background image

 
 
 
 

DANIEL MOYANO 

 
 
 
 

PO DRUGIEJ STRONIE 

MORZA 

 

WYBRAŁ I PRZEŁO

ŻYŁ: RAJMUND KALICKI 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW-WROCŁAW 1986 

background image

 
 

POTWÓR 

 
 

To prawda, że się bardzo spóźniłem. Kiedy w końcu udało mi się wyrwać na parę dni i 

odbyć  krótką  podróż  w  głąb  kraju,  żeby  zobaczyć  zjawisko,  o  jakim  w  swoim  czasie  pisały 
wszystkie  gazety,  prawie  nikt  już  nie  mówił  o  potworze.  Chciałem  jechać  w  dniu,  kiedy  się 
pojawił, przed dwoma miesiącami, w jakiejś starej drewutni, ale nie mogłem otrzymać urlopu. 
Rozmawiałem z kierownikiem, lecz on tylko wyśmiał moje podniecenie i powiedział między 
innymi:  „Widzę,  że  jest  pan  w  gorącej  wodzie  kąpany,  a  nadmierny  entuzjazm  nie  pozwala 
właściwie ocenić możliwości podróży. Prawdę mówiąc, nie sądzę, aby ta sprawa miała jakie-
kolwiek znaczenie. Wszyscy  widzieliśmy w życiu rzeczy niezwykłe i zetknie się pan z nimi 
jeszcze nie raz. Już mój ojciec opowiadał kiedyś o podobnym zjawisku i wspominał o innym 
w Europie, którego świadkiem był mój dziadek. Jak pan widzi, nie jest to nic nowego. Każdy, 
a  przynajmniej  każde  pokolenie,  pamięta  coś  podobnego.  A  pan  mówi  i  zachowuje  się  tak, 
jakby to było niepowtarzalne. Wydaje mi się, że trochę pan przesadza. Mógłby pan twierdzić, 
że cechy owego zjawiska wskazują na coś rzeczywiście niebywałego, lecz mogę pana zape-
wnić, że w istocie chodzi zawsze o to samo. Może i jest on taki dziwny, jak się panu wydaje, 
dziwniejszy  od  potworów  widzianych  przez  mego  ojca  i  dziadka,  ale  cała  ta  jego  niezwy-
kłość,  jedyne  zresztą,  co  ma,  jest  tylko  nowym  przejawem  starego  problemu.  Zwykłem  pa-
trzeć na wszystko według z góry powziętych wyobrażeń i prawie nigdy się na tym nie zawio-
dłem. Oczywiście, pan widzi tylko potwora i tym samym popełnia błąd. Jeszcze się pan nau-
czy patrzeć na zjawiska pozornie niezwykłe, nie zmieniając własnego trybu życia. Jak pan wi-
dzi, teraz nie mogę panu dać wolnego. Bilans musi być gotowy przed końcem miesiąca. Sam 
pan mi przecież mówił, że wkrótce idzie na urlop. Po cóż więc ten pośpiech? Będzie się pan 
mógł jeszcze napatrzeć na niego do woli. Sam chciałbym toto zobaczyć, ale aż do końca roku 
jest to niemożliwe”. 

Gazety wiele pisały o wydarzeniu przez pierwszy tydzień. Ostatnia wiadomość dotyczy-

ła decyzji władz miejskich, które postanowiły umieścić potwora na placu, tak aby wszyscy go 
obejrzeli.  Potem  nic,  zupełnie  jakby  potwór  zdechł.  Opublikowano  kilka  zdjęć,  niektóre  w 
miarę wyraźne, inne ciemne i zamazane. Żadna fotografia nie zaspokajała jednak w pełni me-
go  pragnienia,  by  się  dowiedzieć  wszystkiego  o  potworze.  Były  to  przeważnie  zdjęcia  całej 
postaci, a nie zbliżenia, które umożliwiłyby mi ocenę wyrazu twarzy lub blasku oczu czy też 
rodzaju sierści, jaka pokrywa jego ciało. Poza tym prawie na każdym ludzkie sylwetki zasła-
niały część ogromnej postaci. 

Kupowałem wszystkie dzienniki, czatowałem pilnie, kiedy się ukażą, i przeglądałem je, 

najpierw w pośpiechu, potem dokładnie. Żadnej wzmianki o potworze. Choć termin podróży 
był jeszcze daleki, kupiłem już trochę rzeczy: zeszyty do notatek, przyrządy miernicze, ksią-
żki i aparat fotograficzny, który wręczono mi pewnego dnia, luksusowo opakowany, z instru-
kcją  obsługi  po  niemiecku,  jaką  sam  przetłumaczyłem  z  pomocą  małego  słownika  i  podrę-
cznej gramatyki. Zrozumienie jej kosztowało mnie wiele trudu, ale myślałem, że każde słowo 
zbliża mnie do potwora, którego tak bardzo chciałem zobaczyć. Pamiętam, że spędzałem wie-
le nocnych  godzin na lekturze wycinków ze starych czasopism z opowieściami o potworach 
prawdziwych  i  zmyślonych,  i  w  opisie  ich  znajdowałem  niekiedy  potwierdzenie  słów  kiero-
wnika.  Ilekroć  spotykałem  kogoś,  kto  okazywał  większe  zainteresowanie  tą  historią,  nie  do-
puszczałem go do głosu i zalewałem potokiem własnych interpretacji, nieprawdopodobnych i 
zawiłych. Dawałem się nieść podnieceniu, którego nikt nie był w stanie tolerować, i dlatego 
mój znudzony rozmówca odchodził zwykle zakłopotany i zniechęcony. Pytałem siebie wów-
czas, czy możliwa jest podobna obojętność wobec czegoś równie niezwykłego. Przez miesiąc 

background image

wszyscy mówili o nim, a potem nic, całkowite milczenie. 

Wreszcie  obwieszczono,  że  w  jednym  z  kin  będzie  wyświetlana  krótkometrażówka  o 

„straszliwym potworze”. 

Pamiętam,  że  chodziłem  tam  dwukrotnie  i  pytałem,  kiedy  to  będzie,  i  dwukrotnie  po-

wiedziano, że „wkrótce”. 

Pewnego dnia kierownik naszego działu przyłapał mnie na rysowaniu i skarcił surowo. 

Wziął  kartkę  papieru,  uważnie  się  jej  przyjrzał:  był  to  rysunek  potwora,  jaki  podsunęła  mi 
moja wyobraźnia. Ponieważ wszystko wskazywało na to, że zaraz ją podrze, odważyłem się 
prosić,  by  tego  nie  robił.  Spoglądał  na  kartkę  z  zastygłym  wyrazem  twarzy.  Potem  poruszył 
językiem nie otwierając ust. 

Następnego dnia zaskoczyła mnie myśl, że być może wielkie bestie, morskie i lądowe, 

są straszliwe tylko z wyglądu, i kto wie, czy aż tak bardzo. I byłem przekonany, że nie ma w 
ich  duszach  złości,  są  natomiast  przepełnione  wielką  miłością,  którą  mogą  wyrazić  jedynie 
rykiem.  I  widziałem  we  własnych  rojeniach,  jak  zstępuję  do  morskich  otchłani,  zbliżam  się, 
drżąc  cały  z  zuchwałości  i  strachu,  do  potwora  czuwającego  wiecznie  w  swej  mieszkalnej 
czeluści. I myślałem, że mnie zrozumie, choć nie wyzbyłem się obawy, że być może nie będę 
miał czasu wykazać swojej dobrej woli, bo mnie pożre. I chociaż wiedziałem, że jest to naj-
bardziej prawdopodobne, zwalczałem w sobie lęk i z wolna podchodziłem ku niemu. 

Później gazety opublikowały jeszcze jedną stosunkowo wyraźną fotografię, w wydaniu 

niedzielnym,  na  ostatniej  stronie,  poświęconej  zwykle  ilustrowanym  recenzjom  filmowym, 
wystawom i modzie. Można było dokładnie ocenić olbrzymie rozmiary potwora i jego prawie 
ludzką  twarz.  To  już  było  coś.  Pod  zdjęciem  widniało  krótkie  wyjaśnienie,  że  to  ogromne 
cielsko  zaczęło  twardnieć,  kostnieć,  a  poniżej  wszystko,  co  już  było  wiadomo  o  położeniu  i 
kształcie języka umożliwiającego mu wydawanie dźwięków bez mała ludzkich. Można było 
również zobaczyć wyraźnie, że urosła mu długa broda. Na innej stronie gazety, poświęconej 
wiadomościom  z  kraju,  podano,  że  władze  miasteczka  zdecydowały  się  postawić  dozorcę 
obok  owego  dziwnego  znaleziska,  aby  nikt  nie  mógł  przeprowadzać  na  nim  złośliwych 
doświadczeń. Posunięcie to wydało mi się godne pochwały. Wiadomo było, że jakiś osobnik 
przez  dłuższy  czas  naigrawał  się  z  potwora,  który  tylko  przyglądał  się  natrętowi  dziwnymi 
oczyma i ani razu nie chrząknął swym prawie ludzkim głosem, jak czynił to zawsze, gdy ktoś 
stał  przy  nim  dłużej.  Człowiek  ten  zbliżył  się  do  potwora,  po  czym  patrząc  mu  prosto  w 
twarz, wyrwał parę włosów z brody i wbił igłę w nozdrza. Wtedy potwór plunął na mężczy-
znę, a ten zaczął wrzeszczeć, złorzeczyć i obrzucać go kamieniami. Kiedy zjawiła się policja, 
aby zapobiec dalszym wybrykom, potwór bezgłośnie obrócił swe potężne cielsko (jego ruchy 
były coraz wolniejsze i ociężalsze) i cicho zapłakał. Płacz był zapewne częścią jego niearty-
kułowanej  mowy.  Zaprotestowałem  —  następnego  dnia  —  w  gronie  kolegów  z  banku  i  po-
wiedziałem, że wystawienie potwora na środku placu na drwiny ignorantów to postępowanie 
nieludzkie.  Stał  tam  jak  dziwny  posąg  (mierzył  blisko  trzy  metry  wysokości)  za  niewielkim 
ogrodzeniem,  które  nie  mogło  stanowić  żadnego  zabezpieczenia.  Protestowałem,  jak  już  to 
powiedziałem, i broniłem potwora, a moi koledzy jeszcze raz podrwiwali ze mnie. 

Po tej informacji nie ukazało się nic więcej; ani w następnym tygodniu, ani później — 

gazety milczały. Wyciąłem fotografię i dołączyłem ją do innych, przechowywanych w specja-
lnej  teczce.  W  pewien  piątek  zaproszono  mnie  na  polowanie  niedaleko  jakiejś  mieściny,  w 
której  zamierzaliśmy  potem  nocować.  Zgodziłem  się  niechętnie.  Wolałem  zostać  w  domu  i 
uporządkować własne rzeczy oraz wycinki prasowe leżące bezładnie w teczce. Soboty mieli-
śmy wolne, więc wyruszyliśmy starą ciężarówką jeszcze tego samego dnia. Musiałem jechać 
z  tyłu,  na  platformie,  bo  z  przodu  nie  było  już  miejsca.  Choć  podróżując  samotnie  mogłem 
spokojnie  oddać  się  rozmyślaniom,  pamiętam,  że  byłem  bardzo  rozdrażniony.  Powinienem 
był przecież jechać teraz na północ, do upragnionego celu, a tymczasem tłukłem się autem do 
jakiegoś  dalekiego  miasteczka,  nieobecnego  w  moich  planach.  Samochód  podążał  naprzód  i 

background image

coraz bardziej oddalał mnie od celu. Jeśli nawet myślałem o powrocie i udawało mi się rato-
wać ów czas nie do odratowania, nie czułem ulgi, bo i tak mieliśmy wrócić do miasta wciąż 
odległego od tego, co chciałem zobaczyć i zbadać. I tak chwilowe oddalenie spotęgowało we 
mnie świadomość dystansu, jaki zawsze będzie mnie dzielił  o d  n i e g o. 

Zatrzymaliśmy  się  w  domu  zamieszkanym  przez  starsze  małżeństwo  z  synem.  Po 

rozmowie, która dotyczyła spraw ogólnych, nabrałem przekonania, że nic nie wiedzą o znale-
zisku. Byliśmy bardzo zmęczeni, więc położyliśmy się, gdy tylko zaczęło zmierzchać. O dzie-
siątej  miałem  już  dość  leżenia.  Myślałem  o  swoich  fotografiach  i  wycinkach  z  gazet.  Staru-
szkowie  krzątali  się  w  sąsiedniej  izbie  i  mruczeli  coś  do  siebie.  Zapragnąłem  nagle  opowie-
dzieć im o potworze. Zacząłem obojętnie, żeby nie zaniepokoić ich tą niewiarygodną historią. 
Z wolna jednak podnosiłem głos i mówiłem tonem trudnym do zniesienia. A oni przyglądali 
mi się szeroko otwartymi oczyma i milczeli. Chłopak usiadł na łóżku, jakby wystraszony, po-
wiedziałbym, że słucha oczyma. Kiedy skończyłem, spostrzegłem, że ze wzruszenia po poli-
czkach  płyną  mi  łzy.  Podniosłem  się  z  ławy,  na  której  siedziałem,  i  zobaczyłem,  że  jeden  z 
kolegów wpatruje się we mnie surowo. Znowu położyliśmy się, ale długo nie mogłem zasnąć. 
Nie powiedział ani słowa, choć jego milczenie było ż pewnością formą wymówki. 

Starzy byli niewątpliwie zaskoczeni. Opowiedziałem im nie tylko to, co pisano w gaze-

tach,  dodałem  również  wszystko,  co  mi  przyszło  do  głowy.  Opisałem,  jak  go  znaleziono  za 
stertą zmurszałych desek i strach, jaki wzbudził, gdy usłyszano jego prawie ludzkie dźwięki, 
opisałem twarz, gładką, bez zarostu — jedyną oprócz głosu ludzką cechę, ogromne cielsko, a 
także  sposób,  w  jaki  zaczął  kostnieć.  Wskazałem  na  fakt,  że  potwór  nigdy  nie  je,  z  czego 
wyciągnąłem  logiczny  wniosek,  że  odżywia  się  samym  sobą.  Dodałem,  że  wolno  pochłonie 
siebie i twardniejąc od zewnątrz będzie się stawał coraz bardziej pusty, aż nic z niego nie po-
zostanie albo uschnie jak liść. Zwróciłem uwagę na jego głos, męski i donośny, i wyobraziłem 
sobie, że być może potwór żyje nadzieją, że kiedyś stanie się człowiekiem, a choć wie, że jest 
to  całkowicie  niemożliwe,  to  podtrzymuje  w  sobie  tę  wiarę  na  przekór  wszystkiemu.  Poza 
tym  wierzy  chyba  w  pewien  rodzaj  nieśmiertelności,  w  swoistą  niezniszczalność  własnego 
bytu. Tego zapewne moi milczący słuchacze w pełni nie pojęli i właśnie wtedy zauważyłem, 
że kolega przygląda mi się, jakby chciał mnie skarcić. 

Od urlopu dzielił mnie jeszcze tydzień. Nareszcie będę mógł pojechać i na własne oczy 

obejrzeć to zjawisko. Na próżno kupowałem gazety i tygodniki szukając nowych wiadomości. 
Czasami podawano, że jakiś dygnitarz odwiedził potwora i zwięźle dzielił się spostrzeżenia-
mi. Nic poza tym. Nic  o  n i m. Zapowiadanego filmu nigdy nie wyświetlono. Ludzie mówili 
już o innych sprawach. W banku zabroniono mi wspominać o tej historii: rozpraszałem uwagę 
personelu. W mojej teczce prawie wszystkie zeszyty były czyste, nie miałem co w nie wkle-
jać.  Zadręczałem  się  ludzką  obojętnością.  Wszyscy  uznali  rzecz  za  zakończoną  i  zajęli  się 
zwykłymi sprawami. Nic się nie stało. Wydarzenia umierają już w chwili narodzin. 

Zwierzęta były dla mnie czymś bardzo ważnym. Przyjaźniłem się z pewnym kaznodzie-

ją, który zawsze miał gotową odpowiedź na wszystkie pytania o przyszłe losy świata. Zdziwi-
ło go moje zainteresowanie i powiedział mi, że w świecie, który kiedyś nastanie, dzikie zwie-
rzęta będą żyć w zgodzie z ludźmi, a nawet pokazał mi rysunek w pewnym piśmie, do które-
go  prenumeraty  namawiał  mnie  od  dawna:  rysunek  przedstawiał  półnagich  mężczyzn  obok 
dzikich bestii o potulnych spojrzeniach. Podziękowałem mu za odpowiedź i zaprenumerowa-
łem pismo, a potem kartkowałem je co tydzień z niepokojem i szukałem artykułów o dzikich 
zwierzętach.  Gdy  znajdowałem  coś  interesującego,  wycinałem  i  wklejałem  do  moich  zeszy-
tów. 

Kiedy dowiedziałem się, że sąsiad, znany mi jedynie z widzenia, był tam, poszedłem do 

niego. W czasie podróży poślubnej zatrzymał się na jeden dzień w tamtym miasteczku. Nie-
wiele mógł mi jednak powiedzieć. Gdy poszli zobaczyć ów cud, najedzeni, wykąpani i wypo-
częci, znaleźli tylko dozorcę. Miejsce było mało ciekawe i zaludniało się jedynie w niedzielę. 

background image

Kiedyś  wszyscy  spacerowali  chętnie  (przyjemność  tania  i  niekłopotliwa)  po  placu  z  równie 
niezwykłym pomnikiem, ale już się to ludziom znudziło. Potwór był po prostu wielkim zwie-
rzęciem, prawie zupełnie skamieniałym, nieruchomym i oczy miał zawsze zamknięte. 

Mijały dnie, a gazety wciąż milczały. Nie było żadnych oficjalnych oświadczeń ani też 

wypowiedzi ludzi do tego upoważnionych. Potwór istniał jakby po to jedynie, żeby go oglą-
dano. Czułem się bezradny. Co sądzą uczeni? Co mówi Kościół? Zostawią nas samych z tym 
potwornym zjawiskiem? Czyżby nie wiedzieli, kogo słuchać lub czym się kierować? A może 
każdy  powinien  wyjaśnić  to  na  swój  sposób?  Jedna  z  gazet  zamieściła  wiadomość  tylko  w 
pierwszym  dniu  i  na  dodatek  z  żartobliwym  komentarzem.  Czasami  ciszę  przerywały  info-
rmacje  zapowiadające  przyjazd  jakiegoś  uczonego,  który  miał  zamiar  zbadać  owo  zjawisko; 
kupowałem  gazety,  ale  nie  znajdowałem  wyników  badań.  W  tym  czasie  wyobrażałem  sobie 
potwora  nocą,  na  miejskim  placu,  coraz  bardziej  skamieniałego,  z  coraz  dłuższą  brodą.  Nie 
poczyniono  żadnych  kroków,  żeby  uchronić  go  przed  kaprysami  pogody.  Podczas  deszczu 
dokuczała  mu  woda  i  chłód,  a  chociaż  kamieniejące  ciało  udzielało,  być  może,  pewnego 
schronienia,  strużki  wody  spływające  po  twarzy  nie  pozwalały  mu  spać.  Dozorca  natomiast 
miał, o parę kroków od niego, wygodną drewnianą budkę ze światłem elektrycznym. 

Na  dzień  przed  moim  wyjazdem  dalej  panował  spokój.  Nieszczęsna  bestia  mogła  zde-

chnąć — co też najprawdopodobniej stanie się niebawem — przy obojętnym milczeniu całe-
go świata. Na nic więc moje nadzieje, ja również zjawię się tam zupełnie bezradny, jak wszy-
scy. Wkrótce miałem wyjechać. Milczenie wokół tej niezwykłej sprawy było całkowite, kiedy 
historia miała się właściwie dla mnie dopiero rozpocząć. 

Ale i ja sam zaczynałem milknąć. 
Jakiś kolega z pracy, zdumiony moją nierozmownością, zapytał o coś, wiedząc z góry, 

że nie mogę udzielić odpowiedzi, której nikt nie zna. Zapytał mnie nie dlatego, że się intere-
sował  potworem,  ale  raczej  mną,  chciał  zakpić  ze  mnie  i  pośrednio  z  potwora.  Inny  kolega, 
którego rzadko widywałem, gdyż nie pracował w naszym dziale, pozwalał sobie raz po raz na 
złośliwe insynuacje. Jego aluzje łączyły mnie i potwora ze wszystkim, co sobie ubzdurał. 

Ja również utraciłem swój dawny zapał. Pomyślałem, że nic już nas nie może zadziwić, 

i  pomawiałem  siebie  samego  o  egzaltację.  Czułem  wielką  pustkę  i  nie  miałem  już  chęci 
wyjeżdżać, lecz wszystko było przygotowane i dostałem urlop. Nadszedł wreszcie ten dzień. 
Zaopatrzyłem się we wszystkie potrzebne  rzeczy. Kiedy wychyliłem się przez okno ruszają-
cego  wagonu,  ktoś  zamachał  białą  chusteczką.  Ale  nie  do  mnie.  Podniosłem  jednak  rękę  i 
pozdrowiłem niewidzialny tłum, jakbym chciał coś wyrazić. 
 
 
 
 

TWARZ 

 
 

Nie  mówił  tego  nikomu,  ale  cały  czas  bał  się,  że  pewnego  dnia  natknie  się  nagle  na 

twarz, której nigdy nie widział i nie wyobrażał sobie, a która byłaby samą grozą, czymś, co by 
go mogło zniszczyć. 

Gdy  matka  spytała  go  kiedyś,  czego  się  tak  boi,  nie  powiedział,  że  twarzy.  Wyjaśniła 

mu,  że  trzeba  przed  zaśnięciem  pomodlić  się,  a  strach  sam  odejdzie.  Nie  powiedział,  że  to 
właśnie pacierz od dawna budzi w nim lęk i odmawiając go, stara się opuszczać słowa „teraz i 
w godzinę śmierci naszej”. Przeskakiwał je w myślach, a za to dodawał zwykle „i uwolnij nas 
od twarzy, amen”. 

Unikał  także  rozglądania  się,  z  obawy,  że  gdzieś  tam  czai  się  na  niego  twarz.  Kiedy 

zaprowadzono go do kina, pomyślał przed wejściem, że wewnątrz, wśród tylu obcych twarzy, 

background image

jest  również  i  tamta,  może  nawet  pojawi  się  na  ekranie.  Bawiąc  się  z  kolegami,  wyobrażał 
sobie, gdy stali do niego plecami, że któryś z nich odwróci się nagle i ukaże twarz, jakiej się 
lękał. 

Wspomnienie tej twarzy ginęło w czasie. Łączył ją kolejno z żebrakiem, który zjawiał 

się zawsze o stałej porze z twarzą jakby osłoniętą rondem kapelusza, z domokrążcą, ze sprze-
dawcą  obrazów,  który  pewnego  dnia  pokazywał  portrety  starych,  poszarzałych  ludzi.  W  ka-
żdym z tych przypadków udawało mu się po rozmaitych zabiegach zajrzeć im prosto w twarz 
i uwolnić od podejrzeń. Teraz nie odważał się na coś takiego i unikał wszystkiego, co mogło-
by kojarzyć się z twarzą. 

Żebrak  przychodził  raz  w  tygodniu,  żeby  się  najeść.  Zasiadał  przy  stole  i  czasami 

rozmawiał  z  ojcem  o  jakichś  dawnych  sprawach,  o  dalekim  dzieciństwie  w  bardzo  dalekim 
mieście. Rodzice skrupulatnie praktykowali dobroczynność, a zapraszając raz w tygodniu na 
obiad  żebraka,  zdobyli  opinię  ludzi  miłosiernych.  Żebrak  rozmawiał  tylko  z  ojcem,  czasami 
spoglądał  także  na  niego,  jakby  się  chciał  uśmiechnąć,  choć  nigdy  tego  nie  uczynił.  Zawsze 
nosił brodę, a zatłuszczony kapelusz kładł na kolanach. Początkowo myślał, że to jego twarz 
była tamtą albo podobną do niej, ale przeczył temu fakt, że patrzył na nią bez lęku: twarz była 
zawsze gdzieś dalej, poza jakimkolwiek wyobrażeniem. 

W domu ciągle rozprawiano o sprawach ostatecznych, zwłaszcza gdy przyjeżdżali kre-

wni  i  mówiło  się  o  chorobach,  operacjach  i  tragicznych  wypadkach.  Rozmowy  te  zamykała 
zwykle sentencja matki: „Trzeba się poddać losowi i ufać, że tylko Bóg może nas uratować”. 
Ojciec,  którego  widywał  jedynie  podczas  krótkich  godzin  nocnych,  ruchem  głowy  przytaki-
wał  matce.  Nie  straszono  go  już,  jak  dawniej,  Cyganami  porywającymi  dzieci,  ale  wszystko 
szczegółowo zapamiętał. Znikły tamte dziwne postacie, a przecież nad rodzinnymi rozmowa-
mi wisiało wciąż coś ostatecznego, przed czym się nikt nie mógł uchronić. 

Sprawy  zagmatwały  się,  gdy  przyjechała  ciocia  Jovina.  Uściskała  ojca  w  korytarzu,  a 

jego  podniosła,  chcąc  pocałować,  i  wtedy  zobaczył  z  bliska  jej  długi  czarny  strój.  Potem 
wzdychała raz po raz: „Mój biedny mąż”, i wycierała łzy. 

Ciotka Jovina nie lubiła go. Często zbliżał się do niej, gdy przesiadywała samotnie, ale 

ona jakby nie zauważała jego obecności i trwała obojętna, kołysząc się lekko na bujaku, który 
poruszała długimi nogami zakrytymi po kostki czarną spódnicą. 

Ciotka stawała się rozmowna, gdy wracali rodzice. „Tyle wycierpiałam”, mówiła zwy-

kle i znowu zamierała w fotelu. Opowiadała przeważnie o chorobie męża, o straszliwej nocy, 
jaką  musiała  spędzić  u  jego  boku,  kiedy  lekarz  stwierdził,  że  powinna  się  przygotować  na 
najgorsze.  „O  czwartej  rano  wyzionął  ducha”,  kończyła  swoją  opowieść.  Potem  wyciągała 
podniszczoną  chusteczkę,  a  jego  matka  powtarzała  znowu,  że  należy  się  pogodzić  z  losem. 
Myślał wtedy, że być może ciotka zetknęła się z twarzą, której się tak lękał. 

Ciotka  Jovina  zajęła  mały  pokoik  (na  wprost  jego  sypialni)  i  pokryła  ściany  obrazami 

szczególnie  uwielbianych  świętych.  Na  stoliczku  nocnym  stała  fotografia  męża,  człowieka 
łagodnego; którego spojrzenia nigdy nie połączyłby z wizerunkiem ciotki. Zabraniano mu tam 
wchodzić, choć sam wcale tego nie pragnął. Wmawiał sobie, żeby się uspokoić, że właśnie to 
zdjęcie przedstawia tamtą twarz, wiedział jednak, że tak nie jest, że twarz gdzieś tutaj wciąż 
czyha  na  niego.  Ciotka  miała  głos  do  przesady  łagodny,  choć  wyglądała  na  bardzo  surową. 
Podczas sjesty widywał ją rozpartą w fotelu i niespiesznie lustrował jej postać: najpierw stopy 
w delikatnych i smukłych pantoflach, potem fałdy jej czarnej sukni, a w końcu twarz z biały-
mi  gałkami  oczu  osadzonych  tak,  jakby  się  sobie  przyglądały.  Myślał  często,  że  ciotka  lada 
chwila umrze, że jej bezbarwne oczy zastygną w bezruchu jak dwa sople. Patrzył na nią zdję-
ty  paraliżującym  strachem.  Czasami,  gdy  wpatrywał  się  zbyt  długo,  ciotka  otwierała  swoje 
drobne,  delikatne  usta  i  mówiła  pieszczotliwym  głosem,  żeby  poszedł  bawić  się  gdzieś  in-
dziej, bo właśnie odpoczywa. Odchodził myśląc, że ciotka zostaje tu, by się potajemnie przy-
patrywać swym wyblakłym wzrokiem twarzy, którą być może tylko ona potrafi dostrzec. 

background image

Innym znów razem zastanawiał się, co też robi ciotka zamknięta tyle  godzin w swoim 

pokoiku. Może się modli, może klęczy godzinami przed obrazami, które zdawały się poruszać 
w blasku świec zapalanych w każdy piątek. Myślał też o tajemniczym świecie, jaki się zaczy-
nał  wieczorem  po  dziewiątej,  gdy  po  zmówieniu  pacierza  leżał  już  w  łóżku.  Rozmowy, 
odwiedziny, gesty, których nie znał i które trudno było mu sobie wyobrazić. I wreszcie tamta 
twarz, wciąż gdzieś daleko. 

Bał się osaczających go wizji, choć od pewnego czasu szukał ich, zdecydowany stawić 

im czoło. Często, modląc się, wymawiał wyraźnie wszystkie straszliwe słowa o pokuszeniu i 
o złym. Twarz musi się przecież gdzieś znajdować, więc ruszy na jej spotkanie. 

Zawsze się będzie jednak wstydzić komedii, jaką odegrał, żeby dokuczyć krewnym i ro-

dzicom. Posłano go do sklepu. Był wieczór. Już prawie wychodząc z ogrodu na ulicę zatrzy-
mał się i głośno krzyknął w przekonaniu, że ujrzał twarz. Kiedy wszyscy podbiegli, zwalił się 
na ziemię. Potem, w fotelu, w którym go ułożono, powiedział, że widział w ciemnościach ja-
kąś twarz. Matka postanowiła, by więcej o zmroku nie wychodził, a ojciec wyjaśnił całą spra-
wę oświadczając, że było to przywidzenie. Ciotka Jovina nie zabierała głosu, zachowała wo-
bec  wydarzenia  wyraźną  obojętność  i  tylko  przyglądała  mu  się  swymi  wyblakłymi  oczyma, 
jakby  chciała  powiedzieć,  że  na  pewno  zrobił  coś  złego  albo  nie  zmówił do  końca  pacierza. 
Natomiast on sam chciał w ten sposób sprowokować ukazanie się tamtej twarzy, zobaczyć ją 
wreszcie, nawet gdyby miała go unicestwić. Odtąd już nie pomijał nigdy w modlitwie straszli-
wych  słów,  których  się  tak  bał:  „ciała  zmartwychwstanie”,  „wstąpił  do  piekieł”,  „teraz  i  w 
godzinę śmierci naszej”. Starał się też dokładnie słuchać budzących lęk rozmów i wyobrażał 
sobie siebie w makabrycznych sytuacjach. I czuł, że twarz jest niedaleko. 

