background image

SONDRA STANFORD

Miasteczko Hope i jego mieszkańcy

Hearts Of Hope

Tłumaczył: Janusz Węgiełek

background image

Przepis Sondry Stanford – Orzechowe kulki

1/2 kg miękkich cukierków toffi (mogą być też irysy)

1/4 kg gorzkiej czekolady

1/2 kg orzechów (solone orzeszki ziemne, laskowe lub 

włoskie)

Połam   cukierki   i   czekoladę   na   drobne   kawałki,   a   następnie 

wrzuć je do garnka i rozpuść na wolnym ogniu, stale mieszając, tak, 

aby tworzyły jedną masę. Możesz też włożyć garnek z cukierkami i 

czekoladą do większego, z gotującą się wodą, albo rozpuścić je w 

kuchence mikrofalowej. Wtedy na pewno się nie przypalą.

Gdy toffi i czekolada są już całkowicie rozpuszczone i dobrze 

wymieszane, do gorącej masy wsyp orzechy. Wymieszaj je dokładnie 

tak, aby wszystkie zostały w całości zanurzone. Następnie wyjmuj je 

łyżeczką i układaj na papierze pergaminowym lub bibułce. Poczekaj, 

aż wystygną i stwardnieją, a potem... smacznego!

background image

Rozdział pierwszy

Mary   Shelton   pchnęła   ciężkie   dębowe   drzwi   szkoły 

podstawowej w Hope i w towarzystwie przyjaciółki, Jan Crane, też 

nauczycielki, wyszła na szkolny dziedziniec.

Świeciło blade, grudniowe słońce. Jednak w łagodnej jasności 

tego popołudnia było coś zwodniczego. Po raz pierwszy tej zimy w 

powietrzu   można   było   wyczuć   ostre   szpileczki   chłodu.   Wełniany 

żakiet Mary chronił ją przed zimnem, jednak Jan, która przyszła tego 

dnia do pracy w samej sukience, drżała teraz jak listek osiki.

– Podrzucić cię do domu, Mary? – zapytała, szukając w torebce 

kluczyków do samochodu. – Ależ zrobił się ziąb.

– Nie, dziękuję. Mieszkam kilka kroków stąd, a poza tym krótki 

spacer pomoże mi uporządkować myśli.

–   Tylko   nie   rezygnuj   –   poradziła   Jan.   –   Jestem   pewna,   że 

wspaniale sobie poradzisz z przygotowaniem jasełek.

Mary skrzywiła się. Jej grymas oznaczał ostrożny sceptycyzm.

– Mam nadzieję, ale czułabym się pewniej, gdybym miała w tej 

dziedzinie choćby niewielkie doświadczenie. Po tym, co usłyszałam, 

myślę, że trudno mi będzie dorównać Jackie Murphy.

Na zebraniu grona pedagogicznego, które właśnie się skończyło, 

dyrekcja   poinformowała   Mary,   że   na   nią   padł   obowiązek 

przygotowania   z   dziećmi   gwiazdkowego   przedstawienia. 

Nauczycielka,   która   od   wielu   lat   zajmowała   się   organizowaniem 

szkolnej choinki, leżała w szpitalu w Houston, gdzie dochodziła do 

background image

zdrowia po operacji wyrostka robaczkowego.

– Robiła to rzeczywiście doskonale – zgodziła się Jan – ale nie 

ma obaw, że okażesz się gorsza. Lydia Willis na pewno chętnie ci 

pomoże. Pracowała z Jackie w ostatnich latach i poznała wszystkie jej 

sekrety.

– Czy w takim razie nie byłoby lepiej, gdyby to ona podjęła się 

tego zadania, a ja byłabym jej asystentką?

Mary pracowała w tej szkole dopiero od września i nie czuła się 

jeszcze na tyle pewnie, by kierować tak ważnym przedsięwzięciem.

– Lydia nie ma muzycznego wykształcenia. Oprócz Jackie tylko 

ty   potrafisz   odczytywać   nuty.   Nie   było   więc   wyboru   i 

odpowiedzialność spadła na twoje barki.

–   Rozumiem.   –   Długie   jasne   włosy   Mary,   spięte   w   węzeł 

kościanym   grzebykiem,   rozsypały   się   przy   kiwnięciu   głową.   – 

Słyszałam, że na szkolne jasełka schodzi się całe miasto.

Jan uśmiechnęła się.

– Nie mamy w Hope, mieścinie w sercu teksaskiej prowincji, 

zbyt   wielu   rozrywek   kulturalnych.   Ale   nie   ma   powodu   do   paniki. 

Ostatecznie nie zapominaj, że będziesz reżyserowała przedstawienie, a 

nie występowała w nim jako gwiazda. Aktorami będą dzieci. To dla 

nich zejdą się wszyscy: mamusie i tatusiowie, i dziadkowie, i dalsi 

krewni,   i   przyjaciele   rodzin.   Będzie   to   publiczność   najmniej 

wymagająca, a równocześnie najbardziej życzliwa. O tobie nawet nie 

pomyśli,   wpatrzona   i   wsłuchana   w   swoich   milusińskich.   Mary 

roześmiała się.

background image

– Serdeczne dzięki! Potrafisz schlebiać czyjejś próżności! Jan 

również wybuchnęła śmiechem.

–   Jadę,   bo   przemarznę   na   kość,   a   muszę   jeszcze   wstąpić   do 

sklepu. Pete wybrał się dziś do Nacodoches w poszukiwaniu pracy. 

Należy mu się odpoczynek i dobry gorący obiad.

– Nie miałam pojęcia, że się przeprowadzacie.

Cień smutku przemknął po twarzy Jan. Gdy przed siedmioma 

miesiącami zamknięto w mieście zakład produkujący lodówki, jej mąż 

razem z innymi pracownikami dostał wymówienie.

– Jeśli znajdzie gdzieś dobrze płatną pracę, będziemy musieli 

wyjechać. Czy mamy zresztą jakiś wybór? Należymy teraz do rzeszy 

bezrobotnych, tak jak cała załoga fabryki. Jeśli w najbliższym czasie 

nic   się   nie   zmieni,   szkoła   zacznie   tracić   uczniów,   bo   ich   rodzice 

przeniosą   się   do   innych   miejscowości.   –   Wzruszyła   ramionami   i 

dodała filozoficznie: – Zresztą nie ma sensu stać tutaj i debatować o 

sprawach beznadziejnych. Do jutra, Mary.

Mary, mimo zimna, szła wolnym krokiem. Nie było jej spieszno 

do pustego domku, który wynajmowała na Oak Grove Street.

Zjawiła się w Hope pod koniec lata, tuż przed początkiem roku 

szkolnego. Urodziła się i wychowała na ranczo w zachodnim Teksasie 

jako   jedynaczka,   lecz   nigdy   nie   cierpiała   z   tego   powodu.   Dopiero 

podczas   kilku   ostatnich   miesięcy   odkryła,   że   samotność   potrafi 

boleśnie doskwierać.

Ze   strony   kolegów   nauczycieli   doświadczała   na   co   dzień 

przyjaźni i życzliwości, ale byli to ludzie dużo od niej starsi. Tylko 

background image

Jan była jej rówieśnicą, dwudziestosześciolatką, i to pozwoliło im na 

bardziej serdeczne stosunki. Jan jednak miała męża i dziecko, więc 

poza szkołą spotykały się rzadko.

Pan Starr, sąsiad z naprzeciwka, mężczyzna w podeszłym już 

wieku i wdowiec, przerwał na chwilę zamiatanie werandy i machnął 

jej na powitanie ręką. Odwzajemniła pozdrowienie.

Otworzyła   frontowe   drzwi   domku.   Cisza   pustego   mieszkania 

zaatakowała ją z całą bezwzględnością. Nikt jej nie witał – ani mąż, 

ani   dziecko,   ani   matka.   Nie   miała   nikogo,   kim   mogłaby   się 

opiekować, o kogo musiałaby się troszczyć.

Mary   zrzuciła   pantofle   i   zrobiła   sobie   herbatę.   Z   parującym 

kubkiem przeszła do saloniku, gdzie usiadła przy pianinie. Po chwili 

spod jej palców popłynęła popularna melodia „Jingle Bells”.

To głównie z uwagi na pianino zdecydowała się wynająć ten, 

domek. Należało do zmarłej siostry gospodyni, podobnie zresztą jak 

cale   umeblowanie.   Instrument   był  znakomitej   jakości,   Mary   mogła 

więc grać godzinami. Muzyką starała się wypełnić pustkę...

Marzyła   wręcz   o   jakichś   dodatkowych   obowiązkach.   Wolała 

rzucić się w wir zajęć, niż marnować czas na ponurym rozmyślaniu. 

Jednak   perspektywa   opracowania   scenariusza   i   wyreżyserowania 

szopki bożonarodzeniowej napełniała ją niepokojem.

Bała się bliskiej już Gwiazdki. Jak zdoła sprostać wyzwaniu? 

Równie mocno dręczyła ją świadomość, że spędzi te święta samotnie. 

W   ostatnie   Boże   Narodzenie   cieszyła   się   towarzystwem   babki   i... 

Wayne’a. W tym roku nie miała przy sobie nikogo bliskiego.

background image

Jej  dłoń   opadła   z   całą   mocą   na  szczerzące   się   w  ironicznym 

uśmiechu klawisze. Kakofonia dźwięków natychmiast przegoniła złe 

myśli.   Mary   zamknęła   wieko   i   pobiegła   do   holu.   Założyła   żakiet, 

chwyciła torebkę i opuściła dom.

Najlepszym lekarstwem na depresję było działanie. I cóż z tego, 

że będzie siedziała sama przy wigilijnym stole? I cóż z tego, że nie 

będzie miała z kim wymienić prezentów? Przygotuje się do tych świąt 

tak, jakby miały być najlepsze w jej życiu.

Wsiadła   do   swojej   trzyletniej   szarej   hondy   i   pojechała   do 

centrum miasta. Zaraz za apteką, na okolonym drutem placyku, stał 

przenośny metalowy barak. Ginął pod zielonymi gałązkami opartych o 

jego ściany świerków i jodeł.

Mary   zaparkowała   wóz   przed   furtką.   Zamierzała   kupić 

największą, najpiękniejszą, najbardziej pachnącą choinkę.

Rob Green stał w niedbałej pozie, oparty o drzwi prowizorycznej 

budy.   Jego   wytarte   dżinsy   były   poplamione   smarem   i   czerwoną 

ziemią.   Błękitna   koszula   również   wyglądała,   jakby   pucowano   nią 

traktor. Tylko flanelowa kurtka, chociaż spłowiała i stara, była czysta. 

Spękane i zakurzone buty z cholewami dowodziły, że mężczyzna nie 

stronił od ciężkiej fizycznej pracy.

Uważnie   obserwował   klientów   przechadzających   się   wśród 

wystawionych   na   sprzedaż   choinek.   Czasami   w   jego 

ciemnobrązowych oczach pojawiała się wesołość, na przykład wtedy, 

gdy   jakaś   rodzina   zawzięcie   dyskutowała   o   wyższości   jednego 

background image

drzewka nad innym, zanim dokonała ostatecznego wyboru.

Ed Watson, przyjaciel i sąsiad Roba, działał na terenie parceli. 

Wyciągał   spod   powalonych   drzewek   wskazany   świerk   lub   jodłę, 

ociosywał pnie do stojaków, wiązał choinki sznurkiem i ładował je na 

platformy półciężarówek.

Piękny   słoneczny   dzień   kończył   się   wilgotnym,   mglistym, 

zimnym wieczorem. Ostatni klient odjechał i Ed mógł dołączyć do 

czekającego przyjaciela.

–   Chcesz   kawy?   –   zapytał,   kiedy   wszedł   do   blaszanej   budy, 

szumnie zwanej biurem.

– Chętnie – odparł Rob.

– A co właściwie porabiasz o tej porze w miasteczku? – rzucił 

od niechcenia Ed, nalewając z dużego termosu kawę do kubków.

–   Czekam,   aż   będę   mógł   zabrać   Holly.   –   Było   to   imię   jego 

ośmioletniej córeczki. – Jest teraz u swojej koleżanki z klasy. Robią 

coś razem na szkolną choinkę. Matka tej dziewczynki zaprosiła Holly 

na obiad, więc umówiłem się, że wpadnę dopiero o ósmej. – Rzucił 

okiem na swój roboczy ubiór. – Nawet nie miałem czasu umyć się i 

przebrać. Naprawiam ogrodzenie i cały dzień spędziłem na ciągniku.

Ed kiwnął ze zrozumieniem głową. Obaj byli synami farmerów i 

wychowali   się   na   graniczących   ze   sobą   gospodarstwach.   Ed 

gospodarzył na ziemi ojców. Wziął też w dzierżawę większość gruntu, 

który Rob odziedziczył po rodzicach. Ten bowiem, zamiast pracą na 

roli, zajął się handlem nieruchomościami. Mieszkał jednak nadal na 

farmie w wybudowanym przez siebie domu, i zatrzymał tyle ziemi, by 

background image

wystarczyła mu dla kilku sztuk bydła i koni.

– Jak leci interes? – zapytał Rob, popijając kawę.

– Nieźle, zważywszy, że mamy dopiero początek miesiąca. Jeśli 

chcesz, możesz wybrać dla siebie choinkę.

Rob uśmiechnął się.

– Przecież znasz Holly. Dla niej tylko ta choinka jest prawdziwa, 

którą wytnie razem ze mną w lesie.

Ed kiwnął głową. Stosunek jego dzieci do świątecznego drzewka 

był identyczny.

Chciał właśnie to powiedzieć, kiedy poczuł, że musi sięgnąć po 

chusteczkę. Kichnął, wytarł nos i znowu kichnął.

– Przeziębiłeś się – skomentował Rob ze współczuciem.

– Chyba tak. To ta wieczorna, lodowata mgła.

–   Najlepiej   będzie,   jeśli   zamkniesz   budę,   wrócisz   do   domu   i 

wskoczysz pod pierzynę.

Ed po raz kolejny użył chusteczki.

– I chyba właśnie tak zrobię. – Nagle uderzył dłonią w czoło. – 

Na śmierć  zapomniałem!  Obiecałem nauczycielce Randy’go, że po 

skończonej pracy zawiozę jej choinkę do domu.

Rob wydawał się lekko zaskoczony.

– A odkąd to dostarczasz klientom drzewka do domu?

– Tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy na przykład ktoś jest 

stary i niedołężny jak panna Phillips. A nauczycielka wybrała tamto 

drzewko. – Wskazał wysoką, gęstą, pięknie ukształtowaną choinkę. – 

Jej   mała   honda   zupełnie   nie   nadawała   się   do   przewozu,   więc 

background image

obiecałem wyświadczyć tę przysługę, którą zresztą – uśmiechnął się z 

zażenowaniem   –   winny   jestem   za   codzienne   poskramianie   tego 

małego hultaja.

Siedmioletni syn Eda był niczym żywe srebro i dodawało mu to 

nawet uroku.

Rob spojrzał na zegarek.

–   Gdzie   mieszka   ta   nauczycielka?   Zostało   mi   jeszcze   trochę 

czasu, więc mogę cię wyręczyć.

– Bóg ci wynagrodzi, chłopie – wymamrotał Ed zza mokrej już 

całkiem chusteczki.

Piętnaście minut później Rob Green zatrzymał samochód przed 

skromnym domkiem na Oak Street. Na podjeździe stała szara honda.

Rob   nie   wytworzył   sobie   w   wyobraźni   żadnego   konkretnego 

wizerunku nauczycielki, ale na pewno nie spodziewał się ujrzeć aż tak 

pięknej i młodej kobiety, jaka ukazała mu się w otwartych drzwiach. 

Miała   długie,   złociste   włosy   i   świetną   figurę.   Ciekaw   był,   jakiego 

koloru są jej oczy, ale stał zbyt daleko.

– Czy panna Shelton?

Potwierdziła skinieniem głowy, jednak, gdy się odezwała, w jej 

głosie słychać było daleko idącą ostrożność.

– Czym mogę panu służyć?

Rob dotknął daszka czapki i skłonił się  w stylu teksańskiego 

dżentelmena   z   epoki  wojny   secesyjnej.   Uczynił   to   zresztą   całkiem 

nieświadomie.

– Przywiozłem choinkę – oznajmił.

background image

– Ależ... oczekiwałam pana Watsona...

– Właśnie on mnie przysłał. Mam wnieść drzewko do środka czy 

zostawić na frontowym ganku?

– Wolałabym, jeżeli jest pan tak uprzejmy, aby doczekało świąt 

na werandzie od strony ogródka.

– Oczywiście.

– W takim razie zapalę światła na dworze.

Rob,   wracając   do   półciężarówki,   upajał   się   wizją   lekko 

zadartego   noska,   pełnych,   ponętnych   warg   i   ogromnych   oczu. 

Nauczycielka z pewnością od niedawna mieszkała w miasteczku, gdyż 

w przeciwnym razie nie umknęłaby jego uwadze.

Światła   wokół   domku   zapaliły   się   i   Rob   bez   trudu   trafił   z 

drzewkiem na tylną werandę. Panna Shelton czekała tam już, z rękami 

splecionymi na piersiach, jakby tym gestem chciała się zabezpieczyć 

przed przejmującym chłodem grudniowej nocy.

–   To   dość   potężna   choinka   –   powiedział   Rob   wchodząc   po 

schodkach   –   prawdopodobnie   będzie   pani   musiała   skrócić   ją   co 

najmniej o metr.

– Ma pan rację – przyznała. – Kupując drzewko zdawałam sobie 

sprawę   z   jego   wysokości,   ale   jest   tak   piękne,   że   nie   mogłam   się 

oprzeć. – Zaśmiała się z nutką samokrytyki.

Rob zdążył już polubić słodki, melodyjny ton jej głosu. Wytarł 

ręce o dżinsy i zbliżył się do nauczycielki. W świetle nisko wiszącej 

lampy   mógł   obejrzeć   ją   dokładniej   i   znalazł   potwierdzenie   swojej 

pierwszej oceny. Panna Shelton była więcej niż atrakcyjną kobietą.

background image

Spojrzał na jej wargi i zastanowił się, jaki mogą mieć smak. Czy 

jej   włosy,   lśniące   i   gęste,   w   dotyku   przypominają   jedwab?   Był 

zaskoczony swoimi myślami. Minęły całe wieki, odkąd po raz ostatni 

zareagował tak na kobiece piękno.

I   tej   reakcji   ani   nie   potrafił,   ani   nawet   nie   próbował   ukryć. 

Odbijała się w jego oczach jako wyraźny dowód oczarowania.

Zaledwie   zdołał   na   tyle   zebrać   myśli,   aby   zadać   w   miarę 

sensowne pytanie.

– Zapewne będzie potrzebowała pani kogoś, kto skróci choinkę i 

obsadzi ją w stojaku?

Mary nie usłyszała pytania.

Jej uwagę pochłonął bez reszty stojący przed nią mężczyzny.

Był taki duży! Mary, drobna i niewysoka, czuła się oszołomiona. 

Wyrastał   przed   nią   niczym   wieża,   a   jego   szerokie   ramiona 

wzmacniały   jeszcze   wrażenie   ogromu.   Emanował   fizyczną   siłą   i 

jakimś   specyficznym   zapachem   teksaskiej   prowincji,   w   którym 

wyczuwało   się   prerię   i   konie,   ale   też   maszyny   i   chemikalia.   Był 

dokładnym zaprzeczeniem urzędnika bankowego, ale jego twarz nie 

miała znamion prostactwa czy wulgarności. Bez wątpienia zarabiał na 

życie   pracą   fizyczną.   Świadczyły   o   tym  zarówno   jego   poplamione 

dżinsy i brudne buty, jak i duże, szorstkie, zgrubiałe dłonie.

Zatrzymała na nich wzrok. I nagle, całkiem niezależnie od swej 

woli,   pomyślała,   jak   delikatne   mogą   być   w   miłosnym   uścisku. 

Zakręciło się jej w głowie.

– Czy dobrze się pani czuje? – W głosie nieznajomego brzmiał 

background image

niepokój.

Mogła tylko mieć nadzieję, że nie potrafił czytać w jej myślach. 

Zaczerwieniła   się.   Ogromnym   wysiłkiem   woli   zdobyła   się   na 

uśmiech.

–   Ależ   oczywiście.   Przepraszam...   Zdaje   się,   że   pan   coś 

powiedział?

– Wspomniałem o skróceniu choinki. Dzisiaj nie mam czasu, ale 

gdyby potrzebowała pani kogoś do pomocy, to jutro wieczorem mogę 

przyjechać z piłą.

Kusiło   ją,   by   przyjąć   ofertę.   Nie   miała   narzędzi,   poza   tym 

potężne drzewko wymagało silnych ramion  mężczyzny. Nie mogła 

jednak   wykorzystywać   jego   uprzejmości.   Był   zapewne   zmęczony 

całodzienną ciężką pracą, a nic nie wskazywało na to, że jutro będzie 

inaczej.

– Dziękuję, ale sama dam sobie radę.

Rob   zareagował   na   odmowną   odpowiedź   krótkim,   prawie 

żołnierskim kiwnięciem głową.

– W porządku. W takim razie dobranoc.

– Dobranoc.

Kiedy   schodził   po   schodkach   werandy,   Mary   przypomniała 

sobie   o   banknocie.   Wyjęła   go   z   portfela   zaraz   po   zapaleniu 

zewnętrznych świateł i do tej chwili ściskała w garści.

– Proszę zaczekać! – zawołała za odchodzącym mężczyzną.

Zatrzymał się i odwrócił. – Tak?

Zeszła dwa stopnie niżej i wyciągnęła rękę.

background image

– To za usługę. Omal nie zapomniałam, przepraszam...

