background image

Mary Stewart

Tajemnica zamku Valmy

   
Dla Elizabeth Manners  

background image

Rozdział I 

Pomyśl tylko o rozrywkach  w pałacu! O przepychu,  wykwincie! 

O  wspaniałych  mięsiwach  na  półmiskach.  O  smakowitych  daniach... 
O  ucztach  za  granicą  przy  muzyce  i  w  świetle  pochodni.  Dziewięć 
karet czeka, śpiesz się... Śpiesz się...*

Posiadłość Rochestera, gdzie pracowała Jane Eyre. (Przyp. tłum.) 

William  Blake  (1757-1887)  -  znany  angielski  poeta,  myśliciel, 

malarz,  rysownik,  wybitny  przedstawiciel  wczesnego  romantyzmu. 
(przyp. tłum.) 

(Tourneur,  "Tragedia mściciela") 
 śpiesz! Tam, do diabła... 

Byłam  zadowolona,  że  na  lotnisku  w  Paryżu  nikt  na  mnie  nie 

czekał.  Wylądowaliśmy  tuż  przed  zmierzchem,  w  marcowym 
łagodnym  powietrzu  czuło  się  wiosnę.  Po  mocnym,  popołudniowym 
deszczu niebo stało się bladoniebieskie, pasy startowe lśniły wilgocią, 
a strzępiaste miękkie chmury, oświetlone blaskiem późnych promieni 
słońca,  szybowały  unoszone  wiatrem;  Za  budynkami  lotniska,  gdzie 
wzdłuż  jezdni  błyszczały  druty  telegraficzne,  pędziły  samochody  z 
zapalonymi już światłami. 

Właśnie  wyładowano  bagaże.  Widziałam  moją  skromną  walizkę 

stojącą  obok  nowiusieńkiej,  znanej  firmy  Rovrobe,  i  wielkiego, 
nowoczesnego  kufra  z  jasnej  skóry.  Moja  też  była  kiedyś  bardzo 
dobra,  skórzana,  z  mosiężnymi  inicjałami  tatusia,  teraz  prawie 
niewidocznymi  pod  nalepką  "Miss  L.  Martin,  Paryż".  Symboliczne, 
pomyślałam ze smutnym rozbawieniem. Panna L. Martin idąca powoli 
między  postawnym  mężczyzną  w  nieskazitelnym garniturze  i  piękną 
Amerykanką w futrze z norek, narzuconym niedbale na suknię, która 
świadczyła  wyraźnie  o  tym,  że  młoda  dziewczyna  często  bywa  w 
Paryżu.  Ja  prawdopodobnie  wyglądałam  tak  samo  niepozornie  jak 

background image

stara walizka tatusia wśród wytwornych bagaży pasażerów pierwszej 
klasy. 

I  oto  po  dziewięciu  latach  byłam  w  kraju.  Dziewięć  lat.  Więcej 

niż  jedna  trzecia  mego  życia.  Tak  dużo,  że  teraz,  kiedy  stałam  w 
tłumie przed barierą, za którą odbywała się odprawa celna, czułam się 
równie obco jak cudzoziemiec podczas pierwszego pobytu za granicą.
Musiałam  nawet  uczynić  świadomy  wysiłek,  żeby  się  przyzwyczaić 
do  potoku  otaczającej  mnie  francuszczyzny.  Ale  mimo  to,  wśród 
radosnych  powitań,  podniecenia  i  okrzyków  przyjaciół  i  krewnych, 
bezwiednie  zaczęłam  szukać  w  tłumie  znajomej  twarzy.  Co  było 
przecież absurdem.  Kto  miałby wyjść  po  mnie? Madame de  Valmy? 
Na samą myśl o tym uśmiechnęłam się. Było bardzo miłe z jej strony, 
że  dała  mi  pieniądze  na  taksówkę  do  centrum  Paryża.  I  tak  zrobiła 
dużo jak dla guwernantki. I o tym powinnam pamiętać, od zaraz. 

Celnik  z  kredą  w  ręku  zatrzymał  się  nad  moją  sfatygowaną 

walizką.  Kiedy  podeszłam  do  niej,  jakiś  biegnący  szybko  pracownik 
lotniska wpadł na mnie i wytrącił mi z ręki torebkę. 

- Mille pardons, mademoiselle. Excusez-moi. 
- Ce n'est rien, monsieur. 
- Je vous ai fait mal? 
- Pas du tout. Ce n'est rien. 
- Permettez-moi, mademoiselle. Votre sac. 
- Merci, monsieur. Non, je vous assure, il n'y a pas de mal... 
Po moich licznych zapewnieniach, że nic nie zginęło, a mnie nic 

się nie stało, wreszcie sobie poszedł. 

Zamyślona,  chwilę  za  nim  patrzyłam.  To  drobne  zdarzenie 

świadczyło, że właściwie ta dziewięcioletnia przerwa nie była znowu 
aż tak bardzo długa. Najwyraźniej już się przystosowałam. 

Nie  mogę  jednak  pozwolić,  żeby  taka  sytuacja  się  powtórzyła. 

Zwłaszcza  o  tym  muszę  pamiętać.  Byłam  Angielką.  Angielką. 
Madame de Valmy bardzo wyraźnie podkreśliła, że poszukuje młodej 
Angielki.  Nie  widziałam  nic  złego  w  tym,  że  będzie  sądziła,  iż  mój 
francuski i wiedza o Francji pozostają na poziomie wiedzy przeciętnej 
Angielki,  która  francuskiego  uczyła  się  w  szkole.  Co  prawda,  ona 
kładła na to wielki nacisk... Ale mnie tak bardzo zależało na zdobyciu 
tej pracy. Ostatecznie, czy to takie ważne dla madame de Valmy, czy 
ja  jestem  Angielką,  Francuzką  czy  nawet  Hotentotką,  jeśli  będę 
dobrze  pracować  i  nie  będę  używać  francuskiego  przebywając  z 

background image

młodym  Filipem.  Zresztą  ja  jej  właściwie  nie  oszukałam,  ponieważ 
tak naprawdę byłam Angielką. Tatuś był Anglikiem, a mama w jednej 
czwartej...  Dla  mnie te  wczesne  lata,  kiedy  mieszkałyśmy z  mamą u 
babci w Passy, ponieważ Niemcy byli w Paryżu, a tatuś nie wiadomo 
gdzie, w bardzo  niebezpiecznym miejscu, i  my nie ośmielałyśmy się 
nawet  mówić  czy  myśleć  po  angielsku...  nawet  dla  mnie  te  wczesne 
lata  odeszły  daleko  w  przeszłość,  tak  daleko,  jakby  ich  prawie  nie 
było. O wiele bardziej realne było ostatnie dziewięć lat spędzonych w 
Anglii, z czego siedem w sierocińcu w Camden Town, a ostatnie dwa 
w  poczuciu  względnej  niezależności,  namiastce  swobody  -  jako 
wychowawczyni  i  opiekunka  w  Kent,  w  szkole  dla  młodszych 
chłopców.  Nieskończenie  długie,  wyłożone  zielonym  linoleum 
korytarze  i  nieśmiertelna  kiełbasa  w  poniedziałki  i  czwartki,  stosy 
brudnej  bielizny  do  liczenia,  zapach  kredy  i  mydła  karbolowego  w 
klasie,  gdzie  uczyłam  początków  francuskiego...  Te  i  inne 
wspomnienia, o wiele żywsze niż ze starego uroczego domu w Passy, 
czy nawet mieszkania na najwyższym piętrze kamienicy przy Rue de 
Printemps,  które  zajmowaliśmy,  kiedy  wojna  się  skończyła  i  tatuś 
wrócił do domu... 

Nagle  usłyszałam  znudzony  głos  celnika:  -  Vous  n'avez  rien  a 

declarer? 

Drgnęłam,  i  odparłam  po  angielsku:  -  Nic  nie  mam  do  oclenia, 

naprawdę nic... 

Na  ulicy  czekał  długi  sznur  taksówek.  Kierowcy  powiedziałam: 

"Do  hotelu  Crillon,  proszę".  Rozbawiło  mnie  jego  zdumienie  kiedy 
usłyszał tak dobry adres. Potem umieścił starą brązową walizkę obok 
mnie. Trzasnęły drzwiczki, zawarczał silnik. Ruszyliśmy. 

Początkowe  uczucie  obcości  pierzchło  bezpowrotnie.  Taksówka 

ze  zgrzytem  hamulców  skręciła  w  główną  szosę,  nawet  zarzuciła 
trochę na mokrym asfalcie i pomknęła w kierunku Paryża. Siedziałam 
z tyłu wdychając dobrze znany zapach gauloise'ów, wiekowej skóry i 
spalin,  a  mój  dawny  świat  otoczył  mnie  chmurą  zapomnianych 
wrażeń, które w jednym momencie starły ostatnie dziewięć lat, jakby 
nigdy  nie  istniały.  Taksówka  przypominała  puszkę  Pandory,  której 
pokrywę nie tylko uniosłam, ale w której wnętrzu się znalazłam. Miłe, 
wzruszające  wspomnienia...  rzeczy  dawniej  nie  dostrzegane,  które 

background image

teraz  ujrzałam  nie  zmienione,  okruchy  życia  urwanego  dziewięć  lat 
temu... 

Gazeta,  którą  czytał  przedtem  kierowca,  wetknięta  była  pod 

osłonkę  przeciwsłoneczną.  Widziałam  dobrze  znany  czarny  druk, 
kawałek  jakiegoś  zdjęcia.  Z  przeciwka  nadjeżdżał  autobus,  z 
oświetlonym  napisem:  "Senlis".  Na  tylnej  platformie  zobaczyłam 
kilkanaście  osób,  stłoczonych,  kiwających  się  na  wybojach. 
Wjeżdżaliśmy  w  brzydkie  podmiejskie  dzielnice,  otaczały  nas 
wysokie  domy  z  żelaznymi  balustradami  i  okiennicami  z  listewek, 
tablice z błyszczącymi ogłoszeniami: "Bonbel", "Sunli", "Ancre Pils", 
mijaliśmy  małe  sklepiki  tytoniowe,  których  złotopomarańczowe 
światła  odbijały  się  w  wilgotnych  chodnikach,  jakiś  cafe-bar,  jasno 
oświetlone rzędy butelek, metalowe stoliki za zapoconą szybą. Dubo, 
Dubon,  Dubonnet...  i  oto  przed  nami,  w  długiej  perspektywie  Route 
de Flandre, ujrzałam światła Paryża. 

Nagle zapiekło mnie pod powiekami, zamknęłam je i oparłam się 

mocniej  o  wytarte  poduszki.  Mimo  to  Paryż  nacierał  na  mnie, 
bombardował  przez  otwarte  okno.  Zapach  kawy,  kotów,  rynsztoka, 
wina i wilgotnego powietrza... ochrypłe głosy wykrzykujące: "France 
Soir,  Paris-Presse"  i  sprzedawców  losów  loteryjnych...  gwizdki 
policjantów,  zgrzyt  hamulców.  Czegoś  jednak  brakuje,  pomyślałam, 
coś się zmieniło... ale dopiero kiedy taksówka gwałtownie szarpnęła i 
otwierając  oczy  zobaczyłam,  że  o  centymetry  minęliśmy  kilku 
rowerzystów, wiedziałam już - kierowca nie użył klaksonu. Zniknęło 
to  bezustanne  paryskie  trąbienie.  Rozejrzałam  się  wokoło,  jakbym 
była obca, jakbym znalazła się w nieznanym mieście i przeżywała coś 
całkiem nowego. 

Ale było to z pożytkiem dla mnie, z całą świadomością zmieniłam 

tok  myśli,  zawróciłam  z  dotychczasowej  ścieżki  i  zaczęłam 
zastanawiać  się  nad  przyszłością.  Znowu  znalazłam  się  we  Francji, 
urzeczywistniły  się  sny  ostatnich  dziewięciu  lat.  Niezależnie  od  tego 
jak  prozaiczna,  czy  nawet  trudna  będzie  moja  nowa  praca, 
przynajmniej  wróciłam  do  kraju,  który  zawsze  uważałam  za  swoją 
ojczyznę.  Jeśli  oszukałam  madame  de  Valmy,  zrobiłam  to  z 
konieczności. I oto byłam we Francji. Oświetlone przedmieście, które 
szybko  mijaliśmy,  to  był  mój  dom.  Wkrótce  będę  w  sercu  Paryża, 
pojadę przez zatłoczoną Rue de Royal, żeby wreszcie ujrzeć rozległy, 
błyszczący światłami Plac Zgody, gdzie okna hotelu Crillon, poprzez 

background image

nagie  jeszcze  gałęzie  kasztanów,  spoglądają  w  kierunku  Sekwany. 
Jutro znowu ruszę w drogę, zanurzę się we Francji, będę mijać jej pola 
i  winnice,  wzgórza  i  wysokie  Alpy,  aż  znajdę  się  w  zamku  Valmy, 
leżącym  w  pobliżu  małej  osady  Soubirous,  w  Sabaudii,  i  górującym 
nad przynależnymi  doń  lasami... Oczami wyobraźni,  po  raz setny od 
kiedy  rozpoczęła  się  moja  podróż,  widziałam  ten  zamek  z  bajki, 
romantyczny  i  niezwykły  jak  z  filmu  rysunkowego  Walta  Disneya. 
Oczywiście nie będzie taki, ale jednak... Nagle taksówka zahamowała 
za  zatrzymującym  się  na  przystanku  autobusem.  Przycisnęłam 
mocniej  do  siebie  torebkę  i  pochyliłam  się  do  przodu,  żeby  wyjrzeć 
przez  okno.  Teraz,  kiedy  byłam  już  prawie  na  miejscu,  to  małe 
opóźnienie  było  nagle  wprost  nie  do  zniesienia.  Autobus  ruszył  i 
skręcił  w  prawo.  Taksówka  minęła  go  o  centymetry,  omal  nie 
potrącając  przy  tym  dwóch  przerażonych  przechodniów,  i  pomknęła 
naprzód. Spiesz się... 

Nagle przypomniał mi się pewien wiersz.  
"Dziewięć karet czeka, śpiesz się... śpiesz się.... śpiesz..."  
Ale  czy  w  tym  przypadku  ten  cytat  jest  właściwy?  Jak  to  było?

Wytężyłam  pamięć...  coś  o  rozrywkach  w  pałacu,  o  przepychu  i 
wykwincie.... o ucztach za granicą przy muzyce i w świetle pochodni. 
O dziewięciu karetach, które czekają, śpiesz się... śpiesz się... śpiesz... 
Wyliczenie  tych  rozkoszy  miało  skłonić  samotną  młodą  kobietę  do 
luksusowego  upadku  -  tak  Vendice  namawiał  czystą  i  niemądrą 
Castizę, żeby się oddała księciu... Tam, do diabła... Uśmiechnęłam się 
zadowolona, że sobie to przypomniałam. Nonsens. Ta młoda kobieta, 
która jechała taksówką, nie zmierzała, mam nadzieję, ani do luksusu, 
ani  do  diabła,  ale,  po  prostu,  żeby  objąć  pracę  podobną  do  tej  w 
Anglii. 

Miss 

Linda 

Martin, 

guwernantka 

opiekunka 

dziewięcioletniego Filipa, hrabiego de Valmy. 

Za  kilka  minut  spotkam  się  z  madame  de  Valmy,  srebrzystą, 

elegancką  i  tak  smukłą,  że  z  pewnością  zachwiałaby  się  pod 
najlżejszym  powiewem  wiatru.  Dajmy  spokój  bajkom,  wyjęłam 
lusterko  z  torebki  i  poczesałam  się,  próbując  przypomnieć  sobie  to, 
czego się dowiedziałam o moich nowych pracodawcach. 

Kiedy  rozmawiałam  z  madame  de  Valmy  w  Londynie,  nie 

powiedziała mi wiele o rodzinie, u której miałam pracować, ale jakoś 
zdołałam zebrać szczegóły dość skomplikowanej historii. Stary hrabia 
de  Valmy,  dziadek  Filipa,  był  człowiekiem  niezwykle  bogatym  i  po 

background image

jego  śmierci  majątek  został  podzielony  pomiędzy  jego  synów. 
Najstarszy  Stefan  odziedziczył  tytuł  i  większość  fortuny,  zamek 
Valmy oraz dom w Paryżu; drugi z kolei syn, Leon Bellevigne, uroczy 
niewielki  majątek  w  Prowansji;  najmłodszy  zaś  Hipolit,  dużą 
posiadłość  nad  brzegiem  Jeziora  Lemańskiego,  położoną  kilka 
kilometrów  od  Valmy.  Kiedy  stary  hrabia  zmarł,  Stefan,  który  był 
kawalerem  i  wolał  na  stałe  przebywać  w  Paryżu,  z  zadowoleniem 
przyjął propozycję Leona, że pozostanie w Valmy i będzie zajmować 
się administrowaniem. Tak więc  Leon  został w Valmy, stąd kierując 
swoim  majątkiem  w  Prowansji.  Najmłodszy  brat,  Hipolit,  który  był, 
jak mi się zdawało, dość znanym archeologiem, mieszkał spokojnie w 
odziedziczonym  domu  w  Thonon-les-nains,  często  podróżując  i 
"kopiąc" za granicą. 

Tak  było  przez  dłuższy  czas.  I  nagle,  całkiem  nieoczekiwanie, 

Stefan ożenił się, a po dwóch latach przyszedł na świat Filip. Stefan z 
rodziną mieszkał nadal w Paryżu, aż rok temu, kiedy Filip miał prawie 
dziewięć lat, wydarzyło się nieszczęście, jakie i mnie spotkało - jego 
rodzice,  wracając  z  wakacji  we  Włoszech,  zginęli  w  katastrofie 
lotniczej.  Filip  zamieszkał  wtedy  na  stałe  u  swego  stryja  Hipolita, 
który  nadal  był  nieżonaty,  do  którego  -  powiedziała  madame  de 
Valmy, jak zawsze srebrzysta i wytworna, siedząc koło lustra z epoki 
regencji  w  saloniku  w  hotelu  Claridge  -  chłopiec  bardzo  był 
przywiązany,  ponieważ  dawniej  z  nim  przebywał.  Hipolit  -  mój 
szwagier  -  nie  chciał  słyszeć  o  tym,  żeby  Filip  przebywał  z  nami  w 
Valmy,  choć  oficjalnie  Valmy  było  jego  domem...  -  Mówiąc  to 
uśmiechnęła  się  w  ten  swój  wyniosły,  księżycowy  sposób.  I  wtedy 
zrozumiałam  obiekcje  Hipolita.  Nie  mogłam  sobie  wyobrazić 
wyrafinowanej  Heloizy  obcującej  na  co  dzień  z  dziewięcioletnim 
chłopcem.  Filipowi  z  pewnością  było  lepiej  z  Hipolitem  w  Willi 
Mireille. Nawet archeolog jest z pewnością milszy we współżyciu niż 
madame de Valmy, pomyślałam wtedy. Przynajmniej dzielił z małym 
chłopcem zamiłowanie do kopania w ziemi. 

Niestety  archeolog  musiał  jednak  czasami  "kopać".  Filip  spędził 

zaledwie kilka miesięcy w Willi Mireille, kiedy Hipolit, zobowiązany 
jakąś dawniejszą umową, wyjechał na pewien czas do Azji Mniejszej i 
Grecji. Oczywiście, Willa Mireille została zamknięta, Filip natomiast 
przeniósł  się  do  Valmy,  do  stryjostwa,  gdzie  miał  mieszkać  aż  do 
powrotu Hipolita. Jego niania, paryżanka  i tak niezbyt  zadowolona  z 

background image

pobytu  w  małym  miasteczku,  nie  chcąc  przebywać  co  najmniej  pół 
roku  w  odległej  od  świata  sabaudzkiej  dolinie,  ze  łzami, 
przepraszając,  wróciła  do  Paryża...  w  którym  ja  się  znalazłam. 
Ciekawa  jednak  rzecz,  mimo  że  to  miasto  było  mi  tak  bliskie,  nie 
czułam  się  w  nim  u  siebie.  Byłam  kimś  obcym,  cudzoziemką,  która 
jechała  do  nie  znanego  domu,  aby  wykonywać  trudną  pracę.  Może 
poczucie  osamotnienia  nie  jest  wcale  związane  z  miejscem  czy 
okolicznościami,  może  po  prostu  tkwi  w  każdym  człowieku.  Może 
niezależnie od tego, kim jesteś, wszędzie zabierasz ze sobą swój mały 
krąg samotności... 

Taksówka przecięła Rue Riquet, skręciła w prawo i znalazłam się 

w  dobrze  mi  znanej  dzielnicy.  Po  prawej  stronie  widziałam  kopułę 
Sacre-coeur,  rysującą  się  wyraźnie  na  tle  wieczornego,  lekko 
fioletowego nieba. Gdzieś tam poniżej, w gęstniejącym zmierzchu, na 
Montmartre, była Rue du Printemps. 

Pod  wpływem  nagłego  impulsu  pochyliłam  się  w  przód, 

zaciskając mocno dłonie na mojej zniszczonej torebce. 

-  Czy  pan  zna  Rue  du  Printemps?  W  bok  od  Avenue  Verchoix, 

Osiemnasta  Dzielnica.  Proszę  mnie  tam  zawieźć,  ja...  ja  zmieniłam 
zdanie. 

Stałam na wilgotnym chodniku przed otwartymi drzwiami domu 

numer  14  przy  Rue  du  Printemps.  Farba  na  fasadzie  łuszczyła  się, 
żelazne balkony, w mojej pamięci turkusowe, teraz były brudnoszare. 
Okiennica  na  pierwszym  piętrze  ledwie  się  trzymała  na  jednym 
zawiasie.  Kanarki  monsieur  Recarda  dawno  zniknęły,  na  ścianie, 
gdzie wisiała klatka, nie dostrzegłam nawet  ciemniejszej  plamy. Jaki 
mały  wydał  mi  się  balkon  na  samej  górze,  nasz  balkon!  Wisiały  na 
nim doniczki z pnącymi pelargoniami i pasiasty ręcznik. 

Co  za  głupota  z  mojej  strony,  że  tu  przyjechałam!  Okropna 

głupota!  Jakbym  podniosła  do  ust  kieliszek  i  przekonała  się,  że  jest 
pusty. 

Ktoś  schodził  z  piętra,  usłyszałam  stukot  wysokich  obcasów. 

Czekałam, może w słabej nadziei, że będzie to ktoś, kogo znałam. Ale 
nie.  Była  to  młoda  kobieta,  w  czarnym  obcisłym  sweterku  i  czarnej 
spódnicy,  ubrana  w  stylu  Place  Vendome,  którego  tanią  elegancję 
podkreślał wielki sznur pereł. Blondynka żuła gumę. Kiedy zeszła na 

background image

dół, spojrzała na mnie z lekką wrogością i ze stojącego w sieni biurka 
konsjerżki wzięła plik gazet. 

- Pani kogoś szuka? - spytała. 
- Nie - odparłam. 
Spojrzała na moją walizkę stojącą na chodniku. 
- Jeśli pani chce wynająć pokój... 
- Nie, nie - odparłam, czując się bardzo głupio. - Ja... ja po prostu 

mieszkałam  tu  kiedyś  i  chciałam  sobie  popatrzeć.  Czy  madame 
Leclerc jeszcze tu jest? Była dawniej konsjerżką. 

- To moja ciotka. Zmarła. 
- Och, bardzo mi przykro. 
Przeglądała gazety ciągle na mnie spoglądając. - Wygląda pani na 

Angielkę. 

- Jestem Angielką. 
-  Och,  po  akcencie  nie  można  tego  poznać.  Skoro  pani  tu 

mieszkała... to znaczy w tym domu, jak pani nazwisko? 

- Mój ojciec nazywał się Karol Martin. Poeta Karol Martin... 
-  Musiało  to  być  wtedy,  kiedy  ja  tu  jeszcze  nie  mieszkałam  -

powiedziała  blondynka  liżąc  ołówek  i  robiąc  starannie  jakiś  znak  na 
jednej z gazet. 

-  Dziękuję  pani,  do  widzenia  -  mówiąc  to  podeszłam  do  mojej 

walizki,  stojącej  ciągle  na  chodniku.  Ściemniało  się.  Stanęłam  na 
krawędzi  chodnika  rozglądając  się  za  taksówką.  Właśnie  jakaś 
nadjeżdżała,  podniosłam  rękę,  ale  była  zajęta.  Kiedy  mijała  mnie, 
wnętrze  jej  oświetliła  lampa  uliczna.  W  środku  siedziała  para  w 
średnim wieku, ona szczupła, on tęgawy w ciemnym garniturze, dwie 
dziewczynki,  dwanaście,  trzynaście  lat  siedziały  na  strapontenach. 
Wszyscy czworo obładowani byli pakunkami i śmiali się wesoło. 

Taksówka  szybko  przejechała.  Ulica  znowu  była  pusta. 

Usłyszałam za plecami stukot kroków, to blondynka poszła schodami 
na  górę.  Odwróciłam  głowę  i  jeszcze  raz  spojrzałam  na  dom  numer 
14. Potem znowu zaczęłam wypatrywać taksówki. Ani dom, ani ulica 
nie były mi już bliskie. 

I nagle przestałam żałować, że tu przyjechałam. Jakby przeszłość, 

za  którą  dotąd  tak  bardzo  tęskniłam,  którą  tak  mocno  przeżywałam, 
nagle spadła mi z ramion niby zbyteczny ciężar. Przyszłość nadal była 
ukryta  gdzieś  w  żółtawej,  niewyraźnej  poświacie,  która  zamykała 
ciemną ulicę. I nagle wszystko jasno zobaczyłam. To z powodu tatusia 

background image

i mamy czułam się tak bardzo obco w Anglii, nie tylko osierocona, ale 
wyrwana z własnego kraju, pozbawiona celu, pełna żalu wobec życia, 
które  z  taką  brutalnością  zostało  mi  narzucone,  nie  chciałam 
przystosować  się  do  niego,  zadomowić  w  nim,  zachowując  się  jak 
rozpieszczone  dziecko,  które  ponieważ  nie  dostało  najlepszego 
ciastka,  w  ogóle  nie  chce  jeść.  Oczekiwałam  od  życia,  że  odda  mi 
wszystko  na  dawnych  warunkach.  Ale  tak  się  nie  stało.  Z  powodu 
mego dzieciństwa odrzuciłam to, co dawała mi Anglia, a teraz Paryż 
mego dzieciństwa odrzucił mnie. Tutaj także nie byłam u siebie. I jeśli 
miałam kiedyś w jakimś kraju znaleźć swoje miejsce, to nikt mi go nie 
da,  chyba  że  ja  sama  do  tego  się  przyczynię.  I  muszę  to  zrobić. 
Pojawiła się teraz dla  mnie szansa,  w Chateau  Valmy. Dotąd nic nie 
wiedziałam  o  tej  rodzinie,  znałam  tylko  imiona,  wkrótce  staną  się 
ludźmi z krwi i kości, z którymi będę współżyć, dla których będę coś 
znaczyć. Zaczęłam powoli powtarzać w duchu ich imiona: Heloiza de 
Valmy, elegancka i wyniosła, obdarzona lodowatym wdziękiem, który 
z  czasem  na  pewno  stopnieje,  Filip  de  Valmy,  mój  uczeń,  o  którym 
wiedziałam  tylko  tyle,  że  ma  skończone  dziewięć  lat,  i  jest  dość 
słabego zdrowia, jego stryj, chwilowo pan zamku, Leon de Valmy... 

W  tym  momencie  zdarzyła  się  dziwna  rzecz,  nie  wiem,  czy  to 

dlatego, że po raz pierwszy wymówiłam jego imię, a może dlatego, że 
stałam  na  ulicy,  która  poruszyła  we  mnie  tyle  wspomnień,  nagle 
usłyszałam  rozmowę  sprzed  lat:  -  Leon  de  Valmy...  -  powiedziała 
mama,  chyba  czytając  gazetę.  -  Mówią,  że  jest  sparaliżowany.  Ma 
pewnie uszkodzony kręgosłup, stało się to podczas gry w polo i jeśli z 
tego  wyjdzie,  do  końca  życia  będzie  przykuty  do  inwalidzkiego 
wózka. - Wtedy obojętnie odezwał się tatuś: - Tak? Przykry wypadek, 
ale  moim  zdaniem,  szkoda,  że  nie  złamał  sobie  karku.  -  Na  co 
oburzona matka zawołała: - Karolu! - Dodał więc zniecierpliwiony: -
Czemu mam być hipokrytą wobec tego człowieka? Dobrze wiesz, że 
go  nienawidzę.  -  Nie  bardzo  rozumiem  dlaczego....  -  zaczęła  mówić 
mama, a tatuś jej przerwał: - I nie zrozumiesz... 

Wspomnienie  zniknęło  w  ciszy,  a  we  mnie  coś  zadrżało,  może 

strach? Czy naprawdę to wszystko pamiętałam, czy też był to wybryk 
mojej  romantycznej  wyobraźni?  Ukazała  się  nagle  taksówka  i 
najwidoczniej  kierowca  musiał  zauważyć  moją  podniesioną  rękę, 
gdyż  podjechał  do  krawężnika  i  zahamował.  Jeszcze  raz 
powiedziałam:  -  Hotel  Crillon,  proszę  -  i  wsiadłam.  Samochód 

background image

szarpnął, skręcił w lewo i ruszył szybko niemą, ciemną ulicą. Warkot 
silnika  odbijał  się  echem  od  zamkniętych  okiennicami,  ślepych 
domów. "Dziewięć karet czeka, śpiesz się, śpiesz się, śpiesz... Tam, do 
diabła... do diabła..." 

To nie był strach, to było podniecenie. Roześmiałam się nagle w 

duchu,  mój  nastrój  się  poprawił.  Tam,  do  diabła  czy  nie  do  diabła, 
ruszyłam w przeznaczoną mi drogę... 

Uderzyłam w szybę. - Proszę się spieszyć - powiedziałam. 

Rozdział Ii 

Zamek  ten  pięknie  położony,  jego  wonne  powietrze  raduje  me 

zmysły... 

(Szekspir, "Makbet") 

Nawet  kruk  ochrypł,  który  kracząc  wieści  fatalne  przybycie 

Dunkana... 

Ibid. 

Małe  miasteczko  Thonon-les-bains  leży  jakieś  piętnaście 

kilometrów  na  wschód  od  Genewy,  na  południowym  brzegu  Jeziora 
Lemańskiego. Kiedy wysiadłyśmy z samolotu w Genewie, czekał już 
wielki czarny chevrolet z Valmy, który wiózł nas bezszelestnie przez 
jak  wypolerowane  ulice  miasta,  przez  most  u  krańca  jeziora,  przez 
ogrody  pełne  rozkwitłych  już  magnolii,  potem  skręcił  w  kierunku 
granicy francuskiej i Thonon. 

Od  wyjazdu  z  Paryża  madame  de  Valmy  niewiele  ze  mną 

rozmawiała,  za  co  byłam  jej  wdzięczna,  ponieważ,  choć  okazała  mi 
wiele  uprzejmości,  nie  czułam  się  z  nią  swobodnie  -  jej  dziwna 
wyniosłość  nie  sprzyjała  nawiązaniu  porozumienia.  Jakby  zawsze 
nieobecna  duchem,  nawet  jeśli  już  mi  się  zdawało,  że  wyszła  mi 
naprzeciw,  kontakt  nagle  się    urywał.  Najpierw  sądziłam,  że 

background image

świadomie dystansuje się ode mnie, ale kiedy dwukrotnie zadała mi to 
samo  pytanie  i  natychmiast  przestała  interesować  się  odpowiedzią, 
doszłam  do  wniosku,  że  ma  ważniejsze  sprawy  do  przemyślenia  niż 
znajomość  z  guwernantką  Filipa,  i  właściwie  z  zadowoleniem 
pogrążyłam się we własnych myślach. 

Samochód  mknął  przez  starannie  uprawianą  równinę.  Mijaliśmy 

zamożne farmy i rozgraniczone rzędami drzew łąki, na których pasły 
się  brunatno-białe  krowy.  Po  lewej  stronie,  wśród  gęstwiny  wierzb  i 
topoli, co chwila ukazywała się i nikła tafla wody, po prawej zielone 
pola  stopniowo  przechodziły  w  pagórkowate,  zalesione  wzgórza,  aż 
nagle  przerodziły  się  w  łańcuchy  Alp,  których  wyniosłe  szczyty  i 
zbocza  pokrywała  oślepiająca  w  słońcu  gruba  warstwa  śniegu. 
Jednym z nich był zapewne szczyt Mont Blanc, ale kiedy spojrzałam z 
ukosa na madame de Valmy, doszłam do wniosku, że nie należy jej o 
to pytać. 

Siedziała  z  zamkniętymi  oczami.  Choć  zmęczona,  zatopiona  w 

myślach,  jak  zawsze  wyglądała  niezwykle  wytwornie.  Miała  chyba 
jakieś  pięćdziesiąt  pięć  lat  i  nadal  była  piękną  kobietą,  tego  rodzaju 
uroda  trwa  mimo  upływu  czasu.  Jest  to  kwestia  urodzenia,  tak  to 
można  określić.  Świadczył  o  tym  zarys  głowy,  rasowy  cienki  nos  z 
delikatnymi chrapkami, dopiero uważniej patrząc można było dostrzec 
zmarszczki  wokół  oczu  i  ust.  Skóra  na  twarzy  blada,  przejrzysta, 
dyskretny  makijaż,  brwi  może  nieco  wyzywająco  zarysowane  nad 
zamkniętymi  powiekami.  Starannie  ułożone,  lekko  srebrzyste  włosy. 
Tylko  usta  umalowane  kosztowną  szminką  i  dłonie  w  szarych 
rękawiczkach  były  jakieś  niepozorne  wobec  całości.  Ta  krucha 
kobieta, której cały zewnętrzny wygląd świadczył o zbytku, wydawała 
się odległa jak księżyc. 

Siedziałam  wciśnięta  w  kąt,  przed  sobą  mając  wyprostowane 

plecy  szofera.  Obok  niego,  tak  samo  wyprostowana,  siedziała 
pokojówka madame - Albertyna. Jeśli wedle klasycznych zasad moja 
pozycja jako guwernantki była gdzieś między salonem a pokojem dla 
służby  w  suterenie,  to  teraz  w  samochodzie  zajmowałam  właściwe 
miejsce.  Byłam  z  tego  zadowolona,  gdyż  na  pierwszy  rzut  oka 
Albertyna nie bardzo przypadła mi do gustu. 

Była  to  kobieta  licząca  tak  ze  czterdzieści  pięć  lat,  brunetka  o 

śniadej  skórze  i  odpychającym  wyrazie  twarzy,  miała  też  brzydkie 
ręce.  Chociaż  prawie  przez  cały  miniony  wieczór  byłam  razem  z 

background image

madame  de  Valmy  w  jej  apartamencie  hotelowym,  ani  razu  nie 
odezwała się do mnie, i zauważyłam, że spogląda na mnie z wyraźną 
niechęcią, czym byłam zdumiona, ale co teraz wydawało mi się może 
bez znaczenia. Po prostu taki miała wyraz twarzy. Siedziała sztywno 
koło  szofera,  trzymając  na  kolanach  walizeczkę  z  biżuterią  madame. 
Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, jakby w ogóle nie zdawali 
sobie  sprawy  ze  swej  obecności.  Sprawiali  wrażenie  tak  znakomicie 
dobranej  pary,  że  bez  cienia  ironii  zastanawiałam  się,  czy  są 
małżeństwem  (jak  się  dowiedziałam  później,  byli  rodzeństwem). 
Bernard,  szofer  miał  nieskazitelne  maniery,  ale  on  także  sprawiał 
wrażenie, jak gdyby nie potrafił się uśmiechnąć, był tak samo ciemny 
jak  Albertyna  i  miał  taki  sam  nieprzyjemny  wyraz  twarzy.  Oby  nie 
wszyscy w Sabaudii byli tacy jak tych dwoje... 

Ale  ostatecznie  to  pokój  szkolny  miał  być  moją  domeną. 

Spojrzałam znów w okno, zastanawiając się krótką chwilę, jaki będzie 
Filip, i znacznie dłuższą nad Leonem de Valmy, kaleką, o którym jego 
żona  ledwie  mi  napomknęła,  a  o  którym  tatuś  wprost  powiedział: 
"Moim zdaniem szkoda, że nie złamał sobie karku". 

Nie zauważyłam szlabanu na drodze, ocknęłam się dopiero, kiedy 

samochód  powoli się zatrzymał i dwaj  ludzie w mundurach wyszli z 
małego, na zielono pomalowanego domku. 

Heloiza de Valmy otworzyła oczy i powiedziała chłodno: 
- To już granica, miss Martin. Proszę przygotować paszport. 
Straż  graniczna  najwidoczniej  dobrze  znała  ten  wóz.  Powitali  z 

szacunkiem  madame  de  Valmy,  rzucili  pobieżnie  okiem  na  mój 
paszport,  potem  słyszałam,  jak  żartują  z  szoferem,  kiedy  otworzył 
bagażnik, a oni przelotnie spojrzeli na znajdujące się tam rzeczy. 

W  chwilę  później  ruszyliśmy  i  po  przejechaniu  dzielącego  oba 

kraje  pasa  ziemi  niczyjej,  zatrzymaliśmy  się  przed  francuskim 
szlabanem, gdzie formalności załatwiono równie szybko. 

Wkrótce potem dojechaliśmy do Thonon i tam skierowaliśmy się 

na  południe,  w  stronę  gór.  Znaczna  część  miasteczka  leżała  dość 
wysoko  nad  jeziorem.  Zaczęliśmy  się  wspinać,  po  lewej  było  ostro 
spadające  zbocze,  kilka  domów  o  pomalowanych  na  różne  kolory 
dachach  i  spory  sad,  schodzący  aż  do  szpaleru  drzew  nad  wodą. 

background image

Poprzez  koronkę  jeszcze  nagich  gałęzi  widać  było  tu  i  tam  dachy 
większych  domów.  Jednym  z  nich  -  madame  de  Valmy  zdumiała 
mnie,  gdyż  nawet  uniosła  się,  żeby  mi  go  wskazać  -  była  Willa 
Mireille, gdzie mieszkał najmłodszy brat Hipolit. Wśród dość gęstych 
drzew  dostrzec  mogłam tylko  kominy,  z  których  nie  unosił  się  dym. 
Za  posiadłością  Hipolita  rozciągało  się  wielkie  Jezioro  Lemańskie, 
jedwabiście lśniące w południowym słońcu. Gdzieniegdzie ostry sierp 
białego  albo  czerwonego  żagla  przecinał  taflę  wody,  na 
przeciwległym  brzegu  wyraźnie  mogłam  zobaczyć  Montreux,  na  tle 
ośnieżonych zboczy wyglądające jak akwarela. 

Było  ciepło,  a  miasteczko,  przez  które  jechaliśmy,  sprawiało  w 

słońcu  wesołe  wrażenie.  Wzdłuż  ulic  rosły  drzewa  tak  przycięte,  że 
gałęzie ich się łączyły. Pączki zaczynały już pękać. Sklepy wystawiły 
swoje  towary  na  chodniki,  na  stojakach  powiewały  w  podmuchach 
wiatru barwne sukienki, ostra czerwień i zieleń papryki na straganach 
z  warzywami  kontrastowała  z  pomarszczonymi  już  nieco 
zeszłorocznymi  jabłkami,  obok  stały  barwne  donice  na  kwiaty  i 
jaskrawozielone  narzędzia  ogrodnicze.  Na  samym  brzegu  chodnika 
mnóstwo  skrzynek  z kwiatami,  były  tam tulipany  i  frezje,  szkarłatne 
anemony  i  wielobarwne  pierwiosnki,  ostrożółte  żonkile,  fioletowe 
bratki,  szafirowe,  białe  i  żółtawe  jak  kość  słoniowa  irysy...  coś 
cudownego!  A  wszystko  na  modłę  francuską  pomieszane,  pachnące 
intensywnie w słońcu i urzekające barwami. 

Musiałam 

bezwiednie 

krzyknąć 

zachwytu, 

kiedy 

przejeżdżaliśmy  obok,  żeby  przeciąć  mały  placyk,  gdyż  madame  de 
Valmy  uśmiechnęła  się  nieznacznie  mówiąc:  "Trzeba  zobaczyć 
Valmy w kwietniu". 

Potem  skręciliśmy  w  prawo  i  zaczęło  się  przedmieście,  droga 

znowu zaczęła się piąć w górę, drzew było tu niewiele. 

Wkrótce  znaleźliśmy  się  w  wąwozie,  gdzie  szosa,  rzeka  i  linia 

kolejowa spotykały się i rozdzielały  wśród spadzistych,  porośniętych 
krzewami  skał.  Po  kilku  kilometrach  linia  kolejowa  ostatecznie 
zniknęła w tunelu po prawej stronie, za to rzeka po lewej nadal nam 
towarzyszyła,  pełna  spienionej  białozielonej  wody  i  torowała  sobie 
drogę między wielkimi gałęziami, to zbliżając się, to opadając w dół. 
Wąwóz  był  głęboki,  prawie  cały  czas  jechaliśmy  w  cieniu,  słońce 
docierało  tylko  do  czubów  drzew,  których  delikatna  zieleń 
zapowiadała wiosnę. Było coraz więcej skał, coraz więcej ogromnych 

background image

głazów,  a  rosnące  niżej  drzewa  stały  jeszcze  całkiem  nagie.  Droga 
zaczęła się ostro piąć w górę. Gdzieś daleko w dole głośno szumiała 
woda. 

Jak  tu  ponuro,  pomyślałam,  i  niebezpiecznie...  I  wtedy  właśnie 

znaleźliśmy  się  na  zakręcie  zwanym  Belle  Surprise,  a  przed  nami, 
jakby nagle słońce przedarło ciemną kurtynę, ukazały się łąki Valmy. 

- Tam w oddali jest Soubirous - powiedziała madame de Valmy. -

Znów zniknie, kiedy wjedziemy w las. 

Pochyliłam  się  w  przód,  żeby  lepiej  zobaczyć  tę  wieś:  leżała  w 

szerokiej, zielonej niecce, wśród niskich wzgórz i sadów. Widziałam 
lśnienie  wody  i  rzędy  wierzb,  tam  gdzie  dwa  strumienie  przecinały 
pastwiska.  W  miejscu  gdzie  się  łączyły,  ujrzałam  schludne  jak 
zabawki, wyraźnie widoczne w przejrzystym powietrzu domy, były tu 
trzy  mosty,  mała  fabryczka  zegarów  i  kościół  Matki  Boskiej 
Miłosiernej, na którego wieży błyszczał w słońcu kurek. 

-  A  gdzie  jest  Valmy?  -  spytałam,  kiedy  samochód  zaczął 

wreszcie zjeżdżać w dół i znowu po obu stronach mieliśmy gęstwinę 
drzew. - Chyba już blisko?

-  Po  lewej  stronie  zaczynają  się  lasy  Valmy.  Sięgają  aż  do 

Thonon.  Rzeka  Merlon  jest  granicą  między  Valmy  a  Dieudonne, 
majątku  po  prawej  stronie  drogi.  Wkrótce  przetniemy  rzekę  i  -
uśmiechnęła się lekko - zobaczy pani Valmy. 

Jak  zawsze  ton  jej  był  spokojny,  melodyjny,  nic  nie  zakłócało 

jego srebrzystej powierzchni. A jednak jest podniecona, pomyślałam, 
no nie, może nie aż tak, ale jakby czegoś oczekuje i może coś jeszcze 
więcej... Myliłam się w jej ocenie, mimo że tak bardzo wydała mi się 
związana  z  Paryżem,  kochała  tę  samotną  dolinę  i  wracała  do  niej  z 
radością... 

nagłym  przypływie 

sympatii 

powiedziałam 

impulsywnie: 

- Jak tu pięknie, madame de Valmy! Wprost prześlicznie!  
Znów uśmiechnęła się.  
- Tak, to prawda. Ma pani szczęście, miss Martin, że w tym roku 

wiosna przyszła wcześnie. W zimie może tu być smutno i ponuro, ale 
zawsze  pięknie.  Przynajmniej  ja  tak  sądzę.  To  przez  wiele  lat  był 
mój... nasz dom. 

- Jestem pewna, że go pokocham! - zawołałam bez namysłu.  
Dłoń w szarej rękawiczce opadła na kolana.  

background image

- Mam nadzieję, że tak będzie, miss Martin - odparła uprzejmym, 

ale obojętnym tonem, uśmiech zniknął.  

Znowu  była zamknięta  w sobie,  chłodna, daleka.  Odwróciła  ode 

mnie  wzrok.  Miałam  swoje  wyznaczone  miejsce  i  powinnam  się  go 
trzymać. 

Spojrzałam  na  nią  z  powątpiewaniem,  czego  nie  zauważyła,  i 

zaczęłam wyglądać przez okno. 

Od  pewnego  czasu  jechaliśmy  doliną,  po  prawej  stronie  mając 

leśne tereny Dieudonne, dalej wysokie świerki ozłocone słońcem, a za 
rzeką głębokie lasy Valmy, gdzie ostrokrzew błyszczał wśród dębów i 
brzóz, a wielkie, szare jak słonie buki rosły wśród gęstwiny głogów i 
dzikiego  clematis.  Nad  ich  gałęziami  górował  wysoki  płaskowyż, 
wreszcie na tle lasów i stromego zbocza ujrzałam Chateau Valmy, w 
którego  oknach  odbijało  się  słońce.  Trwało  to  krótką  chwilę,  ale 
wystarczyła, żebym się przekonała, że nie jest to romantyczny zamek 
z wieżami i blankami, lecz pełen gracji klasyczny pałac zbudowany w 
Xviii  wieku,  w  świetle  padającym  sponad  morza  ciemnych  drzew 
dziwnie  zagubiony,  nierzeczywisty.  Wydawał  się  całkiem 
niedostępny, nie miałam jednak czasu zastanawiać się nad tym, gdyż 
samochód  skręcił  z  głównej  drogi  i  wjechał  na  piękny,  kamienny 
most,  łączący  brzegi  Merlon,  po  czym  znów  zanurzył  się  w  tunelu 
drzew i zaczęliśmy jechać pod górę. 

Droga  do  Valmy  prowadziła  zygzakiem,  była  stroma  i 

niebezpieczna,  lecz  wielki  samochód  pokonywał  ją  bez  trudu; 
minęliśmy  las,  potem  nie  porośnięte  zbocze  i  wreszcie  zaczęliśmy 
jechać wzdłuż wysokiego muru, okalającego zamkowy ogród. Wielki 
żwirowany  podjazd  i  oto  znaleźliśmy  się  przed  imponującym 
północnym wejściem zamku Valmy. 

Szofer otworzył drzwi samochodu  i pomógł wysiąść madame de 

Valmy.  Albertyna  w  milczeniu,  nie  oglądając  się  na  mnie,  zajęła  się 
pakunkami i drobnym bagażem. Wysiadłam i czekałam, podczas gdy 
moja  chlebodawczyni  mówiła  coś  tak  szybko  po  francusku  do 
Bernarda, że nie mogłam zrozumieć ani słowa. 

Przez  chwilę  myślałam,  że  ma  to  coś  wspólnego  z  moją  osobą, 

ponieważ małe ciemne oczka Bernarda spoglądały na mnie co chwila, 
jakby  nie  zwracał  uwagi  na  słowa  do  niego  skierowane.  Ale  było  to 

background image

chyba  normalne  zainteresowanie  kimś  nowo  przybyłym,  gdyż  w 
końcu obojętnie się odwrócił i po chwili zajął walizkami. 

-  Jesteśmy  na  miejscu  -  odezwała  się  wreszcie  do  mnie  pani  de 

Valmy,  właściwie  całkiem  niepotrzebnie,  ale  z  takim  wdziękiem,  że 
ten utarty frazes zabrzmiał jak powitanie. Obdarzyła mnie tym swoim 
przelotnym uśmiechem i skierowała się w stronę domu. 

Kiedy szłam za nią, byłam pod wrażeniem wielkości i piękna tej 

posiadłości:  prostokątnej  fasady  domu  i  rozległych  schodów 
prowadzących do drzwi wejściowych, łuku po lewej, który prowadził 
na  podwórze,  gdzie  znajdowały  się  budynki  gospodarcze,  a  za  nimi 
nasłoneczniony  stok  ze  starannie  uprawionym  warzywnikiem  i 
zamknięty  linią  drzew  horyzont...  Widziałam  to  wszystko przelotnie, 
kątem  oka.  Uderzyły  mnie  jak  podmuch  wiatru  słońce,  przestrzeń  i 
muzyka drzew. Wszystko skąpane było w złocistym świetle późnego 
popołudnia, powietrze chłodne, kojące, przeczyste i pełne woni sosen, 
i odległych śniegów. 

O, jakże odległe wydało mi się teraz Camden Town. 
Poszłam po schodach  za madame de Valmy,  mijając schylonego 

w ukłonie lokaja i znalazłam się w hallu zamku. 

Rozdział Iii 

Jego postać nie straciła jednak dawnej swej jasności, nie wyglądał 

też na upadłego archanioła... 

(Milton, "Raj utracony") 

Moją pierwszą myślą było: kłamie każde słowo tego posiwiałego 

kaleki,  który  obserwuje,  jaki  wpływ  mieć  będzie  to  kłamstwo  na 
mnie...  

(R. Browning, 
"Childe Roland") 

background image

Z  początku  nie  zauważyłam  kobiety,  która  czekała  na  nas  w 

pewnej odległości od drzwi wejściowych. 

Hall wydał mi się olbrzymi, pewno dlatego, że był bardzo wysoki 

i  dość  mroczny,  podłoga  była  marmurowa  w  czarno-białą 
szachownicę,  naprzeciw  drzwi  znajdowały  się  schody  z  dużym 
podestem, oświetlonym gotyckim oknem, którego pięć zakończonych 
ostrołukami  szyb  przepuszczało  światło  słoneczne.  Na  podeście 
schody  rozdzielały  się  na  dwie  piękne,  półkoliste  w  linii,  części, 
prowadzące  na  galerię.  Tylko  tyle  zobaczyłam,  gdyż  światło, 
docierając  przez  wysokie  szyby,  padało  jedynie  na  środek  pełnego 
cienia hallu. 

Oślepiona  blaskiem  jeszcze  mrugałam oczami,  kiedy  usłyszałam 

słowa powitania i naprzeciw madame de Valmy wyszła jakaś kobieta. 
Zapewne  była  to  gospodyni,  ubrana  na  czarno,  dość  otyła, z  okrągłą 
twarzą,  liczyła  około  sześćdziesięciu  lat,  i  miała  po  staroświecku 
upięte  w  kok  włosy,  a  jedyną  jej  ozdobą  -  jeśli  tak  można  to  było 
nazwać - były oprawne w złoto binokle na przypiętym do piersi złotą 
agrafką  łańcuszku.  Jej  miła  twarz,  powolny  chód,  w  ogóle  cały 
wygląd  świadczyły  o  wrodzonej  godności.  Z  pewnością  nie  była 
ponurą, zamkniętą w sobie Sabaudką. 

Witając madame de Valmy spojrzała na mnie zaciekawiona, głos 

miała jakby  trochę  zdyszany  i  ku  memu  zdziwieniu  mówiła kiepską, 
choć płynną francuszczyzną. 

Madame  odpowiedziała  jej  coś  krótko,  z  roztargnieniem.  W 

bezlitosnym  świetle  widać  było  wyraźnie  jej  zmarszczki.  Zapatrzona 
w ciemną część hallu spytała: 

- Jak pan, czy ma się dobrze? 
- O tak, madame, bardzo dobrze, jest taki jak za dawnych czasów, 

jeśli  wolno  mi  tak  powiedzieć...  Interesuje  się  wszystkim,  czego 
ostatnio przecież nie było. I tyle ma różnych planów. 

Mówiła ze swobodą zażyłej starej służącej, wyraźnie zadowolona, 

że  swej  chlebodawczyni  może przekazać  tak  dobre  wiadomości. Ale 
madame de  Valmy to nie  ucieszyło.  Zdawało  mi się nawet,  że przez 
twarz jej przemknął cień, kiedy powtórzyła: 

- Tyle różnych planów? 
-  Tak,  madame.  Nie  bardzo  wiem,  o  co  chodzi,  ale  niedawno 

rozmawiał o czymś długo z Armandem Lestocq, a w ogrodzie pracują 
teraz dodatkowi ludzie, przyszedł też dziś ktoś, kto obejrzał wszystko 

background image

dokładnie,  żeby  wycenić  te  roboty,  o  których  nasz  pan  mówił  zimą. 
Jeszcze  jest,  madame.  Poszedł  na  górę,  żeby  sprawdzić  stan 
kamiennego  balkonu  po  zachodniej  stronie,  i  nasz  pan  jest  chyba  z 
nim. Kiedy Seddon rozpalał w kominku w gabinecie, nie było na dole 
windy jaśnie pana. 

Madame  de  Valmy  szybkim  nerwowym  ruchem  zdjęła 

rękawiczki. 

-  Czy  były  jakieś  wiadomości  od  pana  Hipolita?  -  spytała 

gwałtownie. 

- Chyba tak, madame. Tydzień temu, we wtorek, przyszedł list... 

nie,  w środę,  we wtorek  to  przyszedł  list od  jaśnie pani o  tej młodej 
panience  - urwała  oddychając  chwilę  głośno  i kiwnęła głową:  - Tak, 
list  z  Aten  przyszedł  w  środę,  bo  pamiętam,  że  tego  dnia  był  tu 
Armand Lestocq i... 

- Dziękuję, pani Seddon - ucięła madame de Valmy, chyba wcale 

nie słuchając. - Pan jest na górze? Proszę posłać kogoś do niego, niech 
powie, że jestem tu z miss Martin. 

-  Już  to  zrobiłam,  madame.  Prosił,  żeby  go  natychmiast 

zawiadomić o pani przyjeździe. 

-  Dziękuję. -  I  madame  de  Valmy  odwróciła  się  do  mnie,  może 

nieco nerwowo, mówiąc po angielsku: - Pani Seddon, to miss Martin, 
pisałam  o  niej  do  pani.  Miss  Martin,  pani  Seddon  jest  u  nas 
gospodynią.  Jest  Angielką,  nie  będzie  więc  pani  czuć  się  tutaj 
osamotniona,  jej  mąż  jest  naszym  lokajem  i  oboje  będą  się  starali, 
żeby we wszystkim pani pomóc. 

- Oczywiście - zapewniła mnie gorąco pani Seddon i uśmiechnęła 

się  serdecznie  i  tak  mocno  przytaknęła  głową,  że  złoty  łańcuszek  aż 
podskoczył  na  wydatnej  piersi  i  błysnął  w  słońcu.    -  Witamy  panią 
serdecznie. 

- Czy pokoje miss Martin są gotowe? 
-  Oczywiście,  madame.  Może  zabiorę  teraz  miss  Martin  i 

oprowadzę po domu... 

-  Tak,  ale  jeszcze  nie  teraz.  Proszę  zaczekać  na  miss  Martin  na 

górze. 

- Tak, madame. - Pani Seddon skinęła głową i znowu promiennie 

się  uśmiechnęła,  a  potem  niby  rozłożysty  holownik  energicznie 
ruszyła po schodach w górę. 

background image

Madame de Valmy odwróciła się chcąc coś do mnie powiedzieć, 

ale nagle spojrzała  ponad  moim ramieniem i  jej dłonie,  które bawiły 
się rękawiczkami, znieruchomiały. 

- Leon?! 
Choć nie usłyszałam, odwróciłam się szybko i dopiero po chwili 

zobaczyłam,  że  jakiś  cień  odrywa  się  od  innych  cieni  i  przesuwa  w 
przód. 

A  choć  wiedziałam,  czego  mam  się  spodziewać,  instynktownie 

moje oczy powędrowały zbyt wysoko, lecz zaraz spojrzałam niżej na 
nieforemny kształt, który bez najmniejszego dźwięku zatrzymał się o 
jakieś półtora metra przed nami. 

Litość, odraza, ciekawość, mocne postanowienie, żeby nie okazać 

tych  uczuć,  wszystko  to  pierzchło  jak  liście  na  wietrze.  Przyczyną 
tego  było  nieco  dramatyczne  pojawienie  się  pana  de  Valmy,  który 
przed  chwilą  był  cieniem  i  nagle  nieoczekiwanie  się  pojawił...  Ale 
natychmiast  zrozumiałam,  że  ten  człowiek  nie  może  być  obiektem 
niczyjej  litości.  Oto  ujrzałam  przed  sobą  po  prostu  przystojnego, 
mocno zbudowanego energicznego mężczyznę, który ze swego wózka 
inwalidzkiego  bez  słowa  podporządkował  sobie  wszystkich  w  hallu, 
cała  służba  zniknęła  bezszelestnie,  słychać  było  tylko,  jak  pani 
Seddon sapiąc idzie prawą stroną schodów w kierunku galerii. 

Oto  ujrzałam  przed  sobą  kogoś  o  wybitnej  osobowości  i  będąc 

pod  jej  wrażeniem  zapomniałam  całkowicie  o  kalectwie  Leona  de 
Valmy,  po  prostu  był  to  najprzystojniejszy  mężczyzna,  jakiego  w 
życiu  widziałam.  Oczywiście  nie  miałam  wielkiego  doświadczenia, 
ale  on  z  pewnością  w  każdym  towarzystwie  zwracałby  powszechną 
uwagę. Upływ czasu - bruzdy na policzkach i siwiejące  włosy, które 
kontrastowały  z  ciemnymi  oczami  i  czarnymi,  wyraźnie 
zarysowanymi brwiami - tylko podkreślał jego wybitną urodę. Piękne 
usta  miały  nieco  okrutny  wyraz,  jaki  czasem  powoduje  cierpienie. 
Bardzo  delikatne  ręce  świadczyły,  że  nie  pracował  fizycznie,  był  też 
zbyt  blady.  Ale  mimo  to  nie  miałam  przed  sobą  inwalidy,  lecz  pana 
tego  domu,  którego  górna  połowa  nadal  żyła,  i  to  z  godną  podziwu 
energią... 

Z uśmiechem  witał  się  z żoną,  uśmiech  też rozjaśnił  jego  twarz, 

kiedy odwrócił się do mnie. Nie było żadnego widomego powodu, ale 
nagle  zdenerwowałam  się  i  odniosłam  wrażenie,  iż  głos  Heloizy  de 

background image

Valmy,  kiedy  mnie  przedstawiała,  był  tak  spięty  i  wysoki,  jak 
naciągnięta zbyt mocno struna. 

Patrząc  na  nią  pomyślałam:  Ona  się  go  boi...  I  zaraz  skarciłam 

siebie,  że  jestem  głupia.  Po  prostu  byłam  pod  wpływem  tego 
dziwnego  stwierdzenia  tatusia  i  własnej  romantycznej  wyobraźni. 
Tylko  dlatego,  że  ten  człowiek  wyglądał  jak  strącony  archanioł 
Miltona  i  że  pojawił  się  w  hallu  jak  duch,  korzystając  z  ukrytych 
drzwi, nie powinnam była czuć w powietrzu siarki. 

Zmieszana  pochyliłam  się  nisko,  żeby  wymienić  z  nim  uścisk 

dłoni, ale miałam nadzieję, że nie okazałam tego. Jak się przekonałam, 
nie należało tak panować nad sobą. Spytał cicho: 

-  Czy  uprzedzono  panią  na  mój  temat?  -  Spojrzał  najpierw 

pytająco na mnie, potem na stojącą obok mnie żonę. 

Raczej  wyczułam,  niż  zobaczyłam,  jej  lekki  gest  zaprzeczenia. 

Popatrzyli  na  siebie,  uniósł  brwi,  był  szybszy  niż  ja.  Czując  winę  z 
powodu mego sekretu powtórzyłam niepewnie: 

- Czy mnie uprzedzono? 
- O upadku Lucyfera z nieba, miss Martin.  
Zdumiałam  się,  czyżby  ten  człowiek  czytał  w  myślach?  I  czy 

chciał,  żebym  poczuła  zapach  siarki?  A  może...  naprawdę  uważał 
siebie za trafionego gromem anioła, o którym wspomniał? 

Nim zdołałam odpowiedzieć, znowu uśmiechnął się czarująco. 
-  Bardzo  przepraszam,  nie  powinienem  być  taki  tajemniczy. 

Miałem na myśli wypadek, który, jak pani widzi... 

Odparłam  szybko  i  nieco  sztucznie:  -  Wiem.  Ale  byłam  tylko 

zdziwiona, ponieważ właśnie o tym pomyślałam. 

- Doprawdy? - W jego śmiechu zabrzmiała nuta kpiny z samego 

siebie,  ale  miał  zadowoloną  minę.  Spojrzał  na  mnie  bacznie, 
taksująco. Może zbyt późno przypomniałam sobie, że ja byłam tylko 
pracownicą,  a  on  moim  chlebodawcą.  Zaczerwieniłam  się  i 
powiedziałam szybko, bez namysłu: 

-  O  wypadku  pana  hrabiego  ktoś  mi  powiedział...  pewna  pani 

spotkana w samolocie. 

- Może nasza znajoma? 
- Tak, chyba  tak.  Z naszej  rozmowy  dowiedziała  się, że tu  jadę, 

wspomniała wtedy, że kiedyś miała możność poznać państwa. 

- Ta pani? - spytała Heloiza de Valmy. 

background image

-  Nie  znam  jej  nazwiska  -  odparłam.  -  To  była  starsza  osoba, 

pochodziła chyba z Lyonu. Nie pamiętam dobrze. 

Leon de Valmy nagle przestał mnie wypytywać. - Nieważne, kim 

ona  była,  najważniejsze,  że  panią  uprzedziła  -  urwał  na  chwilę, 
spojrzał na swoje dłonie, po czym zaczął wolno mówić: - Może pani 
zdaniem to dziwne, miss Martin, ale moja żona nie uważa za stosowne 
mówić  o  moim  kalectwie.  W  związku  z  tym  ludzie  nieraz  doznają 
szoku.  Ja  sam  zaś,  choć  już  minęło  dwanaście  lat  i  zapewne  to 
niemądre  z  mojej  strony,  ale  bardzo  mocno  przeżywam  każde 
spotkanie  z  kimś,  kto  o  tym  nie  wie,  zwłaszcza,  kiedy  widzę  wyraz 
jego twarzy. Zapewne oboje z żoną jesteśmy śmieszni w tej sprawie. 
Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  mnie  pani  uważała  za  człowieka 
przewrażliwionego...  Ale  to  taka  ludzka  słabostka,  miss  Martin. 
Wszyscy spędzamy sporo czasu udając, że istnieje coś, czego nie ma, i 
nie  jesteśmy  wdzięczni  tym,  którzy  niszczą  te  nasze  złudzenia.  -
Podniósł  głowę  i  spojrzał  mi  w  oczy:  -  Być  może  pewnego  dnia 
będzie  to  bez  znaczenia.  -  Wzruszył  ramionami  i  uśmiechnął  się 
przekornie: - Ale na razie... 

Powiedział  to  wszystko  bez  cienia  goryczy,  tylko  z  lekkim 

smutkiem. Ponieważ nigdy nie spodziewałabym się takiego wyznania 
z  jego  strony,  poczułam  się  zakłopotana,  przejęta  i  pod  wpływem 
impulsu odparłam niemądrze: 

-  Proszę,  niech  pan  się  tym  nie  przejmuje,  kalectwo  w  pańskim 

przypadku nie jest właściwym określeniem, ono wcale nie rzuca się w 
oczy...  słowo  daję,  że  tak  jest...  -  urwałam  przerażona.  To  co 
powiedziałam, na płaszczyźnie Linda Martin - pan de Valmy, byłoby 
wielkim  nietaktem,  ale  na  płaszczyźnie  guwernantka  -  chlebodawca, 
całkowicie  nie  do  przyjęcia.  Nie  pomyślałam,  że  właśnie  sam 
chlebodawca  to  sprowokował.  Stałam  zagryzając  dolną  wargę  i 
pragnąc  znaleźć  się  o  tysiące  kilometrów  stąd.  Całkiem  załamana 
usłyszałam,  jak  bąkam:  -  Jest  mi...  jest  mi  bardzo  przykro.  Nie 
powinnam była tego mówić... Ja tylko chciałam... 

-  Dziękuję,  moja  droga.  -  Jego  głos  nadal  był  poważny,  ale 

dostrzegłam w jego oczach błysk rozbawienia. Zwrócił się do żony: -
Wiesz,  Heloizo,  chyba  ta  twoja  niezbyt  mądra  przyjaciółka,  lady 
Benchley  usprawiedliwiła  wreszcie  swoje  istnienie  tym,  że  poleciła 
nam miss Martin. Z radością witamy panią w Valmy. Mam nadzieję, 
że  dobrze  będzie  się  pani  tu  czuć...  -  urwał.  Znowu  ten  błysk  w 

background image

oczach. - Nie, źle się wyraziłem. Powiedzmy raczej, mam nadzieję, że 
Valmy stanie się dla pani domem. 

-  Dziękuję  -  odpowiedziałam  raczej  sztywno.  -  Jest  pan  bardzo 

uprzejmy. Cieszę się, że mogłam tu przyjechać i zrobię wszystko, co... 

-  Co  w  pani  mocy,  żeby  jak  najlepiej...  i  tak  dalej,  i  tak  dalej. 

Zawsze się to mówi. Ale dlaczego pani tak na mnie patrzy? 

-  Przepraszam,  to  impertynencja  z  mojej  strony.  Tylko  pan  tak 

znakomicie  mówi  po  angielsku....  -  wyjaśniłam  kulawo.  Do  licha  z 
tym  człowiekiem,  czy  nigdy  nie  odzyskam  panowania  nad  sobą?  I 
dokończyłam zimno: - Sir. 

W  tym  momencie  wybuchnął  śmiechem,  nareszcie  zadowolony, 

że  zyskał  nade  mną  przewagę,  i  dał  spokój  tej  swojej  całej  grze, 
wypytując  życzliwie  o  podróż  i  o  to,  czy  mi  się  spodobała  dolina. 
Uśmiechnięta  madame  de  Valmy  przyłączyła  się  do  rozmowy  i 
wkrótce  moje  zakłopotanie  całkowicie  pierzchło.  Znów  byłam  sobą, 
co więcej, polubiłam tego człowieka, miał wielki urok i usilnie starał 
się mnie o tym przekonać... A ja dlatego tak łatwo temu uległam, gdyż 
byłam  zmęczona,  samotna  i  oszołomiona.  Kiedy  tak  we  trójkę 
rozmawialiśmy,  w  pełni  odzyskałam  panowanie  nad  sobą  i  napięcie, 
zakłopotanie  minionej  pół  godziny  wydało  mi  się  złudzeniem. 
Przecież państwo de Valmy są uroczą parą, na pewno ich polubię i z 
radością  będę  mieszkać  w  Valmy,  może  nawet  będę  tu  miała  jakby 
namiastkę rodziny. 

Siarka? Nonsens. 
Ale po chwili namysłu zrozumiałam aluzję, jaka się kryła w tym 

urywku  podsłuchanej  rozmowy  moich  rodziców.  "Nie,  nie 
zrozumiesz..."  -  powiedział  tatuś,  a  ja  teraz  wiedziałam,  o  co  mu 
chodziło.  Że  ten  człowiek  był  niezwykle  pociągający,  nie  ulegało 
wątpliwości... użyłam tego przymiotnika świadomie. Pociągający czy 
nie, ogarnęły  mnie pewne obawy. Leon  de Valmy prowadził  ze  mną 
grę, a mnie się to nie podobało. Nakłonił do tego, żebym okazała mu 
współczucie,  pocieszała  go,  kiedy  on  wcale  tego  nie  potrzebował.  A 
sam się tym bawił. 

Nie  próbowałam  też  wyjaśnić  sobie  samej,  dlaczego  tak  bez 

wahania zabrnęłam w tę plątaninę kłamstw o starszej pani z Lyonu, i 
nie  miałam  odwagi  wyznać  Leonowi  de  Valmy,  że  lepiej  mówię  po 
francusku niż on po angielsku i że doskonale zrozumiałam, co, patrząc 

background image

na mnie, powiedział cicho do żony, kiedy wreszcie nasza rozmowa się 
skończyła i szłam na górę do czekającej w galerii pani Seddon: 

- Mimo wszystko, Heloizo, istnieje duże prawdopodobieństwo, że 

popełniłaś wielki błąd... 

Nie  przypuszczałam,  że  przeznaczone  dla  mnie  pokoje  będą  tak 

piękne,  jeszcze  nigdy  tak  nie  mieszkałam.  Miały  wysokie  okna 
wychodzące na zachód i balkon z widokiem na dolinę, którą od razu 
się zachwyciłam. Stanęłam oparta o kamienną balustradę i chłonęłam 
przepiękny  widok.  Byłam  tak  wysoko,  że  widziałam  górną  granicę 
leżącego po drugiej stronie rzeki Merlon lasu Dieudonne, poniżej zaś 
jak  chmury  falowały  nagie  jeszcze  czubki  drzew  bramujących 
zygzakowatą  drogę,  balkon  zdawał  się  płynąć  wśród  złocistego 
bezmiaru  powietrza,  a  położone  na  południu  Soubirous  lśniło  jak 
klejnot. 

Odwróciłam  się,  w  drzwiach  balkonu  stała  pani  Seddon 

uśmiechnięta,  z  pulchnymi  rękami  skrzyżowanymi  na  wydatnym 
biuście. 

- Co za cudowny widok - powiedziałam. 
-  Tak,  bardzo  tu  ładnie  -  przyznała.  -  Choć,  oczywiście  są  tacy, 

którzy  nie  lubią  wsi.  Ja  tam  zawsze  mieszkałam  na  wsi.  A  teraz 
pokażę panience sypialnię, proszę za mną. 

Przeszłyśmy przez ładną bawialnię do drzwi, znajdujących się w 

rogu naprzeciw kominka. 

- Te pokoje są w amfiladzie - wyjaśniła - wszystkie wychodzą na 

południowy  korytarz.  Balkon  biegnie  wzdłuż  całego  frontu  domu. 
Pokoje na końcu zostały przerobione na pokoje dziecinne i łączą się ze 
sobą. A tu jest sypialnia panienki. 

Była  jeszcze  ładniejsza  niż  bawialnia,  choć  wydawało  mi  się  to 

niemożliwe.  Wyraziłam  swój  zachwyt  i  widziałam,  że  pani  Seddon 
jest z tego zadowolona.  Podeszła do drzwi, których nie zauważyłam, 
gdyż były ukryte w jasnozłocistej boazerii. 

-  Te  drzwi  prowadzą  do  łazienki  panicza  Filipa,  jego  sypialnia 

wychodzi na drugą stronę. Łazienka jest wspólna. Mam nadzieję, że to 
nie sprawi panience różnicy? 

W sierocińcu im. Konstancji Butcher do łazienki stałyśmy zawsze 

w kolejce. 

background image

-  Nie,  nie  sprawi  mi  różnicy.  Jest  bardzo  nowoczesna.  Co  za 

wspaniały pomysł, taka łazienka ukryta za boazerią. Pani Seddon, czy 
wszystkie duchy stąd uciekły, kiedy został założony wodociąg? 

- Nigdy nie słyszałam o żadnych duchach - odparła z godnością. -

Dawniej  była  tu  duża  umywalnia  i  garderoba.  Jedną  połowę 
przebudowano na łazienkę, drugą na małą podręczną kuchenkę, gdzie 
na  elektrycznym  piecyku  można  przygotować  herbatę  i  wieczorną 
czekoladę dla panicza Filipa. - Zrobiłam widać zdziwioną minę, gdyż 
wyjaśniła: 

- To było szkolne skrzydło, nasz pan i jego bracia wychowali się 

tu, a potem, kiedy panicz Raoul się urodził, założono elektryczność i 
tak dalej. 

- Panicz Raoul? - spytałam. 
-  Syn  naszego  pana,  mieszka  w  Bellyveen.  -  Jak  zauważyłam, 

pani Seddon śmiesznie przekręcała francuskie słowa. - To posiadłość 
naszego pana na południu. 

-  Tak,  wiem  o  tym.  Ale  nie  wiedziałam,  że  pan  de  Valmy  ma 

syna. Madame... prawie ze mną nie rozmawiała. Bardzo mało wiem o 
rodzinie. 

Spojrzała na mnie z ukosa i już myślałam, że jakoś to skomentuje, 

ale powiedziała tylko: 

- Naprawdę?  Ale i tak wkrótce wszystkiego  panienka się dowie. 

Otóż pan Raoul nie jest synem madame. Nasz pan był już raz żonaty, 
matka pana Raoula  zmarła, kiedy  on  miał osiem  lat,  a wkrótce  miną 
dwadzieścia dwa lata. Szesnaście lat temu nasz pan ożenił się po raz 
drugi i trudno  mieć do niego  o to pretensję.  W takim  wielkim domu 
można  się  czuć  bardzo  samotnym,  to  zrozumiałe  -  to  mówiąc  pani 
Seddon  pożeglowała  w  stronę  okna,  żeby  poprawić  zasłonę.  -
Oczywiście przez ten czas nie żył jak pustelnik, panienka rozumie, co
mam na myśli, zresztą jego starszy brat, jak powiadają, był taki sam. 
Ale  cóż,  dla  naszego  pana  to  się  skończyło  raz  na  zawsze,  choćby 
nawet chciał, ale pewno mu się nie chce, a biedny pan Stefan nie żyje, 
świeć Panie nad jego duszą, i sprawy tego świata, jego przyjemności i 
wszelkie  pokusy  dla  niego  nie  istnieją,  dlatego  też...  -  Odwróciła  się 
do  mnie  aż  zdyszana  z  powodu  tak  nieoczekiwanych  zwierzeń, 
najwidocznej pani Seddon nie była z natury równie powściągliwa jak 
madame  de  Valmy.  -  A  teraz,  czy  chciałaby  panienka  obejrzeć  cały 
dom, czy lepiej później? Pewno jest panienka zmęczona? 

background image

- Jeśli można, wolałabym zostawić to na później. 
-  Jak  panienka  sobie  życzy.  -  I  z  przebiegłym  błyskiem  w  oku 

spytała: - Czy mam przysłać Bertę do pomocy w rozpakowywaniu? 

-  Nie,  dziękuję.  -  Spojrzała  na  mnie  porozumiewawczo, 

wiedziała, że nie chcę, żeby służąca poznała skromną zawartość mojej 
walizki.  Wcale  o  to  nie  miałam  do  niej  pretensji,  wręcz  przeciwnie, 
byłam jej wdzięczna. - A gdzie jest pokój dziecinny? - spytałam. - Czy 
za sypialnią panicza Filipa? 

-  Nie.  Jego  sypialnia  jest  na  samym  końcu,  potem  sypialnia 

panienki  i  bawialnia,  i  dopiero  pokój  dziecinny.  Dalej  w  narożniku 
nad biblioteką pokoje madame, pokoje naszego pana. 

- Ma tam windę, prawda? 
-  Tak,  panienko.  Została  założona  wkrótce  po  wypadku.  Czyli... 

tak, dwanaście lat temu będzie w czerwcu. 

- Słyszałam o tym. Czy pani tu była, pani Seddon? 
- O, tak, oczywiście. Przyjechałam do Valmy trzydzieści dwa lata 

temu, kiedy nasz pan ożenił się po raz pierwszy. 

Usiadłam,  na  brzegu  łóżka  i  zaciekawiona  spojrzałam  na  nią.  -

Trzydzieści  dwa  lata  temu?  To  szmat  czasu,  pani  Seddon.  Czyli 
przyjechała pani tutaj z pierwszą madame de Valmy. 

- Tak. Podobnie jak ja pochodziła z Northumberland. 
- Była Angielką? - spytałam zdziwiona. 
- Oczywiście. Panna Deborah była taka ładna i dobra. Służyłam w 

domu  jej  rodziców  od  czasu,  jak  była  małą  dziewczynką.  Którejś 
wiosny  spotkała  naszego  pana  w  Paryżu  i  po  dwóch  tygodniach 
zaręczyli  się.  Och,  bardzo  to  wszystko  było  romantyczne,  bardzo. 
Powiedziała  do  mnie:  "Mary  -  tak  mi  na  imię,  panienko  -  Mary, 
pojedziesz  ze  mną,  prawda?  Nie  będę  się  wtedy  czuła  tak  bardzo 
daleko  od domu."  - Tu  pani  Seddon  kiwnęła  głową,  zauważyłam,  że 
oczy  jej  zwilgotniały.  -  Wtedy  akurat  starał  się  o  mnie  Artur,  to 
znaczy pan Seddon, pobraliśmy się więc i pojechał razem ze mną. Nie 
mogłam  pozwolić,  żeby  panienka  Debbie  była  całkiem  sama  w 
obcych stronach. 

- Oczywiście, że nie mogła pani na to pozwolić - przytaknęłam ze 

zrozumieniem, a pani Seddon rozpromieniła się, znowu splatając ręce 
pod obfitym biustem, najwidoczniej gotowa plotkować tak długo, jak 
długo  będę  skłonna  tego  słuchać.  Nie  tylko  ja  patrzyłam  z 
przyjemnością  na  jej  miłą  angielską  twarz,  jakże  odmienną  od 

background image

ponurych  twarzy  Albertyny,  Bernarda,  ona  też  była  wyraźnie 
zadowolona  z  rozmowy  ze  mną.  A  jako  guwernantka  nie  byłam  na 
liście osób zakazanych, nie było to przecież "plotkowanie ze służbą". 
Mnie chyba też było wolno rozmawiać z nią. I zamierzałam z tego w 
pełni korzystać. 

-  A  kiedy  panna  Debbie  umarła,  dlaczego  nie  wróciła  pani  do 

Anglii? Co skłoniło panią, żeby tu zostać? 

Ojciec  panny  Debbie  w  tym  czasie  już  nie  żył,  dom  został 

sprzedany, a tu w Valmy pani Seddon z mężem mieli bardzo dobrze 
płatną  pracę  i  "nasz  pan"  chciał  ich  oboje  zatrzymać... 
Wywnioskowałam  też,  że  przywiązanie  do  nich  panny  Debbie 
zapewniało im pozycję, jakiej by nigdy nie osiągnęli w innym domu; 
jej  mąż,  sądząc  z  tego  co  zdążyłam  zauważyć,  był  nieskazitelny, 
taktowny i na miejscu, ona również miała wszelkie cechy doskonałej, 
fachowej  gospodyni,  jednak  nadal  zachowywała  się  i  mówiła  jak 
Mary Seddon, dawno temu młodsza córka ogrodnika. 

I  tak  słuchałam  długiej  opowieści  o  panience  Debbie  i  jej  ojcu 

oraz  innych  osobach  w  jej  rodzinnym  domu,  o  kucykach,  sukniach, 
biżuterii, weselu, weselnych gościach i prezentach, kiedy pani Seddon 
zrobiła dygresję, jaka to szkoda, że zmarła matka panienki nie mogła 
być  na  ślubie  córki  i  już  zamierzała  mi  opowiedzieć  na  podstawie 
relacji swojej matki, jakie nieboszczka miała suknie, biżuterię, wesele 
i  tak  dalej,  kiedy  doszłam  do  wniosku,  że  czas  najwyższy,  żeby 
wróciła do Francji, do Valmy. 

- Przecież panna Debbie miała syna, z pewnością chciała pani tu 

zostać i opiekować się nim. 

-  Panicz  Raoul?  -  Oburzona  wydęła  wargi.  -  Miał  francuskie 

nianie. To było bardzo  miłe i spokojne  dziecko, tak jak panicz Filip, 
nigdy nie robił kłopotu. Nie pomyślałaby pani... - urwała wzdychając 
głośno i potrząsnęła głową. - No, cóż panienko, trzeba powiedzieć, że 
w  połowie  jest  cudzoziemcem.  -  W  głosie  jej  zabrzmiała  nuta 
potępienia  typowego  dla  prostej  Angielki,  pochodzącej  ze  wsi. 
Czekałam,  co  dalej  powie,  ale  dodała  tylko:  -  Ja  tam  nigdy  nie 
plotkuję.  A  teraz  muszę  już  kończyć,  mam  tyle  roboty,  a  panienka 
powinna  rozpakować  swoje  rzeczy.  Gdyby  czegoś  panience  było 
trzeba,  proszę  tylko  powiedzieć  mnie  albo  Seddonowi,  z  chęcią 
zawsze pomożemy. 

background image

-  Dziękuję  bardzo.  Ogromnie  się  cieszę,  że  pani  tu  jest,  pani 

Seddon - dodałam impulsywnie. 

-  Bardzo  to  miłe  z  panienki  strony.  Z  pewnością  wkrótce  się 

panienka  tu  zadomowi  i  ze  wszystkim  da  sobie  radę.  Kiedy  ja  tu 
przyjechałam, ani słowa nie mówiłam po francusku, a teraz tak samo 
szybko gadam jak oni. 

- Słyszałam, jak pani mówi, znakomicie. - Wstałam i otworzyłam 

zamki swojej walizki. - Ma pani rację, trzydzieści lat to bardzo długo, 
jak  się  jest  z  dala  od  domu.  Czy  nie  miała  pani  ochoty  wrócić  do 
Anglii, kiedy pan de Valmy powtórnie się ożenił? 

- O tak, rozmawialiśmy o tym z Seddonem, on ma bardzo dobry 

charakter,  ale  polubiliśmy  oboje  nową  madame,  ona  była  z  nas 
zadowolona,  więc  zostaliśmy.  Poza  tym  ja  od  dziecka  cierpiałam  na 
astmę  i  nie  pomagało  mi  żadne  z  tych  przeróżnych  nowomodnych 
lekarstw,  jakie  mi  zapisywali  lekarze.  W  Anglii  miewałam  ciężkie 
ataki,  ale  tutaj  poczułam  się  znakomicie.  Czasem  jeszcze  na  nie 
cierpię, ale szybko mijają. Powietrze tu znakomite, zdrowe i suche. 

- Jak to dobrze. 
-  A  potem,  jak  nasz  pan  miał  ten  wypadek,  pani  nie  chciała 

słyszeć, żebyśmy odeszli. On nie znosi żadnych zmian. 

-  Z  tego,  co  mówił  mi  w  hallu,  też  tak  mi  się  wydaje.  Pani 

Seddon, czy on ma duże bóle? 

-  Bóle!  Nie,  ale  za  to  złe  dni  -  odparła  tajemniczo.  -  W  jego 

sytuacji trudno mu się dziwić. 

- Oczywiście. Pewnie czasem cierpi na depresję. 
- Depresję? - Spojrzała na mnie zdziwiona. - Nasz pan? 
Chciałam jednak dociec, jaki naprawdę jest Leon de Valmy, skąd 

się bierze ta emanująca z niego wewnętrzna siła, spytałam więc: 

- Czy nigdy nie ubolewa nad swoim kalectwem?  
Parsknęła pogardliwie.  
- Nasz pan miałby nad sobą ubolewać? Nigdy! Pewno, że w ciągu 

tych minionych lat zmieniło mu się usposobienie, nie jest taki miły jak 
dawniej. Ale to nie jest tego typu człowiek, który poddałby się tylko 
dlatego, że jest sparaliżowany do końca życia. 

-  Doskonale  to  rozumiem.  Kiedy  się  z  nim  rozmawia,  człowiek 

zapomina  o  tym.  -  Nie  dodałam  jednak:  "Chyba  że  on  sam 
przypomni". 

background image

-  Taki  on  jest.  -  Skinęła  głową.  -  Na  ogół  o  tym  zapomina. 

Wszystko  może  zrobić  mając  elektryczny  wózek  inwalidzki,  windę, 
telefony co krok i Bernarda, który mu zastępuje nogi. Jednak od czasu 
do czasu coś mu o tym przypomni i wtedy... 

Pamiętając dobrze scenę w hallu spytałam: - Co na przykład? 
- Nie wiadomo. Może nieprzespana  noc albo wiadomość, że coś 

zostało źle zrobione tu w domu albo w majątku, czego nie mógł sam 
dopilnować,  albo,  że  nie  ma  na  coś  ważnego  pieniędzy.  Czasem  też 
pan  Raoul...  -  I  znowu  jak  poprzednio  nagle  urwała.  Czekałam 
cierpliwie,  a  ona  machinalnie  poprawiła  pokrowiec  na  fotelu. 
Wreszcie  powiedziała:  -  Pan  Raoul  administruje  za  ojca  drugim 
majątkiem,  Bellyveen,  nieco  dalej  na  południu,  i  zawsze  brak  jest 
pieniędzy, a to denerwuje naszego pana, poza tym... nie przyjeżdża tu 
tak często, jak powinien... co przypomina naszemu panu, jak ciężkim 
jest dotknięty kalectwem, mimo że tyle ma energii.  

- On mu to przypomina?  To okropne. - Dreszcz przebiegł  mi po 

plecach. 

Spojrzała  na  mnie  zaskoczona.  -  Przecież  nie  robi  tego 

świadomie.  Nie  to  miałam  na  myśli!  Tylko  to,  że...  że  pan  Raoul 
wygląda tak jak wyglądał nasz pan dwadzieścia lat temu. 

-  Teraz  rozumiem,  co  pani  miała  na  myśli.  Robi  wszystko,  co 

dawniej robił jego ojciec. Na przykład gra w polo? 

Wyraźnie była zdumiona. - Czy państwo o tym mówili panience? 
-  Nie,  słyszałam  od  kogoś,  kto  ich  zna,  kogoś  spotkanego  w 

samolocie. 

- Ach, tak. O, nasz pan potrafił robić wszystko. - Uśmiechnęła się 

ze smutkiem, najwidoczniej wspominając przeszłość. - Panna Debbie 
często powtarzała, że kiedyś złamie sobie kark. Uprawiał znakomicie 
wszystkie  sporty:  żeglował  świetnie,  prowadził  samochód,  jeździł 
znakomicie  konno...  nawet  się  fechtował.  Tylko  za  fechtunek  dostał 
tyle nagród, że zajmują całą półkę. 

- Za fechtunek? 
- Tak. Ale głównie interesował się końmi i samochodami. Często 

myślałam,  że  zginie  kiedyś  w  wypadku  i  zabije  innych,  kiedy  tak 
pędził  pełną  zakrętów  drogą  za  mostem,  prowadzącą  do  Valmy; 
Czasem  nawet  sprawiał  wrażenie,  jakby  wstąpił  w  niego  diabeł  -
dodała  ku  memu  zdumieniu  pani  Seddon.  -  zawsze  chciał  wszystko 
robić lepiej niż inni. 

background image

Tak,  pomyślałam,  w  to  mogę  uwierzyć.  Nawet  sparaliżowany 

musi być sparaliżowanym archaniołem...  

- A teraz może tylko siedzieć i patrzeć, jak jego syn jeździ konno, 

prowadzi samochód i fechtuje... 

-  Co  do  tego,  to  pan  Raoul  nie  ma  na  to  pieniędzy...  I  pewno 

lepiej,  że  tak  jest,  bo  może  stałoby  się  z  nim  to  samo  co  z  ojcem. 
Zresztą, jak już mówiłam, on tu często nie bywa. Na stałe mieszka w 
Bellevigne, ja sama nigdy tam nie byłam, ale podobno to bardzo ładny 
majątek. 

- Ach, tak - powiedziałam z uprzejmym zainteresowaniem, kiedy 

zaczęła  opowiadać  o  Bellevigne,  ale  naprawdę,  to  nie  słuchałam. 
Zastanawiałam  się  nad  tym,  że  jeśli  Raoul  de  Valmy  jest  młodszą 
kopią swego ojca, nic w tym dziwnego, iż nie często odwiedza Valmy. 
Nie mogłam sobie wyobrazić dwóch Leonów de Valmy przez dłuższy 
czas przebywających pod jednym dachem... Znowu poczułam dreszcz. 
Ciągle ta moja niepotrzebna romantyczna wyobraźnia... I właściwie na 
czym  mam  się  opierać?  Na  zapomnianych  prawie  słowach, 
wypowiedzianych przed dwunastu laty i wrażeniu, że zetknęłam się z 
człowiekiem  o  wybitnej  osobowości,  który  może  dla  własnej 
rozrywki, a może dla jakiegoś innego powodu chce mi narzucić swój 
nieprawdziwy obraz... 

I  nagle  po  raz  pierwszy  pomyślałam,  że  wśród  osób  witających 

mnie w Chateau Valmy kogoś brakowało. 

Tym kimś był właściciel tej wspaniałej posiadłości, najważniejszy 

ze wszystkich panów de Valmy, młody hrabia Filip. 

Pani  Seddon  chyba  naprawdę  zamierzała  już  wrócić  do  swoich 

zajęć. Podeszła energicznie do drzwi, ale stanęła. Pochyliłam się nad 
walizką  i  zaczęłam  wyjmować  rzeczy  i  kłaść  je  na  kapie  łóżka. 
Czułam, że patrzy na mnie. 

- Panienko...  czy  nasz  pan...  - odezwała  się  - czy  był  uprzejmy? 

Kiedy  w  galerii  czekałam  na  panienkę,  słyszałam,  że  chyba  się 
roześmiał. 

Wyprostowałam się, trzymając w rękach stos chusteczek do nosa. 
- Ma pani rację, pani Seddon. Był dla mnie bardzo uprzejmy. 
- O, to dobrze. Tak chciałam przed tym z panienką porozmawiać i 

uprzedzić, jaki czasem potrafi być dla obcych. 

background image

Dobrze  rozumiałam  jej  ostrożne  sondowanie.  Było  dla  mnie 

oczywiste,  że  "temperatura  nastrojów",  tak  to  nazwijmy,  na  zamku 
zależała przede wszystkim od Leona de Valmy i jego "złych dni". 

-  Bardzo  pani  dziękuję,  pani  Seddon  -  powiedziałam  wesoło  -  I 

proszę się nie  martwić. Był dla  mnie bardzo  miły,  miałam wrażenie, 
że cieszy się z mego przyjazdu. 

-  Naprawdę?  -  W  głosie  jej  brzmiała  niepewność  i  jakby  lekkie 

zdumienie. - Och, to dobrze. Wiem, że bardzo był zadowolony, kiedy 
dostał  od  madame  list  o  panience,  ale  z  reguły  nie  znosi  żadnych 
zmian  w  domu.  Dlatego  tak  się  wszyscy  zdziwiliśmy,  kiedy  niania 
panicza  Filipa  dostała  wymówienie  po  tylu  latach  służby  w  tej 
rodzinie i kiedy dowiedzieliśmy się, że z Anglii  ma przyjechać jakaś 
młoda osoba. 

-  O  tak,  madame  de  Valmy  mówiła  mi  o  niej.  -  Odłożyłam 

chusteczki  i  wyjęłam  z  walizki  jakąś  część  bielizny.  -  Dostała 
wymówienie?  Ze  słów  madame  zrozumiałam,  że  miała  już  dość
mieszkania  na  takim  odludziu  i  że  kiedy  madame  była  w  Londynie, 
pan  de  Valmy  przysłał  list,  żeby  koniecznie  przywiozła  ze  sobą 
angielską guwernantkę. 

- Ależ nie - odparła stanowczo pani Seddon. - Panienka się myli. 

Niania  była  bardzo  oddana  paniczowi  Filipowi  i  wiem,  że  ciężko  to 
przeżyła, że musi stąd odejść. 

-  Mnie  madame  powiedziała,  że  niania  odeszła,  bo  tutaj  jest  tak 

daleko  do  miasta.  Ale  może  źle  zrozumiałam.  -  Wzruszyłam 
ramionami  i  natychmiast  zapanowałam  nad  tym  gestem.  -  Zapewne 
chciała ostrzec,  co  mnie tu czeka.  Ale przede wszystkim zależało  jej 
na tym, żeby znaleźć kogoś, kto nauczyłby go angielskiego.  

- Kiedy panicz Filip doskonale mówi po angielsku - z niekłamaną 

dumą powiedziała pani Seddon. 

Roześmiałam  się.  -  Cieszę  się  z  tego.  Niezależnie  od  tego,  jak 

jest,  myślę,  że  jeśli  Filip  skończył  już  dziewięć  lat,  najwyższy  czas, 
żeby zamiast niani miał guwernantkę. I na tym chyba zależało panu de 
Valmy. A na początek muszę pamiętać o tym, żeby nie mówić "pokój 
dziecinny", tylko "szkolny". 

-  Kiedy  panicz  Filip  jest  czasem  bardzo  dziecinny  jak  na  swój 

wiek,  a  czasem,  jak  dla  mnie,  zbyt  poważny.  Trudno  jednak 
oczekiwać  czegoś  więcej po  tym,  co  to  biedactwo  przeżyło.  Upłynie 
sporo czasu, nim się pogodzi ze stratą rodziców. 

background image

- To zrozumiałe - powiedziałam.  
Patrzyła na mnie chwilę i niepewnie powiedziała: 
- Jeśli wolno spytać... czy panienka pamięta swoich rodziców? 
- O tak. - Spojrzałam na nią, na jej poczciwej twarzy malowała się 

ciekawość.  Musiałam  szczerze  odpowiedzieć.  No  cóż,  interesowała 
się  mną,  tak  samo  jak  rodziną  de  Valmy.  -  Miałam  czternaście  lat, 
kiedy  zginęli  w  wypadku  lotniczym,  tak  samo  jak  rodzice  Filipa. 
Madame  de  Valmy  pewno  wspomniała  pani,  że  w  Anglii  byłam  w 
sierocińcu? 

- Tak, owszem. Napisała, że dowiedziała się o panience od swojej 

przyjaciółki,  lady  Benchley,  z  którą  co  roku  spotyka  się  w  Evian  i 
która bardzo panienkę chwaliła, bardzo. 

- To miło z jej strony. Lady Benchley była w zarządzie sierocińca 

w  ciągu  ostatnich  trzech  lat  mego  pobytu.  A  kiedy  ja  zostałam 
wychowawczynią w internacie dla chłopców, okazało się, że jest tam 
jej syn. Kiedyś w dniu odwiedzin podeszła do mnie i rozmawiałyśmy 
przez chwilę, powiedziałam wtedy,  że nie znoszę  mojej pracy, a ona 
spytała,  czy  nie  chciałabym  dostać  posady  za  granicą,  ponieważ  jej
przyjaciółka,  madame  de  Valmy,  szuka  guwernantki  dla  swego 
bratanka  i  prosiła,  żeby  jej  znalazła  kogoś  odpowiedniego.  Kiedy 
usłyszałam, że chodzi o wyjazd do Francji, omal nie podskoczyłam z 
radości.  Zawsze  chciałam  mieszkać  we  Francji.  Następnego  dnia 
pojechałam  do  Londynu  i  spotkałam  się  z  madame.  Lady  Benchley 
uprzedziła  ją  telefonicznie,  no  i  dostałam  tę  pracę.  Widocznie  jej 
rekomendacja  była  wystarczająca.  Choć  tak  naprawdę  niezbyt  dużo 
wiedziała  o  mnie,  po  prostu  lubiła  występować  w  roli  prywatnego 
pośrednictwa  pracy  i  wiele  takich  spraw  załatwiała.  Poza  tym 
odniosłam  wrażenie,  że  madame  de  Valmy  bardzo  zależy  na  tym, 
żeby znaleźć odpowiednią młodą osobę podczas krótkiego  pobytu w 
Londynie  i  dlatego  niezbyt  interesowała  się  moją przeszłością,  która 
zresztą jest całkiem zwyczajna. 

Uśmiechnęłam się do pani Seddon, która patrzyła na mnie nadal z 

lekkim  zdumieniem.  Ale  zaraz  też  się  do  mnie  uśmiechnęła  i  tak 
energicznie  skinęła  głową,  że  aż  poruszył  się  i  zalśnił  jej  złoty 
łańcuszek na piersi. 

-  No,  tak -  powiedziała  tylko  i  otworzyła  drzwi.  -  Teraz  to  już 

muszę iść.  Wkrótce  przyjdzie  Berta i  przyniesie  panience  herbatę,  to 
ona zajmuje się tymi pokojami. Dobra z niej dziewczyna, może tylko 

background image

zbyt roztrzepana. Myślę, że panienka się z nią porozumie, zwłaszcza z 
pomocą panicza Filipa. 

- Na pewno - odparłam. - A gdzie jest panicz Filip, pani Seddon? 
- Chyba w pokoju dziecinnym, ale madame bardzo  prosiła, żeby 

dziś  wieczór  panienka  nie  zajmowała  się  nim.  Wypije  panienka 
herbatę, i to naprawdę dobrą herbatę. Trzydzieści lat uczyłam ich, jak 
ją  parzyć.  Potem,  przed  obiadem,  rozgości  się  tu,  a  panicza  Filipa 
zobaczy panienka jutro. Dziś proszę się niczym nie kłopotać. 

-  Doskonale.  Dziękuję  bardzo,  pani  Seddon.  Z  przyjemnością 

wypiję herbatę. 

Zamknęła  za  sobą  drzwi,  słyszałam  na  korytarzu  jej  cichnące 

kroki.  Stałam  zamyślona,  odruchowo  wyrównując  fałdy  spódnicy 
wyjętej  z  walizki.    Po  pierwsze,  nie  powinnam  była  słyszeć  uwagi 
pani  Seddon  o  windzie  podczas  jej  rozmowy  z  madame  de  Valmy  i 
jeśli  tak  łatwo  popełniałam  omyłki,  lepiej  byłoby  wyznać  szybko 
prawdę, nim będzie za późno. 

Po  drugie,  ta  końcowa  uwaga  pani  Seddon,  żebym  "nie 

zajmowała  się"  dziś  wieczór  Filipem.  Czy  naprawdę  Heloiza  de 
Valmy  użyła  właśnie  tych  słów:  "Nie  zajmowała  się  nim  dziś 
wieczór"? I jest "chyba" w pokoju dziecinnym... Odwiesiłam spódnicę 
do  szafy  i  przeszłam  do  różowo-złocistej  bawialni,  kierując  się  do 
drzwi pokoju szkolnego. Stanęłam, chwilę nadsłuchując. Cisza. 

Zastukałam  delikatnie  do drzwi  i  przekręciłam  gałkę.  Otworzyły 

się bezszelestnie. 

Rozdział Iv 

O, moja prorocza duszo! O,  mój stryju! 

(Szekspir, "Hamlet") 

Na pierwszy rzut oka Filip niezbyt mi się spodobał. Był niski jak 

na  swój  wiek,  miał  cienką  szyję  i  okrągłą  głowę,  włosy  bardzo 
ciemne, krótko ostrzyżone, cerę żółtawą, prawie woskową, oczy duże 
czarne,  przeguby  rąk  i  kolana  wzruszająco  kościste.  Ubrany  był  w 

background image

granatowe krótkie spodnie i pasiasty sweter, leżał na brzuchu czytając 
jakąś  grubą  książkę.  Na  wielkim  kosztownym  dywanie  wyglądał 
dziwnie niepozornie. Spojrzał na mnie pytająco i powoli wstał. 

Powiedziałam  po  angielsku:  -  Jestem  mademoiselle  Martin,  a  ty 

na pewno masz na imię Filip. 

Skinął  nieśmiało  głową.  Ale  dobre  wychowanie  wzięło  górę, 

zrobił krok naprzód, wyciągając rękę. 

- Witam panią, mademoiselle Martin. - Głos miał cichy, cienki jak 

on  sam,  raczej  bezbarwny.  -  Mam  nadzieję,  że  spodoba  się  pani 
Valmy. 

I,  nagle,  kiedy  uścisnęłam jego  rękę,  uświadomiłam  sobie,  że  to 

on  jest  właścicielem  Valmy.  Wtedy  wydał  mi  się  jeszcze  mniejszy  i 
bardziej zagubiony. 

-  Powiedziano  mi,  że  jesteś  zajęty,  ale  chciałam  ciebie  jak 

najszybciej poznać. 

Rozważał  te  słowa  przez  chwilę,  patrząc  na  mnie  z 

zainteresowaniem, śmiało, jak tylko potrafią dzieci. 

- Czy pani naprawdę będzie mnie uczyć angielskiego? 
- Tak. 
- Nie wygląda pani na guwernantkę. 
- No, to muszę zrobić wszystko, żeby tak wyglądać. 
-  Nie,  wolę,  żeby  pani  była  taka  jak  teraz.  Niech  się  pani  nie 

zmienia. 

Widać wszyscy de Valmy zaczynali wcześnie swoje podboje. 
Roześmiałam się. 
- Merci du compliment, Monsieur le Comte. 
Spojrzał na mnie badawczo, z błyskiem czarnych oczu. 
- Czy już od jutra zaczniemy lekcje? 
- Chyba tak, nie wiem jeszcze. Dziś wieczorem zobaczę się chyba 

z twoją stryjenką i powie mi, jaki jest rozkład twoich zajęć. 

- Czy widziała pani... mego stryja? - Czy w głosie jego nastąpiła 

zmiana, czy tylko mi się zdawało? 

- Tak. 
Stał  bez  ruchu,  ze  spuszczonymi rękami.  Na swój  sposób  wydał 

mi  się  tak  samo  niedostępny  jak  Heloiza  de  Valmy.  Moja  praca  nie 
będzie z pewnością łatwa. Maniery miał świetne. Z pewnością nie był 
"trudnym"  dzieckiem  wedle  skali  ocen  przeciętnej  guwernantki.  Ale 
czy  uda  mi  się  naprawdę  poznać  go,  pokonać  tę  barierę  rezerwy?  Z 

background image

podobną powściągliwością spotkałam się u madame de Valmy, ale na 
tym podobieństwo się kończyło. U niej opanowanie i wyniosłość były 
zaletami, u tego dziecka czymś nienormalnym, zaskakującym. 

-  Muszę  już  iść  i  rozpakować  się,  bo  spóźnię  się  na  obiad.  Czy 

chcesz mi pomóc?  

Spojrzał na mnie szybko: 
- Ja?  
-  Tak.  No,  nie  tak  dosłownie  pomóc,  ale  dotrzymać  mi 

towarzystwa i zobaczyć, co ci przywiozłam z Londynu. 

- Pani ma na myśli prezent? 
- Oczywiście. 
Mocno  się  zaczerwienił.  Bez  słowa  ruszył  przede  mną  do  mojej 

bawialni  i  otworzył  drzwi  sypialni,  czekając  aż  ja  wejdę.  Stanął  w 
nogach łóżka, milcząco wpatrzony w moją walizkę. 

Pochyliłam  się  nad  nią,  wyjęłam  kilka  rzeczy  kładąc  na  łóżko  i 

zaczęłam szukać tego, co dla niego przywiozłam. 

-  To  nie  jest  nic  wielkiego  -  wyjaśniłam.  -  Ponieważ  nie  mam 

dużo pieniędzy. O, już znalazłam. 

Przywiozłam mu kupiony u Woolwortha kartonowy model zamku 

Windsor, którego oddzielne części należało skleić, największy, na jaki 
było mnie stać, oraz pudełko królewskich gwardzistów. 

Z  niepewną  miną  podałam  pudełko  milczącemu  właścicielowi 

Chateau  Valmy.  Przyjrzał  się  uważnie  barwnym  obrazkom  na 
pokrywkach. 

- Angielski zamek? I angielscy żołnierze? - spytał. 
- Tak, tacy sami jak w pałacu Buckingham. 
-  Wiem.  W  futrzanych  czapkach,  strzegą  królowej.  -  Patrzył 

zachwycony na maszerujący regiment gwardii. 

