta, wyglądająca przez zakratowane okno aresz- tanckiej 

celi, odwróciła się gwałtownie na odgłos otwieranych drzwi.

—  Dzień   dobry   pani   Ado   —   rzekł   tęgi   mężczyzna   w 

ciemnym garniturze, ze skórzaną, pękatą teczką w ręku. 

—   Chcę   pani   zakomunikować,   że   podjąłem   się   pani 
obrony.

Nie   odpowiedziała,   nawet   nie   skinęła   głową,   tylko   usta 

ściągnięte bolesnym grymasem lekko zadrżały. Gradkiewicz na 

pierwszy rzut oka ocenił, że wygląda mizernie i blado, jakby 
wszystkie   siły   witalne   zupełnie   ją   opuściły,   pozostawiając 

zwiotczałą, zewnętrzną powłokę. Nawet popielate włosy straciły 
połysk   i   puszystość.   Kilka   miesięcy   spędzonych   w   areszcie 

prewencyjnym   pod   zarzutem   morderstwa   popełnionego   na 
osobie  własnego  brata  pozbawiło   ją  najwyraźniej  odporności 

psychicznej,   całkowicie   załamało   i   zniechęciło   do   walki   z 
przeciwieństwami losu.

—  Nie   przywita   się   pani   ze   mną   Ado?   —   zapytał 

adwokat, przyglądając się bacznie Neniewskiej.

—  Czy   to   ma   dla   pana   w   ogóle   jakieś   znaczenie?   — 

odpowiedziała pytaniem, a głos jej brzmiał głucho, jakby 

odwykła od rozmowy z ludźmi.

—  Tak,   bo   nadal   jestem   pani   przyjacielem   i   pragnę 

pani pomóc. Może usiądziemy i porozmawiamy.

Opadła   na   krzesło   niepewna   i   spłoszona.   Oczy   miała 

spuszczone a wargi zaciśnięte. Była tak spięta, że niełatwo mógł 
z nią nawiązać kontakt.

—  Nie  będę  przed  panią ukrywał,  że   sytuacja   stała  się 

poważna   —   powiedział   po   chwili   milczenia.   Wyjął   z 

teczki akta sprawy  i szybko je przejrzał. — Śledztwo już 
zamknięto i prokurator przesłał do sądu akt oskar żenia, 

w którym zarzuca pani zabójstwo Leona Kornickiego.

Nie zareagowała nawet mrugnięciem powieki, być może sens 

tych   słów   nie   dotarł   do   jej   świadomości,   albo   umyślnie 
izolowała się od świata nieprzebytym murem nieufności.

— Ado, chcę, żeby pani powiedziała prawdę. To ba rdzo 

background image

ważne   dla   ustalenia   przeze   mnie   taktyki   obrony.   Czy 
zabiła pani swojego brata?

Coś   w   rodzaju   złośliwego   uśmiechu   skrzywiło   jej   usta,   ale 

zaraz   twarz   jej   oblekł   wyraz   absolutnej   obojętności   wobec 

wszystkiego, co się wokół rozgrywało.

— Milczy pani? To niedobrze. Powinna wierzyć pani w 

szczerość   moich   intencji.   Niech   pani   nie   traktuje   mnie 
teraz   jak   znajomego,   ale   kogoś   w   rodzaju   spowiednika, 

któremu   należy   wszystko   wyznać.   Nie   udzielę   pani   co 
prawda   rozgrzeszenia,   ale   być   może   pomogę   uniknąć 

kary, która pani grozi.

—  A   co   mi   grozi?   —   powiedziała   to   tak,   jakby   każdy 

wymawiany wyraz sprawiał jej fizyczny ból.

Gradkiewicz rozłożył ręce gestem pełnym bezradności.

— Jak już mówiłem, nie mogę taić, że znajduje się pani 

w wyjątkowo niekorzystnym, można by rzec krytycznym 

położeniu.   W   czasie   śledztwa   zachowywała   się   pani 
absolutnie   biernie,   praktycznie   nie   przytoczyła   pani   ni-

czego na swoją obronę. Wyglądało na to, że wcale nie za -
leży   pani   na   życiu.   Materiał   dowodowy   niedwuznacznie 

wskazuje   na   pani   winę.   Stanie   pani   przed   sądem 
oskarżona   o   zabójstwo   brata   z   premedytacją,   z   niskich 

pobudek   materialnych.   Nie   chcę   wprowadzać   pani   w 
błąd   i   fałszować   obrazu   stanu   faktycznego.   Aczkolwiek 

sprawa   ma   charakter   poszlakowy,   nie   jest   wykluczone, 
że   prokurator   Kolwiec   zażąda   kary   śmierci.   To 

specjalista   od   procesów   dających   pole   do   barwnej   i 
niczym nie ograniczonej interpretacji zaszłych wydarzeń 

oraz żonglerki słownej, a w pani wypadku ma ułatwione 
zadanie.

Neniewska   odwróciła   głowę   w   stronę   okna,   za   którym 

rysował się skrawek błękitnego nieba. Nadal ani jedno słowo 

nie padło z jej ust.

—  To   bardzo   źle,   Ado,   że   nie   chce   mi   pani   powierzyć 

tajemnicy   tego,   co   się   stało   pamiętnego,   czerwcowe go 
dnia   przy   ulicy   Mokotowskiej.   W   swoim   czasie   rozsta -

liśmy   się   skłóceni,   żywiłem   do   pani   głęboki   żal   jako 

background image

odrzucony   konkurent,   ale   nie   mogę   teraz   patrzeć,   jak 
pani cierpi i ginie.

Wzruszyła ramionami, jakiś wzgardliwy półuśmiech pojawił 

się   na   sekundę   na   jej   twarzy,   ale   zaraz   zniknął,   zanim 

Gradkiewicz mógł go dostrzec.

—  Rozumiem   zatem,   że   nie   doczekam   się   od   pani 

szczerych   wyjaśnień   z   jakiegoś,   tylko   pani   znanego 
powodu, dla którego musi pani ukryć prawdę. Nie mam 

zamiaru   w   to   wnikać,   natomiast   zakładam,   że   jest   pani 
niewinna.   I   dlatego   podejmę   się   pani   obrony.   A   teraz 

zrekapitulujmy   fakty.   Może   pani   nic   nie   mówić,   ja   to 
uczynię.

Leon Kornicki został znaleziony martwy przez swoją gosposię 

w   mieszkaniu   przy   ulicy   Mokotowskiej   o   godzinie   ósmej 

trzydzieści   15  czerwca   tego   roku.   Wezwany   lekarz   stwierdził 
zgon między godziną siedemnastą trzydzieści a dziewiętnastą 

poprzedniego dnia, podając w akcie zgonu, że śmierć nastąpiła 
wskutek   ustania   czynności   serca.   Przyczyną   zgonu   był   więc 

zawał   mięśnia   sercowego.   Pogrzebem   i   wszystkimi 
formalnościami z nim związanymi zajął się najbliższy przyjaciel 

zmarłego — Roman Powelski, brat byłej żony Kornickiego. On 
też   powiadomił   panią   o   śmierci   brata.   Na   dzień   przed 

pogrzebem   do   sędziego   śledczego   zatelefonował   anonimowy 
informator,   oświadczając,   że   Leon   Kornicki   został 

zamordowany strzałem z rewolweru. Wprawdzie informacji tej 
brakowało   pozornie   prawdopodobieństwa,   ale   jednak,   na 

wniosek   prokuratora,   wstrzymano   ceremonię   pogrzebową   i 
zarządzono sekcję zwłok. W jej wyniku istotnie okazało się, że 

Kornicki   zginął   zastrzelony   z   rewolweru   typu   Browning, 
którego pocisk przeszedł przez ciało, uszkodził płuco i serce, 

pozostawiając małe okrągłe dziurki. Ze względu na nieznaczny 
rozmiar   uszły   one   uwadze   lekarza   stwierdzającego   zgon   w 

warunkach   domowych.   W   toku   następnych   czynności 
znaleziono   kulę   utkwioną   w   ramie   okiennej   i   ustalono,   że 

śmiertelny strzał oddano do denata z bardzo małej odległości, 
w momencie kiedy siedział przy biurku odwrócony plecami do 

mordercy. Fakt ten z miejsca nasunął podejrzenie, że zabójstwa 

background image

dokonała osoba bliska zmarłemu, a w każdym razie dobrze mu 
znana, z którą pozostawał w takich stosunkach, iż obecność jej 

w mieszkaniu nie budziła żadnych zastrzeżeń.

Jak ustalono. Kornicki krytycznego dnia podjął ze swojego 

konta   kwotę   100   000   złotych.   Jednakże   pieniędzy   tych   nie 
znaleziono ani w biurku, ani w sejfie, ani w innych domowych 

schowkach.   Jako   pełnomocnik   zmarłego   w   toku   śledztwa 
wyjaśniłem,   że   suma   ta   stanowiła   odszkodowanie   dla   byłej 

żony   denata   —   Żanety   Kornickiej,   z   domu   Powelskiej,   w 
zamian   za   zrzeczenie   się   wszelkich   rozczeń   finansowych   z 

tytułu   ustania   małżeńskiej   wspólnoty   majątkowej.   Termin 
doręczenia   pieniędzy   wyznaczono   na   piątek,   tego   samego 

tygodnia.   W   mieszkaniu   nie   znaleziono   narzędzia   zbrodni, 
musiał   je   więc   zabrać   morderca.   Ponieważ   przesłuchiwana 

gosposia   została   całkowicie   wyeliminowana   z   kręgu   osób 
podejrzanych   o   kradzież   100   000   złotych,   wydaje   się   być 

pewne, że ta sama osoba, która zastrzeliła Kornickiego, ukradła 
też   pieniądze.   Postawienie   pani   w   stan   oskarżenia 

spowodowała   przede   wszystkim   notatka   w   kalendarzu 
stojącym na biurku Kornickiego. „Ada o siedemnastej” zapisał 

w swoim notatniku Kornicki. Sąsiad, profesor Dolina-Palnicki, 
widział panią wchodzącą do mieszkania brata, gdyż o tej porze 

zawsze wyprowadza psa na spacer, nie zauważył jednak, kiedy 
je pani opuściła. Najbardziej jednak pogrążyło panią jej własne 

zachowanie  w czasie  śledztwa. Przecież  pani nie powiedziała 
ani jednego słowa na swoją obronę, chociaż na początku nie 

przyznała   się   pani   do   winy.   Tę   bierną   postawę,   milczenie, 
uznano niemal za równoznaczne z potwierdzeniem przez panią 

stawianych zarzutów. Nie rozumiem tego postępowania, Ado! I 
dlatego tak bardzo chciałem, aby mi pani powiedziała prawdę. 

Inne osoby podejrzane przedstawiły żelazne alibi, na przykład 
Żeneta Kornicka. Ponadto nie leżało absolutnie w jej interesie 

zabijanie   człowieka,   od   którego   miała   otrzymać   wysokie 
odszkodowanie. Zresztą w najbliższym czasie wychodzi za mąż 

za kapitana Wolwicza i już przeprowadziła się do Dęblina. W 
grę,   jako   zabójca,   mógł   jeszcze   wchodzić   Powelski,   ale   tego 

dnia   przebywał   u   siostry,   poza   tym   zabicie   tak   życzliwego   i 

background image

bliskiego   mu   człowieka   pozbawione   byłoby   sensu.   Inne 
kontakty  nie  wskazują na  nikogo, komu mogłoby zależeć  na 

jego zgładzeniu: mało stosunków ściśle towarzyskich, interesy 
handlowe prowadzone na szeroką skalę, ale z obopólną korzyś-

cią dla stron, więc brak jakiegokolwiek motywu do popełnienia 
zabójstwa. Nikt poza panią tego dnia go nie odwiedził. Co się 

więc stało, Ado?.

Dane   zebrane   o   pani   również   nie   świadczą   na   pani 

korzyść: złe stosunki z bratem, rozrzutny tryb życia pro -
wadzony   wspólnie   z   mężem   —   Wiktorem   Neniewskim, 

jego ruina finansowa, konieczność zdobycia dużych sum 
pieniędzy dla ratowania majątku ziemskiego. To właśnie 

motywy mogące prowadzić do zbrodni. Dodajmy do tego 
sprawy  spadkowe.  Kornicki  nie  pozostawił   testamentu   i 

pani,   jako   jedyna   krewna,   zgodnie   z   ustawą,   dziedziczy 
po   nim   cały   majątek.   Sąd   przyjmie,   że   pani   o   tym   wie -

działa   i   na   to   liczyła.   Opowiedziałem   to   wszystko,   aby 
uświadomić   pani   powagę   sytuacji.   Cały   materiał 

dowodowy   świetnie   posłuży   do   pobudzenia   wyobraźni 
prokuratora Kolwieca. Niechże pani wreszcie coś powie! 

Czasem   jakaś   niewielka   wskazówka   może   zmienić 
oblicze sprawy.

Neniewska   słuchała   słów   Gradkiewicza   początkowo   bez 

żadnego   zaangażowania,   potem   jednak   twarz   jej   ożywiła   się 

nieco,   jakby   zawisłe   nad   nią   niebezpieczeństwo   przebiło 
pancerz obojętności.

—  Wtedy   był   ktoś   jeszcze   w   mieszkaniu,   u   Leona   — 

wypowiedziała   te   słowa   w   przestrzeń,   nie   kierując   ich 

bezpośrednio   do   adwokata.   Od   początku   jego   wizyty   nie 
spojrzała mu ani razu prosto w oczy.

Gradkiewicz poruszył się z ożywieniem.
— Dlaczego nie ujawniła pani tego w śledztwie?

—  Brat   mówił,   że   to   kot   hałasuje,   ale   ja   wyraźnie 

słyszałam   czyjeś   kroki.   Jakby   ktoś   się   skradał,   aby   nas 

podsłuchać...

— Nie domyśla się pani, kto to mógł być?

— Nie.

background image

— Więc w jakim celu zataiła pani ten fakt? Przecież te 

kroki mogły należeć do mordercy.

—  Nie   wiem,   myślałam,   że   to   nie   ma   znaczenia   ...   W 

ogóle   nic   nie   ma   znaczenia   ...   —   znów   zaczęła   tracić 

kontakt z rzeczywistością.

—  Trzeba   koniecznie   znaleźć   świadka,   który   mógłby 

potwierdzić, że ktoś trzeci znajdował się w tym czasie w 
mieszkaniu   pani   brata.   Jeżeli   się   to   uda,   mamy   sprawę 

wygraną. Proszę jednak nie liczyć wyłącznie na tę okoli -
czność. Nie wiem, co się da zrobić. Wiele nadal zależy od 

pani samej. W każdym razie zostaje do wyjaśnienia, kto 
zawiadomił policję, że Leon Kornicki nie zmarł śmiercią 

naturalną, lecz został zastrzelony. Według mnie mógł to 
zrobić tylko albo świadek zbrodni, albo sam morderca.

*

Na kilka minut przed rozprawą sądową, podczas której mieli 

być   przesłuchiwani:   mąż   oskarżonej   Adeli   Neniewskiej, 

rozwiedziona   żona   zabitego   Leona   Kornickiego   —   Żaneta 
Wolwieżowa   oraz   jej   brat   Roman   Powelski,   tłum   ludzi 

zainteresowanych   przebiegiem   procesu   kłębił   się   na 
korytarzach wokół jednej z sal w gmachu sądów na Lesznie. 

Sprawa   ta,   wielokrotnie   komentowana   na   łamach   prasy, 
spotkała się z silnym odzewem opinii publicznej zarówno ze 

względu na głównych aktorów procesu, wywodzących się ze 
środowiska   warszawskiego  high   life'u,   jak   i   na   jej 

specyficzny,   niecodzienny   charakter.   Lapidarnie 
mówiąc:   zamordowanie   brata   przez   siostrę   z   pobudek 

materialnych   bulwersowało   przez   wiele   miesięcy 
szerokie   warstwy   społeczeństwa,   nie   tylko   jako   dramat 

rodzinny, ale i problem moralny. Oczywiście całe odium 
spadało   na   oskarżoną.   Badano   jej   prywatne   życie, 

rozstrząsając   intymne   szczegóły   nieudanego   pożycia 
małżeńskiego,   zastanawiano   się   nad   rzekomo 

wrodzonymi   złymi   skłonnościami,   zahaczającymi   o 
dewiację psychiczną lub też pomawiano o wyrafinowanie 

i   bezwzględne   okrucieństwo.   Niektórzy,   co   prawda, 

background image

skłonni   byli   sądzić,   że   oskarżona   jest   niewinna   i   jakiś 
dziwny, dotąd nie wyjaśniony splot wydarzeń uwikłał ją 

w   tę   tragedię,   czyniąc   ofiarą   ustaleń   śledztwa,   ale   tych 
głosów   odzywało   się   zdecydowanie   mniej.   Większość 

obserwatorów   potępiało   ją   i   oczekiwało   najwyższego 
wymiaru   kary   dla   tej   kobiety,   która   dla   zdobycia 

pieniędzy   przelała   krew   jednego   z   najbliższch   jej   na 
świecie   ludzi.   Dlatego   też   każda   z   dotychczas   odbytych 

rozpraw   cieszyła   się   ogromną   frekwencją,   zarówno 
wśród dziennikarzy, jak i publiczności.

Tego dnia, w tłumie falującym przed drzwiami sali rozpraw, 

przeważali liczni znajomi rodziny Kornickich łaknący nowych, 

sensacyjnych   wiadomości.   Neniewska   przebywała   wiele 
miesięcy   w   areszcie,   krążyły   pogłoski,   że   jest   chora,   nawet 

przypuszczano, iż nastąpi odroczenie postępowania sądowego z 
powodu   złego   stanu   jej   zdrowia.   Mecenas   Gradkiewicz   — 

obrońca oskarżonej, ubrany w togę, jak zwykle z potężną teczką 
w   ręku,   świadczącą   o   jego   dużej   aktywności   zawodowej, 

pojawiał się i znikał na korytarzu, otoczony gronem żywo z nim 
dyskutujących kolegów adwokatów i aplikantów.

Iza Będziłło w szarym kostiumie, obramowanym srebrnymi 

lisami,   spacerowała   z   Ulą   Rollenową,   de   domo   Horozińską, 

której widoczna, już zaawansowana, ciąża nie pozwalała, ku jej 
wyraźnemu   zmartwieniu,   na   prezentowanie   najnowszych 

kreacji od Hersego.

—  Od   razu   mówiłam,   że   ta   wielka   miłość   Ady   do 

pięknego   Wika   źle   się   skończy   —   prawiła   ze   swadą   Bę- 
dziłłówna, rozdając na prawo i lewo ukłony. — To nie był 

odpowiedni   dla   niej   partner.   Z   takim   jak   on   —   flirt, 
romans — owszem, dlaczego nie? Ale małżeństwo, co za 

pomysł?! Jeszcze przy jej wybujałej uczuciowości, egzal-
tacji, musiało w końcu dojść do takiego finału. Zawsze to 

przepowiadałam.

—  Tak,   ale   morderstwo,   rozlew   krwi   ...   nigdy   bym   się 

nie spodziewała, że Ada będzie do tego zdolna. Antoś nie 
pozwala mi chodzić do sądu, bo to może mieć zły wpływ 

na   rozwój   płodu,   ale   ja   mu   tłumaczę,   że   się   wcale   nie 

background image

przejmuję   tą   historią.   Ostatecznie   ona   sama   jest   sobie 
winna. Zabić rodzonego brata — to wprost obrzydliwość.

— No, jeszcze nie wiadomo, czy to ona zabiła. Ale tak, 

czy   owak,   znając   ciebie,   wiem,   że   nie   przepuścisz   ani 

jednej rozprawy, choćbyś miała urodzić na sali sądowej. 
To podniecające, prawda, taka publiczna wiwisekcja?

—  Izo,   ty   jednak   jesteś   potwornie   złośliwa   —   roześ -

miała   się   sztucznie   Rollenowa.   —   Słuchaj,   jak   myślisz, 

czy   wybuchnie   ta   wojna?   Antoś   twierdzi,   że   Hitler 
będzie się bał nas pierwszy zaatakować. W końcu chodzi 

tylko o „korytarz”, ale nigdy nic nie wiadomo. Jakby się 
tylko coś zaczęło, wyjeżdżamy do naszej willi w Urlach.

— My raczej pryśniemy z papą za granicę. Ale przestań 

politykować.   Patrz   już   wywołują   sprawę   Neniew-   skiej. 

Chodźmy, bo nam zajmą dobre miejsca.

Istotnie   tajemnicze,   niedostępne   dotąd   drzwi,   strzegące 

świątyni rozpraw otwarły się i żądny mocnych wrażeń tłumek 
wsypywał się do środka. Wkrótce sala wypełniła się po brzegi.

Będziłłówna   w   pewnej   chwili   trąciła   siedzącą   koło   niej 

Rollenową.

— Spójrz tylko, Wiko przyszedł do sądu w towarzystwie 

Rity  Holzenberg. Jednak to już zakrawa na nieprzyzwoitość. 

Podobno od kilku miesięcy  jest na jej utrzymaniu i pozwala 
łaskawie spłacać swoje długi.

Kiedy   wprowadzono   oskarżoną   w   eskorcie   policji, 

zapanowała zupełna cisza i wszystkie oczy zwróciły się w 

jej   stronę.   Neniewska   okazała   jednak   twarz   obojętną   i 
kamiennie   spokojną.   Lekkie   obrzmienie   zmieniało   jej 

rysy, włosy miała gładko ściągnięte do tyłu, a spuszczo-
ne,  prawie   zamknięte   oczy,   czyniły   ją  mało   podobną  do 

osoby   ongiś   dobrze   znanej   w   towarzystwie.   Mecenas 
Gradkiewicz zbliżył się do niej i szepnął jej do ucha kilka 

słów, po czym zajął miejsce w ławie obrońców. Prokura -
tor Kolwiec siedział już z boku, przy stole sędziowskim. 

Ten trzydziestokilkuletni  mężczyzna  o czarnej, falującej 
czuprynie i błyszczących oczach, znany był z krasomów -

czych   popisów   i   szczególnej   zajadłości   w   ściganiu   oraz 

background image

prześladowaniu   delikwentów,   którzy   popadli   w   konflikt 
z obowiązującym w Polsce kodeksem karnym.

Głęboki   bas   woźnego   wezwał   zgromadzonych   do   po-

wstania.   Sąd   w   trzyosobowym   składzie   poważnie   i   uro -

czyście  wkroczył do sali. Po dopełnieniu wstępnych for -
malności   związanych   z   procedurą   prawną,   przystąpiono 

do   przesłuchania   świadków   powołanych   zarówno   przez 
prokuratora, jak i obrońcę. Do tej pory, w toku postępo-

wania, zeznawało już szereg osób na okoliczności mające 
związek   ze   śmiercią   Kornickiego:   gosposia   Marianna 

Drucikowa,   profesor   Dolina-Palnicki,   znajomi 
Neniewskich i denata. Nie wnieśli oni jednak nic takiego 

do   materiału   dowodowego,   co   mogłoby   przesądzić   o 
winie   oskarżonej,   albo   wskazać   na   jej   niewinność. 

Znajomi   zgodnie   stwierdzali,   że   para   małżonków 
prowadziła   rozrzutny,   rzec   można   hulaszczy   tryb   życia, 

który   w   konsekwencji   doprowadził   ich   do   całkowitej 
ruiny   materialnej.   Udział   Ady   Ne-   niewskiej   w 

trwonieniu   majątku   razem   z   mężem,   w   świet le   tych 
zeznań, wydawał się niezaprzeczalny i oczywisty. Postać 

zabitego   natomiast   rysowała   się   na   tym   tle   bardzo 
pozytywnie: człowiek o nienagannej opinii, zdolny hand -

lowiec,   oddany   syn,   troskliwy   brat,   przechodzący   przez 
życie  bez kolizji  z prawem i otoczeniem. Dzisiejsza roz -

prawa mogła mieć szczególny i brzemienny w skutki dla 
dalszego toku procesu, przebieg. Na świadków wezwano 

bowiem   osoby   blisko   związane   z   głównymi   bohaterami 
dramatu:   Wiktora   Neniewskiego.   Żanetę   Wolwiczową  i 

jej brata Romana Pawelskiego.

Pierwszą   wywołano   Wolwiczową.   Zgrabna,   przystojna, 

ubrana   skromnie,   lecz   elegancko,   w   granatowy   kostium,   w 
małym   toczku   z   woalką,   spod   którego   wymykały   się   gęste, 

czarne włosy, zrobiła z miejsca korzystne wrażenie na składzie 
sędziowskim.   W   rękach,   obleczonych   w   białe   rękawiczki, 

trzymała   swobodnie   skórzaną   torebkę.   Mówiła   spokojnie, 
rzeczowo,   jakby   sprawa   ta   nie   dotyczyła   człowieka 

pozostającego z nią przez kilka lat w związku małżeńskim, a 

background image

kogoś zupełnie obcego.

—  Gdzie   świadek   przebywała   w   dniu   śmierci   Leona 

Kornickiego? — zapytał sędzia przewodniczący.

—  W   Dęblinie.   Jeszcze   przed   rozwodem   przeprowa-

dziłam się do tego miasta.

— Czy świadek mieszkała tam sama?

—  Nie,   z   kapitanem   Andrzejem   Wolwiczem,   moim 

obecnym mężem.

—  Kiedy   świadek   po   raz   ostatni   widziała   swojego 

pierwszego męża?

—  Tydzień   przed   jego   śmiercią,   u   notariusza.   Podpi -

sałam tam akt zrzeczenia się praw do majątku dorobko -

wego.  Ze  strony  mojego  byłego  męża  występował   mece -
nas Gradkiewicz.

—  Podobno   świadek   miała   otrzymać   w   zamian   za   to 

odszkodowanie pieniężne w wysokości 100 000 złotych?

— Tak to wspólnie ustaliliśmy.
— Czy świadek dostała te pieniądze?

— Nie, gdyż mecenas Gradkiewicz  miał mi je doręczyć 

17 czerwca, a w dniu tym Leon Kornicki już nie żył

—  Tak,   to,   co   świadek   nam   mówi,   zgadza   się   z   ma-

teriałami   zebranymi   w   śledztwie.   Proszę   nam 

powiedzieć,   co   stało   się   przyczyną   rozwodu   świadka   z 
denatem?   Jak   nam   wiadomo,   małżeństwo   to   trwało 

siedem   lat.   Czy   zaszły   jakieś   ważne,   a   nieoczekiwane 
powody, które doprowadziły do rozpadu tego związku?

—  Rozeszłam   się   z   Leonem   Kornickim   ze   względu   na 

całkowity   brak   zgodności   poglądów   i   charakterów,   a 

także   z   powodu   zupełnego   niedoboru   fizycznego   — 
młoda   kobieta   mówiła   nadal   swobodnie   i   bez   zająknie-

nia,   jakby   składanie   takiego   oświadczenia   wobec 
licznego   audytorium   nie   sprawiało   jej   najmniejszego 

trudu i przykrości. — Różnice zdań, zapatrywań ujawniły 
się w czasie naszego pożycia, coraz bardziej narastały, a 

w końcu uczyniły je niemożliwym.

— Na czym polegały?

— Mój były mąż stał się już wkrótce po naszym ślu bie 

background image

człowiekiem   ceniącym   nade   wszystko   pieniądz.   Nie 
mogłam   żyć   w   atmosferze   stałej   pogoni   za   zarobkiem, 

bez uwzględniania innych wartości, odgrywających w ży -
ciu   ważną   rolę.   Poza   tym   miał   apodyktyczny   charakter, 

żądał   od   kobiety   całkowitego   podporządkowania   się, 
prawie   niewolniczej   uległości,   a   na   to   nie   mogłam   się 

zgodzić.

W   sali   wzmógł   się   szum   głosów,   słychać   było   szeptem 

wypowiadane uwagi; po raz pierwszy bowiem padły krytyczne 
słowa   pod   adresem   ofiary   zbrodni.   Sędzia   przewodniczący 

musiał wezwać zebranych do zachowania porządku.

—  Czy   rozejście   się   świadka   z   mężem   miało   charak ter 

burzliwy? Może wybuchały awantury, ostre starcia?

—  Ach,   nie   —   uśmiechnęła   się   Wolwiczową.   —   Leon 

bardzo   chętnie   uwolnił   się   od   mojej   osoby.   Oboje 
doszliśmy   do   wniosku,   że   nasz   związek   okazał   się 

nieudany i nie należy go dalej ciągnąć. Nie mieliśmy do 
siebie żadnych pretensji.

—  Proszę   nam   jeszcze   opowiedzieć   o   stosunku   Leona 

Kornickiego   do   rodziny,   a   szczególnie   do   oskarżonej   i 

ojca.

—  Był   dobrym   synem,   aczkolwiek   niezbyt   często 

kontaktował   się   ostatnio   z   ojcem   ze   względu   na   brak 
czasu.   Nigdy   jednak   nie   słyszałam   o   niesnaskach   lub 

kłótniach   z   moim   byłym   teściem,   raczej   zwykle   słuchał 
jego rad i wskazówek.

— A z siostrą? — sędzia pochylił się nad stołem  i pilnie 

wpatrzył   w   twarz   młodej   kobiety,   jakby   od   tej   od-

powiedzi mogło wiele zależeć.

— Interesował się jej losem, zamążpójściem. Sądzę, że 

darzył   ją   przywiązaniem,   oczywiście   na   swój   sposób, 
gdyż, jak mówiłam, najwięcej absorbowały go sprawy za -

wodowe i szybkie powiększanie majątku.

— Czy świadek nigdy nie była obecna przy kłótni męża 

z   siostrą   lub   nie   słyszała   przynajmniej   o   istniejących 
pomiędzy nimi zatargach?

—  Nie,   uważałam,   że   ich   wzajemne   stosunki   układały 

background image

się zupełnie poprawnie.

—  Dziękuję   świadkowi.   Czy   pan   prokurator   ma   jakieś 

pytania?

—  Tak,   oczywiście   —  Kolwiec   okrasił  usta   drapież nym 

uśmiechem,   zwykle   poprzedzającym   frontalny   atak   na 
aktualnie   przesłuchiwany   obiekt.   —   Czy   Leon   Kornicki 

pochwalał   wybór   kandydata   na   męża   przez   oskarżoną, 
czy   też   sprzeciwiał   się   jej   związkowi   z   Wiktorem 

Neniewskim?   Proszę   zastanowić   się   dobrze,   zanim 
świadek odpowie.

—  O   ile   mi   wiadomo   Leon   nie   okazywał   zbytniego 

zadowolenia   z   tego   wyboru.   Uważał,   że   Ada   powinna 

znaleźć   innego   partnera   —   Wolwiczowa   mówiła   teraz 
wolniej, wyważając każde słowo.

— Dlaczego?
—  Twierdził,  że  Neniewski  znajduje  się w zlej  sytuacji 

materialnej i szuka panny z posagiem.

— Czy na tym tle doszło do jakiejś poważniejszej scysji 

między zamordowanym a oskarżoną?

—  Nigdy   nie   uczestniczyłam   w   żadnej   kłótni,   ani   w 

rozmowie o takim charakterze. W tym czasie współży cie 
moje   z   Kornickim   zupełnie   ustało   i   właściwie   już   nie 

brałam udziału w jego życiu rodzinnym.

—  Nie   może   jednak   chyba   świadek   zaprzeczyć,   że 

stosunki   między   oskarżoną   a   jej   bratem   od   jej   ślubu   z 
Neniewskim zostały zerwane?

—  Wprawdzie   nasze   małżeństwo   już   nie   istniało,   to 

jednak wydaje mi się, że rzeczywiście Leon nie kontakto -

wał się zupełnie z siostrą i jej mężem.

—  Czy   oskarżona   zwracała   się   do   swojego   brata   o 

pomoc finansową i czy ją kiedykolwiek otrzymała?

— Nic mi o tym nie wiadomo.

— Co świadek może powiedzieć o trybie życia i sytuacji 

materialnej Neniewskich?

—  Absolutnie   nic,   Ada   wyszła   za   mąż   po   moim   ro -

zejściu   się   z   Kornickim.   Jak   mówiłam   ta   rodzina 

przestała mnie zupełnie interesować.

background image

—  Dobrze.   A   jak   układały   się   stosunki   świadka   ze 

szwagierką w okresie, kiedy małżeństwo z Kornickim je-

szcze   trwało,   to   znaczy   na   przestrzeni   siedmiu   lat?   Czy 
nie zaobserwowała  świadek  u niej złych  skłonności, po -

ciągu do marnotrawstwa, do rozrzutności?

—  To   nie   mogło   mieć   miejsca.   Ada   jest   o   siedem   lat 

młodsza ode mnie. Kiedy wychodziłam za mąż za Korni-
ckiego była jeszcze dzieckiem. Prawdę mówiąc nie przy -

jaźniłyśmy   się,   nie   znalazłyśmy   wspólnego   języka, 
zainteresowań   czy   upodobań.   Ada   miała   zupełnie   inny 

krąg   znajomych.   Nigdy   jednak   nie   zauważyłam   u   niej 
jakichś odchyleń od normy.

—  Czy   to   prawda,   że   ojciec   spełniał   wszystkie   jej   za-

chcianki?

—  Raczej   tak,   ale   to   zupełnie   naturalne,   jedyna   cór -

ka ...

— Dziękuję, to na razie wystarczy.
— A pan mecenas — sędzia przewodniczący zwrócił się 

teraz do Gradkiewicza — ma pytania do świadka?

—  Tak,   mam   —   adwokat   poderwał   się   z   miejsca, 

poprawił   poły   togi   i   pochylił   się   nad   rozłożonymi 
aktami,   jakby   dopiero   w   tej   chwili   zapoznawał   się   z 

materiałami   sprawy,   a   potem   odwrócił   całą   swoją 
masywną   postać   w   stronę   Wolwiczowej.   —   Świadek 

wspominała,   że   jakoby   wyłączną   przyczynę   rozkładu   jej 
pożycia   małżeńskiego   z   Leonem   Kornickim   stanowiło 

jego   zbyt   materialistyczne   podejście   do   życia   i   brak   z 
mężem   więzi   duchowej.  Proszę   powiedzieć   sądowi,   jaką 

zatem   rolę   odegrał   obecny   pani   mąż,   pan   kapitan 
Wolwicz?   Jak   mi   wiadomo,   to   jego   osoba   właśnie   stała 

się powodem rozwodu.

— Panie mecenasie — łagodnie upomniał Gradkie wicza 

sędzia — to pytanie nie ma związku ze sprawą.

—  Owszem,   ma,   proszę   wysokiego   sądu   —   powiedział 

adwokat z szacunkiem. — Chcę wykazać, że rozejś cie się 
państwa   Kornickich   nie   mogło   nastąpić   bez   poważnych 

nieporozumień,   mówiąc   drastycznie,   małżeńskich 

background image

awantur.

— A więc, czy małżonek robił pani sceny zazdrości? — 

sędzia dobrodusznym tonem zwrócił się do Wolwiczowej 

— Początkowo tak — Żaneta wydawała się pierwszy raz 

nieco   zmieszana   —   ale   nigdy   w   sposób   gwałtowny. 
Prędko   doszliśmy   do   wniosku,   że   powinniśmy   się 

rozwieść.

—  Czy   to   pana   zadowala,   panie   mecenasie?   — 

uśmiechnął się sędzia.

— Chwilowo tak.

— Czy są jeszcze pytania?
— Oczywiście. Powrócę do wypowiedzi świadka, jakoby 

zmarły  hołdował  wyłącznie   potędze  pieniądza.  Dla czego 
w   takim   razie   przyjaźnił   się   z   pani   bratem   Romanem 

Powelskim, a nawet w pewnym sensie zajmował się jego 
losem? Czy upatrywał w tym jakiś interes?

Żaneta wzruszyła ramionami.
—  Tak,   zainteresowanie   moim   bratem   stanowiło 

wyjątek   w   postępowaniu   Leona.   Wynikało   być   może   z 
tego,   że   nie   mieliśmy   dzieci,   a   Roman   jest   ode   mnie 

dużo młodszy. Lubił go bardzo i chyba po trosze trakto -
wał jak syna.

