background image

Juliusz Verne

Tajemniczy pilot

 

Na podstawie wydania Księgarni św.

Wojciecha,

Poznań — Warszawa — Wilno —

Lublin,

Tłumaczenie K. Bobrowska

Na konkursie w Sigmaringen

 

5  sierpnia  1876  roku,  w  sobotę,  wielki  hałaśliwy  tłum

zapełniał  gospodę  pod  szyldem  „Witaj  Rybaku”.  Śpiewy,
wołania, stukanie szklankami, oklaski, krzyki zlewały się w jeden
przeraźliwy  hałas,  przerywany  w  równych  prawie  odstępach
wykrzyknikiem Hoch!, którym  Niemcy  zwykli  wyrażać  swe
najżywsze zadowolenie.

Okna  gospody  wychodziły  wprost  na  Dunaj,  na  krańcu

miłego  miasteczka  Sigmaringen,  stolicy  posiadłości  pruskiej
Hohenzollernów,  położonej  prawie  u  źródła  wielkiej  rzeki
Europy Środkowej.

Zebrali 

się 

tu 

członkowie 

Ligi 

Naddunajskiej,

międzynarodowego  stowarzyszenia  rybaków  nadbrzeżnych

background image

międzynarodowego  stowarzyszenia  rybaków  nadbrzeżnych
narodowości,  zwabieni  zachęcającym  szyldem  o  pięknych,
barwnych literach gotyckich, zawieszonym tuż nad wejściem. W
myśl zasady, że nie ma zabawy bez kieliszka, rybacy raczyli się
dobrym  monachijskim  piwem  i  równie  dobrym  węgierskim
winem, pijąc z pełnych kufli i szklanek. Nie omieszkali przy tym
palić,  wypuszczali  więc  z  długich  fajek  kłęby  dymu,
zaciemniającego całą izbę tak dalece, iż nie widzieli się wcale. Za
to słyszeli się doskonale, o ile, oczywiście, słuch im dopisywał.

Rybacy, zazwyczaj milczący na swych stanowiskach, stają się

najhałaśliwszymi ludźmi pod słońcem z chwilą, gdy z nich zeszli.
W  opowiadaniu  o  swych  doniosłych  czynach  nie  ustępują
myśliwym.

Przy  obfitym  śniadaniu,  mającym  się  ku  końcowi,  siedziało

dokoła  stołu  ze  stu  biesiadników,  gorliwych  amatorów  wędki.
Sądząc z liczby opróżnionych butelek, trud poranny wywołał w
nich  niezwykłe  pragnienie.  Obecnie  przyszła  kolej  na  różnego
rodzaju likiery, które wymyślono jako dodatek do kawy.

Była  trzecia  po  południu,  kiedy  biesiadnicy,  mocno

zaczerwienieni,  wstali  od  stołu.  Szczerze  mówiąc,  niektórzy  z
nich słaniali się na nogach i nie obyliby się bez pomocy sąsiadów.
Za to większość trzymała się krzepko, jak przystoi na dzielnych i
stałych uczestników długich, gastronomicznych posiedzeń, które
powtarzały  się  kilka  razy  do  roku  dzięki  konkursom  Ligi
Naddunajskiej.

Konkursy  te  cieszyły  się  niemałym  rozgłosem  na  obu

wybrzeżach  sławnej,  żółtej  rzeki,  mylnie  nazwanej  błękitną  w

background image

wybrzeżach  sławnej,  żółtej  rzeki,  mylnie  nazwanej  błękitną  w
znanym  walcu  Straussa.  Uroczyście  obchodzone,  przyciągały
one  współzawodników  z  różnych  stron  W.  Ks.  Badeńskiego,
Wirtembergii, Bawarii, Austrii, Węgier, Rumunii, Serbii, a nawet
Bułgarii i Besarabii.

Stowarzyszenie  to  istniało  już  pięć  lat  i  pod  sprawnym

zarządem  swego  prezesa  Węgra  Miclesco  rozwijało  się
pomyślnie. Coraz to większe dochody pozwalały mu wyznaczać
znaczne  nagrody  konkursowe,  a  jego  flagę  zdobiły  medale
zaszczytnie  zdobyte  w  walce  ze  współzawodniczącymi
stowarzyszeniami.  Główny  zarząd,  zapoznany  dokładnie  z
prawodawstwem o rybołówstwie rzecznym, stał na straży praw i
przywilejów  swych  członków,  zarówno  przeciw  państwu  jak  i
osobom prywatnym, a bronił ich z zaciętością, można by nawet
powiedzieć,  zawodowym  uporem,  tak  swoistym  dwunożnym
zwierzętom, którym instynkty rybaka nadają cechę godną z nich
uczynić osobną kategorię ludzkości.

Obecny  Konkurs  był  drugim  w  tym  roku.  Współzawodnicy

opuścili miasto już o piątej rano, ażeby podążyć na lewy brzeg
Dunaju,  nieco  w  dół  Sigmaringen.  Ubrani  byli  w  mundury
stowarzyszenia,  składające  się  z  krótkiej  bluzy  nie  tamującej
swobody  ruchów,  ze  spodni  włożonych  w  buty  o  grubych
podeszwach  i  z  białej  czapki  o  szerokim  daszku.  Oczywiście
zaopatrzeni  byli  w  pełny  zbiór  najrozmaitszych  przyrządów
wskazanych  przez  podręcznik  dla  rybaków,  jak  laski,  żerdzie,
siatki, wędki ukryte w pochwach ze skóry zamszowej, pływaki,
sondy,  kulki  ołowiu  różnych  kształtów,  służące  do  obciągania
linki, sztuczne muchy, sznurki i włosień florencki. Połów miał być

background image

linki, sztuczne muchy, sznurki i włosień florencki. Połów miał być
dowolny  w  tym  znaczeniu,  że  wszelkie  ryby  były  pożądaną
zdobyczą, i że każdy rybak mógł wybrać miejsce według swego
upodobania.

Z  uderzeniem  godziny  szóstej,  dziewięćdziesięciu  siedmiu

współzawodników  stało  na  swych  stanowiskach,  z  wędką  w
ręku,  gotowych  do  czynu.  Na  odgłos  trąbki  dziewięćdziesiąt
siedem wędek zawisło równocześnie nad rzeką.

Konkurs  obiecywał  kilka  nagród,  z  których  dwie,  po  sto

florenów każda, miały być przyznane rybakowi, posiadającemu
największą  ilość  ryb,  oraz  temu,  który  by  złowił  najcięższą
sztukę.  O  godz.  10  min.  55  ponowny  dźwięk  trąbki  oznajmił
koniec  konkursu.  Obyło  się  bez  wypadku.  O  wygranej  orzec
miał  sąd,  złożony  z  prezesa  Miclesco  i  czterech  członków  Ligi
Naddunajskiej.  Nikt  nie  wątpił,  że  te  wysoko  postawione  i
możne  osobistości  kierować  się  będą  zupełną  bezstronnością,
wykluczającą  wszelką  możliwość  apelacji,  pomimo  że  nie  lada
zapalczywość  panuje  w  tym  szczególnym  światku.  Jednakże
musiano się uzbroić w cierpliwość i czekać na wynik sumiennego
sądu, gdyż przyznanie nagród, czy to w stosunku do wagi, czy
do  ilości,  pozostawało  tajemnicą  do  chwili  ich  rozdania,
poprzedzonej  ucztą  mającą  zespolić  współzawodników  przy
wspólnym stole.

Chwila  ta  wreszcie  nadeszła.  Rybacy,  nie  mówiąc  już  o

ciekawych przybyłych z Sigmaringen, czekali, siedząc wygodnie
przed  estradą,  na  której  miejsca  zajęli  prezes  i  inni  członkowie
sądu.

Oprócz krzeseł, ławek i stołów dla gości, stały również stoły

background image

Oprócz krzeseł, ławek i stołów dla gości, stały również stoły

z  piwem  i  różnego  rodzaju  napojami;  nie  brakło  też  kufli  i
szklanek.

Skoro  wszyscy  zajęli  miejsca,  paląc  w  najlepsze  fajkę,

powstał prezes.

— Słuchajcie!… Słuchajcie! — zawołano zewsząd.
P.  Miclesco,  wychyliwszy  kufel  pienistego  piwa,  którego

krople zawisły mu na wąsach, odezwał się w języku niemieckim,
zrozumiałym  przez  wszystkich  członków  Ligi  pomimo  różnicy
narodowości, tymi słowy:

—  Kochani  koledzy,  nie  spodziewajcie  się  usłyszeć

przemowy,  klasycznie  ułożonej,  ze  wstępem,  przesłankami  i
wnioskiem ostatecznym. Nie zebraliśmy się tutaj dla napawania
się  urzędowymi  mowami,  ale  dla  porozmawiania  o  naszych
sprawach w sposób przyjacielski, powiem nawet braterski, o ile
to  określenie  osądzicie  za  stosowne  w  międzynarodowym
zgromadzeniu.

Dwa  te,  nieco  przydługie,  jak  zresztą  każdy  wstęp  do

przemowy,  nawet  kiedy  mówca  zastrzega  się,  że  nie  będzie
nadużywał cierpliwości słuchaczy, zdania przyjęte były hucznymi
oklaskami  połączonymi  ze  słowami bardzo  dobrze!  bardzo
dobrze! i  z  wykrzyknikami hoch!  hoch! Następnie  prezes
podniósł  szklankę,  a  za  jego  przykładem  wszyscy  zrobili  to
samo.

Po czym p. Miclesco ciągnął dalej swą przemowę, stawiając

w  pierwszym  rzędzie  ludzkości  zawód  rybaka.  Wysławiał
wszystkie  zalety  i  cnoty,  którymi  obdarzyła  go  hojna  przyroda.

background image

Mówił  o  cierpliwości,  sprawności,  zimnej  krwi,  wyższej
inteligencji,  tak  potrzebnych  w  tym  zawodzie,  a  raczej  w  tej
sztuce,  którą  stawiał  wyżej  ponad  wszelkie  świetne  czyny
myśliwych.

—  Czyż  można  porównać  —  wołał  —  polowanie  do

rybołówstwa?

— Nie!… Nie! — odparło zgromadzenie.
— Jakąż zasługę ponosi ten, kto zabije kuropatwę lub zająca,

skoro zdobycz swą łatwo może otrzymać i skoro pies wytropi ją
za  niego.  Zdobycz  tę  spostrzega  on  już  z  daleka,  bierze  ją
spokojnie  na  cel  i  ciska  w  nią  niezliczoną  ilość  śrutu,  którego
większa  część  użyta  jest  niepotrzebnie!…  Ryba,  przeciwnie,
ukryta jest pod wodą, nie można dosięgnąć jej wzrokiem… Ileż
potrzeba  zręcznych  zabiegów,  ileż  przynęt,  ile  wysiłków
umysłowych i fizycznych, ażeby zachęcić ją do wędki, ażeby ją
przytrzymać  i  wydostać  z  wody,  czy  to  zemdloną  na  końcu
wędki,  czy  to  trzepoczącą  się  i  jak  gdyby  przyklaskującą
zwycięstwu rybaka!

Tym  razem  grzmot  oklasków  towarzyszył  słowom  mówcy.

Bez  wątpienia  prezes  Miclesco  znał  uczucia  ożywiające
członków Ligi Naddunajskiej. Wiedział, że żadna pochwała nie
będzie zbyt wygórowana dla jego kolegów, toteż, nie obawiając
się przesady, bez wahania wynosił ten szlachetny zawód ponad
wszystkie  inne,  wysławiał  pod  niebiosa  gorących  zwolenników
sztuki  rybołówstwa,  wspomniał  nawet  o  wspaniałej  bogini,
przewodniczącej igrzyskom uprawianym w starożytnym Rzymie
podczas obrządków na cześć rybołówstwa.

background image

podczas obrządków na cześć rybołówstwa.

Czy  zrozumiano  jego  mowę?  Prawdopodobnie,  przyjęto  ją

bowiem z najwyższym zapałem.

Wtedy prezes, wychyliwszy nową szklanicę pienistego piwa,

mówił dalej:

—  Nie  pozostaje  mi  nic  więcej,  jak  życzyć,  aby

stowarzyszenie  nasze  rozwijało  się  nadal  tak  pomyślnie,  jak
dotąd, skoro zdobywa rok rocznie nowych członków i stało się
już głośne w całej Europie Środkowej. O naszych zwycięstwach
wspominać nie potrzebuję. Wiecie o nich wszyscy, gdyż każdy z
was przyczynił się do nich i może być dumny, że bierze udział w
tych  konkursach!  Prasa  niemiecka,  prasa  czeska,  prasa
rumuńska  nie  szczędziły  im  pochwał  wielce  cennych  i,  dodam,
zasłużonych, więc z prośbą abyście mnie poparli, wznoszę toast
na cześć dziennikarzy, oddanych sprawie Międzynarodowej Ligi
Naddunajskiej.

Oczywiście,  na  hasło  dane  przez  prezesa  Miclesco,  zostały

wzniesione  liczne  toasty.  Przelewano  napój  z  butelek  do
szklanek,  ze  szklanek  zaś  do  gardeł  z  taką  szybkością,  z  jaką
wielka rzeka z jej dopływami wpada do morza.

Poprzestano by na tym, gdyby nie nastręczały się inne toasty,

również na czasie.

Toteż prezes, zamiast zakończyć swą przemowę, powstał ze

swego miejsca, a wraz z nim siedzący obok sekretarz i skarbnik.
Każdy z nich trzymał w prawej ręce kielich szampana, lewą zaś
położył na sercu.

—  Wznoszę  kielich  na  cześć  Ligi  Naddunajskiej  —  rzekł

uroczyście p. Miclesco, obejmując wzrokiem zgromadzenie.

background image

uroczyście p. Miclesco, obejmując wzrokiem zgromadzenie.

Z  kolei  powstali  inni  biesiadnicy  ze  szklankami  przy  ustach.

Niektórzy  powchodzili  na  ławki  lub  na  stoły,  wszyscy  zaś
jednogłośnie odpowiedzieli na toast p. Miclesco.

Prezes,  wychyliwszy  kielich,  nalał  sobie  nowy  z  butelek

zalegających stół prezydialny, zachęcając do dalszych toastów:

—  Na  cześć  Badeńczyków,  Wirtemberczyków,  Bawarów,

Austriaków,  Węgrów,  Serbów,  Wołochów,  Mołdawian,
Bułgarów, Besarabów należących do Ligi Naddunajskiej!

Przedstawiciele  tych  krajów  i  narodowości,  jak  jeden  mąż,

odpowiedzieli mu, wychylając do dna szklanki.

Wreszcie  prezes  zakończył  swą  mowę,  oznajmiając,  że  pije

za  zdrowie  każdego  z  członków  stowarzyszenia.  Ponieważ
jednak  ich  liczba  dosięgała  czterystu  siedemdziesięciu  trzech,
musiał, niestety, złączyć wszystkich w jednym toaście.

Za  to  odpowiedziano  mu  tysiącznymi hoch!, które  się

przeciągały długo, aż wreszcie wszyscy ochrypli.

W  ten  sposób  zakończono  drugi  numer  programu,  którego

pierwszy  numer  uwieńczono  wesołą  biesiadą.  Trzeci  był
poświęcony ogłoszeniu nazwisk laureatów.

Członkowie  oczekiwali  wyroku  z  niepokojem,  wiadomo

bowiem,  że  tajemnica  była  ściśle  zachowana.  Tym  bardziej
pobudzona była ciekawość wszystkich.

Prezes  Miclesco  uważał  za  swój  obowiązek  odczytać

urzędową listę nagród obu kategorii.

Stosownie do brzmienia ustaw stowarzyszenia nagrody mniej

wartościowe  miały  być  ogłoszone  pierwsze  dla  obudzenia
większego zainteresowania.

background image

większego zainteresowania.

Wymienieni  laureaci  kolejno  wchodzili  na  estradę.  Prezes,

uścisnąwszy  każdego,  wręczał  mu  dyplom  i  pewną  sumę
pieniędzy zależną od zasługi.

Zawartość  siatek  przedstawiała  wszelkiego  rodzaju  ryby,

dające  się  złowić  w  wodach  Dunaju:  małe  rybki  kolczaste,
płotki,  kiełbie,  okonie,  liny,  szczupaki,  karpie  i  inne.  Mniejsze
nagrody 

przypadły 

udziale 

Wołochom, 

Węgrom,

Badeńczykom i Wirtemberczykom.

Drugą  nagrodę  otrzymał  Niemiec,  nazwiskiem  Weber,  za

złowienie  siedemdziesięciu  siedmiu  ryb.  Wiadomość  tę  przyjęli
koledzy, wśród których był bardzo znany, gorącymi oklaskami.
Weber  odznaczył  się  kilkakrotnie  na  poprzednich  konkursach,
spodziewano  się  nawet,  że  tym  razem  zdobędzie  palmę
pierwszeństwa.

Tymczasem  w  jego  siatce  znaleziono  tylko  siedemdziesiąt

siedem  ryb,  liczonych  i  przeliczonych  sumiennie,  podczas  gdy
jego  współzawodnik,  jeżeli  nie  zręczniejszy,  to  co  najmniej
szczęśliwszy, osiągnął liczbę dziewięćdziesięciu dziewięciu.

Nazwisko tego mistrza rybaka ogłoszono niebawem. Był nim

Węgier Ilia Brusz.

Zgromadzenie, 

wielce 

zdziwione 

tą 

niespodzianką,

odpowiedziało milczeniem na wiadomość o zwycięstwie Węgra,
który, świeżo zaliczony w poczet członków Ligi Naddunajskiej,
nie mógł być przez nich znany.

Ponieważ  zwycięzca  nie  uważał  za  stosowne  stawić  się  dla

odebrania  wyznaczonej  nagrody  w  wysokości  stu  florenów,

background image

odebrania  wyznaczonej  nagrody  w  wysokości  stu  florenów,
przeto  prezes  Miclesco  przeszedł  bezzwłocznie  do  listy
zwycięzców  drugiej  kategorii,  tych,  co  złowili  ryby  najcięższe.
Tym razem nagrodzeni byli Rumuni, Słowacy i Austriacy. Drugą
zaś  nagrodę  otrzymał  p.  Ivetozar,  jeden  z  asesorów,  za  trzy  i
półfuntowego  karpia,  który  zapewne  nie  dałby  się  złowić
rybakowi mniej zręcznemu i przytomnemu. P. Wetozar, równie
gorąco  oklaskiwany  jak  Niemiec  Weber,  był  jednym  z
najwybitniejszych członków, najbardziej czynnych i oddanych, w
ostatnich  czasach  zdobył  największą  liczbę  nagród.  Nic  więc
dziwnego, że przyjęto go powszechnymi oklaskami.

Pozostawało  już  tylko  ogłoszenie  pierwszej  nagrody  z  tej

kategorii. Z biciem serca wyczekiwano na nazwisko zwycięzcy.

Jakież  było  zdziwienie,  mało  powiedzieć  zdziwienie,  jakież

było  ogólne  osłupienie,  gdy  prezes  Miclesco,  z  trudnością
tamując drżenie swego głosu, wymówił następujące słowa:

—  Pierwsza  nagroda,  za  szczupaka  siedemnastofuntowego

należy do Węgra Ilii Brusza!

Niezwykła cisza zapanowała wśród obecnych. Ręce, złożone

do  oklasków,  zmartwiały,  usta,  gotowe  do  okrzyku,  zamilkły.
Uczucie naprężonej ciekawości unieruchomiło wszystkich.

Czy  zjawi  się  wreszcie  ów  tajemniczy  Ilia  Brusz?  Czy

przyjdzie  odebrać  z  rąk  prezesa  Miclesco  honorowe  dyplomy
wraz z dwustu florenami?

Nagle szmer powstał w zgromadzeniu.
Jeden z obecnych, trzymających się dotąd na uboczu, zbliżał

się ku estradzie.

Był to Węgier Ilia Brusz.

background image

Był to Węgier Ilia Brusz.
Sądząc  z  twarzy  starannie  wygolonej,  z  czarnych,  gęstych

włosów,  Ilia  Brusz  liczył  najwyżej  lat  trzydzieści.  Wzrostu
powyżej  średniego,  barczysty,  postawy  śmiałej  i  pewnej,
znamionował  niezwykłą  siłę.  Można  było  nawet  się  dziwić,  że
zuch  tego  pokroju  znajdował  upodobanie  w  tak  spokojnej
rozrywce,  jaką  jest  rybołówstwo,  i  to  do  tego  stopnia,  iż
doszedł,  pomimo  trudności  tego  zawodu,  do  mistrzostwa,
którego dowodem niezaprzeczonym był wynik konkursu.

Przy tym, szczegół godny zaznaczenia, Ilia Brusz, w ten czy

inny  sposób,  musiał  być  dotknięty  chorobą  oczu.  Szerokie,
czarne  szkła  zakrywały  mu  oczy,  których  barwy  dostrzec  nie
było  można.  Wiadomo  zaś,  iż  wzrok  jest  najcenniejszym
zmysłem  dla  tego,  kto  się  zapala  do  nieuchwytnych  ruchów
pływaka,  i  że  dobre  oczy  są  rzeczą  niezbędną  dla  pokonania
tysiącznych rybich wybiegów.

Ale czy było się czemu dziwić, czy nie, wyrokowi należało się

poddać, o bezstronności bowiem sądu nikt nie wątpił. Tak więc
Ilia  Brusz  był  zwycięzcą  konkursu  i  to  w  warunkach  dotąd
niebywałych. Zgromadzenie, pogodziwszy się z rzeczywistością,
powitało  dość  głośnymi  oklaskami  zwycięzcę  w  chwili,  gdy
odbierał dyplomy i nagrody z rąk prezesa Miclesco.

Ilia  Brusz  wszakże  nie  zszedł  z  estrady,  lecz  po  krótkiej

rozmowie  z  prezesem,  zwrócił  się  ku  zgromadzonym,  prosząc
gestem o milczenie, które wnet zapanowało, jak pod wpływem
czaru.

—  Panowie  i  drodzy  koledzy  —  odezwał  się  Ilia  Brusz  —

zwracam  się  do  was  z  prośbą  o  pozwolenie  wygłoszenia  kilku

background image

zwracam  się  do  was  z  prośbą  o  pozwolenie  wygłoszenia  kilku
słów, do czego mnie upoważnił nasz prezes.

Lot  muchy  słyszeć  byłoby  można  w  tej  sali  dotąd  tak

hałaśliwej. Do czego zmierzała ta przemowa nie przewidziana w
programie?

— Przede wszystkim chcę wam podziękować — mówił dalej

Ilia  Brusz  —  za  waszą  sympatię  i  wasze  oklaski,  lecz  wierzcie
mi,  nie  mam  zamiaru  chełpić  się  swoim  podwójnym
zwycięstwem. Wiem dobrze, że gdyby to powodzenie przypadło
w udziale bardziej zasłużonemu, byłoby osiągnięte przez jednego
z  dawniejszych  członków  Ligi  Naddunajskiej,  liczącej  tylu
wybitnych rybaków, ja zaś przypisuję je nie tyle swojej zasłudze,
ile szczęśliwemu przypadkowi.

Skromność  tego  wyznania  odbiła  się  życzliwym  echem  w

zgromadzeniu,  nawet  kilka bardzo 

dobrze! wymówionych

półgłosem dało się słyszeć na sali.

— Chcąc  zasłużyć  na  ten  szczęśliwy  przypadek,  powziąłem

zamiar, który, sądzę, że zainteresuje prześwietne zgromadzenie.
Jak  wam  wiadomo,  drodzy  koledzy,  rekordy  są  obecnie  na
porządku dziennym. Dlaczego nie mielibyśmy iść za przykładem
zwolenników  innych  sportów,  oczywiście  pośledniejszych  od
naszego, i nie mielibyśmy ustanowić rekordu rybołówstwa?

Przytłumione okrzyki rozległy się po sali: ach! ach! prawda!

prawda!  dlaczego  by  nie! Każdy  wypowiadał  swe  wrażenie
zależnie od właściwości swego usposobienia.

— Kiedy  po  raz  pierwszy  myśl  ta  powstała  w  mym  umyśle

—  ciągnął  dalej  mówca  —  przyswoiłem  ją  sobie  natychmiast  i

background image

—  ciągnął  dalej  mówca  —  przyswoiłem  ją  sobie  natychmiast  i
zrozumiałem, 

jakich 

warunkach 

powinna 

być

urzeczywistniona.  Zresztą,  jako  członek  Ligi  Naddunajskiej,
musiałem  ograniczyć  swe  zadanie.  Związany  z  tą  rzeką,
powinienem  na  niej  tylko  szukać  powodzenia  w  swym
przedsięwzięciu.  Postanowiłem  zatem  przepłynąć  Dunaj  od
źródła  do  Morza  Czarnego  i  utrzymywać  się  podczas  tej
podróży  na  przestrzeni  trzech  tysięcy  kilometrów,  wyłącznie  z
połowu ryb. Powodzenie, które mnie dziś spotkało, zachęciłoby
mnie  bardziej  jeszcze,  gdyby  to  było  możliwe,  do  tej  podróży,
której doniosłość, jestem pewny, ocenicie należycie, i dlatego już
teraz oznajmiam wam, że wyjazd mój nastąpi 10 sierpnia, czyli w
przyszły czwartek, i tego dnia zapraszam was do źródła Dunaju.

Zapał,  który  wywołało  to  nieoczekiwane  zawiadomienie,

łatwiej  wyobrazić,  niż  opisać.  Pięć  minut  grzmiały  frenetyczne
oklaski, przerywane hucznymi wykrzykami hoch!

Jednakże podobne zdarzenie nie mogło się zakończyć w ten

sposób. Zrozumiał to pan Miclesco i, jak zwykle, postąpił jako
wytrawny prezes. Trochę może ociężale powstał raz jeszcze ze
swego siedzenia między dwoma asesorami.

—  Na  cześć  naszego  kolegi  Ilii  Brusza!  —  zawołał  głosem

wzruszonym i wychylił kielich szampana.

—  Na  cześć  naszego  kolegi  Ilii  Brusza!  —  odpowiedziało

zebranie  odgłosem  grzmotu,  po  którym  nastąpiło  głębokie
milczenie, ludzie bowiem nie mogą wskutek pożałowania godnej
ułomności pić i mówić jednocześnie.

W  każdym  razie  milczenie  trwało  niedługo.  Szumiące  piwo

niebawem  dodało  gardłom  nowej  siły,  zaczęto  więc  wznosić

background image

niebawem  dodało  gardłom  nowej  siły,  zaczęto  więc  wznosić
nieskończone zdrowia aż do chwili, kiedy wśród powszechnego
wesela  zamknięty  został  pamiętny  konkurs  rybołówstwa,
otwarty,  jak  wiadomo,  dnia  5  sierpnia  1876  r.  przez  Ligę
Naddunajską, w miłym miasteczku Sigmaringen.

II
U źródeł Dunaju

 

Co  miał  na  celu  Ilia  Brusz,  kiedy  oznajmił  swym  kolegom

zebranym w gospodzie „Witaj Rybaku” zamiar przebycia Dunaju
z  wędką  w  ręku,  czy  własną  sławę?  Jeżeli  tak,  to  mógł  być
dumny z osiągniętego celu.

Prasa  skorzystała  z  tego  zdarzenia,  ażeby  we  wszystkich

dziennikach  okolic  naddunajskich  bez  wyjątku  umieścić  opis
konkursu w Sigmaringen, mniej lub więcej obszerny, w każdym
jednak  razie  zdolny  mile  połechtać  miłość  własną  zwycięzcy,
którego nazwisko zyskać miało niezwykłą popularność.

Zaraz  nazajutrz  wiedeńska  „Neue  Freie  Presse”  głosiła  co

następuje:

Ostatni  konkurs  rybołówstwa  Ligi  Naddunajskiej  w

Sigmaringen zakończył się prawdziwą niespodzianką, której
bohaterem  był  Węgier,  nazwiskiem  Ilia  Brusz,  wczoraj
jeszcze nieznany, dziś już prawie sławny.

Czemu  zawdzięcza,  spytacie,  swą  nagłą  sławę  ów  Ilia

background image

Czemu  zawdzięcza,  spytacie,  swą  nagłą  sławę  ów  Ilia

Brusz?

Najpierw,  dzięki  zręczności  potrafił  zdobyć  obydwie

nagrody wagi i ilości, zostawiając daleko w tyle wszystkich
współzawodników. Fakt ten, niebywały od czasu jak istnieją
konkursy  tego  rodzaju,  mówi  sam  za  siebie.  Ale  to  jeszcze
nie wszystko. Zdawałoby się, że kto zebrał takie wawrzyny,
kto  odniósł  takie  świetne  zwycięstwo,  ten  zasłużył  sobie  na
pełny odpoczynek. Otóż zadziwiający ten Węgier jest innego
zdania, o czym świadczą dalsze jego zamiary.

O  ile  jesteśmy  dobrze  poinformowani  —  a  dokładność

naszych  wiadomości  jest  znana  —  Ilia  Brusz  oznajmił
kolegom, że ma zamiar przepłynąć Dunaj z wędką w ręku od
źródła,  w  Księstwie  Bodeńskim,  do  ujścia  do  Morza
Czarnego,  czyli  na  przestrzeni  prawie  trzech  tysięcy
kilometrów.

Będziemy dostarczali czytelnikom wiadomości o rozwoju

wypadków tego oryginalnego przedsięwzięcia.

W przyszły czwartek, 10 sierpnia, Ilia Brusz wyruszyć ma

w  drogę.  Życzymy  mu  szczęśliwej  podróży,  ale  życzymy
również,  aby  nie  wytępił  aż  do  ostatniego  przedstawiciela,
rybiego 

rodu 

zamieszkującego 

wody 

wielkiej,

międzynarodowej rzeki!

W ten sposób wyrażała się wiedeńska „Neue Freie Presse”.

Z  nie  mniejszym  zapałem  odzywały  się  „Pester  Lloyd”  z
Budapesztu,  „Srbske  Novine”  z  Belgradu  i  „Romanul”  z
Bukaresztu;  wzmianki  o tym  zdarzeniu  przybierały  w  owych
dziennikach rozmiary poważnych artykułów.

background image

dziennikach rozmiary poważnych artykułów.

Literatura ta sprzyjała bardzo zwróceniu uwagi na Ilię Brusza,

i o ile prawdą jest, że prasa stanowi odbicie opinii publicznej, Ilia
Brusz  mógł  się  spodziewać,  że  w  miarę  odbywania  swej
podróży, zyska coraz większy rozgłos.

Czy  zresztą  w  znaczniejszych  miastach  nadbrzeżnych  nie

spotka  członków  Ligi  Naddunajskiej,  którzy  będą  uważali  za
swój obowiązek przyczynić się do sławy kolegi? Wątpić nie było
można, że pośpieszą mu z pomocą, o ile będzie jej potrzebować.

Już obecnie komentarzom prasy wtórowali rybacy. W oczach

tych  zawodowców  przedsięwzięcie  Ilii  Brusza  miało  ogromne
znaczenie  i  wielu  związkowców,  przybyłych  do  Sigmaringen  na
konkurs,  zatrzymało  się,  ażeby  się  przypatrzyć  wyjazdowi
zwycięzcy konkursu Ligi Naddunajskiej.

Ktoś, kto żadną miarą nie mógł się uskarżać na ich spóźniony

odjazd — to właściciel gospody „Witaj Rybaku”. Po południu 8
sierpnia,  w  przeddzień  terminu  oznaczonego  przez  laureata  dla
jego  niezwykłej  podróży,  przeszło  trzydziestu  gości  spędzało
wesoło  czas  w  gospodzie,  zasilając  kasę,  dzięki  swym
wyjątkowym 

zdolnościom 

wchłaniania 

trunków,

nadspodziewanym dochodem…

Jednak,  pomimo  bliskości  odjazdu  bohatera  dnia,  nie  o  nim

mówiono w gospodzie. Inne zdarzenie, donioślejszego znaczenia
dla  tych  nadbrzeżnych  mieszkańców  wielkiej  rzeki,  było
przedmiotem szczególnie podniecających rozmów.

Wzruszenie  to  było  zupełnie  usprawiedliwione,  zważywszy

poważne okoliczności, które je wywołały.

Od  kilku  miesięcy  bowiem,  na  obu  brzegach  Dunaju,

background image

Od  kilku  miesięcy  bowiem,  na  obu  brzegach  Dunaju,

dokonywano  ustawicznych  rozbojów.  Nie  można  już  się  było
doliczyć okradzionych ferm, zrabowanych zamków i dworków,
nawet  zbrodni,  gdyż  wiele  osób  przypłaciło  życiem  obronę
swego mienia przed nieuchwytnymi złodziejami.

Oczywiście,  cały  ten  szereg  zbrodni  nie  mógł  być  dziełem

kilku  odważnych  jednostek.  Musiała  to  być  banda  dobrze
zorganizowana  i  prawdopodobnie  bardzo  liczna,  sądząc  z
rodzaju jej napadów.

Znamienną było rzeczą, iż ograniczała ona swą działalność do

najbliższych okolic Dunaju. Poza przestrzenią dwu kilometrów z
jednej  i  drugiej  strony  rzeki,  żadna  zbrodnia  przypisywana  jej
być nie mogła. Wszakże ograniczenie to stosowało się tylko do
szerokości, wzdłuż bowiem rzeki osady austriackie, węgierskie,
serbskie  i  rumuńskie  padały  ofiarą  bandytów,  których  nie  było
można złapać na gorącym uczynku.

Po dokonanym napadzie znikali do czasu następnego napadu,

dokonanego nieraz o setki kilometrów od miejsca poprzedniego.
W międzyczasie ich ślad zacierał się zupełnie. Zdawało się, że się
gdzieś ulotnili wraz ze swą niekiedy bardzo pokaźną zdobyczą.

Zainteresowane  rządy  były  mocno  zaniepokojone  ciągłym

niepowodzeniem swych dochodzeń, prawdopodobnie wynikłym
wskutek  braku  porozumienia  się  policji  wywiadowczej.
Nastąpiła  dyplomatyczna  wymiana  zdań,  która  doprowadziła,
jak  o  tym  donosiły  dzienniki  z  8  sierpnia,  do  utworzenia
międzynarodowej  policji  na  całym  przebiegu  Dunaju,  podległej
władzy  jednego  naczelnika.  Najtrudniejszą  sprawą  było

background image

władzy  jednego  naczelnika.  Najtrudniejszą  sprawą  było
mianowanie  tego  naczelnika,  w  końcu  jednak  zgodzono  się
powierzyć  to  stanowisko  Karłowi  Dragoszowi,  detektywowi
węgierskiemu, dobrze znanemu całej okolicy.

Karl  Dragosz  istotnie  był  wybitnym  policjantem  i  trudno

byłoby znaleźć bardziej zasłużonego od niego urzędnika. Był to
człowiek  wieku  lat  czterdziestu  pięciu,  średniej  budowy,  raczej
szczupły,  obdarzony  bardziej  siłą  moralną,  niż  fizyczną.  W
każdym  razie  był  na  tyle  zahartowany,  że  mógł  podołać
trudnościom swego zawodu, i na tyle odważny, że mógł stawiać
czoło  niebezpieczeństwu.  Siedzibą  jego  był  Budapeszt,
najczęściej  jednak  przebywał  tam,  gdzie  jego  obecność  była
potrzebna.  Wyczerpująca  znajomość  wszystkich  języków
południowo — wschodniej Europy: niemieckiego, rumuńskiego,
serbskiego,  bułgarskiego  i  tureckiego,  nie  mówiąc  już  o
węgierskim,  ułatwiała  mu  zadanie,  a  stan  kawalerski,
pozbawiając  go  wszelkich  kłopotów  rodzinnych,  pozwalał  na
swobodę ruchów.

Prasa  z  uznaniem  przyjęła  jego  mianowanie.  Publiczność

wypowiedziała  się  za  nim  jednomyślnie.  W  wielkiej  izbie
gospody wiadomość przyjęto w sposób niezmiernie pochlebny.

—  Nie  można  by  lepiej  wybrać  —  twierdził,  podczas  gdy

zapalano  lampy  w  gospodzie,  p.  Ivetozar,  zdobywca  drugiej
nagrody wagi na ostatnim konkursie. — Znam Dragosza. To jest
człowiek.

— I to zręczny człowiek — dodał prezes Miclesco.
—  Życzymy  —  zawołał  Chorwat,  o  nazwisku  trudnym  do

wymówienia  —  Svrb,  właściciel  farbiarni  na  przedmieściu

background image

wymówienia  —  Svrb,  właściciel  farbiarni  na  przedmieściu
Wiednia  —  żeby  udało  mu  się  oczyścić  brzegi  rzeki  z
napastników. Bo doprawdy życie tam stało się nie do zniesienia.

—  Karl  Dragosz  ma  silnego  przeciwnika  —  rzekł  Niemiec

Weber, kiwając głową. — Poczekajmy, aż zacznie działać.

— Działać! — zawołał p. Ivetozar. — Wszak już działa, nie

można w to wątpić.

—  Prawda!  —  przyznał  p.  Miclesco.  —  Karl  Dragosz  nie

traci  czasu.  Jeżeli  wyznaczony  jest  na  swe  stanowisko  od
czterech dni, to co najmniej od trzech jest przy robocie.

—  Z  którego  końca  zacznie?  —  spytał  p.  Piscea,  Rumun,

którego nazwisko było jak gdyby stworzone dla rybaka. — Na
jego miejscu byłbym w kłopocie.

—  Dlatego  też  nie  zostałeś  mianowany,  mój  kochany  —

odparł  żartobliwie  pewien  Serb.  —  Możesz  być  pewny,  że
Dragosz nie jest w kłopocie. Co zaś do jego zamierzeń, to rzecz
inna.  Może  udał  się  do  Belgradu,  a  może  został  w
Budapeszcie…  o  ile  nie  wolał  przybyć  tu  do  Sigmaringen  i  nie
znajduje się wśród nas w gospodzie.

Przypuszczenie to przyjęto z wielką wesołością.
— Wśród  nas!  —  zaprotestował  p.  Weber.  —  Żartujesz  z

nas na dobre, Michale Michałowiczu. Co robiłby tu, gdzie, jak
pamięć sięga, nie popełniono żadnej zbrodni?

— Co? — odciął Michał Michałowicz. — A może przybył tu

ażeby być obecnym pojutrze przy odjeździe Ilii Brusza. Kto wie,
czy go ten wyjazd nie zajmuje, o ile Ilia Brusz i Karl Dragosz nie
stanowią jednej osoby.

— Jak to, nie stanowią jednej osoby! — zawołano zewsząd.

background image

— Jak to, nie stanowią jednej osoby! — zawołano zewsząd.

— Co rozumiesz przez to?

— Dalibóg! Byłaby to rzecz nie lada. Nikt by się nie domyślił,

że w skórze laureata siedzi policjant, który w ten sposób mógłby
swobodnie przetrząsnąć cały Dunaj.

Ten  dziwaczny  pomysł  zastanowił  uczestników.  Ten  Michał

Michałowicz!… On jeden mógł się zdobyć na coś podobnego.
Ale  Michał  Michałowicz  nie  przywiązywał  wagi  do  swego
pomysłu.

— O ile… — zaczął sposobem stanowczo jemu właściwym.
— O ile?
— O ile Karl Dragosz nie ma innego powodu, ażeby się tu

znajdować  —  ciągnął  dalej,  przechodząc  bez  stopniowania  do
drugiego przypuszczenia, nie mniej dziwacznego.

— Jakiego powodu?
—  Przypuście,  na  przykład,  że  ten  zamiar  przepłynięcia

Dunaju z wędką w ręku, wydaje mu się podejrzany.

— Podejrzany! Dlaczego podejrzany?
— Cóż! Nie byłoby również wcale rzeczą niezręczną, gdyby

łotr przedzierzgnął się w skórę rybaka i to rybaka tak głośnego.
Podobny rozgłos jest najlepszym incognito. Można do woli broić
pod  warunkiem,  że  się  będzie  łowiło  ryby  w  międzyczasie  dla
zamydlenia oczu.

— Tak, ale trzeba umieć łowić ryby — zaprzeczył z powagą

prezes  Miclesco  —  a  jest  to  przywilej  właściwy  ludziom
uczciwym.

Ta moralna uwaga, może trochę za ryzykowna, przyjęta była

background image

hucznymi oklaskami przez wszystkich zapalonych rybaków.

Michał  Michałowicz  z  niezwykłym  taktem  skorzystał  z

ogólnego zapału.

— Za zdrowie prezesa! — wołał, podnosząc szklankę.
—  Za  zdrowie  prezesa!  —  powtórzył  gość,  który  siedział

przy  osobnym  stoliku  i  który,  zdawało  się,  że  od  kilku  chwil
bierze żywy udział w toczącej się rozmowie.

P. Miclesco mile przyjął zwrócenie się do niego nieznajomego

i, chcąc mu podziękować, wzniósł toast na jego cześć. Samotny
gość,  zachęcony  tym  uprzejmym  gestem,  uważał  się  za
upoważnionego do wmieszania się do rozmowy.

—  Dalibóg,  trafna  odpowiedź.  Tak,  zapewne  rybołówstwo

jest zawodem ludzi uczciwych.

—  Czy  mamy  zaszczyt  rozmawiania  z  kolegą?  —  spytał  p.

Miclesco, zbliżając się do nieznajomego.

—  O!  —  odpowiedział  tenże  skromnie  —  co  najwyżej

amatorem,  którego  pociągają  piękne  popisy,  ale  który  nie  ma
tyle zarozumiałości, ażeby je naśladować…

— Tym gorzej, panie…?
— Jaeger.
—  Tym  gorzej,  panie  Jaeger,  bo  muszę  z  tego

wywnioskować,  że  Liga  Naddunajska  nie  będzie  miała  nigdy
zaszczytu zaliczenia pana w poczet swych członków.

— Kto  wie?  —  odrzekł  p.  Jaeger.  —  Może  zdecyduję  się

kiedyś sięgnąć po wędkę, a wtedy należeć będę bez wątpienia
do  was,  o  ile  wypełnię  wszystkie  warunki,  potrzebne  do
przyjęcia mnie do Ligi.

background image

przyjęcia mnie do Ligi.

— Nie powinien pan o tym wątpić — odrzekł p. Miclesco z

pośpiechem, pobudzony nadzieją zdobycia nowego członka. —
Warunki te, w liczbie czterech, są bardzo proste. Pierwszy — to
zapłacenie skromnej składki rocznej. I to jest najważniejszy.

— Rozumie się — odrzekł p. Jaeger, śmiejąc się.
—  Drugi,  to  lubić  rybactwo.  Trzeci  —  to  być  miłym

towarzyszem,  a  uważam,  że  ten  warunek  już  jest
urzeczywistniony.

— Pan jest zbyt uprzejmy! — podziękował p. Jaeger.
—  Co  do  czwartego,  polega  on  jedynie  na  wpisaniu

nazwiska  i  adresu  na  listach  Stowarzyszenia.  Otóż,  mam  już
pana nazwisko, a kiedy będę miał pana adres?

— 43, Leipzigerstrasse, Wiedeń.
— Będzie pan związkowcem w całym znaczeniu tego słowa

za cenę dwudziestu koron rocznie.

Dwaj rozmówcy roześmiali się serdecznie.
— Żadnych innych formalności? — spytał p. Jaeger.
— Żadnych innych.
— Żadnych dowodów osobistych?
—  Niech  się  pan  zastanowi,  panie  Jaeger  —  rzekł  pan

Miclesco — dla łowienia ryb!…

—  Prawda  —  przyznał  pan  Jaeger.  —  Zresztą,  nie  ma  to

żadnego  znaczenia.  Wszyscy  muszą  się  znać  w  Lidze
Naddunajskiej.

—  Dzieje  się  wręcz  przeciwnie  —  sprostował  p.  Miclesco.

—  Pomyśl  pan!  Niektórzy  nasi  koledzy  mieszkają  tu,  w
Sigmaringen,  inni  znów  nad  brzegiem  Morza  Czarnego.  Nie

background image

Sigmaringen,  inni  znów  nad  brzegiem  Morza  Czarnego.  Nie
ułatwia to stosunków sąsiedzkich.

— Istotnie!
— Na przykład zadziwiający laureat ostatniego konkursu…
— Ilia Brusz.
— On sam. Otóż nikt go nie zna.
— Niepodobna!
— Tak jest — rzekł p. Miclesco. — Prawda, że dopiero od

dwu  tygodni  należy  do  Ligi  Naddunajskiej.  Ilia  Brusz  dla
wszystkich  był  niespodzianką.  Co  mówię!  Prawdziwym
objawieniem.

— To, co nazywają outsider w języku sportowym.
— Właśnie.
— Skąd pochodzi ten outsider?
— Z Węgier.
— Zatem  pochodzi  stąd,  skąd  i  pan.  Bo  pan,  zdaje  mi  się,

jest Węgrem, panie prezesie?

— Czystej krwi, panie Jaeger, Węgier z Budapesztu.
— Tymczasem Ilia Brusz?
— Jest z Szalki.
— Co to za Szalka?
— Jest to wioska czy miasteczko, jeżeli pan woli, na prawym

brzegu  Ipoly,  rzeki  wpadającej  do  Dunaju  kilka  mil  ponad
Budapesztem.

—  Przynajmniej  z  nim,  panie  Miclesco,  może  pan

pozostawać  w  sąsiedzkich  stosunkach.  —  zauważył  ze
śmiechem pan Jaeger.

— W każdym razie nie prędzej, jak za dwa lub trzy miesiące

background image

— W każdym razie nie prędzej, jak za dwa lub trzy miesiące

— odpowiedział w tym samym tonie prezes Ligi Naddunajskiej.
— Nie odbędzie prędzej swej podróży…

— O ile ją uskuteczni! — dodał żartobliwie Serb, wtrącając

się bez ceremonii do rozmowy.

Inni  rybacy  zbliżyli  się.  P.  Jaeger  i  p.  Miclesco  stali  się

ośrodkiem małego zebrania.

—  Co  pan  przez  to  rozumie?  —  spytał  p.  Miclesco.  —

Bujną masz wyobraźnię, Michale Michałowiczu.

—  Prosty  żart,  panie  prezesie  —  odpowiedział  Serb.  —

Wszakże,  jeżeli  Ilia  Brusz  nie  może  być,  pańskim  zdaniem,  ani
policjantem,  ani  złoczyńcą,  dlaczegoż  nie  miałby  się  zabawić
naszym kosztem i dlaczego nie miałby być prostym kpiarzem?

P. Miclesco przyjął to poważnie.
— Pan jest złośliwy, Michale Michałowiczu — odpowiedział.

—  Wyjdzie  to  panu  na  szkodę  prędzej  czy  później.  Ilia  Brusz
zrobił  na  mnie  wrażenie  człowieka  porządnego  i  poważnego.
Zresztą jest on członkiem Ligi Naddunajskiej. To wystarcza.

— Brawo! — odezwano się zewsząd.
Michał  Michałowicz,  nie  zbity  z  tropu  daną  mu  nauką,

skorzystał  z  zadziwiającą  przytomnością  umysłu  z  tej  nowej
sposobności, aby wznieść toast.

— W takim razie — zawołał, wznosząc kufel — za zdrowie

Ilii Brusza!

— Za zdrowie Ilii Brusza! — odpowiedzieli chórem obecni,

nie wyjąwszy Jaegera, który wychylił swą szklankę sumiennie do
ostatniej kropli.

background image

ostatniej kropli.

Ostatni  dowcip  Michała  Michałowicza  nie  był  wszakże  tak

dalece 

pozbawiony 

zdrowego 

sądu 

jak 

poprzednie.

Oznajmiwszy o swym zamiarze z wielkim rozgłosem, Ilia Brusz
nie  pokazał  się  więcej.  Nikt  o nim  nie  słyszał.  Czyż  nie  było
rzeczą dziwną, iż trzymał się tak na uboczu i czy nie można było
przypuszczać  zupełnie  wiarygodnie,  że  chciał  zażartować  z
kolegów? W każdym razie zagadka będzie wkrótce rozwiązana.
Za półtorej doby będzie wiadomo, co o tym sądzić.

Zresztą  wystarczyłoby  udać  się  o  kilka  mil  wzwyż  od

Sigmaringen.  Tam  powinien  znajdować  się  Ilia  Brusz,  o  ile  był
człowiekiem  tak  poważnym,  jak  twierdził  z  całą  pewnością
prezes Miclesco.

Wszelako  i  to  przedstawiało  pewną  trudność.  Czyż  źródło

wielkiej  rzeki  było  ściśle  oznaczone?  Czy  na  mapach  jest  ono
wyznaczone z całą dokładnością? Czy nie ma w tym względzie
żadnej wątpliwości  i czy Ilia Brusz, szukany w jednym miejscu,
nie będzie gdzie indziej?

Zapewne nikt nie wątpi, że Dunaj, a starożytny Ister, bierze

swój  początek  w  W.  Księstwie  Badeńskim;  geografowie
twierdzą  nawet,  że  przy  sześciu  stopniach  dziesięciu  minutach
długości wschodniej i czterdziestu siedmiu stopniach czterdziestu
ośmiu  minutach  szerokości  północnej.  W  każdym  razie
wyznaczenie  określa  minutę  łukową  nie  sekundę,  co  może
wywołać  znaczną  zmianę.  Otóż  chodziło  o  to,  ażeby  zarzucić
wędkę w miejscu, gdzie pierwsza kropla wody Dunaju zaczyna
spływać do Morza Czarnego.

Według  dawnej  legendy,  Dunaj  miał  mieć  swe  pierwotne

background image

Według  dawnej  legendy,  Dunaj  miał  mieć  swe  pierwotne

źródło  w  ogrodzie  książąt  Fiirstenberg.  Za  kolebkę  miał  mu
służyć marmurowy basen, z którego dotąd liczni turyści czerpią
wodę  do  kubków.  Czy  należało  przy  tej  nie  wysychającej
fontannie oczekiwać Ilii Brusza rano 10 sierpnia?

Nie, to nie jest rzeczywiste, autentyczne źródło wielkiej rzeki.

Wiadomo obecnie, że składa się ono z połączenia dwu strumieni
Breg  i  Brigach,  które  płyną  z  wysokości  ośmiuset
siedemdziesięciu  pięciu  metrów  poprzez  las  Schwarzwaldu,
łącząc się w Donaueschingen o kilka mil wzwyż od Sigmaringen i
otrzymując wspólną nazwę Donau.

Jeżeli  jeden  z  tych  strumieni  mógłby  być  uważany  za  samą

rzekę, byłby to Breg, którego długość jest o trzydzieści siedem
kilometrów większa i który bierze swój początek w Brisgau.

Ale  najroztropniejsi  z  zainteresowanych  sprawą  odjazdu  Ilii

Brusza  —  o  ile  miał  wyruszyć  —  osądzili,  że  wybierze
Donaueschin  —  gen,  gdyż  podążyli  tam,  w  największej  części
członkowie  Ligi  Naddunajskiej,  w  towarzystwie  prezesa
Miclesco.

Już  od  rana  10  sierpnia  byli  na  stanowisku  na  brzegu  Breg,

przy  zbiegu  dwu  strumieni.  Godziny  jednakże  upływały,  a
bohatera dnia widać nie było.

— Nie przyjdzie — mówił jeden.
— To tylko kuglarz — mówił drugi.
— A my jesteśmy podobni do naiwnych głupców! — dodał

Michał Michałowicz, który przedwcześnie triumfował.

Prezes Miclesco wszakże bronił wytrwale Ilii Brusza.
—  Nie  —  twierdził  —  przypuścić  nawet  nie  mogę,  ażeby

background image

—  Nie  —  twierdził  —  przypuścić  nawet  nie  mogę,  ażeby

członek Ligi Naddunajskiej chciał oszukiwać swych kolegów…
Ilii  Bruszowi  stanęło  coś  na  przeszkodzie.  Bądźmy  cierpliwi.
Przybędzie niebawem.

P.  Miclesco  miał  słuszność.  Przed  dziewiątą  rozległ  się

okrzyk od strony stojących przy zbiegu Breg i Brigach.

— Otóż i on!… Otóż on!
O  dwieście  kroków  na  zakręcie  ukazała  się  łódka  płynąca

wzdłuż  brzegów.  W  tyle  stał  na  niej  człowiek,  prowadzący  ją
jednym wiosłem.

Był  to  ten  sam,  który  kilka  dni  temu  na  konkursie  Ligi

Naddunajskiej zdobył obydwie nagrody, Węgier Ilia Brusz.

Gdy  łódka  dopłynęła  do  zbiegu  strumieni,  zatrzymał  się  i

hakiem umocnił ją u brzegu. Po czym wylądował wśród licznie
zgromadzonych  widzów.  Zapewne  nie  spodziewał  się  tak
wielkiego zebrania, gdyż zdawało się, że był nieco onieśmielony.

Prezes Miclesco zbliżył się, wyciągając do niego rękę, którą

Ilia  Brusz  uścisnął  z  uszanowaniem,  zdjąwszy  swą  bobrową
czapkę.

—  Ilio  Brusz  —  rzekł  p.  Miclesco  z  godnością  prawdziwie

prezesowską — jestem szczęśliwy, że mogę powitać sławnego
laureata naszego ostatniego konkursu.

Sławny  laureat  pochylił  się  na  znak  podziękowania.  Prezes

ciągnął dalej:

—  Z  przybycia  twego  do  źródeł  naszej  wielkiej,

międzynarodowej  rzeki  wnioskujemy,  że  urzeczywistniasz  swój
zamiar dopłynięcia do jej ujścia z wędką w ręku.

background image

zamiar dopłynięcia do jej ujścia z wędką w ręku.

— W istocie, panie prezesie — odpowiedział Ilia Brusz.
— Więc dzisiaj zaczniesz swą podróż?
— Dzisiaj, panie prezesie.
— Jak myślisz płynąć?
— Z prądem.
— W tej łódce?
— Tak.
— Bez postoju?
— Owszem, w nocy.
— Wiesz, że chodzi tu o trzy tysiące kilometrów.
— Jeżeli  będę  płynął  dziesięć  mil  dziennie,  za  dwa  miesiące

będę u celu.

— A zatem szczęśliwej podróży, Ilio Brusz!
— Dziękuję, panie prezesie.
Ilia Brusz skłonił się ostatni raz i wsiadł do łodzi, podczas gdy

tłum cisnął się, żeby go zobaczyć.

Wziął  wędkę,  założył  przynętę,  po  czym  położywszy  ją  na

ławkę, odepchnął łódkę silnym uderzeniem bosaka i usiadłszy w
tyle zarzucił wędkę.

Po chwili wyciągnął ją. Na haczyku trzepotał się boleń. Pod

szczęśliwą  wróżbą  zaczynała  się  podróż,  toteż,  gdy  znikał  na
zakręcie, obecni żegnali zwycięzcę Ligi Naddunajskiej hucznymi
hoch! hochl

III
Pasażer Ilu Brusza

background image

Pasażer Ilu Brusza

 

A zatem Ilia Brusz rozpoczął swą podróż po wielkiej rzece,

dzięki  której  przepłynąć  miał  Wielkie  Księstwo  Badeńskie;
królestwa:  Wirtemberskie  i  Bawarskie;  cesarstwa:  Austro–
Węgierskie  i  Tureckie;  księstwa:  Hohenzollern,  Serbię  i
Rumunię

*

. Oryginalny rybak nie potrzebował się obawiać trudu

podczas tego przeszło siedmiuset — milowego przebiegu. Prąd
Dunaju zawiezie go do ujścia, z szbykoś cią nieco większą nad
milę  na  godzinę,  czyli  przepływać  będzie  przeciętnie  około
pięćdziesięciu  kilometrów  dziennie.  Za  dwa  miesiące  będzie  u
kresu podróży, o ile nieprzewidziany wypadek nie zatrzyma go
w drodze. Lecz dlaczegóż miałby natrafić na przeszkody?

Łódź Ilii Brusza miała około dwunastu stóp długości. Był to

rodzaj barki o płaskim dnie, szerokim pośrodku na cztery stopy.
Na przodzie wznosiła się budka, w której pomieścić się mogło
dwu ludzi. Wewnątrz tej budki stały po obu stronach łodzi dwie
skrzynie  ze  skromnym  przyodziewkiem  właściciela,  mogące
służyć  po  zamknięciu  za  miejsce  spoczynku.  Z  tyłu  łodzi
znajdowała  się  jeszcze  jednaskrzynia  z  naczyniami  kuchennymi,
zastępująca ławkę.

Nie  potrzebuję  dodawać,  że  barka  zaopatrzona  była  we

wszystkie przyrządy potrzebne dla rybaka. Ilia Brusz nie mógłby
się  obyć  bez  nich,  skoro  stosownie  do  swego  zamiaru  miał
podczas podróży utrzymywać się wyłącznie z rybołówstwa, czy
to  spożywając  swą  zdobycz,  czy  zamieniając  ją  na  brzęczącą

background image

to  spożywając  swą  zdobycz,  czy  zamieniając  ją  na  brzęczącą
monetę,  która  pozwoliłaby  mu  urozmaicać  potrawy  bez
naruszenia powziętego planu.

W  tym  celu  Ilia  Brusz  miał  sprzedawać  wieczorem  rybę

złowioną  w  ciągu  dnia,  a  amatorów  na  nią  nie  zabraknie,  ze
względu na rozgłos nazwiska rybołówcy.

W ten sposób przeszedł mu dzień pierwszy. Wszakże, gdyby

kto  mógł  śledzić  Ilię  Brusza,  byłby  zdziwiony  opieszałością
zwycięzcy  konkursu  Ligi  Naddunajskiej  w  łowieniu  ryb,  które
przecież 

było 

jedynym 

powodem 

tego 

dziwacznego

przedsięwzięcia. Skoro był pewien, że na niego nikt nie patrzy,
rzucał wędkę dla wiosła i wiosłował ze wszystkich sił, jak gdyby
chciał  przyśpieszyć  bieg  łodzi.  Jeżeli  zaś  spostrzegł  kogoś  na
brzegu  lub  mijał  się  z  jakimś  przewoźnikiem,  wówczas  chwytał
zawodową  broń  i  ze  zręcznością  sobie  właściwą  wyciągał
niebawem z wody piękną rybę ku podziwowi patrzących. Ale z
chwilą,  gdy  widzowie  zniknęli  z  brzegów  lub  przewoźnik  na
zakręcie  rzeki,  wracał  do  wiosła,  pomagając  prądowi  swą
pracą.

Miałżeby  Ilia  Brusz  powód  do  przyśpieszania  podróży,  do

której  nikt  go  nie  zmuszał?  Cokolwiek  by  o  tym  sądzić,  płynął
bardzo szybko. Pomagał mu w tym prąd, zwykle więcej wartki u
początku  rzeki,  niż  w  dalszym  jej  ciągu,  tak  że  robił  osiem
kilometrów na godzinę, jeżeli nie więcej.

Przepłynął koło kilku miejscowości bez znaczenia, co więcej,

zostawił poza sobą Tuttlingen, środowisko dość ważne, pomimo
że kilku jego wielbicieli zachęcało go znakami znad brzegu, aby
wylądował.  Ilia  Brusz  ruchem  odmownym  odpowiedział  na

background image

wylądował.  Ilia  Brusz  ruchem  odmownym  odpowiedział  na
zaproszenie.

Około  czwartej  po  południu  znalazł  się  na  wysokości

miasteczka  Fridingen,  o  czterdzieści  osiem  kilometrów  od
miejsca wyjazdu. Z chęcią byłby je minął, tak jak i inne, ale zapał
publiczności stanął temu na przeszkodzie. Skoro się tylko ukazał,
kilka  łodzi  odpłynęło  od  brzegu  z  okrzykami hoch! otaczając
niebawem zwycięzcę.

Ilia  Brusz  musiał  się  poddać.  Zresztą  czyż  nie  miał  do

sprzedania obfitej zdobyczy? Bolenie, leszcze, płotki, małe rybki
kolczaste trzepotały się w jego siatce, nie mówiąc już o większej
liczbie  głowaczy.  Oczywiście  nie  mógł  tego  sam  spożyć.  I  nie
potrzebował się tego obawiać. Amatorów było dosyć. Zaledwie
barka  zatrzymała  się,  gdy  z  pięćdziesięciu  Badeńczyków
otoczyło  go,  składając  hołdy  należne  laureatowi  Ligi
Naddunajskiej.

— Tędy, Brusz!
— Szklankę dobrego piwa, Brusz?
— Kupujemy twą zdobycz, Brusz!
— Dwadzieścia krajcarów za tę rybę!
— Florena za tamtą!
Laureat  nie  wiedział,  komu  ma  najpierw  odpowiedzieć  i

wkrótce zarobił pokaźną sumę. Jeżeli dalej tak pójdzie, to gdy
dopłynie do kresu podróży, stanie się właścicielem wcale ładnej
sumy  pieniędzy,  zaokrąglającej  nie  lada  cyfrę  otrzymaną  na
konkursie.

I dlaczego miałoby być inaczej? Dlaczego nie miano ubiegać

background image

się o rybę Ilii Brusza? Czyż nie jest zaszczytem otrzymać rybę z
jego  rąk?  Nie  potrzebował  nawet  udawać  się  do  mieszkań,
zaraz  na  miejscu  rozchwytano  jego  zdobycz.  Sprzedaż  ta  była
genialnym pomysłem.

Tego  wieczora  Ilia  Brusz  nie  tylko  miał  szczęście  w

sprzedaży.  Otrzymał  również  liczne  zaproszenia.  Odmówił
jednak stanowczo, a nawet nie chciał przyjąć szklanki wina lub
kufla  piwa.  Widoczne  było,  że  barki  swej  opuścić  nie  miał
zamiaru. Toteż jego wielbiciele z żalem musieli opuścić bohatera,
obiecując powrócić nazajutrz.

Ale  nazajutrz  barki  już  nie  było.  Ilia  Brusz  wyruszył  przed

świtem,  a  korzystając  z  porannej  samotności,  wiosłował
zawzięcie, trzymając się środka rzeki w równej odległości od jej
urwistych  brzegów.  Przy  pomocy  prądu  dopłynął  o  godzinie
piątej  do  Sigmaringen  o  kilka  metrów  od  gospody  „Witaj,
Rybaku”.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  niejeden  z  członków  Ligi
Naddunajskiej podąży na balkon gospody  i wypatrywać będzie
przyjazdu sławnego kolegi. Wszakże czekać będzie na próżno.
Rybak  będzie  już  daleko,  jeżeli  płynąć  będzie  z  równym
zapałem.

O kilka kilometrów od Sigmaringen Ilia Brusz minął pierwszy

dopływ  Dunaju,  strumień  Louchat,  wpadający  doń  z  lewej
strony.

Korzystając  z  tego,  że  w  tej  części  jego  drogi  środowiska

zamieszkałe  znajdowały  się  w  znacznej  od  siebie  odległości,
przyśpieszał  o  ile  tylko  mógł  bieg  swej  łodzi,  ograniczywszy
połów  do  niezbędnego  minimum.  Nocą,  mająca  zapasie  tylko

background image

połów  do  niezbędnego  minimum.  Nocą,  mająca  zapasie  tylko
tyle  ryb  ile  było  potrzeba  do  spożycia,  zatrzymał  się  przy
niezamieszkałym  brzegu,  nieco  wzwyż  od  miasteczka
Mundelkingen,  którego  mieszkańcy  nie  spodziewali  się  z
pewnością sławnego przybysza tak wcześnie.

Po  tym  drugim  dniu  nastąpił  trzeci,  prawie  podobny.  Ilia

Brusz  przepłynął  szybko  przez  Mundelkingen  przed  świtem  i
było jeszcze dość wcześnie, gdy minął duże miasteczko Ehingen.
O  czwartej  napotkał  Mer,  ważny  dopływ  po  prawej  stronie
Dunaju, a przed piątą przywiązał łódź do żelaznego pierścienia,
znajdującego  się  przy  nadbrzeżu  Ulmu,  największego  po
Stuttgarcie miasta Królestwa Wirtembergii.