- Wiesz, nie są oni specjalnie...  
Ale  widziałam,  że  mnie  nie  słucha.  Otworzył  pudełka  i  zaczął 

oglądać obrazki. 

-  Prezent  z  Londynu  -  powiedział  trzymając  w  ręku  kiepsko 

pomalowanego  żołnierzyka.  Pomyślałam  nagle,  że  nie  miałoby  dla 
niego znaczenia, gdyby to były wycięte z papieru lalki. 

- Przywiozłam ci też grę, nazywa się loteryjka. Później ci pokażę, 

jak się w nią gra. 

-  Philippe?  Ou  es-tu,  Philippe?  -  usłyszałam  głos  młodej 

dziewczyny, wołającej z pokoju szkolnego. 

background image

Drgnął. - To Berta, muszę już iść. - Zamknął pudełka i trzymał je 

przytulone do siebie. Potem powiedział sztywno: 

-  Dziękuję,  bardzo  dziękuję,  mademoiselle.  -  Odwrócił  się  i 

pobiegł  do  drzwi.  -  Me  voici,  Berthe.  Je  viens.  -  Na  progu  się 
zatrzymał,  spojrzał  na  mnie.  Nadal  miał  zaczerwienioną  twarz  i 
mocno trzymał prezenty. 

- Mademoiselle... 
- Słucham, Filipie. 
- Jak się nazywa ta gra? 
- Loteryjka. 
- Loteryjka? Pani mi pokaże jak się w nią gra? 
- Tak. 
- Zagramy po kolacji, przedtem nim pójdę spać? 
- Tak. 
- Dziś wieczorem. 
- Tak. 
Zawahał się, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale wyszedł bez 

słowa i cicho zamknął za sobą drzwi. 

Choć  znalazłam  się  w  luksusowych,  całkiem  nieznanych  dotąd 

warunkach, życie wkrótce weszło w pewną nieskomplikowaną rutynę. 
Codziennie  rano  przychodził  monsieur  Betemps,  nauczyciel  Filipa  i 
uczył  go  aż  do  lunchu.  Do  moich  obowiązków  należało 
przygotowanie pokoju szkolnego, a kiedy to zrobiłam, miałam wolny 
czas  i  przez  pierwsze  dni  z  zaciekawieniem  zwiedzałam  ogrody  i 
pobliskie  lasy  albo  całymi  godzinami  czytałam,  co  było  dla  mnie 
luksusem zakazanym w sierocińcu. 

W  bibliotece  zamkowej  z  pewnością  były  angielskie  książki, 

ponieważ  jednak  był  to  zarazem  gabinet  Leona  de  Valmy,  nie 
mogłam, nie ośmieliłam się prosić o pozwolenie na korzystanie z niej. 
Ale przywiozłam ze sobą tyle własnych książek, ile zdołałam unieść, a 
poza tym w pokoju szkolnym aż pod sufit sięgały półki pełne różnych 
wspaniałości:  przemieszane  książki  dla  dzieci  z  francuskimi  i 
angielskimi klasykami, sporo też było lekkich powieści. Dziwił mnie 
ten  zestaw  do  momentu  gdy  na  niektórych  tomach  zobaczyłam 
nazwisko Deborah Bohun albo dedykację "Kochanej Debbie". W ręce 
też  wpadł  mi  zniszczony  mocno  egzemplarz  "Wyspy  skarbów", 
podpisany  zamaszyście  niewyrobioną  ręką:  Raoul  St.  Aubin  de 

background image

Valmy. Oczywiście syn Leona, który był pół-Anglikiem,  mieszkał w 
tych  pokojach.  Znalazłam  też  Buchana,  Conan-Doyle'a  i  wiele 
zapomnianych  albo  całkiem  mi nieznanych  książek,  które  z  zapałem 
pochłaniałam, starając się zapomnieć o wpajanym mi przez siedem lat 
w sierocińcu poglądzie, że "czytanie to tylko strata czasu". 

Pewnego razu moje poczucie winy było prawie usprawiedliwione. 

Kiedy  czytałam  po  francusku,  robiłam  to  ukradkiem  i  raz  omal  nie 
zostałam  przyłapana  na  lekturze  "Tristan  et  Iseut".  Pogrążona  w 
lekturze  siedziałam  w  mojej  sypialni,  kiedy  zastukała  Berta  i  nie 
otrzymawszy odpowiedzi weszła, żeby zetrzeć kurze. Nic na szczęście 
nie  zauważyła,  ale  byłam  wściekła  na  siebie  i  przysięgłam  sobie  w 
duchu,  że  w  przyszłości  będę  ostrożniejsza,  żałując  chyba  po  raz 
setny,  że  wplątałam  się  w  to  głupie  oszustwo,  które  na  początku 
wydawało  się  tak  błahą  sprawą,  a  do  którego  teraz  z  każdym  dniem 
trudniej było się przyznać. 

Próbowałam  wmówić  sobie,  że  chyba  dla  nikogo  nie  jest  to 

istotne,  gdyż  z  Filipem  nasze  stosunki  układały  się  bardzo  dobrze,  i 
nawet madame de Valmy na swój wyniosły sposób zdawała się mnie 
lubić.  Nie  chciałam jednak,  aby  dowiedziała  się,  że  ją  oszukałam.  A 
sytuacja  z  każdym  dniem  stawała  się  trudniejsza.  Musiałam 
porozumiewać się z Bertą, która sprzątała pokój szkolny, i robiłam to 
w prymitywnej szkolnej francuszczyźnie, co nie tylko ją bawiło, lecz 
także i Filipa. Na szczęście nie musiałam odgrywać tej komedii wobec 
swoich  pracodawców,  którzy  w  mojej  obecności  bez  najmniejszego 
wysiłku  mówili  nieskazitelną  angielszczyzną.  I  tak  dnie  płynęły 
szybko,  a  ja  nie  ujawniałam  mojej  tajemnicy.  Po  prostu  bałam  się 
narazić na ich potępienie. Zachwycona byłam Valmy, łatwo radziłam 
sobie z moimi obowiązkami i polubiłam Filipa. 

Był  bardzo  spokojnym,  opanowanym,  raczej  milczącym 

dzieckiem. Codziennie po południu, chyba że mocno padało, szliśmy 
na spacer i nasza "angielska konwersacja" zwykle polegała na tym, że 
to ja mówiłam o otaczającym nas krajobrazie albo ogrodzie, jeśli tam 
właśnie  byliśmy.  Nadal  dzieliła  nas  bariera,  nie  była  ona  wzniesiona 
świadomie,  ofiarowane  mu  zabawki  zyskały  mi  jego  sympatię,  jeśli 
nie  serce,  mimo  to  istniała,  była  czymś  głęboko  zakorzenionym. 
Wiedziałam  dobrze,  że  tę  jego  wrodzoną  skrytość  pogłębiła  nagła 
utrata  rodziców,  o  czym  nigdy  nawet  nie  wspomniał.  Nie  było  to 
dziecko, z którym "łatwo było się zżyć". Dlatego szybko zaniechałam 

background image

wszelkich prób w tym kierunku i starałam się jego uwagę, jak zresztą i 
swoją  własną,  skierować  na  rzeczy  zewnętrzne.  Jeśli  kiedykolwiek 
udałoby mi się zdobyć jego zaufanie, stawałoby się to bardzo powoli, 
stopniowo,  jakby  z  przyzwyczajenia.  Zresztą  uważałam,  że  nie  mam 
prawa  wdzierać  się  w  jego  obwarowany  świat.  Sama  tyle 
wycierpiałam  w  sierocińcu  z  powodu  braku  odosobnienia,  że 
uważałam,  iż  każdy  ma  do  niego  prawo,  a  wszelkie  zamachy,  żeby 
przełamać rezerwę, potraktowałabym jak rodzaj duchowego gwałtu. 

Nie tylko wobec mnie zachowywał się powściągliwie. Co wieczór 

o wpół do szóstej sprowadzałam go na dół do małego saloniku, gdzie 
siedziała  jego  stryjenka.  Odkładała  wtedy  uprzejmie  czytaną  książkę 
albo list, który pisała, biorąc do ręki zamiast tego swój delikatny haft, 
petit-point  i  przez  pół  godziny  prowadziła  rozmowę  z  Filipem. 
Powiedziałam  świadomie  "prowadziła  rozmowę",  ponieważ  słowa  te 
doskonale  oddają  klimat  tych  spotkań.  Filip,  jak  zawsze  spokojny, 
zamknięty w sobie, odpowiadał na pytania chętnie i bardzo grzecznie, 
ale sam nigdy ich nie zadawał. Moim zdaniem to madame de Valmy 
walczyła  ze  swoją  naturą,  ona  również  zamknięta  w sobie,  zmuszała 
się do ożywionej rozmowy. 

Ale  to  chyba  ja  najbardziej  nie  lubiłam  tych  półgodzinnych 

spotkań,  i  to  ja  najwięcej  cierpiałam.  Madame  de  Valmy  i  Filip 
oczywiście  rozmawiali  po  francusku,  czego  ja  nie  powinnam  była 
rozumieć.  Ale  czasem  przechodziła  na  angielski  albo  ze  względu  na 
mnie,  albo  może  po  to,  żeby  sprawdzić  postępy  mego  ucznia  w  tym 
języku  i  ja  byłam  włączona  w  konwersację,  mając  trudne  zadanie 
przed  sobą,  żeby  się  nie  zdradzić,  że  wiem  o  czym  przed  chwilą 
rozmawiano. Mam wrażenie, że nie popełniłam jakichś  zasadniczych 
błędów,  w  każdym  razie  Heloiza  de  Valmy  nic,  jak  dotąd,  nie 
zauważyła,  poza  tym  zawsze  sprawiała  wrażenie,  że  nie  podchodzi 
poważnie  do  tych spotkań  z  bratankiem  męża.  Wypełniała  po  prostu 
obowiązek wobec dziecka, którego prawie nie znała. W każdym razie 
nie można było jej zarzucić, że próbuje nadużyć czyjegoś zaufania. 

Jej mąż wtedy nie był obecny. Jego spotkania z Filipem zdawały 

się być zawsze czysto przypadkowe: w którymś z korytarzy, na tarasie 
czy w ogrodzie. Z początku miałam za złe stryjowi Filipa, że tak mało 
zainteresowania okazuje niedawno osieroconemu chłopcu, ale wkrótce 
zrozumiałam,  że  to  nie  tylko  była  wina  Leona  de  Valmy.  Po  prostu 
Filip  systematycznie  go  unikał.  Tylko  wtedy  wchodził  ze  mną  w 

background image

korytarz  biblioteczny,  kiedy  widział  wózek  inwalidzki  gdzieś  daleko 
nad malowniczymi stawami czy w rosarium. Zdawał się słyszeć szmer 
kół tego wózka o dwa korytarze dalej, wtedy zawsze chwytał mnie za 
rękę i odciągał, prosząc, żebyśmy się nie pokazywali jego stryjowi. 

Na  pozór  nie  było  żadnego  rozsądnego  powodu  do  takiej 

niechęci. Podczas dwóch, może trzech spotkań w pierwszym tygodniu 
mego  pobytu,  kiedy  nie  udało  się  ich  uniknąć,  pan  de  Valmy  był 
zawsze bardzo  miły dla bratanka, który jednak  zamykał się potem w 
sobie  jeszcze  bardziej  niż  zwykle,  a  w  obecności  stryja  stawał  się 
wręcz  ponury.  Do  pewnego  stopnia  było  to  normalne.  Wobec 
dominującej osobowości Leona de Valmy każdy czuł się niezręcznie i 
głupio,  a  Filip  z  pewnością  w  dwójnasób  i,  świadomie  lub  nie, 
wstydził się tego. Inna sprawa, że ton, w jakim rozmawiał z nim jego 
stryj,  był  uprzejmy,  ale  pobłażliwy,  taki,  jakim  się  mówi  do  niezbyt 
lubianego  szczeniaka.  Nie  wiedziałam  czy  Filip  to  zauważył,  czy  to 
odczuł.  W  każdym  razie  mnie  kilkakrotnie  było  przykro  za  niego. 
Mimo  to  nadal  lubiłam  Leona  de  Valmy,  Filip  zaś  -  z  tego  zdałam 
sobie sprawę po pewnym czasie - nie lubił stryja z całego serca. 

Ponieważ uważałam to za irracjonalne, któregoś dnia próbowałam 

mu to powiedzieć. 

- Filipie, dlaczego unikasz stryja Leona?  
Kamienny wyraz twarzy. - Je ne comprends  pas. - Po angielsku, 

proszę. Doskonale  rozumiesz. On jest  dla ciebie bardzo  dobry. Masz 
przecież wszystko, co chcesz. 

- Tak, wszystko, co chcę. 
- A więc... 
Rzucił  mi  jedno  z  tych  swoich  szybkich,  nic  nie  wyrażających 

spojrzeń. - Wcale mi tego nie daje. 

- No, to komu? Twojej stryjence Heloizie?  
Potrząsnął  głową.  -  To  nie  jest  jego,  żeby  mi  dawał.  To  było 

mojego ojca, a teraz jest moje. 

A  więc,  o  to  chodzi,  wreszcie  zrozumiałam.  Valmy. 

Przypomniałam sobie błysk w jego czarnych oczach, kiedy śmiejąc się 
powiedziałam  do  niego  "panie  hrabio  de  Valmy".  Jak  widać,  jeśli 
idzie o te sprawy, przedstawiciele rodu de Valmy wcześnie zaczynali. 

- Masz na myśli ten majątek? - spytałam. - Oczywiście jest twój. 

On  tylko  administruje  nim  w  twoim  imieniu.  Z  urzędu  jest  twoim 
kuratorem, prawda? 

background image

Spojrzał na mnie zdziwiony: - Nie rozumiem, co to znaczy. 
- To znaczy, że opiekuje się Valmy, do chwili kiedy dorośniesz. 

Potem ty przejmiesz wszystko. 

- Tak, jak będę  miał piętnaście  lat.  Czy na tym  to polega,  że on 

jest kuratorem? A czy mój stryj Hipolit też jest kuratorem? 

- Tego nie wiem. 
Skinął głową, jego blada twarzyczka była bardzo poważna. 
- Tak. Tous les deux, obaj. Stryj Leon opiekuje się majątkiem, a 

stryj Hipolit mną. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytałam impulsywnie. 
Spojrzał na mnie albo przebiegle, albo może ironicznie. 
- Słyszałem, jak to mówił tatuś, powiedział, że... 
- Filipie... - zaczęłam, ale on nie słuchał. Próbował przetłumaczyć 

na  angielski  to,  co  mówił  kiedyś  jego  ojciec,  ale  dał  spokój  i  zaczął 
przytaczać słowa ojca po francusku z wielką dokładnością: 

- Powiedział, że Leon będzie prowadzić majątek i że to można mu 

śmiało  powierzyć.  Niech  Bóg  ma  w  opiece  Valmy,  gdyby  się  nim 
zajął  Hipolit.  A  mama  powiedziała:  "Hipolit  musi  opiekować  się 
dzieckiem, gdyby nam się coś stało. Nie można go oddać pod opiekę 
Leonowi". Tak powiedziała mama... - urwał zaciskając mocno wargi. 

Milczałam. 
Znowu  spojrzał  na  mnie  po  swojemu  z  ukosa  i  odezwał  się  po 

angielsku: 

- Tak powiedzieli. To znaczy... 
- Nie, Filipie. Nie tłumacz, myślę, że to nie było przeznaczone dla 

ciebie. 

- Nnie... Ale ja chcę być u stryja Hipolita. 
- Bardzo go lubisz? 
-  Oczywiście.  On  pojechał  do  la  Grece.  Chciałem,  żeby  mnie 

zabrał, ale nie mógł. 

- Wkrótce wróci. 
- Tak, ale to będzie bardzo długo trwać. 
- Czas szybko mija, a tymczasem zamiast niego, ja się będę tobą 

zajmować, a stryj Leon Valmy... - Spojrzałam na jego smutną drobną 
twarzyczkę.  Nie  chciałam  być  pompatyczna  ani  zbyt  surowa  wobec 
Filipa, jednak musiałam dbać o jego zachowanie. Powiedziałam: - Ale 
on to robi bardzo dobrze, Filipie. Valmy jest piękne, a on bardzo o nie 
dba, ca se voit. Nie możesz być niewdzięczny. 

background image

To  prawda,  że  Filip  nie  miał  powodu  do  skarg  na  swego  stryja 

jako  administratora.  Moim  zdaniem  Leon  całą  duszą  pracował  dla 
Valmy,  poświęcał  majątkowi  cały  swój  czas.  Jakby  jego  męska 
energia,  nie  mogąc  wyładować  się  w  normalny  sposób,  skierowana 
była  w  tym  jednym  kierunku.  Jego  inwalidzki  wózek  codziennie 
można  było  zobaczyć  na  tarasach,  żwirowanych  ścieżkach 
przepięknego  ogrodu,  w  szklarniach,  w  warzywniku,  w  garażach. 
Wszędzie  tam,  gdzie  mógł  dotrzeć  wózkiem.  W  samym  chateau  na 
każdym  kroku  widać  było  troskliwą  rękę  gospodarza.  Nic  nigdy  nie 
uszło uwagi Leona de Valmy. 

Racja,  że  choć  Filip  jako  prawowity  hrabia  de  Valmy  był 

właściwie  nikim  we  własnym  domu,  ale  przecież  dopiero  skończył 
dziewięć  lat,  a  poza  tym  do  niedawna  przebywał  w  Paryżu.  Istotnie, 
jego stryjostwo nie zajmowali się nim prawie wcale, ale tego rodzaju 
codzienna  rutyna  i  brak  ciepła  rodzinnego  były  zwykle  udziałem 
chłopców z jego klasy społecznej. 

Dodałam niezręcznie: - Trudno o lepszego dla ciebie kuratora. 
Filip  znów  spojrzał  na  mnie  po  swojemu.  Odparł  grzecznie, 

wyniośle: - Nie, mademoiselle. - Znów zamknął się w sobie. 

Nic na  to  nie  odpowiedziałam, uważając,  że nie  jestem  w stanie 

zwalczyć  tej  jego  irracjonalnej  niechęci.  Ale  pewnego  dnia,  pod 
koniec  drugiego  tygodnia  mego pobytu  w Valmy, wbrew  mojej woli 
znalazłam się w trudnej sytuacji. 

Byłam  z  Filipem,  jak  zwykle  o  piątej  trzydzieści,  na  dole,  w 

saloniku  madame  de  Valmy.  Punktualnie  o  szóstej  pożegnała  się  z 
nami,  ale  kiedy  wychodziliśmy,  z  jakiegoś  powodu,  którego  nie 
pamiętam  już,  zatrzymała  mnie.  Filip  nie  czekając  wybiegł  na 
korytarz. 

Po chwili wyszłam i natknęłam się na bardzo nieprzyjemną scenę. 
Filip, istny obraz winy i rozpaczy, stał przy bardzo pięknym stole 

znajdującym  się  tuż  koło  drzwi  prowadzących  do  saloniku.  Po  obu 
stronach  stołu  stały  dwa  fotele  w  stylu  Ludwika  Xv-ego,  obite 
jasnozłotym  brokatem.  Na  jednym  z  nich,  o  zgrozo,  ujrzałam  wąską 
smugę atramentu, jakby pióro stoczyło się ze stołu i poplamiło obicie 
fotela. 

I  w  tym  momencie  przypomniałam  sobie,  że  kiedy  zawołałam 

Filipa,  że  musimy  już  schodzić  na  dół,  właśnie  pisał  list  do  stryja 
Hipolita.  Wybiegł  prawdopodobnie  z  otwartym  piórem  w  ręce  i 

background image

zostawił  je  na  stole  przed  wejściem  do  saloniku.  Ściskał  teraz  to 
nieszczęsne pióro w poplamionej atramentem dłoni i blady jak ściana 
patrzył na swego stryja. 

Tym  razem  nie  udało  mu  się  uniknąć  pana  de  Valmy.  Wózek 

inwalidzki stał w samym środku korytarza, blokując drogę ucieczki, a 
Filip wydał mi się w tym momencie bardzo mały i bezbronny. 

Żaden z nich chyba nie zauważył mnie. Leon de Valmy właśnie 

coś mówił, najwyraźniej bardzo zagniewany, do czego miał właściwie 
powód,  ale  jego  ton,  kiedy  karcił  dziecko  za  tę  nierozwagę,  był 
przerażający i zbyt okrutny wobec rozmiarów winy. 

Filip,  blady  jak  ściana,  bąkał  coś,  jakby  przepraszał,  ale  stryj 

przerwał mu, głos jego zabrzmiał jak trzaśniecie batem: 

-  Całe  szczęście,  że  twoje  wizyty  na  tym  piętrze  mają  miejsce 

tylko raz w tygodniu, ponieważ jasne jest, że nie umiesz się zachować 
jak  cywilizowany  człowiek.  Być  może  w  twoim  paryskim  domu 
wolno ci było zachowywać się nieobliczalnie, po chuligańsku, ale my 
tutaj przywykliśmy do... 

-  To  mój  dom  -  przerwał  mu  Filip.  Powiedział  to  cicho,  ale 

wyraźnie. I dodał jeszcze ciszej i jeszcze wyraźniej: 

- I mój fotel. 
Zapadła  przerażająca  cisza.  Przez  twarz  Leona  de  Valmy 

przebiegł  jakiś  dziwny  błysk,  jakby  się  otworzyła  i  zamknęła 
przesłona  w  aparacie  fotograficznym.  W  tym  momencie  Filip  cofnął 
się, odpychając mnie z wielką siłą od drzwi. 

Leon de Valmy podniósł wzrok - dopiero wtedy mnie zobaczył i 

nagle odezwał się bardzo spokojnie do Filipa, bez cienia gniewu: 

-  Kiedy  odzyskasz  panowanie  nad  sobą  i  dobre  maniery, 

przeprosisz  mnie  za  tę  uwagę.  -  Potem  zwrócił  się  do  mnie  po 
angielsku,  zimno  ale niezwykle  uprzejmie:  Ach,  miss  Martin, doszło 
tu do drobnej wymiany zdań. Może zechce pani zabrać Filipa do jego 
pokoju  i  przekonać  go,  że  grzeczność  wobec  starszych  jest  cechą, 
jakiej należy oczekiwać od dżentelmena. - Kiedy jego stryj to mówił, 
Filip  odwrócił  się  do  mnie,  jakby  mu  ulżyło.  Twarzyczka  jego  była 
bledsza  niż  zwykle,  ściągnięta  i  poważna,  tylko  wyraz  oczu  miał 
bardzo  dziecinny.  Spojrzałam  najpierw  na  chłopca,  potem  na  jego 
stryja. 

-  Nie  ma  potrzeby  -  powiedziałam.  -  On  zaraz  przeprosi.  -

Wzięłam Filipa za ramiona i delikatnie odwróciłam twarzą do Leona 

background image

de Valmy. Trzymałam go tak przez chwilę. Jakiż był chudy! - Filipie? 
- odezwałam się, puszczając go. 

Przełknąwszy  głośno  wyszeptał:  -  Przepraszam,  byłem 

niegrzeczny. 

Leon  de  Valmy  skierował  wzrok  na  dziecko,  potem  na  mnie  i 

znowu na dziecko. 

- Bardzo dobrze. Zapomnijmy o tym. A teraz, miss Martin, proszę 

go zaprowadzić na górę. 

Chłopiec  chciał  jak  najszybciej  odejść,  ale  go  zatrzymałam 

mówiąc: 

- Ten fotel został poplamiony z powodu nieostrożności Filipa, ale 

jest w tym również moja wina. To ja powinnam pilnować, żeby nigdy 
nie  zdarzyło  się  coś  podobnego.  Bardzo  przepraszam,  monsieur  de 
Valmy. 

Odparł zupełnie innym tonem, niż zwracał się do bratanka:. 
-  Bardzo  dziękuję,  miss  Martin,  a  teraz  zapomnijmy,  proszę,  o 

tym epizodzie. 

Kiedy  oboje  odchodziliśmy,  czułam  wyraźnie,  że  kaleka  na 

wózku inwalidzkim obserwuje nas. 

Zamknęłam za sobą drzwi pokoju szkolnego i oparłam się o nie. 

Spojrzeliśmy  na  siebie  z  Filipem.  Twarz  miał  zamkniętą,  ponurą, 
nadal był bardzo blady, dolna warga lekko mu drżała. 

Czekał, nic nie mówiąc. 
Powinnam była okazać swój autorytet, skarcić go, powiedzieć, że 

stryj  miał  całkowicie  rację,  a  on  zachował  się  głupio,  źle,  był 
nieuważny... 

Zamiast  tego  powiedziałam:  -  Mój  kotku  malutki,  jestem 

całkowicie  po  twojej  stronie,  ale  zachowałeś  się  jak  rozbrykany 
źrebak! 

- Nie można jednocześnie  być malutkim kotkiem i rozbrykanym 

źrebakiem - odparł sztywno. 

I w tym momencie podbiegł do mnie i wybuchnął płaczem. Od tej 

pory pomagałam mu schodzić stryjowi z drogi. 

Rozdział V 

background image

Intryga teraz oplata nas coraz mocniej... 

(Buckingham, "Próba") 

Nadal  była  cudowna  wiosenna  pogoda,  choć  na  pobliskich 

wzgórzach  ciągle  jeszcze  leżał  śnieg,  a  dalekie  wysokie  szczyty, 
widoczne  nieraz  wśród  chmur,  pokryte  były  olśniewającą  bielą, 
nietkniętą przez wiosnę.  Za to w dolinie było zielono, coraz bardziej 
zielono,  nad  rowami  kwitły  fiołki,  a  donice  i  kamienne  urny 
otaczające  zamkowe  tarasy,  pełne  były  kwitnących  narcyzów  i 
żonkili. 

Codziennie  po  południu,  ciepło  ubrani,  gdyż  od  gór  wiało 

chłodem,  wychodziliśmy  z  Filipem  na  spacer.  To  ostre  powietrze 
najwyraźniej  dobrze  mu  robiło.  Policzki  miał  zaróżowione,  czasem 
śmiał się i trochę biegał, ale przeważnie szedł koło mnie i opowiadał 
wolno,  z  namysłem,  w  świetnej  angielszczyźnie,  kiedy  usiłowałam 
prowadzić z nim rozmowę. 

Lubiłam z nim chodzić stromą, ale łatwą drogą prowadzącą w dół 

przez  łąki  do  wsi.  U  stóp  wzgórza  drewniany  most  przecinał  rzekę 
Merlon,  tutaj  głęboką  i  łagodnie  wijącą  się.  Z  mostu  droga  wiodła 
najpierw  wśród  podmokłych  łąk  a  potem  sadów,  gdzie  owocowe 
drzewa puszczały już pąki, prosto do Soubirous. 

W  dni,  kiedy  było  wiadomo,  że  idziemy  do  wsi,  załatwialiśmy 

tam  drobne  sprawunki  dla  pani  Seddon  lub  Berty,  czasem  też  dla 
Albertyny i rzadko dla samej madame de Valmy. 

Pewnego  ranka  -  było  to  pierwszego  kwietnia  w  poniedziałek  -

wyruszyliśmy  z  Filipem  do  wsi  zaraz  po  śniadaniu.  W  poniedziałki 
rano ksiądz St. Aubray, proboszcz Soubirous, przychodził do Valmy, 
żeby  uczyć  młodego  panicza  Filipa  łaciny,  greki  i  religii.  Ponieważ 
jednak wielebny ksiądz zwichnął nogę w kostce, a Filip nie powinien 
był tracić lekcji, ja go odprowadziłam do kościoła. 

Po  raz  pierwszy  znalazłam  się  sama  we  wsi  i  miałam  dużo 

wolnego  czasu.  Stanęłam  więc  na  placyku  przed  kościołem  i 
rozejrzałam wokoło. 

Dzień był piękny, słońce świeciło tak mocno, że aż nagrzało płyty 

chodnikowe  i  kocie  łby,  którymi  wybrukowana  była  ulica.  Na 
szczycie  niskiego  muru,  pod  którym  ktoś  posadził  pierwiosnki, 

background image

wygrzewał  się  biały  kot.  Nad  jedynym  we  wsi  bistro  rozpięto  już 
czerwono-czarną  markizę.  I  mimo  wyblakłej  i  łuszczącej  się  często 
farby,  domy  z  otwartymi  drzwiami  i  kolorowymi  okiennicami 
wyglądały wesoło. W wywieszonej przed jakimś sklepem małej klatce 
kanarek  śpiewał  jak  szalony.  Kilkoro  ciemnowłosych  dzieci  bawiło 
się  czymś  w  rynsztoku.  Wystawione  przed  sklepem  warzywnym 
pomarańcze i kapusta tworzyły barwną plamę. Koło mnie śmignął na 
rowerze  chłopiec,  trzymający  pod  pachą  co  najmniej  metrowej 
długości bagietkę. 

Wokół  było  spokojnie,  słonecznie,  patrzyłam  na  to  z  radością. 

Przed sobą miałam dwie wolne godziny. W kieszeni trochę pieniędzy, 
mogłam  robić,  co  chciałam,  ponure  wspomnienia  związane  z 
sierocińcem  dla  dziewcząt  im.  Konstancji  Butcher  rozwiały  się  w 
sabaudzkim blasku. I był też cudowny zapach pierwiosnków i deszcz 
płatków  kwitnących  czereśni  unoszony  łagodnym  powiewem. 
Słowem była wiosna. 

Przeszłam  powoli  przez  placyk,  upewniwszy  się,  że  dzieci  w 

rynsztoku  grają  tylko  w  pikuty,  a  nie  męczą  żaby  czy  kodaka,  i 
skierowałam się do apteki koło bistra, żeby załatwić sprawunki. 

- Mademoiselle Martin? - Aptekarz wyszedł z ciemnego zaplecza. 

Dobrze  mnie  już  znał.  Pani  Seddon,  w  przerwach,  kiedy  nie  brała 
antyhistaminy,  żyła  wyłącznie  aspiryną,  poza  tym  zawsze  mnie 
prosiła,  żebym  jej  kupiła  "o-di-kolon",  a  ja  po  latach  używania  w 
sierocińcu  prostego  mydła,  polubiłam  pachnące  mydła  toaletowe.  I 
folgowałam tej swojej słabości. 

Powitałam go wesoło moją bardzo angielską francuszczyzną. 
- Dzień dobry, monsieur Gercin. Piękna dziś pogoda. Wczoraj też 

było ładnie. Jutro też z pewnością będzie ładnie. Jak zwykle ja prosić 
mydła. 

W ostatnim zdaniu specjalnie zrobiłam błąd, na co aptekarz aż się 

skrzywił. 

Należało już do cotygodniowej tradycji, że poprawiał moje błędy 

niby  z  bolesną  miną,  ale  z  wielką  satysfakcją,  nie  mogłam  więc 
odmówić mu tej przyjemności. 

- Comme d'habitude - powiedział z naganą w głosie. 
Plait-il?  -  spytałam  z  dobrym  akcentem.  Nauczył  mnie  tego 

tydzień temu: 

background image

-  Comme  d'habitude  -  powtórzył.  Monsieur  Garcin  był  przykry, 

wysuszony i trochę zapleśniały, jak zbyt długo przetrzymywane zioła, 
a  poza  tym  zawsze  starał  się  wskazać  mi  moje  miejsce.  Głośniej  i 
wyraźniej powtórzyłam: - Ja prosić o mydła, jak zwykle. 

Aptekarz  zmarszczył  nos,  ale  opanował  się.  Spojrzał  na  mnie 

surowo sponad ułożonych w piramidkę środków przeczyszczających. 

-  Rozumiem.  A  o  jakie  pani  chodzi?  -  Zza  kontuaru  wyciągnął 

pudło  firmy  "Roger  et  Gallet".  - To  nowa  dostawa  z  tego  tygodnia, 
mydła  o  zapachu  róży,  fiołków,  wody  kolońskiej,  drzewa 
sandałowego, różowych goździków... 

- O, proszę o różowe goździki, strasznie lubię ten zapach.  
Błysk zdumienia pojawił się w jego malutkich oczkach. 
- Pani wie, co to za kwiat? Oeillet mignardise? 
- Nazwa jest na mydle - odparłam nie speszona. I obrazek. Voila -

wyciągnęłam  rękę,  wzięłam  mydło,  powąchałam  je  i  z  uśmiechem 
powiedziałam: - C'est le plus bon ca. 

Od razu mnie poprawił: - Le meilleur. 
- Le meilleur - powtórzyłam posłusznie. - Dziękuję, monsieur. 
-  Pani  robi  postępy  -  stwierdził  z  powagą.  -  Czy  ma  pani  jakieś 

zakupy do zrobienia dla swoich pracodawców? 

- Tak, oczywiście. Madame de Valmy prosiła mnie o kupienie dla 

niej zwykłego lekarstwa i tabletek na sen. 

- Doskonale, proszę o kartkę. 
- Kartkę? 
- Musi mi pani dać kartkę. 
Ściągnęłam  brwi,  próbując  sobie  przypomnieć,  czy  Albertyna 

dała  mi  receptę  razem  ze  spisem  zakupów.  Aptekarz  był  wyraźnie 
zniecierpliwiony,  zacisnął  usta  w  wąską  linię  i  powtórzył  bardzo 
powoli, jakby się zwracał do kogoś niespełna rozumu: 

- Musi mieć pani receptę od doktora... 
-  Ach,  tak,  chodzi  panu  o  receptę  -  zdziwiłam  się  z  lekką 

złośliwością - dlaczego od razu pan tego nie powiedział? Nie dała mi, 
monsieur. Czy mogę przynieść ją w przyszłym roku? 

- W przyszłym roku? 
- W przyszłym tygodniu - poprawiłam się. 
- Nie - uciął krótko. - Nie mogę pani dawać lekarstw bez recepty. 
Nie powinnam była drażnić się z nim. Powiedziałam zmartwiona: 

background image

-  Ale  madame  specjalnie  prosiła  mnie  o  to  swoje  lekarstwo. 

Przyniosę panu receptę, jak tylko będę mogła najszybciej, albo przyślę 
przez  kogoś...  Naprawdę.  Monsieur  Garcin,  czy  nie  może  mi  pan 
zaufać na dzień, dwa? 

-  To  niemożliwe.  -  Kościstymi  palcami  nerwowo  przekładał 

mydła. - Co poza tym chce pani kupić? 

Spojrzałam  na  spis,  który  trzymałam  w  ręku.  Były  tam 

wymienione różne rzeczy, na szczęście dla pana Garcin i mnie samej 
po francusku. Przeczytałam mu je starannie: ktoś prosił o proszek do 
zębów  i  szampon  ziołowy,  ktoś  inny  o  plastry  na  odciski  (miałam 
nadzieję, że to była zawsze ponura Albertyna) i jodynę, jeszcze ktoś o 
aspirynę  i  wodę  kolońską  i  wreszcie  zamówienie  pani  Seddon,  która 
prosiła jak zawsze o "swoją buteleczkę". 

- I pigułki pani Seddon - powiedziałam na zakończenie.  
Aptekarz podał mi pudełeczko aspiryny. 
- Nie, te inne. - Nie mogłam przecież znać słowa "astma". 
Zresztą naprawdę nie znałam francuskiej nazwy na antyhistaminę. 
- Pigułki na piersi. 
- Brała je pani w zeszłym tygodniu. 
- Nie, chyba nie. 
-  Kiedy  ja  wiem,  że  tak.  -  Był  prawie  niegrzeczny,  ale 

zignorowałam to. 

- Może potrzebuje ich więcej niż zwykle - odparłam uprzejmie. 
- Nie potrzebuje, jeśli dostała je tydzień temu. 
-  Czy  pan  jest  tego  pewien,  monsieur?  Sama  je  wpisała  na  listę 

dzisiaj? 

- Czy ma pani kartkę... to jest receptę? 
- Nie. 
-  Mówię  pani,  że  dałem  je  tydzień  temu  -  powiedział 

zniecierpliwiony.  - Sama je pani wzięła. Spieszyła  się pani i dała  mi 
spis  z  receptą  dla  pani  Seddon.  Może  zapomniała  pani  je  oddać.  Ja 
mam bardzo dobrą pamięć i wiem, że je dałem. Poza tym ja zawsze to 
zapisuję. 

-  Bardzo  przepraszam,  monsieur.  Zapomniałam.  Na  pewno  ma 

pan rację. Ale zaraz! Mam to coś w woreczku! Proszę, monsieur, oto 
recepta!  Voyez-vous  -  Starałam  się,  żeby  w  moim  głosie  nie  było 
cienia triumfu, nic w stylu, "a nie mówiłam" i podałam mu kartkę. Ale 
nie na wiele się to zdało, gdyż powiedział zrzędliwie: 

background image

-  To  nie  jest  dla  madame  Seddon.  To  recepta  na  lekarstwo  na 

serce madame de Valmy. 

- Och, nie wiedziałam, że ją mam. Wzięłam ją pewnie ze spisem. 

Spieszyłam  się  i  nie  zauważyłam.  Bardzo  przepraszam  -
Uśmiechnęłam się do niego czarująco. - To może mi pan da jednak to 
lekarstwo. Tabletki kupię w piątek w Thonon. 

Spojrzał  na  mnie  gniewnie  tymi  swoimi  małymi  oczkami,  a 

potem, żeby mi udzielić nauczki, że służba nie powinna się spierać z 
lepszymi  od  siebie,  założył  starannie  okulary  i  przeczytał  receptę  z 
przesadną  uwagą.  Patrzyłam  przez  drzwi  na  zalaną  słońcem  ulicę  i 
czekałam,  z  trudem  panując  nad  irytacją.  Jeszcze  raz  przeczytał. 
Myślałby kto, że zamierzam popełnić morderstwo i proszę o pół kilo 
arszeniku. Nagle zrozumiałam, co się stało, i roześmiałam się. 

- Wszystko w porządku, monsieur. Spokojnie może mi pan dać to 

lekarstwo.  Oddam  je,  komu  trzeba!  Ja  sama  na  ogół  nie  biorę 
digitalisu, czy cokolwiek to jest!

-  Nie  sądzę,  żeby  brała  pani  digitalis  -  burknął  pod  nosem.  -

Złożył receptę i podsunął mi zamówione rzeczy ze spisu. - Dam pani 
te krople i proszę dopilnować, żeby madame Seddon dostała tabletki, 
które  dla  niej  dałem  w  zeszłą  środę.  -  Kiedy  w  milczeniu  zbierałam 
zakupy,  znowu  spojrzał  na  mnie.  -  I  muszę  pani  pogratulować 
postępów, jakie pani zrobiła w języku francuskim - dodał sucho. 

-  Dziękuję,  monsieur  -  odparłam  chłodno.  -  Bardzo  się  staram  i 

uczę codziennie. Za jakieś trzy tygodnie nawet się pan nie domyśli, że 
jestem Angielką. 

- Anglaise? - Słowo to powtórzył jak echo ktoś stojący za mną. 
Odwróciłam się zdziwiona. Nie słyszałam, żeby ktoś wchodził; w 

drzwiach  stał  potężnie  zbudowany  mężczyzna,  a  jego  wielki  cień 
rzucany  przez  poranne  słońce  zdawał  się  wypełniać  całą  aptekę. 
Nieznajomy podszedł do mnie. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  ale  słyszałem,  jak  pani  powiedziała  "Je 

suis anglaise". Naprawdę jest pani Angielką? 

- Tak. 
- Och, cóż za ulga! - Miał zakłopotaną minę. Kiedy teraz na niego 

patrzyłam, okazało się, że nie jest znowu takim olbrzymem, po prostu 
bardzo  wysokim  młodym  człowiekiem.  Ubrany  był  w  szorty  koloru 
khaki  i  wiatrówkę,  głowę  miał  gołą,  włosy  blond,  potargane,  bardzo 
gęste. Oczy intensywnie niebieskie w mocno opalonej twarzy. Ręce i 

background image

nogi  także  były  opalone,  a  jasne  na  nich  włoski  lśniły  złociście  w 
słońcu. 

Zaczął  grzebać  w  wewnętrznej  kieszeni  wiatrówki  i  wyciągnął 

pogniecioną kartkę. 

-  Czy  pani  mogłaby  mi  pomóc?  Mam  tu  długą  listę  zakupów  i 

właśnie się zastanawiałem, jak ja sobie z tym poradzę. Mój francuski 
właściwie nie istnieje, a pani tak świetnie mówi... 

-  Panu  może  mój  francuski  wydaje  się  znakomity,  ale  monsieur 

Gercin  wcale  tak  nie  sądzi.  -  I  posłałam  aptekarzowi,  który  w 
ponurym  milczeniu  obserwował  mnie  znad  stosu  środków 
przeczyszczających,  promienny  uśmiech.  Odwrócił  się  do  Anglika, 
który powiedział nieprzekonany: 

-  Mimo  to  rezultaty  są  widoczne.  -  I  wskazał  ręką  na  moje 

zakupy. 

- Nie ma pan pojęcia, jak czasem to jest trudne. Ale oczywiście w 

miarę możności pomogę panu. Chciałabym zobaczyć ten spis. 

-  To  bardzo  miło  z  pani  strony  -  odetchnął  z  wyraźną  ulgą.  -

Przepraszam  za  kłopot.  Zwykle  muszę  się  bić  jak  Tarzan  w  piersi  i 
pokazywać wszystko palcem - uśmiechnął się rozbrajająco. 

-  Jest  pan  bardzo  odważny,  wybrać  się  tu  na  urlop  nie  znając 

wcale francuskiego. 

- Na urlop? Kiedy ja tu pracuję. 
- Jako płatny morderca czy tylko agent wywiadu? 
- Przepraszam bardzo, ale nie rozumiem...  
Wskazałam na listę. - Wygląda mocno podejrzanie. - I zaczęłam 

głośno  czytać:  -  Bandaże:  trzy-,  dwu-  i  jednocentymetrowe. 
Przylepiec.  Prestoplast.  Płyn  na  oparzenie,  boraks...  -  Spojrzałam  na 
niego udając zdumienie: - Zapomniał pan o pęsecie. 

- O pęsecie? 
- Żeby wyciągać kule. 
Roześmiał  się  głośno.  -  Jestem  tylko  leśnikiem.  Mieszkam  w 

chacie położonej w górach, na wysokości 1300 metrów i pomyślałem, 
że muszę mieć apteczkę pierwszej pomocy. 

- Oczekuje pan licznych niebezpieczeństw? 
-  Nigdy  nie  wiadomo.  W  każdym  razie  jestem  na  pewno 

hipochondrykiem. Dopiero wtedy jestem szczęśliwy, kiedy mam pod 
ręką  mnóstwo pigułek,  lekarstw  i  termometrów  w skali  Celsjusza  do 
mierzenia gorączki. 

background image

Spojrzałam na tego rosłego muskularnego mężczyznę. 
-  Tak,  od  razu  widać,  że  powinien  pan  bardzo  dbać  o  zdrowie. 

Czy  naprawdę  muszę  się  mordować  z  tłumaczeniem  na  francuski 
nazw tych wszystkich plastrów i leków? 

-  Bardzo  proszę  o  to,  jeśli  pani  taka  dobra.  Co  prawda  jednej 

rzeczy tylko naprawdę potrzebuję, tej na końcu spisu, ale ostatecznie 
mógłbym to sam załatwić. 

- Koniak? Ach, więc to tak. - I zwróciłam się do monsieur Garcin 

w  zawiły  sposób,  gestem  i  słowami  tłumacząc  mu,  o  jakie  rzeczy 
chodzi,  choć  nazwy  ich  znałam  tak  samo  dobrze  jak  on.  Aptekarz 
obsługiwał  mnie z  rezerwą  i  podobnie  jak  Filip,  chwilami  był  wręcz 
ponury.  Raz  i  drugi  zaryzykowałam  pojednawczy  uśmiech,  ale 
bezskutecznie.  I  tak  z  lodowatą  grzecznością  załatwił  całą  listę 
Anglika.  Młody  człowiek,  wreszcie  obładowany  zapasem  leków, 
który  z  pewnością  zadowoliłby  najbardziej  wybrednego  chorego  z 
urojenia,  stanął  przy  drzwiach  i  czekał,  żebym  przed  nim  wyszła  na 
ulicę.  Kiedy  z  kolei  ja  wzięłam  swoje  paczki,  usłyszałam  głos 
aptekarza, suchy jak szelest jesiennych liści. 

- Zapomniała pani o kroplach dla madame de Valmy. - I podał mi 

je nad kontuarem. 

Kiedy wyszliśmy na skąpaną słońcem ulicę, mój towarzysz spytał 

wyraźnie zaciekawiony: 

-  Co  go  ugryzło?  Dlaczego  był  taki  nieuprzejmy?  Proszę  mi 

wybaczyć, że to mówię, ale pani mocno się zaczerwieniła. 

-  Doprawdy?  To  moja  wina.  Nie,  nie  był  nieuprzejmy.  Tylko  ja 

byłam niemądra i dostałam za swoje. 

- Z pewnością nie. I dziękuję bardzo za pomoc. Sam nigdy bym 

sobie  nie  poradził.  -  Spojrzał  na  mnie  z  nieśmiałym  uśmiechem.  -
Jeszcze muszę kupić koniak. Czy w tym również pani mi pomoże? 

- Słyszałam chyba, że to pan może sam załatwić. 
-  No  tak...  Ale  obok  jest  bistro  i  mam  nadzieję,  że  pójdzie  pani 

tam  ze  mną,  bo  tak  bardzo  chciałbym  się  odwdzięczyć  za  ten  cały 
kłopot, jaki pani sprawiłem. 

- Miłe to z pańskiej strony, ale naprawdę nie ma potrzeby... 
Rzucił mi błagalne spojrzenie ponad niesionymi paczkami. 
- Naprawdę, bardzo proszę. A poza tym tak miło porozmawiać z 

kimś po angielsku. 

background image

Nagle  ujrzałam  go  tak  bardzo  samotnego  w  chacie  w  górach  na 

wysokości  1300  metrów  wśród  lekarstw,  pigułek  i  termometrów  w 
skali Celsjusza. 

- No, to zgoda. 
Rozjaśnił  się.  -  Świetnie.  Wchodzimy  tu,  bo  nie  mamy  wyboru. 

Najbliższy lokal, to Coq Hardi o kilometr stąd. 

Bistro z kolorową markizą znajdowało się obok apteki. W środku 

dość  ponuro  i  niezbyt  zachęcająco,  ale  na  chodniku  ustawiono  trzy 
metalowe  stoliki  i  kilka  trzcinowych,  pomalowanych  na  czerwono 
krzeseł. W niebieskich donicach stały dwa małe karłowate drzewka. 

Usiedliśmy  w  słońcu.  -  Czego  się  pani  napije?  -  Mówiąc  to 

położył ostrożnie swoje ratujące bezcenne  zdrowie paczki na pustym 
krześle. 

- Czy tu podają kawę? 
- Oczywiście. - Istotnie tak było. Podano nam ją w dużych żółtych 

filiżankach, z cukrem w kostkach na spodkach. 

Teraz,  kiedy  siedzieliśmy  swobodnie  naprzeciw  siebie,  mój 

towarzysz  znowu  pogrążył  się  w  swojej  angielskiej  nieśmiałości,  ale 
wreszcie, po dłuższej chwili milczenia, mieszając kawę odezwał się.  

- Nazywam się Blake, William Blake. * - I spojrzał na mnie jakby 

z wyzwaniem. 

- To bardzo dobre imię i nazwisko - odparłam. - Ja nazywam się 

tylko Belinda Martin. W skrócie Linda, jak nazywała mnie matka. 

- Dziękuję pani. - Uśmiechnął się. 
- Za co? Za to, że powiedziałam, jak się nazywam? 
- Za to również. Ale przede wszystkim za to, że nie zrobiła pani 

żadnej aluzji do "Pieśni niewinności". 

- "Mała owieczko, kto cię stworzył..." 
- Właśnie tak. Nie ma pani pojęcia, ile ludzi nie może się od tego 

powstrzymać. 

Roześmiałam się głośno. - Jakie to okropne. Ale ja osobiście wolę 

tygrysy. - Podsunął mi papierośnicę. - Nie, dziękuję. Nie palę. 

- Czy mogę zapalić? 
- Proszę bardzo. 
Pocierając  zapałkę  spojrzał  na  mnie  pytająco.  -  Jeśli  wolno 

spytać, co pani robi w Soubirous? Chyba nie spędza tu pani urlopu? 

- Nie, pracuję, jako guwernantka. 

background image

- Ach tak, oczywiście. To pani jest tą młodą Angielką z Chateau 

Valmy. 

- Oczywiście. Słyszał pan już o mnie? 
- Tutaj wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Ja pracuję w sąsiednim 

majątku, w leśnych uprawach na zachód od Merlin. 

- Och, w Dieudonne? - spytałam zaciekawiona. 
-  Tak.  Tyle  że  tam  to  jest  niewielki  wiejski  dom,  znacznie 

mniejszy  niż  Valmy,  leży  w  dolinie,  na  uboczu.  Właściciel  rzadko 
kiedy tam przebywa. Nazywa się St. Vire. Większość czasu spędza w 
Paryżu  albo  pod  Bordeaux.  Podobnie  jak  pani  szef,  najwięcej 
pieniędzy zarabia na drzewie i winnicach. 

- Winnice? W Valmy? 
- No nie. Ma przecież coś w Prowansji. 
-  Oczywiście  chodzi  o  Bellevigne,  które  należy  do  Leona  de 

Valmy,  natomiast  tutejszy  majątek  nie  jest  jego  własnością.  Ale  on 
chyba  nie  wydaje  tego,  co  zarobi  w  Bellevigne,  na  Valmy.  Podobno 
jest  bardzo  dobrym gospodarzem.  -  Ze  zdumieniem  stwierdziłam, że 
nie mówię tego z przekonaniem. 

- O tak, na pewno świetnym. W okolicy cieszy się bardzo dobrą 

opinią. Ale słyszałem, że jeszcze parę  lat temu większość  dochodu z 
Bellevigne tutaj była przekazywana. Podobno pan de Valmy lubi żyć 
na wysokiej stopie. 

- Z tego, co wiem, istotnie tak jest. 
-  Moim  zdaniem  zaczyna  się  w  tych  stronach  lepiej  dziać. 

Wystarczą  dwa  dobre  winobrania  i  już  można  naprawić  dach...  -
Roześmiał  się.  -  Śmiesznie,  jak  tu  wszyscy  interesują  się  cudzymi 
sprawami.  -  Spojrzał  na  mnie.  -  Praca  guwernantki  nie  jest  chyba 
najłatwiejsza. 

- W powieściach zwykle tak. I pewno w rzeczywistości często tak 

bywa.  Ale  mnie  się  podoba.  Bardzo  lubię  Filipa,  mego  ucznia,  i 
ogromnie mi się podoba samo Valmy. 

- Nie czuje się pani osamotniona, tak daleko od domu, od Anglii?
Roześmiałam się. - Mój dom w Anglii to siedem lat w sierocińcu. 

To,  że  pracuję  w  Valmy  jako  guwernantka,  jest  dla  mnie  wielką 
przygodą! 

- Czy pani tego właśnie pragnie, przygody? 
- Oczywiście, każdy tego pragnie. 
- Ja na przykład nie - oświadczył stanowczo. 

background image

-  Nie?  A  ja  sądziłam,  że  każdy  mężczyzna  marzy  o  tym,  żeby 

maczetą  wycinać  sobie  drogę  w  podmokłej  dżungli,  w  wątłej  łódce 
pokonywać  górskie  rwące  potoki  i  tak  dalej.  No,  wie  pan,  ogniska, 
polowania  na  grubego  zwierza,  słowem,  wyprawy  w  najdziksze 
zakątki świata. 

- Wcześnie z tego wyrosłem - uśmiechnął się. - A właściwie co to 

jest maczeta? 

- Tak naprawdę, to nikt nie wie. Ale dzielny mężczyzna zawsze ją 

ma. Mówiąc jednak poważnie... 

- Mówiąc poważnie, sam nie wiem. Owszem, lubię być w ruchu, 

lubię  zmiany,  podróże,  poznawanie  nowych  krajów,  jednak...  dobrze 
mieć  gdzieś  swoje  miejsce  w  świecie...  -  Urwał  i  zaczerwienił  się 
trochę. - Przepraszam. To było nietaktowne z mojej strony. 

-  Nic  takiego.  Rozumiem  dobrze,  co  pan  ma  na  myśli.  Każdy  z 

nas  potrzebuje  jakiegoś  stałego  punktu,  z  którego  wyrusza  i  do 
którego  wraca.  I  sądzę,  że  z  biegiem  czasu  bardziej  się  cieszymy  z 
powracania niż z odchodzenia. 

Uśmiechnął się zawstydzony, ale jakże miło. 
- Tak, chyba tak jest. Ale niech mnie pani nie słucha, ja z natury 

lubię tkwić w jednym miejscu. Pani za to niech zawsze idzie naprzód i 
przepędza ze swej drogi wszystkie tygrysy. Jak dotąd bardzo dzielnie 
pani to robiła. Jednego chyba pani ostatnio spotkała, prawda? . 

- Ma pan na myśli monsieur de Valmy?  
Ściągnął brwi. - Reakcja pani była szybka. A więc jest tygrysem? 
- Dlaczego właśnie on, pańskim zdaniem? 
-  Dlatego,  że  ma  opinię  człowieka  gwałtownego  i 

nieobliczalnego. Jak się pani układają z nim stosunki? Jaki on jest? 

-  No...  bardzo  uprzejmy,  sympatyczny...  powiedziałabym  nawet 

czarujący. Tak, na pewno jest czarujący. Oboje z madame bardzo się 
starają, żebym w Valmy czuła się jak najlepiej. Oczywiście, nieczęsto 
ich widuję, ale kiedy się spotkamy, są dla mnie bardzo mili. 

Spojrzałam  na  placyk.  Z  piekarni  wyszły  dwie  kobiety  i  chwilę 

patrzyły  na  nas  ciekawie,  nim  odeszły,  stukając  głośno  sabotami  o 
kamienne płyty; ktoś krzyknął głośno i grupka dzieci rozpierzchła się, 
gadając  i  śmiejąc  się  jak  wróble.  Dwoje  z  nich  przebiegło  koło  nas, 
klapiąc  bosymi  nogami  o  ciepły  chodnik.  Zegar  na  wieży  kościelnej 
wybił pół godziny. 

background image

-  A  co  pana  tutaj  sprowadziło?  -  zapytałam.  -  Proszę  mi 

opowiedzieć o swojej pracy. 

-  Niewiele  jest  do  opowiadania.  -  Trzonkiem  łyżeczki  rysował 

jakieś  esy-floresy  na  blacie  stołu.  I  rzeczywiście,  z  tego,  co  mi 
powiedział,  wynikało,  że  życie  jego  ułożyło  się  całkiem  zwyczajnie. 
Serdeczny,  dość  zamożny  dom  pod  miastem,  dobra  szkoła  średnia, 
dwa lata w wojsku, podczas których największym wydarzeniem były 
manewry,  potem  uniwersytet  -  cztery  lata  ciężkiej  pracy,  wakacje  w 
Skandynawii  i  Niemczech,  wreszcie  dyplom  i  decyzja,  żeby  przez 
dalsze dwa lata prowadzić badania nad chorobami drzew szpilkowych, 
o  których  mi  opowiedział  bardzo  dokładnie  i  z  wielkim 
entuzjazmem... Choć nie było w tym przygody, okazało się, iż (mając 
do  czynienia  z  obumieraniem  gałęzi,  pękaniem  drzew  z  powodu 
suszy,  rakiem  modrzewi,  żukiem  niszczącym  korę  świerków  i 
pasożytami  zwanymi  Phompsis,  Megastimus,  a  nawet  Ips)  życie  w 
iglastych  lasach  może  być  wręcz  podniecające.  Z  naszej  rozmowy 
wywnioskowałam,  że  pan  Blake  zainteresowany  jest  przede 
wszystkim  pasożytami  sosny  -  ryjkowcami  -  które  (Hylobius,  a  nie 
Pissodes, co jest bardzo ważne) zaatakowały młode lasy na zachód od 
rzeki Merlon... 

W tym momencie zreflektował się i zaczerwienił lekko. 
- Właśnie dlatego jestem tutaj - powiedział z uśmiechem. - Mam 

tu znakomite warunki dzięki panu St. Vire, który jak na Francuza jest 
całkiem  przyzwoitym  facetem.  -  I  dodał  dla  wyjaśnienia  sprawy:  -
Mój ojciec poznał go w czasie wojny. Dał mi pewnego rodzaju pracę, 
to  znaczy,  że  płaci  mi  trochę  za  w  gruncie  rzeczy  moje  własne 
badania.  Mam  tu  cenny  materiał  naukowy  i  zdobywam 
doświadczenie,  poza  tym  dobrze  mi  się  pracuje  w  tym  kraju.  Tutaj 
wszystko  jest  na  niewielką  skalę,  ale  tacy  ludzie  jak  państwo  de 
Valmy czy St. Vire naprawdę dbają o swoje majątki. Poza tym można 
się  tu  wiele  nauczyć.  -  Spojrzał  na  mnie  poważnie.  -  Łącznie  z 
językiem. Co prawda jakoś mi to ciężko idzie. Nie łapię go. 

- Trudno się temu dziwić, jeśli pan cały czas żyje samotnie wśród 

termometrów. 

- Nie jestem przecież cały czas w chacie, w górach. Ale głównie 

tam  pracuję,  ponieważ  jestem  blisko  lasów  i  szkółek.  Jakiż  tam 
spokój,  mam  też  gdzie  schować  cały  swój  sprzęt  i  nocuję,  kiedy 
krucho u mnie z pieniędzmi. - Uśmiechnął się. - Co oczywiście nieraz 

background image

się  zdarza.  Schodzę  dość  często  do  Coq  Hardi.  Lokal  mocno 
hałaśliwy,  ale  właściciel  mówi  po  angielsku  i  dają  dobre  jedzenie... 
Czy ten chłopiec to pani uczeń? 

Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy, widać było wysoki mur 

ogrodu przy prezbiterium. Właśnie otworzyła się furtka i Filip ukazał 
się w jej łuku, za nim widać było tęgą gosposię proboszcza. 

- Tak, to Filip. Muszę już iść.  
 Wstałam,  a  kiedy  Filip  mnie  zobaczył,  powiedział  coś  przez 

ramię do gospodyni i puścił się pędem w naszą stronę. 

-  To  dobrze,  że  pani  na  mnie  czekała.  Powiedziałem  madame 

Rocher, że pani chyba poszła na spacer. Ale pani tu jest. 

-  Tak,  jestem  tu.  Wcześnie  skończyłeś,  Filipie.  Czy  ksiądz 

proboszcz zmęczył się tobą? 

- Nie wiem, co to znaczy "zmęczył się mną"? 
- Ennuye. 
-  Nie  -  odparł  poważnie.  -  Ale  chyba  nie  czuje  się  dobrze. 

Zmęczył  się,  ale  nie...  mną.  Madame  Rocher  powiedziała,  że  muszę 
już iść. 

-  O,  przykro  to  słyszeć  -  powiedziałam.  -  Filipie,  to  pan  Blake, 

który pracuje u monsieur de St. Vire. Panie Blake, to hrabia de Valmy. 

Uścisnęli  sobie  z  powagą  ręce,  z  którą  Filipowi  było  bardzo  do 

twarzy. 

- Na czym polega pańska praca, monsieur? 
- Jestem leśnikiem. 
- Ach, tak, rozumiem, leśnikiem. W Valmy także są leśnicy. 
-  Wiem  o  tym,  poznałem  kilku.  Piotra  Detruche,  Jana-Ludwika 

Michand i Armanda Lestocq, on mieszka tuż obok Coq Hardi. 

-  Nie  poznałem  ich  jeszcze  osobiście  -  powiedział  Filip.  -  Nie 

jestem tu długo, vous comprenez. 

-  To  zrozumiałe.  Pewno...  pewno  twój  stryj  zajmuje  się  tymi 

sprawami. 

-  Tak  -  brzmiała  uprzejma  odpowiedź.  -  Jest  moim kuratorem.  -

Mówiąc to Filip spojrzał na mnie z triumfem, że zapamiętał tak trudne 
słowo, natomiast na twarzy Blake'a wywołało ono lekkie rozbawienie. 

-  Chodźmy  już  -  odezwałam  się  spiesznie.  -  Dziękuję  panu  za 

kawę. Cieszę się z naszego spotkania. - I wyciągnęłam rękę. 

Chwycił ją w swoją dłoń, mówiąc szybko: - Proszę, niech pani tak 

mi nie znika. Kiedy spotkamy się znowu? 

background image

-  Niezbyt  wiele  mam  swobody.  Czasem  wolny  ranek,  ale  raczej 

rzadko. 

- A wieczorami? 
-  Z  tym  to  całkiem  niedobrze.  Tylko  w  piątki,  no  i  od  czasu  do 

czasu w niedzielę. 

-  To  niedobrze.  -  W  głosie  jego  zabrzmiało  wyraźne 

rozczarowanie.  -  W  ten  weekend  umówiłem  się  z  kolegami.  Może 
później? 

Filip  pociągnął  mnie  lekko  za  rękaw.  -  Muszę  już  iść  -

powiedziałam. - Zostawmy tę sprawę. Jestem pewna, że się spotkamy, 
ta dolina nie jest zbyt duża. I jeszcze raz dziękuję... 

Kiedy  przecinaliśmy  plac,  obejrzałam  się  w  tył,  Blake  zbierał 

właśnie  pracowicie  wszystkie  swoje  bandaże,  plastry  i  lekarstwa, 
które  na  wysokości  tysiąc  trzysta  metrów  miały  go  chronić  przed 
chorobą.

   
  Rozdział Vi 

Coś z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że nie będzie rozlewu krwi. 

(Dickens, "Barnaby Rudge") 

Tego  wieczoru  nasza  spokojna  koegzystencja  z  Filipem  została 

zakłócona.  Było  już  po  herbacie.  Wczesny  kwietniowy  zmierzch 
zapadał  za  domami,  story  jeszcze  nie  zostały  zaciągnięte,  choć  w 
pokoju szkolnym zapalona była już lampa i płonął ogień w kominku. 
Filip  od  niechcenia  bawił  się  ołowianymi  żołnierzami  na  dywanie 
przed  kominkiem.  A  ja  siedziałam  w  fotelu,  jak  zwykle  o  tej  porze 
czytałam mu głośno, kiedy usłyszałam, że krętą drogą podjeżdża pod 
górę  samochód.  Ponieważ  wieczór  był  dość  ciepły,  przez  uchylone 
drzwi  balkonowe  słychać  było  warkot  silnika  to  cichnący,  to 
nasilający  się.  Kiedy  przestałam  czytać  i  popatrzałam  w  stronę 
balkonu, Filip podniósł wzrok. 

- Une auto! Quelqu.un vient! - zawołał. 
- Mów po angielsku - powiedziałam automatycznie. - Co robisz, 

Filipie? 

background image

Nie  słuchał  mnie  wcale.  Zerwał  się  nie  zwracając  uwagi  na 

zabawki, podbiegł do drzwi i zniknął na balkonie. 

Odłożyłam  książkę  i  poszłam  za  nim.  Pobiegł  na  sam  koniec 

balkonu,  tam,  skąd  widoczny  był  żwirowany  podjazd  i  wychylił  się 
gwałtownie,  wręcz  niebezpiecznie  za  balustradę.  Przerażona  tym  już
miałam go chwycić za spodnie, ale opanowałam się mówiąc tylko: 

-  Jeśli  mocniej  się  wychylisz,  to  wypadniesz...  Patrz,  ta  część 

balustrady  się  rusza.  To  pewno  o  niej  mówiono,  że  trzeba  ją 
zreperować.  Filipie...  -  Lecz  on  nadal  nie  zwracał  na  mnie  uwagi, 
wychylając  się  nad  uszkodzoną  balustradą.  Dodałam  więc  bardziej 
stanowczo:  -  Filipie,  daj  spokój,  bądź rozsądny.  Dlaczego  taki  jesteś 
podniecony? Kogo się spodziewasz? 

Samochód  pokonał ostatni  zakręt i z chrzęstem wjechał  na żwir. 

Jego  zapalone  reflektory  omiotły  ciemne  krzewy  różanego  ogrodu, 
żelazne  sztachety  ogrodzenia  poniżej  balkonu,  loggię  i  rośliny  w 
doniczkach,  zatrzymały  się  na  łuku  prowadzącym  do  podwórza 
gospodarczego i zgasły. 

Trzasnęły drzwiczki  samochodu. Usłyszałam niski,  sympatyczny 

męski  głos.  Drugi  głos,  pewno  kierowcy,  coś  odpowiedział.  Potem 
wóz  odjechał  na  podwórze  koło  zabudowań  i  przybysz  wszedł  na 
główne schody. 

Zaciekawiona  czekałam,  aż  drzwi  się  otworzą  i  światło  z  hallu 

przyoblecze ów głos w ciało. Ale nim się to stało, Filip przemknął za 
moimi plecami  i  wpadł do pokoju  szkolnego.  Kiedy się odwróciłam, 
choć zdążyłam zobaczyć tylko jego plecy, zrozumiałam, że jest bardzo 
rozczarowany.  Bez  słowa  poszłam  za  nim,  usiadłam  w  fotelu  przy 
kominku i wzięłam do ręki książkę. Filip jednak nie wrócił do swoich 
zabawek.  Stał  wpatrzony  w  ogień.  Chyba  zapomniał  o  mojej 
obecności. 

Przerzuciłam kilka kartek i spytałam spokojnie: 
- Nie wiesz, kto to był? 
Wąskie ramiona uniosły się. - Chyba monsieur Florimond. 
- Monsieur Florimond? Masz na myśli tego dyktatora mody? 
-  Tak,  on  często  odwiedzał  nas  w  Paryżu  i  przyjaźni  się  ze 

stryjenką Heloizą. Pani słyszała o nim w Anglii? 

-  Oczywiście.  -  Nawet  w  sierocińcu  im.  Konstancji  Butcher 

słyszałyśmy  o  słynnym  Florimondzie,  którego  sylwetka  "Aladyn" 
wiele  lat  temu  wywołała  sensację  w  Paryżu  i  Nowym  Jorku  i,  jak 

background image

mówiono, z tego powodu Dior był bardzo zły i podarł serię gotowych 
już projektów. Nie przejmując się tym zbytnio spytałam: 

- Czy przyjechał tu na dłużej? 
- Nie wiem. - On najwyraźniej także się tym nie przejął. Ale nadal 

tak wyraźnie był rozczarowany, że powiedziałam: 

- Czy spodziewałeś się kogoś innego, Filipie? 
Bez słowa spojrzał na mnie i długie czarne rzęsy znowu opadły. 
Zawahałam  się.  Jednak  do  moich obowiązków  należała  troska  o 

Filipa, poza tym był bardzo osamotnionym dzieckiem. Na kogo czekał 
z taką niecierpliwością? 

- Może na stryja Raoula?  
Żadnej odpowiedzi. 
- Czy ktoś inny jeszcze miał przyjechać?  
Potrząsnął głową. 
- Nie lubisz pana Florimonda? - zaryzykowałam następne pytanie. 
- Ależ tak, bardzo go lubię. 
-  No,  to  dlaczego...  -  zaczęłam  mówić,  ale  coś  w  jego  twarzy 

ostrzegło  mnie,  żeby  dać  spokój.  Dokończyłam  więc  cicho:  -  Czas, 
żebyśmy zeszli do saloniku, mon petit. Nic mi nie mówiono, żebyśmy 
nie  schodzili  w  razie  przyjazdu  gości.  Idź,  umyj  ręce,  a  ja  się 
poczeszę.  

Nie  patrząc  na  mnie  wyszedł  bez  słowa.  A  ja  zamknęłam 

balkonowe drzwi.  

W saloniku  palił  się ogień  na  kominku,  a przed  nim na  kanapce 

obitej  różowym  brokatem  siedzieli  madame  de  Valmy  i  monsieur 
Florimond. 

Zaciekawiona  spojrzałam  na  niego.  Właściwie  nie  wiem,  jak 

sobie  wyobrażałam  człowieka  należącego  do  wielkiej  piątki 
dyktatorów  światowej  mody.  Wiem  tylko,  że  wcale  na  to  nie 
wyglądał.  Był  tęgi,  łysawy,  nieporządny.  Kiedy  milczał,  na  twarzy 
jego  malowała  się  melancholia,  ale  łagodne  niebieskie  oczy  były 
bystre, jakby nic nie mogło ujść jego uwadze. Swój świetnie skrojony 
garnitur  nosił  tak  niedbale,  jakby  to  był  plażowy  ręcznik.  Wszystkie 
kieszenie  miał  wypchane,  a  na  klapie  popiół  z  cygara.  W  szerokiej 
dłoni  trzymał  duży  arkusz  papieru  i  wymachiwał  nim,  opowiadając 
coś z ożywieniem madame de Valmy. 

Słuchała tego śmiejąc się z ożywieniem. Po raz pierwszy od mego 

przyjazdu do Valmy była tak wesoła. Uświadomiłam sobie nagle, jak 

background image

urocza  musiała  być  dawniej,  przed  tą  tragedią,  która  pozbawiła  jej 
twarz życia. 

Odwróciła  się  i  zobaczyła  nas  w  drzwiach  i  w  tym  momencie, 

jakby wyczuła  moje myśli, nagle cała jej wesołość pierzchła.  Znowu 
była  zatroskaną,  zamkniętą  w  sobie  starzejącą  się  kobietą.  Jakże 
upokarzające widowisko! Miałam ochotę spoliczkować ją za to, ale na 
szczęście  Filip  najwidoczniej  tego  nie  zauważył.  Powoli,  grzecznie 
podszedł  do  Florimoda,  który  wstał,  wydając  radosne  pomruki  ku 
widocznej irytacji Heloizy. 

- Filipie! Jak miło cię widzieć! Co u ciebie słychać? 
- Wszystko w porządku, dziękuję, m'sieur. 
- Hm, no tak. - Klepnął chłopca po policzku. - Jesteś zaróżowiony 

na  twarzy,  dobrze  wyglądasz.  Służy  ci  wiejskie  powietrze  w  Valmy, 
widać to wyraźnie! Nie dodał "lepiej niż paryskie", ale słowa te były 
w  podtekście.  Filip  nic  na  to  nie  odpowiedział.  Trudno  było  go 
oszukać.  Florimond  spostrzegł  swój  błąd,  wyraźnie  to  widziałam, 
szybko więc dodał: - Wcale nie dziwię się, że dobrze ci się powodzi w 
Valmy!  Kiedy  ktoś  ma  szczęście,  że  towarzyszy  mu  stale  młoda 
piękna dama, to musi kwitnąć! 

Filip  wysłuchał  tego  z  grzecznością,  ale  obojętną  miną,  która 

świadczyła,  że  go  to  nic  nie  obchodzi.  Ponieważ  rozmawiali  po 
francusku,  ja  również  tak  się  zachowywałam,  unikając  wzroku 
Florimonda. 

Heloiza  de  Valmy  odezwała  się  z  kanapki:  -  Nie  trać  czasu  na 

galanterię, Carlo. Co prawda jej francuszczyzna, jak mi mówiono, jest 
z każdym dniem lepsza, ale nie sądzę, żeby osiągnęła już etap, kiedy 
się rozumie komplementy. - I dodała po angielsku: - Miss Martin, oto 
monsieur Florimond. Nie wątpię, że pani o nim słyszała. 

Kiedy ściskaliśmy sobie dłonie, powiedziałam spokojnie: 
-  Nawet  w  moim  angielskim  sierocińcu  słyszałyśmy  o  panu. 

Może  z  sześcioletnim  opóźnieniem,  ale  dotarł  pan  do  nas.  -
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie moje tanie, gotowe sukienki. 
- Proszę mi wierzyć. 

Najwyraźniej  zrozumiał  mnie  i  zrobiwszy  szeroki  gest  ręką,  w 

której  trzymał  książkę,  jak  zauważyłam  nosiła  tytuł  "Opowieść  o 
Gendzi", *

  

background image

"Opowieść  o  Gendzi"  to  największe  arcydzieło  japońskiej 

literatury  klasycznej,  w  którym  autorka  Murasaki  Sikibu  opisuje 
przygody miłosne tytułowego bohatera Gendzi, księcia Hitaru. (Przyp. 
tłum.) 

   powiedział: 
-  Pani,  mademoiselle,  będzie  ozdobą  każdej  sukni,  jaką  będzie 

pani nosić. 

- Naprawdę? - roześmiałam się. 
- Naprawdę - przytaknął z błyskiem w oczach. 
-  Ten  wspaniały  komplement  sprawił,  że  wprost  zaniemówiłam, 

monsieur.  

Rozbawiona  najwyraźniej  madame  de  Valmy,  powiedziała 

przyjaźnie, co jej się dotąd prawie nie zdarzało: 

- Monsieur Florimond stale martwi się tym, że może ubierać tylko 

stare zwiędłe kobiety, a młode i ładne kupują sukienki pretes a porter, 
jak  mówimy...  wiesz,  Carlo,  kiedy  rozmawiam  z  tobą,  jestem  tak 
podniecona,  że  mój  angielski  jest  bardzo  kiepski...  jak  brzmi  po 
angielsku zwrot "od razu do noszenia"? - zwróciła się do mnie. 

- "Prosto z wieszaka" - odparłam. 
- Tak, to  logiczne,  przecież gotowe  sukienki  kupuje  się prosto  z 

wieszaka. 

- Pani angielski, madame, bardzo rzadko bywa kiepski, no może 

zaimki sprawiają pani kłopot. 

Kiedy  zdumiona  uniosła  brwi,  Florimond  powiedział  

zachwycony: 

-  Oto,  chere  madame,  prawdziwy  komplement!  Elegancki, 

subtelny. 

Roześmiała  się.  -  Nawet  jeszcze  teraz,  drogi  Carlo,    jestem 

obdarzana  komplementami,  dlatego  potrafię  je  docenić,  wierz  mi. 
Dziękuję,  miss  Martin,  to  było  bardzo  miłe  z  pani  strony.  -  Jej 
przeznaczony dla  mnie uśmiech  był prawie ciepły,  przyjazny,  po raz 
pierwszy  od  chwili  poznania.  Zobaczyłam,  że  ma  nieodparty 
wrodzony wdzięk, że potrafi okazać komuś, że go lubi i akceptuje... A 
ja  tak  bardzo  tego  potrzebowałam...  Jakiegoś  gestu,  choćby 
najdrobniejszego, sympatii. Może teraz wreszcie... 

I  kiedy  uśmiechnęłam  się  do  niej  w  odpowiedzi,  znowu  to  się 

stało.  Całe  ciepło  zniknęło  z  jej  twarzy,  jak  wino  z  pękniętego 

background image

kieliszka,  została  tylko  pusta  zmęczona  skorupa,  która  nic  nie 
odzwierciedlała. 

Znowu wzięła do ręki haft. 
Stałam, czując jak uśmiech zastyga mi na ustach, z niezrozumiałej 

dla  mnie  przyczyny  odtrącona  bardziej  stanowczo  niż  kiedykolwiek 
przedtem.  Chwilę  temu  przysięgłabym,  że  ta  kobieta  mnie  lubi...  a 
teraz, gdy chłodna, opanowana zajęła się swoim haftem, wydawało mi 
się,  że  widzę  w  jej  oczach  ten  sam  wyraz  lęku,  jaki  spostrzegłam 
pierwszego dnia mego pobytu w Valmy. 

Odsunęłam natychmiast tę myśl. Przestałam już wyobrażać sobie, 

że  madame  de  Valmy  boi  się  męża,  wręcz  przeciwnie.  Bez  jakichś 
przesadnych  oznak,  było  oczywiste,  że  są  bardzo  mocno  ze  sobą 
związani. Zapewne, rozmyślałam ze współczuciem, ten chłód Heloizy 
de  Valmy,  ten    dystans  wobec  innych  był  wynikiem  niezwykłej 
samokontroli,  której  kiedyś  się  nauczyła.  Zbyt  byłam  młoda,  żeby 
pojąć,  iż  ktoś  może całkowicie  różnić  się  ode  mnie temperamentem. 
Jednego  byłam  pewna:  życie  mimo  wszystko  musi  być  znacznie 
łatwiejsze dla Leona de Valmy niż dla jego żony... 

A  jej  postawa  wobec  mnie,  wobec  Filipa,  musi  być  tylko 

przejawem  ogólnej  powściągliwości,  wewnętrznego  zamknięcia  się... 
Trzeba  czasu,  żeby  ta  rezerwa  zniknęła,  drzwi  się  otworzyły.  To  nie 
lęk był w jej spojrzeniu, lecz rodzaj wyczekiwania, próba oceny mnie, 
nic więcej. Musi upłynąć trochę czasu. Może tak samo jak ja nadal się 
zastanawia nad tym, dlaczego zdaniem męża popełniła "wielki błąd"... 

Robiła  ściegi  delikatnie,  z  niezwykłą  uwagą.  Koło  niej  stała 

lampa,  światło  padało  na  jej  wąską  białą  dłoń.  Igła  poruszała  się 
szybko. Nie podnosiła wzroku. 

-  Chodź  tu,  Filipie,  i  usiądź  przy  mnie  na  stołeczku.  Możesz  tu 

być  z  nami  dziesięć  minut.  Nie,  miss  Martin,  proszę  nie  uciekać. 
Proszę siadać i zamiast mnie zabawiać monsieur Florimonda. 

Maska  została  znowu  nałożona.  Heloiza  de  Valmy,  jak  zawsze 

skupiona  i  elegancka,  pochylona  była  nad  haftem.  Sprawiała  nawet 
wrażenie  zainteresowanej,  kiedy  Filip  zdawał  zwykłą  relację  z  tego, 
co robił w ciągu dnia, i słuchała cierpliwie jego grzecznych, starannie 
sformułowanych odpowiedzi. 

Florimond odezwał się cicho:   - Może zajmie pani miejsce koło 

mnie?  

background image

Odwróciłam  się  do  niego  z  wdzięcznością,  obserwował  mnie 

swymi  łagodnymi  oczami,  które  jednak  zawsze  wszystko  widziały. 
Musiał  zauważyć  ten  przypływ  i  odpływ  sympatii  mojej 
chlebodawczyni,  co  spowodowało,  że  zamilkłam  dotknięta  do 
żywego; teraz on sprawiał wrażenie, iż pragnie rozweselić mnie. Jego 
repertuar  dyskretnie  skandalicznych  opowieści  był  bardzo  zabawny, 
choć  zapewnie    tylko  w  połowie  były  one  prawdziwe,  a  ponieważ 
znałam  ten  jego  Paryż  znacznie  lepiej,  niż  sobie  zdawał  sprawę, 
wkrótce zaczęłam się świetnie bawić. Trochę przy tym także flirtował 
-  och,  z  jakim  wdziękiem  -  i  był  nieco  zaskoczony,  a  potem 
zachwycony,  że  jego  galanteria  nie  tylko  nie  wprawiła  mnie  w 
zakłopotanie,  ale cieszyła. Byłby jeszcze bardziej zaskoczony, gdyby 
wiedział,  że  w  jakiś  dziwny  sposób  przypominał  mi  tatusia,  tak 
dowcipnej, inteligentnej rozmowy nie słyszałam od dziewięciu lat, od 
ostatniego  u  nas  spotkania  towarzyskiego,  kiedy  recytowano  też 
wiersze. Nic więc dziwnego, że cieszyłam się teraz każdą chwilą. 

Jedno tylko psuło przyjemność, od czasu do czasu widziałam, że 

Heloiza  de  Valmy  obserwuje  mnie  ni  to  z  uznaniem,  ni  to  z 
ostrzeżeniem,  albo,  co  może  się  wydać  zupełnie  fantastyczne,  z 
lękiem. 

Ciekawe, kto też doniósł jej, że z "każdym dniem" robię  postępy 

we francuskim. 

Wejście  Seddona  z  tacą  cocktaili  przerwało  nam  rozmowę. 

Spojrzałam  pytająco  na  madame  de  Valmy,  a  Filip  zrobił  taki  gest, 
jakby chciał wstać. 

Ale nim nas odprawiła, odezwał się Florimond: 
- Nie odsyłaj dziecka. Teraz kiedy skończył swoje sprawozdanie, 

może mnie go przekażesz? 

Uśmiechnęła się, unosząc swoje delikatne brwi. 
- Co chcesz z nim zrobić, Carlo? 
Odłożył  ostatecznie  "Opowieści  o  Gendzi"  na  sam  brzeg 

filigranowego  stolika  do  kawy  i  zaczął  czegoś  szukać  w  swoich 
nieporządnych  kieszeniach.  Mrugnął  przy  tym  na  Filipa,  który 
obserwował  go  z tym swoim  podejrzliwym spojrzeniem,  którego  nie 
znosiłam, i zobaczyłam wyraz ulgi na jego twarzyczce, kiedy wreszcie 
usłyszał odpowiedź. 

-  Podczas  naszego  ostatniego  spotkania,  chłopcze  -  powiedział 

Florimond  -  próbowałem  cię  wtajemniczyć  w  pewną  wyrafinowaną 

background image

rozrywkę, godną mądrego mężczyzny. O, proszę, są... - I wyciągnął z 
kieszeni  małą  składaną  szachownicę  z  kompletem  malutkich 
czerwonych i białych pionków. 

Madame de Valmy, widząc to, roześmiała się. 
-  Widzę,  że  to  prawie  namiętność.  Dobrze,  Carlo,  ale  piętnaście 

po  szóstej  musi  wrócić  na  górę.  Nie  później.  Berta  będzie  na  niego 
czekać. 

Że  to  nie  była  prawda,  wiedziała  równie  dobrze  jak  ja.  Choć 

rozmowa  toczyła  się  teraz  w  języku  francuskim,  zauważyłam,  iż 
spojrzała na mnie badawczo, przybrałam więc całkiem obojętny wyraz 
twarzy.  To  ciekawe,  że  nie  tylko  ja  robiłam  wszystko,  żeby  usunąć 
Filipa z oczu jego stryja.  

Filip szybko przysunął swój stołeczek do fotela Florimonda i obaj 

pochylili się nad szachownicą. 

-  A  teraz  -  odezwał  się  Florimond  -  zobaczymy,  chłopcze,  czy 

pamiętasz  jeszcze  zasady  gry.  Ostatnim  razem  wykonałeś  dość 
zaskakujące  ruchy,  ale  trzeba  przyznać,  że  w  twojej  koncepcji  była 
spora doza świeżości, co dało zaskakujące rezultaty. Twój ruch.   

- Już go zrobiłem - odparł z godnością Filip - kiedy pan mówił. 
- Naprawdę? No, proszę, królem. Klasyczny gambit, monsieur... a 

ja ten pionek. O, tak. 

Filip  pochylił  się  nad  szachownicą  ze  zmarszczonymi  brwiami, 

skoncentrowany  całkowicie  na  grze,  podczas  gdy  Florimond  oparty 
wygodnie  w  fotelu,  paląc  cygaro,  z  którego  popiół  spadał  na  jego 
świetnie  skrojoną  marynarkę,  patrzył  na  niego  życzliwie,  cały  czas 
mówiąc cicho, z czego Filip, jeśli tego w ogóle słuchał, zrozumiałby 
tylko jedną trzecią. 

Siedziałam  w  milczeniu  i  patrzyłam  na  nich,  czując  serdeczną 

wdzięczność dla tego wybitnego, paryżanina, który mimo tylu spraw, 
jakimi był obarczony, zadawał sobie trud, żeby ten mały chłopiec czuł 
się  kimś  naprawdę  pożądanym.  Na  podstawie  tego  co  mówił  słynny 
projektant mody, można by wywnioskować, że przez cały ubiegły rok 
z  niecierpliwością  czekał  na  to,  żeby  znowu  zagrać  z  Filipem  w 
szachy. 

Nagle zauważyłam, że madame de Valmy przestała haftować. Jej 

ręce  znieruchomiały  wśród  fałd  materiału  na  kolanach.  Pomyślałam, 
że zainteresowała  ją gra, ale ona  wcale  nie  patrzyła na  szachownicę. 
Wzrok,  miała  wbity  w  spuszczoną  głowę  Filipa.  Była  chyba  mocno 

background image

zamyślona, ponieważ kiedy chłopiec nagle coś wykrzyknął, wyraźnie 
drgnęła. Był to okrzyk radości.. 

- Królowa! Królowa! Zabrałem panu królową! - I uderzył ręką w 

szachownicę. 

- Tak, widzę - odparł z największym spokojem Florimond. - Ale, 

czy  zechcesz  mi  powiedzieć,  młody  Capablanco,  według  jakiej  to 
nowej zasady zrobiłeś ten ruch przez całą szachownicę? 

- Nie było żadnego pionka po drodze - wyjaśnił uprzejmie Filip. 
-  Istotnie.  Ale  zrobiłeś  ten  ruch  laufrem.  Nie  chcę  być 

małostkowy, ale istnieje zasada, która ogranicza laufra tylko do ruchu 
ukośnego. Powiesz, że to drobiazg... ale tak jest, Filipie. 

-  Laufer?  -  powtórzył  chłopiec,  podchwyciwszy  tylko  to  jedno 

zrozumiałe dla niego słowo. 

-  Laufer  to  w  dawnych  czasach  taki  giermek,  sługa,  który  biegł 

przed pojazdem swego pana - wyjaśnił spokojnie Florimond. 

- Och - westchnął Filip i z uśmiechem spojrzał na swego partnera, 

wcale  nie  zbity  z  tropu.  -  Zapomniałem.  Może  pan  wziąć  sobie  tę 
swoją królową. 

- Bardzo  ci dziękuję.  No,  to  nadal masz ruch,  radzę  więc, żebyś 

zwrócił uwagę na pozycję swego laufra względem mojej królowej.  

Filip  zmarszczył  brwi,  zastanawiając  się  chwilę.  -  Nic  nie  ma 

między nimi - stwierdził niepewnie. 

- No, właśnie. 
- Ależ tak! - I szybko usunął  laufra z drogi  królowej. - Tutaj go 

postawię. 

-  Bardzo  mądrze,  bardzo  -  zachichotał  Florimond.  Kiedy  bardzo 

zamyślony  pochylił  się  nad  szachownicą,  można  by  sądzić,  że 
rozgrywa partię z mistrzem, a nie z małym chłopcem, który nawet nie 
zna zasad gry. 

Spojrzałam  na  zegarek.  Szesnaście  po  szóstej.  Spojrzałam 

zdziwiona na madame de Valmy, byłam pewna, że tak samo nerwowo 
pilnuje  czasu  jak  ja,  ale  ona,  z  rękami  znowu  opuszczonymi 
bezczynnie na kolana, wpatrywała się w ogień. Myślami była o setki 
kilometrów  stąd.  Ciekawa  byłam  gdzie...  ale  sprawiała  wrażenie,  iż 
nie jest to przyjemne miejsce. 

- Madame... - odezwałam się. 
Drgnęła  i  tak  szybko  wzięła  swój  haft  w  ręce,  że  się  ukłuła  w 

palec. 

background image

-  Przykro  mi,  że  przeszkadzam  pani,  ale  chyba  już  czas,  żeby 

Filip poszedł na górę.  

Siedziałam  plecami  do  drzwi,  nie  widziałam  więc  ani  nie 

usłyszałam, że się otwierają. Zrozumiałam o co chodzi dopiero kiedy 
Filip  podniósł  głowę,  a  oczy  jego  otworzyły  się  szeroko.  I  w  tym 
momencie usłyszałam dźwięczny głos Leona de Valmy. 

- Proszę, Filipie, nie wstawaj. Carlo, jak się cieszę. Dlaczego tak 

rzadko się widujemy? - Kiedy to mówił, wózek wjechał bezszelestnie. 
Filip zerwał się ze swego stołeczka i stał wpatrując się w stryja niby 
zahipnotyzowany  ptak,  Florimond  też  dźwignął  się  z  fotela,  Heloiza 
znowu  przestała  haftować  i  odwróciła  się  gwałtownie  do  męża,  a  ja 
szybko  podniosłam  się,  kiedy  wózek  mnie  mijał,  i  zajęłam  swoje 
zwykłe odległe miejsce w niszy okiennej. 

Leon  de  Valmy  chyba  nie  zauważył  tego,  co  robię,  lecz  Filip 

widział  i  zrobił  taki  ruch,  jakby  chciał  uciec,  jednak  słowa  stryja 
przykuły go do miejsca: 

-  Zostań,  Filipie,  tak  rzadko  mam  okazję  cię  widzieć.  To  dzięki 

monsieur Florimondowi zjawiłem się tu wcześniej. Siadaj, chłopcze.  

Posłuchał.  Wózek  inwalidzki  przesunął  się  koło  kanapy  i 

zatrzymał. Leon de Valmy dotknął ręki żony. 

- Twoje poczucie obowiązku doprawdy mnie wzrusza, Heloizo.  
Tylko  ktoś,  kto  znał  dobrze  jego  głos,  mógł  wyczuć  w  tych 

uprzejmych  słowach  napięcie.  Oczy  ich  spotkały  się  i  madame  de 
Valmy  uśmiechnęła  się,  a  ja  po  raz  drugi  tego  wieczoru  znów 
poczułam gniew. Czy ich zdaniem pół godziny dziennie to zbyt dużo, 
żeby  je  poświęcić  Filipowi?  Tym  razem  chłopiec  zauważył  to. 
Wyraźnie  spochmurniał,  kiedy  spojrzał  z  ukosa  na  stryja.  I 
pomyślałam:  Czemu,  u  licha,  ten  człowiek  nie  może  sobie  znaleźć 
równorzędnego przeciwnika.  

W chwilę później, jakby nie istniała ta sytuacja, Leon de Valmy, 

wyraźnie  w  bardzo  dobrym  nastroju,  zaczął  rozmawiać  wesoło  z 
Florimondem.  

-  To  miło,  że  do  nas  wpadłeś,  Carlo.  Co  cię  sprowadza  do 

Genewy?  

Florimond  znowu  opadł  na  fotel.  -  Poszukiwanie  odpowiednich 

materiałów  - zrobił  szeroki  gest  ręką,  wskazując  na  książkę 
"Opowieść Gendzi", która w tym momencie spadła na ziemię. 

background image

-  Obejrzyj,  proszę,  Heloizo,  te  ilustracje  i  powiedz  mi  czy 

widziałaś kiedy coś równie eleganckiego, tak wdzięczne i precyzyjne 
inne oblicze dekadencji... Ach, dziękuję ci, mon lapin - zwrócił się do 
Filipa, który schylił się, podniósł książkę. - Podaj ją swojej stryjence, 
p.tit. C'est formidable, hein? 

Spojrzała na nią. - Co to jest, Carlo?  
- Zagrożenie dla spokoju twego ducha i mojej kieszeni - wyjaśnił 

z uśmiechem Leon de Valmy. - Zapewne linia "mandaryna" czy coś w 
tym guście, a przy tym inne oblicze dekadencji. Wyznam, że ciebie w 
tym nie widzę, moja droga. I chyba ci na to nie pozwolę.  

Florimond  roześmiał  się  głośno.  - To  tylko  materiał, zapewniam 

cię, tylko materiał. Tylko tyle mogę ci powiedzieć. Rose Gauthier i ja 
stworzyliśmy  coś,  co  w  listopadzie  zadziwi  filistrów,  a  ja 
przyjechałem,  żeby  dopilnować  wszystkiego  jak  troskliwy  ojciec.  W 
każdym  razie  taka  jest  moja wymówka.  O  tej  porze  roku,  jeśli  tylko 
mogę, uciekam z Paryża. 

- A co słychać z kolekcją? - spytała madame.  
Z cygara Florimonda spadł popiół na jego koszulę, nie przejmując 

się tym wtarł go w klapę marynarki. 

-  Dopiero  w  stanie  poczęcia.  Żadnych  skurczów  ani  bólów. 

Zacznę rodzić za kilka miesięcy, a wtedy błyskawicznie trzeba będzie 
miot,  który  ujrzy  światło  dzienne  we  łzach  i  krwi,  przyoblec  we 
właściwy kształt. - W tym momencie spojrzał w dół, na siedzącego w 
milczeniu  Filipa,  i  dodał  nie  zmieniając  tonu:  -  Kiedy  tu  jechałem, 
między Thonon i Valmy była gęsta mgła na drodze. 

Leon  de  Valmy  zajęty  był  tacą  z  cocktailami.  Podał  żonie 

szklankę. 

- Doprawdy? Bardzo gęsta? 
- Miejscami. Chyba tylko tutaj. W Genewie nie było śladu mgły, 

oczywiście mogła się pojawić gdzieś dalej nad Jeziorem. Dziękuję ci. 

Leon  de  Valmy nalał  sobie  drinka  na  końcu  i  kiedy  jego  wózek 

zataczał  znowu  krąg  przed  kominkiem,  na  niskim  stole  zauważył 
szachownicę. Zmarszczył brwi.  

- Szachy? Czy ty, Carlo nigdy się bez nich nie ruszasz?   
- Nigdy. Mam nadzieję, że dziś wieczorem zagrasz ze mną.  
- Z przyjemnością. Tylko nie tym zestawem krawieckich szpilek. 

Nie gram dobrze, kiedy muszę używać teleskopu. 

background image

- Bardzo lubię grać twoimi szachami - odparł Florimond. - A poza 

tym jesteś przeciwnikiem godnym mojej szpady, co znaczy, że nasze 
spotkania kończą się zwykle twoim całkowitym zwycięstwem. 

- Hm... - Leon de Valmy wpatrywał się z uwagą w szachownicę. -

Wygląda  na  to,  że  czerwone  rozgrywały  partię  dosłownie 
krótkowzrocznie.  Wiedziałem,  moja droga  Heloizo,  że kiepsko  grasz 
w szachy, ale nie wiedziałem, że aż tak źle.  

Uśmiechnęła  się  tylko,  nie  zaprzeczając.  Zresztą  nie  było 

potrzeby. Doskonale wiedział, kto grał i Filip wiedział, że on wie. 

-  O,  tak  -  powiedział  Florimond  niezwykle  spokojnie,  wpatrując 

się  w  malutkie  ludziki.  -  Do  licha,  ale  się  wpakowałem  w  kabałę. 
Może  jednak  powinienem  używać  okularów.  Masz  całkowitą  rację, 
drogi Leonie, to błąd nie doceniać przeciwnika. Nigdy tego nie rób. -
Jego  duża  dłoń  przesunęła  dwie  figury  szybkim  ruchem,  a  łagodna 
mądra twarz wyrażała jedynie zainteresowanie lilipucimi manewrami 
na szachownicy. 

Leon de Valmy spojrzał na niego przelotnie, a wyraz rozbawienia 

jak wiosenna chmura przemknął szybko po jego twarzy.  

-  Staram  się,  jak  mogę.  -  Potem  uśmiechnął  się  do  Filipa,  który 

milcząc  siedział  na  stołeczku.  -  Podejdź  tu  i  dokończ  gry.  Jestem 
pewien, że twoja stryjenka jeszcze cię nie odeśle na górę. 

Filip  wstał  jakby  jeszcze  mniejszy  i  bardziej  sztywny  niż 

przedtem. 

- Ja... ja chyba nie... Dziękuję.  
- Musisz przyznać, mój drogi, że dość kiepsko sobie poczynasz.  
Chłopiec  zaczerwienił  się,  w  tym  momencie  odezwał  się 

Florimond. 

- I tak nie możemy grać dalej. Pomieszałem pionki. Sytuacja nie 

była aż tak trudna, jak przypuszcza twój stryj,  Filipie, ale nie bardzo 
już  pamiętam,  jak  to  było.  Przepraszam... Mam  nadzieję,  że  wkrótce 
będę  miał  przyjemności  znowu  z  tobą  zagrać.  Całkiem  dobrze  sobie 
radzisz.  -  Odsunął  na  bok  szachownicę  i  uśmiechnął  się  do  dziecka, 
które tylko przelotnie spojrzało na niego. Potem rozsiadł się w fotelu i 
zwracając  się  do  gospodarza  zaczął  opowiadać  jedną  ze  swoich 
nieprawdopodobnych historyjek,  w ten  sposób  zwracając całą uwagę 
na siebie. Filip siedział ponuro, bez ruchu na swoim małym stołeczku, 
istny obraz osamotnienia. Patrzałam na niego, wściekła na wszystkich. 

background image

Musiał  to  wyczuć,  gdyż  spojrzał  na  mnie.  Mrugnęłam  do  niego  i 
uśmiechnęłam się. Żadnej reakcji. Czarne rzęsy znowu opadły. 

Otworzyły się drzwi  i wszedł Seddon. Zbliżył się do Heloizy de 

Valmy, mówiąc: 

- Madame, właśnie był telefon od pana Raoula. 
Rzuciła szybkie spojrzenie na męża. - Od pana Raoula, Seddon?  
- Prosił, żeby pani powtórzyć, madame, że jest w drodze.  
Szklanka Leona de Valmy stuknęła o poręcz wózka.  
- W drodze? Gdzie jest teraz? Skąd dzwonił? 
-  Nie  wiem,  sir.  Ale  nie  z  Bellevigne.  Powiedział,  że  będzie  tu 

jeszcze dziś wieczorem. 

Cisza.  Usłyszałam  nawet  tykanie  małego  zegara  stojącego  na 

kominku. 

Pierwszy  odezwał  się  Florimond.  -  Jak  to  miło! Nie opamiętam, 

kiedy ostatni raz widziałem Raoula. Mam nadzieję, że zdąży na obiad. 

-  Nie,  monsieur  -  odparł  Seddon.  -  Powiedział,  że    może  być 

późno  i  żeby  nie  czekać  na  niego,  ale  że  z  pewnością  przyjedzie  tu 
dziś wieczorem. 

- Tylko tyle powiedział? - spytał Leon de Valmy.  
- Tak, sir. 
-  Czy  nie  dał  do  zrozumienia,  że  stało  się  coś  złego...  w 

Bellevigne? - W głosie madame de Valmy było zaniepokojenie. 

- Nie, madame, z pewnością nie.  
Florimond  roześmiał  się.  -  Nie  rób  takiej  smutnej  miny,  moja 

droga.  Pewno  przez  tydzień  wiał  mistral,  co  mu  się  znudziło,  i 
postanowił uciec. To paskudne wietrzysko. 

-  Zwykle  ucieka  nie  w  tym  kierunku  -  stwierdził  sucho  jego 

ojciec. - To wszystko, Seddon, dziękuję.  

- Proszę, powiedzcie pani Seddon, żeby przygotowała  pokój dla 

pana Raoula. 

-  Oczywiście,  madame.  -  Seddon,  jak  zawsze  doskonale 

opanowany, skinął głową. Heloiza de Valmy znów spojrzała na męża, 
zagryzła  dolną  wargę,  ku  memu  zdumieniu  wyraźnie  zbladła,  twarz 
miała napiętą. 

Najwyraźniej  szykowało  się  serdeczne  powitanie  dla  syna 

gospodarza  tego  domu.  On  i  Filip,  obaj...  Chateau  de  Valmy  z 
pewnością  nie  było  ciepłym  ogniskiem  rodzinnym.  Tak  samo  jak 
sierociniec im. Konstancji Butcher. 

background image

W  tym  momencie  rozbłysnął  światłem  wielki  żyrandol  pod 

sufitem, Seddon zaciągnął story i napełnił ponownie  szklanki. Szkło 
zadźwięczało, ktoś się roześmiał. Filip zaczął pomagać Florimondowi 
chować  szachy...  I  nagle  wyimaginowane  przeze  mnie  napięcie 
zniknęło.  Płonący  ogień  na  kominku,  śmiech,  zapach  sosnowego 
drewna  i  wytwornych  perfum  Schiaparekli,  szelest  ciężkiego 
zsuwanego brokatu... Cóż za absurd zaludniać urocze Chateau Valmy 
duchami z Thornfield. 

Król Demonów odwrócił się do mnie i powiedział po angielsku: 
- Proszę do nas wrócić, Jane Eyre. * 
Jane Eyre, uboga młoda dziewczyna, bohaterka słynnej powieści 

ang. pióra Charlotty Bronte, o tym samym tytule, była guwernantką w 
domu bogatego  ziemianina Rochestera. (Przyp. tłum.) 

  
Musiałam  chyba  aż  podskoczyć.  Spojrzał  na  mnie  zdumiony  i 

roześmiał się. 

- Tak bardzo panią przestraszyłem? Przepraszam. Czy  była pani 

bardzo daleko? 

-  Dość  daleko.  W  hrabstwie  York,  miejscu  zwanym  Thornfield 

Hall. * 

Czarne brwi uniosły się. - A więc zgadłem. Nic dziwnego, że pani 

podskoczyła. - Uśmiechnął się. -  Muszę być ostrożny... A teraz może 
zajmie  się  pani  Filipem,  zanim  monsieur  Florimond  poczęstuje  go 
wermutem. Zapewniam cię, chłopcze, że wermut nie smakowałby ci. 
A teraz pożegnaj się w języku angielskim i wyjdź. 

Filip zerwał się błyskawicznie i bardzo grzecznie, choć może zbyt 

ochoczo,  ze  wszystkimi  się  pożegnał.  Kiedy  wreszcie  wziął  mnie 
mocno za rękę, chyba równie jak on byłam z tego zadowolona. Cicho 
powiedziałam  dobranoc    kierując  się  do  drzwi.  Towarzyszyły  mi 
lekko drwiące słowa Leona de Valmy: "Dobranoc, miss Eyre". 

Przez resztę wieczoru Filip był nieco przygaszony, ale  właściwie 

całą tę przeprawę ze stryjem zniósł całkiem dobrze. 

Kiedy  już  poszedł  spać,  zjadłam  samotnie  kolację  w  swoim 

pokoju.  Tym  razem  Albertyna,  pokojówka  madame  de  Valmy, 
przyniosła mi jedzenie. Zrobiła to w całkowitym milczeniu, dając mi 
do zrozumienia, iż czyni to nadzwyczaj niechętnie. 

background image

- Dziękuję, Albertyno - powiedziałam wesoło, kiedy wszystko już 

postawiła  przede  mną,  może  z  ostentacyjną  precyzją.  -  A  tak  przy 
okazji... 

Odwróciła się stanąwszy na progu. Jej ponura twarz była całkiem 

pozbawiona wyrazu. 

- Słucham? 
- Może  pamiętasz,  czy w zeszłym  tygodniu przyniosłam tabletki 

dla pani Seddon, czy nie? 

- Non - zaprzeczyła Albertyna, zamierzając wyjść.   
- To znaczy, że nie dałam, czy, że nie pamiętasz?   
- To  znaczy,  że nie  wiem  - odparła  przez  ramię,  nie  odwracając 

się nawet. - Dlaczego panienka pyta?   

-  Dlatego,  że  pani  Seddon  prosiła  mnie  dzisiaj  o  tabletki,  a 

monsieur Garcin powiada, że dał mi je tydzień temu. Jeśli tak było, to 
musiałam  je  przynieść  z  innymi  jej  sprawunkami.  Zupełnie  tego  nie 
pamiętam. Czy wraz ze spisem, który mi dałaś, była też recepta? 

Wzruszyła  ramionami.  -  Może.  Nie  wiem.  Dlaczego  panienka 

sama jej nie spyta? 