Tej  nocy  usłyszał  hałas  w  ogrodzie,  na  który  wychodziło  okno  jego  pokoju.  Przypo-

mniał sobie, że nie spuścił żaluzji, i zauważył, że księżyc na zewnątrz jest w pełni. Usłyszał 
jakiś  odgłos  i  pomyślał:  „Pies”.  Obrócił  głowę  i  ujrzał  twarz.  Przyklejoną  do  szyby.  Białą, 
jakby  płomienistą.  Oczy  zdawały  się  rzucać  błyski,  a  usta,  delikatne  i  wąskie,  przywarły  do 
szyby.  Niżej  zobaczył  ręce,  długie,  wąskie  i  delikatne  jak  usta  dłonie  obejmowały  pokrytą 
zmarszczkami twarz. Widział to wszystko przez mgnienie. Rodzice przybiegli nieomal z jego 
krzykiem. Gdy po chwili wrócił do siebie, zobaczył jak ciotka Jovina, w białej koszuli, wyja-
śnia  swoim  delikatnym  głosem:  „Po  cóż  miałabym  go  straszyć;  podeszłam  do  okna,  żeby 
zobaczyć, czy nie robi jakichś psikusów, te przywidzenia są od złych myśli”. 

Dotknął czoła i namacał zmoczoną w occie szmatkę. Oczy ciotki Joviny, całej w bieli, 

płonęły także bielą na wysokości jego twarzy. 
 
 
 
 

PRZERWA 

 
 

Były  to  czasy,  gdy  czuli  potrzebę  chodzenia,  niechęć  do  przebywania  w  jednym  miej-

scu, jakby ta ciągła gonitwa ratowała ich przed jakimś nieznanym niebezpieczeństwem. Ulice 
miasteczka, szerokie i zakurzone, pozwalały na długie przemarsze wolnym krokiem bez wie-
lokrotnego powtarzania trasy. Godzili się w ostateczności, jako że mieścina była niewielka, na 
trzykrotne przejście tą samą ulicą, bo — jak sądzili — chylące się ku zachodowi słońce nada-
wało odmienny wygląd rzeczom i ludziom. 

Podczas  marszu  robili  mniej  lub  bardziej  zaplanowane  przerwy,  zatrzymywali  się  na 

kilka  chwil,  żeby  popatrzeć  na  sklepową  witrynę,  jakieś  ptasie  gniazdo,  hasła  partii  polity-
cznych  na  murze  lub  warkocze  przechodzącej  ulicą  dziewczyny,  niekiedy  też  zaglądali  do 
środka budynków, aby zobaczyć, jak piekarz wyjmuje z pieca bochny chleba, jak się kłócą 

background image

małżeństwa  albo  płaczą  dzieci.  Oglądali  to  wszystko  w  milczeniu,  nieuważnie,  nie  dla  wagi 
samych faktów, ale dlatego że stanowiły konieczną przerwę, tak jakby oglądane wydarzenia 
działy się po to tylko, aby dać im możliwość wytchnienia przed dalszą wędrówką. 

Byli przyjaciółmi z niedawnych lat dziecięcych i łączyło ich bezwiednie to samo zdzi-

wienie  wobec  tajemnicy  mężczyzn,  kobiet  i  innych  mniej  ważnych  rzeczy,  które  jednakowo 
im  ciążyły.  Długi  czas  żyli  spokojnie,  jakby  na  coś  czekając,  aż  zdali  sobie  sprawę  z  dare-
mności tego bezruchu i zaczęli wędrować, czując, że ich wędrówka jest tylko jedną z postaci 
czekania, na które być może są skazani. Poza tym przynajmniej jeden z nich bał się bezruchu. 
Z  zaczerwienionymi  uszami,  jak  zwykle  gdy  głosił  coś,  co  sam  nazywał  odkryciem,  powie-
dział:  „Dziś  rano,  gdy  się  zbudziłem,  byłem  spokojny.  Obudziłem  się  wcześnie  i  leżałem  w 
bezruchu, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Gdy tylko o tym pomyślałem, zerwałem się 
z łóżka i zacząłem krążyć po patio”. Drugi chłopiec nic nie odpowiedział, choć go rozumiał. 
Milczał dlatego, że cała twarz przyjaciela z wolna okrywała się pąsem. Dwie przecznice dalej, 
gdy zaczerwienienie powoli znikało, dodał: „Umarli są zawsze spokojni”. Kolega nie spojrzał 
na niego i wciąż milczał, bo wiedział, że oblicze tamtego znowu oblało się rumieńcem. 

Mimo rozdźwięków między nimi a resztą miasteczka zachowywali pewne pozory, jak-

by chcieli pokazać, że stanowią jeszcze cząstkę tej społeczności. W zwykłe dni tygodnia ubie-
rali się jak do pracy, a w niedziele bardziej odświętnie. Czasami jednak wychodzili rano jak w 
dzień roboczy i spostrzegali, po wyglądzie innych, że jest jakieś nie przewidziane święto, na 
przykład Matki Boskiej, wtedy wracali pośpiesznie do domu przebrać się, aby wszyscy wie-
rzyli, że także biorą udział w rytuale. 

Nieustanna wędrówka po nielicznych ulicach miasteczka pogrążała ich w swoistym otę-

pieniu, które nie pozwalało im ogarnąć wielu z przeżywanych wydarzeń; ich sens docierał do 
nich dwa lub trzy dni później. Dlatego nie mogli zrozumieć słów właściciela sklepu, którego 
eleganckie witryny oglądali przez chwilę, nim z jeszcze większym zapałem ruszyli w dalszą 
drogę:  „Co  tu  robicie?  Idźcie  się  gapić  gdzie  indziej!”  (głos  mężczyzny  brzmiał  tak,  jakby 
chciał powiedzieć: w ciągu tysięcy lat ludzie odbyli po morzach i pustyniach miliony wędró-
wek, w których pomarły tysiące, dno morza usłane jest pamiątkami po sztormach, na pusty-
niach  zalegają  ludzkie  kości  przemienione  w  proch,  a  wy  wciąż  krążycie  tu  i  tam  i  jeszcze 
chcecie,  abym  był  dla  was  etapem  na  trasie,  drobnym  wytchnieniem.  Po  cóż  wędrujecie, 
skoro  nie  macie  sił?  Ale  słowa  mężczyzny  miały  niezłożony,  konkretny  sens,  którego  także 
nie pojęli). 

Małość  miasteczka  zmuszała  ich  do  powtarzania  ulic,  zgodzili  się  nawet  dwa  razy 

dziennie pokonywać tę samą trasę, utrzymując, że za drugim razem zachodzące słońce nadaje 
rzeczom wygląd nieco odmienny. W końcu jednak powtórka stała się utrapieniem i zaczęli jej 
unikać.  Jeśli  skręcimy  tu,  znowu  przejdziemy  koło  garbarni.  Zmieniali  więc  mniej  lub  bar-
dziej ustaloną trasę i zapuszczali się w uliczki, którymi nigdy by nie chodzili. Kiedy doszli do 
skrzyżowania,  chłopiec  z  zaczerwienionymi  uszami  powiedział:  „Nie  lubię  powtórzeń.  Na 
każde urodziny dostawałem zawsze to samo. Chodźmy inną ulicą”. 

Nowa  sytuacja  wyraźnie  zakłóciła  beztroskę  ich marszu.  Któregoś  popołudnia  przeszli 

koło pustego placu, gdzie rozbijał się cyrk, i już ten pierwszy raz wydał się im powtórzeniem. 
Przeszli obok, jakby to czynili kolejny raz tego samego dnia, jakby się nagle ocknęli w łóżku 
odkrywszy,  że  całą  noc  spędzili  w  bezruchu  i  trwają  w  nim  dalej.  Przyspieszyli  kroku  nie 
zwracając uwagi na szybko umykającą mysz z czymś sporym w pyszczku, byle tylko prędzej 
się stąd wydostać. Kiedy jednak dotarli do najbliższego skrzyżowania, które jawiło im się wy-
bawieniem, spostrzegli, że w którąkolwiek by poszli stronę, będą musieli ponownie przemie-
rzyć ulice, którymi kroczyli już tego ranka. Trzeba było zawrócić. Cofnąć się  co najmniej o 
dwie  przecznice  i  jeszcze  raz  obejrzeć  plac  cyrkowy.  Było  to  duże  potknięcie;  po  namyśle 
uznali, że odtąd nie mogą krążyć tak, jak im się żywnie podoba, ale muszą dokładnie wszy-
stko przewidywać, żeby się nie powtarzać. 

background image

Któregoś  dnia  woźny  z  filii  banku,  przyglądający  się  im  surowo,  ilekroć  przechodzili, 

co przywodziło im na myśl spojrzenie piekarskiego czeladnika, powiedział, że lepiej byłoby, 
aby więcej się tu nie kręcili. Nic nie odrzekli patrząc na niego przez chwilę i wykorzystując 
obecność  woźnego  jako  jeszcze  jeden  powód  do  przerwania  marszu,  a  więc  i  do  nowych 
niespodzianek,  aż  mężczyźnie  zrobiło  się  żal  ich  milczenia.  Powodowany  żalem  mruknął: 
„Czemu  tak  chodzicie  i  chodzicie,  szukając  Bóg  wie  czego?  Idźcie  do  domu  i  zajmijcie  się 
czymś pożytecznym. Nie rozumiem, jak można tak cały czas łazić”. 

Ruszyli  dalej,  bo  nie  usłyszeli  i  nie  mogli  zrozumieć  słów  mężczyzny,  przynajmniej 

dzisiaj.  Skierowali  się  w  stronę  rzeki,  dzielącej  miasteczko  od  pobliskiej  równiny,  a  jeden  z 
nich, ten który się nie rumienił, powiedział, że lepiej byłoby opuścić ulice i zainteresować się 
równiną. 

Drugi chłopak przystał na to, ale zachował odpowiedź na wieczór, aby nadać jej walor 

odkrycia.  Krążyli  później  przez  kilka  dni  po  owej  równinie  i  odkryli  kilka  wartościowych 
rzeczy. Nie było tam ulic, ale teren był nierówny, z charakterystycznymi jarami i pagórkami, 
które udawały domy, oraz drobnymi zwierzętami udającymi ludzi. 

Pewnego dnia w szczerym polu, gdy zajęci byli  poznawaniem kształtu terenu przywo-

dzącego im na myśl półwyspy, zatoki i inne geograficzne formy, chłopiec z rumieńcami rzekł 
nagle, odpowiadając na pytanie postawione wiele dni temu: 

— Wiesz, kiedy byłem mały, wystarczały mi rzeczy takimi, jakimi są: ich wygląd, ich 

zapach; wystarczało mi po prostu to, że spałem i jadłem. Potem, nie tak dawno, zacząłem do-
strzegać inne rzeczy, których nie sposób dotknąć lub powąchać. Rozumiesz? I tamte zagubiły 
mi się, a tych nigdy nie mogłem ani dotknąć, ani powąchać. To tak, jakbym wszystkie rzeczy 
musiał  na  nowo  odnajdywać.  Umykają  mi.  Jak  ci  to  powiedzieć.  Nie  mogę  ich  zobaczyć, 
pomacać, a nie ma nic ponad to, czego nie możemy uchwycić. Urwało się wszystko, co było 
wcześniej, a dalej nic się nie dzieje, rozumiesz? 

I podniósł ręce do swych rozpalonych uszu. 
Potem  znużyła  ich  równina  i  postanowili  znowu  krążyć  po  mieście,  nawet  za  cenę 

powtórzeń. 

Owego chłodnego ranka, zatrzymali się przed piekarnią, żeby zajrzeć do środka, nie po 

to jednak, aby się czegoś nauczyć lub dowiedzieć, ale żeby móc iść dalej, bo to ratowało ich 
przed czymś groźnym i nieuchwytnym. Pomocnik piekarza, ledwie ich ujrzał, ruszył do drzwi 
i powiedział, żeby się wynosili. Zobaczył, jak odwracają twarze i nikną w świetlistym prosto-
kącie drzwi. Skierował się do mistrza, wyciągającego właśnie chleb z pieca, i rzekł: 

— Nie rozumiem, jak ci faceci mogą tak ciągle łazić po ulicach. 
Piekarz  nic  nie  odpowiedział,  jakby  o  czymś  rozmyślał,  może  o  chłopcach,  a  może  o 

piecu i chlebie. 

—  Patrz  pan  —  ciągnął  czeladnik  —  chodzą  w  świątecznych  ubraniach,  jakby  to  była 

niedziela. Poplątały im się dnie. Myślą, że dzisiaj jest święto. Nie wiedzą nawet, w jakim dniu 
żyją. 

Mistrz  zatrzymał  się  na  chwilę  z  drewnianą  łopatą,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  a 

pomocnik znieruchomiał, żeby lepiej słyszeć.  Ale piekarz, człowiek stary, znowu krzątał się 
koło pieca, pochłonięty pracą. 

— Nie rozumiem — dodał pomocnik — jak mogą tak chodzić cały dzień, bez ustanku z 

rękoma w kieszeni, w tych swoich spodniach. I nie męczą się. Za cholerę tego nie rozumiem. 
Nikt w miasteczku tego nie rozumie i wszyscy mają już dosyć. 

Piekarz wydobył jeszcze jeden chleb, wytarł spoconą twarz fartuchem i rzekł znużony: 
— Jeden mój stryj, jak zobaczył martwego ojca w łóżku, nic nie powiedział i wyjechał 

samochodem,  niby  po  pomoc.  Ale  nie  szukał  pomocy.  Całymi  godzinami  krążył  autem  po 
miasteczku, cały dzień i całą noc. Wielu widziało, jak sześćdziesiąt razy przejeżdżał przez to 
samo  skrzyżowanie.  Kiedy  wrócił  do  domu,  ojca  jeszcze  nie  pochowano,  a  on  bał  się  wejść 

background image

do środka i krążył dalej, nie wiadomo jak długo. 

Czeladnik uśmiechnął się, jakby coś zrozumiał.  

 
 
 
 

KOLUMNA 

 
 

Malec wdrapał się na kolumnę ganku i znowu doznał tego samego uczucia. Zauważył, 

że  w  miarę  wspinania  się,  gdy  rękoma  i  nogami  chwytał  słup  niczym  wielką,  otwierającą  i 
zamykającą  się  łapą,  wrażenie  to  rosło.  Odkrył  je  przed  kilkoma  dniami  i  było  doznaniem 
nowym,  silnym  i  nie  znanym.  Nie  odważał  się  wspinać  wyżej  niż  do  połowy  przedzielonej 
metalową obręczą kolumny, bo uczucie w miarę wdrapywania się wzrastało i na górze byłoby 
chyba  nie  do  zniesienia.  Rodziło  się  zawsze  w  tym  samym  punkcie,  gdzieś  między  nogami, 
choć w rzeczywistości rozpływało się po całym ciele niczym stłumiony lęk. 

Teraz piął się po kolumnie trochę po to, aby znowu wywołać tamto uczucie, ale także, 

by ponad żywopłotem rzucić okiem na to, co się dzieje na ulicy, dokąd zabraniano mu wycho-
dzić  w  obawie  przed  samochodami.  Z  połowy  wysokości  mógł  zobaczyć  fragment  jezdni, 
różnokolorowe  samochody,  skrzyżowanie,  przy  którym  stała  wieża  z  piorunochronem.  Z 
podwórka  natomiast  widział  wyraźnie  odgromnik,  ale  nie  mógł  dojrzeć  dolnej  części  wieży. 
Domyślał  się,  że  spod  samego  dachu  ganku  ujrzałby  pomnik  na  pobliskim  placu,  konia  i 
jeźdźca zatrzymanych w skoku ku pobliskim górom. 

Wdrapał się także po to, aby zapomnieć twarz Isidora oraz umykające spojrzenie matki. 
Kiedy po raz pierwszy doświadczył tego uczucia, chciał poprosić matkę, żeby mu wyja-

śniła, co to takiego i skąd się bierze, ale od pewnego czasu, ściśle od pojawienia się Isidora, 
wzrok  matki  umykał  w  bok,  ilekroć  ją  o  coś  pytał.  Zapewne  rymarz,  zajmujący  sąsiedni 
pokój,  mógłby  wyjaśnić  tajemnicę,  ale  człowiek  ten,  rozmawiając  z  nim,  ukrywał  wciąż  za 
jednakowym  uśmiechem  wszystko,  co  niewątpliwie  wiedział.  Isidoro  był  dorosły  i  wiedział 
wszystko, ale jego przenigdy o nic by nie zapytał. 

Oczy  matki,  kiedy  odwracała  wzrok,  stawały  się  podobne  do  oczu  Isidora.  Isidoro  nie 

był wujkiem ani kimś bliskim, pojawił się nie wiadomo skąd i od czasu do czasu wstępował 
do pokoju matki. Pewnego razu gdy stał na ganku, zobaczył, jak tam wchodził. I nim zamknął 
drzwi, spojrzał na niego wzrokiem matki. Oparł się wtedy o kolumnę. Była to pora sjesty i w 
domu  panowała  cisza.  Rymarz,  który  właśnie  przechodził,  obrzucił  go  krótkim  spojrzeniem, 
nie uśmiechnął się, a jego twarz dziwnie przypominała jego  ręce. Wiedział, że rymarz także 
zauważył wchodzącego Isidora. Patrzył przez chwilę na drzwi, które otworzyły się, i wysunę-
ła się z nich do połowy postać matki. Spojrzała na niego, ale tak jakby wzrok jej biegł gdzieś 
dalej, w kierunku żywopłotu, i powiedziała, że może się pobawić na chodniku, byleby tylko 
nie wychodził na jezdnię. Z pokoju dobiegał szum wentylatora. Matka zamknęła drzwi i prze-
kręciła klucz. 

Odkąd  Isidoro  zaczął  przychodzić,  wolno  mu  było  bawić  się  na  chodniku  i  patrzeć  na 

przejeżdżające auta. Nie robił tego jednak nigdy, bo bał się, że zmiażdżą go, jak psa rymarza. 
Tylko  łeb  z  otwartym  pyskiem  przypominał  dawnego  zwierzaka.  Cała  reszta  odmieniła  się 
nagle,  odsłaniając  to,  co  było  w  środku;  krew,  kości,  wnętrzności.  „To  żołądek”  powiedział 
rymarz, gdy zapytał go o coś w rodzaju wzdętego worka. Śmieciarze mieli przyjechać dopiero 
w  poniedziałek  i  żołądek  wydął  się  w  kuble.  Głowa,  którą  można  było  jeszcze  rozpoznać, 
leżała na dnie, przykryta jakimiś kartkami i papierami, a łapy wystawały z pojemnika. Lękał 
się nie tyle o siebie, co o psa. Jeśli wyjdzie na ulicę, brzuch zwierzęcia znajdzie się tam zno-
wu, bezbronny, dopóki go nie zabiorą śmieciarze. 

background image

Gdy  matka  zamknęła  drzwi  i  ucichł  szum  wentylatora,  zaczął  krążyć  po  ganku.  Nie 

chciał iść na ulicę, podwórko opustoszało, w domu panowała cisza. Długo chodził, przeliczył 
kafelki  patia  i  wdrapał  się  na  zlew,  żeby  wyjrzeć  na  drogę.  Zobaczył  stamtąd  wyciągnięty 
palec pomnikowego jeźdźca i pomyślał, że być może z kolumny ujrzy więcej. Właśnie wtedy 
doświadczył tego uczucia. 

Teraz matka znowu zamknęła drzwi i znowu mógł wyjść na chodnik, ale powstrzymy-

wał  go  strach.  Tym  razem  bał  się  nie  psa,  lecz  Isidora.  Całe  szczęście,  że  wizja  mężczyzny 
ginęła,  ilekroć  wdrapywał  się  na  kolumnę,  żeby  zaznać  tego,  co  w  nim  rosło,  gdy  się  tak 
wznosił. Myślał teraz, że tam w środku  Isidoro rozmawia twarzą w twarz z jego matką. Nie 
podobało mu się spojrzenie Isidora, nie dlatego jednak, że umykało w bok, jak u matki, lecz z 
powodu czoła. Miał szerokie czoło, lekko lśniące w miejscach, gdzie zaczynały się włosy. Na 
skroniach i pośrodku przecinały je bruzdy, głębokie niczym wargi. Rzadko słyszał mówiące-
go Isidora, ale wydawało mu się, że jego głos dobywa się z czoła, z tych zmarszczek, zaś usta 
pozostawały zamknięte. Mężczyzna miał oczy osadzone wysoko i trudno było pochwycić ich 
spojrzenie, bo rzucały szybkie, nieznane błyski, było to coś na podobieństwo wrażeń, jakich 
doznawał  pnąc  się  po  kolumnie;  aż  do  żelaznej  obręczy  było  to  doznanie  raczej  przyjemne, 
potem, coraz wyżej, ogromniało i stawało się nieznośne. Oczy Isidora również ogromniały. 

Spojrzał na zamknięte drzwi, za którymi kryło się na pewno czoło Isidora. Wspomnie-

nie doznanego kiedyś uczucia ożyło znowu, więc pełen obaw ścisnął kolumnę dwiema ręka-
mi.  Pomyślał  (aby  odsunąć  od  siebie  pewność,  że  goni  tylko  za  tym  wrażeniem),  że  choć 
matka pozwala. mu bawić się na chodniku, on woli rozglądać się z wysokości kolumny, jak to 
robił już nieraz, by uratować psa przed pojemnikiem na śmieci i żeby jego żołądek dalej był 
pod skórą, ciepły i bezpieczny. Podkurczył nogi i zaczął się wspinać, a ściśnięta stopami kolu-
mna  poczęła  sunąć  w  dół.  To  odczucie  dopadało  go  zawsze  w  tym  stałym  miejscu  niczym 
ciepły podmuch wiatru i bał się go owym lękiem niespiesznie szukanym, ściganym, upragnio-
nym. Wrażenie potęgowało się aż do połowy kolumny. Tam zatrzymał się, aby dalej już nie 
rosło.  W  tej  samej  chwili  pojawił  się  rymarz  w  skórzanym  fartuchu.  Jego  bezczynne  w  tej 
chwili ręce przypominały kolorem skórę fartucha. Uczepiony kolumny, która dawała mu tyle 
tajemnej radości, zawstydził się, że mężczyzna spojrzy na niego i odkryje, co czuje. „Wyglą-
dam na ulicę”, powiedział, a mężczyzna uśmiechnął się i jego uśmiech nie zdradzał, że domy-
śla się doznań chłopca,  w przeciwnym bowiem  razie natychmiast by  go  skarcił, zgodnie ze 
starym zwyczajem dorosłych, którzy z niezrozumiałych powodów zabraniają wszystkiego, co 
jest  przyjemne.  Ześlizgnął  się  błyskawicznie  i  patrząc  na  rymarza  oznajmił,  że  nie  ma  on 
czoła jak  Isidoro. Mężczyzna zaśmiał się, zrobił do niego oko i powiedział, że musi polubić 
Isidora.  Odparł,  że  przenigdy,  na  co  mężczyzna  stwierdził,  że  tak  czy  inaczej  powinien  go 
polubić, bo teraz jest dla niego ojcem. Rozśmieszyła malca ta naiwność rymarza, dla którego 
pierwszy  lepszy  mężczyzna  z  tłumu  mógł  być  jego  ojcem.  Słyszał  kiedyś,  jak  mówiono,  że 
jego ojciec to nicpoń, że na szczęście jest daleko i że najlepiej byłoby, gdy wróci, wyrzucić go 
jak śmieć do kubła. Uśmiech na twarzy dziecka nie zdążył zniknąć,  gdy rymarz powiedział, 
że  wie  doskonale,  iż  Isidoro  nie  jest  jego  ojcem,  niemniej  jednak  to  jakby  ojciec.  Kiedy 
uśmiech zgasł, rymarz znikł za bramą prowadzącą na ulicę. 

Malec  jeszcze  raz  spojrzał  na  drzwi  do  pokoju  matki  i  nie  wiedział,  o  czym  najpierw 

pomyślał: o wrażeniu, które przerwał rymarz, czy też o palcu jeźdźca wyciągniętym ku dale-
kim śniegom. Znowu objął kolumnę i rozpoczął wspinaczkę. Uczucie było słodkie i gwałto-
wne.  Pomyślał,  że  chyba  rozerwie  go  na  strzępy,  gdy  ze  szczytu  kolumny  dojrzy  całego 
wierzchowca z jeźdźcem. Pokonał metalową obręcz dzielącą kolumnę i wspiął się trochę wy-
żej. Doznanie stało się gwałtowniejsze, czuł, że traci siły. Gdy zobaczy jeźdźca, z pewnością 
umrze.  Zebrał  się  w  sobie  raz  jeszcze  i  dotarł  do  szczytu  kolumny,  czując  głową  bliskość 
belek  sufitu.  Ujrzał  niewiarygodny  rysunek  drewnianych  słoi  i  szybko  uciekającego  pająka. 
Uchwycił się mocno kolumny przylgnąwszy do niej całym ciałem, aby odegnać, nie wiadomo 

background image

dokąd, owo straszliwe i nieuchronne wrażenie. I zamiast patrzeć na odsłaniający się częścio-
wo posąg konia z jeźdźcem, zajrzał przez okienko nad drzwiami do pokoju matki. Wentylator 
huczał jak oszalały, ona leżała naga, na plecach, z zamkniętymi oczyma i spoconym czołem, 
co  upodobniło  je  do  lśniącego  czoła  Isidora;  on,  z  otwartymi  oczyma,  wyciągnięty  obok, 
także nagi, zdawał się spoglądać w okienko nad drzwiami. 

Obraz trwał jedną chwilę. Ręce i nogi oderwały się nagle od kolumny. Spadał na posa-

dzkę patia, widząc, jak rosną w oczach terakotowe kwadraty. Jeździec i koń zniknęli. W pa-
mięci ożył psi żołądek i zaczął w jego głowie puchnąć coraz bardziej i bardziej. 
 
 
 
 

UKŁADANKA 

 
 
„He should find things he cannot lose” 

 

E. Hemingway 
 

Jeśli jestem w swoim pokoju i słyszę szum z łazienki, i dzisiaj jest czwartek, i żona ką-

pie się, bo ma zajęcia, oznacza to, że jestem u siebie, czyli mam dom, żonę, a w głębi znajdu-
je  się  pokój  dziecinny.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  właśnie  tak  jest,  bo  się  przebudziłem;  w 
przeciwnym razie nie słyszałbym szumu wody. Jeśli jednak nie jestem u siebie, znaczy to, że 
znajduję się w pensjonacie sprzed wielu lat i nie mam żony ani dzieci, a za oknami rozciąga 
się  inne  miasto  i  czekają  na  mnie  inni  ludzie;  muszę  wstać,  dowiedzieć  się,  czy  jestem  w 
domu, czy dzisiaj jest czwartek i czy do wieczora nie mam żadnych zajęć (ma je za to moja 
żona), myślał mężczyzna czując, że już się prawie zbudził, i słysząc szum wody z łazienki. 

Roztrząsał jeszcze przez chwilę prawdopodobieństwo, że rzeczywistość jest inna, że nie 

jest żonaty i że mieszka wciąż w tamtym odległym pensjonacie, że nie jest to wspomnienie, 
ale  coś,  co  trzeba  przetrzymać,  i  pomyślał,  że  gdyby  tak  było,  czułby  się  zawiedziony,  bo 
wszystko  inne  okazałoby  się  tylko  urojeniem;  z  drugiej  jednak  strony  to  dobrze,  bo  wiele 
strasznych rzeczy, jakich doświadczył, byłoby także ułudą. 

Z  łazienki  dobiegał  wyraźny  szum  prysznica,  ale  on  sam  znajdował  się  jakby  na  dnie 

morza i nie docierała do niego żadna konkretna  myśl, której mógłby się  uchwycić.  Zdawało 
mu  się  nawet,  że  gdzieś  tam,  pośród  prześcieradeł,  zatracił  poczucie  własnego  ciała,  tylko 
głowa kołysała się wśród ławic ryb, ledwie widocznych w mętnej wodzie, której on sam był 
cząstką. Był to szum podziemny, dążący wraz z nim ku powierzchni, ku prawdopodobnej pa-
mięci. Zaczął wreszcie zdawać sobie sprawę, że się budzi, że lada chwila ocknie się na jawie i 
że jest to już jakaś forma pewności, pozwalająca mu niejasno zrozumieć, że ma ciało, które 
należy tylko do niego. Wiele nieartykułowanych myśli przemknęło mu przez głowę i choć nie 
zamieniły  się  w  słowa,  wiedział  już,  że  znaczą:  jestem  Juan.  Była  to  jednak  świadomość 
siebie wyzuta historii, wątły fakt, który ledwie pozwalał odczuć własne ciało, wyciągnięte na 
łóżku i będące jedynie zaczątkiem innych znanych faktów. 

Kiedy  się  obudzę,  pomyślał  jakby  śniąc  jeszcze,  ale  natychmiast  uzmysłowił  sobie,  że 

już się przebudził i że potężna masa czasu, jakby  ucieleśnienie  wspomnień, przeszkadza mu 
teraz zorientować się w sytuacji. Poza tym nie wiedział, czy zwartość tej masy tającej własne 
kształty  była  wspomnieniem  historii,  jakie  się  naprawdę  wydarzyły,  czy  też  rojeniem  jego 
umysłu.  Przytrafiało  się  mu  to  już  nieraz,  zwłaszcza  w  podróży;  budził  się  w  hotelowym 
łóżku  i  starał  odnaleźć w  swym  codziennym  otoczeniu,  w  miejscu,  jakie  mu  właśnie  podsu-
wała pamięć. Teraz jednak wyglądało to inaczej. Był pewny (choć nie wynurzył się jeszcze na 

background image

powierzchnię i widział tu i ówdzie ryby), że nigdzie nie wyjechał, a zatem musi być w miej-
scu zgodnym z czasem, w jakim zdawało mu się, że żyje. 