Rob speszył się jak mały chłopiec. Panna Shelton najzwyczajniej 

brała go za pracownika Eda Watsona. Nie wiedział, czy w tej sytuacji 

śmiać się, zrobić obrażoną minę czy też odgrywać swą rolę do końca.

Próbując zachować pełną szacunku powagę, wyciągnął rękę w 

odmownym geście.

– To naprawdę zbyteczne.

–   Ależ   proszę!   –   W   głosie   Mary   zawierała   się   cała   udręka 

wręczania   napiwków.   –   W   cenę   choinki   nie   wliczono   przecież 

kosztów dowozu do domu. Poświęcił pan swój cenny czas i spalił 

określoną   ilość   benzyny.   Proszę...   Jeśli   nie   przyjmie   pan   tych 

pieniędzy, będę się czuła strasznie...

Rob nadal walczył z ogarniającym go rozbawieniem.

– Wobec tego – powiedział, udając głęboki namysł – przyjmuję. 

Ostatnią rzeczą, jakiej bym naprawdę pragnął, to wpędzić panią w 

jakiś fatalny nastrój.

Wziął pognieciony banknot i schował do kieszeni kurtki. Przy 

okazji   dotknął   na   ułamek   sekundy   palców   panny   Shelton.   Były 

miękkie i delikatne jak palce pianistki.

Uniósł dłoń ku daszkowi czapki.

– Bardzo pani dziękuję. Dobranoc.

Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł do samochodu.

Uruchamiając silnik  zastanawiał się, jak zwrócić nauczycielce 

pieniądze   bez   urażenia   jej   dumy.   Zaraz   jednak   porzucił   kwestię 

napiwku i skupił się na samej kobiecie. Jej uroda zakłóciła spokój jego 

background image

duszy,   wywołała   stan   napięcia   i   niepokoju,   którego   już   kiedyś 

doświadczył. Dobrze go pamiętał.

Rob   Green   nie   chciał   powtarzać   doświadczeń   przeszłości. 

Zraniły go zbyt boleśnie. Czy wytrzyma ten ból jeszcze raz?

background image

Rozdział drugi

Mary oceniła ostatnią klasówkę z arytmetyki i odłożyła kartkę 

na kupkę. Westchnęła, zamyśliła  się na chwilę, po czym schowała 

testy do szuflady biurka. Wstała i podeszła do szafy wmurowanej w 

ścianę. Wyjęła z niej parasolkę i płaszcz przeciwdeszczowy. Od rana 

padało   i   boisko   za   oknem   przypominało   już   niewielkie,   błotniste 

jezioro.

Kiedy szła korytarzem w stronę głównego holu, echo jej kroków 

na marmurowej posadzce zdawało się rozchodzić po całym budynku. 

Opuszczała dziś szkołę ostatnia. Za chwilę zostanie tu tylko dozorca, 

którego zresztą nigdzie nie mogła dostrzec.

Skręciwszy   z   korytarza   do   przestronnej   sieni,   ze   zdumieniem 

dostrzegła małą dziewczynkę, która stała przy drzwiach wejściowych. 

Ubrana   była   w   dżinsy   i   sportową,   niebiesko-różową   kurtkę.   Z 

noskiem rozpłaszczonym na szybie wpatrywała się w padający równo 

deszcz.

Dziewczynka usłyszała kroki i odwróciła się gwałtownie. Mary 

rozpoznała w niej jedną z uczennic pani Daniel, a także uczestniczkę 

bożonarodzeniowego   przedstawienia.   Na   dzisiejszej   próbie   dostała 

ważną rolę.

Była   prześlicznym   dzieckiem   z   długimi,   prostymi,   niemal 

czarnymi włosami, związanymi w dwa gęste kucyki. W tej chwili na 

jej twarzyczce malowała się żałość, a z oczu wyzierał niepokój.

Mary uśmiechnęła się.

background image

–   Nazywasz   się   Holly   Green,   prawda?   Dziewczynka 

potwierdziła.

– Dlaczego wciąż jesteś w szkole? Minęła już czwarta.

– Tatuś obiecał przyjechać po mnie, czekam, ale ciągle go nie 

ma. – Głos dziecka drżał i cichł w miarę mówienia.

Sekretariat, w którym był telefon, zamykano po lekcjach, Mary 

musiała więc zaopiekować się dzieckiem.

– Odwiozę cię do domu.

– Dziękuję, panno Shelton – powiedziała Holly z jakąś ogromną 

ulgą w głosie. – Ale co będzie z tatusiem?

– Zostawimy dla niego wiadomość.

Wspólnie zredagowały dwuzdaniowy liścik i przytwierdziły go 

taśmą klejącą na szybie drzwi od wewnętrznej strony.

Holly mieszkała kilkanaście kilometrów za miastem. Mary miała 

więc czas, aby dowiedzieć się czegoś o dziewczynce, a równocześnie 

ciepłymi żartami rozproszyć jej niepokój.

Deszcz bębnił o dach małej hondy, wycieraczki ledwie nadążały 

ze zgarnianiem wody.

– Czy twój tatuś jest farmerem?

– Trochę tak, a trochę nie. Mamy  kilka  sztuk bydła, ale wuj 

Eddie obrabia ziemię, którą tatuś dostał po dziadziusiu.

– Rozumiem. – Najwidoczniej pan Green wydzierżawił pole i 

zajmuje się czymś innym. – A więc twój tatuś pracuje w mieście?

Holly kiwnęła główką.

– Sprzedaje domy i place.

background image

–   Coś   sobie   przypominam.   Widziałam   świetlną   reklamę   z 

nazwiskiem Green przed nazwą agencji. A twoja mama? Czy również 

pracuje w Hope?

Holly nie od razu odpowiedziała. Przez chwilę wpatrywała się w 

swoje dłonie.

– Nie mam mamusi. Umarła, kiedy byłam zupełnie mała.

– Przykro mi. – Głos Mary tchnął delikatnością i współczuciem. 

– Musi ci jej bardzo brakować.

Holly wzruszyła ramionami.

– Nawet jej nie pamiętam.

Mary przeniosła prawą rękę z kierownicy na ramię dziewczynki. 

Wiedziała   z   własnego   doświadczenia,   jak   bolesny   może   być   brak 

wspomnień o najbliższej osobie. Człowiek odkrywa wtedy lukę, której 

nie da się zapełnić.

– Ile nam jeszcze zostało do domu? – zapytała zmieniając temat.

– Nie więcej niż kilometr. Czy widzi pani te zbożowe silosy? 

Skręcamy zaraz za nimi.

Kiedy wjechały na wysadzaną sosnami drogę dojazdową, Holly 

zauważyła:

– Nie ma samochodu tatusia.

– Dostaniesz się do domu?

– Mam klucz.

– W takim razie zaczekam z tobą do jego powrotu. Obietnica ta 

wywołała na twarzyczce dziecka olśniewający uśmiech.

Dom okazał się nieregularną ceglaną bryłą, zbudowaną głównie 

background image

z prostopadłościanów, w sposób, który sugerował dużą wyobraźnię 

przestrzenną   autora   projektu.   Rozległe   podwórze   chełpiło   się 

stuletnimi dębami i kilkoma okazami drzew pekanowych. Dalej, aż po 

horyzont, rozciągały  się  pola,  na  których  osowiałe  bydło  mokło  w 

ulewie.

Weszły do ładnie umeblowanego salonu. Wygodne sofy i fotele 

zgrupowane były w pobliżu kamiennego kominka. Na półkach stało 

dużo   książek,   poprzetykanych   tu   i   ówdzie   jakąś   kasetą   lub 

ilustrowanym tygodnikiem. Sprzęt elektroniczny zajmował oddzielny 

kąt.

Mary   usiadła   na   sofie,   Holly   zaś   poszła   zadzwonić   do   biura 

agencji,   w   nadziei,   że   może   zastanie   tam   jeszcze   ojca.   Wróciła   z 

wiadomością, że telefon nie działa.

–   To   się   czasami   zdarza   podczas   większego   deszczu.   Mary 

kiwnęła   głową.   Ona   też   wychowała   się   na   wsi   i   znała   wszystkie 

niedogodności prowincji.

–   Czy   kiedy   twój   tata   pracuje,   zostajesz   sama   w   domu? 

Dziewczynka zaprzeczyła.

– Po lekcjach idę do pani Dudley, skąd wieczorem zabiera mnie 

tatuś, albo przyjeżdżam szkolnym autobusem tutaj i zostaję z panną 

Maggie. Mieszka w tamtym domu za drogą.

Pod   maską   zewnętrznego   spokoju   Mary   kipiała.   Jej   złość   na 

pana Greena, który skandalicznie się spóźniał, wzrastała z minuty na 

minutę. W głębi duszy obwiniała go o zaniedbywanie ośmioletniego 

dziecka,   które,   gdyby   nie   ona,   stałoby   do   tej   pory   w   szkolnym 

background image

przedsionku.

–   Na   pewno   niecierpliwie   czekasz   na   święta...   –   stwierdziła 

Mary, wprowadzając do rozmowy najmilszy z tematów.

Opony zapiszczały na mokrym asfalcie, gdy Rob, jadąc z dużą 

szybkością,   skręcił   w   kierunku   szkoły.   Był   straszliwie   spóźniony. 

Prześladowała go wizja zalanej łzami twarzyczki Holly.

Opuszczał   właśnie   biuro,   kiedy   zadzwonił   ważny   klient   z 

Houston. Rozmówca wykładał sprawę rozwlekle, z najdrobniejszymi 

szczegółami,   aby   w końcu  wyliczyć  wszystkie   powody, które   jego 

zdaniem wymagają wnikliwego rozpatrzenia przed podjęciem decyzji. 

Zapewnił jedynie Roba, że jego propozycja będzie rozważona.

Szkolny parking był pusty. Green zatrzymał się przed głównym 

wejściem.   W   budynku   ani   jednego   światła.   Podbiegł   do   drzwi   i 

szarpnął za klamkę. Zamknięte na głucho.

Gdzie jest Holly?

Z   bijącym   sercem   wrócił   do   samochodu.   W   pośpiechu 

zapomniał zabrać z biura kurtkę i teraz jego koszula była zupełnie 

przemoczona. Poczuł dreszcze.

Zmusił   się   do   kilku   głębokich   oddechów.   Spokojnie,   nie   ma 

powodów   do   paniki.   Holly   była   rozsądnym  dzieckiem.   Nie   mogąc 

doczekać   się   jego   przyjazdu,   najpewniej   pobiegła   do   pani   Dudley. 

Poczuł wyraźną ulgę.

Ale kilka minut później pulchna pani Dudley szeroko otworzyła 

oczy   ze   zdumienia,   kiedy   ujrzała   przemoczonego   Roba   na   progu 

swego domu.

background image

– Nie widziałam dziś Holly.

Poczuł,   że   zaczyna   mu   brakować   powietrza.   Przez   głowę 

przeleciała  mu  chmara  czarnych myśli, niczym stado  rozkrakanych 

wron. – Prawdopodobnie poszła do domu którejś z koleżanek. – Pani 

Dudley starała się go pocieszyć.

– Jasne. Wydaje się to zupełnie logiczne.

Ale Rob wiedział, że ten wariant najmniej pasował do Holly.

– W takim razie skorzystaj z mojego telefonu i zadzwoń do jej 

koleżanek – zaproponowała. Postanowił spróbować. Wszedł za panią 

Dudley do holu.

Po   dziesięciu   minutach   odłożył   słuchawkę.   Wykorzystał   już 

wszystkie   możliwości.   Nigdzie   ani   śladu   Holly.   Kilkakrotnie   też 

dzwonił do domu i do panny Maggie, jednak nikt tam nie odbierał 

telefonu. Poczuł, że zaczyna go ogarniać strach.

–  A  może   zadzwonimy   do Charliego?   – delikatnie  podsunęła 

pani Dudley.

Rob zwiesił ponuro głowę. Charlie był jej synem, ale również 

miejscowym szeryfem.

– Muszę wracać do domu, na wypadek, gdyby Holly jakoś tam 

dotarła.   Przypuszczam,   że   z   powodu   deszczu   telefony   we   wsi   nie 

działają. Proszę, niech pani zadzwoni do syna i poprosi go, by wysłał 

kogoś na poszukiwanie małej dziewczynki. I proszę mu powiedzieć, 

że jest ubrana w dżinsy, niebiesko-różową kurtkę i adidasy.

Przez całą drogę do domu Rob szczękał zębami. Ogrzewanie w 

samochodzie niewiele pomagało. Miał przemarznięte ciało, ale przede 

background image

wszystkim – bał się. Holly, jego dziecko, jego maleństwo... Jego całe 

życie. Jeżeli również ją straci...

–   Dobry   Boże,   błagam,   nie   zabieraj   mi   jej!   Wjeżdżając   na 

podwórze,   natychmiast   zauważył   szarą   hondę.   Było   w   niej   coś 

znajomego,   bliskiego   nawet,   ale   zdenerwowanie   nie   pozwoliło   mu 

zastanawiać się nad tym. Nacisnął na hamulec, zgasił silnik i puścił się 

biegiem   ku   domowi.   Honda   wzbudziła   w   nim   nowy   niepokój, 

kontrastowała bowiem ze znanym otoczeniem. A może Holly została 

ranna... lub stało się coś jeszcze gorszego?

Wpadł do środka niczym szarżujący byk.

Holly wybiegła mu naprzeciw. Chwycił ją w ramiona i z całej 

siły   przycisnął   do   piersi.   Dziewczynka   krzyknęła,   ale   bardziej   z 

zaskoczenia niż z bólu.

– Gdzie się podziewałaś, kochanie? Martwiłem się okropnie, gdy 

nie zastałem cię w szkole.

Holly gorąco ucałowała ojca.

–  Czekałam  na ciebie,   tatusiu,   długo,  bardzo długo.  Wszyscy 

sobie poszli, a kiedy nie zjawiałeś się, panna Shelton przywiozła mnie 

tutaj.

– Kocham cię, mój skarbie. Przytulił twarz do włosów córki.

– Ja też cię kocham – odwzajemniła wyznanie. Pochyliła głowę i 

potarła noskiem o jego nos. Nagle zachichotała i poprosiła: – Puść 

mnie, tatusiu...

Teraz dopiero dostrzegł kobietę siedzącą na kanapie. Nie był to 

nikt inny, tylko ta nauczycielka od napiwku i ogromnej choinki.

background image

Straszliwe napięcie, które towarzyszyło mu przez kilka ostatnich 

godzin,   częściowo  tylko  rozładowane  ulgą,  znalazło  teraz   ujście  w 

wybuchu.

– Jak pani śmiała zabrać dziecko ze szkoły bez pozostawienia 

kartki   z   wiadomością?   Czy   w   ogóle   wyobraża   pani   sobie,   co 

przeżyłem? Przychodziły mi do głowy najgorsze myśli o porwaniu, 

wypadku samochodowym i Bóg wie jeszcze o czym!

Mary była wzruszona oglądaną przed chwilą sceną. Ale teraz 

poderwała się na równe nogi, patrząc wyzywająco w oczy ogromnego 

mężczyzny.   Tego   samego,   uświadomiła   sobie   nie   bez   zdumienia, 

który wczoraj dostarczył jej choinkę.

Tego samego, którego uraczyła hojnym napiwkiem, bo doszła 

do wniosku, że wypada, a nawet trzeba zapłacić mu za usługę. Dzisiaj 

zamiast tamtego brudnego roboczego ubrania miał na sobie błękitną, 

popelinową   koszulę,   krawat   i   ciemne   spodnie   z   miękkiej   flaneli. 

Wiedziała też, że mieszka w dużym, komfortowo urządzonym domu i 

prowadzi własny interes. Musiał skręcać się ze śmiechu, kiedy wracał 

wczoraj do siebie z napiwkiem w kieszeni!

Teraz nie wyglądał jednak na rozbawionego, trząsł się ze złości i 

patrzył na nią gniewnie, więc nie zdołała opanować wybuchu.

– Proszę spojrzeć lepiej na siebie! Prawdziwy ojciec nie spóźnia 

się godzinami, kiedy umawia się z ośmioletnim dzieckiem, i to jeszcze 

w   taką   pogodę!   Powinien   pan   raczej   podziękować   mi,   że 

zaopiekowałam   się   pana   córką.   A   nawiasem   mówiąc,   zostawiłam 

wiadomość. Holly przykleiła ją na szybie drzwi frontowych. Ślepy by 

background image

zauważył!

– Nie było żadnej kartki – powiedział, tracąc pewność siebie. – 

Podszedłem   do   samych   drzwi,   ale   nie   zauważyłem   żadnej 

wiadomości.

– Musiała tam być – rzuciła niecierpliwie.

– Załóżmy się – zaproponował sarkastycznym tonem.

– Tatusiu – nieśmiało wtrąciła się Holly – my ją zostawiłyśmy. 

Daję ci na to słowo honoru. Sama ją przyklejałam.

– Więc cóż się z nią stało?

– A skąd mam wiedzieć? – odparowała Mary. – Może zabrał ją 

jakiś żartowniś?

– A może przykleiłam ją za słabo – powiedziała Holly ze łzami 

w oczach. I zaraz rozpłakała się.

– Jest pan zadowolony? – Mary nie ustawała w ataku. – Pana 

córka teraz płacze przez pana.

Rzucił jej spojrzenie mordercy, po czym wśród pieszczot zaczął 

zapewniać Holly, że w najmniejszym stopniu jej nie wini.

– Nie jestem aż tak nieodpowiedzialna – ciągnęła Mary – by 

zabierać czyjeś dziecko bez pozostawienia odpowiednich wskazówek. 

Ciekawa jestem, czy pan przeszedłby obojętnie obok dziecka, które 

czeka na spóźniającego się nieprzyzwoicie ojca?

–   Tatusiu,   proszę,   nie   kłóć   się   z   panną   Shelton.   –   Holly 

próbowała zapobiec nowemu wybuchowi ojca.

Jej   prośba   odniosła   natychmiastowy   skutek.   Rob   i   Mary 

spojrzeli najpierw na dziecko, a potem na siebie.

background image

–   Bardzo   panią   przepraszam   –   powiedział   Rob   już   całkiem 

normalnym tonem. – Kompletnie puściły mi nerwy. Szczerze jestem 

wdzięczny za odwiezienie córki do domu. Byłem tak...

W Mary również dokonała się przemiana.

–   Dobrze   pana   rozumiem   –   odparła   miękko.   –   Mogę   sobie 

wyobrazić,   co   pan   czuł.   Zbyt  późno   dowiedziałam   się,   że   ma   pan 

biuro   w   mieście,   gdyż   tam   przede   wszystkim   zawiozłabym   Holly. 

Poza   tym  pana   córka   próbowała   dodzwonić   się   stąd   do   pańskiego 

biura, ale bezskutecznie.

– Ja również dzwoniłem tutaj. To na pewno wina deszczu.

– Gdzie byłeś, tatusiu?

–   Chciałem   właśnie   jechać   po   ciebie,   gdy   zadzwonił   bardzo 

ważny klient. Nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. – Zwrócił 

się do Mary: – Zatrudniam dwie osoby, lecz jedna rozchorowała się na 

grypę,   druga   miała   do   załatwienia   pilne   sprawy   prywatne. 

Najważniejsze, że Holly jest cała i zdrowa.

–   Tak,   to   najważniejsze   –   zgodziła   się   Mary.   –   Wobec   tego 

mogę już iść.

Rob zbliżył się o krok.

–   Raz   jeszcze   dziękuję   za   opiekę   i   przepraszam   za   ten   mój 

niesprawiedliwy wybuch.

Mary uśmiechnęła się.

– Nie ma sprawy.

Rob był zachwycony dołeczkami w jej policzkach. Była jeszcze 

ładniejsza niż wczoraj. Przypomniał sobie o choince.

background image

–   Proszę   jeszcze   chwilkę   zaczekać.   Zmienię   tylko   ubranie   i 

wrócimy razem do miasta. Wciąż leje i wolałbym nie puszczać pani 

samej.   Nigdy   nie   wybaczyłbym  sobie,   gdyby   coś  się   pani  stało   w 

drodze powrotnej do domu.

– Ależ naprawdę nie ma potrzeby – zaprotestowała.

– Bardzo proszę – nalegał. – Ponieważ telefon jest zepsuty, i tak 

muszę   osobiście   zawiadomić   szeryfa,   że   zguba   się   odnalazła.   Jego 

ludzie są chyba w trakcie poszukiwań.

–  W  takim  razie  zaczekam.   Zresztą  jazda  we  dwójkę  w  taką 

pogodę nie jest najgorszym pomysłem.

– A czy mam zabrać ze sobą piłę? – Rob uśmiechnął się. – Po 

wizycie u szeryfa mógłbym zająć się pani choinką.

Zaczerwieniła   się   po   białka   oczu,   przypominając   sobie   o 

napiwku.

– Dziękuję, ale dam sobie radę.

–   Wiem.   Słyszałem   to   już   wczoraj,   ale   chciałbym   w 

minimalnym choć stopniu spłacić dług wdzięczności.

Mary wahała się przez chwilę. Nagle zmrużyła oczy.

– Czy lubi pan chili, panie Green?

– Przepadam.

–   A   ty,   Holly?   –   Mary   zwróciła   się   z   uśmiechem   do 

dziewczynki, która skinęła głową.

– W takim razie zapraszam. Gdy pan będzie się męczyć przy 

choince,   ja   przygotuję   kolację.   A   potem   we   troje   przystroimy 

drzewko.

background image

– Hura! – wykrzyknęła triumfalnie dziewczynka.

– Mam tylko jedną prośbę – ciągnęła Mary – żeby Holly mogła 

jechać ze mną. Kiedy pan będzie u szeryfa, my, kobiety, wpadniemy 

do   kilku   sklepów.   Prawdę   mówiąc,   nie   pomyślałam   jeszcze   o 

zabawkach   na   choinkę,   a   bardziej   ufam   gustowi   Holly   niż   swemu 

własnemu.