-  Tak,  chyba  tak  zrobię  -    powiedziałam  zimno.  -  To  wszystko, 

Albertyno. 

Ale  drzwi  już  się  za  nią  zamykały.  Patrzyłam  na  nie  chwilę  z

zaciśniętymi  wargami  i  zaczęłam  jeść.  Nieco  później  usłyszałam 
pukanie do drzwi, ukazała się w nich pani Seddon, a ja bez żadnego 
wstępu powiedziałam: 

- Co ugryzło Albertynę? Zła jak osa.  
-  Ach,  ta  Albertyna!  -  parsknęła  pani  Seddon.  -  Chodzi  jak 

chmura  gradowa,  ponieważ  kazałam  jej  przynieść  panience  kolację. 
Berta  pomaga  Marietcie  wyszykować  pokój  dla  pana  Raoula,  gdyż 
Marietta  nie  lubi  Albertyny,  która  poza  tym  jest  zawsze  kwaśna  jak 
ocet, jeśli ma zrobić coś poza osobistymi pokojami madame. Ona i ten 
Bernard, to dobrana para. Jestem pewna, że gdyby nasz pan kazał mu 
obrabować bank, zrobiłby to, ale dla kogoś w potrzebie nawet palcem 
by nie kiwnął. 

-  Ma  pani  rację.  Nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego  madame  tak  ją 

lubi. 

-  Bo  ona  przy  madame  nie  ma  takiej  kwaśnej  miny.  Umie  się 

przypochlebić,  ale  wszystko  to  jedno  wielkie  udawanie,    wspomni 
panienka  moje  słowa.  -  Za  każdym  razem  rozmowa  z  panią  Seddon 

background image

była niezwykle barwna. - Ale ona zawsze taka jest wobec wszystkich 
tu  z  wyjątkiem  Bernarda  i  zazdrosna  okropnie,  jeśli  madame 
uśmiechnie się do kogoś innego. Ona wie, że madame lubi panienkę, 
ot, i cała tajemnica, proszę mi wierzyć. 

-  Madame  mnie  lubi?  -  spytałam  zdumiona.  -  Skąd  pani  o  tym 

wie? 

-  Mówiła  o  panience  dużo  miłych  rzeczy,  nie  trzeba  więc 

przejmować się humorami Albertyny. 

Roześmiałam  się.  -  Kiedy  ja  się  wcale  nie  przejmuję.  A  co  z 

astmą? Chyba lepiej. 

- Tak to już jest, dopada  mnie, potem puszcza.  O tej porze roku 

raczej  dokucza,  ale  nie  jest  teraz  tak  źle,  jak  dawniej  bywało. 
Pamiętam, jak matka panienki Debbie mawiała do mnie... 

Nauczyłam się w porę jej przerywać. - Niestety monsieur Garcin 

nie dał mi dzisiaj antyhistaminy dla pani. Twierdzi, że dostała ją pani 
tydzień temu. Czy ja pani ją przyniosłam? Bardzo się wstydzę, ale nie 
mogę sobie przypomnieć. Czy była z tymi innymi rzeczami dla pani? 
Kupiłam wtedy dla pani czekoladę Nestle, jakieś guziki i bawełnę do 
cerowania... Czy tydzień temu przyniosłam pani zegarek z reperacji? 

- Może i tak. Nie pamiętam teraz dokładnie, wiem tylko, że było 

dużo rzeczy, to i może pigułki też były wśród nich. - Roześmiała się 
trochę  świszcząco.  -  Nie  zwróciłam  uwagi,  bo  ich  dotąd  nie 
potrzebowałam,  pewno  pan  Garcim  ma  rację.  Sztywny  jak  deska. 
Zajrzę  jeszcze  dziś  do  szafki.    Przepraszam,  kochana,  jeśli  ci 
narobiłam kłopotu. 

-  Och,  to  nie  ma  znaczenia.  Kupiłam  dla  pani  aspirynę  i  wodę 

kolońską. Proszę. A tu reszta. 

- O, dziękuję, kochana, to znaczy, panienko. 
-  Czy  monsieur  Florimond  zostanie  dłużej,  czy  tylko  przyjechał 

na obiad? - spytałam. 

-  Twierdzi,  że  tylko  na  obiad,  ale  jestem  pewna,  że  posiedzi 

dłużej,  żeby  się  zobaczyć  z  paniczem  Raoulem.  Może  namówią  go, 
żeby zanocował, jeśli mgła będzie gęstsza. 

Wstałam i podeszłam do balkonowych drzwi. - Wcale nie widzę 

mgły. Wieczór jest bardzo ładny. 

- Mgła jest niżej, koło rzeki. My tutaj jesteśmy wysoko. Ale szosa 

biegnie  prawie  cały  czas  wzdłuż  rzeki  i  podczas  mgły  zdarzają  się 
często wypadki. Po ciemku to paskudna droga. 

background image

-  Z  pewnością  tak.  -  Wróciłam  do  mego  fotela  i  pamiętając  o 

niezbyt miłej rozmowie w saloniku dodałam: - Może monsieur Raoul 
w ogóle dziś wieczorem tu nie przyjedzie. 

Potrząsnęła  głową.  -  Przyjedzie,  przyjedzie.  Z  pewnością 

dotrzyma słowa. - Chwilę na mnie patrzyła, wreszcie powiedziała: 

- Czy tam na dole... coś o tym mówiono?   
- Nic specjalnego. Dziwili się tylko, co go tu sprowadza.  
- Nie mieli się czemu dziwić. Jeden jest zawsze powód, dlaczego 

się tu pojawia. Pieniądze.  

-  O,  tak  -  powiedziałam  niepewnie.  Ostatecznie  istniała  jakaś 

granica  w  plotkowaniu.  -  Myślę...  miałam  wrażenie,  że  chodzi  tu  o 
Bellevigne. 

- Właśnie to miałam na myśli - stwierdziła pani Seddon. - Zawsze 

Bellevigne  i  pieniądze.  -  Westchnęła.  -  Mówiłam  panience,  że  pan 
Raoul  zajmuje  się  tą  posiadłością  dla  naszego  pana  i  od  czasu  do 
czasu przyjeżdża tu, żeby z nim o tym porozmawiać, a wtedy - znowu 
westchnęła  -  są  kłótnie.  Za  każdym  razem,  kiedy  pan  Raoul  chce 
pieniędzy  na  Bellevigne,  nasz  pan  mówi,  że  są  mu  potrzebne  na 
Valmy. No, i kłócą się jak pies z kotem, a raczej jak pies z psem, bo 
trudno  nazwać  Raoula  kotem,  który  jest  paskudnym  zwierzęciem,  w 
każdym  razie  okropnie  się  sprzeczają,  od  kiedy  pan  Raoul  dorósł  i 
zaczął bronić swoich interesów, i... 

- Pewno jest dobrym gospodarzem - przerwałam jej spiesznie. 
- Nie przeczę, dużo pracy wkłada w Bellevigne, co do tego, to jest 

taki  sam  jak  jego  ojciec,  jeśli  panienka rozumie,  co  mam na  myśli... 
Ale  zawsze  są  między  nimi  nieporozumienia  na  ten  temat.  Ludzie 
mówią, że... 

- Nie można wierzyć we wszystko, co ludzie mówią.  
-  To  prawda  -  powiedziała  pani  Seddon  z  pewnym  żalem  -  a 

zwłaszcza, kiedy to dotyczy pana Raoula, panienko, bo o takim jak on 
ludzie zawsze będą mówić, nawet gdyby żył w klasztorze. 

- Z pewnością ma pani rację - przytaknęłam jej. 
- A skąd bierze pieniądze, pytam się? - Pani Seddon z widoczną 

radością snuła teraz swoje rozważania. - Skąd ma samochód,  którym 
tu przyjechał ostatnim razem? Długi jak "Queen Mary", a klakson ma 
taki  jak  trąby  Sądu  Ostatecznego,  nie  za  to  go  kupił,  co  dostaje  od 
naszego pana, więc za co? 

- No, tak, za co? - powtórzyłam jak echo. 

background image

-  Sama  słyszałam,  jak  nasz  pan  spytał  go  o  to,  kiedy  tu  był 

ostatnim razem, prosto w oczy zadał mu to pytanie. A pan Raoul nie 
odpowiedział  wprost,  tylko  coś  mówił  o  pomyślnym  wieczorze  i 
szczęśliwej karcie. 

Roześmiałam się. - Wygląda na to, że wygrał w pokera. Udało mu 

się. 

Spojrzała  na  mnie  zaskoczona.  -  Przecież  ja  nie  uważam,  że 

trochę  rozrywki  jest  czymś  złym,  i  też  lubię  sobie  zagrać  partyjkę 
wista,  ale  zawsze  w  takich  razach  przychodzą  mi  na  myśl  słowa 
panienki Debbie. Ileż to razy mówiła mi: "Mary..." 

-  Bardzo  panią  przepraszam  -  powiedziałam  spiesznie  -  ale  już 

czas na czekoladę Filipa. Zostawiłam go czytającego książkę w łóżku 
i muszę mu zgasić światło. 

-  O,  tak,  jak  ten  czas  szybko  mija!  A  ja  dawno  już  temu 

powinnam była  sprawdzić  czy  Berta  i  Marietta  dobrze  przygotowały 
pokój...  -  Wstała  z  krzesła  i  poczłapała  do  drzwi,  które  otworzyłam 
przed nią. - Czy pamiętały o mleku? 

- Tak, jest na tacy. 
- To dobrze. A czy Berta dobrze się sprawuje, panienko? Jeśli coś 

jest nie w porządku, proszę mi powiedzieć. 

- Wszystko jest w jak najlepszym porządku - odparłam. - Lubię ją 

bardzo, jest pracowita. Niech pani tylko zajrzy do kuchenki. 

Poszła za mną do małej kuchenki, gdzie wszystko aż lśniło, kubek 

był już przygotowany, również talerzyk i łyżeczka. Nalałam mleka do 
garnuszka  i  włączyłam  elektryczną  płytę.  Pani  Seddon  fachowym 
okiem  zlustrowała  niewielkie  pomieszczenie  i  palcem  sprawdziła 
półkę,  na  której  stały  puszki  z  czekoladą,  kawą  i  herbatą,  po  czym 
skinęła aprobująco głową. 

-  Tak,  Berta  to  dobra  dziewczyna,  muszę  to  przyznać,    gdyby 

tylko  pilnowała  swojej  roboty,  zamiast  latać  za  tym  Bernardem... 
Cukier jest tutaj panienko. 

- Nie używam cukru dla Filipa, tylko glukozę, pamięta pani, jest 

w tej niebieskiej puszcze. O, dziękuję. Czy chce mi pani powiedzieć, 
że  coś  jest  między  Bertą  a  Bernardem?  Mam  nadzieję,  że  to  nic 
poważnego.  Szkoda  by  jej  było.  Za  stary  dla  niej,  a  poza  tym...  -
urwałam. Ale natychmiast wpadła mi w słowo: 

- Święta racja, panienko. Szkoda by jej było, gdyby Albertyna nie 

była  jego  rodzoną  siostrą,  to  bym  powiedziała,  że  pasowaliby  do 

background image

siebie jak ulał. Kropka w kropkę tacy sami. Taki ponury, czarny facet. 
Gdzie  jemu  do  takiej  ładnej  młodej  dziewczyny  jak  Berta.  A  ta 
niemądra  straciła  głowę  dla  niego.  Ale  ludzka  natura  jest  ludzką 
naturą,  proszę  mi  wierzyć,  i  nic  na  to  nie  poradzimy.  Czego  teraz 
panienka szuka? 

- Herbatników. Ktoś je przestawił. O, są tutaj. - Położyłam trzy na 

talerzyku, patrząc z ukosa na panią Seddon. 

- Dziś większa porcja. W saloniku była raczej ciężka atmosfera. 
-  Ma  panienka  rację,  trzeba  go  trochę  rozpieszczać.  A  teraz 

naprawdę muszę już iść. Ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. My oboje 
z  Seddonem  uważamy,  że  z  panienką  znacznie  lepiej  dzieje  się 
Filipowi. On panienkę lubi, to widać, a mnie się wydaje, że ktoś musi 
go lubić.  

Powiedziałam na poły do siebie: - A czyż wszyscy go nie lubimy? 
-  No,  tak.  Tamta  niania  była  bardzo  dobrą  kobietą,  trzeba  jej  to 

przyznać,  bardzo  miłą,  ale  traktowała  go  jak  małe  dziecko,  czemu 
trudno się dziwić, przecież go wychowała od niemowlęcia. Może nasz 
pan miał rację, że potrzebny  mu był ktoś inny, zwłaszcza potem, jak 
biedactwo  stracił  matkę  i  ojca.  A  panienka  bardzo  dużo  dla  niego 
zrobiła, przepraszam za śmiałość, że to mówię. 

-  Bardzo  to  miło  z  pani  strony  -  odparłam  z  wdzięcznością.  -

Dziękuję. - Wzięłam tacę dla Filipa i uśmiechnęłam się do niej. - Mam 
nadzieję,  że  na  dole  wszystko  będzie  w  porządku.  W  każdym  razie 
jedna osoba na pewno się ucieszy z przyjazdu pana Raoula. 

Zatrzymała  się  w  drzwiach  i  odwróciła  z  powagą.  -  Kto? 

Monsieur Florimond? No, nie powiedziałabym... 

- Nie jego miałam na myśli, tylko Filipa.  
Spojrzała na  mnie potrząsając głową. - Pan Raoul  prawie go nie 

zna, panienko. Proszę nie zapominać, że panicz Filip przyjechał tu na 
krótko przed panienką, a pan Raoul ani razu od tej pory tu nie był. 

- To  może widział  się  z nim  w Paryżu  albo  gdzie  indziej, kiedy 

był razem z panem Hipolitem. 

- Nie widział się. Wiem dobrze, że nie widzieli się. W Paryżu nie 

zawracał  sobie  głowy  Filipem.  Zapewniam  panienkę,  że  co  innego 
miał do roboty. 

-  Ale  kiedy  dziś  wieczór  posłyszeliśmy,  że  samochód  pana 

Florimonda jedzie pod górę, Filip jak błyskawica wybiegł na balkon, a 
na  pewno  nie  jego  miał  nadzieję  zobaczyć.  Okropnie  był 

background image

rozczarowany.  Więcej,  powiedziałabym  załamany...  to  lepsze  słowo, 
żeby  to  określić...  Kogo  innego  tak  by  wypatrywał,  jak  nie  swego 
brata stryjecznego Raoula? 

Kiedy na nią spojrzałam, byłam zdumiona, gdyż oczy miała pełne 

łez. Potrząsnęła głową i wytarła policzki wierzchem pulchnej dłoni. 

- Biedactwo, biedactwo - zdołała tylko wyszeptać, ale po chwili, 

gdy  kilka  razy  pociągnęła  nosem  i  użyła  chustki,  wyjaśniła,  a 
wyjaśnienie  było  proste  i  wstrząsające:  - On  nie  widział  rodziców  w 
trumnie.  Nie  był  też  na  pogrzebie.  I  dlatego  wydaje  się  nam  z 
Seddonem,  że  on  nie  wierzy  w  to,  że  naprawdę  umarli.  Mieli 
przyjechać  samochodem  z  lotniska,  a  on  czekał  na  nich  w  domu. 
Nigdy  więcej  ich  nie  zobaczył.  Moim  zdaniem  on  ciągle  na  nich 
czeka. 

- To okropne, okropne, pani Seddon. 
-  Za  każdym  razem,  kiedy  podjeżdża  samochód,  on  wybiega 

naprzeciw.  Sama  to  widziałam.  Całe  szczęście,  że  niewiele  osób  tu 
bywa, bo chyba sam wkrótce umarłby, albo spadł głową na żwir, albo 
nabił się na ostre sztachety. 

Przeniknął  mnie  dreszcz.  -  Będę  go  bardzo  pilnować  -

powiedziałam cicho. 

Rozdział Vii 

Istota  wyprostowana,  na  dwóch  nogach  i  na  pozór  z  wyglądu 

podobna do człowieka, a nie potwora... 

(Dickens, "Klub Pickwicka") 

Filip już zasnął zwinięty w kłębek pod kołdrą, światło się jeszcze 

paliło, a książka, którą czytał, leżała na podłodze. Coś ściskał w ręku, 
odsunęłam  delikatnie  prześcieradło,  żeby  zobaczyć  co  to  było  -
gwardzista angielski w bermycy. 

Podniosłam  książkę,  otuliłam  go  kołdrą,  zgasiłam  światło  i 

wyszłam  cicho,  wynosząc  do  kuchenki  nie  wypite  kakao.  Kiedy 
znalazłam  się  w  swoim  pokoju,  od  razu  wyszłam  na  balkon, 

background image

zasuwając za sobą story, żeby nie było widać światła. Noc była cicha i 
nadspodziewanie  ciepła,  bez  mgły.  Tylko  może  w  dolinie  ciemność 
wydawała  mi  się  jakby  jaśniejsza.  Wiosenna  wilgoć  wisiała  w 
powietrzu. Poniżej, gdzieś w dole, odezwała się sowa, raz i drugi. To 
melancholijne  wołanie  znakomicie  podkreślało  mój  nastrój.  Byłam 
zmęczona,  przygnębiona.  Zbyt  wiele  dzisiaj  się  wydarzyło,  a  miłe 
rzeczy:  poranne  spotkanie  z  Williamem  Blake'em,  wesoły  flirt  z 
Florimondem  w  saloniku,  zblakły  w  pamięci,  ja  zaś  czułam  się 
dziwnie smutna. 

Dobrze  wiedziałam  co  to  było.  Długo  żyłam  w  osamotnieniu. 

Zawsze we mnie to tkwiło... choć starałam się temu nie ulegać, choć 
nieraz było mi z tym dobrze, często jednak taka samowystarczalność 
nie  wystarczała,  a  wtedy  lekarstwem  mogło  być...  radio,  pies,  mycie 
głowy, pranie pończoch, ołowiany żołnierz... 

Zagryzłam dolną wargę, muszę wziąć się w garść. Tylko dlatego, 

że  nieoczekiwanie  spotkałam  dwóch  miłych  ludzi,  nie  mówiąc  już  o 
interesującym plotkowaniu, nie powinnam być załamana, kiedy to się 
skończyło  i  czekał  mnie  samotny  wieczór.  Nie  będę  tak  stała, 
wpatrując  się  ponuro  w  wiosenny  zmrok  i  wyobrażając  sobie,  że  do 
końca  życia  będę  na  marginesie  spotkań  towarzyskich,  kimś  nie 
liczącym się podczas ogólnej rozmowy. 

Ale  czegóż  chciałam,  na  miłość  boską?  Uwierzyć  w  iluzję 

stworzoną  przez  uprzejmego  Florimonda,  że  on,  ja  i  madame  de 
Valmy możemy być w salonie na tych samych prawach? Że mogłam 
zająć  miejsce  madame de  Valmy?  Gdzie  i  kim  mogłabym teraz  być, 
gdyby  dziewięć  lat  temu  nie  wydarzyła  się  w  moim  życiu  tragedia? 
Ale beztroski okres życia skończył się raz na zawsze, im prędzej się z 
tym  pogodzę,  tym  szybciej  przestaną  mnie  trapić  te  zmienne 
krańcowo nastroje i smutne wspomnienia. 

Energicznym  krokiem  ruszyłam  w  stronę  południowego  krańca 

balkonu, który był nad salonikiem. 

Światło  z  wysokich  okien,  stłumione  złocistymi  zasłonami, 

padało  na  loggię  i  taras,  na  bezlistne  jeszcze  krzewy  róż,  których 
cienie  leżały  na  skopanej  świeżo  ziemi.  Jedno  okno  było  otwarte 
rzucając  mocne  światło  na  zewnątrz,  słyszałam  odgłosy  rozmowy, 
śmiech.  Mogłam  sobie  wyobrazić  płonący  ogień,  blask  kieliszków, 
zapach kawy, koniaku i cygar... 

background image

Dobranoc,  panno  Eyre...  zwyciężyło  poczucie  humoru  i  wraz  z 

nim  wrócił  rozsądek.  Uśmiechnęłam  się  sama  do    siebie  i  wróciłam 
pod swoje okno. Gdybym resztę życia  miała spędzić siedząc w kącie 
czyjegoś  salonu,  robiąc  na  drutach,  ubrana  w  suknię  z  czarnej 
bombazyny  -  cokolwiek  to  było  -  trudno,  będzie  to  bombazyna  w 
najlepszym gatunku. 

Rezygnując z lekarstwa w stylu: książka, radio, pranie  pończoch, 

włożyłam płaszcz i wyszłam. 

Schodziłam  wolno  pełną  zakrętów  drogą,  gdyż  światło  księżyca 

było  zwodnicze,  a  wilgotna  nawierzchnia  śliska.  Znałam  skrót  przez 
las, wąską ścieżkę idącą to w górę, to w dół, ale zbyt ciemno było pod 
drzwiami, więc wolałam nie ryzykować. 

Było  bardzo  cicho.  Poniżej,  w  dolinie,  gdzie  płynęła  rzeka, 

widziałam  teraz  wyraźnie  pasma  mgły.  Sowa  znów  się  odezwała, 
przeciągle,  smutno.  Mokra  ziemia  mocno  pachniała  i  wszystko,  co 
wokół  rosło; zapach  wiosny... nie  balsamiczny  zapach  kwiatów,  lecz 
coś  ostrego,  surowego,  co  przenikało  umysły,  tak  jak  nowe  pędy 
przebijają  się  przez  ziemię.  "Najokrutniejszy  z  miesięcy,  co 
przywołuje  bzy z  krainy  umarłych..."  Tak, tak  to  było.  Nie pierwszy 
raz  poczułam  wdzięczność  dla  tatusia,  że  dzięki  niemu  zawsze 
towarzyszyła mi poezja. "Najlepiej dobrane słowa, najlepiej oddające 
myśl..." Zawsze z tym samym zachwytem i uznaniem witałam czyjeś 
słowa,  które  potrafiły  oddać  jakiś  nastrój,  ukazać  obraz.  Tatuś  miał 
rację. Poezja była świetnym materiałem do rozmyślań. 

Coś  zaszeleściło  w  suchych  liściach  brzozy  i  poetyczny  nastrój 

uleciał,  gdyż  nagle  niemądrze  przypomniałam  sobie,  że  podobno  we 
Francji  nadal  żyją  na  swobodzie  niedźwiedzie.  I  dziki,  nawet  może 
wilki.  Bez  wątpienia  także  wilkołaki  oraz  wampiry...  zakpiłam  z 
siebie, dochodząc wreszcie do mostu nad rzeką i do głównej szosy. 

Ten osiemnastowieczny most miał bardzo piękną linię i rzeźbione 

kamienne balustrady. Tutaj mgła, choć występowała tylko miejscami, 
była jednak gęsta, mnie sięgała do pasa, a poniżej balustrady z prawej 
strony  jak  warstwa  śniegu  leżała nad  samą wodą,  przecięta  od  czasu 
do czasu sitowiem i suchymi gałęziami. 

Wody nie widziałam. Jej plusk podkreślał spokój wieczoru. Znów 

odezwała się sowa, tym razem nie tak już smutno i głucho.  

background image

Stałam  pośrodku  mostu,  z  rękami  w  kieszeniach,  wpatrzona  w 

zalesione zbocze, górujące nad przeciwległą stroną głównej szosy. Na 
kamienistym  wzniesieniu  rosły  rzędy  sosen,  a  tu  i  ówdzie  sterczał 
występ  skalny,  nad  którym  za  dnia  lubiły  krążyć,  a  nawet  przysiąść 
jastrzębie.  Teraz,  w  bladej  poświacie  księżyca,  las  był  tylko  ledwie 
widoczną ciemnością, nisko wiszącą chmurą, której krawędź oświetlał 
sierp księżyca. Ostry, wyraźny zapach sosen był ciemny jak one same. 

Od strony doliny nadjeżdżał samochód. Warkot silnika to cichł, to 

narastał na pełnej zakrętów drodze. Jechał od Belle Surprise, wkrótce 
zobaczyłam jego światła, mignęły mi i zanurzyły się w ciemności, by 
wkrótce  ukazać  się  wśród  drzew  i  zniknąć  we  mgle.  Patrzyłam,  jak 
pnie  drzew  rysowały  się  wyraźnie  na  tle  świateł,  a  potem  ginęły  we 
wszechobecnym cieniu... 

To  pewno  jakaś  zapóźniona  ciężarówka  jedzie  do  Soubirous... 

Reflektory ominęły most, a mgła pochłonęła tylne światła.  

Miałam już zawrócić, kiedy spostrzegłam małe światełko wysoko 

wśród  drzew  Dieudonne.  Przez  chwilę  ich  nie  było,  ale  teraz 
przebijały się przez chmurę sosen, jak mała żółta gwiazda.  

Stałam  wpatrzona  w  nie.  Drzewa  przydrożne  wykonały  znów 

swój  niesamowity  taniec,  kiedy  następna  ciężarówka    przejechała 
doliną,  ale  to  małe  światełko  wisiało  wysoko  w  górze,  ciepłe  i 
przyjazne.  Nie,  to  nie  była  gwiazda,  raczej  planeta,  i  chyba 
zamieszkana,  oczywiście  może  to  nie  była    mała  chata  Williama 
Blake'a  na  wysokości  tysiąca  trzystu  metrów,  ale  jakoś  mi  się 
zdawało, że tak jest. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie, że siedzi 
tam  wśród  tych  swoich  bandaży,  pigułek  i  termometrów  w  skali 
Celsjusza.  

Jeszcze jedna ciężarówka przeleciała hałaśliwie koło mostu.  
A koniak... czy pamiętał, aby kupić koniak?  
Nie zauważyłam samochodu, który jechał cicho za ostatnią wielką 

ciężarówką. Nie widziałam go, aż skręcił ostro w wąski most, pędząc 
wprost  jak  torpeda.  Ten  zakręt  był  łatwy,  wziął  go  więc  z  dużą 
szybkością.  Przednie  światła  wyskoczyły  na  mnie  i  oślepiły. 
Usłyszałam zgrzyt  hamulców. Skoczyłam na brzeg drogi.  Pisk opon. 
Niecały metr, tylko tyle miał przed sobą kierowca. Coś mnie uderzyło. 
Poślizgnęłam  się  na  śliskiej  nawierzchni  i  upadłam  w  rów  tuż  za 
balustradą,  a  samochód  ominął  mnie  dosłownie  o  centymetry  i 
gwałtownie zahamował.  

background image

Silnik  przestał  pracować.  Trzasnęły  drzwiczki,  usłyszałam  głos 

Leona de Valmy. 

-  Gdzie  pani  jest?  Czy  pani  jest  ranna?  Uderzyłem  panią?  -

Szybkie kroki na asfalcie. - Gdzie pani jest? 

Dźwignęłam  się  na  kolana  w  mokrym  rowie  i  chwyciłam  za 

krawędź  balustrady.  Słysząc  te  zbliżające  się  kroki  i  znajomy  głos, 
byłam  pewna,  że  zostałam  uderzona  i  zwariowałam.  Nie  widziałam 
także. Nic nie widziałam, nikogo. W panice zaczęłam mrugać oczami 
i niepewnie wstałam... 

Nie straciłam jednak wzroku, mgła opadła sięgając mi znowu do 

pasa,  kiedy  się  odwróciłam,  żeby  się  oprzeć  o  balustradę.  Nie 
zwariowałam  też.  Mężczyzna,  który  zbliżał  się  do  mnie  w  świetle 
księżyca,  nie  był  Leonem  de  Valmy,  choć  zapewne  trzydzieści  lat 
temu  wyglądał  dokładnie  jak  on.  Tak  samo  jak  ojciec,  Raoul  de 
Valmy  wydał  mi  się  bardzo  przystojny.  Jeśli  jednak  wiek  i  choroba 
tak  zaostrzyły  rysy  starszego  mężczyzny,  że  podczas  naszego 
pierwszego spotkania wydał mi się upadłym aniołem, nie zauważyłam 
tego  u  Raoula.  Mocno  zbudowany,  pewny  siebie,  w  tym  momencie 
był  po  prostu  wściekły.  Nie  mogłam  oczywiście  stwierdzić,  czy 
posiadał  ten  wdzięk,  którym  jego  ojciec  tak  znakomicie  operował, 
chociaż jego osobowość z pewnością sprawiała równie silne wrażenie. 
Istniała  jeszcze  jedna  różnica,  w  niektórych  sytuacjach  Leon  de 
Valmy  potrafił  znakomicie  panować  nad  sobą,  Raoul  w  tej  chwili 
bliski był wybuchu, ale nie tylko dlatego, że miał taką naturę, lecz że 
przeraził się tak samo jak ja, co go jeszcze bardziej zdenerwowało. 

Usiadłam  nagle  na  balustradzie  i  czekałam.  Stanął  nade  mną,  w 

mglistej poświacie księżycowej wyglądał jak olbrzym.  

Wysoki, ciemny, przystojny... te romantyczne frazesy przeleciały 

mi przez  głowę tak  odruchowo  i nieodparcie,  że z miejsca poczułam 
do niego awersję. 

- Czy jest pani ranna? - spytał ostro. 
- Nie. 
- Czy uderzyłem panią? 
- Nie. 
- Nawet nie potrąciłem? 
Drżącą ręką machinalnie gładziłam swój płaszcz. 
- Nnnie... 
- Czy na pewno wszystko jest w porządku? 

background image

- Tak. Ja... tak. Dziękuję panu. 
Usłyszałam,  jak  głośno  westchnął  z  ulgą,  najwyraźniej 

uspokojony. I zaraz powiedział gniewnie: 

- No, to może teraz dowiem się, co, u diabła, robiła pani podczas 

mgły na środku mostu? Cudem uniknęła pani śmierci, a gdyby tak się 
stało, byłaby to wyłącznie pani wina. 

Ja  też  byłam  w  szoku,  a  poza  tym  nie  lubię,  gdy  ktoś  na  mnie 

krzyczy.  Przestałam  zajmować  się  swoim  płaszczem,  podniosłam 
głowę i ze złością spojrzałam na niego. 

-  To  nie  jest  publiczna  droga  i  mam  pełne  prawo  stać  na  jej 

środku,  albo  siedzieć,  a  nawet  leżeć.  Jeśli  mi  się  tak  spodoba!  Nie 
spodziewałam się pana... no, w każdym razie zapomniałam, że pan ma 
przyjechać, w każdym razie nie wolno panu jechać z taką szybkością 
niezależnie od tego, czy to jest prywatna droga, czy nie! 

Nastąpiła  chwila  ciszy,  był  wyraźnie  zaskoczony.  Wreszcie 

powiedział: 

- Jechałem tylko pięćdziesiąt, a drogę znam na pamięć. 
- Pięćdziesiąt?! - krzyknęłam wściekła. - Ale chyba kilometrów... 
- A pani co pomyślała? 
- To i tak za dużo, a poza tym jest mgła. 
- Miałem dobrą widoczność, a ten wóz świetnie trzyma się drogi. 

- Najwyraźniej był rozbawiony, co mnie jeszcze bardziej rozgniewało. 

- Trzyma się czy nie, omal mnie pan nie przejechał! 
- W pełni zdaję sobie z tego sprawę. Ale trudno spodziewać się, 

że  ktoś  o  tak  później  porze  będzie  stać  na  moście...  -  urwał  i  mówił 
dalej  z  rozbawieniem:  -  Nie  mam  pojęcia,  po  co  stoję  tu  i  muszę 
tłumaczyć się z tego, że omal pani nie przejechałem! A może będzie 
pani tak uprzejma i wyjaśni mi, dlaczego sądzi pani, że ma całkowite 
prawo stać na tej właśnie prywatnej drodze albo nawet leżeć? To jest 
moja... ta droga należy do majątku Valmy, trzeba pani wiedzieć. 

Zajęta  byłam  właśnie  wycieraniem  chusteczką  do  nosa 

zabrudzonych rąk. - Tak, wiem o tym - odparłam. - Mieszkam tam. 

Wyraźnie  się  zdziwił  i  widziałam  w  świetle  księżyca,  że 

przygląda mi się uważnie. 

- Ach, tak, pani jest jedną z...? 
- Służących? Do pewnego stopnia. Jestem guwernantką Filipa. 
- Ale mówiono mi - powiedział Raoul de Valmy wolno - że to jest 

Angielka. 

background image

Miałam takie wrażenie, jakby mi zadał mocny cios w żołądek. Po 

raz  pierwszy  uświadomiłam  sobie,  że  cała  nasza  wymiana  zdań 
odbywała  się  po  francusku.  Całkowicie  zaskoczona  odparłam 
niemądrze znowu po francusku: 

- Ja... ja zapomniałam. 
- Pani jest Angielką? - Spojrzał wielce zdumiony.  
Skinęłam głową. - Linda Martin, z Londynu. Jestem tu od trzech 

tygodni. 

-  Wobec  tego  pozwoli  pani,  miss  Martin,  że  jej  pogratuluję 

znakomitych postępów - stwierdził z ironią. 

To mnie już zupełnie dobiło. Ten jego ton tak bardzo przypominał 

Leona de Valmy, że drżącym nieco głosem powiedziałam: 

- Doskonale pan wie, że nie nauczyłam się mówić po francusku w 

ciągu  ostatnich  trzech  tygodni.  Nie  dość,  że  pan  omal  mnie  nie 
przejechał, to pan jeszcze ze mnie kpi! 

Wiedziałam,  że  jestem  okropnie  niesprawiedliwa  i  czekałam  na 

reprymendę, na jaką zasłużyłam. 

Ale on tylko powiedział - Przepraszam. Czy pani  ma na tyle sił, 

żeby  się  ruszyć?  Nie  powinienem  przedłużać  tej  rozmowy.  Przeżyła 
pani szok. Zaprowadzę panią do samochodu i odwiozę do domu. 

Tak  samo  jak  ojciec  potrafił  każdego  rozbroić...  Posłusznie 

zsunęłam się z balustrady, a on wziął mnie mocno pod ramię. 

- Czuję się bardzo dobrze -  odparłam. 
Ale kiedy próbowałam ruszyć w stronę samochodu, poczułam, że 

kolana  trzęsą mi się  nadal, i w duchu byłam mu wdzięczna, że mnie 
podtrzymuje. 

- Pani kuleje. Jednak jest pani ranna - powiedział zaniepokojony. 
-  To  nie  pana  wina  -  uspokoiłam  go.  -  Kiedy  skoczyłam,  żeby 

uciec przed samochodem, poślizgnęłam się i upadłam. Stłukłam sobie 
kolano, naprawdę nic więcej. 

-  Im  prędzej  zawiozę  panią  do  zamku,  gdzie  się  pani  czegoś 

napije,  tym  lepiej.  Musi  pani  niestety  wsiąść  przez  te  drzwi  dla 
kierowcy.  Tych  z  drugiej  strony  na  razie  nie  można  otworzyć.  -  W 
głosie jego brzmiało zatroskanie. 

Niestety  miał  rację.  Kiedy  Raoul,  próbując  mnie  ominąć, 

gwałtownie  skręcił,  wielki  wóz  zsunął  się  w  prawo  poza  krawędź 
drogi  już  za  mostem,  gdzie  znajdował  się  trawiasty,  podmokły  stok, 

background image

na  szczęście  niezbyt  stromy,  jednak  samochód  stał  pod  dziwacznym 
kątem. 

Spojrzałam  na  cadillaca  z  poczuciem  winy,  a  potem  na  

opanowaną twarz Raoula de Valmy.  

- Czy jest... czy jest uszkodzony?  
- Nie sądzę. Co pani woli, zaczekać z boku, a ja wyprostuję wóz, 

czy jednak wsiąść do środka? 

- Jeśli to nie sprawi różnicy, to wolę wsiąść. 
-  Żadnej.  -  Otworzył  najbliższe  drzwiczki.  Wsiadłam  z  pewną 

trudnością, gdyż kolano miałam jednak sztywne, przeciskając się koło 
kierownicy  zajęłam  miejsce  obok.  Potem  on  się  pochylił  nad 
kierownicą  i  czegoś  szukał  po  ciemku.  Pstryknięcie  i  zapaliły  się 
reflektory,  tak  że  widać  było  pierwszy  zakręt,  serpentynę,  ścianę 
drzew i skałę o jakieś dwa metry przed zderzakiem. 

On  nawet  nie  spojrzał  przed  siebie.  -  Zaraz  wrócę  -  powiedział, 

zatrzasnął drzwiczki i poszedł w kierunku tyłu samochodu. 

Zamknęłam oczy, wolałam nie widzieć tej groźnej skalnej ściany 

i  usiadłam  wygodnie,  żeby  jak  najszybciej  się  odprężyć.  Luksusowy 
samochód,  choć  taki  wielki,  chwiał  się  jednak  w  tej  dziwacznej 
pozycji,  wewnątrz  pachniał  dobrymi  papierosami  i  prawdziwą  skórą. 
Znowu  otworzyłam oczy.  W świetle  odbitym od  skały  czarna  maska 
wydawała  się  bardzo  długa.  Ileż  pod  nią  ukrytych  koni 
mechanicznych,  pomyślałam,  i  przypomniałam  sobie  opis  pani 
Seddon.  "Ten  samochód  jest  długi  jak  "Queen  Mary",  a  klakson  ma 
tak  głośny  jak  trąby  Sądu  Ostatecznego".  Ciekawe,  jakie  karty 
przyniosły szczęście Raoulowi de Valmy... 

Jeszcze  mocniej  oparłam  się  w  luksusowym  fotelu.  Nagle 

przypomniałam  sobie  radę  jednej  z  dziewcząt  w  sierocińcu  im. 
Konstancji  Butcher,  która  bardzo  mnie  wtedy  rozbawiła,  ale  teraz 
otrzymała  dodatkową  pointę.  "Jeśli  kiedyś  miałby  cię  przejechać 
samochód,  to  pamiętaj  wybierz  rolls-royce'a..."  Jednak  coś  w  tym 
było.  Ostatecznie  cadillac  nie  jest  najgorszy,  zwłaszcza  jeśli  go 
prowadził  tak  dobry  kierowca,  jak  Raoul  de  Valmy.  Teraz,  kiedy 
pierwszy  szok  minął,  uświadomiłam  sobie,  że  z  powodu  własnej 
głupoty, mogłam być poważnie ranna. I tylko dzięki niemu ten drogi 
wóz nie rozbił się o balustradę. 

Raoul  de  Valmy  ciągle  był  za  samochodem.  Wyjrzałam  przez 

tylną szybę, w pasmach mgły widziałam, że pochylił się nad prawym 

background image

błotnikiem  i  trzymając  zapaloną  latarkę  uważnie  go  oglądał. 
Zagryzłam  wargi,  ale  nie  zdążyłam  się  odezwać,  wyprostował  się, 
zgasił latarkę i podszedł do przednich drzwiczek, tych przy kierowcy. 

Spojrzał na mnie z ukosa i usiadł obok. - Wszystko w porządku? -

Skinęłam  głową.  -  Wkrótce  będzie  pani  w  domu.  Proszę  się  mocno 
trzymać.   

Przekręcił  kluczyk.  Silnik  ożył.  Raoul  bardzo  powoli  skierował 

samochód  prosto, trochę w lewo, wóz  drgnął,  zawahał się, po czym 
przednie  koła  opadły  na  drogę.  Tylne  koła  przez  chwilę  jakby  się 
uniosły, ale też opadły, a samochód, będąc już cały na drodze, chwilę 
toczył się i stanął, lekko kołysząc się na swoich wspaniałych resorach. 

- Et voila - powiedział Raoul de Valmy z uśmiechem.  
Kiedy sięgnął do ręcznego hamulca odezwałam się nieśmiało: 
- Monsieur de Valmy...  
Ręka znieruchomiała. - Słucham. 
-  Nim  ruszymy,  ja...  ja  bardzo  chciałabym  pana  przeprosić.  Jest 

mi naprawdę okropnie przykro. 

- Pani mnie przeprasza? Ale za co?... 
Przerwałam  mu: - Niech pan nie będzie dla  mnie taki  uprzejmy. 

Dobrze  wiem,  że  to  była  moja wina,  a  pan  sprawia,  że  czuję  się  jak 
nędzny robak! - Roześmiał się, a ja dalej mówiłam dość chaotycznie: -
Nie powinnam była stać na moście, pan uratował mi życie, a ja byłam 
niegrzeczna wobec pana, za to pan okazał  mi wielką  uprzejmość, bo 
przecież  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  kierowców  na  stu 
zwymyślałoby mnie od ostatnich... A ja naprawdę czuję się jak podły, 
pełzający  robak.  I - tu  nabrałam  tchu  i  skończyłam idiotycznie  - ...  i 
jeśli pan uszkodził sobie samochód, to koszty naprawy proszę potrącić 
z mojej pensji! 

Nadal się śmiał. - Dziękuję bardzo, ale wszystko jest w porządku. 
- Naprawdę? - spytałam nie wierząc mu.  
-  Naprawdę.  Nie  ma  nawet  zadrapania.  Usłyszałem jakiś  zgrzyt, 

kiedy skręciłem w prawo, ale to tylko ułamana gałąź otarła się o koło. 
Żadnego  śladu.  Niech  pani  da  spokój  z  tymi  przeprosinami,  miss 
Martin. Jeśli ktoś ma tu przepraszać,  to ja. Rzeczywiście krzyczałem 
na panią. Przepraszam.  

- No, to wszystko w porządku - powiedziałam trochę  niezręcznie. 

-  Oboje  byliśmy  bardzo  zdenerwowani.  Niezbyt  pamiętam,  gdzie  się 
znalazłam i co mówiłam. 

background image

Milczał.  Jakby  na  coś  czekał.  Nie  ruszał.  Spojrzałam  na  niego, 

patrzył na mnie uważnie, rozbawienie zniknęło z jego twarzy. I choć 
okazał  mi większą  uprzejmość niż zasłużyłam, aż zacisnęłam  mocno 
dłonie, nim zdobyłam się na odwagę, żeby się odezwać. 

-  Tak  mało  pamiętam,  co  mówiłam,  że  chyba  się  zdradziłam 

przed panem. 

- Kiedy pani mówiła po francusku. - To nie było pytanie. 
- Tak. 
Wyłączył  silnik.  Zgasił  reflektory,  samochód  stał  w  nikłym 

blasku  świateł  postojowych.  Raoul  de  Valmy  odwrócił  się  do  mnie, 
opierając  ramieniem  o  drzwiczki.  Nie  widziałam  jego  twarzy,  kiedy 
się odezwał, nic nie mogłam wywnioskować z głosu.

- To bardzo interesujące. Czy było to uczciwe? 
- Że nie wiedzieli, że jestem na poły Francuzką, kiedy dostałam tę 

pracę? Nie wiedzieli. 

- Nie ja panią zatrudniam. Nic nie musi mi pani wyjaśniać. Ale z 

ciekawości  chciałbym  wiedzieć,  czy  w  tej  kwestii  pani  świadomie 
oszukała mego ojca i madame de Valmy? 

- Ja... ja, niestety tak. 
- Dlaczego? 
- Ponieważ bardzo mi zależało na tej posadzie. 
- Ale nie rozumiem dlaczego. 
Jeszcze mocniej zacisnęłam dłonie i powiedziałam ostrożnie:  
-  Ogromnie  mi  zależało.  Ja...  postaram  się  panu  wyjaśnić,  choć 

zapewne  pan  tego  nie  zrozumie...  -  Chciał  zaprotestować,  ale 
mówiłam  dalej  szybko  i  dość  chaotycznie:  -  Częściowo  jestem 
Francuzką i wychowałam się w Paryżu. Kiedy miałam czternaście lat, 
moi  rodzice  zginęli  w  katastrofie  lotniczej.  Tatuś  napisał  scenariusz, 
który  miał  być  kręcony  w  Wenecji,  i  mama  poleciała  razem  z  nim, 
żeby  trochę  odpocząć.  Dalsze  szczegóły  nie  są  ważne,  ja  w  każdym 
razie znalazłam się w londyńskim sierocińcu... Czy pan był kiedyś w 
sierocińcu? 

- Nie. 
-  Tym  bardziej  szczegóły  nie  są  ważne.  Wszyscy  tam  byli  dla 

mnie  bardzo  dobrzy.  Ale  ja  tak  bardzo  chciałam  żyć,  znaleźć  na 
świecie  swoje  własne  miejsce.  I  nic  z  tego  nie  wychodziło.  Moje 
wykształcenie  było  kiepskie  z  powodu  wojny  i  w  ogóle,  niewiele 
umiałam,  jednak  dostałam  pracę  w  małej  prywatnej  szkole.  Ale  tam 

background image

nie byłam szczęśliwa. Kiedy więc jedna  z wychowawczyń  usłyszała, 
że  madame  de  Valmy  poszukuje  angielskiej  guwernantki, 
pomyślałam, że to dar z nieba. Jak już mówiłam, nie mam wysokich 
kwalifikacji,  ale  umiem  zajmować  się  dziećmi  i  wiedziałam,  że 
potrafię  dobrze  nauczyć  Filipa  angielskiego,  wiedziałam  też,  że  we 
Francji  będę  się  doskonale  czuła  i  znowu  mieszkała  w  prawdziwym 
domu. 

- I w ten sposób znalazła się pani w Valmy - stwierdził sucho. 
- Tak. To wszystko. 
Chwila  ciszy.  Wreszcie  powiedział:  -  Chyba  potrafię  to 

zrozumieć. Ale nie musiała mi pani tego wyjaśniać. Nie mam prawa o 
nic pytać. 

-  Uważałam  jednak,  że  należy  się  panu  takie  wyjaśnienie,  bo 

chciał pan wiedzieć, dlaczego mi tak zależało na tej pracy. 

- Nie. Pani  mnie nie  rozumie. Spytałem,  dlaczego  oszukała  pani 

mego ojca i Heloizę w tej kwestii. 

- Powiedziałam panu... - i urwałam niepewnie. 
-  Powinienem  był  raczej  powiedzieć,  dlaczego  musiała  ich  pani 

oszukać. Nic mnie nie obchodzi fakt, że pani to zrobiła. - Zauważyłam 
cień  uśmiechu.  -  Zastanawiam  się  tylko,  czemu  to  było  tak  ważne. 
Ukryła  pani  fakt,  że  jest  na  poły  Francuzką,  gdyż  w  takim  razie  nie 
dostałaby pani tej pracy, czy o to chodziło? 

- Mniej więcej...   
Cisza. - No, tak.  
- Ale to nie było tak sformułowane - wyjaśniłam spiesznie - nie w 

tylu  słowach.  Ja...  ja  miałam  wrażenie,  że  to  może  być  istotne.  A 
kiedy  cała  sprawa  została  omówiona,  nie  mogłam  wyznać  prawdy 
madame  de  Valmy,  bo  pomyślałaby,  że  coś  jest  ze  mną  nie  w 
porządku  i  nie  dostałabym  tej  pracy.  Ona  kładła  duży  nacisk  na  to, 
żebym rozmawiając z Filipem, nigdy broń Boże, nie przechodziła na 
francuski,  mam  z  nim  rozmawiać  wyłącznie  po  angielsku.  Nie 
sądziłam,  że  to  jest  bardzo  ważne,  ponieważ  zawsze  tego 
przestrzegam,  ale  ona  kładła  na  to  wielki  nacisk,  a  ja  nie 
powiedziałam prawdy. Wiem, że to było bardzo głupio z mojej strony 
- zakończyłam niepewnie - ale stało się. 

- A ja mam przyjąć to jako wyjaśnienie, dlaczego oni dotychczas 

o tym nie wiedzą. - Ton jego nie był zbyt przyjazny. 

- Tak. 

background image

- Rozumiem. - Z ulgą zauważyłam, że znowu jest rozbawiony. -

Czy  nie  przekonała  się  pani,  że  takie  oszustwo,  przepraszam,  że 
użyłem  tego  ostrego  słowa,  powoduje  kłopotliwe  sytuacje 
towarzyskie? 

-  Chce  pan  powiedzieć,  że  słyszę  rzeczy  nie  przeznaczone  dla 

moich  uszu?  Nie,  ponieważ  oboje  państwo  de  Valmy  są  na  to  zbyt 
dobrze  wychowani.  -  W  tym  momencie  głośno  się  roześmiał,  a  ja 
dodałam  zmieszana:  -  To  znaczy,  kiedy  spotykam  się  z  nimi  bez 
Filipa, oni zawsze mówią po angielsku, kiedy zaś towarzyszę Filipowi 
podczas,  ustalonych  spotkań,  rozmawiają  z  nim  o  jego  lekcjach,  o 
czym wszystko wiem, a poza tym nie słucham, o czym mówią. 

-  Nie  będę  tym  sobie  zaprzątał  głowy.  Nie  ma  to  właściwie 

większego  znaczenia.  -  Odwrócił  się,  włączył  motor  i  reflektory. 
Uśmiechnął  się.  -  Zachowując  się  jak  inkwizytor  nie  chciałem  pani 
obrazić,  wystarczy,  że  pani  się  przeze  mnie  potłukła!  Proszę  mi 
wybaczyć, to nie moja sprawa. 

- Monsieur - powiedziałam cicho.  
- Słucham. 
- Ja nie wiem czy... Chodzi mi o to, że... - Całkiem się zaplątałam. 
Spojrzał na mnie bacznie. - Chodzi o to, żebym pani nie wydał? 
- Tak... bardzo proszę - dodałam, czując się strasznie mała. 
Króciutka pauza. - Jest to tak nieistotne - powiedział wolno Raoul 

de Valmy - że tego nie zrobię... A teraz jedźmy wreszcie... 

Ruszyliśmy,  pierwsze  wzniesienie  pokonując  z  niezbyt  dużą 

szybkością. 

Nic  nie  mówił,  a  ja  miałam  czas,  aby  pomyśleć,  że  ten  szok  po 

wypadku  spowodował  całkiem  nieoczekiwane  skutki.  Co,  na  miłość 
boską, skłoniło mnie, żeby opowiedzieć tę naiwną, kiepską historyjkę 
o  moich  marzeniach.  Raoulowi  de Valmy,  człowiekowi  z  pewnością 
obojętnemu  i  wyniosłemu?  "Tatuś  i  mama...  w  sierocińcu  wszyscy 
byli  dla  mnie  dobrzy..."  Co  jego  to  obchodziło?  Nudna  idiotka,  oto 
jego  zdanie  o  mnie.  I  taka  jestem,  pomyślałam,  zagryzając  dolną 
wargę i wspominając, jak bardzo byłam przygnębiona tego wieczoru. 
A  co  to  miało  za  znaczenie?  On  nawet  pewno  tego  nie  słuchał.  Ma 
sprawy  ważniejsze  niż  guwernantka  Filipa.  Na  przykład  Bellevigne, 
czy jakaś sprawa, która go skłoniła, żeby się zobaczyć z ojcem, choć 
wiedział dobrze, co go czeka w Chateau Valmy. 

background image

Na  pociechę  przypomniałam  sobie  spotkanie  z  Florimondem  i 

zrobiło  mi  się  lżej  na  duszy.  Raoulowi  de  Valmy  nie  będzie  chyba 
potrzebna taka opieka jak Filipowi. 

Odezwałam się: - Monsieur Florimond jest dziś w zamku. 
- Ach, tak. Jak długo zostanie? 
-  Przyjechał  chyba  tylko  na  obiad,  ale  jeśli  mgła  zgęstnieje, 

pewno zostanie na noc. 

- Mgła zawsze może być bardzo dobrą wymówką.  
Zastanawiałam  się  jeszcze,  co  chciał  przez  to  powiedzieć,  kiedy 

cadillac  pokonał  ostatnie  wzniesienie  i  bezszelestnie  zatrzymał  się  u 
podnóża schodów. 

Kiedy weszliśmy  do hallu, właśnie przechodził  tamtędy Seddon, 

widząc  Raoula,  podbiegł    do  niego.  Potem  spojrzał  na  mnie  i  wyraz
zdumienia odmalował się na jego tak zawsze opanowanej twarzy.  

- Pan Raoul! Miss Martin! Czy był wypadek!  
-  Omal  nie  przejechałem  miss  Martin  na  moście  Valmy.  Trzeba 

jej dać koniaku i posłać kogoś na górę...  

- Nie, dziękuję za koniak - powiedziałam szybko. - Wszystko już 

w  porządku,  Seddon.  Pan  Raoul  wcale  mnie  nie  potrącił,  ja  się 
poślizgnęłam i  upadłam,  kiedy  zeszłam  z  drogi.  To  była  moja  wina. 
Zaraz pójdę na górę, wykąpię się i zrobię sobie herbatę w kuchence. -
Seddon  zawahał  się,  patrząc  na  Raoula,  a  ja  dodałam  stanowczo:  -
Naprawdę wszystko w porządku. Nic mi nie trzeba... 

- Jeśli pani tak uważa... - Spojrzał na Raoula. - Zaraz każę zanieść 

rzeczy panicza na górę. Do pańskiego pokoju. 

- Dziękuję. Co słychać? Jak się czuje pani Seddon? Astma jej nie 

dokucza? 

- Wszystko w porządku, paniczu. Oboje czujemy się dobrze. 
-  To  świetnie.  Za  chwilę  pójdę  na  górę.  Gdzie  są  wszyscy?  W 

małym salonie? 

- Tak, sir. Jest tam również monsieur Florimond, zostanie na noc. 

Czy mam zawiadomić madame, że pan przyjechał?  

- Bardzo proszę. Powiedz państwu, że zaraz przyjdę. 
-  Słucham  sir.  -  I  spoglądając  na  mnie  z  wyraźną  ciekawością, 

wyszedł. 

Odwróciłam się, żeby także wyjść. Raoul powiedział: 
- Rozerwała pani sobie suknię.  

background image

Płaszcz miałam nie zapięty, ze zdziwieniem zobaczyłam, że mam 

rozerwany brzeg sukni. 

- Tak, teraz sobie przypominam. Poczułam w pewnym momencie, 

że o coś zawadziłam. Ale to nic takiego, sama to zreperuję. 

Zmarszczył brwi.  - Musiałem panią uderzyć zderzakiem. Jest  mi 

naprawdę.... 

- Raoul? 
Za  moimi  plecami  rozległ  się  głos.  Drgnęłam,  Raoul  widać 

przywykł do bezszelestnego  pojawiania  się swego  ojca, gdyż obrócił 
się spokojnie i powiedział wyciągając rękę: 

- Dobry wieczór, ojcze. 
Kiedy się przywitali, Leon de Valmy spojrzał na mnie bacznie. 
- Co się stało? Usłyszałem coś o zderzaku i o potrąceniu pani. 
- Nic poważnego.  
-  Miss  Martin  i  ja  -  powiedział  Raoul  z  uśmiechem  -  dość 

gwałtownie spotkaliśmy się na moście Valmy. 

Jego  ojciec  spojrzał  najpierw  na  rozerwany  rąbek  mojej  sukni, 

potem  na  zniszczoną  pończochę,  poplamioną  błotem  i  trawą.  -  To 
znaczy, że ją potrąciłeś? 

-  Och,  nie,  nie  -  odparłam  szybko.  -  Upadłam  i  stłukłam  sobie 

kolano,  a  przy  tym  rozdarłam  suknię.  Monsieur  Raoul  nie  potrącił 
mnie, to... 

-  To  nie  upadek  spowodował  rozdarcie  sukni.  Jak  prowadziłeś, 

Raoulu,  ten  swój  cholerny  wielki  wóz?  -  Gniewne  słowa  zabrzmiały 
jak trzaśniecie batem. Tym samym tonem dziś wieczór odezwał się do 
Filipa,  stojącego  jak  pod  pręgierzem  przy  obitym  złotym  brokatem 
fotelu. A przecież Raoul miał chyba ze trzydzieści lat! Byłam tym tak 
wzburzona,  że  zrobiło  mi  się  gorąco,  spojrzałam  na  niego.  Ale  on  z 
największym spokojem odparł:  

-  Chyba  tak.  Dopiero  teraz  zauważyłam  to  rozdarcie  i  właśnie 

przepraszałem  miss  Martin.  -  Zwrócił  się  do  mnie:  -  Proszę  pani, 
naprawdę jest mi ogromnie przykro. 

- Och, niech pan da spokój! - zawołałam. - Nic się nie stało. To 

była moja wina! 

- Co pani robiła na moście o tak później porze? - spytał Leon de 

Valmy. 

-  Chciałam  pospacerować.  W  lesie  było  mokro,  więc  poszłam 

szosą. 

background image

- Co się naprawdę stało? 
Raoul  zaczął wyjaśniać,  ale  mu przerwałam.  - Stałam  na  środku 

mostu, już  miałam wracać, ale chwilę  słuchałam, jak pluszcze woda. 
Bardzo to głupio z mojej strony, ponieważ mgła znad rzeki była gęsta 
i monsieur Raoul wjechał w nią. A ja zapomniałam, że ma przyjechać. 

- Zapomniała pani?   
Spojrzałam  na  niego  zdumiona  i  natychmiast  przypomniałam 

sobie, że w saloniku rozmowa toczyła się po francusku. Szybko więc 
dodałam, mając nadzieję, że się nie zaczerwieniłam:  

- Pani Seddon wspomniała mi o tym.  
-  Ach,  tak.  -  Nic  nie  mogłam  wyczytać  z  jego  czarnych  oczu. 

Spojrzał na Raoula, mówiąc:  

- I wtedy?   
Ale  to  ja  szybko  odpowiedziałam:  -  No,  i  oczywiście  monsieur 

Raoul nie widział mnie, nie mógł zobaczyć, dopiero wtedy zauważył,
kiedy  omal  mnie  nie  przejechał.  To  była  wyłącznie  moja  wina  i 
miałam  szczęście,  że  skończyło  się  tylko  na  stłuczeniu  kolana  i 
rozdarciu sukni. A kolano stłukłam, kiedy się poślizgnęłam i wpadłam 
do rowu. 

Leon  de  Valmy  nadal  miał  ściągnięte  brwi.  -  To  niebezpieczny 

zakręt... Wszyscy o tym wiedzą. Raoulu, jeśli musisz jechać tą drogą z 
tak dużą szybkością - znowu ten ostry ton - i to wieczorem... 

- Już  mówiłem  miss  Martin, jak  bardzo  mi jest  przykro  - odparł 

Raoul bardzo spokojnie. 

Ogarnął  mnie  gniew.  Mój  chlebodawca  miał  pełne  prawo  mnie 

karcić,  ale  w  mojej  obecności  nie  powinien  robić  głupca  ze  swego 
syna. Poza tym, jak na jeden wieczór, miałam zupełnie dosyć tej jego 
taktyki. 

- Już wyjaśniłam monsieur Raoulowi - powiedziałam wzburzona -

że  to  ja  byłam  winna,  tylko  ja.  Może  więc  zaniechamy  już  tego 
tematu? To nie fair obarczać go winą. Gdyby nie był tak znakomitym 
kierowcą,  to  pewnie  zginęłabym.  -  Zamilkłam,  na  twarzy  Raoula 
zobaczyłam  jakby  cień  rozbawienia,  za  to  jego  ojciec  był  wyraźnie 
zły. 

Odezwał  się  uprzejmie,  ale  w  wolno  wypowiadanych  słowach 

kryła się ostrość: 

- Znakomity kierowca nie powinien do tego stopnia ryzykować na 

tak niebezpiecznym zakręcie. 

background image

Raoul uśmiechnął się do niego, mówiąc spokojnie: 
- Czyżbyś zapomniał, że zeszłej jesieni poprawiono ten zakręt na 

koszt  Bellevigne?  I  czy  na  pewno  uważasz,  że  masz  prawo 
krytykować  moje  umiejętności  kierowcy?  Zapominasz  chyba,  że 
zarówno szosy, jak i samochody bardzo się zmieniły od czasów, kiedy 
ty mogłeś prowadzić. 

Zapadła chwila ciszy, rysy wokół ust Leona de Valmy pogłębiły 

się, mocniej ścisnął dłońmi poręcze swego wózka. Nic nie powiedział. 
Raoul  patrzył na  niego  uśmiechając  się wyrozumiale.  No, tak, to nie 
był  bezbronny  Filip.  Nic  dziwnego,  że  mój  wściekły  atak  w  jego 
obronie rozbawił go. I pomyślałam: To za Filipa, królu demonów! 

- Czy na pewno nic pani nie trzeba przysłać na górę, miss Martin? 

- spytał mnie uprzejmie Raoul. 

-  Na  pewno.  -  Spojrzałam  na  obu  mężczyzn  zmieszana.  -

Dobranoc, monsieur de Valmy, dobranoc monsieur Raoul.  

I poszłam szybko na górę po schodach, zostawiając ich samych. 

Rozdział Viii 

Jesteś  o  wiele  hardziej  potępiony  niż  Lucyfer,  jeśli  zabijesz  to 

dziecko, będziesz najgorszym z mieszkańców piekła... 

(Szekspir, "Król Jan") 

Następnego  dnia  nie  było  śladu  po  mgle,  drzewa  lekko  chwiały 

się  w  swej  wczesnej  zieloności.  Ponieważ  ciepłe  wiatry  marcowe 
zmieniły  niektóre  pąki  w  malutkie  listeczki,  chodziliśmy  z  Filipem 
drogą  przez las, ciągnącą  się na północ  od doliny. Tak też było tego 
popołudnia. 

Ruszyliśmy skrótem ścieżką, która choć stroma, nie była trudna, 

gdyż  w poprzek  niej ułożono  bale  drzewne, coś  w rodzaju  schodów. 
Od czasu do czasu przecinały ją małe strumyczki, zwykle mostem był 
kamień  nad  mchem  porośniętą  rynną,  gdzie  ciurkała  woda,  ale  w 
niektórych miejscach strumyk głęboko wciskał się w skaliste podłoże, 
tworząc  małe  kaskady;  tutaj  przerzucone  były  niewielkie  mocne 

background image

mostki, szerokie najwyżej na dwie deski, z poręczą z nie okorowanej 
sosny. 

Na tych mostkach Filip lubił się zatrzymywać, wpatrując w trawy 

i paprocie kołyszące się nad kaskadą i wypatrując na  próżno pstrągów 
wyskakujących  ze  spienionej  wody.  Tego  popołudnia  zatrzymaliśmy 
się  nad  największym  z  tych  zbiorników  wody,  gdzie  promienie 
słoneczne  przenikały  rosnącą  wokoło  zieleń  i  łamały  się  w  pyle 
wodnym.  

-  O  tam!  -  zawołał  triumfalnie  Filip.  -  Voila,  czy  pani  go 

widziała? Koło tego kamienia, gdzie są fale!  

Spojrzałam na spienioną wodę kilka metrów w dole. 
- Nic nie widzę. Tam nie ma żadnego pstrąga, Filipie. 
- Ale był. Naprawdę był. Widziałem go... 
- Owszem, widziałeś go, ale uciekł. Patrz, patrz, o tam! Na pewno 

jest! Widziałam, jak skoczył! 

-  Razem  cztery.  -  Filip  lubił  puszyć  się  swoimi  sukcesami.  -

Właściwie cztery i pół, ponieważ nie wiem, czy ten cień to un truite, 
to  znaczy  pstrąg,  czy  tylko  cień.  -  Chwycił  się  bariery  i  przechylił 
patrząc w dół. 

-  Idziemy  -  powiedziałam.  -  Jeśli  będzie  nadal  w  tym  samym 

miejscu, kiedy  będziemy wracać,  to  jest  cień.  Teraz znowu  wrócimy 
do lasu. 

Zszedł posłusznie z mostku na dość szeroką, gładką ścieżkę, która 

prowadziła wzdłuż wzgórza i niknęła wśród drzew. 

- Będziemy szukać wilków? - spytał. 
- Wilków? 
Biegł  przede  mną.  Słysząc  moje  pytanie,  odwrócił  się  ze 

śmiechem.  

- Mademoiselle, pani się boi! Czy pani naprawdę myśli, że tu są 

wilki? 

- Ja tylko... 
Znowu się roześmiał i skoczył w bok, brodząc w zeszłorocznych 

liściach. 

- A właśnie, że pani się bała! 
-  Wiesz,  nigdy  dotąd  nie  mieszkałam  na  wsi,  nie  byłam  w  tak 

wielkim lesie. I dlatego wydaje mi się, że w Valmy mogą być wilki. 

- Mamy nawet niedźwiedzie - powiedział z przechwałką w głosie 

i  dodał  poważnie:  -  Naprawdę.  Nie  kłamię.  A  niektóre  są  okropnie 

background image

wielkie.  -  Dłońmi  w  czerwonych  rękawiczkach  narysował  w 
powietrzu  wielkiego  grizzli.  -  Ja  dotąd  nie  widziałem,  vous 
comprenez,  ale  Bernard  zastrzelił  kiedyś  niedźwiedzia.  Sam  mi  to 
mówił.  

- Mam nadzieję, że dzisiaj nie spotkamy żadnego.  
-  Teraz  śpią  -  pocieszył  mnie.  -  Nie  są  groźne.  Chyba  że  się 

wejdzie na takiego, który śpi. - Dla przykładu wskoczył w dół, gdzie 
było  mnóstwo  zeschłych  liści,  tak  energicznie,  że złocisty  ich  tuman 
uniósł  się  w  powietrze.  Na  szczęście  w  dole  nie  było  niedźwiedzi.  -
One śpią bardzo mocno - ciągnął Filip, który chciał mi wytłumaczyć 
swoje niepowodzenie - i jak ecureuils lubią orzechy. 

- Wiewiórki. Wiewiórki. A może pani nie chce, żebyśmy szukali 

niedźwiedzi? 

- Wiesz, wolałabym nie, jeśli ci to nie robi różnicy. 
- No, to nie będziemy - zgodził się wspaniałomyślnie. - Ale poza 

tym  w  lesie  jest  mnóstwo  innych  zwierząt  do  oglądania.  Tatuś  mi  o 
nich opowiadał. Są kozice i marmottes, i lisy, i wiele innych. Jak pani 
myśli, czy jak będę kończyć dziesięć lat, czy będę mógł... 

- Jak skończę dziesięć lat. 
- Jak skończę dziesięć lat, czy będę mógł mieć strzelbę i strzelać z 

niej, mademoiselle? 

- No, nie, jak będziesz starszy. 
- Kiedy dziesięć lat to bardzo dużo. 
- Nie tak znowu dużo. Będziesz jeszcze za młody, żeby mieć broń 

na niedźwiedzia. 

- To choć na wywiórki. 
- Wiewiórki. 
-  Wywiórki.  Czy  będę  miał  małą  strzelbę  na  wywiórki,  jak 

skończę dziesięć lat? 

- Może tak, ale to raczej wątpliwe. W każdym razie to jest coś, co 

się nazywa źle ukierunkowaną ambicją. 

- Plait-il? - Ciągle biegł nieco przede mną, podskakując i śmiejąc 

się  do  mnie  przez  ramię,  buzię  miał  zaróżowioną  pod  czerwoną 
wełnianą czapką. I naśladując mnie dodał przekornie: - Po angielsku, 
proszę. 

Roześmiałam  się.  -  Chodziło  mi  o  to,  że  to  bardzo  nieładnie 

zabijać wiewiórki. Są takie wdzięczne. 

background image

-  Wdzięczne?  Nie,  wcale  nie.  Obgryzają  młode  drzewa.  Robią 

duże szkody, co kosztuje dużo pieniędzy. Tak mówią leśnicy. Do nich 
trzeba strzelać. 

- Rozumujesz bardzo po francusku - powiedziałam ostro. 
-  Kiedy  ja  jestem  Francuzem  -  odparł  Filip,  wesoło  skacząc 

przede  mną  - a to  są  drzewa  i  jak  będę  starszy,  będę  mieć strzelbę  i 
codziennie  będę  strzelać do  wywiórek.  Niech  pani  spojrzy! Tam  jest 
jedna!  Pif-paf!  -  I  gestami  udał,  ze  strzela  do  wiewiórek,  śpiewając 
przy tym bardzo głośno wymyśloną naprędce piosenkę: 

Pif-paf, pif-paf świetny strzał, co za traf! pif-paf, pif-paf  

- Jeśli nie będziesz patrzył pod nogi - zawołałam - to się... uważaj, 

niemądry dzieciaku! 

I  w  tym  momencie  wydarzyły  się  prawie  równocześnie  trzy 

rzeczy. Filip,  który  ciągle  podskakując  ze śmiechem odwrócił  się  do 
mnie, potknął się o korzenie jakiegoś drzewa i upadł jak długi. W tym 
momencie coś uderzyło w pień sosny obok niego i w ułamek sekundy 
później w ciszy leśnej rozległ się strzał z broni palnej. 

Nie  wiem,  ile  czasu  trwało,  żebym  pojęła,  co  się  stało.  Strzał  z 

broni  palnej  i  dziecko  leżące  na  ścieżce...  Serce  mi  zamarło  z 
przerażenia.  Dopiero  kiedy  Filip  się  poruszył,  wiedziałam,  że  nie 
został  trafiony.  I  usłyszałam  swój  przerażony  głos  rozbrzmiewający 
echem  wśród  ciszy  lasu,  porastającego  zbocza  po  obu  stronach 
ścieżki:  

- Nie strzelaj, idioto! Tutaj są ludzie! 
I  zaraz  podbiegłam  do  Filipa,  pochyliłam  się,  żeby  mieć 

pewność... 

Kula  go  nawet  nie  musnęła,  ale  kiedy  podniosłam  wzrok  i 

zobaczyłam  otwór  w  drzewie,  pod  którym  leżał,  zrozumiałam,  jak 
niewiele brakowało, żeby został trafiony. Ta głupia piosenka, w czasie 
której tak podskakiwał, uratowała mu życie.  

Uniósł głowę, blady był jak papier, wszelka radość pierzchła. Na 

policzku miał błoto, był wyraźnie przerażony,  

- To była strzelba, ktoś trafił w drzewo. 
Mówił  oczywiście  po  francusku.  Nie  była  to  chwila,  żeby  mu 

przypominać o angielskim, ani opowiadać mu o zatajeniu przeze mnie 

background image

prawdy.  Przecież  słyszał,  jak  krzyczałam  po  francuski  do 
strzelającego. Objęłam go i powiedziałam w tym samym języku: 

- Jakiś idiota wybrał się ze strzelbą na lisy. 
- Właściwie z czego strzela się do lisów? 
-  Ale  wszystko  jest  w  porządku,  Filipie.  Wszystko  w  porządku. 

Po  prostu  głupia  omyłka.  Ten  ktoś  usłyszał,  że  krzyczę  i  na  pewno 
przeraził  się  jeszcze  bardziej  niż  my.  -  Uśmiechnęłam  się  do  niego 
uspokajająco,  wstałam i pociągnęłam go za rękę. - Pewno  myślał, że 
ty jesteś wilkiem. 

Filip trząsł się, ale  zauważyłam, że nie tylko ze strachu,  ale i ze 

złości. 

-  Nie  miał  prawa  strzelać.  Wilki  nie  śpiewają.  I  nie  można 

zastrzelić  dźwięku.  Trzeba  zaczekać,  być  pewnym.  To  jakiś  wariat, 
głupiec. Nie powinien mieć strzelby. Każę go zwolnić. 

Dałam  mu  się  wyzłościć  i  dziwna  rzecz,  w  tym  przenikliwym 

głosie  usłyszałam  nie  tylko  dziecięcy  strach,  ale też  gniew  Leona  de 
Valmy.  Spojrzałam  w  górę  na  próżno  oczekując  pojawienia  się 
przerażonego gajowego przepraszającego za swą omyłkę, ale nikt się 
nie  pojawił.  Ścieżka,  którą  szliśmy,  biegła  wśród  rzadko  rosnących 
drzew. Na zboczu, na sporej przestrzeni, porosłym suchą, ostrą trawą, 
było  kilkanaście  młodych  brzóz,  a  pnie  zwalonych  drzew  pokrywała 
gruba warstwa jeżyn i jakichś pnączy. Grzbiet wzniesienia usiany był 
wielkimi głazami i tutaj zaczynała się ciemna ściana lasu. Całkowity 
spokój,  żadnego śladu czyjejś obecności. Ktokolwiek  krył się tam ze 
strzelbą,  nie  zamierzał  wcale  przyznać  się  do  swej  zbrodniczej 
lekkomyślności. 

-  Masz  rację  -  powiedziałam  drżącym  głosem.  -  Nie  powinien 

chodzić ze strzelbą, ktokolwiek to był. Zaczekaj tu. Ponieważ nie chce 
pokazać się nam, pójdę zobaczyć... 

-  Nie!  -  Zabrzmiało  to  cicho,  ale  z  rozpaczliwą  determinacją. 

Chwycił mnie za rękę. 

-  Słuchaj,  Filipie,  zaraz  się  uspokoisz.  Ten  człowiek  jest  już 

daleko  stąd  i  z  każdą  minutą  oddala  się  coraz  bardziej.  Pozwól  mi 
pójść, bądź mądrym chłopcem. 

- Nie! 
Jeszcze  raz  spojrzałam  na  las,  a  potem  na  małą  przerażoną 

twarzyczkę pod czerwoną czapką. 

- Dobrze. Idziemy do domu. 

background image

Wracaliśmy  szybko,  tą  samą  drogą.  Ciągle  trzymałam  Filipa  za 

rękę, ściskał ją bardzo mocno. Odezwałam się pierwsza:  

-  Nie  martw  się,  wkrótce  dowiemy  się,  kto  to  był,  i  twój  stryj 

zwolni  go  z  pracy.  Albo  to  jest  bezmyślny  głupiec,  który  tak  się 
przestraszył,  że  bał  się  wyjść  z  lasu,  albo  wariat,  który  uważa  to  za 
żart.  Twój  stryj  dowie  się  prawdy  i  go  wyrzuci.  -  Filip  nic  nie 
odpowiedział..  Szedł  koło  mnie  w  ponurym  milczeniu.  Nie  śpiewał, 
nie  podskakiwał.  Odezwałam  się  znowu,  starając  się  panować  nad 
zdenerwowaniem:  -  W  każdym  razie  natychmiast  idziemy  do 
monsieur de Valmy.  

Drobna dłoń w mojej ręce zacisnęła się. - Nie. 
- Ależ, Filipie... - Natychmiast jednak urwałam. Czerwona czapka 

był  odwrócona  na  bok.  -  No,  dobrze,  ty  nie    musisz,  ale  ja  tak. 
Poproszę Bertę, żeby ci dała podwieczorek i została z tobą w pokoju 
szkolnym, dopóki nie wrócę. Poproszę też twoją stryjenkę, żebyś nie 
schodził  dziś  do  saloniku,  lepiej,  żeby  to  ona  przyszła  do  ciebie,  a 
potem przed snem pogramy w loteryjkę. Co o tym myślisz?  

Czerwona  czapka  tylko  przytaknęła.  Dłuższą  chwilę    szliśmy  w 

milczeniu.  Na  mostku,  gdzie  liczyliśmy  pstrągi,  Filip  nawet  nie 
spojrzał na jeziorko w dole. 

Znowu  ogarnęła  mnie  złość.  -  Ten  wariat,  zbrodniarz  będzie 

wyrzucony z pracy. Nie martw się, Filipie. 

Skinął głową i popatrzył na mnie dziwnie. 
- O co chodzi? 
- Przed chwilą pani mówiła po francusku. 
-  Owszem,  mówiłam.  Wiedziałam,  że  nie  możesz  pamiętać  o 

angielskim, kiedy ktoś do ciebie strzelał jak do wywiórki - odparłam 
spokojnie.  

- Pani to źle wymówiła - odparł z bladym uśmiechem - mówi się 

do "wiewiórki". - I nagle się rozpłakał. 

Madame  de  Valmy  była  sama  w  ogrodzie  różanym.  Wzdłuż 

ścieżki, którą spacerowała, zaczynały już kwitnąć wczesne fiołki, koło
tarasu kwitły też żonkile. Kilka trzymała w ręku. 

Kiedy  wyszliśmy  z  lasu,  była  właśnie  zwrócona  w  naszym 

kierunku, pochylając się nad jakimś kwiatem. Znieruchomiała nagle i 
potem wolno wyprostowała się, wypuszczając kwiaty z rąk. Nawet z 

background image

tej odległości - byliśmy o jakieś kilkadziesiąt metrów od niej - musiała 
dostrzec błoto na wiatrówce Filipa i jego przygnębienie. 

Ruszyła  w  naszym  kierunku.  -  Filipie!  Na  miłość  boską,  co    się 

stało? Twoje ubranie! Upadłeś? Miss Martin... - w głosie jej brzmiało 
prawdziwe przerażenie. - Chyba nie jeszcze jeden wypadek? 

Byłam nadal bez tchu i nadal wściekła, dlatego odparłam wprost: 
- Podczas spaceru w lesie ktoś strzelał do Filipa.  
Właśnie  pochyliła  się  nad  chłopcem,  ale  słysząc  moje  słowa 

znieruchomiała. 

- Ktoś strzelał... do Filipa? 
- Tylko dlatego nie trafił, że Filip potknął się i upadł. Kula trafiła 

w drzewo.  

Wyprostowała  się  bardzo  wolno,  patrząc  na  mnie.  -  Ależ  to 

absurd! Kto mógłby...? Czy pani widziała, kto to był? 

- Nie. Ale musiał wiedzieć, co się stało, bo ja krzyknęłam głośno. 

Nikt się nie pokazał. 

-  A  Filip?  -  Przerażona  spojrzała  na  chłopca.  -  Comment  ca  va 

p'tit? On ne ta fait mal? 

Zaprzeczenie czerwoną czapką i mocniejsze ściśnięcie mojej ręki 

było jedyną odpowiedzią. 

-  Upadł,  ale  nie  zrobił  sobie  żadnej  krzywdy  -  wyjaśniłam.  -  W 

ogóle  bardzo  się  dzielnie  zachował.  -  Nie  chciałam  mówić  przy 
Filipie, że gdyby nie ten upadek, zapewne by już nie żył. Madame de 
Valmy zrozumiała moją intencję. Zbladła tak bardzo, że byłam pewna, 
iż zaraz zemdleje. W jej oczach wpatrzonych w chłopca malowało się 
przerażenie.  Jednak  przejmuje się  nim  mimo wszystko,   pomyślałam 
zdumiona, muszę przyznać, że mnie to wzruszyło. Powiedziała cicho: 

-  To...  to  straszne.  Taka  lekkomyślność...  zbrodnicza 

lekkomyślność. Czy pani... coś zauważyła? 

- Nie - odparłam krótko. - Ale nietrudno będzie znaleźć sprawcę. 

Chciałam  iść  za  nim,  ale  nie  mogłam  zostawić  Filipa  samego. 
Monsieur  de  Valmy  z  pewnością  dowie  się,  kto  z  zatrudnionych  w 
majątku  był  dziś  po  południu  w  lesie?  Gdzie  jest  teraz  monsieur  de 
Valmy? 

- Pewno w bibliotece. - Jedną dłoń przycisnęła do serca, z drugiej 

wypadły jej żonkile. Naprawdę była do głębi wstrząśnięta. - Przecież 
Filip mógł... mógł być... 

- Teraz powinnam go zabrać do domu - powiedziałam.  

background image

- Czy pani,  madame, zgodzi się na to, żeby nie schodził na dół? 

Niech ma dzisiaj spokojny wieczór i wcześnie pójdzie spać.  

-  Oczywiście,  oczywiście.  Pani  również  się  to  przyda  miss 

Martin. Przeżyła pani szok...  

-  O  tak,  ale  dodatkowo  jestem  wprost  wściekła,  i  to  jakoś  mi 

pomaga. Jak tylko zaprowadzę Filipa na górę, zejdę do  monsieur de 
Valmy.  

Przytaknęła głową, nadal wstrząśnięta, jakby nie wszystko do niej 

docierało.  

- Tak, tak, oczywiście. Monsieur de Valmy będzie  zmartwiony... 

bardzo zmartwiony.  

- Sądzę, że to zbyt słabe słowa, żeby oddać w pełni jego  uczucia 

- stwierdziłam zimno. - Chodź, Filipie, musimy znaleźć Bertę.  

Kiedy po chwili obejrzałam się, zobaczyłam, że spiesznie  weszła 

na  taras.  Z  pewnością  po  to,  by  osobiście  o  wszystkim    powiedzieć 
mężowi.  Im  prędzej,  tym  lepiej,  pomyślałam.    Weszliśmy  z  Filipem 
do domu i na schody, żeby wreszcie znaleźć się w zacisznej przystani 
- pokoju szkolnym.  

Berta  była  w  małym  pomieszczeniu  za  kuchenką  i  coś  czyściła. 

Krótko  wyjaśniłam,  co  się  stało,  była  tak  samo  wstrząśnięta  jak 
madame  de  Valmy.  Kiedy  jednak  chciałam    zostawić  z  nią  Filipa, 
przywarł do mnie rozpaczliwie i miał taką minę, jakby się miał zaraz 
rozpłakać, więc z nim zostałam. Madame de Valmy z pewnością już 
zdała  mężowi dokładną  relację, a on zrobi wszystko, co trzeba, żeby 
znaleźć winowajcę. Dla mnie najważniejszy był teraz Filip. 

W pokoju szkolnym, żeby go rozerwać, zaczęłam mu opowiadać 

jakieś zabawne historyjki, aż wreszcie po gorącej kąpieli rozłożył się z 
książką na dywanie przed kominkiem. A kiedy Berta przyszła z czymś 
do szycia, żeby mu dotrzymać towarzystwa, nie sprzeciwił się, żebym 
zeszła do jego stryja. 

Leon de Valmy był sam w bibliotece. Nigdy tu jeszcze nie byłam. 

Był  to  wysoki,  z  dwoma  długimi  oknami  pokój,  który  zaciemniały 
dębowe  półki  z  książkami,  sięgające  od  podłogi  aż  po  sufit.  Nad 
kominkiem  wisiał  na  boazerii  wielki  portret,  na  pierwszy  rzut  oka 
wydawało  mi  się,  że  Raoula  de  Valmy,  bardzo  przystojnie 
wyglądającego w stroju do konnej jazdy, w jednej ręce trzymającego 

background image

pejcz, w drugiej wodze pięknego araba o wielkich łagodnych oczach i 
ciemnych  chrapach.  Ciekawa  byłam,  czemu  ojciec  ma  tutaj  jego 
portret.  Poniżej  na  kominku  płonął  ogień,  a  przed  kominkiem  stał 
jeden tylko fotel. W pokoju poza setkami książek i wielkim biurkiem 
koło  okna  znajdowało  się  niewiele  mebli.  Zrozumiałam  dlaczego, 
kiedy  wózek  inwalidzki  Leona  de  Valmy  odsunął  się  od  bocznego 
stołu, przy którym przeglądał stos jakichś papierów, przesunął się do 
kominka, żeby tu stanąć naprzeciw owego samotnego fotela. 

- Proszę wejść, miss Martin, i usiąść.  
Zrobiłam, jak powiedział. Choć pierwsza fala gniewu już dawno 

odpłynęła,  mimo  to  zdenerwowanie  ściskało  mi  gardło  do  tego 
stopnia, że nie wiedziałam jak zacząć. Nie dlatego, żeby mnie czymś 
dziś onieśmielał.  Kiedy się do  mnie odezwał, był bardzo  przyjazny i 
poważny.  I  wtedy,  czując  prawie  fizyczny  wstrząs,  zrozumiałam,  że 
na portrecie nad kominkiem to nie był jego syn, lecz on sam. 

Najwidoczniej  musiał  zauważyć  moje  bezwiedne  spojrzenie  w 

górę,  gdyż  uczynił  to  samo.  Przez  chwilę  milczał,  patrząc  w 
zamyśleniu na obraz, potem odezwał się z uśmiechem:  

-  Mam  wrażenie,  że  my  z  rodu  Valmy  urodziliśmy  się  pod  złą 

gwiazdą. 

Miał ten sam uśmiech i tę samą kpiącą przekorę w głosie, co przy 

pierwszym  naszym  spotkaniu.  Ta  delikatna  aluzja  do  stanu,  w  jakim 
się  znalazł,  a  o  którym  chciał  wyraźnie  zapomnieć,  głęboko  mnie 
poruszyła.  Czyżby  na  wszystko  patrzył  z  punktu  widzenia  swego 
nieszczęścia?  Nic  nie  odparłam,  tylko  odwróciłam  wzrok  od  niego, 
patrząc na ogień.  

-  Dowiedziałem  się,  że  dziś  po  południu  uniknęliśmy    o  włos 

jeszcze jednej tragedii.   

Spojrzałam na niego. Jeszcze jednej tragedii. I spytałam wprost:  
- Czy madame de Valmy widziała się z panem?  
-  Po  rozmowie  z  panią  od  razu  do  mnie  przyszła.  Była 

wstrząśnięta.  Bardzo  źle się  poczuła.  To  pewno  serce.  Nie   jest  zbyt 
mocna.  -  Urwał  i  patrzył  na  mnie  badawczo.  Był    uosobieniem 
łagodności i troski. - Pani też wiele przeżyła,  miss Martin. Sądzę, że 
dobrze  pani  zrobi,  jak  się  pani  czegoś  napije.  Może  sherry?  A  teraz 
proszę mi opowiedzieć, co się wydarzyło. - Wyciągnął rękę w stronę 
małego barku, który stał z boku. 

background image

Z wdzięcznością wzięłam kieliszek, mówiąc: - Dziękuję  bardzo. -

Zdenerwowanie  minęło.  Czułam  teraz  tylko  wewnętrzną  pustkę  i 
zmęczenie.  Bardzo  spokojnie  opowiedziałam  krótko  o  tym,  co  się 
wydarzyło po południu, i na zakończenie spytałam: - Czy pan już wie, 
kto dziś po południu był ze strzelbą w lesie? 

Podniósł swój kieliszek sherry. - Właściwie nie. Armand Lestocq 

mówił  mi...  nie,  to  niemożliwe.  Dziś  po  południu    poszedł  do 
Soubirous  do  tartaku.  Ale  Armand  nigdy  nie  postąpiłby  tak 
lekkomyślnie z bronią. 

-  Przecież  pan  będzie  mógł  to  sprawdzić.  Nie  można  mu 

pozwolić...  

- Robię wszystko, co w mej mocy. - Spojrzał na mnie. - Działam 

głównie przez telefon. Jeśli to byłby on, zostanie  wyrzucony z pracy.  

Obracał  wolno  w  długich  palcach  kieliszek,  wpatrując    się  w 

odbicie ognia w złocistym płynie. Rzędy książek za nim w brunatno-
złotej  oprawie  też  były  skąpane  w  migotliwym  blasku.  Na  dworze 
szybko zapadał zmierzch, okna bramowała szarość. Wkrótce przyjdzie 
Seddon, żeby zaciągnąć story i zapalić lampy. W świetle ognia ten kąt 
pięknej biblioteki wyglądał zacisznie. 

- Czy ktoś został wysłany na poszukiwania? - spytałam.  
Podniósł  wzrok.  -  Oczywiście.  Ale  wszystko  na  to  wskazuje,  że 

winowajca  natychmiast  uciekł,  kiedy  zobaczył,  co  zrobił...  a 
właściwie czego omal nie zrobił. - Uśmiechnął się. - Chyba zdaje pani 
sobie sprawę, że uczynił wszystko, żeby dobrze zatrzeć za sobą ślady. 
Niełatwo tu w okolicy o dobrą pracę. 

-  Gdyby  chciał  się  ujawnić,  bez  wątpienia  zrobiłby  to,  kiedy 

usłyszał moje wołanie - powiedziałam. - Rozumiem dobrze, dlaczego 
się przeraził. W każdym razie to sprawdzi policja. 

Czarne  brwi  uniosły  się.  -  Policja?  Gdyby  doszło  do  wypadku... 

tak. Ale w tej sytuacji...  

- Kiedy ja nie sądzę, żeby to był wypadek.  
Moja odpowiedź wyraźnie go zdumiała.  
-  Co,  na  miłość  boską,  pani  sugeruje?  -  Ponieważ  milczałam, 

dodał, a w głosie jego słychać  było zarówno gniew, jak szyderstwo i 
niedowierzanie: - Świadome morderstwo, miss Martin? 

Pod warstwą drwiny kryło się coś więcej, on był na mnie bardzo 

zły, czułam to tak wyraźnie, jak ciepło bijące od ognia. Między nami 
toczył  się  pojedynek  słowny.  Patrzyłam  na  niego  zdumiona.  I 

background image

nieoczekiwanie  napięcie  opadło.  Kiedy    się  odezwał,  głos  jego  był 
spokojny, chłodny.  

-  Trochę  pani  histeryzuje.  Kto  chciałby  zabić  dziecko?  Przecież 

Filip nie ma wrogów. 

Nie,  nie  ma,  pomyślałam,  ale  przyjaciół  także  nie.  Z  wyjątkiem 

mnie.  Wyprostowałam  się  i  spojrzałam  mu  prosto  w  oczy,  mówiąc 
śmiało: 

- Pan wyciąga zbyt pochopne wnioski. Ja nie sugerowałam nic tak 

głupiego. I nie histeryzuję.  

Wyraz  jego  twarzy  złagodniał  nieco.  -  Przepraszam.  Ale  pani 

oświadczenie zdenerwowało mnie. Proszę mówić dalej, wyjaśnić, o co 
pani chodzi.  

Wypiłam łyk sherry, spoglądając mu prosto w oczy. 
- Po prostu ja nie uważam, żeby to był czysty przypadek. W tym 

miejscu  ścieżki  byliśmy  widoczni  i  ten  ktoś  musiał  też  nas  dobrze 
słyszeć.  Myślę,  że  to  był  głupi  wyskok...  może  jakiegoś  smarkacza, 
który chciał się pokazać albo nas przestraszyć. Ale o mało nie doszło 
do nieszczęścia, on zaś  tak przestraszył się tym, co zrobił, że uciekł. 

- Rozumiem. - Przez chwilę milczał. - Może mi pani szczegółowo 

wszystko opisać. Gdzie dokładnie byliście? 

-  Zeszliśmy  ścieżką,  która  jest  skrótem  tego  zakrętu  w  kierunku 

mostu  Valmy.  Potem  skręciliśmy  w  lewo,  gdzie  jest  przejście  przez 
głęboki wąwóz i poszliśmy w prawo doliną. 

-  Wiem,  gdzie.  Przy  wodospadzie  i  jeziorku  z  pstrągami.  -

Zdziwienie  musiało  odmalować  się  na  mojej  twarzy,  gdyż  wyjaśnił 
spokojnie: - Przez całe życie mieszkałem w Valmy, miss Martin.  

Z  największym  wysiłkiem  powstrzymywałam  się,  żeby  nie 

spojrzeć na portret nad kominkiem. Dodałam tylko szybko: 

-  Oczywiście.  Zna  pan  więc  dróżkę,  która  idzie  doliną    wzdłuż 

zbocza.  Po  paruset  metrach  dolina  rozszerza  się  znacznie,  jest  tam 
płasko, i po lewej stronie rosną gęsto  drzewa, schodzące do rzeki, za 
to po prawej rosną dość rzadko. 

- Tak, znam to miejsce. Zbocze porośnięte trawą, trochę brzóz, a 

na górze skały i las.  

Skinęłam  głową.  -  Sosny  te  mają  teraz  jakieś  kilka  metrów 

wysokości  i  są  dość  grube.  Szliśmy  ścieżką,  Filip  śpiewał  i 
podskakiwał kilka kroków przede mną, nie patrząc dokąd idzie.  

- Całe szczęście - skomentował Leon de Valmy.  

background image

- O tak. I w momencie, kiedy się potknął i upadł jak długi, kula 

trafiła w pień, o który się potknął,  wyraźnie strzelono  gdzieś  z góry, 
po prawej stronie.  

- Z grzbietu wzgórza?  
-  Chyba  tak.  To  było  najlepsze  miejsce,  żeby  się  ukryć.  I  tam 

gdzie  się  to  stało,  nie  było  nic  między  nami  i  grzbietem  wzgórza, 
trochę jeżyn i pni drzew obrośniętych pnączami.  

- Czy pani coś widziała? 
- Nic nie widziałam. Krzyknęłam, ale zaraz potem musiałam zająć 

się  Filipem.  Byłam  przekonana,  że  ten,  co  strzelał,  przeraził  się  i 
powinien  był zbiec do nas, żeby się przekonać,  czy nic  się nie stało. 
Ale tego nie zrobił. Chciałam pójść na górę i sprawdzić, kto tam jest, 
ale  musiałam  zająć  się  Filipem,  zaprowadzić  go  jak  najszybciej  do 
domu. Uważałam, że to jest ważniejsze. 

Patrzył na mnie z ciekawością. - I pani naprawdę by to zrobiła? 
- Oczywiście, że tak. Czemu nie?  
- Jest pani odważną młodą kobietą - powiedział wolno.   
-  Co  to  za  odwaga?  Oboje  wiemy,  że  to  nie  było  zrobione 

umyślnie. Dlaczego się bać jakiegoś głupca?  

Milczał chwilę i nagle twarz jego rozjaśnił niezwykle  czarujący 

uśmiech. 

-  Jednak  młoda  kobieta  mogłaby  obawiać  się  spotkania  z 

uzbrojonym głupcem. Proszę się na mnie nie gniewać, mademoiselle. 
To miał być komplement.  

- Przepraszam. - Przełknęłam i dodałam: - Dziękuję panu. 
Znowu  się  uśmiechnął.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  co  pani  wie  na 

temat broni palnej? 

- Właściwie nic. 
- Tak też myślałem. Kiedy pani mówiła o "wypadku", wyobrażała 

pani  sobie  coś  całkiem  nieprawdopodobnego.  Uważała  pani,  że  ten 
wariat  ze  strzelbą  strzelał  na  chybił  trafił  między  drzewami  w 
kierunku ledwie widocznego celu czy nawet dźwięku? 

- Tak. I nie rozumiem, dlaczego nie wiedział... 
-  Byliście  na  otwartej  przestrzeni  i  pani  mówi, że  Filip  krzyczał 

czy śpiewał. 

- Tak. I dlatego uważałam, że to miał być żart. 
-  Jakiś  niedowarzony  smarkacz  szukający  sensacji?  Chyba  nie. 

Wytłumaczenie  jest  znacznie  prostsze.  "Wypadek"  z  bronią  zwykle 

background image

oznacza tylko jedną rzecz - nieuważnie trzymaną broń, potknięcie się 
(jak  potknął  się  Filip)  o  kamień  czy  korzeń  i  następuje  strzał.  Moim 
zdaniem  musiał  zobaczyć,  że  Filip  się  przewrócił  i  pomyślał,  że  go 
trafił. Wpadł w panikę i uciekł. 

- Tak, oczywiście, ale to nie jest jedyne wyjaśnienie. 
-  Może  pani  być  pewna,  że  osobiście  tego  dopilnuję.  Być  może 

winowajca sam się zgłosi, kiedy usłyszy, że nic złego się nie stało, ale 
ja  osobiście  w  to  nie  wierzę.  -  Znowu  bawiąc  się  kieliszkiem  dodał 
serdecznie (chyba to nie rozbawienie brzmiało w jego ciepłym głosie): 
-  Moje  biedne  dziecko,  miała  pani  ostatnio  trudne  dni.  Jesteśmy  z 
żoną  ogromnie  wdzięczni  za  troskliwą  opiekę  nad  Filipem.  Bardzo 
współczuję, że przeżyła pani dziś tak ciężkie chwile. 

- Było, minęło, ja czuję się tu bardzo dobrze. 
- Doprawdy? Rad jestem z tego. I niech się pani więcej nie trapi 

tą  sprawą.  Ostatecznie,  czy  znajdziemy  tego  człowieka,  czy  nie,  z 
pewnością nigdy więcej to się nie zdarzy. Czy Filip już się uspokoił? 

- Sądzę, że tak. 
- Czy powinniśmy wezwać doktora albo dać mu jakieś lekarstwo? 
-  Och,  nie.  On  czuje  się  teraz  bardzo  dobrze.  Wydaje  mi się,  że 

tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak blisko... jak blisko trafiła ta 
kula.  Kiedy  wychodziłam  z  jego  pokoju,  był  całkiem  spokojny,  ale 
musiałam mu obiecać, że szybko wrócę i przed spaniem zagram z nim 
w loteryjkę. 

- Wobec tego nie zatrzymuję pani. Ale przedtem proszę skończyć 

sherry. 

Kiedy wypiłam wino i odstawiłam kieliszek, powiedziałam cicho: 
-  Monsieur  de  Valmy,  zanim  wyjdę,  muszę  się  wyspowiadać.  -

Jedna  brew  uniosła  się.  Miałam  rację.  Był  rozbawiony.  -  Kiedy  ja 
mówię  całkiem  poważnie  -  ciągnęłam. -  Ja...  ja  oszukałam  pana  i 
madame de Valmy, ale dłużej już nie mogę tego robić. Muszę wyznać 
panu prawdę. 

Nadal  błysk  rozbawienia  w  oczach,  ale  kiedy  się  odezwał,  głos 

jego był poważny: 

- Słucham. W jaki sposób pani nas oszukała? 
-  Oto  jak  państwa  oszukiwałam,  od  kiedy  znalazłam  się  w  tym 

domu  -  powiedziałam  po  francusku.  -  I  doszłam  do  wniosku,  że  już 
najwyższy czas, żeby wszystko wyznać. 

background image

Krótka chwila milczenia. - Rozumiem. A przy tym posługuje się 

pani  znakomitą  francuszczyzną,  miss  Martin,  francuską.  A  więc 
słucham wyznania. 

Zbrodnia  została  ujawniona.  Miałam  to  za  sobą.  Przyznałam  się 

do niepotrzebnego oszustwa i nic się nie stało. W trakcie tego Leon de 
Valmy  śmiał  się  tylko  często,  nie  tyle  z  forteli,  jakich  musiałam 
używać,  ale  z  samego  pomysłu,  że  warunkiem  otrzymania  przeze 
mnie  pracy  miała  być  nieznajomość  języka  francuskiego.  Okropnie 
zawstydzona  śmiałam  się  razem  z  nim,  może  nazbyt  ochoczo 
przyznając,  jak  bardzo  byłam  niemądra.  Jednak...  coś  ukrytego  we 
mnie głęboko cichutko protestowało. Jednak... 

Jednak Król Demonów śmiał się wesoło, a ja wdzięczna mu za to, 

razem z nim. 

Właśnie  na  tę  wesołą  scenę  wszedł  w  chwilę  później  Raoul  de 

Valmy.  Zrobił  to  tak  cicho,  że  usłyszałam  dopiero  jego  głos 
dobiegający od drzwi: 

- Bardzo przepraszam, nie wiedziałem, że jesteś zajęty. 
- Nic takiego, proszę wejdź - odparł jego ojciec.  
Ciche pstryknięcie i lampy ożyły, Raoul ominął półki i znalazł się 

w naszym zakątku przed kominkiem. 

- Właśnie wpadłem... - zaczął i widząc mnie urwał. 
-  Dobry  wieczór,  mademoiselle.  -  Potem  spojrzał  na  ojca.  -

Podobno chciałeś mnie widzieć? 

Szybko wstałam z fotela.  - Na  mnie już czas - powiedziałam po 

francusku  i  zauważyłam,  że  Raoul  zmarszczył  brwi,  ale  nie 
skomentował  tego.  A  potem  zwróciłam  się  nieśmiało  do  mego 
pracodawcy: - A może monsieur Raoul wie coś na temat tego strzału? 
Może szukał sprawcy? 

- Nie - odparł monsieur de Valmy i uprzejmie skinął głową, był to 

znak,  że  mogę  odejść.  -  Dziękuję,  miss  Martin,  że  pani  do  mnie 
przyszła. Dobranoc. 

- Jaki strzał? - spytał Raoul ostro, zwracając się do mnie. 
Spojrzałam  niepewnie  na  Leona  de  Valmy.  Raoul  zaś  spytał 

ponownie: - O jaki strzał chodzi? I kogo ja miałem szukać? 

- Och... - odparłam zakłopotana, bo przecież miałam już wyjść z 

biblioteki - myślałam, że być może... A więc pan nic nie wie o tym, co 
się wydarzyło dziś po południu? 

background image

Raoul  podszedł  do  stolika,  który  znajdował  się  między 

kominkiem a fotelem ojca i sięgnął po karafkę z sherry. 

- Nie wiem. A co się wydarzyło? 
-  Jakiś  idiota  ze  strzelbą  omal  w  lesie  nie  trafił  twego  brata 

stryjecznego - wyjaśnił spokojnie Leon. 

Raoul  gwałtownie  podniósł  głowę,  rozlewając  przy  tym  trochę 

wina. 

- Co takiego? Do Filipa? Ktoś strzelał do Filipa? 
- Tak, do Filipa. 
- Czy jest ranny? 
- Na szczęście nawet nie został draśnięty.  
Raoul  stał  teraz  wyprostowany,  z  kieliszkiem  w  ręku,  opierając 

się o gzyms kominka. Patrzył to na mnie, to na ojca. 

- Co ten człowiek chciał zrobić? 
-  Właśnie  tego  chcielibyśmy  się  dowiedzieć  -  odparł  mu  ojciec. 

Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na syna. - Wychodziłeś, czy spotkałeś 
kogoś?   

- Nie. 
- Jaką drogą szedłeś? 
- Tą na wschód, mówiłem ci, że mam zamiar iść przez zagajniki. 

Wyszedłem  przez  warzywnik.  Żywej  duszy  nie  spotkałem.  Gdzie  to 
się stało? 

-  Na  ścieżce  prowadzącej  przez  bukowy  las,  przeszło  pół 

kilometra od drewnianego mostku. 

- Znam to  miejsce. - Raoul  spojrzał na  mnie: - To... to  okropne. 

Czy naprawdę nic mu się nie stało? 

- Nic a nic - odparłam. - Upadł i kula go nie trafiła. 
- A pani? Pani oczywiście była tam? 
- Byłam razem z nim. Ale poza zasięgiem kuli.  
Stał  zapatrzony  w  kieliszek,  który  trzymał  w  rękach  i  po  chwili 

odstawił go ostrożnie na gzyms nad kominkiem. 

- Proszę, niech pani jeszcze nie wychodzi. Niech pani  usiądzie i 

opowie, jak to się stało.  

Raz jeszcze opowiedziałam wszystko. Słuchał nie ruszając  się, a 

jego ojciec oparł się głębiej w swoim fotelu i, wpatrzony w nas, jedną 
ręką bawił się krawędzią pustego kieliszka. Kiedy skończyłam, Raoul 
powiedział nie odwracając głowy: 

- Sądzę, że osobiście zajmujesz się tą sprawą. 

background image

Przez chwilę  myślałam, że  mówi do  mnie i spojrzałam  na niego 

zdumiona, ale to było skierowane do Leona de Valmy, który odparł: 

-  Jakże  mogłoby  być  inaczej.  -  I  opowiedział  dokładnie,  jakie 

polecenia  wydał  przez  telefon.  Raoul  słuchał  tego  z  głową  teraz 
spuszczoną,  zapatrzony  w  ogień,  a  ja  siedziałam  w  swoim  fotelu, 
obserwując  tych  dwóch  mężczyzn,    znowu  zastanawiając  się,  jak 
bardzo  pokrętne  stosunki  ich  łączą.  Dziś  wszystko  wydawało  się 
normalne między nimi, wczorajsza wojna podjazdowa zdawała się nie 
istnieć.  Te  dwa  głosy  tak  bardzo  podobne,  te  dwie  twarze  tak 
podobne,  a  jednak  tak  tragicznie  odmienne...  Podniosłam  głowę  i 
spojrzałam  na  portret,  na  tę  młodą  wyzywającą  twarz  z  zastygłym 
uśmiechem, na rękę trzymającą niedbale wodze konia. Nie, to nie był 
Raoul i nigdy nie mógł nim być. W twarzy Raoula było coś ciemnego 
i  wyniosłego.  Miałam  wrażenie,  patrząc  na  Raoula  kiedy  tak 
rozmawiał z ojcem, że młody człowiek na portrecie byłby łatwiejszy 
w obcowaniu... 

