background image

Kamiński Marek  

 
WYPRAWA  
 

Gdańsk 2011  
 

 
Wstęp  

 
Jak szukać w życiu własnych biegunów, nie bać się o nich marzyć i 

jak znaleźć do nich drogę?  
Często zastanawiałem się nad tym pytaniem. Czy doświadczenia 
wyniesione ze zdobywania biegunów mogą pomóc innym ludziom w 

osiąganiu ich celów, odkrywaniu swoich biegunów i czy mogą zmienić 
czyjeś życie?  

Sam często próbuję to sobie wyjaśnić, w jaki sposób przeciętny 
chłopiec z przeciętnej polskiej rodziny dotarł na krańce świata.  

Odpowiedzią na wiele tych pytań jest moja następna wyprawa, tym 
razem nie do konkretnego punktu na mapie świata, ale wyprawa w 
głąb własnego doświadczenia i podzielenie się tym doświadczeniem. 

Myślę, że życie to nie tylko zdobywanie biegunów, które są gdzieś 
daleko, ale to także życie tu i teraz w harmonii ze sobą i światem 

i bycie sobą, podążanie za swoim przeznaczeniem, nawet jeżeli 
droga jest trudna i wymaga pokonania samego siebie oraz 

ograniczeń, które narzuca nam świat.  
Podróżując przez życie, odkryłem,  że bardzo ważne jest docieranie 

w głąb, pod powierzchnię, i zbadanie tego, co kryje się za 
oczywistymi prawdami i schematami. Często okazywało się,  że te 
schematy są zwykle przesądami a nie prawdami, które nas 

obowiązują. Często prawda polega na przeciwstawianiu się 
schematom.  

Zmiana swojego życia wiąże się często z ryzykiem, problemami z 
pokonywaniem trudności, ale wydaje mi się,  że jeszcze bardziej 

ryzykowne jest nie podjęcie próby podążania za marzeniami.  
Zapraszam do podróży, do odkrywania swoich własnych biegunów.  
Mam nadzieję, że otrzymacie po drodze wskazówki, jak ustalić swoje 

bieguny i jak je osiągnąć.  
Nigdy nie jest za późno.  

Dobrej podróży!  
 

Być na wzór  
 

Nikt nie rodzi się po to, żeby stawać się kimś innym.  
Czy chcę uchodzić w tej książce za wzór? Nie. Nie proponowałbym 
nikomu pomysłu na życie polegającego na naśladowaniu kogokolwiek.  

To prawda, wzory mogą nas gdzieś prowadzić, ale nie miałoby 
żadnego sensu dążenie do tego, by powtarzać czyjeś  życie w życiu 

własnym.  
W przeszłości patrzyłem na takie postacie jak Edmund Hillary czy 

Roald Amundsen, widziałem w nich niedoścignione wzory, kogoś, kim 
chciałbym się stać. Dzisiaj, z pewnej perspektywy, nie porównuję 

background image

się, ani z wielkością, ani ze słabościami tamtych postaci. To, 

czego dokonali, jest zawsze tylko pewnym drogowskazem. Warto się 
uczyć, warto poznawać ich życiowe drogi, ale nie po to, żeby 
naśladować i stawać się takimi jak oni.  

Oni są już historią, zarówno wielkie, jak i nieznane postacie, 
które mogą być dla nas również inspirujące. Nawet jeśli wydaje nam 

się,  że te postacie były doskonałe i wiele osiągnęły, zostało to 
osiągnięte przez nie.  

Nasza droga na pewno jest inna. Nikt nie rodzi się po to, żeby 
stawać się kimś innym. Chodzi zawsze o to, żeby stawać się sobą, 

korzystając jedynie z doświadczeń innych ludzi. Patrzymy na to, co 
inni osiągnęli,  żeby odnaleźć  własną drogę, niekoniecznie po to, 
żeby zdobywać szczyty czy pisać książki. Wystarczy wyznaczyć w 

swoim  życiu nową jakość. W ludziach, których kiedyś podziwiałem, 
doszukiwałem się doskonałości. Teraz widzę w nich także słabość. 

Choćby alkohol w życiu Marka Hłaski i Ernesta Hemingwaya. Być może 
nie da się oddzielić pisania od używek, może w tych przypadkach 

pierwsze wynikało z drugiego, ale przecież nie musi tak być, to 
żadna reguła i nie należy się tym kierować. W życiu wielkich 
polarników, takich jak Amundsen, Shackleton czy Scott, a także 

Nansen, widzę nie tylko ich wielkie osiągnięcia, ale także również 
wielkie ambicje sięgania po nieosiągalne cele znajdujące się w 

fascynującym i niezwykłym polarnym świecie.  
Stały tam gotowe piedestały, podia, wtedy jeszcze puste, które 

można było zająć. Na pewno dążenie do zajęcia miejsca na 
piedestale było częścią ich życia, ale to ambicja bycia pierwszym 

całkowicie wypełniła ich życie osobiste. Tego życia zwyczajnie nie 
mieli, a jeśli założyli rodziny, ich żony i dzieci często stawały 
się wdowami i sierotami.  

Scott zginął zdobywając biegun południowy, Ernest Shackleton zmarł 
podczas wyprawy, której celem było opłynięcie Antarktydy, Nansen 

przeżył swoje wyprawy i zaangażował się w pomoc ludziom. Niezwykły  
jest los Amundsena, który zginął niosąc pomoc swojemu rywalowi a 

jego ciała do dzisiaj nie odnaleziono. Byłem w domu Amundsena, 
wspaniałym, bardzo praktycznie urządzonym. Został wybudowany na 
początku ubiegłego wieku. Zaskakujące było na przykład to, że 

samotnie mieszkający mężczyzna zainstalował bidet. Amundsen był 
praktycznym człowiekiem. Zaadoptował dwie eskimoskie dziewczynki, 

które z nim zamieszkały. Po jakimś czasie musiał je odesłać, bo 
pojawiły się nieuzasadnione podejrzenia, że je wykorzystuje. Żył 

sam, a przecież życie jest pewną całością, bliskość z drugą osobą 
to część naszego człowieczeństwa. Praktycznie wszyscy wielcy 

zdobywcy polarnego świata byli samotnikami, Amundsen nie był 
wyjątkiem. Nansen w swoim domu w Oslo dobudował wieżę, w której 
mieściła się jego pracownia.  

Istniały już wtedy telefony. Telefon w wieży Nansena działał tylko 
w jedną stronę, to znaczy Nansen mógł dzwonić do innych, ale inni, 

nawet domownicy, nie mogli dzwonić do niego. To wiele mówiący 
szczegół. Myślę, że ceną za spotkanie z polarnym światem był brak 

życia osobistego. Byłbym jednak daleki od oceniania. Oceniać jest 
bardzo łatwo, trudniej jest zrozumieć.  

background image

Zdarzyło mi się kiedyś rozmawiać o książce „Koniec jest moim 

początkiem" Tiziano Terzaniego, włoskiego dziennikarza i 
reportażysty. 
Moja rozmówczyni powiedziała,  że po lekturze tej książki 

zrozumiała, o ile mniejszym pisarzem był Kapuściński, bo Terzani 
pisał prawdziwie i niczego nie przeinaczał. Lubię i nie lubię 

Kapuścińskiego. Niektóre jego książki wywarły na mnie wrażenie, 
gdy byłem jeszcze dzieckiem, ale odkąd zacząłem więcej podróżować, 

wszystko się zmieniło. Nie mogę powiedzieć,  żebym je nadal 
podziwiał. Zapamiętałem zdanie, że gdy Kapuściński dotarł na 

północ, powietrze zamarzało mu w płucach.  
Rozumiem, ta przesada to zabieg literacki, niemniej jednak... Może 
dlatego zamieszanie wywołane książką Artura Domosławskiego, który 

napisał kontrowersyjną biografię Kapuścińskiego, przeszło jakby 
obok mnie. Ale kiedy moja rozmówczyni wygłosiła to zdanie, 

pomyślałem, że takie oceny są jednak zbyt łatwe i niesprawiedliwe. 
Powstała książka Domosławskiego o Kapuścińskim, ale nie mamy 

podobnej książki o Terzanim. Znamy tylko książki napisane przez 
niego. Są oczywiście wspaniałe,  świetnie się je czyta, niemniej 
jednak nikt nie podążył jego śladami, nie spotykał się z ludźmi, 

których Terzani opisywał.  
Może gdyby powstała książka o Terzanim, dowiedzielibyśmy się,  że 

coś przeinaczył. Ocenianie ludzi, prowadzenie dochodzeń to droga 
donikąd. Kto wie, może gdyby przeprowadzić dochodzenie w sprawie 

Artura Domosławskiego, okazałoby się,  że nie miał on moralnego 
prawa napisać książki o Kapuścińskim.  Życie człowieka jest 

niezwykle skomplikowane i poza ewidentnymi draństwami czy 
przestępstwami nie poddaje się łatwym ocenom.  
Często oceniamy różnie w zależności od wieku. Kiedy miałem 

dwadzieścia lat, wydawało mi się,  że jeśli ktoś nie założył 
rodziny, to poświęcił się na rzecz wypraw, odkrywania świata i 

zbawiania ludzkości. Dzisiaj myślę,  że brak rodziny jest właśnie 
brakiem, niepełnym  życiem. Nawet zdobycie wszystkich szczytów na 

świecie powinno mieć cel. Pewnie można doświadczyć miłości i na 
takiej drodze, ale to chyba dużo mniej prawdopodobne niż wtedy, 
gdy po prostu zakładamy rodzinę. Przyznam się też, że na studiach 

wydawało mi się, iż alkohol jest czymś, co powoduje, że człowiek 
dotyka głębiej rzeczywistości i intensywniej ją przeżywa; otwiera 

inne perspektywy. Teraz widzę raczej zagrożenia, zresztą związane 
z wszelkimi używkami, nie tylko z alkoholem. Terzani, gdy był w 

Wietnamie, codziennie palił opium.  
Udało mu się nie uzależnić, ale wpadł w nałóg hazardu. Więc i jego 

życie daje do myślenia. Z drugiej strony życie polega też na tym, 
żeby mierzyć się z zagrożeniami i je pokonywać. Trudno wyobrazić 
sobie drogę, na której nie stawiamy żadnego niewłaściwego kroku. 

Być może idealne, wzorcowe życie po prostu nie istnieje. Nie można 
oddzielić rzeczy udanych od nieudanych.  

Mając obecną wiedzę i pewne doświadczenia, nie chciałbym być 
dokładnie taki jak ludzie, których podziwiałem. Na początku drogi 

mogą być oni niedoścignionymi wzorami, natchnieniem, tak jak góry 
na horyzoncie inspirują nas do tego, by je zdobywać. Ale kiedy się 

background image

do nich zbliżamy, zaczynamy dostrzegać  własne szczyty, na które 

chcemy się wspiąć. Dobrze, że pierwsze góry są, bo zachęcają do 
tego, by w ogóle wyruszyć w drogę. Jednak trzeba odkryć szczyty, 
które wznoszą się przed nami.  

Czy gdybym mógł stać się dowolną postacią z historii świata, 
chciałbym tego? Chyba nie. Nawet gdyby była to najdoskonalsza, 

najwspanialsza postać, jaki sens miałoby powtarzanie doświadczeń i 
drogi tego, co już zostało zrobione, napisane, przeżyte? Wiedza 

jest przydatna, ale to co najistotniejsze, trzeba zrobić samemu. 
Zapytajmy na początku siebie, czy chcielibyśmy stać się wybraną 

postacią z historii świata. Czy gdyby umożliwiono nam wybór między 
własnym  życiem, którego jeszcze nie znamy, które być może nie 
będzie najbardziej spektakularne, a z drugiej strony cudzym 

życiem, już przeżytym i to na miarę Aleksandra Wielkiego, czy 
zdecydowalibyśmy się na taką zamianę? Swoją drogą ciekawe, co by 

wybrały wspomniane postacie. Może i one wolałyby inne życie? 
To pytanie, które warto zadać: czy chcę być sobą? - co oznacza 

zaakceptowanie wolności, którą mam, ale też niedogodności, które 
się z tym wiążą. Mimo wszystko wolność wydaje się jednak czymś o 
wiele cenniejszym niż najwspanialsze, ale jednak cudze, życie. 

Dzięki tej wolności możemy odrodzić się na nowo. To o wiele 
bardziej fascynujące niż prowadzenie życia, którego finał jest 

znany. Nie do końca zdajemy sobie sprawę z potęgi wolności, którą 
posiadamy, i jej możliwości. Oczywiście nie jest tak, że tylko 

pomyślimy i już to mamy. Jeśli mamy jakąś wizję, w każdej chwili 
możemy zacząć ją realizować. Ograniczenia są może nie iluzoryczne, 

ale tymczasowe, bo można je pokonać. Gdy zastanawiam się nad 
ludźmi, którzy byli moimi wzorami w dzieciństwie, widzę ich 
wspólną cechę - ustanawiali nową jakość. Nie kopiowali innych, 

tylko odkrywali nowe drogi korzystając z daru wolności. Z tego 
powodu mogli funkcjonować jako wzory, stawali się górami, które 

wyrastają ponad horyzont i które widać z daleka.  
  

Książkowe wzory  
 
Nauczyć się jak rozpalić prymus to nic trudnego, wystarczy 

przeczytać instrukcję obsługi. Czytając książki można zrozumieć 
ogólny schemat wyprawy.  

Polarnicy byli tylko małym fragmentem świata. Wiele nauczyły mnie 
książki. Książki odpowiednio przeczytane, czyli takie, które 

przeżywa się jak własne losy i przygody. To niesamowicie wzbogaca, 
gdy przeczyta się w ten sposób sto życiorysów. Można czytać 

książki nieuważnie albo uważnie. Jeśli czytamy je uważnie, 
częściowo  żyjemy  życiem innych ludzi, co poszerza nasze 
doświadczenie i naszą wiedzę. Jeśli czytamy nieuważnie, to 

jakbyśmy nie czytali w ogóle. Nie zdobywamy nowych doświadczeń, a 
jedynie zaliczamy kolejne tytuły. Dzięki książkom zacząłem myśleć 

o biegunach i wyprawach. Przeżyłem kilka historii i nie chciałem 
już ich powtarzać, chciałem przeżyć historię podobną, ale własną. 

Wiedza, którą zdobyłem, spowodowała,  że chciałem odkryć  własne 
bieguny. Gdybym ograniczył się do schematu otrzymanego w 

background image

dzieciństwie, do myślenia o przyszłości, o zawodzie, o trudzie 

życia, nigdzie bym nie wyruszył. To problemy ważne, ale ważne 
zewnętrznie. Ważniejsze jest to, co ma się w środku. Żeby jeździć 
samochodem, trzeba mieć na paliwo, ale ważne jest także to, dokąd 

chcemy dojechać, czy będziemy jeździć w kółko, czy wyznaczymy 
sobie jakiś cel. Jeśli ograniczymy życie do samego paliwa, 

będziemy tylko jeździć od jednej do drugiej stacji benzynowej i 
tak będzie wyglądało całe nasze życie.  

Przez to, że przeczytałem tyle książek z bardzo różnych dziedzin, 
wcześnie poznałem różne  życiowe schematy, mechanizmy sukcesów i 

porażek. W młodym wieku, gdy nie mamy tylu obciążeń, przyswojenie 
dużej dawki wiedzy powoduje, że staramy się nie powtarzać cudzych 
błędów. Nie chodzi o praktyczną, konkretną wiedzę. To błąd, jeśli 

szuka się tylko tego, co jest potrzebne w pracy, tylko tego, co 
trzeba zaliczyć, żeby zdobyć dobrą ocenę. W wiedzy zawsze podobało 

mi się samo jej zdobywanie. Wydaje mi się,  że nie ma wiedzy 
niepotrzebnej.  

Jeśli tylko możemy coś poznać, warto to zrobić. Na moich studiach 
jedynym z całą pewnością bezużytecznym przedmiotem były zajęcia ze 
studium wojskowego. Ale i na nie poszedłem z nastawieniem, żeby 

się czegoś nauczyć. Zacząłem zadawać pytania i natychmiast od 
oficera prowadzącego  ćwiczenia usłyszałem,  że już on mnie oduczy 

stawiania pytań. Zrozumiałem, że niczego się nie nauczę... Dzisiaj 
wiedzą niepotrzebną wydaje mi się czytanie gazet. Zaledwie tylko 

promil tych informacji jest nam potrzebny. Kłopot polega na tym, 
że nigdy nie wiadomo, na której stronie znajduje się ta przydatna 

informacja. To samo można powiedzieć o wszystkich mediach 
bombardujących nas newsami. Dużym problemem jest wybór narzędzia 
selekcji w taki sposób, żeby naszą uwagę przykuwały jedynie 

potrzebne informacje.  
Kiedy pochłaniałem książki, nie robiłem tego z myślą, że kiedyś mi 

się to przyda. Nie byłem nastawiony na zdobywanie praktycznej 
wiedzy. Większości tytułów dzisiaj nie pamiętam, ale mój umysł 

przeszedł trening, a wiedza pozostała zmagazynowana w 
podświadomości.  
Wiedza, czyli coś więcej niż tylko proste umiejętności, na 

przykład jak rozpalić prymus czy zwinąć namiot. Książki uczyły 
mnie zachowań w sytuacjach, w których wydaje się,  że niczego nie 

można już zrobić, pozornie beznadziejnych. Trzeba szukać wyjścia, 
odkryć je, trzeba mieć nadzieję. Ten schemat powtarzał się w 

prawie każdym  życiorysie: beznadziejna sytuacja, a jednak walczę, 
staram się, znajduję rozwiązania, zdarza się cud i jestem 

uratowany. Zapadło mi to w pamięć. Właśnie takiego rodzaju 
schematy sytuacji i reakcji wielokrotnie powtarzane mogą osadzać 
się w naszej podświadomości. Nauczyć się jak rozpalić prymus to 

nic trudnego, wystarczy przeczytać instrukcję obsługi.  
Czytając książki można zrozumieć ogólny schemat wyprawy, nauczyć 

się tego, że trzeba się dobrze przygotować na wypadek różnych 
złych sytuacji, że — to także jest niezbędne — trzeba 

przestudiować wszystkie instrukcje rozpalania prymusa i zwijania 
namiotu.  

background image

Dzięki lekturom było mi łatwiej przyswajać wszystkie instrukcje i 

je stosować. Kiedy stajemy przed nowym problemem, próbujemy go 
rozwiązać przez analogię do znanych sytuacji. Analogię może nam 
podsunąć równie dobrze książka traktująca o medycynie, jak i 

biografia podróżnika. Psychika w czasie wyprawy jest o wiele 
istotniejsza niż sprawność fizyczna czy nawet praktyczne 

umiejętności. Sprawność fizyczną można wytrenować, jest czymś 
stałym, bo wydolność organizmu, kiedy już się  ją nabędzie, tak 

łatwo się nie obniża. Natomiast wydolność psychiczna może się 
zmienić w każdej chwili, a może się nawet załamać. Pomocą mogą 

okazać się nawet pojedyncze słowa zapamiętane z lektur, słowa, 
które nas prowadzą. Dla mnie takim zdaniem stało się zawołanie 
Nansena „fram”, czyli „naprzód".  

Kiedy konstrukcji psychicznej nie zostawiamy przypadkowi, kiedy ma 
ona swój pień, kiedy mamy się czego w sobie uchwycić, wewnętrzna 

konstrukcja tak naprawdę prowadzi nas do celu, a sprawność 
fizyczna tylko ją niesie. Wewnętrzna konstrukcja jest - można by 

powiedzieć - niekierunkowa, niezwiązana z wyprawami polarnymi, 
biznesem czy z jakąkolwiek zawodową specjalizacją. Jest pewną 
ogólną predyspozycją. Ale to ona decyduje o tym, że docieramy do 

wyznaczonego celu.  
Żeby mieć dobre pomysły biznesowe, trzeba najpierw zdobyć, jestem 

o tym przekonany, ogólną wiedzę o świecie. Nie tylko o ekonomii, 
ale także o człowieku, o zakamarkach ludzkiej duszy. Wydawałoby 

się, niewiele ma to wspólnego z biznesem. Żeby odkryć niszę na 
rynku, żeby mieć nowy pomysł, trzeba mieć też dużą ogólną wiedzę, 

taki wewnętrzny szeroki skaner. Skanować współczesną sytuację tu i 
teraz, patrzeć co dzieje się w świecie biznesu i porównywać to z 
naszą ogólną wiedzą, starając się odkrywać nowe rozwiązania i 

pomysły.  
Dzięki temu sukces w biznesie często odnoszą ludzie, którzy wcale 

nie są z wykształcenia ekonomistami, ani nie studiowali finansów, 
ale mają ogólną wiedzę o człowieku i świecie z różnych dziedzin. 

Ogólna wiedza pozornie zawieszona jest w próżni, wydaje się,  że 
nijak ma się do naszego życia tu i teraz, ale prędzej czy później 
znajduje zastosowanie.  

Nie ma wiedzy niepotrzebnej. Zdarza ci się wykorzystywać, w tym co 
robisz, wiedzę zupełnie z tą dziedziną niezwiązaną? Jeśli nic nie 

przychodzi ci do głowy, może pora coś z tym zrobić?  
 

Pomosty przed wyprawą  
 

O urzeczywistnianiu marzeń decyduje umiejętność budowania 
scenariuszy.  
Kiedy byłem dzieckiem, starałem się w wyobraźni budować pomosty 

między tym, co znane i nieznane, możliwe i niemożliwe. Pamiętam, 
że byłem wysyłany parę kilometrów z kanką po mleko albo po obiad 

do stołówki i podczas tej drogi wyobrażałem sobie, że wyruszę w 
samotny rejs dookoła  świata jak Leonid Teliga. To było  ćwiczenie 

wyobraźni, które wiele mi dało. Jestem tu i teraz, mam trzynaście 
lat, wiem, że nie popłynę dookoła  świata jutro. Starałem się 

background image

znaleźć w wyobraźni najkrótszą możliwą drogę do tego rejsu. To nie 

było bezproduktywne marzycielstwo. Ustalałem w myślach,  że za 
tydzień zacznę  pływać  żaglówką po jeziorze Drawsko, potem znajdę 
jakiś klub i zdobędę patent sternika jachtowego, a gdy będę miał 

piętnaście lat, popłynę w dalszy rejs. Na koniec wybiorę się do 
kapitana jacht klubu i powiem mu, że chciałbym jako najmłodszy 

człowiek na świecie opłynąć  świat dookoła. Ów kapitan nie zechce 
się zgodzić, ja jednak będę przekonywał go argumentem, że to 

rozsławi Polskę. Rozpoczniemy treningi, znajdzie się także jacht, 
który będzie można wykorzystać. Kiedy mam szesnaście lat, wypływam 

w rejs.  
Droga ulicami Połczyna Zdroju po mleko była dla mnie podróżą 
dookoła  świata. Wydaje się,  że to dwie oddzielne sfery. Z jednej 

strony jest to, co robimy tu i teraz: chodzimy do szkoły, 
wyprowadzamy psa, uczymy się, sprzątamy i tak dalej. Z drugiej 

strony, jeśli naprawdę czegoś chcemy, możemy robić takie ćwiczenia 
wyobraźni, które połączą nas z odległym celem, są prowadzącym do 

niego pomostem, łącznikiem.  
Ponieważ cel leży daleko, bardzo ważni są ludzie, których 
spotykamy po drodze, a nie tylko wyobrażenia. Ci ludzie są już 

namacalnym przykładem,  że takie rzeczy są możliwe. Od nich możemy 
nauczyć się najwięcej i najszybciej. Trzeba pamiętać,  że inni 

ludzie mogą wywierać na nasze życie także negatywny wpływ. Mamy w 
sobie wiele różnych możliwości i często z nich nie korzystamy, 

jeśli nie wsłuchujemy się w siebie, ale słuchamy innych. Jako 
dzieci czy nastoletni ludzie spotykamy często dorosłych, którzy 

niezadowoleni z własnego życia będą ograniczać nasze możliwości do 
własnych wizji, często czarnych scenariuszy. Nie ma co liczyć na 
to,  że będą rozwijać nasze zdolności i zachęcać do tego, żebyśmy 

za tymi odkrywanymi możliwościami podążali,  żebyśmy mieli odwagę 
przyjmować, że wszystko jest możliwe.  

Aby nie ulec takim wpływom musiałem zamknąć się w swoim świecie, 
ograniczyć się do niego, trudno było mi spotkać ludzi, którzy 

mówili: tak, jest możliwe żebyś popłynął dookoła świata, dobrze że 
o tym myślisz, planuj to dalej. Reakcja była na ogół zupełnie 
inna: nie myśl o takich banialukach, szkoda czasu, lepiej odrób 

lekcje,  żebyś miał dobre stopnie na świadectwie i dostał się do 
szkoły, która da ci przyzwoity zawód. W pewnym momencie przestałem 

mówić o swoich marzeniach, zarówno rówieśnikom, jak i dorosłym. 
Żyłem w swoim świecie. Czasami spotykałem ludzi, którzy zachęcali 

mnie do tego, żeby podążać za marzeniami.  
Uczyłem się też tego, żeby nie tylko marzyć, ale i robić coś, co 

mnie rzeczywiście do tych marzeń przybliży. Moja wewnętrzna siła 
polegała nie na samych marzeniach, nie na niezależności myślenia, 
tylko na zdolności budowania scenariuszy. Marząc o czymś od razu 

zastanawiałem się, jak to krok po kroku osiągnąć. A potem to 
realizowałem.  

W czasopismach widziałem na przykład listy od dzieci z innych 
krajów. Najwięcej tych listów było ze Związku Radzieckiego. Zwykłe 

dziecięce listy: jestem z takiego miasta, zbieram znaczki, czytam 
książki i chciałbym zawrzeć z kimś znajomość. Jeśli jakieś dziecko 

background image

mogło to zrobić, to ja także mogłem podobny list napisać. 

Przeważnie ci, którzy się na to odważyli, dostawali w odpowiedzi 
dziesiątki listów z Polski od innych dzieci i tylko na niektóre 
odpowiadali. Zadałem sobie pytanie, dlaczego nie miałbym wysłać 

listu do gazety, że to ja chciałbym korespondować. Dobrze, napiszę 
taki list do redakcji polskiego czasopisma, to jest łatwe. Ale 

chciałbym korespondować z dziećmi z innych krajów. Jak to zrobić? 
Musiałbym wysłać list do zagranicznego czasopisma podobnego do 

tych, które wychodziły w Polsce. Tylko że nie znam tytułów 
zagranicznych czasopism. Wtedy nie było jeszcze Googli i 

Internetu... Mogę zadzwonić do ambasady, na przykład 
kolumbijskiej, i zapytać o tytuły, o to w jakim mieście są 
wydawane, a może od razu podadzą mi adres? Aby zdobyć pieniądze na 

rozmowy telefoniczne, zbierałem najpierw makulaturę, potem szedłem 
na pocztę, zamykałem się w kabinie do rozmów międzymiastowych i 

dzwoniłem do Ambasady Kolumbii. Dzień dobry, nazywam się Marek 
Kamiński, chciałbym dowiedzieć się, jakie jest najpopularniejsze 

czasopismo w Kolumbii. Miałem wtedy może jedenaście lat. I moi 
rozmówcy z ambasady podawali mi ów tytuł. Pamiętam,  że urzędnicy 
mówili  łamaną polszczyzną albo znajdował się  tłumacz. I tak 

budowałem swoje scenariusze działań.  
Scenariusz to podstawa. Najpierw jest wizja, pomysł,  że chciałbym 

korespondować z osobami z innych krajów. Jeśli tego naprawdę chcę, 
jeśli mam mocne przekonanie, jeśli wierzę w swoją wizję, to mogę 

ją zrealizować, tylko trzeba znaleźć drogę. Jeśli tę drogę rozłoży  
się na etapy, krok po kroku, okazuje się dostępna także dla małego 

chłopca w małym Połczynie Zdroju. W Połczynie Zdroju, jeśli się 
tylko naprawdę chciało, można było odnaleźć nauczyciela znającego 
języki obce, który pomógłby przetłumaczyć list. Dobrze że 

spotkałem wtedy odpowiednią osobę, bo mogłem trafić na kogoś, kto 
by powiedział: nikt ci takiego listu nie opublikuje, nikt nie 

odpowie, daj sobie spokój, chłopcze. Ważne,  że co jakiś czas 
spotykałem ludzi, którzy mnie zachęcali,  żeby robić coś 

nieszablonowego,  żeby podążać za marzeniami. W ten sposób 
poradziłem sobie z językiem angielskim i włoskim, ale do 
korespondowania z dziećmi z Ameryki Łacińskiej potrzebny był 

hiszpański. Nauczycieli hiszpańskiego w Połczynie nie było. 
Okazało się jednak, że jest ktoś, kto ma daleką rodzinę w 

Hiszpanii. Ten ktoś wysyłał list z prośbą o przetłumaczenie go na 
hiszpański i po długim czasie list przychodził przetłumaczony. 

Udało mi się też dotrzeć do nauczyciela francuskiego z miejscowego 
liceum. Wybrałem się do niego - pamiętam, że mieszkał w bloku - i 

poprosiłem o pomoc.  
Chętnie to zrobił.  
Ludzie często pozostają na poziomie samego wyobrażania albo 

marzenia o czymś. O urzeczywistnianiu marzeń decyduje umiejętność 
budowania scenariuszy, a także wiara, że niemożliwe może być 

możliwe. Jeżeli możemy o czymś pomyśleć, możemy to także 
zrealizować.  

Potrzebna jest determinacja, by tego dokonać. Gdybym postanowił 
teraz,  że chciałbym jeszcze polecieć na Księżyc, byłoby to 

background image

możliwe, tylko że nie widzę sensu, by zacząć się starać, to tak 

poważne przedsięwzięcie,  że musiałbym poświęcić może nawet 
dwadzieścia najbliższych lat. O tym, jak tam jest, mogę poczytać 
sięgając po wspomnienia ludzi, którzy na Księżycu byli: Armstronga 

czy Buzza Aldrina. Dlatego wolę szukać innych wyzwań. Gdybym mając 
czterdzieści siedem lat, a tyle mam obecnie, postanowił polecieć 

na Księżyc albo opuścić się w batyskafie na dno Rowu Mariańskiego, 
wierzę,  że mógłbym to osiągnąć. Tak przy okazji - na dnie Rowu 

Mariańskiego było mniej ludzi niż na Księżycu, bo dotarło tam 
tylko dwóch: Jacques Piccard i Don Walsh, a na Księżycu było już 

kilkunastu astronautów. Wiem, że podobne cele są dla mnie 
osiągalne, ale wiem także,  że nie chciałbym powtarzać cudzych 
doświadczeń.  

Być może dzisiaj większą wartością jest przebywanie z moimi 
dziećmi niż opuszczenie się na dno Rowu Mariańskiego czy podróż na 

Księżyc.  
Brzmi to tak jakby zrobienie czegoś, czego nikt dotąd nie zrobił, 

było dla mnie wartością samą w sobie. Tak nie jest. Nie uważam, 
żeby było dla nas dobre, gdybyśmy kierowali się w życiu podobnym 
założeniem. Niemniej powtarzanie cudzych osiągnięć nie jest wielką 

wartością. Choć lepiej powtarzać dobre wzory niż robić coś  złego 
po swojemu... Bycie pierwszym to coś wtórnego, co nie zawsze, nie 

w każdych warunkach jest wartością. A już bycie pierwszym w 
sytuacji, gdy mamy rodzinę albo gdy osiągamy to krzywdząc innych 

ludzi jest oczywistym złem. Różne są warunki brzegowe podobnych 
dokonań.  

 
Odkryć swoją Północ  
 

Jeśli negatywne doświadczenia nas nie zatrzymują, tylko prowadzą 
dalej, w końcu natrafiamy na swoją Północ.  

Mamy w sobie cały wachlarz możliwości, spotykamy się z różnymi 
wzorami, które prowadzą nas w różnych kierunkach. Jak odnaleźć 

najwłaściwszy kierunek, trafić na swoją Północ, odkryć ją tak jak 
zrobiłem to ja? Myślę,  że kiedy natrafiamy w naszych 
poszukiwaniach na prawdziwy, własny kierunek świata, on da nam to 

poczucie harmonii, coś, czego na ogół szukamy w życiu 
podświadomie, nie zdając sobie z tego sprawy. Możemy to nazwać 

jakkolwiek: poczuciem spełnienia, harmonii, szczęścia. W życiu 
doświadczamy szczęścia tylko w pewnych momentach. Udało nam się 

coś zrobić, ominęło nas coś złego albo spotkało nas coś wyjątkowo 
dobrego — w takich chwilach jesteśmy szczęśliwi. Dostrzegamy je, 

gdy jesteśmy uważni i wsłuchujemy się w samych siebie. Dlatego 
ważne jest nie tylko obserwowanie świata zewnętrznego, ale także 
zrozumienie,  że jesteśmy częścią tego świata i należy poznać 

samego siebie, aby być szczęśliwym.  
Warto poznać samego siebie, także dlatego, że świat stale próbuje 

złapać nas na wędkę i zabrać nam wolność. Życie stale konfrontuje 
nas z negatywnymi zdarzeniami, zastawia pułapki. Same w sobie nie 

są one niczym złym, bo uczą odkrywania własnych możliwości, które 

background image

najlepiej poznajemy nie w sytuacjach komfortowych, tylko będąc w 

opresji i przezwyciężając trudności. Ważne, by nie dać się złapać.  
W swoim życiu poznałem setki hoteli na całym świecie. Są takie, w 
których gdy tylko wchodzi się do środka, widzi się przejście do 

kasyna.  
W tych miejscach nie istnieje dzień i noc, pomieszczenia są 

odizolowane od światła dziennego, prowadzi tam specjalna śluza. 
Bardzo  łatwo tam skręcić, a potem zapomnieć o świecie, który 

znajduje się na zewnątrz.  
Łatwo dać się  złapać w pułapkę. Kiedyś zostałem zaproszony przez 

menedżera hotelu, żeby podobne miejsce zwiedzić. Wiele mnie to 
nauczyło.  
Jeśli negatywne doświadczenia nas nie zatrzymują, tylko prowadzą 

dalej, w końcu natrafiamy na swoją Północ. Zwykle nie dzieje się 
to od razu.  

W swoim podróżowaniu odkrywałem  świat małymi krokami. Najpierw 
było Maroko, gdzie pozostały ślady hiszpańskiej przeszłości, przez 

co wydawało mi się ono podobne do krajów Zachodniej Europy, które 
już poznałem. Był to jeszcze niewielki kulturowy przeskok. Meksyk 
był już kompletnie innym światem, inną kulturą, którą się 

zachłysnąłem. To było przejście poza dotychczas znany mi horyzont. 
A potem Północ stała się dopełnieniem i przekroczeniem wielu 

granic naraz. Nie było tam żadnych ludzi, wytworów cywilizacji, a 
jednak przestrzeń i natura bardzo silnie oddziaływały na moją 

psychikę. Intuicja podpowiadała mi, że to coś najpełniej mojego.  
Intuicja to nasz wewnętrzny głos, któremu nie zawsze potrafimy 

zaufać. Ja również nie miałem  żadnych racjonalnych przesłanek, 
żeby powiedzieć: ta przestrzeń jest moja. Spitsbergen był moim 
pierwszym zetknięciem z Północą, ale niczego tu jeszcze nie 

zdziałałem, nie miałem  żadnych wielkich planów ani polarnego 
przygotowania, niczego co namawiałoby mnie do szukania czegoś w 

tej przestrzeni. A jednak czułem,  że to jest coś mojego, coś 
bliskiego. Zaufałem wewnętrznemu głosowi, chociaż myślę,  że gdyby 

nie to, iż pisałem wtedy pamiętniki, pewnie bym o tym 
doświadczeniu zapomniał. Spędziłem trochę czasu na Spitsbergenie, 
było tam niezwykle, ale pewnie ruszyłbym dalej i nie byłoby wątku 

Północy w moim życiu.  
Dziennik to taki materialny ślad naszej uważności, wsłuchiwania 

się w siebie, który pozwala odkryć, co jest naprawdę nasze. Pisząc 
odkrywałem swój wewnętrzny głos. Na ogół ludzie nie ufają swojemu 

wewnętrznemu głosowi. Bardziej ufają temu, co mówią inni, 
nauczyciele. Być może niektórzy powiedzą,  że głos wewnętrzny 

czasem ich ostrzegł. Na co dzień nie przywiązujemy do tego 
większej wagi. Gdyby nie różne zdarzenia z mojego życia, podobne 
do poznania Północy, też bym pewnie tak postępował.  

Odkrycie Północy było dla mnie możliwe dzięki temu, że posłuchałem 
wewnętrznego głosu. To on podpowiedział mi na Spitsbergenie, kiedy 

po raz pierwszy znalazłem się w okolicach koła podbiegunowego, że 
to nie jest kolejne doświadczenie, to nie jeszcze jeden Meksyk. To 

przestrzeń, w którą chcę się bardziej zagłębić, pójść dalej. 
Dokładnie tak to było - odkryłem przestrzeń dla siebie. Przestałem 

background image

nawet interesować się podróżami. Miałem wtedy możliwości,  żeby 

wybrać się znów do Meksyku, ale zrezygnowałem. Gdybym nie zaufał 
wewnętrznej intuicji, zapomniał o tym, że odkryłem jakiś ważny dla 
siebie kierunek, pewnie stałbym się z czasem turystą wędrującym od 

kraju do kraju, a nie tym, kim jestem - podróżnikiem, zdobywcą 
biegunów.  

Założyłem już wtedy własną firmę, która nie dawała jeszcze 
finansowych możliwości podróżowania, gdzie tylko miałbym ochotę, 

ale mogłem na przykład zdecydować się na rejs jachtem przez 
Atlantyk. W Niemczech, gdzie wtedy jeszcze mieszkałem, istnieje 

bardzo rozwinięty system współpodróżowania. Człowiek najmuje się 
jako załogant i można popłynąć gdzie się chce. Mogłem wybrać się 
nawet do Australii, a jednak wróciłem na Północ. To ważne, żebyśmy 

nie przegapiali podobnych momentów w życiu, gdy odkryjemy coś 
własnego, nasz własny kierunek.  

Na pewno w decyzji pomógł mi przykład Nansena. Studiowałem też 
wtedy  życiorys Wittgensteina, wybitnego filozofa, który w pewnym 

momencie  życia porzucił wszystko i wyjechał do Norwegii, gdzie 
zbudował chatę, w której samotnie mieszkał. Wydawało mi się to 
równie inspirujące jak jego filozoficzne książki, sama decyzja, że 

nagle porzucił wszystko czym żył. Norwegia kojarzyła mi się z 
Północą. Norway to droga na północ. Łączyło się to pewnie z innymi 

wzorami z dzieciństwa, z czytanymi wtedy książkami, które głęboko 
tkwiły w mojej podświadomości. W każdym razie zwróciłem się na 

Północ, a Spitsbergen stał się moim punktem zwrotnym. To tam 
spotkałem ludzi, którzy poprowadzili mnie dalej, przede wszystkim 

Wojtka Moskala, z którym zostaliśmy pierwszymi polskimi zdobywcami 
bieguna północnego.  
 

W tandemie  
 

Najlepiej przekazuje się wiedzę poprzez bycie razem i wspólne 
działanie.  

Myślę, że kiedy jechałem na Spitsbergen, biegun tkwił we mnie jako 
pewien pomysł. Już w 1988 roku myślałem o wyprawie jachtem na 
biegun. Te pomysły czekały jak woda pod pokrywką czajnika, gotowa 

do zagotowania. Sądzę zresztą,  że pewnie każdy z nas ma ukrytą w 
sobie jakąś dużą sprawę, jakiś ważny cel, który czeka na to, by 

pojawić się na powierzchni naszej świadomości. Spotkanie Wojtka 
Moskala na Spitsbergenie było dla mnie katalizatorem, który 

uruchomił reakcję odkrywania własnego życiowego celu.  
Rzadko spotykałem ludzi, którzy w reakcji na słowa,  że chcę coś 

zrobić, odpowiadali: świetnie, zrób to; albo nawet — pomogę ci, 
możemy zrobić to razem. Miałem dużo szczęścia,  że trafiłem na 
Wojtka. Słyszałem o nim jeszcze w Polsce, że to najbardziej 

doświadczony polarnik, legenda, bez mała jak Jerzy Kukuczka, tyle 
że z polarnego, a nie górskiego, świata. Wojtek konsekwentnie od 

lat podążał swoją drogą, zdobywał doświadczenia. Kiedy spotkaliśmy 
się na Spitsbergenie, wiedziałem kim jest Wojtek, za to on 

absolutnie niczego nie wiedział o mnie. Po prostu spotkał jakiegoś 
studenta z Gdańska. Z jednej strony był więc sławny Wojtek Moskal, 

background image

a z drugiej strony ja, który szukałem, próbowałem, była to jedyna 

możliwa droga odkrywania swojego prawdziwego celu. Wówczas 
wtopiłem się w świat Północy, odkryłem,  że to mój świat, a potem 
zdarzyło się spotkanie z Wojtkiem, zaczęliśmy opowiadać o sobie, 

szybko okazało się,  że ja chcę dojść na biegun i że Wojtek także 
chce dojść na biegun... Zaczęliśmy od razu snuć niesamowite plany. 

Wojtek wydał mi się przy tym dobrze zorganizowanym człowiekiem. 
Wszystko, co mówił i robił, było przemyślane, funkcjonowało jako 

racjonalny i sprawdzony system. A ja miałem tylko pożyczone narty. 
Ja byłem pospolitym ruszeniem, a Wojtek żołnierzem polarnym, może 

nawet polarnym pułkownikiem. Partyzant i żołnierz. Taki tandem.  
Między Wojtkiem Moskalem a mną dokonało się potem coś, co można by 
nazwać transferem wiedzy. Zdobywanie wiedzy w nowej dziedzinie 

wcale nie jest łatwe. Co innego przeczytać książkę, a co innego 
posiąść praktyczne umiejętności. Wojtkowi porządkowanie zdobywanej 

wiedzy i opanowywanie umiejętności, przechodzenie od zerowego 
poziomu do pewnego maksimum zabrało co najmniej piętnaście lat.  

To dziesiątki szczegółów, które trzeba sprawdzić i wybrać 
najlepsze rozwiązanie. Widzimy na przykład na półce w sklepie 
wiele różnych namiotów. Aby wybrać ten, który jest wśród nich 

najlepszy, trzeba wielu lat praktyki. Namiot, prymus, cały polarny 
sprzęt to dziesiątki szczegółów, które trzeba samemu sprawdzać. 

Piętnaście lat to tak naprawdę wcale nie tak długi czas na 
zdobycie podobnej wiedzy.  

Spotkaliśmy się z Wojtkiem w 1990 roku, a przeszliśmy razem 
Grenlandię w 1993. Przez dwa lata przygotowywaliśmy się do tej 

wyprawy.  
Dzięki przygotowaniom i samej wyprawie dokonał się między nami 
transfer wiedzy. Tak jakby połączyć nasze organizmy rurką. Wiedzę, 

którą on zgromadził w ciągu piętnastu lat, ja zaimplementowałem 
przez trzydzieści dni. Na pewno nie całą, wiele mi brakowało, ale 

80 procent tej wiedzy zdobyłem w działaniu, dzięki wspólnej 
wyprawie. W trakcie późniejszej wyprawy na biegun północny byliśmy 

już prawie partnerami. Wojtek wciąż miał większe doświadczenie, 
ale różnica nie była już tak wielka, a na biegunie nasze 
doświadczenia praktycznie wyrównały się. Uzupełnialiśmy się, 

Wojtek wnosił swoje doświadczenie, ja wnosiłem wiarę, 
determinację. Dzięki temu stworzyliśmy zespół, który mógł zdobyć 

biegun północny. Z doświadczeniem zdobytym na Grenlandii na pewno 
nie doszedłbym do bieguna północnego samotnie, tak samo jak nie 

dokonałbym tego, idąc z kimś innym niż Wojtek. Myślę, że działa to 
też w drugą stronę. Choć może nie jest to w pełni symetryczne, nie 

background image

wykluczam,  że Wojtek doszedłby samotnie na biegun, ale na pewno 

byłoby to bardzo trudne.  
Na biegunie północnym stałem się już polarnym żołnierzem i mogłem 
iść sam na biegun południowy. Bez bieguna północnego, bez wspólnej 

drogi z Wojtkiem przez Grenlandię i na biegun, bez transferu 
wiedzy nie byłoby to dla mnie możliwe. Najlepiej przekazuje się 

wiedzę poprzez bycie razem i wspólne działanie. Gdybym chciał 
poznawać matematykę, najlepszą metodą byłoby wspólne seminarium. 

Jeżeli celem miałoby być poznanie zasad prowadzenia firmy, 
najlepiej umówić się na wspólne działanie z kimś doświadczonym i 

dobrym w tej dziedzinie. Gdybym miał możliwość spotykania się 
przez trzy miesiące ze świetnym menedżerem, funkcjonowania jako 
jego pomocnik czy asystent, wartość tego byłaby nieoceniona. 

Ludzie często boją się,  że są  słabsi, gorsi, boją się 
konfrontacji, w której okażą się nikim, obawiają się przykrych 

sytuacji. Wyprawa z Wojtkiem, zapewniam, nie polegała na samych 
przyjemnościach. Były trudne momenty, ale najważniejsze jest, żeby 

się w takich chwilach nie zrażać. Jeśli coś zrobimy nie tak, nie 
jest to jeszcze koniec świata. Często załamujemy się, kiedy 
słyszymy,  że zrobiliśmy coś  źle. Mówimy wtedy: ten, kto nam to 

powiedział, jest naszym wrogiem, już więcej z niczym się do niego 
nie zgłoszę. Takie sytuacje wymagają wzajemnej otwartości. 

Ja odkryłem swoją Północ, kierunek, w którym poruszałem się potem 
przez większą część mojego życia, gdy miałem dwadzieścia kilka 

lat. W tym wieku łatwiej jest podążać za wewnętrznym głosem, ale 
uważam,  że jest to możliwe zawsze, w każdym momencie życia. Ja 

miałem szczęście,  że tak szybko trafiłem. Ale wcześnie czy późno, 
nie ma to aż takiego znaczenia. Decyduje nasza otwartość, wola 
zmian, wiara w świat i w siebie, w jego i własne możliwości. Czy 

ma się dwadzieścia pięć, czy sześćdziesiąt pięć lat, nigdy nie 
jest za późno. I nigdy za wcześnie, jak pokazuje przykład 

australijskiej szesnastolatki, która postanowiła samotnie opłynąć 
świat jachtem. Wydaje się,  że czym później, tym trudniej 

podejmować takie decyzje, ale to pozór. Jesteśmy otoczeni 
przedmiotami i sytuacjami, dlatego pozornie trudno się od tego 
oderwać. Niemniej zawsze jest to możliwe. Jeśli czujemy się źle w 

jakiejś  życiowej sytuacji, czujemy, że to nie jest ta nasza 
przestrzeń, zawsze można pomyśleć o innym scenariuszu i szukać 

innych miejsc.  
Często nie wiemy, gdzie czulibyśmy się dobrze, wiemy tylko, że tu, 

gdzie jesteśmy teraz, czujemy się źle. Nie wiemy, gdzie jest nasza 
Północ.  

Trzeba nam najpierw nieoswojone miejsca podotykać, poznać, musimy 
doświadczyć innych przestrzeni, zawodów, aktywności. A potem 
zbudować scenariusz drogi. To jest możliwe, jestem tego absolutnie 

pewien. 
 

Początkowe trudności  
 

Jako dziecko sądziłem,  że wyprawa polega na osiągnięciu jakiegoś 
celu.  

background image

Najważniejsze jest to właśnie doświadczenie - zdobycie szczytu czy 

opłynięcie  świata dookoła. Cel jest treścią wyprawy, czymś 
kluczowym, a droga jest czymś, co trzeba przebyć. Po drodze dzieją 
się oczywiście różne rzeczy, coś przeżywamy, ale to jedynie 

wartość dodana, najważniejsze jest pokonywanie trudności i 
osiągnięcie celu. Wyprawa, która nie zakończyłaby się opłynięciem 

świata dookoła, byłaby niepełna.  
Nie byłaby właściwą wyprawą, a tylko i wyłącznie próbą.  

Kiedy zacząłem podróżować, zrozumiałem,  że jest inaczej. Moje 
pierwsze wyprawy nie miały jakiegoś konkretnego celu. Jako 

nastoletni chłopak odbyłem rejs statkiem do Maroka. Rejs polegał 
na dopłynięciu do Afryki i powrocie do kraju. Można powiedzieć, że 
najważniejsze było dotknięcie afrykańskiej ziemi. Tak, ono było 

ważne, po raz pierwszy znalazłem się na innym kontynencie. Ale 
wiele ciekawych rzeczy wydarzyło się po drodze i to w naturalny 

sposób stało się treścią wyprawy.  
Potem przyszły dwie podróże do Meksyku, w których także trudno 

byłoby wskazać jakiś cel. Owszem, opowiadając o nich i 
jednocześnie porządkując w głowie związane z nimi wrażenia, 
starałem się wymieniać konkretne punkty na mapie. Mówiłem,  że 

byłem w Yaxchilan czy Bonampak, ale tyle zdarzało się po drodze, 
że trudno było mi wskazać najważniejszy punkt, który mógłby być 

celem wyprawy. Podróże stały się dla mnie bardziej sposobem 
przeżywania świata niż osiąganiem wyznaczonych celów.  

Kiedy przyszedł czas wypraw polarnych, na pewno na początku, na 
Spitsbergenie czy przy przejściu Grenlandii, ważne były cele, 

które sobie stawiałem. Pamiętam,  że nawet się przeciwko temu 
buntowałem.  
Kiedy szliśmy z Wojtkiem Moskalem przez Grenlandię, obowiązywała 

rygorystyczna dyscyplina marszruty, wszystko było podporządkowane 
pokonywaniu przestrzeni, dotarciu do celu. Porównywałem to z 

Meksykiem, tam jednak było ciekawiej, bo można było cieszyć się 
poznawaniem nieznanego świata, a tutaj wszystko jest robione jak 

na rozkaz.  
Potem mimo iż wydawało się,  że  świat, który przemierzam, jest 
pusty i wszystko skupione jest tylko na tym, by w tym świecie 

przetrwać i dojść do punktu położonego po drugiej stronie 
Grenlandii, stopniowo wszystko zaczynało się zmieniać, 

porządkować. Na początku byliśmy bardzo tym wszystkim ograniczeni: 
zimnem, niewygodą, przeskokiem z cywilizacji do życia w namiocie, 

pokonywaniem kilometrów w głębokim  śniegu i z dużym psychicznym 
obciążeniem. Znalezienie się w tej przestrzeni samo w sobie było 

wyzwaniem. Ale kiedy już się w tej przestrzeni znaleźliśmy, z 
czasem podporządkowaliśmy ją sobie i oswoiliśmy się z nią. Kiedy 
świat polarny przestał być czymś tak obcym, czymś, co mogło nas 

zabić, stał się w jakimś sensie domem.  
Takim samym miejscem jak polana w lesie, przyjaznym dzięki temu, 

że poznaliśmy zasady rządzące tym światem.  
Tym zasadom trzeba było najpierw się podporządkować, a potem 

wprowadzać harmonię między nimi a naszą wiedzą. Gdybyśmy nie byli 
do tego wcześniej przygotowani, ten świat by nas zabił, ale 

background image

ponieważ przygotowania okazały się efektywne, okazaliśmy respekt 

dla natury, zaczęliśmy funkcjonować w harmonii z nią. Po paru 
tygodniach polarna przestrzeń stała się dla nas takim samym 
miejscem jak polana w lesie.  

W lesie możemy nagle wpaść w bagno albo ukąsi nas pszczoła, a my 
akurat jesteśmy alergikami. Leśna polana wcale nie jest rajem. 

Raju na ziemi nie odnajdziemy, możemy tylko starać się stworzyć 
sytuacje, w których będziemy funkcjonować w harmonii z otoczeniem.  

Mimo tego że było tam pusto i zdawało się,  że nie ma czego 
przeżywać, bo nie spotykaliśmy nikogo i nie odkrywaliśmy nowych 

miejsc, przestrzeń zaczęła się wypełniać. Zwykle, gdy podróżujemy 
po fragmencie przestrzeni, wyznaczamy tam różne punkty. Obejrzymy 
ten zabytek, ten pomnik, odwiedzimy miasto albo plażę. Nawijamy 

koraliki na nitkę według przyjętego planu. Podobnie planujemy 
swoje  życie. Na Grenlandii również mieliśmy plan, ale punkt 

docelowy znajdował się sześćset kilometrów przed nami, nie było 
żadnych innych punktów. Wyznaczyliśmy odcinek do pokonania, każdy 

dzień był nowym wyzwaniem, ale nic poza tym, że na przykład za 
dziesięć dni spotka nas coś szczególnego albo zrobimy imprezę w 
namiocie. Paradoksalnie poddanie się temu rytmowi, tej harmonii, 

samo w sobie okazało się tak samo ciekawe jak zaliczanie punktów z 
przewodnika w turystycznych podróżach.  

To wcale nie znaczy, że cel przestał się liczyć. On był przed nami 
przez cały czas, bez niego nie podejmowalibyśmy codziennej 

wędrówki.  
Przy długofalowych celach trzeba umieć cieszyć się dniem, w którym 

pozornie nic się nie dzieje. Po to żeby nie wypalić się po drodze, 
nie stracić motywacji, musimy uporządkować najbliższe kilometry, 
najbliższe godziny. Jeśli jesteśmy nastawieni tylko na osiągnięcie 

odległego celu, który znajduje się na horyzoncie, paradoksalnie 
może zdarzyć się tak, że stwierdzimy, iż nie damy rady by do niego 

dojść, bo jest nam tak ciężko, a cel wciąż jest daleko. Nie o to 
chodziło, lepiej będzie wrócić do cywilizacji, do tego portu, z 

którego wyruszyliśmy, do naszej wyjściowej sytuacji, w której w 
sumie nie było źle.  
Kiedy piętrzą się trudności, a cel jest bardzo odległy,  łatwo 

znaleźć powody by zrezygnować. Sam się kilkukrotnie poddawałem. 
Kiedy wyruszałem razem z Wojtkiem na biegun północny z wyspy Ward 

Hunt i przez trzy dni nie mogliśmy nawet wejść na lód z powodu 
olbrzymiej szczeliny, stwierdziłem,  że jest tak ciężko, iż lepiej 

będzie zacząć za rok.  
Nawet jeśli w końcu wejdziemy na lód, to i tak nie dotrzemy do 

bieguna, bo jesteśmy zbyt spóźnieni. Byłem bliski decyzji o 
rezygnacji. Gdyby tylko znalazł się jeszcze jakiś konkretny powód, 
a właściwie pretekst, powitałbym go z radością, bo byłaby to jakaś 

wymówka,  żeby przerwać wyprawę. Przez pierwsze dni, gdy cel 
znajduje się bardzo daleko, umysł szuka wymówki, żeby przerwać 

wyprawę i wrócić do punktu wyjścia, gdzie znów zastanowimy się nad 
całym przedsięwzięciem. Nie musimy nawet szukać jakiegoś 

pretekstu, wystarczy, gdy powiemy sobie, że przecież podjęliśmy 

background image

już próbę, sprawdziliśmy możliwości, robiliśmy co było można, ale 

już wystarczy tej przygody.  
W początkowych momentach często pretekstu dostarcza nam otoczenie. 
Tak było na przykład w początkowej fazie przygotowań do wyprawy z 

Jaśkiem Melą, niepełnosprawnym chłopcem, z którym doszliśmy 
wspólnie najpierw na biegun północny, a potem południowy. Na 

początku od wielu osób słyszałem opinie, że to bez sensu, a w 
pewnym momencie z udziału w przygotowaniach wycofała się lekarka, 

która zajmowała się rehabilitacją Jaśka. Bardzo łatwo jest ulec 
podobnym podszeptom, cudzemu zwątpieniu. Dzięki doświadczeniu 

zdobytym w wielu wyprawach wiedziałem już,  że to stały fragment 
gry.  
Gdy pojawiają się przeszkody, a pojawiają się zawsze, dopóki nie 

sprawdzimy wszystkich rozwiązań, nie warto rezygnować. Zwykle 
trudności we wstępnej fazie planowania mają charakter mentalny, a 

nie polegają na realnych, zewnętrznych trudnościach.  
Zewnętrzne przeszkody mogą okazać się nie takie wielkie. Zamiast 

rezygnować już na starcie, lepiej spróbować, sprawdzić, czy 
rzeczywiście szczelina nie zniknie przez następny tydzień i 
naprawdę nie będziemy mogli wejść na lód. Nie należy kapitulować 

po trzech dniach. Jeśli nawet ktoś zrezygnuje, to jest to tylko 
jedna osoba, a nie cały zespół. Czyjeś zniechęcenie nie musi 

stawać się naszym zniechęceniem.  
Trudności w pierwszej fazie wyprawy pojawiły się także w drodze 

przez Grenlandię. Wojtek Moskal miał o wiele większe 
doświadczenie, widać było,  że jest przyzwyczajony do stałych 

fragmentów gry i w ogóle się nimi nie przejmował. To pomogło mi 
myśleć w podobny sposób. Wspólnie opracowaliśmy pewną formułę, 
która pomagała nam w drodze. Powtarzaliśmy sobie jeszcze przed 

wyprawą,  że próba jest ważniejsza niż samo osiągnięcie celu. 
Chodzi o to, żeby przez tę próbę dobrze przejść. I że dopóki mamy 

jedzenie i paliwo, będziemy iść. Jeżeli nawet z powodu pogody 
będziemy musieli obozować przez miesiąc, a choćby nawet dwa 

miesiące w punkcie startu, po tej stronie Grenlandii, to będziemy 
tam koczować, bo przynajmniej dzięki temu czegoś się nauczymy. To 
co założyłem, muszę wykonać. Plan musi być realizowany niezależnie 

od niesprzyjających okoliczności, chyba że pojawiłoby się 
zagrożenie  życia, wtedy musielibyśmy to założenie zmodyfikować. 

Dopóki istnieje choćby hipotetyczna możliwość dotarcia do celu, 
plan należy realizować do końca. Nawet jeśli jest beznadziejnie, 

nie mamy nic do stracenia, a możemy zdobyć doświadczenie. Gdybyśmy  
wrócili do domu, niczego byśmy się przecież nie nauczyli. Mieliśmy  

dość jedzenia i paliwa do prymusów, by przykładowo obozować przez 
dwa miesiące na wyspie Elsmera czy w innym punkcie Arktyki. To 
samo w sobie jest doświadczeniem.  

Przenieśmy to na inne sytuacje. Jeśli chcemy założyć firmę i 
zebraliśmy odpowiednie środki, warto byśmy do końca próbowali 

osiągnąć zamierzony cel. Oczywiście jeśli nie wiąże się to z 
ryzykiem utraty wszystkiego. Gdyby na Grenlandii okazało się,  że 

nie zadbaliśmy o jakiś ważny element wyposażenia, brakuje nam 
czegoś na tyle istotnego, że musimy wezwać pomoc, zrzut z 

background image

helikoptera, a lot kosztuje sto tysięcy dolarów, trzeba by zadać 

pytanie, czy warto to robić, czy też lepiej uznać, że nie mamy już 
szans na osiągnięcie celu. Jeśli zebraliśmy wystarczające zasoby, 
wyruszamy i cel zaczyna wydawać się niemożliwy do osiągnięcia, 

mimo wszystko trzeba realizować założony plan na miarę aktualnych 
możliwości. Jeśli odpuścimy mając wystarczające  środki do 

osiągnięcia celu, tracimy swoją szansę. Prowiant w trakcie wyprawy 
może służyć osiągnięciu celu, ale jeśli zawrócimy, staje się 

czymś, co możemy kupić w każdym sklepie. Czekolada na Grenlandii 
miała zupełnie inną wartość, mogła nawet uratować  życie... Kiedy 

zakładamy firmę i zatrudniamy ludzi oraz kupujemy wyposażenie, ma 
to wielką wartość, bo służy osiągnięciu naszego celu. Jeśli te 
zasoby zostaną rozproszone, wszystko trzeba zbierać od początku. 

Komputer na sklepowej wystawie w niczym nam nie pomoże. Dopiero 
gdy jest dostępny, nabiera wartości.  

Zrezygnowałeś kiedyś na samym początku, gdy tylko pojawiły się 
pierwsze trudności? Czy dzisiaj zdecydowałbyś tak samo?  

 
Jak czytać własne książki  
 

W trakcie wyprawy przez Grenlandię instynktownie odnalazłem swój 
sposób na wędrowanie przez świat i stało się to dla mnie bardzo 

ważne.  
Grenlandia polegała też na osiągnięciu konkretnego celu. W oczach 

ludzi, którzy patrzyli na to z zewnątrz, ale także w moich, 
najważniejsze było to, że oto pierwsi Polacy przeszli Grenlandię. 

To rzeczywiście było sednem wyprawy, a cała reszta, mimo wszystko, 
dodatkami. Przy następnej podróży, wyprawie na biegun północny, 
choć nadal cel był najważniejszy (dojście na jeden z biegunów 

ziemi), cały czas mówiliśmy sobie, że najważniejsza jest próba. 
Ważne jest to, żeby spróbować, a do bieguna dojdziemy za którymś 

razem.  
Wyprawa na biegun była przedsięwzięciem na większą skalę niż droga 

przez Grenlandię, była też o wiele trudniejsza. Tym razem szybko 
odnalazłem się w polarnym świecie, który stał się dla mnie światem 
jak każdy inny. Jeżeli coś jest dla nas obce, nowe, trudno jest 

nam to przeżywać, bo jesteśmy skupieni na samym przetrwaniu. A 
jeśli coś już znamy, jeśli zostało to przez nas oswojone, droga 

staje się częścią nas.  
Możemy ją inaczej przeżywać.  

Na biegunie północnym ostatecznie zrozumiałem,  że droga jest 
również ważna jak samo dojście. Osiągnięcie celu jest 

ukoronowaniem drogi, ale ona jest również istotna. Przeżycia w 
drodze stanowią nasz kapitał, który wykorzystamy w następnym 
etapie. Dzięki takiemu myśleniu już w trakcie wyprawy na biegun 

północny zrozumiałem,  że nie chcę, by droga kończyła się na 
biegunie, że pragnę pójść dalej.  

Droga na biegun północny zaprowadziła mnie na biegun południowy.  
Jeśli jesteśmy nastawieni jedynie na cel, omijamy naszą drogę.  

background image

A przeżywanie tego czasu ma kapitalne znaczenie. Pozwala nam 

dojrzeć do kolejnych, bardziej odległych celów. Na biegunie 
północnym zrozumiałem, że ważna jest droga, a nie cel.  
Później okazało się, że prawda polega jeszcze na czymś innym.  

Nastawienie,  że ważna jest droga, a nie cel, towarzyszyło kilku 
moim następnym wyprawom. Dopiero wyprawa z Jaśkiem Melą stała się 

kolejną cezurą. Zrozumiałem wówczas, że to droga jest celem. Bo w 
wyprawie z Jaśkiem tak naprawdę cel, czyli biegun, w ogóle nie był 

ważny. Początkowo nawet nie został wytyczony. A kiedy już się 
pojawił, był bardzo umowny, bo wiedzieliśmy,  że możemy go nigdy 

nie osiągnąć,  że to bardzo mało prawdopodobne. Najważniejsze było 
to,  żeby prowadzić przygotowania, było to bardzo wartościowe, 
zmieniło  życie Jaśka. Biegun był tylko i wyłącznie punktem, do 

którego hipotetycznie dążyliśmy, ale tak naprawdę ważny był każdy 
dzień, który do niego prowadził. Ważniejsza była droga, czyli to 

wszystko, co wpływało na Jaśka, pomagało mu się rozwinąć i 
dojrzeć.  

Dzisiaj powiedziałbym,  że to podróż jest celem. Trzeba tylko być 
uważnym na nasze tu i teraz, przywiązywać wagę do sytuacji, w 
której jesteśmy. Z tego wynikną nasze kolejne etapy.  

W wyprawie z Wojtkiem Moskalem na biegun wielokrotnie 
ryzykowaliśmy  życiem, aby biegun osiągnąć. Szczeliny, przez które 

przechodziliśmy, były niekiedy pokryte tak cienkim lodem, że 
naprawdę niewiele było trzeba, by się pod nami załamał. Kiedy 

patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, przyznaję,  że ryzykowałem 
życiem, aby osiągnąć cel. Igrałem z losem. Trudno jest wyobrazić 

sobie w normalnym życiu takie sytuacje i takie decyzje, które 
wtedy podejmowaliśmy. Z punktu widzenia normalnego człowieka było 
to pewnie absurdalne. Po to żeby zdobyć biegun, wystawiać się na 

ryzyko utraty życia? Przechodziliśmy na przykład przez szczelinę, 
która miała kilometr szerokości. Pokrywał  ją  świeżo zamarznięty 

lód, jakby błona. Chodziło się prawie jak po wodzie. Wyobrażam 
sobie, że chodzenie po wodzie musi wyglądać podobnie, bo musi ona 

się trochę uginać, na pewno nie jest twarda jak kamień. Tak samo 
było z nami. Kiedy człowiek skacze po krach i wpadnie do wody, ma 
jakąś szansę  złapania kawałka większej kry i wydostania się na 

powierzchnię. Tam nie było  żadnych szans, nie byłoby się czego 
złapać. Lód był tak cienki, że w każdej chwili mógł się pod nami 

załamać, ale z drugiej strony nie dawałby wtedy żadnego oparcia i 
nie pozwoliłby dopłynąć do grubszego lodu. To byłaby pewna śmierć. 

Wtedy wydawało nam się, że jakoś by się dopłynęło, ale przecież to 
złudzenie. Zresztą czy przy tej temperaturze wody bylibyśmy w 

stanie przepłynąć kilkusetmetrowy dystans?  
W czasie naszej wyprawy z Jaśkiem zginęła francuska polarniczka, 
Dominique Arduin. Płynęła kajakiem przez taki lód. Nigdy nie 

odnaleziono jej ciała. Pewnie lód był zbyt gruby, by przebijać się 
przez niego kajakiem, a za cienki, by się na nim położyć i 

odpocząć. Mogło tak być, że ani nie mogła płynąć, ani się ratować. 
My mieliśmy więcej szczęścia.  

Ale dla osiągnięcia bieguna ryzykowalibyśmy życiem.  

background image

W wyprawie z Jaśkiem także ryzykowaliśmy, ale wyglądało to 

zupełnie inaczej. Ryzyko istniało, bo istnieje zawsze, ale 
staraliśmy się o maksymalnie duży margines bezpieczeństwa. Celem 
był nie biegun, tylko Jasiek. Niemniej doszliśmy do bieguna, może 

właśnie dlatego że przyjęliśmy, iż droga jest celem. Gdybyśmy nie 
zrobili takiego założenia, gdyby chodziło o dojście do bieguna, 

prawdopodobnie spieszylibyśmy się, nadmiernie ryzykowali, mogłoby 
to skończyć się bardzo źle.  

Nasze zachowania trzeba dopasować do aktualnego celu. Gdyby w 
wyprawie z Jaśkiem chodziło tylko o dojście na biegun, mogłoby to, 

paradoksalnie, doprowadzić do porażki.  
Nie ma jednej drogi prowadzącej do wyznaczonego końcowego punktu. 
Nawet jeśli za każdym razem jest to ten sam biegun, drogi mogą być 

różne. Za każdym razem może to być odmienna sytuacja czy 
konfiguracja. Zupełnie inaczej idzie się na biegun samemu, inaczej 

we dwójkę, a inaczej z chłopcem, który stracił  rękę i nogę. To 
ważne, by dopasować planowanie do sytuacji. Do sytuacji, a nie do 

celu. Po pierwsze trzeba tę sytuację widzieć, a nie skupiać się na 
punkcie dojścia.  
Planując cele trzeba mieć przegląd sytuacji, poprzez które 

będziemy przechodzić. To błąd, jeśli patrzymy wyłącznie na cel, a 
to co ma być po drodze kopiujemy podpatrując doświadczenia innych 

wypraw, które już doszły do naszego celu. Każda wyprawa ma własną 
dynamikę wynikającą z jej struktury. Wielokrotnie już 

przekonywałem się,  że kopiowanie cudzych doświadczeń okazuje się 
bardzo zawodne.  