–   Tak,   moja   córeczka   jest   w   tych   sprawach   prawdziwym 

ekspertem – zgodził się Rob. Sięgnął do kieszeni spodni po portfel i 

wyjął z niego jakieś pieniądze. – A oto mój udział w przystrajaniu 

choinki.

Mary spojrzała na banknot i zaczerwieniła się jak piwonia. Jej 

pięciodolarowy napiwek wracał do niej jak bumerang.

Rob wybuchnął śmiechem. Lecz zanim zdążyła przywołać go do 

porządku, popędził gdzieś w głąb domu przebrać się w suche rzeczy.

background image

Rozdział trzeci

Wspólnymi siłami przenieśli choinkę do saloniku i przyjrzeli się 

jej   z   podziwem.   Dolne   gałęzie   dosięgały   z   jednej   strony   drzwi,   z 

drugiej zaś kładły się na kanapie. Drzewko zajmowało prawie połowę 

niewielkiego   pomieszczenia.   Mocny,   buńczuczny   wierzchołek   z 

jasnobrązową szyszką dotykał sufitu.

– Dlaczego zdecydowała się pani na coś tak wielkiego, panno 

Shelton? – zapytał Rob, wyjmując ze swetra długie zielone igły.

–   To   proste   –   odparła   Mary.   –   Zupełnie   zwariowałam.   Jak 

inaczej mogę to wytłumaczyć?

Holly zaniosła się śmiechem.

– To niemożliwe. Nauczyciele nigdy nie wariują, są na to za 

mądrzy.

–   Hmm.   Nie   jestem   tego   taka   pewna   –   powiedziała   Mary   i 

patetycznie załamała ręce. – Teraz muszę ponieść konsekwencje tego 

szaleństwa.

–   Możemy   ostatecznie   wymienić   ją   u   Eda   na   mniejszą   – 

zasugerował Rob.

Mary potrząsnęła głową.

– Nie zgadzam się, by pana praca poszła na marne. A poza tym 

rozmiary tej choinki będą mi przypominać jedną wielką prawdę...

– Jaką mianowicie?

– Nie bądź zachłanna. Co za dużo, to niezdrowo, a większe nie 

zawsze jest lepsze.

background image

– Słyszysz, mała? – Rob zwrócił się do Holly.

– Jasne, tatusiu!

–   Holly   ma   kucyka,   ale   ostatnio   zachciało   się   jej   konia. 

Tłumaczę, że jeszcze przynajmniej rok musi poczekać.

– Konspiracyjnie puścił oko do Mary. – Myślę, że zgodzi się 

pani ze mną, panno Shelton?

– O, nie! – zaśmiała się Mary, unosząc ręce w obronnym geście. 

– Nie uda się wam wciągnąć mnie w rodzinne spory. Lepiej pójdę 

sprawdzić, co z naszym chili.

– Mądra kobieta – mruknął Rob z rozbawieniem. – Nawet jeżeli 

dostała bzika na punkcie choinki.

Mary raz jeszcze spojrzała na gigantyczne drzewko, a potem na 

Roba.

– Więc nie wybaczy mi pan tego błędu?

– Przeciwnie. Za historyjkę o choince, która zajmuje pół pokoju, 

i   drugą   o   napiwku,   będę   przez   kilka   najbliższych   miesięcy   pił 

darmową kawę w tutejszej kawiarni.

– Ależ z pana zimny drań, panie Green – rzuciła oschłym tonem.

–   Taką   ocenę   mojej   osoby   słyszałem   już   z   niejednych   ust   – 

przyznał   ironicznie.   –   Ale   wolę   to,   niż   cieszyć   się   opinią   faceta 

miłego, uprzejmego i nudnego jak flaki z olejem.

– Jak ten na przykład, który z czystej dobroci serca przytaszczył 

drzewko   do   domu   pewnej   nieznajomej,   by   na   drugi   dzień 

gimnastykować   się   przy   nim   przez   godzinę?   To   też   jest   zabawna 

historyjka, panie Green. Jeśli obiegnie miasto, może odbić się fatalnie 

background image

na czyjejś reputacji. Niewykluczone nawet, że zaważy na całym życiu 

tego kogoś.

Rob gwałtownym skokiem przypadł do Mary i żelazną dłonią 

chwycił ją za nadgarstek.

– Nie ośmieli się pani! – warknął.

– Pan opowie swoje historyjki, ja opowiem moje – stwierdziła 

bezlitośnie.

–   Tatusiu!   –   krzyknęła   Holly.  –   Dlaczego   bijesz   się   z   panną 

Shelton?

Rob natychmiast puścił Mary i zwrócił się ku córce. Za wszelką 

cenę   musiał   ją   uspokoić.   Nieraz   sprzeczali   się   ze   sobą   w   żartach, 

kiedy Holly zbyt uparcie przy czymś obstawała. Ale naczelną zasadą, 

jakiej   Rob   starał   się   przestrzegać   w   stosunkach   z   córką,   była 

otwartość,   szczerość   i   wzajemne   zaufanie.   Ostatecznie   mieli   tylko 

siebie.

– Kłóciliśmy się tylko na niby, kochanie. Wiesz, co to znaczy, 

bo nieraz sami tak żartujemy.

Holly   z   powagą,   ale   i   nieufnie,   patrzyła   mu   w   oczy. 

Odwzajemnił się jej równie poważnym spojrzeniem.

– Czy możesz mi dać słowo honoru? – zapytało dziecko serio i z 

naciskiem.

Kiwnął głową i położył dłoń na sercu.

–   Jeśli   nie   wierzysz,   zapytaj  pannę   Shelton.   Holly   przeniosła 

wzrok na nauczycielkę.

–   Twój   ojciec   mówi   prawdę,   Holly.   To   były   tylko   żarty.  Na 

background image

twarzy Holly pojawił się wreszcie psotny uśmieszek.

Wskazała   na   dwoje   dorosłych   i   powiedziała   z   surowością 

sędziego trybunału:

– W porządku. Bo nie pozwalam na żadne prawdziwe kłótnie i 

bijatyki.

– Tak jest, proszę pani – odrzekła Mary z lekkim ukłonem.

Wszyscy  roześmiali  się,  a  Rob  nie  mógł  oderwać wzroku  od 

rozjaśnionych oczu nauczycielki.

–   Najwyższy   czas,   bym   jednak   zajrzała   do   naszego   chili   – 

oznajmiła.   –   A   tymczasem   ty,   Holly,   zajmij   się   rozpakowaniem 

pudełek z bombkami, dobrze?

– Już się robi.

–   A   ja   będę   degustatorem   –   zadeklarował   Rob   tonem   nie 

znoszącym sprzeciwu, wchodząc za Mary do kuchni.

– A kto powiedział, że ktoś taki jest mi w ogóle potrzebny?

– Każda szefowa kuchni uważa degustatora za swoją prawą rękę.

–   W   taki   razie   niniejszym   otrzymuje   pan   nominację   – 

powiedziała Mary, nabierając z garnka chili na łyżkę i zbliżając ją do 

ust Roba.

Spróbował, wpatrzył się gdzieś w przestrzeń niczym rozmarzony 

poeta, po czym zamknął oczy.

– I jak? – zapytała tłumiąc śmiech.

– Chyba muszę się upewnić... Dostał następną porcję.

– I jak? – powtórzyła pytanie.

–   Przydałaby   się   trzecia   łyżka.   Nie   chciałbym  wydawać   zbyt 

background image

pochopnych sądów.

– Hmm. Pana dążenie do perfekcji najpewniej skończy się tym, 

że dla mnie i Holly nic nie zostanie.

– A miałem nadzieję – powiedział z uśmiechem – że się pani nie 

zorientuje w moich zamiarach. Ale, jak mówi Holly, nauczycielom 

nigdy   nie   brakuje   rozumu.   Pani,   panno   Shelton,   jest   prawdziwą 

mistrzynią w przyrządzaniu chili.

–   Serdecznie   dziękuję   za   komplement.   Ale   jeżeli   choć   raz 

jeszcze   powie   pan   do   mnie   „panno   Shelton”,   obejdzie   się   pan 

smakiem.   Wciąż   słyszę   ten   zwrot,   bo   tak   mnie   nazywają   moi 

uczniowie. W życiu prywatnym wolałabym inną formę.

–   Wielkie   nieba!   –   wykrzyknął.   –   A   jaką   to,   jeśli   można 

wiedzieć? „Pani nauczycielko” albo „hej, ty tam”?

– Mam na imię Mary. A pan?

– Robert, ale wszyscy mówią do mnie Rob. Czy w takim razie 

mogę być z tobą szczery?

– Oczywiście, Rob.

–   Masz   chili   na   brodzie.   Nie   trzeba   było   tak   gwałtownie 

odbierać łyżki.

– Och!

Chwyciła ścierkę i zaczęła wycierać nią twarz.

– Nie w tym miejscu, Mary.

Wziął od niej ścierkę i sam zajął się plamą. Przez chwilę ich 

twarze   dzieliła   zaledwie   kilkucentymetrowa   odległość.   Mary 

wstrzymała   oddech.   Jego   dotknięcie   miało   w   sobie   wręcz   kobiecą 

background image

delikatność, ale wycieranie małej plamki trwało chyba zbyt długo.

Gdy   skończył,   ciągle   nie   miała   odwagi   spojrzeć   mu   w   oczy. 

Odwróciła się do szafki.

–   Dzięki.   Pokroję   teraz   chleb   kukurydziany   i   włożę   do 

piekarnika na grzanki.

– Uwielbiam grzanki. Holly zresztą również.

Śledził z prawdziwą przyjemnością jej płynne, pełne wdzięku 

ruchy, kiedy krzątała się po kuchni.

–   Czy   w  naszej  szkole   uczysz  dopiero   od   jesieni?   Nigdy   cię 

przedtem nie widziałem.

– Tak, sprowadziłam się tutaj pod koniec sierpnia.

–   I   jak   ci   się   żyje   w   takiej   małej   mieścinie?   Wzruszyła 

ramionami.

–   Całkiem   dobrze.   Wychowałam   się   na   ranczo   w   pobliżu 

niewiele większego miasteczka.

– A więc jesteś wiejską dziewczyną, przyzwyczajona do życia 

na prowincji.

–   Tak.   Ale   mieszkańcy   małych   miasteczek   z   trudem 

przyzwyczajają się do obcych.

Nie   chciała   wspominać   o   swojej   samotności.   Jej   koledzy   ze 

szkoły byli dla niej bardzo mili, ale nie uczestniczyła w ich życiu 

prywatnym. Nagle uświadomiła sobie, że Rob i Holly byli pierwszymi 

gośćmi, których przyjmowała w tym domu.

– Ludzie, zanim dobrze kogoś poznają, odgradzają się od niego 

murem   nie   do   przebicia.   Lynn   często   się   na   to   skarżyła.   Lynn   – 

background image

wyjaśnił – była moją żoną. Umarła cztery lata temu.

– Holly wspomniała mi o matce. Bardzo mi przykro. Musi być ci 

ciężko samotnie wychowywać córkę.

–   Powiedzmy,   że   nie   jest   to   łatwe   –   zgodził   się   Rob.   –   Ale 

rozmawialiśmy o małych miasteczkach...

– Zgadza się. Rzecz jasna, tęskno mi za ludźmi, wśród których 

wyrosłam, ale muszę przyznać, że lata spędzone na uniwersytecie, a 

potem w Abilene, gdzie uczyłam, zaliczam do najwspanialszych.

– Więc dlaczego tu przyjechałaś?

Mogłaby odpowiedzieć: Ponieważ chciałam zaszyć się na jakiejś 

dalekiej prowincji, by wyleczyć rany. Ponieważ kiedy rozpaczliwie 

pragnęła   uciec   z   Abilene,   uciec   od   Wayne’a,   szkoła   w   Hope   jako 

pierwsza zaoferowała jej pracę. Mary mogłaby tak odpowiedzieć, ale 

nie obcemu człowiekowi, jakim, bądź co bądź, nadal był Rob. Więc 

tylko wzruszyła ramionami i stwierdziła ogólnikowo:

– Po prostu nastał czas na zmiany.

Rob   spojrzał  na   nią   z  powątpiewaniem.   Nie  wyglądało   to   na 

szczerą   odpowiedź.   Na   pewno   jakiś   mężczyzna   krył   się   za   taką 

decyzją,   ale   nie   chciał   być   wścibski.   Sam   przecież   zachował   w 

tajemnicy, że Lynn, zanim zmarła, rozwiodła się z nim i ponownie 

wyszła za mąż.

Mary   zafascynowała   go   cichą   urodą   zwyczajnej   dziewczyny, 

jakże różną od wyrafinowanego, chłodnego piękna Lynn. Łączyła w 

sobie w cudownej równowadze subtelność i powszedniość, poezję i 

prozę, jeżeli prozą można nazwać jej zdrowy rozsadek, niski wzrost i 

background image

teksaski akcent. Nie był to jednak wystarczający powód, aby od razu 

pragnąć wiedzieć o niej wszystko. Po przeżyciach z Lynn Rob złożył 

sobie   solenne   przyrzeczenie,   że   nie   zwiąże   się   już   więcej  z   żadną 

kobietą. Zbyt boleśnie przeżył rozpad swojego małżeństwa.

– Lepiej pójdę zawiesić lampki na choince – odezwał się nagle 

chrapliwym,   dość   nieprzyjemnym   głosem   i,   nie   czekając   na 

odpowiedź, wyszedł do kuchni.

Mary   poczuła   się   niezręcznie.   Rozmawiali   niemal   jak 

przyjaciele, czemu więc Rob wyszedł nagle z tak chmurną miną? Czy 

spowodowała to wzmianka o śmierci żony?

Jakiekolwiek   były   tego   przyczyny,   Mary   cieszyła   się   z 

darowanych jej kilku minut samotności. Musiała pomyśleć w spokoju 

choć   chwilę.   Przede   wszystkim   alarmujący   był   fakt,   że   Rob   ją 

zauroczył. A przecież przyjechała tu, by wyleczyć się z ran po jednym 

mężczyźnie, a nie wpadać w ramiona drugiego. Gdyby tak się stało, 

byłaby skończoną idiotką.

Kwadrans później, siedząc przy stole, Mary dziękowała Bogu, 

że jest z nimi Holly, bowiem rozmowa między nią a Robem zupełnie 

się nie kleiła. Dziewczynka natomiast z dziecięcą beztroską paplała o 

szkole.

– Pani Murphy, tatusiu, leży w szpitalu na ślepą kiszkę, a panna 

Shelton   zastępuje   ją   w   przygotowywaniu   choinkowego 

przedstawienia.

–   To   musi   być   ciężka   praca   i   wielka   odpowiedzialność   – 

zauważył Rob.

background image

– Przekonałam się o tym wczoraj – przyznała Mary. – Każde 

dziecko w ten czy inny sposób bierze udział w jasełkach, choćby tylko 

wnosiło coś na scenę lub coś z niej znosiło.

– Rozumiem. – Rob uśmiechnął się. – Wedle zasady, że nikt nie 

może zostać pominięty. Bożonarodzeniowy spektakl jest największym 

artystycznym wydarzeniem w naszym miasteczku.

Mary kiwnęła głową.

– Spotkałam się już z taką oceną. Ale najbardziej w tej chwili 

leżą mi na sercu dekoracje. Robił je dotąd mąż pani Murphy, ale, jak 

wiesz, zmarł w tym roku. Nie mam pojęcia, do kogo zwrócić się o 

pomoc.

– Co ci jest potrzebne?

– Dwa różne warianty tła. Jeden przedstawiałby typowe wnętrze 

salonu   z   oknem,   drzwiami   i   kominkiem,   a   drugi   ruchliwą   ulicę   z 

budynkami i sklepami.

– A więc nic skomplikowanego – mruknął Rob w zamyśleniu. – 

Może da się coś zrobić. Naszkicuję oba projekty, a moja firma pokryje 

koszt robocizny i materiałów.

Mary zarumieniła się z radości.

–   Dziękuję,   Rob.   Nawet   nie   wiesz,   jak   bardzo   jestem   ci 

wdzięczna.

– Nie dziękuj za wcześnie. Jeszcze nie widziałaś projektów.

– Jestem pewna, że będą cudowne.

Oczy Mary jaśniały takim blaskiem, że Rob z trudem oderwał od 

nich wzrok.

background image

Po   kolacji   przystąpili   do   strojenia   choinki.   Holly   przypadł 

zaszczyt zawieszenia gwiazdy betlejemskiej. Potem pojawiły się na 

gałązkach   elektryczne   lampki,   bombki,   świecidełka,   na   końcu   zaś 

łańcuchy   i   włos   anielski.   Efekt   przekroczył   oczekiwania.   Zgodnie 

uznali, że nigdy jeszcze nie widzieli tak pięknego drzewka. Dumne, 

lecz nie pyszne, błyszczące, lecz nie tandetne – pachniało igliwiem i 

żywicą. Odczuli coś w rodzaju wzruszenia.

Na koniec Mary podała gorącą czekoladę i prażoną kukurydzę.

– Czy to pianino oznacza – zapytał Rob wskazując instrument – 

że potrafisz wydobyć z niego coś w rodzaju muzyki?

Mary uśmiechnęła się.

– Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Ja również potrafię grać – obwieściła Holly. – Uczę się już od 

dwóch lat.

– W takim razie zagraj nam jakąś melodię związaną ze świętami 

Bożego Narodzenia – zaproponowała Mary.

Dziewczynka   siadła   przy   pianinie   i   zagrała   wesoło,   „Jingle 

Bells”. Dorośli śpiewali. Głęboki baryton Roba był doskonale zgrany 

z ciepłym altem Mary.

Potem ona zasiadła do pianina. Tak pięknie zagrała wiązankę 

popularnych kolęd, że wszyscy troje poczuli prawdziwie świąteczne 

wzruszenie.

– To było wspaniałe przeżycie – wyznał Rob, kiedy skończyła 

grać. Uśmiechnął się do Mary. – Powinienem to zresztą powiedzieć o 

całym wieczorze.

background image

Odwzajemniła uśmiech.

– Dla mnie również.

Ich oczy spotkały się i przez dłuższą chwilę nie byli w stanie 

oderwać od siebie wzroku...

Rob oprzytomniał pierwszy i gwałtownie wstał z fotela.

– Na nas czas. Holly dawno powinna być w łóżku.

Kilka minut później Mary została sama, ze swoim olbrzymim, 

rozjarzonym   lampkami   drzewkiem.   Cisza,   jaka   zapanowała   po 

odejściu Roba i Holly, wydawała się tak złowroga i posępna, że Mary 

zaczęła wręcz żałować ich odwiedzin. Samotność, jak zimna, mokra 

noc za oknem, ogarnęła ją czarną płachtą smutku i lęku.

background image

Rozdział czwarty

W czwartek po skończonych lekcjach, kiedy dzieci z radosnym 

wrzaskiem   opuściły   szkołę,   Mary   rozstawiła   drabinę,   by   rozwiesić 

wzdłuż ścian pod sufitem grube łańcuchy ze srebrnej i złocistej folii. 

Jutro uczniowie dokończą świąteczną dekorację klasy, ale tę czynność 

musiała wziąć na siebie. Stanęła więc na jednym z wyższych szczebli 

i z taśmą klejącą w jednej ręce, a z łańcuchami w drugiej, zaczęła 

swoją pracę.

W   pewnym   momencie   drzwi   otworzyły   się   i   wszedł   Rob   z 

jakimś owiniętym w papier przedmiotem. Ustawił pakunek na biurku i 

odwrócił się do Mary. Nie usłyszała jego wejścia, nie wiedziała więc, 

że na nią patrzy.

Tymczasem   on,   zatrzymawszy   się   o   dwa   kroki   od   drabiny, 

spoglądał z dołu na kobietę, z której ramion zwisały, niczym złocisty 

tren, puszyste węże łańcuchów. Wyglądała jak anioł. Rob podziwiał w 

milczeniu jej figurę, z typowo męskim zainteresowaniem koncentrując 

uwagę na długich, smukłych nogach.

– Cześć – powiedział wreszcie, kładąc dłoń na drabinie.

Na dźwięk jego głosu drgnęła, gwałtownie odwróciła głowę i 

straciła   równowagę.   Przez   ułamek   sekundy   jej   ręce   rozpaczliwie 

szukały   oparcia.   Bezskutecznie.   Spadła   wprost   w   zapraszająco 

nadstawione ramiona. Rob przycisnął ją mocno do piersi i spojrzał w 

rozszerzone strachem oczy.

Wpatrywali się w siebie jak zahipnotyzowani. Rob zbliżył wargi 

background image

do jej lekko rozchylonych ust. Opanował się dosłownie w ostatnim 

momencie. Mary była przecież nauczycielką, której obiecał pomoc. 

Niewykluczone,   że   w   przyszłym   roku   będzie   uczyć   również   jego 

córkę,   a   ich   bliskie   stosunki   postawiłyby   dziewczynkę   w   trudnej, 

niezręcznej   sytuacji.   A   poza   tym  –   jaką   miał   gwarancję,   że   Mary 

również ma ochotę na ten pocałunek?

–   Wszystko   w   porządku?   –   zapytał,   z   trudem   opanowując 

dławiący gardło ucisk.

–   Tak.   Myślę,   że   tak   –   wyszeptała.   Ostrożnie   postawił   ją   na 

podłodze.

W chwili kiedy stanęła o własnych siłach, natychmiast odsunęła 

się od Roba na bezpieczną odległość. Jej serce biło jak oszalałe. Czuła 

ulgę, że ojciec Holly nie wykorzystał tego magicznego momentu i nie 

pocałował jej.