Drgnęłam,  wracając  do  rzeczywistości.  Leon  de  Valmy  właśnie 

mówił: 

-  Wydaje  mi  się,  że  jesteśmy  nieco  zbyt  surowi  dla  naszych 

pracowników.  Chciałbym  przekonać  miss  Martin,  żeby  miała  wolny 
wieczór, ale ona uważa, że jej obowiązkiem jest bawić Filipa. 

- Muszę - odparłam. - Obiecałam mu. 
-  Wobec  tego  niech  pani  wyjdzie  później.  Nie  na  spacer  -  tu 

znowu  uroczy  uśmiech  -  bo  można  by  sądzić,  że  panią  podstępnie 
więzimy  w  Valmy.  Co  jednak  powiedziałaby  pani  na  pewne 
odprężenie  po  przeżytych  chwilach  niebezpieczeństwa  i  wyprawę  do 
Thonon? Nie jest jeszcze późno, kawiarnia, kino... 

- Kiedy miss Martin  położy Filipa spać, nie będzie już autobusu 

do Thonon - przerwał mu Raoul. 

- To nie ma znaczenia - powiedziałam szybko, zdumiona tym, że 

nagle  ogarnęło  mnie  pragnienie  ucieczki.  Tego,  żeby  choć  jeden 
wieczór  spędzić  poza  Valmy,  zjeść  kolację  W  tłumie  ludzi,  wśród 
świateł, głosów, muzyki, znaleźć się w kawiarni, gdzie stale jest ruch, 
albo  na  ulicy. Och,  jak  bardzo  za tym  wszystkim  tęskniłam. Miałam 
już  dość  dramatycznych  przeżyć  ostatnich  dwóch  dni,  ale  jednak 
miałam  przecież  zobowiązania.  Wstałam  z  fotela,  tym  razem  byłam 
zdecydowana. 

background image

-  To  bardzo  miłe  z  pana  strony,  ale  obiecałam  Filipowi,  który 

ciągle  jeszcze  jest  trochę  roztrzęsiony...  Nie  mogę  sprawić  mu 
zawodu. Odpocznę sobie po kolacji. 

- Herbata w swoim pokoju,  a potem wcześnie  do łóżka.  - Raoul 

wyprostował się. - Czy pani na pewno nie miałaby ochoty pojechać do 
Thonon? 

- Kiedy ja... - zawahałam śmiejąc się. - Naprawdę nie mogę. 
-  W  Valmy  są  dwa  samochody,  są  też  ludzie,  którzy  potrafią  je 

prowadzić.  -  Spojrzał  na  ojca.    Sądzę,  że  miss  Martin  należy  się  ta 
przejażdżka. 

- Z całą pewnością.  Ale niestety Jeannot  pojechał  do Genewy w 

moich  sprawach,  a  w  tym  drugim  nie  zostały  dotąd  zreperowane 
hamulce. 

-  Ale  jest  mój  wóz.  -  Raoul  spojrzał  na  mnie. -  Czy  pani  umie 

prowadzić? 

-  Nie.  Ale  proszę,  niech  pan    nie  myśli,  że...  Nie  śmiałabym 

nigdy... 

- Jasno z tego wynika - powiedział Raoul wpatrując się w sufit -

że ta młoda dama marzy o tym, żeby stąd się wyrwać, czyż nie tak? 

Poddałam się. - Byłoby cudownie. 
- No, więc jest mój wóz. - Spojrzał na ojca. - Czy Bernard będzie 

ci dziś potrzebny? 

- Oczywiście, że nie. 
- Gdzie on jest? 
-  Wyszedł.  Posłałem  go,  żeby  się  rozejrzał  za  tym  głupcem  ze 

strzelbą, ale już ciemno, zaraz pewno  wróci i zgłosi się do mnie... A 
więc sprawa załatwiona. Bardzo się cieszę. Pozostaje mi tylko życzyć 
pani...  czego  miss  Martin?  Przyjemnego  wieczoru  i  miłych 
wspomnień. 

- Jestem pewna, że ten wieczór powinnam zapomnieć - odparłam 

mając w oczach zalaną łzami, pobrudzoną ziemią twarzyczkę Filipa. 

Raoul przeszedł przez pokój i otworzył przede mną drzwi. 
- A więc o ósmej? 
- Dziękuję bardzo. O ósmej. 
- Dopilnuję, żeby Bernard punktualnie czekał na panią. Jak widzę, 

rozmawiamy teraz po francusku? 

background image

- Właśnie powiedziałam o tym pana ojcu - powiedziałam zniżając 

głos.  Nie  dodałam  tylko,  że  moje  wyznanie  było  chyba  całkiem 
niepotrzebne. Król Demonów wiedział już o tym. 

Dokładnie  o  ósmej  światła  samochodu  przecięły  ciemność  pod 

balustradą  balkonu.  Filip  już  mocno  spał,  a  Berta  zajęta  szyciem 
siedziała przy kominku w mojej bawialni. Szybko, radośnie zbiegłam 
po schodach na spotkanie nieoczekiwanie wolnego wieczoru. 

Cadillac czekał na mnie, silnik pracował. Kierowca, którego tylko 

sylwetkę  widziałam  na  tle  świateł,  stał  przy  otwartych  drzwiczkach. 
Wsiadłam, zatrzasnął je za mną, obszedł samochód i usiadł koło mnie 
za kierownicą. 

- To pan? - powiedziałam zaskoczona. - Tego w umowie nie było. 
Wóz  ruszył,  zatoczył  półkole  i  zaczął  zjeżdżać  pełną  zakrętów 

drogą. Raoul de Valmy roześmiał się. 

- Czy będziemy rozmawiać po francusku? - spytał w tym języku. 

- Dziewczyny podrywam zawsze po francusku. 

-  Ja  tylko  chciałam  powiedzieć,  że  nie  widzę  powodu,  dlaczego 

ma pan mnie wozić. Czy nie było Bernarda? 

-  Był.  Ale  wcale  go  o  to  nie  prosiłem.  Czy  ma  pani  jakieś 

zastrzeżenia? 

- Oczywiście, że nie. To bardzo miło z pana strony. 
-  Ulegam  własnym  skłonnościom.  Ostrzegam  panią,  zawsze  to 

robię. To mój modus vivendi - powiedział żartobliwie. 

- Dlaczego pan ostrzega? Czy bywają one niebezpieczne?
- Czasami.  - Myślałam,  że się  roześmieje  mówiąc to,  ale tak  się 

nie  stało.  Jakby  opuścił  go  dobry  humor,  przez  chwilę  milczał 
zamyślony, prawie ponury. Wpatrzona w krętą drogę siedziałam cicho 
z rękami na kolanach. 

Ostatni  zakręt,  zmniejszenie  szybkości,  kamienny  most  i  pełny 

gaz na szosie w dolinie. 

Wreszcie  odezwał  się  chłodno,  wręcz  oficjalnie.  -  Ogromnie  mi 

przykro, że pani miała takie fatalne dwa dni. 

- Dwa dni? 
- Miałem też na myśli ten epizod na moście wczoraj wieczorem.  
-  Ach,  to  -  cicho  roześmiałam  się.  -  Wie  pan,  prawie  o  nim 

zapomniałam. 

background image

-  Cieszę  się  z  tego.  Ale  może  tylko  dlatego,  że  dzisiejsze 

wydarzenie  przesłoniło  tamto.  Chyba  szok  już  minął.  -  Spojrzał  na 
mnie i dodał: - Czy pani bardzo się przeraziła? 

-  Dziś?  O,  taak...  tak.  Nie  tego,  że  mogłam  być  trafiona,  bo 

wszystko  działo  się  zbyt  szybko,  ale  jakoś...  jednak  przestraszyłam 
się.  -  Zaczęłam  nerwowo  zaciskać  palce,  przypominając  sobie  tę 
straszliwą  chwilę,  próbując  mu wyjaśnić  co  czułam.  -  Zwłaszcza  ten 
moment, kiedy usłyszałam strzał i zobaczyłam, że Filip leży bez ruchu 
na ścieżce... Moment kiedy jeszcze nie wiedziałam, że jemu nic się nie 
stało. Trwało to całą wieczność. Cisza po strzale, jakby świat wypadł 
bezdźwięcznie z trybów, i tylko szum drzew na wietrze. 

Braliśmy  właśnie  łagodny  zakręt  w  kierunku  Bella  Surprise. 

Drzewa  ozłocone  reflektorami  wybiegły  nam  naprzeciw  i  umknęły 
zaraz do tyłu. 

Powiedziałam:  -  Czy  pomyślał  pan  kiedyś,  kiedy  wydarzyło  się 

coś strasznego: "Przed chwilą wszystko było inaczej, niech tak będzie 
jak wtedy, a nie jak teraz"? I choć człowiek chce koniecznie wrócić do 
tego  "wtedy",  dobrze  wie,  że to  niemożliwe.  I stara  się  zatrzymać  tę 
chwilę,  nie  pozwolić,  żeby  minęła  i  zrealizowała  się  w  pełni.  Tak 
właśnie było wczoraj. 

- Znam to. Ale ostatecznie nic się nie stało. 
-  Istotnie  -  głęboko  westchnęłam.  -  Ale  jednak  było  to  "wtedy". 

Do końca życia nie zapomnę momentu, kiedy Filip się poruszył. 

Znowu szybkie spojrzenie: - A potem? 
-  Potem  byłam  wściekła.  Tak  wściekła,  że  mogłabym  kogoś 

zabić.  

- Tak nieraz reagujemy. 
- Dlatego, że się przeraziliśmy? Podobno. Ale to nie było tylko to. 

Gdyby pan widział  twarz Filipa... - Zobaczyłam ją znowu  niezwykle 
wyraźnie.  I  dodałam,  jakbym  musiała  to  wyjaśnić:  -  Filip  jest  takim 
spokojnym dzieckiem, a to niedobrze.  Mali chłopcy nie powinni być 
spokojni. Ale dzisiaj było już lepiej, bawił się wesoło, wygłupiał, jak 
to potrafią tylko dzieci. Nie wyobrażałam sobie, że może być taki. Z 
radością  na  to  patrzyłam.  I  nagle...  całkiem  nieoczekiwanie...  co  za 
potworność. A potem miał brudną buzię i nie chciał zatrzymać się na 
mostku, żeby popatrzeć na pstrągi i wreszcie on... on się rozpłakał... -
Urwałam.  Zagryzłam  wargę  i  odwróciłam  się  od  niego  wyglądając 
przez okno. 

background image

- Proszę o tym nie mówić, jeśli nie ma pani ochoty. 
-  To...  to  mną  wstrząsnęło.  Ale  teraz,  kiedy  mogłam  komuś 

wszystko opowiedzieć, ulżyło mi. - Zmusiłam się do uśmiechu. - Ale 
zapomnijmy o tym. 

- Po to jedziemy. - I nagle powiedział zmieniając ton: - Po dobrej 

kolacji zaraz poczuje się pani lepiej. Czy ma pani przy sobie paszport? 

- Co takiego? 
- Swój paszport, chyba go pani nosi ze sobą? 
-  Tak,  mam  w  torebce,  ale  o  co  chodzi?  To  coś  poważnego, 

deportacja? 

- Coś w tym rodzaju. - Zbliżaliśmy się do przedmieścia Thonon. 

Odblask  przydrożnych  lamp,  ukrytych  wśród  gałęzi  drzew,  tworzył 
fantastyczne  wzory.  -  A  gdybyśmy  tak  spędzili  wspaniały  wieczór  i 
pojechali  do  Genewy, gdzieś  coś  zjedli,  a potem  poszli  do  kina  albo 
potańczyli? 

-  Doskonale.  Decyzja  należy  do  pana  -  odparłam,  czując,  że 

udziela mi się jego beztroski nastrój. 

- Naprawdę? 
- Naprawdę. 
-  Znakomicie  -  odparł  Raoul  i  wjechaliśmy  na  pełen  światła  i 

ludzi rynek Thonon.   

Nie  będę  dokładnie  opisywać  tego  wieczoru,  choć  -  jak  się 

okazało  -  był  ogromnie  ważny.  Wtedy  po  prostu  był  cudowny...  W 
Thonon  zatrzymaliśmy  się  przy  kramie  z  kwiatami  i  Raoul  kupił  mi 
pachnące  odurzająco  frezje  i  purpurowe  anemony.  A  potem 
jechaliśmy pod usianym gwiazdami niebem, a nierealny żółty księżyc 
ukazywał  się  co  chwila  zza  wysokich  topoli.  A  kiedy  wreszcie 
dojechaliśmy do Genewy, miasta jak z bajki, którego światła kołysały 
się  na  tafli  jeziora,  byłam  w  tak  cudownym  nastroju,  że  całkiem 
zapomniałam  o  samotności,  niedawno  przeżytym  strachu  i 
niebezpieczeństwie. 

Dlaczego sądziłam, że jest wyniosły? Przecież rozmawialiśmy ze 

sobą, jakbyśmy znali się całe życie. Zapytał mnie o Paryż, a ja, po raz 
pierwszy  bez  żadnych  zahamowań,  opowiedziałam  mu  o  moim 
dzieciństwie, rodzicach, o radosnym życiu na Rue du Printemps, jakby 
nie istniał ból i śmierć. Nawet pobyt w sierocińcu we wspomnieniach 
był raczej zabawny niż smutny. 

background image

Z kolei Raoul mówił o swoim Paryżu, tak bardzo innym od mego, 

o Londynie, który nie miał żadnego związku z Domem dla Dziewcząt 
im.  Konstancji  Butcher  i  wreszcie  o  nagrzanej  słońcem  Prowansji, 
ukrytym wśród winnic zabytkowym Bellevigne, które powoli chyliło 
się ku upadkowi...  

Rozmawialiśmy  o  wszystkim,  tylko  nie  o  Valmy.  Ani  razu  nie 

wspomnieliśmy. 

A potem kolacja w jakiejś małej, wcale niewytwornej restauracji, 

gdzie  jedzenie  było  wspaniałe,  a  to,  jak  byłam  ubrana  nie  miało 
żadnego  znaczenia.  Wtedy  nie  tańczyliśmy,  gdyż  Raoul  stwierdził 
stanowczo,  że jedzenie to ważna sprawa, i że nie  można jej łączyć z 
gimnastyką,  lecz  potem    poszliśmy  gdzie  indziej,  tańczyliśmy.  I 
powrót, kiedy jechaliśmy z taką szybkością, że serce biło mi szybciej, 
ale której tego cudownego wieczoru, w tym cudownym samochodzie 
wcale się nie bałam. Szybka kontrola na granicy i znowu pędziliśmy 
przed  siebie,  do  Thonon,  tam bulwarem  nad  jeziorem,  przez  pusty  o 
tej porze rynek, mijając zakręt prowadzący do Soubirous... 

- Hej - zawołałam - pan źle pojechał!  
Spojrzał na mnie z boku. - Zamierzam ulec złym skłonnościom. 
- Jakim? - spytałam trochę przerażona. 
- W Evian jest kasyno. 
Przypomniałam sobie panią Seddon i uśmiechnęłam się w duchu. 
- Jaka jest pańska szczęśliwa liczba? 
- Nie wiem jeszcze - roześmiał się. - Ale jestem pewien, że dziś 

wkrótce się dowiem. 

Pojechaliśmy  więc  do  kasyna,  najpierw  on  grał,  a  ja  się 

przyglądałam,  a  potem  on  mnie  namówił,  żebym  spróbowała,  i 
wygrałam  raz,  drugi.  I  wyszliśmy  z  kasyna,  a  za  wygrane  pieniądze 
piliśmy cafe-fine, bardzo się przy tym śmiejąc. 

A kiedy wreszcie jechaliśmy serpentyną do Valmy, nie wiem czy 

to  z  podniecenia,  senności  czy  cafe-fine  miałam  wrażenie,  że  się 
unoszę jak we śnie. 

Stanęliśmy pod bocznym wejściem na stajennym dziedzińcu, a ja 

ciągle  jeszcze  jak  we  śnie  podziękowałam  mu  bardzo  nieskładnie  i 
życzyłam dobrej nocy. 

Nie  pamiętam,  jak  przez  ciemne  korytarze  i  schody  doszłam  do 

mojej sypialni i położyłam się do łóżka. 

background image

To  nie  był  wpływ  koniaku,  kawa  całkiem  zneutralizowała  jego 

działanie. To było znacznie coś groźniejszego. Coś, co się zrodziło na 
tle muzyki, poświaty księżycowej i całej radości minionej nocy. Było 
to  głupie,  przerażające,  cudowne,  a  jednak  się  stało  i  nic  na  to  nie 
mogłam poradzić. 

Musiałam spojrzeć prawdzie  w oczy:  po  uszy  zakochałam się  w 

Raoulu de Valmy.

   
Rozdział Ix 

Nigdy  nie  mów  o  swej  miłości,  o  tej  miłości,  której  nigdy 

wyjawić nie można. 

(Blake, "Poemat z Mss") 

Łatwo można było to przewidzieć. Byłoby bardzo dziwne, gdyby 

Kopciuszek,  który  znajdował  się  w  takim  ponurym  miejscu  jak 
sierociniec  i  który  przebywał  tyle  godzin  sam  na  sam  z  Raoulem de 
Valmy,  nie  zakochał  się.  Młody  mężczyzna,  którego  uroda,  wdzięk 
musiały podziałać bez najmniejszego wysiłku z jego strony, po prostu 
poświęcił  się, żeby młoda dziewczyna  spędziła  bardzo  miły wieczór. 
Niezapomniany wieczór! 

W pełni zdawałam sobie sprawę, że to nie jest nic więcej. Mimo 

wielu  romantycznych  lektur  i  snucia  romantycznych  (rzecz  jasna) 
marzeń, zachowałam sporą dozę francuskiego zdrowego rozsądku. To 
i angielska cecha, brzydko zwana flegmą, powinny mi pomóc, żebym 
zapanowała  nad  obecnym,  głupim  stanem  uczuć.  Przeżyłam 
wspaniały wieczór. A jutro będzie całkiem zwykły dzień. 

I był. Wkrótce po śniadaniu wielki cadillac zniknął za pierwszym 

zakrętem.  Raoul  zapewne  wrócił  do  Bellevigne.  Ja  świadomie 
starałam  się  trzymać  myśli  na  wodzy  i  nie  myśleć  o  prowansalskiej 
idylli, kiedy to pędziliśmy przez skąpane w świetle księżyca winnice, 
ani wyobrażać sobie, jak zwiedzamy razem Tadż Mahal czy Błękitną 
Grotę na Capri, całą uwagę skupiając na Filipie. 

Nikt  nie  przyznał  się  do  wypadku  ze  strzelbą  i  niewiele  było 

nadziei  na  to,  że  winowajca  zostanie  odnaleziony.  Filip  też  robił 

background image

wrażenie, że zapomniał o wszystkim, i tak cała sprawa ucichła. Życie 
toczyło  się  swoim  torem,  no  i  wszyscy  już  myśleli o  Wielkanocnym 
Balu.  Tradycyjnie  od  wielu  lat  odbywał  się  w  Valmy  w  drugi  dzień 
świąt.  Pani  Seddon  i  Berta,  ilekroć  pojawiły  się  w  okolicach 
szkolnego pokoju, z zapałem opowiadały mi, jak to dawniej bywało. 

-  Wszędzie  kwiaty  -  mówiła  Berta  (która  uważała  za  rzecz 

całkiem oczywistą, że nagle mówię biegle po francusku) - i mnóstwo 
światła.  Żarówki  zawieszano  nawet  na  drodze  do  mostu  Valmy. 
Sadzawka  też  była  oświetlona  i  włączano  wielką  fontannę,  i  małe 
lampeczki  pływały  po  wodzie  jak  nenufary.  Oczywiście  teraz  -  tu 
przestała ścierać kurze i spojrzała na mnie z żalem - nie będzie tak jak 
dawniej. Moja matka opowiadała mi o tym, jak było za życia starego 
hrabiego, powiadają, że miał bardzo dużo pieniędzy, ale teraz nigdzie 
nie jest tak jak dawniej. Ale mimo wszystko będzie pięknie. Niektórzy 
powiadają,  że  to  nie  przystoi  tańczyć  w  Wielkanoc,  kiedy  rok  temu 
pan hrabia i pani hrabina zginęli, ale ja tam zawsze mówię, że trudno, 
kto  umarł,  to  umarł  (niech  Bóg  da  spokój  wieczny  ich  duszom)  -
przeżegnała  się  szybko  - ale  ci, co żyją,  muszą robić  swoje.  Nie to, 
żebym  ja  miała  twarde  serce,  panienka  rozumie,  o  co  mi  chodzi, 
prawda? 

- Naturalnie. 
- Madame powiedziała jednak, że to będzie nieduże przyjęcie, ale 

i  tak  panienka  oczy  wytrzeszczy  ze  zdziwienia,  przepraszam  za 
wyrażenie. Jednak my - tu się wyraźnie rozjaśniła i zaczęła z zapałem 
czyścić  mosiężną  tacę  -  my  będziemy  mieć  swoje  tańce  takie  jak 
zawsze. 

- To macie własną zabawę? 
-  O,  tak.  Wszyscy  dzierżawcy  i  służba  zamkowa  we  wtorek 

wieczorem, po balu tutaj, w Soubirous. Wszyscy pójdziemy. 

Ta  wiadomość,  rzecz  jasna,  sprawiła,  że  zaczęłam  się 

zastanawiać,  na  które  tańce  będę  zaproszona,  ale  wkrótce 
przekonałam się, że  madame de Valmy, z racji tej okazji, zachowała 
się wielkodusznie... Wobec tego i mnie też ogarnęło radosne uczucie 
oczekiwania,  choć  ten  nastrój  psuł  nieco  fakt,  że  nie  miałam 
odpowiedniej na tę okazję sukni. 

Jednak nie martwiłam się tym długo. Jeśli idzie o szycie, jestem 

prawdziwą  Francuzką,  pozostało  mi  więc  jedno,  na  co  zamierzałam 
poświęcić większość zarobionych pieniędzy. Wiedziałam, że potrafię 

background image

uszyć  sobie  coś  ładnego,  co  oczywiście  nie  dorówna  kreacjom 
Balmaina czy Florimonda, których z pewnością na sali balowej będzie 
mnóstwo.  Postanowiłam,  że  usiądę  gdzieś  z  boku  i  będę  przyglądać 
się, jak inni się bawią, odpędzając od siebie wizję, jak w przepięknej 
kreacji  tańczę  z  Raoulem  we  wspaniałej  sali  takiej  jak  w  Pałacu 
Backingham.  Ale  to  nie  będzie  suknia  tylko    "odpowiednia"  na  tę 
okazję (dobrze pamiętam opisy ubogiej garderoby Jane Eyre i kpiącą 
aluzję  Leona  de  Valmy),  nie  byłam  jeszcze  na  poziomie 
"bombazyny". 

Wolny czas miałam dopiero w trzy dni po wypadku ze strzelbą i 

po południu pojechałam do Thonon autobusem, żeby kupić materiał i 
wykrój na balową sukienkę. Wiedziałam, że w tak małym miasteczku 
jak Thonon nie znajdę nic gotowego, a Genewa i Evian były dla mnie 
za drogie. Szukałam więc z zapałem w materiałach, na jakie było mnie 
stać,  i  wreszcie  znalazłam  piękny  biały  włoski  materiał,  przetykany 
srebrną  nitką.  Ekspedientka  podała  mi,  jej  zdaniem,  okazyjną  cenę, 
która  pochłonęłaby  wielką  cześć  moich  oszczędności.  Jednak  chwilę 
tylko walczyłam z resztkami rozsądku i bez żalu położyłam na ladzie 
żądaną sumę. A potem przyciskając mocno paczkę wyszłam na ulicę.  

Była już prawie piąta, jeden z tych ciemnych deszczowych dni w 

kwietniu,  kiedy  wieje  silny  ciepły  wiatr.  Padało  nieco  wcześniej,  ale 
teraz  spóźniony  poblask  na  zachodzie  ześlizgiwał  się  po  mokrych 
dachach  i  obrysowywał  bladym  złotem  pączki  kasztanów  na  tle 
szarego  nieba.  W  wielu  sklepach  zapalono  już  lampy,  które 
początkowo  odbijały  się  w  wilgotnych  chodnikach.  Nad  straganem, 
gdzie Raoul kupił mi wtedy kwiaty, nie osłonięty płomień gazu syczał 
na wietrze, to długi i jasny jak wąż, to mały w kolorze kobaltu i siarki. 
Opony  przejeżdżających  samochodów  syczały  cicho  na  asfalcie. 
Wśród bezlistnych kasztanowców z rzadka świeciły lampy uliczne. 

Marzyłam  o  filiżance  herbaty.  Ale  mój  zmysł  oszczędności 

przerażony ostatnim wydatkiem zaprotestował stanowczo: w salon de 
the  herbata  byłaby  droga,  podczas  gdy  kawa  czy  aperitif,  znacznie 
lepszej przy tym jakości, kosztowałyby o połowę taniej. 

Zrezygnowałam więc z herbaty i ruszyłam przez plac w kierunku 

restauracji,  gdzie  szklana  zasłona  chroniła  stoliki  przed  podmuchami 
wiatru. Kiedy już byłam na chodniku i zastanawiałam się, przy którym 
stoliku usiąść, usłyszałam za plecami nieśmiały głos: 

- Miss Martin? 

background image

Odwróciłam się zdumiona, gdyż głos bez wątpienia był angielski 

i zobaczyłam jasnowłosego młodego człowieka, którego spotkałam w 
Soubirous.  Miał  na  sobie  długą  ciepłą  kurtkę  i  kosmaty  szal.  Wiatr 
szarpał  mu  włosy.  Sprawiał  wrażenie  dużego  i  nieśmiałego 
niedźwiedzia, wprost nieprawdopodobnie wielkiego, jakby powiedział 
Filip. 

- Czy pani mnie pamięta? - spytał. - W poniedziałek spotkaliśmy 

się w Soubirous. 

- Oczywiście, że pamiętam pana, panie Blake. - I miałam ochotę 

dodać,  że trudno byłoby go zapomnieć, jedynego  łagodnego Anglika 
wśród  francuskich  tygrysów,  ale  pomyślałam,  że  byłoby  to 
nietaktowne...  -  Mam  nadzieję,  że  nie  musiał  pan  używać  bandaży  i 
tych innych rzeczy? 

Uśmiechnął się. - Jak dotąd nie, ale może wkrótce. Czy pani... czy 

pani miała zamiar czegoś się tu napić? Może... może... to jest chciałem 
powiedzieć, że z największą radością... 

Pospieszyłam  mu  z  pomocą.  -  Bardzo  panu  dziękuję,  z  wielką 

chęcią. Może tutaj usiądziemy, żeby widzieć, co się odzieje na placu. 

Usiedliśmy  przy  stoliku  koło  szklanej  ściany.  Blake  zamówił 

kawę  w  swojej  kulawej  angielskiej  francuszczyźnie.  Widząc  jego 
triumfalną minę, kiedy podano kawę, roześmiałam się, mówiąc: 

- Robi pan szybkie postępy. 
-  Naprawdę?  Inna  sprawa,  że  trudno  pomylić  się  zamawiając 

kawę. 

- A z innymi zakupami poradził pan sobie dzisiaj? 
-  O  tak.  W  Thonon  zawsze  znajdzie  się  ktoś,  kto  rozumie 

angielski.  Poza  tym  -  dodał  -  tu  jest  taniej.  Zwykle  kupuję  na  targu. 
Niewielkie mam wymagania. 

- Czy mieszka pan teraz w chacie, w górach? 
- Od czasu do czasu. Dwa razy w tygodniu nocuję w Coq Hardi w 

Soubirous  i  na  miejscu  się  stołuję,  ale  bardzo  lubię  przebywać  w 
chacie.  Zawsze  dobrze  mi się  tam pracuje,  poza  tym  mam całkowitą 
swobodę, jem i śpię, kiedy chcę. 

Wyobraziłam go sobie natychmiast, jak niby niedźwiedź zimą, z 

orzechami w kieszeni leży zakopany w słomie. To mi nasunęło myśl o 
Filipie: 

- Czy ktoś z waszej strony doliny chodzi do Valmy ze strzelbą? 

background image

-  Tylko  zaproszony.  O  ile  mi  wiadomo,  jesienią  bywają  tam 

polowania. 

- Nie o to mi chodzi. Czy gajowi, leśnicy, w ogóle ktoś poluje na 

lisy, kozice lub inną zwierzynę? 

- Dobry Boże, nie! Ale czemu pani o to pyta?  
Opowiedziałam  mu  dokładnie,  co  się  przydarzyło  Filipowi  we 

wtorek  po  południu.  Słuchał  z  wielką  uwagą  i  wreszcie  zawołał  z 
oburzeniem: 

-  Ależ  to  straszne!  Biedny  dzieciak.  Przeżył  okropny  szok,  pani 

też.  Najłagodniej  mogę  to  nazwać  cho...,  no,  karygodną 
bezmyślnością! I mówi pani, że nie znaleziono sprawcy? 

- Nikt się nie przyznał, choć wszystkim wiadomo, że na szczęście 

nie  stało  się  nic  złego.  -  Ale  to  zrozumiałe.  Ten  człowiek  i  tak 
straciłby pracę, a w tych stronach bardzo o nią trudno. 

- Tak, to racja. 
-  Co  więcej  -  ciągnęłam.  -  Kiedy  monsieur  de  Valmy  posłał 

dwóch  ludzi  na  miejsce  wypadku,  przekonali  się,  że  kula  została 
usunięta z drzewa. 

Zagwizdał. - Dokładny facet. 
- Bardzo  dokładny.  Rozumie  pan,  o  czym to  świadczy?  Ci dwaj 

ludzie  zostali  tam  posłani  zaraz  po  naszym  powrocie  z  Filipem  do 
domu.  Po  pierwsze,  świadczy  to  o  tym,  że  ten  człowiek  wiedział  co 
się  stało,  kiedy  nacisnął  cyngiel,  a  po  drugie,  że  nie  uciekł  od  razu. 
Czekał w ukryciu,  aż odejdziemy  z Filipem, a potem  zszedł na dół  i 
usunął  dowód  swej  winy.  -  Spojrzałam  na  niego.  -  To  okropnie 
pomyśleć, że on czaił się tam wysoko w lesie i obserwował nas... 

- A co więcej, chyba wariat. Wypadki przecież się zdarzają i jeśli 

nawet  tak  się  stało,  gdyby  był  przyzwoitym  człowiekiem,  zszedłby, 
przeprosił  i  odprowadził  was  oboje  do  domu.  W  takiej  sytuacji 
najwyżej  musiałby  wysłuchać  reprymendy  od  swego  zwierzchnika. 
Pewno stracił głowę i bał się zejść do was. Mam jednak nadzieję, że 
go odnajdą. A co pan de Valmy zrobił w tej sprawie? 

-  Nadal  próbuje  go  odnaleźć,  ale  nie  sądzę,  żeby  to  coś  dało. 

Należy  sprawdzić  wszystkich  mężczyzn,  ale  tylko  dwóm 
uwierzyłabym: panu de Valmy i jego lokajowi, Seddonowi. 

- Chyba syn pana de Valmy był wtedy w zamku? - spytał Blake. 
W jego tonie nie było żadnego podtekstu, ale ja poczułam, że się 

okropnie  czerwienię.  Wściekła  na  siebie,  szybko  odwróciłam  twarz, 

background image

żeby popatrzeć przez szybę na ciemniejący już plac. Jeśli za każdym 
razem,  kiedy  ktoś  wspomni  Raoula,  będę  się  czerwienić,  Król 
Demonów  szybko  odgadnie  prawdę  i  z  pewnością  natychmiast 
zareaguje.  Wpatrzona  w  barwny  stragan  z  kwiatami  powiedziałam 
obojętnym tonem: 

- Był, odjechał następnego dnia rano. Ale chyba nie sądzi pan... -

Mimo wszystko, głos mi zadrżał. - On z pewnością tam nie był. 

- Nie? Ma niepodważalne alibi? 
- Właściwie nie. Ale to po prostu niemożliwe! - Dopiero po tym 

impulsywnym okrzyku zaczęłam logicznie myśleć i dodałam: - On nie 
miał powodu czaić się w lesie i wydłubywać kulę z drzewa! 

- Oczywiście, że nie. 
Chyba zbyt szybko zmieniłam temat: 
- A co z pułapkami na ryjkowce? 
Udało  się.  Był  ostatnim  człowiekiem,  który  by  uważał  pytanie 

dotyczące  jego  pracy  za  zwykły  fortel.  I  od  razu  potoczyła  się 
ożywiona  rozmowa.  Słuchałam  go  i  zadawałam,  jak  mi  się  zdaje, 
właściwe pytania,  myśląc przy tym  o balu w Valmy. Czy Raoul  tam 
będzie? Czy on tam będzie na pewno? 

Z  moich  rozmyślań  wyrwało  mnie  prozaiczne  pytanie  Blakea, 

którym autobusem zamierzam wracać do Valmy. 

- Najbliższy odjeżdża za dwanaście minut - poinformował mnie -

a potem musiałaby pani czekać dwie godziny. 

-  O  Boże  -  jęknęłam.  -  Nie  mogę  się  spóźnić.  Czy  pan  też  nim 

jedzie? 

-  Nie.  Ja  odjeżdżam  przed  panią.  Zamierzam  się  urwać  i  ten 

weekend spędzić z przyjaciółmi w Annecy. - Uśmiechnął się do mnie, 
dając znak kelnerce. - Proszę więc zapomnieć, że pani mnie widziała. 
Właściwie to będą wagary, ale nie mogłem oprzeć się pokusie. Kilku 
kolegów  będzie  przez  tydzień  w  Annecy,  chcą,  żebym  razem  z  nimi 
poszedł na wspinaczkę. 

- Nie zdradzę pańskiej tajemnicy - obiecałam.  
Kiedy  podszedł  kelner,  Blake  zaczął  się  pocić  nad  rachunkiem, 

widziałam  wszystkie  fazy:  najpierw  sprawdził  dodawanie,  następnie 
przeliczył  pozycje  na  angielskie  pieniądze,  podzielił  przez  dziesięć, 
żeby  wiedzieć,  jaki  ma  dać  napiwek,  dalej  z  trudem  wyszukał 
odpowiednie banknoty i wreszcie podał ich plik z miną świadczącą o 

background image

tym,  że  jego  zdaniem  jest  to  zbyt  duża  suma.  Wtedy  spojrzał  mi  w 
oczy i lekko się czerwieniąc roześmiał się. 

- Wszystko jest w porządku, dopóki rachunek nie przekracza stu 

franków  -  powiedział  jakby  się  tłumacząc  -  bo  wtedy  całkiem  się 
gubię. Proszę, żeby mi pisali każdą pozycję oddzielnie. 

- Uważam, że pan świetnie daje sobie radę. Jeszcze jeden miesiąc 

tutaj i będzie pan mówić jak tubylec. - Wstałam. - Dziękuję bardzo za 
kawę. A teraz, jeśli pan chce zdążyć na autobus, proszę się o mnie nie 
kłopotać. 

-  Racja,  muszę  już  biec.  -  Ale  jeszcze  się  ociągał.  -  Bardzo  się 

cieszę,  że  panią  znowu  spotkałem...  Czy  moglibyśmy...  to  znaczy, 
kiedy pani ma wolne następne popołudnie? 

- Nie  wiem  dokładnie  - odparłam  niezbyt  zgodnie  z prawdą,  ale 

zrobiło mi się go żal i dodałam szybko: - Bywam czasem w Thonon w 
piątek  po  południu  i...  na  miłość  boską!  Czy  to  nie  pański  autobus? 
Kierowca  już  wsiadł!  Niech  pan  biegnie  szybko!  Czy  ta  paczka,  te 
rzeczy  pod  stołem  należą  do  pana?  Do  widzenia,  życzę  udanego 
weekendu! 

Jakoś  zebrał wszystkie  swoje klamoty z podłogi  i ruszył z liną i 

plecakiem,  klucząc  pomiędzy  zatłoczonymi stolikami  i  wypadł  przez 
wahadłowe  drzwi,  które  mu  otworzyłam  i  przytrzymałam,  w  biegu 
machając  ręką.  Dopadł  do  autobusu,  kiedy  kierowca  zatrzasnął  już 
drzwi i włączył silnik. Jakoś wspiął się na schodki autobusu, odwrócił 
się i znów pomachał mi ręką. 

W odpowiedzi  też podniosłam  rękę  i  właśnie  zamierzałam  pójść 

w kierunku przystanku, na którym czekał mój autobus, kiedy z lekkim 
szumem  mokrych  opon  zatrzymał  się  przede  mną  cadillac.  Serce 
zaczęło mi bić jak szalone. 

Otworzyły się drzwi. Usłyszałam głos Raoula: 
- Czy pani jedzie w moją stronę? 
Był sam. Usiadłam koło niego bez słowa, samochód ruszył przez 

plac, skręcił koło przystanku, gdzie stał jeszcze autobus do Soubirous. 
Pojechaliśmy ulicą prowadzącą na południe. 

Dziwna rzecz, ale dotąd nie zauważyłam, jak piękny był wieczór. 

Wśród  nagich  gałęzi  lampy  uliczne  wyglądały  jak  dojrzałe 
pomarańcze,  ich  światła  odbijały  się  w  wilgotnym  chodniku.  Na 
straganach piętrzyły się stosy prawdziwych pomarańczy, bakłażanów, 
czerwonej  i  zielonej  papryki.  Obok,  w  otwartych  drzwiach  sklepu 

background image

winnego,  niby  w  grocie  Aladyna,  lśniły  aż  pod  sufit  rzędy  butelek 
rubinowych,  bursztynowych  i  jasnożółtych.  Plon  dziesiątków 
upalnych  żniw.  Z  pobliskiej  kawiarni  dolatywała  muzyka,  głosy 
rozmów i zapach świeżo upieczonego chleba. 

Samotna  lampa  rzucała  złociste  światło  na  jezdnię  przed  nami. 

Ostatni  dom  i  pędziliśmy  wśród  pól.  Po  prawej,  pod  zachodnim 
pasmem deszczowych chmur, widać było blade niebo, na którego tle 
rysowały  się  wyraźnie  sylwetki  bezlistnych  drzew.  Kanciaste  liście 
ostrokrzewu przecinały to półświatło. Gałęzie wierzby kołysały się w 
łagodnym podmuchu jak kobiece włosy. Srebrzysta droga przed nami 
wznosiła się w górę wśród rzędów topoli. Piękna godzina marzeń. 

Nagle otoczyły nas wzgórza i zrobiło się ciemno. 
Raoul jechał szybko, w milczeniu. 
Wreszcie odezwałam się niepewnie: - Szybko pan wrócił. A więc 

nie był pan w Bellevigne? 

- Nie, musiałem coś załatwić w Paryżu.  
Ciekawa byłam, co to było, ale spytałam tylko: 
- Miło pan spędził czas? 
- Tak - odparł, ale z takim roztargnieniem, że nie ośmieliłam się 

znowu  odezwać.  Oparta  wygodnie  w  fotelu  cieszyłam  się  tym,  że 
luksusowo wracam do Valmy. 

Pogrążona  w  myślach  dopiero  po  chwili  zauważyłam,  że 

prowadzi wóz inaczej niż zwykle. Zawsze lubił szybkość, ale kierował 
z  wielką  zręcznością,  bezbłędnie  pokonując  wszystkie  zakręty  tej 
trudnej drogi. Dziś wieczór było jednak inaczej. 

Spojrzałam  ukradkiem  na  jego  profil,  kiedy  po  bardzo  ostrym 

skręcie  przelecieliśmy  przez  mały  mostek.  Właściwie  nie  zrobił  nic 
lekkomyślnego,  w  zapadającym  zmierzchu  zobaczyliśmy  zbliżający 
się z przeciwka samochód, ale była to jednak sytuacja niebezpieczna, i 
pomyślałam, że może jest pijany. W chwilę później zobaczyłam jego 
twarz w blasku reflektorów odbitych od piętrzącej się nad drogą skały. 
Był całkowicie trzeźwy, ale coś go nękało. Ze zmarszczonym czołem 
wpatrywał  się  w  drogę,  wzrok  miał  skupiony,  sprawiał  wrażenie,  że 
zapomniał,  gdzie  jest.  Jakby  coś  bardzo  go  zdenerwowało  i  swój 
gniew wyładowywał prowadząc samochód. 

- Co pani robiła w Thonon? - zadał właściwie całkiem normalne 

pytanie,  ale  po  długim  milczeniu  zabrzmiało  ono  jak  oskarżenie. 
Drgnęłam i szybko odpowiedziałam. 

background image

- Mam dziś wolne popołudnie. 
- Jak pani spędza takie popołudnia? 
- Całkiem zwyczajnie, robię zakupy, czasem idę do kina. 
- Spotyka się pani z przyjaciółmi? 
-  Nie  -  odparłam  zdziwiona.  -  Nie  znam  nikogo  w  Thonon.  Już 

panu mówiłam, kiedyśmy... mówiłam we wtorek. 

- Racja, istotnie tak było. 
Wjechaliśmy  w  wielką  kałużę  i  krople  roztrysnęły  się  na 

przedniej  szybie.  Znowu  ostry  zakręt  wzięty  z  piskiem  opon  na 
wilgotnej nawierzchni. Reflektory utworzyły świetlisty łuk na skale, w 
ich odbiciu znów ujrzałam jego skupioną,  ponurą twarz. Ani razu na 
mnie  nie  spojrzał.  Pewno  nie  zdawał  sobie  nawet  sprawy,  kto  mu 
towarzyszy. Tym gorzej dla kopciuszka. 

Siedziałam  bez  ruchu  obok  niego,  starając  się  zebrać  resztki 

zdrowego  rozsądku.  Przejechaliśmy  ze dwie  trzecie drogi  do Valmy, 
kiedy ponownie się odezwał. 

-  Kim  był  ten  młody  człowiek?  -  Pytanie  zdumiało  mnie  i 

zaskoczyło. Straciłam głowę i spytałam niemądrze: 

- Jaki młody człowiek? 
- Ten, z którym pani była w Thonon. Razem z nim wyszła pani z 

kawiarni. 

- Ach... on... 
-  Oczywiście,  że  on  -  powiedział  tak  ostrym  tonem,  że  mnie  to 

zdumiało. 

- Mój przyjaciel - wyjaśniłam krótko.  
- Powiedziała mi pani, że nikogo nie zna w okolicy.  
- No tak, ale jego znam... - bąknęłam dziecinnie.  
Spojrzał na mnie szybko, bez uśmiechu i spytał, zmieniając temat: 
- Jak się czuje Filip? 
- Dziękuję, dobrze. 
- A pani, żadnych już przygód więcej? 
- Nie. 
Mój głos był stłumiony,  może nawet  ponury, ale miałam na tyle 

w  sobie  dumy  i  zdrowego  rozsądku,  że  wiedziałam  jedno:  muszę 
panować nad sobą, niczym nie mogę się zdradzić, choć w głębi serca 
snułam te  idiotyczne  marzenia, nie  wiadomo  czego  spodziewając  się 
po nim... i nagle ta okropna zmiana... 

background image

Jeszcze  jedno  przeraziło  mnie,  przecież  ja  jestem  w  nim 

zakochana.  Dziś,  jak  tamtego  wieczoru,  nie  ma  wina  i  gwiazd 
jaśniejących  na  niebie  i  romantycznego  nastroju.    A  choć  rozumuję 
całkiem rzeczowo,  nadal jestem zakochana w tym obcym człowieku, 
który  obojętnym  tonem  prowadzi  ze  mną  zdawkową  rozmowę. 
Miałam  ochotę  roześmiać  się  z  własnej  naiwności,  ale  to  wcale  nie 
było zabawne.  

Zagryzłam 

mocniej 

dolną 

wargę,  przełykając 

gorycz 

rozczarowania,  pragnąc,  by  przestał  zadawać  pytania,  na  które 
musiałam  odpowiadać.  Ale  on  z  tego  nie  zamierzał  rezygnować, 
ciągle  jak  inkwizytor  prowadził  przesłuchanie,  w  swej  istocie 
właściwie  całkiem  niewinne.  Chciał  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  o 
Williamie Blake'u, co dla mnie wobec postanowienia, że nie będę nic 
więcej mówić, było tak bardzo kłopotliwe. 

- Kto to jest? Anglik? 
- Tak. 
- Wsiadł do autobusu jadącego do Annecy. Alpinista? 
- Podczas tego weekendu zamierza w Annecy iść na wspinaczkę. 
- Zatrzyma się tam? 
- Tak. 
- Czy pani go znała w Anglii? 
- Nie. 
- Och, tak. A więc bywa w Valmy? 
- Nie, o ile mi wiadomo. 
- Mieszka tu w okolicy? Od dawna? 
-  Jaki  sens  ma  to  przesłuchanie?  -  odpowiedziałam  wreszcie, 

dotknięta do żywego. 

Chwila milczenia. - Przepraszam. Nie zdawałem sobie sprawy, że 

mieszam się w pani prywatne sprawy - powiedział wreszcie sztywno, 
ale jednak dziwnie wzburzony. 

- To nie są żadne prywatne sprawy. Po prostu nie chcę... po prostu 

nic nie powiem - zakończyłam bezradnie.  

Spojrzał na mnie dziwnie. - Czego mi pani nie powie? 
- Och, niczego.  Po prostu nie chcę rozmawiać, i tyle  - odparłam 

zdesperowana. 

Wtedy nagle zaklął gniewnie po cichu: "Niech to wszyscy diabli". 

I wtedy nagle zrozumiałam, jak bardzo jest zły. Skręcił gwałtownie na 

background image

most  Valmy  i  pojechał  niezwykle  ostro  w  górę  serpentyną.  Silnik 
mruczał jak rozzłoszczony kot. 

-  Pani  mnie  źle  zrozumiała.  -  Ciągle  ten  ton  zdenerwowania  w 

głosie, nad którym ledwie panował. - Ja nie chciałem wtrącać się w to, 
co mnie nie dotyczy, ale... 

-  Wiem  o  tym.  Przepraszam.  -  Musiałam  być  chyba  tak  samo 

wzburzona  jak on, nie tylko jego gniewem i tym, że nie rozumiałam 
jego przyczyny, ale własnym upokorzeniem, czego on z kolei się nie 
domyślał.  -  Po  prostu  jestem  zmęczona.  Przez  dwie  godziny 
chodziłam  po  Thonon,  szukając  materiału  na  suknię...  O  Boże!  -
Przerażona uniosłam ręce w górę. - Zostawiłam go... tak, w kawiarni. 
Położyłam  go  na  półce  pod  stolikiem  i  kiedy  William  wybiegł  do 
autobusu... O Boże, jaka jestem głupia! Może jeśli zatelefonuję... 

Zrobił gwałtowny ruch ręką, zatrąbił. 
- Co to było? - spytałam przestraszona. 
- Jakieś zwierzę. Chyba łasica.  
Nadbiegające drzewa umykały w ciemność. Jeszcze jeden zakręt i 

stromy spadek. 

- Czy musi pan tak szybko jechać? Boję się - powiedziałam. 
Samochód zwolnił przed następnym zakrętem. 
- Czy pani mówiła mu o tym strzale w lesie? 
- Komu? 
- Temu Williamowi. 
Odetchnęłam głęboko. - Tak. On sądzi, że pewno pan to zrobił. 
Prowadził  spokojnie  wóz,  ale  widocznie  był  urażony.  Milczał. 

Ciągle  byłam  na  niego  rozżalona  i  pewno  dlatego  diabeł  mnie 
podkusił, żeby powiedzieć: 

-  A  w  ogóle  to  nie  wiedziałam,  że  memu  pracodawcy  muszę 

zdawać sprawę ze wszystkiego, co mówiłam i robiłam podczas swego 
wolnego popołudnia! 

Tak  jak  zamierzałam,  strzał  był  celny;  odparł  przez  zaciśnięte 

zęby: 

- Nie jestem pani pracodawcą! 
-  Nie?  -  powiedziałam  złośliwie,  z  trudem  powstrzymując  łzy.  -

Dlaczego więc tak bardzo się pan interesuje tym, co robię i z kim się 
widuję? 

Byliśmy przed ostatnim wzniesieniem serpentyny.  Cadillac ostro 

zahamował, Raoul de Valmy odwrócił się do mnie. 

background image

-  Dlatego  -  odparł  gwałtownie,  przyciągnął  mnie  do  siebie  i 

pocałował w usta. 

Choć  ten  pierwszy  w  moim  życiu  pocałunek  wstrząsnął  mną,  to 

jednak  z  pewnością  nie  spełnił  marzeń...  Jeśli  ja  nie  byłam 
kopciuszkiem, to on również nie przypominał księcia z bajki... Raoul 
de  Valmy  był  po  prostu  doświadczonym  mężczyzną,  który  pod 
wpływem  gniewu  oraz  innych  uczuć,  nawet  dla  mnie  oczywistych, 
stracił  panowanie  nad  sobą.  Powiedziałam  "nawet  dla  mnie", 
ponieważ  stwierdziłam ze zdumieniem,  że ja też nie  panowałam  nad 
sobą, choć próbowałam wmawiać w siebie, że jestem tylko wściekła, 
czym  on  zresztą  wcale  się  nie  przejął  i  zamiast  mnie  przeprosić  lub 
powiedzieć  coś  miłego,  włączył  silnik,  dodał  gazu  i  bez  słowa 
podjechał  pod  ostatnie  wzniesienie.  Zahamował  przed  domem  i 
otworzył  drzwi  po  swojej  stronie,  jakby  zamierzał  wysiąść.  Nie 
czekałam na to, uciekłam z samochodu i w milczeniu poszłam przez 
żwir w kierunku schodów. 

Dogonił  mnie  i  otworzył  przede  mną  wielkie  wejściowe  drzwi. 

Coś  powiedział  - chyba  moje imię - cicho,  może się śmiał.  Minęłam
go, jakby nie istniał, i znalazłam się w jasno oświetlonym hallu, przez 
który właśnie przejeżdżał swoim wózkiem Leon de Valmy. 

Zatrzymał  wózek  i  odwrócił  głowę,  jakby  chciał  nas  powitać. 

Spojrzał  najpierw  na  mnie,  potem  na  Raoula  i  znowu  na  mnie, 
unosząc lekko swoje diaboliczne brwi. Odwróciłam się i wbiegłam na 
schody. 

To  spojrzenie  Leona  de  Valmy  niezwykle  skutecznie  przerwało 

tok  moich  myśli.  W  ciemnej  sypialni  oparłam  się  plecami  o  drzwi  i 
wierzchem  dłoni  dotknęłam  rozpalonego  policzka.  Na  języku 
poczułam  słonawy  smak  krwi  z  rozciętej  wargi,  Leon  de  Valmy 
również  i  to  z  pewnością  zauważył.  Znowu  poczułam  dreszcz.  Nie 
tylko twarz mi płonęła, byłam cała rozgorączkowana. 

Odeszłam  od  drzwi  i  zapaliłam  światło,  zdejmując  gwałtownie 

rękawiczki. Do licha, z Raoulem, jak on śmiał!? Jak śmiał? Do licha, 
także  z  Leonem  de  Valmy  -  tu  druga  rękawiczka  wylądowała  obok 
pierwszej.  Do    licha,  ze  wszystkimi  de  Valmy.  Nienawidziłam  ich. 
Nigdy więcej nie chciałam zobaczyć żadnego z nich. 

background image

Zaczęłam 

zdejmować 

płaszcz 

tym 

momencie 

znieruchomiałam.  Było  całkiem  możliwe,  że  tak  się  stanie.  Król 
Demonów wcale nie musiał ze mną rozmawiać, żeby się domyślić, co 
zaszło  dzisiejszego  wieczoru,  i  było  całkiem  prawdopodobne,  że 
będzie chciał mnie zwolnić. 

Nie od razu przyszło mi do głowy, że gdyby poruszył ten temat, 

Raoul  z  pewnością  powiedziałby  ojcu  prawdę,  mianowicie,  że 
pocałował  mnie  wbrew  mojej  woli,  a  ponieważ  przez  większą  część 
roku nie bywał on w ogóle w Valmy, żeby unikać scysji, pewno bym 
została. 

Teraz jednak, kiedy starannie wieszałam swój płaszcz w pięknej, 

wykładanej  boazerią  garderobie,  byłam  okropnie  przygnębiona  -
więcej, zrozpaczona - myśląc, że nigdy więcej nie zobaczę żadnego ze 
znienawidzonych panów de Valmy. 

Warga  przestała  krwawić.  Starannie  umalowałam  usta  i 

uczesałam  się.  Potem  znowu  przeszłam  przez  swoją  bawialnię  i 
otworzyłam drzwi szkolnego pokoju. Światło się paliło, ale był pusty. 
Ogień  na  kominku  przygasł  i  pokój  sprawiał  dziwnie  smutne 
wrażenie.  Jedna  połowa  balkonowych  drzwi  była  otwarta  i  lekki 
powiew  poruszał  odsuniętymi  zasłonami.  Na  dywanie  leżała  otwarta 
książka, której kartkami szeleścił ten sam powiew. 

Zdziwiona  spojrzałam na  zegarek.  Filip  już dawno  powinien był 

wrócić z salonu, a pani Valmy o tej porze przebierała się u siebie na 
górze.  No,  cóż,  pomyślałam,  to  nie  moja  sprawa.  Tego  niezwykłego 
wieczoru  nie  zamierzałam  sprawdzać  dlaczego  Filip  został 
zatrzymany na dole. Z pewnością wróci na kolację. 

Pochyliłam się, żeby dorzucić polano do ognia, kiedy usłyszałam 

jakiś dźwięk, właściwie szept nie głośniejszy niż tykanie zegarka albo 
obsunięcie się popiołu w kominku. 

Bardzo  cichy  dźwięk,  ale  taki,  że  poczułam  dreszcz.  Właściwie 

westchnienie, brzmiące jak słowo: "Mademoiselle...". 

Jednym  skokiem  znalazłam  się  na  balkonie  wbijając  wzrok  w 

ciemność.  Po  lewej  i  prawej  stronie  okna  były  zamknięte  i  czarne. 
Światło  z pokoju  szkolnego  padało  na  balkon  rzucając  mój ruchomy 
groteskowy cień na wąskie płyty. 

- Filip? 

background image

Koniec  balkonu  był  pogrążony  w  ciemności,  całkiem 

niewidoczny.  Wyszłam  z  mojej  plamy  światła  i  ruszyłam  ostrożnie 
wzdłuż okien, gdyż po deszczu było ślisko. 

- Filip? Filip? 
Znowu z najciemniejszego kąta usłyszałam ten cichy przejmujący 

szept. Uklękłam przy nim. Filip skurczony opierał się o balustradę, a 
właściwie o to, gdzie dawniej była balustrada, bo w tej chwili jej rolę 
pełniła  drabina,  którą  tam  umieściłam  tego  dnia  pod  obluzowanym 
obramowaniem. Poniżej tej kruchej zapory była ciemna przepaść, rząd 
ostro zakończonych sztachet ogrodzenia i żwir... 

Dotknęłam go, zachrypniętym drżącym głosem pytając: 
- Filipie? Co się stało? O Boże, jakie to szczęście, że nie spadłeś... 

o moje dziecko kochane, czy wszystko w porządku? 

Objął mnie, dłonie miał lodowate. 
- Mademoiselle... 
Wzięłam go na ręce, przytuliłam twarz do jego mokrego policzka. 
-  Czy  wszystko  w  porządku,  Filipie?  Nic  ci  się  nie  stało?  -

Czułam,  że  drży  cały.  -  Na  pewno  nic  się  nie  stało?  -  Skinął  głową. 
Wstałam  ciągle  trzymając  go  w  ramionach.  Nie  jestem  silna,  ale  on 
był lekki jak piórko, jak kurczak. Zaniosłam go do pokoju szkolnego i 
usiadłam  z  nim  w  dużym  fotelu  przed  kominkiem,  tuląc  mocno  do 
siebie. Objął mnie za szyję i mocno przywarł. Sama nie wiem, co do 
niego mówiłam, po prostu tuliłam go i szeptałam jakieś głupstwa nad 
ciemną głowiną. 

Wreszcie  odprężył  się  i  przestał  trząść,  ale  kiedy  chciałam  się 

pochylić, żeby dołożyć drwa do ognia, znowu przywarł do mnie. 

-  Wszystko  w  porządku,  Filipie  -  powiedziałam  szybko  -  chcę 

tylko podsycić ogień. Musisz się rozgrzać. Koniecznie. 

Pozwolił mi schylić się, dorzucić trochę szczap na gasnący ogień i 

poruszyć  go,  aż  pojawiły  się  małe  języczki  płomieni  i  drewno 
buchnęło  jasnym  płomieniem.  Potem  usiadłam  znowu  w  fotelu. 
Wiedziałam,  że  w  tej  chwili  najlepszym  dla  niego  lekarstwem  jest 
przytulenie się do mnie, potem położę go do łóżka i dam coś gorącego 
do picia. Spytałam cicho: 

- Chciałeś zobaczyć samochód, Filipie?  
Znowu skinął głową. 
-  Ale  ja  ciebie  ostrzegałam,  że  kamienne  słupki  balustrady  są 

obluzowane. Mówiłam, żebyś tam nie biegał, prawda? 

background image

Głos  jego  był  cieńszy  i  bardziej  dziecinny  niż  kiedykolwiek, 

kiedy mi powiedział: 

-  Usłyszałem  klakson...  i  pomyślałem...  Tatuś  podjeżdżając 

zawsze trąbił... to był znak dla mnie, że już jest. 

Zagryzłam  wargę.  Oczywiście  klakson.  Pamiętam  jego 

przenikliwy  głos  na  serpentynie.  Ja  nic  nie  zauważyłam  przed  nami. 
Raoul nacisnął go z pewnością pod wpływem gniewu i podniecenia na 
chwilę  nim  pocałował  mnie...  A  Filip,  słysząc  ten  dźwięk, 
powodowany  niedorzeczną  nadzieją,  wybiegł  na  ciemny  balkon  i 
oparł się o uszkodzoną część kamiennej balustrady. 

-  Nie  wiedziałam,  że  górna  część  balustrady  była  tak 

niebezpieczna,  wydawało  mi  się,  że  tylko  trochę  się  chwieje  -
powiedziałam  bardziej  do  siebie  niż  do  niego.  -  Dzięki  Bogu,  że 
umieściłam wzdłuż niej tę drabinę. Dlaczego właśnie to zrobiłam... O 
dzięki Ci Boże, że to zrobiłam! - I nagle uderzyła mnie pewna myśl. -
Filipie, a gdzie jest Berta? Byłam pewna, że jest z tobą? 

- Bernard przyszedł po nią. Zapomniała czegoś zrobić. 
-  Aha.  -  Chwilę  jeszcze  trzymałam  go  w  objęciach.  -  Słuchaj, 

Filipie,  mamy  już  mocny  ogień.  A  co  powiedziałbyś,  żebyśmy 
rozgrzali twoje zmarznięte łapki? 

Tym  razem  puścił  mnie  bez  sprzeciwu,  przykucnął  na  dywanie 

koło  moich  nóg  i  wystawił  posłusznie  dłonie  w  stronę  ognia. 
Potargałam mu pieszczotliwie włosy. 

-  Są  wilgotne.  Co  za  pomysł  wychodzić  na  taką  pogodę!  Jesteś 

mały osioł, wiesz? 

-  Dotknąłem  balustrady.  -  Głos  jego  ciągle  był  zbyt  napięty  i 

ostry. - A ona spadła i był huk. - A ja na czymś się zatrzymałem. Nie 
widziałem, co to było. Upadłem. I nic nie widziałem. 

- Zatrzymałeś się na drabinie, Filipie. Dzięki temu nie wyleciałeś, 

bo  nie  było  dziury.  Nie  widziałeś  tej  drabiny,  ale  ona  jest  bardzo 
mocna. Dzięki niej nic się nie stało. 

- To było straszne. Okropnie się bałem. 
-  Wcale  się  nie  dziwię.  Ja  też  bałabym  się  okropnie.  Bardzo 

mądrze zrobiłeś, że nie ruszyłeś się. 

-  Bałem  się.  Wiedziałem,  że  pani  przyjdzie.  -  Mała,  blada 

twarzyczka uniosła się w moim kierunku. - I czekałem. 

Coś we mnie zadrżało, ale powiedziałam wesoło. 

background image

-  No  i  przyszłam.  Jak  to  dobrze,  że  przywiózł  mnie  swoim 

samochodem  wujek  Raoul  i  nie  musiałam  czekać  na  autobus!  -
Wstałam i pochyliłam się nad nim, wsunęłam ręce pod jego ramiona. -
A  teraz  wstawaj  i  zdejmij  ubranie.  Prędko.  -  Podniosłam  go.  -  Ojej, 
dzieciaku,  przecież  tyś leżał  w kałuży!  Co  byś  powiedział  na  gorącą 
kąpiel i potem kolację w łóżku, a na dodatek na zapalenie kominka w 
twoim pokoju? 

- Czy pani będzie ze mną? 
- Tak. 
- I zje pani ze mną kolację? 
- Będę siedziała przy twoim łóżku - obiecałam.  
Czarne oczy błysnęły. - I zagramy w loteryjkę. 
- Oho, widzę, że polubiłeś tę grę. A przy tym coraz lepiej grasz. 

No, doskonale, ale musisz mi obiecać, że nie ograsz mnie. - Objęłam 
go, a potem lekko pchnęłam w kierunku drzwi. - A teraz idź rozbierz 
się, a ja tymczasem napuszczę wody do wanny. 

Wyszedł posłusznie. Zadzwoniłam na Bertę, poszłam do łazienki. 

Wpatrzona w parę osiadającą na kaflach pomyślałam niezbyt wesoło, 
że raz jeszcze dziś wieczorem muszę się spotkać z Leonem de Valmy. 

Wśród szumu wody usłyszałam stukanie do drzwi prowadzących 

do mojej bawialni. Zawołałam. 

-  Wejdź,  Berto.  -  Tym  razem  pospieszyła  się.  Kiedy  jednak 

odwróciłam  się,  ze  zdumieniem  zobaczyłam,  że  to  nie  była  Berta, 
tylko  madame  de  Valmy.  O  tej  godzinie  nigdy  nie  przychodziła  do 
naszej  części  domu.  A  kiedy  zobaczyłam wyraz  jej  twarzy,  serce  mi 
się ścisnęło. A więc stało się. Nie miałam czasu, żeby się zastanowić, 
co mam powiedzieć. Przykręciłam wodę i wyprostowałam się, gotowa 
przyjąć to, co mnie czeka. 

- Miss Martin, proszę mi wybaczyć, że przeszkadzam, kiedy pani 

się przebiera. - Niezbyt groźny wstęp, pomyślałam. - Ale chciałam się 
spytać  -  mówiła  niepewnie,  spiesznie,  prawie  nerwowo  -  czy  pani 
pamiętała o tym, żeby mi kupić w Thonon moje tabletki? 

Aż  się  zaczerwieniłam  z  ulgi.  -  Tak,  madame.  Miałam  je  dać 

Bercie,  żeby  je  pani  zaniosła.  Bardzo  przepraszam,  ale  nie 
wiedziałam, że pani już ich potrzebuje. 

- Skończyły mi się, inaczej bym pani nie sprawiała kłopotu. 
-  Zaraz  je  dam  -  odparłam.  -  Ale  to  przecież  żaden  kłopot, 

madame.  Pani  mi nie  przeszkadza.  To  nie dla  mnie kąpiel.  Filipie!  -  

background image

Pochyliłam się, żeby sprawdzić temperaturę wody i zakręciłam krany. 
- O, jesteś, Filipie. Wskakuj do wanny, tym razem nie zapomnij umyć 
uszu. Już idę po tabletki, madame. Paczki mam w swoim pokoju. 

Kiedy wyszłam z łazienki i zamknęłam za sobą drzwi, zaczęłam 

się  zastanawiać,  jak  jej  powiedzieć  o  niedawnym  wypadku  Filipa, 
który  omal  nie  zakończył  się  tragedią.  Ale  kiedy  na  nią  spojrzałam, 
zapomniałam  o  tym,  gdyż  ze  zdumieniem  stwierdziłam,  że  wygląda 
na chorą. Śmiertelnie blada, usta miała zaciśnięte i taki wyraz napięcia 
w oczach, jakby lada chwila mogła zemdleć. 

Zaniepokojona spytałam: - Czy pani dobrze się czuje? Bardzo źle 

pani wygląda. Proszę usiąść na chwilę. Czy mam podać wodę? 

-  Nie,  dziękuję.  -  Zatrzymała  się  przy  kominku,  koło  fotela  z 

wysokim oparciem. Usiłowała uśmiechnąć się do mnie. Widziałam, z 
jakim trudem jej to przychodzi. - Proszę się mną nie kłopotać. Ja... ja 
źle  spałam  ostatniej  nocy,  to  dlatego.  Ostatnio  żeby  jakoś 
funkcjonować, muszę regularnie zażywać moje lekarstwo. 

- Zaraz je przyniosę. - Jeszcze raz spojrzałam na nią z niepokojem 

i  miałam  pobiec  do  mojej  bawialni,  kiedy  sobie  przypomniałam,  że 
tabletki mam w kieszeni płaszcza. Szybko zawróciłam. 

-  Madame!  -  Na  widok  tego,  co  zobaczyłam,  zamarłam.  Stała 

oparta  całym  ciężarem  o  fotel,  z  twarzą  odwróconą  ode  mnie,  jakby 
nasłuchiwała  plusku  dobiegającego  z  łazienki.  Podeszłam  do  niej, 
oczy  miała  zamknięte,  policzki  szare.  W  tym  momencie  była  stara  i 
brzydka. 

Słysząc  mój  okrzyk  drgnęła  i  otworzyła  oczy.  Z  wielkim 

wysiłkiem odeszła od fotela. Podbiegłam do niej. 

- Madame, pani jest chora. Czy mam kogoś wezwać? Albertynę? 
- Nie, nie. Zaraz poczuję się lepiej. Gdzie moje tabletki? 
-  Były  w  kieszeni  mego  płaszcza,  w  garderobie.  Proszę,  już  je 

mam... 

Prawie wyrwała  mi z ręki  małe pudełeczko.  Jeszcze  raz zmusiła 

się do uśmiechu. 

- Bardzo dziękuję. Przepraszam, że napędziłam pani strachu... to 

szybko  mija. Niech  się  pani  tak  nie  martwi,  panno  Martin.  -  Filip  w 
wannie  zaczął fałszywie  gwizdać,  głośno  przy tym  chlapiąc.  Heloiza 
spojrzała w stronę  łazienki. Na progu,  najwyraźniej chcąc  dać  mi do 
zrozumienia,  że  już  wszystko  jest  w  porządku,  spytała:  -  Filip  jest 
chyba... bardzo rozbawiony. 

background image

- Tak - odparłam wesoło - jest w dobrym nastroju. 
Otworzyłam  przed  nią  drzwi  i  natknęłam  się  na  Bertę,  która 

podniosła rękę, żeby zapukać... 

-  Ale  panienka  mnie  przestraszyła!  Właśnie  miałam  wejść.  -  W 

tym  momencie  spostrzegła  za  mną  madame  de  Valmy  i  oczy  jej 
zrobiły się okrągłe. Powiedziałam szybko: 

- Berto, odprowadź  madame do jej pokoju,  nie czuje się dobrze. 

Dzwoniłam  na  ciebie,  żebyś  rozpaliła  kominek  w  pokoju  Filipa,  ale 
zrobię to sama. - Kiedy to mówiłam, dziewczyna ciągle z ciekawością 
patrzyła  na  pobladłą,  ściągniętą  twarz  Heloizy  de  Valmy.  -  I  zaraz 
wezwij  Albertynę,  ale  zaczekaj,  aż  przyjdzie.  A  potem  tu  wróć, 
proszę. 

- Tak, panienko. 
Kiedy  klęcząc  rozpalałam  w  kominku  w  sypialni  Filipa, 

zastanawiałam  się  nad  nowym  problemem,  który,  w  porównaniu  z 
innymi nękającymi mnie sprawami, nie był specjalnie ważny. Jakiego 
rodzaju  były te tabletki  tak ogromnie ważne dla  madame de Valmy? 
Może  narkotyk?  Nie  znałam  się  na  tym  zupełnie.  Odrzuciłam  ten 
pomysł jako niedorzeczny.  Z pewnością  był to jakiś środek  nasenny, 
niektórzy ludzie żyć bez nich nie mogą. Ogień wesoło przeskoczył z 
papieru  na  cienkie  drzazgi  i  zaczął  się  palić  z  trzaskiem.  Dlaczego 
jednak  właśnie  teraz  ich  potrzebowała?  Sprawiała  wrażenie,  że  ma 
jakiś  atak,  może  sercowy,  albo  załamanie  nerwowe,  i  potrzebuje 
jakiegoś  lekarstwa  pobudzającego  lub  wzmacniającego.  Tak  się 
domagała tych tabletek, jakby miały uratować jej życie. A przecież nie 
takie jest ich działanie. 

Odsunęłam  tę  myśl,  pochylona  w  przód,  żeby  położyć  ostrożnie 

bryłę  węgla  na  płonących  drzazgach.  Nie  znałam  się  na  tym.  Na 
pewno sprawiała wrażenie chorej, powinni wezwać doktora Faure, on 
będzie wiedział, co zrobić... 

Znowu gwizdanie, głośny plusk w łazience i po chwili ukazał się 

Filip,  już  w  długiej,  nocnej  koszuli,  rozczochrany,  z  mokrymi 
włosami.  Jego  zwykle  blade  policzki  były  zaróżowione,  chyba  od 
mycia, ciągnął za sobą szlafrok. 

Jakieś  niemądre  wzruszenie  ścisnęło  mnie  za  gardło.  Ale 

spojrzałam na niego badawczo, mówiąc: 

- Uszy?  

background image

Nie zwrócił na to uwagi i podszedł do kominka, gdzie ogień palił 

się już mocnym płomieniem. Z wyraźną dumą powiedział: 

- O włos byłem od śmierci, prawda? 
- Tak, masz rację. 
- I większość ludzi by spadła, prawda? 
- Z pewnością. 
- Większość ludzi nie miałaby na tyle przytomności umysłu, żeby 

się nie poruszyć, prawda? 

Siedziałam  na  piętach,  otoczyłam  go  jedną  ręką  wpół  i 

przytuliłam do siebie, śmiejąc się. 

-  Ty  niedobry  dzieciaku,  nie  bądź  taki  zarozumiały!  I  wiesz  co, 

Filipie, nic o tym nie powiemy Bercie, jak wróci, dobrze? 

- Dlaczego? 
-  Dlatego,  że  twoja  stryjenka  źle  się  czuje  i  nie  trzeba,  żeby 

dotarły do niej jakieś niepokojące wiadomości. 

- Dobrze. Ale pani... powie o tym stryjowi? 
-  Oczywiście.  Dziwię  się,  że  nie  słyszał  huku,  kiedy  spadła 

balustrada. Był akurat w hallu, kiedy wchodziłam do domu, a to było 
w parę chwil po tym... Ach, to ty Berto. Jak się czuje madame? 

- Lepiej, panienko. Położyła się. Jest przy niej Albertyna, ona wie 

najlepiej,  co  robić.  Powiedziała,  że  madame  będzie  mogła  zejść  na 
kolację. 

-  Cieszę  się  z  tego.  Czy  madame...  czy  madame  wzięła  swoje 

tabletki, Berto? 

-  Tabletki,  panienko?  Nie,  zażyła  krople.  Trzyma  je  zawsze  w 

szafce nocnej przy swoim łóżku. Albertyna je podała. 

-  Aha.  A  tak  przy  okazji,  chyba  miałaś  być  w  pokoju  szkolnym 

przez cały czas mojej nieobecności. 

-  Tak,  panienko,  ale  Bernard  przyszedł  po  mnie.  Chodziło  o 

bieliznę, którą uszyłam Bernardowi, była potrzebna dla naszego pana i 
nie mógł jej znaleźć, choć mu wytłumaczyłam, gdzie jest. 

- No, dobrze, ale dlaczego tak długo ciebie nie było? 
-  Dlatego,  że  ktoś  ją  przełożył  gdzie  indziej.  Sporo  czasu  mi 

zajęło,  nim  ją  znalazłam.  -  Odpowiadając  patrzyła  na  mnie, 
najwidoczniej zdziwiona, dlaczego tak ją przesłuchuję.  

Odparłam: - Panicz Filip wyszedł na balkon, żeby się tam bawić, i 

zmókł, dlatego musiał się wykąpać, kolację zje w łóżku. Czy będziesz 
tak dobra. Berto, i przyniesiesz tu i jego kolację i moją? 

background image

-  Oczywiście,  panienko.  Bardzo  przepraszam,  ale  Bernard 

strasznie się spieszył... - Urwała zaczerwieniona i zmieszana. 

Pomyślałam: Ale nie tak bardzo się spieszył, żeby ciebie szybko 

puścić, a i ty nie miałaś nic przeciw temu. Głośno zaś powiedziałam: 

-  W  porządku,  to  nie  ma  znaczenia,  Berto.  Ostatecznie  panicz 

Filip nie jest  małym dzidziusiem.  To jego wina, że przemókł, on  ma 
za to nagrodę, a ty i ja dodatkową pracę. Takie jest życie. 

Wstałam, kierując Filipa w stronę łóżka. 
- A teraz kładź się już, dzieciaku, nie stój dłużej w samej koszuli. 
Zgodnie z obietnicą kolację zjadłam z Filipem, zagrałam z nim w 

loteryjkę  i  przeczytałam  bajkę.  Nadal  był  w  dobrym  humorze, 
przekonany,  że  zachował  się  podczas  wypadku  po  bohatersku.  A  ja 
cieszyłam  się  z  tego,  gdyż  w  ten  sposób  nie  trapiły  go  żadne 
koszmarne myśli. 

Kiedy  jednak  wstałam,  żeby  w  kuchence  przygotować  mu 

wieczorną  czekoladę,  oświadczył,  że  chce  iść  ze  mną.  Uważałam  że 
tak  będzie  lepiej,  poszedł  więc  w  koszuli  nocnej  i  klapkach,  i 
przyglądał się, jak nalewam czekoladę  z glukozą do jego ulubionego 
niebieskiego  kubka.  Zanieśliśmy  ją  razem  do  sypialni  i  siedziałam 
przy  nim,  dopóki  jej  nie  wypił.  A  kiedy  już  miałam  powiedzieć  mu 
dobranoc,  przytulił  się  do  mnie  tak  mocno,  że  zrezygnowałam  z 
pójścia  tego  wieczoru  do  Leona  de  Valmy,  i  cały  czas  siedziałam  w 
swoim  pokoju  z  otwartymi  drzwiami,  tak  żeby  dziecko  widziało 
światło. 

Kiedy  wreszcie  mogłam  usiąść  przy  swoim  kominku,  poczułam 

przeraźliwe  zmęczenie.  Opadłam  na  fotel  i  zamknęłam  oczy.  Ale  w 
głowie  kłębiły  mi  się  jakieś  bezkształtne  stwory,  koszmarne  myśli, 
realne i nierealne, które nie dały mi wypocząć. Gdy zaś bardzo późno 
usłyszałam 

nadjeżdżający 

serpentyną 

samochód, 

okropnie 

zdenerwowana  zerwałam  się  na  równe  nogi  i  cicho  przeszłam  do 
pokoju Filipa. 

Spał. Wróciłam do siebie i zaczęłam się rozbierać. Już miałam się 

położyć do łóżka, kiedy ktoś cicho zapukał do drzwi. 

Zdziwiona spytałam:  
- Kto tam? 
- To ja, Berta, panienko. 
- Ach, to ty. Wejdź, proszę. 

background image

W  rękach  miała  paczkę,  znad  której  dosyć  dziwnie  na  mnie 

patrzyła. 

-  To  dla  panienki.  Bałam  się,  że  panienka  już  jest  w  łóżku,  ale 

kazano mi to zaraz oddać. 

- Nie, nie leżałam jeszcze. Dziękuję, Berto. Dobranoc. 
- Dobranoc, panienko. 
Wyszła.  Usiadłam  na  łóżku  i  zdziwiona  otworzyłam  paczkę. 

Dłuższą  chwilę  wpatrywałam  się  w  błyszczący  srebrzyście  biały 
materiał. Nagle zauważyłam kartkę: 

"Za  ten  pocałunek  nie  zamierzam  przepraszać,  ale  za  resztę  tak. 

Byłem czymś zaniepokojony, ale to nie powód,  żeby Pani dokuczać. 
Czy  potraktuje  Pani  przywiezienie  swojej  zguby  jako  wystarczającą 
pokutę i wybaczy mi?  

P.s.  Moja  miła,  nie  bądź  taką  Sabinką!  Ostatecznie  to  był  tylko 

pocałunek". 

Nim tej nocy zasnęłam,  wiele dałabym  za to, żeby  mieć tabletki 

madame de Valmy, nawet gdyby to był narkotyk. 

Rozdział X 

Oddałam memu kochanemu, oddałam mu całe swe serce... 

(Blake, "Wiersz z Mss") 

Następnego  ranka  wszystko  wydało  mi  się  złudzeniem.  Raoul 

wyjechał  wcześnie  z  Valmy,  tym  razem  na  południe,  do  Bellevigne. 
Nie widziałam jego odjazdu. Czy rozmawiał z ojcem o wczorajszym 
wypadku  poprzedniego  dnia,  nie  wiem,  w  każdym  razie  rano  nikt  o 
tym  nie  mówił,  nawet  nie  napomknął.  Kiedy  śmiało  weszłam  do 
biblioteki,  żeby  opowiedzieć  memu  chlebodawcy  o  jeszcze  jednym 
cudownym ocaleniu  Filipa,  przyjął mnie z uśmiechem,  który  zniknął 

background image

całkowicie,  kiedy  słuchał  mej  relacji.  Spochmurniał  i  zmarszczył 
czoło, ale to nie miało nic wspólnego z moimi prywatnymi sprawami. 

Siedział  za  wielkim  stołem,  kiedy  skończyłam,  długo  milczał, 

stukając  nerwowo  palcami  w  leżące  przed  nim  papiery,  oczy  miał 
półprzymknięte. Sprawiał wrażenie, że zapomniał o mojej obecności. 

Kiedy się wreszcie odezwał, zdziwił mnie, mówiąc: 
- Znowu. 
Zaskoczona spytałam: - Słucham, monsieur?  
Spojrzał na mnie spod czarnych brwi i powiedział ze znużeniem: 
-  Po  raz  drugi  w  bardzo  krótkim  czasie,  miss  Martin,  mamy 

powód,  żeby  dziękować  pani  z  powodu  jeszcze  jednej  okropnej 
sytuacji. 

-  Ach,  tak  -  wybąknęłam  i  dodałam  niezręcznie:  -  Nic  takiego, 

każdy na moim miejscu... 

- Każdy zrobiłby to? - Przelotny uśmiech nie rozjaśnił jednak jego 

oczu. - To samo powiedziała pani poprzednio, miss Martin, ale ja będę 
upierał się tak samo, jak wtedy, że jesteśmy szczęśliwi  mając tak... -
krótka pauza - tak przewidującą młodą kobietę jako opiekunkę Filipa. 
Kiedy pani umieściła tam drabinę? 

- Dopiero wczoraj. 
- Doprawdy? Dlaczego pani to zrobiła?  
Zawahałam się, szukając odpowiednich słów: 
-  Któregoś  dnia  wyszłam  na  balkon  i  czekałam...  czekałam  na 

samochód.  Przypomniałam  sobie,  że  balustrada  w  jednym  miejscu 
była  trochę  obluzowana,  obejrzałam  więc  ją,  istotnie  tak  było,  ale 
przysięgam,  to  nie  było  niebezpieczne.  Zamierzałam  powiedzieć  o 
tym  panu,  ale  naprawdę  nie  wiedziałam,  że  jest  aż  tak  źle.  I  wtedy 
podjechał samochód, a ja... ja zapomniałam o tym. - Nie dodałam, że 
to było we wtorek i chodziło mi o samochód Raoula. Ciągnęłam dalej: 
-  No,  i  wczoraj,  przed  wyjazdem  do  Thonon,  znowu  wyszłam  na 
balkon,  żeby  sprawdzić  czy  nie  pada.  Zobaczyłam,  że  leży  tam 
drabina  i ciekawa  byłam, czy jacyś  robotnicy  pracowali  na balkonie. 
Przypomniałam sobie o balustradzie, ale bałam się spóźnić na autobus 
i  tylko  przesunęłam  drabinę  pod  balustradę  i  wyszłam.  Chciałam 
powiedzieć  o  tym  panu  zaraz po  powrocie,  naprawdę...  Okropnie  mi 
przykro... - skończyłam kulawo. 

- Niech pani siebie o nic nie wini. Skąd mogła pani wiedzieć, że 

te kamienne elementy są tak zniszczone.  Nie tak dawno  dostałem na 

background image

piśmie kosztorys reperacji tego balkonu, ale nikt mi nie powiedział, że 
konieczna  jest  szybka  naprawa.  Już  ja  zbesztam  kogo  trzeba,  może 
pani  być  pewna.  A  tymczasem  musimy  być  wdzięczni  za  to,  że 
wczoraj pod wpływem jakiegoś natchnienia umieściła pani tę drabinę 
wzdłuż balustrady. 

Roześmiałam  się,  lekko  zakłopotana:  -  Może  Anioła  Stróża 

Filipa. 

Odparł sucho: - Może. Bardzo mu chyba potrzebny taki anioł. 
-  Można  by  chyba  powiedzieć,  że  Filip  ma  "skłonność  do 

wypadków". 

- Znakomite określenie.  - W jego głosie  brzmiała, o dziwo, nuta 

rozbawienia.  Spojrzałam  na  niego  uważnie, odpłacił  mi też  bacznym 
spojrzeniem. - No i co, miss Martin?  

- Nic - odparłam zmieszana. - Tylko... tylko pan tak spokojnie to 

przyjął. Spodziewałam się gniewu. 

- Ależ ja jestem bardzo rozgniewany. - I po raz pierwszy w czasie 

tego  spotkania,  patrząc  mu  prosto  w  oczy,  stwierdziłam  ze 
zdumieniem,  że  mówi  chyba  prawdę.  Znowu  się  uśmiechnął,  jednak 
bez  cienia  wesołości.  -  Ponieważ  jestem  człowiekiem  racjonalnym, 
zachowuję  ten  gniew  dla  tych,  którzy  nań  zasługują.  Źle  by  o  mnie 
świadczyło, gdybym go skierował przeciwko pani, mademoiselle. Nie 
mogę  dać  też  upustu  temu  uczuciu  w  słowach,  bo...  to  nie  leży  w 
moim zwyczaju. 

Zakręcił wózkiem tak, że oddalił się ode mnie i zaczął wyglądać 

przez  okno,  zapatrzony  w  ogród  różany.  Czekałam  w  milczeniu. 
Obserwując  jego  przystojną  twarz,  piękne  oczy,  wrażliwe  usta,  i 
pomyślałam, że podczas każdej rozmowy z Leonem de Valmy miałam 
zawsze  takie  uczucie,  jakbym  grała  w  sztuce,  w  której  wszystkie 
kwestie aktorów są dokładnie ustalone. Wiedziałam, co będzie dalej, i 
nie omyliłam się.  

Z tym swoim niezbyt prawdziwym spokojem powiedział: 
-  Kiedy  człowiek  jest  kaleką,  uczy  się  pewnej...  ekonomii 

wysiłku,  miss  Martin.  Jakiż  byłby  pożytek  z  tego,  gdybym  teraz 
rozgniewał się na panią? Przecież pani nie ponosi żadnej winy. Jak się 
czuje Filip? 

Właśnie  pomyślałam,  że  lepiej  by  zrobił,  gdyby  wykorzystał  z 

pożytkiem  ten  swój  "bezcelowy"  gniew.  Kiedy  padło  pytanie,  aż 
drgnęłam. 

background image

-  Filip?  Dziękuję,  w  porządku.  Był  przerażony,  zdenerwowany, 

ale nie sądzę, żeby to spowodowało jakieś złe skutki. Wkrótce pewno 
o tym zapomni, chociaż teraz jest nawet dumny z tej całej przygody. 

Nadal  patrzył  na  ogród.  -  Tak?  Dzieci  to  nieobliczalne  istoty. 

Miejmy  nadzieję,  że  dla  le  pauvre  petit  skończyły  się  już  te 
"przygody", jak je pani nazywa. 

- Proszę się nie martwić, monsieur de Valmy. Miał złą passę, ale 

już  minęła.  -  I  dodałam  niekonsekwentnie:  -  Kiedy  wraca  do  domu 
pan Hipolit? 

Szybko  odwrócił  głowę,  w  tym  momencie  wózek  przesunął  się 

tak gwałtownie, że poręcz uderzyła o biurko. Powiedział coś, ale ja w 
tym momencie zawołałam: 

- Ma pan skaleczoną rękę! 
- Głupstwo, nic się nie stało. 
- Kostka krwawi. Czy mogę panu... 
- Naprawdę to głupstwo. Co pani mówiła? 
-  Zapomniałam.  Ach,  tak,  ciekawa  byłam,  czy  pan  wie,  kiedy 

wraca stryj Filipa, Hipolit. 

- Nie mam pojęcia. Dlaczego pani pyta?  
Patrzyłam  na  jego  skaleczoną  dłoń.  Kiedy  podniosłam  wzrok, 

zobaczyłam, że  mi się przygląda, jak  zawsze twarz  miał opanowaną, 
ale coś takiego było w jego spojrzeniu, że zaniemówiłam. 

Odwrócił  wzrok.  Przesunął  machinalnie  nóż  do  przecinania 

papieru i powtórzył spokojnie: 

- Dlaczego pani pyta? 
-  Po  prostu  dlatego,  że  Filip  mi  ciągle  zadaje  to  pytanie. 

Myślałam, że może pan ma jakieś wiadomości od pana Hipolita. 

- Ach, tak. Niestety, nic dokładnie nie wiem. Mój brat zawsze był 

dość  nieobliczalny.  Ale  będzie  za  granicą  co  najmniej  jeszcze  trzy 
miesiące. Myślałem, że Filip wie o tym. Swoją turę odczytową kończy 
chyba  przed  Wielkanocą,  a  potem  chce  zostać  jeszcze  przez  pewien 
czas w Grecji, żeby wziąć udział w wykopaliskach, o ile pamiętam, w 
Delfach.  -  Uśmiechnął  się.  -  Mój  brat  bardzo  nie  lubi  pisać  listów... 
Również o tym Filip wie tak samo dobrze, jak ja. - Wziął do ręki nóż 
do  przecinania  papieru  i  położył  go  dokładnie  tam,  gdzie  leżał 
przedtem,  spojrzał  na  mnie  i  znowu  czarująco  się  uśmiechnął.  -  No 
cóż, miss Martin, nie będę pani dłużej zatrzymywał. Muszę skierować 
swój gniew pod właściwym adresem. 

background image

Kiedy wychodziłam, sięgał po słuchawkę domofonu. 
Właściwie  powinnam  była  napisać  zamiast  "wychodziłam", 

"uciekłam",  bo  w  takim  nastroju  opuszczałam  bibliotekę.  Do  licha. 
Tygrys bawił się mną, chowając pazury! 

Ale choć to było nierozsądne, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że 

mimo tego,  co  mówił, spora  porcja  gniewu  skierowana  była przeciw 
mnie. 

Do  Balu  Wielkanocnego  zostały  już  tylko  dwa  tygodnie, 

musiałam  więc  szybko  pracować.  Pogoda  znacznie  się  pogorszyła  i 
nie  chodziłam  z  Filipem  na  spacery,  za  to  kilka  razy,  kiedy  po 
południu padało, zabierałam go do stajni, żeby się tam pobawił, dużo 
czasu spędzaliśmy w domu, dzięki czemu mogłam kroić i szyć. Filip i 
Berta  byli  zachwyceni  tym,  że  sama  robię  balową  sukienkę  i  lubili 
towarzyszyć  mi w  każdej  fazie  jej tworzenia, głośno  wyrażając swój 
zachwyt. Berta oczywiście była lepszą pomocą niż Filip, pozwoliła mi 
też korzystać ze swojej  maszyny do szycia, ponieważ  zaś była mego 
wzrostu  i  podobnej  budowy  ciała,  mogłam  na  niej  upinać  materiał. 
Stała  zawsze  cierpliwie  w  błyszczących  zwojach  materiału,  a  ja  to 
wpinałam szpilki, to je wyciągałam, ciągle coś zmieniając. 

W  miarę  upływu  czasu  zamek  coraz  bardziej  się  ożywiał,  a

wszyscy  jego  mieszkańcy  pełni  byli  oczekiwania.  Jeśli  naprawdę 
brakowało  tu  pieniędzy,  to  teraz  wcale  się  tego  nie  odczuwało.  Ze 
strzępów  plotek,  jakie  do  mnie  docierały,  choć  starałam  się  nie 
zwracać na nie uwagi, wszystkie koszty balu miał ponieść wyłącznie 
Leon  de  Valmy.  Monsieur  Hipolit,  szeptano  po  kątach,  nie 
przywiązywał wagi do takich imprez, w poprzednich  latach to ojciec 
Filipa  finansował  bal  i  zawsze  na  tę  okazję  przyjeżdżał  z  żoną  z 
Paryża, Hipolit  zaś, jako obecnie współkurator  Filipa, stał się bardzo 
oszczędny. Jakby nie było, monsieur de Valmy postanowił przywrócić 
choć  część  splendoru  z  dawnych  czasów.  Na  moje  niedoświadczone 
oko  przygotowania  były  czynione  z  wielką  rozrzutnością.  Sprzątano 
mało  używane  sypialnie,  ponieważ  w  święta  wielkanocne  miało 
przyjechać  sporo  gości,  otworzono  wielką  salę  balową  i  paradny 
salon,  czyszczono  starannie  kandelabry,  polerowano  lustra, 
przestawiano  meble,  a  wszystko  pod  czujnym  okiem  monsieur  de 
Valmy. Jego wózek inwalidzki był wszędzie, jeśli któryś ze służących 
upuścił czyszczoną właśnie srebrną łyżkę, Leon de Valmy to słyszał, 

background image

jeśli  stół  został  przesunięty  po  drogocennym  parkiecie,  a  nie 
uniesiony,  Leon  de  Valmy  był  na  miejscu  i  karcił  gniewnie 
winowajców. Można też go było często spotkać w rzadko używanych
przez rodzinę korytarzach na piętrze, gdzie sprawdzał sypialnie. 

I tak, krok za krokiem, stopniowo rozległy dom przygotowywany 

był  na  to  wielkie  doroczne  wydarzenie,  a  napięcie  rosło  w  miarę 
zbliżania  się  Wielkanocy.  Jeszcze  tylko  ostateczne  wykończenie:
przyniesiono  kwiaty  ze  szklarni,  kamelie,  lilie  i  wspaniałe  rośliny, 
jakich nie znałam, a oprócz tego narcyzy, hiacynty i dziewicze wśród 
egzotycznych,  mocno  pachnących  kwiatów,  tulipany.  W  jednej  z 
galerii  był  nawet  mały  zagajnik  z  wierzb  nad  płytkim  basenem,  w 
którym  pływała  złota  rybka,  a  nad  którego  brzegiem  przysiadła  niby 
stado  motyli  duża  kępa  cyklamenów.  Na  dworze  zamontowano 
reflektory, a wysoko bijąca woda fontanny w noc balu miała celować 
prosto  w  złocistą  tarczę  księżyca.  Na  szczęście  w  Wielką  Sobotę 
pogoda  się  poprawiła,  a  Niedziela  Wielkanocna  była  piękna  i  wiał 
delikatny wietrzyk, kołysząc dzikimi żonkilami w lesie. 

Chateau Valmy było całkowicie gotowe. 
W  Wielką  Sobotę  wieczorem,  kiedy  Filip  poszedł  spać, 

ostatecznie  wykończyłam  swoją  kreację.  Berta  została  ze  mną,  żeby 
mi pomóc, włożyła suknię i zachwycona przechadzała się po pokoju, a 
ja, siedząc wśród rozsypanych na podłodze szpilek, obserwowałam ją 
krytycznie. 

-  Taak  -  mówiłam.  -  A  teraz,  Berto,  znowu  się  obróć.  Dziękuję. 

To chyba wystarczy. 

Dziewczyna  wdzięcznie  dygnęła.  Ze  zdumieniem  patrzyłam,  jak 

bardzo  się  zmieniła,  zrzuciwszy  strój  pokojówki.  Była  teraz 
zaczerwienioną z przejęcia ładną wiejską dziewczyną. 

- To piękna suknia, naprawdę piękna. - Zakręciła się, a spódnica 

zawirowała szerokim kołem i opadła. Wzięła w palce fałdę. - Będzie 
panienka ślicznie w niej wyglądać - powiedziała z przekonaniem. 

-  Boję  się,  że  przy  tych  wszystkich  kreacjach  na  sali  balowej 

będzie wyglądała na to, czym jest, na domową partaninę. 

-  Nigdy  w  życiu!  -  zaprotestowała  stanowczo.  -  Widziałam  już 

niektóre, razem z Mariettą rozpakowywałyśmy walizki. Najładniejsza 
należy do markizy z żółtego pokoju gościnnego, ale ona sama to stare 
pudło. 

background image

- Sza, Berto - skarciłam ją, śmiejąc  się. - Nie możesz przy mnie 

mówić takich rzeczy.  

W takt nuconego walca, zaczęła tańczyć wokół mnie.  
- Oczywiście, nasza madame ma najładniejszą suknię. Wygląda w 

niej jak królowa. Pani Verlaine też jest bardzo elegancka, ona będzie 
ubrana na czarno. 

- Czy przyjechał już monsieur Florimond? 
-  Jeszcze  nie,  ale  na  pewno  będzie.  Zawsze  mówi,  że  za  żadne 

skarby świata nie pominąłby takiej okazji. A poza tym ubiera połowę 
zaproszonych pań. 

Zbierając porozrzucane szpilki spytałam od niechcenia. 
- A monsieur Raoul? Czy zwykle przyjeżdża?  
Chwila  ciszy.  Kątem  oka  zobaczyłam,  że  wirująca  nadal  Berta 

odwróciła się w moją stronę, zatrzymała i spogląda na mnie, ale zaraz 
potem spuściła głowę poprawiając fałdę spódnicy. 

- Od lat nie przyjeżdżał. Ale tym razem... ma tu być.  
Nic nie powiedziałam, nadal zbierając szpilki. Podeszła do mnie i 

mówiła  dalej:  -  Dlaczego  panienka  jej  nie  zmierzy?  Niech  panienka 
zostawi te szpilki, potem je zbiorę. 

- Kiedy ja już skończyłam. Chyba są wszystkie. 
-  Proszę  w  to  nie  wierzyć  -  roześmiała  się,  potrząsając  głową.  -

Tygodnie całe będziemy je znajdować. Proszę włożyć sukienkę. Chcę 
panienkę zobaczyć w niej i w tych nowych pantofelkach. 

Roześmiałam się wstając z podłogi. - Zgoda. Niech tak będzie. 
- To wstyd, że tu nie ma porządnego lustra. To w garderobie jest 

za małe do długiej sukni. 

- Mnie wystarczy. Zresztą, kiedy powiedziałam madame, że sama 

coś  sobie  szyję,  pozwoliła  mi  skorzystać  z  lustra  w  swoim  pokoju. 
Zaraz tam pójdę i zrobię ostateczny przegląd. Jutro wieczorem to moje 
lustro musi mi wystarczyć. 

Poszła za mną do sypialni i poprosiła nieśmiało: 
- Tak bym chciała pomóc panience, jak panienka będzie się jutro 

ubierać na bal. Czy mogę? 

-  Oczywiście,  Berto!  Jak  to  miło  z  twojej  strony.  Ale  będziesz 

miała  tyle  roboty!  Ja  sobie  poradzę.  Jak  wiesz,  nie  przywykłam  do 
luksusów. 

- Kiedy ja bardzo chcę panience pomóc, naprawdę. 
- Wobec tego serdecznie dziękuję. Strasznie się cieszę z tego. 

background image

Ubrała  się  w  swoją  ciemną  sukienkę,  fartuszek  i  czepeczek  i 

pomagała  mi  założyć  arcydzieło  mojej  produkcji.  Wreszcie  mogłam 
się przejrzeć w wąskim lustrze w garderobie. 

- Och! Ślicznie panienka wygląda! 
-  Kosztowała  nas  dużo  pracy,  Berto.  Ogromnie  ci  jestem 

wdzięczna za pomoc. Bez ciebie nie dałabym sobie rady. 

Odwracałam  się  w  różne  strony,  sprawdzając  linię  sukni  i  czy 

materiał dobrze  się układa.  Ciekawe, jak to amatorskie dzieło będzie 
wyglądać  na  tle  tych  szałowych  kreacji  na  dole.  Nagle  w  lustrze 
zobaczyłam wyraz oczu Berty - błyszczały z podniecenia i radości. Z 
całą  pewnością  była  zachwycona,  nie  imponowały  jej  suknie 
projektowane przez Balanciagę czy Florimonda. 

-  Panienko,  jest  śliczna.  Ładniejszej  z  pewnością  nie  będzie! 

Wygląda panienka jak z obrazka. Zaraz przyniosę pantofelki. 

Już  miała  pobiec  do  szafy,  kiedy  pod  wpływem  impulsu 

zatrzymałam ją. 

-  Berto,  czy  chciałabyś  nosić  ją  na  tych  waszych  tańcach  we 

wtorek?  Na  pewno  masz  równie  ładną  sukienkę,  ale  gdybyś  miała 
ochotę na tę... 

-  Och,  panienko!  -  Wzruszona  splotła  ręce.  -  Czy  miałabym 

ochotę? Ale przecież ja nie mogę... bo jakże to? 

- Czemu nie?  Wyglądasz  w niej bardzo  ładnie i przecież została 

zrobiona  na  twoją  miarę.  Jeśli  tylko  chcesz,  sprawisz  mi  wielką 
przyjemność. Nikt nic na pewno nie zauważy. 

-  Pewno,  że  nikt  tego  nie  zauważy  -  przyznała  mi  rację.  -  Jutro 

będą podawać wynajęci kelnerzy i Ber... i naszej służby tu nie będzie. 
Jeśli  panienka  naprawdę  ją  pożyczy...  -  I  znowu  zaczęła  mi 
dziękować, szybko jej przerwałam: 

-  Załatwione,  Berto.  A  teraz  muszę  pędzić  do  lustra  w  pokoju 

madame, bo ona zaraz wróci na górę.  

Berta znowu ruszyła w kierunku szafy. 
- Pantofelki, panienko! Niech panienka włoży te nowe! 
-  Nie,  nie  warto!  -  odparłam  szybko.  -  Muszę  biec.  Jeszcze  raz 

dziękuję, Berto! Dobranoc! 

Sypialnia  madame  de  Valmy  przylegała  do  małej  bawialni,  z 

której  korzystała  rano.  Weszłam  do  sypialni,  zostawiając  za  sobą 
otwarte drzwi. Był to pastelowy w kolorycie pokój, urządzony w stylu 
Ludwika  Xvi,  na  toaletce  błyszczały  piękne  srebrne  i  kryształowe 

background image

przybory.  Na  drzwiach  do  łazienki  znajdowało  się  wielkie  weneckie 
lustro. 

Stanęłam  przed  nim.  Za  tło  miałam  długie  zasłony  z  różowego 

brokatu  odbijające  się  w  lustrze.  Światło  było  znakomite.  Zrobiłam 
parę kroków w przód, srebrzyste nitki na białym tle drżały jak światło 
słoneczne  w  pajęczynie.  Pamiętam,  że  pomyślałam  wtedy:  Teraz 
kopciuszek  nie  ma  żadnej  wymówki,  żeby  nie  pójść  na  bal,  a  o 
północy...? 

Niecierpliwie  potrząsnęłam  głową,  jakby  odpędzając  niemądre 

myśli, zła na siebie, że choć przez chwilę mogę je snuć. I tak już się 
wystarczająco sparzyłam. 

Ktoś  był  w  bawialni.  To  pewno  Berta  przyniosła  mi  srebrne 

pantofelki. Zawołałam: 

-  Wejdź,  proszę,  jestem  tutaj.  -  Zrobiłam  do  siebie  minę.  Oto 

zaraz pojawią się kryształowe pantofelki...  

Szybkie kroki w sąsiednim pokoju. I głos Raoula: 
-  Heloizo,  czy  chcesz,  żebym  wszedł  do  ciebie?  -  I  wtedy 

zobaczył mnie, znieruchomiał w drzwiach. - Hello! - powiedział lekko 
zdyszany, jakby się bardzo spieszył. 

Otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, przełknęłam i znowu je 

zamknęłam. Nie mogłam wykrztusić ani słowa. Gapiłam się na niego 
jak  uczennica,  przyłapana  na  jakiejś  psocie.  Wiedziałam,  że  się 
okropnie zaczerwieniłam. 

Niezręcznie  uniosłam  spódnicę,  żeby  przejść  przez  drzwi,  które 

nadal  blokował.  Nie  ustąpił  ani  na  krok,  oparty  o  framugę  czekał, 
jakby miał tak stać cały wieczór. 

-  Zrobiłam  dalsze  dwa  niepewne  kroki  w  jego  kierunku  i 

zatrzymałam się. 

- Proszę nie uciekać. Chcę się pani przyjrzeć. 
- Kiedy ja muszę... to znaczy chciałabym... 
- Sabino - powiedział bardzo cicho i roześmiał się, a ja słysząc to 

jeszcze bardziej poczerwieniałam. 

Nie bardzo wiem,  co stało się później. Chyba trochę się odsunął 

mówiąc: 

- W porządku. A więc naprawdę chce pani uciec? - Ja wybąkałam 

"nie", a potem "Raoul" i w tym momencie on nagle podszedł do mnie, 
wziął  w  ramiona  i  zaczął  całować  z  przerażającą  gwałtownością,  co 
było spełnieniem moich najbardziej skrytych marzeń. 

background image

Wreszcie  się  od  niego  odsunęłam,  trzymając  obie  ręce  na  jego 

piersi. 

- Dlaczego, Raoul... 
- Co masz na myśli, pytając "dlaczego"? 
- Dlaczego właśnie ja? Twój ojciec nazwał mnie "Jane Eyre" i nie 

bardzo się omylił. A ty, ty możesz mieć każdą. Więc... dlaczego? 