—  Czy   pani   brat   wyciągał   z   tego   jakieś   korzyści   ma-

terialne?   A   może   mąż   świadka   chciał   go   ustanowić 

swoim   spadkobiercą,   albo   przynajmniej   czynił   takie 
obietnice?

W sali od kilku chwil panowało poruszenie, znów rozległ się 

szmer   podnieconych   głosów.   Co   miał   zamiar   zasugerować 

sądowi słynny adwokat, znany z niespodziewanych zwrotów w 
prowadzeniu   obrony   swoich   klientów,   zadając   Wolwiczowej 

tego   rodzaju   pytania?   Czy   chciał   skierować   podejrzenie   na 
zupełnie inną osobę?

—  Nie   wydaje   mi   się   to   prawdopodobne.   Leon   nie 

myślał o śmierci. Wiem tylko, że pomógł mojemu bratu 

zdobyć zawód i pracę.

—  A  teraz   proszę   świadka   —   adwokat   specjalnie   prze-

ciągał   słowa,   a   czynił   to   wolno   i   dobitnie   —   zechce 

background image

świadek   powiedzieć   sądowi,   czy   podtrzymuje   złożone   w 
śledztwie   zeznanie,   że   Roman   Powelski   w   dniu 

zabójstwa   Leona   Kornickiego,   14   czerwca   ubiegłego 
roku, przez cały  dzień przebywał w mieszkaniu świadka 

w Dęblinie i wyjechał do Warszawy dopiero po godzinie 
dziewiętnastej?

Przez parę sekund Wolwiczowa milczała. Wydawało się, że 

po   jej   twarzy   przemknął   cień   wahania,   ale   natychmiast 

opanowała się i powiedziała.

— Tak, podtrzymuję.

— Dziękuję, nie mam więcej pytań.
—  Świadek   jest   wolna   —   zakomunikował   sędzia.   — 

Proszę wezwać świadka Romana Powelskiego.

Do   stołu   sędziowskiego   zbliżył   się   młody   człowiek  o 

chłopięcym   wyglądzie.   Podobny   do   siostry,   miał   w   ru -
chach jakąś miękkość, coś z kobiecego wdzięku. Ta jego 

delikatność   mogła   wskazywać   na   trawiącą   go 
wewnętrzną chorobę.

Mówił   płynnie,   ale   dość   cicho,   wydawał   się   przeżywać 

głęboko śmierć przyjaciela i tragedię rodziny Kornickich. Tak, 

Leon   opiekował   się   nim   od   wielu   lat,   właściwie   od   ślubu   z 
Żanetą. Rodzice  ich zmarli  przedwcześnie  na płuca. On sam 

posiadał   mały,   osobisty   majątek   pozostawiony   przez   nich   w 
spadku, więc w zasadzie  nie  korzystał z pomocy materialnej 

szwagra,   ale   Leon   ustawił   go   w   życiu,   ułatwił   studia, 
zaprotegował w pracy. Wiele mu zawdzięczał, mimo znacznej 

różnicy wieku łączyła ich głęboka przyjaźń. O oskarżonej Adzie 
Kornickiej,   jej   ojcu,   domu   rodzinnym   wyrażał   się   z 

największym   szacunkiem   i   uznaniem.   Jego   zdaniem, 
Neniewska   zasługiwała   na   współczucie   z   powodu   wyjątkowo 

niefortunnego   za-   mążpójścia.   Brat   sprzeciwiał   się   temu 
związkowi,   stosunki   między   rodzeństwem   uległy   wtedy 

pewnemu   zawieszeniu,   ale   on   nigdy   nie   był   świadkiem 
gorszących   scen   czy   awantur.   Po   rozwodzie   Leona   z   Żanetą 

utrzymywał z Kornickim nadal ożywione kontakty, gdyż fakt 
ten nie miał najmniejszego wpływu na łączącą ich przyjaźń. Nie 

było mu wiadomym, że Ada umówiła się czternastego czerwca z 

background image

bratem w jego mieszkaniu.

—  Czy   świadek   wiedział,   że   Leon   Kornicki   ma   zamiar 

podjąć   z   banku   sto   tysięcy   złotych   w   celu   wypłace nia 
odszkodowania   swojej   byłej   żonie?   —   zapytał   mece nas 

Gradkiewicz.

—  Nie,   Leon   mówił   mi   tylko,   że   między   nim   a   Żanetą 

doszło   do   porozumienia   w   sprawach   finansowych. 
Również siostra wspominała mi o tym w czasie mojej wi -

zyty u niej, w Dęblinie.

— Kiedy świadek po raz ostatni widział Kornickiego  i o 

czym z nim rozmawiał?

—  Dwunastego   czerwca,   przed   moim   wyjazdem. 

Dokładnie   nie   przypominam   sobie   przebiegu   rozmowy, 
ale pamiętam, że Leon wypytywał się trochę żartem, tro -

chę serio, czy siostra jest zadowolona z nowego związku, 
a ja z następnego szwagra.

—  O   której   godzinie   wrócił   świadek   do   Warszawy 

czternastego czerwca?

—  Koło   dwudziestej   trzeciej.   Na   drugi   dzień   po   po -

łudniu umówiłem się z Leonem. Niestety, kiedy przysze -

dłem o szesnastej, zastałem mieszkanie opieczętowane.

—  Kto   może   potwierdzić,   że   powrót   świadka   do 

Warszawy nastąpił właśnie o tej porze?

Powelski wydawał się być bardzo zaskoczony tym pytaniem, 

rozłożył nawet bezradnie ręce i powiedział.

—  Nikt,   było   już   późno.   Nikogo   nie   spotkałem,   a 

mieszkam sam.

Prokurator Kolwiec zerwał się z miejsca jak oparzony.

—  Proszę   wysokiego   sądu,   protestuję   przeciw   tego 

rodzaju  pytaniom  na okoliczności,  które  zostały   już do -

statecznie wyjaśnione w toku śledztwa.

—  Panie   prokuratorze   —   łagodził   jak   zwykle   sędzia 

przewodniczący — nie możemy narzucać obronie taktyki 
postępowania,   nie   zaszkodzi,   jeśli   świadek   jeszcze   raz 

potwierdzi   poprzednio   złożone   zeznania   lub   je   odwoła, 
jeśli uzna to za stosowne.

Po Powelskim na salę rozpraw w charakterze świadka został 

background image

wezwany   Wiktor   Neniewski.   Przesłuchanie   jego   stanowiło 
punkt   kulminacyjny   dzisiejszej   rozprawy.   Kim   był   ten 

człowiek?   Inspiratorem   mordu,   podżegaczem,   czy   osobą   nie 
mającą   nic   wspólnego   z   potwornym   czynem,  o   dokonanie 

którego   oskarżono   jego   żonę.   Do   tej   pory   brakowało 
jakichkolwiek   podstaw   do   posądzenia   Neniewskiego 

nawet   o   moralny   współudział   w   popełnionej   zbrodni, 
gdyż z ust tej kobiety nie padło ani jedno słowo mogące 

świadczyć   przeciwko   niemu.   Postawa   Neniewskiej 
stanowiła   nadał  zagadkę   dla  organów  śledczych   u  sądu. 

Na   samym   początku   wprawdzie   nie   przyznała   się   do 
winy,   ale   nie   chciała   uparcie   i   konsekwentnie   składać 

żadnych   wyjaśnień   i   odpowiadać   na   pytania   sądu. 
Jedyne,   co   zdołano   od   niej   usłyszeć,   stanowiące   novum 

w tym dziwnym procesie, to to, że w czasie  jej wizyty  u 
brata   jakaś   trzecia   osoba   znajdowała   się   jeszcze   w 

mieszkaniu.   Okoliczność   ta   jednak,   jak   dotychczas,   nie 
została poparta żadnym dowodem, w związku z czym nie 

miała znaczenia dla materiału zebranego w sprawie.

Wobec   takiego   zachowania   klientki,   sytuacja   jej   adwokata 

stała   się   nie   do   pozazdroszczenia.   Przypominała   popisy 
ekwilibrystyczne   tancerza   na   linie,   który,   aby   utrzymać 

równowagę, musi zawierzyć tylko własnym siłom.

Wejście   Wiktora   Neniewskiego   na   salę   wywołało   po -

dniecenie wśród publiczności. Wygolony, wymuskany, w 
bryczesach, błyszczących butach do konnej jazdy i w sza-

firowej   marynarce,   wyglądał   jakby   przed   chwilą   wygrał 
główną nagrodę  w  międzynarodowych   zawodach  hipicz -

nych.   Uprzedzony   o   prawie   odmowy   zeznań   ze   względu 
na łączące go więzy z oskarżoną, odpowiedział ze swobo -

dą i nonszalancją.

— Ależ ja chcę zeznawać. Uważam, że mam obo wiązek 

przyczynie   się   do   odkrycia   prawdy   o   śmierci   Leo na 
Kornickiego.   Zresztą   moje   małżeństwo   z   oskarżoną 

przestanie   niedługo   istnieć,   właśnie   wszcząłem   kroki 
rozwodowe .

Szmer na sali przerodził się we wrzenie. Sędzia poczuł się 

background image

zmuszony   do   kilkakrotnego   przywoływania   publiczności   do 
porządku.   Mecenas   Gradkiewicz   natychmiast   zerwał   się   z 

miejsca i zażądał odebrania przysięgi od świadka przed jego 
przesłuchaniem. Neniewski skwapliwie zastosował się do tego, 

wyraźnie skandując słowa powtórzył za sędzią, że będzie mówił 
szczerą   prawdę,   niczego   nie   ukrywając   z   tego,   co   mu   jest 

wiadome.

Oskarżona od samego początku siedziała nieruchomo, teraz 

ramionami jej zaczął wstrząsać ledwo zauważalny dreszcz.

—  Chciałbym   złożyć   przed   sądem   pewne   oświadcze nie 

— rozpoczął niespodziewanie Neniewski.

Sędzia   przewodniczący   nieco   zdziwiony   uniósł   głowę   znad 

akt.

—  Czy   dotyczące   okoliczności   nie   ujawnionych   przez 

świadka w śledztwie.

— Tak, gdyż dopiero teraz pewne fakty doszły do mojej 

wiadomości.

— Słucham świadka.

Ncniewski.   rozejrzał   się   po   sali,   kwitując   zadowolonym 

uśmiechem rosnące wciąż zainteresowanie zgromadzonych, ale 

natychmiast   przybrał   postawę   pełną   urzędowej,   złowróżbnej 
powagi.

— Wydaje mi się, że moja była żona, idąc na spotkanie 

ze swoim bratem, zabrała z domu rewolwer.

—  Proszę   się   zdecydować,   czy   świadek   jest   tego   pe -

wien, czy tylko mu się tak wydaje. A poza tym oskarżo -

na, jak  wiadomo sądowi, pozostaje  nadal żoną świadka, 
proszę więc nie używać zwrotu  „była  żona” — upomniał 

Neniewskiego przewodniczący.

Neniewski   skłonił   się   z   uszanowaniem   przed   zespołem 

sędziowskim.

—  Będę   o   tym   pamiętał.   Więc   mogę   stwierdzić   z   całą 

pewnością,   że   rewolwer,   który   leżał   w   szufladzie   szafy, 
obecnie   się   tam   nie   znajduje.   Zaznaczam,   że   od   chwili 

aresztowania   żony,   nie   przebywałem   w   naszym 
wspólnym   mieszkaniu.   Kiedy   kilka   dni   temu 

przyszedłem   zabrać   swoje  osobiste   rzeczy,   zajrzałem   do 

background image

szuflady   i   zauważyłem   brak   rewolweru.   Przeszukałem 
wszystkie   schowki,   ale   go   nie   znalazłem.   Przypominam 

sobie   teraz,   że  żona  przed   wyjściem   do  brata,   udała   się 
do   sypialni.   Kiedy   tam   wszedłem   niespodziewanie, 

pośpiesznie zamknęła torebkę. Wyglądała tak, jakbym ją 
złapał na gorącym uczynku.

—  Proszę   oszczędzić   sądowi   sugestii   w  tym   względzie. 

Czyją własność stanowił ten rewolwer?

—  Stanisława   Kornickiego.   Po   śmierci   ojca   żona   za-

brała   go   z   jego   mieszkania   i   przyniosła   do   naszego 

domu.

Wielokrotnie upominałem ją, że łamie prawo, gdyż nie ma 

zezwolenia na broń, ale bezskutecznie.

Wypowiadając   te   słowa   z   namaszczeniem   i   powagą, 

Neniewski   przybrał   pozę   niezłomnego   stróża   i   obrońcy 
praworządności. Sędzia spojrzał na niego spod oka.

— Czy świadek nie posługiwał się tym rewolwerem?
— Nigdy! — obruszył się „Piękny Wiko”. — Od wielu lat 

posiadam   legalnie   broń   myśliwską   i   to   mi   absolutnie 
wystarcza.

—  A   czy   świadek   chociaż   wie,   jakiego   typu   był   ten 

rewolwer?

— Browning.
Tym   razem   na   sali   zahuczało   jak   w   ulu.   Powszechnie 

wiedziano,   że   śmiercionośna   kula   pochodziła   właśnie   z 
rewolweru tej marki.

—  Proszę   powiedzieć   sądowi   —   kontynuował   prze-

wodniczący — w jakim celu udała się oskarżona do swo-

jego brata w dniu jego śmierci? Z materiałów sprawy wy -
nika,   że   od   dłuższego   czasu   stosunki   między 

rodzeństwem nie układały się dobrze. Skąd więc te nagłe 
odwiedziny? Czy świadkowi jest coś o tym wiadome?

— Przypuszczam, a nawet mam pewność — naty chmiast 

się   poprawił   —   że   żona   chciała   pożyczyć   od   niego 

pieniądze.

—  Czy   to   świadek   namówił   ją   do   tego?   Zgodnie   z   po-

siadanymi   przez   sąd   informacjami   w   tym   okresie 

background image

świadek   znajdował   się   w   więcej   niż   krytycznej   sytuacji 
finansowej.

Twarz Neniewskiego przybrała wyraz obrażonej niewinności.
—  Przyznaję,   że   przejściowo   miałem   pewne   trudności 

natury materialnej, które w tej chwili prawic nie istnieją, 
ale   nigdy   nie   żądałem   od   rodziny   żony   najmniejszego 

wsparcia. To uwłaczałoby mojej ambicji męskiej.

Po   tym   pompatycznym  exposé,  na   ustach   wielu   osób 

przysłuchujących   się   rozprawie   pojawiły   się   ironiczne 
uśmiechy, a nawet rozległ się stłumiony chichot kobiecy.

—  A   jednak   —   sędzia   przewodniczący   pytał   dalej 

nieustępliwie   —   czy   pieniądze   od   brata   żony   nie   miały 

służyć   do   ratowania   zagrożonego   majątku   świadka?   A 
może oskarżona z własnej inicjatywy postanowiła przyjść 

świadkowi z pomocą?

— Ach skądże — obruszył się Neniewski. — Żona nigdy 

nie   interesowała   się   sprawami   finansowymi,   absolutnie 
jej nie obchodziły. Po prostu chciała sobie sprawić nowe 

karakułowe   futro.   Kiedy   jej   oświadczyłem,   że   chwilowo 
mnie   nie   stać   na   tak   poważny   zakup,   powiedziała,   że   w 

takim   razie   pożyczy   pieniądze   od   brata.   Oczywiście 
sprzeciwiłem się temu stanowczo.

— Czy pan prokurator ma pytania?
— Naturalnie. Jaki tryb życia prowadziła oskarżona?

—  Prawdę   powiedziawszy,   nie   robiła   nic,   co   by   mo gło 

przynieść   jakikolwiek   pożytek,   nie   zajmowała   się   ani 

gospodarstwem domowym, ani żadną pracą, choćby cha-
rytatywną. Muszę z ubolewaniem wyznać, że jedynym jej 

zajęciem   było   trwonienie   pieniędzy,   wydawanie   ich   na 
stroje i rozrywki.

— Czy domagała się, aby świadek spełniał wszystkie te 

zachcianki?

—  Tak,   bezustannie   żądała   najlepszych   strojów   ze 

znanych   firm   warszawskich   i   zagranicznych, 

kosztownych   futer   i   biżuterii,   w   związku   z   czym 
zaciągnąłem niestety poważne długi.

—  Czy   świadek   upominał   żonę,   aby   żyła   nieco   osz-

background image

czędniej?

—  Niejednokrotnie.   Nie   kryłem   przed   nią   naszych 

trudności   finansowych,   ale   żona   wyśmiewała   moje   oba-
wy. Twierdziła, że jej brat staje się z dnia na dzień bogat -

szy, a ona jest jego jedyną spadkobierczynią.

Szepty   na   sali   znów   wzmogły   się.   Neniewski   z   taką 

zajadłością   obciążał   swoją   małżonkę   wszystkimi   grzechami 
świata   przed   wysokim   sądem,   jakby   jego   najgorętsze 

pragnienie stanowiło błyskawiczne dostarczenie jej do rąk kata, 
celem wykonania przez niego egzekucji.

— Panie mecenasie, słuchamy pana.
Gradkiewicz nie spiesząc się, powstał z miejsca.

—  Proszę   świadka,   czy   to   prawda,   że   w   czerwcu 

ubiegłego roku majątek ziemski „Neniewo” został wysta -

wiony na licytację?

„Piękny   Wiko"   nie   spodziewał   się   tak   dobitnie   sfor-

mułowanego   pytania.   Prokurator   początkowo   chciał   za-
protestować   przeciwko   jego   zasadności,   ale   nagle   znieru-

chomiał i zagłębił się w wertowaniu dokumentów.

— Tak, to prawda.

— Czy małżonka pana była w panu zakochana w chwili 

zawierania   związku   małżeńskiego   oraz   w   czasie   jego 

trwania?

Znów  zdziwienie   odmalowało   się   na   twarzy  Neniewskiego, 

ale natychmiast uśmiech, pełen zarozumialstwa i chełpliwości, 
wypłynął na jego wargi.

— Tak, to nie ulega wątpliwości, że mnie kochała aż do 

przesady,   z   wrodzoną   egzaltacją   powodującą   konflikty   z 

otoczeniem.

—  Rozumiem.   Proszę   powiedzieć   sądowi,   czy   żona   w 

dniu   śmierci   Leona  Kornickiego,  albo   w  ciągu   kilku   na-
stępnych dni dala panu do rąk dużą sumę pieniędzy?

— Nie..., nic nie wiem o żadnych pieniądzach i ni czego 

nie otrzymałem w tym czasie od żony.

Neniewski   mówił   teraz   z   pewnym   ociąganiem   i   mniejszą 

swadą.   Gradkiewicz   z   wyrazem   nietajonej   satysfakcji   zwrócił 

się do sądu.

background image

— Proszę o ścisłe zaprotokołowanie tych słów ...
Nie   zdążył   dokończyć   zdania,   gdyż   na   sali   powstało 

zamieszanie   spowodowane   wydarzeniem,   które   całkowicie 
pochłonęło   uwagę   zespołu   sędziowskiego:   Ada   Neniewska 

osunęła się na podłogę zemdlona.

—  Co   byś   powiedziała   na   kawę   mrożoną   i   tort   ana-

nasowy u „Lardellego” — zapytała Rollenową Iza Będziłło 
po   zarządzeniu   przez   sąd   przerwy   w   rozprawie   z   powodu 

zasłabnięcia oskarżonej.

—  Czuję   taki   niesmak   dosłownie   i   w   przenośni,   że 

muszę go zagryźć czymś bardzo smacznym.

*

... Jak już oświadczyłem na wstępie, mamy tu do czynienia z 

wyjątkowo   ohydnym   morderstwem,   zaplanowanym   z   zimną 
krwią i premedytacją. Siostra zabija brata, najbliższą na świecie 

osobę, związaną z nią węzłami krwi, i to w jakim celu? Aby 
zdobyć   pieniądze   na   jeszcze   jedno   futro.   Dla   zaspokojenia 

przelotnej zachcianki  i zadośćuczynienia kaprysowi próżnej i 
zachłannej   kobiety   pada   ofiarą   zdolny,   młody   człowiek, 

rokujący   wielkie   nadzieje   na   przyszłość,   filar   polskiego 
przemysłu,   dobry   obywatel,   zacny   syn   i,   co   najważniejsze, 

oddany   brat.   W   toku   przewodu   sądowego   wina   oskarżonej 
została całkowicie udowodniona. Nie ma wątpliwości, że przed 

nami   stoi   bratobójczym,   zdrowa   na   umyśle,   bez   żadnych 
odchyleń   patologicznych,   działająca   z   rozmysłem   i   całą 

świadomością, że majątek denata dostanie się po jego śmierci 
w   jej   ręce.   Młoda   kobieta,   a   jakaż   straszna   zbrodniarka   — 

prokurator   Kolwiec   w   miarę   mówienia   rozpalał   się   coraz 
bardziej,   roztaczając   przed   sądem   obraz   przestępstwa 

dokonanego   przez   Neniewską   i   malując   w   najczarniejszych 
barwach jej sylwetkę moralną.

—  Rozpieszczona   przez   ojca   jedynaczka,   roztrwoniła 

swój   posag   i   majątek   męża,   nakłaniając   go   do   wciąż 

rosnących   wydatków,   rujnując   jego   dobra   rodzinne   — 
przerwał   na   chwilę   i   kontynuował   po   wymownym   mil-

czeniu.

background image

—  I   oto,   kiedy   stanęło   przed   nią   widmo   niedostatku, 

decyduje   się   na   potworny   krok:   zabójstwo   rodzonego 

brata. Działa z zimną bezwzględnością, umawia się z nim 
na spotkanie, zabiera z domu rewolwer w sekrecie przed

mężem   i   o   godzinie   siedemnastej   pięknego,   czerwcowego 

popołudnia wchodzi do mieszkania denata. Nie wie tylko, że 

skrupulatny brat odnotował w kalendarzu jej wizytę i że sąsiad 
widział ją wchodzącą. I co się dzieje dalej? — Kolwiec znów 

zawiesił   głos,   a   potem   podjął   swoją   mowę   jeszcze   bardziej 
dramatycznym   tonem.   —   Zamiast   najniechybniej 

oczekiwanego siostrzanego pocałunku, pocałunku pojednania, 
pada strzał przecinający jego młode, wspaniałe życie, strzał z 

rąk najbliższej istoty, którą kochał gorącą miłością od kolebki.

Wysoki sądzie! Dla osoby takiej, jaką okazała się oskarżona, 

pozbawionej   wszelkich   hamulców   moralnych,   zdolnej   do 
jednego   z   najokrutniejszych   czynów:   bratobójstwa,   nie   ma 

miejsca   w   naszym   społeczeństwie.   Wnoszę   o   wymierzenie 
najwyższego wymiaru kary, która w tym wypadku wydaje się 

najsprawiedliwsza — kary śmierci.

*

...   Proszę   wysokiego   sądu,   pan   prokurator   bardzo 

sugestywnie  przedstawił   nam  wizję  morderstwa,   które  miało 
miejsce   14   czerwca   ubiegłego   roku   w   mieszkaniu   przy   ulicy 

Mokotowskiej,   oraz   ukazał   w   ponurych,   wstrząsających 
barwach   postać   oskarżonej   pozbawiającej   dla   zdobycia   futra 

życia swojego brata. Ja jednak pozwolę sobie zaprezentować 
sądowi inną wersję tego tragicznego wydarzenia i twierdzę z 

całą stanowczością, że oskarżona jest niewinna.

Wysoki sądzie! Cały materiał dowodowy oparty jest li tylko 

na wątłych poszlakach. Nie zostało udowodnione, że strzelała 
oskarżona. Wiemy tylko, że umówiła się z bratem, weszła do 

jego mieszkania, nie znamy jednak godziny jej wyjścia stamtąd. 
Skąd pewność, że opuściła mieszkanie, w którym znajdował się 

trup brata? A może było całkiem inaczej i rodzeństwo rozstało 
się na progu w jak najlepszej komitywie. Co rozegrało się w 

mieszkaniu   denata   tego   tragicznego   wiosennego   popołudnia 

background image

pozostaje   nadal   tajemnicą.   Świadek   Wiktor   Neniewski 
twierdzi,   że   oskarżona   wzięła   ze   sobą   rewolwer   marki 

Browning, ale gdzie jest w tej chwili broń, narzędzie zbrodni, 
także nie wiemy! Nie możemy więc przeprowadzić ekspertyzy 

balistycznej,   zidentyfikować   tej   broni,   bo   nie   mamy   o   niej 
żadnych bliższych danych. Czy na takich przesłankach można 

w   ogóle   oprzeć   oskarżenie?   Moim   zdaniem   —   nie!   Tym 
bardziej,   czy   na   podstawie   takiego   materiału   dowodowego 

można skazać na śmierć człowieka? Nad  tym sąd będzie  się 
długo zastanawiał, zanim wyda sprawiedliwy wyrok.

W   tej   sprawie   jakże   wymowne   jest   milczenie   oskar -

żonej. Zaprzeczyła wprawdzie, że zabiła brata, ale więcej 

nie powiedziała ani jednego słowa na swoją obronę. Kogo 
więc chce bronić, kogo osłaniać? Czy ktoś w tej sprawie 

może   w   ogóle   przedstawić   niepodważalne   alibi?   A   teraz 
pragnę   zwrócić   uwagę   wysokiego   sądu   na   pewne 

charakterystyczne   i   o  ogromnym   znaczeniu   okoliczności 
grające, moim zdaniem, decydującą rolę. W chwili śmier -

ci Kornickiego rodzinne dobra Neniewskiego zostały wy -
stawione na licytację. Oskarżona bardzo kochała swojego 

męża, według jego własnego zdania w sposób zbyt egzal -
towany. wyszła przecież za niego za mąż wbrew woli ro-

dziny.   Czy   kochająca   żona   nie   oddałaby   mężowi   w   tak 
katastrofalnej   sytuacji   finansowej   pieniędzy   zabranych 

bratu? Na pewno tak. Tymczasem Neniewski oświadczył, 
że żadnych pieniędzy w tym czasie od żony nie otrzymał. 

Jeżeli   więc   dajemy   wiarę   świadkowi   Neniewskiemu,   że 
nigdy nie żądał, aby żona zwróciła się do swojej rodziny 

o  pożyczkę   w   celu   ratowania   jego   majątku,   i   że   widział 
jakoby   zabierała   ze   sobą   wychodząc   do   brata   rewolwer, 

to bądźmy konsekwentni i wierzmy mu także wtedy, kie-
dy twierdzi, że żadnej kwoty od niej nie przyjął. Pozosta -

je   więc   zagadką,   co   się   stało   z   owymi   100   000   złotych, 
które denat podjął z banku w dniu swojej śmierci i przyniósł do 

domu? Odpowiedź nasuwa się jedna — zabrał je ten człowiek, 
który zamordował Kornickiego, ale osobą tą nie jest oskarżona 

Adela Neniewska!

background image

A   teraz,   proszę   wysokiego   sądu,   ostatnia   i   najważniejsza 

sprawa. Oskarżona raz przerwała swoje tragiczne milczenie i 

zeznała, że w czasie jej wizyty u brata ktoś jeszcze przebywał w 
mieszkaniu.   Tak,   wiem,   że   oświadczenie   to   jest   gołosłowne, 

gdyż nie przedstawiliśmy na jego poparcie żadnych dowodów, 
ale   ten   tajemniczy   „trzeci”   istnieje,   nie   jest   fantomem, 

wytworem wyobraźni oskarżonej. To on, lub ona, zawiadomił 
policję,   że   Leon   Kornicki   nie   zmarł   naturalną   śmiercią,   lecz 

został   zastrzelony.   Ten   anonimowy   „ktoś"   wiedział,   w   jaki 
sposób Kornicki  zszedł z tego świata, od jakiej  broni zginął. 

Ponieważ   nie   uczyniła   tego   oskarżona,   więc   kto?   Oczywiście 
świadek   zbrodni,   albo   morderca,   pragnący   z   jemu   tylko 

znanych pobudek, aby zbrodnia wyszła na światło dzienne.

Gradkiewicz nagle odwrócił się w stronę licznie zebranej na 

sali publiczności.

—  Uroczyście   wzywam   tę   osobę,   aby   stanęła   przed 

sądem   i   powiedziała   prawdę.   Niech   nie   dopuści   do 
najstraszliwszej   krzywdy,   jaką   można   wyrządzić   swo -

jemu bliźniemu: do utraty czci i wyroku skazującego.

Zamilkł   na   chwilę,   jakby   czekając   na   pojawienie   się 

tajemniczego   świadka   i   po   kilkunastu   sekundach   głębokiej 
ciszy,   która   zapanowała   po   tych   słowach,   zakończył   swoją 

mowę obrończą.

—  Ponieważ   w   świetle   materiału   dowodowego   wina 

oskarżonej nie została udowodniona, mam zaszczyt pro -
sić wysoki sąd o wyrok uniewinniający.

* * *

background image

W latach sześćdziesiątych.

Igor Wolwicz od kilku tygodni przebywał w stolicy Francji. 

Stale wydawało mu się, że wszystko to, co przezywa, jest tylko 

fantastycznym,   bardzo   pięknym   snem,   z   którego   niechybnie 
lada   moment   obudzi   go   terkot   budzika   wzywającego   do 

codziennych,   prozaicznych   zajęć.   Często   stawał   na   środku 
ulicy,   aby   uszczypnąć   się   w   ramię   i   oto   okazywało   się 

niezmiennie,  że  naprawdę   znajduje  się  w Paryżu,  mieszka  u 
starych   znajomych   swojego   wuja   na   rue   de   Vaugirard,   w 

niedalekim   sąsiedztwie   Ogrodu   Luksemburskiego. 
Niespodziewany uśmiech losu w postaci hojnego gestu brata 

matki umożliwił mu wyjazd do Francji, a tym samym pozwolił 
na   urzeczywistnienie   chłopięcych   marzeń   o   zagranicznej 

podróży. Nie tylko ten wyjazd miał do zawdzięczenia wujowi, 
ale właściwie wszystko, co go dotąd dobrego w życiu spotkało: 

własne,   wygodne   i   wyposażone   w   niezbędne   sprzęty 
mieszkanie   w   Warszawie,   skromne,   ale   wystarczające   środki 

utrzymania w czasie studiów, stanowiące uzupełnienie otrzy-
mywanego   od   państwa   stypendium,   a   teraz   za   uzyskanie 

dyplomu, jeszcze ta wycieczka. Tak, niewątpliwie wuj Roman 
był jego dobroczyńcą. Czego bowiem mógł się spodziewać, po 

śmierci   matki,   skromny,   nie   posiadający   żadnego   majątku 
chłopiec z Dęblina, oprócz ciężkiej walki o byt. Czuł się wtedy 

zupełnie bezradny i osamotniony po stracie jedynej opiekunki i 
żywicielki. Mimo ogromu nieszczęścia, które go spotkało, nie 

zapomniał spełnić ostatniej  woli  matki   i zawiadomił  o  dacie 
pogrzebu jej brata, mieszkającego w Warszawie, znanego mu 

tylko z opowiadań i fotografii w albumie rodzinnym, pieczoło-
wicie przechowywanym w starej komodzie. Nawet nie wierzył 

w to, że wujek zareaguje na jego depeszę, ale oto zjawił się i jak 
opiekuńczy   anioł   pokierował   jego   dalszym   losem.   Przesadą 

byłoby   twierdzenie,   że   Igor   zajmował   się   bezustannie 
rozpamiętywaniem wszystkich dobrodziejstw wyświadczonych 

mu   przez   swego   opiekuna   i   składaniem   mu   hołdów 

background image

dziękczynnych.   Na   to   był   zbyt   młody   i   zaabsorbowany 
otaczającym   go   światem.   Raczej   zdążył   już   przywyknąć   do 

traktowania tych spraw jako czegoś oczywistego, wynikającego 
z układów rodzinnych.

Teraz   jednak,   spacerując   po   Boulevard   des   Italiens   i 

Boulevard   des   Capucines   w   słoneczne,   sierpniowe 

przedpołudnie,   nie   mógł   się   powstrzymać   w   duchu   od 
skonstatowania,   że   ten   wujek   Roman   to   naprawdę   „fajny 

chłop”.   Jak   świetnie   przemyślał   i   urządził   tę   całą   wyprawę. 
Wytrzasnął   skądś,   chyba   spod   ziemi,   jakichś   poważnych, 

statecznych   ludzi,   powiązanych   z   nim   węzłami   dawnej 
znajomości,   którzy   chętnie   zaprosili   do   siebie   jego   młodego 

krewnego   i   z   niezmienną   uprzejmością   gościli   pod   swoim 
dachem już przeszło miesiąc.

Igor   wprawdzie   nie   sprawiał   im   kłopotu,   gdyż   cały 

dzień  spędzał  poza domem,  zwiedzając  wszystkie   możli-

we do obejrzenia zabytki z Luwrem, wieżą Eiffle'a i gro -
bem   Napoleona   na   czele.   Miła   pani   domu   witała   go   za-

wsze z pogodnym uśmiechem na przywiędłej, zmęczonej 
twarzy,   prosząc   najczęściej   o  wybaczenie,   że   mąż  jej,  ze 

względu  na podeszły wiek  i różnorakie  dolegliwości, nie 
będzie  mógł razem  spożyć  wieczornego  posiłku,  który  w 

zasadzie   stanowiła   zwykła,   polska   kolacja,   a   nie   żaden 
wykwintny diner albo souper.

Starszym   państwu   nie   powodziło   się   nadzwyczajnie,   ale 

wystarczało   im   na   skromny   byt.   On   był   emerytem,   ona 

rencistką   —   obojga   los   zagnał,   w   związku   z   zawieruchą 
wojenną,   na   obczyznę.   Mieszkali   tu,   w   Paryżu,   żyjąc 

wspomnieniami   przeszłości,   myślami   i   sercem   tkwiąc   w 
przedwojennej,   starej   Warszawie.   Żona   o   wiele   młodsza   od 

męża, uczestnika bitwy pod Monte Cassino, panna Wiczyriska 
z   domu,   oddana   pracy   społecznej,   wszystkie   wolne   chwile 

spędzała u polskich sióstr nazaretanek, w prowadzonym przez 
nie   internacie   dla   młodych   dziewcząt.   On,   słabego   zdrowia, 

najchętniej czytywał gazety i przesiadywał w narożnej kafejce, 
prowadząc   nie   kończące   się   rozmowy   i   dyskusje   z   kilkoma 

polskimi   emigrantami.   Jak   już   Igor   zdążył   się   dowiedzieć, 

background image

stracili dwoje dzieci w wieku niemowlęcym w wyniku konfliktu 
serologicznego, życie ich więc upływało dość bezbarwnie i mo-

notonnie.   Serdecznie   przywitali   młodego   przybysza   z   Polski, 
szukając   dzięki   niemu   pomostu   wiodącego   do   wciąż   żywej   i 

niezapomnianej młodości, spędzonej w rodzinnym kraju.

 Znałam dobrze twoją matkę Żanetę — powie działa 

kiedyś   pani   domu.   —   To   była   piękna   kobieta,   choć 
bardzo nieszczęśliwa w pierwszym małżeństwie. Przetań -

czyłyśmy niejedną noc na przyjęciach i balach — to mó-
wiąc   uśmiechnęła   się   i   smętnie   zapatrzyła   w   dal,   pełną 

zjaw z dawno minionej przeszłości.

Igor   jednak   nie   dał   się   wciągnąć   w   krąg   jej   wspomnień, 

prowadzących prawdopodobnie do tasiemcowych opowiadań, 
rozmaitych zwierzeń. Na to zupełnie nie miał ochoty i czasu. 