Nie powinniśmy zbytnio wzorować się także na tym, co zrobiliśmy 
sami. Dokonaliśmy tego raz, ale za drugim razem może być zupełnie 
inaczej. Łatwo wtedy o błąd, bo nasz umysł ma taką właściwość, że 

kiedy osiągnęło się cel, skupiamy się na dobrych stronach 
przedsięwzięcia, a wypieramy z pamięci złe doświadczenia. I często 

pozornie banalny cel, powtórzenie tego samego, okazuje się naszą 
porażką.  

W wyprawie „Solo Transantarctica" nie osiągnąłem celu przejścia 
trawersem Antarktydy, właśnie dlatego że za bardzo przywiązałem 
się do myśli, iż biegun jest stosunkowo łatwym punktem do 

osiągnięcia.  
Zdobyłem już przecież oba bieguny i to w jednym roku. Przywiązałem 

się do dobrych doświadczeń, a zapomniałem o złych i wyruszyłem na 
trawers Antarktydy z poczuciem, że jadę na świetną wycieczkę, na 

której będzie jeszcze ciekawiej niż wcześniej. Zapomniałem,  że 
wcześniej było bardzo ciężko. Mimo iż upłynął zaledwie rok, 

wyparłem z pamięci momenty, kiedy wszystko się chwiało i topniały 
szanse na to, że dojdę.  
Z perspektywy czasu wyprawa stała się przygodą, czymś pięknym. 

Może dlatego że powitano mnie w Polsce jak bohatera, siłą rzeczy 
opowiadałem o dobrych stronach wypraw, bo ileż razy można ludzi 

przekonywać, że było strasznie. Może to być przecież odebrane jako 
chwalenie się trudnymi przeżyciami, przerysowywanie. Aby tego 

wrażenia uniknąć, przerysowałem w drugą stronę. I uwierzyłem,  że 
oto jestem herosem, który zdobył dwa bieguny w jednym roku, a 

background image

teraz postawię przed sobą jeszcze większe wyzwanie, ale przecież 

znam już  świat polarny, więc teraz też dojdę. Nie zadałem sobie 
pytania, co będzie dalej po drugiej stronie bieguna. Zresztą wcale 
nie musiałem na to czekać. Już na samym początku drogi był 

knockdown, wichura przewróciła mnie, gdy próbowałem jechać na 
nartach ze specjalnym spadochronem i ledwo to przeżyłem.  

Nie przeszedłem trawersem Antarktydy, dlatego że w punkcie wyjścia 
źle interpretowałem rzeczywistość. Pamiętałem o dobrych stronach 

polarnego świata, a zapomniałem o złych i niebezpiecznych.  
Prawie identyczna sytuacja -jak człowiek opornie się uczy - 

powtórzyła się podczas wyprawy z Jaśkiem Melą na biegun 
południowy.  
Wcześniej doszliśmy wspólnie, razem z Wojtkiem Moskalem i Wojtkiem 

Ostrowskim, na biegun północny i wydawało się,  że zaliczenie 
południowego będzie formalnością. Nie odrobiliśmy dobrze zadań 

domowych. Potem w drodze było nam bardzo ciężko, ledwo 
przetrwaliśmy, ledwo na ten biegun dotarliśmy. Szliśmy z Wojtkiem 

Ostrowskim i Jaśkiem. Pamiętam, rozmawiałem z Wojtkiem jak jest 
trudno, jak małe mamy szanse, aby dojść, po co wybraliśmy taki 
długi odcinek...  

Tyle rzeczy można było poprawić, gdy otworzyły nam się oczy na 
trudności drogi. Wojtek powiedział nagle: przecież Jasiek ma 

książkę „Moje bieguny", w której można przeczytać opis twojej 
drogi, dzień po dniu. Kiedy otworzyłem tę książkę i zacząłem ją 

wertować, moją pierwszą myślą było: czemu nie przeczytałem własnej 
książki przed tą wyprawą?!  

Również przed wyprawą „Solo Transantarctica" nie wyciągnąłem 
wniosków z własnych doświadczeń. Zbyt mało czasu poświęciłem na 
przygotowania, nie sięgnąłem głębiej, nie przeanalizowałem 

sytuacji.  
A brak przygotowań wynikał nie z tego, że nie było czasu i 

warunków, tylko z przekonania, że wszystko o Antarktydzie już wiem 
i na pewno sobie poradzę. Nie do końca zdiagnozowana sytuacja 

stała się przyczyną niepowodzenia.  
Antarktyda nauczyła mnie w końcu, teraz już to wiem, że w skrajnie 
trudnych warunkach, jeśli nawet raz udało nam się jakoś przez nie 

przemknąć, to wcale nie znaczy, że za drugim razem łatwo uda nam 
się znaleźć drogę w labiryncie. To nie tak, że zdobywamy biegun. 

To raczej on pozwala się zdobyć. Dzięki korzystnemu zbiegowi 
okoliczności udaje nam się do niego dotrzeć. Oczywiście wiele 

zależy od naszego doświadczenia i wiedzy, ale bardzo trudno jest 
ocenić, ile w sukcesie było naszego udziału, a ile szczęśliwego 

zbiegu okoliczności. To że w pewnych momentach było nam łatwiej 
pokonywać trudności, wcale nie znaczy, że następnym razem nie 
natrafimy na przeszkody nie do pokonania. Nie jesteśmy herosami, 

od których wszystko zależy, wiele zależy od szczęścia, zbiegu 
okoliczności.  

Wyprawa „Solo Transantarctica" otworzyła mi oczy na to, że nie 
możemy zbytnio ufać  własnemu doświadczeniu. Ono pozostaje w nas, 

ale nie w stanie czystym, tylko zniekształconym. Pamięć o 
doświadczeniu to jednak co innego niż doświadczenie. Nie zawsze, 

background image

gdy osiągnęliśmy jakiś cel, oznacza to, że dowiedzieliśmy się 

wszystkiego o rzeczywistości, w której się poruszamy. Poznane 
przez nas trudności to tylko jedna z płaszczyzn tego świata. 
Rozwiązując jakiś trudny problem w biznesie, możemy mieć wrażenie, 

że dużo wiemy o negocjacjach czy o radzeniu sobie w kryzysowych 
sytuacjach. Tymczasem gdy sytuacja się powtórzy, możemy być 

niemile zaskoczeni tym, jak mało o tej rzeczywistości wiemy. Tego 
właśnie nauczyła mnie Antarktyda.  

Może nam się wydawać,  że wiemy już wszystko o biegunie, a 
tymczasem biegun za którymś razem może nas bardzo zdziwić. Tak 

jest też w życiu. Osiągamy swój życiowy biegun, dzięki czemu 
czujemy się pewnie i wydaje nam się,  że bardzo dużo już wiemy. 
Idziemy poznaną drogą, wszystko jedno, czy tym biegunem jest 

praca, czy jakaś pasja, ale kiedy ponownie wyruszamy w drogę na 
już zdobyty biegun, co może się z jakichś powodów zdarzyć, choćby 

dlatego  że będzie bazą wypadową do następnego celu, może się 
okazać,  że poddaliśmy się rutynie, bagatelizujemy rzeczywistość i 

z tego powodu wywracamy się. Bagatelizowanie bieguna, czymkolwiek 
by on nie był, na ogół  źle się kończy. Jesteśmy zaskakiwani tym, 
jak mało wiemy o rzeczywistości, ile rzeczy szczęśliwie układało 

się wcześniej bez naszego udziału, tyle że nie zdawaliśmy sobie z 
tego sprawy. Doświadczenia zebrane w drodze mogą nam pomagać, ale 

również dobrze mogą okazać się przeszkodą albo nawet powodem 
porażki.  

  
Droga jest celem  

 
Najpierw był cel, a droga służyła celowi. Podróż prowadziła do 
celu i to on był najważniejszy. Z czasem podróż zaczęła być przeze 

mnie doceniana. Cel był nadal najważniejszy, ale droga również 
okazywała się ważna. Potem podróż i cel stały się również ważne. 

Tak było już podczas samotnej wyprawy na biegun południowy. Wtedy 
dokonało się zrównanie celu i drogi. Tak też było na wyprawie 

„Solo Transantarctica" i na Pustyni Gibsona. Ale już w trakcie 
wyprawy z Jaśkiem droga stała się celem, a przynajmniej czymś 
równie ważnym jak cel. A w przypadku wyprawy „Wisła” od początku 

droga była celem. W projekcie „Wisła" dotarcie do celu, do ujścia 
Wisły, było przecież najmniej ważne. Ważny był każdy kilometr 

trasy, spotykani ludzie. A przede wszystkim — to Wisła była ważna. 
Dlatego właśnie droga była celem. Nie chodziło przecież o to, żeby 

dopłynąć do Bałtyku. Do Bałtyku mogłem dotrzeć nie ruszając się z 
Gdańska, gdzie mieszkam. Gdyby celem było dopłynięcie kajakiem 

Wisłą do morza, mogłem wypożyczyć kajak w Gdańsku i wygodnie, i 
szybko powiosłować do ujścia rzeki. A jednak wybrałem się na drugi 
koniec Polski i przepłynąłem całą Wisłę.  

Droga może być równie ważna jak cel. Żeby to zrozumieć, musimy 
odbyć długą wyprawę.  

Pojęcie wyprawy ewoluowało we mnie. W którymś momencie odkryłem, 
że poznawanie przy okazji podróży samego siebie jest równie 

istotne jak cel, do którego się zmierza. Pamiętam,  że kiedy 
szedłem przez Grenlandię z Wojtkiem Moskalem i miałem dużo czasu 

background image

dla siebie, obiecywałem sobie, że będę się uczył języków. Dookoła 

mnie Grenlandia, a ja planowałem, że kiedy wrócę, zacznę się uczyć 
francuskiego.  
Dzięki wyprawom odkrywałem siebie. Może dzięki temu, że tyle czasu 

byłem sam ze sobą? Gdybym nie odbył tych wypraw, gdybym był przez 
cały ten czas w kontakcie z innymi ludźmi, z wieloma różnymi 

sytuacjami, siłą rzeczy mój umysł stawiałby sobie cele istniejące 
na zewnątrz mnie. Może na przykład byłbym pochłonięty rozwijaniem 

firmy, którą założyłem niewiele wcześniej, zanim zacząłem 
przygotowywać się do wyprawy przez Grenlandię. Żyjąc w świecie nie 

mógłbym przebywać z sobą tyle czasu i w taki sposób, jak okazało 
się to możliwe na wyprawach. Życie uczy nas raczej tego, że trzeba 
działać i osiągać zewnętrzne cele. Ale rzeczywiste cele są 

wewnątrz nas.  
Obcowanie z sobą kojarzy się z egoizmem. Jeśli jesteśmy zwróceni 

ku sobie, innym kojarzy się to właśnie w taki sposób. Uczy się nas 
tego, żeby nie być egoistą, nie być skupionym na własnym ja. Czym 

innym jest jednak egoizm, czyli dbanie wyłącznie o własne potrzeby 
czy nawet zachcianki, a czym innym wnikanie w swoje wnętrze. 
Wnętrze to nie tylko nasze egoistyczne ja, to także coś więcej. 

Poznawanie tego, eksploracja wnętrza jest również ważna jak świat 
zewnętrzny.  

Paradoksalnie, dążąc do zewnętrznych celów, zacząłem poznawać 
samego siebie. Na pewno nie taki był mój plan. Na początku o 

niczym takim nie myślałem, liczyły się jedynie cele zewnętrzne. 
Ale Grenlandia niejako zmusiła mnie do tego, by swoją uwagę 

skierować na coś innego, żeby na przykład myśleć o tym, co będę 
robił, gdy już wrócę do Polski.  
Dużą rolę odegrał prowadzony przeze mnie dziennik. Pisałem go już 

w Meksyku. Wojtek Moskal również prowadził dziennik, w ogóle chyba 
wszyscy polarnicy, których poznałem, spisywali swoje 

doświadczenia.  
Prowadzenie dziennika wynikało z praktycznych potrzeb — i tak 

trzeba było prowadzić dziennik podróży, zapisywać log. Kiedy 
zauważyłem, że inni prowadzą jakieś zapiski, postanowiłem utrwalać 
własne. Najpierw pisałem o świecie zewnętrznym, o warunkach, o tym 

ile kilometrów przeszliśmy, ale potem, może dlatego że miałem w 
pamięci przykłady przeczytanych książek, zacząłem odnotowywać nie 

tylko praktyczne spostrzeżenia, ale na przykład to, że widziałem 
ptaka albo dostrzegłem szczególny odcień lodu. Starałem się 

dokładnie opisywać rzeczywistość.  
Jak już coś robimy, ważne jest, by robić to dobrze. Starałem się 

więc robić to najlepiej jak potrafiłem. Ołówek i zeszyt stawały 
się jakby lupą czy mikroskopem, przez które oglądałem swoje 
wnętrze. Starałem się to pogłębiać, pisać o wszystkim z takim 

założeniem, żeby robić „fotografie" wszystkiemu, co dostrzegłem, a 
po jakimś czasie ewentualnie do tego wrócić i zobaczyć, czy coś z 

tego wynika. Wynikło po paru latach to, że wydałem swoje dzienniki 
i zdobyły one nawet kilka prestiżowych nagród.  

Prowadzenie dziennika było dla mnie bardzo ważne w procesie 
poznawania siebie. Czy zeszyt i ołówek pomagały mi w wyprawach, w 

background image

tym by iść, nie zatrzymywać się? Kto wie. W naszym organizmie 

powstają różne toksyny, które muszą być usuwane, żebyśmy nie 
ulegli zatruciu. Kiedy przeżywamy  świat, również powstają w nas 
jakieś toksyny: strach, tęsknota, ból, stany, które jeśli się 

nagromadzą, mogą zaburzyć nasze funkcjonowanie. Dzienniki pełniły 
taką funkcję terapeutyczną. Gdybym gromadził w sobie wszystkie 

stany niepewności, wszystkie lęki, mógłbym dojść do stanu 
psychicznego zatrucia. Dzięki dziennikom wydobywałem te stany na 

zewnątrz, trochę jak na spowiedzi. Nie na darmo ludzie się 
spowiadają. Ma to funkcję terapeutyczną: mówiąc o czymś  głośno 

przed kimś, oczyszczamy się. Tak samo działa psychoterapia. Nikt 
mi tego rozwiązania nie podpowiedział, sam je odkryłem. Nie 
powiedziałem sobie: człowiek spowiada się w kościele, wobec czego 

ja zrobię to samo przed samym sobą. Kiedy odkrywamy, że coś jest 
dla nas dobre, powinniśmy to robić, nie oglądając się na to, co 

mogą pomyśleć inni. Nawet jeśli komuś może wydawać się  śmieszne 
to,  że polarnik idący na biegun prowadzi dzienniczek jak jakaś 

pensjonarka. Wokół szaleje huragan, a on pisze pamiętniczek. I co 
z tego? Jeśli coś dobrze na nas wpływa, trzeba to robić.  
Inną pomocą było dla mnie liczenie do tysiąca. To także okazało 

się bardzo użyteczne. Ktoś mógłby powiedzieć: przecież to strata 
czasu, powinieneś myśleć o ważnych sprawach, planować jaką trasą 

iść, a ty liczysz w kółko do tysiąca, to jakaś bzdura. Myślę,  że 
gdybym oglądał się na opinie innych ludzi, na to, co mogliby o 

mnie pomyśleć, to pewnie wielu rzeczy dobrych dla siebie po prostu 
bym nie robił.  

Prowadziłem dzienniczek i było mi z tym dobrze. Wydobywanie z 
siebie negatywnych przeżyć powodowało ich unieszkodliwianie. To 
były potencjalne granaty, które we mnie tkwiły, a które dzięki 

notatkom rozbrajałem. Dawało mi to niesamowitą psychiczną ulgę. 
Dzień był skończony, stawałem się obserwatorem samego siebie. Już 

nie byłem człowiekiem, który siedzi w namiocie, ledwo żywy. 
Wewnętrznie przenosiłem się na inny poziom. Obserwowałem tę 

sytuację i mój umysł stawał się dzięki temu wolny. To dawało 
niesamowity psychiczny komfort. Mimo tego że ciało było zmęczone, 
wewnętrznie umysł nie czuł wszystkich obciążeń, mógł myśleć, 

analizować, prowadzić  wątki poprzez te różne nitki, które wiążą 
nas z rzeczywistością. Byłem w namiocie, bezpieczny, nie musiałem 

całej uwagi skupiać na rzeczywistości. W ten sposób mój umysł 
oczyszczał się.  

Nie wiem, czy to rozwiązanie dobre dla każdego, ale na pewno 
wszyscy potrzebują relaksu i wszyscy powinni szukać metod, dzięki 

którym oczyszczą swoje ciało i swój umysł. Nie może być on przez 
cały czas skupiony na celu. Potrzebujemy chwil uwolnienia się od 
presji. Sen polega na tym, że odcinamy się od aktywności. Ciału 

wystarcza do tego bezruch, ale umysł trudniej jest odciąć od 
świata, bo pracuje przez cały czas. Potrzebne jest zresetowanie 

umysłu, odcięcie się od negatywnych doświadczeń i rozpoczęcie 
nowego dnia. Jeśli bez chwili przerwy jesteśmy na czymś skupieni, 

możemy się spalić i to bardzo szybko.  

background image

Właściwy rytm jest bardzo ważny i na wyprawie, i w pracy. 

Potrzebujemy odpoczynku zewnętrznego i także psychicznego, to 
oczywiste.  
Odpoczynek przybiera w naszej kulturze różne formy. Post jest 

rodzajem odpoczynku dla ciała. Post, modlitwa, pamiętaj, abyś 
dzień  święty  święcił — to wszystko ma uzasadnienie. Oczywiście 

przykazanie, aby dzień  święty  święcić, nie sprowadza się do tego, 
by dzięki temu efektywnie osiągać cele, ma ono swój głębszy 

duchowy sens. Ale polega także na pewnym zaleceniu dotyczącym 
higieny psychicznej.  

Kiedy skupiamy się wyłącznie na celach zewnętrznych i na dążeniu 
do nich, może się tak zdarzyć, że na zewnątrz nas będzie się wiele 
zmieniać, ale wewnątrz nie będzie się zmieniać nic. Nadal będzie 

to wyprawa, ale jakie będą jej owoce? Poruszanie się jedynie w 
świecie zewnętrznym często jest podporządkowane temu, żeby podobać 

się światu. Tak naprawdę chcemy wejść na szczyt Kilimandżaro, żeby 
pokazać potem znajomym ludziom pamiątkowe zdjęcia. Spieszymy się, 

nie zastanawiamy się nad tym, co robimy, funkcjonujemy wyłącznie w 
świecie zewnętrznym, nie starając się poznać samych siebie. Kiedy 
zaczynam się spieszyć, tak wielu rzeczy nie zauważam.  

Ilu ludzi bagatelizuje spotkania z innymi nie mając czasu, by 
kogoś wysłuchać. Tak samo może się stać z naszymi podróżami. Tak 

naprawdę wcale ich nie przeżywamy. Jeśli ktoś patrzy z zewnątrz, 
może mu się wydawać,  że wiele osiągnęliśmy, ale tak naprawdę, ze 

względu na nas samych, może to być zwykłą stratą czasu.  
Czasami wyprawiam się do Londynu, Nowego Jorku albo Tokio.  

Podróżuję tak daleko, a często jest tak, że ze spotkania z dziećmi 
w jednej z gdańskich szkół pamiętam więcej niż z podróży do Nowego 
Jorku czy do Kuala Lumpur. I więcej to dla mnie znaczy.  

 
Kiełkujące ziarna  

 
Od spotkania z Wojtkiem Moskalem na Spitsbergenie do naszej 

wspólnej wyprawy na biegun upłynęło pięć lat. Mogło upłynąć nawet 
dwadzieścia. Pięć lat w podobnych przedsięwzięciach to bardzo 
krótki czas.  

Ludzie w Polsce myśleli o biegunie od dziesięcioleci. Pojawiały 
się też pomysły,  żeby przejść Grenlandię. O biegunie być może 

myślał Stanisław Siedlecki, pewnie miał takie myśli Wojtek Moskal 
i to na wiele lat przed spotkaniem ze mną. Na pewno rozważali to 

różni polarnicy, dziesiątki osób ze Stacji Arctowskiego czy ze 
stacji na Spitsbergenie.  

Biegun był niedaleko, ponad tysiąc kilometrów. Stefan Makne, 
zdobywca Pucharu Bennetta, jeden z najwybitniejszych polskich 
baloniarzy, myślał o tym, by dolecieć na biegun balonem. Różne 

inne plany były czasem bardzo zaawansowane. Ale ci, którzy o tym 
myśleli, ostatecznie nie podjęli  żadnych realnych kroków. Nie 

zgłębili tematu.  
Wszystko zaczyna się od tego, żeby zgłębić temat i opracować 

scenariusz podróży. Jeśli nie ma się scenariusza, a jedynie ogólną 
mglistą ideę, nie wyrusza się w drogę. Myśli się co najwyżej o 

background image

powtórzeniu ekspedycji w stylu poprzednich wypraw. Jeśli nie ma 

konkretnego pomysłu jak coś osiągnąć, nie gromadzi się też 
potrzebnej wiedzy.  
W moim przypadku w punkcie wyjścia również była tylko ogólna idea. 

Miałem zresztą w tamtym czasie wiele pomysłów na siebie. Myślałem, 
żeby opłynąć  świat dookoła i to był projekt o wiele bardziej 

zaawansowany niż wyprawa na biegun. Rejs nie doszedł do skutku z 
powodu pewnego oficera bezpieki - to były jeszcze lata 80. w 

Polsce - chociaż mieliśmy już przygotowany jacht i opracowany plan 
podróży.  

O biegunie myślałem od 1986 roku, ale to było tylko mgliste 
marzenie bez konkretnego scenariusza. Niemniej ziarno zostało 
posiane. Kiedy po 1990 roku snułem różne plany podróżnicze, myśl 

jak igła kompasu stale skierowana była na Północ.  
W tym czasie zakładałem firmę i to mnie wciągnęło. Do tego jedną 

nogą byłem w Niemczech, bo studiowałem filozofię na uniwersytecie 
w Hamburgu. Firmą zajmowałem się praktycznie dwadzieścia cztery 

godziny na dobę. Ktoś, kto w tamtych latach budował firmę od zera, 
wie,  że przypominało to wyrąbywanie  ścieżek w dżungli. 
Dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu poświęcałem rozwojowi 

firmy, ale pozostawał ten jeden procent, który gdzieś we mnie 
błądził, tkwił jak kiełkujące ziarenko. Przez cały ten czas byłem 

w kontakcie z Wojtkiem Moskalem, który pracował w stacji naukowej 
na Antarktydzie. W Hamburgu zachodziłem do biura Greenpeace'u, 

skąd można było wysyłać maile.  
Wtedy jeszcze ludzie komunikowali się na odległość  głównie za 

pomocą teleksów i faksów. To że można było wpisać w komputerze 
wiadomość, kliknąć i po paru chwilach list docierał na Antarktydę, 
dawało poczucie łączności. Wojtek odpowiadał zresztą z dużym 

opóźnieniem, ale te kontakty nie pozwoliły mi zapomnieć,  że co 
prawda tutaj jest bardzo ciężko, ale gdzieś istnieje taki biały 

świat, który pamiętałem ze Spitsbergenu i z którym nadal mam 
łączność. Ten świat był także realny, tak samo jak świat, w którym 

walczyłem z prawem gospodarczym i uczyłem się zasad zarządzania na 
specjalnych kursach.  
Ważne,  żeby nawet wówczas, gdy intensywnie zajmujemy się czymś 

innym, zachować takie związki, niteczki z noszonym w sobie ukrytym 
pomysłem, bo wtedy te niteczki podtrzymują ideę przy życiu. Gdybym 

nie utrzymywał kontaktów z Wojtkiem Moskalem, być może przyszedłby 
mi do głowy jakiś nowy pomysł. Może bym żeglował, może robiłbym 

inne rzeczy. Ale nie wykluczam, że prędzej czy później biegun i 
tak stanąłby przede mną.  

Nie wydaje mi się,  żebyśmy przez życie przechodzili jak przez 
labirynt, w którym gdy już raz skręcimy w złą stronę, bo zamiast w 
prawo pójdziemy w lewo, to nie trafimy do naszego punktu 

przeznaczenia.  
Nawet jeśli obierzemy zły kierunek, w którymś momencie pojawi się 

możliwość powrotu na ten właściwy. Mamy w sobie wewnętrzny kompas, 
który stale wskazuje stronę naszego bieguna. W tamtych latach 

stałem się początkującym biznesmenem, ale przez cały czas wracałem 
na swoją drogę. Nie biegła ona prosto, bo gdyby tak było, wszystko 

background image

potoczyłoby się jeszcze szybciej. Ale nawet jeśli skręciłem w bok, 

pozostałem na kursie. Zawsze istnieje możliwość powrotu, nie 
dzieje się tak, że raz na zawsze coś się zamyka, jeśli tego w 
danym momencie nie zrobimy. Nic nie jest stracone nieodwołalnie. 

Jeśli jakiejś szansy nie wykorzystaliśmy, to cały czas mamy ją w 
zasięgu ręki, tylko musimy ją odczytać i wracać na właściwą drogę.  

Być może dzieje się tak, że życie zatrzymuje nas w jakimś miejscu 
po to, żebyśmy dojrzeli do realizacji swojego głębokiego celu, a 

gdy już dojrzejemy, wypuszcza nas z objęć i maszerujemy dalej we 
właściwym kierunku. W każdym razie na pewno istnieje więcej niż 

jedna ścieżka, która prowadzi nas do celu. Ścieżek może być bardzo 
dużo. Gdy nie wykorzysta się jednych możliwości, pojawią się 
następne. W tym czasie uczymy się, dojrzewamy. Spotkałem na 

przykład w tamtych latach Reinholda Messnera, pierwszego zdobywcę 
Korony Ziemi, czyli wszystkich ośmiotysięczników. Akurat w tamtym 

czasie przeszedł w poprzek Antarktydę, rozmawialiśmy o tej 
wyprawie. Utrzymywałem kontakt mailowy z Wojtkiem Moskalem. 

Mieliśmy wspólne plany, pierwsza miała być Grenlandia, jako 
trening przed biegunem. Biegun był nadal celem, choć w tym czasie 
przede wszystkim rozwijałem firmę.  

Dynamika dużych projektów potrzebuje takiego dojrzewania. Nie 
wszystko da się zrobić od razu. Może dobrze, że miałem inne 

zajęcie, które mnie absorbowało, dzięki temu nie spalałem się w 
oczekiwaniu na realizację dalekosiężnego celu, jakim pozostawał 

biegun. Nieraz jest tak, że chcemy, by coś stało się od razu, żeby 
od razu gdzieś wyruszyć.  

Kiedy tylko pojawia się pomysł chcemy, żeby następnego dnia zaczął 
być realizowany. Gdy się tak nie dzieje, spalamy się wewnętrznie. 
Gdybym wtedy wiedział,  że dojrzewanie do podróży na biegun zajmie 

mi pięć lat, nie wiem, jak bym się z tym czuł. A tak wszystko 
działo się naturalnie, bez niepotrzebnej frustracji, bo miałem też 

inne zajęcia. Gdybym od razu postawił sobie cel: idę na biegun i 
tak po prostu, z miejsca chciałbym do niego dojść, nigdy bym go 

nie zdobył, bo nie miałbym potrzebnego doświadczenia, nie byłbym w 
stanie przygotować takiej wyprawy i pewnie bym się zniechęcił. 
Podobne projekty wymagają wielkiej cierpliwości, której nie zawsze 

nam wystarcza. Dojrzewanie do projektu odbywa się etapami. W byciu 
cierpliwym może pomóc to, że poza dalekim i abstrakcyjnym celem 

zajmuje nas także cel bliższy, równie fascynujący i absorbujący. 
Czymś takim było dla mnie zakładanie i prowadzenie firmy.  

Mniej więcej w 1991 roku firma okrzepła, ale zarazem zaczęła się 
tak gwałtownie rozwijać, tak mnie wciągnęła,  że na krótko 

zapomniałem nawet o biegunie. W jakimś sensie firma stała się 
biegunem. Jeśli jest się liderem takiego projektu, trzeba 
zarządzać wieloma, nieraz słabo znanymi albo w ogóle nieznanymi, 

dziedzinami. Jako szef nie musiałem być lepszy od specjalistów, 
którymi zarządzałem, ale musiałem tą całością kierować, wyznaczać 

zadania, zapanować nad nieznanymi dotychczas problemami. Starałem 
się,  żeby poszczególne elementy jednego przedsięwzięcia tworzyły 

harmonię. Jeśli firma rozwija się harmonijnie, to pracownicy są 
zadowoleni, dzięki czemu są też bardziej kreatywni. Od ludzi 

background image

zależy bardzo dużo. Gdyby byli niezadowoleni, nie dawaliby z 

siebie tego, co najlepsze, nie byliby skłonni do tego, żeby się 
rozwijać.  
Zastanawiam się czasem nad tym, czy ważniejsza jest kreatywność 

lidera projektu, czy ludzi, którzy w projekcie uczestniczą. 
Wszystko zależy od zespołu, nie ma chyba jednego modelu. Ktoś może 

być liderem na tyle kreatywnym, że potrzebuje tylko dobrych 
wykonawców. Modele mogą być różne, ale chyba najbardziej efektywne 

są jednak takie, w których firma rozwija się w oparciu o pomysły 
całego zespołu, a nie jednego człowieka. Zespół jest, wydaje mi 

się, kluczowy dla powodzenia projektu. Ale to na pewno nie jedyny 
model. Znam przypadki, kiedy sukces opierał się na dyktaturze, 
takim one-man show, zarządzaniu przez człowieka orkiestrę, który 

wszystko wie i wszystkim bezpośrednio zarządza. Pamiętajmy jednak, 
że wyjątki potwierdzają regułę... Dyrygent jest bardzo ważną 

osobą, ale bez orkiestry nic nie zdziała.  
Dzięki prowadzeniu firmy zdobyłem uniwersalne doświadczenie 

dotyczące zarządzania projektami w ogóle. Można doświadczenie 
biznesowe ograniczać tylko do robienia biznesu, a biznes tylko do 
robienia pieniędzy. Biznesmen to człowiek, który uczy się jak to 

sprawnie robić.  
Ale spoglądając na to szerzej, można traktować biznes jako szkołę, 

w której uczymy się zarządzania projektami, zarządzania ludźmi, 
współdziałania z nimi. To szkoła, w której można się nauczyć jak 

przebiegają różne interakcje społeczne.  
Przygotowanie biznesowe było dla mnie wstępem do wypraw na 

bieguny. Ekspedycja w świat polarny nie polega na samej 
gimnastyce, na pokonaniu, dzięki fizycznemu przygotowaniu, 
określonej drogi w bardzo trudnych warunkach. Nic bardziej 

błędnego. Zdobycie bieguna jest skomplikowanym zadaniem, rozgrywa 
się na różnych płaszczyznach. Po pierwsze, żeby tam dojść, trzeba 

wszystko dokładnie zaplanować. Po drugie, to zadanie zespołowe, bo 
przygotowane zawsze w jakimś zespole, nawet jeśli na koniec na 

biegun dociera samotny polarnik. Wytwórca sprzętu musi uszyć 
specjalną kurtkę, a lekarz przygotować odpowiednie menu. Nie 
przychodzi się do sklepu sportowego i nie mówi sprzedawcy: 

poproszę o dwie pary nart, jedne na biegun północny, a drugie na 
południowy. Wszystko w takim przedsięwzięciu zespolone jest w 

jeden system: człowiek, sprzęt, wspierający wyprawę zespół ludzi. 
Dla kogoś, kto patrzy z zewnątrz, wygląda to bardzo prosto, ale 

tak naprawdę dotarcie na biegun jest skomplikowaną operacją.  
Robert Edwin Peary porównywał dojście na biegun do partii szachów,  

tyle  że ruchy trzeba planować wiele miesięcy albo nawet lat 
wcześniej. 
Posunięcie, które będziemy wykonywać na środku Oceanu Arktycznego,  

na przykład kiedy zepsuje się nam wiązanie, musimy zdjąć rękawicę,  
odkręcić wiązanie, przymocować je drutem i tak dalej, wszystkie te  

bardzo precyzyjne ruchy musimy przećwiczyć i opanować o wiele 
wcześniej. Nie wróżę sukcesu nikomu, kto ruszyłby na trudną 

ekspedycję z nastawieniem: będziemy szli na nartach, a jeśli coś 
się stanie, wtedy zobaczymy, co da się zrobić.  

background image

Wiele zdarzeń mojego życia posłużyło mi potem do tego, żeby dojść 

na bieguny. Nawet samotność w dzieciństwie, kiedy po wypadku 
spędziłem wiele miesięcy w szpitalach z dala od rodzinnego domu, 
była przygotowaniem do samotności w podróży. Bez treningu, który 

zawdzięczam życiu, nie doszedłbym na bieguny ziemi. 
Czy daną kompozycję lepiej wykona orkiestra bez dyrygenta, czy 

dyrygent bez orkiestry? 
 

Bez poręczy i asekuracyjnej liny 
 

Ostatnia faza mojej pierwszej polarnej wyprawy przez Grenlandię 
rozpoczęła się wówczas, gdy do Polski przyjechał Wojtek Moskal.  
Na początku była nas piątka, mocny zespół, Wojtek Moskal, Michał 

Kochańczyk, Kuba Jakubczyk, Ryszard Czajkowski. Byłem najmłodszym 
członkiem grupy, nazywano mnie nawet „student". Ryszard Czajkowski 

miał za sobą wiele wypraw, także polarnych, był doświadczonym 
podróżnikiem. Michał Kochańczyk, szef Klubu Wysokogórskiego 

„Trójmiasto”, przeszedł Spitsbergen na nartach, brał udział w 
wielu wyprawach w Himalaje i Alpy. Kuba Jakubczyk to legendarna 
postać, gwiazda na firmamencie podróżniczym, Wojtek Moskal miał w 

tym zespole największe polarne doświadczenie, w ogóle chyba 
największe w Polsce. A na końcu ja, kompletny żółtodziób, z 

wyjątkiem wypraw do Meksyku, które dla tych ludzi niewiele 
znaczyły. Pewnie każdy z nich był już w Meksyku. Nie sądzę,  żeby 

traktowali mnie poważnie. Byłem człowiekiem, który kiedyś spotkał 
przypadkiem Wojtka Moskala i tyle.  

Na spotkaniach wypowiadali się tylko oni: jaki wybrać sprzęt, 
jakich można spodziewać się trudności. Nikt mnie o nic nie pytał, 
sam nie zabierałem głosu, bo nie miałem nic do powiedzenia. Za to 

słuchałem, przez cały ten czas słuchałem.  
Na początku uczestników spotkań było więcej, liczba dochodziła 

chyba nawet do dziesiątki, ale gdy projekt zaczął się 
krystalizować, pozostało nas pięciu — osoby, które na pewno miały 

pójść. Zaczęliśmy się spotykać na Wydziale Oceanografii 
Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie dołączał do nas profesor Węcławski, 
ale bardziej jako mentor i ekspert.  

Można zadać sobie pytanie, dlaczego tolerowano tam takiego 
beniaminka jak ja? Cóż, byłem zdeterminowany, na tym polegał mój 

atut.  
Ci znani podróżnicy mieli w tamtym czasie wiele różnych 

możliwości. Jak nie pojadę tu, to pojadę tam, może wybiorę się na 
Grenlandię, ale wcześniej mam zaplanowaną wyprawę w Himalaje. 

Chciałbym, ale muszę jeszcze odbyć rejs statkiem... Każdy miał 
tyle możliwości,  że nie był zdeterminowany, żeby przejść 
Grenlandię.  

Inna rzecz, że nie bardzo było wiadomo, o co z tą Grenlandią 
chodzi. Nikt tego dotąd w Polsce nie zrobił, więc budziło to 

respekt.  
Polacy przechodzili w dużych wyprawach co najwyżej sto czy 

dwieście kilometrów bez pomocy z zewnątrz. Przejść sześćset - to 

background image

było mniej więcej jak Mount Everest polskiego polarnictwa albo 

przynajmniej K2.  
W przeszłości ludzie ginęli próbując przejść Grenlandię. Giną 
zresztą i dzisiaj. Wiatry wieją tam z prędkością stu 

pięćdziesięciu, a nawet dwustu kilometrów na godzinę. Wszystko to 
budziło namysł, bo było w tym coś niepewnego, groźnego.  

Każdy z tej piątki, poza mną rzecz jasna, mógł wziąć udział w 
innej wyprawie, polegającej na poruszaniu się po drogach, które 

były już znane. Jednak czym innym są Himalaje, gdzie są opracowane 
trasy i przećwiczona cała logistyka. Można było, mówiąc obrazowo, 

przypiąć się do liny i wzdłuż niej dotrzeć z Polski na sam szczyt. 
Trzeba było po drodze pokonywać różne trudności, ale wyimaginowana 
lina istniała.  

Tu nie było  żadnej liny, tylko kompletnie nieznana przestrzeń. I 
nie było  żadnych punktów referencyjnych, żadnego Polaka, do 

którego można byłoby się zwrócić, zapytać jak tam jest, jak się 
tam poruszać.  

Nie było nikogo takiego.  
Poza mną najbardziej zdeterminowany był Wojtek Moskal. Po jego 
wszystkich doświadczeniach polarnych naturalnym następnym celem 

była Grenlandia. Tak jakby zdobył wszystkie szczyty w Europie i 
został mu tylko Mont Blanc. Natomiast ja byłem zdeterminowany, 

ponieważ chciałem zrobić coś nowego. To że nie było  żadnej 
asekuracyjnej liny, zachęcało mnie. Byłem już na Spitsbergenie, 

poznałem to środowisko, oczywiście mógłbym robić podobne rzeczy, 
na przykład przejść Spitsbergen wzdłuż, ale jakoś mnie to nie 

pociągało.  
Wiem, wszyscy lubimy te filmy, które już oglądaliśmy. Wolimy robić 
coś, w czym czujemy się bezpiecznie, coś co nie wymaga zbyt dużego 

skoku doświadczenia. To taki program na życie,  żeby robić coś z 
ludźmi, których się już zna i powtarzać doświadczenia, które już 

się zdobyło.  
Niechętnie podchodzimy do wyzwań, w których wszystko jest nowe.  

Lepiej jak jest trochę nowego, ale wiele rzeczy jest znanych, są 
jakieś punkty oparcia. Jak takich punktów nie ma, pojawiają się 
obawy.  

Ja akurat lubię takie sytuacje czy takie projekty i doświadczenia, 
w których punktów oparcia nie ma. Dlatego to, że Grenlandia 

pozostawała tak mało znana, nie zniechęcało mnie, przeciwnie. 
Dostrzegałem w tym nowe otwarcie w historii podróży w Polsce. W 

czasie studiów trochę interesowałem się tym, co Polacy robią w 
dziedzinie wypraw.  

Grenlandia mogła być nowym rozdziałem.  
Poza chęcią zrobienia czegoś, co nie było dotąd robione, kierowała 
też mną ciekawość  świata. Nie chodzi o to, żeby robić rzeczy 

niebezpieczne, tylko żeby odkrywać  świat. Od zawsze interesowało 
mnie,  żeby próbować zrobić coś więcej i dalej, nie przejmowałem 

się tym, że dorośli niczego o tym nie wiedzieli albo że wydawało 
im się to dziwne czy wręcz niemożliwe. Może człowiek rodzi się z 

taką ciekawością  świata. Widzę  ją w sobie odkąd pamiętam. Nigdy 
nie interesowało mnie przywiązanie do znanych miejsc. Najlepiej 

background image

czułem się tam, gdzie wszystko zależało ode mnie. Może dlatego 

łatwiej było mi się zadomowić w polarnym świecie. Oczywiście w 
harmonii z tym światem, respektując jego prawa, ale reszta 
zależała ode mnie, a nie od tego, że ktoś stwierdzi, że nie wolno 

mi iść na biegun, bo jeszcze jestem za młody.  
Pewnie nie wszyscy mamy w sobie podobną ciekawość  świata. Nie 

każdy lubi wspinać się bez liny i poręczy. Ma za to inne zalety. 
Człowiek jest zbiorem wielu cech, gotowość do podejmowania wyzwań 

jest tylko jedną z nich. Nie widzę też w tym swojej zasługi. Może 
to czytanie książek w dzieciństwie spowodowało zaciekawienie 

światem, a może geny? Towarzystwo National Geographic 
zaproponowało mi niegdyś udział w badaniach Projektu 
Genograficznego. Przeprowadzano je na osobach z całego  świata, po 

to  żeby próbować określić trasy wędrówki ludów. Wiadomo dziś,  że 
życie pojawiło się w Afryce, wiadomo też,  że do Polski ludzie 

wędrowali przez Bliski Wschód i Ukrainę. Według mojego DNA moi 
przodkowie zawędrowali aż do Indii, a potem przez Syberię do 

Polski. Autorytet nauki potwierdził,  że moi praprzodkowie odbyli 
taką  wędrówkę. Ja mogę to potwierdzić o tyle, że kiedy byłem w 
Indiach, stosunkowo łatwo mogłem wtapiać się w otoczenie. Moi 

przodkowie wędrowali zatem dłużej niż przodkowie większości 
Polaków. Może to im zawdzięczam swój gen podróży?  

 
Kto nie błądzi, ten pyta  

 
Kiedy widziałem, jak ludzie uczestniczący w przygotowaniach do 

wyprawy na Grenlandię wykruszają się jeden po drugim, mobilizowało 
mnie to, żeby spróbować. To, że inni po kolei wycofywali się, 
zwiększało tylko moją determinację. Nie dlatego że się wykruszali, 

tylko dlatego że przestrzeń wyprawy stawała się coraz bardziej 
klarowna.  

Póki w spotkaniach uczestniczyło pięć osób, tworzył się chaos 
myśli i pomysłów. Nie mogliśmy ruszyć z miejsca. Kiedy zostaliśmy 

z Wojtkiem Moskalem we dwóch, wszystko zaczęło toczyć się bardzo 
szybko.  
Dobrze się porozumiewaliśmy i bez problemów podejmowaliśmy wspólne 

decyzje. W piątkę ciągle tylko spotykaliśmy się, dyskutowaliśmy i 
nic z tego nie wynikało.  

Po tym jak z Wojtkiem Moskalem przeszliśmy Grenlandię, pewnie 
każdy z pierwotnie zainteresowanych chciałby uczestniczyć w tej 

wyprawie. Może wtedy nie wierzyli, że dojdzie do skutku? Z 
pewnością wcześniej brali udział w dziesiątkach projektów, które 

ostatecznie nie doczekały się realizacji. Może sądzili,  że 
przejście Grenlandii będzie kolejnym z nich. A może nie pociągało 
ich niewiadome. Czym innym jest wejście na szczyt, bo nawet jeśli 

aklimatyzacja trwa bardzo długo, to jednak wszystko rozgrywa się w 
promieniu niewielu kilometrów.  

A czym innym jest przejście sześciuset kilometrów lodowej pustyni.  
Nikt z Polaków wcześniej tego nie dokonał i niewielu ludzi na 

świecie mogło się tym pochwalić. Jak na przykład ciągnąć sanki, 
które ważą siedemdziesiąt pięć kilogramów? Nie wiedzieliśmy czy po 

background image

godzinie nie zemdlejemy. Może nie była to podróż na Księżyc, ale 

wszystko rysowało się bardzo mgliście.  
Wiele osób odradzało mi wtedy udział w wyprawie. Przeżywałem to 
potem setki razy - wbijanie mi do głowy: coś nie wyjdzie, nie rób 

tego, to się nie uda. Już kiedy jako kilkunastoletni chłopak 
miałem popłynąć statkiem do Danii czy do Afryki, dorośli 

powtarzali, że to nie może się udać. A jednak udawało się i wtedy, 
i wielokrotnie później.  

Nauczyło mnie to czujności. Jak ktoś mówi, że się nie uda, nie 
należy rezygnować, tylko to zbadać. Ludzie często nic nie wiedzą o 

rzeczywistości, której dotyczy dany projekt, a z góry skazują 
przedsięwzięcie na niepowodzenie.  
Gdy więc uczestnicy przygotowań do wyprawy na Grenlandię zaczęli 

się wycofywać, mobilizowało mnie to, ponieważ widziałem,  że 
powtarza się schemat, który zawsze zachęcał mnie do tego, żeby 

sprawdzić i zobaczyć, czy na pewno się nie da. W końcu został na 
placu boju duet najdziwniejszy ze wszystkich możliwych 

konfiguracji, czyli zespół  złożony z najbardziej doświadczonego i 
najbardziej niedoświadczonego polarnika. Miało to swoje zalety. 
Dzięki temu, że byłem kompletnym żółtodziobem, zgadzałem się na 

niemal wszystko, co proponował Wojtek, polegając na jego zdrowym 
rozsądku. Lepsze to niż gdybym uważał siebie za starego wygę, 

dyskutował i powodował konflikty. Z doświadczenia wiem, że często 
ludzie przywiązują się do własnego zdania, uważają, że muszą mieć 

zawsze rację. Przestają wtedy znaczyć argumenty merytoryczne, 
liczy się tylko to, żeby moje było na wierzchu. Przez to, że nie 

miałem doświadczenia, zgadzałem się ze wszystkim. Z jednej strony 
dawałem swoją energię, determinację, a z drugiej - nie wnosiłem 
konfliktów. Byłem, uważam, idealnym partnerem...  

Ale partnerem okazał się także Wojtek Moskal. Nie narzucał 
niczego, zawsze dyskutowaliśmy. Wojtek mówił: bierzemy to i tamto, 

i czekał na moją opinię. Mimo mojego braku doświadczenia mogłem 
swoje zdanie wypowiedzieć. Bardzo ważna nauka, którą potem 

wielokrotnie, czy w firmie, czy podczas wyprawy z Jaśkiem Melą 
stosowałem. Nie trzeba się wstydzić tego, że mając dużą wiedzę 
pyta się o coś osoby, które mają wiedzę prawie zerową. Często 

powstaje w nas tego rodzaju bariera, gdy uważamy siebie za kogoś 
lepszego w czymś, przyjmujemy, że wszystko wiemy i wszystko 

powinniśmy narzucać. Taki model współpracy powoduje mniejsze 
zaangażowanie i mniejszą odpowiedzialność partnera.  

Natomiast gdy ktoś pyta mnie o zdanie, kiedy mogę je wyrazić, 
staję się współodpowiedzialny za podjętą decyzję. Teraz jest to 

także moja decyzja. Kiedy pojawią się trudności, nie zacznę mówić: 
ale to ty wybrałeś te narty czy te buty, widzisz co z tego 
wynikło. Wybieraliśmy je razem.  

Mimo że nie miałem takiej wiedzy, mogłem wyrazić swoje zdanie.  
Kiedy się nie wie, trzeba mieć odwagę,  żeby pytać. Ale działa to 

także w drugą stronę. Kiedy się wie, warto pytać tych, którzy nie 
wiedzą, co już nie jest wcale takie oczywiste. Wspólne z Wojtkiem 

Moskalem przygotowywanie wyprawy przez Grenlandię było dla mnie 
ważną nauką partnerstwa. Ja do naszego zespołu wniosłem 

background image

determinację, pewne ogólne życiowe doświadczenie, pierwsze 

doświadczenia w prowadzeniu firmy, zasady zarządzania. Podobne 
sprawy rozumiałem, nie rozumiałem natomiast problemów związanych 
ze sprzętem, bo w tym specem był Wojtek. Nie odczuwałem jednak z 

tego powodu dyskomfortu. W firmie również nie znałem się tak samo 
dobrze na każdej dziedzinie, ale nie znaczyło to, że nie 

ogarniałem całości spraw.  
Ludzie uważają za dyshonor, jeśli muszą się przyznać, że nie znają 

się do końca, do najmniejszej śrubki na czymś, czym się zajmują. 
Mnie to nie przeszkadzało, bo moim celem było nie to, żeby stać 

się ekspertem od sprzętu, tylko to, żeby przejść Grenlandię. 
Wyposażenie było tylko jednym z elementów przygotowań, na tym 
akurat o wiele lepiej znał się Wojtek, tak samo zresztą jak na 

wielu innych sprawach. Z tego powodu projekt nie przestawał być 
moim projektem.  

Gdyby Wojtek zaczął mną komenderować, wbijać mi do głowy: ja tu 
jestem szefem, musisz mnie słuchać, będziesz od tej pory 

żołnierzem polarnym na moje rozkazy, pewnie czułbym się 
psychicznie dużo gorzej.  
Ale idąc przez Grenlandię byliśmy partnerami.  

Powtórzyłem ten wzór bycia szefem w wyprawie z Jaśkiem Melą.  
Nigdy nie mówiłem Jaśkowi, że ja jestem od wydawania poleceń, a on 

od słuchania. Powieliłem model wyprawy przez Grenlandię. Ja byłem 
jakby Wojtkiem, a Jasiek był Markiem, relacja między nami była 

bardzo naturalna. Pokazuje to, jak ważni są ludzie, których 
spotykamy na swojej drodze. To oni zaszczepiają nam pewne wzorce. 

Trudno liczyć na to, że dobre wzorce zachowań powstaną w nas 
samoczynnie. To nie była naturalna i częsta sytuacja, że tak 
doświadczony polarnik jak Wojtek Moskal w partnerski sposób 

traktował takiego debiutanta jak ja.  
Miałem sporo szczęścia. W świecie biznesu, mediów, jakichkolwiek 

projektów często człowiek doświadczony jest typem lidera, który 
nie stawia na współtworzenie. Na Grenlandii przyzwyczaiłem się do 

innego schematu wypraw, wchłonąłem go i powtarzałem. Postępowałem 
tak nie na zasadzie przyjętego z góry świadomego założenia. Po 
prostu powtarzałem to, co wcześniej sam przeżyłem. Myślę,  że w 

życiu w taki właśnie sposób powielamy przeżyte sytuacje i robimy 
to nie zawsze świadomie. Reprodukujemy to, co się sprawdziło.  

 
Korygujmy drogi, a nie ludzi  

 
W swoim działaniu powtarzamy nie tylko dobre schematy, z którymi 

kiedyś się zetknęliśmy, ale niestety również te złe. Dzieje się 
tak, dlatego że na ogół uczymy się na tych wzorach, z którymi 
spotykaliśmy się w życiu wcześniej i przenosimy je na późniejsze 

działania. Gdy coś się nie sprawdziło, powinniśmy się nad tym 
zastanowić, ale często bezrefleksyjnie powielamy także złe 

schematy.  
Miałem to szczęście,  że nie spotykałem się ze złymi wzorami 

przywództwa. Albo szedłem sam, albo w małych zespołach, w których 
obowiązywały partnerskie relacje. Ale zdarzyło mi się kilka razy 

background image

uczestniczyć w wyprawach, w których dochodziło do kłótni, głównie 

o to, kto jest szefem i kto jest najmądrzejszy. Byłem już wtedy na 
tyle ukształtowany,  że było mi to obce. Nie potrafię dobrze 
działać w podobnych warunkach.  

W świecie wypraw przyswoiłem sobie dobre schematy i wzory.  
W  świecie biznesu nie miałem natomiast żadnych wzorów. Z tego 

powodu przez długi czas popełniałem fundamentalny błąd w 
zarządzaniu ludźmi, polegający na tym, że zbyt małą wagę 

przywiązywałem do podkreślania dobrych stron ich pracy, a zbyt 
dużą do wytykania złych.  

Mówiłem, że o dobrych rzeczach nie będziemy mówić, bo szkoda na to 
czasu, skupmy się na błędach,  żeby je wyeliminować. Teraz uważam 
to za błąd. Lepiej jest zwracać uwagę na rzeczy dobre, bo to 

buduje w ludziach poczucie wartości. Dopiero w drugiej kolejności 
należy mówić o błędach, a właściwie nie o nich samych, tylko o 

tym, jak je poprawiać. Nie mając dobrych wzorców, dopiero po wielu 
latach uczenia się na błędach doszedłem do wniosku, że to 

efektywniejszy schemat.  
Gdyby w trakcie naszej pierwszej wspólnej drogi przez Grenlandię 
Wojtek Moskal rozliczał mnie z wszystkich popełnianych przeze mnie 

błędów, szłoby się nam fatalnie. Każde takie stwierdzenie, nawet 
jeśli byłoby uzasadnione, bo oczywiście zdarzało mi się zrobić coś 

źle, każda pretensja niekorzystnie wpływałaby na wyprawę. Ktoś 
skrytykowany w naturalny sposób zaczyna się bronić, przerzucać 

odpowiedzialność na drugą osobę albo na trudne warunki, mówić: to 
nie ja. W pustej przestrzeni, w której funkcjonowaliśmy, 

urastałoby to do strasznych, niszczących rozmiarów.  
Rozmawialiśmy ze sobą przez całą drogę. Nikt nikomu niczego nie 
wytykał. Rozmawialiśmy nie tylko o wyprawie, ale i na przykład o 

kuchni. I nikt nie dowodził,  że kuchnia włoska jest bez sensu, 
trzeba jeść ziemniaki i schabowe. Przyjmowaliśmy to, co mówił 

drugi, czy rozmawialiśmy o filozofii, czy o matematyce. Wojtek 
miewał w tych sprawach inne zdanie, co mnie niekiedy denerwowało, 

ale nie chodzi przecież o to, żeby się we wszystkim i na wszystko 
zgadzać. Niezgadzanie się nie oznacza negowania człowieka.  
Ja słucham takich piosenek, a ktoś drugi innych. Co innego 

powiedzieć,  że te piosenki mi się nie podobają, a co innego — 
musisz być głupi, skoro słuchasz italo disco. Każdy ma swoją listę 

przebojów, ale czy to znaczy, że fan jazzu jest lepszy od kogoś, 
kto słucha metalu? W naszych rozmowach z Wojtkiem Moskalem nigdy 

nie próbowaliśmy sobie udowodnić,  że ktoś jest gorszy. Jeśli ktoś 
wygłasza pogląd, z którym się nie zgadzam, nie może to być powodem 

atakowania człowieka. Atakować można poglądy. Skoro tak mówisz, to 
znaczy,  że jesteś beznadziejny — zdarza nam się tak kogoś 
podsumować. Tylko że jeśli idziemy razem do celu, od tego momentu 

będzie się nam szło o wiele gorzej.  
Innym niedobrym schematem, z którym spotykałem się czasem na 

wyprawach, było dążenie do podporządkowania sobie członków 
ekspedycji. Wynika to pewnie z osobistych problemów lidera, z jego 

potrzeby dowartościowania się. Dążenie do podporządkowania może 
wyrażać się na różne sposoby. Na przykład chcemy, żeby inni 

background image

akceptowali w nas wszystko, bez żadnego wyjątku, a jeżeli ktoś nas 

w czymś nie akceptuje, to jest naszym wrogiem. Bardzo trudno jest 
w takim zespole korygować błędy. To w ogóle osobna umiejętność, bo 
czasami błędy nie są prostymi, zero-jedynkowymi sytuacjami. 

Wybieramy jakąś drogę, która okazała się  zła. Co dalej? Możemy 
mieć pretensje do siebie. Wojtku, szedłeś wtedy pierwszy, dlaczego 

wybrałeś złą drogę?!  
Ale może inna droga okazałaby się jeszcze gorsza od tej złej? To 

nie są proste sytuacje. Lepiej wtedy korygować drogę niż partnera, 
zarzucając go pretensjami. Korygujmy drogi, a nie ludzi.  

W wyprawach z Wojtkiem Moskalem na pewno popełnialiśmy wiele 
błędów, bo każdy krok praktycznie był krokiem w nieznane. Były też 
między nami poważne różnice zdań, na przykład czy jeść obfitsze 

posiłki na danym etapie wyprawy, czy wciąż na tych samych zasadach 
racjonować  żywność. Wojtek chciał,  żebyśmy mieli do końca jak 

najwięcej jedzenia, a ja byłem zwolennikiem tego, żeby szybciej 
zjadać zapasy i dzięki temu iść z mniejszym obciążeniem. Byłem 

zwolennikiem opcji bardzo ryzykownej, Wojtek - opcji ostrożnej. 
Tutaj między nami powstał spór. Może nie kłóciliśmy się, ale 
różnica zdań była poważna. Z perspektywy czasu myślę, że to Wojtek 

miał rację, chociaż podjęliśmy decyzję zgodną z moim myśleniem.  
Wojtek, mimo iż był polarnikiem sto razy bardziej ode mnie 

doświadczonym, ustąpił. Był to wynik mojego przekonywania, ale 
także skrajnych warunków, w jakich się znaleźliśmy. Doświadczenie, 

które zdobyliśmy po drodze, było już na tyle duże,  że poziomy 
naszej wiedzy o świecie polarnym zbliżyły się. Przeżyliśmy razem 

rzeczy, których dotąd nie znał także Wojtek. Gdyby uważał się za 
kogoś we wszystkim mądrzejszym ode mnie, gdyby nie wziął pod uwagę 
tego,  że rzeczywistość jest już trochę inna niż na etapie 

przygotowań, pewnie trudno by nam było się porozumieć. Ale, jak 
już to parę razy sygnalizowałem, tworzyliśmy dobrze dobrany 

zespół.  
Podobną wspólną decyzję podjęliśmy w trakcie wyprawy na biegun 

północny. Wtedy miało to duże praktyczne znaczenie, bo 
zdecydowaliśmy się zostawić kurtki puchowe, co bardzo nas 
odciążyło. Wojtek potrafił przełamywać swoje nastawienie, żeby 

szukać raczej ostrożniejszych rozwiązań, a nie ryzykownych. Mógłby 
trzymać się swego zdania, a jednak potrafił przełamać  własne 

schematy, chociaż to ja byłem tym mniej doświadczonym polarnikiem. 
To, co w takich sytuacjach proponowałem, było powtórzeniem 

schematu Nansena, który zapamiętałem z przeczytanych książek. 
Wszyscy, którzy przed Nansenem chcieli przejść Grenlandię, 

wyruszali z zachodniego wybrzeża w stronę wschodniego, po to by 
móc w razie czego wrócić do ludzi. Szli w nieznane, więc  łatwiej 
było podjąć decyzję,  żeby zawrócić, kiedy robiło się ciężko, bo 

nie wiedzieli, co jest po drugiej stronie. Nansen wybrał odwrotny 
schemat. Nie miał do czego wracać, mógł  iść tylko naprzód, w 

stronę terenów zamieszkałych przez ludzi.  
Palenie za sobą mostów nie jest dobrym pomysłem na życie, 

absolutnie do tego nie namawiam, ale czasami, kiedy mamy przed 
sobą naprawdę trudne wyzwanie, lepiej spalić za sobą wszystkie 

background image

mosty niż asekurować się, zapewniać sobie szansę powrotu, ale 

przez to nie dać sobie pełnej motywacji, żeby iść naprzód. 
Determinacja, która pojawia się w nas, gdy już nie mamy odwrotu, 
tworzy nową jakość na naszej drodze. Jest już tylko droga naprzód, 

nie ma drogi wstecz. Dopóki możliwy jest odwrót, możliwe jest też 
dreptanie, zastanawianie się, może jednak cofniemy się, może 

wrócimy, spróbujemy innym razem i tak dalej. „Fram” znaczy 
„naprzód", takie było zawołanie Nansena. W drodze przez Grenlandię 

i podobnie w wyprawie na biegun północny powtórzyliśmy, być może 
podświadomie, ten schemat.  

Co ciekawe, chcieliśmy powtórzyć go jeszcze raz, przy okazji 
wyprawy z Jaśkiem Melą, gdy znów szło nam się bardzo ciężko i 
wyglądało na to, że przy takim obciążeniu nie osiągniemy celu. Ale 

na szczęście nie powtórzyliśmy schematu dosłownie. Nie 
ryzykowaliśmy nadmiernie pamiętając,  że celem jest nie biegun, 

tylko dobro Jaśka.  
Czasami mechaniczne powtórzenie schematu bez wewnętrznej treści, 

bez wystarczającego uzasadnienia może doprowadzić do katastrofy.  
Zastanawialiśmy się wtedy nawet nad tym, czy na ostatnim odcinku 
nie zostawić sprzętu obozowego. Chcieliśmy iść z minimalnym 

obciążeniem. Myślę,  że i tak nie pomogłoby to nam w przebijaniu 
się przez torosy, czyli spiętrzony lód, a skończyłoby się tym, że 

nie mielibyśmy jak nocować, co spowodowałoby katastrofę. 
Powtarzanie na oślep przećwiczonych wcześniej schematów bez 

zastanowienia się, na ile pasują one do naszych obecnych warunków, 
do niczego dobrego nie prowadzi.  

Często jestem pytany, jaka umiejętność jest najważniejsza,  żeby 
dać sobie radę na wyprawach polarnych i w innych ekstremalnych 
warunkach. Odpowiadam zawsze, że najważniejsza jest nie tyle 

odwaga, siła fizyczna, umiejętności manualne czy nawet 
doświadczenie, które praktycznie każdy może zdobywać. 

Fundamentalna wydaje mi się umiejętność radzenia sobie z 
nieprzewidzianymi sytuacjami. Rzeczywistość zawsze jest 

nieprzewidywalna, zawsze mogą nas spotkać rzeczy, których 
absolutnie byśmy się nie spodziewali, nie tylko w wyprawach 
ekstremalnych. Także zwykłe sytuacje mogą być niezwykłe. Liczy się 

wtedy umiejętność psychicznego radzenia sobie z nowymi problemami, 
zaadaptowanie się do nich, a z drugiej strony umiejętność 

rozwiązywania ich za pomocą wyobraźni, w ramach tych możliwości, 
którymi dysponujemy.  

To fundamentalna umiejętność. Dotyczy to nie tylko wpraw, ale 
także etapu przygotowań. Rezygnacja pani doktor, która miała 

odegrać bardzo ważną rolę w zespole przygotowującym Jaśka Melę do 
wyprawy, była nieoczekiwanym problemem, który musieliśmy 
elastycznie rozwiązać.  

Telewizja publiczna miała być partnerem projektu, a okazało się, 
że chce za to pieniądze, więc trzeba było wiele spraw organizować 

na nowo.  
Z podobnymi sytuacjami musimy sobie poradzić najpierw psychicznie.  

Coś, co miało nam służyć, zaczyna nam szkodzić albo przynajmniej 
okazuje się,  że nie możemy liczyć na wsparcie. Pomoc okazuje się 

background image

przeszkodą, zasadzką. Najpierw musimy to w swojej świadomości 

zaakceptować, nie dać się  złamać, a potem zacząć rozwiązywać 
problem.  
Odwaga często jest ślepa i prowadzi do katastrofy. Wytrwałość 

czasem sprawia, że nie modyfikujemy czegoś, co powinno zostać 
zmienione. Doświadczenia szybko się wyrównują. Najważniejsza, a 

zarazem najtrudniejsza do skopiowania i wyuczenia jest umiejętność 
radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. Stajemy przed 

nieznanym i musimy się z tym uporać. Kto ma taką sprawność, może 
się porównywać z kimś, kto ma dziesięć razy większe doświadczenie.  

Dzięki temu, że tę umiejętność w jakimś stopniu posiadłem, szybko 
mogłem stać się partnerem Wojtka Moskala w naszych wspólnych 
wyprawach. Wojtek na pewno lepiej ode mnie potrafiłby sobie 

poradzić z naprawą prymusa czy narty. Ja wykazywałem się czasami 
większą zdolnością radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. 

Jedną z takich nieprzewidywalnych sytuacji podczas wyprawy na 
biegun północny było to, że na środku pustego lodowego pola Wojtek 

przy  śniadaniu złamał sobie ząb. Musieliśmy sobie z tym jakoś 
poradzić.  
Wpadliśmy na pomysł,  że można usunąć resztę  zęba, razem z 

korzeniem... kombinerkami. I bez znieczulenia. Jakoś się udało.  
Podobnie musieliśmy opracować system przemieszczania się po krach. 

Nie przewidywaliśmy, że mogą się one tak szybko poruszać.  
Przeskakiwanie po nich przypominało wskakiwanie do jadącego 

tramwaju. Czegoś takiego w ogóle nie przewidywaliśmy.  
Również Grenlandia dała mi wiele nowych doświadczeń, ale przede 

wszystkim rozwinęła we mnie umiejętność radzenia sobie z 
nieprzewidywalnym. Z perspektywy czasu i moich późniejszych 
osiągnięć Grenlandia wydawać się może małym etapem, czymś po 

drodze. Dla mnie to bardzo ważny etap. Bardzo istotny jest ten 
czas, kiedy się kształtujemy, bo to jemu zawdzięczamy, że osiągamy 

wielkie cele. Często zapominamy o etapach pośrednich, wydają nam 
się one mało ważne, ale istotne jest to, jakie wydobyły z nas 

możliwości i według jakich schematów ukształtowały.  
Trzeba się cieszyć z wszystkich poznanych po drodze ludzi, uczyć 
się od nich, ale trzeba się także cieszyć z tych mniejszych 

doświadczeń, przeżywać je, uczyć się dzięki nim. W codziennym 
życiu zawsze mamy do czynienia z wzorami. One zapisują się w nas, 

a potem mechanicznie je powtarzamy. Dobrze, jeśli jesteśmy 
świadomi tych pierwszych wzorów, bo to pozwala nam poprawiać 

własne błędy.  
Jest taka teoria, że uczymy się  języków na zasadzie niebieskiego 

pudełka, blue boxu. Od pierwszego do siódmego roku życia blue box 
w naszej głowie jest otwarty na oścież. W tym wieku łatwo 
przyswajamy sobie język, nie mamy obcego akcentu i tak dalej. 

Potem blue box jakby się zamyka. Nadal możemy nauczyć się obcego 
języka, ale przychodzi to nam z większym trudem, a dobrego akcentu 

w pełni nie jesteśmy w stanie opanować. Może tak samo jest z 
naszymi doświadczeniami.  

Zapisujemy i powielamy pierwsze wzorce. Tak jak z językiem. 
Zmienienie tego jest możliwe, ale wymaga niemałej pracy.  

background image

Ja miałem szczęście. Udało mi się w dobry sposób przejść moją 

Grenlandię.  
 
Przez biegun na biegun  

 
Na początku drogi na biegun północny byliśmy z Wojtkiem Moskalem 

strasznie zgnieceni, jak w kleszczach. Dojście do bieguna wydawało 
się w tych pierwszych dniach nierealne. Zderzyliśmy się ze 

światem, który okazał się o wiele bardziej wymagający niż 
Grenlandia.  

Kiedy przylecieliśmy do Resolute Bay, zbudowanej na lodzie bazy, 
spotkaliśmy tam Basela Jesudasona, Hindusa z Madrasu, eksperta w 
sprawach wypraw polarnych. Widział on już wiele ekspedycji, 

zwłaszcza takich, którym się nie udało, bo tych była większość. 
Pochwaliliśmy się,  że przeszliśmy Grenlandię. Odpowiedział: 

chłopcy, Grenlandia to spacer, zapomnijcie o tym. I rzeczywiście 
przejście Grenlandii w zestawieniu z drogą na biegun północny 

można porównać do spaceru plażą.  
Sądziłem,  że to będzie jeden szczebel wyżej, a różnica była 
kolosalna jak przepaść.  