Przybycie  sławnego  laureata  nie  było  ściśle  oznaczone.

Przypuszczano, że przyjedzie nazajutrz późno wieczorem. Toteż
Ilia  Brusz  zadowolony,  że  nikt  go  nie  oczekuje,  postanowił
poświęcić resztę dnia na pobieżne zwiedzenie miasta.

Jednak nie można byłoby twierdzić z czystym sumieniem, że

nadbrzeże było zupełnie puste. Spacerował po nim bowiem jakiś
przechodzień, który nawet, zdawało się, że oczekuje Ilii Brusza,
gdyż,  skoro  tylko  zjawiła  się  barka,  poszedł  w  jej  kierunku.
Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  zatem  laureat  Ligi
Naddunajskiej nie uniknie zwykłej owacji.

W  każdym  razie  przechodzień  nie  starał  się  zbliżyć  do

przymocowanej łódki. Przeciwnie, trzymał się w pewnym od niej
oddaleniu,  jak  gdyby  nie  chciał,  żeby  go  widziano.  Był  to
człowiek  średniego  wzrostu,  szczupły,  o  żywym  spojrzeniu,
pomimo  że  musiał  mieć  przeszło  czterdzieści  lat,  w  obcisłym
ubraniu  skrojonym  na  modę  węgierską.  W  ręku  trzymał

background image

ubraniu  skrojonym  na  modę  węgierską.  W  ręku  trzymał
skórzaną walizkę.

Ilia Brusz, nie zwacając wcale na niego uwagi, przymocował

dokładnie  łódź,  upewnił  się,  że  skrzynie  są  dobrze  zamknięte,
zasłonił  wejście  do  budki,  po  czym  skoczywszy  na  ziemię,
skierował się w pierwszą lepszą ulicę prowadzącą do miasta.

Przechodzień natychmiast podążył za nim, rzuciwszy wpierw

do barki swoją walizkę.

Miasto  Ulm,  rozdzielone  Dunajem  na  dwie  połowy,  jest  z

lewego  brzegu  miastem  wirtemberskim,  z  prawego  —
bawarskim, lecz w całości bardzo niemieckim.

Ilia Brusz szedł starymi ulicami z szeregiem starych sklepów

bez wejścia, a z otwartym oknem, przez które kupiec załatwiał
żądania  klientów.  Wiatr  poruszał  z  hałasem  blaszane  szyldy  w
kształcie niedźwiedzi, jeleni, krzyży lub koron.

Ilia Brusz, przeszedłszy starożytne mury, udał się do dzielnicy,

gdzie rzeźnicy, flaczarze i garbarze mają suszarnie, po czym, idąc
na chybił trafił, dostał się do katedry, jednego z najokazalszych
kościołów  niemieckich.  Mieszkańcy  pysznili  się  nią  niemało,
twierdząc,  że  jest  wyższa  od  katedry  strassburskiej.  Musieli
jednak  zrzec  się  tej  ambicji,  jak  również  innych,  bardziej
ludzkich,  dowiedziono  im  bowiem,  że  najwyższa  wieża
wirtemberska sięga trzystu trzydziestu siedmiu stóp wysokości.

Ilii Bruszowi nie przyszło nawet na myśl wejść na wieżę, skąd

by mógł objąć jednym spojrzeniem całe miasto i okolicę. Gdyby
to  uczynił,  niewątpliwie  nieznajomy,  śledzący  go  bacznie,
podążyłby za nim, jak to się zdarzyło, kiedy Ilia Brusz wszedł do
katedry,  aby  przypatrzyć  się  cyborium,  które  podróżnik

background image

katedry,  aby  przypatrzyć  się  cyborium,  które  podróżnik
francuski Duruy przyrównał do bastionu zaopatrzonego w galerie
i skrytki, jak również stallom chóru, ozdobionym przez jakiegoś
artystę z XV wieku figurami osobistości sławnych w tej epoce.

Jeden za drugim przybyli do ratusza, starożytnego budynku z

XII wieku, po czym wrócili nad rzekę.

Ilia  Brusz,  zanim  dosięgnął  nadbrzeża,  zatrzymał  się  chwil

kilka,  aby  przypatrzyć  się  towarzystwu  kroczącemu  na
szczudłach.  Jest  to  sport,  któremu  w  Ulm  oddają  się  z
zamiłowaniem,  pomimo  że  nie  jest  on  tak  potrzebny  jak  w
Tubindze,  gdzie  wilgotny  i  poryty  grunt  utrudnia  piesze
wycieczki.

Dla  lepszego  przypatrzenia  się  widowisku,  którego  aktorzy

składali się z wesołej grupy młodych ludzi, Ilia Brusz zasiadł w
kawiarni.  Nieznajomy  usiadł  przy  drugim  stoliku  i  obaj  kazali
sobie podać po kuflu słynnego, krajowego piwa.

Po  upływie  dziesięciu  minut  obaj  puścili  się  znów  w  drogę,

tylko  w  odwróconym  porządku,  gdyż  nieznajomy  obecnie
poprzedzał Ilię Brusza, przyśpieszając kroku, i gdy rybak dotarł
do  łódki,  znalazł  w  niej  nieznajomego,  który  jakby  od  dawna
oczekiwał na właściciela.

Dzień był w pełni. Ilia Brusz spostrzegł z daleka intruza, który

rozsiadł  się  wygodnie  na  skrzyni  w  tyle,  mając  u  swych  nóg
walizkę z żółtej skóry. Ogromnie zdziwiony, przyśpieszył kroku.

— Przepraszam pana — rzekł, wskakując do barki — pan

się zapewne omylił?

—  Bynajmniej  —  odpowiedział  nieznajomy.  —  Właśnie  z

background image

—  Bynajmniej  —  odpowiedział  nieznajomy.  —  Właśnie  z

panem chcę pomówić.

— Ze mną?
— Z panem, panie Brusz.
— W jakim celu?
— Chcę panu zaproponować interes.
— Interes? — powtórzył rybak zdziwiony.
—  A  nawet  doskonały  interes  —  twierdził  nieznajomy,

wskazując rozmówcy miejsce przy sobie.

Ruch  całkiem  nieprzystojny,  gdyż  zazwyczaj  gość  nie

zaprasza tego, który go przyjmuje u siebie. Ale Ilia Brusz był tak
zaskoczony  stanowczością  i  spokojem  nieznajomego,  że
posłuchał wezwania.

— Jak wszyscy zresztą — ciągnął dalej nieznajomy — wiem

o  pana  zamiarze  przepłynięcia  Dunaju  i  utrzymywania  się
podczas  tej  podróży  wyłącznie  ze  swego  połowu.  Ja  również
jestem zapalonym amatorem rybołówstwa i gorąco pragnę wziąć
udział w pańskim przedsięwzięciu.

— W jaki sposób?
— Zaraz panu powiem. Ale najpierw, pozwoli pan, że zadam

mu  jedno  pytanie.  Na  ile  ocenia  pan  wartość  ryb,  jakie  pan
może złowić przez czas swojej podróży?

— To jest, ile przynieść mi może połów?
— Tak. Mam na myśli to, co pan może sprzedać, nie zaś to

co pan spożyje.

— Być może, że ze sto florenów.
— Daję panu za nie pięćset.
— Pięćset florenów! — powtórzył Ilia Brusz oszołomiony.

background image

— Pięćset florenów! — powtórzył Ilia Brusz oszołomiony.
— Tak, pięćset florenów zapłaconych z góry.
Ilia  Brusz  spojrzał  wzrokiem  tak  wymownym  na  autora  tej

szczególnej  propozycji,  że  nieznajomy  odpowiedział  wnet  na
myśl niewypowiedzianą.

—  Niech  pan  będzie  spokojny,  jestem  przy  zdrowych

zmysłach.

—  A  zatem  do  czego  pan  zmierza?  —  spytał  laureat

niedowierzająco.

—  Powiedziałem  panu.  Pragnę  patrzeć  na  pańskie  śmiałe

przedsięwzięcie, a nawet brać w nim udział. A przy tym w grę tu
wchodzi  uczucie  gracza.  Ryzykując  pięćset  florenów,  z
przyjemnością  patrzeć  będę,  jak  suma  ta  ułamkami  do  mnie
powróci każdego wieczora, w miarę sprzedaży.

— Każdego wieczora? — zawołał Ilia Brusz — a więc pan

ma zamiar podróżować ze mną?

—  Oczywiście  —  rzekł  nieznajomy.  —  Naturalnie  mój

przejazd nie należy do zawartej umowy, zapłacę panu za niego
również  pięćset  florenów,  co  razem  będzie  stanowiło  tysiąc
florenów zapłaconych z góry.

—  Tysiąc  florenów  —  powtórzył  znowu  Ilia  Brusz  coraz

bardziej zdziwiony.

Zapewne  propozycja  była  kusząca.  Ale  widać  rybak  cenił

przede wszystkim swoją samotność, gdyż odparł krótko:

— Żałuję bardzo, lecz odmawiam.
Wobec  odpowiedzi  tak  kategorycznej,  wypowiedzianej

głosem  stanowczym,  należałoby  się  poddać.  Ale  zapalony
amator  rybołówstwa  nie  wzruszył  się  wcale  stanowczością

background image

amator  rybołówstwa  nie  wzruszył  się  wcale  stanowczością
odmowy.

—  Czy  pozwoli  pan,  panie  Brusz,  spytać  się  dlaczego?  —

zapytał spokojnie.

— Nie potrzebuję się tłumaczyć. Odmawiam, oto i wszystko.

Sądzę,  że  mam  do  tego  prawo  —  odpowiedział  Ilia  Brusz  z
lekką niecierpliwością.

—  Pan  ma  do  tego  prawo,  oczywiście  —  przyznał

niewzruszony  rozmówca.  —  Ale  i  ja  nie  przekraczam  swego,
prosząc 

wytłumaczenie 

mi 

powodów 

pańskiego

postanowienia. 

Propozycja 

moja 

nie 

zawierała 

nic

uwłaczającego,  przeciwnie,  zasługuje  na  to,  aby  być  dla  mnie
grzecznym.

Słowa te nie miały w sobie nic groźnego, ale wypowiedziane

były głosem tak stanowczym, tak pełnym powagi, że zastanowiły
Ilię  Brusza.  Jeżeli  dbał  o  swą  samotność,  to  tym  bardziej  nie
chciał  się  narazić  na  niewczesny  spór,  ogarnął  bowiem
natychmiast całą słuszność wygłoszonej uwagi.

— Podzielam pańskie zdanie — rzekł. — Powiem więc panu

najpierw, że nie chciałbym pana narazić na niechybną stratę.

— To już moja rzecz.
— Ale i moja, gdyż nie mam zamiaru zajmować się łowieniem

ryb więcej nad godzinę dziennie.

— A resztę czasu?
— Poświęcam wiosłowaniu, żeby przyśpieszyć bieg łodzi.
— Spieszno więc panu?
Ilia Brusz zagryzł wargi.

background image

Ilia Brusz zagryzł wargi.
— Czy spieszno mi czy nie — odparł oschle — taki jest mój

zamiar.  Zgodzi  się  pan,  że  w  takich  warunkach  przyjęcie
pięciuset florenów równałoby się kradzieży.

— Nie w obecnej chwili, kiedy jestem o tym uprzedzony —

rzekł nieznajomy, nie tracąc swego niewzruszonego spokoju.

—  W  każdym  razie  —  odparł  Ilia  Brusz  —  byłbym

obowiązany do połowu przynajmniej godzinę dziennie. Otóż nie
chcę  zobowiązywać  się  niczym,  działając  według  upodobania.
Chcę być swobodny.

— Pan nim będzie — oświadczył nieznajomy. — Będzie pan

się zajmował rybołówstwem, kiedy pan będzie chciał i jak pan
będzie  chciał.  Zwiększy  to  nawet  urok  gry.  Zresztą,  wiem,  że
pan  jest  zręcznym  rybakiem  i  że  dwa  do  trzech  szczęśliwych
rzutów  wędką  wystarczy,  abym  miał  zapewniony  dochód  i
dlatego  interes  ten  będzie  dla  mnie  zawsze  korzystny.  Trwam
zatem  w  postanowieniu  wypłacenia  panu  sumy  pięciuset
florenów z góry, czyli tysiąca florenów z przejazdem.

— A ja trwam w postanowieniu odmowy.
— Powtórzę tedy pytanie: Dlaczego?
Natarczywość była istotnie nie na miejscu. Ilia Brusz, z natury

bardzo spokojny, zaczął tracić cierpliwość.

—  Dlaczego?  —  odparł  żywo.  —  Zdaje  się,  że  już  panu

powiedziałem.  Dodam  jeszcze,  ponieważ  pan  mnie  do  tego
zniewala, że nie chcę mieć nikogo w mej łodzi. Przypuszczam, iż
nikt mi nie zabroni lubić samotność.

—  Zapewne  —  przyznał  rozmówca,  nie  ruszając  się  ze

swego miejsca, na którym siedział jak gdyby doń wrósł. — Ale

background image

swego miejsca, na którym siedział jak gdyby doń wrósł. — Ale
ze mną pan będzie jakby sam. Nie ruszę się ze swego miejsca, a
nawet nie wyrzeknę ani słowa, o ile pan sobie tego życzy.

— A w nocy? — odparł Ilia Brusz, którego ogarniał gniew.

— Czy Pan sądzi, że dwie osoby mogą się wygodnie pomieścić
w mej kajucie?

—  Jest  dość  duża,  aby  się  pomieściły.  Zresztą  za  tysiąc

florenów można znieść trochę niewygód.

—  Można  czy  nie  można  —  odpowiedział  Ilia  Brusz  coraz

bardziej Podniecony — ale ja nie chcę. Nie, sto razy nie, tysiąc
razy nie. Sądzę, że to jest jasne.

— Bardzo jasne — przyznał nieznajomy.
—  A  zatem?…  —  spytał  Ilia  Brusz,  pokazując  nadbrzeże

ruchem ręki.

Rozmówca  jednak  jakby  nie  rozumiał  tego  wymownego

ruchu.  Wyjął  fajkę  z  kieszeni  i  napełniał  ją  starannie.  Podobna
pewność siebie do rozpaczy doprowadziła Ilię Brusza.

— Czy pan czeka, żebym go zaniósł na ziemię? — zawołał

nieprzytomny.

Nieznajomy skończył napełniać fajkę.
—  Postąpiłby  pan  źle  —  rzekł,  nie  zdradzając  w  głosie

żadnej obawy. — A to z trzech powodów. Najpierw dlatego, że
bójka  sprowadziłaby  niechybnie  policję,  co  naraziłoby  nas  na
stawienie  się  przed  komisariatem,  na  legitymowanie  się  z
nazwisk, imion, na przewlekłe śledztwo. Przyznam się, że to nie
bawiłoby  mnie  wcale,  a  z  drugiej  strony  nie  przyczyniłoby  się
zgoła  do  przyśpieszenia  pańskiej  podróży,  jak  tego,  zdaje  się,
pan sobie życzy.

background image

pan sobie życzy.

Czy uparty amator rybołówstwa liczył na ten argument? Jeżeli

tak  było  w  istocie,  mógł  być  zadowolony.  Ilia  Brusz  nagle
złagodniał  i  zdawało  się,  że  usposobiony  był  do  wysłuchania
cierpliwie dowodzeń nieznajomego. Rezolutny mówca wszakże,
zajęty  zapalaniem  fajki,  nie  zwrócił  uwagi  na  wrażenie,  jakie
wywołały jego słowa.

Miał  już  wrócić  do  zaczętej  rozmowy,  gdy  w  tejże  właśnie

chwili wskoczył do barki trzeci osobnik, którego zbliżenia się nie
zauważył  pochłonięty  sprzeczką  Ilia  Brusz.  Przybysz  miał  na
sobie mundur żandarmów niemieckich.

—  Pan  Ilia  Brusz?  —  spytał  przedstawiciel  publicznego

porządku.

— To ja — odpowiedział zapytany.
— Proszę o dowody.
Pytanie  to  równało  się  rzutowi  kamienia  w  spokojną

sadzawkę. Ilia Brusz był widocznie porażony.

— Moje dowody?… — wyjąkał. — Ale ja nie mam innych

dowodów  prócz  koperty  od  listów  i  kwitów  za  opłacane
komorne w Szalce. Wystarcza to panu?

— To nie są dowody — odburknął żandarm z niechęcią. —

Dowody, to akt urodzenia, karta pobytu, książeczka robotnika,
paszport… Czy pan posiada coś w tym rodzaju?

— Nic zgoła — rzekł Ilia Brusz strapiony.
—  To  sprawi  panu  kłopoty  —  mruknął  żandarm,  który

zdawał się być szczerze zmartwiony z tego obrotu rzeczy.

— Mnie! — zaprotestował rybak. — Ależ jestem uczciwym

background image

człowiekiem, proszę wierzyć.

— Jestem o tym przekonany — odpowiedział żandarm.
—  I  nie  potrzebuję  się  obawiać  nikogo.  Zresztą  znają  mnie

wszyscy.  Jestem  zwycięzcą  ochotniczego  konkursu  Ligi
Naddunajskiej w Sigmaringen, o którym cała prasa mówiła, i tu,
z pewnością, znajdę poręczycieli.

—  Poszukamy  ich,  może  pan  być  spokojny  —  zapewniał

żandarm. — Tymczasem poproszę, żeby pan ze mną poszedł do
komisarza, który sprawdzi pana tożsamość.

—  Do  komisarza?  —  zawołał  Ilia  Brusz.  —  O  cóż  mnie

posądzają?

—  O  nic  —  tłumaczył  żandarm.  —  Tylko  mam  rozkaz

pilnowania  rzeki  i  przyprowadzania  do  komisarza  wszystkich,
którzy nie mają należnych dowodów. Znajduje się pan na rzece?
Tak. Ma pan potrzebne dowody? Nie. A zatem zabieram pana.
Reszta mnie nie obchodzi.

—  Ależ  to  niegodnie!  —  protestował  Ilia  Brusz  widocznie

zrozpaczony.

— Ale tak jest — oświadczył żandarm.
Przygodny  pasażer,  którego  mowę  tak  nagle  przerwano,

przysłuchiwał się rozmowie z taką uwagą, że zapomniał o swej
fajce.  W  tej  chwili  uważał  za  stosowne  wmieszać  się  do
rozmowy.

—  A  gdybym  ja  ręczył  za  p.  Ilię  Brusza  —  rzekł  —  czy

byłoby to wystarczające?

— To zależy — wymówił żandarm. — Kim pan jest?
—  Oto  mój  paszport  —  odpowiedział  pasażer,  podając

background image

—  Oto  mój  paszport  —  odpowiedział  pasażer,  podając

rozłożony papier.

Przeczytawszy  go,  żandarm  zmienił  całkowicie  swe

zachowanie.

— To co innego — rzekł.
Złożył  starannie  papier,  po  czym  wręczywszy  go

właścicielowi, wyskoczył z barki.

—  Żegnajcie,  panowie  —  rzekł,  kłaniając  się  z

uszanowaniem towarzyszowi Ilii Brusza.

Ten,  zarówno  zdziwiony  nagłością  tego  niespodziewanego

zdarzenia, jak rodzajem jego rozwiązania, nie spuszczał wzroku
z cofającego się nieprzyjaciela.

Tymczasem  jego  zbawca,  nawiązując  przerwaną  nić

rozmowy, ciągnął dalej nielitościwie.

—  Drugim  powodem  jest,  że  rzeka,  z  przyczyn  może  panu

nieznanych,  bacznie  jest  pilnowana,  jak  zresztą  mógł  się  pan  o
tym przekonać przed chwilą. Nadzór ten będzie tym ostrzejszy,
im dalej będzie pan płynąć, a jeszcze bardziej, o ile to w ogóle
możliwe,  w  Serbii  i  prowincjach  bułgarskich  Turcji,  krajów
bardzo  niespokojnych,  a  nawet  znajdujących  się  na  stopie
wojennej od 1 lipca. Przypuszczam, że niejedno zdarzenie może
pana  spotkać  i  że  w  razie  potrzeby  będzie  pan  zadowolony  z
pomocy  uczciwego  towarzysza,  cieszącego  się  na  szczęście
jakim takim wpływem.

Że  ten  drugi  argument,  o  którego  prawdziwości  Ilia  Brusz

przekonał  się  przed  chwilą,  wywołać  mógł  wrażenie,  o  tym
mówca  nie  wątpił.  Nie  spodziewał  się  jednak,  że  będzie  tak
decydujący.  Ilia  Brusz  był  gotów  ustąpić,  myślał  tylko,  czym

background image

decydujący.  Ilia  Brusz  był  gotów  ustąpić,  myślał  tylko,  czym
upozorować tę zmianę swego poglądu.

—  Trzeci  i  ostatni  powód  —  ciągnął  dalej  kandydat  na

pasażera — jest, że zwracam się do pana w imieniu p. Miclesco,
waszego  prezesa.  Ponieważ  oddał  pan  sprawę  swego
przedsięwzięcia  w  ręce  Ligi  Naddunajskiej,  nic  dziwnego,  że
chce  ona  czuwać  nad  jego  wykonaniem,  aby  w  razie  potrzeby
zapewnić  jego  uczciwość.  Skoro  p.  Miclesco  dowiedział  się  o
moim  zamiarze  towarzyszenia  panu  w  podróży,  dał  mi
upoważnienie, prawie że urzędowe. Żałuję, że nie przewidziałem
pańskiego  niezrozumiałego  dla  mnie  uporu  i  że  nie  zabrałem  ze
sobą listu polecającego, który mi chciał wręczyć dla pana.

Ilia  Brusz  odetchnął  z  ulgą.  Nie  mógł  znaleźć  lepszego

pretekstu do upozorowania przyjęcia żądania, które odpierał tak
zawzięcie.

—  Szkoda,  że  pan  od  razu  nie  powiedział  mi  tego  —

zawołał.  —  W  takim  razie  to  co  innego,  i  byłbym  złej  woli,
gdybym odrzucił pańską propozycję.

— A zatem pan ją przyjmuje?
— Przyjmuję.
—  Bardzo  dobrze!  —  rzekł  amator  rybołówstwa,

dosięgnąwszy  nareszcie  szczytu  swych  pragnień.  Po  czym,
wyciągnąwszy  pieniądze  z  kieszeni,  podał  Ilii  Bruszowi  tysiąc
florenów.

— Czy mam pokwitować?
— O ile to panu dogadza.
Rybak wydostał ze skrzyni atrament, pióro i notatnik, wyrwał

zeń  kartkę  i  przy  zachodzącym  świetle  dnia  zaczął  pisać,

background image

zeń  kartkę  i  przy  zachodzącym  świetle  dnia  zaczął  pisać,
równocześnie czytając głośno kreślone wyrazy:

Otrzymano,  jako  zapłatę  z  góry,  za  złowione  podczas

trwania  podróży  ryby  i  przejazd  od  miasta  Ulm  do  Morza
Czarnego, sumę tysiąca florenów od pana…

—  Od  pana…?  —  powtórzył,  podnosząc  pióro,  tonem

pytającym. Pasażer Ilii Brusza zapalał swoją fajkę.

—  Jaeger,  45,  Leipzigerstrsse,  Wiedeń  —  odpowiedział

między dwoma kłębami dymu.

IV
Sergiusz Ladko

 

Z różnych krain ziemi, które od początku dziejów szczególnie

były  dotknięte  wojnami  —  przypuściwszy,  że  jakikolwiek  kraj
mógłby  się  pochwalić  łaskawszymi  względami!  —  południe  i
południowy–wschód  Europy  zajmują  pierwsze  miejsce.  Na
skutek  swego  geograficznego  położenia  z  częścią  Azji  między
Morzem  Czarnym  a  Indusem,  krainy  te  są  sceną,  na  której
walczą współzawodniczące rasy zamieszkujące stary ląd.

Fenicjanie,  Grecy,  Rzymianie,  Persowie,  Hunowie,  Goci,

Słowianie, Madziarzy, Turcy i wielu innych rościło pretensje do
całości  lub  części  tych  nieszczęśliwych  krain,  nie  licząc  dzikich
hord, które przechodziły tylko przez nie, dążąc do osiedlenia się
w Europie środkowej i zachodniej, gdzie cywilizując się z wolna

background image

w Europie środkowej i zachodniej, gdzie cywilizując się z wolna
stały się zawiązkiem nowoczesnych narodowości.

Przyszłość  tych  krain  ma  być,  zdaniem  znacznej  liczby

uczonych  proroków,  niewiele  weselsza  od  ich  tragicznej
przeszłości.  Uczeni  ci  twierdzą,  że  z  chwilą  wtargnięcia  rasy
żółtej  staną  się  one,  prędzej  czy  później,  widownią  takich
samych  krwawych  bojów,  jak  w  starożytności  i  wiekach
średnich. Wraz z tą chwilą południowa Rosja, Rumunia, Serbia,
Bułgaria, Węgry, Turcja, wielce zdziwiona ze swej roli — o ile
tym krajem będą jeszcze rządzili synowie Osmanu — staną się
siłą  rzeczy  przedmurzem  Europy  i  ich  kosztem  rozegra  się
pierwszy akt dramatu.

Oczekując tych kataklizmów, których nastanie jest w każdym

razie  bardzo  dalekie,  różne  rasy  kolejno  zjawiały  się  między
Morzem Śródziemnym i Karpatami, w końcu zaś osiedliły się tu
jako tako i pokój — och! ten problematyczny pokój narodów
zwanych  cywilizowanymi  —  zapanował,  rozciągając  swój
wpływ na wschód. Odtąd zamieszki, rozboje, zbrodnie zdały się
ograniczać  tylko  do  tej  części  Półwyspu  Bałkańskiego,  gdzie
rządziła jeszcze dynastia Osmanidów.

Turcy  zjawili  się  w  Europie  po  raz  pierwszy  w  r.  1356.

Zdobywszy  Konstantynopol  w  1453  r.,  spotkali  się  tu  z
poprzednimi  zdobywcami,  przybyłymi  przed  nimi  z  Azji
Środkowej, którzy od dawna przyjąwszy wiarę chrześcijańską,
zaczęli  się  zlewać  z.  —  ludnością  tubylczą  i  tworzyć  państwa
praworządne.  Na  nowo  więc  rozpoczęła  się  wieczna  walka  o
życie!  Nowopowstałe  państwa,  jak  Słowianie,  Madziarzy,

background image

życie!  Nowopowstałe  państwa,  jak  Słowianie,  Madziarzy,
Grecy,  Kroaci,  Niemcy,  broniły  zaciekle  ziemi,  którą  sami
zabrali innym, stanowiąc żywą barierę przed najściem tureckim,
która,  choć  uginała  się  miejscami,  nie  była  nigdy  całkiem
wywrócona.

Osmanidzi  zatrzymani  poza  Karpatami  i  Dunajem,  nie  byli

zdolni utrzymać się nawet w tych zacieśnionych granicach i to, co
się  mieni kwestią  wschodnią, jest tylko historią ich wiekowego
cofania się.

W  przeciwieństwie  do  zdobywców,  którzy  ich  wyprzedzili  i

których kosztem zawładnęli krajem, muzułmanom azjatyckim nie
udało  się  nigdy  zasymilować  narodów  poddanych  ich  władzy.
Zawdzięczając 

swe 

osiedlenie 

zwycięstwu, 

pozostali

zwycięzcami  rozkazującymi  poddanym,  jak  pan  niewolnikom.
Podobny  sposób  rządzenia,  zważywszy  do  tego  różnicę  religii,
nie  mógł  dać  innych  wyników  prócz  ustawicznych  buntów
zwyciężonych.

W  istocie,  historia  pełna  jest  tych  buntów,  które  po

wiekowych walkach doprowadziły w r. 1875 do niezależności,
mniej  lub  więcej  całkowitej,  Grecji,  Czarnogórza,  Rumunii  i
Serbii.  Co  do  innych  ludów  chrześcijańskich,  to  te  w  dalszym
ciągu były pod panowaniem zwolenników Mahometa.

Panowanie  to  stało  się  w  pierwszych  miesiącach  1875  r.

jeszcze  bardziej  nie  do  zniesienia  niż  dotąd.  Pod  reakcyjnym
wpływem muzułmanów, rządzących wówczas w pałacu sułtana,
chrześcijanie  w  państwie  otomańskim  byli  prześladowani,
obarczani  podatkami,  zabijani,  męczeni  na  różne  sposoby.  W
odpowiedzi  Hercegowina  Powstała  ponownie  na  początku  lata

background image

odpowiedzi  Hercegowina  Powstała  ponownie  na  początku  lata
tegoż roku.

Oddziały  patriotów  przebiegały  kraj,  zadając  pod

dowództwem  swych  walecznych  wodzów,  Peko–Pawłowicza  i
Luibibratisza  cios  po  ciosie  regularnym  wojskom  przeciw  nim
wysłanym.

Wkrótce powstanie rozciągnęło się na Czarnogórę, Bośnię i

Serbię. Nowa porażka wojsk tureckich w wąwozach Dugi w r.
1876  podnieciła  ostatecznie  odwagę  powstańców  i  Bułgaria
odezwała  się  groźnym  pomrukiem.  Jak  zwykle  zaczęło  się  od
tajemnych  konspiracji  i  zebrań,  na  które  wymykała  się  gorąca
młodzież kraju.

Na  tych  naradach  wybrano  niebawem  przywódców,  którzy

zdobyli sobie władzę nad mniejszą lub większą liczbą gotowych
do boju, czy to wymową, czy wybitnością swego umysłu, czy też
gorącym uczuciem swego patriotyzmu. W krótkim czasie każda
grupa, każde miasto miało swego przywódcę.

W Ruszczuku, ważnym ośrodku bułgarskim, położonym nad

Dunajem, prawie naprzeciwko miasta rumuńskiego Dżurdżewo,
władza  oddana  była  bez  żadnego  sprzeciwu  w  ręce  sternika
Sergiusza Ladki. O lepszy wybór byłoby trudno.

Lat  trzydziestu,  wysokiej  postawy,  o  jasnych  włosach

północnego Słowianina, siły herkulesowej, zwinności niezwykłej,
wytrawny gimnastyk, Sergiusz Ladko skupiał w sobie wszystkie
zalety  fizyczne,  ułatwiające  wodzowi  zadanie.  Ale,  co
ważniejsze,  posiadał  wszystkie  zalety  moralne  konieczne  dla
wodza:  energię  w  decyzji,  roztropność  w  działaniu  i  namiętną
miłość swego kraju.

background image

miłość swego kraju.

Sergiusz Ladko urodził się w Ruszczuku, gdzie pełnił zawód

sternika na Dunaju. Miasto rodzinne opuszczał tylko wtedy, gdy
powierzano mu, ze względu na świetną znajomość wielkiej rzeki,
barki i galary, które prowadził, czy to w stronę Wiednia i wyżej,
czy też do Morza Czarnego. A kiedy nie odbywał tej żeglugi na
poły rzecznej, na poły morskiej, to poświęcał czas rybołówstwu i
obdarzony  wyjątkowymi  zdolnościami  w  tym  kierunku,  zdobył
tak  zadziwiającą  sprawność  w  tej  sztuce,  że  jego  zarobek  z
połowu  dodany  do  zapłaty  za  sternictwo,  zapewnił  mu  życie
bardzo dostatnie.

Zmuszony  swym  podwójnym  zawodem  do  przepędzania

czterech piątych życia na rzece, zżył się z  wodą,  jak  ze  swoim
żywiołem.  Przepłynięcie  Dunaju,  pod  Ruszczukiem  szerokiego
jak  odnoga  morska,  było  dla  tego  zadziwiającego  pływaka
zabawką, a jego czynów ratunkowych nie doliczyłby się nikt.

To życie, pełne godności i prawości, zyskało mu popularność

w  Ruszczuku  jeszcze  przed  zamieszkami  wywołanymi  uciskiem
tureckim. Miał nieskończoną liczbę przyjaciół, których niekiedy
nawet  nie  znał.  Można  by  śmiało  powiedzieć,  że  wszyscy
mieszkańcy  Ruszczuku  byliby  jednogłośnie  jego  przyjaciółmi,
gdyby nie istniał Iwan Striga.

Iwan  Striga  był  również  dzieckiem  kraju,  jak  i  Sergiusz

Ladko, którego był żywym przeciwieństwem.

Fizycznie  nie  mieli  nic  wspólnego  za  sobą,  a  jednak  w

paszporcie, który się zadowala zdawkowym opisem, rysopis ich
wypadłby jednakowo.

background image

Tak  jak  Ladko,  Striga  był  wzrostu  wysokiego,  barczysty,

silny,  o  jasnych  włosach  i  brodzie.  Ale  tu  kończyło  się
podobieństwo. O ile bowiem oblicze pierwszego było szlachetne
i  szczere,  o  tyle  niespokojny  wyraz  twarzy  drugiego
znamionował zuchwalstwo i zimne okrucieństwo.

Ale jeszcze bardziej niepodobna była ich strona moralna. O

ile  dochody  Ladki  były  wiadome,  o  tyle  nikt  nie  mógłby
powiedzieć, w jaki sposób Striga zdobywa złoto, które wydaje
bez  liczenia.  W  braku  dowodów  puszczono  wodze  wyobraźni.
Mówiono,  że  Striga,  zdrajca  swego  kraju  i  swej  rasy,  był
płatnym  szpiegiem  Turka  ciemięzcy;  mówiono,  że  był  nie  tylko
szpiegiem, lecz, gdy się zdarzyła sposobność, i przemytnikiem, i
że  dzięki  niemu  najrozmaitsze  towary  przechodziły  z  brzegu
rumuńskiego  na  bułgarski  i  odwrotnie  bez  opłaty  celnej;
mówiono  nawet,  kiwając  głowami,  że  wszystko  jest  niczym
wobec tego, iż Striga ciągnie większą część swoich dochodów z
rabunku i zwykłych rozbojów; mówiono jeszcze…. Ale czegóż
nie mówiono? Prawdą było, że nikt nic nie wiedział o czynach i
zachowaniu  tego  niepokojącego  osobnika,  który,  o  ile
nieprzychylne  sądy  publiczności  miały  być  wiarygodne,  był  w
każdym  razie  na  tyle  zręcznym,  że  się  nigdy  złapać  nie  dał  na
gorącym uczynku.

Przypuszczenia  te  jednak  czyniono  w  tajemnicy.  Nikt  nie

odważyłby  się  wygłosić  głośno  swego  sądu  o  człowieku,  który
cynizmem  i  gwałtownością  groźny  był  dla  wszystkich.  Striga
zatem mógł udawać, że nie wie co o nim myślano, przypisywać
ogólnemu  uwielbieniu  sympatię,  którą  go  darzyło  wielu  przez

background image

ogólnemu  uwielbieniu  sympatię,  którą  go  darzyło  wielu  przez
tchórzostwo  i  przebywać  w  mieście,  jak  w  kraju  zdobytym,  w
towarzystwie mieszkańców najbardziej zepsutych, niepokojąc je
swym skandalicznym zachowaniem.

Wydawało  się,  że  między  osobnikiem  tego  rodzaju  i

spokojnym  Ladką  nic  wspólnego  być  nie  mogło  i  rzeczywiście
przez  dłuższy  czas  wiedzieli  o  sobie  tylko  tyle,  co  głosiła  o
każdym z nich fama publiczna. Logicznie sądząc, nic się w tym
względzie zmienić nie mogło. Ale los śmieje się z naszej logiki i
było gdzieś przewidziane, że obaj ci ludzie spotkają się twarzą w
twarz jako nieprzejednani przeciwnicy.

Natasza  Gregorewicz,  słynna  w  całym  mieście  ze  swej

piękności,  miała  lat  dwadzieścia.  Z  początku  z  matką,  później
sama,  mieszkała  w  sąsiedztwie  Ladki,  którego  znała  od  lat
dziecinnych.  W  domu  brak  było  opieki  męskiej.  Piętnaście  lat
przed  czasem,  w  którym  rozpoczyna  się  nasze  opowiadanie,
ojciec jej zginął z rąk Turków, a pamięć tej ohydnej zbrodni dziś
jeszcze  grozą  przejmowała  patriotów,  uciemiężonych,  lecz  nie
spodlonych.  Wdowa,  nie  mając  już  na  kogo  liczyć,  odważnie
wzięła  się  do  pracy.  Biegła  w  sztuce  wyrabiania  koronek  i
haftów,  którymi  u  Słowian  najskromniejsza  włościanka  zdobi
swe ubogie ubranie, zapewnić mogła utrzymanie córce i sobie.

Wiadomo wszakże, że biednym najwięcej dają się we znaki

wszelkie  zamieszki  w  kraju,  toteż  biedna  koronczarka  nieraz
cierpiałaby  wskutek  panującej  w  Bułgarii  anarchii,  gdyby  nie
Ladko,  który  jej  dyskretnie  śpieszył  z  pomocą.  Z  wolna
nawiązywał  się  zażyły  stosunek  między  młodym  człowiekiem  i
obu  kobietami.  W  ich  spokojnym  mieszkaniu  przepędzał

background image

obu  kobietami.  W  ich  spokojnym  mieszkaniu  przepędzał
wszystkie  wolne  chwile.  Często  wieczorem  zachodził  do  nich,
spędzając mile resztę dnia przy gotującym się samowarze. Innym
znów razem, wywdzięczając się za serdeczne przyjęcie, zabierał
je na przechadzkę lub urządzał dla nich połów na Dunaju.

Kiedy pani Gregorewicz, wyczerpana ciągłą pracą, podążyła

za mężem, Ladko zaopiekował się sierotą z taką gorliwością, że
młoda dziewczyna nie odczuła braku matki, o której można było
powiedzieć, że dziecięciu swemu dwa razy dała życie.

W  ten  sposób  powoli,  nieświadomie,  miłość  zagościła  w

sercu młodej pary. Striga przyspieszył jej objawienie.

Ujrzawszy  pewnego  razu  tę,  którą  wszyscy  nazywali

pięknością  Ruszczuku, Striga  zakochał  się  w  niej  gwałtownie.
Pewny  swego  zwycięstwa,  jak  człowiek,  któremu  wszyscy
ulegali,  zjawił  się  w  domu  młodej  dziewczyny  i  bez  żadnych
wstępów poprosił o jej rękę. Pierwszy raz w życiu spotkał się z
nieprzezwyciężonym  oporem.  Natasza,  bez  względu  na  to,  że
mogła  ściągnąć  na  siebie  nienawiść  tak  groźnego  człowieka,
oświadczyła, że nic na świecie zniewolić by jej nie mogło do tego
małżeństwa.  Pomimo  to  Striga  przyszedł  po  raz  wtóry.  Po  raz
trzeci nie przyjęto go wcale.

Wtedy  ogarnął  go  bezgraniczny  gniew.  Idąc  za  popędem

swej  dzikiej  natury,  obrzucił  młodą  dziewczynę  obelgami  i
przekleństwami,  co  tak  przestraszyło  Nataszę,  że  pobiegła  do
Sergiusza  Ladki  wyznać  mu  swe  strapienie  i  obawę.  Gniew,
równy  gniewowi  Strigi,  ogarnął  Sergiusza.  Nie  chcąc  o  niczym
słyszeć, przeklinał z niebywałą u niego gwałtownością człowieka,
który śmiał podnieść oczy na nią.

background image

który śmiał podnieść oczy na nią.

Powoli  jednak  dał  się  uspokoić.  Nastąpiły  wyznania  bardzo

niewyraźne,  ale  których  wynik  był  zupełnie  jasny.  W  godzinę
później  Sergiusz  i  Natasza,  z  pogodą  w  oczach  i  radością  w
sercu, zamienili pierwszy pocałunek swego narzeczeństwa.

Kiedy  się  Striga  o  tym  dowiedział,  o  mało  nie  umarł  z

wściekłości.  Zuchwale  zjawił  się  w  domu  Gregorewiczów  z
obelgą  i  pogróżką  na  ustach.  Ale  wyrzucony  żelazną  ręką,
dowiedział się, że odtąd mężczyzna broni tego domu.

Być  zwyciężonym!  Mieć  współzawodnika,  on,  Striga,  który

był  tak  dumny  ze  swej  atletycznej  siły!…  Było  to  upokorzenie
nie  do  zniesienia,  postanowił  też  zemścić  się.  Z  kilku
awanturnikami  jego  pokroju  przyczaił  się  pewnego  wieczoru,
oczekując  na  Ladkę  idącego  wzdłuż  brzegu  rzeki.  Tym  razem
nie  chodziło  już  tylko  o  bójkę,  zbrodnia  była  w  pogotowiu.
Napastnicy napadli z nożami w ręku.

Napaść  ta  również  nie  odniosła  żądanego  skutku.  Sternik

bowiem,  uzbrojony  w  wiosło,  którym  władał  jak  maczugą,
zmusił napastników do cofnięcia się. Striga zaś, przyciśnięty do
muru, musiał się ratować upokarzającą ucieczką.

Widać nauka poskutkowała, skoro ten ciemny typ zaniechał

swych zbrodniczych zamiarów. Sergiusz Ladko zaś ożenił się na
Początku  1875  r.  z  Natasza  Gregorewicz  i  odtąd  miłość
zapanowała w domu sternika.

W  tych  miodowych  miesiącach,  którym  rok  przeszło  nie

odebrał  uroku,  na  początku  1876  r.  wybuchło  powstanie  w
Bułgarii.  Głęboka  miłość,  jaką  Sergiusz  Ladko  żywił  dla  swej

background image

Bułgarii.  Głęboka  miłość,  jaką  Sergiusz  Ladko  żywił  dla  swej
żony  niezdolna  była  jednak  zatrzeć  miłości  do  ojczyzny.  Bez
wahania  złączył  się  z  powstańcami  i  wraz  z  nimi  radził,  jakim
sposobem wyratować kraj rodzinny z niedoli.

Przede  wszystkim  trzeba  było  zaopatrzyć  się  w  broń.

Znaczna  liczba  młodych  ludzi  przepłynęła  w  tym  celu  rzekę,
udając  się  do  Rumunii,  a  nawet  do  Rosji.  Sergiusz  Ladko  był
jednym  z  nich.  Z  rozdartym  sercem,  lecz  z  mocnym
postanowieniem spełnienia swego obowiązku, wyruszył w drogę,
narażając tym samym uwielbianą kobietę na niebezpieczeństwa,
grożące zawsze podczas rewolucji wodzowi partyzantów.

Myśl  o  groźnym  Stridze  zwiększyła  jego  troskę.  Może

bandyta  zechce,  korzystając  z  jego  nieobecności,  zadać  cios
najdroższemu  jego  uczuciu.  Było  to  bardzo  prawdopodobne.
Ale Sergiusz Ladko nie zawahał się wobec tej słusznej obawy.
Zresztą od kilku miesięcy nie było słychać wcale o Stridze; miał
podobno opuścić kraj bezpowrotnie.

O ile można wierzyć pogłoskom, które o nim krążyły, obrał

on  za  teren  swej  działalności  okolice  położone  bardziej  na
północ. Ale pogłoski te były sprzeczne i bez związku. Obwiniano
go o wszelkie możliwe zbrodnie, nie mogąc mu dowieść żadnej.

W  każdym  razie  nieobecność  Strigi  zdawała  się  pewną,

reszta nie obchodziła Sergiusza Ladki. Istotnie, spokój Nataszy
nie był niczym zakłócony.

Wróciwszy  niebawem,  musiał  znów  odjechać  i  to  na  czas

dłuższy.  Sposoby  dostarczania  broni,  dotąd  praktykowane,  nie
zabezpieczały  dostatecznej  jej  ilości.  Transporty  z  Rosji  szły
przez Węgry i Rumunię, czyli przez kraje pozbawione wówczas

background image

przez Węgry i Rumunię, czyli przez kraje pozbawione wówczas
kolei 

żelaznych. 

Patrioci 

bułgarscy 

postanowili 

więc

ześrodkować cały zapas w Budapeszcie, dokąd dostawiano by
je koleją, a stamtąd galarami przewożono by Dunajem.

Ladko,  wyznaczony  jako  wykonawca  tego  planu,  wyruszył

zaraz  wieczorem.  W  towarzystwie  ziomka,  który  miał  odwieźć
łódź  na  brzeg  bułgarski,  przepłynął  rzekę,  aby  jak  najprędzej
dostać się przez Rumunię do stolicy Węgier. Podczas przeprawy
jednak  zdarzył  się  wypadek,  który  mocno  zastanowił  delegata
powstańców.

Gdy łódź znalazła się o jakieś pięćdziesiąt metrów od brzegu,

dał  się  słyszeć  strzał  posłany  niezawodnie  w  ich  kierunku,  kula
bowiem  przeleciała  tuż  przy  ich  głowach.  W  przekonaniu  tym
umocnił się sternik tym bardziej, że zobaczył w półcieniu zmroku
znane oblicze Strigi.

Śmiertelne  udręczenie,  które  go  ogarnęło,  nie  zachwiało

jednak  jego  postanowienia.  Już  z  góry  poświęcił  swe  życie  dla
ojczyzny.  Gdyby  zaś  było  potrzeba,  poświęciłby  nawet  to,  co
mu  droższym  było  od  życia.  Na  odgłos  strzału  upadł  na  dno
łodzi,  jak  to  zwykle  bywa,  dla  uniknięcia  ponownego  strzału.
Przyciskając mocno wiosło, popychał nim barkę w stronę miasta
rumuńskiego  Dżurdżewo,  zarysowującego  się  blaskiem  swych
światełek na ciemnym tle nocy.

Dostawszy  się  do  miasta,  Ladko  zajął  się  gorliwie

powierzonym mu zleceniem.

Nawiązał  stosunki  z  emisariuszami  carskiego  rządu,

wysłanymi,  czy  to  na  granicę  rosyjską,  czy  też  incognito,  do
Budapesztu  i  Wiednia.  Niebawem  Dunajem  popłynęły  liczne

background image

Budapesztu  i  Wiednia.  Niebawem  Dunajem  popłynęły  liczne
galary zaopatrzone w broń i amunicję.

Sergiusz Ladko otrzymywał często listy od żony, przysyłane

nocą do Rumunii pod wskazane nazwisko. Wiadomości w nich
zawarte,  na  początku  dobre,  zaczynały  być  coraz  bardziej
niepokojące.  Nie  chodziło  tu  jednak  o  Strigę.  Natasza  nie
wiedziała  nawet,  czy  bandyta  wrócił  do  Bułgarii.  Ladko  zaczął
więc powątpiewać o słuszności swych obaw. Skądinąd jednak
było  rzeczą  pewną,  że  Ladko  był  denuncjowany  władzom
tureckim,  policja  bowiem  wtargnęła  do  jego  mieszkania  i
przeprowadziła  w  nim  rewizję,  zresztą  bez  żadnego  wyniku.
Wobec  tego  powrót  do  Bułgarii  równałby  się  samobójstwu…
Wiedziano kim jest, śledzono go dniem i nocą, i gdyby się zjawił,
niezwłocznie  byłby  aresztowany.  Aresztowany  zaś  znaczy  w
Turcji  tyle,  co  skazany.  Ladko  więc  wstrzymać  musiał  swe
Przybycie do Bułgarii do czasu, kiedy powstanie będzie jawnie
ogłoszone,  tym  sposobem  bowiem  nie  narażał  ani  siebie,  ani
żony, którą dotąd zostawiono w spokoju.

Chwila  ta  wkrótce  nadeszła.  Bułgaria  powstała  w  maju,  za

wcześnie, zdaniem sternika, przewidującego złe następstwa tego
pośpiechu.

Nie licząc się jednak ze swymi poglądami wyruszył na pomoc

krajowi.  Pociąg  zawiózł  go  do  Zombor,  ostatniego  miasta
węgierskiego  w  pobliżu  Dunaju,  do  którego  dochodziła  wtedy
kolej żelazna. Tu miał wsiąść do łodzi i popłynąć z prądem.

Wiadomości,  które  zastał  w  Zomborze,  zmusiły  go  do

przerwania  podróży.  Obawy  jego  sprawdziły  się.  Powstanie

background image

przerwania  podróży.  Obawy  jego  sprawdziły  się.  Powstanie
było stłumione w zawiązku. Turcja mobilizowała wielkie wojska
w  rozległym  trójkącie,  którego  wierzchołek  stanowiły  miasta
Ruszczuk, Widdin i Sofia, i jej żelazna ręka szczególnie ciążyła
na  tych  nieszczęśliwych  stronach.  Ladko  musiał  się  cofnąć  do
małego  miasteczka,  które  obrał  za  swoją  dotychczasową
siedzibę.

Listy  Nataszy  potwierdziły  jego  postanowienie.  Nadzór  nad

jego  domem  był  tak  ścisły,  że  Natasza  musiała  się  uważać
poniekąd  za  uwięzioną:  śledzono  ją  usilniej  niż  zwykle,  więc
ostrożność leżała w ich wspólnym interesie.

Ladko  tłumił  swój  gniew  z  bezczynności,  bowiem  transport

broni był siłą rzeczy wstrzymany. Wyczekiwanie to jednak, samo
przez się już przykre, stało się nie do zniesienia od chwili, kiedy
listy od żony przestały przychodzić.

Niepokój  jego  zamienił  się  z  upływem  czasu  w  straszne

udręczenie.  Pierwszego  lipca  Serbia  urzędowo  wydała  wojnę
sułtanowi,  odtąd  zaś  okolice  naddunajskie  roiły  się  od  wojsk,
którym  towarzyszyły  wszelkiego  rodzaju  nadużycia.  Bił  się  z
myślą czy Natasza padła ofiarą zamieszek, czy też uwięziona jest
przez władze tureckie jako zakładniczka lub wspólniczka męża?

Po  miesięcznym  milczeniu,  nie  mogąc  go  znosić  nadal,

postanowił  stawić  czoło  wszystkiemu,  dążąc  do  Bułgarii,  aby
dowiedzieć się całej prawdy.

Wszelako, ze względu na Nataszę, należało działać z wielką

ostrożnością. Nie na wiele by się zdało, gdyby dostał się w ręce
straży  tureckiej.  Powrót  jego  o  tyle  byłby  użyteczny,  o  ile
dostałby się do Ruszczuku i w nim mógł swobodnie przebywać,

background image

dostałby się do Ruszczuku i w nim mógł swobodnie przebywać,
pomimo podejrzenia, które na nim ciążyło. Później zastosowałby
się  do  okoliczności.  W  najgorszym  razie,  gdyby  mu  wypadło
bezzwłocznie opuścić znów granice Bułgariii, zobaczyłby jednak
i przycisnął do serca swoją drogą Nataszę.

Sergiusz  Ladko  zastanawiał  się  kilka  dni  nad  sposobem

wykonania  swego  przedsięwzięcia.  Nareszcie  go  znalazł  i  nie
zwierzając się nikomu, natychmiast wziął się do dzieła.

Czy wynik będzie pomyślny? Przyszłość przekona nas o tym.

Tymczasem  musiał  się  zdecydować  i  dlatego  28  lipca  1876  r.
rano  najbliżsi  sąsiedzi  sternika,  którego  prawdziwego  nazwiska
nikt nie znał, zauważyli, że domek, w którym od kilku miesięcy
samotnie przebywał, jest szczelnie zamknięty.

Jaki był zamiar Ladki, na jakie niebezpieczeństwo się narażał,

chcąc  go  doprowadzić  do  skutku,  jakim  sposobem  wypadki,
które rozegrały się w Bułgarii, a szczególnie w Ruszczuku łączą
się z konkursem w Sigmaringen, o tym przekona się czytelnik z
dalszego opowiadania, bynajmniej nie zmyślonego, gdyż główne
postacie tej powieści żyły rzeczywiście nad brzegami Dunaju.

V
Karl Dragosz

 

Pan  Jaeger,  otrzymawszy  pokwitowanie,  natychmiast

rozgościł się na barce. Dowiedziawszy się, która skrzynia będzie

background image

rozgościł się na barce. Dowiedziawszy się, która skrzynia będzie
jego  posłaniem,  znikł  za  zasłoną  budki,  zabierając  ze  sobą
walizkę. Po upływie dziesięciu minut wyszedł z niej przeobrażony
od stóp do głów. Ubrany jak skończony rybak: kurtka, wysokie
buty, bobrowa czapka — wydawał się kopią Ilii Brusza.

Zdziwił  się  nieco  stwierdziwszy,  że  podczas  jego  krótkiej

nieobecności  gospodarz  opuścił  barkę.  Wierny  jednak  swym
zobowiązaniom nie zadał żadnego pytania, gdy ten powrócił po
półgodzinnej  wycieczce. Ale  Ilia  Brusz  powiedział  mu  sam,  że
był  zmuszony  wysłać  kilka  listów  do  dzienników  z
zawiadomieniem o swym przyjeździe do Neustadt na trzeci dzień
wieczorem i do Ratyzbony następnego dnia. Ponieważ obecnie
w  grę  wchodził  interes  p.  Jaegera  należało  unikać  takiego
osamotnienia  jak  w  Ulm.  Ilia  Brusz  wyraził  nawet  żal,  że  nie
będą mogli zatrzymać się w miastach poprzedzających Neustadt,
a  szczególnie  w  Neuburgu  i  Ingolstadt,  które  są  miastami
znacznymi. Postoje te wszakże nie licowały z jego planem, musi
się zatem ich wyrzec.

P. Jaeger, mile zaskoczony okazanym mu zainteresowaniem,

nie  nalegał  na  postój  w  Neuburgu  i  Ingolstadt.  Przeciwnie,
podzielał  w  zupełności  zdanie  gospodarza  i  upewnił  go
ponownie, że nie chciałby w niczym tamować jego swobody.

Dwaj  towarzysze  po  pewnym  czasie  zasiedli  na  ławce  i

zabrali  się  do  wieczerzy.  Na  przywitanie  p.  Jeager  powiększył
liczbę dań doskonałą szynką, którą wydobył ze swej walizki. Ilia
Brusz,  smakując  ten  wyśmienity  produkt  miasta  Moguncji
przyznał, że mimo wszystko jego towarzysz ma swoje zalety.

Noc  przeszła  bez  wypadku.  Przed  wschodem  słońca  Ilia

background image

Noc  przeszła  bez  wypadku.  Przed  wschodem  słońca  Ilia

Brusz odwiązał ostrożnie liny, ażeby nie zbudzić pogrążonego w
głębokim śnie uprzejmego pasażera.

Ulm  jest  ostatnim  miastem  Wirtembergii,  przez  które

przepływa  Dunaj,  dążąc  do  Bawarii.  Płynie  dotąd  wąskim
korytem, gdyż dopiero niżej wpadają do niego wielkie dopływy
powiększające  jego  objętość  i  czyniące  zań  jedną  z
najważniejszych rzek w Europie.

Szybkość  prądu  wynosiła  około  mili  na  godzinę.  Barki

wszelkiego  rodzaju,  a  między  nimi  nawet  przeładowane  łodzie,
sunęły po nim, pomagając sobie szerokim żaglem, wzdymającym
się  pod  wpływem  północno  —  zachodniego  wiatru.  Pogoda
zapowiadała się pomyślnie.

Skoro wypłynęli na środek rzeki, Ilia Brusz zaczął wiosłować,

przyspieszając bieg łodzi, i nie zaprzestawał tej czynności aż do
samego  wieczora,  zaledwie  pozwalając  sobie  na  krótki
odpoczynek,  jednak  bez  przerywania  jazdy.  Pasażer  jakby  nie
zwracał uwagi na ten pośpiech, a jeżeli się dziwił, to zdziwienie
zachował dla siebie.

Zaledwie  parę  słów  zamieniono  tego  dnia.  Ilia  Brusz  wciąż

wiosłował,  p.  Jaeger  zaś  przypatrywał  się  z  uwagą,  która  by
uderzyła  niezawodnie  gospodarza,  gdyby  był  mniej  zajęty,
łodziom sunącym po Dunaju, o ile wzrok jego nie przebiegał obu
brzegów.  Brzegi  stawały  się  coraz  mniej  urwiste,  tak  że  rzeka
omal  nie  rozlewała  się  po  okolicy.  Lewy  brzeg  na  pół  zalany
tracił  nawet  swoje  zarysy,  prawy  zaś,  sztucznie  wzniesiony  dla
zbudowanej  na  nim  drogi  żelaznej,  był  widownią  ciągle
przelatujących  pociągów,  świszczących  lokomotyw,  których

background image

przelatujących  pociągów,  świszczących  lokomotyw,  których
dym mieszał się z dymem statków parowych, o kołach prujących
z hałasem fale.

W Offingen, gdzie przepływali po południu, kolej skręcała na

Południe,  gdyż  tu  prawy  brzeg  tworzył  jezioro,  którego  końca
nie  można  było  dostrzec.  Wieczorem  zatrzymali  się  w  Dillingen
na noc.

Nazajutrz, po jeździe równie szybkiej jak poprzedniego dnia,

zarzucono  kotwicę  w  miejscu  samotnym,  o  kilka  kilometrów
wzwyż Neuburgu i znów 15 sierpnia wraz ze świtem byli już na
środku rzeki.

Ilia  Brusz  zapowiedział  na  ten  dzień  wieczorem  przyjazd  do

Neustadt  Wstyd  mu  było  zjawić  się  z  pustymi  rękoma,  toteż
korzystając  z  dogodnych  warunków  atmosferycznych  i
krótkiego postoju, postanowił zarzucić wędkę.

Wczesnym  rankiem  obejrzał  swe  przyrządy  ze  szczególną

starannością. Towarzysz przypatrywał się tym przygotowaniom z
zainteresowaniem godnym prawdziwego amatora.

Zajęcie nie przeszkadzało Ilii Bruszowi w rozmowie.
—  Dzisiaj,  jak  pan  widzi,  panie  Jaeger,  mam  zamiar  oddać

się  połowowi,  ale  przygotowania  doń  są  nieco  długie.  Ryby  są
nieufne  z  natury  i  największa  ostrożność  nie  wadzi.  Niektóre  z
nich są nad wyraz zmyślne, jak na przykład lin. Trzeba walczyć z
różnymi  jego  wybiegami,  a  paszczę  ma  tak  twardą,  że  może
złamać wędkę.

—  Lin  nie  należy  do  smacznych  ryb,  o  ile  mi  się  zdaje  —

zauważył p. Jaeger.

background image

zauważył p. Jaeger.

— Nie, gdyż przebywa przeważnie w wodach błotnistych, co

nadaje mu nieprzyjemny smak.

— A szczupak?
— Szczupak jest doskonały — oświadczył Ilia Brusz — o ile

waży  pięć  lub  sześć  funtów,  małe  bowiem  mają  za  wiele  ości.
Ale w żadnym razie szczupaka nie można nazwać rybą zmyślną i
zabiegliwą.

— Doprawdy, panie Brusz? A zatem te rekiny wód słodkich,

jak je nazywają…

—  Są  równie  głupie  jak  rekiny  wód  słonych,  panie  Jaeger.

Prawdziwe  bydło  stojące  na  tym  samym  poziomie  co  okonie  i
węgorze!  Połów  ich  może  przynieść  korzyść,  nigdy  zaszczytu.
Są to ryby, zdaniem wytrawnego znawcy, które  dają się brać,
ale których się nie bierze.

Panu  Jaegerowi  nie  pozostało  nic  innego  nad  podziwianie

przekonywujących  wywodów  Ilii  Brusza,  jak  również
staranności z jaką przygotowywał swoje przyrządy.

Dla  wypróbowania  wziął  pręt  wędki,  zarówno  giętki  jak

lekki, i zgiął go wpół, pręt wyprężył się tak prosto, jak przedtem.
Składał  się  on  z  dwu  części,  z  których  jedna,  gruba  w  swej
podstawie  na  cztery  centymetry,  zmniejszała  się  stopniowo,  aż
do  miejsca,  gdzie  zaczynała  się  druga,  z  drzewa  cienkiego  i
sprężystego.  Zrobiona  z  pędów  orzecha  liczyła  prawie  cztery
metry  długości,  co  pozwalało  rybakowi,  bez  oddalania  się  od
brzegu,  na  połów  ryb,  trzymających  się  głębiny,  jak  leszcze  i
płotki czerwone.

Ilia  Brusz,  pokazując  panu  Jaegerowi  haczyk,  który  wraz  z

background image

Ilia  Brusz,  pokazując  panu  Jaegerowi  haczyk,  który  wraz  z

przynętą przymocował do nitki z włosienia florenckiego, rzekł:

—  Niech  pan  patrzy,  są  to  haczyki  numer  jedenasty,

niezmiernie  cienkie.  Jako  przynęta  służą  spalone  ziarna  zboża,
pęknięte  z  jednej  tylko  strony  i  dobrze  rozmoczone,  będące
najlepszym żerem dla płotek. Nareszcie wszystko gotowe, mogę
próbować szczęścia.

Podczas gdy p. Jaeger stał oparty o budkę Ilia Brusz usiadł

na  ławce  mając  siatkę  tuż  przy  sobie,  po  czym  rozkołysawszy
wędkę  ruchem  metodycznym  nie  pozbawionym  pewnego
wdzięku, zarzucił ją na wodę. Haczyki zanurzyły się przybierając
dzięki  ołowianym  kulkom  pionowy  kierunek,  najbardziej
pożądany zdaniem zawodowców. Nad nimi unosił się pływak z
łabędziego  pióra,  które  nie  wchłaniając  wody  jest  w  tym
wypadku niezrównane.

O tym, że na łodzi zapanowało głębokie milczenie, mówić nie

trzeba. Głosy łatwo odstraszają rybę, a zresztą poważny rybak
nie  ma  czasu  na  rozmowę.  Musi  bacznie  śledzić  poruszenia
pływaka  i  nie  zaniedbać  chwili,  w  której  ma  przygwoździć
zdobycz.

Ranek ten był niezwykle pomyślny dla Ilii Brusza. Złowił nie

tylko  z  dwadzieścia  płotek,  lecz  i  dwanaście  karpi  i  kilka  jego
odmian.  Jeżeli  p.  Jaeger  był  istotnie  tym  zapalonym  amatorem
rybołówstwa,  za  jakiego  się  podawał,  powinien  był  podziwiać
zręczność, z jaką jego gospodarz przygważdżał swą zdobycz, co
jest rzeczą konieczną dla ryb tego rodzaju. Skoro zauważył, że
ryba chwyta haczyk, nie śpieszył się wcale z wydobyciem jej na
powierzchnię  wody  i  czekał  aż  zmęczy  się  próżnym  wysiłkiem

background image

powierzchnię  wody  i  czekał  aż  zmęczy  się  próżnym  wysiłkiem
wysunięcia  się  z  haczyka,  zachowując  w  tym  niewzruszoną
niczym  zimną  krew,  co  należy  do  jednej  z  zalet  rybaka  godnie
pełniącego swój zawód.

Połów musiano przerwać około jedenastej. W lecie ryba nie

daje  się  złowić  w  godzinach  południowych,  wtedy  kiedy  wody
iskrzą  się  pod  wpływem  słońca.  Zresztą  zdobycz  była
dostatecznie obfita. Ilia Brusz obawiał się nawet, że będzie jej za
dużo,  zważywszy,  że  Neustadt,  gdzie  zatrzymano  się  o  piątej,
było niedużą mieściną.

Obawa  jego  jednak  była  płonna.  Dwadzieścia  pięć  do

trzydziestu osób przywitało go oklaskami. Wkrótce nie wiedział,
kogo  ma  słuchać,  ryby  rozchwytano  w  kilka  chwil  za
dwadzieścia  siedem  florenów,  które  Ilia  Brusz  wręczył  na
poczekaniu p. Jaegerowi, jako Pierwszą dywidendę.

P.  Jaeger  zadowolony,  że  nie  do  niego  zwraca  się  zapał

publiczności,  schował  się  skromnie  do  budki,  gdzie  podążył  za
nim Ilia Brusz, skoro nie mógł się uwolnić od swych zapalonych
wielbicieli. Chodziło mu bowiem o jak najrychlejszy odpoczynek
ze względu na noc, którą musieli skrócić chcąc wcześnie być w
Ratyzbonie,  odległej  o  jakie  siedemdziesiąt  kilometrów.  Ilia
Brusz postanowił wyruszyć o pierwszej w nocy, w celu odbycia
jeszcze jednego połowu pomimo długiej drogi, która ich czekała.