Była   mu   za   to   wdzięczna,   ale...   uldze   towarzyszyło 

rozczarowanie. Jego wargi były tak blisko i były tak ponętne. Czy w 

pocałunku   jest   coś   zdrożnego,   szczególnie   gdy   całuje   mężczyzna, 

który już wzbudził sympatię? Z drugiej jednak strony dobrze się stało, 

że   ten   właśnie   mężczyzna   tak   brutalnie   rozproszył   czar   zbliżenia. 

Jakże   upokorzeni   czuliby   się   oboje,   gdyby   ulegli   własnym 

pragnieniom...   Przecież   nadal   musieliby   się   spotykać   w   tej   małej 

mieścinie i z czasem mogłoby się to okazać nie do zniesienia. Tak jak 

tamte codzienne spotkania z Waynem, z którym łączył się nadludzki 

wysiłek udawania, że jej serce bije regularnym rytmem... Dawnych 

błędów nie wolno powtarzać. Stan zakochania jest bolesną, ponurą 

background image

przypadłością duszy i serca.

Podeszła do biurka i zobaczyła pakunek.

– Co to jest? – zapytała przez ramię.

– Odwiń papier, a przekonasz się.

Z   papieru   wyłoniła   się   w   całej   swej   wspaniałości   poinsecja, 

zwana   też   wilczomleczem   pięknym   lub,   popularnie,   „gwiazdą 

betlejemską”. Na jej długiej, ponad półmetrowej łodydze pysznił się 

wśród   zielonych   liści   ognistoczerwony   wielki   kwiat   Koszyk,   w 

którym   znajdowała   się   roślina,   ozdobiony   był   z   przodu   aksamitną 

czerwoną kokardą i sosnową szyszką.

– Jaka piękna! – wykrzyknęła Mary. – Czy to dla mnie?

Potwierdził z uśmiechem.

– Ale za co?

– Za uratowanie mojej córki.

– Nie żartuj. Nikogo nie uratowałam. W każdym razie dziękuję, 

sprawiłeś mi ogromną przyjemność.

– Cieszę się. O to mi właśnie chodziło – przyznał z rozbrajającą 

szczerością. – Czy na dzisiaj już skończyłaś?

Spojrzała na zwisający łańcuch.

–   Niezupełnie,   ale   nie   będę   kusić   licha   i   nie   wejdę   już   na 

drabinę. Dokończę jutro rano, przed lekcjami. – Wysunęła szufladę 

biurka i wyjęła z niej torebkę. – To był długi, pracowity dzień.

Podeszła do szafy, zdjęła z wieszaka żakiet i chciała go właśnie 

włożyć, kiedy odebrał go z jej rąk i pomógł przy wkładaniu. Poczuła, 

jak przygładzając kołnierz żakietu muska palcami jej szyję.

background image

Kiedy   po   chwili   zmierzała   ku   drzwiom,   dobiegło   ją   z   tyłu 

pytanie Roba:

– Nie zabierasz ze sobą „gwiazdy betlejemskiej”? Odwróciła się 

i potrząsnęła głową.

–   Gdybym   wzięła   ją   do   domu,   cieszyłaby   tylko   moje   oczy. 

Wystarczy,   że   o   świętach   przypomina   mi   moja   mamucia   choinka. 

Zostawię   poinsecję   tutaj,   aby   sprawiała   radość   również   uczniom. 

Będzie bardziej zdobiła klasę niż cokolwiek innego, nie sądzisz?

Przyznał jej rację, po czym wyszli na korytarz. Idąc obok Mary, 

Rob rozmyślał ciepło o jej dbałości i trosce o innych. Był przekonany, 

że jej uczniowie uwielbiają swoją nauczycielkę.

Na szkolnym dziedzińcu nie było córeczki Roba, co zdziwiło 

Mary. Z jakichś niejasnych względów sądziła, że Holly czeka tu na 

nich.

– Gdzie jest Holly? – zapytała. – Myślałam, że przyjechałeś po 

nią.

–   Nie.   Wpadłem   tu   tylko   po   to,   aby   ofiarować   ci   „gwiazdę 

betlejemską”.   W   czwartki   Holly   ma   lekcje   gry   na   pianinie.   Jej 

nauczyciel mieszka dwa kroki stąd, więc Holly idzie piechotą. Później 

maszeruje kilkaset metrów dalej do pani Dudley, u której czeka na 

mnie, aż wrócę z cotygodniowego czwartkowego zebrania.

Wysłuchawszy   tego   wyjaśnienia,   Mary   zamiast   na   parking 

skierowała się w stronę bramy. Po kilku krokach zatrzymała się.

– Tutaj się pożegnamy – powiedziała. – Nie jeżdżę do szkoły 

samochodem, chyba że zmusza mnie do tego okropna pogoda. Raz 

background image

jeszcze dziękuję za cudowną poinsecję.

Rob najpierw popatrzył gdzieś w bok, potem nagle zdecydował 

się.

– Przyznam ci się, Mary – rzekł impulsywnie – że nie bardzo 

wiem, co ze sobą zrobić przez najbliższą godzinę, jaka dzieli mnie od 

zebrania. Może dałabyś się namówić na kawę z szarlotką?

Mary   zawahała   się.   Wiedziała,   że   ten   mężczyzna   jest   zbyt 

atrakcyjny, aby mogła znaleźć w jego towarzystwie jedynie rozrywkę 

i odprężenie. Wiedziała też, że wyrwana ze swojej samotności może 

stać się zbyt podatna na wszelkie pokusy.

Ale   wiedziała   przede   wszystkim,   że   w   domu   czekają 

przytłaczająca pustka i cisza. I ten obraz obudził w niej bunt Chciała 

uciec wreszcie od samotności... bez względu na konsekwencje.

– Dlaczego nie? – usłyszała swój głos. – Z przyjemnością.

Skromne   wnętrze   kawiarni   było   już   świątecznie   przystrojone. 

Sztuczny   śnieg   leżał   na   parapetach   okien,   z   sufitu   nad   bufetem 

zwisały   dzwoneczki   z   różnokolorowego   papieru,   zaś   w   rogu   stała 

obwieszona świecidełkami i słodyczami choinka.

Pojawienie  się   Roba  i  Mary  wzbudziło   zainteresowanie  gości 

przy stolikach. Na chwilę znaleźli się w centrum powszechnej uwagi. 

Prowadząc Mary ku stolikowi przy ścianie, Rob witał znajomych i 

wymieniał z nimi świąteczne życzenia. Mary pod ostrzałem spojrzeń 

czuła się mniej swobodnie.

– Biorą nas za parę kochanków – szepnęła do Roba, kiedy zajęli 

miejsca.

background image

Roześmiał się.

– Nie przejmuj się. Wiesz przecież, jacy są mieszkańcy małych 

miasteczek. Zapomną o nas z chwilą, gdy coś innego przyciągnie ich 

uwagę. A teraz opowiedz mi o swoim pracowitym dniu.

Zagłębili się w rozmowie. Kawa okazała się mocna, a szarlotka 

świeża   i  krucha.   Wydawało  im  się,   że  ich   stolik   oddalony   jest  od 

innych o cale kilometry.

Nagle z grupy mężczyzn, siedzących w pobliżu drzwi, odłączył 

się jeden i podszedł do nich. Rob przedstawił go Mary jako Dana 

Baxtera. Mężczyźni rozmawiali przez chwilę.

Żegnając się, Dan Baxter rzucił uprzejmie:

– Miło było panią poznać. – Po czym zwrócił się do Roba: – Do 

zobaczenia na posiedzeniu rady.

– Będę na pewno – odparł Rob.

– Posiedzeniu rady? – powtórzyła Mary, kiedy znów znaleźli się 

sami.

– Obaj jesteśmy członkami rady miejskiej.

– Och, nie wiedziałam. To zaszczytna funkcja. Rob westchnął.

– Z tym, że pełnienie jej nie należy do najłatwiejszych. Traktuję 

to   jako   obowiązek,   który   wbrew   wszystkiemu   muszę   wykonywać. 

Jeden   z   większych   zakładów,   zatrudniających   tutejszych 

mieszkańców, niedawno zbankrutował. Mnóstwo ludzi straciło pracę.

– Tak, słyszałam o tym. Prawdziwe nieszczęście.

– Naprawdę nieszczęście – zgodził się ze smutkiem. – Ludzie 

zostali bez grosza w kieszeni i rozpaczliwie rozglądają się za jakąś 

background image

pracą. Rada miejska próbuje ściągnąć do Hope nowych inwestorów. 

Ja prowadzę pertraktacje z dyrekcją dość prężnego przedsiębiorstwa w 

Houston, które w przyszłorocznych planach uwzględnia budowę filii 

w naszym stanie. Chodzi o skłonienie ich, żeby wybrali lokalizację 

właśnie   w   Hope.   Z   kolei   Dan   umizguje   się,   jeżeli   wolno   tak 

powiedzieć, do pewnej spółki handlowej w Kolorado. Podobnie inni 

radni. – Znów westchnął. – Wierz mi, nie jest łatwo zainteresować 

poważnych partnerów taką mieściną jak Hope. Większość rozgląda się 

za miastami, gdzie kwitnie rozrywka, kultura i szkolnictwo.

Mary ze zrozumieniem pokiwała głową.

–   Smutno   jest   stwierdzić,   że   z   roku   na   rok   wiele   takich 

miasteczek   po   prostu   umiera.   Mimo   wszystko   mam   nadzieję,   że 

powiedzie ci się, z korzyścią dla wszystkich. Jedna z nauczycielek 

poskarżyła mi się niedawno, że musi z całą rodziną przeprowadzić się 

do innego stanu, gdyż mąż nie może znaleźć tu pracy. Dodaj do tej 

rodziny wiele, wiele innych, a drobni przedsiębiorcy i nauczycielki też 

nie będą mieli co robić.

–   Ten   stan   już   odbija   się   niekorzystnie   na   moich   interesach. 

Ostatnio mam więcej sprzedających niż kupujących. Nastały ciężkie 

czasy dla wszystkich. – Uśmiechnął się nagle. – Mam wrażenie, że 

niechętnie opuszczałabyś Hope. Czyżbyś zdążyła już polubić naszą 

mieścinę?

Mina Mary należała do tych nieodgadnionych.

– Człowiek się szybko przyzwyczaja.

–   A   może   –   dopytywał   się,   robiąc   żartobliwą,   uwodzicielską 

background image

minę – nie tyle polubiłaś miasteczko, co jedną, konkretną osobę? Na 

przykład kogoś, kogo niedawno poznałaś?

Nie wierzył własnym uszom. Flirtował na całego, w dodatku w 

stylu   bardzo   prowincjonalnym.   Ale   mniejsza   z   tym.   Ważne,   że 

pancerz wokół jego serca zdawał się rysować i pękać. A kiedy Mary 

roześmiała się głośno, Rob stwierdził, że mógłby słuchać jej śmiechu 

w nieskończoność.

Mary rozbawiły te uwodzicielskie próby, ale też pochlebiły jej. 

Była w nich pewna doza bezczelności i wiele uroku.

Przechyliwszy   głowę   i   trzepocząc   rzęsami   niczym   Madame 

Butterfly wachlarzem, odrzekła z aktorską manierą:

– Byyć mooże...

Rob zachichotał. Odpłaciła mu pięknym za nadobne.

– A któż jest tym szczęśliwcem? – zapytał. – O ile oczywiście 

nie wściubiam nosa w cudze sprawy?

– Ależ wściubiasz go – odpowiedziała, a w jej głosie wibrował 

śmiech. – Jeśli już musisz wiedzieć, to ogłaszam wszem i wobec, że tą 

osobą   jest   Holly   Green.   Sprawiła   mi   wczoraj   swoją   wizytą   taką 

radość, że myślę już tylko o tym, jak powtórzyć ten wieczór.

– I nie tęskniłabyś za nikim innym? – nalegał. Skierowała oczy 

ku górze, udając, że się zastanawia. Po chwili stwierdziła:

– Pytałeś tylko o jedną osobę. Wymieniłam ją.

– Dobrze, dobrze, poddaję się! Wygrałaś.

– Sam jesteś sobie winien. Kto bierze na polowanie wiatrówkę, 

niech nie spodziewa się ustrzelić bizona.

background image

Rob odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się serdecznie. Ta nowa 

nauczycielka przypadła mu bardzo do serca, i podejrzewał, że gdyby 

wyjechała, bardzo by za nią tęsknił.

background image

Rozdział piąty

Kiedy następnego dnia Mary wyszła z domu,  zobaczyła pana 

Starra, sąsiada z naprzeciwka, który rozwieszał elektryczne lampki na 

cisach i tujach, gęsto porastających jego przydomowy ogródek.

Przeszła przez ulicę, aby zamienić z nim kilka słów.

– Dzień dobry. Widzę, że pamięta pan o innych.

– Pamiętam, córeczko, przede wszystkim o mojej żonie, która z 

myślą o dzieciach, przechodniach i sąsiadach całe serce wkładała w 

świąteczną dekorację otoczenia domu. Umarła ubiegłej jesieni.

Mary kiwnęła głową. Podzielił się z nią wiadomością o swojej 

stracie już podczas pierwszego spotkania.

– Robię to – kontynuował – ponieważ wiem, że sprawię tym 

Wilmie przyjemność.

Mary poczuła się wzruszona.

– Wspaniały dowód miłości – powiedziała ciepło i serdecznie.

Życzyli sobie dobrego dnia i Mary pomaszerowała do szkoły.

Przez całe przedpołudnie dzieci były podekscytowane myślą, że 

po lunchu będą przystrajać klasę. Co jakiś czas Mary musiała nawet 

poskramiać nadmierny entuzjazm swych uczniów.

Dekorowanie  przebiegło  nad  wyraz sprawnie,  efekt zadowolił 

wszystkich i nastała pora kolejnej próby przedstawienia.

Mary przeglądała nuty w szkolnej auli, gdy zbliżyła się do niej 

Holly Green.

Przywitały się, po czym dziewczynka podała nauczycielce białą 

background image

kopertę.

Nim Mary zdążyła przeczytać krótki liścik, Holly zdradziła jego 

treść:

– Zapraszamy panią dziś wieczór do naszego domu na kolację i 

ubieranie choinki.

„Chcemy zrewanżować ci się kolacją, więc nie odmawiaj, proszę 

– pisał Rob, z góry wykluczając jakąkolwiek wymówkę. – Przyjedź 

wcześnie, około szóstej. Stroje wieczorowe nie obowiązują. Projekty 

dekoracji mam już gotowe, ale chciałbym, żebyś je obejrzała”.

Mary pomyślała w pierwszej chwili, że właściwie nie powinna 

tam jechać. Stanowczo zbyt często widywała się ostatnio z Robertem 

Greenem. Cieniutkie niteczki sympatii stawały się coraz mocniejsze, i 

to w zastraszająco szybkim tempie. Mary miała tego świadomość i 

ciągle towarzyszył jej lęk przed kolejnym rozczarowaniem.

Lecz zaproszeniu Roba bardzo trudno było się oprzeć. Przymilne 

naleganie Holly przeważyło szalę.

– Proszę przyjechać, panno Shelton, bardzo proszę. Z panią to 

będzie zupełnie inny wieczór. I choinka też będzie piękniejsza.

Mary uśmiechnęła się.

– Oczy wiście, że przyjadę.

Rob   Green   powitał   Mary   w   fartuchu,   na   którym   pijanymi 

literami  wypisane było: „Pocałuj kucharza”. Bez słowa wskazał na 

napis. Mary próbowała zachować powagę, lecz bez rezultatu.

– Czy muszę?

–   Bezwzględnie,   jeśli   chcesz   zobaczyć   cokolwiek   na   swoim 

background image

talerzu.

Zrobiła zrezygnowaną minę, poskarżyła się, że jest głodna, po 

czym złożyła niewinny pocałunek na policzku Roba.

– Widzę, że chcesz się wykpić nędzną namiastką, tanią atrapą – 

skomentował patetycznie, pokazując tym razem na swoje usta.

Nagle, niespodziewanie dla samej siebie, Mary stwierdziła, że 

unosi ku niemu twarz i że ich wargi dotykają się.

Pocałunek trwał tylko sekundę, tyle co westchnienie, jednak po 

nim   przez   długi   czas   nie   mogli   oderwać   od   siebie   oczu.   Oboje 

wyglądali na zaskoczonych. Stała  się oto jedna z tych rzeczy, nad 

którymi trudno przejść do porządku. Cisza, jaka zapadła między nimi, 

mogła   oznaczać   wszystko,   lecz   świadczyła   przede   wszystkim   o 

oszołomieniu.

Rob pierwszy odzyskał głos.

– Wejdź, proszę.

Usunął się na bok, a ona przekroczyła próg domu. W salonie, w 

zielonym plastikowym kuble z ziemią, stała choinka, oczekując chwili 

przystrojenia. Biła od niej tak intensywna woń lasu, że Mary mogła 

iść o zakład, iż jeszcze dziś rano na tym drzewku siadały ptaki.

–   Pieczemy   kurczaki   –   oznajmił   Rob.   –   Chodź   ze   mną   do 

kuchni, trzeba ich pilnować.

Holly i jej przyjaciółka, Amy Grant, krzątały się przy sałatce.

– W czym mogę wam pomóc? – zapytała Mary, odpowiadając 

uśmiechem na zgodne powitanie dziewcząt.

– Tatuś powiedział – odparła Holly – że pani jest gościem, a 

background image

goście nie pomagają.

– Wolę zakasać rękawy, niż stać tak bezczynnie. – Odwróciła się 

do Roba, który właśnie przewracał kurczę w piekarniku. – Serio. Co 

mam robić?

–   Ostatecznie   możesz   siedzieć   bezczynnie.   Ale   przy   okazji... 

Czy potrafisz robić bitą śmietanę?

–   Czy   potrafię   robić   bitą   śmietanę?   –   zmrużyła   oczy   z 

niedowierzaniem. – To tak, jakby pytać, czy naprawdę istnieje święty 

Mikołaj. – Mrugnęła w stronę dziewczynek. – Zdobyłam światową 

sławę dzięki mojej bitej śmietanie.

–   Twoja   skromność   nas   zawstydza   –   odparował   Rob.   –   Ale 

skoro tak, to bita śmietana jest na twojej głowie. Ma być z czekoladą, 

orzechami i pomarańczami.

– Tatuś nie potrafi ubić śmietany – zdradziła ojca Holly.

– To pech – zaśmiała się Mary.

Obiad   okazał   się   niezwykle   smaczny   i   upłynął   w   wesołym, 

beztroskim nastroju. Rob żartował sobie z Mary i dziewczynek, a one 

odpłacały   mu   ukąszeniami   swoich   żądełek.   Przy   stole   nie   było 

podziału na starszych i młodszych, i ta równość w obcowaniu bardzo 

się Mary podobała.

Po   obiedzie   Mary   rzuciła   hasło,   że   pozmywają   kobiety.   Rob 

nawet nie próbował oponować, tylko błyskawicznie zniknął w salonie. 

Dziewczynki,   co   prawda,   nie   były   zachwycone,   lecz   grzecznie   się 

podporządkowały.

Przy   zmywaniu   doszło   do   aktu   wielkiej   poufałości.   Mary 

background image

pozwoliła   dziewczynkom   mówić   do   siebie   po   imieniu.   Zastrzegła 

tylko,   aby   unikały   tej   formy   w   szkole   i   w   obecności   koleżanek   i 

kolegów.

Po pracy nadeszła pora na przyjemności. Holly i Amy zajęły się 

wyciąganiem   ze   schowka   zabawek   i   bombek,   Mary   zaś   obejrzała 

szkice   dekoracji.   Nie   miała   żadnych   uwag.   Rob   przyrzekł,   że   do 

realizacji projektu przystąpi jutro.

Ubieranie   drzewka   okazało   się   pyszną   zabawą.   Rob, 

prowokacyjnie, zawiesił wszystkie srebrne sople na jednej gałęzi, a 

złote szyszki na drugiej. Dziewczynki zaprotestowały, on zaś przez 

chwilę   próbował   bronić   swojej   wizji   choinki.   W   końcu   uległ   pod 

ciosami   miażdżących   argumentów.   Uznał   się   za   człowieka 

niekompetentnego   i   zajął   się   rozpalaniem   ognia   na   kominku.   Nie 

przestawał jednak gnębić ich i drażnić, zwędzając od czasu do czasu 

jakąś cukrową laseczkę lub czekoladowe cacko.

Te   próby   sabotażu   na   nic   jednak   się   nie   zdały.   Choinka 

wyglądała jak przeniesiona z czarodziejskiej baśni. Lampki mrugały i 

każde   takie   mrugnięcie   odbijało   się   w   dziesiątkach   bombek,   w 

szklanych oczach pajacyków i w skrzydłach srebrzystych łabędzi.

Rozległ się dzwonek u drzwi. Dziewczynki pobiegły otworzyć i 

po chwili do salonu weszła Joanne Grant, matka Amy. Rob dokonał 

prezentacji, po czym poprosił Joanne, aby usiadła.

– Dzięki, ale nie mogę. Brad czeka w samochodzie. Pospieszcie 

się, dziewczynki. – I dodała: – Pożyczyliśmy na dzisiejszy wieczór 

rysunkowy pełnometrażowy film Disneya.

background image

Dziewczynki   zapiszczały   z   zachwytu   i   pobiegły   galopem   po 

rzeczy Holly.

Rob wyjął z portfela kilka banknotów i wręczył je Joanne.

– To powinno wystarczyć na lunch dla Holly i prezenty. Jeżeli 

jednak   przy   czymś   będzie   się   bardzo   upierała,   to   po   głębokim 

zastanowieniu...