Kiedy przeszliśmy Grenlandię, wydawało nam się,  że dotarliśmy do 
samej granicy naszej wydolności. Ale po nie tak długim czasie 

zdecydowaliśmy,  że idziemy dalej - na biegun. Myśleliśmy, że nowa 
granica, którą wyznaczyliśmy, nie leży dużo dalej. Kiedy człowiek 

dochodzi do sytuacji granicznej, nabiera przekonania, że już nic 
takiego go nie spotka. Będzie trochę trudniej, trochę zimniej, ale 

granica przesunie się nieznacznie. Wyobrażamy sobie, że może nie 
będzie tak źle. Rzeczywistość często nas zaskakuje.  
Czytałem wiele opisów wypraw na biegun, ale ten przekaz nie do 

końca do mnie dotarł. Na zdjęciach wyglądało to tragicznie. Te 
opuchnięte, odmrożone twarze ludzi. Człowiek, który miał 

dwadzieścia kilka lat, a wyglądał jak sześćdziesięciolatek. 
Szczeliny z otwartą wodą, perspektywa, że można w nie wpaść przy 

minus 60 stopniach, to wszystko budziło przerażenie. Ale z drugiej 
strony, w głębokich warstwach świadomości człowiek nie traci 
przekonania,  że jakoś to będzie,  że przetrwa i nic złego mu się 

nie stanie. Zdjęcia z bieguna północnego mogły budzić przerażenie, 
ale gdy już człowiek raz się przeraził, to potem przyjmował,  że 

jakoś to będzie. Daliśmy radę poprzednio, to i tym razem się uda. 
Zawsze jest w nas nadzieja, która sprawia, że nawet jeśli 

doszliśmy do jakiegoś ekstremum, potrafimy je przekroczyć.  
Dojście do granicy sprawia, że chcemy ją przesuwać.  

Na początku było to bardzo ciężkie. Biegun przez pierwszy miesiąc 
wydawał się niemożliwy do osiągnięcia. Z czasem stawał się coraz 
bardziej realny. W naszym marszu pojawiła się radość i lekkość. To 

jeden z tych momentów w moim życiu, gdy niemożliwe stawało się 
możliwe.  

Wyzwoliliśmy się z psychicznych i fizycznych okowów, 
przystosowaliśmy się do warunków, umysł zaczął funkcjonować w tej 

rzeczywistości, jakbyśmy szli cudowną ścieżką przez niezwykły las.  
W tym momencie drogi mój umysł zaczął podróżować gdzieś dalej.  

background image

Kiedy uda nam się przejść przez naprawdę ciężką sytuację, 

adaptujemy się do niej i robi się przez to lżej, w umyśle pojawia 
się dodatkowa energia, która zaczyna szukać następnych wyzwań. 
Pamiętam, myślałem o pisaniu książek, wywiadach z ciekawymi 

ludźmi, wyobrażałem sobie różne scenariusze życia. Energia, którą 
wcześniej zużywałem na pokonywanie przestrzeni, została uwolniona. 

W codziennym życiu nie mamy ani sposobności, ani energii, żeby 
marzyć o scenariuszach życia, o wielkich projektach. Mnie umysł 

podsuwał wtedy różne wizje.  
W myślach zaczął wtedy po raz pierwszy pojawiać się biegun 

południowy. Zdałem sobie sprawę z tego, że kiedy dojdę do końca 
trasy, droga, której niezwykłość zacząłem dopiero odkrywać, 
skończy się.  

I co dalej? Najfajniej byłoby iść przed siebie, na Spitsbergen, 
może nawet przejść całą Arktykę... Było to jednak niemożliwe ze 

względów logistycznych, a poza tym byliśmy już mocno wyczerpani. 
Niemniej błądziła we mnie myśl, że byłoby świetnie, gdyby wyprawa 

nie skończyła się na biegunie północnym. To pamiętam bardzo 
wyraźnie: poczucie harmonii z przestrzenią i żal,  że nie 
zaplanowaliśmy trawersu całej Arktyki. Było bardzo ciężko i ledwo 

na biegun doszliśmy, ale gdy tylko pojawiła się szansa, że do 
niego dotrzemy, urodziła się we mnie myśl, żeby iść dalej.  

Drugą myślą było to, żeby iść na biegun południowy. Przy tym od 
początku intuicyjnie czułem,  że to będzie wyprawa samotna. 

Intuicja wyprzedzała rzeczywistość. Szło nam się z Wojtkiem bardzo 
dobrze, stanowiliśmy  świetny zespół, ale myśl o drodze na biegun 

południowy była wizją wyprawy samotnej. Pamiętałem,  że Wojtek z 
natury jest raczej sceptykiem, bardzo ostrożnie podchodzi do 
dużych projektów, nie ekscytuje się nimi. Gdybym wtedy powiedział 

mu o pomyśle wyprawy na biegun południowy, Wojtek mógłby zgasić 
myśl w zarodku mówiąc, że to nierealne czy pozbawione sensu.  

Ludzie mają bardzo różne osobowości, dlatego trzeba się 
zastanawiać, na jakie tematy można z nimi rozmawiać. Gdybym chciał 

rozwijać wątpliwości na temat wyprawy na biegun południowy, zbadać 
słabe punkty projektu, powinienem w pierwszej kolejności 
porozmawiać  właśnie z Wojtkiem. Jeśli idea dopiero się pojawiła, 

rozmowa z nim z pewnością tylko by mnie złamała, a przynajmniej 
nie pomogła tej idei we mnie rosnąć.  

Kiedy pojawia się w naszej głowie jakiś fascynujący plan, nie 
trzeba tego od razu rozgłaszać na prawo i na lewo. Duże projekty 

są bardzo wrażliwe, udają się albo nie, czasem z powodu jednego 
trafionego albo chybionego kroku, jednej rozmowy. Na pewnym etapie 

warto poddać plan testowi, wtedy jakiś sceptyk obok nas może być 
bardzo potrzebny. Kiedy coś jest w nas słabe jak wątła roślina, 
która musi się przyjąć, trzeba najpierw pozwolić,  żeby idea 

okrzepła, wzrosła. Warto wtedy rozmawiać z ludźmi, którzy nie będą 
nas gasić, tylko wspierać.  

W którymś momencie powiedziałem Wojtkowi, że fajnie byłoby pójść 
na biegun południowy. Pamiętam,  że rozmawiałem o tym z 

przyjaciółmi przez telefon satelitarny, kiedy już po zdobyciu 
bieguna północnego znaleźliśmy się w Kanadzie. Idea dojrzewała we 

background image

mnie w czasie ostatnich tygodni w drodze na biegun północny. 

Zdobycie bieguna było dla mnie tak naprawdę początkiem wyprawy na 
biegun południowy.  
Nawet aż tak bardzo nie przeżywałem,  że stanąłem na północnym 

biegunie ziemi, bo zacząłem  żyć wyprawą na biegun południowy. 
Wtedy też chyba powiedziałem Wojtkowi Moskalowi, że chcę sam pójść 

na drugi biegun.  
W ekstremalnych warunkach wysiłek początkowo przygniata nas do 

ziemi. Jeśli damy sobie z tym radę, wyzwalająca się nowa energia 
może nie tylko zaprowadzić nas do założonego celu, ale także 

ponieść dalej.  
A przy okazji ułatwia osiągnięcie pierwszego celu. Zawsze pomaga, 
gdy otwiera się inna perspektywa, z której możemy spojrzeć na 

sytuację.  
Póki jesteśmy w niej zamknięci, skupiamy się wyłącznie na naszym 

celu i dążeniu do niego, ale w ten sposób możemy przegapiać 
większe szanse. Warto co jakiś czas wychodzić z danej sytuacji i 

spojrzeć na nią z perspektywy innej wyprawy, jeszcze trudniejszej. 
Wielość perspektyw jest ważna w realizowaniu projektów. Oczywiście 
nie może być tak, że  żyjemy dziesięcioma projektami na raz, bo 

wtedy nie zrobimy nic.  
Trzeba być bardzo głęboko osadzonym w jednym projekcie, ale należy  

zachować wolny umysł.  
Jak nie zatrzymać się na tej pierwszej fazie przytłoczenia i 

związanej z tym niewiary, że dojdziemy? Cóż, nie ma lepszej rady 
niż taka, że trzeba sobie dać radę. Trzeba być na tyle dobrze 

przygotowanym,  żeby nie załamać się pod ciężarem początkowo 
przytłaczającej nas nieprzyjaznej rzeczywistości. Mnie bardzo 
pomogło szukanie oparcia w samym sobie, wyszukiwanie słów czy 

zdań, które mogą nas prowadzić.  
Potrzebne jest nam wtedy coś niezmiennego, jakby taki kompas. 

Dzięki temu, chociaż przytłaczają nas trudności, niezależnie od 
wszystkiego idziemy naprzód. Pamiętam,  że w drodze na biegun 

północny takimi słowami były dla mnie zdania z książki 
„Przekroczyć próg nadziei" Jana Pawła II. Progi do pokonania, 
następne stopnie, to była bardzo wyraźna paralela. Zdanie, żeby 

przekraczać próg nadziei, nie zatrzymać się przed nim, dać się 
prowadzić dalej, pomagało mi iść. Stawaliśmy przed progiem każdego 

dnia. Codziennie należało się zatrzymać, bo według matematycznych 
kalkulacji nie mieliśmy szans dojść na biegun.  

Mieliśmy mniej jedzenia niż dni, których potrzebowaliśmy na drogę.  
Takie zdanie dawało mi wiarę,  że niemożliwe jest możliwe. Skoro 

ktoś to zdanie wypowiedział, może i w naszej sytuacji okaże się 
prawdziwe.  
Zdanie,  żeby przekraczać próg nadziei, powtarzałem sobie setki 

razy.  
Ono pomogło mi dojść na biegun północny. I pomyśleć,  że chciałem 

tę książkę wyrzucić, kiedy zastanawialiśmy się, jak moglibyśmy się 
odciążyć. A jednak wziąłem ją do sanek. Potem, gdy była bardzo zła 

pogoda, zrobiliśmy przerwę w marszu, wziąłem do ręki książkę 
Papieża i trafiłem na to zdanie.  

background image

Możemy takich zdań, podtrzymujących w nas nadzieję, poszukać we 

własnej pamięci. Co prawda mają one taką właściwość, że raz użyte, 
za drugim razem nie zawsze działają. To jednak nie są zaklęcia. 
Później musiałem szukać innych zdań. Działają one podobnie jak 

amulet. Kiedy się na niego patrzy, dotyka się go, zawsze 
przypomina nam o czymś ważnym. Dla kogoś może to być zdanie, dla 

kogoś innego medalik, kamyk, zdjęcie, wspomnienie, piosenka. 
Lepiej chyba, jeśli jest to coś niematerialnego.  

Dla przezwyciężania oporu materii najważniejsza jest siła 
psychiczna, którą musimy skądś czerpać. Nie zawsze jej wystarcza, 

wtedy trzeba szukać impulsów, żeby ją pobudzić, uruchomić w sobie 
głębsze pokłady energii. Bez tego łatwo zgasnąć, stwierdzić,  że 
nie dam rady, łatwiej będzie zawrócić i spróbować następnym razem. 

Łatwo jest zgasić w sobie płomień. Sztuka polega na tym, żeby do 
końca, dopóki nie wyczerpały się możliwości marszu, podtrzymać 

płomień. Praktycznie w każdej mojej wyprawie dochodziłem do 
momentu, kiedy wydawało się,  że już nic nie można zrobić. Trzeba 

było wtedy wskrzeszać w sobie nadzieję. Trzeba było ją pobudzać, 
podtrzymywać każdego dnia.  
 

Dieta dla marzeń  
 

Spodziewałem się,  że samotna wyprawa na biegun południowy będzie 
przebiegać podobnie jak podróż na biegun północny. Przeczytałem 

wiele książek o Antarktydzie, miałem też okazję spotkać się z 
Reinholdem Messnerem, słynnym podróżnikiem, który był na tym 

kontynencie.  
Wiedziałem jak wygląda trasa, że punktem wypadowym jest Punta 
Arenas,  że sprawami logistyki zajmuje się firma Adventure Network 

International, która przewozi ludzi i sprzęt do bazy Patriot Hills 
na Antarktydzie. Wiedziałem także,  że trzeba wyruszyć w 

listopadzie.  
Pozostawało pytanie, czy zdążę przygotować się do samotnej wyprawy 

i czy zgromadzę fundusze na czas.  
Po powrocie z bieguna północnego wraz z Wojtkiem Moskalem przyjęto 
nas w Polsce niezwykle. Udzielałem mnóstwo wywiadów, spotykałem 

się z wieloma osobami, ale przez cały czas myślałem o biegunie 
południowym. Wtedy dotarło do mnie, że nie mam życia osobistego, 

że nie założyłem rodziny. Zaczęło mi to doskwierać. Czytałem 
wówczas dużo o Amundsenie, który nigdy nie był związany z żadną 

kobietą, i zastanawiałem się czy nie wchodzę na tę samą drogę.  
Z jednej strony był biegun, który mnie pociągał, tak że cała moja 

energia była tam skierowana. Z drugiej strony pojawiło się uczucie 
żalu,  że teraz mógłbym zbudować dom, założyć rodzinę i zasadzić 
drzewo, a tymczasem przygotowuję się do podróży do jednego z 

najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi. W głębi duszy czułem, 
że biegun to nie wszystko. W Polsce witali mnie przyjaciele, 

którzy mieli już rodziny i dzieci, pamiętam też, że byłem na kilku 
ślubach... Gdyby któryś ze znajomych wybrał się na biegun, 

cieszyłby się potem z najbliższą rodziną, a dzieci w szkole 
chwaliłyby się  sławnym tatą. A ja szykowałem się na nowy biegun. 

background image

Czułem się spełniony dzięki temu, co osiągnąłem, ale pojawił się 

żal. Szybko został przytłumiony przygotowaniami do wyprawy. Biegun 
całkowicie wypełnił horyzont.  
Wtedy już na pewno powiedziałem Wojtkowi Moskalowi, że wspaniale 

byłoby pójść jeszcze w tym roku na biegun południowy. Wojtek 
wyraził  wątpliwość,  że nie zdążymy,  że jesteśmy wyczerpani. Byłem 

już przygotowany na taką odpowiedź. Gdyby nie to, być może 
zacząłbym się wahać. Przecież Wojtek ma więcej doświadczenia niż 

ja, może to rzeczywiście nie ma sensu, trzeba to odłożyć, może za 
rok... Do bieguna można dotrzeć pod warunkiem, że wszystkie kroki 

są zaplanowane wiele miesięcy wcześniej. Tę rozmowę z Wojtkiem 
zaplanowałem miesiąc wcześniej, jeszcze w drodze na biegun 
północny. Zdecydowałem się powiedzieć o moim pomyśle wtedy, gdy 

projekt dojrzał i mogłem go w sobie obronić.  
To niedobre doświadczenie, kiedy chcemy coś zrobić razem i ten 

ktoś odmawia. A przecież to idealny partner, tak dobrze się 
rozumiemy.  

Jeśli nie mamy wyraźnie już zarysowanego obrazu celu, ten cel 
zaczyna być mniej atrakcyjny. Wielokrotnie znajdowałem się w 
takiej sytuacji, gdy chciałem coś zrobić z kimś i mi odmawiano. W 

swoją pierwszą podróż miałem wyruszyć z kolegą statkiem do Danii. 
Nieoczekiwanie kolega stwierdził, że to nie ma sensu i że na pewno 

się nie uda. Wtedy nawet nie szukałem innej osoby, z którą mógłbym 
się w ten rejs wybrać, ale zrobiłem wszystko, żeby popłynąć. I 

popłynąłem.  
Mówimy do partnera: wybierzmy się na piękny spacer plażą. A 

partner odpowiada — nie, to bez sensu, plaża jest zanieczyszczona, 
będą tam jacyś ludzie, zrobi się zimno, lepiej zostańmy w domu. 
Piękno spaceru zostaje w ten sposób z czegoś odarte. Co innego, 

jeśli usłyszymy w odpowiedzi: dobrze, pójdźmy, tylko weźmy 
parasol,  żeby deszcz nie popsuł nam spaceru, albo żebyśmy lepiej 

zostali w domu, ale podane zostają przekonywające argumenty. 
Partner zaproponuje: zrobię dobrą kolację, będzie nam jeszcze 

przyjemniej ze sobą. Jeśli komuś po prostu się nie chce albo nie 
widzi w tym piękna, nie ma wiary i kwestionuje pomysł, tylko 
dlatego  że mu się nie podoba, taka krytyka może osłabić naszą 

motywację. Czym innym jest krytyka rzeczowa, wypływająca z 
racjonalnych przesłanek, a czym innym różnica odczuć. Początek to 

wrażliwa faza marzeń i projektów. Łatwo odrzeć  ją z piękna i 
niezwykłości w momencie, gdy marzenie jest jedynie ideą i nie 

rozmawiamy o konkretnych rozwiązaniach, na przykład o tym, że 
lepiej będzie wziąć parasol. Wszystko sprowadza się do tego, że 

komuś się nie podoba.  
A to na nas działa.  
Teraz, po przejściu wielu podobnych sytuacji, gdy moje marzenia 

były odzierane z czegoś, co wydawało się w nich niezwykłe, a potem  
stawały się rzeczywistością, czyjeś stwierdzenie „to bez sensu" 

nie ma już dla mnie takiego znaczenia. Staram się wyławiać z 
krytyki racjonalne argumenty, jeśli to w ogóle możliwe. Ludzi 

nieraz dziwi, kiedy mówią mi, że coś co planuję jest pozbawione 
sensu, a ja jestem z tego zadowolony. Myślą,  że powiedzieli coś 

background image

przykrego, a ja się cieszę, bo często jest to właśnie 

potwierdzenie,  że idę  właściwą drogą. Widzę w tych sytuacjach 
powtórzenie schematu, że ludzie w pierwszym odruchu skupiają się 
na własnych emocjach. Negatywne emocje dyktują im zdanie, że coś 

nie ma sensu, jest niemożliwe do zrobienia. W ogóle nie wnikają w 
istotę rzeczy. Właśnie dlatego wydaje im się to niemożliwe. A 

tymczasem bywa to czasem o wiele łatwiejsze niż wydawało się na 
początku.  

W marzeniach jest piękno, które nas pociąga. Warto planować 
rozmowy na ich temat, żeby piękna zbyt łatwo nie wyprzedać. 

Przyznam się,  że już jako dziecko planowałem rozmowy z rodzicami, 
gdy chciałem coś osiągnąć. Dzięki temu rodzice wstępnie zgodzili 
się na mój rejs do Danii. Widocznie mój kolega nie miał 

negocjacyjnych talentów... Kiedy chciałem dostać jakąś zabawkę, 
układałem najpierw scenariusz rozmowy. Wiedziałem przecież,  że 

rodzice zakwestionują zakup, powiedzą: ta zabawka nie jest ci 
potrzebna, masz już tyle innych.  

Starałem się w myślach ułożyć dalszy ciąg rozmowy. Rodzice 
powiedzą,  że nie, mowy nie ma, a ja na to, że będę miał lepsze 
stopnie, jeśli dostanę  tę książkę. Starałem się podążać za ich 

tokiem myślenia,  żeby doprowadzić do zaplanowanego przeze mnie 
celu.  

W ważnych rozmowach istotny jest plan. Trzeba pamiętać,  że każdy 
ma własny profil psychologiczny, można więc z grubsza przewidzieć, 

jak będzie przebiegać rozmowa. W słuchaniu cudzych argumentów 
należy oddzielać emocje od faktów. Jeśli będziemy przyjmowali 

wszystko, co mówią nam ludzie, to możemy stracić wiarę we własny 
cel. Jeżeli nie będziemy brali pod uwagę konstruktywnej krytyki 
wskazującej na słabe punkty, również możemy zabrnąć w ślepą 

uliczkę. W fazie planowania ważne jest dochodzenie do poziomu 
rzeczywistości, tam gdzie marzenie spotyka się z faktami.  

Dziecko mówi bez zastanowienia o wszystkich marzeniach, bo jest 
otwarte. Nie wie jeszcze, że słowa mają naprawdę wielką moc, mogą 

i gasić, i rozpalać. Niezależnie od tego, jak silni jesteśmy 
wewnętrznie, zawsze przykre słowa, uzasadnione czy nieuzasadnione, 
będą nas dotykać i ranić. O sobie także nie mogę powiedzieć,  że 

mnie nie dotykały.  
Ale stworzyłem w sobie ochronny klosz osłaniający moje marzenia.  

Nie jest też dobrze słuchać sztucznego hurraoptymizmu. Świetny 
pomysł, na pewno się uda, jakie tam chmury, idziemy na spacer, nie 

ma sprawy. Ileż razy słyszałem takie słowa: Marku, na pewno ci się 
uda, przecież tobie wszystko się udaje... Trzeba odróżnić  słowa 

wynikające ze zrozumienia problemu od pustych zapewnień 
pozbawionych refleksji.  
Wszystkie rady zawierają się w jednym zdaniu: trzeba zbudować w 

sobie przestrzeń, w której marzenia mogą wyrastać jak w szklarni.  
Wszyscy dobrze wiemy, jak ważne jest to, czym odżywiamy ciało.  

Jeśli karmimy je nieodpowiednio, zaczyna gorzej funkcjonować. 
Równie ważne jest to, czym odżywiamy nasze marzenia. Jakimi 

słowami, jakimi obrazami. Trzeba bardzo uważać na to, co wpada do 

background image

naszej głowy. Dietę możemy  łatwo skontrolować, ale psychicznych 

procesów i zmian tak wyraźnie w sobie nie widzimy.  
Kiedy pojedziemy do Stanów, zobaczymy tam ludzi monstra. Jak na 
dłoni widać tam związek zdrowia z odżywianiem. Ja na co dzień 

nieustannie eksperymentuję, sprawdzam, jaki rodzaj diety jest dla 
mnie najlepszy. Ostatnio odkrywam, że najlepsza byłaby pewnie 

wegetariańska, ale nie ta z wegetariańskich fast foodów, bo i 
takie są. Odpowiada mi jedzenie bardzo proste, posiłki oparte na 

kaszy jaglanej albo ryżu, ale takim, który gotuje się sześć godzin 
i który ma zupełnie inne właściwości i inaczej smakuje niż ryż, 

który gotuje się dziesięć minut w woreczku foliowym.  
Podobnie możemy eksperymentować, szukając najlepszej „diety" dla 
naszych marzeń. Związek ten trudniej uchwycić, ale jest to 

możliwe.  
Dieta marzeń to na przykład rozmowy, które na ich temat 

prowadzimy, albo zdarzenia, w których bierzemy udział. Nie da się 
stworzyć idealnych warunków. Najzdrowsze odżywianie polega ponoć 

na tym, żeby jeść możliwie najmniej. Bardzo skromne jedzenie to 
najlepszy jadłospis, miska ryżu czy prosa i woda do popicia. Ze 
względu na potrzebę doznań i konsumpcji nie wystarcza nam to. 

Podobnie jest z dietą dla marzeń.  
Naszemu wnętrzu wystarczyłaby pewnie skromna liczba bodźców, może 

byłoby to najlepszą, oczyszczającą dietą zamiast bombardowania 
wrażeniami. Ale my wolimy się objadać, nawet toksynami.  

Jako dziecko miałem czasem aż za bardzo zwariowane pomysły.  
Być może gdybym teraz do nich wrócił, wynikłoby z nich coś 

ciekawego. Ale gdy próbowałem rozmawiać na ich temat z dorosłymi, 
odpowiadali mi: więcej już się w ten sposób nie odzywaj, nie mów 
takich rzeczy, to bzdury. Taka krytyka zabija marzenia. Potrafiłem 

się obronić, ale zetknięcie z dorosłym  światem przytłumiło 
dziecięce marzenia. Na szczęście zostało ich tyle, że doszedłem na 

bieguny. Kiedy porównuję siebie obecnego z tym, jakim byłem 
dzieckiem, jak otwartą  głowę miałem i ile nosiłem w sobie 

pomysłów, trochę mi tego szkoda.  
Dorośli odrobili swoje zadanie domowe i skutecznie przytłumili we 
mnie podobne ciągoty. Na szczęście ich nie zabili. Może to kurs, 

który musimy zaliczyć. Kurs sceptycyzmu, szczepionka, która czegoś 
nas jednak uczy. Trzeba pamiętać, że ze szczepionkami różnie bywa, 

nieraz zamiast wzmocnić organizm, powodują chorobę.  
Masz w sobie pomysł, który został od razu skrytykowany i dlatego 

go porzuciłeś? Może warto do niego wrócić?  
 

Granice sukcesu  
 
Przygotowania do wyprawy na biegun południowy były bardzo trudne.  

Trwały od czerwca - lipca do września. Trzy miesiące pracy po 
kilkanaście godzin na dobę. Trzeba było na nowo zorganizować 

sprzęt, wybrać się do Londynu, żeby zamknąć sprawy logistyczne z 
Adventure Network International, do tego doszło szukanie sponsora. 

Zainteresowanie okazała TVP, która chciała nakręcić drugi film o 
wyprawach na bieguny i zobaczyła w mojej wyprawie szansę na własną 

background image

promocję. Kiedy już podejmujemy ryzykowną decyzję, okoliczności 

często zaczynają się układać. Wierzę też,  że potrafiłbym 
porozumieć się z inną instytucją.  
Zawsze można znaleźć drogę. Najgorszy jest brak wiary, on nas 

zabija, z tego powodu marzenia w nas obumierają.  
W dzieciństwie marzyłem o niesamowitej samotnej podróży dookoła 

świata. Teraz pojawiała się szansa ziszczenia tego marzenia. 
Głęboko ukryte pragnienia wypływały na powierzchnię. Może dlatego 

nie przytłaczała mnie myśl,  że będę sam w tak trudnych, 
niebezpiecznych warunkach. Bałem się czy sobie poradzę, bo 

wystarczyłaby awaria prymusa, żeby wyprawa zakończyła się 
fiaskiem. We dwóch łatwiej kontrolować rzeczywistość, ciężary są 
rozłożone, a gdy pojawiają się problemy, jest większa szansa, że 

razem uda się je rozwiązać. W pojedynkę człowiek odpowiada za 
wszystko, za każdy krok, każdą myśl.  

Ja mogłem się oprzeć na doświadczeniu, które zgromadziłem w drodze 
przez Grenlandię i na biegun północny. Co prawda szedłem wtedy z 

Wojtkiem Moskalem, który myślał dziesięć kroków do przodu, miał 
wiedzę i doświadczenie, ale ja także coś do naszego zespołu 
wnosiłem i również pewne umiejętności w sobie rozwinąłem, np. 

umiejętność przewidywania oraz sprawdzania nowych rozwiązań i 
pomysłów.  

Eksperymentowałem, byłem czynnikiem, który z warunków stworzonych 
dzięki doświadczeniu Wojtka, wydobywał dodatkowe, powiedzmy, 

dwadzieścia procent. Te dwadzieścia procent wiele znaczyło dla 
naszego dojścia. Gdyby zabrakło nam dwadzieścia procent czasu, 

gdyby jedzenie skończyło się przed biegunem, nie byłby możliwy 
dalszy marsz. To niesamowite, że normalnie człowiek ma w sobie 
tyle ukrytych pokładów energii, że może nie jeść przez tydzień 

albo i dłużej. W świecie potrafiłbym wytrzymać może nawet miesiąc 
bez jedzenia, gdybym miał tylko wodę do picia. Wierzę, że mając ją 

i niewielkie racje żywności, doszedłbym z Gdańska do Santiago de 
Compostela. W takich sytuacjach zużywamy zasoby ciała. W tamtym 

momencie wyprawy były już one całkowicie zużyte. Byliśmy jak 
samochody, które bez paliwa w baku nie zapalą. Bez paliwa, czyli 
kalorii, moglibyśmy tylko leżeć w namiocie. Z tego powodu moje 

dwadzieścia procent udziałów miało swoje znaczenie.  
Nie wykluczam, że Wojtek Moskal w pomyśle wyprawy na biegun 

południowy jeszcze w tym samym roku widział takie zagrożenie. 
Obawiał się,  że nam się nie uda, będziemy zbyt wyczerpani i 

zamiast cieszyć się tym, co osiągnęliśmy, polegniemy i 
zaprzepaścimy nasz sukces.  

Może taka była jego ocena sytuacji. Ja widziałem w tym pomyśle 
szansę, pozytywne strony. Nikt tego dotychczas nie dokonał, Polak 
mógłby być pierwszy. A poza tym biegun południowy był dla mnie 

logicznym zakończeniem rozpoczętej drogi. Tak jak już wspomniałem, 
fundamenty wyprawy na biegun południowy zostały we mnie zbudowane 

w czasie drogi na biegun północny. To również doświadczenie innych 
polarników. Nansen podczas wyprawy na biegun północny, gdy musiał 

zimować przez rok na Ziemi Franciszka Józefa, stworzył zręby 
wyprawy na biegun południowy. Nie wyruszył na nią z powodów 

background image

rodzinnych, ale plan Nansena, który wtedy powstał, zrealizował 

Amundsen. Amundsen popłynął nawet tym samym statkiem.  
Kiedy już coś osiągnęliśmy, możemy zamknąć się w granicach swojego 
sukcesu. Są ludzie, którzy gdy spełnili się w danej dziedzinie, 

kopiują to przez całe późniejsze życie. Nabyli umiejętności i już 
nie wychodzą poza nie. Przez całe późniejsze życie mogłem przejść 

jako jeden ze zdobywców bieguna północnego, powtarzać to, robić 
mniejsze wyprawy, być przewodnikiem. Stało się jednak inaczej, nie 

tylko dlatego że wyruszyłem na drugi biegun w tym samym roku, ale 
dlatego że w pewnym momencie życia dla mnie bieguny się skończyły. 

Pojawiły się pustynie, góry, przepłynąłem Atlantyk. Świat polarny 
wyczerpał się dla mnie, trudno było mi znaleźć w nim nowe 
inspiracje. Wróciłem do niego dopiero wówczas, gdy pojawiła się 

idea wypraw z niepełnosprawnym chłopcem, Jaśkiem Melą. 
Paradoksalnie te wyprawy okazały się chyba ważniejsze od 

poprzednich.  Żaden fragment świata nie wyczerpuje do końca swoich 
możliwości. Jeśli odkryjemy je na nowo, warto do nich wrócić. Ale 

jeśli nie mamy dobrego pomysłu, nie warto kopiować tego samego. 
Jeśli nie możemy w jednej przestrzeni znaleźć czegoś dla siebie, 
lepiej szukać w innym miejscu. Warto wtedy przynajmniej próbować 

zmienić obszar, rodzaj działalności po to, żeby ciągle odkrywać 
świat na nowo.  

Podobnie było w mojej działalności biznesowej. Mógłbym poprzestać 
na założeniu firmy Invena i na jej rozwijaniu. Jednak nie chciałem 

powtarzać tego samego. Zawsze interesowała mnie eksploracja innych 
rzeczy. Założyłem Instytut Marka Kamińskiego, w którym chcę 

zajmować się między innymi działaniami edukacyjnymi, stworzyć nową  
jakość w edukacji. Model tradycyjnego transferu wiedzy przeżył 
się, młodzież więcej uczy się poza szkołą niż w szkole. Jeśli ten 

model sprzed dwustu lat, system klasy, nauczyciela i tablicy, jest 
coraz mniej efektywny, zmiany wymaga sam sposób podejścia do 

edukacji. Nie mam wykształcenia pedagogicznego, ale polarnego 
także nie miałem, wierzę więc,  że sobie poradzę i że wyniknie z 

tego coś sensownego.  
Może uda się wypracować model przekazywania wiedzy o takich 
dziedzinach jak na przykład motywacja czy osiąganie celów. Nad tym 

obecnie pracuję, chociaż lubię Invenę, trochę tak jak lubię 
bieguny.  

Ale Invenę, Antarktydę i Arktykę już znam. Pociągają mnie rzeczy 
inne, nowe.  

Nie są one całkowicie oderwane od tego, czym zajmowałem się 
wcześniej, od zdobytego przeze mnie doświadczenia. Nie planuję 

zostać baletmistrzem albo gwiazdą pop, chociaż wierzę,  że szanse, 
po które możemy sięgać w życiu, są niemal nieograniczone. W 
świecie arktycznym zdobyłem umiejętności, które obecnie mogę 

przenosić na inne dziedziny. Kiedy coś robimy dobrze i głębiej coś 
poznajemy, na przykład wyprawy, możemy tę wiedzę transferować na 

inne dziedziny.  
Chyba  że posługiwaliśmy się nimi w sposób wyuczony i 

bezrefleksyjny, wtedy jest trudniej.  
 

background image

Drive  

 
Skoro Wojtek Moskal nie zdecydował się, by pójść w tym samym roku 
na biegun południowy, czy nie rozsądniej było próbować przekonać 

do wspólnej wyprawy innego doświadczonego polarnika, a nie 
wyruszać samemu na tak niebezpieczną ekspedycję? Nie, ten wariant 

nie wchodził w grę. Nie ma drugiego tak doświadczonego polarnika 
jak Wojtek, a gdybym nawet usłyszał o kimś z podobnym 

doświadczeniem, musiałbym go najpierw poznać. To bardzo duże 
ryzyko podejmować się realizacji poważnego i trudnego projektu z 

kimś, kogo kompletnie nie znamy. Gdyby położyć na szalach ryzyko 
wynikające z tego, że coś robi się samotnie i można liczyć tylko 
na własne siły, a na drugiej szali ryzyko robienia czegoś w 

tandemie, na zasadach równoprawności, z zupełnie nieznanym 
człowiekiem, moim zdaniem to drugie zagrożenie jest większe. 

Ryzyko wynikające ze skomplikowania drugiego człowieka i 
wzajemnych interakcji jest tak duże,  że nie warto go podejmować, 

chyba że nie można tego uniknąć.  
Możemy nawet słyszeć o tym kimś wiele dobrego, ale póki go choć 
trochę nie poznamy, lepiej nie opierać się na opiniach. Każdy 

człowiek jest wypadkową siebie i środowiska. Może doskonale 
funkcjonować w jednym miejscu, ale jeśli przeniesie się go w inne, 

mogą ujawnić się nieznane dotychczas cechy, które wcześniej 
niekoniecznie były przeszkodą, a mogą prowadzić nawet do 

niepowodzenia całego projektu.  
To przekonanie wynika z bagażu całego mojego życia, a nie tylko z 

doświadczeń wypraw polarnych. Dylemat czy robić coś samemu, czy z 
partnerem, pojawiał się w moim życiu często, praktycznie od samego 
początku moich wypraw. Kiedy budowaliśmy wspólnie jacht, żeby 

wyruszyć nim na wyprawę, zaczęliśmy robić to w trójkę, a 
skończyliśmy w dwóch. To neverending story, powtarzająca się 

historia, stały fragment gry. Liczymy, że zrobimy coś razem, ale 
kogoś raptem zaboli paluszek i główka, i nie chce słyszeć o 

dalszym ciągu. Jak to zostaje nazwane, czy ze względów rodzinnych, 
czy dla innych racji, jest już rzeczą drugorzędną. Owszem, mogą 
wchodzić w grę jakieś nieoczekiwane zewnętrzne przeszkody, ale w 

dziewięćdziesięciu procentach wynika to z braku woli. Nawet jeśli 
usprawiedliwienia wydają się racjonalne, efekt jest po prostu 

taki,  że albo ktoś jest w projekcie, albo go nie ma. Co za 
różnica, z jakiego powodu. Gdybym powiedział, że nic mnie już nie 

zaskoczy, byłoby to brakiem szacunku dla życia, bo ono zaskakuje 
nas przez cały czas. Niemniej ten fragment gry rzeczywiście mnie 

nie zaskakuje. Często nie można liczyć nawet na najbliższych i 
trzeba zwrócić na to uwagę. Dzisiaj staram się podchodzić do tego 
już bez emocji. Nauczyłem się,  że zawsze znajduje się jakieś 

wyjście, a to, że ktoś się wycofał, może nawet prowadzić do czegoś 
lepszego. Często dzięki takim trudnościom projekt jeszcze bardziej 

dojrzewa.  
Nie brałem więc pod uwagę procedury szukania kogokolwiek do 

wspólnej wyprawy na biegun południowy. Szukanie, przekonywanie to 

background image

często droga w przeciwnym kierunku, zamiast prowadzić nas do celu, 

oddala. Druga osoba musi sama chcieć osiągnąć cel. W ekstremalnych  
projektach trudno jest szukać partnerów na zasadzie przekonywania, 
że może zrobimy to czy tamto. Można robić coś wspólnie, jeśli ma 

się wspólną wizję. Kogoś, kto o tym w ogóle nie myśli, nie można 
przekonać, żeby teraz szedł na Mount Everest czy na biegun. Osoba 

ta musi wewnętrznie dojrzeć do tego, że chciałaby pójść. Jeśli 
jest dużo czasu, można kogoś takiego szukać, ale ja wiedziałem, że 

za parę miesięcy muszę wyruszyć. Straciłbym tylko czas na 
dyskusje, przekonywania i rozczarowania, zamiast inwestować czas w 

konkretną pracę.  
W projekcie powinno się zawsze określać hierarchię priorytetów.  
A, B, C i D, czyli te najważniejsze, mniej ważne, mało ważne i 

całkiem nieistotne. Co było niezbędne,  żebym dotarł wówczas na 
biegun południowy: drugi człowiek czy właściwe przygotowania i 

właściwy sprzęt? Bez wątpienia inwestycja czasu w przygotowania i 
właściwy sprzęt dawała o wiele większe prawdopodobieństwo sukcesu 

niż inwestowanie czasu w poszukiwanie drugiej osoby. Dlatego w 
ogóle nie pojawiła się w mojej głowie podobna myśl. Kiedy potem 
racjonalizowałem tę historię, mówiłem,  że skoro nie było w Polsce 

nikogo tak doświadczonego w wyprawach polarnych, a Wojtek iść nie 
chciał, musiałem iść sam. Ale to było wyjaśnienie post factum. W 

rzeczywistości w ogóle nie brałem pod uwagę, ani Wojtka, ani 
nikogo innego, a jeśli Wojtka, to na zasadzie, żeby nie zamykać 

przed nim szansy, chociaż podświadomie i tak czułem, że to będzie 
samotna wyprawa.  

Rzeczywistość pokazała, że od początku była to właściwa wizja.  
Gdybym próbował przekonać Wojtka, a po jego odmowie kolędował po 
wszystkich znajomych, oznaczałoby to tylko niesamowitą stratę 

czasu i mnóstwo rozczarowań. Noszę w sobie ideę, która wydaje mi 
się wspaniała, a inni podchodzą do niej pewnie sceptycznie. Coś 

takiego odbiera entuzjazm.  
Pomijam już czysto techniczną stronę zagadnienia. Jakby to było, 

gdybym biegnąc w maratonie, w połowie dystansu zaprosił do 
dalszego biegu kogoś z widzów? Do takiej propozycji można porównać  
szukanie partnerów do wyprawy na biegun południowy. Przeżyłem dwa 

miesiące na Oceanie Arktycznym, był to bardzo forsowny marsz, 
niesamowity trening dla organizmu, który łatwo nie zapomina 

podobnych doświadczeń. Przerwa między wyprawami wynosiła zaledwie 
cztery miesiące. Przez cały ten czas trenowałem stymulując 

organizm.  
W moim porównaniu - nawet gdyby osoba zaproszona z trybun była 

maratończykiem, wątpię, czy byłaby w stanie wskoczyć między 
biegaczy i biec z nimi w tym samym tempie.  
Dla mnie oparciem był wytrenowany organizm, ale także wiara w 

siebie, którą zdobyłem. Pozwalała ona mieć nadzieję,  że poradzę 
sobie z nieznanymi sytuacjami. Nie byłem nigdy na tak długiej 

samotnej wyprawie, z wyjątkiem paru dni na Spitsbergenie, więc nie 
wiedziałem, jak będę dawał sobie radę. Przy czym to, że przez dwa 

miesiące będę sam, nie było problemem. Bywałem już sam w swoim 
życiu i samotności się nie obawiałem. Przede wszystkim ufałem, że 

background image

doświadczenie, które zdobyłem na biegunie północnym, będzie mnie 

prowadzić. Był we mnie pewien strach, ale był to margines, o 
którym sądziłem,  że sobie poradzę. Najważniejsze było to, że plan 
zgadzał się ze mną, tworzył harmonię z najgłębszymi pragnieniami, 

nie był czymś obcym, narzuconym. Zaś najważniejszy był wewnętrzny 
drive, żeby iść dalej, impet, coś co pojawiło się we mnie w drodze 

na biegun północny. Pragnienie, żeby nie zatrzymywać się w 
wyznaczonym punkcie, tylko iść dalej. Tę energię chciałem gdzieś 

skierować. Biegun południowy był do tego idealnym miejscem. 
Najważniejsza była energia wewnętrzna, a reszta to tylko szczegóły 

techniczne. Czy pojadę volkswagenem, czy oplem, nie miało 
znaczenia. Najważniejsze było to, żeby ruszyć. Samemu czy z kimś, 
to tylko kalkulacje.  

Kiedy budujemy model określający całkiem nową sytuację, musimy 
opierać się na racjonalnych przesłankach, a nie powtarzać 

bezmyślnie to, co już zostało zrobione. Na ogół ludzie ze względów 
bezpieczeństwa starają się wyruszać na ekstremalne wyprawy w 

grupie. Ale każda sytuacja jest inna. Nie warto powtarzać gotowych 
wzorów, lepiej zastanowić się, co one nam dają. Czasami nie dają 
nic, bo drugi człowiek może zachorować. My również możemy poczuć 

się gorzej, ale gdy idziemy w dwójkę, taka możliwość się dubluje. 
Jeżeli partner zachoruje, musimy przerwać wyprawę. Jeśli choroba 

dopadnie mnie, oczywiście przerywam wyprawę, ale w duecie 
prawdopodobieństwo jest większe. Być może dzięki partnerowi szansa 

dojścia zwiększa się trzy razy, ale prawdopodobieństwo choroby 
powiększa się dwukrotnie. Trzeba wszystko przeanalizować i 

przekalkulować. W moim przypadku chłodna analiza bez uprzednich 
sądów i emocji wskazała mi właściwą drogę.  
To,  że Wojtek nie chciał  iść ze mną na biegun południowy, 

spowodowało nawet, że projekt stał się ciekawszy dla innych ludzi. 
Kiedy idzie się samotnie, budzi to większe emocje. Trudność stała 

się korzyścią.  
Często tak jest, że przezwyciężenie trudności zamienia się w 

wartość dodaną, czyli bonus. W ogóle dzięki trudnościom nasze 
życie nabiera wartości. Coś się wtedy z naszym życiem dzieje.  
 

Balast na głowie, balast w głowie  
 

Dobre rozpoznanie własnych możliwości powoduje, że pozornie 
niemożliwy do osiągnięcia cel okazuje się możliwy. Przekraczamy 

kolejną granicę.  
Nie może to być analiza, ani przypadkowa, ani emocjonalna. 

Pierwszym aktem odwagi jest nie tyle decyzja, żeby coś zrobić, 
choć to ważne, tylko ocenienie jako rzeczy możliwej do zrobienia. 
Pierwszy jest moment, kiedy się do czegoś przymierzam. Wielu ludzi 

rezygnuje już na tym etapie. Widzą coś, co budzi w nich silne 
negatywne emocje, obawy i twierdzą,  że to nie dla nich, że nie 

dadzą rady. Aktem odwagi jest nie tyle powiedzenie sobie: dam 
radę, ile - przyjrzę się temu. To pierwszy moment, pierwszy krok, 

który jest bardzo ważny. Wydaje się to trudne, może niemożliwe, 
może niebezpieczne, nawet śmiertelnie niebezpieczne, ale zobaczę 

background image

jak to wygląda, przyjrzę się temu. Wiele osób już w tym momencie 

resetuje w głowie cały problem.  
Zawsze jest pewna odległość, którą trzeba pokonać w drodze do 
celu.  

Mierzymy ją w dniach albo w kilometrach. Trzeba ją pokonać. Nie 
trzeba pokonywać jej całej od razu. Można powiedzieć: przejdę sto 

metrów, zobaczę, jak to wygląda. Może sto metrów, a może nawet 
dwieście. Mogę się wycofać, a jeżeli uznam, że dobrze mi idzie, to 

spróbuję  iść dalej. Najpierw potrzebna jest odwaga pomyślenia. 
Pierwsze sto metrów naszej drogi nie jest jeszcze właściwą drogą. 

Nie chodzi o to, by od razu podejmować decyzje, ubierać się i iść. 
Pierwsze sto metrów to proces polegający na tym, że w ogóle 
przyglądamy się idei, rozpatrujemy możliwość,  że można to zrobić. 

Nie musimy przecież natychmiast iść, nie musimy w ogóle tego 
zrobić. Ale zawsze możemy się temu przyjrzeć, wyobrazić sobie, jak 

to może wyglądać, jakie spotkają nas niebezpieczeństwa.  
Kiedyś reagowałem inaczej, na zasadzie będzie dobrze, damy radę, 

bez analizy. Zwykle kończy się to słomianym zapałem. Nie 
przyglądamy się czemuś i natychmiast deklarujemy: zrobię to. 
Przeciwstawna opcja to powiedzenie - nie zrobię tego, to nie dla 

mnie. Tak naprawdę to dwie strony tego samego medalu. Oba warianty 
zwykle kończą się porażką. Nie realizujemy jakiegoś planu, jedni 

dlatego  że w ogóle nie próbują, a drudzy dlatego że próbują, ale 
bez uprzedniej analizy i przygotowania. Pierwsze sto metrów 

rozgrywa się w naszej psychice i rozstrzyga o dojściu albo 
rezygnacji.  

Wyprawę można porównać do góry lodowej. Jedna siódma wystaje ponad 
powierzchnię, sześć siódmych ukrytych jest pod wodą. Ludziom 
wydaje się,  że ta jedna siódma, czyli realizacja, widoczna część 

jest najważniejsza. Ale kluczem do wyprawy jest sześć siódmych pod 
wodą, wszystko co rozgrywa się przed wyprawą. Sama wyprawa jest 

zaledwie wynikiem, skutkiem. Praca włożona w przygotowanie, praca 
u podstaw, również mentalna, analiza, najpierw bardzo ogólna, 

przyjrzenie się problemowi, zdefiniowanie punktów krytycznych, 
próba dopasowania siebie do sytuacji - to rozstrzyga o późniejszym 
powodzeniu. Wstępna analiza wskazuje nam, przed czym należy się 

zabezpieczyć, podpowiada, co trzeba opracować, co wyeliminować. 
Później przekłada się to na szczegóły, opracowuje dokładne 

scenariusze, przychodzi czas na pracę ze sprzętem.  
Ludziom wydaje się, że bardzo wiele zależy od sprzętu, ale to nie 

do końca prawda. Myślimy: gdybym miał dość pieniędzy, kupiłbym 
wysokiej jakości sprzęt i to zapewniłoby sukces. Sukces zależy od 

tego, z jaką wiedzą, z jakimi umiejętnościami będziemy używali 
tego sprzętu. Musi być odpowiednio dopasowany do naszej 
osobowości. Nie ma seryjnego sprzętu, który pozwala dojść na 

biegun. Trzeba wszystko dopasować i zoptymalizować. Namiot 
powinien ważyć parę kilogramów, ale musi też wytrzymać wiatr 

wiejący z prędkością 300 km na godzinę. Wiatr wiejący 150 km na 
godzinę przewraca drzewa i zrywa dachy. Na biegunie trzeba mieć 

namiot, który waży dwa i pół kilograma i wytrzyma najgorszy 
huragan.  

background image

Sprzęt jest tylko materializacją naszej wiedzy. Jest ważny, o ile 

przedłuża ideę. Można powiedzieć,  że sprzęt decyduje o wszystkim, 
ale tylko w takim znaczeniu, że to wiedza włożona w przygotowanie 
sprzętu i w posługiwanie się nim. Tego nie kupi się nawet za 

największe pieniądze. „Jeśli kupimy bardzo drogi sprzęt, dojdziemy 
na biegun". Nic bardziej mylnego.  

Wiedza i przede wszystkim wiedza decyduje o sukcesie, a materia, 
przedmioty są tylko jej dopełnieniem.  

Oczywiście, jeśli nieodpowiednio skonfigurujemy sprzęt, będzie nam 
się źle szło. Nawet niewłaściwie dobrany kolor ścian w biurze może 

mieć swoje znaczenie. Będziemy, nieświadomi powodów, czuli się 
źle.  
Wszystko ma swoje znaczenie. Czerwony kolor kombinezonów, których 

używa się w wyprawach polarnych, dlatego że na śniegu widać je z 
daleka.  

Namiot jest z zewnątrz ciemny, żeby absorbował ciepło, ale w 
środku jest jasny, żeby  światło, które wpada do środka, odbijało 

się od ścian. Drobne parametry można pozostawić przypadkowi, ale o 
wiele lepiej je zoptymalizować. Ludziom wydaje się to proste, 
namiot to namiot, rozstawia się go i to wszystko. Ale jest w nim 

mnóstwo elementów, które można udoskonalić: linki do suszenia 
bielizny, wentylacja, absorbowanie ciepła, odporność na wiatr i 

wiele innych zmiennych w namiocie, który waży zaledwie dwa i pół 
kilograma. Polarny namiot to skarbnica patentów, łącznie z 

fartuchami  śnieżnymi, wbijaniem nart, by wiatr go nie wyrwał, czy 
ustawianiem sanek, które można okopać śniegiem. Wiele przedmiotów, 

które zabierałem na wyprawę, było tak „skonfigurowanych", że można 
było wbijać je w śnieg i dzięki temu solidniej umocować namiot.  
Nie musiałem więc brać palików, które są dodatkowym obciążeniem.  

Czekan, narty, kijki, narta zapasowa, łopata do śniegu, wszystko 
służy temu, żeby przymocować namiot i zoptymalizować ciężar całego 

sprzętu.  
Różne mogą być stopnie optymalizacji. Na wyprawach waga sprzętu 

jest kluczowym elementem. To różnica, czy będę ciągnął sto 
kilogramów, czy dziewięćdziesiąt. Kto tego nie zrozumiał przed 
ruszeniem w drogę, zwykle nie dochodzi do celu. Zbędnym balastem 

może okazać się wiele drobnostek. Nieodpowiedni sprzęt, ale też 
nieodpowiednie zachowanie czy nawyki, błędne kroki w sytuacjach 

kryzysowych. Generalnie wszystko, co nie jest niezbędne.  
W moim biurze, w którym piszę, nagromadziły się dziesiątki 

przedmiotów, których nie miałem czasu uprzątnąć, bo przez ostatni 
rok nieustannie byłem w podróży. Po usunięciu połowy przedmiotów 

znacznie lepiej mi się pracuje. Gdy wprowadzę jeszcze większy 
porządek, będzie mi się dziesięć razy lepiej pracowało. O czymś 
takim mówi feng shui. Kiedyś się z tego śmiałem. Dziś traktuję 

feng shui poważniej, co wcale nie znaczy, że uważam tę wiedzę za 
cudowną receptę na życie, bo takich recept nie ma. W mądrościach 

narodów czy kultur są ziarna prawdy. Kiedy buduje się z nich 
system przekonań obejmujący całość  życia, jest to błędem. To co 

może wynikać z feng shui, przekonanie, że przedmioty, których nie 
używamy, mają hamującą energię, jest warte uwagi. Zbędne 

background image

przedmioty przeszkadzają nam w działaniu, myśleniu, blokują nas 

zarówno w pracy, jaki na wyprawach. Chodzi nie tylko oto, że 
musimy je ciągnąć ze sobą.  
Musimy także przekładać je z miejsca na miejsce, zastanawiać się, 

czy są nam potrzebne, czy nie. Prowadzi to do strat energii 
zużywanej na operowanie czymś, co tak naprawdę nie jest nam 

potrzebne. Pozostają one w polu naszej świadomości, zastanawiamy 
się, po co je zabraliśmy, czy kiedyś  będą nam przydatne i tak 

dalej. Już to powoduje stratę czasu, zaburzenie. Zbędne elementy 
absorbują naszą uwagę, którą lepiej skierować na coś naprawdę 

ważnego. Dla ekstremalnych projektów sprawy drobne z pozoru mają 
ogromne znaczenie. Podstawową sztuką w drodze jest eliminowanie 
tego, co zbędne. Dzięki eliminacji zostają nam najlepsze 

rozwiązania.  
Zajrzyjmy do naszych szaf czy szuflad — ile tam niepotrzebnych 

rzeczy! Chomikujemy je, nie potrafimy wyrzucić, bo czym więcej ich 
mamy, tym czujemy się bezpieczniej. A nuż się to kiedyś przyda...  

Przeważnie wynika to z błędnej analizy. Zabieramy coś na wyprawę, 
bo ktoś  używał podobnego wyposażenia, o którym czytaliśmy, więc 
wydaje nam się,  że będzie przydatne. Takie asekuracyjne myślenie, 

na wszelki wypadek, jest dużym obciążeniem.  
Widzę po sobie, że na start zabieram więcej rzeczy niż to 

potrzebne, a potem stopniowo je eliminuję. Najpierw mam cały pokój 
różnych przedmiotów, które chcę zabrać na wyprawę, a potem, na 

różnych etapach drogi, pozbywam się ich. Dzięki doświadczeniu uczę 
się oddzielać rzeczy niezbędne od balastu. Nie jest tak, że jeśli 

byliśmy na biegunie i coś się sprawdziło, możemy to mechanicznie 
zastosować po raz drugi.  
W drodze zmieniła się nasza wiedza, pewne rzeczy być może dałoby 

się poprawić. Nie ma rozwiązań na całe  życie. Pojawiają się nowe 
technologie, nowe rozwiązania czy nawet nowe sposoby myślenia.  

Na początku jest pokój pełen rzeczy. Zanim wyruszę na wyprawę, 
zawartość pokoju zmniejsza się o połowę. Ale wciąż zabieram do 

punktu startowego więcej przedmiotów niż to niezbędne. Na miejscu 
dokonuję ostatniej selekcji. Gdy człowiek zatrzymuje się, jest już 
na wylocie, zmienia się myślenie. Przed samym startem dokonuje się 

ostateczna eliminacja. Często  ładunek zmniejsza się jeszcze 
dwukrotnie.  

Można zapytać, dlaczego nie wiemy, co jest nam niezbędne, a bez 
czego możemy się obyć. Cóż, ciągle mamy wątpliwości, ciągle wydaje 

nam się, że może coś się przyda. Wynika to z niewiedzy. Nie wiemy, 
czy najlepsze okaże się coś skomplikowanego, czy prostego. Możemy 

wziąć tylko jedną z tych rzeczy, ale nie wiemy, co będzie 
przydatniejsze. Często brakuje nam też czasu, by w porę dokonać 
selekcji. Jest tyle czynności do wykonania, tyle trudnych decyzji 

do podjęcia. Człowiek ma skłonność do tego, by maksymalnie 
odwlekać moment decyzji. Ma to swoje dobre i złe strony. Jest 

dobre, jeśli służy podjęciu właściwej decyzji, złe, jeśli oznacza 
stratę czasu, prowadzi do odwlekania decyzji, której nie potrafimy 

podjąć. Na ogół lepiej podjąć decyzję szybciej niż ją przeciągać. 

background image

Jeśli nie wynika to z braku dostatecznej wiedzy, takie odwlekanie 

bierze się jedynie ze złych nawyków psychicznych.  
Otrzymuję zaproszenie na spotkanie na drugim kontynencie. Nie 
potrafię od razu odmówić, chociaż zdaję sobie sprawę, że i tak tam 

nie pojadę, bo brakuje mi czasu i mam inne plany. A odpowiadam: 
zobaczymy. Tracę potem czas na zastanawianie się, gospodarz dzwoni 

albo przysyła maile, a w końcu i tak podejmuję taką samą decyzję, 
jaką podjąłbym na początku. Ale ponieważ tego nie zrobiłem, 

kosztowało mnie to dużo czasu i energii. Lepiej skupić się od razu 
i podjąć decyzję niż odwlekać  ją, szczególnie gdy są to decyzje 

oparte na emocjach, kiedy coś nam się podoba albo nie podoba, gdy 
mielibyśmy ochotę być w dwóch miejscach na raz. Lepiej od razu 
powiedzieć sobie: mogę pojechać w jedno miejsce, a w drugie już 

nie. Próbujemy łapać zbyt wiele srok za ogon, za co płacimy 
straconym czasem.  

Przy ważnych decyzjach, gdy upływ czasu może spowodować przyrost 
wiedzy i podjęcie lepszej decyzji, namysł jest oczywiście 

pożądany.  
Lepiej podjąć decyzję późno niż wcale. Kiedy staje się przed 
sytuacją graniczną, można albo unikać decyzji i pozostać w 

dotychczasowej konfiguracji idąc z balastem dotychczasowego 
doświadczenia, albo wszystko zweryfikować. Na biegun północny z 

Wojtkiem Moskalem doszliśmy tylko dzięki temu, że na pewnym etapie 
drogi, gdy dojście wydawało się już niemożliwe, zostawiliśmy 

kurtki puchowe. To zadziwiające, jak w granicznych sytuacjach 
przedmioty zmieniają znaczenie.  

Kurtki wydawały się wcześniej niezbędne, bez nich nie 
przeżylibyśmy.  
Jednak po miesiącu spędzonym w warunkach polarnych tak się 

zahartowaliśmy,  że mogliśmy ten balast odrzucić, stwierdzić,  że 
kurtki nie są potrzebne. Były niezbędne na pierwszym etapie, bez 

nich nie przeżylibyśmy. Ale organizm się przystosowuje i z czasem 
pewnych elementów wyposażenia można się pozbyć.  

Ważne, żeby przez cały czas weryfikować sytuację. Do samego końca, 
dopóki nie osiągniemy celu, musi dokonywać się weryfikacja naszego 
doświadczenia, sprzętu, trybu postępowania. Coś, co początkowo 

wydawało się niemożliwe, w połowie drogi stanie się możliwe i 
odwrotnie, coś, co wydawało się oczywiste i łatwe na początku, 

może okazać się zagrożeniem.  
Nie ma jednego niezmiennego patentu, jednego rozwiązania 

sprawdzającego się w każdej sytuacji. W drodze na biegun z Jaśkiem 
Melą nie powtórzyliśmy tego samego manewru. Nie można mechanicznie 

powtarzać doświadczeń z jednego schematu wyprawy, tylko dlatego że 
odbyła się ona w tym samym terenie, skoro w tej samej przestrzeni 
robimy coś odmiennego. Wyprawa dwójki dorosłych mężczyzn to co 

innego niż wyprawa z niepełnosprawnym chłopcem. To sprawa 
elastyczności myślenia,  żeby nie kopiować gotowych rozwiązań, 

wnikać w szczegóły, zastanawiać się. Każda sytuacja jest trochę 
inna, każda ma własną dynamikę. Jeśli tę samą czynność wykonujemy 

z kimś innym, robimy to na nowo. Kto nie wyczuwa zagrożeń 

background image

wynikających ze struktury sytuacji i mechanicznie powtarza znany 

patent, często skazuje się na klęskę.  
Zajrzyj do szafy albo szuflady. Czy wszystko, co tam trzymasz, 
jest niezbędne? Zajrzyj do swojej głowy i zastanów się nad tym 

samym...  
 

W harmonii  
 

Gdybym nie zdecydował się na wyprawę na biegun południowy w kilka 
miesięcy po zdobyciu bieguna północnego, czy jeszcze kiedyś 

wybrałbym się na Antarktydę? Niekoniecznie. Czasem wyzwala się w 
naszym  życiu wielki ładunek energii, drive, który może nas 
zaprowadzić daleko.  

Jeśli jednak za nim nie pójdziemy, energia może się rozproszyć. 
Gdybym nie poszedł wtedy dalej, może pozostałbym w dziedzinie 

wypraw polarnych niespełniony. Poczucie spełnienia osiągnąłem 
dopiero na drugim biegunie, wydawało mi się wtedy, że więcej 

osiągnąć już nie można. Wojtek Moskal był prawdopodobnie spełniony 
na biegunie północnym. Coś, o czym być może marzył przez większość 
życia, stało się rzeczywistością. Biegun północny był biegunem 

Wojtka, ale dla mnie to był wspólny biegun, a nie coś absolutnie 
mojego. Tak naprawdę to Wojtek szedł na biegun, a ja szedłem tam z 

Wojtkiem, myślę,  że taka była dynamika zdarzenia. Dlatego był mi 
potrzebny jeszcze biegun południowy, który miał być już moim 

biegunem, biegunem Marka, z którego nie musiałem się przed nikim 
tłumaczyć. Pewnie brakowało mi mojego bieguna i dlatego chciałem 

go zdobyć. Może to była tęsknota za swoim miejscem na ziemi, 
całkowicie własnym. Własnym nie znaczy „moim”. Własnym, dlatego że 
jest naszym miejscem spełnienia.  

Biegun północny był  życiowym biegunem Wojtka, tak jak dla mnie 
takim miejscem stał się biegun południowy. A kiedy już zdobyłem 

własny biegun, sytuacja powtórzyła się - ja także nie musiałem iść 
dalej.  

Otrzymałem wówczas propozycję udziału w wyprawie na Mount Everest 
Roba Halla, byłby to trzeci biegun w ciągu jednego roku, bo w maju  
byłem na biegunie północnym, w grudniu na południowym; w maju 

mogłem ruszyć na Mount Everest. Znamienne, że wielu uczestników 
tej wyprawy zginęło. Jon Krakauer napisał o tym książkę „Into Thin 

Air" wydaną po polsku pod tytułem „Wszystko za Everest" Było to w 
1996 roku, w jednym z najtragiczniejszych sezonów w historii 

najwyższej góry świata. O mały włos nie znalazłem się na tej 
wyprawie...  

Nie dołączyłem do niej, bo w tamtym momencie czułem się spełniony. 
Chciałbym wejść jeszcze kiedyś na Mount Everest, ale wtedy 
powiedziałem sobie: na razie wystarczy. Nie potrzebowałem zdobywać  

najwyższej góry świata. Może kiedy osiągnęliśmy coś, co nas 
spełniło, lepiej przystanąć niż  iść od razu dalej. Inaczej można 

łatwo spaść.  
Przeżyłem coś podobnego, ale mniej dramatycznego, w czasie wyprawy 

przez Pustynię Gibsona. Zabrałem sprzęt do nurkowania, kombinezon, 

background image

butlę, bo pomyślałem, że po przejściu pustyni będę mógł po drugiej 

stronie Australii ponurkować na Wielkiej Rafie Koralowej.  
Po wyprawie czułem się tak spełniony,  że myśl o nurkowaniu stała 
się abstrakcją. Nie było to nawet zmęczenie. Wrażeń było we mnie 

tyle,  że byłoby nonsensem szukanie następnych, przeżywanie 
kolejnej wielkiej przygody.  

Ważne jest, by nie rozpędzać się zbyt daleko, ale również ważne 
jest, by nie zatrzymać się przed czasem. Gdybym nie poszedł na 

biegun południowy, być może nie otrzymałbym od losu drugiej 
szansy.  

Gdybym nie uwierzył w siebie, trudno byłoby później dokonać czegoś  
podobnego. Gdy dochodzimy do punktu, z którego możemy spaść, jest 
on także punktem, z którego widzimy więcej. Nie wolno tego 

przegapić.  
Gdybym wtedy nie zaufał intuicji, może nigdy nie doszedłbym na 

swój biegun, zajmowałbym się biznesem, czułbym się niespełniony i 
żałowałbym, że straciłem okazję, mogłem pójść, a teraz jest już za 

późno.  
W 1990 roku byłem na Spitsbergenie, w 1993 przeszliśmy z Wojtkiem 
Moskalem Grenlandię, w 1995 zdobyliśmy biegun północny, Wojtek 

myślał o biegunie południowym, ale może za rok czy dwa.  
A tak wszystko potoczyło się znacznie szybciej. Wszedłem we własny 

rytm.  
W tym rytmie nie mieścił się Mount Everest bezpośrednio po 

zdobyciu bieguna. Niespełna rok później podjąłem kolejne 
ekstremalne wyzwanie, próbę przejścia Antarktydy. Nie udało mi 

się, zatrzymałem się na biegunie i wracałem z tej wyprawy z 
uczuciem niespełnienia.  
Ale gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, ważniejsze jest 

dla mnie to, że jednak spróbowałem. Nie przeszedłem całej trasy, 
ale podjąłem próbę. Gdybym nie podjął wyzwania, poczucie 

niespełnienia byłoby o wiele większe, szczególnie dziś. Nieraz 
wydaje nam się,  że ponieśliśmy porażkę, szkoda było próbować, ale 

dużo ważniejsza od porażki jest próba. Bardziej liczy się to, że 
spróbowaliśmy niż to, że nie doszliśmy.  
Każda porażka czegoś nas uczy. Bardzo dużo nauczyłem się w czasie 

wyprawy „Solo Transantarctica”. Jeżeli 

żyję do dzisiaj, 

zawdzięczam to lekcjom, które dała mi wówczas Antarktyda. Nauczyła 

mnie pokory, większego dystansu, potrzeby jeszcze staranniejszego 
przygotowania.  

A przede wszystkim pokazała mi, że wyprawy to nie wszystko, że 
jest inne życie, są inne scenariusze i możliwości. Ale te nauki 

wyniknęły z podjęcia próby. Gdybym nie zaryzykował samotnej drogi 
na biegun południowy, być może nigdy nie stałbym się samodzielnym 
polarnikiem, Markiem Kamińskim. Byłbym elementem wyprawy Wojtka 

Moskala na biegun północny. Nie jest to oczywiście niczym złym, 
ale czymś o wiele cudowniejszym jest narodzić się dla samego 

siebie. Może nie każdemu jest to potrzebne, żeby się samemu 
narodzić, ale jeżeli mamy taką potrzebę, to trzeba próbować, 

szukać.  

background image

Nie znaczy to, że wszystko trzeba robić samemu i samemu dochodzić 

do swoich biegunów. Kiedy źle funkcjonujemy w pojedynkę, 
powinniśmy kogoś znaleźć. Ważne, aby wszystko robić w zgodzie ze 
sobą. Na tym polegają nasze narodziny. Jeśli ktoś lepiej 

funkcjonuje w tandemie, powinien się tego trzymać. Widać to w 
historii Salvadora Dali i Gali. Kiedy druga połówka odchodzi, coś 

się zamyka. Mimo że Dali był wielkim indywidualistą, 
ekscentrykiem, wielką osobowością, w życiu był jakby zrośnięty z 

Galą. Kiedy drugiej połowy zabrakło, to w jakimś sensie się 
skończył.  

Zatrzymać się w odpowiednim miejscu, na swoim biegunie...  
Życiowe spełnienie, dążenie do jego osiągnięcia nie polega na 
mnożeniu i konsumowaniu wrażeń. Nie dają nam poczucia spełnienia 

starania, by jak najwięcej doznać i jak najwięcej rzeczy zdobyć. 
Spełnienie często polega na ograniczeniu. Rzeczy nas wciągają, tak 

naprawdę zabijają. Musimy mieć styczność z nimi po to, żeby 
wypróbować dawane nam możliwości, ale nie możemy się do nich 

przywiązywać albo pozwalać,  żeby istniały zamiast nas. Moje 
wyprawy na bieguny polegały, wbrew pozorom, na wielkim 
ograniczeniu. Kiedy skończyłem studia i założyłem firmę, mogłem 

podróżować po świecie, zaliczać kolejne atrakcyjne miejsca, mogłem 
stać się turystą powtarzającym historie innych ludzi, czyli 

czytającym przewodniki po to by odkryć, gdzie trzeba być i co 
zobaczyć. Muszę zobaczyć Taj Mahal i koniecznie piramidę Cheopsa. 

Piramidy Cheopsa nigdy z bliska nie widziałem, Taj Mahal zresztą 
też nie, byłem jedynie w Bombaju w hotelu o tej nazwie. Po 

wyprawie do Meksyku, gdy byłem pełen wrażeń i świata, doszedłem do 
pozornie paradoksalnego wniosku, że trzeba to ograniczyć,  że 
przyrost nic nie daje. Z wrażeniami jest jak z rzeczami. Człowiek 

gromadzi je, ale gromadzenie przestaje wnosić coś nowego, a 
człowiek zmienia się w niewolnika przedmiotów.  

W swojej pracowni mam setki książek. Jest ich za dużo, bo z powodu 
ich nagromadzenia nie mogę zająć się tymi najciekawszymi. Gdy 

oczyszczę przestrzeń, ułatwię do nich dostęp. Gdy oczyszczę 
wrażenia, będę miał dostęp do tych najistotniejszych. Nie tych, 
które będę mógł konsumować, ale takich, z którymi będę w harmonii.  