Paryż upajał go jak narkotyk, pociągał egzotyką i nie znanym 
mu   kolorytem.   Wprawdzie   o   tej   porze   roku,   w   sierpniu, 

opustoszał,   większość   mieszkańców   wyjechała   na   urlop   w 
poszukiwaniu słońca i świeżego powietrza, ale i tak panowała w 

nim   specyficzna,   niepowtarzalna   atmosfera,   która   odurza 
każdego turystę i skłania do dalekich pieszych spacerów, albo 

przejażdżek   metrem   do   najodleglejszych   dzielnic.   Obecnie, 
kiedy sierpień już się kończył, a z nim exodus Paryżan, miasto 

zaczynało znów tętnić życiem i szykować się do nowego sezonu. 
W   każdym   razie   wuj,   dzięki   swojej   nie   wyczerpanej 

zapobiegliwości i pomysłowości w zaspokajaniu życzeń Igora, 
zapewnił   mu   u   tej   cichej   rodziny   spokojny   kąt,   stanowiący 

wygodny punkt wypadowy na całe miasto.

Mimo że Igor zawiódł nadzieje pani Niny na znalezienie w 

nim   wdzięcznego   słuchacza   wspomnień   z   czasów   młodości, 
stosunek   gospodarzy   do   gościa   nie   zmienił   się   ani   na   jotę. 

Oboje byli tak samo grzeczni i uprzejmi, jak przy powitaniu na 
progu ich domu. Obecnie pobyt Igora miał się już ku końcowi. 

Musiał wracać, aby podjąć pracę w Archiwum Głównym Akt 
Dawnych.   Po   skończeniu   studiów   prawniczych   i   zdobyciu 

dyplomu magistra nie sprecyzował jeszcze swoich planów na 
przyszłość.   Praca   sędziego,   prokuratora,   adwokata   —   nie 

pociągała   go   wielce.   Początkowo   wprawdzie   pragnął   oprzeć 

background image

swoją egzystencję na jednym z tych zawodów, ale z biegiem lat 
okazało się, że jest zbyt nieśmiały i mało komunikatywny, aby 

nawiązać   tak   żywy   kontakt   z   ludźmi,   jak   wymagałaby   tego 
rodzaju praca. Kiedyś w dzieciństwie cierpiał na zaburzenia o 

charakterze   epileptycznym,   popadał   w   częste   omdlenia,   na 
skutek czego został zwolniony z obowiązku służby wojskowej. 

Teraz,   co   prawda,   wyrósł   z   wszystkich   zakłóceń   w 
funkcjonowaniu   organizmu,  gdyż  rozwój  fizyczny  sprawił,  że 

objawy chorobowe ustąpiły, ale jednak nie miał dość odwagi, 
aby   podjąć   obowiązki   mogące   zachwiać   jego   równowagę 

psychiczną.   Pozostały   nadal   zahamowania,   których   nie   mógł 
przezwyciężyć. Dlatego nie nawiązywał bliższych znajomości z 

rówieśnikami, nie miał przyjaciół ani ze szkoły, ani ze studiów, 
nie   chodził   dotychczas   z   żadną   dziewczyną.   Najmocniejsze 

więzy łączły go z matką, gdyż ojca nie znał. Kapitan Wolwicz 
zginął na wojnie, kiedy syn był jeszcze niemowlęciem.

Obecnie,   kiedy   stanął   wobec   konieczności   wyboru   swojej 

drogi   życiowej,   rozpoczęcia   pracy   zawodowej,   postanowił 

działać   ostrożnie,   sprawdzić   samego   siebie   na   jakimś 
spokojnym   stanowisku,   nie   narażając   się   na   konflikty   z 

otoczeniem. Wydawało się, że AG AD umożliwi mu to lepiej niż 
jakakolwiek   inna   posada.   Tu,   w   Paryżu,   odsuwał   wszystkie 

zamiary   na   przyszłość   na   daleki   plan.   Żył   teraźniejszością, 
która   stanowiła   jakby   kadr   z   interesującego   filmu 

przygodowego,   niemal   z   gatunku   „płaszcza   i   szpady”,   choć 
akcja toczyła się współcześnie. Niespodziewanie też myśli jego 

zaczęła   zaprzątać   pewna   nieznajoma   dziewczyna.   Po   raz 
pierwszy zobaczył ją w Ogrodzie Luksemburskim. Poszedł tam 

przed   wieczorem,   gdyż   gospodarzy   jego   nie   było   jeszcze   w 
domu   i   musiał   gdzieś   przeczekać   pół   godziny.   Starszy   pan 

zapewne, jak zwykle, rozprawiał w kawiarni z przyjaciółmi o 
najnowszych   wydarzeniach   rozgrywających   się   na   arenie 

politycznej,  pani   Nina  zaś   pomagała   siostrom  nazaretankom 
przy   porządkowaniu   internatu,   który   po   remoncie   otwierał 

wkrótce swoje podwoje dla młodych pensjonariuszek z różnych 
krajów świata.

Zmęczony   włóczęgą   po   malowniczych,   starych   uliczkach, 

background image

wspinaniem   się   po   schodach,   zwiedzaniem   cmentarza   Pere 
Lachaise, z przyjemnością spoczął na jednej z ławek, wciągając 

w płuca chłodniejsze nieco powietrze po upalnym sierpniowym 
dniu.   Wtedy   właśnie   zjawiła   się   ona.   Przysiadła   koło   niego 

niepostrzeżenie   i   bezszelestnie.   Wyglądała   jak   wielki,   czarny 
motyl, w powiewnej sukience, otulającej jej szczupłą sylwetkę. 

Nie ulegało wątpliwości, że nosiła żałobę, czerń dominowała w 
jej ubiorze: rękawiczki, pantofle, torba — wszystko w tym kolo-

rze, niczym nie rozjaśnione. Tylko długie włosy, spadające na 
ramiona,   odcinały   się   jasną   plamą   od   tej   żałobnej   tonacji. 

Siedziała  dłuższą  chwilę   ze  wzrokiem  zawieszonym  gdzieś   w 
przestrzeni,   z   wyrazem   bezbrzeżnego   smutku   na   twarzy. 

Wydała   mu   się   bardzo   piękna   i   nieszczęśliwa.   widocznie 
cierpiała  ogromnie po stracie  kogoś bliskiego. Po kilkunastu 

minutach   wstała   i   poszła   przed   siebie   zwinnym,   sprężystym 
krokiem. Zauważył, że ma długie smukłe nogi i idąc, kołysze 

lekko szczupłymi biodrami.

„Może jest modelką — pomyślał — prezentującą na ulicach 

Paryża najnowsze kreacje któregoś z wytwornych magazynów 
mody, specjalnie  zaprojektowane  dla pań noszących  żałobę.” 

Ale   zaraz   odrzucił   tę   myśl.   Ta   powaga,   niemal   rozpacz, 
malująca się na jej twarzy była autentyczna, a nie udawana na 

użytek publiczności.

Następnej   nocy   przyśniła   mu   się,   najwidoczniej   wrażenie 

musiało   być   silne,   prawie   szokujące.   W   czasie   tego   snu 
uzmysłowił sobie, że dziewczyna przywodzi mu na myśl jakieś 

niejasne, mgliste wspomnienia, jakby już ją gdzieś spotkał, a 
nawet znał osobiście. Jednakże z brzaskiem odczucie to minęło. 

Nie   istniała   żadna   możliwość,   żeby   kiedyś   w   swoim   życiu 
widział ją, on, który w ogóle znał tak mało kobiet. Chyba żeby 

się to wydarzyło w jakimś innym, pozaziemskim bycie.

Roześmiał się drwiąco  sam z siebie przy goleniu, zapewne 

dość głośno, bo pani Nina krzątająca  się wtedy  w pobliskiej 
kuchni, badawczo przyglądała się mu w czasie śniadania.

I  oto   nagle   po   dwóch   dniach   znów   zobaczył   tę   dziew -

czynę, tym razem w kościele La Madeleine. W chłodnym 

półmroku   świątyni   rozpoznał   jej   profil,   zarys   głowy,   ja -

background image

snozłotą   gęstwinę   włosów.   Nosiła   jak   za   pierwszym   ra -
zem żałobę — jedwabną, czarną suknię zapiętą pod samą 

szyję.   Modliła   się   żarliwie,   jakby   pragnęła   wyprosić   u 
Boga specjalne łaski dla siebie, albo dla swoich bli skich. 

W   porze   lunchu,   którą   każdy   szanujący   się   paryżanin 
spędza   przy   posiłku,   w   kościele   nie   znajdowało   się   zbyt 

wielu   ludzi,   tylko   garstka   turystów   pragnących   wyko-
rzystać   każdą   minutę   pobytu   w   tym   mieście   na 

zwiedzanie zabytków i różnych osobliwości.

Igor   poczekał,   aż   nieznajoma   skończy   modlitwę.   Nie 

trwało   to   zbyt   długo,   widocznie   absorbowały   ją   inne 
sprawy,   związane   ze   zwykłym,   codziennym   życiem.   Ze-

szła po schodach sprężyście i szybko, najwyraźniej gdzieś 
się spieszyła. Nie poszedł za nią, na to nie miał dość od-

wagi,   ale   patrzył   dotąd,   aż   zniknęła   za   rogiem   ulicy.   W 
ciągu tego dnia i następnego złapał się na tym, że stale  o 

niej   myśli.   Na   przykład   zaczął   snuć   przypuszczenia,   po 
kim   nosi   żałobę:   po   matce,   ojcu,   a   może   po   mężu?   Nie 

wiadomo   dlaczego   wolałby,   żeby   była   jeszcze   panną, 
opłakującą stratę najbliższego krewnego, a nie nieutulo -

ną w żalu wdową. Zdawał sobie sprawę z bezsensu tych

rozważań.   Właściwie   nie   miał   żadnej   szansy   spotkać   jej 

ponownie w mrowiu ludzi zaludniających Paryż. Nie wiedział o 
niej nic, ale myśl o tej dziewczynie podniecała go, pobudzając 

zmysły.   I   nagle   przyszło   mu   do   głowy,   czy   nie   istnieje 
możliwość ujrzenia jej raz jeszcze w tym samym, co przedtem 

miejscu:   w   Ogrodzie   Luksemburskim   lub   w   kościele   La 
Madeleine.   I   o   dziwo,   nie   omylił   się   w   swoich 

przewidywaniach.   Zobaczył   ją   znów   w   porze   południowej   w 
kościele,   zatopioną   w   modlitwie,   siedzącą   w   tej   samej,   co 

poprzednio ławce. Powtarzał ten manewr trzykrotnie, zawsze z 
tym   samym   rezultatem.   Zjawiała   się   niezmiennie   samotna, 

przystrojona   w   czerń,   o   jednakowej   godzinie,   siadywała 
skupiona, rozmodlona, aby po kilku, lub kilkunastu, minutach, 

wybiec   w słoneczny  dzień   i  rozpłynąć   w tłumie.  Początkowo 
wystarczały   mu   ie   przelotne   spotkania   i   obserwowanie   jej   z 

daleka. Parę razy zdawało mu się, że spojrzenie jej niebieskich 

background image

oczu spoczęło na jego twarzy przez ułamek sekundy. Jednakże 
samokrytycznie oceniając siebie, zdawał sobie sprawę, że taki 

jak   on,   skromny   młodzieniec,   nie   wyróżniający   się   niczym 
szczególnym, nie może przyciągnąć uwagi takiej dziewczyny jak 

ona: tajemniczej, pięknej, ekscytującej w jego mniemaniu cale 
legiony   uwielbiających   ją   mężczyzn.   Wiedział,   że   nigdy   nie 

zdobędzie   się   na   to,   żeby   ją   zaczepić   i   w   końcu   pozwoli   jej 
odejść na zawsze. Świadomość, że pewnego dnia może jej nie 

zastać w kościele i nigdy więcej nie zobaczyć, zaczęła budzić w 
nim coraz większy niepokój.

Tego   dnia  obawa   taka  nurtowała   go  z   niespotykaną   dotąd 

siłą. Nawet Paryż stracił swój dawny blask i urok. W miarę jak 

przybliżał się do kościoła, uczucie to wzmagało się z minuty na 
minutę,   jakby   od   faktu,   czy   spotka   „dziewczynę   w   czerni” 

zależało   całe   jego   przyszłe   życie.   Czasem   drobne   zdarzenia 
przeżywane   z   dala   od   domu,   w   czasie   podróży,   urlopu, 

nabierają nagle znaczenia rzeczy wielkich, aby później okazać 
się   błahymi   epizodami,   mijającymi   bez   echa.   I   w   tym 

przypadku   przygoda   ta   urosła   w   wyobraźni   Igora   do   zbyt 
wielkich wymiarów, przerastających jej istotną wagę. Przecież 

już za parę dni miał wrócić do Warszawy, do codzienności, w 
której   nie   będzie   miejsca   na   eleganckie   kobiety   o   prezencji 

modelek i inne nierealne marzenia. Teraz jednak nie myślał o 
przyszłości, przeskakiwał po parę stopni schody prowadzące do 

kościoła,   ze   ściśniętym   i   wyschłym   gardłem.   Wbił   oczy   w 
ciemność, oślepiającą po świetle słonecznego dnia i westchnął z 

niesłychaną ulgą. Siedziała na swoim zwykłym miejscu z twarzą 
ukrytą w dłoniach. Jednakże tego dnia modlitwa jej nie trwała 

długo,   o  wiele   krócej   niż   zwykle,  i   gdyby   się   spóźnił  o   parę 
minut,   na   pewno   by   jej   już   nie   zastał.   Jakby   pchany 

magnetyczną   siłą   wstał   i   podążył   za   nią   schodami.   Biegła, 
prawie nie dotykając stopni, w czarnych, skórzanych, letnich 

pantofelkach   na   wysokich   obcasach,   zwiewna   i   nieuchwytna 
jak mgła. W ręku trzymała skórzany, podłużny portfel i wielką, 

plastikową   torbę,   pochodzącą   z   jakiegoś   magazynu   mody. 
Nagle torba ta wymknęła się jej z dłoni, a znajdujące się w niej 

drobiazgi potoczyły się z hałasem po schodach.

background image

— Pani pozwoli, że pomogę — powiedział odruchowo po 

polsku,   jakby   się   spodziewał,   że   dziewczyna   zna   jego 

ojczysty   język,   i   natychmiast   się   zreflektował   —  Si vous 
permettez
  ...   —   zaczął   już   schylony,   ale   wtem   usłyszał 

dźwięczny,   melodyjny   głos   i   słowa   wypowiedziane   w 
najczystszej polszczyźnie.

— To bardzo uprzejmie z pana strony.
Na chwilę znieruchomiał z wrażenia.

— Pani jest Polką? — wykrztusił po krótkiej chwili.
W kącikach jej ust, powleczonych perłową szminką, zamaja-

czył cień uśmiechu i zgasł jeszcze prędzej niż się pojawił.

—  Urodziłam   się   w   Polsce,   ale   wychowałam   się   w 

Paryżu — powiedziała.

— Zaraz wszystko pozbieram — szybko podnosił rozrzu-

cone zakupy, wyłącznie artykuły kosmetyczne, a było ich całe 
mnóstwo: lakiery do paznokci, pudełeczka z różem, kremem, 

spirale do rzęs. Jedna pomadka potoczyła się kilka stopni niżej, 
zbiegł, aby ją przynieść. Czekała, lekko przytupując obcasami.

—  Bardzo   dziękuję   —   skinęła   głową,   kiedy   wręczał   jej 

torbę.

Schodził razem z nią po schodach z całą świadomością, jak 

bardzo jest natrętny, narzucając jej dalej swoje towarzystwo.

—  Czy,   czy   ...   pani   nie   zechciałaby   ze   mną   wypić   fi -

liżanki  kawy? —  przemógł  wreszcie   nieśmiałość,  a kosz-

towało go to bardzo dużo. — Widzi pani, jestem taki sa -
motny w Paryżu, od dawna nie rozmawiałem po polsku — 

kłamał   jak  najęty,   dziwiąc   się sobie,  że  mu  to  tak  łatwo 
przychodzi.

Zerknęła   na   miniaturowy   zegareczek   na   czarnym   pasku, 

oplatającym przegub jej ręki .

—  No   dobrze   —   zgodziła   się   tak   niespodziewanie,   aż 

zatchnęło go z wrażenia — ale tylko na parę minut.

Siedzieli  naprzeciw siebie w małej kafejce, przy jednym ze 

stolików   ustawionych   na   ulicy.   Dookoła   kłębił   się   tłum 

przechodniów,   rozmowę   zagłuszały   odgłosy   wielkomiejskiego 
ruchu.   Piła   kawę   drobnymi,   krótkimi   łykami,   odsłaniając 

drobne zęby. Z bliska wydawała mu się jeszcze piękniejsza i 

background image

bardziej  pociągająca. Bił od niej  prawie  nieuchwytny  zapach 
wykwintnych perfum.

—  Pani   straciła   kogoś   bliskiego,   prawda?   —   zapytał   i 

zaraz zawstydził się swojego nietaktu.

— Tak, umarła moja matka.
— Dawno?

—  Dwa   lata   temu   —   i   natychmiast   dodała,   widząc 

malujące   się  na jego  twarzy  zdziwienie   — ale  nieprędko 

zdejmę żałobę.

—  Obserwuję   panią   od   wielu   dni,   choć   pani   mnie 

naturalnie   nie   zauważyła   —   mówił,   znów   dziwiąc   się 
swojej niebywałej odwadze. — Czy pani codziennie przychodzi 

do kościoła?

Nie podobało się jej to pytanie.

— To zależy — zbyła go ogólnikowo.
—  Przepraszam   za   niedyskrecję.   Pewnie   nieprędko   się 

zobaczymy,   a   chciałbym   o   pani   jak   najwięcej   wiedzieć. 
Niech   mi   pani   coś   opowie   o   sobie.   Czy   jest   pani 

studentką?

Spojrzała mu w twarz spochmurniałymi i smutnymi oczyma.

—  Skończyłam   Sorbonę,   jeśli   pana   to   interesuje   — 

zerknęła niespokojnie na zegarek. — Muszę już iść. Jean- 

-Pierre pewnie się niepokoi.

Ugodziła go w samo serce, a więc jest na świecie mężczyzna, 

który ma do niej prawo.

— To mąż?

Tym   razem   najwyraźniej   rozbawił   ją,   bo   prawdziwy,   jasny 

uśmiech ukazał się na jej ustach.

—  Ach,   nie.   Jean-Pierre   —   to   bardzo   dobry,   chory 

człowiek   i   wielki   uczony.   Pomagam   mu,   nie   może   się 

beze mnie obejść — udzieliła mu szeregu informacji o so -
bie, niczego nie tracąc ze swojej tajemniczości.

—  Przepraszam,   nie   mogę   dłużej   zostać,   dziękuję   za 

pomoc — podniosła się z miejsca, wiotka, gibka i gotowa 

do odlotu.

—  Czy   zobaczę   panią   jeszcze?   —   zapytał   schrypniętym 

ze wzruszenia głosem, wstając aby ją pożegnać.

background image

— To niemożliwe.
Była już parę kroków od niego, ginęła w tłumie.

— Jak pani na imię?! — zawołał rozpaczliwie.
— Danielle — usłyszał, a może mu się tylko wydawało.

Odchodząc,   schował   do   kieszeni   skrawek   firmowego 

blankietu z wypisanym rachunkiem. Przez parę ostatnich dni 

pobytu   w   Paryżu   zachodził   codziennie   do   kościoła   La 
Madeleine, ale dziewczyna już więcej tam nie przyszła.

*

Roman   Powelski   zatelefonował   do   swojego   siostrzeńca   w 

kilkanaście  dni po jego powrocie z Paryża. Mieszkanie Igora 

znajdowało się w jednym z ocalałych, choć mocno zniszczonych 
w czasie powstania budynków przy ulicy Mokotowskiej i oprócz 

licznych walorów, jak położenie w centrum miasta, podłączenie 
do elektrociepłowni miejskiej, stosunkowo duża powierzchnia 

mieszkalna, wyposażone zostało w taki fenomem dwudziestego 
wieku, jakim jest oczekiwany przez dziesiątki lat telefon. Igor w 

ogóle   mógł   się   uważać   za   „dziecko   szczęścia”,   skoro   w   tak 
młodym wieku stał się właścicielem tego luksusowego, jak na 

warszawskie   warunki,   lokalu,   nie   kiwnąwszy   nawet   palcem, 
aby go zdobyć. Wiedział, że kiedyś, przed wojną, mieszkała w 

nim   jego   matka   ze   swoim   pierwszym   mężem   Leonem 
Kornickim,   ale   nie   znał   nawet   tego   adresu   przed 

przeprowadzką   z   Dęblina.   Powelski   ponoć   ukrywał   się   po 
zakończeniu   powstania   w   Warszawie,   jako   jeden   z 

legendarnych Robinsonów, i zaraz po opuszczeniu miasta przez 
hitlerowców   zajął   zasypane   gruzem   i   rozorane   przez   bombę 

mieszkanie   swojego   nieżyjącego   przyjaciela,   w   którym 
przebywał   w   czasie   okupacji.   Najlepiej   zachowany   pokój, 

gabinet pana domu, przerobił na dwupokojowy lokal z kuchnią, 
pozostała część została „rozdrapana” przez licznych przybyszów 

do   powstającej   z   gruzów   Warszawy.   Zachowało   się   nawet 
trochę mebli, które nie zdążyły paść pastwą ani złodziei, ani 

płomieni:   biurko,   biblioteka,   stół,   parę   krzeseł,   oczywiście 
wszystko   w   opłakanym   stanie,   ale   dzięki   pracy   i   nakładom 

Powelskiego, przywrócone niemal do dawnej świetności. I oto 

background image

cały   ten   dobytek   przekazał   swojemu   osieroconemu 
siostrzeńcowi,   a   sam   przeniósł   się   do   małego   domku   w 

Józefowie, nabytego przez niego przed samą wojną. Tłumaczył, 
że zły stan zdrowia wymaga stałego przebywania na świeżym, 

suchym   powietrzu,   w   związku  z   systematycznie   i 
nieubłaganie   postępującą   chorobą   płuc,   trawiącą   go   od 

wczesnej  młodości. Ta choroba, zwana ongiś suchotami, 
stanowiła   smutne   dziedzictwo   przekazywane   w   rodzinie 

Powelskich   z   pokolenia   na   pokolenie.   Na   płuca   zmarli 
dziadkowie   Igora,   potem   jego   matka,   której   dodatkowo 

żywot   skróciły   tragedie   osobiste:   utrata   ukochanego 
drugiego   męża,   ciężka   ustawiczna   walka   o   byt   własny   i 

dziecka,   przy   zupełnym   braku   przygotowania   do   pracy 
zawodowej.   Igor   dobrze   pamiętał   trwożne,   rozpaczliwe 

spojrzenia matki i dotyk jej drżących rąk na swoim czole 
w czasie przebywanej w dzieciństwie wietrznej ospy, czy 

odry.   Najmniejsza   gorączka   budziła   w   niej   paniczny   lęk 
przed   wybuchem   ogniska   gruźliczego   u   dziecka,   ale   na 

szczęście to fatum rodzinne go ominęło. Płuca miał silne 
niczym   miechy   kowalskie,   jak   jego   ojciec   i   dziad   po 

mieczu.   Tymczasem   wujek   Roman,   mimo   długotrwałych 
kuracji   oraz   częstego   leczenia   sanatoryjnego   wciąż 

borykał   się   z   poważnymi   dolegliwościami.   W   końcu 
nawet musiał przedwcześnie zakończyć pracę i przejść na 

rentę   inwalidzką.   Teraz   zapowiedział   wizytę   u 
siostrzeńca,   chciał   go   zapytać   o   wrażenia   z   podróży. 

Ostatnio   nie   widywali   się   zbyt   często.   Powelski 
odwiedzał   Igora   głównie   po   to,   aby   go   wesprzeć 

finansowo,   podbudować   skromną   sytuację   stypendysty 
comiesięczną   zapomogą   pieniężną.   Igor   w   miarę 

dojrzewania   psychicznego   i   fizycznego   zaczął   się   przed 
tym   wzdragać,   ale   wszelkie   próby   rozpoczęcia 

zasadniczej   rozmowy   wuj   kwitował   machnięciem   ręki. 
Człowiek   ten   właściwie   nie   skarżył   się   nigdy,   starał   się 

ukryć   jak   bardzo   doskwiera   mu   samotność   przy   stale 
pogarszającym   się   samopoczuciu.   Raz   tylko,   po 

długotrwałym   pobycie   w   szpitalu,   wymknęły   mu   się 

background image

słowa,   które   Igor   na   długo   zapamiętał   „Bywają   takie 
chwile, że najchętniej skończyłbym z sobą”, ale zaraz po -

tem zaczął żartować i snuć plany na przyszłość, choć wy -
padło to sztucznie  i blado. A jednak ten inwalida, przez 

połowę swojego życia przykuty do łóżka, potrafił zadbać 
o realizację wyjazdu Igora do Paryża w najdrobniejszych 

szczegółach. Do łańcucha wdzięczności Igora wobec wuj-
ka   przybyło   jeszcze   jedno   ogniwo.   W   obecnym   stanie 

swojego   ducha   młody   Wolwicz   nie   zaprzątał   sobie   zbyt -
nio głowy tym problemem, jako że całkowicie pochłania -

ły go zmiany zachodzące w jego własnym życiu. Przed pa-
roma dniami objął pierwszą swoją posadę, dzięki której, 

niezależnie

 

od

 

wysokości

 

otrzymywanego 

wynagrodzenia, uzyskał status człowieka samodzielnego. 

Ponadto   był   beznadziejnie   zakochany   w   nieznanej 
dziewczynie   z   Paryża.   Uczucie   to,   polegające   wyłącznie 

na   grze   wyobraźni,   wprawiało   go   w   stan   przyjemnego 
podniecenia.   Postać   jej   ukazywała   się   w   jego   snach,   a 

czasem   na   jawie   utożsamiał   z   nią   jakąś   idącą   kobietę, 
naturalnie   z   góry   wiedząc,   że   to   nie   Danielle.   Jednakże 

przeżywany   wówczas   dreszcz   emocji   sprawiał   mu 
specyficzne

 

zadowolenie.

 

Baśniowy,

 

niemal 

surrealistyczny   charakter   przygody   przeżytej   w   Paryżu, 
dawał   mu   pole   do   snucia   marzeń   i   domysłów. 

Szczególnie   zdarzało   się   to   wieczorem,   kiedy   siedział   w 
domu sam. Najczęściej kreował ją na księżniczkę z bajki, 

albo ofiarę złych mocy, zmuszających ją do przywdziania 
pokutnej żałoby i służenia jakiemuś potworowi, któremu 

na   imię   Jean-Pierre.   Coś   w   rodzaju   „Pięknej   i   bestii”   w 
paryskim wydaniu.

Oczywiście, otrząsał się z tych infantylnych rojeń, śmiejąc się 

sam z siebie, z pełną świadomością, że nastrój romantyzmu, 

któremu   uległ   w   półmroku   kościoła   La   Madeleine,   niedługo 
minie   bezpowrotnie,   a   on   sam   z   całą   pewnością   wróci   do 

realiów codziennego dnia. Dziwnym wydawało się tylko, że tak 
trwale i łatwo upamiętnił sobie jej rysy, stale wracało wrażenie, 

przecież zupełnie bezpodstawne, iż już przedtem wiele razy ją 

background image

widział.

Teraz, porządkując w pośpiechu mieszkanie przed przyjściem 

wujka, wyglądające jak przysłowiowy obraz nędzy i rozpaczy na 
skutek   panującego   w   nim   bałaganu,   powziął   mocne 

postanowienie   zerwania   z   nałogiem   niedorzecznych 
rozmyślań   w   pogoni   za   widmem   w   nierealnym   świecie 

złudzeń   i   powrotu   do   twardej,   ale   swojskiej 
rzeczywistości.   Wyciągnął   więc   z   kieszeni   kurtki   zmięty 

już   rachunek   z   paryskiej  cafe,   gdzie   spędził   kilkanaście 
minut   z   Danielle,   traktowany   dotychczas   jak   relikwia, 

aby go zniszczyć, ale potem zmienił decyzję i postanowił 
zachować ten okruch wspomnień, łączących go z tamtym, 

niezapomnianym   jeszcze   przeżyciem.   W   tym   celu   otwo -
rzył   sejf,   a   właściwie   to,   co   po   nim   pozostało   jeszcze   z 

czasów,   kiedy   służył   jako   przechowalnia   walorów   Leo na 
Kornickiego.   W   istocie   było   to   wgłębienie   w   ścianie, 

zaopatrzone   w   żelazne   drzwiczki,   ongiś   wyposażone   w 
skomplikowany   mechanizm   szyfru,   w   cudowny   sposób 

nie   naruszone  przez   działania   wojenne.  W   jego   wnętrzu 
znajdował   się   tylko   jeden   przedmiot  —   niewielki   rewol-

wer, z którym wiązała się dość dziwaczna i niecodzienna 
historia.   Stanowił   on   bowiem   własność   Romana   Powel-

skiego,   ale   przez   całą   okupację   przeleżał   zakopany   w 
ogrodzie koło domku w Dęblinie, tego samego, gdzie za -

mieszkiwał   Igor   wraz   z   matką.   Wolwiczowa,   będąc   już 
ciężko   chora,   wręczyła   tę   broń   synowi,   mówiąc,   aby   w 

przyszłości   oddał   ją   wujkowi,   jeżeli   zażąda   jej   zwrotu. 
Powiedziała też, że Powelski prosił ją o przechowanie re -

wolweru,   ale  nie  wyjaśniła,   kiedy  i  w jakich   okolicznoś -
ciach to nastąpiło. Potem trzeba było zajmować się łago-

dzeniem   jej   cierpień.   W   końcu   Igor   uznał   ten   rewolwer 
za   relikt   przeszłości   związanej   z   działalnością   wujka   w 

okupacyjnym   podziemiu.   Początkowo   nawet   bawiło   go 
posiadanie   tej   pukawki,   być   może   o   historycznym 

znaczeniu,   potem   cała   sprawa   poszła   w   zapomnienie,   a 
Powelski nigdy nie upomniał się o swój depozyt. Kładąc 

pamiątkowy   świstek   z   Paryża   do   sejfu,   Igor   dotknął 

background image

zimnej lufy i odruchowo cofnął rękę.

Jednocześnie   odezwał   się   dzwonek   u   drzwi   wejściowych. 

Mimo   że   przyzwyczaił   się   już   do   widoku   wujka   w   różnych 
stadiach rozwoju i cofania się gnębiącej go choroby, to teraz, po 

przeszło sześciu tygodniach niewidzenia go. musiał zapanować 
nad   sobą   całą   siłą   woli,   aby   nie   ukazać   wręcz   przerażenia. 

Wydawało się nieprawdopodobne, że przez stosunkowo krótki 
czas   mogła   nastąpić   lak   zauważalna   zmiana   w   wyglądzie 

człowieka. Powelski zawsze szczupły i drobny, teraz wysechł i 
jakby   się   skurczył,   a   na   twarzy   jego   malował   się   wyraz 

beznadziejności. Widocznie zupełnie załamał się psychicznie.

„Dobrze, że nie oddałem mu rewolweru — pomyślał Igor. — 

Wygląda na to, że mógłby zrobić z niego użytek".

*

Życie Igora płynęło bezbarwnie i monotonnie. Stanowczo nie 

należał do ludzi, którzy umieją sobie zorganizować czas wolny 
od pracy, znaleźć odpowiednie towarzystwo, a w szczególności 

łatwo   przystosować   się   do   nowego   otoczenia.   Dzieciństwo 
spędzone   w   izolacji   od   świata,   z   chorą   matką,   wycisnęło 

niezatarte  piętno na jego psychice. Na początku  studiów nie 
szukał   kontaktu   z   młodzieżą   uniwersytecką,   potem   koledzy 

uznali go za odludka i dali mu spokój. Chłopcy z jego pokolenia 
zaczęli tańczyć rocka, wyróżniać się strojem od otoczenia, a on 

nigdy   nie   poddał   się   nakazom   mody,   pozostał   obojętny   na 
eksplozję   nowych   stylów.   Niewątpliwie   jakiś   wpływ   na   jego 

stosunek do tych spraw miały rygory finansowe, którym musiał 
się podporządkować, jako stypendysta i sierota. Który jednak z 

młodzieńców w jego wieku, dysponujący własną chatą i szkłem, 
nie zorganizowałby od czasu do czasu jakiejś szałowej prywatki 

i nie poszukał okazji do rozrywki i podrywki? Tylko taki dziwak 
jak   on.   Miano   dziwaka   z   biegiem   lat   przylgnęło   do   niego 

nierozerwalnie. Tak powszechnie nazywali go koledzy. Obecnie 
w   pracy   też   nie   znalazł   zadowolenia.   Początkowo   sądził,   że 

będzie   to   spokojna   przystań,   ale   już   po   paru   tygodniach 
stwierdził,   jak   bardzo   nie   podoba   mu   się   charakter   i   rodzaj 

zajęć, wręcz przygniatających swoją jednostajnością.

background image

Pobyt   w   Paryżu,   coraz   bardziej   tracący   z   upływem   czasu 

swoją   wyrazistość   i   barwę,   wydawał   mu   się   teraz 

najciekawszym   wydarzeniem   w   jego   krótkiej   biografii. 
Nierozłącznie   z   taką   postawą   wobec   codzienności   odżyła 

pamięć o przelotnie poznanej dziewczynie. Znów o niej myślał, 
znów   marzył.   Nie   obchodziły   go   zielone   oczy   Kasi,   która 

siedziała   naprzeciw   niego   przez   osiem   godzin   dziennie   przy 
swoim biurku i na próżno usiłowała przyciągnąć uwagę tego 

szczupłego, niebrzydkiego szatyna.

„Dziwak — pomyślała, kiedy zabiegi jej mimo najszczerszych 

chęci   nawiązania   małego   flirtu,   okazały   się   bezskuteczne.   — 
Jak nie chce, to pal go sześć”.

Tymczasem   ów   zdziwaczały   szatyn   przeżywał   okres 

głębokiego   zniechęcenia   do   samego   siebie   i   otaczających   go 

bliźnich łącznie z zalotną panienką z biurowego pokoju.

Tego   wieczoru   padał   deszcz   i   cały   świat   stał   się   szary, 

wyjątkowo   brzydki.   Dźwięk   dzwonka   wyrwał   go   z   leniwego 
półodrętwienia.   Poczłapał,   jak   starszy   pan,   w   domowych 

pantoflach, otworzył drzwi niechętnie i oniemiał ze zdziwienia. 
Na progu stała dziewczyna z Paryża, ubrana w czarny kostium, 

podkreślający smuklość jej kształtnej sylwetki. Spod czarnego, 
pilśniowego beretu wymykały się jasne, puszyste włosy.

— Danielle — zdołał wyszeptać, gdyż głos ze wzruszenia 

ugrzązł   mu   w   gardle.   —   Pani   tutaj?   Jak   mnie   pani 

znalazła?

Nie   odpowiedziała,   przez   chwilę   taksowała   go   uważnie 

wzrokiem,   ale   nie   wyczytał   w   nim   żadnego   zainteresowania 
swoją osobą. Raczej patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła go 

pierwszy raz w życiu.

—  Przepraszam   —   odezwała   się.   —   Czy   pan   jest   może 

krewnym Leona Kornickiego?

— Nie. Jestem synem jego pierwszej żony, pan Kornicki 

kiedyś   tu   mieszkał,   ale   od   dawna   nie   żyje.   Umarł   przed 
moim urodzeniem — powoli głos jego nabierał normalnej 

barwy.   Jednocześnie   uświadomił   sobie,   że   dziewczyna 
traktuje go jak kogoś zupełnie obcego i że nie przyszła do 

niego z wizytą, a w zupełnie innym, nie znanym celu.

background image

— Tak, wobec tego ten adres się zgadza — przez chwilę 

rozglądała się dookoła. — Trafiłam właściwie.

Uczucie żalu i zawodu zmusiło go do nagłego wybuchu.
—  Danielle,   czy   pani   naprawdę   mnie   nie   poznaje? 