Do Ratyzbony przywiózł około trzydziestu funtów ryb, tak że

ciekawi  cisnący  się  do  brzegu,  nie  potrzebowali  żałować,  iż
trudzili  się  na  darmo.  Zapał  publiczności  był  niezmierny.  W
jednej  chwili  urządzono  prawdziwą  licytację  na  świeżym

background image

powietrzu;  trzydzieści  funtów  ryby  przyniosło  laureatowi  Ligi
Naddunajskiej nie mniej jak czterdzieści jeden florenów.

Ilia  Brusz,  który  nie  marzył  nawet  o  takim  powodzeniu,

doszedł  do  przekonania,  że  koniec  końców  p.  Jaeger  zrobi
doskonały interes. Zanim to się sprawdzi, należało wręczyć owe
czterdzieści  jeden  florenów  ich  prawowitemu  właścicielowi,  ale
było  to  w  tej  chwili  niepodobieństwem.  P.  Jaeger  bowiem
opuścił  dyskretnie  barkę,  uprzedzając  piśmiennie  towarzysza,
aby  nie  czekał  na  niego  z  wieczerzą,  gdyż  wróci  późno
wieczorem.

Ilia  Brusz  uważał  za  rzecz  zupełnie  naturalną,  że  p.  Jaeger

chciał, korzystając ze sposobności, zwiedzić miasto, które było
przez  pięćdziesiąt  lat  siedzibą  sejmu  cesarskiego.  Byłby  może
mniej  zadowolony,  a  bardziej  zdziwiony,  gdyby  wiedział,  jak
spędzał czas jego towarzysz i kim był istotnie.

P.  Jaeger,  Leipzigerstrsse  45,  Wiedeń,  pisał  spokojnie  Ilia

Brusz  gdy  przybysz  dyktował  mu  swój  adres.  Ale  ten  ostatni
byłby  w  nie  lada  kłopocie,  gdyby  rybak  wstępując  w  ślady
żandarma, zażądał jego dowodów.

Ilia  Brusz  zaniedbał  tej  ostrożności,  za  co  odpokutował

później.

Nikt nie wiedział, jakie nazwisko wyczytał żandarm niemiecki

na paszporcie, podanym mu przez pana Jeagera. Jeżeli wszakże
paszport  ten  zawierał  prawdziwe  nazwisko  właściciela,  to  nie
było inne jak Karl Dragosz.

Zapalony 

amator 

rybołówstwa 

naczelnik 

policji

naddunajskiej  byli  w  istocie  tą  samą  osobą.  Karl  Dragosz,

background image

naddunajskiej  byli  w  istocie  tą  samą  osobą.  Karl  Dragosz,
postanowiwszy dostać się za wszelką cenę do barki Ilii Brusza i
przewidując  nieprzezwyciężony  upór,  ułożył  sobie  z  góry  plan
działania.  Zjawienie  się  żandarma  było  ukartowane  i  zajście
rozegrało się jak na widowni teatralnej.

Wypadki dowiodły, że Karl Dragosz trafił dobrze, skoro Ilia

Brusz zaskoczony nieprzewidzianym niebezpieczeństwem uważał
obecnie  za  szczęśliwą  okoliczność  posiadanie  na  swej  łodzi
opiekuna, o którego wpływie naocznie mógł się przekonać.

Powodzenie  to  było  tak  zupełne,  że  Dragosz  się  nim

zaniepokoił. Dlaczegóż bowiem Ilia Brusz był zmieszany wobec
żandarma? Dlaczego obawa przed powtórzeniem się podobnego
zajścia  była  tak  wielka,  że  poświęcił  dla  niej  swe  niezwykłe
upodobanie do samotności? Uczciwy człowiek nie obawiałby się
stawienia  przed  komisarzem  policji.  W  najgorszym  razie
spóźniłby  się  o  kilka  godzin  i  o  ile  się  kto  nie  śpieszył…  ale
prawda Ilia Brusz śpieszył się i to właśnie dawało do myślenia.

Nieufny, jak każdy dobry policjant, Karl Dragosz zaczął się

nad  tym  zastanawiać.  Ale  za  dużo  miał  zdrowego  rozsądku,
ażeby  dać  się  unieść  przelotnym  szczegółom,  które  są  może
prostym  zbiegiem  okoliczności.  Zapamiętał  więc  tylko  swe
spostrzeżenia  i  zajął  się  rozwiązywaniem  zagadki  daleko
ważniejszej.

Zamiar,  który  powstał  w  umyśle  Karla  Dragosza,  to  jest

narzucenie  swego  towarzystwa  Ilii  Bruszowi,  nie  powstał
wyłącznie  w  jego  głowie.  Prawdziwym  jego  twórcą  był,  nie
domyślając  się  tego,  Michał  Michałowiczz,  kiedy  dowcipkując
zauważył  w  gospodzie  „Witaj  Rybaku”,  że  laureat  Ligi

background image

zauważył  w  gospodzie  „Witaj  Rybaku”,  że  laureat  Ligi
Naddunajskiej  może  być  albo  poszukiwanym  złoczyńcą,  albo
poszukującym  policjantem.  Karl  Dragosz  przywiązał  ogromną
wagę  do  tych  lekkomyślnie  wypowiedzianych  słów.  Zapewne
nie  wziął  ich  dosłownie.  Miał  słuszny  powód  do  mniemania,  że
rybak  i  policjant  nie  mieli  między  sobą  nic  wspólnego,  a
wnioskując przez analogię, doszedł do przekonania, iż zarówno
prawdopodobnym  może  być  to,  że  żadnego  związku  nie  ma
między  rybakiem  a  poszukiwanym  złoczyńcą.  Ale  ponieważ  z
rzeczy,  która  spełnioną  nie  została,  nie  wynika  bynajmniej,  że
stać  się  nie  może,  więc  Karl  Dragosz  pomyślał  natychmiast,  iż
wesoły  Serb  ma  słuszność,  i  że  detektyw,  żądny  swobodnego
nadzoru  nad  Dunajem,  okaże  się  bardzo  zręczny,  jeżeli  potrafi
udać  rybaka  dość  Poważnego,  aby  nikt  nie  wątpił  o  jego
tożsamości zawodowej.

Projektu  tego,  niezmiernie  ponętnego,  musiał  się  wszakże

wyrzec. Konkurs w Sigmaringen odbył się. Ilia Brusz, zwycięzca
turnieju,  ogłosił  publicznie  o  swym  przedsięwzięciu  i  nie  ulega
wątpliwości, iż nie zgodzi się na podobną zamianę, zamianę do
tego  bardzo  ryzykowną,  ponieważ  rysy  laureata  były  już  znane
większej części kolegów.

Wszelako,  jeżeli  należało  się  wyrzec  myśli,  iż  Ilia  Brusz

mógłby  się  zgodzić,  aby  ktokolwiek  inny  pod  jego  nazwiskiem
odbył  podróż  zamierzoną  przez  niego,  nie  wykluczało  to
możliwości osiągnięcia tego celu inną drogą. Czyż Karl Dragosz
nie  mógł  się  zadowolić  towarzyszeniem  Ilii  Bruszowi?  Kto
zwróciłby uwagę na towarzysza człowieka, który stał się prawie
sławnym  i  który  tym  samym  zwracałby  uwagę  wyłącznie  na

background image

sławnym  i  który  tym  samym  zwracałby  uwagę  wyłącznie  na
siebie?  A  zresztą  gdyby  kto  mimowoli  rzucił  wzrokiem  na
nieznajomego, czyi można nawet przypuszczać, że wziąłby go za
policjanta,  który  spełnia  swe  zadanie  pod  opiekuńczym
skrzydłem znanego człowieka.

Po  długim  namyśle  Karl  Dragosz  doszedł  do  wniosku,  że

jego zamiar jest doskonały i że należy go urzeczywistnić.

Widzieliśmy  z  jakim  mistrzostwem  dopiął  celu  zaraz  po

pierwszym  wystąpieniu.  Gdyby  zaszła  tego  potrzeba,  Ilia  Brusz
byłby pociągnięty do komisarza, uwięziony nawet pod złudnymi
pozorami, przestraszony w różny sposób. Karl Dragosz, można
być  pewnym,  odegrałby  swoją  rolę  pośrednika  bez  wyrzutów
sumienia aż do chwili, w której zalękniony rybak byłby uznał w
odepchniętym pasażerze swego zbawcę.

Detektyw  był  jednak  zadowolony,  że  obyło  się  bez  tych

gwałtownych  wystąpień  i  że  sztuka  zakończyła  się  wraz  z
pierwszym  aktem.  Obecnie  wiedział,  że  nie  tylko  osiągnął  cel,
lecz  że  właściciel  barki  przeciwstawiłby  się  jego  chęci
opuszczenia  stanowiska.  Pozostawało  więc  tylko  wykorzystać
dane położenie.

Do  tego  zaś  wystarczyło,  aby  Karl  Dragosz  płynął  wraz  z

prądem.  Podczas  gdy  jego  towarzysz  zajęty  będzie  łowieniem
ryb  lub  wiosłowaniem,  on  zajmie  się  pilnym  nadzorem  rzeki,  a
przed jego bacznym okiem nie ukryje się nic. Po drodze będzie
się  porozumiewał  ze  swymi  ludźmi  rozproszonymi  wzdłuż  obu
brzegów.  Na  wiadomość  o  jakimś  przestępstwie  lub  zbrodni
opuści Iliię Brusza dążąc śladami złoczyńców i uczyni to samo,

background image

opuści Iliię Brusza dążąc śladami złoczyńców i uczyni to samo,
gdy  w  braku  zbrodni  lub  przestępstwa,  jakiś  podejrzany
wypadek zwróci jego uwagę.

Wszystko to było mądrze obmyślane i im więcej zastanawiał

się Karl Dragosz, tym bardziej przyklaskiwał swemu pomysłowi,
który  zapewniając  mu  incognito  wzdłuż  całej  rzeki,  zwiększał
jeszcze szansę powodzenia.

Na  nieszczęście,  rozumując  w  ten  sposób,  detektyw

zapomniał  o  potędze  przypadku.  Nie  przypuszczał,  że  cały
szereg faktów skieruje w niedługim czasie jego poszukiwania na
drogę  nieprzewidzianą  i  że  jego  zadanie  urośnie  do
nieoczekiwanych rozmiarów.

VI
Błękitne oczy

 

Prosto  z  łodzi  Karl  Dragosz  udał  się  do  centralnej  dzielnicy

Ratyzbony. Miasto było mu znane, więc bez wahania skręcił w
milczące  ulice,  na  których  wznosiły  się  miejscami  wysokie
dziesięciopiętrowe  baszty.  Gród  ten,  niegdyś  tak  zaludniony,
liczył obecnie zaledwie dwadzieścia sześć tysięcy mieszkańców.

Karl  Dragosz  nie  myślał  o  zwiedzaniu  miasta,  jak  sądził  Ilia

Brusz.  Podróżował  nie  dla  przyjemności.  Niedaleko  od  mostu
stała  katedra  o  nie  wykończonych  wieżach,  ale  Drogosz,
przechodząc  mimo,  nie  rzucił  nawet  wzrokiem  na  jej  ciekawy

background image

przechodząc  mimo,  nie  rzucił  nawet  wzrokiem  na  jej  ciekawy
portyk  z  końca  XV  wieku.  Nie  zajmowała  go  też  kaplica
gotycka,  ani  wirydarz  pałacu  książąt!  Turn–et–Taxis,  ani
muzeum  fajek,  ten  dziwaczny  zabytek  dawnego  klasztoru.  Nie
nęcił go również ratusz, dawna siedziba sejmu Rzeszy, którego
główna  sala  jest  ozdobiona  starymi  gobelinami  i  w  którym
znajduje się izba tortu z wszystkimi przyrządami, pokazywana z
dumą  przez  miejscowego  dozorcę.  Nie  potrzebował  wydawać
na trinkgeld, niemiecki  napiwek  wręczany  usłużnemu  cicerone.
Mógł  się  obejść  bez  pomocy,  toteż  udał  się  sam  do  gmachu
poczty,  gdzie  czekały  na  niego  listy  pod  umówionym  adresem.
Po ich przeczytaniu, co nie wywołało żadnego wrażenia na jego
twarzy,  skierował  się  ku  wyjściu,  lecz  pospolicie  ubrany
człowiek zastąpił mu drogę.

Dragosz  musiał  znać  tego  człowieka,  skoro  gdy  ten  chciał

przemówić,  nakazał  mu  gestem  milczenie.  Gest  ten  miał
najwidoczniej znaczyć: Nie tu. Obaj udali się na plac w pobliżu.

—  Dlaczego  nie  czekałeś  na  mnie  nad  brzegiem  rzeki?  —

spytał  Karl  Dragosz,  kiedy  upewnił  się,  że  nikt  ich  nie  może
słyszeć.

—  Obawiałem  się,  że  minę  się  z  panem.  A  ponieważ

wiedziałem, że pan będzie na poczcie…

—  Dobrze,  że  jesteś,  to  najważniejsze  —  przerwał  Karl

Dragosz. — Nic nowego?

— Nic.
— Nawet zwykłego rozboju w okolicy?
— Ani w okolicy, ani gdzie indziej wzdłuż Dunaju.
— Kiedy otrzymałeś ostatnie wiadomości?

background image

— Kiedy otrzymałeś ostatnie wiadomości?
— Nie ma dwu godzin jak dostałem telegram z Budapesztu.

Spokój na całej linii.

Karl Dragosz pomyślał chwilę,
— Pójdziesz  do  policji.  Powiesz  swoje  nazwisko,  Fryderyk

Uhlman,  i  poprosisz,  ażeby  dano  ci  znać,  jeżeli  cokolwiek
zajdzie. Następnie pojedziesz do Wiednia.

— A nasi ludzie?
—  To  moja  rzecz.  Będę  się  z  nimi  widział.  Schadzka  w

Wiedniu od dziś za tydzień, oto jest hasło.

—  Więc  pan  zostawi  górną  część  rzeki  bez  nadzoru?  —

spytał Uhlman.

—  Miejscowa  policja  wystarczy  —  odpowiedział  Dragosz

— a my stawimy się na pierwsze zawołanie. Dotąd zresztą nic
się  nigdy  nie  zdarzyło  wzwyż  Wiednia,  co  by  podlegało  naszej
kompetencji.  Nie  są  tak  głupie  nasze  ptaszki,  aby  miały
rozciągać swą działalność tak daleko od swej siedziby.

—  Siedziby?  —  powtórzył  Uhlman.  —  Ma  pan  jakie

wiadomości?

— Mam w każdym razie zdanie o tym wyrobione.
— Jakie…
— Zanadto jesteś ciekawy!… Bądź co bądź przepowiadam

ci, że zaczniemy działać między Wiedniem a Budapesztem.

— Dlaczego tam, a nie gdzie indziej?
—  Dlatego,  że  tam  popełniona  została  ostatnia  zbrodnia.

Wszak  wiesz  o  tym  gospodarzu,  którego  podpalili  i  którego
znaleziono spalonego do kolan.

— Jeszcze jeden powód, żeby działali gdzie indziej.

background image

— Jeszcze jeden powód, żeby działali gdzie indziej.
— Ponieważ?
— Ponieważ powiedzą sobie, że obwód w którym odkryto

zbrodnie,  jest  szczególnie  pilnowany.  Pójdą  szukać  szczęścia
gdzie  indziej.  Wszak  dotąd  trzymali  się  tej  taktyki:  nigdy  dwa
razy w tym samym miejscu.

—  Rozumowali  jak  osły,  a  ty  wstępujesz  w  ich  ślady,

Frederyku  Uhlman  —  odpowiedział  Karl  Dragosz.  —  Ale
właśnie liczę na ich głupotę. Wszystkie dzienniki przypisywały mi
rozumowanie  analogiczne.  Ogłosiły,  że  opuściłem  górny  Dunaj,
gdzie  według  mnie  złoczyńcy  nie  odważyliby  się  powrócić,  i
wyjeżdżam do południowych Węgier. Nie potrzebuję ci mówić,
że  nie  ma  w  tym  słowa  prawdy,  ale  możesz  być  pewny,  że  te
fałszywe 

wiadomości 

nie 

omieszkały 

zwrócić 

uwagi

zainteresowanych.

— Stąd pan wnioskuje?…
—  Że  nie  pójdą  w  stronę  południowych  Węgier  wpaść

wilkowi do paszczy.

—  Dunaj  jest  długi  —  zauważył  Uhlman.  —  Jest  Serbia,

Rumunia, Turcja…

— A wojna?… Nie ma tam dla nich roboty.
— Zresztą zobaczymy.
Karl Dragosz milczał przez chwilę.
— Czy ściśle wypełniono moje zlecenia?
— Ściśle.
— Nadzór nad rzeką jest przestrzegany w dalszym ciągu?
— Dniem i nocą.

background image

— I nic podejrzanego nie odkryto?
—  Zupełnie  nic.  Wszystkie  barki,  wszystkie  galary  mają

papiery w porządku. Przy sposobności muszę panu powiedzieć,
że  ta  ciągła  kontrola  budzi  niezadowolenie.  Przewoźnicy
protestują i moim zdaniem mają słuszność. Łódki nie wchodzą w
naszą grę. Nie na wodzie są popełniane zbrodnie.

Karl Dragosz zmarszczył brwi.
—  Przywiązuję  wielką  wagę  do  kontroli  łodzi,  galarów,  a

nawet  małych  łódek  —  odparł  oschle.  —  Zapowiadam  raz  na
zawsze, że nie lubię uwag.

Uhlman spokorniał.
— Słucham pana — rzekł. Karl Dragosz ciągnął dalej.
— Jeszcze nie wiem, co zrobię… Być może, zatrzymam się

w  Wiedniu.  Być  może,  popłynę  do  Belgradu…  Nie  jestem
jeszcze pewny… ponieważ nie chcę tracić kontaktu, donoś mi o
wszystkim w paru słowach rozesłanych w tylu egzemplarzach, ilu
jest naszych ludzi między Ratyzboną a Wiedniem.

—  Dobrze,  panie  —  odpowiedział  Uhlman.  —  A  ja?…

Gdzie pana zobaczę?

— W Wiedniu za tydzień, jak ci mówiłem. Zamyślił się przez

chwilę.

— Możesz odejść — dodał. — Nie zapomnij iść do policji i

wyjedź potem pierwszym pociągiem.

Uhlman już się oddalał. Karl Dragosz wezwał go jeszcze.
— Słyszałeś o niejakim Ilii Bruszu? — spytał.
—  O  tym  rybaku,  który  postanowił  przepłynąć  Dunaj  z

wędką w ręku?

background image

wędką w ręku?

O  tym  właśnie.  Otóż,  jeżeli  mnie  z  nim  zobaczysz,  udaj,  że

mnie nie znasz.

Po  tych  słowach  rozstali  się.  Fryderyk  Uhlman  podążył  w

górną dzielnicę miasta, Karl Dragosz zaś do hotelu „Pod Złotym
Krzyżem”, gdzie miał zjeść obiad.

Dziesięciu biesiadników siedziało już przy stole, kiedy wszedł

i usiadł również. Karl Dragosz jadł z apetytem i nie mieszał się
do  rozmowy.  Słuchał  za  to  jak  człowiek,  który  ma  zwyczaj
nadstawiać ucha na wszystko, co mówią dokoła niego. Toteż nie
uszło jego uwagi, jak jeden z biesiadników spytał sąsiada:

— Cóż tam, nic nie słychać o tej sławnej bandzie?
— Tak jak i o sławnym Bruszu — odpowiedział sąsiad. —

Oczekiwano  jego  przyjazdu  w  Ratyzbonie,  a  dotąd  nie  dano
znać o dniu przybycia.

— To szczególne.
— O ile Brusz i szef bandy nie są tym samym człowiekiem.
— Chyba pan żartuje?
— Kto wie?…
Karl Dragosz podniósł nagle oczy.
Po  raz  wtóry  przypuszczenie  to,  stanowczo  gołosłowne,

narzucało Sle jego uwadze. Ale wzruszył nieznacznie ramionami i
skończył  jeść  obiad,  nie  wyrzekłszy  słowa.  Wszystko  to  żarty.
Zresztą  ten  gaduła  był  „dobrze”  poinformowany,  jeżeli  nie
wiedział nawet o przybyciu Mii Brusza do Ratyzbony.

Po obiedzie Karl Dragosz udał się na wybrzeże. Ale zamiast

podążyć  prosto  do  barki,  zatrzymał  się  na  krótko  na  starym,
kamiennym moście łączącym Ratyzbonę z przedmieściem Stadt–

background image

kamiennym moście łączącym Ratyzbonę z przedmieściem Stadt–
am–Hof. Tu przyglądał się kilku łodziom sunącym po rzece przy
ostatnich odbłyskach słońca.

Gdy  tak  stał  zapatrzony,  czyjaś  ręka  spoczęła  na  jego

ramieniu i równocześnie odezwał się znany mu głos.

— Zdaje mi się, że wszystko to zajmuje pana bardzo.
Karl  Dragosz  obrócił  się  żywo.  Przed  nim  stał  Ilia  Brusz  z

uśmiechem na ustach.

—  Tak  —  odrzekł  —  ten  ruch  na  rzece  jest  niezmiernie

ciekawy. Nie mogę oderwać oczu od tego widoku.

—  Co  też  pan  powie,  panie  Jaeger,  gdy  będziemy  dalej,

gdzie ten ruch jest znacznie większy. A Żelazne Wrota. Zna je
pan?

— Nie — odpowiedział Dragosz.
— Trzeba to widzieć! — oświadczył Ilia Brusz. — Jeżeli na

świecie  całym  nie  ma  piękniejszej  rzeki  od  Dunaju,  to  nad
Dunajem nie ma piękniejszej miejscowości od Żelaznych Wrót!

Tymczasem  ściemniło  się  zupełnie.  Duży  zegarek  Ilii  Brusza

wskazywał godzinę dziewiątą.

— Byłem  w  łodzi,  gdy  spostrzegłem  pana  na  moście,  panie

Jaeger  —  rzekł.  —  Jeżeli  niepokoję  pana  w  tej  chwili,  to
dlatego,  aby  panu  przypomnieć,  że  wyjeżdżamy  wczesnym
rankiem, więc dobrze byłoby położyć się wcześnie.

— Idę z panem — rzekł Karl Dragosz.
Obaj podążyli ku wybrzeżu. Kiedy mijali most, pasażer spytał

się:

— A cóż słychać ze sprzedażą ryby, panie Brusz? Czy jest

pan zadowolony?

background image

pan zadowolony?

—  Niech  pan  powie,  zachwycony.  Mam  panu  wręczyć  ni

mniej ni więcej tylko czterdzieści jeden florenów!

—  Co  dodane  do  poprzedniej  liczby  dwudziestu  siedmiu,

stanowić  będzie  sumę  sześćdziesięciu  ośmiu  florenów!  Niezły
interes,  panie  Brusz,  zważywszy,  że  jesteśmy  dopiero  w
Ratyzbonie.

— Dochodzę do tego samego wniosku — przyznał rybak.
W  kwadrans  później  obaj  smacznie  spali,  a  o  wschodzie

słońca łódź była już pięć kilometrów od Ratyzbony.

Poniżej  tego  miasta  brzegi  Dunaju  są  bardzo  urozmaicone.

Na prawym brzegu ciągną się żyzne pola, na nich gospodarstwa
i wioski, na lewym zaś — olbrzymie lasy i wzgórki, łączące się z
Lasem Czeskim.

P.  Jeager  i  Ilia  Brusz  mogli  widzieć  po  drodze  letni  pałac

książąt  Turn–et–Taxis  wznoszący  się  nad  miasteczkiem
Donaustauf, stary zamek biskupa ratyzbońskiego, a ponadto, na
górze  Salwatorberg  Walhallę  lub  „Siedzibę  Wybranych”  rodzaj
Partenonu zabłąkanego pod niebem bawarskim, a zbudowanego
przez  króla  Ludwika.  Jest  to  muzeum,  w  którym  znajdują  się
popiersia  germańskich  bohaterów;  wnętrze  tego  muzeum  jest
mniej  piękne  od  jego  architektury  zewnętrznej.  Jeżeli  jednak
Walhalla  nie  może  porównać  się  z  Partenonem  ateńskim,  jest
ona  daleko  piękniejsza  od  tej,  którą  przyozdobili  Szkoci  jeden
ze wzgórków Edynburga.

Odległość między Ratyzboną a Wiedniem jest znaczna, jeżeli

wziąć  pod  uwagę  wszystkie  zakręty  Dunaju.  Wszakże,  na  tej

background image

wziąć  pod  uwagę  wszystkie  zakręty  Dunaju.  Wszakże,  na  tej
rzecznej  drodze,  ciągnącej  się  na  przestrzeni  blisko  czterystu
siedemdziesięciu pięciu kilometrów, rzadko spotyka się większe
miasta.  Wymienić  jedynie  można  Straubing,  magazyn  rolniczy
Bawarii, gdzie podróżnicy zatrzymali się 18 sierpnia wieczorem,
Passawę,  gdzie  byli  20  i  Linz,  który  minęli  21.  Oprócz  tych
miast,  z  których  dwa  ostatnie  mają  pewne  znaczenie
strategiczne,  ale  liczących  każde  mniej  niż  dwadzieścia  tysięcy
mieszkańców, istnieją tylko małe osady.

W braku dzieł rąk ludzkich turysta może się napawać coraz

to  bardziej  urozmaiconym  widokiem  brzegów  wielkiej  rzeki.
Poniżej  Straubinga,  gdzie  Dunaj  dosięga  czterystu  metrów
szerokości,  rzeka  zaczyna  się  zacieśniać,  a  pierwsze
rozgałęzienia  Alp  Retyckich  wznoszą  stopniowo  jego  prawy
brzeg.

W Passawie, leżącej przy zbiegu trzech rzek: Dunaju, Inn i lis,

z  których  dwie  pierwsze  zaliczają  się  do  najważniejszych  w
Europie,  opuszczamy  Niemcy.  Prawy  brzeg  Dunaju  należy  do
Austrii bezpośrednio od miejsca w dół, gdzie kończy się miasto,
lewy  zaś  —  od  ujścia  przypływu  Dadelsbach,  to  jest  kilka
kilometrów poniżej. W tym miejscu rzeka płynie wąską doliną,
zaledwie  dziesięć  metrów  szeroką,  do  samego  Wiednia,  to
rozszerzając  swe  łożysko  tak  dalece,  ze  tworzy  prawdziwe
jeziora  usiane  wyspami  i  wysepkami,  to  zwężając  je  jeszcze
bardziej i płynąc niesłychanie wartkim prądem.

Ilia Brusz jednak nie zwracał wcale uwagi na tę urozmaiconą

piękność  krajobrazów,  zajęty  wyłącznie  przyśpieszeniem  całą
siłą swych rąk biegu łodzi. Zresztą obojętność jego była całkiem

background image

siłą swych rąk biegu łodzi. Zresztą obojętność jego była całkiem
usprawiedliwiona.  Sterowanie  łodzią  wymagało  nadzwyczajnej
baczności. Oprócz mielizn, które są jedną ze zwykłych trudności
żeglugi  naddunajskiej,  są  inne  daleko  poważniejsze.  Na  kilka
kilometrów  przed  Passawą  sternik  musiał  walczyć  z  silnymi
wirami w Wilshofen, potem o sto pięćdziesiąt kilometrów dalej,
nieco  poniżej  Grein,  jednego  z  najnędzniejszych  miasteczek
Wyższej  Austrii,  ze  znacznie  groźniejszymi  wirami  Strudel  i
Wirbel.

W  tym  miejscu  dolina  staje  się  wąskim  korytarzem  o

urwistych  ścianach,  o  które  rozbijają  się  pieniące  wody  rzeki.
Dawniej liczne skały utrudniały jeszcze bardziej przejście i łodzie
ulegały niejednemu wypadkowi. Obecnie niebezpieczeństwo jest
mniejsze.  Wysadzono  minami  najgroźniejsze  skały  ciągnące  się
od  jednego—  brzegu  do  drugiego.  Wiry  straciły  na  sile  i  nie
wciągają łodzi i galar z równą gwałtownością, wypadki przeto są
rzadsze.  Co  nie  wyklucza  jednak  wielkiej  ostrożności,  którą
wszyscy muszą zachować.

Wszelako Ilia Brusz był pewny siebie. Przepływał przesmyki,

wymijał  mielizny,  opanowywał  wiry  i  prądy  z  zadziwiającą
zręcznością. Karl Dragosz podziwiał go, ale niemniej zastanawiał
się nad tym, skąd prosty rybak mógł tak dobrze znać cały Dunaj
i wszystkie jego zdradliwe niespodzianki.

Jeżeli  Ilia  Brusz  zadziwił  Karla  Dragosza,  Karl  Dragosz

wzajemnie  wprawiał  w  zdumienie  Ilię  Brusza.  Rybak  podziwiał
rozległość  stosunków  swojego  towarzysza,  nie  mogąc  zgoła
sobie tego wytłumaczyć. Jak nieznaczna byłaby miejscowość, w
której  się  zatrzymywali  na  wieczorny  postój,  pan  Jaeger

background image

której  się  zatrzymywali  na  wieczorny  postój,  pan  Jaeger
znajdował  zawsze  w  niej  znajomych.  Zaledwie  łódź  została
przymocowana wysiadał, a na jego spotkanie wychodziła jedna
lub dwie osoby, z którymi zresztą nigdy długo nie rozmawiał. Po
kilku zamienionych zdaniach rozmówcy rozłączali się i p. Jaeger
wracał  do  łodzi.  W  końcu  Ilia  Brusz  zaciekawiony  zapytał  go
pewnego dnia:

— Pan, jak widzę, ma wszędzie przyjaciół?
— W istocie — odpowiedział Karl Dragosz. — Zwiedzałem

często te okolice.

— Jako turysta?
—  Nie,  lecz  z  polecenia  pewnej  firmy  handlowej  z

Budapesztu, a przy tym zajęciu można, jak pan wiesz, nie tylko
zwiedzić kraj ale i nawiązać stosunki.

Żadnego  innego  zajścia  nie  było  —  jeżeli  można  to  było

nazwać  zajściem  —  podczas  ich  podróży  między  18  a  24
sierpnia.  Tego  dnia,  po  nocy  spędzonej  z  dala  od  wszelkiego
środowiska ludzkiego, nieco poniżej Tulln, Ilia Brusz wyruszył w
dalszą  drogę  przed  świtem,  jak  to  miał  w  zwyczaju.  Dzień  ten
wszakże  nie  był  podobny  do  poprzednich.  Wieczorem  mieli
zawitać  do  Wiednia  i  Ilia  Brusz  czuł  się  w  obowiązku  łowienia
ryb,  pierwszy  raz  od  tygodnia,  aby  nie  zawieść  wielbicieli,
których nie brakowało w stolicy. O przyjeździe swoim bowiem
zawiadomił prasę stołeczną.

Zresztą czyż nie powinien mieć na względzie interesów pana

Jaegera,  które  zaniedbał  zupełnie  podczas  całego  tygodnia
zaciekłej żeglugi? Ilia Brusz wiedział, że towarzysz nie mógł być

background image

zaciekłej żeglugi? Ilia Brusz wiedział, że towarzysz nie mógł być
zadowolony,  choć  się  nie  skarżył.  Chcąc  dać  mu  jakie  takie
zadośćuczynienie,  urządził  się  tak,  aby  pozostało  tylko
trzydzieści  kilometrów  do  przepłynięcia  w  tym  ostatnim  dniu.
Tak  więc,  pomimo  wolniejszej  jazdy  mógł  stanąć  w  Wiedniu
jeszcze dość wcześnie, aby połów swój sprzedać.

W chwili gdy Dragosz wychodził z kajuty, zdobycz była już

obfita,  ale  rybak  nie  zadowolił  się  nią.  Około  jedenastej  złowił
dwudziestofuntowego  szczupaka.  Była  to  sztuka  królewska,  za
którą zapłacą amatorzy wiedeńscy pokaźną sumę.

Zachęcony  powodzeniem  Ilia  Brusz  chciał  po  raz  ostatni

spróbować  szczęścia,  w  czym  pobłądził,  jak  to  wykaże
następujący wypadek.

Co się z nim stało? Nie byłby w stanie powiedzieć. Dość że

on,  tak  niesłychanie  zręczny,  chybił  i  to  w  sposób  niezwykle
nieszczęśliwy. Czy to wskutek chwilowego roztargnienia, czy dla
innej  przyczyny,  zarzucił  źle  wędkę  i  haczyk  uniesiony  w  górę
uderzył  go  w  twarz,  kreśląc  na  niej  krwawą  bruzdę.  Ilia  Brusz
krzyknął z bólu.

Nie dosyć na tym. Haczyk zaczepił z kolei o czarne szkła, z

którymi  rybak  nie  rozstawał  się  ani  dniem,  ani  nocą,  a  które,
uniesione jak Poro, zaczęły szybować o kilka centymetrów nad
wodą.

Ilia Brusz, tłumiąc gniew i rzuciwszy zaniepokojone spojrzenie

w  stronę  swego  towarzysza,  schwycił  szkła  i  włożył  je
pospiesznie na ich dawne miejsce. Wtedy dopiero odetchnął.

Całe  to  zdarzenie  trwało  kilka  sekund,  ale  to  wystarczyło,

aby  Karl  Dragosz  mógł  stwierdzić,  że  jego  gospodarz  ma

background image

aby  Karl  Dragosz  mógł  stwierdzić,  że  jego  gospodarz  ma
prześliczne  błękitne  oczy,  których  bystry  wzrok  nic  wspólnego
nie miał z chorobą oczu.

Detektyw  musiał  się  zastanowić  nad  tym  dziwnym

szczegółem, z natury bowiem zastanawiał się nad wszystkim, co
zwróciło jego uwagę. Toteż zamyślił się głęboko nad błękitnymi
oczami tak szczelnie ukrywanymi pod czarną, szklaną zasłoną.

Nie potrzebujemy dodawać, że Ilia Brusz nie wrócił już tego

dnia do połowu ryb. Opatrzył bolesną lecz niegroźną ranę, zebrał
i  złożył  starannie  swoje  przyrządy,  podczas  gdy  łódź  płynęła  z
prądem, po czym zasiadł do śniadania.

Kilka  chwil  przedtem  łódź  przepłynęła  u  stóp  Kahlenbergu,

góry  na  trzysta  pięćdziesiąt  metrów  wysokiej,  której  szczyt
wznosi się nad Wiedniem. Obecnie, im bardziej zbliżano się, tym
więcej  rosło  ożywienie  nad  brzegami,  znamionujące  bliskość
ważnego  miejsca.  Z  początku  rzucały  się  w  oczy  wille,  coraz
bliżej  siebie  stojące,  następnie  fabryki  z  kominami,  dymem
sięgającymi  do  nieba.  Wkrótce  Ilia  Brusz  i  jego  towarzysz
spostrzegli kilka dorożek, które świadczyły o bliskości miasta.

Po  południu  barka  przepłynęła  koło  Nussdorfu,  gdzie

zatrzymują  się  statki  parowe  z  powodu  wymaganej  głębokości
wody. Skromna łódź rybacka nie potrzebowała się z tym liczyć.
Zresztą  nie  miała  ona  podróżnych  jak  każdy  statek  parowy,
których  trzeba  było  przewieźć  kanałem  do  samego  środka
miasta.

Ilia Brusz, niczym nieskrępowany, płynął szerokim ramieniem

Dunaju.  Przed  czwartą  zatrzymał  się  i  przywiązał  łódź  do
jednego z drzew Prateru, sławnego miejsca przechadzek, który

background image

jednego z drzew Prateru, sławnego miejsca przechadzek, który
jest dla Wiednia tym, czym Lasek Buloński dla Paryża.

— Czy pana oczy bolą, panie Brusz? — spytał w tej chwili

Karl  Dragosz,  który  od  owego  zajścia  ze  szkłami  nie  odzywał
się.

Ilia Brusz przerwał zajęcie i zwrócił się do towarzysza.
— Oczy? — powtórzył pytająco.
—  Tak,  oczy  —  rzekł  p.  Jaeger.  —  Wszak  nie  dla

przyjemności nosi pan te czarne szkła?

— Nic ważnego!… Mam słaby wzrok, światło mnie razi, oto

wszystko. Słaby wzrok?… Z takimi oczami! Ilia Brusz powrócił
do  przywiązywania  łodzi.  Towarzysz  spoglądał  na  niego
zadumany.

VII
Myśliwi i zwierzyna

 

Owego  sierpniowego  popołudnia  na  brzegu  Dunaju

okalającego Prater z północno–wschodniej strony, przechadzało
się kilku przechodniów. Prawdopodobnie oczekiwali Ilii Brusza,
gdyż  rybak  ogłosił  dzień,  a  nawet  przybliżoną  godzinę  swego
przyjazdu.  Ale  jakże  ciekawi,  rozproszeni  na  tak  znacznej
przestrzeni, będą mogli poznać barkę, nie różniącą się niczym od
innych?

Ilia  Brusz  w  przewidywaniu  tego  zaraz  po  przymocowaniu

background image

Ilia  Brusz  w  przewidywaniu  tego  zaraz  po  przymocowaniu

łodzi wzniósł maszt z długą wstęgą, na której widniał napis: Ilia
Brusz, laureat konkursu w Sigmaringen, następnie rozłożył na
daszku  budki  złowione  ryby,  kładąc  na  najwidoczniejszym
miejscu ogromnego szczupaka.

Reklama  iście  amerykańska  osiągnęła  natychmiastowy

skutek. Kilku gapiów stanęło, przypatrując się bezmyślnie barce.
Ci pierwsi pociągnęli za sobą innych, tak że to musiało zwrócić
uwagę oczekujących na Ilię Brusza. Zaczęli biec w stronę łodzi,
a  za  ich  przykładem  biegli  inni  w  tym  samym  kierunku,  nie
wiedząc  sami  dlaczego.  Nie  upłynął  kwadrans,  kiedy  tłum
złożony  z  pięciuset  osób  znalazł  się  przed  barką.  Ilia  Brusz  nie
marzył nawet o podobnym powodzeniu.

Niebawem  między  publicznością  a  rybakiem  nawiązała  się

rozmowa.

— Pan Brusz? — spytał jeden z obecnych.
— On sam — odpowiedział zapytany.
—  Pozwoli  pan  przedstawić  się.  Jestem  Klaudiusz  Roth,

jeden z pańskich kolegów z Ligi Naddunajskiej.

— Bardzo mi przyjemnie.
—  I  inni  pańscy  koledzy  są  tu  obecni.  Oto  p.  Hanisch,  p.

Tietze,  p.  Hugo  Zwiedinek,  nie  mówiąc  o  tych,  których  nie
znam.

— Ja na przykład jestem Mathias Kasselick z Budapesztu —

dodał jeden z widzów.

— A ja — dodał inny — Wilhelm Bickel z Wiednia.
—  Bardzo  mi  przyjemnie,  panowie,  że  znajduję  się  wśród

przyjaciół! — zawołał Ilia Brusz.

background image

przyjaciół! — zawołał Ilia Brusz.

Pytania  i  odpowiedzi  krzyżowały  się.  Rozmowa  stała  się

ogólną.

— Odbył pan podróż pomyślnie?
— Bardzo pomyślnie.
— W każdym razie bardzo pośpiesznie.
— Nie oczekiwano pana tak wcześnie.
— A przecież jestem dwa tygodnie w drodze.
—  Tak,  ale  odległość  jest  znaczna  od  Donaueschingen  do

Wiednia!

—  Dziewięćset  kilometrów  mniej  więcej,  to  przeciętnie

sześćdziesiąt kilometrów dziennie.

—  Prąd  przepływa  je  zaledwie  w  dwadzieścia  cztery

godziny.

— Zależy od miejsca.
— To prawda. A ryby? Czy wiele ich pan sprzedaje.
— O tak!
— A zatem jest pan zadowolony?
— Bardzo.
—  Połów  pana  jest  bardzo  piękny.  Szczególnie  ten

pokaźnych rozmiarów szczupak…

— W istocie, niczego sobie.
— Ile pan ceni szczupaka?
— Ile zechcecie za niego zapłacić. Wystawię ryby, o ile się

zgodzicie, na licytację, szczupaka zaś schowam na sam koniec.

— Na wety — dodał ktoś żartobliwie.
—  Doskonały  pomysł!  —  wykrzyknął  pan  Roth.  —

background image

—  Doskonały  pomysł!  —  wykrzyknął  pan  Roth.  —

Nabywca  szczupaka,  zamiast  zjeść  skórę,  wypcha  go,  o  ile
będzie wolał, na pamiątkę Ilii Brusza!

Ta  krótka  rozmowa  zachęciła  kupujących,  zaczęto  więc

licytować  z  wielkim  ożywieniem.  Po  upływie  kwadransa  rybak
zebrał  okrągłą  sumkę  trzydziestu  pięciu  florenów,  do  której
przyczynił się sławny szczupak.

Po  skończonej  sprzedaży  znów  zaczęto  rozmowę.

Wielbiciele rybaka zaspokoiwszy swą ciekawość względem jego
przeszłości,  chcieli  dowiedzieć  się  jeszcze  coś  niecoś  o  jego
zamiarach. Ilia Brusz zresztą odpowiadał chętnie, oznajmiając, że
zostanie  w  Wiedniu  przez  jutrzejszy  dzień,  a  potem  uda  się  na
spoczynek do Presburga.

Publiczność  powoli  zaczęła  się  rozchodzić,  dążąc  na  obiad.

Ilia  Brusz  z  myślą  o  swoim  posiłku  zniknął  niebawem,
pozostawiając towarzysza na pastwę podziwu publiczności.

Wkrótce  też  dwaj  przechodnie,  zaciekawieni  zebraniem,

liczącym  jeszcze  do  stu  osób,  spostrzegli  Karla  Dragosza,
siedzącego  samotnie  pod  wstęgą,  głoszącą urbi  et  orbi
nazwisko laureata Ligi Naddunajskiej.

Jeden  z  nowoprzybyłych  był  to  wysoki  drab  około  lat

trzydziestu,  barczysty,  o  jasnych  włosach  i  brodzie,  barwie
stanowiącej  cechę  rasy  słowiańskiej,  i  drugi,  również  silny,  z
wybitną  budową  swych  barków,  nieco  tylko  starszy,  z
siwiejącymi  włosami,  z  których  wywnioskować  było  można,  iż
przeszedł czterdziestkę.

Pierwszy  z  tych  dwu  osobników,  rzuciwszy  okiem  na  łódź,

zadrżał i cofnął się nagle, ciągnąc za sobą towarzysza.

background image

zadrżał i cofnął się nagle, ciągnąc za sobą towarzysza.

— To on — rzekł głosem stłumionym, gdy znaleźli się z dala

od tłumu.

— Myślisz?
— Jestem pewny. Nie poznałeś go?
—  Jakże  go  mogłem  poznać.  Nie  widziałem  go  nigdy.

Nastąpiła chwila milczenia. Dwaj rozmówcy namyślali się,

— Jest sam w barce? — spytał starszy.
— Sam.
— A to jest łódź Ilii Brusza?
— Nie ulega wątpliwości. Nazwisko wypisane na wstędze.
— Zrozumieć tego nie mogę.
Po ponownym milczeniu młodszy odezwał się:
—  A  zatem  on  odbywa  tę  podróż  pod  nazwiskiem  Ilia

Brusz?

— W jakim celu?
Osobnik o blond brodzie wzruszył ramionami.
— W celu przepłynięcia Dunaju incognito, to jasne.
— To niedobrze! — zawołał siwiejący towarzysz.
—  Zresztą  nie  dziwiłoby  mnie  to  wcale  —  odezwał  się

pierwszy.!  —  Dragosz  jest  sprytny  i  sztuka  udałaby  mu  się
znakomicie, gdyby przypadek nas tu nie sprowadził.

Ale starszy jakby powątpiewał o tym.
— To jak z bajki — wycedził przez zęby.
— Zupełnie, Tisza, zupełnie — potwierdził jego towarzysz —

ale  Dragosz  lubi  nadzwyczajne  przygody.  Zresztą  przekonamy
się  o  tym.  Mówiono,  że  łódź  zatrzyma  się  w  Wiedniu  cały
jutrzejszy  dzień.  Wrócimy.  Jeżeli  zastaniemy  Dragosza,  znaczy,

background image

jutrzejszy  dzień.  Wrócimy.  Jeżeli  zastaniemy  Dragosza,  znaczy,
że on przedzierzgnął się w skórę Ilii Brusza.

— W takim razie co uczynimy? — spytał Tisza. Towarzysz

nie odpowiedział natychmiast.

— Zobaczymy — rzekł w końcu.
Po czym obaj oddalili się w stronę miasta, zostawiając barkę

otoczoną coraz to zmniejszającą się ilością osób.

Noc upłynęła spokojnie dla Ilii Brusza i jego pasażera. Kiedy

Karl  Dragosz  opuścił  kajutę,  zastał  Ilię  Brusza  oglądającego
starannie swe przyrządy.

— Pogoda piękna, nieprawdaż panie Brusz — rzekł Dragosz

na przywitanie.

— Piękna — potwierdził Ilia Brusz.
— Czy pan nie skorzysta z niej, aby zwiedzić miasto? i
— Nie, panie. Nie jestem ciekawy z natury, a zresztą mam tu

zajęcia na cały dzień. Po dwu tygodniach żeglugi zaprowadzenie;
porządku na łodzi nie będzie zbytkiem.

— Jak się panu podoba, panie Brusz, ja mam zamiar zabawić

się do wieczora.

— I dobrze pan zrobi — potwierdził Ilia Brusz — skoro pan

mieszka  w  Wiedniu.  Może  ma  pan  rodzinę,  która  będzie  rada
pana widzieć.

— Myli się pan, jestem kawalerem.
—  Tym  gorzej,  tym  gorzej.  Ciężar  życia  łatwiej  znosić  we

dwoje. Karl Dragosz zaczął się śmiać.

— Do licha! Panie Brusz, pan nie jest wesoły dziś rano.
—  Każdemu  się  zdarza. Ale  niech  panu  to  nie  przeszkadza

background image

bawić się jak najlepiej.

—  Postaram  się  —  odpowiedział  Karl  Dragosz,  oddalając

się.

Przeszedł część Prateru, dostał się do Haupt–Allee, miejsca

spacerów  wiedeńskiego  eleganckiego  świata  w  letnim  sezonie.
Ale  o  tej  norze  roku  i  o  tej  godzinie  Haupt–Allee  była  prawie
pusta, więc mógł przyspieszyć kroku, nie obawiając się tłumu.

Nie znaczy to jednak, że nie było nikogo. Przeciwnie, idąc ku

pagórkowi  Constantinshiigel,  sztucznie  wzniesionemu  dla
urozmaicenia perspektywy Prateru, spotkał dwu przechodniów,
z  którymi  się  minął,  nie  zwracając  na  nich  uwagi  więcej  niż  na
innych.  Nie  zajmując  się  nimi  Karl  Dragosz  szedł  ciągle  przed
siebie, a po upływie dziesięciu minut wchodził do małej kawiarni,
znajdującej  się  na  skwerku  zwanym  Prater  Stern.  Oczekiwano
go tam widocznie, gdyż jeden z gości wstał i zbliżył się do niego.

— Dzień dobry, Uhlman — rzekł Karl Dragosz.
— Dzień dobry panu — odpowiedział Fryderyk Uhlman.
— Nic nowego jak zawsze?
— Jak zawsze.
—  To  dobrze.  Tym  razem  mamy  do  rozporządzenia  cały

dzień,  możemy  przeto  spokojnie  obmyślić  plan  nowego
działania.

Jeśli Karl Dragosz nie zauważył dwu przechodniów z Haupt–

Allee  —  tych  samych,  których  przyprowadził  wczoraj  prosty
przypadek do barki Ilii Brusza — to oni, przeciwnie, spostrzegli
go  doskonale  i  śledzili  aż  do  chwili,  kiedy  naczelnik  policji
naddunajskiej  zniknął  za  drzwiami  kawiarni.  Wtedy  weszli  do

background image

naddunajskiej  zniknął  za  drzwiami  kawiarni.  Wtedy  weszli  do
przeciwległego  zakładu  z  postanowieniem  czekania  na  niego
choćby cały dzień.

Istotnie cierpliwość ich była wystawiona na próbę. Dragosz i

Uhlman  po  kilkugodzinnym  porozumiewaniu  się  co  do
szczegółów  działania  zasiedli  do  śniadania  spożywanego  bez
pośpiechu.  Następnie,  chcąc  uniknąć  dusznej  atmosfery  sali,
kazali  sobie  podać,  nieodzowną  obecnie  po  każdym  posiłku,
filiżankę kawy na świeżym powietrzu. Już rozgościli się na dobre,
gdy  Dragosz  z  gestem  zdziwienia  zerwał  się  i,  jak  gdyby  nie
chcąc  być  poznany,  wrócił  do  wnętrza  kawiarni.  Tu  spoza
firanek śledził człowieka idącego w tej chwili przez plac.

— To on, dalibóg — wyszeptał Dragosz, wodząc wzrokiem

za Ilią Bruszem.

Był to rzeczywiście Ilia Brusz, którego łatwo było poznać po

wygolonej twarzy, czarnych szkłach i ciemnych jak u Włocha z
południa włosach.

Skoro  Uia  Brusz  skręcił  w  Kaiser–Josephstrasse,  Dragosz

powrócił do Uhlmana i poleciwszy mu czekać na niego dopóki
będzie potrzeba pobiegł śladem rybaka.

Ilia Brusz szedł spokojnie, nie odwracając się, jak człowiek o

spokojnym  sumieniu.  Z  Kaiser–Josephstrasse  poszedł  prosto
przez  park Augarten  do  Brigittenau.  Tu  zawahał  się  chwilę  po
czym wszedł do niezmiernie brudnego z pozoru sklepu, którego
biedna wystawa wychodziła na jedną z najnędzniejszych ulic tej
dzielnicy  robotniczej.  Po  upływie  pół  godziny  wyszedł  stamtąd.
Karl  Dragosz  zapamiętawszy  napis  szyldu,  puścił  się  za  swym
towarzyszem  podróży,  który  zwrócił  się  w  stronę

background image

towarzyszem  podróży,  który  zwrócił  się  w  stronę
Rembrandtgasse,  po  czym  idąc  lewym  brzegiem  kanału,
dosięgnął  Praterstrasse  aż  do  skweru.  Tu  skręcił  na  prawo  i
zniknął za drzewami Haupt Allee Prateru. Najwidoczniej wracał
do swej łodzi, więc Karl Dragosz uważał za rzecz zbytnią śledzić
go w dalszym ciągu.

Powróciwszy do kawiarni zastał czekającego przed drzwiami

Uhlmana.

—  Znasz  Żyda  imieniem  Simon  Klein?  —  spytał  go  na

wstępie.

— Naturalnie — odpowiedział Uhlman.
— Któż to taki?
—  Nic  dobrego.  Tandeciarz,  lichwiarz,  a  w  razie  potrzeby

paser,  zdaje  mi  się,  że  to  dość,  aby  mieć  o  nim  dokładne
wyobrażenie.

—  Domyślałem  się  tego  —  szepnął  Dragosz  zatopiony  w

swych myślach.

Po chwili spytał:
— Ilu ludzi mamy tutaj?
— Około czterdziestu — odpowiedział Uhlman.
—  To  wystarczy.  Słuchaj  mnie  dobrze.  Musimy  zaniechać

planu, który ułożyliśmy dziś rano. Zmieniam go zupełnie, bo im
więcej  się  zastanawiam,  tym  bardziej  przeczuwam,  że  sprawa
rozstrzygnie się w miejscu, gdzie ja sam będę.

— Gdzie pan będzie?… Nie rozumiem.
— To zbyteczne. Rozstaw ludzi na lewym brzegu Dunaju, po

dwóch  co  pięć  kilometrów,  poczynając  na  dwadzieścia
kilometrów  za  Presburgiem.  Jedynym  ich  zadaniem  będzie

background image

kilometrów  za  Presburgiem.  Jedynym  ich  zadaniem  będzie
śledzenie mnie. Jak tylko ostatni posterunek mnie zobaczy, niech
zaraz  podąży  o  pięć  kilometrów  naprzód  do  następnego  i  tak
dalej. Zrozumiałeś?

— A ja? — spytał Uhlman.
—  Ty  urządzisz  się  tak,  abyś  mnie  nie  stracił  z  oczu.

Ponieważ  będę  na  lodzi  pośrodku  rzeki,  nie  będzie  to
przedstawiało żadnej trudności… Co do twoich ludzi, to zanim
podążą  na  posterunek,  niech  zbiorą  jak  najdokładniejsze
wiadomości.  W  razie  potrzeby  posterunek,  który  dowie  się  o
jakimś  ważnym  fakcie,  powinien  zaraz  zawiadomić  o  tym  inne
posterunki i skupić je dokoła siebie.

— Rozumiem.
— Niech wyruszą zaraz tego wieczora, ażebym jutro znalazł

wszystkich na stanowiskach.

— Znajdzie, ich pan — rzekł Uhlman.
Karl  Dragosz  kilkakrotnie  powtarzał  swe  zlecenia

podwładnemu,  w  końcu  upewniwszy  się,  że  został  zrozumiany,
podążył do łodzi, gdyż godzina była już późna.

W  małej  kawiarni  z  przeciwka  dwaj  przechodnie  z  Prateru

bacznie  śledzili,  co  się  dzieje  w  sąsiedztwie.  Widzieli,  jak  Karl
Dragosz wychodził, nie przyszło im jednak na myśl, że dąży za
Ilią Bruszem, który zwrócił ich uwagę nie więcej, niż każdy inny
przechodzień. Idąc za pierwszym odruchem, chcieli biec za nim,
ale  obecność  Fryderyka  Uhlmana  stanęła  im  na  przeszkodzie.
Zresztą  widząc,  że  Uhlman  oczekuje  Dragosza,  uspokoili  się,
będąc pewni, iż powróci.

background image

będąc pewni, iż powróci.

Powrót detektywa przekonał ich, że wnioski ich były słuszne

i, skoro Dragosz znikł z Uhlmanem za drzwiami kawiarni, stanęli
na czatach.

Kiedy detektyw rozstał się ze swym podwładnym, dążąc do

barki,  dwaj  przechodnie  poszli  za  nim  tą  samą  drogą  co  rano
tylko  w  kierunku  przeciwnym.  Po  upływie  trzech  kwadransów
zatrzymali się. Byli pewni, że Dragosz zmierza do barki.

—  Nie  potrzebujemy  iść  dalej.  Przekonaliśmy  się,  że  Ilia

Brusz  1  Dragosz  —  to  jedno.  Mamy  wszelkie  dowody,  a
zapuszczać się dalej byłoby to zwrócić z kolei uwagę na siebie.

—  Więc  cóż  poczniemy?  —  spytał  jego  towarzysz  o

atletycznej Postawie.

— Pomówimy o tym. Mam nowy pomysł.
Podczas  gdy  dwaj  nieznajomi  zajęci  byli  tak  usilnie  osobą

Karla  Dragosza,  że  idąc  ku  Prater  Stern  snuli  wciąż  plany,
mające go na Wldoku, a których wykonanie było bardzo bliskie,
detektyw wracał do barki, nie domyślając się nawet, że był tak
pilnie  strzeżony  przez  cały  dzień.  Zastał  w  łodzi  Ilię  Brusza,
krzątającego  się  około  obiadu,  który  spożyty  został  przez  obu
towarzyszy godzinę później, na barce, jak to zwykle czynili.

—  I  cóż,  panie  Jaeger,  zadowolony  jest  pan  ze  swej

przechadzki? — spytał Ilia Brusz, gdy zapalono fajki.

—  Niezmiernie  —  odpowiedział  Karl  Dragosz.  —  A  pan,

panie  Brusz,  nie  zmieniłeś  swego  zamiaru  i  nie  zajrzałeś  do
miasta?… Nie odwiedzałeś nikogo?

—  Nie  —  rzekł  stanowczo  Ilia  Brusz.  —  Nie  znam  tu

nikogo. Odkąd pan poszedł, nie ruszyłem się z łodzi.

background image

nikogo. Odkąd pan poszedł, nie ruszyłem się z łodzi.

— Doprawdy?
— Tak jest. Zresztą za wiele miałem zajęcia aż do wieczora,

abym mógł opuścić barkę.

Karl Dragosz nie odpowiedział. Jawne kłamstwo gospodarza

nasunęło  mu  rozmaite  myśli,  zachował  je  jednak  dla  siebie,
rozmawiając  o  całkiem  innych  rzeczach  aż  do  chwili,  gdy
nadeszła godzina spoczynku.

VIII
Wizerunek kobiety

 

Czy  kłamstwo  Ilii  Brusza  było  rzeczą  ukartowaną,  czy  też

prostym  kaprysem,  na  to  odpowiedzieć  byłoby  trudno,  jedno
tylko  było  pewne,  że  jego  informacje  o  podróży  były  wysoce
niedokładne.

Wyruszywszy  dwie  godziny  przed  świtem,  26  sierpnia,  nie

zatrzymał  się,  jak  to  zapowiedział,  w  Presburgu.  Wiosłując  z
zapamiętaniem dwadzieścia godzin bez przerwy, minął Presburg i
dopiero  piętnaście  kilometrów  od  tego  miasta  stanął  na  krótką
chwilę dla odpoczynku, aby rozpocząć na nowo swój nadludzki
wysiłek.

Nie  poczuwał  się  wcale  do  obowiązku  wytłumaczenia  się

przed panem Jaegerem z tej gorączkowej chęci skrócenia jazdy,
która  narażała  poważnie  interesy  tego  ostatniego,  p.  Jaeger

background image

która  narażała  poważnie  interesy  tego  ostatniego,  p.  Jaeger
jednak  dotrzymując  danego  przyrzeczenia,  nie  dał  poznać
jednym  słowem  czy  gestem  rozczarowania,  jakiego  musiał
doświadczyć.

Wprawdzie kłopoty Karla Dragosza odwracały uwagę pana

Jaegera.  Strata  na  którą  się  drugi  narażał,  była  niczym  wobec
troski pierwszego.

W  istocie,  owego  poranku  26  sierpnia  Karol  Dragosz

zauważył  rzecz  tak  niezwykłą,  że  dodana  do  wypadków  dni
ubiegłych,  mogła  go  ostatecznie  zaniepokoić.  Było  to  o
dziesiątej.  Dragosz,  zatopiony  w  swych  myślach  patrzył
machinalnie  na  Ilię  Brusza  wiosłującego  z  wytrwałością  godną
podziwu.  Chcąc  minąć  zakręt,  Ilia  chwilowo  skierował  łódź  na
północny — wschód, tak że słońce padało na niego z tyłu. Cały
oblany  potem,  zdjął  czapkę  bobrową,  którą  zwykle  nosił.
Promienie  słoneczne  oświetlały  jego  obnażoną  głowę,
przenikając bujną, czarną czuprynę.

Nagle  Karla  Dragosza  uderzyło  niezwykłe  zjawisko.  Że  Ilia

Brusz był brunetem, nie ulegało wątpliwości, ale że był nim tylko
częściowo  rzucało  się  to  obecnie  w  oczy.  Włosy  jego  przy
końcach  czarne,  przy  skórze  zdradzały  niezaprzeczenie  barwę
jasnoblond.

Być  może  był  to  tylko  wybryk  natury,  prawdopodobniej

jednak to niezwykłe zjawisko miało swoją przyczynę w nie dość
starannym ufarbowaniu włosów.

Zresztą wątpliwość Karla Dragosza stała się pewnością zaraz

nazajutrz  rano.  Podwójna  barwa  włosów  znikła.  Rybak  zatem,
opatrzywszy się w porę, poprawił w nocy swoje niedbalstwo.

background image

opatrzywszy się w porę, poprawił w nocy swoje niedbalstwo.

Oczy,  które  właściciel  ukrywał  tak  starannie  pod

nieprzeniknionymi  szkłami,  kłamstwo  podczas  postoju  w
Wiedniu,  niezrozumiały  pośpiech  nie  licujący  z  jawnym  celem
podróży, te włosy blond przeobrażone w czarne — wszystko to
dawało  pole  do  podejrzeń  i  do  wniosków…  ale  jakich
wniosków?  Karl  Dragosz  gubił  się  w  przypuszczeniach.  Że
postępowanie  Ilii  Brusza  było  wielce  podejrzane,  było  rzeczą
pewną,  ale  stąd  do  wniosków  daleko.  Wszelako  myśl  po
stokroć  odrzucana  przez  Karla  Dragosza,  dojrzała  pod
wpływem ciągłych rozmyślań nad biegiem wypadków. A myśl ta
była  tą  samą,  którą  mu  dwukrotnie  narzucił  przypadek.
Najpierw  wesoły  Serb  Michał  Michałowicz,  następnie  goście
hotelu w Ratyzbonie, którzy na poły żartem, na poły serio rzucili
przypuszczenie,  że  pod  przybraną  odzieżą  laureata  kryje  się
wódz  bandy  złoczyńców  trapiących  okolicę.  Czy  jednak
należało  się  zastanawiać  poważnie  nad  przypuszczeniem,  do
którego może nie przywiązywali wagi sami nawet jego autorzy?

Dlaczego  nie,  zresztą.  Oczywiście,  dotychczasowe  fakty  nie

upoważniały  do  niczego.  Upoważniały  jednak  do  podejrzeń. A
jeżeli wypadki późniejsze potwierdzą słuszność tych podejrzeń,
byłoby to wielce zabawne, że ta sama łódź wiozła na przestrzeni
tylu  kilometrów  wodza  bandytów  i  policjanta,  który  miał  go
aresztować.

Z  tego  punktu  widzenia  tragedia  skłaniała  się  raczej  ku

wodewilowi  i  Karl  Dragosz  ze  wstrętem  myślał  o  podobnym
zbiegu  okoliczności.  Czy  jednak  akcja  wodewilu  nie  polega

background image

wyłącznie  na  ześrodkowaniu  w  jednym  miejscu  i  w  krótkim
czasie całego szeregu nieporozumień i niespodzianek, których się
nie  zauważa  lub  które  wyglądają  na  mniej  śmieszne  w  życiu
rzeczywistym  z  powodu  swego  rozproszenia,  żeby  już  nie
powiedzieć  rozwodnienia.  Nie  byłoby  przeto  rzeczą  logiczną
odrzucać  z  umysłu  fakt  pod  pozorem,  że  jest  anormalny  lub
nieprawdopodobny.  Należy  być  skromniejszym  i  uznać
nieskończone  bogactwo  zawikłań,  które  może  nastręczyć
przypadek.

Pod  wpływem  tych  rozmyślań  Karl  Dragosz,  po  nocy

spędzonej na pustym miejscu o kilka kilometrów poniżej miasta
Komorno, 28 sierpnia z rana wszczął rozmowę na temat dotąd
nie poruszany wcale.

— Dzień dobry, panie Brusz — rzekł wychodząc z kajuty, w

której ułożył cały plan ataku.

—  Dzień  dobry,  panie  Jaeger  —  odpowiedział  rybak,

wiosłując ze zwykła energią.

— Spał pan dobrze?
— Doskonale. A pan?
— Nieszczególnie.
—  Doprawdy!  —  zawołał  Ilia  Brusz.  —  Jeżeli  był  pan

cierpiący, trzeba było mnie zbudzić.

—  Czuję  się  doskonale  —  rzekł  p.  Jaeger.  —  Tylko  noc

wydała  mi  się  nieco  przydługa  i  zadowolony  jestem,  że  już
przeszła.

— Ponieważ?
—  Ponieważ  byłem  trochę  zaniepokojony  mogę  to  wyznać

background image

—  Ponieważ  byłem  trochę  zaniepokojony  mogę  to  wyznać

obecnie.