Sedno polega nie na wielości, ale na harmonii. Mogłoby się 
wydawać, że w swoim życiu kolekcjonuję wrażenia. Najpierw bieguny, 

potem pustynia, podróże w nowe miejsca. Ale nie chodzi o 
kolekcjonowanie, ale o to żeby nie kopiować samego siebie. Takie 

powielanie zabija w nas coś istotnego. Model życia polegający na 
powtarzaniu tego, czego się nauczyliśmy, przytłacza mnie. Nie 

chodzi więc o to, żeby kolekcjonować wrażenia, ale o to by nie 
przestać szukać.  
Ktoś mnie niedawno zapytał: co nowego u pana, panie Marku, jakieś 

nowe plany, na biegun by pan jeszcze raz nie poszedł? 
Odpowiedziałem,  że smutne byłoby  życie, które polegałoby na 

nieustannym powracaniu na bieguny. Każda moja wyprawa, także z 
tych polarnych, była inna.  

Powtarzanie jednego doświadczenia byłoby dla mnie bardzo 
depresyjne.  

background image

Harmonia czasem polega na tym, żeby stanąć, zatrzymać się, a 

czasem na tym, żeby szukać. Harmonię tworzy nasza relacja z 
otoczeniem, miejscem, okolicznościami życia. Gdy brakuje harmonii, 
jedni są nieszczęśliwi z powodu biedy, a inni z powodu bogactwa. 

Tymczasem, ani brak rzeczy, ani ich nadmiar nie jest sednem, 
podobnie brak wrażeń lub ich przesyt.  

Momentem w moim życiu, kiedy odkrywałem, co to znaczy znaleźć się 
w głębokiej harmonii z otoczeniem, był czas, gdy docierałem już na 

biegun południowy. Wcale nie dzień, w którym na biegunie stanąłem, 
bo nie był on ani tak harmonijny, ani tak cudowny. Dużo bardziej 

harmonijna od momentu osiągnięcia celu była sama droga. 
Najbardziej harmonijne były ostatnie dni, gdy zdałem sobie sprawę, 
że prawdopodobnie do bieguna dojdę. To było wyzwolenie. 

Potwierdzenie znalazła cała wcześniejsza droga, spadł ze mnie 
ciężar odpowiedzialności. 

Nastąpiła pełna akceptacja siebie i świata. Zaakceptowałem 
wszystkie dobre i złe rzeczy, które zdarzyły się wcześniej. 

Wszystko było dobre, nie było już rzeczy złych. Ani w przeszłości, 
ani w przyszłości, ani teraz.  
W  życiu przeważnie czegoś nam brakuje, coś jest nie tak, mamy 

pretensje do przeszłości, obawiamy się o przyszłość, nosimy w 
sobie ukryty żal do siebie i innych ludzi. Po drodze na biegun 

południowy wszystko to rozmyło się. Stan głębokiej satysfakcji, 
spełnienia, można osiągnąć nie wtedy, gdy pławimy się w nadmiarze 

wrażeń, tylko gdy przezwyciężamy trudności. Nie polega to na 
zdobyciu szczytu. Wynika z czegoś  głębszego niż osiągnięcie celu. 

Jest owocem wiary, wytrwałości, woli w dążeniu do celu. W 
przezwyciężaniu słabości splata się jakby cały człowiek. W drodze 
podążania za wolą, intuicją w jedną całość splata się wiele nitek.  

  
Skok w nartach do basenu  

 
To, czy dochodzimy do celu, zależy od naszej motywacji. Moje 

doświadczenie podpowiada mi, że motywacja może wzrastać po drodze, 
zwłaszcza gdy realne staje się osiągnięcie celu. Niezbędny jest 
poziom motywacji w punkcie startu. Na początku motywacja jest na 

ogół bardzo duża, tuż po starcie, gdy zderzamy się z rzeczywistymi 
trudnościami, gwałtownie maleje, a potem stopniowo rośnie. 

Wykresem naszej motywacji w trakcie realizowania projektów byłaby 
sinusoida, która najpierw gwałtownie rośnie, następnie gwałtownie 

opada, a potem stopniowo rośnie, dochodząc do przełomowego punktu, 
w którym przystosowujemy się do trudnych warunków. W moich 

wyprawach trwało to około dwóch tygodni. Po tym czasie następuje 
przełom i motywacja w naszej drodze rośnie. Dlatego tak ważna dla 
dynamiki wyprawy jest faza przygotowań. Jeśli dobrze ją 

zaplanujemy, przełomowy punkt osiągamy szybciej.  
Przygotowując się do wypraw, czerpałem z różnych doświadczeń, 

wzorów innych projektów, nie tylko polarnych. Przestudiowałem 
dokładnie życiorysy i regaty, w których uczestniczyli Eric Tabarly 

(zginął w 1998 roku) i Alain Colas (zginął w 1978 roku), światowej 
klasy francuscy żeglarze. Analizowałem, jak się przygotowywali, 

background image

jak myśleli o wyprawach i jak zmieniło się ich podejście do 

problemów. Schemat myślenia jest bardzo ważny. Poznając modele 
przygotowań do różnych projektów, możemy odkryć punkty, które będą 
nas inspirować. Alain Colas wygrał wyścig samotników przez 

Atlantyk. Dzięki czemu? Bardzo ważne okazało się  używanie jachtu 
jeszcze przed regatami. Colas miał nowoczesny jacht Pen Duick, 

który musiał przeprowadzić przez prawie pół  świata z Nowej 
Kaledonii na Pacyfiku aż do punktu startu w Plymouth w Anglii.  

W czasie tego rejsu tak zżył się z jachtem, że stali się 
jednością. Dało mi to do myślenia. Zrozumiałem, że próbne wyprawy 

są bardzo ważne.  
We wszystkich podejmowanych przez nas przedsięwzięciach bardzo 
czasochłonne jest zżycie się ze sprzętem i wejście w odpowiedni 

rytm. Gdy rozpoczynamy wyprawę, wszystko jest dla nas nowe. W im 
mniejszym stopniu wyposażenie jest dla nas nowością, tym bardziej 

jesteśmy zżyci ze sprzętem, jesteśmy szybsi i łatwiej nam 
pokonywać trudności. Kiedy Alain Colas przepłynął jachtem przez 

Pacyfik, to na Atlantyku w punkcie startu był już od jakiegoś 
czasu w drodze i wyścig był tylko kolejnym etapem. Jego konkurenci 
dopiero na starcie poznawali własne jachty. Często dzieje się tak, 

że sprzęt zostaje skompletowany na ostatnią chwilę, można go 
poznawać dopiero przed uruchomieniem projektu. Przekładając to na 

sytuacje biznesowe czy inne: jeśli najpierw przetestujemy próbny 
projekt, wówczas realizując projekt rzeczywisty zmniejszamy ryzyko 

błędu, czy nawet załamania przedsięwzięcia, dzięki temu, że mamy 
już za sobą fazę rozpoznawania problemów, przynajmniej niektórych. 

Nie musimy uczyć się na błędach.  
Mamy już przyswojoną wiedzę, teorię, która pasuje do 
rzeczywistości.  

Eliminujemy przez to słabe punkty, oczywiście nie wszystkie, bo 
rzeczywistość zawsze będzie nas zaskakiwać.  

Gdy brakuje fazy testowej, powinniśmy liczyć się z tym, że liczba 
problemów może nas zaskoczyć. Z tego powodu nie będziemy w stanie 

podejmować na czas decyzji i realizować planu. Może to doprowadzić  
do efektu domina. Porażki, a także wielkie tragedie, zwykle 
zaczynają się od błahych problemów. Gdy pojawia się coś z pozoru 

błahego, czego nie potrafimy w porę rozwiązać, przykuwa to naszą 
uwagę powodując,  że zapominamy o czymś istotnym. Nasza uwaga jest 

skierowana na mniejsze rzeczy, przez co tracimy kontrolę nad 
poważniejszymi problemami.  

W ramach treningów przed wyprawami wskakiwałem w kompletnym 
ubraniu i z przypiętymi nartami do basenu. Testowałem w ten sposób 

własne zachowanie w najbardziej niebezpiecznych momentach. 
Przekonywałem się, jak to jest, czy narty ciągną w dół, topię się, 
czy jednak pływam. Moja wiedza stawała się o wiele pełniejsza. Gdy  

idziemy po lodzie i nagle wpadamy do wody z przypiętymi nartami, w 
pierwszym odruchu możemy pomyśleć, że to katastrofa, koniec.  

Strach może nas sparaliżować. Tymczasem jeśli już to przeszliśmy, 
wiemy, że nie musimy się tak bać.  

W fazie przygotowań możemy nie tylko przetestować sprzęt, ale 
także własną motywację. Dobrym sprawdzianem będzie dla nas 

background image

spotykanie się z zarzutami, że to, co chcemy zrobić, wynika z 

naszego egoizmu, ukierunkowania na siebie, dążenia tylko do 
własnych korzyści czy cudzego uznania. Kiedy realizujemy autorski 
plan, musimy liczyć się z tym, że nie zadowolimy wszystkich. Może 

nawet będziemy musieli działać wbrew komuś. Zastanówmy się nad 
definicją egoizmu. Egoizmem nie jest przecież podążanie za własną 

intuicją i realizacja własnych planów nawet wbrew zdaniu innych. 
Egoizm to robienie czegoś tylko i wyłącznie dla własnego dobra, 

często kosztem innych. W życiu często tak bywa, że trzeba 
realizować własne plany, często zaprzeczając innym wizjom.  

Ale realizowanie własnych, głębokich celów nie jest egoizmem. Ktoś 
powie - egoistycznie wybrałem się na biegun południowy sam, bez 
Wojtka Moskala. Można to odwrócić - może to Wojtek byłby egoistą, 

gdyby powiedział: masz na mnie poczekać, teraz jestem zmęczony, 
ale gdy odpocznę, to pójdziemy razem na biegun południowy, może za 

rok.  
Trudno przy takich projektach mówić o egoizmie, aczkolwiek ludziom 

realizowanie ich może kojarzyć się z nastawieniem na siebie.  
Zwykle nie ufamy tym, którzy się wyróżniają. Kto się wyróżnia, 
jest podejrzany niezależnie od tego, czy wyróżnia się w biznesie 

tworząc firmę, czy działając na rzecz innych. W drugim przypadku 
też jest egoistą...  

Kategorią zakazaną jest również  sława. Gdyby ktoś przyznał,  że 
zrobił coś dla sławy, byłby przekreślony i nie warto byłoby nawet 

przyglądać się temu, czego dokonał. Kiedy dorastałem, wpajano mi, 
że sława jest czymś złym i nie powinno się niczego dla niej robić. 

Ale z książek, które wtedy czytałem, wynikało jasno, że sława była 
częstym motywem działania wielu wybitnych postaci. Przy okazji 
wyprawy z Jaśkiem Melą spotkałem się z zarzutem, że zorganizowałem 

tę wyprawę dla sławy. Wyprawa rzeczywiście rozsławiła Jaśka, jakaś 
sława wynikła z tego i dla mnie, trudno temu zaprzeczyć. To co ma 

się w głowie, nasze wewnętrzne motywacje są czymś trudnym do 
weryfikacji. Można by zarzucić mi nie tylko to, że zorganizowałem 

wyprawę po to, by być jeszcze bardziej sławnym, ale i to, że 
chciałem czegoś  złego dla Jaśka, ale mi się nie udało. I jak 
miałbym się przed podobnym zarzutem obronić?  

Jeśli ktoś chciałby zrobić coś dobrego, po to żeby być sławnym, to 
cóż w tym złego? Najważniejsze są owoce tego, co robimy. Gdyby 

intencje były nie do końca czyste w oczach innych ludzi, czy 
przekreślałyby dobre efekty? I czy intencja bycia sławnym jest złą 

intencją?  
Doszedłem do wniosku, że nie. Jeżeli w imię tego, żeby być 

sławnym, robimy jakieś  świństwa, nie wynika to z chęci bycia 
sławnym, ale z tego, jakimi ludźmi jesteśmy.  
Najlepiej gdy sława przychodzi z zewnątrz. Gdy spotykamy się z 

uznaniem w Nowym Jorku czy Londynie, wtedy sława jest czymś 
właściwym. Ale jeśli wśród ludzi, którzy męczą się i trudzą w 

codziennym  życiu, ktoś zacznie się wyróżniać, od razu usłyszy: 
chcesz się pokazać, być kimś lepszym, kimś  sławnym. Czy to nie 

jest chore?  

background image

Sława niejedno ma imię. Czasem ludzie popełniają wiele głupstw, 

byle tylko było o nich głośno. Na tym polega bycie celebrytą. 
Sława nie jest taka zła, jak może się wydawać, ale jeśli ktoś 
zaczyna się wyróżniać, inni chcą go ściągnąć do własnego poziomu. 

Częścią naszej drogi, i to na samym początku, jest pokonywanie 
takiego oporu otoczenia. Nie trzeba bać się opinii, że to, czym 

chcemy się zająć, jest złe, bo wynika z potrzeby ludzkiego 
uznania.  

Ja miałem na początku o tyle łatwiej, bo nie było dużej 
konkurencji.  

Trudno było o głosy zawiści albo nieprzychylne oceny, bo niewielu 
ludzi miało coś do powiedzenia o wyprawach polarnych. Jeśli 
znajdujemy się w środowisku, w którym inni ludzie podejmują się 

podobnych zadań, o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że 
spotkamy się z krytyką, czasem bardzo ostrą. W takich sytuacjach 

musimy liczyć się z dużym oporem społeczeństwa. Musimy nabyć 
odporności, by się temu nie poddać.  

 
Z walkmanem przez lodową pustynię  
 

Rytm, w jakim odbywała się moja wędrówka przed dojściem na biegun 
południowy, pozwolił poznać stan głębokiej harmonii. Ktoś może 

powiedzieć:  łatwo ci mówić,  żyłeś w rzeczywistości, w której nie 
było niczego innego do roboty poza najprostszymi czynnościami, tym 

że się idzie, odżywia i śpi. W normalnym świecie, w którym musimy 
zajmować się mnóstwem spraw, nie jest to takie proste. Tak, ale 

idąc na biegun również mogłem słuchać walkmana. Na Antarktydzie 
miałem, można by rzec, sterylne warunki, ale i w normalnym świecie 
możemy próbować ograniczać hałas i informacyjny szum, w jakim 

żyjemy. Dobór informacji to tylko kwestia wewnętrznej dyscypliny. 
Ja pozbyłem się z domu telewizora. I problem oglądania go, czy to 

jest mi potrzebne, czy nie, sam się rozwiązał. Nie ma tematu. Póki 
miałem telewizor, machinalnie włączałem go i potem przez godzinę 

czy dwie oglądałem różne programy, bo zawsze znalazło się coś 
interesującego.  
Przyłapuję się teraz na tym, że gdy robię zakupy w jakimś centrum 

handlowym i mijam sklep ze sprzętem RTV, w którym migają 
dziesiątki ekranów, przystaję i zaczynam oglądać film. Tak jakby 

organizm zapamiętał,  że kiedyś aplikowałem mu codziennie sporą 
dawkę obrazków, i natychmiast zaczyna się tego domagać. W domu, 

odkąd pozbyłem się telewizora, problem nie istnieje.  
Gorzej, jeśli nie odcinamy się od źródeł informacji, wtedy musimy 

oprzeć się na wewnętrznej dyscyplinie. Oczywiście, we współczesnym 
skomplikowanym  świecie jest nam potrzebny stały dopływ nowych 
danych. Potrzebujemy ich, to prawda, ale potrzebujemy informacji 

selektywnie dobranych. W ogólnodostępnych mediach przydatnej 
wiedzy jest, wbrew pozorom, wcale nie tak wiele. Zwykle są nam 

potrzebne precyzyjne informacje na konkretny temat, lepiej 
zdobywać je ze specjalistycznych źródeł. Moim zdaniem większość 

informacji przekazywanych przez media jest bezużyteczna.  

background image

Przez trzy miesiące mojej wyprawy na biegun południowy byłem 

odcięty od wszystkiego: telewizji, Internetu, gazet. Po powrocie 
uderzyło mnie, że dosłownie po pięciu minutach byłem już z 
najważniejszymi informacjami na bieżąco. Zdarzyło się w tym czasie 

kilka ważkich spraw, parę faktów, o których informacje stale się 
powtarzały, dzięki czemu szybko mogłem zorientować się w ich 

wadze. A reszta faktów jakby nie istniała. Nie musiałem odtwarzać 
ich sobie, zbierać na ich temat informacji by wiedzieć, co się 

działo. Ten schemat powtarzał się w czasie każdej mojej wyprawy. 
Dlatego uważam, że 99 procent informacji, którymi zaprzątamy sobie 

codziennie głowę, nie ma większego znaczenia. Kiedy przeglądam 
Internet czy śledzę program telewizyjny, po krótszym czy dłuższym 
czasie dociera do mnie, że to marnowanie czasu. Informacje w 

mediach są wytwarzane w takiej masie po to tylko, żeby przyciągnąć 
moją uwagę, a gdy już coś mnie wciągnie, można puścić mi reklamę. 

To narasta. Moderatorzy stron internetowych starają się dzięki 
mylącym zapowiedziom informacji podkręcać ich wartość.  

Klikamy na link, a wtedy okazuje się,  że tam głębiej nic nie ma, 
że to wydmuszka albo jakieś bzdury. Logika komunikowania się w 
mediach, przekazywania informacji, podporządkowana jest obecnie 

jednemu celowi - zarabianiu pieniędzy.  
Dlatego przestałem szukać w mediach ważnych informacji. Wyszukuję 

tylko takie, które mogą być narzędziem przydatnym w podejmowaniu 
decyzji, w działaniu, na przykład w biznesie. I coraz częściej 

szukam ich raczej w książkach, a jeśli w Internecie, to w 
specjalistycznych portalach. Oczywiście, trzeba spojrzeć na to, co 

dzieje się w mediach, przeczytać gazetę czy zajrzeć do Internetu, 
ale  śledzenie na bieżąco przepływających przez nie wiadomości to 
strata czasu. Może się to na początku wydawać trudne, bo 

przyzwyczailiśmy się do takiej stymulacji, nowych bodźców, ale 
przekonałem się, że można bez tego żyć.  

Nadal przeglądam gazety czy wchodzę do Internetu, ale staram się 
to ograniczać. Kilkanaście lat temu wiedzę o świecie w dużym 

stopniu czerpałem z prasy. Teraz czerpię  ją  głównie z książek, 
autorefleksji, rozmów z ludźmi.  
Tylko niewielka część przyswajanych informacji jest nam niezbędna 

do  życia. Wiele z nich służy temu, by podtrzymywać nasz umysł w 
stanie ciągłej gotowości po to, żeby w następnym dniu czerpać nową 

wiedzę, potem w następnym i następnym, i tak dalej. Tymczasem, aby 
dobrze działać, trzeba oddzielać wiedzę potrzebną od 

niepotrzebnej.  
Jesteśmy przekonani, że czym więcej wiemy, tym lepiej będziemy 

poruszać się w skomplikowanym świecie. To prawda, ale pozostaje 
pytanie, skąd tę przydatną wiedzę czerpać,  żeby było to 
najbardziej efektywne.  

Wiedzę, a nie same informacje.  
Wiedza jest czymś, co pozwala rozumieć fragment świata. Pomaga w 

zarządzaniu nim, ale przede wszystkim w rozumieniu. Informacje 
medialne na ogół nie mają wpływu na tak rozumianą wiedzę, dlatego 

wcale nie pomagają nam w tym, by się sprawniej w świecie poruszać. 

background image

Są tylko informacyjnym szumem. Opisują jakieś fakty, ale ich 

poznawanie nie powoduje, że lepiej rozumiemy świat.  
Mogę zdobyć wiele informacji na temat mojego pokoju. Sprawdzić z 
jakiego materiału zostały wykonane meble czy inne elementy 

wyposażenia, a nawet zbadać skład chemiczny tych materiałów. Tylko 
czy będę z tego korzystał? Pozornie mój zasób informacji bardzo by 

się poszerzył, ale nie spowodowałoby to przyrostu wiedzy 
rozumianej jako umiejętność poruszania się w świecie. O wiele 

lepiej poruszałbym się po swoim pokoju, gdybym ten czas 
przeznaczył na zdobywanie innego rodzaju wiadomości, na przykład z 

ergonomii.  
Trzeba zatem szukać nie informacji, ale wiedzy. To jest właśnie 
cała sztuka, jak oddzielić ziarno od plew. Przede wszystkim trzeba 

mieć samoświadomość, wiedzieć, czego się potrzebuje, a co 
niepotrzebnie zapełnia nam głowę.  

W drodze na biegun południowy miałem ze sobą walkmana. Włączyłem 
go sobie parę razy i było to wspaniałe doznanie, kiedy na środku 

lodowej pustyni mogłem posłuchać Ennio Morricone albo naszej Kory. 
Zabrałem ze sobą dwie czy trzy kasety. Ale gdybym słuchał ich 
codziennie, coś bym stracił. To że słuchałem ich wybiórczo, 

wynikało z tego, że nie zadbałem o odpowiedni zapas baterii; kto 
wie, gdybym zabrał ich więcej, może słuchałbym muzyki na 

okrągło... Tylko że mógłbym to robić nie ruszając się z domu, w o 
wiele wygodniejszych warunkach. Gdybym słuchał muzyki na 

Antarktydzie, odciąłbym się od tamtej rzeczywistości. Na pewno nie 
pojawiłyby się w głowie wszystkie te myśli, którymi teraz się 

dzielę. Straciłbym całą warstwę refleksji, która wtedy we mnie 
powstała. Nie obcowałbym z tamtą rzeczywistością, bo obcowałbym z 
rzeczywistością muzyki.  

Zamykając się w świecie Internetu czy telewizji, odcinamy się od 
rzeczywistości, od tego, co dzieje się wokół nas i w nas samych. 

Żyjemy tamtym stworzonym, wymyślonym  światem. Nie ma w tym nic 
złego, to także jakaś wartość pod warunkiem, że nie zagłuszamy w 

ten sposób siebie. Dziś wiele osób żyje ze słuchawkami na uszach 
nie wiedząc, co tracą. Możemy stać się cudzym klonem. Nie żyjemy 
rzeczywistością  własną, tylko tą wytworzoną przez innych ludzi. 

Powtarzam, samo w sobie nie jest to niczym złym, ale ważne są 
proporcje. Na przykładzie Antarktydy widać to z kliniczną 

czystością. Co mógłbym opowiedzieć o swojej drodze na biegun, 
gdybym szedł z nieustannie włączonym walkmanem?  

Słuchałem Ennio Morricone, bardzo przeżywałem jego muzykę i było 
to wspaniałe. Ale czy coś jeszcze? W czasie przerw miałbym jakieś 

przemyślenia, ale wątpię, czy byłoby to związane z 
rzeczywistością, w której się znajdowałem, i ze mną samym. Myślę 
też,  że ciągłe słuchanie muzyki miałoby negatywny wpływ na 

efektywność marszu. Motywacja pewnie byłaby słabsza, byłbym 
rozproszony, mniej skupiony. Trzeba by zrobić eksperyment i 

przejść całą trasę ze słuchawkami, ale wydaje mi się, że wtedy nie 
doszedłbym na biegun. Wydaje mi się, że gdybym całą trasę szedł ze 

słuchawkami, odcięty od rzeczywistości, nie doszedłbym na biegun.  
  

background image

 

Cel, śmierć wyprawy  
 
Wyprawa na biegun południowy skończyła się dla mnie, jeszcze zanim 

doszedłem do celu. Charakterystyczne, że na kilka dni przed 
dotarciem do bieguna przestałem prowadzić dziennik. A przecież 

pisanie było dla mnie czymś ważnym, czułem,  że dzieją się bardzo 
istotne sprawy i chciałem je utrwalić. Tymczasem z samego bieguna 

nie mam żadnych zapisków, moje dzienniki kończą się kilka dni 
wcześniej.  

Oczywiście, biegun nie był bez znaczenia, był kropką nad i, 
osiągnięciem, które potwierdzało moje racje. Ale nie był częścią 
wyprawy, znajdował się już poza nią. Dojściem na biegun była 

droga, można powiedzieć,  że każdy dzień po drodze był celem. 
Zrozumiałem to kilkadziesiąt kilometrów przed biegunem, ostatniego 

dnia, gdy już wiedziałem,  że biegun jest w zasięgu ręki. Tak 
naprawdę ten ostatni dzień był dla mnie biegunem. Na biegunie 

południowym było mi nawet smutno, że to już się kończy. Tak, byłem 
raczej smutny niż podekscytowany. To paradoks, ale tak to wtedy 
odczuwałem.  

Na pewnym etapie drogi dochodzi się do odkrycia, że zewnętrzne 
potwierdzenie ma mniejszą wartość, niż osiągnięty przez nas stan 

wewnętrzny. Inaczej - gdybyśmy mieli tylko zewnętrzne 
potwierdzenia, gdybyśmy zaliczali tylko takie punkty jak biegun, 

bez prowadzącej do nich drogi, wyprawy nie miałyby żadnego sensu. 
Oczywiście, osiągnięcia są ważne, to na nich możemy budować dalszą 

drogę, możemy też dzięki nim dzielić się doświadczeniem. Ludzie 
postrzegają nas jednak głównie przez pryzmat sukcesów. Gdy ktoś 
osiąga cele, wtedy jego doświadczenie staje się ważne. Jeżeli mu 

się nie udaje, raczej musi się z tego tłumaczyć i wtedy rzadko 
jest wysłuchiwany.  

Gdybym nie doszedł na bieguny, to pewnie niewiele osób, które 
przychodzą na spotkania ze mną, chciałoby mnie wysłuchiwać. 

Dzielenie się moimi doświadczeniami, to że mogę w ten sposób coś z 
siebie dać, ma dla mnie niesamowitą wartość. Gdy słyszę,  że moje 
doświadczenie zainspirowało kogoś do działań,  że ten ktoś 

przekroczył swoje bariery, zrobił coś z własnym życiem, są to dla 
mnie zdarzenia bezcenne.  

Bieguny mają dla mnie dzisiaj znaczenie właśnie w tym wymiarze. 
Same w sobie nie mają treści.  

Jako dzieci marzymy, żeby stać się bohaterami, zdobywać nieznane 
światy. Te dziecięce marzenia w moim życiu w jakimś stopniu się 

spełniły. Zostałem „bohaterem", przynajmniej w świadomości części 
ludzi, człowiekiem, który zdobył dla Polski dwa bieguny w jednym 
roku.  

Nie jest oczywiście tak pięknie,  że wszyscy mnie lubią, ale 
większość ludzi identyfikuje się z ideą zdobywania biegunów, 

przekraczania swoich barier i ograniczeń. W tych ludziach może 
wyzwalać się jakaś pozytywna energia. Niezwykle to cenię. Przed 

wyprawami miałem oczywiście wielu przyjaciół i znajomych, ale na 
tym się to kończyło.  

background image

W tej chwili znajomymi jest dla mnie połowa mieszkańców Polski.  

Z każdym mogę rozmawiać jakbyśmy się już kiedyś poznali. To jest 
różnica. Bieguny są dla mnie ważniejsze jako przestrzeń kontaktów 
z ludźmi niż jako fundament mojej popularności czy forma 

zaspokajania ambicji.  
Co zyskalibyśmy, gdybyśmy odnosili tylko zewnętrzne sukcesy nie 

ucząc się niczego po drodze, co by nam to dało? Ludzie często dążą 
do sukcesu za wszelką cenę, uciekając się do podstępu, kłamstwa. 

Obawiam się,  że sukces podszyty złymi uczynkami może bardziej 
boleć niż rozgrzewać. Mimo że osiąga się sukcesy zewnętrzne, 

wewnętrznie okazuje się to destrukcyjne. W tym sensie droga jest 
może nawet ważniejsza niż ostateczny sukces. Nastawienie na sam 
cel, bez oglądania się na cokolwiek, powoduje, że wszystko 

podporządkowujemy sukcesowi nie licząc się nie tylko z innymi 
ludźmi, ale także z samym sobą, ze swoimi wartościami. Krzywdzenie 

innych może być krzywdzeniem siebie, a maszerowanie od sukcesu do 
sukcesu może być drogą od porażki do porażki.  

Myślę, że jeśli moje bieguny mogły spowodować coś dobrego w życiu 
innych ludzi, było to możliwe tylko dlatego że osiągnąłem je 
czystymi metodami. Być może z tego powodu przywiązuję wagę do 

drogi, a nie do samego sukcesu. Tylko wtedy bieguny mogą 
promieniować na innych. W przeciwnym razie jakie znaczenie miałoby 

to,  że ktoś stanął na czubku ziemi? Po to, żeby pomóc Jaśkowi 
Meli,  żeby dotknąć tych spraw - pomocy drugiemu człowiekowi, 

przełamania barier - musieliśmy pójść bardzo daleko. A chodziło o 
dojście do czegoś, co tak naprawdę jest w każdym z nas, bo to 

przede wszystkim w nas istnieją bariery i ograniczenia. Celem były 
rzeczy bardzo bliskie, a jednak żeby je zmienić, musieliśmy pójść 
najdalej jak tylko można na Ziemi.  

Ale  żeby to było przekonywające dla ludzi, żeby mogło pociągać 
jako przykład, po to żeby ktoś mógł sobie pomyśleć: nie muszę żyć 

jak dotychczas, musiało być osiągnięte fair.  
Bieguny pełne są paradoksów. Po to żeby być bliżej ludzi, żeby 

połowa mieszkańców Polski stała się moimi znajomymi, musiałem 
przejść  tę drogę sam. Dzięki temu uzbierałem kapitał doświadczeń, 
którym mogę dzielić się z innymi. To doświadczenia, a nie same 

bieguny, są moimi sukcesami, moimi osiągnięciami. Ktoś pokazał mi 
niedawno ofertę wykładów prowadzonych przez „pierwszego człowieka 

na  świecie, który dotarł do niezwykłych miejsc”. Przy okazji 
dowiedziałem się,  że ktoś taki istnieje... Obawiam się,  że ten 

podróżnik dotarł do tych miejsc na skróty, powierzchownie, w 
każdym razie nie przebył drogi, tylko osiągnął cel. I pozostaje 

kimś nieznanym, chociaż osiągnął więcej niż ja. Jego przykład nie 
rezonuje, bo ludzie są wyczuleni na autentyczność podobnych 
osiągnięć.  

Same cele są puste. Cel znajduje się poza wyprawą. Owszem, 
zawieszamy na nim cały kapitał doświadczenia, ale tak naprawdę 

liczy się kapitał. W zasadzie cel jest śmiercią wyprawy. Ludzie 
nie zdają sobie z tego sprawy, wydaje im się,  że cel jest 

najważniejszy, bo oświetla całą drogę, jest jej metaforą. Według 
mnie cel sam w sobie nie jest ważny. Jeżeli nie patrzymy na drogę 

background image

prowadzącą do sukcesu, możemy nie dostrzec, że stał się on naszą 

porażką. Czy nie o tym opowiada wiele bajek? Ich bohaterowie 
dochodzą do celu i nagle okazuje się, że najważniejsza była droga, 
że kogoś na niej spotkali. Kiedy zacząłem odczytywać bajki przez 

pryzmat własnych doświadczeń, odkrywałem ten schemat w wielu 
historiach.  

Liczy się droga, a nie cel. Nieraz sam cel może nas nawet 
rozczarować, ale jeśli po drodze ulitowaliśmy się nad jakimś 

żebrakiem, komuś podaliśmy rękę, na sam koniec to właśnie okazuje 
się ważne. Dlatego lepiej rozglądać się po drodze niż tylko 

wyglądać punktu dojścia, bo możemy nie spotkać przyszłej żony albo 
przyjaciela... A nawet jeśli i tak nie spotkamy, przynajmniej 
przeżyjemy coś interesującego. Pamiętam, usłyszałem kiedyś od 

Jurka Surdela, który kręcił filmy dokumentalne o moich wyprawach, 
że jego najlepsze filmy powstały o porażkach,  że to najlepszy 

temat. Paradoksalnie dobrze przeżyta porażka czy dobra droga, 
która kończy się porażką, jest czasami większym kapitałem niż 

bezrefleksyjny i przez to pusty sukces. Z historii wypraw 
polarnych ludzi bardziej fascynuje historia Scotta, który zginął 
wracając z wyprawy na biegun południowy, niż Amundsena, który miał 

wszystko perfekcyjnie zaplanowane i nie tylko doszedł na biegun, 
ale i z niego powrócił.  

Jednak to Scott do dzisiaj rozpala wyobraźnię ludzi, choć uważam, 
że Amundsen jest równie ważny i jego historia jest tak samo 

fascynująca. 
Ludzi przyciąga raczej Scott, jego namiętności,  śmierć,  śmierć 

przyjaciół, słowa zapisane w dzienniku, wszystko to interesuje 
bardziej niż cel, który został osiągnięty przez Amundsena.  
 

Wygrywa tylko pierwsze miejsce  
 

W  życiu musimy zajmować się wieloma rzeczami jednocześnie. Nigdy 
nie jest tak dobrze, że mamy swój biegun i możemy wszystko 

podporządkować przygotowaniom do jego zdobycia. Zawsze możemy 
odpowiednio określić nasze priorytety. Zaczynamy dzień od myśli o 
tym, że biegun jest przed nami i na tym się koncentrujemy. Również 

w drodze na biegun nie jesteśmy w stanie myśleć tylko o 
marszrucie, ale i wówczas możemy w zły albo dobry sposób ustalać 

priorytety.  
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że chociaż poświęcamy cały 

swój czas osiągnięciu celu, wewnątrz mamy inne priorytety i 
odmienne cele są dla nas ważne. Jeżeli zatem mamy zamiar osiągnąć 

duże cele, nie musimy poświęcać im całego czasu. Nie tylko nie 
musimy, ale także nie możemy, bo mamy rodzinę, pracę, inne 
zobowiązania. Ważniejsza jest wewnętrzna hierarchia, realny 

porządek wartości. Jeżeli to, co jest naszym biegunem, jest 
równoważne wielu innym celom albo nawet umieszczamy go poniżej, 

nawet gdybyśmy poświęcali mu 80 procent czasu, nasze myśli będą 
błądzić gdzie indziej. Będziemy opowiadali, że musimy dojść, 

zdobyć, przygotować się, ale nie ruszymy z miejsca albo 
zrezygnujemy pod pierwszym lepszym pretekstem.  

background image

Dzięki czemu moim realnym, a nie wydumanym priorytetem stał się 

biegun, nie tylko zewnętrznie, w deklaracjach i nawet w czynach, 
ale w konsekwentnym dążeniu do niego? Ja swoim biegunem żyłem 
wewnętrznie. Wcale nie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, 

bo rzeczywistość zmuszała do tego, by zajmować się także innymi 
problemami. Wewnątrz mnie biegun zajmował stale pierwsze miejsce.  

Ci, którzy w trakcie pierwszych spotkań przed wyprawą na biegun 
północny deklarowali, że chcieliby na ten biegun dojść, że to jest 

najważniejsze i zrobią wszystko, by biegun osiągnąć, wewnętrznie, 
obawiam się, zajmowali się raczej tym, że muszą jeszcze zbudować 

dom albo zrobić remont, zadbać o pracę i tak dalej. To wszystko 
jest ważne, ale co jest dla nas najważniejsze? Budowanie 
hierarchii priorytetów to także umiejętność rezygnacji z tych 

innych spraw. Kiedy nie potrafimy tego zrobić, jesteśmy 
rozproszeni i nie odnajdujemy swojego kierunku na północ.  

Dzieje się to częściowo poza naszą  świadomością. Czymś bardzo 
ważnym w procesie dochodzenia na biegun jest refleksja wewnętrzna, 

a nie tylko życie  światem zewnętrznym, nawet jeśli ten zewnętrzny 
świat jest przygotowaniem do wyprawy. Warto najpierw zastanowić 
się, czy rzeczywiście biegun jest dla mnie tak ważny, czy to 

naprawdę mój priorytet. Zewnętrznie wszystko może być pozornie 
dobrze poukładane. Wstajemy rano, potem trening, praca nad 

sprzętem itd. Wszystko się zgadza, naszym priorytetem jest biegun, 
ale — może wcale tak nie jest. Często okazuje się to w momencie 

podjęcia ostatecznej decyzji o wyruszeniu. Ci, którzy wycofali się 
w pewnym momencie z wyprawy na biegun północny, najwidoczniej 

mieli inne wewnętrzne priorytety.  
To nie był ich biegun, pierwszoplanowy cel. Charakterystyczne, że 
gdy ludzie wycofują się z projektu, tłumaczą,  że to nie 

najważniejsze, mają pracę, muszą coś jeszcze zrobić. W takich 
momentach uwidacznia się prawdziwa hierarchia wartości.  

W drodze na biegun północny spotkaliśmy z Wojtkiem Moskalem Oatsa 
MacKenziego, komandosa SAS. Zostało mi w pamięci,  że w czasie 

naszej rozmowy wiele opowiadał o dziewczynie, do której chce 
wrócić, o tym, że mają syna, którego chciałby wychować. W parę dni 
później zrezygnował. Dlaczego? Jego myśli były gdzie indziej, jego 

cel był inny.  
Może narzucił sobie wyprawę na biegun, być może narzucił mu ją 

ktoś inny, nie był to cel zgodny z jego wewnętrznymi priorytetami. 
Jak się okazuje, wewnętrzne i zewnętrzne priorytety mogą się 

wykluczać. Jeśli je mylimy, łatwo możemy narobić sobie problemów.  
Gdy doszedłem na biegun południowy, był tam już Borge Ousland, mój 

przyjaciel polarnik, który chciał przejść trawersem Antarktydę.  
Samolot, który zabrał mnie z bieguna, zabrał także Borge'a. Miał 
odmrożenia, wdało się nawet zakażenie, potrzebował pomocy 

lekarskiej, dlatego przerwał swój trawers. Ja, gdy już dochodziłem 
do bieguna, miałem poczucie, że można iść dalej, poza biegun, bo 

przecież nie cel jest ważny, tylko droga. Ale wtedy nie było to 
możliwe, byłem zbyt zmęczony po zdobyciu dwóch biegunów w jednym 

roku. Niemniej podobna myśl urodziła się w głowie. Tylko że tym 
razem wyglądało to inaczej niż wtedy, gdy w drodze na biegun 

background image

północny zacząłem myśleć o biegunie południowym. Dopiero gdy 

doszedłem do bieguna południowego, pomyślałem: szkoda, że nie 
zabrałem więcej jedzenia, mógłbym pójść dalej, przejść Antarktydę. 
Wtedy zacząłem myśleć o trawersie Antarktydy. Na pewno nie było to 

moim priorytetem, tak jak zdobycie bieguna północnego, gdy zaraz 
po powrocie zacząłem przygotowania do następnej wyprawy. 

Powiedziałbym raczej, że byłem napełniony biegunami, może trochę 
jak Wojtek Moskal, który mówił po zdobyciu bieguna północnego, że 

był wtedy „pełen”. Ja czułem się spełniony na biegunie 
południowym, dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłem po drodze.  

Spotkałem wtedy w bazie Patriot Hills Roba Halla, Nowozelandczyka, 
który kilka razy był już na Mount Everest. Zaproponował mi, żebym 
zdobył trzeci biegun w tym samym roku, czyli wybrał się wraz z nim 

na najwyższą górę świata. Podszedłem do tego bez entuzjazmu.  
Pomyślałem, że rzeczywiście byłoby ciekawie, ale nie był to jednak 

mój biegun. Parę miesięcy później otrzymałem ponownie tę 
propozycję.  

Wybrałem się w lutym do Norwegii, tam spotkałem polarnika Erlinga 
Kaggego, był na obu biegunach i także z Robem Hallem na Evereście. 
Kagge również podsuwał mi pomysł,  żeby pójść w tym samym roku 

jeszcze na Mount Everest z Robem Hallem, bo to najbardziej 
profesjonalny przewodnik kierujący biurem, które miało najwięcej 

sukcesów we wprowadzaniu ludzi na Mount Everest. Jakoś nie 
ciągnęła mnie ta myśl, odmówiłem.  

Na wiosnę przyszła do kraju wiadomość,  że Rob Hall zginął w 
trakcie wyprawy na Mount Everest z dużą częścią jej uczestników. 

To był dla mnie wstrząs. Byłem w pracy, gdy dowiedziałem się,  że 
doszło do tragedii na Mount Evereście. Na początku nie skojarzyłem 
tego z Robem Hallem, usłyszałem tylko tyle, że zginęło wielu 

ludzi. Potem okazało się,  że spotkało to tę wyprawę, w której 
miałem uczestniczyć...  

Nie mogę powiedzieć,  żebym w ogóle o zdobyciu „trzeciego bieguna" 
wtedy nie myślał. Dyskutowałem o tym projekcie z paroma 

przyjaciółmi, także z telewizją. Coś mnie kusiło. Jurkowi 
Surdelowi, który uczestniczył w wyprawie na Mount Everest jako 
filmowiec, mówiłem nawet, że chciałbym wejść na Mount Everest 

samotnie, taka rozmowa odbyła się jeszcze przed wyprawą na biegun 
północny. Temat pojawił się, w pewnym momencie byłem nawet krok od 

podjęcia decyzji. Gdybym rzeczywiście tego chciał, dopiąłbym celu. 
Widocznie chciałem tego częściowo i to być może mnie ocaliło. 

Ocaliło mnie też poczucie braku życia rodzinnego. Ale 
najważniejszą przeszkodą było to, że trudno mi było utożsamić się 

z projektem trzech biegunów w jednym roku. Czułem, że to nie była 
moja bajka, że cel był bardziej zewnętrzny niż moje wewnętrzne 
pragnienie. Gdybym tych dwóch rzeczy instynktownie nie rozróżniał, 

może wybrałbym się z Robem Hallem na Mount Everest...  
Ostatecznie wybrałem się na wyprawę „Solo Transantarctica".  

W czerwcu Borge Ousland przyjechał do Polski, byliśmy na Mazurach 
razem z jego synem, ale wtedy jeszcze nie zdecydowałem o samotnym 

przejściu trawersem Antarktydy. Coraz bardziej doskwierała mi 
pustka wieczornych powrotów do domu. Pojawił się  żal,  że  życie 

background image

tutaj nie jest tak intensywne, tak pełne jak tam. W świecie 

polarnym  życie było wypełnione przez 24 godziny na dobę. Tutaj 
wieczorami byłem sam, coraz bardziej czegoś mi brakowało. Myśl o 
trawersie Antarktydy pojawiała się w tym wszystkim coraz 

wyraźniej, ale nie jako cel, który wynikał z dynamiki drogi. Miało 
się to wydarzyć na zasadzie — niech jeszcze raz będzie dobrze. Nie 

było to moim głębokim, wewnętrznym celem, bardziej czymś 
zewnętrznym. Pewną rolę odgrywały też oczekiwania wielu znajomych 

osób, że będzie jakiś następny biegun, następna wyprawa. Odpowiedź 
na oczekiwania ludzi, ich dyskretna presja, że będzie jakiś ciąg 

dalszy, to także zewnętrzne motywy. Do tego doszła świadomość, że 
Borge nie przeszedł trasy i pozostaje ona do zdobycia. Aż w pewnym 
momencie kliknęło: trawers Antarktydy.  

To pamiętam dokładnie, takie kliknięcie,  że przecież jest jeszcze 
trawers Antarktydy. Wynikało to bardziej z pustki po biegunach i z 

pragnienia,  żeby powtórzyły się emocje z przeszłości. Jak w 
wierszu W H. Audena: „If equal affection cannot be, let the more 

loving one be me”. Jeżeli nie może przyjść podobne przeżycie, 
powtórzmy to samo.  
Inny zatem był drive projektu „Solo Transantarctica". Grenlandia i 

biegun południowy były wielkimi wyprawami, a biegun południowy był 
ich dokończeniem, postawieniem kropki nad i, wypełnieniem 

przestrzeni. Całość została osiągnięta, są przecież tylko dwa 
bieguny...  

W „Solo Transantarctica" chodziło tylko o powtórkę na dwa razy 
dłuższej trasie. Brak życia rodzinnego, rozczarowanie tym, że nie 

znalazłem drugiej połowy sprawiły,  że drugą połową stała się dla 
mnie Antarktyda.  
Skoro Borge nie doszedł, Mount Everest nie stał się 

rzeczywistością.  
Pojawiła się pustka, na którą odpowiedzią był projekt „Solo 

Transantarctica”: niedokończona wyprawa.  
 

Smak porażki  
 
Brak prawdziwej, głębokiej motywacji był na pewno jedną z 

przyczyn, dla których moje przygotowania przed „Solo 
Transantarctica" nie były tak dokładne jak w poprzednich 

wyprawach. Pojawiło się też zdradliwe poczucie rutyny. Byłem już 
przecież na biegunie południowym, teraz będzie tylko łatwiej. 

Zapomniałem,  że w tak trudnych projektach wszystkie etapy 
przygotowań trzeba przejść od początku. Nie można sobie 

powiedzieć: jestem dalej niż poprzednio, mam do zrobienia tylko 
parę dodatkowych rzeczy. Trzeba znów przejść całą listę, punkt po 
punkcie i niczego nie pomijać.  

Ponieważ motywy mojej wyprawy były bardziej zewnętrzne niż 
wewnętrzne, bardziej powierzchownie traktowałem cały projekt. O 

niepowodzeniu zdecydował już pierwszy etap przygotowań, który był 
niedokładny, niestaranny. Np. nauka posługiwania się parasailem, 

czyli specjalnym skrzydłem, wykorzystywanym jak żagiel, co wówczas 
było całkowitą nowością. Parasaila używałem tylko przez chwilę w 

background image

czasie treningu na Płaskowyżu Hardangervidda. Czasem coś wydaje 

się tak proste jak rozpalanie prymusa, ale to wrażenie bierze się 
tylko stąd,  że czegoś nie poznaliśmy od podszewki. Skoro jednak 
wydaje nam się to proste, nie przywiązujemy do tego wagi. To był 

kluczowy moment.  
Fakt,  że nie nabrałem wystarczającej wprawy w posługiwaniu się 

parasailem, spowodował późniejszą lawinę zdarzeń, gdy już 
znalazłem się na trasie. Nieopanowanie jednej drobnej czynności, 

która tylko wydaje się drobna, uruchamia lawinę i jest powodem 
porażki. Zdawałoby się,  że znajdowałem się w tej samej 

przestrzeni, tyle że trasa była dłuższa.  
Otóż nie. Czymś całkowicie nowym był niewystarczająco przećwiczony 
element. To wystarczyło, by doprowadzić do katastrofy.  

Umniejszyłem także znaczenie kilku innych elementów. W czasie 
wyprawy na biegun północny i południowy zakładałem goreteks, 

wodoodporną i oddychającą tkaninę, która bardzo dobrze chroniła 
mnie przed zimnem. Przez wyprawą „Solo Transantarctica" chciałem 

wszystko zoptymalizować. Zabrałem zatem lżejszą impregnowaną 
bawełnę, która okazała się przewiewniejsza. Wyobrażałem sobie, że 
będzie dobrze chroniła przed wiatrem i przepuszczała na zewnątrz 

parę wodną z potu, ale kompletnie się to nie sprawdziło. Te błędy 
wynikały z powierzchownego potraktowania Antarktydy, o której 

myślałem,  że znam ją jak własną kieszeń. Okazało się jednak, że 
wszystko co powtarzamy, powinniśmy robić tak, jakbyśmy robili to 

po raz pierwszy.  
Nowością był wówczas udział w rywalizacji, bo w tym samym czasie 

trzy inne wyprawy próbowały przejść w poprzek Antarktydę, czego 
przed nimi nikt jeszcze nie dokonał. To nie tak, żeby rywalizacja 
była moim priorytetem czy napędem. Starałem się raczej uciec od 

myśli o wyścigu, bo działała na mnie negatywnie. Chcąc nie chcąc 
rywalizowałem, bo szliśmy w tym samym czasie, jednak w mojej 

świadomości celem było dojście na drugą stronę Antarktydy, a nie 
znalezienie się tam przed innymi. Był w tym element rywalizacji z 

samym sobą, a nie z ludźmi. Wyzwaniem była Antarktyda, a nie 
współzawodnictwo. Gdybym przeszedł Antarktydę jako drugi czy 
trzeci, byłoby to dla mnie równie ważne. Ale potrafię wyobrazić 

sobie ludzi, którzy rywalizację  będą umieszczać na pierwszym 
miejscu. W mojej hierarchii pierwsza była Antarktyda, potem sprawy 

odbioru wyprawy w Polsce, dalej program edukacyjny, a dopiero 
później rywalizacja. Gdyby to ona była moim priorytetem, może 

nawet lepiej przygotowałbym się do wyprawy.  
Pamiętam zabawne sytuacje jeszcze przed marszem z Punta Arenas w 

Chile, gdzie spotkałem się z moim przyjacielem Borgem Ouslandem, 
który również postanowił przejść trawers Antarktydy. Musieliśmy 
uważać, co sobie mówimy. Kjell Ove, fotograf, który był razem z 

Borge, gdy przychodziliśmy z Wojtkiem Ostrowskim do ich hotelu, 
zawsze krzyczał na nasz widok: Borge, Polakkene, Polacy idą! I 

chowali do łazienki cały sprzęt,  żebyśmy go nie podejrzeli. Ja 
własnego sprzętu przed nimi nie chowałem, ale element rywalizacji 

na pewno istniał.  

background image

Czy rywalizacja to dobry drive? Zależy od osoby. Może być nie 

najgorszym napędem, ale ważne, jakie owoce przynosi. Sam 
rywalizowałem od dziecka. W szkole podstawowej brałem udział we 
wszystkich możliwych olimpiadach i konkursach. Od czasu do czasu 

jeździłem na jakieś eliminacje i wygrywałem w nich. Kiedyś 
rozgrywano w Połczynie konkurs brydża sportowego, a mój wujek znał 

reguły gry. Konkurs rozpoczynał się o godzinie 16, a ja o 15 
pobiegłem do wujka z prośbą,  żeby nauczył mnie grać w brydża... 

Element rywalizacji był dla mnie ważny i bardzo rozwijający. 
Dzięki temu, że uczestniczyłem w wielu różnych konkursach, od 

szachowego do biegów sportowych, uczyłem się wielu rzeczy, 
musiałem też czytać dużo książek. Z czasem mi przeszło, zwłaszcza 
gdy wygrałem kilka olimpiad i konkursów. Przestało mnie to 

interesować, za to zacząłem rywalizować z samym sobą. Skoro w 
czymś okazałem się pierwszy, skoro już zdobyłem doświadczenie, 

kolejne zwycięstwa w rywalizacjach tak bardzo mnie nie 
interesowały. Ale jeśli człowiek nie spróbował rywalizacji, może 

być ona bardzo dobrym napędem, który rozwija, uczy radzenia sobie 
z emocjami i zmusza do samodoskonalenia.  
Jeśli dążymy do rywalizacji dla rywalizacji, do wygrywania za 

wszelką cenę, wtedy celem jest nie meta, nie to co się na niej 
znajduje, tylko bycie pierwszym. To ważna różnica. Kiedy 

uczestniczymy w sprincie na sto metrów, celem jest nie 
dobiegnięcie do mety, bo każdy z nas może pokonać podobny dystans, 

tylko bycie pierwszym. Celem staje się nie dana wartość, tylko 
kolejność na mecie.  

Są sportowcy, którzy rywalizują fair, i są tacy, którzy oszukują —  
choćby cała sfera dopingu. Dotyczy to również wypraw polarnych i w 
ogóle wszelkich wypraw. Mogę przejść drogę w czysty sposób, a mogę 

ją też pokonać depcząc, oszukując, krzywdząc, także samego siebie, 
a może nawet siebie najbardziej. Sama rywalizacja, dążenie do 

bycia pierwszym, nie jest — wydaje mi się — niczym złym. Pytanie, 
jak ten cel osiągamy.  

Gdybym stanął do wyścigu o to, kto pierwszy w historii przejdzie 
trawers Antarktydy, mogłoby to mieć pozytywny wpływ na wyprawę, bo  
przygotowałbym się wówczas perfekcyjnie. Ale przygotowałem się 

niedokładnie i to zdecydowało. Powodem mojej porażki było 
wewnętrzne nastawienie, a nie podmuch wiatru, który pewnego dnia 

wyprawy tak szarpnął parasailem, że przewrócił mnie na ziemię i 
ciągnął po niej, sam nie wiem jak długi dystans, bo straciłem 

przytomność. Gdyby nie ten podmuch, prawdopodobnie zdarzyłoby się 
coś innego, może na przykład wychłodziłbym się dostając hipotermii 

lub wpadłbym do szczeliny i znalazłbym się w jeszcze trudniejszym 
położeniu. Generalnie nie radziłem sobie z sytuacją. Podobnie jak 
w domino, w którym jedna kostka może przewrócić wszystkie 

pozostałe, zniszczyć cały układ. Nie ma znaczenia, która to 
kostka, liczy się struktura całej sytuacji.  

Często wskazujemy jako powód niepowodzenia temperaturę, 
niesprzyjającą pogodę, warunki zewnętrzne, a tak naprawdę powody 

tkwią w nas, okoliczności jedynie obnażają niewiedzę i 
nieprzygotowanie.  

background image

Dzisiaj potrafię zidentyfikować cztery moje błędy, które 

popełniłem.  
Błędem podstawowym było skupienie się na wadze sprzętu i 
założenie,  że cały sprzęt powinien być za wszelką cenę jak 

najlżejszy. Nawet za cenę jego podstawowych właściwości. Drugim 
był niedostateczny trening posługiwania się parasailem, a trzecim 

— źle dobrana odzież, niby profesjonalna, ale niesprawdzona w tych 
warunkach. Sprzęt trzeba sprawdzać w warunkach w miarę możliwości 

zbliżonych do tych, w jakich rozgrywać się  będzie wyprawa. Żeby 
było zabawniej, ubrania zostały wykonane na moje zamówienie. To ja 

wymyśliłem impregnowaną bawełnę, ponieważ skupiłem się tylko na 
jednym parametrze, wentylacji, a nie przetestowałem tego 
rozwiązania w warunkach choćby zbliżonych do tych, jakie panują na 

Antarktydzie. Czwartym błędem była pompowana mata, wówczas 
absolutna nowość na rynku. We wcześniejszych wyprawach używałem 

zwykłych mat. Ta wydawała się bardziej komfortowa, ale po miesiącu 
zaczęła się rozwarstwiać i powstała wielka gula, na której nie 

mogłem spać. Z kolei gdy spuszczałem z niej powietrze, marzłem, bo 
nie miałem innych mat i spałem praktycznie bezpośrednio na lodzie.  
Zdobyta wiedza o Antarktydzie tak mnie wówczas wypełniała i dawała 

takie poczucie pewności siebie, że wydawało mi się, iż w każdym 
przypadku podejmuję  właściwe decyzje optymalizując dobierany 

sprzęt. A było dokładnie odwrotnie. Tych kilka pozornie drobnych 
elementów zdecydowało o niepowodzeniu.  

W ekstremalnych przedsięwzięciach nie ma znaczenia, czy 
popełniliśmy drobny, czy poważny błąd. Musimy być skupieni na 

każdym szczególe. Każdy z nich może okazać się wielki. Pozornie 
jeden element sprzętu wydaje się ważny, a inny pozbawiony 
większego znaczenia.  

W rzeczywistości każdy jest również istotny. Gdybym zabrał prymus,  
który przestałby działać, musiałbym przerwać wyprawę natychmiast. 

Wypadek z parasailem, złe ubranie i fatalna mata pozwoliły mimo 
wszystko, dzięki sile woli, dojść do bieguna południowego, ale już 

nie dalej. Byłem w stanie przejść tylko połowę dystansu. I tak 
dobrze,  że doszedłem do bieguna. Wielu ludzi wręcz odebrało jako 
sukces to, że udało mi się pomimo wypadku do niego dotrzeć. 

Trzymałem się zasady, którą wypracowaliśmy z Wojtkiem Moskalem 
jeszcze na Grenlandii: dopóki jest jedzenie i paliwo, trzeba iść 

niezależnie od wszystkich zewnętrznych i wewnętrznych 
okoliczności. No to szedłem.  

Kto wie, być może byłem nawet w stanie przejść całą Antarktydę.  
Po drodze do bieguna trochę się pozbierałem, organizm się 

zregenerował, na biegunie południowym miałem zapas żywności i 
paliwa na 55 dni. To wystarczyłoby,  żeby przejść na drugą stronę 
kontynentu. Ale na biegunie przyszedł kryzys woli, motywacji. 

Wielu ludzi tłumaczyło mi, że cel został osiągnięty,  że to już 
jest sukces. Drudzy mówili wprost, że idąc dalej narażę  życie 

innych ludzi, jeśli niezbędna okaże się akcja ratownicza. Na 
jednej szali moje ambicje, a na drugiej życie innych osób, które 

pewnie mają rodziny, dzieci... Dawka wstrzykniętych we mnie 
informacji spowodowała zmianę priorytetów. Gdy dochodziłem do 

background image

bieguna, byłem pełen nadziei. Ale pobyt na biegunie, wśród ludzi 

ze stacji, bardzo osłabił mnie psychicznie. To psychika, a nie 
spuchnięta po wypadku noga, zadecydowała o przerwaniu wyprawy. Ci 
ludzie troszczyli się o moje życie, sądzili, że jestem wyczerpany, 

więc aby mnie zniechęcić, przesadnie opisywali złe warunki na 
Lodowcu Axel Heiberg, snuli posępne wizje, żeby zniechęcić mnie do 

dalszej drogi.  
Wiedzieli jak działać na moją psychikę, próbowali różnych 

sposobów.  
Jedni chwalili, że już tyle osiągnąłem,  że to heroizm dojść do 

bieguna po takim wypadku, że w zasadzie nie mam po co iść dalej, 
bo niczego więcej nie udowodnię. A drudzy zniechęcali i 
ostrzegali. Całkiem jak dobry i zły policjant. I do tego jeszcze 

posługiwali się argumentem, że przeze mnie mógłby ktoś zginąć. Dla 
człowieka, który był odizolowany od ludzi przez prawie 

sześćdziesiąt dni, była to zabójcza mieszanka. Nie poddałem się od 
razu, ruszyłem w dalszą trasę, ale w drodze dopadły mnie 

wątpliwości. Okazałem się nieodporny na sugestie, z czym w 
przeszłości zawsze dawałem sobie radę. Gdybym nie zatrzymał się 
wtedy na biegunie, nie spotkał ludzi, nie zaczął z nimi rozmawiać, 

wszystko potoczyłoby się inaczej.  
Ale czy coś zmieniłoby się w moim życiu, gdybym przeszedł wtedy 

całą Antarktydę w poprzek? Niewiele. A może nawet wyszło mi to na 
dobre. Ta pierwsza polarna porażka zatrzymała mnie w drodze 

podbijania 

świata, drodze, która mogła zamienić się w 

autodestrukcję.  

Już wtedy stawało się widoczne, że polarne wyprawy zaczynają być 
powierzchowne,  że nie chodzi w nich już o nic istotnego. 
Zdobywanie  świata po to, by komuś coś udowodnić to droga, na 

której trudno się zatrzymać. Gdybym przeszedł wtedy Antarktydę, 
może następnym celem byłby lot na Księżyc albo przynajmniej 

opuszczenie się na dno Rowu Mariańskiego. Może zaraz po 
zakończeniu „Solo Transantarctica" chciałbym wspiąć się na Mount 

Everest. Ten zimny prysznic zmusił mnie do zatrzymania i 
zastanowienia się nad tym wszystkim.  
Kiedy wyobrażam sobie życie polegające na nieustającym paśmie 

sukcesów, zaczyna mi się wydawać, 

że dzieje się coś 

nierzeczywistego.  

Poznałem smak porażki — chociaż w Polsce wyprawę otrąbiono jako 
sukces, zostałem nawet uznany za trzeciego sportowca roku. Biegun 

osłodził niepowodzenie, nie była to kompletna klapa, ale smak 
porażki był wyczuwalny. Zmusiło mnie to do refleksji, dokąd 

prowadzi ta droga, a także do przyjrzenia się innym ludziom. 
Zdałem sobie sprawę,  że nie warto za wszelką cenę  dążyć do 
sukcesu. Kończy się to eskalacją celów, a to w pewnym momencie 

staje się  śmiertelnie niebezpieczne. Może więc porażka uchroniła 
mnie przed śmiercią, a przynajmniej przed autodestrukcją. Stałbym 

się pewnie łowcą uganiającym się za coraz bardziej spektakularnymi 
celami. A tak moje życie potoczyło się całkiem inaczej.  

Po „Solo Transantarctica" poznałem Kasię, moją obecną żonę. Po to, 
żeby odpocząć od wszystkiego, pojechałem na Rodos. I tam się 

background image

poznaliśmy. Taki był uboczny skutek mojego zatrzymania się w 

biegu.  
Gdyby nie to, może w maju wybrałbym się na Mount Everest, a potem 
odpoczywał gdzie indziej. Może w niebie...  

Wyobraź sobie, że twoje życie staje się nieustającym pasmem 
narastających sukcesów. Co widzisz na końcu drogi?  

 
Ziemia jest okrągła, a bieguny są dwa  

 
Ziemia ma tylko dwa bieguny. Jeśli było się na obu, można to potem 

powtarzać, można jeszcze przejść trawers Antarktydy albo Arktyki, 
zawsze znajdą się jakieś większe rzeczy do zrobienia, ale istnieje 
maksimum, które można w danym momencie osiągnąć. Na przykład 

Edmund Hillary wszedł na Mount Everest i było to wówczas 
szczytowym osiągnięciem himalaizmu. Potem ludzie wynaleźli inne 

rzeczy, takie jak korona Himalajów, czyli czternaście 
ośmiotysięczników, trudniejsze drogi, wejście zimowe, ale prędzej 

czy później pojawia się ten moment: wszystko, co miałeś do 
zrobienia w danym miejscu, zostało zrobione.  
A kiedy się coś powtarza, trudno o uczucie spełnienia.  

Po zdobyciu obu biegunów rzeczywiście miałem poczucie, że 
osiągnąłem wszystko w dziedzinie wypraw polarnych. Następne 

wyzwania, pomijając wyprawę z Jaśkiem Melą, która była całkowicie 
inną „dyscypliną", podejmowałem trochę na siłę. Szukałem 

następnych biegunów, ale Ziemia tak już została skonstruowana, że 
istnieją jedynie dwa. Wybrałem się na przykład na Mount Vinson, 

najwyższy szczyt Antarktydy. W ten sposób spędziłem trzy sezony na 
tym kontynencie w trzech kolejnych latach. Wejście na Mount Vinson 
polegało na szukaniu tych samych doznań, tego samego uczucia 

odkrywania świata, jakie daje Antarktyda.  
Ludziom wydaje się,  że  świat polarny jest monotonny, pusty, 

jednolicie biały, a to nieprawda. Antarktyda bardziej różni się od 
Arktyki niż Wenecja od Nowego Jorku. Tak samo można powiedzieć, że 

te dwa miasta niczym specjalnie się nie różnią, tu i tu mamy 
ulice, budynki, ludzi, muzea. A to przecież różne  światy. Każdy 
kilometr Arktyki jest inny, tak jak inny jest każdy kilometr 

Antarktydy. Trzeba tylko opanować  język, który to dobrze opisuje. 
Ponieważ ludzie, gdy zaczyna padać  śnieg, raczej się od niego 

izolują, zamykają w domach, nie rozwijają  języka opisującego 
śnieg, to mają tylko jedno słowo na jego określenie.  

Eskimosi mają ich około stu. Gdy język opisujący świat jest ubogi, 
także  świat wydaje się ubogi. Dla mnie odkrywanie Antarktydy było 

także odkrywaniem języka, w którym mógłbym o niej opowiadać.  
Wejście na Mount Vinson był próbą pogłębienia tych doświadczeń, 
ale okazało się  głównie naśladowaniem samego siebie. Głównie nie 

znaczy,  że wyłącznie, czymś się jednak ta ekspedycja różniła. Do 
bazy pod Mount Vinson dotarłem samotnie bardzo trudną drogą jako 

pierwszy i chyba do tej pory jedyny człowiek. W świecie wypraw tak 
właśnie jest, że jakieś przejście czy ściana mogą być o wiele 

większym wyzwaniem niż zdobycie Mount Everestu. Mało kto o tym 

background image

wie,  że moje wejście na Mount Vinson było chyba pierwszym i 

ostatnim dokonaniem tego typu.  
Przeszedłem samotnie całą drogę od bazy Patriot Hills do podnóża 
góry, a potem z Leszkiem Cichym i grupą polskich himalaistów na 

jej szczyt. Wyprawy na Mount Vinson docierają do podnóża samolotem  
i dopiero od tego miejsca zaczyna się ich marszruta. Ja 

przeszedłem najpierw dwieście kilometrów. To droga najeżona 
lodowcami, gdzie bardzo łatwo można zginąć. Do dzisiaj, gdy 

samoloty przelatują nad tym terenem, przewodnicy opowiadają,  że 
był taki Polak, który tę drogę przeszedł samotnie. Wiem to, bo sam 

się z podobną opowieścią spotkałem. Kiedy dotarliśmy z Jaśkiem 
Melą do bieguna południowego, jakiś przewodnik powiedział nam, że 
biegun to nic takiego, bo kiedyś pewien Polak przeszedł samotnie 

na Mount Vinson przez lodowce, to dopiero osiągnięcie. Ta droga 
rzeczywiście robi wrażenie. Wybrałem ją, bo chciałem utrudnić 

sobie zadanie, nie do końca wiedząc, na co się porywam. 
Powiedziałem sobie: co to dla mnie dwieście czy trzysta 

kilometrów, to przyjemny spacer, wyruszę w święta Bożego 
Narodzenia i dojdę do Mount Vinson na Sylwestra. Znów zapomniałem, 
jak trudne jest na Antarktydzie przejście każdego kilometra. Na 

początku było nawet przyjemnie, ale potem zaczął się horror. 
Najgorsze były szczeliny, po których przechodziłem intuicyjnie po 

śnieżnych mostach. Nigdy nie wiedziałem, czy się pode mną nie 
załamią. Szczeliny były szerokie na dwadzieścia — trzydzieści 

metrów. Dzisiaj myślę,  że to był obłęd,  że w ogóle na nie 
wchodziłem, a przeszedłem ich dziesiątki, jeśli nie setki.  

Z czasem nawet się do tego przyzwyczaiłem, tak jak w drodze na 
biegun północny przyzwyczaiłem się do chodzenia po cieniutkim jak 
bibułka, uginającym się lodzie. Te śnieżne mosty w każdej chwili 

mogły się załamać, a pod nimi otwierały się szczeliny głębokie na 
kilkadziesiąt metrów.  

Pewna  śmierć. Kiedy o tym myślę, aż się otrząsam i zastanawiam, 
jak to było możliwe. Kierowałem się instynktem, ale zbadałem 

wcześniej każdy szczegół trasy i miałem o niej dużą wiedzę. Gdybym 
wyruszył bez tej wiedzy, na pewno bym zginął. Dochodząc już do 
Mount Vinson poszedłbym na wprost, przez teren tak poszczeliniony, 

że gdybym tam zabłądził, już bym się z tego obszaru nie wydostał. 
Ale wiedziałem,  że inna wyprawa, kilkuosobowa, musiała się z tej 

trasy wycofać. Jakoś przez to wszystko przeszedłem dzięki dobrze 
odrobionemu zadaniu domowemu, szczęściu i intuicji. Wejście na 

Mount Vinson było więc mimo wszystko nową jakością. Może nie tak 
spektakularną jak bieguny, ale to jednak najwyższa góra na 

Antarktydzie. Sceneria była taka sama, ale droga była nowym 
doświadczeniem.  
Potem jednak stanęło przede mną pytanie, jaką drogą iść dalej, by 

nie zacząć powielać samego siebie. Gdy w jakiejś dziedzinie 
osiągnęliśmy wszystko, gdzie może kryć się coś więcej? Po pierwsze 

trzeba być uważnym, szukać, być otwartym. Wróciłem w tamtym czasie 
do spraw firmy, pracowałem nad jej strategią, ale nie zaniechałem 

wypraw.  

background image

Szukałem. Nie dzieje się tak, że od razu możemy wejść na nową 

drogę i robić jakieś ciekawe i wartościowe rzeczy. Moje poznawanie 
świata trwało dalej i był to bardzo intensywny okres.  
Przepłynąłem wówczas dwukrotnie Atlantyk jachtem, wspinałem się w 

Andach, wszedłem też na szczyt Kilimandżaro. W 1999 roku znów 
uczestniczyłem w dużej i bardzo trudnej wyprawie przez Pustynię 

Gibsona. Czas między nieudaną wyprawą „Solo Transantarctica" a 
pustynią był okresem przygotowań do kolejnej próby. Kiedy na 

jakimś etapie swojego życia osiągamy pewne maksimum, którym było 
dla mnie zdobycie dwóch biegunów w jednym roku, potem przez jakiś 

czas dokonujemy rzeczy mniejszej wagi. Nic w tym złego czy 
deprecjonującego.  
Nie możemy codziennie zdobywać biegunów, a jeśli udało się nam 

jakiś zdobyć, nie będziemy przecież natychmiast zdobywać 
następnych.  