Pamięta   pani,   spotkaliśmy   się   na   schodach   kościoła   La 
Madeleine, potem byliśmy razem w kawiarni. Nie mogła 

chyba pani zapomnieć?

A jednak zapomniała. Widocznie tak mało znaczący epizod 

wyleciał natychmiast jej z głowy. Przez chwilę przyglądała się 
mu z natężeniem.

— Skoro pan tak mówi i zna moje imię ... Ach, tak, już 

wiem.   Rozsypały   mi   się   zakupy   na   schodach   i   pan   je 

pozbierał. Czy mogę wejść?

Był tak roztrzęsiony i zaskoczony nagłą krystalizacją swoich 

marzeń   w   postaci   pojawienia   się   tej   dziewczyny   w   jego 
własnym   domu,   że   zupełnie   zapomniał   o   roli   i   obowiązkach 

gościnnego gospodarza.

—  Ależ,   oczywiście.   Jestem   taki   szczęśliwy...   Proszę 

bardzo... — z trudnością zbierał myśli, plątał słowa. — Co 
podać? Kawę czy herbatę?

Potrząsnęła głową przecząco.
— Na razie nie, chciałabym pana o coś zapytać.

—  O   co   tylko   pani   zechce.   Jeżeli   tylko   mogę   być   w 

czymś pomocny ...

Usiadła   na   tapczanie.   Tyle   razy   widywał   ją   w   snach,   że 

rzeczywistość stała się zupełnie nierealna.

— Niech mi się pan tak nie przygląda — blady uśmiech 

przewinął   się  przez   jej  wargi.  —  Zapewniam  pana, że nie 

jestem   zjawą   z   tamtego   świata,   a  normalnym   człowiekiem  z 
krwi i kości.

— Proszę mi wybaczyć...
— A więc to było tu — znów rozejrzała się dookoła. — W 

tym mieszkaniu, na Mokotowskiej.

—  Przed   wojną   wyglądało   tu   inaczej.   Gabinet   pana 

Kornickiego został przerobiony na te dwa pokoje z kuch-
nią — pośpieszył z wyjaśnieniem, chociaż jej poprzednie 

słowa zabrzmiały zagadkowo.

background image

— Ach tak. To szczęście, że mieszka tu ktoś związany z 

rodziną Kornickich. Po działaniach wojennych nastąpiło 

przecież   całkowite   przetasowanie   ludności   Warszawy, 
wiele   słyszałam   o   tym.   Przyszłam   tu   zupełnie   na   chy bił 

trafił. Więc jednak może będę się mogła czegoś od pana 
dowiedzieć.

Wyglądała tak ślicznie i pociągająco, z nieco zaróżowionymi 

policzkami i niebieskimi oczyma, że sens jej słów docierał do 

niego z trudnością. Dopiero teraz zauważył, że trzyma w ręku 
mokrą   parasolkę,   a   na   marynarce   jej   kostiumu   połyskują 

świeże krople deszczu.

—  Proszę   mi   dać,   wysuszę,   bo   się   pani   zaziębi   —   po -

wiedział, wyciągając rękę.

Posłusznie   podała   mu   swoje   rzeczy.   W   czarnej,   jedwabnej 

bluzce, spiętej pod szyją srebrną broszką, wydawała się jeszcze 
piękniejsza.

—  Czy  słyszał pan kiedykolwiek  o Adzie  Kornickiej? — 

spytała,   patrząc   na   niego   z   wyrazem   natężenia   i 

skupienia, jakby od tej odpowiedzi uzależniony był cel jej 
wizyty,   a   może   nawet   coś   więcej   jeszcze,   o   czym   nie 

chciała na razie mówić.

— Oczywiście. Widziałem fotografię tej pani w naszym 

albumie. Matka moja przechowywała ją całe życie, chyba 
przez sympatię, chociaż o swoim pierwszym małżeństwie 

wolała raczej nie wspominać. Ada Kornicka — to siostra 
Leona, prawda?

— Tak, i moja matka. Umarła dwa lata temu.
— Szczerze współczuję. Ach, mój Boże! — podskoczył w 

miejscu. — Teraz  wiem, dlaczego   wydała  mi się  pani od 
razu znajoma, właśnie przez podobieństwo do osoby     na 

fotografii.   Widzi   pani,   dużo   chorowałem   w   dzie ciństwie, 
leżałem   w   łóżku   i   przeglądałem   albumy.   Zdjęcie   pani   matki 

utkwiło mi w pamięci najbardziej ze wszystkich.

— Dlaczego?

—  Może   dlatego,   że   przedstawiało   piękną,   młodą 

dziewczynę o jasnych włosach. Wydawała mi się księżni -

czką z bajki. Widocznie lubiłem fantazjować. Kiedy usia -

background image

dła pani obok mnie w Ogrodzie Luksemburskim nasunęły 
mi   się   jakieś   bliżej  nie  określone   skojarzenia   z   kimś   mi 

dobrze znanym.

—  W   Ogrodzie   Luksemburskim?   Kiedy?   Nic   o   tym   nie 

wiem ...

— Pewnego sierpniowego wieczoru. Pani naturalnie nie 

zwróciła na mnie uwagi. A potem znów ujrzałem panią w 
kościele   La   Madeleine.   Chodziła   tam   pani   codziennie, 

prawda?

Przerwała mu gwałtownym ruchem ręki.

— Proszę o tym nie mówić.
— To nadzwyczajne, że łączą nas tak bliskie więzy i że 

pani   przyszła   do   mnie.   Tyle   o   pani   myślałem...   Kiedy 
pani przyjechała do Warszawy?

—  Niedawno,   ale   to   nieważne.   Proszę   odpowiedzieć 

otwarcie na moje pytanie: co pańska matka opowiadała  o 

Adzie Kornickiej?

— Nic specjalnego. Po prostu ciekawili  mnie ludzie na 

zdjęciach w albumie. Pewno zapytałem, kim jest ta pani i 
otrzymałem odpowiedź.

Westchnęła z ulgą, a może z niecierpliwością.
— Więc nic pan nie wie?

— Nic, a co miałbym wiedzieć?
—  Chyba   już   pójdę   —   wstała   z   miejsca.   —   Poproszę  o 

żakiet.

Był tak zawiedziony, że początkowo nie protestował.

—  Dlaczego   pani   odchodzi,   Danielle?   —   wykrztusił 

wreszcie. — Przecież przyszła tu pani w określonym celu. 

Czy popełniłem jakiś nietakt, obraziłem panią?

—  Ach,   nie.   Niech   mi   pan   wybaczy.   Sprawa   jest   po-

ważna. Muszę ją przemyśleć. Być może zwrócę się jesz cze 
do pana, tak, na pewno się zwrócę. Zadzwonię. Proszę mi 

podać swój numer telefonu.

Zapisała go w małym kalendarzyku, wyjętym z torebki.

—  Danielle,   błagam   niech   pani   zostanie.   Czuję,   że   już 

nigdy pani nie zobaczę.

—  Dlaczego   mówi   pan   to   takim   tragicznym   tonem. 

background image

Przecież właściwie wcale się nie znamy. Śmieszny z pana 
chłopiec. Niech pan czeka na mój telefon.

*

—  Czy  naprawdę  mogę ci  zaufać?  —  zapytała Danielle, 

podnosząc filiżankę z kawą do ust.

Siedzieli   w   zacisznym   kącie   kawiarni   w   Hotelu   Bristol,   w 

którym   dziewczyna   zatrzymała   się   w   czasie   pobytu   w 

Warszawie. Wiele osób zerkało w ich stronę, Danielle bowiem, 
spowita   w   czerń   od   stóp   do   głów,   wyglądała   nie   tylko 

prześlicznie, ale i niesłychanie intrygująco. Wczoraj wieczorem 
telefon  jej wyrwał  Igora  ze stanu  obezwładnienia  wszystkich 

myśli   i   uczuć,   stanowiącego   reakcję   na   kilkudniowe, 
beznadziejne,   zdać   by   się   mogło,   oczekiwanie   na   jakąś 

wiadomość   od   niej.   Początkowo   czas   ten   spędzał   w 
podnieceniu   i   napięciu,   uniemożliwiającym   mu   koncentrację 

myśli   wokół   jakiegokolwiek   innego   problemu.   W   pracy 
popełniał same głupstwa, mylił akta i dokumenty, stłukł aparat 

telefoniczny,   wyrzucił   do   kosza   pismo   z   podpisem   ministra, 
czym   wywołał   pełne   złośliwości   uśmieszki   na   twarzach 

współpracujących z nim koleżanek, a panna Kasia popukała się 
nawet znacząco w czoło.

Potem   popadł   niemal   w   czarną   melancholię,   dopiero   głos 

Danielle przywrócił mu równowagę ducha.

—  Zrobię   wszystko,   co   zechcesz   —   odpowiedział   bez 

wahania.

—  Okazało   się,   że   sama   nie   dam   sobie   rady,   zresztą 

muszę   już   wracać   do   Paryża.   Jean-Pierre   nie   może   tak 

długo przebywać beze mnie. Wczoraj  telefonował, że źle 
się czuje. Bardzo niepokoję się o niego.

Czerwony ognik zapłonął ostrzegawczo i wwiercił się boleśnie 

w jego mózg.

— Kto to jest Jean-Pierre? Powiedz mi prawdę.
—  To   najlepszy   człowiek   na   świecie,   wielki   przyja ciel 

matki i mój. Bardzo nieszczęśliwy.

— Kochasz go? — głos jego łamał się ze wzruszenia.

— Na pewno więcej niż ojca.

background image

Zrozumiał, że na razie musi to mu wystarczyć i nic poza tym 

się   nie   dowie.   Nawet   nie   zauważył,   kiedy   niepostrzeżenie 

przeszli na ty. Pierwsza uczyniła to Danielle, może, aby nadać 
bardziej intymny charakter ich rozmowie.

—  Słuchaj   uważnie   —   powiedziała.   —   Złożyłam 

ślubowanie w kościele La Madeleine, że nie zdejmę żało -

by, dopóki nie zrehabilituję pamięci mojej matki. Przyje -
chałam tylko w tym celu do Warszawy, ale to bardzo tru -

dne, potrzebuję dużo więcej czasu, więc gdybyś chciał mi 
pomóc...

—  Pomogę   ci   ze   wszystkich   sił,   z   całego   serca,   ale 

niczego nie rozumiem.

—  Nie   możesz   rozumieć,   to   nasza   tragedia   rodzinna. 

Moja   matka,   Ada   Kornicka,   z   męża   Neniewska,   została 

oskarżona o zabójstwo swojego brata Leona Kornickiego, 
osądzona   i   skazana   przed   wojną   w   Warszawie   na   karę 

śmierci. Chociaż wyrok nie był jeszcze prawomocny, ma -
tka   zaszła   w   ciążę   w   więzieniu,   aby   uniknąć   egzekucji. 

Kobiet ciężarnych   nie wieszają,  wiesz  o tym. Potem wy -
buchła   wojna.   W   czasie   jednego   z   nalotów   więźniarkom 

udało się unieszkodliwić strażniczki i matka z niemowlęciem 
na   ręku   uciekła   razem   z   innymi.   Pewna   zacna   rodzina 

żydowska, której pozwolono jako jednej z nielicznych w Polsce, 
na   podstawie   układów   z   okupantem,   wyjechać   na   Zachód, 

zaopiekowała   się   nami   i   zabrała   jako   córkę   i   wnuczkę   do 
Paryża. Teraz już oboje nie żyją — przerwała, przyjrzała mu się 

badawczo, z powagą i smutkiem. — To brzmi jak scenariusz 
sensacyjnego filmu, ale tak było naprawdę. Matka przez całe 

życie bardzo cierpiała, przygnieciona swoim nieszczęściem, w 
końcu   jej   serce   nie   wytrzymało.   Nie   wierzę,   że   popełniła 

zbrodnię. Widzisz, ja muszę dojść prawdy, nie mogłabym bez 
tego   dalej   istnieć,   wyjść   za   mąż,   rodzić   dzieci.   Dopóki   żyła, 

wszystko się jakoś układało, ale teraz, po jej śmierci, czuję się 
moralnie   zobowiązana   do   przywrócenia   dobrego   imienia   jej 

pamięci.   To   dla   mnie   najważniejsza   sprawa   w   życiu.   Nie 
zapominaj,  że   urodziłam   się  w  więzieniu,   z   piętnem  dziecka 

więźniarki skazanej na śmierć.

background image

Przez chwilę panowało między nimi milczenie.
— Czy dowiedziałaś się o tym wszystkim od matki?

—  Nie,   od   starej   Sary.   Od   wczesnego   dzieciństwa 

domyślałam się, że z naszym przyjazdem do Paryża wiąże 

się   jakaś   tajemnica.   W   miarę   jak   dorastałam,   urywane 
rozmowy,   nie   dopowiedziane   zdania,   utwierdzały   mnie 

coraz   bardziej   w   tym   przekonaniu.   Koniecznie   chciałam 
dowiedzieć   się   prawdy,   ale   byłam   bezsilna.   Wreszcie 

Sara   opowiedziała   mi   wszystko,   widząc   jak   się   męczę. 
Potem   wyznałam   matce,   że   znam   jej   tragedię. 

Przeżyłyśmy   bardzo   ciężkie   chwile,   zanim   obydwie 
przeszłyśmy nad tym do jakiego takiego porządku.

—  Dziękuję   ci   za   szczerość,   na   pewno   nie   zawiodę 

twojego zaufania.

—  Chciałabym,   żebyś   mi   pomógł   chociaż   na   początek 

zebrać   jakieś   niezbędne   dane,   które   mogłyby   rzucić 

światło   na   tę   sprawę.   Jesteś   w   końcu   związany   z   naszą 
rodziną.   Skoro   twoja   matka   przechowywała   fotografię 

swojej   szwagierki,   to   widocznie   też   nie   uważała   jej   za   mor-
derczynię.   Oczywiście   wiesz,   że   to   w   tym   mieszkaniu,   kinie 

obecnie zajmujesz, został zabity Leon Kornicki?

— Nie, nikt o tym mi nie mówił.

—  Podobno   zastrzelono   go   w   jego   gabinecie,   na   Mo-

kotowskiej. To był jedyny znany mi adres w Warszawie.

— A co się stało z twoim ojcem, mężem pani Ady?
Danielle potrząsnęła przecząco głową.

—  Wiktor   Neniewski   nie   jest   moim   ojcem.   Opuścił 

matkę i połączył się z inną kobietą, kiedy została areszto -

wana. Ja przyszłam na świat, aby uratować życic kobiecie 
skazanej na śmierć — w głosie jej zabrzmiała gorycz.

Igor położył rękę na dłoni dziewczyny.
—  Bardzo   ci   współczuję   —   powiedział.   —   Jeśli   wiesz, 

kto  zabił   Leona  Kornickiego,   trzeba    będzie   wszcząć 
proces o rehabilitację zmarłej.

— Niestety, matka do końca życia nie zdradziła imienia 

mordercy, umarła razem z tą tajemnicą. A może wcale go 

nie   znała?   Istniał   między   nami   niepisany   układ,   żeby 

background image

nigdy nie poruszać tej sprawy. Wspomnienie tam tych dni 
sprawiało   jej   nieopisane   cierpienie.   Pragnęłam   jej   tego 

zaoszczędzić,   przecież   nie   zaznała   w   życiu   wiele 
szczęścia.   Jean-Pierre   okazywał   jej   tyle   uczuć,   ale   ona 

nigdy naprawdę go nie kochała.

Poczuł   niewysłowioną   ulgę,   jakby   najcięższy   na   świecie 

kamień spadł mu z serca. Więc ten tajemniczy, nieznany Jean-
Pierre to po prostu przyjaciel Ady Kornickiej, a on tak wściekle 

mu zazdrościł posiadania Danielle.

W tej chwili mógłby go nawet obdarzyć gorącą sympatią z 

wdzięczności za taką wiadomość.

Skwapliwie zapytał:

— Czy Jean-Pierre poślubił twoją matkę?
—  To   nie   nastąpiło   z   wielu   względów.   Rozwód   z   Wi-

ktorem   Neniewskim   nie   został   przeprowadzony,   matka 
nawet nie wiedziała, co się z nim stało. Jean-Pierre po

prostu   zaopiekował   się   nami   po   śmierci   Sary   i   Joachima, 

Może   nie   istniało   nic   między   nimi   w   sensie   seksualnym, 

chociaż   mieszkaliśmy   razem.   To   bardzo   czuły   i   delikatny 
człowiek. I wielki  uczony. Poważnie, właściwie  nieuleczalnie, 

choruje na gościec. Czasami całymi tygodniami porusza się na 
wózku   inwalidzkim.   Dlatego   muszę   już   wracać,   bo   on   stale 

potrzebuje   mojej   pomocy.   Poza   tym   razem   pracujemy 
naukowo.

Sympatia   Igora   do   Jean-Pierre’a   osiągnęła   punkt 

kulminacyjny.   Oczyma   wyobraźni   widział   już   bezzębnego, 

wysuszonego starca, z siwą brodą, opierającego się na kulach i 
powłóczącego nogami.

— Powiedz, co mam zrobić, Danielle?
—  Pomóż   mi   znaleźć   mordercę   Leona   Kornickiego, 

żebym  mogła  spokojnie  żyć,  zdjąć żałobę,  wyjść za mąż, 
zostać normalną kobietą, prać pieluchy, obierać ziemnia-

ki,   bez   świadomości,   że   ktoś   może   mnie   nazwać   córką 
morderczyni. Moja matka jest niewinna i trzeba tego tyl -

ko dowieść.

—  Wiesz,   że   nie   przyjdzie   to   łatwo   po   tylu   latach, 

uczynię   jednak   wszystko,  co   w  mojej  mocy.  Muszę   mieć 

background image

jednak   jakiś   punkt   wyjściowy   do   podjęcia   pierwszych 
kroków.

Sięgnęła szybko do torebki i wyjęła zapisaną kartkę papieru.
—  Tu   mam   trochę   najważniejszych   informacji:   data 

popełnienia   morderstwa,   nazwiska   najbliższych   znajo-
mych,   obrońcy,   prokuratora   itd.   Sam   najlepiej   się 

zorientujesz.   Wyciągnęłam   je   częściowo   od   Sary   i 
Joachima, częściowo zaś od matki.

—  Czy   próbowałaś   nawiązać   kontakt   z   którąś   z   tych 

osób?

—  Nie,   uznałam   to   za   bezcelowe.   Zresztą   nie   mant 

pojęcia, czy żyją. Jeślibym poszła do nich i przedstawiła 

się jako córka Ady Kornickiej, skazanej na karę śmierci, 
na pewno nie chcieliby ze mną rozmawiać. A może wśród

łych ludzi znajduje się prawdziwy zabójca, którego spłoszyłby 

sam   mój   widok.   Wiesz,   zaraz   po   przyjeździe   udałam   się   do 

zespołu   adwokackiego,   do   jednego   z   najznakomitszych 
adwokatów  warszawskich.  Potraktował   mnie  jak  zwariowaną 

młodą osobę, szukającą dziury w całym. Powiedział, że sprawa 
jest   przedawniona,   akta   zniszczone   i   jeśli   nie   dysponuję 

żadnym konkretnym dowodem to nie ma najmniejszych szans 
na wznowienie postępowania. Potem zażartował, że w takim, 

jak   mój   przypadku,   nie   potrzeba   adwokata,   lecz   raczej 
prywatnego   detektywa   w   stylu   Archera   czy   Marlowe'a. 

Wróciłam do hotelu i pół dnia beczałam.

Najpierw   zrobiło   mu   się   jej   niewypowiedzianie   żal,   potem 

poczuł   falę   ciepła   w   okolicy   serca   i   wzbierającą   niespożytą 
energię,   predestynującą   go   do   wielkich   i   bohaterskich 

wyczynów.

— Kocham cię, Danielle — powiedział niespodziewanie. 

Nawet nie wiedział, kiedy wymknęły mu się te słowa. — 
Zrobię dla ciebie wszystko!

Spojrzała na niego z dziwnym wyrazem w oczach. Wydawała 

się zdumiona, może zaskoczona.

—  Nie  powinieneś  tak  mówić.  Znamy  się  zbyt  krótko  i 

mieszkamy   tak   daleko   od   siebie.   Chyba   niepotrzeb nie 

wciągnęłam cię w moje sprawy. Nie chciałabym, abyś to 

background image

tak mocno przeżywał.

— Nic na to nie poradzę, kocham cię od chwili, kiedyś 

usiadła koło mnie w Ogrodzie Luksemburskim. Myślałem 
o   tobie   przez   cały   ten   czas.   Marzyłem,   że   zostaniesz   ze 

mną. Wybacz, ale musiałem ci to wyznać.

—  Straszny   z   ciebie   dzieciak,   masz   bardzo   bujną 

fantazję.

—  Danielle,   mówię   poważnie.   Przyrzeknij,   że   przy- 

ledziesz   do   mnie,   tylko   do   mnie,   jeśli   wykryję   zabójcę 
Leona Kornickiego. Obiecujesz?

Sięgnęła machinalnie po filiżankę wystygłej już kawy i wypiła 

jeden łyk.

— Obiecuję — powiedziała po chwili dłuższego milczenia.

*

Wyciągnął   z   kieszeni   kartkę   od   Danielle.   Już   wielokrotnie 

przebiegał oczyma listę osób figurujących na niej  adresy, daty, 
miejsca.   Szukał   jakiegoś   związku   przyczynowo-skutkowego 

między   nimi   a   popełnionym   morderstwem,   bądź   punktu 
zahaczenia,   ale   na   razie   na   próżno.   Najlepsze   i   najbardziej 

wiarygodne   źródło   informacji   stanowiłyby   akta   sprawy 
sądowej, ale niestety po protokołach z rozpraw nie zostało ani 

śladu   w   archiwach   sądowych,   nawet   repertorium   z   wpisem 
sprawy   przestało   istnieć.   Mogły   ulec   zniszczeniu,   zostać 

zjedzone   przez   myszy,   pójść   na   przemiał.   Przez   Polskę 
przetoczyła   się   wojna,   a   po   niej   zostały   ruiny   i   zgliszcza   w 

każdej  dziedzinie  życia.   Przechowały  się  jednak   w Bibliotece 
Narodowej sprawozdania sądowe i sensacyjne artykuły, pisane 

pod   publiczkę   w  ówczesnych   poczytnych   pismach:   „Kurierze 
Porannym”,   „Expressie   Porannym",   a   przede   wszystkim   w 

„Kurierze   Czerwonym”,   czyli   w   tak   zwanym     popularnym 
„Czerwoniaku”. Z ich szpalt krzyczały mrożące krew w żyłach 

tytuły drukowane wielkimi, rzucającymi się w oczy czcionkami: 
„Ponury   dramat   na   Mokotowskiej",   „Siostra   zabija   brata”, 

„Tragedia   w   rodzinie   Kornickich”,   „Bratobójczym   wciąż 
milczy”, „Opinia publiczna żąda surowego wyroku”, „Co powie 

mąż oskarżonej?” itp. Z treści tych ociekających tanią sensacją 

background image

reportaży wynikało w sposób jednoznaczny, że wina Adeli Ne-
niewskiej jest tak oczywista, jak słońce świecące na niebie. Od 

samego   początku   zgromadzono   niezaprzeczalne   dowody 
wskazujące na nią jako na morderczynię: godzina dokonania 

zabójstwa,   zapis   w   kalendarzu   ofiary,   potwierdzona 
świadectwem sąsiada obecność oskarżonej w mieszkaniu brata 

w   krytycznym   dniu   i   czasie.   Motyw  zbrodni   również   nie 
ulegał   wątpliwości.   Stanowiła   go   żądza   wzbogacenia   się 

w drodze dziedziczenia, celem zaspokojenia wymyślnych 
zachcianek   i   używania   życia   w   sposób   przekraczający 

wszelkie   przyjęte   normy   obyczajowe.   W   tym   miejscu 
reporterzy, wyraźnie przejaskrawiając znane sobie fakty, 

odmalowywali   hulaszczy   tryb   życia   pędzony   przez 
małżonków   Neniewskich,   na   który   składały   się 

hazardowe   gry,   orgiastyczne   zabawy,   biesiady   słynące   z 
ryb   śródziemnomorskich,   owoców   sprowadzanych   z 

Bagdadu   i   kwiatów   z   wysp   Fidżi.   Inspiratorką   zaś   tych 
wszystkich   uciech   miała  być  oskarżona,   która na  skutek 

swoich   nieskromnych   żądań   doprowadziła   męża   do 
całkowitej   ruiny   majątkowej,   licytacji   jego   dóbr   i 

ulubionej stadniny koni. W tej sytuacji jedynym źródłem 
dalszych   dochodów   mogła   stać   się   kieszeń   zasobnego   i 

bardzo   zaradnego   brata,   a   w   perspektywie   spadek   po 
jego   śmierci.   Z   dłuższych   lub   krótszych   notatek   z   sali 

sądowej   wynikało,   że   oskarżona   przez   cały   czas   trwa nia 
procesu odmawiała zeznań, aczkolwiek nie przyznała się 

do   winy.   Jedyne   oświadczenie   złożone   przez   nią   w  toku 
postępowania sądowego dotyczyło rzekomej obecności, w 

czasie jej wizyty u brata, kogoś trzeciego poza nimi dwoj -
giem,   ukrytego   w   innym   pokoju.   Fakt   ten   jednak   nie 

został   udowodniony   i   jako   taki   nie   miał   znaczenia   dla 
wyniku   sprawy.   Zachowały   się   poza   tym   końcowe 

fragmenty   sprawozdań   sądowych,   zatytułowane: 
„Prokurator   Kolwiec   oskarża”   i   „Adwokat   Gradkiewicz 

wzywa   do   stawiennictwa   świadka   zbrodni".   Zawierały 
one   relacje   z   mowy   oskarżycielskiej   znanego 

warszawskiego   prokuratora,   który   w   sposób   kwiecisty   i 

background image

pełen   charakterystycznego   dla   niego   zaangażowania   w 
prowadzoną   przez   siebie   sprawę   napiętnował   oskarżoną 

Adelę   Neniewską   jako   zbrodniarkę   działającą   z 
najniższych   pobudek,   żądając   dla   niej   kary   śmierci. 

Natomiast   obrońca   użył   demagogicznego   chwytu, 
mającego   podziałać   na   wyobraźnię   sądu   i   publiczności, 

wzywając   świadka   zbrodni  vel  rzeczywistego   mordercę 
na salę sądową, celem dania świadectwa prawdzie.

Wolwicz   doszedł   do   wniosku,   że   na   ogół   wszyscy 

sprawozdawcy   wypowiadali   się   negatywnie   o   Neniew- 

skiej, a priori upatrując w niej zbrodniarkę, co widocznie 
odpowiadało założonej przez nich konwencji. Tylko ciche 

i   nieliczne   głosy,   ograniczające   się   do   krótkich   sfor -
mułowań,   zadawały   rzeczowe   pytania:   kto   zawiadomił 

policję o morderstwie? gdzie się podziały pieniądze znaj -
dujące się w mieszkaniu denata?

Wielkie   nekrologi   Leona   Kornickiego   w   „Kurierze 

Warszawskim”   sławiły   jego   liczne   zasługi,   donosząc   o 

dniu i godzinie złożenia zwłok do grobowca rodzinnego.

Po wnikliwym, wielogodzinnym studiowaniu tych brukowych 

wiadomości, Igor wiedział tylko jedno: Neniewska milczała, nie 
broniła   się   w   czasie   procesu,   a   powód   swojego   milczenia 

zabrała ze sobą do grobu. Za istnieniem tajemniczego świadka 
zbrodni, albo nawet hipotetycznego mordercy, przemawiał fakt 

zawiadomienia   policji,   że   Kornicki   nie   umarł   śmiercią 
naturalną.   Czy   jednak   zależało   takiemu   informatorowi   na 

wykryciu   zbrodni   i   doprowadzeniu   do   procesu?   Tak,   jeżeli 
miała być to zemsta wywarta na Neniewskiej, znajdującej się 

wśród osób najbardziej podejrzanych.

W   tym   miejscu   śledztwo   zdawało   się   wykazywać   poważne 

luki,   najwyraźniej   spowodowane   pominięciem   pewnych 
istotnych   okoliczności.   Istniały   bowiem   jakieś   bliżej   nie 

określone   pieniądze  w   domu   denata,   które   zniknęły   po   jego 
śmierci,   a   oskarżonej   nie   udowodniono   ich   posiadania.   Nie 

wykluczone jednak, że wobec znacznego upływu czasu między 
śmiercią   Kornickiego   a   aresztowaniem   Neniewskiej,   mogły 

zostać przez nią dobrze ukryte. To samo odnosiło się do broni 

background image

— narzędzia mordu.

Tak   więc   obraz   sprawy   zrekonstruowany   na   podstawie 

informacji  z ówczesnych  gazet, nie przedstawiał się ciekawie 
dla   Neniewskiej   i   nie   wniósł   nic   pozytywnego   do 

charakterystyki   jej   sylwetki.   Pozostawali   ludzie   umieszczeni 
przez   Danielle   na   jej   liście,   jeżeli   naturalnie   znajdowali   się 

jeszcze wśród żywych i byliby skłonni do udzielenia informacji 
komuś   nieznajomemu,   nie   mogącemu   się   wylegitymować 

żadnym formalnym pełnomocnictwem. Przeczytał te nazwiska 
jeszcze raz uważnie. Z jednym z nich wiązał szczególnie duże 

nadzieje,   należało   bowiem   do   jego   wuja   —   Romana 
Powelskiego.   Igor   wiedział,   że   Powelski   przyjaźnił   się   z 

Kornickim, zajął przecież po wyzwoleniu jego mieszkanie, a i w 
czasie   okupacji   w   nim   przebywał.   Zastanawiało   go   tylko, 

dlaczego Powelski ukrył przed nim tak tragiczny i niecodzienny 
fakt, że zostało w nim ongiś popełnione morderstwo. Być może 

nie   ujawniając   siostrzeńcowi   kulisów   tej   sprawy,   Powelski 
chciał   mu   zaoszczędzić   niepotrzebnych   stresów.   Dramat 

rodziny Kornickich, rozegrany przed tyloma laty, w zasadzie 
nie   obchodził   Igora,   nie   mającego   nic   wspólnego   z   tamtymi 

ludźmi,   poza   nic   już   nie   znaczącym   faktem,   że   denat   był 
pierwszym, i to rozwiedzionym, mężem jego matki. Również 

Wolwiczowa,   zapewne   przez   wrodzoną   delikatność,   takt,   a 
nawet   troskę   macierzyńską   o   zdrowie   psychiczne   swojego 

dziecka, nie wprowadziła go w arka- na tej zamierzchłej i tak 
ponurej   historii.   Niezmiernie   interesowało   Igora,   co   miałby 

teraz   do   powiedzenia   z   perspektywy   tak   odległego   czasu,   o 
zbrodni,   jego   wuj,   tak   blisko   wtedy   związany   z   Kornickim. 

Musiał   znać   dobrze   wszystkich   uczestników   tragedii,   całe 
środowisko,   z   którego   wywodzili   się   główni   jej   bohaterowie. 

Niewątpliwie   zajmował   kiedyś   określone   stanowisko   w   tej 
sprawie,   miał   własny   punkt   widzenia,   jakieś   sprecyzowane 

poglądy. Czy  podzielał  werdykt  sądu orzekający   o  winie  Ne- 
niewskiej? A może umiałby wskazać inne rozwiązanie zagadki 

zbrodni, na podstawie sobie tylko znanych poszlak. Wszystko 
to niezmiernie pobudzało wyobraźnię Igora i dawało pole do 

snucia nie kończących się domysłów. Oczywiście natychmiast 

background image

nawiązałby   kontakt   z   Powelskim,   jeśli   byłoby   to   możliwe. 
Jednakże wuj jego przebywał obecnie w szpitalu-sanatorium, w 

okolicach   Otwocka,   po   zabiegu   chirurgicznym,   w   stanie 
wykluczającym, przynajmniej na razie, przeprowadzanie tego 

rodzaju rozmów.

Janusz   Dobrzański,   Mieczysław   Kulikowski,   Bohdan 

Strumień   —   członkowie   zespołu   sądzącego   oraz   prokurator 
Jerzy   Kolwiec   nie   figurowali   w   rejestrze   mieszkańców 

Warszawy. Mogli już umrzeć śmiercią naturalną ze względu na 
podeszły   wiek,   zginąć   w   obozach   zagłady,   bądź   mieszkać   w 

innym mieście w Polsce lub za granicą. Jak dotąd Wolwicz nie 
natrafił   na   ich   ślad.   Żył   człowiek,   który   miałby   zapewne 

najwięcej do powiedzenia, gdyby tylko zechciał przemówić, a 
przede wszystkim uwierzyć w szczerość intencji Igora. Był nim 

mecenas Gradkiewicz — obrońca Adeli Neniewskiej. Nazwisko 
jego   widniało,   czarno   na   białym,   w   książce   telefonicznej   i 

Wolwicz   wprost   nie   mógł   wyjść   ze   zdumienia,   że   z   taką 
łatwością   go   odszukał.   Wszystkie   dane   się   zgadzały:   imię   i 

nazwisko — Wacław Gradkiewicz, zawód — adwokat, adres — 
Emilii   Plater   37.   Czuł   podświadomie,   że   od   przychylności 

Gradkiewicza   wiele   zależy.   Przecież   równie   dobrze   mógł   go 
odprawić   od   progu   z   przysłowiowym   kwitkiem.   Więc   czy 

należało od niego właśnie rozpocząć pogoń za przeszłością, czy 
raczej od osoby neutralnej, niezaangażowanej ani uczuciowo, 

ani   zawodowo   w   tę   sprawę?   Może   jakaś   bliska   znajoma 
Neniewskiej naświetliłaby sytuację sprzed lat, charakteryzując 

sylwetki osób odgrywających znaczącą rolę w rozwoju tamtych 
wypadków.   Na   liście   Danielle   znajdowało   się   kilka   nazwisk 

kobiecych — Izabella Będziłlo, Urszula Horozińska-Rollenowa, 
Janina Wiczyńska ... Zaraz, zaraz ... Wiczyńska — właśnie tak z 

domu   nazywała   się   gospodyni   Igora,   u   której   mieszkał   w 
Paryżu. Gdyby wówczas wiedział, jakie zadanie przyjdzie mu 

wykonać, na pewno nie zmarnowałby takiej okazji. Ciekawiło 
go, czy Wiczyńska widywała Neniewską w Paryżu i odnowiła z 

nią znajomość na emigracji. A może los i przypadek nigdy ich 
ze sobą nie zetknął? W każdym razie nie wchodziła teraz w 

grę jako źródło wiadomości,  o  Rollenowej słuch zaginął, 

background image

natomiast   pozostawała   jeszcze   Izabella   Będziłło 
zamieszkała   w   Warszawie   przy   Alei   3   Maja.   Igor 

postanowił   od   rozmowy   z   tą   osobą   rozpocząć   swoją 
działalność prywatnego detektywa.

Z niemałą trwogą w sercu przypuścił szturm do stałych 

dębowych   drzwi   wejściowych,   zaopatrzonych   w   szereg 

tabliczek   z   nazwiskami   lokatorów   i   głoszących   wszem   i 
wobec, że do pana X należy dzwonić trzy razy, do pani Y 

cztery,   a   do   państwa   Z   tylko   dwa.   Było   to,   jak   widać, 
wspólne   mieszkanie   w   domu   ocalałym   ze   zniszczeń   wo-

jennych. Pani Izabella życzyła sobie, aby goście zawiada-
miali   ją   o   swym   przybyciu   tylko   jednym   przyciśnięciem 

dzwonka. Prawdopodobnie oczekiwała kogoś, gdyż ledwo 
przebrzmiał   ostry   dźwięk   gongu,   drzwi   uchyliły   się   i  na 

progu   ukazała   się   wysoka,   koścista   postać   kobieca   w 
haftowanym,   lekko   przybrudzonym   kimonie   koloru   ró-

żowego.

