background image

CATHIE LINZ 

Warto było 

czekać 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Nie! - krzyknęła Gaylynn Janos. - Nie... nie rób tego! 

Poderwała głowę z poduszki i hamując napływające do 

oczu łzy, zaczerpnęła głębokim haustem powietrza. Śmier­

telnie przerażona, próbowała odsunąć od siebie koszmar 

senny - koszmar, który miał związek z rzeczywistością. 

Musiała przeżyć wszystko jeszcze raz - krótki jak mgnie­

nie oka błysk noża, potem ściskający gardło strach. 

- Nie bój się - szepnęła do siebie drżącym głosem. 

- Jesteś bezpieczna. W tym domu nic ci nie grozi. 

Trzęsąc się cała, Gaylynn wyciągnęła rękę po budzik. 

Była trzecia. Dzięki światłu, które przedzierało się przez 

szczelinę między zasłonami, zorientowała się, że jest po­

południe. Czternastogodzinna podróż samochodem z Chi­

cago do Północnej Karoliny zmęczyła ją tak bardzo, że 

zasnęła na łóżku w ubraniu. 

Z pewnością postąpiłaby rozsądniej, gdyby zatrzymała 

się gdzieś na nocleg, ale w chwili kiedy już zdecydowała 

się na wyprawę do Blue Ridge Mountain, do położonego 

w bezpiecznym zaciszu domku letniego należącego do jej 

starszego brata Michaela, chciała znaleźć się tam jak naj­

szybciej. Miała nadzieję, że zostawi za sobą koszmary 

i odzyska spokój. 

- Nic z tego - mruknęła smętnie, siadając na brzegu 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

łóżka. Burczenie w żołądku przypomniało jej, że wcześniej 

nic nie jadła. 

Kiedy zrobiła sobie pospiesznie podwójną kanapkę z sa­

lami, jej wzrok zatrzymał się na kartonowym pudełku, 

które Michael i Brett podarowali jej na pożegnanie, zanim 

wymknęła się z ich przyjęcia weselnego. 

Z talerzem w jednej ręce i pudełkiem w drugiej wyszła 

na zewnątrz, żeby usiąść w swoim ulubionym fotelu na 

biegunach. Stojący w osłonecznionej części werandy sta­

roświecki drewniany mebel aż prosił się, żeby ktoś go zajął. 

W takim fotelu można spędzić nawet cały dzień, pomyślała 

Gaylynn. Odstawiwszy na bok tajemniczy prezent od no­

wożeńców, zaczęła jeść kanapkę. 

W południowych stanach wiosna przychodzi wcześniej. 

W Chicago o tej porze gałęzie drzew były jeszcze nagie, 

a tu, w Karolinie, pyszniły się zielonymi pączkami liści. 

Gaylynn zauważyła jakieś delikatne poruszenie w krza­

kach. Chwilę później wypełzły spod nich dwa kociaki, 

a potem ich matka. Cała kocia rodzina była przerażona 

i głodna. Bardzo głodna. 

Przemawiając do nich łagodnym głosem, Gaylynn wy­

jęła z kanapki kilka plasterków salami, zeszła powoli ze 

schodów i podsunęła jedzenie kotce, a potem jej dzieciom. 

Mimo że nie wykonała żadnego gwałtownego gestu, zwie­

rzęta spłoszyły się i umknęły w krzaki. 

Oczy Gaylynn nabiegły łzami. Znała dobrze to uczucie. 

Była równie wystraszona jak te dzikie koty. Śmiertelnie 

przerażona. Kiedy ktoś tak bardzo się boi, najpierw ucieka, 

a dopiero potem zaczyna myśleć. 

Z ulgą dostrzegła, że kocia mama z dwójką dzieci nie 

uciekła daleko. Przyglądała się jej z ukrycia. Gaylynn 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ukucnęła, podzieliła salami na małe kawałki i położyła je 

na ziemi. Kiedy wróciła na werandę, koty wyskoczyły zza 

krzaków i rzuciły się na jedzenie. Najmniejszy kotek, o jas­

nej, nakrapianej sierści, chwycił tylko jeden kęs. Matka, 

bardzo chuda, wyglądała na syjamkę. Drugi kociak był 

jasnokremowy. 

Kiedy zjadły wszystko, czmychnęły jeden za drugim 

w gęstwinę drzew. Wyglądało na to, że czuły się bezpiecz­

niej z dala od ludzi. Od pewnego czasu Gaylynn mogła 

dokładnie to samo powiedzieć o sobie. 

Usadowiwszy się ponownie w fotelu, sięgnęła odrucho­

wo po kartonowe pudełko, które podarował jej Michael 

z wyjaśnieniem, że to „drobiazg ze Starego Kraju, który 

przyniesie ci szczęście". 

Jej starszy brat, mimo że w jego żyłach płynęła krew 

Romów, utrzymywał dotąd, że nie wierzy w amulety przy­

noszące szczęście ani w żadne inne przesądy - i choćby 

pod tym względem był przeciwieństwem ich ojca. Konrad 

Janos, węgierski Cygan, nauczył Gaylynn wielu magicz­

nych zaklęć i sposobów unikania złego losu. Dwa dni te­

mu, jak przed każdą podróżą, nalegał, żeby zabrała ze sobą 

jego króliczą łapkę. 

Ojciec Gaylynn nie wiedział, że żadne cygańskie czary 

nie były w stanie uwolnić jej od ślepego, paraliżującego 

lęku. Niby skąd mógł wiedzieć? Ani jemu, ani swojej matce 

nie opowiedziała, co naprawdę wydarzyło się miesiąc temu. 

Uwierzyli w wymówkę, że praca nauczycielki - w szkole 

położonej w centrum Chicago - wyczerpała ją tak bardzo, 

że musi koniecznie odpocząć i zastanowić się nad swoimi 

dalszymi planami. Ponieważ oboje od początku odradzali 

jej pracę w tak niebezpiecznym środowisku, przyjęli decy-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

zję córki z ogromną ulgą, nie zastanawiając się nawet nad 

jej konkretnymi przyczynami. 

Mimo że dzień był słoneczny i ciepły, Gaylynn zaczęła 

drżeć, kiedy koszmarne wspomnienie zawładnęło jej wy­

obraźnią - ostrze noża, jej przerażenie, raptowność, z jaką 

to wszystko się zdarzyło. Nic nie zapowiadało niebezpie­

czeństwa. Nie miała żadnych złych przeczuć. 

Oczywiście, miewała wcześniej różne kłopoty, ale sły­

nęła w tej szkole z odwagi i stanowczości. Nigdy przedtem 

nie przytrafiło jej się nic złego. Uczniowie lubili ją i na 

swój sposób szanowali. Mimo to nie należała do ludzi, 

naiwnych. Zdawała sobie sprawę z zagrożeń i świadomie 

ich unikała. Aż do tamtego dnia... 

Została dłużej w szkole. Była sama. Wychodząc z klasy 

na pusty korytarz, wciąż myślała o szkolnym pokazie ta­

lentów, gdy ktoś ją chwycił za ramię. W tej samej sekun­

dzie poczuła ostrze noża na gardle. Żadnej szansy wezwa­

nia pomocy. Żadnej szansy obrony. Była zupełnie bezrad­

na. Takiego uczucia doświadczyła po raz pierwszy w życiu. 

Jako dziecko nigdy niczego się nie bała. To ona uchodziła 

w swojej rodzinie za nieustraszoną. 

Napastnik, chociaż niewiele wyższy od Gaylynn, był 

nieprawdopodobnie silny - co dawało jej niemal pewność, 

że jest pod wpływem narkotyków. To one sprawiły, że 

czternastoletni chłopiec stał się nieobliczalnym, zdolnym 

do popełnienia każdej zbrodni przestępcą. 

Chciał pieniędzy. Oddała mu wszystkie, jakie miała, ale 

było tego niewiele. Trzęsły mu się ręce. A w nich długie, 

błyszczące ostrze noża, kłujące i kaleczące jej skórę. 

Koszmar ów skończył się jednak równie szybko, jak się 

zaczął. Chłopak pchnął ją na ścianę i uciekł. Ale przez 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 9 

ułamek sekundy widziała jego twarz. Nazywał się Duane 

Washington. Pięć lat temu był jej uczniem. Jednym z bar­

dziej obiecujących. Miała nadzieję, iż akurat temu chłopcu 

powiedzie się w życiu, że coś osiągnie. Teraz owa nadzieja 

prysła. 

Dwadzieścia cztery godziny później włączyła w domu 

telewizor, żeby obejrzeć popołudniowe wiadomości. Tra­

fiła na reportaż z wypadku ulicznego. Zbliżenie kamery na 

plamę zastygłej na asfalcie krwi i głos prezentera: „Czter­

nastoletni Duane Washington był poszukiwany przez poli­

cję z powodu licznych napadów rabunkowych. W czasie 

ostatniej ucieczki, z pewnością bojąc się aresztowania po 

kolejnym napadzie, wpadł prosto pod koła nadjeżdżające­

go autobusu. Świadkowie twierdzą, że zginął na miejscu". 

Następne zbliżenie, tym razem ukazujące przykryte ciało 

na noszach. Ciało Duane'a. 

Codziennie te same obrazy nawiedzały ją w koszmar­

nych snach. Nóż. Krew na asfalcie. Ciało Duane'a pod 

białym prześcieradłem. 

Mimo że wszystko to zdarzyło się prawie miesiąc temu, 

Gaylynn czuła, że jej stan psychiczny się nie poprawia. 

Wciąż miała wrażenie, że jest całkowicie zdana na łaskę 

swoich emocji - głównie poczucia winy i strachu. Być 

może popełniła błąd, dzwoniąc na policję i donosząc im 

o postępku Duane'a. Może gdyby tego nie zrobiła, chłopak 

nie uciekałby jak szalony i nie wpadł pod koła autobusu. 

Nie mówiąc o tym, że gdyby była lepszą nauczyciel­

ką, może zauważyłaby dużo wcześniej, że Duane popada 

w kłopoty, i zareagowała w porę, zanim sprawy zaszły za 

daleko. 

Tak czy inaczej, przeszłości podobnie jak nurtu rzeki 

background image

10 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

nie da się odwrócić. Teraz chodziło tylko o to, że ona, 

nieustraszona Gaylynn, która miała odwagę podróżować 

samotnie po najbardziej zapadłych zakątkach świata, od 

miesiąca bała się zasypiać we własnym łóżku. Strach ją 

paraliżował - drętwiała na myśl, że popełniła błąd, a w 

związku z tym ponosi część winy za śmierć Duane'a, bo 

nie potrafiła się obronić, okazała się tak łatwym celem dla 

napastnika, i że taka historia może się powtórzyć. 

Terapeuta, do którego zwróciła się o poradę, stwierdził, 

że to szok pourazowy. Gaylynn miała więc nadzieję, 

że wkrótce wyjdzie z owego szoku, tak jak wychodzi się 

z grypy. Ale objawy nie mijały. Nie będąc w stanie uczyć, 

musiała zrezygnować z pracy w szkole. Dyrektor udzielił 

jej bezterminowego urlopu... do czasu kiedy „znów będzie 

sobą". 

Drżała coraz bardziej, nie mogąc tego opanować. Za­

wsze tak się działo, kiedy zbyt długo rozpamiętywała tamto 

zdarzenie. Kiedy w bujanym fotelu pochyliła się do przo­

du, kartonowe pudełko omal nie ześlizgnęło się z jej kolan. 

Chwyciła je i przytrzymała. 

- Nic ci teraz nie grozi - wyszeptała swoje codzienne 

zaklęcie. Gdyby jeszcze potrafiła uwierzyć w jego skute­

czność... 

Żeby odsunąć od siebie czarne myśli, wzięła kilka głę­

bokich oddechów i zaczęła odpakowywać podarunek od 

Michaela. W pudełku była misternie grawerowana metalo­

wa szkatułka oraz krótki, pisany ręką starszej osoby list. 

„Najstarszy synu Janosów! 

Nadszedł czas, żebyś poznał sekret naszej rodziny i bathali 

- to znaczy magię, która jest dobra. Ma ona wielką moc. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

11 

Przysyłam tę szkatułkę, żeby wtajemniczyć cię w nasze losy. 

Starzeję się i nie mam czasu ani pomysłu, jak opowiedzieć ci 

całą historię od początku. Musisz poprosić o to rodziców. 

Wiedz tylko, że ta szkatułka ma czarodziejską moc Romów 

- pomoże ci znaleźć miłość tam, gdzie będziesz jej szukał. 

Używaj jej ostrożnie, wtedy przyniesie ci dużo szczęścia. Jeśli 

zmarnujesz dar, będziesz miał kłopoty". 

Pod listem była przyklejona żółta kartka z dopiskiem 

Michaela: „Pomyślałem sobie, siostrzyczko, że może cię 

to zainteresować. Brett przysięga, że w naszym wypadku 

magia zadziałała. Sprawdź ją na sobie". 

To była słynna szkatułka, o której Gaylynn słyszała wie­

le razy, ale nigdy przedtem jej nie widziała - ta sama, którą 

Michael dostał z Węgier od ich ciotecznej babki, Magdy. 

Trzy tygodnie później ożenił się z Brett. 

Gaylynn przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy 

usłyszała o czarodziejskiej szkatułce, działającej jak miłos­

ne zaklęcie. Tuż przed Bożym Narodzeniem jej ojciec opo­

wiedział legendę rodzinną o pięknej, młodej Cygance, któ­

ra zakochała się w jakimś arystokracie - „zbankrutowanym 

hrabi", jak go natychmiast przezwała Gaylynn. 

Hrabia nie odwzajemniał jej uczuć, dlatego dziewczyna 

postanowiła kupić miłosne zaklęcie, które odmieniłoby je­

go serce. Zapłatą za tę przysługę miał być jedyny warto­

ściowy przedmiot, jaki posiadała - grawerowana szkatuł­

ka, należąca do jej rodziny od wielu pokoleń. Pech chciał, 

że stara Cyganka pomyliła się i urok nabrał mocy dopiero 

w następnym pokoleniu. Odtąd co drugie pokolenie mło­

dych Janosów miało znajdować miłość tam, gdzie jej bę­

dzie szukało - w sensie dosłownym! Pierwsza osoba prze-

background image

12 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ciwnej płci, na którą padnie wzrok tego, kto otworzy cza­

rodziejską szkatułkę, stanie się obiektem jego, lub jej, do­

zgonnej i wzajemnej miłości. Stara „szuwani" przyznała 

się do błędu, zrezygnowała z zapłaty i pozwoliła dziewczy­

nie zatrzymać szkatułkę. Janosowie byli przodkami w pro­

stej linii tamtej cygańskiej dziewczyny, a Gaylynn ostat­

nim ogniwem rodzinnego łańcucha. Jeśli wierzyć legen­

dzie, teraz ona, dzięki „czarodziejskiej mocy starych Ro­

mów", miała znaleźć miłość... 

Kiedy pochyliła się, żeby dokładniej obejrzeć magiczny 

przedmiot - zapominając, że siedzi w fotelu na biegunach 

- wieczko szkatułki otworzyło się. 

Gaylynn podniosła wzrok... i natychmiast tego pożało­

wała. Na skraju lasu okalającego posiadłość Michaela zo­

baczyła starego mężczyznę w stroju włóczęgi. 

Oniemiała z wrażenia, podniosła się. Mężczyzna znik­

nął za drzewami, a wieczko opadło. 

- Jasne - mruknęła. - Michael dostał szkatułkę i od ra­

zu zobaczył piękną Brett. Mnie się trafił jakiś zwariowany 

łazęga! Może zamiast miłosnego zaklęcia przypadła mi 

w udziale klątwa. - Powiedziawszy to, Gaylynn ostrożnie, 

jakby trzymała w ręku dynamit, włożyła szkatułkę wraz 

z listem do kartonowego opakowania, a potem je dokład­

nie zamknęła. Jakżeby chciała w owej chwili zapano­

wać nad swoimi poszarpanymi nerwami - w równie łatwy 

sposób. 

Wieczorem Gaylynn wybrała już imiona dla całej kociej 

rodziny. Mamę nazwała Cleo, kotka o kremowej sierści 

i zezowatych jaskrawobłękitnych oczach - Blue, a jego 

nakrapianego brata - albo siostrę - Spook. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

13 

Nie czekając, aż koty się pojawią, wyniosła im na skraj 

lasu resztę salami, kilka serowych krakersów, puszkę tuń­

czyka i mleko. Na następny dzień zaplanowała wycieczkę 

do najbliższego sklepu po suchą karmę dla kotów i zapasy 

jedzenia dla siebie. 

Zajęta karmieniem zwierząt, dopiero po jakimś czasie 

zorientowała się, że zapadł mrok. A tak niedawno temu 

lubiła ciemność. Te same drzewa, które kiedyś działały na 

nią kojąco, wydawały się takie przyjazne, teraz przeraziły 

ją i przypomniały o nocnych zmorach. 

Poruszywszy się gwałtownie, Gaylynn spłoszyła kocia­

ka o zezowatych, błękitnych oczach, jedynego, który pod­

szedł do niej bliżej niż reszta. Gdy czmychnął do lasu, 

poczuła wilgoć pod powiekami. Do diabła, przecież nigdy 

nie była płaczką! Nawet wówczas kiedy jako czternasto­

latka złamała w dwóch miejscach nogę, nie uroniła ani 

jednej łzy. 

Przygryzła do krwi dolną wargę i szybkim krokiem, 

patrząc prosto przed siebie, ruszyła do domu. Ledwie zdą­

żyła wejść do środka, kiedy usłyszała odgłos trzeszczącego 

pod kołami żwiru. Ktoś tu przyjechał! 

Gaylynn nic na to nie mogła poradzić. Zdrętwiała ze 

strachu. 

Do pokoju dziennego wdarło się migotliwe światło re­

flektorów. Dom Michaela położony był zbyt wysoko i zbyt 

daleko od utartego szlaku, żeby ktokolwiek przejeżdżał 

tędy przypadkowo. Dlatego właśnie Gaylynn wybrała to 

miejsce. Czuła się w nim jak we własnym królestwie -

z kotami i całą dziką przyrodą, bez kontaktów z jakimkol­

wiek człowiekiem, jeśli nie liczyć starego włóczęgi, który 

mignął jej tylko przed oczami i zniknął. 

background image

14 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Nie spodziewała się żadnych odwiedzin. Tylko rodzinie 

powiedziała, dokąd się wybiera. A jednak jakiś samochód 

wjechał na teren prywatnej posiadłości Michaela i zbliżał 

się wąską, stromą drogą do bramy wjazdowej. Na pewno 

nie przez pomyłkę. 

Dziękując w duszy swojemu bratu za to, że zainstalował 

na zewnątrz oświetlenie, Gaylynn podeszła na palcach do 

drzwi frontowych i wyjrzała przez zasłonięte do połowy 

okno. Widziała wszystko doskonale. Auto zatrzymało się. 

Bardzo ciemny sedan. Nie skojarzyła go z nikim ze swoich 

znajomych. 

Drzwi samochodu otworzyły się. Wysiadł z niego męż­

czyzna o ciemnych włosach. Dopiero kiedy odwrócił się 

w stronę domu, zobaczyła wyraźnie jego twarz. 

W tej samej chwili jej strach ustąpił miejsca gniewowi. 

Otworzyła z rozmachem drzwi, nie czekając, aż mężczy­

zna wejdzie po drewnianych schodach na werandę. 

- Co ty tu robisz? 

- W taki sposób witasz starego przyjaciela? - odparł 

Hunter Davis z uśmiechem. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Ostatnio widziała się się z Hunterem Davisem dziesięć 

lat temu, a jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to było 

wczoraj, jak gdyby czas stanął w miejscu. Może miał dłuż­

sze niż wtedy włosy, na skroniach lekko przyprószone 

siwizną, ale głęboko osadzone oczy w kolorze wiosennych 

liści były dokładnie takie same, jak tamte, które zapadły 

jej w pamięć. 

- Nie zaprosisz mnie do środka, Rudzielcu? 

Nienawidziła tego przezwiska w dzieciństwie, a teraz 

jeszcze bardziej. To Hunter ją tak nazwał, kiedy jako zwa­

riowana trzynastolatka ufarbowała włosy henną, żeby zro­

bić wrażenie na „mężczyźnie swojego życia". Hunter nie 

wiedział, że to on jest tym mężczyzną. Miał osiemnaście 

lat, był od niej dużo starszy. Widziała w nim dorosłego 

mężczyznę, uosobienie doskonałości. 

Patrząc na niego teraz, zdała sobie sprawę, jak bardzo 

się myliła. Dopiero teraz był mężczyzną. Wpływ czasu 

sprawił, że Hunter wyglądał niezwykle interesująco - w ja­

kimś stopniu sprawiły to delikatne zmarszczki w zewnętrz­

nych kącikach oczu. Atrakcyjność twarzy podkreślały 

mocno zarysowane, proste brwi. Nie, Hunter nie był kla­

sycznie przystojny, miał przecież zbyt grube rysy, ale robił 

piorunujące wrażenie na kobietach. 

Kiedy więc trzynastoletnia Gaylynn ufarbowała swoje 

background image

16 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

jasnobrązowe włosy na ognistoczerwony kolor, Hunter za­

czął nazywać ją Rudzielcem. Cierpiała, ale nie przestała 

włóczyć się za nim i za Michaelem. Zakochała się nieprzy­

tomnie, z właściwą dla jej wieku żarliwością. 

Kiedy Hunter Davis w wieku dwudziestu pięciu lat się 

ożenił, uroniła dwie albo trzy łzy. Odtąd nie płakała już 

nigdy. Aż do dnia napadu. 

- Hunter, skąd ty się tu wziąłeś? 

Zamiast odpowiedzieć, przyglądał się Gaylynn ze zmar­

szczonym czołem. 

- Co się z tobą dzieje? - spytał obcesowo. - Wyglądasz 

okropnie. 

Poczuła, jak pąsowieją jej policzki. Wiedziała, że jest 

w wymiętej bluzce i karmiąc koty, poplamiła dżinsy. Nie 

zdążyła wejść pod prysznic, nie pamiętała też, kiedy ostat­

nio używała grzebienia. 

- Nie spodziewałam się towarzystwa. Zmiataj - wark­

nęła zirytowana, usiłując popchnąć Huntera w kierunku 

drzwi. - Wpadnij do mnie później. 

Równie dobrze mogłaby próbować przestawić Statuę 

Wolności. 

- Nie ruszę się stąd, dopóki mi nie powiesz, co się stało. 

- Nic się nie stało. Spędzam tu urlop, jasne? Wyobraź 

sobie, że będąc na urlopie wyglądam tak, jak mi się podoba. 

A jeśli cię to drażni, możesz spadać! - Pokazała mu drzwi 

i zniknęła w łazience. 

Ma rację, pomyślała z przerażeniem, kiedy zobaczyła 

swoje odbicie w lustrze. Umyła szybko twarz, wyszczot-

kowała włosy i pomalowała usta. 

- I co, teraz lepiej? - spytała kpiąco Huntera, który 

czekał na nią tuż za drzwiami. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

17 

- Nie mówiłem o twoich włosach. Chodzi mi o oczy. 

-

 Krótko spałam... 

- Nie, to nie to - przerwał i delikatnie unosząc jej bro­

dę, zmusił, żeby na niego spojrzała. - W twoich oczach 

jest coś takiego... 

Zamknęła je. Mocno. Ale dzięki temu odczuwała jego 

bliskość jeszcze bardziej dotkliwie. Znowu miała trzynaście 

lat i pewność, że Hunter jest dla niej kimś bardzo ważnym. 

Falę gwałtownego ciepła biegnącą od czubków jej palców do 

serca powitała z uczuciem tłumionej rozkoszy i paniki. 

Otworzyła oczy i cofnęła się gwałtownie. 

- To Michael cię przysłał, prawda? Prosił, żebyś miał 

na mnie oko? 

- Uprzedził mnie po prostu, że przyjedziesz. 

-Zabiję go... 

- Uspokój się. 

Chciała się uspokoić. Marzyła, żeby znaleźć się w ra­

mionach Huntera. Przytulić się do niego mocno i nie po­

zwolić mu odejść. To szaleństwo... Wybrała nie najlepszą 

porę na odgrzewanie szczenięcej miłości. Teraz powinna 

go wyrzucić. Natychmiast - zanim powie albo zrobi coś 

głupiego. 

- Nic mi nie jest. Nie musisz tracić czasu na pilnowanie 

nieznośnej siostry swego przyjaciela. 

- Kto powiedział, że jesteś nieznośna? 

- To prawda, że ty nigdy tego nie mówiłeś! 

- Miałaś wtedy pięć lat. 

- Dziewięć - poprawiła go bez zastanowienia, dosko­

nale pamiętając dzień, w którym rodzina Davisów zamie­

szkała w sąsiednim domu. Od początku patrzyła w Huntera 

jak w obraz... wkrótce potem się w nim zakochała. - Co 

background image

18 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ci dokładnie powiedział Michael? Dlaczego prosił, żebyś 

mnie szpiegował? 

- To nie tak. Zadzwonił, żeby mnie uprzedzić, że ktoś 

- to znaczy ty - będzie przez jakiś czas tu mieszkał. Umó­

wiliśmy się, że będę miał oko na jego dom. 

- Nie chcesz chyba powiedzieć, że tu mieszkasz, co? 

- Jasne, że nie. 

- To dobrze. 

- Mam własny dom za najbliższym wzgórzem. Dwie 

minuty drogi stąd, idąc na piechotę. 

- Świetnie. 

Dwie minuty... Cudownie. 

- Michael ci nie mówił, że po ukończeniu studiów ku­

piliśmy na spółkę tę posiadłość? Z dwoma domami. 

- Nie, nie był łaskaw. 

- Powiesz mi wreszcie, co takiego się wydarzyło? 

- Nic się nie wydarzyło. To znaczy... przepraszam, coś 

się jednak wydarzyło. Michael i Brett wzięli wczoraj ślub. 

Właściwie zrobili to po raz drugi, ale to skomplikowana hi­

storia - powiedziała Gaylynn zmienionym głosem, uświa­

damiając sobie, że czarodziejska szkatułka leży teraz za­

mknięta w pudełku, koło kanapy. 

Szkoda, że Hunter nie był pierwszym mężczyzną, na któ­

rego spojrzała, kiedy szkatułka została otwarta. W przeci­

wieństwie do Michaela, zatwardziałego racjonalisty, Gaylynn 

zawsze wierzyła, że na tym świecie jest trochę miejsca dla 

magii. 

W każdym razie wierzyła w to do niedawna. Teraz nie 

była pewna. Niczego nie była pewna. 

- Tak, wiem o ślubie. Żałuję, że na nim nie byłem, ale 

nie mogłem zwolnić się z pracy. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

19 

Gaylynn kiwnęła ze zrozumieniem głową. Wiedziała, że 

Hunter był oficerem policji. On i Michael wstąpili do aka­

demii policyjnej w tym samym roku. Jej brat nie ukończył 

jej. Wolał pracować na własną rękę i otworzył agencję za­

jmującą się ochroną dużych firm. Hunter skończył studia 

z wyróżnieniem i rozpoczął błyskotliwą karierę zawodową 

w Chicago. W mundurze robił jeszcze większe wrażenie 

na kobietach i przez kilka lat skwapliwie z tego korzystał. 

Ożenił się - zaskakując przyjaciół, którzy wróżyli mu los 

starego kawalera - w tym samym miesiącu, kiedy Gaylynn 

rozpoczęła naukę w college'u. 

- Jak się miewa twoja żona? - spytała z wymuszonym 

uśmiechem. 

- Nie mam bladego pojęcia. Rozwiedliśmy się pięć lat 

temu. 

Gaylynn milczała przez chwilę. Niespodziewana nowi­

na zbiła ją z tropu. 

- O tym Michael też mi nie powiedział. Cóż ze mnie 

za idiotka - mruknęła do siebie pod nosem. 

- Słucham? 

- Nic, nic, mówiłam do siebie. 

- Najlepszy dowód na to, że za dużo czasu spędzasz 

we własnym towarzystwie. 

- Niczego nie rozumiesz. Właśnie po to tu przyjecha­

łam. Żeby pobyć we własnym towarzystwie. Całkiem sa­

ma. Teraz też mam na to ochotę. 

Hunter przyglądał się jej zdumiony, kiedy niespokojnym 

gestem zmierzwiła sobie włosy. Gaylynn nigdy nie była 

nerwowa, nawet jako dziecko. Przeciwnie, miała nerwy jak 

postronki i nigdy nie traciła zimnej krwi. Wydawało się, że 

nie zna uczucia strachu. Kiedyś wdrapała się po linie do 

background image

20 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

kryjówki, którą zbudował z Michaelem na najwyższym 

drzewie, jakie rosło na podwórku Janosów. Okazało się 

potem, że wcale nie przepadała za wspinaczkami, a jednak 

zrobiła to. Kiedy zeszła na ziemię, miała poocierane do 

krwi dłonie. Wiedział, że do tej pory ma bliznę między 

kciukiem a palcem wskazującym - medal za odwagę, jak 

potem żartowała. 

Zmieniła się od tamtych czasów. Hunter nosił w pamięci 

obraz zawadiackiej nastolatki, tymczasem Gaylynn, z któ­

rą teraz rozmawiał, była kobietą - bardzo atrakcyjną mimo 

„urlopowego" wyglądu. Patrzył na nią i ogarniały go coraz 

dziwniejsze odczucia... 

- Dlaczego tak się na mnie gapisz? - spytała niepew­

nym głosem. 

- Przypomniałem sobie pewne zdarzenie. Pamiętasz, 

jak wprosiłaś się do naszej kryjówki na drzewie? 

- Tak. - Gaylynn spojrzała mimo woli na swoją prawą 

dłoń naznaczoną „medalem za odwagę". Blizna, wciąż wy­

raźna, zdawała się drwić z jej lęku. Ale ona miała inne 

znamię, które ten strach tłumaczyło - maleńki ślad na szyi 

po skaleczeniu nożem. I piętno strachu odbite w duszy. 

Straciła więcej niż trzynaście i pół dolara, które miała 

w portfelu w dniu napadu. Utraciła zimną krew. 

Nie stało się to z dnia na dzień. Na początku przejmo­

wała się głównie tym, że ktoś z policji mógłby opo­

wiedzieć o zdarzeniu w szkole jej bratu. Wiedziała, że Mi­

chael utrzymuje kontakty z niektórymi kolegami z akade­

mii. Wracając we wspomnieniach do tamtego wieczoru do 

domu, próbowała wyrzucić całe zdarzenie z pamięci. Nie 

dopuszczać do siebie żadnych myśli o tym, co się stało. Na 

początku wierzyła, że to możliwe. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 21 

Dopóki nie obejrzała wiadomości telewizyjnych. Zdrę­

twiała z przerażenia, a potem zaczęła płakać. Następnego 

dnia rano zacisnęła zęby i poszła do pracy. Kiedy weszła 

do klasy, nie mogła wydobyć z gardła ani jednego dźwięku. 

Nie była w stanie się poruszyć. Po raz pierwszy w życiu 

doświadczyła paraliżującego - dosłownie - efektu strachu. 

- Ty niczego się nie bałaś - powiedział Hunter z wy­

raźnym podziwem w głosie. 

Wiedziała, jak bardzo ceni w ludziach odwagę. Straciła 

ją, ale nie utraciła jeszcze godności. Nie chciała, żeby 

Hunter był świadkiem jej strachu, nie potrzebowała jego 

współczucia ani litości. Musiała się go pozbyć. 

- Chętnie bym pogadała z tobą o dawnych czasach, ale 

właśnie zaczynałam myśleć o kolacji... 

- Świetnie. Ja też jestem głodny. 

- Tego, co mam, nie wystarczy dla dwóch osób. 

- Możemy iść do mnie. Mam pełną lodówkę. 

- Nie. Nie chce mi się wychodzić. 

- Nie ma sprawy. Skoczę po jedzenie i zjemy razem 

kolację. Nie widziałem cię tyle lat. Byłoby zabawnie po­

wspominać niektóre zdarzenia. 

Zabawnie byłoby się z nim całować... Gaylynn uśmie­

chnęła się do tej przewrotnej myśli, ale natychmiast ją 

odrzuciła. Coraz gorzej z tobą, skarciła się w duchu. Za 

mało masz kłopotów? Nie wystarczą ci koszmarne sny? 

Ten facet traktował cię zawsze jak siostrę. 

- Potrafię zrobić przeciętnej jakości sos do spaghetti 

- powiedział kuszącym szeptem. 

- Nie wątpię, ale... 

- Wrócę za kilka minut. 

background image

22 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Właściwie Hunter zamierzał tylko wpaść do Gaylynn, 

sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, i wrócić do swo­

ich zajęć. Sam nie mógł zrozumieć, po co nalegał na wspólną 

kolację. Może sprawiły to cienie w jej brązowopiwnych 

oczach - oczach, które, jak pamiętał, zawsze iskrzyły się 

ogniem. Oczywiście minęło wiele lat od tamtych czasów. 

Musiała mieć teraz około... trzydziestu lat. On skończył 

niedawno trzydzieści pięć. Czas szybko upływa. Obiecy­

wał sobie, że w Chicago będzie się spotykał z Michaelem, 

ale przez wiele lat ich kontakty ograniczały się do wymia­

ny kartek bożonarodzeniowych. Naprawdę żałował, że nie 

mógł być na jego ślubie. 

Najbardziej żałował jednak tego, że nie powściągnął 

w porę języka i powiedział Gaylynn, że okropnie wygląda. 

To zupełnie nie było w jego stylu. Nie dziwił się, że miała 

ochotę go uderzyć. Ale widząc w jej oczach skrywane cier­

pienie, chciał po prostu pomóc. 

Co mogło spowodować, że Gaylynn tak bardzo się zmie­

niła? Dlaczego uciekła z przyjęcia weselnego swojego bra­

ta i przyjechała sama w to górskie odludzie? Michael, zbyt 

pochłonięty własnymi sprawami, nie miał na te pytania 

żadnej odpowiedzi. Ale Hunter przysiągł sobie, że rozwią­

że zagadkę. 

Oczywiście zrobisz to nie dlatego, że Gaylynn jest atra­

kcyjną kobietą i budzi w tobie potrzebę bycia miłosiernym 

samarytaninem, zakpił z niego wewnętrzny głos. 

- Nie jest wcale ładna - mruknął cicho, kiedy znalazł 

się w domu. 

No proszę, mówisz sam do siebie, tak jak Gaylynn. 

A jeśli ci się nie podoba, to skąd to podniecenie, kiedy na 

nią patrzysz? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

23 

- Z głodu - mruknął Hunter, wyjmując pospiesznie 

z lodówki wszystkie składniki do swojego „przeciętnego" 

sosu. 