-  Chcesz  wiedzieć  dlaczego?  -  Odwrócił  mnie,  żebym  znowu 

stanęła  twarzą  do  lustra,  trzymając  mnie  przed  sobą.  Czułam  bicie 
jego serca. Oczy nasze spotkały się w lustrze. - Wcale nie musisz być 
taka skromna, ma belle. Dlatego. 

Ogarnęło  mnie  nagle  dziwne  uczucie,  ni  to  zagubienia,  ni  to 

triumfu. Nic nie odpowiedziałam. Cherubiny ze ścian patrzyły na nas 
nie  widzącymi  oczami.  Za  nami  złoto,  róż  i  kryształy  lśniły 
tajemniczo. Raoul obserwował uważnie moją twarz. 

Już  otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  w  tej  chwili  dał  się 

słyszeć jakiś szelest w sąsiednim pokoju. Gwałtownie odwrócił głowę 
i  przez  chwilę  jego  dłonie  zacisnęły  się  na  moich  ramionach.  Puścił 
mnie, mówiąc spokojnie: 

-  Ach,  to  ty,  Heloizo.  Szukałem  ciebie.  Podobno  chciałaś  się 

zobaczyć ze mną. 

Szybko  odwróciłam  się  do  lustra,  poczułam,  że  blednę  z 

przerażenia.  Staliśmy  oboje  tak,  że  byliśmy  doskonale  widoczni  dla 
każdego,  kto  wszedł  do  bawialni.  W  drzwiach  tego  pokoju  stała 
madame de Valmy, a obok niej Albertyna. Pani de Valmy mówiła coś 
przez  ramię  zapewne  do  kogoś  z  gości  w  korytarzu,  niewidocznego 
dla mnie. 

Odpowiedział cichy kobiecy głos i usłyszałam tylko szelest sukni 

osoby, która odeszła. Nie wiem, czy madame de Valmy widziała, jak 
Raoul trzymał mnie w ramionach, jednak Albertyna z pewnością tak. 
Unikając jej ciemnych złośliwych oczu wyszłam z sypialni, Raoul za 
mną, powiedziałam jąkając się:  

- Madame... W sypialni pani oglądałam w lustrze sukienkę. Pani 

mi pozwoliła... 

Nadal nie  miałam pewności,  czy nas widziała. Zlustrowała  mnie 

wzrokiem całkiem obojętnie, jak zwykle bez cienia uśmiechu. Jednak 
nie zauważyłam na jej twarzy oznak potępienia. 

background image

-  Oczywiście  pozwoliłam -  odparła  spokojnym,  opanowanym 

głosem. - Czy tę sukienkę sama pani uszyła, miss Martin? Jest bardzo 
ładna. Musi być pani uzdolniona krawiecko. Może kiedyś i mnie pani 
coś uszyje? 

A więc wiedziała. Poczułam, że stojący obok mnie Raoul drgnął. 

Znowu się zaczerwieniłam, ale szybko odpowiedziałam: 

-  Z  największą  przyjemnością,  madame.  Dobranoc,  pani, 

dobranoc panu. 

Nie  spojrzałam  na  niego.  Prześliznęłam  się  koło  madame  de 

Valmy i zadowolona, że w korytarzu jest ciemno, uciekłam do siebie. 

Następnego  dnia  panował  wielki  zamęt.  Cały  czas  byłam  z 

Filipem, który - jedyny w całym domu - nie przejmował się ogólnym 
podnieceniem, był  tylko  bardzo  rozżalony,  że  nie  weźmie  udziału  w 
Balu Wielkanocnym. 

Na  szczęście  nie  musiałam  się  widzieć  z  madame  de  Valmy. 

Zaraz  po  lunchu  Albertyna  -  czy  w  głosie  nie  było  przypadkiem 
złośliwości,  kiedy  mi  to  mówiła?  -  przyszła  do  mnie  z  poleceniem, 
żebyśmy,  o  ile  to  możliwe,  na  spacer  poszli  do  wsi  i  zrobili  drobne 
zakupy,  ponieważ  pozostała  służba  (przy  tych  słowach  nie  zawahała
się nawet) jest bardzo zajęta.  

-  Oczywiście  zgodziłam  się  i  wędrując  do  Soubirous  razem  z 

mocno  niezadowolonym,  ociągającym  się  Filipem,  doszłam  do 
wniosku, że jestem przewrażliwiona. Madame de Valmy z pewnością 
nie  określiłaby  tak  drastycznie  mojej  pozycji,  a  co  do  Albertyny  jej 
złośliwość nie powinna mnie wcale obchodzić. 

Ale  wkrótce  zaczęłam  wątpić,  czy  to  była  prawda.  Kiedy 

zatrzymałam  się  przed  sklepem  pana  Garcin,  żeby  wyjąć  z  torebki 
karteczkę  Albertyny,  odsunęła  się  zasłona  z  koralików  i  na  ulicę 
wyszła  Albertyna  we  własnej  osobie.  Albertyna,  która  dziś  była  tak 
"nieodzownie"  potrzebna.  Musiała  wyjść  do  Soubirous  tuż  przede 
mną. 

Zdumiona  spojrzałam  na  nią,  ale  ona  nie  okazała  cienia 

zmieszania,  minęła  mnie  z  tym  swoim  uśmieszkiem  Mony  Lisy  i 
weszła do cukierni obok kawiarni. 

Zdenerwowana,  spięta  weszłam  do  ciemnego  wnętrza  apteki 

monsieur  Garcin,  gdzie  przywitała  mnie  taka  sama  złośliwość,  jaką 
przed  chwilą  bez  żadnej  wątpliwości  zauważyłam  u  Albertyny. 

background image

Próbowałam  wmówić  sobie,  że  jest  to  tylko  moja  bujna  fantazja. 
Kiedy  jednak  po  zrobieniu  zakupów  w  aptece  spotkałam  na  Ulicy 
madame  Rocher,  gospodynię  proboszcza,  nie  miałam  już  żadnych 
wątpliwości,  jej  powitanie  było  lodowate.  Gdyby  ta  dobra  kobieta 
miała dość czasu, żeby przejść na drugą stronę, z pewnością zrobiłaby 
to.  Teraz  spojrzała  tylko  na  mnie,  kiwnęła  głową  i  powiedziała 
bonjour  zjadliwym  tonem,  dając  mi  do  zrozumienia,  że  powinnam 
znać  swoje  miejsce.  Filipa  przywitała  serdecznie,  ba,  nawet 
powiedziałabym z litością. 

Potem,  kiedy  kupowałam  czekoladę  w  sklepie  ze  słodyczami 

stwierdziłam, że uśmiech zacnej tęgiej madame de Decorzent był dziś 
jakiś  sztywny,  a  jej  ciemne  oczy  patrzyły  na  mnie  z  nieskrywaną 
ciekawością, kiedy spytała: 

- Kiedy pani nas opuszcza, mademoiselle? 
Serce mocno mi zabiło, ale odparłam z całym spokojem: 
- Nieprędko pojedziemy do Thonon, madame. Pan Hipolit wraca 

dopiero za trzy miesiące. 

I gwałtownie odsuwając zasłonę z koralików, wyszłam z Filipem 

na  rozgrzaną  słońcem  ulicę.  Albertyna  dobrze  wykonała  swoje 
zadanie. Plotki na mój temat rozeszły się po całym Soubirous. 

Z  godnością  zniosłam  dalsze  spojrzenia  i  szepty,  nim  z 

narzekającym  na  zmęczenie  Filipem  znalazłam  się  na  moście,  skąd 
jeszcze mieliśmy spory kawałek do przejścia przez podmokłe łąki. 

Do  tej  pory  nie  zdawałam  sobie  jeszcze  sprawy,  jak  trudna  jest 

rola kopciuszka. 

Po  podwieczorku  postanowiłam  odwiedzić  panią  Seddon, 

porozmawiać o plotkach, jakie zapewne krążyły w suterenie, niestety 
dowiedziałam  się,  że  nadmiar  pracy  i  przygotowania  do  balu 
wywołały  znowu  "jeden  z  jej  ataków"  i  leży  w  łóżku  niezdolna  z 
nikim się zobaczyć. Siedziałam więc smutna z Filipem, rozmyślając to 
o cudownym (a zarazem katastrofalnym) uniesieniu, jakie przeżyłam, 
to o grożącym mi zwolnieniu z pracy. 

Kiedy wieczorem przyszła Berta z kolacją dla Filipa, moje nerwy 

były w okropnym stanie i postanowiłam, że nie stanę twarzą w twarz z 
moimi  pracodawcami.  Ale  wtedy  Filip  podniósł  wielki  lament  i 
powiedział, że nie pójdzie do łóżka, jeśli potem, "w środku nocy" nie 

background image

przyjdę do niego i nie zabiorę na galerię, skąd patrzyłby na tańce. No 
cóż, musiałam mu to obiecać i wtedy zadowolony wyszedł z Bertą. 

Zamknęłam za nimi drzwi i puściłam wodę na kąpiel dla siebie. 
Miałam  się  ubierać  na  mój  pierwszy  bal...  gdzieś  w  tłumie 

tańczących  będzie  Raoul...  Powinnam  czuć  ożywienie,  radość, 
podniecenie.  Ale  kiedy  otwierałam  opakowanie  pachnącego  mydła 
toaletowego, ręce mi drżały, kiedy zaś siedziałam w halce i czesałam 
włosy, na odgłos stukania podskoczyłam tak, jakbym usłyszała syrenę 
wozu strażackiego. 

- Zobaczę, kto to - powiedziała Berta, która już położyła Filipa i 

przyszła  mi  pomóc.  Uchyliła  drzwi,  zamieniła  z  kimś  kilka  słów, 
zamknęła i wróciła do mego pokoju z jakimś małym pudełkiem. 

Znieruchomiałam  przed  toaletką,  szczotka  zawisła  w  powietrzu. 

Lekko  zaczerwieniona  Berta  podała  mi  to  pudełko,  unikając  mego 
wzroku. 

-  To  dla  panienki.  -  Jakaś  była  dziwna  tego  wieczoru, 

przygaszona i trochę sztywna. 

Przez  chwilę  miałam  ochotę  spytać,  o  czym  szepcze  służba,  ale 

ugryzłam  się  w  język.  Zbyt  boleśnie  doświadczyłam  rezultatów 
plotkowania Albertyny. 

Et tu, Berte, pomyślałam i wzięłam od niej pudełko. 
Było  lekkie,  płaskie,  z  celofanową  pokrywką,  pod  którą 

dostrzegłam  ciemnozielone,  w  kształcie  serca,  żyłkowane  liście  i 
kruche, delikatne mlecznobiałe fiołki. 

W liściach tkwiła kartka. Nie otwierając paczki mogłam zobaczyć 

wyzywającą czarną literę R. 

W  milczeniu skończyłam się ubierać.  Przypięłam  fiołki,  mówiąc 

cicho: "Dziękuję Berto", i wyszłam, kierując się tam, skąd dobiegała 
muzyka i śmiech. 

   

Rozdział Xi 

Żem  jest  podwójnym  głupcem,    dobrze  wiem,  gdyż  kocham  i 

mówię o tym. 

(Donne, "Potrójny głupiec") 

background image

Bal  był  w  pełnym  toku  i  ucieszyłam  się,  że  państwo  de  Valmy 

skończyli  już  witać  gości.  Ich  miejsce  u  stóp  ukwieconych  schodów 
było puste. W hallu zgromadziło się bardzo wiele osób. Zatrzymałam 
się na galerii, nie mając chęci samotnie zejść po wielkich schodach, na 
szczęście z któregoś pokoju wyszły rozmawiając trzy młode kobiety, 
poszłam więc za nimi. 

Nie  zauważona  z  łatwością  przemknęłam  przez  tłum  w  sali 

balowej i znalazłam ukryty za filarem i azaliami kącik, skąd mogłam 
spokojnie obserwować tańczących. 

Nigdzie  nie  udało  mi  się  dostrzec  wózka  Leona  de  Valmy, 

widziałam  tylko  Heloizę,  pięknie  wyglądającą  w  wytwornej  sukni 
lawendowego  koloru,  tańczącą  ze  starszym  brodatym  mężczyzną,  na 
szyi którego błyszczał jakiś order na błękitnej wstędze. Przy jednym z 
okien  spostrzegłam  Florimonda  rozmawiającego,  a  właściwie 
słuchającego  starej  damy  z  zakrzywionym  nosem  i  niebieskimi 
włosami.  Pochylony  lekko  w  przód  sprawiał  wrażenie,  iż  jego 
zdaniem jest najbardziej inteligentną i błyskotliwą istotą w całej sali. I 
może tak było. Gdyby nawet była najgorszą nudziarką, jestem pewna, 
że Florimond miałby taką właśnie minę. 

Zaczęłam  szukać  wzrokiem  Raoula.  W  pewnym  momencie 

tańczące  przede  mną  pary  odsunęły  się  i  wtedy  zobaczyłam  go. 
Tańczył  z  ładną  szczupłą  dziewczyną,  o  lekko  skośnych  oczach  i 
pięknych  ustach.  Była  w  czarnej  z  wysokim  kołnierzem  sukni,  o 
wytwornym  prostym  kroju,  zapewne  ze  znakomitej  firmy  Madame 
Fath.  Tańczyli  przytuleni  do  siebie,  a  ona  coś  szybko  mówiła, 
spoglądając  na  niego  spod  długich  rzęs.  Nie  wiem,  czy  jej 
odpowiadał,  ale  się  uśmiechał.  Byli  przepiękną  parą  i  wspaniale 
tańczyli, co zwracało powszechną uwagę, a ja na to musiałam patrzeć. 
Chyba pani Seddon miała rację, tam gdzie pojawił się Raoul, od razu 
powstawały  plotki.  Ciekawa  byłam,  kim  jest  ta  dziewczyna.  Czy 
gdyby  ze  mną  zatańczył,  ludzie  też  zwróciliby  na  nas  uwagę 
podnosząc  pytająco  brwi?  Kto  to  jest  ta  dziewczyna?  Całkiem 
nieznana.  I,  moja  droga,  ta  jej  suknia...  Guwernantka?  Ach,  tak, 
rozumiem... 

Orkiestra  przestała  grać  i  tańczący  skupili  się  pod  ścianami  sali 

balowej.  Byłam  dobrze  ukryta  za  filarem  i  ścianą  azalii,  koło  mnie 

background image

szemrał cieniutki strumyczek wody, monotonnie jak muzyka szpinetu. 
Był  tu  też  basenik  z  rybami,  do  którego  woda  kapała  ze  zwisającej 
warstwy  mchu.  W  basenie  odbijały  się  azalie,  a  złote  i  srebrne  ryby 
ruszały się leniwie. 

Znowu  rozległa  się  muzyka,  zagłuszając  rozmowy,  śmiechy  i 

ciche  kapanie  wody.  Na  parkiecie  znowu  pojawili  się  tancerze.  Tym 
razem  Raoul  tańczył  z  jakąś  starszą  kobietą  w  okropnej  niebieskiej 
sukni,  ale  za  to  mającą  wspaniałe  brylanty.  A  potem  z  brunetką  o 
wydatnym  nosie  i  dłońmi  jak  żółte  szpony.  I  znowu  z  uroczą 
blondynką.  I  z  kobietą  o  farbowanych  włosach,  w  czarnej  sukni, 
obwieszoną  szmaragdami.  I  z  siwowłosą  damą  o  miłej  twarzy.  I 
jeszcze raz z blondynką. 

W  zielonkawej  wodzie  zawisła  nieruchomo  ryba,  rytmicznie 

wachlując  płetwami.  Płatek  różowej  azalii  pływał  po  wodzie. 
Przypomniałam  sobie  o  złożonej  Filipowi  obietnicy.  Wstałam, 
poprawiając  fałdy  sukni.    Przestraszona  tym  ryba  schroniła  się  pod 
nawisem mchu. 

Kiedy  nieoczekiwanie  usłyszałam  tuż  za  sobą  głos: 

"Mademoiselle",  drgnęłam,  jakbym  popełniła  coś  złego,  i  upuściłam 
torebkę, która omal nie wpadła do basenu. 

Ten, kto to powiedział, pochylił się uprzejmie, żeby ją podnieść. 

Powinnam  była  wiedzieć,  że  prędzej  czy  później  znajdzie  mnie  i 
przyjdzie, żeby pocieszyć w osamotnieniu. 

-  Monsieur  Florimond!  -  zawołałam.  -  Ależ  mnie  pan

przestraszył! 

-  Bardzo  przepraszam.  -  Z  uśmiechem  podał  mi  torebkę.  -  Ale 

teraz, mademoiselle, proszę nie uciekać. Musi mi pani zapewnić alibi. 

- Alibi? 
Szeroko  rozłożył  ręce.  -  Moja  droga,  nie  tańczę.  Nie  bardzo  mi 

wolno. I pomyślałem sobie, że jeśli szybko panią wytropię, będziemy 
sobie mogli poflirtować, co umiem robić bez żadnego wysiłku. 

- A przy tym - powiedziałam, widząc, że już sięga do kieszeni -

będzie  mógł  pan  spokojnie  sobie  zapalić?  W  porządku,  monsieur 
Florimond. Niech ten mój kąt będzie dla pana palarnią. 

- Wyrozumiała kobieta - powiedział nie zbity z tropu Florimond -

cenniejsza jest od klejnotu. 

- Niech pan w to nie wierzy. Nie ma takiej kobiety. - Mówiąc to, 

znowu usiadłam. - Nie, dziękuję, nie palę. 

background image

-  Od  brylantów,  pereł  i  rubinów  -  z  westchnieniem  powiedział 

Florimond,  zajmując  fotel  obok  i  zapalając  z  namaszczeniem 
papierosa.  Potem  spojrzał  na  mnie  życzliwie  ponad  błękitnym 
dymkiem. - Całkiem ładną masz sukienkę, moja droga. 

Roześmiałam się. - Szekspir składający gratulacje Minou Drou z 

powodu zręcznego wiersza? Dziękuję panu. 

Zmrużył  oczy.  -  Kiedy  ja  naprawdę  tak  uważam.  Ale  pani  jest 

zbyt skromna. Szukałem pani, ale nie  widziałem, żeby  pani choć raz 
zatańczyła. 

- Nie znam tu nikogo. 
- O, la-la Heloiza nie przedstawiła pani żadnemu młodzieńcowi? 
- Nie widziałam jej. Późno zeszłam. 
-  A  teraz...  tak,  jest,  o  tam,  tańczy  z  monsieur  de  St.  Hubert.  -

Jeszcze raz spojrzał na salę. - A gdzie Raoul? On zna tu wszystkich. 
Może... 

-  Och,  nie,  proszę!  -  Zawołałam  impulsywnie.  Widząc  zaś 

pytający  wzrok  Florimonda  dokończyłam  niezręcznie:  -  Właśnie 
miałam iść na górę. Obiecałam Filipowi, że pójdę do niego. I bardzo, 
bardzo proszę nie zawracać głowy panu Raoulowi! 

- Na górę? I nie wróci już pani, to pani miała na myśli? - Patrzył 

na mnie łagodnie. - Dlatego właśnie zeszła pani tak późno i ukryła się 
wśród azalii? 

-  Ja...  co  pan  chciał  przez  to  powiedzieć?  -  Spojrzał  bacznie  na 

fiołki.  Milczał.  Dotknęłam  bezwiednie  kwiatów  i  po  chwili 
odezwałam się: - Skąd pan wie? 

Potrząsnął  głową.  -  Moja  droga  -  powiedział  cicho  -  chyba  się 

pani orientuje, że cokolwiek zdarzy się w Valmy, od razu wie o tym 
cała dolina. 

- Tak, doskonale się orientuję - odparłam z goryczą i odwróciłam 

od  niego  wzrok.  Jedna  z  ryb  pyszczkiem  potrącała  różowy  płatek. 
Patrzyłam na nią z roztargnieniem. Muzyka docierała do mnie jakby z 
wielkiej odległości. Tutaj, wśród azalii, była oaza ciszy, przerywanej 
tylko spadaniem kropli wody z mchu. 

Odezwał się po dłuższej chwili: - Jest pani jeszcze bardzo młoda. 
-  Mam  dwadzieścia  trzy  lata.  -  Chciałam  żeby  to  zabrzmiało 

bojowo. 

- Mademoiselle... - wyraźnie starał się dobierać właściwie słowa -

jeśli zamierzałaby pani opuścić Valmy, to dokąd udałaby się pani? 

background image

Oszołomiona  spojrzałam  na  niego  w  milczeniu.  No  tak,  to 

prawda.  Nie  wyobrażałam  sobie  dotąd  rozmiaru  skandalu, 
wywołanego złośliwością Albertyny. Madame de Valmy (coś ścisnęło 
mnie w gardle), a może jej mąż wspomnieli mu, że zamierzają usunąć 
mnie  z  pracy.  A  Florimond  chciał  jakoś  delikatnie  uprzedzić  mnie o 
tym. Wszyscy już chyba uważali, że mają prawo wtrącać się w moje 
najbardziej osobiste sprawy. 

Sama  nie  wiem,  co  ja  o  tym  myślałam.  Chyba  tylko  to,  że 

kochałam  Raoula,  że  mnie  całował,  że  jest  tu  dzisiaj  na  balu. 
Chciałam go zobaczyć, ale zarazem bałam się tego. O jego uczuciach 
oraz "intencjach" w ogóle nie myślałam. Był tu gdzieś w pobliżu, a ja 
go kochałam. To wszystko. 

Słysząc, że Florimond coś mówi, wróciłam do rzeczywistości. 
-  Czy  ma  pani  we  Francji  przyjaciół,  czy  jest  pani  tu  zdana 

całkowicie na siebie? 

Odparłam  cicho,  bardzo  spięta:  -  Nikogo  we  Francji  nie  znam. 

Ale nie jestem zdana całkowicie na siebie. 

- Co pani chce przez to powiedzieć? 
-  Monsieur  Florimond,  jest  pan  bardzo  uprzejmy  i  ja  to  w  pełni 

doceniam.  Ale  bądźmy  szczerzy,  kiedy  już  zaszliśmy  tak  daleko.
Martwi  się  pan,  że  zostanę  zwolniona,  ponieważ  całowałam  się  z 
Raoulem de Valmy. Czy tak? 

- Niezupełnie. 
- A więc, o co chodzi? - spytałam zdziwiona. 
- Ponieważ pani jest także zakochana w Raoulu - odparł łagodnie. 
- I co z tego? - Prawie mi zabrakło tchu. 
- To, co powiedziałem. Pani jest zbyt  młoda. Nie  ma pani gdzie 

się schronić. Jest pani bardzo samotna. 

- Nie, już mówiłam panu, nie jestem samotna.  
Spojrzał na mnie dziwnie. 
-  Czy  to  byłoby  tak  bardzo  niemożliwe  -  mówiłam  bardzo 

spokojnie  -  gdybym  się  schroniła,  jak  pan  to  określił,  u  Raoula?  -
Znowu milczenie. Słowa jakby zawisły w ciszy. Ściskałam tak mocno 
zamek torebki, że aż zabolały mnie palce. Spojrzałam na niego. - Tak, 
proszę  pana.  Bądźmy  oboje  całkowicie  szczerzy.  Czy  to  takie 
niemożliwe, żeby Raoul zaopiekował się mną? 

- Moja droga... - zaczął Florimond i urwał. 
- Słucham, monsieur? 

background image

Głęboko  odetchnął.  -  Pani  i  Raoul?...  Nie,  mademoiselle.  Nie, 

nigdy, nigdy.  

Po krótkiej chwili spytałam go: - Jak dobrze zna pan Raoula? 
-  Raoula?  Wystarczająco  dobrze.  Niezbyt  blisko,  ale...  -  Znowu 

urwał  i  szeroką  dłonią  pociągnął  kołnierzyk  koszuli  jakby  chciał  go 
rozszerzyć.  Nie  patrzył  mi  w  oczy.  -  Do  diabła!  -  nieoczekiwanie 
zaklął i zaczął gasić papierosa w doniczce z azalią. 

Byłam  wściekła  na  niego.  -  Jeśli  pan  go  nie  zna  bliżej,  to  może 

wyjaśni mi pan, co miał na myśli? 

Wreszcie  spojrzał  na  mnie.  -  Moja  droga,  nie  mogę.  Nigdy  nie 

powinienem był mówić tego. Zrobiłem rzecz niewybaczalną. Nie będę 
dalej poruszać tego tematu. 

- Dlatego, że jest pan gościem monsieur de Valmy?  
Prawie  podskoczył.  -  Jest  pani  dla  mnie  za  bystra,  moja  droga. 

Dlatego i z innych powodów. 

Oczy  nasze  spotkały  się,  na  poły  zawstydzeni  doskonale  się 

rozumieliśmy. Ale ja nadal byłam wściekła i powiedziałam: 

-  Jeśli  już  mówimy  zagadkami,  to  dlaczego  pan  sądzi,  że 

wszystkie tygrysy są tak samo okrutne. 

- Mademoiselle... 
- Dobrze, dajmy temu spokój. Ma pan czyste sumienie, zostałam 

ostrzeżona.  To  bardzo  miło z  pańskiej  strony,  że  pan  zawracał  sobie 
tym głowę. Ale może byśmy zaczekali i zobaczyli, jak będzie? 

Westchnął ciężko. - Omyliłem się - powiedział. - Nie jest pani tak 

młoda,  jak  myślałem.  -  Zaczął  szukać  następnego  papierosa, 
uśmiechając się do mnie życzliwie. - No cóż, powiedziałem swoje, co 
było  z  mojej  strony  bezczelnością,  a  pani  przyjęła  to  bardzo 
uprzejmie.  I  proszę  pamiętać,  że  gdyby  pani  musiała  szukać 
schronienia, to ma pani we Francji jeszcze kogoś. 

Gniew mój rozwiał się całkowicie. - Monsieur Florimond... 
- A teraz zmieńmy temat. Może byśmy znowu sobie poflirtowali? 

Czy  pani  pamięta,  w  jakim  miejscu  skończyliśmy?  Albo  może 
wolałaby pani szybką partyjkę szachów? 

Roześmiałam się niepewnie. - Dla mnie byłaby bardzo szybka. W 

porównaniu ze mną Filip jest mistrzem. Pokonałby mnie pan w ciągu 
trzech minut. 

-  Szkoda  wielka.  Nie  ma  nic  lepszego  niż  szachy  i  papieros  w 

odpowiedniej  proporcji,  żeby  oderwać  myśl  od  dobrych  rad  starego 

background image

głupca,  który  powinien  jednak  mieć  trochę  rozumu.  -  Poklepał  po 
ojcowsku  moją rękę. - Wybacz mi, dziecko. Musiałem to zrobić, czy 
te rady nie przyszły za późno? 

Uśmiechnęłam się do niego. - Monsieur Florimond, choć może to 

nie jest właściwy moment w naszym flircie, ale muszę wyznać, że jest 
pan bardzo kochany. Niestety tak... jest już o wiele za późno. 

Nagle za plecami usłyszałam głos Raoula: 
- A więc tutaj jesteście! Carlo, czemu, u licha, schowałeś ją w tym 

kącie?  Przecież  od  dwóch  godzin  obserwuję  wszystkie  drzwi!  Nie 
sądziłem,  że  uważa  ciebie  i  złote  rybki  za  takie  frapujące 
towarzystwo.  O,  czym  rozmawialiście  z  takimi  ponurymi  minami, 
mon vieux? Na co jest o wiele za późno? 

- Na twoje przyjście - odparł spokojnie Florimond. - A teraz weź 

miss Martin, zatańcz z nią i staraj się jej wynagrodzić to, że tyle czasu 
spędziła ze złotymi rybkami. 

Raoul uśmiechnął się. - Zaraz to zrobię. Lindo, idziemy. 
I poszłam z nim. 
Florimond popatrzył na mnie zatroskany. Ale kiedy ogarnęła nas 

muzyka, natychmiast o tym zapomniałam. 

- Trwało to wieczność - szepnął mi do ucha. - Długo tu jesteś? 
- Niezbyt długo. 
- Dlaczego tak późno? 
- Bałam się zejść na dół. 
- Bałaś się? Dobry Boże, czemu? Ach tak, oczywiście Heloizy. 
- Ona widziała nas, wiesz dobrze. 
- Tak. - Roześmiał się. - Martwisz się tym? 
- Oczywiście.   
- Musisz oduczyć się tego. 
Czułam pulsowanie w gardle. - Co masz na myśli?  
Nic  nie  odpowiedział,  tylko  znowu  się  roześmiał  i  zaczęliśmy 

tańczyć  w  takt  szybkiej  muzyki. Mignął  mi filar,  grupa  mężczyzn  w 
czerni, wózek inwalidzki... 

Leon de Valmy? 
Obserwował  nas  oczywiście.  Cień  w  samym  środku 

kalejdoskopu, pająk w rozświetlonej sieci... opadły mnie głupie myśli. 

background image

Potrząsnęłam  głową,  jakbym  chciała  je  odpędzić.  Do  licha  z  nim, 
wcale się go nie boję... Ale czy naprawdę? 

I  znowu  po  zrobieniu  koła  znalazłam  się  na  wprost  niego, 

popatrzyłam mu prosto w oczy i uśmiechnęłam się promiennie. 

Był  tym  zaskoczony,  nie  miałam  żadnych  wątpliwości. 

Widziałam,  jak  czarne  brwi  uniosły  się  w  górę,  ale  zaraz  usta  jego 
ułożyły się w uśmiech. 

Inne pary zasłoniły go, a ja miałam uczucie, że mój pracodawca 

jest  naprawdę  rozbawiony  żartem,  którego  ja  nie  rozumiem. 
Doprawdy było to bardzo niemiłe wrażenie. 

- Raoul - odezwałam się nagle. 
- Słucham. 
- Och, nic takiego. 
- Po prostu, Raoul? 
- Tak. 
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Soit - powiedział tylko, ale ja 

czułam, że mnie zrozumiał. 

Kiedy  taniec  się  skończył,  byliśmy  w  przeciwnym  rogu  sali  niż 

Leon de Valmy, koło jednego z wysokich okien. Raoul nie zamierzał 
mnie  zostawić.  Stał  milcząc,  jakby  zapomniał  o  tłumie,  który  nas 
otaczał,  o  uniesionych  pod  wpływem  zdumienia  brwiach. 
Zauważyłam  kilka  zaciekawionych  spojrzeń,  ale  wcale  się  tym  nie 
przejęłam. Próbowałam odnaleźć w tłumie madame de Valmy, ale tak, 
żeby mnie nie zauważyła. Nie było jej. 

Muzyka znowu zaczęła grać. Raoul odwrócił się do mnie. 
-  Wiesz  -  powiedziałam  niepewnie  -  nie  musisz  zajmować  się 

mną, ja... 

- Nie bądź głupia - uciął krótko, obejmując mnie.  
Ta rozmowa w stylu zakochanych oczywiście dodała mi odwagi. 

Roześmiałam  się,  zapominając  o  Heloizie  de  Valmy,  o  uniesionych 
brwiach, nawet o Leonie i jego rozbawieniu. 

- Nie będę - szepnęłam cicho. I znowu wirowaliśmy w tańcu. 
-  Ja  już  swoją  pańszczyznę  odrobiłem  -  powiedział  Raoul 

stanowczo. - Tańczyłem z każdą obecną tu starszą damą. A teraz daj 
mi spokój, dziewczyno... I tak dobrze, że nie znalazłem cię wcześniej, 
bo w ogóle nie wypełniłbym swych obowiązków... 

background image

Tańczyliśmy  na  skraju  sali  balowej,  koło  otwartych  francuskich 

okien, gdyż noc była ciepła. 

- Tak jak ja ich nie spełniam obecnie... - dokończyłam.  
I  nim  zdałam  sobie  sprawę,  co  on  zamierza,  znaleźliśmy  się  w 

loggi, niepostrzeżenie uciekając z tłumu, jak gałązki porwane prądem 
wody.  Z  okien  dobiegała  muzyka,  na  niebie  wisiał  wielkanocny 
księżyc,  a  w  ciemnościach  ogrodu  tańczyły  żonkile.  Zawadziłam 
spódnicą  o  narcyze  na  skraju  tarasu.  Milczeliśmy.  Jak  zaczarowani 
chwilę  tańczyliśmy  wzdłuż  arkad  loggi,  a  potem  znaleźliśmy  się  w 
słabo  oświetlonym  saloniku,  gdzie  ogień  kominka  ogrzewał  samotne 
cienie, a stłumiona muzyka dochodziła do nas jakby z wielkiej dali. 

Byliśmy w cieniu. Zatrzymał się. Objął mnie mocno szepcząc: 
- A teraz... 
Później,  kiedy  już  mogłam  mówić,  powiedziałam  drżącym 

głosem: 

- Kocham cię, kocham, kocham. - Oczywiście po takim wyznaniu 

bardzo długo trudno było rozmawiać czy nawet odetchnąć. 

Kiedy wreszcie puścił mnie i odezwał się, miał bardzo zmieniony

głos, lekko zachrypnięty, jednak z nutą śmiechu. 

- Nie zamierzasz teraz zapytać mnie o to? 
- O co? 
- O to, o co pyta mężczyznę każda kobieta na świecie: 
"Czy mnie kochasz?" 
- Przyjmę wszystko, co zechcesz mi dać - odparłam. 
- Już przedtem mówiłem ci, Lindo, nie bądź zbyt skromna. 
- Nic na to nie poradzę. Tak czuję. 
-  O  Boże!  -  Głos  znowu  miał  zmieniony,  przyciągnął  mnie  do 

siebie.  Nie  całował,  tylko  trzymał  mocno  w  ramionach  i  mówił  nad 
moją głową w ciemność: 

- Słuchaj, Linda, słuchaj... 
- Słucham. 
-  Jeśli  idzie  o  miłość,  to  sam  nie  wiem.  Mówię  uczciwie.  Nie 

wiem. 

Serce  mi  się  ścisnęło  chyba  współczuciem,  co  może  się  wydać 

absurdalne. 

- To nieważne. Raoul, naprawdę nieważne. 

background image

- Ważne. Musisz wiedzieć. Były inne kobiety, chyba wiesz o tym. 

I to wiele. 

- Wiem. 
-  Teraz  jest  inaczej.  -  Milczenie  i  jakby  śmiech.  -  Musiałem  to 

powiedzieć.  -  Policzkiem  dotknął  moich  włosów.  -  Linda...  Cóż  za 
dziwne imię dla Francuzki... Teraz już wiesz. Pragnę cię. Potrzebuję, 
na Boga, i to jak bardzo. Jeśli nazwiesz to miłością... 

- Wystarczy, wierz mi. 
Znowu  milczenie.  Poblask  mocno  płonącego  w  kominku  ognia 

zaludnił  pokój  cieniami.  Jedno  z  żywicznych  polan  zasyczało  i 
strzeliło.  

Westchnął  cicho  i  puścił  mnie  na  długość  wyciągniętej    ręki. 

Normalnym rzeczowym tonem zapytał: 

- O czym rozmawialiście z Carlem? 
Było to tak nieoczekiwane, że zaczęłam się jąkać. 
-  Ja...  ja  nie  bardzo  pamiętam.  O  różnych  rzeczach.  Ach,  tak,  o 

mojej sukni. 

Uśmiechnął  się.  -  Daj  spokój,  mów  prawdę.  Rozmawialiście  o 

mnie. 

- Skąd wiesz o tym? 
- Szósty zmysł. 
- Daj spokój, nie mów mi, że również go masz. 
- Również? 
- Twój ojciec jest czarownikiem, nie wiedziałeś o tym? 
-  Nie  wiedziałem.  Powiedzmy  raczej,  że  mam  znakomity  słuch. 

Czy Carlo nie ostrzegał cię przed moimi niecnymi zamiarami? 

- Oczywiście. 
- Na Boga, naprawdę? 
- Coś w tym stylu. Robił to za pomocą aluzji i miał jak najlepsze 

intencje. 

- Nie wątpię. Co powiedział? 
Roześmiałam się cytując: - "pani i Raoul, nie, nigdy, nigdy". Ale 

nie złość się, uwielbiam Florimonda, a on chciał tylko mego dobra. 

Spojrzał na mnie bacznie. - Wcale się nie złoszczę. Niestety miał 

cholernie  dużo  racji. Nie  chodzi  tu  o  moje  motywy, ale  o  to,  że  ty  i 
ja...  -  urwał.  -  Wyjaśniłem  ci,  jaki  jest  stan  moich  uczuć,  ale  ty... 
powiedziałaś, że mnie kochasz. 

background image

- Tak, tak i jeszcze raz tak. 
Uśmiechnął się. - Znowu trzy razy. Bardzo jesteś szczodra. 
-  Nie  mówmy  o  Carlu.  Poza  tym  jest  taki  wiersz  angielski,  w 

którym poeta mówi: "Cokolwiek powiem trzy razy, jest prawdą". 

Znowu milczenie. Nadal trzymając mnie mocno, powiedział: 
- Zaryzykowałabyś więc i wyszła za mnie za mąż?  
Zadrżałam. - Przecież twój ojciec...  
Ścisnął mnie tak mocno, że aż zabolało. 
- Mój ojciec? Co to ma z nim wspólnego? 
-  Będzie  zły.  Może  jakoś  przeciwdziałać  temu...  zmusić  cię  do 

opuszczenia Bellevigne albo... 

- I co z tego? Nie jestem związany ani z nim, ani z Bellevigne. -

Roześmiał  się  gniewnie.  -  Obawiasz  się,  że  zaszkodzisz  mojej 
pozycji? Moim możliwościom? Na Boga, co za pomysł. 

-  Ale  przecież  kochasz  Bellevigne  -  mówiłam  lekko  drżącym 

głosem. - Sam to kiedyś powiedziałeś mi, a pani Seddon... 

- Ona także o mnie mówiła? 
- Wszyscy o tobie mówią - odparłam szczerze. 
-  Czy  ci  więc  powiedziała,  że  nie  mam nic  oprócz  Bellevigne,  i 

tylko do czasu gdy dorośnie Filip Valmy? 

- Tak. 
- No cóż, ma rację. - I dodał łagodniejszym już tonem: - Czy ta po 

trzykroć  wyznana  miłość  pozwoli  ci  zdecydować  się  na  ubogą 
przyszłość? 

-  Powiedziałam  przecież,  że  przyjmę  wszystko,  co  zechcesz  mi 

dać. 

- Mimo wszelkich zastrzeżeń? 
- Tak. 
- Bez perspektyw? 
- Tak. 
Wtedy roześmiał się z nutą triumfu w głosie. - O to nie musisz się 

martwić - powiedział tajemniczo. - W sposób uczciwy czy nieuczciwy 
zawsze będę miał jakieś możliwości. 

- Jesteś po prostu awanturnikiem - stwierdziłam.  
Spojrzał na mnie badawczo. 
- A ty nie? 
- Chyba tak - odpowiedziałam powoli. 

background image

-  Nie  chyba,  ale  na  pewno.  Diament  trzeba  ciąć  diamentem.  A 

teraz pocałuj mnie, żeby przypieczętować umowę.  

Potem, kiedy mieliśmy wyjść, spytałam z wahaniem: 
- Czy im powiemy? 
-  Oczywiście.  Dlaczego  nie?  Chciałbym  o  tym  krzyczeć  głośno, 

ale jeśli chcesz, możemy zaczekać do jutra. 

- O tak, proszę cię. 
Zęby  błysnęły  mu  uśmiechem.  -  Czy  to  takie  straszne,  ma  mie? 

Boisz się mego ojca? 

- Tak. 
Spojrzał na mnie zdumiony. - Naprawdę?  Nie ma czego się bać. 

Ale  jeśli  wolisz,  sam  im  to  powiem.  Trzymaj  się  na  uboczu,  dopóki 
tego nie zrobię. 

- Oni... oni będą bardzo źli. 
- Źli? Nie doceniasz siebie, moja droga. 
-  Nie  rozumiesz.  Ja...  ja  i  tak  miałam  być  zwolniona.  To  nie 

ułatwi nam sprawy. 

- Miałaś być zwolniona? O co ci chodzi, na miłość boską? 
-  To,  co  słyszałeś.  Spodziewam  się,  że  powiedzą  mi  to  jutro. 

Dlatego nie chciałam zejść do sali balowej. 

- Ale dlaczego? Jaką zbrodnię popełniłaś? 
 Spojrzałam na niego z uśmiechem. - To przez ciebie. 
Po chwili dopiero zrozumiał, o co mi chodzi. 
- Dlatego,  że Heloiza  widziała  jak  ciebie  całuję?  I za to  mieliby 

ciebie zwolnić? Nonsens - uciął krótko. 

- Kiedy to prawda. Przynajmniej tak mi się zdaje. Sam słyszałeś, 

jak  madame  się  do  mnie  wtedy  odezwała,  a  kiedy  dziś  byłam  w 
Soubirous,  wszyscy  już  o  tym  wiedzieli.  -  I  opowiedziałam,  co 
spotkało mnie we wsi. - Albertyna, pokojówka, musiała tam strasznie 
naplotkować, ponieważ mnie nie lubi, jednak dobrze wie, co zamierza 
zrobić madame. 

Wzruszył  obojętnie  ramionami.  -  To  nie  ma  znaczenia.  Nie 

powinnaś się tak bardzo tym przejmować. Moim zdaniem mylisz się. 
Heloiza nigdy nie zgodziłaby się na to, żebyś odeszła. 

-  Może  masz  rację  -  powiedziałam  niepewnie.  -  Choćby  ze 

względu na Filipa. 

- Ze względu na Filipa? - spytał szybko. 

background image

-  Tak.  Nie  zrozum  mnie  źle.  Nie  sądzę,  bym  zrobiła  wiele  dla 

Filipa.  Wtedy  w  lesie,  kiedy  padł  ten  strzał,  po  prostu  zachowałam 
zimną krew, dzięki czemu on się zbytnio nie przeraził, ale kiedy omal 
nie spadł z balkonu, uratowałam mu życie, a twój ojciec powiedział... 

- Kiedy to było? - przerwał mi Raoul. - O czym mówisz? 
- Nie wiedziałeś o tym? - spytałam zdziwiona. - I opowiedziałam 

mu o wszystkim, co się wydarzyło po mojej wyprawie do Thonon na 
zakupy. Słuchał uważnie, patrząc w ogień. W migocącym świetle nie 
widziałam  wyrazu  jego  twarzy.  Z  roztargnieniem  sięgnął  po 
papierosa,  w  błysku  zapałki  dostrzegłam,  że  zmarszczył  czoło.  -  A 
tego  wieczoru,  kiedy  mnie  pierwszy  raz  pocałowałeś,    twój  ojciec 
wiedział  o  tym.  Jestem  tego  pewna!  Pamiętasz  ten  wieczór?  -
dokończyłam. 

- Pamiętam. 
- Ale wtedy nie było mowy o tym, żeby mi wymówić. A teraz tak. 
Roześmiał się. - Moja miła, daliśmy im jeszcze więcej powodów. 

Niech cię to pocieszy. Jest całkiem prawdopodobne, że teraz wszyscy 
w  sali  balowej  wiedzą,  że  wszedłem  tu  z  tobą  i  bardzo  chcieliby 
wiedzieć, dlaczego. 

- Nie sądzę - odparłam zbyt ostro - żeby mieli jakieś wątpliwości 

dlaczego.  Bardzo  to  piękne,  monsieur  de  Valmy,  że  pan  swoje 
przygody  miłosne  rozgrywa  w  wielkopańskim  stylu,  ale  ja  jestem 
tylko  guwernantką.  Nie  śmiej  się  ze  mnie.  Jutro  będę  musiała  się  z 
nimi spotkać twarzą w twarz. 

-  Razem  ze  mną,  ma  cherie,    nie  zapominaj  o  tym.  A  teraz  nie 

myślmy o jutrze. Teraz jest nasz wieczór, a my jesteśmy zaręczeni. -
Wziął  mnie  za  obie  ręce.  Jeśli  nie  możemy  głośno  o  tym  krzyczeć, 
przynajmniej  możemy  to  uczcić  we  dwoje.  Chodź,  napijemy  się 
szampana.  

- I coś zjemy - dodałam. 
- Biedne dziecko! Nic nie jadłaś? 
-  Nic  a  nic.  Siedziałam  w  kącie,  a  tyś  tańczył,  pił  i  świetnie  się 

bawił... 

-  Nieprawda  -  zaprotestował  Raoul.  -  Musiałem  się  pokazać  z 

partnerkami,  które  mnie  omal  nie  zadeptały  na  śmierć  i  które 
koniecznie  chciały  ze  mną  tańczyć,  pić  i  bawić  się.  Chodź,  idziemy 
coś zjeść. 

background image

W  wielkiej  jadalni  było  tłoczno,  goście  wesoło  rozmawiali, 

strzelały  korki  od  szampana.  Raoul  torował  mi  drogę.  Kilka  osób 
pozdrowiło  go,  patrząc  na  mnie  z  ciekawością,  ale  on  się  nie 
zatrzymywał. Kiedy dotarliśmy do wielkiego lśniącego srebrem stołu, 
przypomniałam sobie coś i dotknęłam jego rękawa. 

- Zapomniałam o czymś. Obiecałam Filipowi, że w połowie balu 

przyjdę do niego. Muszę iść. 

Odwrócił się gwałtownie. - Do Filipa? Po co, u licha? 
- On się czuł całkowicie poza nawiasem wszystkich przygotowań, 

więc obiecała mu, że przyjdę "w środku nocy". Nie mogę sprawić mu 
zawodu. 

-  Wiesz...  trochę  przesadzasz,  to  nie  należy  do  twoich 

obowiązków. 

- Nie masz racji. Uważam, że zaraz muszę iść do niego, bo zaśnie 

i będzie potem myślał, że o nim zapomniałam. 

- Sądziłem, że umierasz z głodu. 
-  Umieram.  -  Z  żalem  spojrzałam  na  wspaniale  zastawiony  stół. 

Tuż  obok  mnie był  półmisek  apetycznej  sałatki  z krabów, przybrany 
gałązkami pietruszki. - Dałam mu słowo. 

- Zawsze dotrzymujesz słowa? 
- Zawsze. 
- Zapamiętam to. 
Roześmiałam  się.  -  Zawsze  dotrzymam  słowa,  jeśli  teraz 

pozwolisz mi dotrzymać tego, które dałam Filipowi.  W tej chwili on 
jest na pierwszym miejscu. 

- No, to muszę ci pozwolić. Ale ja pójdę z tobą, nie dopuszczę do 

tego, żebyś w drodze zemdlała z głodu. - Spojrzał na swój zegarek. -
Wkrótce  będzie  północ,  "środek  nocy".  Złamiemy  kilka  dalszych 
zasad i weźmiemy jedzenie na górę. Filip będzie miał przyjemność, a 
my swoje święto. 

- Raoul! Wspaniały pomysł! 
- Doskonale. Zaraz postaram się o coś do jedzenia i picia. Na co 

masz ochotę? 

Spojrzałam na stół. - Na wszystko - odparłam krótko.  
Zdziwił się. - Ależ ty jesteś głodna! 
-  Okropnie.  Ale  nawet  gdybym  nie  była,  nie  mogłabym  przejść 

spokojnie  koło  tych  wspaniałości.  W  życiu  nie  widziałam  czegoś 
takiego. 

background image

Patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. 
- Chcesz przez to powiedzieć, że nigdy nie byłaś na balu? 
- Na takim balu? Nigdy. 
- Będziesz miała co wspominać. 
-  Na  pewno,  przecież  w  mojej  niewesołej  przeszłości  takie 

wydarzenia  po  prostu  się  nie  mieściły  -  powiedziałam  ironicznie.  -
Czy mogłabym dostać tę babeczkę z bitą śmietaną? 

- Jeśli koniecznie chcesz... Szampana pewno też nigdy nie piłaś? 

Świetna  myśl.  Dzisiaj  wypijesz.  Niech  Bóg  mi  wybaczy  babeczkę  z 
bitą śmietaną i szampana. Idź teraz na górę do Filipa, a ja zorganizuję 
coś do jedzenia. Przyniosę wszystkiego po trochu. 

- Wspaniała obietnica - odparłam i wyszłam z zatłoczonej sali. 
Najbardziej  obawiałam  się  spotkać  Leona  de  Valmy.  Ominęłam 

wejściowy  hall  i  wielkie  schody  i  pobiegłam  w  stronę  bocznych 
schodów, z których zwykle korzystaliśmy z Filipem. 

Na  szczęście  moje  obawy  były  płonne.  Dotarłam  do  schodów 

przez  nikogo  nie  zauważona  i  unosząc  rąbek  spódnicy  pobiegłam 
nimi,  wychodziły  na  korytarz,  naprzeciw  drzwi  prowadzących  do 
pokoi  madame  de  Valmy.  Na  jednym  z  ostatnich  stopni  nagle  się 
zachwiałam,  gdyż  pękł  mi  pasek  jednego  sandałka.  Pochyliłam  się, 
żeby go podnieść, i wtedy zobaczyłam, że z drzwi bawialni madame 
wychodzą  dwie  starsze  panie.  Serce  mi  zamarło,  ale  zaraz 
odetchnęłam  z  ulgą,  żadna  z  nich  nie  była  Heloizą.  Jedną  nawet 
znałam,  to  ona  tak  wspaniale  unosiła  brwi,  dając  wyraz  swej 
dezaprobaty,  kiedy  obserwowała  najpierw  tańczącą  z  Raoulem 
blondynkę,  a  potem  mnie.  Ciekawe,  jak  wysoko  uniosłyby  się  jej 
brwi, gdyby wiedziała, że wkrótce mam na górze randkę z Raoulem, 
co prawda z Filipem jako przyzwoitką. 

Sandałek  był  moim  alibi.  Zaczekałam  uprzejmie,  żeby  mnie 

minęły,  a  potem  poszłam  do  swego  pokoju,  oczywiście  po  to,  żeby 
dokonać  koniecznej  reperacji.  Uśmiechnęłam  się  do  nich,  w 
odpowiedzi one skinęły uprzejmie głowami, kierując się do głównych 
schodów. 

Korytarz był pusty, spojrzałam bacznie na drzwi pokoju Heloizy, 

znów uniosłam rąbek spódnicy i skierowałam się do sypialni Filipa. 

Gdzieś w głębi domu zaczął bić zegar. Północ. Uśmiechnęłam się. 

Dokładnie połowa nocy. Miałam nadzieję, że Filip jeszcze nie śpi. 

background image

Zegar  wybił  dwunastą,  kiedy  szybko  szłam  korytarzem.  I  nagle 

uderzyła  mnie  zaskakująca  myśl.  Stanęłam  jak  wryta,  patrząc  na 
trzymany w ręku sandałek. Północ. Zgubiony pantofelek. Ucieczka z 
balu. 

Zmarszczyłam  czoło.  To  wszystko  było  tak  absurdalne,  że  aż 

niepokojące. Roześmiałam się, wzruszając ramionami. 

Rozdział Xii 

Och, te smakołyki, które zgromadził szczodrą ręką na złocistych 

talerzach, w jasnych koszach. O rzeźbione srebro, wspaniale lśniące w 
ciszy i samotności nocy... 

(Keets, "Wigilia św. Agnieszki") 

Pij na pohybel Ignorancji!  Porozmawiaj z siostrą Śmiercią! 

(Tennyson, "Wizja grzechu") 

Filip  nie  spał.  Kiedy  wślizgnęłam  się  cicho  do  jego  sypialni, 

zobaczyłam,  że  ubrany  w  szlafrok  siedzi  wyprostowany  na  łóżku, 
wpatrując się w drzwi. Ogień palił się wesoło, choć dawno powinien 
być  zgaszony.  Zasłony  na  drzwiach  balkonowych  nie  były 
zaciągnięte, tak że poświata księżycowa oświetlała górną część łóżka. 

Mały  chłopiec,  blady  w  srebrnej  poświacie  bardziej  niż  zwykle, 

patrzył na  mnie wielkimi czarnymi  oczami. Wydał mi się tak bardzo 
kruchy. Powitał mnie jednak z ożywieniem: 

- Strasznie długo nie było pani. 
- Sam powiedziałeś "w środku nocy", pamiętasz? A teraz właśnie 

jest północ. 

-  Północ,  naprawdę?  -  Wyraźnie  się  ucieszył.  -  Patrzyłem  na 

ogień, wiedziałem, że pani przyjdzie. 

- Musiałam przyjść. Jak ci się udało nie zasnąć tak długo? 

background image

- Zobaczyłam kubek z nie wypitą czekoladą na bocznym stoliku i 

roześmiałam się. - Och, rozumiem. Sprytny jesteś. I wcale nie chciało 
ci się spać? 

- Trochę tak - wyznał. - Pomogło mi dokładanie do ognia. 
- Dlatego podtrzymywałeś go? 
Odwrócił wzrok i zaczął skubać brzeg kołdry. 
-  Ja...  miałem  nadzieję...  myślałem,  że  jak  pani  przyjdzie,  to 

zostanie ze mną trochę. 

Usiadłam na jego łóżku. - Ale dlaczego, Filipie? O co ci chodzi? -

Położyłam rękę na jego dłoni i powtórzyłam: 

- O co chodzi, dziecinko? 
- O koszmary - odparł gniewnie. 
- To okropne! Nic o tym nie wiedziałam. Jakie znowu koszmary? 
- Ktoś do mnie przychodzi i dotyka mnie.  
Drgnęłam  przerażona,  ale zaraz się  opanowałam, udając,  że to  z 

zimna, i powiedziałam może zbyt energicznie: 

-  To  tylko  złe  sny,  nic  więcej.  Czasem,  kiedy  śpisz,  przychodzę 

do ciebie. 

- Nie, to nie pani - odparł cicho. - Nie bałbym się, gdyby to była 

pani. 

- Czy ten sen często się powtarza?  
Skinął głową. 
- Nie budzisz się wtedy? Gdybyś się obudził, zawołaj mnie. 
- Wołam, ale tego nie słychać. 
Pogłaskałam go po ręce, była zimna i taka mała. 
- Dlatego, że śpisz wtedy. To tylko przykry sen. Mogę to być ja, 

Filipie,  zawsze  przed  pójściem  do  łóżka  zaglądam  do  ciebie.  Śpisz 
wtedy mocno. 

- Naprawdę? 
- Jak suseł. I chrapiesz. 
- Na pewno nie. 
-  Właśnie,  że  tak.  A  teraz  posłuchaj  mnie.  Mam  dla  pana 

niespodziankę,  monsieur  le  comte  de  Valmy.  Ponieważ  wasza 
wysokość  nie  zamierza  zejść  za  dół  na  kolację,  czy  zgodzi  się,  żeby 
kolacja przyszła do niego? 

- Kolacja? Przecież ja już jadłem kolację! 

background image

-  Ale  to  było  dawno  temu,  a  ja  nie  jadłam.  Czy  zgodzisz  się 

zaszczycić  swego  brata  stryjecznego  Raoula  i  mnie  swoim 
towarzystwem w czasie tej uczty o północy? 

-  Uczta  o  północy?  Och,  miss  Martin!  -  Oczy  mu  zabłysły  z 

radości,  ale  zaraz  spochmurniał.  -  Pani  powiedziała  mój  brat 
stryjeczny Raoul? 

- Tak. Obiecał dostarczyć tu jedzenie. O, już jest.  
Drzwi otworzyły się cicho i wszedł Raoul niosąc butelki, a za nim 

jeden  z  wynajętych  kelnerów  z  tacą.  Raoul  z  żartobliwym 
pozdrowieniem  podniósł  do  góry  jedną  butelkę,  z  szyjką  oblepioną 
złocistą folią. 

-  Bonsoir,  monsieur  le  comte  -  powiedział  z  powagą,  a  potem 

zwrócił  się  do  kelnera.  -  Proszę  postawić  tacę,  o  tam!  Dziękuję. 
Prosiłbym też o zabranie potem naczyń. Ale dyskretnie. 

- Oczywiście, proszę pana - odparł kelner z kamiennym wyrazem 

twarzy. 

Raoul  wsunął  mu  coś  do  ręki.  -  Świetnie,  to  byłoby  na  razie 

wszystko. Dziękuję. 

-  Dziękuję,  m'sieur,  mdame.  -  Skinął  nam  obojgu  głową  i 

wyszedł, cicho zamykając drzwi. 

- I to naprawdę będzie uczta o północy? - spytał Filip, niepewnie 

patrząc na swego brata stryjecznego. 

- Naprawdę. - Raoul z dużą wprawą zajął się butelką ze złocistą 

folią.  -  A  do  tego  potajemna!  I  w  jakim  miłym  gronie!  Co  za 
wspaniały ogień. Lindo, czy nie jest ci zimno? 

- Nie, dziękuję. 
Nalał  szampana.  Filip  zapomniawszy  o  wszystkich  swoich 

wątpliwościach wyskoczył z łóżka. 

- Czy to lemoniada? 
- Królewska lemoniada. 
- Jakie ma bąbelki! Jak głośno wystrzelił korek! 
- Wystrzelił, czy nie, to nie jest napój dla małych chłopców, mon 

cousin, dla ciebie przyniosłem prawdziwą lemoniadę. Proszę. 

-  Bardzo  podobna  do  tamtej  -  stwierdził  Filip  biorąc  wysoką 

szklankę z żółtym, lekko syczącym płynem. 

- Mademoiselle, czy nie napije się pani mojej lemoniady?' 
-  Bardzo  ładnie  wygląda,  ale  nie  mogę  urazić  uczuć  twego 

kuzyna.  

background image

Raoul z uśmiechem podał mi kieliszek szampana. 
- Mnie się wydaje, że to nie jest także napój dla ciebie, moja miła, 

ale nie śmiem ci podać innego. A teraz nasz toast - powiedział Raoul 
unosząc  swój kieliszek, tak że ogień z kominka rozbłysł w tysiącach 
bąbelków. - Wstań, Filipie, stuknij się ze mną... a teraz z miss Martin. 
Wypijmy za nasze obietnice i za ich dotrzymanie! 

Filip  nieco  zdziwiony,  zrobił,  jak  mu  powiedziano,  potem  upił 

trochę lemoniady i wreszcie spojrzał na tacę, którą kelner postawił na 
niskim stole przed kominkiem. 

- Kiedy zaczniemy? - spytał. 
- Zaraz - odparłam i usiadłam. 
Nawet  bez  królewskiej  lemoniady  byłaby  to  wspaniała  uczta, 

zaręczynowa  kolacja  w  poświacie  księżyca  przed  płonącym 
kominkiem.  Jedzenie  zaś  było  wprost  znakomite.  Filip  i  ja 
zmiataliśmy wszystko to, co Raoul umieścił na tacy. 

Naprawdę  starał  się  przynieść  "wszystko".  Pamiętam,  że  były 

cieniutkie  plasterki  czarnego  chleba i  ociekające  masłem szparagi  na 
zimno,  muszelki  z  nadzieniem  z  krabów,  paszteciki  z  grzybami  i 
mięsem  kurzym,  homar  w  cieście,  petits  fours  z  migdałami,  małe 
oszronione  szklaneczki  z  truskawkowym  kremem,  wielkie 
brzoskwinie na lśniących liściach. Winogrona w lukrze, błyszczące w 
świetle kominka jak diamenty. 

Jedliśmy  to  wszystko  z  Filipem,  wydając  okrzyki  zachwytu  i 

rozmawiając  konspiracyjnym  szeptem,  a  Raoul,  który  siedział  na 
fotelu, palił papierosa, pił szampana, niby dobry wujek spoglądając na 
nas pobłażliwie, jakbyśmy byli w tym samym wieku. 

-  Przypomina  mi  to  dobrego  dżina,  który  przyniósł  Aladynowi 

pyszne jedzenie, kiedy na strychu umierał z głodu - powiedziałam. 

- O ile ja wiem - odparł Raoul - to chyba w pralni swojej matki. 

Jakoś  jest  pani  dziś  wieczór  w  bardzo  romantycznym  nastroju,  miss 
Martin. 

- Co za kontrast z bardziej przyziemnym okresem mego życia. 
Roześmiał się. - Jeszcze szampana? 
-  Nie,  dziękuję.  Wspaniały  był  ten  szampan,  wspaniała  kolacja. 

Filipie,  jeśli  po  tym  wszystkim  będziesz  miał  koszmarne  sny,  to  z 
własnej winy! 

- Mnie się wydaje - powiedział cicho Raoul - że młody pan hrabia 

już śpi. 

background image

Zwinięty w kłębek Filip leżał na dywanie z głową opartą o moje 

kolana i od dłuższego czasu nie odzywał się. Pochyliłam się nad nim. 
Długie  rzęsy  ocieniały  jego  dziecięce  policzki,  oddychał  spokojnie, 
równo.  Spojrzałam  na  Raoula  i  kiwnęłam  głową.  Wstał,  przeciągnął 
się i wrzucił niedopałek w gasnący ogień. 

- Trzeba go zanieść do łóżka. - Chwilę spoglądał na dziecko. Jaki 

był wysoki w porównaniu z Filipem skulonym u jego stóp. - Czy on 
ma koszmarne sny? 

- Mówi, że tak. Przychodzi ktoś do niego i dotyka. Okropność. 
Patrzył chwilę na mnie, ale miałam dziwne wrażenie, że nie widzi 

mnie. 

-  No,  to  go  zaniosę,  jak  kazałaś.  -  Pochylił  się  i  podniósł  Filipa 

bez najmniejszego wysiłku. 

Ta  część  pokoju,  gdzie  siedzieliśmy,  pogrążona  była  w  cieniu, 

jedynym  źródłem  światła  był  przygasający  już  ogień.  Wpadająca 
przez  okna  za  naszymi  plecami  poświata  księżycowa  przesuwała  się 
powoli i teraz ogarnęła już całe łóżko. 

Raoul  niósł  dziecko  przez  pokój,  właśnie  miał  wejść  w  plamę 

bladego  światła,  kiedy  czyjś  cień  padł  na  dywan,  przecinając  smugę 
na  dwoje,  potem  ktoś  przeszedł  do  drzwi  balkonowych  i  stanął  na 
księżycowej drodze. 

Cień,  który  nagle  padł  na  ziemię  przed  Raoulem,  zaskoczył  go. 

Odwrócił się. W świetle księżyca twarz Filipa była jeszcze bledsza niż 
zwykle, głowa mu opadła bezwładnie na ramię Raoula. 

Rozległ się ostry histeryczny głos Heloizy de Valmy: 
- Raoul! Co ty tutaj robisz? Czy stało się coś złego Filipowi? 
Stała odwrócona plecami do światła, nie mogłam więc widzieć jej 

twarzy,  ale  jedną  ręką  ściskała  ze  wszystkich  sił  zasłonę,  drugą 
trzymając na sercu dobrze mi znanym gestem. 

- Nic mu się złego nie stało, po prostu zasnął - odparł spokojnie. 
Nie chciałam dłużej być w ukryciu. Wstałam. Biel mojej sukni na 

tle cienia zwróciła jej uwagę. "Och" - westchnęła przerażona. 

- Spokojnie. Obudzisz Filipa - powiedział cicho Raoul.  
Weszłam w księżycową poświatę. - Bardzo mi przykro, madame, 

że panią przestraszyłam. 

- Pani tutaj? Co się dzieje? Czy stało się coś złego? - powtórzyła. 
Raoul uśmiechnął się do niej. - Hulanka. Potajemne spotkanie en 

trois.  Filip  czuł  się  bardzo  osamotniony  z  powodu  balu, 

background image

postanowiliśmy więc z miss Martin sprawić mu przyjemność. Właśnie 
go miałem położyć do łóżka. Lindo, odsuń kołdrę i pomóż mi zdjąć z 
niego szlafrok. 

Heloiza de Valmy rozejrzała się zdumiona wokoło. 
-  Słyszałam  czyjeś  głosy,  rozmowę  i  pomyślałam,  że...  -

powiedziała. Spojrzała na tacę stojącą przy kominku, na butelki, puste 
kieliszki i wymiecione srebrne półmiski. 

- Hulanka? - powtórzyła machinalnie. - Naprawdę hulanka? 
Raoul  otulił  Filipa  kołdrą  i  pogłaskał  po  głowie,  potem 

powiedział: 

- Naprawdę. Rano może będzie mieć niestrawność z powodu tego 

homara  w  cieście,  ale  na  pewno  nie  będzie  żałować  naszej  uczty.  -
Popatrzył  na  mnie  przez  łóżko  mówiąc:  -  Teraz  zaprowadzę  cię  na 
dół.  -  Miał  świetny  nastrój,  był  taki  pewny  siebie,  ale  ja  nie 
odpowiedziałam mu zwracając się do madame de Valmy: 

- Czy pani mnie szukała? 
- Nie, nie szukałam. - Nadal była wyraźnie zagubiona. - Chciałam 

zobaczyć, czy Filip już śpi. 

- Nie gniewa się pani, że tu na górę przynieśliśmy Filipowi coś do 

jedzenia? 

- Nie, nie gniewam się. - Wpatrzona w Raoula nawet na mnie nie 

spojrzała, a on powtórzył stanowczo: 

- Teraz zaprowadzę cię na dół.  
Na dół?  Do Leona de Valmy? Florimonda i tych kobiet ciągle z 

oburzeniem unoszących brwi? 

- Nie, dziękuję... już jest późno. Nie zejdę na dół. Pójdę spać. 
- Jak sobie życzysz. - Spojrzał na Heloizę. - A ty?  
Skinęła  głową  w  milczeniu  i  podeszła  do  drzwi.  Otworzyłam  je 

przed  nią  i  przytrzymałam.  Kiedy  przechodziła  koło  mnie, 
powiedziałam z wahaniem: 

-  Dobranoc,  madame.  I  dziękuję  za...  bal.  Sprawił  mi  wiele 

radości. 

Zatrzymała  się.  W  świetle  księżyca  twarz  jej  była  blada,  oczy 

mroczne. Nigdy jeszcze nie była tak odległa, niedosiężna.   

- Dobranoc, miss Martin. - Głos jej był bezbarwny. 
Odparłam szybko, prosząco: - Madame... 
Odwróciła  się  i  wyszła.  W  ciszy  szelest  jej  sukni  zabrzmiał,  jak 

płynąca woda. Nie spojrzała na mnie. 

background image

Raoul stanął za mną. Dotknęłam jego rękawa i wyszeptałam: 
- Sam widzisz. To była prawda.  
Patrzył na Heloizę, nie odpowiedział mi.  
Cicho,  bez  tchu  wyszeptałam:  -  Raoulu,  nie  mów  im  jeszcze  o 

nas. Jeszcze za wcześnie na to... 

Jakby się zawahał. - Porozmawiamy o tym jutro. 
- Pozwól im, żeby mnie zwolnili - mówiłam szybko. - Pojadę do 

Paryża. Zatrzymam się tam przez pewien czas. Może wtedy będziemy 
mogli...  

Ręce oparł mi na ramionach i odwrócił do siebie.  
- Moja  droga,  na  razie nie  powiem  Heloizie.  Muszę  już  iść. Nie 

martw się, wszystko będzie w porządku. Nic nikomu nie będę mówił, 
dopóki  się  oboje  nie  zastanowimy.  -  Pochylił  się  i  pocałował  mnie 
szybko, mocno. - Dobranoc m'amie. Śpij dobrze... 

Zamknął  za  sobą  drzwi.  Słyszałam  jego  szybkie  kroki  na 

korytarzu, jakby chciał dogonić Heloizę.

    
Rozdział Xiii 

"Tak" odparłam ci wczorajszej nocy, nie, "sir", mówię dziś rano. 

Barwy widziane przy świecy, za dnia nie są takie same. 

(Elizabeth  
Barrett Browning,  
"Kobiece "tak"") 

Nazajutrz rano Bernard, służący Leona de Valmy, przyniósł mi do 

pokoju  szkolnego  list,  wyraźnie  napisany  w  dużym  pośpiechu.  Oto 
jego treść: 

`cp2 
Moja droga, 
Nie  mogę  dziś  zostać,  jak  zamierzałem.  Okazało  się,  że 

koniecznie  muszę  jechać  do  Paryża.  Wybacz  mi  i  nie  martw  się 
niczym.  Na  pewno  wracam  w  czwartek  rano  i  wtedy  załatwimy 
wszystkie sprawy. 

background image

Heloiza nie rozmawiała ze mną, ja też nie, jak obiecałem. Moim 

zdaniem  nie  spodziewaj  się  kłopotów  z  tej  strony,  m'amie,  gdyby 
mieli  coś  do  powiedzenia,  to  z  pewnością  powiedzieliby  mnie, a  nie 
tobie.  A  więc  do  czwartku  i  udawaj  -  jeśli  potrafisz  -  że  nic  się  nie 
stało.  Wątpię,  żebyś  miała  wiele  okazji  do  spotkania  z  Heloizą. 
Bardzo  się  zmęczyła  przygotowaniami  do  balu  i  z  pewnością  będzie 
teraz dużo wypoczywać.  

Twój R. 

Nie  wiem,  czemu  ręce  mi  drżały,  kiedy  przeczytałam  ten 

pierwszy  w  moim  życiu  list  miłosny,  złożywszy  go  spojrzałam  na 
Bernarda.  Przyglądał  mi  się  uważnie,  wyraz  jego  czarnych  oczu  był 
przebiegły. Pomyślałam sobie, że Raoul źle zrobił przekazując ten list 
przez człowieka, który dwadzieścia lat służy Leonowi de Valmy. 

- Czy pan Raoul wręczył wam ten list osobiście? 
- Tak, mademoiselle. 
- Czy już wyjechał? 
-  O,  tak,  mademoiselle.  Bardzo  wcześnie  rano,  żeby  złapać 

wczesny samolot do Paryża. 

- Dziękuję. A jak się czuje dziś pani Seddon? 
- Lepiej, mademoiselle, ale doktor powiedział, że musi jeszcze ze 

dwa dni poleżeć w łóżku. 

-  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  wróci  do  zdrowia.  Może  dacie  jej 

znać przez kogoś, że pytałam o nią? 

- Tak, mademoiselle. 
-  Bernardzie  -  odezwał  się  Filip  odstawiając  swój  kubek  -  czy 

dzisiaj wieczorem macie zabawę? 

- Tak, paniczu. 
- We wsi? 
- Tak, paniczu. 
- Będzie też kolacja? 
- Tak, paniczu. 
- A co będziecie jeść na tę kolację?  
Ciemna  twarz  lokaja  była  bez  wyrazu,  spojrzenie  oczu  baczne, 

nawet wrogie. 

background image

- Doprawdy nie wiem, paniczu. 
- To wszystko, Bernardzie - przerwałam im. - Dziękuję. 
Kiedy  odchodził,  jeszcze  raz  zadałam  sobie  pytanie,  co  widzi  w 

nim młoda, ładna Berta. 

Był to bardzo długi i niemiły dzień. 
Czułam  się  dziwnie  pusto.  Raoul  wyjechał.  Opuścił  też  Valmy 

zaraz po śniadaniu  Florimond.  Pani  Seddon,  jak powiedział Bernard, 
nie  opuszczała  swego  pokoju,  a  Berta  krzątała  się  wykonując  swoją  
codzienną  pracę  z  wyrazem  ponurego  napięcia,  jakby  chciała 
naśladować Bernarda. 

Nic więc dziwnego, że kiedy podczas popołudniowego spaceru z 

Filipem, przejechał koło nas jeep z kilkoma pasażerami, prowadzony 
przez Williama Blake'a, na jego wesołe pozdrowienie odpowiedziałam 
z  wielkim  zapałem,  co  widząc  Filip  spojrzał  na  mnie  zdumiony  i 
spytał: 

- Czy to pani bliski przyjaciel? 
-  On  jest  Anglikiem  -  wyjaśniłam  szybko  i  uśmiechnęłam się  w 

duchu. - Czy wiesz, Filipie, co to jest ironia? L'ironie?

- Nie, nie wiem. 
Spojrzałam  na  niego  zdziwiona,  i  zaczęłam  dość  nieporadnie, 

szybko mu tłumaczyć: 

- L'ironie... to moim zdaniem szansa albo przeznaczenie, le destin, 

w  ogóle  coś,  co  jest  blisko,  co  śledzi  to,  co  robisz  albo  mówisz,  a 
potem w najgorszym momencie wykorzystuje to przeciwko tobie. Nie, 
niezbyt dobrze ci to wytłumaczyłam. Dajmy temu spokój, mon lapin, 
nie jestem dziś w dobrej formie. 

-  Ale  ja  o  tym  niedawno  czytałem  -  odparł  Filip.  -  To  ma  taką 

specjalną  nazwę.  Idzie  za  człowiekiem  comme  vons  dites,  a  kiedy 
zrobi  on  coś  głupiego,  to  wtedy...  jak  pani  to  powiedziała?... 
wykorzystuje przeciwko niemu. To się nazywa Nemezis. 

Stanęłam  jak  wryta  i  spojrzałam  na  niego  mówiąc:  -  Filipie, 

kochany, właśnie tak chciałam to sformułować... To są właściwie Idy 
marcowe i kruki przelatujące koło nas z lewej strony, a ja w czwartek 
po  południu  poszłam  koło  kościoła  Matki  Boskiej  Miłosiernej  złą 
drogą i... 

- Nie poszła pani, bo padało - przerwał Filip. 
- Naprawdę? 

background image

- Pani wie, że tak było. - Zachichotał i podskoczył. - Czy pani też 

czasami robi coś głupiego? 

- Nawet dość często. 
-  Ale  ja  to  lubię.  Proszę,  niech  pani  mówi,  o  tych  krukach 

latających  nad  człowiekiem.  Naprawdę  tak  jest?  Dlaczego?  Proszę, 
niech pani mówi, mademoiselle. 

- Nie dam rady, brak mi słów. 

Kiedy wracaliśmy ze spaceru, spotkaliśmy monsieur de Valmy. 
Zamiast  iść  serpentyną,  poszliśmy  pod  górę  stromym  skrótem  i 

przecięliśmy  żwirowany  podjazd.  Kiedy  szliśmy  przez  stajenne 
podwórze,  kierując  się  do  bocznego  wejścia,  z  któregoś  budynku 
gospodarczego wyjechał inwalidzki fotel i za plecami usłyszałam głos 
Leona de Valmy, który powiedział po francusku: 

- Witaj, Filipie, dzień dobry, miss Martin. Wracacie ze spaceru?  
Zaczerwieniona odwróciłam się do niego. 
-  Dzień  dobry,  monsieur.  Tak,  poszliśmy  drogą  przez  dolinę,  a 

potem wróciliśmy skrótem. 

Uśmiechnął  się.  W  jego  twarzy  nie  dostrzegłam  ani  chłodu,  ani 

potępienia. Gdyby zamierzał mnie zwolnić, nie zachowywałby się tak 
zwyczajnie,  unikałby  nas  raczej,  nie  powitałby  tak  serdecznie, 
uśmiechając się również do Filipa. 

- Jakoś teraz omijacie lasy? - powiedział. 
- Tak. Raczej tak. - I dodałam: - Wolę się trzymać drogi, ostatnio 

nerwy mnie zawodzą. 

- Wcale  się  pani  nie  dziwię.  - Roześmiał  się,  porozumiewawczo 

mrugnąwszy  okiem  do  Filipa,  i  spytał:  -  Jak  się  czujesz  po 
szaleństwach wczorajszej nocy? 

- Szaleństwach? - powtórzył Filip. 
-  Mówiono  mi,  że  wczoraj  o  północy  brałeś  udział  w  uczcie... 

potajemna  schadzka  a  trois,  tak  słyszałem.  Nie  miałeś  potem 
koszmarów? 

- Nie,  mon oncle  - odparł  Filip.  Monsieur  de  Valmy spojrzał  na 

mnie z rozbawieniem. 

Byłam prawie tak samo zmieszana, jak Filip. 
-  Czy  pan  ma  coś  przeciwko  temu?  -  spytałam.  -  Może  to  było 

trochę niezwykłe, ale... 

background image

- Droga miss Martin, czemu miałbym się sprzeciwiać? Oddaliśmy 

Filipa  pod  pani  wyłączną  opiekę  i  jak  dotąd  jesteśmy  z  tego  bardzo 
zadowoleni.  Proszę  sobie  nie  wyobrażać,  że  moja  żona  i  ja 
krytykujemy każde odstępstwo od ustalonego kanonu. Oboje niewiele 
się  znamy  na  wychowywaniu  małych  dzieci.  To  pani  decyduje. 
Czasem, trochę tej "niezwykłości" jest z pewnością potrzebne. Bardzo 
to  miło  z  pani  strony,  że  sama  dobrze  się  bawiąc  znalazła  czas  i 
pomyślała o dziecku... Mam nadzieję, że jest pani zadowolona z balu? 

-  O  tak,  bardzo.  Nie  widziałam  pana  wczoraj  wieczorem,  żeby 

podziękować  za  zaproszenie.  Czy  mogę  to  zrobić  teraz,  monsieur? 
Było cudownie, świetnie się bawiłam. 

- Miło mi to słyszeć. Obawiałem się, że może czuła się pani obco 

wśród naszych gości, ale podobno Raoul zadbał o panią. 

Nic  groźnego,  tylko  uprzejma  rozmowa.  Żadnych  oznak 

rozbawienia. Żadnego podtekstu. 

- Tak, monsieur, rzeczywiście monsieur Raoul zadbał o mnie... A 

jak się czuje dziś madame de Valmy? Mam nadzieję, że dobrze. 

- O, tak, tylko bardzo jest wyczerpana. Wieczorem będzie musiała 

pokazać się na zabawie we wsi, dlatego teraz odpoczywa. 

- Dziś więc nie oczekuje nas w saloniku? 
-  Nie.  Bardzo  się  zmartwiłeś  z  tego  powodu?  -  spytał  Filipa  z 

przekornym  uśmiechem.  -  Może  zamiast  tego  wolałbyś  mnie 
odwiedzić? 

Chłopiec zesztywniał, wtrąciłam się szybko: - Jak monsieur sobie 

życzy. W bibliotece? 

Leon  de  Valmy  roześmiał  się.  -  Nie,  nie.  Oszczędźmy  tego 

Filipowi. No cóż, nie zatrzymuję was dłużej. - Fotel zaczął odjeżdżać, 
ale zaraz stanął. - A tak przy okazji... 

- Słucham, monsieur? 
-  Miss  Martin,  proszę,  żeby  Filip  nie  używał  huśtawki  w  dużej 

wozowni.  Zauważyłem,  że  jeden  z  haków  jest  obluzowany.  Nie 
chodźcie  tam,  dopóki  huśtawka  nie  będzie  naprawiona.  Nie  chcemy 
przecież jeszcze jednego wypadku. 

-  Z  pewnością  nie  będzie  jej  używać,  monsieur.  Dziękuję  za

ostrzeżenie. 

Skinął  mi  głową  i  odjechał,  kierując  się  w  stronę  bramy 

warzywnika z tą zaskakującą gładką prędkością. Filip pobiegł przede 

background image

mną  do  bocznego  wejścia  z  taką  miną,  jakby  uniknął  wielkiego 
niebezpieczeństwa. 

Nie tylko on tak czuł. Raz jeszcze dałam się ponieść wyobraźni. 

Ten uśmiech Leona de Valmy wczoraj wieczorem... chłód madame... 
Jak bardzo się myliłam. Nieczyste sumienie i zbytnia skwapliwość w 
podchwytywaniu plotek sprawiły, że przeżyłam kilka ciężkich godzin. 
Dobrze  mi  tak.  Najwyraźniej  wcale  nie  zamierzali  mnie  zwolnić,  w 
przeciwnym razie Leon de Valmy nigdy nie rozmawiałby tak ze mną. 
Wszystko jest w  porządku... a jeśli nawet w przyszłości czekają mnie 
jakieś kłopoty, Raoul będzie ze mną. 

- Mademoiselle - odezwał się Filip - wygląda pani zupełnie jakoś 

inaczej. Qu.est-ce que c'est? 

- Wydaje mi się, że przed chwilą widziałam, jak odlatuje kruk. 

Reszta dnia minęła spokojnie. Filip poszedł spać nieco wcześniej 

niż  zwykle,  a  potem,  jak  tylko  zaniosłam  mu  jego  wieczorną 
czekoladę,  położyłam  się  szybko  do  łóżka  i  prawie  od  razu  mocno 
zasnęłam. Nie pamiętam chwili przebudzenia. Jedynie moment, kiedy 
obróciłam  głowę  na  poduszce  i  spojrzałam  w  kierunku  drzwi.  W 
pokoju  było  ciemno,  nic  nie  widziałam,  ale  nagle  usłyszałam  trzask 
zamykanych  ostrożnie  drzwi  i  ciche  kroki  na  dywanie  zbliżające  się 
do  mego  łóżka.  Z  początku  nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  się 
obudziłam i w półśnie nasłuchiwałam, jak ktoś do mnie podchodzi. 

Coś  dotknęło  łóżka.  Słyszałam  czyjś  oddech.  To  nie  był  sen. 

Serce zaczęło mi bić jak szalone ze strachu, usiadłam pytając głośno: 

- Kto to? 
Kiedy  sięgnęłam  ręką,  żeby  zapalić  lampkę  na  stoliku  nocnym, 

usłyszałam stłumiony szept: 

- Proszę nie zapalać światła! 
Ręka mi opadła. Osoba, która przyszła, wyraźnie była przerażona, 

opanowałam się więc i powtórzyłam, tym razem spokojnie: 

- Kto to? 
- To ja. Berta - usłyszałam w odpowiedzi szept. 
- Berta? 
Rozległ się dziwny głos, jakby łkanie. - Och, ciszej, panienko, bo 

usłyszą! 

- Czego chcesz. Berto? - Nagle ogarnął mnie lęk, zacisnęłam dłoń 

na kołdrze. - Filip? Czy chodzi o Filipa? 

background image

-  Nie,  nie!  Ale  pomyślałam  sobie,  że  powinnam  tu  przyjść  i 

powiedzieć...  -  Tym  razem  szept  został  bez  wątpienia  przerwany 
łkaniem i Berta usiadła ciężko na brzegu łóżka. 

Wstałam,  żeby  zamknąć  drzwi,  położyłam  się  z  powrotem  i 

zapaliłam lampkę nocną. 

Berta nadal siedziała skulona w nogach łóżka, z twarzą ukrytą w 

dłoniach.  Miała na  sobie  moją białą  przetykaną srebrną  nicią suknię, 
na ramiona, które unosiły się pod wpływem płaczu, narzuciła ciemny 
tani płaszcz. 

- Nie płacz, Berto - powiedziałam łagodnie - zrobić ci kawy?  
Opuściła  ręce  i  potrząsnęła  przecząco  głową.  Jej  twarz,  zwykle 

tak  ładna,  była  blada  i  skurczona.  Policzki  miała  zalane  łzami,  oczy 
zapuchnięte. 

Usiadłam obok niej na łóżku i otoczyłam ramieniem. 
-  Przestań  płakać.  O  co  chodzi?  Mogę  ci  jakoś  pomóc?  Czy 

zdarzyło  się  coś  na  zabawie?  -  Drgnęła.  -  Chodzi  o  Bernarda?  -
spytałam pod wpływem impulsu. 

Skinęła  głową,  nadal  przełykając  łzy  i  wyprostowała  się. 

Przestałam ją obejmować,  lecz nadal przy niej  siedziałam.  Wreszcie, 
odzyskując trochę panowania nad sobą, powiedziała. 

- Lepiej niech panienka się położy, bo inaczej zaziębienie pewne. 
- Masz rację. - Otuliłam się kołdrą i spojrzałam na nią. - A teraz 

powiedz, o co chodzi? Mogę ci jakoś pomóc? 

Przez  chwilę  milczała  wpatrzona  w  cienie  zalegające  pokój. 

Nagle  znowu  na  twarzy  jej  odmalowało  się  przerażenie.  Oblizała 
wargi.  Czekałam.  Siedziała  zaciskając  nerwowo  dłonie.  Wreszcie 
nawet spokojnie, ale spiesznie, cicho zaczęła mówić. 

- Tak... w pewien sposób chodzi o Bernarda. Panienka wie, że... 

mam za niego wyjść za mąż? No, więc zabrał mnie na zabawę do wsi, 
miałam na  sobie  tę  sukienkę  panienki  i  on  powiedział,  że wyglądam 
zupełnie  jak  księżniczka,  potem  zaczął...  dużo  pić  i...  no,  wie 
panienka... 

- Wiem. 
-  Upił  się.  Nigdy  dotąd  tego  nie  robił.  Oczywiście  lubił  sobie 

czasem  pociągnąć,  ale  nigdy  po  nim  nie  było  tego  widać.  No,  i 
wyszliśmy razem na dwór. - Wpatrywała się teraz w swoje splecione 
palce.  Głos  jej stał  się  ledwie  słyszalny.  - Poszliśmy do  domu  mojej 

background image

siostry,  ona  razem  z  mężem  była  na  zabawie.  Ja  wiem,  że  źle 
zrobiłam, ale... - urwała. 

- W porządku, Berto, daj spokój, nie mów o tym - powiedziałam 

zmieszana. - Co cię przeraziło? 

-  Upił  się  -  powtórzyła  znowu  prawie  niedosłyszalnie.  - Z 

początku  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy...  wydawało  mi  się,  że 
wszystko  jest  w  porządku,  ale...  potem...  zaczął  mówić.  -  Znowu 
oblizała  wargi.  -  Zaczął  się  przechwalać,  jak  to  będzie,  kiedy  się 
pobierzemy, że będę żyć jak księżniczka i będziemy mieć bardzo dużo 
pieniędzy.  I  że  wkrótce  wyjdę  za  niego  za  mąż,  kupimy  farmę, 
będziemy  bogaci  i  będziemy  mieć...  Och,  zaczął  mówić  tak 
gwałtownie  i  niemądrze,  że  się  przestraszyłam  i  powiedziałam  mu, 
żeby się nie wygłupiał, bo skąd weźmie pieniądze na tę farmę, a on na 
to... - Głos jej ścichł i urwała.  

Ciekawa, do czego to prowadziło, powtórzyłam: 
- A on na to? 
W  słabym  świetle  lampki  dostrzegłam,  że  tak  mocno  zaczęła 

wyłamywać palce, że aż jej zbielały kostki. 

-  On  na  to,  że  będzie  mieć  dużo  pieniędzy  potem...  potem,  jak 

Filip... jak Filip... 

- Co jak Filip? 
- ...umrze - skończyła Berta zduszonym głosem.  
Serce  zaczęło  mi  walić  jak  szalone,  czułam  to  nawet  w 

koniuszkach  palców.  Berta  patrzyła  teraz  na  mnie,  w  oczach  jej 
malowało  się  przerażenie.  Na  górnej  wardze  pojawiły  się  kropelki 
potu. 

- Mów dalej - poleciłam ochryple. 
- Ja... ja tylko powtarzam, co on mówił. Był pijany... śpiący... 
- Tak, rozumiem, ale mów dalej. 
- On powiedział, że monsieur de Valmy obiecał mu pieniądze... 
- Pieniądze? 
- ... Jak Filip umrze. 
- Berto! 
- Tak, panienko, tak powiedział. 
Zapanowała  cisza.  Na  jej  czole  dostrzegłam  kropelki  potu.  Ręce 

miałam  suche  i  lodowate.  Palce  zacisnęłam  kurczowo  na 
prześcieradle. W koniuszkach palców nadal czułam pulsowanie. 

background image

To  niemożliwe,  to  jakiś  koszmar.  Nic  takiego  nie  może  się 

zdarzyć.  Ale  coś  we  mnie,  jakaś  część  mózgu,  a  może  instynkt,  nie 
było  zaskoczone.  Ten  koszmar  był  prawdą,  już  dawniej  o  tym 
wiedziałam. Gdzieś w głębi serca wiedziałam o tym. I tylko dziwiłam 
się  własnej  głupocie,  że  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy. 
Usłyszałam, jak mówię spokojnie. 

-  Musisz  teraz  dokończyć,  Berto.  Filip...  Filip  powiadasz  ma 

umrzeć. Ale kiedy? 

-  Bb...  Bernard  powiedział,  że  wkrótce,  ponieważ  dziś  rano  był 

telegram od pana  Hipolita, że wraca  do domu. Nie wiedzą  dlaczego, 
może jest chory albo coś innego. W każdym razie przerywa podróż i 
będzie  tu  jutro  wieczorem,  tak  że  oni  muszą  to  zrobić  szybko, 
powiada Bernard. Już próbowali, powiada, ale... 

- Oni? - spytałam. 
- Państwo Valmy, monsieur i madame, a także monsieur... 
- Nie - powiedziałam. - Nie! 
- Tak, panienko, także monsieur Raoul. 
- Nie wierzę w to! - zaprzeczyłam gwałtownie.  
Patrzyła na mnie tępo. 
-  Nie  wierzę  w  to!  -  krzyknęłam  z  gniewem.  Ale  ona  milczała. 

Gdyby  zaczęła  obstawać  przy  swoim,  może  bym  się  z  nią  kłóciła, 
protestowała, ale ona nic nie mówiąc, wzruszyła tylko ramionami, co 
u  Francuzów  jest  oznaką  niewiedzy  i  zrzucenia  z  siebie 
odpowiedzialności. 

- Czy jesteś tego pewna,  Berto?  
Znów wzruszyła ramionami. 
- Tak ci powiedział? Bernard tak powiedział? 
- Tak. - Najwyraźniej coś w mojej twarzy skłoniło ją, żeby dodać: 

- Był pijany. Mówił, że... 

-  Wiem.  Mówił  coś  okropnego.  Ale  to  nic  nie  znaczy.  To 

nieprawda!  Jestem  tego  pewna.  Berto,  czy  mnie  słyszysz?  To  po 
prostu nieprawda! 

Milczała odwróciwszy twarz. 
Otworzyłam usta, ale tym razem ja nic nio powiedziałam. 
Nie  potrafię  opisać  następnych  kilku  minut.  Kiedy  w  sercu 

człowieka  coś  nagle  pękło  i  umarło,  nie  chce  tej  chwili  jeszcze  raz 
przeżywać,  nawet  po  znacznym  upływie  czasu.  Zebrałam  wreszcie 
myśli,  kiedy  uprzytomniłam  sobie,  że  najważniejszy  jest  w  tym 

background image

momencie  Filip.  Wszystko  będzie  można  później  rozważyć,  ocenić, 
opłakać. Teraz muszę zastanowić się nad Filipem. Odrzuciłam kołdrę. 

- Gdzie panienka idzie? - spytała gwałtownie Berta.  
Bez  słowa  wstałam  z  łóżka,  skierowałam  się  do  łazienki  i 

weszłam do ciemnej sypialni chłopca. Pochyliłam się na jego łóżkiem. 
Oddychał równo, spokojnie. Dopiero kiedy z ulgą wyprostowałam się, 
pojęłam,  jak  poważnie  potraktowałam  oświadczenie  Berty.  Ale 
właściwie  co  to  było?  Wersja  przerażonej  dziewczyny  bełkotu 
pijanego i zakochanego lokaja! A jednak brzmiało to tak prawdziwie i 
było  poparte  tyloma  faktami,  że gotowa  już  byłam  uwierzyć  w  winę 
moich  chlebodawców,  którzy  okazali  mi  tyle  życzliwości,  oraz 
człowieka, w którym przed godziną byłam zakochana. 

Sztywno,  na  oślep,  jak  lunatyczka,  wróciłam  do  mego  pokoju, 

zostawiając drzwi szeroko otwarte. Położyłam się znowu. 

-  Wszystko  z  nim  w  porządku?  -  spytała  Berta  przenikliwym 

szeptem.  

Skinęłam głową. 
-  Och,  panienko,  panienko...  -  Znowu  zaczęła  nerwowo 

wyłamywać  palce.  Pamiętam,  jak  nie  wiedzieć  czemu,  pomyślałam 
wtedy, że czytałam o tym w książkach, ale nigdy dotąd nie widziałam. 
Oto  pierwszy  raz  byłam  tego  świadkiem.  Kiedy  wreszcie  zaczęłam 
mówić, nie poznałam własnego głosu - był całkiem martwy: 

-  Moim  zdaniem  trzeba  całą  sprawę  wyjaśnić.  Nie  twierdzę,  że 

przyjmuję to, co powiedział Bernard, ale muszę usłyszeć... wszystko. 
A  więc  on  powiada,  że  postanowiono  zamordować  Filipa.  Jeśli  to 
prawda,  nie  warto  pytać  dlaczego,  to  że  oboje  państwo  de  Valmy 
zyskają na tym, jest oczywiste. 

Słowa  toczyły  się  gładko,  jak  na  scenie,  jakbym  grała  w  sztuce. 

Nic  nie  czułam  -  ani  gniewu,  ani  strachu,  ani  bólu.  Wygłaszałam 
swoją  kwestię  tępym  monotonnym  głosem,  a  wpatrzona  we  mnie 
Berta słuchała tego, wyłamując sobie palce. 

- Powiedziałaś "Już próbowali". Pewno miałaś na myśli ten strzał 

w lesie i uszkodzoną balustradę balkonu. 

- Taak. 
Przypomniałam  sobie  wyraz  zaskoczenia  na  twarzy  madame  de 

Valmy,  kiedy  z  Filipem  wróciłam  tego  dnia  ze  spaceru  w  lesie.  I 
wieczór na balkonie. Nie dlatego przyszła wtedy na górę, żeby wziąć 
swoje  tabletki,  ale  dlatego,  że  nie  mogła  dłużej  wytrzymać  napięcia. 

background image

Znajdujący się wtedy w hallu Leon de Valmy musiał usłyszeć huk na 
podjeździe.  Przypomniałam  sobie  też  dwie  rozmowy  w  bibliotece  z 
moim pracodawcą. 

-  Tak,  to  chyba  prawda  -  wyszeptałam  ochryple.  -  O  Boże,  to 

chyba prawda. A kto strzelał? Bernard? 

- Nie, to był monsieur Raoul. Bernard tylko usunął kulę z drzewa. 
Zapomniałam, że gram w sztuce. - Nie wierzę w to! 
- Panienko... 
- Czy Bernard to ci powiedział? 
- Tak. 
- Dokładnie tymi słowami? 
- Tak. 
- No, to kłamie. Na pewno sam strzelił i... - urwałam, gdyż w tym 

momencie  zauważyłam  wyraz  jej  twarzy.  Po  chwili  dodałam  raczej 
spokojnie:  -  Przepraszam.  Przecież  sama  prosiłam,  żebyś  mi 
powtórzyła dokładnie to, co mówił. I... i jestem właściwie  pewna, że 
to w zasadzie jest prawda. Ale mnie trudno w to... uwierzyć... 

- Tak, panienko, rozumiem. 
Spojrzałam na nią. - Och, Berto, bardzo się wstydzę. Tak się tym 

przejęłam, że zapomniałam całkiem o tym, co ty czujesz. Przepraszam 
cię. Obie znalazłyśmy się przecież w podobnej sytuacji. 

Skinęła głową w milczeniu. 
Jakoś  się  opanowałam.  -  Słuchaj,  Berto,  ze  względu  na  Filipa 

musimy  obie  zachować  spokój  i  dlatego,  że  nie  ma  wiele  czasu. 
Później możemy wszystko wyjaśnić i... zdecydować, kto jest winien, a 
kto nie. Teraz trzeba założyć, że wszyscy oni, niezależnie od tego, czy 
w  głębi  serca  jesteśmy  o  tym  przekonane.  Chyba  oboje  państwo  de 
Valmy  są  winni...  Nie,  tego  jestem  pewna.  Moja  wina,  że  nie 
widziałam tego przedtem, ale któż, na Boga, mógłby podejrzewać coś 
tak niesamowitego jak morderstwo! To się zdarza w powieściach, ale 
nie wśród ludzi, których znamy. Powinnam była się tego domyślić już 
wtedy  w  lesie,  kiedy  strzelano  do  Filipa.  Ale  Raoula  wtedy  tam  nie 
było... mówił mi o tym, a Bernard został natychmiast wysłany do lasu 
i  pewno  wyjął  kulę,  a  potem  raz  jeszcze  poszedł  z  kimś,  żeby  to 
"stwierdzić".  I  miałam  rację,  że  monsieur  de  Valmy  wiedział,  że 
mówię  po  francusku.  Krzyknęłam  wtedy  w  lesie  do  mordercy  po 
francusku  i całą drogę powrotną  mówiłam po francusku do Filipa. A 
ta  historia.  Berto,  z  balustradą  na  balkonie  i  pewno  z  huśtawką,  to 

background image

były  dodatkowe  pułapki,  które  przydarzyłyby  się  wcześniej  lub 
później? 

- Tak. 
-  A  to  trąbienie  bez  żadnego  powodu,  kiedy  podjeżdżał  cadillac 

pod  górę,  miało  spowodować  śmierć  Filipa?  I  w  to  również  mam 
uwierzyć? - spytałam drżącym głosem. 

- Nie wiem, o czym panienka mówi. Jakie trąbienie? Bernard nic

nie mówił o żadnym trąbieniu. 

- Tak? Dajmy temu spokój. Dzięki Bogu, nic się dotąd złego nie 

stało, teraz musimy pomyśleć, co zrobimy dalej. 

Spojrzałam  na  swoje  dłonie,  starając  się  rozumować  logicznie, 

uporządkować  fakty  od  chwili,  kiedy  Filip  znalazł  się  w  Valmy, 
dostarczony  tu  w  ręce  mordercy  przez  nic  nie  podejrzewającego 
Hipolita... 

Pierwszy  krok  został  uczyniony  od  razu:  pozbyto  się  jedynej 

osoby bliskiej Filipowi, której Hipolit ufał - opiekunki chłopca. Ktoś 
musiał ją zastąpić, należało więc znaleźć młodą samotną dziewczynę, 
bez  rodziny  czy opiekunów, która w razie "wypadku"  swego  ucznia, 
oskarżona o brak opieki (albo o coś gorszego) nie miałaby do kogo się 
zwrócić o pomoc. Dlatego madame de Valmy poprosiła o wyszukanie 
odpowiedniej kandydatki swoją przyjaciółkę w Londynie, która miała 
kontakty  z  sierocińcem  i  znana  była  z  tego,  że  załatwiała  wiele 
podobnych  próśb.  Trudno  o  kogoś  lepszego  niż  sierota,  do  tego 
cudzoziemka, oszołomiona nowymi obowiązkami, w obcym kraju, nie 
znająca  języka  tego  kraju,  która  nie  byłaby  w  stanie  dostrzec  wielu 
rzeczy  ani  bronić  się  skutecznie...  A  choć  z  początku  wyglądało  to 
absurdalnie,  miałam rację, ciągle słysząc jak wielki nacisk  kładziono 
na  fakt,  że  jestem  Angielką,  że  instynktownie  ukryłam  fakt  mego 
francuskiego pochodzenia. 

I  tak  znaleźli  odpowiednią  ofiarę  i  sprowadzili  do  Valmy.  Mieli 

dużo  czasu.  Pozwolili  na  to,  żeby  moje  życie  z  Filipem  weszło  w 
ustalony rytm, całkiem normalny z tym tylko, że monsieur de Valmy 
nie  mógł  się  powstrzymać  od  złośliwego  dokuczania  bratankowi, 
który stał mu na drodze do wielkiego majątku. Minęły trzy spokojne 
dla mnie tygodnie, z jednym tylko zastrzeżeniem, że moje stosunki z 
chlebodawcami  nie  całkiem  dobrze  się  układały.  Wtedy  spróbowano 
po  raz  pierwszy  i  tylko  pomyślny  zbieg  okoliczności  sprawił,  że  nie 
doszło  do  tragedii.  Po  raz  drugi  przygotowania  poczyniono  o  wiele 

background image

staranniej.  Głośno  mówiono  wszystkim  o  uszkodzeniu  kamiennej 
balustrady,  którą  odpowiednio  "spreparował"  Bernard.  Po  czym 
spokojnie  czekano,  żeby  doszło  do  tragedii,  kiedy  nikogo  z 
zainteresowanych  nie  będzie  w  pobliżu.  Do  drugiego  "wypadku" 
również  nie  doszło  przeze  mnie.  W  razie  gdyby  powiodło  się  za 
pierwszym  czy  drugim  razem,  policja  orzekłaby  z  pewnością 
"nieszczęśliwy  zbieg  okoliczności"...  wszyscy  zaś  wokoło  mieliby 
niepodważalne  alibi.  A  już  z  całą  pewnością  nie  byłby  uważany  za 
winnego człowiek, który odniósłby największą korzyść, czyli Leon de 
Valmy.  Uważano  by  śmierć  Filipa  za  wielkie  nieszczęście,  długo  o 
tym  mówiono,  nawet  plotkowano,  on  zaś  odziedziczyłby  spokojnie 
Valmy.  Może  nawet  nie  byłoby  żadnych  plotek...  Leona  w  okolicy 
bardzo  ceniono,  był  znakomitym gospodarzem,  od  wielu  lat  sąsiedzi 
uważali  go  za  dziedzica  i  z  pewnością  byliby  zadowoleni,  że  ten 
piękny majątek, zgodnie z prawem, stał się jego własnością. 

Berta  nadal  siedziała  skulona  w  nogach  mego  łóżka,  patrząc  na 

mnie w milczeniu. 

- A teraz, co będzie dalej, Berto? - spytałam ją. 
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. 
- Musisz wiedzieć. To bardzo ważne. Zastanów się. Bernard tyle 

rzeczy ci wyznał. Musiał o tym wspomnieć. 

-  Nie,  on  nic  nie  wie.  To  nie  on  zrobił.  Tylko  tyle.  -  Przełknęła 

głośno i zaczęła znowu łkać. 

Całkiem nieoczekiwanie ujrzałam oczyma wyobraźni następujący 

obraz:  Raoul  trzyma  w  ramionach  śpiącego  Filipa,  któremu  głowa 
opadła bezwładnie do tyłu, a Heloiza pyta ochryple: "czy stało się coś 
złego  Filipowi?"  Na  co  Raoul  spojrzawszy  na  nią  ostro  odpowiada: 
"Nic mu się nie stało, po prostu zasnął". 

-  Czy  Bernard  nie  powiedział,  kiedy  to  może  się  zdarzyć?  -

spytałam drżącym głosem. - Ani jak? 

- Nie, słowo daję, że nie. Ale to musi być szybko, ponieważ jutro 

wraca  monsieur  Hipolit.  Przysłał  dziś  rano  depeszę,  czym  nasz  pan 
bardzo się zdenerwował, tylko tyle powiedział mi Bernard. 

- Hipolit wraca jutro? - Z wrażenia ledwie mogłam złapać oddech. 

- To już dzisiaj, Berto, dzisiaj, rozumiesz? 

-  Tak,  wiem  o  tym.  Przecież  dochodzi  pierwsza.  Ale  nie  wiem, 

kiedy  przyjedzie  pan  Hipolit.  Pewno  późnym  wieczorem,  a  tutaj 
będzie dopiero w czwartek. 

background image

- Pan Raoul miał być w Paryżu aż do czwartku włącznie, Berto -

powiedziałam  spokojnie.  -  Jeśli  depesza  przyszła  dziś  "wcześnie" 
rano, musiał o tym wiedzieć, a jednak wyjechał do Paryża. Nie może 
więc w tym brać udziału, prawda? Wobec tego Bernard się myli. 

Odparła mi tym swoim martwym głosem, ale ciągle z uporem: 
-  Bernard  powiedział  mi,  że  on  w  tym  bierze  udział,  że  to  on 

strzelał. 