Pomyślał, że szum wody wyjaśniał wiele spraw: ma żonę, jest u siebie, w domu, który 

doskonale  zna,  a  w  ostatnich  latach  działo  się  wiele  spraw.  Nie  jestem  pamięcią  w  powija-
kach, mówił sobie, nie urodziłem się przed chwilą, jestem tutaj od dawna. Tutaj? Gdzie? Bo 
jeśli te dane nie są ścisłe, równie dobrze mógłbym być w pensjonacie, którego nazwy nie po-
trafię sobie przypomnieć, i właściwie nic się nie wydarzyło, zwłaszcza rzeczy, o których my-
ślałem, że się działy i w tym wypadku byłoby wspaniale. Chociaż nie, bo jeśli upłynął czas, 
jeśli  opuścił  już  pensjonat  i  mieszka  u  siebie,  w  domu  przeczuwanym  w  szumie  prysznica, 
niezbyt miło byłoby wrócić do sytuacji dawno minionych. Muszę wiedzieć dokładnie,  gdzie 
jestem, powiedział bezgłośnie i podkurczył nogi, jakby się chciał upewnić, że naprawdę żyje. 

Jeśli  dziś  jest  czwartek,  to  żona  ma  rano  lekcje  i  kąpie  się  przed  pójściem  do  szkoły, 

stąd  ten  hałas  w  łazience.  Jeśli  jednak  mieszkam  w  pensjonacie,  szum  prysznica  też  jest 
prawdopodobny,  bo  współlokator,  gruby  lub  chudy,  tego  nie  wiem,  w  każdym  razie  jakiś 
mężczyzna,  może  się  także  kąpać  przed  wyjściem  do  pracy.  Ta  myśl  dopełniła  się  i  choć 
chciał  ją  dalej  ciągnąć,  to  skuszony  ciepłem  łóżka,  potwierdzającym  jego  własne  istnienie, 
realność jego ciała, uznał w końcu, że nie warto tak bardzo wszystkiego roztrząsać. 

Świadomość,  że  jest  Juanem,  stała  się  pełniejsza  dzięki  ciepłu  ciała,  które  właśnie 

odkrył. Woda i ryby znikły i znajdował się teraz w półmroku, tuż przed narodzinami światła, 
a więc u progu jakiegoś wydarzenia groźnego i nieodwołalnego. 

Podkurczył nogi, jakby przez dotyk chciał potwierdzić własne istnienie, już prawie do-

wiedzione, i pomyślał, że wkrótce znowu będzie musiał, jak codziennie, stawiać czoło nowej 
sytuacji, czując jednocześnie, że jest czymś w rodzaju larwy, która znojnie zaczyna pełznąć w 
znanym  sobie  kierunku  przez  mrok  straszliwych  pułapek.  Lepiej  nie  wiedzieć  —  pomyślał, 
jak zawsze w podobnych sytuacjach — lepiej podążać znaną dróżką i nie pytać, co się czai w 
ciemnościach po obu stronach, lepiej dążyć jak robak, prosto do swej jamki. Wiedziałeś już, 
że są istoty, których cykl życiowy zamyka się w ciągu kilku godzin, kilku minut, jak u tylu 
migotliwych  owadów,  a  nie  ulega  wątpliwości,  że  to  moja  żona  bierze  prysznic  przed 
pójściem  do  szkoły  albo  grubas  (jak  też  się  on  nazywa?)  kąpie  się  w  łazience  przy  ulicy 
sprzed  dwudziestu  lub  trzydziestu  lat.  Za  parę  chwil  będę  wiedział,  w  jakiej  strefie  czasu 
jestem.  Teraz  bardziej  go  zajmuje  owa  pełna  świadomość  istnienia,  zdobyta  dzięki  ciepłu 
własnego ciała, z którym inaczej nie wiedziałby, co począć. 

Nie chciał już więcej myśleć i wtedy przypomniała mu się ciotka  Francisca. Nigdy jej 

nie  widział,  teraz  zdał  sobie  z  tego  sprawę,  jej  istnienie  ograniczało  się  do  fotografii,  którą 
kiedyś  oglądał;  czyścili  mieszkanie  z  karaluchów  i  znaleźli  wtedy  pudełko  po  butach  pełne 
martwych rzeczy. Twoja ciocia Francisca, wyjaśniła inna ciotka, którą z trudem sobie przypo-
mina, choć jej istnienie było niewątpliwie bardziej oczywiste. Twoja ciocia Francisca, bieda-
czka, ta, co podarowała ci  u k ł a d a n k ę.  

Przypomniał  sobie  tę  układankę,  gdy  z  łazienki  znowu  dobiegł  przytłumiony  szum 

wody. Pomysł odtworzenia układanki, której nie zapomniał, wydał mu się lepszy niż docieka-
nie,  w  jakim  przedziale  czasu  się  znalazł,  czy  jest  przed,  czy  też  za  wspomnieniami.  Bo  w 
końcu, jeśli jestem w pensjonacie i to gruby się kąpie, a nie moja żona, wówczas wiele rzeczy 
mi się nie wydarzyło, a  zwłaszcza tamte, i mam  nieskończenie wiele czasu, aby do nich nie 
dopuścić. 

Nie  potrafił  sobie  wyobrazić  ciotki  żywej,  miał  tylko  przed  oczyma  cząstkę  jej  życia 

zastygłą na zdjęciu, choć właściwie wszystkie fotografie są jedną z form śmierci; zapamiętał 
natomiast układankę, którą mu kiedyś podarowała. Kiedy otworzył pudło z malowanymi dre-
wnianymi elementami, ujrzał barwne i starannie dobrane geometryczne figury w doskonałym 
porządku.  Instrukcja  na  pudełku  głosiła,  że  należy  zwrócić  uwagę  na  kształt  i  położenie 
klocków  przed  wyjęciem  ich  i  ponownym  złożeniem.  Obejrzał  je  dokładnie  i  zobaczył,  że 

background image

wszystko  jest  w  porządku.  W  każdym  rogu  był  klocek  niebieski,  za  nim  żółty,  a  w  środku 
zielony  romb.  Wysypał  klocki  na  stół  i  już  nigdy  nie  zdołał  ponownie  ich  złożyć.  Ilekroć 
udawało  mu  się  zmontować  romb  (podzielony  na  wiele  niedorzecznych  części),  brakowało 
niebieskiej  figury  w  którymś  z  rogów.  Gdy  zaś  zdołał  ułożyć  niebieskie  klocki  w  czterech 
rogach,  brakowało  jednego  zielonego  w  rombie.  Po  wielu  próbach  przypisał  niepowodzenie 
podstępowi producenta, żeby jednak móc to głosić, należało złożyć układankę z powrotem w 
pudełku, a tego właśnie nie potrafił, więc wymówka traciła sens i znowu pozostawał sam na 
sam z rozrzuconymi w nieładzie klockami. 

Całe szczęście, że pewne gatunki żyją tylko kilka godzin, przebiegło mu przez myśl; jak 

gdyby ta uwaga nie miała żadnego znaczenia, jakby chodziło o zwykłe powtórzenie nagrane-
go na płycie głosu, o wydarzenie czysto mechaniczne, nie mające związku z namacalną rze-
czywistością, rzecz przypadkową, bez odniesienia do konkretnej sytuacji. Doszukał się jednak 
czegoś  innego  w  pozornie  mechanicznej  przestrodze  swego  umysłu,  chronionego,  na  szczę-
ście,  ciałem  wyciągniętym  jeszcze  w  łóżku,  a  zwłaszcza  gdzieś  dalej,  w  nogach,  ciepłem 
owego ciała, którego świadomość już ostatecznie odzyskał.  

Nie nastąpiła zmiana, powiedział do siebie. Na pewno zawsze byłem w tym miejscu, w 

pensjonacie  lub  w  domu,  i  nie  uległem  przemianie,  a  to  stanowi  już  jakąś  pociechę.  W  ka-
żdym razie nie ma większego znaczenia, czy jestem w pensjonacie czy w domu, najważniej-
sze to wiedzieć, po przebudzeniu, co zrobić z własnym ciałem w ciągu całego długiego dnia i 
jak wypełnić go tym niknącym ciepłem. Trzeba stawić czoło nie tylko temu, co nas spotyka, 
ale  wszystkiemu,  co  już  się  nam  przytrafiło.  Człowiek  jest  zupełnie  sam,  posiada  jedynie 
świadomość samego siebie, owo ciepło i być może wspomnienie pożółkłej fotografii ciotki, 
której nigdy nie widział za życia. Ciotka Francisca była po prostu produktem hydrochinonu i 
tiosiarczynu sodowego w temperaturze 18°C, iluś tam sekundowego wywoływania, pozornie 
żywa  na  martwym  światłoczułym  papierze,  zrodzona  w  ciemnościach  kamery  przeszytej 
promieniem słonecznym przez ledwie dwieście pięćdziesiątą część sekundy. 

Cóż  innego  jak  właśnie  owa  niepojęta  układanka  mogło  ożywić  podobny  obraz 

pochwycony  martwym  okiem  kamery  fotograficznej!  Twoja  biedna  ciotka,  mówiły  mu  usta 
innej,  bardziej  rzeczywistej  ciotki,  jakby  można  było  użalać  się  nad  spreparowanym  chemi-
cznie papierem, który zarejestrował obraz. Nie to jednak jest istotne. 

Problem tkwi w tym, że coś trzeba robić z własnym ciałem w obliczu czyhającego dnia, 

teraz  i  później,  i  zawsze.  Kiedy  się  dowiem,  gdzie  jestem,  będę  wiedział,  co  począć  z  tym 
wszystkim. 

Szum wody ustał. Za chwilę usłyszy kroki żony opuszczającej łazienkę, żeby się ubrać 

w  sąsiednim  pokoju,  albo  kolegi  wychodzącego  do  fabryki.  Jeśli  to  żona,  będzie  starała  się 
przejść na palcach, by go nie zbudzić; dzisiaj rano spałeś tak mocno, że nie miałam serca cię 
obudzić, ale nastawiłam budzik na ósmą. Jeśli to kolega, grubas, używający najdroższych per-
fum, to na prawo jest patio z zieloną winoroślą, wychodzące na ulicę, po której jeżdżą autobu-
sy pełne spieszących do fabryk robotników. W tym mieście, na jego przedmieściach, zbudo-
wano wiele fabryk z wielkimi kominami przypominającymi trochę kościelne wieże. A wszy-
stko to wskazuje, że po prawej stronie musi być nocny stolik. 

Niespodziewane  wspomnienie  stolika  rozwiązywało  wszelakie  problemy;  wiedział 

dokładnie, gdzie jest, będzie mógł wstać, gdy się tylko rozwidni, i dowiedzieć się wreszcie, co 
robić z ciałem porzuconym na łóżku, ledwie przytwierdzonym do głowy, ciepłym jak kot, do 
którego przytulał się w dzieciństwie, kiedy to nigdy nie widziana ciotka przyniosła układankę, 
twoja biedna ciocia, taka spokojna na zdjęciu. 

Już miał wyciągnąć rękę, żeby go namacać, po prawej stronie, ale powstrzymał się zdję-

ty strachem. Bo jeśli stolik znajdował się na swym miejscu, to czas się zatrzymał, nie wyda-
rzyły się te wszystkie niezliczone historie, narodziny i śmierci; choć niewątpliwie jeszcze się 
wydarzą,  bo  wydarzyć  się  muszą,  więc  lepiej  nie  wiedzieć,  czy  stolik  jest  czy  go  nie  ma,  i 

background image

bezmyślnie poddać się czasowi. Dobrze że tak zdecydował, bo ta druga strona rzeczywistości, 
z domem, żoną i dziećmi w sąsiednim pokoju, była jednak pewniejsza i bliższa. Ale gdyby to 
żona się kąpała, słyszałby jakieś odgłosy, czyjeś kroki, zapalenie piecyka w kuchni, jeśli jest 
tu  gdzieś  w  głębi  jakaś  kuchnia.  Gruby  także  zwykł  wychodzić  na  palcach,  szedł  do  pracy 
wcześniej,  pozostawiając  w  całym  pokoju  woń  perfum.  Wciągnął  powietrze,  nie  odważając 
się jeszcze otworzyć oczu, choć wiedział, że wszystko tonie w mroku i nie sposób rozpoznać 
przedmiotów. Nie poczuł spodziewanego zapachu i ucieszył się tym szczerze. Gruby to tylko 
wspomnienie, powiedział do siebie. Cały ten pensjonat już dawno przeminął, choć wydaje się 
taki bliski. Albo też minie, bo gdy tylko wstanę, choćbym nawet znajdował się w wynajętym 
pokoju, pójdę zupełnie inną drogą, bo znam już przyszłość. 

PROSZĘ  DOKŁADNIE  OBEJRZEĆ  KSZTAŁT  I  UŁOŻENIE  TYCH  KLOCKÓW 

PRZED WYJĘCIEM ICH Z PUDŁA I PONOWNYM ZŁOŻENIEM. 

Fotografia ciotki leżała na dnie pudełka po butach, z innymi szczątkami rzeczy utraco-

nych.  Powiedziano  mu,  że  przyniosła  tę  układankę  pewnego  zimowego  ranka,  po  wyjściu  z 
pociągu,  którego  gwizd  słyszał  ze  swego  łóżka  każdego  poranku.  Widziałeś,  jaki  prezent 
przyniosła  ci  ciocia?  Ciotka  była  wtedy  w  kuchni,  w  obłoczku  swej  kwiecistej  sukni,  wido-
cznej  na  fotografii  zaledwie  do  ramion.  Wiedział,  że  ciotka  weszła  do  pokoju  i  dotknęła 
zimnymi dłońmi jego twarzy, zapamiętał tamten chłód, przywodzący na myśl szybę, lecz nie 
jej żywą twarz, jedynie tę z fotografii. 

Po  kilku  dniach  porzucił  układankę,  której  nie  umiał  złożyć.  Nawet  ojciec  próbował 

kilkakrotnie, ale bez skutku. Wyjaśnił mu potem, że jest to na pewno zabawka, której nie da 
się złożyć, coś w rodzaju żartu producenta, gra dla zabicia czasu. Jak wszystkie wyjaśnienia 
ojca, to także nie było zbyt jasne. Docierało do niego łagodne i przekonujące brzmienie głosu, 
ale umykał sens słów, jakby te były pustymi znakami lub częściami jeszcze trudniejszej ukła-
danki.  Ojciec  przyznał,  że  jest  bezradny,  tak  usprawiedliwił  się  po  złożeniu  czterech  niebie-
skich rogów, czego on sam nigdy nie dokonał, bo zawsze mu brakowało jednego niebieskiego 
klocka. Widzisz, że nie brakuje? Są tutaj cztery, mówił nieomal z zadowoleniem. Ale okazało 
się  nagle,  że  jest  o  jeden  niebieski  klocek  za  dużo.  Znaczyłoby  to,  że  jest  pięć  niebieskich 
elementów  na  cztery  rogi,  a  to  wielce  komplikowało  sprawę,  bo  kiedy  ojciec  znowu  zaczął 
składać  całość,  zabrakło  mu  jednej  niebieskiej  części;  przeszukali  więc  podłogę  w  całym 
domu,  bez  skutku,  wtedy  przeliczyli  wszystko  i  okazało  się,  że  nic  nie  brakuje.  W  każdym 
razie udało się im złożyć ze wszystkich zielonych klocków środkowy romb. Wydawało się, że 
jest to najłatwiejsza część układanki, ale było inaczej: należało starannie dobierać części, aby 
romb  wyszedł  prawidłowo.  Raz  jeden  nie  mogli  go  złożyć  i  było  to  właśnie  wówczas,  gdy 
okazało się, że jest o jeden niebieski klocek za dużo. Poskładanie klocków w pudle wymagało 
też wiele zachodu, bo gdy się je źle ułożyło, zawsze jakiś zostawał i — leżąc na innych — nie 
pozwalał nałożyć przykrywki. 

W sąsiednim pokoju gruby — chyba nazywał się Fernández —- albo żona przestali się 

poruszać. Usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi i zawołał żonę. Maria, powiedział głosem, 
który wydał mu się donośny, ale jedyną odpowiedzią był odgłos zamykanych drzwi. 

Otworzył oczy i zobaczył, że pokój wciąż tonie w ciemnościach, choć słyszał już gwar 

budzącego się miasta. Natężył słuch, by złowić fabryczne odgłosy, bo w mieście Fernándeza, 
w przeciwieństwie do miasta Marii, było wiele fabryk; dowiedziałby się wówczas, gdzie jest, 
ale taki niewyraźny szum można usłyszeć w każdym mieście. 

Tak czy inaczej, muszę odnaleźć rzeczy, które się jeszcze nie zagubiły, zamajaczyła mu 

myśl,  lecz  odrzucił  ją  lękając  się  pomyłki.  Jeśli  na  lewo,  gdy  tylko  się  przejaśni,  ujrzę  za 
oknem zieloną ścianę, znaczy to, że jestem u siebie w domu, w tym drugim mieście, a dzieci 
śpią w sąsiednim pokoju. Nie, nie, zielona ściana była w pensjonacie, a  więc nie ma tu ża-
dnych śpiących dzieci, a gruby właśnie wyszedł do pracy. 

Gwar narastał, więc zakrył sobie uszy w obawie, że fabryczne odgłosy przypomną mu 

background image

to, czego nigdy nie miał lub co utracił. Muszę szukać rzeczy niezniszczalnych, bo całe życie 
upływa mi na przywoływaniu rzeczy utraconych; żywej twarzy ciotki na martwej fotografii i 
Bóg wie czego jeszcze. 

W  jego  pełnej  przeczuć  świadomości  ożyła  znowu  zielona  ściana,  budząc  jednak  tym 

razem inne skojarzenia. Nie bał się jej wcale, choć nie wiedział dokładnie, czy należy do pen-
sjonatu, czy też jego domu. Nie ulegało wątpliwości, że oba miejsca są jednakowe, zarówno 
dom,  jak  i  pensjonat  mają  własne  zielone  ściany.  Stąd  całe  nieporozumienie.  Samo  miejsce 
jest tu najmniej ważne, liczą się ludzie. W każdej prawie sypialni są nocne stoliki i widzi się 
przez okno jakieś zielone ściany. Roztrząsał to, ale jednocześnie nurtowała go myśl inna: nie, 
to niemożliwe, aby istniały dwa domy z widokiem na zieloną ścianę. Ta widoczna jest tylko z 
mojego  domu,  gdzie  mieszkam  od  tylu  lat;  a  jeśli  się  okaże,  że  należy  do  pensjonatu,  teraz 
gdy  się  rozwidni,  to  co?  To  zwykłe  pomieszanie  miejsc.  Gruby  Fernández  istniał  naprawdę, 
istnieje  też  niewątpliwie  moja  żona  i  dzieci,  po  prostu  poplątały  mi  się  te  dwa  miejsca,  ale 
wkrótce dowiem się, gdzie jestem, zaraz wyciągnę rękę i dotknę nocnego stolika. 

Ale  i  teraz  nie  odważył  się  na  to,  powstrzymała  go  myśl,  że  powinien  odwołać  się  do 

spraw niezniszczalnych, zdawało mu się, że myśl tę już odsunął od siebie, ale przez cały czas 
powracała, zagłuszając z hałaśliwą natrętnością wszystkie inne. 

Tak  czy  inaczej,  powiedział  do  siebie,  człowiek  zdobywa  rzeczy  i  je  traci,  ważne  jest 

teraz, bez względu na stan posiadania, bym wiedział, co zrobię ze sobą, kiedy wstanę, dokąd 
mam pójść, do fabryki w tamtym mieście czy do biura w tym. No i żeby wiedzieć, dlaczego 
muszę to robić. Co najwyżej będę musiał stawić czoło którejś z tych dwóch sytuacji. Ważne 
jest, by się nie zagubić. Uchwycił się myślami swego ciała, jakby w ten sposób się zabezpie-
czał przed ciemnościami, i doszedł do wniosku, że sprawa jest błaha. Błąd wziął się z fałszy-
wie postawionego dylematu. W każdym razie, jeśli nie mam żony ani dzieci, Fernández jest 
niezłym  kumplem.  Pożyczamy  sobie  pieniądze,  gdy  jest  krucho,  czasami  nawet  odzież,  a 
ponieważ ma tu wielu przyjaciół, w niedzielę zawsze można gdzieś pójść. 

Dotknął stóp, które wydawały mu się tak bliskie, i obrócił się. Otworzył oczy i ujrzał, że 

za oknem już dniało. Wśród tylu wątpliwości ściana była pojęciem dostatecznie konkretnym, 
by rozłożyć na niej układankę. Głos ciotki, dobiegający jakby z fotografii, mówił, że nie trze-
ba  układać  najpierw  zielonego  rombu  w  środku,  ale  umieścić  niebieskie  klocki  na  rogach, 
potem  żółte,  a  na  samym  końcu  zielone.  I  wtedy  powiedział  sobie,  że  tamte  barwy  istnieją 
tylko w jego pamięci, i być może, w chwili gdy mu przyniesiono układankę, klocki w rogach 
nie były jednakowego koloru. Objaśnienia ciotki nie miały zatem sensu. Odkrycie, że w czte-
rech rogach były różne kolory, stawało się czymś najważniejszym. To jedyne możliwe wytłu-
maczenie.  W  przeciwnym  razie  nigdy  nie  byłby  pewny,  że  zrozumie  układankę,  a  wówczas 
lepiej  byłoby  niczego  nie  wyjaśniać,  lecz  odwołać  się  do  dzieciństwa,  które  było  czymś  bez 
wątpienia realnym i skąd mógłby wyruszyć, gdyby się zabłąkał. 

Dotykając  raz  jeszcze  stóp,  cały  skulony,  z  kolanami  pod  brodą,  zwinął  się  w  kłębek 

jeszcze  bardziej,  jakby  nie  chciał  uronić  ani  odrobiny,  ciepła.  Zamknął  oczy,  mówiąc  sobie, 
że od tej chwili nie będzie myślał ani o ścianie, ani o nocnym stoliku, ani o odgłosach, które 
by go upewniły w sytuacji. Będzie czekał, w bezruchu, aż ktoś przyjdzie. Aż jego żona albo 
Fernández zapukają do drzwi. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

TIERMUSIK 

 
 

Jego obecność w  gitarze nie zaskoczyła mnie i nie zdziwiła. Może trochę wystraszyła, 

był  to  jednak  lęk  nie  tyle  ludzki  co  zwierzęcy.  Zamiast  rozważyć  przytomnie,  co  się  dzieje, 
przypomniałem  sobie  stworzenie  żyjące  na  południu  kraju,  które  zdjęte  strachem,  oblewają 
człowieka moczem. Wrażenie nowości, jakim było jego pojawienie się w gitarze, znikło pra-
wie  natychmiast  na  wspomnienie  piekącego  działania  zwierzęcej  uryny,  przechowywane  w 
pamięci. 

Kilkakrotnie  w  ciągu  życia  zapytywałem  siebie,  dlaczego  tak  łatwo  pogodziłem  się  z 

wtargnięciem  tego  zwierzęcia  w  moje  prywatne  sprawy.  Wiele  różnych  odpowiedzi  cisnęło 
mi się do głowy, ale żadnej nie wypowiedziałem do końca. Po co wysuwać zbyt daleko idące 
wnioski? Wszystkie możliwe odpowiedzi świadczą z jednej strony, że stworzenie to stało się, 
bez cienia przemocy, cząstką mego życia, owego zbioru spraw stanowiących schronienie dla 
każdego z nas, z drugiej zaś, że uosabiało jednak przemoc zewnętrzną, zniewolenie, częścio-
wą utratę wolności. Rozbieżność tych odpowiedzi sprawiła, że cała sprawa wymknęła mi się z 
rąk. 

W  parę  godzin  po  tym  wydarzeniu  znowu  ćwiczyłem  gamy,  jakby  nigdy  nic.  Szmer 

jego łapek pełzających wewnątrz instrumentu nie był bardziej dokuczliwy niż odgłos palców 
ślizgających się po strunach. Zdawało się nawet, że oba dźwięki zlewają się w jeden. W tej 
zgodliwości przejawiała się moja akceptacja faktów, które nie w pełni rozumiałem. Pamięta-
jąc o własnych przeżyciach, o tym wszystkim, co się dzieje na świecie, obecność stworzenia 
w  pudle  gitary  nie  wydawała  mi  się  czymś  niezwykłym.  Niezwykła  była  wówczas  codzien-
ność. 

Jest to niewielki gad, niepodobny do żadnego ze znanych; być może twór mikroklimatu 

naszego  regionu,  odciętego  od  reszty  bezkresnego  kraju.  Osobniki  tego  gatunku  występują 
rzadko i wyróżniają się zamiłowaniem do muzyki. Ciągną do niej — lub do czegoś w niej — 
jak owady do światła. 

Zazwyczaj zbliżają się do źródła dźwięku z lękiem i z odległości, którą same ustalają, 

jednakowej dla wszystkich osobników, słuchają i roją coś sobie. Bóg raczy wiedzieć, co. Nie 
sądzę  jednak,  na  przekór  tym  faktom,  aby  naprawdę  były  wrażliwe  na  muzykę.  Przypu-
szczam,  że  ograniczone  przez  naturę,  odbierają  ją  zupełnie  inaczej.  Na  przykład,  z  powodu 
ich delikatnej i wrażliwej na zimno skóry, może  być ona dla nich źródłem ciepła. Trochę to 
tak, jakby słuchały jej całym ciałem. Nigdy nie mogłem umiejscowić ich organów słuchu. 

Odległość, na jaką się zbliżają, jest zawsze taka sama. W letnią noc, kiedy księżycowa 

poświata  ułatwia  widzenie,  można  przekonać  się,  że  wszystkie  znajdują  się  w  jednakowej 
odległości od instrumentu lub innego źródła dźwięku niczym punkciki na obwodzie koła. 

Nigdy nie zauważyłem, aby któreś z nich naruszyło tę odległość. 
Posiadanie  takiego  zwierzątka  w  gitarze,  albo  lepiej  fakt,  że  jedno  z  nich dobrowolnie 

wybrało ten tryb życia, ma wagę niezwykłą, jeśli się pamięta, że nie potrafią żyć w niewoli. 
Schwytane, umierają natychmiast. A kiedy się je głaska, znikają, rozpływają się w powietrzu. 
Gdybym je musiał określić, powiedziałbym, że choć są istotami żywymi, mają cechy niezwy-
kłe i te pozwalają im trwać na ziemi. 

Trudno je nazwać. Znam tylko dwie lub trzy osoby w miasteczku, które je określają tą 

samą  nazwą.  Nie  ma  tego  stworzenia  w  atlasach  zwierząt.  Niektórzy  nazywają  je,  na  przy-
kład, chwilikiem, inni słuszkiemmigotlikiemokółkiem, ludzie przesądni szkodliwkiem, nie po 
hiszpańsku jednak, ale w tubylczych narzeczach. Moja matka wymyśliła dla niego, wiele lat 
później, gdy zwierzątko już nie żyło, nazwę Tiermusik. Choć i tak uważała to słowo za zbyt 
piękne dla takiego stworu. 

background image

Nie  wiem,  czy  pojawienie  się  Tiermusika  w  moim  życiu  przyniosło  mi  szkodę  czy 

pożytek.  Gdy  już  je  przyjąłem  nie  dziwiąc  się  niczemu,  porozumienie  było  łatwe.  Muzyk, 
pochłonięty zazwyczaj swoimi dźwiękami, może nie zauważyć czyjejś oczywistej obecności. 

Nowa rzeczywistość okazała się dla niego ciężka. Każda zmiana wymaga przystosowa-

nia się, lecz dla stworzenia, które nieświadomie stawia czoło rzeczywistości, każde cierpienie 
staje się czysto biologiczne. Nie potrafi go wyrazić, bo istnieje tylko ból, a nie słowa, którymi 
można  by  ów  ból  nazwać  lub  wykrzyczeć.  W  jego  przypadku  nie  chodziło  o  zwykłą  zgodę, 
jak w moim, gdy przystałem na nową sytuację, ale o swego rodzaju utożsamienie się z przy-
czyną bólu, z samą jego istotą. 

Dźwięk był dla niego dotychczas czymś przypadkowym, mógł mu się tylko przysłuchi-

wać. Nowe życie we wnętrzu instrumentu wymagało zapewne stałej kontemplacji. W rzeczy-
wistości  było  jednak  inaczej.  Życie  w  pudle  gitary  nie  było  tożsame  z  muzyką:  aby  ta  roz-
brzmiała, ktoś musiał zagrać. Nie chcę przez to powiedzieć, że Tiermusik myślał o tym wszy-
stkim; nie znaczy to jednak, że kiedy się o jakiejś rzeczy nie myśli, ta nie istnieje. Rzeczywi-
stość,  o  której  Tiermusik  nigdy  nie  myślał  i  której  nigdy  nie  przeczuwał,  o  t  a  c  z  a  ł  a    go 
jednak i była  j e g o  rzeczywistością. 

Czekanie na dźwięk było jedynym możliwym zajęciem i jedynym usprawiedliwieniem 

skoku, jaki kiedyś wykonał. Mogło się przecież wydarzyć, że dźwięk ten nigdy by się nie roz-
legł,  gdybym  z  jakiegoś  wielce  prawdopodobnego  powodu  zaprzestał  grać.  A  nawet  gdyby 
nie doszło do tej ostateczności, jego oczekiwanie i tak mogłoby się okazać daremne, bo nikt 
nie wie, jak owe zwierzęta odmierzają czas, nikt też nie wie, jaka wieczność otwiera się przed 
nimi, kiedy ktoś wyjeżdża na dwa dni. 