Gaylynn była siostrą jego przyjaciela i troszczył się 

o nią z czysto altruistycznych pobudek. Takiej interpretacji 

postanowił się trzymać. 

Pierwsze dziesięć minut po wyjściu Huntera Gaylynn 

spędziła w łazience, potem się szybko przebrała i uczesała. 

Zauważyła, że jej proste, miękkie włosy opadają na ramio­

na i że już dawno powinna je skrócić. 

Hunter też ma za długie włosy. Pewnie był zbyt zajęty, 

żeby znaleźć czas na wizytę u fryzjera. Ona zaniedbała się 

nie z przepracowania, tylko z powodu szaleństwa, w któ­

rym pogrążała się coraz głębiej. 

Przygryzając dolną wargę, westchnęła głęboko i zajęła 

się robieniem sobie makijażu. 

- Jesteś dobrą aktorką - zwróciła się do swojego odbi­

cia w lustrze. - Dobrze więc zagraj dzisiejszą rolę. Nie 

mów o sobie za wiele. 

- To prawda, że robisz przeciętne spaghetti - przyznała 

Gaylynn, zlizując dyskretnie z wargi kropelkę sosu. 

Hunter przez cały wieczór nie odrywał od niej wzroku. 

Zauważyła, w jaki sposób na nią patrzy, nie była jednak 

w stanie odgadnąć, o czym naprawdę myśli. Ona postępo­

wała zgodnie ze swoim planem, rozpromieniona, plotkując 

o wspólnych znajomych z dawnych czasów. 

- Nie, nie mogę uwierzyć, że Joey Greco został księ­

dzem. - Hunter pokręcił z niedowierzaniem głową. 

- Powtórzę mu twoje słowa. 

background image

24 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Pamiętam, jak kradł u Jabłońskich gruszki. 

- Nie ma już tej gruszy, a Jabłońscy dawno się przepro­

wadzili. 

- Zabawne, że człowiek zapamiętuje rzeczy takimi, ja­

kie je widział po raz ostatni. Ludzi też. Ciebie zapamięta­

łem w białej czapce z daszkiem. 

- Noszę ją czasami - powiedziała obojętnym tonem. -

A co słychać u twoich rodziców? 

- Czują się dobrze. Oboje są już na emeryturze i prze­

prowadzili się na Florydę. A twoi rodzice? Czy pan Ja­

nos wciąż używa cygańskich czarów do przepowiadania 

pogody? 

- Jakbyś zgadł! I robi to lepiej niż wszyscy telewizyjni 

spece od prognoz razem wzięci. 

- Pamiętam, jak zabrał kiedyś mnie i Michaela na ry­

by i próbował nauczyć sztuczek, na które łapią się pstrą­

gi. Nam się nie poszczęściło, ale twój ojciec złowił 

sześć sztuk. Jednego pstrąga powiesił na drzewie i dopiero 

wtedy wróciliśmy do domu. Nigdy tego nie zapomnę. 

- Na szczęście: żeby następnym razem, w tym samym 

miejscu, też połów się udał - wyjaśniła Gaylynn. 

- Właśnie. A wiesz, czego wam zazdrościłem? Tego 

całego rytuału z otwieraniem prezentów w wigilię Bożego 

Narodzenia. Zresztą, jeśli dobrze pamiętam, wcześniej też 

coś dostawaliście. 

- Zgadza się. W dniu Świętego Mikołaja znajdowali­

śmy prezenty w butach. 

- Mamy dużo miłych wspomnień z tamtych czasów. 

- Tak - odrzekła z uśmiechem Gaylynn. 

Kiedy była dzieckiem -jedyną dziewczynką w rodzinie 

- czuła się wspaniale. Miała jednego młodszego i jednego 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 25 

starszego brata. Byli jej aniołami stróżami i świadomość 

tego pomagała jej we wszystkich trudnych chwilach życia. 

Do tej pory. Po raz pierwszy postanowiła, że musi poradzić 

sobie bez nich. Nie chciała, żeby się dowiedzieli, jak bar­

dzo jest słaba. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby 

ich zawieść. 

Jeśli Hunter zauważy strach w jej oczach, powie im. 

Myśląc o swoim strachu, pomyślała o kociej rodzinie. 

- Posłuchaj, Hunter, miałam zapytać cię o to, czy nie 

wiesz, komu w tej okolicy mogła zginąć syjamska kotka 

z przychówkiem? 

- Nie mam pojęcia. Może to bezpańskie koty? 

- Potrzebują opieki. 

Ty też, pomyślał. Gaylynn drżały ręce i była wyraźnie 

roztrzęsiona. Czyżby łudziła się, że on niczego nie zauwa­

ży i da się zwieść jej grze, przyjmując za dobrą monetę jej 

sztuczne ożywienie? Jeśli tak, wiele się będzie musiała 

jeszcze nauczyć. 

- Nie powiedziałaś mi, dlaczego zdecydowałaś się przy­

jechać sama do domu Michaela... 

- Owszem, powiedziałam, że przyjechałam na urlop. 

- Czyżby rozpoczęły się ferie wiosenne? 

- Nie w tym rzecz. 

- A w czym rzecz? 

- Jesteś wścibski! Zdajesz sobie z tego sprawę? 

- To ty będziesz musiała zdać sobie sprawę, że w sztuce 

dochodzenia prawdy osiągnąłem mistrzowski poziom. Ale 

może sama zdradzisz mi swoje sekrety... - Hunter uśmie­

chnął się, a potem zaczął zbierać ze stołu brudne naczynia. 

- Poznam je wcześniej czy później. Czy nadal boisz się 

łaskotek? 

background image

26 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Och, nie, poruczniku Davis! - szepnęła z drwiącym 

uśmiechem. - Tylko nie to! 

- A więc jesteś gotowa wyznać prawdę i tylko prawdę? 

- Cóż, masz mnie w garści. - Westchnęła, przykładając 

teatralnym gestem dłoń do czoła. - Jestem zbiegłą przestę­

pczynią, poszukiwaną w Chicago za dwukrotne niewłaści­

we zaparkowanie samochodu. Poddam się bez oporu. -

Wyciągnęła do niego obie ręce. - Proszę nałożyć mi kaj­

danki i oddać w ręce sprawiedliwości. 

- Nie kuś mnie... - powiedział szeptem, zmieszany 

swoim nagłym podnieceniem. Oczyma wyobraźni zoba­

czył nagą Gaylynn w kajdankach. Co się z nim dzieje? Do 

diabła, przecież ona jest siostrą Michaela! 

- To przestań robić z tego problem! - odparła zrezyg­

nowana. - Musiałam odpocząć od pracy w szkole. Byłam 

wykończona, więc poprosiłam o urlop. Koniec, kropka. 

- Kiedy kończy ci się ten urlop? Poczekaj chwileczkę. 

O ile mi wiadomo, nauczyciele nie mogą brać urlopu tak 

sobie, w czasie roku szkolnego, nawet jeżeli są zmęczeni. 

- Brawo, Sherlocku. 

- Co znaczy, że jesteś na... na czymś w rodzaju zwol­

nienia? 

- Właśnie. 

- Czy to zwolnienie lekarskie? 

Upór Huntera zaczął doprowadzać ją do szału. 

- To nie twój interes! - warknęła, odbierając mu z pasją 

talerze, żeby włożyć je do zlewozmywaka. 

- To znaczy, że mam rację. 

- To znaczy, że to nie twój interes - powtórzyła sta­

nowczo. - Posłuchaj, uczyłam przez siedem lat w publicz­

nej szkole w śródmieściu Chicago, w bardzo trudnych wa-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 27 

runkach - chyba nie muszę ci tego tłumaczyć. Wypaliłam 

się, mam dosyć i nie widzę w tym nic dziwnego. 

- Ktoś taki jak ty nie wypala się... tak po prostu. 

- Co to znaczy „ktoś taki jak ja"? 

- Jesteś silna i zbyt dobrze wiesz, co robisz, żeby rap­

tem, z dnia na dzień, mieć czegoś dosyć. Poza tym jesteś 

uparta jak osioł i nie lubisz się poddawać. 

- A skąd ty, do diabła, możesz coś o mnie wiedzieć? 

Nie widzieliśmy się przez dziesięć lat. 

- To i owo jednak wiem. Michael zawsze coś o tobie 

napisał przy okazji składania życzeń świątecznych. Wiem, 

że uparłaś się, pomimo protestów rodziny, że będziesz 

uczyć tam, gdzie najbardziej potrzebują nauczycieli, w naj­

bardziej podłej dzielnicy. 

Powiedziawszy to, Hunter podszedł do pochylonej nad 

zlewozmywakiem Gaylynn, żeby wstawić do niego szklan­

kę. Poczuła na plecach ciepło bijące od jego ciała, a potem 

ramię, które musnęło jej pierś. Drgnęła gwałtownie. 

- Gaylynn, co się stało? - zapytał zmieszany. - Dlacze­

go odskoczyłaś się ode w ten sposób? - Nagle, kiedy jedy­

ne możliwe wytłumaczenie przyszło mu do głowy, jego 

twarz pobladła. - O Boże... Czy ktoś cię napastował? 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Nie bądź śmieszny! Nikt mnie nie napastował. Drgnę­

łam, bo podszedłeś znienacka. Co w tym dziwnego? Mó­

wiłam ci, że jestem wykończona. 

- Zresztą i tak byś mi nie powiedziała, prawda? 

- Jeżeli wiesz, to po co w ogóle pytasz? 

- Bo zastanawiam się, w jaki sposób mógłbym ci po­

móc. 

Słowa Huntera upokorzyły ją. 

- Nie potrzebuję pomocy - powiedziała lodowatym 

szeptem. - Pamiętam, jak ratowałeś okaleczone pisklęta, 

które wypadły z gniazda, ale to nie mój przypadek. Jestem 

dorosłą. 

- Teraz też zdarza mi się leczyć złamane skrzydła. Je­

stem w tym dobry. - Podszedł tak blisko, że jego ciepły 

oddech zbudził w Gaylynn dawno uśpione pragnienia. 

Hunter był dobry w wielu rzeczach. Wiedziała o tym. Te­

raz sprawił, że poczuła się jak młoda dziewczyna na pierwszej 

w życiu randce - rozmarzona, oczekująca w podnieceniu na 

to, co może się zdarzyć. 

Wypomniawszy sobie bez ogródek, że nie jest młodą 

dziewczyną, Gaylynn powróciła do rzeczywistości. 

- Nie wątpię, że tutejsze ptactwo docenia twoje umie­

jętności - powiedziała najbardziej oschłym tonem, na jaki 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

29 

mogła się zdobyć - ale ja nie mam skrzydeł i nie potrzebuję 

pomocy. 

Delikatnie, opuszkami palców, Hunter pogładził jej ło­

patki. 

- Pamiętasz, jak Michael ci tłumaczył, że kiedy doroś­

niesz, wyrosną z nich skrzydła anielskie? 

- Byłam wyjątkowo łatwowiernym dzieckiem. 

- A teraz? Wciąż jesteś łatwowierna? 

- Czasami... - odparła łamiącym się głosem. - W koń­

cu pozwoliłam ci tu przyjść, chociaż powinnam się była 

spodziewać, że będziesz mnie dręczył. 

- Zapomniałaś o wspaniałej kolacji, którą zrobiłem. Ju­

tro twoja kolej. 

- Spokojnie, nie przyjechałam w góry, żeby gotować. 

- A po co przyjechałaś? 

Postanowiła walczyć jego bronią. 

- Odpowiedziałam na to pytanie kilka razy. Może po­

winieneś sprawdzić słuch? Powiedz, ile ty masz lat? Zbli­

żasz się do czterdziestki, prawda? 

- Mam trzydzieści pięć lat. Wiesz o tym doskonale -

odparował Hunter, nie próbując nawet udawać, że ta drob­

na nieścisłość go nie dotknęła. 

- Wybacz, jeśli byłam zbyt zajęta własnym życiem, 

żeby zapamiętać wszystkie szczegóły twojej biografii! 

- Słyszałem, że wiele podróżowałaś. Podobno zjeź­

dziłaś świat wzdłuż i wszerz. 

Odetchnęła. Nareszcie bezpieczny temat, poza tym 

o podróżach mogła rozmawiać z przyjemnością. 

- Tak, w czasach studenckich każde letnie wakacje 

spędzałam gdzie indziej. W Tajlandii podróżowałam na 

słoniu, spałam na plaży w Maroku, robiłam zakupy 

background image

30 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

w Singapurze, byłam w puszczy tropikalnej w Kosta­

ryce... 

- I co? Życie globtrotera znudziło ci się? Skończyłaś 

z tym? 

- W każdym razie teraz wyjeżdżam znacznie rzadziej 

i więcej czasu spędzam w domu. 

- Z jakichś konkretnych powodów? 

- Na pewno finansowych, poza tym zwiedziłam kawał 

świata, a jest tyle ciekawych miejsc w Ameryce, do których 

nigdy nie dotarłam. Na przykład Blue Ridge Mountain. 

Jestem tu po raz pierwszy. 

- W takim razie musisz się koniecznie przejechać Blue 

Ridge Parkway - trasą przez tutejsze przełęcze. W sobotę 

mam dzień wolny, możemy pojechać razem... 

- Nie chce mi się nigdzie jechać - przerwała mu gwał­

townie. - Widzę stąd góry i to mi wystarczy. 

- Ale w tych okolicach są jeszcze piękniejsze widoki. 

Naprawdę warto je obejrzeć. 

- Możliwe, ale tutaj jest mi bardzo dobrze. 

- Gdybym cię nie znał, zacząłbym podejrzewać, że 

przyjechałaś się ukryć, a nie podziwiać góry. 

Właśnie po to przyjechała i nie miała zamiaru zmie­

niać swoich planów. Bez względu na to, jak kusząca była 

perspektywa spędzenia weekendu z „mężczyzną swojego 

życia". 

Widząc, że Gaylynn nie jest skłonna wyjawić mu swoich 

najskrytszych myśli, Hunter wybrał bezpieczniejszy temat 

rozmowy. 

- A co słychać u reszty twojej rodziny? 

- Dziękuję, ma się nieźle. Włóczykij Dylan przyleciał 

na ślub Michaela, ale rano następnego dnia miał zamiar 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 31 

uciec. Gdyby nie to, może i ja odłożyłabym swój wyjazd 

w góry o dzień lub dwa. Nie widziałam go prawie od roku. 

- Czym on się zajmuje? Wciąż tak podróżuje? Jest 

globtroterem? 

- Ciągnie go zdecydowanie do zachodnich stanów, ale 

nigdzie jeszcze nie zagrzał miejsca. Bierze udział w rodeo 

jako ujeżdżacz mustangów. A słyszałeś, że Brett i Michael 

adoptowali małą dziewczynkę? Ma na imię Hope i jest 

cudowna. Oczywiście ja jestem jej ulubioną ciocią. 

- Oczywiście. Ona ci to powiedziała? 

- Niewiele jeszcze mówi. Skończyła dziewięć miesięcy 

i dopiero zaczyna samodzielnie chodzić. Mam przy sobie 

jej zdjęcie. - Gaylynn wyjęła z torebki mały album foto­

graficzny. 

- Zdjęcie? - zapytał ironicznie. -To wygląda na całą 

kolekcję. 

- Tak, ale spójrz na tę fotografię i powiedz, czy ona nie 

jest. śliczna? Widziałeś kiedyś dziecko, które miałoby tyle 

wdzięku? 

- Nigdy. - Hunter pokręcił głową. - Dziwię się, że ją 

zostawiłaś. Dzieci szybko rosną. 

- Tak, to prawda - powiedziała z żalem w głosie. 

- Spodziewałem się, że do tej pory założysz własną 

rodzinę. 

- To samo mogłabym powiedzieć ó tobie. 

-- Zawód gliny nie sprzyja życiu rodzinnemu. Przenio­

słem się tutaj przede wszystkim dlatego, że w Chicago 

moja żona, Tricia, była u kresu wytrzymałości psychicznej. 

Myślałem, że tutaj będzie jej łatwiej. Posada prowincjo­

nalnego szeryfa nie jest związana z tyloma niebezpieczeń­

stwami... 

background image

32 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Ale niebezpieczeństwa są. 

- Wszędzie może być niebezpiecznie. - Wzruszył ra­

mionami. - Ale to nie poczucie zagrożenia ostatecznie zni­

szczyło nasze małżeństwo. Moja była żona nienawidziła 

życia na wsi. Codziennie powtarzała, że zwariuje w tej 

zapadłej dziurze, aż w końcu wróciła do Chicago. Podobno 

wyszła za mąż za hydraulika. 

- Intuicja mi podpowiada, że pozbyłeś się jej bez żalu. 

Jeśli chodzi o kobiety, nigdy nie miałeś dobrego gustu -

powiedziała obcesowo. - Pamiętasz radą panienkę, z którą 

prowadzałeś się w szkole średniej? 

- Dziwne, że ty ją pamiętasz. 

- Trudno nie zapamiętać takiego biustu. Byłam przeko­

nana, że to nadmuchane balony. Ty pewnie zapomniałeś 

o niej... i w ogóle o tamtych czasach. 

- Ciebie nie zapomniałem. 

- Ma się rozumieć, oczywiście! - Zamrugała powieka­

mi, udając wzruszenie. - Przechowuję wszystkie kartki i li­

sty, którymi obsypywałeś mnie przez wszystkie te lata. 

- Wiesz, że nie lubię pisać listów. 

Odkąd się ożenił, Gaylynn nie spodziewała się od niego 

żadnych wieści. Nie chciała też nic wiedzieć. Pragnęła tylko 

o nim zapomnieć i udało jej się to. Na długi czas. 

Teraz zdała sobie sprawę, że - gdzieś głęboko w pod­

świadomości - wszystkich mężczyzn, z którymi się spoty­

kała, porównywała z Hunterem. Żaden nie dorównywał 

mu siłą. Ale skłamałaby, mówiąc, że była ze swojego życia 

niezadowolona. 

Do dnia kiedy wydarzył się tamten koszmar. 

Postanowiła nie wracać do ponurych wspomnień. Nagle 

poczuła się zmęczona. Ziewnęła. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

33 

- Rozumiem, że to sygnał dla mnie - powiedział kwaś­

no Hunter. - W porządku, już sobie idę. 

- Przepraszam - westchnęła, zasłaniając usta i tłumiąc 

kolejne ziewnięcie. - Jestem po prostu zmęczona. 

- Zauważyłem. 

- Dzięki, że dzisiaj do mnie wpadłeś, ale poradzę sobie 

ze wszystkim. Nic mi nie jest, naprawdę. 

- Wierzę, że sobie poradzisz. - Nie powiedział jej jed­

nak, iż wierzy w to dlatego, że postanowił za wszelką cenę 

jej pomóc. 

W nocy Gaylynn śnił się szary wilk błądzący po okoli­

cznych lasach. Wilk o jasnozielonych oczach Huntera. Ona 

była przebrana za Czerwonego Kapturka. Obudziła się, 

kiedy wilk leżąc w łóżku, kusił ją, żeby się do niego przy­

tuliła. 

- Pomarzyć dobra rzecz - mruknęła zaspana, wchodząc 

po omacku do łazienki. Wierzyła w cuda, owszem, ale nie 

w to, żeby Hunterowi przyszło do głowy ciągnąć ją do 

łóżka. Może gdyby... ciężko zachorowała. 

Chłodny prysznic ostudził jej wyobraźnię i pomógł ze­

brać myśli. W domu było zimno, ubrała się więc błyska­

wicznie i zrobiła długą listę spraw, które powinna tego dnia 

załatwić. Przede wszystkim musiała kupić jedzenie dla 

kotów i uprać poplamione spodnie - zakładając, że w od­

dalonym o dwadzieścia minut jazdy miasteczku znajdzie 

pralnię samoobsługową. 

Niechętnie, z nadzieją że spędzi tam niewiele czasu i nie 

będzie zmuszona wdawać się w niepotrzebne rozmowy, 

Gaylynn wsiadła do samochodu i ruszyła w kierunku naj­

bliższego miasteczka. 

background image

34 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Mina jej zrzedła, kiedy zatrzymała się przed czymś, co 

przypominało stację benzynową. Budynek z nie otynkowa­

nej cegły, pompy paliwowe, jakie oglądała na czarno-bia­

łych filmach z lat czterdziestych, nad szyldem „Pit Stop" 

reklamy artykułów motoryzacyjnych, które wyszły z uży­

cia jakieś ćwierć wieku temu. 

W progu, między półotwartymi drzwiami, leżało zwie­

rzę podobne do ogara - wielkie, zwaliste, o kasztanowej 

sierści. 

- Nie gryzie - dobiegł ją głos ze środka. - Ja też nie. 

To bydlę jest bardziej leniwe od śpiącego niedźwie­

dzia. Ale to pies. Nazywa się Bo Regard. Proszę wejść bez 

obaw. 

- Ma pan wielkiego psa - powiedziała Gaylynn, ostroż­

nie wchodząc do środka. 

- On nie jest nasz. Ale przyłazi tu codziennie w odwie­

dziny. Chyba lubi sobie pogadać z kimś inteligentnym. Oto 

widok, który cieszy oko... 

- Słucham? - zapytała zaskoczona Gaylynn. 

- Niech pani nie zwraca na niego uwagi - powiedziała 

starsza kobieta stojąca za ladą. - Floyd mówi to każdej 

babce, która nie przekroczyła setki. Mam na imię Bessie. 

Bessie Twitty. A ten zrzędliwy gaduła to mój mąż Floyd. 

A ty, dziecko, pewnie jesteś siostrą przyjaciela Huntera. 

Przyjechałaś z północy, prawda? 

- Z Chicago. 

- Nienawidzę wielkich miast. - Bessie skrzywiła się. 

- W żadnym z nich jeszcze nie byłaś. 

- Byłam raz w Knoxville. I wystarczy. Przyjechałaś po 

znaczki pocztowe? - zwróciła się do Gaylynn. - Mało tu 

do nas przyjeżdża turystów, to i znaczki źle się sprzedają. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 35 

Ile ci ich trzeba? Nie dosłyszałam, jak ci na imię, kocha-

neczko. 

- Gaylynn. Nie potrzebuję znaczków. 

- Benzyny też nie kupiłaś - powiedział Floyd. 

- Przyjechałam po żywność. 

- Jedzenie tutejsi mieszkańcy kupują u Piggly-Wiggly 

w Summerville. 

- Czy to daleko stąd? 

- Będzie jakieś trzy kwadranse drogi - wyjaśnił Floyd. 

- Godzinę, jeśli ktoś nie przekracza dozwolonej szyb­

kości - wtrąciła Bessie. 

- Jeździłem tymi drogami, zanim wymyślili ogranicze­

nia szybkości - ofuknął ją Floyd. 

- Nie pojadę do Summerville - zdecydowała Gaylynn. 

- Mam nadzieję, że najpotrzebniejsze rzeczy dostanę tutaj. 

- Nie mamy dużego wyboru towarów - musiała przy­

znać Bessie. - Wiem, wiem - zdążyła uprzedzić protest 

Floyda - lodów mamy pod dostatkiem. 

- A znajdzie się tuńczyk w puszce? Albo karma dla 

kotów? - spytała Gaylynn. 

- Coś ci tam wynajdziemy. Przyjechałaś z miasta ze 

swoimi kotami? 

- Nie, znalazłam w lesie kocią rodzinę- matkę z dwo­

ma kociakami. Zastanawiałam się, czy należały do kogoś 

i się nie zabłąkały. 

- Nie słyszałam, żeby ktoś szukał swoich kotów. Pew­

nie są bezpańskie. Pełno tu takich. 

Takich jak ja, pomyślała Gaylynn. Pakując jedzenie, 

pomyślała, że wielu z tych rzeczy nie jadła od lat. Świeży 

chleb pochodził z małej tradycyjnej piekarni, dżem truska­

wkowy był domowej roboty. Kupiła wszystkie posiadane 

background image

36 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

przez państwa Twitty konserwy rybne i cały zapas karmy 

dla kotów. 

Układała zdobycze w bagażniku, wsłuchana w mrucze­

nie wijącego się przez dolinę strumienia. Góry ponad nim 

mieniły się wszystkimi odcieniami wiosennej zieleni. 

Oczarowana widokiem, nie miała ochoty wsiadać do 

samochodu, ale czuła na plecach wzrok państwa Twitty, 

którzy, z nosami przyklejonymi do okna, śledzili każdy jej 

gest. 

Gaylynn nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest zde­

nerwowana, dopóki nie znalazła się z powrotem w domu. 

Dopiero wtedy trochę się odprężyła. 

Przez całe popołudnie oswajała koty. Spook nadal utrzy­

mywał dystans. Gaylynn nie była nawet pewna, czy to 

rzeczywiście „on". Blue pozwolił łaskawie się dotknąć. 

Kiedy Gaylynn musnęła palcami jego puszysty grzbiet, 

przypomniała sobie dotyk dłoni Huntera, który podobnie 

kojącym ruchem pogładził jej plecy. 

Postanowiła odpędzić natychmiast myśli o Hunterze. 

Usiadła na oszklonej werandzie, żeby przyglądać się dys­

kretnie kociej rodzinie. 

Nie zauważyła nawet, że wzięła do ręki ołówek i zaczęła 

machinalnie rysować na odwrocie kwitu kasowego z „Pit 

Stopu". Kiedy zatrzymała wreszcie wzrok na papierze, nie 

mogła wprost uwierzyć, że naszkicowała oglądany krajo­

braz - o dziwo, rysunek był całkiem udany... 

Zabawne, przecież nigdy nie umiała rysować. W szkole 

dzieci żartowały z jej bazgrołów na tablicy, bo wszystkie 

bez wyjątku robiły to lepiej od niej. 

Porzucając pracę w szkole, rezygnowała z czegoś, za 

czym z pewnością będzie tęskniła - z uczucia, że robi coś 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 37 

z pasją, ze świadomości wzajemnego wpływania na siebie 

uczniów i uczącego, z radości na widok wyrazu oczu dzie­

cka, które zrozumiało sens czytanki albo opanowało jakieś 

nowe pojęcie matematyczne. Po raz pierwszy od dnia na­

padu myśl o pracy w szkole nie wywołała w niej paniki. 

Nie była jeszcze gotowa do powrotu - pod żadnym wzglę­

dem - ale czuła, jak dobroczynnie wpływa na nią spokój 

i piękno otoczenia. 

Pomyślała o magicznej cygańskiej szkatułce, a potem 

jej myśli znowu powędrowały do Huntera. Czy rzeczy­

wiście wpadnie wieczorem na kolację? Odburknęła mu, 

co prawda, że nie przyjechała tu gotować ani udzielać się 

towarzysko, odniosła jednak wrażenie, że potraktował 

jej słowa równie poważnie, jak kiedyś naukę zaklinania 

pstrągów. 

Słońce schowało się za horyzontem, a Hunter nie przy­

szedł. Gaylynn wiedziała, że nie wrócił do domu z pracy. 

Zasnęła o dopiero o czwartej nad ranem i do tej pory nie 

słyszała warkotu silnika żadnego samochodu. 

Wstała o świcie i wybrała się na spacer, podświadomie 

kierując kroki w kierunku domu Huntera. 

Na podwórzu nie było jego samochodu, w środku ani 

żywej duszy. Próbowała sobie tłumaczyć, że nie ma powo­

du do zmartwienia. W końcu od wielu lat sam sobie świet­

nie radził. 

Ale natrętne pytania nie dawały jej spokoju. A jeżeli coś 

mu się jednak stało? Może miał jakieś kłopoty w pracy? 

Rozsądek jej podpowiadał, że powinna zapanować nad 

swoją wyobraźnią. Hunter przecież sam jej mówił, że Lo­

nesome Gap to nie Chicago... 

Kiedy wróciła do domu i zaczęła karmić koty, nadal drżały 

background image

38 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

jej ręce. Jeżeli Hunterowi przydarzyło się coś złego, w jaki 

sposób miałaby się o tym dowiedzieć? W domu nie było 

telefonu, a ona nie podała mu numeru swojej „komórki"... 

Przestań, próbowała się opanować. Nic mu się nie stało. 

Jesteś po prostu histeryczką! 

Przypomniała sobie niedawny napad i to, że nie była 

zdolna przeciwstawić się napastnikowi. A gdyby chodziło 

o życie kogoś innego? Nienawidziła swojej słabości. Hun­

ter zasługiwał na kogoś równie silnego jak on sam. 

Gaylynn wychodziła spod prysznica, kiedy usłysza­

ła pukanie do drzwi wejściowych. Serce podeszło jej do 

gardła. 

- Gaylynn, to ja - krzyknął głośno Hunter. 

Zapominając, że jest tylko w płaszczu kąpielowym, 

otworzyła mu natychmiast. Hunter wyglądał na skrajnie 

wycieńczonego. 

- Przepraszam, że nie udało mi się przyjść na umówio­

ną kolację. 

- Drobiazg - skłamała. - Właściwie trudno powie­

dzieć, żebyśmy się umówili. Sam się wprosiłeś, a ja się 

zgodziłam. 

- Miałem kłopoty. 

- Co się stało? Zranili cię? 

- Pewien idiota jechał „pod prąd" autostradą. Zdezelo­

waną furgonetką. Wpakowałby się prosto pod półciężarów­

kę z nawozami, ale jakimś cudem oba samochody znalazły 

się na poboczu. Furgonetka wylądowała w rowie, cięża­

rówka miała dachowanie. Kiedy mój zastępca sprawdził, 

że jej kierowcy nic złego się nie stało, podszedł do furgo­

netki - i oberwał kulą w stopę. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

39 

- Został postrzelony! 

Hunter skinął głową. 

- Wyjdzie z tego? 

- Będzie żył. - Hunter opadł na kanapę. - Biorąc pod 

uwagę to, że kula mogła zrobić mu większą krzywdę, po­

winien dziękować Bogu. 

- Jakoś nie słyszę w twoim głosie współczucia. 

- Masz dobry słuch. Musiałem zastąpić go na nocnym 

patrolu, a potem odwalić własny dyżur! 

- Przecież to nie jego wina, że został postrzelony! 

- Oczywiście, że jego. 

- Słucham? 

- Powiedziałem, że to jego wina. A niby czyja jeszcze? 

- Faceta, który do niego strzelał. 

- Oczywiście. 

- Aresztowałeś go? 

- Miałem na to cholerną ochotę, możesz mi wierzyć. 

- Chcesz powiedzieć, że go puściłeś...? 

- Leży w szpitalu, w Summerville. 

- A potem go zamkną? 

- Niestety, prawo nie karze za głupotę. 

- Wypuścisz na wolność kierowcę tej furgonetki? 

- Oczywiście, że nie. Facet jest pod kluczem i czeka na 

przeniesienie do aresztu okręgowego. 

- Ale przecież powiedziałeś... 

- Zastępca szeryfa Carberry postrzelił się własnoręcz­

nie. Zbliżał się do furgonetki, sięgając do kabury po broń 

i wtedy potknął się o coś - nie wiem, o jakiś kamień albo 

korzeń. Nacisnął odruchowo cyngiel i przestrzelił sobie 

duży palec u nogi. Ten cholerny głupiec nie miał na sobie 

regulaminowych butów. Kiedy do niego podbiegłem, bar-

background image

40 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

dzo krwawił. Fatalnie to wyglądało, ale w szpitalu okazało 

się, że nic mu nie grozi. 

Bardzo krwawił. Gaylynn zbladła na te słowa. 

- Wyglądasz nie najlepiej - zauważył Hunter. - Nie 

masz chyba zamiaru zemdleć? - Podszedł do niej i przy­

ciągnął delikatnie do siebie, zmuszając, żeby położyła gło­

wę na jego piersi. 

Ukryta w jego mocnych ramionach, czuła, że traci kon­

trolę nie tylko nad swoim ciałem. Przestań, rozkazała sobie, 

zaciskając powieki. Nie zachowuj się jak dziecko i wróć 

na ziemię. To przeszłość, więc po co do niej wracasz... 

- Ty cała drżysz - powiedział z niedowierzaniem Hun­

ter. - Ta reakcja ma związek z tym, co ci się przydarzyło, 

prawda? 

- Nie chcę o tym rozmawiać. 

- Mogłabyś mi jednak cokolwiek powiedzieć. Wyciąg­

nę z ciebie prawdę, w ten czy inny sposób. 

- Jakim prawem... - zaczęła krzyczeć. 

- Takim. - Hunter przerwał jej i zamknął usta poca­

łunkiem. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Hunter próbował tylko uświadomić Gaylynn, iż nie po­

zwoli jej dłużej unikać prawdy. I że nie pozwoli jej uciec 

przed nim. 

Gaylynn chciała tylko, żeby wybił sobie z głowy, iż 

może jej rozkazywać jak przed laty, kiedy była zakochaną 

w nim nastolatką. 

W chwili gdy poczuła na ustach jego wargi, przestała 

walczyć. Żarliwość pocałunku Huntera zaskoczyła ją. 

Odkrył się. Okazał, jak bardzo jej pragnie. 

Nie ukrywała, że czuje to samo. 

Czy dlatego uległa pod naporem jego języka, że kusił 

ją w taki sposób, czy z powodu własnego pożądania? Jakie 

to ma znaczenie? Pragnęła, żeby ta chwila trwała w nie­

skończoność. 

Przyciągnął ją do siebie mocniej. Zaborczym gestem 

zacisnął dłonie na jej ramionach. Niepotrzebnie. Ani my­

ślała z nim walczyć. Postanowiła poddać się bezwarunko­

wo. Po to, żeby poczuć smak zwycięstwa. Tłumiąc w sobie 

resztki niepewności, objęła go za szyję. 

Na jeden krótki moment przylgnęli do siebie i trwali 

nieruchomo, wstrzymując oddech, doskonale zespoleni, 

lecz nagle Hunter odsunął ją od siebie. 

Zdumiona, z sercem bijącym jak młotem i pustką 

background image

42 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

w głowie, Gaylynn patrzyła na Huntera, mrugając nerwo­

wo powiekami. 

Uniosła rękę i drżącymi palcami dotknęła swoich roz­

palonych pocałunkiem ust. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - odezwała się ochrypłym 

szeptem. Zapytała bezwiednie o przyczynę jego nagłego 

gestu, o to, dlaczego przestał ją całować i dlaczego ode­

pchnął. 

- To nie było zamierzone... - mruknął pod nosem Hun­

ter, przeczesując ręką włosy. - Chciałem tylko dać ci na­

uczkę... 

- Nie wysilaj się - przerwała mu, czując, że robi jej się 

ciemno przed oczami. 