Nie  miało  sensu  protestować.  -  Chodzi  o  to,  że  jeśli  mamy 

zdecydować,  w  jaki  sposób  będziemy  chronić  Filipa,  musimy 
wiedzieć,  z  jakiej  strony  grozi  mu  niebezpieczeństwo.  Nikt  nam  nie 
uwierzy,  jeśli  nie  będziemy  mieć  jakichś  dowodów.  Zacznijmy  od 
tego, co wiemy. Powiadasz, że to nie będzie Bernard. 

Przełknęła i skinęła głową. Najwyraźniej uspokoiła się trochę, już 

nie  oddychała  tak  urywanie.  Przestała  też  wyłamywać  sobie  palce  i 
zaczęła mnie uważnie słuchać. 

-  Trzeba  wykluczyć  możliwość,  że  zastawili  więcej  pułapek  -

mówiłam  dalej.  -  Tym  razem  muszą  mieć  całkowitą  pewność,  nie 
mogą  liczyć  na  to,  że  wyręczy  ich  przypadek.  Poza  tym  zbyt  wiele 
"przypadków"  tego  samego  rodzaju  mogłoby  wzbudzić  podejrzenia. 
Dlatego  też  monsieur  de  Valmy  ostrzegł  o  tej  huśtawce  w  stodole... 
Ostrzegł mnie dziś po południu, kiedy już wiedział, że wraca Hipolit. 
Był niezwykle  miły, ale jestem pewna, że on i  madame... Ale to jest 
bez  znaczenia.  No  cóż,  Bernard  tego  nie  zrobi,  sam  monsieur  de 
Valmy  ma  ograniczone  możliwości,  a  zważywszy  na  to,  jak  dotąd 
działa, mam wrażenie, że nie będzie w tym brał udziału. Ponieważ nie 
ma  tu  Raoula,  a  więc  to  nie  będzie  on  -  bezwiednie  powiedziałam  z 
ulgą, dodając prawie radośnie: - Zostaje tylko madame. 

- Czy panienka jest pewna? - spytała Berta. 
- Że to będzie madame? Oczywiście, że nie. Jednak... 
- Że on wyjechał? 
Spojrzałam na nią. - Co właściwie masz na myśli?  
Wzruszyła ramionami. - To bardzo duży dom.  
Poczułam  zimny  dreszcz  na  plecach.  -  Chcesz  przez  to 

powiedzieć... że on gdzieś tutaj się ukrył? 

Skinęła  tylko  głową.  Patrzyła  na  mnie  znowu  bystro, 

inteligentnie. 

- Przecież on wyjechał - upierałam się gniewnie. - Ludzie musieli 

to widzieć. Bernard też tak powiedział... no tak, ale to nie jest żaden 

background image

dowód. Nie ma jego samochodu. Sama widziałam, kiedy po południu 
szłam przez podwórze koło stajen. 

-  Tak,  widziałam,  jak  wyjeżdżał,  ale  mógł  wrócić.  Istnieje  coś 

takiego jak alibi - dodała ku memu zdumieniu. 

-  Oczywiście,  masz  rację,  ale  wobec  tego  musiałby  tutaj  się 

ukrywać... Nie, to absurdalne. 

- Ale czy nie jest absurdem przypuszczać, że madame mogłaby to 

zrobić? 

- O Boże! - zawołałam gniewnie. - Absurdem jest przypuszczać, 

że  w  ogóle  ktoś  zdecydowałby  się  to  zrobić.  Ale  ja  nie  mogę 
uwierzyć, że Raoul mógłby być głównym sprawcą. Nie... - widząc, że 
chce coś powiedzieć, nie dopuściłam jej do słowa - nie z powodu tego 
o  czym  myślisz,  ale  dlatego,  że  to  jest  nie  do  pomyślenia,  że  to  jest 
nonsens! 

- Co panienka ma przez to na myśli? 
-  Gdyby  brał  udział  w  planowaniu  tego  morderstwa,  to  czemu 

miałby się mną zainteresować. Wiesz przecież o tym. 

- Wszyscy wiedzą. 
-  Oczywiście  -  powiedziałam  z  goryczą.  -  Czemu  nie.  Po  co  on 

miałby  to  robić.  Byłoby  to  niebezpieczne  dla  niego,  całkiem 
bezcelowe. 

- A może, po prostu nie mógł nad tym zapanować - wyjaśniła ku 

memu zdumieniu. - Panienka jest bardzo ładna. Albertyna powiada, że 
kiedy była z madame w Paryżu, słyszała...  

-  No  tak.  Albertyna  słyszy  mnóstwo  rzeczy.  Chcesz  mi 

powiedzieć,  że  on  czaruje  każdą  spotkaną  atrakcyjną  kobietę.  Jego 
ojciec  też  jest  taki,  jak  pewno  zauważyłaś.  Znakomicie  opracował 
technikę rozbrajania swoim kalectwem, a potem uruchamia nieodparty 
wdzięk.  Może  tak  jest,  chyba  jednak  nie,  Raoul  nie  jest  podobny  do 
ojca.  Nie  będzie  się  rozmieniał  na  drobne  bez  potrzeby.  A  w  tym 
wypadku byłoby to niebezpieczne, gdyby był... trzecim mordercą. 

- Jeśli trzyma razem z nimi i zaczął... zaczął... 
- Uwodzić mnie? 
-  Tak,  panienko.  I  jeśli  tak  się  stało  i  jak  panienka  powiedziała, 

byłoby  to  niebezpieczne,  to  może dlatego  oboje  państwo  byli  z  tego 
powodu tak niezadowoleni? 

-  Z  początku  myślałam,  że  tak  jest,  ale  się  myliłam.  Dziś  po 

południu monsieur był dla mnie bardzo miły. 

background image

-  Kiedy  naprawdę  tak  było.  Albertyna  powiedziała,  że  mają 

panienkę  odprawić.  Wszyscy  o  tym  wiedzieli  i  mówili.  A  po  co 
mieliby panienkę odprawić, gdyby pan Raoul nie był z nimi, to byłoby 
niebezpieczne.  W  przeciwnym  razie,  czy  zawracaliby  sobie  głowy 
tym, co on wyprawia, ponieważ... Och, przepraszam panienkę. 

- W porządku. Użyłaś dobrego słowa "co on wyprawia". Mimo to, 

mogliby  się  tym  martwić,  ponieważ  Filip  jest  pod  ich  opieką,  a  ja... 
Nie,  to  nie  ma  sensu.  Gdyby  wszyscy  troje  postanowili  zabić  to 
dziecko,  wcale nie  przejmowaliby  się  moralnością jego  guwernantki. 
To nie ma sensu, Berto. Nadal nie widzę w tym wszystkim monsieur 
Raoula.  I  to  nie  z  powodu  moich  uczuć.  Nasze  sprawy  osobiste 
przekroczyły  granice  rozsądku,  jeśli  jest  wplątany  w  plany  swego 
ojca.  Na  balu  oświadczył  mi  się,  prosił,  żebym  wyszła  za  niego  za 
mąż. 

- Tak, wiem o tym. 
- Ty wiesz o tym? 
- Tak, panienko, wszyscy wiedzą.  
Milczałam przez kilka długich sekund. - Naprawdę? Szósty zmysł 

czy po prostu plotki? 

-  Nie  wiem,  co  panienka  ma  na  myśli.  Bernard  powiedział 

Albertynie, a ona to powtórzyła nam wszystkim. 

- Kiedy to było? 
Miała  niepewną  minę.  -  Ona  mówiła  takie  różne  rzeczy  już  od 

pewnego czasu. Ona mówiła, że panienka... 

- Co takiego? 
-  Że  panienka  postanowiła  go  usidlić  i  że  oboje  państwo  byli 

wściekli i mieli panienkę odprawić. A wczoraj powiedziała, że tak się 
stało. 

- Wczoraj? Myślisz po balu? 
- Tak. 
- Czy mówiła, że wie o tym na pewno? 
- Tak mi się przynajmniej zdawało. Mówiła też... Ale dajmy temu 

spokój. Czasem to ona jest wredna. 

-  Tak,  dajmy  temu  spokój.  Z  Albertyną  mam  swoje  własne 

rozrachunki. Zastanówmy się lepiej - powiedziałam trochę wzburzona 
-  jeśli  ona  i  w  ogóle  wszyscy  mówili  o  naszych  zaręczynach,  choć 
były  nieoficjalne,  to  jak  myślisz,  czy  wiedzieli  o  tym  madame  i 
monsieur de Valmy? 

background image

- Wiedzieli. 
- Ale twierdzisz, że już przedtem byli bardzo rozgniewani, kiedy 

się dowiedzieli, że Raoul i ja... interesujemy się sobą. 

- Tak, jestem tego pewna. 
-  Ale  to  nie  ma  sensu.  Już  ci  mówiłam,  że  wczoraj  widziałam 

monsieur  de  Valmy,  kiedy  już  został  dokładnie  o  wszystkim 
poinformowany, i był niezwykle dla mnie uprzejmy. Żadne z nich też 
nie wezwało mnie do siebie, żeby spytać o to czy o coś innego. To się 
nie zgadza, Berto. W głowie  mi się  kręci, mam uczucie,  że zaraz  mi 
pęknie.  Jeśli  oni  wiedzą  i  nie  przejmują  się  tym,  to  Raoul  nie  może 
być    w  to  zamieszany.  Kiedy  go  widziałam,  jego  ojciec  musiał  mu 
przedstawić  swoje  plany,  bo  już  otrzymał  depeszę  Hipolita...  -
urwałam  i  przełknęłam  głośno  powtarzając  bardzo  cicho:  -  Już 
otrzymał depeszę Hipolita... 

Zapadła  cisza.  Berta  poruszyła  się  niespokojnie,  łóżko  aż 

zatrzeszczało. 

Zaczęłam wolno mówić: - Wiem, że oboje państwo de Valmy byli 

przedtem  na  mnie  zagniewani.  Pewno  zamierzali  mi  wymówić,  ale 
depesza Hipolita zmieniła sytuację. Musieli szybko ułożyć jakiś plan, 
w którym ja również byłam brana pod uwagę. Czy to pasuje? 

- No, chyba... 
-  Pasuje,  ale  jaka  jest  moja  rola?  Czy  Bernard  nic  ci  nie 

powiedział? 

-  Panienko,  proszę  się  nie  martwić  -  mówiła  przejęta  -  jestem 

pewna, że panience nic nie grozi. 

- Dlaczego myślisz, że się tym martwię? - spytałam dość ostro. -

Musimy  przecież  wszystko  wyjaśnić.  Tylko  w  ten  sposób  będziemy 
mogły pomóc Filipowi. Jaka jest moja rola w ich planie? Co, u licha, 
zamierzają zrobić? 

-  Może  panienka  nie  będzie  mieć  z  tym  nic  wspólnego.  Może 

uważają,  że  byłoby  dziwne,  gdyby  Filipowi  zdarzyło  się  coś  w  dniu 
wyjazdu panienki i dlatego postanowili zostawić panienkę. 

- Tak, ale małżeństwo byłoby trochę... 
- Może chcą mieć pewność, że panienka będzie milczeć nawet coś 

podejrzewając. 

- O Boże  - westchnęłam ciężko.  - Czy  oni  sobie  wyobrażają,  że 

mogłabym  milczeć,  gdybym  podejrzewała  ich  o  zamordowanie 
dziecka, że nic bym nie zrobiła? 

background image

-  Ale  gdyby  panienka  wyszła  za  niego  za  mąż  i  wszyscy 

wiedzieli, że... 

-  Jakież  by  to  miało  znaczenie?  Chyba  nie  byliby  na  tyle  głupi, 

żeby  myśleć, że  im  pomogę?  To  nonsens.  Nigdy  nie  posłużyliby  się 
małżeństwem jako przynętą, żeby mi zamknąć usta. Po co, na miłość 
boską... 

- Nie to chciałam powiedzieć. - Zaskoczył mnie jakiś nowy ton w 

głosie  Berty,  choć  nadal  mówiła  cicho.  -  Wszyscy  wiedzą  o 
zaręczynach panienki z panem Raoulem. Gdyby Filip umarł, panienka 
zostałaby  w  przyszłości  panią  hrabiną  de  Valmy.  Jeśli  telegram 
przyszedł przed balem... 

- Co masz na myśli? - Nagle zrozumiałam i dokończyłam prawie 

szeptem:  -  Masz  na  myśli  to,  że  kiedy  dostali  telegram,  natychmiast 
ułożyli jakiś plan, mnie w nim biorąc pod uwagę. Że znaleźli dla mnie 
motyw  zabicia  Filipa.  Nie  mogą  zaryzykować  jeszcze  jednego 
"wypadku", nie mając w pogotowiu "kozła ofiarnego", w razie gdyby 
sprawy przyjęły zły obrót i ludzie zaczęli stawiać kłopotliwe pytania? 
Czy o to ci chodzi? 

- A po co innego chciałby się z panienką żenić? 
- Istotnie, po co - powtórzyłam. 
Jeszcze  raz  zajrzałam  do  Filipa,  nadal  spał  spokojnie.  W  domu 

panowała cisza. Na palcach wróciłam do swego pokoju i sięgnęłam po 
szlafrok. 

- Wszystko w porządku? - spytała Berta.  
Układałam szlafrok trzęsącymi rękami. 
- Tak - odparłam. - Chyba zdajesz sobie  sprawę, że jeśli coś ma 

się wydarzyć, to musi to być dziś w nocy, wkrótce, kiedy wszyscy, z 
wyjątkiem pani Seddon, są we wsi na tańcach. 

- Pan Seddon został z żoną, nie poszedł na zabawę. 
- Jemu wierzę, ale ona jest chora i nie sądzę, żeby specjalnie był 

przydatny...  nawet,  gdyby  nam  uwierzyli,  co  jest  raczej 
nieprawdopodobne.  -  Wsunęłam  stopy  w  pantofle  nocne.  -  Zostań  z 
Filipem i pilnuj go. Zamknij okno i drzwi w jego pokoju. 

- Co panienka chce zrobić? 
- Tylko to, co trzeba. Która godzina? 
-  Kwadrans  po  pierwszej.  Ja...  my  wyszliśmy  z  zabawy  bardzo  

wcześnie. 

- Bernard wyszedł razem z tobą? 

background image

- Tak. - Nie patrzyła na mnie. - Poprosiłam go, żeby mnie odwiózł 

samochodem. Od  razu się zgodził.  A teraz... śpi w  moim pokoju.  - I 
dokończyła bardzo cicho: - To było straszne, jak jechał tą serpentyną 
całkiem pijany... 

Prawie nie słyszałam tego, co mówiła, zastanawiając się nad tym, 

że  oprócz  Seddonów  byłyśmy  w  domu  same  z  Leonem  de  Valmy  i 
Bernardem. Chwała Bogu, że Bernard mocno spał. 

- Czy madame de Valmy była na tańcach? - spytałam. 
- Tak, ale do tej pory pewno już wyszła. Nigdy nie jest długo. 
-  No,  to  czy  mogę  dostać  się  do  telefonu  w  pokoju  służbowym 

Seddona,  tak  żeby  mnie  nikt  nie  widział  ani  nie  słyszał?  Czy  on 
zamyka ten pokój na klucz? 

- Nie, panienko.  Ale kiedy o północy kładzie się spać, przełącza 

aparat na pokój naszego pana.  

Serce mi podeszło do gardła. 
- No, to odłączę go. Jak to się robi? 
- Z lewej strony jest czerwony guzik, trzeba go wcisnąć. Ale pan 

mógłby to usłyszeć. Co panienka chce zrobić? 

- Jedno mam tylko do zrobienia. Potrzebna jest nam pomoc. Czy 

to  znaczy,  że  jeśli  skorzystam  z  telefonu  w  pokoju  pana  de  Valmy 
będzie  dzwonić  albo  coś  w  tym  rodzaju?  Jeśli  tak,  to  trzeba  z  tego 
zrezygnować.  Nie mogę też wyjść z domu i zostawić Filipa  samego. 
Najlepiej, żebyś poszła na policję i... 

- Na policję? 
Byłam  właśnie  przy  drzwiach  prowadzących  na  korytarz  i 

nasłuchiwałam. Odwróciłam się i spojrzałam na nią zdumiona. 

-  Oczywiście,  że  na  policję.  O  wszystkim  muszę  powiedzieć 

policji.  Może  mi  nie  uwierzą,  ale  przynajmniej  sprowadzę  ich  tutaj, 
zrobi się zamieszanie i w ten sposób uniemożliwimy następny zamach 
na  życie  Filipa.  Dziś  rano  lub  wieczorem  wróci  pan  Hipolit  i 
zaopiekuje się Filipem, jak wszystko się uspokoi. A mnie... mnie stąd 
odprawią. 

-  Nie  -  zawołała  tak  głośno  Berta,  że  sama  przerażona  tym 

zasłoniła dłonią usta. 

- Co to znaczy: nie? 
-  To  znaczy,  że  panienka  nie  pójdzie  na  policję  i  w  ogóle  nic 

nikomu nie powie! 

- Ależ moja droga... 

background image

- Przyszłam tu i wszystko powiedziałam, bo panienka zawsze dla 

mnie  była  taka  dobra,  miła.  I  jeszcze  ta  sukienka,  i  w  ogóle. 
Myślałam,  że  panienka  ma  z  tym  coś  wspólnego,  bo  przecież  pan 
Raoul  i  tak  dalej.  Ale  nie  wolno  panience  nikomu  zdradzić,  że  to  ja 
mówiłam!  Nie  wolno!  -  Głos  jej  był  tak  ostry,  gniewny,  że 
powiedziałam stanowczo: 

- Uspokój się, dziewczyno! Nie rób z siebie idiotki! Wyobrażasz 

sobie, że ja mogłabym milczeć... 

- Panienka nie powie im o Bernardzie!  Jeśli panienka się boi, to 

proszę sobie iść! 

Spojrzałam na nią nie rozumiejąc. - Ja mam sobie iść! 
-  Jeśli  to  prawda,  o  czym  mówiłyśmy,  to  właśnie  panienkę 

oskarżą o morderstwo! Rano może panienka znaleźć jakąś wymówkę i 
natychmiast  wyjechać!  Choćby  powiedzieć,  że  panienka  nie  chce 
wyjść  za  mąż  za  pana  Raoula  i  że  nie  może  zostać  tu  jako 
guwernantka  po  tym,  co  się  stało.  To  całkiem  prawdopodobne.  Nie
mogą zatrzymać panienki, nie będą też niczego podejrzewać. 

-  Dość  tego,  Berto!  To  tylko  przypuszczenia!  A  nawet  jeśli  tak 

jest, chyba  nie wyobrażasz  sobie, że ucieknę  i zostawię  Filipa im na 
pastwę? 

- Ja się nim zaopiekuję! Będę go pilnować aż do przyjazdu pana 

Hipolita. To tylko jeden dzień! Naprawdę panienka może mi wierzyć. 
Jeśli  panienka  im  pokrzyżuje  plany  i  nie  będą  mieli na  kogo  zrzucić 
winy, może nic nie zrobią... 

-  A  może zrobią  -  dokończyłam  ponuro  -  i  zamiast  mnie,  ciebie 

Berto, oskarżą. 

- Nie odważą się. Bernard na to nie pozwoli. 
-  Może  nawet  masz  rację,  ale  nie  zaryzykuję  życia  Filipa  z 

powodu jakichś "może". Czy ty  Berto, nie rozumiesz, że tu nie chodzi 
o  wplątanie  mnie  w  tę  sprawę,  ale  o  morderstwo  Filipa?  Wiem,  że 
przyszłaś, żeby  mnie ostrzec, i bardzo ci za to jestem wdzięczna, ale 
nie ma mowy o tym, żebym stąd odeszła. Idę teraz dzwonić na policję. 

Przeraźliwie  zbladła,  twarz  jej  zmatowiała,  oczy  zaś  stały  się 

prawie czarne. 

- Nie! Nie! - krzyknęła histerycznie. - Bernard się dowie, że to ja 

powiedziałam  panience.  I  monsieur  de  Valmy.  Nie  pozwalam!  Nie 
zgadzam się na to! 

background image

- Ale ja muszę to zrobić. Czy nie rozumiesz, że nic się teraz nie 

liczy, tylko Filip. 

- Zaprzeczę wszystkiemu. Zaprzeczę. Przysięgnę, że Bernard nic 

mi nie mówił i że z panienką w ogóle nie rozmawiałam. Powiem, że 
to wszystko są kłamstwa. Powiem tak. 

Zapadła cisza. Odeszłam od drzwi. - Zrobisz to? 
- Tak. Przysięgam, że tak zrobię. 
Milczałam. Po chwili odwróciła głowę, nie patrząc na mnie. Ale 

wyraz  jej  twarzy  świadczył  wyraźnie  o  tym,  że  dotrzyma  słowa. 
Opanowałam  gniew,  przecież  ona  całe  swe  życie  spędziła  w  orbicie 
rodziny de Valmy, poza tym Bernard będzie miał jeszcze jeden ważny 
powód, żeby się z nią ożenić. Biedna Berta, i tak zrobiła wiele, trudno, 
żebym czegoś więcej się po niej spodziewała... 

-  Dobrze  -  zgodziłam  się  -  nie  pisnę  ani  słowa  o  tobie  i 

Bernardzie. Dajmy spokój temu, co było, i zajmijmy się przyszłością. 
Policji  tylko  powiem,  że  to  są  moje  własne  podejrzenia.  A  potem 
pójdę  do monsieur de Valmy i powiem mu, że z nimi rozmawiałam. 
To go od razu powstrzyma. 

Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym zwariowała. 
- Panienka odważy się to zrobić? 
Nagle ujrzałam Raoula trzymającego w ramionach Filipa. 
- Tak, odważę się. 
Zacisnęła usta, jakby jej było bardzo zimno i zaczęła drżeć. 
-  Nie  może  panienka.  Nasz  pan  się  domyśli,  że  to  chodzi  o 

Bernarda i o mnie. Ktoś mu na pewno powie, że Bernard się dziś upił. 
Panience nie wolno tego zrobić. 

-  Muszę  i  zrobię.  Nie  bądź  głupia,  Berto.  Równie  dobrze  jak  ja 

wiesz, że muszę to zrobić... 

- Nie!  Nie!  Obie  będziemy  pilnować  Filipa!  Wszystko  będzie  w 

porządku. To tylko jeden dzień. Będziemy miały na oku Bernarda... 

- I madame? I monsieur de Valmy? I kogo jeszcze? 
- Nie wolno panience nic powiedzieć! - Upierała się histerycznie. 

- Jeśli panienka nie przysięgnie, że nie pójdzie na policję, to zaraz idę 
do Bernarda. Od razu otrzeźwieje i zatrzyma panienkę. 

Szybko podeszłam do łóżka i chwyciłam ją za ramiona. 
- Tego nie zrobisz, Berto! Nie możesz, nie wolno ci!  

background image

Czułam, jak zesztywniała. Jej twarz nadal była przeraźliwie blada. 

Ale  pod  wpływem  mego  dotyku,  jakby  opuściła  ją  histeria,  gdyż 
zaczęła mówić bardzo spokojnie, z przekonaniem: 

-  Jeśli  panienka  pójdzie  na  policję,  a  oni  przyjadą  do  naszego 

pana,  on  się  domyśli,  kto  to  panience  powiedział.  I  zaprzeczy  i 
wyśmieje  to  wszystko.  Powie,  że  panienka  chciała  się  wydać  za 
panicza  Raoula,  ale  się  nie  udało,  i  teraz  się  mści.  Policjanci  też  się 
będą śmiać, napiją się z naszym panem wina i sobie pójdą... 

-  Być  może,  ale  ja  uratuję  Filipa.  Jeszcze  jedna  porcja  obmowy 

nie zrani mnie. 

-  Ale  co  się  stanie  ze  mną,  kiedy  to  wszystko  się  skończy?  -

spytała Berta. - I z Bernardem? I moją matką i całą rodziną? Ojciec i 
bracia przez całe życie pracowali w Valmy. Są biedni. Niewiele mają. 
Dokąd  pójdą,  jak  zostaną  wyrzuceni  z  pracy?  Co  zrobimy?  -
Potrząsnęła głową. - Panienka musi zrobić, jak mówię. Proszę, bardzo 
proszę. We dwie  ochronimy Filipa. To najlepsze wyjście, słowo daję, 
najlepsze.  

Zdjęłam ręce z jej ramion. 
-  Dobrze.  Niech  będzie,  jak  chcesz.  Ja  będę  milczała.  -

Spojrzałam na nią. - Ale przysięgam ci, że jeśli coś się stanie Filipowi 
albo  będzie  jakaś  kolejna  próba,  rozgłoszę  całą  sprawę,  wszystkie 
gazety  we  Francji  będą  o  tym  pisać,  tak  że  i  oni,  i  Bernard  zostaną 
sprawiedliwie ukarani. 

- Filipowi nic się nie stanie. 
- Modlę się, żeby tak było. A teraz idź już, Berto, dziękuję, żeś mi 

to wszystko opowiedziała. 

Zsunęła się z łóżka i spytała z wahaniem: - A co z sukienką? 
-  Zatrzymaj  ją  -  odparłam  znużona.  -  Nie  będzie  mi  już  więcej 

potrzebna. Dobranoc. 

- Panienko...  
- Dobranoc, Berto. 
Drzwi  zamknęły  się  za  nią.  Zostałam  sama  wśród  mrocznych 

cieni. 

Rozdział Xiv 

background image

Napełnij kielich, Filipie, i spełnijmy toast. 

(anonimowy  
wczesnoangielski wiersz) 

Była  jedna  możliwość,  żeby  zapewnić  Filipowi  bezpieczeństwo. 

Należało go usunąć z zasięgu  Leona de Valmy i ukryć do momentu, 
kiedy nadejdzie pomoc. 

Nie miałam chwili do stracenia. Leon de Valmy był pewien, że o 

pierwszej  trzydzieści  śpimy  oboje  mocnym  snem.  A  służba  wróci  z 
zabawy  między trzecią  a czwartą.  Jeśli  miał coś  zrobić  dziś  w nocy, 
musiał to zrobić wkrótce. 

Zrzuciłam z siebie szlafrok, ręce mi się trzęsły, w głowie miałam 

pustkę.  Nie  potrafiłam  spokojnie  rozumować.  Nawet  chyba  nie 
chciałam  zebrać  myśli,  były  takie  rzeczy,  których  wolałabym  sobie 
nie uświadamiać. W każdym razie nie teraz. Trzeba przede wszystkim 
zabrać  stąd  Filipa.  To  było  najważniejsze.  Doszłam  do  wniosku,  że 
nie  będę  telefonować,  mogłabym  w  ten  sposób  zdradzić  się  wobec 
Leona  de  Valmy,  musiałam  też  liczyć  się  z  tym,  że  Berta  będzie 
pilnować,  czy  nie  wejdę  do  pokoju  służbowego  Seddona.  Była  w 
takim stanie, że nie mogłam przewidzieć jej reakcji. Nikt w Valmy nie 
mógł  mi  pomóc.  Pani  Seddon  była  chora,  jej  mąż  dość  już  stary  i 
niezbyt  -  jak  mi  się  zdawało  -  rozgarnięty.  Obie  z  Bertą 
potrafiłybyśmy  ustrzec  Filipa,  gdybyśmy  tylko  wiedziały,  co  mu 
grozi, ale nie wiedziałyśmy...  Nie, trzeba  go natychmiast  stąd zabrać 
w  bezpieczne  miejsce  i  najszybciej,  jak  to  możliwe,  zawiadomić 
policję. Ani przez sekundę nie zamierzałam dotrzymać obietnicy, jaką 
wymusiła na  mnie Berta.  W tej sytuacji  rozsądek  był  ważniejszy  niż 
iluzoryczny  "honor".  Złamałabym  setki  przyrzeczeń,  gdybym  w  ten 
sposób zdołała uratować Filipa. 

Sięgnęłam po swoje ubranie, kiedy na korytarzu usłyszałam jakiś 

odgłos. Mimo że oczekiwałam tego, z początku nie wiedziałam, co to 
było.  Wśród  zamętu  panującego  w  mojej  głowie  odebrałam  to  jak 
przenikliwy szept. Jednak instynkt samoobrony działał, gdyż zgasiłam 
swoją nocną lampkę na chwilę przedtem, nim bardzo cicho otworzyły 
się  drzwi  do  pokoju  Filipa,  i  od  razu  zrozumiałam,  co  oznaczał  ten 
"szept", to był wózek inwalidzki. 

background image

Stałam  jak  skamieniała,  rękę  trzymając  jeszcze  na  wyłączniku 

lampki.  Chyba  nawet  przestałam  oddychać.  Gdyby  jakikolwiek 
dźwięk  doszedł  mnie  z  sąsiedniego  pokoju,  znalazłabym  się  tam 
równie  szybko  jak  wystrzelony  pocisk,  ale  wózek  nie  ruszał  się, 
czekałam więc bez ruchu.  

Nic.  Cisza.  Po  chwili  drzwi  Filipa  zamknęły  się  cicho  i 

usłyszałam znowu ten "szept" na korytarzu. 

Nie wiem pod wpływem jakiego odruchu znalazłam się znowu w 

łóżku,  naciągając  na  siebie  kołdrę,  w  każdym  razie  kiedy  z  kolei 
otworzyły  się  drzwi  mego  pokoju,  leżałam  spokojnie,  odwrócona  do 
nich tyłem. 

Nie wjechał do środka. Tylko czekał chwilę. Sekundy ciągnęły się 

niemiłosiernie. Pomyślałam: Co by zrobił, gdybym się teraz odwróciła 
i  zaczęła  krzyczeć.  Oto  chlebodawca,  który  nocą  zakrada  się  do 
pokoju  guwernantki,  światła,  pytania,  tupot  kroków  na  korytarzu... 
Czy  to  także  pan  wyśmiałby,  monsieur  de  Valmy?  Dreszcz  mnie 
przebiegł,  kiedy  pomyślałam,  co  stałoby  się,  gdyby  Leon  de  Valmy 
został przyłapany  jako podły uwodziciel, i przypomniałam  sobie, jak 
godne współczucia argumenty miałby na swoją obronę, nie drgnęłam 
nawet, a całe moje rozbawienie pierzchło. Zamiast tego poczułam coś 
jakby  wstyd  i  litość,  które  jednak,  o  zgrozo,  nie  uspokoiły  mego 
strachu.  Było  coś  dziwnie  przerażającego  w  mieszaninie  tych  moich 
uczuć. Napięcie minęło, zaczęłam się trząść. Wózek ruszył i wyjechał 
bezszelestnie, drzwi  się zamknęły. Usłyszałam szept  kół  cichnący na 
korytarzu. 

Wstałam  z  łóżka  i  czekałam  przy  drzwiach,  nasłuchując,  po 

chwili  jeszcze  jedne  drzwi  zostały  cicho  zamknięte,  a  po  kilku 
sekundach  rozległ  się  stłumiony  szum  windy.  Po  prostu  sprawdzał, 
czy wszystko  jest w porządku.  Ale to potwierdziło  moje obawy. Nie 
myliłam  się.  Musiałam  szybko  ratować  Filipa.  Byłam  dziwnie 
spokojna.  Zamknęłam  na  klucz  drzwi  mego  pokoju  prowadzące  na 
korytarz.  Zasunęłam  kotary  i  zapaliłam  lampkę  przy  łóżku.  Potem 
szybko się ubrałam, wzięłam z szafy płaszcz i mocne sportowe buty i 
przez łazienkę przeszłam do pokoju Filipa. 

Czekało  mnie  teraz  najtrudniejsze  zadanie.  Płaszcz  i  buty 

położyłam  na  fotelu,  na  którym  siedziałam  podczas  wczorajszej 
nocnej  uczty,  spojrzałam  na  śpiące  dziecko,  podeszłam  do  drzwi  i 

background image

zamknęłam  je  na  klucz.  Świadomie  robiłam  to  wszystko  powoli. 
Pośpiech mógł zniweczyć cały mój plan. 

W  pokoju  było  wystarczająco  jasno,  długie  zasłony  były  lekko 

rozchylone,  przez  tę  szparę  wpadał,  tak  samo  jak  poprzedniej  nocy, 
promień  światła  księżycowego,  przecinając  dywan.  Potrąciłam  coś 
nogą,  była  to  polukrowana  kuleczka  winogron.  Berta  najwyraźniej 
niezbyt dobrze sprzątnęła pokój. 

Rozsunęłam ciężkie kotary i zaczęłam zamykać drzwi balkonowe, 

kiedy  Filip  poruszył  się  i  westchnął.  Znieruchomiałam  i  spojrzałam 
przez ramię na łóżko, jedną ręką trzymając klamkę, a drugą kotarę. 

Padł na mnie jakiś cień. Drgnęłam, jak marionetka pociągnięta za 

sznurek.  Ktoś  był  na  balkonie  i  patrzył  na  mnie  przez  szparę  w 
zasłonach.  Stałam  nieruchomo  w  okrutnym  świetle  księżyca.  Nie 
mogłam się ruszyć. Ręka moja przywarła do klamki, jakby ją trzymał 
prąd  elektryczny.  Spojrzałam  prosto  w  oczy  stojącej  na  wprost  mnie 
Heloizy de Valmy. 

Nie okazała najmniejszego zdziwienia z powodu mojej obecności 

ani  faktu,  że  byłam  całkowicie  ubrana.  Ręką  chwyciła  zewnętrzną 
klamkę  i  szarpnęła  jakby  oczekując,  że  drzwi  ustąpią,  a  potem 
dotknęła  szyby  próbując  ją  pchnąć.  Kiedy  to  się  nie  udało,  znowu 
szarpnęła klamkę, tym razem znacznie mocniej. 

Postanowiłam ją wpuścić, nie miała kieszeni w swoim kremowym 

szlafroku i nic nie trzymała w rękach. Poza tym, gdyby chciała zrobić 
krzywdę Filipowi, nigdy w ten sposób nie próbowałaby dostać się do 
jego pokoju. Otworzyłam powoli drzwi balkonowe, zastanawiając się, 
jak wytłumaczę jej fakt, że o wpół do drugiej nad ranem nie śpię, a do 
tego jestem całkowicie ubrana. Bardzo spokojnie powiedziałam: 

- Dobry wieczór, madame. 
Bez  słowa  weszła  do  pokoju  i  zatrzymała  się  przy  wezgłowiu 

łóżka.  Jej  cień  padł  na  twarz  śpiącego  dziecka.  Wyciągnęła  powoli, 
ostrożnie  rękę,  żeby  dotknąć  jego  twarzy.  Poznałam  ten  lekki  gest, 
gest z koszmarnych snów Filipa. 

Gdyby  miała  przy  sobie  jakąś  broń,  gdyby  się  skradała, 

natychmiast  zaczęłabym  działać,  ale  nie  było  w  tym  nic  groźnego, 
najwyraźniej  przychodziła  tu  wiele  razy.  Kiedy  stanęłam  przy  niej, 
głaskała  Filipa  po  twarzy,  który  nawet  nie  drgnął,  cofnęła  rękę  i 
wyprostowała  się.  Obeszłam  łóżko  i  troskliwie  naciągnęłam  kołdrę 

background image

wyżej. Spojrzałam na nią. Niezależnie od tego, jakie uczucia żywiłam 
dla Króla Demonów, jego żony wcale się nie bałam. 

- Madame o co chodzi? - spytałam. - Czego pani chce? 
Nie odpowiedziała, jakbym w ogóle nie istniała. Tego już było mi 

za wiele. Zaczęłam coś gniewnie  mówić, potem urwałam, patrząc na 
nią ze zdumieniem. 

Za  nią  był  mały  stolik,  na  którym  znajdowały  się  przeróżne 

rzeczy:  lampka,  książka,  herbatnik,  mały  zegar,  dwaj  ołowiani 
żołnierze. Odwróciła się do niego i zaczęła ich dotykać. Myślałam, że 
chce zapalić lampkę, ale błądzące dłonie ominęły ją, przesuwając się 
nad zegarem i żołnierzami, po czym zatrzymały się przy kubku. 

- Madame de Valmy... - powiedziałam raz jeszcze. 
Uniosła głowę i podniosła kubek, jakby chciała się z niego napić, 

nasze  oczy  znowu  się  spotkały.  Stała  plecami  do  księżycowej 
poświaty, twarz jej była tylko bladą plamą, oczy ciemne, bez wyrazu. 
Kiedy  tak  na  nią  patrzyłam  zdumiona,  znowu  czując,  że  się  boję, 
nagle wszystko zrozumiałam i oblał mnie zimny pot. 

Otwarte  oczy  były  ślepe,  gesty  rąk  nie  kontrolowane...  Długą 

chwilę patrzyłam na tę twarz bez wyrazu, śpiące między nami dziecko 
oddychało spokojnie. Przeszłam wolno w nogi łóżka. 

Stała bez ruchu, z podniesionym kubkiem, wpatrzona w miejsce, 

w którym przed chwilą byłam... "Patrz, oczy ma otwarte... Ale one nic 
nie  widzą..."  Wyglądała  jak  duch  na  scenie  w  martwym  świetle 
księżyca.  Szumiały  mi  w  głowie  wersy  z  "Makbeta",  jakby  ktoś 
nastawił  magnetofon,  a potem zapomniał  go  wyłączyć.  "Patrz,  idzie! 
Oto  ona  i  klnę  na  Boga,  ona  śpi..."  Tak  więc,  podobnie  jak  lady 
Makbet,  obciążona  ponad  miarę  wyrzutami  sumienia  Heloiza  de 
Valmy,  we  śnie  przychodziła  do  pokoju  Filipa.  I  czy  podobnie  jak 
tamta  morderczyni  zdradzi,  to,  o  czym  wiedziała  i  czego  była 
świadkiem? Prócz tej sceny z "Makbeta", którą dobrze zapamiętałam, 
nic nie było mi wiadome o lunatykach.  Lady Makbet mówiła wtedy. 
Czy z Heloizą de Valmy będzie tak samo? "Obserwuj ją, stoi blisko..." 

Chwyciłam  metalowy  pręt  łóżka,  gdyż  w  przeciwnym  razie 

pewno bym upadła. 

- Madame... - zaczęłam ochryple. 
Nie zwróciła na to uwagi. Odstawiła spokojnie kubek i odwróciła 

się, żeby odejść. Poświata księżycowa padała na fałdy jej szlafroka, na 
twarz, na oczy szkliste jak u lalki. 

background image

-  Heloizo  de  Valmy  -  ciągnęłam  dalej  -  powiedz  mi,  jak  chcesz 

zabić Filipa? 

Szła  wolno  w  stronę  balkonowych  drzwi,  ja  razem  z  nią.  We 

właściwej chwili odgarnęła ręką zasłonę. Przez jedną, okropną chwilę 
myślałam, że się omyliłam i że ona nie śpi, ale zobaczyłam, że jakoś 
nie może odsunąć zasłony, która wplątała się w jej suknię. Oczy cały 
czas  miała nieruchome, ale westchnęła głęboko  i zadrżała. "Niebiosa 
tylko wiedzą, co jest jej wiadome..." Pod wpływem impulsu spytałam: 

-  Czy  Raoul  ma  wam  pomóc  w  zabiciu  Filipa?  -  Odwróciła  się. 

Nic z tego. Odchodziła, ciągle pogrążona we śnie, ze sobą zabierając 
tajemnicę. Drżącą ręką rozsunęłam przed nią zasłony.

Minęła mnie i zniknęła na balkonie. 
Jednak coś mi powiedziała. Nagle to zrozumiałam. 
"Boże, Boże wybacz nam wszystkim." 
W ciemności, rozjaśnionej plamami księżycowego światła, stałam 

nad Filipem z kubkiem w ręku. 

Obudziłam  go.  Tak  jak  gdzieś  wyczytałam,  naciskając  palcami 

szyję  poniżej  lewego  ucha.  Udało  się,  otworzył  oczy  i  chwilę 
wpatrywał  się  we  mnie,  a  potem  powiedział  jakby  podjął  przerwaną 
rozmowę: 

- Znowu miałem ten koszmarny sen. 
- Tak, wiem o tym. Dlatego przyszłam do ciebie.  
Podniósł głowę i zaraz usiadł. - Która godzina? 
- Wpół do drugiej. 
- Pani jeszcze się nie położyła? Była pani na tańcach we wsi? Nie 

wiedziałem, że pani ma tam pójść. 

- Nigdzie nie wychodziłam. Ubrałam się, ponieważ... 
- Ale teraz pani gdzieś wychodzi? - Jego szept był tak donośny, że 

palcami zasłoniłam mu usta. 

- Ciszej Filipie. Nie... to znaczy tak, ale nie bój się, nie zostawię 

cię samego. Pójdziesz ze mną? 

- Naprawdę? 
Skinęłam głową i usiadłam na brzegu łóżka. Patrzył na mnie tymi 

swoimi  wielkimi  oczami.  Milczał.  Ciekawe,  co  on  sobie  myślał, 
dobrze wiedziałam, że głos mój był nienaturalny, ponieważ zdrętwiały 
mi całkiem wargi. 

- Filipie... 

background image

- Słucham, mademoiselle. 
- Czy ty... czy ty dobrze się czujesz? Nie jesteś śpiący? Nic ci nie 

dolega.  

- Nic. 
-  Wszystko  w  porządku,  czujesz  się  dobrze...  jesteś  całkiem 

rozbudzony? 

- Tak. 
- Czy wypiłeś wieczorem swoją czekoladę? 
Spojrzał na kubek, a potem znów na mnie. - Wylałem ją. 
- Co takiego? Dlaczego? 
- Ja... - zaczął niepewnie i urwał. 
-  Słuchaj,  Filipie,  nie  gniewam  się.  Tylko  chcę  wiedzieć.  Była 

niedobra, nie smakowała ci? 

- O nie. Zresztą nie wiem. - Znowu to jego spojrzenie z ukosa. I 

nagły wybuch szczerości: - Zeszłej nocy została butelka, znalazłem ją 
i schowałem. I nic pani nie powiedziałem. 

- Butelka? - spytałam tępo. 
- Tak, z tą pyszną lemoniadą. Wypiłem ją zamiast czekolady. Nie 

było już bąbelków, ale smakowała bardzo dobrze. 

-  Ale  ty...  ty  nic  mi  o  tym  nie  powiedziałeś,  kiedy  poszłam  ci 

zrobić czekoladę. 

-  Nie  chciałem  zrobić  pani  przykrości.  Pani  zawsze  szykuje  mi 

czekoladę i... Ale o co chodzi? 

- O nic, naprawdę o nic, Filipie! 
- Coś się stało. 
- Nie, po prostu jestem zmęczona - odparłam. - Wczoraj poszłam 

późno spać, a dziś w nocy też bardzo mało spałam. 

- I nie gniewa się pani na mnie? 
- Nie, nie gniewam się. 
- Dlaczego pani dziś spała bardzo mało? 
-  Posłuchaj,  teraz  mon  p'tit.  Wyobraź  sobie,  jutro,  a  właściwie 

dzisiaj, wraca twój stryj Hipolit. 

Twarzyczka jego rozjaśniła się radością i nagle poczułam wielką, 

spokojną radość. W tej burzy jednak czekał nas port. 

-  Kiedy  przyjeżdża  stryjek  Hipolit?  -  spytał  podniecony  Filip.  -

Skąd pani wie? Kiedy go zobaczymy? 

- Właśnie dlatego ciebie obudziłam - powiedziałam, jakby to było 

całkiem oczywiste. - Pomyślałam sobie, że zaraz ruszymy w drogę, im 

background image

prędzej, tym lepiej - dokończyłam kulawo, a przygotowane zawczasu 
tłumaczenie  uleciało  z  pamięci  pod  wpływem  jego  badawczego 
wzroku. 

-  To  znaczy,  że  zaraz  pójdziemy  do  Willi  Mireille?  Żeby  się 

zobaczyć ze stryjkiem Hipolitem? 

- Tak. Jego jeszcze nie będzie, ale pomyślałam, że... 
- Czy stryj Leon wie o tym? - spytał prosto z mostu Filip. 
Przełknęłam głośno. - Kochany Filipie, nie próbuj zrozumieć tego 

wszystkiego,  chcę  tylko,  żebyś  mi  zaufał  i  wyszedł  ze  mną  cicho  i 
spokojnie, jak najszybciej będzie to możliwe. Stryj Leon... 

- Pani mnie od niego zabiera - stwierdził rzeczowo. Był spokojny, 

ale oczy miał skupione i oddychał nieco szybciej. 

-  Tak.  -  W  nerwowym  napięciu  czekałam  na  nieuniknione 

"dlaczego".  Ale  to  słowo  nie  padło.  Dziecko  samo  sobie  udzieliło 
odpowiedzi. 

-  Stryj  Leon  nienawidzi  mnie  -  powiedział  bardzo  spokojnie.  -

Wiem o tym. On chciałby, żebym ja umarł. Prawda? 

- Filipie, mon lapin, on niestety chciałby ci zrobić krzywdę. Ja też 

nie  lubię  twojego  stryja.  Dlatego  będzie  dla  nas  obojga  lepiej,  jeśli 
stąd odejdziemy, oczywiście pod warunkiem, że ufasz mi i pójdziesz 
ze mną. 

Bez wahania odrzucił kołdrę i chwycił brzeg koszuli nocnej, żeby 

ją ściągnąć przez głowę, lecz nagle znieruchomiał i spytał: 

- Wtedy w lesie, kiedy ktoś do mnie strzelił, to nie był wypadek? 
Pytanie,  które  groteskowo  dobyło  się  z  fałd  koszuli  nocnej, 

zaskoczyło mnie. Nie było sensu zaprzeczać, odparłam więc: 

- Nie, to nie był wypadek. 
- Próbował mnie zabić? 
- Tak. - To słowo zabrzmiało tak niepewnie, że dodałam szybko: -

Nie bój się, Filipie. 

- Kiedy ja się nie boję. - Na nowo zaczął szamotać się z koszulą, a 

kiedy wreszcie ją zdjął, zobaczyłam, że mówił prawdę. Był napięty, a 
jego  czarne,  ocienione  długimi  rzęsami  oczy  błyszczały.  -  Ja  się  od 
dawna  bałem,  jak  tylko  przyjechałem  do  Valmy,  ale  nie  wiedziałem 
dlaczego. Byłem nieszczęśliwy, bardzo nie lubiłem stryja Leona, no i 
bałem się  cały czas. Teraz już wiem  dlaczego  i przestałem się bać. -
Usiadł  na  dywanie  koło  moich  nóg  i  zaczął  wciągać  skarpetki.  -

background image

Pójdziemy  do  stryjka  Hipolita,  o  wszystkim  mu  opowiemy  i  stryj 
Leon będzie zgilotynowany. 

- Filipie! 
Podniósł  głowę  i  spojrzał  na  mnie.  -  Przecież  morderców  się 

gilotynuje,  a  on  jest  mordercą.  Jak  bardzo  w  tym  momencie  był 
podobny  do  Leona  de  Valmy.  Przecież  to  jeszcze  dziecko, 
pomyślałam, nie bardzo wie, co mówi, głośno zaś powiedziałam: 

- Jeszcze nie jest. Żyjesz przecież i żyć będziesz. Musimy jednak 

się spieszyć i zachowywać bardzo cicho. Spójrz, tam stoją twoje buty. 
Nie, nie wkładaj ich, weź je do ręki, włożysz, kiedy wyjdziemy. 

Zrobił jak prosiłam i odwracając się do mnie, dziecinnym gestem 

wziął mnie za rękę. 

- Dokąd idziemy? 
- Już ci mówiłam, do stryja Hipolita. 
- Dopiero wtedy możemy iść do Willi Mireille, kiedy on już tam 

będzie. Rano od razu będą nas tam szukać. 

-  Tak,  wiem  o  tym.  -  Jego  dłoń  w  mojej  ręce  zadrżała, 

przyciągnęłam  go  do  siebie.  -  Ale  my  będziemy  bezpieczni.  Będzie 
nas  prowadzić  nasza  gwiazda  przewodnia  i  z  pewnością  nie 
zawiedzie. Pamiętasz pana Blake'a, tego Anglika? 

Skinął głową. 
- W lasach Dieudonne ma chatę, w której czasem nocuje. Wiem, 

że dziś tam jest, bo nim poszłam spać, widziałam przez okno, że pali 
się tam światło. Pójdziemy prosto do niego, on się nami zaopiekuje i 
jutro zabierze do stryja Hipolita. Wszystko będzie dobrze. Naprawdę, 
jestem tego pewna. 

- Czy mam wziąć szalik? 
- Tak. Czy włożyłeś ten ciepły sweter? Dobrze. Zamkniemy teraz 

drzwi balkonowe... Jesteś gotów? Teraz zachowuj się bardzo cicho. 

Zatrzymałam  się  przy  drzwiach  z  ręką  na  klamce  i 

nasłuchiwałam.  Filip  przywarł  do  mego  ramienia.  W  bladej  twarzy 
jego  oczy  wydawały  się  niezwykle  duże.  Panowała  cisza.  Cały  dom 
był  ciemny  i  prawie  pusty.  Madame  de  Valmy  z  pewnością  spała. 
Bernard  był  pijany,  Król  Demonów,  który  czekał  w  napięciu  żeby 
odkryto śmierć dziecka, był kaleką... 

Otworzyłam  bezszelestnie  drzwi.  Wzięłam  Filipa  za  rękę  i  na 

palcach  wyszliśmy  na  ciemny  korytarz.  Minęliśmy  zegar,  który  nie 
tak dawno obwieścił północ, zeszliśmy po schodach, na których spadł 

background image

mi  sandałek  i  ruszyliśmy  galerią,  gdzie  wisiały  rodzinne  portrety. 
Miałam  wrażenie,  że  znajduję  się  w  ciemnej  nierealnej  scenerii 
Cocteau,  kiedy  nagle  zdyszani  stanęliśmy  przed  ciężkimi  drzwiami, 
prowadzącymi na podwórze gospodarcze i do upragnionej wolności. 

Były  zamknięte.  Pewno  jakieś  boczne  zostawiono  otwarte  dla 

służby,  ale  bałam  się  ich  szukać.  Z  łatwością  przekręciłam  wielki 
klucz,  ale  drzwi  ani  drgnęły.  Zaczęłam  szukać  po  omacku  zasuwy. 
Stojący  obok  mnie  Filip  westchnął  głośno  i  zaczął  się  trząść. 
Wspięłam  się  na  palce,  szukając  zasuwy  powyżej  mojej  głowy, 
wreszcie znalazłam ją i odciągnęłam. Rozległ się przeraźliwy zgrzyt i 
odbił  głośnym  echem  w  korytarzu.  Szarpnęłam  drzwi  drżącymi 
rękami,  nasłuchując  szmeru  wózka  inwalidzkiego.  Drzwi  nawet  nie 
drgnęły. Pomyślałam, że może jest jeszcze zamek sprężynowy, ale nie 
mogłam go znaleźć. On mógł w każdej chwili się pojawić i zaskoczyć 
nas  w  tej  pułapce.  Od  razu  wiedziałby,  co  robimy  i  dlaczego  się  tu 
znaleźliśmy.  Miałam  wrażenie,  że  na  korytarzu  słychać  moje 
rozpaczliwe myśli. On się domyśli. Przecież to Król Demonów... 

- Zabrałem latarkę - wyszeptał Filip. - Niech pani patrzy. 
Pochylił  się  nad  drugą,  nisko  umieszczoną  zasuwą,  odciągnął  ją 

bez wysiłku i drzwi się otworzyły. 

Wyszliśmy na dwór, powitało nas rześkie nocne powietrze. 

Rozdział Xv 

Kto odważny, niech wejdzie w te zaczarowane lasy... 

(Meredith,  
"Lasy Westermain") 

Nie miałam pojęcia, jak w lesie odnaleźć chatę Williama Blake'a, 

ale kiedy patrzyłam przez okno mojego pokoju,  wydawało mi się, że 
jej  światełko  jest  blisko  szerokiej  przecinki,  zaczynającej  się  koło 
mostu Valmy. Powinniśmy tylko przejść przez most, pójść w górę od 
szosy nieco w prawo i z łatwością natrafimy na przecinkę, następnie 

background image

dojdziemy  do  pierwszego  wzniesienia,  a  tam  wkrótce  pojawi  się  to 
upragnione światło i doprowadzi nas do chaty. 

Wydawało się to bardzo łatwe, ale w rzeczywistości była to długa 

i  wyczerpująca  wspinaczka.  Bałam  się  korzystać  z  latarki  Filipa  w 
pobliżu  szosy  i  na  przecince,  która  była  widoczna  z  okien 
zachodniego skrzydła pałacu. 

W  lesie  było  bardzo  ciemno.  Moje  oczy  wkrótce  się 

przystosowały  i  całkiem  nieźle  wyszukiwaliśmy  drogę  wśród  drzew; 
szliśmy jednak  bardzo  wolno,  często potykając się o leżące na ziemi 
suche  gałęzie  i  ślizgając  się  na  grubej  warstwie  igieł.  W  pewnym 
momencie  Filip  omal  się  nie  przewrócił,  ale  szarpnęłam  go  w  porę, 
potem  ja  boleśnie  uderzyłam  się  w  nogę  o  sterczącą,  ostrą  jak  nóż 
gałąź.  Filip  na  szczęście  się  nie  skarżył,  a  ja,  choć  to  może  brzmi 
nieprawdopodobnie,  z  każdym  krokiem,  który  mnie  coraz  bardziej 
oddalał  od  Valmy,  czułam  się  coraz  bardziej  bezpieczna  i  weselsza. 
To  dzikie,  pachnące  sosnami  leśne  zbocze,  w  przeciwieństwie  do 
luksusu  i  świateł  Valmy,  mimo  różnych  tajemniczych  szmerów  nie 
budziło  we  mnie  lęku.  Nareszcie  byłam  wolna,  w  pałacu  miałam 
wrażenie,  że  jestem  osaczona,  że  się  duszę,  teraz  byłam  wolna... 
Otuliły nas ciemność, cisza i spokój. 

Miałam  rację,  po  jakichś  dwudziestu  minutach  męczącego 

podchodzenia  znaleźliśmy  się  na  otwartej  przestrzeni,  szerokiej  na 
kilkanaście  metrów,  od  której  pięła  się  w  górę  stroma  droga.  Może 
wycięta  została  jako  zapora  przeciwpożarowa  albo  dla  traktorów, 
niezależnie od tego, jakie było jej przeznaczenie, łatwiej nam było nią 
iść. 

Niestety,  tutaj  też  pełno  było  suchych  gałęzi,  ale  wyraźnie 

widzieliśmy  drogę.  Ściskając  mnie  za  rękę,  ciężko  dysząc  Filip 
wspinał  się  dzielnie.  Raz  obejrzałam  się,  żeby  spojrzeć  na  Valmy. 
Daleko  w  dolinie  wznosił  się  nad  lasami  oblany  światłem  księżyca 
pałac, tylko w jednym oknie się paliło. Leon de Valmy nadal czekał. 

Przeniknął  mnie  dreszcz  i  szybko  odwróciłam  się  w  stronę 

następnego  leśnego  zbocza,  ruszyliśmy  dobrze  widocznym  w  blasku 
księżyca wąskim kanionem wśród sosen. 

- Wszystko w porządku, Filipie? 
- Tak, mademoiselle. 
Jeśli  tej  nocy  jakieś  inne  stworzenia  poruszały  się  w  lesie,  to 

myśmy  ich  nie  widzieli.  Nad  nami  błyszczały  tylko  gwiazdy,  a 

background image

świetlista  rosa  drżała  na  martwych  gałęziach.  Opadała  mgła  i  trzask 
deptanego  przez  nas  chrustu  rozlegał  się  jak  kanonada.  Przyłapałam 
się na tym, że kiedy z lękiem spojrzałam przez ramię na odległe jasne 
okno Leona de Valmy, zaczęłam bardzo ostrożnie stąpać i od czasu do 
czasu patrzeć uważnie na czarne cienie, jakie księżyc rzucał za nami 
na przecinkę. 

Jednak  ciągle  panował  niczym  niezmącony  spokój  i  kiedy 

zatrzymaliśmy  się,  żeby  odpocząć,  słyszeliśmy  tylko  nasze 
przyspieszone oddechy, szum starych sosen i rosę spadającą z gałęzi. 

To  Filip  dostrzegł  chatę.  Wytężałam  wzrok,  żeby  zobaczyć  po 

lewej  stronie  wśród  drzew  jej  światło,  kiedy  zbliżaliśmy  się  do 
szczytu  wzgórza,  i  zaczęłam  się  martwić,  że  minęliśmy  ją  ukrytą 
wśród gęstych drzew. 

I  nagle,  kiedy  zrobiliśmy  jeden  z  licznych  postojów,  żeby 

wyrównać oddech, Filip pociągnął mnie za rękę. 

- Tam - powiedział zduszonym głosem i skinął głową w kierunku 

południa. 

Odwróciłam  się  i  spojrzałam.  To  rzeczywiście  była  chata. 

Całkiem nieźle określiłam jej położenie. Była niewielka, kwadratowa, 
zbudowana ze starannie dopasowanych bali, miała werandę, spadzisty 
dach  i  okiennice  z  drewnianych  listewek.  Drzewa  rosły  tak  gęsto 
wokół niej, że Blake musiał chyba palić lampę nawet w ciągu dnia. 

Ale  teraz  nie  paliło  się  żadne  światło  -  nie  powitała  nas  nasza 

gwiazda  przewodnia.  W  jednym  z  okienek  dojrzałam  słaby  blask, 
jakby  kominka.  Wpatrzona  w  ciemne  okna  stałam  ściskając  rękę 
Filipa. 

Wysokie  drzewa  napierały  na  chatę.  Nasze  cienie  padały  na 

przecinkę,  poruszyłam  się,  mój  cień  zrobił  to  samo.  Noc  pełna  była 
szeptów. 

- Na pewno śpi - powiedział Filip głośno i wesoło.  
Spojrzałam  na  niego,  miałam  wielką  ochotę  uściskać  go,  ale  się 

opanowałam. 

- Na pewno,  ja... ja  zapomniałam,  że  wkrótce  będzie  świt.  Mam 

nadzieję, że nie pogniewa się na nas, jak go obudzimy. Proszę, niech 
pan pójdzie pierwszy, monsieur le comte! 

Ruszył  przede  mną.  Oto  dotarliśmy  bezpiecznie  na  miejsce, 

gwiazda  doprowadziła  nas  do celu.  W oddali  widziałam wrogie  nam 
światełko Valmy. Nigdy już tam nie wrócę. 

background image

Nagle do oczu napłynęły mi łzy. Widziałam przed sobą nie jedną 

gwiazdę,  lecz  całe  ich  mnóstwo  kołysało  się  nade  mną.  Gniewnie 
otarłam oczy i znowu spojrzałam. 

Nagle  w  odległym  białym  frontonie  Valmy  ujrzałam  światła, 

zaczęły  się  kolejno  zapalać.  W  moim  pokoju  i  bawialni,  w  pokoju 
szkolnym... następnie dwa małe jasne punkty oderwały się od mroków 
w  dole  i  wyjechał  samochód.  Serce  mi  się  ścisnęło.  O  Boże, 
ogłoszono  alarm. On nie czekał do rana. Jeszcze raz sprawdził nasze 
pokoje  i  obudził  całe  Valmy.  Prawie  słyszałam  tupot  nóg,  szepty, 
gwizd  wózka  inwalidzkiego,  rozmowy  telefoniczne.  Pięć  okien,  jak 
pięcioro oczu obserwowało dolinę. I kiedy przerażona zastanawiałam 
się,  dlaczego  wszystkich  obudził,  nagle  okna  zgasły  kolejno  i  w 
Valmy  zapadł  spokój.  Widziałam  tylko  jedno  źródło  światła  -
reflektory samochodu przeleciały szybko  na dwóch zakrętach i nagle 
zniknęły, jakby zostały zgaszone. 

Omyliłam  się.  Nie  było  żadnego  alarmu.  Przekonał  się,  że

uciekliśmy,  i  teraz  czeka  przy  telefonie.  Zostało  mu  jeszcze  trochę 
nocy.  Jakiego  psa  gończego  posłał?  Wytrzeźwiałego  nagle  Bernarda 
czy Raoula? 

Poszłam za Filipem, który właśnie stukał cicho do drzwi  chaty. 
Minęło pół minuty, czterdzieści pięć sekund. Stałam koło Filipa, 

próbując  opanować  budzący  się  we  mnie  strach.  Zaraz  się  wszystko 
skończy,  usłyszymy  przyjazne  kroki  zbliżające  się  do  drzwi, 
skrzypienie zawiasów, ciepło ognia przetnie klinem chłód nocy. 

W  lesie  panowała  cisza.  Minęła  cała  minuta,  półtorej  minuty. 

Żadnego dźwięku. Widać mocno śpi. 

- Czy mam jeszcze raz zapukać? 
- Tak, Filipie, ale mocniej. 
Ja  też  zaczęłam  pukać,  nie  mogąc  opanować  zdenerwowania. 

Rozległo się to jak walenie w bęben. Chyba cały las się obudził. 

W ciszy, która potem zapadła, na drodze, poniżej nas usłyszałam 

samochód. 

Z chaty nie dobiegał żaden odgłos. 
-  Nikogo  tam  nie  ma.  -  Drżący  głos  dziecka,  które  musiało  być 

bardzo zmęczone, otrzeźwił mnie. Wzięłam się w garść. 

-  On  mocno  śpi  -  powiedziałam  spokojnie.  -  Spróbujmy  wejść. 

Nie obrazi się, jak go obudzimy. 

background image

Filip nacisnął  klamkę. Ku  memu zdumieniu drzwi  otworzyły się 

natychmiast.  Chłopiec  zrobił  niepewnie  jeden  krok,  ale  ja  go 
delikatnie  pchnęłam  do  środka.  Skóra  mi  ścierpła,  kiedy  usłyszałam 
ten jadący w dolinie samochód. 

-  Panie  Blake!  -  zawołałam  cicho  i  zamknęłam  drzwi.  -  Panie 

Blake, czy jest pan tu? 

Odpowiedziała nam cisza, przenikliwa cisza pustego domu. 
Z tego co opowiedział mi William wiedziałam, że w chacie była 

tylko  jedna  izba,  a  z tyłu  mała spiżarnia pod  dachem.  Drzwi  do  niej 
prowadzące były zapewne zamknięte. 

Niezbyt  dawno  stąd  wyszedł.  Świadczyło  o  tym  nie  tylko 

oświetlone  okno,  które  widziałam  będąc  w  Valmy.  Drzewo  w 
kuchence żarzyło się jeszcze i w powietrzu czuć było zapach jedzenia. 
Musiał tu pracować, coś sobie ugotował i zszedł do Coq Hardi. Koce 
na stojącej w rogu pryczy były starannie złożone. 

Niewielka  izba  była  prawie  nieumeblowana,  ściany,  sufit  i 

podłoga  -  wszystko  zrobione  z  sosnowego  drzewa.  Stał  tu  tylko 
prosty, własnej roboty stół, dwa drewniane krzesła i prycza, pod którą 
stała  skrzynia.  Mała  szafka  wisiała  w  jednym  kącie,  a  na  półce  nad 
pryczą  było  kilka  książek.  Na  kołkach  w  pobliżu  pieca  wisiały 
przeróżne  rzeczy:  liny,  plecak,  stary  zielonkawy  płaszcz.  W  drugim 
kącie stała drabina prowadząca do klapy w suficie. 

- Czy możemy tu zostać? - głos mu lekko drżał. Filip musiał być 

bardzo  zmęczony,  mnie  również  zresztą  przerażała  myśl  o  dalszej 
wędrówce.  Dokąd  moglibyśmy  iść?  Pewno  tak  się  czuje  ścigany  lis, 
kiedy  wreszcie ostatkiem sił  wpadnie  do  swojej nory. Spojrzałam  na 
zamknięte drzwi, żarzący się ogień, wreszcie na Filipa. 

-  Tak,  oczywiście.  -  Samochód  z  pewnością  pędził  do  Willi 

Mireille.  Tutaj  nie  będą  nas  szukać.  -  Jak  myślisz,  czy  potrafiłbyś 
wejść po tej drabinie? 

-  Po  drabinie?  Tak,  ale  co  tam  jest  na  górze?  Czy  musimy  tam 

wejść? 

-  Wiesz,  tutaj  jest  tylko  jedno  łóżko.  Może  pan  Blake  wkrótce 

wróci  i  będzie  się  chciał  położyć.  Poza  tym  na  górze  lepiej  się 
ukryjemy.  Czy  potrafisz  zachować  się  cichutko  jak  myszka,  gdyby 
ktoś tu przyszedł? 

background image

Spojrzał  na  mnie,  w  wymizerowanej  twarzyczce  jego  oczy  były 

większe  niż  zwykle.  Skinął  głową.  Gdyby  w  tym  momencie  pojawił 
się Leon de Valmy, zabiłabym go własnymi rękami. 

-  Nie  możemy  zostawić  żadnych  śladów,  że  tutaj  byliśmy  -

powiedziałam energicznie - bo ktoś szukający nas  mógłby tu przyjść 
przed  powrotem  pana  Blake'a.  Czy  nie  przemoczyłeś  butów?  Tak, 
chyba trochę. Ja też. Zdejmiemy je, nie, poczekaj na chodniku, o tak. 
A teraz zanieś je do pieca, oprzyj o niego. Ja tymczasem zobaczę, co 
się dzieje na strychu. 

Na szczęście klapa była lekka i najwidoczniej często używana. W 

każdym razie otworzyła  się łatwo,  a ja, stojąc  na drabinie,  zapaliłam 
latarkę  Filipa  i  obejrzałam  strych.  Kiedy  wspinałam  się  po  drabinie 
modliłam się bezgłośnie, żeby panował tam jaki taki porządek. Teraz 
westchnęłam z ulgą. Na strychu było tak samo sucho i schludnie jak w 
izbie  na  dole.  Blake  używał  go  jako  składu  niepotrzebnych  rzeczy: 
były  tu  pudełka,  kanistry,  jakieś  liny,  zwój  drutu  i, co  najważniejsze 
dla  nas,  koło  komina  leżały  starannie  złożone  worki  i  plandeka. 
Szybko zeszłam i zdałam relację Filipowi. 

- Na górze nad piecem jest przyjemnie ciepło - mówiłam wesoło. 

-  Schowaj  buty  do  kieszeni  i  wejdź  na  strych,  a  ja  poszukam  kocy. 
Podam  ci  je.  Latarka  jest  mi  jeszcze  potrzebna,  nie  odchodź  więc 
daleko. 

Jak się spodziewałam, w skrzyni pod pryczą były zapasowe koce. 

Przyświecając  sobie  latarką  wyjęłam  je  i  kolejno  podałam  Filipowi, 
potem weszłam na górę i po raz ostatni omiotłam promieniem latarki 
małą  izbę...  Nie  zostawiliśmy  żadnych  śladów,  podłoga  była  czysta, 
łóżko nienaruszone, drzwi zamknięte, ale nie na zasuwę. 

Zamknęliśmy klapę i na czworakach zaczęliśmy szykować sobie 

posłanie - tylko w środku można było stać. Od komina promieniowało 
miłe  ciepło,  koce  były  miękkie  i  grube,  w  ciemności,  pod  ostro 
sklepionym dachem czuliśmy się bezpiecznie. 

Wreszcie  zjedliśmy  kawałek  czekolady,  odmówiliśmy  modlitwę, 

co  napełniło  nas  wewnętrznym  spokojem,  i  ułożyliśmy  się  do  snu, 
choć nocy nie zostało nam już wiele. 

Filip zasnął prawie natychmiast, skulony jak zawsze przytulił się 

do  mnie.  Starannie  okryłam  go  kocami  i  leżąc  nasłuchiwałam  jego 
spokojnego  oddechu  i  tysiąca  szmerów,  którymi  rozbrzmiewała 
otaczająca nas cisza. 

background image

Lekki  wiatr  ustał,  gdyż  znajdujący  się  tak  blisko  las  zamilkł. 

Czasem  tylko  od  sosen,  niby  długie  westchnienie,  dolatywał  słaby 
szept,  z  dołu  zaś  słyszałam  cichy  trzask  poruszającej  się  we  śnie 
chaty,  chrobotanie  myszy  albo  trzask  spadającego  w  palenisko 
kawałka drewna. Starałam się nie myśleć i nie martwić tym, co mnie 
czeka.  Była  już  środa,  tylko  jeden  dzień  do  pokonania,  a  potem 
pozbędę  się  mojej  odpowiedzialności  albo  w  Willi  Mireille,  albo, 
gdyby  to  się  okazało  niemożliwe,  po  prostu  przekażę  wiadomość 
telefonicznie. Jakie to proste. 

Sytuacja  byłaby  jeszcze  prostsza,  gdyby  William Blake,  co  było 

bardzo  prawdopodobne,  przyszedł  rano  do  chaty.  Gdyby  on  nam 
towarzyszył,  zniknęłoby  całe  niebezpieczeństwo.  Teraz  muszę 
wypocząć  i  starać  się  zasnąć.  Ani  Leon  de  Valmy,  ani  Bernard  nie 
będą nas tu szukać. Kiedyś o Williamie wspomniałam Raoulowi (myśl 
o nim rozbudziła mnie całkowicie) i mógłby skojarzyć to imię z naszą 
ucieczką, ale przecież Raoula tu nie ma, Raoul jest w Paryżu. On z tą 
całą sprawą nie ma nic wspólnego. Jesteśmy tutaj bezpieczni, całkiem 
bezpieczni... Mogę spokojnie zasnąć... 

Skrzypienie  otwieranych  drzwi  zabrzmiało  w  sennej  ciszy  jak 

strzał z pistoletu. 

Choć  najpierw  ogarnęła  mnie  panika,  jak  przerażoną  mysz, 

natychmiast odetchnęłam z ulgą, to z pewnością William Blake. Nikt 
inny. Spałam dłużej, niż mi się zdawało, jest już rano i on wrócił do 
chaty. 

Uniosłam  głowę  nadsłuchując.  Jakiś  wewnętrzny  podświadomy 

impuls  skłonił  mnie,  żebym  znieruchomiała  jak  przerażony  w  swej 
norze zając. 

Czekałam. Filip spał. 
Drzwi na dole otworzyły się bardzo cicho. Nowo przybyły zrobił 

kilka  kroków  i  stanął.  Słyszałam  jego  szybki  oddech,  jakby  przed 
chwilą  bardzo  się  spieszył.  Przez  dłuższą  chwilę  nie  drgnął. 
Spodziewałam  się,  że  dorzuci  drewna  do  ognia,  zapali  zapałkę, 
otworzy drzwi do spiżarni, ale nic takiego nie nastąpiło, słychać było 
tylko ten szybki oddech. Nagle zapanowała całkowita cisza, jakby ten 
człowiek przestał oddychać. 

Ja też to zrobiłam. Teraz miałam pewność, że to nie jest William 

Blake.  Wiedziałam  też,  dlaczego  przybysz  powstrzymał  oddech,  on 

background image

nasłuchiwał  ściganej  zwierzyny  i  pewno  latarką  omiatał  ciemność. 
Trudno było w to uwierzyć, ale pogoń była tuż, tuż. 

Wreszcie znowu usłyszałam oddech naszego prześladowcy, który 

zrobił  parę  kroków.  Potem  rozległ  się  trzask  zamykanych  okiennic, 
brzęk  zdejmowanego  szkła  lampy  naftowej,  potarcie  zapałki,  ale  dla 
mnie zabrzmiało to jak repetowanie broni palnej. 

Następnie  ten  ktoś  założył  na  lampę  szkło,  cicho  zaklął  kiedy 

prawdopodobnie  zgasł  mu  knot.  Kilka  sekund  upłynęło  i  znowu 
potarcie jeszcze jednej zapałki. 

A  więc  nadal  jest  ciemno  i  z  pewnością  to  nie  William  Blake 

wrócił.  Przekleństwo  było  francuskie,  rozpoznałam  też  głos... 
Bernarda. Polowanie się zaczęło, także zemsta. 

Lampa  wreszcie  się  zapaliła,  przez  szpary  w  deskach  podłogi 

dostrzec  mogłam  błysk  światła.  Bernard  poruszał  się  powoli,  z 
namysłem, co było  bardziej przerażające niż pośpiech. Nadal szybko 
oddychał... 

Skulona pod kocami trzęsłam się. To nie wspinaczka pod stromą 

górę  sprawiła,  że  Bernard  miał  przyspieszony  oddech,  a  potem  ręce 
mu  się  trzęsły,  kiedy  zapalał  lampę,  lecz  podniecenie  gończego  psa, 
który czuje, że osaczył ofiarę. On wiedział, że my tu jesteśmy. 

Ruszył  w  kierunku  drabiny,  ale  zatrzymał  się  przy  drzwiach 

spiżarni.  Słyszałam  jak  otworzył  je  i  badał  wnętrze.  Trzask  zasuwy, 
zamknął tylne wyjście. Wrócił do izby. 

Na  zagryzionych  wargach  poczułam  słony  smak  krwi,  dłonie 

zacisnęłam na kocu tak mocno, że paznokcie przebiły materiał. Czy ja 
coś  powiedziałam  Filipowi  o  Bernardzie?  Gdyby  się  obudził,  nie 
bałby się pewno...  ale niech lepiej śpi. Boże  miłosierny, spraw,  żeby 
spał.  Może  Bernard  nie  wie  o  strychu,  może  nie  zauważy  drabiny... 
żeby tylko Filip nie obudził się i nas nie zdradził... Bernard zbliżył się 
wolno  do  drabiny.  Usłyszałam skrzypienie  drewna,  kiedy  ją  oburącz 
chwycił. 

Nagle  usłyszałam,  że  ktoś  energicznie  wszedł  na  werandę. 

Bernard niewyraźnie zaklnął. Znowu drzwi się otworzyły, rozległ się 
nieznany mi głos. 

- Que diable? Ach, to ty Bernardzie. Co też tu robisz o tej porze? 
Drabina  znowu  zaskrzypiała,  kiedy  Bernard  ją  puścił.  Słowa: 

Hola,  Jules!  powiedział  tak,  jakby  nie  był  już  pijany,  ale  głos  miał 
ochrypły i niezbyt  pewny. Wyraźnie był zaskoczony. 

background image

-  Ciebie  także  mógłbym  o  to  spytać?  Co  cię  tu  sprowadza  o  tej 

godzinie?  

Przybyły zamknął drzwi i wszedł do izby. 
- Cholera jasna, mam nocny obchód. Od czasu, kiedy wybuchł ten 

pożar  w  lasach  między  Roussel  i  Soubirous,  stale  teraz  patrolujemy. 
Mój dziedzic boi  się nowych strat i  uparł się, żeby to  robić. Dlatego 
przez całą noc muszę łazić między Roussel i Soubirous, a ledwie dwa 
tygodnie temu się ożeniłem. Paskudna pora, żeby się telepać o świcie. 
Kiedy tak sobie myślę, że teraz mógłbym być... 

Bernard roześmiał się i odszedł od drabiny. 
- Nie masz szczęścia, kolego, ale jakoś to chyba nadrabiasz... 
- Pewno, że tak - odparł Jules. - Przecież cały dzień mogę leżeć w 

łóżku. Czekaj, tylko dołożę do ognia... tak, teraz w porządku! Ale co 
ciebie  sprowadza  tutaj  o  tej  godzinie?  Już  chyba  po  piątej?  Jeśli 
szukasz  tego  Anglika,  to  nocuje  na  dole,  w  Coq  Hardi.  Coś 
przeskrobał?

Bernard odpowiedział powoli, z namysłem: 
- Nie o Anglika mi chodzi. 
- Nie? Więc o kogo? Nie uwierzę Bernardzie, że to ty jesteś tym 

podpalaczem. - Jules roześmiał się. - No mów, dlaczego tu jesteś, bo 
cię  zatrzymam  za  wtargnięcie  do  cudzego  domu. Pewno  tu  chodzi  o 
kobietę albo o służbowe obowiązki, ale, do licha, chyba ani jedno, ani 
drugie tutaj cię nie sprowadza. 

-  Tak  się  składa,  że  obie  te  rzeczy  naraz  -  odparł  Bernard.  -

Dziwne rzeczy działy się dziś w nocy w Chateau Valmy. Czyś słyszał 
o tej nowej guwernantce Filipa, która nazywa się Martin? 

- Taka ładna, nieduża, co się zaleca do pana Raoula? Kto by o niej 

nie słyszał. Co takiego zrobiła? 

- Zniknęła i... 
-  No,  i  co  z  tego?  A  co  miałaby  robić  tutaj  w  górach?  Wiesz, 

stary, jest tylko jedno miejsce, gdzie należy jej szukać. W łóżku pana 
Raoula, a nie Anglika. 

- Na miłość boską, czy nie możesz choć przez parę minut przestać 

mówić o łóżku? 

- Nie mogę - oświadczył stanowczo Jules. 
-  Spróbuj  jednak.  I  daj  mi  skończyć  to,  co  chcę  ci  powiedzieć. 

Masz, poczęstuj się papierosem. 

background image

Trzask zapałki i błysk. Zapach gauloise'ów przeniknął przez deski 

do  mego  posłania.  Oczyma  wyobraźni  tak  wyraźnie  widziałam  obu 
mężczyzn, jakby podłoga była ze szkła, ich ciemne twarze oświetlone 
przez ogień trzaskający w piecu, błękitne smugi dymu z papierosów. 

-  Chłopiec  także  znikł  -  powiedział  Bernard,  znowu  z  tym 

nieoczekiwanym namysłem. 

- Jaki chłopiec? 
- Panicz Filip. 
Milczenie i ciche gwizdnięcie. - Dobry Boże! Jesteś tego pewien? 
-  Cholera  jasna,  całkowicie!  Zniknęli  oboje.  Niedawno  madame 

de Valmy zajrzała do chłopca... wiesz on jest słabego zdrowia, ona się 
bardzo  o  niego  troszczy,  poza  tym  źle  sypia...  no,  więc  poszła  do 
niego, a chłopaka nie ma w łóżku. Poszła oczywiście do guwernantki, 
jej  też  nie  było.  Żadnej  wiadomości,  kartki,  w  ogóle  nic.  Z  naszym 
panem przeszukaliśmy pałac od strychu do piwnic. Uciekli. 

- Ale dlaczego, na miłość boską? To nie ma sensu. Chyba, że ta 

dziewczyna i monsieur Raoul... 

- Nie mieszaj go do tej sprawy - przerwał mu gniewnie Bernard. -

Już ci mówiłem, że nie znajdziesz jej w jego łóżku. A zresztą na co jej 
chłopiec, gdyby nawet chciała się w tym łóżku znaleźć? Tylko by jej 
przeszkadzał, zgodzisz się ze mną? 

- No  tak,  racja  - odparł  zaskoczony  Jules.  - Ale to  wszystko  nie 

ma sensu! Dokąd uciekli i dlaczego? 

-  Bóg  jeden  wie.  -  W  głosie  Bernarda  zabrzmiała  prawie 

obojętność. - Zresztą wkrótce się pewno znajdą. Nasz pan niezbyt się 
tym  przejął,  w  przeciwieństwie  do  pani.  Ona  bardzo  się 
zdenerwowała,  dostała  ataku  serca,  więc  pan  powiedział,  żebym 
poszukał  ich  w  okolicy.  Byłem  już  w  Thonon,  ale  tam  ani  śladu  po 
nich... - urwał i usłyszałam jego głośne ziewnięcie. 

Filip poruszył się przez sen i wyprostował. Tuż obok leżały jego 

buty, tak że kiedy przez koc ich dotknął, jeden z nich przesunął się po 
deskach  z  lekkim  hałasem.  Był  to  cichy  odgłos,  ale  dla  mnie 
zabrzmiał jak piorun. 

Na szczęście Bernard nic nie usłyszał i mówił dalej: 
- Jeden do dziesięciu, że to nic poważnego. Nie powinienem był 

mówić  ci  o  tym,  ale  skoro  przyłapałeś  mnie  na  swoim  terenie...  -
Roześmiał się. 

- Ale czemu mieliby właśnie tutaj być? 

background image

- To pomysł naszego pana. W Thonon widziano tę dziewczynę z 

Anglikiem.  Powiadam  ci,  że  to  wszystko  nie  ma  sensu.  W  grę 
wchodzą  tylko  dwie  możliwości:  albo  może  oboje  uciekli,  ot  tak  z 
głupoty,  albo  może  chłopiec  uciekł  sam,  dziewczyna  to  zauważyła  i 
wyszła, żeby go odszukać i sprowadzić do domu. 

-  Dosyć  to  nieprawdopodobne.  -  W  głosie  Jules'a  brzmiało 

powątpiewanie. 

Bernard  znowu  głośno  ziewnął.  -  Masz  rację,  ale  chłopcy  mają 

czasem  dziwne  pomysły,  tak  samo  jak  kobiety.  A  oni  we  dwoje 
bardzo  się  lubią.  Jak  słyszałem,  wczoraj  o  północy  zrobili  sobie 
wspólne  przyjęcie.  Niedaleko  mogli  uciec,  chłopiec  nie  ma  ze  sobą 
żadnych  dokumentów.  To  z  pewnością  tylko  głupi  wyskok.  Cóż  by 
innego? 

-  No,  jeśli  twój  pan  tym  się  nie  przejął...  -  powiedział  niezbyt 

przekonany Jules.  

Zapadła  chwila  ciszy,  słyszałam tylko  syk  ognia  i  szuranie nogą 

któregoś z mężczyzn. Wreszcie pierwszy odezwał się Bernard: 

- Na mnie już czas, idziesz? 
Jules mu nie odpowiedział, tylko zaczął mówić z wahaniem: 
-  Ta  dziewczyna,  ta  guwernantka...  Dużo  o  niej  gadano,  bardzo 

dużo. 

-  Tak?  -  Bernard  najwyraźniej  nie  był  zainteresowany  tym 

tematem. 

- Ludzie gadali - ciągnął Jules - że ona i pan Raoul zaręczyli się. 
- Tak - odparł Bernard i chwilę milczał. - To prawda - dodał. 
- Do diabła! Naprawdę! Złapała go? 
- Jeśli tak to nazywasz. 
- A ty nie? 
- Pan Raoul chyba też ma coś do powiedzenia w tej sprawie. - W 

głosie  Bernarda  brzmiało  rozbawienie.  -  Nie  uwierzę,  żeby 
najładniejsza nawet dziewczyna mogła go wodzić za nos. 

-  Różne  bywają  sposoby  -  odparł  Jules  z  przekonaniem.  -

Oczywiście  on  dobrze  wie,  czego  chce,  ale  czasem  tak  bywa,  że...  -
Roześmiał  się.  -  Z  nią  nie  jest  inaczej  niż  z  innymi.  To  się  nam 
wszystkim zdarza. Robimy głupstwa. 

- Ale nie on - powiedział Bernard. - Jeśli chce się z nią ożenić... 

No cóż, to jego sprawa. 

background image

-  Nie  wmówisz  mi,  że  naprawdę  stracił  głowę  dla  tej  małej 

Angielki. Miej trochę rozumu, człowieku. On się chce z nią przespać, 
a ona się na to nie zgadza. 

- Być może. Ale od tego tylko jeden krok do małżeństwa... jeśli o 

niego idzie. 

- Mów sobie, co chcesz, ale może powód jest całkiem inny. Może 

się jednak z nim przespała, a teraz coś malutkiego zmusi go do ślubu. 
Tak się zdarza, sam się o tym przekonałem - dodaje Jules. 

-  Ach,  tak!  Wobec  tego  moje  gratulacje  -  powiedział  Bernard 

wręcz z roztargnieniem. - Ale w tym wypadku to wątpliwe. 

Niezwykle  jesteś  szlachetny,  pomyślałam,  zaciskając  dłonie,  a 

słowa Jules'a rozpełzły się po mojej skórze jak wszy. Drzwiczki pieca 
brzęknęły,  pewno  któryś  z  nich  je  otworzył,  żeby  wrzucić  do  ognia 
niedopałek papierosa. Znowu odezwał się Bernard: 

- Wiesz, muszę już iść. Wychodzimy razem? 
- Bernard... - Jules mówił tak cicho, jakby wiedział, że go słyszę. 

Był jakby trochę zawstydzony, a jednocześnie musiał coś powiedzieć. 
Skutek był taki, że znowu poczułam dreszcz. 

- Co takiego? - spytał niecierpliwie Bernard. 
- Ta dziewczyna... 
- Co takiego? - powtórzył Bernard. 
-  Czy  jesteś  pewien,  że  ona...  -  Jules  urwał  i  usłyszałam  jak 

przełknął - że jest dobra dla chłopca? 

- Co, u diabła, masz na myśli? 
-  No,  to...  że,  jak  ci  już  mówiłem,  dużo  było  gadania.  Ludzie 

powiadają, że ona... ma... ambicje. 

-  Ambicje?  A  kto  ich  nie  ma?  Na  pewno  tak,  ale  dlaczego  to 

miałoby  znaczyć,  że  ona  nie  jest  dobra  dla  chłopca?  Co  ty  sobie 
wyobrażasz... - Głos Bernarda ścichł, słyszałam, jak głośno odetchnął. 
I dodał z naciskiem: - Wiesz, stary, nie możesz mieć tego na myśli, co 
mnie się wydaje, że masz. 

-  Czemu  nie?  -  Powiedział  wyzywająco  Jules.-  Dlaczego  jej 

ambicje  miałyby  się  ograniczyć  do  wyjścia  za  mąż  za  pana  Raoula? 
Co w ogóle o niej wiadomo? Kim ona jest? 

-  Angielką,  sierotą,  chyba  z  dobrej  rodziny.  Tylko  tyle  wiem.  -

Przerywa. - I bardzo lubi chłopca. 

- Gdyby nie chłopiec, mogłaby zostać panią hrabiną de Valmy. 

background image

Jeszcze  dłuższa  pauza,  kiedy  zaś  rozległ  się  wreszcie  głośny 

śmiech Bernarda, brzmiał nieco sztucznie. 

-  Im  prędzej  wrócisz  do  tego  wymarzonego  swego  łóżka,  tym 

lepiej,  mon  ami!  Nocne  powietrze  najwidoczniej  pomieszało  ci  w 
głowie.  A  ja  muszę  już  wracać.  Dziesięć  do  jednego,  że  już  jest  po 
wszystkim i że oboje śpią spokojnie w Valmy. Mam nadzieję, że nasz 
pan  rano  dobrze  natrze  im  uszu  za  to,  że  sprawili  tyle  kłopotu. 
Chodźże już... 

- Możesz się ze mnie śmiać - upierał się Jules - ale mówię ci, że 

monsieur Garcin powiedział... 

-  Ten  stary  plotkarz?  Lepiej  byś  zrobił,  gdybyś  nie  słuchał 

tutejszych plotkarzy. 

- Mimo to... 
-  Na  miłość  boską,  Jules!  -  powiedział  gniewnie  Bernard.  -  Nie 

każda  przystojna  dziewczyna  popełnia  przestępstwo  dlatego,  że  chce 
poprawić  sobie  warunki  życiowe.  Teraz  już  naprawdę  czas  na  mnie. 
W którą stronę idziesz? 

- Schodzę do Soubirous - odparł ponuro Jules. - Już dnieje. 
-  Twój  obchód  skończony?  Dobra.  Pójdę  razem  z  tobą. 

Podjechałem furgonetką do końca drogi. Mogę cię zabrać. Wychodź, 
ja zgaszę lampę i zamknę drzwi. 

-  Dobrze.  -  Znowu  brzęknęły  drzwiczki  pieca,  kiedy  następny 

niedopałek  wylądował  w  palenisku.  Słyszałam,  jak  Jules  ciężko 
poczłapał  do  drzwi.  Filip  koło  mnie  znowu  się  poruszył  i  coś 
wyszeptał przez sen. Kroki się zatrzymały. 

- Co to było? - spytał ostro Jules. 
- Co takiego? 
- Usłyszałem coś. Może tam albo... 
Bernard  powiedział  cicho:  -  Otwórz  drzwi,  ale  szybko.  -  Jules 

posłusznie  wykonał  polecenie.  Ostre  ranne  powietrze  przecięło 
niebieski zapach papierosów i palącego się drzewa. 

- Nic tu nie ma. - Głos Jules'a dobiegał jakby z dużej odległości. 

Wyobraziłam sobie, jak stoi na werandzie i rozgląda się wokoło. 

Stojący  pod  nami  w  izbie  Bernard  roześmiał  się  krótko, 

niewesoło.

- To była mysz, stary, a ty widzisz za każdym drzewem tygrysa. -

Przeciągnął  się  hałaśliwie  i  ziewnął.  -  Ja    także  idę  do  łóżka,  choć 

background image

moje  nie  będzie  tak  ciepłe  jak  twoje.  O  której  przychodzi  tu  zwykle 
Anglik? 

- Dość wcześnie... ale nie wiem, czy dziś tu będzie. 
-  Dobra,  ruszamy.  Mam  w  Bogu  nadzieję,  że  w  Valmy  już  jest 

spokój.  Po  co,  u  diaska,  mój  pan  mnie  tu  przysłał,  to  naprawdę  nie 
wiem. Idziemy, mon ami. Tylko zgaszę lampę i zamknę drzwi. 

- Zaczekam na ciebie. 
- Tak. Piec jest w porządku. Pewno ci spieszno do łóżka, Jules.  
Usłyszałam jego kroki i głos przy drzwiach. Przytulony do mnie 

Filip poruszył głową, poczułam lekki oddech na policzku. 

Znowu  dobiegł  moich  uszu  wesoły  głos  Jules'a.  -  Ach,  to  moje 

łóżko, powiem ci, stary, że... 

Drzwi zamknęły się  cicho, ucinając ulubiony  temat Jules'a. Głos 

jego  zanikł  w  niezmąconym  o  świtaniu  spokoju  lasu.  Nie  zdawałam 
sobie  dotąd  sprawy, jak  cicho  było  na  dworze.  Żadna  gałązka  nawet 
nie  drgnęła,  Filip  oddychał  spokojnie.  Gdzieś  w  dali  rozległo  się 
gruchanie dzikiego gołębia. 

Wkrótce  wstanie  słońce.  Zapewne  będzie  piękna  pogoda. 

Leżałam obok Filipa i trzęsłam się, jakbym miała wysoką gorączkę. 

Strach  ustąpił  tak  nagle,  że  zupełnie  oklapłam.  W  trakcie  całej 

rozmowy dwóch  mężczyzn starałam się odczytać  ich intencje. Kiedy 
już  chciałam  zawołać  i  zdradzić  swoją  obecność  Jules'owi,  który 
przecież nie pracował w Valmy i mógłby nas uchronić przed atakiem 
Bernarda,  z  przerażeniem  usłyszałam  zarzuty  Jules'a  pod  moim 
adresem i obronę Bernarda. A to, co powiedział było zastanawiające: 
Leon de Valmy nie przejął się... wiadomo wszystkim, że jestem dobra 
dla  chłopca...  i  że  trzeba  "wyłączyć  z  tego"  pana  Raoula.  Przecież 
Bernard  próbował  uciąć  plotkę,  jaką  zapewne  on  sam  i  Albertyna 
sfabrykowali.  Trudno  się  dziwić,  że  byłam  wstrząśnięta  i  zagubiona. 
Czyżbym  się  myliła?  Jeśli  Leon  de  Valmy  był  winien,  to  z  mojej 
ucieczki  musiał  wywnioskować,  że  go  podejrzewam.  Jeśli  zaś  był 
winien,  nie  mógł  się  nie  przejąć  naszą  ucieczką,  wobec  tego,  czemu 
Bernard  bronił  mnie przed  Jules'em?  Raoul  jest  poza  całą tą sprawą. 
Dobry Boże, czyżbym się myliła? 

Coś  jednak  ciągle  mnie  dręczyło.  Cała  ta  rozmowa  była 

podejrzana, jakiś fałsz brzmiał w głosie Bernarda, kiedy mnie bronił. 

background image

Leżałam bez  ruchu,  ciesząc się naszym bezpieczeństwem i  ciszą 

lasu,  wsłuchana  w  gruchanie  gołębia  siedzącego  na  jakiejś  wysokiej 
sośnie,  a  tętno  powoli  wracało  do  normy.  Filip  znowu  się  poruszył 
mówiąc: "Mademoiselle?" i zapadł z powrotem w sen. Uśmiechnęłam 
się z ulgą, myśląc, że gdyby tak głośno odezwał się przedtem, Bernard 
z  pewnością  by  go  usłyszał.  Przecież  stał  pod  nami,  kiedy  Jules  był 
prawie przy drzwiach... 

Wyprostowałam  się  gwałtownie,  w  gardle  mi  zaschło,  a  serce 

znowu zaczęło bić jak szalone. 

Bernard musiał go usłyszeć, z całą pewnością. 
Bernard wiedział, że jesteśmy na strychu. 

A  więc  tak.  Żadne  inne  wytłumaczenie  nie  potwierdzało  tak 

oczywistych faktów ani nie wyjaśniało podtekstów tej rozmowy. Nic 
dziwnego,  że  brzmiała  fałszywie.  Nic  dziwnego,  bowiem  znalazłam 
się między "przyjacielem" i "wrogiem".

Bernard  wiedział.  Ale  nie  było  mu  na  rękę  znaleźć  nas  przy 

Jules'u.  I  dlatego,  choć  już  miał  wejść  na  strych,  nie  zrobił  tego. 
Dlatego też nie "słyszał" tego co usłyszał jego kompan, dlatego wysłał 
go przodem, a sam został, żeby "zamknąć drzwi". 

To również w logiczny sposób wyjaśniało jego wersję zdarzeń w 

Valmy. Niezależnie od tego, co odkryto nad ranem, było oczywiste, że 
należało  jakoś  uzasadnić  obecność  Bernarda  w  lesie.  Najprostsze  i 
najbardziej  bezpieczne  było  podać  jakąś  wersję  prawdy.  Ponieważ 
znajdowałam się tak blisko nad nim, musiał bardzo ostrożnie rozegrać 
całą  sprawę.  Słyszałam  każde  jego  słowo,  nie  mógł  więc  spłoszyć 
zwierzyny... zanim wróci ponownie, i to nie sam. 

Bo  z  całą  pewnością  wróci  tu  znowu.  Odrzuciłam  koce,  nim 

sformułowałam  tę  myśl,  i  bezszelestnie  przesunęłam  się  na 
czworakach  do  klapy  wyjściowej.  Z  tego  co  słyszałam,  kiedy  Jules 
schodził  ścieżką w dół,  wróg  chyba  nie  czekał  na  mnie zaczajony  w 
izbie.  Położyłam  się  na  podłodze  i  powolutku  uniosłam  nieco  klapę, 
przez wąską szparę zobaczyłam w świetle, jakie przenikało przez źle 
dopasowane okiennice, pustą izbę. 

Wróciłam  do  Filipa  i  kiedy  już  wyciągałam  rękę,  żeby  go 

obudzić, opanowałam się. Nie mogłam przecież obudzić tego dziecka 
w przystępie  tak nieopanowanego  strachu. Muszę się  wziąć w garść. 
Muszę. Odliczyłam po cichu do dwudziestu. 

background image

Bernard  tu  wróci.  Odwiezie  furgonetką  Jules'a  do  domu,  po  to, 

żeby widziano,  jak  wraca do Valmy, a potem przyjdzie  tu, do chaty. 
Będzie  się  spieszył,  ponieważ  wkrótce  wzejdzie  słońce,  a  im  został 
tylko najbliższy dzień. 

Nie  chciałam  dłużej  już  nad  tym  rozmyślać,  nie  chciałam 

formułować tego w słowa. Ta myśl stała się po prostu pulsującym we 
mnie strachem. Jak  oni zamierzali rozwiązać tę sprawę,  nie mogłam, 
nie  potrafiłam  sobie  wyobrazić,  ale  w  obecnym  stanie  mego  ducha  i 
na  tym  ciemnym  strychu,  zagubionym  w  wysokim  lesie,  wszystko 
wydało  mi  się  możliwe.  Klęczałam  tak  i  liczyłam  wolno  w  ciągu 
najgorszych chyba dwudziestu sekund w moim całym życiu, a strach 
przekształcał  się  w  koszmar...  Król  Demonów  czyha,  obserwując 
wszystko przez to oświetlone okno o dwa kilometry, poluje na nas ze 
swego  inwalidzkiego  wózka  za  pomocą  upiornego  radaru,  którym 
wytropi,  nas  w  lesie...  Odpędziłam  tę  zwariowaną  myśl,  ale  gdzieś 
tam  kołatała  mi  się  po  głowie.  Leon  de  Valmy,  jak  zniekształcony, 
olbrzymi  cień,  chwyci  nas  gdziekolwiek  się  znajdujemy.  Na  jakiej 
podstawie sądziłam, że zdołam go pokonać? Nikomu jeszcze się to nie 
udało. 

Niemądre łzy popłynęły mi z oczu. Pochyliłam się, żeby obudzić 

Filipa. 

Rozdział Xvi 

Och, Sammy, Sammy jeszcze  nigdy tu nie byliśmy... 

(Dickens, "Klub Pickwicka") 

Natychmiast się obudził. - Mademoiselle, to już rano. 
- Tak, wstawaj, kurczaku. Musimy iść. 
- Już wstaję. Pani płakała mademoiselle? 
- Ależ skąd! Dlaczego tak myślisz? 
- Coś mokrego upadło mi na policzek. 
- To rosa, mon p'tit. Dach zacieka. A teraz wstawaj.  

background image

Zerwał  się  szybko,  zeszliśmy  na  dół.  Filip  sznurował  buty,  a  ja 

przejrzałam szafki Williama Blake'a. 

-  Herbatniki  -  oznajmiłam  z  radością  -  masło,  proszę,  puszka 

sardynek.  A ja  zabrałam  z sobą  ciasto  i  czekoladę.  Co  za bogactwo! 
Ten młody człowiek dba o siebie. Zapasy ma jak wiewiórka! 

Filip  uśmiechnął  się.  Twarz  miał  już  nie  tak  mizerną,  ale  w 

szarym  świetle  wpadającym  przez  szpary  w  okiennicach  nadal  był 
blady. Ciekawe, jak ja wyglądam. Czułam się bardzo podle. 

- Czy rozpalimy piec, mademoiselle? 
- Niestety, nie. Nie będziemy czekać na pana Blake'a. Zbyt dużo 

ludzi kręci się po lesie. Musimy wyjść. 

- Dokąd pójdziemy. Do Soubirous? On tam jest? 
- Tak, on tam jest, ale nie pójdziemy  do Soubirous,  tylko prosto 

do Thonon. 

- Teraz? 
- Tak. 
- Bez śniadania? - Posmutniał, mnie też było niewesoło. W szafce 

widziałam  puszkę  z  kawą,  piec  był  gorący.  Boże,  ile  dałabym  za  to, 
żeby mieć czas na zrobienie sobie kawy. Bardzo wiele. 

-  Kiedy  słońce  wzejdzie,  znajdziemy  piękne  miejsce  -

powiedziałam  wesoło  -  i  zrobimy  sobie  śniadanie.  Weź  te  rzeczy  do 
kieszeni.  -  Szybko  zlustrowałam  wnętrze  chaty.  -  Wszystko  w 
porządku. Idziemy. Ale najpierw przekonamy się, czy nikogo nie ma 
na dworze. Ty wyjrzyj przez to okno... ostrożnie. 

Nikogo  jednak  nie  spostrzegliśmy,  co  prawda  z  łatwością  ktoś 

mógł  się  zaczaić  wśród  drzew  i  czekać  na  nas.  Jeśli  Bernard 
furgonetką odwiózł Jules'a do Soubirous, to nie mógł jeszcze wrócić, 
mimo to z lękiem wpatrywałam się w ścianę lasu. Panował całkowity 
spokój. Musieliśmy zaryzykować. 

Moment,  w  którym  mieliśmy  opuścić  chatę,  był  najgorszy. 

Trzymając rękę na klamce spojrzałam na Filipa. 

-  Pamiętasz  drogę,  którą  tu  przyszliśmy,  otwartą  przestrzeń  i 

przecinkę?  Prowadzi  przez  to  duże  skupisko  drzew.  Nie  pójdziemy 
nią,  gdyż  może  jest  widoczna  z  Valmy.  Musimy  pójść  w  przeciwną 
stronę,  wśród  drzew,  aż  dojdziemy  do  grzbietu  wzgórza.  To 
niedaleko. Zrozumiałeś, co powiedziałam? 

Skinął głową...  

background image

-  Kiedy  otworzę  drzwi,  musisz  wyjść.  Nie  czekaj  na  mnie,  nie 

oglądaj  się. Skręć  w lewo,  o  tam,  pod  górę,  i  biegnij;  jak  najprędzej 
możesz. Pod żadnym pozorem nie zatrzymuj się. 

- A co z panią? 
-  Ja  pobiegnę  za  tobą.  Ale  gdyby  coś  się  stało,  nie  wolno  ci  na 

mnie  czekać.  Musisz  biec  co  sił  w  nogach,  biec  przez  wzgórze  do 
najbliższego domu i poprosić tam, żeby ciebie zabrano na posterunek 
policji w Thonon. Powiedz im, kim jesteś i co się stało. Zrobisz tak? 

Oczy miał wielkie, ale skinął głową w milczeniu. Pod wpływem 

impulsu schyliłam się i pocałowałam go. 

- A teraz, mała wiewióreczko - powiedziałam otwierając drzwi -

biegnij! 

Na szczęście nic się nie wydarzyło. Wydostaliśmy się z chaty bez 

przeszkód,  bez  przeszkód  też  dotarliśmy  do  grzbietu  wzgórza.  Tutaj 
zatrzymaliśmy  się.  Opuściliśmy  naszą  kryjówkę  nie  tyle  cicho,  co 
szybko,  ale  teraz  opanowaliśmy  się  i  ostrożnie  zeszliśmy  jakieś  sto 
metrów w dół, gdzie stanęliśmy na brzegu przecinki. 

Zza  dużej  leszczyny  obejrzeliśmy  uważnie  całe  wzgórze. 

Przecinka  była pusta,  w dole  dostrzegłam kępę  drzew,  dobrą  dla  nas 
na kryjówkę. 

Znowu  pobiegliśmy.  Gołębie  zerwały  się  z  czubków  sosen  jak 

rakiety, ale to było wszystko. Zagłębiliśmy się w zagajnik modrzewi i 
świerków  tak  gęsty,  że  torując  sobie  drogę  wśród  gałęzi  musieliśmy 
rękami zasłaniać oczy. 

W  lesie  panowała  jeszcze  wilgoć  wczesnego  poranka,  tak  że 

wkrótce byliśmy mokrzy. Ale uparcie szliśmy w kierunku północnym, 
gdyż  miałam  nadzieję,  że  natrafimy  na  polną  drogę  albo  szosę 
prowadzącą do Thonon. 

To  Filip  wypatrzył  pieczarę.  Szłam  pierwsza,  przytrzymując 

gałęzie,  żeby  mógł  bezpiecznie  przejść.  Nieoczekiwanie,  kiedy 
przedarłam  się  przez  ścianę  wilgotnych  świerków,  stanęłam  na 
krawędzi  kamienistej  odkrywki.  Niewielka  skała,  otulona  płaszczem 
zielonego mchu, wznosiła się wśród drzew jak dziób okrętu, a las niby 
rzeka spływał po obu jej bokach, w dole słychać było plusk strumyka. 