Na   widok   nieznanego   młodego   człowieka   na   jej   suchej 

twarzy, odznaczającej się niezwykle wydatnym, sępim nosem, 
pojawił się wyraz niekłamanego zdumienia.

— Pan do mnie na brydża? — zahuczała niskim, prawie 

męskim głosem. — My się chyba nie znamy.

—  Jestem   Igor   Wolwicz   —   nieomal   po   wojskowemu 

stuknął obcasami. — Co prawda nie przyszedłem na bry-

dża i nawet nie umiem grać w karty, ale jeśli pani pozwo -
li, bardzo chciałbym z panią porozmawiać.

Widocznie uderzyła ją jakaś nuta błagania w jego głosie, gdyż 

chwilę przypatrywała mu się w milczeniu.

— Chodź kochasiu — powiedziała. — Nie wyglądasz na 

bandziora, który przyszedł zakatrupić starą babę. Proszę 

do mojego pokoju.

Szli wzdłuż długiego, mrocznego korytarza, mijając po prawej 

i lewej stronie szerokie dwuskrzydłowe drzwi.

—  Oto   mój   apartament   —   oświadczyła,   otwierając 

ostatnie z nich na samym końcu.

Pokój był duży. Na ścianach, pokrytych niebieską, spłowiałą 

tapetą, wisiało kilka, cennych na pierwszy rzut oka, obrazów w 

background image

poczerniałych od starości, złoconych ramach. We wnętrzu tym 
stało pełno antyków: serwantka, komódki, biblioteka, stół na 

pazurkowatych   nóżkach,   kilka   kanap   z   podniszczonym 
adamaszkowym obiciem, stare porcelanowe wazony i figurki. 

Na   środku,   kontrastując   z   resztą   umeblowania,   stał 
rozstawiony do gry w karty, obity zielonym suknem, stolik.

—  To   ocalało   w   naszej   willi   w   Sulejówku   —   wyjaśni ła, 

widząc   zdumione   spojrzenie   Igora.   —   Opiekowała   się 

naszymi   gratami   wierna   gosposia.   W   nagrodę   pochowa-
łam ją w grobowcu rodzinnym Będziłłów, przy pierwszej 

bramie na Powązkach. Niech się chociaż  po śmierci  cie -
szy,   tak   mało   miała   do   tego   okazji   w   ciągu   życia.   Te 

obrazy zakopała w skrzynkach w ogrodzie. Nie uwie rzysz 
—   to   van   Gogh,   tamten   —   to   autentyczny   Matejko,   a   te 

konie namalował Wojciech Kossak. Nie rozstanę się już z 
nimi,   chyba   żebym   zdychała   z   głodu.   Ale   ja   tu   gadu, 

gadu, a pan pewnie przyszedł do mnie w jakimś określo-
nym   celu,   panie,   panie...   przepraszam   nie   dosłyszałam 

nazwiska.

— Wolwicz, Igor Wolwicz.

—  Zaraz,   zaraz   —   pstryknęła   w   powietrzu   palcami.   — 

Wolwicz,   to   nazwisko   nie   jest   mi   obce.   Znałam   kiedyś 

ładnego   chłopca,   kapitana   Wolwicza.   Zakochała   się   w 
nim   Żaneta   Kornicka,   rzuciła   męża  i   wyszła   za  niego  za 

mąż.

— Jestem ich synem.

—  No,   przepraszam,   że   ja   tak   bezpardonowo   o   tych 

sprawach, taki ze mnie narwaniec. Ci, co grają ze mną w 

brydża,   myślą:   zwariowana,   stara  grande  dame  —   lubią 
to, walą do mnie jak w dym i pozwalają się ogrywać, bo 

są   głupi   jak   stołowe   nogi.   A   ja   za   to   codziennie   kupuję 
sobie  dziesięć  deka  szynki  i jem befsztyk   z  polędwicy,  a 

stary Kossak i Matejko mogą sobie dalej spokojnie wisieć 
na ścianach. Szelma ze mnie, no nie? Ale ty czegoś chcesz ode 

mnie, prawda? Siadaj w tamtym fotelu, bo ten ma podłamaną 
nogę, i wal prosto z mostu. Mogę chyba do pana mówić „ty" po 

starej znajomości?

background image

— Ależ oczywiście, proszę pani.
— Nie bądź taki speszony i nieśmiały. Ostatecznie mam 

tylko   sześćdziesiąt   lat,   chociaż   wyglądam   na   sto.   Nie 
zawsze taka byłam. Popatrz, zachował się mój portret — 

pociągnęła   go   za   rękę   w   drugi   kąt   pokoju   i   pokazała 
obraz   przedstawiający   młodą   dziewczynę   o   wielkich 

oczach, w wydekoltowanej sukni odsłaniającej ramiona   i 
długą   szyję,   oplecioną   sznurem   pereł.   —   Malował   go 

Tadeusz   Styka  w   trzydziestym   piątym   roku,   zrobił  mnie 
na piękność. Miałam już bitą trzydziestkę, ale nikt o tym 

nie  wiedział. Wszyscy młodzi ludzie chcieli się żenić, je -
żeli nie ze mną, to z moim posagiem. I znów tobie przer-

wałam.   Mam  strasznie   niewyparzony   ozór  na  stare  lata. 
Wiesz,   ty   nie   jesteś   podobny   ani   do   matki,   ani   do   ojca, 

chociaż  masz  trochę  z jego  pozornie nieśmiałego  wdzię -
ku, którym czarował kobiety. Jak się mają rodzice?

— Oboje nie żyją.
—  O,   mój   Boże!   —   uderzyła   się   ręką   po   wargach.   — 

Zawsze się z czymś nie w porę wyrwę. Może napijesz się 
herbaty, wina?

Szybko podeszła do serwantki, gdzie ze szkłem tkwiła pękata 

omszała butelka z czerwonym płynem, jakby sieroctwo Igora 

wymagało specjalnej troski i opieki.

— Nie, dziękuję, proszę sobie nie robić kłopotu.

—  Nie   krępuj   się,   chłopcze,   czuj   się   jak   u   siebie   w 

domu.

— Naprawdę nie będę niczego pił ani jadł.
—  No,   jeżeli   nie   chcesz,   to   mów   z   czym   przychodzisz. 

Tylko prędko, bo niedługo zwalą się moi dorobkiewicze i 
podstarzałe damulki na kilka roberków.

— Chyba jednak przyszedłem nie w porę ...
—  Nie   gadaj   głupstw,   ostatecznie   jesteś   mi   bliższy  niż 

to   całe   tałatajstwo.   Najwyżej   ich   wyproszę.   Znów   tak 
bardzo   mi   nie   zależy   na   ich   pieniądzach   i   towarzystwie. 

Lubiłam   twoją   matkę   Żanetę,   choć   jej   nigdy   tego   nie 
okazywałam. Kiedy rzuciła tego groszoroba Kornickiego o 

duszy starca, z całym jego majątkiem, i wyszła za twojego 

background image

ojca, który, między nami mówiąc, oprócz pary szałowych 
wąsów i czarnych, lśniących oficerek, nie miał nic więcej 

przy duszy, poczułam do niej prawdziwy szacunek. Bardzo 
chciałam się z nią zobaczyć po powrocie z Casablanki do 

Warszawy,   ale   skończyło   się   na   dobrych   chęciach. 
Musiałam   się   jakoś   urządzić,   wywalczyłam   ten   jeden 

pokój w moim własnym mieszkaniu. Potem sprowadziłam 
prochy  ojca  z  Maroka.  Nigdy   na nic nie  miałam  czasu.   I 

tak przeszło życie. No, ale się rozmazałam... Zawsze kiedy 
wspominam   dawne   czasy,   przedwojenną   Warszawę, 

starych   przyjaciół,   rozklejam   się   jak   stara   beczka.   Znów 
nie dałam ci przyjść do słowa ...

— Proszę pani, chciałbym, żeby mi pani powiedzia ła, czy 

według pani Adela Kornicka zabiła swojego brata Leona?

Pytanie  to tak  zaskoczyło panią Izabellę, że na kilka chwil 

oniemiała ze zdziwienia.

—  A   tobie   co   do   tego?!   —   zadudniła   wreszcie   zupełnie 

już basowym głosem. — Co cię obchodzi Kornicka i stara, 

zapomniana sprawa? Wprawdzie twoja matka była kiedyś 
żoną Leona, ale nie masz chyba zamiaru mścić się za jego 

śmierć?

—  Nie,  wręcz   odwrotnie.  Moim celem  jest  rehabilitacja 

Adeli Kornickiej.

— Masz babo placek! Czy przysłała cię do mnie Ada? Co 

się   z   nią   dzieje?   Gdzie   się   podziewa?   Myślałam   że   nie 
przeżyła   wojny.   Wiem,   że   zaszła   w   ciążę   w   więzie niu, 

jeszcze   przed   apelacją,   tak   na   wszelki   wypadek,   gdy   by 
sąd apelacyjny zatwierdził wyrok śmierci. Bab ciężar nych 

nie   wieszają,   więc   w   ten   sposób   chciała   uciec   przed 
stryczkiem.   Potem   wybuchła   wojna   i   cały   ówczesny 

światek z jego wielkimi problemami runął jak domek z kart. 
Wyjechałam   z   Polski   i   od   tej   pory   nic   o   niej   nie   słyszałam. 

Mów, jak się jej powodzi.

—  Pani   Adela   Kornicka   zmarła   przed   dwoma   laty   w 

Paryżu.   Przyszedłem   do   pani   w   imieniu   jej   córki   Da- 
nielle.

Izabella Będziłło nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż zadzwonił 

background image

telefon stojący na mahoniowej komódce.

— A pan prezes, witam! A więc niedyspozycja żo łądka. 

Szczerze współczuję, radzę wypić sok jagodowy.  Aa... 
i   pani   prezesowa   zwichnęła   nogę,   co   za   pech.   Musi my 

zatem odłożyć naszego roberka na inny dzień. Cóż ro bić i 
ja bardzo żałuję. Do usłyszenia! — położyła słuchawkę  z 

rozmachem na widełki. — Z mojego brydża nici. Mogę ci 
poświęcić trochę czasu. Tylko do diabła nie wiem, po co 

chcesz odkurzyć ten stary proces.

— Już pani mówiłem, że działam w imieniu córki Adeli 

Kornickiej.

— Życzę ci powodzenia. Najwięcej informacji udzieli ci 

adwokat   Gradkiewicz.   Podobno   ten   stary   pijanica   nie 
pracuje   już   zawodowo.   A   pomyśleć,   że   to   kiedyś   był 

błyskotliwy   prawnik,   mający   olbrzymią   klientelę,   za -
powiadający   się   na   luminarza   naszej   palestry,   choć   we -

dług mnie antypatyczny bubek. Bez pamięci kochał się w 
Adzie,   oddałby   diabłu   duszę,   gdyby   piekła   pomogły   mu 

zdobyć jej rękę. Ala ona go nie znosiła. Myślę, że budził 
w niej wstręt fizyczny. No nie był zbyt atrakcyjny, to pra-

wda, ale łeb miał nie od parady, i stary Kornicki chętnie 
widziałby w nim przyszłego zięcia. Niestety Ada kochała 

tylko jednego mężczyznę.

— Kogo?

—  Swego   mężulka,   „pięknego   Wika”.   Tak   go   nazy-

waliśmy   w   naszym   towarzystwie.   Miał   tyle   czaru,   że 

mógłby   nawet   z   łatwością   uwieść   stuletnią   przeoryszę 
klasztoru,   ale   hunctwot   i   łobuz   nie   lada.   Gdybyś   słyszał 

jego   zeznania   w   sądzie.   Wygadywał   najokropniejsze 
rzeczy  o  swojej   żonie,   widocznie   chciał   się   jej   jak 

najprędzej   pozbyć,   żeby   poślubić   tę   bogatą   baronównę 
Holzenberg  i  byłby   tego   niechybnie   dopiął,   gdyby   nie 

wojna. Holzenberżanka musiała zwijać żagle i odpłynąć 
z   Polski,  aby   uniknąć   komory   gazowej,   a  on   zginął  tak, 

jak   żył   —   w   kasynie   gry   na   Szucha,   zastrzelony   przez 
pijanego   żołdaka   niemieckiego.   Ada   fatalnie   ulokowała 

swoje uczucia i to ją zgubiło.

background image

— Czy sądzi pani, że zabiła swojego brata?
—  Już   po   raz   drugi   zadajesz   mi   tak   obcesowo   to   py-

tanie.   Jeśli   chcesz   usłyszeć   moje   zdanie,   to   ci   powiem. 
Ale poczekaj, zapalę wpierw papierosa — podniosła się z 

miejsca i sięgnęła po leżące na stoliku pudełko „Carme -
nów”. — Nie powinnam kopcić tych świństw, bo oskrze -

la, astma, rozedma płuc, wszystko w środku porujnowa -
ne,   ale   nie   mogę   się   powstrzymać.   Brak   mi   silnej   woli. 

Według   mnie   w   tej   sprawie   istniało   wiele   niejasności. 
Czy znasz jej przebieg?

—  Tylko   ze   sprawozdań   sądowych   zamieszczonych   w 

gazetach.

—  Ja   myślę,   że   wina   Kornickiej   nie   została   udowod-

niona.   Co   prawda,   nie   przepadałam   za   tą   dziewczyną, 

może   dlatego,   że   była   ładniejsza   i   młodsza   ode   mnie. 
Poza   tym   zazdrościłam   jej   tego,   że   umie   wzbudzać   w 

mężczyznach   prawdziwą   miłość.   Nie   tylko   Gradkiewicz 
szalał za nią, ale  i brat Żanety  — Romek Powelski. Ach 

prawda,   toż   to   twój   wuj!   Co   z   nim.   jak   się   czuje? 
Wyglądał   na   porządne   chuchro,   które   lada   silniejszy 

wiatr   może   zdmuchnąć   z   ziemi.   Eteryczny   blondynek, 
półbaba-półmężczyzna.   Tacy   jak   on   zwykle   nie   żyją 

długo.   Podobno   nawet   w   Leonie   Kornickim   budził 
ludzkie   uczucia.   Istniało   między   nimi   coś   w   rodzaju 

przyjaźni.   Czy   dasz   wiarę,   że   Powelski   też   się   cielęco, 
beznadziejnie   kochał   w   Adzie?   Bez   przerwy   wodził   za 

nią oczyma, jak za świętą Madonną.

— Nigdy bym nie przypuszczał... mój wuj?

— Więc teraz już wiesz. Ada wywoływała we mnie różne 

uczucia, przeważnie niechęci i zawiści. O mnie starały się 

stada   chłopaków,   ale   wyłącznie   dla   majątku.   Byłam 
piekielnie   bogata   i   bardzo   brzydka.   Co   się   tak   na   mnie 

gapisz?   Mówię   prawdę,   wiedziałam   o   tym.   Dlatego   nie 
wyszłam   za   mąż.   Wprawdzie   trafił   się   taki   jeden   — 

podchorąży sanitarki — Miś, nawet nie pamiętam nazwi -
ska,  z nim jednym przeżyłam coś w rodzaju gorącego ro-

mansu, pełnego iluzji i złudzeń, ale i on okazał się karie -

background image

rowiczem, lecącym na mój posag. Rozgadałam się i czu lę, 
że muszę sobie golnąć. Może jednak napijesz się ze mną? 

Zawsze   kiedy   wspominam   młode   lata   odczuwam 
potrzebę kilku głębszych — Izabella Będziłło znów unio -

sła  się z fotela, w którym ulokowała swoją tykowatą po-
stać,  i ruszyła ku serwantce. Z jej głębin wydobyła butel -

kę Napoleona i dwa kryształowe kieliszki.

— Naprawdę dziękuję pani, ale nie będę pił.

—  Co  z   ciebie   za  dziwoląg.   Jeśli   ci   zakon   nie   pozwa la, 

pozwolisz że sama spełnię toast za minioną młodość. Co 

to   ja   mówiłam?   Ach,   że   nie   lubiłam   Ady,   a   może   jej   w 
głębi   ducha   źle   życzyłam.   Obydwie   z   Ulą   Horozińską 

wyśmiewałyśmy ją, że ma za duże ręce i nogi jak okręty. 
Dziewczyny   w   tym   wieku   potrafią   być   bardzo   złośliwe. 

Kiedy zakochała się jak wariatka w tym wartogłowie Ne- 
niewskim, poczułam coś w rodzaju nikczemnej satysfak-

cji,   że   pakuje   się   samochcąc   w   przepaść   bez   dna,   ale   w 
czasie procesu zmieniłam zdanie. W pewnej chwili wyda -

ła   mi   się   ofiarą,   a   nie   winowajczynią   —   umilkła   i   zapa-
trzyła się szklanym wzrokiem w przestrzeń.

Igor zląkł się, że zasnęła i nic już więcej nie powie.
—  Dlaczego,   proszę   pani?   —   zapytał   głośno,   aby 

przerwać ciszę, która nagle zapanowała.

—  Dlatego,   że   milczała,   nie   broniła   się,   kiedy   Ne- 

mewski odsądzał ją od czci  i wiary, wreszcie  dlatego, że 
prawdopodobnie   wzięła  cudzą  winę   na siebie.  Ale  po  co 

to zrobiła — Bóg tylko raczy wiedzieć.

—  Ale   fakty,   czy   znane   są   pani   fakty,   które   by   za   tym 

przemawiały?

Izabella Będziłłówna znów nalała sobie kieliszek koniaku.

— To było tak dawno, nie bardzo już pamiętam. Trzeba 

ci   wiedzieć,   że   chodziłyśmy   z   Ulą   Rollenową   na   prawie 

wszystkie   rozprawy   sądowe   z   ciekawości   i   żądzy   taniej 
sensacji, jak inni znajomi Kornickich, którzy w ich domu 

jedli, pili i bawili się na eleganckich przyjęciach. Biedna 
Ula obnosiła po sądzie swój ogromny brzuch, była już w 

siódmym   miesiącu   ciąży,   ale   nie   chciała   stracić   takiej 

background image

okazji.   Ten   piernik   Rollen,   jej   mąż,   w   gruncie   rzeczy 
mało   się   nią   interesował,   myślę,   że   niezbyt   przejął   się, 

gdy umarła przy porodzie.

Na   ten   proces   ludzie   walili   drzwiami   i   oknami,   bo   całe 

pożycie   Neniewskich,   łącznie   z   intymnymi   szczegółami 
małżeńskiej alkowy, nicowano od podszewki, przeważnie bez 

zarządzania   tajności   rozpraw.   Wydaje   mi   się,   że   wtedy   na 
Mokotowskiej znajdował się jakiś świadek zbrodni. Przecież, u 

licha,   ktoś   —  ten   właśnie   świadek,   a może  i   sam  morderca, 
zawiadomił policję, że Kornicki został zastrzelony. Gdyby nie 

ten telefon, zbrodnia nigdy nie wyszłaby na jaw, bo już miano 
chować   nieboszczyka   do   grobu   Kornickich   na   Powązkach. 

Pamiętam też, że chodziło o jakieś pieniądze, które zniknęły z 
mieszkania   Leona,   ale   Ada   ich   przy   sobie   nie   miała.   Nie 

wiadomo też, gdzie podział się rewolwer, z którego zastrzelono 
Kornickiego. Neniewski zeznał wprawdzie, że widział, jak Ada 

zabierała go ze sobą z domu, idąc do brata, ale nigdy tej broni 
nie   znaleziono.   Więcej   już   sobie   nie   przypomnę.   Mnie   też 

pamięć   zawodzi.   Znajomi   adwokaci   twierdzili   wtedy,   że   sąd 
dopuścił   się   wielu   przeoczeń   i   wyrok   na   pewno   zostanie 

zmieniony   po   apelacji,   ale   wtedy   wybuchła   wojna.   Spytaj 
Gradkiewicza, on wie więcej ode mnie — głos Izabelli Będziłło 

przycichł, opowiadanie z minuty na minutę traciło na żywości i 
barwie.   Widać   wypity   koniak   podziałał   na   nią   wybitnie 

usypiająco.   W   pewnej   chwili,   ostatnim   wysiłkiem   woli, 
otrząsnęła się z ogarniającego ją bezwładu.

— Przepraszam cię — znów huknęła głębokim basem. — 

Nie powinnam była pić, alkohol zawsze ścina mnie z nóg. 

Tylko nie myśl, że ze mnie nałogowa pijaczka. Niech Bóg 
broni. Z rzadka sięgam po tę butelczynę, właściwie tylko 

wtedy, kiedy przypomną mi się stare dzieje. Przy brydżu 
trzeba   zachowywać   trzeźwość   umysłu  i  równowagę 

ducha.   Nic   już   więcej   nie   powiem   o   tym   śmierdzącym 
procesie.   Jedno   wiem:   ktoś   chciał   tę   Adę   „wrobić”   w 

morderstwo, ten, komu zależało na tym, aby ją zniszczyć, 
zemścić   się   na   niej.   Przynajmniej   takie   odniosłam 

wrażenie.   Mówiłeś,   że   to   dziecko   urodzone   w   więzieniu 

background image

pragnie   zrehabilitować   pamięć   matki.   Czy   jest  ładna,   ta 
córka Ady, podobna do niej? A, prawda,  co  ty możesz  o 

tym wiedzieć.

—  Jest   piękna   i   nieszczęśliwa.   Bardzo   chciałbym   jej 

pomóc.

—  Ej,   chłopie,   czy   ty   się   w   niej   nie   zakochałeś?   Je żeli 

córka odziedziczyła po matce umiejętność siania zamętu 
w sercach męskich, przepadłeś z kretesem. Czy wiesz, kto 

jest jej ojcem?

— Nie, ona chyba również nie wie.

—  Czyżby?   Dwóch   mężczyzn   przychodziło   odwiedzać 

Kornicką   w   więzieniu:   twój   wujek   i   szanowny   mecenas 

Gradkiewicz.   Romana   nie   posądzam   o   tyle   inwencji, 
zostaje tylko ten moczymorda Gradkiewicz, bo nie myślę, 

żeby   zgrzeszyła   ze   strażnikiem   albo   dozorcą.   Widocznie 
tak   ją   straszył   szubienicą,   że   przemogła   nawet   wstręt, 

który   do   niego   czuła.   Wyobrażam   sobie   jego   triumf:   on 
odrzucony konkurent, z łaski robi jej dziecko, okropność!

Różowe kimono wyglądało jeszcze smętniej w ostrym świetle 

stojącej lampy.

—  Przyjdź   znów   kiedyś   do   mnie   —   powiedziała   Bę dzi-

łłówna. — Może jeszcze sobie coś przypomnę, albo, jeśli chcesz, 

nauczę cię grać w brydża.

*

Biały,   podłużny   budynek   o   wielkich,   oszklonych   oknach. 

surowy   w   swojej   supernowoczesnej   linii   architektonicznej. 
wyłonił   się   nagle   spoza   sosnowego   lasu,   przetykanego 

gdzieniegdzie   ozdobnymi,   rozłożystymi   świerkami.   Żelazne 
sztachety strzegły do niego dostępu, a napis umieszczony na 

tablicy przy bramie wejściowej głosił, że mieszczą się tu szpital 
i sanatorium przeciwgruźlicze.

Ośrodek   ten   zbudowany   z   rozmachem,   nakładem 

wielomilionowych sum pokrytych z dotacji państwowych 

i ofiar całego społeczeństwa, usytuowany został z dala od 
aglomeracji miejskiej pobliskiego Otwocka, wśród drzew 

iglastych,   w   powietrzu   nie   skażonym   dotychczas   przez 

background image

przemysł.

Igor idąc na piechotę od stacji kolejowej, miał czas jeszcze 

raz   przemyśleć   dokonane   przez   siebie   spostrzeżenia   i 
wyprowadzone wnioski z materiału zebranego w sprawie Adeli 

Kornickiej, przed zobaczeniem się z wujkiem. Po kilku prawie 
nieprzespanych   nocach,   dniach   spędzonych   wśród 

gorączkowych   rozmyślań,   obraz   zbrodni   malował   się   już 
niemal   wyraziście   w   jego   wyobraźni.   Przed   wyciągnięciem 

ostatecznej konkluzji musiał jednak przeprowadzić zasadniczą 
rozmowę z Powelskim. Przygotowywał się do niej z rozmysłem, 

z   trzeźwością   pozbawioną  emocji   związanych  z   łączącym   ich 
pokrewieństwem tak, jakby miał do czynienia z obcym zupełnie 

człowiekiem. Zdawał sobie sprawę z trudności w wykonaniu za-
dania,   którego   się   podjął.   Dzisiaj   wydawało   mu   się   niemal 

pewne, że zna imię mordercy Kornickiego. Świadomość tego w 
pierwszej   chwili   wywołała   w   nim   strach,   pomieszany   z 

rozpaczą, który wkrótce przerodził się w chęć zemsty i odwetu 
za krzywdę wyrządzoną Danielle. Teraz zdołał się opanować i 

przywdziać   maskę   obojętności,   aby   ukryć   swoje   uczucia.   W 
następstwie   tego   mógł   już   rozumować   zupełnie   spokojnie   i 

budować w myślach swoją wersję wydarzeń.

A więc Adela Kornicka padła ofiarą tragicznego splotu 

okoliczności, wskazujących na nią jako na morderczynię 
swojego   brata,   i   dobrowolnie   przyjęła   na   siebie   ciężar 

winy   i   hańby.   Dlaczego   tak   postąpiła?   Odpowiedź 
narzucała się z całą oczywistością, a nawet brutalnością: 

dla   ratowania   od   stryczka   osoby,   którą   kochała   więcej 
niż samą siebie, a więc swojego męża. Kto zabił w takim 

razie   Leona   Kornickiego?   Kandydatów   na   zabójcę   było 
trzech: Neniewski, Gradkiewicz, Powelski — wszyscy bli -

scy zmarłemu, związani węzłami powinowactwa lub zaży-
łej   znajomości.   Każdy   mógł   wejść,   bez   zastrzeżeń,   do 

mieszkania   denata   pod   pretekstem   porozumienia   się   w 
nawet   błahej   sprawie,   aby   znienacka   dokonać   zamachu 

na jego życie. Widocznie w przeświadczeniu Neniewskiej 
był to jej mąż. Słyszała czyjeś kroki w sąsiednim pokoju, 

sądziła,  że  Neniewski  się  tam  ukrył.   Jak  wielka  musiała 

background image

być siła tej miłości, skoro nie ugięła się nawet w obliczu 
kłamliwych,   obciążających   ją   zeznań,   składanych   przed 

sądem   przez   męża   i   wobec   faktu,   że   zamierzał   się   z   nią 
rozejść,  aby   poślubić  inną  kobietę.   Zapewne   liczyła   jed-

nak na to, że niewierny, a tak ukochany małżonek do niej 
powróci.   Po   głębszej   analizie   faktów   Igor   doszedł   do 

wniosku,   że   Neniewska   popełniła   tragiczną   omyłkę  i 
ofiara   złożona   z   samej   siebie   okazała   się   daremna.   Ne-

niewski nie mógł zabić Kornickiego. Żaden sąd nie zwol -
niłby   go   od   odpowiedzialności   i   nie   wyeliminował   z 

kręgu   podejrzanych   o   dokonanie   morderstwa   bez 
sprawdzenia   jego   alibi   w   sposób   nie   budzący 

najmniejszych   nawet   wątpliwości   co   do   jego 
wiarygodności.   Najwidoczniej   więc   alibi   Neniewskiego 

okazało   się   niepodważalne,   przesądzające   o   jego 
niewinności.   Wchodziło   w   grę   jeszcze   dwóch   mężczyzn. 

Gradkiewicz   —   odrzucony   konkurent,  wzgardzony wielbi-
ciel,   a  jednocześnie   pełnomocnik   Kornickiego  we   wszystkich 

sprawach   finansowych   —   mało   prawdopodobne,   aby   zabił 
swojego   mocodawcę   i   tym   samym   pozbawił   się   dalszych 

profitów, płynących z jego| kieszeni. Człowiek interesu nigdy 
by tak nie postąpił. Pozostawał Powelski. Jaki mógł być motyw 

zbrodniczego działania z jego strony? Wprawdzie przyjaźnił się 
z Kornickim, wiele mu zawdzięczał, ale w grę wchodziły tu pie-

niądze.   Czy   młody,   skromny   chłopak,   bez   większych   per-
spektyw na przyszłość, nie pokusił się o zdobycie tak wielkiej 

sumy,   nawet   za   cenę   ludzkiego   istnienia?   Kochał,   się 
nieprzytomnie   w   Adzie,   może   chciał   zemścić   się   na   niej   za 

okazywaną obojętność, wciągnąć ją w krąg podejrzenia, albo na 
odwrót:   oszołomić   ją   pieniędzmi   i   zdobyć   jej   względy   po 

śmierci   brata.   Jeżeli   to   on   przebywał   w   mieszkaniu   na 
Mokotowskiej,   ukryty   w   sąsiednim   pokoju,   to   z   przebiegu 

rozmowy   między   rodzeństwem   zorientował   się   w   sytuacji 
majątkowej   Ady   i   zdecydował   się   na   desperacki   krok,   aby 

zdobyć pieniądze.

Wszystkie   te   wywody   miałyby   pozór   dowolnie   wy-

prowadzanych   i   naginanych   do   ówczesnej   rzeczywistości 

background image

przypuszczeń,   gdyby   nie   jeden   niezaprzeczalny   i   namacalny 
dowód:   broń   spoczywająca   w   sejfie,   w   mieszkaniu   Igora. 

Przecież ów rewolwer, traktowany przez Wolwicza z pietyzmem 
jako   pamiątka   wojenna,   stanowił   najprawdopodobniej 

narzędzie   zbrodni.   Dlaczego   Powelski   oddał   go   siostrze   na 
przechowanie   i   nigdy   nie   zażądał   jego   zwrotu?   Właśnie 

tajemnicza broń, z której zabito Kornickiego, zginęła w dniu 
jego śmierci  wraz  z mordercą; nie znaleziono jej na miejscu 

zbrodni, ani nigdy potem. Jednakże wątpliwości nadal nękały 
Igora,   wiele   pytań   wymagało   odpowiedzi.   Przyjąwszy,   że 

Powelski   posłużył   się   tą   bronią,   to   jednak   pozostawało   nie 
wyjaśnione, w jaki sposób dostała się ona w jego ręce. Zgodnie 

z zeznaniami Neniewskiego, cytowanymi przez ówczesną prasę 
w   sprawozdaniach   sądowych,   pierwotnie   należała   do 

Stanisława

Kornickiego — ojca Leona. W dniu zabójstwa oskarżo-

na  zabrała  ją  ze   swojego   mieszkania   przed   udaniem   się 
do   brata.   A   może   Browning   leżący   spokojnie   od   lat   w 

schowku na Mokotowskiej nie ma nic wspólnego z mor-
derstwem?   W   końcu   ten   sam   typ   broni   nie   przesądza   o 

tym, że to właśnie  ów zaginiony przed laty  egzemplarz? 
Jednakże  na takie  pytania  Igor musiał  sam  sobie  odpo-

wiedzieć przecząco. Między zakopanym w ogródku w Dę-
blinie   rewolwerem   a   narzędziem   skrytobójczej   zbrodni 

popełnionej   na   Leonie   Kornickim   istniał   niewątpliwie 
ścisły   związek,   prowadzący   ku  stwierdzeniu,   że   jest   to 

jedna i ta sama broń.

Przekraczając próg sanatorium, w którym Roman Powelski 

przebywał   jako   rekonwalescent,   Igor   postanowił   za   wszelką 
cenę   uzyskać   od   swojego   krewnego   wiążące   wyjaśnienia.   W 

wielkim  holu zdobnym w palmy, głębokie fotele i wyplatane 
krzesła   kręciło   się   już   sporo   osób   z   siatkami   wyładowanymi 

różnorakim prowiantem, jak to zwykle bywa w dniu odwiedzin. 
Chorzy   w   pasiastych   szlafrokach   zaczęli   już   schodzić   po 

schodach   z   części   szpitalnej   budynku   lub   zjeżdżać   windami. 
Recepcjonistka   zawiadomiła   natychmiast   oddział,   w   którym 

przebywał   Powelski,   że   czeka   na   niego   siostrzeniec.   Nie 

background image

upłynęło   nawet   pięć   minut,   a   Powelski,   wraz   z   innymi 
pacjentami szpitala, wysiadł z windy i podszedł do Igora.

— Witaj — powiedział cichym głosem. — Cieszę się,  że 

przyjechałeś. Chodź, usiądziemy tu, z boku.

— Jak zdrowie? — zapytał Igor stereotypowo, mimo że 

w   obecnym   stanie   swojego   ducha   nie   przywiązywał 

żadnego znaczenia do odpowiedzi na to pytanie.

—  Lekarze   mówią,   że   lepiej,   ale   ja   tak   nie   uważam. 

Podobno za dwa tygodnie mam wrócić do domu — zaka -
szlał, zmęczony wypowiedzeniem tych kilku słów.

Igor   spojrzał   na   niego   mimowolnie.   Niewielkiego   wzrostu, 

teraz, na skutek wyniszczającej  choroby, wydawał się jeszcze 

mniejszy.   Z   odchylonego   kołnierzyka   piżamy   wystawała 
pomarszczona,   owłosiona   szyja   z   wyraźnie   zaznaczoną,   z 

powodu   chudości,   grdyką.   Złożył   na   poręczy   fotela   pożyłko-
wane, wyschłe dłonie i zamrugał nerwowo zaczerwienionymi 

powiekami.  Igor  patrzył  na niego, ale  nie  umiał  i  nie  chciał 
wzbudzić w sobie uczucia litości.

„Więc ten wrak człowieka — pomyślał — kiedyś był młody, 

kochał, pożądał kobiety, walczył o jej względy, być może zabił ... 

a teraz stoi nad grobem i nie myśli o tym, że swoim czynem 
unieszczęśliwił tyle osób”.

— Przyjechałem, aby wujka o coś zapytać — zaczął Igor. 

Zamierzał zaskoczyć go znienacka zasadniczym pytaniem 

i zmusić do wyznania prawdy.

—  Słucham   cię   —   Powelski   zdziwiony   stanowczym 

brzmieniem głosu siostrzeńca, podniósł na niego oczy.

Igor   zwracał   się   zawsze   do   niego   w   trzeciej   osobie   z 

dodaniem słowa „wujek”. Mimo zbliżenia, jakie między nimi 
nastąpiło   po   śmierci   Żanety   Wolwiczowej,   brakowało   w   ich 

wzajemnych stosunkach intymności.

—  Chciałbym   wiedzieć,   co   się   stało   z   rewolwerem,   z 

którego   został   zastrzelony   przyjaciel   wujka,   Leon   Kor-
nicki?

Gorący   rumieniec   zabarwił   blade   dotychczas   policzki 

chorego.

—  A   tobie   co   do   tego?   Dlaczego   pytasz?   Skąd   w   ogóle 

background image

wiesz  o  Leonię  Kornickim?  —  zaczął  mówić  bezła dnie, a 
ręce oparte na fotelu zadrżały nerwowo.

—  Wiem,   że   został   zamordowany,   a   także   o   tym,   że 

dwadzieścia   kilka   lat   temu   Adelę   Kornicką   oskarżono   o 

bratobójstwo   i   niewinnie   skazano   na   karę   śmierci.   Czy 
wujka   to   nic   nie   obchodzi?   Czy   wujek   ma   zamiar   dalej 

milczeć?

Nagle   zauważył,   że   z   Powelskim   dzieje   się   coś   niedo-

brego,   gdyż   zaniósł   się   straszliwym,   głębokim   kaszlem, 
rozrywającym mu piersi, a ciałem jego zaczęły wstrząsać 

drgawki. Zrozumiał, że chory się dusi i jeśli nie otrzyma 
natychmiastowej pomocy lekarskiej, zakończy życie.

—  Siostro,   siostro!   —   zawołał   do   przechodzącej   pie-

lęgniarki.