A więc pocałował ją tylko po to, żeby dać jej nauczkę? 

Tak po prostu, z zimną krwią? 

- Próbowałem cię skłonić do rozmowy, prosiłem, żebyś 

mi powiedziała, co cię dręczy... 

- Twoje pożal się Boże „metody dochodzeniowe" przy­

prawiają mnie o mdłości! - wykrzyknęła z gniewem, zaci­

skając dłonie na pasku szlafroka. 

Jej złość nie zniechęciła Huntera. Wiedział, że kiedy 

Gaylynn krzyknęła: „Nie zbliżaj się do mnie!", naprawdę 

chciała zawołać: „Nie rań mnie". 

- Przecież mnie możesz zaufać - zapewnił ją z za­

pałem. 

- O tak, udowodniłeś to czynem - odparowała drwiąco. 

Dostrzegła w jego oczach urazę i rozczarowanie, i to 

wystarczyło, żeby złość uszła z niej jak powietrze z prze­

kłutego balonu. Dalszy upór stracił sens. Teraz miała jesz­

cze jeden powód do strachu - bała się uczucia, które roz­

palił w niej Hunter. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 43 

Gdyby, otwierając zaklętą szkatułkę, zobaczyła właśnie 

jego, mogłaby winić magię cygańską za to, co się z nią 

działo. Niestety. Nie miała tym razem żadnego usprawied­

liwienia. 

Tym jednym pocałunkiem obnażyła się przed nim bar­

dziej, niż chciała. Musiała znaleźć jakąś drogę odwrotu. 

Mogła jedynie liczyć to, że kiedy Hunter zaspokoi już 

swoją ciekawość i pozna przyczynę jej udręki - zacznie 

działać. Po pierwsze, zaproponuje jej wsparcie duchowe. 

Ona je przyjmie.. Na odczepnego. Jeżeli odmówi, niewy­

kluczone, że pomysłowy szeryf jeszcze raz spróbuje użyć 

wobec niej siły swojego męskiego uroku. Z jednej strony, 

pragnęła tego rozpaczliwie, z drugiej - bała się. 

Gdyby Hunter dowiedział się całej prawdy -jak głębo­

ko sięga jej uraz i jak bardzo jest przerażona - uciekł­

by gdzie pieprz rośnie i poszukał łatwiejszego zadania. 

Nie, nie miała powodu myśleć o nim w ten sposób. Hunter 

nie zostawiłby bez pomocy żadnego cierpiącego stworze­

nia. Próbowałby ją wyleczyć - tak jak ptaki ze złamanymi 

skrzydłami, którym, jako chłopak, ratował życie. 

Więc co powinna zrobić? Co ktoś inny zrobiłby na jej 

miejscu, znajdując się między młotem a kowadłem? Posta­

nowiła opowiedzieć mu o napadzie i liczyć na to, że wszy­

stko się jakoś ułoży... I starać się nie patrzeć mu w oczy. 

- Proszę, powiedz mi... - szepnął Hunter i wziął ją za 

rękę. 

- Posłuchaj, to nie jest... Powiem ci, jeśli przyrzek­

niesz, że nie powtórzysz tego mojemu bratu ani nikomu 

innemu. - Widząc, że chce zaprotestować, wyrwała rękę 

i spojrzała mu prosto w oczy... 

- Zgoda. 

background image

44 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Przyrzeknij. 

- Przyrzekam. 

- Chodzi o to... Coś się wydarzyło w szkole. Miesiąc 

temu napadł na mnie chłopak, jeden z moich byłych ucz­

niów. To była moja wina... 

- To była twoja wina, że cię napadł? 

- Zostałam w szkole dłużej niż zwykle. To była głupota 

z mojej strony. Zdarzały się przecież różne nieciekawe hi­

storie. To nie znaczy, że było wyjątkowo groźnie, nic po­

dobnego, ale o pewnych środkach ostrożności należało pa­

miętać. Tamtego popołudnia zachowałam się jak idiotka, 

zlekceważyłam wszelkie zasady bezpieczeństwa. 

- Zranił cię? 

- Nie, właściwie nie. Przyłożył mi nóż do gardła. To 

był smarkacz, narkoman na dużym haju. Nie miałam po­

jęcia, do czego może być zdolny. Oddałam mu wszystkie 

pieniądze, on je złapał i uciekł. W ostatniej chwili go roz­

poznałam. Zadzwoniłam na policję... 

- Zeznawałaś na policji? Więc jak to możliwe, że Mi­

chael o niczym nie wie? 

- Zrobiłam to tak, żeby się nie dowiedział. Miał wtedy 

wystarczająco dużo własnych kłopotów. Tego jeszcze bra­

kowało, żeby zajmował się moimi. 

- Ktoś jednak powinien - mruknął posępnie Hunter. 

Gaylynn spojrzała na niego wymownym wzrokiem. 

- Dobrze, już dobrze, nie denerwuj się... Mów dalej. 

Złapali tego szczeniaka? 

- On... on zginął następnego dnia. Wróciłam z pracy 

i zobaczyłam go w telewizji. Uciekał, ścigała go policja 

i wpadł prosto pod autobus. Zginął na miejscu. - Gaylynn 

nie mogła wydusić z siebie ani słowa więcej. Nie była 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

45 

w stanie mówić o krwi na asfalcie. O swoich natarczy­

wych, koszmarnych wizjach. 

- I z tym wszystkim próbujesz poradzić sobie sama, 

bez niczyjej pomocy? 

- Nie, kiedy zaczęłam płakać i nie mogłam przestać, 

wiedziałam już... zrozumiałam, że ktoś musi mi pomóc. 

Byłam u terapeuty. Oczywiście wiem, dlaczego tak się czu­

ję. Potrzebuję tylko czasu, żeby się z tym uporać. 

- Więc po to tu przyjechałaś? 

Kiwnęła głową. 

- To głupie, że postanowiłaś radzić sobie z tym sama. 

Powinnaś wyrzucić to z siebie, powiedzieć rodzinie, swoim 

przyjaciołom. Po to człowiek ich ma! 

Jakby słyszała ton głosu swojego starszego brata. 

- Powiedziałam przyjaciółce, z którą wynajmuję mie­

szkanie na Lincoln Park. Musiałam jej wytłumaczyć, dla­

czego wyjeżdżam na kilka tygodni z miasta. Zostawiłam 

jej pieniądze na opłacenie czynszu do końca roku szkolne­

go. Starałam się nad wszystkim panować i udawało mi się 

- dopóki ty się nie pojawiłeś. Pozbieram się jakoś, spokoj­

na głowa, ale naprawdę muszę odpocząć. Uczę od siedmiu 

lat w tej samej szkole, więc pewnie zasługuję na kilka 

tygodni urlopu. Wygląda na to, że los zmusił mnie do 

spauzowania... 

- A nie myślisz przypadkiem w ten sposób... - Hunter 

mierzył ją świdrującym wzrokiem - że ponosisz winę za 

śmierć tamtego smarkacza? 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Znam cię. 

- Mniej, niż ci się wydaje. 

- Możliwe. Ale wiem, że należysz do ludzi, dla których 

background image

46 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

każda niepotrzebna śmierć jest tragedią nie mówiąc 

o śmierci chłopca, który był twoim uczniem. Michael nie­

raz mi opowiadał, że poświęcasz swoim uczniom mnóstwo 

wolnego czasu, za własne pieniądze kupujesz dodatkowe 

pomoce, stajesz na głowie, żeby każde dziecko czuło się 

ważne i potrzebne. 

- Bo wszystkie dzieci są ważne i potrzebne. To one są 

naszą nadzieją na przyszłość, choć brzmi to banalnie. 

A wracając do twojego pytania, rozsądek mi mówi, że nie 

ponoszę żadnej winy za śmierć Duane'a. 

Gaylynn nie chciała rozmawiać z Hunterem o swoich 

wyrzutach sumienia, o tym, że wciąż, obsesyjnie, zastana­

wia się, czy Duane Washington żyłby dzisiaj, gdyby ona 

postąpiła inaczej i nie została po lekcjach w szkole. Poli­

cjanci jej tłumaczyli, że nawet gdyby nie doniosła im o na­

padzie, zrobiłby to ktoś inny. Duane był poszukiwany za 

kilka innych przestępstw. 

- Męczy mnie po prostu myśl - powiedziała po chwili 

- że niczego nie zrobiłam, żeby zapobiec tragedii tego 

chłopca. Ale jeśli mnie znasz, to dobrze wiesz, że jestem 

twarda. Odpocznę i wrócę do szkolnej harówki. W tych 

górach jest taki spokój, trudno wymarzyć sobie lepsze 

miejsce na odpoczynek. Zapomnę na jakiś czas o mieście, 

może trochę poszkicuję. 

- Nie wiedziałem, że rysujesz. 

- Sama o tym nie wiedziałam - powiedziała z gorzkim 

uśmiechem. - Przez całe życie byłam przekonana, że nie 

umiem rysować. Może brakowało mi natchnienia. Boże, 

tutaj jest tak pięknie, że każdy znalazłby natchnienie. 

- Chyba masz rację - zgodził się Hunter, nie odrywając 

od niej oczu. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

47 

Gaylynn nerwowym gestem odgarnęła z policzków 

włosy. Przestała być sobą. Czuła się bezbronna, zupełnie 

nie panowała nad swoimi emocjami. Dlatego przylgnęła 

tak do Huntera. 

- Teraz sam widzisz, że nie jestem największym zu­

chem w rodzinie Janosów - powiedziała ponuro, a potem 

jej głos się załamał. - Właściwie nie wiem już, kim jestem. 

Hunter wiedział, kim jest Gaylynn - niezwykłą kobietą, 

a on musiał sprawić, żeby w swoją niezwykłość uwierzyła. 

Nie mógł jej tego po prostu powiedzieć, bo nie potrakto­

wałaby jego słów poważnie. Widział w jej oczach bezrad­

ność, którą tak rozpaczliwie próbowała ukryć. A jeszcze 

głębiej - ślepy strach. Nie, zwykłe słowa na nic by się nie 

zdały. Musiał jej przypomnieć, kim jest naprawdę. 

On sam odkrywał ją na nowo i z każdą minutą wyda­

wała mu się wspanialsza. Ale po sprowokowanym przez 

niego pocałunku - pocałunku, który był jak trzęsienie zie­

mi - nie mógł dłużej udawać, że wtrącał się w jej sprawy 

i ofiarował pomoc tylko dlatego, że była siostrą Michaela. 

Pora skończyć z tą grą pozorów. Jego uczucie do Gaylynn 

nie było platoniczne. Pociągała go swoją urodą, budziła 

w nim pożądanie, apetyt na seks -jakkolwiek by to wyra­

zić, czysta przyjaźń nie wchodziła w grę. 

Ale Hunter nie zapominał i o tym, że Gaylynn całe 

swoje życie spędziła w wielkim mieście, z przerwami na 

egzotyczne, fascynujące podróże po całym niemal świecie. 

Nigdy nie przywykłaby do życia w spokojnym, zagubio­

nym w górach Lonesome Gap. Teraz Gaylynn cierpiała 

i przyjechała na to odludzie leczyć rany. Ale wcześniej czy 

później dojdzie do siebie. A on przysiągł sobie, że jej 

w tym skutecznie pomoże. Kiedy więc odzyska dawną for-

background image

48 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

mę i znów będzie odważna oraz pewna siebie, wróci do 

Chicago. To jedno było pewne. 

Z drugiej strony, dotychczasowe doświadczenia Huntera 

z kobietami nauczyły go ostrożności. Jego małżeństwo się 

rozpadło. Po pierwsze dlatego, że był policjantem, po dru-

gie: jego żona nie mogła znieść życia na odludziu. Od 

tamtej pory postanowił, że z płcią przeciwną będzie utrzy­

mywał wyłącznie związki niezobowiązujące i powierz­

chowne. Ale nikt nie mógłby traktować powierzchownie 

Gaylynn Janos... 

Przede wszystkim, nie wybiegając myślami w dalszą 

przyszłość, powinien pomóc Gaylynn wrócić do równowa­

gi psychicznej. A żeby to zrobić, musiał skłonić ją w jakiś 

sposób do opuszczenia swojego schronienia. 

Dwa tygodnie zajęło Hunterowi opracowanie szczegó­

łowego planu. W tym czasie próbował kusić, straszyć 

i prowokować Gaylynn w najróżniejszy sposób do tego, 

żeby opuściła górską kryjówkę. 

Nic z tego. Poklepywała go po policzku i zbywała byle 

czym, przekonując, że czuje się doskonale. I rzeczywiście, 

wyglądała coraz lepiej. Ale dawny błysk w oczach nie 

powrócił. 

Hunter nigdy nie należał do ludzi, którzy łatwo dają za 

wygraną, więc i tym razem nie zamierzał się poddać. Kiedy 

zawiódł plan A, wypróbował plan B. Doszedł wreszcie do 

planu M albo N. 

Gaylynn otworzyła mu drzwi, gdy tylko usłyszała pu­

kanie, szybciej niż się spodziewał. Miała na sobie dżinsy 

i jasnobrzoskwiniową dżersejową bluzkę z krótkimi ręka­

wami i koronkową wstawką przy dekolcie. Opaliła się nie-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

49 

co, a padające przez matową szybę światło sprawiało, 

że wyglądała romantycznie. Piękniej niż kiedykolwiek. 

Hunterowi gwałtownie zabiło serce, jak gdyby ujrzał ją 

po raz pierwszy w życiu. Jego ciało rozpoznało w jej cie­

le swoje dopełnienie, jakby drugą połowę zamierzonej 

całości. 

- Coś się stało? - spytała Gaylynn z niepokojem w gło­

sie. - Wyglądasz tak, jakbyś dostał obuchem w łeb. 

- Zaczynasz góralską gadkę, co? - spytał z południo­

wym akcentem, pożerając ją wzrokiem. 

- Czym mogę ci służyć? 

Wyobraził sobie, że leży naga w jego ramionach. Wizja 

była tak natarczywa i tak realistyczna, że stracił na chwilę 

głos. 

- Hunter...? 

- Tak...? Wyjątkowo piękny dzień, prawda? 

- Prawda. Wpadłeś, żeby porozmawiać ze mną o po­

godzie? 

- Wpadłem, bo umówiliśmy się na randkę. 

Coraz bardziej zdezorientowana, patrzyła na niego 

w milczeniu. 

- Pamiętasz, którego dzisiaj mamy? 

- Oczywiście, że nie. Chyba... - Z zamkniętymi ocza­

mi i zmarszczonym nosem próbowała ustalić właściwą da­

tę. - Już wiem! - Strzeliła palcami. - Pierwszy kwietnia! 

- Prima aprilis! 

- Cudownie... Pamiętam, że ty, Michael i Dylan robi­

liście mi tego dnia paskudne kawały. 

- Coś takiego! 

- Zapomniałeś? Któregoś roku włożyliście do filtra nie­

bieską farbkę, ultramarynę, i z kranu leciała bez przerwy 

background image

50 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

niebieska woda. Kiedy mama zobaczyła wyraz mojej twa­

rzy, omal nie dostała ataku serca. 

Sam był bliski ataku serca. Gaylynn uśmiechała się nie­

winnie, wspominając dawne czasy, a jemu krew pulsowała 

w skroniach jak chłopakowi, który po raz pierwszy w ży­

ciu widzi naprawdę piękną kobietę. Odwrócił wzrok, żeby 

przywołać się do porządku. Przyszedł, żeby wywabić Gay­

lynn z jej kryjówki, a nie zedrzeć z niej ubranie i wciągnąć 

do łóżka. 

- No dobrze... - Odchrząknął, żeby odzyskać natural­

ne brzmienie głosu. - Czy nie mógłbym cię dzisiaj namó­

wić na przejażdżkę po najpiękniejszych okolicach Blue 

Ridge? 

- Pytasz mnie o to w każdy wolny od pracy dzień. Mo­

ja odpowiedź brzmi tak samo: dziękuję, nie. 

- Trudno. Chodźmy więc. - Wziął ją za rękę i delikat­

nie wyprowadził z domu. 

- Poczekaj! Powiedziałam, że nigdzie z tobą nie jadę. 

- Wiem. Słyszałem. Nigdzie nie pojedziemy. Idziemy 

na spacer. 

- Na spacer? Jaki spacer? Dokąd? - zapytała pode­

jrzliwie. 

- Na zwykły spacer. Chodź, chciałbym ci coś pokazać. 

Ścisnął mocniej jej rękę i poprowadził wąską ścieżką 

przez las. Poczuła cudowne ciepło promieniujące od czub­

ków jej palców do samego serca. Kiedy odwzajemniła 

uścisk, Hunter uśmiechnął się, przyspieszając kroku. 

- Podobno tutejsi górale znają nie mniej słów na 

określenie wiosennej zieleni niż Eskimosi na opisanie 

śniegu. 

- Wierzę - powiedziała, rozglądając się z zachwytem. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

51 

- A te polne kwiaty? Jest ich tu zatrzęsienie, a ja znam 

może ze trzy nazwy... Dzwonki, anemony, fiołki... 

- Możesz mnie pytać, znam trochę więcej ich nazw. 

- Żartujesz? W Prima aprilis? Nic z tego, zapytam cię 

kiedy indziej. 

- Daj spokój, przecież nie zmyślałbym nazw kwiatów 

polnych. 

- Jestem zmęczona. Wracajmy - westchnęła Gaylynn 

po dwudziestu minutach drogi przełęczami. 

- Jeśli przejdziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów, to zo­

baczysz widok, dla którego warto się zmęczyć. 

- Muszę odpocząć - powiedziała stanowczo. 

- Nie wyprzęgaj koni przed brodem. 

- Słucham...? 

- Nie znasz tego przysłowia? Kiedy czujesz, że jest ci 

ciężko, nie wolno się zatrzymywać i poddawać. Trzeba 

pchać wózek dalej, zacisnąć zęby i iść. 

- Popchnęłabym swój wózek dalej, ale stoi przede mną 

facet ogromny jak góra. - Uśmiechnęła się, poklepując go 

po ramieniu. - Zasłaniasz mi widok. 

Tak naprawdę przez niemal dwadzieścia minut przyglą­

dała mu się z zachwytem. Zauważyła, że chodzi jak do­

świadczony wędrownik. 

To, co zobaczyła kilkanaście metrów dalej, rzeczywiście 

warte było każdego wysiłku. 

- I co, podoba ci się? 

- Bardzo... 

Niebo było intensywnie błękitne. Regularne pasma 

mglistoniebieskich gór (nigdzie na świecie nie oglądała 

krajobrazu w takim kolorze) ciągnęły się aż po horyzont. 

Pojedyncze wzgórza oddzielały od siebie głębokie, wąskie 

background image

52 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

jary. Kiedy przymknęła powieki, widziała tylko morze fa­

lujących grzbietów. 

Oniemiała z zachwytu Gaylynn pomyślała, że jest coś 

mistycznego w sposobie, w jaki kolejne górskie granie 

przenikają jedna w drugą - położone najbliżej są najcie­

mniejsze, najdalsze całkiem jasne, z nieskończoną ilością 

odcieni pomiędzy pierwszym a ostatnim, zanikającym 

w oddali pasmem. 

- Opowiem ci, w jaki sposób, według Czirokezów, po­

wstały te góry - powiedział Hunter. - Dawno, dawno te­

mu, gdy ziemia była wilgotna, miękka i bardzo płaska, 

przyleciał nad nią Wielki Myszołów. Został wysłany na 

zwiady i miał za sobą bardzo długą drogę. Kiedy dotarł do 

celu, był już ogromnie zmęczony i zawadzał skrzydłami 

o błotnistą glebę. Tak powstały doliny. Przy każdym unie­

sieniu jego skrzydeł wyrastała góra. 

- Od tamtych czasów te góry były świadkiem wielu 

cierpień - odezwała się Gaylynn. - Szczególnie Cziroke­

zów. Żyli tu spokojnie przez tysiąc lat i może trwałoby 

to dłużej, gdyby prezydentem Stanów nie został Andrew 

Jackson. Z powodu odkrytych niedaleko złóż złota wysłał 

przeciwko nim wojsko i tysiące ludzi z tego plemienia ze­

słał na wygnanie - Szlakiem Łez - aż do Oklahomy. 

- Niektórym Czirokezom udało się tu zostać i prze­

trwać - dodał Hunter. - Moja prababka pochodziła z tego 

plemienia. Mieszkała w rezerwacie Qualla. 

- Nie wiedziałam, że w twoich żyłach płynie indiańska 

krew. 

- Podobno odziedziczyłem po swojej prababce deter­

minację - powiedział z uśmiechem. - Udało mi się zali­

czyć z tego powodu kilka solidnych bójek. Ale w szkole 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

53 

opinię „gorącej głowy" zawdzięczałem w równym stopniu 

irlandzkiemu pochodzeniu. To był oczywiście jeden z ła­

godniejszych epitetów. 

- Irlandzkie pochodzenie! A więc stąd ta dusza po­

chlebcy! 

- Panieńskie nazwisko mojej matki brzmi O'Brien. 

Mieszkańców Chicago ceniła za to, że uroczyście obcho­

dzą Dzień Świętego Patryka. 

- Wracajmy - powiedziała nagle Gaylynn, ale uszła 

zaledwie kilkanaście kroków i zatrzymała się raptownie. -

O rany, poczekaj! - jęknęła. 

- Co się stało? - Hunter chwycił ją za łokieć, podpro­

wadził do najbliższej kłody i pomógł usiąść. 

- Nic, jakiś kamień wpadł mi do buta. - Krzywiąc się, 

rozwiązała sznurowadło lewego adidasa. 

Hunter usiadł obok. Patrzył, jak kładzie stopę na pra­

wym kolanie i zdejmuje z niej but. Znów byli w lesie, 

w otoczeniu zieleni. Szczyt zbocza zasłonił im całkowicie 

widok gór. 

Nagle za ich plecami rozległ głośny, przejmujący skrzek. 

Przerażona Gaylynn zachwiała się i niewiele brakowało, 

a upadłaby na plecy w gąszcz paproci. Nie wiedziała, jakim 

cudem znalazła się w ramionach Huntera, skulona, z policz­

kiem przyciśniętym do jego torsu. 

- Co to było? - spytała drżącym głosem. 

- Sójka. 

- O Boże... - Zawstydzona Gaylynn chciała wyrwać 

się z jego objęć, ale zdołała tylko podnieść głowę i spojrzeć 

mu w oczy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Ich pierwszy pocałunek, dwa tygodnie temu, był gwał­

towny jak burza, teraz natomiast całowali się powoli, z czu­

łością, rozmyślnie dawkując sobie rozkosz. Ani on, ani ona 

nie chcieli się spieszyć, ale opanowanie Huntera wzmagało 

w Gaylynn jeszcze bardziej pragnienie, doprowadzało ją 

do szaleństwa. 

Kiedy chwyciła delikatnie zębami jego dolną wargę, 

mruknął z uznaniem i przygarnął ją do siebie mocniej. 

Miała piersi przyciśnięte do jego torsu. Wplątał palce w jej 

włosy, delikatnie masując skórę głowy. Uwielbiała to. Każ­

da nowa pieszczota była wielkim odkryciem - i potwier­

dzeniem tego, o czym wiedziała od dawna: że żaden inny 

mężczyzna nie działał na nią w ten sposób. 

Pożądanie rosło, całowali się więc coraz bardziej za­

chłannie, instynktownie, pieszczotą języków powtarzając 

odwieczny rytm miłości. Gaylynn osunęła się delikatnie na 

kolana Huntera. 

Poczuła, jak bardzo jest podniecony, gdy nagle ich usta 

rozłączyły się i oboje omal nie upadli na ziemię. 

Gaylynn poderwała się gwałtownie, zapominając, że jest 

tylko w jednym bucie. Najpierw spojrzała na swoją bosą 

stopę, a potem na uśmiechniętą twarz Huntera. 

A wszystko mogło być takie proste, pomyślała. Jak ła­

two przyszłoby jej zakochać się w Hunterze. Była już 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

55 

w pół drogi... W pół drogi do miłosnej udręki. Dlaczego 

nie mogła się w nim zakochać, kiedy była normalną, zrów­

noważoną kobietą, dostatecznie silną, żeby walczyć o nie­

go, o jego miłość? Kiedy na niego zasługiwała. 

Być może Hunterowi sytuacja wydawała się zabawna. 

Jej ani trochę. 

- Komu w drogę, temu czas - mruknęła pod nosem, 

zawiązując sznurowadła. - Wracajmy do domu. 

- Blue, ty cwaniaku! - krzyknęła radośnie Gaylynn. 

Kremowy kociak rzucił się na sznurek, który ciągnęła po 

podłodze, i zaczął się nim bawić. 

Przez dwa tygodnie kocia rodzina oswoiła się z nią na 

tyle, że wszystkie trzy koty zaglądały na werandę. Spook 

wolał chować się pod podłogą, a mama, Cleo, wybrała 

miejsce na schodach, z którego mogła mieć oko na jedno 

i drugie dziecko. 

Gaylynn przywiązała się do całej trójki jeszcze bardziej 

niż koty do niej. Któregoś dnia urządziła im nawet posłanie 

- w kartonowym pudełku, do którego Michael włożył cy­

gańską szkatułkę. 

Zaczarowany przedmiot postawiła na stoliku przy kana­

pie. I odtąd bardzo często o nim myślała. 

Kiedy Blue zwinął się w kłębek na jej kolanach i zasnął, 

Gaylynn zaczęła przeglądać papiery, które znalazła w pu­

dełku pod szkatułką. 

Na niektórych rozpoznała pismo swojej matki, która, jak 

opowiadał im ojciec, spisała wiele rodzinnych legend pod 

dyktando jego matki. Gaylynn nie znała babci, ponieważ 

urodziła się wiele lat po jej śmierci. Według jednego z prze­

kazów, nie wszystkim przodkom Janosów zaklęta szkatuł-

background image

56 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ka przyniosła szczęście. Był taki, który próbował ją sprze­

dać, a wkrótce potem zginął rażony piorunem. 

Matka Gaylynn napisała w post scriptum: 

„Nikt nie wie dokładnie, jak stara jest magiczna szkatułka 

- Romowie liczą czas inaczej niż my. Niektóre historie po­

wiązałam ze znanymi faktami historycznymi, na przykład 

wydarzeniami z końca XVIII wieku. W tamtych czasach zda­

rzyło się, że młody Cygan, otwierając szkatułkę, nie zachował 

ostrożności i zakochał się w zamężnej kobiecie. Niestety, ona 

w nim również. Ich miłość zakończyła się tragicznie: oboje 

popełnili samobójstwo w domku myśliwskim jej męża". 

- Unikaj jak zarazy domków myśliwskich i żonatych 

mężczyzn - mruknęła Gaylyn. - Przede wszystkim dlate­

go, że jedna z moich protoplastek zakochała się bez wza­

jemności w jakimś durnym arystokracie. Tak, tak, kotku, 

wiem, jak to jest... - zwróciła się do Blue, który mrucząc 

błogo, przeciągał się po drzemce. - Miłość bez wzajemno­

ści to przykra sprawa, nie da się ukryć. Ale żeby wierzyć 

w miłosne zaklęcia? Żeby chociaż były solidne, a nie takie 

wybrakowane, które działają w co drugim pokoleniu... 

Przeczytała jeszcze kilka innych historii. 

Niektórym szkatułka przynosiła wielkie szczęście, tak 

jak w przypadku Cygana, który zakochał się w austriackiej 

hrabiance. Oboje żyli długo i szczęśliwie. Wiele zdziałali 

dla poprawy losu Cyganów wędrujących po ich włościach. 

Cyganka z innej opowieści zakochała się w najznako­

mitszym mężczyźnie ze swojego klanu, mimo że był od 

niej dużo starszy. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

57 

Kiedyś dzięki zaklętej szkatułce zakochali się w sobie 

chłopak i dziewczyna ze zwaśnionych klanów, co zapo­

biegło wojnie plemion i doprowadziło do trwałej zgody. 

- Ciekawe, czy ta Cyganka zakochana w arystokracie 

choć raz się z nim przespała? - Gaylynn wypowiedziała na 

głos pytanie, na które nie znalazła odpowiedzi w zapiskach 

swojej matki. 

Ostrożnie, żeby nie obudzić śpiącego kota, sięgnęła po 

szkatułkę. Dotknąwszy dziwnie ciepłego metalu, poczuła 

mrowienie w palcach. Pomyślała, że okna były nie zasło­

nięte i pudełko nagrzało się od słońca. Właściwie po raz 

pierwszy oglądała je z bliska. Na misternie grawerowanym 

wieczku zauważyła drzewa palmowe i żeglującą łódź. 

- Co to może znaczyć? - zastanowiła się głośno. - Że 

wybiorę się niedługo w podróż statkiem? 

Lewy róg szkatułki ozdabiały cztery półksiężyce, w pra­

wym wielkie pękate słońce chowało się za górami. 

- A może los chciał, żebym przyjechała w te góry? 

Otworzyła szkatułkę, pamiętając, że w środku jest sre­

brny kluczyk. Tak mówił Michael. Ale zamiast kluczyka 

znalazła order z czerwono-białymi, spłowiałymi ze starości 

wstążkami. 

Trzymając go w jednej ręce, drugą jeszcze raz przekar-

tkowała zapiski swojej matki, nie znalazła w nich jednak 

żadnej wzmianki ani o medalu, ani o żadnym innym przed­

miocie ukrytym w szkatułce. 

Wiele się tego popołudnia dowiedziała. Dotąd miała na­

dzieję, że urokowi miłosnemu poddają się tylko osoby stanu 

wolnego, nie związane uczuciowo z nikim innym, tymcza­

sem. .. niekoniecznie. Kawalerowie czy żonaci, młodsi czy 

starsi - nie miało to żadnego znaczenia. Nie pozostawało jej 

background image

58 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

nic innego, jak modlić się albo zaklinać los, żeby stary 

włóczęga, którego zobaczyła na skraju lasu, okazał się 

odporny na magię. Nie pragnęła na razie niczego więcej. 

- Gaylynn, rozumiem, że przez całe życie czekałaś na 

tę chwilę - powiedział z dobroduszną miną Hunter - ale 

nie pozwól, żeby zjadły cię nerwy. 

- Ucisz się w końcu i pozwól mi grać. 

- Myślałem, że to będzie przyjacielska rozgrywka. Nie 

zażarty pojedynek. 

- Mów za siebie. - Wzięła głęboki oddech i skoncen­

trowała się na siatce. Piłka odbiła się od tablicy i zatoczyła 

półokrąg na metalowej obręczy kosza, zanim wpadła do 

środka. - Kosz! - zawołała radośnie. 

- Spokojnie, to nie rozgrywki NBA. 

- Wściekasz się, bo wygrywam. 

- Wolnego, jeszcze nie wygrywasz! Masz tylko kilka 

punktów przewagi... 

- Dziesięć. 

Kiedy Hunter przyszedł do niej po południu, w pier­

wszej chwili bez entuzjazmu przyjęła propozycję, żeby 

poszła do niego i zagrała z nim w koszykówkę. Znalazł 

jednak na nią sposób. Z premedytacją przypomniał dawne 

czasy, kiedy on i Michael nigdy nie dopuszczali jej do gry. 

- Możesz się teraz zemścić - kusił. - Będę z tobą grał 

tak długo, jak sama zechcesz. 

Ze swoim niezbyt imponującym wzrostem na wygraną 

z Hunterem, któremu sięgała najwyżej do ramion, specjal­

nie nie liczyła. Ale miała też pewne atuty - dobrą koordy­

nację wzrokowo-ruchową, refleks i możliwość rozprosze­

nia jego uwagi. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

59 

Najpierw pozbyła się zapinanej na suwak wiatrówki. 

Było gorąco, postanowiła więc grać w samej bluzce, a wła­

ściwie w krótkim bawełnianym kaftaniku kończącym się 

dziesięć centymetrów powyżej pasa. Ponadto miała na so­

bie czarne legginsy. 

Gaylynn nie ubrała się tak rozmyślnie - odbywała swoją 

codzienną gimnastykę, kiedy pojawił się Hunter - ale ów 

skąpy, delikatnie mówiąc, kostium dał jej niewątpliwie 

przewagę w meczu. Ona, doskonale skupiona, nie odrywa­

ła oczu od piłki, on - od jej nagiej talii. 

- Faul! - krzyknął Hunter, kiedy wpadła na niego po 

raz kolejny. 

- Akurat! Daj spokój, Hunter, widziałam czwartoklasi­

stów grających w kosza lepiej od ciebie. 

- Jasne. A ja widziałem lepiej dryblujących przedszko­

laków - odparował ze śmiechem, kiedy próbowała odebrać 

mu piłkę. 

- Ja też. Szkoda, że nie znasz Hope, mojej bratanicy, 

która zaczyna dopiero chodzić. Piękny widok! 

Hunter podziwiał jeden naprawdę piękny widok, a była to 

Gaylynn - z włosami wpadającymi do oczu, rozpalonymi 

policzkami i uśmiechem na ustach, który sprawiał, że serce 

miękło mu jak wosk, a inne części ciała twardniały aż do bólu. 

Niesamowite, znowu wrzuciła piłkę do kosza, tym ra­

zem zdobywając trzy punkty. 

Do końca meczu udało mu się zmniejszyć jej przewagę 

do jednego punktu. 

Kiedy próbował ochłonąć, ze schyloną głową i dłońmi 

zaciśniętymi na kolanach, Gaylynn podeszła do niego od 

tyłu, objęła ramieniem, a potem pocałowała w spocony po­

liczek. Fala ciepła uderzyła mu do głowy. 

background image

60 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Za co ta nagroda? 

- Za to, że nie udawałeś dżentelmena i nie dawałeś mi 

forów. Musiałam się napracować. Wygrałam całkiem fair! 

- Czyżby? Całkiem fair? W tym ubraniu? 

- To nie moja wina, że łatwo się rozpraszasz. 

- Mniejsza o to. Nie wiem, jak ty, ale ja napiłbym się 

czegoś zimnego. Chodźmy do domu. W lodówce mam wodę 

i piwo. - Pewny, że przyjmie jego zaproszenie, wszedł na 

schody, ale ku jego zaskoczeniu, Gaylynn nie poruszyła się. 

- Coś nie tak? Masz coś przeciwko zimnym napojom? 

- zapytał ze zmarszczonym czołem. - Czy boisz się, że 

mam w domu taki bałagan, że będziesz musiała zamknąć 

oczy? Nie ma sprawy, możesz poczekać, a ja sam pójdę po 

napoje. Chyba że jednak zaryzykujesz... 