—  Zaniepokojony  —  powtórzył  Ilia  Brusz  tonem  szczerze

zdziwionym.

— Nie po raz pierwszy jestem zaniepokojony — odezwał się

p. Jaeger. — Ile razy przyszła panu fantazja nocować z dala od
miasta lub miasteczka, zawsze czułem się nieswojo.

—  Szkoda,  że  mi  pan  nie  powiedział  tego  wcześniej  —

odrzekł Ilia Brusz, jak spadły z obłoków — byłbym urządził się
inaczej.

—  Pan  zapomina,  że  zobowiązałem  się  do  niekrępowania

pana  swobody.  Rzecz  obiecana  jest  rzeczą  obowiązującą.  Co
nie  przeszkadza,  że  nieraz  byłem  zaniepokojony.  Cóż  na  to
poradzić?  Jestem  mieszczuchem;  cisza  i  samotność  wiejska
wywołują we mnie niepokój.

— To rzecz przyzwyczajenia — odparł wesoło Ilia Brusz. —

Przyzwyczaiłby się pan, gdyby podróż nasza potrwała dłużej. W
rzeczywistości  bezpieczniej  jest  w  szczerym  polu,  niż  w  sercu
dużego miasta, gdzie nie brak morderców i włóczęgów.

—  Ma  pan  prawdopodobnie  słuszność.  Ale  trudno

rozkazywać  wrażeniom.  Zresztą  moje  obawy  nie  są  zupełnie
płonne  w  tym  wypadku,  ponieważ  przepływamy  okolicę
uchodzącą za niebezpieczną.

—  Niebezpieczną!  —  zawołał  Ilia  Brusz.  —  Co  panu

przyszło do głowy. Ja, który do pana mówię, mieszkam tu i nie
słyszałem nigdy, żeby ten kraj był niebezpieczny.

Z kolei p. Jaeger wyraził niezmierne zdumienie.
— Czy mówi pan na serio? — zawołał. — Byłbyś pan wtedy

background image

— Czy mówi pan na serio? — zawołał. — Byłbyś pan wtedy

jedynym, który nie wie tego, o czym wiedzą wszyscy od Bawarii
do Rumunii.

— Cóż takiego?
—  To,  że  banda  nieuchwytnych  złoczyńców  systematycznie

ograbia oba brzegi Dunaju, od Presburga do jego ujścia.

—  Pierwszy  raz  o  tym  słyszę  —  oświadczył  Ilia  Brusz  z

akcentem szczerości.

—  To  niemożliwe!  —  rzekł  zdziwiony  p.  Jaeger.  —  O

niczym nie mówią wzdłuż całej rzeki.

— Każdy dzień przynosi coś nowego — zauważył spokojnie

Ilia Brusz. — Jak dawno zaczęły się te kradzieże?

— Około osiemnastu miesięcy — odpowiedział p. Jaeger. —

Gdybyż  chodziło  tylko  o  kradzieże.  Ale  złoczyńcy  nie
poprzestają na tym. W razie potrzeby mordują również. Podczas
tych  osiemnastu  miesięcy  popełniono  co  najmniej  dziesięć
zbrodni,  których  sprawcy  są  dotąd  nie  odkryci.  Ostatniej
zbrodni dokonano o niecałe pięćdziesiąt kilometrów stąd.

—  Rozumiem  teraz  pańskie  obawy  —  rzekł  Ilia  Brusz.  —

Może  i  ja  byłbym  zaniepokojony,  gdybym  wiedział  o  tym.  Na
przyszłość  zatrzymywać  się  będziemy  zawsze  w  pobliżu
miasteczka  lub  miasta,  zaczynając  od  dzisiejszego  postoju  w
Gran.

—  O!  —  potwierdził  p.  Jaeger.  —  Tu  będziemy  spokojni.

Gran to znaczne miasto.

— Cieszę się tym bardziej — ciągnął dalej Ilia Brusz — że

mam zamiar zostawić pana samego na przyszłą noc.

— Pan ma zamiar opuścić barkę?

background image

— Pan ma zamiar opuścić barkę?
— Tak, panie Jaeger, ale tylko na kilka godzin. Chciałbym z

Gran,  gdzie  prawdopodobnie  będziemy  wcześnie,  udać  się  do
Szalki  znajdującej  się  w  niewielkiej  od  niego  odległości.  Jak
panu  wiadomo  jest  to  miejsce  mojego  zamieszkania.  Będę
zresztą  z  powrotem  przed  świtem  i  odjazd  nasz  nie  będzie
spóźniony.

—  Jak  się  panu  podoba  —  rzekł  p.  Jaeger.  —  Rozumiem

dobrze,  że  pan  chce  odwiedzić  swe  strony,  a  co  do  Gran,  to
powtarzam, będziemy tam bezpieczni.

Na tym urwano rozmowę. Po pół godziny milczenia Dragosz

odezwał się znowu.

—  Doprawdy  to  dziwne,  że  pan  nie  słyszał  nigdy  o  tych

złoczyńcach  naddunajskich.  Jest  to  tym  dziwniejsze,  że  sprawa
ta  była  w  szczególny  sposób  podjęta  w  kilka  dni  po  ostatnim
konkursie w Sigmaringen.

Z powodu? — spytał Ilia Brusz.
— Z  powodu  utworzenia  specjalnej  brygady  policyjnej  pod

wodzą  jak  mówią,  bardzo  sprawnego  naczelnika,  niejakiego
Karla Dragosza, detektywa z Budapesztu.

— Będzie miał robotę nie lada — zauważył Ilia Brusz, który

nie zwrócił widać uwagi na wymienione nazwisko. — Dunaj jest
długi, a niełatwo śledzić ludzi, o których się nic nie wie.

— Myli się pan — rzekł p. Jaeger. — Policja ma podobno

pewne  informacje.  Na  mocy  zebranych  danych,  wiadomo
przede wszystkim prawie na pewno jak wygląda wódz bandy.

— Jakże on wygląda, ten szczególny osobnik? — spytał Ilia

background image

— Jakże on wygląda, ten szczególny osobnik? — spytał Ilia

Brusz.

— Z ogólnego wyglądu podobny jest do pana…
— Bardzo dziękuję! — przerwał śmiejąc się Ilia Brusz.
—  Tak  —  ciągnął  dalej  p.  Jaeger  —  jest  on  mniej  więcej

pańskiego  wzrostu  i  tuszy,  ale  na  tym  zatrzymuje  się
podobieństwo.

— To bardzo szczęśliwie! — westchnął z ulgą.
—  Podobno  posiada  bardzo  piękne,  błękitne  oczy  i  nie

potrzebuje nosić szkieł jak pan. Oprócz tego pan jest mocnym
brunetem  starannie  wygolonym,  on  zaś  nosi  brodę  barwy
jasnoblond.  Ta  ostatnia  cecha  jest  niezaprzeczona,  jak  o  tym
świadczą zebrane wiadomości.

— Zapewne to może służyć za wskazówkę — przyznał Ilia

Brusz  ——  ale  bardzo  niepewną.  Blondynów  jest  niemało.
Trudno będzie Porwać wszystkich!…

—  Mamy  również  inne.  Według  tego  co  mówią,  wódz  ich

jest narodowości bułgarskiej… Jak pan sam, panie Brusz.

—  Co  pan  przez  to  rozumie?  —  spytał  Ilia  Brusz  głosem

zmienionym.

— Sądząc z akcentu — tłumaczył się niewinnie Karl Dragosz

— myślałem, że pan jest pochodzenia bułgarskiego… Ale może
się omyliłem?

—  Pan  się  nie  omylił  —  przyznał  Ilia  Brusz  po  pewnym

wahaniu.

—  A  zatem  wódz  ten  jest  pana  ziomkiem.  Zresztą  jego

nazwisko powtarzają wszyscy.

— A więc jego nazwisko jest znane?

background image

— A więc jego nazwisko jest znane?
— Naturalnie, ale nieurzędowo.
— Urzędowo, czy półurzędowo, jakże ono brzmi?
—  Słusznie  czy  niesłusznie,  nadbrzeżni  mieszkańcy  rzeki

przypisują wszystkie niecne postępki niejakiemu Ladko.

—  Ladko!  —  powtórzył  Ilia  Brusz,  który  pod  wpływem

widocznego wzruszenia zatrzymał raptownie wiosło.

— Ladko — potwierdził Karl Dragosz, patrząc spod oka na

rozmówcę.

Ale ten przyszedł już do równowagi.
— To szczególne — rzekł spokojnie, wiosłując dalej.
—  Co  w  tym  szczególnego?  —  nalegał  Karl  Dragosz.

Czyżby pan znał przypadkiem tego Ladkę?

— Ja?  —  zaprzeczył  rybak.  —  Bynajmniej. Ale  Ladko  nie

jest nazwiskiem bułgarskim. Tylko to mnie dziwi.

Karl  Dragosz  zaprzestał  indagacji,  która  wyświetlając

bardziej  sprawę,  mogła  stać  się  niebezpieczną.  Zresztą  i  tak
dowiedział  się  niemało.  Zdziwienie  rybaka  gdy  usłyszał  o
rysopisie  złoczyńcy,  jego  niepokój  na  wiadomość  o
prawdopodobnym  pochodzeniu  złoczyńcy,  wzruszenie  gdy
poznał  jego  nazwisko,  wszystko  to  było  niezaprzeczone  i
wzmacniało  uprzednie  przypuszczenia,  choć  nie  stanowiło
jeszcze ostatecznego dowodu.

Jak  to  przewidział  Ilia  Brusz,  jeszcze  nie  było  drugiej  po

południu, kiedy łódź dopłynęła do Gran. Na pięćset metrów od
pierwszych  domów  miasta  rybak  wylądował  na  lewym  brzegu,
chcąc uniknąć, jak mówił, opóźnienia z powodu zainteresowania
publiczności i prosił pana Jaegera, aby sam poprowadził łódź na

background image

publiczności i prosił pana Jaegera, aby sam poprowadził łódź na
prawy  brzeg  do  środka  miasta,  na  co  towarzysz  zgodził  się
uprzejmie.

Po  spełnieniu  obietnicy  p.  Jaeger  wrócił  do  swej  roli

detektywa,  przymocowawszy  łódź,  wyskoczył  na  nadbrzeże,
upatrując któregokolwiek ze swych podwładnych.

Nie  uszedł  dwudziestu  kroków,  kiedy  Fryderyk  Uhlman

zjawił się przed nim. Wszczęli wnet rozmowę.

— Wszystko dobrze?
— Wszystko.
—  Trzeba  zacieśnić  koło,  Uhlmanie.  Posterunki  ustawić  co

kilometr zamiast co pięć.

— Więc idzie dobrze?
— Tak.
— Tym lepiej.
— Jutro postaraj się nie stracić mnie z oczu. Zdaje mi się, że

sprawa nasza postępuje.

— Rozumiem.
— Nie zaśpijcie czasem. Trzeba działać sprężyście.
— Może pan na mnie liczyć.
—  Jeżeli  się  dowiesz  czego,  dasz  mi  znać  z  brzegu,

nieprawdaż?

— Naturalnie.
Dwaj  rozmówcy  rozeszli  się,  po  czym  Karl  Dragosz  wrócił

do łodzi.

Jeżeli  jego  spoczynek  nie  był  zakłócony  tej  nocy  rzekomą

obawą, to niepokoił go hałas rozszalałych żywiołów. O północy

background image

obawą, to niepokoił go hałas rozszalałych żywiołów. O północy
zerwała  się  burza  od  wschodu,  wzmagając  się  z  godziny  na
godzinę, podczas gdy deszcz lał potokiem.

Około  piątej  rano  Ilia  Brusz  powrócił.  Deszcz  padał  ciągle

rzęsisty,  a  wiatr  dął  z  wściekłością  w  kierunku  przeciwnym
prądowi.  Rybak  jednak  nie  wahał  się  ani  chwili  z  odjazdem.
Odwiązawszy  barkę,  skierował  ją  na  środek  rzeki  i  zaczął
zawzięcie wiosłować. Trzeba było być niezwykle odważnym aby
w takich warunkach wziąć się do pracy po nużącej nocy.

Z  rana,  zamiast  zmniejszać  się,  nawałnica  wzmagała  się  z

coraz  większą  siłą.  Barka  walcząc  z  wichrem,  z  trudnością
posuwała  się  2  biegiem  prądu  tak,  że  po  czterogodzinnym
wysiłku przebyła zaledwie dziesięć kilometrów od Gran. Ujście
Ipoly nie mogło być zatem bardzo oddalone. Na prawym brzegu
tego  dopływu  leżało  ciasteczko  Szalka,  gdzie  Ilia  Brusz
przepędził ostatnią noc, jak to sam twierdził.

Burza  doszła  do  swego  maximum.  Położenie  stawało  się

rzeczywiście  nad  wyraz  krytyczne.  Wody  Dunaju,  miotane
szalonym  wichrem  przybierały  rozmiary  fal  morskich.  Ilia  Brusz
pomimo pośpiechu, który był widoczny, musiał zatrzymać się na
lewym brzegu. Dosięgnąć go jednak nie miał. Gdy znajdował się
jeszcze w odległości pięćdziesięciu metrów od brzegu, stała się
rzecz  nieprzewidziana.  Drzewa  stojące  nieco  wzwyż,  porwane
wichrem  wpadły  do  rzeki;  jak  gdyby  podcięte  olbrzymią  kosą.
Równocześnie  woda,  uniesiona  ich  ciężarem,  usunęła  się  na
brzeg i odbiwszy się olbrzymią falą, pędziła, rozpryskując się, w
stronę barki. Widocznie trąba powietrzna wywołała to straszne
zjawisko.  Ilia  Brusz  pojął  natychmiast  niebezpieczeństwo.

background image

zjawisko.  Ilia  Brusz  pojął  natychmiast  niebezpieczeństwo.
Wykręciwszy  łódź  energicznym  rzutem  wiosła,  skierował  ją  ku
prawemu  brzegowi.  Obrót  ten  nie  dał  całkowicie  pożądanego
wyniku,  niemniej  jednak  podróżnicy  zawdzięczali  mu  swe
ocalenie.

Barka  ścigana  w  dalszym  ciągu  trąbą  powietrzną,  ominęła

przynajmniej górę wody wzniesioną na jej przejściu. Gdyby nie
nagły  obrót  Ilii  Brusza,  byłaby  niechybnie  zalana.  Pod
częściowym  zaś  wpływem  wiru,  została  uniesiona,  zakreślając
łuk  o  rozległym  promieniu.  Trwało  to  zaledwie  kilka  sekund,
trąba  bowiem,  straciwszy  na  sile,  puściła  barkę  a  fala
pomrukując  biegła  wzwyż,  podczas  gdy  opór  wody  zmniejszał
stopniowo rozpęd łodzi.

Na  nieszczęście  trzeba  było  walczyć  z  nowym

niebezpieczeństwem.  Prosto  przed  barką  płynącą  z  szaloną
szybkością wznosiło się korzeniami do góry jedno z wyrwanych
drzew.  Łódź  wplątana  w  te  korzenie  nie  mogła  ujść
przewróceniu,  lub  co  najmniej  poważnemu  uszkodzeniu.  Ilia
Brusz wydał okrzyk trwogi.

Karl 

Dragosz, 

widząc 

co 

się 

dzieje, 

zrozumiał

niebezpieczeństwo.  Bez  wahania  rzucił  się  na  przód  łodzi  i
schwyciwszy rękami korzenie wznoszące się nad wodą, oparł się
o nie całą siłą, aby móc odepchnąć barkę.

Cel został osiągnięty. Odepchnięta łódź popłynęła jak strzała,

ocierając się o korzenie, a w dalszym ciągu  i  o  gałęzie  drzewa
pokryte  jeszcze  liśćmi.  Za  chwilę  pozostawiłaby  za  sobą  tę
zieleniejącą  przeszkodę,  gdyby  jedna  z  ostatnich  gałęzi  nie
uderzyła w pierś Karla Dragosza. Na próżno chciał stawić opór

background image

uderzyła w pierś Karla Dragosza. Na próżno chciał stawić opór
wstrząśnieniu. Straciwszy równowagę wypadł z łodzi i znikł pod
wodą.

Po  tym  upadku  nastąpił  natychmiast  drugi.  Tym  razem

dobrowolony. Ilia Brusz dążył na ratunek towarzyszowi.

Ale  niełatwo  było  dojrzeć  cośkolwiek  w  tych  zamulonych  i

wzburzonych przejściem szalejącego wiru wodach. Ilia Brusz na
próżno  szukał  towarzysza  i  zwątpił  zupełnie,  że  go  odnajdzie,
gdy dojrzał nieszczęśliwego płynącego w omdleniu na fali.

Omdlenie  to  było  bardzo  pomyślne.  Człowiek,  który  tonie,

zmaga się z wodą i powiększa tym trudność ratunku. Człowiek
w  omdleniu  jest  bezwładną  masą,  którego  ocalenie  zależy  od
zręczności wybawcy.

Ilia Brusz wzniósł natychmiast głowę p. Jaegera ponad wodę,

po czym płynął z nim do barki, która oddaliła się przez ten czas
o  trzydzieści  metrów.  Dosięgnął  ją  wkrótce,  co  było  zabawką
dla znakomitego pływaka, i schwyciwszy się jedną ręką za burtę,
drugą podtrzymywał ciągle nieprzytomnego towarzysza.

Pozostawało teraz wciągnąć go do łódki, nie było to wszakże

łatwym  zadaniem.  Po  tysięcznych  wysiłkach  Ilia  Brusz  dopiął
swego.

Wtedy,  położywszy  towarzysza  na  posłaniu  budki,  rozebrał

go i zaczął mocno rozcierać kawałkiem wełny.

P.  Jaeger  niebawem  otworzył  oczy  i  przyszedł  do  siebie.

Zanurzenie  nie  trwało  długo  i  należało  się  spodziewać,  że  nie
pociągnie za sobą opłakanych skutków.

Ilia Brusz, widząc, że chory wraca do przytomności, zawołał

background image

wesoło:

—  No  cóż,  panie  Jaeger,  jak  widzę,  to  pan  mógłby  być

nurkiem! P.

Jaeger uśmiechnął się słabo.
—  Nic  panu  nie  będzie  —  ciągnął  dalej  Ilia  Brusz,  nie

przestając go rozcierać. — Nic lepszego dla zdrowia nad kąpiel
w sierpniu!

— Dziękuję panu — szepnął Karl Dragosz.
— Nie ma za co — odparł wesoło rybak. — Ja to winienem

panu podziękowanie za sposobność użycia doskonałej kąpieli.

Karłowi Dragoszowi szybko powracały siły. Dobry kieliszek

wódki  zakończyłby  wszystko.  Niestety,  Ilia  Brusz,  bardziej
wzruszony,  niż  chciał  to  okazać,  na  próżno  przerzucał  swe
skrzynie. Zapas alkoholu był wyczerpany.

—  A  to  rzecz  niemiła  —  zawołał  Ilia  Brusz.  — Ani  kropli

wódki w naszej spiżarni!

—  Mniejsza  o  to  —  odezwał  się  Karl  Dragosz  słabym

głosem. — Obejdę się bez niej, upewniam pana.

Karl Dragosz drżał z zimna pomimo tych zapewnień i trunek

nie j byłby wcale zbyteczny.

—  Pan  się  myli  —  odpowiedział  Ilia  Brusz,  zdający  sobie,

sprawę  ze  stanu  zdrowia  swego  towarzysza.  —  Pan  się  nie
obejdzie  bez  kieliszka  wódki.  Pozwól  pan,  pójdę;  nie  zabawię
długo.

Rybak za jednym zamachem zmienił mokrą odzież na suchą,

po czym zaczął wiosłować, kierując barkę do lewego brzegu. Tu
przywiązawszy ją mocno, skoczył na ziemię.

background image

przywiązawszy ją mocno, skoczył na ziemię.

— Trochę cierpliwości, panie Jaeger. Znam tę okolicę, gdyż

jesteśmy  przy  ujściu  Ipoly.  Niedaleko  jest  miasteczko,  gdzie
można j dostać wszystko. Za pół godziny będę z powrotem.

To  powiedziawszy,  Ilia  Brusz  oddalił  się,  nie  czekając

odpowiedzi.

Tymczasem  Karl  Dragosz,  osłabiony  więcej  niż  twierdził,

opuścił się na swe posłanie i zamknął oczy ze znużenia.

Wkrótce  jednak  życie  wzięło  górę.  Krew  poczęła  żywiej

krążyć.  Po  chwili  otworzył  oczy  i  zaczął  wodzić  coraz
pewniejszym wzrokiem dokoła siebie.

Pierwszą  rzeczą,  która  uderzyła  jego  wzrok  była  skrzynia,

którą i Ilia Brusz w pośpiechu zapomniał zamknąć. Wnętrze tej
skrzyni  przedstawiało  zbiór  najprzeróżniejszych  przedmiotów
poprzewracanych  w  nieładzie  z  powodu  daremnego  szukania
wódki. Były w niej bielizna, odzież, obuwie.

Nagle  oczy  Karla  Dragosza  niezwykle  zabłysły.  Czyżby

widok  tych  błahych  rzeczy  interesował  go  tak  bardzo,  że  aż
podniósł  się  na  łokciu,  aby  się  lepiej  przypatrzyć  otwartej
skrzyni?

Oczywiście,  to  nie  bielizna,  ani  odzież  podnieciły  ciekawość

niedyskretnego  pasażera.  Śledcze  oko  detektywa  dojrzało
przedmiot godny zwrócenia uwagi.

Był to na pół otwarty portfel, ukazujący mnóstwo zawartych

w  nim  papierów.  Portfel!  Papiery!  A  zatem  odpowiedź  na
pytanie, które Karl Dragosz zadawał sobie codziennie.

Detektyw  nie  mógł  wytrzymać.  Po  krótkim  wahaniu,

narażając się na zdradzenie praw gościnności, wyciągnął rękę i

background image

narażając się na zdradzenie praw gościnności, wyciągnął rękę i
zanurzywszy ją w skrzyni, wyciągnął z niej kuszący portfel.

Znalazł  w  nim  listy,  których  nie  czytał,  ale  których  adresy

wskazywały  nazwisko  Ilii  Brusza  i  miejscowość  Szalkę;  kwity
mieszkaniowe pod tymże nazwiskiem. Nic ciekawego.

Karl  Dragosz  miał  już  go  odłożyć,  kiedy  wpadł  mu  w  ręce

ostatni dokument. Zadrżał. A jednak była to rzecz tak niewinna,
że tylko policjant mógł doznać przed tym „dokumentem” innego
wrażenia nad miłą niespodziankę.

Był to wizerunek młodej kobiety, której piękność niezwykła

wywołałaby zachwyt w malarzu. Lecz policjant nie jest artystą i
nie podziw nad tym wdzięcznym obliczem przyśpieszył uderzenia
serca Karla Dragosza. Co prawda nie zauważył go wcale, zajęty
wyłącznie  napisem  u  spodu  fotografii,  w  języku  bułgarskim
Drogiemu  mężowi  Natasza  Ladko, w  który  się  wczytywał
oszołomiony.

Tak więc podejrzenia jego były usprawiedliwione i wywody,

oparte  na  pewnych  szczególnych  wskazówkach,  logiczne.
Ladko! A  zatem  nie  z  kim  innym  tylko  z  Ladką  przebywał  od
tylu dni. On był tym niebezpiecznym złoczyńcą, na próżno dotąd
ściganym, który się ukrywał pod niewinną osobistością laureata
Ligi Naddunajskiej.

Karl  Dragosz  nie  ustalił  jeszcze  swego  planu  postępowania,

gdy usłyszał kroki. Będąc pewny, że to wraca Ilia Brusz, rzucił
prędko portfel do skrzyni i zamknął wieko.

— Panie Dragosz! — odezwał się głos z zewnątrz.
—  Fryderyk  Uhlman  —  szepnął  Karl  Dragosz,  wstając  z

trudem, i chwiejnym krokiem wyszedł z kajuty.

background image

trudem, i chwiejnym krokiem wyszedł z kajuty.

—  Wybacz  pan,  że  go  wołam  —  rzekł  Fryderyk  Uhlman,

ujrzawszy  swego  naczelnika  —  ale  widziałem  jak  pański
towarzysz opuszczał barkę, więc wiedziałem, że pan jest sam.

— Co się stało? — spytał Dragosz.
— Mam nowe wiadomości. Popełniono zbrodnię tej nocy.
—  Tej  nocy!  —  zawołał  Karl  Dragosz,  który  przypomniał

sobie °agle nieobecność Ilii Brusza poprzedniej nocy.

— Zrabowano willę niedaleko stąd. Dozorcę poturbowano.
— Zabity?
— Nie, ale ciężko raniony.
—  Dobrze  —  rzekł  Karl  Dragosz,  nakazując  ruchem  ręki

milczenie Podwładnemu.

Zamyślił się głęboko. Co miał począć? Działać; sił do tego mu

nie  zbraknie.  Usłyszana  wiadomość  była  dla  niego  na
skuteczniejszym lekarstwem. Zapomniał już całkiem o zdarzeniu,
którego  padł  ofiarą.  Nie  potrzebował  już  idąc  wspierać  się  o
ściany  kajuty.  Pod  naciskiem  nerwów  krew  napływała  mu  do
twarzy.

Tak,  należy  działać,  ale  jak?  Miałże  czekać  powrotu  Ilii

Brusza, a raczej Ladki, skoro to jest jego prawdziwe nazwisko, i
położyć  mu  znienacka  rękę  na  ramieniu  w  imieniu  prawa?
Byłoby  to  najrozsądniejsze,  wobec  usunięcia  wszelkich
wątpliwości  o  winie  rzekomego  rybaka.  Staranność,  z  jaką
ukrywał  swoją  tożsamość,  tajemnica  którą  się  otaczał,  to
nazwisko,  należące  do  niego  a  równocześnie  przypisywane
wodzowi  bandytów,  jego  nocna  nieobecność,  zbiegająca  się  z

background image

wodzowi  bandytów,  jego  nocna  nieobecność,  zbiegająca  się  z
odkryciem  nowej  zbrodni,  wszystko  przemawiało  za  tym,?  że
Ilia Brusz jest poszukiwanym bandytą. Ale bandyta ten ocalił mu
życie! …Utrudniało to wielce położenie!

Czyż  można  przypuścić,  że  złodziej,  więcej  niż  złodziej,  bo

zbrodniarz, rzuciłby się do wody, aby go ratować? A skądinąd
nawet gdyby ten fakt nieprawdopodobny był prawdziwy, czy w
ten  sposób  uratowany  odwdzięcza  się  zbawcy  za  jego
poświęcenie?  Zresztą  na  co  może  się  narazić,  odwlekając
aresztowanie  Brusza?  Obecnie,  gdyś  Ilia  Brusz  jest
zdemaskowany,  gdy  jego  osoba  jest  znana,  żadną  miarą  nie
mógłby  ujść  policji  rozproszonej  wzdłuż  biegu  rzeki,  a  w  razie
dokonanego  już  śledztwa  tym  łatwiej  będzie  dotrzeć  do;
rzekomego  rybaka,  rozporządzając  znaczniejszymi  siłami.  Stąd
wniosek, że aresztowanie bandyty będzie o tyle pewniejsze, o ile
będzie odłożone.

Karl  Dragosz  przez  pięć  minut  roztrząsał  sprawę  swego

sumienia.  Odejść,  nie  widząc  się  z  Ilią  Bruszem?…  Czy  też
zostać, ukryć w kajucie Fryderyka Uhlmana i przy zjawieniu się
rybaka, rzucić się na niego, odkładając wyjaśnienia na później?
…  Nie,  stanowczo.  Odpowiedzieć  taką  zdradą  na  jego
poświęcenie  było  niepodobieństwem.  Narażając  się  nawet  na
pozostawienie  winowajcy  możliwości  ucieczki  woli  rozpocząć
śledztwo, zapominając o tym, co wiedział dotychczas. Jeżeli po
dokonaniu  śledztwa  stanie  oko  w  oko  z  Ilią  Bruszem,  jeżeli
obowiązek nakaże mu postąpić ze swym zbawcą, jak wrogiem,
będzie przynajmniej walczył z nim jawnie i pozostawi mu czas do
obrony.

background image

obrony.

Biorąc  na  siebie  odpowiedzialność  za  wszystkie  skutki

mogące wyniknąć z tego postanowienia, Karl Dragosz wrócił do
kajuty,  napisał  do  Ilii  Brusza,  że  był  zmuszony  oddalić  się,
prosząc,  aby  na  niego  zaczekał  co  najmniej  dobę.  Po  czym
przygotował się do wyjścia.

— Ilu mamy ludzi? — spytał wychodząc z kajuty.
—  Dwu  na  miejscu,  ale  zbiórka  w  toku.  Do  wieczora

będziemy mieli z dziesięciu.

— Dobrze — pochwalił Karl Dragosz. — Miejscowość, w

której popełniono zbrodnię znajduje się w pobliżu, nieprawdaż?

— O dwa kilometry mniej więcej.
—  A  zatem  prowadź  mnie  —  rzekł  Karl  Dragosz,

opuszczając barkę.

IX
Dwukrotne niepowodzenie Karla Dragosza

 

Karpaty  w  północnej  stronie  Węgier  opisują  olbrzymi  łuk

koła,  którego  zachodnia  część  dzieli  się  na  dwa  odłamy
podrzędniejszego  znaczenia.  Jeden  z  nich  ginie  w  Dunaju  na
wysokości  Presburga;  drugi  dosięga  rzeki  w  okolicy  Granu,
kończąc  się  dopiero  na  prawym  brzegu  górą  Pilis,  liczącą
siedemset  sześćdziesiąt  metrów.  U  stóp  tej  niewielkiej  góry
popełniono zbrodnię i tam właśnie udał się Karl Dragosz, aby po

background image

popełniono zbrodnię i tam właśnie udał się Karl Dragosz, aby po
raz pierwszy zetknąć się z groźnymi złoczyńcami, których ujęcie
było jego zadaniem.

Na  kilka  godzin  przed  chwilą  kiedy,  uchylając  się  od

towarzystwa swego gospodarza, Karl Dragosz walczył ze swym
sumieniem  wobec  wiadomości  otrzymanych  od  Fryderyka
Uhlmana,  wóz  z  ciężkim  ładunkiem  zatrzymał  się  przed  nędzną
gospodą  położoną  u  stóp  jednego  ze  wzgórków,  które  łączą
górę Pilis z doliną Dunaju.

Położenie  tej  gospody  nadawało  się  bardzo  do  celów

handlowych,  stała  bowiem  przy  skrzyżowaniu  trzech  dróg,
wiodących  jedna  na  północ,  druga  na  południowy  —  wschód,
trzecia  na  północny  —  zachód.  Wszystkie  one  dochodziły  do
Dunaju,  północna  skręcała  przy  górze  Pilis;  południowo  —
wschodnia zaś przy mieście Gran. Gospoda więc położona była
poniekąd między ramionami wielkiego wodnego cyrkla i musiała
korzystać z przejeżdżających furmanek dostarczających łodziom
ładunku.

Dunaj,  który  od  Granu  płynie  wyraźnie  od  zachodu  na

wschód,  skręca  ku  południu  w  pewnej  odległości  od  dopływu
Ipoly,  po  czym  powraca  na  północ,  zakreśliwszy  półkole  o
małym  promieniu.  Ale  prawie  natychmiast  skręca  znów  w
kierunku  północ  —  południe,  w  którym  płynie  na  dłuższej
przestrzeni.

W  chwili  gdy  wózek  się  zatrzymał,  słońce  zaczęło  dopiero

wschodzić.  W  gospodzie  wszyscy  jeszcze  spali,  okiennice  były
szczelnie zamknięte.

—  Hola,  niech  kto  wyjdzie  —  zawołał  jeden  z  dwu  ludzi

background image

—  Hola,  niech  kto  wyjdzie  —  zawołał  jeden  z  dwu  ludzi

prowadzących wóz, stukając biczyskiem do drzwi.

—  Zaraz,  zaraz  —  odpowiedział  gospodarz  zbudzony

znienacka.  Po  chwili  rozwichrzona  głowa  ukazała  się  w  oknie
pierwszego piętra.

—  Czego  sobie  życzycie?  —  zapytał  właściciel  wcale

nieuprzejmie.

— Najpierw jeść, potem spać — rzekł woźnica.
—  Zaraz  —  powtórzył  gospodarz,  znikając  we  wnętrzu

domu.

Skoro  otworzono  bramę  wjazdową  i  wóz  wtoczył  się  na

podwórze, woźnice odprzęgłszy konie zaprowadzili je do stajni,
gdzie dano im pod dostatkiem obroku. Przez ten czas gospodarz
nie przestawał kręcić się koło swych rannych gości. Oczywiście
chodziło mu o wszczęcie rozmowy, ale furmani nie spieszyli się z
nią wcale.

— Przyjechaliście wczesnym rankiem, przyjaciele, musieliście

podróżować całą noc.

— Prawdopodobnie — odpowiedział jeden z nich.
— Daleko jedziecie?
—  Daleko  czy  blisko,  to  już  nasza  rzecz.  Gospodarz

zamilczał.

—  Po  co  dręczyć  tego  poczciwego  człowieka,  Voglu?  —

odezwał się woźnica, który dotąd nie otworzył ust. — Nie mamy
żadnego powodu ukrywać, że jedziemy do St. André.

—  Być  może,  że  nie  mamy  powodu  ukrywać  —  odparł

Vogel  opryskliwie  —  ale  to,  sądzę,  nikogo  nie  powinno
obchodzić.

background image

obchodzić.

—  Zapewne  —  przyznał  właściciel,  pochlebca,  jak  każdy

kupiec. — Jeżeli się pytałem, to tak sobie, dla rozmowy… Czy
panowie chcą zjeść cokolwiek?

— Tak — rzekł przystępniejszy z nich. — Daj nam słoniny,

chleba, szynki, kiełbasy, co zresztą masz.

Goście  widocznie  odbyli  daleką  podróż,  gdyż  rzucili  się

zgłodniali na posiłek, musieli również być bardzo zmęczeni, gdyż
natychmiast Po jedzeniu udali się na spoczynek, jeden z nich na
słomę w stajni Przy koniach, drugi pod płótnem wozu.

Wstali  w  południe,  żądając  nowego  posiłku,  który  podano

jak poprzednio w wielkiej izbie gospody. Wypoczęci przedłużyli
biesiadę, popijając na deser wódkę, znikającą jak woda w ich
wytrzymałych gardłach.

Po  południu  wiele  pojazdów  odwiedziło  gospodę,  a  także

niejeden przechodzień wstąpił do niej, aby wypić kieliszek. Byli
to  w  większości  znajomi  włościanie,  idący  lub  wracający  z
Granu,  z  sakwą  na  plecach  i  kosturem  w  ręku.  Gospodarz,  o
tęgiej głowie, jak tego wymagał zawód, pił do każdego klienta z
osobna. Sprzyjało to wielce jego interesom.

Przy  kieliszku  rozmowa  idzie  gładko,  rozmowa  zaś  osusza

gardło, stąd potrzeba nowych libacji.

Owego dnia szczególniej nie brak było tematu do rozmowy, i

zbrodnia  popełniona  dzisiejszej  nocy  omawiana  była  szeroko.
Nowinę przynieśli pierwsi przechodnie, a każdy z nich dodawał
jakiś szczegół lub też wyrażał swój pogląd osobisty.

Gospodarz zatem dowiedział się po kolei, że wspaniała willa

background image

Gospodarz zatem dowiedział się po kolei, że wspaniała willa

hrabiego  Hagueneau  oddalona  o  pięćset  metrów  od  brzegu
Dunaju, została doszczętnie ograbiona, że jej dozorca Christian
był ciężko raniony, że zbrodnia ta była prawdopodobnie dziełem
nieuchwytnej  bandy  złoczyńców,  którym  uszły  już  bezkarnie
liczne  zbrodnie;  że  wreszcie  policja  krążyła  po  okolicy  i  że
zbrodniarzy  poszukuje  brygada  niedawno  utworzona  dla
nadzoru rzeki.

Dwaj  woźnice  nie  mieszali  się  wcale  do  rozmowy,

przerywanej  często  różnymi  wykrzyknikami.  Trzymali  się  cicho
na  uboczu,  ale  1  przysłuchiwali  się  jej  uważnie,  nie  mogło
bowiem ich nie obchodzić to, co tak interesowało wszystkich.

Powoli jednak hałas ustał i około pół do siódmej wieczorem

znaleźli  się  znów  sami  w  wielkiej  izbie.  Jeden  z  nich  wezwał
natychmiast  gospodarza,  który  nie  omieszkał  zjawić  się
pospiesznie.

— Czego panowie sobie życzą? — spytał.
— Zjeść obiad.
— A później spać, zapewne? — pytał gospodarz.
— Nie,  gospodarzu  —  odpowiedział  bardziej  uprzejmy.  —

Mamy zamiar wyruszyć nocą…

— Nocą! — zdziwił się gospodarz.
— Ażeby — ciągnął dalej gość — móc zdążyć o świcie na

plac targu.

— W Saint–André?
—  Albo  w  Granie.  Zależeć  będzie  od  okoliczności.

Oczekujemy  tutaj  przyjaciela,  który  poszedł  zasięgnąć
wiadomości.  Ma  nam  powiedzieć,  gdzie  będziemy  mogli

background image

wiadomości.  Ma  nam  powiedzieć,  gdzie  będziemy  mogli
najkorzystniej pozbyć się naszych towarów.

Gospodarz oddalił się, aby przygotować posiłek.
—  Słyszałeś  Kaiserlick?  —  szepnął  młodszy  furman,

nachylając się nad towarzyszem.

— Tak.
— Napad odkryto.
— Czy spodziewałeś się, że się ukryje?
— I policja wszczęła śledztwo.
— Niech wszczyna.
— Pod kierunkiem Dragosza, mówią.
— To rzecz inna, Vogel. Moim zdaniem ci, co się obawiają

Dragosza, mogą spać spokojnie.

— Co przez to chcesz powiedzieć?
— To, co mówię.
— Dragosz byłby…
— Co?
— Usunięty?
—  Dowiesz  się  o  tym  jutro.  Tymczasem  ani  słowa  —

woźnica umilkł, widząc zbliżającego się gospodarza.

Oczekiwany  osobnik  przyszedł  dopiero  z  nadejściem  nocy.

Wszczęto krótką rozmowę.

—  Mówiono  tu,  że  policja  jest  na  tropie  —  rzekł  cichym

głosem Kaiserlick.

— Szuka, ale nie znajdzie.
— A Dragosz?
— Zamknięty…
— Kto tego dokonał?

background image

— Kto tego dokonał?
— Tisza.
— To dobrze… A my, co mamy robić?
— Zaprzęgać bezzwłocznie.
— Aby się udać…
— Do Saint–André, ale o pięćset metrów stąd cofniecie się.

Gospoda  będzie  jeszcze  zamknięta,  przemkniecie  się
niepostrzeżenie, i udacie się na północ. Kiedy będą was szukali
na jednym brzegu, wy będziecie na drugim.

— Gdzie stoi galar?
— W przystani Pilis.
— Tam mamy się zejść?
—  Nie,  nieco  bliżej,  na  polance,  po  lewej  stronie  drogi.

Znasz ją?

— Tak.
— Około piętnastu naszych tam się znajduje. Spotkacie ich.
— A ty?
—  Ja  wracam  zebrać  resztę  naszych,  pozostawiłem  ich

bowiem na straży. Przyprowadzę ich ze sobą.

— A zatem w drogę — rzekli woźnice.
W pięć minut później wóz zaturkotał. Gospodarz, stojąc przy

bramie, żegnał grzecznie klientów.

— Tak więc do Granu jedziecie? — spytał.
— Nie, do Saint–André, przyjacielu.
— Dobrej podróży, chłopcy! — rzekł gospodarz.
— Dziękujemy, towarzyszu.
Wóz potoczył się na prawo, kierując się na wschód w stronę

background image

Wóz potoczył się na prawo, kierując się na wschód w stronę

Saint–André.

Skoro  pojazd  znikł  z  oczu,  osobnik,  którego  oczekiwali

Kaiserlick i Vogel cały dzień, poszedł w kierunku przeciwnym,
drogą wiodącą do Gran.

Gospodarz  nie  zauważył  nawet  tego.  Nie  myśląc  wcale  o

przechodniach, których zapewne nie zobaczy już nigdy, zamknął
spiesznie bramę i udał się na spoczynek.

Wóz odbył spokojnie wskazanych pięćset metrów i stosując

się do danych — wskazówek zawrócił.

Dojechawszy  do  gospody,  byłby  ją  minął  bez  wypadku,

gdyby  nie  pies  leżący  na  środku  drogi,  który  się  zerwał
przestraszony i zaczął szczekać tak zajadle, że koń lejcowy rzucił
się w bok aż na skraj drogi, zerwawszy uprząż. Woźnice szybko
podążyli za nim i zaprzęgnąwszy go do wozu, znikli po raz wtóry
w mrokach nocy.

Było pół do jedenastej, gdy wóz zboczył do małego lasku po

lewej stronie drogi. Zatrzymano go niebawem.

— Kto jedzie? — spytał głos z ciemności.
— Kaiseriiek i Vogel — odpowiedziano z wozu.
— Możecie jechać — odezwał się głos.
Z  lasku  wóz  skręcił  na  polankę,  gdzie  na  trawie  spało  z

piętnastu ludzi.

— Przywódca jest? — spytał Kaiserlick.
— Nie jeszcze.
— Kazał nam czekać tu na siebie.
Po  półgodzinnym  oczekiwaniu  przywódca  zjawił  się  w

towarzystwie  dziesięciu  ludzi,  co  stanowiło  razem  liczbę

background image

towarzystwie  dziesięciu  ludzi,  co  stanowiło  razem  liczbę
dwudziestu  pięciu.  Był  to  ten  sam  osobnik,  który  przyszedł  do
gospody z nadejściem nocy.

— Czy są wszyscy? — spytał.
—  Wszyscy  —  odpowiedział  Kaiserlick,  który  się  cieszył

pewną powagą wśród bandytów.

— A Tisza?
— Jestem — odezwał się donośny głos.
— A więc? — spytał z niepokojem przywódca.
— Powodzenie na całej linii. Ptaszek jest w klatce na galarze.
— Ruszajmy w takim razie i pośpieszajmy — wydał rozkaz

przywódca.  —  Sześciu  ludzi  na  wywiadach,  reszta  w
ariergardzie,  wóz  w  środku.  Dunaj  stąd  niedaleko,
przeładowanie  towarów  nastąpi  szybko.  Vogel  następnie
odwiezie wóz, a tutejsi ludzie powrócą do siebie. Inni wsiądą na
galar.

Miano  zastosować  się  do  rozkazu,  gdy  jeden  z  ludzi,

pozostawionych na straży na drodze, przybiegł pośpiesznie.

— Baczność! — zawołał przytłumionym głosem.
— Co się stało? — spytał przywódca.
— Posłuchaj.
Wszyscy  nadstawili  uszu.  Dał  się  słyszeć  odgłos  kroków

kilkunastu  ludzi,  a  za  nim  przytłumione  głosy  w  odległości  nie
większej nad sto sążni.

—  Zatrzymajmy  się  na  polanie  —  rozkazał  przywódca.  —

Przejdą, nie spostrzegłszy nas.

Oczywiście  mrok  nocy  zasłaniał  ich  dostatecznie,  ale

nasuwało  się  inne  niebezpieczeństwo:  jeżeli,  nieszczęśliwym

background image

nasuwało  się  inne  niebezpieczeństwo:  jeżeli,  nieszczęśliwym
przypadkiem, był to oddział policji, to niezawodnie skieruje się
w  stronę  rzeki.  Być  może,  nie  dojrzy  on  galaru,  a  zresztą
odpowiednie  środki  ostrożności  zostały  przedsięwzięte.  Na
próżno agenci rewidowaliby galar od góry do dołu, nie znajdą w
nim  nic  podejrzanego.  Ale,  przypuściwszy,  że  oddział  nie
domyśli się istnienia galaru, to może zechce pozostać na czatach
w  okolicy  rzeki,  a  w  takim  razie  wyprowadzenie  wozu  będzie
niebezpieczną rzeczą.

Ostatecznie  trzeba  liczyć  się  z  okolicznościami  i  zastosować

się  do  biegu  wypadków.  Jeżeli  zajdzie  tego  potrzeba,
przeczekają  na  polance  cały  następny  dzień,  a  nocą  kilku  ludzi
uda  się  na  brzeg  Dunaju  upewnić  się,  czy  w  okolicy  nie  ma
policji.

Na razie najważniejszą rzeczą jest nie dać się wytropić i nie

obudzić czujności nadchodzącego oddziału.

Niebawem  oddział  zbliżył  się  ku  polance.  Pomimo  ciemnej

nocy  spostrzeżono,  że  składa  się  on  z  około  dziesięciu  ludzi,  a
pobrzękiwanie stali świadczyło, że są to ludzie uzbrojeni.

Minął  już  polankę,  kiedy  zaszedł  wypadek,  który  zmienił

całkowicie bieg rzeczy.

Jeden  z  koni,  przestraszony  odgłosem  kroków  ludzkich,

parsknąwszy, zarżał przeciągle, a w ślad za nim jego towarzysz.
Oddział zatrzymał się.

Była  to  rzeczywiście  policja,  zmierzająca  ku  rzece  pod

przewodnictwem  Karla  Dragosza,  który  przyszedł  zupełnie  do
siebie po rannym wypadku.

background image

Gdyby bandyci wiedzieli o tym szczególe, byliby może mniej

spokojni.  Ale,  jak  widzieliśmy,  przywódca  ich  był  pewny,  że
groźny  policjant  szkodzić  im  nie  może.  Dlaczego  mylił  się  tak
bardzo,  i  dlaczego  sądził,  że  nie  potrzebuje  obawiać  się
przeciwnika, który i znajdował się właśnie tuż przed nim, o tym
dowie się czytelnik z dalszego opowiadania.

Jak wiadomo, tego samego dnia z rana Karl Dragosz opuścił

barkę, dążąc z Fryderykiem Uhlmanem do wskazanego miejsca.
Po przejściu około trzechset metrów dwaj policjanci dostali się
do łodzi ukrytej w zaroślach, w którą wsiedli. Niebawem łódź,
kierowana silnymi rękami Uhlmana, przybiła do drugiego brzegu
rzeki.

—  Więc  to  na  prawym  brzegu  popełniono  zbrodnię?  —

spytał Karl Dragosz.

— Tak.
— W jakim kierunku?
— W górze rzeki. W okolicy Granu.
— Jak to w okolicy Granu? — zawołał Dragosz. — Czyś mi

nie mówił, że to jest niedaleko?

— Bo niedaleko — odparł Uhlman. — W każdym razie trzy

kilometry.

W  rzeczywistości  było  cztery  kilometry.  Odległość  ta  nie

mogła  być  przebyta  bez  trudności  przez  człowieka,  który
niedawno  uszedł  śmierci.  Karl  Dragosz  musiał  kilkakrotnie
odpoczywać,  by  nabrać  tchu.  Dopiero  o  trzeciej  po  południu
dotarli do willi hrabiego Hagueneau.

Gdy po wypiciu wzmacniającego trunku siły mu wróciły, Karl

background image

Gdy po wypiciu wzmacniającego trunku siły mu wróciły, Karl

Dragosz  przede  wszystkim  kazał  się  zaprowadzić  do  dozorcy
Christiana  Hoel.  Ranny,  opatrzony  kilka  godzin  temu  przez
chirurga  z  okolicy,  leżał  blady,  z  oczyma  zamkniętymi,  dysząc
ciężko. Chociaż rana jego była bardzo poważna, miano nadzieję,
iż z niej wyjdzie z warunkiem wszakże, że nie będzie się męczył.

Karl Dragosz wszakże zdołał wydobyć z niego wiadomości,

które  chory  wybełkotał  z  wolna  przytłumionym  głosem.  Po
cierpliwych  wysiłkach  dowiedział  się,  że  banda  złoczyńców,
składająca  się  co  najmniej  z  pięciu  czy  sześciu  ludzi,  wpadła
nocą  do  willi,  wyłamując  drzwi.  Dozorca,  obudzony  hałasem,
wstał,  lecz  wnet  został  rażony  w  plecy  sztyletem.  Nie  wiedział
przeto,  co  się  stało  dalej  i  nic  nie  mógł  powiedzieć  o
napastnikach.  Wiedział  tylko,  że  ich  przywódcą  jest  niejaki
Ladko,  gdyż  jego  towarzysze  wymawiali  kilkakrotnie  to
nazwisko z pewną, niewytłumaczalną chełpliwością. Co do tego
Ladki,  był  to  wysoki  chłop  w  masce  spod  której  wydobywała
się gęsta blond broda.

Ten  ostatni  szczegół  zaniepokoił  Karla  Dragosza.  Że  Ilia

Brusz  był  blondynem,  o  tym  nie  wątpił,  ale  blondyn  ten  miał
włosy przefarbowane na czarno, a barwa nie da się zmienić tak
łatwo,  jak  Peruka.  Rozważanie  tej  poważnej  trudności  Karl
Dragosz odłożył na później.

Dozorca Christian nie mógł dostarczyć dalszych wskazówek.

Nie  zauważył  nic,  co  by  tyczyło  innych  napastników,  zresztą
zamaskowanych jak ich przywódca.

Detektyw  po  tych  informacjach  zadał  kilka  pytań  o  samej

willi. Dowiedział się, że była urządzona z książęcym przepychem.

background image

willi. Dowiedział się, że była urządzona z książęcym przepychem.
Szuflady pełne były biżuterii, srebra i cennych przedmiotów, na
kominkach  i  meblach  stały  dzieła  sztuki,  na  ścianach  wisiały
gobelin)  i  obrazy  mistrzów.  Nawet  papiery  wartościowe
zawierała  kasa  ogniotrwała  na  pierwszym  piętrze.  Napastnicy
więc mieli zdobycz królewską.

Zresztą  Karl  Dragosz  mógł  się  o  tym  przekonać  sam,

zwiedzając mieszkanie. Był to niezmiernie metodyczny rabunek.
Złodzieje widać ludzie dobrego smaku, nie obarczali się rzeczami
mniejsze wartości. Tak więc zrabowane były po większej części
przedmioty  najcenniejsze,  ściany  były  ogołocone  z  gobelinów,
ramy z obrazów. Rabusie przywłaszczyli sobie nawet najdroższe
obicia i najpiękniejsze dywany. Kasa zaś była rozbita i znikła z
niej  cała  zawartość,  i  —  Nie  mogli  tego  zabrać  na  plecach  —
powiedział  sobie  Karl  Dragosz,  stwierdzając  rabunek.  —  Było
czym zapełnić cały wóz. Musimy ten wóz znaleźć.

Śledztwo zajęło wiele czasu. Nadeszła noc. Należało, o ile to

możliwe, natrafić na ślad wehikułu, którym, zdaniem policjanta,
posługiwać się musieli złodzieje. Dragosz wyszedł spiesznie.

Nie potrzebował zresztą szukać daleko potwierdzenia swych

słów. Na rozległym placu przed willą widniały głębokie ślady kół
wprost, przed wyłamanymi drzwiami, a w niedalekiej odległości
ziemia była zdeptana, jak to bywa, gdy konie długo czekają.

Obejrzawszy  wszystko  dokładnie,  udał  się  przed  żelazną

kratę  okalającą  plac,  przyjrzał  się  jej  badawczo,  następnie
wyszedł na drogę i przeszedłszy sto metrów, powrócił.

— Uhlman! — zawołał, wchodząc na plac.
—  Co  pan  każe?  —  spytał  tenże,  wychodząc  z  domu  i

background image

—  Co  pan  każe?  —  spytał  tenże,  wychodząc  z  domu  i

zbliżając się do naczelnika.

— Ilu mamy ludzi?
— Jedenastu.
— To mało.
—  Wszakże  —  rzekł  Uhlman  —  dozorca  Christian  mówił

tylko o pięciu czy sześciu napastnikach.

— Dozorca Christian wie swoje, a ja swoje. Mniejsza o to,

musimy  się  zadowolić  tym,  co  mamy.  Zostawisz  tu  jednego,
dziesięciu  weźmiesz  ze  sobą.  Z  nami  będzie  dwunastu.  Zawsze
to coś znaczy.

— Czy natrafił pan na jaki ślad? — spytał Uhlman.
— Wiem, gdzie są złodzieje, a przynajmniej z której strony.
— Czy mogę pana zapytać… — zaczął Uhlman.
—  Skąd  ta  pewność  —  dokończył  Dragosz.  —  Nic

prostszego.  Jest  to  nawet  dziecinne.  Powiedziałem  sobie,  że
zabrano  za  wiele  rzeczy,  aby  nie  potrzebowano  jakiegoś
wehikułu. Szukałem, więc go znalazłem. Jest to wóz o czterech
kołach,  zaprzężony  w  dwa  konie,  z  których  jednemu  brak
gwoździa u przedniej prawej nogi.

—  Jakim  sposobem  pan  się  o  tym  dowiedział?  —  spytał

zdumiony Uhlman.

—  Deszcz  padał  zeszłej  nocy,  więc  ziemia  nieco  jeszcze

wilgotna 

zachowała 

ślady 

podków. 

Tym 

sposobem

dowiedziałem się, że wóz skręcił na lewo, to jest w przeciwnym
do  Granu  kierunku.  Podążymy  za  nim  a  w  razie  potrzeby
odnajdziemy  ślad  konia  o  uszkodzonej  podkowie.  Nie

background image

odnajdziemy  ślad  konia  o  uszkodzonej  podkowie.  Nie
przypuszczam,  aby  nasze  zuchy  chciały  podróżować  dniem.
Zatrzymali  się  zapewne  gdzieś  do  wieczora.  Otóż,  okolica  nie
jest  zbyt  zamieszkała.  Domów  jest  niewiele.  Przeszukamy
wszystkie po drodze. Zbierz ludzi, bo noc nadchodzi i zwierzyna
wyjdzie z nory.

Karl Dragosz i jego oddział musieli długo iść, zanim natrafili

na  nowy  ślad.  Było  pół  do  jedenastej,  gdy  przeszukawszy
nadaremnie  dwie  czy  trzy  fermy,  doszli  do  gospody  przy
skrzyżowaniu  trzech  dróg,  gdzie  przebyli  woźnice  cały  dzień  i
skąd wyruszyli nie dalej jak trzy kwadranse temu. Karl Dragosz
zastukał mocno do bramy.

—  W  imię  prawa!  —  wymówił,  zobaczywszy  w  oknie

gospodarza, któremu nie było sądzone spać tego dnia spokojnie.

—  W  imię  prawa?  —  powtórzył  gospodarz,  przerażony  na

widok swego domu otoczonego tym licznym oddziałem. — Cóż
uczyniłem takiego?

— Zejdź,  a  powiemy  ci…  Tylko  nie  ociągaj  się  zbytnio  —

odparł  Dragosz  niecierpliwie.  Skoro  gospodarz  na  pół  ubrany,
otworzył bramę, policjant zaczął go pytać szybko: Czy był tu z
rana  wóz?  Ilu  ludzi  go  prowadziło?  Czy  zatrzymał  się?  Czy
odjechał i w jakim kierunku?

Nie  potrzebował  czekać  długo  na  odpowiedź.  Tak,  był  tu

wóz  z  rana.  Odjechał  wieczorem  i  to  dopiero  po  nadejściu
trzeciej  osoby,  na  którą  czekali  woźnice.  Pół  do  dziewiątej
wybiło, kiedy wyruszył w kierunku St. André.

— Saint–André? — nalegał Karl Dragosz. — Jesteś pewny?
— Pewny — potwierdził gospodarz.

background image

— Pewny — potwierdził gospodarz.
— Mówiono ci, czy widziałeś sam?
— Widziałem sam.
— Hum!… — mruknął Karl Dragosz i dodał: — To dobrze.

Idź spać i trzymaj język za zębami.

Gospodarz nie czekał powtórnego polecenia. Zamknął drzwi

i oddział został sam na drodze.

— Zaczekajcie! — rozkazał Karl Dragosz.
Policjanci zatrzymali się, ich naczelnik z latarką w ręku badał

starannie grunt.

Z  początku  nie  zauważył  nic  podejrzanego,  dopóki  nie

doszedł do zbocza drogi. W tym miejscu, gdzie zwykle rzadziej
przejeżdżają pojazdy, ziemia jest mniej zbita i łatwiej zachowuje
wszelkie ślady. Karl Dragosz dostrzegł za pierwszym wejrzeniem
ślad  uszkodzonej  podkowy  i  stwierdził,  że  czteronożny  jej
posiadacz nie skierował się ani do Saint — André, ani do Granu,
lecz  wprost  do  rzeki  drogą  północną.  W  tym  też  kierunku
poszedł Dragosz ze swym oddziałem.

Około  trzech  kilometrów  szli  bez  wypadku  okolicą  zupełnie

pustą,  gdy  z  lewej  strony  rzeki  dało  się  słyszeć  rżenie  konia.
Wstrzymując ruchem pochód oddziału, Karl Dragosz zbliżył siej
do  skraju  małego  lasu,  który  odbijał  się  niewyraźnie  w  cieniu
nocy.

— Kto tam? — spytał silnym głosem.
Żadnej  odpowiedzi.  Wtedy  jeden  z  agentów  na  dany  znak,

zapalił smołową pochodnię. Jasny płomień zaświecił podczas tej
bezksiężycowej  nocy,  ale  jego  światło  nikło  w  ciemności
wzmożonej jeszcze przez cień drzew.

background image

wzmożonej jeszcze przez cień drzew.

—  Naprzód!  —  zakomenderował  Dragosz,  wchodząc  do

lasku na czele oddziału.

Ale lasek miał obrońców. Zaledwie przeszli jego skraj, kiedy

rozkazujący głos zawołał:

— Ani kroku dalej albo strzelimy!
Groźba ta nie była w stanie przestraszyć Karla Dragosza, tym

bardziej,  że  przy  słabym  świetle  pochodni  zamajaczyła  mu
nieruchoma  masa,  prawdopodobnie  wozu,  otoczonego  ludźmi,
których liczby określić nie mógł.

— Naprzód! — zakomenderował na nowo.
Na to słowo oddział począł posuwać się bardzo niepewnie w

tym  nieznanym  lesie.  Na  dobitek  pochodnia  nagle  zgasła,
wyrwana z rąk niosącego. Zapanował głęboki mrok.

—  Niezręczny!  —  zawołał  gniewnie  Dragosz.  —  Światła

Frantz!… Światła!

Gniew  jego  był  tym  żywszy,  że  przy  świetle  gasnącej

pochodni  dojrzał  jak  gdyby  ruch  oddalającego  się  wozu.  O
pogoni za nim mowy być nie mogło. Oddział policji natknął się
na żywy mur ludzki. Każdemu policjantowi przeciwstawiało się
dwu  lub  trzech  przeciwników  i  Dragosz  zrozumiał  nieco  za
późno,  że  nie  rozporządza  dostateczną  liczbą  ludzi,  aby
zapewnić  sobie  zwycięstwo.  Dotąd  nie  było  ani  jednego
wystrzału jak z jednej tak i z drugiej strony.

— Tisza! — zawołał głos wśród nocy.
— Jestem! — odpowiedziano.
— Wóz…

background image

— Wóz…
— Odjechał.
— A zatem należy z tym skończyć.
Karl Dragosz zapamiętał na zawsze te głosy.
Po  tym  krótkim  dialogu  nastąpiły  strzały,  wstrząsające

powietrze  swym  suchym  odgłosem.  Kule  dosięgły  kilku
policjantów. Karl Dragosz, zdając sobie sprawę, że dalszy upór
byłby szaleństwem, dał hasło odwrotu.

Oddział  wyszedł  na  drogę.  Zwycięzcy  nie  odważyli  się

podążyć  za  nim  i  wkrótce  wróciło  wszystko  do  dawnego
spokoju.

Zajęto się najpierw rannymi. Było ich trzech, zresztą bardzo

lekko  rannych.  Po  pobieżnym  opatrzeniu  odesłano  ich  z
powrotem pod nadzorem czterech towarzyszy. Dragosz wraz z
Uhlmanem i trzema pozostałymi policjantami udał się polami ku
rzece, skręcając w kierunku Granu.

Z  łatwością  odnalazł  łódkę,  którą  przyjechał  kilka  godzin

temu.  Wszyscy  wsiedli  do  niej,  aby  wylądować  na  lewym
brzegu.

Niepowodzenie Karla Dragosza pobudziło go do odwetu. Że

Ilia Brusz i zbyt głośny Ladko byli tą samą osobą, to nie ulegało
już  dla  niego  żadnej  wątpliwości,  i  że  zbrodnia  popełniona
przeszłej nocy była dziełem towarzysza podróży, był zupełnie o
tym  przekonany.  Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  Ilia
Brusz, ukrywszy swą zdobycz i nie przypuszczając nawet, że jest
odkryty, niechybnie powróci na swe stanowisko i nadal zechce
odgrywać  rolę  rybaka,  która  pozwoliła  mu  dotychczas
wyprowadzać w pole policję. Przed świtem znajdzie się w swej

background image

wyprowadzać w pole policję. Przed świtem znajdzie się w swej
barce, gdzie oczekiwać będzie towarzysza tak jakby to uczynił
nieszkodliwy i uczciwy człowiek.

Ale na czatach będzie pięciu ludzi. Tych pięciu, zwyciężonych

przez Ladkę i jego bandę, z łatwością pokona jego opór dzięki
odosobnieniu do którego zmusza go rola rybaka Ilii Brusza.

Plan  ten  dobrze  obmyślony  nie  mógł  być,  niestety,

urzeczywistniony.  Karl  Dragosz  i  jego  ludzie  na  próżno  szukali
barki rybaka.

Wprawdzie  trudno  było  detektywowi  i  jego  podwładnemu

odnaleźć  miejsce,  gdzie  stała  barka,  ale  śladu  barki  nie  było.
Łódź znikła, a wraz z nią Ilia Brusz.

Karl  Dragosz  stanowczo  był  wyprowadzony  w  pole,  co  go

srodze gniewało.

— Fryderyku  —  rzekł  —  jestem  zupełnie  wyczerpany  i  nie

mógłbym  iść  dalej.  Położymy  się  w  trawie,  aby  odzyskać  siły.
Ale jeden z naszych ludzi pojedzie natychmiast łódką do Granu.
Skoro  tylko  otworzą  biuro,  poda  telegram.  Zapal  pochodnię.
Będę dyktował. Pisz.

Fryderyk Uhlman usłuchał w milczeniu.
Zbrodnia  popełniona  tej  nocy  w  okolicy  Gran.  Łup  na

galarze. Nakazane rewizje ściśle przeprowadzić.

— Oto jeden. Teraz drugi.
Nakaz  aresztowania  niejakiego  Ladki,  podającego  się

fałszywie  za  Ilię  Brusza,  laureata  Ligi  Naddunajskiej  na
ostatnim  konkursie  w  Sigmaringen,  ów  Ladko  alias  Ilia
Brusz oskarżony o zbrodnie grabieży i morderstw.

—  Niech  te  telegramy  zostaną  rozesłane  jak  najprędzej  do

background image

—  Niech  te  telegramy  zostaną  rozesłane  jak  najprędzej  do

wszyst  kich  miejscowości  nadbrzeżnych  bez  wyjątku  —
rozkazał Karl! Dragosz, wyciągając się wyczerpany na ziemi.

X
Uwięziony

 

Uważamy za wskazane podać do wiadomości czytelnika, że

podejrzenia  Karla  Dragosza  nie  były  zupełnie  bezpodstawne.
Wizerunek znaleziony potwierdzał je z całą słusznością. Pod tym
względem  przynajmniej  nie  mylił  się.  Tak,  Ilia  Brusz  i  Sergiusz
Ladko byli tą samą osobą.