Gdyby to było takie łatwe, na bieguny dochodziłoby wielu ludzi. 
Gdyby można było robić to z marszu, ustawiłaby się długa kolejka. 

Dojście na kolejny biegun wymaga najpierw cierpliwego i dokładnego 
poznania nowej rzeczywistości. Dla mnie czas po „Solo 
Transaantarctica" był właśnie takim poznawaniem.  

To prawda, że wejście na Kilimandżaro nie jest szczególnie wielką 
wyprawą, ale w ciągu dwóch tygodni razem z Leszkiem Cichym byłem i 

na Kilimandżaro, i na górze Kościuszki w Australii. To również 
okazało się poznawaniem świata na poziomie trochę wyższym niż 

turystyczny. Potem wspinałem się w górach w Boliwii, wszedłem na 
szczyt Huayana Potosi, wędrowałem po dżungli amazońskiej, kiedy 

między innymi płynęliśmy czółnem przez kilka dni, gdzie wśród 
setek krokodyli łowiliśmy piranie. Byłem też nad jeziorem 
Titicaca. Nie były to jednak zwykłe wycieczki do Boliwii czy Peru, 

gdzie zwiedza się Cuzco i La Paz. Miejsca turystyczne znalazły się 
na naszej drodze, ale tylko jako wstęp, rozgrzewka, po to by się 

zaaklimatyzować.  
Starałem się poznawać te fragmenty świata, Amerykę  Środkową czy 

Afrykę, trochę  głębiej niż to robią turyści. Poznanie Afryki 
dzięki wejściu na Kilimandżaro pozwala na inny kontakt z Czarnym 
Lądem niż np. safari w Kenii.  

Świat, którego udało nam się dotknąć, to inna rzeczywistość od 
tego, czego możemy się dowiedzieć dzięki lekturze przewodników czy 

oglądaniu odpowiednich kanałów telewizyjnych. Dzięki 
bezpośredniemu spotkaniu kiełkują w nas inne przemyślenia. 

Zetknięcie z realnym światem jest doświadczeniem, z którego 
wypływają nowe idee. Ktoś powie: co mogły ci dawać takie małe 

wyprawy po zdobyciu biegunów? Ale co to znaczy „małe"? I co to 
znaczy „większe"? Kiedy mówimy, że coś jest większe, na ogół 
porównujemy to z dokonaniami innych ludzi. „Większe" znaczy takie, 

które imponuje, dobrze wypada w cudzych oczach. Cudzych, a nie 
własnych.  

Dla mnie te małe wyprawy miały swoją wagę, swój wymiar, wcale nie 
„mniejszy" od biegunów. Do wypraw polarnych długo się 

przygotowywałem, a tutaj nagle, bez niemal żadnych przygotowań, 
trafiałem w nieznaną mi dotychczas rzeczywistość. Niektórzy żyją 

background image

takimi marzeniami, żeby zobaczyć Cuzco albo jezioro Titicaca czy 

Machu Picchu.  
Dla mnie akurat Machu Picchu nie było szczególnie interesującym 
doświadczeniem. To rzeczywiście miejsce obliczone wyłącznie na 

turystów, przez to nieprawdziwe, to sztucznie wykreowany mit. Taki 
trochę Disneyland dla przybyszów z zewnątrz. Gdybym tam nie był, 

mógłbym do dzisiaj myśleć o Machu Picchu, że to magiczne, piękne 
miejsce. Tymczasem trudno przeżyć tam coś autentycznego.  

Kilimandżaro również możemy uznać za miejsce turystycznych 
pielgrzymek, ale tylko 25 procent tych, którzy wyruszają spod 

bramy parku z zamiarem wejścia na szczyt, na ten szczyt dochodzi. 
Reszta rezygnuje.  
Oczywiście opowiadają potem wszem i wobec, że byli na 

Kilimandżaro, bo byli, tyle że nie na szczycie. W Australii byłem 
parokrotnie, ale nigdy nie wybrałem się na słynny monolit Uluru 

Peak. Dzięki doświadczeniom zebranym w innych zakątkach ziemi 
wiedziałem już,  że zaliczenie kolejnego turystycznego miejsca 

będzie rozczarowaniem. Kiedy po raz drugi wszedłem na Kilimandżaro 
z grupą przyjaciół, pojechaliśmy potem na safari do 
najsłynniejszych rezerwatów uznawanych za cuda świata, czyli 

Ngorongoro i Serengeti. Byłem znudzony sztucznością tej sytuacji, 
podstawianiem turystom przekarmionych zwierząt. Jeśli nawet w 

jakimś wymiarze obserwowanie tych zwierząt było piękne, 
nieautentyczność odbierała mi cały smak tej przygody. Byłem tak 

znudzony,  że wolałem w samochodzie tłukącym się po wertepach 
czytać „Małego Księcia" Saint-Exupery’ego. Od tamtego czasu unikam 

turystycznych miejsc, bo wiem, że czeka mnie tylko rozczarowanie. 
Te miejsca, może z racji liczby ludzi, którzy je odwiedzają, tracą 
energię.  

Energię daje dotykanie świata. Przepłynięcie Atlantyku jachtem nie 
jest tym samym, co przelecenie nad nim samolotem. Trzeba było 

każdy kilometr oceanu pokonać. Wejście na Kilimandżaro czy na 
Huayna Potosi z granią ostrą jak brzytwa, przez którą można się 

było tylko przewiesić z dwóch stron, mając pod sobą tysiąc metrów 
w dół, pionową  ścianę, coś takiego było autentycznym dotykaniem 
świata i — co najważniejsze — kapitałem składanym na przyszłość. 

Każda z tych pozornie nieistotnych i niespektakularnych wypraw 
czegoś mnie nauczyła. Dawała radość i energetyzujący zastrzyk 

nadziei, że poznawanie świata ma sens, bo świat jest piękny i nie 
kończy się na biegunach.  

  
Księżycowe bazy w Australii  

 
Przejście Pustyni Gibsona w Australii było pierwszą wyprawą przez 
ten dziewiczy obszar. Nikt nigdy nie przebył tej pustyni pieszo. 

Nie wymyśliłem tej wyprawy sam, dołączyłem do gotowego projektu. 
Jak już wspominałem, po to żeby w tamtym czasie nie stanąć w 

miejscu, jeśli sam nie miałem lepszego pomysłu, korzystałem z 
podobnych propozycji pod warunkiem, że dostrzegłem w nich coś 

interesującego.  

background image

W taki sposób poznałem m.in. Andrzeja Piotrowskiego, który miał 

zamiar przepłynąć jachtem przez Atlantyk. Zaproponował mi, żebym 
płynął razem z nim, nie zastanawiałem się  długo, popłynąłem. 
Poznałem też wtedy Leszka Cichego, wybitnego polskiego alpinistę, 

z którym do dzisiaj bardzo się przyjaźnimy. Jest on człowiekiem, 
który potrafi tolerować kogoś, kto odniósł sukces. Przeważnie 

kiedy człowiek odnosi sukces w jakiejś dziedzinie, myśli jedynie o 
sobie i wszystko jest temu podporządkowane. Albo więc ktoś  służy 

do tego, żebyś mógł odnosić kolejne sukcesy, i wtedy podejmuje się 
z kimś takim współpracę, albo stwierdza się,  że ten ktoś się nie 

przyda, i mówi mu się do widzenia. Ja Leszkowi nie jestem do 
niczego przydatny w jego drodze, a jednak bardzo dobrze się 
dogadujemy, a także inspirujemy do różnych własnych działań. Jego 

trzeźwe spojrzenie bardzo mi pomaga.  
Spotkanie z Leszkiem Cichym pośrednio zaprowadziło mnie na 

Pustynię Gibsona, choć poznaliśmy się w całkiem innym regionie 
świata, bo na Antarktydzie, w czasie wyprawy na Mount Vinson, na 

którą Leszek wszedł w ramach swoich wspinaczek na Koronę Ziemi.  
Kiedy już schodziliśmy ze szczytu, wraz z Leszkiem wyprzedziliśmy 
innych i dotarliśmy o wiele szybciej do bazy. Graliśmy tam w 

szachy.  
- Wiesz Marku - powiedział w pewnej chwili Leszek - zostały mi 

jeszcze tylko dwa szczyty Korony Ziemi do zdobycia. Marzec byłby 
odpowiednim terminem, żeby pojechać na Kilimandżaro, a potem od 

razu na Górę Kościuszki w Australii. Może byś pojechał ze mną?  
Z Leszkiem Cichym, jednym z moich wzorów z dzieciństwa, zimowym 

zdobywcą Everestu? Jego „Rozmowy o Evereście" były moją 
podróżniczą Biblią. To książka, w której opisy wypraw łączą się z 
poważnymi rozmowami na temat życia,  śmierci i granicy pomiędzy 

nimi.  
Kiedy ją czytałem, nie wiedziałem jeszcze, że kiedyś  będzie mi 

dane przeżywać ostateczne problemy człowieka na ziemi, radzić 
sobie w sytuacjach ekstremalnych. Odpowiedziałem bez namysłu - 

tak, oczywiście,  że pojadę z tobą na Kilimandżaro i na Górę 
Kościuszki! Dzisiaj myślę,  że wejście na Górę Kościuszki, moje 
pierwsze dotknięcie Australii, było wstępem do wyprawy przez 

Pustynię Gibsona. Kiedy spotkałem się z projektem tej ekspedycji, 
wiedziałem już, czym pachnie Australia, było mi więc  łatwiej 

przygotować się do drogi. To jeszcze jedno potwierdzenie, że moje 
wycieczki po świecie miały pewną dynamikę i swój dalszy ciąg. I 

nie były czymś przypadkowym.  
Przyjmowałem różne propozycje, ale tylko wtedy, kiedy coś mi się w 

nich podobało. Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, dlaczego coś 
wydaje się nam bliskie, dlaczego właściwie mamy ochotę coś zrobić, 
a coś innego przyjmujemy obojętnie. Gdyby ktoś w tamtym czasie 

zadzwonił do mnie z propozycją: słuchaj, pojedź z nami, wybieramy 
się do Tybetu, będziemy tam medytować, na pewno będzie  świetnie 

wątpię, czy bym pojechał. Również dzisiaj otrzymuję wiele różnych, 
z pozoru atrakcyjnych propozycji, które odrzucam. Dzwoni boss 

jakiejś firmy i słyszę w słuchawce telefonu miły głos: panie 
Marku, a może pojedzie pan z nami do Ameryki Południowej albo na 

background image

afrykańskie safari? Grzecznie odmawiam, nie ciągnie mnie, nawet 

gdyby mieli mi za wspólny wyjazd suto zapłacić. Interesuje mnie 
poznawanie  świata, ale nieraz lepiej przeczytać wartościową 
książkę, opisującą jakiś jego zakątek, niż brać udział w banalnej 

podróży do tego samego regionu.  
Wybrałem się na Kilimandżaro, bo odezwała się we mnie pamięć 

młodzieńczych lektur, przede wszystkim Hemingwaya. A do tego 
mogłem tam pojechać z Leszkiem Cichym. To było moim celem i moją 

motywacją, nie był ważny punkt na mapie i dyplom zdobywcy 
Kilimandżaro zawieszony na ścianie salonu. Warto starać się,  żeby 

to co robimy, było zgodne z nami samymi, z naszym wnętrzem. Jako 
dzieciak nie mogłem podróżować na krańce świata, ale mogłem czytać 
książki, co nie było tym samym, ale pozostawało dostępną dla mnie 

namiastką. Już wtedy poznawany w ten sposób świat jakoś 
porządkowałem. Coś mi się podobało, a coś innego nie. Być może 

niektórzy pisarze odkrywają nam nas samych, tylko że nie 
uświadamiamy sobie tego wyraźnie. Dopiero gdy stajemy się 

dorosłymi ludźmi, możemy w bardziej świadomy sposób wrócić do 
tego, co jest naszą ukrytą dynamiką. Myślę,  że na tym polegała 
moja pierwsza wyprawa na Kilimandżaro. Była powrotem do tego, co 

niegdyś przeżywałem czytając Hemingwaya.  
Oczywiście, czytanie książek nie jest jedyną metodą poznawania 

siebie. Mogą nam w tym pomóc ludzie, których spotykamy na swojej 
drodze. Często słyszę pytania: kto ci o tym wszystkim powiedział, 

kto wskazał drogę, kto poprowadził za rękę? Mnie akurat nikt nie 
prowadził, robiły to książki. Ludzi ta odpowiedź nie zadowala, bo 

wydaje im się,  że książki kupić może każdy, a poza tym oni także 
różne książki czytali i jakoś nigdzie ich nie zaprowadziły. 
Wszyscy są przekonani, że na pewno ktoś w mojej rodzinie albo 

przynajmniej wśród znajomych wiele podróżował. Ale wśród moich 
znajomych z dzieciństwa i młodości nie było  żadnego podróżnika. 

Nie miałem takich wzorów ani nauczyciela, który by mnie zachęcał 
do podejmowania wypraw. To książki były moim jedynym nauczycielem.  

Paradoksalnie możemy czerpać z realnych wzorów, z napotkanych 
ludzi i życiowych sytuacji w taki sposób, że niczego nas to nie 
nauczy.  

Pozostaniemy jedynie turystami. Na czym polega bycie turystą? Na 
tym,  że idzie się  łatwiejszą drogą, korzysta z pomocy 

przewodników, nie przezwycięża prawie żadnych trudności. Dzięki 
temu poznajemy świat gładko, bez przeszkód, jakbyśmy oglądali film 

w telewizji. Niczym się to nie różni od oglądania dobrego programu 
na Discovery czy Planete. Nieraz nawet z tych programów możemy 

wynieść więcej.  
Przy takim sposobie poznawania świata ważne jest tylko to, że 
gdzieś byliśmy. Byliśmy w Watykanie, byliśmy we Florencji, 

byliśmy, byliśmy, byliśmy... Nie ma czasu na refleksję, 
zatrzymanie się, poczucie tego miejsca. W czasie moich podróży 

starałem się nie zaliczać  świata, wręcz unikałem miejsc 
turystycznych z doświadczenia wiedząc,  że niewiele zostaje mi 

potem w głowie. Co innego poznawanie świata własną drogą dzięki 

background image

zatrzymaniu się, pobyciu razem z tym światem, wejściu w związek. 

Ma to wówczas inny wymiar i inny sens.  
Gdy dzięki swoim wyprawom poznałem trochę Australię, zorientowałem 
się,  że większość Australijczyków tak naprawdę nie wie, gdzie 

mieszka. Kiedy byłem tam pierwszy raz, gdy wszedłem z Leszkiem 
Cichym na Górę Kościuszki, miałem poczucie, że to sympatyczne 

miejsce na ziemi oddalone od świata, gdzie wszyscy mówią „no 
worries, mate" -„nie martw się", ze swoją oryginalną kulturą, 

specyficzną kuchnią i charakterystycznym luzem. Wszystko jest tam 
daleko, również problemy. W Europie, w Ameryce nieustannie coś się 

dzieje, a w Australii jest spokojnie. Ale kiedy wybrałem się tam 
po raz drugi i przeszedłem Pustynię Gibsona, zrozumiałem,  że 
Australia cywilizowana, takie miejsca jak Sydney czy Melbourne są 

czymś sztucznym, tak jakby powstały bazy na Księżycu. Między tymi 
bazami człowiek przemieszcza się samolotem i widzi pod sobą 

jedynie czerwoną ziemię, tak jakby widział lód.  
Większość Australijczyków nie ma pojęcia o Australii, tak mi się 

wydaje.  
Chciałbym napisać kiedyś książkę o wyprawie przez Pustynię 
Gibsona, bo wielu ludzi mnie o nią wypytuje. Dlaczego z biegunów 

przeniosłem się na pustynię? Australia wydaje mi się uzupełnieniem 
biegunów. Nie tylko pustynia i nie tylko sama ekspedycja, to co w 

jej trakcie się wydarzyło, ale Australia jako pewne zjawisko 
polegające na tym między innymi oczywiście - że  świat, który 

zamieszkujemy, często poznajemy jedynie powierzchownie. Można  żyć 
w jakimś kawałku świata, niczego o nim nie wiedząc, a można starać 

się ten świat zrozumieć, wejść z nim w jakieś relacje.  
 
Lider, członek zespołu  

 
W „mniejszych" wyprawach, do których dołączałem, występowałem nie 

w roli lidera, tylko członka ekspedycji. Nie miałem z tym żadnych 
problemów. Powiedziałbym nawet, że to całkiem przyjemne, kiedy 

ktoś inny jest odpowiedzialny za całe przedsięwzięcie. Ja 
odpowiadałem za własny „odcinek" i nie musiałem poświęcać całej 
uwagi i czasu na ogarnianie całości. Nigdy nie sprawiało mi 

trudności to, że musiałem podporządkowywać się cudzym decyzjom. 
Jeżeli moje doświadczenie jest mniejsze niż doświadczenie lidera, 

potrafię znaleźć swoje miejsce i nie mam żadnych problemów z tym, 
że ktoś wydaje mi polecenia. Wiem przecież,  że wykonując 

postawione zadania, czegoś się uczę. Wiedzę o oceanie czy o górach 
zdobywałem u najlepszych nauczycieli. Poznanie liderów, ich 

osobowości było dla mnie ważnym doświadczeniem, wcale nie mniej 
znaczącym niż bycie liderem. Wręcz lubię funkcjonować w zespołach 
i być ich członkiem. To naprawdę nic przyjemnego być zawsze 

wystawianym na pierwszą linię frontu, rozwiązywać wszystkie 
problemy i troszczyć się o cały zespół.  

Poza tym są różne rodzaje liderowania. Ja staram się troszczyć o 
innych w najmniejszych szczegółach. Są tacy liderzy, którzy 

ogarniają projekt ogólnie i nie przywiązują wagi do detali. 
Uważają,  że każdy sam powinien odnaleźć się w rzeczywistości. 

background image

Jeśli coś ci się stanie, to trudno, twoja wina. Ja staram się, na 

ile to tylko możliwe, myśleć za innych. Może czasami idę w tym za 
daleko?  
Spotykając się z innymi liderami w roli ich podkomendnego, uczę 

się różnych sposobów bycia przywódcą i to też mi pomaga. Mając to 
doświadczenie można potem zmieniać  własny sposób zarządzania 

zależnie od osobowości zespołu. Czasem trzeba troszczyć się o 
wszystko, a innym razem wystarczy ogólne doglądanie. 

Funkcjonowanie w różnych zespołach powoduje, że człowiek potrafi 
szerzej spojrzeć na kwestię przywództwa, na to jak może ono 

wyglądać. W rutynę nie wpada się też tak łatwo. Jeżeli będziemy 
trzymali się tylko jednego modelu przywództwa, w którym każdy 
radzi sobie jak może, to w niektórych sytuacjach może się to 

skończyć wypadkiem. I odwrotnie, styl zarządzania bardzo 
troskliwy, opiekuńczy dla pewnych ludzi może być bardzo męczący, a 

z czasem zacznie być odrzucany. Między zespołem a liderem, który 
myśli za wszystkich o każdym szczególe, może dochodzić do spięć 

czy konfliktów. Przeskakiwanie między różnymi typami przywództwa, 
w zależności od zespołu i napotykanych trudności, to ważna 
umiejętność. Wymaga ona wychodzenia poza schematy. To, że 

nauczyliśmy się jakiegoś sposobu radzenia sobie z ludźmi, który 
okazał się skuteczny w danych okolicznościach, nie znaczy, że 

będzie on skuteczny w pracy z innym zespołem.  
Znane są przykłady przywódców, którzy w jakimś okresie czy 

sytuacji okazali się bardzo skuteczni i dzięki temu zostali 
wyniesieni na piedestał. Ale w innych okolicznościach metody te 

stają się anachroniczne, są wręcz przeszkodą czy balastem. Tak 
potoczyła się według mnie historia z Lechem Wałęsą, który jest dla 
mnie niekwestionowanym bohaterem, ale jest też przykładem,  że nie 

można w życiu robić wszystkiego. Olbrzymi sukces na jednym polu 
nie daje się mechanicznie przenieść na inne. Lech jest 

człowiekiem, który prowadził walkę o odrzucenie komunizmu, ale nie 
sprawdził się do końca jako prezydent. Nie chciałbym, by to 

brzmiało jak ocenianie Lecha Wałęsy, bo to jeden z moich 
bohaterów, ale fakty są faktami. Brak elastyczności, przenoszenie 
wypracowanych schematów przywództwa na zupełnie inne pole 

skończyło się jak najgorzej.  
Funkcjonowanie w różnych konfiguracjach, bycie raz członkiem 

wyprawy, a raz jej liderem, na pewno przyczyniło się do tego, że 
ekstremalne projekty, które prowadziłem, kończyły się sukcesem. 

Gdyby nie różne doświadczenia, także wyprawa z Jaśkiem Melą 
mogłaby potoczyć się inaczej. Jasiek miał już 

własne 

doświadczenie, miał też własne zdanie, które trzeba było szanować. 
To nie wyglądało tak, że jedynie bezrefleksyjnie wykonywał 
polecenia, bo wtedy nie miałby własnej motywacji. Umiejętność 

bycia i liderem, i partnerem pomogła mi też znaleźć wspólny język 
z rodzicami Jaśka. Musiałem prowadzić różnego rodzaju negocjacje z 

zespołem wspierającym, co nastręczało wiele problemów, które 
trzeba było szybko rozwiązywać. Wtedy przydatnymi okazywały się 

nabyte wcześniej umiejętności prowadzenia negocjacji, radzenia 

background image

sobie z emocjami i - co ważne - niekoniecznie upierania się przy 

własnym zdaniu.  
Jeśli zależy nam na autentycznym zaangażowaniu ludzi, na tym by 
własne idee stawały się wspólną sprawą, bardzo ważne jest, żeby 

cały projekt nie był jedynie naszym pomysłem, który narzucamy 
innym.  

Musi to być nasza wspólna idea. To jeden z kluczy do sukcesu. Ale 
ludzie bywają czasem odporni na nasze idee, a wyprawę trzeba 

doprowadzić do określonego celu. W takiej sytuacji musimy przyjąć 
inny styl zarządzania, bardziej autorytatywny, polegający na 

wydawaniu rozkazów, bo to jedyna droga docierania do pewnych 
ludzi, którzy drogę negocjacyjną  łatwo mogą odebrać jako wyraz 
słabości lidera. Trzeba intuicyjnie odgadywać profile osobowości 

ludzi, zdawać sobie sprawę z tego, co na nich najlepiej wpływa, 
jak styl zarządzania jest potrzebny i do takiego stylu należy się 

odwoływać.  
Co nie znaczy, że mamy te style zmieniać jak rękawiczki. Muszą być 

one dopasowane nie tylko do osobowości członków zespołu, ale i do 
osobowości lidera. Dla mnie wiodącym stylem jest zarządzanie 
oparte na współodpowiedzialności, wspólnocie idei i partnerstwie.  

To jest mi najbliższy model, którego praktycznie zawsze się 
trzymam i który uważam za najskuteczniejszy, a też najbardziej 

ludzki. Ale jeżeli w danej konfiguracji ten styl nie działa czy 
nawet prowadzi do chaosu, trzeba wybrać inny, skuteczny w tych 

warunkach. Oczywiście nie może to być skuteczność za wszelką cenę, 
np. poniżanie ludzi. Są tacy liderzy, którzy uważają,  że ludzi 

trzeba czasem podeptać, po to by znali swoje miejsce. Inni 
uważają, że trzeba powodować konflikty, bo to osłabia możliwy opór 
zespołu. Różne style rządów obowiązują na wyprawach... Ja zawsze 

byłem przeciwny temu, by dążyć do celu dzięki wyzwalaniu złej 
energii. Zła energia raz wyzwolona pozostaje i prędzej czy później 

powraca, obracając się przeciwko nam albo przeciwko wyprawie.  
W  świecie polarnym nauczyłem się dostrzegać różnice w odcieniach 

lodu, widzieć napięcia form, pęknięcia i szczeliny stanowiące 
potencjalne zagrożenie. To, co dla laika było jedynie monotonną i 
pustą białą przestrzenią, dostarczało mi informacji o możliwości 

nadejścia sztormu czy groźnym dryfie. Świat nie jest 
monochromatyczny, zawsze ma swoją mniej czy bardziej złożoną 

strukturę. Tak samo jest z zespołem ludzi. Obcując z nim widzę nie 
tylko twarze poszczególnych członków, po pewnym czasie widzę także 

wspólne działania, zaczynam zdawać sobie sprawę z rysujących się 
konfliktów i pęknięć. Odpowiednio do tego mogę intuicyjnie 

dobierać styl zarządzania. Podobnie dzieje się, gdy występuję nie 
w roli lidera, tylko członka wyprawy. Wówczas zdaję sobie sprawę z 
tego,  że przyjmując styl zbyt partnerski, mogę urazić lidera, 

który akurat ma skłonności do posługiwania się modelem bardziej 
autorytatywnym. Są liderzy, którzy nie lubią, gdy zadaje im się za 

dużo pytań, są też jednak tacy, którzy to akceptują, a nawet tego 
oczekują. Trzeba to rozpoznać, żeby nie tworzyć niepotrzebnych pól 

konfliktów. Dzieje się to zwykle bezwiednie, podświadomość 
rejestruje wydarzenia i podpowiada jak się zachowywać.  

background image

Im więcej uzbieramy doświadczeń, najlepiej występując po obu 

stronach barykady, dowódców i podwładnych, tym lepiej potrafimy 
reagować. Doświadczenia gromadzą się w naszej podświadomości, a 
potem intuicja może do nich sięgać. Liczy się raczej intuicja niż 

intelektualne analizowanie: znalazłem się w takim zespole, to 
znaczy,  że powinienem zachowywać się tak. Im więcej zaliczymy 

doświadczeń, zwłaszcza tych trudnych, konfliktowych, tym łatwiej 
jest później uzmysłowić sobie zagrożenia i być  mądrym przed 

szkodą.  
A jeśli będziemy szli, nie zastanawiając się nad wszystkim i nie 

wyczuwając tego, co dzieje się między ludźmi, może się nam 
wydawać, że idziemy bezpieczną drogą, do czasu... Lodowce to takie 
miejsca, gdzie często przez długi czas droga jest bardzo równa, a 

pogoda bardzo ładna. Ale pogoda potrafi się gwałtownie załamać 
albo ni stąd, ni zowąd załamie się pod nami śnieg. I dopiero wtedy 

odkrywamy,  że sytuacja miała zupełnie inną strukturę niż nam się 
wydawało.  

Czy można nauczyć się bycia liderem? W moim przypadku stało się to 
naturalnie poprzez doświadczenia, a nie dlatego że myślałem o 
sobie jak o liderze i próbowałem  świadomie rozwijać w sobie 

podobne zdolności, trenować je jak jazdę na rowerze. Chociaż w 
pewnym momencie w mojej karierze biznesowej, gdy spotkałem się z 

propozycją studiów zarządzania, zdecydowałem się na to. Chętnie 
uczestniczę też w konferencjach, spotkaniach i warsztatach z 

liderami biznesu. Spotkałem się między innymi z Brianem Tracy, 
autorytetem w dziedzinie przywództwa oraz Philipem Kotlerem, 

twórcą współczesnej koncepcji marketingu. Odwiedziłem też w Nowym 
Jorku Fundację Petera Druckera, guru zarządzania, człowieka, który 
stworzył podwaliny nowoczesnej teorii zarządzania w Stanach i był 

niekwestionowanym  światowym autorytetem. Jako dziecko brałem 
udział w wielu konkursach, a jako dorosły człowiek uczę się ciągle 

czegoś nowego. Zrobiłem na przykład kurs płetwonurka, będę starał 
się zrobić patent jachtowego sternika morskiego, myślę o kursie 

spadochronowym. Nie zamierzam być kolekcjonerem dyplomów i 
patentów, ale jeżeli uczę się czegoś co mnie interesuje, bardzo 
mnie to rozwija. Dzięki zdobywaniu wielu różnych umiejętności 

pogłębiam także wiedzę o przywództwie. Praca sternika jachtowego 
to także sztuka pracy w zespole. Jeśli mogę być na pokładzie raz 

kapitanem, a raz członkiem załogi, czy można sobie wyobrazić 
lepszą szkołę przywództwa?  

 
Kiedy wszyscy mówią nam „nie”  

 
Często bywa tak, że czyjeś dokonania ludzie zaczynają doceniać po 
pewnym czasie, a na początku lekceważą je, uważając za mało 

poważne.  
Tak było nawet z moimi biegunami, a już na pewno tak wyglądał 

stosunek ludzi do pomysłu przepłynięcia Wisły kajakiem. Kiedy mamy 
taką intuicję,  żeby zrobić coś innego, niestereotypowego: wybrać 

się na kajakową wyprawę Wisłą albo oddać medytacji czy uprawiać 
jogę, ludzie zwykle pukają się w czoło. Zawsze słyszałem: jak to, 

background image

doszedłeś na bieguny, a teraz będziesz płynął kajakiem po Wiśle? 

Poza tym, że jest w niej brudna woda, co to za wyczyn?  
Cóż,  życie nie polega na wyczynach, to po pierwsze, a po drugie 
cudza wizja naszej aktywności, to jak ją sobie ludzie wyobrażają i 

na podstawie czego budują osąd, często nijak ma się do 
rzeczywistości.  

Wisła wcale nie jest taka brudna, medytacja nie polega na myśleniu 
o niebieskich migdałach, a joga nie sprowadza się wyłącznie do 

ćwiczeń fizycznych. O wiele sensowniej jest nie podążać za 
ludzkimi opiniami, choć zawsze warto każdą z nich brać pod 

rozwagę. Ale rozważać nie znaczy automatycznie się z nimi zgadzać, 
czy się do nich stosować.  
Dotyczy to także naszych najbliższych, rodziców, a nawet - dodam -  

żony. Rodzice z zasady są przeciwni naszym pomysłom, uważając je 
za niepraktyczne, niepotrzebne, nawet śmieszne. Chcą, byśmy 

kierowali się ich przemyśleniami, co należy robić z własnym 
życiem. Możemy oczywiście ich posłuchać, gdy dotyczy to spraw na 

krótką metę, tygodni, może nawet miesięcy, ale na pewno nie w 
sprawach na całe życie. Gdy chodzi o wybór zawodu czy małżeństwo, 
trzeba słuchać intuicji. Ona jest często mądrzejsza niż się nam 

wydaje. Oparta na naszych doświadczeniach, tym co przeżyliśmy albo 
co przeczytaliśmy. Inni mają  własne doświadczenia, doradzają nam 

na podstawie tego, co sami przeżyli, ale to przecież ich życie, 
nie nasze.  

Otoczenie zwykle próbuje nas zdusić. Ja staram się otaczać ludźmi, 
którzy mnie wspomagają, a nie tłamszą. Ktoś powie: szukasz 

poklasku, dobierasz sobie takich, którzy ci we wszystkim potakują. 
To nie tak.  
Chodzi o to, żeby współdziałać z ludźmi, którzy potrafią 

polemizować, ale też potrafią być bezstronni i nie chcą narzucać 
własnego punktu widzenia. Teraz, kiedy mam już pewne dokonania, 

ludziom nie tak łatwo powiedzieć,  że moje zamierzenia są 
bezsensowne albo śmieszne.  

Pamiętam,  że przed laty na wszelki wypadek nie rozmawiałem z 
innymi o swoich planach, bo wiedziałem,  że 99 procent moich 
rozmówców uzna je za wymysł, fanaberie, coś o czym nawet nie warto 

rozmawiać, że to nierealne.  
Tego rodzaju zniechęcająca presja otoczenia często jest bardzo 

silna. Oryginalne, dziwne pomysły rzadko kiedy spotykają się z 
aprobatą. Trudno nawet znaleźć w kimś chęć podjęcia rzeczowej 

dyskusji, bez uprzedzeń, bez narzucania swego zdania. Najłatwiej 
jest usłyszeć: przestałbyś mówić takie rzeczy, szkoda na to czasu, 

zajmij się czymś sensownym, zrób lepiej lekcje albo porządek w 
pokoju. Na ile otoczenie pozwala dzieciom i młodym ludziom marzyć? 
A na ile przymusza ich do tego, żeby mieścili się w ramach 

określających sposób, w jaki wolno nam marzyć? Na ile pozwalamy 
innym,  żeby mieli własne wizje i zachęcamy ich do tego, żeby 

próbowali je realizować?  
Zwykle 99 procent ludzi mówi nam „nie". Ale często 99 procent 

ludzi się myli. A nawet jeśli wszyscy mówią to samo, wszyscy mogą 
się mylić.  

background image

Statystyka nie zawsze jest dobrym doradcą. A co jest dobrym 

doradcą?  
Nasza intuicja. Jeśli ktoś z góry mówi, że pomysł jest bez sensu, 
nie podpierając tego żadną argumentacją, i oddala samo to pytanie 

mówiąc,  że szkoda na nie czasu, dla mnie jest to właśnie sygnał, 
że warto się  głębiej zastanowić nad problemem. Trzeba brać pod 

uwagę zdanie innych ludzi, ale tylko wtedy, gdy jest oparte na 
racjonalnych przesłankach. Jeśli ich nie słyszymy, a spotykamy się 

tylko z emocjami, z mówieniem, że to bzdury, takiego zdania, 
uważam, w ogóle nie należy brać pod uwagę, bo nic ono nie wnosi. 

Nawet jeśli jest wygłaszane przez autorytety czy ludzi, którzy 
wydają się być autorytetami. Mogą nimi być, ale w tym konkretnym 
przypadku nie muszą mieć racji.  

Kiedy w trakcie przygotowań do wyprawy z Jaśkiem Melą na biegun 
północny lekarka o niezaprzeczalnym dorobku naukowym i zawodowym 

opiekująca się chłopcem powiedziała,  że wycofuje się z projektu, 
bo według niej ta wyprawa jest pozbawiona sensu i przyniesie 

więcej szkody niż pożytku, musiałem się nad tym poważnie 
zastanowić. Ale gdy przeanalizowałem sytuację, stwierdziłem, z 
całym szacunkiem dla pani doktor i jej dorobku, że w tym zdaniu są 

tylko jej emocje, a nie ma żadnych racjonalnych argumentów. 
Zdecydowałem więc,  że nie będę kierował się jej opinią, tylko 

dalej będę badał temat. Takich sytuacji miałem w życiu co 
niemiara. Wszyscy naokoło mówili, że coś jest niedorzeczne albo że 

na pewno się nie uda, bo nie zdążymy, nie damy rady, może za rok, 
może kiedyś, ale nie teraz, bo teraz mamy co innego do zrobienia. 

Nigdy nie zdarzył się w mojej działalności żaden poważny projekt, 
który nie spotkałby się z podobnymi wątpliwościami i oporami.  
Mimo wszystkich moich osiągnięć... Scenariusz jest zawsze ten sam. 

Zawsze było za mało czasu i zawsze ktoś się wykruszał. Partnerzy, 
na których wydawało się, można było liczyć i którzy deklarowali 

wstępne zainteresowanie, wycofywali się i to nieraz w ostatniej 
chwili. Wiele razy przedsięwzięcie wisiało na włosku. Kiedy 

wyprawa już wyruszała, wszystko zależało ode mnie oraz od pogody i 
natury. Największe zagrożenia i trudności pojawiały się przed 
startem. To absolutny standard.  

Doszedłem już do tego, że kiedy pojawiają się problemy, zaczynam 
się cieszyć, bo to znaczy, że sprawy są najpewniej na dobrej 

drodze.  
A poza tym, gdyby nie było  żadnych problemów, życie stałoby się 

nudne i niczego byśmy się nie uczyli...  
Trzeba stać się wewnętrznie niezależnym od najbliższego otoczenia.  

Gdybym słuchał się we wszystkim moich rodziców, nie wyruszyłbym na 
żadną ze swoich wypraw. Mówię to oczywiście z uśmiechem, bo 
rodzicom zawsze należy się szacunek, ale słuchanie we wszystkim 

taty i mamy nie zawsze wyprowadza na prostą.  Żeby urzeczywistnić 
swoje marzenia, zawsze trzeba pokonać opory tych, którzy często są 

bardzo blisko nas. Nie mówię już o dalszym otoczeniu, o firmach 
czy partnerach, którzy deklarują,  że będą nas wspierać, a w 

ostatniej chwili wycofują się. Nie powinniśmy odbierać tego jako 
osobistej porażki. To stały fragment gry, który nie powinien mieć 

background image

wpływu na nasze emocje, nie powinien zniechęcać. Nie zawsze mi to 

wychodzi, ale kiedy zdarza się taka sytuacja, a zdarza się niemal 
za każdym razem, staram się tylko uśmiechnąć. Nie lekceważąco, ale 
po to by uśmiechem rozładować sytuację. Kiedy ktoś nas zawodzi, 

można poczuć do niego urazę. Ale można też  uśmiechnąć się i 
pomyśleć,  że mimo wszystko damy radę i wszystko będzie dobrze. 

Będę się nawet jeszcze cieszył, że mimo tych przeszkód dotarłem do 
celu. Wtedy problem złych emocji znika, zaczynamy myśleć raczej o 

dalszej drodze niż o tym, żeby jakoś odreagować uczucie zawodu. 
Pielęgnowanie złości nic nie daje, bo nie przybliża nas do celu, a 

wręcz przykuwa do sytuacji, w której znaleźliśmy się w punkcie 
wyjścia. A my przecież mamy iść dalej. Często dajemy się złapać w 
sieć urazów, szamoczemy się w niej, zapominając o naszym celu.  

Jest to szczególnie trudne, gdy człowiek żyje w małej społeczności 
i musi się jej przeciwstawić. Ale i w małej społeczności można się 

mentalnie odizolować. Może zresztą nie tyle od społeczności, ile 
od negatywnych emocji, które mogą się pojawić wówczas, gdy nasze 

marzenia są negowane przez innych, przedstawiane jako 
bezwartościowe. Lepiej skupić się na tym, co prowadzi nas do celu.  
  

Walka na czekany na biegunie  
 

Z oporem ze strony innych ludzi trzeba liczyć się przez cały czas, 
nie tylko w początkach wyprawy. Ludzie mają swoje ograniczenia, 

humory, które potrafią okazywać na różne sposoby. Ważne, żeby nie 
wchodzić w niepotrzebne emocje. Najlepiej cieszyć się,  że sprawy 

idą dobrze, i przechodzić do porządku dziennego nad drobiazgami, 
które nie wychodzą. To w końcu normalne, że coś zdarzyło się nie 
tak jak trzeba.  

Niektórzy zachowują się odwrotnie: nie dostrzegają tego, że całość 
jest udana, ale skupiają się jedynie na nieudanych detalach. Ojej, 

zrobiliśmy zły krok, nie tak zawiązaliśmy kokardkę czy poszliśmy w 
nieodpowiednim kierunku. Podobne osoby całą energię wkładają w to, 

by podkreślać  błędy, które się zdarzyły, zapominając o pozostałym 
dobru. Ja w takich sytuacjach staram się nie angażować 
emocjonalnie w dyskusje, bo wiem, że bardzo łatwo może się to 

przerodzić w konflikt i wtedy stanie się realnym problemem.  
Gdybym zaczął przekonywać, że to drobiazg, nie ma sensu na tym się 

skupiać, wszedłbym z taką osobą w konflikt. Usłyszałbym w 
odpowiedzi: to wcale nie jest drobiazg, tylko ważna sprawa, nie 

rozumiesz tego, to przecież katastrofa! I zaczęłoby się... Podobne 
spory  łatwo przeradzają się w osobiste animozje, kto jest 

mądrzejszy, kto lepszy i kto ma rację, co prowadzi donikąd. A 
jeśli ludzie powiedzą swoje i nie będzie to w żaden sposób 
podsycane, potencjalny spór w naturalny sposób zamrze.  

Gdybym w czasie porannych przygotowań do drogi usłyszał,  że 
członkowie wyprawy marudzą w swoim namiocie i zamiast to 

zignorować, nie wytrzymałbym i zawołał: przestańcie tak gadać — 
spór byłby gotowy. Mógłbym usłyszeć: mamy prawo mówić, co nam się 

podoba, a ty na nas nie krzycz. Po takim poranku idzie się razem 
trudniej. To częsty model konfliktu. Lider ma swoją wizję i jest 

background image

zadowolony, bo zespół  ją realizuje, ale ludzie chcą podkreślić 

swoją obecność w projekcie, że są ważni, że biorą w tym wszystkim 
udział, więc zaczynają wytykać drobiazgi i krytykować. Różne mogą 
być sposoby zaznaczenia swojej osobowości. Oczywiście lider, który 

za wszelką cenę chce, żeby nie pojawiały się zakłócenia, próbuje 
stłamsić oponentów, robi to na zasadzie — jesteś krytykantem, 

malkontentem, przestań się czepiać. — A ty chcesz, żeby wszystko 
było po twojemu — usłyszy w odpowiedzi lider. To modelowy 

konflikt, który rozpala się coraz większym ogniem, nawet jeśli 
wyprawa postępuje zgodnie z przyjętym planem.  

Znam bardzo wymowną historię wyprawy na biegun kilku Anglików. 
Jeden z nich był w trakcie leczenia białaczki czy może innej, w 
każdym razie bardzo poważnej, choroby, a dwóch przyjaciół 

wspomagało go w próbie dojścia na biegun. Owszem, dotarli tam, ale 
na biegunie o mało nie pozabijali się czekanami, taka wybuchła 

między nimi kłótnia. Ci, którzy mu pomagali, uważali,  że to ich 
sukces, a on z kolei miał poczucie, że to jego własne osiągnięcie. 

Tamci chcieli mu odebrać filmy oraz zrobione zdjęcia i tak się 
zaczęło. Widziałem ich przed wyprawą, obserwowałem pełną zgodę i 
wspólną wizję. Pozornie wszystko poszło dobrze, zgodnie z planem, 

każdy odegrał swoją rolę.  
Przypuszczam,  że pewnie zaczęło się od drobnego konfliktu. Jeden 

drugiemu nie chciał przyznać racji, może ktoś kogoś skrytykował, a 
ten przejął się krytyką. Coś takiego mogło wystarczyć, tliło się, 

a na sam koniec wybuchł pożar. To modelowy przykład sytuacji, w 
której niby wszystko potoczyło się dobrze, w tym sensie, że 

wyznaczony cel został osiągnięty, ale różnice osobowości sprawiły, 
że wyprawa skończyła się traumą dla wszystkich. W wyprawach 
górskich, w których pojawia się wiele napięć i emocji, to niestety 

częsty finał. W biznesie również.  
Wyprawa kończy się sukcesem, a jej członkowie mają do końca życia 

zatrute sumienie. Trzeba wystrzegać się takich „sukcesów".  
Nie zawsze trzeba mieć rację za wszelką cenę, nawet jeśli się  ją 

ma. Nie zawsze musimy swoją rację udowadniać czy narzucać, jeśli 
tylko nie dotyczy to spraw fundamentalnych, bezpieczeństwa wyprawy 
albo osiągnięcia celu. Nie zawsze też musimy udowadniać innym, że 

nie mają racji, nawet jeśli wiemy, że tak jest. Moje doświadczenie 
podpowiada,  że lepiej pozostawić to w spokoju, bo dochodzenie 

swoich racji na ogół kończy się  źle, szczególnie jeśli mamy do 
czynienia z ludźmi, którzy mają już praktykę w prowadzeniu sporów. 

A przeważnie z takimi ludźmi robimy wspólne projekty... 
Ustępliwość nie może dotyczyć spraw najważniejszych, trzeba umieć 

być pryncypialnym. Ale w drobniejszych sprawach ważną 
umiejętnością jest nierozpoczynanie konfliktów. Nie jest to 
proste, mnie również nie zawsze wychodzi. Ale zawsze staram się 

przechodzić do porządku dziennego nad drobnymi problemami i nie 
podsycać z ich powodu sporów. Szybko o nich zapominam, a jeśli 

nawet coś zostaje w pamięci, nie ma to wpływu na relacje z ludźmi.  
Bywa że po czasie inni i tak przyznają nam rację, ale lepiej na to 

nie liczyć. Z trudem przychodzi nam przyznanie się do błędu czy 
pomyłki.  

background image

Kiedy do mnie dotrze, że w czymś nie miałem racji, staram się od 

razu do tego przyznać, co rzeczywiście rozładowuje sytuację, ale 
odczuwa się to jak skok na głowę do zimnej wody. Trochę boli, ale 
tylko przez chwilę, potem jest dobrze. To oczyszczające 

doświadczenie. Są ludzie odporni na wszelkie przeprosiny, tacy 
niczego już nie przyjmą, z tym także należy się liczyć. Ale mimo 

wszystko przyznanie się do błędu oczyszcza i uzdrawia całą 
sytuację.  

Nie każdy jest tego zdania. Niektórzy idą w zaparte i nie są w 
stanie przyznać się do błędu. Znam takie sytuacje, może bardziej z 

wypraw, a mniej z kontaktów biznesowych, w których błędy mogą 
kosztować  życie. Są liderzy, którym wydaje się,  że we wszystkim 
mają rację i to jedyne dopuszczane wyjaśnienie. Każdy ma własne 

życiowe kalkulacje i prowadzi własny bilans zysków i strat. 
Niektórym wychodzi, że nie przyznawać się do błędów jest lepiej. 

Nawet jeśli będzie wychodziło jak dwa plus dwa to cztery, że 
zrobili coś  źle, potrafią przekonywać,  że arytmetyka to tylko 

pewien system, nie wolny od błędów...  
Liderzy obawiają się,  że przyznając się do błędu, stracą 
autorytet.  

Paradoksalnie często ktoś taki zyskuje w oczach podwładnych, bo 
sprawia wrażenie nieomylnego. Trzeba brać pod uwagę różne 

scenariusze.  
Najlepszy jest według mnie jednak taki, który polega na prawdzie. 

Ale są też takie zespoły, w których panuje absolutna dyktatura i 
prawda ma mniejsze znaczenie. Oczywiście gdzieś w końcu zwycięża, 

bo zwykle nieprawda powoduje kumulację błędów i katastrofę. Ale i 
od tej reguły są wyjątki. Szef zespołu za wszelką cenę chce mieć 
rację, nawet gdy popełnia błędy, nie przyznaje się do nich, a 

jednak osiąga sukces i wszyscy uważają,  że można mu wybaczyć 
wcześniejsze postępowanie.  

Skoro osiągnął to, co sobie założył, najwidoczniej miał rację. I 
nawet kłamstwa zostają usankcjonowane. Życie jest pełne 

możliwości.  
Mimo to uważam, że model, w którym przyznajemy się do błędów, jest 
najskuteczniejszy. Byłoby przymykaniem oczu twierdzenie, że tak 

dzieje się zawsze. W skrajnych sytuacjach, w naprawdę trudnych 
projektach blefowanie odgrywa czasem pozytywną rolę. Nieraz dla 

podbudowania nastroju trzeba przedstawić sytuację w jaśniejszych 
barwach.  

Niekoniecznie od razu kłamać, ale rzeczywistość można przedstawić 
w jaśniejszych i ciemniejszych barwach pokazując dobre albo złe 

strony, z nadzieją wskazując na szanse albo akcentując zagrożenia. 
Prawda jest bardzo ogólną kategorią, ideałem, który często jest 
nie do osiągnięcia.  

Między prawdą a kłamstwem rozciąga się feeria barw, sytuacji, 
narzędzi przydatnych do tego, by tchnąć w ludzi nadzieję.  

Nadzieja jest kategorią leżącą poza prawdą. Wierzymy przecież w 
coś, czego nie możemy udowodnić. Nadzieja potrafi jednoczyć 

bardziej niż prawda. Może wyjaśnia to dziwną historię wyprawy 
Anglików?  

background image

Pozornie mieli wspólny cel, ale prawdopodobnie ów chory polarnik 

chciał dla lepszego samopoczucia zostać samodzielnym zdobywcą 
bieguna, natomiast jego towarzysze szli z nastawieniem, że mu 
pomagają i że dojście na biegun zależy od nich. Nie mieli jednego 

celu, tylko różne. Mieli inne bieguny przed sobą. Dopóki panowały 
skrajne warunki, kiedy trzeba było skupić się na marszu, dopóki 

prowadziła ich nadzieja, prawda o różnych celach nie wyszła na 
jaw. Ale kiedy cel został osiągnięty, okazało się,  że doszli do 

różnych biegunów.  
Nie musieliby chwycić za czekany, gdyby nie upierali się za 

wszelką cenę przy własnych zdaniach. Co jest lepsze, trwać przy 
zdaniu, które uważa się za prawdę, i mieć  złe wspomnienia z 
wyprawy, nawet jeśli cel został osiągnięty, czy zachować dobre 

wspomnienia dzieląc się sukcesem, uznając cudzą rację? Kiedy 
jesteśmy bardzo skupieni na własnym zdaniu, zapominamy o racjach 

innych ludzi i o tym, że prawda często leży pośrodku. Często, ani 
my, ani druga strona nie ma do końca racji.  

Na pewno warto ze sobą rozmawiać. Gdy dochodzi do konfliktowej 
sytuacji, rozmawiam o tym z członkami zespołu, z tymi najbardziej 
zaangażowanymi w konflikt, ale także z całą grupą. Często 

przypomina to spowiedź. Samo wypowiedzenie konfliktu, pokazanie go 
światu, już ten problem w nas trochę osłabia. Najgorsze 

scenariusze i najczarniejsze wizje rozgrywają się w naszej głowie. 
Kiedy musimy je zwerbalizować, stajemy się bardziej obiektywni, a 

inni doprowadzają nas do prawdy dzięki swojej dociekliwości.  
Generalnie konflikt zawsze rujnuje, spala, czasem wręcz zabija.  

Wypowiedzenie go na czas, zanim się zaogni, powoduje, że czasem 
znajdujemy rozwiązanie. Anglicy prawdopodobnie nie rozmawiali ze 
sobą o tym, co naprawdę myślą i czują. Gdy odsłoniło się to na 

koniec, każdy trwał już tylko przy własnym zdaniu, przy swoim 
czekanie. Często dzieje się tak w biznesie. Ludzie obstają przy 

swoim, nie szukają porozumienia, jeżeli ustępują, robią to nie 
dlatego  że przyjęli argumenty, tylko dlatego że poczuli się 

zmuszeni do przyjęcia narzuconych im rozwiązań, co całemu 
przedsięwzięciu nie rokuje dobrze. Nie uznając argumentów, 
podkreślając,  że zostaliśmy do czegoś przymuszeni, a nie 

przekonani, pozornie wybieramy kompromis. Ale to kompromis 
podszyty konfliktem. Nieraz lepiej się rozstać, byleby zrobić to w 

zgodzie, a nie w gniewie. Rozstanie jest czasem dobre. Nie 
potrafimy się dogadać, porozumieć, mamy różne osobowości, to 

normalne, takie jest życie, rozejdźmy się. Zostajemy każdy przy 
swoim zdaniu, ale nie niszcząc się wzajemnie i nie obrażając. 

Niszcząc, oskarżając, trwając w konflikcie z drugim człowiekiem 
niszczymy też samych siebie, zamiast iść dalej, rozwijać się, 
podejmować nowe wyzwania.  

Owi Anglicy doszli do geograficznego punktu, który sobie założyli. 
Ale przecież ta wyprawa miała zaprowadzić ich całkiem gdzie 

indziej, miała być przedsięwzięciem wspierających się ludzi. Na 
pewno nie marzyli o takim zakończeniu. Nie sądzę,  żeby o tej 

wyprawie można było powiedzieć,  że była spełnieniem. Tak niestety 
bywa, że dochodzi się do celu, ale za cenę ludzkiego zniszczenia. 

background image

Nie wiem, jak często tak się dzieje, bo uczestnicy tych projektów 

nie przyznają się do tego, ale czytając historie różnych wypraw, 
analizując je pod kątem własnych doświadczeń, można wyłowić różne 
informacje. Coś skończyło się konfliktem i można tylko domyślać 

się, jak bardzo był on destrukcyjny. Zespoły muzyczne w szczytowym 
momencie kariery rozpadają się i nigdy nie są w stanie powrócić do 

dawnego poziomu, a nawet nie mogą wyjść na scenę i zagrać razem 
jednego utworu. Patrząc na ich dalszą historię można się 

zastanawiać, jak bardzo okazało się to niszczące.  
Ja miałem to szczęście,  że  żadna z moich wypraw, odpukać, nie 

zakończyła się konfliktem. Może dzięki temu, że od początku dużo 
ze sobą rozmawialiśmy, o naszych celach, czego chcemy, czego się 
spodziewamy. Partnerskie traktowanie zapobiegło zasadniczym 

konfliktom, choć oczywiście konflikty, raz większe, raz mniejsze, 
zdarzały się.  

Najpoważniejszy wybuchł w czasie wyprawy przez Pustynię Gibsona.  
Poza tym przypadkiem były to drobne konflikty, które raczej 

budowały niż dewastowały. Jeśli się dużo rozmawia i traktuje 
drugiego człowieka jak partnera, ryzyko konfliktu jest o wiele 
mniejsze. Z założenia partner może przedstawiać  własne zdanie i 

musimy się z nim liczyć. Jeżeli ustawiamy siebie w pozycji kogoś, 
kto ma więcej do powiedzenia, automatycznie podwładnych 

umieszczamy poniżej siebie. Wystarczy wówczas, że ktoś wyraża 
swoje zdanie, by w tak zbudowanej strukturze zamieniało się to w 

zarzewie konfliktu.  
Czasem konflikt jest nieunikniony, bo w zespole spotykają się dwie  

silne osobowości. Ich zderzenie powoduje napięcia, które 
odreagowuje się poprzez konflikt. W takiej sytuacji byliśmy w 
Wojtkiem Moskalem w czasie wyprawy na biegun północny. 

Odreagowanie poprzez konflikty niebezpiecznych, ekstremalnych 
sytuacji pozwalało wyrzucić z siebie to napięcie. Coś takiego nas 

oczyszcza, ale trzeba pamiętać,  że dotyka innych. Takie 
oczyszczenie przez uderzenie. Być może nie zawsze potrafimy 

rozpoznać, że o to w tym chodzi, więc najlepiej przejść nad tym do 
porządku dziennego. Zawsze, kiedy przyjmowałem konflikty 
osobiście, to powodowało ich eskalację albo - co także jest formą 

konfliktu - zerwanie kontaktu, nie odzywanie się do siebie. Nie 
zawsze potrafimy zarządzać konfliktami, mnie również to się nie 

udaje. Ważna jest wtedy dalsza perspektywa, to czy potrafimy 
zapomnieć o czymś, co nas uraziło.  

Konflikt jest też pewnym narzędziem, które może mieć określony 
cel.  

Pytanie, na ile potrafimy świadomie posługiwać się tym narzędziem, 
na ile, robiąc coś pod wpływem emocji, jesteśmy w stanie to 
skanalizować.  

Ciekawe, co na ten temat myślą dzisiaj partnerzy moich 
projektów...  

Ze wszystkimi członkami wypraw mam dobre relacje i raczej wszyscy 
są zadowoleni z tego, co razem zrobiliśmy. Wydaje mi się, że nikt 

nie ma do mnie żalu, poczucia, że został wykorzystany czy 
niedoceniony.  

background image

Starałem się zawsze, czego świadectwem są podziękowania 

umieszczane na ostatnich stronach moich książek, naprawdę pamiętać 
o wszystkich, którzy mi pomogli.  
Innego morału w tej historii chyba nie będzie. Nawet jeśli 

wyprawie towarzyszy najszczytniejszy cel, podczas każdej zdarzają 
się konflikty, to nieuniknione. Każdy człowiek jest inny, nawet 

jeśli pomyślnie rozwiązywaliśmy dotychczasowe konflikty, gdy 
wchodzimy w nowe, nie możemy mieć pewności,  że i tym razem damy 

sobie radę. Człowiek ma już taką naturę,  że zawsze chce, by jego 
było na wierzchu.  

Innego morału nie będzie.  
  
Płynie Wisła, płynie  

 
Najbliższe otoczenie może nas albo stymulować, albo hamować. Jako 

dzieci mamy na to niewielki wpływ, możemy co najwyżej wybierać 
swoich kolegów. Ale już jako uczniowie czy studenci możemy własne 

otoczenie kształtować, jako ludzie dorośli tym bardziej. Pytanie, 
jaką drogą pójdziemy. Czy podążając za własną intuicją, czy wbrew 
sobie tkwiąc w sytuacjach, które nas ograniczają.  

Ważną ludzką potrzebą jest bezpieczeństwo. Ja chyba rzeczywiście 
jestem dziwnym przypadkiem, bo bezpieczeństwo nigdy nie było moim 

priorytetem, pierwszą potrzebą, dopiero po której zaspokojeniu 
mogłem myśleć o innych. Często dzieje się tak, że nawet jeśli 

chcemy dla siebie innej przyszłości niż nasza teraźniejszość, 
marzy nam się,  żeby robić coś innego, to jednak podświadomie 

staramy się przede wszystkim zapewnić sobie bezpieczeństwo i 
podążamy drogą, która ma nam to ułatwić. Szukamy otoczenia 
bezpiecznego, czyli ludzi, którzy będą myśleli podobnie jak nasi 

rodzice czy — szerzej — pierwotne otoczenie, przez które 
zostaliśmy ukształtowani. Bezpieczeństwa szukamy w dopasowaniu, 

nie wychylaniu się poza obowiązujące wzory.  
Wydaje mi się,  że w moim przypadku tym, co rozbiło tę strukturę, 

zmieniło ową logikę, był wypadek w dzieciństwie, skomplikowane 
złamanie ręki, po którym wiele czasu spędziłem w szpitalach. 
Wyrzuciło mnie to poza naturalne otoczenie. Mój świat skurczył się 

do rozmiarów mojego ciała i czytanych przeze mnie książek. 
Doświadczenie książkowe stało się moim doświadczeniem  życiowym. A 

w książkach różni ludzie piszą różne rzeczy, tak by inni ludzie je 
czytali. Piszą więc o niebezpieczeństwach, o takim życiu, o jakim 

marzą ludzie i marzą sami pisarze. Przedstawiają siebie takimi, 
jakimi chcieliby się stać, czyli wyjątkowymi. Może na tym polega 

rzeczywistość książek,  że jest w specyficzny sposób wydestylowana 
z życia.  
Czytałem książki, które miałem pod ręką, bajki, w których bardzo 

często bohater wyruszał na spotkanie z niebezpieczeństwem i 
opuszczał bezpieczną przystań. Stało się to dla mnie wzorem 

postępowania.  
Niebezpieczeństwo stało się jakby normą, tak samo jak normą stało 

się to, że człowiek opuszcza bezpieczny świat i wyrusza na 
spotkanie  świata prawdziwego, który jest jego przeznaczeniem. 

background image

Kiedy głos najbliższych jest głosem decydującym, normą staje się 

zwykle dopasowanie do miejsca, w którym się funkcjonuje. Otoczenie 
chce zamknąć człowieka w swoim horyzoncie, a jeśli pojawia się 
ktoś, kto pragnie poza ten horyzont wyjść, reakcją otoczenia jest 

negacja. Trzeba się z tym oswoić i przyjąć za normę. Ty masz swój 
horyzont, ja mam swój, trudno żeby się to ze sobą nie zderzało.  

Dla wielu ludzi książki to tylko książki, są w nich różne wymysły, 
ale tylko tutaj, gdzie żyjemy, rozciąga się prawdziwe życie. 

Myśląc w taki sposób podchodzimy do książek jak do pewnych idei, 
projekcji, niczego więcej. Dla mnie wciąż rzeczywistość książkowa 

jest przynajmniej tak samo realna jak fizyczna, o ile nie 
bardziej. Jeżeli rozmawiam z kimś w myślach, to tak samo z 
bohaterami książek jak z rzeczywistymi ludźmi.  

Z ludźmi oczywiście również rozmawiam, spieram się, biorę pod 
uwagę ich zdanie. Ale większą część mojej świadomości wypełniają 

idee i sytuacje z książek, mniejszą — mimo wszystko mniejszą — 
realni ludzie.  

Niemniej ludzie są bardzo ważni w tym wszystkim, bo tworzą pomost 
do  świata rzeczywistego. A droga idei, od pomyślenia do 
rzeczywistości, wcale nie jest taka łatwa i prosta. Potrzebne są 

na niej pomosty. Takie pomosty przerzucają nam nauczyciele, 
ludzie, którzy nieraz dzięki paru zdaniom mogą dać do ręki klucz, 

dzięki któremu ze świata idei, książek, wartości, które w sobie 
nosimy, możemy przejść do realnych czynów. Na mojej drodze takimi 

pomostami stawały się spotkania z wieloma ludźmi. Urealnienie 
naszych wizji jest możliwe dzięki spotkaniu z drugim człowiekiem, 

absolutnie nie można o tym zapominać.  
Dobrym przykładem tego, że warto przeciwstawiać się otoczeniu 
oczywiście rozumnie, a nie na zasadzie „nie, bo nie" - są dla mnie 

losy projektu „Wisła”. Intuicja podpowiadała mi, żeby trzymać się 
idei, chociaż zewnętrzne fakty i opinie wielu osób, z którymi się 

w tamtym czasie spotykałem, były bezlitosne. Po co płynąć kajakiem 
Wisłą?!  

Kajakarze perswadowali mi, że nie warto, bo to nieciekawa rzeka. 
Inni ludzie pukali się w czoło,  że jest brudna. Mało kto 
przepłynął Wisłę kajakiem, ale nie dlatego że jest to trudne, 

chociaż nie jest też wcale takie łatwe, tylko dlatego że wydaje 
się to pozbawione głębszego sensu.  

Ale takie same głosy słyszałem przed wyprawami na bieguny -
przecież to bez sensu, po co ty tam idziesz.  

Okazało się,  że Wisła jest takim ukrytym biegunem. Tak naprawdę 
nic o niej nie wiemy, poza tym, że płynie oddzielona od nas 

wałami.  
Polacy bardzo niewiele wiedzą o Wiśle, mniej niż o Tatrach, mimo 
że widzą  ją z tylu mostów. W Tatrach wielu ludzi przespacerowało 

się do Morskiego Oka czy Doliną Kościeliską. Wątpię, żeby również 
wielu Polaków przepłynęło choć kawałek Wisłą.  

W trakcie letniej wyprawy spotkałem się z kajakarzami z 
Grudziądza. W Grudziądzu mieli swoją przystań, ale nigdy nie 

pływali po Wiśle. Brali kajaki i wyruszali na Wdę. Nigdy nie 
przepłynęli nawet stu metrów po Wiśle. Dlatego właśnie Wisła była 

background image

dla mnie tak pociągająca, bo nikt o niej nic nie wiedział. Kiedy o 

nią pytałem, słyszałem oparte wyłącznie na emocjach odpowiedzi, że 
to bez sensu. Ale kiedy dopytywałem, jak się tą Wisłą płynie, jaki 
sprzęt jest potrzebny, kajakarze, którzy tę rzekę lekceważyli, 

niczego nie potrafili o niej powiedzieć.  
Intuicja podpowiadała mi, że Wisłą warto popłynąć, ale nie 

spodziewałem się,  że ta intuicja poprowadzi mnie aż tak daleko. 
Dwukrotnie popłynąłem Wisłą latem i zimą i ta zimowa wyprawa 

zmieniła się w manifestację uczuć patriotycznych. Ludzie 
wychodzili na brzeg z biało-czerwonymi flagami, z chlebem i solą, 

to było niesamowite, flagi na mostach, ludzie jednoczyli się, przy 
tej okazji widać było, jak bardzo Polacy spragnieni są 
demonstrowania narodowej dumy.  

Nie minęło parę tygodni i Wisła z leniwej rzeki, którą tolerujemy 
i ignorujemy: niech sobie będzie, nic do niej nie mamy, 

niespecjalnie nas to obchodzi, nagle przemieniła się 
przypominając,  że nie można jej lekceważyć. Rzeka pokazała 

nieznane oblicze. Przyszła powódź, jedna z największych, nie było 
chyba gorszego wylania Wisły w powojennej historii Polski. 
Niewiele czasu minęło i moje słowa nabrały innego znaczenia. 

Wypłynęły wyłącznie z intuicji, bo jakoś musiałem uzasadnić 
kajakowy spływ Wisłą. Słowa, że nie można rzeki lekceważyć, ludzie 

przyjmowali sceptycznie. Widzieli w tym wszystkim jedynie wyczyn, 
to że płynę zimą, śpię w namiocie i odżywiam się rybami.  

Widzieli zewnętrzną warstwę czynów, a nie docierało do nich 
rzeczywiste przesłanie wyprawy. Dopiero powódź pokazała znaczenie 

tego, co mówiłem - że nie można odwracać się do natury plecami, bo 
ona zawsze jest od nas potężniejsza.  
Sam odkrywałem sens projektu „Wisła" stopniowo. Najpierw wydawało 

mi się jedynie, że Wisła jest warta tego, żeby nią przepłynąć, że 
biegunów nie trzeba szukać daleko. Sądziłem,  że odkryłem jakiś 

biegun, to znaczy piękny kawałek Polski, zapomniany, zlekceważony, 
zduszony, funkcjonujący w zbiorowej świadomości jedynie jako 

ściek, a w rzeczywistości będący czymś zupełnie innym. Miałem 
wiele potwierdzeń takiego myślenia. Spotkałem wówczas Artura 
Tabora, który zginął potem w Mongolii, jednego z najlepszych 

fotografów natury w Polsce.  
Wychował się nad Wisłą, ale przez długi czas nie poświęcał jej 

uwagi.  
Sfotografował Bug, zrobił o nim piękny album, a zapomniał o 

miejscu, w którym się urodził. Wychował się nad rzeką, ale jeździł 
gdzieś daleko, żeby robić zdjęcia. Dopiero na pewnym etapie swego 

życia odkrył Wisłę i stwierdził wtedy, że nie musiał się nigdzie 
ruszać, bo piękna natura istniała obok niego. Wydał wspaniały 
album o Wiśle, miał niesamowite plany. Wisła stała się dla niego 

kosmosem. Wielu ludzi podkreśla,  że mieszkając nad Wisłą, szukali 
szczęścia gdzieś dalej, nie zdając sobie sprawy z tego, co mają 

pod ręką. To prawda dotycząca całej Polski. Kompletnie nie 
docenialiśmy rzeki, a teraz przynajmniej zastanawiamy się nad 

Wisłą. Jeszcze parę lat temu była  ściekiem, jak pisał Herbert, 
rowem, którym płynie mętna rzeka. Herbert oddawał uczucia Polaków 

background image

wobec Wisły. Chociaż była to przenośnia służąca opisaniu świata 

politycznego, dokładnie oddawała myślenie Polaków o Wiśle: tak, to 
taki rów, którym płynie mętna woda.  
Może dwadzieścia lat temu rzeczywiście była tak zanieczyszczona, 

co było skutkiem naszej działalności. Tak ją zniszczyliśmy, a 
Wisła oczyściła się przez to, że ma niesamowite zdolności 

regeneracji. Najważniejsze w tym wszystkim było odkrywanie dobra, 
które znajdowało się na wyciągnięcie ręki, ale żeby je odkryć, 

trzeba było pokonać opór otoczenia. Dopiero wówczas odsłoniło się 
coś, co jest częścią  życia otoczenia twierdzącego,  że to 

bezsensowne przedsięwzięcie. Oczywiście nie jestem jedyny, wielu 
ludzi wierzy w Wisłę i wie jak jest piękna.  
Ale w swoim otoczeniu byłem jedynym, który uporczywie dążył do 

odkrycia tej prawdy. Chciałem tej Wisły dotknąć, nawet jeżeli 
wszyscy mówili, że to ściek. Chciałem się przekonać, czy nie jest 

inaczej.  
Paradoksalnie czasem coś znajduje się bardzo blisko, a ludzie 

patrzą i nie dostrzegają tego. Wisła jest dobrą metaforą naszego 
życia i tego, jak ważna jest umiejętność nie tyle przeciwstawiania 
się innym, ile trwania przy własnym zdaniu i podążania za 

intuicją. Trzeba trwać przy swoim i starać się badać, jaka jest 
rzeczywistość. Do tego zawsze mamy prawo.  