—  Co   się   stało   —   zapytała   młoda,   niebieskooka 

dziewczyna   w   białym   fartuchu   i   w   wykrochmalonym 

czepku,   zalotnie   sterczącym   na   czarnych,   gęstych 
włosach.  —  O,  mój  Boże!  Pacjent   ma atak.  Natychmiast 

na   salę   reanimacyjną!   Niechże   się   pan   się   ruszy   — 
krzyknęła   niecierpliwie   na   Igora   —   i   pomoże   przenieść 

go na wózek!

*

—  Słucham,   Gradkiewicz   —   niski,   chrapliwy   głos 

odezwał się w słuchawce telefonu.

Po kilku dniach bezustannego dzwonienia o różnych porach, 

od   samego   świtu   do   północy   włącznie,   wysiłki   Igora   w   celu 
nawiązania   kontaktu   z   adwokatem   nareszcie   zostały 

uwieńczone powodzeniem.

— Dzień dobry panu, moje nazwisko Wolwicz, mam do 

pana prośbę...

— Jaką prośbę? Kto mówi?

—  Postaram   się   to   panu   wytłumaczyć,   ale   osobiście. 

Moja   prośba   polega   na   tym,   że   chciałbym   się   z   panem 

jak najszybciej zobaczyć.

W słuchawce coś zatrzeszczało, jakby ktoś niecierpliwą ręką 

odsunął stojący obok mebel, albo inną rzecz w pobliżu aparatu.

background image

—  W  jakiej   sprawie?  Jeśli   chodzi  o  poradę  prawną,   to 

zaznaczam, że od kilku lat nie prowadzę praktyki.

—  Nie. Sprawa  jest zupełnie   prywatna,   sądzę,  że  pana 

zainteresują.

— Proszę nie bawić się w zagadki. Jeśli istotnie ma pan 

do   mnie   jakiś   konkretny   interes,   to   niech   pan   powie 

wyraźnie   o   co   chodzi.   Inaczej   odkładam   słuchawkę   — 
głos chrypiał coraz gniewniej, z wyraźną nutą zdenerwo -

wania.

—  Pragnę   zadać   panu   parę   pytań   dotyczących   bar dzo 

starego procesu, w którym występował pan jako obrońca 
oskarżonej   Adeli   Neniewskiej.   Myślę,   że   sobie     pan 

przypomina?

Tym razem Gradkiewicz najwyraźniej przewrócił krzesło albo 

inny sprzęt, na. którym siedział.

— Cóż to za historia! — krzyknął i zaraz potem wy sapał 

ze złością: — Kim pan jest u diabła? Czego pan chce ode 
mnie?

—  Działam   w   imieniu   córki   pani   Adeli   Neniewskiej, 

która chciałaby otrzymać od pana kilka informacji, zwią -

zanych z tym procesem.

Cisza po tych słowach trwała niepokojąco długo. Igor zaczął 

obawiać się, że połączenie zostało przerwane.

— Dlaczego w takim razie sama się do mnie nie zgłosi?

— Niestety to niemożliwe, nie ma jej w Polsce.
Gradkiewicz   chrząknął,   kaszlnął,   wreszcie   powiedział 

niespodziewanie spokojnie.

—  Dobrze.   Niech   pan   jutro   przyjdzie   o   siedemna stej. 

Będę czekał.

*

Blok, w którym mieszkał adwokat, miał od frontu  i od 

tyłu   pokaźną   liczbę   punktów   handlowych   i   lokali   usłu-
gowych, począwszy od sklepów spożywczego i mięsnego, 

fryzjera,   a  skończywszy   na  lekarskiej  spółdzielni   denty-
stycznej   na   piątym   piętrze   tej   samej   klatki   schodowej, 

na której mieszkał mecenas. Rozległa sień prowadziła do 

background image

kilkunastu   mieszkań,   gęsto   skupionych   jedno   koło 
drugiego,   jakby   architektowi   zabrakło   inwencji   i   chęci 

do   estetyczniejszego   jej   zaprojektowania.   W   dodatku 
żarówka   przy   schodach   paliła   się   tylko   krótką   chwilę   i 

gasła   automatycznie   bez   żadnych   względów   dla 
odwiedzających dom ludzi.

Igor zadzwonił do drzwi, które według jego obliczeń powinny 

należeć   do   mieszkania   adwokata.   Uchyliła   je   jakaś   wysoka 

kobieta   w   fartuchu   narzuconym   na   poplamioną,   domową 
suknię, z nożem i łupiną ziemniaka w ręku.

— Pan do kogo — zmierzyła go bystrym okiem.
— Do pana mecenasa Gradkiewicza. Czy zastałem go w 

domu?

— To nie tutaj, następne drzwi.

— Bardzo przepraszam.
— Nie szkodzi, wszyscy się mylą po ciemku.

Tym razem trafił. Ostre kaszlnięcie w środku mieszkania bez 

wątpienia   pochodziło   od   jego   wczorajszego   rozmówcy. 

Gradkiewicz   stał   w   słabo   oświetlonym   korytarzu,   jakby 
dzwonek Igora wyrwał go z drzemki, średniego wzrostu, tęgi, o 

szpakowatych, mocno przerzedzonych włosach.

Jeśli   telefoniczna   rozmowa   zapowiadała   możliwość 

nawiązania   z   nim   normalnego   kontaktu,   to   dzisiejsze   jego 
zachowanie i wygląd wskazywały na coś wręcz odwrotnego.

—  To   pan  wczoraj   dzwonił  —  powiedział  ze   złoś cią.   — 

Miałem nadzieję, że jednak pan nie przyjdzie. No, skoro 

pan jest, to niech wejdzie do pokoju.

Rzeczywiście do takiego wnętrza nie sposób było zapraszać ze 

staropolską gościnnością. Panował w nim nieopisany bałagan, 
chodzenie  po  nim  polegało  na  posuwaniu   się  po  wytyczonej 

pomiędzy   sprzętami   i   śmieciami   ścieżce.   Prawdopodobnie 
mieścił   się   tu   kiedyś   gabinet   adwokacki,   niektóre   meble: 

biurko,   fotel   i   kanapa   zachowały   resztki   dawnej   godności   i 
świetności, teraz jednak stanowił pospolitą graciarnię zawaloną 

stertami książek pokrytych grubą warstwą kurzu. Na podłodze 
zdobnej   ongiś   w   puszysty   dywan,   dzisiaj   wyleniały   do 

ostateczności,   poniewierały   się   w   wielkiej   obfitości   różne 

background image

czasopisma i gazety. Poczesne miejsce na biurku, obok aparatu 
telefonicznego,   zajmowała   butelka   czystej   wyborowej,   do 

połowy   opróżniona   i   wątpliwej   czystości   dwa   kieliszki   — 
koniakówki.

—  Nie   bardzo   tu   wytwornie,   co?   —   Gradkiewicz   po -

toczył   wokoło   ciężkim   spojrzeniem   przekrwionych   bia-

łek. — Ale niech pan siada w tym fotelu — strzepnął ga-
zety  i  kilka nie  otwartych  listów wprost na  podłogę —  i 

niech mi się pan tak nie przygląda do diaska! Piłem dzi -
siaj   —   to   prawda.   Nie   widział   pan   nigdy   starego   faceta 

pod   gazem?   Więc   stoi   właśnie   przed   panem   taki   okaz. 
Chciał się pan ze mną widzieć. Jestem i słucham. Proszę 

się streszczać. O co chodzi? Nazwał się pan pełnomocni -
kiem  córki  Adeli   Neniewskiej,   a  może  się   wczoraj   prze-

słyszałem? Co?

—  Istotnie   to   ona   upoważniła   mnie   do   pewnych 

czynności — powiedział Igor.

„Jeżeli zażąda ode mnie okazania pełnomocnictwa na piśmie, 

przepadłem   z   kretesem.   Zaraz   wywali   mnie   za   drzwi.   Czy 
naprawdę ten paskudny starzec może być ojcem Danielle? Nie 

mogę w to uwierzyć!” — pomyślał.

Na   szczęście   czujność   Gradkiewicza   otępiło   nadmierne 

spożycie alkoholu.

—  A   więc   córka   Adeli   żyje,   powiada   pan.   To   dziwne, 

mówiono   mi,   że   obydwie   zginęły   podczas   bombardo -
wania. Byli nawet świadkowie. Ta mała nazywała się kie -

dyś Krystyna. A co porabia Adela?

— Pani Neniewska umarła dwa lata temu.

— Aha — mruknął. Zbliżył się do biurka.
—  Napije   się   pan?   —   zapytał   i   nie   czekając   na   odpo -

wiedź nalał sobie do pełna kieliszek, po czym bezzwłocz -
nie wychylił go do dna. Przeczekał chwilę i dodał:

— A zatem drogi panie, czego pan ode mnie oczekuje?
Ten   grzecznościowy   zwrot   zupełnie   nie   pasował   do 

jego poprzedniej, grubiańskiej postawy. Wypłynął chyba 
z   podświadomości   starego   adwokata,   jak   echo   dawnych 

czasów. W ten sposób ongiś mecenas Gradkiewicz zwra -

background image

cał   się   z   protekcjonalnym   uśmiechem   na   wargach   do 
swoich   klientów   z   warszawskiego  high   lifeu  lat 

trzydziestych.

Teraz stał przed Igorem w pomiętym, wyplamionym ubraniu, 

przedwcześnie   postarzały,   o   twarzy   nałogowca   z   wielkim, 
zaczerwienionym   nosem.   Ten   człowiek   najwyraźniej   od   lat 

dążył do samounicestwienia i osiągnął swój cel.

—  Córka   pani   Neniewskiej   pragnie   zrehabilitować 

pamięć matki — powiedział Igor wolno i dobitnie. — Zna 
prawdę   o   swoim   pochodzeniu,   bardzo   boleje   nad   nim, 

chciałaby więc wszcząć proces, aby przywrócić matce do-
bre   imię.  Przypuszczam,  że  pan  jako   obrońca  Adeli  Ne-

niewskiej w procesie o zabójstwo mógłby jej wiele dopo-
móc.

Zdawało się, że Gradkiewicz momentalnie wytrzeźwiał.
—  Mówi   pan   niedorzeczności,   mój   panie.   Nigdy   nie 

wezmę   w   tej   sprawie   udziału.   Co   ja   mogę   zrobić   teraz, 
po tylu latach? Cała rzecz  przedstawiała się beznadziej -

nie   —   podkreślił   to   ruchem   rąk.   —   Nie   wszystko   sobie 
dobrze przypominam, ale nie mogłem wygrać.

Igor zbliżył się do Gradkiewicza i spojrzał mu prosto w oczy.
—  Kto   jak   kto,   ale   pan   najlepiej   wie,   że   Adela   Ne- 

niewska   została   niesłusznie   oskarżona   o   zamordowanie 
swojego brata  i skazana  na  karę   śmierci. A może  chciał 

pan, aby zapadł taki  wyrok i na tym właśnie panu zale -
żało?

—  O,   drogi   panie,   za   dużo   sobie   pan   pozwala.   Mogę 

natychmiast wyrzucić pana z mojego domu.

—  Spokojnie   panie   mecenasie,   przyszedłem   prosić  o 

pomoc.   Niepotrzebnie   nasza   rozmowa   przybrała   taki 

obrót. Sądzę, że wie pan, kto naprawdę zabił Kornickie -
go, i dopomoże do wskazania winowajcy.

—  Czy   nie   myśli   pan,   że   wtedy,   przed   laty,   nie   zro -

biłbym   tego   samego?   Pan   chyba   oszalał.   Chce   pan   wy -

zwać na pojedynek duchy — nagle roześmiał się nieprzy -
jemnie i zgrzytliwie. — Przecież oni już wszyscy nie żyją: 

Adela,   Dobrzański,   Kulikowski.   Strumień   —   szanowni 

background image

sędziowie odeszli na wieczny spoczynek, a prokurator Kolwiec 
zginął w Oświęcimiu. Ten miał szczęście, nawet udało mu się 

umrzeć śmiercią bohatera.

—  Dajmy   temu   spokój.   Przecież   dopatrzył   się   pan 

nieścisłości   już   w   śledztwie.   Zginęły   pieniądze   i   rewol -
wer,  zabrał   je  morderca,   ktoś,  kto   tego   dnia,  w  tym   sa -

mym czasie,  co Neniewska,  był  w  mieszkaniu  na  Moko-
towskiej. Czy nie można na tej podstawie oprzeć procesu 

o rehabilitację zmarłej?

Gradkiewicz   napełnił   ponownie   kieliszek   i   wypił   jego 

zawartość jednym haustem.

— Głupstwa pan mówi. Co to da teraz, po tylu latach? 

Ja   w   każdym   razie   nie   przyłożę   do   tego   ręki.   Ot,   tu, 
widzi   pan   —   popukał   się   dłonią   w   czoło   —   pustka, 

skleroza. Prawie niczego nie pamiętam. Dlatego zarzuci -
łem praktykę adwokacką.

— Bo pan nie chce pamiętać. Zapił pan swoją pamięć i 

sumienie.

—  Znów   sobie   za   wiele   pozwalasz,   młodziaku.   A 

właściwie   co   ma   pan   wspólnego   z   tą   sprawą?   Dlaczego 

pan występuje pan w imieniu Krystyny?

—  Jestem   synem   byłej   żony   Leona   Kornickiego,   Ża-

nety,   z   jej   drugiego   małżeństwa   i   przyjacielem   córki 
Adeli   Neniewskiej.   Czy   nie   rozumie   pan,   że   ta 

dziewczyna jest bardzo nieszczęśliwa?

—  Powinna   przyjść   do   mnie   sama.   Dlaczego   nie 

przyszła,   skoro   jej   tak   zależy   na   odgrzebaniu 
przeszłości?  —  wymamrotał,   osuwając   się   na   krzesło 

stojące   przy   biurku.   Wyglądało   na   to,   że   przekroczył 
granicę,   pozwalającą   mu   utrzymanie   się   w   jakiej   takiej 

równowadze fizycznej i psychicznej.

Igor   zrozumiał,   że   nie   dowie   się   od   niego   niczego   więcej, 

jeżeli   pozwoli   mu   pogrążyć   się   w   ogarniającym   go   coraz 
bardziej   upojeniu   alkoholowym.   Spróbował   nawiązać   z   nim 

jeszcze raz kontakt. Chwycił go za ramię i potrząsnął z całej 
siły.

—  Niech   pan   słucha!   Wiem,   gdzie   znajduje   się   re-

background image

wolwer, z którego został zastrzelony Kornicki.

Poskutkowało.   Otworzył   jedno   oko,   potem   drugie.   Przez 

długą chwilę milczał.

—  W   takim   razie   wiesz,   kto   go   zabił.   Nie   jestem   po-

trzebny   ani   tobie,   ani   Krystynie.   Lepiej   powiedz   swojej 
matce, że postąpiła naiwnie i głupio. Mogła wytargować 

pięć razy więcej od tego kutwy Leona. Wolała miłość niż 
pieniądze,   a   taka   szlachetna   bezinteresowność   nie 

popłaca.   Ale   i   tak   nic   nie   dostała.   Morderca   okazał   się 
mądrzejszy,   co?  Zabrał   forsę   i   nawiał   —   zachichotał.   W 

tym   momencie   głowa   jego   opadła   na   blat   biurka,   z 
kącika ust wyciekła ślina.

Igor   spojrzał   na   niego   z   nietajonym   wstrętem.   Oboje 

Gradkiewicz   i   Izabella   Będziłło   należeli   do   patologicznych 

okazów minionej epoki, uciekali od samotnej starości, szukając 
zapomnienia  w głębi   kieliszka,   z  tym  że  Będziłłówna  jeszcze 

utrzymywała się jako tako na powierzchni normalnego życia, a 
nawet   we   własnym   mniemaniu   uważała   Gradkiewicza   za 

wykolejeńca. Nagle zapragnął jak najszybciej opuścić ten dom. 
Kiedy   ujmował   za   klamkę,   dobiegł   go   głos   Gradkiewicza, 

bełkotliwy, ale donośny.

— Niech Krystyna przyjdzie do mnie, niech koniecznie 

przyjdzie. Mam jej coś ważnego do powiedzenia.

*

Cząstki łamigłówki pasowały do siebie bezbłędnie, układając 

się w logiczną całość. Rozmowa z Gradkiewiczem potwierdziła 
wszystkie  podejrzenia  Igora,  choć stary  lis  nie chciał nikogo 

oskarżać, zasłaniając się brakiem pamięci. Tylko Powelski mógł 
zabić   Kornickiego.   Wolwicz   postanowił   szybko   i   energicznie 

działać, aby wywrzeć na nim moralną presję i zmusić go do 
przyznania się do winy.

Nawet   się   nie   spostrzegł,   kiedy   sprawa   rehabilitacji   Adeli 

Neniewskiej   sprzęgła   się   z   jego   własnym   losem,   wypełniła 

wszystkie   myśli,   nadała   nowy   kierunek   postępowaniu. 
Właściwie nic go nie obchodziło poza tym, aby jak najprędzej 

wywiązać się z obietnicy danej Danielle. W pracy zachowywał 

background image

się   jak   lunatyk.   Wychodził   na   miasto   bez   porozumienia   z 
szefem, lekceważył polecenia służbowe, w związku z czym mógł 

w każdej chwili spodziewać się wyrzucenia z pracy. Zupełnie 
nie   przejmował   się   taką   ewentualnością,   nurtowała   go   tylko 

obawa, że każda mijająca chwila oddala go coraz bardziej od 
Danielle. Lękał się, że dziewczyna zapomni o nim i nigdy już 

nie przyjedzie do Warszawy. Myśl. że może jej już nie zobaczyć, 
sprawiała mu niemal fizyczny ból. Jednocześnie wygasły w nim 

wszelkie   uczucia   do   Powelskiego.   Człowiek,   któremu   tyle 
zawdzięczał, stał mu się obcy, a nawet nienawistny. Po pewnym 

czasie   zatelefonował   do   sanatorium   i   od   pielęgniarki 
oddziałowej dowiedział się, że krewny jego został już wypisany 

do domu. Widocznie szok. któremu uległ, minął na razie bez 
groźniejszych   następstw.   Wtedy   postanowił   jak   najszybciej 

zobaczyć się z wujem.

Tego   dnia,   kiedy   zamierzał   to   uczynić,   odczuwał   silny 

wewnętrzny   niepokój.   Stanowczo   potrzebował   bodźca   do 
energicznego,   bezpardonowego   działania.   Zapragnął   nagle 

usłyszeć głos Danielle, ale obiecał, że zadzwoni do niej tylko w 
wypadku   pomyślnego   sfinalizowania   całej   akcji.   Jednakże 

wbrew temu przyrzeczeniu, połączył się z Paryżem.

— Tu Jean-Pierre Faustin — odezwał się po francu sku 

głęboki, poważny, męski głos.

—  Dzień   dobry   panu   —   powiedział,   choć   każde   sło wo 

grzęzło   mu   ze   zdenerwowania   w   gardle.   —   Czy   mogę 
prosić pannę Danielle?

— Dzień dobry, mogę wiedzieć, kto mówi?
— Moje nazwisko Igor Wolwicz.

— Zaraz poproszę.
—  Hallo   —   jej   dźwięczny,   melodyjny   głos   przypra wił 

go o bicie serca.

—  To   ty   Danielle?   —   wyszeptał   prawie   bez   tchu.   — 

Mówi Igor z Warszawy — przeszedł na język polski.

— Ach! Czy mam przez to rozumieć, że już wiesz ... że 

mogę przyjechać i załatwiać moją sprawę?

—  Wiem   już   prawie   wszystko,   ale   muszę   jeszcze 

otrzymać formalne potwierdzenie ...

background image

—  Więc   jednak   to   nie   koniec.   Igor   bardzo   cię   proszę 

nie   dzwoń,   dopóki   nie   będziesz   miał   zupełnie   pewnych 

wiadomości.   Jean-Pierre   bardzo   ciężko   pracuje,   a 
telefon   stoi   na   jego   biurku.   Rozumiesz,   że   jest   to 

kłopotliwe...

Niczego   nie   rozumiał,   wiedział   tylko,   że   z   całej   duszy 

nienawidzi tego obcego, despotycznego starca.

—  Myślałem,   że   się   ucieszysz,   jeśli   ci   powiem,   że 

wszystko idzie dobrze.

—  Cieszę   się.  nawet   nie   wiesz,   jak   bardzo,   i   czekam   z 

niecierpliwością na ostateczny wynik...

Nagle poczuł ulgę, odprężenie. Jej głos zabrzmiał tak szczerze 

i ciepło.

—  Danielle,   strasznie   tęsknię,   tak   bardzo   pragnę   cię 

zobaczyć ...

— Muszę już kończyć, dzieciaku.

— Ale ty przyjadziesz, prawda?
— Oczywiście, na pewno, bonne nuit.

Połączenie zostało przerwane.

*

Domek   Powelskiego   otaczały   gęsto   rozrośnięte   krza ki 

jałowca   i   dość   rachityczne,   niezbyt   wysokie,   świerki. 
Niewielki   drewniany   budynek   liczył   już   zapewne   kilka -

dziesiąt   lat,   ale   jeszcze   krzepko   się   trzymał   i   sprawiał 
solidne wrażenie. Igor nie bywał w nim często, gdyż to raczej 

wujek   odwiedzał   go   w   Warszawie   przy   okazji   załatwiania   w 
mieście   różnych   spraw   osobistych   i   zawodowych.   Ogródek 

otaczający   dom  wyglądał   na  opuszczony   i   zaniedbany,   jakby 
nikt w ciągu ostatnich miesięcy nie troszczył się o utrzymanie w 

nim porządku.

Tego   popołudnia   padał   śnieg,   przykrywając   ziemię   białym 

puchem. Na  schodkach  prowadzących  do  drzwi   wejściowych 
leżały zeschłe gałęzie i szczątki jakiegoś pokarmu.

„On jest chory. Powinienem tu przyjechać i mu pomóc” — 

pomyślał   Igor.   —   „Ale   nie   mogę   się   na   to   zdobyć.   Może   to 

podłe, lecz on mnie nic nie obchodzi”.

background image

Dzwonek u drzwi nie działał. Kołatanie i pukanie przez długi 

czas   pozostawało   bez   odpowiedzi.   Wreszcie   dało   się   słyszeć 

mozolne szuranie rannych pantofli. Powelski stał na progu w 
rozchełstanej na piersiach piżamie, z kilkudniowym zarostem 

na twarzy i zaczerwienionymi od bezsenności oczyma.

—  Wejdź   —   powiedział   —   przepraszam,   że   kazałem   ci 

tak długo czekać, ale bardzo źle się czuję.

W pokoju tapczan z rozrzuconą, przybrudzoną pościelą, stół z 

nie   sprzątniętymi   naczyniami,   zawalony   resztkami   jedzenia, 
świadczył   o   zupełnym   braku   sił   fizycznych   i   abnegacji 

gospodarza.

— Siadaj — ciężko opadł na tapczan. — Pewno masz do 

mnie   jakiś   interes   —   nie   patrzył   na   niego,   jakby   w 
obawie,   że   w   wyrazie   twarzy   siostrzeńca   wyczyta   zapo-

wiedź   nowej   udręki   dla   siebie,   która   zakłóci   mu   resztę 
wątło tlącego się życia. — Dobrze żeś przyszedł, przygo -

towałem   dla   ciebie   trochę   pieniędzy.   Przydadzą   ci   się, 
masz taką małą pensję — wygrzebał spod poduszki duży 

plik banknotów i wyciągnął drżącą rękę w stronę Igora. 

„Usiłuje mnie przekupić — przemknęło przez myśl Igorowi. 

— Domyśla się, że powrócę do tamtej sprawy”.

— Dziękuję — powiedział twardo. — Proszę to chować.

— Weź, ja już niczego nie potrzebuję — chory podniósł 

się i przemocą wcisnął Igorowi pieniądze do kie szeni. — 

Wiem, że długo nie pociągnę. Teraz to napraw dę  koniec 
—   zakaszlał   się   tak   mocno,   że   z   trudnością   odzyskał 

oddech,   po   czym   opadł   jak   sflaczały   łachman   z 
powrotem   na   pościel.   —   Ten   domek   też   będzie   twój   po 

mojej śmierci, wszystko będzie twoje.

Wolwicz napotkał jego spojrzenie i wyczytał w nim paniczny 

strach. Ten człowiek bał się go, a przynajmniej sprawiał takie 
wrażenie.

—  Nie,   rozumiem,   po   co   wujek   mi   to   wszystko   mówi. 

Przyszedłem w zupełnie innym celu. Chciałbym wujkowi 

przypomnieć   pewną   scenę,   która   rozegrała   się   przed 
blisko   trzydziestoma   laty   w   mieszkaniu   na   Moko-

towskiej.

background image

Powelski  skulił  ramiona i   opuścił  głowę  w dół.  Igor  zatarł 

nerwowo ręce i zaczął mówić.

—  Pewnego   czerwcowego   popołudnia   młoda   kobieta 

przyszła   do   swojego   brata,   znanego   warszawskiego 

przemysłowca. Brat czekał na nią, gdyż kilka dni wcześ -
niej   zapowiedziała   tę   wizytę.   Była   bardzo   zdenerwowa -

na, być może bliska załamania, odwiedziny  te nie miały 
bowiem charakteru rodzinnej pogawędki. Kobieta chcia-

ła   prosić   brata   o   pożyczenie   dużej   sumy   pieniędzy   dla 
poratowania   przed   licytacją   majątku   ziemskiego   jej 

męża.   Między   rodzeństwem   wywiązała   się   ożywiona 
dyskusja,   potem   sprzeczka,   ponieważ   brat   organicznie 

nie   znosił   szwagra,   żywił   do   niego   wręcz   awersję, 
uważając   go   za   nicponia   i   hulakę.   Od   samego   początku 

sprzeciwiał się zawarciu tego małżeństwa. Młoda kobieta 
natomiast   bardzo   kochała   męża   i   pragnęła   za   wszelką 

cenę przyjść mu z pomocą.

Świadkiem tej rodzinnej wymiany zdań stała się osoba ukryta 

w mieszkaniu, w drugim pokoju, która przez cały czas trwania 
kłótni nie zdradziła swojej obecności, może nie chcąc otwarcie 

wkraczać w sprawy natury tak osobistej.

Chyba   już   teraz   mogę   wymienić   nazwiska   uczestników   tej 

sceny: Leon Kornicki i Adela Neniewska, a nie zidentyfikowany 
„trzeci” — pewien młody człowiek zakochany w Adzie, bliski 

przyjaciel Kornickiego. Czyż nie tak było wuju?

Słowa siostrzeńca musiały wywrzeć na Powelskim szokujące 

wrażenie, gdyż ciałem jego, podobnie jak w sanatorium, zaczęły 
wstrząsać   drgawki,   a   z   ust   wydobywać   się   nieartykułowane 

dźwięki,   które   na   próżno   usiłował   uformować   w   słowa. 
Wreszcie   osłabiony  tym   wysiłkiem,   zastygł   w  bezruchu.  Igor 

zdawał   się   nie   zwracać   na   to   uwagi   i   uparcie   kontynuował 
swoją opowieść dalej.

— Bez wątpienia brat odmówił siostrze udzielenia pożyczki i 

sprzeczka   stawała   się   coraz   gorętsza.   Pieniądze   musiały 

wówczas   odgrywać   ważką   rolę   dla   tej   kobiety,   być   może 
decydującą o trwałości jej małżeństwa. Idąc do brata, zabrała z 

domu   rewolwer   należący   w   swoim   czasie   do   ich   ojca.   Może 

background image

chciała nim w ostateczności zagrozić bratu, choć takie naiwne 
posunięcie  z  góry  skazane  było  na  niepowodzenie.  Jednakże 

wyciągnęła  z torebki  rewolwer,  ale natychmiast uświadomiła 
sobie bezsens takiego postępowania. Zresztą nie potrafiłaby z 

niego zrobić użytku. Rzuciła rewolwer na biurko i płacząc, bez 
słowa pożegnania, opuściła mieszkanie.

Wtedy   z   przyległego   pokoju   wyszedł   młody   przyjaciel 

Kornickiego,   w   którego   umyśle   powstał   szatański   plan. 

Wiedział,   że   Kornicki   podjął   z   banku   dużą   sumę 
przeznaczoną na odszkodowanie  dla swojej byłej  żony z 

tytułu  małżeńskich  rozliczeń  majątkowych. Pieniądze  te 
stanowiły zawrotną fortunę dla takiego jak on młodzień-

ca.   Mógł   je   ofiarować   Adzie   —   dziewczynie,   którą   bez 
pamięci   kochał,   i   zażądać   od   niej   spłaty   długu 

wdzięczności, lub też zapragnął tych pieniędzy tylko dla 
siebie  aby   zapewnić   sobie   wygodną,   beztroską   egzystencję. 

Tak czy inaczej, otwierała się przed nim niepowtarzalna szansa, 
z której postanowił skorzystać. W gruncie rzeczy nienawidził 

Leona,   uważał   go   za   sknerę   i   pyszałka,   potępiał   za   różne 
życiowe posunięcia, między innymi za rozwód z żoną. Wszystko 

to w jednej chwili stanęło mu w pamięci. Sięgnął błyskawicznie 
po leżący na biurku rewolwer i strzelił w plecy Kornickiemu. 

Potem bez trudu odnalazł pieniądze, zabrał je i niepostrzeżenie 
opuścił mieszkanie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności nikt nie 

widział   ani   kiedy   wchodził,   ani   kiedy   opuszczał   miejsce 
zbrodni. Zresztą osoba jego nie obudziłaby w mieszkańcach do-

mu   żadnych   podejrzeń,   gdyż   powszechnie   uważano   go   za 
prawie domownika. — Wujku, czas zdać rachunek ze swoich 

czynów! O to zabójstwo oskarżona została Adela Neniewska i 
skazana na karę śmierci. Teraz jej córka, urodzona w więzieniu, 

domaga się sprawiedliwości.

Powelski,   po   długich   zmaganiach   ze   słabością   swojego 

wyniszczonego ciała, nagle odzyskał głos. Zawołał chrapliwie:

—  To   nie   prawda,   ja   nie   zabiłem   Kornickiego!   Ty 

niczego   nie   wiesz.   Mylisz   się!   —   dźwignął   się   z 
niesłychanym   trudem   i   oparł   na   łokciach.   Twarz   miał 

trupio bladą. — Jeśli chcesz znać prawdę, a nie wiem, na 

background image

co ci ona potrzebna po tylu latach, to powiem ci, co się 
wtedy   stało.   Tak,   masz   rację,   że   w   czasie   rozmowy 

Kornickich,   byłem   w   mieszkaniu   Leona.   On   nawet   nie 
wiedział   o   tym,   nieraz   u   niego   nocowałem   po 

wyprowadzce  twojej  matki,  miałem  więc klucz  od  drzwi 
wejściowych.   Kiedy   wszedłem,   usłyszałem   w   gabinecie 

podniesione   głosy   Ady   i   Leona.   Nie   chciałem   im 
przeszkadzać...   —   głos   ugrzązł   mu   w   gardle   i   umilkł   na 

chwilę.   —   Nie   wiem,   czy   mam   prawo   ci   to   powiedzieć, 
teraz   oskarżać.  Stoję   już  nad  grobem  — przerwy  w jego 

wypowiedziach   trwały   coraz   dłużej.   W   gardle   słychać 
było   rzężenie.   W   umyśle   jego   musiał   trwać   intensywny 

proces,   polegający   na   walce   z   samym   sobą,   czy   wyjawić 
siostrzeńcowi   nazwisko   mordercy,   czy   zabrać   ze   sobą   tę 

tajemnicą na tamten świat.

Igor czekał z zapartym oddechem.

—  Kiedy   wszedłem   do   gabinetu   Leon   już   nie   żył. 

Popełniłem   wtedy   grzech,   ale   nie   było   to   morderstwo. 

Ukradłem pieniądze należące do twojej matki... Zabójca 
ich   nie   zabrał,   chyba   spłoszyły   go   moje   kroki...   Żaneta 

wtedy   wyszła   za   mąż,   była   bardzo   szczęśliwa,   Leon   już 
niczego   nie   potrzebował,   a   ja   nie   potrafiłem   oprzeć   się 

pokusie. Dlatego po śmierci Żanety zająłem się tobą, da -
łem   ci   mieszkanie,   pomagałem,   zapisałem   ci   cały   mają-

tek... Uważałem, że jestem ci to winien i że w ten sposób 
okupię tamten czyn. To ja zawiadomiłem policję o okoli-

cznościach śmierci Leona. Nie chciałem, aby umarł nie -
pomszczony.   Zawsze   dręczyły   mnie   wyrzuty   sumienia... 

—   mówił   coraz   ciszej,   z   wielkim   wysiłkiem,   wreszcie 
przestał, tylko usta jego poruszały się bezgłośnie.

Igor   pochylił   się   nad   nim,   potrząsnął   jego   wychudłymi 

ramionami, dotknął wilgotnych, zimnych dłoni.

—  Wujku!   —   krzyknął.   —   Kto   zabił   Kornickiego?   Na 

litość boską, proszę powiedzieć!

—  Kornickiego   zabi...   —   wykrzytusił   chory   i   nagle 

urwał. Cisza, która zapanowała po tych słowach, wydała 

się Igorowi przerażająca. Jeszcze raz spojrzał na Powel -

background image

skiego,   ale   w   półotwartych   szklistych   jego   oczach,   nie 
wyczytał odpowiedzi na swoje pytanie. Wtedy opanował 

go   strach,   jakby   własną   ręką   uśmiercił   wujka,   albo   w 
jakiś sposób przyczynił się do jego zgonu. Nie zamykając 

nawet   dobrze   drzwi   do   ogrodu,   w   popłochu,   ze 
ściśniętym gardłem uciekł jak morderca.

*

Kornickiego   zabił   Gradkiewicz   —   w   ciszy   nocnej 

głos Powelskiego zabrzmiał donośnie tuż przy tapczanie

Igora,   wświdrował   się   w   jego   uszy,   rozsadzając   niemal 

czaszkę. Usiadł gwałtownie na pościeli, zlany zimnym potem, 

jeszcze   niezupełnie   rozbudzony,   walcząc   z   ponurym, 
koszmarnym snem. Choć zdawał sobie sprawę, że są to tylko 

rojenia wywołane złym stanem nerwów, to jednak strach zjeżył 
mu włosy na głowie. Powtarzało się to już od kilku nocy, jakby 

Powelski   zamierzał   dopowiedzieć   to,   czemu   na   przeszkodzie 
stanęła śmierć. Teraz słowa te nabrały szczególnie złowrogiego 

wydźwięku.

Świadomość, jak tchórzliwie postąpił przed kilkoma dniami, 

uciekając z domu, w którym znajdowały się zwłoki wujka, nie 
dawała Igorowi spokoju. Powinien pojechać do Józefowa, zająć 

się   pogrzebem,   załatwianiem   wszystkich   formalności   z   nim 
związanych, ale opanował go całkowity bezwład psychiczny  i 

fizyczny.   Od   tamtego   dnia   poruszał   się   jak   automat 
pozbawiony własnej woli do samodzielnego działania. Przestał 

też   chodzić   do   pracy,   czego   oczywistą   reperkusję   stanowiło 
oficjalne pismo zwalniające go w trybie natychmiastowym na 

skutek   samowolnego   jej   porzucenia.   Nie   zrobiło   to   na   nim 
właściwie żadnego wrażenia, jakby imię i nazwisko adresata nie 

należało   do   niego,   a   do   jakiejś   obcej,   papierowej   postaci. 
Dręczyła go tylko jedna obsesyjna myśl, że z odejściem z tego 

świata   Powelskiego   urywał   się   jedyny   trop   prowadzący   do 
odkrycia mordercy.

I   nagle   właśnie   teraz,   w   środku   nocy,   doznał   objawienia. 

Zawisłe w próżni nazwisko człowieka, który przed laty dokonał 

zbrodni w mieszkaniu na Mokotowskiej, rozległo się tuż obok 

background image

niego, w tym samym pokoju i miejscu, gdzie kiedyś padł strzał, 
wypowiedziane głosem nie żyjącego już od kilku dni człowieka. 