Gaylynn wolała wejść, niż zostać sama z myślami 

o Hunterze. 

W jego domu nie panował ani przesadny porządek, ani 

bałagan. Porozkładane w różnych miejscach gazety i cza­

sopisma, para butów obok kanapy - nie robiły na niej 

wrażenia. Zwróciła uwagę na wielki, murowany kominek 

i obrazy na ścianach. 

- Sztuka Czirokezów - powiedział, nie czekając na jej 

pytanie. - Czego się napijesz? 

- Wody z lodem. 

- Czy nadal jadasz te okropne kanapki z masłem orze­

chowym i bananami? 

- A ty swoje ohydne kanapki z masłem orzechowym 

i ketchupem? 

- Jasne! Chyba sobie jedną zrobię... 

- Nie przy mnie - odpowiedziała ze skrzywioną miną. 

- Jeśli to zrobisz, wracam do domu. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 61 

Rezygnując z kanapki, wyniósł na werandę dwa identy­

czne fotele na biegunach. Gaylynn usiadła, zwracając się 

twarzą do słońca, ale kątem oka przyglądała się twarzy 

Huntera. Nie zakocham się w Hunterze, powtarzała to zda­

nie w myśli niczym magiczne zaklęcie. Nie zakocham się 

w Hunterze. Nie zakocham się w Hunterze. 

Potem zaczęła się zastanawiać, czy nie za późno już na 

zaklęcia... 

- No dobrze, Blue, spróbujemy jeszcze raz dodzwonić 

się do rodziców. - Gaylynn zwróciła się do kota, który 

wskoczył jej na kolana, gdy tylko usiadła w fotelu stoją­

cym na werandzie. 

Michael dał jej swój telefon komórkowy, prosząc, żeby 

przynajmniej od czasu do czasu kontaktowała się z rodziną. 

Rozmawiała z rodzicami kilka razy, ale dzwoniłaby czę­

ściej, gdyby nie kłopoty z połączeniem. 

- Cześć, tatusiu! Co u was słychać? 

- Wszystko w porządku. Hope zaczęła chodzić. Twoja 

matka i Brett szaleją z zachwytu, a Michael poświęcił temu 

historycznemu wydarzeniu film długometrażowy. 

- Domyślam się, że ciebie to historyczne wydarzenie 

nie poruszyło ani trochę... - zakpiła Gaylynn. 

- Wiesz, że ta mała chodzi jak kurczaczek z łokciami 

schowanymi za plecy. Identycznie jak ty, kiedy stawiałaś 

pierwsze kroki. 

Rozmawiali jeszcze kilka minut o Hope, zanim ojciec 

Gaylynn zmienił temat. 

- Podobno Michael dał ci szkatułkę. Otworzyłaś ją? 

- Tak. 

- I co? 

background image

62 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- I nic. 

- Nic? Na nikogo nie spojrzałaś? 

Nie miała zamiaru przyznać się, że zobaczyła starego 

włóczęgę. Obawiała się, że jej troskliwy ojcie,c gotów był­

by przyjechać po nią natychmiast i zabrać do domu. 

- Nie martw się o mnie, tatusiu. 

- Czy Hunter zagląda do ciebie? 

- Ograłam go dzisiaj w kosza. 

- Brawo! A więc nie na darmo zabierałem cię jako 

dziecko na wszystkie mecze Bullsów. 

- Ale dobrą formę sportową zawdzięczam cięciom eta­

towym w szkole. Ostatnio prowadziłam lekcje wuefu. 

- Ale to już przeszłość. Koniec ze szkołami w podłych 

dzielnicach. Jak tylko wrócisz do domu, złożysz podanie 

o pracę do dobrej szkoły. Może do Świętego Bazylego? Na 

północnym wybrzeżu mieszkają zamożni ludzie. 

- Dzieci zamożnych ludzi też mają problemy. 

- Więc kiedy wracasz? 

- Jeszcze nie wiem. 

- Ani ja, ani mama nie mamy zamiaru cię pona­

glać. Chcemy tylko, żebyś wiedziała, że bardzo za tobą 

tęsknimy. 

- Wiem, tatusiu. Ja też za wami tęsknię. Niedługo się 

odezwę, dobrze? Trzymajcie się! Aha, poczekaj chwilę, 

miałam cię zapytać o ten medal w szkatułce... 

Za późno. Jej ojciec odłożył już słuchawkę i połączenie 

zostało przerwane. Postanowiła, że zapyta go o to nastę­

pnym razem. 

Późnym wieczorem zaczęło padać i zerwał się chłodny 

wiatr. Gaylynn wyszła na werandę, żeby wnieść do środka 

Blue, ale nawet on nie miał do niej aż tyle zaufania, nie 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

63 

mówiąc o Cleo i Spooku. Było jednak zbyt zimno, żeby 

mogła ze spokojnym sumieniem zostawić koty poza do­

mem na noc. 

Ubrała się w bluzę i postanowiła nie zamykać na razie 

drzwi frontowych. Pociągnęła za sznurek, którym uwiel­

biał bawić się Blue. Kociak skoczył za nim z zapałem 

i wpadł do przedpokoju. Odetchnęła z ulgą, kiedy Spook 

zrobił to samo. Zamknęła szybko drzwi, a po chwili 

w identyczny sposób zwabiła koty do sypialni. 

Na dworze została Cleo. Żeby i ją zachęcić do wejścia, 

Gaylynn otworzyła w kuchni puszkę z jedzeniem. Miau­

czenie dobiegające z sąsiedniego pokoju ostatecznie zła­

mało opór syjamki. 

Postawiwszy na podłodze trzy miseczki z kocią strawą, 

Gaylynn wypuściła Spooka i Blue z sypialni. Matka przy­

witała dzieci z wyraźną ulgą, potem cała trójka rzuciła się 

na jedzenie. Pierwsze lody zostały przełamane. Następną 

atrakcją wieczoru było zwiedzanie wszystkich możliwych 

zakamarków domu Michaela. 

- No i co - zapytała uprzejmie Gaylynn - czy, waszym 

zdaniem, jest to miejsce, w którym można mieszkać? Po­

doba wam się? 

Cleo odpowiedziała głośnym „mrrau". Gaylynn wiedziała 

już, że mama syjamka jest bardzo rozmowna. Lubiła wzbu­

dzać zainteresowanie i zawsze reagowała, kiedy ktoś do niej 

mówił. Najmniej towarzyski Spook zaszył się pod stołem. 

Kiedy następnego dnia rano Gaylynn obudziła się, cała 

trójka leżała na jej łóżku. Na szczęście wieczorem zdążyła 

sprawdzić, czy koty nie mają pcheł. 

- Teraz już naprawdę nic ci nie grozi - szepnęła do 

Cleo. - Jesteś bezpieczna. 

background image

64 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Na dworze było pochmurnie i zimno, do wieczora lał 

deszcz. Idealny dzień na to, żeby nie wychylać nosa z domu. 

Gaylynn postanowiła sportretować koty. Właściwie tyl­

ko Cleo sprawdziła się w roli modelki, kiedy przez blisko 

godzinę, zwinięta w kłębek, spała na kanapie. Autorka por­

tretu nie mogła wprost uwierzyć, że narysowała kota, który 

nie tylko był kotem, ale konkretną kotką o imieniu Cleo! 

Oczywiście nie miała żadnych profesjonalnych przybo­

rów graficznych. Znalazła w samochodzie blok zwykłych 

gładkich kartek - żaden prawdziwy nauczyciel nie rusza 

się z domu bez papieru do pisania. 

Ale czy ty jesteś jeszcze nauczycielką? usłyszała nagle 

wewnętrzny głos. Zastanawiała się, co robią teraz jej ucz­

niowie z Chicago. Nic nie mogło zmienić faktu, że porzu­

ciła ich przez końcem roku, bo zabrakło jej odwagi. Nie 

raz miała ochotę zadzwonić do szkoły, do którejś z koleża­

nek, i zapytać... o cokolwiek. A jednak coś ją powstrzy­

mywało. 

Pukanie do drzwi wyrwało Gaylynn z zamyślenia i wy­

straszyło koty, które w jednej sekundzie czmychnęły do 

sypialni. 

- To tylko Hunter - powiedziała kojącym głosem, za­

nim otworzyła drzwi. 

Nie chcąc, żeby koty uciekły na werandę, złapała gościa 

za rękę i wciągnęła go do środka. 

- Co to jest? - wskazała palcem trzy wielkie torby, 

które Hunter postawił na podłodze. 

- Jedzenie. Zepsuła mi się lodówka, a szkoda byłoby 

zmarnować tyle żarcia. Pozwolisz, że skorzystam z twojej? 

- O rany, taką ilością jedzenia mógłbyś wyżywić armię 

wojska! 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

65 

- No wiesz, jestem dorastającym chłopcem. 

- Moja lodówka jest prawie pusta. Wszystko się zmieści. 

- Dzięki. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że za­

czniemy to jeść. Pojęcia nie mam, kiedy uda mi się spro­

wadzić jakiegoś fachowca. 

Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem. Coś jej mówi­

ło, że Hunter wymyślił awarię lodówki po to, żeby ją kon­

trolować. Niestety, nie miała na to żadnych dowodów, 

nie pozostawało jej więc nic innego, jak przygotować ko­

lację. 

- Jeśli mi pomożesz, spróbujemy uszczuplić twoje za­

pasy. 

O niczym innym nie marzył. 

Gaylynn lubiła gotować. Zajęcia kulinarne uspokajały 

ją, chociaż nie była znakomitą kucharką. Na wszelki wy­

padek unikała potraw skomplikowanych. 

Kiedy rozpakowała torby, jej podejrzenie zamieniło się 

w pewność. 

- Zupa? - wzięła do ręki jedną z puszek. - Odkąd to 

trzymasz w lodówce zupy w puszce? 

- Nie mieściły mi się w kredensie. Była wyprzedaż 

i wziąłem tego za dużo... Drzwiczki się nie domykały. 

Hunter mówił o puszkach, a ona śledziła wzrokiem ruch 

jego warg. Pomijając fakt, że nie wyobrażała sobie męż­

czyzny o bardziej ponętnych ustach, przyszło jej nagle do 

głowy, że chciałaby narysować jego twarz. 

Coraz lepiej. Potem będziesz spała z jego portretem pod 

poduszką, zganiła się w myślach. 

Kiedy smażyła steki, gotowała młode ziemniaki i przy­

rządzała cukinię, Hunter usiłował przekonać koty, że nie 

jest ich pogromcą. 

background image

66 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Może Laura powinna je zbadać, żebyś miała pewność, 

że są zdrowe? 

- Kim jest Laura? 

- Tutejszym weterynarzem. W szczególnych przypad­

kach zgadza się na wizyty domowe. Jestem pewien, że 

gdybym ją poprosił, wpadłaby do ciebie. 

- Chyba ją bardzo dobrze znasz... 

- Uhm... Jest mężatką - odpowiedział uśmiechem, 

lecz nagle jego wzrok zatrzymał się na grawerowanej szka­

tułce. - Co to jest? 

- To... pamiątka rodzinna, którą przysłała nam kuzyn­

ka z Węgier. 

- Piękna rzemieślnicza robota. Cacko. 

- Zauważyłeś w niej coś dziwnego? 

- Dziwnego... W jakim sensie? 

- Z tą szkatułką związana jest stara rodzinna legenda. 

Kiedyś ci ją opowiem. 

- Dlaczego nie teraz? 

- Kolacja gotowa. 

- Wygląda nieźle. 

Mogła mieć tylko nadzieję, że smakować będzie tak 

samo. 

Zaczęła się zastanawiać, czy stan jej fryzury nie woła 

o pomstę do nieba. Hunter zjawił się tak niespodziewanie, 

że nie miała nawet czasu przejrzeć się w lustrze. Do tej 

pory nie obcięła włosów. Ale on też musiał omijać fryzjera 

z daleka. Im bardziej zmierzwioną miał czuprynę, tym bar­

dziej jej się podobał. 

- Powinieneś skrócić włosy - powiedziała. 

- Zgłaszasz się na ochotnika, żeby je obciąć? 

- Czyżby w Lonesome Gap nie było fryzjera? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

67 

- Jakbyś zgadła. Nie ma ani jednego. Najczęściej żony 

strzygą mężów. Ja nie mam żony, więc... 

- Tylko się nie rozpłacz! Gdzie ostatnio obcinałeś włosy? 

- W modnym salonie fryzjerskim w Summerville. 

- Jakoś nie bardzo mogę sobie wyobrazić ciebie 

w modnym salonie. 

- Dzięki za komplement - odpowiedział z leniwym 

uśmiechem, który sprawił, że ugięły się pod nią nogi. 

- Ja... Dlaczego nie pojedziesz do tamtego salonu? 

- Chcieli mnie potraktować pianką - oświadczył z wy­

razem takiej wściekłości w oczach, że Gaylynn zaniosła się 

głośnym śmiechem. 

- Biedaczek! Kto śmiał proponować szeryfowi piankę 

do włosów! 

Ledwie przestali się śmiać, pomyślała, że tak powinno 

być zawsze między nimi - zabawnie, beztrosko, na luzie. 

Wtem dostrzegła pełen czułości wzrok Huntera. Koniec 

marzeń o beztrosce. Pożądanie, głód miłości, tęsknota za­

władnęły nią bez reszty. Z wyrazu jego twarzy próbowała 

odgadnąć, czy tylko ona doznała tego niespodziewanego 

wybuchu namiętności, ale jego zielone oczy nie zdradzały 

żadnych gwałtownych uczuć. 

Musiała coś powiedzieć, skierować rozmowę na jakiś 

neutralny temat, byle się nie rozczulić albo nie powiedzieć 

czegoś głupiego. 

- Jak się czuje twój zastępca? Ten, który postrzelił się 

w nogę? 

- Czuje się nieźle. Chodzi o lasce, a w pracy jeszcze przez 

dwa tygodnie będzie zajmował się papierkową robotą. 

- To dlatego wciąż pracujesz po godzinach? 

- Zauważyłaś? - spytał, wyraźnie zadowolony. 

background image

68 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Co miała mu powiedzieć? Że jest świadoma jego wyjść 

i powrotów jak własnego oddechu, a w nocy nie może za­

snąć, dopóki nie usłyszy trzeszczenia żwiru pod kołami sa­

mochodu? Rozpoznawała nawet warkot silnika jego auta. 

Odetchnęła z ulgą, kiedy Hunter zaczął opowiadać 

o swoim ostatnim dyżurze. Ma Battle zadzwoniła do niego 

z błaganiem, żeby ściągnął z drzewa jej „wstrętnego bure­

go kocura". 

- Cudem wyszedłem z tej akcji bez szwanku - powie­

dział. - Zdaje się, że Ma Battle wykastrowała starego To­

ma, a on ani myśli pogodzić się z tym faktem. 

- Rozumiem, że Tom to imię jej kota? 

- Właśnie. 

- A Ma Battle rozwiązuje krzyżówki i obstawia wszy­

stkie możliwe totalizatory? 

- Zgadza się. Poznałaś ją? Chyba z tobą nie rozmawia­

ła, co? 

- Nie, nie miałam tej przyjemności. Ale dlaczego py­

tasz, czy ze mną rozmawiała? Czy to karalne? 

- Nie... skądże znowu. 

- Więc skąd takie pytanie? 

- Tak sobie zapytałem. 

Gaylynn przyglądała mu się wymownie z uniesionymi 

brwiami. 

- No dobrze, wspomniałem niechcący, że jesteś na­

uczycielką - zaczął niechętnie. - Ludzie w miasteczku 

zmówili się natychmiast i chcieli cię o coś... poprosić. Ale 

uspokój się, nic ci nie grozi. Powiedziałem, żeby nie ważyli 

się zawracać ci głowy, bo przyjechałaś tu odpocząć, a nie 

użerać się z dzieciakami. 

- O czym ty mówisz? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 69 

- O niczym. Zapomnij o tym. Musisz odpocząć. Nie 

ma sensu, żebyś zaglądała do tej dziury i dawała się wcią­

gać w ich kłopoty. 

- Jakie kłopoty? 

- Żadne. Powiedziałem ci, że nie ma o czym mówić. 

Dzięki za wspaniałą kolację. 

- Uhm, nie ma sprawy. Zauważyłam, że połowę steku 

oddałeś Blue. 

- Nigdy nie potrafiłem się oprzeć takim niesamowitym 

oczom. 

- Wiem. Taki już jesteś. - Gaylynn pomyślała smętnie, 

że może i jej by się nie oparł, gdyby zamiast zwykłych 

brązowych miała oczy „niesamowite". - Zawsze miałeś 

gołębie serce. 

Hunter wpatrywał się w nią uważnie. 

- Ty się rumienisz... - powiedziała zdumiona. 

- Nic podobnego. Słuchaj, muszę już iść. Dzisiaj też 

mam nocną służbę. - Włożył płaszcz i zarzucił przynętę po 

raz ostatni. - Pamiętaj, nie daj się nikomu wciągnąć w nie 

swoje sprawy. 

- Tak jest! - Pomachała mu ręką na pożegnanie i za­

mknęła drzwi. 

- Gaylynn będzie robić to, co jej się żywnie podoba 

- mruknął Hunter pod nosem. - Przynajmniej taką mam 

nadzieję. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Czego jak czego, ale tego żarcia dla kotów to ty sporo 

kupujesz - powiedział Floyd Twitty, kiedy postawiła na 

ladzie cztery puszki suchej karmy. - Ile ich tam masz na 

garnuszku? Chyba całe stado? 

- To są dorastające kociaki. 

- Jasne, i jak tak dalej będą żarły, wyrosną z nich ol­

brzymie kocury. 

Zamiast spieszyć się jak zwykle, Gaylynn sprawiała 

wrażenie osoby spragnionej towarzystwa i rozmowy. Prze­

czucie jej podpowiadało, że w Lonesome Gap nie może 

zdarzyć się nic, co uszłoby uwagi Floyda i Bessie. A ona 

koniecznie musiała się dowiedzieć, o czym mówił, a raczej 

czego nie chciał jej powiedzieć Hunter. Jaką sprawę mieli 

do niej mieszkańcy miasteczka. 

Floyd i Bessie rozprawiali jednak wyłącznie o cięża­

rówce z przyczepą wyładowaną po brzegi obornikiem, któ­

ra kilka tygodni temu dachowała na szosie. 

- Narobili bałaganu, oj narobili! - Bessie pokręciła 

głową. 

- A cuchnęło, jakby przeszło tędy stado. 

- Proszę, nie zapominaj się, Floydzie! - krzyknęła Bes­

sie, grożąc mu podniesioną ręką. - Nie jesteś sam! 

- Głowę dam sobie uciąć, że ta młoda dama z Chicago 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

71 

nie takie rzeczy słyszała - odparował Floyd. - A tobie 

zawsze coś nie pasuje, jakżeby inaczej... 

- No więc mówię ci, kochanie - Bessie sapnęła ciężko 

- tamten wypadek narobił bałaganu co niemiara. Moja ku­

zynka Eldon pracuje w Summerville, w przedsiębiorstwie 

oczyszczania miasta, i była wtedy w ekipie, która sprzątała 

drogę... 

- Namawiałem Boone'a, żeby pojechał do Summervil­

le i próbował załatwić sobie robotę w tej samej firmie, ale 

on nie może się oderwać od różnych starych gratów! 

- Boone jest naszym wnukiem - wyjaśniła Bessie 

zdezorientowanej Gaylynn. - Jego rodzice umarli, kiedy 

był dzieciakiem. Wychował się u nas. Ma taką smykałkę 

do mechaniki, że podziw bierze. Prowadzi warsztat, zaraz 

tutaj, koło naszej stacji. Ludzie z całej okolicy przywożą 

do niego samochody do naprawy. 

- Mówię mu ciągle, że powinien liczyć im więcej za 

robotę. A on głupi haruje za marne grosze - przerwał jej 

Floyd. - Zostawiłbym mu to wszystko i poszedł z Bessie 

na zasłużony odpoczynek, ale wpierw muszę przecie 

sprawdzić, czy chłopak ma łeb do interesów. Na razie 

widzę tylko, że jest uparty jak osioł. 

- To ma po tobie i twojej rodzinie - powiedziała z sa­

tysfakcją Bessie. 

- Nic więcej nie wydarzyło się ostatnio w mieście? -

zapytała Gaylynn. 

- O tym biedaku, zastępcy szeryfa, który sam siebie po­

strzelił w nogę, to już na pewno słyszałaś - odparł Floyd. 

- Kupa wstydu... - dodała Bessie. 

- A bólu? 

- Mówię o jego żonie. - Bessie machnęła lekceważąco 

background image

72 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ręką. - Ciągle się puszyła i gadała, że Lonesome Gap po­

winno Bogu dziękować i wszystkim świętym za takiego 

stróża porządku jak Charlie Carberry. 

- Dziękujemy, a jakżeby nie! - Floyd parsknął śmie­

chem. - Ilu znasz stróżów porządku, którzy trafiają w sam 

środek własnego kopyta? 

- No, no, Floyd! - Bessie z trudem zachowała powagę. 

- Ładnie to się naśmiewać z cudzego nieszczęścia? Czym 

możemy ci jeszcze służyć, kochanie? - zwróciła się do 

Gaylynn. 

- Dziękuję, mam chyba wszystko... Aha! Moglibyście 

mi polecić jakieś miejsce, gdzie mogłabym zjeść przyzwoi­

ty lunch? 

- Naturalnie - odpowiedziała Bessie. - Zajrzyj do Lo­

nesome Cafe. 

- Zaraz za gospodą Hazel's Hash - pospieszył z wyjaś­

nieniem Floyd. - Właściwie w tym samym budynku, jeśli 

chcesz wiedzieć dokładnie... 

- Ja nie chcę. - Bessie przerwała mu stanowczo. - Nie 

ma potrzeby rozpuszczać języka i opowiadać w szczegó­

łach, dlaczego to rodzina Rue jest zwaśniona z Montgome-

rymi i po co Hazel Rue otworzył knajpę w tym samym 

domu co Lillie Montgomery. Wystarczy powiedzieć, że 

całemu miastu wyszłoby na dobre, gdyby ci awanturnicy 

Rue zostali w swojej dziurze, zamiast pchać się do miasta. 

- Czy ten konflikt ma coś wspólnego ze sprawą, z którą 

mieszkańcy miasta chcieli się zwrócić do mnie? - zapytała 

Gaylynn. 

- Nie... gdzieżby tam - odpowiedziała zdumiona Bes­

sie. - Ale o tym nie wolno nam mówić. Dobry Boże, Hun­

ter obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdybym pisnęła choć 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

73 

słowo... o tamtej sprawie - zakończyła konfidencjonal­

nym szeptem. 

- Co to za sprawa? 

- Naprawdę nie mogę powiedzieć. I nie przejmuj się 

niczym. Nie wystraszyłam cię czasem tym gadaniem 

o waśni rodzinnej? 

- O co im poszło? Od czego wszystko się zaczęło? 

- Sama nie wiem. 

-

 Ale ja wiem - wtrącił się Floyd. - Caleb Montgomery 

nasłał na swojego sąsiada, Paula Rue, policję skarbową, 

a ci Rue... w bardzo podły sposób wyrównywali rachunki. 

- Ta sprawa dotyczyła podatków? 

- Raczej przemytu alkoholu - odpowiedział Floyd. 

- Kiedy to się zaczęło? 

- Mniej więcej w 1927. 

- Prawie pięćdziesiąt lat temu. 

- U nas, w górach, to jak z bicza strzelił. 

- Czy ktoś z Rue albo Montgomerych mieszka koło 

domu mojego brata? 

- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Widziałam pod lasem jakiegoś starszego mężczyznę, 

o wyglądzie, delikatnie mówiąc, niezbyt szacownym. Czy 

ja wiem... był to chyba włóczęga, przemytnik, raczej po­

dejrzany typ. 

- Pasuje jak ulał - przerwała jej Bessie - do połowy 

tutejszych chłopów. 

Gaylynn tak niewiele wiedziała o życiu w górach. 

Czyżby przemytnicy wciąż uprawiali swój proceder w tych 

okolicach? Czy mogła zapytać o to wprost? Floyd i Bessie 

odnosili się do niej bardzo przyjaźnie, ale nie zmieniało to 

przecież faktu, że była tutaj obca. Na razie. 

background image

74 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Nie zastanawiając się, co miało oznaczać owo „na ra­

zie", zdecydowała, że obecna pora jest dobra jak każda 

inna na to, żeby wpaść do kawiarni na lunch. 

- Muszę już iść. Dziękuję, że mnie trochę oświeciliście 

w sprawie waśni rodzinnych... i w ogóle. 

- Tak, tak - westchnął Floyd. - W Lonesome Gap ma­

my wojnę rodów, jak w tym filmie Szekspira, który kiedyś 

pożyczyliśmy, o Montekach i Kapuletach. 

Lonesome Gap było tak małym miasteczkiem, że Gay­

lynn mogła je bez wysiłku przemierzyć na piechotę z jed­

nego końca na drugi. Rozpostarte pomiędzy rzeką a szosą, 

formą zabudowy przypominało paciorki naszyjnika. Pa­

ciorków było niewiele - około trzydziestu budynków, 

z czego zaledwie połowę stanowiły domy mieszkalne. 

Zatrzymała się przed Lonesome Cafe. Po drugiej stronie 

drogi, u podnóża najbliższej góry, zauważyła dwa kościoły 

i niewielką szkołę. Wydawało się, że w dolinie jest jeszcze 

bardziej zielono i jeszcze wcześniej nastąpiła wiosna niż, 

w górskich partiach tej okolicy. Krzewy azalii w przydo-

mowych ogródkach obsypane były ognistoczerwonymi al-

bo bladopurpurowymi kwiatami. 

Biuro szeryfa znajdowało się na samym końcu miasta. 

Gaylynn widziała je przez okno kawiarni. Usiadła przy 

upatrzonym stoliku, zanim jasnoruda kelnerka uśmiechnęła 

się do niej na powitanie. 

- Czym mogę służyć? Jestem Darlene - powiedziała 

jednym tchem, żując gumę. - Proszę menu. Może kawy? 

Nie? Nie ma pośpiechu, przyjdę za sekundkę. 

Gaylynn zamówiła rybę smażoną w cieście, porcję fry-

tek i szklankę mrożonej herbaty. Czekając na jedzenie, za-

częła rysować na papierowej serwetce opuszczoną stajnię, 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

75 

o pochylonych ze starości ścianach, która znajdowała się 

tuż za biurem szeryfa. 

- Hej, nieźle ci to idzie! - zauważyła Darlene, stawiając 

przed nią talerz z jedzeniem, ostrożnie, żeby nie dotknąć 

serwetki. - Jesteś artystką albo kimś w tym rodzaju? 

- Niezupełnie. Natchnęło mnie słońce. Popatrz, w jaki 

sposób pada na tę pochyloną ścianę... 

- Ta stajnia już niejednego natchnęła. Była kiedyś miej­

scem schadzek albo tak tylko mówią. Ja tego nie pamiętam. 

Potem zaczęła się zapadać. 

- Ta stajnia zapada się od czasów, kiedy prezydentem 

był Eisenhower - rzuciła od niechcenia druga, przechodzą­

ca obok, znacznie starsza kelnerka. 

- Jesteś tu na urlopie? - spytała Darlene. 

- Coś w tym rodzaju. 

- W jakie strony się wybierasz? 

- Zatrzymałam się w Lonesome Gap. Mój brat ma tutaj 

domek letni, niedaleko domu Huntera. 

- Więc to ty jesteś przyjaciółką Huntera? - spytał star­

szy mężczyzna siedzący przy sąsiednim stoliku. 

- Tak, znamy się od dawna. Właściwie dorastaliśmy 

razem. 

- Nie powiesz nam chyba, że jesteś stąd... 

•- Mieszkam w Chicago. 

- No tak, przypominam sobie... Rodzice Huntera prze­

nieśli się na jakiś czas temu na północ. Potem odechciało 

im się chłodów i jak przestali pracować, wyjechali na. Flo­

rydę. 

- No to powiedz nam, czy ktoś z tego miasta wciągnął 

cię do naszych zakładów? 

- Zakładów...? 

background image

76 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Wszyscy zakładają się o to, kiedy runie stajnia. Dla­

tego nikt jej nie burzy. Czekamy, aż sama się zawali. 

- Będą tak czekać do sądnego dnia - mruknął posępnie 

jeden z niewielu młodych ludzi jedzących przy barze. 

- No tak - westchnęła Darlene - Boone Twitty jest nie 

w sosie. Przypomniał sobie, że marnuje życie w takiej za­

padłej dziurze jak Lonesome Gap. 

Gaylynn przyjrzała mu się uważnie. Boone miał takie 

same niebieskie oczy jak jego dziadkowie. Ale ani jednej 

zmarszczki na twarzy. 

- To miasteczko jest tak małe, że napis „Witajcie w Lo­

nesome Gap" umieszczono po obu stronach tej samej tab­

licy - powiedział Boone. 

- Dobrze, że w ogóle mamy taki napis! - odcięła się 

Darlene. 

- Tylko dlatego, że paniusie z Ligi Kobiet wymalowały 

go z nudów na starej tablicy. 

- Za pozwoleniem, paniusie z Ligi Kobiet robią też wiele 

innych rzeczy - powiedziała z godnością kobieta o srebrno-

siwych włosach. - Szyjemy wspólnie pikowane narzuty, tka­

my gobeliny, spotykamy się... Mamy coraz to nowe pomysły. 

Jestem Gladys Battle - zwróciła się do Gaylynn z szerokim 

uśmiechem - ale wszyscy mnie tu nazywają Ma Battle. 

- Osoba, która wygra kiedyś milion dolarów w totka, 

prawda, Ma Battle? - zażartował Boone. 

- Żebyś wiedział. A teraz przestań się wtrącać i pozwól 

wreszcie tej biednej dziewczynie się przedstawić. 

- Jestem Gaylynn Janos. 

- Powiedz nam... To nieprawda, że jesteś nauczyciel­

ką? - zapytał podekscytowanym głosem jakiś starszy męż­

czyzna. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 77 

- Byłam nauczycielką w Chicago. Ale dlaczego pan 

mnie o to zapytał? 

Zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, drzwi kawiarni 

otworzyły się i do środka wszedł Hunter. 

- Mógłbym wiedzieć, co wy jej tu wszyscy opowiadacie? 

- Nie powiedzieliśmy jej, że od pięciu lat zamknięta 

jest biblioteka i że nasze dzieci wyrosną na nieuków. Szko­

le wciąż obcinają budżet, nie mówiąc o tym, ile kilometrów 

trzeba do niej dojeżdżać - wyrzuciła z siebie Darlene, nie 

przerywając żucia gumy. 

- Właśnie jej powiedziałaś. 

- Nie. 

- Oczywiście, że tak. 

- Powiedziałam tobie - upierała się kelnerka. - Nie 

moja wina, jeśli ona też to słyszała. 

- Dlaczego biblioteka jest zamknięta? - spytała Gaylynn. 

- Dlatego, że nasza bibliotekarka uciekła z jakimś nę­

dznym żygolakiem - odezwał się męski głos z końca sali. 

- To kłamstwo, Orville - zaprotestowała gwałtownie 

Darlene. - Jesteś zazdrosny, bo nie chciała uciec z tobą. 

Prawda jest taka, że panna Russell odeszła na emeryturę. 

Miała siedemdziesiąt lat!. 

- Nie mogliście zatrudnić kogoś na jej miejsce? 

- Tak naprawdę nigdy jej nie zatrudniliśmy. 

- Pracowała za darmo - wyjaśnił Boone. 

- Tylko dlatego, że była krewną poprzedniego burmi­

strza. Kiedy przestała pracować w Chattanooga, uznała, że 

jej obowiązkiem jest podtrzymywanie tradycji rodzinnej 

i służenie miastu. 

- To ciebie nie dotyczy, Gaylynn. Masz własne proble­

my. - Hunter przysiadł się do jej stolika i sięgnął po kartę 

background image

78 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

deserów. - Pieką tu wspaniałą szarlotkę. Zamówić ci ka­

wałek? 

- Nie, dzięki. Powiedz mi coś więcej o bibliotece -

zwróciła się do Darlene. 

- Dobra, nie ma sprawy, możemy ci ją pokazać. To 

kilka kroków stąd. 

- Posłuchaj, Darlene, Gaylynn ma ciekawsze zajęcia 

niż oglądanie jakiejś starej rudery. Daj jej spokojnie zjeść. 

- Nie zwracaj na niego uwagi. - Gaylynn uśmiechnęła 

się do kelnerki, lekceważąc Huntera. 

- Łatwo ci mówić, kochana. To on jest tutaj przedsta-

wicielem prawa. Pójdę sprawdzić, czy został chociaż ka­

wałek szarlotki. 

- Postaraj się, żeby został! - krzyknął za nią Hunter. 

- Pewnie wydaje ci się, że jesteś bardzo przebiegły 

- zaczęła Gaylynn, kiedy zostali sami i Hunter porwał z jej 

talerza garść frytek. 

- Jeśli mnie pamięć nie myli, to ty zawsze uważałaś, 

że jestem przebiegły. 

Obserwowała jedzącego Huntera. Nawet w tym mo­

mencie, pochłaniając łapczywie frytki, wyglądał wspa­

niale. 

- Zamyśliłaś się, Rudzielcu. Hej, nie patrz na mnie 

w ten sposób. 

- Nie nazywaj mnie tak - powiedziała przez zaciśnięte 

zęby. -I trzymaj łapy z daleka od mojego talerza! 

Znieruchomiał z frytką w dłoni, kiedy jego wzrok spo­

czął na dekolcie Gaylynn. Oddychała szybko, sądząc po 

tym, jak unosiły się i opadały jej piersi. Kiedyś wydawała 

mu się maleństwem, żywą maskotką, tymczasem teraz jej 

piersi świadczyły, że jest dojrzałą kobietą. Jego ręce wy-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

79 

ciągały się same, żeby ich dotknąć, musnąć kciukami ró­

żowe koniuszki, tulić w dłoniach jędrne kule... 

Od czasu ich pocałunku w lesie nie przespał spokojnie 

ani jednej nocy. Każde wspomnienie, każda myśl o Gay-

lynn budziły w nim pożądanie. Zimne prysznice o drugiej 

nad ranem nie nastrajały go pozytywnie. Więc co takiego 

w niej było? Czym go tak opętała? Ogniem w ciemnych 

oczach, ustami, których słodycz już poznał? Co się z nim 

działo? 

Nie wiadomo, jak długo trwałby w tym niespodziewa­

nym transie, z ręką wyciągniętą w powietrzu, gdyby Gay-

lynn nie pochyliła się i nie chwyciła zębami trzymanej 

przez niego frytki. 