Mylił się jednak i to bardzo poważnie w przypuszczeniu, że

jego towarzysz podróży był sprawcą szeregu grabieży i zbrodni,
dokonywanych przez tyle miesięcy w okolicach naddunajskich, a
w szczególności ostatniego napadu na willę hrabiego Hagueneau
i  targnięcia  się  na  życie  dozorcy  Christiana.  Ladko  zresztą  był
daleki  od  przypuszczenia,  że  jego  towarzysz  podejrzewał  go  o
to. Wiedział tylko jedno, to, że jego nazwiskiem posługiwał się
głośny  zbrodniarz.  Zrozumieć  wszakże  nie  był  w  stanie,  jakim
sposobem mogło się to stać.

Zaniepokojony z początku tym groźnym sobowtórem, który

w  dodatku  był  jego  ziomkiem,  zapanował  wkrótce  nad  tą
instynktowną trwogą.

Cóż go mógł obchodzić złoczyńca, z którym oprócz nazwiska

background image

Cóż go mógł obchodzić złoczyńca, z którym oprócz nazwiska

nie miał nic wspólnego?

Był niewinny, więc czego miał się obawiać? A że nie popełnił

żadnej z tych zbrodni, było rzeczą niezaprzeczoną.

Sergiusz  Ladko  zatem  —  posługiwać  się  będziemy  odtąd

jego  prawdziwym  nazwiskiem  —  bez  najmniejszej  obawy
wyruszył  do  Szalki  poprzedniej  nocy,  tak  jak  to  było  jego
zamiarem.  W  Szalce  bowiem  przebywał  stale  po  wyjeździe  z
Ruszczuku i tam właśnie oczekiwał od wielu tygodni wiadomości
od swej ukochanej żony.

Jak  już  wiadomo,  oczekiwanie  to  doprowadziło  go  do

rozpaczliwego  wysiłku  dostania  się  incognito  do  Bułgarii,  gdy
przypadkiem  wpadł  mu  w  ręce  numer  „Pester–Lloydu”,  w
którym  ogłoszono  z  całym  rozgłosem  o  konkursie  rybackim  w
Sigmaringen.  Przeczytawszy  to,  Sergiusz  Ladko,  zarówno
zręczny  rybak,  jak  znany  sternik,  powziął  nagle  myśl,  której
niezwykły 

pomysł 

mógł 

zapewnić 

urzeczywistnienie

upragnionego celu.

Pod nazwiskiem Ilia Brusz, jedynym którym się posługiwał w

Szalce, zapisze się do Ligi Naddunajskiej, weźmie udział w koi
kursie  i  dzięki  swemu  mistrzostwu  w  rybołówstwie,  zdobędą
pierwszą  nagrodę.  Zdobywszy  tym  sposobem  nieco  rozgłosu,
ogłosi  swój  zamiar  przebycia  Dunaju  od  źródła  do  ujścia  z
wędką  w  ręku,  budząc  ogólne  zainteresowanie.  Nie  ulegało
bowiem  wątpliwości,  że  ten  projekt  poruszy  świat  rybacki  i
zwróci na niego uwagę reszty publiczności.

Gdy  w  ten  sposób  zdobędzie  niezaprzeczone  stanowisko

społeczne,  rozgłos  bowiem  budzi  ślepe  zaufanie  do  człowieka,

background image

społeczne,  rozgłos  bowiem  budzi  ślepe  zaufanie  do  człowieka,
wyruszy  w  swą  naddunajską  podróż.  Oczywiście  przyśpieszać
będzie  bieg  swej  łodzi,  łowiąc  ryby  tylko  z  konieczności  dla
zachowania pozorów. W każdym razie postara się, żeby o nim
mówiono przez cały czas podróży tak, iżby mógł wylądować w
Ruszczuku pod osłoną zapewnionego rozgłosu.

Ale  dla  powodzenia  tego  przedsięwzięcia  było  rzeczą

konieczną,  aby  nikt  nie  podejrzewał  prawdziwości  jego
nazwiska  i  nikt  w  rybaku  nie  dopatrzył  się  sternika  Sergiusza
Ladki.

Pierwszy  warunek  nie  przedstawiał  trudności.  Dość  było

utrzymać się w roli laureata Ligi Naddunajskiej. Sergiusz Ladko
przysiągł  sobie,  że  w  żadnym  wypadku  nie  zejdzie  ze  swego
stanowiska.  Zresztą  należało  przypuszczać,  iż  podróż  ta,  choć
wolna,  lecz  bezpieczna,  nie  nastręczy  mu  nieszczęśliwej
sposobności do złamania przysięgi.

Drugi warunek był jeszcze prostszy. Wymagał tylko ogolenia

brody,  przefarbowania  włosów  i  dużych  czarnych  szkieł  dla
ukrycia  oczu.  Sergiusz  Ladko  nie  omieszkał  zastosować  tych
zabiegów w nocy przed wyjazdem i gdy przed świtem wyruszył
w drogę, zmienił się nie do poznania.

W  Sigmaringen  wszystko  poszło  po  jego  myśli.  Zdobył

pierwszą  nagrodę,  projekt  jego  był  przychylnie  przyjęty  przez
publiczność i prasę okolic naddunajskich. Zyskawszy rozgłos na
tyle,  iż  nie  potrzebował  obawiać  się,  aby  tożsamość  jego
nazwiska wzbudzała podejrzenie, będąc skądinąd pewny, że w
razie  potrzeby  koledzy  Ligi  Naddunajskiej,  rozproszeni  wzdłuż

background image

razie  potrzeby  koledzy  Ligi  Naddunajskiej,  rozproszeni  wzdłuż
rzeki, nie odmówią mu swej pomocy, Sergiusz Ladko popłynął z
prądem.

W  Ulm  doznał  pierwszego  rozczarowania,  stwierdzając,  że

jego  względna  sława  nie  zabezpiecza  go  przed  ciekawością
policji. Toteż skwapliwie przyjął pasażera, który miał papiery w
porządku  i  do  którego  policja  zwracała  się  z  pewnym
szacunkiem.  Zapewne  w  Ruszczuku,  gdzie  jego  rola  miała  być
skończona,  obecność  pasażera  mogła  być  dla  niego  uciążliwą.
Ale wtedy wyjaśni on wszystko, do tego zaś czasu powiększały
się  szansę  szczęśliwego  odbycia  podróży,  na  której  mu  tak
bardzo zależało.

Natomiast  tożsamość  jego  nazwiska  i  pochodzenia  z

nazwiskiem  i  pochodzeniem  groźnego  bandyty,  nie  mogła  być
przyjemna  dla  Sergiusza  Ladki.  Nie  mógł  nie  wiedzieć,  że
podobny  zbieg  okoliczności  narażał  go  na  różnego  rodzaju
godne pożałowania pomyłki.

Istotnie jego nazwisko mogło być odkryte, a wtedy nie tylko

wylądowanie  w  Ruszczuku  będzie  wielce  utrudnione,  lecz
należało również obawiać się nieprzewidzianych komplikacji.

Sergiusz  Ladko  jednak  był  bezsilny  wobec  tego  wypadku.

Zresztą  starał  się  o  nim  nie  myśleć.  Wszak  było  mało
prawdopodobne,  ażeby  policja  bez  szczególnego  powodu
zwracać miała uwagę na zwykłego rybaka, a przede wszystkim
na rybaka uwieńczonego na konkursie w Sigmaringen.

Po zachodzie słońca Sergiusz Ladko stanął w swym domu w

Szalce,  ale  ze  smutkiem  stwierdził,  że  żadnych  wiadomości  od
żony nie było. Przed świtem więc wyruszył w powrotną drogę,

background image

żony nie było. Przed świtem więc wyruszył w powrotną drogę,
niepostrzeżony przez nikogo. Rozpacz jego nie miała granic. Co
znaczyło to przewlekłe milczenie? Dlaczego od dwu miesięcy nie
ma od żony ani słówka? Co się z nią stało? Podczas zamieszek o
nieszczęście  nietrudno  i  sternik  pytał  się  z  goryczą,  czy  nie  za
późno przybędzie do Ruszczuku.

Myśl  ta,  trafiając  w  samo  serce,  równocześnie  wzmogła

krzepkość  Jego  mięśni.  Nadzieja  dodała  mu  siły,  gdy
wyjeżdżając z Granu walczył z nawałnicą i huraganem. Rozpacz
przyśpieszała  jego  kroki,  gdy  wracał  do  barki  z  trunkiem  dla
towarzysza.

Lecz  jakież  było  jego  zdziwienie,  gdy  nie  zastał  chorego!

Zostawiona  kartka  nie  uspokoiła  go  bynajmniej.  Jakiż  nagły
powód  mógł  zmusić  p.  Jaegera  do  opuszczenia  barki  pomimo
osłabienia  Czyż  mieszkaniec  Wiednia  mógł  mieć  do  załatwienia
jakieś pilne sprawy tu, w tej pustej okolicy, z dala od wszelkiego
zamieszkałej  środowiska?  Sternik  na  próżno  gubił  się  w
domysłach.

Jakąkolwiek  była  przyczyna  nieobecności  p.  Jaegera,  w

każdym razie przedłużała podróż i tak już zbyt długą. Bez tego
nieprzewidzianego  wypadku  łódź  do  wieczora  zbliżyłaby  go  o
kilka kilometrów do celu podróży.

Miał  nieprzepartą  chęć,  nie  zważając  na  prośbę  towarzysz

wyruszyć  w  dalszą  drogę,  której  cel  przyciągał  go  jak  magnes
żelazo. Sternik jednak poskromił swoją niecierpliwość. Czuł się
związani z towarzyszem i lepiej było stracić dzień, niż narażać się
na  spory?  Zresztą  czas  ten  nie  będzie  stracony.  Barka,
uszkodzona  nawałnicą,  wymagała  pewnej  naprawy  i

background image

uszkodzona  nawałnicą,  wymagała  pewnej  naprawy  i
przyprowadzenia do porządki na co nie zostało za wiele czasu.

Sergiusz Ladko zajął się najpierw uporządkowaniem skrzyni

których  zawartość  była  w  nieładzie  po  bezowocnym  szukaniu
lekarstwa  dla  towarzysza.  Załatwiłby  się  z  tym  prędko,  gdyby
wzrok  jego  nie  padł  na  portfel  tak  pożądliwie  oglądany  przez
detektywa! Otworzył go, jak to uczynił policjant, ale z uczuciem
zgoła odmiennym, i wyciągnął zeń wizerunek z czułym podpisem,
który mu wręczyła żona w chwili rozstania.

Długo  wpatrywał  się  w  to  drogie  oblicze.  Natasza!  Tak  to

była ona!… To były jej drogie rysy, jej oczy szlachetne, usta na
pół; otwarte, jak gdyby miały przemówić!…

Z westchnieniem włożył drogi wizerunek do portfela, portfel

do  skrzyni,  skrzynię  zamknął,  klucz  włożył  do  kieszeni  i
wyszedłszy z budki, wziął się do innej pracy.

Ale zajęcie mu nie szło. Wkrótce ręce opadły mu bezczynnie,

więc  siedząc  na  jednej  z  ławek,  z  plecami  odwróconymi  do
brzegu,  wpatrywał  się  w  rzekę.  Myśl  przeniosła  go  do
Ruszczuku.  Zobaczył  żonę,  dom  pełen  wesela  i  piosenek…
Oczywiście,  nie  żałował  niczego.  Gdyby  było  potrzeba,
poświęciłby powtórnie swe własne szczęście dla dobra ojczyzny.
Ale ból go przejmował na myśl, że tak straszne poświęcenie było
całkiem nieużyteczne!

Powstanie  wybuchło  za  wcześnie  i  zostało  stłumione  w

zarodku.  Ile  lat  Bułgaria  jęczeć  jeszcze  będzie  pod  obuchem
ciemięzców?  Czy  będzie  mógł  powrócić,  a  jeżeli  powróci,  czy
zastanie  tę,  którą  milował?  Czy  Turcy  nie  pochwycili  jej  jako

background image

zastanie  tę,  którą  milował?  Czy  Turcy  nie  pochwycili  jej  jako
zakładniczki, żony jednego z ich nąjzacieklejszych wrogów? A w
takim razie, co uczynili z Nataszą?

Niestety!  Dramat  rodzinny  gubił  się  w  ogólnym  wstrząsie

prowincji bałkańskiej. Jak mało ważyło nieszczęście dwu istot w
klęsce  całego  narodu!  Cały  półwysep  zaległy  hordy  okrutne.
Ziemia  uginała  się  pod  dzikim  tętentem  koni,  najbiedniejsze
miasteczko nie uniknęło grabieży i wojny.

Naprzeciw  kolosa  tureckiego  stały  dwa  pigmeje:  Serbia  i

Czarnogóra.  Czyż  te  dwa  Dawidy  mogły  pokonać  Goliata?
Ladko rozumiał dobrze, jak dalece gra jest nierówna i całą swą
nadzieję  zwracał  ku  ojcu  wszystkich  Słowian,  carowi
rosyjskiemu,  który  może  kiedyś  raczy  wyciągnąć  rękę  potężną
ku synom uciśnionym.

Zatopiony w swych myślach Sergiusz Ladko zapomniał, gdzie

się  znajduje.  Gdyby  pułk  cały  przeszedł  za  nim  na  brzegu,  nie
obróciłby  się,  tym  bardziej  nie  zauważył  przybycia  trzech  ludzi,
którzy ostrożnie zbliżali się do łódki.

Ale  Ladko  ich  nie  widział,  oni  za  to  spostrzegli  go,  skoro

barka  ukazała  się  na  zakręcie  rzeki.  Trójka  ta  zatrzymała  się
natychmiast i odbyła cichą naradę.

Jednego z trzech przybyszów czytelnicy już znają z Wiednia.

Jest  to  Tisza,  który  wraz  z  towarzyszem  podążył  za  Karlem
Dragoszem,  gdy  detektyw  z  kolei  dążył  za  Ilią  Bruszem,
odbywającym  swą  niewinną  wycieczkę  do  jednego  z
pośredników w dostarczaniu broni dla Bułgarii. Szpiegowanie to
doprowadziło  obu  ludzi  do  barki.  Byli  oni  pewni,  że  odkryli
pływającą  siedzibę  policjanta,  postanowili  skorzystać  z  tego

background image

pływającą  siedzibę  policjanta,  postanowili  skorzystać  z  tego
odkrycia. I po to obecnie przyszli.

Trzej bandyci ukryci w trawie, śledzili Sergiusza Ladkę. On

jednak  zatopiony  cały  w  swych  myślach,  nie  przeczuwał
bliskiego  niebezpieczeństwa.  Niebezpieczeństwo  było  wielkie,
ludzie  ci  bowiem  należeli  do  słynnej  bandy  naddunajskiej  i
spotkanie  z  nimi  w  odludnym  miejscu  przyjemnością  być  nie
mogło.

Tisza  nawet  był  jednym  z  ważniejszych  członków  bandy,

uważany  za  pierwszego  po  przywódcy,  którego  czyny  okryły
smutną sławą nazwisko sternika. Dwaj inni, Sakmann i Zerlang
byli tylko jegc pomocnikami.

— To  on!  —  mruknął  Tisza,  wstrzymując  ręką  towarzyszy,

skoro tylko dojrzał barkę.

— Dragosz? — spytał Sakman.
— Tak.
— Jesteś pewny?
— Najzupełniej.
— Ale nie widzisz jego twarzy, gdyż jest obrócony — mówił

Zerlang.

— Niewiele by mi to pomogło — odparł Tisza. — Nie znam

go. Zaledwie ujrzałem go w Wiedniu.

— W takim razie!…
—  Ale  poznaję  doskonale  łódkę  —  przerwał  mu  Tisza.  —

Napatrzyliśmy  się  na  nią  do  woli,  Ladko  i  ja,  stojąc  w  tłumie.
Jest pewny, że się nie mylę.

— W drogę zatem! — zawołał jeden z nich.
—  W  drogę  —  powtórzył  Tisza,  rozwijając  zawiniątko,

background image

—  W  drogę  —  powtórzył  Tisza,  rozwijając  zawiniątko,

której trzymał pod pachą.

Sternik, jak już wspominaliśmy, nie domyślał się, że jest tak

pilniej śledzony. Nie słyszał zbliżania się ludzi, nie słyszał również,
jak tłumiąc odgłos kroków w gęstej trawie znaleźli się tuż przy
barce. Zatopiony w swym marzeniu pozwolił myśli swej płynąć
wraz z prądem do żony i kraju.

Nagle  mnóstwo  splątanych  więzów  otoczyło  go,  oślepiając,

paraliżując i dusząc.

Zerwawszy  się  odruchowo,  zaczął  się  miotać  instynktownie,

tracąc swe siły, gdy gwałtowne uderzenie w głowę powaliło go
na  wpół  omdlałego  na  dno  barki.  W  każdym  razie  miał  czas
dostrzec,  że  jest  uwięziony  w  rodzaju  dużej  siatki,  zwanej
krogulcem, którą nieraz sam posługiwał się do połowu ryb.

Po powrocie do przytomności Sergiusz Ladko zauważył, że

nie  otacza  go  już  siatka,  natomiast  związany  jest  kilkakrotnie
silnym powrozem tak dalece, iż nie mógł uczynić najmniejszego
ruchu,  w  ustach  zaś  miał  knebel,  a  na  oczach  nieprzeniknioną
opaskę.

Pierwszym  wrażeniem  Sergiusza  Ladki  po  odzyskaniu

przytomności było nadzwyczajne osłupienie. Co się z nim stało?
Co  znaczył  ten  niewytłumaczony  napad  i  co  zamierzają  z  nim
uczynić? O tyle się uspokoił, że jeżeli mieli go zabić, byłoby już
po  fakcie.  Skoro  żyje,  to  znaczy,  nie  o  jego  życie  chodzi
napastnikom, lecz o jego osobę.

Ale w jakim celu?
Nie  znalazł  odpowiedzi.  Gdyby  to  byli  złodzieje,  nie

background image

potrzebowali  trudzić  się  wiązaniem  go.  Cios  zadany  nożem
wystarczyłby  zupełnie.  Zresztą  najnędzniejszego  złodzieja  nie
skusiłaby tak biedna zawartość łodzi.

Ale może to zemsta. Tym mniejsze prawdopodobieństwo, Ilia

Brusz  wrogów  nie  miał.  Jedyni  nieprzyjaciele  Ladki,  Turcy,  nie
mogli  wiedzieć,  że  patriota  bułgarski  kryje  się  pod  nazwiskiem
rybaka,  a  nawet  gdyby  im  o  tym  doniesiono,  nie  był  dość
znaczną  osobistością,  aby  dopuścili  się  tego  gwałtu,  z  dala  od
granicy,  w  samym  sercu Austrii.  Zresztą  Turcy  byliby  go  zabili
jeszcze pewniej niż zwykli złodzieje.

Nie mogąc rozwiązać zagadki, Sergiusz Ladko jako człowiek

praktyczny  zaniechał  wgłębiania  się  w  nią  i  zwrócił  całą  swą
uwagę  na  to,  co  miało  nastąpić,  jak  również  zaczął  szukać
sposobu ocalenia, o ile to było możliwe.

Położenie, w którym się znajdował, nie było odpowiednie do

obserwacji.  Skrępowany  powrozem  nie  mógł  się  poruszyć,  a
gęsta  zasłona  na  oczach  nie  pozwalała  mu  rozróżnić  dnia  od
nocy.  Wytężając  słuch  mógł  tylko  stwierdzić,  że  leży  na  dnie
barki,  bez  wątpienia  jego  własnej,  i  że  ta  barka  płynie  z  całą
szybkością  pod  naciskiem  silnych  rąk.  Słyszał  tarcie  wioseł  o
brzeg łodzi i szmer pluskającej wody.

W  jakim  kierunku  zdążano?  Łatwo  się  o  tym  przekonał,

czując znaczną różnicę temperatury między prawą a lewą stroną
swego ciała. Z ruchów barki przy każdym uderzeniu wiosła mógł
wnioskować,  że  leży  w  kierunku  prądu,  a  że  słońce  w  chwili
napadu  nie  było  bardzo  oddalone  od  południa,  mógł  łatwo
stwierdzić, że połowa ciała była w cieniu spowodowanym ścianą

background image

stwierdzić, że połowa ciała była w cieniu spowodowanym ścianą
barki, i że łódź Płynęła od zachodu na wschód, czyli z prądem,
jak to było, gdy nią rozporządzał prawny jej właściciel.

Panowało zupełne milczenie. Żaden głos ludzki nie dochodził

jego  uszu,  oprócz  okrzyku han! przy  naciskaniu  wioseł.  Po
blisko  Półtoragodzinnej  żegludze  uczuł  działanie  słońca  na  swej
twarzy i to upewniło go, że skręcano na południe. Sternika nie
dziwiło  bynajmniej.  Jego  dokładna  znajomość  rzeki,  wskazała
mu,  kierowano  się  ku  górze  Pilis.  Wkrótce  zapewne  powrócą
znów na wschód, po czym na północ aż do miejsca, gdzie Dunaj
zdąża proste do Półwyspu Bałkańskiego.

Przypuszczenia jego sprawdziły się tylko po części. W chwili

gdy  Sergiusz  Ladko  stwierdził,  że  znajdują  się  w  środku
przystani góry Pilis, ustał nagle ruch wioseł. Łódź posuwała się
sama, a jakiś głos odezwał się.

—  Bierz  bosak!  —  rozkazał  jeden  z  niewidzianych

napastników.

Prawie natychmiast nastąpiło wstrząśnienie, po nim zaś zgrzyt,

jaki wydaje łódź ocierająca się o ciało twarde, po czym Sergiusz
Ladko został uniesiony i przerzucany z rąk do rąk.

Widocznie barka zetknęła się z inną o większych rozmiarach,

na którą więzień został wciągnięty na kształt pakunku. Sergiusz
Ladko  na  próżno  nadstawiał  ucha.  Ani  słowo  nie  zostało
wymówione.  Obecności  dozorców  domyślić  się  było  można
tylko z ruchu ich brutalnych rąk i głębokiego oddechu ich piersi.

Zresztą,  szamotany  na  wszystkie  strony  Sergiusz  Ladko  nie

miał czasu do rozmyślań. Po wzniesieniu spuszczono go wzdłuż
drabiny,  która  mu  niemiłosiernie  poraniła  plecy.  Po  szarpaniu

background image

drabiny,  która  mu  niemiłosiernie  poraniła  plecy.  Po  szarpaniu
poznał,  że  przeciskają  go  przez  wąski  otwór.  Wreszcie  po
zerwaniu mu opaski i knebla, rzucono go jak ładunek, po czym
zamknięto nad nim wieko z głuchym trzaskiem.

Sergiusz Ladko potrzebował dłuższego czasu, aby przyjść do

siebie.  Stwierdził  wtedy,  że  położenie  jego  wcale  się  nie
polepszyło, choć uzyskał mowę i wzrok. Jeżeli zdjęto mu knebel,
to dlatego że nikt jego wołania nie mógł usłyszeć, ze wzroku zaś
korzystać  nie  mógł,  gdyż  otaczały  go  ciemności.  I  to  jakie
ciemności!  Więzień  wywnioskował  z  doznanych  wrażeń,  że
znajduje  się  na  spodzie  statku.  Na  próżno  jednak  wypatrywał
jakiegokolwiek promienia światła przenikającego deski. Nic nie
rozróżniał. Nie był to mrok piwniczny, w którym wzrok dojrzeć
może  słaby  odbłysk  światła,  był  to  mrok  absolutny,  dający  się
porównać tylko z ciemnością grobu. Ile godzin minęło? Sergiusz
Ladko przypuszczał, że musi być północ, gdy hałas, zagłuszony
odległością,  doszedł  do  jego  uszu.  Biegano,  tupano  nogami.
Hałas  stał  się  wyraźniejszy.  Ciężkie  pakunki  przesuwały  się  tuż
nad  jego  głową  i  mógłby  przysiąc,  że  zaledwie  grubość  deski
dzieli go od tego ruchu.

Hałas  zbliżył  się  jeszcze  bardziej.  Rozmawiano  w  pobliżu,

zapewne za jedną ze ścian tworzących jego więzienie, ale słów
zupełnie nie mógł uchwycić.

Wkrótce  zresztą  hałas  ustał  i  znów  wśród  milczenia  leżał  w

zupełnej ciemności nieszczęśliwy sternik.

Sergiusz Ladko zasnął.

background image

XI
W mocy wroga

 

Po  odwrocie  Karla  Dragosza,  zwycięzcy  bandyci  pozostali

czas  jakiś  na  miejscu,  spodziewając  się  możliwego  powrotu
policji.  Wóz  tymczasem  oddalał  się  w  kierunku  rzeki.  Skoro
jednak  mijający  czas  upewnił  ich  o  ostatecznym  cofnięciu  się
oddziału, bandyci wyruszyli; w drogę.

Wkrótce  dotarli  do  rzeki  oddalonej  o  niespełna  pięćset

metrów.  Wóz  już  stał  na  miejscu  naprzeciwko  galaru,
zarysowującego się swą ciemną masą o kilka metrów od brzegu.

Odległość była nieznaczna, rąk zaś nie brakło. W przeciągu

krótkiego  czasu  dwie  łodzie  przewiozły  na  galar  zawartość
wozu, który oddalił się natychmiast, podczas gdy większa część
napastników  rozproszyła  się  po  okolicy,  otrzymawszy  część
łupu.  Jedynym  śladem  zbrodni  było  nagromadzenie  pakunków
na pomoście galaru, na który wsiadło ośmiu ludzi.

Właściwie  z  nich  to  wyłącznie  składała  się  sławna  banda

naddunajska.  Co  do  innych,  stanowili  oni  tylko  cząstkę
pomocników  uczestniczących  w  grabieży  —  zależnie  od
rabowanej  okolicy.  Stali  oni  poza  głównym  obrębem  działania,
pełniąc  tylko  rolę  tragarzy,  straży  lub  wywiadowców  w  chwili,
gdy zdobycz przenoszono z rzeki.

Organizacja  ta  była  niezwykle  sprawna.  Banda  posiadała

wzdłuż  całego  Dunaju  swoich  sojuszników,  z  których  niewielu

background image

wzdłuż  całego  Dunaju  swoich  sojuszników,  z  których  niewielu
tylko zdawało sobie sprawę z działalności, do której przykładali
rękę.  Pochodzili  z  najniższych  warstw  społecznych,  analfabeci,
słowem prostacy, nie zastanawiający się nad niczym, przekonani
że  służą  przemytnikom.  Nie  obchodziło  ich  to  wcale,  że
rozkazujący im i sławny Ladko, był tą samą osobą.

Obojętność ich wszakże da się poniekąd usprawiedliwić tym,

że zbrodnie były dokonywane wzdłuż całego Dunaju, w znacznej
od siebie odległości. Zainteresowanie przeto publiczne słabło od
jednej  zbrodni  do  drugiej.  Sławę  swego  nazwiska  przywódca
bandytów 

zawdzięczał 

głównie 

biurom 

policji, 

gdzie

ześrodkowywały  się  wszystkie  skargi  z  okolic  nadbrzeżnych.
Mieszkańcy  miast,  zachęcani  zwracającymi  na  siebie  uwagę
nagłówkami  artykułów  dziennikarskich,  zajmowali  się  nim
jeszcze  z  pewnym  szczególnym  zainteresowaniem. A  dla  reszty
ludności,  tym  bardziej  dla  włościan,  był  on  tym  samym
złoczyńcą,  co  każdy  inny,  napadającym  jeden  raz  i  znikającym
na zawsze.

Przeciwnie, ośmiu ludzi z galaru znało się bardzo dobrze i byli

ściśle ze sobą złączeni, tworząc istotną bandę. Z pomocą swego
statku  krążyli  oni  ustawicznie  po  Dunaju.  O  ile  zdarzała  się
pomyślna  sposobność,  zatrzymywali  się,  zbierali  w  okolicy
potrzebną im pomoc, dokonywali napadu, po czym ukrywszy w
pływającej  skrytce  zdobycz,  wyruszali  dalej  z  nową  myślą
rabunku.

Skoro  galar  był  zapełniony,  dopływali  do  Morza  Czarnego,

gdzie czekał na nich całkowicie im oddany parowiec. Tu składali

background image

swą  zdobycz,  osiągniętą  nieraz  kosztem  nawet  morderstwa.
Zyskiwała  ona  na  parowcu  prawo  uczciwego  ładunku,
zamienianego  w  biały  dzień,  w  dalekich  stronach,  pod  okiem
ludzi uczciwych na złoto.

Było  to  rzeczą  wyjątkową,  że  banda  dopuściła  się  nowej

zbrodni  poprzedniej  nocy  w  tak  krótkim  czasie  i  w  tak
nieznacznej odległości od miejsca ostatniego rabunku. W ogóle
bowiem  nie  popełniała  tego  błędu,  który  powtarzany  mógł
otworzyć  oczy  ich  nieświadomym  przygodnym  wspólnikom,
wciągniętym  do  tej  zbrodniczej  działalności.  Lecz  tym  razem
przywódca miał szczególny powód do pośpiesznego działania, i
jeżeli  powód  ten  nie  zgadzał  się  z  przypuszczeniem  Karla
Dragosza,  o  którym  wspominał  w  rozmowie  z  Fryderykiem
Uhlmanem,  to  wszelako  osobistość  policjanta  grała  w  nim
pewną rolę.

Przywódca  bandy  w  towarzystwie  swego  zastępcy  Tiszy,

poznawszy  detektywa  w  Wiedniu,  śledził  go  od  tej  chwili  przy
pomocy  rożnych  miejscowych  wspólników,  którym  dano  tylko
niezbędne wskazówki, i galar wyprzedzał stale barkę zaledwie o
kilka  kilometrów.  Pościg  ten,  bardzo  ryzykowny  w  okolicy
często  odkrytej  i  pełnej  posterunków  policyjnych,  musiał  z
konieczności  odbywać  się  z  przerwami.  Szczęśliwym
przypadkiem  nie  zauważyli  nigdy  Karla  Dragosza  i  rybaka
razem.  Nie  przypuszczali  więc  wcale,  że  bark  posiada  dwu
mieszkańców i że mogą być w błędzie.

Urządzając  ten  pościg  przywódca  bandytów  miał  pewien

mistrzowski  plan  na  względzie.  O  zgładzeniu  detektywa  nie

background image

mistrzowski  plan  na  względzie.  O  zgładzeniu  detektywa  nie
myślał, chciał tylko mieć go w ręku. W razie niebezpieczeństwa
był panem położenia i mógł się z nim układać do woli.

Upłynęło  sporo  czasu,  zanim  zdarzyła  się  sposobność

osiągnięcia  zamierzonego  celu.  Barka  zatrzymywała  się
wieczorem  zbyt  blisko  zamieszkałego  terenu,  to  znów
stwierdzono  w  jej  sąsiedztwie  obecność  agentów  policyjnych
rozproszonych  nad  brzegami,  niezdolnych  ukryć  się  przed
wytrawnym okiem zawodowego złoczyńcy.

Dopiero  ranek  29  sierpnia  nastręczył  pomyślniejsze

okoliczności.  Nawałnica,  która  poprzedniej  nocy  sprzyjała
bandzie  w  napadzie  na  willę  hrabiego  Hagueneau,  rozproszyła
mniej  lub  bardziej  policjantów,  towarzyszących  z  daleka
naczelnikowi  wzdłuż  rzeki.  Prawdopodobnie  był  on  sam  i  bez
obrony. Należało więc z tego korzystać.

Skoro  tylko  naładowano  wóz  łupami  z  willi,  Tisza  został

wysłany wraz z dwoma najsprawniejszymi ludźmi. Wiadomo już,
jak  trzej  bandyci  wywiązali  się  z  zadania  i  jakim  sposobem
sternik  Sergiusz  Ladko  znalazł  się  w  ich  mocy,  zamiast
detektywa Karla Dragosza.

Dotąd Tisza nie mógł zdać swemu przywódcy bliższej relacji

z  powierzonego  mu  zlecenia.  Zaledwie  kilka  słów  wymieniono,
gdy  zjawił  się  na  drodze  oddział  policji.  Obecnie  zaś  nie  mieli
czasu  na  poruszenie  tego  tematu.  Przede  wszystkim  należało
ukryć liczne pakunki nagromadzone na pokładzie, czemu się też
oddało natychmiast ośmiu ludzi z galaru.

Ładunki  zostały  wprowadzone  do  wnętrza  statku  przy

pomocy  bądź  rąk,  bądź  równi  pochyłej.  Zajęcie  to  trwało

background image

pomocy  bądź  rąk,  bądź  równi  pochyłej.  Zajęcie  to  trwało
zaledwie  kilka  minut,  po  czym  pomyślano  o  ostatecznym
uporządkowaniu  samego  galaru.  Wtedy  stała  się  rzecz
niezwyczajna. Gdy podniesiono deskę ze spodu galaru, zamiast
wody Dunaju ukazało się wejście do spodniego pomieszczenia.
Latarnia, którą tam zaniesiono, rzucała światło na nagromadzenie
najróżnorodniejszych  przedmiotów  zapełniających  je  w  części
tak, że znalazło się jeszcze miejsce dla łupów z willi Hagueneau,
które  też  niebawem  złożone  zostały  w  tej  skrytce  nie  do
odszukania.

Przedziwnie  zbudowany  był  ten  galar,  służący  równocześnie

za  środek  przewozu,  za  mieszkanie  i  skład  nienaruszalny.  Pod
górnym  galarem  znajdował  się  drugi,  mniejszy,  tak  że  spód
pierwszego  był  pomostem  drugiego.  Drugi  statek,  około  dwu
metrów  głębokości,  był  urządzony  w  ten  sposób,  że  mógł
dźwigać  górny  galar  i  unieść  go  na  jedną  do  dwu  stóp  nad
powierzchnię  wody.  Ale  ponieważ  ten  podstęp  mógł  zwrócić
niepożądaną 

uwagę, 

więc 

obarczono 

spodni 

statek

odpowiednim  ciężarem,  aby  galar  pogrążał  się  w  wodzie
normalnie nawet wtedy, gdy nie było na nim ładunku.

Ładunku  wszakże  nie  było  nigdy  na  jego  spodzie,  gdyż

wszelkie  skradzione  towary  spuszczane  były  natychmiast  do
dolnego statku, zastępując konieczny dla niego ciężar.

Tym sposobem pusty galar powinien zanurzać się w wodzie

najwyżej  na  jedną  stopę,  tymczasem  pogłębiał  się  w  niej  na
siedem.  Dla  żeglugi  na  rzece  było  to  wielkim  utrudnieniem  i
wymagało niezmiernie wytrawnego sternika. Banda posiadała go
w osobie Jakuba Ogula, Izraelity, rodem również z Ruszczuku.

background image

w osobie Jakuba Ogula, Izraelity, rodem również z Ruszczuku.
Ten znał rzekę tak dobrze, iż mógł iść w zawody z Sergiuszem
Ladko, co do znajomości przesmyków, kanałów i mielizn. Ręką
pewną kierował galarem, przepływając zwycięsko niebezpieczne
miejsca usiane skałami, których nie brak na Dunaju.

Co się tyczy policji, to mogła ona rewidować galar do woli.

Mogła  mierzyć  jego  wysokość  wewnętrzną  i  zewnętrzną,  nie
znajdując żadnej różnicy. Mogła szukać wszędzie i nie znalazłaby
nigdzie  skrytki  podwodnej,  umieszczonej  tak  zręcznie,  że  nie
dopatrzyłaby 

się 

jej 

nigdy. 

Wszelkie 

poszukiwania

doprowadziłyby ją jedynie do stwierdzenia, że galar jest pusty i
że zanurza się w wodzie na tyle, ile wymaga jego ciężar.

O dowodach osobistych nie zapomniano również. Po każdej

podróży, czy to z biegiem rzeki, czy przeciwnie, z towarami, czy
po  towary,  galar  wracał  zawsze  do  swego  rodzimego  portu.
Według  Potrzeby  był  on  własnością  albo  p.  Constantinesco,
albo p. Wenzla Meyera, dwu kupców, mieszkających jeden w
Galaczu,  drugi  w  Wiedniu.  Dowody  osobiste  zaopatrzone  w
pieczątki  urzędowe  były  —  dalece  w  porządku,  że  o  ich
prawdziwości  wątpić  nikt  nie  mógł.  Zresztą,  gdyby  chciano
sprawdzić  ich  autentyczność,  przekonano  był  się  niebawem,  że
panowie  Constantinesco  i  Wenzel  Meyer  mieszkają  pod
wskazanym adresem.

Rzeczywistym zaś właścicielem tego galaru był Iwan Striga.
Czytelnik zechce sobie przypomnieć, że nazwisko to należało

do  jednego  z  najmniej  szanowanych  mieszkańców  Ruszczuku,
który  po  nieudanych  próbach  sprzeciwienia  się  małżeństwu

background image

który  po  nieudanych  próbach  sprzeciwienia  się  małżeństwu
Sergiusza  Ladki  z  Nataszą  Gregorewicz,  znikł  nagle  z  widowni
miasta. Nikt nie wiedział na pewno, co się z nim stało, ale głos
publiczny przypisywał mu najrozmaitsze zbrodnie.

Tym razem opinia publiczna nie minęła się z prawdą. Istotnie

Iwan  Striga  wraz  z  ośmiu  nędznikami  jego  pokroju  utworzył
bandę  prawdziwych  korsarzy,  pustoszących  od  tego  czasu,  w
całym znaczeniu tego słowa, oba brzegi Dunaju.

Znalazłszy  sobie  łatwą  drogę  do  bogactwa,  pomyślał  o

zupełnym  bezpieczeństwie.  W  tym  celu  zamiast  ukryć  swe
nazwisko  i  swój  wygląd,  jak  to  by  uczynił  każdy  zwyczajny
złoczyńca  postarał  się,  aby  wiedziały  o  nim  coś  niecoś  jego
ofiary.  Rzecz  zrozumiała,  że  nie  odkrywał  im  swego  własnego
nazwiska,  lecz  ze  zręczną  nieostrożnością  wskazywał  nazwisko
znanego Sergiusza Ladki.

Ukrywanie  się  pod  cudzym  nazwiskiem  dla  uniknięcia

następstw niecnych czynów jest zwykłym wybiegiem, ale Striga
przekroczył zwykłą miarę, wybierając pseudonim świadczący o
jego pomysłowości i sprycie.

Na  pozór  mogłoby  się  zdawać,  że  do  zmylenia  tropu

nazwisko  Ladki  nie  jest  lepsze  od  każdego  innego,  wyłączając
wypadek  złapania  na  gorącym  uczynku,  a  jednak  przemawiały
za nim pewne wyjątkowe okoliczności.

Przede  wszystkim  Sergiusz  Ladko  nie  był  mitem.  Istniał  w

rzeczywistości,  o  ile  nie  dosięgła  go  kula,  posłana  mu  na
pożegnanie  w  chwili  odjazdu  z  Ruszczuku.  Chociaż  Striga
zapewniał, że zgładził przeciwnika, o jego losie nic nie wiedział.
Zresztą  nie  miało  to  żadnego  znaczenia  dla  dochodzeń

background image

Zresztą  nie  miało  to  żadnego  znaczenia  dla  dochodzeń
powziętych,  być  może,  w  Ruszczuku.  O  ile  umarł,  policja  była
bezsilna. Gdyby zaś żył, policja znalazłaby się wobec człowieka
tak  nieposzlakowanego,  że  również,  według  wszelkiego
prawdopodobieństwa,  sprawa  nie  posunęłaby  się  dalej.
Zapewne  szukano  by  sprawców  tego  nieporozumienia.  Ale
zanim  doszukano  by  się  innych  Ladków,  dużo  wody
przepłynęłoby pod mostami Dunaju!

Gdyby  zaś  przypadkiem  podejrzenia  skierowane  na  osobę

Sergiusza  Ladki,  zdołały  zachwiać  jego  dobrą  sławę,  byłby  to
widok  podwójnie  pomyślny.  O  ile  bowiem  bandyta  czuje  się
zawsze szczęśliwy, gdy ktoś cierpi za niego, o tyle jest dla niego
rzeczą  bardziej  pożądaną,  aby  osobnik  cierpiący  był  tym,
któremu zaprzysiągł śmiertelną nienawiść.

Przypuściwszy  nawet,  że  dowodzenia  te  mijałyby  się  z

prawami  logiki,  nieobecność  Sergiusza  Ladki,  o  którego
patriotycznym  poświęceniu  nie  wiedział  nikt,  nadawałaby  im
pozór  słuszności.  Dla  —  czegoż  bowiem  sternik  wyjechał  bez
opowiedzenia?  Biuro  lokalne  policji  rzecznej  zadawało  sobie
właśnie  to  pytanie,  gdy  Karl  Dragosz  był  na  tropie  rzekomej
prawdy, wiadomo zaś, że skoro policja zaczyna się zastanawiać
nad  jakąś  sprawą,  mało  jest  danych,  aby  odniosła  się  do  niej
życzliwie.

Tak więc położenie pomimo tragicznych zawikłań wydawało

się  niezmiernie  jasnym.  Cały  szereg  zbrodni  wskutek  umyślnej
nieostrożności  przywódcy  bandy  przypisywano  niejakiemu
Ladce z Ruszczuku; na sternika tego samego nazwiska padł cień
podejrzenia,  usprawiedliwiony  jego  nieobecnością;  o  kilkaset

background image

podejrzenia,  usprawiedliwiony  jego  nieobecnością;  o  kilkaset
kilometrów  znów  niejaki  Ladko  dawał  pole  do  poważnych
przypuszczeń, że ukrywa się pod przebraniem rybaka Ilii Brusza;
Striga  tymczasem  na  mocy  swych  ulegalizowanych  dowodów
osobistych pływał po Dunaju bezkarnie.

W  każdym  razie  dla  większego  bezpieczeństwa  należało  w

jak  najkrótszym  czasie  zatrzeć  wszelkie  kompromitujące  ślady.
Stąd  tego  wieczora  nowa  zdobycz  była  tak  szybko
sprowadzona  do  tajemniczej  skrytki.  I  właśnie  odgłos  tego
gwałtownego  ładowania  doszedł  do  uszu  prawdziwego
Sergiusza  Ladki,  uwięzionego  w  tym  samym  podwodnym
pomieszczeniu, gdzie nie mogła mu przyjść z pomocą żadna siła
ludzka.  Po  dokonaniu  czynności  Striga  i  jego  wspólnicy
ułożywszy  deskę  na  dawnym  miejscu,  powrócili  na  pokład.  O
policję byli spokojni.

Była  trzecia  po  północy.  Załoga  galaru  wyczerpana  trudem

tej  i  poprzednich  nocy,  powinna  była  odpocząć,  lecz  mowy  o
tym być nie mogło. Striga, chcąc jak najprędzej oddalić się od
miej  w  którym  dopuścił  się  zbrodni,  wydał  rozkaz  ruszenia  w
dalszą  drogę,  rozkaz  zresztą  spełniony  bez  szemrania,  jako  że
był zupełnie słuszny.

Podczas  gdy  wciągano  kotwicę  na  statek  i  odpychano  go

środek rzeki, Striga zapytał o szczegóły rannej wyprawy.

— Poszło łatwo — odpowiedział mu Tisza. — Ten Dragosz

dał złapać w siatkę jak zwykły szczupak.

— Czy was widział?
— Zdaje mi się, że nie. Nie o tym myślał.

background image

— Zdaje mi się, że nie. Nie o tym myślał.
— Czy szamotał się?
—  Próbował  ladaco.  Musiałem  go  na  pół  uśmiercić,  żeby

uspokoić.

— Nie zabiłeś go jednak? — spytał żywo Striga.
— Gdzie tam! Oszołomiłem go tylko, chcąc go skrępować.

Ale nie skończyłem tej czynności gdy oddychać zaczął.

— A teraz?
— Jest na spodzie, w dolnym pomieszczeniu, naturalnie.
— Czy wie, gdzie go uwięziono?
— Byłby bardzo sprytny w takim razie — oświadczył Tisza,

śmiejąc się głośno. — Nie przypuszczasz chyba, że zapomniałem
o opasce i kneblu. Zdjęto mu je dopiero w klatce. Może teraz
śpiewać? i podziwiać krajobraz.

Striga uśmiechnął się w milczeniu. Tisza ciągnął dalej:
— Zrobiłem co mi poleciłeś, ale w jakim celu?
— Choćby dlatego, aby rozbić brygadę pozbawioną swego

naczelnika.

Tisza wzruszył ramionami.
— To będzie drugi — rzekł.
—  Możliwe,  lecz  może  nie  będzie  wart  tego,  którego

trzymamy;  w  rękach.  W  każdym  razie  będziemy  mogli  się
drożyć.  W  razie  potrzeby  oddalibyśmy  go  w  zamian  za
konieczne  dla  nas  paszporty.  Najważniejszą  więc  jest  rzeczą,
abyśmy go zachowali przy życiu.

— Żyje — potwierdził Tisza.
— Czy dano mu jeść?
—  Do  diaska!  —  rzekł  Tisza,  drapiąc  się  w  głowę.  —

background image

—  Do  diaska!  —  rzekł  Tisza,  drapiąc  się  w  głowę.  —

Zapomni  o  tym.  Ale  dwanaście  godzin  postu  nie  zaszkodziło
nikomu. Jak tylko wyruszymy w drogę, zaniosę mu posiłek, o ile
nie zechcesz uczynić tego sam dla przekonania się osobiście.

—  Nie  —  odparł  żywo  Striga.  —  Wolę,  aby  mnie  nie

widział. Ja go znam, lecz on mnie zna również. Jest to korzyść,
której nie chcę stracić.

— Mógłbyś włożyć maskę.
— Nie  na  wiele  by  się  to  przydało.  Dragosz  nie  potrzebuje

widzieć  twarzy.  Wzrost,  tusza,  najmniejszy  szczegół  mu
wystarczy, aby poznać człowieka.

—  W  takim  razie,  ładnie  będę  wyglądał  ja,  który  muszę

zanieść mu strawę.

— Ktoś musi się tego podjąć… Zresztą Dragosz nie jest w

tej  chwili  niebezpieczny,  a  gdyby  nim  był  kiedykolwiek,  wtedy
nie będziemy potrzebowali się go obawiać.

— Oby tak było! — rzekł Tisza.
— Na razie zostawimy go w klatce. Jednak nie za długo, bo

umarłby z powodu braku powietrza. Trzeba go będzie przenieść
do kajuty na pokładzie, gdy miniemy Budapeszt, jutro rano po
moim odjeździe.

— Masz zamiar nas opuścić? — spytał Tisza.
—  Tak  —  odrzekł  Striga.  —  Muszę  od  czasu  do  czasu

oddalać  się  z  galaru,  aby  zasięgnąć  wiadomości  w  okolicy.
Zobaczę,  co  mówią  o  naszej  ostatniej  sprawie  i  o  zniknięciu
Dragosza.

— A jeżeli dasz się złapać? — spytał Tisza.
— Nie ma obawy. Nikt mnie nie zna. Policja zaś musi być w

background image

— Nie ma obawy. Nikt mnie nie zna. Policja zaś musi być w

zastoju. Innym przedstawię się w nowej postaci.

— W jakiej?
—  Sławnego  Ilii  Brusza,  wybitnego  rybaka  i  laureata  Ligi

Naddunajskiej.

— Co za myśl?
— Doskonała. Mam łódź Ilii Brusza. Wezmę jego skórę za

przykładem Karla Dragosza.

— A jeżeli zażądają od ciebie ryb?
— Kupię je, o ile zajdzie tego potrzeba, i odprzedam.
— Masz odpowiedź na wszystko.
— To dobrze.
Na  tym  zakończyła  się  rozmowa.  Galar  popłynął  z  prądem.

Lekki  wiatr  dął  z  północy,  co  było  pomyślną  wróżbą  dla
przyszłej żeglugi, galar bowiem miał nieco powyżej Vizegradu, za
zakrętem Dunaju skręcić na południe. Obecnie jednak utrudniało
to  jazdę  tak,  że  Striga,  któremu  zależało  na  najśpieszniejszym
oddaleniu  się  od  widowni  swych  czynów,  rozkazał  wyciągnąć
dwa długie wiosła pomocne dla przeciwstawienia się wiatrowi.

Przepłynięcie  dziesięciu  kilometrów,  dla  dostania  się  do

pierwszego  zakrętu  rzeki  zajęło  im  całe  trzy  godziny,  następnie
dwie godziny upłynęło na przebycie zakrętu rzeki, zanim płynąć
zacz  w  południowym  kierunku.  Dopiero  nieco  wzwyż  Waitzen
można  było  schować  wiosła,  a  żagle  wydymane  wiatrem
przyśpieszyły znakomicie bieg łodzi.

Około  jedenastej  minęli  Saint–André,  dokąd  poprzedniej

nocy  dwaj  woźnice  Kaiserlick  i  Vogel  mieli  wyruszyć.  O

background image

zatrzymaniu  się  tutaj  nie  myślał  nikt  i  galar  płynął  dalej  do
Budapesztu  oddalonego  jeszcze  o  dwadzieścia  pięć  do
trzydziestu kilometrów.

W  miarę  posuwania  się  w  dół  krajobraz  stawał  się  coraz

surowszy.  Cieniste  i  zieleniejące  wyspy  ukazywały  się  coraz
częściej, nieraz przedzielone tylko wąskimi kanałami, przez które
mogły przepłyną jedynie małe łódki spacerowe.

W  tej  części  Dunaju  łodzie  krążą  obficie.  Nieraz  nawet  na

gromadzi się ich znaczna liczba, gdyż brzegi rzeki zacieśniają się
między  pierwszymi  rozgałęzieniami  Alp  Noryckich  i  ostatnimi
wzgórkami  Karpat.  Wypadki  są  częste,  lecz  zwykle  niegroźne.
Na  ogół  wypadek  kończy  się  tylko  stratą  czasu.  Lecz  ile
wyrzekań, ile kłótni przy starciu!

Galar Strigi, o pojemności przeszło dwustu ton, był jednym z

najlepiej  zbudowanych.  Na  pokładzie  wznosił  się  rodzaj
pomostu,  który  tworzył  z  tyłu  galaru  dach  kajut  zamieszkałych
przez  załogę.  Na  przodzie  znajdował  się  maszt  służący  do
wywieszania narodowej bandery, z tyłu zaś szeroki ster pozwalał
sternikowi kierować galarem dowolnie.

W  miarę  zbliżania  się  do  Budapesztu  ożywienie  na  rzece

wzmagało  się,  jak  to  zwykle  bywa  przy  każdym  większym
mieście. Małe statki, parowe czy żaglowe, na których znajdowali
się turyści lub spacerowicze, krążyły między wyspami. Wkrótce
zamajaczyły  w  oddali  dymy  kominów  fabrycznych,  zwiastujące
przedmieścia Budapesztu.

W  tej  chwili  zaszło  coś  niespodziewanego.  Tisza  wszedł  do

kajuty,  znajdującej  się  w  tyle  galaru,  z  jednym  z  ludzi  załogi.

background image

kajuty,  znajdującej  się  w  tyle  galaru,  z  jednym  z  ludzi  załogi.
Niebawem obaj wyszli, prowadząc ze sobą wysmukłą kobietę,
której  rysów,  zakrytych  opaską,  dojrzeć  nie  było  można.
Kobieta szła pomiędzy dozorcami, z rękoma związanymi w tyle,
nie  próbując  nawet  stawiać  oporu,  nauczona  zapewne
poprzednim  doświadczeniem.  Posłusznie  zeszła  na  spód  galaru
drabiną przystawioną do ściany, stąd zaś do podwójnego spodu,
którego wejście zamknięto za nią.

Po tym fakcie wszystko wróciło do dawnego porządku.
Około  trzeciej  po  południu  galar  dopłynął  do  nadbrzeży

stolicy Węgier. Po prawej stronie wznosiła się Buda, starożytne
miasto  tureckie;  po  lewej  miasto  nowoczesne.  W  tym  czasie
Buda  z  wyglądu  swego  przypominała  bardziej  niż  teraz,  stare  i
malownicze grody, które pod wpływem niwelującego wszystko
postępu  zanikają  całkowicie.  Za  to  Peszt,  choć  już  dość
znaczny, nie osiągnął jeszcze tego stopnia rozwoju, który uczynił
z  niego  z  biegiem  czasu  najważniejsze  i  najpiękniejsze  miasto
Europy wschodniej.

Po obu brzegach, a przeważnie na lewym, wznosiły się domy

o  arkadach  i  tarasach,  nad  nimi  zaś  górowały  dzwonnice
kościołów ozłocone promieniami słońca. Długi szereg bulwarów
dodawał miastu powagi i wdzięku.

Załoga  galaru  nie  zwracała  jednak  uwagi  na  ten  uroczy

widok.  Przejazd  przez  Budapeszt  mógł  pociągnąć  za  sobą
nieobliczalne  skutki,  toteż  wytężonym  wzrokiem  śledzono
poruszające się na rzece barki. Ostrożność ta pozwoliła Stridze
dostrzec w porę łódź z czterema ludźmi, kierującą się w prostej
linii ku galarowi. Poznawszy w niej łódkę policji rzecznej, Striga

background image

linii ku galarowi. Poznawszy w niej łódkę policji rzecznej, Striga
dał znak Tiszy, który natychmiast znikł z pokładu.

Striga nie mylił się. Łódka zbliżyła się do galaru. Dwaj ludzie

weszli na pokład.

— Kapitan? — spytał jeden z nich.
—  Ja  nim  jestem  —  odpowiedział  Striga,  wysunąwszy  się

naprzód.

— Pańskie nazwisko?
— Iwan Striga.
— Narodowość?
— Bułgarska.
— Skąd płynie galar?
— Z Wiednia.
— Dokąd?
— Do Galaczu.
— Jego właściciel?
— P. Constantinesco z Galaczu.
— Ładunek?
— Nie ma.
— Dowody?
— Oto są — rzekł Striga, podając dokumenty.
—  Dobrze  —  potwierdził  pytający,  który  obejrzawszy  je

starannie  wręczył  je  właścicielowi.  —  Rzucimy  okiem  na  spód
statku.

— Jak się panom podoba — odrzekł Striga. — W każdym

razu muszę zwrócić uwagę, że od wyjazdu z Wiednia po raz już
czwarty podlegamy rewizji. Nie jest to przyjemne.

Policjant,  wyraziwszy  wymownym  ruchem  znak,  że  spełnia

background image

Policjant,  wyraziwszy  wymownym  ruchem  znak,  że  spełnia

tylko  rozkaz  władzy,  zszedł  drabiną  do  spodu  statku.
Obejrzawszy  jednym  rzutem  oka,  powrócił.  Nikt  mu  nie
powiedział,  że  pod  spodem  galaru  znajdują  się  dwie  istoty,  z
jednej  strony  mężczyzna,  z  drugiej  kobieta,  obydwie
obezwładnione i nie mogące wołać o pomoc. Rewizja nie mogła
przedłużać  się.  Galar  był  zupełnie  pusty,  wszelkie  więc
dochodzenia co do jego ładunku, chybiały celu.

Policjant  wrócił  do  swej  łódki,  oddalając  się  w  kierunku

innych łodzi, galar tymczasem ruszył wolno w dół rzeki.

Ostatnie  domy  Budapesztu  znikły  z  oczu  załogi,  gdy

pomyślano  o uwięzionej  kobiecie.  Tisza  wraz  z  towarzyszem
zeszli  do  wnętrza,  po  krótkiej  zaś  chwili  powrócili  wraz  z
nieszczęśliwą, odprowadzając ją do kajuty na pokładzie. Reszta
załogi, zdawało się, że nie zajmuje się wcale tym zdarzeniem.

Zatrzymano się dopiero w nocy między miasteczkami Ercsin i

Adony, o trzydzieści kilometrów poniżej Budapesztu, a nazajutrz
o świcie wyruszono w dalszą drogę. W ciągu owego 31 sierpnia
odbyto kilka postojów, a za każdym z nich Striga udawał się na
brzeg,  posługując  się  barką,  jak  sądził,  Karla  Dragosza.  Na
lądzie nie ukrywał się wcale, przeciwnie zaczepiał przechodniów,
podawał się za sławnego laureata Ligi Naddunajskiej, o którym
słyszeć  musieli,  zręcznie  zwracając  rozmowę  na  sprawy  leżące
mi na sercu.

Nie  dowiedział  się  jednak  wiele.  Nazwisko  Ilii  Brusza  nie

było  znane  w  tej  okolicy.  Zapewne  w  Mohaczu,  Apatin,
Neusatz,  Zemlin  lub  w  Belgradzie  udałoby  mu  się  lepiej.  Lecz

background image

Neusatz,  Zemlin  lub  w  Belgradzie  udałoby  mu  się  lepiej.  Lecz
Striga  nie  miał  zamiaru  narażać  się  na  pobyt  w  większym
mieście,  gdzie  policja  jest  zawsze  czynniejsza.  Poprzestał  na
małych  miasteczkach  i  wsiach.  Na  nieszczęście  włościanie  nie
wiedzieli nic o konkursie w Sigmaringen i niechętnie wdawali się
w rozmowę. Zresztą nie mieliby o czym mówić, nie słysząc nic o
Ilii Bruszu, a jeszcze mniej o Karlu Dragoszu, i Striga na próżno
puścił w ruch całą swoją dyplomację.

Stosownie  do  zlecenia,  podczas  nieobecności  Strigi

sprowadzono Sergiusza Ladko na pokład i umieszczono w małej
kajucie,  którą  szczelnie  zamknięto.  Ostrożność  zgoła  zbędna,
więzień bowiem był obezwładniony zupełnie.

Czas  od  1  do  6  września  upłynął  spokojnie.  Wiatr  sprzyjał

żegludze,  więc  robiono  około  sześćdziesięciu  kilometrów  na
dobę.  Droga  byłaby  jeszcze  szybsza,  gdyby  nie  częste  postoje
spowodowane wycieczkami Strigi na ląd.

Jeżeli wycieczki bandyty były bezowocne ze względu na cel,

który  chciał  osiągnąć,  to  przynajmniej  raz  przydały  mu  się  z
całkiem innej przyczyny.

Było to 5 września. Galar zatrzymał się w nocy naprzeciwko

małego  miasteczka  Szuszek.  Striga  wylądował  jak  zwykle.
Wieczór był późny. Włościanie zazwyczaj wcześnie udający się
na  spoczynek,  powrócili  już  do  domów,  szedł  więc  samotnie,
gdy  spostrzegł  dom  z  pozoru  dość  dostatni,  z  otwartymi
drzwiami.  Widocznie  właściciel,  ufny  w  uczciwość  ludzką,
wyszedł w sąsiedztwo, nie zadając sobie trudu, aby je zamknąć.

Striga nie zawahał się ani chwili. Wszedł do domu, a raczej

do sklepu, o czym świadczył stojący tam kontuar. Zabrawszy z

background image

do sklepu, o czym świadczył stojący tam kontuar. Zabrawszy z
szuflady  kontuaru  całodzienny  dochód,  który  go  nie  zadowolił,
podważył jednym pchnięciem wieko skrzyni stojącej pod ścianą
i  zabrał  z  niej  dość  okrągły  worek,  wydający  przy  dotknięciu
miły dźwięk metalu.

W ten sposób zaopatrzony Striga powrócił do galaru i wnet

wyruszył w dalszą drogę.

Było to jedyne zdarzenie w ciągu tej podróży.
Na galarze Striga miał inne zajęcia. Od czasu do czasu znikał

w  jednej  z  kajut,  znajdującej  się  naprzeciw  kajuty,  w  której
złożono  Sergiusza  Ladko.  Znikanie  to  było  nierównomierne.
Trwało  ono  kilka  minut,  lub  przeciągało  się  dłużej.  Wówczas
słychać  było  żywy  spór,  w  którym  odzywał  się  spokojny  głos
kobiecy  lub  pełen  uniesienia  głos  męski.  Wynik  był  zawsze
jeden:  obojętność  załogi  i  wyjście  wzburzonego  Strigi,
oddalającego się pośpiesznie uśmierzenia swego podniecenia.

W  wycieczkach  swych  trzymał  się  zawsze  prawego  brzegu.

Na lewym bowiem pokrytym rozległą pusztą, miasteczka i wsie
rzadkością.

Puszta jest równiną węgierską, ciągnącą się blisko na sto mil

od Gór Transylwańskich.

Kolej  żelazna,  która  ją  przecina  w  różnych  kierunkach,

napotyka  na  drodze  rozległe  stepy,  pastwiska,  niezmierzone
błota  wodnej  zwierzyny.  Puszta  karmi  obficie  czworonożnych,
przeżuwających  mieszkańców,  stanowiących  olbrzymią  swą
liczbą  jedno  z  ważniejszych  bogactw  królestwa  węgierskiego.
Posiada ona zaledwie kilka pól zasianych zbożem lub kukurydzą.

Tu  wskutek  równiny  rzeka  rozlewa  się  szeroko  i  tworzy

background image

Tu  wskutek  równiny  rzeka  rozlewa  się  szeroko  i  tworzy

wysepki i liczne wyspy, wśród których prąd płynie dość wartko.

Wyspy  te  nie  są  żyzne.  Rosną  na  nich  tylko  brzozy,  osiny  i

wierzby, pokryte zaś są mułem, naniesionym częstymi wylewami.
Za to nie brak siana, po które zajeżdżają łodzie, aby następnie;
rozwieźć je po fermach i nadbrzeżnych miasteczkach.

6 września wraz z nadejściem nocy galar zatrzymał się. Strigi

na nim nie było. Minąwszy Neusatz i przeciwległe Peterwardein,
—  które,  jako  znaczniejsze  miasta,  mogły  przedstawiać  pewne
niebezpieczeństwo,  wylądował  dopiero  w  Karłowicach,
położonych o dwadzieścia kilometrów w dół rzeki. Stosując się
do  rozkazu,  galar  zatrzymał  się  o  dwie  mile  opodal,  aby
oczekiwać swego kapitana.

Około dziewiątej wieczorem Striga zbliżał się na swej barce

do,  galara,  nie  śpiesząc  się  wcale.  Pozostawiwszy  łódź  jej
własnemu biegowi, oddał się cały myślom, jak zdawało się dość
wesołym. Jego wywiad udał się całkowicie. Nikt nie zwrócił na
niego  baczniejszej  uwagi,  mógł  swobodnie  zasięgnąć
wiadomości.

Wprawdzie  tych  wiadomości  było  skąpo,  ale  ta  ogólna

niewiedza,  granicząca  z  obojętnością,  była  oznaką  pomyślną.
Dowodziło  to,  że  w  tej  okolicy  nie  słyszano  prawie  o  bandzie
naddunajskiej,  wcale  zaś  o Karlu  Dragoszu,  jego  zniknięcie
zatem pozostało bez następstw. Z drugiej strony, czy to wskutek
zniknięcia  naczelnika,  czy  dlatego,  że  okolica  była  biedna,
czujność  policji  była  tu  daleko  słabsza.  Od  kilku  dni  Striga  nie
zauważył  żadnego  osobnika  o  wyglądzie  policjanta  i  nikt  nie

background image

zauważył  żadnego  osobnika  o  wyglądzie  policjanta  i  nikt  nie
wspominał  o  nadzorze  rzecznym,  tak  czujnym  o  trzysta
kilometrów wzwyż.

Wszystko więc wróżyło, że galar dopłynie szczęśliwie do celu

swej  podróży,  to  jest  do  Morza  Czarnego,  gdzie  jego  ładunek
miał  być  przeniesiony  na  wiadomy  parowiec.  Jutro  będą  już
poza Zemlinem  i Belgradem,  po  czym  dość  będzie  trzymać  się
brzegu  serbskiego,  aby  uniknąć  wszelkiej  niepożądanej
niespodzianki. Serbia była w istocie zdezorganizowana wskutek
wojny  prowadzonej  z  Turcją;  nie  można  więc  było
przypuszczać,  aby  władze  nadbrzeżne  traciły  swój  czas  na
śledzenie galaru płynącego po rzece bez żadnego ładunku.