Przez   parę   chwil   wydawało   mu   się,   że   zwariował   i   zmysły 
odmawiają   mu   posłuszeństwa,   a   on   sam   stał   się   pastwą 

rozigranej, rozgorączkowanej wyobraźni.

Poszedł do kuchni, napił się wody, zwilżył włosy pod kranem, 

potem wrócił do pokoju i zbliżył się do okna.

Właśnie   zaczynało   szarzeć.   W   kamienicy   naprzeciwko 

rozbłysło   kilka   świateł,   jakieś   auto   zaparkowane   na   ulicy 
poderwało   się   do   biegu,   budząc   bezpańskiego   psa,   który 

zaszczekał kilka razy i pobiegł gdzieś dalej, podkulając ogon. 
Ten obraz codziennego, wstającego do normalnego życia dnia, 

wpłynął na niego uspokajająco. Zaczął trzeźwo i intensywnie 
myśleć.   Teraz   wiedział,   że   mordercą   był   Gradkiewicz. 

Zaplanował tę zbrodnię na zimno i z wyrachowaniem, licząc na 
całkowitą   bezkarność.   Nikt   by   nie   rzucił   podejrzenia   na 

luminarza   ówczesnej   palestry,   związanego   ze   swoją   ofiarą 
rozlicznymi   interesami,   reprezentującego   ją   we   wszystkich 

nieomal   sprawach   urzędowych.   Niewątpliwie   zresztą 
Gradkiewicz   zmontował   odpowiednie   alibi,   asekurujące   go 

przed wpadką. Nie na darmo był mistrzem w swoim zawodzie, 
wyspecjalizowanym   w   stosowaniu   niezawodnych   trików 

prawnych. Nad motywami tego kroku Igor nie głowił się zbyt 
długo. A więc przede wszystkim trawiąca go nieprzerwanie od 

paru lat nienawiść do Adeli Neniewskiej, pragnienie wywarcia 
na   niej   zemsty,   strącenia   tej   kobiety   na   samo   dno   nędzy   i 

upokorzenia, całkowitego jej moralnego zniszczenia. Uczucia te 
musiały zawładnąć nim z taką siłą, że nie zawahał się dopuścić 

się   zbrodni.   A   potem,   co   za   perfidia!   Zjawia   się   u   boku 
Neniewskiej jako jej anioł opiekuńczy, podejmuje się obrony 

przed   sądem,   grzmi   w   sali   rozpraw   wzywając   winnego   do 
stawiennictwa   przed   wysokim   trybunałem,   aby   rzekomo 

sprawiedliwości   stało   się   zadość,   W   końcu   zmusza 
nieszczęśliwą,   zastraszoną   kobietę   do   uległości,   napawa   się 

swoim zwycięstwem, triumfuje nad pokonaną.

Żyły   nabrzmiały   na   szyi   Igora,   w   głowie   zahuczały   młoty. 

Czuł rosnącą w sobie zimną złość, pomieszaną za wstrętem do 

background image

Gradkiewicza. W wyobraźni widział, jak się to wszystko odbyło 
przed laty. Niedawno w roli mordercy obsadził nieżyjącego już 

wujka, teraz przejął ją nikczemny adwokat. Musiało się to stać 
tak: Gradkiewicz wiedział o zapowiedzianej przez Neniewską 

wizycie,   znał   jej   rozpaczliwą   sytuację   finansową   i   tragedię 
pożycia   małżeńskiego.   Zaczajony   gdzieś   w   przeciwległej 

bramie, czekał na jej wyjście z domu na Mokotowskiej, potem 
natychmiast   wszedł   do   mieszkania   Kornickiego   z   zamiarem 

zgładzenia swojego klienta. Prawdopodobnie miał przy sobie 
jakąś broń, albo zamierzał posłużyć się trucizną. Tymczasem 

szczęście   sprzyjało   mu niesłychanie   i  ślepy  traf  dopomógł w 
zrealizowaniu   planu   zrzucenia   odpowiedzialności   za 

morderstwo na Neniewską, gdyż na biurku leżał pozostawiony 
przez nią rewolwer. Z tej właśnie broni zastrzelił Kornickiego, 

chyłkiem opuścił jego dom, pozostawiając narzędzie zbrodni, 
po usunięciu z niego odcisków palców.

Pytanie teraz, jaką rolę odegrał Powelski w tym dramacie? 

Niewątpliwie był świadkiem kłótni pomiędzy rodzeństwem, na 

pewno   nie   kłamał   w   obliczu   śmierci.   Czy   po   wyjściu   Adeli 
rozmawiał z Kornickim, czy też nadal pozostał w ukryciu? Być 

może nawet nie zdążył wyjść z drugiego pokoju, gdyż prawie 
natychmiast   odezwał   się   dzwonek   u   drzwi   wejściowych   i   w 

gabinecie zjawił się Gradkiewicz. Dlaczego jednak pozwolił ujść 
bezkarnie   mordercy   i   do   końca   nie   ujawnił   światu   jego 

nazwiska?   Odpowiedź   nasuwała   się   jedna:   ukradł   pieniądze 
Kornickiego i nie mógł przyznać się do obecności w mieszkaniu 

w chwili popełnienia morderstwa.

Zrobiło   się  już   zupełnie   widno,  anemiczne   słońce   wyjrzało 

zza   skłębionych,   białych   chmur,   zapowiadających   opady 
śniegu. Wtedy dopiero Wolwicz odszedł od okna i przysiadł na 

brzegu tapczanu, w tym też momencie dojrzała w nim decyzja 
bezkompromisowego i stanowczego działania.

„Nie mogę stracić Danielle — myślał gorączkowo. — Muszę 

wyjaśnić   tę   sprawę.   Gradkiewicz   przyzna   się   do   winy, 

wydobędę od niego oświadczenie na piśmie, choćbym miał z 
niego wypruć wszystkie flaki. Ten podły człowiek nie zasługuje 

na żadne względy. Unieszczęśliwił tylu  ludzi, zmarnował życie 

background image

matce Danielle".

W   wyobraźni   Igora   postać   adwokata   przybierała   kształty 

obleśnego monstrum żywiącego się ludzką krwią i padliną. Nie 
wiedział   wprawdzie   jeszcze,   w   jaki   sposób     przystąpi   do 

wyegzekwowania   zeznań   od   Gradkiewicza,   ale   w   tym   stanie 
ducha,   w   jakim   się   znajdował,   gotów   był   na   wszystko.   Cały 

dzień tłukł się po mieszkaniu, w szlafroku, półprzytomny, nie 
ogolony, prawie nic nie jedząc i nie pijąc. Wreszcie ułożył sobie 

plan   całej   akcji   i  następnej   nocy   spal  kamiennym   snem  bez 
widziadeł i majaków. Koło południa wziął kąpiel, wytarł mocno 

ciało  włochatym   ręcznikiem,  aby   przywrócić  normalny  obieg 
krwi. Kiedy się golił, ujrzał w lustrze swoją bladą, zmęczoną 

twarz o dziwnie obcym, zaciętym wyrazie.

„Kiepsko  wyglądam   —  stwierdził  w  duchu. —  Chyba mam 

gorączkę. Ale nie mogę teraz roztkliwiać się nad sobą".

Przed wyjściem z domu zabrał z sejfu rewolwer i włożył do 

kieszeni palta.

„Pokażę mu tę broń. może jej widok poruszy w nim sumienie. 

Ale czy taki człowiek jak on w ogóle ma zdolność odróżniania 
dobra   od   zła,   skoro   posunął   się   w   życiu   do   tak   nędznych   i 

niskich czynów?"

Długo zastanawiał się nad tym, o której godzinie Gradkiewicz 

zazwyczaj wraca do domu, założywszy, że codziennie wychodzi, 
aby   zrobić   zakupy   lub   załatwić   inne   sprawy.   Na   klatce 

schodowej domu przy ulicy Emilii Plater panował jak zwykle 
półmrok,   przerywany   od   czasu   do   czasu   drganiem 

automatycznie   włączanego   skąpego   oświetlenia.   Wolwicz 
stanął   tyłem   do   okna   wychodzącego     z   sieni   na   ulicę, 

zdecydowany czekać na adwokata. Nie wiedział, czy jego plan 
powiedzie   się.   Być   może   Gradkiewicz,   jak   stary   niedźwiedź, 

siedzi   całymi   dniami   zaszyty   w   swoim   mieszkaniu,   bardziej 
przypominającym wysypisko śmieci niż ludzką siedzibę. Z całą 

pewnością wiedział, że nie zostałby przez niego wpuszczony do 
środka, gdyby teraz  zadzwonił lub zapukał do drzwi. Minęła 

godzina   daremnego   oczekiwania.   Igor   dalej   tkwił   w   oknie, 
niemal przylepiony do skrawka muru. Nagle drgnął nerwowo. 

Jednak szczęście mu dopisało, masywna, przysadzista postać 

background image

adwokata  ukazała   się   przy   windzie.   Jednocześnie   wysiadła   z 
nim młoda kobieta z dzieckiem, ale  szybko zniknęła w głębi 

korytarza. Gradkiewicz szedł wolno, w rozpiętym palcie mimo 
panującego   zimna   na   dworze   i   w   czapce   z   nausznikami, 

zsuniętej na czubek głowy. W ręku trzymał siatkę z zakupami, z 
której sterczały dwie butelki. Oparł ją o ścianę i wyjął klucze z 

kieszeni.   W   chwili   kiedy   przekręcał   je   w   zamku   poczuł   na 
swoim ramieniu rękę Igora.

— Ja do pana, mecenasie, czy pan mnie poznaje?
Gradkiewicz   znieruchomiał   zaskoczony.   Powoli   zwrócił   na 

Igora przekrwione oczy, zionąc ciężkim odorem alkoholu.

— A cóż to znaczy? Co to za metody?

—  Przychodzę   od   Krystyny,   już   raz   byłem   u   pana   — 

Igor,   mówiąc   to.   jedną   ręką   błyskawicznie   otworzył 

drzwi do mieszkania, drugą, pchnąwszy Gradkiewicza do 
środka,   zatrzasnął   je   za   sobą.   Zdawał   sobie   przy   tym 

sprawę,   że   takie   zachowanie   niczym   nie   różni   się   od 
bandyckiego   napadu,   ale   nie   odczuwał   niczego   więcej 

poza   satysfakcją,   że   jego   plan   przebiega   zgodnie   z 
założeniami,   a   on   sam   ma   tyle   mocy   i   odwagi,   aby   go 

wykonać.

—  Czy   pan   ma   zamiar   mnie   zamordować?   A   może 

okraść?   Zaręczam,   że   niczego   nie   mam   w   domu   poza 
kupą śmieci — zarechotał Gradkiewicz, odzyskując nieco 

pewność siebie, albo szarżując w obliczu niebezpieczeń -
stwa.

—  Myli   się   pan.   Nic   z   tych   rzeczy.   Chcę   tylko   poroz-

mawiać.   —   Wolwicz   cały   czas   popychał   Gradkiewicza   w 

stronę jego gabinetu. — Zna pan Krystynę, prawda?

W pokoju panował, tak jak przedtem, nieopisany bałagan, z 

tą różnicą, że na samym środku poniewierały się puste butelki 
po alkoholu, których poprzednio nie było.

—  Mogę   zdjąć   płaszcz?   Gorąco   mi   —   powiedział 

adwokat.

—  Ależ,  naturalnie,   przecież  jest  pan  u  siebie. Wydaje 

mi się, że pan mnie nie poznaje. Odwiedziłem pana kilka 

dni temu, rozmawialiśmy o dawnych czasach.

background image

Gradkiewicz opadł ciężko na fotel. Palto i czapkę rzucił na 

podłogę. Potargane szpakowate włosy sterczały na jego głowie 

groteskowo, a czoło pokryły krople potu.

—  Niezły   gagatek   z   ciebie   —   wysapał.   —   Nie   mo głeś 

wejść   do   mieszkania   w   normalny   sposób,   chyba   jest 
dzwonek u drzwi? Czy masz zwyczaj zawsze straszyć sta -

rych ludzi?

—  Nie   wiem,   czy   bym   został   przyjęty   przez   pana, 

gdybym przyszedł w charakterze gościa. Niezbyt uprzej -
mie ostatnio mnie pan potraktował. Widzi pan, mam dla 

pana pewną propozycję i z góry zaznaczam, że nie wzru -
sza   mnie   pana   podeszły   wiek.   Na   to   mnie   pan   nie   we-

źmie.

— O cóż ci chodzi, u licha? Jesteś członkiem mafii, czy 

co? .Widocznie chodziłeś za często na gangsterskie fil my 
—   zakrztusił   się   krótkim,   urywanym   śmiechem,   spoza 

którego wyzierał maskowany strach.

Igor poczuł się nieswojo. Do tej pory adwokat panował nad 

sytuacją. Nie wyglądał na faceta łatwo idącego na ustępstwa 
pod   naciskiem   czyjejś   woli,   a   nawet   groźby.   Wolwicz 

postanowił więc działać radykalnie.

—  Niech   pan   mnie   słucha!   —   krzyknął.   —   Musi   pan 

tutaj,   zaraz,   napisać   własną   ręką   oświadczenie,   że   za -
strzelił   pan   dwadzieścia   siedem   lat   temu   w   Warszawie, 

w   mieszkaniu   na   Mokotowskiej,   Leona   Kornickiego. 
Uprzedzam,   że   nie   wyjdę   stąd,   dopóki   pan   tego   nie 

uczyni.

Gradkiewicz   wybałuszył   na   niego   oczy   i   zaczął   się   śmiać, 

najpierw cicho, a potem coraz głośniej.

—  Głupcze,   młokosie,   co   ci   strzeliło   do   głowy?   — 

wychrypiał   pomiędzy   jednym   spazmem   śmiechu   a   dru -
gim.

— Niech pan przestanie, niech pan zaraz przesta nie! — 

zawołał Wolwicz. — Ja nie żartuję! Tylu ludzi przez pana 

cierpiało, czy pana to nic nie obchodzi? Jeszcze teraz boi 
się   pan   o   własną   skórę.   Pańska   córka   do   dzisiejszego 

dnia jest nieszczęśliwa!

background image

Adwokat spojrzał uważnie na Igora, jak na osobliwy gatunek 

wariata.

— Coś ty powiedział, moja córka? Co ty sobie właściwie 

wyobrażasz?   Jakim   prawem   się   wtrącasz?   Radzę   ci   iść 

do   diabła,   albo   zaraz   zawołam   milicję!   —   tym   razem   to 
on  podniósł  głos. Wstał  z  fotela  i zbliżył  się  do aparatu 

telefonicznego.

—  Stać!   —   krzyknął   Igor   nieswojo,   piskliwie   i   wy-

ciągnął z kieszeni rewolwer. Czuł jak dygocze w nim każ -
dy   nerw.   —   Niech   pan   siada   z   powrotem   w   fotelu! 

Poznaje pan tę broń? Tak, to ta sama, z której zastrzelił 
pan   Kornickiego.   Uprzedzam,   że   i   teraz   jest 

odbezpieczona. Łatwo wtedy przyszło panu pociągnąć za 
cyngiel, prawda? Chciał pan zemścić się na Neniewskiej, 

uzależnić   ją   od   siebie,   zniszczyć   i   udało   się   to   panu 
znakomicie! Ale teraz się pan nie wywinie. Musi się pan 

przyznać   do   winy!   I   zrobi   pan   to,   choćbym   miał   tu 
siedzieć do sądnego dnia.

Gradkiewicz   opadł   na   fotel.   Pierwszy   raz   w   jego   małych 

oczkach,   ukrytych   w   fałdach   tłuszczu,   zamigotał   prawdziwy 

strach.

—  Grozisz   mi   rewolwerem?   —   powiedział.   —Jesteś 

zbrodniarzem albo szaleńcem. Cokolwiek bym teraz na -
pisał,   nie   miałoby   mocy   prawnej,   jako   działanie   pod 

przymusem.

Igora   rozgniewał   przemądrzały   ton   adwokata,   mimo   że 

musiał mu przyznać rację. Jednakże upór jego rozjątrzył go do 
żywego. Postanowił nie ustępować w żadnym wypadku z pola 

walki.

—  Niech   się   pan   o   to   nie   martwi,   wiem   o   panu   wszy-

stko i tak łatwo nie zrezygnuję. Tam leży papier i długo -
pis. Niech pan siada przy biurku i pisze. Daję panu osta -

tnią szansę naprawienia krzywdy wyrządzonej Krystynie.

— Ani mi się śni — Gradkiewicz rozparł się w fote lu. — 

Nigdy   w   życiu   nie   dostaniesz   ode   mnie   takiego 
bzdurnego pisma — patrzył przy tym na Igora przenikli -

wie, jakby chciał zahipnotyzować go wzrokiem. Najwyra -

background image

źniej   blefował,   gdyż   na   czole   jego   w   dalszym   ciągli 
ukazywały się gęste krople potu.

Igor   cały   czas   trzymał   wyciągnięty   przed   siebie   rewolwer. 

Nagle zaczęło mu migotać przed oczyma. Gradkiewicz wydawał 

mu się teraz jakimś potworem, niczym nie przypominającym 
człowieka,   czymś   w   rodzaju   jamochłonu,   bezpostaciową, 

galaretowatą masą, uosabiającą zło i ohydę całego świata.

— Pisz! — wycharczał.

Usłyszał   rechotliwy,   urągający   wybuch   śmiechu   i   sam   nie 

wiedząc kiedy, nacisnął cyngiel. Kula ugodziła w tłusty brzuch 

adwokata.   Strzelił   jeszcze   dwukrotnie   na   oślep,   jak   automat 
zdalnie kierowany jakąś nie znaną, wrogą siłą. Oprzytomniał, 

kiedy ciało Gradkiewicza zwaliło się na podłogę, przewracając z 
hukiem fotel, wtedy strach ścisnął go za gardło. Błyskawicznie 

wróciła mu trzeźwość umysłu, a z nią świadomość tego, co się 
stało.

„Muszę stąd uciekać jak najprędzej" ponaglał sam siebie, ale 

nogi jakby wrosły mu w podłogę, odmawiając posłuszeństwa. 

Trwało   to   kilka   minut,   może   więcej,   wreszcie   przezwyciężył 
słabość i wypadł na klatkę schodową. Powitały go puste ściany, 

nikt go nie zobaczył.  Windy akurat  znajdowały  się w ruchu, 
zszedł więc pospiesznie na dół. W bramie minął jakąś wysoką 

chudą kobietę, w czarnym palcie, która obrzuciła go bystrym, 
zaciekawionym spojrzeniem.

„Psiakrew,   to   ta   sama   baba,   do   której   zapukałem,   idąc 

pierwszy   raz   do   Gradkiewicza.   Poznała   mnie,   jestem   tego 

pewien.   To   niedobrze,   co   robić?   —   myślał   gorączkowo.   — 
Gotowa   jeszcze   pomóc   milicji   przy   sporządzaniu   portretu 

pamięciowego. Wygląda na taką, która ma nawet z tyłu oczy”.

Wpadł mu do głowy pomysł zapewniający jakie takie alibi. 

Już przedtem zapamiętał, że na tej samej klatce schodowej, na 
piątym piętrze, mieści się lecznica dentystyczna. Jeśli pójdzie 

tam   i   zostanie   przyjęty   w   celu   przeprowadzenia   jakiegoś 
zabiegu, zawsze będzie miał możność usprawiedliwienia, mniej 

więcej  o  tej  porze, obecności   w tym  domu.  Sam  dziwiąc  się 
jasności swojego umysłu. zawrócił i pojechał windą na górę.

W   lecznicy,   o   czystych,   białych   ścianach,   znajdowało   się 

background image

sporo pacjentów, oczekujących przed gabinetami na przyjęcie u 
lekarzy. Wolwicz opłacił wizytę w kasie i usiadł na pierwszym 

lepszym   krześle.   Dopiero   teraz   odczuł,   jak   głośno,   niemal 
boleśnie tłucze się w nim serce. Starał się nie myśleć o tym, co 

się stało, ale na próżno... Dwa piętra niżej leżał trup zabitego 
przez   niego   człowieka,   w   kieszeni   ciążył   mu   rewolwer   z 

odciskami własnych palców, a on zamiast uciekać, gdzie pieprz 
rośnie, w dalszym ciągu siedział w tym samym budynku. Zaczął 

przeklinać swoją tchórzliwość i głupotę. Ostatecznie prawdo-
podobieństwo konfrontacji z nieznajomą, przelotnie spotkaną 

kobietą,   a   tym   samym   zidentyfikowania   go   przez   nią,   było 
bardzo nikłe. Nie powinien ulegać panice i przedłużać pobytu 

pod tym dachem. W końcu wystarczy kwit z kasy, a skazywanie 
się na tortury zabiegu dentystycznego — to zupełnie zbędne — 

stwierdził w duchu. Już zrywał się z miejsca, gdy jakiś stary, 
siwowłosy jegomość siedzący obok, przytrzymał go za rękaw.

— Pan pewnie na wyrwanie, prawda? Strasznie się pan 

boi,   już   dawno   pana   obserwuję.   Niech   pan   nie   ucie ka, 

może wywiązać się zapalenie okostnej. Ja też się balem, 
a   teraz,   panie   dziejku,   piąty   ząb   usuwają   i   to   bez 

znieczulenia. Wie pan co? Skoro taki pan zdenerwowany, 
to pana przepuszczę przed sobą. Ja dzisiaj tylko na kontrolę.

Zanim Igor zdążył zaprotestować, drzwi gabinetu otwarły się 

i równie silny, jak usłużny, staruszek wepchnął go przemocą do 

środka.   Drobna,   szczupła   pani   w   fartuchu   przywitała   go   z 
uprzejmym, zachęcającym uśmiechem.

„Pewnie strasznie wyglądam, muszę się wziąć w garść. Całe 

szczęście, że znajduję się w takim miejscu, gdzie wszyscy mają 

przerażone miny” — zdążył pomyśleć i już siedział na fotelu. 
Wskazał jeden z trzonowych zębów, który go kiedyś pobolewał i 

poprosił   o   wyrwanie,   ale   pani   stomatolog   zadecydowała,   że 
należy   szanować   własne   uzębienie,   pochopnie   się   go   nie 

pozbywać   i   rozpoczęła   przewodowe   leczenie.   W   czasie   tego 
zabiegu czuł jak ciarki ze zdenerwowania i bólu wędrują mu od 

czubka głowy do krzyża. Umówił się na następną wizytę, wniósł 
w kasie dodatkową opłatę, i jak szalony wybiegł na ulicę. W 

domu, na wszelki wypadek, usunął odciski palców z rewolweru 

background image

i   włożył   go   do   sejfu.   Potem   zapadł   w   długi,   głęboki   sen 
graniczący z omdleniem.

*

Od   paru   dni   nie   wychodził   z   domu,   żywiąc   się   resztkami 

zapasów   z   lodówki.   Czas   zatracił   dla   niego   swoje   zwykłe 

wymiary,   przestała   interesować   go   data,   a   nawet   godzina. 
Dziwne, ale nie nękały go wyrzuty sumienia, tak jakby usunął z 

tego   świata   obmierzłego   gada,   a   nie   żywego,   normalnego 
człowieka.  Zresztą wszystko  to, co się stało, zdawało  się być 

jakimś,   koszmarnym,   nierealnym   wydarzeniem,   w   którym 
przypadkowo zagrał niezrozumiałą, dziwaczną rolę. Na domiar 

złego   cierpiał   fizycznie,   gdyż   oczywiście   nie   poszedł   na 
umówioną   wizytę   do   dentystki   i   rozborowany   ząb   zaczął   go 

okropnie boleć. Najbardziej jednak w chwilach, kiedy wracała 
mu   pełna   świadomość,   dręczyła   go   myśl,   że   właściwie   nie 

wykonał swojej misji i nie dotrzymał obietnicy danej Danielle. 
Nie miał prawa do niej zatelefonować, choć rozwiązał zagadkę 

morderstwa,   a   to   z   braku   dowodów   niezbędnych   do 
przeprowadzenia   rehabilitacji   Neniewskiej.   Dwaj   uczestnicy 

zbrodni:   zabójca   i   świadek   —   nie   żyli.   Sprawa   została 
ostatecznie pogrzebana, mógłby tylko powiedzieć Danielle, że 

matka   jej   została   pomszczona,   ale   takie   oświadczenie   nie 
miałoby   przecież   żadnego   ani   prawnego,   ani   moralnego 

znaczenia i nie zabrzmiałoby wiarygodnie. Poza tym odczuwał 
stały niepokój, że milicja wpadnie na jego trop, ale mijał dzień 

za dniem i nic się nie działo. Ślady zbrodni nie prowadziły do 
jego osoby. Powoli uspokajał się, wyciszał wewnętrznie. Zaczął 

wychodzić   z   domu.   Natychmiast   kazał   wyrwać   sobie   ząb   w 
najbliższym prywatnym gabinecie  stomatologicznym i poczuł 

się   jak   nowo   narodzony.   Zrobił   trochę   zakupów   żywnościo-
wych, dzięki pieniądzom otrzymanym od Powelskiego w dniu 

jego śmierci, których przyjęcia wówczas tak pochopnie chciał 
odmówić. Myślał nawet o tym, aby zgłosić się do Archiwum, 

uregulować sprawy zatrudnienia, wycofać swoje dokumenty.

Dzwonek, który zabrzmiał tego wieczoru, nie wywołał w nim 

żadnych   przykrych   skojarzeń   z   wiszącą   nad   nim   groźbą 

background image

odpowiedzialności karnej. Zdrętwiał z przerażenia, kiedy ujrzał 
na progu porucznika Milicji Obywatelskiej.

„Znaleźli   zwłoki   Gradkiewicza   —   przemknęło   mu   przez 

myśl”.

— Pan Igor Wolwicz? — zapytał młody oficer. — Dobry 

wieczór   panu,   porucznik   Zelcch   ze   Stołecznej   Komendy 

Milicji Obywatelskiej. Czy mogę wejść?

Usunął   się   z   przejścia   bez   słowa.   Musiał   zmienić   się   na 

twarzy,   gdyż   mundurowy   gość   przyjrzał   mu   się   z   niejakim 
zainteresowaniem.

—  Czy   pan   źle   się   czuje?   —  zagadnął   go,   wchodząc  do 

pokoju, a nie otrzymawszy odpowiedzi dodał: — Pozwoli pan, 

że usiądę.

Igor też opadł na krzesło, połykając nerwowo ślinę.

Żelech rozejrzał się dookoła.
— Ma pan ładne mieszkanie, od dawna pan je zajmuje?

— Od siedmiu lat.
—  Niestety,   mam   panu   do   zakomunikowania   smutną 

wiadomość.   Pan   Roman   Powelski   nie   żyje.   To   pański 
krewny, prawda?

— Tak, brat mojej matki.
— Nie pyta pan o przyczynę jego zgonu?

— Mój wujek chorował już od wielu lat, a ostatnio stan 

jego znacznie  się  pogorszył,  tak,   że  spodziewałem  się  w 

każdej   chwili   katastrofy   —   Igor   mówił   spokojnie,   gdyż 
zdążył już ochłonąć z pierwszego, przykrego wrażenia.

—  Oczywiście   są   to   sprawy   czysto   osobiste,   ale   jak 

widać nie bardzo interesował się pan zdrowiem swojego 

wuja.   Zwłoki   zostały   przypadkowo   odkryte   przez   znajo -
mego,   który   przyszedł   go   odwiedzić,   a   stało   się   to   w 

dziesięć   dni   po   jego   śmierci.   Oczywiście   obywatel   ten 
zawiadomił nas o zgonie Romana Powelskiego.

—  Niestety,   ostatnio   chorowałem,   miałem   zapalenie 

okostnej, nie wychodziłem z domu — Igor pokazał nieco 

jeszcze spuchnięty policzek.

—  No   cóż,   nas   to   nie   interesuje.   Mam   natomiast   dla 

pana jeszcze jedną nowinę. W czasie przeszukania domu 

background image

zmarłego, stanowiącego rutynową czynność w związku z 
odnalezieniem   zwłok,   natrafiliśmy   na   testament,   na 

mocy   którego   dziedziczy   pan   cały   majątek   wujka   —   do- 
mek   z   ogrodem   w   Józefowie   i   pieniądze   złożone   na   ra -

chunku oszczędnościowym w PKO. Ponieważ wyniki sek-
cji wskazują na naturalny charakter zejścia, przyniosłem 

ów   dokument,   znajdujący   się   przez   kilka   dni   w 
depozycie w komendzie.

—  Dziękuję   panu   —   Igor   odebrał   z   rąk   porucznika 

podłużną,   białą   kopertę,   na   której   widniało   jego   imię   i 

nazwisko.

—  Proszę   zatem   przyjąć   jednocześnie   wyrazy   współ-

czucia   i   gratulacje   z   powodu   spadku.   Zwłoki   może   już 
pan   odebrać   z   zakładu   medycyny   sądowej.   Oczywiście, 

jeżeli zajmie się pan pogrzebem.

— Tak, naturalnie, natychmiast się tam zgłoszę.

*

Porucznik Żelech miał wyjątkowo pracowity  tydzień. Znów 

został odkryty przypadkowo trup mężczyzny, tym razem przez 

sąsiadkę   w   bloku   przy   ulicy   Emilii   Plater,   a   major   Serwicz 
przydzielił mu dochodzenie w tej sprawie. Nie ulegało bowiem 

najmniejszej   wątpliwości,   że   adwokat   Wacław   Gradkiewicz 
opuścił   ziemski   padół   w  sposób   gwałtowny,   po   wpakowaniu 

mu   przez   nieznanego   sprawcę   trzech   kul   rewolwerowych   z 
bliskiej odległości, z których jedna utkwiła mu w brzuchu, a 

dwie pozostałe przeszyły na wylot klatkę piersiową.

Po zabezpieczeniu wszystkich śladów przez ekipę techniczno-

dochodzeniową.   Żelech   udał   się   bezzwłocznie   do   obywatelki 
Jadwigi   Mulikowej,   która   dokonała   tego   makabrycznego 

odkrycia.

Przyjęła go z ożywieniem, świadczącym o gotowości przyjścia 

z jak najdalej idącą pomocą organom bezpieczeństwa.

—  Jak   to   się   stało,   że   zajrzała   pani   do   mieszkania 

adwokata  Gradkiewicza?   Czy   często   pani   u  niego  bywa -
ła? — zapytał na wstępie.

Mulikowa   obrzuciła   go   przenikliwym   i   uważnym 

background image

spojrzeniem, jakby chciała rozszyfrować ukryty sens tych słów.

— Ee, gdzie tam, nigdy do niego nie chodziłam, ale był 

moim   sąsiadem   i   kiedy   zobaczyłam,   że   pod   jego 
drzwiami stoją cztery pełne butelki mleka, zaraz mnie

tknęło,   że   stało   się   coś   niedobrego.   Od   kilku   dni   nie   zau-

ważyłam,   żeby   wchodził,   albo   wychodził   z   mieszkania   i   w 

środku   też   było   cicho,   a   trzeba   panu   wiedzieć,   że   przez   te 
cienkie ściany słychać jak ktoś się rusza, chodzi. Nawet głosy 

można rozróżnić.

—  I   to   panuj   tak   dalece   zaniepokoiło,   że   postanowiła 

pani   złożyć   mu   wizytę.   Taka   troska   o   sąsiada   nieczęsto 
się obecnie  zdarza  i bardzo  chwalebnie  świadczy  o pani 

postawie obywatelskiej. Ale czy nie przyszło pani do gło-
wy, że adwokat po prostu gdzieś wyjechał?

—  Jak   mieszkam   tu   dziesięć   lat,   nigdy   się   to   nie   zda-

rzyło.   Mruk   to   był   i   odludek,   a   przy   tym,   wstyd   powie-

dzieć, człowiek mocno trunkowy. Zawsze siedział w War -
szawie.   tylko   codziennie   wychodził   po   zakupy   i   po   ga-

zetę.

— Czy znała go pani osobiście?

—  Takie   tam   znanie.   Czasem   mruknął   pod   nosem 

„dzień   dobry",   a   czasem   przeszedł   obok   jakby   pierwszy 

raz   mnie   zobaczył,   szczególnie   jak   sobie   porządnie   gol -
nął.   Mój   mąż   pracuje   na   kolei,   kiedyś   miał   zatarg   z   ja-

kimś pasażerem, wie pan, doszło do kłótni, rękoczynów, 
więc   poszedł   do   niego   po   poradę.   Wtedy   nie   powiem, 

grzecznie   go  przyjął,  mądrze  pogadał,   napisał pismo  do 
sądu,   a   kiedy   mąż   chciał   zapłacić   —   powiedział,   że   nie 

trzeba   bo   on   już   nie   prowadzi   praktyki,   tylko   to   po 
sąsiedzku. Podobno miał kiedyś dużo klientów, świetnie 

zarabiał.   ale   zaczął   pić   i   przestał   pracować.   Wódka 
niszczy człowieka, ot co..., jeżeli w starszym wieku...

Żelech   przerwał,   może   niezbyt   uprzejmie,   wykład   o 

zgubnych skutkach alkoholizmu, ale czas naglił i nie po -

zwalał na tego rodzaju dygresje.

—  Czy   sąsiad   pani   utrzymywał   jakieś   kontakty   to-

warzyskie. to jest ściśle mówiąc, czy odwiedzało go dużo 

background image

osób?

—  Skądże,   to   był   samotnik,   jakich   mało.   Najwyżej 

listonosz, mleczarz i praczka. Siedział zamknięty całymi

dniami. Tylko się miotał tam i nazad po tym swoim pokoju, 

jak   jaki   zwierz.   Toteż   zdziwiłam   się,   kiedy   jeden   młody 
człowiek   zapytał   mnie   o   niego,  bo   pomylił   nasze   drzwi.   Nic 

dziwnego, na klatce schodowej rzadko pali się żarówka, więc 
prawie niczego nie widać.

—  Kiedy   to   miało   miejsce?   —   zainteresował   się   żywo 

porucznik.

— Może jakieś dwa tygodnie temu.
— Czy pamięta pani. jak wyglądał?

— Po ciemku mało co widać, ale taki dość wysoki z gołą 

głową, szatyn chyba, miał granatową, ocieplaną kurtkę.

— Nosił brodę, wąsy?
—  Nie,   na   pewno   nie.   Wyglądał   na   trochę   zdener-

wowanego albo przestraszonego.

— Czy rozpoznałaby go pani w razie potrzeby?

— Myślę, że tak, tym bardziej, że go jeszcze raz w tym 

domu spotkałam.

Porucznik   omal   nie   podskoczył   na   krześle.   Ta   niewiasta 

stanowiła prawdziwą kopalnię rewelacyjnych wiadomości.

— Kiedy pani Mulikowa, kiedy?!
— No, w jakiś tydzień potem, po tej pierwszej wizy cie. 

Wracałam   z   zakupami   do   domu,   a   on   minął   mnie   w 
bramie. Spieszył się bardzo, ale zaraz  go poznałam. Po -

myślałam, że może jakiś krewny Gradkiewicza się odna -
lazł i zacznie się wreszcie nim opiekować.

— Czy potem widywała jeszcze pani swojego sąsiada ?
Mulikowa zmarszczyła brwi. wysilając swoją i tak znakomitą 

pamięć.

—  Nie,   od   tego   dnia   nie.   Jak   nożem   uciął,   przestał 

wychodzić i ruszać się po mieszkaniu. A co pan myśli, że 
to ten młody...

—  Ja  nic  nie   myślę,  pani   Mulikowa   —  uciął   Żelech.  — 

Na   razie   zbieram   materiał   dowodowy,   a   pani   mi   w   tym 

doskonale   pomaga.   Wrócimy   jeszcze   potem   do   tego   taje-

background image

mniczego   osobnika.   Więc   co   stało   się   dalej?   Zobaczyła   pani 
cztery butelki z mlekiem pod drzwiami pana Gradkiewicza i ...