Dotyk jej warg na opuszkach palców przyprawił Hun­

tera o gęsią skórkę. Wyraz triumfu w jej oczach odebrał 

mu mowę. A może zaniemówił dopiero wtedy, gdy rozpo­

znał syreni ton w jej śmiechu. 

Gaylynn, jakby przeczuwała, że coś się dzieje, spojrzała 

na Huntera pytającym wzrokiem. 

Kiedy ich oczy spotkały się, skamienieli oboje. Gwar 

kawiarni rozpłynął się w nicość. W spojrzeniu Huntera wi­

działa zapowiedź najczulszych pieszczot. Czas stanął 

w miejscu. Gaylynn nie wiedziała, czy minęły dwie sekun­

dy, czy też dwie minuty. Ale była pewna, że nigdy dotąd 

nie oglądała czegoś równie fascynującego - subtelne prze­

obrażenie wyrazu twarzy Huntera, światło słoneczne 

oświetlające jego rysy, zmarszczki w kącikach oczu, 

zmienność wszystkiego i nieuchwytność chwili... 

-• Służę uprzejmie, oto dwie szarlotki. - Darlene poja­

wiła się nie wiadomo skąd. 

Wyrwani ze swojego snu na jawie, Hunter i Gaylynn 

background image

80 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

wyciągnęli jednocześnie ręce, omal nie strącając z tacy na 

podłogę talerzyków z deserem. 

- Boże, oboje jesteście narwani jak para wygłodniałych 

wilków. - Kelnerka, śmiejąc się, pospieszyła do baru, żeby 

wręczyć rachunek niecierpliwemu Boone'owi. 

Gaylynn chciała powiedzieć coś dowcipnego, ale miała 

kompletną pustkę w głowie. Chwyciwszy łyżeczkę, zaczęła 

jeść szarlotkę - która rzeczywiście okazała się wyśmienita. 

- Która girlanda bardziej ci się podoba? Ta z liliową 

wstążką i misiem czy wianek z różową wstążką? 

Kiedy wyszli z kawiarni, Hunter uparł się, że spędzi 

z Gaylynn resztę przerwy na lunch. Wiedząc jednak, że 

- w jego towarzystwie nie dowie się niczego konkretnego 

o bibliotece, Gaylynn postanowiła odstraszyć Huntera za­

kupami w Galerii Podarków - jedynym w miasteczku 

sklepie z prezentami. Nic z tego. W istocie nie był to sklep, 

lecz kilkanaście indywidualnych stoisk mieszczących się 

pod jednym dachem. Rzemieślnicy z najbliższych okolic 

sprzedawali w nich najróżniejsze wyroby, od drewnianych 

misek i girland po oprawione w szkło fotografie gór i pi­

kowane narzuty. 

Gaylynn nie pamiętała, kiedy ostatnio chodziła po skle­

pach. Kiedyś to lubiła. „Kiedyś" oznaczało: przed napadem. 

W Galerii było całkiem pusto, nie licząc ich dwojga i właści­

cielki, którą okazała się Ma Battle we własnej osobie. 

- Lubię być w ruchu - powiedziała. - Najgorsza jest 

bezczynność. Co za niespodzianka, Hunter! Nie zaglądałeś 

tu od wieków. 

- Oprowadzam Gaylynn po mieście. 

- To znaczy, że pokażesz jej bibliotekę? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

81 

- Nie, proszę pani. 

- Bardzo lubię, kiedy staje się taki uprzejmy. - Ma 

Battle uśmiechnęła się do Gaylynn. - Przypomina mi to 

czasy, kiedy byłam nauczycielką w szkółce niedzielnej 

i zdarzało mi się przyłapać Huntera na wklejaniu dziew­

czętom we włosy gumy do żucia. 

- Długo z tego nie mógł wyrosnąć. Mnie w Chicago 

też zrobił taki dowcip. Ale tylko jeden jedyny raz. 

- Jej ojciec zagroził, że rzuci na mnie jakiś wstrętny 

cygański urok, jeśli jeszcze raz spróbuję zrobić coś podo­

bnego. Nie spróbowałem. 

- Zdaje się, że za bardzo mu pobłażałam - powiedziała 

Ma Battle. 

- Ma pani gołębie serce. Ale mnie też to zarzucają. 

- Gołębie serce? Nie, synku, ty z tym swoim błyskiem 

w oczach i szlachetnym sercem przypominasz wilka. 

- Bardzo trafna ocena - przyznała Gaylynn. 

- Przecież to ty powiedziałaś, że mam gołębie serce. 

- Myliłam się. Ma Battle opisała cię najlepiej, jak tylko 

można. Ale wróćmy do girland. Która, według ciebie, jest 

bardziej dekoracyjna? 

- Daj spokój, czy ja się znam na dekorowaniu wnętrz? 

Dlaczego mnie o to pytasz? 

- Ma Battle, a jak pani sądzi? Która jest ładniejsza? 

- A jaki kolor dominuje w pokoju, w którym chcesz 

powiesić girlandę? 

- Myślałam o pokoju dziennym, którego jeszcze nie 

urządziłam. Mam antyczną kanapę z zielonym obiciem. 

Zielonym w odcieniu avocado. Ale chyba je zmienię na 

niebieskie. 

- Różowy bardzo pasuje do niebieskiego. 

background image

82 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Tak, ma pani rację. Ale ta purpurowa girlanda też mi 

się podoba. Kupię po prostu jedną i drugą. Tę purpurową 

umieszczę w sypialni. 

- Michael będzie zachwycony - mruknął Hunter. 

- Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - odparo­

wała Gaylynn. - I kupię jeszcze tę wielką niebieską sala­

terkę. Na stole w jadalni będzie wyglądała fantastycznie. 

- Jest tak wielka, że zajmie cały stół - zadrwił Hunter, 

a potem zwrócił się do Ma Battle. - Jak się miewa stary 

Tom? Dobrze się czuje po wczorajszej wspinaczce? 

- Wiesz, co mi przyszło do głowy? Stary Tom chyba 

nie wie, że jest kotem - odpowiedziała starsza pani. - Ła­

pie muchy, zamiast bawić się tak jak inne kocury. Na do­

datek ma lęk wysokości. Właśnie dlatego musiałam prosić 

wczoraj Huntera, żeby pospieszył mu na ratunek. Najadłam 

się strachu, jak ściągał go z drzewa, oj, najadłam... Bałam 

się, że spadnie. 

- Hunter czy Tom? - spytała z uśmiechem Gaylynn. 

- Obaj - odparła uprzejmie Ma Battle. - Muszę ci po­

wiedzieć, że jestem wielką miłośniczką kotów. A ty, moje 

dziecko? 

- Zaopiekowała się już całą kocią rodziną - Hunter 

odpowiedział za Gaylynn. 

- Syjamka z dwojgiem małych. Jeden kociak, Blue, jest 

typowym kremowym kotem syjamskim, drugi, Spook, bia­

ły z ciemnymi łatami, w niczym nie przypomina brata. 

- Naprawdę? Niezwykłe... Ciekawe, jak wyglądał ich 

ojciec. 

- Jest pani pewna, że to nie Tom? Kiedy był jeszcze 

prawdziwym mężczyzną? 

- No, no, nie waż się kpić z mojego Toma! - Ma Battle 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

83 

klepnęła Huntera po ramieniu. - Gdzie znalazłaś te koty? 

Koło domu? 

Gaylynn skinęła głową. 

- To po drugiej stronie rzeki, za daleko, żeby mój Tom 

mógł tam dotrzeć. 

- No, nie wiem - powiedział Hunter z zawadiackim 

uśmiechem. - Mężczyzna, który poczuje wolę bożą, jest 

zdolny podróżować bardzo daleko. 

- Wiesz o tym z własnego doświadczenia? - zapytała 

obcesowo Gaylynn, zastanawiając się, dla ilu kobiet 

w swoim życiu Hunter „podróżował". 

- Dżentelmeni nie rozmawiają o takich sprawach. 

- Jasne, zapomniałam! 

- Wybrałaś już wszystko? Zakupy skończone? - Ma 

Battle przypomniała im o swoim istnieniu. 

- Tak, chyba tak. 

Wyszli ze sklepu objuczeni paczkami i paczuszkami. 

Hunter twierdził stanowczo, że nie musi jeszcze wracać do 

biura i lekceważąc protesty Gaylynn, odprowadził ją do 

„Pit Stopu", obok którego, za zgodą państwa Twitty, za­

parkowała samochód. 

- Dzięki za pomoc - mruknęła, kiedy załadowali pa­

kunkami cały bagażnik i tylne siedzenie. 

Spędziła z Hunterem ponad godzinę - dostatecznie dłu­

go, żeby zdać sobie sprawę, że ma rozkołatane nerwy i że 

musi natychmiast odpocząć. 

- Cześć. Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Na razie... 

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żebyś mnie pod­

rzuciła do biura - przerwał jej z uprzejmym uśmiechem. 

- To niedaleko. Nie wolisz się przejść? 

- Czuję się kompletnie wykończony. 

background image

84 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Taak. A jeśli w to uwierzę, sprzedasz mi jakiś nastę­

pny kit, prawda? 

- Nie ma sprawy, jeżeli ma ci to sprawić kłopot... - od-

 rzekł z tak szelmowską miną, że nie mogła się nie uśmie­

chnąć. 

- Jesteś teraz podobny do Bo Regarda, tego tam... 

- Pochlebstwa na nic się nie. zdadzą. 

- Wsiadaj. Podrzucę cię. 

Czuła się spięta do granic wytrzymałości. Z pewnością 

przekroczyłaby dozwoloną szybkość, gdyby nie fakt, że jej 

pasażerem był oficer policji. Jazda trwała całe - nieznośnie 

długie - pięć minut. 

- Proszę bardzo - powiedziała ze sztucznym ożywie­

niem w głosie. - Podwiozłam cię pod same drzwi. 

- Skoro już tu jesteś - Hunter, jakby z premedytacją, 

wcale się spieszył - może wejdziesz na chwilę? Przedsta­

wię ci mojego zastępcę. Czułby się urażony, gdybym tego 

nie zrobił. Nie daj się prosić. 

Gaylynn musiała pożegnać się z nadzieją, że wkrót­

ce będzie sama, weźmie się w garść i pozbiera myśli. 

Ale nie widziała jeszcze opuszczonej biblioteki, a im bar­

dziej Hunter starał się przeszkodzić jej w obejrzeniu te­

go pomieszczenia, tym bardziej była zdecydowana, że do­

wie się, o co tu naprawdę chodzi. Jeżeli nie dzisiaj, to 

wkrótce. 

Zastępca Huntera, Charlie Carberry, okazał się prosto­

dusznym, bardzo uprzejmym młodym człowiekiem, z wy­

datnym, poruszającym się nerwowo jabłkiem Adama. 

Charlie nie mógł się doczekać swojej przerwy na lunch. 

- Miło mi panią poznać. Hunter, wychodzę na lunch. 

Dzisiaj muszę iść do Hazel's Hash House. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

85 

- Co on chciał przez to powiedzieć? - zapytała Gay­

lynn, kiedy Charlie zamknął za sobą drzwi. 

- Chodzimy na zmianę do dwóch restauracji. Żeby ni­

kogo nie urazić. 

- Z powodu wojny między Rue a Montgomerymi? 

- Słyszałaś już o tym? 

Kiwnęła głową. 

Zamiast wejść w szczegóły, Hunter zmienił temat. 

- No i jak ci się podoba mój gabinet? 

- Brakuje kilku plakatów z rozebranymi panienkami na 

ścianach i byłoby identycznie jak w waszej dawnej kry­

jówce na drzewie. 

Hunter przyjął z uśmiechem jej złośliwy komentarz. To 

właśnie była Gaylynn, jaką znał i kochał. Nagle przeraził 

się własnych myśli. Kochał? Skąd mu to przyszło do gło­

wy? Czy się w niej zakochał? Nie ma mowy! Zakochać się 

w Gaylynn to jakby najeść się prochu - wiadomo, że na­

stąpi wybuch. Poza tym wiedział, że ona wcześniej czy 

później wróci do swojego życia w Chicago. Obydwa sce­

nariusze mogły mieć dla niego bolesne zakończenie. Byłby 

głupcem, gdyby nie potrafił tego przewidzieć. 

Ale tak wspaniale wygląda w tych dżinsach. Niech to 

wszyscy diabli! 

- Pokażesz mi swój arsenał? - zapytała Gaylynn z iro­

nicznym uśmiechem. - Czy jest to punkt programu zare­

zerwowany dla wyjątkowych gości? Hunter... - zaniepo­

koiła się, że znowu patrzy na nią błędnym wzrokiem - czy 

ty się dobrze czujesz? 

- Oczywiście - odpowiedział spokojnie, może odrobi­

nę mniej pewnym głosem niż zwykle. - Chcesz obejrzeć 

moje kajdanki? To sprzęt na wyjątkowe okazje. - Wyjął je 

background image

86 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

z górnej szuflady i potrzymał przez chwilę w uniesionej 

ręce. 

- Mogę je wypróbować na tobie? - spytała. 

Przewrotny błysk w jej oczach zdradzał podniecenie -

albo chęć zemsty za tamtą gumę we włosach. 

- Ale tylko w łóżku - usłyszał swój chrapliwy głos. 

Otworzyła szeroko oczy. Czy naprawdę o tym myślał? 

A może tylko się z nią droczył? Z jego łobuzerskiego 

uśmiechu niewiele mogła odczytać. Odwróciła wzrok. 

- A gdzie masz listy gończe ze zdjęciami? 

- Bessie je wywiesza koło skrzynki pocztowej. 

- Opowiadała mi, że musi pilnować Floyda, żeby nie 

dorysowywał przestępcom wąsów. 

- On ma rzeczywiście dość niezwykłe poczucie humoru. 

- Nie on jeden - mruknęła. - Szczerze mówiąc, nie 

bardzo się nadajesz na przewodnika. 

- Przykro mi. - Hunter schował kajdanki do szuflady, 

a potem zamknął ją na klucz. - Właściwie co tu można po­

kazywać... Zwykłe biuro: telefony, jeden faks, dwa biurka, 

kartoteki, wyposażenie policyjne. Z tyłu mamy jedną zakra­

towaną celę. - Otworzył drzwi, żeby Gaylynn mogła ją obe­

jrzeć. - Za tamtymi drzwiami jest toaleta. W tym pokoju -

a raczej wnęce - centralka radiotelefoniczna. 

Gaylynn zamilkła. Oglądała teraz Huntera w codziennej 

zawodowej scenerii i nagle dotarło do niej, że on naprawdę 

jest człowiekiem, który zarabia na życie pilnowaniem po­

rządku. 

- Coś nie tak? Źle się czujesz? - spytał. 

Pokręciła przecząco głową. Przypomniała sobie, że Lo­

nesome Gap to nie Chicago i Hunter naraża się tutaj 

w nieporównywalnie mniejszym stopniu niż policjanci 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

87 

w wielkich miastach. A jednak wystarczyłby jeden sza­

leniec... 

Zamknęła oczy, żeby odsunąć od siebie ponure myśli. 

- Więc może spotkamy się później. - Pogładził ją po 

policzku. 

Zastanawiała się, czy zrobił to rozmyślnie, żeby ją uspo­

koić. Jeśli tak, to mu się udało. 

Właściwie pogodziła się już z myślą, że nie zdąży tego 

popołudnia obejrzeć biblioteki, ale skoro sytuacja rozwi­

nęła się tak pomyślnie, nie mogła nie skorzystać z okazji. 

Uliczkę prowadzącą do opuszczonego budynku łatwo 

mogła przeoczyć - drogowskaz był zardzewiały i prawie 

nieczytelny - ale zauważyła ją i skręciła. 

Stary dom z nie otynkowanej cegły okazał się zamknię­

ty. Schody prowadzące do drzwi frontowych porastało ziel­

sko. Czy wewnątrz było pusto, czy też książki zostały? 

Zauważyła wysoko osadzone okna w ścianie szczytowej. 

Nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała przez nie zajrzeć 

do środka. Dopiero za trzecim razem zdołała odbić się od 

błotnistego gruntu i oprzeć jedną stopę na ramie okiennej 

sutereny. 

Podciągnęła się na tyle wysoko, żeby zerknąć przez 

brudną szybę, gdy nagle poczuła szerokie męskie dłonie 

chwytające ją w talii. 

- Co ty, do diabła, robisz? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Ja? - warknęła. - Powiedz raczej, co ty tu robisz. 

- Wygląda na to, że zatrzymuję włamywaczkę. 

Próbowała uwolnić się z jego uchwytu, ale przez to ich 

bliskość stawała się jeszcze bardziej intymna. 

- Zamierza pani opierać się przy aresztowaniu? - spytał 

ochrypłym szeptem. 

Usiłowała oprzeć się dręczącej pokusie. Hunter przyci­

skał ją do siebie, poruszał instynktownie biodrami, dając 

oczywisty dowód swojego pożądania. Kiedy już myślała, 

że serce wyskoczy jej z piersi, postawił ją na ziemi i obró­

cił. Patrzyli sobie prosto w oczy. 

- Jesteś w tarapatach - szepnął. 

- I to jakich - odpowiedziała identycznym szeptem. 

Nie mogła mu się oprzeć. Musiała go pocałować. I zro­

biła to. 

Zaczęło się od długiego, płomiennego spojrzenia w ka­

wiarni. Potem napięcie rosło i oboje czuli przez skórę, że 

nie obędzie się bez wybuchu. 

Najpierw Gaylynn ledwie musnęła jego wargi, powoli, 

delikatnie, jakby zapraszając go do zabawy. Znieruchomiał 

i przez kilka sekund, mrucząc z zadowolenia, pozwolił się 

kusić. Słyszała jego nierówny oddech, widziała zamglone 

oczy. Hunter, wyprężony jak do skoku, był u kresu wytrzy­

małości. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

89 

Objął dłońmi jej pośladki i mocniej przygarnął Gaylynn 

do siebie. Ich usta połączyły się w długim, gwałtownym 

jak letnia burza pocałunku. 

Gaylynn nie poznawała siebie samej. Pragnęła Huntera 

tak rozpaczliwie, że gotowa była błagać, żeby ją kochał, 

dotykał, przekonał się, jak bardzo jest podniecona. Nie była 

w stanie myśleć. Chciała zachwycać się jego ciałem, po­

znawać jego tajemnice i czułe miejsca. Niektóre już odkry­

ła. Hunter prężył się, kiedy czubkiem języka łaskotała jego 

podniebienie, uśmiechał się błogo, kiedy całowała jego 

szorstką szyję. 

Jego ręce błądziły po wypukłościach bioder Gaylynn, 

jej ramion, po paciorkach kręgosłupa. Kiedy jednym sta­

nowczym ruchem wyjął zza paska jej dżinsów czerwo­

ny podkoszulek, westchnęła z ulgą. Zwlekał kilka sekund, 

z premedytacją, zanim jego ręce wśliznęły się pod baweł­

niany materiał. Gaylynn drgnęła jak porażona prądem. 

Nareszcie! Nareszcie pieścił dotykiem jej nagie ciało. 

Opuszkami palców przebiegał po plecach, od talii po na

sadę włosów, tam i z powrotem. Chciała go ponaglić. Pró­

bowała wyciągnąć mu ze spodni koszulę. Nie zdążyła. 

Poczuła jego dłonie na piersiach. O dziwo, jedwabna 

tkanina stanika potęgowała doznanie, zamiast je osłabić. 

Tego właśnie pragnęła - przeżywać rozkosz bez znie­

czulenia. Chciała czuć nagość Huntera, tak jak on czuł teraz 

pod palcami jej boleśnie napięte sutki. Ześliznęła dłonie 

z jego ramion na tors, ale szukała przecież ciepła jego 

skóry, a nie ciepła koszuli. 

Guziki. Zaczęła ich szukać drżącymi palcami. Rozpięła 

tylka dwa. Poddała się, kiedy Hunter obrysował wilgotnym 

językiem płatek jej ucha. Żeby zwykła pieszczota sprawia-

background image

90 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

ła taką rozkosz... Miała dwadzieścia dziewięć lat i nikt 

dotąd nie całował jej w ten sposób. 

Chciała od niego czegoś więcej. Płonęła żywym ogniem. 

Stłumiony dźwięk „uff nie przedarł się do jej świadomo­

ści. Dopiero dotyk mokrego nosa na plecach okazał się na 

tyle silnym bodźcem, że wzdrygnęła się spłoszona i odsu­

nęła od Huntera. 

- Coo,.. co to? - Gaylynn z trudem rozpoznała brytana 

państwa Twitty. Dotąd widywała go tylko w pozycji hory­

zontalnej. - Nigdy nie widziałam Bo Regarda stojącego na 

dwóch łapach - powiedziała zaskoczona. 

- Nie tylko on się podniósł - mruknął do siebie Hutner, 

z trudem łapiąc oddech. - Zmiataj, Bo! 

Pies zawył w odpowiedzi i usiadł na tylnych łapach pół 

metra dalej. 

- Co ty tu w ogóle robisz? - spytała Gaylynn. 

- Pytasz mnie czy psa? 

- Was obu. 

- Nie mogę odpowiadać za Bo Regarda, ale ja pilnuję, 

żebyś nie pchała się w tarapaty. 

- Kto ma klucz od kłódki, na którą zamknięte są drzwi 

biblioteki? 

- Ja, ale..,. 

- Świetnie! W takim razie otwórz sam te drzwi, a ja 

tylko zajrzę do środka. 

- Posłuchaj, Gaylynn, wiem, że nie masz najmniejszej 

ochoty wplątywać się w to wszystko. 

- Mam - przerwała mu stanowczo. - Przestań gadać, 

tylko otwórz kłódkę. 

- Dobrze. - Wzruszył ramionami i odwrócił się, żeby 

ukryć przed nią radosny uśmiech. Jego plan się powiódł! 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

91 

Z trudem udając niezadowolenie, podszedł powoli do 

drzwi. 

- Nie znam się na tym, ale... 

- Ale ja się znam. Np chodź, przestań marudzić 

i otwórz w końcu tę kłódkę. 

- Gaylynn, ten dom był zamknięty na cztery spusty 

przez pięć lat. To do niczego nie prowadzi. 

A jednak prowadzi, pomyślał. Zaprowadzi tę dziewczy­

nę z powrotem do domu i życia w mieście. Już się zmieniła 

- miała przed sobą jakiś ceł. I tak być powinno. O to mu 

przecież chodziło. Tak czy nie...? 

Powiódł za nią jeszcze raz smętnym wzrokiem. 

Wpatrywała się w drewniany, rzeźbiony szyld nad drzwia­

mi: „Biblioteka i Wypożyczalnia Książek w Lonesome 

Gap". 

- Floyd go zrobił - powiedział. - To było w latach 

czterdziestych. Dużo rzeźbił, póki wzrok mu nie zaczął 

szwankować. 

Kiedy zdjął wreszcie kłódkę i otworzył skrzypiące 

drzwi, Gaylynn przykleiła się niemal do jego pleców, żeby 

wejść jak najszybciej do środka, ale Hunter przytrzymał ją 

za rękę, 

- Uważaj! Tam mogą być węże. Nie mówiąc o my­

szach i pająkach. 

- Pokazywałam je dzieciom na lekcjach biologii, jeśli 

wymagał tego program. 

- Biegały sobie swobodnie po klasie? 

- Czasami - przyznała z krzywym uśmiechem. 

Tak naprawdę, Hunter sprawdził wszystko dzień wcześ­

niej, ale nie chciał się z tym zdradzać. 

Gaylynn próbowała ocenić stan wnętrza budynku. Pełno 

background image

92 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

było w nim kurzu i pajęczyn, ale tego należało się spo­

dziewać. 

Wiele wskazywało na to, że ktoś, kto zamykał bibliotekę 

po raz ostatni, robił to w pośpiechu. Krzesła wciąż były 

odsunięte od stołu. Zegar na ścianie zatrzymał się trzy 

minuty po trzeciej. Warstwy kurzu pokrywały dosłownie 

wszystko. Białe niegdyś prześcieradła były teraz ciemno­

szare. Przykrywały szafy biblioteczne, w których zostały 

tylko pojedyncze książki. 

Usłyszawszy głośne kichnięcie, odruchowo powiedziała 

„na zdrowie", zanim uświadomiła sobie, że to Bo Regard. 

Leżał na progu, w swojej typowej pozie, lecz na jego pysku 

malowało się tak głębokie zdziwienie, że Gaylynn nie mog­

ła się nie roześmiać. 

Huntera dręczyła obsesyjna myśl, żeby ją pocałować, 

powtarzał więc sobie, że uwiedzenie Gaylynn nie jest czę­

ścią jego planu. 

- Zobaczyłaś wszystko, co chciałaś? - spytał. 

- Dokąd zabrano książki? 

- Zdaje się, że panie z Ligi Kobiet przechowują je 

w bezpiecznym miejscu, ale zapytaj o to Ma Battle. 

- Zamierzam to zrobić - odpowiedziała z południo­

wym akcentem. 

Hunter zgadywał z wyrazu jej twarzy, że zaczęła coś 

knuć. 

- Przypominam ci, że nie przyjechałaś tu po to, żeby 

pracować. 

- Nie martw się o mnie - powiedziała ze zniecierpli­

wieniem. - Możesz wracać do biura, sama zamknę drzwi. 

- Zostawiam ci Bo Regarda do towarzystwa. - Tym 

razem Hunter nie zdołał powściągnąć uśmiechu. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 93 

- To miłe z twojej strony. 

- Tylko niech wam nie przyjdzie do głowy szukać cze­

goś na dachu. - Pogroził jej żartobliwie palcem, wiedząc 

doskonale, że Gaylynn ani myśli go słuchać. 

Na pożegnanie objął ją mocno, cmoknął w policzek, 

a potem w otwarte ze zdumienia usta. 

- Wróciłaś- szepnął czule i pogładził jej włosy. Chwilę 

potem był za drzwiami. 

- Ten facet doprowadzi mnie do rozstroju nerwowego 

- Gaylynn poskarżyła się Bo Regardowi. 

- Słyszałem! - krzyknął Hunter. 

- W porządku! - odkrzyknęła. - O to mi chodziło! 

Zadowolona, że do niej należało ostatnie słowo, zaczęła 

robić listę najpilniejszych spraw, które trzeba było załatwić, 

żeby otworzyć bibliotekę. 

- A więc dobrze mi się zdawało! To ty zaparkowałaś 

tutaj samochód - zawołała Bessie Twitty od drzwi. - Zo­

stawiłam Floyda na gospodarstwie i przyszłam zobaczyć, 

co w trawie piszczy. Bo Regard, ty tutaj? Robisz się wścib-

ski na stare lata? 

- Gzy on jest bardzo stary? - spytała Gaylynn. - Z po­

wodu wieku jest taki... niemrawy? 

- Bóg raczy wiedzieć, ile dokładnie ma lat, ale chyba 

około czterech. Nie chodzi o wiek - ot, bestia jest grymaś-

na i do byle kogo nie pójdzie. Ale jak mu się gdzieś spo­

doba - położy się i leży tam bardzo długo. Mnie się zdaje, 

że nie najgorsze jest to jego pieskie życie. 

- Masz rację. 

- No więc co myślisz o bibliotece? Wystarczy kilka lat, 

żeby z domu zrobiła się rudera. 

- Widzę. Ale opowiedz mi o niej coś więcej - poprosiła 

background image

94 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Gaylynn. - Komu najbardziej zależy na wypożyczalni 

książek? Gdyby udało się ją otworzyć, kto by na tym naj­

bardziej skorzystał? 

- Dzieci, a jakżeby inaczej! Korzystały z niej przed­

tem, to i teraz by to robiły. Maluchy siadały sobie na pod­

łodze, a pani Russell w wielkim fotelu na biegunach, o, tu­

taj. Czytała im rozmaite historie z książek z obrazkami. 

- Hunter mi powiedział, że panie z Ligi Kobiet prze­

chowują gdzieś książki. 

- Prawdę powiedział. Ja też do niej należę. Jest nas ze 

dwanaście, większość z Lonesome Gap. 

- Czy panie pomogłyby mi tu sprzątnąć? 

- Chyba tak. Ale po co? 

- Żeby otworzyć znów bibliotekę. 

- A ty zostałabyś bibliotekarką? Cudowny pomysł! -

krzyknęła Bessie, rzucając się Gaylynn na szyję. - Czyli 

sprawy się mają dokładnie tak, jak to Hunter obmyślił... 

- Co chciałaś przez to powiedzieć? 

- Nic, nic - zreflektowała się Bessie. - Czasami ga­

dam, co mi ślina na język przyniesie. 

- Poczekaj! Czy to Hunter wymyślił, że zostanę waszą 

bibliotekarką? To on chciał, żebym uruchomiła wypoży­

czalnię? 

- My wszyscy chcieliśmy, żeby miasto miało bibliote­

kę, ale nikt z nas nie ma pojęcia o prowadzeniu czegoś 

takiego. Co innego wspólne szycie narzut, a co innego 

książki... - Bessie pokręciła głową. - Nie, w Lidze Kobiet 

mamy różne specjalizacje, ale żadna z nas nie nadaje się 

na bibliotekarkę. 

- Wróćmy na chwilę do Huntera. Co miałaś na myśli... 

- Oho, zdaje się, że Floyd mnie woła. Muszę już iść. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 95 

- Niczego nie słyszałam. 

- Żona zawsze wie, kiedy mąż ją woła. Tak się cieszę, 

że otworzysz bibliotekę. A do sprzątania zbiorę całą Ligę 

Kobiet, kiedy tylko zechcesz. Daj mi znać. 

- Jasne, że dam ci znać. Kobieta zawsze wie, kiedy mąż 

ją woła. Banialuki! Raczej zawsze wie, kiedy wpada w sid­

ła. - Gaylynn powiedziała to do siebie, kiedy Bessie wy­

biegła na zewnątrz. Kiedy patrzyła z dystansu na poczyna­

nia Huntera w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, 

wszystko jej się zaczęło układać w logiczną całość. Odgad­

ła jego plan. Najpierw napomyka niechcący, że ludzie mają 

do niej jakąś sprawę, potem zaklina, żeby nie dawała się 

w to wciągnąć. 

- A więc tak się, piesku, rzeczy mają! - Powiedziała to 

tak głośno, że Bo Regard uniósł lekko łeb i otworzył oczy. 

Zaraz jednak ziewnął i wrócił do poprzedniej pozycji. 

Hunter zarzucił przynętę, na którą dała się złapać. Po­

wiedział, żeby trzymała się z daleka od spraw mieszkań­

ców tego miasteczka, więc z czystej przekory wyszła ze 

swojej górskiej kryjówki. I o to mu chodziło. 

A ostatni pocałunek? Prawdę mówiąc, to ona go spro­

wokowała. Ale on się nie bronił... A niby jak powinien 

zachować się facet z temperamentem, któremu rzuca się 

w ramiona nienasycona kobieta? 

Nie chciała myśleć o swoich uczuciach do Huntera. 

I bez tego była dostatecznie zakłopotana. 

- Cwaniak z ciebie. Muszę ci to uczciwie przyznać -

powiedziała chwilę później w biurze szeryfa, oddając mu 

klucze. 

- Masz na myśli coś konkretnego czy chodzi ci o moją 

wybitną inteligencję... ? 

background image

96 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Gaylynn uśmiechnęła się tylko i pocałowała go w poli­

czek. Wyraz zakłopotania na jego twarzy poprawił jej na­

strój. Zakłopotanie, pomyślała, podobnie jak nieszczęście, 

lubi towarzystwo. Jeżeli ona była kłębkiem nerwów i nie 

panowała nad swoimi myślami i uczuciami, dlaczego on 

nie miałby się także trochę pomęczyć? Poza tym... to miłe 

z jego strony, że w całe te tarapaty wplątał się dla niej. 

Była już za drzwiami, kiedy usłyszała wołanie Huntera: 

- Poczekaj chwilkę! Zapomniałem ci powiedzieć, że 

dzwoniła Ma Battle. Pytała, czy mogłabyś dzisiaj do niej 

wpaść - oczywiście jeżeli znajdziesz trochę czasu. Miesz­

ka na rogu następnej uliczki, po prawej stronie. Sklep już 

zamknęła. Chce porozmawiać z tobą o książkach z bib­

lioteki. 

- Dobrze. 

Hunter odprowadził ją osłupiałym wzrokiem do samo­

chodu, kręcąc głową. 

- Ach, te kobiety! 

Salon w domu Ma Battle przypominał muzeum staroci. 

Cała ściana zabudowana była półkami, na których, oprócz 

książek, stało mnóstwo ozdobnych talerzy. Pikowana na­

rzuta na kanapie przyciągała wzrok bajecznymi kolorami. 

Na stole w aneksie jadalnym piętrzyły się stosy papierów 

i teczek. 

- Papierkowa robota Ligi Kobiet - wyjaśniła starsza pani. 

- No i oczywiście moje rozwiązania konkursów, krzyżówek, 

odcinki totalizatorów. Boone powiedział, że nigdy niczego 

nie wygrałam, ale to nieprawda. Wylosowałam mnóstwo rze­

czy. Nawet ślepej kurze trafia się ziarno... Widzisz tę lampę 

z muszelek, o tam, na półce? Wygrałam ją. Szklanka, z któ-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 97 

rej pijesz, też jest fantem. - Ma Battle wręczyła Gaylynn 

szklankę mrożonej herbaty na powitanie, ledwie zamknęła 

za nią drzwi. - To prawdziwy kryształ. 

- Nie mogę oderwać oczu od tej narzuty na kanapie. 

Jest piękna! 

- Bardzo dziękuję za komplement. Nie zliczyłabym 

wszystkich pikowanych narzut i kołder, które zrobiłam 

w swoim życiu. Przynajmniej po jednej dostała piątka mo­

ich dzieci i piętnaścioro wnuków. Wyprowadzili się z tych 

okolic, ale zostały im moje narzuty. Jest taki stary przesąd, 

że jeżeli młoda dziewczyna zaśnie pod nową kołdrą, przy­

śni jej się chłopak, którego poślubi. 

To bezpieczniejsze, pomyślała Gaylynn z uśmie­

chem, niż znajdowanie miłości dosłownie „tam, gdzie jej 

szukasz". 

- Kiedyś częściej zbierałyśmy się na wspólne szy­

cie. Miedzy Bogiem a prawdą, chodzi głównie o to, że­

by się spotkać i poplotkować. Szyjemy, gadamy, szyje­

my. .. A w rezultacie jest się czym pochwalić. Każda taka 

narzuta żyje potem własnym życiem... Ale przecież nie 

zaprosiłam cię tutaj, żeby opowiadać o pikowaniu. Chcia­

łam ci pokazać, gdzie schowałyśmy książki z wypożyczal­

ni. Bessie do mnie zadzwoniła i powiedziała, że otwierasz 

bibliotekę. 