–   To   po   głębokim   zastanowieniu   udzielę   jej   w   razie   czego 

pożyczki   –   śmiejąc   się   dokończyła   Joanne.   Widząc   zaś   pytające 

spojrzenie Mary, wyjaśniła: – Zabieram jutro Amy i Holly do Houston 

na przedświąteczne zakupy.

– Dzielna kobieta – powiedział Rob z miną, jakby patrzył nie na 

kobietę, ale na posąg narodowej bohaterki.

W   tym   samym   momencie   wróciły   dziewczynki   z   torbą   z 

osobistymi rzeczami Holly i zaczął się rozgardiasz pożegnań.

Nagle   Mary   i  Rob   zostali   sami.   Milczeli.   Słychać   było   tylko 

trzask polan i szum ognia na kominku.

– Jak wiesz... – zaczaj Rob.

– Wiem, że zastawiłeś na mnie pułapkę, Rob – przerwała mu 

Mary.

– Kto? Ja?

Zrobił minę takiego niewiniątka, że w głębi duszy poczuła się 

rozbrojona. Przypominał w tej chwili chłopca, który został przyłapany 

na podjadaniu konfitur.

– Świadomie okłamałeś mnie – ciągnęła oskarżycielskim tonem. 

–   Bo   jak   inaczej   mogę   tłumaczyć   zawartą   w   twoim   zaproszeniu 

background image

sugestię, że c a ł y wieczór spędzę razem z Holly?

–   Po   prostu   –   bronił   się   –   coś   nie   zostało   do   końca 

dopowiedziane.   Czy   trzeba   od   razu   uznawać   to   za   zbrodnię?   Czy 

przebywanie tylko w moim towarzystwie jest aż tak straszne?

Obrony tej nie powstydziłby się najlepszy adwokat. Pomieszanie 

i niepewność opanowały serce i umysł Mary. Pomyślała z dużą dozą 

fatalizmu,  że  właściwie   było  to   nieuniknione   od  samego   początku. 

Problem nie leżał w „czy”, tylko w „kiedy” i „gdzie”.

Wiedziała już, że „tu” i „teraz”.

Otoczył   ją   ramionami,   pochylił   głowę   i   bez   chwili   wahania 

przylgnął wargami do jej ust.

Przez ciało Mary przebiegło drżenie, zatonęła w gwałtownych 

odczuciach, obcych jej do tej chwili. Uniosła dłoń i pieszczotliwymi 

muśnięciami gładziła twarz Roba.

– Dziękuję, że pojawiłaś się w moim życiu – szepnął prosto w 

jej rozchylone wargi.

Po   tych   zdumiewających   słowach   Mary   z   trudem   złapała 

oddech.

– Nikt jeszcze nie dziękował mi za samo istnienie... – nie mogła 

opanować wzruszenia.

– Bo znałaś dotąd samych ślepców, mężczyzn, którzy nie umieli 

cię docenić, Mary Shelton. – Palcami odgarnął włosy z jej policzka. – 

Byłem taki samotny... i trwało to tak długo. To szczęście, że jesteś 

tutaj... ze mną...

Wspięła się na palce i pocałowała go w brodę.

background image

Tym   spontanicznym   odruchem   sprawiła,   że   ogarnęła   go   fala 

pożądania. Zamknął ją w namiętnym uścisku. Zdawało się, że jego 

ramiona już nigdy się nie otworzą.

–   Ja   również   jestem   szczęśliwa   –   wyszeptała.   –   Nie 

spodziewałam się, że coś takiego może jeszcze spotkać mnie w życiu.

–   Ani   ja   –   wyznał   zachrypniętym   głosem.   –   Mówimy   sobie 

cudowne rzeczy.

Zburzył jej włosy i pozwolił, aby opadły jedwabistą zasłoną na 

jej twarz. Złączeni w pocałunku, oddali się zapamiętaniu i czułości.

Mary   bezwolna   i   na   poły   tylko   świadoma   tego,   co   się   z   nią 

dzieje, poczuła, że Rob bierze ją na ręce i kładzie na kanapie. Poczuła 

też   jego  ciało   obok  swojego,  a  na  piersiach   dotyk  gorących  dłoni. 

Przytuliła   się   do   niego,   nie   chcąc,   aby   oglądał   jej  nagość.   Ale   on 

musiał na nią patrzeć, jakby nie wierzył, że kobieta w jego ramionach 

istnieje naprawdę. W gorączce, która trawiła ich oboje, dotarł dłonią 

do zapięcia jej spodni.

Nie mogli walczyć z nieuniknionym. Ich wzajemne pożądanie 

przynosiło   słodki,   rozdzierający   ból,   łamało   wszelkie   bariery, 

domagało się spełnienia...

Nagle usłyszała, że Rob coś do niej mówi,  ale nie rozumiała 

słów. Wreszcie dotarło do jej świadomości, że prosi ją, aby przeszła 

razem z nim do sypialni.

Otworzyła   oczy   w   momencie,   kiedy   Rob   wstawał   z   kanapy. 

Zobaczyła najpierw jego wyciągniętą dłoń, a potem swój zsunięty pod 

brodę   sweter,   rozpięty   biustonosz   i   obnażone   piersi.   Widok   ten 

background image

przyniósł   otrzeźwienie.   To   nie   może   się   stać,   nie   wolno   im   tego 

zrobić!

Usiadła na kanapie i trzęsącymi się dłońmi poprawiała ubranie.

– Chodźmy – powtórzył, wciąż stojąc w wyczekującej postawie, 

z wyciągniętą dłonią.

– Wybacz, Rob – szepnęła. – Naprawdę bardzo mi przykro, ale 

nie mogę tego zrobić.

W oczach mężczyzny pojawiło się zaskoczenie i niepokój.

–   Czyżbym  cię   źle   zrozumiał?   Przecież   pragniesz   mnie,   a   ja 

ciebie...   –   nerwowo   przesunął   dłonią   po   włosach.   –   Czuję   się   jak 

gwałciciel, a przynajmniej jak brutal, który chce miłość wymusić.

– Nie! – wykrzyknęła, zrywając się na nogi. – Ani mi to przez 

myśl nie przeszło! Nie zrobiłeś nic złego. Pragnęłam cię. – Spuściła 

głowę i wyznała namiętnie: – I nadal cię pragnę.

Postąpił krok do przodu, chcąc ją ponownie wziąć w ramiona. 

Odsunęła się.

–   Pragniesz,   ale   równocześnie   uciekasz   ode   mnie.   To   czyste 

szaleństwo. Zupełnie nie wiem, co o tym sądzić. A może – dodał z 

nagłą podejrzliwością – jesteś mężatką?

Potrząsnęła głową z bolesnym uśmiechem.

–   Nie   mam   męża.   –   Szczerość   w   jej  głosie   nie   pozostawiała 

wątpliwości.

– Co w takim razie cię powstrzymuje? – zapytał nie bez gniewu.

– Po prostu nie mogę. Nie chcę zachorować na miłość do ciebie 

– dokończyła łamiącym się głosem.

background image

Nie spodziewał się takiego powodu. Był całkiem oszołomiony. 

Podniósł ręce w geście, który oznaczał, że on, Rob, już jej więcej nie 

dotknie.

– Jest mi strasznie przykro – wyszeptała bliska płaczu.

– Zupełnie niepotrzebnie – rzekł szorstko. – To moja wina. Nie 

powinienem   był   cię   całować,   a   tym   bardziej...   –   przerwał,   widząc 

rumieniec na jej twarzy. – Ja również nie chcę zakochać się w tobie. 

Byłoby   lepiej   dla   nas   obojga,   gdybym   o   tym   pamiętał,   zanim 

zaprosiłem cię tutaj. Więc jeśli ktoś powinien przeprosić, to ja.

Spojrzeli   na   siebie   smutno.   Nie   mieli   już   sobie   nic   do 

powiedzenia.

Mary sięgnęła po żakiet i torebkę. Tym razem nie pomógł jej, 

jak wtedy w szkole. Odczuła przejmujący ból.

Na progu zatrzymała się.

Rob przytrzymywał drzwi ręką, a w zaciśnięciu jego ust było 

widać jakąś surową nieugiętość.

– Wybacz mi – wyszeptała.

– Dobranoc – odpowiedział.

background image

Rozdział szósty

W sobotę Mary rzuciła się w wir domowych zajęć. Zmywała, 

odkurzała, prała, prasowała, cerowała, a wszystko po to, by nie mieć 

czasu na myślenie, zapomnieć o Robie i nieszczęsnym zakończeniu 

wczorajszego wieczoru.

Od   czasu   do   czasu   wyglądała   przez   okno,   obserwując   pana 

Starra, który nadal dekorował dom i ogródek. Już nie tylko krzewy i 

drzewa,   ale   też   okna,   ściany   i   dach   ubrane   były   elektrycznymi 

lampkami. Oczywiście, pan Starr nie mógł pominąć skrzynki na listy, 

furtki i żywopłotu. Jego metodyczność, drobiazgowość i ukryta pasja 

zaczynały wręcz fascynować. Mary przyłapała się na tym, że coraz 

dłużej zatrzymuje wzrok na pracowitym sąsiedzie.

W niedzielę rano, szukając ukojenia, wybrała się do kościoła. 

Zjawiła   się   dziesięć   minut   przed  czasem  i zajęła  miejsce   w pustej 

ławce. Próbowała właśnie skupić się na słowach modlitwy, gdy ktoś 

przy niej stanął. Podniosła głowę i zobaczyła pastora Harwicka.

– Dzień dobry, wielebny ojcze.

– Bóg z tobą, Mary. Powiedziano mi, że grasz na pianinie. A na 

organach?

– Tak.

– A czy byłabyś tak dobra i akompaniowała do dzisiejszej mszy? 

Jackie   Murphy,   którą   zastępujesz   w  przygotowaniu   jasełek,   jest 

również   naszą   organistką.   Bez   niej   nasze   niedzielne   modlitwy   nie 

mają odpowiedniej oprawy.

background image

– Oczywiście – bez chwili namysłu zgodziła się Mary i udała się 

za pastorem w stronę prezbiterium.

Usiadła przy instrumencie, kiedy zaś wierni wypełnili świątynię, 

odegrała   kilka   hymnów   sławiących   dobroć   Pana.   Na   czas   kazania 

przeniosła   się   na   najbliższą   ławkę.   Przyjrzała   się   zgromadzonym 

ludziom. Wtem jej wzrok padł na Roba, który wraz z córką siedział po 

przeciwnej   stronie   środkowego   przejścia.   Ich   oczy   spotkały   się   na 

moment, ale ta chwila wydawała się całą wiecznością.

Ten krótki kontakt sprawił, że nie była już w stanie skupić się na 

słowach   pastora.   Zbyt   bolesna   była   świadomość,   że   ukochany 

człowiek znajduje się tuż obok, a przecież tak daleko.

Nie mogła już dłużej ukrywać przed sobą, że zakochała się w 

Robercie Greenie. Bolała ją myśl, że nie zje już z nim więcej wspólnej 

kolacji ani nie złączą się w namiętnym uścisku. Ale dobrze się stało, 

jak   się   stało.   Dzisiejsza   dolegliwość   była   lepsza   od   jutrzejszych 

męczarni. Zbyt boleśnie podeptano jej uczucia, aby mogła znowu na 

coś takiego się narażać.

Po kazaniu Mary wróciła do swojej nowej roli i zagrała kilka 

pieśni.

Zamykała właśnie wieko organów, kiedy usłyszała głos Holly.

– Dzień dobry, panno Shelton.

– Witaj, Holly.

Zanim jeszcze odwróciła głowę, wiedziała, że za chwilę zobaczy 

Roba.   W   ciemnoszarym   garniturze,   białej   koszuli   i   gustownym 

krawacie wyglądał bardzo elegancko.

background image

Wymienili pozdrowienia.

Holly pobiegła gdzieś za przyjaciółką i nagle zostali sami.

– Pięknie dzisiaj wyglądasz. – Rob pierwszy przerwał ciszę. – A 

twoja gra była prawdziwym koncertem.

– Dzięki. Ty również wspaniale wyglądasz.

Po   tej   wymianie   komplementów   znów   zapadła   między   nimi 

męcząca cisza. W pewnym momencie, gdy milczenie stawało się już 

kłopotliwe,   mieli   wręcz   ochotę   uciec   od   siebie,   ale   obydwoje   nie 

potrafili tego zrobić.

Wybawicielem okazał się pastor Harwick.

– Dziękuję za akompaniament, moja droga – powiedział.

–   Czy   możemy   liczyć   na   dalsze   usługi?   Chodzi   o   niedzielne 

msze   i zajęcia  z  chórem,   ale  i  o  okres świąt,   przede  wszystkim o 

pasterkę. Oczywiście, otrzymasz wynagrodzenie.

– Pomogę z prawdziwą przyjemnością, ale nie za pieniądze – 

odparła. – Niech to będzie świąteczny prezent ode mnie dla parafii.

– Doceniam twój gest, Mary.

Powiedziawszy to, pastor Harwick pożegnał się. Znowu zostali 

sami.

Rob   spoglądał   na   Mary   i   dziwił   się   własnej   słabości. 

Przedwczoraj   postanowił   wyrzucić   z   serca   rodzące   się   uczucia, 

wypalić po nich wszelki ślad i już myślał, że udało mu się to osiągnąć. 

Tymczasem.

To   Mary   sprawiła,   że   piątkowego   wieczoru   rzeczy   nie 

wymknęły   się   spod   kontroli.   Broniła   się   przed   miłością   do   niego, 

background image

jakby przed miłością można się było obronić! Odpowiedział podobnie, 

ale bardziej z racji urażonej dumy niż ze świadomego wyboru. A teraz 

stwierdzał, że były to słowa rzucone na wiatr.

Patrząc   na   Mary,  tak   piękną   w  błękitnej   jedwabnej  sukience, 

zadawał sobie pytanie, jakie przeżycia sprawiły, że ta młoda kobieta 

tak bardzo boi się miłości.

Odwróciła się i poszła środkowym przejściem między ławkami. 

Wyszedł   za   nią   przed   kościół.   W   powietrzu   trwał   jeszcze   chłód 

poranka, ale dzień zapowiadał się ciepły.

Na   trawniku   w  pobliżu   rozłożystego   dębu   Holly   gawędziła   z 

przyjaciółkami.

Rob   stanął   obok   Mary.   Poczuł,   że   wraca   poprzednie 

skrępowanie. Jakże nienawidził tego napięcia między nimi!

– Uroczy dzień, prawda? – zagadnęła Mary.

– Tak. Zbyt piękny, aby go zmarnować. – Nagle zaryzykował: – 

Co planujesz na popołudnie?

Wzruszyła ramionami.

– Och, mam mnóstwo zajęć w domu...

–   Zapomnij   o   nich   –   przerwał   jej.   –   Nieczęsto   w   grudniu 

zdarzają  się   takie  dni  jak  dzisiejszy.  Wychowałaś się   na  ranczo,  z 

pewnością więc lubisz konie. Co powiesz na małą przejażdżkę?

Zawahała się. Powinna właściwie odmówić. Wiedziała, że każde 

następne spotkanie to większe uwikłanie i zarazem mniejsza szansa na 

przecięcie więzów. Ale... móc galopować! Trzymać cugle, pędzić i 

słuchać   świstu   powietrza!   Ileż   czasu   minęło   od   ostatniej   takiej 

background image

przygody!

Rob   zauważył   malujące   się   na   jej   twarzy   pragnienie   i 

wewnętrzną walkę.

– Nie ma w mojej propozycji żadnych podstępnych motywów – 

zapewnił ją. – Holly będzie naszą przyzwoitką.

Oczy Mary rozjaśniły się, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.

– Uwielbiam konie – powiedziała z takim wewnętrznym żarem, 

że serce Roba zabiło jak rozkołysany dzwon.

Trzy godziny później siedzieli na kocu nad brzegiem wąskiej, 

wijącej się rzeczki. Ich wierzchowce stały nie opodal, przywiązane do 

starej akacji. Holly i jej przyjaciółka Amy pokłusowały przed minutą 

do domu matki Eda Watsona, licząc na miłe powitanie, ale przede 

wszystkim – na ciasto i mleko. Kucyk Holly został dziś w stajni. Rob 

wybrał   inne   rozwiązanie,   sadzając   obie   dziewczynki   na   poczciwą 

szkapinę o imieniu Honey. Dla siebie osiodłał gniadego ogiera, Mary 

zaś   przypadła   młoda,   szybka   i   nerwowa   klacz   Winnie.   Najpierw, 

oczywiście, Mary musiała zaprezentować swoje umiejętności.

Ubrana   była   w   stylu   typowo   kowbojskim.   Z   wypłowiałym 

błękitem jej dżinsów i kurtki wspaniale kontrastowała zawiązana na 

szyi chustka w kolorze dojrzałej wiśni. Było widać, że w siodle czuje 

się bardzo pewnie i swobodnie.

– Jeździsz z wielką klasą – powiedział Rob, nie kryjąc zachwytu. 

– Musiałaś być chyba sadzana na konia od kołyski.

Mary uśmiechnęła się.

–   Prawie.   Dziadek   uczył   mnie   jeździć   konno,   kiedy   byłam 

background image

zupełnie   małą   dziewczynką.   W   wieku   Holly   brałam   już   udział   w 

wyścigach   podczas   święta   plonów   w   naszym   miasteczku.   Jako 

nastolatka  zdobyłam kilka nagród  w chwytaniu  cielaka  na lasso. – 

Westchnęła.  –  Czasami  tęsknię  za  tamtymi  szaleństwami.  I bardzo 

brakuje mi mojego konia, Championa.

– Co się z nim stało? – zapytał Rob.

Ponownie uśmiechnęła się, ale tym razem ze smutkiem pełnym 

czułości.

– Po prostu się zestarzał, tak jak twoja Honey. Przed wyjazdem 

na uniwersytet podarowałam go córeczce naszych sąsiadów. Ciągle go 

trzymają, ale nikt już na nim nie jeździ.

–   Wszystko   wskazuje   na   to,   że   miałaś   ciekawe   dzieciństwo. 

Mieszkałaś blisko swoich dziadków?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Mieszkałam z nimi. Oni mnie wychowali.

– A rodzice?

Mary umknęła ze spojrzeniem i utkwiła je w malejącej coraz 

bardziej   sylwetce   Honey,   na   której   grzbiecie   widać   jeszcze   było 

maleńkie figurki Holly i Amy. Dojeżdżały do celu podróży i za chwilę 

znikną za węgłem domu pani Watson.

– Ojca nigdy nie widziałam – odparła. – Moi rodzice nie byli 

małżeństwem.   Kiedy   miałam   siedem   lat,   moja   matka   wyjechała   z 

mężczyzną, który obiecał ją poślubić. Nie zgodził się, by wzięła mnie 

ze sobą.

Rob współczującym gestem dotknął jej dłoni.

background image

– Bardzo mi przykro – rzekł ściszonym głosem. – A czy twoja 

matka żyje?

–   Nie   mam   pojęcia.   Przez   kilka   lat   otrzymywaliśmy   od   niej 

okolicznościowe kartki. Wysyłane były z różnych miejsc i nie miały 

zwrotnego adresu. Przestały przychodzić, pamiętam, gdy zdałam do 

szóstej klasy.

Zacisnął mocniej dłoń na jej ręce.

– Nie rozumiem, jak można wyrządzić dziecku taką krzywdę. 

Wzruszyła ramionami, a jej odpowiedź była krótka:

– Cóż, zdarza się.

– Tym gorzej dla nich – stwierdził gniewnie. – Mówię o twoich 

rodzicach. Nie znają cię, nie obserwowali, jak dorastasz, stajesz się 

mądra i piękna.

–   Dzięki.   –   Głos   Mary   drżał.   –   Lecz   jeśli   jest   we   mnie   coś 

dobrego, to zawdzięczam to moim dziadkom. Tylko oni mnie kochali.

– To niemożliwe. – Cofnął dłoń, czując, że w pocieszaniu Mary 

nie wolno mu posuwać się zbyt daleko. – Nie mów mi tylko, że nie 

kochał cię żaden mężczyzna, bo nigdy w to nie uwierzę!

Spodziewał się wszystkiego, ale nie wybuchu gniewu.

–   To   prawda!   Chcesz   znać   tę   stronę   mojego   życia?   –   I   nie 

czekając na odpowiedź, ciągnęła podniesionym, zadyszanym głosem: 

–   W   ogólniaku   nigdy   nie   chodziłam   na   randki.   Mieszkałam   zbyt 

daleko, aby jakiemuś chłopcu chciało się przyjechać po mnie, a potem 

odstawić do domu. Na uniwerku z kolei miałam opinię nieśmiałej i 

niedoświadczonej, co odstręczało  chłopaków. Pragnęłam upodobnić 

background image

się do innych dziewcząt, lecz uparcie pozostawałam sobą. Nie wiem, 

czy w ciągu wszystkich lat studiów umówiłam się więcej niż dwa, trzy 

razy.

– A później?

– Dostałam dyplom, znalazłam pracę w szkole podstawowej w 

Abilene. Poszczęściło mi się, przynajmniej pod względem lokalizacji, 

gdyż   podczas   weekendów   mogłam   odwiedzać   moją   osamotnioną 

babcię.   Dziadek   zmarł,   gdy   byłam   na   ostatnim   roku   studiów.   – 

Przerwała i westchnęła głęboko. – W szkole, w której uczyłam już 

pełne   dwa   lata,   pojawił   się   nowy   nauczyciel.   To   był   Wayne.   Z 

jakiegoś   powodu   spodobałam   mu   się   i   zaczęliśmy   się   spotykać. 

Zabierałam go nawet na weekendy do babci. Wkrótce zaręczyliśmy 

się.   Planowaliśmy   wziąć   ślub   latem,   na   początku   lipca.   Nie   mogę 

powiedzieć,   żebym   z   miłości   traciła   głowę,   ale   myślę,   że   go 

kochałam. I ufałam mu.