- Uważaj, Filipie, tutaj jest stromo. Musisz iść bardzo ostrożnie, o, 

tędy. 

Schodził powoli w dół, ja za nim. 

background image

- Miss Martin! Tutaj jest pieczara! 
-  I  strumyk  -  powiedziałam  ucieszona.  -  napijemy  się  tu  i 

odpoczniemy. 

- A co ze śniadaniem? - spytał Filip z nadzieją w głosie. 
- Oczywiście, że zaraz zjemy śniadanie. - W pospiesznej ucieczce 

przed  Bernardem  całkiem  zapomniałam  o  śniadaniu  i  dopiero  teraz
uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem głodna. 

Właściwie  to  nie  była  pieczara,  po  prostu  suche  miejsce  pod 

skalistym  nawisem,  ale  można  się  było  schronić  przed  leśnym 
chłodem i mieliśmy poczucie bezpieczeństwa. Jedliśmy w milczeniu, 
Filip  z  wielkim  apetytem,  a  ja  cały  czas  nasłuchiwałam  odgłosów 
pogoni. Dzięki Bogu, na próżno. Krzyk sójki, krople wody spadającej 
z drzew, trzepot skrzydeł jakiegoś gołębia, plusk strumyka płynącego 
koło nas... wszystko to tworzyło przyjazną dla nas aurę. 

I nagle słońce jak płomień oświetliło wiosenne czubki modrzewi. 

Może  to  zabrzmi  głupio,  ale  ja  się  prawie  cieszyłam  tym 

cudownym  porankiem.  Słońce  świeciło  mocno,  a  pasma  szarej  mgły 
przed nami opadały  w dół, ukazując  lśniącą zieleń świerków w całej 
krasie.  Zapach  świeżości  leśnej  był  wprost  upajający.  Nie 
spieszyliśmy  się,  oboje  byliśmy  zmęczeni,  a  ponieważ  nie 
korzystaliśmy  ze  ścieżek,  ryzyko,  że  mogliśmy  spotkać  się  z 
Bernardem,  było  znikome.  W  ten  cudowny  ranek  trudno  było  sobie 
wyobrazić, że coś tak złego mogłoby się nam przytrafić. Koszmar się 
skończył.  Byliśmy  wolni,  szliśmy  w  kierunku  Thonon  i  monsieur 
Hipolit  miał przyjechać dziś wieczorem... A słońce i las sprawiły, że 
nasza desperacka wyprawa stała się uroczym piknikiem. 

Trzymaliśmy się za ręce, idąc wytrwale naprzód. Tutaj, w starszej 

części lasu, było nam znacznie łatwiej. Wysokie drzewa rosły luźno, a 
ukośne  promienie  słoneczne  padały  na  zeszłoroczne  szyszki  i  kępy 
gęstego  mchu.  Co  pewien  czas  las  rozbrzmiewał  trzepotem  gołębich 
skrzydeł, kiedy ptaki gromadnie podrywały się z gałęzi i ulatywały w 
błękit. 

Wkrótce  w  mocnym  świetle  słonecznym  ujrzeliśmy  przed  sobą 

wielką  zieloną  połać  malutkich  świerczków,  puszystych  i  zielonych, 
rozdzielały  stary  las  pasmem  szerokości  jakichś  siedemdziesięciu 
metrów.  Gęsta  turkusowa  trawa  rosnąca  wśród  rzędów  sadzonek 
przebijała się przez pożółkłe zeszłoroczne kępy. 

background image

Znowu  zatrzymaliśmy  się  na  skraju  wysokich  drzew,  nim 

zaryzykowaliśmy  wyjście  na  otwarte  przestrzeń.  Fala  młodej  zieleni 
spływała po zboczu  wśród ciemnego obramowania,  zanurzając  się w 
błękitny cień, który jeszcze zalegał dolinę Dieudonne. Patrząc w tamtą 
stronę widziałam płaskie łąki, na których pasło się bydło, rząd wierzb 
znaczących  strumień,  szereg  domów,  farmę,  gdzie  ktoś,  z  tej 
odległości bardzo malutki, stał wśród białych ruchliwych punkcików, 
zapewne kur. 

Na zboczu nikogo nie było. Towarzyszące nam cały czas gołębie 

leśne  szybowały  wysoko  nad  czubkami  drzew,  przecinając  błękit 
nieba śmiałym lotem. 

Poza tym spokój. Zanurzyliśmy się - Filip aż po piersi - w rzekę 

młodych  drzew.  Miękkie,  zielone,  pachnące  żywicą  pędy  jak  pióra 
głaskały  nam  ręce  i  kolana.  W  połowie  drogi  Filip  stanął  nagle  i 
zawołał:  "Proszę  spojrzeć!"  Przed  nami,  w  stronę  odległego  lasu, 
uciekał  brunatnorudy  lis.  Gdy  dotarł  do  niego,  obejrzał  się  z  jedną 
łapą uniesioną w górę, z nastawionymi uszami. W słońcu  jego sierść 
była  prawie  czerwona,  a  na  grzbiecie  lśniła  złotem.  Potem  zniknął 
nam z oczu i las znów należał do nas. 

   
Przez  cały  ranek  urok  trwał,  a  nas  jak  w  bajce  nie  opuszczało 

szczęście.  Chwilami  prawie  zapominaliśmy  o  tragicznych  powodach 
tej wędrówki. Prawie. 

Na  krótko  przed  południem,  po  niezbyt  szybkim  marszu,  kilku 

postojach  i  dwukrotnym  koniecznym  zejściu  z  trasy,  znaleźliśmy  się 
wreszcie  na  drodze,  do  której  chciałam  dotrzeć.  Kamienista,  niezbyt 
szeroka  wiła  się  wśród  stromych  zboczy  wysoko  nad  doliną,  którą 
biegła  ruchliwa  szosa  prowadząca  na  południe.  Podczas  tego 
ostatniego  etapu musieliśmy przedzierać się przez kolczaste  zarośla i 
uschłe  paprocie,  a  na  zakończenie  pokonaliśmy  ogrodzenie  z  drutu 
kolczastego i rów porośnięty zeszłorocznymi jeżynami. 

Ponieważ  dotąd  szczęście  nam  sprzyjało,  zapomnieliśmy  o 

ostrożności.  Nagle,  kiedy  stałam  na  żwirowanej  drodze,  odwrócona, 
żeby  podać  rękę  Filipowi,  usłyszałam  za  plecami  nadjeżdżający 
samochód. Przerażona znieruchomiałam. 

Zza zakrętu zbliżał się w chmurze pyłu zniszczony renault combi 

i  z  hałasem  zatrzymał  się  obok  nas.  Kierowca,  wysoki  mężczyzna  z 
siwiejącym  zarostem,  w  brudnym  niebieskim  kombinezonie  i 

background image

sfatygowanym  kapeluszu  spojrzał  na  nas  przyjaźnie  ani  trochę  nie 
zdziwiony naszą obecnością na tym odludziu. 

Nie był rozmowny. Kciukiem wskazał na północ. Non, monsieur 

- powiedziałam. Skierował więc palec na południe. Merci, monsieur -
odparłam  i  razem  z  Filipem  wdrapaliśmy  się  na  tylne  siedzenie, 
dołączając do pozostałych pasażerów, czyli owczarka collie, prosiaka 
w worku z siatki i kilku białych kur w kojcu. Duży worek ziemniaków 
jechał  wygodnie  na  przednim  fotelu  obok  farmera.  Kiedy  radośnie 
witana  przez  psa  zaczęłam  mówić:  To  bardzo  miło  z  pana  strony, 
monsieur,  że...,  renault  szarpnął  w  przód  i  wziął  zakręt  z  taką 
szybkością, że wywołało to okropne zgrzyty i hałasy, a rozmowa stała 
się, ku mojej radości, niemożliwa. Ten zacny człowiek podwiózł nas 
jakieś  trzy  kilometry,  potem  wysadził  przy  polnej  drodze,  która 
prowadziła do farmy. 

Moje  podziękowania  skwitował  kiwnięciem  głową,  kciukiem 

wskazał  na  farmę,  a  potem  na  samochód.  Chwilę  patrzyliśmy  jak 
renault  zatrzymał  się  przed  murowaną  stodołą  i  ruszyliśmy  w  drogę 
radzi,  że  spotkaliśmy  kogoś,  kto  najwidoczniej  nie  słyszał  o 
zaginionym  chłopcu,  nazwiskiem  hrabia  de  Valmy,  i  kto  brał  życie 
prosto i zwyczajnie. A może, pomyślałam rozweselona, jest przy tym 
głuchoniemy?  Nawet  w  tym  przypadku  znowu  szczęście  nam 
dopisało. 

Nasza  droga  biegła  teraz  równolegle  do  wzgórza,  tak  więc 

trzymaliśmy  się  jej,  gdyż  było  nam  łatwiej  iść.  Przejażdżka 
samochodem  najwyraźniej  poprawiła  humor  Filipowi,  maszerował 
szybko  nie  skarżąc  się,  ale  wkrótce  spostrzegłam,  że  zaczyna 
zwalniać,  a  mieliśmy  jeszcze  spory  szmat  drogi  do  przebycia...  i  nie 
wiadomo było, co nas czeka. 

Rozmawiał  ze  mną  wesoło  o  psie  i  o  prosiaku.  Słuchałam  z 

roztargnieniem, wpatrzona w zakurzoną drogę, wijącą się przed nami, 
cały czas nasłuchując, czy coś z tyłu nie nadjeżdża. Droga wiodła pod 
skalnym nawisem porośniętym zaroślami. Spojrzałam na nie, myśląc, 
że byłyby dobrą kryjówką. 

Kilometr,  półtora  kilometra,  Filip  miał  kamyk  w  bucie, 

zatrzymaliśmy  się  więc,  żeby  go  wyjąć.  Potem  ruszyliśmy  wolniej, 
mały  przestał  mówić  i  zostawał  w  tyle.  Pomyślałam  z  lękiem  o 
pęcherzach, jakich może się nabawić, i jeszcze bardziej zwolniłam. 

background image

Już  miałam  powiedzieć,  że  powinniśmy  zejść  na  bok  i  znaleźć 

miejsce  żeby  coś  zjeść,  kiedy  znowu  usłyszałam  samochód.  Tym 
razem  nadjeżdżał  z  północy,  szybko  pokonując  wzniesienie,  ale  nie 
robiąc wiele hałasu. Duży,  mocny samochód... Nie będę udawała, że 
rozpoznałam pracę tego silnika, jednak wiedziałam, kto nim jedzie. 

Prawie  bez  tchu  powiedziałam:  -  Samochód,  Filipie,  chowamy 

się! 

Kazałam mu wspiąć się na wysokie pobocze, zrobił to szybko jak 

wiewiórka,  ja  za  nim.  Gęste  zarośla  tworzyły  zieloną  ścianę  na  metr 
lub półtora wysoką, w której były wąskie przejścia i nasłonecznione, 
porosłe  trawą polanki. Wystarczyło  położyć się, żeby  zniknąć  z pola 
widzenia.  Ukryliśmy  się  w  takim  właśnie  miejscu,  kiedy  cadillac 
wziął zakręt odległy może o sto metrów. Droga pod nami była prosta. 
Samochód  przemknął  koło  naszej  kryjówki  wśród  tumanów  kurzu. 
Udało mi się dostrzec twarz kierowcy i przeniknął mnie dreszcz. 

Zapanowała  złocista  południowa  cisza,  którą  mącił  tylko  śpiew 

skowronka. 

-  To  był  mój  kuzyn  Raoul,  mademoiselle  -  szepnął  obok  mnie 

Filip. 

- Tak, wiem. 
- Myślałem, że on jest w Paryżu. 
- Ja również. 
- Czy on... czy nie moglibyśmy... może on by nam pomógł? 
- Nie wiem, Filipie. 
-  Ale  on  był  taki  miły  podczas  tej  naszej  uczty  o  północy  -

powiedział dziecinnie zdziwiony. 

Cisza. 
- Przecież tak było, mademoiselle! 
- No, tak, był miły, Filipie. 
Znowu cisza. I znowu to zdumienie w głosie: 
- Mój kuzyn Raoul także? Pani mu nie wierzy, mademoiselle? 
- Tak - wybąknęłam, ale zaraz dodałam: - Nie wierzę mu. 
- Ale dlaczego...? 
-  Daj  spokój,  Filipie.  Nie  mogę  teraz...  -  Odwróciłam  głowę  i 

dokończyłam stanowczym tonem: Czy nie rozumiesz, że pod żadnym 
pozorem  nie  wolno  nam  teraz  ryzykować?  Musimy...  musimy  mieć 
całkowitą pewność. Zrozum to. 

background image

Jeśli  uważał  moje  wyjaśnienie  za  niemądre,  nie  okazał  tego. 

Niepewnie, ale zupełnie nie dziecięcym gestem dotknął mojej ręki.   

- Mademoiselle... 
-  Ja  nie  płaczę,  Filipie.  Naprawdę.  To  tylko  dlatego,  że  jestem 

zmęczona  i  mało  spałam  ostatniej  nocy,  a  w  ogóle  dawno  temu 
powinniśmy  byli  coś  zjeść.  -  Udało  mi  się  uśmiechnąć  do  niego, 
wytarłam twarz chusteczką, a on patrzył na mnie zaniepokojony. 

-  Przepraszam  cię,  mon  p'tit.  Jesteś  dzielny  jak  Trojańczyk,  a  ja 

zachowałam się jak niemądra kobieta. Wszystko w porządku. 

-  Zjemy  teraz  lunch  -  oświadczył  stanowczo  Filip,  przejmując 

inicjatywę. 

-  Zgoda,  Napoleonie  -  powiedziałam,  chowając  chusteczkę  -  ale 

przez  chwilę  zostańmy  tu,  gdzie  jesteśmy,  po  prostu,  żeby  się 
upewnić. 

- Że on naprawdę odjechał? 
- Tak, że naprawdę odjechał. 
Filip  posłusznie  położył  się  na  brzuchu  pod  krzewami,  z  brodą 

opartą  na  zaciśniętej  pięści,  przez  szparę  w  zielonej  gęstwinie 
obserwując drogę. Odwróciłam się na plecy i zamknęłam oczy. Nawet 
teraz nie chciałam spojrzeć prawdzie w oczy. Jak tchórz wolałam się 
kierować  tylko  instynktem,  nie  rozumować,  ale  kiedy  tak  leżałam 
nasłuchując, jak oddala się jego samochód, coś, co spychałam w głąb, 
o  czym  nie  chciałam  myśleć,  nagle  się  przedarło.  I  ledwie 
przywołałam  jego  imię,  od  razu  przestałam  go  obwiniać  wraz  z 
innymi. Szósty zmysł ostrzegał mnie przed Leonem de Valmy i kazał 
trzymać  się  z  dala  od  Heloizy,  ale  mimo  dowodów  jakie  miałam, 
ciągle odruchowo stawałam w jego obronie. 

Dlatego,  że  tak  chcesz.  Chyba  już  dość  głupoty,  kopciuszku? 

Drgnęłam  pod  wpływem  uczucia  gwałtownego  niesmaku,  ale  ciągle 
jeszcze kołatała się we mnie nieodparta chęć bronienia go... 

Wszystko, co wydarzyło się od chwili kiedy Raoul znalazł się w 

całej  tej  sprawie,  wszystko  co  powiedział  i  zrobił,  można  było 
zinterpretować  na  jego  korzyść  lub  też  obciążyć  go  winą...  i  do 
takiego  też  wniosku  doszłam,  kiedy  niepewna,  po  omacku  błąkałam 
się  wśród  mgły  wspomnień.  Jakieś  spojrzenie,  to  znów  słowo  -
trudniej  było  o  bardziej  ulotne  dowody.  Nic  nie  wiedział  o 
poszukiwaniach  nie  znającej  francuskiego  guwernantki,  wcale  nie 
przejął  się  tym,  że  mogłam podsłuchiwać  rozmowy  jego  ojca,  wręcz 

background image

przeciwnie,  był  tym  rozbawiony,  sprawiał  wrażenie  tak  samo 
przejętego jak ja na wieść o strzale w lesie, jego dociekliwe pytania na 
temat  Williama  Blake'a  i  zdenerwowanie,  jakie  okazał,  mogło  być 
wynikiem  zazdrości,  a  nie  odkryciem,  że  pozbawiona  przyjaciół 
sierota  nawiązała  znajomość  z  wysportowanym  przystojnym 
Anglikiem,  mieszkającym  w  sąsiedztwie;  trąbienie  zaś,  które 
ściągnęło  Filipa  na  balkon,  mogło  być  oczywiście  przypadkowe. 
Bernard w każdym razie o tym nie mówił. A wyznania, które słyszała 
Berta,  że to  Raoul  strzelał  do  Filipa  w lesie,  nie  uważałam za żaden 
dowód.  Choć  Bernard  był  bardzo  pijany  i  miał  zaufanie  do  Berty, 
bałby się wyjawić jej tak poważne przestępstwo. A potem na balu... 

Ale te korzystne dla niego wspomnienia nagle zawirowały, stając 

się oślepiającym tumanem, podobnie jak to się stało z Alicją z Krainy 
Czarów wśród kart. Czy miały być one równie martwe jak talia kart z 
opowieści  Lewisa  Carrola?  Tak  jednak  było.  Ze  względu  na  dobro 
Filipa musiałam przyjąć fakt, że Raoul jest winny. Na nic innego nie 
mogłam  sobie  pozwolić.  To  dziecko  miało  tylko  jedno  życie  do 
stracenia  i  nie  mogłam  ryzykować.  Raoul  był  winny  tak  długo,  jak 
długo  nie  mógł  dowieść  swojej  niewinności.  Przynajmniej  w  sferze 
zrodzonych  pod  wpływem  strachu  planów  miałam  rację.  On  był 
blisko, ale nie mogliśmy zwrócić się do niego o pomoc. 

- Mademoiselle... - szepnął mi Filip do ucha.  
Otworzyłam  oczy,  jego  twarz  była  blisko  mojej,  widziałam,  że 

jest przerażony. 

- Ktoś jest na wzgórzu za nami. Właśnie wyszedł z lasu. To chyba 

Bernard. Czy on też jest przeciw nam? 

Skinęłam  głową  i  przyłożyłam  palec  do  ust,  a  potem  ostrożnie 

uniosłam  się  i  spojrzałam  przez  zasłaniające  nas  zarośla.  Z  początku 
widziałam  tylko  drzewa  i  krzaki,  ale  wkrótce  dojrzałam  go.  Tak,  to 
był Bernard. Znajdował się znacznie wyżej niż my, o jakieś dwieście 
metrów  od  nas,  obok  wysokiego  świerku.  Nie  musiałam  mówić 
Filipowi,  żeby  się  nie  ruszał,  leżeliśmy  oboje  jak  króliki  w  zielonej 
gęstwinie. Bernard stał bez ruchu, patrząc uważnie na zbocze poniżej. 
Czas wlókł się niemiłosiernie. Spoglądał w naszą stronę, jakby się nad 
czymś zastanawiał, potem spojrzał w bok, znowu patrzył w kierunku 
naszej kryjówki... Zaczął schodzić w dół. Zapewne króliki kamienieją, 
kiedy  z  nadzieją  sądzą,  że  śmierć  jeszcze'  nie  nadchodzi.  Leżeliśmy 
jak martwi. 

background image

Był  już  w  pół  drogi,  kiedy  usłyszałam  wracającego  cadillaca. 

Mocno  objąwszy  Filipa  odwróciłam  się  w  stronę  drogi.  Czułam 
bezwiednie  napięcie  mięśni,  jakbym  wbrew  woli  chciała  wyjść 
naprzeciw Raoulowi. 

Po dziś dzień nie wiem, czy naprawdę bym to wtedy zrobiła, ale 

nim  się  poruszyłam,  usłyszałam,  że  wóz  hamuje.  Opony  rozrzuciły 
drobny żwir na drodze i samochód zatrzymał się o jakieś pięćdziesiąt 
metrów  od  nas.  Widziałam  Raoula  przez  moją  zasłonę.  Patrzył  na 
zbocze,  na  Bernarda,  dwukrotnie  zatrąbił.  Bernard  się  zatrzymał. 
Raoul  uniósł  rękę.  Bernard  zmienił  kierunek  i  szybko  zaczął  iść  w 
stronę drogi. Przeskoczył rów i podszedł do drzwiczek. Raoul coś do 
niego  powiedział,  zobaczyłam  jak  Bernard  potrząsa  głową,  a  potem 
szerokim  gestem  aż  po  Dieudonne  wskazuje  wzniesienie,  gdzie 
byliśmy  ukryci.  Raoul  pokiwał  głową,  Bernard  zaś  przeszedł  przed 
maską  i  usiadł  koło  niego.  Cadillac  powoli  ruszył.  Raoul  zapalił 
papierosa,  głowę  miał  spuszczoną,  Bernard  coś  poważnie  do  niego 
mówił. 

Odwróciłam  się  i  spojrzałam  na  Filipa.  Po  chwili  wstałam  i 

wyciągnęłam do niego rękę. 

-  Chodź  -  powiedziałam  -  pora  na  lunch.  Pójdziemy  w  bok  od 

drogi i znajdziemy dobre miejsce. 

Kiedy  skończyliśmy  jeść,  znowu  weszliśmy  w  las,  nikogo  po 

drodze  nie  spotykając,  gdzieś  późnym  popołudniem  ścieżka 
zaprowadziła  nas  przez  gęstwinę  wiciokrzewu  i  jeżyn  do  małej 
zielonej  łączki,  a  wtedy,  niedaleko  od  nas,  na  północ,  zobaczyliśmy 
wśród czubków jeszcze bezlistnych drzew Jezioro Lemańskie.

    
Rozdział Xvii 

U  twego  boku,  wbrew  sobie  będę  walczyć  i  dowiodę  twej 

zacności... 

(Szekspir, "Sonet 88R") 

- Tutaj chwilę się zatrzymamy - powiedziałam. 

background image

Filip oglądał  uważnie  małą polankę.  Skąpana  w słońcu  tworzyła 

w  lesie  zieloną  enklawę.  Za  nami  drzewa  i  krzewy  gęsto  porastały 
wzgórze,  a  na  tle  nagich  konarów  samotnego  jesiona  rysowała  się 
zielonkawa mgła brzozowych listków. Poniżej polanki gęstwina gałęzi 
spadała  ostro  w  kierunku  Thonon,  którego  kolorowe  dachy  i  domy 
znajdowały  się,  wedle  mojej  oceny,  o  jakieś  niecałe  dwa  kilometry. 
Widziałam  błyszczącą  dzwonnicę,  jakiś  plac  z  barwnymi  kwiatami  i 
białe  wille  nad  jeziorem.  W  miasteczku  były  też  drzewa:  wierzby 
przycięte  na  chińską  modłę,  cyprysy  ostro  odcinające  się  od  błękitu 
wody, tu i tam na ścianach chmury jakichś bladych kwiatów. 

U  moich  stóp  płynął  mały  strumyk,  a  nieco  dalej  pierwiosnki 

przytuliły się do zwalonego pnia brzozy. 

Filip wsunął swoją małą rączkę w moją dłoń. 
- Znam to miejsce - powiedział. 
- Naprawdę? 
-  Naprawdę.  Byłem  tu  na  pikniku.  Kwitły  wtedy  polne  kwiaty  i 

jedliśmy pyszne ciasto. 

-  Czy  pamiętasz  jak  się  schodzi  do  Thonon?  Gdzie  się 

znajdziemy? 

Pokazał na lewo. 
-  Ścieżka  jest  tam.  Na  dole  jest  ogrodzenie  i  mała  uliczka. 

Prowadzi  do  szerokiej  ulicy,  gdzie  jest  garaż  i  sklep  i  gdzie  mają 
rudego kota bez ogona. 

- Czy to jest główna ulica?  
Zmarszczył czoło. - Hm... 
- Czy jest tam dużo sklepów, ludzi, czy jeżdżą tam samochody? 
-  O  nie,  tam  są  tylko  drzewa  i  wysokie  mury.  Tam  ludzie 

mieszkają. 

A więc dzielnica willowa. Tym lepiej dla nas. 
- Czy potrafisz trafić stamtąd do Willi Mireille? 
-  Oczywiście.  Między  dwoma  ogrodami  jest  ścieżka,  która 

prowadzi do drogi nad jeziorem i potem schodzi się w dół, i w dół, aż 
wreszcie  inna  droga  prowadzi  do  furtki.  Ze  stryjkiem  zawsze 
zjeżdżaliśmy kolejką górską. 

-  My  nie  będziemy  mogli  nią  zjechać.  Świetnie,  Filipie. 

Właściwie  jesteśmy  prawie  na  miejscu!  A  z  tobą  jako 
przewodnikiem...  -  uśmiechnęłam  się  do  niego  -  nie  zmylimy  drogi. 

background image

Potem się przekonamy, ile zapamiętałam z tego, co mi opowiadałeś o 
Willi Mireille, ale na razie zatrzymamy się tu i wypoczniemy. 

- Właśnie tutaj? 
- Tak. 
Usiadł zadowolony na leżącym pniu. 
- Nogi mnie bolą. 
- Wcale mnie to nie dziwi. 
- A panią? 
-  Raczej  nie.  Ale  kiepsko  spałam  dziś  w  nocy  i  jeśli  trochę  nie 

wypocznę, zasnę na stojąco. 

- Jak koń - powiedział Filip i zaśmiał się cicho.  
Szczypnęłam go w policzek. - Całkiem jak koń. A teraz przygotuj 

herbatę, a ja pościelę łóżko. 

- Po angielsku? 
- Oczywiście. 
Trawa  była  sucha,  a  słońce  grzało  mocno.  Uklękłam  przy  pniu 

brzozy  i  starannie  usunęłam  z  naszego  łóżka  uschłe  gałązki,  oset  i 
kamyki, a potem rozłożyłam swój płaszcz. Filip z największą powagą 
podzielił  na  dwie  równe  części  ostatni  herbatnik  Williama. Podał  mi 
go  wraz  z  połową  batonu  czekoladowego.  Jedliśmy  powoli,  w 
milczeniu. 

Wreszcie się odezwałam: - Filipie... 
- Słucham, mademoiselle. 
- Wkrótce będziemy w Thonon. Powinniśmy prosto iść na policję. 

- Patrzył na mnie uważnie, ale nic nie powiedział. - Nie wiem, gdzie 
jest  najbliższy  konsulat  brytyjski  -  ciągnęłam  -  bo  najlepiej  byłoby, 
gdybyśmy  tam  poszli.  W  Evian  chyba  nie  ma  konsulatu,  a  nie 
możemy  jechać  do  Genewy,  bo  nie  masz  paszportu.  Zostaje  więc 
tylko policja. 

Nadal  milczał. Czekałam.  Wiedział na pewno  równie dobrze  jak 

ja, że policja od razu skonfrontowałaby nas z Leonem  de Valmy. Po 
chwili spytał. 

- O której ma wrócić stryj Hipolit? 
-  Nie  mam  pojęcia.  Może  już  jest,  ale  sądzę,  że  powinniśmy 

zaczekać, aż się ściemni...  

Milczenie.  
- A gdzie jest ten pan Blake? 

background image

- Nie wiem. Może być gdzieś w lasach Dieudonne albo wrócił do 

chaty. Ale  my tam nie  możemy na  niego  czekać.  - Spojrzał  na  mnie 
bacznie,  dodałam  więc:  -  Z  Thonon  możemy  zatelefonować  do  Coq 
Hardi.  Przekażą  mu  od  nas  wiadomość.  Tak,  to  dobry  pomysł, 
spróbujemy. 

Nadal nic nie mówił. Spojrzałam na niego zaniepokojona. 
- Najpierw chciałbyś pójść i zobaczyć, czy jest już stryj Hipolit? 

O to ci chodzi? - Skinął głową. - Filipie, będziesz całkiem bezpieczny, 
jeśli pójdziemy na policję, naprawdę powinniśmy to zrobić. Będą dla 
ciebie  bardzo  mili  i  lepiej  niż  ja  zaopiekują  się  tobą,  dopóki  nie 
przyjedzie stryj Hipolit... Powinniśmy to zrobić. 

- Nie, proszę, mis Martin, nie! 
Wiedziałam,  że  powinnam przekonać  Filipa.  Nie z powodu  jego 

wymownego  milczenia i uścisku zimnej ręki. I nie dlatego, że bałam 
się stanąć twarzą w twarz z Leonem de Valmy... 

Była  inna  przyczyna  mojego  wahania.  Musiałam  przyznać  to  z 

całą  pogardą  dla  samej  siebie:  ja  głupia  nie  chciałam  się  spotkać  z 
Raoulem.  Ale  jeślibym  zaryzykowała  bezpieczeństwo  dziecka, 
popełniłabym  okropny  błąd...  Nie  chciałam  pójść  na  policję,  dopóki 
istniał  choćby  cień  podejrzenia,  że  Raoul  jest  wmieszany  w  to 
wszystko.  Nie  byłam  jeszcze  w  stanie  bronić  go,  czego  tak  gorąco 
pragnęłam, że nawet się dziś rozpłakałam. Nie mogłam w to mieszać 
policji...  jeszcze  nie.  Najlepiej  będzie  zaczekać  na  Hipolita  i  po 
tchórzowsku przekazać mu całą sprawę. Niech wszystko rozstrzygnie 
się  deus  ex  machina  beze  mnie.  Byłam  tylko  pozbawioną  odwagi 
kobietą, niezdolną, by spojrzeć obiektywnie na własne myśli. 

Westchnęłam  cicho.  -  No,  dobrze.  Najpierw  pójdziemy  do  Willi 

Mireille. Na pewno już ją przeszukali. 

- Skąd pani wie? 
- Skąd? Sądzę, że tak było. Ale twego stryja jeszcze tam nie ma, 

mon  p'tit.  Tego  jestem  pewna.  Zostaniemy  tu  trochę  dłużej  i 
wypoczniemy.  Nie jestem jeszcze gotowa  na to,  co nas czeka.  Teraz 
możesz w każdym razie skończyć czekoladę. 

- Dziękuję - uśmiechnął się niepewnie. - Jestem bardzo śpiący. 
- Zwiń się i śpij. Ja też to zrobię. 
- I chce mi się pić. 
- W tym strumyku woda jest chyba dobra, spływa z gór. Musimy 

zaryzykować. 

background image

Zaspokoiliśmy  pragnienie,  a  potem  położyliśmy  się  na  moim 

płaszczu, blisko siebie, w słońcu i wkrótce zasnęliśmy. 

Sądziłam, że na skutek wewnętrznego niepokoju będę czuwać, ale 

sen  ogarnął  mnie  jak  czarna  chmura  i  wyłączył  świadomość.  Nie 
drgnęłam  aż  do  chwili,  gdy  słońce  zaczęło  chować  się  za  szczytem 
wzgórza,  nad  doliną  Dieudonne,  a  cienie  nagich  drzew  wyciągnęły 
swoje długie palce nad łączką i ogarnął nas pierwszy wieczorny chłód. 

Filip już się obudził, usiadł i podciągnąwszy kolana oparł na nich 

brodę, wpatrzony ponuro  w odległe, ciemniejące w zmierzchu  dachy 
domów. Jezioro było teraz blade jak opal, pojawiła się lekka mgła. Na 
przeciwległym  brzegu,  po  szwajcarskiej  stronie,  mogliśmy  dostrzec 
śniegi różowiejące na szczytach. 

Jasność  opada  z  powietrza...  Przeniknął  mnie  dreszcz,  ale 

natychmiast wstałam i chwyciłam za rękę Filipa, żeby też wstał. 

-  A  teraz  -  powiedziałam  wesoło  -  ruszamy  i  ty  pokażesz  mi 

drogę. - Pamięć miał dobrą, najpierw była ścieżka, potem wąska polna 
droga,  na  rogu  jakiejś  uliczki  warsztat  samochodowy,  sklep,  który 
minęliśmy szybko, w obawie, żeby ktoś nie rozpoznał Filipa. Milczał, 
ale trzymając  go  za rękę  czułam, że jakby  się  ociąga. Spojrzałam  na 
niego zaniepokojona. Najwyraźniej siły go opuszczały. Pomyślałam o 
długich  godzinach  oczekiwania  przed  nami  i  niezdecydowanie 
zagryzłam dolną wargę. 

W  miasteczku  panował  już  zmierzch.  Szliśmy  ulicą  wzdłuż 

wysokich ogrodowych murów, przy chodnikach rosły przycięte krótko 
wierzby.  Zapaliły  się  lampy  i  festony  błyszczących  drutów 
telegraficznych  przecinały  granatowe  niebo.  Ludzi  było  niewiele.  Z 
warsztatu  wyjechała  rozklekotana  ciężarówka,  jej  żółtawe  reflektory 
przypominały  w  półmroku  ślepia  lwa.  Przemknął  jakiś  samochód 
osobowy.  Dwaj  robotnicy  na  rowerach  wracali  do  domu.  Z  bocznej 
uliczki doleciał przenikliwy głos radia i zapach smażonego jedzenia. 

Filip  stanął.  Spojrzał  na  mnie,  był  blady  i  wydał  mi  się  bardzo 

mały. 

- To tutaj, mademoiselle - powiedział. 
Spojrzałam  na  prawo.  Między  dwoma  wysokimi  murami,  które 

porastał bluszcz, była wąska nieoświetlona alejka, niknąca po jakichś 
dwudziestu  metrach  w  cieniu.  Czarne  liście  bluszczu  lśniły 
metalicznie. 

background image

Z  przeciwnej  strony  ulicy  usłyszeliśmy  czyjś  wybuch  śmiechu  i 

głośne  wołanie  kobiety.  Trzasnęły  drzwi  kafejki  i  wraz  z  błyskiem 
światła znowu poczuliśmy cudowny zapach ciepłego jedzenia. 

Zacisnął mocniej rękę na mojej dłoni. Nic nie powiedział. 
Szczęście  istnieje  po  to,  żeby  warto  było  czasem  zaryzykować. 

Odwróciłam się plecami do alejki. W chwilę potem siedzieliśmy koło 
pieca,  przy  stoliku  z  czerwonym  blatem,  a  chudy  kelner  o  smutnej 
twarzy i w brudnym fartuchu czekał na nasze zamówienie. 

Do  dziś  dnia  pamiętam  smak  i  zapach  tego,  co  jedliśmy  wtedy. 

Najpierw,  po  raz  pierwszy  prawie  od  dwudziestu  czterech  godzin, 
była  smakowita  gorąca  zupa  szparagowa,  podana  w  glinianych 
miseczkach z dużymi uszami, w której pływały czubki szparagów, do 
tego  dostaliśmy  masło  i  chrupiące  świeżutkie  bułeczki.  Ledwie  Filip 
zjadł zupę, ożył niby podlana wodą uschnięta roślina, a potem, jak na 
chłopca  w  jego  wieku  przystało,  pochłonął  z  wilczym  apetytem  
puszysty  omlet,  przypieczony  po  brzegach,  z  duszonymi  na  maśle 
pieczarkami w środku. 

Wyczerpana  do  cna  potrzebowałam  czegoś  bardziej  pożywnego, 

zamówiłam  więc  stek.  Z  mięsa,  kiedy  zaczęłam  je  kroić,  trysnął 
smakowity brunatny sos, do tego były również pieczarki oraz duszone 
pomidory  i  podsmażana  cebula.  To  wspaniałe  danie  tak  wzmocniło 
moje siły, że byłam w stanie stawić czoła całemu klanowi de Valmy. 
Kiedy  znowu  podszedł  kelner,  pochwaliłam  jedzenie,  a  jego  ponura 
twarz nieco się rozjaśniła. 

- Co dalej, mademoiselle? Może ser! Owoce?  
Spojrzałam  na  Filipa,  najwyraźniej  był  śpiący,  potrząsnął 

przecząco głową. Roześmiałam się. 

- Mój braciszek jest senny. Dziękuję za ser, monsieur. Proszę cafe 

filtre  i  cafe-au-lait.  -  Dotknęłam  portmonetki,  którą  miałam  w 
kieszeni. - I kieliszek benedyktyna. 

- Un filtre, un cafe-au-lait, une benedictine.  
Strzepnął  okruchy  ze  stołu,  wytarł  czerwony  blat  do  połysku,  a 

kiedy miał już odejść, spytałam: 

- Monsieur, czy może mi pan sprzedać kilka żetonów? 
- Oczywiście. - Wziął pieniądze ode mnie i po chwili podał kawę, 

benedyktyna i położył przede mną stosik żetonów. 

Filip aż wstał, żeby dokładnie je obejrzeć. - Co to takiego? 

background image

Spojrzałam  na  niego  zdziwiona,  ale  od  razu  zrozumiałam,  że 

młody  pan  hrabia  nigdy  w  życiu  nie  korzystał  z  automatu 
telefonicznego.  Wyjaśniłam  mu  więc  cicho,  że  te  metalowe  krążki 
wrzuca się w specjalny otwór w aparacie telefonicznym. 

-  Chciałbym  zatelefonować  -  powiedział  stanowczym  tonem, 

wyraźnie ożywiony młody pan hrabia. 

- Kiedyś to zrobisz, mój drogi, ale dziś ja muszę zatelefonować -

odparłam i wstałam. 

- Dokąd pani idzie? - spytał błagalnie. 
-  Tylko  do  tego  kąta  za  barem,  gdzie  jest  telefon.  Wrócę,  nim 

moja  kawa  przefiltruje  się  w  maszynce.  Ty  tu  zostaniesz  i  wypijesz 
swoją  kawę.  I  nie  patrz  proszę  tak  na  tych  ludzi  przy  sąsiednim 
stoliku, udawaj, że często bywałeś w takich lokalach. 

- Kiedy oni wcale nie zwracają na mnie uwagi. 
Istotnie tak było. Oprócz nas, przy innym stoliku, siedziało kilku 

mężczyzn  grających  w  karty,  i  szczupły  chłopak  ostrzyżony  na  jeża 
szepczący  coś  do  ucha  ładnej  dziewczynie  o  cygańskiej  urodzie,  w 
ciasnym  czarnym  swetrze  i  czarnej  spódnicy.  Poza  pierwszym 
zdawkowym  spojrzeniem  nikt  na  nas  nie  zwracał  uwagi.  Tęga 
patronne,  która  za  barem  robiła  na  drutach  bardzo  kolorowy  sweter, 
uśmiechnęła  się  do  mnie  i  skinęła  głową  kiedy  przeszłam  między 
stolikami i spytałam, czy mogę zatelefonować. Nikt najwidoczniej nie 
szukał  tu  młodej  szatynki  o  szarych  oczach  z  porwanym  hrabią  de 
Valmy. 

To  nie  tylko  szczęście,  pomyślałam,  z  pewnym  trudem 

przypominając sobie jak się telefonuje z automatu, po prostu rozsądek 
dyktował,  że  nikłe  są  szanse,  by  ktoś  mógł  nas  tu  rozpoznać.  W 
klasycznych  książkach  detektywistycznych,  które  czytałam,  zawsze 
można  było  spotkać  mnóstwo  czujnych  i  niezwykle  bystrych  ludzi 
wśród przeciętnych zjadaczy chleba. Jednak w tym przypadku nikt się 
nami nie interesował... 

Jeden  z  grających  w  karty  podniósł  wzrok  i  spojrzał  na  mnie, 

potem  trącił  sąsiada  łokciem  i  coś  powiedział.  Tamten  też  spojrzał. 
Choć  przed  chwilą  tak  logicznie  rozumowałam,  poczułam  zimny 
dreszcz na plecach, ale mimo to patrzyłam na nich obojętnie, a potem 
oparłam  się  o  ścianę  i  ze  znudzoną  miną  czekałam  na  połączenie. 
Kątem  oka  widziałam,  że  ten  drugi  też  coś  powiedział  i  uśmiechnął 
się.  Z  ulgą  pomyślałem,  że  ci  dwaj  mężczyźni  zainteresowani  byli 

background image

czymś  całkiem  naturalnym,  nie  mającym  nic  wspólnego  z  ucieczką 
Filipa. 

- Ici le Coq Hardi - usłyszałam skrzeczący głos.  
Oczyma wyobraźni zobaczyłam małą gospodę w Soubirous. 
- Chciałabym rozmawiać z panem Blake'em. 
- Z kim? 
-  Z  panem  Blake'em.  Tym  Anglikiem  z  Dieudonne.  -  Mówiłam 

cicho,  poza  tym,  na  szczęście,  głośno  nastawione  radio  tłumiło  mój 
głos. - O ile wiem, mieszka u państwa. Czy go zastałam? 

Po  drugiej  stronie  nastąpiło  jakieś  zamieszanie,  potem  cisza, 

jakby ktoś zasłonił ręką mikrofon. Zła na siebie stwierdziłam, że moja 
własna dłoń, którą trzymałam słuchawkę, jest wilgotna. 

Po  chwili  usłyszałam.  -  Nie,  nie  ma  go,  a  kto  chce  z  nim 

rozmawiać? 

- Czy będzie dziś wieczór? 
-  Może.  -  Czy  byłam  zbytnio  podejrzliwa,  czy  też  ten  głos  był 

wrogi? - Nic nie mówił. Gdyby pani zadzwoniła za pół godziny... Ale 
kto mówi? 

- Dziękuję bardzo. Zadzwonię jeszcze raz. Przykro mi, że... 
- Skąd pani dzwoni? - Tym razem głos był wyraźnie agresywny. 
Podejrzenie  ukąsiło  mnie  jak  żmija.  Jeśli  nie  odpowiem,  mogą 

sprawdzić, skąd była rozmowa. Przecież Coq Hardi znajdowało się na 
terenie  należącym  do  Valmy  i  każda  telefoniczna  wiadomość 
dotarłaby tam natychmiast. Niech sobie  myślą, że mnie złapią za pół 
godziny... Bez wahania, bardzo uprzejmie wyjaśniłam. 

-  Z  Evian,  z  kawiarni  Cent  Fleurs.  Proszę  nie  trudzić  monsieur 

Blake'a.  Zadzwonię  do  niego  później.  Bardzo  dziękuję.  -  I  unikając 
dalszych pytań odwiesiłam słuchawkę. 

Przez chwilę stałam, patrząc nie widzącym wzrokiem na automat. 

Zagryzłam  wargę.  Oczywiście  nie  miałam  wcale  zamiaru  ponownie 
telefonować,  ale  kierując  pogoń  do Evian,  skierowałam  tam  również 
Williama Blake'a. Jeśli w ogóle otrzyma tę wiadomość ode mnie i jeśli 
wie o tym, co się wydarzyło, a o czym wie już zapewne cały Soubi-
rous,  może  zrozumie,  że  potrzebuję  pomocy  i  ruszy  do  Evian  i  do 
gwarnego Cent Fleurs, gdzie z pewnością nie będą pamiętać tego, że 
młoda kobieta z małym chłopcem telefonowała dziś wieczór. 

Ale  jakoś  byłam  pewna,  że  William  Blake  będzie  chciał  nam 

pomóc. A teraz dość tych przypuszczeń, jedno było pewne, że bardzo 

background image

liczyłam  na  jego  obecność,  gdy  nadejdzie  decydujący  moment. 
Dobrze  zdawałam  sobie  sprawę,  że  nawet  spotkanie  z  Hipolitem  nie 
będzie  łatwe.  Nigdy  w  życiu  jeszcze  tak  bardzo  nie  potrzebowałam 
przyjaciela, kogoś, kto - jeśli nawet strona przeciwna niewiele mogła 
zdziałać  -  po  prostu  byłby  przy  mnie.  Muszę  wziąć  się  w  garść.  Za 
kilka  godzin  ktoś  inny  przejmie  całą  odpowiedzialność,  nie  mogę 
teraz się załamywać. Już tyle zrobiłam, że muszę doprowadzić sprawę 
do końca. To, czego nie było nigdy, tego nie żal. Tak się mówi. 

Wróciłam do naszego stolika, rozwinęłam z papierków trzy kostki 

cukru  i  wypiłam  kawę.  Przesłodziłam  ją.  Ze  smakiem  wypiłam 
benedyktyna,  ale  bez  specjalnego  nabożeństwa.  Zależało  mi  na 
skutku,  a  nie  na  smaku.  Zresztą  zrobiłam  to  za  szybko,  kątem  oka 
patrząc  na  karciarzy  w  kącie  sali.  Kiedy  pochłonięci  byli  następną 
rozgrywką,  spokojnie  zapłaciłam  kelnerowi,  powiedziałam  dobranoc 
madame i wyszłam z Filipem z kafejki. 

Rozdział Xviii 

Jeśli  chcesz  mnie  opuścić,  nie  zostaw  mnie,  gdy  inne  drobne 

troski dokonają swego dzieła, lecz gdy się zaczną... 

(Szekspir, "Sonet 90R") 

Willa Mireille stała nad brzegiem Jeziora Lemańskiego, w rzędzie 

dużych  bogatych  domów,  właściwie  pałaców,  wzdłuż  których  biegła 
wąska  droga,  o  jakieś  sto  metrów  poniżej  głównego  bulwaru 
miasteczka.  Na  ogół  domy  te  otoczone  były  pięknymi  ogrodami,  w 
których  rosły  stare  drzewa,  a  od  drogi  oddzielały  je  wysokie  mury  i 
mocne żelazne bramy. 

Zapadł już zmrok, kiedy dotarliśmy do Willi Mireille. Brama była 

zamknięta  i  kiedy  ją  mijaliśmy,  usłyszeliśmy  brzęk  łańcucha  i 
szczekanie psa. 

- To Beppo - wyjaśnił Filip. 
- Czy on ciebie zna? 
- No... nie wiem. Ja się go boję. 

background image

Drzwi od domku dozorcy otworzyły się i smuga światła wpadła w 

głęboką  ciemność  za  bramą.  Rozległ  się  ostry  kobiecy  głos. 
Szczekanie przeszło w ciche warczenie. Drzwi się zamknęły, drzewa 
cofnęły się w gęsty cień. 

- Czy jest jeszcze inne wejście? - spytałam. 
-  Można  wejść  od  strony  jeziora.  Ogród  schodzi  na  sam brzeg  i 

tam jest hangar na łodzie. Ale ja nie znam drogi schodzącej do jeziora. 

- Znajdziemy ją. 
-  Czy  długo  jeszcze  będziemy  iść?  -  Był  wyraźnie  przerażony, 

zmęczony, bliski płaczu. 

-  Musimy  tylko  znaleźć  zejście  do  jeziora.  Nie  możemy  przejść 

koło Beppa i madame... jak powiadasz, ona się nazywa? 

- Vuathoux. 
- A może chcesz, żebyśmy poszli wprost do niej? 
- Nie. 
- Tam będziesz bezpieczny, Filipie. 
- Czy ona zadzwoni do stryja Leona? 
- Na pewno. 
- I kuzyn Raoul przyjedzie? 
- Całkiem możliwe. 
Spojrzał  na  mnie.  -  To  ja  wolę  czekać  na  stryja  Hipolita.  Pani 

powiedziała, że możemy zaczekać. 

- Dobrze, zaczekajmy więc. 
- Pani naprawdę chce, żebyśmy zaczekali na stryja Hipolita? 
- Tak. 
-  No,  to  szybko  znajdźmy  tę  drogę  -  powiedział  Filip,  głośno 

przełykając. 

I  znaleźliśmy  ją,  o  trzy  posesje  dalej  od  Willi  Mireille.  Mały 

kołowrotek  i  ścieżkę  prowadzącą  wzdłuż  majaczących  niewyraźnie 
gęstych krzaków. Z jednej strony stał duży nie oświetlony dom. Żaden 
pies  nie  szczeknął.  Bez  przeszkód  szliśmy  wijącą  się  ścieżką.  Po 
chwili  minęliśmy  trawiastą  polanę,  potem  wysokie  drzewa. 
Zbliżaliśmy się do pluszczącej przed nami wody. 

Tego  wieczoru  nie  było  ani  księżyca,  ani  gwiazd.  Nad  jeziorem 

pojawiła  się  już  mgła,  miejscami  gęsta,  bielejąca  na  ciemnym  tle 
wody,  bliżej  nas  lekka  jak  tiul.  A na  brzegu  już  snuły  się  wąskie  jej 
pasma,  sięgające  drzew.  Woda  uderzała  miarowo  o  jakiś  pomost. 

background image

Wieczór nie był zimny, ale znad jeziora unosił się chłód, no i te opary 
mgły, tak że aż zadrżałam. 

- O, tutaj jest hangar na łodzie - szepnął Filip. - Wiem, gdzie są 

klucze. Wejdziemy do środka? 

Był  to  niewielki  dwupoziomowy  hangar  nad  sztuczną  zatoczką, 

która  z  każdej  strony  miała  półkoliste  kamienne  molo.  Brzeg  był  tu 
bardzo wąski.  

Tylna  ściana  hangaru  była  wprost  wbudowana  w  brzeg,  rosnące 

tu  buki  zwieszały  gałęzie  na  dach.  Z  powodu  mgły  i  ciemności  nie 
widziałam  wyraźnie  szczegółów,  ale  majaczące  ponuro  drzewa  i 
chlupot  wody  pogłębiały  wrażenie  naszego  osamotnienia.  Żeby  to 
przełamać odezwałam się wesoło: 

-  Chciałabym  podejść  do  ogrodu  i  spojrzeć  na  dom.  Twój  stryj 

chyba już jest. Może poczekasz  na mnie w hangarze?  Zamkniesz się 
na klucz i będziemy mieć tajne hasło i odzew. 

- Nie - powiedział znowu Filip. 
-  Dobrze,  to  pójdziemy  razem  do  ogrodu.  Ale  pamiętaj,  bardzo 

ostrożnie. 

- Madame Vuathoux jest prawie głucha - wyjaśnił Filip. 
- Może. Ale nie Beppo. Idziemy, petit. 
Gliniaste  zbocze  było  strome  i  śliskie  także  z  powodu  mokrych 

liści,  które  leżały  między  korzeniami  buków.  Powyżej  rosła  trawa  i 
znów wysokie drzewa. Przemykaliśmy się ostrożnie od pnia do pnia, 
trawa była sprężysta, choć wilgotna. Nagle poczułam zapach fiołków. 
Szliśmy teraz koło wiązów i kasztanowców. Te pierwsze poznałam po 
chropowatej korze, te drugie po lepkich pączkach, których  dotknęłam 
ręką.  Zwisające  nisko  wilgotne  pędy  wierzb  targały  nam  włosy, 
zatrzymywały.  Nagle  zobaczyłam przed  sobą  dom i szeroki  może na 
dziesięć metrów, starannie utrzymany trawnik, dochodzący do tarasu. 
Obok  była  niewielka  sadzawka,  nad  którą  pochylała  się  jakaś 
kamienna postać. 

Wzięłam  Filipa  za  rękę  i  przemknęliśmy  ostrożnie  za  cokołem 

pomnika,  gdzie  wierzby  zwieszały  swoje  gałęzie  nad  wodą. 
Odsunęłam  je  i  spojrzałam  na  dom.  Wszystkie  okna  były  czarne, 
paliła  się  jedynie  lampa  nad  frontowymi  drzwiami.  My  widzieliśmy 
tylko jej blask padający na półokrągły fragment wysypanego żwirem 
podjazdu  i  bramujące  go  rododendrony.  Tutaj,  wyżej,  mgła 

background image

zamazywała  kontury  gęstniejące  w  świetle  lampy,  leżąc  na  mokrych 
liściach jak szron. 

-  Do  jakiego  pokoju  prowadzą  drzwi  balkonowe  na  tarasie?  -

spytałam cicho. 

- Do salonu. Ale on nie jest wcale używany. Stryj Hipolit ma swój 

gabinet na pierwszym piętrzę. Ostatnie okno. Ciemno tam. 

Spojrzałam w górę. - No to, niestety, jeszcze nie przyjechał. 
- Wejdziemy do środka? 
Przez chwilę zastanawiałam się.  
- Gdzie jest tylne wejście? 
- Z drugiej strony, koło domku dozorcy. 
-  Blisko  Beppa?  Nic  z  tego.  I  na  pewno  żadne  drzwi  nie  są 

otwarte,  a  przy  tym  pali  się  lampa  nad  frontowym  wejściem...  Nie, 
Filipie, musimy zaczekać. Co o tym sądzisz? 

- Tak. Nadjeżdża samochód! 
Ścisnął  moją  rękę  aż  do  bólu.  Droga  znajdowała  się  najwyżej  o 

dwadzieścia  metrów  z  naszej  prawej  strony.  Słychać  było  wyraźnie 
nadjeżdżający  samochód,  który  właśnie  zwalniał.  Zapiszczały 
hamulce.  Trzasnęły  drzwiczki.  Czyjeś  kroki.  Rozległ  się  dzwonek. 
Zaraz  potem  poprzez  szczekanie  psa  usłyszeliśmy  skrzyp  zawiasów, 
to madame Vuathoux spiesznie otwierała bramę. 

- Stryj Hipolit przyjechał - z przejęciem szepnął Filip. 
- Nie - odparłam, głęboko oddychając - to Raoul.  
Drobna  zimna  ręka  drgnęła  w  mojej  dłoni.  Usłyszałam,  jak 

dozorczyni  powiedziała  głośno  i  monotonnie,  jak  ludzie,  którzy  źle 
słyszą: 

- Nie,  monsieur.  Nikogo  nie  było.  Do  tej pory  nie  natrafiono  na 

żaden ślad? 

- Niestety nie - odparł krótko. - Czy pani jest pewna, że nie ukryli 

się  w  domu?  Na  pewno  tutaj  się  skierowali.  Czy  tylne  drzwi  są 
zamknięte? 

- Nie, monsieur, ale widzę je z mego okna. Nikogo przy nich nie 

było. Z frontu także nie. Tego jestem pewna. 

- A okna? 
- Zamknięte monsieur. 
- Żadnego telefonu? W ogóle nic? 
- Nic, monsieur. 
Chwila ciszy. Słyszałam tylko głośne bicie mego serca. 

background image

-  W  każdym  razie  sprawdzę  -  powiedział.  -  Bramę  proszę 

zostawić otwartą. Lada chwila oczekuję Bernarda. 

Znów  denerwująca  cisza.  Włączył  silnik,  reflektory  omiotły 

drogę,  odbijając  się  metalicznie  w  liściach  rododendronów. 
Zaparkował  przed  frontowym  wejściem  i  wysiadł.  Słyszałam,  jak 
wszedł na schody  i z trzaskiem zamknął  drzwi. Pies ciągle warczał i 
poszczekiwał. Dozorczyni nakrzyczała na niego i po chwili ucichł. 

Czułam,  że  zimna  ręka  Filipa  porusza  się.  Spojrzałam  na  niego. 

Twarz  dziecka  była  białą  plamą,  z  którą  kontrastowały  ciemne  duże 
oczy. Szepnęłam: 

- Schowaj się za posągiem. On może zapalić lampy.  
Ledwie  zdążyłam  to  powiedzieć,  kiedy  w  salonie  rozjarzyły  się 

wszystkie  okna,  a  światło  zalało  taras  i  kawałek  trawnika.  Byliśmy 
jednak  w  cieniu.  W  napięciu  staliśmy  za  posągiem.  Była  to  statua 
nagiego  chłopca,  pochylonego,  żeby  obejrzeć  własne  odbicie  w 
sadzawce: zamyślony Narcyz, przejęty sobą... 

Kolejno światło w pokojach zapalało się i gasło. Obserwowaliśmy 

wędrówkę  Raoula  przez  dom.  Znajdujące  się  naprzeciw  nas  okna 
salonu  cały  czas  były  oświetlone.  Wreszcie  zostały  tylko  one.  Raoul 
podszedł  do  jednego  z  francuskich  okien,  otworzył  je  i  wyszedł  na 
taras. Cień jego padł na trawnik, sięgnął sadzawki. Stał przez dłuższą 
chwilę bez ruchu, wpatrzony w ciemność. Delikatnie położyłam dłoń 
na głowie Filipa i przygięłam ją w dół, żeby światło nie padło na jego 
twarz. Oboje przykucnęliśmy. 

Nagle  cień  zniknął.  W  tym  samym  momencie  usłyszałam,  że 

nadjeżdża następny samochód. Przy bramie zabłysły reflektory. Okna 
salonu stały się znów ciemne. Uniosłam głowę, nasłuchując. 

Kroki na żwirze. Głos Raoula, dobiegający nadal z tarasu: 
- Bernard? 
-  Tak,  monsieur.  -  Słyszałam,  jak  Bernard  idzie  koło  narożnika 

domu,  jak  Raoul  schodzi  po  stopniach  tarasu.  Potem  głośno,  tonem, 
jakim odzywał się do madame Vuathoux, spytał: 

- Żadnych śladów? 
- Żadnych, monsieur, ale... 
Raoul cicho zaklął. - Czy wróciłeś do chaty? 
- Tak, ale ich tam nie zastałem. Chociaż przysiągłbym, że byli... 
-  Oczywiście,  że  tak.  Anglik  był  tam  wczoraj  wieczorem  aż  do 

północy. Wiem o tym. Szukają go. Czy wiesz, gdzie może być? 

background image

- Jeszcze nie wrócił. Dziś wcześnie rano poszedł z dwoma ludźmi 

do  szkółki  leśnej  za  Roussel  i  jeszcze  z  nimi  nie  wrócił.  Ale, 
monsieur,  przed  chwilą  dzwoniłem  do  Valmy  i  powiedziano  mi,  że 
ona telefonowała do niego do Coq Hardi, i... 

- Dzwoniła do niego? Kiedy? 
- Trzydzieści, czterdzieści minut temu. 
-  Sacre  Dieu  -  powiedział  bez  tchu.  -  Skąd  dzwoniła?  Czy  ci

głupcy spytali ją o to? 

-  Tak,  spytali,  monsieur.  Słyszeli  o  tym  całym  skandalu  od 

Jules'a, jak zrozumiałem, i... 

- Skąd ona telefonowała? 
- Z Cent Fleurs w Evian, powiedzieli, że... 
- Pół godziny temu? 
- Może trzy kwadranse. Nie więcej. 
- No, to Anglik nie mógł się jeszcze o tym dowiedzieć, a ona nie 

mogła się z nim spotkać. 

Odwrócił się gwałtownie. Bernard za nim. Głosy ich ścichły, ale 

słyszałam, jak wydał polecenie: 

- Jedź natychmiast moim wozem do Evian. Ja też pojadę! Musimy 

ich znaleźć, i to szybko. Słyszysz mnie? Szybko! 

Bernard  coś  niewyraźnie  odpowiedział,  a  Raoul  zaklął  raz 

jeszcze.  Potem  głosy  ich  ścichły  za  narożnikiem  domu.  W  kilka 
sekund  później  silnik  cadillaca  zaczął  pracować  i  światła  zatoczyły 
krąg  na  podjeździe.  Pies  znów  się  rozszczekał.  Madame  Vuathoux 
musiała  wyjść  ze  swego  domku,  widząc  drugi  samochód,  gdyż 
słyszałam,  że  Bernard  coś  do  niej  mówi,  a  ona  odpowiada  mu  jak 
zawsze zbyt głośno: 

- Powiedział, że będzie tu o dwunastej. Najpóźniej o dwunastej. 
Potem także Bernard odjechał. Oderwałam się od zimnego cokołu 

i objęłam ramieniem Filipa. Chwilę czekałam. 

Filip z przejęciem wyszeptał: - Przyjeżdża o dwunastej. Słyszała 

pani? 

-  Tak.  Wydaje  mi  się,  że  jest  już  dobrze  po  dziewiątej.  Mamy 

najwyżej trzy godziny czekania,  mon gars. A oni pojechali schwytać 
nas w Evian. 

-  On  zszedł  po  schodach  tarasu.  Musiał  zostawić  drzwi  otwarte. 

Wejdziemy do środka? 

background image

Zawahałam się, ale powiedziałam stanowczo: - Nie. To tylko trzy 

godziny.  Musimy  do  końca  zachować  ostrożność,  zamkniemy  się  w 
hangarze. 

Hangar od strony lądu wyglądał jeszcze bardziej ponuro, o ile to 

możliwe, niż przedtem. Filip poszedł gdzieś w bok i po chwili dumny 
z siebie wrócił z kluczami. 

- Dobrze się spisałeś  - pochwaliłam  go. - A teraz prowadź,  mon 

lapin. 

Ostrożnie  wszedł  po  stromych  schodkach  na  poddasze  nad 

łodziami.  Stopnie  były  porośnięte  mchem,  śliskie.  Pochylił  się  nad 
drzwiami  i  usłyszałam,  jak  przekręca  klucz  w  zamku.  Drzwi 
skrzypnęły,  przed  nami  była  chłodna  ciemność,  zapach  kurzu  i 
opuszczenia. 

- Świetna kryjówka - oświadczyłam ze sztuczną wesołością, która 

z pewnością nie oszukała Filipa, i ostrożnie zapaliłam latarkę. 

Stryszek na szczęście okazał się suchy - jedyna zaleta. Poza tym 

była to  ciasna,  ponura  rupieciarnia,  gdzie  zgromadzono  różne  rzeczy 
po  zapomnianych  letnich  wakacjach:  składane  pasiaste  fotele,  wielki 
czerwono-pomarańczowy  parasol,  jakieś  dziwne  przedmioty,  które 
napompowane mogły być poduszkami, śmieszna kaczka, podobny do 
kiełbasy  koń  w  niebieskie  łaty.  W  świetle  latarki,  w  kwietniowym 
chłodzie i w perspektywie długiego, pełnego lęku czekania, wyglądały 
nad wyraz groteskowo. 

Nisko,  w  ścianie  wychodzącej  na  brzeg,  było  małe  kwadratowe 

okienko. Zasłoniłam je składanym fotelem, żeby światło latarki było z 
zewnątrz niewidoczne, i zamknęłam drzwi na klucz. 

Filip za moimi plecami spytał, niepewnie: 
- Co będziemy robić do północy? 
- Ponieważ nie mamy ze sobą szachów i loteryjki - powiedziałam 

wesoło  -  będziemy  spać.  Nie  ma  powodu,  żebyś  nie  zasnął.  Jesteś 
bardzo zmęczony, a tu nic nam nie grozi i nie musisz czuwać. 

-  No,  tak  -  odparł  z  lekkim  powątpiewaniem  i  zaraz  dodał 

znacznie weselej: - Ja będę spał w łódce. 

-  Głuptasku,  tu  nie  ma  łodzi.  Patrz,  tam  będzie  ci  dobrze  -

wskazałam  latarką  na  odrażający  stos  rzeczy.  Może  uda  nam  się 
znaleźć... 

- A właśnie, że jest łódka! - zawołał Filip i zaczął wyciągać spod 

stosu  kijów  krokietowych  nie  całkiem  nadmuchaną  dużą  piłkę, 

background image

złamane  wiosło  i  coś  żółtego,  co  wyglądało  jak  nieprzemakalny 
płaszcz rowerzysty. 

- Cóż to takiego, na miłość boską? - spytałam. 
- Łódka. 
-  Aha,  taka  gumowa  dinghy?  Nie  widziałam  jeszcze  nic 

podobnego. 

Skinął  głową  i  zaczął  rozkładać  ten  swój  wątpliwy  skarb  na 

pustym miejscu. 

-  Trzeba  ją  nadmuchać,  o,  tutaj  jest  wentyl.  Niech  pani  w  niego 

dmuchnie i zaraz będzie łódka. Chcę w niej spać. 

Zadowolona  z  tego,  że  czymś  się  zajął,  nie  sprzeciwiałam  się 

nieszkodliwemu kaprysowi. 

- Proszę bardzo, w każdym razie jest to gruba, solidna płachta, a 

trochę kurzu nikomu nie zaszkodzi. 

-  To  nie  żadna  płachta,  tylko  łódka.  -  Czegoś  szukał  w  kącie 

wśród brudnych kawałków płótna. 

- ca se voit - powiedziałam bez przekonania. 
-  Pani  to  nadmucha  -  powtórzył  cierpliwie  zaróżowiony  Filip, 

ukazując  się  między  beczką  na  paliwo  i  dziwacznym  koniem  w 
niebieskie łaty. 

- Mój kochany, jeśli myślisz, że któremuś z nas starczy tchu... 
-  Pani  ją  nadmucha  tym  -  wyjaśnił  podając  mi  jakiś  dziwny 

przedmiot. 

- Co to jest? 
- Pompka. To bardzo łatwo, pokażę pani. - I już klęczał na ziemi 

przy  żółtej  masie,  wkładając  wentyl  w  otwór  pompki.  Nie  miałam 
serca zabronić mu tego. A jednak... po kilku minutach poczułam lekki 
powiew  na  nogach.  Filip  energicznie  pompował  nogą,  szło  mu 
całkiem  dobrze.  Jeśli  ta  opatrznościowa  łódka  naprawdę  zostanie 
napompowana... 

I  tak  się  stało.  Po  dłuższej  chwili  czerwony  na  twarzy  z  dumy  i 

wysiłku Filip, dosłownie obwieszony pajęczynami, podniósł się. Przed 
sobą  miałam  prawdziwą  dinghy,  której  wypełnione  powietrzem 
szerokie  boki  mogły  nas  skutecznie  chronić  od  przeciągów.  Na 
szczęście  udało  mi  się  odwieść  go  od  tego,  żebyśmy  napompowali 
jeszcze  konia,  kaczkę  i  dużą  piłkę.  Wreszcie  ubrani  w  płaszcze 
ulokowaliśmy  się  w  naszym  niezbyt  komfortowym  łóżku, 

background image

przytuliwszy  się  do  siebie,  gotowi  przetrwać  następne  trzy  (albo  i 
więcej) godziny. 

Minuty  wlokły  się  okropnie.  Noc  była  spokojna,  mglista.  Od 

czasu do czasu słyszałam, jak krople wody spadały z gałęzi na dach, 
raz  jakiś  silniejszy  podmuch  zakołysał  drzewami,  których  gałęzie 
przeczesały dach. Na dole hangaru, w ciemności, pustce i nierealnym 
świecie żyła tylko woda, uderzając o pomost... W porównaniu z tym, 
ubiegły  nocleg  w  chacie  był  niemal  luksusowy  i  nawet  Bernard  nie 
mógł zakłócić tego miłego teraz wspomnienia. 

Było zimno. Filipowi, zwiniętemu w kłębek, opartemu plecami o 

mnie, było na szczęście ciepło, w każdym razie mocno spał. Czułam, 
jak chłód powoli przenika każdą cząstkę mego ciała. Najpierw dopadł 
moich nie przykrytych niczym pleców, potem przeniknął w głąb ciała. 
Skulona,  nie śmiałam się ruszyć z obawy, żeby nie obudzić chłopca. 
Dość już przeżył. Niech się wyśpi, nim nadejdzie ostateczny ratunek. 

Leżałam  tak  wpatrzona  w  ciemność  ponad  szparą  w  płóciennej 

zasłonie, czekając czy nie pojawi się w willi światło, i starałam się o 
niczym nie myśleć. 

To moje niewesołe czuwanie zakończyła nadmuchana częściowo 

piłka.  Wyrwana  z  całozimowego  wypoczynku,  na  skutek  może 
jakiegoś  podmuchu  z  zewnątrz,  spadła  ze  stosu  pudeł  i  skacząc 
potoczyła  się  po  ziemi,  spadła  na  mnie  i  wyrwała  ze  sztywnego 
odrętwienia.  Usiadłam  gwałtownie.  Rozległ  się  przerażony  głos 
Filipa. 

- Co to było? 
Niezręcznie  sięgnęłam  po  latarkę.  -  To  tylko  ta  duża  piłka.  Nie 

bój  się,  Filipie.  Zobaczymy,  która  to  godzina...  Za  kwadrans 
dwunasta. - Spojrzałam na niego. - Nie jest ci zimno? - Skinął głową. -
Wobec  tego  chodźmy  stąd.  W  willi  jeszcze  jest  ciemno.  Możemy 
sprawdzić, co z tymi drzwiami na tarasie. To przecież kilka minut... 

Mgła  zgęstniała,  słaby  promień  latarki  natrafił  na  białą  zaporę. 

Zalegała  wśród  drzew,  ale  na  trawniku  koło  domu  była  zaledwie 
lekkim oparem. 

Lampa nad frontowymi drzwiami nadal się paliła, krąg jej światła 

zmniejszył  się,  a  drzewa  we  mgle  jakby  podeszły  bliżej.  Poza  tym 
wszędzie ciemno.  

Przemknęliśmy  cicho  przez  trawnik  i  weszliśmy  na  taras.  Drzwi 

balkonowe były uchylone. 

background image

Wielki  salon  w  promieniu  latarki  zdawał  się  jeszcze  większy. 

Widzieliśmy  meble  w  pokrowcach,  długie  lustro.  Żyrandol, 
rozkołysany  przeciągiem  wiejącym  od  tarasu,  nagle  zalśnił 
kryształowo.  Nasze  słabe  światełko  pogłębiało  cienie  i  wydłużało 
ściany.  Pachniało  tu  melancholią,  kurzem,  pustką.  Niepewni 
stanęliśmy w progu. 

- Pójdziemy do pokoju stryja Hipolita. Na pewno został dla niego 

przygotowany, pali się tam ogień na kominku albo jakiś piecyk. Czy 
jest tam telefon? 

Skinął głową i poprowadził mnie przez salon. Jeśli się bał, to nie 

okazał  tego.  Poruszał  się  automatycznie,  jak  w  złym  śnie.  Uchylił 
ciężkie  drzwi,  prowadzące  do  hallu  i  nie  patrząc  na  ciemność  po 
bokach,  prześliznął  się  przez  nie.  Poszłam  za  nim.  W  kwadratowym 
wysokim hallu dostrzegłam piękne,  o szlachetnej  linii schody. Nasze 
kroki  na  kamiennej  podłodze  odbijały się  głośnym  echem.  Poza  tym 
cisza.  Poszliśmy  na  górę,  Filip  skręcił  w  lewo  w  długą  galerię  i 
wreszcie zatrzymał się przed jakimiś drzwiami. 

-  Tutaj  jest  gabinet  stryja  Hipolita  -  szepnął  i  położył  rękę  na 

klamce. 

W  pokoju  było  ciepło.  Gorący  wielki  piec  przyciągał  nas  jak 

magnes,  zziębnięci  oparliśmy  się  o  niego  plecami. Omiatając  latarką 
pokój spytałam: 

- Dokąd prowadzą te drzwi? 
-  Do  drugiego  salonu,  jeszcze  większego,  ale  nigdy  nie  jest 

używany. 

Otworzyłam te drzwi. Oświetliłam latarką wyglądające jak duchy

meble  w  zimowych  pokrowcach.  Pachniało  stęchlizną,  a  jedwab  na 
ścianie,  którego  dotykałam  palcem,  był  zakurzony  i  sztywny  jak 
skrzydło martwej ćmy. Tutaj również wisiał kryształowy żyrandol. 

Podeszłam  do  stojącej  na  dywanie,  okrytej  długą  białą  zasłoną 

kanapy i powiedziałam cicho: 

-  Nie  sądzę,  żeby  to  było  potrzebne,  ale  każdy  wojownik 

powinien  zapewnić  sobie  bezpieczny  odwrót.  Gdybyśmy  z  jakiegoś 
powodu  musieli  się  znowu  ukrywać,  uważam,  że  tutaj,  pod  tym 
płótnem  byłoby  świetne  miejsce.  Byłbyś  tam  całkiem  niewidoczny, 
jak w namiocie. 

background image

Przytaknął skinieniem głowy. Spojrzałam na niego, przykrywając 

na  nowo  kanapę,  i  wróciliśmy  do  gabinetu.  Drzwi  do  salonu 
zostawiłam nieznacznie uchylone. 

Spojrzałam  na  swój  zegarek.  Za  piętnaście  dwunasta.  Jedno  z 

okien  wychodziło  na podjazd.  Był pusty. Podeszłam do stojącego  na 
biurku Hipolita telefonu i podniosłam słuchawkę. 

Rozdział Xix 

"A więc stryju, jesteś nareszcie!" 

(Szekspir, "Hamlet") 

Odezwał się męski głos: - Coq Hardi. 
Na szczęście to nie był ten podejrzliwy, nieprzyjemny głos, ale na 

wszelki wypadek nadal trzeba było udawać. Za pięć dwunasta... 

Spytałam  szybko,  niecierpliwie:  -  Guillaume?  To  ty,  cheri?  Tu 

Clotilde. 

- Clotilde? - usłyszałam w odpowiedzi. 
- Tak, tak, z Annecy. Już zapomniałeś? Powiedziałeś przecież... 
W  głosie  mężczyzny  brzmiało  rozbawienie:  -  Chwilę, 

mademoiselle. Z kim pani chciała rozmawiać? 

-  To  nie  Guillaume?  O,  mon  Dieu,  jakaż  jestem  niemądra!  -  I 

nerwowo zachichotałam. - Bardzo przepraszam, monsieur. Może jeśli 
on jeszcze nie śpi... Może pan będzie taki uprzejmy i poprosi go... 

Mój rozmówca był uosobieniem cierpliwości: - Ależ oczywiście. 

Z  największą  przyjemnością.  A  jaki  Gaullaume,  mademoiselle 
Clotilde? Guillaume Rouvier? 

-  Nie,  nie.  Mówiłam  panu.  Monsieur  Blake.  Anglik.  Czy  jest  u 

was? Powiedział mi, że... 

-  Tak,  jest  tutaj.  Niech  się  pani  nie  martwi,  mademoiselle 

Clotilde, jeszcze się nie położył. Zaraz go poproszę. - Usłyszałam, jak 
się  śmieje  odchodząc  od  aparatu.  Bez  wątpienia  akcje  Williama  w 
Coq Hardi poszły w górę. 

background image

Filip podszedł do mnie. W słabym świetle, jakie rzucała frontowa 

lampa  przez  nie  zasłonięte  okno,  jego  twarz  była  blada,  mała. 
Mrugnęłam  do  niego  porozumiewawczo  i  zrobiłam  śmieszną  minę. 
Uśmiechnął się. 

-  Tu  Blake.  Z  kim  mam  przyjemność  rozmawiać?  -  spytał 

podejrzliwie zdumiony William. 

- Bardzo mi przykro, że sprawiam panu kłopot - powiedziałam -

ale musiałam się z panem jakoś porozumieć, i to był najlepszy sposób. 
Tu Linda Martin. 

-  Ach,  to  pani.  Barman  powiedział  mi,  że  to  une  petite  amie. 

Przez  myśl  mi  nie  przeszło,  że  to  pani...  Co  się  dzieje?  Gdzie  pani 
jest? Czy wszystko w porządku? Co z chłopcem? 

-  Ostrożnie,  na  miłość  boską!  Czy  nikt  pana  nie  słyszy, 

Williamie? 

-  Co  takiego?  Ach,  tak,  może  i  ktoś  słyszy,  ale  nie  znają  tu 

przecież angielskiego. 

- Mimo  to,  niech  pan  nie  ryzykuje.  Nie  mogę długo  rozmawiać, 

bo to niebezpieczne, ale ja... ja potrzebuję pomocy i pomyślałam, że... 

- Oczywiście - powiedział cicho - słyszałem tutejszą wersję tego, 

co się stało, i miałem nadzieję... spodziewałem się, że pani nawiąże ze 
mną kontakt. Ogromnie się niepokoiłem... tym, że pani jest zdana na 
własne siły i tak dalej. O co chodzi? Co mam zrobić? 

- Och, Williamie - odparłam z wdzięcznością - niech pan słucha, 

nie mogę wszystkiego wyjaśnić, trwałoby to zbyt długo. Proszę się już 
o  nas  nie  martwić,  jesteśmy  oboje  cali  i  zdrowi.  Myślę,  że  w  ciągu 
najbliższych  kilku  minut  cała  sprawa  się  zakończy,  ale...  byłabym 
ogromnie wdzięczna, gdyby pan do nas przyjechał. Nie grozi nam już 
niebezpieczeństwo,  ale może dojść  do... przykrej sceny  i boję się, że 
sama temu nie sprostam. Wiem, że chciałby pan zadać mi wiele pytań, 
zwłaszcza,  że  tak  mało  pan  mnie  zna,  ale  jest  już  okropnie  późno  i 
chciałabym... 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  gdzie  jesteście?  -  spytał  rzeczowo 

William. - Zaraz przyjadę jeepem. Czy w Cent Fleurs? 

- Nie, nie. A więc powiedzieli panu, że dzwoniłam? 
- Tak. Właśnie wróciłem z Evian. 
- Och, Williamie! 
-  No  cóż,  byłem  pewien,  że  pani  tam  jest.  O  wszystkim 

dowiedziałem się dopiero wieczorem, kiedy tu wróciłem. Wczoraj do 

background image

późna  byłem  w  chacie,  pracowałem.  A  dziś  wcześnie  rano  miałem 
pojechać  z  dwoma  robotnikami  do  szkółek  na  południu  Dieudonne, 
wolałem więc nocować w Coq Hardi. Spędziłem w lesie cały dzień i 
niedawno tu wróciłem. Powiedziano mi, że pani telefonowała z Cent 
Fleurs, usłyszałem też różne wersje całej tej historii. Zadzwoniłem do 
Cent  Fleurs,  ale  nikt  nie  wiedział  o  kogo  chodzi.  Wobec  tego 
wsiadłem do jeepa i na łeb na szyję zjechałem do Evian. 

- Czy widział pan tam Raoula de Valmy? 
- Nie widziałem go od wieków. Czy on również pani szuka? 
- Tak. 
-  Och.  Myślałem,  że  może...  to  znaczy  ktoś  mi  mówił...  -  urwał 

zmieszany. 

- Cokolwiek pan słyszał, to była nieprawda. Jesteśmy oboje sami 

z Filipem. 

-  Ach,  tak.  To  dobrze.  -  W  głosie  Williama  zabrzmiała  ulga.  -

Proszę mi powiedzieć, gdzie pani jest, a zaraz przyjadę. 

-  Jesteśmy  w  Thonon,  w  Willi  Mireille  Hipolita  de  Valmy.  On 

jest bratem... 

- Wiem o tym. Czy pani się z nim widziała? 
- Jeszcze nie przyjechał. Lada chwila powinien tu być. Czekamy 

na  niego.  Kiedy  się  zobaczymy  ja...  ja  wyjaśnię  panu,  dlaczego  nie 
poszliśmy  od  razu  na  policję.  Bardzo  proszę,  na  razie  niech  pan 
nikomu nic nie mówi, tylko tu przyjedzie. 

- Oczywiście. Zaraz wyjeżdżam. Jak się nazywa ta willa?  
- Mireille.  Każdy panu  ją wskaże. Nad  brzegiem jeziora.  Trzeba 

jechać wzdłuż brzegu. M-i-r-e-i-l-l-e! Zrozumiał pan? 

- Tak, dziękuję... szeri. 
- Co takiego? Ach, rozumiem. Barman słucha. 
- Tak. 
- To musi się pan miło ze mną pożegnać. 
- Kiedy nie wiem jak. 
- Proszę powiedzieć: A bientot, cherie. 
- A bieng toe szeń - powiedział ponuro William i roześmiał się. 
-  Do  zobaczenia  więc.  I  bardzo  dziękuję,  Williamie.  Naprawdę 

bardzo. Cieszę się, że nie jestem całkiem sama. 

-  Proszę  się  niczym  nie  martwić  -  odparł  William  i  odłożył 

słuchawkę. 

background image

W tym  momencie nadjechał jakiś samochód.  Stanęliśmy oboje z 

Filipem z boku okna, wpatrzeni w reflektory, które zatoczyły we mgle 
koło i przemknęły po suficie gabinetu. 

Filip wsunął rękę w moją dłoń. Poczułam, że drżę. 
- Już jest - powiedział cicho. 
- Tak, Filipie. 
- Czy przez cały czas pani też się bała? 
- Tak. Okropnie. 
- Nie wiedziałem o tym. 
- To dobrze. 
Samochód  zatrzymał  się,  reflektory  zgasły,  silnik  został 

wyłączony.  Trzasnęły  drzwiczki  i  rozległ  się  chrzęst  kroków  na 
żwirze,  potem  stukot  na  stopniach  przed  wejściem.  Chrobot  klamki. 
Dźwięki nagle ożywiły wnętrze domu, ciche otwarcie drzwi, kroki na 
kamiennej podłodze... 

Przyjechał. Wszystko skończyło się pomyślnie. 
Drżącym głosem powiedziałam: - Dieu soit beni - i skierowałam 

się  do  drzwi.  Być  może w  jakiś  sposób  dowiedział  się  o  wszystkim. 
Być  może  również  nigdy  o  mnie  nie  słyszał.  Nieważne.  Przyjechał. 
Moja rola się skończyła. 

Szybko  minęłam  wyłożoną  chodnikiem  galerię  i  zbiegłam  po 

schodach. 

W  hallu  nie  zapalono  światła.  Przez  otwarte  drzwi  frontowe 

zewnętrzna  lampa  rzucała  na  marmurowe  tafle  posadzki  złocisty 
promień,  na  podjeździe  zasnutym  lekkim  woalem  stał  błyszczący 
samochód. Nowo przybyły zatrzymał się w drzwiach z ręką uniesioną, 
jakby chciał właśnie zapalić światło. Na tle podświetlonej lampą mgły 
ostro rysowała się jego wysoka nieruchoma postać, sprawiał wrażenie, 
że nasłuchuje. 

Na grubym chodniku nie było słychać moich kroków. 
W  środku  schodów  zatrzymałam  się  z  ręką  na  balustradzie,  po 

czym ruszyłam wolno w dół.  

Wtedy zobaczył mnie, uniósł głowę. 
- A więc jesteś tu - powiedział. 
Tylko  tyle,  ale  ja  miałam  wrażenie,  że  zostałam  trafiona  kulą. 

Stałam ściskając balustradę tak mocno, że omal chyba nie pękła. Przez 
ułamek sekundy chciałam zawrócić i uciec, ale nie mogłam się ruszyć. 
Nie swoim głosem powiedziałam tylko jedno słowo:  

background image

- Raoul? 
-  Lui-meme.  -  Trzask  i  wielki  żyrandol  rozjarzył  się  tysiącem 

kryształów.  Oślepiły  mnie,  podniosłam  do  oczu  rękę,  ale  zaraz  ją 
opuściłam i spojrzałam na niego przez cały wielki hall. Zapomniałam 
całkiem o Filipie, o Hipolicie, o Williamie Blake'u, jadącym do mnie z 
Soubirous. Widziałam tylko mężczyznę z ręką na kontakcie, który na 
mnie patrzył. Wszystko nas teraz dzieliło. 

Opuścił  rękę  i  zamknął  drzwi.  Blady  jak  ściana  patrzył  na  mnie 

kamiennym  wzrokiem.  Twarz  miał  pobrużdżoną.  Tego  przedtem  nie 
było.  W  tym  momencie  bardzo  przypominał  swego  ojca,  Leona  de 
Valmy. 

-  Czy  jest  tu  Filip?  -  spytał  głosem  bardzo  spokojnym,  ale  czaił 

się w nim z trudem opanowywany gniew. 

Na  to  pytanie  odpowiedział  sam  Filip,  który  poszedł  za  mną  i 

zatrzymał  się  na  galerii.  Słysząc  pytanie  Raoula  pewno  się  poruszył, 
gdyż  Raoul  spojrzał  w  górę,  ja  również  spojrzałam  i  zdążyłam 
zobaczyć, że Filip niknie w ciemnościach galerii. 

Wtedy  Raoul  ruszył,  kilkoma  krokami  przebył  hall  i  pobiegł 

schodami na górę, po dwa naraz. Ta jego reakcja była tak gwałtowna, 
że  wpadłam  w  panikę.  Pamiętam  tylko,  że  cofnęłam  się  na  podest  i 
zablokowałam mu drogę, krzycząc: "Uciekaj, Filipie!" I wyciągnęłam 
rękę,  żeby  zatrzymać  Raoula.  Ale  nie  dotknęłam go,  gdyż  stanął  jak 
wryty. Wolno cofnęłam się i oparłam o wygiętą w półkole poręcz. W 
przeciwnym  razie  upadłabym.  Patrzył  w  ślad  za  Filipem.  Potem 
spojrzał na mnie. Odwróciłam głowę. 

Usłyszałam, jak na galerii drzwi do gabinetu cicho się zamykają. 

Raoul też to usłyszał i spojrzał na mnie. 

- Ach, tak - powiedział. 
Gdy szok minął, bez zastanowienia cofnęłam się w górę schodów 

i  zobaczyłam  wyraz  jego  twarzy:  duma  wzięła  górę  nad  gniewem  i 
zrozumiałam,  że  oto  zniszczyłam  całkowicie  swoje  marzenia.  Nie 
mogłam  wymówić  słowa,  zaczęłam  płakać,  nie  rozpaczliwie  czy 
tragicznie,  lecz  cicho,  beznadziejnie,  łzy  spływały  mi  po  twarzy,  i 
śmieszna  rzecz,  zdawałam  sobie  sprawę,  że  bardzo  brzydko  w  tej 
chwili wyglądam. 

Stał nadal bez ruchu i zaczął mówić bardzo spokojnie: 
- Kiedy dziś rano przyjechałem do Valmy i ojciec mi powiedział, 

że  zniknęłaś,  był  przekonany,  że  do  mnie  zwróciłaś  się  o  pomoc. 

background image

Wyjaśniłem  mu,  że  sądziłaś,  że  do  czwartku  będę  w  Paryżu,  ale  z 
mego paryskiego mieszkania wyjechałem już we wtorek wieczór, a ty 
nie  mogłaś  wiedzieć,  gdzie  ja  jestem.  Dopiero  później  przekonałem 
się, że w ogóle nie próbowałaś nawiązać ze mną kontaktu. - Mówił to 
wszystko monotonnym głosem. - Był tylko jeden powód, dlaczego nie 
zatelefonowałaś  do  mnie.  Kiedy...  powiedziałem  o  tym  ojcu, 
stanowczo zaprzeczył temu, żeby miała ci się stać jakaś krzywda. Ale 
ja  mu  nie  wierzyłem...  -  urwał.  Nie  mogłam  spojrzeć  na  niego. 
Podniosłam  rękę,  żeby  obetrzeć  łzy,  ale  one  ciągle  płynęły.  -
Oświadczyłem mu wtedy, że chcę się z tobą ożenić i że jeśli coś stanie 
się tobie albo Filipowi, czy z powodu niego tobie, zabiję go własnymi 
rękami. 

Wreszcie  spojrzałam  na  niego.  -  Raoulu...  -  ale  głos  mi  się 

załamał, nie mogłam dalej mówić. 

W odpowiedzi na moje spojrzenie powiedział wolno: 
-  Tak.  Zamierzałem  to  zrobić  -  i  dodał  szeptem  jedno  słowo:  -

Wtedy. 

Żadne z nas nie usłyszało podjeżdżającego pod dom samochodu. 

Kiedy  drzwi  wejściowe  otworzyły  się  i  weszły  dwie  osoby: 
mężczyzna i kobieta, oboje drgnęliśmy i obróciliśmy się. Mężczyzny 
nie  znałam,  kobietą  była  Heloiza  de  Valmy.  Żadne  z  nich  nie 
zauważyło  nas  na  środkowym  podeście,  gdyż  w  tym  momencie 
madame  Vuathoux,  która  tym  razem  zauważyła  reflektory 
samochodu,  wpadła do hallu gdzieś  z głębi domu, hałaśliwie  witając 
przybyszów. 

- Och, monsieur! Jak to dobrze, że pan przyjechał. Tak się bałam, 

że z powodu tej mgły... - urwała i uniosła rękę w geście przerażenia. -
Tiens, czy madame jest chora? Co się dzieje? Oczywiście to straszne! 
Czy dotąd nie było żadnej wiadomości? 

Dopóki  tego  nie  powiedziała,  nie  zauważyłam,  że  Hipolit 

podtrzymuje  Heloizę  de  Valmy.  W  ostrym  świetle  świecznika 
wyglądała  okropnie,  była  blada,  pomarszczona,  postarzała  o  wiele, 
wiele  lat.  Dozorczyni  podbiegła  do  niej,  wyrażając  jej  swoje 
współczucie. 

-  Nic  dotąd  nie  wiadomo  o  chłopcu?  Ach,  jakże  madame  jest 

zmartwiona.  La  pauvre...  Madame  musi  pójść  na  górę...  tam  jest 
napalone w piecu... czegoś trzeba się napić, a może bulionu? 

background image

Hipolit de Valmy przerwał jej: - Czy jest monsieur Raoul? 
- Nie, proszę pana. Był tu wieczorem i potem wyjechał do Evian. 

Powiedział, że wróci około północy, żeby się z panem zobaczyć... 

- Jego samochód stoi na podjeździe.  
Wtedy odezwał się Raoul: - Dobry wieczór, mon oncle.  
Madame Vuathoux spojrzała na niego zdumiona. Hipolit odwrócił 

się podnosząc brwi. 

-  Raoul!  -  zawołała  Heloiza  tak  samo  jak  ja  i  z  równym 

przerażeniem. W tym  momencie zachwiała  się, tak że Hipolit  musiał 
ją  mocniej  podtrzymać.  Wtedy  dopiero  zauważyła,  że  stoję  za 
Raoulem, opierając się o poręcz. 

- Miss Martin! - zawołała, właściwie krzyknęła.  
W  tym  momencie  madame  Vuathoux  odzyskała  głos  głośno 

mówiąc: 

- La voila. Ona jest tutaj! W tym domu! Monsieur Raoul... 
-  Wystarczy,  proszę  nas  zostawić  samych  -  powiedział  ostro 

Hipolit. 

Wszyscy  milczeli,  dopóki  nie zamknęły się  za nią  drzwi.  Wtedy 

Hipolit  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nas.  Patrzył  na  mnie  obojętnie, 
potem skinął głową i zwrócił się do Raoula: 

- Znalazłeś ich wreszcie? 
- Tak, znalazłem. 
- Filipa też? 
- Jest tutaj. 
- Zdrów i cały? - spytała ochryple Heloiza.  
Głos Raoula był bardzo suchy: - Tak, Heloizo, zdrów i cały. Był 

razem z miss Martin. - Spuściła wzrok i westchnęła. 

-  Sądzę,  że  trzeba  to  wszystko  spokojnie  omówić  -  mówił  dalej 

Hipolit. - Chodźmy do mego gabinetu. Heloizo, czy zdołasz wejść na 
schody? 

Heloiza i Hipolit zaczęli iść wolno w górę. Raoul minął mnie na 

podeście, jakbym nie istniała. Poszłam za nim. Łzy przestały płynąć, 
ale twarz miałam zapuchniętą od płaczu i czułam okropne zmęczenie. 
Okropne. Idąc opierałam się o poręcz jak stara kobieta. 

Raoul  otworzył  drzwi  gabinetu  i  zapalił  światło.  Czekał.  Nie 

spojrzałam na niego, minęłam go ze spuszczoną głową i podeszłam do 
drzwi prowadzących do salonu. Otworzyłam je, mówiąc cicho: 

background image

-  Filipie,  wszystko  jest  w  porządku,  możesz  wyjść...  -  urwałam, 

świadoma  tego,  że  Raoul  stoi  za  mną,  i  dodałam  zaraz:  -  Jesteś  już 
bezpieczny. Przyjechał stryj Hipolit. 

Nie  wiadomo  dlaczego  pozostali  weszli  za  nami  do  salonu, 

rezygnując z miłego ciepła w gabinecie. Hipolit usunął białe płótno z 
kanapy i usiadł na niej ramieniem obejmując Filipa. Po drugiej stronie 
pustego kominka, na obitym złotym jedwabiem fotelu, z którego ktoś 
zdjął pokrowiec i rzucił na podłogę, zajęła miejsce skulona Heloiza. 

W  elektrycznym  świetle  salon  wyglądał  jeszcze  bardziej  ponuro 

niż  przedtem.  Światła  wielkiego  żyrandola  lodowato  odbijały  się  w 
setkach  kryształów.  Białe  całuny  na  meblach  pogłębiały  wrażenie 
zimna. Raoul stał oparty łokciem o gzyms nad białym  marmurowym 
kominkiem, w takiej samej pozie, w jakiej widziałam go w Valmy. 

Usiadłam jak najdalej od nich. W końcu tego długiego pokoju stał 

wielki  fortepian  przykryty  zieloną  flanelą.  Tam  się  schroniłam  i 
usiadłam  na  długim  taborecie,  plecami  opierając  się  o  instrument. 
Dłońmi ściskałam brzeg taboretu. Byłam odrętwiała i czułam wielkie 
zmęczenie. Odbędą się teraz długie rozmowy, niech sobie rodzina de 
Valmy  rozmawia,  ale  nich  to  się  szybko  skończy,  żebym  ja  mogła 
sobie pójść. Mnie to już nie dotyczyło. Podniosłam głowę i spojrzałam 
na  nich  przez  ten  piękny,  martwy  pokój.  Wydawali  mi  się  odlegli  o 
tysiące kilometrów. 

Hipolit mówił coś cicho do Filipa. Był również bardzo w typie de 

Valmy  -  młodsza,  łagodniejsza  edycja  Leona,  Lucyfer  przed 
upadkiem. Sprawiał  miłe  wrażenie,  kiedy  tak  rozmawiał  spokojnie  z 
Filipem.  Ale  mimo  oznak  zmęczenia  i  niepokoju,  mogłam  w  nim 
dostrzec tę samą siłę i upór co u tamtych mężczyzn - był może tylko 
bardziej opanowany, nie tak szybki, ale w krytycznych sytuacjach nie 
gorszy niż oni. 

Spojrzał  na  Raoula  mówiąc  spokojnie:  -  Jak  się  domyślasz, 

Heloiza wyjechała po mnie na lotnisko w Genewie. I opowiedziała mi 
dość dziwną historię... 

Raoul  właśnie  wyjmował  papierosa  z  pudełka,  odparł  nie 

podnosząc wzroku: 

-  Prosiłbym  cię,  żebyś  mi  ją  opowiedział.  Ostatnio  słyszałem 

kilka  jej  wersji  i  przyznam,  że  jestem  trochę  zagubiony.  Chciałbym 
wiedzieć, co Heloiza próbowała ci wmówić. 

background image

Poruszyła się niespokojnie i chrząknęła. Hipolit zacisnął usta. 
- Mój drogi Raoulu... - zaczęła. 
-  Ta  sprawa  przekroczyła  wszelkie  kategorie  grzeczności  -

przerwał  jej  -  czy  synowskich  obowiązków.  Będzie  znacznie  lepiej, 
jeśli po prostu powiemy prawdę. - Patrzył na nią badawczo. - Musisz 
być  szczera,  Heloizo.  Tak  będzie  lepiej  dla  ciebie.  Chcę  cię 
poinformować,  że  mój  ojciec  był  ze  mną  dziś  rano  bardzo  szczery. 
Zapewne  teraz  zaprzeczyłby  wszystkiemu,  ale  nie  bardzo  widzę, 
dokąd  to  by  jego  albo  ciebie  zaprowadziło.  Nie  wiem,  co  polecił  ci 
mówić podczas jazdy z Genewy, ale sprawa jest skończona, Heloizo. 
Przestań udawać. Tu nieważni są świadkowie i z pewnością będzie ci 
potrzebna  pomoc  mego  stryja  Hipolita,  żeby  uniknąć  wielkiego 
skandalu. Dlatego najlepiej będzie poddać się i powiedzieć wszystko. 

Skulona  siedziała  w  milczeniu,  nie  patrząc  na  nikogo.  Chwilę 

obserwował ją obojętnie. Potem lekko wzruszył ramionami i odezwał 
się do Hipolita: 

- Ponieważ ona nie ma zamiaru mówić, wobec tego ja to zrobię. 
Hipolit spojrzał najpierw na niego, potem na Heloizę, twarz miał 

nagle bardzo zmęczoną. 

-  Doskonale  -  powiedział.  -  Zaczynaj.  W  poniedziałek  wieczór 

zadzwoniłeś  do  mnie  do  Aten,  prosząc,  żebym  wracał  do  domu, 
ponieważ  niepokoisz  się  o  Filipa.  Mówiłeś  o  jakichś  wypadkach  i 
twierdziłeś,  że  Filipowi  grozi  niebezpieczeństwo.  Wspomniałeś  też 
niezbyt  wyraźnie  o  guwernantce  Filipa.  Heloiza  także  dziś  wieczór 
mówiła  o  niej  niezbyt  wyraźnie.  Rozumiem,  że  jest  to  właśnie  ta 
młoda osoba siedząca koło fortepianu i że ostatnio zdarzyły się pewne 
niepokojące  fakty,  które  Heloiza  próbowała  mi  wytłumaczyć. 
Wyznam,  że  niewiele  z  tego  zrozumiałem.  Poza  tym  jestem  bardzo 
zmęczony.  Mam  nadzieję,  że  wyjaśnisz  mi  wszystko  krótko  i 
rzeczowo. 

- Zapomnij teraz o guwernantce Filipa - ("guwernantka Filipa"  to 

byłam ja) zaczął mówić Raoul nawet nie spojrzawszy na mnie. - Ona 
w  tym  nie  brała  udziału,  a  jeśli,  to  przypadkowo.  Cała  historia  od 
początku  do  końca  związana  jest  z  moim  ojcem.  Dlatego 
powiedziałem,  że  przekroczyła  wszelkie  kategorie  grzeczności. 
Ponieważ  punktem  wyjścia,  mon  oncle,  jest  twój  brat,  a  mój  ojciec, 
który od pewnego czasu próbował zabić Filipa, w czym pomagała mu, 
a w każdym razie spiskowała z nim jego żona. 

background image

Heloiza  jakby  cicho  jęknęła  i  zobaczyłam,  że  chłopiec  podniósł 

głowę znad ramienia Hipolita, żeby na nią spojrzeć. 

W  tym  momencie  odezwałam  się  stanowczo,  nie  poznając 

własnego głosu: 

- Filip ma dopiero dziewięć lat. Niedawno przeżył ciężkie chwile,

jest  bardzo  zmęczony  i  z  pewnością  głodny.  Proszę  pozwolić  mi, 
żebym  zabrała  go  na  dół  do  kuchni  i  oddała  pod  opiekę  komuś 
godnemu zaufania. 

Wszyscy  drgnęli,  jakby  nagle  przemówiło  któreś  z  okrytych 

całunami krzeseł. 

Pierwszy  odezwał  się  Hipolit:  -  Oczywiście,  że  powinien  iść  na 

dół. Ale chciałbym, żeby pani została tutaj. Raoul, zadzwoń proszę. 

Raoul  obrzucił  mnie  obojętnym  spojrzeniem  i  zrobił  to,  o  co 

poprosił go Hipolit. 

Czekaliśmy w milczeniu. Po chwili drzwi się otworzyły, ale to nie 

madame  Vuathoux  się  pojawiła,  ale  starszy  wiekiem,  o  miłej twarzy 
służący. 

- Gaston - powiedział Hipolit - proszę, zabierz panicza Filipa na 

dół  i  dopilnuj,  żeby  dostał  coś  do  jedzenia.  Madame  Vuathoux  albo 
Jeanne chyba przygotowały dla niego pokój... pewno garderobę obok 
mojej sypialni. Filipie, idź teraz z Gastonem. Zajmie się tobą. 

Uradowany  chłopiec  zerwał  się  z  kanapy.  Siwowłosy  służący 

uśmiechnął  się  do  niego  mówiąc:  "Idziemy"  i  wyciągnął  rękę.  Filip 
podbiegł nie oglądając się na nikogo. Wyszli razem. 

Hipolit  odwrócił  się do  Raoula. Widziałam,  że całym  wysiłkiem 

panuje  nad  sobą.  Ale  kiedy  odezwał  się,  jego  głos,  choć  łagodny  i 
uprzejmy jak zawsze, nie całkiem był spokojny. 

-  Mów  dalej,  Raoulu.  Proszę  jednak  o  konkretne  fakty.  To  jest 

przecież mój brat... Pamiętaj o tym. 

- A mój ojciec - dodał  ostro Raoul i gwałtownym gestem  strącił 

popiół z papierosa do pustego kominka. 

-  Jeśli  idzie  o  fakty,  to  nie  mam  ich  wiele,  ale  ty  możesz  je 

zdobyć. Ja w tę całą sprawę - tutaj podniósł oczy i spojrzał na mnie, 
były całkiem bez wyrazu - włączyłem się dziś rano. - Urwał i chwilę 
milczał.  Potem  zaczął  znowu  mówić:  -  Nie  będę  przypominał  ci 
genezy całej sprawy, tego, że gdyby Filip się nie urodził, to mój ojciec 
odziedziczyłby  Valmy,  gdzie  spędził  całe  swe  życie  i  które  kocha, 
zwłaszcza od wypadku,  całkiem obsesyjnie. Kiedy Stefan  tyle lat się 

background image

nie żenił, doszedł do wniosku, że Valmy pewnego dnia stanie się jego 
własnością  i  dlatego  wszelkie  dochody  z  własnego  Bellevigne 
pakował  w  Valmy.  Prowadziłem  Bellevigne,  od  kiedy  skończyłem 
dziewiętnaście  lat,  i  dobrze  wiem,  ile  przez  te  początkowe  lata 
wyciągnął  z  tego  majątku  pieniędzy.  Iluż  sprzeczek  z  ojcem  było  to 
powodem...  ostatecznie  Bellevigne  jest  także  moim  dziedzictwem  i 
wcale nie  byłem tak  pewny  jak on, że Stefan  nie będzie kiedyś  miał 
syna. 

- Wiem o tym, Leon nigdy nie chciał o tym słyszeć - odezwał się 

Hipolit. 

- No,  cóż  - ciągnął  Raoul.  - Stefan  się  ożenił  i  urodził  się  Filip. 

Nie  będę  cię  męczył  opowiadaniem,  jak  zareagował  na  ten  fakt  mój 
ojciec,  na  szczęście  na  tyle  miał  rozsądku,  że  Stefan  o  tym  nie 
wiedział...  pewno  dlatego,  żeby  pozwolił  mu  nadal  mieszkać  w 
Valmy. Dzięki temu dochód wypracowany przez Bellevigne zostawał 
na  miejscu,  a  ja  starałem  się  naprawić  to  wszystko,  co  było 
systematycznie rujnowane lata całe. - Coś jak uśmiech rozjaśniło jego 
surową twarz. - Muszę przyznać, że dawało mi to wiele satysfakcji... 
Niestety w zeszłym roku Stefan zginął. - Spojrzał z góry na Hipolita. -
I znowu Valmy zaczęło ciągnąć pieniądze z Bellevigne. 

Starszy mężczyzna poruszył się. - Tak od razu?  
Raoul znów się uśmiechnął. Nie był to miły uśmiech. 
- Rad jestem, stryju, że tak szybko chwytasz sedno sprawy. Tak. 

Wtedy musiał zdecydować, że coś należy zrobić z Filipem, który miał 
dziedziczyć  Valmy  po  sześciu  latach.  Jakaś  okazja  mogła  się 
nadarzyć. 

- Podawaj tylko fakty - powiedział ostro Hipolit.  
-  Proszę  bardzo.  Oszczędzi  to  nam  czasu,  a  dla  ciebie  będzie 

lepiej,  jeśli  dowiesz  się  bez  osłonek,  że  mój  ojciec  postanowił 
zamordować Filipa. 

Nastąpiła chwila milczenia, wreszcie Hipolit się odezwał: 
- Dobrze. Przyjmuję to do wiadomości. Komu to wyznał? 
Raoul wykrzywił usta. - Mnie. Uspokój się, mon oncle, to nadal 

sprawa rodzinna. 