- Sama nie dam sobie rady. 

- Pomożemy ci. Kiedy tylko zechcesz! Od czego trzeba 

by zacząć? 

- Od sprzątania. 

- Słusznie. Mogłybyśmy zabrać się do roboty w naj­

bliższą sobotę. Dopilnuję, żeby każda przyszła z wiadrem 

i szczotką. Stary katalog też jest u mnie, w nie używanym 

background image

98 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

pokoju. To wytworna dębowa szafka z sześcioma szufla­

dami, każda wypełniona fiszkami katalogowymi. Książki 

trzymamy w piwnicach - w trzech najsuchszych piwni­

cach w mieście - w mojej, Hazel Rue i Lillie Montgomery. 

- Do Ligi należy pani Rue i pani Montgomery? Słysza­

łam, że ich rodziny są skłócone. 

- Zgody nie ma, to prawda. Ale nie jest to krwawa 

wendeta jak za dawnych czasów. Zresztą u nas, w Północ­

nej Karolinie, nigdy nie było tak źle jak w Tennessee czy 

w Kentucky - powiedziała stanowczo. - Ja jednak nigdy 

nie stawałam po stronie jednej albo drugiej rodziny. Jeże­

li część książek wzięła na przechowanie Lillie, Hazel nie 

mogła być gorsza. 

- Dużo jest tych książek? 

- Dokładnie nie wiem. Nie policzyłyśmy ich, ale ja 

mam w piwnicy około trzydziestu pełnych kartonów, po­

zostałe panie mniej więcej tyle samo. 

- W takim razie zajmiemy się najpierw przygotowa­

niem pomieszczenia, a potem zaczniemy przewozić książ­

ki. Biblioteka byłaby czynna w ustalonych godzinach. Ja 

bym ją prowadziła przez pewną część dnia, a potem może 

znalazłby się ktoś jeszcze... 

- Będzie tak jak, sobie życzysz. 

W powietrzu wisiało nie wypowiedziane pytanie: co się 

stanie z biblioteką, kiedy wrócisz do Chicago? 

Doświadczenie podpowiadało Gaylynn, że w pracy spo­

łecznej wystarczy jeden zapaleniec, który wznieci iskrę, 

pokaże, że można coś zrobić, żeby wszystko potoczyło się 

gładko. Poradzą sobie bez niej. 

Ale czy ona poradzi sobie bez nich? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

99 

- Co u ciebie słychać? - spytała Brett, żona Michaela. 

- Dzięki, wszystko dobrze - odpowiedziała zdawkowo 

Gaylynn. Zadzwoniła do Brett, bo poczuła gwałtowną po­

trzebę rozmowy z kobietą w swoim wieku. 

- Masz tam jakieś zajęcia? Nie nudzisz się? 

- Podobne do twoich. Przygarnęłam kotkę z dwojgiem 

małych. Tylko, proszę, nie mów nic Michaelowi. Mógłby 

mieć do mnie o to pretensje. Koty są teraz w domu, godzi­

nę temu badał je weterynarz. Wystawił im świadectwo nie­

nagannej czystości i zdrowia. Szkoda, że ich nie widzisz. 

Są cudne... - Gaylynn uśmiechała się, patrząc na trzy śpią­

ce, zwinięte w kłębek koty. 

- Gaylynn, czy mi się zdaje, czy ty zaczynasz mówić 

z południowym akcentem? 

- Pewnie ci się zdaje. 

- Więc co tam jeszcze robisz, poza tym, że założyłaś 

przytulisko dla zbłąkanych kotów? 

Postanowiła nie opowiadać Brett o bibliotece. W końcu 

nic konkretnego jeszcze się nie działo. Dopiero w czasie 

sobotniego sprzątania miało się okazać, ile znajdzie chęt­

nych do pomocy. 

- No więc wyobraź sobie, że zaczęłam tu rysować. 

Niesamowite, bo nigdy nie miałam ani krzty zacięcia do 

malowania. Coś dziwnego musi być w tych górach... 

- Albo w cygańskiej szkatułce. Pamiętasz, jak mówiłaś 

mi, że Michael nie ma ani krzty podejścia do małych dzie­

ci? Po tym, jak dostał z Węgier szkatułkę, zwariował na 

punkcie Hope. Zresztą nie tylko o nią chodzi. Gdziekol­

wiek pójdziemy, dzieci wciąż nie dają mu spokoju. Niesa­

mowity widok, mówię ci. 

- Naprawdę myślisz, że to szkatułka pomaga mi ryso-

background image

100 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

wać? Ale dlaczego? Po co? W natchnieniu czy zaczarowa­

niu Michaela, żeby polubił dzieci, był jakiś sens. Właśnie 

to was połączyło. - Gaylynn dziwiła się samej sobie, że 

w tak rzeczowy sposób rozmawia o zjawiskach magicz­

nych. Z drugiej strony, nie byłaby córką swojego ojca... 

- Nie jestem pewna, dlaczego rysowanie stało się dla 

ciebie ważne - odpowiedziała Brett. - Tylko ty możesz się 

domyślić, jaki to ma sens. Czy dzięki temu coś się w twoim 

życiu zmieniło? 

- Zaczęłam więcej widzieć - przyznała z wahaniem 

w głosie Gaylynn. - Zauważać piękno w zwyczajnych rze-

czach. Kiedy rysuj ę coś konkretnego, muszę na to naprawdę 

patrzeć. Rozumiesz, o co mi chodzi? - Jedną ręką trzyma­

jąc słuchawkę, drugą szkicowała coś machinalnie na czy­

stej kartce papieru. Z gmatwaniny linii wyłoniła się wkrót­

ce twarz Huntera, przypominając jej, że nie o rysowaniu 

chciała porozmawiać z Brett. - Ale dzwonię do ciebie 

głównie po to, żebyś mi doradziła... 

- Kłopoty sercowe? 

- Tak... No właśnie dlatego mi się spodobałaś. Masz 

intuicję i jak mało kto potrafisz słuchać. Nastrajasz się na 

odbiór i od razu wiesz, co w człowieku siedzi. Boże, nawet 

takiego Michaela potrafiłaś rozgryźć, a on naprawdę nie 

jest łatwy... 

- Święte słowa! - Brett wybuchnęła śmiechem. - Ale 

mnie pomogła szkatułka. A może to samo przydarzyło się 

tobie? Masz kłopoty sercowe z powodu cygańskiego za­

klęcia. 

- Chciałabym, żeby to było takie proste... 

- A więc? Co się stało, kiedy otworzyłaś szkatułkę? No 

bo otworzyłaś ją, prawda? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

101 

- Jasne. Nic się nie stało. 

- Na nikogo nie spojrzałaś? 

- Zobaczyłam jakiegoś starego włóczęgę. Podejrze­

wam, że jest tutejszym przemytnikiem. 

- Och, nie! 

- Na szczęście on mnie chyba nie zauważył. Dobra 

wiadomość jest taka, że od tamtej pory nigdzie go spo­

tkałam. Zła - że wpadłam... Zakochałam się... w kimś 

innym. 

- W kim? 

- W Hunterze Davisie. 

- Przyjacielu Michaela? 

- Zgadza się. I nie mam pojęcia, co z tym zrobić. 

- W czym problem? Jest żonaty albo związany z kimś 

innym? 

- Nie. Rozwiódł się. Michael o tym wiedział, ale nie 

raczył mi powiedzieć. 

- Wciąż ciężko pracuję nad jego umiejętnością konta­

ktowania się z ludźmi - przyznała posępnym głosem Brett. 

- Gdzie on teraz jest? Słucha nas? 

- Wyszedł z Hope na spacer. 

- To dobrze. Poradź mi, co ja mam z tym zrobić... To 

znaczy z Hunterem? 

- A powiesz mi, na czym polega twój kłopot? 

To proste pytanie uświadomiło Gaylynn, że nie może 

niczego wyjaśnić, nie wspominając o napadzie, o tym 

wszystkim, co spowodowało jej ucieczkę z Chicago. Gdy­

by Brett się dowiedziała o jej przygodzie, powtórzyłaby 

wszystko Michaelowi. Nie było więc wyjścia. Musiała się 

jakoś wykręcić. 

- Chodzi o to... Patrząc na mnie z boku, można by 

background image

102 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

powiedzieć, że przeżywam kryzys średniego wieku i nie 

wiem, co zrobić z własnym życiem. Zwolniłam się z pracy, 

nie jestem pewna, czego chcę, niczego nie jestem pewna. 

Wygląda na to, że już nie wiem, kim jestem. 

- Mówiąc, że nie jesteś pewna, czego chcesz, masz 

także na myśli Huntera? 

- Marzy mi się - Gaylynn roześmiała się drżącym gło­

sem - żeby spędzić resztę życia w jego objęciach. 

- Fajnie. I co cię powstrzymuje? Co ci się w tym po­

myśle nie podoba? Boisz się czegoś? 

- Wielu rzeczy. Tego, że on nic do mnie nie czuje. Być 

może opiekuje się mną tylko dlatego, że jestem siostrą jego 

najlepszego przyjaciela, a Michael go o to prosił. Hunter 

zawsze był chętny do pomocy - bez względu na to, czy 

potrzebował jej ptak ze złamanym skrzydłem, czy... kto­

kolwiek. I przeraża mnie to, że jest policjantem. 

- Czyli same wątpliwości - powiedziała rzeczowym 

tonem Brett. - A może jednak Hunter czuje do ciebie to 

samo, co ty do niego? Bierzesz pod uwagę taką możliwość? 

- Od pewnego czasu... tak. Dlatego zadzwoniłam do 

ciebie. 

- A w czym ci przeszkadza jego zawód? 

- Nie tyle przeszkadza, co przeraża. Znam, oczywiście, 

wszystkie logiczne argumenty - że mieszkamy w małym 

spokojnym miasteczku w Północnej Karolinie i w porów­

naniu z niebezpieczeństwem, na jakie narażają się policjan-

ci w Chicago, nic szczególnego mu tutaj nie zagraża. 

A jednak... Boże, nienawidzę tego uczucia, nie mogę 

znieść swojego tchórzostwa! 

- Nie znam cię może dostatecznie długo - powiedziała 

spokojnie Brett - ale nie przyszłoby mi do głowy pode-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

103 

jrzewać cię o tchórzostwo. Cała twoja rodzina uważa, że 

ty nie znasz uczucia strachu. 

- Tak było dawniej. Rzeczywiście uchodziłam za osobę 

odważną. A teraz co byś o mnie powiedziała? 

- Że się chwilowo zagubiłaś. 

- I masz rację - szepnęła niepewnym głosem. 

- Chcesz o tym porozmawiać? 

- Nie teraz. Ale dzięki za życzliwość. 

- Nie ma sprawy. Moja propozycja jest wciąż aktualna. 

Jeżeli dojrzejesz do tej rozmowy, po prostu zadzwoń. 

- Zadzwonię. 

- Ale wróćmy do Huntera. Kochasz go? 

- Kochałam go - odpowiedziała po chwili milczenia 

- kiedy miałam trzynaście lat. Dostałam kompletnego świ­

ra na jego punkcie. Jest ode mnie o pięć lat starszy. Wstąpił 

do akademii policyjnej, był gliną w Chicago, ożenił się i 

w końcu wyjechał. 

- Zapomniałaś o nim? 

- W pewnym sensie. W każdym razie wmówiłam so­

bie, że o nim zapomniałam. Teraz nie jestem tego pewna. 

Zdaje się, że wszystkich facetów, z którymi zdarzało mi się 

spotykać, mierzyłam jego miarką. 

- I wszyscy byli do niczego, prawda? 

- Dlaczego tak sądzisz? 

- Domyśliłam się tego. Masz bardzo ekspresyjny głos. 

Kiedy wymawiasz imię: Hunter, to brzmi to tak... 

- Jakbym była w nim zakochana? W porządku, jestem. 

Chociaż kiedy mówię to głośno, dostaję gęsiej skórki ze 

strachu. - Gaylynn roześmiała się nerwowo. - Właściwie 

zrobiłam to po raz pierwszy. 

- Gęsia skórka ze strachu to drobiazg. Ja skamieniałam 

background image

104 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

z przerażenia, kiedy po raz pierwszy powiedziałam o tym 

głośno. 

- Wy zakochaliście się w sobie jednocześnie, od pier­

wszego wejrzenia. 

- Tak. Ale nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. 

Szkoda, że Hunter nie był pierwszym facetem, którego 

zobaczyłaś, otwierając szkatułkę. Nie próbowałaś otwo­

rzyć jej jeszcze raz? 

- Hunter wziął ją kiedyś do ręki. Powiedział, że nie 

widzi w niej niczego niezwykłego. 

- A ty? 

- Ja nie potrafię przy nim normalnie myśleć. 

- No tak... Jeżeli jest aż tak dobrze, co cię powstrzy­

muje? Dlaczego nie gonisz za swoim szczęściem? 

Zwykle spokojna i bierna Spook, która okazała się jed­

nak kotką, rzuciła się w stronę osłupiałego ze zdziwienia 

Blue, zmuszając go do ucieczki. Scena tej nieoczekiwanej 

zmiany roli ze ściganej na ścigającą podsunęła Gaylynn 

pewien pomysł: gdyby tak, zamiast uciekać przed własny­

mi lękami, zaczęła gonić marzenia? 

- Dopóki człowiek nie spróbuje, nie dowie się, czy było 

warto... Jesteś tam? 

- Jestem - odpowiedziała Gaylynn. - Przeżywam 

właśnie moment olśnienia. Znasz takie uczucie, kiedy masz 

pustkę w głowie i nagle coś ci zaczyna w niej świtać? 

- Aha... Powiesz mi, co wymyśliłaś? 

- Mam zamiar uwieść Huntera Davisa. Dasz mi 

w związku z tym jakąś dobrą radę? 

W sobotę rano, kiedy Gaylynn zajechała pod bibliotekę, 

czekała na nią spora grupa ludzi. Wiedziała już, że w takim 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

105 

małym miasteczku jak Lonesome Gap dwadzieścia kilka 

osób zebranych w jednym miejscu to prawdziwy tłum. 

Przed budynkiem z czerwonej cegły jej oczom ukazała 

się scena piknikowa: rząd ogrodowych stołów, łopoczące 

na wietrze żółte obrusy, przytrzymywane na rogach cięż­

kimi kamieniami. Kilka kobiet nalewało kawę i układało 

na talerzach ciepłe bułeczki. Gaylynn zauważyła Floyda 

i Bessie Twitty oraz ich wnuka Boone'a. Ma Battle z Dar-

lene, kelnerką z kawiarni, podawały kawę i bułeczki. Dwaj 

starsi mężczyźni, ci sami, którzy pytali ją, czy weźmie 

udział w zakładach, dyrygowali grupką dzieci wyrywają­

cych chwasty. Ogólnie rzecz biorąc, panowała atmosfera 

zorganizowanego chaosu. 

Hunter też przyszedł. Gaylynn wyczuła jego obecność, 

zanim dostrzegła zwichrzoną bardziej niż zwykle czuprynę. 

- Nie byłam pewna, czy się dzisiaj zobaczymy. 

- Nie darowałbym sobie utraty takiej okazji. Chodź, 

jest tu kilka osób, które chciałbym ci przedstawić. 

Kilka osób okazało się kilkunastoma, a wszystkie, w ten 

czy inny sposób, były spokrewnione z Hunterem. Jedna 

uśmiechnięta twarz zamieniła się w drugą jak obrazy z epi­

diaskopu. Jeff, Jerry, Noah i co najmniej trzech Jamesów. 

- Ilu masz w tym mieście krewnych? - spytała Gay­

lynn po skończonej prezentacji. 

- Mniej niż kiedyś. Wielu z nich opuściło te strony. 

Zostało tylko piętnaście osób. 

- A ja myślałam, że pochodzę z licznej rodziny... -

Gaylynn pokręciła głową. 

- Jako jedyny w swoim klanie nie mam rodzeństwa. 

- Ale nie cierpisz chyba na kompleks jedynaka, mając 

tylu kuzynów... 

background image

106 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Zauważyłaś rodzinne podobieństwo? 

- Za krótko z nimi rozmawiałam, żeby się zorientować, 

czy wszyscy są takimi samymi szczwanymi lisami jak ty. 

- Nie wydaje ci się, że przedstawiciel prawa zasługuje 

na trochę więcej szacunku? 

Nie uśmiechał się do niej jak przedstawiciel prawa. Jas­

noniebieska koszula i czarne dżinsy pozwoliły jej za­

pomnieć na chwilę o gwieździe szeryfa. Kiedy w czasie 

sprzątania żartował z pajęczyn w jej włosach, jego oczy 

promieniowały beztroską radością. 

Trzy godziny później po pajęczynach nie było śladu. 

Kiedy poradzono sobie z najgorszym brudem i kurzem, 

otwarto na oścież drzwi frontowe. Panie z Ligi Kobiet 

przyniosły wystarczająco dużo wiader, proszku i pasty, że­

by z szarej drewnianej podłogi wyczarować lśniący par­

kiet. Powrotu do stanu świetności doczekały się też szafki 

biblioteczne, a na końcu okna. 

- Zaczyna to nieźle wyglądać - powiedziała Gaylynn 

z udawaną obojętnością. 

- Powiem ci, co naprawdę dobrze wygląda - usłyszała 

zza pleców głos Darlene. - Hunter! Popatrz tylko na te 

bary. Dźwiga tę szafę jak piórko. Gdybym tak nie była 

mężatką... O, rany! - Darlene przesunęła ręką po czole. 

- Hunter ma w sobie coś takiego, że jak na niego patrzę, 

to mnie ściska w dołku. Wiesz, o co mi chodzi? 

- Tak, wiem, o co ci chodzi - odpowiedziała Gaylynn, 

wachlując się papierową serwetką. Chwilę później po­

drapała się po nosie. - Swędzi mnie skóra od tego kurzu. 

- Podobno swędzenie nosa wróży zabawę w miłym to­

warzystwie. 

Gaylynn marzyło się towarzystwo Huntera, a na speł-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 107 

nienie tego życzenia nie musiała długo czekać. W tej samej 

chwili, kiedy ogłoszono przerwę na lunch, Hunter znalazł 

się u jej boku. 

Stoły ogrodowe ustawione na trawniku przed biblioteką 

uginały się pod ciężarem jedzenia. Wszyscy coś przynieśli 

- kurczaka, duszoną wołowinę, domową marynowaną ku­

kurydzę, wędzoną szynkę, sałatkę z pomidorów, dzbanki 

z lemoniadą i co najmniej pięć rodzajów ciasta, w tym trzy 

placki z gruszkami. Gaylynn zauważyła, że Bo Regard 

zajął pozycję strategiczną pod stołem, licząc zapewne na 

to, że po spadające z góry okruchy nie będzie musiał nawet 

wstawać. 

Kiedy prawie wszyscy jeszcze jedli, ktoś zaczął grać na 

cymbałach. Muzyka, szczyty gór, wiosenna zieleń, zapach 

kwiatów i świeżo skoszonej trawy, wszystkie te szczegó­

ły i wiele innych tworzyły scenerię doskonałą w swo­

jej harmonii. Ci ludzie nie posiadali luksusowych domów 

ani złotych kart kredytowych, ale mieli silne poczucie wię­

zi z rodziną i z sąsiadami, i naprawdę kochali miejsce, 

w którym mieszkali. Gaylynn z trudem powstrzymała cis­

nące się pod powieki łzy. Były to jednak łzy szczęścia, a nie 

bólu. 

- Jak się czujesz? - spytał Hunter, siadając koło niej na. 

ogrodowej ławce. 

- Wiesz, że słuchałam gry na kobzach w Szkocji, pa­

miętam cytry alpejskie, a teraz cymbały w Blue Rigde... 

- I skrzypce - powiedział Hunter, kiedy Floyd wyjął 

z futerału instrument i zaczął na nim grać. 

- Na dźwięk skrzypiec coś ściska mnie w gardle. 

- Skrzypce przypominają dziewczynę; nie wydobę-

dziesz z nich odpowiedniego dźwięku bez właściwego 

background image

108 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

smyczka, - Zanim zdążył się zasłonić, Gaylynn uderzyła 

go łokciem w żebra. 

- Przepraszam - powiedziała z łobuzerskim uśmie­

chem - ale nie dosłyszałam. Mówiłeś coś? 

Na wszelki wypadek, pamiętając, że umiar jest cnotą, 

postanowił nie powtarzać swojego dowcipu. 

-- Co robisz wieczorem? - spytała, jakby w nagrodę za 

jego powściągliwość. 

- Pracuję. Bo co? 

- A jutro wieczorem? Też pracujesz? 

- Nie. Dlaczego pytasz? 

- Pomyślałam sobie, że moglibyśmy zjeść razem kola­

cję. U mnie. Uroczystą kolację. Mogłabym usmażyć kur­

czaka. Co ty na to? 

- Czy to jest tylko wstępna propozycja, czy też kon­

kretne zaproszenie na jutrzejszą kolację? 

- To drugie. 

- W takim razie przyjmuję je z radością. 

- No to jesteśmy umówieni - powiedziała krótko. - Ju­

tro o siódmej. 

Za pięć siódma następnego wieczoru Hunter pukał do 

drzwi Gaylynn. Nie mógł zrozumieć, co się z nim dzieje. 

W domu stracił całe dziesięć minut, zmieniając trzykrotnie 

koszulę. Nigdy w życiu nie był tak bardzo zdenerwowany. 

Śmieszne. To przecież nie będzie jego pierwsza wizy­

ta u Gaylynn, powtarzał sobie, poprawiając machinalnie 

krawat. 

- Poczekaj chwilę. Zaraz do ciebie wyjdę! - krzyknęła 

Gaylynn. 

Nie powinien był przychodzić dziesięć minut wcześniej. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 109 

Usiadł w fotelu bujanym na werandzie i starał się uspoko­

ić. Nic z tego. Wpatrzony w sekundnik ręcznego zegarka, 

czekał, aż Gaylynn mu otworzy drzwi. 

Co tam się dzieje? Wstał i zapukał raz jeszcze. 

- Już idę! - zawołała. 

Po chwili stanęła w otwartych drzwiach. Hunter zanie­

mówił. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Gaylynn spędziła popołudnie na gorączkowych przygo­

towaniach do tej wyjątkowej kolacji. Prawie nic jej nie 

wychodziło. Zaplanowała główne danie, ale gdy zabierała 

się do smażenia, Blue ukradł ze stołu udko kurczaka. 

Postanowiła usmażyć pozostałe porcje, ale przypaliła je 

- gorąca patelnia, na którą (prawdopodobnie) wsypała zbyt 

dużo mąki, zajęła się żywym ogniem. Przy okazji spaliły 

się dwie ściereczki którymi gasiła płomień. Kurczak był 

nie do uratowania. 

W całym tym zamieszaniu zapomniała o cieście, które 

wstawiła do piecyka. Kiedy zorientowała się, skąd wydo­

bywają się kłęby dymu, deser był już tylko zwęgloną masą. 

W całym domu tak strasznie cuchnęło spalenizną, jak 

gdyby wybuchł w nim pożar. Gaylynn otworzyła wszystkie 

okna. Jak na złość, nie było wiatru. 

Roztrzęsiona, sprawdziwszy, że w lodówce nie ma ni­

czego innego, z czego mogłaby zrobić obiecaną kolację, 

zadzwoniła do Lonesome Cafe i Hazel's Hash House, żeby 

spytać, czy nie sprzedają smażonego kurczaka na wynos. 

Pierwszy lokal, jak w każdą niedzielę, był zamknięty, 

w drugim kurczaki smażyli tylko w dni powszednie. Po­

wiedziano jej jednak, że Ma Battle zawsze w niedzielę 

przyrządza słynnego w całej okolicy kurczaka. I że na 

pewno jej go odstąpi. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

111 

Ma Battle potwierdziła otrzymaną wiadomość, odmó­

wiła jednak sprzedania swego specjału, upierając się, że 

podaruje kurczaka Gaylynn „dla dobra sprawy". 

Z włosami w papilotach - nie miała czasu na zakręcenie 

ich elektryczną lokówką, którą zresztą, jak się okazało, 

zostawiła w domu w Chicago - wskoczyła do swojego wy­

służonego czerwonego samochodu i ruszyła do miasta. 

- Obróć się z tym półmiskiem kilka razy - zażartowała 

z wesołym błyskiem w oczach Ma Battle - to w domu bę­

dzie pachnieć tak, jakbyś od rana nic innego nie robiła, 

tylko gotowała. 

- Już pachnie -jęknęła Gaylynn. - W całym domu cu­

chnie spalenizną jak po pożarze. 

- I zrób trochę bałaganu w kuchni. 

- Bałaganu? Proszę mi wierzyć, że to, co już zrobiłam, 

można nazwać dosadniej. Szczęście, że cała kuchnia się 

nie spaliła, tak jak moja kolacja. 

- Nie przejmuj się, kochanie, nie raz i nie dwa przyda­

rzyła mi się taka historia, kiedy byłam młoda - pocieszyła 

ją Ma Battle. - Posłuchaj mojej rady: uśmiechaj się słodko 

i wetrzyj sobie za jedno ucho trochę tłuszczu z kurczaka. 

Proszę, weź jeszcze to. - Wręczyła jej miskę pełną ugoto­

wanych ziemniaków. - Zawinęłam wszystko w folię, żeby 

nie wystygło. 

- A co pani będzie jeść? 

- Już ty się o mnie nie martw! Zjem resztę wczorajszej 

pieczeni. 

- Dziękuję, Ma Battle. Jest pani cudowna. Czy napra­

wdę nie mogłabym zapłacić...? 

- Nie mów głupstw. Życzę wam udanej kolacji. 

Do domu dotarła za kwadrans siódma. Kolacja była 

background image

112 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

gotowa, a koty, uraczone puszką tuńczyka, wylegiwały się 

na łóżku. 

Gaylynn zostało kilka minut na przebranie się. Błogo­

sławiła chwilę, w której zdecydowała - a może to los nią 

pokierował albo cygańskie czary - że na wszelki wypadek 

oprócz sportowego ubrania zabierze w podróż żakardową 

suknię w herbacianym kolorze. W zwiewnej i długiej su­

kience o bufiastych rękawach czuła się pewnie i elegancko. 

Ledwie zdążyła ją włożyć, usłyszała pukanie do drzwi. 

Och, nie, Hunter przyszedł za wcześnie! 

- Poczekaj chwilę! Zaraz do ciebie wyjdę - krzyknęła. 

Makijaż, dzięki Bogu, zrobiła tuż po kąpieli, zanim 

pojechała do Ma Battle, ale na głowie wciąż miała te idio­

tyczne papiloty! Pozbywszy się ich w błyskawicznym tem­

pie, wpadła do łazienki, żeby przejrzeć się w lustrze. Trud­

no, jest jak jest, powtarzała sobie, szczotkując pośpiesznie 

włosy. Naturalny wygląd jest w modzie, tak czy nie? 

Znowu rozległo się pukanie do drzwi. 
- Już idę! 

Zatrzymała się koło szkatułki, otworzyła ją i wyjęła ze 

środka dziwaczny medal. Przypięła go do sukni, na szczę­

ście, westchnęła głęboko i otworzyła drzwi. 

Hunter patrzył na nią nieruchomym wzrokiem. Nie do­

strzegła w jego oczach zwykłego wesołego błysku, który 

sprawiał, że nigdy nie była pewna, czy uwodzi ją tym 

spojrzeniem, czy tylko się z nią droczy. Teraz jego nieru­

choma twarz wyrażała bezgraniczne zdumienie. 

Zamarło w niej serce. Czy to znaczy, że przesadziła 

z tym wieczorowym strojem? Zrobiła z siebie kompletną 

idiotkę? Czyżby swoje niedwuznaczne zamiary miała wy­

pisane na twarzy? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

113 

Trudno, zdecydowała. Ani myślała rezygnować ze swo­

ich planów. Po takim wysiłku, po tym wszystkim, co dzisiaj 

przeszła?! 

Wciągnęła go do środka i zamknęła drzwi - na wypa­

dek gdyby przypomniała mu się nagle komenda „w tył 

zwrot". 

- Przyszedłeś za wcześnie. 

- Jesteś wspaniała - powiedział ochrypłym basem, 

z wyraźniejszym niż zwykle góralskim zaśpiewem. 

- Dziękuję. - Komplement Huntera nie tylko nie zbił 

jej z tropu, ale pomógł odzyskać odwagę. 

- Co tak ładnie pachnie? - mruknął pod nosem, wcią­

gając w nozdrza powietrze. 

- Chyba pieczony kurczak. 

- Nie, przypomina mi to raczej... 

Boże, spraw, żeby nie powiedział, że smołę albo węgiel 

drzewny, modliła się w duchu Gaylynn. 

- Brzoskwinie! 

- Może placek z owocami. 

- Nie... - Podszedł bliżej do Gaylynn. - To twoje włosy. 

Zupełnie zapomniała o brzoskwiniowym szamponie 

i żelu pod prysznic. Ucieszyła się w głębi serca, uświado­

miwszy sobie, że Hunter reagował na te zapachy lepiej niż 

na tłuszcz z kurczaka za uchem... 

Obserwując rozkwitający na jej twarzy tajemniczy 

uśmiech, Hunter miał ochotę przytulić ją i całować bez 

końca. Wyglądała tak kusząco... Policzki miała lekko za­

różowione, wargi błyszczące i wilgotne, zapraszające do 

pocałunku. Słowa uwięzły mu w gardle. 

- Kolacja gotowa. Mam nadzieję, że jesteś głodny... 

- Gaylynn wycofała się do kuchni. 

background image

114 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Jestem - powiedział zdławionym głosem. 

Wydało jej się, że nie mówi o jedzeniu. Bardzo dobrze! 

Pierwszy krok miała za sobą. Zrobiła na nim wrażenie 

- jeśli nie ona sama, to jej strój. Rozmyślnie nie zapięła 

połowy guzików w dolnej części sukienki. Kiedy krążyła 

między jadalnią a kuchnią, zauważyła wzrok Huntera śliz­

gający po jej odsłoniętych nogach. 

- Jest tu wszystko, czego nam trzeba? 

Układając serwetkę na kolanach, Hunter nie popisywał 

się dobrymi manierami przy stole, lecz próbował jedynie 

ukryć swoją reakcję na widok jej kształtnych ud. 

Czy powinien jej powiedzieć, że ma nie zapięte gu­

ziki...? Może to jego wina. W końcu zaskoczył Gaylynn, 

przychodząc o pięć minut za wcześnie. Tak czy inaczej, 

nie zamierzał odmawiać sobie rozkoszy oglądania takiego 

widoku. 

- Wolisz udo czy pierś? 

Jego oczy powędrowały w górę do równie kształtnych 

jak uda piersi Gaylynn. Głęboki dekolt sukienki odsłaniał 

ich szczyty i łagodne zejście w ocienioną dolinę. Brzosk­

winiowy aromat jej skóry wprawił jego nozdrza w niespo­

kojne drganie. 

- Udo czy pierś? - powtórzyła. 

- Jedno i drugie wygląda fantastycznie - odpowiedział 

szeptem, nie spojrzawszy nawet na półmisek z kurczakiem. 

- Szczerze mówiąc, ślinka mi cieknie. 

- Bardzo dobrze. - Z czarującym uśmiechem na twarzy 

Gaylynn zsunęła z półmiska na jego talerz dwie porcje 

kurczaka: udko i pierś. 

Dopiero teraz Hunterowi zaświtała w głowie myśl, że 

Gaylynn nie zapięła tych guzików umyślnie. Czyżby w ten 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

115 

sposób postanowiła odwdzięczyć mu się za pomoc? Nale­

żała do ludzi, którzy zawsze spłacają swoje długi. 

- I jak ci smakuje kurczak? 

- Jest pyszny! 

- Kamień spadł mi z serca. 

- Smakuje prawie tak samo jak pieczony kurczak Ma 

Battle - powiedział z uznaniem. - A ona przyrządza naj­

lepsze kurczaki w tym stanie. 

- Naprawdę? - Czując, że schodzą w rozmowie na śli­

ski grunt, Gaylynn postanowiła zmienić temat. - Jak było 

dzisiaj w pracy? 

- Spokojnie. Wczoraj mieliśmy trochę atrakcji. Ale to 

normalne. W każdą sobotę jest większe prawdopodobień­

stwo, że komuś palma odbije. 

- Co się stało? - spytała zmienionym głosem. 

- Ktoś zadzwonił, że w mieście jest awantura. Kilku 

pijanych facetów kłóciło się na środku ulicy. Wyglądało 

na to, że skończy się to bójką. Większość rozbiegła się, jak 

tylko przyjechałem, ale jeden okazał się uparty. Rozró­

ba odbywała się pod jego domem i właściwie niczego 

mu nie mogłem zarzucić poza tym, że stał na włas­

nym podwórzu i wrzeszczał, jakby go ktoś obdzierał ze 

skóry. Powiedziałem, że albo wróci do domu, albo go 

aresztuję. 

- I co? 

- Wszedł, otworzył okno na parterze i zaczął przekli­

nać -jeszcze głośniej. Bredził, jaki to jest bezpieczny we 

własnym domu, że będzie robił, co mu się podoba, i niko­

mu nic do tego. Używał oczywiście zupełnie innych wy­

rażeń niż ja w tej chwili. Sklął, kogo się dało i obudził całe 

miasteczko. W końcu wyprowadził mnie z równowagi. 

background image

1 1 6 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Co z nim zrobiłeś? 

- Podszedłem pod okno, złapałem faceta za koszulę 

i wyciągnąłem go na zewnątrz. Musiałem zamknąć tego 

krzykacza na noc w areszcie. 

- Czy to jest zgodne z prawem? Nie będziesz miał kło­

potów? 

- Nie. Temu facetowi odbija szajba raz w miesiącu 

w identyczny sposób. Urządza przedstawienie, w którym 

uczestniczymy, chcąc nie chcąc. Po prostu tak się bawi 

Bobby Ray. 

Nie wiedząc, co powiedzieć, Gaylynn uśmiechnęła się 

i pogładziła przypięty do sukni dziwaczny medal. Wzrok 

Huntera znowu zatrzymał się na jej dekolcie. Dotknięcie 

tajemniczego przedmiotu związanego z cygańską szkatuł­

ką musiało sprawić, że poczuła się odważna i pewna siebie. 

Spojrzała na Huntera i pochyliła się nad stołem. 