– Mam zgadnąć, co było dalej? Wykorzystał cię...

– Myślę, że to, co zrobił, było gorsze – powiedziała drżącym 

głosem.   –   Kiedy   pod   koniec   pewnego   tygodnia,   jak   to   miałam   w 

zwyczaju, wyjechałam do babci, ożenił się z inną kobietą. Była w 

ciąży.   Podczas   gdy...   podczas   gdy   my   zawarliśmy   umowę,   że 

będziemy czekać do nocy poślubnej.

Z jej oczu popłynęły łzy.

Rob był oszołomiony. Nie wierzył własnym uszom. Mary przed 

chwilą wyznała, że jest dziewicą!

Poczuł, że wzruszenie ściska go za gardło. Przytulił ją do siebie, 

background image

a ona oparła głowę na jego ramieniu. Gładził ją po włosach i plecach, 

jakby pocieszał małą dziewczynkę.

– Dobrze, już dobrze. Ten łajdak nie zasługiwał na ciebie, wierz 

mi.

Podniosła głowę i roześmiała się z wyraźną nutką autoironii.

–   Racja,  nie   zasługiwał   na  mnie.   Nie  umniejsza   to   jednak  w 

niczym mojego bólu i samotności.

– Rozumiem cię, Mary. – przyznał ze smutkiem. – Te uczucia 

nie są mi obce.

Była przeświadczona, że Rob miał na myśli żałobę po stracie 

żony.

Pociągnęła nosem.

Puścił ją z objęć i zaofiarował chusteczkę.

–   Wytrzyj   nos   –   rzekł   tonem   nie   znoszącym   sprzeciwu. 

Wykonała polecenie, po czym z udanym oburzeniem zauważyła:

– Zachowujesz się jak dyktator. Uśmiechnął się.

–   Człowiek   przyzwyczaja   się   do   takiej   roli,   gdy   na   co   dzień 

obcuje ze słodką Holly. – Po chwili milczenia zapytał: – W czasie 

przerwy świątecznej będziesz u babci?

Zadał to pytanie, gdyż pomyślał, jak bardzo puste będzie Hope 

bez niej przez dwa tygodnie. Potrząsnęła głową.

– Umarła miesiąc po ślubie Wayne’a.

Ogarnął ją współczującym spojrzeniem.

– Chyba już wiem, dlaczego tu przyjechałaś. Uciekałaś po prostu 

od tych wszystkich nieszczęść.

background image

– Tak. Codzienne spotykanie się z nim w szkole było dla mnie 

nie   do   zniesienia.   Czułam   się   upokorzona,   dusiłam   się   ze   wstydu. 

Mogłam ostatecznie przenieść się do innej szkoły w mieście, ale po 

śmierci   babci   sprzedałam   ranczo   i   nic   mnie   już   nie   trzymało   w 

Abilene.   Chciałam   uciec   gdziekolwiek,   a   przypadek   sprawił,   że 

trafiłam tutaj.

– I nie żałujesz tego?

Otarła ostatnią łzę i bardzo energicznie potrząsnęła głową.

–  Nie. Cieszę  się,  że  jestem  tutaj.  Rob,  wierz  mi,   bardzo  mi 

przykro z powodu tamtego wieczoru. Wpadłam w panikę.

– Nie musisz się tłumaczyć – zapewnił ją łagodnie. A rzuciwszy 

okiem nad jej głową, dodał: – Wracają nasze panienki.

background image

Rozdział siódmy

Kiedy tego samego dnia wieczorem Rob i Holly odwieźli Mary 

do domu, olśniła ich wspaniała iluminacja ogrodu i domu pana Starra. 

Setki   i   tysiące   różnokolorowych   lampek   migotało   i   jarzyło   się, 

tworząc baśniowe girlandy, spirale, pnącza, łańcuchy i gwiazdy. Ta 

świetlna dekoracja na tle ciemnej nocy nasuwała na myśl „wiszące 

ogrody”   Semiramidy   lub   iluminowane   w   dni   karnawału   czy 

zwycięstwa frontony pałaców dawnych władców.

Holly zauważyła rezolutnie:

–   Pan   Starr   chyba   jeszcze   nie   skończył.   Brakuje   tu   szopki, 

świętego Mikołaja, jego sań i renifera.

– Daj mu jeszcze trochę czasu – powiedział z uśmiechem Rob, 

po   czym   zwrócił   się   do   Mary   z   wyjaśnieniem:   –   Z   roku   na   rok 

dekoracja pana Starra staje się coraz bardziej imponująca. Dawniej 

pomagała   mu   żona.   Przed   świętami   ludzie   specjalnie   przejeżdżają 

tędy, aby ją podziwiać.

– Kiedy patrzyłam, jak pan Starr zawiesza na krzewach pierwsze 

lampki, nie miałam pojęcia, że rozrośnie się to do takich rozmiarów – 

powiedziała Mary, nie kryjąc zdumienia i podziwu.

Rob odprowadził ją do samych drzwi. Czując za plecami wzrok 

Holly,   która   została   w   samochodzie,   musiał   oprzeć   się   pokusie 

pocałowania   jej   na   dobranoc.   Poza   tym   wiązało   go   ciągle   słowo 

honoru, dane jej przed kościołem, że dzień ten spędzą ze sobą tylko i 

wyłącznie jako dobrzy znajomi.

background image

Mary,   jakkolwiek   w   głębi   duszy   bardzo   pragnęła   tego 

pocałunku,   była   mu   wdzięczna   za   okazaną   jej   dzisiaj   dobroć   i 

przyjaźń. Czuła, że ten dzień bez jednego namiętnego słowa czy gestu 

zbliżył ich bardzo do siebie.

W poniedziałek przed południem, kiedy jej klasa wybiegła na 

boisko na lekcję gimnastyki, Mary poszła do pokoju nauczycielskiego, 

by napić się kawy. Jakież było jej zdumienie, gdy zastała tam Roba.

– Czy coś się stało? – zapytała.

–   Nie,   nic   złego.   Przyjechałem   z   prośbą.   Za   godzinę   muszę 

wyjechać   w   ważnej   sprawie   do   Houston.   Chodzi   o   spotkanie   z 

dyrekcją przedsiębiorstwa, o którym ci już wspominałem.

– Tego, które chcesz ściągnąć do Hope?

–   Tak.   Cała   sprawa   zaczyna   nabierać   całkiem   realnych 

kształtów.   Ale   prawdopodobnie   będę   musiał   zostać   tam   do   jutra. 

Tymczasem obiecałem Holly, że pochodzimy  dzisiaj po sklepach i 

poszukamy dla niej kostiumu na jasełka. Czy mogłabyś mnie zastąpić, 

a po zakupach odwieźć Holly do pani Watson, u której spędzi noc?

–   Oczywiście   –   odparła   bez   chwili   namysłu.   –   Ale   dlaczego 

mam ją odwozić? Przecież może zostać u mnie, mam dużą sypialnię. 

Po   zakupach   wpadniemy   tylko   do   was   po   niezbędne   drobiazgi,   a 

później   wrócimy   do   Hope.   Przed   zaśnięciem   popatrzymy   sobie 

jeszcze na dekorację pana Starra.

Rob uśmiechnął się.

– Jesteś pewna, że chcesz wziąć na siebie ten kłopot? O wiele 

prościej byłoby przecież zostawić Holly u pani Watson.

background image

– Tylko w przypadku, jeśli Holly woli panią Watson ode mnie.

Rob wydawał się rozbawiony.

–   Holly   przepada   za   nią,   ale   żali   się   równocześnie,   że   pani 

Watson zbyt wcześnie wygania ją do łóżka.

– Więc postanowione. Już cieszę się na te godziny, które spędzę 

z Holly. To urocza dziewczynka.

Kiwnął głową z uśmiechem i dodał żartobliwie:

– To oczywiste, jest przecież moją córką. Mary roześmiała się.

– Jak mogłam o tym nie pomyśleć.

Zamilkli i spojrzeli na siebie z wielką czułością. Nie padło ani 

jedno   słowo,   ale   tym   długim   spojrzeniem   wyznali   sobie   niemal 

wszystko.

– Cóż, chyba odszukam Holly – odezwał się w końcu Rob. – 

Powiem jej o wszystkim i jadę. Nie mogę się spóźnić na to spotkanie.

Mary kiwnęła głową.

– Jedź ostrożnie – rzuciła na pożegnanie.

Po szkole Mary i Holly wyruszyły do miasta. Kupiły aksamitną 

czerwoną sukienkę z białym koronkowym kołnierzykiem, pasujące do 

niej czarne lakierowane butki i białe rajstopy. Dodatkiem do stroju, a 

zarazem zwieńczeniem poszukiwań, okazała się duża czerwona spinka 

do włosów, imitująca kokardę. Holly, która grała w przedstawieniu 

anioła,   wyglądała   jak   prawdziwy   anioł,   chociaż   taki   bardziej 

nowoczesny. Rob będzie z niej dumny jak paw, pomyślała Mary.

Gdy   zajechały   przed   dom   Greenów,   były   zmęczone,   lecz 

zadowolone z zakupów. Poszły prosto do pokoju Holly, by wrzucić do 

background image

torby trochę ubrań i przyborów toaletowych.

Był to typowo dziewczęcy pokoik, utrzymany w biało-różowej 

tonacji i pełen kwietnych motywów. Na łóżku leżały pluszowe misie, 

koniki o długich plecionych grzywach i ogonach oraz złotowłose lale, 

a na komódce z lustrem stała oprawiona w ramkę fotografia pięknej 

kobiety.

–   To   moja   mamusia   –   objaśniła   dziewczynka,   uchwyciwszy 

spojrzenie Mary. – Piękna, prawda?

– Tak. Bardzo piękna, a ty jesteś do niej podobna, Holly.

Mary pomyślała z żalem, że okrutna śmierć nie pozwoliła tej 

kobiecie obserwować, jak rozwija się i dorasta jej córka.

Nagle   zadzwonił   telefon.   Holly   pobiegła   do   holu,   skąd   zaraz 

doleciał jej radliny okrzyk:

– Cześć, tatusiu.

Nastąpiła   cisza,   po   której   mała   strojnisia   zaczęła   opisywać 

podnieconym głosikiem kupioną dziś sukienkę, butki i inne rzeczy. 

Mary,   słysząc   to,   nie   mogła   powstrzymać   uśmiechu.   W   pewnym 

momencie Holly pojawiła się w drzwiach.

– Tatuś chce z tobą mówić – oznajmiła. – Telefon jest w pokoju.

Wchodząc pospiesznie do sypialni Roba, Mary poczuła się jak 

intruz. Zdążyła zauważyć tylko pomieszanie brązów z błękitami.

Usiadła na brzegu łóżka przy nocnym stoliku.

– Halo, Rob – rzuciła do słuchawki. – Jak udało się spotkanie?

– Jestem umiarkowanym optymistą – odpowiedział. – Jeszcze 

nie zdecydowali się na inwestowanie u nas, lecz są gotowi rozszerzyć 

background image

rozmowy na innych członków rady miejskiej. Jutro dołączy do mnie 

burmistrz z dwoma radnymi i natychmiast przystąpimy do dalszych 

negocjacji.   Prawdopodobnie   będę   musiał   tu   zostać   co   najmniej   do 

pojutrza, a może  nawet dłużej. Przykro mi to mówić,  ale w takiej 

sytuacji mogę nie zdążyć z dekoracjami. Mam nadzieję, że wybaczysz 

mi to, nie chciałem cię zawieść.

– Nie ma sprawy, Rob. Nowe miejsca pracy dla mieszkańców 

Hope to coś o wiele ważniejszego niż sceniczna makieta. Wystawimy 

jasełka po prostu na tle choinki. Damy sobie radę, nie przejmuj się. 

Ostatecznie   publiczność   przyjdzie   wyłącznie   po   to,   aby   obejrzeć 

dzieciarnię, i nawet nie zauważy braku dekoracji.

–   Potrafisz   dużo   zrozumieć   i   jeszcze   więcej   wybaczyć   – 

powiedział ściszonym głosem.

– Zrozumieć tak, ale o wybaczaniu Jak już powiedziałam, nie ma 

w ogóle mowy.

–   Dzięki.   Holly   zdążyła   się   już   pochwalić   przede   mną   jakąś 

wspaniałą sukienką...

– Twoja córka wygląda oszałamiająco. Na pewno ci się spodoba.

– Wiem, że mnóstwo serca włożyłaś w te zakupy.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Zaśmiała się. – Fajnie 

było wydawać twoje pieniądze.

Odpowiedział też śmiechem.

– Jestem pewien,  że Holly  również się  cieszyła, że wydajesz 

moje pieniądze. Wie przecież, spryciara, że jej tata byłby na pewno 

mniej rozrzutny.

background image

– Z twoją kartą kredytową i ze świadomością, że twoje skąpstwo 

przeniosło   się   do   Houston,   widziałam   przed   sobą   bezkresne 

horyzonty.

– Bogowie, ratujcie mnie! Wygląda na to, że jestem bankrutem.

Mary zaśmiała się głośno.

– Prawie, prawie.

Skwitował tę informację bolesnym jękiem.

– Jadłyście już obiad?

– Nie. Pomyślimy o tym, kiedy wrócimy do miasta. Holly ma 

ochotę na pizzę.

–   Tak   bardzo   chciałbym   być   teraz   z   wami   –   powiedział   z 

czułością. – Tymczasem muszę zaprosić dziś wieczór dwóch oficjeli z 

przedsiębiorstwa do restauracji. Zanim wrócę do hotelu i rozprostuję 

kości, minie z pewnością północ.

– Jesteś zmęczony...

– To prawda – przyznał.

– A może ten wieczór okaże się milszy, niż przypuszczasz?

–   Wątpię   –   odpowiedział,   po   krótkiej   zaś   przerwie   Mary 

usłyszała jego zmieniony głos: – Idę o zakład, że siedzisz na moim 

łóżku.

Poczuła, że się rumieni.

– Cóż... chyba zgadłeś.

–   Wyobrażam   też   sobie,   jak   kładziesz   się   na   nim,   twoje 

rozrzucone włosy zakrywają poduszkę, a twoje nagie ciało...

– Rob, przestań! Za daleko posuwasz się w swoich fantazjach. 

background image

Przede wszystkim jestem od stóp do głów ubrana i siedzę na samym 

brzeżku łóżka. Nigdy nie pozwoliłabym sobie...

– Hmm. To źle, to bardzo źle. Możesz śmiało spędzić dzisiejszą 

noc   w   moim   łóżku.   Już   sama   myśl   o   tym   przyniosłaby   mi   wiele 

przyjemności.

–   Rob,   zlituj   się   nade   mną!   Wczoraj   przyrzekłeś   mi,   że   nie 

poruszysz już więcej tych tematów.

– O nie, Mary – szybko zaprotestował. – Obiecałem jedynie nie 

próbować   cię   uwodzić   podczas   konnej   przejażdżki.   I   dotrzymałem 

słowa, ale żadnych zobowiązań na przyszłość nie składałem. Lubię 

wyobrażać sobie ciebie w moim łóżku, dlaczego więc miałbym się 

tego wyrzec?

–   Proszę   cię,   Rob   –   zaczęła   błagalnym   tonem.   –   Już   ci 

wyjaśniłam, że...

– Wiem – przerwał jej. – Raz się sparzyłaś i odtąd nie chcesz 

bawić   się   ogniem.   Rozumiem   to.   Ale   każdego   dnia   stajesz   mi   się 

coraz   bliższa   i   bliższa.   Myślę   też,   że   i   ja   nie   jestem   ci   obojętny. 

Dlaczego dwoje dorosłych ludzi, którzy się lubią i mają takie same 

pragnienia, ucieka przed zbliżeniem?

– Bo jedna z tych osób bardzo boi się rozczarowania i bólu – 

wyszeptała.

– Ja również, wierz mi. – Ku zdziwieniu Mary w glosie Roba 

pojawił się gniew. – Obawiam się, że nie zniósłbym ponownej klęski. 

Szczególnie, gdybyś to ty przyczyniła się do niej.

– Co masz na myśli? – zapytała, nie do końca rozumiejąc jego 

background image

ostatnie słowa.

– Nieważne. Dobranoc, Mary. Śpij dobrze.

Mary odłożyła słuchawkę i rozejrzała się po sypialni. Nigdzie 

nie było fotografii Lynn, zmarłej żony Roba. Czyżby chciał w ten 

sposób   uśmierzyć   swój   ból?   Czy   rezygnując   z   pamiątek   mógł   się 

obronić przed poczuciem nieodwracalnej straty?

Mary   nie   potrafiła   tego   rozstrzygnąć.   Pełna   wewnętrznego 

niepokoju, wróciła do pokoju Holly.

W drodze powrotnej do domu wpadły do baru na pizzę. Kiedy 

około ósmej skręciły w znajomą uliczkę, Holly krzyknęła:

– Spójrz! Nie pomyliłam się! Święty Mikołaj i jego renifer!

Po   chwili   Holly   wyskoczyła   z   hondy   i   pobiegła   w   kierunku 

podwórza pana Starra. Mary poszła za nią.

Po rozsypanych na trawniku i imitujących śnieg trocinach,  w 

potokach światła, pędziły sanie zaprzężone w renifera, siedział w nich 

święty   Mikołaj.   Wszystko   to   było   zrobione   z   masy   papierowej   z 

domieszką kleju, kredy i gipsu oraz pięknie pomalowane.

Ale   jeszcze   większe   wrażenie   robiła   kryta   słomą   szopka. 

Wewnątrz otwartej na oścież stajenki widać było Świętą Rodzinę, a 

obok, w głębokim pokłonie, stali trzej mędrcy ze Wschodu i pasterze. 

Dalej wół, osioł i owieczki wpatrywały się w żłóbek prawie ludzkimi, 

bo   pełnymi   pojętnej   radości   oczami.   Barwnie   polichromowane, 

kunsztownie   wykonane   drewniane   figury   dowodziły   artystycznego 

smaku ich autora.

Kiedy Holly, olśniona, stanęła przed stajenką, Mary skierowała 

background image

się na ganek, gdzie w fotelu na biegunach siedział pan Starr.

– Dobry wieczór, Mary – powitał ją.

–   Dobry   wieczór.   Pana   świąteczna   dekoracja   jest   czymś 

niepowtarzalnym, wspaniałym, cudownym!

Przyjął jej pochwałę w milczeniu, niczym należny sobie hołd.

– Czy to pan wyrzeźbił Marię, Józefa i inne postacie?

–   Och,   nie.   Nie   jestem   aż   tak   utalentowany.   Wszystkie   one 

wyszły spod dłuta i pędzla mojej zmarłej żony.

– Musiała być niezwykłą kobietą.

– Przede wszystkim istotą kochającą dzieci. To z myślą o nich 

zadała   sobie   ten   trud...   Powiedz,   proszę,   jakie   są   twoje   plany   na 

święta?

Rozpostarła ramiona.

– Nie mam żadnych. A pan?

– Też nie.

– Chyba nie myśli pan spędzać świąt w samotności? Potwierdził, 

że niestety tak.

– W takim razie zapraszam pana na obiad w Boże Narodzenie.

Pan Starr uśmiechnął się.

– Przyjmuję z wdzięcznym sercem.

–   Mary,   chodź   obejrzeć   żłóbek   –   zawołała   Holly.   Mary 

pożegnała   sąsiada   i   podeszła   do   dziewczynki.   Wewnątrz   stajenki 

Maria, matka Jezusa, siedziała we wdzięcznej pozie na beli siana. Jej 

synek leżał nagusieńki w wysłanym sianem żłobku: Kobieta patrzyła 

na   dziecko   z   radością   i   uwielbieniem.   Stary   Józef,   skupiony   i 

background image

opiekuńczy, stał oparty na kiju w pewnym oddaleniu.

Holly z szacunkiem dotknęła wyciągniętej rączki Jezusa. Kiedy 

uniosła głowę i spojrzała na Mary, jej twarz rozjaśniał uśmiech.

– Czyż oni wszyscy nie są piękni?

– Tak. Nie można oderwać od nich wzroku.

– Powiedziałam Jezuskowi, co chciałabym dostać pod choinkę. 

Święty Mikołaj – dodała – miałby za dużo pracy.

– A cóż to takiego?

– On wie – odpowiedziała z dziecięcą ufnością i prostotą. Nagle 

odwróciła się i pobiegła do pana Starra.

Mary   została   sama.   Przez   chwilę   chłonęła   niezwykły   nastrój 

stajenki,   a   potem,   dziwiąc   się   samej   sobie,   poszła   za   przykładem 

Holly. Pochyliła się nad żłóbkiem i wyszeptała z głębi serca wszystkie 

swoje pragnienia.

Ostatecznie Boże Narodzenie to również okres cudów.

background image

Rozdział ósmy

Klęcząc   na   krześle,   Holly   mieszała   płynną   masę   piernika. 

Dodała łyżkę miodu oraz po garści rodzynek i orzeszków ziemnych. 

Jeszcze kilka okrężnych ruchów i mogły wylać ciasto do brytfanki. 

Piernik,   zwany   przez   Mary   „błyskawicznym”,   był   łatwy   do 

przyrządzenia i smaczny. Szczególnie, kiedy oblało się go czekoladą.

W ten wtorkowy wieczór Rob wciąż był w Houston. Uprzedził 

zresztą przez telefon, że dzisiaj nie wróci. Zajęły się więc pieczeniem, 

które okazało się pyszną zabawą. Świadczyły o tym chociażby ślady 

czekoladowej polewy na ich rozbawionych twarzach.

– Czy spróbujemy go jeszcze dzisiaj? – zapytała Holly. Mary 

zmarszczyła czoło.