Kto  wie?  Może  to  będzie  ostatnia  podróż  Strigi.  Może

wyjedzie gdzieś daleko, bogaty, poważany — i szczęśliwy, jak
marzył myśląc o uwięzionej kobiecie.

Wtem  w  zamyśleniu  spojrzał  na  skrzynie,  których  wieka

służyły  tak  długo  Karłowi  Dragoszowi  i  jego  gospodarzowi  za
posłanie,  i nagle  przyszła  mu  myśl,  że  od  tygodnia  był  w
posiadaniu  barki,  a  nie  rozejrzał  się  w  jej  zawartości.  Należało
błąd ten naprawić.

Przede  wszystkim  rozbił  pierwszą  skrzynię.  Znalazł  w  niej

tylko  bieliznę  i  odzież  ułożoną  w  porządku.  Nie  były  mu
potrzebne, zamknął więc skrzynię i przeszedł do drugiej.

Zawartość  tej  drugiej  skrzyni  była  niemal  taka  sama  co

pierwszej.  Striga  rozczarowany  chciał  już  zaniechać  dalszego
poszukiwania,  gdy  wzrok  jego  padł  na  przedmiot  bardziej
zajmujący.  Jeżeli  z  bielizny  i  ubrań  niewiele  mógł  skorzystać,
rzecz miała się całkiem inaczej z portfelem, który trzymał w ręku.

background image

rzecz miała się całkiem inaczej z portfelem, który trzymał w ręku.
Zawierał  on  prawdopodobnie  cenne  papiery,  które  o  ile
milczące o tyle mogły być wymowne.

Po rozpatrzeniu kwitów i listów, wszystkich z nazwiskiem Ilii

Brusza,  osłupiał  ze  zdziwienia,  spotkawszy  w  nim  wizerunek,
który w swoim czasie obudził podejrzenie Karla Dragosza.

Z początku Striga nic nie rozumiał. Że wszystkie dokumenty

nosiły nazwisko Ilii Brusza, a żaden nazwiska policjanta, było to
już  dość  dziwne.  Wszelako  osobliwość  ta  dała  się  jeszcze
wytłumacz  Być  może  Karl  Dragosz  zamiast  występować  w
podwójnym 

charakterze 

detektywa 

laureata 

Ligi

Naddunajskiej, jak Striga sądził, umówił się z rybakiem i za jego
wiedzą  odgrywał  rolę  Ilii  Brusha  w  takim  razie  musiał  przejąć
jego  dowody  osobiste,  aby  w  potrzeby  dowieść  swej
tożsamości.  Ale  skądże  to  nazwisko  Ladki,  którym  Striga
posługiwał  się  z  tak  piekielną  zręcznością  dla  krycia  swych
zbrodni?  I  co  ma  znaczyć  wizerunek  kobiety,  której  się  nie
wyrzekł  pomimo  jej  oporu?  Któż  był  zatem  prawowitym
właścicielem  tej  barki,  że  posiadał  dokument  tak  zażyły  i  tak
osobliwy?  Do  kogóż  ostatecznie  należała  ta  barka,  do  Karla
Dragosza,  do  Ilii  Brusza  czy  do  Sergiusza  Ladki  i  kto  z  tych
trzech  ludzi,  z  których  dwaj  obchodzili  go  tak  bardzo,  był
więźniem  galaru?  Wszak  twierdził,  że  zabił  Sergiusza  Ladkę
owego  wieczora,  kiedy  tą  samą  barką  uciekał  potajemnie  z
Ruszczuku  w  towarzystwie  drugiego  osobnika?!  Jeśli  chybił,  to
tym lepiej. Stokroć bardziej radować się będzie posiadaniem w
rękach sternika, który mu tym razem nie ujdzie. Nie potrzebuje
go trzymać jako zakładnika. Kamień u szyi załatwi sprawę, a on,

background image

go trzymać jako zakładnika. Kamień u szyi załatwi sprawę, a on,
Striga,  pozbywszy  się  śmiertelnego  wroga,  usunie;  główną
przeszkodę do urzeczywistnienia tak gorąco upragnionego celu.

Niecierpliwie  uchwycił  wiosło  i  schowawszy  dla  siebie

wizerunek,  spiesznie  wracał  do  galaru,  chcąc  nareszcie
dowiedzieć się prawdy.

Niebawem  dopłynął  i  wyskoczywszy  na  pokład  galaru,

skierował  się  ku  kajucie,  znajdującej  się  wprost  tej,  którą
odwiedzał codziennie, po czym włożył klucz do zamka.

Sergiusz  Ladko  tymczasem,  w  przeciwieństwie  do  swego

wroga, nie miał pola do rozmyślań. Uwięzienie jego było okryte
nieprzeniknioną zasłoną tajemnicy, że zaniechał wszelkiej myśli o
powodach tego zdarzenia.

Gdy  się  obudził  po  swym  gorączkowym  śnie  na  spodzie

statku, pierwszym doznanym uczuciem był głód. Doba minęła od
ostatniego  jego  posiłku,  natura  zaś  upomina  się  o  swe  prawa
pomimo  najgwałtowniejszych wzruszeń.

Z  początku  czekał  cierpliwie,  lecz  głód  stawał  się  nie  do

zniesienia,;  więc  zaczął  wołać.  Nikt  się  nie  odezwał.  Zawołał
silniej. Na próżno zaczął wyć przeciągle. Na darmo.

Doprowadzony  do  ostateczności  próbował  porwać  więzy.

Więzy  były  silne.  Nie  pomogło  tarzanie  się  z  wytężonymi
muskułami po podłodze!

Podczas  tego  szamotania  twarz  jego  dotknęła  jakiegoś

przedmiotu.  Potrzeba  zaostrza  zmysły.  Sergiusz  Ladko  poznał
wnet  chleb  i  słoninę,  które  mu  zapewne  przyniesiono  podczas
snu. Niełatwo było dostać się do nich w położeniu, w jakim się

background image

znajdował.  Lecz  potrzeba  czyni  człowieka  pomysłowym,  po
kilku  nieudanych  próbach  osiągnął  cel  bez  posługiwania  się
rękoma.

Nasyciwszy  głód,  leżał  znów  nieruchomy.  Godziny  płynęły

wolno  i  monotonnie.  W  otaczającym  go  milczeniu  rozróżniał
tylko  szmer  podobny  do  szmeru  kołysanych  powiewem  liści.
Zapewne był to cichy odgłos statku prującego wody rzeki.

Nie wiedział, ile czasu minęło, gdy otworzono nad nim wieko

i  w  słabym  świetle  otworu  zobaczył  posiłek  w  rodzaju
poprzedniego zawieszony na sznurku. Po chwili złożono go przy
nim.

I  znów  długie  godziny  minęły,  zanim  wieko  otworzyło  się

powtórnie. Jakiś człowiek zszedł i zbliżył się do niego. Sergiusz
Ladko  poczuł,  że  kneblują  mu  usta.  Obawiano  się  zatem  jego
wołania. Czyżby pomoc była bliska? Zapewne, gdyż po odejściu
osobnika  więzień  usłyszał  kroki  nad  sufitem  swej  klatki.  Chciał
krzyknąć…  Żaden  głos  nie  mógł  wydobyć  się  z  jego  ust…
Kroki ustały.

Pomoc  widocznie  oddaliła  się,  gdyż  po  upływie  kilku  chwil

wrócono, aby mu zdjąć knebel. Jeżeli pozwolono mu krzyczeć,
to znaczy, że niebezpieczeństwo minęło. Więc po co?

Po trzecim posiłku, podobnym do dwu pierwszych, przerwa

była  dłuższa.  Prawdopodobnie  była  to  noc.  Sergiusz  Ladko
stwierdził, że dwie doby musiały minąć od jego uwięzienia, gdy
wieko otworzyło się na nowo. Spuszczono tym razem drabinę,
po której zeszło czterech ludzi do więzienia.

Szybko, tak że Sergiusz Ladko nie mógł rozróżnić ich rysów,

background image

Szybko, tak że Sergiusz Ladko nie mógł rozróżnić ich rysów,

zakneblowali mu usta, zawiązali oczy, przemieniając go w niemy
i głuchy pakunek, przerzucany z rąk do rąk.

Po  odczuwanym  tarciu  poznał  ten  sam  wąski  otwór,  przez

który  go  wrzucono,  tym  zaś  razem  wyrzucano  z  więzienia.
Następnie  uczuł  się  chwilowo  w  pozycji  pionowej,  po  czym
rzucono  go  na  podłogę,  zerwawszy  knebel  i  opaskę.  Zaledwie
otworzył oczy, gdy drzwi zatrzasnęły się z hałasem.

Sergiusz Ladko rozejrzał się dokoła siebie. Było to więzienie,

o  ileż  lepsze  od  tamtego!  Małym  okienkiem  płynęło  światło
dzienne,  pozwalając  mu  dojrzeć  posiłek  dotąd  szukany  po
omacku. Prom nie słoneczne dodały mu odwagi i położenie jego
wydało mu mniej rozpaczliwe. Za tym okienkiem była wolność.
Należało ją tylko zdobyć!

Gdy  na  próżno  szukał  sposobu  ocalenia,  wodząc  po  raz

tysiącznej wzrokiem po swej wąskiej kajucie, ujrzał koło ściany
rodzaj płaskiego okucia, które, wychodząc z podłogi i wznosząc
się  pionowo  do  sufitu,  służyło  zapewne  do  połączenia  grubych
tarcic dębowych burty.

Okucie  tworzyło  wypukłość  i  pomimo  że  nie  było  ostre,

mogło służyć do osłabienia więzów, jeżeli nie do ich przecięcia.
Przedsięwzięcie było niełatwe do wykonania, lecz możliwe.

Z  wielkim  wysiłkiem  dopełząwszy  do  okucia,  Sergiusz

Ladkaa natychmiast zaczął trzeć o nie powróz, wiążący mu rękę.
Nieruchomość  prawie  zupełna,  na  jaką  był  skazany,  utrudniała
wielce zadanie; ruch rąk z konieczności był wielce ograniczony.
Prócz  tego,  że  praca  posuwała  się  z  wolna,  była  również
niezmiernie  wyczerpująca,  tak  że  sternik  był  zmuszony

background image

niezmiernie  wyczerpująca,  tak  że  sternik  był  zmuszony
odpoczywać co pięć minut.

Dwa  razy  dziennie,  w  godzinach  posiłku,  musiał  przerywać

pracę.  Ten  sam  dozorca  przynosił  mu  strawę.  Pomimo
płóciennej  maski,  która  mu  zakrywała  twarz,  Sergiusz  Ladko
poznawał  go  po  siwiejących  włosach  i  niezwykłej  szerokości
pleców.  Zresztą  wygląd  tego  człowieka  był  skądś  mu  znany.
Wrażenia  tego  nie  mógł  sobie…  wytłumaczyć,  ale  ten  ciężki
chód, te siwiejące włosy nie były mu obce.

Przynoszono  mu  posiłek  o  oznaczonej  porze;  poza  tym  nie

zaglądano  wcale  do  więzienia.  Milczenie,  które  go  otaczało,
przerywane  było  jedynie  odgłosem  otwierających  się  drzwi
naprzeciwko jego kajuty i następującym po nim echem głosów
kobiety  i  mężczyzny.  Sergiusz  Ladko  przerywał  wtedy  pracę  i
przysłuchiwał  się  tym  głosom,  budzącym  w  nim  jakieś
niewyraźne a głębokie wspomnienia.

Poza  tymi  wypadkami  życie  więźnia  płynęło  monotonnie

między chwilami posiłku i godzinami wytężonej pracy.

Pięć  dni  upłynęło  od  rozpoczęcia  mozolnego  zajęcia,  a

Sergiusz  Ladko  nie  był  pewny,  czy  daje  ono  jakiekolwiek
wyniki,  kiedy  nagle,  z  nadejściem  nocy  6  września,  powróz
krępujący mu dłonie, pękł.

Sternik  z  trudem  stłumił  w  sobie  okrzyk  radości.  Drzwi  się

otworzyły. Wszedł ten sam człowiek co zwykle i złożył przy nim
codzienną strawę.

Pozostawszy  sam,  sternik  próbował  poruszyć  uwolnionymi

członkami.  Z  początku  odmówiły  posłuszeństwa,  wprawione  w
bezwład  długą  bezczynnością.  Powoli  jednak  mięśnie  nabierały

background image

bezwład  długą  bezczynnością.  Powoli  jednak  mięśnie  nabierały
siły  i  po  godzinnym  wysiłku  był  w  stanie,  choć  bardzo
niezręcznie, odwiązać więzy krępujące mu nogi.

Był  wolny.  A  raczej  pierwszy  krok  ku  wolności  był

dokonany.  Pozostawał  drugi:  przekroczyć  okno,  do  którego
mógł  się  obecnie  dostać.  Z  okna  widział  wody  Dunaju,  brzeg
bowiem ginął w ciemności. Okoliczności sprzyjały mu. Noc była
niezwykle  ciemna.  Trzeba  było  szczególniejszego  sprytu,  aby
móc  odszukać  go  w  tej  bezksiężycowej  nocy,  która  nie
pozwalała widzieć nic na dziesięć kroków. Zresztą do celi miano
przyjść dopiero jutro rano. Gdy się opatrzą, będzie daleko.

Zamiarowi  temu  stanęła  na  przeszkodzie  nie  tylko  trudność,

lecz  materialne  niepodobieństwo  przedostania  się  przez  wąskie
okno, w którym zmieścić się mógł młodzieniec wysmukły i giętki,
lecz nie człowiek w sile wieku i tej postawy co Sergiusz Ladko.
Po  bezowocnych  próbach  musiał  przyznać,  że  przeszkoda  jest
nieprzezwyciężona. Cały zziajany upadł na podłogę.

Więc  był  skazany  na  wieczne  więzienie?  Przez  długą  chwilę

przypatrywał  się  ramie  okna  odznaczającej  się  na  tle  nocy,
wreszcie postanowiwszy wydostać się za wszelką cenę, rozebrał
się i gwałtownym rozmachem rzucił się w nęcący go otwór.

Zatrzeszczały  kości,  pociekła  krew,  jedno  ramię  przeszło,

następnie  ręka,  lecz  lewe  biodro  oparło  się  o  ramę  okna.  Na
nieszczęście  i  prawe  ramię  oparło  się  również,  tak  że  wszelki
wysiłek stał się nieużyteczny.

Pozycja, w jakiej znajdował się Sergiusz Ladko była nie do

zniesienia.  Z  jedną  częścią  ciała  zawisłą  w  powietrzu,  nad

background image

zniesienia.  Z  jedną  częścią  ciała  zawisłą  w  powietrzu,  nad
prądem rzeki, drugą uwięzioną w ramie okna, ucieczki nie mógł
dokonać.

A  jednak  sternik  nie  tracił  nadziei.  Myślał,  że  uda  mu  się

wyrwać jeden z boków ramy. Ale wpierw musiał powrócić do
więzienia a to, jak stwierdził, było niepodobieństwem. Ani w tył,
ani naprzód — powrócić nie mógł bez pomocy.

Na  próżno  szamotał  się.  Wpadł  w  zasadzkę  przez

gwałtowność swego rozmachu.

Sergiusz  Ladko  nabierał  tchu,  gdy  niezwykły  odgłos  zwrócił

jego uwagę. Zadrżał. Groziło nowe niebezpieczeństwo. Zdarzył
się fakt dotąd niebywały. Ktoś zbliżył się do drzwi i po omacku
szukał dziurki od klucza, po czym klucz włożono do zamka.

Pod  wpływem  rozpaczy  sternik  naprężył  muskuły  z

nadludzkim wysiłkiem…

Klucz  w  zamku  przekręcono  —  drzwi  otworzyły  się

niebawem.

XII
W imię prawa

 

Na  progu  zjawił  się  Striga.  Przystanął  chwilę  wahając  się.

Ciemność  zupełna  panowała  w  celi.  Nie  rozróżniał  nic  prócz
nieco  jaśniejszej  ramy  okna.  Gdzieś  w  kącie  leżał  więzień.  Nie
można było go dostrzec.

background image

można było go dostrzec.

— Tisza! — zawołał Striga niecierpliwie — światła!
Tisza  pośpiesznie  przyniósł  latarnię,  której  migocące  światło

słabo oświetliło więzienie. Dwaj ludzie, powiódłszy wzrokiem po
celi,  spojrzeli  na  siebie  z  niepokojem.  Kajuta  była  pusta.  Na
podłodze porwane więzy, ubranie rzucone w nieładzie. Więźnia
ani śladu.

— Czy możesz mi wytłumaczyć? — zaczął Striga.
Tisza,  nie  odpowiedziawszy,  zbliżył  się  do  okna  i  powiódł

palcem po ramie.

— Uciekł — rzekł, pokazując zakrwawiony palec.
— Uciekł! — powtórzył Striga z przekleństwem.
—  Ale  niedawno.  Krew  jest  świeża.  Zresztą  nie  ma  dwu

godzin, jak przyniosłem mu strawę.

— I nie spostrzegłeś wtedy nic osobliwego.
— Nic zupełnie. Zostawiłem go związanego jak salceson.
— Idiota! — zawołał Striga.
Tisza  rozpostarłszy  ręce  ruchem  wymownym  wskazywał,  że

nie ma pojęcia, jakim sposobem więzień mógł uciec i że zrzuca z
siebie wszelką odpowiedzialność za ten niesłychany czyn. Striga
nie przyjął tego wygodnego poddania się.

— Jak to, idioto! — wołał głosem gwałtownym, wyrywając z

rąk towarzysza latarnię i wodząc nią dokoła kajuty. — Czy nie
powinieneś  był,  zamiast  zadowalać  się  pozorem,  rewidować
więźnia  za  każdym  razem!…  Patrz  na  ten  kawałek  żelaza
wygładzony  tarciem.  O  niego  pocierał  więzy,  krępujące  jego
ręce… Musiał poświęcić temu zajęciu nie jeden i nie dwa dni. A
ty nie spostrzegłeś tego wcale… Czy można być głupim do tego

background image

ty nie spostrzegłeś tego wcale… Czy można być głupim do tego
stopnia!

— Kiedyż skończysz nareszcie! — odparł Tisza, który czuł,

że  gniew  w  nim  wzbiera.  —  Czyż  jestem  twym  psem?…
Zresztą, jeżeli chodziło ci tak bardzo o Dragosza, mogłeś go sam
pilnować.

— Zapewne lepiej bym zrobił. Ale przede wszystkim czy był

to istotnie Dragosz?

— A któż inny?
—  Czy  ja  wiem…  Mogę  się  spodziewać  wszystkiego,

sądząc ze sposobu w jaki wywiązałeś się z danego ci polecenia.
Czy poznałeś go, gdyś go schwytał?

—  Nie  mogę  powiedzieć,  że  go  poznałem,  skoro  był

obrócony plecami.

— Otóż to właśnie.
— Ale łódź poznałem doskonale. Ta sama, którą mi pokazał

w Wiedniu. Tego jestem zupełnie pewny.

— Łódź!… Łódź!… Ale jak wyglądał twój więzień? Czy był

wysoki  Sergiusz  Ladko  i  Iwan  Striga  byli  prawie  jednego
wzrostu.  Ale  człowiek  w  postawie  leżącej  wydaje  się  zawsze
wyższy, a Tisza widział tego sternika rozciągniętego na podłodze
więzienia. Toteż z największym przekonaniem powiedział:

— O głowę wyższy od ciebie.
—  W  takim  razie  to  nie  był  Dragosz!  —  mruknął  Striga,

który wiedział, że detektyw jest niższy od niego.

Zastanowił się nieco, po czym spytał:
— Czy więzień podobny był do kogo z twoich znajomych?
—  Z  moich  znajomych?  —  zaprzeczył  Tisza.  —  Nic

background image

—  Z  moich  znajomych?  —  zaprzeczył  Tisza.  —  Nic

podobnego.

— Na przykład, czy nie był podobny do Ladki?
— Skądże przyszła ci ta myśl! — zawołał Tisza. — Dlaczego

Dragosz ma być podobny do Ladki?

— A gdyby nasz więzień nie był Dragoszem?
—  Nie  byłby  również  i  Ladką,  którego  znam  na  tyle,  że

pomylić się nie mogę.

—  Odpowiadaj  na  moje  pytania  —  nalegał  Striga.  —  Czy

był do niego podobny?

— Śnisz chyba — rzekł Tisza. — Najpierw więzień nie miał

brody, a Ladko ją miał.

— Brodę można ostrzyc — zauważył Striga.
—  Nie  przeczę…  Następnie  więzień  miał  szkła.  Striga

wzruszył ramionami.

— Czy był blondynem, czy brunetem?
— Brunetem — odpowiedział Tisza z przekonaniem.
— Jesteś pewny?
— Pewny.
— Więc to nie Ladko! — mruknął znów Striga. — W takim

razie byłby to Ilia Brusz…

— Co za Ilia Brusz?
— Rybak.
—  Ach!  —  zawołał  Tisza,  oszołomiony.  —  Ale,  jeżeli

więzień nie był Ladką ani Dragoszem, cóż wielkiego, iż uciekł.

Striga, nie odpowiedziawszy, zbliżył się do okna. Przyjrzał się

śladom  krwi,  po  czym  wychylił  się,  usiłując  coś  dojrzeć  w

background image

ciemności.

— Czy dawno uciekł? — spytał półgłosem.
— Najwyżej dwie godziny temu — odpowiedział Tisza.
— Jeżeli płynie od dwu godzin, musi być daleko! — zawołał

Striga, hamując gniew.

Po chwili namysłu dodał:
— Na razie nic nie można przedsięwziąć. Noc jest za ciemna.

Skoro ptaszek uciekł, szczęśliwej podróży. My zaś wyruszymy
nieco przed świtem, aby być jak najwcześniej, o ile to możliwe,
w Belgradzie.

Stał przez chwilę zamyślony, po czym opuścił celę udając się

do przeciwległej kajuty. Tisza nadstawił ucha. Z początku nic nie
usłyszał,  wkrótce  jednak  odezwały  się  głosy  coraz  bardziej
donośne.  Wzruszywszy  ramionami,  Tisza  oddalił  się  udając  się
na spoczynek.

Striga  pobłądził  wielce,  nie  chcąc  poszukiwać  więźnia.

Poszukiwania te nie byłyby płonne, zbieg bowiem był niedaleko.

Sergiusz  Ladko,  usłyszawszy  zgrzyt  klucza  w  zamku,  zrobił

rozpaczliwy  wysiłek,  aby  zwyciężyć  zaporę.  Pod  silnym
naporem  mięśni  skurczył  najpierw  ramię,  potem  biodro  i  jak
strzała wysunąwszy się z okna, upadł głową w rzekę, która się
rozwarła  i  zamknęła  bez  szmeru.  Gdy  po  krótkim  zanurzeniu
wypłynął  na  jej  powierzchnię,  był  już  w  pewnej  odległości  od
miejsca wypadku. Chwilę później minął galar. Był wolny.

Nie wahał się. Musiał płynąć czas jakiś, aby ujść pogoni, po

czym  miał  dotrzeć  do  brzegu.  Wprawdzie  był  całkiem  nagi,  co
mogło pociągnąć za sobą nieprzyjemne następstwa, ale wyboru

background image

mogło pociągnąć za sobą nieprzyjemne następstwa, ale wyboru
nie  miał.  Przede  wszystkim  musiał  myśleć  o  jak
najśpieszniejszym oddaleniu się od pływającego więzienia, a co
później będzie — zobaczy.

Nagle  wśród  ciemności  dojrzał  drugą  łódkę.  Jakież

wzruszenie  ogarnęło  go,  gdy  poznał  swoją  własną  barkę
złączoną  z  galarem  liną  prężącą  się  pod  wpływem  prądu.
Instynktownie uczepił się steru i zatrzymał nieruchomy.

Z  oddali  dochodziły  do  niego  dźwięki  głosów  ludzkich.

Prawdopodobnie mówiono o jego ucieczce. Natężył słuch.

Głosy  stawały  się  coraz  donośniejsze,  po  czym  umilkły.

Sergiusz Ladko, dostawszy się do burty, wpełzł do barki i znikł
w  budce.  Tu  nasłuchiwał  przez  chwilę.  Ale  milczenia  nie
przerywał żaden odgłos. Cisza panowała zupełna.

W budce mrok wydawał się jeszcze bardziej nieprzenikniony.

Sergiusz Ladko musiał po omacku dostać się do swoich rzeczy.
Wkrótce  stwierdził,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Na  swoim
miejscu  znalazł  przyrządy  rybackie,  czapkę  bobrową,  skrzynie
służące  posłanie  towarzyszowi  i  jemu  samemu… Ale  dlaczego
skrzynie były otwarte?… Sięgnął do wnętrza drżącymi rękami…
Nie,  nie  zabrali  mu  skromnej  ich  zawartości.  Bielizna  i  ubranie
były  nietknięte…  Nawet  nóż  tkwił  tam,  gdzie  go  położył.
Natychmiast  porwał  nóż,  otworzył  go  i  pełzając  na  brzuchu  na
spodzie barki, zbliżył się do przodu okrętu.

Ciężkie  chwile  przeżył!  Z  uchem  natężonym,  z  oczami

szeroko  rozwartymi  w  ciemnościach,  zatrzymując  się  z  tchem
zapartym  przy  najlżejszym  szmerze  wody,  pełzł  dziesięć  minut,
zanim  dosięgnął  liny.  Wreszcie  schwyciwszy  ją  ręką,  przeciął

background image

zanim  dosięgnął  liny.  Wreszcie  schwyciwszy  ją  ręką,  przeciął
jednym zamachem.

Lina odskoczyła z hałasem. Ladko z sercem bijącym padł na

dno barki. Niepodobieństwem było, aby nie usłyszano uderzenia
liny w tej głębokiej ciszy.

Ale  nie…  Żadnego  ruchu.  Sternik  powoli  wracał  do  siebie.

Wtedy  zrozumiał,  że  jest  daleko  od  swych  wrogów.  Barka
bowiem  zaczęła  pływać  swobodnie  i  wkrótce  między  nią  a
galarem stanął nieprzeparty wał mroku.

Skoro Sergiusz Ladko oddalił się o tyle, że bezpieczeństwo

było  zapewnione,  zaczął  wiosłować,  przyśpieszając  bieg  barki.
Dopiero wtenczas spostrzegł, że marznie. Ubrawszy się, wrócił
do swej pracy.

Gdzie  był?  Nie  miał  o  tym  pojęcia.  Zamknięty  w  swym

więzieniu nie wiedział nawet, czy galar płynął w górę, czy w dół
rzeki.

W  każdym  razie  płynął  z  prądem,  a  zatem  w  stronę

Ruszczuku i Nataszy. Jeżeli go cofnięto, będzie zawsze miał dość
siły,  aby  wynagrodzić  stracony  czas.  Na  razie  chodziło  tylko  o
to, aby oddalić się jak najbardziej od wrogów, a na to zostawało
mu około siedmiu godzin nocy. Z nadejściem dnia zatrzyma się
dla odpoczynku w pierwszym napotkanym mieście.

Sergiusz  Ladko  płynął  już  z  dwadzieścia  minut,  gdy  głos

słabnący  w  oddaleniu,  zwrócił  jego  uwagę.  Czy  był  to  głos
trwogi  czy  radości,  tego  rozróżnić  nie  mógł.  Jednakże  słaby
dźwięk  tego  głosu,  dolatującego  do  niego  z  oddali,  wstrząsnął
dziwnie  sercem  sternika.  Głos  ten  wydał  mu  się  znajomy…
Byłby  przysiągł,  że  to  głos  Nataszy.  Przestał  wiosłować,

background image

Byłby  przysiągł,  że  to  głos  Nataszy.  Przestał  wiosłować,
natężając słuch.

Ale  głos  zamilkł.  Barka  płynęła  w  ciszy  nocnej.  Natasza!…

— dźwięczało mu w głowie.

Sergiusz  Ladko  gwałtownym  ruchem  ramion  odepchnął

przywidzenie i powrócił do pracy.

Czas  szybko  mijał.  Około  północy  spostrzegł  na  prawym

brzegu  zarys  domów.  Było  to  miasteczko  Szlankament,  lecz
Ladko minął je, nie poznawszy.

W kilka godzin później o świcie, spostrzegł inne miasteczko,

Nove Banoveze, ale również go nie poznał.

W dalszej drodze brzegi były niezamieszkałe.
Sergiusz  Ladko,  korzystając  ze  światła  dziennego,  zajął  się

naprawą swojej charakteryzacji, uszkodzonej długim więzieniem.
Po  upływie  kilku  minut  nadał  włosom  barwę  czarną,  ogolił
rosnącą  brodę  i  zmienił  nadwyrężone  szkła  na  inne.  Po  czym
zaczął wiosłować z dawnym rozmachem.

Od czasu do czasu obracał się, aby się przekonać, czy nic mu

nie grozi. Ale wrogowie byli daleko.

Załatwiwszy najpilniejsze sprawy, w poczuciu swej wolności

zaczął  rozmyślać  nad  niezwykłością  położenia.  Kim  byli  jego
wrogowie?  Dlaczego  go  napastowali?  Dlaczego  więzili?  Na
próżno  szukał  odpowiedzi.  W  każdym  razie  stwierdził,  że  ma
wrogów, których się musi strzec, co utrudni wielce jego podróż,
o ile nie zażąda opieki policji w pierwszym napotkanym mieście.
Krok ten zaś mógł narazić go na niemiłą niespodziankę.

Zresztą  nie  dowiedział  się,  do  jakiego  miasta  płynie.

background image

Zresztą  nie  dowiedział  się,  do  jakiego  miasta  płynie.

Dowiedzieć  się  nie  mógł,  brzegi  bowiem  były  prawie
niezamieszkałe  w  tych  stronach.  Zaledwie  kilka  wiosek
majaczyło z daleka.

Dopiero  rano  ukazały  się  na  prawym  brzegu  wysokie

dzwonnice,  a  przed  barką,  na  horyzoncie  w  dali,  inne  miasto.
Sergiusz  Ladko  skoczył  z  radości.  Poznał  oba  miasta.  Jedno
bliższe, to Zemlin, ostatni gród naddunajski Cesarstwa Austro–
Węgierskiego;  drugie  wprost  niego,  był  to  Belgrad,  stolica
Serbii,  położona  również  n  prawym  brzegu,  za  zakrętem  rzeki,
przy ujściu Sawy.

Tak więc podczas swego uwięzienia nie przestawał płynąć z

biegiem rzeki, nie widząc, że zbliżył się do celu i że posunął się o
przeszło pięćset kilometrów naprzód.

Na  razie  Zemlin  był  dla  niego  zbawieniem,  może  znaleźć  w

nim pomoc i opiekę. Ale czy bezpieczną rzeczą będzie udawać
się d policji? Jeżeli opowie o ostatnim swym zdarzeniu, czy nie
padnie  ofiarą  śledztwa?  Może  będą  się  dowiadywali,  kim  jest,
skąd  płynął,  dokąd  się  udaje  i  może  odkryją  nazwisko,  do
którego jak przysiągł, nie przyzna się nigdy w żadnym wypadku.

Odkładając decyzję na później, Sergiusz Ladko przyśpieszył

bieg  swej  barki.  Zegary  miejskie  wybiły  pół  do  ósmej,  kiedy
sternik przywiązywał łódź do nadbrzeża. Zrobiwszy porządek na
barce,  powrócił  znów  do  pytania:  dać  znać,  czy  milczeć?  W
końcu  postanowił  nic  nie  mówić.  Zważywszy  wszystko,  lepiej
było zachować milczenie, odpocząć sobie spokojnie w budce i
oddalić się niepostrzeżenie od Zemlinu.

W tej jednak chwili czterech ludzi zjawiło się na nadbrzeżu i

background image

W tej jednak chwili czterech ludzi zjawiło się na nadbrzeżu i

zatrzymało się wprost barki. Ludzie ci wskoczyli do łodzi i jeden
z  nich  zbliżywszy  się  do  Ladki  który  ze  zdziwieniem  na  nich
patrzał, spytał:

— Pan jest niejakim Ilia Brusz?
— Tak — odpowiedział sternik.
Pytający, uchyliwszy płaszcza, wskazał na szarfę o barwach

węgierskich opasującą jego pierś.

—  W  imię  prawa,  aresztuję  pana  —  rzekł  dotykając  ręką

ramienia sternika.

XIII
Śledztwo

 

Karłowi  Dragoszowi  przypadła  w  udziale  sprawa  tak

obfitująca w nieprzewidziane wypadki, że nie przypominał sobie,
aby  w  ciągu  długiego  swego  urzędowania  miał  do  czynienia  z
wypadkiem  tego  rodzaju.  Niepojęta  nieuchwytność  bandy,  jej
wszędobytność,  nagłość  napadów  były  już  rzeczą  wysoce
niezwykłą.  Co  zaś  mógł  sądzić  o  nagłym  zniknięciu  jej
przywódcy,  który  zaledwie  odkryty,  już  wymknął  się  z  rąk
policji, szukającej go we wszystkich kierunkach!

Z początku można było mniemać, że się ulotnił. Nie pozostało

po  nim  ani  śladu,  ani  wzwyż,  ani  w  dół  rzeki.  W  Budapeszcie
mianowicie  policja  pomimo  nieustającego  nadzoru  nie  natrafiła

background image

mianowicie  policja  pomimo  nieustającego  nadzoru  nie  natrafiła
na  najmniejszą  oznakę  jego  bytności.  A  jednak  musiał
przejeżdżać przez miasto, skoro 31 sierpnia widziano go w Duna
Földvar,  czyli  o  dziewięćdziesiąt  kilometrów  poniżej  stolicy
Węgier.

Oczywiście  Karl  Dragosz  zrozumieć  tego  nie  mógł,  nie

wiedząc,  że  rolę  rybaka  odgrywał  wtedy  Iwan  Striga,  któremu
galar zapewnił bezpieczne schronienie.

W  ciągu  następnych  dni  stwierdzono  jego  obecność  w

Szekszard, Vukovar, Czerevicz i w Karłowicach. Ilia Brusz nie
ukrywał  się  bynajmniej.  Co  więcej  mówił  przy  sposobności
swoje  nazwisko,  a  czasem  nawet  sprzedawał  ryby.  Niektórzy
wprawdzie widzieli również jak je kupował, co było dziwne…

W  każdym  razie  rzekomy  rybak  dał  dowód  piekielnej

zręczności.  Policja  zawiadomiona  o  jego  zjawieniu  się,
natychmiast  zdążała  na  wskazane  miejsce,  lecz  przybywała  za
późno. Wszelkie jej wysiłki były próżne: barka znikała w całym
znaczeniu tego słowa.

Karla  Dragosza  doprowadzały  do  rozpaczy  niepowodzenia

władnych. Czyż zwierzyna miałaby wyśliznąć się z jego rąk?

Wszelako  dwie  rzeczy  były  pewne.  Pierwsza,  że  laureat

płynie nadal z biegiem rzeki, druga, że wymijał miasta z obawy
przed policją.

Karl  Dragosz  więc  kazał  zdwoić  nadzór  we  wszystkich

znaczniejszych  miastach  położonych  poniżej  Budapesztu,  jak
Mohacz,  Apatin  i  Neusatz,  sam  zaś  wybrał  Zemlin  na  swą
główną  kwaterę,  Miasta  te  tworzyły  tyle  przeszkód  na  drodze
zbiega.

background image

zbiega.

Niestety  zbieg,  zdawało  się,  urągał  tym  przeszkodom.  Jak

czas stwierdzano jego bytność poniżej Budapesztu, tak obecnie
wiedziano  o  jego  przejeździe  poniżej  Mohacza,  Apatin  i
Neusatz,  ale  zawsze  za  późno.  Dragosz  uniesiony  gniewem  i
rozumiejący,  że  rozgrywa  się  ostatnia  jego  stawka,  zebrał
prawdziwą  flotyllę.  Na  jego  rozkaz  blisko  trzydzieści  łódek
krążyło dniem i nocą poniżej Zemlinu. Przeciwnik musiałby być
niezmiernie  zręczny,  chcąc  przedostać  się  przez  te  zwarte
szeregi.

Nie  na  wiele  wszakże  przydałyby  się  te  nadzwyczajne

zabiegi,  gdyby  Sergiusz  Ladko  pozostał  więźniem  Iwana  Strigi.
Na  szczęście  dla  Dragosza  stało  się  inaczej.  Szósty  września
jednak  minął  bez  wszelkiego  osobliwego  wydarzenia  i  Dragosz
miał już rankiem siódmego opuścić Zemlin, gdy policjant dał mu
znać, że aresztowany zbieg znajduje się w więzieniu.

Karl  Dragosz  pobiegł  do  policji  dowiedzieć  się  prawdy.

Istotnie sławny Ladko znajdował się pod kluczem.

Wiadomość rozeszła się z szybkością błyskawicy po mieście.

Rozmowy toczyły się tylko na ten temat, a na nadbrzeżu zwarte
grupy stały dzień cały przed barką złoczyńcy.

Widowisko  to  nie  mogło  nie  zwrócić  uwagi  galaru,  który

około trzeciej po południu przepływał koło Zemlina. Był to galar
Strigi.

— Co się stało w Zemlinie? — rzekł on do wiernego Tiszy.
— Byłyżby to zamieszki?
Spojrzawszy jednak przez lornetkę zawołał niebawem:
— Niech diabli porwą, Tisza, jeżeli to nie jest łódź naszego

background image

— Niech diabli porwą, Tisza, jeżeli to nie jest łódź naszego

więźnia!

— Myślisz? — rzekł Tisza, sięgając po lornetkę.
—  Muszę  się  o  tym  upewnić  —  oświadczył  Striga  wielce

poruszony. — Ląduję.

—  Aby  się  dać  złapać.  Winszuję!…  Jeżeli  to  jest  łódź

Dragosza, to znaczy, że jest on w Zemlinie. Chcesz się rzucić w
paszczę wilka?

— Masz słuszność — potwierdził Striga, znikając w kajucie.

— Ale będziemy ostrożni.

W kwadrans później zjawił się w mistrzowskim przebraniu. Z

brody  nie  pozostało  ani  śladu,  natomiast  na  twarzy  widniały
fałszywe  faworyty,  włosy  pokrywała  peruka,  szeroka  opaska
zasłaniała jedno oko, a w ręku trzymał laskę, na której wspierał
się  ociężale,  jak  człowiek  po  dopiero  co  przebytej  ciężkiej
chorobie.

— A teraz? — spytał z pewną chełpliwością.
— Cudownie! — podziwiał Tisza.
— Słuchaj — rzekł Striga. — W tym czasie gdy ja będę w

Zemlinie,  wy  ruszajcie  w  drogę.  O  dwie  lub  trzy  mile  za
Belgradem zaczekajcie na mnie.

— Jakim sposobem złączysz się z nami?
—  Nie  kłopocz  się  tym  i  powiedz  Ogulowi,  aby  mnie

odstawił do brzegu.

Podczas  tej  rozmowy  galar,  płynąc  wciąż,  znalazł  się  poza

Zemlinem. Striga wysiadłszy z dala od miasta, zawrócił, zbliżając
się szybko ku domom. Gdy dotarł do pierwszych, zwolnił kroku

background image

się szybko ku domom. Gdy dotarł do pierwszych, zwolnił kroku
i spokojnie podszedł do stojących na brzegu ludzi, przysłuchując
się chciwie rozmowom.

Nie  spodziewał  się  tego,  co  usłyszał.  Nikt  z  obecnych  nie

mówił  o  Dragoszu.  Nie  mówiono  również  o  Ilii  Bruszu.  Tylko
Ladko był na ustach wszystkich. Jaki Ladko? Nie o sterniku z
Ruszczuku  była  mowa,  którego  nazwisko,  jak  wiadomo,
zużytkował zręcznie Striga, ale właśnie o tym rzekomym Ladce,
którego on całkowicie stworzył, o Ladce złoczyńcy, korsarzu, to
jest  o  nim  samym,  o  Stridze.  Aresztowanie  jego  osoby  było
przedmiotem rozmów.

Bandyta  stanął  wobec  zagadki.  Że  policja  mogła  popełnić

błąd,  aresztując  niewinnego  zamiast  winowajcy,  było  to
zrozumiałe. Ale jaki związek mogła mieć ta pomyłka, której nikt
lepiej od niego stwierdzić nie mógł, z obecnością barki, jeszcze
wczoraj umocowanej do jego galaru?

Zdawało się, że to drugie pytanie nie powinno zajmować go

tak bardzo. Najważniejszą bowiem rzeczą było, że kto inny był
aresztowany, nie on. Reszta była fraszką.

Byłoby  to  istotnie  niezrozumiałe,  gdyby  Striga  nie  miał

szczególnych  powodów  do  stawiania  sobie  tego  drugiego
pytania.  Sądząc  z  pozoru,  wszystko  przemawiało  za  tym,  że
aresztowany  i  właściciel  barki  stanowili  jedną  osobę.  Kim
bowiem  był  ten  nieznajomy,  który  będąc  osiem  dni  więźniem
galaru,  tak  uprzejmie  zastępuje  właściciela  tegoż  galaru  w
szponach  policji?  Striga  oczywiście  nie  mógł  opuścić  Zemlinu,
nie rozstrzygnąwszy tego pytania.

Musiał  się  jednak  uzbroić  w  cierpliwość.  P.  Izar  Rona,

background image

Musiał  się  jednak  uzbroić  w  cierpliwość.  P.  Izar  Rona,

sędzia, któremu poruczono tę sprawę, nie śpieszył się wcale ze
śledztwem.  Trzy  dni  nie  dał  znaku  życia.  Zwlekanie  to  było
umyślne.  Jego  zdaniem,  pozostawienie  obwinionego  w
samotności osiąga najlepsze skutki. Samotność jest doskonałym
środkiem do wyczerpania nerwów i kilka dni tajemnicy wpływa
znakomicie na stan duszy przeciwnika, stającego przed sędzią.

W dwie doby po aresztowaniu Ladki p. Izar Rona wykładał

swojo  teorie  Karłowi  Dragoszowi,  przybyłemu  w  celu
zasięgnięcia  informacji.  Detektyw  musiał  z  urzędu  potakiwać
poglądom swe naczelnika.

— Więc kiedy, panie sędzio — ośmielił się zapytać — myśli

pan raz pierwszy badać winowajcę?

— Jutro.
—  A  zatem  jutro  wieczorem  przyjdę  dowiedzieć  się  o

wyniku. Sądzę, że zbędną jest rzeczą abym powtarzał, na czym
opieram swoje przypuszczenia?

—  Najzupełniej  —  potwierdził  sędzia.  —  Mam  w  pamięci

wszystkie  nasze  rozmowy,  zresztą  nie  brak  mi  wskazówek
piśmiennych.

— Pan pozwoli jednak, że mu przypomnę o moim życzeniu?
— Jakim życzeniu?
— Nie  brania  udziału  w  tej  sprawie  przynajmniej  do  czasu.

Jak  już  mówiłem,  obwiniony  zna  mnie  tylko  pod  nazwiskiem
Jaegera. Na razie może to być nam pomocne. Oczywiście skoro
będziemy  w  sądzie,  będę  zmuszony  wyjawić  swe  właściwe
nazwisko. Ale do tego jeszcze daleko, tymczasem zaś lepiej by
było, aby dla łatwiejszego odkrycia wspólników nazwisko moje

background image

było, aby dla łatwiejszego odkrycia wspólników nazwisko moje
pozostało w tajemnicy.

— Dobrze — obiecał sędzia.
Sergiusz  Ladko,  zamknięty  w  celi,  oczekiwał  na  swój  los.

Mając  tak  świeżo  w  pamięci  ostatnią  przygodę,  nie  czuł  się
przybity nowym swym nieszczęściem, również całkiem dla niego
niezrozumiałym.  Nie  stawiał  oporu,  gdy  go  aresztowano  i
prowadzono  do  więzienia.  Nie  było  ono  groźne  dla  niego.
Aresztowanie  to  nastąpiło  niezaprzeczenie  wskutek  pomyłki,
którą wnet wyjaśni przy pierwszym badaniu.

Na nieszczęście śledztwa nie rozpoczynano. Sergiusz Ladko,

skazany na najściślejszy nadzór, pozostawał odosobniony dniem
i nocą w swej celi, do której zaglądał od czasu do czasu dozorca
przez  okienko  we  drzwiach.  Jeżeli  dozorca,  stosując  się  do
zaleceń sędziego, śledził jakie skutki wywiera na więźnia metoda
odosobnienia,  to  zadowolony  być  nie  mógł.  Godziny  i  dnie
upływały  bez  żadnej  zmiany  w  jego  zachowaniu.  Siedząc  na
krześle, z rękoma opartymi na kolanach, z oczami spuszczonymi,
kamiennym  obliczem,  pogrążony  w  swych  myślach  Ladko  nie
ruszał  się  prawie  wcale  i  nie  okazywał  najmniejszej
niecierpliwości.  Od  pierwszej  chwili  swego  uwięzienia  Sergiusz
Ladko  zmusiwszy  się  do  spokoju  nie  wyszedł  z  równowagi.  Z
upływem czasu tylko żałować zaczął swego płynącego więzienia,
w którym przynajmniej zbliżał się do Ruszczuku.

Wreszcie  na  trzeci  dzień,  10  września,  kazano  mu  wyjść  z

celi.  W  towarzystwie  czterech  uzbrojonych  żołnierzy  przeszedł
długi korytarz, nieskończoną ilość schodów, następnie ulicę, na

background image

długi korytarz, nieskończoną ilość schodów, następnie ulicę, na
której znajdował się gmach Sądu naprzeciwko więzienia.

Na  ulicy  tłum  pomrukiwał,  cisnąc  się  za  kordonem

policjantów. Skoro więzień się ukazał, dzikie okrzyki odezwały
się z ciżby, żądnej okazania nienawiści złoczyńcy tak groźnemu i
tak  długo  poszukiwanemu. Ale  Sergiusz  Ladko  nie  dał  poznać
po sobie, jak silnie dotknęła go ta niezasłużona obelga. Krokiem
pewnym wszedł do gmachu i po krótkim oczekiwaniu znalazł się
przed sędzią.

P.  Izar  Rona,  małego  wzrostu,  o  słabowitym  wyglądzie,

włosach blond, rzadkiej brodzie, cerze żółtej, był urzędnikiem w
całym  znaczeniu  tego  słowa.  Jego  stanowcze  twierdzenia,
brutalne  przeczenia,  sposób  obejścia  względem  przeciwnika
świadczyły,  że  chce  wzbudzić  w  nim  raczej  trwogę,  niż  zyskać
zaufanie.

Straż  oddaliła  się  na  znak  dany  przez  sędziego.  Sergiusz

Ladko, stojąc w środku pokoju, czekał, aż go raczą zapytać. W
kącie oczekiwał sekretarz z piórem w ręku.

— Usiądź pan — rzekł p. Rona szorstko.
Sergiusz Ladko usłuchał. Sędzia zapytał:
— Pańskie nazwisko?
— Ilia Brusz.
— Miejsce zamieszkania?
— Szalka.
— Zawód?
— Rybak.
—  Kłamiesz  pan  —  odrzekł  sędzia,  przypatrując  się

obwinionemu.

background image

obwinionemu.

Twarz Sergiusza Ladki zaróżowiła się z lekka, oczy zabłysły;
Powstrzymał się jednak i milczał.
—  Kłamiesz  pan  —  powtórzył  sędzia.  —  Nazywasz  się

Ladko, mieszkasz w Ruszczuku.

Sternik  zadrżał.  A  zatem  odkryto  go.  Jakim  sposobem?

Tymczasem  sędzia,  którego  uwagi  nie  uszło  zmieszanie
obwinionego, ciągnął dalej głosem ostrym:

— Jesteś obwiniony o trzy zwykłe grabieże, o dziewiętnaście;

połączonych z napadem i włamaniem, o trzy morderstwa i sześć
usiłowań  zabójstwa,  wszystko  dokonane  z  premedytacją  w
ciągu mniej niż trzech lat. Co powiesz na to?

Sternik słuchał w osłupieniu tego niesłychanego oskarżenia. A

więc  ten  sobowtór,  o  którym  słyszał  z  ust  p.  Jaegera,  a  który
napawał  go  taką  trwogą,  istniał  rzeczywiście!  Na  co  więc  się
przyda  wyjawić  swe  istotne  nazwisko?  Przed  chwilą  chciał  je
wyznać,  prosząc  sędziego  o  zachowanie  tajemnicy.  Obecnie
zrozumiał, że to wyznanie pogorszyłoby tylko sprawę. Wszak to
on, Sergiusz Ladko z Ruszczuku, obwiniony był o te wszystkie
zbrodnie!  Oczywiście,  gdy  jego  tożsamość  będzie  ostatecznie
stwierdzona,  zdoła  dowieść  swej  niewinności.  Ale  ile  czasu
upłynie, zanim dojdzie do tego! Nie! Lepiej do końca wytrwać
w roli rybaka Ilii Brusza, skoro Ilia Brusz jest niewinny.

—  Powiem,  że  pan  się  myli  —  odpowiedział  tonem

stanowczym.  —  Nazywam  się  Ilia  Brusz,  mieszkam  w  Szalce.
Zresztą można się o tym przekonać z łatwością.

—  Będzie  to  dokonane  —  rzekł  sędzia,  notując.  —

Tymczasem wykażę panu kilka zarzutów, które ciążą na nim.

background image

Tymczasem wykażę panu kilka zarzutów, które ciążą na nim.

Sergiusz 

Ladko 

skupił 

uwagę. 

Sędzia 

dotykał

najważniejszego punktu.

— Na razie — zaczął sędzia — zostawimy w spokoju inne

zbrodnie,  o  które  obwiniają  pana,  zajmiemy  się  tymi,  które
zostały dokonane przez czas pańskiej żeglugi na Dunaju.

Sędzia zatrzymał się chwilę, po czym znów zaczął mówić.
— Po raz pierwszy zwrócił pan na siebie uwagę w Ulm. Za

początek podróży przeto weźmiemy Ulm.

— Przepraszam pana — przerwał Sergiusz Ladko żywo. —

Początek mojej podróży sięga daleko wyżej, skoro otrzymałem
dwie  nagrody  na  konkursie  w  Sigmaringen  i  następnie
dopłynąłem do Donaueschingen.

— To prawda — odparł sędzia — że niejaki Ilia Brusz został

laureatem  na  konkursie  w  Sigmaringen,  urządzonym  przez  Ligę
Naddunajską i że tego Ilię Brusza widziano w Donaueschingen.
Ale, albo już w Sigmaringen pan występował pod pożyczonym
nazwiskiem,  albo  pan  wszedł  w  rolę  Ilii  Brusza  podczas  jego
podróży  z  Donaueschingen  do  Ulm.  Punkt  ten  będzie
wyjaśniony, może pan być spokojny.

Sergiusz  Ladko  z  szeroko  rozwartymi  oczami  słuchał  tych

fantastycznych  wywodów.  A  więc  i  rzekomego  Ilię  Brusza
wliczono  do  rzędu  jego  ofiar!  Nie  zadając  sobie  trudu
odpowiedzi,  wzruszył  ramionami  pogardliwie,  gdy  nagle  sędzia,
utkwiwszy weń wzrok spytał znienacka:

— Coś pan robił w Wiedniu, 26 sierpnia, u Żyda Szymona

Kleina?

background image

Mimowoli  Sergiusz  Ladko  zadrżał  po  raz  wtóry.  A  zatem

wiedziano  o  tych  odwiedzinach.  Zapewne  nie  były  one  niczym
nagannym,  ale  chcąc  się  do  nich  przyznać,  należało  również
wyjawić  swą  tożsamość,  a  ponieważ  postanowił  ją  ukrywać,
musiał się tego trzymać.

— Szymon Klein? — powtórzył tonem pytającym, jakby nie

wiedział o co chodzi.

—  Pan  zaprzecza?  —  rzekł  sędzia.  —  Spodziewałem  się

tego. Więc to ja panu powiem, że zdążając do Żyda Szymona
Kleina  —  i  sędzia,  jakby  dla  nadania  większej  powagi  swym
słowom, uniósł się na swym siedzeniu — szedłeś porozumieć się
ze zwykłym paserem twojej bandy.

— Mojej bandy! — powtórzył oszołomiony sternik.
—  Prawda  —  sprostował  ironicznie  sędzia  —  że  pan  nie

rozumie słów, że pan nie należy do żadnej bandy, że pan nie jest
Ladką,  lecz  niewinnym  rybakiem,  nazwiskiem  Ilia  Brusz.
Dlaczegóż więc, jeżeli pan jesteś Ilią Bruszem ukrywasz się pan?

— Ja się ukrywam? — zawołał Ladko.
— Cóż robić! Tak przynajmniej wygląda — mówił sędzia —

chyba, że nie nazywa się ukrywaniem noszenie czarnych szkieł,
gdy się ma j najlepsze oczy na świecie — zdejmijże pan swoje
szkła, proszę — i gdy się farbuje na czarno włosy z natury jasne.

Sergiusz Ladko był zgnębiony.
Policja  była  dobrze  poinformowana  i  więzy  zaciskały  się

około;  niego.  Sędzia,  udając,  że  nie  widzi  jego  zmieszania,
ciągnął dalej:

— A co, zuchu, jesteś już mniej rześki. Nie przypuszczałeś,

background image

— A co, zuchu, jesteś już mniej rześki. Nie przypuszczałeś,

że  wiemy  tyle… Ale  idę  dalej.  W  Ulm  przyjąłeś  pan  do  swej
barki pasażera.

— Tak — odpowiedział Sergiusz Ladko.
— Jak się nazywał?
— P. Jaeger.
—  Prawda.  Czy  możesz  mi  pan  powiedzieć  co  się  stało  z

panem Jaegerem?

— Nie wiem. Opuścił mnie w niezamieszkałej okolicy prawie

u ujścia Ipoly. Byłem zdziwiony, nie zastawszy go w łodzi.

—  Wracając,  pan  mówi.  Pan  się  więc  oddalał.  Gdzie  pan

doszedł?

—  Do  sąsiedniego  miasteczka,  aby  przynieść  trunek  dla

mojego pasażera.

— Czy był chory?
— Bardzo chory. O mało nie utonął.
— I to pan go uratował, sądzę?
— A któż by inny, jeżeli ja tylko z nim byłem?
— Hm!… — mruknął sędzia nieco stropiony.
Ale otrząsnąwszy się z chwilowego wrażenia, pytał dalej:
— Zapewne chce pan mnie wzruszyć tym opowiadaniem?
—  Ja?  —  zaprzeczył  Ladko.  —  Pan  się  pyta,  więc

odpowiadam. Oto wszystko.

— To dobrze — rzekł sędzia. — Ale, niech pan mi powie,

czy przed tym wypadkiem nie opuszczałeś nigdy barki?

— Raz tylko jeden, aby odwiedzić swój dom w Szalce.
— Czy mógłby pan powiedzieć, kiedy to było?
— Dlaczego nie, jeżeli sobie przypomnę.

background image

— Dlaczego nie, jeżeli sobie przypomnę.
— Pomogę panu. Czy nie w nocy z 28 na 29 sierpnia?
— Być może.
— Pan nie zaprzecza?
— Nie.
— Pan się przyznaje?
— Jak pan widzi.
— A zatem zgoda… Szalka, o ile mi się zdaje, leży na lewym

brzegu Dunaju? — spytał sędzia dobrodusznie.

— Istotnie.
— Noc z 28 na 29 sierpnia była niezwykle ciemna.
— Niezwykle. Czas był okropny.
— Dlatego to omylił się pan. Zamiast na lewy brzeg, trafił pan

na prawy.

— Na prawy?
P.  Izar  Rona  wstał  i  patrząc  obwinionemu  prosto  w  oczy,

rzekł:

— Tak, na prawy, wprost willi hrabiego Hagueneau.
Sergiusz Ladko szukał w swej pamięci Hagueneau. Nie znał

tego nazwiska.

— Pan jest mocno kuty — oświadczył sędzia, rozczarowany

bezowocną  próbą  wprowadzenia  w  kłopot  przeciwnika.  — A
więc po raz pierwszy słyszy pan o hrabi Hagueneau i o tym, że w
nocy z 28 na 29 sierpnia jego willa została ograbiona, a dozorca
ciężko raniony. Ale cóż mi do głowy przychodzi? Jakżeby pan
wiedział o tych zbrodniach popełnionych przez pewnego Ladkę.
Wszak Ladko nie jest pana nazwiskiem.

— Nazywam się Ilia Brusz — wyrzekł sternik głosem mniej

background image

— Nazywam się Ilia Brusz — wyrzekł sternik głosem mniej

pewnym niż wpierw.

—  Doskonale!  Doskonale!…  Rozumiem,  ale  dlaczegóż  w

takim razie zniknąłeś zaraz po dokonaniu tej zbrodni i ukazałeś
się — i to bardzo skromnie — dopiero na dobrej odległości od
okolicy, która była jej widownią? Dlaczego nikt pana nie widział,
pana, który tak chętnie udzielałeś się dotąd, ani w Budapeszcie,
ani w Neusatz, ani w żadnym znaczniejszym mieście? Dlaczego
zaniechałeś  swego  zajęcia  tak  dalece,  że  kupowałeś  ryby  w
miasteczkach, w których się zatrzymywałeś?

Nieszczęśliwy  sternik  nie  rozumiał  nic  zgoła.  Wprawdzie

znikł,  ale  znikł  mimo  swej  woli.  Czyż  od  tej  nocy  z  28  na  29
sierpnia nie był więźniem? Cóż dziwnego w takim razie, że znikł.
Dziwną rzeczą było I tylko to, że ktoś twierdził, że go widział.

Przynajmniej  tę  pomyłkę  łatwo  było  sprostować.  Musi

opowiedzieć  o  niezrozumiałej  przygodzie,  której  padł  ofiarą.
Może sąd potrafi rozwiązać tę zagadkę! Sergiusz Ladko czekał
niecierpliwie, aby p. Rona pozwolił mu się odezwać. Ale sędzia
był w pełni swego podniecenia. Chodził wzdłuż i wszerz swego
gabinetu,  obrzucając  więźnia  szeregiem  dowodów,  jak  sądził,
niezbitych.

—  Jeżeli  pan  nie  jesteś  Ladką  —  ciągnął  dalej  z

wzrastającym  gniewem  —  jakim  sposobem  po  rabunku  willi
hrabiego  Hagueneau,  dokonanym  nieszczęśliwym  zbiegiem
okoliczności  właśnie  w  chwili,  gdy  opuściłeś  pan  barkę,
popełniono z 5 na 6 października zwyczajną kradzież w Szuszku,
przez  który  musiałeś  przechodzić?  Jeżeli  pan  nie  jesteś  Ladką,

background image

przez  który  musiałeś  przechodzić?  Jeżeli  pan  nie  jesteś  Ladką,
co  znaczy  wizerunek  kobiety,  znaleziony  w  pańskiej  łodzi,  z
dedykacją pańskiej żony, Nataszy Ladko!

Sędzia tym razem osiągnął cel. Ostatni argument był niezbity.

Sternik  zmiażdżony  spuścił  głowę.  Gęste  krople  potu  spływały
mu z twarzy.

Sędzia wszakże ciągnął coraz głośniej:
—  Jeżeli  pan  nie  nazywasz  się  Ladko,  dlaczego  ten

wizerunek  znikł  z  chwilą,  gdy  groziło  ci  niebezpieczeństwo?
Wizerunek był w pańskiej skrzyni; dla dokładności dodam, że w
skrzyni  znajdującej  się  po  prawej  stronie  łodzi  w  budce.
Obecnie nie ma go tam; jeżeli jego bytność w skrzyni oskarżała
pana, to jego zniknięcie skazuje pana. Co powiesz na to?

—  Nic  —  rzekł  Ladko  przytłumionym  głosem.  —  Nie

rozumiem, co to wszystko znaczy.

— Zrozumie pan, o ile pan zechce. Na razie przerwiemy tę

zajmującą rozmowę. Odprowadzą pana do celi, gdzie będziesz
miał czas zastanowić się nad swym położeniem. Twierdzisz pan,
po pierwsze, że nazywasz się Ilia Brusz; po drugie, że otrzymałeś
nagrodę na konkursie w Sigmaringen; po trzecie, że mieszkasz w
Szalce; po czwarte, ze udałeś się do Szalki, w nocy z 28 na 29
sierpnia. Punkty te będą sprawdzone. Ze swej strony twierdzę,
po pierwsze, że nazywasz się Ladko; po drugie, że mieszkasz w
Ruszczuku; po trzecie, że w nocy z 28 na 29 sierpnia dokonałeś
rabunku willi hrabiego Hagueneau wraz z licznymi wspólnikami i
targnąłeś  się  na  życie  dozorcy  Christiana  Hoel;  po  czwarte,  że
kradzież, której ofiarą padł niejaki Kellerman z Szuszek w nocy
z  5  na  6  września,  jest  pańskim  dziełem;  po  piąte,  że  inne

background image

z  5  na  6  września,  jest  pańskim  dziełem;  po  piąte,  że  inne
kradzieże  i  zabójstwa  dokonane  w  okolicach  naddunajskich
powinny  być  panu  przypisane.  Śledztwo  jest  w  toku.
Świadkowie  gotowi.  Pan  stanie  przed  nimi…  Chcesz  pan
podpisać  protokół?  Nie…  Jak  się  panu  podoba…  Żołnierze,
odprowadźcie oskarżonego.

Sergiusz  Ladko,  wracając  do  swej  celi,  musiał  przechodzić

na nowo przez ciżbę, która nie szczędziła mu obelg. Przeciwnie,
gniew tłumu wzmógł się na tyle, że policja z trudnością obroniła
więźnia.

W  tej  wyjącej  ciżbie  niepoślednie  miejsce  zajmował  Iwan

Striga.  Nie  odrywał  on  wzroku  od  osobnika,  który  z  taką
uprzejmością zajął jego miejsce. Sternik przeszedł mimo niego o
dwa  metry,  mógł  więc  mu  się  przyjrzeć  do  woli.  Ale  w  tym
człowieku bez zarostu, o włosach czarnych, o szkłach ciemnych,
nie poznał swego przeciwnika i niepewność jego nie zmniejszyła
się wcale.

Zamyślony  Striga  oddalił  się  wraz  z  tłumem  gdy  zamknięto

drzwi więzienia. Stanowczo więzień był mu obcy. Nie był to ani
Dragosz,  ani  Ladko.  Nie  obchodziło  go  wcale,  że  obwinionym
mógł być Ilia Brusz. Ten czy inny, najważniejszą rzeczą było, że
więzień  odciągał  uwagę  policji  od  niego.  Bytność  jego  w
Zemlinie  była  niepotrzebna.  Nie  zwlekając  też,  nazajutrz  miał
powrócić na galar.

Ale  wiadomości,  wyczytane  w  dziennikach,  wpłynęły  na

zmianę  jego  postanowienia.  Sprawa  Ladki,  trzymana  w
najściślejszej  tajemnicy,  tym  bardziej  pobudziła  prasę  do
odkrycia  jej  zasłony.  Udało  się  to  w  pełni.  Dzienniki  były

background image

odkrycia  jej  zasłony.  Udało  się  to  w  pełni.  Dzienniki  były
przepełnione wiadomościami o niej.

Sprawozdania  były  nawet  dość  wierne.  Towarzyszyły  im

liczne  komentarze  nie  szczędzące  obwinionego.  Na  ogół
dziwiono się, dlaczego więzień upiera się tak bardzo przy swej
roli  rybaka,  nazwiskiem  Ilia  Brusz,  mieszkającego  samotnie  w
Szalce. Dlaczego trzymał się drogi tak widocznie mylnej?

P.  Izar  Rona,  głoszono,  kazał  zarządzić  śledztwo  w  Granie

skąd miał udać się urzędnik policji do Szalki, aby sprawdzić na
miejscu  twierdzenie  obwinionego.  Ilię  Brusza  znajdą  w  Szalce,
jeżeli w ogóle istnieje, co jest bardzo wątpliwe.