- Zjadłbyś jeszcze jedną pierś? - zapytała półszeptem. 

Zastanawiał się, co by zrobiła, gdyby położył nagle rękę 

na jej piersi.... Mało prawdopodobne, żeby specjalnie przy­

pięła tę dziwaczną ozdobę. Po to, żeby przyciągnąć jego 

wzrok? Z drugiej strony, ten błysk w jej oczach wzbudził 

w nim podejrzenie... 

Po kolacji Gaylynn podała kawę i ciasto brzoskwinio­

we. Coraz bardziej była przekonana, że nie dożyje nastę­

pnego dnia, jeśli nie uwiedzie Huntera. To on był mężczy­

zną, na którego czekała tyle lat. 

Kiedy otarli się o siebie ramionami, poczuła bijące od 

Huntera niezwykłe ciepło. Odkryła jego przyspieszony od­

dech. 

Uda się! 

Odgłos grzmotu zagłuszył bicie jej serca. 

sip A43

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ  1 1 7 

- Wciąż lubisz burze, tak jak w dzieciństwie? - spytał 

Hunter. 

- Mhm. Mój ojciec mówił nam, że pioruny to tylko 

kichnięcia pana Boga. 

Hunter pokiwał głową, wpatrzony w dolną wargę Gay-

lynn, na której zawisła kropelka brzoskwiniowego syropu. 

Zlizała ją czubkiem języka. Jego opanowanie, nadwerężo­

ne do granic wytrzymałości, pękło jak bańka mydlana. 

Nie był w stanie rozsądnie myśleć ani chwili dłużej. 

Wskazującym palcem dotknął jej wargi. Zaraz potem jego 

usta upomniały się o pocałunek z żarliwością, o jakiej do­

tąd nie miała pojęcia. I z czułością, jakiej nie spodziewa­

ła się zaznać w najśmielszych snach. Jego pocałunek był 

aktem podboju i wyrazem ogromnej namiętności. 

Gaylynn uległa bezwarunkowo, żądając od Huntera te­

go samego. Wszystkie lęki i niepewności się rozwiały. By­

ło jej dobrze, czuła się bezpiecznie, nareszcie tak, jak tego 

pragnęła. 

Napięcie rosło w miarę zbliżania się burzy. Palce Hun­

tera błądziły po wypukłościach jej piersi, i z powrotem. 

Kiedy wreszcie musnął kciukiem różowy koniuszek, wy­

prężyła się jak kotka i cichutko jęknęła. Zanim zoriento­

wała się w sytuacji, leżeli na kanapie, mocno do siebie 

przytuleni. 

Chcieli być jeszcze bliżej siebie. Najpierw poradzili so­

bie z krawatem. Po nim przyszła kolej na guziki sukienki, 

a potem na zapięcie stanika. Gaylynn wstrzymała oddech. 

Czuła, jak twardnieją jej sutki. Hunter przyglądał się im 

zachwycony, w końcu pochylił głowę, obrysował językiem 

ich ciemne aureole i zaczął je ssać. Delikatnie, nie spie­

sząc się. 

background image

1 1 8 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Gaylynn wsunęła palce w jego włosy, znieruchomiała, 

a potem zaczęła poruszać się pod nim bezładnie, jakby nie 

mogła tego wytrzymać. 

Nagle coś ostrego ukłuło ją w plecy, na tyle boleśnie, że 

mimowolnie krzyknęła. 

- Auu! 

- Co się stało? - Hunter opanował się natychmiast i po­

mógł jej usiąść. 

Obejrzawszy się przez ramię, Gaylynn jedną ręką pod­

niosła przedmiot, który spowodował zamieszanie, drugą 

usiłowała poprawić sukienkę. 

- To szpilka! Nawet wiem, kiedy ją tu zostawiłam. 

- Czuła się jak idiotka. - Znowu mi się coś udało, prawda? 

Jakbym przekłuła szpilką nadmuchany balon... 

- Niezupełnie - pocieszył ją z szelmowskim uśmie­

chem. - Ze mnie nie uszła ani odrobina powietrza. Sama 

sprawdź. - Ujął delikatnie jej rękę i położył na swoim pod­

brzuszu. 

- Hunter - szepnęła, kiedy ją pocałował - kochaj się ze 

mną... 

Znieruchomiał i spojrzał jej w oczy. 

- Naprawdę chcesz tego? Jesteś pewna, że to nie jest 

z twojej strony wyraz wdzięczności albo... 

- Niby za co mam być ci wdzięczna? Za to, że po raz 

kolejny doprowadzasz mnie do takiego stanu i nic z tym 

nie robisz? Jesteś sadystą... 

Chwycił Gaylynn na ręce i zdejmując z niej po drodze 

ubranie, zaniósł ją do sypialni. 

- Czy tak będzie romantycznie? - spytał z chytrym 

uśmiechem, sadzając ją na środku łóżka. 

Gaylynn przypomniała sobie o paczce prezerwatyw, 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ  1 1 9 

które położyła na nocnym stoliku. Przysłała je Brett spe­

cjalną pocztą ekspresową - z krótkim liścikiem. 

Twój brat zastrzeliłby mnie, gdyby się dowiedział, co ci 

posyłam, ale Lonesome Gap jest małą mieściną i wątpią, 

żebyś zechciała wybrać się tam do sklepu właśnie po to. 
Pamiętaj, jeśli będziesz miała ochotą pogadać, możesz do 

mnie zadzwonić. 

Bessie dostałaby zawału, gdyby znała zawartość pilnej 

przesyłki zaadresowanej do Gaylynn. 

Na razie jednak to ona była bliska zawału, patrząc na 

dłonie Huntera wędrujące po jej brzuchu i przesuwające 

się coraz niżej. Co się stało z jej ubraniem? 

Chciała dotykać go w taki sam sposób. Zdarła z niego 

koszulę i spodnie, odrzuciła daleko za siebie wszystko, co 

mogło im przeszkadzać. Uderzenie następnego pioruna po­

przedziła błyskawica, która na ułamek sekundy oświetliła 

sypialnię białoniebieskim światłem. 

Nagle lampa w pokoju dziennym zgasła. Dom pogrążył 

się w całkowitej ciemności. Gaylynn nie dostrzegła ani tej 

zmiany, ani następnych błyskawic. Nic ich już nie dzieliło. 

Kiedy dłonie Huntera rozsunęły jej uda, opanowało ją nie­

znane uczucie. Miała wrażenie, że oddycha rozrzedzonym 

powietrzem i za chwilę zemdleje. 

- Wiesz, co jest naprawdę groźne w czasie takiej burzy? 

-szepnął jej do ucha. 

- Nie, co takiego? 

- Wszystko, co znajduje się pod wysokim napięciem. 

- Przylgnął do niej biodrami, żeby pokazać, o czym kon­

kretnie mówi. 

background image

120 . WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Naprawdę jest pod wysokim napięciem? - Kiedy do­

tknęła twardej jak kamień powierzchni, Hunter wyprężył 

się jak struna i zaczął oddychać głęboko. Jej palce błądziły 

tam i z powrotem z coraz większym zapamiętaniem. 

- Pod bardzo wysokim napięciem -jęknął, sięgając po 

pudełko z kondomami. 

- Wiem, gdzie go trzeba schować... - Gaylynn wes­

tchnęła zachwycona, kiedy był gotowy. - Na czas burzy... 

- Uniosła biodra, torując mu drogę do wilgotnego gniazda. 

-Tutaj... tak... tak! 

Ich oczy się spotkały, kiedy o odwrocie nie mogło być 

mowy. Wbił się w nią jednym silnym pchnięciem - uświa-

damiając sobie poniewczasie, że jest to jej pierwszy raz. 

Mimowolnie napięła mięśnie, kiedy przeszył ją krótki 

jak błyskawica, tępy ból. 

Hunter zamarł w bezruchu. 

Zobaczyła niedowierzanie w jego oczach. 

- Nie przerywaj teraz - szepnęła, unosząc biodra. 

Zadałby jej niejedno pytanie, ale nie był w stanie 

myśleć. 

Poruszał się wolno, ostrożnie, szukając oznak bólu na 

jej twarzy. Ale Gaylynn nie wyglądała na cierpiącą. Wes­

tchnęła z ulgą, tonąc w jego ramionach. Zapomniała 

o swoich lękach, o tym, że po raz pierwszy w życiu jest 

z mężczyzną, a jeszcze wczoraj niczego nie była pewna... 

Poddała się czarowi chwili. Była wdzięczna losowi za to 

co czuła, i chciała, żeby Hunter o tym wiedział. 

- Cicho, obudzisz go! 

Hunter nie mógł uwierzyć, że po tym, co się wydarzyło 

poprzedniej nocy, zdołał zasnąć. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

121 

Szykował się do długiej rozmowy z Gaylynn, ale pró­

bując znaleźć właściwe słowa, zamknął na chwilę oczy. 

Obudził się nad ranem. 

To prawda, że od pewnego czasu zbyt mało sypiał, ale 

żeby po takiej nocy... 

- Nie skacz na niego! - usłyszał głos Gaylynn. 

Niemal w tej samej chwili ważąca niemal cztery kilo­

gramy syjamska kotka wyładowała na jego brzuchu. 

Hunter poderwał się gwałtownie, zrzucając ją na podło­

gę, wcześniej jednak zdążył poczuć dwadzieścia kocich 

pazurków wczepiających się w jego skórę. 

- Przestraszyłeś ją - powiedziała Gaylynn z wymówką 

w głosie, kiedy Cleo jak niepyszna uciekła z sypialni. 

- Z wzajemnością - mruknął zaspany. 

Z wzajemnością... Czy kochała Huntera z wzajemno­

ścią? Bo jeżeli czekogolwiek mogła być pewna, to właśnie 

tego, że go kocha. A jeśli z jego strony to tylko fizyczne 

pożądanie? 

- Musimy porozmawiać - powiedział z chmurną miną. 

- Dobrze. - Gaylynn usiadła na brzegu łóżka. 

.- Dlaczego mi nie powiedziałaś... Że nigdy wcześ­

niej...? 

- Celibat jest w modzie, nie słyszałeś? 

- Pytam poważnie. 

- A ja ci poważnie odpowiadam. W dzisiejszych cza­

sach jest więcej dziewic, niż ci się wydaje. 

- Od dzisiaj o jedną mniej. 

- Zgadza się. - Sięgnęła do talerza po grzankę z ma­

słem orzechowym. - Jesteś głodny? 

Tak, kiedy patrzył na nią, od razu robił się głodny, ale 

nie miał ochoty jeść. 

background image

122 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Nie usłyszawszy odpowiedzi, westchnęła głośno i od­

stawiła talerz. 

- Posłuchaj, za miesiąc mam urodziny. Może zdecydowa­

łam po prostu, że nie chcę być trzydziestoletnią dziewicą. 

Hunter nie wyglądał na rozbawionego. 

- Nie wierzę ci. Nie należysz do kobiet, które robią to 

bez... Nie poszłabyś do łóżka z kimś, kogo nie... nie ko­

chasz. - Nie patrzył na nią jak zakochany mężczyzna, jak 

ktoś, kto chciałby spędzić z nią resztę życia, człowiek gar­

nący się do małżeństwa. Wyraz jego twarzy zdradzał jedy­

nie wyrzuty sumienia. 

- Gdybym wiedział, że jesteś... Że nie miałaś wcześ­

niej... 

- To słowo brzmi: dziewica - podpowiedziała zniechę­

cona. 

- Dokąd, według ciebie, prowadzi nasz... związek? -

zapytał zniecierpliwiony. 

- A według ciebie: dokąd? 

- Donikąd. Ty niedługo wrócisz do Chicago, a ja zo­

stanę tutaj. 

- Dobrze - powiedziała, chociaż czuła się źle. Bardzo 

źle. Ona i Hunter zostali stworzeni do tego, żeby być ra­

zem. Ale nie mogła paść przed nim na kolana i oświadczyć 

mu się. Nie potrafiła wyznać, że go kocha i jeszcze zmusić 

do wzajemności. Mogła jednak zaoszczędzić mu wyrzutów 

sumienia. 

- Posłuchaj, nie komplikujmy tego bardziej, niż trzeba. 

Nie jesteśmy sobie nic winni. Spróbujmy po prostu dobrze 

się bawić. Póki to możliwe. 

- Bawić jak? Tak jak poprzedniej nocy? 

Skinęła głową, nie patrząc mu w oczy. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

123 

- No więc... co ty na to? Zgoda? 

- Zgoda. 

Zgodził się oczywiście, co nie zmieniało faktu, że mio­

tały nim gwałtowne, nie do końca uświadomione uczucia. 

Wiedział, że Gaylynn budziła w nim coś więcej niż pożą­

danie, ale czy była to miłość? 

Na pewno nie był zbyt atrakcyjną partią dla kobiety 

z taką klasą jak Gaylynn - niezależnej, wykształconej, po­

dróżującej po całym świecie i nieźle sobie radzącej bez 

mężczyzn. Jego była żona z trudem skończyła szkołę śred­

nią i nigdy nie wyjechała z Chicago, dopóki nie przepro­

wadzili się razem do Lonesome Gap - „zapadłej dziury 

na końcu świata", jak zwykła nazywać to miejsce, dopóki 

z niego nie uciekła. 

Gaylynn zdawała się lubić jego rodzinne strony, przy­

najmniej na razie. Nie zdziwiłby się, gdyby któregoś dnia 

powiedziała, że ma dosyć gór, przyrody i Lonesome Gap. 

Często tak bywa z przyjezdnymi, nawet jeśli przedtem 

mieli dosyć wielkiego miasta, z którego uciekli. 

Widział, jak Gaylynn wspaniale dochodzi do siebie po 

niedawnym urazie i odzyskuje dawną odwagę. Miał rację, 

przewidując, że strach minie, a w górach odnajdzie samą 

siebie. Fakt, że postanowiła go uwieść - i jak postanowiła, 

tak zrobiła - świadczył o tym najlepiej. 

Bez względu na wszystkie wątpliwości, Hunter był pe­

wien, że nic nie powstrzyma Gaylynn przed powrotem do 

dawnego życia w Chicago. Sama mu to powiedziała. 

Gaylynn zauważyła smutek w oczach Huntera. Wiele 

by dała, żeby wymazać z nich ten nowy niepokój. Nie 

mogła pozwolić, żeby czuł się choć trochę winny z jej 

powodu. Nie była naiwna i doskonale wiedziała, co robi. 

background image

124 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Nie chciała zresztą roztrząsać zbyt dokładnie tego, co się 

wydarzyło, żeby nie pozbawić się radości. 

- Masz niesamowite oczy - powiedział nagle Hunter, 

uśmiechając się do niej. 

- Po prostu brązowe. 

- Takie ciemne, mroczne oczy doprowadzają facetów 

do szaleństwa. Nikt ci tego nie mówił? 

- Mnie doprowadzają do szaleństwa wyłącznie zielone. 

- Jak się objawia takie szaleństwo? - spytał z figlar­

nym błyskiem w oczach. 

- Chodź, pokażę ci... 

- A to gdzie mam postawić? - spytał Boone, wnosząc 

do biblioteki następne pudło z książkami. 

- Otwórz je. Muszę się zorientować, co jest w środku 

- odpowiedziała Gaylynn. 

- Te pudła były w piwnicy Rue - dodał, jak gdyby taka 

informacja mogła pomóc jej zdecydować, przy której półce 

postawić książki. 

- Aha, powieści! Zanieś to pudło Stelli, ona rozpakuje 

książki i ustawi je półkach. 

Nigdy przedtem nie widziała tak uszczęśliwionej twarzy 

Boone'a. 

- Coś takiego! - Ma Battle uśmiechnęła się, kiedy 

wnuk państwa Twitty podniósł bez wysiłku karton i po­

biegł z nim do Stelli. - Nie widziałam, żeby ktoś tak bardzo 

się spieszył, od czasu kiedy dziesięcioletni Floyd uciekał 

przed niedźwiedziem na drzewo. Zachodzę w głowę, czy 

to nie do ślicznej Stelli Rue tak mu spieszno. 

Stella była dobrze wychowaną, spokojną i miłą dziew­

czyną. Gaylynn poznała ją w zeszłą sobotę, tak jak wię-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

125 

kszość mieszkańców miasta, którzy zgłosili się do sprząta­

nia biblioteki. Od razu ją polubiła. Boone'a również. 

- Nic dobrego nie może z tego wynikać - powiedziała 

Ma Battle. 

- A to dlaczego? 

- Dlatego, że matka. Boone'a była z Montgomerych. 

Dlatego, moje dziecko. 

- Ale on nosi nazwisko Twitty. 

- Bo jego tata był Twitty. Ale mama Montgomery. 

- Pani chyba nie pochwala tych ciągnących się przez 

pokolenia waśni rodowych? 

- Ja nie staję po niczyjej stronie - odparła Ma Battle. -

I ty rób tak samo, jeśli chcesz posłuchać rady starej kobiety. 

Ani jedna, ani druga rodzina nie słynie z łagodności. Mo­

żesz mi wierzyć na słowo. 

- A z czego słynie jedna i druga rodzina? 

- Z bimbrownictwa i przemytu. Ale to dawne dzieje. 

Wyprodukowanie dobrej jakości whisky było wielką sztu­

ką w tamtych czasach. Ale to już sztuka zapomniana - po­

wiedziała Ma Battle z melancholią w głosie. 

- Dlaczego? 

- W dzisiejszych czasach dużo jest łatwiejszych sposo­

bów zarobkowania. Nie mówię, że dzisiaj nikt niczego nie 

pędzi. Znajdzie się jakiś zapaleniec tu czy tam. Ale szacu­

nek dla bimbrowników, podziw dla ich umiejętności to już 

zamierzchła przeszłość. Szkoda gadać... 

- Mówi pani o tym z wielkim znawstwem. 

- Naturalnie, że wiem, co mówię. Mój dziadek był 

jednym z największych producentów i przemytników whi­

sky w tym stanie. Skrzynki z butelkami ukrywał w cięża­

rówkach z kukurydzą, ale prawda była taka, że w jednym 

background image

126 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

transporcie więcej było butelek niż kolb kukurydzy. Pano­

wała wtedy prohibicja, więc zapotrzebowanie na dobre 

trunki było ogromne. Rynek wydawał się nienasycony. 

- Dał się kiedyś złapać? 

- Nie. Ale aresztowanie innego bimbrownika spowodo­

wało wojnę między Rue a Montgomerymi. 

- Tak, słyszałam. Ale to było tak dawno temu! Nie 

wydaje mi się, żeby Boone żywił jakieś uprzedzenia do 

Stelli, tylko dlatego, że ona nosi nazwisko Rue. 

- Boone myśli sercem, a nie głową. Bessie z Floydem 

rwaliby sobie włosy z głowy, gdyby wiedzieli, co się kroi. 

A o tym, że się coś „kroiło", Gaylynn była przekonana. 

Spoglądając na nich ukradkiem, rozpoznawała wszystkie 

objawy młodej, nie ostygłej jeszcze miłości. 

Cierpiała na tę samą chorobę. Nawet teraz, w sobotnie 

popołudnie, otoczona wianuszkiem dzieci, nie mogła ode­

rwać myśli od Huntera. Ten facet działał na nią jak narko­

tyk! 

- Jaką bajkę będzie nam pani czytać? - spytała jed­

na z dziewczynek, ciągnąc Gaylynn za liliową spódnicę, 

tę, w której najczęściej przychodziła do swojej szkoły 

w Chicago. 

- Właśnie się zastanawiałam... którą bajkę wam prze­

czytać na początek. 

Trzymała dwie książki: całkiem nową i bardzo sta­

rą. Nową podarował jej Hunter, stara była zbiorem baś­

ni cygańskich, które czytali jej rodzice, gdy była dziec­

kiem. 

Pamiętała, że mama czytała dokładnie, nie zmieniając 

ani słowa, podczas gdy ojciec wymyślał co chwila własną 

- zawsze inną - wersję tej samej historii. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 127 

Zerknąwszy na ostatnią stronę, Gaylynn odnalazła kilka 

swoich ulubionych baśni. Na dobry początek postanowiła 

przeczytać dzieciom „Złotą gruszkę" - o chorym królu, 

jego czterech synach i cygańskiej czarodziejce, która ka­

zała im szukać złotej gruszki - cudownego lekarstwa dla 

ich ojca. 

Ta baśń bardzo się dzieciom spodobała. Potem Gaylynn 

przeczytała im legendę czirokeską „Dlaczego opos ma goły 

ogonek" z książki Huntera, który czytał jej tę historię ze­

szłej nocy. Rozmarzyła się... Po skończonej lekturze za­

częli „odgrywać", jak nazwał to Hunter, treść legendy 

przed kominkiem w jego domu. 

- Będzie pani czytać? - Jakieś dziecko przywołało ją 

do rzeczywistości. 

- Oczywiście. - Zaczęła czytać przypowieść o tym, jak 

niebezpieczna może być próżność: „W czasach, o których 

prawie nikt już nie pamięta, opos miał piękny, puszysty 

ogon, z którego był dumny, bo mógł go każdego ranka 

czesać i chwalić się nim przed innymi zwierzętami. Tak 

bardzo się chwalił, że królik, który wcale nie miał ogona, 

odkąd wyszarpał mu go niedźwiedź, stał się bardzo za­

zdrosny i postanowił zakpić z oposa". 

Opowiadanie było krótkie, w sam raz dla sześcioletnich 

dzieci, które zaśmiewały się w głos, kiedy skończyła czy­

tać: „Później opos był tak zdumiony i zaskoczony, że nie 

mógł powiedzieć ani słowa. Przysiadł bezradnie na ziemi 

i uśmiechnął się, tak jak robią to oposy do dzisiaj, kiedy 

są zdziwione". 

Kiedy Gaylynn wybrała każdemu dziecku książkę, od­

łożyła karty biblioteczne do drewnianego pudełka. Osiem­

naście takich kart wypisała na starym, zabytkowym re-

background image

128 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

mingtonie, któremu brakowało jednej litery w klawiaturze. 

Cieszyła się, że było to „z", bo żadne dziecko nie miało 

nazwiska zaczynającego się od tej litery. 

Nie mieli pieniędzy na nowe książki, ale stare zbiory, 

szczególnie z zakresu literatury dziecięcej, stanowiły cał­

kiem przyzwoity księgozbiór, jak na małą wypożyczal­

nię w bardzo małym miasteczku. Gaylynn wpadła na po­

mysł, że będzie wysyłała do wydawnictw prośby o egzem­

plarze gratisowe. Dopisała go do długiej listy spraw do 

załatwienia. 

Kiedy dzieci wyszły, została w bibliotece sama - nie 

licząc Stelli i Boone'a, którzy, pochłonięci sobą nawzajem, 

nie poświęcali uwagi reszcie otaczającego ich świata. Ma 

Battle zapowiedziała, że wpadnie do Gaylynn, żeby roz­

ważyć możliwość prowadzenia kursów czytania i pisania. 

Gaylynn chciała jej z kolei zaproponować wystąpienie 

o dotowanie biblioteki przez prywatną fundację rządową. 

Kiedy sięgnęła po swoją książkę z baśniami cygański­

mi, wypadła z niej na podłogę jakaś kartka. 

Podniosła ją natychmiast i przeczytała: „Lęk zubaża, 

a pogodzenie się ze smutkiem może wzbogacić". 

Słyszała kiedyś te słowa. Było to stare porzekadło Ro­

mów. Nie wiedziała, skąd je zna, ale znała na pewno. Słowa 

te wydawały się skierowane specjalnie do niej. Kiedy przy­

jechała z Chicago, paraliżował ją strach. Strach wyjałowił 

ją psychicznie, odebrał chęć życia. 

Tutaj, w domku Michaela, obecność gór, ich piękno 

i spokój uzdrowiły jej duszę. Powoli wracała do równowa­

gi. Przyszedł też czas na pogodzenie się ze śmiercią Du-

ane'a. Przestała dręczyć się pytaniami o własną winę i od­

powiedzialność. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

129 

„Lęk zubaża", szepnęła, przesuwając palcami po lite­

rach. W jaki sposób ta kartka znalazła się w książce? 

Jej palce powędrowały mimowolnie do starego orderu, 

który od pamiętnego wieczoru, kiedy kochała się z Hunte­

rem, zaczęła nosić na co dzień. Ten dziwny przedmiot 

dodał jej wtedy odwagi... Uśmiechnęła się. Tak naprawdę 

nie wiadomo, które z nich uwodziło, a które zostało uwie­

dzione. Wystarczyła iskra, żeby ich wzajemne pożądanie 

wybuchło takim ogniem... 

Gdyby miała ocenić własne odczucia, stwierdziłaby, że 

nie było to tylko pożądanie. To jej miłość wybuchła jak 

wulkan. 

Spojrzała kątem oka na Stellę i Boone'a, którzy układali 

książki w dziale literatury faktu. W gruncie rzeczy więcej 

tam było szeptania niż układania. 

- Boone Twitty, wynoś się stąd natychmiast! - usłysza­

ła krzyk Floyda, tak głośny, że nawet leżący przed progiem 

Bo Regard wstał i odwrócił głowę. Potem podwinął ogon 

i schował się pod stołem. 

Coś takiego! Gaylynn wyszła zza biurka, żeby przeko­

nać się, o co ten hałas. Nie musiała długo czekać. Floyd 

z innym, młodszym mężczyzną wpadli do biblioteki. 

- Aha - mruknęła Gaylynn. - Zaczęły się kłopoty. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Trzymaj się z daleka od mojej córki! - wrzasnął Otis 

Rue. 

- To twoja córka próbuje swoich sztuczek na moim 

wnuku! - krzyknął Loyd. 

Gaylynn włożyła dwa palce do ust i zagwizdała - wy­

sokim, porażającym bębenki tonem. Dzięki długoletniej 

pracy w szkole doprowadziła tę sztukę do perfekcji. Nie 

znała lepszej metody na uciszenie całej gromady nieznoś­

nych chłopaków. Okazało się, że na dorosłych mężczyzn 

działa to równie skutecznie. W sali biblioteki zapanowała 

głucha cisza. 

- A teraz proszę mi spokojnie wytłumaczyć, o co cho­

dzi - poprosiła stanowczo. 

- Ci awanturnicy Rue znowu się stawiają - zaczął Floyd. 

- Awanturnicy? Mówisz pewnie o Montgomerych! 

- A więc znów chodzi o wojnę między waszymi rodzi­

nami, tak? - zapytała Gaylynn. 

Obaj mężczyźni wpatrywali się w nią kompletnie zde­

zorientowani. 

- A więc, posłuchajcie, panowie. Przykro mi, że to ja 

muszę wam ogłosić taką nowinę, ale niebawem rozpocznie 

się dwudziesty pierwszy wiek. 

- A co to ma do rzeczy? - spytał Floyd. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

131 

Gaylynn sama nie była pewna, ale jakimś cudem Floyd 

Twitty i Otis Rue przestali skakać sobie do oczu. 

- Otóż ma - odpowiedziała stanowczo, próbując po­

zbierać myśli. - Czas skończyć tę śmieszną wojnę. 

- Naszą wojnę nazywasz śmieszną? - oburzył się Otis. 

- Nasza wojna wcale nie jest śmieszna! - Floyd poparł 

go z jeszcze większą irytacją w głosie. 

- Dobrze, przepraszam, użyłam niewłaściwego słowa. 

- Ale jakkolwiek by ją nazwać, ta wojna nie może trwać 

w nieskończoność. Koniec z tym. 

- A to niby dlaczego? 

- Dlatego, że wyrządzacie krzywdę swoim bliskim. Tym, 

których powinniście najbardziej chronić. Swoim dzieciom 

i wnukom. 

- Jesteś w tym mieście od kilku tygodni i już wiesz 

lepiej ode mnie, czego brakuje do szczęścia mojemu wnu­

kowi? Daj kurze grzędę! - Floyd był pąsowy ze złości. 

- Nie odbiegajmy od tematu. Wiesz, że nie chodzi tu 

o moją skromną osobę. Stella ani Boone nie zrobili nic złego. 

- Może, według ciebie... 

- Czy chcecie doprowadzić do tego, że ci młodzi ludzie 

stąd uciekną? - spytała podniesionym głosem. - Właśnie o to 

wam chodzi? Nic łatwiejszego! Stella i Boone mogą wyje­

chać z Lonesome Gap na zawsze, tak jak zrobiło to przed 

nimi wielu młodych ludzi. Mogą osiedlić się w Ashville albo 

w jakimkolwiek innym mieście i żyć spokojnie, nie narażając 

się na wasz gniew. Chcecie tego naprawdę? Nie przyszło wam 

do głowy, że przez was tak wielu młodych ludzi porzuciło te 

strony? Może zaczniecie w końcu zachęcać swoje dzieci 

i wnuki, żeby zostały tutaj, pozakładały rodziny, zamiast 

zmuszać je do ucieczki swoimi kłótniami? 

background image

132 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Floyd i Otis zaczęli szurać nerwowo nogami, nie patrząc 

na Gaylynn. Wiedziała już, że poruszyła w nich najczulszą 

strunę i że ma ich w garści. 

- Posłuchajcie! O wojnach klanów mogłabym wam 

długo opowiadać. Romowie są mistrzami w prowadzeniu 

waśni rodowych. 

- Nie słyszałem o nich - mruknął Floyd. - Mieszkają 

w tych stronach? 

- Romowie to inaczej Cyganie. Moi przodkowie mie­

szkali na Węgrzech. Zanim wdarliście się tu z krzykiem, 

czytałam dzieciom baśnie cygańskie. Jedna z moich ro­

dzinnych legend - to takie historie przekazywane z poko­

lenia na pokolenie - opowiada o wojnie między dwoma 

rywalizującymi ze sobą klanami i zaczarowanej szkatułce, 

która sprawiła, że dwoje młodych ludzi ze skłóconych 

rodzin, chłopak i dziewczyna, zakochali się w sobie. Ich 

małżeństwo położyło kres waśniom. 

- Chcesz powiedzieć, że Stella i Boone myślą o mał­

żeństwie? 

- Tak! - krzyknęli jednocześnie Boone i Stella, którzy 

dotąd milczeli. 

Floyd i Otis zamienili się w dwa słupy soli. 

- Będzie tak, jak powiedziała Gaylynn - odezwał się 

Boone - wyjedziemy stąd lub zostaniemy, jeśli pozwolicie 

nam się pobrać. Decyzję wy sami musicie podjąć. 

- No... ja... - Otis rozłożył bezradnie ręce. 

- Co: ty... - Floyd stracił głos. 

- Moje gratulacje! - Gaylynn uściskała oniemiałych 

mężczyzn. - Podjęliście słuszną decyzję. Od początku, jak 

tylko was poznałam, wiedziałam, że jesteście wspaniałymi 

ludźmi. Tylko mądry człowiek potrafi zdobyć się na tyle 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

133 

odwagi, żeby odrzucić przeszłość i krępujące go przesądy. 

Tylko światły człowiek, wcześniej czy później, sam zaczy­

na podejmować decyzje. 

- O czym ona, do diabła, mówi? - Otis zwrócił się do 

Floyda. 

- Nie wiem, choćbyś mnie zabił. Nie znasz tych mia­

stowych ludzi? 

- Co tu się dzieje? - zapytał stojący w progu Hunter. 

- Dowiedziałem się o awanturze. 

- To nie jest awantura, tylko zaręczyny - oznajmiła 

z satysfakcją Gaylynn. 

- Cześć, Hunter - przywitał go Floyd klepnięciem 

w plecy. - Możesz nam pogratulować. Wygląda na to, że 

nastąpił koniec wieloletniej wojny. 

Dopiero wówczas, kiedy wszyscy, poza Hunterem, wy­

szli z biblioteki, Gaylynn zdała sobie sprawę, jak wielkie 

znaczenie dla niej samej ma to, co się wydarzyło. Pomimo 

agresji rozwścieczonych mężczyzn nie wpadła w panikę. 

Potrafiła odpowiedzieć krzykiem, tak jak kiedyś. Rozpie-

rała ją duma! 

- Możesz mi wytłumaczyć, co tu się działo? - spytał ją 

Hunter. 

- Czary. 

- Nie myślałem, że dożyję dnia, w którym tych dwóch 

facetów znajdzie się w jednym pomieszczeniu i żaden 

z nich nie będzie ubliżał temu drugiemu. 

- Robili to! Obaj! Ale ja ich przekrzyczałam. 

- Jak ci się to udało? 

- Zapominasz, że przez kilka lat miałam do czynienia 

z hałaśliwymi, nieznośnymi dziećmi. 

- Tak potraktowałaś Otisa i Floyda?. Jak dzieci? 

background image

134 

WARTO BYŁO CZEKAĆ , 

- A jak się zachowywali? 

Ku jej zaskoczeniu, Hunter schylił się i pocałował ją 

w usta. Odniosła wrażenie, że chciał powiedzieć, jak bar­

dzo jest z niej dumny. 

- A to za co? - spytała drżącym głosem. 

- Za to, że jesteś. 

- Hunter, nigdy bym nie pomyślała, że możesz być 

takim tchórzem! 

- Spytałem tylko, czy na pewno wiesz, co robisz. 

- A kto chciał, żebym obcięła ci włosy? 

- Ja. Zanim zobaczyłem ten błysk w twoich oczach, 

kiedy wzięłaś do ręki nożyczki. 

- Nie bój się, nie obetnę ci... niczego, co jest ci nie­

zbędne - szepnęła, mrużąc powieki. 

Chwilę później, upewniwszy się, że odłożyła nożycz­

ki w bezpieczne miejsce, Hunter posadził ją na swoich ko­

lanach. 

- Zapłacisz mi za to, kobieto! - powiedział z góralskim 

akcentem. 

- Mam nadzieję... Masz jakieś specjalne zachcianki? 

- Trochę tego... - Musnął wargami jej szyję. - I dużo 

tego... - Wsunął rękę pod jej spódnicę i obrysował palcem 

kształt jedwabnych trójkątów. 

- Specjalnie mnie rozpraszasz, żebym nie obcięła ci 

włosów - szeptała coraz ciszej. 

- Skutecznie? 

- Tak. Bardzo dobrze. Cudownie... - Wsunęła rękę 

między jego uda. - Muszę sprawdzić dokładnie, czy u cie­

bie też wszystko jest w porządku. 

- Proszę bardzo. Nie krępuj się... Czuj się swobodnie. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

135 

- Uwolnił ją z objęć i rozparł się wygodnie na krześle. 

- Sprawdzaj, co chcesz. 

- Dobrze, ale najpierw muszę cię ostrzyc. - Gaylynn 

wstała, sięgając z powrotem po nożyczki. 