Ja zawsze staram się dotknąć  świata. Moje myślenie jest bardzo 
proste. Czy jest tak, jak mówią inni, skoro nigdy tam nie byli? 

Staram się myśleć, powiedziałbym nawet, łopatologicznie. Przede 
wszystkim badam, kiedy ktoś coś  głosi, czy rzeczywiście wie, co 

mówi. Ludziom bardzo często wydaje się,  że coś wiedzą, ale to 
tylko pozory. Dlatego warto sprawdzać pochodzenie wiedzy. Czy 
ktoś, kto mówi, na czym polega dojście na biegun wie, czym jest 

biegun? Strach ma wielkie oczy.  
Biegun nie jest aż tak straszny, nawet jeśli czasem strasznym się 

staje.  
Tak samo Wisła, nie jest wcale tak brudna. Ale też nie jest tak 

łatwa i oswojona, potrafi być nieobliczalna.  
Może gdzieś blisko ciebie leży ukryty biegun, coś wartościowego i 
jeszcze nieodkrytego. Może nie dostrzegasz tego, bo patrzysz na to 

tak jak patrzą inni...  
 

Doświadczony ryzykant  
 

Chodziłem po cieniutkim uginającym się lodzie, przechodziłem po 
lodowych mostach nad głębokimi szczelinami, skakałem po ruchomych 

krach - ale nie uważam siebie za ryzykanta. Nie akceptuję ryzyka 
dla ryzyka, hazardu stawiania życia na jedną kartę, ekscytowania 
się tym, że żyje się na krawędzi. Ryzyko trzeba umieć oszacować.  

Trzeba też nauczyć się odróżniać rzeczywiste ryzyko od wyobrażenia 
o ryzyku.  

Nigdy nie bałem się samego wyobrażenia o ryzyku. Dopóki czegoś nie 
sprawdzę, nie dotknę, nie wypowiadam się na jego temat. Nie jestem  

ryzykantem, nie jestem kimś, kto by ryzykował  życiem za wszelką 
cenę, ale wiem też, że nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. 

background image

Całe moje doświadczenie mówi mi, że ryzyko rzeczywiste często 

czyha na nas w miejscach innych niż się tego spodziewamy.  
Zwykle wyobrażamy sobie ryzyko nic nie wiedząc o tym, jak wygląda 
ono w rzeczywistości, tyle że z różnicy między rzeczywistością a 

wyobrażeniem nie zdajemy sobie sprawy. Tymczasem nasze wyobrażenie 
może się mijać z prawdą. Nie tylko w taki sposób, że 

przeszacowujemy stopień ryzyka jakiegoś przedsięwzięcia. Równie 
dobrze może to działać w drugą stronę. W życiu codziennym 

uczestniczymy przecież w wielu ryzykownych sytuacjach, często 
nawet tego nie dostrzegając. Wydaje się nam, że wyprawy na 

Antarktydę czy w wysokie góry są straszliwie niebezpieczne, a 
prawda jest taka, że - oczywiście przy dobrym przygotowaniu - nie 
jest to takie straszne jak się ludziom wydaje. Z drugiej strony 

jeden nieostrożny ruch kierownicą czy wejście na jezdnię może 
skończyć się katastrofą.  

Na szczęście zwykle mamy możliwość wyboru, podjęcia na czas 
decyzji na tak lub na nie. Wchodzę — nie wchodzę w to. Zdaję sobie 

sprawę,  że coś polegać  będzie na tym, że położę swoje życie na 
szali, ale nie cofam się przed tym. Nie mogę powiedzieć,  że nie 
działo się tak czasem na moich wyprawach. Rzeczywiście jest taki 

wybór:  życie albo śmierć. Człowiek wybiera życie, ale jednak 
świadomie w sytuacji, w której mógłby się jeszcze cofnąć, nie robi 

tego, tylko idzie dalej. Często dokonywałem podobnego wyboru przy 
przechodzeniu przez szczeliny.  

Może pomaga w podejmowaniu podobnych decyzji świadomość, że śmierć 
stale jest bardzo blisko nas, z czego nie zdajemy sobie sprawy w 

codziennym  życiu. Może przez cały czas idziemy po krawędzi... 
Życie wcale nie jest tak bezpieczne, jak byśmy sobie tego życzyli. 
Więcej ludzi ginie na drogach niż na wyprawach. Tyle że śmierć na 

wyprawie jest bardzo nagłośniana, a w mieście pozostaje anonimowa. 
Statystyki mówią co innego niż podsuwają nam nasze wyobrażenia. 

Statystyki pokazują, 

że podróż samolotem jest o wiele 

bezpieczniejsza niż podróż samochodem. A jednak wszystkim to 

samolot kojarzy się z niebezpieczeństwem.  
Ludzie mają wyobrażenia o wyprawach jak o podróżowaniu samolotami. 
Tyle że w samolocie pasażer nie ma wpływu na to, co się stanie, a 

w wyprawach doświadczenie i przygotowanie mają kolosalny wpływ na 
bezpieczeństwo. Niemal zawsze śmierć, wypadek wynikają, także w 

przypadku tych najbardziej doświadczonych podróżników, z 
popełnienia błędu. Chyba że za pierwszy i podstawowy błąd uznać 

samo wyruszenie na wyprawę... Kiedy analizuje się sytuacje, które 
doprowadziły do wypadków, odkrywa się,  że bardzo często wynikały 

one z lekceważenia niebezpieczeństwa, dróg na skróty, błędu w 
ocenie ryzyka. Bardzo często tak bywa, to prawda, ale z drugiej 
strony często lekceważenie ryzyka sprawdza się, bo przynosi efekt 

— docieramy tam, gdzie chcieliśmy się znaleźć. Dopiero gdy 
dochodzi do tragedii, stwierdzamy: to był nasz błąd. Życie polega 

na popełnianiu błędów, sztuka polega na uniknięciu jednego, który 
jest o jednym błędem za dużo. Zawsze analizując drogę, odkryje się 

popełnione błędy. Odkryje się też, że były one popełniane do czasu 
i dopiero za którymś razem skończyło się to źle.  

background image

Ważny jest cały splot okoliczności. Jeden błąd w danej sytuacji 

nie ma znaczenia, a w innej splot zdarzeń powoduje, że ten sam 
błąd staje się kamyczkiem wywołującym lawinę. Sukces nie wynika z 
tego, że nie popełniło się błędów. Chodzi o to, żeby popełnić ich 

jak najmniej, a przede wszystkim — żeby w danej sytuacji nie 
zrobić tego jednego fałszywego kroku, który ściągnie nas w 

przepaść.  
Im lepiej jesteśmy przygotowani, tym ryzyko popełnienia błędu jest 

mniejsze. Ale zbytnia pewność siebie, wynikająca z bardzo 
dokładnych przygotowań czy dotychczasowych doświadczeń, 

paradoksalnie może okazać się naszym błędem i to popełnionym na 
starcie. Ponieważ dotychczas wszystko nam się udawało, jesteśmy 
przekonani, że nasz ekwipunek jest najlepszy jaki może być. Jednak 

to, co było najlepsze w danych warunkach, niekoniecznie również 
dobrze sprawdzi się w innych. Coś przeniesione w inne warunki, w 

inny splot okoliczności może okazać się  błędnym założeniem. 
Kopiując bezmyślnie wypracowane wzorce, nie zastanawiamy się nad 

tym, czy na pewno sprawdzą się ponownie, zaniedbujemy trening, nie 
testujemy rozwiązań. Doświadczenie wystawia nas na ryzyko porażki.  
Nie wolno traktować niczego tak, jakby to było absolutne, 

niezmienne, zawsze prawdziwe. Przypomina mi się w tej chwili 
postać Georga Cantora, niemieckiego matematyka, odkrywcy teorii 

mnogości i liczb pozaskończonych. Z jego rozważań wynika na 
przykład, że paradoksalnie odcinek ma tyle samo punktów co prosta, 

w której się zawiera. Bierze się to z tego, że rzeczywistość jest 
podzielna w nieskończoność. Można by obrazowo powiedzieć, że każdy 

odcinek jest kosmosem. Przenosząc to w rzeczywistość wypraw — w 
każdej sytuacji kryje się o wiele więcej problemów i wynikających 
z nich konsekwencji niż nam się wydaje. Każda sytuacja jest 

wypadkową bardzo wielu zmiennych. Przez to ziarnka piasku urastają 
czasem do rangi kamieni.  

Ważne jest zatem, byśmy zawsze opanowali sytuację w danej chwili.  
Im mniej zmiennych, im mniej nowych dla nas elementów, tym ryzyko 

jest mniejsze. Zatem im większa jest nasza znajomość sytuacji, 
świata, otoczenia, tym większy jest margines bezpieczeństwa. Ale 
tylko do pewnej granicy, bo jeśli poczujemy się zbyt pewnie, jeśli 

tylko zaczniemy lekceważyć ryzyko, natychmiast jego poziom 
wzrasta. Pewne sytuacje, pewne typy wyzwań najlepiej traktować 

jako zjawiska o wysokim stopniu ryzyka niezależnie od naszego 
doświadczenia. Dopiero połączenie tych dwóch postaw: doświadczenia 

i stałego oszacowywania ryzyka realnie zmniejsza niebezpieczeństwo 
popełnienia błędu, który mógłby nas wiele kosztować. Dotyczy to, 

według mnie, nie tylko gór czy wypraw ekstremalnych.  
  
Nie bać się na zapas  

 
Czy ryzyko można trafnie oszacować? Istnieje jakiś matematyczny 

wzór, według którego można je wyliczyć? Ja go nie znam. Wydaje mi 
się natomiast, że wiem, jak przechodzić od ryzyka wyobrażonego do 

rzeczywistego. W jaki sposób myśleć, jak patrzeć na rzeczywistość, 
by nie popełniać  błędu polegającego na tym, że odruchowo uważamy 

background image

podróżowanie samolotami za niebezpieczniejsze od jeżdżenia 

autostradami.  
Informacje o tym jak jest naprawdę, mamy zawsze w zasięgu ręki.  
Problem w tym, że w ogóle się nimi nie interesujemy. Poprzestajemy 

na ryzyku wyobrażonym, ponieważ bardzo łatwo jest opierać się na 
emocjach. Podróż samolotem jest emocjonalnie całkiem inną sytuacją 

od jazdy samochodem. Latamy rzadko, a z samochodem mamy do 
czynienia zwykle już jako dzieci, jesteśmy z nim oswojeni. Albo 

zatrzymujemy się na podobnych emocjach, albo analizujemy dane, po 
to by dowiedzieć się, co na temat latania mówi statystyka. Aha - 

przekonujemy się - ofiar katastrof samolotowych jest o wiele mniej 
niż wypadków na drogach... Może jednak tak być,  że mimo iż 
przekonamy się, jaka jest rzeczywistość i tak emocje okażą się 

silniejsze. Chodzi o zdobycie takiej wiedzy, która pozwoli nam nie 
ulegać emocjom.  

Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że emocjonalne reakcje i oceny 
są powierzchowne, zwykle nie dotykają rzeczywistości. Ja staram 

się zawsze zbadać temat i nie bać się na zapas. Przecież dopóki 
nie wyruszę, nic mi nie grozi, tutaj jestem bezpieczny, nie muszę 
się bać, mogę za to pomyśleć, analizować, czytać. Ludzie często po 

pierwszej emocjonalnej reakcji nie próbują dalej nic robić, 
niczego nie zgłębiają. Stwierdzają,  że to jest niebezpieczne, to 

nie dla mnie, nigdy bym tego nie zrobił, nawet gdyby mi zapłacono 
milion dolarów! Nie pójdę na żaden biegun! Nie podejmują  żadnej 

próby, choćby zbliżenia się w myślach do tego, co budzi w nich 
takie obawy.  

Ja na podstawie swoich doświadczeń wiem już, jak bardzo zmienia 
się rzeczywistość, gdy zaczynamy ją poznawać, kiedy nie 
pozostajemy na poziomie wyobrażonego niebezpieczeństwa. Tylko 

wówczas, gdy zbliżamy się do celu budzącego lęk, możemy przekonać 
się, którędy tak naprawdę biegnie granica naszych realnych, a nie 

wyobrażonych możliwości. Nie podejmując wyzwań poruszamy się po 
utartej  ścieżce, ograniczamy nasze życie, nasze poznawanie i 

odczuwanie świata. To jakbyśmy nie wystawiali nosa poza miasto, bo 
w lesie są wilki. Moja mała córa, Pola, bardzo boi się wilków. 
Gdzie nie pojedziemy, pyta, czy nie ma tam wilków. Możemy pozostać 

na takim poziomie lęku przed wilkami, które czyhają na nas 
wszędzie, a możemy to zbadać. Wtedy okazuje się,  że wilki żyją 

dzisiaj tylko w najdzikszych ostępach i nie ma czego się bać.  
Strach ogranicza dostęp nie tylko do ryzykownych sytuacji, ale być 

może w ogóle do tej części  świata, która byłaby dla nas piękna, 
warta poznania, która tylko czeka na to, byśmy ją odkryli dla 

siebie. Ale stawiamy przed sobą zamknięte bramy i nawet nie 
próbujemy dowiedzieć się, co znajduje się po drugiej stronie. Nie 
robimy tego nie tylko realnie, w fizycznej przestrzeni, ale także 

mentalnie, w myślach.  
Często już na początku naszego życia, gdy decydują za nas dorośli, 

uczymy się takiego funkcjonowania, które polega na ustalaniu 
barier.  

Przyzwyczajamy się do tego i potem przez całe życie uważamy, że te 
bramy realnie istnieją. Bramy z napisem: dla Jana Kowalskiego, 

background image

czytaj: dla mnie wstęp surowo wzbroniony. Wszędzie dookoła widzimy 

te bramy.  
Mnie ciekawią nieznane światy. Próbowałem na przykład malować, ale 
okazało się,  że nie potrafię. Gdyby mi to wychodziło, wcale bym 

się nie wstydził niedojrzałości swoich prób i malowałbym dalej. 
Kiedy coś mnie napędza, nie mówię sobie w punkcie wyjścia: może 

bym i chciał, ale nie potrafię, wstydzę się, przecież ja brzydko 
maluję. Zawsze coś namaluję. Nie śpiewam, bo wiem, że nie mam 

głosu, ale jestem przekonany, że gdybym poświęcił na to bardzo 
dużo czasu, jakoś dawałbym sobie radę. Nie trafiłbym na operową 

scenę, ale na rodzinnym albo koleżeńskim spotkaniu mógłbym 
zaimponować. Ponieważ wiem, że czas, który mam do dyspozycji, nie 
rozciąga się w nieskończoność, wybieram inne pomysły. Ale nie boję 

się śpiewania, malowania, gotowania.  
Mamy w głowach takie gotowe kalki: nie umiem gotować, nie 

zaśpiewam, nie zatańczę. Oczywiście nie chodzi w życiu o to, żeby 
robić wszystko, ale dobrze jest mieć ciekawość  świata i 

praktykować  ją nawet w zwykłych sprawach. Jeżeli potrafimy 
przełamać się w mniejszych zdarzeniach, będziemy umieli przełamać 
się też w większych. Boimy się  śmieszności, bo inni zobaczą,  że 

nie jesteśmy w czymś najlepsi.  
Człowiek nie może być jednakowo dobry we wszystkim. Nie warto bać 

się tego, że w czymś nie jesteśmy doskonali. Liczy się to, że 
próbujemy.  

Kto wie, może okaże się, że w czymś, o czym byliśmy przekonani, że 
jesteśmy beznadziejni, nagle odkryjemy swoje powołanie? Zdarza 

się, że ludzie zaskoczeni sytuacją próbują po raz pierwszy czegoś, 
na co pewnie nigdy nie zdobyliby się sami z siebie, i mówią: ojej, 
jakie to fajne.  

To wyjście poza klatkę, otwarcie bramki, o której byliśmy 
przekonani, że zabrania wstępu na dany teren.  

Jako uczeń brałem udział w wielu szkolnych konkursach. Nie było 
dla mnie żadnym wstydem, gdy w czymś nie byłem najlepszy. Zawsze 

czegoś się przy okazji uczyłem, zawsze towarzyszyła temu 
satysfakcja,  że poznałem coś nowego, czymkolwiek by to było, 
biegiem przełajowym, konkursem bibliotecznym czy olimpiadą 

biologiczną. Były też inne korzyści. Kiedy wygrywałem, dostawałem 
książkę albo sprzęt sportowy, a gdy przegrywałem, nic złego się 

nie działo, nie było za to żadnej kary. Być może gdyby spotykały 
mnie kary za to, że nie byłem pierwszy, gdybym dostawał wtedy w 

skórę od rodziców przenoszących na mnie własne ambicje, może 
zacząłbym bać się uczestnictwa w konkursach. Ale rywalizacja 

polegała na tym, że były nagrody, a nie było kar. To dobry system 
pobudzania ciekawości, polecam.  
Bez trudu możemy wyobrazić sobie wyprawę, która nie doszła do 

celu, bo zlekceważono niebezpieczeństwa. Trudniej jest nam 
pomyśleć o wyprawie, która nie dotarła gdzieś z powodu nadmiernej 

ostrożności.  
Ale tak również bywa, choć oczywiście pierwszy schemat jest 

częstszy.  

background image

Dzieje się tak, dlatego że gdy człowiek wpada w rytm wyprawy, 

potrafi zatracić się w dążeniu do celu. Bardzo powiększa się wtedy 
skłonność do ponoszenia ryzyka, a spada poziom ostrożności. Wiem 
to po sobie.  

Przed prawie każdą wyprawą przyjmowałem, że tego, tego i tego nie 
będę robił, a po tygodniu czy dwóch wszystko to robiłem.  

Sztywne założenie,  że będziemy starali się nie popełnić  żadnego 
błędu, na ogół nie doprowadza nas do celu. Takie nastawienie może 

nawet spowodować,  że w ogóle nie wyruszymy. Przed drogą musimy z 
góry zaakceptować pewien poziom ryzyka, inaczej nie podejmiemy 

wyzwania. A z drugiej strony nawet maksymalna ostrożność nie 
gwarantuje bezpieczeństwa. Zygmunt Heinrich, polski himalaista, 
był człowiekiem niezwykle ostrożnym. Zwykł mawiać,  że Mount 

Everest nie jest wart odmrożonych palców. Zginął w lawinie 
uczestnicząc w tragicznej ekspedycji, w której poniosła  śmierć 

większość jej uczestników. Jedyny człowiek, który wówczas przeżył, 
Andrzej Marciniak, który był moim przyjacielem, zginął w 2009 roku 

w Tatrach. Ocalał w tamtej tragedii, a zginął wspinając się, w 
zdawałoby się, niegroźnych słowackich Tatrach.  
Zygmunt Heinrich był wzorem ostrożności, człowiekiem, który 

potrafił zawrócić w ostatniej chwili spod samego szczytu. Bardzo 
trudno jest potem ocenić, czy było to uzasadnione, czy z powodu 

ostrożności nie osiągnęliśmy czegoś, co było do zdobycia. Często 
jednak instynkt podpowiada nam w takich momentach najlepsze 

decyzje. Tak było w drodze na Gunnbjorns Fjeld, najwyższy szczyt 
Grenlandii. Po przejściu jedenastu kilometrów, na trzysta metrów 

przed szczytem, zawróciliśmy i to uratowało nam życie. Instynkt 
zaczął podpowiadać,  że dalsza droga byłaby zbyt niebezpieczna. 
Jakby nagle włączyła się syrena, czerwona lampa, sygnał 

niebezpieczeństwa. Tak właśnie działa instynkt. Jesteśmy już 
blisko szczytu, ale pojawia się ryzyko załamania pogody, nie 

wiadomo, jak to będzie i nie wiadomo czy wrócimy. Rzeczywiście 
droga na szczyt nie była taka łatwa jak się wydawało, właśnie 

trzysta ostatnich metrów było najgorszych. W zamieci można było 
łatwo spaść i zginąć.  
Ledwo wróciliśmy do bazy, niektórzy byli już na skraju 

wyczerpania.  
Gdybyśmy w tamtym momencie nie zawrócili, część z nas na pewno by 

nie przeżyła.  
Słychać syrenę, zapala się czerwona lampka, trzeba to dostrzec.  

Szczyt był blisko, wydawało się,  że zdołamy do niego dotrzeć, 
zdania między członkami wyprawy były podzielone. Iść dalej czy 

wracać?  
W końcu zrobiliśmy coś w rodzaju głosowania, chociaż ja byłem 
pewien,  że trzeba się zwijać, i razem podjęliśmy decyzję o 

odwrocie. Była to sytuacja, że szczyt był niedaleko, ale śmierć 
jeszcze bliżej, a droga prowadząca do bezpiecznego miejsca 

niepewna. Lepiej powiedzieć,  że szczyt może jeszcze poczekać. 
Trzeba jasno widzieć swój cel: czy jest nim wejście na szczyt, czy 

też celem jest wejście na szczyt i powrót do bazy. To dwie różne 
rzeczy. Ludzie często je mylą, widzą osiągnięcie celu w wejściu na 

background image

szczyt, a nie widzą pełnej drogi, czyli osiągnięcia celu i powrotu 

do życia, do świata. Szczyt jest w połowie drogi.  
Z ryzykiem trzeba umieć się oswoić i nawet z nim współdziałać.  
Trzeba mieć  łut szczęścia. Myślę,  że ja miałem go sporo, nawet w 

działalności firmy. Jest tak wiele potencjalnych zagrożeń, ludzie, 
z którymi współdziałamy, są przecież równie nieprzewidywalni jak 

pogoda. 
Gdyby zacząć to wszystko analizować, brać pod lupę każde 

zagrożenie, strach byłoby codziennie się budzić, wstawać z łóżka i 
wychodzić poza próg domu. Nie dziwię się ludziom, którzy boją się 

nowych sytuacji, bo dostali tyle ciosów od życia, od przyjaciół, 
do których mieli zaufanie, że nie potrafią zaufać, że coś może się 
jeszcze dobrze ułożyć. Ale trzeba odnaleźć w sobie chęć próbowania 

mimo wszystko. 
 

Czytać i pisać po japońsku  
 

Pokonywanie trudności niekoniecznie polega na samej sile, na tym 
żeby uderzać w coś z impetem i przełamywać bariery. Często lepszy 
efekt zapewnia elastyczność, dzięki której możemy uchylić się 

przed ciosem, dostosować do sytuacji, a nawet przestraszyć. 
Słabość także można wykorzystać do pokonywania trudności. 

Działając nie siłą, tylko unikiem, paradoksalnie możemy przeszkodę 
uczynić częścią drogi. 

Przychodzą mi na myśl wschodnie sztuki walki, gdzie siłę 
przeciwnika wykorzystuje się do tego, żeby popchnęła nas naprzód. 

Siłę można odkrywać we własnych słabościach, one w końcu też 
czemuś służą.  
A gdy sytuacja wydaje nam się zamknięta, nie do przezwyciężenia? 

Moje doświadczenie mówi mi, że często najciemniej jest pod 
latarnią.  

Wydaje się jasne i oczywiste, że nie mamy szans, ale ten świat 
jest zawsze trochę bogatszy niż to, co o nim w danej chwili wiemy.  

Im większa jest nasza wiedza o świecie, o jego bogactwie, tym 
łatwiej i bezpieczniej możemy się w nim poruszać. Ale nie należy z 
tym przesadzać. Szukając ciągle czegoś nowego możemy się w tym 

zagubić. Jest czas gromadzenia i czas, kiedy dobrze jest się 
pozbyć nadmiaru przedmiotów czy wiedzy. Trochę tak jak z 

książkami. Mamy w swojej domowej biblioteczce te, które 
przeczytaliśmy i które lubimy, ale wracanie ciągle do tego samego 

księgozbioru nie będzie nas po jakimś czasie rozwijać. Niekiedy 
trzeba pozbyć się części własnych książek, niekiedy być może 

lepiej przestać aktywnie się czymś zajmować, a zrobić miejsce 
nowym książkom, nowej wiedzy. Oczywiście w zgodzie ze sobą, a nie 
na zasadzie, że pójdziemy do księgarni i kupimy sto nowych książek 

jak leci, alfabetycznie. Jako podróżnik doszedłem do pewnej 
granicy, do swoich biegunów.  

Oczywiście mógłbym dalej to robić, mógłbym skupić się wyłącznie na 
podróżach. W pewnym momencie dostrzegłem jednak, że doświadczenie, 

które zdobyłem, użyte w innej konfiguracji może zagwarantować 
poczucie spełnienia czy harmonii. Odkrywanie świata prowadziło 

background image

mnie nie tylko w stronę ekstremalnych wypraw, ale też pomagania 

innym. W tym wszystkim ważne jest zwiększanie możliwości, nie tyle 
technicznych, związanych ze sprzętem, ile dotyczących naszego 
umysłu.  

To  że dokładnie poznam techniczne uwarunkowania jakiejś podróży, 
ma według mnie mniejsze znaczenie niż to, że np. w pewnym okresie 

życia praktykowałem jogę czy że stale uczę się  języków. Takie 
rzeczy rozwijają mój umysł. Można by powiedzieć, pół  żartem, pół 

serio,  że nawet wiedza o feng shui przydaje się w drodze na 
biegun. Feng shui polega na dążeniu do harmonii, pomaga w 

odkrywaniu roli szczegółów, które wydają się bez znaczenia, a mają 
duży wpływ na nasze samopoczucie.  
Wydaje nam się, że nie ma znaczenia, w jaki sposób ustawione jest 

łóżko w pokoju, bylebyśmy się wyspali. Okazuje się jednak, że 
kiedy zostało ustawione niewłaściwie, za dnia gorzej 

funkcjonujemy. Feng shui uczy, jak odkrywać strukturę  świata, w 
którym funkcjonujemy. Jeśli uczymy się czegoś o pewnym fragmencie 

rzeczywistości, doświadczenia, które zgromadziliśmy w jednej 
dziedzinie, możemy przenosić do drugiej.  
Co z feng shui można przenieść do dziedziny ekstremalnych wypraw?  

Choćby właśnie analizę sytuacji, umiejętność dostrzegania ukrytych 
stron danej struktury. Oczywiście, równie dobrze może to być inna 

wiedza, feng shui jest tylko przykładem.  
Dzisiaj wydaje nam się,  że kiedy zajmujemy się jedną dziedziną, 

powinniśmy się w niej wyspecjalizować, a inna wiedza jest zbędna 
jak balast. Zgłębianie jednej, podstawowej dla nas dziedziny jest 

oczywiście niezbędne. Powinniśmy jednak zadawać sobie pytanie o 
cel, o to, czemu służyć ma zdobywana przez nas wiedza. Powiedzmy, 
że zamarzyło mi się,  żeby zostać kierowcą wyścigowym. Jaka wiedza 

i jakie umiejętności są potrzebne? Czy powinienem skupić się na 
budowie samochodu, na zaletach paliwa, konstrukcji silnika? Czy 

potrzebna jest mi wiedza konstruktora silników samochodowych, czy 
po to, by zdobywać pierwsze miejsca w wyścigu, potrzebna jest mi 

przede wszystkim inna wiedza czy trening fizyczny? Albo sztuka 
relaksacji? Ktoś powie - co może mieć wspólnego z wyścigami 
samochodowymi sztuka relaksacji? Otóż aby uodpornić się na stres, 

jest nam ona bardziej potrzebna niż mechanika. Różne rzeczy 
okazują się ważne w wyprawach, nie tylko poznawanie parametrów 

sprzętu, ale także ogólna wiedza o świecie. Wiedza techniczna to 
jedno, ale rozwój umysłu to drugie, to właśnie dzięki niemu mogę 

osiągnąć przewagę w szybkiej jeździe samochodem.  
Dzięki ogólnej wiedzy możemy w pewnej strukturze dostrzec rzeczy, 

które inaczej pozostałyby niezauważone, a mogłyby mieć ukryty 
wpływ na nasze osiągnięcia. Gdy poznajemy inną dziedzinę wiedzy, z 
dystansu lepiej widzimy tę „naszą”. To tak jak z językami: gdy 

znamy tylko jeden, nasz własny, posługujemy się nim i tyle. Kiedy 
zacząłem uczyć się innych języków, zauważyłem,  że lepiej 

poznawałem język polski. Słowa, których znaczenie wydawało mi się 
oczywiste, nagle odkrywały przede mną swój głębszy sens. Choćby 

słowo Norwegia, oczywiste w języku polskim, wiadomo, że to ten 
kraj. Ale angielska nazwa Norwegii -„Norway", czy niemiecka 

background image

„Norwegen", pochodzi od słów „north" i „way" lub w wersji 

niemieckiej „Norden" i „Weg", co oznacza drogę na północ. To już 
trochę więcej niż samo słowo Norwegia, które oznacza jedynie 
określone miejsce na mapie. Albo banalna autostrada, połączenie 

dwóch słów: „auto" i „strada", czyli droga dla samochodów w języku 
włoskim. Słowa przez nas używane mają czasem głębsze znaczenie, 

które paradoksalnie możemy poznać zgłębiając inne języki.  
To nie znaczy, że mamy stawać się filologami. Trzeba określić 

poziom wiedzy, który jest nam potrzebny. Zależy to od tego, jaki 
zakładamy w tym wszystkim cel. Nie musimy mieć akcentu native 

speakera,  żeby rozumieć związki między słowami. Ważna jest 
umiejętność wyważenia, określenia granicy potrzebnej wiedzy. Kiedy 
widzimy, że coś nie jest już nam potrzebne, nie jesteśmy w stanie 

tego użyć, niewiele już znaczy, wtedy można się zatrzymać, 
stwierdzić,  że taki poziom opanowania danego języka wystarcza. Ja 

stwierdziłem,  że gdy potrafię już czytać i pisać, ten poziom 
wiedzy jest dla mnie w sam raz.  

W przypadku języka japońskiego okazało się to niemożliwe, bo żeby 
nauczyć się czytać, musiałbym poświęcić na to od dwóch do pięciu 
lat. Dokonałem więc wyboru, że wystarczy mi mówienie na całkiem 

podstawowym poziomie. To chyba dobra ilustracja tego, że 
specjalizacja i ogólna wiedza współzależą. Potrzebne jest jedno i 

drugie, tylko pytanie, w jakich proporcjach.  
  

Polarnik na pustyni  
 

Może dziś trochę dziwić, jak to się stało, że kolejną dużą wyprawą 
po biegunach i „Solo Transantarctica" stała się ekspedycja na 
Pustynię Gibsona. Gdzie Rzym, gdzie Krym... Ale pustynia od dawna 

była w moich marzeniach. Pamiętam,  że szedłem przez Grenlandię z 
Wojtkiem Moskalem, który wiele opowiadał mi o Australii. Myśl o 

przejściu przez australijską pustynię pojawiła się wtedy w mojej 
głowie, ale dotyczyła innego terytorium, myślałem o Pustyni 

Simpsona. Często wracałem potem myślami do Australii. W świecie 
rzeczywistym rozegrało się to tak, że gdy wróciłem z kolejnej 
wyprawy przez Atlantyk, spotkałem się z propozycją udziału w 

wyprawie przez Australię.  
Zadecydował przypadek? Niezupełnie. Nie zachowuję się tak, że 

przyjmuję każdą propozycję i próbuję wszystkiego. Dostaję, 
szczególnie teraz, wiele różnych ofert, a jednak nie budzą one we 

mnie chęci,  żeby ruszać gdzieś w drogę. Ale gdy otrzymałem tamtą 
propozycję, to jakby rzeczywistość odpowiedziała po raz kolejny na 

moje ukryte marzenia.  
Być może kiedyś zrealizowałbym sam taką wyprawę przez pustynię.  
Fakt,  że Holendrzy Marc Cornelissen i Edmund Offner, właśnie 

organizowali wyprawę przez Pustynię Gibsona, znaczył w tym 
wszystkim tylko tyle, że było mi łatwiej, bo nie musiałem brać na 

siebie całego ciężaru organizacyjnego. Gdybym musiał zajmować się 
tym sam od początku, musiałbym poświęcić na to z rok. A tak 

zostałem zaproszony jako ekspert do udziału w wyprawie.  

background image

Polarnik ekspertem od przechodzenia przez pustynię? A dlaczego 

nie? Struktura sytuacji jest taka sama, dlatego doświadczenia 
polarne można przenosić w dziedzinę pustynnych ekspedycji. Wysiłek 
ciągnięcia sanek czy wózków, samowystarczalność w terenie, na 

którym nie ma możliwości naturalnego zdobycia pożywienia - te 
wyzwania niczym się od siebie nie różnią. Powiedziałbym nawet, że 

dużo  łatwiej jest przenieść doświadczenia z rzeczywistości 
skrajnie odmiennych, a tak naprawdę o podobnej strukturze, niż z 

sytuacji nie tak bardzo różnych, ale o innej strukturze. Łatwiej 
przejść pustynię polarnikowi niż himalaiście. Dynamika sytuacji 

jest bardzo podobna, i tu pustynia, i tam pustynia, tam lodowa, tu 
piaszczysta, w obu przypadkach są ludzie, którzy ciągną ze sobą 
całe wyposażenie. Różnica polega na szczegółach, choć oczywiście 

nie są one błahe, bo na przykład na Antarktydzie woda jest 
dostępna, wystarczy stopić lód, a na pustyni wodę trzeba ze sobą 

transportować. Na pustyni są za to zwierzęta, które można zabijać 
(choć my akurat nie robiliśmy tego).  

W biznesie jest to jeszcze bardziej widoczne. Istnieją sytuacje 
polegające na tym, że człowiek, który powiedzmy zarządzał Pepsi 
Colą zostaje prezesem firmy komputerowej Apple, albo człowiek, 

który zarządzał Pepsi Colą, zarządza koncernem produkującym 
Boeingi. Podstawowe parametry, czyli zarządzanie ludźmi, 

zarządzanie wiedzą, motywacja, wyznaczanie celów - to wszystko 
daje się transferować. Ze skrajnych warunków, czyli bardziej 

konkurencyjnego rynku, łatwiej przenieść się do firmy o bardziej 
skomplikowanej strukturze, ale działającej na prawach monopolisty, 

niż odwrotnie.  
Przekładając to na polskie realia: ludzie, którzy zarządzają 
spółkami Skarbu Państwa, gdzie tak wiele rzeczy jest dawanych, 

przyzwyczajają się do tego, że ich ewentualne błędy nie są 
weryfikowane przez życie. Poczta Polska co najwyżej będzie musiała 

postarać się o dodatkowe dofinansowanie z budżetu. Gdyby był to 
prywatny biznes, firma mogłaby nawet zbankrutować, bo życie 

weryfikuje ją każdego dnia. Łatwiej zatem przenieść się osobie, 
która zarządzała w prywatnym biznesie, do monopolistycznej spółki 
finansowanej z budżetu państwa niż odwrotnie, po długoletnim byciu 

menedżerem spółki budżetowej przenieść się do prywatnego biznesu. 
Rodzaj produkcji czy usług ma mniejsze znaczenie.  

Gdybym założył firmę kurierską i mógł na stanowisku prezesa 
obsadzić albo menedżera z Poczty Polskiej, albo menedżera z innej, 

o wiele bardziej konkurencyjnej branży, na przykład sprzedaży 
komputerów, na pewno wybrałbym tego z branży komputerowej. W 

usługach pocztowych istotą jest logistyka. Logistyk z prywatnej 
firmy na pewno ma większe doświadczenie niż człowiek, który 
zarządzał jakimś segmentem molocha o nazwie Poczta Polska. Inne są 

też problemy. W prywatnej firmie chodzi o to, żeby stworzyć 
efektywne przedsiębiorstwo i zarabiać pieniądze. A w poczcie 

państwowej są bardzo silne związki zawodowe, wobec czego potrzebne 
są całkiem inne umiejętności, na przykład negocjacyjne. Menedżer 

Poczty Polskiej, wydaje mi się, jest skoncentrowany przede 
wszystkim na tym, żeby dogadać się ze związkami zawodowymi z 

background image

jednej i Ministrem Skarbu z drugiej strony. Dopiero później może 

zajmować się poprawą efektywności działania poczty.  
W prywatnej firmie umiejętność prowadzenia negocjacji ze związkami  
często do niczego się nie przydaje. Podobieństwo branż nie oznacza  

więc podobieństwa umiejętności.  
Różnica między światem polarnym i pustynnym nie miała więc takiego 

znaczenia. Ja na pustyni czułem się wręcz komfortowo. Oczywiście 
droga wiązała się z wysiłkiem, trzeba było pokonywać różnego 

rodzaju trudności, ale sytuacja była o wiele bardziej luksusowa 
niż na Antarktydzie. Wiele doświadczeń, które zdobyłem w świecie 

polarnym, mogłem przenieść na nową rzeczywistość. Mój trening 
przed australijską wyprawą polegał w dużym stopniu na powtarzaniu 
tego, co robiliśmy przed wyprawą na biegun północny z Wojtkiem 

Moskalem. Spędziliśmy wtedy trzy dni zimą nad Morskim Okiem, a 
później znalazłem pustynię idąc z Helu do Łeby. Wziąłem cały 

pustynny sprzęt, chciałem poczuć się tak, jakbym szedł przez 
prawdziwą pustynię. Wędrowałem więc plażą, nie zachodziłem do 

miejscowości po drodze, miałem ze sobą wodę, spałem na piasku. To 
była namiastka pustyni. Bardzo mi to pomogło. Inni członkowie 
wyprawy, z tego co wiem, nie odrobili zadań domowych i było to 

potem źródłem problemów, bo na pustyni zderzyli się z czymś, czego 
wcześniej nie doświadczyli. Ja zetknąłem się przynajmniej z 

namiastką i dzięki temu wiedziałem na przykład,  że najlepsze w 
takiej drodze są górskie buty. Mówię o namiastce, ale tak naprawdę 

droga z Helu do Łeby to były dwa czy trzy dni ciężkiego marszu. 
Kiedy doszedłem do celu, może nie byłem ledwo żywy, ale na pewno 

bardzo zmęczony. Za to pierwszy szok miałem za sobą. Inni 
przeżywali go dopiero przez kilka pierwszych dni wędrówki przez 
Pustynię Gibsona.  

Ja w tym samym czasie nie byłem aż tak obciążony i mogłem 
zregenerować się psychicznie. Trzy pierwsze dni są zawsze bardzo 

trudne.  
Musimy maszerować, a zarazem zapoznawać się ze sprzętem i jeszcze 

w tym wszystkim zachować psychiczne rezerwy, żeby odnawiać siły.  
Pustynia piaszczysta okazała się podobna do lodowej, ale 
oczywiście nie we wszystkim. Struktura powtarzała się, ale nie 

skali 1:1. Podobne jest podobne, ale tylko w pewnym zakresie. 
Trzeba uważać na różnice, nowe elementy i wynikające z nich 

niebezpieczeństwa, inaczej można polec. Najgorzej jest stworzyć w 
wyobraźni taki obraz, że skoro mamy już pewne doświadczenie, to 

będzie dość  łatwo. Przecież poradziłem sobie w świecie ostrej 
konkurencji, więc bez problemu dam sobie radę tam, gdzie jest ona 

mniejsza. Możemy zostać nieprzyjemnie zaskoczeni przez 
rzeczywistość. Każde ekstremalne wyzwanie jest wyzwaniem, w nowe 
wyprawy musimy włożyć podobny wysiłek jak poprzednio. Jeżeli 

oczekujemy czegoś innego, wtedy zderzenie z rzeczywistością jest 
tak mocne, że może nas powalić i nawet doprowadzić do decyzji o 

rezygnacji.  
Gdy jesteśmy nastawieni na przyjemny spacer, a nagle każą nam biec 

w maratonie, nasza motywacja może gwałtownie spaść. Przychodzimy 
na start z nastawieniem, że przespacerujemy się, to co prawda 

background image

czterdzieści kilometrów, ale przecież już nieraz taki dystans 

pokonywaliśmy, więc będzie przyjemnie. I nagle taśma pod nami 
zaczyna się bardzo szybko przesuwać, a my nie możemy spokojnie 
maszerować, tylko musimy biec w tempie jej przesuwania się. Raptem 

uświadamiamy sobie, że maraton to czterdzieści kilometrów i 
stwierdzamy,  że nie damy rady. Już po pierwszym kilometrze 

dochodzimy do wniosku, że byliśmy nastawieni na coś innego, miało 
być inaczej, a jest nerwowo, ciężko i jesteśmy już zmęczeni.  

Lepiej przyjść na maraton z nastawieniem przebiegnięcia całej 
trasy i nawet pokonać dystans w wolniejszym tempie niż odwrotnie, 

być nastawionym na długi, ale jednak spacer, a w trakcie trasy 
przekonać się, jaka to trudna dyscyplina. Ludzie, którzy 
wykruszają się na początku drogi zwykle rezygnują, dlatego że byli 

przygotowani na coś innego.  
Zadziałał mechanizm, o którym wspominałem: nie przejmujmy się za 

bardzo trudnościami, mówimy: zobaczymy jak tam będzie, może jakoś 
damy sobie radę. Jeśli naszą motywacją jest zdanie, że nie będzie 

tak  źle, a potem okazuje się,  że jest źle, nasza gotowość 
działania łatwo się ulatnia.  
Oczywiście nie należy przesadzać i widzieć przed sobą nie wiadomo 

jakie przeszkody, bo to również nie sprzyja motywacji. Gdy mówimy 
sobie, że nie jest tak źle, ale zarazem staramy się zdobyć wiedzę 

o rzeczywistości i przygotowujemy się do spotkania z nią, mamy 
wtedy największe szanse, że damy radę. W działaniach moich 

towarzyszy w wyprawie przez Pustynię Gibsona zabrakło etapu 
przygotowań, a wynikło to z ich przekonania, że nie będzie tak 

źle. Nie nastawiali się psychicznie na trudne sytuacje.  
Z trudnościami trzeba się liczyć, ale jeśli zabraknie nam wiary i 
nadziei, to przygotowania mogą nas przytłoczyć. Zaczniemy mówić: 

nie damy rady, będzie na pewno strasznie ciężko, przecież 
temperatura dochodzi tam do plus 50 stopni, po co mi to, jestem na 

to za słaby. Ważne są obie strony medalu, nadzieja i respekt, 
wiara, ale też drobiazgowe przygotowania. Trzeba obu tych rzeczy, 

żeby pomyślnie zmierzyć się z ekstremalnymi wyzwaniami. Początkowo 
mieliśmy przejść pustynię w piątkę: dwójka Holendrów Marc i 
Edmund, Kanadyjka Denise, Brazylijczyk Thomas i ja, ale po 

pierwszym dniu treningu na pustyni w rzeczywistych warunkach nasz 
zespół zmniejszył się prawie o połowę.  

Denise i Thomas postanowili nie wyruszać w podróż. 
 

Zespół, lider i hamulcowi 
  

Być może oboje moi potencjalni towarzysze drogi na Pustyni 
Gibsona, uczestniczyli wcześniej w wyprawach, na których 
rzeczywiście nie było tak źle. Mogli więc uznać,  że w mówieniu o 

trudnościach drogi przez pustynię więcej jest koloryzowania niż 
prawdy. A ponadto choć mieli pewne wyprawowe doświadczenia, to 

jednak uczestniczyli w wyprawach nieudanych, które nie osiągały 
celów albo były tylko pewnym etapem. Chyba żadna z tych dwóch osób 

nie uczestniczyła w jakiejś wyprawie od początku do końca. Thomas 

background image

Brandolin, Brazylijczyk, próbował bodaj dojść na biegun 

magnetyczny, ale była to nieudana próba.  
Czyli miał raczej doświadczenie w zawracaniu... Ale do tych 
wniosków doszedłem później, już po wyprawie. Kiedy się poznaliśmy, 

Holendrzy, Kanadyjka i Brazylijczyk byli dla mnie jedynie ludźmi, 
którzy chcieli przejść przez Pustynię Gibsona. Nie analizowałem 

ani ich doświadczenia, ani przygotowań. To być może było błędem. 
Przed własnymi wyprawami zawsze długo i starannie dobierałem jej 

uczestników. Ale tu nie było takich możliwości. Na ogół takich 
możliwości nie mamy... Byłem tylko członkiem wyprawy, zespół był 

mi w jakimś sensie narzucony. Nie czułem się upoważniony do tego, 
żeby kwestionować jego skład. Nie miałem takich kompetencji i nie 
było to moją rolą. Skupiłem się na tym, że jestem członkiem 

wyprawy, zostały ustalone moje obowiązki i moim udziałem było 
wypełnianie tych zadań. 

To inna sytuacja, inna odpowiedzialność i inny horyzont. Odmienna 
jest perspektywa członka wyprawy, który analizuje jedynie własny 

sprzęt i własne możliwości, a inna jest perspektywa człowieka 
planującego całą wyprawę. Dwie całkowicie różne role. Dobrze, 
jeśli członkowie zespołu wspierają lidera swoim doświadczeniem, 

ale zazwyczaj ludzie ograniczają się do własnych ról. Jeżeli moją 
rolą jest bycie członkiem zespołu, uczestnikiem wyprawy, nie 

wnikam jak lider w całość sytuacji. Wystarczy, gdy będę ją widział 
jedynie bardzo ogólnie.  

Nie jest przy tym wskazane, żeby w zespole każdy był liderem. Kto 
był liderem w drodze przez Pustynię Gibsona? Trudno powiedzieć. 

Nie było zdecydowanego przywódcy. Można by chyba powiedzieć, że to 
ja wspólnie z Markiem Cornelissenem byliśmy liderami. Powtórzyła 
się sytuacja, którą przeżyłem z Wojtkiem Moskalem, tylko że tym 

razem to raczej ja byłem Wojtkiem, a Marc był mną. Na pewnym 
etapie to ja odgrywałem w większym stopniu rolę przywódcy, gdy 

okazało się,  że dwoje członków wyprawy odpadło. Zdałem sobie 
sprawę, że posypał się pierwotny plan i trzeba było na zgliszczach 

poprzedniego stworzyć nowy. Wyprawa była ich projektem i pomysłem, 
ale moje doświadczenie w sytuacjach ekstremalnych wtedy było 
większe, dlatego brałem aktywny udział w kreowaniu nowego planu.  

Dla mnie w skrajnych projektach nie ma kompromisu. Gdy nie mamy 
takiej komfortowej sytuacji, że możemy stworzyć zespół odpowiednio 

do celu, tylko zespół jest nam dany niejako z góry, liczy się 
umiejętność działania w takim zespole i umiejętność reagowania na 

nowe, nieprzewidziane wcześniej sytuacje, które mogą zaburzyć 
porządek w grupie. To o wiele trudniejsze, gdy w firmie czy życiu 

mamy zastany zespół i musimy sobie z nim dać radę. Ja wolę nawet 
odejść, stworzyć nowy team niż na siłę pracować z ludźmi, którzy 
mają inne cele, inną optykę albo nie są wystarczająco 

zaangażowani. Ale zawsze staram się podejmować próby, żeby 
stworzyć zespół z tych ludzi, których mam do dyspozycji. Łatwiej 

jednak o to w firmie niż na pustyni. W skrajnych projektach nie ma 
żartów. Co innego, gdy w fundacji latami tolerowałem to, że nie 

następował rozwój odpowiedni do możliwości, starając się 
nakłaniać, przekonywać pracowników do samorozwoju, dokształcania, 

background image

zaangażowania. Inna sytuacja jest na wyprawie, na której często 

ryzykujemy życiem albo przynajmniej porażką.  
Nawet w wyprawie „Wisła", letniej czy zimowej, chociaż wydawało 
się, że to tylko spływ, zdarzały się ryzykowne sytuacje. W jednej 

z tych wypraw brał udział niepełnosprawny chłopak. Płynęliśmy ze 
specjalistami, byli z nami doświadczeni przewodnicy, którzy już 

Wisłą  płynęli, ale ze względu na tego niepełnosprawnego chłopca, 
Maćka, starałem się maksymalizować bezpieczeństwo. Uważałem, że to 

priorytet ważniejszy od wszystkiego innego, również od tego, czy 
przepłyniemy Wisłę, czy nie.  

Wiedzieliśmy,  że na sto dwudziestym pierwszym kilometrze trzeba 
będzie przepłynąć między wielkimi kamieniami. Przewodnicy 
twierdzili,  że to łatwy odcinek i nic się nie stanie. Ja jednak 

zapamiętałem wypowiedzianą jeszcze przed wyprawą opinię, że dobrze 
by było mieć w takich sytuacjach plastikowe kaski. Była to opinia 

specjalisty nie tyle związanego z Wisłą i kajakarstwem, ile 
znającego się na problemach bezpieczeństwa. Podchwyciłem to, 

wydawało mi się, że skoro na trasie będą kamienie, to rzeczywiście 
kaski trzeba będzie założyć. Większość uczestników naśmiewała się: 
co, kaski na Wiśle? Ale uparłem się, nawet za cenę  śmieszności, 

mimo iż przewodnicy mówili, że to bez sensu i żebym dał sobie 
spokój. Kupiliśmy więc kaski rowerowe, nie taka to znów wielka 

inwestycja. Los chciał,  że na kamieniach wywrócił się  właśnie 
Maciek Urbaniak, niepełnosprawny chłopak, razem z drugim 

uczestnikiem wyprawy. Nic im się nie stało, ale co by było, gdyby 
Maciek uderzył głową o kamień, nie mając założonego kasku?  

W wyprawie „Wisła" zespół również był mi jakimś stopniu narzucony. 
Nie jestem specjalistą od wypraw kajakowych, czasu na organizację 
było niewiele, zespół powstał na zasadzie zadaniowej, nie było 

możliwości treningu i tak dalej. Podczas wyprawy okazało się,  że 
pojawiają się coraz głębsze różnice zdań i że te banalne 

początkowo konflikty mogą się skończyć  źle. Zdałem sobie sprawę, 
że lepiej będzie, jeśli dalszą część drogi odbędziemy bez osób, 

które może nie hamują nas, ale zwiększają ryzyko konfliktów. I 
niestety musiałem z niektórych zrezygnować. To była moja decyzja, 
żeby na pewnym etapie pożegnać się z nimi. Trzeba zrobić to 

taktownie, bo wyrzucanie kogoś z hukiem nie jest dobre. 
Wykorzystałem to, że skończył się pewien etap i stwierdziliśmy, że 

następny rozpoczniemy w innym składzie.  
W każdym zespole mogą pojawić się hamulcowi. Hamulcowym jest się 

nie tylko wtedy, gdy idzie się w innym tempie. Można być nim na 
różne sposoby, np. kiedy bagatelizuje się niebezpieczeństwa i 

przez to marnowany jest czas na dyskutowanie o sprawach, które 
powinny być oczywiste. To czy założymy kaski niewiele zmieniało, w 
żaden sposób nie spowalniało przecież wyprawy, nie stwarzało też 

żadnych problemów. Co zmieniało założenie kasków na czas potrzebny 
do przepłynięcia dziesięciu kilometrów? Nie miało to żadnego 

znaczenia dla efektywności. W dyskusjach chodziło raczej o 
zaznaczenie własnego zdania. Powiem: nie, nie założę, bo to 

śmieszne. Hamulcowym może być  właśnie ktoś, kto zawsze upiera się 
przy swoim zdaniu.  

background image

Hamulcowym może być także ktoś za szybki, kto wędruje we własnym 

rytmie, niedopasowanym do rytmu grupy, ktoś kto ignoruje fakt, że 
jesteśmy zespołem i płyniemy razem. Czy ktoś zostaje z tyłu, czy 
wyrywa się do przodu, efekt jest ten sam: trzeba się nim zajmować, 

czekać na niego albo go szukać. Na jednym z etapów naszego spływu 
o mało nie doszło do nieszczęścia, bo dwie osoby popłynęły za 

szybko i nie mogły wrócić pod prąd do miejsca postoju. Zgubiły się 
po prostu i musieliśmy ich szukać. Zbliżała się noc, telefony 

komórkowe nie miały zasięgu, niewiele brakowało, a uruchomilibyśmy 
akcję ratowniczą, nie wiem, ściągnęlibyśmy worz albo nawet 

helikopter.  
Wyprawa Wisłą pokazała mi, jak ważne jest zgranie zespołu, 
podporządkowanie i dyscyplina. Nie wszystkie problemy udaje się w 

porę wyłapać i zneutralizować. Trudni do wychwycenia są na 
przykład hamulcowi, których rola polega na sianiu niewiary albo 

ciągłym podważaniu umiejętności lidera. To niepotrzebne, tamto 
niepotrzebne, to za szybko, to za wolno — takie ciągłe osłabianie 

kompetencji lidera zwiększa ryzyko niepowodzeń. Zamiast skupić się 
na tym, jak najlepiej dać sobie radę, skupiamy się na analizowaniu 
czy rzeczywiście jest tak źle.  

Bywają hamulcowi, którzy choć  są tylko członkami zespołu, wchodzą 
w rolę lidera. Perorują: czy to dobrze, czy źle zostało zrobione? 

Co robimy dalej? Powoduje to rozluźnienie dyscypliny. Bywa też 
jednak,  że ktoś musi zastąpić lidera, bo ten się nie sprawdza. 

Pamiętam jedną taką sytuację, w której rolę liderów mieli odgrywać 
ludzie z dużym doświadczeniem w organizowaniu wypraw kajakowych. 

Znali dobrze rzekę, ale nie byli w stanie wywiązywać się z 
organizacyjnych obowiązków wobec młodych uczestników wyprawy. Idea 
wyprawy polega na tym, że fundacja jest organizatorem, ale 

płyniemy „pod dowództwem" przewodników. Po jednym czy po dwóch 
dniach okazało się jednak, że przewodnicy nie do końca są w stanie 

zarządzać zespołem. Wszystko zaczynało się rozpadać, było z tym 
coraz więcej problemów. Musiałem stać się faktycznym liderem, 

wziąć sprawy w swoje ręce. Wtedy zaczęły się inne problemy, bo 
obaj przewodnicy poczuli się odstawieni na boczny tor, na tylne 
siedzenie i z tego tylnego siedzenia nadal próbowali kierować. Ich 

podpowiedzi, w mojej ocenie, mogły skończyć się  źle dla wyprawy, 
przestałem więc brać je pod uwagę i sam podejmowałem decyzje. Gdy 

przewodnicy nie decydowali już o tym, co dotyczyło wyprawy, 
zaczęli kwestionować moje decyzje. I nie można już było tej 

zarządczej sytuacji naprawić. Czułem,  że moje próby doprowadzenia 
do klarownej sytuacji nie dawały rezultatu, podjąłem więc decyzję, 

że aby dopłynąć bezpiecznie, dla wszystkich, dla całego składu 
lepiej będzie, jeśli w naturalny sposób te osoby skończą swoją 
przygodę w połowie trasy, po to by reszta mogła bezpiecznie 

dopłynąć do celu. I tak się stało. Ale dopłynęliśmy z 
przewodnikami do półmetka wyprawy, nie zdecydowałem się na to, by 

zostawić te osoby gdzieś po drodze. Wyrzucanie ludzi źle wpływa na 
morale zespołu. Potem każdy może sobie myśleć: skoro zostali 

wyrzuceni tacy doświadczeni ludzie, to co mnie może tutaj spotkać?  

background image

W każdej decyzji trzeba brać pod uwagę cały zespół. Moglibyśmy też 

płynąć w pełnym składzie do końca, ale byłoby to ze szkodą dla 
przygody, pomijając już względy bezpieczeństwa i problem 
marnowania energii na rozwiązywanie sztucznych problemów. 

Straciłaby swój smak i sens przygoda z rzeką, a wyprawa stałaby 
się bardziej mocowaniem i walką z zespołem niż odkrywaniem innej 

rzeczywistości.  
Kryzys przydarzył się nam także w drodze przez Pustynię Gibsona, 

ale na innej zasadzie, jakby na własne życzenie. Na samym początku  
wyprawy, a właściwie po pierwszym dniu treningu, dwie osoby 

stwierdziły, że to będzie dla nich zbyt trudne, nie chcieli nawet 
wyruszać.  
Kanadyjkę Denise udało się nakłonić,  żeby jednak z nami poszła, 

ale po niewielu dniach stwierdziła,  że to była zła decyzja i że 
nie jest w stanie iść dalej. Wszystko to wzięło się z niewiary, 

złego psychicznego nastawienia i niewystarczających przygotowań. 
Nie wszyscy to rozumieją,  że wyprawa rozpoczyna się od momentu 

podjęcia decyzji o wyruszeniu i obejmuje cały etap przygotowań. 
Ludziom wydaje się,  że początkiem wyprawy jest moment, gdy już 
wyruszamy do celu. A tymczasem często przed wyruszeniem pojawia 

się wiele destrukcyjnych sytuacji, trudności, nieprzewidzianych 
problemów, które spalają naszą energię. W momencie startu jesteśmy 

tak zmęczeni psychicznie i fizycznie, że tracimy wiarę, iż 
dotrzemy do celu. Wówczas szok zderzenia z nową rzeczywistością, 

szok opuszczenia bezpiecznego portu często powoduje, że 
podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Tracimy motywację.  

Podobną przygodę przeżyłem prowadząc kiedyś komercyjną wyprawę na 
biegun północny. Z powodu złych warunków przez blisko dwa tygodnie 
nie mogliśmy dostać się na lód, skąd miał się rozpocząć nasz marsz 

na biegun. Gdyby marsz rozpoczął się od razu, gdyby nie było 
dwutygodniowego oczekiwania, uczestnicy wyprawy przetrwaliby jakoś 

dwa pierwsze krytyczne dni drogi. Ale dwutygodniowa huśtawka 
nastrojów i niewiara, że w ogóle zdołamy wyruszyć, spowodowały, że 

siły psychiczne wyczerpały się w kilku osobach. Troje uczestników 
tak intensywnie przeżywało oczekiwanie na start, że ich psychiczne 
rezerwy stopniały prawie do zera. Gdy potem zderzyli się z 

polarnymi warunkami, już po pierwszym dniu załamali się i 
stwierdzili,  że wolą wracać do domu. Gdyby to były bardziej 

ekstremalne warunki, być może trzeba by tych ludzi wykluczyć od 
razu. Zastanawiałem się jednak nad tym. Wyprawą kierowałem 

wspólnie z Wojtkiem Moskalem, mieliśmy dość doświadczenia, by 
próbować tych ludzi „ciągnąć" za sobą wzmacniając ich motywację. 

Fizycznie każda z tych osób była w stanie, gdyby tylko się 
przełamała, dojść na biegun. Ale gdy podjęli decyzję o rezygnacji, 
ponowne zmotywowanie ich byłoby bardzo trudne. Każdy ma swój 

biegun w innym punkcie, zabieranie kogoś na siłę na własny biegun 
może skończyć się  źle. W takich sytuacjach lepiej podążać za 

biegiem wypadków i nie holować nikogo na siłę. Skoro podjęli 
decyzję o rezygnacji, uszanowałem ją.  

Pamiętam szczególną historię pewnego człowieka, który postanowił 
polecieć na biegun z żoną. Owszem, doleciał na biegun, ale wrócił 

background image

w bardzo złym stanie, po powrocie stracił nawet pracę. Trzeba 

uważać z osiąganiem celów za wszelką cenę, poza granicą realnych 
możliwości.  
Pamiętam też historię tragicznej wyprawy na Mount Everest, komuś 

nie starczało już sił, a jednak lider wyprawy przekonywał go, żeby 
wspinał się dalej, że szczyt jest na wyciągnięcie ręki, w 

granicach jego możliwości. Ten ktoś wszedł na szczyt, ale już z 
niego nie zszedł, tylko został tam już na zawsze... W skrajnych 

warunkach lepiej nie robić niczego na siłę.  
Poza tym - motywowanie ludzi, którzy utracili chęć działania, to 

ciężki kawałek chleba. Znam to z własnego doświadczenia. Gdy przed 
moimi wielkimi wyprawami szukałem towarzyszy, a oni wykruszali 
się. Pamiętam to nieustanne przekonywanie i rozwiewanie ich 

oporów, strachów, które i tak kończyło się tym, że wyprawa w tym 
składzie nie dochodziła do skutku. Doświadczenie podpowiada mi, że 

kiedy ktoś już podjął negatywną decyzję, potem bardzo trudno 
przekonać go, żeby zmienił zdanie. A nawet jeśli się go przekona, 

to potem wszystkie złe sytuacje stają się tylko potwierdzeniem 
tego,  że miał rację. Ktoś taki zaczyna żałować: dlaczego się nie 
wycofał, dlaczego poszedł, i staje się coraz większym balastem dla 

wyprawy.  
Nic na siłę. Motywowanie innych spala, powoduje wyczerpanie sił, 

które są potrzebne do przezwyciężania realnych trudności. A cała 
praca i tak przeważnie kończy się wycofaniem osoby, którą 

próbowaliśmy przekonać czy zdopingować.  
 

Jeszcze o braniu na hol  
 
Jakby było dobrze, gdyby zawsze udawało się tak zmotywować ludzi, 

żeby dzięki temu niezmiennie dochodzić do wyznaczonego celu. Ale 
nie jest to takie proste. Gdy postawione zadanie jest bardzo 

trudne, ekstremalne, wiele zależy od umiejętnej zewnętrznej 
motywacji, ale - stety albo niestety - najważniejsza jest 

motywacja wewnętrzna. Trudno ją w krótkim czasie wywołać. 
Oczywiście zawsze są wyjątki od reguły, ale moje doświadczenia 
nauczyły mnie sceptycyzmu w tej sprawie. Kiedy w kimś dojrzeje 

decyzja,  żeby wycofać się z przedsięwzięcia, raczej nie warto 
próbować tej decyzji odwrócić, bo i tak prowadzi to tylko do coraz 

większych kłopotów. Dotyczy to zwłaszcza dużych, niestandardowych 
projektów.  

Nie przypominam sobie takiej sytuacji, żeby ktoś zrezygnował z 
udziału w projekcie, a potem mimo wszystko odzyskał wewnętrzną 

motywację. A przynajmniej to bardzo rzadkie wyjątki. Dlatego 
bezpieczniej dla projektu jest uszanować czyjąś decyzję, jeśli 
została już podjęta, niż na siłę kogoś holować. Motywację trudno 

„indukować", trudno przekonać kogoś nieprzekonanego. Poziom 
motywacji wypływa z wielu życiowych doświadczeń, nie da się tego 

zmienić od ręki. Próby wywołania motywacji często tylko 
ugruntowują w kimś przekonanie, że nie da rady. Ta osoba na każdym 

argument,  że warto iść do celu, znajdzie kontrargument, że nie 
warto. Ma to zły wpływ na morale całej wyprawy, szczególnie w 

background image

małym zespole. Ale w większym zespole podważanie celowości dążenia 

do celu również niepotrzebnie zużywa energię pozostałych osób.  
Chętnie nauczyłbym się, jak zmieniać motywację w krótkim czasie i 
każdego, kto zrezygnuje, doprowadzić do celu, ale na podstawie 

moich wszystkich dotychczasowych doświadczeń  sądzę,  że na ogół 
kończy się to źle dla całego przedsięwzięcia. Gdybyśmy podczas 

wyprawy na biegun północny tych ludzi, którzy zrezygnowali na 
starcie, ciągnęli dalej wbrew ich wewnętrznej woli, podsuwając 

różne argumenty, np. działając na ambicję (spektrum możliwych 
działań jest w takich przypadkach bardzo duże), gdybyśmy więc 

ciągnęli ich dalej za sobą, mogłoby to zakończyć się nawet 
wypadkiem. Pamiętam,  że jedna z tych osób, dziewczyna, spaliła 
sobie włosy od prymusa jeszcze przed wyruszeniem. Można tylko 

wyobrażać sobie, co mogłoby się dziać dalej.  
Ludzie zdemotywowani najłatwiej i najczęściej popełniają błędy. To  

mogą być banalne sprawy, choćby zacięcie się nożem przy 
przygotowywaniu  śniadania. Jeśli ktoś idzie wbrew sobie, we 

wszystkim szuka potwierdzenia dla swojego negatywnego nastawienia 
albo boi się,  że zaraz stanie się coś, co właśnie pokaże,  że nie 
warto się starać. Powoduje to gorszą koncentrację i przez to 

większą możliwość popełniania błędów. Taka osoba mniej jest 
skoncentrowana na zadaniu, a w większym stopniu na problemach 

motywacyjnych. Motywowanie innych ma swoją granice, poza którymi 
staje się nieefektywne. Praca włożona w tę motywację obraca się 

przeciwko projektowi. Zamiast wzmacniać wyprawę, osłabia ją i 
wystawiana ryzyko porażki. Osłabia dwojako, bo z jednej strony 

traci naszą energię na wzmacnianie motywacji zniechęconych osób, a 
po drugie często podważa podstawy przedsięwzięcia, wciąż 
kwestionowane przez zdemotywowanych uczestników.  

Gdy widzę,  że w fazie przygotowań osoba, która na początku 
deklarowała chęć udziału w projekcie i miała - wydawało się - 

wystarczającą motywację, nagle zaczyna piętrzyć trudności, bo tu 
jej coś nie gra, tutaj nie ma czasu, a tam coś jej wypadło, aż w 

końcu rezygnuje z udziału w projekcie, zawsze wtedy się cieszę, 
mimo iż dla wielu ludzi odejście uczestnika to zły znak. Cieszę 
się,  że ta osoba rezygnuje, bo lepiej, że dzieje się to jeszcze 

przed wyruszeniem niż żeby miało wyjść na jaw później i prowadzić 
do komplikacji. Wiem, że  łatwiej jest zapełnić  tę lukę, która 

pojawia się przed startem, niż walczyć z oporem osoby, która z 
jakichś powodów straciła motywację albo ma po prostu inne 

priorytety.  
Tak było w przypadku wyprawy „Wisła”: jednym z jej filarów była 

Liv Arnesen. Cała idea opierała się na jej pomyśle przepłynięcia 
Wisły kajakiem. Jeśli mogę powiedzieć o sobie, że byłem jednym z 
filarów wyprawy, z całą pewnością Liv była drugim. Wszystko było 

dobrze, dopóki poruszaliśmy się na poziomie ogólnych idei, dopóki 
wymienialiśmy maile na temat wyprawy. Jeszcze gdy Liv przyjechała 

do Polski, wszystko wyglądało tak, jakby było na najlepszej 
drodze. Ale kiedy przystąpiliśmy do etapu realizacji, nagle 

okazało się,  że Liv nie ma czasu, że ma jeszcze inny projekt, że 
do tego jeszcze czeka ją operacja kręgosłupa i tak dalej. Nagle 

background image

zaczęły się piętrzyć trudności. Wydawało się,  że idea projektu 

międzynarodowej wyprawy zawisła na włosku i całe przedsięwzięcie 
stanęło pod znakiem zapytania. W tym momencie stwierdziłem, że Liv 
już nie ma w tym projekcie i od tej chwili działamy tak, że 

niezależnie od tego, czy Liv weźmie udział w wyprawie, czy nie, 
zapewniamy międzynarodowy wymiar spływu, a wszystkie części 

projektu z udziałem Liv zastępujemy jakimś backupem. Jeżeli zaś 
Liv jednak weźmie udział w wyprawie, to tym lepiej, będzie to 

bonus. Przyjąłem taką marszrutę, plan dalszych działań. 
Napisaliśmy do organizacji skautowskich z Europy i znaleźliśmy 

skautów z Litwy, a także Amerykanów — w ten sposób wymiar 
międzynarodowy został zapewniony. Inne elementy również udało się 
zorganizować. I rzeczywiście, tuż przed rozpoczęciem wyprawy Liv 

napisała do mnie, że nie weźmie w niej udziału ze względu na różne 
osobiste problemy.  