Można przy tym sądzić, że stworzenie to jest zdolne czegoś pragnąć, pożądać, bo jego 

skok nie był li tylko mechaniczny. W przeciwnym bowiem razie nie tylko ten Tiermusik, ale i 
inne wtargnęłyby do mojej gitary. Było to jego osobiste życzenie, jego pragnienie. Pozwala to 
nam  przyjąć,  że  bieg  czasu  da  się  w  jego  przypadku  odmierzać  inaczej:  pragnieniami  lub 
cierpieniami. A skoro oczekiwanie na dźwięk w gitarze sprawiało cierpienie, należy wówczas 
zmienić proporcje,  godziny nie będą miały sześćdziesięciu minut, czas może się tam wypeł-
niać bezkresem kolejnych śmierci i zmartwychwstań, wieczności równoległych, nagłych prze-
obrażeń,  w  których  nawet  substancja  czasu,  o  ile  istnieje,  nie  byłaby  wolna  od  odkształceń, 
opóźnień, jałowości całego tego świata. 

Sytuacje  nasze,  choć  takie  odmienne,  miały  pewne  punkty  wspólne:  spadał  na  dno 

instrumentu,  ilekroć  podnosiłem  go,  by  zagrać,  i  gwałtownie  umykał  ze  środka,  boleśnie 
ocierając się o struny i pudło, kiedy brałem najwyższe tony, których nie cierpiał. Chował się 
wówczas na bibliotecznej półce i wystraszony przyglądał mi się ślipkami jak węgliki. 

Moja dłoń przywykła już do jego ciężaru. Choć nie słyszałem, jak ześlizguje się w dół, 

wiedziałem,  po  wadze  instrumentu,  czy  jest  w  środku  czy  też  wyszedł.  Choćby  nie  było  go 
kilka godzin, zawsze wracał na noc, zwłaszcza zimą. Jego nieobecność wykorzystywałem na 
przećwiczenie  wysokich  tonów;  kiedy  się  zjawiał,  starannie  tego  unikałem.  W  ten  sposób 
nasze współistnienie było doskonałe. 

Nie  wiedziałem,  czego  szuka  w  mojej  gitarze  i  czy  znalazł  to  czy  nie;  nie  wiedziałem 

również, czym był dla mnie: intruzem w moim życiu czy też jego cząstką. Wiedziałem tylko, 
że świat jest z jednej strony pełen lęku i grozy, z drugiej miłości, a to zjawisko nie mieściło 
się nigdzie. Jeśli zaś chodzi o niego, nigdy nie dał znać po sobie, że postępuje inaczej i że coś 
rozumie.  Kiedy  przyglądał  mi  się  z  półki,  w  rzeczywistości  widział  drzewo,  ale  nie  mógł 
dostrzec drżenia liści. Byłem dla niego krajobrazem, czymś czego nigdy nie pojmiemy, choć 
mamy przed oczyma, jako że krajobrazy zawsze i bezwzględnie są poza nami. 

Moja matka nie mogła znieść jego obecności w domu. Ogarniał ją strach, powtarzała, że 

będą nas za to prześladować, że nas tylko ukarzą, ale ją, jako cudzoziemkę, odstawią natych-
miast do granicy i znowu trafi w szpony swoich dawnych prześladowców. Kiedy występowa-

background image

łem  publicznie  po  raz  ostatni,  siedziała  jak  na  mękach.  Tiermusik  dzielnie  przetrzymał  cały 
koncert, mimo wysokich nut. Przetrwał wspaniale, żeby nie wywołać skandalu na sali. Kiedy 
skończyłem i podniosłem się w ukłonie, z opuszczoną gitarą w ręku, łapki Tiermusika ześlizg-
nęły się na dno rezonansowego pudła. Matka usłyszała ten hałas, zrozumiałem to widząc, jak 
jej odmieniona twarz okryła się pełną lęku bladością. Nie wiem, czy inni dostrzegli obecność 
zwierzątka, pewny jednak byłem, że sprawy zabrnęły zbyt daleko i że całe miasteczko słysza-
ło o jego pojawieniu się w gitarze. Strach matki nie rozpłynął się w powietrzu i nie wypalił na 
jej twarzy: dotarł do mnie i zmroził mi krew. Bałem się, że wylęknione stworzenie wyskoczy, 
ze  skórą  spękaną  od  wysokich  dźwięków,  i  schroni  się  wśród  publiczności,  że  rzuci  się  na 
dostojne towarzystwo i pokąsa łydki pań z dobroczynności. 

Mimo  wielu  późniejszych  prób  ojca  (pochodzącego  z  tych  stron),  by  wyjaśnić,  że  dla 

miejscowej  ludności  widok  stworzenia  wychodzącego  podczas  koncertu  z  gitary  nie  byłby 
czymś osobliwym, matka nie mogła opanować strachu. Chwytała się za głowę, jakby doma-
gano się od niej najwyższej ofiary, powtarzała, że świat jest pełen oprawców, że zabobonność 
tubylców (żyje jeszcze wśród nas wielu Indian) ześle na nią w końcu karę, że wróci w swoje 
strony, żeby ją tam raz wreszcie zabito. 

Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego matka przyjechała do tego kraju i do tego miaste-

czka, nie wiem też, skąd pochodzi. Właściwie nic nie wiem o świecie: dość mi mojego Tier-
musika

W naszym domu każdy gra na instrumencie smyczkowym. Mama przywiozła z Europy 

cały  kufer  nut.  Kiedy  udało  się  jej  przekonać  miasteczko,  że  muzyka  nie  jest  czymś  doku-
czliwym, poświęciła dwadzieścia lat swego życia, aby rozwijać działalność muzyczną wśród 
Indian,  obdarzonych  wspaniałym  słuchem.  Przez  długi  czas  występowaliśmy  publicznie  raz 
do  roku,  w  rocznicę  założenia  miasteczka  (choć  nikt  dokładnie  nie  wiedział,  kiedy  i  kto  je 
założył). 

W domu nigdy nie wierzono w moje muzyczne uzdolnienia, głównie dlatego, że matka 

nie  uznawała  instrumentów  strunowych  szarpanych,  w  miasteczku  jednak  uważano  mnie  za 
artystę o wielkich zdolnościach, którego talentu szkoda na tak małą mieścinę i który wkrótce 
ruszy  na  podbój  świata.  „Kiedy  wyjeżdżasz?”  pytano  mnie,  i  brzmiało  to  dla  mnie  niczym 
potwierdzenie wyjazdu. „Wypełnisz świat własną muzyką i osiągniesz w dodatku szczęście”. 

Po  moim  ostatnim  koncercie  wydarzyło  się  w  miasteczku  coś,  co  spotęgowało  obawy 

matki. Odizolowała więc nasz dom i zamknęła mnie w nim. Mój pokój stał się schronieniem 
pełnym zewnętrznych, obcych mu hałasów. Było to trochę tak, jakbym żył we wnętrzu instru-
mentu. Od owego czasu ilekroć ćwiczę, starannie zamykają wszystko, aby żaden dźwięk nie 
wydostał się na ulicę. Twarz matki miała teraz, zdaniem ojca, ten sam wyraz co wówczas, gdy 
przyjechała z Europy z kufrem pełnym muzyki. Był to, powiada, grymas smutku, który znikł 
z upływem lat i przyjściem na świat dzieci. Teraz powrócił, na progu starości. Czasami czuję 
się winny temu wszystkiemu. Tiermusik dawno znikł, ale żyje wciąż w pamięci matki. I oczy-
wiście w mojej. 

Po  tylu  latach  przestałem  już  być  utalentowanym  synem  tej  ziemi,  który  wyruszy  by 

podbić świat własną muzyką. Na ulicy, choć wychodzę rzadko, kłaniają mi się z wielkim sza-
cunkiem, nie dlatego że jestem kimś, ale że mógłbym nim być. Jest to nowa forma obojętno-
ści. Trochę to tak, jakby się bali mi naprzykrzać lub nie chcieli ze mną rozmawiać. Nie wiem, 
czy kryje się za tym zrozumienie czy współczucie. Być może jedno i drugie. 

Tymczasem  świat  wokół  nas  zmienia  się  szybko,  nawet  jeśli  nic  o  tym  nie  wiemy. 

Nigdzie  nie  chodzę,  bo  trudno  mi  podtrzymywać  rozmowę.  Kiedy  muszę  coś  powiedzieć, 
zastąpić słowami ciszę, jaką stanowi moje istnienie, mówię rzeczy na pozór niezrozumiałe, bo 
o  niczym  nie  mam  pojęcia.  Ludzie  słuchają  bez  sprzeciwu  okropności,  jakie  głoszę.  Staram 
się ze wszystkich sił, aby moje słowa miały związek z tematem rozmowy, z rzeczywistością, 
której rozmowa dotyczy, ale gdy mówię, czuję, że sam dobrze nie wiem, ku czemu zmierzają 

background image

moje  odpowiedzi.  Wszystko  to  nie  pozwala  mi  walczyć,  kochać  i  tak  dalej,  mogę  jedynie 
istnieć. Wiem, że w każdej sytuacji wydaję się kimś zbędnym. Czasami zazdroszczę Tiermu-
sikowi
. Znalazł w końcu wolność w mojej gitarze. Mnie to się nie udało. 

Zwierzęta te, jak się przekonałem, potrafią przemóc własne niechęci, by stworzyć sobie 

wolność.  My  nie  potrafimy  tego  z  jednej  prostej  przyczyny:  jesteśmy  u  kresu  całej  tej  przy-
gody.  Wiedziałem  zawsze,  jeszcze  przed  pojawieniem  się  Tiermusika,  że  wszystko  to  jest 
stracone.  Nie  znaczy  to  jednak,  bym  utracił  chęć  wydostania  się  stąd.  Rozliczne  wypadki 
dowodzą nam, że pokusa wolności jest daremna, a każda próba ucieczki nas tylko unicestwia. 
Dlatego  ochraniałem  mego  Tiermusika,  aby  go  to  nie  spotkało,  choćby  nawet  był  —  jak 
twierdziła  moja  matka  —  czymś  w  rodzaju  śmiecia.  Śmiecia  muzycznego.  Przedpiekła, 
rubieże. Być może to tylko się uratuje. 

Ostatnio, gdy wyszedłem na spacer, znajomi (o których zdążyłem zapomnieć) przestrze-

gali  mnie:  powiedzieli,  że  czyha  teraz  wiele  niebezpieczeństw  i  długo  by  trzeba  wyjaśniać 
wszystko, co się w ostatnich czasach wydarzyło. I żebym się nie bał. Że przy odrobinie czuj-
ności  z  pewnością  się  nie  potknę.  Że  w  istocie  nic  się  nie  zmieniło,  choć  zaistniały  nowe 
sytuacje.  Że  nie  powinienem  bać  się,  choć  jest  niebezpiecznie,  na  przykład,  wychodzić  w 
rękawiczkach w deszczowy dzień. 

Często  myślę  o  tym,  żeby  stąd  wyjechać.  Uciec.  Wyjechałbym  stąd,  gdybym  mógł, 

uciekłbym  w  rodzinne  strony.  Jest  tylko  jedna  trudność  nie  do  pokonania:  t  o    s  ą    moje 
rodzinne strony. Dokąd więc uciekać? 

Mimo  to  karmię  się  tą  nadzieją.  Przeczuwam,  że  musi  być  gdzieś  na  świecie  miejsce, 

dokąd mógłbym pójść lub, dokładniej, uciec. Nie wiem, co to za miejsce. Może nie istnieje. 
Ale kiedy patrząc mrużę oczy, wydaje mi się niekiedy, że dostrzegam jego niewyraźne zary-
sy.  
 
 
 
 

STARY CZŁOWIEK I POCI

Ą

 
 

Jest pan już za stary, żeby jeździć z towarem. Pociągi są niewygodne i potęgują artrety-

czne bóle.  Lepiej siedzieć w domu i czekać na emeryturę, jeśli pan na nią zasłużył. Ale sie-
dzieć w domu o takiej niezwykłej porze to sprawa niełatwa. Siusiu, picie wody bez potrzeby, 
dreptanie bez konkretnego celu, tam i z powrotem po schodach, wszystko to wyjaławiało jego 
umysł i odczucia, przemieniało dom w grobowiec, zamykało mu usta, bez słów wtłaczało w 
labirynt wspomnień. Do licha, tego już za wiele, mówił do siebie stary, chwytając się bezwie-
dnie  pierwszego  wspomnienia,  obojętnej  twarzy  kolejarza,  gdy  protestował  przeciwko  opó-
źnieniu lub odwołaniu pociągu z powodów technicznych, nigdy bliżej nie wyjaśnionych. Już 
wiem:  pójdę  do  kolegi  z  przedmieścia,  myślał,  powstrzymując  się  przed  wypiciem  jeszcze 
jednej  szklanki  wody  lub  pójściem  bez  potrzeby  do  łazienki,  ale  już  na  dole,  na  schodach 
zdawał  sobie  sprawę  —  jako  że  wspomnienia  powracały  doń  w  ścisłym  chronologicznym 
porządku — że znajomy wyjechał z miasta tuż po przejściu na emeryturę. Do licha, do licha, 
mamrotał nieświadomy własnych lat, krążąc po mieście, któremu był już niepotrzebny, które 
zamykało przed nim ulice, wodziło go po zaułkach bez wyjścia, wyprowadzało o zmroku na 
jakieś  puste  place.  Rzecz  w  tym,  że  nie  jestem  stąd,  mówił,  aby  nie  powtarzać  wciąż  „do 
licha”. A przecież prawie nikt nie pochodził stąd i stary to wiedział, dobrze wiedział. 

Dom także się przed nim zamykał, zwłaszcza po siódmej rano, kiedy to zwykł był przez 

tyle lat wychodzić z walizką pełną próbek towarów. Co robi tu ten staruch po siódmej, pytały 
ściany, nawykłe do czystości i samotności przez cały dzień, przez całe lata. Drzwi się przed 

background image

nim zamykały, kąty zmieniały swoje zwykłe położenie, na murach jątrzyły go liszaje i spęka-
nia, krany gdzieś się chowały. Nocami wszystko wypełniał lament, dom kurczył się, aby stary 
musiał  wciąż  o  coś  się  potykać.  Mam  gdzieś  Pana  Boga,  złorzeczył,  przekonany,  że  bardzo 
bluźni, czując przy tym jednak, że właściwie nikogo nie znieważa. 

Dom i całe miasto były bez wątpienia chore. Człowiek zapada na zdrowiu, pozbywa się 

chorego  organu  i  po  sprawie.  Gdzieś  dalej,  poza  tym  domem  i  miastem,  jest  inny  kraj,  a  w 
nim inne miasta, inne domy. Choroba nękająca — jak sądził stary — tylko jego miasto była 
jednak  powszechna.  Kraj  się  zmienił,  inaczej  się  też  nazywał.  Inne  były  drogi.  Inne  mosty. 
Inne miasta. Do licha. 

Wrócić do swego miasteczka, pomyślał, nawet jeśli już nic z niego nie zostało. Choćby 

i ono się zmieniło, stało się mimowolnie cząstką miasta, może właśnie tego, w którym teraz 
mieszka, jednym z jego nowych przedmieść. 

Pozostawał  jednak  problem  pociągów:  opóźnienia  Z  powodów  technicznych,  podmyte 

przez  wodę  torowiska,  nowe  przepisy,  stan  wyjątkowy,  letnie  plagi,  polityka  zagraniczna, 
oszczędność  energii,  historyczne  spory,  strajk  aptekarzy,  zatonięcie  statku  wiozącego  części 
zamienne, ślub królowej. 

Sześć miesięcy tkwił stary na słońcu i w deszczu w ogonku po bilet, aby wrócić pocią-

giem w swoje strony. Choć sytuacja była niecodzienna, nikt nie protestował. Służby porząd-
kowej nie było. Wszyscy dopełniali rytuału wyczekiwania w spokoju, nie licząc kilku kobiet, 
pomylonych z wyglądu, na końcu kolejki. Ogłupiałe w spiekocie muchy odpędzano płachtami 
kolejowych rozporządzeń oraz innych obwieszczeń i w atmosferze nieuchronnej katastrofy, w 
oczywistym akcie buntu, przywoływano dawne plagi, klęski i najazdy konnych armii. 

Ogonek ledwie się posuwał, jakby kasjer odmówił obsługiwania ludzi. Co jest, do cho-

lery, nie ma odważnych, żeby opowiedzieć jakiś kawał, nawet głupi? W takich sytuacjach jest 
to nie tylko potrzebne, ale wręcz obowiązkowe, wrzasnął rozpaczliwie ktoś z tyłu. 

Kiedy stary doszedł do okienka, skończyły się bilety. Kasjer, nie chcąc się trudzić cią-

głym wyjaśnianiem, postawił zwyczajowy proporczyk obwieszczający, że do przyszłego lata 
miejsc nie ma. Na proporczyku widniało coś w rodzaju orła oraz postacie kilku innych zwie-
rząt, trudnych do rozpoznania na pomiętej szmatce. 

Stary,  mimo  porażki,  nic  nie  rzekł,  rozmyślał  o  swoich  dawnych  kolejowych  przygo-

dach. W rzeczywistości zdawało mu się tylko, że rozmyśla, bo właśnie wpatrywał się w twarz 
kasjera, tuż przed sobą, i szukał w jej niewzruszonym wyrazie jedynego możliwego wyjaśnie-
nia  tającego  się  w  tych  nieruchomych  i  złych  ślipiach,  w  ich  żmijowatym  błysku:  jest  tylko 
jeden  pociąg  w  całym  państwie,  jeden  na  tyle  miast  i  rozkładów,  jeden  bohaterski  pociąg, 
który przez sto lat podtrzymywał złudzenie, że po kraju kursuje wiele pociągów. Odkrycie to 
oszołomiło go i zawstydziło. Kasjer ze swej strony zdziwił się, że starzec nie protestuje, jak to 
czynił od lat w chłodne, zimowe ranki. 

— Jak to. Nic pan dzisiaj nie powie? 
—  Gdybym  wiedział,  że  jest  tylko  jeden  pociąg,  nigdy  bym  nie  protestował.  Przepra-

szam. Bardzo mi przykro. 

Zamilkł  i  czekając  na  długą  końcową  reprymendę,  wpatrywał  się  na  twarzy  kasjera  w 

znaki  niedostępnej  mu  wiedzy,  których  dotychczas  nie  dostrzegał.  Urzędnik,  bez  zbytniej 
chełpliwości, choć pewny swego, rzekł nieomal uprzejmie: 

— Lepiej mieć jeden pociąg zamiast innych rzeczy, które panu zapewne są obce i któ-

rych lepiej, żeby pan nie znał. Jak sam się pan przekonał, tym pociągiem jeżdżą tylko ludzie 
zdrowi.  Nawet  pan  jest  zdrowy.  Nigdy  w  nim,  przynajmniej  od  kiedy  tu  jestem,  nie  jeździli 
ludzie kalecy lub cierpiący. Mamy jeden pociąg, to prawda, ale nie mamy legionu kalek. Na 
tych peronach nigdy nikt nie szlochał i nie jęczał. 

W  miarę  jak  kasjer  mówił,  jego  głowa  zmieniała  się,  najpierw  stała  się  łysa,  później 

jakby  wyciosana  z  drewna,  w  końcu  kobieca,  owalna,  dziecięca,  były  to,  jak  powiadają, 

background image

przedśmiertne wizje. Starzec udawał, że niczego nie rozumie. 

— Jasne? — krzyknął wreszcie kasjer zamykając oczy, usta i okienko. 
Starzec odparł „nie”, w nadziei, że urzędnik wyjaśni mu wszystko bardziej przystępnie. 

Ale mężczyzna w okienku milczał, nie miał nic więcej do powiedzenia. Wszystko było oczy-
wiste,  spowite  osobliwą  przestrzenią,  w  której  stary  czuł,  że  się  unosi  mimo  wysiłków,  by 
znowu znaleźć się w dole. 
 
 
 
 

RADO

ŚĆ ŁOWCY 

 
 

Nikt już dzisiaj nie wątpi, że można wejść do domu i  natknąć się tam na jakąś wielką i 

nieznaną bestię. Kiedyś jednak — przeciwnie — wydawało się to koszmarem sennym, czymś 
zbyt nieprawdopodobnym, by mogło wydarzyć się naprawdę. A przecież ilekroć odmyka się 
drzwi,  zwłaszcza  nocą,  istnieje  możliwość,  że  tuż  przed  przekręceniem  kontaktu  usłyszymy 
sapanie bestii, a po zapaleniu światła ujrzymy całą jej postać. 

Mówi się, że wielu silnym ludziom udało się zapanować nad tymi zjawami, obłaskawić 

je, zabić lub pogodzić z nimi. Inni, mniej odporni, nie przemogli swego lęku, jeszcze inni po-
rzucali domy i miasta na samą myśl o ich obecności. Niedowiarkowie wreszcie przeczą temu 
wszystkiemu, bo im samym nigdy się nic nie przytrafiło. 

Bestie te miały swój złoty wiek, gdy ludzie nie domyślali się ich istnienia. Mogły żyć z 

nimi, dobrze się kryjąc, i jeśli tylko nie przesadzały, na przykład pożerając niemowlęta, nikt 
ich nie zauważał. Należały do wygodnej kategorii sennych rojeń lub baśni w książkach o pra-
starej sztuce wróżenia. 

Stopniowe poznawanie tych istot, co wielu uczonych przypłaciło więzieniem i prześla-

dowaniami,  posłużyło  później  do  wyjaśnienia  ludzkiego  zachowania,  wielu  namiętności  i 
zbrodni. 

Kiedy  wchodzę  do  domu,  zwierzę  już  jest. Wiem  o  tym,  bo  spowodowało  parę  wyda-

rzeń, których inaczej nie sposób wyjaśnić. Mimo lęku, jakiego nie potrafiłem w sobie stłumić 
po tylu latach poszukiwań, nie zapalam natychmiast światła. Mój wzrok stopniowo przyzwy-
czaja się do ciemności i mogę przebiec cały dom bez potknięcia się, otwierając kufry i szafy, 
zaglądając  pod  łóżko.  Ono  także  już  się  do  tego  przyzwyczaiło  i  z  pewnością  schodzi  mi  z 
drogi  podczas  tej  bieganiny.  Zapalam  światło  dopiero  wówczas,  gdy  jestem  mniej  więcej 
pewny,  że  zwierzę  ukaże  mi  się,  że  przyłapię  je  na  środku  pokoju  lub  gdzieś  za  drzwiami. 
Zwykle trzymam w ręku nóż lub rewolwer gotowy do strzału, nim bestia zareaguje. Czasami 
jednak, zwiedziony rutyną, zapominam o nich, sądząc, że je mam, i zapalam światło całkowi-
cie  bezbronny.  Przytrafiło  mi  się  to  już  wielokrotnie.  Choćby  człowiek  nie  wiem  jak  był 
czegoś  pewny,  są  chwile,  gdy  wszystko  na  czym  tę  pewność  opieramy,  diabli  biorą,  ściślej 
mówiąc, już wzięli, i nic jej nie gwarantuje. 

Muszę  się  tym  głębiej  zająć,  jest  to  jedno  z  pilniejszych  zadań,  jakie  od  dawna  mnie 

czekają, zapisałem już mnóstwo karteluszków, które  gdzieś się pogubiły,  ale tak czy inaczej 
doprowadzę do końca te studia nad moim roztargnieniem. 

Niedawno  zwierzęta  te  zdały  sobie  sprawę,  że  już  o  nich  wiemy,  że  umysł  ludzki  wy-

dobył je z mroku. Dlatego ukrywają się, szukają zapomnianych kątów, próbują (gdy są wyro-
śnięte) podkulać łapy, osłaniać kły, a nawet powstrzymują oddech, abyśmy nie odkryli ich we 
wnętrzu mebli, za większymi przedmiotami lub w ciemnych zakamarkach domu. 

Zająłem się zoologią, usiłując na podstawie form znanych wyrobić sobie wyobrażenie o 

nie znanych, o życiowych czynnościach i kształtach, o jakich nie mówi ewolucja. Moje szki-

background image

cowniki zawierają tysiące takich form. Jedna z nich, jestem tego pewny, przedstawia stworze-
nie, jakie od dawna mamy w domu. 

Problemem  nie  jest  więc  dla  mnie  teraz  wyobrażenie  go  sobie,  ale  kwestia  czysto 

mechaniczna.  Ilekroć  wchodzę  do  domu,  wytyczam  sobie  nową  trasę,  przemykam  na  ukos, 
rozmyślnie zwalniam kroku, szukając jego śladów. To, że istnieje nie w pełni, daje mu w tej 
grze  sporą  przewagę  i  zawsze  w  końcu  potrafi  wywieść  mnie  w  pole.  Są  jednak  oznaki,  że 
gatunek ten jest śmiertelny. Czas jest zatem po mojej stronie. Mogę wyczuć ukryte zapachy. 
Nie będzie mogło ukryć swego odoru po śmierci. 

Rodzina  podzielała  moje  obawy  przez  długi  czas,  zwłaszcza  gdy  dzieci  były  małe. 

Kiedy podrosły, same już potrafią krzyczeć czy się obronić. I teraz nikt się o nic nie troszczy; 
zapomnieli o swoich dawnych lękach, śpią ufni w przychylność nocy. Zamykam wciąż drzwi, 
bo zawsze są lekko uchylone albo nie ma w nich klucza, gdyż nikt już nie przywiązuje do te-
go wagi. Nie boją się nawet, że bestia przychodzi z ulicy, że żyje gdzieś poza domem i zjawia 
się tylko nocą  w poszukiwaniu pokarmu. Nie wierzę, by żyła poza domem; jest tutaj, wśród 
nas, ale nie wykluczam możliwości, że wychodzi i powraca, gdy tylko ma na to ochotę. 

Pewnej nocy niewiele brakowało, bym ją schwycił. Zwierzę było w łazience. Daremnie 

starało  się  cichutko  otworzyć  drzwi,  bo  słuch  mój  odbiera  odgłosy  dla  innych  niesłyszalne. 
Ruszyłem cicho w tym kierunku nie zapalając światła. Już na kilka kroków od dzielących nas 
drzwi  czułem  jego  woń.  Woń  górskiego  zwierzęcia.  Ten  zapach  pozwolił  mi  domyślić  się  i 
nabrać przekonania, że okrywa je brudna i gęsta jak u dzika szczecina, choć z wyglądu bestia 
przypomina bardziej potworną zniekształconą kozę. Racice, które z pewnością miała, pozwa-
lały  wnioskować  o  jej  zachowaniu,  natomiast  pysk  trudno  było  sobie  wyobrazić  z  powodu 
pokrywającego  go  niewątpliwie,  bujnego  i  skudlonego  zarostu.  Bestia,  rzecz  nieunikniona, 
oddychała. Z ciężaru ciała, o którym wywnioskowałem ze skrzypienia podłogi, miałem wra-
żenie, że nie stoi tak jak zwykły czworonóg. Opierał się lub opierała dwiema łapami o ścianę, 
żeby się jakoś przystosować do tej skromnej powierzchni za drzwiami. 

Wszystko  to  wydedukowałem  z  jej  zapachu.  Choć  nie  miałem  pod  ręką  niczego  do 

obrony,  gwałtownie  pchnąłem  drzwi  i  jednocześnie  wydałem  okrzyk,  by  się  zmieszał  z  ry-
kiem zwierzęcia. Nie było go; pozostał tylko zapach. Na pewno podskoczyło, wdrapało się po 
ścianie i wymknęło przez okienko pod sufitem. (Wstawić kratę w okienku to inne pilne zada-
nie, które mnie czeka). Szukałem ze szkłem powiększającym jakiegokolwiek włosa lub zadra-
pania na podłodze i ścianach. Niczego nie znalazłem. Przebiegłość bestii nie ma granic. 

Czego  chce  od  nas?  Czemu  mnie  prześladuje?  Czy  mam  z  nią  coś  wspólnego?  Nie 

szuka  przecież  pożywienia.  Robiliśmy  wiele  prób.  Nigdy  nic  nie  ginęło.  Resztki,  przed 
pozornie niedbałym zostawieniem, dokładnie oglądaliśmy, a następnego dnia były nie tknięte. 
Jednego jestem pewny: szuka ludzkiego ciepła. Ciepła naszego istnienia. Kiedy wszyscy śpi-
my, podchodzi zapewne jak najbliżej, żeby go trochę poczuć. Nie chodzi tu o ciepło fizyczne 
(futro chroni ją bardziej niż nas skóra), szuka zbliżenia. Mogę tak sądzić, bo wiele rozmyśla-
łem  o  jej  naturze,  wychodząc  od  prawdopodobnego  kształtu  bestii  lub  jej  woni.  W  przeci-
wnym razie nie żyłaby z nami tyle lat. Odeszłaby. Jest chyba we mnie coś szczególnego, co ją 
przyciąga. Sam zacząłem zgłębiać własną formę, aby odkryć w sobie tę pociągającą cechę. 

Być  może  mamy  jakieś  wspólne  rysy.  Czasami  żując  coś,  potrafię  się  ugryźć  w  język 

lub policzek, jakbym miał za dużo zębów. Mam zapadnięte policzki i ilekroć się ugryzę, mam 
wrażenie, że jestem niezdarnym potworem pożerającym samego siebie, mylącym odwieczną 
czynność jedzenia z bóg wie jakimi pradawnymi obyczajami. Czuję, że nie umiem jeść, podo-
bnie jak zwierzęta, które w istocie nie jedzą, tak naprawdę to tylko wędrują, są tu i tam, trwa-
ją, znikają, uciekają, ustępują, gubią się w niepewności, umierają i ożywają. 

Kiedy się golę, odkrywam w sobie gesty, które nie należą wyłącznie do mnie, zwłaszcza 

gdy  bez  przyborów  tylko  udaję,  robiąc  wszystkie  grymasy,  jakich  wymaga  prawdziwe  gole-
nie. Jakby tego jednak było mało, przerywam gimnastykę i w bezruchu wpatruję się dokładnie 

background image

w swoją twarz, znieruchomiałą przed lustrem, i dostrzegam obce rysy, które ledwie maskuje 
podbródek,  brwi,  przestrzeń  między  oczyma,  kształt  nosa.  Jakby  to  ono,  zwierzę,  mi  się 
przyglądało. Wszystko, miast zniechęcać i kazać szukać nowych wyjaśnień, dodaje mi sił do 
dalszych łowów. Znaczy to, że nie jesteśmy dla siebie całkiem obcy, że mamy coś wspólnego, 
łączy nas jakaś daleka więź usprawiedliwiająca moje poszukiwania. 