– Nie jestem pewna. Ciasto musi najpierw postać pół godziny w 

brytfance,   a   potem   jeszcze   godzina   pieczenia.   Dodaj   co   najmniej 

kwadrans na ostygnięcie i kolejny kwadrans na okrzepnięcie polewy. 

Jak   widzisz,   „błyskawicznym”   można   go   nazwać   tylko   z 

przymrużeniem oka.

– Czy lubisz mojego tatusia?

Mary wzdrygnęła się. Nic nie zapowiadało tego pytania.

– Oczywiście, że lubię.

– Ale czy lubisz go z całego, całego serca? – Głos Holly brzmiał 

poważnie.

Tak, pomyślała Mary, lubię go z całego, całego serca. A gdybyś 

nie   była   jego   córką   i   gdybym   nie   bała   się   pewnych   słów, 

background image

powiedziałabym ci, że kocham go całą duszą i sercem.

Holly obserwowała ją uważnie, czekając na odpowiedź. Mary 

zmusiła się do uśmiechu.

– Darzę twojego ojca, Holly, sympatią i życzliwością.

A   jeśli   on   żywi   do   mnie   przyjaźń,   to   można   powiedzieć,   że 

jesteśmy przyjaciółmi.

Dziewczynka uśmiechnęła się szelmowsko.

– Myślę, że dla przyjaciela też można stracić głowę, prawda? 

Czyżby   to   dziecko,   zapytała   siebie   Mary,   chciało   odegrać   rolę 

Kupidynka?

W   środę   po   południu   Mary   wraz   z   uczniami   przystąpiła   do 

dekorowania sceny. Przede wszystkim ustawiono i ubrano choinkę. 

Ktoś przyniósł stolik, na którym, bliżej składanego krzesła, znalazła 

się   przenośna   latarnia   ze   świecą   w   środku.   Rozwieszono   też 

papierowe   dzwonki   i   gwiazdki,   zaś   śnieg   –   białe   konfetti 

zgromadzone   w   pudełkach   –   mieli   sypać   z   góry   podczas 

przedstawienia co bardziej wygimnastykowani ojcowie.

Znowu zadzwonił Rob z wiadomością o przedłużeniu swojego 

pobytu w Houston. W czwartek rano on i pozostali członkowie rady 

oczekiwali ostatniego i najważniejszego spotkania.

–   Wygląda   na   to,   że   zostanę   twoim   dożywotnim   dłużnikiem. 

Holly   powiedziała   mi,   że   czuje   się   z   tobą   jak   na   najlepszych 

wakacjach.

–   Mieć   ją   przy   sobie   to   prawdziwa   przyjemność   –   odparła 

background image

szczerze Mary.

Następnego dnia, po lekcjach, Mary i Holly miały się spotkać na 

szkolnym  dziedzińcu.   Lecz   kiedy   Mary   wyszła   przed   budynek,   jej 

serce   żywiej   zabiło,   a   na   policzki   wystąpiły   rumieńce.   Zobaczyła 

Roba,   który   wysiadał   właśnie   z   samochodu,   by   zaraz   otworzyć 

ramiona na przyjęcie pędzącej ku niemu córeczki. Chwycił ją, uniósł 

wysoko, a potem zaczął okrywać pocałunkami.

Tę wzruszającą scenę Mary oglądała z wielką rozterką w sercu. 

Musiała   się   powstrzymać,   by   nie   pobiec   śladem   dziewczynki. 

Uczyniła więc tak, jak nakazywał rozum, nie uczucie. Podeszła do 

Roba wolnym krokiem, z uprzejmym uśmiechem na twarzy, niczym 

nauczycielka do ojca swej uczennicy.

Ale   on   nie   zachował   się   tak   rozsądnie.   Ogarnął   ją   radosnym 

spojrzeniem i chwycił za rękę.

– Jaki piękny widok dla stęsknionych oczu!

Serce Mary zabiło szybszym rytmem, ale następne słowa Roba 

rozproszyły urok powitania.

– Wskakuj do samochodu. Odwiozę cię do domu, zabiorę rzeczy 

Holly i zapłacę za opiekę nad nią.

– Nie jesteś mi nic winien – odparła chłodno.

– Ależ jestem! – upierał się. – Spędziła z tobą trzy dni. Nie mogę 

wykorzystywać   twej   uprzejmości.   Panna   Maggie   lub   pani   Dudley, 

gdyby   to   one   troszczyły   się   o   Holly,   na   pewno   przyjęłyby   zwrot 

kosztów.

Wyprostowała się dumnie.

background image

– Nie jestem żadną z nich.

Rob w końcu uświadomił sobie, że przeciągnął strunę. Obraził 

Mary, mimo że była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął.

– Skoro jest to kwestia zasad, nie pisnę ani słowa więcej na 

temat pieniędzy.

– Dobrze!

Czuła się zraniona i zła. Gwałtownym ruchem wyrwała dłoń z 

dłoni Roberta.

– Gniewacie się na siebie? – zapytała zaniepokojona Holly.

–   Jak   mógłbym,   skrzacie,   gniewać   się   na   Mary   po   tym 

wszystkim, co dla nas zrobiła?

Dziewczynka przeniosła wzrok na Mary.

–   Nie   zrobiłam   nic   wielkiego,   ale   twój   tata   ma   rację.   Nie 

jesteśmy  na siebie źli. Po prostu doszło między  nami do wymiany 

niemiłych zdań.

Holly nie wydawała się przekonana, jednak po chwili wahania 

przyjęła oba tłumaczenia.

Wsiedli do samochodu, aby zaraz przed domem Mary z niego 

wysiadać.

Holly pobiegła spakować swoje rzeczy, Mary zaś, kiedy znaleźli 

się w saloniku, zaproponowała Robowi kawę. Na tacy, obok filiżanki 

z kawą, stał talerzyk z piernikiem.

– Pycha – pochwalił Rob, zjadłszy w oka mgnieniu pierwszy 

kawałek. – Czy mogę wziąć dokładkę?

– Nie krępuj się – odparła z uśmiechem.

background image

Lecz kiedy sięgnął po trzecią porcję, a później zaczął oblizywać 

powalane czekoladą palce, roześmiała się w głos.

– Nadmiar słodyczy może zaszkodzić.

– Dzięki za troskę o moje zdrowie. Przyjmuję to za dobry znak.

– Dobry znak czego? – zaryzykowała pytanie.

– Że choć troszeczkę cię obchodzę.

W tej samej chwili dobiegł ich z sypialni okrzyk Holly.

–   Jesteśmy   w   saloniku   –   odkrzyknęła   Mary.   Następnie 

ściszonym głosem zwróciła się do Roba; – Nie zapomnij pochwalić 

piernika w jej obecności. To ona go upiekła.

–   Doprawdy?   Podejrzewam,   że   z   pewną   pomocą.   Mary 

uśmiechnęła się.

– Niewielką i nieistotną.

Po chwili weszła Holly, którą gorące pochwały ojca wprawiły w 

świetny nastrój.

Mary   przy   niosła   jej   szklankę   mleka,   podsunęła   talerzyk   z 

piernikiem, po czym przeszła do najważniejszej sprawy.

–   Powiedz   mi,   Rob,   czym   w   rezultacie   skończyły   się   wasze 

rozmowy?

Rob skrzywił się.

–   Ciągle   nie   wiemy,   czy   będą   tu   inwestować,   mimo   że 

zaoferowaliśmy   najlepszy   system   premiowania,   na   jaki   nas   stać. 

Konkurencja jest duża, trzeba więc poczekać. Ważne jednak, że wciąż 

uwzględniają nas jako ewentualnych partnerów. Pod koniec roku, tak 

czy inaczej, otrzymamy wiążącą odpowiedź. Przynajmniej skończy się 

background image

ten stan niepewności.

– W  tym,  co mówisz,  a może raczej, jak mówisz,  nie widzę 

wielkiego optymizmu. Brak wiary bywa często gwarancją przegranej. 

Rob uśmiechnął się.

– Masz rację. Dziękuję za ostrzeżenie. – Od bardzo dawna nikt 

go   nie   podnosił  na   duchu.  Zrobiła   to   Mary,  tym  trudniej   było   mu 

podzielić się z nią smutnymi wiadomościami. – Muszę powiedzieć ci 

o czymś, co z kolei ciebie przygnębi.

– O czym, na miłość Boską?

– Kiedy wróciłem dzisiaj do domu, zajrzałem do garażu, aby 

ocenić, czy uda mi się na jutrzejszy wieczór skończyć dekoracje.

– I nie uda ci się?

–   Wszystko   zginęło:   dykta,   farby,   a   nawet   szkice.   Natomiast 

rzeczy dużo cenniejsze, jak narzędzia, czy sprzęt wędkarski, o dziwo, 

pozostały.   Więc   może   znalazłaś   kogoś,   komu   zleciłaś   robotę,   i 

udostępniłaś mu moje materiały?

–   Skądże   znowu   –   zaprzeczyła.   –   Najpierw   myślałam,   że 

wrócisz   już   następnego   dnia.   A   kiedy   dowiedziałam   się   o 

przedłużeniu negocjacji, zostało zbyt mało czasu, bym mogła kogoś 

znaleźć.

– Nigdy nie zamykałem garażu. Dokąd tylko sięgam pamięcią, 

w naszej okolicy nie trafił się złodziej. – Westchnął.

– Nie ma mowy, bym zaczął wszystko od początku i zmieścił się 

w terminie. Wybacz, że cię zawiodłem, Mary.

–   Powiedziałam   ci  już   przez   telefon,   co   myślę   na   ten   temat. 

background image

Zajmowałeś się dużo ważniejszymi sprawami.

–   Być  może,   być  może.   –   Chwilę   o  czymś  myślał,   po   czym 

zwrócił się do córki: – Wracamy do domu, Holly.

– Nie zapomnij o moich urodzinach w sobotę – przypomniała 

Mary dziewczynka.

– Nie zapomnę.

– Idź do samochodu, Holly – powiedział Rob do córki – a ja za 

minutkę dołączę.

Kiedy Holly pożegnała się i odeszła, Rob przysunął się bliżej do 

Mary. Pochylił się ku niej i pocałował w usta.

– Tęskniłem za tobą – wyszeptał.

– Rob, błagam...

Ale   ta   prośba   o   zaprzestanie   odniosła   odwrotny   skutek.   Tym 

razem   dotyk   jego   warg   był   dłuższy   i   gorętszy.   Z   dworu   dobiegło 

wołanie Holly.

– Tatusiu, chodź!

Rob i Mary równocześnie uśmiechnęli się.

– Wierz mi – powiedział Rob – jeden z najbliższych dni będzie 

dniem, kiedy żaden głos czy głosik nam nie przeszkodzi.

Serce Mary podskoczyło.

– Czy to groźba? – zapytała wyzywająco.

– Nie, obietnica.

W   piątek   wczesnym  wieczorem   Mary   miała   właśnie   wyjść   z 

domu,   by   stanąć   oko   w   oko   z   publicznością   bożonarodzeniowego 

background image

przedstawienia,   kiedy   rozległ   się   dzwonek   u   drzwi.   Na   progu   stał 

posłaniec,   który   wręczył   jej   przepiękny   bukiecik   białych 

miniaturowych   róż.   Na   dołączonej   karteczce   wypisane   było   tylko 

jedno słowo: Rob.

Przez chwilę, mimo wszelkich obaw, czuła się szczęśliwa.

Podeszła do lustra i uśmiechnęła się. Była podobnie jak Holly w 

czerwonej sukience, a przypinając na sercu wonny bukiecik myślała, 

jak piękna potrafi być nadzieja.

Zarzuciła płaszcz i wyszła na ulicę. Po drugiej stronie pan Starr 

wprowadzał do stworzonego przez siebie świata mitu i religii ostatnie 

kosmetyczne poprawki.

Pozdrowiła go machnięciem ręki i otworzyła drzwi swojej szarej 

hondy.

– Pięknie wyglądasz, Mary – zawołał zza żywopłotu pan Starr. – 

Powodzenia, przedstawienie na pewno będzie wspaniałe.

– Dziękuję! – odkrzyknęła.

Na tym właśnie polega specyfika życia w małych miasteczkach, 

pomyślała Mary wsiadając do samochodu, że bezdzietni wdowcy tak 

głęboko przeżywają uczniowskie działania.

Mary   pierwsza   zjawiła   się   w   szkolnej   auli   przerobionej   na 

teatralną   widownię.   Jakież   było   jej   zdumienie,   gdy   na   scenie 

zobaczyła stolik, lampę i choinkę na tle sugestywnej makiety salonu. 

Na kominku płonął niemal prawdziwy ogień, a przez okno zaglądała 

gwiazda.   Drzwi,   zasłony,   gzyms   nad   kominkiem,   świece,   stroik   z 

gałązek   jodłowych,   wszystko   to   stworzyło   urokliwą   atmosferę 

background image

przytulnego wnętrza.

Oszołomiona, zajrzała za kulisy. I nie zawiodła się, szukając tam 

drugiej   dekoracji.   Przed   nią   biegła   główna   ulica   handlowa,   gdzie 

wystawy sklepów z zabawkami i słodyczami zapraszały przechodnia 

do środka.

Kiedy po kilku minutach  całymi grupkami zaczęli przybywać 

uczniowie,   ich   entuzjastyczne   okrzyki   i   zdumione   spojrzenia 

świadczyły jednoznacznie, że stało się coś na pograniczu cudu.

Najpełniej   wyraziła   to   Holly,   kiedy   wraz   z   ojcem   weszła   na 

widownię.

– Spójrz, tatusiu! Wiedziałam! Wiedziałam, że święty Mikołaj 

zadba o to, by nasze przedstawienie było jak najlepsze.

Rob rzucił na Mary pytające i zaniepokojone spojrzenie.

– Kto to zrobił?

Rozpostarła   ramiona   w   geście   oznaczającym   kompletną 

nieświadomość.

– Również chciałabym wiedzieć. W najskrytszych marzeniach 

nie mogłam oczekiwać czegoś aż tak wspaniałego.

Kiwnięciem głowy zgodził się z tą oceną.

–   Ktokolwiek   to   zrobił,   posłużył   się   moimi   szkicami.   Ale 

zrealizował   je   doskonale.   Jedyna   osoba,   jaka   w   tym   wypadku 

przychodzi mi na myśl, to twój sąsiad, pan Starr. W miasteczku tylko 

on potrafi wyczarować coś tak pięknego.

Mary przez chwilę patrzyła na Roba ze zdumieniem w oczach.

– Ale jak mógł dowiedzieć się, że potrzebujemy pomocy?

background image

– Ja także tego nie pojmuję. Pozostaje więc nam tylko cieszyć 

się tym, co mamy. – Uśmiechnął się. – Ale ja cieszę się podwójnie, bo 

wyglądasz dziś przepięknie.

Zarumieniła się.

– Dziękuję za cudowne róże.

Palce Mary, kiedy to mówiła, musnęły białe, delikatne płatki.

– Wolałbym zamiast słów pocałunek.

– Tutaj?

–   Faktycznie,   lepiej   nie   tutaj.   Ale   już   wkrótce,   gdziekolwiek 

indziej.

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– Przemyślę to.

Na razie o myśleniu na ten temat nie mogło być mowy, gdyż 

musiała zająć się przedstawieniem.

Z   wyjątkiem   dwóch   czy   trzech   potknięć   i   niedociągnięć, 

widowisko   udało   się   nad   podziw.   Jedna   z   dziewczynek, 

pierwszoklasistka,   zapomniała   tekstu   i   wybuchnęła   płaczem. 

Dziesięcioletni   chłopiec,   zapatrzony   w   swoją   partnerkę,   wpadł   na 

choinkę, i tylko przytomności umysłu jednego z ojców można było 

zawdzięczać,   że   drzewko   się   nie   przewróciło.   Kilku   chórzystów 

zgubiło   melodię,   w   sumie   jednak   dzieci   popisały   się   i   ich   występ 

okazał się wielkim sukcesem.

Końcowym akcentem był poczęstunek i pojawienie się świętego 

Mikołaja, który wszystkich uczestników przedstawienia, łącznie z ich 

rodzeństwem, obdarował łakociami.

background image

Mary   nie   mogła   pozbyć   się   podejrzenia,   że   za   długą   brodą, 

wąsami i czerwonym kubrakiem, który wybrzuszał się na jaśku, kryje 

się jej sąsiad, pan Starr.

W sobotę przypadały urodziny Holly, Mary musiała  pójść na 

przyjęcie i w związku z tym czuła się jak niedoświadczona pływaczka 

przed skokiem na głowę z wysokiej wieży.

Gdy zamknęła za sobą frontowe drzwi domu, pierwszą osobą, 

jaką dostrzegła, był oczywiście pan Starr. Przecięła ulicę.

– Cudownie udała się panu rola świętego Mikołaja – zagadnęła.

Pan Starr zwrócił ku niej twarz pokerzysty.

– Mikołaja? – zapytał. Uśmiechnęła się.

– Rozpoznałam pana mimo brody i jaśka imitującego brzuszek.

– Chyba tylko tak ci się wydaje.

–   Widzę,   że   jest   z   pana   twardy   orzech   do   zgryzienia.   – 

Roześmiała   się.   –   Ale   mniejsza   z   tym.   Chcę   przede   wszystkim 

podziękować za dekoracje.

– Dekoracje? O czym ty mówisz, Mary?

Niewinny wyraz twarzy pana Starra mógłby w tej chwili zwieść 

najbardziej   podejrzliwego   policjanta,   ale   nie   Mary.   Wystarczył   jej 

jeden   rzut  oka   na   szopkę,   sanie,   renifera,   aby   zyskać   pewność,   że 

makiety zrobiła ta sama ręka.

Nagle pewne zdarzenia ułożyły się w spójną całość. Kiedy Holly 

mieszkała razem z Mary, kilka razy dziennie biegała do pana Starra. 

Musiała   też   wspomnieć   mu   o   zaczętych   przez   ojca   i 

background image

przechowywanych w garażu dekoracjach.

Komu   jednak   miała   o   tym   wszystkim   powiedzieć?   Jeśli   pan 

Starr życzył sobie zachować swoją pomoc w tajemnicy, należało to 

uszanować.   Gdy   Mary   żegnała   się   z   sąsiadem,   zauważyła   figlarny 

uśmieszek w jego dobrych oczach.

Urodziny   Holly   przebiegały   w   atmosferze   zamętu,   pisków   i 

śmiechów.   Okazało   się,   że   dziesięć   małych   dziewczynek   miało   w 

sobie niszczycielską siłę tajfunu.

Mary   pomagała   Robowi.   Kiedy   on   podgrzewał  hot  dogi,  ona 

nalewała   oranżadę.   Kiedy   on   nakładał   chipsy   do   miseczek,   ona   je 

roznosiła.

Przed   zdmuchnięciem   świeczek   i   dzieleniem   tortu,   dziewięć 

panienek zażyczyło sobie, aby solenizantka odpakowała prezenty.

Z barwnych papierów i wstążek zaczęły wyłaniać się torebki, 

przeróżne   gry   i   szkolne   przybory.   Mary   ofiarowała   trzytomową 

powieść. Holly na jej widok uśmiechnęła się.

–   Nie   mogłaś   wybrać   lepiej   –   Rob   szepnął   do   ucha 

ofiarodawczyni. – Holly uwielbia powieści.

–   Domyśliłam   się   tego   po   ilości   książek   na   jej   półkach. 

Naturalnie nauczycielka musi wspierać tego typu pasje.

– Naturalnie – przyznał z uśmiechem. – Zdaje się, że teraz na 

mnie kolej. – Wyjął z kieszeni koszuli małą paczuszkę i podszedł do 

córeczki. – Z najlepszymi życzeniami, kochanie.

Gdy Holly obejrzała prezent, aż oniemiała z zachwytu.

background image

– Och, tatusiu...

– Podoba ci się?

–   Cudowny!   –   wykrzyknęła   i   pokazała   wszystkim   złoty 

medalionik w kształcie serduszka.

Rob wyjął go z jej ręki i zawiesił na szyi.

– Należał do twojej matki, gdy była dziewczynką.

– Naprawdę? – zapytała cicho.

– Otwórz go i zobacz, co jest w środku. Holly powoli i nieśmiało 

otworzyła serduszko.

– Ależ to zdjęcie mamusi. I ja z nią jestem. Ostrożnie zamknęła 

medalionik, po czym objęła ojca i mocno się do niego przytuliła.

Była to wzruszająca scena. Chociaż widzieli ją wszyscy goście, 

Mary poczuła się jak intruz. Ojciec i córka wspominali utraconą żonę i 

matkę.

Drugi raz nie można tak kochać. Rob chciał związać się z nią, 

lecz bez zobowiązań. Mary znów tylko z zewnątrz mogła obserwować 

świat miłości. Ból tego wykluczenia był straszny.

background image

Rozdział dziewiąty

Dochodziła dziewiąta wieczorem, kiedy Mary usłyszała pukanie 

do drzwi. Na progu stał Rob, z zabójczym uśmiechem na ustach.

– Mogę wejść? – zapytał, dodając w formie usprawiedliwienia: – 

Jest bardzo zimno.

– A Holly? – Na dłuższe pytanie zabrakło jej oddechu.

– Będzie dziś spała u Amy – wyjaśnił.

Nagle,   całkiem   niespodziewanie,   Mary   znalazła   się   w   jego 

ramionach.

– Co tu robisz? – zdążyła jeszcze zapytać.

– A jak sądzisz? – odparł, po czym okrył jej twarz namiętnymi 

pocałunkami.

Mary wiedziała, że musi jakimś sposobem położyć temu kres. 

Ale jak miała to zrobić, skoro jej ciało nie słuchało rozkazów woli? 

Znalazła się w przytulnym schronieniu jego ramion i wydawało się 

ono takie bezpieczne.