—  No   i   zadzwoniłam   do   jego   drzwi   —   podchwyci ła.   — 

Coś mnie tak w środku męczyło i nie dawało spo koju. że 

może zachorował, albo i co gorszego. Przecież to starszy 
człowiek   i   alkoholik.   Nikt   nie   odpowiadał   na 

dzwonienie,   ta   cisza   mi   się   nie   podobała,   więc   wzięłam 
za klamkę, choć przecież zawsze słyszałam, jak przekrę -

cał klucz w zamku. No, ale spróbowałam i okazało się, że 
drzwi   były   tylko   przymknięte.   Bardzo   mnie   to   zdziwi ło. 

Weszłam   do   pokoju,   tego   pierwszego   na   lewo,   styka -
jącego   się   z   moim   mieszkaniem   i   zobaczyłam   go.   Leżał 

na  podłodze,  cały  w zakrzepłej  krwi,  a obok  wywrócony 
fotel... Wyglądał strasznie.

—  Bardzo   pani   dziękuję,   pani   Mulikowa.   Ogromnie 

nam   pani   pomogła,   jutro  poproszę   panią  o  przyjście   do 

komendy   i   opowiedzenie   raz   jeszcze   wszystkiego,   co 
pani wie w tej sprawie.

Choć   informacje   udzielone   przez   Jadwigę   Mulikową 

miały   wprost   bezcenną   wartość   dla   prowadzonego 

dochodzenia,   porucznik   kontynuując   swoją   akcję 
wywiadowczą obszedł wszystkie  piętra i odwiedził masę 

ludzi   w   niemal   identycznych   mieszkaniach.   Pozostali 
lokatorzy,   łącznie   z   gospodarzem   domu,   właściwie 

niczego   nie   wiedzieli  o  Gradkiewiczu,   a   znajomość   jego 
osoby   ograniczała   się   do   krótkich   kontaktów   w   czasie 

przejazdu   windą.   Niektórzy   mówili:   samotnik,   dziwak, 
podobno kiedyś znany prawnik. obecnie żyjący w prawie 

całkowitej   izolacji   od   świata.   Potwierdzała   się   opinia 
Mulikowej   o   nadużywaniu   przez   niego   alkoholu,   lecz 

działo się to bez ekscesów i burd publicznych. Natomiast 
nikt   niczego   nie   wiedział  i  nie   umiał   powiedzieć   o 

młodym człowieku, który dwakroć odwiedził nieżyjącego 
mecenasa. Po prostu żaden z mieszkańców bloku go nie 

zauważył, gdyż nieraz  kilkaset osób dziennie przewijało się 
przez ten bardzo zagęszczony i duży budynek.

Na   piątym   piętrze   mieściła   się   lecznica   dentystyczna. 

background image

Wprawdzie   istniało   minimalne   prawdopodobieństwo, 
aby   w  tym  przybytku   zdrowia  i   jednocześnie   udręki   dla 

cierpiących   pacjentów   znajdowały   się   ślady   wiodące   do 
przestępcy,   to   jednak   porucznik   odznaczający   się   nie 

tylko wrodzonym poczuciem obowiązku, ale i pedanterią 
zawodową,   i   w   tym   miejscu   przeprowadził   kilka 

urzędowych  rozmów. Przejrzał  również  kwitariusz  opłat 
za   usługi  i  wykonane   zabiegi   z   ostatnich   kilku   dni. 

Istniał tu zwyczaj, że w wypadku zamawiania protez lub 
koronek   oraz   dłuższego   leczenia   wymagającego 

parokrotnych   wizyt   —   recepcjonistka   wpisywała   do 
rejestru   nazwisko   i   adres   pacjenta.   Nagle   w   oko 

porucznika   wpadła   kopia   kwitu   wystawionego   na   Igora 
Wolwicza,   zamieszkałego   przy   ulicy   Mokotowskiej. 

Natychmiast   skojarzył   go   z   młodzieńcem,   którego 
odwiedził   niedawno,   w   związku   z   odnalezieniem   w 

Józefowie zwłok jego wujka. Długo trzymał kwitariusz w 
ręku.   Data   zgadzała   się,   wygląd   Wolwicza   zaś   mógł 

pasować   do   rysopisu   podanego   przez   Mulikową,   jak 
również   do   rysopisu   miliona   innych   młodych   ludzi. 

Widocznie   Wolwicz   akurat   tego   dnia   przeprowadzał 
zabieg w lecznicy, ale, czy znał Gradkiewicza, czy był to 

tylko zbieg okoliczności?

„W   każdym   razie   ma   chłop   szczęście   do   przypadkowo 

znajdowanych zwłok ludzkich, coś zanadto się z nimi kojarzy. I 
jakoś u siebie się dziwnie zachowywał. Trzeba by się jemu bliżej 

przyjrzeć — pomyślał".

*

Na   pogrzeb   Romana   Powelskiego   przyszło   niewiele   osób: 

tylko trochę sąsiadów, znających  go od lat, mała delegacja z 
ostatniego   miejsca   pracy   i   trzech   kolegów   ze   szkolnej   ławy, 

wśród nich ten, który znalazł Powelskiego martwego. Na Igora, 
jako na jedynego krewnego i spadkobiercę, wszyscy patrzyli z. 

zaciekawieniem,   zmieszanym   z   konwencjonalnym   współczu-
ciem i pewną dozą szacunku, należnego rodzinie przy okazji tak 

uroczystych i smutnych obrzędów.

background image

Ceremonia   odbywała   się   na   cmentarzu   bródnowskim,   tuż 

przy murze graniczącym niemal z nowo powstającym osiedlem. 

Śnieg początkowo lekko prószył, a potem zaczął mocno zacinać 
i   sypać   w   twarze   uczestników   pogrzebu   tumanem   ostrych, 

lodowatych   płatków.  Igor  podniósł  do  góry  kołnierz   kurtki  i 
włożył zmarznięte dłonie do kieszeni. Od paru dni czul się źle, 

najwyraźniej   zaziębił   się   w   czasie   załatwiania   przewiezienia 
zwłok z zakładu medycyny sądowej, dostał gorączki i od rana 

wstrząsały   nim   silne   dreszcze.   Jak   przez   mgłę   spoglądał   na 
grobowiec   rodzinny,   w   którym   spoczywały   już   zwłoki   jego 

dziadków oraz matki.

„On miał dopiero pięćdziesiąt dwa lata — pomyślał w pewnej 

chwili, patrząc na przytwierdzoną do trumny tabliczkę — a ja 
zawsze uważałem go za bardzo starego człowieka”.

Nie   odczuwał   ani   żalu,   ani   smutku,   tylko   jałowość   i 

pustkę.   Ostatnie   przeżycia   spowodowały   kompletne   za-

łamanie   jego   psychiki.   Organizacją   pogrzebu   zajął   się 
tylko   z   konieczności.   Teraz   jego   najgorętsze   pragnienie 

stanowił   powrót   do   domu   i   położenie   się   do   łóżka. 
Twarze   ludzi   składających   mu   kondolencje   nad   otwartą 

mogiłą   zdawały   się   bliźniaczo   podobne   do   siebie   i 
całkowicie   pozbawione   wyrazu.   Tylko   jeden   młody 

człowiek, stojący na uboczu, licz zamiaru wypowiedzenia 
stereotypowych   słów   współczucia,   zwrócił   jego   uwagę. 

Nie   mógł   na   razie   zorientować   się.   skąd   go   zna,   ale 
nawet   przez   opary   gorączki   przeniknęła   nagła   myśl,   że 

to ten sam oficer, który zawiadomi! go o śmierci wujka.

„Czyżby   do   zadań   milicji   należało   pilnowanie   wypełnienia 

przeze   mnie   obowiązków   rodzinnych?"   —   zdziwił   się   w 
duchu,   ale   nie   zdążył   wyprowadzić   dalszych   wniosków, 

gdyż   niski,   szczupły   mężczyzna   o   nerwowej, 
przedwcześnie pomarszczonej twarzy, podszedł do niego 

i ujął za ramię.

— Czy pan mnie poznaje? Jestem Jan Kamiński, kolega 

pańskiego   wujka   z   czasów   gimnazjalnych.   Sześć   lat 
siedzieliśmy w jednej ławce w szkole na Polesiu i spaliś -

my koło siebie w internacie. Pana wuj nie miał szczęścia 

background image

w   życiu   osobistym,   wiem   o   tym   dobrze.   Zawsze   niesły -
chanie troszczył się o pańskie zdrowie, wykształcenie, a 

przyszło mu umrzeć w samotności. Nawet nikt mu oczu 
nie   zamknął,   biedakowi.   Znalazłem   go   na   łóżku,   skulo -

nego,   półnagiego,   z   takim   wyrazem   twarzy,   jakby   się 
czegoś przestraszył przed śmiercią. Żal było patrzeć.

Igor nic nie odpowiedział. Stał w milczeniu, tępo wpatrzony 

w pustoszejącą przestrzeń koło grobu, gdyż ludzie zaczęli się 

już   rozchodzić.   Nie   chciał   i   nie   umiał   się   bronić   przed 
zarzutami kolegi Powelskiego, który wyraźnie miał mu za złe 

brak   opieki   nad   chorym.   Wtedy   Ka-   mińskiego,   człowieka 
wrażliwego   i   gotowego   do   niesienia   pomocy   bliźnim, 

zaniepokoił dziwny stan psychiczny Igora.

—  No,  chłopcze,   nie   trzeba   tego   tak   przeżywać,   ja   nie 

chciałem   powiedzieć   niczego   złego,   palnąłem   ot,   tak 
sobie — prosto z mostu. Wie pan co? Niech pan idzie do 

mnie, zjemy razem obiad. Prowadzę od śmierci żony ka -
walerskie gospodarstwo, będzie nam obu raźniej — znów 

ujął go za ramię.

—  Dziękuję   —   Igor   uwolnił   się   gwałtownie   z   uścisku 

Kamińskiego.   —   Bardzo   źle   się   czuję.   Muszę   się   zaraz 
położyć — i nie kiwnąwszy głową oddalił się pospiesznie, 

jakby w obawie, że ktoś jeszcze może go zatrzymać.

Przyjaciel   zmarłego   przez   dłuższą   chwilę   śledził   Wolwicza 

pełnym zdumienia wzrokiem.

*

W domu gorączka zaczęła się wzmagać. Nie miał nawet siły 

przygotować   sobie   posłania.   Zdjął   tylko   kurtkę   i   runął   na 
tapczan.   W   sennych,   ciężkich   majaczeniach   pojawiały   się 

znajome twarze: matka, Powelski, Gradkiewicz. Nagle strach 
podpłynął mu pod gardło. Jakiś ostry dźwięk wwiercił się w 

jego mózg jak świder, na próżno usiłował o nim nie myśleć, nie 
zwracać na niego uwagi — potworny ból rozsadzał mu czaszkę. 

W   pewnej   chwili   zrozumiał,   że   jest   do   dźwięk   dzwonka 
dobiegający   z   przedpokoju,   natarczywie   domagający   się 

otwarcia drzwi.

background image

Zwlókł   się   z   tapczanu   i   na   chwiejnych   nogach   dotarł   do 

źródła tego nieznośnego, niszczącego nerw po nerwic dźwięku.

„Żeby   tylko   przestał   dzwonić,   żeby   zrobiło   się   cicho,   nie 

wytrzymam tego dłużej" — myślał i szarpnął drzwiami resztką 

sił.

Na   progu   stała   Danielle,   prześliczna,   z   zaróżowionymi   od 

mrozu policzkami, w szarym nylonowym futerku, w szafirowej 
czapeczce   i   w   długich   białych   botach.   Najpierw   uznał   ją   za 

nieziemskie zjawisko wywołane maligną, ale kiedy uśmiechnęła 
się i wyciągnęła do niego rękę, uwierzył, że to istota z krwi i 

kości, ucieleśniająca wszystkie jego marzenia.

—  A   więc   przyjechałaś,   jak   to   dobrze   —   zdążył   po-

wiedzieć i zachwiał się na nogach.

— Źle się czujesz? Chorujesz? — zapytała. — Mu sisz się 

natychmiast położyć. Czy jesteś sam?

Skinął głową, nie mogąc oderwać od niej oczu w obawie, że 

postać jej zaraz rozpłynie się, jak inne gorączkowe widziadła.

—  Okropnie   wyglądasz,   biedaku,   zaraz   się   tobą   zajmę 

— zrzuciła futro, zręczna, gibka, w niebieskiej ango rowej 
sukience, oblepiającej jej smukłe kształty.

Zaprowadziła go do pokoju, wprawnie posłała tapczan.
— Zrobię ci herbatę, tylko leż spokojnie — oświadczyła.

Słyszał jej kroki w kuchni, gdzie szybko zagotowała wodę i 

zaparzyła   esencję.   Wynalazła   gdzieś   miętę,   polopirynę, 

przyniosła kubek na tacy i podała mu lekarstwo do ust.

—  Masz   okropną   gorączkę   —   powiedziała.   —   Może 

wezwać lekarza?

—  Nie,   nie   trzeba.   Już   mi   lepiej,   kiedy   jesteś   przy 

mnie. Jak  to  dobrze,  że   dotrzymałaś   obietnicy...  Myśla -
łem, że zapomniałaś.

—  Nic nie mów,  odpocznij   —  spuściła  rolety  i  zapaliła 

nocną lampkę.

Zamknął   oczy   w   poczuciu   szczęścia   i   bezpieczeństwa. 

Chwilami   drzemał,   potem   budził   się   widząc   ją   koło   siebie. 

Wydawało   mu   się,   że   zło,   którego   doświadczył,   minęło 
bezpowrotnie.

— Nie nosisz już żałoby? — zapytał w pewnej chwili.

background image

— Tak, już nie muszę jej nosić.
Zwrócił na nią zdziwione spojrzenie.

—  Później   ci   to   wyjaśnię   —   powiedziała   szybko.   — 

Teraz zaśnij, bo inaczej nie wyzdrowiejesz.

—  Usiądź   tu,   koło   mnie   —   poprosił.   —   Chcę   cię   mieć 

bliżej siebie.

Położyła chłodną, kojącą rękę na jego spoconym czole.
— Zrobię ci zimny kompres — zaproponowała.

— Nie, nie ruszaj się, tak mi dobrze. Zostaniesz już ze 

mną,   prawda?   Będziemy   zawsze   razem.   Mam   mały   do-

mek w Józefowie, w ogródku latem rosną kwiaty.

W odpowiedzi pogładziła go po włosach.

— Powiedz, że zostaniesz, błagam.
—  Jeżeli   będziesz   tak   dużo   mówił,   gorączka   ci   pręd ko 

nie spadnie.

— Pozwól mi tylko powiedzieć, że zrobiłem wszyst ko co 

w   mojej   mocy,   aby   ci   pomóc.   Wiem,  kto   jest  mordercą,   ale 
niestety nie mam na to dowodów. Oni obaj już nie żyją: mój 

wuj i Gradkiewicz, umarli przed kilkoma dniami. Przebacz, że 
cię zawiodłem...

— Nic już nie mów, nie martw się ...
—  Danielle,   tak   strasznie   tęskniłem   za   tobą,   a   teraz 

nawet nie mogę cię pocałować...

— Śpij, głuptasku.

Przysypiał   i   znów   się   budził.   Zobaczył,   że   wstała   z   fotela, 

otworzyła torebkę, czegoś w niej szukając. Zląkł się, że wyjdzie i 

zostawi go samego.

— Danielle, ty nie odejdziesz, nie możesz odejść...

—  Ależ   nie,   jesteś   taki   chory.   Potrzebujesz   opieki. 

Przenocuję   w   drugim   pokoju   na   kanapie.   Jeśli   będziesz 

czegoś potrzebował, to zawołasz mnie zgoda?

—  Zobaczysz, będzie  nam świetnie  razem. Taki  jestem 

szczęśliwy...   wiesz,   wtedy   kiedy   cię   pierwszy   raz 
ujrzałem   w   Paryżu,   to   doznałem   czegoś   więcej   niż 

olśnienia...

— Dobranoc, postaraj się zasnąć.

— Dobranoc, kochanie...

background image

*

Kiedy   się   obudził,   rolety   byty   już   podniesione,   słońce   ze 

skrawkiem   błękitnego   nieba   zaglądało   przez   szyby.   Czuł   się 

znacznie lepiej, męczyło go tylko silne pragnienie. Sięgnął po 
przygotowaną   szklankę   z   herbatą   i   wypił   pośpiesznie   kilka 

łyków. W sąsiednim pokoju usłyszał zwinne, lekkie kroki, jej 
kroki.

— Danielle! — zawołał.
Weszła już ubrana, odświeżona, z włosami rozsypanymi na 

ramionach,   piękniejsza   od   tej,   którą   zapamiętał   w   swoich 
wspomnieniach.

—  O   już   nie   śpisz.   To   dobrze.   Widzisz,   muszę   z   tobą 

porozmawiać   bardzo   poważnie.   Przypuszczam,   że   mnie 

zrozumiesz. Przyjechałam właściwie, aby zgodnie z życzeniem 
matki, postawić pomnik na grobie dziadka, ale wstąpiłam do 

ciebie, gdyż uważam się za twoją dłużniczkę. Kiedy zadzwoniłeś 
do   mnie,   do   Paryża,   wyczułam   coś   ogromnie   rozpaczliwego, 

bolesnego   w   twoim   głosie.   Nie   umiem   tego   dobrze   wyrazić. 
Wiem,   jaki   jesteś   uczuciowy,   wrażliwy.   Niepotrzebnie 

zakłóciłam ci spokój. Nie sądziłam, że aż tak bardzo przejmiesz 
się moją sprawą, przecież nie znaliśmy się prawie wcale.

— Danielle, co ty mówisz? Jak to?
—  Muszę   ci   wyznać   całą   prawdę,   żeby   nie   istniały   po-

między nami niedomówienia. Wychodzę za mąż za Jean -
Pierre’a. Kocham go i szanuję, jestem bardzo szczęśliwa.

— Za Jean-Pierre’a, tego chorego starca?
— Ależ nie — roześmiała się cicho. — On nie ma nawet 

pięćdziesięciu lat. Po ostatniej kuracji stan jego zdrowia 
ogromnie   się   poprawił,   moja   matka   bardzo   pragnęła, 

abyśmy   się   pobrali.   Tyle   mu   zawdzięczałyśmy.   To 
wspaniały,   piękny   mężczyzna.   Kocham   go   jak   ojca   i 

męża, nawet nie wiesz, ile nas łączy.

Czuł,  jak   ziemia  zapada  się  pod  nim,  a on  ginie  w jakiejś 

nieskończonej   przepaści   bez   dna.   Pokój   zawirował   w 
diabelskim tańcu.

— Danielle — jęknął tylko.

background image

— Proszę cię nie bierz tego tak tragicznie, ja nie mogę 

postąpić   inaczej.   Pytałeś,   dlaczego   zdjęłam   żało bę   — 

widzisz...   matka   przed   śmiercią   powierzyła   Jean-
Pierre’owi list do mnie. Prosiła, żeby mi go oddał wtedy, 

kiedy   zdecyduję   się   wyjść   za   mąż.   Ten   list   wyjaśnia 
wszystko.   Przywiozłam   go   ze   sobą.   Uważam   cię 

właściwie   za   członka   naszej   rodziny,   zrobiłeś   wszystko, 
aby   mi   pomóc.   Pragnę,   żebyś   przeczytał   jego 

najważniejszy fragment.

Wyjęła z torebki złożony w czworo arkusik papieru, zapisany 

gęstym, ale już nierównym, pismem, widać drżącą, słabą ręką. 
Litery   skakały   mu   przed   oczyma,   ale   chłonął   je   chciwie   i 

rozpaczliwie.

„Wiem, jak bardzo zawiniłam wobec ciebie. Wydałam cię na 

świat   ze   strachu   przed   śmiercią.   Nie   miałam   odwagi 
powiedzieć prawdy i ponieść odpowiedzialności za swój czyn. 

To ja zabiłam Leona. Kochałam tak bardzo swojego męża, że 
nie wyobrażałam sobie życia bez niego, choć wiedziałam, jaki 

jest podły i okrutny. Mój brat mógł mnie wtedy uratować, miał 
dużo pieniędzy. Upokorzyłam się przed nim, przezwyciężyłam 

wrodzoną dumę, rozpaczałam i błagałam go o litość. Wzięłam 
nawet ze sobą rewolwer naszego ojca, żeby zabić się na jego 

oczach, jeżeli odmówi mi pomocy, ale on okazał się zimny i 
bezwzględny,   śmiał   się   ze   mnie,   drwił   z   mojej   miłości   do 

Wiktora,   odepchnął   mnie   bezlitośnie.   Poczułam   do   niego 
straszną nienawiść. Wiedziałam, że stracę mojego męża i wtedy 

życie i tak nie będzie miało dla mnie żadnej wartości. Kiedy 
powiedział, że mogę nawet skoczyć z balkonu, a on nie kiwnie 

palcem,   aby   mi   przeszkodzić,   nacisnęłam   cyngiel.   Strzeliłam 
mu w plecy i w tej samej chwili zrozumiałam, że popełniłam 

straszną zbrodnię, ale było już za późno. Uciekłam, zostawiając 
rewolwer na biurku. Całe moje dalsze życie — to jedna wielka 

pokuta   za   ten   grzech.   Nigdy   już   nie   zaznałam   spokoju,   ani 
szczęścia, nawet wtedy, kiedy ty się urodziłaś. W śledztwie nie 

przyznałam się do winy, jeszcze raz stchórzyłam. Gradkiewicz 
bronił mnie z wielkim oddaniem, wierzył w moją niewinność, a 

może tylko udawał, że wierzy, aby mnie podnieść na duchu. 

background image

Resztę   życia   spędziłam  z   tą  moją  wielką   tajemnicą  w   sercu. 
Było mi bardzo ciężko, córeczko, wierz mi. Ktoś wie, że to ja 

zabiłam, świadek mojej zbrodni; na pewno znajdował się wtedy 
w mieszkaniu Leona. Cały czas bałam się, że mnie zdradzi, ale 

nigdy   nie   ujawnił   prawdy.   Teraz   może   już   nie   żyje,   minęło 
przecież  tyle   lat.  Właściwie  chciałam  zabrać  tę   tajemnicę   do 

grobu,   ale   myślę,   że   będziesz   jeszcze   bardziej   cierpiała,   nie 
wiedząc o tym. co się stało. Dlatego poprosiłam Jean-Pierre’a, 

żeby   oddał   ci   ten   list,   gdy   zdecydujesz   się   na   zamążpójście. 
Kochając sama, będziesz zdolna mi przebaczyć. Moja miłość do 

Wiktora   okazała   się   zła,   mam   nadzieję,   że   ty   znajdziesz 
szczęście   i   właściwie   ulokujesz   swoje   uczucia.   Umarłabym 

spokojna,   jeślibyś   wybrała   Jean-Pierre’a.   To   wspaniały 
człowiek i tak bardzo cię kocha...”.

Oddał jej list bez słowa.
— Teraz chyba mnie rozumiesz — powiedziała. Włożyła 

futro i czapkę.

—  Zegnaj   —   uśmiechnęła   się   blado   —   i   nie   miej   do 

mnie żalu.

Kiedy wyszła, zamykając lekko drzwi, zbliżył się do okna i 

spojrzał w głąb ulicy. Przed dom, w którym mieszkał, zajechał 
właśnie   granatowy   „Fiat   125p”.   Wysiadło   z   niego   dwóch 

funkcjonariuszy milicji i szybkim krokiem podążyło w stronę 
bramy.

„Więc jednak...” — pomyślał i wolno podszedł do skrytki w 

ścianie.

Dzwonek   do   drzwi   jego   mieszkania   i   huk   wystrzału 

zabrzmiały prawie jednocześnie.

background image

W latach osiemdziesiątych...

Występy   młodej,   lecz   znanej   już   na   całym   świecie, 

piosenkarki   Christine   Faustin,   odbywającej   właśnie 
tournee artystyczne po krajach Europy Środkowej, stały 

się wydarzeniem kulturalnym stolicy. Jej trzy recitale w 
Sali Kongresowej cieszyły się niebywałym powodzeniem, 

a   bilety   wstępu,   sprzedawane   przez   koników,   osiągnęły 
zawrotną,   nie   notowaną   dotychczas   na   czarnym   rynku 

cenę.   Recenzenci   porównywali   ją   ze   znaną   piosenkarką 
Madonną, stwierdzając entuzjastycznie, że barwa głosu  i 

mistrzowskie   wykonanie   przedstawionego   repertuaru 
stawiają ją w rzędzie największych sław. Nie zapominali 

równocześnie   o   podkreśleniu   walorów   jej   urody,   która 
tak   rzadko   idzie   w   parze   z   prawdziwym   talentem.   Na 

podkreślenie   zasługiwało   też   polskie   pochodzenie   artystki,   o 
którym wspominała we wszystkich wywiadach bądź oficjalnych 

rozmowach drukowanych w prasie.

Koło hotelu „Victoria”, gdzie Christine Faustin zatrzymała się 

na czas pobytu w Warszawie, już od samego rana kręcili się 
wielbiciele jej talentu i grupy ciekawskich, przeważnie w wieku 

szkolnym,   czyhające   na   ukazanie   się   „gwiazdy”   w   blasku 
słonecznego dnia. Słynny polski aktor  filmowy i teatralny  — 

Bartosz Oliga, osiągający właśnie apogeum swojej działalności 
twórczej   na   deskach   teatralnych   w   wielu   krajach   Europy,   a 

obecnie   angażowany   do   filmów   przez   zachodnich 
producentów,   zajechał   przed   hotel   swoją   białą   „Toyotą”. 

Przybycie   jego   wywołało   mały   szmerek   wśród   gapiów.   Oliga 
pospiesznie   wszedł   do  wnętrza   „Victorii",   gdyż   umówił   się   z 

Christine   o   godzinie   jedenastej   i   nie   chciał   okazać   się 
niepunktualny. Od dość dawna łączyła ich zażyła znajomość, 

gdyż   przez   pewien   czas   występowali   razem   w   teatrze   na 
Champs-Elysees,   a   ostatnio   grali   główne   role   w 

monumentalnym, kostiumowym musicalu. Christine, bawiąca 
po   raz   pierwszy   w   Polsce,   pragnęła   zwiedzić   Warszawę, 

szczególnie   Trakt   Królewski,   Wilanów,   oraz   Żelazową   Wolę, 

background image

zadzwoniła   więc   do   Bartosza,   który   akurat   przebywał   w 
Warszawie w przerwie pomiędzy zagranicznymi wojażami.

Tłumek,   oblegający   hotel,   miał   możność   zobaczyć   młodą, 

francuską   piosenkarkę   w   kostiumie   koloru   bitej   śmietany, 

skromnym,   ale   niezwykle   wytwornym,   znać   pochodzącym   z 
kolekcji C'ardina albo innego znamienitego domu mody, oraz 

wybitnego   aktora   w   najmodniejszym   dżinsowym   ubraniu, 
wsiadających do samochodu i odjeżdżających w stronę Starego 

Miasta. Jasne włosy Christine lekko rozwiewał ciepły, wiosenny 
wiatr.

Po   godzinnej   przejażdżce   para   ta   wstąpiła   na   kawę   i 

lody   do   „Bazyliszka”   na   Rynku   Starego   Miasta,   gdzie 

cisza i półmrok nastrajały do rozmowy.

—  Mam   do   ciebie   prośbę   —   powiedziała   Christine, 

wyciągając z białej, skórzanej torby notesik w czerwonej 
oprawce.   —   Mama   prosiła   mnie,   żebym   odwiedziła   jej 

znajomego  z   czasów  młodości.   Nazywa   się,  zaraz...  Mu -
szę   odczytać...   Ma   takie   dziwne   nazwisko  W o l w i c z , 

Igor Wolwicz — sylabizowała, śmiesznie otwierając usta. 
Nie   znała   polskiego   języka   i   wymawianie   niektórych 

zgłosek   sprawiało   jej   trudność.   —   Mieszka   na   ulicy 
Mokotowskiej .

— Bardzo chętnie, pojedziemy tam — zgodził się Oliga. 

— Jak się miewa twoja mama?

— Dziękuję, teraz dobrze. Po śmierci ojca zupełnie się 

załamała,   ale   trwało   to   bardzo   krótko.   Odkąd   podjęła 

badania  naukowe  i zajęła  się wyłącznie  pracą dającą jej 
dużo satysfakcji wróciła do całkowitej równowagi. Wiesz 

jak rzadko się widujemy, ale przy okazji każdego spotka -
nia mamy sobie niezmiernie dużo do powiedzenia. Kiedy 

dowiedziała się, że jadę do Polski, którą uważa za swoją 
drugą  ojczyznę,  poprosiła  mnie  o  odszukanie   tego  męż -

czyzny. Chyba ma to dla niej duże znaczenie.

Artyści   wsiedli   na   Podwalu   do   samochodu.   Dom   pod 

wskazanym   przez   Christine   numerem   świecił   z   daleka   bielą 
nowej elewacji.

—  Pójdę   się   dowiedzieć   o   tego   pana.   Poczekasz   na 

background image

mnie? — zapytał Oliga, wysiadając z wozu, i sprężystym 
krokiem, wyuczonym w warszawskiej PWST, podążył ku 

bramie. Szybko przejrzał listę lokatorów i stwierdził, że 
nazwisko   Wolwicz   na  niej   nie   figuruje,   jego   mieszkanie 

zaś   zajmują   niejacy   państwo   Jabłonkowscy.   Aktor,   jako 
człowiek   bardzo   uczynny   i   skrupulatny,   postanowił   na 

tym   nie   poprzestać,   lecz   uzyskać   więcej   informacji.   W 
tym   celu   udał   się   do   gospodarza   domu,   który   szczęśli-

wym zbiegiem okoliczności podlewał właśnie kwiatki na 
oknie w swoim apartamencie.

—  Wolwicz,   Wolwicz   —   podrapał   się   za  uchem.  —   Nie 

słyszałem, ale, panie, pracuję tu dopiero trzy lata, co

ja   mogę   wiedzieć   o   dawnych   lokatorach.   Stale   się   tu   ktoś 

wprowadza i wyprowadza.

— Może jednak tu mieszka ktoś, kto mógłby coś  o nim 

powiedzieć — podsunął Oliga.

— Z takich starych ludzi, co tu przyszli po woj nie — to 

chyba nikt. Ale zaraz, zaraz... — tym razem puknął się w 

czoło   —   może   taka   jedna   pani,   wdowa.   Ojciec   jej 
niedawno umarł, oni najdłużej mieszkają w tym domu — 

chwilę medytował i energicznie dorzucił: niech pan idzie 
pod siedemnasty, to w podwórku na trzecim piętrze.

— Dziękuję panu — Oliga miał zamiar już wyjść, gdy z 

drugiego   pokoju   wybiegła   zapłoniona   kilkunastolatka, 

trzymająca kartkę w ręku.

— Poproszę o autograf — wyrecytowała. — Pan jest ten 

słynny Oliga, prawda?

*

Pani Irena Ziembina właśnie wychodziła na spacer ze swoją 

czteroletnią   wnuczką,   kiedy   podszedł   do   niej   przystojny 
mężczyzna w sile wieku o dziwnie znajomej twarzy.

—  Jestem   Bartosz   Oliga   —   przedstawił   się.   —   Czy 

mógłbym panią o coś zapytać.

Nazwisko  to  od   razu   podziałało   jak   czarodziejska   różdżka, 

wprawiając starszą panią w stan nieopisanego zdumienia, gdyż 

zapewne prędzej spodziewałaby się trzęsienia ziemi niż wizyty 

background image

najsłynniejszego amanta polskiej sceny i filmu.

—  Słucham   pana   —   powiedziała   drżącym   z   emocji 

głosem,   gdyż   magia   srebrnego   ekranu   działa   z 
jednakową   siłą   na   wszystkie   generacje.   —   Czym   mogę 

służyć? Bardzo proszę do mieszkania — otworzyła drzwi, 
uprzejmym gestem wskazując wejście do pokoju.

—  Nie   chciałbym   przeszkadzać   —   odparł   nieco   cere-

monialnie, ale skwapliwie skorzystał z zaproszenia.

— Proszę siadać.
Oliga założył nogę na nogę, ukazując piękny błękit skarpetek 

rodem z Londynu.

—  Słyszałem   od   gospodarza   domu,   że   mieszka   pani   w 

tej kamienicy najdłużej ze wszystkich lokatorów — za gaił 
i   chciał   mówić   dalej,   ale   wnuczka   pani   Ireny,   odzna-

czająca   się   niezwykłą   bezpośredniością   w   kontaktach   z 
ludźmi, przysparzającą nieraz wielu kłopotów, przerwała 

mu niespodziewanie.

— Babciu, dlaczego ten pan ma takie cienkie nogi?

Pewna   chudość dolnych   kończyn   istotnie   stanowiła   jedyny 

mankament   urody   słynnego   aktora,   zresztą   najstaranniej 

maskowany,   toteż   wyraz   zaskoczenia   pojawił   się   na   jego 
twarzy, ale zaraz rozpłynął się w uprzejmym uśmiechu.

—  Cicho   bądź,   Kasiu!   Wyjdź   z   pokoju!   —   zgromiła 

niesforne dziecko pani Irena i przyłożyła klapsa. — Tak, 

sprowadziłam się tu, na Mokotowską z rodzicami, zaraz 
po   zakończeniu   działań   wojennych,   jako   mała 

dziewczynka — zaakcentowała te ostatnie słowa.

—  Rozumiem   —   przytaknął   kurtuazyjnie   Oliga.   —   Czy 

znała   pani   może   jednego   z   mieszkańców   tego   domu   — 
Igora   Wolwicza?   Szuka   go   panna   Christine   Fau-   stin, 

piosenkarka   francuska,   a   właściwie   jej   matka   miesz -
kająca w Paryżu.

—  Ach,   tak   —   pani   Ziembina   dostała   dreszczy   z   po-

dniecenia.   Dźwięk   nazwiska   gwiazdy   francuskiej 

piosenki wprawił ją niemal w euforię.

—  Wolwicz.   Wolwicz   —   powtórzyła   i   w   mgnieniu   oka 

twarz  jej pokrył głęboki  smutek. — Pamiętam. Niestety. 

background image

to straszna historia. Ten człowiek nie żyje. Zastrze lił się 
w   swoim   mieszkaniu,   tu   w   tym   domu.   Podobno 

przedtem kogoś zamordował i odebrał sobie życie, kiedy 
milicja miała go aresztować.

—  Czy   pani   jest   pewna,   że   ten   samobójca   nazywał   się 

właśnie   Wolwicz?   Może   się   pani   myli?   Pamięć   ludzka 

bywa zawodna.

— Nie, nie mylę się — odparła stanowczo. — Mój ojciec 

mówił, że nad jego mieszkaniem ciąży  przekleń stwo, bo 
kiedyś, przed wojną, też zastrzelono w nim człowieka.

—  Dziękuję   pani   bardzo   i   przepraszam   —   Oliga   po-

dniósł się z miejsca.

—  Babciu   —   zawołała   Kasia,   wystawiając   buzię   spoza 

drzwi. — Dlaczego ten pan się maluje?

Pani Irena nie zdążyła nawet skarcić wnuczki, gdyż gość jej 

błyskawicznie opuścił mieszkanie.

„Kto by pomyślał” — westchnęła z niemałym zdumieniem — 

„że ten Wolwicz miał takie znajomości."

Christina   siedziała   w   aucie   z   roześmianą   twarzą   i 

włosami   skąpanymi   w   słońcu.   Trochę   się   znudziła   dość 

długim oczekiwaniem, więc skinęła Olidze z daleka ręką.

„Nie powtórzę jej tej makabrycznej historii — pomyślał. — 

Dzisiaj   jest   tak   piękny   dzień,   po   co   psuć   nastrój?   Powiem 
Christine, że ten Wolwicz wyjechał i słuch o nim zaginął".

background image