Wracając do powodów jego obecności w domu, nie sądzę, aby była nią zaborczość jako 

cel  sam  w  sobie,  choć  znalazłyby  się  dowody,  że  w  razie  konieczności  użyje  siły.  Przypu-
szczenie, że okresowo wychodzi i wraca, pozwala sądzić, że jednym z motywów jego działa-
nia jest przyzwyczajenie, choć przedtem, nim rzecz przerodziła się w nawyk, miało konkretne 
powody, żeby wybrać mój dom na swoją kryjówkę. Poza tym, cóż możemy wiedzieć o natu-
rze potworów? Wiele czasu zmarnowano, zajmując się tą stroną rzeczywistości w sposób lu-
dyczny, nie wnikając w jej głębszą istotę... Jeśli stworzenia te szukają jedynie ludzkiego cie-
pła, niekoniecznie zbliżenia fizycznego, a poza tym powoduje nimi przyzwyczajenie, znaczy-
łoby to, że są inteligentne, inteligentne na tyle, aby w każdej chwili, gdy odezwie się w nich 
prawdziwa natura intruzów, zwrócić się przeciwko nam. 

Stąd też niebezpieczeństwa moich poszukiwań, całej akcji, łatwo wyczuwalnej dla tego 

zwierzęcia  o  wyostrzonym  węchu.  Zna  każdy  mój  ruch  i  nie  zaatakuje,  dopóki  będzie  mnie 
mogło po prostu unikać. Gdyby jednak moje posunięcia, coraz doskonalsze, stały się dla nie-
go niebezpieczne, wówczas z pewnością w każdej chwili może pokazać pazury. 

Dlatego  są  chwile,  kiedy  go  nie  szukam,  kiedy  pozwalam  mu  odpocząć  i  uśmierzam 

jego prawdopodobną gwałtowność. Wszyscy w domu cieszą się wtedy i myślą, że zaniecha-
łem swych praktyk, sądzą, że nie ma już niebezpieczeństwa. A właśnie wtedy jest ono najwię-
ksze. Robię tak, żeby po prostu dać upust nagromadzonemu niepokojowi, żeby dać stworze-
niu  chwilę  wytchnienia  i  odpocząć.  Okresy  te  zbiegają  się  z  jego  największą  żywotnością, 
właśnie  wtedy  nocami  podchodzi  do  nas  najbliżej,  wtedy,  w  jego  odczuciu,  następuje  pełne 
porozumienie. 

Jednym z największych utrudnień jest to, że nie znamy jego kształtów, bo choćbym nie 

wiem  ile  już  rysunków  wykonał  lub  dalej  wykonywał,  choćbym  nie  wiem  jak  starał  się  je 
poznać, forma zwierzęcia (nie będę się oszukiwał) pozostaje wciąż nie znana. Mówię sobie, 
że jest czworonożne, ale skąd to wiem? Czemu akurat czworonóg? Może dlatego, że wiele lat 
temu odrzuciłem możliwość, że mamy do czynienia z owadem, ze względu na jego wyrazistą 
woń,  inteligencję,  dość  znaczną  wielkość,  coś  pośredniego  między  kozą  a  pumą.  Ostatnio 
nawet urosło. O jego wielkości świadczy fakt, że  gdy wchodzę do domu, jeżą mi się włosy. 
Owad nie wywołuje takiej reakcji, zwierzę duże, owszem. Poza tym znalazłem nieco sierści 
należącej z całą pewnością do bestii. Nikt w domu nie mógł dowieść mi, że jest inaczej, choć 
wszyscy  gwałtownie  sprzeciwili  się  memu  twierdzeniu.  Na  podłodze  pojawiają  się  czasami 
rysy,  mogą  być  oczywiście  rozmaitego  pochodzenia,  także  zwierzęcego.  Po  każdym  dużym 
sprzątaniu  pojawia  się  jakiś  ślad:  zapachy,  zadrapania  na  ścianie  i  podłodze,  legowisko 
wymoszczone  szmatami,  jakieś  robactwo.  Choć  porządki  te  nie  są  zapowiadane,  zawsze  ma 
chwilę czasu, żeby gdzieś się ukryć, choćby na sąsiednich dachach. 

Chyba  przed  paroma  laty,  po  takim  właśnie  sprzątaniu,  żona  (choć  nigdy  o  tym  nie 

mówi, twierdząc, że się wstydzi) zapytała mnie, czy rzeczywiście wierzę w istnienie potwora. 
Nie zastanawiałem się nad odpowiedzią, bo nigdy nie mam co do tego wątpliwości, i odpar-
łem  natychmiast,  że  nie  jest  to  problem  wiary,  ja  sam  nie  należę  do  ludzi  łatwowiernych, 
zwierzę po prostu istnieje i jest to fakt niezależny od czyjegoś wierzenia w jego rzeczywistą 
obecność. Powiedziała, że w ten sposób nie możemy dalej żyć, i wyszła do drugiego pokoju, 
chyba się tam rozpłakała, nie czekała na moją odpowiedź, której i tak nigdy by nie otrzymała, 
jako że nie mogła mi przyjść do głowy, ponieważ po prostu nie zrozumiałem jej słów. Wiem, 
że tak żyć nie sposób, ale przynajmniej robię, co mogę. 

Ostatnio stosunki w naszej rodzinie nie są najlepsze. Unikają mnie. Czasami rozmawia-

background image

ją  cicho,  a  kiedy  wchodzę,  zmieniają  temat,  nie  dlatego,  żeby  mówili  źle  o  mnie,  ale  nie 
uważają  mnie  za  wystarczająco  zdolnego  do  zrozumienia  ich  rozmów.  Choć  mogłoby  mi  to 
przeszkadzać, nie przewiązuję do tej sprawy wagi, na jaką zasługuje, ani też nie reaguję tak, 
jak powinienem, bo zawsze jestem zajęty własnymi problemami lub, dokładniej, problemem 
zwierzęcia, który pewnego dnia rozstrzygnę z pożytkiem dla wszystkich. 

Proszą mnie o dowody.  Właśnie to niemądre domaganie się dowodów nie pozwala im 

czuć  obecności  bestii  w  domu.  Nie  mogę  ich  dostarczyć.  Pod  tym  względem  jestem  równie 
bezradny co zwierzę. Dlatego ograniczam się do jednej postawy, do jednego, ściśle określone-
go stanowiska. Na domiar złego, gdy czasami, bardzo rzadko, napomykam o sprawie, wszy-
scy milkną, nie odpowiadają mi, nawet nie patrzą mi w twarz, spuszczają oczy, jakby zawsty-
dzeni lub wystraszeni. Nawet to, że zmagam się dla wspólnego dobra, nie budzi w nich uczu-
cia  zrozumienia.  Są  obojętni,  paplają  o  głupich  wydarzeniach  dnia  codziennego,  o  błahych 
wiadomościach podawanych przez gazety. O nim nic. Nigdy. 

Wiem, że w głębi kochają mnie i cała ta sprawa nie naruszyła zasadniczo więzi między 

moją  żoną  i  dziećmi.  Gdy  milknę  i  siedzę  cicho,  żeby  ułagodzić  ewentualny  gniew  naszego 
współlokatora, rozmawiają ze mną, opowiadają o swoich sprawach, mówią mi, co słychać w 
szkole, jak się wszystko toczy. I to wystarczyłoby, żeby przeistoczyć mnie w zwykłego, zado-
wolonego z siebie zjadacza chleba, gdyby nie owa tajemnicza obecność między nami. 

Niekiedy czuję się zmęczony. Lata mijają, a sprawa pozostaje nie rozwiązana. Ale jest 

nadzieja: zwierzę starzeje się i z każdym dniem staje się coraz bardziej niezdarne. Jego ruchy 
nie odpowiadają już jego zamiarom. Nieunikniona zmiana fizyczna w ostatecznym rozrachu-
nku jest dla mnie korzystna. Którejś nocy nie będzie się już mogło poruszać z dotychczasową 
szybkością, kiedy usłyszy otwieranie drzwi. Zastygnie wówczas w bezruchu na środku poko-
ju, bezbronne, czekając, gdy zapalę światło, na moje okrucieństwo lub zmiłowanie. Zamknie 
oczy,  żeby  mnie  nie  widzieć,  i  znużone,  będzie  obojętnie  oczekiwać  na  to,  co  ma  się  stać. 
Jeśli  jest  przerażające,  będzie  starało  się  zachować  w  jakiś  sposób  swój  wygląd,  strach 
pozbawi wyrazu jego dzikość. Jeśli nie jest, na próżno będzie otwierało pysk pełen starych i 
bezużytecznych kłów, które już nikogo nie mogą napawać lękiem. 

Nie wiem jednak, czy je zabiję. Poza tym nigdy mi o to nie chodziło. Gdy je zobaczę, 

poznam wreszcie to, co jest najważniejsze w jego naturze, a więc będę miał w końcu całko-
witą  pewność,  że  istnieje.  Wyciągnę  ręce,  powoli,  tak  jakbym  chciał  się  przekonać,  czy  jest 
ciepłe i czy oddycha. Powolutku przesunę dłońmi w kierunku jego głowy, jeszcze troszeczkę, 
jeszcze, aż dotknę bestii i wtedy chyba ze szczęścia zapłaczę. 
 
 
 
 

MIASTO 

 
 

W tym mieście prawie  wszyscy są ostatnio policjantami, a większa liczba nie zidenty-

fikowanych domów to trybunały. Trudno jest rozpoznawać policjantów, bo z powodu panują-
cego w kraju ubóstwa (niewielu pracuje, wielu rządzi) przy tak dużej liczbie owych stróżów 
porządku, nie starcza pieniędzy na mundury, więc zastępują je byle czym. 

Choć  każdego  dnia  żyjemy  w  coraz  większym  strachu,  ten  brak  uniformów  stanowi 

swego  rodzaju  pociechę  i  ułatwia  nam  jakoś  przetrwanie,  mnie  przynajmniej,  bo  zawsze 
bałem się ludzi w mundurach, widząc w nich jedno z wcieleń śmierci. 

Kiedy byłem dzieckiem, uczono mnie, że stójkowy na rogu to człowiek dobry, strzegą-

cy nas przed złodziejami i Cyganami. Nosi pałkę i czasami pistolet, aby zabijać wściekłe lwy 
uciekające  z  cyrków,  które  przejeżdżały  przez  nasze  miasteczko.  Teraz  wydaje  mi  się,  że  to 

background image

lwy zajęły miejsce swoich stróżów. 

Poza  tym,  gdyby  nawet  tkwili  tam  na  postrach  lwom  i  złodziejom,  nie  można  wyklu-

czyć  prawdopodobieństwa,  że  przez  przypadek  lub  fatalną  pomyłkę  ktoś  poczuje  się  nagle 
lwem lub złodziejem i nie panując nad sobą, trafi w końcu pod muszkę. Było wiele przypad-
ków, gdy policjant, widząc, że ofiara już się nie rusza, zdmuchiwał dym z rewolwerowej lufy 
i mówił: biedny facet, po co udawał lwa, skoro nim nie był. 

Aby przemóc ten lęk, uważnie przestudiowałem kodeks kamy i dowiedziałem się, że nie 

mam się czego obawiać, jeśli nie popełnię żadnego zakazanego prawem czynu, mogę oczywi-
ście zostać zatrzymany do wyjaśnienia, ale przed tym nikt się nie uchroni. Jednak od wielu lat 
ukazują się coraz nowsze kodeksy, uzupełnia się lub unieważnia poprzednie, po czym wpro-
wadza  w  życie  przepisy  raz  już  anulowane  i  lektura  z  każdym  dniem  staje  się  trudniejsza. 
Dostęp do nich to także przywilej. Kodeksy zmieniają się wraz z technologiami, z nową bro-
nią, są wielce abstrakcyjne i zawiłe, nie tyle przez to, co głoszą, przede wszystkim dlatego, że 
lekturę ich utrudnia rozpanoszony strach. Strachem podszyci są nawet sami policjanci, dopa-
trujący się wszędzie przestępców; dlatego noszą odbezpieczoną broń, noże z zakrwawionymi 
ostrzami i elektryczne ościenie z drgającymi jeszcze kawałkami ciała. 

Żeby  się  nie  pomylić  i  wzajemnie  nie  pozabijać,  policjanci  niemundurowi  przypinają 

sobie  ledwo  widoczne  znaczki,  i  dlatego  pozostali  ludzie  zaniechali  noszenia  odznak  klubo-
wych, większych guzików i w ogóle jakichkolwiek ozdób poza tymi najbardziej pospolitymi. 
Wielu  pełni  podwójną  funkcję,  jak  rzeźnik  na  rogu,  który  pewnego  dnia  wyszeptał  mi  do 
ucha, że nie wypada protestować z powodu drożyzny, bo mianowano go właśnie policjantem i 
musiałby  zameldować  szefom  o  moim  postępowaniu.  Jego  znakiem  rozpoznawczym  była 
zwykła packa na muchy wisząca na jednej ze ścian sklepu. „Czemu nie kupi pan jeszcze tego 
kawałka?” — powiedział z nową miną kapusia, i zgodziłem się, choć ten zakup mnie zrujno-
wał.  Natychmiast  zaprowadził  mnie  na  zaplecze  i  powiedział,  że  brak  uniformu  ma  co  naj-
mniej dwie zalety: a) pozwala swobodnie mieszać się z tłumem i b) chroni przed gwałtowno-
ścią, jaką mundur budzi niekiedy wśród desperatów lub samobójców. 

Wszystko to wyjaśnił mi rzeźnik tego ranka i zrozumiałem, że jego wyznania potwier-

dzają przyjaźń albo prawie-przyjaźń, jaka się między nami zawiązała, lub też zażyłość między 
klientem i sprzedawcą, a może tylko fakt, że jesteśmy sąsiadami. Pomyślałem, że ta nomina-
cja  nie  zmienia  stanu  rzeczy.  Ale  jeszcze  tego  popołudnia  udowodnił  mi  coś  przeciwnego  u 
wejścia do kościoła. 

Grupa  wierzących  z  naszej  dzielnicy  udała  się  z  prośbą,  aby  biskup  odprawił  mszę  na 

intencję  obniżki  kosztów  utrzymania,  by  ludzie  nie  zaznali  głodu,  wszystko  to  jota  w  jotę 
zostało przedłożone Panu Na Wysokościach.  Brałem w tym udział, nie spodziewając się ża-
dnych represji, jako że nikt nie kierował próśb do władz, lecz do samego Boga, a w ostatnim 
kodeksie wykroczeń nie było wzmianki o takim przestępstwie. 

Musiano jednak w ostatniej chwili zmienić kodeks: silnie uzbrojony oddział nazywany 

Szwadronem Bezpieczeństwa Społeczno-Teologicznego wtargnął podczas mszy do kościoła. 
Wszystkim wiadomo, co się tam działo. Żołnierze odprawili własną mszę, wypili mszalne wi-
no, okryli własnym sztandarem Ukrzyżowanego, mianując go dowódcą oddziału i przy wspa-
rciu policjantów, którzy wdrapali się na rzeźby i kolumny — skąd rzucali bezwonne gazy, od 
których  wszyscy  w  jednej  chwili  ślepli  —  wyprowadzili  nas  na  ulicę  i  załadowali  do  za-
mkniętych, trzęsących się ciężarówek. 

Przed wejściem do suki zobaczyłem rzeźnika, rozpoznał mnie, dźgnął ostrzem bagnetu 

w pachwinę i tłukąc trzy razy kolbą po karku wrzasnął mi nad uchem: „a kto ci, skurwysynu, 
powiedział, że są biedni i że cierpią głód?” 

Tych  kilka  dni  spędzonych  w  komisariacie  przyjąłem  jako  rzecz  normalną.  Już  sam 

fakt, że nas zamknięto, dowodził, że nie mieliśmy racji jeszcze przed mszą. Cisza, samotność, 
zamknięcie przeniosły nas w inny wymiar, w którym świadomość stawała się bezsensownym 

background image

krzykiem. Wyglądało to tak, jakbyśmy dopiero teraz wchodzili w wiek męski. 

Kiedy mnie wypuszczono i zobaczyłem, że wszystkie moje książki spalono na podwó-

rzu przed domem, nie powiem, bym się ucieszył, ale uznałem to za rzecz normalną. W końcu 
to trzymanie w domu podręczników ze szkoły średniej nie miało większego sensu. Greków i 
Fenicjan można było przypominać sobie bez potrzeby uciekania się do starych podręczników. 
Mówiło się tam właściwie tylko o wojnach. A myśmy przecież z nikim nie walczyli. 

W pierwszym odruchu chciałem pójść do masami i opowiedzieć tamtemu człowiekowi 

o  moich  nowych  doświadczeniach,  ale  powstrzymał  mnie  nowy  lęk.  Nie  wiem,  czy  to 
rozwaga czy bezradność, a może obie rzeczy naraz pozwoliły mi zrozumieć, że lęk ten należy 
przemienić w życzliwość, aby wszystko ułożyło się pomyślnie. Stanęła mi przed oczyma jego 
twarz, stalka do ostrzenia noży, surowość jego spojrzenia, gdy nazwał mnie skurwysynem, i 
zrozumiałem,  że  nie  ma  w  tym  nic  strasznego,  jeśli  człowiek  przystanie  na  to,  bo  jest  to  w 
końcu jego jedyna rzeczywistość. 

Zdjęty  tym  nowym  uczuciem,  choć  pełen  obaw,  że  nie  zdołam  go  właściwie  wyrazić, 

ruszyłem do masarni.  Obsłużył mnie jak zawsze, zważył mięso i pobrał  należność. „Nie bę-
dzie pan miał nic przeciwko temu, że za resztę doważę towaru?” — zapytał normalnie. Chcia-
łem powiedzieć, żeby ją sobie zatrzymał, ale nie potrafiłem, wcale nie z lęku, wydobyć słowa 
i stałem z przyklejonym do ust uśmiechem. Sam pozbawił mnie tego zgubnego uśmiechu, gdy 
zaprowadził  na  zaplecze  i  powiedział  spokojnie  z  niezbyt  surowym  wyrazem  twarzy:  „To 
dzięki  mnie  spalono  panu  tylko  bibliotekę,  w  przeciwnym  razie  kara  byłaby  znacznie  suro-
wsza, choćby dlatego, że nie zrobił pan nic, żeby się ratować”. 

Wkrótce  zjawili  się  sąsiedzi,  pozdrawiając  mnie  i  gratulując  odzyskanej  wolności. 

Pozwoliłem im mówić i milczałem, bo wielu z nich nosiło jakieś niecodzienne odznaczenia i 
kapelusze,  jakby  złote  guziki,  buty  z  dziwnymi  sprzączkami,  sztuczne  zęby,  pierścionki  na 
wskazującym  palcu  i  inne  podejrzane  drobiazgi.  Mimo  to  byli  uprzejmi  i  zgodzili  się,  że 
powinienem przestać chodzić na protestacyjne msze (byłem tylko raz, ale mówili o tym tak, 
jakbym uczestniczył w nich całe życie) i ograniczył się do zwykłych codziennych spraw zgo-
dnie  z  ustaleniami  wydanymi  przez  ostatniego  ministra  gospodarki,  zanim  nie  rozwiązano 
całego tego ministerstwa z polecenia zwierzchności. Gratulowano mi, że jestem cały i zdrowy 
i że nie znęcano się nade mną. 

Zdziwiłem  się,  że  nie  ma  wśród  nich  Martina.  Z  drugiej  jednak  strony,  jeśli  wszyscy 

sąsiedzi,  którzy  mnie  odwiedzali,  pracują  w  policji,  Martin,  nie  będąc  sąsiadem,  ale  za  to 
przyjacielem od serca, nie przyszedł, bym go nie wziął za szpicla. Po wielu żmudnych prze-
myśleniach doszedłem do wniosku, że nieobecność Martina oznacza, iż wszyscy pozostali są 
kapusiami i że mam jednego przyjaciela. Uradowany tym i wypełniony szczerym oddaniem, 
szczerszym być może niż to, jakim darzyłem rzeźnika, poszedłem do Martina. Nie zauważy-
łem  w  jego  ubiorze  niczego,  co  by  wzbudziło  we  mnie  podejrzenia,  ale  przemalowano  mu 
dom, głównie elewację, więc pełen wątpliwości pomyślałem, czy to aby nie jest trybunał. Był 
uprzejmy  jak  zawsze  i  ubolewał  nad  moim  krótkotrwałym  zatrzymaniem.  Jego  żona  nato-
miast mówiła cały czas szeptem, co było u niej dziwne i zdjęło mnie lękiem. Ponieważ jednak 
po  wyjściu  z  więzienia  strach  i  oddanie  przemieszały  się  we  mnie  (przypadek  rzeźnika), 
byłem pewny, że jakiekolwiek wątpliwości są tu nie na miejscu. Przy okazji odwiedziłem Jor-
gego,  który  zachowywał  się  tak  jak  Martin,  nie  nosił  widocznych  insygniów,  a  u  jego  żony 
nie  zauważyłem  —  na  szczęście  —  jakichkolwiek  oznak  zmiany.  Wątpliwości  moje  wzbu-
dziło tylko jedno zdanie: „Mam nadzieję, że doświadczenia z tego krótkiego pozbawienia wo-
lności będą wykorzystane jak najlepiej”. Było to stwierdzenie dwuznaczne, ale Jorge zwykle 
był  dwuznaczny,  i  to  mnie  uspokoiło.  Zapytałem  go,  czy  ma  zamiar  przemalować  dom,  i 
odparł, że nie: lubi obecny kolor, a farba trzyma się doskonale. 

W domu zastałem żonę, myślałem, że po moim zatrzymaniu zamieszkała u teściów, w 

rzeczywistości w pół godziny po mnie aresztowano i ją i poddano długim przesłuchaniom na 

background image

temat mojej osoby. Powiedziała mi, że zachowanie się policji było przez cały czas poprawne i 
nie czuła żadnego lęku, gdyż nie dręczono jej. Wypytywano o mnie i zauważyłem, że ogólnie 
rzecz  biorąc  jej  reakcja  na  to  wydarzenie  była  podobna  do  mojej  i  że  czuła  wobec  swoich 
strażników  coś  na  podobieństwo  sympatii.  Spędziliśmy  resztę  dnia  rozmawiając  o  tych 
sprawach,  zgodnie  akceptując  owo  rosnące  uczucie  wobec  naszych  policjantów,  nie  na  tyle 
jednak, byśmy sami chcieli nimi zostać, głównie dlatego, że jesteśmy bezdzietni, mieszkamy 
we własnym domu i nie mamy większych finansowych kłopotów. 

Odtwarzając dnie poprzedzające nasze zatrzymanie, przypomnieliśmy sobie, że o różnej 

porze, w odległości niewielu metrów od domu widzieliśmy osobnika zawsze o coś opartego, 
wyglądającego  jak  cywil,  a  więc  jednak  nie  zwykłego  obywatela.  Kiedy  go  ujrzałem  po  raz 
pierwszy (nie wiem, w jakich okolicznościach dostrzegła go moja żona), wydał mi się nieno-
rmalny.  Nie  powiedziałem  nic  żonie,  bo  zauważyłem,  że  moje  podejrzenie  zrodził  nie  tyle 
wygląd mężczyzny co fakt, że nie obejrzałem go dobrze; po prostu bałem się patrzeć na nie-
go. Tak więc wydało mi się, że może być normalny, więc nie podzieliłem się z żoną swoimi 
podejrzeniami.  Gdy  zobaczyłem  go  po  raz  czwarty  lub  piąty,  przyjrzałem  mu  się  lepiej  (w 
rzeczywistości spuściłem oczy i czułem tylko jego daleką obecność) i nabrałem jeszcze wię-
kszej pewności, że jest normalny. W półtora miesiąca po tym warowaniu u moich drzwi (bez 
wyraźnego zamiaru wejścia do domu) zebrałem się w sobie i go pozdrowiłem. Nie odpowie-
dział. Nazajutrz (całą noc stał oparty o drzwi wejściowe) zapytałem, czy czegoś nie potrzebu-
je; odparł, że nie, gestem, którego nie miałem odwagi w pełni zaobserwować. Potem (a wszy-
stko to działo się bez wiedzy żony, bo nie chciałem jej niepokoić ani mówić o facecie, choć 
sama widywała go codziennie i miała zapewne te same wątpliwości), potem więc zapytałem 
go  wprost,  czy  jest  policjantem,  mając  w  zanadrzu  następne  pytanie:  co  robi  tutaj,  w  moim 
domu.  Mężczyzna  myślał  przez  chwilę,  lustrując  dolne  części  swego  ubrania,  jakby  szukał 
stosownej odznaki, i rzekł gniewnie: „Gdzie pan był, kiedy wyszło rozporządzenie?” — i zno-
wu zapatrzył się w fałdy ubrania. Pytanie moje wywarło chyba jakiś skutek, bo nazajutrz go 
nie było. Żona wciąż utrzymuje, że właśnie to pytanie dało początek wszystkiemu. 

Wspominanie  minionych  zdarzeń  bardzo  nas  poruszyło,  ale  radość  z  ponownego  spo-

tkania z wolna przywróciła dawny stan rzeczy. Kiedyśmy odzyskali zdolność trzeźwego my-
ślenia, zaczęliśmy się zastanawiać, niezależnie od sympatii, jaką człowiek może do nich czuć, 
skąd bierze się tylu policjantów w takim małym i biednym miasteczku. Żona przyznała, że nie 
stoją tu na postrach lwom i Cyganom, lecz raczej sami są bestiami straszącymi wygłodniałych 
ludzi. A przecież głodnych przybywa z dnia na dzień, więc przeobrażają się oni, żeby lepiej 
jeść,  w  policjantów;  nadejdzie  taki  moment,  kiedy  wszyscy  skończymy  w  policji.  Przeciw 
komu wystąpimy wówczas? — zastanawialiśmy się z żoną. 

Muszę dodać, w imię prawdy, że w czasie mego zatrzymania i odosobnienia nie byłem 

szykanowany  ani torturowany. W rzeczywistości czas zatrzymania trwał  jedną dobę, to zna-
czy jedną dobę dla każdej z czynności przeprowadzanych w różnych sekcjach więzienia: 

S e k c j a  a n a t o m i c z n a: 
(gdzie  pomazano  mi  palce  rąk  i  nóg,  zrobiono  analizę  krwi,  moczu,  kału,  a  poza  tym 

parę elektroencefalogramów itp.) 

K u l t u r y  f i z y c z n e j: 
(gdzie  pouczono  o  wytrzymałości  na  gazy  duszące,  o  odporności  narządów  płciowych 

na działanie prądu, o zdolności znoszenia przez wzrok impulsów świetlnych, o wytrzymałości 
układu kostnego na rozciąganie i o momencie maksymalnego nasycania) 

M a t e r i a ł o w a: 
(wytrzymałości  na  ciosy  nożem,  bagnetem,  dłutem,  przebijakiem,  trójzębem,  wyrywa-

nie  paznokci,  na  klucz  francuski,  łańcuchowy,  dźwigniowy,  zatrzaskowy  itp.  Wytrzymałość 
na broń maszynową, haubice, rewolwer, wnyki, łuk i strzały, na pociski, węgiel kamienny, na 
błędne  ogniki  itp.  Wytrzymałość  na  gaz  łzawiący,  paraliżujący,  na  butan,  na  środki  zoboję-

background image

tniające, sterylizujące, podniecające, pozbawiające pamięci, wspomnień, na gazy powodujące 
manię prześladowczą, pobudzające pamięć, budzące lęk. Wytrzymałość na mikroby, wirusy, 
zmiany genetyczne, umysłowe, na miłość, męskość, na słowa Martina itp.). 

S z k o l e n i o w a: 
(prawidłowe  korzystanie  z  przewijarki  do  zwoi  mózgowych,  siłownika  paraliżującego, 

nożyc prostych, bezgłośnego lancetu, trwałego znieczulacza, eliminatora  argumentów, trans-
formatora prawdy w kłamstwo i odwrotnie, otwieracza do konserw, otwieracza sumień i po-
budzacza  płciowego;  tresura  psów  ideologicznych,  judzących,  odurzających,  paraliżujących, 
czołobitnych,  pośmiertnych,  szatańskich.  Korzystanie  z  modyfikatora  idei  uwrażliwiających, 
socjologizujących, humanizujących, kooperujących. Równoczesnego paralizatora myśli utajo-
nych,  zbornych,  niewinnych,  konsekwentnych,  rozbieżnych,  mających  związek  z  czymko-
lwiek, ożywiających, mobilizujących, budzących nadzieję itp.). 

P s y c h o l o g i i: 
(gdzie  wykryto  we  mnie  i  sklasyfikowano  następujące  kompleksy:  równości,  brater-

stwa, ewolucji, regresji, wspólnoty, porozumienia, sprawiedliwości, zdrowego rozsądku, gło-
du,  raju  utraconego,  teraźniejszego,  przyszłego  itp.  Policyjni  psycholodzy  kazali  mi  przyjąć 
tabletki  przeciw:  pragnieniom,  m.in.  wyjazdu,  przyjazdu,  rozumienia,  uzasadnienia,  analizo-
wania, myślenia, współpracy, wybaczania, powrotu, posiadania i ogólnie temu wszystkiemu, 
co kończy się na -ić, -ać i -eć. Zalecono poprawę i unikanie najbliższych  okazji do grzechu, 
amen). 

O  pozostałych  sekcjach  nie  mogę  mówić  z  powodów,  które  musiałem  zaakceptować. 