- No, tak... - Hipolit poruszył się na kanapie. - A ja pojechałem do 

Grecji przekazując Leonowi opiekę nad Filipem. 

- Oczywiście nie rozumiałem, co z tego może wymknąć - mówił 

spokojnie  Raoul.  -  Trudno  wyobrazić  sobie,  że  rodzony  ojciec 

background image

zamierza  popełnić  morderstwo.  Po  prostu  byłem  tak  zdziwiony  i 
wściekły, że cały  mój trud  włożony  w Bellevigne  poszedł na  marne, 
że zacząłem analizować sytuację. Zaczęły się też ustawiczne kłótnie z 
ojcem. Na początku kwietnia przyjechałem do Valmy, żeby przekonać 
się  co  słychać  z  Filipem.  Ani  przez  chwilę  nie  przypuszczałem,  że 
dzieje  się  coś  złego.  Jeszcze  raz  podkreślam,  że  człowiek  nie 
podejrzewa  o  takie  rzeczy  swojej  rodziny  i  ludzi,  których  zna.  No, 
więc  przyjechałem  do  Valmy,  żeby  "zbadać  sytuację"  i  odniosłem 
wrażenie,  że  sytuacja  jest  całkiem  normalna.  Dowiedziałem  się,  że 
Filip ma nową guwernantkę i ciekaw byłem... - Tu jego oczy spotkały 
się z  moim wzrokiem,  urwał, ale zaraz zaczął  mówić dalej: - Valmy 
nigdy  nie  było  domem  odpowiednim  dla  dzieci,  ale  tym  razem 
wszystko  było  w  porządku.  Jednak  następnego  dnia  zdarzył  się 
wypadek, który mógł mieć tragiczne skutki.

I  tym  spokojnym  rzeczowym  tonem  opowiedział  Hipolitowi  o 

strzale w lesie, na co Hipolit coś krzyknął, a Heloiza poruszyła się w 
fotelu i wbiła wzrok w podłogę. Siedziała niemo, tylko widziałam, jak 
ostrymi  paznokciami  rozdarła  zwietrzały  złoty  jedwab  na  poręczach 
fotela.  W  tym  momencie  Raoul  spojrzał  na  nią,  ale  twarz  jego  była 
całkiem bez wyrazu. 

-  Nawet  wtedy  -  ciągnął  -  nie  domyśliłem  się,  co  się  dzieje. 

Zresztą  dlaczego  miałem  coś  podejrzewać?  Potem  robiłem  sobie  z 
tego  powodu  gorzkie  wyrzuty,  ale  jak  już  mówiłem,  trudno  sobie 
wyobrazić  coś  takiego.  -  Wrzucił  niedopałek  papierosa  do  pustego 
paleniska i odwrócił się, żeby go zgasić butem. - A może - powiedział 
cicho  jakby  tylko  do  siebie  -  jednak  coś  podejrzewałem,  sam  nie 
wiem. Może nie chciałem dopuścić do żadnych podejrzeń. - Spojrzał 
na swego stryja. - Czy potrafisz to zrozumieć? 

- Tak - odparł głucho Hipolit. - Tak. 
-  Miałem  nadzieję,  że  zrozumiesz.  To  okropne  przeżycie.  -

Zapalał następnego papierosa. 

-  Jednak  coś  podejrzewałeś,  skoro  dość  szybko  przyjechałeś  do 

Valmy. Na Wielkanoc? 

Raoul pochłonięty był zapalaniem następnego papierosa. - To nie 

podejrzenie  skłoniło  mnie  do  tego,  ponieważ  aż  do  Balu 
Wielkanocnego  nie  było  po  temu  powodu.  Zresztą  tego  właśnie 
wieczoru  dzwoniłem  do  ciebie,  ponieważ  zdarzyły  się  dwie  rzeczy. 
Miss Martin powiedziała  mi, że omal  nie wydarzył  się  jeszcze jeden 

background image

wypadek: ktoś obluzował balustradę na balkonie od zachodniej strony 
i  tylko  dzięki  temu,  że  ona  to  zauważyła  i  zastawiła  czymś 
niebezpieczne  miejsce, uratowała Filipa od śmierci, który spadłby na 
ostro zakończone sztachety ogrodzenia. 

Hipolit,  słysząc  to  odwrócił  się,  spojrzał  na  mnie.  Wyraz  jego 

twarzy  sprawił,  że  po  raz  pierwszy  chciałam  wiedzieć,  co  Heloiza 
opowiedziała mu na mój temat podczas jazdy samochodem. Sądząc po 
jego  minie  nie  było  to  nic  przychylnego.  Kiedy  Raoul  opowiadał  o 
naszej ucieczce o północy, widziałam, że twarz jego się zmienia, jak 
gdyby  Hipolit  na  podstawie  relacji  szwagierki  wyrobił  sobie  o  mnie 
całkiem inną opinię. 

-  Tej  nocy  -  mówił  dalej  Raoul  -  było  coś  dziwnego  w 

zachowaniu  Heloizy.  Sprawiała  wrażenie  przerażonej,  a  potem  miss 
Martin powiedziała mi o koszmarnych snach Filipa... Dopiero jednak 
ten  drugi  wypadek  wstrząsnął  mną.  Nad  ranem  od  razu  do  ciebie 
zatelefonowałem.  Wydawało  mi  się,  że  obaj  musimy  wyjaśnić 
wszystko z moim ojcem, przekonać się, o co chodzi, przywołać go... 
do  rozsądku.  Uważałem  też,  że  powinieneś  mi  oddać  pod  opiekę 
Filipa, w razie gdybyś musiał ponownie wyjechać. Jeśli idzie o Filipa, 
to  nie  mam  żadnych  praw  do  niego,  a  z  oczywistych  powodów 
wolałem  nie  szukać  pomocy  u  czynników  oficjalnych.  Stąd  to  moje 
Sos  do  ciebie.  -  Uśmiechnął  się  do  Hipolita  bez  cienia  radości.  -  W 
każdym  razie,  jeśli  idzie  o  policję,  to  mój  ojciec  miał  w  ręku 
wszystkie  atuty,  bo  przecież  nic  się  jeszcze  nie  wydarzyło.  Nie 
popełnił żadnej zbrodni, której można by mu dowieść. Pomyślałem, że 
jeśli  zatelegrafujesz  o  swoim  powrocie,  może  to  go  powstrzyma  od 
realizacji  jego  planów,  jeśli  je  naprawdę  miał  -  zakończył  ze 
znużeniem. 

Znów  zapanowała  cisza.  Hipolit  spojrzał  na  Heloizę.  A  Raoul 

ciągnął: 

-  Teraz  to  wydaje  się  takie  dziwne,  że  nie  uważałem  go  za 

zdolnego  do  popełnienia  morderstwa.  Powinienem  był...  Już 
mówiłem,  że  trudno  z  czymś  takim  się  pogodzić.  Zresztą  w  takiej 
sytuacji  trudno  mi  byłoby  oskarżyć  go  wprost  i  wątpię,  czy 
przyniosłoby  to  jakąś  korzyść.  Jeśli  rozmowa,  którą  z  nim  dziś  rano 
odbyłem,  ma jakieś  znaczenie... - urwał i wzruszył ramionami. - No, 
więc,  zawiadomiłem  cię.  Zrobiłem,  co  mogłem,  żeby  uciszyć  mój 
niepokój,  poza    tym  wiedziałem,  że  można  polegać  na  miss  Martin. 

background image

Wmawiałem w siebie, że jestem głupcem. Następnego dnia chciałem 
zostać  w  Valmy,  ale  miałem  wcześnie  rano  telefon  z  Paryża  i 
musiałem  wyjechać.  Miało  to  związek  z  pożyczką,  jaką  chciałem 
zaciągnąć  na  Bellevigne  i  ktoś,  od  kogo  to  zależało,  miał  być  tego 
dnia  po  południu  przejazdem  w  Paryżu.  Musiałem  koniecznie  się  z 
nim zobaczyć. Dlatego wyjechałem. Zamierzałem zostać w Paryżu do 
środy po południu, wrócić tu, spotkać się z tobą po twoim powrocie z 
Aten  i  razem  pojechać  w  czwartek  do  Valmy.  Ledwie  jednak 
opuściłem Valmy, coraz bardziej zacząłem się niepokoić, jak gdybym 
dopiero oddalając się od mego ojca, zaczynał jasno rozumieć motywy 
jego postępowania. W każdym razie  chyba po raz pierwszy pojąłem, 
że ta niemożliwa rzecz może się stać, że Filipowi grozi bezpośrednie 
niebezpieczeństwo.  Po  południu  zadzwoniłem  do  ojca  pod  jakimś 
pretekstem,  nie  pamiętam  już  jakim,  i  zadałem  mu  kilka  pytań. 
Powiedział  mi  o  twoim  telegramie,  słowo  daję,  nawet  sprawiał 
wrażenie zadowolonego, że cię wkrótce zobaczy. Wszystko wydawało 
się  w  największym  porządku  i  po  skończeniu  rozmowy  miałem 
wrażenie, że to wszystko było nieprawdą. - Zaciągnął się papierosem. 
- Jednak wieczorem nie mogłem już dłużej wytrzymać. Zadzwoniłem 
na  lotnisko  i  miałem  szczęście,  było  miejsce  na  rejs  w  nocy. 
Samochód  zostawiłem  przedtem  na  lotnisku  w  Genewie  i  wprost 
pojechałem  do  Valmy.  Znalazłem  się  tam  wczesnym  rankiem  i 
dowiedziałem,  że  miss  Martin  i  Filip  zniknęli.  -  Strącił  popiół  z 
papierosa.  -  A  tak  z  ciekawości,  chcę  zapytać,  Heloizo,  jak  to 
wytłumaczyłaś memu stryjowi, kiedy go spotkałaś dziś na lotnisku? 

Nic  nie  odpowiedziała.  Tylko  gwałtownie  odwróciła  głowę. 

Sprawiała  wrażenie,  że  niewiele  słyszy.  Twarz  miała  szarą,  martwą. 
Tylko palce się poruszały, wyrywając złote jedwabne nitki. 

Hipolit miał tak nieszczęśliwą minę, że łatwo było się domyśleć, 

co usłyszał od niej. 

- Nie było to bardzo jasne... - wybąknął niepewnie. 
-  Nieważne,  co  pan  słyszał  -  odezwałam  się.  -  Powiem,  co 

naprawdę  się  wydarzyło.  We  wtorek  w  nocy  dowiedziałam  się  o 
zamiarach monsieur de Valmy. Bernard upił się na zabawie we wsi i 
powiedział  o  tym  Bercie,  pokojówce.  A  ona  mnie  to  powtórzyła. 
Musiałam  jak  najszybciej  zabrać  Filipa  z  Valmy.  Nie  bardzo 
wiedziałam, dokąd mam pójść. Ukryliśmy się, a potem przyszliśmy tu 
i czekali na pana. To wszystko. 

background image

Czułam,  że  Raoul  na  mnie  patrzy.  Rozdzielała  nas  ta  pusta 

przestrzeń  zaludniona  duchami.  Nic  więcej  nie  powiedziałam.  Nie 
mogłam tego zrobić, nawet gdyby to była ostatnia możliwość. 

Hipolit  odwrócił  się  do  Raoula.  -  Mów  dalej.  Wróciłeś  i 

przekonałeś  się,  że  nie  ma  ich.  Zapewnie  wtedy  zwróciłeś  się  do 
Leona? 

-  Tak.  -  Jakiś  inny  ton  pojawił  się  w  jego  spokojnym  głosie,  co 

sprawiło,  że  drgnęłam  na  moim  taborecie  i  odwróciłam  od  niego 
wzrok.  Nie  chciałam  obserwować  jego  twarzy.  Zresztą  naprawdę 
nadal  była  całkowicie  pozbawiona  wyrazu.  -  Istniały  różne  teorie  -
ciągnął  dalej  -  dlaczego  oni  uciekli,  ale  ja  wiedziałem  jedno:  miss 
Martin  miała  jakiś  dowód,  że  Filipowi  grozi  niebezpieczeństwo.  Jak 
gorzko  żałowałem,  że  zbagatelizowałem  swoje  podejrzenia.  No,  i 
zaatakowałem ojca. Nie była to miła rozmowa. Od razu przystąpiłem 
do rzeczy. On zaczął wszystkiemu zaprzeczać, znasz go dobrze, robił 
to tak sprytnie, że ja wyszedłem na głupca. Ale fakt pozostał faktem, 
że  Lin...  miss  Martin  uciekła.  Przycisnąłem  go  mocniej  i  wtedy 
zmienił ton. Stwierdził, że jeśli idzie o Filipa, to jego losy nie są dla 
niej  całkiem  obojętne.  -  Strząsnął  popiół  z  papierosa,  nie  patrząc  na 
mnie. 

- Co masz na myśli? - spytał Hipolit.  
Raoul  milczał,  ja  więc  odpowiedziałam:  -  Monsieur  de  Valmy 

miał podstawy wierzyć, że zakochałam się w panu Raoulu. 

Zdziwiony  Hipolit  uniósł  brwi,  na  swój  sposób,  podobnie  jak 

Leon, potrafił szybko reagować.  

- Tak więc odniosłaby pani pewne korzyści pozbywając się Filipa 

- stwierdził. - Byłoby to bardzo dalekowzroczne z pani strony, młoda 
damo. A jaka była twoja reakcja, Raoul, na tę sugestię? 

- Ten pomysł był tak absurdalny, że nawet nie czułem gniewu. Po 

prostu  się  roześmiałem.  I  powiedziałem,  że  zna  nie  wszystkie  fakty. 
Nie  tylko  miss  Martin  odniosłaby  korzyść,  innymi  słowy  mówiąc, 
zamierzałem  ożenić  się  z  miss  Martin  i  gdyby  jej  albo  Filipowi 
zdarzyła  się  jakaś  krzywda,  odpowiadałby  za  to  nie  tylko  przed 
policją, ale i przede mną. 

Hipolit  najpierw  spojrzał  badawczo  na  Raoula,  potem  na  mnie, 

znowu na Raoula i wreszcie na swoje ręce. Nastąpiła długa cisza. Coś 
w  tonie  tej  rozmowy  skłoniło  go,  żeby  pominąć  ostatnią  informację 
Raoula, gdyż tylko spytał: 

background image

- I co dalej? 
-  Będę  się  streszczał  -  odparł  rzeczowo  Raoul.  -  Znowu  zmienił 

stanowisko,  mnie  postanowił  w  to  wmieszać,  oświadczył  więc,  że 
przecież  to  ja  i  moja  przyszła  żona  odniesiemy  wielkie  korzyści  w 
wypadku  śmierci Filipa. Nie był  w stanie zrozumieć,  że ja mógłbym 
oprzeć  się  takiej  pokusie.  Był  przekonany,  że  potrafiłbym  przekonać 
miss  Martin,  już  jako  moją żonę,  żeby  zrealizować  jego  plany.  Obaj 
powinniśmy  ciebie  uspokoić  -  mówił  -  jak  tylko  przyjedziesz, 
namówić, żebyś wrócił do Grecji, a wtedy zająć się spokojnie Filipem. 
Moglibyśmy  sfingować  historię,  że  Linda  uciekła  do  mnie  -  zresztą 
wszyscy  o  tym  mówili  -  zrobić  z  tego  skandal,  po  prostu  romans. 
Chciał, żebym odnalazł Lindę i wmówił ludziom, że uciekła do mnie. 

Najgorsze chyba w tym wszystkim było to, że ani syn Leona, ani 

jego brat nie byli zdziwieni tym. Zmartwieni - tak, przerażeni - może, 
ale nie zdumieni. 

- Cóż mogłem na to powiedzieć - mówił Raoul. - Chwycić go za 

gardło? Oświadczyłem, że nie bylibyśmy w stanie skrzywdzić Filipa i 
że  dajmy  spokój  tym  bredniom.  Trzeba  znaleźć  ich  oboje,  w 
przeciwnym  razie  zrobi  się  skandal,  z  którym  nawet  on  sobie  nie 
poradzi.  Pomyślałem,  że  być  może  Linda  dzwoniła  do  mnie  do 
Paryża, zatelefonowałem więc tam przy nim, ale powiedziano  mi, że 
nikt  nie  próbował  skontaktować  się  ze  mną.  Zostawiłem  wiadomość 
konsjerżce w razie, gdyby Linda odezwała się później, ale byłem tak 
pewien, że dzwoniła do mnie, że uważałem wiadomość o jej ucieczce 
z Valmy za jego kłamstwo i byłem pewien, że coś im się stało, więc... 
ale  dajmy  temu  spokój  teraz.  Zresztą  prawie  natychmiast 
zrozumiałem,  że  się  mylę,  ponieważ  wszedł  Bernard,  znasz  go 
oczywiście,  który  bezskutecznie  ich  szukał.  Zdziwił  się,  kiedy  mnie 
zobaczył.  A  ja  nie  zwlekając  powiedziałem  mu  wprost,  że  w  jego 
interesie  leży  jak  najszybciej  odnaleźć  Lindę  i  Filipa.  Myślałem,  że 
może  szukali  pomocy  u  tego  Anglika,  który  pracuje  w  lasach 
Dieudonne, wiedziałem że Linda go zna, i byłem rad, że tu w okolicy 
ma  choć  jednego  przyjaciela.  Zadzwoniłem  do  Coq  Hardi  w 
Soubirous,  gdzie  czasem  nocuje,  ale  już  wyszedł  i  powiedział,  że 
wróci  dopiero  wieczorem.  Poleciłem  Bernardowi,  żeby  poszedł  do 
chaty, gdzie Anglik trzyma swoje rzeczy, ale okazało się, że już tam 
był  i  nikogo  nie  zastał.  Powiedział  mi  też,  gdzie  ich  poszukiwał. 
Udzieliłem  mu  wskazówek,  gdzie  ma  dalej  szukać,  choć  dobrze 

background image

zdawałem sobie sprawę, jak skąpe mam wiadomości o całej sytuacji i 
poleciłem, żeby ze mną był w stałym kontakcie... Zresztą szczegóły są 
teraz nieważne. Doskonale zdawał sobie sprawę, że musi wobec mnie 
postępować  uczciwie.  Kiedy  wyszedł,  powiedziałem  ojcu  wprost,  że 
jeśli Lindzie i Filipowi stanie się krzywda, to choćby nawet wyglądało 
to  na  oczywisty  wypadek,  zabiję  go.  Potem  sam  pojechałem 
samochodem  na  poszukiwanie...  Tylko  tyle  -  skończył  cicho. 
Wyglądał na bardzo zmęczonego. 

Siedziałam  bez  ruchu,  wpatrzona  w  podłogę.  Tylko  tyle! 

Szesnaście godzin, w czasie których nie tylko jeździł po całej dolinie, 
ale  dzwonił  wielokrotnie  do  Paryża  i  (jak  się  później  dowiedziałam) 
do konsulatu w Genewie, do szpitala i na policję... 

Dwie rzeczy stały się jasne: po pierwsze, Leon de Valmy nie miał 

pojęcia,  że  wygodne  dla  jego  planów  plotki  o  naszych  zaręczynach 
były  prawdą,  po  drugie,  że  Raoul  nic  nie  wiedział  o  ostatniej  i 
naprędce  podjętej  próbie  otrucia  Filipa,  jak  również  o  tym,  że  mnie 
również groziło niebezpieczeństwo ze strony jego ojca. Bernard, który 
trafił na rozmowę  Leona z Raoulem,  szybko  musiał się  zorientować, 
że  jego  pan  znalazł  się  na  straconej  pozycji,  ponieważ  dał  mu  on  w 
jakiś sposób znak, że należy zakończyć polowanie, i od tego momentu 
współpracował  z  Raoulem.  Niezależnie  od  tego,  czy  istotnie  miałam 
rację  czy  nie,    sądząc  ubiegłej  nocy,  że  grozi  nam  obojgu  wielkie 
niebezpieczeństwo,  dziś  od  wczesnego  ranka...  to  znaczy  od  chwili, 
gdy wrócił Raoul, byliśmy całkowicie bezpieczni. Psy gończe zostały
odwołane.  A  wszystko  to  dzięki  niemu.  Nadal  siedziałam  sztywno, 
wpatrzona w podłogę. 

Cisza  przeciągała  się  nieznośnie.  Słyszałam,  jak  kryształy 

żyrandola  wibrują  niby  nierealna  muzyka  szpinetu.  Podniosłam 
wreszcie wzrok i spojrzałam na tych troje przy kominku. 

Obaj  mężczyźni  patrzyli  na  kobietę  w  fotelu.  Siedziała 

nieruchomo,  ale  to  nie  był  wcale  ten  charakterystyczny  dla  niej 
spokój,  który  tak  dobrze  znałam.  Delikatny  kwiat  zwiądł.  Leżała 
bezwładnie w fotelu, a ręce martwo spoczywały na poręczach fotela. 
Blade  oczy  miała  teraz  całkiem  otwarte  i  z  wyrazem  cierpienia 
spoglądała  to  na  Raoula,  to  na  Hipolita.  Nie  musiała  nic  mówić. 
Wszystko  wypisane  było  na  jej  twarzy,  nawet  jakby  wyraz  ulgi,  że 
nareszcie została powiedziana cała prawda. 

background image

Drzwi  otworzyły  się  i  wszedł  Filip,  w  dłoniach  niósł  bardzo 

ostrożnie filiżankę z bulionem. Podszedł do mnie i powiedział: 

- To dla pani, miss Martin, pani też było źle. 
-  Och,  Filipie...  -  głos  mi  się  załamał,  ale  on  chyba  tego  nie 

zauważył, gdyż patrzył na milczącą nieruchomo Heloizę. 

-  Ciociu  Heloizo,  też  miałabyś  ochotę  na  bulion?  -  spytał 

niepewnie. 

I  stało  się.  Zaczęła  płakać  cienko,  piskliwie.  Trudno  było  tego 

słuchać. 

Pochyliłam się i pocałowałam Filipa w policzek. 
-  Dziękuję  ci,  p'tit,  ale  stryjenka  Heloiza  nie  czuje  się  dobrze. 

Lepiej zmykaj stąd. Dobranoc. Śpij dobrze.  

Spojrzał na mnie zdziwiony, ale posłusznie wyszedł. 
Heloiza  nie  ukryła  twarzy  w  dłoniach,  tylko  łkała  okropnie, 

urywanie,  bez  jednej  łzy.  Hipolit,  równie  blady  na  twarzy  jak  ona, 
patrzył  na  nią  bezradnie  i  drżącą  ręką  podniósł  do  ust  chusteczkę. 
Następnie, po krótkim wahaniu, usiadł na fotelu obok niej, wziął jedną 
jej  bezwolną  rękę  w  dłonie  i  zaczął  delikatnie  głaskać.  Coś  do  niej 
szeptał pocieszającego, ale bezskutecznie. 

Raoul  stał milcząc z dala od tych dwojga, twarz jego nadal była 

ponura i zamknięta. Nawet nie spojrzał na mnie. 

Już miałam się do niego odezwać, ale w tym  momencie Heloiza 

nareszcie zaczęła mówić. Głos miała straszny, cienki i zduszony: 

- Tak, to  prawda,  co  on powiedział,  Hipolicie.  Zmusił  Leona  do 

mówienia...  była  okropna  scena...  on  nie  miał  prawa...  -  Nagle 
odwróciła  się  do  Hipolita  i  drugą  ręką  chwyciła  jego  dłoń.  -  Ale 
jestem  szczęśliwa,  że  już  wszystko  wiesz.  Wyciągniesz  nas  z  tego, 
prawda? Dopilnujesz, żeby to się nie wydało? Policja nic tu nie ma do 
roboty!  Słyszałeś,  co  Raoul  ci  powiedział,  to  sprawa  wyłącznie 
rodzinna!  Wyłącznie!  Bernard  nie  ośmieli  się  mówić,  Raoul  też  nie 
może nic   powiedzieć.  Przecież  Leon  jest  jego  ojcem!  To  do  czegoś  
zobowiązuje.  -  Potrząsnęła  ramieniem  Hipolita  pochylona  wprzód, 
mówiła bez tchu prawie, natarczywie: - Nie dopuścisz do tego, żeby to 
wszystko  się  wydało!  Nie  zrobicie  tego  Leonowi,  Ty  i  Raoul!  Nic 
złego się nie stało... Filip jest zdrów i cały, tak samo jak dziewczyna. 
Nie  patrz  tak  na  mnie,  Raoul.  Dobrze  wiesz,  że  możesz  to  załatwić, 
jeśli  tylko  zechcesz!  Guwernantka  jest  w  tobie  zakochana!  Będzie 
trzymać język za zębami... 

background image

- Heloizo, daj spokój! - przerwał jej ostro Hipolit. Wyzwolił się z 

jej  rąk  i  odsunął  trochę.  Patrzył  na  nią  tak,  jakby  ją  zobaczył  po  raz 
pierwszy w życiu. - A więc potwierdzasz, że to wszystko prawda? Ty 
wiedziałaś o tym? 

Znowu  zapadła  w  fotel,  rozległ  się  krótki  szloch,  ale  się 

opanowała  i  zaczęła  głową  poruszać  w lewo  i  w prawo,  w lewo  i  w 
prawo. 

- Tak, tak, potwierdzam wszystko co ci powiedział. Przyznaję się 

do  wszystkiego,  tylko  pomóż  nam.  -  Coś  w  jego  spojrzeniu  musiało 
do niej dotrzeć, gdyż zmieniła ton: - Ja nie jestem zła, Hipolicie, wiesz 
o tym. Nie chciałam zrobić krzywdy Filipowi, ale to było ze względu 
na Leona, robiłam to dla niego. - Napotkała na jego kamienny wzrok i 
dodała  szybko:  -  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  Valmy  powinno 
należeć do niego. To jego dom. Ma do niego prawo. Wiesz o tym. On 
nie jest taki jak inni ludzie. Powinien mieć Valmy. Powinien! Tyle już 
przeszedł i do tego miałby być wyrzucony z własnego domu?!  

Jej szwagier poruszył się niespokojnie. 
- Wcale nie wiem, czy Leon byłby ci wdzięczny za taką obronę, 

Heloizo. Zresztą obecnie ta sprawa nie podlega dyskusji. To, o czym 
rozmawiamy,  jest  znacznie  poważniejsze.  O świadomie  planowanym 
morderstwie dziecka. 

- Tak, tak, wiem o tym. Macie rację. Ale nic się nie stało. Nikomu 

żadna krzywda. Sam Raoul to przyznał! To się nie może wydać! Och, 
musisz o tym porozmawiać z Leonem, ale postarasz się, żeby został w 
Valmy, zrobisz to, prawda? Nie ma żadnego powodu, żeby nie został! 
Ludzie  będą  trochę  gadać,  ale  wkrótce  o  wszystkim  zapomną,  jeśli 
staniesz  po  naszej  stronie  i  sprawa  nie  nabierze  rozgłosu.  Wiem,  że 
nam w tym pomożesz. Znasz uczucia Leona. Zrobisz wszystko, żeby 
został w Valmy! Już dawno temu powinien był z tobą porozmawiać... 
prosiłam go o to, nie chciałam, żeby rozwiązał tę sprawę po swojemu. 
Byłam  pewna,  że  zrozumiałbyś  jego  punkt  widzenia  i  że  teraz  też 
rozumiesz.  Jestem  pewna,  że  istnieją  możliwości,  żeby  wszystko 
załatwić! Możesz przecież pójść na jakąś ugodę! 

Zaczął  coś  mówić.  Urwał  i  zamiast  tego  stwierdził  całkiem 

spokojnie: 

- Żadna dyskusja tutaj nie ma sensu, Heloizo, gdyż do niczego nas 

nie doprowadzi. 

- Obiecaj mi tylko jedno, nie zawiadomisz o niczym policji! 

background image

- Niczego ci nie mogę obiecać. Jedno tylko mogę powiedzieć, że 

spróbujemy  znaleźć  kompromis  pomiędzy  tym  co  słuszne  i  co 
najlepsze. 

Sprawiała  wrażenie,  że  go  nie  słucha.  Coś  się  w  niej  załamało. 

Straciła  nad  sobą  kontrolę,  jej  wargi  i  ręce  drżały.  Błagalne  słowa 
płynęły, wyznawała w nich wszystko, czego nigdy nie chciała głośno 
powiedzieć: - To go zabije, gdyby musiał przenosić się do Bellevigne! 
Wszystkie nasze pieniądze włożyliśmy w Valmy, musisz to przyznać. 
Każdy  frank  szedł  na  ten  majątek.  Nie  możesz  powiedzieć,  że  Leon 
był złym powiernikiem! 

- Nie mogę - przyznał Hipolit. 
Nawet  nie  zauważyła  ironii  w  jego  głosie.  Ten  jej  upór,  całe 

podejście do sprawy świadczyły wyraźnie o tym, że Leon miał na nią 
przemożny wpływ, że zabił w niej wszystkie jej dobre instynkty. 

-  Dlaczego  Leon  miałby  nie  mieć  tej  jednej  rzeczy  w  życiu!  -

mówiła jak automat. - Valmy było jego! Dobrze wiesz o tym! Stefan 
nie miał prawa tak postąpić, żadnego prawa! To dziecko nie powinno 
się było urodzić! 

Nagle odezwał się Raoul, jakby coś zmusiło go do tego: 
- Niech Bóg ma cię w swej opiece, Heloizo, przecież ty zaczęłaś 

myśleć tak samo jak on. 

Urwała  i  szybko  odwróciła  głowę  w  jego  stronę.  Nie  widziałam 

jej oczu, tylko ręce zaciskające się na oparciach fotela. Zaczęła znów 
mówić prawie bez tchu: 

- Ty, ty... zawsze go nienawidziłeś!  
Nic  nie  odpowiedział.  Wyjął  jeszcze  jednego  papierosa  i  bardzo 

powoli go zapalał. 

-  To  twój  ojciec  -  ciągnęła.  -  Czy  to  nic  dla  ciebie  nie  znaczy? 

Będziesz  tak  sobie  stał  z  boku  i  patrzył,  jak  zostaje  zrujnowany? 
Naprawdę jest ci obojętne, że to twój ojciec? 

Raoul  nadal  milczał.  Sądząc  z  wyrazu  jego  twarzy  można  by 

sądzić, że nawet nie słucha. Ale zauważyłam, że ściągnął brwi, kiedy 
zapałka sparzyła mu palce. 

Nagle uderzyła mocno dłońmi o oparcie fotela i krzyknęła: 
- Do diabła, czyżbyś potępiał własnego ojca? - W tym momencie 

przestała nad sobą panować, jej głos był przeraźliwie ostry, na granicy 
histerii.  -  Stoisz  tak  i  nazywasz  go  mordercą!  Ty,  który  masz 
wszystko,  a  on  jest  sparaliżowany  i  nie  ma  nic  własnego,  tylko  ten 

background image

zrujnowany  mająteczek  na  południu!  Potępiasz  go,  mówisz  pięknie, 
gładko o tym, co złe i co dobre, o morderstwie i policji, a czy wiesz, 
co  zrobiłbyś  na  jego  miejscu?  Skąd  wiesz,  co  byś  zrobił,  gdybyś 
pewnego  dnia  rozbił  swój  samochód  na  serpentynie,  złamał  sobie 
kręgosłup,  a  przy  tym  zabił  dwoje  ludzi?  Tak,  dwoje!  Czy  ona 
spojrzałaby na ciebie? Czy zostałaby przy tobie i kochała cię tak jak ja 
jego  przez  te  wszystkie  lata  i  robiła  to,  co  ja  robiłam  dla  niego  z 
radością,  z  największą  radością.  -  Urwała  i  głęboko,  drżąco 
westchnęła.  -  O,  Boże,  on  ze  sparaliżowaną  połową  ciała  jest  lepszy 
niż ty, Raoulu de Valmy! Ty nie wiesz wcale... bo skąd niby możesz 
wiedzieć... - uniosła dłonie do twarzy i zaczęła płakać. 

Nagle  ta  cała  scena  stała  się  nie  do  wytrzymania,  nic  mnie  nie 

obchodziła. Wstałam energicznie. 

W  tej  chwili  drzwi  gwałtownie  się  otworzyły,  uderzając  o  obitą 

jedwabiem  ścianę  i  do  salonu  wtargnął  jak  rozgniewany  niedźwiedź 
William Blake. 

Rozdział Xx 

Śmierć uczyniła to, co do niej należało... 

(R. Browning, "Po...") 

- Kim, u diabła, pan jest? - zawołał Raoul.  
Ponieważ  powiedział  to  po  francusku,  William  Blake  wcale  na 

niego  nie  zwrócił  uwagi.  Wysoki,  bardzo  angielski,  z  jasnymi 
potarganymi  włosami,  stał  w  drzwiach  ciężko  oddychając  i  nagle 
poczułam się bezpieczna. Spojrzał przez salon na mnie, na nikogo nie 
zwracając uwagi. 

- Linda? Co się tutaj dzieje? Czy nic ci się nie stało?  
Ni  to  płacząc,  ni  to  śmiejąc  się  odparłam:  -  Och,  Williamie.  -  I 

podbiegłam do niego na nic nie zwracając uwagi, nawet na bulion. 

Nie  wziął  mnie  w  ramiona,  ponieważ  z  wielką  przytomnością 

umysłu  zatrzymał  się,  tak  że  bulion  nie  oblał  mu  jego  starej  kurtki, 
tylko drogocenny dywan. 

background image

- Spokojnie - powiedział. - Czy naprawdę nic ci się nie stało? 
- Tak, wszystko w porządku. 
Hipolit  zaskoczony  wtargnięciem  nieznanego  sobie  człowieka 

odwrócił  się  i  wstał,  natomiast  Heloiza  wcale  nie  zwróciła  na  to 
uwagi.  Płakała  nadal,  głośno  szlochając.  Hipolit  znieruchomiał, 
spoglądając bezradnie to na przybysza, to na nią.  

Nie  ruszając  się  Raoul  wyjaśnił:  -  To  ten  Anglik,  o  którym  ci 

mówiłem. 

Widziałam,  że  William  drgnął,  słysząc  rozpaczliwe  łkanie 

Heloizy, ale był całkiem opanowany i stał z wojowniczą miną. 

- Czy nie zrobili ci krzywdy? 
-  Ach  nie,  nie.  Zresztą  to  nie  oni,  Williamie,  wszystko  już  się 

skończyło. 

- Czy mogę coś zrobić? 
- Nic właściwie... tylko zabierz mnie stąd.  
Za sobą  usłyszałam głos  Hipolita, który  mówił spokojnie,  ale ze 

współczuciem: 

-  Heloizo,  proszę.  Musisz  się  opanować.  To  ci  tylko  zaszkodzi. 

Rozchorujesz się, Heloizo... 

- Doskonale - powiedział William - zabieram cię stąd. I to zaraz. -

Położył mi rękę na ramieniu i skierował się do drzwi. - Idziemy. 

Hipolit zrobił mały krok w naszym kierunku. 
- Miss Martin... 
Akurat  wtedy  Heloiza  powiedziała  coś  niezrozumiałego  wśród 

łkań i chwyciła go za rękaw, a mnie ten gest po prostu wzruszył. 

- Nie mogę patrzeć na to obojętnie, zaczekaj chwilę, Williamie. -

Wetknęłam  mu w  ręce  filiżankę  bulionu  i  podeszłam  do  madame de 
Valmy.  Hipolit  cofnął  się,  a  ja  uklękłam  przed  złotym  fotelem, 
klęczałam też u stóp  Raoula, ale nie  spojrzałam  nawet  na niego,  stał 
nieruchomo.  Heloiza  zakryła  twarz  dłońmi,  łkania  jakby  osłabły. 
Delikatnie  odciągnęłam  jej  ręce  w  dół  i  wzięłam  w  swoje  dłonie, 
mówiąc: 

-  Madame,  proszę  już  nie  płakać.  Możemy  wszystko  omówić 

spokojnie,  kiedy  pani  będzie  się  lepiej  czuła.  Przecież  pani  nie  chce 
się rozchorować. - A potem zwróciłam się do Hipolita: - Czy pan nie 
widzi, w jakim ona jest stanie? Nie ma sensu przedłużać tej sytuacji. 
Ona  nie  wie,  co  mówi.  Powinna  się  położyć  do  łóżka...  Madame, 

background image

wszystko  ułoży  się  pomyślnie,  z  pewnością...  Proszę  już  więcej  nie 
płakać. 

Łkanie  ucichło.  Spojrzała  na  mnie  bladym,  nieobecnym 

wzrokiem.  Jej  uroda  zniknęła.  Lekko  poróżowane  policzki  obwisły, 
cera poszarzała, usta miała wiotkie, z rozmazaną od płaczu szminką. -
Dość  już  łez,  madame.  Niech  pani  się  niczym  nie  dręczy.  Proszę,  to 
moja chusteczka... Ależ pani ma zimne ręce! Dlaczego pani tu siedzi, 
przecież  w  gabinecie  napalono  w  piecu.  Ostatnio  pani  źle  się  czuła. 
Chodźmy  tam  i  poprosimy  Gastona,  żeby  przyniósł  pani  kawę.  Czy 
może pani wstać? Zaraz pomogę... 

Wstała  wolno,  sztywno,  poprowadziłam  ją  do  drzwi  gabinetu. 

Szła  posłusznie,  jak  lunatyczka.  Obaj  mężczyźni  za  nami.  Nikt  nie 
powiedział  ani  słowa.  Nadal  płakała,  ale  teraz  po  cichu,  w  moją 
chusteczkę. Pomogłam jej usiąść w fotelu przy piecu i uklękłam koło 
niej na dywaniku. 

Nie bardzo  wiem, co do niej  mówiłam, ale łkanie ustało. Oparta 

wygodnie  w  fotelu  spojrzała  na  mnie.  Była  całkiem  wyczerpana. 
Nagle martwym głosem lunatyczki odezwała się: 

- Lubiłam panią, miss Martin. Od samego początku lubiłam. 
-  Wiem  o  tym  -  odparłam  łagodnie.  -  Teraz  wszystko  jest  w 

porządku. Proszę się niczym nie martwić. Zawieziemy panią do domu 
i... 

- Pani nie byłaby obarczona odpowiedzialnością za wypadki. Nie 

zamierzaliśmy  zrzucić  na  panią  winy.  Od  samego  początku  nie 
chcieliśmy  tego.  Leon  panią  lubił.  Mówił,  że  pani  jest  dzielna.  Tak 
panią  określił.  Powiedział:  "To  dzielna  dziewczyna  i  szkoda  byłoby 
zrobić jej krzywdę". 

- Ale co właściwie miał na myśli? - spytał bardzo spokojnie Raoul 

zza moich pleców. 

Madame  de  Valmy  nie  zwróciła  na  to  uwagi,  jakbyśmy  tylko 

dwie  były  obecne.  Znowu  trzymała  moje  ręce  w  swoich  dłoniach  i 
nadal mówiła tym monotonnym głosem, jak gdyby nie mogła nad tym 
zapanować. 

- Powiedział to wczoraj albo może przedwczoraj. Oczywiście po 

tym drugim wypadku na balkonie musieliśmy panią zwolnić. Uważał, 
że  pani  jest  zbyt  spostrzegawcza  i  że  z  pewnością  zacznie  nas  pani 
podejrzewać, jeśli znowu coś się stanie. Byliśmy bardzo zadowoleni, 

background image

że pani dała nam powód do tego. A pani myślała, że ja się gniewam, 
prawda? 

- Tak, madame. 
- I wtedy przyszedł telegram. Musieliśmy coś zrobić, i to szybko. 

We wsi krążyły już plotki o pani i o Raoulu, i o tym, że wymówiliśmy 
pani. Jednak Leon powiedział, że to później i tak się przyda, jeśli na 
wsi będą was uważać za parę. 

Usłyszałam  za  plecami,  że  Raoul  wciąga  powietrze,  jakby  się 

chciał odezwać. Powiedziałam więc szybko, żeby zwrócić jej uwagę: 

-  Tak,  madame,  wiem  o  tym.  To  Albertyna  rozpuściła  te  plotki. 

Ale teraz nie mówmy o tym. 

-  Ona  nie  wiedziała,  co  zamierzamy  zrobić,  ale  nigdy  pani  nie 

lubiła  - mówiła dalej  madame de Valmy.  - To ona  mi powiedziała  o 
tym,  że  pani  pomyliła  recepty.  Żeby  pani  zaszkodzić,  żebym  panią 
uważała  za  kogoś  nieodpowiedzialnego,  głupiego.  Ze  złości.  Ale  to 
nam  podsunęło  myśl  o  truciźnie.  Dlatego  postanowiliśmy  użyć  te 
pastylki. Nie chcieliśmy tego zrzucić na panią, miss Martin. Miało to 
wyglądać  na  wypadek.  Wie  pani,  dodaliśmy  je  do  glukozy,  trucizna 
była w glukozie, którą pani słodziła mu co wieczór jego czekoladę. 

- Madame... 
- Na szczęście,  niewiele  zostało  jej  w pudełku,  usunęliśmy  więc 

niebieski  kolor  z  pastylek,  sproszkowaliśmy  je  i  zrobiliśmy 
odpowiednio  mocną  mieszankę.  Zbyt  mocną  pewnie.  Musiała  być 
bardzo gorzka i on tego nie wypił, prawda? 

- Nie wypił. Ale nie dlatego. - Odwróciłam się zdesperowana do 

Hipolita  stojącego  w  milczeniu  za  biurkiem:  -  Monsieur  de  Valmy, 
czy mogę zadzwonić na służącego i poprosić o kawę? Wydaje mi się 
doprawdy... 

-  Nie  potrafiliśmy  wymyśleć  nic  lepszego  -  ciągnęła  Heloiza.  -

Miało  to  wyglądać  na  wypadek.  Gdyby  to  wypił  i  umarł,  nikt  nie 
podejrzewałby  morderstwa.  Te  pastylki  antyhistaminy  są  niebieskie. 
Lekarz  sądziłby,  że  Filip  pomyślał,  że  to  cukierki.  Dzieci  często  tak 
robią. Mieliśmy usunąć resztę glukozy i zostawić na szafce koło jego 
łóżka  kilka  pastylek.  Reszta  była  w  buteleczce  stojącej  na  kominku, 
skąd z łatwością mógł je wziąć i zjeść. Panią nikt by o to nie obwiniał. 
Pomyślano  by,  że  pani  zapomniała  je  dać  pani  Seddon.  Leon  był 
pewien, że nawet wtedy nikt by pani nie podejrzewał. 

background image

-  O  czym  ty  właściwie  mówisz,  Heloizo?  -  odezwał  się  znowu 

Raoul. 

Spojrzała na niego  jak lunatyczka.  Najwyraźniej  nie pamiętała  o 

swoim wybuchu. Odpowiedziała mu rzeczowo: 

-  O  truciźnie.  To  był  bardzo  dobry  plan,  musieliśmy  mieć 

pewność,  a  to  wyglądałoby  na  wypadek.  Ale  on  tego  nie  wypił.  To 
dobrze. Ona tak powiedziała. Już jej wyjaśniłam, że nie zamierzaliśmy 
jej skrzywdzić. Lubię ją. Zawsze lubiłam. 

- Madame, pani jest bardzo wzburzona - powiedziałam szybko. -

Pani nie wie, co mówi. Teraz napije się pani kawy i odwieziemy panią 
do domu. 

-  A  gdyby  panna  Martin  została  oskarżona?  -  spytał  Raoul.  -

Gdyby  podejrzewano  morderstwo?  Dzięki  tobie  przecież  wszyscy 
wiedzieli,  że  ona  i  ja...  że  był  uzasadniony  powód,  żeby  się  pozbyć 
Filipa. 

Nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego. 
-  Czy  nie  o  to  chodziło  memu  ojcu,  kiedy  stwierdził,  że  "to 

później i tak się przyda"? - Hipolit zaczął coś mówić, lecz Raoul mu 
przeszkodził: - We wtorek wieczorem, Heloizo... kto odkrył, że Filipa 
nie ma? 

- Leon. Całą noc nie spał. Mieliśmy usunąć resztę glukozy i... 
- To już mówiłaś. Przekonał się, że Filipa nie ma. Co dalej?
- Pomyślał, że może Filip poczuł się źle i poszedł do miss Martin. 

Ale u niej się nie paliło. Jej również nie było. 

- A kiedy zobaczył, że ich nie ma, co potem zrobił? 
- Posłał Bernarda na poszukiwanie. 
- Jakie on dostał instrukcje? 
Nic  nie  odpowiedziała,  ale  pod  presją  tego  pytania  jakby  się 

ożywiła.  Patrzyła  teraz  na  niego  świadomie,  nerwowo  mrugając 
oczami. 

- Jakie dostał instrukcje, Heloizo?  
Znowu nie odpowiedziała. Nie musiała. Rysy jej twarzy stopniały 

jak stearyna. 

- Tak, masz rację. Chyba wystarczy? - To mówiąc Raoul wyszedł 

z gabinetu i zamknął za sobą drzwi. 

Przez  chwilę  nikt  się  nie  ruszył.  Potem  Heloiza  podniosła  się 

odsuwając  mnie  tak  silnie,  że  upadłam  na  dywan.  Stała  chwilę  z 

background image

rękoma  bezwładnie  spuszczonymi  i  wreszcie  powiedziała  całkiem 
spokojnie: 

- On poszedł zabić Leona. - I zemdlona upadła.  
Pamiętam  tylko,  że  się  zerwałam  i  stałam  nad  nią,  wpatrzona  w 

zamknięte drzwi. Pamiętam, że Hipolit zawołał: 

- Raoul! Wracaj, ty głupcze! 
W  odpowiedzi  usłyszał  trzask  frontowych  drzwi.  Z  jękiem 

odwrócił się i skoczył do telefonu, który w tym momencie zadzwonił. 
Nim  rozległ  się  drugi  sygnał,  wypadłam  na  galerię  i  pobiegłam  w 
stronę  schodów.  Za  moimi  plecami  rozległy  się  kroki  i  William 
chwycił mnie za ramię. 

- Linda, Linda! Dokąd biegniesz? Trzymaj się od tego z dala. Nic 

nie możesz zrobić. 

Na  dworze  rozległ  się  szum  silnika  samochodowego.  Trzasnęły 

drzwiczki.  Cadillac  ruszył,  nabrał  szybkości,  po  chwili  zapanowała 
cisza. 

Strząsnęłam rękę Williama, zbiegłam po schodach i zaczęłam się 

szarpać  z  ciężkimi  drzwiami...  William  sięgnął  ponad  moim 
ramieniem i otworzył je. W świetle lampy, wśród zamglonych drzew, 
ujrzałam 

półkolisty 

podjazd... 

wielki 

czarny 

samochód... 

zdezelowanego jeepa... wyżłobione koleiny w miejscu, gdzie zawracał 
cadillac. Jeszcze czuć było zapach spalin w powietrzu. 

Wybiegłam. William znowu chwycił mnie za ramię. 
- Na miłość boską, Lindo! 
- Musimy go zatrzymać! Musimy go zatrzymać!  
- Ale... 
- Czy ty nie rozumiesz? On chce zabić Leona. Powiedział, że to 

zrobi, i jego za to zabiją. Czy nie rozumiesz? 

Nadal  mnie  trzymał.  -  Ale  co  możesz  na  to  poradzić?  I  tak  po 

uszy jesteś zamieszana w ich ciemne sprawy. Zabiorę cię stąd. Tutaj 
nic nie masz do roboty. Sama powiedziałaś,  że to już skończone. Co 
cię to obchodzi, jeśli nawzajem się wymordują? 

-  Dobry  Boże,  co  mnie  to  obchodzi?  Williamie...  -  Przywarłam 

teraz  do  niego.  -  Williamie,  musisz  mi  pomóc.  Ja...  ja  nie  umiem 
prowadzić samochodu. Williamie, proszę cię, proszę na wszystko... 

Noc,  drzewa  we  mgle,  samotna  lampa  w  żółtawej  aureoli, 

wszystko  to  było  tłem  narastającego  przerażenia,  które  mnie 
ogarniało, w uszach czułam pulsowanie krwi. 

background image

-  No,  to  dobrze,  jedziemy  -  powiedział  spokojnie  i  ścisnął  moją 

dłoń.  

Zobaczyłam, że podchodzi do jeepa. 
-  Nie,  nie  tym.  -  Głos  mi  drżał.  Podbiegłam  do  wielkiego 

chevroleta i otworzyłam gwałtownie drzwiczki. To był wóz z Valmy. 
Heloiza wyjechała nim na lotnisko po Hipolita. 

William stanął obok mnie i spytał niepewnie: 
- Czy możemy to zrobić? 
-  Ten  jest  szybszy.  Kluczyki  są  w  stacyjce.  Och,  Williamie, 

szybko! 

- Okay. 
Ruszyliśmy,  koła  zajęczały  biorąc  zakręt  i  odrzucając  żwir  na 

boki.  Reflektory  przeczesały  drzewa,  domek  dozorczyni,  wierzby 
ociekające mgłą... Brama, skręt w prawo i znaleźliśmy się na osnutej 
mgłą  szosie,  ostry  zakręt  w  lewo  i  dość  stromy  podjazd  między 
odbijającymi  echo  murami,  znowu  w  prawo,  wąskie  uliczki 
zmierzające  do  rynku.  Byliśmy  dość  wysoko,  mgła  zniknęła. 
Znaleźliśmy  się  na  szerokiej  ulicy  wysadzanej  dwoma  rzędami 
przyciętych  wierzb...  Zakręt  w  prawo  i  przejechaliśmy  przez  pusty 
brukowany  rynek.  William  najwyraźniej  poznał  już  samochód.  W 
kiepskim  oświetleniu  ulicy  zaczęliśmy  nabierać  szybkości. 
Wyjechaliśmy z miasteczka. Prowadziły nas dwie smugi reflektorów, 
silnik  pracował  mocno,  równo.  Naprzeciw  wybiegła  nam  tablica 
informacyjna. Rozwidlenie szosy. Pojechaliśmy w lewo, do Valmy. 

Moim  zdaniem  William  był  tak  samo  dobrym  kierowcą  jak 

Raoul, który miał nad nami nie tylko przewagę czasu, ale też szybszy 
wóz, dobrze mu znany. Jednak po chwili zaczęłam mieć nadzieję, że 
te atuty niewiele mu pomogą, gdyż wkrótce po opuszczeniu Thonon, 
znowu zaczęła się mgła. Nie ta sięgająca drzew szara opończa, która 
nadchodząc  znad  jeziora  spowiła  Willę  Mireille,  ale  pasma  i  strzępy 
białego  tiulu,  który  znad  rzeki  opadał  w  zagłębienia  szosy,  stale 
biegnącej  opodal  wody.  Za  każdym  razem  kiedy  samochód  zanurzał 
się w biały cumulus, który oślepiał nas, pochłaniał, zwalnialiśmy, by 
po  chwili  znaleźć  się  w spokojnej  czerni. Z początku  było  to  bardzo 
denerwujące,  zdawało  nam  się,  że  oślepiła  nas  wielka  biała  ręka  i 
przerażeni wciskaliśmy się w fotele, wytężając wzrok. Aż stopniowo 
przyzwyczailiśmy  się  do  nurkowania  w  białe  chmury  i  William 

background image

prawie  nie  tracił  szybkości.  Bez  najmniejszego  wahania  zdawał  się 
widzieć, gdzie jest wzniesienie, a gdzie zakręt, gdzie mgła zalega na 
długości  pięćdziesięciu  metrów,  a  gdzie  tylko  pięciu,  i  przecinał  te 
fale, jakby znał trasę dosłownie na pamięć. Podczas swej pracy musiał 
tędy wielokrotnie jeździć, może nawet znał tę drogę lepiej niż Raoul, 
który  przez  dłuższy  czas  mieszkał  w  Bellevigne  albo  w  Paryżu. 
Mogliśmy go jeszcze dogonić... 

Taką  w  każdym  razie  miałam  nadzieję,  kiedy  siedząc  obok 

Williama  wpatrywałam  się  w  nadbiegającą  mgłę  i  próbowałam 
dojrzeć znikające za każdym zakrętem tylne światła cadillaca. 

- O co chodzi, Lindo? - odezwał się William. 
-  Co  masz  na  myśli?  Ach,  racja.  Zapomniałam,  że  ty  nie  znasz 

francuskiego.  -  Roześmiałam  się  cicho.  -  Przepraszam  cię.  Ja...  ja 
przestaję  już  myśleć  dzisiaj.  Nie  podziękowałam  ci  nawet  za  to,  że 
przyjechałeś.  Po  prostu  wciągnęłam  cię  w  moje  sprawy  i 
wykorzystałam. Jestem ci ogromnie wdzięczna. Naprawdę ogromnie. 

- Nie przejmuj się tym. Ale chciałbym wiedzieć, o co chodziło. 
Opowiedziałam  mu  więc  całą  historię,  zapewne  nieco 

chaotycznie, z przerwami, gdyż nadal byłam bardzo zmęczona i nadal 
dręczył mnie strach. 

Samochód  pędził szosą w dolinie  i noc  mijała nas bezszelestnie. 

Nagle zobaczyłam tylne czerwone światła. 

- Spójrz, Williamie! - zawołałam ochryple. 
Nie odpowiedział, lecz byłam pewna, że je widział.
Zniknęły i w chwilę później oślepiająca biel ogarnęła nas znowu. 

Plama przejrzystej czerni i jeszcze raz zanurzenie w mleczną chmurę, 
tym  razem  tak  cienką,  że  odbicie  w  niej  naszych  żółtawych  świateł 
wywołało efekt tęczy, którą nasz samochód przeciął na dwa pasma. 

Nabieraliśmy  prędkości,  a  przed  nami, najwyżej  trzysta  metrów, 

pojawiły się znowu czerwone światła. 

Ten samochód nie jechał bardzo szybko, my za to coraz prędzej. 

Dwieście metrów, sto, pięćdziesiąt... Doganialiśmy go. 

- To tylko ciężarówka - stwierdził William, zdjął nogę z gazu i dał 

znak, że chce wyprzedzać. 

Była  to  odrażająca  landara,  jakich  wiele  można  spotkać  we 

Francji, zbyt wysoka i szeroka w każdych warunkach, i do tego zbyt 
szybka  jak  na  swoje  rozmiary.  Wkrótce  przekonaliśmy  się,  że  nie 
zamierza ustąpić nam drogi, ignorując nasze sygnały świetlne. Jechała 

background image

przed nami najspokojniej w świecie, kołysząc się na zakrętach, ale ani 
na centymetr nie zjeżdżając w bok. 

Nie  mam  pojęcia,  jak  długo  wlekliśmy  się  za  nią.  Chyba  całą 

wieczność.  Wpatrzona  w  brudną  tylną  deskę  ciężarówki,  siedziałam 
wbijając  paznokcie  jednej  ręki  w  dłoń  drugiej  i  zagryzając  dolną 
wargę. Wiozła żwir,  który przez  szpary  w burtach  wysypywał  się na 
szosę.  Po  lewej  stronie  miała  narysowaną  kredą  jakąś  odrażającą 
twarz.  Po  dziś  dzień  zapamiętałam  obłamany  z  boku  numer 
rejestracyjny,  920-de 75...  choć  świadomie  go  nie  widziałam, 
pochłonięta  myślami  o  cadillacu  pędzącym  przed  nami,  o  Raoulu  i 
Leonie i o scenie jaka wkrótce rozegra się w bibliotece zamku Valmy. 

- Williamie... - odezwałam się znowu. 
- Jeśli cadillac ją wyprzedził - odparł spokojnie - to i nam się uda. 

Trzymaj się mocno. 

Nie  było  cienia  zdenerwowania  w  jego  głosie.  Zjechał  na  lewą 

stronę,  znowu  zamigał  światłami  i  czekał.  Ciężarówka  jechała 
spokojnie  dalej.  Byliśmy  teraz  na  podjeździe,  musiała  więc  zwolnić. 
Zajmowała  całą  drogę  i  musieliśmy  wlec  się  za  nią.  Miałam  ochotę 
rozpłakać  się  i  żeby  tego  uniknąć  ugryzłam  się  znowu  w  wierzch 
dłoni. 

Ciężarówka zwolniła i przeszła na pierwszy bieg. Byliśmy blisko 

szczytu  wzniesienia.  Nagle  ujrzeliśmy  światła  jadącego  naprzeciw 
nam  samochodu.  Ciężarówka  była  już  na  samej  górze  -  czarna 
sylwetka  na  tle  narastającej  jasności  -  i  zjechała  ostro  w  prawo, 
ustępując zbliżającemu się samochodowi. 

Nasze reflektory błysnęły raz i przygasły. Wcisnęło mnie całkiem 

w fotel, kiedy chevrolet wpadł jak torpeda w wolną przestrzeń. 

Światła  się  spotkały  i  tuż  przed  maską  ciężarówki  zjechaliśmy 

ostro  w  prawo.  Usłyszałam  ryk  klaksonu  i  może  jakiś  okrzyk,  ale 
udało się i szybko popędziliśmy w dół. 

-  Och,  cudo  moje  -  powiedział  William  z  czułością  do 

samochodu,  a  potem  uśmiechnął  się  do  mnie.  Ja  ugryzłam  rękę  do 
krwi, a on nawet nie zaczął szybciej oddychać. - Jak to miło - ciągnął -
mieć tyle koni do dyspozycji... 

Szosa  znowu  wzniosła  się  wyżej,  uwalniając  się,  na  razie,  od 

mgły.  William  dodał  gazu,  mechaniczne  konie  pomknęły  w  przód. 
Znowu zaczęłam wypatrywać czerwonych światełek. 

background image

Zobaczyliśmy  je  dopiero  kiedy  szosa  zaczęła  opadać  w  stronę 

mostu Valmy, a potem reflektory, gdy cadillac wjechał na serpentynę 
prawie o kilometr przed nami. 

Musiałam  chyba  coś  powiedzieć,  bo  William  spojrzał  na  mnie  i 

rzekł: 

- Nie martw się, moja droga. Wszystko spokojnie omówią. - Ale 

nie  był  o  tym  przekonany,  ja  również.  Oboje  widzieliśmy  twarz 
Raoula. A sposób, w jaki światła ukazywały się i nikły na serpentynie, 
świadczył wyraźnie o jego nastroju. 

Wreszcie  zniknęły  pod  jasno  oświetlonymi  oknami  zamku. 

William  przyspieszył  i  zjechaliśmy  z  ostatniego  wzniesienia,  a 
napotkawszy  ścianę  mgły  powyżej  maski  samochodu,  zwolniliśmy  i 
zanurzeni  w  niej  skręciliśmy  na  most.  Nagle  stanęliśmy  z  piskiem 
hamulców. 

- Co się stało? - spytałam bez tchu. 
- Czy dwa samochody mogą się minąć na tej drodze? 
- Na serpentynie? To niemożliwe, ale... 
- Spójrz. - Spojrzałam. - Dobry Boże - jęknęłam. Jakiś samochód 

wyjechał z podjazdu i ostrożnie wziął pierwszy zakręt. 

- Dokąd się wybierasz? - spytał ostro William.  
Zaczęłam mocować się z drzwiami. - Od mostu prosto w górę jest 

ścieżka przez las... stopnie. Mogłabym...  

Pochylił się w bok i chwycił moją rękę. 
-  Nie  bądź  głupia.  Pęknie  ci  serce,  a  ja  i  tak  będę  przed  tobą. 

Siedź spokojnie. 

- Ale, Williamie... 
-  Dobrze  wiem,  co  chcesz  powiedzieć.  Jednak  nic  innego  w  tej 

chwili  nie  możemy  zrobić.  -  Patrz,  już  prawie  zjechał  na  dół.  Siedź 
spokojnie. 

Trzęsłam się cała. - Oczywiście, dla ciebie to nie ma znaczenia... 
Oczy  jego  były  łagodne,  ale  poważne.  -  A  dla  ciebie  ma? 

Naprawdę ma? 

-  Nic  nie  odpowiedziałam.  Zjeżdżający  samochód  wziął  ostatni 

zakręt  i  jego  światła  skierowały  się  w  stronę  skąpanego  we  mgle 
mostu. 

- Przepraszam cię, Lindo - szepnął cicho. 
Samochód  przejechał  most,  zawahał  się  i  skręcił  na  szosę. 

William położył ręce na kierownicy, dodał gazu. Chevrolet skoczył w 

background image

przód,  przeleciał  przez  most,  wstęgi  mgły  opadły  na  boki.  Przez 
ułamek sekundy, nim nawis skalny zasłonił mi widok, ujrzałam na tle 
czarnego  nieba  rozjarzone  światłami  Chateau  Valmy.  To  miał  na 
myśli  William.  Zamek  unoszący  się  w  powietrzu,  marzenie 
kopciuszka.  Co  za  nonsens!  "Uczty  za  granicą,  przy  muzyce,  i  w 
świetle pochodni, dziewięć karet czeka..." 

Nie dla ciebie, Lindo. Ty musisz wracać do Camden Town. 
Chevrolet był już na ostatnim zakręcie, chrzęst żwiru pod kołami. 

Stanął gwałtownie tuż za cadillaciem. 

Na podjeździe był jeszcze jakiś inny wóz i jakby furgonetka, ale 

nie  zwróciłam  uwagi  na  te  samochody.  Nim  stanęliśmy, otworzyłam 
drzwiczki  po  swojej  stronie  i  potykając  się  wbiegłam  na  wielkie 
schody. 

Seddon był w hallu. Kiedy mnie zobaczył, wyszedł mi naprzeciw 

mówiąc: "Och,  miss Martin...", ale  minęłam go bez słowa,  jakby nie 
istniał, i pobiegłam korytarzem do biblioteki. 

W  lekko  uchylonych  drzwiach  widać  było  światło.  Kiedy 

znalazłam  się  przed  nimi,  cała  moja  rozpaczliwa  odwaga  pierzchła. 
Nie mogłam się ruszyć. 

W bibliotece panowała cisza. 
Wreszcie  otworzyłam  ostrożnie  drzwi,  zrobiłam  parę  kroków  i 

zamarłam. Plecami do drzwi stał Raoul, patrząc z góry na swego ojca. 
Leon de Valmy tym razem nie siedział w swoim inwalidzkim wózku, 
lecz  dziwnie  skręcony,  zapewne  z  powodu  gorsetu,  jaki  nosił  pod 
ubraniem,  leżał  na  boku,  policzkiem  dotykając  dywanu.  Twarz  miał 
gładką, pozbawioną bruzd i cieni, zniknęły z niej piękno i zło. 

Z  miejsca,  w  którym  stałam,  dostrzegłam  czarny  otwór  w  jego 

skroni. 

Upadłabym na ziemię, gdyby nie podtrzymał mnie William i nie 

zabrał z milczącego pokoju. 

Rozdział Xxi 

"Spójrz, gwiazdy lśnią nadal." 

(Webster, "Księżna Malfi") 

background image

... Ciepło, dźwięk nalewanego płynu i zapach azalii... Ktoś mnie 

gładził  po  ręce.  Ale  nie  było  muzyki,  i  głos,  który  wymówił  moje 
imię, nie był głosem Florimonda. 

- Lindo, wypij to - powiedział William.  
Poczułam pieczenie na języku i westchnąwszy otworzyłam oczy. 
Byłam  w  małym  saloniku  i  leżałam  na  sofie  koło  kominka. 

Niedawno  rozpalono  w  nim  ogień.  Blade  płomienie  lizały  drzewo, 
patrzyłam  na  nie  oszołomiona.  Nigdy  dotąd  nie  zemdlałam.  Na 
wspomnienie  tej  słabości,  która  mnie  ogarnęła,  przeraziłam  się, 
podniosłam niepewnie rękę do oczu. Salonik nadal kołysał się wokół 
mnie, zbyt jasny i nieco zamazany. 

- Wypij do końca - polecił William. 
Posłuchałam  go.  Cokolwiek  to  było,  było  obrzydliwe,  ale 

rozgrzało mnie wewnętrznie i dodało sił. W chwilę później moje oczy, 
palce, a nawet mózg należały do mnie. I pamięć. 

- Jak się teraz czujesz? 
-  Dobrze,  całkiem  dobrze.  Przepraszam  cię,  Williamie.  Nie 

powinnam była tego zrobić. 

Wziął  mi  szklankę  z  ręki  i  postawił  na  kominku,  potem  usiadł 

koło mnie na sofie. 

-  Właściwie  nic  z  tego,  co  zrobiliśmy  dziś  w  nocy,  nie  było  tak 

bardzo potrzebne, prawda? 

Patrzyłam na niego oszołomiona. Oczywiście dla niego nic to nie 

znaczyło. Z trudem dobierając słowa powiedziałam: 

- Czy już... czy już go zabrali? 
- Jeszcze nie. 
- Williamie, ja muszę go... zobaczyć. Na chwilę.  
Usłyszałam zdumienie w jego głosie. - Ależ, moja droga... 
- Kiedy go zabiorą? 
-  Nie  mam  pojęcia,  policja  ciągle  jeszcze  jest  zajęta.  Karetka 

czeka. 

Gwałtownie uniosłam głowę. - Karetka? Jest ranny? Co się stało? 

-  Usiadłam  i  chwyciłam  go  za  ramię.  Przed  oczami  ciągle  jeszcze 
miałam  mroczki.  Oczy  Williama  widziałam  niewyraźnie,  ale 
dostrzegłam w nich zdumienie i zaskoczenie. Niewyraźnie usłyszałem 
jak mówi: 

background image

-  Ależ,  Lindo,  czy  nie  rozumiesz?  Myślałem,  że  wiesz.  On  nie 

żyje.  

Musiałam go szarpnąć za rękaw. Ręką nakrył moją dłoń. 
- On się zastrzelił jeszcze przed przyjazdem Raoula i naszym. 
- Och - powiedziałam dziwnie cienkim głosem - a więc Leon sam 

się zastrzelił. Karetka przyjechała po Leona. 

- A niby po kogóż by innego? 
Usłyszałam, jak się śmieję sucho, bez cienia radości. 
- Rzeczywiście, po kogóż by innego? - I wybuchnęłam płaczem. 

Doprawdy William miał trudne zadanie, ale jak na przeciętnego, 

skromnego Brytyjczyka znakomicie sobie radził. Znowu nalał mi tego 
paskudnego płynu, znowu pogłaskał po ręce i otoczył ramieniem. 

-  Sądziłem,  że  wiedziałaś,  co  się  stało  -  zaczął  mówić.  -  Byłem 

pewien, że zemdlałaś  z powodu  szoku na widok martwego Leona de 
Valmy...  Lokaj  opowiedział  mi  wszystko  dokładnie,  kiedy  przyniósł 
dla  ciebie  koniak.  Naprawdę  byłem  pewien,  że  to  słyszałaś,  nie 
miałem pojęcia, że jesteś nieprzytomna. 

-  Nie  byłam  całkiem  nieprzytomna.  Słyszałam  waszą  rozmowę, 

ale  nie  rozumiałam  sensu.  Jak  głosy  we  śnie...  przychodziły  i 
odchodziły. 

Przytulił mnie mocniej. - Biedne dziecko. Teraz już lepiej? 
Skinęłam głową. - Proszę powtórz to, co mówił Seddon. 
-  Tak  się  nazywa?  Chwała  Bogu,  nareszcie  jakiś  Anglik! 

Powiedział mi, że po jedenastej poszedł do biblioteki, żeby dołożyć do 
ognia  i  znalazł  Leona  de  Valmy  martwego,  tak  jak  my  go 
widzieliśmy.  Nikt  nie  słyszał  strzału.  Wezwał  natychmiast  policję  i 
lekarza, a potem zadzwonił do Willi Mireille, ale nikt się nie odezwał. 

- To musiało być wtedy, nim weszliśmy z Filipem do domu. 
- Potem jeszcze dwa razy próbowali. Pewnie pierwszy raz wtedy, 

kiedy ty do mnie telefonowałaś, dopiero za drugim razem rozmawiali 
z panem Hipolitem, pewno wtedy, kiedy wychodziliśmy. Hipolit jest 
w drodze, wkrótce tu będzie. 

- Jeśli umie prowadzić jeepa. 
- O Boże! - jęknął William. - Nie pomyślałem o tym. 
- Czy jesteś pewny, że to było samobójstwo? 
- Całkowicie. Pistolet trzymał w ręku i zostawił list.  
- List? Leon de Valmy zostawił list? 

background image

-  Tak,  ma  go  policja.  Seddon  go  nie  czytał,  ale  na  podstawie 

zadawanych  mu  przez  policję  pytań  wywnioskował  jaka  jest  jego 
treść. Przyznał  się  do dwóch  prób  zamordowania Filipa  przy udziale 
Bernarda, ale niczyim więcej. Stwierdził kategorycznie, że ani Raoul, 
ani madame de Valmy nic o tym nie wiedzieli. O tej ostatniej próbie, 
tej z trucizną nie wspomniał... dlatego pewnie, że to obciążyłoby jego 
żonę. Stwierdził tylko, że Bernard musiał ci napomknąć o tych dwóch 
pierwszych,  i  dlatego  wpadłaś  w  panikę  i  uciekłaś  z  Filipem.  Tyle 
mniej więcej. W każdym razie ty niczego nie musisz się obawiać. 

Milczałam  przez  chwilę.  -  No  cóż,  odpowiadać  będę  tylko  na 

pytania,  nic  więcej.  Nie  chciałabym  pogrążyć  jeszcze  bardziej 
madame de Valmy, niezależnie od tego, co zrobiła. On nie żyje, ona 
zaś musi żyć z tym całym bagażem wspomnień. Nie zdziwiłabym się, 
gdyby  bezszelestnie  zgasła,  tak  jak  księżyc,  gdy  zniknęłoby  słońce. 
Bardzo  to  w  stylu  Leona  odsunąć  od  niej  i  ode  mnie  wszelkie 
podejrzenia, a za to obciążyć tego łajdaka Bernarda... inna sprawa, że 
było niemożliwe ukryć jego współudział. Zresztą Bernard zawiódł. 

- To nie dlatego - powiedział William. - Kiedy Bernard przekonał 

się,  że  oboje  uciekliście  i  że  Raoul  was  szuka,  musiał  uświadomić 
sobie, że Leon de Valmy przegrał na całej linii, że nie może już liczyć 
na duże pieniądze, jakie mu jego pan obiecał. Przeszedł więc na stronę 
tego,  co  wygrywa,  chcąc  sobie  pewno  zabezpieczyć  przyszłość,  i 
przez  cały  dzień  pomagał  Raoulowi  w  poszukiwaniach.  Wreszcie 
wczoraj  wieczorem,  trzy,  cztery  godziny  temu,  przyszedł  do  pana 
Leona i próbował szantażem wyłudzić od niego pieniądze. 

- Szantażem? 
-  Tak.  Jest  o  tym  w  liście.  Zagroził,  że  powie  wszystko.  Moim 

zdaniem  to  właśnie  przeważyło  szalę  decyzji  Leona  de  Valmy,  żeby 
popełnić samobójstwo. No cóż, szantaż to sprawa bez końca. 

- Chyba masz rację - powiedziałam z namysłem. - Zastanawiałam 

się,  co  było  przyczyną  tego,  że  się  zabił.  Zamiast  czekać  na  to,  co 
zrobią Raoul i Hipolit. Ostatecznie cała sprawa nadal dotyczyła tylko 
rodziny.  Ale  teraz,  kiedy  się  nad  tym  zastanowić...  Nawet  gdyby 
Raoul, Hipolit i ja zgodzilibyśmy się całą sprawę uciszyć ze względu 
na  Filipa  i  rodzinę...  to  co  pozostałoby  Leonowi  de  Valmy?  Hipolit 
miał  możność  wywrzeć  presję  na  swego  brata  i  zmusić  go,  żeby 
opuścił  Valmy.  Gdyby  zaś  nawet  pozwolił  mu  zostać,  pilnowałby 
spraw finansowych, Raoul zaś nie dopuściłby do dalszego rujnowania 

background image

Bellevigne...  W  każdym  razie  Leon  musiałby  oddać  Valmy  po 
upływie pięciu lat. A my wszyscy, łącznie z Filipem, wiedzieliśmy, co 
zrobił i jaki był... I wreszcie ten szantaż Bernarda. Leon znalazł się w 
rozpaczliwej  sytuacji,  nie  miał  wyjścia.  Na  pewno  nie  był 
człowiekiem, który łatwo uległby szantażowi. Tak naprawdę on umarł 
wcześniej,  tego  jestem  pewna.  Dziwi  mnie  tylko,  że  przedtem  nie 
zabił  Bernarda.  Ale  on  na  pewno  był  ostrożny,  poza  tym  miał 
przewagę fizyczną. Co właściwie stało się z Bernardem? Czy Leon go 
zabił? 

- Nie, po prostu uciekł. Dużo będzie szumu wokół tej sprawy, ale 

chyba należy sobie życzyć, żeby skutecznie zniknął i wraz z nim cała 
ta historia.  

- Masz rację. Biedna Berta. 
- Kto to jest? 
-  Och,  właściwie  nikt.  Należy  do  tych  zwykłych  anonimowych 

istot,  które  najbardziej  zostają  skrzywdzone,  kiedy  źli  ludzie 
zaczynają zachowywać się bezwzględnie. Wiesz, Williamie, myślę, że 
nie całkiem mam rację co do przyczyn, dlaczego Leon de Valmy zabił 
się... Na pewno brał pod uwagę wszystko, o czym mówiliśmy, ale coś 
innego  przeważyło  szalę  jego  decyzji.  Znałam  go  dość  dobrze.  On 
został  pokonany,  zdemaskowany.  I  nie  mógł  pogodzić  się  z  tym, 
niezależnie  od  tego,  co  zaszło  później.  Był  on...  najlepszym 
określeniem  będzie...  megalomanem.  Uważał  zawsze,  że  jest 
najważniejszy...  wszystko  co  się  wokół  niego  działo,  musiało  być 
jemu podporządkowane... Inni ludzie także. Zapewniam cię, że mu się 
to  zawsze  udawało.  Kierował  innymi  wedle  własnej  woli.  Nigdy,  w 
żadnej  sytuacji,  nie  chciał  być  na  drugim  miejscu.  Tak,  ten  list,  ten 
wielkoduszny  gest  z  listem...  to  cały  Leon  de  Valmy.  -  Oparłam  się 
wygodniej. - Niezależnie od tego, czym się kierował, postąpił dobrze. 
O, Boże, okropnie jestem zmęczona. 

-  Jak  się  czujesz?  -  spytał  zaniepokojony.  -  Może  napijesz  się 

jeszcze trochę koniaku? 

- Nie, dziękuję. Wszystko w porządku. To po prostu reakcja na to, 

co się wydarzyło.

- Chcesz już wyjechać? Moglibyśmy... 
- Wyjechać... Ale dokąd? 
Palcami przeczesał  włosy. - No, tak... nie zastanawiałem się nad 

tym. W Willi Mireille nie potraktowano cię zbyt wylewnie. A przecież 

background image

powinni ci serdeczniej podziękować. Sam im o tym powiem, jeśli nikt 
inny się nie domyśli. 

- Dajmy temu spokój. 
- Tutaj nie chcesz chyba zostać? 
- A co innego mogę zrobić? Hipolit będzie musiał zapłacić mi za 

przejazd do Anglii. 

- Wracasz tam? 
- Tak. - Spojrzałam na niego i lekko uśmiechnęłam się. - Wiesz, 

człowieka  w  takiej  sytuacji  jak  moja  nie  stać  na  wielkie  gesty.  Nie 
mogę tak po prostu się usunąć. Niestety będę musiała zaczekać, żeby 
policja  mnie  przesłuchała.  Pójdę  teraz  do  Berty,  potem  tu  wrócę  i 
zaczekam na nich. 

- Ktoś tu idzie. Tak, to oni. 
Musiałam  jeszcze  być  na  pół  przytomna,  gdyż,  mimo  że 

pamiętam  jak  wyglądał  inspektor,  nie  bardzo  przypominam  sobie,  o 
co  pytał.  W  każdym  razie  zrozumiałam,  że  po  śmierci  Leona  de 
Valmy  przerażona  służba  opowiedziała  policji  o  Filipie  i  naszym 
zniknięciu, o krążących plotkach, lecz list monsieur de Valmy, wraz z 
tym  co  powiedział  im  przez  telefon  Hipolit  i  wreszcie  rozmowa  z 
Raoulem rozwiały wszelkie wątpliwości dotyczące mojej osoby. Tyle 
zrozumiałam. Inspektor odnosił się do mnie bardzo życzliwie, nawet z 
szacunkiem,  ja  zaś  odpowiadałam  szczerze  i  bez  lęku  na  wszystkie 
jego pytania, tyle że przez cały czas tego półgodzinnego przesłuchania 
wpatrywałam się w otwarte drzwi i serce biło mi szybciej, ilekroć ktoś 
przechodził korytarzem. 

Inspektor  wyszedł,  kiedy  przyjechał  Hipolit.  Widziałam,  że 

poszedł do biblioteki. Nadal był blady i wyglądał na zmęczonego, ale 
był  bardzo  opanowany.  Zapewne  kiedy  minie  pierwszy  szok,  z  ulgą 
przyjmie to, co się stało. 

Przez  chwilę  pomyślałam  o  Heloizie  i  zaraz  potem  z  wielkim 

niepokojem o Bercie. Ale kiedy wstałam, żeby pójść  do niej, wszedł 
Seddon z kawą i na pytanie o nią odparł, że policja rozmawiała z nią 
bardzo uprzejmie i po przesłuchaniu swoim samochodem odwiozła ją 
do  matki  mieszkającej  we  wsi.  To  pewno  ten  wóz,  który  zjeżdżał 
serpentyną i zatrzymał nas. Nic więcej nie  mogłam zrobić  dla Berty, 
najwyżej  życzyć  jej,  żeby  jak  najprędzej  zapomniała  o  Bernardzie. 
Usiadłam  więc  znowu,  czując  się  jeszcze  bardzo  słaba,  i  patrzyłam, 
jak Seddon nalewa mi kawę. Został parę chwil, pytając mnie o Filipa, 

background image

a  potem  wyszedł  na  korytarz,  udając  się  w  kierunku  hallu.  W  tym 
momencie do saloniku wszedł Hipolit. 

William wstał niezręcznie z sofy. Odstawiłam kawę na podłogę i 

też chciałam wstać, ale Hipolit zaprotestował. 

-  Nie,  proszę  się  nie  ruszać  -  zwrócił  się  po  angielsku  do 

Williama: - Niech pan nie wychodzi. 

- Monsieur  de Valmy...  - zaczęłam  kulawo  - bardzo  mi przykro, 

że... 

Przerwał mi gestem ręki, podszedł do sofy i wziął moje obie ręce 

w  swoje  dłonie,  a  potem,  nim  się  zorientowałam  co  chce  zrobić, 
pocałował je. 

-  To  za  Filipa  -  powiedział.  -  Zawdzięczamy  pani  bardzo  wiele, 

miss Martin. Przychodzę do pani ze spóźnionym podziękowaniem za 
wszystko.  Proszę  wybaczyć,  że  zbyt  ostro  potraktowałem  panią  w 
Willi Mireille.  

-  Miał  pan  wtedy  inne  kłopoty  -  odparłam  drżącym  głosem.  I 

chciałam mu powiedzieć, żeby się mną nie przejmował, żeby zajął się 
własnymi  troskami,  i  rodzinną  tragedią,  ale  nie  mogłam  wykrztusić 
ani  słowa.  Siedziałam,  słuchając  jego  dalszych  podziękowań  i 
próbowałam  nie  patrzeć  na  drzwi,  kiedy  mówił,  i  nie  myśleć,  jak 
bardzo głos ma podobny do Raoula. 

Nagle  uświadomiłam sobie,  że  przestał  mówić o  tym,  co  było,  i 

mówi o przyszłości. 

- ...  Na  razie  on  zostanie  ze  mną w  Willi  Mireille.  Miss  Martin, 

czy  mogę  mieć  nadzieję,  że  po  tych  strasznych  przeżyciach  zostanie 
pani z nami? 

Zaskoczona, dłuższą chwilę patrzyłam na niego w milczeniu, nim 

zrozumiałam,  o  co  mnie prosi.  Pochłonięty tragicznym  wydarzeniem 
zapomniał widocznie o dotyczącym mnie wyznaniu Raoula. 

- Ja... ja nie wiem. Właśnie w tej chwili...  
- Rozumiem. Nie mam prawa nalegać na panią. Wygląda pani na 

bardzo  zmęczoną  i  nic  w  tym  dziwnego.  Może  później  pani  to 
przemyśli. 

Na  korytarzu  rozległ  się  dziwny  hałas,  jakieś  powolne  szuranie 

nogami.  Zrozumiałam,  co  to  jest  -  Leon  opuszczał  Chateau  Valmy. 
Spojrzałam na swoje ręce. 

background image

Hipolit  mówił  dalej:  -  Jeśli  pani  wolałaby  ze  zrozumiałych 

powodów nie nocować tutaj, może pani przenieść się do Willi Mireille 
i pozostać tam, jak długo pani zechce. 

- Tak, dziękuję... chyba tak. Bardzo dziękuję. 
-  Gdyby  więc  ktoś  tam  panią  zawiózł...  -  Spojrzał  na  Williama, 

który natychmiast odpowiedział: 

- Oczywiście - zmieszał się nagle i dodał niepewnie: 
- Bardzo mi przykro, sir, w związku z samochodem. Chcieliśmy... 

to znaczy bardzo spieszyliśmy się. Naprawdę bardzo przepraszam. 

-  Nic  się  nie  stało  -  Hipolit  skwitował  przywłaszczenie  swego 

wozu machnięciem ręki. - Chcieliście zapobiec tragedii gorszej niż ta, 
która się wydarzyła. Jestem pewien, że zrozumiecie mnie oboje, kiedy 
powiem,  że to...  to  właściwie  nie  była  tragedia.  -  Znowu  spojrzał  na 
Williama z lekkim uśmiechem, mimo smutku malującego się na jego 
twarzy. 

-  Znajdzie  pan  swój...  niezwykły  pojazd  przed  domem.  A  teraz 

dobranoc. - I wyszedł. 

Z  roztargnieniem  wzięłam  filiżankę,  niestety  kawa  była  już 

zimna.  Odstawiłam  ją  więc  znowu  na  ziemię.  W  kominku  opadło 
polano  rozrzucając  tysiące  iskier.  Na  korytarzu  panował  spokój. 
Spojrzałam na zegarek, stanął. 

- Linda - powiedział William, siadając obok mnie na sofie i biorąc 

moje zmarznięte ręce w swoje dłonie, dobre, bezpieczne, wrażliwe. -
Linda - powtórzył i przełknął. 

Wróciłam do rzeczywistości, wyprostowałam się. 
- Williamie, z całego serca dziękuję ci za to, coś dla mnie zrobił. 

Nie  wiem,  jakbym  dziś  w  nocy  dała  sobie  radę,  gdyby  nie  ty, 
naprawdę nie wiem. Nie miałam prawa wezwać ciebie, ale czułam się 
okropnie sama, a ty byłeś moim jedynym przyjacielem. 

- Od tego są przyjaciele, żeby pomagali - powiedział, puścił moje 

ręce.  Chwilę  milczał  i  dodał:  -  Jeśli  zamierzasz  nadal  opiekować  się 
Filipem, czy będę mógł cię czasem widywać? 

- Chyba nie będę się opiekować Filipem. 
- Nie? 
- Nie. 
-  Rozumiem.  -  Wstał  i  uśmiechnął  się  do  mnie.  -  Czy  mogę  cię 

teraz odwieźć jeepem do Willi Mireille? 

- Nie, dziękuję Williamie. Ja... ja tu muszę zaczekać. 

background image

- Okay. Wobec tego dobranoc. Mam nadzieję, że zobaczymy się, 

nim wyjedziesz. 

- Oczywiście. Dobranoc. I dziękuję za wszystko.  
Zapomniałam o Williamie, ledwie zamknęły się za nim frontowe 

drzwi.  Ktoś  wyszedł  z  biblioteki...  Usłyszałam  głos  Hipolita  i  cichą 
odpowiedź Raoula. Szli korytarzem. 

Serce zaczęło mi bić jak szalone. Wstałam szybko i podeszłam do 

drzwi. Hipolit  coś  mówił o Heloizie.  Oparłam  się o ścianę  ukryta  za 
skrzydłem drzwi, żeby przechodząc nie zobaczyli mnie. 

-  ...  jakaś  lecznica  -  mówił  Hipolit.  -  Zostawiłem  ją  pod  opieką 

doktora  Faure.  -  Potem  coś  było  o  jakichś  pieniądzach,  o  pensji  i  o 
"Zakładzie" z dala od Valmy, Paryża lub Cannes i wreszcie cichnące 
słowa, gdyż się oddalili od saloniku: - ... jej serce... to chyba długo nie 
potrwa... 

Byli w hallu. Hipolit pożegnał się z Raoulem. Wyszłam cicho na 

korytarz  i  zatrzymałam  się  tam,  czekając,  żeby  Hipolit  odszedł. 
Trzęsłam  się  cała.  Leon  i  Heloiza  znikną  wkrótce  jak  nieszczęsne 
duchy  przeszłości,  nie  mogące  już  nikogo  straszyć,  ale  ja  musiałam 
zażegnać własnego ducha. 

Usłyszałam  po  chwili  głos  Raoula,  który  kogoś  o  coś  pytał.  I 

usłyszałam niewyraźną odpowiedź Seddona, coś jak: 

"Wyjechali". Znowu, tym razem ostre, pytanie Raoula i wyraźne 

słowa Seddona: "Tak, sir, kilka minut temu". 

- Ach, tak - odparł Raoul. - Dziękuję wam, Seddon, dobranoc. 
Wtedy  zrozumiałam,  o  co  pytał,  i  zapominając  o  obecności  

Hipolita i Seddona wybiegłam na korytarz wołając: "Raoul!" 

Trzaśniecie frontowych drzwi zagłuszyło mój okrzyk.  
Wpadłam do hallu, kiedy silnik cadillaca zaczął pracować. 
Seddon spytał zdumiony: 
-  Miss  Martin,  byłem  pewien,  że  pani  odjechała  z  panem 

Blake'em! 

Bez  słowa  przebiegłam  przez  hall,  otworzyłam  wielkie  drzwi  i 

wypadłam w ciemność. 

Kiedy byłam na ostatnim stopniu cadillac odjeżdżał sprzed domu. 

Znowu  zawołałam,  ale  Raoul  nie  usłyszał,  samochód  nabierał 
szybkości.  Zaczęłam  biec.  Byłam  o  jakieś  dwadzieścia  metrów  za 
nim, kiedy wziął pierwszy zakręt serpentyny i zniknął mi z oczu. 

background image

Gdybym stanęła  i  zaczęła zastanawiać  się, nigdy nie  zrobiłabym 

tego, co zrobiłam. Jedno wiedziałam, że mam coś bardzo ważnego do 
powiedzenia i muszę mu to powiedzieć, jeśli mam w przyszłości spać 
spokojnie.  I  to  nie  tylko  ja  miałam  zostać  uleczona.  Bez  wahania 
pobiegłam ścieżką na skróty. 

Była  bardzo  wąska  i  ostro  szła  w  dół  zbocza,  opadającego  w 

stronę  mostu  Valmy.  Wielokrotnie  chodziłam  nią  z  Filipem.  Dobrze 
utrzymana,  miejscami  miała  solidne  schodki,  ale  teraz  w  nocy  była 
śliska, wręcz niebezpieczna. 

Ale nie zwracałam na to uwagi. Na szczęście miałam w kieszeni 

latarkę  Filipa  i  teraz,  oświetlając  jej  słabym  promieniem  ścieżkę, 
pędziłam, jakby mnie goniło sto diabłów. 

Po  lewej  stronie  widziałam  reflektory  cadillaca.  Na  pierwszym 

długim odcinku serpentyny Raoul jechał dość wolno, silnik pracował 
bardzo  cicho.  Prawie  biegłam  w  stronę  lasu,  nie  zważając  na  to,  że 
mogę zwichnąć nogę czy się potłuc. 

Oczywiście nie miałam żadnych szans. Był znacznie poniżej mnie 

kiedy  brał  pierwszy  zakręt  i  reflektory,  skierowane  na  północ, 
wyolbrzymiały drżące cienie drzew, tak że zdawały się chwytać moje 
nogi w swoją sieć. 

Ścieżka  wiła  się  w  dół  niby  wąż.  Las  ruszał  się  i  unosił  jak  we 

śnie.  Nim  Raoul  znów  skręcił,  zobaczyłam,  że  następny  odcinek 
ścieżki zbacza mocno w prawo pod kątem ostrym. Po co mi poręcz i 
schodki! Zsunęłam się w dół częściowo na plecach i zyskałam w ten 
sposób kilka cennych sekund, nim ciemność pochłonęła odjeżdżający 
samochód. 

Trzeci  odcinek  serpentyny  był  najdłuższy.  Raoul  wziął  go  po 

lewej stronie. Muszę być na następnym, północnym zakręcie, nim on 
się tam znajdzie. Muszę. 

Biegłam po stromym, lecz dość gładkim odcinku. Chwyciłam się 

poręczy,  żeby  odzyskać  równowagę  i  ruszyłam  znowu  w  dół, 
zeskakując po trzy schodki naraz. Wbiłam przy tym sobie drzazgę w 
rękę,  ale  nawet  tego  nie  poczułam.  Jakaś  gałązka  uderzyła  mnie  w 
twarz, prawie oślepiając, zamknęłam na chwilę oczy i  biegłam dalej. 
Jeszcze  raz  schodki,  mały  zakręt  i  łożysko  strumyka  z  płaskimi 
kamieniami  zamiast  mostka...  I  znowu  mocne  reflektory  skierowane 
na północ, omiatające mnie i uciekające w przestrzeń. 

background image

Ale  teraz  byłam  poniżej  niego.  Muszę  go  dopaść.  Zaledwie 

pięćdziesiąt  metrów  dalej  ścieżka  dochodziła  do  łuku  drogi, 
obmurowanego kamienną ścianą. 

Drżące  cienie  osaczały  mnie  jak  sznury  wielkiej  pajęczyny. 

Właściwie nie oddychałam, lecz jęczałam, łomot mego serca zagłuszał 
silnik zbliżającego się wozu. 

Oto wysokie obmurowanie. Za nim droga niby świetlisty kanał w 

reflektorach zbliżającego się wozu. Udało mi się. 

Ale, w momencie kiedy już rękami chwytałam kamienną krawędź 

i  miałam  się  nań  wciągnąć,  usłyszałam,  że  silnik  zaczął  inaczej 
pracować, zwiększać obroty. Nie wiedzieć czemu Raoul zniecierpliwił 
się i przyspieszył, straciłam kilka bezcennych sekund. 

Cadillac przeleciał poniżej mnie w chmurze pyłu, a ja upadłam w 

ciemność lasu. 

Gdybym się wtedy kierowała rozsądkiem, zostałabym tam, gdzie 

upadłam.  Ale  nie  słyszałam  jego  głosu  stłumionego  biciem  serca  i 
naiwnej głośnej modlitwy: "Wysłuchaj mnie, Boże, wysłuchaj". 

Poderwałam się, jeszcze dwa zakręty i zaraz będzie most Valmy, 

a  on  odjedzie.  Zeszłam  ze  ścieżki  i  poszłam  skrótem  pomiędzy 
obmurowaniem  i  następnym  zakrętem.  Był  to  dość  łagodny  stok,  na 
szczęście porośnięty częściowo niską trawą i pokryty zeszłorocznymi 
liśćmi. Dotarłam do samotnego buka rosnącego blisko obmurowania, 
kiedy  samochód  był  w  połowie  drogi  do  niego,  ale  tym  razem  nie 
próbowałam wspiąć się na kamienną ścianę. 

Mój buk znajdował się na krawędzi małego uskoku, a poniżej był 

już  most.  Biały  welon,  który  świadczył  o  bliskości  rzeki,  stał  się 
srebrny, kiedy cadillac wziął zakręt koło mnie i skierował się w stronę 
ostatniego łuku i mostu. 

Zbiegłam  po  uskoku,  kamienie  dziwnie  błyszczały  w  blasku 

mgły,  ale  były  na  tyle  mocno  osadzone,  że  biegłam  po  nich  z 
łatwością. Pewno podrapałam się i miałam siniaki, ale nie zwracałam 
na  to  uwagi.  Jedno  zapamiętałam,  że  raz  się  potknęłam  i  chwyciłam 
kolczastego  krzaka,  żeby  nie  upaść,  i  kiedy  jęknęłam  z  bólu, 
usłyszałam pisk hamulców cadillaca. 

Dowiedziałam  się  później,  że  jakieś  małe  stworzenie  przebiegło 

przez drogę. Może to samo, co wtedy, kiedy Raoul pocałował mnie po 
raz pierwszy.  W każdym razie ostro zahamował, a ja zyskałam kilka 

background image

sekund...  To  mi  wystarczyło,  zeskoczyłam  na  drogę  w  chwili,  gdy 
reflektory omiatały ostatni zakręt. 

Wbiegłam  na  most,  mgła  sięgała  mi  do  pasa.  Była  to  szara,  to 

biała, aż wreszcie złocista, gdy padł na nią oślepiający blask. 

Zamknęłam  oczy  i  z  wyciągniętymi  rękami  czekałam 

nieruchomo. 

Samochód  z piskiem opon  stanął o niecałe trzy  metry ode  mnie. 

Mgła  kłębiła  się  na  jego  masce.  Reflektory  po  chwili  zgasły  i
zapanowała  przyjazna  ciemność.  W  słabym  poblasku  bocznych 
świateł mgła kłębiła się jak dym. Zrobiłam kilka niepewnych kroków 
w  przód  i  położyłam  rękę  na  błotniku.  Znowu  modliłam  się: 
"Wysłuchaj mnie Boże, wysłuchaj". Ale teraz było inaczej. 

Wysiadł  z  samochodu,  był  po  drugiej  stronie  maski.  W 

niepewnym świetle wyglądał na wyższego niż w rzeczywistości. 

Udało  mi  się  powiedzieć:  -  Ja...  czekałam  na  ciebie...  muszę  z 

tobą porozmawiać. 

- Mówiono mi, że wyjechałaś - odparł i dodał bardzo spokojnie: -

Jakże jesteś niemądra, mogłaś się zabić. 

Oddech mój jakoś się uspokoił, ale nogi ciągle były jak nie moje. 

Oparłam się ciężko o błotnik i zaczęłam mówić. 

-  Chcę  cię  przeprosić.  To  właściwie  za  mało,  powiedzieć 

"przepraszam"  komuś,  kogo  podejrzewało  się  o  morderstwo...  Ale 
naprawdę przepraszam cię, choć to tylko przemknęło mi przez głowę. 
Przysięgam ci, że tylko tyle. 

-  W  milczeniu  bawił  się  rękawiczkami.  Ciągnęłam  dalej  bardzo 

nieszczęśliwa:  -  Nie  zamierzam  tłumaczyć  się.  Wiem,  że  mi  nie 
wybaczysz. I bez  tego, co było  między nami, byłoby  to okropne, ale 
jest, jak jest... teraz chciałabym, żebyś mnie choć zrozumiał. Tylko, że 
nie bardzo wiem, jak ci to wyjaśnić... 

- Nic mi nie musisz wyjaśniać. Doskonale wszystko rozumiem. 
-  Chyba  jednak  nie.  Widzisz,  powiedziano  mi,  wprost  mi 

powiedziano, że ty jesteś w to zamieszany wraz z twoim... z innymi. 
Bernard  powiedział  Bercie,  żeś  to  ty  strzelał  w  lesie.  Pewno,  kiedy 
zrozumiał, że posunął się za daleko, nie chciał się do tego przyznać. A 
może  myślał,  że  zgodzisz  się  na  morderstwo,  kiedy  przekonasz  się, 
jak duże  miałbyś z tego korzyści.  Nie wierzyłam  w to, kiedy  wprost 
mi  o  tym  powiedziała.  Nie  mogłam  uwierzyć!  Ale  wszystko  za  tym 
przemawiało, kiedy dowiedziałam się, że... oni. To znaczy nie miałam 

background image

żadnych dowodów na to, że nie jesteś po ich stronie. Nic oprócz uczuć 
do  ciebie.  -  Urwałam,  starając  się  dostrzec  wyraz  jego  twarzy.  Był 
jakby nieobecny duchem. - Nie oczekuję, że mi uwierzysz, Raoul, ale 
ja  walczyłam  po  twojej  stronie.  Przez  cały  czas.  Od  tej  wtorkowej 
nocy  przeżyłam  piekło.  Wszystko  sprzysięgło  się,  żeby  ciebie 
oskarżyć,  a  ja  byłam  tak  bardzo  nieszczęśliwa  i  zwątpiłam  we 
wszystko, bo nie mogłam już nawet zaufać własnemu rozsądkowi. Nie 
będę dłużej rozwodzić się nad tym, i tak masz dosyć, chcesz skończyć 
z tym wszystkim i ze mną, ale ja... ja musiałam ci o tym powiedzieć, 
nim odejdę. Raoul, ja po prostu nie mogłam ryzykować. Czy ty tego 
nie rozumiesz? Powiedz, że rozumiesz!  

Nadal bawił się rękawiczkami. 
-  Nie  tak  dawno  gotowa  byłaś  zaryzykować  -  powiedział 

martwym głosem. 

- Ja sama, tak. Ale tu chodziło o Filipa. Nie mogłam ryzykować 

życiem  Filipa.  Nie  śmiałam.  Był  pod  moją  opieką,  ja  za  niego 
odpowiadałam.  -  Słowa  te  brzmiały  sztucznie,  wręcz  absurdalnie.  -
On... on miał tylko mnie. Poza tym nie mogłam sobie pozwolić, żeby 
coś innego miało znaczenie. 

- Mianowicie co? 
- To, że byłeś wszystkim, co miałam. 
Znowu  milczał.  Stał  teraz  całkiem  nieruchomo.  Czy  było  to 

złudzenie  spowodowane  mgłą,  czy  naprawdę  był  tak  bardzo  daleko 
ode  mnie?  Pomyślałam  nagle,  że  takim  go  na  zawsze  zapamiętam, 
samotnego, trzymającego się z dala nawet od własnej rodziny. I po raz 
pierwszy  ujrzałam  go  takim,  jakim  był  naprawdę.  Nie  tylko  tworem 
moich  romantycznych  marzeń,  nie  tylko  księciem  z  bajki, 
przystojnym, inteligentnym mężczyzną... To był Raoul, nie tak dawno 
jeszcze  mały  samotny  chłopiec  w  domu,  "który  nigdy  nie  był 
odpowiedni dla dzieci", nieszczęśliwy nastolatek, pozostający zawsze 
w  cieniu  ojca-megalomana,  młody  mężczyzna,  który  rozpaczliwie 
walczył,  żeby  swoje  dziedzictwo  uratować  od  ruiny...  gwałtowny 
może,  czasem  bardzo  uparty,  na  ogół  kroczący  własnymi  drogami... 
ale  zawsze  samotny.  Pochłonięta  własną  samotnością  i  zagrożona 
niebezpieczeństwem, nie zauważyłam, że potrzebował tego samego co 
ja.  Byliśmy  w  podobnej  sytuacji,  a  on  zebrał  może  nawet  bardziej 
gorzki plon. 

background image

- Bardzo cię przepraszam - powiedziałam cicho. - Nie powinnam 

była teraz zaprzątać ci tym wszystkim głowy. Masz dosyć. Cóż mogę 
ci  powiedzieć  w  związku  z  twoim  ojcem?  Tylko  tyle,  że  bardzo  ci 
współczuję. 

- Czy naprawdę myślałaś, że go zastrzelę? 
- Nie. 
-  Mam  nadzieję,  że  rozumiesz  mnie.  -  Głos  mu  się  dziwnie 

zmienił. 

-  Ja  też  mam  taką  nadzieję.  -  Przełknęłam.  -  Nawet  w  ciągu 

minionych dwudziestu  czterech godzin, kiedy cały świat zwariował i 
wszystkie  wartości  rozbiły  się  na  kawałki,  gdzieś  w  głębi  serca 
wiedziałam, że ty jesteś sobą, i to mi wystarczyło. Chciałam, żebyś to 
wiedział, a teraz sobie  pójdę.  Kochałam cię cały czas,  bez przerwy i 
kocham cię teraz. 

Nadal  stał  nieruchomo.  Odwróciłam  się  w  stronę  Valmy  i 

powiedziałam: 

- A teraz sobie pójdę, dobranoc. 
- Dokąd idziesz? 
- Ktoś mnie zawiezie do Willi Mireille. Twój stryj prosił, żebym 

tam się zatrzymała. Ja... ja nie chcę zostać w Valmy. 

- Wsiadaj do samochodu. Zawiozę cię. - A widząc, że się waham 

powtórzył: - Wsiadaj. Jak myślisz, dokąd jechałem? 

- Nie wiem, gdzieś tam... 
- Jechałem do Willi Mireille, do ciebie. 
Nic nie odparłam. Serce mi znowu zaczęło bić boleśnie. 
- Linda. - W spokojnym głosie był ton, który tak dobrze znałam. 
- Słucham. 
- Wsiadaj. 
I wsiadłam. Mgła zawirowała, kiedy zatrzasnęłam drzwiczki. On 

też  wsiadł.  W  środku  było  ciemno,  był  taki  duży,  tak  bardzo  blisko 
mnie. 

Drżałam.  Nie  ruszył  się,  żeby  mnie  dotknąć.  Chrząknęłam  i 

powiedziałam to, co mi przyszło na myśl: 

- W jaki sposób zdobyłeś ten samochód? Wygrałeś w ruletkę? 
-  W  pokera.  Linda  czy  zamierzasz  pewien  czas  zostać  w  Willi 

Mireille razem z Filipem? 

- Sama nie wiem. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Bardzo 

jestem do niego przywiązana, ale... 

background image

- Nawet z Hipolitem on będzie bardzo  samotny. Czy  weźmiemy 

go do Bellevigne? - spytał Raoul. 

- Kochany  - wyszeptałam bez  tchu  - ja nie  sądzę...  -  I urwałam, 

kryjąc twarz w drżących rękach. 

- O co ci chodzi, najmilsza? 
- Czy ty... czy ty - mówiłam ciągle mając twarz ukrytą w dłoniach 

- chcesz mnie jeszcze? 

Zaczął  szybciej  oddychać.  Nic  nie  odpowiedział.  Odwrócił  się 

tylko i gwałtownie przyciągnął do siebie. To, cośmy powiedzieli sobie 
wtedy, to nasza sprawa, w każdym razie długo rozmawialiśmy. 

Kiedy  wreszcie  mogliśmy  najzwyczajniej  pośmiać  się, 

powiedział: 

- Jednak nadal jestem ci coś winien, moja miła. Czy nie uważasz, 

że już najwyższy czas, żeby to załatwić? 

- O czym ty mówisz? Co mi jesteś winien? 
- Wyznanie, że cię kocham, kocham, kocham. 
- Och, to? 
- Do licha, właśnie to. 
-  Tym  razem  zaryzykuję  -  odparłam.  -  I  to  były  ostatnie  słowa, 

jakie wypowiedziałam, a potem upłynęło bardzo dużo czasu. 

Wreszcie ruszyliśmy i skierowaliśmy się na północ.