Nagle Blue przypomniał im o swoim istnieniu. Leżąc 

na krześle, zezowaty kociak nie spuszczał z nich oka, nie­

cierpliwie czekając na okazję do zabawy. 

- Dlaczego tak strasznie ci zależy, żeby skrócić mi wło­

sy? - zapytał Hunter. 

- Nie pamiętasz, że sam mnie o to prosiłeś? Poza tym 

różne przyzwoite kobiety z Lonesome Gap za bardzo się 

na ciebie gapią. Przynajmniej od pewnego czasu. Wyglą­

dasz zbyt... wyzywająco. 

- Już widzę siebie w przyszłości z włosami obciętymi 

na jeża... - powiedział Hunter z miną męczennika. -I po­

myśleć, że wszystkiemu są winne przyzwoite kobiety... 

- Nie bój się, nie będzie tak źle. Jedno cięcie tutaj. I 

jedno tutaj... - Gaylynn wykonywała więcej ruchów ręką 

niż nożyczkami. Nie miała sumienia ostrzyc Huntera „na 

zapałkę". Jego włosy skróciła nieco z tyłu, żeby nie zasła­

niały, jak dotąd, całego kołnierza. O wiele większą przy­

jemność sprawiało jej samo dotykanie jego głowy, prze­

czesywanie palcami włosów, wyszukiwanie siwych nitek. 

Naliczyła trzydzieści pięć srebrnych włosów. Większość 

z nich odnalazła na skroniach. - Dzięki nim wyglądasz 

trochę dostojniej. 

- Jeśli nie odłożysz tych nożyczek, za chwilę jesz­

cze bardziej osiwieję - powiedział zrezygnowany Hunter, 

schylając się do Blue, który patrzył na niego błagalnym 

wzrokiem, domagając się zabawy. 

- Nie baw się teraz z kotem, bo utnę ci coś niepotrzeb-

background image

136 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

nie. A zresztą... Już po wszystkim. - Wręczyła mu luster­

ko, ale Hunter zerknął w nie szybko, zupełnie nie zaintere­

sowany własnym odbiciem. 

- Bardzo ładnie. Mam nadzieję, że teraz wrócimy do 

badania. 

- Badania...? 

- Może kontroli... Albo inspekcja będzie lepszym 

określeniem. Miałaś coś sprawdzić. 

- Ach: to... 

- Tak, to. 

- Wydaje mi się, że nie miałeś jeszcze okazji docenić 

wszystkich uroków mojej sypialni. 

- Jest to propozycja, której nie nie potrafiłbym się oprzeć. 

Podała mu rękę i zaprowadziła go do swego pokoju. 

- Widzisz jakąś różnicę? Coś nowego? 

- Pudełko z kondomami jest otwarte. 

- A poza tym? 

- No dobrze, przyznam się bez bicia - westchnął. - Nie 

mam szansy zgadnąć, o co ci chodzi, bo nigdy w tym po­

koju nie zwracam uwagi na wystrój wnętrza. Patrzę tylko 

na ciebie. 

- Wiem. I za to cię kocham. - Gaylynn wymówiła te 

słowa żartobliwie, wiedząc, że Hunter nie weźmie ich na 

serio. - Ale rozejrzyj się wkoło. Na pewno zauważysz coś 

interesującego. 

Powiódł wzrokiem po całym pokoju. Dostrzegł znane 

mu łóżko i stolik, a także sporo drobiazgów, które sprowa­

dziła tu Gaylynn - lustro, wazon z kwiatami, firanki w ok­

nach. Zamieniła to miejsce w prawdziwy dom. Rozpoznał 

girlandę z purpurowych kwiatów. Może nie zauważył... 

- Ten obraz? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 137 

- Ciepło, ale nie gorąco... 

- Poddaję się. 

- Na łóżku. Pikowana narzuta w gwiazdki. Kupiłam ją 

dziś rano od Ma Battle. Piękna, prawda? - Pogładziła de­

likatnie purpurową tkaninę. 

- Piękna. Chodź, zobaczymy, jak się na niej leży. -

Hunter pociągnął ją za sobą na łóżko. 

Ku jego zdumieniu, Gaylynn poderwała się i ściągnęła 

go siłą na podłogę. 

- Nie kładź się na tym! - krzyknęła. - To jest dzieło 

sztuki! 

- W takim razie powinno wisieć na ścianie, a nie leżeć 

na łóżku. 

- Tak myślisz? To dobry pomysł. Widziałam nawet spe­

cjalne wieszaki do takich tkanin. Może Ma Battle ma je 

u siebie w sklepie. Chodź, przejedziemy się. 

- Później. Przeszkadza mi to dzieło sztuki. Wolałbym 

oglądać coś innego. - Spojrzał na nią z cierpiętniczą miną. 

'- No, nie daj się prosić, chodź, złożymy dzieło sztuki 

w piękną kostkę. Złap dwa rogi... 

Kiedy podszedł do Gaylynn, żeby wykonać jej polece­

nie, pocałował ją, ale cofnął się pospiesznie, zanim zdążyła 

zareagować. Intrygujący błysk w jego oczach podpowie­

dział jej, że Hunter postanowił się z nią droczyć. 

Proszę bardzo, pomyślała, do tej gry trzeba dwojga. 

Kiedy schylił się, żeby staranniej złożyć tkaninę, Gaylynn 

pocałowała go znienacka, w identyczny sposób: atak i bły­

skawiczna ucieczka. 

- Szybko się uczysz - przyznał Hunter z uśmiechem. 

- Ty też - odpowiedziała szeptem, odwrócona do niego 

plecami, czekając, aż rozepnie guziki jej bluzki. 

background image

1 3 8 WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Tym razem, kiedy opadli razem na łóżko, przyjęła go 

z otwartymi ramionami. Kiedy się kochali, powiedziała 

sobie, że nie pragnie niczego więcej. Żadne słowa się nie 

liczą, jeżeli bez nich może być tak dobrze. 

- Nie podglądasz, prawda? - spytał po raz drugi, pro­

wadząc Gaylynn przez gęste krzaki rododendronów. Wiódł 

ją tuż przed sobą, jak gdyby była jego cieniem. 

- Jak mogę podglądać, kiedy zasłaniasz mi oczy swoi­

mi wielkimi dłońmi? 

- Zasłaniam ci oczy tylko jedną ręką. Drugą cię pod­

trzymuję. 

- I tak wiem, dokąd mnie prowadzisz. 

- Cicho. Jesteś gotowa? 

- Uhm... Ty chyba też... - Zamruczała przeciągle, 

ocierając się pośladkami o jego biodra. 

- A teraz? - Położył swoją potężną dłoń na jej piersi. 

- Co ty na to? 

- Mmm! - Nie otwierając oczu, przechyliła do tyłu 

głowę, żeby oprzeć ją na ramieniu Huntera. - Cudownie! 

- Pytałem o widok - szepnął jej do ucha. 

- Rozumiem. Oczywiście. 

Słyszała od pewnego czasu szmer płynącej wody, wiedzia­

ła więc, że zbliżają się do rzeki. Kiedy otworzyła oczy, zoba­

czyła przed sobą wodospad. Był potężny, otoczony ze wszy­

stkich stron niewiarygodnie soczystą, niemal jaskrawą ziele­

nią. Promienie słońce odbijały się od tańczącego słupa wody, 

tworząc w powietrzu siatkę iskrzących diamentowych żyłek. 

- Pięknie tu - szepnęła. - Jak znalazłeś to miejsce? Wy­

daje się takie odległe od cywilizowanego świata. Chyba 

nikt tu nie przychodzi.,. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

139 

- Zgadza się. To moje ulubione miejsce. Kryjówka. 

Przychodzę tu, kiedy mam wszystkiego dosyć. 

Gaylynn postawiła na ziemi koszyk, odwróciła się do 

Huntera i zarzuciła mu ręce na szyję. 

- A to za co? - roześmiał się. 

- Za to, że mnie tu przyprowadziłeś. Nigdy nie widzia­

łam piękniejszego miejsca. 

Myślała o tym, jak bardzo go kocha. Świadczył o tym 

każdy jej gest i ton głosu. Ale nie mogła powiedzieć te­

go głośno. Bała się, że czar pryśnie, bo takim wyzna­

niem zniechęciłaby go. Spędzili razem kilka cudownych 

tygodni, każdą wolną od pracy chwilę, i wciąż do siebie 

tęsknili. Nie mogła ryzykować. Żadne słowa nie były tego 

warte. 

Uświadomiła sobie nagle, że to ich pierwszy wspólny 

piknik. Poczuła się jak nastolatka. 

- Pani pozwoli... - Hunter podał jej uprzejmie rękę, 

drugą pokazując rozłożony przez niego na trawie czerwo­

no-biały obrus. 

Przygotował mnóstwo przekąsek: pokrojony w plaster­

ki szwajcarski ser, szynkę, winogrona, pomarańcze. Poma­

rańcze. .. Nigdy by nie zgadła, do czego mogą się przydać 

na romantycznym pikniku. 

Usiadła między nogami Huntera, oparta plecami o jego 

tors. Zaczęli od pomarańczy. Obierał je, pochylając się nad 

nią. Czuła każde poruszenie jego mięśni, kiedy zdejmował 

z nich skórkę, a potem dzielił je na cząstki. Podał jej jedną 

z cząstek do ust. Ugryzła kawałek. To był bardzo soczysty 

owoc. Kilka kropel soku pociekło jej za dekolt. 

- Przepraszam, zaraz to wytrę... 

Przyciągnął ją do siebie, układając głowę na zgiętym 

background image

140 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

łokciu. Pochylił się i zlizał sok - powoli, kreśląc językiem 

esy-floresy na jej ciepłej skórze. 

Początek uczty okazał się tak podniecający, że Hunter 

musiał wycisnąć więcej soku. Zlizując kroplę za kroplą, jedną 

ręką ściskał cząstki pomarańczy, drugą gładził pierś Gaylynn. 

- Zdejmę z ciebie tę bluzkę, póki cała nie jest w soku... 

Zamiast stanika Gaylynn miała na sobie bawełniany, 

koronkowy podkoszulek. Hunter patrzył jak zauroczony na 

prześwitujące przez ażurową tkaninę ciemne aureole. 

- To też... 

- Nie! Ktoś nas może zobaczyć! 

- Tutaj nikt nie przychodzi poza nami - uśmiechnął się 

zagadkowo - ale jeśli chcesz, pokażę ci inne miejsce. Chodź! 

- Podał jej rękę i poprowadził w stronę wodospadu. 

- Uprzedzam, że nie umiem pływać. 

- Nie będziemy pływali. Zanurzymy się, ale w swojej 

namiętności, nie w wodzie. Uważaj, kamienie są tutaj śli­

skie. - Objął ją mocno w pasie. 

- Nie ma tu przypadkiem niedźwiedzi? 

- Nie - roześmiał się - ale ja będę groźnym misiem. 

Zjem cię z rozkoszą. 

Chwilę później znaleźli się w małej grocie za wodospa­

dem. Dźwięk wody uderzającej o kamienie zagłuszał ich 

słowa. 

Ale Gaylynn nie dbała już o słowa. Nie przeszkadzał jej 

hałas ani chłód, ani to, że grota była ciasna. Wargi Huntera 

były wystarczająco ciepłe, żeby ją ogrzać i rozniecić w niej 

ogień, jaki tylko on, mężczyzna jej życia, będzie w stanie 

ugasić. 

Posadził Gaylynn na półce skalnej, a potem wsunął rękę 

pod jej kolano i podniósł nogę. Gaylynn zamknęła oczy. 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ  1 4 1 

Po dwóch długich, namiętnych pocałunkach byli prawie 

całkiem nadzy, chociaż Gaylynn nie wiedziała, jak to się 

stało. Była nieprzytomna z podniecenia. 

- Hunter, błagam cię... - szeptała, nie słysząc włas­

nych słów. 

Skalna ściana była śliska i zimna, jego ciało twarde 

i rozpalone. Zanurzał się w niej powoli, nie odrywając 

wzroku od twarzy ukochanej. Chciał, żeby reagowała na 

każdą jego pieszczotę, poruszenie bioder, każde pchnięcie. 

Kiedy przygarnęła go do siebie mocniej i zaczęła poru­

szać się delikatnie, a potem coraz szybciej, Hunter zaczął 

pędzić na oślep, porywając ją ze sobą. 

- Tak... tak... Hunter! 

Jej ciało przebiegł nagły dreszcz, a potem kolejne, słabną­

ce fale konwulsji. Hunter odrzucił w tył głowę i krzyknął. 

Żadne słowa nie były w stanie opisać rozkoszy, jaką 

przeżyli. 

- Często tu przychodzisz? - spytała Gaylynn po kilku 

minutach, kiedy doszli nieco do siebie. 

- Masz włochate myśli i niewyparzony język - odpo­

wiedział z uśmiechem, doceniwszy złośliwość jej pytania. 

Hunter dopiero co naostrzoną siekierą rozłupał na poło­

wę kolejny kawał drewna. Gaylynn śledziła z zachwytem 

każdy jego ruch. 

Po powrocie z romantycznego pikniku nad wodospa­

dem Hunter zdecydował, że wieczorem rozpali ogień w ko­

minku. 

- Nikt nie potrafi rozpalić lepiej ognia... - Gaylynn 

ukąsiła go delikatnie w ucho, mile zaskoczona, że taka 

pieszczota sprawia mu nie mniejszą przyjemność niż jej. 

background image

142 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Nie chcesz, żebym narąbał drewna? - spytał z uda­

waną pretensją w głosie. 

- Chcę! 

- No to zanieś do domu ten koszyk i przynieś mi coś 

do picia. 

- Tak jest! Zrobić ci kanapkę z masłem orzechowym 

i bananem? 

- Nie, ale gdybyś mi zrobiła kanapkę z masłem orze­

chowym i ketchupem, byłbym ci dozgonnie wdzięczny. 

- Nic z tego - odpowiedziała hardo i rozkołysanym 

krokiem oddaliła się w stronę domu Huntera. 

- Nie zapomnij o piciu! Może być piwo. 

Przyniosła piwo, a potem, siedząc na werandzie, przy­

glądała się Hunterowi, który wciąż rąbał drewno, ocierał 

pot z czoła, od czasu sięgał po puszkę z piwem. Nie mogła 

oderwać od niego wzroku. Wciąż nie mogła uwierzyć, że 

jest jej... Tylko jej! 

Jak długo będzie twój? 

Hunter nigdy nie rozmawiał z nią o przyszłości. Czasa­

mi Gaylynn miała wrażenie, że czyta w jego myślach, ale 

znacznie częściej wydawało jej się, że nic o nim nie wie. 

- Koniec przerwy na picie! - krzyknęła. - Wracamy do 

pracy! 

- Powinnaś być dozorcą niewolników! - odciął się na­

tychmiast, miażdżąc w dłoni puszkę po piwie. 

- Brawo, brawo! 

Nigdy nie zrozumiała, jaki popełnił błąd. Pamiętała tyl­

ko, że śmiał się głośno, a potem nagle siekiera ześliznęła 

się w bok, przecięła jego dżinsy i wbiła się w udo. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Krew. Była wszędzie! 

Gaylynn zdrętwiała z przerażenia. Znowu miała przed 

oczami tamten obraz z. telewizji. Krew Duane'a. Czerwona 

kałuża na ulicy. Wiadomość o jego śmierci. 

Ale to Hunter teraz krwawił. 

Instynktownie dotknęła medalionu i od razu poczuła się 

lepiej. Opuściła ją panika. Wiedziała, co musi zrobić. 

Podbiegła do niego, porywając przedtem z werandy rę­

cznik. Hunter był przytomny, ale trząsł się cały, przyciska­

jąc rękę do krwawiącego uda. Odsunęła ją delikatnie, po­

łożyła ręcznik na ranie i przycisnęła go ręką. Musiała jak 

najszybciej zawieść Huntera do szpitala. 

- Jest tu jakaś karetka, po którą mogę zadzwonić? 

Hunter pokręcił głową. 

- Trzeba jechać do Summerville... do szpitala. 

Zdjęła bluzkę i użyła jej jako bandaży. 

- Choćbym chciał - usłyszała szept Huntera - nie na­

daję się... do niczego. 

- Nic nie mów. Oszczędzaj siły. 

- Chyba zemdleję... - zdążył ją ostrzec. I zemdlał. 

Gaylynn modliła się, żeby odzyskał przytomność. Mia­

ła nadzieję, że stracił ją pod wpływem bólu, a nie z powo­

du wykrwawienia się. Obwiązała swoją bluzką ręcznik, a 

z opaski, którą miała na włosach, zrobiła bandaż uciskowy. 

background image

144 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Nie traciła spokoju, przekonana, że robi to, co każdy 

powinien zrobić w takiej sytuacji. Ukończyła kurs pier­

wszej pomocy i na szczęście niczego nie zapomniała. 

Hunter odzyskał przytomność, kiedy rana była opatrzo­

na. Teraz Gaylynn musiała wnieść go do samochodu. 

- Posłuchaj, jesteś dzielnym chłopcem. Spróbujesz nie 

zemdleć, póki nie dotrzemy do samochodu? 

- Kluczyki... przednia kieszeń. 
- Są. 

- Przepraszam... za to wszystko. 

- O mnie się nie martw - zażartowała. - To nie ja mdle­

ję na widok krwi. Twarda ze mnie sztuka, nie pamiętasz? 

Gaylynn wypatrzyła na stosie drewna długą, solidną 

gałąź. Pobiegła po nią, a w drodze powrotnej przebrała się 

w koszulę Huntera. 

.- Jak myślisz, mógłbyś zrobić kilka kroków, gdybyś 

oparł się na takiej kuli? 

- Jasne. 

Udało im się. Gaylynn miała więcej siły, niż przypusz­

czała. Zdołała podnieść Huntera, podprowadzić go do sa­

mochodu i ułożyć na tylnym siedzeniu. Pasem bezpieczeń­

stwa unieruchomiła jego tułów, na wypadek gdyby miał 

osunąć się na podłogę. 

Kiedy wyjechała na drogę, jedną ręką trzymała kierow­

nicę, drugą uruchomiła telefon komórkowy, żeby zadzwo­

nić do Floyda. 

- Floyd, gdzie jest najbliższy szpital? 

- W Summerville. Co się stało? 

- Potrzebuję pomocy. Boone jest w domu? 

- Nie, pojechał ze Stellą i Ma Battle na zakupy do 

Summerville. Co się stało? Jesteś ranna? 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

145 

- Nie ja. Hunter. Jesteśmy w drodze, będziemy u was 

za dziesięć minut. Chciałabym, żebyś poprowadził samo­

chód, ja usiądę z tyłu, muszę zająć się jego raną. 

- Będę czekał na zewnątrz. Nie martw się. Zawiozę go 

do szpitala i wszystko będzie dobrze. 

Gaylynn jednak martwiła się. Wszystko mogło być do­

brze, ale też mogło dojść do tragedii. 

- Zadzwoń do szpitala. Uprzedź lekarzy, że jedziemy. 

- Już dzwonię. 

Floyd czekał na drodze. Gaylynn przesiadła się na tylne 

siedzenie, a on włączył syrenę policyjną i ruszył z piskiem 

opon. 

- Od dawna chciałem się przejechać takim policyjnym 

wozem - powiedział, wyraźnie podniecony. - Jestem ci 

bardzo zobowiązany, Hunter, za to, że mam taką okazję. 

Ale szkoda, że musiałeś oberwać, żeby mi na to pozwolić. 

Tylko się nie obraź.... - Floyd odwrócił na chwilę głowę. 

- Głupstwa gadam. 

- Nie ma sprawy - odpowiedział cicho Hunter. 

- Siedźcie tam spokojnie i nie bójcie się. Zaraz będzie­

my w szpitalu. 

Gaylynn klęczała na podłodze, uciskając oburącz zaban­

dażowane udo Huntera. 

- Zawsze o tym marzyłem - powiedział cicho. - Pięk­

na kobieta na kolanach... przede mną. 

- Nie mogłeś w jakiś łatwiejszy sposób zwrócić na sie­

bie uwagi? - zapytała z lekkim tylko drżeniem w głosie. 

- Floyd wreszcie zrealizował swoje marzenia... Prowa-

dzi samochód szeryfa. 

- Następnym razem daj mu po prostu kluczyki. 

- Jasne, Rudzielcu. 

background image

146 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

Ponieważ Hunter nie miał na sobie koszuli, obserwowa­

ła jego płytki oddech. 

- Zimno ci? Okryć cię koszulą? 

- Nie... Zostań w niej. Nie chcę... żeby jacyś lekarze 

gapili się na ciebie. 

- Z tym akurat nie będzie problemu. To na ciebie będą 

się gapiły jakieś pielęgniarki. 

- Nie martw się. 

Łatwo ci tak mówić, pomyślała. Widziała, jak Hunter 

cierpi, próbowała go zagadywać, rozśmieszać, byle tylko 

nie myślał o swoim bólu. Uśmiechała się do niego, plotła 

coś, modląc się w duchu do wszystkich świętych, o jakich 

kiedykolwiek słyszała, żeby wyszedł z tego cało. 

Floyd dowiózł ich do szpitala w rekordowo krótkim 

czasie. Pielęgniarze podbiegli do samochodu z noszami, 

wyjęli Huntera - i tyle go widziała... W recepcji wypełniła 

jakieś formularze. Nie znała jednak numeru polisy ubez­

pieczeniowej Huntera, ale pamiętała nazwisko panieńskie 

jego matki. 

- Kiedy będę mogła go zobaczyć? Czy on wyjdzie z tego? 

- Zawiadomimy panią - odpowiedziała pielęgniarka. 

Floyd siedział na krześle, a ona przemierzała tam i z po­

wrotem maleńką poczekalnię. Najróżniejsze myśli kłębiły 

się w jej głowie; mnóstwo obrazów i wspomnień. Hunter 

prowadzący ją do wodospadu. Kochający się z nią w gro­

cie. Wykradający frytki z jej talerza. Grający z nią w ko­

szykówkę. Bawiący się z kotem. Przedstawiający jej swo­

ich kuzynów. Żartujący, pomimo cierpienia, w drodze do 

szpitala. 

Jego wypadek uświadomił Gaylynn, jak puste byłoby jej 

życie bez Huntera. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

147 

ważne, czy kiedykolwiek by ją pokochał -jej miłości wy­

starczyłoby dla nich dwojga. Nic nie przerażało jej bardziej 

niż myśl, że mogłaby go stracić na zawsze. 

Ciasna poczekalnia stała się jeszcze mniejsza, kiedy zja­

wili się Boone, Stella i Ma Battle. 

- Zadzwoniłem do domu - powiedział Boone - i do­

wiedziałem się o wypadku. Jak on się czuje? 

- Nie wiadomo - odpowiedziała Gaylynn. - Czekamy 

na wiadomość od lekarzy. 

- Nie martw się. - Ma Battle objęła ją ramieniem. -

Hunter jest silny jak tur. Wyliże się, zobaczysz. 

- Mam nadzieję. 

- Wiem, że to nie jest odpowiednia pora, ale mam dobre 

wiadomości. Chodzi o lekcje czytania i pisania. Rozma­

wiałyśmy o tym w bibliotece. Liga Kobiet otrzymała kwar­

talny wykaz zysków z inwestycji i okazało się, że nasza 

sytuacja jest bardzo dobra. 

- Świetnie - odpowiedziała zdawkowo Gaylynn, zu­

pełnie nie rozumiejąc, o co chodzi. 

- Wczoraj odbyło się głosowanie. Postanowiłyśmy 

przeznaczyć część naszych zysków na fundusz bibliotecz­

ny. Piętnaście tysięcy dolarów. 

Boone i Stella otworzyli szeroko usta. Ich zdziwienie 

zauważyła Gaylynn i powoli zaczęło do niej docierać, 

o czym mówi Ma Battle. 

- Piętnaście tysięcy dolarów? - powtórzył Boone. 

- Dobrze zrobiłyśmy, kupując akcje firm elektronicz­

nych - wyjaśniła Ma Battle. - I na sprzęcie medycznym 

też nie wyszłyśmy najgorzej. 

- To znaczy, że nie wygrałyście tych pieniędzy na lo­

terii? - Boone miał coraz głupszą minę. 

background image

148 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Na loterii? Skądże znowu. Od sześciu lat inwestuje­

my na giełdzie. Analizujemy sytuację różnych firm, potem 

podejmujemy wspólnie decyzje. Wybieramy małe firmy 

o wielkich perspektywach rozwoju. 

- A ja myślałem - jęknął Floyd - że wy, baby, tylko 

szyjecie i paplacie. 

- Źle myślałeś. Wszystkie dochody z szycia, i nie tyl­

ko, inwestujemy w pewne przedsięwzięcia - z dobrym 

skutkiem! Nie straciłyśmy ani grosza. 

- A niech mnie... 

- Bessie miała ci o tym opowiedzieć wieczorem, ale 

pomyślałam sobie, że skoro spotkaliśmy się z Gaylynn, nie 

ma na co czekać. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ona 

teraz myśli tylko o Hunterze. 

Jakby na zawołanie, w poczekalni zjawił się lekarz. 

- Jesteście znajomymi Huntera Davisa? 

- Tak - odpowiedziała Gaylynn. - Jak on się czuje? 

- Musieliśmy mu założyć kilkanaście szwów, ale tętni­

ca nie jest uszkodzona. Miał szczęście, że przywiozła go 

pani tak szybko, no i założyła mu pani uciskowy opatru­

nek. Pogratulować trzeźwości umysłu! 

- Mogę go zobaczyć? 

- Oczywiście. Pielęgniarka zaprowadzi panią na od­

dział. 

Hunter siedział na łóżku, patrząc wrogo na pielęgniarkę, 

która trzymała w ręku strzykawkę. 

- Dajcie mi spokój! Dosyć atrakcji jak na jeden dzień. 

Zniszczyli moje najlepsze dżinsy - poskarżył się Gaylynn. 

- Odcięli całą lewą nogawkę. 

- Trzeba było poświęcić albo dżinsy - burknęła pielęg­

niarka - albo nogę. Powinien się pan cieszyć, że nie jest 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

149 

w znacznie gorszym stanie. - Wyszła z sali, nie czekając 

na jego odpowiedź. 

- Ona ma rację - powiedziała Gaylynn. - Ciesz się. Ja 

w każdym razie bardzo się cieszę. Jak się czujesz? 

- Jakbym dostał siekierą w głowę. Kiedy mnie stąd 

wyciągniesz? 

- Niedługo. Najpierw powiem ci coś ważnego. 

- Nie możemy z tym poczekać? 

- Nie. Chodzi o to... Ja... Kocham cię. Może już o tym 

wiesz. Ja jestem przekonana o tym od dawna. Ale muszę 

ci to wyznać. Musisz wiedzieć, ile dla mnie znaczysz. 

Chciałabym z tobą spędzić resztę życia. Nie, nie mów nic. 

Nie przerywaj mi. Muszę to z siebie wyrzucić. Nigdy wię­

cej strach nie będzie rządził moim życiem, rozumiesz? 

Będę walczyć o wszystko, na czym mi zależy. A przede 

wszystkim zależy mi na tobie. Pragnę być z tobą na zawsze. 

Chcę, żebyś był moim mężem. 

Musiała głośno odetchnąć, żeby mówić dalej. 

- Wariowałam na twoim punkcie jako nastolatka, ale 

teraz to coś więcej. Gdyby nie to, że cygańska szkatułka 

nie miała z tym nic wspólnego, pomyślałabym, że to prze­

znaczenie. A zresztą, to jest przeznaczenie! Ze szkatułką 

czy bez... Nie wiesz, o czym mówię? Dzięki magicznej 

szkatułce miałam się zakochać w pierwszym mężczyźnie, 

na którego spojrzę po otwarciu wieczka. Ale to nie ty nim 

byłeś. Zobaczyłam jakiegoś obdartusa, włóczęgę - praw­

dopodobnie handlarza bimbrem. Przechodził pod lasem, 

naprzeciwko domu Michaela, w dniu mojego przyjazdu. 

Miałam szczęście, że przepowiednia się nie spełniła i nie 

zakochałam się w tamtym facecie. 

- W tych lasach nie ma żadnych bimbrowników, włó-

background image

150 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

częgów ani przemytników - powiedział Hunter, powstrzy­

mując wybuch śmiechu. 

- Więc może był to zwyczajny stary człowiek, 

- Nie był taki stary. 

- Skąd wiesz? 

- Bo to byłem ja przebrany za obdartusa. Wszystko się 

zgadza. Policja okręgowa przeprowadzała pewną akcję. 

Mam doświadczenie w przebierankach i mistyfikacjach. 

Trenowałem to w Chicago, więc zgodziłem się im pomóc. 

Po pracy nie zmieniłem stroju, tylko wróciłem prosto do 

domu. 

- Ale ja słyszałam twój samochód... później. 

- W drodze przegrzał mi się silnik. Poszedłem na skróty 

po wodę do chłodnicy. W domu przebrałem się i w zwy­

czajnym ubraniu wróciłem do samochodu. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? Nie 

widziałeś, że na ciebie patrzę? 

- Nie miałem pojęcia, że mnie widzisz. Wydawało mi 

się, że wzrok utkwiłaś w czymś, co trzymałaś na kolanach. 

- Patrzyłam na szkatułkę, taką starą, grawerowaną, któ­

ra stoi przy kanapie. Oglądałeś ją, pamiętasz? 

- Pamiętam. Musi być zrobiona z dziwnego metalu, bo 

emanuje z niej ciepło. 

- Tylko wtedy, gdy działa magia. A więc to byłeś ty! 

Nie do wiary... 

- Czy wciąż trudno będzie ci uwierzyć, że ja też cię 

kocham? 

- Nie! - Gaylynn uśmiechnęła się radośnie. - Czyli za­

czarowana szkatułka jeszcze raz się sprawdziła! Zaklęcie 

działa! 

- Nie zaklęcie, tylko ty. - Hunter pogładził czulę jej 

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ  1 5 1 

policzek. - Ty mnie zaczarowałaś. Wiem, że przeszłaś cięż­

kie chwile i że być może wykorzystałem twoją słabość... 

- Chwileczkę - przerwała mu. - Dosyć tego. Kto ci 

uratował nogę, a może nawet życie? Ja. Jesteś mi coś wi­

nien, czy nie? Jesteś! Więc nie wyobrażaj sobie, że nie 

upomnę się o zapłatę. 

- Czym mam ci się odpłacić? 

- Och, myślę, że trzydzieści albo czterdzieści lat mał­

żeństwa wystarczy. Na początek. 

- Wydaje mi się, że to uczciwy układ. Kiedy zaczynamy? 

- Jak najszybciej. 

- Nie mogę się doczekać. Błagam, zabierz mnie z tego 

szpitala. 

Dziesięć dni później 

- Czy

 wiesz, że kiedy zdmuchiwałam świeczki w swoje 

szesnaste urodziny, wypowiedziałam po cichu tylko jedno 

życzenie: żeby zostać twoją żoną. 

- Mam nadzieję, że warto było czekać. - Hunter błądził 

palcami po jej nagich ramionach. 

- Na pewno. Warto było, ale cieszę się, że nie czekali­

śmy dłużej. 

- Nie żałujesz, że nasz miodowy miesiąc spędzamy 

tutaj? 

- Ani trochę. Mamy tu dom w lesie. I grotę nad wo­

dospadem. Ty wracasz do zdrowia. Niedługo będziesz 

mógł rozstać się z laską. Czego więcej potrzeba nam do 

szczęścia? 

- Może magia szkatułki wciąż nad nami czuwa. Ale 

została mi blizna na nodze. 

background image

152 

WARTO BYŁO CZEKAĆ 

- Będzie mi ona przypominać, iż niewiele brakowało, 

a utraciłabym cię na zawsze. Gdybyś był wtedy sam... 

- Ale nie byłem. 

Gaylynn potrząsnęła głową, żeby uwolnić się od ponu­

rych myśli. Obrzuciła wzrokiem sypialnię. 

- Czy będą ci się podobały takie same firanki, jakie 

powiesiłam w sypialni Michaela? Oczywiście, pikowana 

narzuta... 

- Może wisieć na ścianie - przerwał jej stanowczo. 

- Nie kładź żadnych cennych rzeczy na łóżku. Nie mówiąc 

o dziełach sztuki. 

- Nie? A ja nie jestem dla ciebie cenna? Mogę się kłaść 

na łóżku? 

- Ty...? - Zmarszczył czoło. - Czasami możesz. 

- Dziękuję, jesteś bardzo uprzejmy. 

- Staram się. - Przyciągnął ją do siebie i zamknął 

w objęciach. Gaylynn przytuliła głowę do jego torsu. 

- Sądzisz, że moja matka wybaczy mi ten cichy ślub? 

- Daj spokój, kiedy rozmawialiśmy z nią przez telefon, 

wcale nie była tym zmartwiona. A twój ojciec twierdzi, że 

wszystko przewidział. 

- Ale zdajesz sobie sprawę, że latem będziemy musieli 

do nich pojechać i zorganizować wielkie weselne przyjęcie 

dla moich krewnych? 

- A tutaj urządzimy wesele dla moich krewnych. Floyd 

będzie grał na skrzypcach. Przylecą z Florydy moi rodzice. 

- Może nie powinniśmy im mówić o cichym ślubie? 

- Żeby byli przekonani, iż żyjemy w grzechu? Mowy 

nie ma! Twój ojciec mógłby rzucić na mnie jakąś cygańską 

klątwę. 

- Przez cały czas jesteś pod wpływem cygańskiej ma-

background image

WARTO BYŁO CZEKAĆ 153 

gii. Dane ci było znaleźć miłość „tam, gdzie jej będziesz 

szukał"... 

- Nie zapomnij o „żyli długo i szczęśliwie" - szepnął, 

dotykając wargami jej policzka. 

- Znowu się naczytałeś cygańskich baśni. 

- Mhm... - Pocałował ją w usta. - Ale to prawda. Sa­

mo życie... 

- Czy takie szczęście jest zgodne z prawem? - spytała. 

- Wyszłaś za mąż za szeryfa, nie musisz się tym prze­

jmować. 

Gaylynn wiedziała, że nie musi się niczym przejmować. 

Znalazła prawdziwą miłość w sercu jedynego mężczyzny 

na świecie, który był dla niej stworzony. Pokochała też 

nowe życie w Lonesome Gap. Została potrzebną, cenioną 

i uwielbianą przez wszystkich bibliotekarką. Doświadczyła 

na sobie potęgi cygańskiej magii. Teraz przyszła pora, żeby 

wypełniła się dalsza część wróżby. Musiała przesłać szka­

tułkę miłości swojemu młodszemu bratu, Dylanowi. 

KONIEC