Co się zaś tyczy mojej obecnej sytuacji: znalazłem się na pozór w uliczce bez wyjścia. Mówię 
na  pozór,  bo  widzę, że w  reszcie  świata  sprawy  mają  się  mniej  więcej  podobnie,  a  więc  ten 
ślepy zaułek jest na tyle szeroki, że w istocie sprawia wrażenie jedynego wyjścia. Zaułek ów 
zastępuje  nam  zasady  moralne.  Sprawia,  że  wolność  nie  wydaje  się  możliwa,  gdyż  jakako-
lwiek wolność prowadzi nas do słabości. Choć mówię to bez przekonania, należy mówić, do-
póki mamy jeszcze takich przyjaciół jak Martin i Jorge. Wszyscy są równie mętni i niepewni 
jak  ja.  Wszyscy  noszą  podejrzane  drobiazgi.  Dlatego  dzisiaj,  po  kolejnej  wizycie  u  nich, 
postanowiłem bez względu na skutki być sam. Rady, jakich mi udzielili w związku z moimi 
obawami, można by streścić tak: 

Niech  twoje  przyszłe  zachowanie  służy  dobru,  a  nie  złu,  upadek  może  być  ocaleniem, 

słowo i ciśnięty kamień nie wracają, lepsze więzienie w garści niż wolność na dachu, zostań 
przyjacielem sędziego, największym grzechem człowieka jest to, że się urodził, nikt siebie nie 
przeskoczy, w górę serca, trzymajmy się — nie dajmy się, najważniejsze to dalej żyć, itp. 

Oto  zasadnicze  myśli,  których  nie  wolno  mi  zapomnieć  jako  członkowi  milczącej 

większości. Nie sposób uciec. Nie sposób gdzieś wyjechać. Mówią, że wszędzie tak samo i że 
cały świat jest pełen ludzi w mundurach. Oni znają prawdę, drogę, życie, mają rację, władzę, 
chwałę itp. 
 
 
 
 

CZEKAJ

ĄC NA SYLWIĘ 

 
 

Najważniejsze jest w końcu to, żeby Sylwia przyjechała pociągiem o dziewiątej. Jedy-

nie ona, a właściwie jej przyjazd, może zamienić przypuszczenie, że jest w Madrycie, w fakt 
oczywisty.  Tylko  to  jeszcze  wymaga  udowodnienia.  To  sprawa  życia.  Dzięki  jej  obecności 
można być w Madrycie. Ale Sylwia istnieje tylko wówczas, kiedy przyjeżdża, w przeciwnym 
razie  jakby  jej  nigdy  nie  było,  jedyny  stan  realny  to  przyjazd  Sylwii;  pociąg  wtacza  się  na 

background image

dworzec  Atocha  w  każdy  piątek,  i  oto  idzie  Sylwia,  z  wolna  zaczyna  istnieć;  zbyt  powolną, 
ale  rzeczywistą,  taksówką  przetnie  Madryt,  potem  wejdzie  po  schodach  i  zapuka  do  drzwi 
mansardy, całe jej ciało znowu wyda mi się nienaruszone, istnienie stanie się niezniszczalne. 
Dlatego tak ważny jest przyjazd Sylwii do Madrytu w piątek wieczorem. Szkoda, że nigdy nie 
ma  całkowitej  pewności.  Pozostaje  mu  tylko  czekać,  i  to  jest  najniebezpieczniejsze  w  tym 
wszystkim; może przecież nie przyjechać, nie ma żadnej gwarancji. Dlatego czeka, gapiąc się 
w milczeniu przez okno na światła miasta, żeby  niczego nie odmienić, żeby mogła wreszcie 
przybyć. W każdej chwili wszystko może się okazać snem, a wówczas nie ma sensu się bu-
dzić, bo Sylwia nigdy nie przyjedzie, nie ma Sylwii w Madrycie. Kiedy ktoś czeka, jedyne, na 
co sobie może pozwolić, to wolno sączyć koniak, ostrożnie ująć kieliszek, wolno podnosić go 
do  ust,  pić  w  skupieniu,  raz  jeszcze  ostrożnie  postawić  go  na  skraju  parapetu,  wyglądając 
wciąż w kierunku dworca Atocha, patrząc obojętnie, bez odrobiny niepokoju, bez cienia na-
dziei; o dziewiątej przyjedzie pociąg pełen Sylwii i Sylwia pełna słów i gestów, dziewczęcych 
szmatek,  włosów;  właśnie  o  tej  porze  pojawia  się  Sylwia.  Tylko  tego  muszę  być  pewny. 
Łatwo  jest  dzisiaj  pomylić  pociągi,  miasta  lub  pory  roku.  Madryt,  sam  Madryt  jako  jedyna 
możliwość  nie  stanowi  już  żadnej  gwarancji.  Musi  teraz  przyjechać  Sylwia,  żeby  nastąpiło 
ocalenie. Sylwia i Madryt muszą się w pewnym momencie połączyć. Kiedy się nie spotykają, 
każda możliwość urealnia się i staje zabójcza, a on teraz może znajdować się w Montevideo. 

Należy  się  strzec  takich  urojeń.  Trzeba  dokładnie  wiedzieć,  gdzie  i  o  jakiej  porze  się 

przebywa,  żeby  się  nie  mylić.  Miasta  są  niebezpiecznie  do  siebie  podobne,  takie  same  na 
wszystkich  szerokościach  i  wysokościach  (albo  lepiej,  zapadłościach)  globu,  wszędzie  świa-
tła, więzienia i psy, tego nigdy nie braknie, więźniowie snują się w celach, psy ujadają niezro-
zumiale, światła błyskają chorobliwie ślepiami przedpotopowych gadów, ledwie widząc, zbyt 
wiele ciała na tak małe oczka, nieomal ślepe miasta i gady, nie ulega wątpliwości, widzę to z 
okna, czekając na Sylwię, która mnie samego uratuje przed ślepotą. Światła, więzienia i psy 
sprawiają, że każde miasto może być innym miastem. Mimo Atochy z jej pociągami równie 
dobrze może to być Montevideo. Tylko przyjazd Sylwii potrafi uczynić z tego miasta Madryt, 
jej żywe spojrzenie przyćmi pełgające gadzie ślipia, określi czas i miasto, to ona pnąc się po 
schodach, wchodząc przez drzwi i ofiarowując ci czas prawdziwy i prawdziwe miasto wyma-
że z pamięci wszystkie urojenia. 

Zbliża się dziewiąta, a o tej godzinie miasta mogą się zamienić, chyba że pociąg wtoczy 

się na dworzec punktualnie. Na razie przed tym gubieniem się miast pośród jednakich świateł 
ratują  go  sztuczne  ognie  na  przedmieściu:  jakieś  ważne  święto.  Uroczystości  te  również  się 
powtarzają  jak  światła  i  psy,  każde  miasto  ma  własnych  patronów;  oby  ich  święta  nigdy  się 
nie zbiegły! Osobliwe to uroczystości, prawie nikt nic nie wie o świętym, pamięta się tylko o 
feretronach  i  procesjach.  Święci  z  kalendarzy,  dziwne  imiona  wydobyte  z  cierpiętniczego 
zapomnienia, wszędzie ofiary i kaci. Ale przecież dzisiaj nie powinno być sztucznych ogni w 
Montevideo,  i  to  jest  najważniejsze,  choć  od  tych  petard  w  całym  mieście  rozszczekały  się 
psy,  a  ich  ujadanie  zlewa  się  gdzieś  w  mej  pamięci  z  wyciem  tamtych  psów  południowo-
amerykańskich.  Szczekają  teraz  jednocześnie,  widzę  je  przez  moment  w  świetle  sztucznych 
ogni,  potem  giną  wraz  z  płomieniami,  znikają  psy,  pozostaje  ujadanie.  W  więzieniu  też  są 
sztuczne ognie, z kieliszkiem koniaku w dłoni przyglądam się im ze swego okna. Więźniowie 
rzucają  w  górę  petardy  z  zaszyfrowanymi  wiadomościami;  jeśli  to  jest  Montevideo,  światła 
muszą się odbijać w morzu. 

To dobrze, że istnieją sztuczne ognie, dzięki nim Madryt staje się bardziej prawdopodo-

bny. Gdyby było inaczej, gdyby Sylwia nie przyjechała i w tym mieście w ten nieprawdopo-
dobny piątek w nieprawdopodobnej Europie zgasły ognie, a tutejsze psy oraz tamte, istniejące 
w pamięci, ujadały jednocześnie, runęłaby cała ta krucha równowaga, opadła jak majtki lada-
cznicy (galoty, mówią tutaj, niech tak będzie), jak galoty ladacznicy. Czasami petardy wybu-
chają  z  opóźnieniem,  mężczyzna  wbija  wzrok,  ale  nic,  czyste  niebo,  pełgają  tylko  smętne 

background image

światełka, migocą ślipia chorych kur i przedpotopowych gadów, koniec uroczystości, co da-
lej? — myśli człowiek. Nie rozumiem, dlaczego tyle czasu mija między jednym rozbłyskiem 
a drugim. Sztuczne ognie powinny się jarzyć nieustannie, gdy jeden opada, drugi już wzbija 
się  w  powietrze,  musi  być  ciągłość,  aby  nie  potwierdziło  się  tajone  przypuszczenie,  że  to 
miasto to nie Madryt, że Sylwia nie istnieje, że mężczyzna czeka na kogoś innego. 

Jakżeby  miała  nie  istnieć  Sylwia,  całym  swym  ciałem  obecna  w  mansardzie?  Ona  nie 

jest jak te światła. Oddycha rytmicznie, a ów stały rytm umacnia jego istnienie. W przerwach 
między wybuchami sztucznych ogni widać światła nieokreślonego miasta, więźniów w nieo-
kreślonym mieście i w tych bezkresnych chwilach mogę dojrzeć psy z Montevideo węszące w 
pojemnikach na śmieci, a Sylwia przestaje istnieć, staje się dziewczyną z okładki wiszącej na 
ścianie, spogląda stamtąd nie oddychając, całkiem naga. W przerwach między błyskami wi-
dzę więziennego strażnika, żuje coś w górze, przełyka i grozi mi ręką, krzyczy, mówi, że za-
kuje mnie w dyby — każdy rozbłysk ożywia psa — żeby nikt stąd nie uciekł, że wszyscy i tak 
zostaną osądzeni, a ich imiona zapisane w kalendarzach wraz z zapoznanymi męczennikami. 
Pytam  go,  czy  jesteśmy  w  Madrycie  czy  w  Montevideo,  w  odpowiedzi  wkłada  do  ust  nowy 
kęs, przeżuwa go i znika, gdy nowy wybuch rozjaśnia budynek. Psy słyszą to pytanie i szcze-
kają, ujadają, szmat ziemi wyje wraz z nimi. 

Nadjeżdża pociąg. Jaki punktualny; dzisiaj, z okazji święta, cały wagon jest iluminowa-

ny,  jakby  był  wielkim  sztucznym  ogniem.  I  oczywiście  Sylwia,  po  swojej  cotygodniowej 
harówce; nie wychodźmy dziś nigdzie wieczorem, powie po przyjeździe, jej brązowe spojrze-
nie  lustruje  nowe  przedmioty  w  pokoju,  myśli,  że  kupiłem  je  dla  niej,  nie  wiedząc,  że  usta-
wiam je, aby mieć pewność, że jestem w Madrycie, że dziś jest piątek i że Sylwia przyjdzie. 
W wagonie, wokół kogoś tak ważnego jak Sylwia, tłoczą się aniołowie i męczennicy. Unoszą 
ramiona, jakby to były skrzydła, poruszają się niczym ryby w wodzie, aż wreszcie pozwalają 
dojrzeć  najważniejszą  postać,  którą  mogłaby  być  Sylwia,  ale  to  nie  ona,  to  ktoś  inny, 
przebrany za Torquemadę, przyjeżdża do Madrytu, żeby na Plaza Mayor dopełnić uroczysto-
ści  auto  da  fé.  Z  więzienia  skazańców  prowadzi  się  na  Plaza  Mayor,  rozświetlony  żywymi 
płomieniami, nie zaś sztucznym ogniem. W miarę jak  rozjarzony  wagon  przejeżdża, oblicze 
Torquemady  staje  się  bardziej  widoczne,  przypomina  trochę  twarz  nieobecnej  Sylwii,  nie 
ulega  wątpliwości,  że  jestem  w  Madrycie,  choć  Sylwia  nie  przyjechała.  Twarz  Torquemady 
jest  jakby  namalowana  przez  Fra  Angelico,  taka  słodka,  cedzi  coś  przez  zęby,  podczas  gdy 
skazańcy  skowyczą  w  ciemnościach  i  kat  czeka,  wygląda  na  skruszonego,  a  ludzie,  którzy 
przygotowali drwa na stos, drzemią teraz w swoich chatach po miłym posiłku. Mam podstawy 
sądzić, że wszystko to jest częścią zabawy, podobnie jak sztuczne ognie. Gdybyś przyjechała, 
patrzyłabyś teraz ze mną przez okno. Widzisz Torquemadę w wagonie? Ale spojrzenie twoje 
staje się nagle nieufne: nie bądź głupim Latynosem. Oczywiście, jesteś Hiszpanką i sprawy te 
ciebie  nie  interesują,  już  ci  się  znudziły.  Ale  ja,  wyobraź  sobie,  po  raz  pierwszy  widzę 
Torquemadę. Mnie te rzeczy bawią, pomagają mi czekać (na co?). 

Jeśli Sylwia nie przyjedzie, na co się zanosi, pójdę spać sam i nakryję się po uszy, żeby 

nie słyszeć skowytu skazańców, trafić na stos to paskudna rzecz, i tutaj, i w Montevideo, bez 
względu na to, czy zna się czy nie kalendarze i świętych. Przyglądają mi się światła Madrytu, 
skończyły się sztuczne ognie, zostały jeszcze psy. Światełka wyglądają chwilami jak czekają-
cy  na  mnie  oprawcy,  czasami  są  po  prostu  światłami  zwykłego  miasta.  Jeśli  Sylwia  mimo 
wszystko przyjechała, zmierza teraz tutaj, spieszy pociągiem lub taksówką, wejdzie po scho-
dach, zajrzy do mansardy, jaka ładna jest ta nowa wykładzina. Jeśli przyjdziesz, Sylwio (lubię 
zwracać się do ciebie po imieniu, tak jak ty do mnie), pokażę ci pociąg wjeżdżający na dwo-
rzec Atocha. Widzę go stąd właśnie teraz, pełny aniołów, chyba wypchanych, ofiar i opraw-
ców razem podążających na uroczystości.  Ale jesteś śmieszny, powie Sylwia, oddychając w 
pokoju; nie przyjechała jednak, nie oddycha, siedzi naga, jak w wagonie, na okładce przycze-
pionej  do  ściany,  patrzy  na  mnie  i  chyba  chce  mi  coś  wytłumaczyć,  ale  nie  może,  bo  i  jak, 

background image

skoro  jest  przybita  do  ściany.  Jej  spojrzenie  zdaje  się  wyrażać  solidarność.  Albo  rozstanie; 
któż to wie. Tamci są już tutaj, jeden z nich bierze chyba udział w uroczystościach. Co będzie 
z  nami?  —  pytam.  Chciałbym  wzbić  się  ponad  psy,  morza,  dolecieć  tam  gdzie  nie  ma  ani 
świateł, ani miast, to jej mówię. Mówię byle co, ona i tak nic nie zrozumie. Ale wydaje się 
bardziej żywa niż kiedykolwiek. Patrzy na nas, jakbym to właśnie ja i ci, co dopiero przyszli, 
był obrazkiem przybitym do ściany, lichą reprodukcją Berruguette'a z Prado. Sylwio, mówię, 
żeby  tylko  coś  powiedzieć,  niejako  na  pożegnanie.  Tamci  szepczą  mi  coś  na  ucho,  jeden  z 
nich  wymawia  słowo  rezygnacja.  Niczego  już  nie  słyszę,  tak  jak  ona.  Ktoś  podnosi  rękę, 
wydaje jednoznaczny rozkaz. Kat czeka koło stosu. Trudne będzie to wszystko.  
 
 
 
 

PO DRUGIEJ STRONIE MORZA 

 
 

Mężczyzna  ścinał  wciąż  gałęzie  na  nowy  szałas,  choć  wiadomości,  jakie  docierały  do 

tego odległego zakątka, świadczyły, że ścinanie gałęzi i nowy szałas to fakty już nie istniejące 
w czasie. Ścinał niepotrzebne gałęzie, jakby chciał przedłużyć to, co przeminęło. Jego dawni 
druhowie,  dziś  ze  znakiem  rozpoznawczym  na  piersiach,  nie  byli  już  sobą,  a  ich  słowa  aż 
nadto wyraziście głosiły, że tamci, siewcy grozy, przybyli w końcu, że mają broń i straszliwe, 
niewyobrażalne  bestie,  że  wyzuto  ich  ze  wszystkiego  w  zamian  za  darowanie  życia.  Przeli-
czono ich i podzielono; jego także liczono, choć nie pomalowano mu jeszcze piersi, ale żona i 
dzieci już do niego właściwie nie należały. 

Dlatego nie warto było ścinać gałęzi, nie będzie nowego szałasu, musi wrócić do wioski 

i  oddać  się  im,  żeby  nie  pozabijali  innych.  Coraz  więcej  słów  i  coraz  większa  trwoga;  na 
twarzy żony, kiedy upuścił z rąk bezużyteczną wiązkę, jaką przydźwigał,  malowało się jego 
własne przerażenie. Żeby je zetrzeć, chciał powiedzieć, że dalej za rzeką ziemia nie ma końca 
i  że  mogliby  uciec  tam,  gdzie  ich  nie  znajdą,  ale  twarze  towarzyszy,  jakby  zgadujące  jego 
myśli, ostrzej niż słowa wyrażały, że jest to niemożliwe. Te słowa i lęk nie docierały do dzie-
cka, które dalej ścinało witki, najdrobniejsze, służące do wiązania; malec miał usta poplamio-
ne  żółtkiem,  rano  jadł  strusie  jajko.  Mógłby  dowieść  żonie,  że  dziecku  nic  złego  nie  zrobią, 
ale słowa wypowiadane przez innych wirowały w powietrzu i mąciły je niczym błoto. I nagle 
w  pełnym  słońcu  poczuli  chłód,  jakby  słowa  zatrzymały  ziąb  poranka.  Roztańczone  w  bez-
władnym powietrzu, słowa wznosiły się i opadały, obejmowały całą jego postać, starając się 
przeniknąć  do  ciała  niczym  urok,  i  choć  zamykał  się  w  sobie,  żeby  się  nie  wdarły,  choć  za-
słaniał uszy, wnikały przez skórę i kości, wypełniały go bez reszty, a kiedy się już nie mieści-
ły,  gdy  wygięły  kości  i  zatrzymały  krew,  białkami  jego  oczu  wyszły  na  znieruchomiałe  po-
wietrze i akt ścinania gałęzi rozpłynął się w czasie. 

Szli po falistych górskich stokach, na które patrzyli jakby po raz ostatni, wśród umyka-

jących iguan i jaszczurek czuli spojrzenie tysięcy zwierzęcych oczu przyglądających się, jak 
się przedzierają przez gąszcz dżungli; zwierzęta doskonale wiedziały, co się dzieje, i także się 
bały.  Już  jako  dziecko  słyszał,  że  zjawią  się  kiedyś  ludzie  niczym  bogowie,  być  może  z 
powietrza, żeby zabrać ich do bliżej nie określonego raju. Księżyc musiał się jednak odmienić 
wiele razy, a teraz kiedy to się stało, czas dobiegł kresu. Przylecieli? — pytał nie patrząc na 
nikogo.  Nie,  nie  przylecieli,  ale  chyba  to  potrafią,  i  pokazali  mu  szkiełko,  w  którym  ujrzał 
własną twarz. Rzecz wyglądała jak kawałek sztucznej rzeki, podobnie jak ona odbijała twarz, 
ale w zupełnym bezruchu, co było oczywistym dowodem, że czas się dopełnił i że nie wiado-
mo, co będzie dalej. Mają dużo podobnych przedmiotów, brzmiały słowa, które, dopełnione 
gestem,  opisywały  arkebuzy  i  psy,  koła  i  konie,  prawdopodobne  elementy  nieba,  jakie  już 

background image

przeczuwali.  Wielu?  —  pytał,  mając  na  myśli  popełnione  mordy,  a  jednosylabowy  dźwięk 
trwający  dłużej  niż  zwykle  odparł  „wielu”.  Jeśli  zabijają,  to  nie  są  z  nieba,  pomyślał,  gdy 
przekraczali  rzekę  obok  zajętej  wioski  i  usłyszał  ujadanie  pierwszych  psów  na  świecie,  a 
pojmani, trzęsąc się, wyjaśnili mu, że to nie arkebuzy, ale również broń, tyle że żywa. 

Jeszcze  nie  widział  najeźdźców,  ale  jakby  już  tu  byli.  Swojski  krajobraz  zmienił  się. 

Zdawało  mu  się,  że  zniszczyli  wszystkie  drzewa,  bo  choć  było  ich  tu  sporo,  wyglądały  ina-
czej. Nie ulegało wątpliwości, że wszystkie górskie i rzeczne zwierzęta należały już do nich. 
Siła  najeźdźców  była  czymś  samoistnym,  nie  musieli  tu  przychodzić,  aby  ich  obecność  dała 
się odczuć. Choć sami się jeszcze nie pokazali, w istocie dotarli już do szałasu, jaki budował 
tak daleko, w miejscu, którego najeźdźcy nigdy nie zobaczą, a które jednak do nich należało, 
o  czym  wiedziały  nawet  zwierzęta  z  dżungli.  Pomyślał  o  tym  lub  też  coś  w  nim  tak  pomy-
ślało. Myśli przychodziły z zewnątrz, jak ludzie, których miał teraz ujrzeć. Także myśli nie 
należały już do niego. Były ich własnością. 

Nie było ich wielu. Na szczęście psy i konie stały przywiązane do jakichś nierzeczywi-

stych  drzew.  Nie  wypuszczając  z  rąk  broni  palnej  i  sztyletów,  podzielili  i  oznakowali  cały 
teren, wszędzie ustawili palisady i zamknęli ludzi, którzy, jak krajobraz, wyglądali teraz ina-
czej, niczym zwierzęta w zagrodzie. Wszystko obejrzeli i wszystkiego dotknęli. W namiocie 
zgromadzili przedmioty znalezione we wsi. Gliniane naczynia, ozdoby, kolorowe nici, cenne 
metale, tłuszcze i maści, zioła lecznicze, instrumenty muzyczne, kalendarze, siekiery i strzały. 
Po  przejrzeniu  i  posortowaniu  wszystkiego  zapytali  o  umarłych  i  przekopali  cmentarzysko, 
otworzyli urny i ograbili szczątki ze wszystkiego, co błyszczy. Czynili to krzycząc w jakimś 
nieprawdopodobnym  języku,  były  to  donośne  głosy  komend,  młodsze  siostry  chrapliwego 
odgłosu arkebuzów powodujących błyskawiczną śmierć, równie szybką jak zniknięcie kamie-
nia w rzece. 

Mężczyzna wchodzi teraz do swej wioski jak złodziej. Żona znika z innymi kobietami 

na  drugim  jej  krańcu.  Tam  je  zamykają.  Powoli  zaczyna  się  przyglądać  najeźdźcom.  Przez 
długi  czas  oczy  patrzą  na  buty  i  ledwie  ośmielają  się  wznieść  na  wysokość  miecza.  Głosy 
mężczyzn mieszają się z ujadaniem psów, konie żują jakiś metal. Patrzy  na rękę mężczyzny 
malującego  mu  pierś,  chce  coś  powiedzieć,  ale  strażnik  podnosi  arkebuz  i  widzi  najpierw 
czarny  otwór,  a  dalej  twarz  strażnika;  widzi  ją  po  raz  pierwszy,  niebieskie  oczy  i  metalowy 
łeb. Wokół całej jego postaci, od butów po okrytą metalem głowę, słońce mieni się kolcami, 
żółtymi niczym strusie jajko, i widzi, że twarz przybysza jest łagodniejsza od wściekłego py-
ska  psa.  Strażnik  uosabia  coś,  z  czego  go  wykluczono,  pozwala  mu  jednak  trochę  się  poru-
szać,  nie  za  wiele,  bo  zaraz  podnosi  arkebuz;  porusza  się  więc  i  czuje,  że  jego  ruchy  należą 
już  do  strażnika.  Ktoś  wyruszył  za  daleko,  lecz  nim  dobiegł  do  najbliższych  chaszczy,  psy 
rzuciły  się  za  nim  z  jazgotem,  dopadły  go,  poszarpały,  pogryzły  nogi,  żeby  się  więcej  nie 
ruszał.  Patrzy  na  strażnika,  patrzy  ulegle  i  z  uśmiechem,  jak  kobieta.  Strażnik  mówi  coś 
głosem,  który  brzmi  rozkazująco,  i  podaje  mu  lusterko,  przegląda  się  w  nim  i  widzi  własny 
strach. 

A  potem,  w  środku  nocy,  pożegnanie  z  wioską;  zgiełk  i  przynaglenia,  wrzaskliwe 

komendy; kroczy w mroku, poszturchiwany arkebuzem, schyla się po toboły i dźwiga je przez 
dżunglę,  słuchając  nocnego  ptactwa  wieszczącego  przyszłość.  Zwierzęta  umykają  na  odgłos 
uzbrojonych kroków, kajmany podrywają się z dna rzek, pisklęta wypadają z gniazd. Miecze 
tną leśną gęstwinę i pozwalają dojrzeć księżyc; patrzy wsłuchany w krzyki na czele kolumny, 
psy chyba oszalały, podnosi ciężary i słyszy trzask łamanych gałęzi, w sam raz na szałas; ja-
kiś koń przechodzi obok niego, lecz nie kąsa, mija go w milczeniu, a z pierwszym brzaskiem 
rozlega się szum morza dzielącego żywych od umarłych; czas kończy się nad brzegiem mo-
rza. 

Z  łodzi  zobaczył  karawelę  o  rozpiętych  jak  skrzydła  żaglach.  Przez  chwilę  ziemia  i 

morze zamarły w bezruchu, znalazły się poza czasem. Jeden z mężczyzn oparł koniec wiosła 

background image

o  brzeg  i  pchnął  go.  Morze  nie  drgnęło,  ale  ziemia  zaczęła  się  oddalać.  Wszystko  się  teraz 
odsuwało. Najpierw brzeg, a potem dżungla pełna ptaków i jaguarów, wioska i grobowe urny, 
których  jeszcze  nie  wygrzebano,  czas  łowów  i  czas  zbierania  owoców,  młocki  kukurydzy  i 
narodzin dzieci, wszystko to oddalało się popchnięte końcem wiosła. Dotknął dłonią kamien-
nego  grotu,  amuletu,  lusterka  i  glinianej  fajki,  którą  żona  podarowała  mu,  gdy  pierwszy  raz 
spali ze sobą. Zabierał to wszystko na tamten świat. 

Na tę karawelę musieli zebrać setki drzew. Któż wie, ile czasu przecierali kloce swymi 

lśniącymi  toporami.  Nie  chodziło  tu  przecież  o  wydrążenie  jednego  grubego  pnia,  zrobili  to 
wielkie wgłębienie z wielu pni. Z łatwością wdrapali się na górę po linie. Jemu nogi odmówi-
ły posłuszeństwa. Dźwignęło go dwóch mężczyzn o zielonych oczach. Nie czuł swego ciała. 
Mogliby łatwo pozbyć się tego brzemienia, cisnąć je niczym kamień w morze. Ziemia, którą 
opuścił, także się zagubiła. Wysokie drzewa były teraz jak ludzie. Ludzie, jeśli jeszcze istnie-
li, stali się niewidzialni. Jeszcze bardziej niewidzialny był jego syn, a już zupełnie usta popla-
mione strusim jajkiem. 

Oparty  o  maszt  patrzył,  jak  się  mu  przyglądają.  Z  głębi  karaweli  wynurzali  się  wciąż 

nowi ludzie, żeby obejrzeć go ze zdumieniem. Po raz pierwszy odważył się spojrzeć im pro-
sto w twarz. Nie wszyscy mieli głowy okute żelazem i żółte brody. U niektórych brody były 
czarne,  a  oczy  brązowe.  Widział  wśród  nich  wysokich  i  niskich,  bez  broni  i  lederwerków, 
ułomnych i niewyrośniętych. Ujrzał twarze o wpadniętych oczach, o dłoniach popękanych od 
przeciąganych lin, o spojrzeniu łagodnym jak u osaczonych saren na moment przed śmiercią. 

Zostawiono  go samego  w tym rozgardiaszu wśród ludzi, którzy krzyczeli, uwijając się 

między  masztami  i  linami.  Biegali  z  miejsca  na  miejsce,  dotykając  tej  lub  innej  części  bali 
tworzących tę wielką łódź. Żagle wydęły się, statek zadrżał niczym drzewo, którym przecież 
był, wiatr zadzwonił w uszach, ludzie przekrzykiwali się; teraz gdy karawela pruła morze, na 
pewno  ktoś  skona,  on  albo  ziemia  oddalająca  się  tak  szybko.  Wiedział  już,  że  ziemia  także 
płynie po morzu, widział, jak kołysze się ze swymi rzekami, górami, chmurami i kondorami. 
Nie jest dobrze patrzeć w morze, mówił czarownik. Moje oko płacze na widok morza śmierci, 
zawodzili starcy, gdy wyruszali nad morze, aby tam umrzeć i wejść do raju. Karawela także 
się  oddalała,  konała,  a  otchłań  między  nią  i  umierającą  ziemią  coraz  bardziej  wypełniało 
morze.  Ziemia  zniknęła,  była  równie  daleko  jak  umarli  przodkowie.  W  dali  zostały  plamy 
strusiego  jajka.  Nawet  morze  było  dalą.  Wszystko  było  teraz  dalą,  a  to,  co  było  dalą,  było 
morzem. 

Odtąd widział ledwie drobną cząstkę morza na dnie karaweli, gdzie zbierała się woda, i 

w  kuble,  który  mu  dano,  żeby  ją  wybierał  i  wylewał.  Gdy  tylko  udało  im  się  zatkać  jakąś 
szparę, woda wdzierała się przez inną. Czerpiąc wciąż wodę, w pełnym słońcu i pod gwiazda-
mi,  które  widać  też  się  oddalały,  bo  były  już  inne,  nie  wiedział  w  końcu,  czy  jest  dzień  czy 
noc, aż zwalał się skonany, nie mając nawet siły zjeść suchara, jaki mu podsuwano. 