Wiadomość  ta  zmieniła  zamiary  Strigi.  Podczas  czytania

powziął  osobliwą  myśl.  Oczywiście  dobrze  było,  że  w  rękach
sprawiedliwości znajduje się niewinny. Ale jeszcze lepiej będzie,
gdy  sąd  go  nie  wypuści.  A  do  tego  potrzeba  było,  aby
rzeczywisty Ilia Brusz stanął przed policją osobiście i tym samym
dowiódł  winy  więźnia.  Byłby  to  niezbity  dowód  świadczący  o
jego  kłamstwie  i  może  wystarczyłby,  aby  obwiniony  został
niezwłocznie  skazany  ku  wielkiej  korzyści  prawdziwego
winowajcy.

Striga opuścił natychmiast miasto. Tylko zamiast udać się na

galar,  skierował  się  w  przeciwną  stronę,  wsiadł  do  pierwszego
lepszego  pojazdu  i  udał  się  na  pociąg  wiodący  na  północ,  do
Budapesztu.

Sergiusz  Ladko  tymczasem,  nieruchomy  jak  zwykle,

oczekiwał dalszych swych losów. Po rozmowie z sędzią wrócił
zaniepokojony  ciążącym  na  nim  oskarżeniem.  Zapewne

background image

zaniepokojony  ciążącym  na  nim  oskarżeniem.  Zapewne
przyjdzie  czas,  że  udowodni  swą  niewinność,  ale  w  jakąż
cierpliwość  uzbroić  się  musi  wobec  pozorów  świadczących
przeciw niemu, na których słusznie, przyznać to musiał, sąd oparł
swoje oskarżenie!

Wprawdzie  od  przypuszczeń  do  rzeczywistych  dowodów

daleko.  Dowodów  tych  zaś  sąd  mieć  nie  mógł.  Jedynym
świadkiem,  którego  mógł  się  obawiać,  był  Żyd  Szymon  Klein.
Ale Szymon Klein nic będzie chciał prawdopodobnie uwłaczyć
swemu  zawodowemu  honorowi  i  nie  przyzna  się  do  jego
znajomości. Zresztą czy sąd potrzebował sprowadzać Szymona
Kleina?  Czy  nie  wystarczą  mu  dowody  z  Szalki?  Dowody  te
świadczyć będą o jego niewinności.

Upłynęło  kilka  dni  gorączkowego  oczekiwania.  Sergiusz

Ladko  gubił  się  w  domysłach.  Szalka  nie  była  oddalona  od
Zemlina  o  tyle,  aby  sąd  nie  zebrał  już  potrzebnych  informacji.
Wreszcie siódmego dnia od pierwszej rozmowy z sędzią, sternik
wezwany został do gabinetu p. Izara Rony.

Sędzia  siedział  przy  biurku  i  zdawało  się,  że  był  bardzo

zajęty. Sergiusz Ladko stał dziesięć minut. Sędzia wytrzymał go
w tej postawie, jak gdyby nieświadomy jego obecności.

— Dostaliśmy odpowiedź z Szalki — rzekł wreszcie głosem

obojętnym,  nie  patrząc  nawet  na  obwinionego,  pomimo  że
przyglądał mu się ukradkiem spod spuszczonych powiek.

— Ach! — westchnął Sergiusz Ladko z zadowoleniem.
— Ma pan słuszność. W Szalce przebywa istotnie Ilia Brusz,

cieszący się najlepszą opinią.

— Ach — westchnął znów sternik, widząc już wolność przed

background image

— Ach — westchnął znów sternik, widząc już wolność przed

sobą.  Sędzia,  udając  jeszcze  obojętniejszego,  dodał  jakby  od
niechcenia:

— Komisarzowi policji z Gran udało się nawet rozmawiać z

nim samym.

— Z nim samym? — powtórzył osłupiały Ladko.
— Z nim samym — potwierdził sędzia.
Sergiusz  Ladko  osłupiał.  Jakim  sposobem  mógł  znajdować

się w Szalce inny Ilia Brusz?

— To niepodobieństwo, to pomyłka — wyszeptał.
—  Niech  pan  osądzi  sam  —  odezwał  się  sędzia.  —  Oto

raport komisarza z Gran. Głosi, że na dane mu zlecenie, urzędnik
ten  pojechał  do  Szalki  14  października,  po  czym  udał  się  do
domu  znajdującego  się  przy  zbiegu  kanału  i  drogi  wiodącej  do
Budapesztu…  Wszak  dałeś  nam  ten  adres,  jeżeli  się  nie  mylę?
— spytał sędzia, przerywając sobie.

— Tak — odpowiedział Ladko nieprzytomnie.
—  …i  drogi  wiodącej  do  Budapesztu  —  powtórzył  sędzia

— został przyjęty przez pana Ilię Brusza, który mu oświadczył,
że  dopiero  co  powrócił  z  dalekiej  podróży.  Komisarz  dodaje,
że,  o  ile  mógł  się  dowiedzieć,  cieszy  się  on  powszechnym
szacunkiem  i  że  żaden  inny  mieszkaniec  Szalki  nie  nosi
podobnego  nazwiska.  —  Czy  masz  pan  co  do  powiedzenia?
Nie krępuj się pan, proszę.

— Nie — wyszeptał Ladko bliski obłędu.
— A zatem pierwszy punkt jest wyjaśniony — zawyrokował

z  zadowoleniem  sędzia,  patrzący  na  więźnia,  jak  patrzeć  musi
kot na swoją ofiarę.

background image

kot na swoją ofiarę.

XIV
Między niebem a ziemią

 

Po tym drugim badaniu Sergiusz Ladko powrócił do celi, nie

zdając  sobie  sprawy,  co  się  dzieje  dokoła  niego.  Sędzia  zadał
mu jeszcze kilka pytań, ale odpowiadał na nie w ogłupieniu. To
co się z nim stało, przechodziło granice jego rozumu. Właściwie,
czego  chcą  od  niego?  Schwytany  i  uwięziony  na  galarze  przez
tajemniczych  wrogów  odzyskał  wolność,  by  ją  stracić
niebawem. A teraz dowiaduje się, że w jego własnym domu, w
Szalce,  znajduje  się  jego  sobowtór,  drugi  Ilia  Brusz…
Graniczyło to z fantasmagorią.

Oszołomiony,  doprowadzony  do  obłędu  przez  ten  szereg

niewytłumaczonych  wypadków,  miał  wrażenie,  że  znajduje  się
pod  wpływem  jakichś  mocy  wyższych  a  wrogich,  które  go
zaciągają  nieprzeparcie,  jako  zdobycz  bezwładną  i  bezbronną,
pod koła groźnej maszyny zwanej sprawiedliwością.

Na jego twarzy malowała się tak bezdenna rozpacz, iż jeden

z prowadzących go żołnierzy, wzruszony tym widokiem, pomimo
że uważał więźnia za największego ze zbrodniarzy, odezwał się
do niego z rodzajem współczucia:

—  Nie  idzie  po  twej  myśli,  przyjacielu  —  rzekł  miękko,

chociaż przyzwyczajony był do widoku nędz ludzkich.

background image

chociaż przyzwyczajony był do widoku nędz ludzkich.

Ale więzień nie odezwał się.
— Nie trzeba tracić nadziei. P. Izar Rona nie jest zły, może

wszystko  pójdzie  lepiej,  niż  się  zapowiada…  Tymczasem
zostawię ci to… Znajdziesz wiadomości o swoim kraju. To cię
rozerwie…

Więzień  nie  odpowiedział.  Nie  słyszał  nic.  Nie  słyszał

zamykających  się  rygli,  nie  widział  dziennika,  który  żołnierz
położył na stole, nie zważając, że sprzeciwia się tym prawu.

Godziny  płynęły.  Po  dniu  nastąpiła  noc,  a  po  niej  zaświtał

nowy  brzask.  Siedząc  nieruchomo  na  swym  krześle,  Sergiusz
Ladko nie zdawał sobie sprawy z biegu czasu.

Pod  wpływem  jednak  dobroczynnych  promieni  słonecznych

ocknął się w końcu. Otworzył oczy i błędnym wzrokiem powiódł
po  celi.  Pierwszą  rzeczą,  którą  spostrzegł,  był  dziennik
pozostawiony przez litościwego strażnika.

Dziennik leżał otwarty tak jak go położono. Z daleka widać

było  tłustymi  czcionkami  wypisany  nagłówek:  „Rzezie  w
Bułgarii”.  Sergiusz  Ladko,  zauważywszy  tytuł,  uchwycił
gorączkowo  dziennik.  W  miarę  jak  czytał,  władze  umysłowe
budziły się w nim na nowo, oczy rzucały błyski.

Wypadki,  o  których  dowiadywał  się  przypadkiem,  były  już

znane  w  całej  Europie,  wywołując  ogólne  oburzenie.  Odtąd
zostały wciągnięte do księgi dziejów, stanowiąc jedną z najmniej
chwalebnych jej kart.

Jak  to  już  wspomnieliśmy  na  początku  tego  opowiadania,

Półwysep Bałkański był wtedy widownią ciągłych zamieszek. W
r. 1875 latem powstała Hercegowina, lecz walczące z nią pułki

background image

r. 1875 latem powstała Hercegowina, lecz walczące z nią pułki
otomańskie nie mogły jej podołać.

W r. 1876, w maju, Bułgaria znowu powstała, na co Wysoka

Porta  odpowiedziała  skoncentrowaniem  licznej  armii  w
rozległym  trójkącie,  którego  wierzchołki  stanowiły  miasta
Ruszczuk,  Widdin  i  Sofia.  Wreszcie  1  i  2  lipca  tego  samego
1876 roku Serbia i Czarnogórze wydały wojnę Turcji.

Serbowie 

pod 

dowództwem 

generała 

rosyjskiego

Czerniejewa,  odniósłszy  początkowo  kilka  zwycięstw,  musieli
się  cofnąć  poza  granicę  swego  państwa,  a  1  września  książę
Milan zmuszony był żądać rozejmu na dziesięć dni, aby zwrócić
się  o  pomoc  do  państw  chrześcijańskich,  które,  niestety,  nie
śpieszyły się z odpowiedzią.

—  Wtedy  — pisze  Edward  Driauld  w  swej  Historii  kwestii

wschodniej 

— nastąpiły 

wypadki, 

stanowiące

najstraszniejszy epizod z tych walk przypominające rzezie w
Chio podczas powstanie greckiego. Były to rzezie w Bułgarii.
Porta, będąca w wojnie z Serbią i Czarnogórzem, obawiała
się, aby powstanie bułgarskie na tyle armii, nie udaremniło
jej  działań.  Czy  gubernator  Bułgarii  Szejkat–pasza  dostał
rozkaz  stłumienia  powstania  bez  przebierania  w  środkach?
Jest  to  bardzo  prawdopodobne.  Bandy  Baszybuzuków  i
Czerkiesów,  ściągnięte  z  Azji,  zaległy  Bułgarię  i  po  kilku
dniach była ona cała we krwi i ogniu. Zaspokojono do woli
dzikie  żądze,  paląc  wsie  i  miasteczka,  mordując  mężczyzn  i
poddając  ich  najwyszukańszym  torturom,  rozcinając
brzuchy  kobietom  i  tnąc  na  kawałki  dzieci.  Ofiar  było  od

background image

brzuchy  kobietom  i  tnąc  na  kawałki  dzieci.  Ofiar  było  od
dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy…

Sergiuszowi Ladko podczas czytania kroplisty pot spływał z

twarzy.  Natasza!…  Co  się  stało  z  Nataszą  w  tym  zamęcie?…
Czy  żyje  jeszcze?  Może  umarła,  może  jest  poćwiartowana  i
członki  jej,  tak  jak  tylu  innych  niewinnych  ofiar,  walają  się  w
błocie, we krwi, roz — tratowane kopytami koni.

Sergiusz  Ladko  wstał  i,  podobny  do  dzikiego  zwierzęcia  w

klatce, krążył z wściekłością po celi, jakby upatrując wyjścia dla
śpieszenia z pomocą Nataszy.

Chwila rozpaczy trwała krótko. Opamiętawszy się, zmusił się

do  spokoju  całą  energią  swej  woli  i  zaczął  szukać  sposobu
odzyskania wolności.

Iść  do  sędziego,  wyznać  mu  całą  prawdę,  błagać  w

ostatecznym  razie  o  litość?  …Nie  odniosłoby  to  skutku.  Jakże
mógł żądać zaufania od uprzedzonego człowieka, przed którym
kłamał  tak  uporczywie?  Czy  mógł  jednym  wyznaniem
rozproszyć podejrzenie ciążące na imieniu Ladki i zrzucić z siebie
oskarżenie? Nie. W najlepszym razie rozpoczęto by śledztwo, a
śledztwo wymagało tygodni, jeżeli nie miesięcy.

Trzeba więc było myśleć o ucieczce.
Po  raz  pierwszy,  odkąd  wszedł  do  celi,  Sergiusz  Ladko

przyjrzał  się  jej  uważnie.  Cztery  ściany,  w  których  znajdowały
się dwa otwory: z jednej strony okno, z drugiej drzwi. Za trzema
ścianami były inne więzienia; za oknem tylko wolna przestrzeń i
swoboda.

Wnęka  tego  okna,  granicząca  w  górnej  części  z  sufitem,  a

której  szerokość  wynosiła  przeszło  półtora  metra,  była

background image

której  szerokość  wynosiła  przeszło  półtora  metra,  była
niedostępna,  gdyż  w  jej  dolnej  części  tkwiła  żelazna  krata.
Zresztą,  gdyby  usunięto  tę  przeszkodę,  zostałaby  druga,
zewnętrzna. Do okna przystawał z jednej i drugiej strony rodzaj
odwróconego  daszka,  który  zasłaniał  widok  tak,  że  tylko
skrawek nieba był widoczny. Więc nie dla ucieczki, ale w celu
znalezienia  sposobu  do  niej,  należało  wpierw  usunąć  kratę,
wdrapać się na szczyt daszka i rozpatrzyć się w położeniu.

Sądząc  po  ilości  schodów,  jakie  musiał  przebyć  idąc  do

sędziego,  cela  jego  znajdowała  się  na  czwartym  piętrze.
Dwanaście  do  czternastu  metrów  dzieli  go  od  ziemi.  Czy
podobieństwem  było  je  przebyć?  Chcąc  się  przekonać  o  tym
jak najśpieszniej, wziął się natychmiast do dzieła.

Przede  wszystkim  należało  zdobyć  narzędzie  do  pracy.

Ogołocono  go  ze  wszystkiego,  a  w  celi  był  tylko  stół,  krzesło,
posłanie złożone z siennika, umieszczonego w ciasnej niszy, i nic
więcej.

Sergiusz  Ladko  szukał  na  próżno  czas  jakiś,  gdy  nagle,

macając  po  raz  setny  swoje  ubranie,  dotknął  twardego
przedmiotu.  Była  to  sprzączka  od  spodni.  Czy  mógł
przypuszczać, jak również i jego dozorcy, że ta nic nie znacząca
rzecz  nabrać  może  niezwykłej  doniosłości,  skoro  stanie  się
jedynym przedmiotem metalowym w naszym posiadaniu.

Odpiąwszy sprzączkę, Sergiusz, nie tracąc minuty, zaczął nią

trzeć  ścianę  pod  jednym  z  prętów  kraty.  Kamień  uporczywie
drapany przez zęby sprzączki, kruszał i sproszkowany padał na
podłogę. Praca ta, sama przez się uciążliwa i wolna, była jeszcze
bardziej  utrudniona  przez  ustawiczny  nadzór,  któremu  podlegał

background image

bardziej  utrudniona  przez  ustawiczny  nadzór,  któremu  podlegał
więzień. Co niespełna godzinę dozorca zaglądał przez okienko w
drzwiach. Stąd Ladko zmuszony był wytężać ustawicznie słuch i
za najmniejszym szelestem przerywać pracę, zacierając wszelkie
jej ślady.

W tym celu więzień zużytkował swój chleb, który zmieszany

ze sproszkowanym kamieniem przybierał jego barwę i służył za
doskonały kit, zasłaniający coraz szerszy otwór w ścianie. Co do
reszty  sypiącego  się  kamienia,  wymiatał  go  do  niszy  pod
posłanie.

Po  dwunastu  godzinach  pracy  pręt  został  obnażony  na

wysokości  trzech  centymetrów,  ale  sprzączka  nie  miała  już
zębów.  Sergiusz  ją  złamał  dostarczając  sobie  tyle  narzędzi,  ile
było  kawałków.  Po  dwunastu  godzinach  i  te  kawałki  znikły
również.

Na szczęście los zaczął sprzyjać więźniowi. Zdołał ukryć nóż

podany  mu  do  posiłku,  a  ponieważ  nikt  nie  zauważył  tej
kradzieży, odważył się powtórzyć ją dnia następnego. Posiadał
obecnie  dwa  narzędzia  daleko  lepsze  niż  poprzednie.
Wprawdzie  były  to  noże  bardzo  pierwotne,  ale  ostrza  okazały
się dość dobre, a rączki ułatwiały ich użytkowanie.

Praca  postępowała  tym  sposobem  prędzej,  choć  jeszcze  za

wolno.  Cement  z  czasem  stwardniał  jak  granit  i  kruszył  się  z
trudnością.  Zresztą  pracę  przerywał  ustawiczny  nadzór  straży  i
ciągłe wezwania do sędziego.

Rezultat śledztwa był ciągle ten sam. Ugrzęzło ono w miejscu.

Zeznania  świadków  były  niezadowalające.  Jeżeli  jedni  zdawali

background image

Zeznania  świadków  były  niezadowalające.  Jeżeli  jedni  zdawali
się  dopatrywać  w  więźniu  jakiegokolwiek  podobieństwa  do
złoczyńcy,  którego  widzieli  w  chwili  popełnianej  przez  niego
zbrodni, 

drudzy 

zaprzeczali 

stanowczo 

wszelkiego

podobieństwa.  P.  Rona  na  próżno  nakładał  na  podsądnego
różnego  rodzaju  brody,  zmuszał  do  pokazywania  oczu  lub
ukrywania  ich  pod  szkłami,  stanowczego  świadectwa  nie
osiągnął.  Toteż  z  niecierpliwością  oczekiwał  na  polepszenie
zdrowia  Christiana  Hoela,  dozorcy,  ranionego  podczas
ostatniego  napadu  bandy,  gdyż  wiele  spodziewał  się  po  jego
zeznaniu.

Badania  te  zresztą  nie  obchodziły  wcale  Sergiusza  Ladki.

Poddawał  się  posłusznie  wszelkim  próbom  sędziego,  kładł
peruki  lub  brody  na  siebie,  wkładał  i  zdejmował  szkła  bez
najlżejszego cienia oporu. Myśl jego była nieobecna. Zostawiał
ją w swej celi, przy kracie dzielącej go od wolności, której pręt
wysuwał się coraz bardziej ze swej oprawy.

Potrzebował  czterech  dni,  aby  go  naruszyć.  Dopiero  23

września  osiągnął  cel.  Należało  teraz  odpiłować  przeciwległy
koniec.

Praca ta była jeszcze uciążliwsza. Zawieszony jedną ręką na

kracie, drugą musiał władać narzędziem. Ale proste ostrze noża
nie  mogło  zastąpić  piły,  a  z  drugiej  strony  niewygodna  pozycja
zmuszała go do częstych odpoczynków.

29  września,  dopiero  po  sześciu  dniach  bohaterskich

wysiłków,  Sergiusz  Ladko  stwierdził,  że  nacięcie  było
dostateczne.  Brakowało  kilku  milimetrów  do  zupełnego
przecięcia. Bez trudu więc będzie mógł zgiąć pręt, skoro zechce.

background image

przecięcia. Bez trudu więc będzie mógł zgiąć pręt, skoro zechce.
Odetchnął. Ostrze bowiem drugiego noża było już tylko cienką
nitką.

Nazajutrz rano, natychmiast po przejściu pierwszej straży, co

mu zapewniała około godziny spokoju, wziął się do wykonania
swej zamiaru. Jak to przewidział, pręt ugiął się bez trudu. Ukazał
się  otwór,  przez  który  dostał  się  na  drugą  stronę  kraty,  a
uniósłszy się całą siłą rąk, dosięgnął szczytu daszka. Pożądliwie
spojrzał dokoła.

Istotnie czternaście metrów dzieliło go od ziemi. Odległość ta

nie była nie do przebycia, o ile posiadało się sznur dostatecznej
długości.  Ale  dostanie  się  na  ziemię  było  jedną  z  mniejszych
trudności. Nie rozwiązywało bynajmniej zadania.

O ile Sergiusz Ladko mógł stwierdzić, więzienie było okolone

drogą, po której chodziła straż, graniczącą z zewnątrz z murem
około  ośmiu  metrów  wysokim,  poza  którym  ukazywały  się
dachy  domów.  Po  spuszczeniu  się  z  więzienia  trzeba  było
przedostać  się  przez  ten  mur,  co  wydało  mu  się  w  pierwszej
chwili niepodobieństwem.

Sądząc  z  oddalenia  domów,  za  murem  musiała  się  ciągnąć

ulica,  a  zatem  wolność.  Ale  jak  się  do  niej  dostać  całym  i
żywym?

Sergiusz  Ladko,  szukając  odpowiedzi  na  to  pytanie,  zaczął

się przypatrywać uważnie lewej stronie muru. Wzrok jego padł
na  przedmiot,  na  widok  którego  serce  zaczęło  mu  bić
gwałtownie.  W  tej  stronie  płynął  Dunaj,  a  na  nim  różnego
rodzaju  statki.  Jedne  sunęły  z  biegiem  rzeki,  drugie
przeciwstawiały się prądowi, inne znów dobijały do brzegów lub

background image

przeciwstawiały się prądowi, inne znów dobijały do brzegów lub
stały  umocowane  na  kotwicy.  Pomiędzy  tymi  ostatnimi  poznał
swoją  barkę.  Nie  wyróżniała  się  niczym  od  innych  i  nie  było
widać,  ażeby  podlegała  wyjątkowemu  nadzorowi.  Los  byłby
niezwykle  łaskawy,  gdyby  mu  pozwolił  dostać  się  do  niej.  W
niespełna godzinę dzięki niej znalazłby się daleko od granicy, na
terytorium  serbskim,  a  wtedy  kpiłby  sobie  z  władz  austriacko–
węgierskich.

Sergiusz Ladko spojrzał na prawo i to, co zobaczył zwróciło

jego  uwagę.  Gruby,  żelazny  pręt  spuszczający  się  z  góry  —
prawdopodobnie przewodnik piorunochronu — umocowany w
pewnych odstępach klamrami do muru, znajdował się w pobliżu
jego okna i sięgał aż do ziemi. Pręt ten ułatwiłby dostanie się na
dół, gdyby można było go dosięgnąć.

To  zaś  dałoby  się  może  urzeczywistnić.  Na  wysokości

podłogi  jego  celi  ciągnął  się  wzdłuż  muru  rodzaj  gzymsu
wystającego na dwadzieścia do dwudziestu pięciu centymetrów.
Zapewne,  uzbroiwszy  się  w  zimną  krew  i  energię,  można  było
stanąć na nim i dosięgnąć prętu piorunochronu.

Na  nieszczęście,  gdyby  nawet  można  było  odważyć  się  na

krok  tak  śmiały,  pozostałby  jeszcze  do  przekroczenia  mur
zewnętrzny.  Być  więźniem  w  celi  czy  w  obrębie  więzienia,
wychodziło na jedno.

Sergiusz Ladko, przypatrując się baczniej murowi, zauważył,

że  górna  jego  część,  nieco  poniżej  szczytu,  była  ozdobiona
wewnętrznie i zewnętrznie szeregiem wypukłości, utworzonych z
ociosanych kamieni na pół wmurowanych w ścianę.

background image

Sergiusz  Ladko  przypatrywał  się  długo  tej  ozdobie

architektonicznej, po czym zsunąwszy się z okna, wszedł do celi
i spiesznie zatarł wszelkie ślady swej wycieczki.

Odtąd wiedział, czego się trzymać. Sposób wydostania się na

wolność  mimo  wszystko  znalazł.  Był  on  trudny  do  wykonania,
lecz mógł i musiał się udać. A zresztą raczej śmierć, niż te ciągłe
udręczenia.

Oczekiwał  cierpliwie  na  nadejście  powtórnej  straży.  Skoro

minęła jego celę, zabrał się do ostatecznych przygotowań. Pociął
prześcieradła za pomocą resztki noża na pięćdziesiąt skrawków,
zostawiwszy  tylko  tyle,  aby  zwieszając  się  z  posłania,  zmyliły
czujność  dozorców.  Nikomu  bowiem  na  myśl  nie  przyjdzie
uchylić kołdry.

Potem splatał skrawki po cztery w warkocz, pozostałe zaś z

nich  końce  wplatał  w  nowy  warkocz.  Dzień  cały  poświęcił  tej
pracy.  Wreszcie  1  października  przed  południem  Sergiusz
Ladko był w posiadaniu sznura długiego na czternaście metrów,
który ukrył pod posłaniem.

Mając wszystko w pogotowiu, postanowił uciec tego samego

dnia wieczorem o dziewiątej godzinie.

Resztę 

dnia 

poświęcił 

rozważaniu 

najdrobniejszych

szczegółów  swego  przedsięwzięcia  oraz  możliwości  jego
powodzenia.  Co  go  czekało?  Wolność  czy  śmierć?  Przyszłość
bliska to okaże. W każdym razie nie zawaha się.

Los  tymczasem  zgotował  mu  nową  niespodziankę.  Około

trzeciej  po  południu  rygiel  więzienia  otworzono  z  hałasem.  Co
miałoby  to  znaczyć?  Czy  znów  wzywa  go  p.  Izar  Rona?

background image

miałoby  to  znaczyć?  Czy  znów  wzywa  go  p.  Izar  Rona?
Godzina, w której zwykle stawał przed nim minęła.

Nie, nie o to chodziło. Przez otwarte drzwi Sergiusz Ladko

zobaczył w korytarzu, oprócz dozorców, trzy osoby całkiem mu
nieznane. Jedną z nich była dwudziestoletnia kobieta, o dobrym,
słodkim  wyrazie  twarzy.  Towarzyszyło  jej  dwu  mężczyzn,  z
których jeden był widocznie jej mężem. Z zachowania dozorcy
można było się domyślić, że drugi jest dyrektorem więzienia.

A zatem była to wizyta. Odwiedzający musieli mieć znaczenie

w świecie, może była to nawet jaka podróżująca para książęca,
sądząc  z  uszanowania,  z  jakim  się  do  niej  zwracał  dyrektor
odgrywający rolę cicerona.

— Obecny mieszkaniec tej celi — rzekł do swych gości —

jest  to  sławny  Ladko,  przywódca  bandy  naddunajskiej,  o
którym zapewne państwo słyszeli.

Młoda  kobieta  spojrzała  nieśmiało  na  sławnego  złoczyńcę.

Złoczyńca  ten  nie  wyglądał  strasznie.  Nikt  by  się  domyślić  nie
mógł,  że  przywódca  bandytów,  słynny  ze  swych  okrucieństw,
mógł  mieć  rysy  tego  człowieka,  wychudzonego,  bladego,  o
twarzy  wynędzniałej,  o  oczach  wyrażających  udręczenie  i
rozpacz.

—  Wprawdzie  upiera  się  przy  swej  niewinności  —  rzekł

bezstronnie  dyrektor  —  lecz  jesteśmy  przyzwyczajeni  do  tej
zwrotki.

Po czym zwrócił uwagę na ład i czystość panujące w celi. W

zapale  swej  przemowy  przestąpił  nawet  próg  i  stanął  pod
oknem, chcąc mieć naprzeciw siebie słuchaczy.

Nagle  serce  Sergiusza  Ladki  przestało  bić.  Niechcący

background image

Nagle  serce  Sergiusza  Ladki  przestało  bić.  Niechcący

dyrektor otarł się o naruszone miejsce i cement zaczął się sypać
na podłogę. Niebawem, wskutek nowego ruchu mówiącego, kit
wypadł  i  całym  kawałem  upadł  na  ziemię.  Sergiusz  Ladko
zadrżał z przerażenia, widząc, że w otworze ukazuje się odkryty,
żelazny pręt.

Czy to zauważono? Tak, ktoś zauważył.
Podczas  gdy  mąż  i  dyrektor  z  największym  zajęciem

przypatrywali  się  nędznemu  stolikowi,  a  dozorca,  z
uszanowaniem odwrócony wypatrywał coś w korytarzu, młoda
kobieta  utkwiła  wzrok  w  otworze  ściany,  a  wyraz  jej  twarzy
wymownie świadczył, że domyśla się wszystkiego.

Przemówi…  Jednym  swym  słowem  zburzy  cały  jego

wysiłek… Sergiusz Ladko oczekiwał i stopniowo zamierał.

Kobieta,  nieco  przybladła,  podniosła  swój  czysty  wzrok  na

więźnia.  Czy  dostrzegła  duże  łzy  wolno  spływające  z  oczu
nieszczęśliwego?  Czy  zrozumiała  nieme  jego  błaganie?  Czy
odczuła straszną jego rozpacz?…

Dziesięć  tragicznych  sekund  przeszło,  gdy  nagle  młoda

kobieta  odwróciła  się  wydając  okrzyk  bólu.  Dwaj  jej
towarzysze  przybiegli  do  niej.  Co  się  stało?  Nic  ważnego,
mówiła głosem drżącym, usiłując się uśmiechnąć. Stąpnęła źle i
zwichnęła lekko nogę.

Sergiusz  Ladko  tymczasem  niepostrzeżenie  zasłonił  swoją

osobą  uszkodzony  mur.  Dwaj  mężczyźni  podtrzymując  chorą,
skierowali się ku wyjściu. Wkrótce dozorca zamknął rygiel.

Ladko był sam.
W  pierwszej  chwili  czuł  tylko,  że  serce  wzbiera  mu

background image

W  pierwszej  chwili  czuł  tylko,  że  serce  wzbiera  mu

wdzięcznością  dla  słodkiego  stworzenia,  które  okazało  mu  tyle
litości.  Wszak  dzięki  niej  był  ocalony.  Zawdzięczał  jej  życie;
więcej niż życie — wolność!

Ale  wstrząśnienie  było  za  silne.  Zmiażdżony  upadł  na

posłanie. Ostatni cios losu odebrał mu równowagę.

Reszta  dnia  upłynęła  bez  wypadku.  Nadeszła  wreszcie

godzina dziewiąta, a z nią noc. Gęste obłoki, sunące po niebie,
zwiększały jej mrok.

W  korytarzu  dał  się  słyszeć  odgłos  kroków.  Istotnie  straż

zatrzymała  się  wkrótce  przed  celą.  Dozorca  zajrzał  przez
okienko  i  odszedł  zadowolony.  Więzień  spał,  okryty  po  samą
szyję. Straż się oddaliła.

Chwila działania nadeszła.
Sergiusz  Ladko,  zerwawszy  się  z  posłania,  ułożył  je  w  ten

sposób,  aby  w  mroku  celi  wywołać  mogło  złudzenie  śpiącego
człowieka, po czym wziąwszy sznur, prześliznął się przez kratę,
wzniósł  się,  jak  za  pierwszym  razem,  na  daszek  i  usadowił  na
jego szczycie.

Gzymsy,  ozdabiające  gmach  więzienny,  były  na  równym

poziomie z podłogami cel. Sergiusz zatem znajdował się na jakie
cztery  metry  ponad  gzymsem,  na  którym  zamierzał  stanąć.
Przewidział  tę  trudność.  Zaczepiwszy  sznur  o  jeden  z  prętów
kraty,  zsunął  się  przy  jego  pomocy  bez  zbytniego  wysiłku  na
gzyms. Plecami oparty o ścianę, trzymając w lewej ręce sznur,
zbieg odpoczął chwilę. Jak utrzymać równowagę na tak wąskiej
przestrzeni?  Gdyby  puścił  sznur,  upadłby  na  drogę,  okalającą

background image

przestrzeni?  Gdyby  puścił  sznur,  upadłby  na  drogę,  okalającą
więzienie.

Ostrożnie,  zmuszając  się  do  ruchów  niezmiernie  powolnych,

przejął sznur w prawą rękę, lewą zaś zbadał daszek. Nie mógł
utrzymać  się  bez  jakiegokolwiek  podparcia.  Dotykając  ściany,
natrafił na wmurowane okucie.

Oparcie było słabe, lecz musiał się nim zadowolić. Czepiając

się końcami palców, przyciągnął zwolna jeden z końców sznura,
który  zsunął  się  powoli  na  jego  ramiona.  Odtąd  mosty  były
zerwane.  Gdyby  nawet  chciał,  cofnąć  się  nie  mógł.  Był  więc
zmuszony wytrwać do końca w swym przedsięwzięciu.

Sergiusz Ladko odwrócił ostrożnie głowę w stronę żelaznego

pręta. Jakież było jego przerażenie, gdy stwierdził, że dwa metry
dzielą  pręt  od  daszka,  od  którego  nie  mógł  się  oddalić,  nie
narażając życia.

Musiał jednak zdecydować się na stanowczy krok. Stojąc na

tym wąskim gzymsie z plecami obróconymi do ściany, trzymając
się końcem palców kawałka żelaza, nie mógł trwać wiecznie w
tym położeniu. Za parę minut zdrętwiałe palce puszczą oparcie, a
wtedy  czeka  go  niechybna  śmierć.  Jeżeli  ma  umrzeć,  niech  to
nastąpi po ostatnim wysiłku.

Schylając  się  w  stronę  okna,  skurczył  lewą  rękę  jak

sprężynę,  która  ma  się  wyprężyć,  po  czym  puszczając  oparcie
odepchnął się gwałtownie na prawo.

W tym pędzie uderzył ramieniem o gzyms.
Ale dzięki swemu rozmachowi, wyciągnięte ręce natrafiły na

pożądany  pręt.  Pierwsza  trudność  była  pokonana,  pozostała
inna.

background image

inna.

Sergiusz  Ladko  zsunął  się  i  zatrzymał  na  klamrze

przytwierdzającej pręt do muru. Tu odpoczął i zastanowił się, co
robić dalej.

Ziemi,  z  powodu  ciemności,  nie  było  widać,  ale  odgłos

kroków straży dochodził do jego uszu. Widać, żołnierz odbywał
wartę.  Sądząc  po  odgłosie,  zbliżającym  się  i  oddalającym  z
kolei,  wartownik  przechodzić  musiał  pod  tą  częścią  gmachu,
następnie  szedł  dalej,  po  czym  wracał  do  swego  miejsca,  aby
znów rozpocząć swoją wędrówkę. Sergiusz Ladko wyliczył, że
nieobecność żołnierza trwa od trzech do czterech minut. W tym
czasie dosięgnąć musi zewnętrznego muru.

Jeżeli w bielejącej przed nim linii domyślał się szczytu muru,

to  rozróżnić  nie  mógł  wystających  kamieni,  stanowiących  jego
ozdobę.

Sergiusz  Ladko  zsunął  się  nieco  niżej,  zatrzymując  się  na

następnej  klamrze.  Z  tego  miejsca  górował  jeszcze  o  dwa  do
trzech metrów nad szczytem przeciwległego muru.

Swobodniejszy  obecnie  w  swych  ruchach  odwinął  sznur  i

szybko  przesunąwszy  go  za  pręt,  związał  oba  końce  w  ten
sposób, że mógł poruszać nim do woli. Po czym, wyliczywszy w
przybliżeniu  potrzebną  długość  sznura,  rzucił  jego  koniec  w
formie  pętli  w  stronę  muru,  usiłując  zaczepić  nią  o  jeden  z
wystających na szczycie kamieni.

Przedsięwzięcie było trudne. Wśród otaczającego go mroku

zdać się mógł tylko na los przypadku.

Rzucał  sznur  kilkakrotnie,  lecz  nadaremnie.  Nareszcie  uczuł

pod  rękami  opór.  Ściągnął  sznur  raz  i  drugi;  opór  się  nie

background image

pod  rękami  opór.  Ściągnął  sznur  raz  i  drugi;  opór  się  nie
zmniejszał. A zatem próba udała się. Końcowa pętla zaczepiła o
jeden z wystających na zewnątrz kamieni muru i w ten sposób
utworzył się rodzaj powietrznego mostu.

Most  ten,  niezmiernie  kruchy,  mógł  pęknąć  lub  zsunąć  się  z

podtrzymującego go kamienia. W pierwszym razie był narażony
na  upadek  z  dziesięciometrowej  wysokości,  w  drugim  zaś,
odepchnięty ruchem wahadłowym do więziennej ściany, zostałby
zmiażdżony swym własnym ciężarem.

Sergiusz  Ladko  nie  wahał  się  ani  chwili.  Zebrał  dwa  końce

sznura i miał się już nań rzucić, gdy  usłyszał  kroki  żołnierza  tuż
pod  sobą,  zbliżającego  się  i  oddalającego  niebawem.  Trzeba
było korzystać z jego nieobecności.

Sergiusz  Ladko  znalazł  się  na  sznurze.  Zawieszony  między

niebem  a  ziemią,  posuwał  się  krokiem  równym  i  giętkim,  nie
zwracając  uwagi  na  uginanie  się  sznura,  które  stawało  się  tym
większe,  im  bardziej  zbliżał  się  ku  środkowi.  Ale  wola  czyni
cuda.

Przeszedł. Nie upłynęło minuty, kiedy znalazł się na szczycie

muru.

Powodzenie  przyprawiło  go  o  gorączkowy  pośpiech.

Dziesięć minut zaledwie minęło od czasu ucieczki, a zdawało mu
się, że trwa ona przeszło godzinę i że niebawem zajrzą do jego
celi.  Czy  nie  odkryją  ucieczki  pomimo  zręcznego  ułożenia
posłania? Należy się jak najśpieszniej oddalić. Barka stoi tam, o
dwa  kroki.  Kilka  uderzeń  wiosłem,  a  będzie  daleko  od  swych
prześladowców.

background image

prześladowców.

Sergiusz Ladko gorączkowo rozwiązał sznur, zatrzymując się

przy  każdym  odgłosie  straży,  przyciągnął  go  do  siebie,  ciągnąc
za jeden z końców, po czym zaczepił go o kamień wystający po
stronie  wewnętrznej  muru.  Następnie,  upewnieszy  się,  że  ulica
jest pusta, zaczął się zsuwać.

Stanąwszy  na  ziemi,  ściągnął  sznur  i  zwinął  go  w  kłębek.

Skończyło się wszystko. Był wolny. Żadnego śladu nie pozostało
po jego ucieczce.

W chwili gdy miał podążyć na poszukiwanie swej barki, jakiś

głos odezwał się w mroku.

— Słowo daję, że to nie kto inny tylko p. Ilia Brusz!
Sergiusz  Ladko  zadrżał  z  radości.  Los  mu  sprzyjał

najoczywiściej, skoro zesłał mu pomoc przyjaciela.

—  Pan  Jaeger!  —  zawołał  radośnie  podczas  gdy

przechodzień zbliżał się do niego.

XV
Blisko celu

 

Dziesiąty  października  był  dziewiątym  dniem  ponownej

podróży  barki  na  Dunaju.  W  ciągu  ubiegłych  ośmiu  dni
przepłynęła  ona  około  siedmiuset  kilometrów.  Do  Ruszczuku
miała zawitać wieczorem.

Na  barce  nic  się  nie  zmieniło.  Gospodarowali  na  niej  jak

dawniej  Sergiusz  Ladko  i  Karl  Dragosz  w  swych  dawnych

background image

dawniej  Sergiusz  Ladko  i  Karl  Dragosz  w  swych  dawnych
postaciach rybaka Ilii Brusza i pasażera pana Jaegera.

Wszelako  zachowanie  rybaka  utrudniało  wielce  pasażerowi

utrzymanie  się  w  narzuconej  sobie  roli.  Sergiusz  Ladko,  zajęty
wyłącznie  myślą  jak  najśpieszniejszego  dostania  się  do
Ruszczuku,  zaniechał  wszelkich  ostrożności.  Nie  tylko  odrzucił
szkła,  lecz  także  brzytwę  i  farbę.  Przebranie  więc  jego,  pod
którym  się  ukrywał,  stawało  się  coraz  widoczniejsze.  Włosy  z
czarnych  zmieniały  się  stopniowo  na  jasne,  podbródek  zarastał
powoli blond brodą pokaźnej długości.

Byłoby rzeczą naturalną, gdyby Karl Dragosz wyraził pewne

zdziwienie  wobec  tej  przemiany.  Detektyw  jednak  milczał.
Postanowiwszy  wytrwać  do  końca  w  swej  roli,  udawał,  że  nie
dostrzega nic, co by mogło wprowadzić w kłopot towarzysza.

W  chwili,  gdy  Karl  Dragosz  znalazł  się  twarzą  w  twarz  z

Sergiuszem Ladko, poglądy jego były mocno zachwiane co do
winy sternika.

Wynik  śledztwa  w  Szalce  był  pierwszą  przyczyną  tego

zwrotu.  Karl  Dragosz,  nie  mając  zaufania  do  urzędowego
śledztwa  przeprowadzonego  przez  komisarza  policji  z  Granu,
udał  się  sam  do  Szalki.  To  czego  się  dowiedział  od
mieszkańców, niemało go zaniepokoiło.

Że niejaki Ilia Brusz, cieszący się najlepszą opinią w mieście,

przebywał w nim aż do ostatniego konkursu w Sigmaringen, było
rzeczą  niezaprzeczoną.  Czy  widziano  go  od  tego  czasu,  a
mianowicie  w  nocy  z  28  na  29  sierpnia?  Na  to  pytanie  nie
otrzymał jasnej odpowiedzi. Niektórym z sąsiadów zdawało się,

background image

otrzymał jasnej odpowiedzi. Niektórym z sąsiadów zdawało się,
że  światło  ukazało  się  tejże  nocy  w  opuszczonym  od  miesiąca
domu  rybaka,  na  pewno  jednak  stwierdzić  tego  nie  mogli.  W
każdym razie te niejasne wskazówki zastanowiły detektywa.

Pozostawało do rozwiązania jeszcze trzecie pytanie: kim był

osobnik,  z  którym  rozmawiał  komisarz  w  domu  wskazanym
przez  podsądnego?  Ilia  Brusz  był  znany  w  mieście,  jeżeli  więc
przyszedł  i  odszedł  niezauważony  przez  nikogo,  musiało  się  to
stać  w  nocy.  Zagadka  ta,  sama  przez  się  podejrzana,  zdziwiła
tym bardziej Karla Dragosza, gdy się dowiedział od właściciela
małej  gospody,  że  12  października,  na  półtorej  doby  przed
odwiedzinami  komisarza  z  Granu,  jakiś  nieznajomy  spytał  o
adres Ilii Brusza, i że rysopis tego nieznajomego, podany przez
przynaglonego  pytaniami  gospodarza,  odpowiadał  dokładnie
rysopisowi nadawanemu przez głos publiczny przywódcy bandy
naddunajskiej.

Wszystko to zastanowiło Karla Dragosza. Instynktownie miał

wrażenie,  że  w  całej  sprawie  są  rzeczy  ciemne,  których  ofiarą,
być może, padł podsądny.

Wrażenie  to  spotęgowało  się,  gdy  po  powrocie  do  Zemlinu

dowiedział  się  o  powolnym  tempie  śledztwa.  Po  dwudziestu
dniach  nie  dowiedziano  się  niczego.  Żaden  wspólnik  nie  był
poznany  i  schwytany,  żaden  świadek  nie  poznał  więźnia,  na
którym  ciążyła  wina  zmiany  wyglądu  twarzy  i  posiadania
wizerunku kobiecego z podpisem Ladko.

Dowody  te,  potwierdzone  innymi,  miałyby  swoje  znaczenie,

lecz  odosobnione  —  nic  nie  mówiły.  Dlaczegóż  zresztą  to
przebranie  i  ten  wizerunek  miałyby  być  koniecznie  rzeczą

background image

przebranie  i  ten  wizerunek  miałyby  być  koniecznie  rzeczą
oskarżającą?

Karl Dragosz w tym stanie umysłu był bardzo pochopny do

litości.  Toteż  musiał  się  wzruszyć  dziecięcym  niemal  zaufaniem,
które mu okazał Sergiusz Ladko w chwili, gdy mógł się zaprzeć
najzażylszego nawet przyjaciela.

Zresztą, czy uczucie litości nie da się pogodzić z obowiązkiem

zawodowym? Wsiadając do łodzi z Ilią Bruszem, nie wypuszczał
z  ręki  sprawy  mu  powierzonej.  Jeżeli  Ilia  Brusz  nazywał  się
istotnie Ladko, i ten Ladko był istotnie złoczyńcą, to łącząc się z
nim, może wykryć jego wspólników. Jeżeli zaś był niewinny, to
przez  niego  mógłby  trafić  do  prawdziwego  winowajcy,  który,
jak to wskazał wypadek w Szalce, musiał być do niego wrogo
usposobiony.

Rozumowanie  to,  nieco  zwodnicze,  nie  było  wszakże

pozbawione  logiki.  Nędzny  wygląd  Sergiusza  Ladki,  nadludzki
wysiłek,  którego  musiał  dokonać,  uciekając  z  więzienia,  a
szczególniej  wspomnienie  przysługi  oddanej  mu  przez  niego  z
taką  bohaterską  prostotą,  dokonały  reszty.  Karl  Dragosz
zawdzięczał  życie  temu  biedakowi,  który  stał  przed  nim  z
rękawami  zakrwawionymi,  z  ociekającym  potem  na
wychudzonej  twarzy.  Czyż  miał  go  znów  pogrążyć  w  matnię?
Do tego detektyw nie byłby zdolny.

—  Chodź!  —  odpowiedział  tylko  na  radosny  wykrzyknik

zbiega i pociągnął go za sobą.

Towarzysze  mówili  z  sobą  mało  przez  te  ubiegłe  osiem  dni.

Sergiusz  Ladko  milczał,  skupiając  swe  siły  na  jak  najszybszym
wiosłowaniu.

background image

wiosłowaniu.

Karl Dragosz wszakże zdołał z wielkim wysiłkiem wydobyć z

niego kilkanaście oderwanych zdań, w których opowiedział, co
się  z  nim  stało  od  czasu  przybycia  do  ujścia  przypływu  Ipoly.
Dowiedział  się  o  jego  długim  uwięzieniu  w  Zemlinie,  o  jeszcze
dziwniejszym pobycie na nieznanym galarze. Kłamstwem zatem
było, że widziano go między Budapesztem a Zemlinem.

Opowiadanie  to  potwierdziło  jeszcze  bardziej  mylność  jego

przypuszczeń.  Mimo  woli  nasuwała  mu  się  łączność  między
napadem, którego padł ofiarą Ilia Brusz, a jego sobowtórem w
Szalce.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  rybaka  prześladuje  jakiś
nieznany wróg i że opis tego wroga zbliża się bardzo do wyglądu
przywódcy bandytów.

W ten sposób Karl Dragosz stopniowo docierał do prawdy.

Nie  mógł  jeszcze  sprawdzić  swych  wniosków,  ale  niemniej  był
daleki od swych dawnych przypuszczeń.

Pomimo  tej  zmiany  poglądu  nie  przyszło  mu  nawet  na  myśl

wracać  do  Zemlinu,  aby  rozpocząć  śledztwo  na  nowych
podstawach.

Instynktem policjanta czuł, że jest na dobrym tropie i że w ten

czy  inny  sposób  rybak  jest  wmieszany  w  sprawę  bandy
naddunajskiej. Zresztą zupełny spokój panował w górnej części
rzeki,  a  kolejność  popełnianych  zbrodni  dowodziła,  że
zbrodniarze posuwali się również z biegiem Dunaju, co najmniej
do Zemlinu. Można więc było przypuszczać, że trzymali się tego
samego kierunku podczas uwięzienia Ilii Brusza.

W  tym  względzie  Karl  Dragosz  nie  mylił  się.  Iwan  Striga

background image

W  tym  względzie  Karl  Dragosz  nie  mylił  się.  Iwan  Striga

bowiem płynął w stronę Morza Czarnego, wyprzedzając barkę
o dwanaście dni w chwili jej odjazdu z Zemlinu. Ale przestrzeń
ta  traciła  stopniowo  na  odległości  w  miarę  wysiłku,  z  jakim
Sergiusz Ladko płynął do swego celu.

Ruszczuk i Natasza zapełniały całą jego myśl. Nie obchodziło

go  już  wcale,  jak  wygląda.  Zresztą  po  jego  aresztowaniu  i
ucieczce, było wszystko jedno, czy nazywa się Ilia Brusz, czy też
Sergiusz  Ladko.  Pod  tym  czy  innym  nazwiskiem  będzie
poszukiwany i tylko ukradkiem może dostać się do Ruszczuku.

Oddany wyłącznie absorbującej go myśli, nie zwracał wcale

uwagi na okolice nadbrzeżne. Jeżeli spostrzegł, że mijają Belgrad
—  Białe  Miasto  —  położone  na  stoku  wzgórka,  na  którego
szczycie  znajduje  się  Konak,  czyli  pałac  królewski,  i  jego
przedmieście, miejsce przewozu najróżnorodniejszych towarów,
to  jedynie  dlatego,  że  Belgrad  stanowi  granicę,  gdzie  ustaje
pełnomocnictwo p. Izara Rony.

Nie  zauważył  wcale  Semendrii,  starożytnej  stolicy  Serbii,

sławnej  ze  swych  winnic,  ani  Kolombal,  gdzie  znajduje  się
pieczara,  w  której  jak  głosi  legenda,  św.  Jerzy  złożył  zabitego
przez siebie smoka; ani Orsowy, poza którą płynie Dunaj między
dwiema starożytnymi prowincjami Turcji, odtąd zamienionymi na
państwa  niezależne;  ani  Żelaznych  Wrót,  tego  sławnego
wąwozu,  otoczonego  prostopadłymi  skałami  o  wysokości
czterystu  metrów,  gdzie  przepływa  Dunaj,  walcząc  ze  skałami
łożyska;  ani  Widdinu,  pierwszego  ważniejszego  miasta  Bułgarii;
ani Nikopolis, ani Sistowy, dwóch znacznych miast na drodze do
Ruszczuku.

background image

Ruszczuku.

Dla  pewności  trzymał  się  raczej  serbskiego  brzegu.  Istotnie

do wyjścia z Żelaznych Wrót nie był nagabywany przez policję.

W Orsowie dopiero po raz pierwszy łódka rzecznej brygady

zatrzymała  barkę.  Sergiusz  Ladko  zaniepokojony  poddał  się
rozkazowi, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, gdy go zapytają o
jego dowody osobiste.

Ale  nie  zapytano  go  wcale.  Jedno  słowo  Karla  Dragosza

wystarczyło, aby urzędnik policyjny skłonił się z uszanowaniem i
zaniechał rewizji.

Sternik nie zdziwił się nawet, że zwykły mieszkaniec Wiednia

mógł  rozporządzać  policją  według  swego  uznania.  Zanadto  był
szczęśliwy, że dzięki temu uniknął nieprzyjemnej przygody, tylko
zaczął  się  niecierpliwić  widząc,  że  rozmowa  między  agentem  a
jego towarzyszem zanadto się przedłuża.

Stosownie do zaleceń p. Izara Rony, rozgniewanego ucieczką

więźnia,  i  naszego  Karla  Dragosza,  zdwojono  nadzór  policji
rzecznej.  W  pewnych  odstępach  na  rzece  utworzono  szereg
zapór,  które  tamowały  bieg  żeglugi.  Orsowa  nadawała  się  do
tego szczególnie, gdyż w tym miejscu łożysko rzeki jest bardziej
zacieśnione i żadna łódka nie mogła ujść rewizji.

Karl  Dragosz  dowiedział  się  od  swego  podwładnego,  że

rewizje  nie  dały  żadnego  wyniku  i  równocześnie,  że  nowa
zbrodnia  popełniona  została  dwa  dni  temu  na  terytorium
rumuńskim, u dopływu Jirel, prawie wprost bułgarskiego miasta
Rahowy.

Tak  więc  banda  naddunajska  uszła  rąk  policji.  Banda  ta,

przywłaszczając sobie nie tylko złoto i srebro, lecz i cenniejsze

background image

przywłaszczając sobie nie tylko złoto i srebro, lecz i cenniejsze
rzeczy,  musiała  rozporządzać  łupem  znacznej  objętości,  było
przeto rzeczą niezrozumiałą, jakim sposobem znikała bez śladu,
gdy najmniejsza łódka nie uszła rewizji.

A  jednak  był  to  fakt  niezaprzeczony.  Karla  Dragosza  w

podziw wprawiało to mistrzostwo.

Jedynym  wnioskiem,  który  mógł  z  łego  wyciągnąć,  było

postanowienie,  żeby  się  śpieszyć.  Miejsce  i  data  ostatniej
kradzieży  wskazywały,  że  bandyci  są  o  niespełna  trzysta
kilometrów  przed  nimi.  Biorąc  pod  uwagę  czas  uwięzienia  Ilii
Brusza,  czas  niezawodnie  wykorzystany  przez  bandę
naddunajska,  można  było  wnosić,  że  płynie  ona  dwa  razy
wolniej niż łódź i że dosięgnąć jej nie było niepodobieństwem.

Ruszono  zatem  niezwłocznie  w  dalszą  drogę  i  rankiem  6

października  przekroczono  granicę  bułgarską.  Od  tej  pory
Sergiusz Ladko, trzymający się dotychczas stale prawej strony,
płynął  jak  najbliżej  brzegu  rumuńskiego,  który,  zacząwszy  od
Lom–Polamka, przedstawia szereg bagien szerokości od ośmiu
do  dziesięciu  kilometrów,  utrudniających  niezmiernie  dostęp  do
niego.

Pomimo  swego  zajęcia  sternik  nie  mógł  nie  zauważyć

szczególniejszego  ruchu  na  rzece  odkąd  wjechano  w  granice
bułgarskie.  Statki  parowe,  torpedowce  nawet  i  kanonierki  o
banderze  tureckiej  krążyły  po  niej  ustawicznie.  W
przewidywaniu  wojny  z  Rosją,  która  istotnie  wybuchła  w
niespełna  rok,  Turcja  zaczynała  już  rozciągać  nadzór  nad
Dunajem.

background image

Z dwojga złego sternik wolał się trzymać z dala od statków

tureckich,  liczył  bowiem,  że  od  władz  rumuńskich  obroni  go
może pan Jaeger, jak w Orsowie.

Nie  nadarzyła  się  zresztą  sposobność  wystawienia  na  nową

próbę władzy p. Jaegera. Żaden wypadek nie zakłócił ostatnich
dni podróży i 10 października około czwartej po południu barka
znalazła  się  wreszcie  na  wysokości  Ruszczuku.  Miasto
zarysowało  się  niewyraźnie  na  przeciwległym  brzegu.  Sternik
skierował wtedy swą barkę na środek rzeki i po raz pierwszy od
tylu dni zatrzymał ją, zarzucając kotwicę.

— Co się stało? — spytał Karl Dragosz zdziwiony.
— Przybyłem na miejsce — odparł krótko Sergiusz Ladko.
—  Jak  to  przybyłem?  Przecież  nie  dojechaliśmy  jeszcze  do

Morza Czarnego.

—  Wprowadziłem  pana  w  błąd  —  oświadczył  Sergiusz

Ladko prosto. — Nie miałem zamiaru nigdy płynąć aż do Morza
Czarnego.

—  Tak?  —  spytał  detektyw,  którego  czujność  została

pobudzona.

—  Tak.  Wyruszyłem  z  zamiarem  zatrzymania  się  w

Ruszczuku. Obecnie jesteśmy na miejscu.

— Gdzież pan widzi Ruszczuk?
— Tam — odparł sternik, wskazując miasto w oddali.
— Dlaczego w takim razie nie udajemy się tam?
—  Dlatego,  że  muszę  czekać  nocy.  Jestem  ścigany  i

poszukiwany. W dzień aresztowano by mnie niechybnie.

Sprawa  zaczynała  być  coraz  ciekawsza.  Czyż  podejrzenia

background image

Sprawa  zaczynała  być  coraz  ciekawsza.  Czyż  podejrzenia

Dragosza miałyby się sprawdzić?

— Jak w Zemlinie? — szepnął półgłosem.
—  Jak  w  Zemlinie  —  potwierdził  Sergiusz  Ladko  —  tylko

tym razem dla innej przyczyny. Jestem uczciwym człowiekiem.

— Nie wątpię, jednak uczciwy człowiek rzadko obawia się

aresztowania.

— Lecz tak jest w tym razie — oświadczył chłodno Sergiusz

Ladko.  —  Pan  wybaczy  mi  jednak,  że  więcej  nie  powiem.
Przysiągłem sobie, że zachowam tajemnicę. Przysięgi nie złamię.

Karl  Dragosz  wymownym  ruchem  okazał  swą  obojętność.

Sternik ciągnął dalej:

— Przypuszczam, że nie zechce pan narażać się wraz ze mną.

Jeżeli  pan  sobie  życzy,  zostawię  pana  na  ziemi  rumuńskiej.
Unikniesz pan przygód, które spotkać mnie mogą.

— Ile czasu myśli pan pozostać w Ruszczuku? — spytał, nie

odpowiadając na pytanie.

—  Nie  wiem  —  rzekł  Sergiusz  Ladko.  —  Jeżeli  wszystko

pójdzie po mojej myśli wrócę do barki przed dniem, a w takim
razie, nie sam. Jeżeli nie — nie wiem, co zrobię.

—  Towarzyszyć  będę  panu  do  końca  —  oświadczył  bez

wahania Karl Dragosz.

—  Jak  pan  uważa!  —  rzekł  Sergiusz  Ladko  i  na  tym

zakończył rozmowę.

Z  nadejściem  nocy  wrócił  do  wiosła  i  zbliżył  się  do  brzegu

bułgarskiego.  Ściemniło  się  zupełnie,  gdy  łódkę  przymocował
nieco poniżej ostatnich domów miasta.

Sergiusz  Ladko,  zapatrzony  w  jedno  ognisko  swej  myśli,

background image

Sergiusz  Ladko,  zapatrzony  w  jedno  ognisko  swej  myśli,

działał  jak  pod  wpływem  snu  hipnotycznego.  Ruchy  jego  były
zwięzłe  i  pewne.  Bez  wahania  wykonywał  to,  czego  miał
dokonać,  czego  niepodobieństwo  było,  aby  nie  dokonał.
Nieczuły na wszystko, co go otaczało, nie widział, jak towarzysz
jego  znikł  w  budce,  gdy  tylko  dopłynięto  do  brzegu.  Świat
zewnętrzny stracił dla niego swą rzeczywistość. Rzeczywistością
był  dla  niego  jego  sen  promienny  blaskiem  uczucia,  w  którym,
pomimo mroku, widział dom, a w tym domu Nataszę!… Poza
Nataszą nie istniało nic pod słońcem.

Umocowawszy  łódkę,  oddalił  się  spiesznie.  W  tejże  chwili

Karl Dragosz wyszedł z kajuty. Któż by mógł poznać chudego i
energicznego  policjanta  w  tym  ociężałym  włościaninie
węgierskim.

Detektyw podążył śladami sternika.

XVI
Pusty dom

 

W ciągu pięciu minut Sergiusz Ladko i Karl Dragosz znaleźli

się w mieście.

Ruszczuk  w  tym  czasie  mimo  swego  handlowego  znaczenia

nie  posiadał  oświetlenia  miejskiego.  Na  próżno  więc
przypatrywaliby się miastu. Nie mogliby dojrzeć niesymetrycznie
postawionych  domów,  okalających  rozległy  port,  u  którego

background image

postawionych  domów,  okalających  rozległy  port,  u  którego
skraju ciągnęły się budy dość zniszczone, służące za składy lub
szynki.  Ale  nie  myśleli  o tym  wcale.  Sergiusz  Ladko  szedł
krokiem szybkim, zdążając do celu. Karl Dragosz zaś śledził tak
bacznie  idącego  przed  nim  sternika,  że  nie  widział  dwu  ludzi,
wychodzących z uliczki, w chwili, gdy przez nią przechodzili.

Znalazłszy  się  na  drodze  idącej  wzdłuż  rzeki,  jeden  z  nich

podążył na prawo w górę.

— Do widzenia — rzekł po bułgarsku.
— Do widzenia — odrzekł drugi, który zawracając na lewo,

poszedł za Dragoszem.

Na  brzmienie  tego  głosu  detektyw  zadrżał.  Zawahał  się

chwilę  i instynktownie  zwolnił  kroku,  po  czym  zaniechawszy
poprzedniego pościgu odwrócił się.

Każdy  policjant,  chcący  wznieść  się  na  wyższe  szczeble

swego zawodu, musi być obdarzony wszelkiego rodzaju darami
przyrodzonymi  czy  nabytymi.  Ale  najcenniejszym  z  nich  jest
doskonała pamięć wzrokowa i słuchowa.

Karl Dragosz posiadał ją w najwyższym stopniu. Jego nerwy

słuchowe  i  wzrokowe  były  prawdziwymi  przyrządami
zapisującymi,  a  wrażenia,  za  ich  pomocą  otrzymane,
pozostawały  w  jego  pamięci  na  zawsze.  Po  miesiącach,  po
latach  poznawał  od  razu  twarz  przelotem  widzianą  lub  głos  raz
usłyszany.

Tak  się  też  stało  tym  razem,  był  zaś  on  tym  pewniejszy,  że

głos ten słyszał niedawno. Był to głos z polanki u podnóża góry
Pilis.  On  to  był  tą  nicią  przewodnią,  której  szukał  dotąd
nadaremnie.  Wszystkie  najbardziej  pomysłowe  wnioski  o

background image

nadaremnie.  Wszystkie  najbardziej  pomysłowe  wnioski  o
towarzyszu 

podróży 

były 

gruncie 

rzeczy 

tylko

przypuszczeniami.  Głos  ten  dopiero  zwiastował  pewność.
Między prawdopodobieństwem a pewnością wyboru nie było i
dlatego, zaniechawszy jednego pościgu, przedsięwziął drugi.

—  Jak  się  masz  Tisza  —  odezwał  się  po  niemiecku  Karl

Dragosz, zbliżywszy się do niego.

Ten zatrzymał się usiłując przeniknąć mrok.
— Kto mówi do mnie? — spytał.
— Ja — odpowiedział Dragosz.
— Kto ja?
— Maks Raynold.
— Nie znam.
— Ale ja cię znam, jeżeli cię nazywam po imieniu.
— Prawda — potwierdził Tisza. — Ale musisz mieć dobre

oczy, przyjacielu.

— Doskonałe w istocie. Rozmowa urwała się na chwilę.
— Czego chcesz ode mnie?
— Porozmawiać z tobą i jeszcze z kimś innym. Przybyłem w

tym celu do Ruszczuku.

— Nie jesteś więc stąd?
— Nie. Przybyłem dzisiaj.
— Piękną porę wybrałeś — urągał Tisza, myśląc zapewne o

panującej w Bułgarii anarchii.

Dragosz, machnąwszy ręką, dodał:
— Jestem z Granu.
Tisza milczał.

background image

Tisza milczał.
— Nie znasz Granu? — spytał Dragosz.
— Nie.
— To dziwne, po bytności w pobliżu…
— W pobliżu… — powtórzył. — Skąd wiesz, że byłem w

bliskości Granu?

— Cóż znowu! — rzekł, śmiejąc się Dragosz — wszak willa

Hagueneau nie jest tak daleko.

Teraz Tisza zadrżał. Starał się jednak pokryć zmieszanie.
—  Willa  Hagueneau?…  —  rzekł  tonem,  któremu  chciał

nadać brzmienie żartobliwe. — Jest z nią jak z tobą. Nie znam
jej.

—  Doprawdy?  —  odezwał  się  ironicznie  Dragosz.  —  A

polankę przy górze Pilis znasz?