Gdyby nie moje myślenie na zapas wynikające z wcześniejszych 
doświadczeń, które podpowiadały mi, że jeśli ktoś traci motywację, 

w końcu się wycofuje, znaleźlibyśmy się w trudnej sytuacji. 
Miesiąc przed wyprawą obcokrajowców chętnych do udziału nie 
udałoby się nam znaleźć.  

Wiedziałem też,  że nic by nie dało motywowanie Liv. Podjęła taką 
decyzję i należało to uszanować. To wcale nie znaczy, że mam 

dzisiaj pretensje do Liv. Jesteśmy w bardzo dobrych stosunkach, 
była ona zresztą tuż przed wyruszeniem wyprawy w Polsce, pojawiła 

się także na koniec. Chodzi o to, że nie chciałem rezygnować z 
projektu. Był on już zaawansowany, cały zespół włożył bardzo dużo 

pracy w przygotowania i rezygnacja z niego byłaby zaprzeczaniem 
samemu sobie. Wszystkim opowiadałem, że warto Wisłę przepłynąć, że 
to piękna rzeka, trzeba ją odkrywać, i nagle, tylko dlatego że 

ktoś z Norwegii nie płynie razem z nami, miałbym stwierdzić, no 
trudno, odkładamy to na rok. Zresztą odłożenie projektu nic by nie 

dało, bo za rok historia mogłaby się powtórzyć. Gdyby nie było 
innego rozwiązania, pewnie nawet sam bym popłynął, byłem 

zdeterminowany. Uważałem,  że cel jest wart tego i że ważniejsze 
jest, żeby Wisłę przepłynąć niż to, kto ją przepłynie.  
Gdyby to mnie zdrowie czy inne zewnętrzne powody nie pozwoliły 

wziąć udziału w wyprawie, zrobiłbym wszystko, żeby doszła ona do 
skutku.  

Intuicja pomaga w podobnych momentach podejmować właściwe decyzje, 
często wyprzedzając bieg wydarzeń. Widzi się ostrzegawcze światła 

i na czas się reaguje. Trzeba być czujnym. Gdy odbieramy sygnał, 
że coś nie działa, trzeba mieć backup, wyjście awaryjne. Takich 

świateł awaryjnych pamiętam ze swoich wypraw bardzo dużo. 
Przygotowania polegają na nieustannej modyfikacji. Trzeba widzieć 
cel, drogę do celu i nie wolno opierać przedsięwzięcia na 

niepewnych filarach. Gdy widzimy, że coś się chwieje, trzeba to 
zastąpić solidniejszym rozwiązaniem. Warto mieć przygotowane 

wyjście awaryjne.  
Im większe doświadczenie, tym szybciej się na podobne problemy 

reaguje. Ważne jest, żeby reagować na czas, żeby nie myśleć 
życzeniowo. Mógłbym powiedzieć: Liv na pewno wyzdrowieje, rozwiąże  

background image

swoje problemy, nie ma się czym martwić, wszystko będzie dobrze.  

Lepiej przyjmować najgorszy scenariusz. Coś się stanie i co wtedy? 
Czy jestem przygotowany na taką ewentualność? Jeśli reagujemy na 
czas, mamy komfortową sytuację, bo nie musimy działać jak strażak, 

który podejmuje akcję, kiedy już się pali. Najgorzej, gdy wszystko 
wali się i pali, a my musimy gorączkowo poszukiwać awaryjnego 

wyjścia. Jeśli podjęliśmy działania na czas, możemy spokojnie 
szukać najlepszych rozwiązań, ale kiedy wszystko wali się tuż 

przed wyprawą albo w jej trakcie, czas reakcji dramatycznie się 
kurczy.  

Aczkolwiek i w takich momentach ważne jest doświadczenie, które 
pozwala nam, jeśli przeżyliśmy w przeszłości podobne sytuacje, 
skupić się na najlepszych rozwiązaniach. Nie musimy analizować 

setek różnych rozwiązań, stosunkowo łatwo jest wybrać takie, które 
ratuje nas z opresji.  

 
Moje zdanie i koniec  

 
W wyprawach niektórzy uczestnicy zaczynają aspirować do roli 
liderów, wywyższają się i chcą przewodzić. Tak jak w wyprawie 

„Wisła" ci kajakarze, którzy wypłynęli daleko przed resztę, a 
potem mieli trudności z zawróceniem do miejsca postoju. Trzeba z 

takimi osobami postępować ostrożnie,  żeby nie zabić w nich 
kreatywności. Kiedy ktoś wysuwa się do przodu, znaczy to przecież, 

że ma duże zapasy energii oraz ambicji i chce się pokazać od jak 
najlepszej strony. Takie cechy są bardzo przydatne i warto je 

pielęgnować. Im więcej mamy dobrych, silnych partnerów w 
projekcie, tym lepiej. Chodzi jedynie o to, by nie wpływało to na 
bezpieczeństwo całego przedsięwzięcia.  

Dopóki aktywność takich osób zamyka się w sferze zgłaszania 
pomysłów, dyskusji czy incydentalnych działań, uważam,  że nie 

należy tego tłumić czy krytykować. Dopiero w momencie, gdy 
wystawia to na szwank bezpieczeństwo projektu czy danej osoby (a w 

biznesie bezpieczeństwo firmy), należy przywrócić dyscyplinę. W 
wyprawie „Wisła”, gdybyśmy pozwolili na podobne rozpierzchnięcie 
się całej grupy, mogłoby to doprowadzić do utraty kontroli, 

wypadku i uruchomienia akcji ratunkowej. Po czymś takim trudno 
wyobrazić sobie, że moglibyśmy dalej płynąć. Opinia publiczna 

uznałaby,  że jesteśmy nieprzygotowani; skoro wymagamy asysty 
helikopterów czy ratowników, to znaczy, że coś jest nie tak. 

Mieliby rację. Gdybyśmy nie kontrolowali pozbawionych 
doświadczenia uczestników wyprawy, znaczyłoby to, że kierują nami 

raczej pobożne życzenia niż profesjonalizm i doświadczenie.  
Przekładając to na biznes: wyobraźmy sobie, że ktoś podejmuje 
decyzję o zaciągnięciu kredytu w obcej walucie. Zwykle są to 

decyzje prezesów, liderów, ale nieraz decyzje zapadają na niższym 
szczeblu.  

Wiele przedsiębiorstw wpadło w ogromne tarapaty z powodu operacji 
finansowych. Tak jak w wyprawie kajakowej: pozornie wszyscy 

płynęli z nurtem rzeki, ale gdzieś z przodu czy z tyłu znajdował 
się ktoś, kto poza kontrolą dokonywał operacji, które miały być 

background image

dobre, a prowadziły do katastrofy. Zdarzają się historie, że 

szeregowy pracownik banku albo makler doprowadza na skraj 
bankructwa swoją firmę. Dlatego dyscyplina i kontrola jest 
niezbędna we wszystkich sprawach, które mają przełożenie na 

bezpieczeństwo projektu. W takich przypadkach dyscyplina musi 
obowiązywać nawet w przypadku drobnych spraw, choćby tego, czy 

ktoś płynie szybciej czy wolniej, czy robi coś na własną rękę, czy 
razem z innymi i pod ich kontrolą.  

Kreatywność, ciąg do przodu są dobre na etapie propozycji i 
dyskusji, a nie w sferze nieweryfikowanych przez zespół czy 

liderów działań.  
Decyzje powinno się podejmować na podstawie doświadczenia, a nie 
na zasadzie, że każdy, kto ma pomysł, wciela go w życie, bo 

prowadzi to do chaosu. Natomiast na poziomie konsultacji, 
wygłaszania opinii, dyskusji - kreatywność i niezależność  są mile 

widziane. A bywa z tym niestety problem - wyrażanie własnego 
zdania bywa uznawane za coś niewłaściwego. W firmach zachodnich 

jest inaczej, u nas wciąż przedstawianie własnego zdania bywa źle 
przyjmowane. Jeśli ktoś ma inne zdanie niż zarząd firmy czy 
prezes, jest to odbierane jako podważanie pozycji liderów.  

Czasem w zespołach tworzy się układ polegający na tym, że obok 
formalnego lidera wyrastają nieformalni przywódcy. W wyprawie 

„Wisła” nie miałem wielkiego doświadczenia kajakowego, niektórzy z 
uczestników mieli większe doświadczenie i chcieli to okazywać. Ale 

czym innym są kompetencje kajakowe, a czym innym zarządzanie całym 
projektem. Czym innym jest to, że potrafię dobrze pływać i 

wymyślam projekt przepłynięcia z grupą ludzi przez kanał La 
Manche, a czym innym realia takiej ryzykownej wyprawy. Gdybym był 
świetnym pływakiem, ale kiepskim organizatorem i dopuściłbym do 

tego,  że każdy z grupy płynąłby na własną  rękę nie dbając o 
innych, nietrudno przewidzieć, czym by się to skończyło. To dwa 

różne cele - jestem świetnym pływakiem i obieram za cel 
przepłynięcie kanału, i to, że wszyscy mają dopłynąć do drugiego 

brzegu. Nie o to chodzi, żebym pokazał jak szybko potrafię pływać, 
tylko o to, żebyśmy dopłynęli wszyscy. Te dwie rzeczy są przez 
ludzi często mylone. Wydaje im się,  że celem jest umiejętność 

wykazania się kwalifikacjami. Trzeba pokazać, jak jest się dobrym, 
czasem nawet wciągając innych na tereny, na których nie mają oni 

takich kompetencji i mogą sobie przez to napytać biedy. Trzeba 
oceniać takie sytuacje, wynikające z nich zagrożenia i je 

eliminować.  
Trzeba pamiętać, że płyniemy razem.  

Płynął z nami, jak wspomniałem, niepełnosprawny chłopak, Maciej.  
Czyjeś niezdyscyplinowanie mogłoby sprawić,  że odwrócilibyśmy 
uwagę od Maćka. Mogliśmy na przykład wypłynąć na poszukiwania 

zostawiając Maćka samego, a wtedy mogłoby mu się coś stać. Takie 
rzeczy, wiem z doświadczenia, czasem powodują lawinę. Chociaż 

wydają się niepozornymi, nieistotnymi faktami, ich destrukcyjny 
wpływ polega na tym, że odwracają uwagę od tego, co istotne. To 

najlepsza droga do utraty kontroli nad projektem.  

background image

Co zrobić, gdy ktoś wysuwa się do przodu, pomimo naszych tłumaczeń 

i upomnień jak się zachowywać? Ciągłe tłumaczenie i napominanie 
nie jest dobrym rozwiązaniem, bo powoduje dyskusje. Ja 
wprowadziłem prostą zasadę po pierwszym zniknięciu kilku 

uczestników wyprawy. Kto zniknie z pola widzenia, następne dwa dni 
płynie w łódce, która nam towarzyszyła. I momentalnie problem 

znikania został rozwiązany, wszyscy zaczęli płynąć razem. 
Rozwiązanie nie było zwrócone przeciwko żadnej konkretnej osobie. 

Nie polegało na napominaniu i straszeniu: jak to się powtórzy, to 
nie popłyniesz. Wprowadziłem zasadę, która musiała być 

przestrzegana przez wszystkich.  
Jak już się taką zasadę ogłosi, nie można potem od niej 
odstępować.  

Odstępowanie od wprowadzonych zasad rozsadza kierowanie wyprawą.  
Jeśli ludzie zobaczą,  że nie przestrzega się ogłoszonych reguł, 

wtedy polecenia nie będą wykonywane. Wymaga to pewnej 
pomysłowości, jaką karę wprowadzić,  żeby tak naprawdę nie była 

karą. To jednak byli dorośli ludzie. Kara powinna być zawsze 
dostosowana do osób i do sytuacji, nie powinna też nikogo 
eliminować. Trzeba każdemu dać szansę, byleby już nie powtórzyło 

się niewłaściwe zachowanie. Uznałem,  że płynięcie  łodzią nie jest 
drakońską karą, tylko odpoczynkiem.  

Ogłosiłem, że taka zasada obowiązuje i wszyscy to przyjęli.  
Byłem liderem. Gdyby pojawiły się jakiekolwiek problemy z 

akceptacją tej zasady, po prostu rano nie wyruszylibyśmy, póki 
delikwent, który na to zasłużył, nie wsiadłby do łódki. 

Respektowanie poleceń jest poza dyskusją. Jeśli uczestnicy wyprawy 
w warunkach, w których może dojść do wypadku, nie respektują 
poleceń lidera, trzeba przerwać projekt. Bezpieczeństwo jest 

priorytetem. Nie jest ważne, żeby za wszelką cenę dotrzeć do celu. 
Naczelną zasadą przy wszelkich projektach, najważniejszą wartością 

jest zdrowie i życie. Jeśli są one niepotrzebnie wystawiane na 
ryzyko, lepiej zrezygnować z projektu. Gdybym na przykład 

zobaczył,  że kupiłem kaski, a ludzie ich nie zakładają, bo Marek 
Kamiński mówi, ale co mnie to obchodzi, sam wiem najlepiej, co mam 
robić — w takiej sytuacji na pewno przerwałbym wyprawę. Ale zdaje 

się,  że byłem dobrym liderem, chociaż to inni byli bardziej 
kompetentni w sprawach wypraw kajakowych. Za to moje kompetencje 

zarządzania ludźmi, określania granic ryzyka i zasad 
bezpieczeństwa były wyższe od kompetencji któregokolwiek z 

uczestników. Dzięki temu, że potrafiłem reagować na różne 
przykłady niesubordynacji, dotarliśmy bezpiecznie do celu. Gdyby 

woźnica machał batem, a potem go wyrzucił, albo szarpał lejcami, a 
potem zawiesił je gdzieś z boku, zaprzęg przestałby go słuchać. 
Jeżeli nie egzekwuję  własnych decyzji, tracę kontrolę nad 

sytuacją. Trzeba umieć to modyfikować, jeśli wprowadzone zasady 
się nie sprawdzają. Trzeba również umieć je stopniować. Można 

zaczynać od zwykłego zwrócenia uwagi, dopiero gdy to nie pomaga, 
należy szukać innych rozwiązań.  

W ostateczności jeżeli różne rodzaje perswazji zawodzą, uwagi nie 
odnoszą skutku a bezpieczeństwo projektu jest zagrożone, należy 

background image

rozważyć rezygnację z tych osób, które powodują utratę kontroli 

nad biegiem wypadków, o ile w ogóle takie rozwiązanie wchodzi w 
grę.  
Kiedy tracimy kontrolę nad sytuacją, to ona zaczyna nami kierować.  

Jeżeli widzimy, że nie kierujemy wyprawą, chociaż formalnie 
jesteśmy liderem, trzeba się zreflektować i szukać narzędzi, 

dzięki którym odzyskamy kontrolę. Kontrola polega na tym, że 
wiemy, czego mamy się spodziewać, a jeśli coś nas zaskakuje, wiemy 

jak zareagować. Nie można przesadzać z centralizacją. Ważne jest, 
by istniał wyraźny ośrodek decyzyjny, ale to wcale nie znaczy, że 

to my musimy podejmować wszystkie decyzje. Wystarczy wiedzieć, co 
jest ważne dla bezpieczeństwa i kierunku wyprawy i na tym się 
skupić. A mniej ważne kwestie, na przykład menu albo co będziemy 

robić wieczorem, pozostawiać uczestnikom.  
Ale o której jest pobudka — to już miało znaczenie, w tym sensie, 

że nie można było wstawać później niż reszta. Kto zaś brał na 
drogę wodę, a kto napój — było sprawą indywidualną. Możemy coś 

zalecać, ale nie musimy podejmować decyzji w każdym szczególe, bo 
to zmieniłoby się w absurd. No i oznaczałoby stratę czasu. Ilość 
energii i czasu jest zawsze określona, należy więc skupiać się na 

najważniejszych decyzjach.  
Dobrze zaangażować ludzi do współuczestnictwa w ich podejmowaniu. 

Decyzje kluczowe podejmowałem ja, ale w pewnym sensie robiliśmy to 
wspólnie, bo dyskutowaliśmy nad różnymi rozwiązaniami.  

Czasem decydowałem potem wbrew innym, takie prawo lidera, ale 
bardzo często razem z innymi. Udział uczestników wyprawy w 

dyskusji pozytywnie wpływał na późniejszą dyscyplinę i 
przestrzeganie zaleceń.  
Kiedy ludzie wiedzą,  że mogą się wypowiedzieć, czują się potem 

tak, jakby mieli wpływ na decyzje.  
Bywało także,  że po dyskusji zmieniałem zdanie. Myślę,  że 

autorytet lidera tylko się umacnia, jeśli przyjmuje on argumenty i 
optuje za najlepszym wariantem, wszystko jedno czyjego autorstwa. 

Znam co prawda takich menedżerów, którzy po prostu mówią,  że ma 
być tak i koniec, a twoje zdanie mnie nie interesuje. Wydaje mi 
się, że w takim przypadku autorytet lidera maleje, a już na pewno 

traci go on w oczach osób, które znają się na danym zagadnieniu. 
Demotywuje to też osoby, które szukały lepszych rozwiązań, a nawet 

nie wysłuchano ich zdania.  
Mentalność ludzi jest jednak przewrotna. Kto wie, czy niektórzy po 

takim postawieniu sprawy przez lidera nie pomyśleliby raczej: to 
jest prawdziwy szef, ma swoje zdanie, dąży do celu za wszelką cenę 

i nie poddaje się. Spotkałem się z takimi firmami czy z takimi 
organizacjami, w których panuje podobna mentalność. Byłem 
świadkiem sytuacji polegających na tym, że lider mówił: tak ma być 

i koniec. I było to przyjmowane bez zdziwienia i sprzeciwu. Ale ja 
jestem takim człowiekiem, który chce stosować zawsze najlepsze 

rozwiązania, niezależnie od tego, kto jest ich autorem.  
Gdyby w prowadzonych przeze mnie różnych przedsięwzięciach 

realizowano wyłącznie moje idee, nie byłoby przestrzeni dla idei 
lepszych... A czasem wchodziłyby w życie moje niedobre pomysły. 

background image

Mogę podać nie tak dawny przykład z Inveny, firmy, którą 

założyłem, ale w której prezesem jest od pewnego czasu mój ojciec. 
Tata jest osobą bardzo zachowawczą, z rezerwą podchodzi do nowych 
pomysłów.  

Dopóki ja kierowałem firmą, nowych rozwiązań było wprowadzanych 
bardzo dużo. W tej chwili ludzie są wobec nich ostrożniejsi, bo 

wiedzą,  że takie jest nastawienie prezesa. Trudno przesądzać, 
który model jest lepszy, ale w sytuacji, o której chcę 

opowiedzieć, prawdopodobnie udało nam się dzięki temu uniknąć 
dużych kłopotów. Wiele firm sięgnęło po finansowe korzyści 

wynikające z opcji walutowych. Ja mam osobowość skłonną do ryzyka 
i innowacji, a ten instrument finansowy był uznawany za nowość. 
Bardzo możliwe zatem, że gdybym kierował firmą, zdecydowałbym się 

na to rozwiązanie. Z kolei ojciec kierując się swoją ostrożnością, 
konsekwentnie nie korzystał z tej opcji. I to ustrzegło nas przed 

kłopotami.  
Są momenty, w których ryzyko jest uzasadnione i kiedy 

innowacyjność popłaca, przynosi owoce, ale są i takie, kiedy 
forsowanie innowacyjności za wszelką cenę może prowadzić do 
katastrofy. Sztywne rozróżnienie: zawsze konserwatyzm albo zawsze 

postęp, jest błędem.  
Narzędzia trzeba dobierać odpowiednio do sytuacji. Trzeba widzieć 

w postępie zagrożenia i zalety, ale tak samo należy dostrzegać 
zagrożenia i zalety w konserwatyzmie. To trudna do zdobycia 

umiejętność, jak rozróżniać sytuacje, kiedy najlepszą strategią 
jest innowacyjność, a kiedy zachowawczość. Jestem przeciwnikiem 

rozwiązań skrajnych postęp za wszelką cenę albo radykalna niechęć 
do ryzykownych zmian.  
Przy czym każdy menedżer ma swój naturalny przechył na jedną lub 

drugą burtę. We mnie jest to przechył bardziej na stronę 
innowacyjności. Gdybym był ortodoksyjnym konserwatystą, nie 

wybrałbym się na bieguny... Ale trzeba widzieć zagrożenia w 
innowacyjności za wszelką cenę, niezależnie od warunków. Przykład 

ostatniego kryzysu ekonomicznego pokazuje zalety ostrożności.  
Ideałem byłoby rozpoznanie sytuacji i stosowanie odpowiedniego 
nastawienia zależnie od czasu albo otoczenia, w którym 

funkcjonujemy.  
Rzeczywistość stale się zmienia, raz premiuje otwartość na 

innowacyjność, a po jakimś czasie zamyka się i wtedy trzeba w porę 
się wycofać.  

W wyprawie na biegun południowy z Jaśkiem Melą wymyśliłem kółka 
dołączone do sanek. To był  właśnie przykład innowacyjności za 

wszelką cenę. Chciałem po prostu, żeby wyprawa z Jaśkiem była 
czymś więcej,  żeby nie była wyłącznie powtórzeniem wyprawy na 
biegun północny. Chodziło o to, żeby się odróżnić, zrobić coś 

nowego. Ale gdy tylko zauważyłem zagrożenie dla tempa marszu, koła 
po prostu odrąbałem czekanem nie upierając się przy tym 

rozwiązaniu. To zdarzyło się pierwszego czy drugiego dnia wyprawy. 
Zorientowaliśmy się, że koła nas spowalniają, widzieliśmy od razu, 

że to fatalne rozwiązanie i nie wahaliśmy się ani chwili. 
Odrąbałem kółka czekanem i później tradycyjnie ciągnęliśmy sanki.  

background image

W sytuacjach zagrożenia szybkość reakcji ma fundamentalne 

znaczenie. Widziałem przecież, że każdy dzień będzie stracony, nie 
ma najmniejszego sensu upierać się przy swoim pomyśle. Co jest 
celem: dotarcie do bieguna w odpowiednim czasie czy dotarcie na 

kółkach?  
Nieraz w ferworze walki nie potrafimy rozpoznać głównego celu.  

W trudnych warunkach łatwo zacząć zachowywać się irracjonalnie.  
Potrafimy przywiązywać wagę do szczegółów i trzymać się ich 

kurczowo.  
A tymczasem trzeba pierwszego albo drugiego dnia odrąbać te kółka.  

  
Podróżnik w domowych kapciach  
 

Wyprawa „Z Polą przez Polskę" jest najmniej znana i opisana z 
wszystkich moich ekspedycji, ale pozostaje dla mnie bardzo ważna. 

Trudniej jest przebić się z informacjami o podobnym 
przedsięwzięciu do opinii publicznej, bo ludzi interesują bardziej 

wydarzenia, które budzą dreszczyk emocji, czyli bieguny, pustynie, 
niedźwiedzie polarne i węże. Bardziej pociąga coś nieznanego, 
dalekiego. Ludziom wydaje się,  że dzieci to temat powszechnie 

znany i nie potrzebują więcej wiadomości na ich temat. Stąd 
mniejsze zainteresowanie tym fragmentem mojego życia.  

W momencie gdy rodziła się idea wyprawy „Z Polą przez Polskę”, co 
prawda dzieci podróżowały już z rodzicami, to jednak myśl,  żeby 

wyprawić się z dzieckiem dookoła świata — czego ostatecznie jednak  
nie udało się zrealizować — dla wielu wydawała się niemożliwa. Z 

jednej strony ryzykowna, a z drugiej — niepotrzebna. Wzbudzała 
wiele kontrowersji i spotykała się z zarzutami podobnymi do tych, 
których wysłuchiwałem w czasie przygotowań do pierwszej wyprawy z 

Jaśkiem Melą. Chociaż tym razem trasa nawet w małej części nie 
była tak ekstremalna, to jednak myśl,  żeby na taką skalę 

podróżować z dzieckiem, odbywać z nim dłuższą wyprawę, dla wielu 
rodziców była nowa i niezrozumiała. Nie chcę powiedzieć,  że była 

absolutną nowością, tak samo jak przed wyprawą z Jaśkiem znane 
były sportowe dokonania osób niepełnosprawnych, ale była to nowa 
formuła, tak w jednym, jak i w drugim przypadku. Co ciekawe, dla 

wielu ludzi stało się to z czasem inspiracją, zachętą, by na 
własną  rękę szukać nowych form. Dostałem wówczas bardzo wiele 

maili i listów, ludzie podchodzili do mnie na lotniskach, żeby na 
ten temat porozmawiać. Idea wyprawy z Polą zainspirowała ich do 

podobnych przedsięwzięć z własnymi dziećmi. Wiele osób wchodziło 
na stronę „Baby on board” , którą założyliśmy w czasie wyprawy. Na 

mniejszą skalę może niż wyprawa z Jaśkiem, choć kto wie, może i na 
porównywalną, wyprawa z Polą niosła ze sobą potencjał 
przełamywania społecznych barier. Ludzie zaczęli trochę inaczej 

myśleć o dzieciach w kontekście podróży. Okazało się,  że dziecko 
wcale nie musi być  życiowym balastem. Nie musi być tak, że do 

piątego czy dziesiątego roku życia nie można ruszyć się z nim z 
domu gdzieś dalej.  

Dla mnie wyprawa była doświadczeniem, dzięki któremu zyskałem inne 
spojrzenie na dzieci, ich potrzeby i rozwój. Tradycyjnie myśli się 

background image

o dzieciach tak, że rodzice zajmują się nim do trzeciego - piątego 

roku życia i z tego okresu dzieciak mało co pamięta. Jest przecież 
jeszcze tak niesamodzielny i niezaradny, trzeba go uczyć  słów, 
bawić się z nim, żeby miał szczęśliwe dzieciństwo. Dzięki wyprawie 

z Polą zrozumiałem, jak ważne jest to, co dziecko w tych latach 
przeżywa. To okres fundamentalny dla kształtowania się osobowości 

człowieka. Już na tym etapie rozstrzyga się w dużym stopniu to, 
jak będzie wyglądać jego postępowanie w przyszłości.  Ładunek 

przeżyć, emocji i doznań, który zgromadziliśmy w tym czasie w 
podświadomości, jest matrycą, według której rozgrywa się niemała 

część naszego późniejszego życia.  
A matrycę raz odbitą trudno zmienić. Mnie również wydawało się, że 
dopiero gdy dziecko kończy siedem czy osiem lat, zaczyna się dla 

niego etap edukacji, a wcześniej dany jest mu czas zabaw i 
szczęśliwego dzieciństwa. Szczęśliwe dzieciństwo oczywiście się 

należy, ale formy, w jakich dziecko później poznaje świat czy 
według których w nim działa, kształtują się - mam dziś takie 

przekonanie - bardzo wcześnie.  
Podróże z dzieckiem są poznawaniem świata w pigułce. Nie chodzi o 
to, czy pojedziemy do Ameryki, Japonii czy Afryki, tylko o to, co 

będzie się podczas tej podróży działo. Jakie to będą doznania, 
jakie przeżycia. Podróż „Z Polą przez Polskę" była dla mnie 

podróżą niezwykłą, wierzę, że także dla Poli i mojej żony. Zresztą 
autorem pomysłu była właśnie żona. Ja miałem za sobą wiele wypraw, 

często ekstremalnych, przeważnie podróżowałem sam czy w 
towarzystwie dorosłych osób.  

Katarzyna także podróżowała, była m.in. pierwszą Polką na biegunie 
północnym i weszła na szczyt Kilimandżaro. Stwierdziła więc,  że 
jeżeli będziemy podróżowali wspólnie z dzieckiem, będziemy też 

razem jako rodzina. Taki był wyjściowy plan. Bardzo mi się on 
spodobał, był czymś innym niż ekstremalne wyprawy, ale wydawał mi 

się nie mniej fascynujący. Preludium, prologiem do planowanej 
przez nas wyprawy dookoła świata była wyprawa przez Polskę. Jeżeli 

chcemy poznawać  świat, to najbliższym jego zakątkiem pozostaje 
własny kraj.  
Spotykałem się oczywiście z wątpliwościami, a nawet drwinami.  

Polarnik, zdobywca biegunów będzie bawił się z dzieckiem? 
Mężczyźni mają przecież inne rzeczy do roboty. Obserwuję jednak, 

że w ciągu pięciu lat, które minęły od wyprawy z Polą, wiele się w 
tych sprawach zmieniło i coś, co kiedyś budziło zdziwienie, dziś 

przyjmowane jest naturalnie. Przed naszą wyprawą nie było 
praktycznie  żadnych książek o podróżowaniu z dzieckiem, nie tylko 

dookoła  świata, ale także po Polsce. Pamiętam, bo szukałem 
podobnych informacji, gdy przygotowywałem podróż. Teraz tych 
książek jest mnóstwo, wydano wiele poradników jak podróżować z 

dzieckiem po świecie i po Polsce.  
Może nasz wspólny pomysł był częścią jakiegoś ogólnego trendu? Tak 

się zbiegło,  że wyprawa z Polą była pierwszą nagłośnioną rodzinną 
podróżą. Na pewno wielu ludzi podróżuje z dziećmi, ale „Z Polą 

przez Polskę" było czymś więcej, pierwszym świadomym projektem nie 
tylko spędzenia czasu z dzieckiem, ale także działań edukacyjnych.  

background image

Poprzez naszą wyprawę chcieliśmy pokazać innym, że można 

podróżować z dziećmi i jak to robić. Stąd wzięła się np. strona 
internetowa.  
O wyprawie powstał też film dokumentalny, jego kręcenie było dla 

Poli i dla Kasi ciężką pracą.  
Pięć lat temu nikt nie myślał o urlopie tacierzyńskim. Dzisiaj 

świadomość tego, że dziecko do rozwoju potrzebuje obecności nie 
tylko matki, ale i ojca, jest powszechna. Wyprawa „Z Polą przez 

Polskę" została zapomniana, ale w swoim czasie towarzyszące jej 
artykuły czy funkcjonująca strona internetowa, wydaje mi się, 

mogły mieć pozytywny wpływ na sposób myślenia i postawy społeczne. 
Nie tylko w sprawie podróżowania z dziećmi, bo podróż była tylko 
pretekstem. Paradoksalnie dobrze się nawet złożyło,  że nie 

odbyliśmy podróży dookoła  świata, bo w czasie przygotowań do 
wyprawy okazało się, że moja żona jest w ciąży z drugim dzieckiem 

i trzeba było przełożyć cały projekt. Szczęśliwie złożyło się, że 
naszą wspólną podróżą nie była ekspedycja dookoła świata, bo wielu 

ludziom coś takiego wydaje się niedostępne. To impreza dla kogoś, 
kto ma pieniądze — powiedziałoby wiele osób — a nie dla 
przeciętnego człowieka. Podróż gdzieś w Polskę jest dla każdego. 

Każdy może niewielkim kosztem wyruszyć w podróż po najbliższej 
okolicy. Dobrze się stało, że „Z Polą przez Polskę" nie jest dziś 

synonimem fanaberii Marka Kamińskiego, który wybrał się z rodziną 
w podróż dookoła  świata, bo go było na to stać, co jest tak 

naprawdę usprawiedliwieniem — że mnie nie stać, więc nie pojadę. 
Tutaj najcenniejszą wartością, dużo ważniejszą niż pieniądze, jest 

czas, który chcemy poświęcić dla rodziny. Poświęcić to może 
nieodpowiednie słowo — dać rodzinie i dać sobie. Czas to 
deficytowe dobro w dzisiejszych czasach. W Polsce każdy, kto chce, 

może podróżować, to nie wiąże się z wielkimi kosztami, może być 
nawet tańsze, jeśli weźmie się namiot i sprzęt biwakowy, niż życie 

w mieście, a okazuje się często niesamowitą przygodą. Nie ma więc 
wymówki, że biegun jest daleko. Wszystko może zacząć się tutaj.  

Dobrze, jeśli nasza podróż po Polsce ma jasną strukturę, jeśli nie 
jest  łańcuszkiem przypadkowo odwiedzanych miejsc, tylko ma klucz 
czy logikę. Można wyruszyć tropem miejsc filmowych, tropem zamków, 

tropem wydarzeń sportowych. Różne mogą być klucze, zależy to tylko 
od naszych pasji. Ja wówczas odkryłem,  że kluczem do Polski jest 

Wisła. Gdy zastanawialiśmy się z Kasią, jak podróżować przez 
Polskę, czy z południa na północ, czy może ze wschodu na zachód, 

wspólnie doszliśmy szybko do przekonania, że Wisła jest najlepszym 
tropem.  

Wzdłuż tej rzeki rozgrywała się przecież historia Polski, a nieraz 
Europy czy świata. Wisła to naturalna historia Polski w pigułce, 
nie sama rzeka rzecz jasna, także ludzie, którzy nad nią  żyją. 

Mogę więc z całym przekonaniem powiedzieć, że wyprawa od początku 
do końca, od pomysłu do realizacji była naszą wspólną wyprawą. Nie 

wyglądało to tak, że ja wszystko wymyśliłem, a Kasia jedynie 
zrealizowała.  

Wyprawa z Polą sprawiła,  że otworzyła się przede mną jakaś nowa, 
nieznana wcześniej rzeczywistość. W sposób naturalny to odkrycie 

background image

wpłynęło na kolejne kroki i drogi, po których zacząłem się 

poruszać.  
Polska stała się dla mnie nową, atrakcyjną przestrzenią. Zawsze 
tak się dzieje. Uruchomione emocje kreują rzeczywistość i 

zmieniają ją. Nawet jeśli rzeczywistość wydawała się nam wcześniej 
nieatrakcyjna i szara, nagle się przed nami odkrywa. To jest 

podzielność w nieskończoność linii prostej i odcinka - i linia, i 
odcinek zawierają w sobie nieskończenie wiele punktów. Jeśli 

zaczniemy z wiarą i przekonaniem badać jakiś wycinek świata, 
okazuje się, że kryje moc możliwości. Chociaż wydaje się codzienny 

i zwyczajny, zawiera nieskończenie wiele sytuacji, zdarzeń, 
emocji, faktów. Oczywiście nie zawsze mamy taką pasję, 
wystarczającą wiarę w to, że akurat nasze podwórko jest tym 

mikrokosmosem. Jeżeli w to uwierzymy, to będziemy potrafili tę 
rzeczywistość sami zmieniać i kreować, a potem pokazywać innym 

ludziom, którzy dzięki naszemu doświadczeniu zaczną otaczającą ich 
rzeczywistość postrzegać inaczej.  

Nastawienie i wiara są absolutnie kluczowe, bez tego nie mamy 
szans na wyczarowanie z codziennego świata czegoś niecodziennego.  
Moje wcześniejsze wyprawy, w jakimś sensie nawet wyprawy z Jaśkiem 

Melą, były ekstremalnymi projektami, ale nie to wydaje mi się 
dzisiaj ich istotą. Chodziło w nich zawsze o przekraczanie 

ograniczeń.  
W wyprawach z Jaśkiem - ograniczeń wynikających z 

niepełnosprawności. Ale w wyprawach z Polą także chodziło o 
pokazanie,  że coś, co łatwo uznajemy za nasze ograniczenie, czyli 

pojawienie się dzieci, może być impulsem do odkrywania nowych 
światów i nowych możliwości.  
To stało się moją drogą, a nie ekstremalne cele. Góry, biegun, 

owszem, są piękne, inne, ale kopiowanie tego po jakimś czasie 
niewiele przynosi.  

Trzeba poznawać inny fragment rzeczywistości na zasadzie myślenia 
o przeciwieństwach, które się uzupełniają, tak jak siła i słabość. 

Ze słabości możemy czerpać siłę. Tak samo próba zwrócenia uwagi na 
inne fragmenty rzeczywistości, ich eksploracja, ale też podążanie 
za intuicją, własnymi emocjami wzbogaca nasz świat. W czymś, co na 

pierwszy rzut oka wydaje się nieatrakcyjne, możemy nagle odkryć 
niezwykłość, tak jak w wyprawie z Jaśkiem czy Polą.  

Im dalej od tego wydarzenia, tym większej nabiera ono wartości.  
Czas spędzony z Polą był dla mnie, po doświadczeniach biegunowych, 

czasem niezwykłym. Nauczył mnie tego, żeby być uważnym i 
cierpliwym. Na ogół chcemy od razu odkrywać niezwykłe rzeczy, ale 

przy tej okazji możemy przeoczyć coś, co jest blisko nas, pod 
ręką. Zrozumiałem wtedy, że tak naprawdę chodzi o rzecz jeszcze, 
zdawałoby się, mniejszą i prostszą niż przekraczanie barier i 

ograniczeń. O ile było to jednym z głównych motorów wypraw 
wcześniejszych, o tyle tutaj najważniejsze było po prostu 

przebywanie razem.  
Nie udałoby się jednak niczego zdziałać, gdyby nie kierował nami 

również motyw odkrywania rzeczywistości, podążania za prawdą, a 
nie za gotowymi stereotypami. Jest taki stereotyp, że gdy ma się 

background image

dziecko i rodzinę, to koniec z fantazjami i marzeniami. Już to 

kilka razy podkreślałem - zawsze mam w sobie takie nastawienie, 
żeby sprawdzać, jak ma się do rzeczywistości to, co jest obiegowym 
przekonaniem. Gdy ludzie mówią, że jutro będzie zła pogoda, zawsze 

staram się zrozumieć, z jakich przesłanek to wynika. Nie przyjmuję 
na wiarę nieraz nawet najbardziej oczywistych zdań, tylko pytam, 

czy rzeczywiście tak jest.  
Często okazuje się,  że ludzie przyjmują jakieś zdania za pewnik, 

ale nie sprawdzają ich zawartości. Tak było też w tym przypadku: 
sprawdźmy, czy rzeczywiście nie można podróżować z dzieckiem, 

sprawdźmy, czy z niepełnosprawnym chłopcem nie można dojść na 
biegun.  
Większość stereotypów to zdania bez pokrycia. Są tylko projekcjami  

doświadczeń wynikających z cudzych historii, ale te doświadczenia 
nie są jedynymi obowiązującymi prawdami. Oczywiście stereotyp, że 

istnieje zawsze konflikt między dążeniem do sukcesów, kariery a 
posiadaniem dzieci nie jest całkowicie bezpodstawny i nie wziął 

się znikąd, ale zawsze możemy zadać pytanie, co uważamy za swój 
życiowy sukces, co jest celem, do którego dążymy. Jeśli sukces 
upatrujemy w szczęśliwym  życiu rodzinnym i jest to nastawienie 

głębokie i szczere, to przecież nie powinniśmy podobnego konfliktu 
przeżywać. Gorzej, gdy są to cele zewnętrzne i powiązane wyłącznie 

z nami, a nie z członkami najbliższej rodziny. Trudno zaprzeczyć 
temu,  że tak rozumiany indywidualny sukces staje w konflikcie z 

życiem rodzinnym. Kończy się to, albo rozpadem rodziny, albo 
rezygnacją z dążenia do sukcesu czy realizacji swojej pasji.  

W moim przypadku nie stało się jednak, ani jedno, ani drugie. 
Kiedy poznałem Kasię, nadal miałem w sobie ów drive, parcie na 
następne projekty, które zresztą realizowałem. Czasem sami się z 

Kasią  śmiejemy,  że to ona była inspiracją. Owszem, na bieguny 
doszedłem, zanim poznałem Kasię, ale potem przyszło bogactwo 

kolejnych przedsięwzięć: pustynia, oceany, wyprawa z Jaśkiem, z 
Polą. One były dopełnieniem polarnych ekspedycji, które pojawiły 

się po spotkaniu z Kasią, to ona była, można powiedzieć, motorem 
wszystkiego. Nie mogę być tego w stu procentach pewny, ale kto 
wie, może moje kawalerskie życie zamknęłoby się bilansem tych 

dwóch czy trzech wypraw polarnych.  
Może bym na tym poprzestał, spoczął na laurach i tylko oczekiwał 

ciągłych wiwatów? Po paśmie sukcesów człowiek oczekuje, że  świat 
będzie go nieustannie podziwiał. Ktoś taki nie ma nowych pomysłów, 

trudno mu kopiować samego siebie, bo doszedł do własnego kresu i 
nie ma przed sobą dalszych celów, w sposób naturalny zwraca się 

więc do przeszłości, rozpamiętuje, jaki był wspaniały, i oczekuje, 
że inni będą robić to samo. To doświadczenie aktorów, gwiazd 
popkultury czy sportowców. Po okresie popularności medialnej 

przychodzi cisza; nikt nie pisze, nie dzwoni, niczego nie chce... 
Pojawia się rozczarowanie, poczucie zawodu, potem przypominanie o 

sobie oparte na oczekiwaniu, że świat będzie żył tym, co wydarzyło 
się przed pięcioma czy dziesięcioma laty. Ale świat pędzi naprzód. 

Bite są kolejne rekordy, ktoś inny odnosi sukcesy, show must go 

background image

on. A ktoś, kto żyje własną przeszłością, znika, tak jak znikali 

przed nim inni, podobni ludzie.  
Tylko nieprzerwanie aktywne życie, następne doświadczenia 
powodują,  że wciąż mamy co przeżywać i nie musimy rozpamiętywać 

przeszłości. Mamy też czym się dzielić i możemy być kimś 
interesującym, ważnym dla innych. Możemy robić coś nie wyłącznie 

dla siebie, ale także dla drugiej osoby. Jeśli można powiedzieć, 
że moja żona Kasia inspirowała mnie do tego, by podejmować kolejne 

wyzwania, działo się tak być może z tego prostego powodu, że 
chciałem swojej dziewczynie, a z czasem żonie pokazać,  że na coś 

mnie stać. Można by to nawet określić jako chęć popisania się 
przed Kasią, nie widzę w tym nic złego.  
Muszę dodać,  że moja małżonka ma otwarty i krytyczny umysł, na 

pewno nie była i nie jest bezrefleksyjnym amatorem wszystkiego, co 
robiłem i co robię...  

Poznałem Kasię w momencie, gdy spotkała mnie porażka, po nieudanej 
wyprawie „Solo Transantarctica”. Na pewno był to moment refleksji, 

miałem chwilę,  żeby się nad sobą zastanowić. Ciekawe, jak 
wyglądałoby nasze spotkanie, gdybyśmy zetknęli się wówczas, gdy 
szedłem od sukcesu do sukcesu. Może nie byłoby we mnie wewnętrznej 

przestrzeni na namysł nad sobą? Zwolniłem wówczas i zacząłem 
bardziej refleksyjnie podchodzić do życia. Zacząłem dostrzegać 

najbliższy świat, a nie tylko bieguny. Wyszło mi to na zdrowie.  
To wcale nie znaczy, że byłem wówczas rozgoryczony, zrezygnowany.  

Planowałem następne wyprawy, gdzieś tam nawet pojechałem, zacząłem 
pracować nad książką. Spotkałem Kasię we wrześniu, a w grudniu 

byłem w drodze na Antarktydę na Mount Vinson. Potem było 
Kilimandżaro i Boliwia. Nie były to bieguny, ale nie była to też 
rezygnacja, odwrócenie się od świata i zamknięcie w sobie. Byłem 

nieustannie w ciągu zdarzeń, tyle że na inną skalę, bo bieguny 
Ziemia ma tylko dwa. A poza tym w planowaniu wypraw brałem pod 

uwagę Kasię i siłą rzeczy superekstremalne przeżycia nie tyle może 
przestały mnie całkowicie interesować, ile nie były już 

wyznacznikiem wypraw. Wyznacznikiem stało się poznawanie świata 
jak najszerzej, w jego horyzontalnym wymiarze. Można by 
powiedzieć,  że mniej już kierowałem się igłą kompasu, zawsze 

wychyloną na północ, a bardziej różą wiatrów. Przeżycia 
ekstremalne są do siebie mimo wszystko podobne. Ryzykowanie życiem 

czy bycie na krawędzi jest tylko formą poznawania świata i także 
może stać się powtarzalne. Ludzie mają czasem potrzebę,  żeby coś 

przeżyć prawdziwie, otrzeć się o śmierć, o coś wyjątkowego. Ja to 
przeżyłem i nie widziałem potrzeby, żeby to powtarzać, kopiować. 

Zrozumiałem,  że kluczem jest nie ilość, tylko jakość. A jakość 
osiąga się dzięki temu, jaki ma się świat wewnętrzny, a nie przez 
ciągłe zaliczanie różnych rekordów.  

Czytałem kiedyś o człowieku, który przyjął założenie,  że do 
osiemdziesiątego roku życia dokona stu rzeczy. Wypisał listę. 

Wydawało mi się to trochę śmieszne, ale potem sam stworzyłem listę 
tego, co chciałbym zrobić. Co prawda nie stu, ale dziesięciu 

rzeczy i to takich, które chciałbym zrobić nie w swoim życiu, 
tylko w jednym roku. Takie ćwiczenie, okazało się, ma swój sens. 

background image

Na mojej liście znalazł się między innymi skok ze spadochronem, 

reżyserowanie sztuki teatralnej i rejs łodzią podwodną. I jakoś to 
realizuję, ze spadochronem na przykład skoczyłem, nawet w 
tandemie, co rzeczywiście było niesamowitym doświadczeniem. 

Zdobywałem przy okazji realizowania mojej listy kilka nowych 
doświadczeń. Ale stawianie przed sobą  życiowych celów według 

ułożonej listy, jako pomysł na życie, nie pociągałby mnie. Być 
może lepszy taki plan niż  żaden, ale chyba w życiu nie o to 

chodzi,  żeby zaliczać kolejne ekscytujące doświadczenia. Dopóki 
tego nie skosztujemy, wydaje nam się to czymś fascynującym i jest 

to fascynujące. Ale trudno przez całe  życie skakać ze 
spadochronem. O wiele ważniejsze wydaje mi się odkrywanie 
harmonii. Może okazać się,  że czymś również ekscytującym jak 

ekstremalne doświadczenia może być picie herbaty albo patrzenie na 
morze.  

Odkrywam to dzięki Kasi. Ale proszę tych wyznań nie przyjmować 
jako opisu czegoś, co udaje się osiągnąć gładko i bezkonfliktowo. 

Kasia jest przeciwna wielu moim projektom i pomysłom, a od kiedy 
pojawiły się dzieci, bywa naprawdę bardzo trudno łączyć dom i 
podróże.  

 
Ubodzy fighterzy  

 
Pogodzenie  życia zawodowego i domowego rzeczywiście nie jest 

prostym zadaniem. Ćwiczę to niemal każdego dnia. Zawodowe 
zobowiązania wciąż narastają. Zgodzę się, że gdzieś się pojawię, a 

potem nie wypada mi odmówić, a gdy zgodzę się na spotkanie jeszcze 
gdzieś, powstaje z tego trudna do ogarnięcia suma, bo pojedyncze 
zdarzenia w pewnym momencie kumulują się jak w totolotku. Z 

nieznacznych spotkań, pięć minut tu, dziesięć tam, godzina na 
wywiad w kawiarni, nagle robi się cały dzień i mój czas dla 

rodziny bardzo się kurczy. Te sytuacje powodują konflikty i trzeba 
sobie z nimi radzić.  

Pytanie, jakie są tak naprawdę nasze długofalowe priorytety. Jeśli 
na krótką metę popełnimy błędy, możemy to naprawić. Możemy starać 
się skorygować nasz kalendarz, choć nie jest to proste. Jeżeli 

naszym priorytetem jest kariera, praca, jakiś cel zewnętrzny i 
temu podporządkujemy wszystko, a rodzina znajduje się na drugim 

planie, to jest to naszym założeniem strategicznym. Bywa, że 
nieświadomym. Strategię trudno zmienić. Nie wystarczy wtedy, że 

poświęcimy trochę czasu dla rodziny, że zmodyfikujemy w tym 
tygodniu nasz kalendarz spotkań.  Żeby zmiana była realna, 

musielibyśmy zmienić nasze życiowe założenie.  
Po wyprawach z Polą po Polsce i Norwegii byłem bardziej 
zaangażowany w inne projekty i to odbijało się na rodzinie. 

Musiałem jedno i drugie równoważyć, bo wszystko zaczynało się 
chwiać. Być może ważna jest w tym wszystkim właśnie równowaga. Nie 

można uwiesić się na rodzinie i cały czas żyć tylko i wyłącznie 
nią, ale też niedobrze, aby przechylało nas za bardzo w drugą 

stronę, czyli żeby jedynym naszym celem było  życie zawodowe, 
szczególnie kosztem rodziny. Przy czym jednego, stałego, raz na 

background image

zawsze obranego kursu nie uda się nam raczej utrzymać. I życie 

zawodowe, i życie rodzinne mają swoje etapy. W jednej i drugiej 
dziedzinie czasem wymagane jest większe zaangażowanie, a czasem 
można sobie odpuścić. Trzeba więc mądrze reagować na bieg 

wydarzeń. Trzeba to też uzgadniać w małżeństwie,  żeby nie stało 
się tak, iż oboje nagle podrzucimy dzieci dziadkom czy niańce i 

będziemy się zawodowo realizować. W naszej rodzinie wygląda to 
tak,  że Kasia spędza cały czas z dziećmi, Pola i Kay nigdy nie 

byli dłużej niż przez dwa dni bez niej. Raz jeden tylko 
wyjechaliśmy razem bez dzieci na trzydniową wycieczkę do Sankt 

Petersburga. Pola miała wtedy pięć lat i to był pierwszy moment, 
gdy była bez mamy przez całe trzy dni. Ale dla niej to także była 
przygoda. Nie można dzieci uzależniać od siebie.  

Wszystko to jest trudne do pogodzenia i zrównoważenia. Nie byłoby 
prawdą, gdybym próbował stworzyć taki obraz, że doskonale potrafię 

pogodzić jedno z drugim. Staram się nie ulegać jednemu złudzeniu: 
w fundacji realizujemy jakąś misję, ważną dla innych ludzi, wobec 

czego można poświęcić swoją rodzinę. Rzeczywiście, dzięki 
projektom fundacji pomagamy innym, niekiedy zmieniamy ich życie, 
to bardzo ważne sprawy, ale... Przychodzi mi na myśl przykład 

najstarszego syna Mahatmy Gandhiego, Harilala. Był alkoholikiem, 
stoczył się, co jest częstym problem synów wielkich ojców. Otóż 

Harilal powiedział o swoim ojcu, że był on ojcem Indii, ale nie 
był ojcem własnego syna.  

To zdanie daje do myślenia. Czy zbawiać  świat niezależnie od 
kosztów, czy lepiej zachować zdrowe proporcje między zbawianiem 

świata a troską o najbliższych? Ci, którzy tak się poświęcają, 
często tłumaczą, że to co robią, robią tak naprawdę dla innych, a 
nie dla siebie. Ale nasza rodzina to także inni. W moim przypadku 

też tak jest i pewnie będzie,  że aktywność zewnętrzna polegająca 
na pomaganiu innym ludziom, odbywa się kosztem rodziny. 

Największym błędem, który przy tej okazji popełniałem, było 
oczekiwanie,  że rodzina musi to zaakceptować. Przecież robię to 

nie dla siebie, tylko dla innych, pomagam im, poświęcam się... 
Jeżeli ktoś nas kocha, żona czy dzieci, na pewno nie zaakceptuje 
takiej argumentacji, nawet gdyby uzasadniała nasz udział w misji 

na Księżyc albo Marsa. Błędem jest zakładanie, że rodzina na pewno 
to zaakceptuje, że ma taki obowiązek. Nie można tak stawiać 

problemu. Nie zapominajmy, że tak naprawdę podejmujemy podobne 
działania w jakimś sensie dla siebie, bo podążamy za własnym 

powołaniem, realizujemy siebie. Trzeba znaleźć kompromis między 
rodziną a misją, której się podejmujemy - jeśli rzeczywiście taką 

misję mamy, czy tak naprawdę chodzi o przyjemność, samorealizację 
albo aktywność towarzyską, w czym wielu ludzi łatwo się zatraca. 
Różne są nasze motywacje...  

Trzeba znajdować punkt równowagi między bezwarunkowym oddaniem się 
rodzinie a bezwarunkowym oddaniem się misji (i sobie).  

Nawet jeśli jest to prawdziwa misja, to jest to nasza misja, nawet 
jeśli jest to misja dla ludzkości, pozostaje naszą misją. Jeżeli 

nie zachowamy w tym równowagi, to czy będziemy prezydentem Stanów 
Zjednoczonych, czy najlepszym pisarzem świata, czy supergwiazdą 

background image

popkultury, nie osiągniemy w moim przekonaniu sukcesu. A to, co 

osiągniemy, będzie miało wątpliwą wagę. Zdanie syna Mahatmy 
Gandhiego wydaje się oddawać istotę problemu. Można stać się ojcem 
dzieci na całym świecie, a nie być ojcem własnego syna.  

Równowaga potrzebna jest także nam samym, a nie tylko naszej 
rodzinie. Jeśli ktoś przesadnie poświęca się rodzinie, całkowicie 

rezygnując z siebie, z rozwijania swoich aspiracji czy nawet 
ambicji, prędzej czy później stanie się sfrustrowanym ojcem albo 

znerwicowaną matką i nic dobrego z tego poświęcenia nie wyniknie, 
nie tylko dla samego zainteresowanego, ale także dla współmałżonka 

i dzieci, dla których tak się „poświęcono". Nie jest dobrze, jeśli 
nie potrafimy przebudować życiowej strategii i priorytetów, ale to 
nie znaczy, że trzeba wywracać od razu wszystko do góry nogami. 

Wyprawa z Polą była dla mnie dwiema rzeczami w jednej, czyli i 
wyprawą, i życiem rodzinnym. Dzięki takiemu pogodzeniu pasji i 

rodziny nie było to dla mnie doświadczeniem w żaden sposób 
frustrującym. Nie przeżyłem i mam nadzieję nie przeżyć tej 

życiowej alternatywy jako wyniszczającego konfliktu, który 
ostatecznie powoduje, że dwoje ludzi nie widzi już możliwości 
dalszego  życia razem. Powstaje wtedy jakby samonapędzająca się 

machina, efekt kuli śniegowej, bo każde rozczarowujące 
doświadczenie staje się potwierdzeniem tego, że nie można już być 

razem. Ważna jest więc harmonia, ale nie „nasza" harmonia, którą 
sami osiągamy, bo „nasza" harmonia to wciąż egoizm, myślenie tylko 

i wyłącznie o sobie. Chodzi o harmonię pomiędzy nami a innymi 
osobami. Elementem dobrze rozumianej i budowanej harmonii są także 

konflikty, które czegoś uczą i dzięki którym rozwijamy się. 
Dopiero stan dysharmonii, coś co nas spala jest sygnałem,  że 
trzeba zmienić strukturę sytuacji.  

Modyfikacja  życiowej strategii, rozszerzenie jej na innych ludzi, 
wzbogaca nasze życie o nowe możliwości. Byłem bardzo ubogim 

człowiekiem  żyjąc jedynie biegunami. Część ludzi pewnie patrzyła 
na mnie z pobłażaniem, jak na ciekawostkę. Kto by tam wychodził z 

domu w takie zimno... Spotykałem się z wyobrażeniami, że angażuję 
się w ekstremalne podróże z powodu kompleksów. Spotykałem ludzi, 
którzy mówili: pan jest taki pogodny, śmieje się, a myślałem,  że 

jest pan zawziętym milczkiem, stale niezadowolonym z życia, takim 
fighterem. Tak, byłem człowiekiem ubogim w stosunku do możliwości 

świata. Choć może niedokładnie to określiłem, bo jednak miałem 
swoje bieguny. Ale gdybym zatrzymał się na tym etapie, byłbym 

ubogi w kontekście  życiowych możliwości człowieka. Miłości na 
przykład. Mój świat, mimo że bogaty w jakimś fragmencie, jako 

całość pozostałby ubogi.  
Świat fightera nastawionego tylko na zaliczanie biegunów i 
sukcesów.  

Na początku, gdy odkrywamy tę rzeczywistość, może to wzbogacać, 
ale potem zawęża się ona i jedyny nasz świat to kolejne wyzwania i 

starcia. Paradoksalnie może się to wszystko zubożyć. Na początku 
otrzymujemy w prezencie niezwykłe bogactwo przeżyć, intensywne 

doświadczanie  świata, ale potem zostaje sama walka. Nie odczuwamy 
już smaku nowości, nasza wrażliwość na bodźce maleje.  

background image

Od drugiej strony w codziennym życiu nie dostrzegamy wspaniałych 

rzeczy, które są w nim zawarte, nawet tak prostych jak to, że 
możemy wspólnie wypić herbatę. Tym, którzy podziwiali moje polarne 
wyczyny wydawało się,  że powrót z wypraw był dla mnie czymś 

przygnębiającym. A tymczasem było super. Oczywiście, bieguny także 
były super, ale swój smak ma również  życie tutaj. Odkrywałem na 

nowo, że można spać w wygodnym łóżku i wziąć prysznic, czynności, 
na które, z racji tego że wykonujemy je codziennie, zobojętniała 

nasza wrażliwość. Gdybyśmy przez całe  życie nie robili niczego 
innego niż tylko zaliczali bieguny, podejrzewam, że nasza 

wrażliwość również by zmalała. Z czasem to, co było  świeże i 
niezwykle, przestaje smakować.  
W tym sensie spotkanie z Kasią i nasze bycie razem stało się 

odkrywaniem nie tylko Kasi, ale także własnych nowych stron i 
możliwości.  

Stało się przeżywaniem świata w całkiem inny sposób.  
 

Dzieci w balonie  
 
Czy naszą wyprawę z Polą można by porównać do firmy rodzinnej?  

Jeśli już, to takiej, która była prowadzona nie tylko przeze mnie 
i przez Kasię. Pola, mimo że była mała, miała tak silną osobowość, 

że wykupiła spory pakiet akcji w „firmie". Nie była niczego 
nieświadomym dzieckiem, tylko pełnoprawnym członkiem wyprawy. Ja 

miałem swoje zdanie, Kasia swoje, a Pola swoje i to zdanie bardzo 
łatwo demonstrowała. Pewne rzeczy jej się podobały, inne nie; nie 

było tak, że na wszystko patrzyła bezrefleksyjnie czy przyjmowała 
hurtem, jak leci.  
Gdy byliśmy w pracowni malarza Jerzego Gnatowskiego w Kazimierzu 

Dolnym, profesor przygotował farby olejne na palecie i Pola z 
wielką ochotą namalowała słońce. To było niesamowite: artysta, 

który chciał jej pokazać  świat malarstwa, i Pola, która 
momentalnie to podchwyciła. Do dzisiaj główną aktywnością Poli 

jest malowanie. Potrafi rysować i malować dziennie dwie - trzy 
godziny. Kasia jest malarką po ASP, mówi, że zestawienia kolorów 
stosowane przez Polę są bardzo oryginalne i śmiałe. Ja, przyznaję, 

nigdy nie wykazywałem  żadnych uzdolnień plastycznych. A Pola to 
uwielbia. Kasia zapytała ją ostatnio:  

- Kim chcesz zostać, gdy dorośniesz?  
- Jak to zostać, ja jestem – malarką - odpowiedziała.  

Może rzeczywiście wizyta w pracowni malarza wyzwoliła tkwiące w 
Poli możliwości?  

Jeśli więc wyprawa była firmą, to Kasia i ja mieliśmy w niej 
wspólnie 50 procent udziałów, a Pola drugie 50. Chcieliśmy robić 
coś razem, a Pola robiła swoje. Była pora, gdy chciała spać, pić, 

czas, kiedy coś jej się podobało i kiedy nie chciała czegoś robić, 
kategorycznie stwierdzając „iść stamtąd”. Zaczynała wtedy 

wypowiadać pierwsze słowa, a pod koniec wyprawy posługiwała się 
już pełnymi zdaniami. Spotkała tylu ludzi, uczestniczyła w tylu 

zdarzeniach, tylu sytuacjach, nic dziwnego, że ją to pobudzało i 

background image

rozwijało. Na tyle rozumiała otaczający ją  świat,  że potrafiła 

albo coś przyjmować, albo odrzucać. Wiele od niej zależało.  
Czasami musieliśmy z jej względu radykalnie zmieniać plany. 
Wyprawa była dostosowana do Poli.  

Dzięki wcześniejszym polarnym ekspedycjom z Jaśkiem Melą poznałem 
już model wyprawy z dzieckiem. Musi być jasne, że to dziecko jest 

biegunem i jego bezpieczeństwo jest najważniejsze. To czy 
dojdziemy na prawdziwy biegun jest kwestią drugorzędną. Pola była 

zatem naszym biegunem, była najważniejsza. Czy w zderzeniu z ekipą 
filmową, czy z ludźmi, którzy nas wspomagali, a którzy 

nieświadomie widzieli czasem w Poli jedynie narzędzie potrzebne do 
tego, żeby pokazać wchodzenie na Baranią Górę. Gdy widzieliśmy, że 
zdrowie Poli byłoby narażane, nie było  żadnej wątpliwości,  że 

musimy zawrócić. Wyprawa „Z Polą przez Polskę” miała pokazać,  że 
jest możliwe przekraczanie barier. Ale pokonywanie ograniczeń na 

pewno nie polega na udowadnianiu, że ograniczeń nie ma w ogóle. 
Nie musimy przekraczać barier za wszelką cenę. Przekraczanie ich 

powinno nam służyć, a nie niszczyć, inaczej możemy się o te 
bariery rozbić. W oczach ludzi osiągniemy być może spektakularny 
sukces, ale prywatnie zapłacimy za to zbyt wysoką cenę.  

Czasem pytano mnie, czy Pola jako małe dziecko nie zapłaciła zbyt 
dużej ceny za to, że rodzice targali ją ze sobą po Polsce i 

świecie.  
Przykład z pracowni malarskiej przekonuje mnie, że było to dobre 

dla rozwoju Poli. Jest jednak faktem, że gdy trochę podrosła, 
miała już cztery lata, powiedziała mi raz, że ona to by chciała, 

żeby tata był w domu. Ale kiedy podróżowaliśmy, byliśmy razem. 
Dziś jest z tym różnie, czasami Pola mówi, że chciałaby gdzieś 
pojechać, czasem mówi o podróżach bez entuzjazmu. Po wszystkich 

ekspedycjach niewątpliwie stała się domatorką i preferuje spokój, 
a nie zamieszanie. Myślę,  że naturalną reakcją jest, gdy dziecko 

coś robi, a następnie pragnie czegoś innego.  
Ja ani tego nie oczekiwałem, ani teraz nie chcę, żeby Pola została 

w przyszłości podróżniczką. To smutne, kiedy rodzice pragną,  żeby 
dziecko było ich kopią. Jeszcze smutniejsze jest, kiedy 
niezrealizowane ambicje próbują zrealizować dzięki własnym 

dzieciom. Krzywdzi się w ten sposób dzieci, ale krzywdzą się też 
rodzice, bo nie odkrywają prawdziwych możliwości własnego dziecka. 

Z drugiej strony trzeba się dzielić  własnymi doświadczeniami. 
Dlaczego miałbym unikać podróży z Polą? Próbujemy z Kasią 

przekazać jej różne doświadczenia: podróżnicze, malarskie, 
wszelkie. Staramy się podążać za ich - Poli i Kaya - marzeniami, 

ale też staramy się pokazywać różne znane fragmenty świata, 
dzielić się doświadczeniem. Najważniejsze,  żeby byli sobą, a czy 
odkryją siebie w podróżach, w muzyce czy w zawodzie lekarza, 

będzie to ich sprawą. Naszą rolą jest im w tym pomóc, stworzyć 
warunki, żeby mogli stać się sobą, nie przeszkadzać im w tym, nie 

zabić w nich czegoś ważnego.  
Kiedy byłem dzieckiem, nikomu nie przyszło do głowy, że pojawi się 

taki zawód jak informatyk. Świat zmienia się z niesamowitą 
szybkością. Gdyby na podstawie własnych doświadczeń planować 

background image

dziecku przyszłość i wyznaczać, kim miałoby być, zamykałoby to 

wiele drzwi.  
W mojej rodzinie nikt by nie przypuścił,  że będę podróżnikiem, 
zdobywcą biegunów. Nikt by tego nie zaplanował. Trzeba podążać za 

rzeczywistością, a rzeczywistość zmienia się w takim tempie, że 
tylko ten, kto jest najbliższy, czyli dziecko, jest w stanie ją 

kształtować, a przy okazji kształtuje siebie. Można tylko mu 
pomóc. Wyznaczanie losu dziecka przez rodziców jest po prostu 

nieefektywne. Kształtowanie - jak najbardziej, wychowanie, 
edukacja, przekazywanie doświadczenia - tak, ale wyznaczanie, 

planowanie w szczegółach losu dziecka, że za dziesięć lat będziesz 
kimś, za dwadzieścia lat ożenisz się czy wyjdziesz za mąż, za 
dwadzieścia jeden będziesz miał dzieci i tak dalej, to wielka 

krzywda.  
Nie jest się dowódcą wyprawy, w której dziecko idzie przez swoje 

życie. W ogóle - nie jest się dowódcą cudzego życia. Można być 
doradcą, pomocnikiem, od biedy wzorem czy mistrzem, różne role 

można pełnić w życiu drugiego człowieka, ale na pewno nie można 
być dowódcą.  
Także, a nawet szczególnie, w przypadku ludzi poszkodowanych przez 

los, upośledzonych. Tym bardziej mają oni własne  życie, wobec 
którego trzeba zachować wielką delikatność, po to żeby ułatwić 

rozwój.  
Nikt nie powinien być dowódcą czyjegoś  życia. Można pełnić różne 

role, ale na pewno nie tę. Nie powinniśmy dopuszczać do takiej 
sytuacji, również w stosunku do nas samych. Jeśli pojawiają się w 

stosunku do nas podobne zakusy, jeśli wywierane są na nas naciski 
i ktoś próbuje być naszym dowódcą, także w kręgu najbliższych nam 
osób, powinniśmy wykazać się wewnętrzną siłą,  żeby się temu 

przeciwstawić.  
Trzeba nauczyć się trudnej sztuki wpływania na życie zależnych od 

nas ludzi, przede wszystkim - naszych dzieci. Trzeba też nauczyć 
się czerpać od nich, przyjmować,  że i one mogą mieć pozytywny 

wpływ na nas. Gdyby nie pojawiła się w moim życiu Kasia, pewnie 
podążałbym coraz bardziej ekstremalną drogą. Ale spotkanie z moją 
żoną całkiem mnie zmieniło. Na etapie życia między czterdziestką a 

pięćdziesiątką człowiek chce się jeszcze sprawdzać w granicznych 
wyzwaniach. Nie wiem więc, jakby to ze mną było, gdyby nie pojawił 

się hamulec w postaci Poli i Kaya. Gdyby nie moje dzieci, pewnie 
organizowałbym o wiele bardziej niebezpieczne wyprawy i częściej 

ryzykowałbym  życiem. Uświadomiłem to sobie podczas wyprawy na 
najwyższy szczyt Grenlandii, Gunnbjorns Fjeld. Ta ekspedycja była 

mechanicznym powtórzeniem, na mniejszą skalę, moich wcześniejszych 
dokonań, ale zdałem sobie wówczas sprawę,  że przecież mógłbym 
zginąć a Pola i Kay zostaliby bez ojca. Od tamtego czasu przy 

planowaniu różnych przedsięwzięć  świadomie nie biorę podobnych 
projektów pod uwagę. Mam wiele rozmaitych propozycji, jedna nęci 

mnie szczególnie - wejście na Mount Everest z Leszkiem Cichym. Od 
zawsze marzyłem o wejściu na Everest. Leszek od paru lat namawia, 

żebyśmy weszli północną  ścianą od strony Tybetu. Pociąga mnie to, 

background image

kusi,  żeby zrobić to właśnie z Leszkiem, z którym byłem na tylu 

wyprawach.  
Dla niego byłoby to ukoronowaniem wspinaczkowej drogi, bo był już 
na Evereście, tyle że wchodził od strony południowej. Kusi mnie 

taka wyprawa i chciałbym to zrobić. Gdyby nie Pola i Kay, 
wybrałbym się na Everest pewnie już dwa lata temu. Stosunkowo 

łatwo znaleźć partnerów i sponsorów takiego projektu. Jest mi 
trochę niezręcznie odpowiadać Leszkowi: zobaczę, muszę porozmawiać 

z Kasią, Kasia nie wyraża zgody. Tak naprawdę to Pola i Kay nie 
wyrażają zgody, chociaż nigdy ich o to nie zapytałem.  