W jakiś sposób wszystko to było właściwie ułudą. Rzeczywiste były rzeki, które pamię-

tał,  i  zwierzęta,  porody  kobiet  i  dzikie  bestie,  żywi  i  umarli.  To  natomiast  istniało  w  jakiejś 
chwiejnej  równowadze,  ledwie  powiązane  i  z  trudem  podtrzymywane  przez  niepewne  urzą-
dzenia. Gdyby nie wybierano kubłem wody sączącej się przez szczeliny, karawela zatonęłaby. 
Jeśliby  starannie  przycięte  i  powiązane  pnie  rozeszły  się  i  znowu  stały  drzewami,  karawela 
poszłaby na dno z ludźmi, psami i końmi. Morze nie było czymś naturalnym, jak deszcz. Nikt 
nie  mógł  żyć  na  morzu,  nawet  ptaki.  Te,  które  rzucały  morzu  wyzwanie,  nie  pochodziły  z 
ziemi, były bogami albo nie żyły. Ludzie, którzy porwali go z jego ziemi i wieźli teraz przez 
morze, też byli martwi. Wybierając dzień i noc wodę, aż zwalał się z nóg ze zmęczenia (które 
było jego prawdziwą nocą), zauważył, że wciąż następują po sobie jasność i mrok, jawa i sen, 
głód i sytość. Teraz była to jedyna pewna rzecz i należało się jej trzymać, nie można było jej 
odmienić,  nie  potrafiły  jej  powstrzymać  łańcuchy  ani  zniszczyć  arkebuzy,  nawet  psy  nie 
mogły zagryźć. Wszystko inne było — nie wątpił — zwykłym urojeniem, które pewnego dnia 

background image

samo się rozwieje. Ułudą są podróże, ułudą żelastwo okrywające ich głowy, ułudą arkebuzy i 
miecze, ich niezrozumiałe słowa, lusterka i papiery, ich statki i żagle na wietrze, ich brody i 
ostre krzyki. Co się teraz dzieje z jego synkiem, który niewiele odrósł od ziemi? Kto go broni 
przed niepogodą i dzikimi bestiami? Co się stało z żoną i gałęziami na szałas? I to także nie 
było  już  zbyt  pewne,  takie  odległe,  odepchnięte  końcem  wiosła.  A  więc  pewne  jest  to,  że 
przeprawia się przez morze (lub też morze przenika go), ale skoro nikt nie potrafi tego doko-
nać za życia, oznacza to, że podąża do raju, dokąd udali się jego dziadowie. 

Kiedy  na  niebie  pojawiały  się  gwiazdy,  towarzyszyły  mu  jakieś  litościwe  istoty.  Nie 

miały  na  statku  stałego  miejsca  tak,  jak  i  on,  jak  wszyscy.  Ich  ruchami  kierowały  niekiedy 
kroki mężczyzn po skrzypiących deskach, ale były takie zwinne, że zwykle unikały rozdepta-
nia. Kiedy się to nie udawało, ich łuski pękały z trzaskiem pod stopami jak suchy owoc rozbi-
jany  kamieniem.  Nie  miały  krwi,  zaledwie  trochę  płynu,  który  po  chwili  wsiąkał  w  deski. 
Wyglądały jak wielkie czarne wszy ze skrzydłami. Były też inne, jeszcze większe, które noca-
mi  gryzły  drewno,  pożerały  z  wolna  nawę  i  znikały  natychmiast,  gdy  ktoś  się  pojawiał.  Le-
dwie mógł dojrzeć błysk ich ślepiów i zauważyć uszy i długi popielaty ogon. Żyły tą odrobiną 
jedzenia, jaką zebrały, a nocą były prawdziwymi panami statku. 

Ludzie  i  statek,  gwiazdy  i  słońce,  wszystko  zamknięte  morzem.  Morze  to  nie  woda. 

Wodą są rzeki. Morze to przestrzeń, puste czekanie. Nie pozwala być ze sobą, nie ma wspo-
mnień.  Zatrzymuje  wszystko.  Choćby  zebrać  tysiąc  karawel,  a  w  każdej  z  nich  tysiąc  ludzi, 
morze  będzie  zawsze  samotne.  Nie  chce  żadnego  towarzystwa.  Ma  swoją  barwę,  swój  po-
szum i swoją pianę. Jest tym, co się kryje za każdą rzeczą. Teraz zrozumiał, co mówiły stare 
kobiety, że gdy ślimak umiera, morze pozostaje w jego szkielecie. 

Morze to ojciec, początek, pewność. Ale kobiety nie wiedziały, że i morze ma swoich 

panów.  Widział,  jak  ludzie  na  statku  biegali  oszalali  po  pokładzie,  gdy  zbliżała  się  burza. 
Burza ryczała, a oni odkrzykiwali, morze ryczało, a oni odpowiadali; żaglami i linami poskra-
miali burzę, lżyli ją, nie bali się jej. I oni, i arkebuzy znali mowę burzy. Należeli wszyscy do 
tego samego plemienia. Krzyki mężczyzn były jak strzały z wielkich arkebuzów, których uży-
wano do zabijania burzy. Sami zamieniali się w arkebuzy, żeby ją zabić. 

Czy  to  morze  nigdy  się  nie  skończy? Jeśli  taka  jest  droga  umarłych,  to  chyba  donikąd 

nie  docierają.  Teraz  zrozumiał,  czym  jest  śmierć:  błądzeniem  bez  końca.  Gdzieś  tutaj  krążą 
jego dziadowie paląc swe długie fajki. A może nie ma ich nigdzie, ani jego, ani dziadów, być 
może karawela trwa w bezruchu, a tylko ziemia oddala się ze śmiercią, pchnięta końcem wio-
sła. Teraz zrozumiał wiele rzeczy, potrafił pojąć, dlaczego rodzą się dzieci i wschodzą rośliny, 
dlaczego  umierają  starcy  i  opadają  liście,  ogarnął  tajemnicę  dni  i  nocy,  spojrzeń  gadów. 
Słońce  i  księżyc  to  były  jakby  wielkie  bestie  wyplute  przez  morze.  Morze  nie  mogło  być 
wodą, bo słońce rodziło się w morzu i nie gasło, wstawało i zachodziło tak samo rozżarzone. 
Morze  było  najdelikatniejszą  ziemią  orną,  w  głębiach  swych  pełną  słońc,  które  rodziły  się 
codziennie i podążały ku krainie jego dziadów. 

Z daleka mijały ich teraz góry, lądy oddalające się tak jak niegdyś jego rodzinne strony. 

To nie człowiek umierał, to ziemia odchodziła. A kiedy ziemia umierała, człowiek ruszał do 
raju na spotkanie z dziadami, ze wszystkimi przodkami, jakich miał. Lądy ginące w oddali ze 
swoimi  szczytami  i  śniegami  nie  były  rajem,  bo umarły.  Być  może  zawsze  podąża  się  tylko 
do raju, lecz nigdy tam nie dociera. Patrzył na wydęte wiatrem żagle i czuł, że zmierza do kra-
iny, gdzie nie ma ani chłodu, ani chorób, gdzie po każdym zerwanym owocu wyrasta inny z 
drugiej strony drzewa, gdzie żyje się wiecznie, bo droga nie ma końca. Nie trzeba było umie-
rać, aby iść do nieba. Wystarczy śmierć ziemi; wiedział teraz, że góry również giną, a mary-
narze tymczasem trzymali jakieś śpiewające drewno w ręku i jego także częstowali brązowym 
syropem,  po  którym  śpiewali  i  płakali.  Ktoś  podsunął  mu  instrument.  Miał  kształt  kobiety  i 
wiele  strun.  Umiał  grać  tylko  na  jednej.  Wydawała  znane  mu  dźwięki,  innych  nigdy  nie 
słyszał. Zaśpiewał, a mężczyźni słuchali go, kołysząc głowami i kielichami. Dziękował im w 

background image

swojej pieśni za brązowy napój i pytał, skąd mają psy i konie i kto podarował im arkebuzy i 
karawele, kim są i dokąd go wiozą, dlaczego zabili kilku mieszkańców wioski i co stanie się z 
tymi,  którzy  zostali  na  lądzie.  Gdy  skończył,  mężczyźni  poklepali  go  przyjacielsko,  wypili 
brązowego  płynu  z  tego  samego  kielicha,  dotknęli  jego  rąk  swoimi  i  tej  nocy  pozwolili  mu 
spać bez pęt. Głosy drewnianej kobiety zagubiły się wraz z nim w tym samym śnie. Obudził 
się  i  dotknął  przedmiotów,  jakie  wiózł  z  innego  świata.  Na  karaweli  panowała  cisza.  Wyra-
źnie mógł zobaczyć iglice i wieże raju. 

Wydawało się, że rajskie domy unoszą się w powietrzu, choć ich mury mocno trzymały 

się  ziemi,  ziemi  porowatej,  jakby  niedawno  zaoranej.  Psy  i  konie  stąpały  po  trawie  jak  we 
śnie. Ze snu były też drzewa, z których powstały karawele. Ptaki były takie jak tam, nie różni-
ły się zbytnio. Oglądał raj nie tak, jak by tego pragnął, chciał bowiem zobaczyć wszystko aż 
po  najdalsze  rubieże,  tymczasem  ziemia  wznosiła  się  i  opadała  falami,  nie  pozwalając  mu 
dojrzeć  całości  ani  się  spotkać  z  przodkami.  Człowiek  piął  się  na  szczyt  wzniesienia,  żeby 
zobaczyć  jego  drugą  stronę,  a  wówczas  ginęła  poprzednia.  Ta  druga  była  także  niewielka  i 
ulotna. Można było od tego wszystkiego dostać zawrotu głowy, więc jak przez mgłę widział 
w mijanych osadach ludzi, którzy w drzwiach swych domostw przyglądali się maszerującym 
żołnierzom.  I  wszyscy  patrzyli  na  niego,  zwłaszcza  na  pióra  na  głowie  i  papugę  w  klatce. 
Słońce. Słońce, wynurzone z dalekiego morza, wznosiło się wysoko. Raj nie znajdował się na 
innym świecie, to samo słońce błyszczało dla żywych i umarłych. Kiedy usłyszał szum rzeki, 
zaczął rozglądać się za górami, które musiały gdzieś tu być, i znalazł je za plecami, skąpane w 
słonecznym blasku. Głębokich rzek nie pokonuje się tutaj dłubanką. Mieszkańcy nieba poło-
żyli nad wodami kilka olbrzymich głazów i mogą chodzić przez rzekę bez łodzi i bez mocze-
nia nóg. Te same belki, z których powstały karawele, wyginali tak, że dwa końce stykały się, 
nie  łamiąc  przy  tym  wcale.  Doczepiali  z  przodu  konie  i  służyło  to  do  jazdy  i  przewożenia 
ciężkich przedmiotów. Tylko jeden koń ciągnął wszystkie rzeczy zabrane z jego wioski, jakby 
były  puchem,  i  tak,  nie  dotykając  wody,  przedostawały  się  na  drugą  stronę  rzeki.  Kroczył 
koło takiego konia i patrząc na jego spocone boki i buty żołnierza czuł mdły odór rajskich be-
stii. Ty nie gryźć mnie, nie bić? Ja dobry, dać dużo jeść. Żołnierz spojrzał na niego i zaśmiał 
się,  koń  nie  odpowiedział,  ale  słuchał,  nastawiwszy  uszu.  Z  najwyższego  budynku  we  wsi 
dobiegała muzyka dzwonów, słyszał ją coraz słabiej, aż wieś, ze swoimi czerwonymi dachami 
i ludźmi wyglądającymi przez drzwi i okna, została w tyle i zginęła za wzniesieniem; ludzie, 
wozy i konie falowały na powierzchni raju, patrzył i gubił z oczu raz po raz pojawiające się i 
ginące wsie. 

Twarze  ludzi.  Nie  sposób  zatrzymać  w  pamięci  tylu  wpatrzonych  w  niego  twarzy. 

Pamięta po kolei każdą twarz ze swojej wioski, jest ich niewiele. Tutaj są niezliczone, dlatego 
nie  może  ich  spamiętać.  A  może  dlatego,  że  wszystkie  są  jednakowe.  Usta,  oczy  i  włosy  są 
różnorakie, ale mimo to nie potrafi rozróżnić twarzy, nawet żołnierskich. Wszystkie przyglą-
dają  mu  się,  a  gdy  tak  gapią  się  i  dziwują,  są  piękne.  Niektóre  twarze  popatrują  z  lękiem. 
Przegląda się w lusterku i widzi, że jego twarz nie jest taka jak inne, ma za grube wargi, inną 
barwę skóry, wystające  kości policzkowe, pióropusz, który kazano mu nałożyć,  choć to nie-
odpowiednia pora, pióra wkłada się na święta lub wojnę, jego twarz nie ma zarostu, widzi, że 
jest półnagi i prawie bosy, wstydzi się siebie, jest papugą w klatce, potworem stąpającym po 
raju. A do tego strach... 

W  najwyższych  budowlach  wszystkich  zakątków  raju  wiszą  dzwony.  Orszak  właśnie 

się zatrzymał w jednym z takich miejsc i najważniejsi żołnierze weszli do wysokiego domu. Z 
zewnątrz  dobiegała  muzyka  prawie  nie  do  wytrzymania,  a  potem  gwar  głosów,  niby  nocny 
poszum  rzeki.  Pilnujący  go  żołnierz  gestem  wskazał,  że  może  zajrzeć  przez  drzwi,  a  potem 
pchnął go do środka; cofnął się, bo nocny szum rzeki zawsze budził w nim lęk. Przesunęło się 
przed  nim  wiele  twarzy,  przyglądały  mu  się,  ale  nie  podchodziły  zbyt  blisko,  patrzyły  na 
niego  i  na  papugę  z  pewnego  oddalenia,  a  gdy  ktoś  chciał  się  zbliżyć,  żołnierz  coś  mówił  i 

background image

pokazywał arkebuz. Było tu wielu starych ludzi, prawie bez odzienia, wyciągających rękę do 
żołnierzy i w stronę mężczyzn ubranych dostatnio, wiele dzieci, bosych tak jak i on, również 
wyciągających  błagalnie  dłonie;  mężczyźni  i  kobiety  nieśli  coś  w  glinianych  naczyniach  i 
pokrzykiwali,  a  potulne  psy,  wełniste  zwierzęta  i  małe  szare  konie,  zapewne  bardzo  dobre  i 
nie  gryzące,  kręciły  się  między  żebrzącymi  ludźmi  wyciągającymi  błagalnie  ręce;  głosy  z 
wnętrza, gdzie biły dzwony, także brzmiały błagalnie, o coś prosiły piskiem górskich ptaków, 
nie  były  to  jednak  głosy,  jakimi  się  mówi,  niosły  się  jak  śpiew,  ale  już  żołnierze  wyszli  z 
domu  z  dzwonami.  Był  między  nimi  mężczyzna  ubrany  na  czarno,  żołnierze  pozwolili  mu 
podejść bliżej, mężczyzna w czerni dotknął jego głowy i podał mu medalik, na którym piękna 
kobieta trzymała na rękach dziecko, a potem gestykulując wyjaśnił coś, czego nie zrozumiał, 
domyślił  się  jednak,  że  mówi  mu  o  tym,  iż  w  domu  z  dzwonami  dokona  się  coś  bardzo 
ważnego  dla  niego,  że  gdy  tam  wejdzie,  przestanie  być  zwierzęciem,  którym  jest  teraz,  co 
zresztą sam odczuł, bo czymże można być w raju. 

Zabrzmiały krzyki odjeżdżających i bez zdziwienia mógł się teraz przyjrzeć mężczyźnie 

dosiadającemu konia, wiedział już, że są to dwie różne, żywe istoty. Ukazały się trzy kobiety 
z dzbanami pełnymi wody. Jedna z nich zamieniła kilka słów z żołnierzem, który nie podno-
sząc arkebuza pozwolił jej podejść bliżej. Kobieta podała mu dzban z wodą, tylko jemu dała 
pić, i przyglądała mu się uważnie zielonymi oczyma, jakich nigdy jeszcze nie widział, spoj-
rzeniem,  które  głęboko  zapadło  w  jego  pamięć,  niczym  piękny  zielony  kamyk  znaleziony 
gdzieś na dnie pieczary lub podarunek, który należy zachować na resztę dni, kamyk zielonej 
wody  znaleziony  w  raju.  Zachował  też  w  pamięci  wilgotną  woń  dzbana,  zapach  ziół,  jaki 
rozsiewała  kobieta  przyglądająca  się  mu  teraz  tym  wspaniałym  skrawkiem  morza,  które  do-
strzegł w jej oczach, ale oto koniec, już oddala się ze swym dzbanem. Wozy ruszyły, żołnierz 
szturchnął go, by nie stał w miejscu, a on, wodząc wzrokiem za kobietą z dzbanem, widział 
jeszcze w powietrzu dwa lśniące punkty niczym dwa ślady po ukąszeniu żmii, ale niegroźne, 
dwa opiekuńcze ogniki. Stąpał ostrożnie, jakby prowadzony tamtym spojrzeniem. Być może 
teraz, dzięki owemu ukąszeniu, upodobni się do nich, jego skóra rozjaśni się, a oczy poziele-
nieją.  Wie,  że  wszystko,  co  dobre  na  świecie,  jest  także  piękne,  bo  wyróżnione  spojrzeniem 
bogów, czuje, że wiatr od gór owiewa jego półnagie ciało, domyśla się, że jego profil rysuje 
się teraz w powietrzu jako coś doskonałego. Psy i konie są teraz istotami bliskimi, od ukąsze-
nia  kobiety  i  w  dolinie,  gdy  miasteczko  znika  z  oczu,  obwąchuje  własne  ramiona  i  dłonie, 
czując  raz  jeszcze  woń  ziół  i  dzbana,  on  sam  pachnie  teraz  trawami,  pachnie  jak  ona, 
możliwe, że już za następnym wzniesieniem spotka się ze swoimi przodkami. 

W głębi raju są noce, deszcze i wiele psów. W zajeździe przywiązany do swego strażni-

ka wsłuchuje się w szum deszczu. Ulewa trwa bez końca jakby po to, by mógł wspominać to 
wszystko,  co  widział.  Wiele  obrazów  powtarza  się,  na  przykład  twarze,  rzeczy,  których  nie 
potrafi nazwać, choć je rozumie. Raj, ale także konie i żebracy, i kary, i zamki, i więzienia, i 
mężczyźni w czerni z tajemniczych domów, gdzie wiszą dzwony, panowie w swych wielkich 
powozach  i  ślepcy,  ślepcy  i  tysiące  żebraków  zawodzących  płaczliwie  jak  górskie  ptaki, 
arkebuzy  i  sztylety,  wozy  na  kołach  z  karawelowego  drewna,  wszystko  złożone  byle  jak, 
dachy i karawele ledwie się trzymają, karawele cudem unoszą się na wodzie, wozy na moście, 
jakże  to  wszystko  niebezpieczne,  przecież  drzewo  wygięte  w  koło  może  się  wyprostować, 
koła  mogą  odpaść  i  znowu  stać  się  pniami  i  wszystko  runie  w  przepaść;  ci  szaleni  ludzie  w 
jednej chwili mogą wszystko stracić, konie i arkebuzy mogą się obrócić przeciw nim, zbudo-
wali  świat,  który  tak  łatwo  może  się  rozpaść,  wsie  mają  czerwone  dachy,  które  silniejszy 
wiatr  może  zerwać,  dlaczego  jest  tu  tylu  żebraków,  gdzie  jest  żywność,  słyszał  narzekania 
mężczyzn, żyją razem, ale karzą jedni drugich, mają włócznie i sztylety, i bezbronnych ludzi, 
i wielkie fortece na szczytach gór, i prawie wszystkie twarze są smutne, wszystko wzniesione 
jest tak, jakby się miało lada moment zawalić, wszystko żyje tak, jakby w jednej chwili miało 
umrzeć, gdzie są ich bogowie, piękni smutni ludzie, piękne miasta, które kiedyś wiatr zdmu-

background image

chnie, piękne karawele i piękne koła, które znowu będę drzewami, piękne ciała, które osłania-
ją, jakby się ich wstydzili, wszystko takie smutne wśród tych dzwonów; pięknie ubrani ludzie, 
którzy nigdy się nie bawią, i wszystko w raju czynią dostojnie, nikt nie może zobaczyć ciała 
drugiej osoby, smutne ciała, które się nie bawią; z drzewa i kamienia wznoszą domy i miasta, 
i dzwonnice, i wielkie wrota dla tysięcy ludzi, wrota strachu i domy strachu, dzwony i arke-
buzy, dzbany i kostury; nocą, na zewnątrz, ktoś szlocha na deszczu, rajskie deszcze są bardzo 
smutne. Dokąd pójdą ci ludzie, kiedy deszcz zmyje ich miasta? Wszyscy zajęci są tylko łącze-
niem  kamieni  i  drewna,  i  metalu,  zajęci  pływaniem,  żebraniną,  karaniem,  pilnowaniem, 
modlitwą, ukrywaniem swych ciał, jakby się ich bali, piękni ludzie, którzy płaczą na deszczu, 
zmęczeni  i  starzy  niczym  bogowie,  choć  nie  mają  bogów.  Wznoszą  nieustannie  raj,  ale  dla 
jakich bogów? Gdyby przez chwilę zajęli się zabawą, rozpadłby się cały ten raj razem ze swy-
mi domami, zamkami, książętami, końmi, i żebrakami. 

Wszyscy  nawołują  się  jękliwie  jak  na  karaweli  podczas  sztormu,  wszyscy  krążą  po 

mieście pełnym służby, wrzaskliwych żołnierzy,  mężczyzn i kobiet sprzątających ulice i po-
mniki, żołnierze czyszczą broń i buty, połyskują sprzączki i tarcze, wśród biegających nerwo-
wo  mężczyzn  słychać  głosy  komend,  inni  muszą  pozostać  na  swym  miejscu  tak  jak  on,  raz 
jeszcze  pucują  klatkę  z  papugą,  trochę  wosku  na  papuzi  dziób,  jemu  też  dają  białą  szmatkę 
zamiast opaski na biodra, zaraz pojawi się ten, na którego czekają, już słychać turkot pojazdu 
na ulicy, zamiecionej jeszcze raz przez kobiety, słychać rozmowy, muzycy stroją instrumenty, 
u wejścia do pałacu leżą kobierce, nie został w mieście ani jeden żebrak, żołnierze wywieźli 
wszystkich  i  ukryli  w  sąsiednich  miasteczkach,  ale  oto  nadjeżdżają  pierwsze  powozy,  lśni 
końska uprząż, kołyszą się pióropusze, tysiące świec jaśnieje w pałacu, ludzi jakby wymiotło 
ze  strzeżonych  przez  żołnierzy  ulic,  przez  szpary  w  zasłoniętych  oknach  popatrują  teraz  na 
przejeżdżającą  karetę;  ten,  na  którego  czekają,  już  stawia  stopę  na  rajskich  kobiercach,  już 
wchodzi do pałacu o tysiącach świateł, już wspina się na podwyższenie, już żołnierze podcho-
dzą do miejsca, gdzie stoi on z papugą, już poprawiają mu pióra, których nigdy nie nosił, już 
mówią mu, jak się ma zachowywać, kiedy stanie przed nim, już prowadzą go z klatką, wcho-
dzą  bocznymi  drzwiami  do  pałacu,  mężczyźni  i  kobiety  kłaniają  się  przed  człowiekiem 
siedzącym na podwyższeniu na złotym tronie, wszyscy czują lęk wobec tylu płonących świec 
i bezmiaru klejnotów, sam pałac jest wielkim klejnotem, mężczyzna ubrany na złoto to klej-
not, ludzie klękają przed nim; gdyby wzniósł dłoń, pałac zniknąłby. Ów człowiek, potężniej-
szy od ludzi, jest silniejszy niż wiatr i deszcze; wszystko, co widział, od samego morza aż do 
miejsca,  gdzie  się  znajduje,  i  ludzie,  i  miasta,  wszystko  to  skupia  się  wokół  niego,  on  jest 
ośrodkiem,  karawele  to  jego  brzegi,  morze  to  jego  brzeg,  szałas,  którego  nie  dokończył  w 
swej wiosce, to drobna zmarszczka na jego złotych szatach, żebracy to tylko pchły, wszyscy 
klęczą,  on  zaś  podnosi  dłoń  i  wszyscy  wstają,  słoneczne  światło  zmienia  swą  barwę,  kiedy 
wstępuje  do  pałacu,  najważniejsi  żołnierze  zbliżają  się  i  rozmawiają  z  panem  wszystkich 
świateł, zwięźle, po kolei, a gdy kończą, odchodzą, nie odwracając się do swego pana pleca-
mi, jakiś żołnierz podchodzi do niego i mówi, żeby zbliżył się z klatką, stawia kilka kroków i 
pochyla się tak, jak mu powiedziano, pan świateł wbija swoje rybie spojrzenie w papugę, ktoś 
podnosi mu rękę podtrzymującą klatkę, aby  pan lepiej widział, patrzy  teraz na pana świateł, 
widzi  jego  mleczną  twarz  i  zmęczone  oczy,  o  których  nie  wie,  czy  są  dobre  czy  złe,  są  po 
prostu rybie, wszystkie klejnoty i złoto, i obrazy, i kobierce, i miasta krążą wokół tych rybich 
oczu, oczy są środkiem tego raju, wznoszonego starannie, dzień po dniu przez pięknych ludzi, 
którzy  wstydzą  się  swego  ciała,  już  wrócił  z  papugą  na  swoje  miejsce,  musi  teraz  czekać  w 
bezruchu,  oddycha  z  trudem  wśród  tylu  płonących  świec,  pan  podnosi  się  przy  straszliwym 
łoskocie instrumentów muzycznych, wychodzi, a za nim żołnierze, i wsiada do karocy, służba 
gasi świece, już zwinięto kobierzec na ulicy, karoca odjeżdża, otwierają się okna, ludzie krążą 
po ulicy, wypełzają żebracy, a wraz z nimi noc. Karawele znowu ruszyły do jego wioski, żeby 
przywieźć trochę cennego kruszcu, jaki jeszcze został. Trochę kruszcu, który niczym drobny 

background image

ognik zalśni przy tylu już światłach i złocie rozbłyskujących wokół tego,  który oddala się w 
karocy.  Zaczyna  coś  pojmować.  Stoi  spokojnie  w  miejscu,  jakie  mu  wyznaczono,  wie,  że 
trwając tak w bezruchu z papuzią klatką i on wspiera rajski porządek. Powiedziano mu, by się 
nie ruszał bez pozwolenia. Gdyby drgnął, mogłoby pęknąć koło albo zwaliłaby się wieża. Stoi 
więc  spokojnie  koło  papugi,  żeby  utrzymać  pałac  w  równowadze,  i  nie  zdmuchuje  nawet 
piórka, które na niego spadło. 

Mężczyzna  w  czerni  nabiera  odrobinę  wody  z  misy  i  polewa  mu  głowę,  zagadkowe 

słowa towarzyszą ruchom dłoni kreślącej jakieś linie w powietrzu, odtąd ma wolny wstęp do 
domu, gdzie wiszą dzwony. Mieszka teraz u swego strażnika, pracuje na roli i ubiera się jak 
inni wieśniacy. Po uroczystościach wrócili razem, strażnik poklepuje go życzliwie po ramie-
niu i nazywa José. Nie jest już zwierzęciem, strażnik wyjaśnił mu to gestykulując, jest czło-
wiekiem jak on, musi być dumny, ma boga, który go chroni i którego będzie mógł teraz zoba-
czyć  z  bliska.  Także  i  tam  widzi  dużo złota  i  obrazy  jak  żywe,  kolumny  i  okna  zmieniające 
barwę słonecznych promieni, niewątpliwie po to, by otaczać zamieszkującego tam boga. Mają 
wielu bogów, myśli, oglądając po kolei bóstwa wiszące na ścianach, namalowane na suficie, 
jedni mają skrzydła, inni okryci są płaszczem, są wśród nich kobiety i mężczyźni, a wszyscy 
przepiękni, strażnik ujmuje go za podbródek, aby mu coś pokazać. Bóg, który go teraz ochra-
nia, przybity jest do dwóch skrzyżowanych belek, wisi na nich z rozpostartymi ramionami, to 
niemożliwe  —  mówi  w  swoim  języku  —  strażnik  wskazuje  mu  jednak  leżącego  boga,  nie 
żyje — mówi, strażnik nie rozumie, on także nie rozumie, czemu bóg nie żyje, i pyta, kto go 
zabił, może konie, ale dlaczego, strażnik czyni znak krzyża na czole i piersiach, nocna rzeka 
pobrzmiewa głosami modlących się ludzi, bo wiedzą, że i oni umrą, tak jak ich bóg. Kolana 
dygocą mu od tego samego strachu, który zabarwił twarz żony, wie teraz, że od wody, którą 
go  polano,  zaczęło  się  to  umieranie,  zabiją  go  arkebuzem  i  przybiją  do  słupa.  W  jego  wsi 
śmierć była otwierającymi się drzwiami, tutaj są to drzwi zamknięte, dlatego ci piękni ludzie 
są  zawsze  smutni,  budują  raj,  żeby  nie  myśleć  o  śmierci,  stąd  też  arkebuzy  i  psy,  dlatego 
osłaniają ciała, dlatego się nie bawią. Nazywają go José, strażnik wskazał jego imię śmierci. 
Dziadowie nie umierali, odchodzili, ale on, zwany teraz José, zostanie tu po śmierci, i to jest 
złe w tym raju, tutaj śmierć nie jest kresem pewnej drogi, za którą dalej otwierają się drzwi, 
śmierć depce mu po piętach i snuje się za nim i jego cieniem po ulicach, gdzie żebracy patrzą 
oczyma śmierci, rybie oczy w karocy miały również spojrzenie śmierci, karawele pływają po 
morzach  szukając  dla  śmierci  więcej  złota,  gromadzą  całe  złoto  wokół  jednego  umarłego, 
śmierć kryje się tu we wszystkim, w odzieży osłaniającej piękne ciała, w konających bogach, 
w arkebuzach, w modlitwach, wszystko to są oblicza śmierci. Bolą go nogi od ciągłego brze-
mienia śmierci, czuje kłucie w kolanach i zamęt w głowie. W kieszeni ma rzeczy przywiezio-
ne z tamtego świata. Ściska je mocno, czuje, że są jeszcze żywe. 