Tisza,  zbliżywszy  się  szybko  do  rozmówcy,  schwycił  go  za

rękę.

—  Ciszej!  —  rzekł,  nie  ukrywając  tym  razem

zdenerwowania. — Oszalałeś chyba, krzycząc tak głośno.

— Przecież nie ma nikogo.
— Nie wiadomo nigdy… Wreszcie czego chcesz?
— Pomówić z Ladką — odpowiedział Dragosz, nie zniżając

głosu.

Tisza ścisnął go mocniej.
— Cicho! — rzekł, oglądając się trwożnie. — Chcesz, aby

nas powiesili?

Karl Dragosz zaczął się śmiać.
— Jakże się porozumiemy, jeżeli będziemy milczeli?
— Toteż — gniewnie odrzekł Tisza — nie trzeba zaczepiać

background image

— Toteż — gniewnie odrzekł Tisza — nie trzeba zaczepiać

ludzi nocą, nie ostrzegłszy ich. Są rzeczy, których się nie mówi
na ulicy.

— Nie chodzi mi wcale, abyśmy rozmawiali na ulicy — rzekł

Dragosz. — Idźmy gdzie indziej.

— Gdzie?
— Gdziekolwiek. Może jest jaki szynk blisko?
— O kilka kroków stąd.
— Chodźmy.
— Dobrze — zgodził się Tisza. — Idź za mną.
Przeszedłszy  pięćdziesiąt  metrów,  dwaj  nowi  towarzysze

znaleźli się na małym placu. Naprzeciw nich w oknie błyszczało
słabe światło.

— To tu — rzekł Tisza.
Przez otwarte drzwi weszli od razu do izby szynku, w której

stało pod ścianą około dziesięciu stolików.

— Będzie tu nam bardzo dobrze.
Gospodarz wyszedł na spotkanie nieoczekiwanych gości.
—  Czego  się  napijemy?  Ja  funduję  —  oznajmił  detektyw,

uderzając się po kieszeni.

— Może kieliszek araku? — zaproponował Tisza.
— Niech będzie arak!… A jałowcówki?… Cóż ty na to?
— Dobra i jałowcówka — przyznał Tisza.
Karl  Dragosz  zwrócił  się  do  gospodarza  czekającego  na

rozkazy.

— Słyszałeś, przyjacielu? Podawaj prędko.
Podczas  gdy  gospodarz  się  uwijał,  Dragosz  jednym  rzutem

oka  zmierzył  przeciwnika,  z  którym  miał  walczyć.  Osądził  go

background image

oka  zmierzył  przeciwnika,  z  którym  miał  walczyć.  Osądził  go
prędko.  Barczysty,  kark  wołu,  czoło  wąskie  otoczone
siwiejącymi  włosami,  słowem  doskonały  okaz  zapaśnika
niższego rzędu. Istne bydlę siedziało naprzeciw niego.

Skoro  butelki  i  kieliszki  zjawiły  się  na  stole,  Tisza  wszczął

rozmowę.

— Mówisz, że mnie znasz?
— Wątpisz?
— I że znasz sprawę z Granu?
— Jakże? Pracowaliśmy razem.
— Niepodobna.
— Ależ to pewne.
— Nie rozumiem nic — szepnął Tisza, szukając szczerze w

swej pamięci. — Wszak było nas tylko ośmiu…

— Przepraszam, było nas dziewięciu, skoro i ja byłem.
— Jak to, należałeś do napadu? — rzekł niepewny Tisza.
—  Tak,  byłem  i  w  willi,  i  na  polance.  Nawet  prowadziłem

wóz.

— Z Voglem?
— Z Voglem.
Tisza pomyślał chwilę.
— To nie może być. Kaiserlick był z Voglem.
—  Nie,  to  ja  —  zaprzeczył  Dragosz  niestropiony.  —

Kaiserlick został z wami.

— Jesteś pewny?
— Najzupełniej.
Tisza  był  porażony.  Bandyta  nie  odznaczał  się  lotnym

background image

umysłem. Nie spostrzegłszy się, że sam odkrył nazwisko Vogla i
Kaiserlicka, uważał za niezbity dowód, że Maks Raynold je zna.

— Kieliszek jałowcówki? — zaproponował Dragosz.
— Nie odmawiam — rzekł Tisza.
Po czym, wychyliwszy go duszkiem, szepnął.
— To ciekawe. Pierwszy raz obcy należy do naszych spraw.
— Trzeba kiedyś zacząć — rzekł Karl Dragosz. — Nie będę

obcy, kiedy przyjmiecie mnie do bandy.

— Jakiej bandy?
—  Po  co  udawać,  towarzyszu,  skoro  ci  mówię,  że  to

umówione.

— Co jest umówione?
— Że będę do was należał.
— Z kim umówione?
— Z Ladką.
— Cicho bądź — przerwał ostro Tisza. — Uprzedziłem cię,

że nie można wymawiać tego nazwiska.

— Na ulicy — rzekł Dragosz. — Ale tu?
— Tu, czy gdzie indziej w całym mieście.
— Dlaczego? — spytał Dragosz.
Ale Tisza wahał się trochę.
— Jeżeli kto się ciebie spyta — rzekł ostrożnie — powiesz,

towarzyszu,  że  go  nie  znasz.  Widzę  z  wszystkiego,  że  wiesz
wiele, ale nie wiesz wszystkiego, a nie mnie, starego lisa, złapać
tak łatwo.

Tisza się mylił, grał z partnerem, którego nie mógł pokonać,

stary  lis  natrafił  na  mistrza.  Wstrzemięźliwość  nie  była  jego

background image

stary  lis  natrafił  na  mistrza.  Wstrzemięźliwość  nie  była  jego
główną zaletą, co poznawszy, Karl Dragosz nie omieszkał z tego
skorzystać.  Ciągłym  zapraszaniom  Tisza  się  opierał,  ale  słabo.
Kieliszki wypróżniały się jedne po drugich. Alkohol zaczął robić
swoje.  Wzrok  Tiszy  mętniał,  mowa  stała  się  ociężałą,  czujność
osłabła, a jak każdemu wiadomo, droga pijaństwa jest śliska, im
więcej gasi pragnienie, tym żywszym ono się stu je.

— Mówiliśmy więc rzekł Tisza ciągnącym głosem — że jest

to umówione z przywódcą.

— Umówione — oświadczył Dragosz.
—  Dobrze  zrobił  przywódca.  Masz  minę  dobrego,

prawdziwego towarzysza.

— Musisz to przyznać — oświadczył Dragosz.
— Tylko, widzisz, przywódcy nie zobaczysz…
— Dlaczego nie zobaczę?
Tisza  zanim  odpowiedział,  wychylił  raz  za  razem  dwa

kieliszki.

— Pojechał — odezwał się chrapliwym głosem.
—  Nie  ma  go  w  Ruszczuku?  —  nalegał  rozczarowany

Dragosz.

— Nie ma go.
— Nie ma go… A zatem był?
— Cztery dni temu.
— A teraz?
— A teraz płynie w stronę morza na galarze.
— Kiedy ma powrócić?
— Za dwa tygodnie.
—  Mam  czekać  dwa  tygodnie…  To  ci  los!  —  zawołał

background image

—  Mam  czekać  dwa  tygodnie…  To  ci  los!  —  zawołał

Dragosz.

— Śpieszy ci się do bandy? — spytał Tisza, śmiejąc się na

głos.

—  Ja  myślę!  —  rzekł  Dragosz.  —  Jestem  włościaninem,  a

zarobiłem więcej podczas jednej nocy w Granie, niż orząc ziemię
cały rok.

—  To  cię  zachęciło  —  zakonkludował  Tisza,  wybuchając

znów śmiechem.

Dragosz, spostrzegłszy pusty kieliszek, napełnił go szybko.
— Dlaczego nie pijesz, towarzyszu, za twoje zdrowie!
—  Za  twoje  zdrowie!  —  powtórzył  Tisza,  wychyliwszy

kieliszek.  Obfite  żniwo  zebrał  policjant.  Wiedział  z  ilu  ludzi
składała  się  banda,  z  ośmiu  według  słów  Tiszy;  wiedział,  jak
nazywa się czterech z nich, licząc przywódcę, cel jego podróży
— morze, gdzie łup będzie przeładowany na okręt; jego punkt
oparcia  —  Ruszczuk.  Zanim  Ladko  powróci,  wszystko  będzie
przygotowane, aby go natychmiast osaczyć, o ile wszakże nie da
się tego uskutecznić jeszcze przy ujściu Dunaju.

Nie wszystko jednak było wyjaśnione. Trzeba było korzystać

ze  stanu  pijaństwa  rozmówcy,  aby  się  dowiedzieć  o  dalszych
szczegółach.

— Dlaczego — spytał Karl Dragosz po chwili milczenia —

nie chciałeś, abym wymawiał nazwiska Ladki?

Tisza  pod  wpływem  alkoholu  ze  wzruszeniem  spojrzał  na

towarzysza  i  ogarnięty  nagle  wybuchem  czułości,  wyciągnął  do
niego rękę.

— Powiem ci, gdyż uważam cię za przyjaciela!

background image

— Powiem ci, gdyż uważam cię za przyjaciela!
—  Naturalnie  —  potwierdził  Dragosz,  odpowiadając  na

uścisk pijaka.

— Za brata.
— Tak.
— Za współbiesiadnika, za bojowca.
— Tak.
Tisza szukał wzrokiem butelki.
— Może jeszcze kieliszek jałowcówki?
— Nie ma już — odrzekł Dragosz.
Bojąc się, aby przeciwnik nie stracił przytomności, detektyw

zręcznie wylał resztę płynu na ziemię. Ale nie dogadzało to Tiszy,
który, skrzywiwszy się, odezwał się powtórnie.

— W takim razie araku?
— Masz — rzekł Karl Dragosz nalewając mu z butelki resztę

zawartości. — Ale ostrożnie, towarzyszu… Strzeżmy się upicia.

— O, co do mnie — odparł Tisza — gdybym nawet chciał,

nie mógłbym się upić!

—  Mówiliśmy  przed  chwilą,  że  Ladko  —  poddał  mu

Dragosz, wróciwszy na krętą ścieżkę swego badania.

—  Ladko?  —  powtórzył  Tisza,  który  już  zapomniał,  o  co

chodzi.

—  Tak…  Dlaczego  nie  należy  go  wspominać?  Tisza

roześmiał się po pijanemu.

—  Zaciekawia  cię  to,  przyjacielu…  Dlatego,  że  tu  Ladko

wymawia się Striga. Oto wszystko.

— Striga?  —  powtórzył  Dragosz,  nie  mogąc  zrozumieć.  —

background image

— Striga?  —  powtórzył  Dragosz,  nie  mogąc  zrozumieć.  —

Dlaczego Striga?

—  Dlatego  że  takie  jest  jego  nazwisko…  Na  przykład  ty

nazywasz się… Jakże się wreszcie nazywasz?

— Raynold.
—  Tak,  ja  cię  nazywam  Raynold…  On  zaś  nazywa  się

Striga… To jasne.

— W Granie jednakże… — nalegał Dragosz.
— O! — przerwał Tisza — w Granie to był Ladko… A w

Ruszczuku, to Striga.

Mruknął okiem złośliwie.
— W ten sposób, rozumiesz, ani znany, ani widziany.
Że  złoczyńca  zasłania  się  pożyczonym  nazwiskiem,  to  nie

dziwiło  bynajmniej  policjanta,  ale  dlaczego  właśnie  nazwiskiem
Ladki widniejącym na wizerunku znalezionym w barce?

—  Musi  przecież  istnieć  jakiś  Ladko  —  wykrzyknął

niecierpliwie Dragosz, odpowiadając swej myśli.

—  Nie  tylko  że  istnieje,  ale  to  jest  najważniejsze  z  całej

sprawy.

— Któż to ten Ladko?
— Łotr — stwierdził Tisza energicznie.
— Cóż ci zrobił?
— Mnie? Nic… Ale Stridze.
— Cóż zrobił Stridze?
— Sprzątnął mu sprzed nosa kobietę, piękną Nataszę.
Natasza! Imię widniejące na wizerunku. Dragosz, uczuwszy,

że jest na dobrym tropie, słuchał pożądliwie Tiszy, który nie dał
się prosić.

background image

się prosić.

— Odtąd nie są przyjaciółmi, rozumiesz!… Stąd Striga wziął

jego nazwisko. Striga to człek sprytny.

—  Wszystko  to  nie  objaśnia  mi,  dlaczego  nie  należy

wymawiać nazwiska Ladko — rzekł Dragosz.

— Dlatego, że tu jest ono napiętnowane — objaśniał Tisza.

— W Granie, czy gdzie indziej, wiadomo, kogo oznacza… Tu
jest  nazwiskiem  pewnego  sternika,  który  powstał  przeciw
rządowi.  Konspiruje,  idiota…  A  ulice  są  pełne  Turków  w
Ruszczuku!

— Co się z nim stało? Tisza wzruszył ramionami.
— Znikł — rzekł — Striga twierdzi, że umarł.
— Umarł!
— I musi to być prawda, skoro Striga ma obecnie jego żonę.
— Jaką żonę?
—  Piękną  Nataszę…  Po  nazwisku  —  żonę…  Gołąbka

niezadowolona!… Ale Striga trzyma ją dobrze na galarze.

Wreszcie  Dragosz  osiągnął  cel.  Sprawa  cała  stała  się

przejrzysta.  Towarzyszem  jego  nie  był  żaden  złoczyńca,  lecz
patriota  —  wygnaniec.  Jakże  musi  cierpieć  w  tej  chwili  ten
nieszczęśliwy,  znalazłszy  pusty  dom!…  Należało  śpieszyć  mu  z
pomocą…  Co  do  bandy  naddunajskiej,  to  rzecz  wyjaśniona,
bez trudu zostanie schwytana.

— Gorąco tu jest! — westchnął, udając pijanego.
— Bardzo gorąco — potwierdził Tisza.
— To arak — wybełkotał Dragosz. Tisza uderzył pięścią w

stół.

—  Nietęga  twoja  głowa!  —  urągał  ociężale.  —  Ja…  jak

background image

—  Nietęga  twoja  głowa!  —  urągał  ociężale.  —  Ja…  jak

widzisz… mogę zacząć na nowo.

— Nie mogę iść z tobą w zawody — przyznał Dragosz.
— Chuchraku! — urągał Tisza. — Zresztą chodźmy, jeżeli ci

tak niedobrze.

Po  zapłaceniu  gospodarzowi  wyszli  na  plac.  Lecz  zaledwie

Tisza  wyszedł  na  powietrze,  stan  jego  uległ  widocznemu
pogorszeniu. Dragosz zląkł się, że przepełnił miarę.

—  Powiedz  mi  —  zapytał,  pokazując  w  dół  rzeki  —  ten

Ladko?

— Jaki Ladko?
— Sternik. Czy mieszkał tam?
— Nie.
Karl Dragosz obrócił się w stronę miasta.
— Tam?
— Ani tam.
— Więc tam? — spytał Dragosz, pokazując wzwyż rzeki.
— Tak — wybełkotał Tisza.
Detektyw  pociągnął  towarzysza.  Ten,  słaniając  się,  pozwolił

się  prowadzić,  bełkocąc  niezrozumiałe  wyrazy,  gdy  nagle
przystanął, starając się wrócić do równowagi.

— Co też mówił Striga, że Ladko nie żyje?
— A bo co?
— Nie umarł, skoro ktoś jest u niego.
I  Tisza  pokazywał  na  dom,  z  którego  przez  zamknięte

okiennice  wydobywały  się  smugi  światła  padające  na  ulicę.
Dragosz  zbliżył  się  spiesznie  do  okna.  Tisza  i  on  zajrzeli  przez

background image

Dragosz  zbliżył  się  spiesznie  do  okna.  Tisza  i  on  zajrzeli  przez
szpary.

Zobaczyli  izbę  niewielką,  ale  dostatnio  umeblowaną.

Nieporządek  jaki  w  niej  panował,  świadczył,  że  musiała  się  w
niej  odbyć  jakaś  gwałtowna  scena,  gruba  zaś  warstwa  kurzu,
pokrywająca meble, świadczyła, że stało się to dość dawno. Na
środku  stał  stół,  przy  którym  siedział  mocno  zamyślony
człowiek. Skurcz jego palców, na pół zanurzonych we włosach,
wskazywał wymownie na ból szarpiący mu serce. Z oczu płynęły
ciężkie łzy.

Jak się tego spodziewał, Karl Dragosz poznał w nim swego

towarzysza podróży. Ale nie tylko on go poznał.

— To on! — mruknął Tisza, walcząc ze swym pijaństwem.
— On?
— Ladko.
Tisza  przesunął  ręką  po  twarzy  i  starał  się  odzyskać

równowagę.

—  Nie  umarł  łotr  —  wycedził.  — Ale  tym  lepiej…  Turcy

zapłacą mi za jego skórę więcej, niż jest warta… Dopiero Striga
będzie zadowolony!… Nie odchodź stąd, towarzyszu — rzekł,
zwracając  się  do  Karla  Dragosza.  —  Jeżeli  zechce  wyjść,
przytrzymaj go… Zawołaj o pomoc w razie potrzeby… Ja idę
po policję.

Po  tych  słowach  Tisza  się  oddalił.  Zataczał  się  już  tylko  z

lekka. Wzruszenie przywróciło mu równowagę.

Detektyw, zostawszy sam, wszedł spiesznie do domu.
Sergiusz  Ladko  nie  poruszył  się.  Karl  Dragosz  położył  mu

rękę na ramieniu.

background image

rękę na ramieniu.

Nieszczęśliwy  podniósł  głowę,  ale  nie  poznał  towarzysza.

Myśl jego błądziła gdzie indziej.

Detektyw wymówił tylko jedno słowo:
— Natasza!…
Sergiusz Ladko wstał gwałtownie.
Rozgorączkowane  jego  oczy  zawisły  pytająco  na  Karlu

Dragoszu.

— Idź za mną — rzekł detektyw — i śpieszmy się.

XVII
W pościgu

 

Barka  unosiła  się  na  wodzie.  Sergiusz  Ladko  w  stanie

gorączkowej podniety i wzburzenia władał wiosłem z nadludzką
siłą.  Wziąwszy  rozbrat  z  wymaganiami  natury  mocą  swego
pragnienia,  zaledwie  myślał  o  wypoczynku.  Gdy  wreszcie
wyczerpany  ostatecznie  rzucał  się  nocą  na  swe  posłanie,
zapadając  w  kamienny  sen,  zrywał  się  nagle,  jakby  za
uderzeniem  dzwonu,  dwie  godziny  później,  aby  powrócić  do
swego strasznego znoju.

Karl  Dragosz,  świadek  tego  zaciekłego  pościgu,  zdumiewał

się  na  myśl,  że  siła  organizmu  ludzkiego  zdolna  jest  do  takiej
odporności. A jednak miał jej przykład widoczny w człowieku,
któremu  towarzyszył;  człowiek  ten  wszakże  czerpał  nadludzką

background image

któremu  towarzyszył;  człowiek  ten  wszakże  czerpał  nadludzką
swą energię z najstraszniejszej rozpaczy.

Nie  chcąc  rozpraszać  myśli  nieszczęśliwego  sternika,

zachował  zupełne  milczenie.  Wszystko,  co  miał  mu  powiedzieć
ważnego, było omówione przy wyjeździe z Ruszczuku. Najpierw
przyznał  się,  kim  właściwie  jest.  Następnie  w  kilku  krótkich
słowach  wytłumaczył  mu  cel  swej  podróży  w  pogoni  za  bandą
naddunajską, której przywódcą miał być, jak głosiła opinia ludu,
niejaki Ladko z Ruszczuku.

Opowiadania  tego  słuchał  sternik  z  roztargnieniem  i

niecierpliwością.  Co  go  mogło  obchodzić  to  wszystko  wobec
Nataszy, jedynej jego nadziei i celu!

Dopiero  gdy  Karl  Dragosz  wspomniał  o  młodej  kobiecie,

natężył  całą  uwagę.  Słuchał  z  biciem  serca  opowiadania,  jak
Dragosz  dowiedział  się  z  ust  Tiszy,  że  Natasza  znajduje  się  na
galarze  w  mocy  przywódcy  bandy,  którego  rzeczywistym
nazwiskiem nie było nazwisko Ladko, lecz Striga.

Na  brzmienie  tego  nazwiska  Sergiusz  Ladko  wydał  okrzyk

grozy.

—  Striga!  —  zawołał,  podczas  gdy  ręka  ściskała  wiosło

kurczowo.

Nie  pytał  więcej.  Odtąd  bez  odpoczynku,  bez  tchu,  ze

zmarszczonym czołem i błędnym wzrokiem dążył do celu. Miał
pewność, że go osiągnie, choć nie mógł powiedzieć dlaczego.

Był  pewny  —  nic  więcej.  Galar,  w  którym  uwięziono

Nataszę,  pozna  wśród  tysiąca  innych.  Jakim  sposobem?  Nie
wiedział, ale go pozna. Instynkt nie dyskutuje, nie zadaje pytań.
Wiedział  teraz,  dlaczego  zdawało  mu  się,  że  gdzieś  już  słyszał

background image

Wiedział  teraz,  dlaczego  zdawało  mu  się,  że  gdzieś  już  słyszał
głos  dozorcy  przynoszącego  mu  posiłek  na  galarze,  dlaczego
niewyraźne  głosy,  doszłe  jego  ucha,  odbiły  się  tak  dziwnym
echem  w  jego  sercu.  Dozorca  —  to  Tisza.  Głosy  —  to  głosy
Nataszy i Strigi. A ten krzyk w nocy — to Natasza, wołająca na
próżno o pomoc. Dlaczego nie zatrzymał się wówczas? Ile żalu,
ile wyrzutów oszczędziłby sobie!

Dopiero  w  chwili  ucieczki  spostrzegł  w  mroku  tę  masę

ciemną, od której się oddalał, a która była więzieniem istoty tak
mu drogiej. Mniejsza o to! To wystarcza, aby wobec tego galaru
głos tajemniczy dał mu potrzebną wskazówkę.

Nadzieja Sergiusza Ladki nie była tak nieuzasadniona, jakby

się  to  zdawało.  Liczba  galarów,  krążących  po  Dunaju,  była
bowiem  bardzo  nieznaczna.  Od  Orsowy  zmniejszała  się
stopniowo,  a  od  Ruszczuka  była  bardzo  nikła.  W  Silistrii
zatrzymało się kilka ostatnich galarów. Poniżej zaś tego miasta,
w  pewnej  od  niego  odległości,  którą  sternik  przebył  w
dwadzieścia cztery godziny, dwa tylko galary widniały na rzece.
Odtąd kursowały na niej prawie wyłącznie statki parowe.

Od  Ruszczuku  bowiem  Dunaj  przybiera  bardzo  szerokie

rozmiary.  Rozlewając  się  na  lewym  brzegu  i  tworząc  na  nim
niezliczone  bagna,  przedstawia  łożysko  na  przeszło  dwie  mile
szerokie. W dół jest coraz rozleglejszy, a między Silistrią i Brajłą
dosięga niekiedy dwudziestu kilometrów szerokości. Ta wodna
przestrzeń przypomina morze, na którym nie brak ani burz, ani
fal  pienistych,  i  zrozumiałą  jest  rzeczą,  że  płaskie  galary,
nieprzystosowane  do  silnego  kołysania,  nie  odważają  się  przez
nie przepływać.

background image

nie przepływać.

Tym bardziej Sergiusz Ladko mógł być zadowolony, że czas

mu sprzyja. Dla łodzi tak małych rozmiarów i tak dalekiej swym
kształtem  od  budowy  statków  morskich,  każdy  gwałtowniejszy
wiatr przedstawiał niebezpieczeństwo i sternik byłby zmuszony w
takim  razie  do  schronienia  się  w  pierwszej  lepszej  przystani
nadbrzeżnej.

Karl  Dragosz,  który,  choć  był  szczerze  oddany  sprawie

sternika, nie zapominał o swym własnym celu, był zaniepokojony
tą  niezmierną  samotną  przestrzenią.  Czy  Tisza  przypadkiem  nie
chciał  go  wprowadzić  w  błąd?  Stopniowe  zanikanie  galarów
kazało  przypuszczać,  że  i  Striga  pójdzie  za  ich  przykładem.
Niepokój  jego,  zwiększający  się  ciągle,  zmusił  go  w  końcu  do
wszczęcia rozmowy z Sergiuszem Ladko.

—  Czy  galar  może  dopłynąć  do  samego  morza?  —  spytał

się.

—  Tak,  zdarza  się  to  rzadko  wprawdzie,  ale  bywają  takie

wypadki.

— Czy i panu to się zdarzało?
— Czasami.
— Jakże dają sobie radę z wyładowywaniem?
—  Zatrzymując  się  w  przystani  w  pobliżu  jednego  z  ujść,

gdzie spotykają statki parowe.

— Jednego z ujść, pan mówi? Istotnie, jest ich kilka.
—  Dwa  główne,  utworzone  przez  dwie  ważniejsze  odnogi

Dunaju. Jedno na północ, Kilia, i drugie bardziej na południe —
Sulina. To jest najważniejsze.

background image

Sulina. To jest najważniejsze.

— A czy to nie utrudni nam zadania? — dowiadywał się Karl

Dragosz.

— Nie — rzekł sternik. — Ludzie, którzy się ukrywają, nie

przepływają przez Sulinę. Podążymy na północ.

Karla  Dragosza  nie  zadowoliła  w  zupełności  ta  odpowiedź.

Nikt nie mógł zaręczyć, czy banda nie popłynie inną drogą. Ale
na to nie było rady, gdyż nie mogli znaleźć się równocześnie na
wszystkich  drogach  prowadzących  do  morza.  Sergiusz  Ladko,
jakby przewidując obawy towarzysza, ciągnął dalej:

— Zresztą przy ujściu Kilii jest zatoka, w której galar może

dokonać  przeładowania.  Przy  ujściu  zaś  Suliny  musiałby  to
uczynić  w  porcie  tejże  nazwy,  znajdującym  się  przy  samym
morzu. Co zaś do odnogi św. Jerzego, chylącej się bardziej na
południe,  nie  nadaje  się  ona  prawie  dla  —  żeglugi,  pomimo  że
jest najszersza. Nie potrzebujemy więc obawiać się pomyłki.

Wreszcie  14  października,  na  czwarty  dzień  po  wyjeździe  z

Ruszczuku,  barka  dopłynęła  do  delty  Dunaju.  Mijając  Sulinę,
skierowała  się  wprost  na  odnogę  Kilii.  W  południe  mijano
Ismail,  ostatnie  znaczniejsze  miasto.  Nazajutrz  rano  miano  już
dopłynąć do Morza Czarnego.

Galaru  Strigi  nie  było  widać  i  nic  nie  zapowiadało  jego

spotkania.  Odkąd  żeglarze  opuścili  główne  łożysko  Dunaju,
rzeka  opustoszała.  Jak  daleko  sięgało  oko,  nie  można  było
dojrzeć  ani  żagla,  ani  unoszącego  się  dymu.  Karla  Dragosza
szarpał niepokój.

Sergiusz  Ladko  zdawał  się  być  spokojny.  Nachylony  nad

wiosłem  pchał  barkę  przed  siebie,  natężając  uwagę,  aby  nie

background image

wiosłem  pchał  barkę  przed  siebie,  natężając  uwagę,  aby  nie
opuścić  właściwego  łożyska,  które,  wśród  brzegów  niskich  i
błotnistych,  mógł  rozpoznać  tylko  dzięki  swemu  długoletniemu
doświadczeniu.

Wytrwałość  sternika  miała  być  wkrótce  wynagrodzona.  Po

południu  tego  samego  dnia,  około  piątej,  oczom  ich  ukazał  się
galar stojący w odległości dwunastu kilometrów poniżej fortecy
Kilia.  Sergiusz  Ladko,  zatrzymawszy  wiosło,  spojrzał  przez
lornetę w stronę galaru.

— To on! — rzekł głosem stłumionym, rzucając szkło.
— Jest pan pewny?
—  Pewny  —  rzekł  Sergiusz  Ladko.  —  Poznałem  Jakuba

Ogula  zręcznego  sternika  z  Ruszczuku,  złego  ducha  Strigi,
prowadzącego niezawodnie jego łódź.

—  Co  począć?  —  spytał  Karl  Dragosz.  Sergiusz  Ladko

zamyślony nie odpowiadał. Detektyw mówił dalej:

—  Trzeba  wrócić  do  Kilii,  a  w  razie  potrzeby  do  Ismailu.

Tam otrzymamy pomoc.

Sternik wstrząsnął głową przecząco.
—  Wracać  do  Ismailu  pod  prąd,  a  choćby  tylko  do  Kilii,

zabrałoby to za wiele czasu. Galar posunąłby się naprzód, a na
morzu  nie  znaleźlibyśmy  go.  Nie,  zatrzymajmy  się  tutaj  i
czekajmy  nocy.  Mam  pomysł.  Jeżeli  się  nie  uda,  będziemy
płynęli  z  dala  za  galarem,  a  skoro  dowiemy  się,  gdzie  się
zatrzyma dla postoju, popłyniemy do Suliny po pomoc.

O ósmej ściemniało zupełnie. Sergiusz Ladko przysunął się z

barką na odległość dwustu metrów od galaru. Tu zatrzymał się i
nie  mówiąc  ani  słowa,  zrzucił  z  siebie  odzienie  i  zanurzył  się  w

background image

nie  mówiąc  ani  słowa,  zrzucił  z  siebie  odzienie  i  zanurzył  się  w
rzece.

Karl Dragosz patrzył na niego zdziwiony.
Sternik,  torując  sobie  drogę  silnymi  ruchami,  kierował  się

wprost na galar, majaczący w ciemności. Gdy wyprzedził go w
dostatecznej  odległości,  aby  nie  być  spostrzeżonym,  zawrócił  i
płynąc  przeciw  prądowi  dotarł  do  steru,  którego  się  uchwycił,
nadsłuchując.  Do  jego  uszu  doleciała  melodia  taneczna
przytłumiona  pluskiem  wody,  odbijającej  się  o  kadłub  galaru.
Sergiusz  Ladko,  przywierając  rękoma  i  nogami  do  śliskiego
drzewa steru, uniósł się wyżej i poznał Jakuba Ogula.

Na  łodzi  panował  spokój.  Żaden  odgłos  nie  dochodził  z

kajut,  do  których  schronił  się  zapewne  Iwan  Striga.  Na
pokładzie  leżało  pięciu  ludzi,  rozmawiając  ze  sobą  spokojnie.
Jakub Ogul siedział sam za kajutami na rudle steru i ukołysany
nocną ciszą, nucił jakąś znaną piosenkę.

Nagle  śpiew  ustał.  Dwie  żelazne  ręce  wpiły  się  w  gardło

śpiewaka,  który,  straciwszy  równowagę,  upadł  na  ster.  Ze
zwieszonymi rękoma i nogami leżał bezwładnie na wąskim drągu
jak  kawał  szmaty.  Sergiusz  Ladko  szarpnął  mocno  i
schwyciwszy go za pasek, zsunął się z nim milcząco do wody.

Nikt  w  galarze  nie  domyślał  się  napaści.  Iwan  Striga  nie

wyszedł  z  kajuty.  Pięciu  ludzi  na  przodzie  łodzi  rozmawiało
spokojnie.

Sergiusz Ladko płynął w stronę barki. Powrót był niezwykle

ciężki.  Nie  tylko  że  płynął  pod  prąd,  lecz  podtrzymywał  ciało
Jakuba  Ogula,  który  jeżeli  jeszcze  nie  umarł,  był  bliski  śmierci.

background image

Woda nie wróciła mu przytomności; zwisał bezwładnie.

Sergiusz  Ladko  zaczął  się  już  obawiać  czy  nie  miał  zbyt

ciężkiej  ręki.  W  pięć  minut  dosięgnął  galaru,  teraz  pół  godziny
mijało  a  dosięgnąć  nie  mógł  barki,  błądząc  w  ciemności.
Wreszcie dotarł do niej.

—  Niech  pan  pomoże,  panie  Jaeger!  —  zawołał.  —

Trzymam jednego z nich.

Z pomocą detektywa Jakub Ogul został wciągnięty na łódź i

położony.

—  Czy  umarł?  —  spytał  Sergiusz  Ladko.  Karl  Dragosz

nachylił się nad więźniem.

— Nie — rzekł — oddycha.
Sergiusz  Ladko  odetchnął  z  zadowoleniem  i  wróciwszy  do

wiosła, zaczął płynąć przeciw prądowi.

— Niech pan go przywiąże i to mocno, jeżeli nie chce pan,

aby nam uciekł, gdy zostawię pana na brzegu.

— Jak to! Mamy się rozłączyć? — spytał Karl Dragosz.
—  Tak  —  odpowiedział  Sergiusz  Ladko.  —  Skoro  pan

wyląduje, ja powrócę w okolice galaru, a jutro postaram się tam
dostać.

— W biały dzień?
—  W  biały  dzień.  Mam  gotowy  plan.  Niech  pan  będzie

spokojny, przynajmniej do czasu nic mi nie grozi. Później skoro
będziemy  blisko  Morza  Czarnego,  coś  może  się  popsuć.  Ale
liczę na pana w chwili, którą radbym jak najbardziej opóźnić.

— Na mnie?… Cóż ja mogę zrobić?
— Sprowadzić pomoc.

background image

— Sprowadzić pomoc.
—  Postaram  się,  niech  pan  nie  wątpi  —  przyrzekł  gorąco

Karl Dragosz.

— Nie wątpię, ale może przyjdzie to panu z trudnością. Zrobi

pan, co będzie w pańskiej możności. Nie zapomnij pan tylko, że
galar  wyruszy  jutro  w  południe,  i,  o  ile  go  nic  nie  zatrzyma,
będzie na morzu około czwartej. Stosuj się do tego.

— Dlaczego nie chce pan ze mną pozostać? — spytał Karl

Dragosz zaniepokojony o swego towarzysza.

—  Dlatego,  że  może  pana  coś  w  drodze  zatrzymać,  a  to

ułatwiłoby Stridze ucieczkę. Nie chcę, aby dotarł do morza. I nie
dostanie  się  do  niego,  nawet  gdyby  pan  się  spóźnił  z  pomocą.
Tylko w takim razie ja już prawdopodobnie nie będę żyć.

Głos  sternika  nakazywał  milczenie.  Karl  Dragosz

zrozumiawszy, że nie odstąpi on od swego zamiaru, nie nalegał.
Barkę  sprowadzono  do  brzegu;  po  czym  wyniósłszy  z  niej
Jakuba  Ogula  w  stanie  wciąż  nieprzytomnym,  złożono  go  na
ziemi.

Sergiusz Ladko powrócił natychmiast do wiosła. Niebawem

barka znikła w ciemności.

XVIII
Sternik znad Dunaju

 

Karl  Dragosz,  zostawszy  sam,  zastanowił  się  nad  dalszym

background image

Karl  Dragosz,  zostawszy  sam,  zastanowił  się  nad  dalszym

swym  postępowaniem.  Położenie  jego  było  wielce  kłopotliwe.
Na  granicy  Besarabii,  wśród  nocy,  bez  nikogo  oprócz  tego
więźnia,  którego  strzec  mu  nakazywał  obowiązek,  w  pierwszej
chwili  nie  wiedział,  co  ma  przedsięwziąć.  Ale  niebawem
zrozumiał,  że  z  pomocą  nikt  nie  przyjdzie,  o  ile  sam  po  nią  nie
pójdzie. A czas nagli. Od jednej godziny, od jednej minuty może
zależało  ocalenie  Sergiusza  Ladki.  Toteż  nie  wahał  się  dłużej.
Zostawiwszy zemdlonego i mocno skrępowanego Jakuba Ogula,
podążył wzwyż rzeki o tyle szybko, o ile na to pozwalał teren.

Szedł pół godziny wśród okolicy zupełnie niezamieszkałej, tak

że  zaczął  się  obawiać,  czy  nie  będzie  musiał  iść  do  Kilii,  gdy
dostrzegł dom nad samą rzeką.

Niełatwo  było  dostać  się  do  tego  domu,  z  wyglądu

przypominającego dostatnią chatę włościańską. O tej porze i w
tym  miejscu  ostrożność  była  rzeczą  usprawiedliwioną,  toteż  jej
mieszkańcy nie kwapili się z przyjęciem przybyłego. A do tego
porozumienie  było  wielce  utrudnione,  ponieważ  odzywali  się  w
narzeczu  miejscowym,  którego  Dragosz,  pomimo  że  był
poliglotą, nie rozumiał wcale.

Wreszcie  posługując  się  mieszaniną  złożoną  ze  słów

rumuńskich,  rosyjskich  i  niemieckich,  zdobył  zaufanie
gospodarzy,  którzy  zdecydowali  się  go  wpuścić,  nie
omieszkawszy  przy  tym  poddać  ścisłej  indagacji.  Wyszedł
jednak  z  niej  zwycięsko,  gdyż  w  niespełna  dwie  godziny  po
wylądowaniu wózek wiózł go do Jakuba Ogula.

Zastał  go  w  stanie  nieprzytomnym.  Również  przy

przenoszeniu  na  wózek  nie  dał  znaku  życia.  Wózkiem  tym

background image

przenoszeniu  na  wózek  nie  dał  znaku  życia.  Wózkiem  tym
podążył  Karl  Dragosz  wraz  ze  swym  więźniem  do  Kilii.
Ponieważ do chaty gościńca nie było, musiano jechać stępa, ale
później  natrafiono  na  jakąś,  wprawdzie  nieszczególną,  drogę,
która pozwoliła im przyśpieszyć kroku.

O północy Karl Dragosz dotarł do Kilii. Całe miasto spało,

odnaleźć więc naczelnika policji nie było rzeczą łatwą. W końcu
jednak  dokonał  swego.  Naczelnik  przyjął  go  dość  uprzejmie  i
obiecał mu swą pomoc.

Karl Dragosz mógł przeto umieścić przytomnego już więźnia

w  miejscu  bezpiecznym;  sam  zaś  zajął  się  niezwłocznie  sprawą
bandy,  a  przede  wszystkim  ocaleniem  Sergiusza  Ladki,  który
obchodził go najbardziej.

Natrafił na nieprzezwyciężone trudności. Statku parowego w

Kilii  nie  było,  a  naczelnik  policji  odmówił  stanowczo  posłania
swych  ludzi  na  rzekę.  Odnoga  Dunaju  nie  należała  ani  do
Rumunii,  ani  do  Turcji,  obawiał  się  przeto,  aby  zjawienie  się
policji  na  rzece  nie  spowodowało  niewczesnych  reklamacji  ze
strony  Porty  w  chwili,  gdy  wojna  wisiała  w  powietrzu.  Gdyby
urzędnik rumuński mógł przeniknąć wyroki losu, byłby wiedział,
że ta wojna siłą konieczności wybuchnąć musiała kilka miesięcy
później  i  nie  obawiałby  się  tak  bardzo,  ale  w  swej
nieświadomości drżał na myśl wywołania w jakikolwiek sposób
zawikłań  dyplomatycznych  i  stosował  się  do  mądrego  przepisu
pas d’affaires, będącego dewizą wszystkich urzędników całego
świata.

Szczytem  tego  na  co  się  odważył  było  danie  rady  Karłowi

Dragoszowi, aby się udał do Suliny, jak również wskazanie mu

background image

Dragoszowi, aby się udał do Suliny, jak również wskazanie mu
człowieka,  który  by  mu  ułatwił  przebycie  pięćdziesięciu
kilometrów trudnej drogi poprzez deltę dunajską.

Zbudzenie  owego  osobnika,  namówienie  go,  aby  zaprzągł

wózek, przewiezienie na prawy brzeg, wszystko to zajęło wiele
czasu.  Dopiero  o  trzeciej  po  północy  detektyw  mógł  wyruszyć
wózkiem, do którego zaprzężony był mały konik, sprawniejszy,
niż się na pozór wydawało.

Naczelnik  policji  miał  słuszność  uprzedzając  o  trudnościach

jazdy  poprzez  deltę.  Po  drogach  błotnistych,  często  pokrytych
na  kilka  centymetrów  wodą,  pojazd  toczył  się  z  trudnością  i
gdyby  nie  doświadczenie  woźnicy,  zabłądzono  by  nieraz  na
równinie  bezbrzeżnej.  Jechano  więc  wolno,  tym  wolniej,  że
zmęczony koń często stawał.

O  dwunastej  dopiero  Karl  Dragosz  dojechał  do  Suliny.

Termin,  który  mu  wyznaczył  Ladko,  upływał  za  kilka  godzin!
Nie  posiliwszy  się  nawet,  detektyw  pobiegł  porozumieć  się  z
miejscowymi władzami.

Sulina,  przyznana  później  Rumunii  na  mocy  traktatu

berlińskiego,  była  wówczas  miastem  tureckim.  Naprężone
stosunki między Porta a państwami zachodnimi nie mogły ułatwić
Karłowi  Dragoszowi,  poddanemu  węgierskiemu,  zadania,
pomimo  że  spełnienie  jego  misji  leżało  w  interesie  ogółu.  Nie
zdziwiło  go  też  wcale,  że  pomimo  lepszego  niż  się  spodziewał
przyjęcia, władze okazały mu pomoc opieszałą, tłumacząc się, że
policja  nie  posiada  do  swego  rozporządzenia  żadnej  łodzi  i  że
tylko statek na usługach urzędu celnego mógł temu zaradzić.

background image

tylko statek na usługach urzędu celnego mógł temu zaradzić.

Istotnie  statek  celny  mógł  służyć  w  tym  wypadku,  bandę

złoczyńców bowiem można było uważać przy dobrych chęciach
za bandę przemytników. Na nieszczęście statek ten, dość szybki
parowiec,  nie  znajdował  się  w  tej  chwili  w  porcie.  Krążył  po
morzu, lecz niezawodnie w pobliżu brzegu. Karl Dragosz musiał
więc wsiąść na łódź rybacką i wyjechać na jego spotkanie.

Detektyw zrozpaczony swym niepowodzeniem wsiadł na łódź

i  podążył  na  poszukiwanie  statku.  Pozostawało  sto  pięćdziesiąt
minut do terminu naznaczonego przez sternika.

Podczas  gdy  Karl  Dragosz  walczył  z  tymi  trudnościami,

Sergiusz Ladko zajęty był wykonaniem swego planu.

Cały  ranek,  ukryty  w  trzcinie  nadbrzeżnej,  wypatrywał,  czy

galar  nie  rusza  w  drogę.  Upewniwszy  się,  że  galar  stoi  na
miejscu,  stwierdził  z  zadowoleniem,  że  sprawdziły  się  jego
przewidywania.

W  tym  bowiem  celu  porwał  —  trochę  brutalnie  może,  ale

wyboru nie miał — Jakuba Ogula, bez którego, jak sądził, Striga
nie odważy się wyruszyć, wiedząc, że żegluga wśród tej obfitości
mielizn jest tylko dostępna dla tego, kto poświęcił się wyłącznie
jej.

Należało  przypuszczać,  że  korsarze,  nie  mogąc  zdać  sobie

sprawy ze zniknięcia ich sternika, gotowi byli przyjąć pierwszego
lepszego, który by im ofiarował swe usługi. Ale odnoga Kilii nie
obfituje w sterników, jak o tym wymownie świadczyły jej puste
wody.  Dopiero  o  jedenastej  zjawiły  się  dwie  łodzie  od  strony
morza.  Sergiusz  Ladko  przypatrzywszy  się  im  przez  lunetę,
poznał w jednej z nich łódź sternika.

background image

poznał w jednej z nich łódź sternika.

Iwan  Striga  prawdopodobnie  znajdzie  oczekiwaną  pomoc.

Nie było czasu do stracenia.

Barka wysunęła się z trzciny i zbliżyła do galaru.
— Ho, ho z galaru — zawołał Sergiusz Ladko.
— Ho, ho — brzmiała odpowiedź.
Na galarze zjawił się człowiek. Był to Iwan Striga.
Jakim  gniewem  zawrzało  serce  Sergiusza  Ladki  na  widok

tego  zaciekłego  wroga  jego  szczęścia,  tego  nędznika,  który
trzymał w swej mocy od tylu miesięcy jego ukochaną Nataszę!

Ale  przygotowany  na  to  spotkanie,  stłumił  miotające  nim

wzburzenie i zadając sobie gwałt, spytał głosem spokojnym:

— Nie potrzebujecie sternika?
Zamiast  odpowiedzi  Iwan  Striga,  zasłoniwszy  ręką  oczy,

przez  dłuższą  chwilę  przypatrywał  się  Sergiuszowi  Ladce.
Wprawdzie  za  pierwszym  rzutem  oka  poznał,  z  kim  ma  do
czynienia, ale wydało mu się to tak nadzwyczajne, że ma przed
sobą męża Nataszy, tak niespodziewane, iż zawahał się.

—  Czy  nie  jesteś  czasem  Sergiuszem  Ladko  z  Ruszczuku?

— spytał.

— Jestem nim — odpowiedział sternik.
— Czy nie poznajesz mnie?
— Nie jestem ślepy. Poznaję cię doskonale, Iwanie Striga.
— I chcesz mi służyć?
— Dlaczego nie? Jestem sternikiem — rzekł Sergiusz Ladko.

Striga zawahał się przez chwilę. Czy podobna, aby ten, którego
nienawidził najbardziej w świecie, oddawał mu się dobrowolnie
w  ręce?  Czy  nie  było  w  tym  jakiej  zasadzki?…  Ale  jakież

background image

w  ręce?  Czy  nie  było  w  tym  jakiej  zasadzki?…  Ale  jakież
niebezpieczeństwo  mógł  przedstawić  jeden  człowiek  wobec
licznej załogi galaru? Niech prowadzi galar do morza, kiedy jest
taki głupi! Na morzu zobaczymy.

— Wsiadaj! — rzekł krótko korsarz, z okrutnym skurczem

twarzy, co nie uszło uwagi Sergiusza Ladki.

Sternik  nie  czekał  na  powtórzenie  zaproszenia.  Barka

dopłynęła do galaru. Po chwili był już na nim. Striga zbliżył się.

— Czy pozwolisz mi wyrazić zdziwienie ze spotkania cię przy

ujściu Dunaju?

Sternik milczał.
— Mówiono, że nie żyjesz — ciągnął dalej Striga — odkąd

zniknąłeś z Ruszczuku.

I na to sternik nie odpowiedział.
— Co się z tobą stało? — pytał Striga dalej.
—  Nie  oddalałem  się  od  morza  —  odpowiedział  wreszcie

Sergiusz Ladko.

— Tak daleko od Ruszczuku! — wykrzyknął Striga.
Sergiusz  Ladko  zmarszczył  brwi.  Pytania  te  zaczęły  go

niecierpliwić. Hamując się jednak odrzekł spokojnie:

—  Czasy  niespokojne,  w  których  żyjemy,  nie  są  pomyślne

dla interesów.

Striga spojrzał na niego drwiąco.
— A mieli cię za patriotę! — zawołał ironicznie.
— Nie zajmuję się już polityką — odparł oschle sternik.
W  tej  chwili  spojrzenie  Strigi  zawisło  na  barce,  którą  prąd

uniósł  w  tył  galaru.  Zadrżał  całym  swym  jestestwem.  Mylić  się

background image

nie mógł. Była to ta sama barka, którą posługiwał się przez cały
tydzień  i  którą  znalazł  umocowaną  na  nadbrzeżu  Zemlinu.
Sergiusz Ladko kłamał zatem, twierdząc, że nie opuszczał delty
dunajskiej.

— Nie oddalałeś się wcale z tych okolic, odkąd rozstałeś się

z  Ruszczukiem?  —  nalegał  Striga  patrząc  badawczo  na
rozmówcę.

— Nie — odpowiedział Sergiusz Ladko.
— Zadziwiasz mnie — rzekł Striga.
— Dlaczego? Spotkałeś mnie może w innych stronach?
— Ciebie nie, ale tę barkę… Przysiągłbym, że widziałem ją

już w górze rzeki.

—  To  bardzo  możliwe  —  odpowiedział  Sergiusz  Ladko

obojętnie.  —  Kupiłem  ją  trzy  dni  temu  od  jakiegoś  osobnika,
który, jak mówił, wracał z Wiednia.

— Jak wyglądał ten człowiek? — spytał żywo Striga, myśląc

o Karlu Dragoszu.

— Brunet z ciemnymi szkłami.
— A! — wykrzyknął Striga w zamyśleniu.
Odpowiedzi  sternika  wzburzyły  go  widocznie.  Nie  wiedział,

co o tym wszystkim ma sądzić. Ale nie zastanawiał się nad tym
długo.  Wszystko  jedno  zresztą,  czy  Sergiusz  Ladko  mówi
prawdę, czy nie. Ma go w swoich rękach, to najważniejsze. Jak
głupi być musi, skoro rzuca się sam w paszczę wilka!… Z tego
galaru  nie  wyjdzie  żywy!…  Miesiące  całe  kłamał  Striga,
dowodząc  Nataszy,  że  jest  wdową.  Na  morzu  kłamstwo  to
stanie się prawdą.

background image

stanie się prawdą.

— Wyruszajmy! — rzekł, jakby na zakończenie swych myśli.
—  Wyruszymy  w  południe  —  odrzekł  spokojnie  Sergiusz

Ladko,  wyjmując  żywność  ze  swego  tłumoczka  i  siadając  do
śniadania.

Korsarz  rzucił  się  niecierpliwie.  Sternik  udał,  że  tego  nie

widzi.

—  Muszę  cię  uprzedzić  —  rzekł  Striga  —  że  zależy  mi  na

tym, aby być na morzu przed nocą.

—  Będziemy  —  zapewnił  Sergiusz  Ladko,  nie  ruszając  się

wcale.  Striga  oddalił  się  na  przód  galaru.  Nie  był  wszakże
zupełnie

spokojny. W każdym razie ten dziwny zbieg okoliczności, że

mąż  ofiaruje  się  sterować  galarem,  na  którym  właśnie  jest
uwięziona  jego  żona,  wydał  mu  się  zanadto  osobliwy.
Oczywiście Sergiusz Ladko był na łodzi sam, bezbronny wobec
sześciu  uzbrojonych  ludzi.  Ale  argument  ten,  tak  niezbity,  nie
uspokoił go. Musiał się dowiedzieć, czy sternik wie o zniknięciu
Nataszy.  Nie  mogąc  zapanować  nad  ciekawością,  wrócił  do
sternika,  posilającego  się  spokojnie,  z  zapytaniem  czy  nie  miał
wiadomości z Ruszczuku, odkąd go opuścił?

— Żadnych — odpowiedział.
— I nie zadziwiło cię to milczenie?
— Dlaczego miałoby mnie dziwić? — spytał Sergiusz Ladko,

mierząc wzrokiem korsarza.

Pomimo  całej  czelności  Striga  czuł  się  zmieszany  tym

stanowczym spojrzeniem.

—  Zdawało  mi  się  —  bąknął  —  że  zostawiłeś  tam  swoją

background image

—  Zdawało  mi  się  —  bąknął  —  że  zostawiłeś  tam  swoją

żonę.

— A mnie się zdaje — odparł chłodno Sergiusz Ladko — że

lepiej będzie, gdy zmienimy przedmiot rozmowy.

Striga przyjął to do wiadomości.
W kilka minut po południu sternik polecił podnieść kotwicę,

po  czym  wzniesiono  i  rozpostarto  żagiel.  Sergiusz  Ladko
uchwycił sam za rudło. Striga zbliżył się do niego.

— Muszę cię uprzedzić, że galar wymaga głębiny.
— Jest obciążony — odrzekł Sergiusz Ladko — dwie stopy

wystarczą.

— Potrzeba siedmiu — rzekł Striga.
—  Siedem  —  zawołał  sternik,  dla  którego  to  słowo  było

objawieniem.

Oto  dlaczego  banda  naddunajska  wprowadzała  w  błąd

wszelkie  dochodzenie!  Jej  łódź  była  osobliwie  zbudowana.
Część  wystająca  nad  wodą  była  tylko  pozorem.  Prawdziwy
galar był podwodny i w tej kryjówce składano łupy. Kryjówka
ta,  jak  to  wiedział  z  doświadczenia  Sergiusz  Ladko,  mogła
zamienić się na niemożliwe do odszukania więzienie.

—  Siedem  —  powtórzył  Striga,  odpowiadając  na  okrzyk

sternika.

— Dobrze — wyrzekł Sergiusz Ladko krótko.
Wyruszyli w drogę. W pierwszych chwilach Striga, nie mogąc

się  pozbyć  swego  niepokoju,  rozciągnął  baczny  nadzór  nad
sternikiem. Ale  zachowanie  Ladki  uspokoiło  go  wkrótce.  Cały
oddany swemu zajęciu sternik z niezwykłą sprawnością kierował
galarem,  dając  dowód,  że  rozgłos  o  jego  mistrzostwie  nie  był

background image

galarem,  dając  dowód,  że  rozgłos  o  jego  mistrzostwie  nie  był
przesadzony.

Zręcznie  omijał  mielizny  i  z  matematyczną  ścisłością  trzymał

się zakrętów rzecznych.

Stopniowo  znikały  obawy  korsarza.  Żegluga  odbywała  się

bez wypadku. Wkrótce miano dotrzeć do morza.

Wreszcie o czwartej godzinie ukazała się niezmierzona wodna

płaszczyzna. Po ostatnim zakręcie rzeki — na horyzoncie niebo
złączyło się z morzem.

Striga, zwracając się do sternika, rzekł:
—  Dojechaliśmy,  sądzę,  do  kresu.  Przypuszczam  więc,  że

ster powierzyć można pierwszemu lepszemu sternikowi.

— Jeszcze nie — odrzekł Sergiusz Ladko. — Najważniejsze

miejsce nie jest jeszcze przebyte.

W miarę, jak zbliżano się do ujścia, horyzont stawał się coraz

rozleglejszy. Striga, znajdujący się na szczycie galaru, wpatrywał
się uporczywie w morze. Nagle, schwyciwszy lunetę, skierował
ją w stronę małego parowca o pojemności czterech do pięciuset
ton, który dążył z północy, i po krótkim badaniu kazał wywiesić
banderę na wysokości masztu. Statek odpowiedział tym samym
sygnałem, po czym zaczął się zbliżać prawą stroną do ujścia.

W tej chwili Sergiusz Ladko pchnął rudło w lewą stronę tak,

że galar zwrócił się na prawo i przecinając ukośnie prąd, podążył
na południo–wschód, jak gdyby ku prawemu brzegowi.

Zdziwiony  Striga  spojrzał  na  sternika.  Pewność  Sergiusza

Ladki  uspokoiła  go.  Widocznie  ostatnia  mielizna  zmusiła  go  do
tego nagłego zwrotu.

background image

tego nagłego zwrotu.

Striga  nie  mylił  się.  Tak,  mielizna  znajdowała  się  w  łożysku

rzeki, ale nie od strony morza. I wprost na nią zmierzał sternik.
Nagle dał się słyszeć przeraźliwy trzask. Galar wstrząsnął się w
posadach. Pod wpływem uderzenia, maszt złamawszy się u swej
podstawy,  upadł,  a  żagiel  przykrył  swą  powierzchnią  ludzi
znajdujących  się  na  przodzie  galara.  Galar  uszkodzony
poważnie, stanął nieruchomy.

Cała załoga znalazła się na ziemi, nie wyłączając Strigi, który

wstał, pieniąc się z gniewu.

Straszny  wzrok  utkwił  w  sterniku.  Ten  stał  spokojnie,  bez

śladu  wzruszenia.  Puścił  ster  i,  trzymając  ręce  w  kieszeniach,
bacznie śledził swego wroga.

—  Łotrze!  —  zawył  Striga,  który  trzymając  w  ręku

rewolwer, zbliżał się szybko ku niemu.

O trzy kroki od niego wystrzelił.
Sergiusz  Ladko  schylił  się,  kula  przeleciała  mimo.  Wtedy

sternik  jednym  skokiem  znalazłszy  się  przy  swoim  wrogu,  wbił
mu nóż w samo serce. Iwan Striga upadł bezwładnie.

Scena  ta  odbyła  się  tak  szybko,  że  pięciu  ludzi  z  załogi,

uwikłanych  zresztą  w  fałdach  żagla,  nie  miało  czasu  podążyć  z
pomocą.  Na  widok  zabitego  przywódcy  wydali  przeraźliwy
okrzyk.

Sergiusz  Ladko,  wskoczywszy  na  pomost,  czekał  zbliżenia

się bandytów. Stąd górował nad pokładem, gdzie tłumnie zdążali
korsarze.

—  Cofnąć  się!  —  zawołał,  trzymając  w  obu  rękach

rewolwery, z których jeden wyrwał Stridze.

background image

rewolwery, z których jeden wyrwał Stridze.

Bandyci  zatrzymali  się.  Nie  mieli  broni,  a  żeby  się  w  nią

zaopatrzyć,  musieli  dostać  się  do  kajut,  to  jest  przejść  przez
ogień nieprzyjaciela.

— Jedno słowo, towarzysze — ciągnął Sergiusz Ladko w tej

samej  grożącej  postawie.  —  Mam  jedenaście  kul.  Więcej  niż
potrzeba, aby was zgładzić co do jednego. Uprzedzam was, że
strzelam, jeżeli się nie cofniecie natychmiast ku przodowi.

Załoga naradzała się. Sergiusz Ladko wiedział, że jeżeli rzucą

się  wszyscy  razem,  może  dosięgnąć  paru  z  nich,  ale  sam
polegnie.

—  Baczność!  Liczę  do  trzech  —  oświadczył,  nie  dając  im

czasu do namysłu. — Raz!

Załoga nie drgnęła.
— Dwa! — wymówił sternik.
Korsarze  poruszyli  się.  Trzech  z  nich  chciało  się  rzucić  na

niego. Dwaj zamierzali cofnąć się.

— Trzy! — rzekł sternik, przyciskając kurek.
Jeden korsarz zwalił się na ziemię, kula przeszyła jego ramię.

Reszta uciekła.

Sergiusz Ladko, nie ruszając się z pomostu, spojrzał w stronę

statku,  który  odpowiedział  na  sygnał  dany  przez  Strigę.
Parowiec  był  teraz  oddalony  milę  od  galaru.  Skoro  statek
dopłynie  do  galaru  i  załoga  podąży  na  pomoc  korsarzom,
położenie będzie poważne.

Parowiec zbliżał się szybko. Już znajdował się o kilka sążni,

gdy  skręcając  w  prawo,  zatoczył  szerokie  koło  i  oddalił  się  w
kierunku  morza.  Co  się  stało?  Czy  spłoszyło  go  coś,  czego

background image

kierunku  morza.  Co  się  stało?  Czy  spłoszyło  go  coś,  czego
sternik nie mógł dojrzeć.

Sergiusz Ladko czekał z biciem serca. Po upływie kilku minut

drugi parowiec ukazał się z przeciwległej strony. Pędził całą siłą
pary  wprost  do  galaru.  Niebawem  sternik  ujrzał  na  pokładzie
statku w jednej osobie swego przyjaciela pana Jaegera i Karla
Dragosza detektywa. Był ocalony.

Po  chwili  weszła  na  galar  policja.  Załoga  poddała  się  bez

oporu.

Sergiusz  Ladko  tymczasem  rzucił  się  w  stronę  kajut.

Wszystkie były zamknięte prócz jednej. Podważywszy drzwi siłą
swych ramion, stanął jak wryty na progu.

Natasza padła w jego objęcia.

XIX
Epilog

 

Sprawa bandy naddunajskiej przeszła niepostrzeżenie wśród

wrzenia  wojny  rosyjsko–tureckiej.  Bandytów,  wraz  z  Tiszą
schwytanym w Ruszczuku, powieszono w krótkim czasie. Ogół
jednak, zajęty ważniejszymi sprawami, odniósł się obojętnie do
tego wyroku, który w innych warunkach wzbudziłby ciekawość
wszystkich.

Na skutek wszczętych dochodzeń Sergiusz Ladko dowiedział

się,  jakim  sposobem  został  więźniem  galaru  zamiast  Karla

background image

się,  jakim  sposobem  został  więźniem  galaru  zamiast  Karla
Dragosza i jakim sposobem Striga dostał się do domu Ilii Brusza
i jako taki przedstawił się komisarzowi policji z Granu.

Dowiedział  się  również,  że  Natasza,  porwana  przez  bandę

naddunajską,  musiała  się  bronić  przed  zuchwalstwem  Strigi,
który będąc pewny, że zabił przeciwnika, wmawiał w nią ciągle,
że  jest  wdową  i  jako  dowód  pokazał  pewnego  wieczoru  jej
własny wizerunek, zdobyty, jak twierdził w walce z mężem, i że
stąd  wynikła  gwałtowna  scena  zakończona  krzykiem,  którego
echo doleciało w nocy do uszu nieszczęśliwego zbiega.

Ale  wszystko  to  należało  do  smutnej  przeszłości.  Sergiusz

Ladko  nie  myślał  o  niej,  ciesząc  się  szczęściem  odnalezionej
żony.

Nie mogąc wrócić do Bułgarii, szczęśliwa para osiedliła się w

rumuńskim mieście Dżurdżewo. Tam doszła ich w maju wieść o
wypowiedzeniu  wojny  sułtanowi  przez  cara  rosyjskiego.
Sergiusz  Ladko,  jeden  z  pierwszych,  oddał  się  na  usługi  armii
rosyjskiej. Dzięki swej znajomości kraju mógł jej wyświadczyć
ważne przysługi.

Po skończonej wojnie i wyzwoleniu Bułgarii, powrócił z żoną

do domu w Ruszczuku i pełnił w dalszym ciągu zawód sternika.

Żyli odtąd spokojnie, w powszechnym szacunku.
Karl Dragosz dochował im wiernej przyjaźni. Co najmniej raz

do  roku  odwiedzał  ich  w  Ruszczuku,  dokąd  przybywał  wodną
drogą Dunaju, dopóki zbudowanie kolei żelaznej nie ułatwiło mu
częstszej do nich podróży. Ale Sergiusz Ladko, wierny swemu
zawodowi,  dążył  zawsze  zawiłymi  zakrętami  rzeki  do
Budapesztu dla odwiedzenia swego przyjaciela.

background image

Budapesztu dla odwiedzenia swego przyjaciela.

Z  trzech  synów  Sergiusza  Ladki,  najmłodszy,  odbywszy

dobrą  szkołę  pod  kierunkiem  Karla  Dragosza,  osiągnął
najwyższe szczeble w hierarchii policyjnej w Bułgarii.

Średni  z  nich,  godny  spadkobierca  laureata  Ligi

Naddunajskiej, 

poświęcił 

się 

rybołówstwu. 

Wszelako,

odrzucając  wędkę,  udoskonalił  swe  narzędzia  pracy  i  dzięki
swym  sławnym  połowom  jesiotrów  zdobył  rozgłos  i  znaczny
majątek.

Najstarszy  zaś  objął  pracę  ojca,  gdy  ten  doszedł  do

podeszłego wieku. Szczęśliwie przeprowadzał parowce i galary
z  Wiednia  do  morza  poprzez  kręte  przesmyki  i  zdradliwe
mielizny  wielkiej  rzeki,  stając  się  spadkobiercą  rasy  sterników
naddunajskich.

Ale  pomimo  różnorodnych  zajęć  synów  Sergiusza  Ladki

ożywiał  jeden  duch  i  łączyło  jednakowe  tętno  serc.  Rozrzuceni
po  różnych  ścieżkach  życia  spotykali  się  oni  zawsze  przy
rozstajnych drogach, wskazujących z jednej strony — cześć dla
ojca,  z  drugiej  —  miłość  dla  matki,  z  trzeciej  —  umiłowanie
ojczyzny.

*

 Dwa ostatnie księstwa przekształcone zostały na królestwa: Rumunia w

1881, Serbia zaś 1882 r. Po wojnie światowej nastąpiły większe jeszcze zmiany.