Czy dzieci są jednak balastem? Balast to nieodpowiednie słowo, bo 
kojarzy się z obciążeniem. Ale można by je porównać z workami 
balastowymi w balonie. Potrzebne są po to, żeby lecieć na 

właściwej wysokości, ani za wysoko, ani za nisko. Najchętniej 
powiedziałbym jednak, że dzieci są inspiracją. Z balastem nie 

porozmawiam, a Pola przez to, co mówi, przez to, że z nią jestem i 
przez to, jaka jest, staje się dla mnie inspiracją. Różne zdania, 

które wypowiada, inspirują do myślenia, do spojrzenia na życie w 
inny sposób.  
 

Spotkanie ze złotą kaczką  
 

W trakcie przygotowań do wyprawy „Razem na biegun" z Jaśkiem Melą, 
chłopcem, który w wypadku stracił  rękę i nogę, otworzyły mi się 

oczy na pewien niedostrzegany wcześniej wymiar rzeczywistości.  
Do tej pory odbierałem  świat osób niepełnosprawnych tak, jak jest 

on przedstawiany w książkach, gazetach, telewizji albo działaniach 
edukacyjnych. Osobom niepełnosprawnym trzeba pomagać i jest wiele 
osób i instytucji, które tego szlachetnego dzieła się podejmują.  

Ponieważ na co dzień, tak jak większość z nas, nieczęsto 
spotykałem osoby niepełnosprawne, w ogóle nie zdawałem sobie 

sprawy, do jakiego stopnia rzeczywistość odbiega od obrazu, który 
nosimy w świadomości.  

Dopiero gdy spotkałem Jaśka, przekonałem się na przykład, że nikt 
nie jest w stanie zapewnić temu chłopcu odpowiedniej protezy, 
która zresztą nie byłaby  żadnym cudem świata, po prostu zwykłej 

protezy, dzięki której mógłby się poruszać. Zdałem sobie wówczas 
sprawę, jak niewiele i wiele zależy od pieniędzy. Rodzina takiej 

osoby jest skazana na siebie i jeśli nie będzie jej stać, by kupić 
odpowiednią protezę, człowiek wypada za burtę  życia. Wiem, że to 

drastyczne porównanie, ale ktoś powiedział mi wówczas, że protezy 
wypełniające pokój w muzeum w Auschwitz-Birkenau są 

nowocześniejsze od tych, które dzisiaj dostają poszkodowani w 
wypadkach w Polsce. W muzeum są protezy z jakimiś urządzeniami, 
mechanizmami, natomiast Jasiek dostał po prostu kawałek 

wystruganego drewna jak pirat, może trochę lepszy model, Piraci de 
lux, można by powiedzieć. Zrozumiałem wtedy, że niepełnosprawnych 

ludzi upycha się,  żeby zniknęli z horyzontu i nie stwarzali 
problemów.  

Być może w gospodarce rynkowej każdy powinien troszczyć się sam o 
siebie, ale trudno przecież osobie, która uległa wypadkowi i żyje 

background image

w niezamożnej rodzinie, zatroszczyć się o siebie. W takich 

sytuacjach pomoc jest zadaniem państwa.  
Dopiero spotkanie z Jaśkiem otworzyło mi na to oczy. Dopóki miałem 
tylko wyobrażenia dotyczące osób niepełnosprawnych, nie wiedziałem 

tak naprawdę, w jaką rzeczywistość wkraczam. Jeszcze w fazie 
planowania wszystko wyglądało bardzo ładnie i bezproblemowo, 

przedsięwzięcie wyglądało na atrakcyjny temat, można było wymyślać 
różne rzeczy, które krzepiły i dawały nadzieję. Projekt był 

wielopiętrowy. Na jednym piętrze znajdował się Jasiek, na drugim 
inne osoby w podobnej sytuacji, na innym piętrze byli rodzice 

Jaśka i tak dalej. Pięter było wiele, ale wszystko wspierało się 
na Jaśku. Budowałem te piętra w głowie, ale przez długi czas nie 
znałem Jaśka, czyli osoby, na której wszystko to było oparte. 

Wychodziłem z założenia,  że zanim przedstawię mu i jego rodzicom 
pomysł, plan wyprawy musi dojrzeć.  

Wiedziałem z doświadczenia,  że modele projektów często się 
zmieniają.  

Już w czasie pierwszych przymiarek odbyliśmy długą drogę, bo 
pierwszy był pomysł wyprawy na Wieżycę, potem wspinaczki na Rysy, 
na Mont Blanc, potem wyprawy przez Grenlandię, a dopiero na końcu 

pojawił się biegun. Także nie miałoby sensu co tydzień rodzicom 
Jaśka dawać pod rozwagę innego pomysłu. Dlatego minęło kilka 

miesięcy, kiedy pracowałem nad projektem, ale nie spotkałem się z 
Jaśkiem.  

Tego spotkania, pamiętam, trochę się bałem. Zdałem sobie sprawę, 
że nie wiem, kto do mnie przyjdzie. Oczywiście wiedziałem,  że 

pojawi się w moim gabinecie chłopiec, który stracił  rękę i nogę, 
ale bałem się jego osobowości, reakcji na propozycję, czy nie 
przyjmie jej jako nierealnego pomysłu. Zdałem sobie sprawę z tego, 

jak wiele zależy od psychiki. Wyprawa z niepełnosprawnym chłopcem 
na biegun to prawie jak lot na Księżyc, nikt wcześniej tego nie 

robił! Łatwo było o tym myśleć, a miałem spotkać się z chłopcem i 
zarazem partnerem, uczestnikiem wyprawy, przedstawić mu projekt, 

do którego trudno byłoby namówić wiele osób zdrowych, 
wysportowanych i silnych. Czy nie będzie się bał albo czy nie 
okaże się osobą o roszczeniowej postawie? Wiele było zagadek. 

Wiedziałem tylko tyle, że nieznany chłopak nie myślał o żadnych 
wyprawach, a reszta była całkowitą niewiadomą.  

Spodziewałem się osoby pokrzywdzonej przez los, którą trzeba się 
zająć, otoczyć opieką i nie wiedziałem, czy dam sobie z tym radę. 

Czy jestem właściwą osobą? Nie miałem  żadnego doświadczenia z 
wyjątkiem paru realizowanych przez nas projektów, związanych z 

pomocą psychologiczną polegającą na wspieraniu dzieci z chorobą 
nowotworową. Ale to całkiem co innego wspomagać dzieci w 
bezpiecznych warunkach, w ich środowisku, a czym innym jest wyrwać 

taką osobę z jej środowiska i zabrać na ekstremalną wyprawę.  
Kiedy więc miałem spotkać rzeczywistego człowieka, byłem pełen 

obaw. Przewidywałem,  że może to być nasza pierwsza i ostatnia 
rozmowa, choćby dlatego że Jasiek nie będzie w ogóle 

zainteresowany myśleniem w tym kierunku. Oczekiwałem zatem chłopca 
bez ręki i nogi, który będzie biedny, nie tylko w cielesnym 

background image

wymiarze, ale także osobowościowym. Taki miałem obraz 

rzeczywistości: z jednej strony wspaniały projekt, świetlany, 
tryskający nadzieją, energią, słońcem, uśmiechem, bardzo 
pozytywny, z drugiej strony biedny, skrzywdzony przez los 

chłopiec, który miał do mnie przyjść. Kontrast między celem a 
punktem wyjścia był olbrzymi, a wiedziałem przecież,  że osobowość 

i wynikające z niej nastawienie zmienić jest najtrudniej. Wydawało 
się nieprawdopodobne, żeby czternastoletni chłopak, który stracił 

rękę i nogę, zapragnął pójść na biegun. Wyobrażenie, które miałem 
o rzeczywistości, nie pozwalało mi dobrze rozeznać się  wśród 

możliwości, które wkrótce okazały się realne.  
Był to trudny moment dla całego projektu. Również trudnym momentem 
było wycofanie się pani rehabilitantki opiekującej się Jaśkiem.  

Później przeszkodą nie do pokonania wydawało się to, że nikt nie 
chciał  słyszeć o pomyśle, nikt nie chciał pomóc w zdobyciu 

odpowiedniej protezy i środków na wyprawę. Ale to było później, a 
w tamtym momencie przed spotkaniem największym elementem 

zagrożenia wydawał się  główny bohater. Powiedziałem sobie jeszcze 
przed rozmową,  że to także moment oczyszczający. Będzie albo tak, 
albo tak. I to wydało mi się dobre. Jeżeli coś jest skazane na 

niepowodzenie, ponieważ zaczęło być budowane na zbyt kruchych 
podstawach, nie ma sensu zbyt długo tego ciągnąć, nie ma też sensu 

naginanie rzeczywistości do naszej wizji.  
Można przekraczać granice, ale w harmonii z prawdą. Nawet jeśli 

decydujemy się na jakieś przedsięwzięcie wbrew wszystkim, którzy 
mówią,  że nasz pomysł jest niedorzeczny, musi być w tym pomyśle 

jakaś wewnętrzna siła, potencjał, energia, która będzie nas pchała 
naprzód. Gdy tej wewnętrznej energii brakuje, lepiej dać sobie 
spokój. Gdyby Jasiek stwierdził,  że projekt go nie interesuje, bo 

woli bawić się  żołnierzykami, nie byłoby o co walczyć. Nadszedł 
ten moment, gdy koncepcja na tyle dojrzała,  że można było 

podejmować się jej urzeczywistnienia, i trzeba było zobaczyć, czy 
warto podejmować następne kroki.  

Pierwsze spotkanie z Jaśkiem... Oczekiwałem biednego, 
skrzywdzonego chłopca, a przyszedł po prostu Jasiek, młody 
chłopak, z rodzicami i siostrą. Kiedy wszyscy weszli do mojego 

gabinetu, kompletnie nie przyszło mi do głowy,  że Jasiek to 
Jasiek. Myślałem, że pojawi się ktoś o kulach albo na wózku, a on 

wszedł zwyczajnie, uśmiechnięty, razem z gromadką całkiem 
pogodnych ludzi. Pomyślałem,  że Jasiek pewnie zaraz do nas 

dołączy, być może robi coś innego w tej chwili, może się 
przebiera, w każdym razie zaraz się pojawi. I tak czekaliśmy na 

tego wyobrażonego przeze mnie skrzywdzonego Jaśka, a oni, czyli 
rodzice z dwójką dzieci, czekali na rozpoczęcie rozmowy albo może 
również  sądzili,  że ktoś jeszcze ma do nas dołączyć. I tak sobie 

czekaliśmy wspólnie, czekaliśmy i czekaliśmy, w końcu nieśmiało 
zapytałem, bo wypadało już coś powiedzieć, kiedy przyjdzie Jasiek? 

I wtedy mi go przedstawiono. Było dla mnie szokiem, że chłopak, 
który wszedł bez żadnego widocznego znaku krzywdy i biedy, jest 

właśnie Jaśkiem. Jego osobowość była dla mnie ogromnym i bardzo 
pozytywnym zaskoczeniem. Dotąd, ile razy spotkałem w życiu dzieci 

background image

skrzywdzone przez los, były one smutne. Bardzo trudno też było je 

przekonać, dać im argumenty, dzięki którym uwierzyłyby,  że ich 
życie może być lepsze niż jest.  
Ktoś może powie, że życie Jaśka odmieniło się dzięki temu, że miał 

trochę szczęścia, dzięki któremu łańcuszek ludzi dobrej woli 
doprowadził do Marka Kamińskiego, a ten zorganizował wyprawę na 

biegun z jego udziałem. To nieprawda. Jasiek zawdzięcza wszystko 
sobie samemu. Nieszczęście, które spadło na tego chłopaka, nie 

naruszyło go wewnętrznie. To było najważniejsze. Gdyby tragedia 
złamała Jaśka, gdyby przestał wierzyć w to, że jego los może być 

lepszy, albo gdyby podejrzewał, że propozycja wyprawy na biegun to 
tylko następna pułapka, po całym ciągu ciosów, które spadły na 
niego i jego rodzinę, wyprawa najpewniej nie doszłaby do skutku. A 

trudnych doświadczeń, które zmieniłyby psychicznie niejedną 
dorosłą osobę, w życiu Jaśka nie brakowało. Najpierw na jego 

oczach utonął brat, potem spalił się dom, w którym mieszkali całą 
rodziną, i w końcu zdarzył się wypadek, porażenie prądem o wysokim 

napięciu, pobyt w szpitalu oraz amputacja ręki i nogi. Miał 
podstawy by zakładać, że świat nie przyniesie już niczego dobrego, 
że to kolejna pułapka, coś co znowu skończy się źle, tak jak źle, 

tragicznie wręcz kończyło się do tej pory wiele rzeczy. Gdyby 
Jasiek miał inną osobowość, negującą, podkreślającą trudności i 

obawy, nie przyjąłby pewnie propozycji. Tymczasem okazał się 
normalną i dojrzałą osobą. Nastoletni wiek kojarzy się raczej z 

zabawą, ale to nie do końca prawda. Dzieci są stawiane przez los 
niekiedy w dramatycznie trudnych sytuacjach. Zdarza się,  że po 

czymś takim upodabniają się do ludzi dorosłych, co także nie jest, 
wydaje mi się, dobre, nawet jeśli pomaga im w uporaniu się z 
traumami. Takie dzieci myślą jak dorośli, mówią jak dorośli, ale w 

złym sensie, to znaczy jak dorośli, którzy stracili nadzieję i 
podchodzą do życia bardzo pesymistycznie. Niektórzy rodzice nawet 

dążą do tego, nie wiem dlaczego, żeby ich dzieci bardzo szybko 
dojrzewały i mierzyły się z trudnościami  życia. Tacy rodzice 

lubią, gdy dzieci potrafią zarabiać pieniądze w wieku dziesięciu 
czy dwunastu lat. Zwłaszcza rodzice prowadzący jakiś biznes 
uważają za pozytywną cechę, jeśli potrafi ono analizować, ile co 

kosztuje i jak dużo będzie zarabiać, gdy zacznie pracować. Dzieci 
mogą być karykaturą dorosłych w swoim rozumieniu świata. Jasiek 

nie był, ani jednym, ani drugim. Pozostał dzieckiem, zachował 
dziecięcą wrażliwość, a równocześnie mimo tak trudnych doświadczeń 

był otwarty na świat. Jedno i drugie było ogromnie ważne dla 
powodzenia projektu.  

Czy gdyby Jasiek był innym chłopcem, do wyprawy by nie doszło?  
Trudno dzisiaj przesądzać. Nie wiadomo jak by się to wówczas 
potoczyło. Wiem jedno: na biegun trzeba dojść samemu. Ludziom może 

się wydawać,  że Jasiek spotkał Marka Kamińskiego i dzięki niemu 
stanął na obu biegunach. Ale jeśli nawet na Mount Everest idzie 

się z przewodnikiem, to jednak na szczyt trzeba wejść samemu. Nie 
ma takiej możliwości,  żeby kogoś tam wnieść. Z biegunem jest 

podobnie, chociaż teren jest bardziej równy. Gdyby Jasiek miał 

background image

inne podejście do życia, prawdopodobnie po prostu nie doszedłby na 

biegun. Nie dałby mi szansy, żeby sobie pomóc.  
Widziałem w życiu wiele takich sytuacji, gdy ludzie mogli realnie 
zmienić swoje życie, co widzimy patrząc na to z dalszej 

perspektywy.  
Mogli być partnerami w wielkim przedsięwzięciu, które potem 

okazało się sukcesem, ale bali się zaryzykować, ponieważ mieli już 
bezpieczną pracę albo bali się utraty oszczędności. A potem 

okazało się,  że spotkali złotą kaczkę, która powiedziała, co 
trzeba zrobić,  żeby zostać bogaczem. Ponieważ bali się z kaczką 

porozmawiać, nie wypowiedzieli na głos swoich pragnień. I złota 
kaczka zniknęła im sprzed oczu. Czasem na zawsze.  
 

Wespół w zespół  
 

Podstawą wydaje mi się autentyczność. Jeśli z czyjejś strony 
wyczuwamy,  że jej nie ma, trzeba poważnie zastanowić się, czy 

warto w to brnąć, czy opłaci się biznes albo projekt.  
Pierwsza rozmowa z Jaśkiem Melą trwała kilka godzin. Miałem 
wrażenie, jakbym spotkał siebie sprzed dwudziestu kilku lat. 

Pewnie tak samo podszedłbym do podobnego wyzwania, gdybym dostał 
taką szansę i gdyby rodzice się zgodzili. W wieku czternastu lat 

marzyłem, by samotnie opłynąć jachtem świat. Nie tak dawno 
wyruszyła w taki rejs holenderska nastolatka, coś takiego jest 

możliwe. Wierzę,  że gdybym w wieku Jaśka otrzymał propozycję 
udziału w wyprawie na biegun, tak samo bym do niej podszedł — 

chciałbym to zrobić.  
Nie wyszukiwałbym i nie wymyślał w pierwszym momencie przeszkód. 
Oczywiście starałbym się je zidentyfikować i potem rozwiązać 

wynikające z nich problemy, ale na samą propozycję nie 
odpowiadałbym, że się boję albo że nie dam rady. Powiedziałbym po 

prostu, że spróbuję.  
To  że Jasiek zachował dziecięcą wrażliwość i spontaniczność 

pozwalającą mu w podobny sposób podejmować trudne wyzwania, było 
częścią jego psychicznej siły. Poznał  złą stronę  życia, wiedział 
już,  że niemało ono kosztuje i jest niebezpieczne, ale wiedział 

także, jak ważna jest wytrwałość, dzięki której możliwe okazuje 
się przekraczanie granic.  

Mimo wypadku dawał sobie radę, przetrwał trudną operację i 
rekonwalescencję, zaczął chodzić, odkrywał, że można cieszyć się z 

każdego drobiazgu, z tego, że człowiek po prostu żyje. Dzisiaj z 
perspektywy widzę to wyraźniej, natomiast wtedy, na gorąco, 

działała raczej intuicja, która podpowiadała mi, że spotkałem 
kogoś fajnego, z kim można coś razem zrobić. Dziś, także po 
doświadczeniu wspólnych wypraw, mogę powiedzieć,  że Jasiek jest 

rzeczywiście niesamowitym połączeniem dziecięcej otwartości i 
trudnych życiowych doświadczeń.  

To,  że Jasiek był  uśmiechnięty, najlepiej świadczyło o tym, że 
poradził sobie z trudnymi doświadczeniami. Uśmiech jest ważnym 

znakiem, dobrze jest go używać. Nie ten amerykański szeroki 
uśmiech, niezależnie od tego, co się dzieje, tylko taki, który 

background image

płynie z naszego wnętrza. Pogoda ducha jest, uważam, nie bez 

znaczenia we wspólnych przedsięwzięciach, ale nie warto się nią 
bezkrytycznie kierować, uśmiech może coś kamuflować, być sygnałem 
nieszczerości. Spotkałem ludzi, którzy byli bardzo surowi, może 

nie smutni, ale uśmiechali się rzadko, niemniej byli doskonałymi 
partnerami. Pomocna we wspólnej drodze jest może nie tyle pogoda 

ducha, ile autentyzm. Jeśli ktoś jest autentyczny, nie zakłada 
masek, nie prowadzi gier, można coś wspólnie budować. Kiedy ktoś 

prowadzi grę, myśli co innego niż zewnętrznie okazuje, wyprawa 
jest dla niego często celem pobocznym, potrzebnym do realizacji 

własnych celów. To częsta sytuacja, którą należy szybko 
zidentyfikować. Zwłaszcza w biznesie wyczucie prawdziwych 
intencji, przeniknięcie zasłon to bardzo ważne umiejętności. 

Oszczędzają nasz czas i nasze pieniądze. Sam wielokrotnie 
spotykałem się z podobnymi grami przy okazji różnych aktywności. 

Nawet przy wyprawie z Jaśkiem pojawiły się media, które udawały 
zainteresowanie projektem tylko po to, żeby blokować media 

konkurencyjne. Podpisywano listy intencyjne w tym celu, żeby ktoś 
inny tym się nie zajął, a potem nie robiono nic.  
W biznesie musimy rozszyfrować podobne działania czasem na 

podstawie krótkich spotkań, nie mamy tyle czasu jak w wyprawie z 
Jaśkiem, którą poprzedziły blisko półtoraroczne przygotowania. Na 

podstawie spotkań i listów musimy zorientować się, jaki jest model 
sytuacji czy rzeczywiście deklarowane intencje odpowiadają 

prawdzie. Biznes polega przecież często na tym, że ludzie blefują, 
mówią co innego niż myślą. Nawet trudno nazwać to kłamstwem, to 

raczej strategia.  
W przeciwieństwie do tego autentyczność jest wartością niezbędną w 
trudnych, ekstremalnych przedsięwzięciach. Ale i tu zdarzają się 

sytuacje, kiedy blef okazuje się przydatny. Trzeba na przykład 
osiągnąć w zespole poziom potrzebnego optymizmu. To nie jest wcale 

takie złe. Optymizm jest paliwem, dzięki któremu możemy oderwać 
się od ziemi i zacząć lot. Ma to jednak granice. Sztucznie 

wytworzony optymizm jest dobry na początku, gdy działa jak 
zapalnik, ale potem powinien przechodzić w optymizm prawdziwy, 
zbudowany na pomyślnym ciągu wydarzeń. Sztuczny optymizm potrzebny 

jest wtedy, gdy któryś z liderów ma nadzieję, widzi przed sobą 
drogę, ale nie widzą jej inni. Zaszczepianie takiego optymizmu ma 

sens pod warunkiem, że opiera się na jakichś podstawach, na 
autentycznej wierze. Natomiast podtrzymywanie sztucznego 

optymizmu, gdy sami nie mamy nadziei albo - co gorsza - gdy wiemy 
już,  że nie będzie dobrze, prowadzi tylko do utraty zaufania. 

Przekonujemy,  że będzie dobrze, a cały czas jest źle, a nawet 
coraz gorzej. To na dłuższą metę nie będzie działać.  
Smutek nieraz jest potrzebny, nie zawsze jest dobry czas na 

uśmiech i radość. Podstawą wydaje mi się autentyczność. Jeśli z 
czyjejś strony wyczuwamy, że jej nie ma, trzeba poważnie 

zastanowić się, czy warto w to brnąć, czy opłaci się biznes albo 
projekt. Z mojego doświadczenia wynika, że wszystkie dziwne 

sytuacje, w których wyczuwamy, że ktoś jest nieautentyczny, ale 
mimo wszystko współdziałamy dalej, kończą się  źle, są straconym 

background image

czasem i straconymi pieniędzmi. Trzeba przynajmniej się 

zabezpieczyć, przygotować awaryjne warianty, gdyby okazało się, że 
przeczucia nas nie myliły.  
Do Jaśka nabrałem zaufania już po pierwszym spotkaniu. I ten 

element wyprawy rzeczywiście okazał się jej mocnym punktem. Choć 
momentów, kiedy wszystko wisiało na włosku, gdy wydawało się,  że 

wyprawa nie ma szans, było wiele, dotyczyły też Jaśka. Najgorsze 
spotkało nas już w drodze na biegun, bo trasa przez spiętrzony lód 

okazała się horrorem. Nikt z nas nie przewidział na przykład tego, 
że Jasiek na nierównym lodzie będzie się przewracał. A każdy z 

takich upadków mógł skończyć się  źle. Tego zagrożenia nie 
skalkulowaliśmy. Patrzyliśmy na wielkie trudności, rozwiązywaliśmy 
je, a nie pomyśleliśmy o nierównym lodzie. My też się na nim 

wywracaliśmy, każdy z tych upadków mógł się skończyć urazem. Byłem 
wtedy pełen obaw, że coś się stanie, że Jasiek nie dojdzie cały. 

Przez dwa pierwsze tygodnie wyprawy niemal w każdej sekundzie 
zastanawiałem się, czy jej nie przerwać.  

Ciężkie chwile przeżywaliśmy też na Spitsbergenie, jeszcze przed 
wyruszeniem na lód. Akurat w te dni wydarzył się najgorszy od 
pięćdziesięciu lat sztorm. Dwanaście wypraw zostało odciętych od 

świata, w tym polska wyprawa z Adamem Kieresem, moim pierwszym 
polarnym nauczycielem, z którym przeszedłem niegdyś półwysep 

Sorkapp.  
Przyszło najgorsze, czyli zaginięcie Adama. Nie udało się go 

odszukać mimo uruchomienia akcji ratowniczej z udziałem 
helikoptera, który wykonał około trzydziestu lotów. Była to 

oczywista lekcja przed naszą wyprawą, że mimo całej techniki, jaką 
dysponuje człowiek, nikt w podobnych warunkach nie będzie mógł nam 
pomóc. A działo się to w ostatnim przed lodową pustynią przyczółku 

cywilizacji, w okolicach miasta Longyearbyen. Dalej było już tylko 
1300 kilometrów pustki.  

W pobliżu tego przyczółka cywilizacji, mimo zaangażowania 
dziesiątków ludzi i najnowocześniejszej technologii, łącznie z 

helikopterem czy boją satelitarną, nie można było pomóc tym, 
którzy znajdowali się raptem 70 km od miasta. My mieliśmy się 
oddalić ponad tysiąc kilometrów... Los nam pokazał: zobaczcie, jak 

coś się stanie, nic wam nie pomoże, nie macie szans, możecie 
liczyć tylko na siebie.  

My, ludzie dorośli, mogliśmy podejmować za siebie decyzję podjęcia 
podobnego ryzyka. Ale czy mogliśmy decydować o tym w imieniu 

piętnastoletniego wówczas chłopca z amputowaną ręką i nogą? Wojtek 
Moskal zawsze powtarzał: nie licz na mnie, licz na siebie. Czy coś 

takiego mieliśmy powiedzieć Jaśkowi? Tragedia była jak znak losu, 
a ja akurat jestem dość wrażliwy na różne znaki i liczby, nie 
lubię, gdy czarny kot przebiega drogę. Uważam, że los wysyła różne 

sygnały i trzeba je odczytywać, a nie lekceważyć. Zacząłem więc 
rozpatrywać możliwość rezygnacji. Z drugiej strony wewnętrzny 

głos, moja intuicja, podpowiadał mi, że nie można się 
przestraszyć. Przecież na etapie przygotowań zrobiliśmy wszystko, 

co mogliśmy zrobić, pracował nad tym cały zespół ludzi przez 
blisko dwa lata. Zdarzył się wypadek obok nas, zaginął nasz 

background image

przyjaciel, musimy z tego wyciągnąć wnioski, musimy być ostrożni 

bardziej niż planowaliśmy, ale w samych założeniach wyprawy nic 
się nie zmieniło, nic takiego, co kazałoby podjąć decyzję o 
wycofaniu się.  

Gdyby coś złego przydarzyło się Jaśkowi czy komuś w naszym zespole 
albo gdyby okazało się, że nasze założenia były nietrafione, to co 

innego.  
Ale ja od początku wiedziałem,  że możemy liczyć tylko na siebie. 

Gdyby coś się zdarzyło, nikt by po nas nie przyleciał. Było dla 
mnie jasne, że musimy działać tak, jakbyśmy byli sami, unikać 

niebezpieczeństw, nie mnożyć ich, bo nie ma szans, byśmy otrzymali 
jakąkolwiek pomoc z zewnątrz. Tak naprawdę sytuacja ta, mimo 
całego dramatyzmu, nie różniła się szczególnie od momentu, gdy na 

etapie przygotowań wycofała się pani doktor rehabilitant Jaśka. I 
wówczas, i teraz emocje, lęki i wyobrażenia grały główną rolę. W 

głębokiej strukturze rzeczywistości, w strukturze naszej wyprawy 
nic się nie zmieniło. To było tylko ostrzeżenie: uważajcie, bo 

tutaj nie ma żartów.  
Postanowiłem porozmawiać o tym z samym Jaśkiem, Wojtkiem 
Ostrowskim i Wojtkiem Moskalem, a także telefonicznie z rodzicami 

Jaśka. Było dla mnie ważne, żeby przekonać się, jakie są nastroje 
członków zespołu, co o tym myślą i jak przeżywają całą sytuację. 

Pozostali członkowie naszej małej ekipy nie znali tak dobrze 
Adama, nie byli z nim tak blisko jak ja. Ja miałem z nim częsty i 

żywy kontakt, dlatego jego śmierć była dla mnie szokiem. Przed 
Adamem nie zginął żaden Polak na Spitsbergenie, wyspa wydawała się 

zawsze bezpiecznym miejscem, polarną oazą, gdzie warunki były 
ciężkie, ale nie stanowiły zagrożenia dla życia. I nagle taka 
tragedia. Wywarła ona na mnie takie wrażenie, dlatego że czułem 

się odpowiedzialny za Jaśka. Jego rodzice mnie powierzyli jego 
los. Wiadomo, byliśmy zespołem, ale kiedy przychodziło co do 

czego, to ja podejmowałem decyzje i to na mnie spoczywała 
odpowiedzialność za wszystko, a szczególnie za Jaśka.  

Gdyby coś się stało, jego rodzice mieliby żal do mnie, a nie do 
Wojtka Moskala czy do Wojtka Ostrowskiego.  
Gdybym oddzielił się w tamtym momencie od zespołu i zaczął sam, 

zamknięty w pokoju, rozważać całą sytuację, byłoby mi na pewno 
trudniej podjąć racjonalną decyzję. Kto wie, może bym zrezygnował. 

Raczej staram się  słuchać znaków wysyłanych przez rzeczywistość. 
Odczytałbym to jako znak, że nie ma co kusić losu, życie Jaśka 

jest ważniejsze niż biegun. Morał z tego taki, że w kryzysowych 
momentach dobrze jest oprzeć się na zespole, choć na pewno nie na 

każdym. Zespół nie może poddawać się emocjom, musi kierować się 
argumentami. Jeżeli zespół jest emocjonalnie rozchwiany, wtedy 
lepiej go opanować niż się go słuchać. Znajdowałem się czasem w 

takich sytuacjach, że lepiej było się zamknąć w pokoju, zastanowić 
się w pojedynkę i podjąć najlepszą decyzję. W innej konfiguracji 

tej samej wyprawy, gdy pani doktor rehabilitant odmówiła 
współpracy, zespół był pewien, że to już koniec. Ludzie byli już 

zbyt zmęczeni huśtawką nastrojów, tym że wszyscy odmawiają, znikąd 
nie pojawia się nadzieja, a dodatkowo jeszcze bardzo ważna, 

background image

wydawało się, osoba wycofuje się. Gdybym ja również poddał się tym 

zbiorowym emocjom, projekt by upadł. Mogłem podjąć decyzję wbrew 
tym nastrojom, ponieważ akurat wtedy miałem wystarczające rezerwy 
emocjonalne, siły psychiczne i duchowe. Jeśli rezerwy lidera są 

znaczne, a zespołu małe, lepiej przekazać ludziom część  własnej 
energii. Jeśli czujemy, że jest odwrotnie, my jesteśmy na skraju 

wyczerpania, natomiast rezerwy zespołu są nietknięte, warto 
wesprzeć się na zespole.  

Ktoś, kto nie musi decydować i nie jest wystawiony na związane z 
tym emocje, może być bardziej stabilny niż ktoś, który stale żyje 

w wirze. Ja byłem wówczas w wirze ciągłych decyzji, musiałem 
podejmować ich dziesiątki, a zespół był skupiony jedynie na 
realizacji. Podejmowanie decyzji - wie o tym dobrze każdy, kto 

musi rozstrzygać o wielu sprawach - bardzo zużywa naszą energię. 
Nie do końca zdajemy sobie sprawę jak głęboka jest emocjonalna 

różnica między liderem, który podejmuje decyzje, a kimś obok 
niego, kto tylko decyzje wykonuje.  

Przez to zasoby lidera mogą być całkiem zużyte, a członek zespołu 
wciąż jest pełen nadziei i wiary, jakby nietknięty przez 
wydarzenia.  

Decydowanie wiele kosztuje. Dlatego dobrze jest rozdzielać nie 
tylko zadania, ale i odpowiedzialność. To że lider nie podejmuje 

decyzji w najmniejszych szczegółach, jeśli to nie jest konieczne, 
rozkłada ciężar odpowiedzialności na innych członkach 

przedsięwzięcia. Nieraz widzimy, że zespół spokojnie wykonuje 
zadania, a lider coraz bardziej się miota. Wyeksploatował go 

proces podejmowania decyzji, a członkowie zespołu nie zostali 
naruszeni. To paradoks, bo sądząc z pozorów, pracuje tylko zespół, 
a lider właściwie nie robi nic. Tak, decydowanie strasznie zużywa, 

trzeba to sobie uzmysłowić i znać własne granice. Nie zawsze, gdy 
czujemy się wyeksploatowani, zachowujemy trafny osąd.  

Warto wtedy odwołać się do innych.  
Po pierwsze nie należy przesadzać w eksploatowaniu siebie. To 

częsty błąd początkujących liderów chcących podejmować decyzje w 
najmniejszych szczegółach. Rozdzielenie zadań i odpowiedzialności 
powinno być jednym z pierwszych ruchów lidera. Chyba że nie ma on 

partnerów, wtedy niestety musi decydować w najdrobniejszych nawet 
kwestiach. Ale zanim się na to zdecyduje, niech podejmie próbę 

innego podziału zadań. Liderzy są często przekonani, że ludzie 
podejmują na ogół  złe decyzje, więc nie rozdzielają zadań, tylko 

decydują o wszystkim samodzielnie. Zawsze można spróbować, czy w 
zespole tkwi jakiś decyzyjny potencjał. Jeżeli tak jest, to 

zadania trzeba sensownie rozdzielać.  
 
Razem na biegun  

 
Czasem na decyzje lidera, na jego skłonność do ponoszenia ryzyka 

ma wpływ także to, że ryzykuje więcej niż przeciętny członek 
wyprawy.  

background image

Choćby swoją opinią, reputacją. Muszę zaznaczyć,  że sam się nad 

tym w trakcie wyprawy „Razem na biegun" ani razu nie 
zastanawiałem.  
A przecież położyłem na jednej szali swoją legendę polarnika, 

która ległaby w gruzach, gdyby Jasiek uległ jakiemuś wypadkowi. 
Byłem jednak tak pochłonięty projektem, że nie przeprowadzałem 

kalkulacji, czy mnie samemu się to opłaca, czy nie. Nie 
przypominam sobie, żebym zastanawiał się, co ja z tego będę miał. 

Gdybym tak myślał, pewnie doszedłbym do wniosku, że mi się to 
przedsięwzięcie nie zwróci.  

Dopiero później zdałem sobie sprawę jak ryzykowałem. Wtedy 
najważniejsza była odpowiedzialność za drugiego człowieka. 
Pamiętam taki moment z drugiej wyprawy, na biegun południowy, gdy 

w Punta Arenas w Chile dyskutowaliśmy o różnych zagrożeniach i 
scenariuszach zachowań z pracownikami firmy, która nas tam 

zawiozła i która była operatorem logistycznym. Ludzie ci zapytali 
mnie - nawet zdziwiło mnie, że byli tacy bezpośredni - czy zdaję 

sobie sprawę, że złe publicity działa sto razy ostrzej niż dobre. 
Jeżeli wyprawa powiedzie się - tłumaczyli mi - może ktoś na 
świecie o tym napisze. Ale jeśli coś się stanie, to na pewno będą 

o tym pisać wszyscy. Odruchowo pomyślałem wtedy: no dobrze, ale 
jaki to ma związek ze mną? Byłem w jakimś sensie naiwny, nie 

zdawałem sobie do końca sprawy z tego, że przez opinię publiczną 
jestem uznawany za motor wyprawy, że w powszechnym odbiorze to ja 

wprowadziłem chłopca w świat polarny i to na mnie skupi się całe 
ewentualne odium. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, byłem wewnątrz 

projektu, skupiony na celu i to mnie uratowało, bo gdybym zaczął 
analizować, przeliczać, co mi się opłaca, a co nie, nigdy bym się 
podobnej wyprawy nie podjął. A gdybym nawet się podjął, byłoby to 

tak wykalkulowane, że nie miałoby szans powodzenia. Szedłbym ze 
świadomością, że jeśli się nie uda, zostanę ogłoszony za antywzór, 

za nieodpowiedzialnego podróżnika. Zamiast skupić się na wyprawie, 
wykupywałbym od takiej ewentualności różne polisy ubezpieczeniowe.  

A ja nawet nie wykupiłem polisy na życie, jedynie standardowe 
ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków i akcji ratowniczej. Nie 
zdawałem sobie sprawy, że postawiłem na szali całą reputację 

podróżnika, wcale nie mając takiego zamiaru, bo jedynym moim celem 
była pomoc Jaśkowi. Dziś wiem, że mógłbym wszystko robić właściwie 

i odpowiedzialnie, ale wystarczyłoby, żeby Jasiek poślizgnął się i 
złamał sobie nogę albo co gorsza kręgosłup i byłbym w jakimś 

sensie skończony. To niesamowite, bo przecież mój wpływ na to 
byłby żaden.  

Jeśli uskładaliśmy jakiś dorobek w swojej dziedzinie i boimy się 
go stracić, przywiązujemy się do niego. Może to nas z czasem 
zacząć ograniczać czy nawet paraliżować. Ja na szczęście nie 

patrzę za bardzo w przeszłość, nie przywiązuję do swojego 
„dorobku" aż takiej wagi.  

Oczywiście jest mi miło,  że zrobiłem parę fajnych rzeczy, ale 
realna sfera to dla mnie wczoraj, dzisiaj i jutro. Wczoraj to 

nawet ostatnia noc, dzisiaj to jest dzisiaj, najbardziej realna 
realność, a jutro to kilka najbliższych dni. Przeszłość nie ma 

background image

szczególnego wpływu na moje działania, jeśli oczywiście nie liczyć 

doświadczeń, które zdobyłem. Medale, wyróżnienia, tytuły — to 
wszystko pojawia się, znika i nie ma większego znaczenia, jeśli 
nie stoją za nimi trwałe wartości, trwałe, czyli istniejące w nas 

samych, a nie na zewnątrz, które czegoś nadal nas uczą. W tym 
sensie nie położyłem w wyprawach z Jaśkiem Melą swojego dorobku na 

jednej szali, bo niczego takiego we własnym poczuciu nie miałem.  
Gdy człowiek zaczyna przywiązywać wagę do swojego dorobku, to 

pojawiają się jakby dwa byty: jednostka i dorobek. I zaczyna się 
robienie czegoś nie ze względu na siebie, tylko ze względu na swój 

dorobek. Ale to iluzja. Jeśli czymś ryzykowałem, to tylko czymś, 
co istniało w wyobrażeniach ludzi. Zwłaszcza w kryzysowych 
momentach, takich jak ten na Spitsbergenie, gdybym brał pod uwagę 

swoje osiągnięcia, byłoby mi trudniej znajdować optymalne 
rozwiązanie niż gdybym zastanawiał się jedynie nad samą sytuacją 

ograniczoną do tu i teraz.  
Kolejny paradoks mojego życia polega na tym, że chociaż w ogóle 

nie zastanawiałem się nad tym, wyprawy „Razem na biegun" bardzo 
wzbogaciły mój dorobek i moją podróżniczą reputację.  Życie lubi 
paradoksy. Człowiek idzie do celu i odkrywa, że tak naprawdę ważna 

jest droga, chce być silny, a przekonuje się,  że siła tkwi w 
słabości, w ogóle na coś nie liczy, a właśnie to dostaje w 

prezencie, kieruje się kompasem, który wskazuje tylko jeden 
północny kierunek, a kompas z czasem zmienia się w różę wiatrów, 

która obejmuje cały horyzont.  
Aby tak się działo, warto jednak co jakiś czas resetować  własne 

życie i nie pozwalać, by przeszłość zbytnio obciążała nas w 
drodze. Resetować, oczyszczać się z przedmiotów i niepotrzebnie 
nagromadzonych spraw, które ciągną się za nami i nas ograniczają. 

Warto też oczyszczać pamięć z nawyków i nabywać inne. Życie w 
dużej mierze opiera się na nawykach, które przyswajamy od 

dzieciństwa. Na początku są one inspirujące i ożywiające, ale 
potem zamieniają się w pudełko, które ogranicza i zamyka. Nawyki 

wchodzą w nas bardzo głęboko, dlatego trudno jest je zmieniać, tym 
niemniej jest to możliwe, widzę po sobie. Przez ostatnich parę lat 
tak byłem wypełniony wyprawami, że  ćwiczenia fizyczne nie miały 

dla mnie większego sensu. I tak wkrótce wyruszam na wyprawę, to 
wystarczająca gimnastyka, mówiłem sobie.  

Ale od mniej więcej dwóch lat staram się co rano biegać czy 
jeździć na rowerze. I przekonałem się, że niesamowicie poprawia to 

jakość życia.  
Ta jakość jest zależna od nowych dobrych nawyków.  

Nie znaczy to, że trzeba robić coś na siłę, tylko dlatego że to 
nowość albo że robią to inni. W tej chwili możemy zajmować się 
tyloma ciekawymi działaniami, które podsuwa nam świat,  że 

zapominamy o własnym wnętrzu, o tym, że ono istnieje również 
realnie jak zewnętrzna rzeczywistość. Mamy tyle opcji, tysiące 

rzeczy, którym poświęcamy czas i uwagę, odbierając czas i uwagę 
samym sobie. Nie szukamy chwil dla siebie we własnym życiu, choćby 

kilkunastu minut, kiedy nie zwracalibyśmy się ku światu 
zewnętrznemu, tylko ku sobie, próbując ze sobą rozmawiać. Dla mnie 

background image

takim czasem były samotne wyprawy. Nie polegały one jedynie na 

fizycznym wysiłku, były także - a tak naprawdę przede wszystkim - 
moim przebywaniem ze sobą.  Łatwość, dostępność i wielość wrażeń 
sprawiają dzisiaj, że zapominamy w tym wszystkim o sobie. 

Piętnaście minut dziennie byłoby dostępną dla wszystkich 
wewnętrzną podróżą. Sam nie zawsze to robiłem, obawiam się,  że 

niewielu ludzi to robi. Czy nie dlatego że boimy się przebywać 
sami?  

Obawiamy się sytuacji bycia ze sobą sam na sam. Piętnaście minut 
nicnierobienia wydaje nam się straszną karą, chociaż polega tylko 

na przebywaniu w pokoju i patrzeniu, co robi z nami czas. 
Uspokajamy się wtedy i wypływa na powierzchnię to, co jest w nas 
głębiej. Często okazuje się to czymś innym niż to, co sami o sobie 

myślimy, a co często jest tylko przyzwyczajeniem, nawykiem, 
powierzchnią. Tak mi się wydaje, że to co sobie uświadamiamy, jest 

tak naprawdę powierzchnią, a podświadomość jest naszym rdzeniem, 
tym czym jesteśmy naprawdę.  

Dlatego właśnie trudno jest nam świadomie dążyć do wyznaczonych 
celów, jeśli nie są one osadzone w naszej podświadomości. Jeśli 
nagromadziły się w niej negatywne doświadczenia traum i porażek, 

trudno jest do czegoś  dążyć, bo podświadomość sprawia, że albo w 
ogóle nie ruszamy z miejsca, albo idziemy w innym kierunku. To że 

doszedłem na bieguny może wydawać się przypadkiem. Mnie się jednak 
wydaje,  że różne doświadczenia, choćby wypadek w dzieciństwie, po 

którym odkryłem samotność i świat marzeń zbudowanych na książkach, 
przygotowały drogę. Odcisnęły się w mojej podświadomości w taki 

sposób,  że pozwoliło to potem, już w dorosłym  życiu, podejmować 
odpowiednie decyzje.  
Ktoś powie: ja także czytałem książki, też miałem marzenia, czemu 

ich nie zrealizowałem? Nie miałem tyle szczęścia? Nie, nie w tym 
rzecz.  

Wszystko zależy od rzeczy istniejących w nas samych, których sobie 
nie uświadamiamy, a nie od zewnętrznych okoliczności. Jasiek także 

jest tego przykładem. Może się wydawać,  że tak naprawdę miał 
niewielki wpływ na swoje życie, bo najpierw uległ wypadkowi, a 
potem spotkał mnie, ani jedno, ani drugie nie zależało od niego. 

Ale można o tym myśleć inaczej. Osiągnął to, co osiągnął, nie 
dlatego że spotkał mnie, tylko dzięki temu, że sam podjął decyzję, 

a potem doszedł tam, gdzie zamierzał. Zawdzięcza to sobie. Gdyby 
nie miał w sobie pewnych możliwości, nasze spotkanie skończyłoby 

się pewnie tym, że wręczyłbym mu jedną ze swoich książek z 
dedykacją. I tyle.  

Nazwaliśmy te wyprawy „Razem na biegun". Ta nazwa wiele mówi.  
Czym innym jest działanie polegające na tym, że pomagam komuś 
dojść na biegun, a czym innym to, że zabieram go na podobną 

wyprawę.  
Myśmy Jaśka nie zabierali ze sobą, bo to on był celem wyprawy, my 

jedynie pomagaliśmy mu, bo nie mógłby iść sam. Cel jakiegoś 
przedsięwzięcia powinien być jeden i powinien być czysty. „Razem 

na biegun" to nie to samo co „Marek Kamiński zabrał Jaśka Melę na 
biegun". To „razem" było bardzo ważne. Nie mogłem mieć tu innych 

background image

osobistych celów. Kompletnie nie myślałem o splendorze, zresztą 

nikt z nas przecież nie spodziewał się,  że sukces wyprawy spotka 
się z takim zainteresowaniem. Wyglądało na to, że będzie to bardzo 
niszowa wyprawa, tak się sprawy miały, dopóki nie doszliśmy na 

biegun i tematem nie zainteresował się TVN, a potem inne media. 
Ale to był ostatni akord, wcześniejsze przygotowania trwały 

półtora roku i nikt się nimi nie interesował. Nikt późniejszego 
zainteresowania nie przewidywał i nie kalkulował. To był czysty 

projekt z jasno określonym celem. Może właśnie takie czyste 
projekty mają swoją siłę przyciągania...  

Cel wyprawy musi być jasny, inne partykularne cele niestety trzeba 
schować do kieszeni. Często dzieje się inaczej. Ludzie wkładają w 
jakiś projekt własne ambicje i potem czują się niedocenieni. W 

każdym działaniu mamy input i output, to co wkładamy i to co 
otrzymujemy.  

Kiedy ktoś czuje, że dostał na wyjściu za mało, pojawiają się 
frustracje i pretensje do rzeczywistości. Często zmienia się to w 

konflikt w zespole, a jeśli rozgrywa się to w trakcie wyprawy, 
uniemożliwia osiągnięcie celów.  
Lepiej więc od razu założyć,  że jeśli nie osiągniemy tyle, ile 

chcielibyśmy, przynajmniej zdobędziemy doświadczenie i tym także 
można się cieszyć.  

Kiedy szedłem po raz pierwszy na biegun, wiedziałem,  że najpierw 
będzie bardzo trudna przeprawa, ale potem być może pojawi się w 

nagrodę jakiś rozgłos. Okazało się,  że jest odwrotnie - dużo 
ważniejsza od nagrody na mecie była dla mnie sama droga. Niektórym 

nie chodzi o biegun, tylko o rozgłos, dlatego nie zwracają uwagi 
na to, co dzieje się po drodze, bo wszystko to jedynie przeszkody 
w osiągnięciu celu. Ich kompas jest nastawiony na sławę, nie na 

biegun. To może spowodować, że idą w nieodpowiednim kierunku i nie 
docierają tam, gdzie pragną. Trzeba mieć wewnętrzny kompas 

ustawiony na prawdziwy cel, wtedy unika się pomyłek i rozczarowań.  
Jeżeli jest kilku członków zespołu, również ich kompasy muszą być 

zestrojone. Jeśli ludzie będą dążyć do własnych biegunów, a nie do 
tego jednego wyznaczonego, jeśli wyprawa służy czemuś innemu niż 
jest to deklarowane, jest duża szansa, że ludzie do finalnego 

punktu nie dojdą. Równie dobrze może to dotyczyć pojedynczej 
osoby. Deklarujemy, że chcemy dojść na biegun, a tak naprawdę 

chcemy zdobyć coś innego, sławę, pieniądze, cokolwiek. Gdy tylko 
napotykamy pierwsze trudności, zaczynamy kalkulować: no nie, 

przecież nie zaryzykuję  życia po to, żeby być  sławnym, przecież 
mogę zdobyć sławę w inny sposób.  

Zaczyna działać w nas mechanizm, który prowadzi do rezygnacji z 
projektu. Chciałbym zarobić jakieś pieniądze, ale to by kosztowało 
zbyt wiele wysiłku. I w tym momencie przestaję  iść, mówiąc na 

przykład,  że już mnie to nie interesuje albo że pogoda się 
zepsuła. A tak naprawdę przewartościowanie dokonało się wewnątrz, 

odsłaniając nasz prawdziwy kurs, właściwy biegun. Myśleliśmy,  że 
to jest naszym kierunkiem, a okazuje się,  że wcale tak nie jest. 

Między deklaracjami a wewnętrznym kursem jest zwykle jakaś 
różnica, odchylenie.  

background image

W przypadku wypraw „Razem na biegun" bez wątpienia kursy 

uczestników projektu były zbieżne. Jasiek na pewno chciał dojść na 
biegun, ja tak samo i pozostali uczestnicy wyprawy także. Wszyscy 
byli zaangażowani, nie było przypadkowych osób. Rzeczywistość zna 

jednak inne historie. Czytałem opisy wypraw, niejako modelowych, 
które nie osiągnęły celu ze względu na kłótnie albo jeśli nawet 

dotarły do mety, był to sygnał do wzajemnego udowadniania, kto ile 
zasług wniósł w ten sukces. Nawet nie chodzi o to, żeby podzielić 

się zasługami w równych częściach. Przeważnie dąży się do tego, 
żebyśmy to my byli na piedestale, a reszta znalazła się w jego 

cieniu. Cele mogą być zresztą bardziej szlachetne, na przykład 
zapewnienie bytu rodzinie, w każdym razie jeśli - mówiąc obrazowo 
- gradienty dążeń uczestników wyprawy zwrócone są w różne strony, 

rośnie prawdopodobieństwo, że skończy się to nieciekawie.  
Finał wypraw z Jaśkiem Melą jest dla mnie kolejnym paradoksem.  

Wydawało się,  że ich sens polegał na tym, że znany polarnik 
podzielił się w nich swoim doświadczeniem z niepełnosprawnym 

chłopcem, który mógł dzięki temu odmienić swoje życie. Tak, 
wyprawa zmieniła  życie Jaśka, ale wpłynęła również na moje. Kiedy 
Jasiek pojawił się u mnie z rodzicami na pierwszej rozmowie, 

miałem mu po prostu pomóc i to wszystko. I tak się rzeczywiście 
działo, starałem się zbudować model wyprawy, zorganizowałem 

treningi i tak dalej. Ale w trakcie trwania projektu, jak to w 
życiu, zaczęło się to zmieniać, podobnie zresztą jak w przypadku 

mojej pierwszej wyprawy z Wojtkiem Moskalem. Wojtek niewątpliwie 
był nauczycielem, mistrzem, szefem i polarnym guru, ale jednak 

proces edukacji dokonywał się w obie strony. Tak samo było z 
Jaśkiem. Nasze spotkanie nie skończyło się tylko tym, że coś 
Jaśkowi dałem i zaoferowałem pomoc. Jasiek zmienił moje życie, 

rozszerzył horyzonty. Pomagając mu, pomagałem sobie. Z tej 
wspólnej lekcji ja także wyniosłem powiększony kapitał wiedzy. 

Kiedy nie tak dawno miałem okazję prowadzić wspólnie z Jaśkiem 
wykład dla zarządu pewnej korporacji i słuchałem go, gdy mówił o 

swoim doświadczeniu,  żałowałem potem, że tego nie nagrałem, bo 
gdybym był w jakimś dołku, co każdemu się zdarza, chętnie bym 
posłuchał tego, co Jasiek mówi. Jeśli mnie to inspirowało, to 

dlatego  że wcześniej miałem zaszczyt i możliwość uczestniczenia 
razem z nim w całym przedsięwzięciu. Z dzisiejszej perspektywy 

mogę powiedzieć, że było to wielkim przywilejem.  
Natomiast w czasie samej wyprawy nie patrzy się na rzeczywistość 

tak głęboko. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, że 
edukacja odbywa się w obie strony. Tak to już jest, że dopiero 

późniejsze  życie pokazuje nam coś niewidocznego wcześniej, 
powoduje,  że zaczynamy to w pełni doceniać i rozumieć 
konsekwencje. Myślę, że w tylu procentach, w ilu pomogłem Jaśkowi, 

w tylu też dostałem coś od niego.  
To  że moja fundacja obecnie pomaga wielu osobom, jest w 

największej mierze zasługą wypraw z Jaśkiem. To, co dałem Jaśkowi 
wykorzystując swoje umiejętności, wróciło do mnie w postaci jego 

doświadczenia. Bez tego byłbym dziś innym człowiekiem.  

background image

Pragnę dodać,  że podobny wpływ nie byłby możliwy, gdyby nie 

istniała we mnie forma czekająca na wypełnienie. Pomaganie innym 
już wcześniej stawało przede mną jako zadanie. Może to również 
wzięło się z książek czytanych w dzieciństwie. Wiem, powtarzam to 

jak mantrę, ale rzeczywiście uważam,  że obraz świata, w którym 
ludzie pomagają komuś, kto znalazł się w trudniejszej sytuacji, 

wyniosłem z dziecięcych lektur. Te książki utkwiły we mnie jak 
matryce.  

Gdyby odbiły się inne, byłbym kimś innym, ale odbiły się  właśnie 
takie. Już jako dziecko brałem udział w akcji „Niewidzialna Ręka”, 

czyli pomaganiu innym, a później podobne działania powracały w 
moim  życiu, w mniejszym lub większym nasileniu. Wątek pomocy 
towarzyszył wielu moim wyprawom, chociaż nie był w żaden sposób 

nagłośniony i wydawało się, że nie miał znaczenia. A jednak musiał 
mieć dla mnie znaczenie, skoro tak uporczywie do niego wracałem i 

przy okazji wyprawy na biegun południowy, i przy wyprawie „Solo 
Transantarctica”, kiedy dzięki ogłoszonemu konkursowi dziewczyna i 

chłopak z domu dziecka pojechali na Antraktydę, by spędzić tam 
święta Bożego Narodzenia. W trakcie wyprawy przez Pustynię Gibsona 
wspólnie z jedną z gazet zorganizowaliśmy konkurs, chłopak, który 

go wygrał, pojechał do Australii. Równolegle do wyprawy z Wojtkiem 
Ostrowskim przez Grenlandię dwoje studentów etnografii poleciało 

na Grenlandię i przeprowadzało tam obserwacje. W zasadzie w każdym 
z moich projektów można odnaleźć nastawienie na pomaganie innym.  

Wyprawom z Jaśkiem towarzyszył program edukacyjny „Szkoła na 
biegunie”. Nie robiłem tego wszystkiego, by zdobywać czyjeś 

uznanie, bo niewiele osób, poza samymi zainteresowanymi, cokolwiek 
o tych działaniach słyszało.  
Jest z drugiej strony prawdą, że dopiero dzięki wyprawom „Razem na 

biegun" dokonał się zwrot i w działaniach mojej fundacji, i w moim 
życiu. A przecież mógłbym po tym, jak pomogłem Jaśkowi, spokojnie 

wrócić do biznesu i zajmować się rozwojem firmy, w której wyzwań 
nie brakuje. Tymczasem pochłaniają mnie nowe wyzwania, dlatego 

niemal całą energię angażuję w rozwój fundacji a ostatnio w pracę 
założonego przeze mnie instytutu. Nie zajmuję się tylko wyprawami. 
I uważam,  że to droga dobra dla mnie. Łączy się ona w jakimś 

stopniu z drogą wyprawową, bo teraz pracujemy nad metodą „Biegun", 
w której lekcje z biegunów i moje doświadczenie  życiowe chcemy 

zmienić w program i narzędzia związane z przełamywaniem barier i 
ograniczeń przez ludzi, którzy chcą zmienić swoje życie i osiągać 

własne bieguny. Wyprawy, edukacja i pomoc innym harmonijnie łączą 
się w jednym programie.  

Jeśli program wyczerpie swoje możliwości, wymyślimy inny. Tak to 
widzę,  że trzy dziedziny można połączyć w niestandardowych 
działaniach. Moje doświadczenie  życiowe w całości może się w tym 

zmieścić.  
I pomyśleć, że przed spotkaniem Jaśka Meli nosiłem się z pomysłami 

wyprawy na krańce ziemi, najbardziej ekstremalnych sytuacji... Ten 
zwrot nie dokonałby się jednak, gdyby model życia, uwzględniający 

potrzeby innych, nie był mi od dawna wewnętrznie bliski. Imponował 
mi przykład życia Jana Pawła II, a także ludzi, którzy poświęcili 

background image

się innym. Nie znaczy to, że chciałem być papieżem czy świętym, 

ale podobało mi się to, pociągało mnie, czułem, że to jest dobre. 
Tak jak podobały mi się przygody. Nie marzy mi się,  żeby zostać 
malarzem, piłkarzem zresztą też nie. Jest wiele aktywności, 

których nie czułem i nie czuję. Ale przygodę i pomoc tak. To było 
mi zawsze najbliższe.  

Pomagać innym jest i łatwo, i trudno. Łatwo, bo cały  świat 
potrzebuje pomocy, trudno, bo trzeba się za to zabrać. Musimy 

znaleźć taką formę, która nam odpowiada. Mimo tego że chciałem 
pomagać, przez długi czas nie trafiłem na drogę, która by mnie do 

tego prowadziła. Nie stanął przede mną nikt i nie powiedział: o 
tutaj jest ktoś potrzebujący, możesz mu pomóc. Istniejące 
organizacje wydawały mi się zamknięte; owszem można było zostać 

wolontariuszem, ale trzeba by zrobić krok, wejść w obce 
środowisko, w strukturę organizacji - jakoś nie potrafiłem tego 

kroku zrobić. Łatwiej było mi realizować wyzwania podróżnicze.  
Dopiero kiedy doszedłem do kresu marzeń o podróżach, w naturalny 

sposób zwróciłem się do mojej drugiej strony czy twarzy, czegoś, 
co jest mi również bliskie. Ten mój drugi wektor jest oczywiście o 
wiele mniej spektakularny, bo wiele osób pomaga innym i wiele 

potrzebuje pomocy, media nagłaśniają tylko wybrane akcje. To czym 
obecnie się zajmuję jest niemedialne, ale dla mnie ów zwrot stał 

się faktem i bardzo mi to odpowiada.  
Co jest dobrego w pomaganiu innym? Nie ma w tym niczego złego, od 

tego trzeba by zacząć. Jeśli nie robimy niczego złego, to nie jest 
z nami najgorzej. Myślę,  że pomaganie innym wprowadza harmonię w 

naszym życiu. Mam poczucie, że to właściwie zainwestowany czas.  
Nie odnosi się  żadnej materialnej korzyści, ale zyskujemy coś 
więcej.  

Korzyści materialne szybko znikają, a tutaj otrzymujemy coś bardzo 
trwałego. Faktu, że pomogliśmy innym, nie zmieni nic. Dobro nie 

znika, zawsze możemy do niego wrócić. Kiedy będziemy dokonywać 
rachunku  życia, dorobek zdobywczy, oparty na zewnętrznych celach, 

na biegunach, to wszystko może zniknąć. Jak wiadomo, lodowce na 
biegunach topnieją... Tak samo mogą stopnieć zewnętrzne 
osiągnięcia.  

Ale tego, że pomogliśmy innym, nikt i nic nam nie odbierze. To coś 
trwałego. Kiedy zdobywamy bieguny, zdobywamy je w dużej mierze dla 

siebie. To co robimy dla innych powstaje pomiędzy mną a innymi 
ludźmi. Nawet jeśli ktoś zakwestionuje cały nasz dorobek i nas 

samych, nie będzie mógł zakwestionować pomostów dobra. Nawet my 
sami nie będziemy potrafili ich zakwestionować, ponieważ drugim 

końcem oparte są one na innych ludziach. To obiektywny fakt, że 
komuś pomogliśmy, i nikt nie może tego zanegować, nawet my sami. 
Gdybyśmy zaczęli kiedyś deprecjonować  własne  życie we wszystkim: 

to zrobiliśmy źle, to nam się nie udało, tu spotkała nas porażka, 
nie będziemy mogli zakwestionować tego, że dzięki nam ktoś ma 

lepsze  życie. To na zawsze pozostanie. Jeżeli więc możemy mieć w 
naszym  życiu coś trwałego, to jest to tym, co daliśmy innym. 

Wartość, wydawałoby się, bardzo ulotna, a paradoksalnie okazuje 
się bardzo trwała.  

background image

Nie czuję się nikim szczególnym, żadnym wyjątkiem, przeciwnie, 

patrzę na siebie jak na potwierdzenie reguły. Często ludzie, 
którzy dochodzą do granicy własnych możliwości w uprawianej 
dziedzinie, czy będzie to sławny aktor, czy polityk, który 

skończył kadencję prezydenta, biznesmen, który doczekał się 
milionów dolarów na koncie, tacy ludzie często odkrywają,  że 

dodatkową wartością, możliwością wyjścia poza horyzont osiągnięć 
jest dzielenie się sobą z innymi. Podobny zwrot dokonał się w moim 

życiu. Mniej mnie przez to widać, ale daje mi to poczucie 
spełnienia, dobrego wykorzystania danego czasu, sensu życia.  

Mój kompas pokazujący na początku drogi tylko północ, zmienił się 
w różę wiatrów. Czy pokazuje ona teraz 360°? Myślę, że nadal nie.  
Ciągle odkrywam coś dla mnie nowego. Życie nieustannie mnie 

zaskakuje. Wierzę,  że moja róża wiatrów będzie się jeszcze 
rozszerzać. Gdyby objęła 360°, znaczyłoby to, że już nic więcej 

nie mam do zobaczenia i poznania, i w żadną stronę nie warto się 
już zwracać, żeby poznać coś nieznanego. Wierzę, że tak nie jest. 

Świat ciągle zaskakuje mnie nowymi wymiarami. Dziś potrafię 
powiedzieć tyle, że wyszedłem daleko poza wycinek mojej róży 
wiatrów z roku 1990, kiedy wydawało mi się,  że  życie zostało 

zaprogramowane i ustawione: tak jak w przypadku tylu innych ludzi 
czekały mnie praca, rodzina, dom, ewentualnie samochód.  

Wszystko było jasne. Ale skręciłem na bieguny i wycinek świata, w 
którym funkcjonowałem, z każdym rokiem się zwiększał dzięki różnym 

dobrym i złym doświadczeniom, które spotykały mnie po drodze.  
Właściwie każdy dzień sprawiał,  że horyzont rósł w oczach. 

Radykalnie rozszerzył się po wyprawach „Razem na biegun”.  
Rozszerzył się po nich, ale na nich nie zamknął. Interesują mnie 
wciąż nowe zagadnienia, paradoksy życia. Każdy dzień ma swój 

wewnętrzny kompas. Horyzont cały czas się rozszerza, o ile tylko 
człowiek nie zamknie się w pudełku i nie przyjmie schematu, że 

tym, tym i jeszcze tamtym nie warto się interesować, bo nic z tego 
nie wynika. Oczywiście nie wszystkim warto się interesować, ale 

warto poznawać ten świat.  
  
Epilog  

 
Dotarliśmy razem do końca tej podróży, ale każda podróż może być 

drabiną, której ostatni szczebel jest początkiem nowej wyprawy.  
Ten początek polega na postawieniu pytania o metodę, która 

pozwoliła mi osiągnąć różne, nawet często na pozór niemożliwe do 
realizacji cele. Nazwałem tę metodę BIEGUN, ponieważ  właśnie to 

słowo zawiera w sobie mnóstwo znaczeń i łączy wiele paradoksów, 
żeby nie powiedzieć sprzeczności.  
Biegun to nieruchomy poruszyciel, pusta przestrzeń i magiczny 

punkt, który jest źródłem wszelkich zmian.  
Kiedy zacząłem zastanawiać się nad tą metodą i nad znalezieniem 

precyzyjnej odpowiedzi na pytania, co jest i co może być biegunem, 
drogą na biegun, zrozumiałem,  że słowo biegun nie tylko sięga w 

głąb mojego życia. Jest uszczegółowieniem i zebraniem wszystkich 
moich doświadczeń, ale prowadzi również gdzieś o wiele dalej, nie 

background image

tylko do mnie, ale też do innych ludzi. Jest metodą i narzędziem, 

służącym osiąganiu własnych, wydawałoby się niemożliwych do 
zdobycia celów, ale też tych codziennych życiowych biegunów.  
Zrozumiałem też,  że ta metoda z jednej strony może zawrzeć się w 

książce, ale z drugiej strony może być czymś znacznie większym.  
Może to być mój kolejny biegun, dla mnie samego zaskakujący, tym 

razem w innym wymiarze - dzielenia się z ludźmi doświadczeniem i 
pomaganiem im w znalezieniu przepisu na osiągnięcie własnych 

biegunów.  
Jeżeli ta książka spowodowała,  że pomyśleliście o własnych 

biegunach, do których chcielibyście dotrzeć, zachęcam Was do 
wejścia na stronę www bieguny.pl, gdzie będzie można opisać swój 
biegun i gdzie otrzymacie dalsze wskazówki.  

Życzę Wam determinacji i mądrości w drodze.  
Do zobaczenia na biegunie.  

  
 

 
Spis treści  
 

Wstęp  
Być na wzór  

Książkowe wzory  
Pomosty przed wyprawą  

Odkryć swoją Północ  
W tandemie  

Początkowe trudności  
Jak czytać własne książki  
Droga jest celem  

Kiełkujące ziarna  
Bez poręczy i asekuracyjnej liny  

Kto nie błądzi, ten pyta  
Początek wieńczy dzieło  

Przez biegun na biegun  
Dieta dla marzeń  
Granice sukcesu  

Drive  
Balast na głowie, balast w głowie  

W harmonii  
Skok w nartach do basenu  

Z walkmanem przez lodową pustynię  
Cel, śmierć wyprawy  

Wygrywa tylko pierwsze miejsce  
Smak porażki  
Ziemia jest okrągła, a bieguny są dwa  

Księżycowe bazy w Australii  
Lider, członek zespołu  

Kiedy wszyscy mówią nam „nie"  
Walka na czekany na biegunie  

Płynie Wisła, płynie  
Doświadczony ryzykant  

background image

Nie bać się na zapas  

Czytać i pisać po japońsku  
Polarnik na pustyni  
Zespół, lider i hamulcowi  

Jeszcze o braniu na hol  
Moje zdanie i koniec  

Podróżnik w domowych kapciach  
Ubodzy fighterzy  

Dzieci w balonie  
Spotkanie ze złotą kaczką  

Wespół w zespół  
Razem na biegun  
Epilog  

 
 

Copyright © by Marek Kamiński 2011  
Opracował: Jarosław Zalesiński  

Projekt graficzny i skład: Pracownia z www.pracownia.pl  
Redakcja językowa i korekta: Agata Bielecka  
Swoje uwagi i przemyślenia na temat książki mogą Państwo przekazać  

Markowi Kamińskiemu, pisząc na adres e-mail: 
marekkaminski@kaminski.pl  

Wydawca:  
Instytut Marka Kamińskiego Sp. z o.o.  

80-266 Gdańsk, ul. Grunwaldzka 212  
Zamówienia telefoniczne: (0 58) 552 25 13  

Sklepik internetowy: www.instytutkaminski.pl  
Email: instytut@kaminski.pl  
 

Druk i oprawa: GRAFIX centrum poligrafii  
ISBN: 978-83-929787-4-9  

 
Zapraszam na moją stronę  

www.marekkaminski.com