Dzisiaj  masz  dzień  wolny,  mówi  strażnik,  pokazując  gestami,  że  musi  wrócić  przed 

zachodem słońca, w przeciwnym razie zakują go w dyby. Nie wie, co począć z tym jednym 
wolnym  dniem;  czas  w  tak  małym  ułamku  nie  istnieje,  nie  sposób  go  dojrzeć,  obce  są  temu 
czasowi  wzniesienia  najpierw  zakrywające,  a  potem  wolno  odsłaniające  osady,  prawdziwy 
czas  odmierzają  księżyce  i  żniwa,  wzbierające  rzeki  i  ciężarne  kobiety.  Nie  można  ruszyć 
dalej  w  takim  ułamku  czasu,  chociaż  tutaj,  kto  wie,  jest  to  przecież  jego  pierwszy  wolny 
dzień. Piękna jest zieleń pól i słońce, które dopiero co  wstało. Miło się  błąkać po polu, lecz 
musi przydeptywać własny cień, a tego nie lubi, zwłaszcza rano, rusza więc za wschodzącym 
słońcem, niedaleko stąd jest miasto, którego nie zna, ale widzi jego wysokie baszty i wieże. 

Miasto również unosi się wśród fal ziemi, wszystko w raju faluje. Stąpa teraz dołem tej 

fali, widzi kobiety czerpiące wodę ze źródła, mówią coś wzburzone, siedzący na słońcu pod 
murem  staruch  kaszle,  kogut  przebiega  drogę,  jacyś  ludzie  w  czarnych  płaszczach  podążają 
szybko  w  górę  ulicy  z  papierami  w  ręku,  od  kiedy  nazywa  się  José,  nikt  już  nie  zwraca  na 
niego uwagi. Mężczyźni w czerni dochodzą do szczytu wzniesienia przywodzącego na myśl 

background image

fale,  a  potem  giną  z  oczu.  Pnie  się  w  górę  czując  piękno  swej  owiewanej  wiatrem  sylwetki, 
przypomina  sobie  kobietę  z  dzbanem  i  dwa  zielone  punkty,  pamięta  woń  dzbana,  jego  oczy 
teraz to także dwa zielone punkty, pamięta woń dzbana, jego oczy teraz to także dwa zielone 
punkty. Wysoki, zwinny dociera na grzbiet fali. 

W dole widać wielkie, odbywające pokutę mrówki. Niektóre zamarły w bezruchu z wy-

czerpania, inne krzątają się ze wzrokiem wbitym w ziemię, są bose. Kiedy zbyt długo trwają 
nieruchomo, strażnicy na koniach poszturchują je mieczem. Są tu mężczyźni i kobiety, wszy-
scy  mają  na  głowach  kaptury  ozdobione  rysunkami.  Konie  nakazują  mrówkom  obrócić  się, 
wykonują  rozkaz  i  spuszczają  głowy,  na  plecach  i  piersiach  mają  jakieś  płachty,  a  na  nich 
również  rysunki.  Mrówki  posłusznie  przechodzą  przed  żebrakami,  a  ci  rechoczą,  widać  te 
rysunki śmieszą dziadów. Ludzie otwierają okna i wyglądają, żeby się także pośmiać z obraz-
ków.  Kiedy  schodzi  niżej,  mrówki  stają  się  kobietami  i  mężczyznami,  rysunki  na  czepcach 
przedstawiają jakieś dziwne ptaki, na płachtach widzi mężczyzn ze skrzydłami i psimi ogona-
mi poruszającymi się na falującej powierzchni materii, widzi też wizerunek głowy palącej się 
pośród ognistych słupów, jest taka sama jak żywa głowa dźwigająca czepiec. Skazaniec stąpa, 
nie wiedząc, co zrobić z rękoma, rozwiera je i zamyka, jakby chciał złapać powietrze. Z tego 
się śmieją żebracy. Inni mają ręce zajęte, w jednej jakaś mrówka dźwiga słup, sięgający chyba 
do samego dna mrowiska, w drugiej ma drobne paciorki nawleczone na sznurek kończący się 
dwoma skrzyżowanymi drewienkami, takimi samymi jak w karaweli i w kołach, i jak to, do 
którego przybity był umarły bóg w domu z dzwonami. Żebracy rechocząc wykrzykują słowa, 
których nie rozumie. Wiedźmy, słychać dookoła, pohańbieni, przestroga dla wszystkich, głosi 
mężczyzna w czerni, szata pokutna, kaptur, wyrzuca z siebie jednooki dziad, na stos, na stos, 
wołają żołnierze albo konie, nie sposób odróżnić, jest zbyt głośno, trudno rozpoznać, kto mó-
wi pośród tego szalonego rozgardiaszu. W rechocie żebraków słychać głos śmierci, brzmi jak 
dzwon, już chce się cofnąć, wrócić na pola, wstrętny jest ten wolny dzień, ale musiałby zno-
wu stąpać po własnym cieniu, a rankiem tego nigdy nie uczyni, więc pnie się na drugi grzbiet 
fali.  Stamtąd  widzi  ulicę  otwierającą  się  na  kolejne  wzniesienie,  a  w  głębi  pięć  wiedźm  na 
szubienicy, przyspiesza kroku, żeby nie widzieć, jakiś człowiek na drabinie niczym olbrzymie 
nocne ptaszysko dziobie szyję  wiedźmy.  Z dołu  patrzy na to koń. Teraz  przebiega ulicę, ale 
ma wciąż przed oczyma to, co ludzie nazywają wiedźmami, już jest po drugiej stronie i kro-
czy dalej wzdłuż muru, nigdy nie dowie się, czy wiedźmy przyśniły mu się, czy też naprawdę 
je  widział.  Nie  patrzy  na  inne  ulice;  ten  wolny  dzień  to  dzień  śmierci;  pokutnicy  i  wiedźmy 
zostali daleko w tyle, a on, noszący teraz imię José, pnie się na kolejne wzniesienie i opuszcza 
je, nieciekaw widoku w dole, wbija wzrok w grzbiet następnej fali, już tam jest, zsuwa się w 
dół, biegnie między falami. 

I nagle spostrzega ogromną karawelę, oddzieloną od morza czterema ścianami pełnymi 

okien, widzi wszystko ze wzniesienia, na którym się znalazł, tysiące głów i oczu wokół ognia 
wijącego się w środku cichej nawy, wszyscy skupieni koło ognia, jak niegdyś wokół złota. Z 
drzewa zrobiono schody wiodące prawie na sam szczyt murów, a po obu stronach ognia dwa 
oddziały wojska, zaś między nimi i tymi dwiema gromadami ludzi krążą mężczyźni i konie z 
chorągwiami i proporcami. Jest to jakby wielki dom z dzwonami i ożywionymi obrazami. W 
głębi,  na  podwyższeniu,  jest  bóg,  jeszcze  żywy,  nie  przybity  do  dwóch  pali,  dźwiga  w  dło-
niach dwa skrzyżowane słupy, stoi wysoko, otaczają go inni bogowie, też w górze, i jeszcze 
inni, trochę niżej, postacie w czepcach i szmatkach z obrazkami mają skrępowane ręce, są to 
te  same  mrówki,  które  widział  na  jednym  ze  wzniesień.  Tłum  sunący  z  góry  wpycha  go  do 
środka nawy, teraz widzi wszystko dokładnie i słyszy wyraźnie, słucha i patrzy na kapłanów 
szepczących coś na ucho pokutnikom. Przez otwór w kamiennym murze nawy wchodzą męż-
czyźni ze statuami pokutników, statuy znikają za schodami, a on podchodzi bliżej, zwabiony 
złotem  połyskującym  na  baldachimie  nad  głowami  żywych  bogów,  baldachim  trzepoce  w 
rytm pełgających w dole płomieni, migocą ogniki na złotej księdze, którą trzyma jeden z wy-

background image

sokich bogów, drżą u stóp stolca, na którym zasiada najwyższy z bogów żyjących, mienią się 
w jego spojrzeniu wyrażającym litość, okrucieństwo i szał. Z boku stoją trzej pomniejsi bogo-
wie, a na ich szatach także pełgają złote cętki. W dolnym rzędzie widzi dwunastu innych ży-
wych bogów, jeden z nich patrzy z roztargnieniem na tysiące  głów przywartych do okien  w 
jednej  ze  ścian  okalających  nawę,  która  płynie  teraz  ku  piekielnym  otchłaniom,  inny  mówi 
coś, spoglądając na papier trzymany w dłoniach, jak we śnie powtarza jedno słowo, kacerz, co 
brzmi  jak  imię  nieznanego  zwierzęcia,  tak  myśli,  powtarza  kacerz  i  przygląda  się  statuom, 
które żołnierze ustawiają na podwyższeniu, gdzie są bogowie. 

Kiedy  bóg  w  dole  kończy  powtarzać  słowa  dobyte  z  papieru,  siedmiu  bogów  u  góry 

namawia  się  cicho,  najwyższy  czyni  ruch  dłonią  i  żołnierze  wręczają  figury  człowiekowi  z 
młotkiem,  a  potem  zbierają  resztki  i  wynoszą  je  przez  inną  wnękę;  tymczasem  zbliżają  się 
mrówki w swoich czepcach i szmatach i zapada głucha cisza wśród ludzi zaglądających przez 
okna olbrzymiej nawy. Ten, którego nazwano José, chce uciec, żeby niczego nie widzieć, ale 
sfory żebraków, już zamilkłych, wpatrzonych w bogów i mrówki, jakby oślepione blaskiem, 
nie pozwalają mu na to. Jest jeszcze nadzieja, że drewno znowu przemieni się w drzewo, że 
runie podwyższenie ze złotym baldachimem i bogami, wszystko to nie jest trwałe, wszystko 
zbudowane jak te karawele przemierzające morza i miasta, które pewnego dnia porwie wiatr 
lub  rozmyją  deszcze,  jak  drzewa  boleśnie  wygięte  na  koło,  wszystko  może  się  rozpaść  w 
jednej chwili, bo jest fałszywe, deszcz może ugasić ogień, psy mogą się wściec, wedrzeć na 
podwyższenie  i  pokąsać  stopy  bóstw,  konie  są  na  tyle  silne,  by  się  zbuntować  i  rozgonić 
bogów  i  żebraków.  Czeka  przez  kilka  chwil,  mocno  pragnie,  żeby  się  to  wszystko  stało,  ale 
drewno wytrzymuje, gwoździe wbito głęboko, belki powiązano tak, aby się nie rozeszły, a na 
jednym  z  ujarzmionych  w  ten  sposób  drzew  jakiś  pomniejszy  bóg  znowu  zaczyna  dobywać 
słowa  z  papieru,  powtarza  „kacerz”,  ale  nie  chodzi  już  o  rzeźby:  dwóch  mężczyzn  w  kaptu-
rach słucha teraz słowa „kacerz”, ich szyje łączy jeden sznur, którego koniec trzyma strażnik. 
Po odczytaniu wyroku kapłan przemawia łagodnie do mrówek, które zawodzą teraz wniebo-
głosy, co budzi niepokój koni, omójboże, omójboże, słychać jęki, przywodzą na myśl trzepot 
motylich skrzydeł spalających się w ogniu, opaniemejduszy, i raj staje się o krok bliższy pie-
kłu. Żołnierz oddaje koniec sznura mężczyźnie z młotkiem, mężczyzna ma spojrzenie bardzo 
smutne,  popycha  potępionych  w  stronę  innego,  podobnego  do  siebie  mężczyzny,  równie 
smutnego,  który  łagodnie  rozbiera  mrówki,  spadają  kaptury  i  płachty  z  rysunkami,  spada  na 
ziemię odzienie mrówek, jedna z nich to kobieta, zakrywają jej srom, druga to mężczyzna, i 
jemu  także  zasłaniają  przyrodzenie,  ich  piękne  ciała  przywiązują  do  słupów,  bezbożnicy, 
mówi bóg najwyższy, Christi nomine invocato, mówi niższy, Matko Boża, pani nasza, mówi 
mrówka-mężczyzna,  spalą  te  piękne  ciała,  myśli  ten,  którego  nazwano  José,  drżąc  jak  pło-
mień,  gdy  tymczasem  mężczyzna  z  młotkiem  zbliża  ogień  do  nieszczęsnych  mrówek,  krzy-
czących opaniemejduszy, płachta osłaniająca płeć zajmuje się płomieniem szybciej niż ciało, 
wrzask mrówek miesza się z krzykiem wychylających się głów, konie przytrzymywane przez 
żołnierzy  płoszą  się,  słyszy,  jak  łomoce  wzburzone  zwierzęce  serce.  I  znowu  dwie  inne 
mrówki wysłuchują  wyroku, szereg mrówek jest długi, sięga otworu, w  którym pojawiły się 
figury, piękne ciała bezbożników już nie są piękne, przypominają rysunki na szmatkach, które 
ich  okrywały,  które  mają  jeszcze  mrówki  czekające  na  swoją  kolej.  Żywe  mrówki  czekają, 
czeka  kapłan  przemawiający  do  nich  łagodnie,  czeka  mężczyzna  z  młotkiem  i  ten  drugi,  do 
niego podobny, czeka ogień, czekają bogowie na podwyższeniu, rzucając cień na baldachim, 
jest to ten sam porządek, który wspiera karawele i osady, kapłan mówi coś do nich, żołnierz 
obnaża ich, ktoś inny pali, ogień migoce w złocie okrywającym ludzi i konie, karawele płyną 
po dalekich morzach i nie toną, wszystko trwa mimo swej nietrwałości, każda rzecz ma swoją 
osobę, bogowie i strażnicy, inkwizytorzy i oskarżyciele, żebracy i skryby, posłańcy i urzędni-
cy, wszyscy oni wspierają cały ten rajski porządek, arkebuzy, koła i konie to ich znaki, wszy-
stko  toczy  się  wokół  złota,  na  którym  pełgają  płomienie,  człowiek  podobny  do  tego  z  mło-

background image

tkiem znowu obnaża dwie mrówki, piękno uwiązane do słupów, omójboże, omójboże, jęczą 
piękne ciała i przemieniają się w czarne rysunki, dzieje się tak dlatego, że istnieją arkebuzy i 
koła, i konie; spojrzenia bogów wpijają się jak śmierć. Ten, kogo nazwano José, czuje ją teraz 
w stopach, pnie się do góry, dano mu to imię, żeby śmierć łatwiej mogła go dopaść, pochwy-
cić tym słowem José, wszyscy w tej cichej nawie patrzą na śmierć, która  dzisiaj ma wycho-
dne, tak jak on, wszyscy krzyczą, gdy ogień, w który wrzucają machinalnie, jakby poruszali 
wiosłami w wodzie, liże ciała i oczy heretyków, słowo to brzmi jak chrzęst sunącego po ziemi 
gada; gdyby nie nazywał się José, już by skończył szałas, a w górach znowu dojrzewały owo-
ce, ci wszyscy ludzie wspierają śmierć, tak jak się buduje karawele ścinając drzewa. To, na co 
czule  spogląda  najwyższy  z  bogów,  pnie  się  teraz  w  górę  po  jego  nogach  i  już  sięga  pasa, 
chce chyba wyrwać się z jego ciała, już nie pamięta, jak go nazywano w wiosce, Oczo lub coś 
takiego, teraz nieodwołalnie nazywa się José i musi wrócić przed zachodem słońca, które już 
zaszło, w oknach płoną światełka, jakiś nowy zapach miesza się ze swędem mrówek przemie-
niających  się  na  stosie  w  czarne  cienie,  bezmiar  ich  jęków  mógłby  zatopić  nawę,  jak  silnie 
bije serce tego konia, oczy konia to oczy jego żony, gdy upuściła gałęzie i nie było już nowe-
go  szałasu,  zielone  oczy  widziane  w  dzbanku  nie  są  już  oczyma,  są  ukąszeniem  żmii,  oby 
nigdy  nie  spojrzała  na  mnie  tamta  kobieta,  które  mnie  uczyniła  jednym  z  nich,  jakimś  José, 
woda, którą mi podała, była tą samą, jaką mnie polano, żebym się stał José, nie chcę być José, 
chcę  ścinać  gałęzie  na  nowy  szałas;  ból  pnący  się  po  nogach  i  pasie  w  poszukiwaniu  ujścia 
doskwiera niczym ogień, już tlą się migotliwe ogniki w jego oczach, muszę wrócić do strażni-
ka, żeby mnie skuł łańcuchami, abym nie mógł ani odejść, ani umrzeć, przy strażniku nigdy 
nie  włożą  mi  czepca,  wszystko  to  z  winy  falującej  ziemi,  u  stóp  każdej  fali  czai  się  żywy 
strach, każda fala wyrzuca dwie nowe mrówki, dwa wyroki, dwóch nowych katów, dwa nowe 
prawdziwe  piękne  ciała,  których  szmaty  i  przyrodzenie  zajmuje  się  ogniem,  omójboże,  opa-
niemejduszy, krzyczą nieszczęśni płonąc, swąd palącego się ciała trwa dłużej niż jego uroda, 
martwy bóg w domu z dzwonami nie widzi, co się dzieje, gdyby zobaczył, jęknąłby żałośnie 
na  swych  ociosanych  balach,  o  duszomoja,  zawodziłby  na  krzyżu,  José  przepycha  się  przez 
tłum żebraków i rusza z powrotem, w dół fali, musi wrócić przed zachodem słońca, nie było 
go trochę dłużej, tędy nie, bo tam wiszą wiedźmy, już jest na grzbiecie drugiej fali, przysła-
niającej  wzniesienie,  na  którym  mrówki  w  kapturach  czekały  na  ogień  trawiący  sromotę, 
obożemójboże,  już  opuszcza  miasto  z  basztami  i  wieżami,  nie  chcę  więcej  wolnych  dni,  o 
panie, uwiąż mnie do sznura i niech się przemienię w psa, bardzo trudno jest podążać śladem 
przodków, oby dziadowie moi i moi synowie nie byli kacerzami, oby nikt na tym i na tamtym 
świecie nie został kacerzem, José ma więcej pragnień, chciałby ocalić raj, ale ból z kolan już 
drąży trzewia coraz wyżej, szukając jego ust, sięga gardła, a on jest już za miastem, dostrzega 
świecę palącą się w domu swego strażnika, który go wywiózł z wioski i dał mu na karaweli 
brunatnego płynu, o strażniku mej duszy, ratuj mnie przed bólem łamiącym stopy i kolana. I 
właśnie  teraz  ten,  o  którym  wiadomo,  że  nie  nazywa  się  José,  wydaje  okrzyk,  żałosny  jęk, 
jakby bez końca, ale nie, bo oto ból dotarł do ust i znalazł wreszcie ujście, słowo José szuka-
jące  ucieczki  zdławiło  jego  krzyk,  krzyk,  który  nie  potrafił  znieść  spojrzenia  boga-litości-
szaleństwa,  krzyk,  który  nie  może  w  pełni  ujść,  usta  zdjęte  są  bólem,  i  kiedy  zwala  się  już 
jako  Jose  na  ten  rajski  padół,  z  ust  wypływa  mu  czerwona  smuga,  zwala  się  byle  gdzie,  a 
strużka krwi płynie kącikiem ust, u końca swego wolnego dnia podnosi rękę do ust, zmazuje 
krew, jakby to była plama po strusim jajku, podczas gdy raj płynie wciąż między falami i nikt 
nie wie, dokąd.  
 
 
 
 
 

background image

 

OD TŁUMACZA 

 
 

W 1970 roku pewien argentyński pisarz średniego pokolenia otrzymał — rekomendowany m.in. 

przez Victorię Ocampo, „wielką damę literatury argentyńskiej” — stypendium fundacji Guggenheima. 
Wyjechał  na  roczny  pobyt  do  Nowego  Jorku  i  po  dwóch  miesiącach  wrócił  do  prowincjonalnej  La 
Rioja  (południowo-zachodnia  Argentyna),  gdzie  za  część  stypendialnych  pieniędzy  otworzył  zakład 
fotograficzny.  Ta  podróż,  zniechęcenie  wielkim  miastem  i  szybki  powrót  na  prowincję  są  jakby 
wyznaniem  literackiego  credo  Daniela  Moyano.  Urodził  się  w  Buenos  Aires  (w  1930  roku),  ale 
szybko przeniósł się do Cordoby, a stamtąd do La Rioja i mieszkałby tu zapewne do dzisiaj, gdyby nie 
huragan,  jaki  przed  dziesięcioma  laty  przewalił  się  przez  Argentynę  i  wygnał  z  tego  pogodnego 
niegdyś kraju tysiące ludzi... 

Moyano debiutował w początkach lat sześćdziesiątych niewielkim tomikiem opowiadań. Wyda-

wca,  któremu  przyniósł  maszynopis,  przezornie  zasięgnął  najpierw  opinii  znanego  pisarza  Augusta 
Roa Bastosa: recenzja była entuzjastyczna. To właśnie paragwajski pisarz ukuł termin „realizm głębo-
ki”  (realismo  profundo),  którym  często  określa  się  twórczość  Moyana.  Czym  jest  owa  głębia;  czy 
tylko przejawem nominalistycznej niechęci do określenia „realizm magiczny”? A może jeszcze jedną 
formułą  mającą  ułatwić  młodemu  pisarzowi  wejście  w  krąg  nazwisk  uznanych?  „Świat  Moyana  — 
pisał Chilijczyk Luis Harss — jest pułapką bez wejścia i wyjścia, jest więzieniem czasu, gdzie wska-
zówki zegara obracają się jednocześnie do przodu i wstecz”. I tak, i nie... ogólnikowy sąd Harssa każe 
nam myśleć, że oto mamy jeszcze jednego twórcę filozofującego, estetę rozstrzygającego najważniej-
sze kwestie ludzkości, gdy tymczasem sprawy mają się zupełnie inaczej. I znacznie prościej. 

Moyano  zaczął  pisać  tak,  jak  inni  zaczynają  budować  dom:  szukał  dla  siebie  świata  uporzą-

dkowanego, w miarę racjonalnego i spolegliwego. Bardzo późno zdobył maturę, sam nauczył się kilku 
języków. La Rioja, choć jest miastem niewielkim, ma kilka wyższych uczelni; tutaj, w państwowym 
konserwatorium, przez wiele lat uczył gry na skrzypcach i był skrzypkiem miejscowej orkiestry kame-
ralnej. Wkrótce został również stałym  korespondentem buenosaireńskiego dziennika „Clarín”. Kiedy 
jego  książki  zaczęły  zdobywać  coraz  większe  uznanie  czytelników  i  krytyki  (za  powieść  El  oscuro 
otrzymał  ważną  międzynarodową  nagrodę,  przyznaną  przez  jury,  w  którego  skład  wchodzili  García 
Márquez,  Roa  Bastos  i  Leopoldo  Marechal),  zaproponowano  mu  pracę  w  Europie.  W  1967  roku 
wyjechał  do Madrytu jako  korespondent prasy  argentyńskiej.  Nie  wyobrażał sobie,  że będzie  musiał 
tam zostać tak długo. Dziś jest jednym z redaktorów madryckiego dziennika „Liberación” i pisze mi, 
że nie wie, kiedy znowu wróci do La Rioja. Nie lubi podróżować, ale od lat jest wciąż poza domem. 
Najlepsze książki latynoamerykańskie powstały na wygnaniu — żalił mi się kiedyś w Madrycie. Zbie-
rałem właśnie materiały do nowej antologii opowiadań argentyńskich i świat Moyano pozostawał dla 
mnie ciągle żywą niespodzianką. Zaskoczyło mnie, jak bardzo osobowość pisarza oraz jego twórczość 
są  tożsame,  i  ta  —  nieczęsta  w  końcu  —  zborność  sprawiła,  że  jego  pisarstwo  ukazało  mi  się  jako 
swoisty dziennik podróży, księga rodzinna lub pamiętnik. Przed laty, gdy nie znałem jeszcze autora, 
przeczytałem  powieść  El  trino  del  diablo  (Diabelski  trel)  i  wydała  mi  się  zbyt  bliska  światu  Garcíi 
Marqueza; dopiero potem zrozumiałem, że obaj pisarze czerpią z tej samej tradycji, odwołują się do 
tych samych mitycznych źródeł itp., itp. Diabelski trel (książka napisana już po powrocie ze Stanów 
Zjednoczonych,  także  po  to,  aby  móc  się  otrząsnąć  z  wrażeń  podróży  i  wrócić  do  argentyńskiej 
powszedniości) opowiada o losach młodego skrzypka, którego bieda wygnała z La Rioja do Buenos 
Aires,  gdzie  —  jak  się  przekonał  szybko  —  nikomu  nie  jest  potrzebny,  bo  wszyscy  tu  grają  na 
skrzypcach. Jedno nieszczęście jest zapowiedzią drugiego, jedna przygoda ożywia inną, a u początków 
tego łańcucha leży La Rioja, miasto założone przez pomyłkę, jako że fundatorzy źle zrozumieli rozkaz 
swego  dowódcy  i  aktu  fundacji  nie  można  już  było  anulować.  Aby  jakoś  wynagrodzić  przyszłym 
mieszkańcom jałowość tych ziem, postanowiono, że „każdy kto się urodzi pod tym niebem, otrzyma 
od króla stosowne odszkodowanie”. Nad Moyanem (choć przecież nie urodził się w La Rioja) ulitował 
się sam demiurg, obdarzając go mnóstwem talentów: muzycznym, pisarskim, plastycznym... 

Moyano-pisarz  wymienia  Czechowa  i  Kafkę  jako  tych  autorów,  których  twórczość  jest  mu 

najbliższa. Wpływ Czechowa jest tak silny, że niektóre opowiadania są jakby argentyńskim wariantem 
tekstów pisarza rosyjskiego. Wiele, bardzo wiele tych opowiadań ma — jak powiedziałem - charakter 

background image

autobiograficzny:  Moyano  wychował  się  z  dala  od  rodziców,  w  domu  wujostwa...  Bohaterem  La 
espera
 (Oczekiwanie) jest chłopiec czekający na ojca, który ma go zabrać wreszcie z sierocińca. Świat 
widziany oczyma osamotnionego dziecka to właśnie owa pułapka, w której logika wydarzeń jest inna, 
nie  wszystko  ma  tu  uchwytną  przyczynę,  czas  płynie  inaczej, jeśli  w  ogóle  płynie, ból jest  większy, 
wzruszenie bardziej osobliwe. W zakończeniu powieści El vuelo del tigre, (Lot tygrysa) powiada się 
nostalgicznie: „Czas powinien odlatywać i wracać jak ptaki. Trzeba by zrobić furtkę, do furtki

 

niepo-

dobną, przez którą czas i wszystkie rzeczy ukryte będą mogły wchodzić i wychodzić”. 

Czechow  i  Kafka;  mógłbym  powiedzieć,  że  zebrane  tu  opowiadania  należą  do  nurtu  kafko-

wskiego w twórczości Moyano, mógłbym, gdybym nie pamiętał, że „definiować to spopielać”, jak to 
ktoś  powiedział  niegłupio,  i  że  wszystkie  te  podziały  nie  mają  większego  sensu.  W  opowiadaniach 
Moyana  znajduję  wzruszenia  pierwsze  i  zdumienia  elementarne.  W  literaturze  argentyńskiej  — 
wyrafinowanej intelektualnie i górnolotnie estetyzującej — jest to coś nowego. 

Sam Moyano tak to widzi: „Często pytano mnie, dlaczego piszę i odpowiadałem, że po to, aby 

wyjaśnić  sobie  kilka  spraw,  które  przedtem,  gdy  żyłem  tylko  przeczuciami,  były  nie  wyjaśnione. 
Teraz, gdy nie interesują mnie już wyjaśnienia, lecz to, by się wyciągnąć na wietrze w oczekiwaniu na 
wszystko, co i mnie nie ominie, bardziej niż literatura ciekawi mnie inna forma człowieczej afirmacji, 
która pozwoliłaby mi czuć, że żyję. 

Myślę, że jedyny sposób to oddać się innemu, z innego zrobić ośrodek zainteresowania samym 

sobą. Jeśli zaś o mnie chodzi: jak długo coś potężnego nie wstrząśnie człowiekiem i narodami, zwła-
szcza  Ameryką  Łacińską,  najbardziej  bezbronną,  jak  długo  nie  będę  mógł  wziąć  w  tym  wstrząsie 
udziału, tak długo najrozsądniej jest chyba czekać kolejnych pór roku, jesieni lub lata, i tak na prze-
mian,  starając  się  nie  przeoczyć  najdelikatniejszych  różnic, jakie  nachylenie  osi  ziemskiej  wywołuje 
na  całym  świecie,  starając  się  być  cząstką  tego  procesu,  jak  wówczas,  gdy  stopami  towarzyszymy 
rytmowi  muzycznego  utworu.  To  wyzwoli  nas  trochę  z  antropocentryzmu  i  pozwoli  zapomnieć  o 
historii i o machinie codzienności”.  

W tej formule nie ma już nic z borgesowskiego, wyniosłego dramatyzmu; wystarczy być, mówi 

Moyano, i jest to pełna forma niepełni: wiatry rozwieją wszystkie nasze dramaty, duże i małe, a litera-
tura to być może tylko ów wietrzny poszum. 

 

Rajmund Kalicki  

 
 
 
 
 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 

  1.   Potwór   

 

 

 

 

 

 

 

02 

  2.   Twarz 

 

 

 

 

 

 

 

 

05 

  3.   Przerwa   

 

 

 

 

 

 

 

07 

  4.   Kolumna  

 

 

 

 

 

 

 

10 

  5.   Układanka 

 

 

 

 

 

 

 

12 

  6.   Tiermusik 

 

 

 

 

 

 

 

17 

  7.   Stary człowiek i pociąg   

 

 

 

 

 

20 

  8.   Radość łowcy 

 

 

 

 

 

 

 

22 

  9.   Miasto   

 

 

 

 

 

 

 

25 

10.   Czekając na Sylwię 

 

 

 

 

 

 

29 

11.   Po drugiej stronie morza 

 

 

 

 

 

32 

12.   Od tłumacza (Rajmund Kalicki)  

 

 

 

 

43