– Pragnę cię, Mary. Chcę się z tobą kochać, przecież dobrze o 

tym wiesz...

Mary   usiłowała   uniknąć   jego   pocałunków.   Odwracając   głowę 

poczuła   na   policzku   podniecający   dotyk   zarostu   Roba,   co   tylko 

spotęgowało drżenie, jakie ogarniało całe jej ciało.

– Tak, wiem o tym, ale nie zmieniłam zdania. Nie wolno nam... 

– zdołała wyszeptać.

– Dlaczego? Szaleję za tobą i nigdy w to nie uwierzę, że nic do 

background image

mnie nie czujesz – powiedział dobitnie. – Wytłumacz mi.

Opuściła głowę, dotykając czołem jego ramienia.

– Masz rację, Rob. Gdybyś kiedykolwiek usłyszał ode mnie coś 

takiego,   nie   uwierz   ani   jednemu   słowu.   Jesteś   mi   bardzo   bliski, 

bardziej niż bym tego chciała.

–   Więc   dlaczego   ciągle   przede   mną   uciekasz?   Rozumiem, 

znamy się bardzo krótko... no i co z tego? – Nagle Rob odsunął Mary 

na odległość  wyciągniętych rąk i spojrzał jej w oczy. – Wiem,  że 

zostałaś zraniona, że boisz się uczucia, które nas ogarnia. Mary, ja też 

się tego boję, ale lęk nie może powstrzymać mnie przed podjęciem 

ryzyka. Nie jestem Wayne’em i nigdy nie byłbym w stanie świadomie 

cię skrzywdzić.

Do oczu Mary napłynęły łzy.

– To żadna gwarancja – wyszeptała ochrypłym głosem.  Ręce 

Roba zsunęły się bezwładnie z jej ramion, odsunął się o krok.

– Jestem szczery. Jeśli szukasz innej gwarancji, lepiej trzymaj 

się z daleka ode mnie i od innych mężczyzn. Do końca życia. – Na 

chwilę   spuścił   głowę.   –   Poślubiając   Lynn,   przekonany   byłem   o 

istnieniu takiej pewności, ale wszystko potoczyło się inaczej. Nigdy 

się nie spodziewałem, że będę sam wychowywał dziecko, szczególnie 

dziewczynkę. To bywa... trudne. Dlatego nie jestem zaskoczony, że 

nie   chcesz   wiązać   się   z   mężczyzną,   który   ma   dziewięcioletnie 

dziecko. Spotkałem już takie kobiety, Ale myślałem, że skoro się tak 

lubicie...

– Holly nie ma z tym nic wspólnego! – krzyknęła Mary.

background image

– Nie? Czy w takim razie możesz mi uczciwie powiedzieć, że 

gdyby nie było Holly, i tak nie miałbym szans na twoją wzajemność?

– Tak! Holly jest najcudowniejszą dziewczynką pod słońcem.

–   Ale   jej   ojciec   to   już   coś  gorszego,   prawda?   Musiałem   być 

chyba szalony, zakochując się po raz drugi. Po śmierci Lynn długo 

unikałem kobiet, lecz ty zdołałaś mnie rozbroić. Myślałem, że skoro 

obydwoje zostaliśmy skrzywdzeni, to nas zbliży. Żegnaj, Mary. Nie 

będę cię już więcej zanudzał moimi wyznaniami.

Wyszedł   tak   szybko,   że   nie   zdążyła   wykonać   najmniejszego 

ruchu.   Warkot   jego   samochodu   oddalał   się   coraz   bardziej,   aż 

zapanowała cisza. Tym wyraźniej słyszała bicie własnego serca.

Rob powiedział, że musiał być chyba szalony, zakochując się 

znowu.

Rob kochał ją! Kochał ją, a ona pozwoliła mu odejść! Odrzuciła 

jego miłość, tak jak inny mężczyzna odrzucił jej przywiązanie. Jak to 

się mogło stać, jak mogła do tego dopuścić?

To   nie   był   Wayne,   mężczyzna,   którego   darzyła   ciepławym 

uczuciem, sądząc, że to miłość. To był Rob, który wtargnął w jej życie 

i zawładnął sercem. Dwóch ludzi i dwa uczucia... Różnica między 

nimi   była   taka,   jak   między   perłową   kolią   a   jarmarcznym 

pierścionkiem.

Mary od dawna wiedziała, że kocha Roba, nie liczyła jednak na 

jego wzajemność. Było jasne, że jej pożąda, a była zbyt dumna, by 

zgodzić się na taki układ i ciągle zbyt mocno bolały rany. Dlaczego 

wcześniej nie wspomniał nawet o miłości, myślała prawie ze złością. 

background image

Ale czy ona zachowywała się inaczej? Postąpiła jak tchórz...

W   jej   kontaktach   z   Robem   dominował   łęk   przed   ponownym 

doznaniem   krzywdy.   A   jeśli   on   ciągle   tęskni   za   swoją   żoną? 

Pielęgnuje wspomnienia? Ale to przecież on powiedział, że boi się 

zaangażowania...   I   że   nie   byłby   w   stanie   jej   skrzywdzić...   Tak 

naprawdę to ona go skrzywdziła.

Rozejrzała się po pokoju. Chwyciła żakiet, torebkę, klucze.

Twarz   Roba,   kiedy   otworzył   jej   drzwi,   sprawiała   wrażenie 

maski.   Mary   omal   się   nie   załamała.   Ten   mur   nieprzystępności 

wydawał się nie do przebicia.

– Czego chcesz? – zapytał twardym, niemal wrogim głosem.

– Chcę z tobą porozmawiać. Proszę... Zacisnął szczęki.

– Powiedzieliśmy sobie wszystko.

– Proszę...

Błaganie Mary i wyraz jej oczu złamały opór Roba. Odsunął się 

i   wpuścił   ją   do   środka.   Kiedy   znaleźli   się   w   salonie,   podszedł   do 

kominka, wziął do ręki pogrzebacz i zaczął nim przegarniać żarzące 

się głownie.

– Słucham – rzucił przez ramię.

Zebrała się na odwagę i podeszła do niego blisko. Chciała w 

pierwszym   odruchu   położyć   dłonie   na   jego   ramionach,   lecz   na   to 

zabrakło jej już śmiałości.

Nie wiedziała, od czego zacząć. Rob czekał, a nie wydawał się w 

tej   chwili   człowiekiem   uzbrojonym   w   cierpliwość.   Czas   naglił. 

Przestała myśleć.

background image

– Kocham cię, Rob.

Skulił ramiona, jakby coś go z tyłu ugodziło. Po chwili, wciąż 

wpatrzony w ogień, wolno pokręcił głową.

– Jestem zbyt stary, Mary, aby wierzyć w bajki. Kobieta, która 

kocha, tak nie postępuje.

Mary poczuła, że już nic jej nie powstrzyma.

–   Nie   wierzyłam,   że   kiedykolwiek   pokochasz   mnie   tak,   jak 

swoją żonę. Widziałam, jak żywe są wasze o niej wspomnienia, twoje 

i Holly. Myślałam, że chcesz się zabawić, że powtórzy się historia z 

Wayne’em.   A   moi   rodzice?   To   też   bolesne   doświadczenie...   Nie 

chciałam sobie pozwolić na miłość,  ale już wiem,  że miałeś rację. 

Życie nie daje żadnych gwarancji. Wiem, że nie możesz mi obiecać 

wiecznej miłości, ale zadowolę się wszystkim, co zechcesz mi dać...

Odwrócił   się   i   ujął   jej   twarz   w   dłonie.   W   jego   oczach   było 

niedowierzanie.

–   Naprawdę   mnie   kochasz?   Potwierdziła   skinieniem   głowy. 

Dotknął jej warg w delikatnym pocałunku.

– Chcę to usłyszeć.

– Kocham... cię – szepnęła w jego gorące usta. Przycisnął ją do 

piersi z tak niepohamowaną namiętnością, że straciła oddech.

– Och, Mary, dziewczynko moja...

Uniósł   ją   w   ramionach,   usiadł   na   krześle   i   ulokował   ją 

bezpiecznie na swoich kolanach.

–   Już   bardziej   nie   mogłaś   tego   zagmatwać   –   stwierdził   z 

czułością.

background image

– Jak to?

Zauważył   niepokój   w   jej   oczach,   więc   wśród   pieszczot   i 

pocałunków wyjaśnił:

– Lynn i ja rozwiedliśmy  się. Nasza miłość skończyła się na 

długo przed jej śmiercią.

Na twarzy Mary odmalowało się zdumienie.

– Holly miała dwa latka, kiedy Lynn opuściła mnie i wraz z 

dzieckiem   przeniosła   się   do   rodziców   do   Dallas.   Po   roku   wyszła 

ponownie   za   mąż,   a   kilka   miesięcy   później   zginęła   w   wypadku 

samochodowym.

– Ach, więc to tak – wyjąkała Mary.

–   Mimo   dzielących   nas  różnic,   oboje   robiliśmy   wszystko,  by 

nasz   rozwód   odbył   się   przy   zachowaniu   pozorów   przyjaźni   –   ze 

względu na małą. Lynn przypadła opieka nad dzieckiem, ale mogłem 

odwiedzać Holly tak często, jak tylko chciałem. Widywałem się więc 

z córeczką prawie co tydzień, kilka razy mieszkała u mnie dłużej. – 

Westchnął. – Holly była jeszcze maleńka, gdy straciła matkę. Pamięta 

ją jak przez mgłę. Starałem się, żeby zachowała o niej jak najlepsze 

wspomnienia. Lynn zresztą w pełni na to zasłużyła, była dobrą matką. 

Nie sprawdziliśmy się jako małżeństwo, to nie była tylko jej wina – 

dodał.

– Co było powodem rozpadu waszego małżeństwa? – zapytała 

Mary, muskając palcami jego brwi.

Pocałował ją w zagłębienie dłoni.

– Jestem wieśniakiem. Zawsze nim byłem i taki zostanę. Lynn 

background image

dusiła się tutaj, aż w końcu znienawidziła to miejsce. Kiedy nienawiść 

zaczęła   dominować   w   naszych   stosunkach,   zdecydowaliśmy   się   na 

rozwód.   Poznaliśmy   się   na   uniwersytecie.   Byliśmy   młodzi   i 

myśleliśmy,   że   pokonamy   wszelkie   przeszkody.   Stało   się   jednak 

inaczej.   Po   rozwodzie   byłem   zupełnie   załamany.   Nie   zdałem 

egzaminu jako mąż i ojciec. I tak bardzo tęskniłem za Holly.

– To, że twoje małżeństwo skończyło się fiaskiem, nie oznacza, 

że   jesteś   złym   człowiekiem.   Holly   cię   uwielbia,   jesteś 

najwspanialszym   ojcem,   o   jakim   można   marzyć   –   zapewniła   go 

stanowczo.

– Dziękuję. Nawet nie wiesz, ile znaczą dla mnie twoje słowa. 

Holly miała cztery latka, kiedy przywiozłem ją tutaj po śmierci Lynn. 

Starałem   się   być   dobrym   ojcem,   ale   nie   mogłem   zastąpić   obojga 

rodziców. Dziadkowie, rodzice Lynn, chcieli zająć się wychowaniem 

wnuczki, ale nie mogłem na to pozwolić.

Mary   nie   miała   już   żadnych   wątpliwości.   Uwielbiała   tego 

człowieka. Rob był tego rodzaju ojcem, jakiego ona, Mary, nigdy nie 

miała i o jakim zawsze marzyła.

– Czy Holly ma teraz z nimi kontakt? – spytała.

– Oczywiście. Są jedynymi jej dziadkami, a ona jest ich jedyną 

wnuczką. Dbam o to, aby te spotkania były jak najczęstsze. Tuż po 

Bożym Narodzeniu przyjeżdżają po Holly, by zabrać ją do siebie na 

tydzień. Będzie u nich do Nowego Roku.

–   To   ładnie   z   twojej   strony,   że   dzielisz   się   z   nimi   Holly   – 

skomentowała Mary.

background image

– To dobrzy ludzie. Uwielbiają ją, a ona szaleje za nimi. Nie byli 

winni   rozpadowi   naszego   małżeństwa.   –   Odgarnął   włosy   z   czoła 

Mary.   –   Mówisz,   że   mnie   kochasz,   a   Bóg   mi   świadkiem,   że 

odwzajemniam twoją miłość. Ale... spotkałem już wiele kobiet, które 

na wieść o dziecku natychmiast traciły zainteresowanie moją osobą. 

Holly i ja jesteśmy nierozłączni. Mam nadzieję... że ty ją akceptujesz. 

Przyjmujesz nas oboje?

– Robie Green, czy to są oświadczyny? – zapytała zmieszana, 

zdumiona, szczęśliwa.

Uśmiech Roba niósł czułe przesłanie miłości.

–   Tak,   Mary   Shelton.   Znamy   się   bardzo   krótko,   bo   dopiero 

niecałe trzy tygodnie. Zrozumiem więc, jeśli będziesz chciała mieć 

czas do namysłu. Ale musisz wiedzieć, że kocham cię całym sercem. 

Marzę o tym, żebyś zamieszkała tutaj ze mną i z Holly. Wyjdziesz za 

mnie?

Pochyliła się i pocałowała go w usta.

–   Tak...   tak...   tak   –   odpowiedziała,   przeplatając   każde   słowo 

pocałunkiem.

– Dzięki Bogu! – westchnął, jakby spadł mu z serca ogromny 

ciężar. – Bałem się, że powiesz „nie”.

– A ja się bałam, że nigdy nie pokochasz mnie na tyle mocno, by 

zaproponować mi małżeństwo.

–   Oboje   baliśmy   się   odrzucenia.   Najgorsze   już   za   nami. 

Będziemy razem na dobre i na złe. Czy poślubisz mnie tak szybko, jak 

tylko to będzie możliwe?

background image

– Choćby dziś.

Na twarzach obojga malowała się uroczysta powaga. Rob wstał i 

niosąc Mary na rękach, skierował się ku sypialni.

background image

Epilog

Panna młoda nie miała krewnych, ale na jej ślub do parafialnego 

kościoła   przyszli  prawie wszyscy  mieszkańcy   Hope.  To  właśnie  ta 

przyszywana rodzina wymusiła na Robie i Mary, żeby zrezygnowali z 

cichej uroczystości i urządzili prawdziwe, okazałe wesele.

Mieszkańcy   Hope   byli   dzisiaj   w   szczególnym   nastroju.   W 

Wigilię bowiem dotarła do miasteczka wiadomość, że duże, dobrze 

prosperujące przedsiębiorstwo z Houston zamierza otworzyć w Hope 

swoją   filię.   Kamień   węgielny   pod   nowe   hale   fabryczne   miał   być 

wmurowany tuż po Nowym Roku.

Nie   było   też   dla   nikogo   tajemnicą,   że   najwięcej   energii, 

pieniędzy i czasu w zainteresowanie biznesmenów ich miasteczkiem 

włożył Robert Green. Wszyscy byli mu wdzięczni i każdy, w miarę 

swoich   możliwości,   pragnął   tę   wdzięczność   okazać.   Najbardziej 

skorzystali na tym właściciele miejscowych sklepów.

Mary również podbiła serca teksaskich prowincjuszy. Jej gra na 

organach   w czasie   niedzielnych  mszy,  a  szczególnie   przygotowane 

przez nią szkolne jasełka przyjęte zostały z prawdziwym zachwytem.

Dzisiaj, w białej sukni z trenem, wyglądała jak anioł.

Jan Crane, najbliższa przyjaciółka Mary i zarazem druhna na jej 

ślubie,   w   przedsionku   kościoła   udzieliła   pannie   młodej   ostatnich 

praktycznych   wskazówek,   uściskała   ją   czule,   po   czym   poprawiła 

welon i ślubną wiązankę.

–   Biegnę   do   pastora   Harwicka   z   wiadomością,   że   jesteś   już 

background image

gotowa.

Holly,   ubrana   w   tę   samą   czerwoną   sukienkę,   w   której 

występowała  w jasełkach,  oderwała wzrok  od zawieszonego  na  jej 

szyi koszyczka z płatkami kwiatów i spojrzała z uśmiechem na Mary.

– Pamiętasz, jak na podwórzu pana Starra powiedziałam ci, że 

moje pragnienia są za duże dla Mikołaja i dlatego wyszeptałam je na 

ucho   Jezuskowi?   –   Mary   kiwnęła   głową.   –   Powiedziałam   Mu,   że 

chciałabym mieć mamusię i żeby mój tatuś miał żonę. Spełniło się!

Mary przytuliła ją mocno.

– Kocham cię, Holly.

–   Ja   też   ciebie   kocham...   mamusiu.   –   Rzuciła   na   Mary 

niespokojne spojrzenie. – Mogę tak do ciebie mówić?

Mary przełknęła łzy.

–   Nie   mogłabyś   zrobić   mi   większej   przyjemności,   córeczko. 

Wszedł pan Starr, ubrany w elegancki smoking. Zwrócił się do Mary z 

ojcowskim uśmiechem:

– Jesteś prześliczną  oblubienicą,  Mary. Szkoda, że nie ma  tu 

Wilmy.   Uwielbiała   śluby.   Byłaby   wniebowzięta,   widząc   mnie 

prowadzącego   do   ołtarza   pannę   młodą,   i   to   w   dzień   Bożego 

Narodzenia.

Mary uśmiechnęła się i przyjęła ramię starszego pana.

Otworzono drzwi.

Orszak ślubny ruszył.

Holly wdzięcznym gestem sypnęła płatki kwiatów.

Od ołtarza popłynęły ku nim przepiękne dźwięki organów. To 

background image

Jackie Murphy uwolniła się wreszcie spod opieki lekarzy i grała na 

zaślubinach Mary Shelton z Robertem Greenem.

A tuż obok, u stóp ołtarza, stał wysoki mężczyzna i czekał. Ona 

zaś szła  ku  niemu,  by  ofiarować  mu  miłość  i wierność,  dla  siebie 

biorąc uczucie i zapewnienie, że będzie ono trwać wiecznie.

Cóż za Boże Narodzenie! Ile życzeń, nadziei i pragnień zostało 

spełnionych! Jej wyszeptane przy żłóbku życzenie, życzenie Holly... 

A wreszcie nadzieja mieszkańców Hope na nowe miejsca pracy.

Robert Green patrzył, jak po purpurowym chodniku pomiędzy 

ławkami zbliża się jego spełnione marzenie. Wyciągnął rękę. A potem 

już   oboje,   naznaczeni   miłością,   piękni   i   szczęśliwi,   zwrócili   się   w 

stronę pastora Harwicka.

background image

Od autorki

Boże Narodzenie to dla mnie okres szczególny. Wtedy otwieram 

się   na   świat   i   chłonę   wszystkimi   zmysłami   melodie   kolęd,   zapach 

żywicy   i   zielonych   igieł,   migotliwe   światełka   lampek,   sekretność 

pewnych słów i atmosferę tajemnicy, symbolikę gwiazd i dzwonków, 

serdeczne   przesłanie   prezentów   pod   choinką.   Każda   kartka   z 

życzeniami   od   przyjaciela   czy   krewnego   to   chwila   wzruszenia, 

czułych wspomnień, jedności z nieobecnym. Dużo jest tych chwil.

Moje córki pomagają mi w pieczeniu, ozdabianiu i lukrowaniu 

ciast.   W   czasie   tych   Wielkich   Przygotowań   w   kuchni   panuje 

nieopisany  bałagan, ale prawie go nie zauważamy. Śmiejemy  się i 

żartujemy,   oczekując   w   radosnym   podnieceniu   tego,   co   ma   się 

wyłonić z chaosu.

W Wigilię, przed pójściem do łóżek, moje córki zostawiają na 

noc kubek z gorącą czekoladą i kruche ciasteczka. Rankiem, już po 

wyjęciu   prezentów   z   pończochy,   uszczęśliwione   stwierdzają,   że 

święty Mikołaj poczęstował się ciasteczkami i wypił trochę czekolady.

W naszym domu panuje zwyczaj, że dzieci wraz z ojcem kupują 

choinkę,   wybór   drzewka   jest   ich   przywilejem.   Do   wyłącznych 

obowiązków   ojca   należy   obsadzenie   drzewka   na   stojaku   i 

rozwieszenie lampek. Wtedy do akcji przystępuje matka z córkami. 

To   one   ubierają   choinkę,   ojciec   zaś,   siedząc   w   fotelu,   dogląda 

wszystkiego bacznym okiem.

Przez lata zebraliśmy całą kolekcję ozdób, z których każda łączy 

background image

się z jakąś osobą, miejscem, zdarzeniem. Mamy ceramiczne drzewka 

z naszymi imionami, łańcuch zrobiony przez naszego sąsiada, inny 

łańcuch   i   dzwonek   uplecione   z   pszenicznej   słomy   z   Kansas, 

dwudziestoletnie szyszki, które moje córki dostały w podarunku od 

krewnych z Luizjany.

A  w  końcu   bombki   i  szklane   zabawki,   które,   pamiętam,   moi 

rodzice   wieszali   na   choince,   gdy   byłam   jeszcze   zupełnie   małą 

dziewczynką.   Wszystkie   te   drobiazgi   mają   dla   nas   wartość 

sentymentalną.

Choinka   musi   być  z   lasu.   Kiedyś  kupiliśmy   sztuczną   i  nasza 

najstarsza córka, która chodziła wtedy do szkoły podstawowej, wręcz 

zagroziła   nam   ucieczką   z   domu.   Do   tej   chwili   pozostała   pod   tym 

względem zaprzysięgłą konserwatystką, odrzucającą liche namiastki, 

pozory i fikcję.

Wigilijny obiad również nie znosi improwizacji. Podajemy na 

stół wszystkie tradycyjne dania i ewentualnie jedną nowość. Każdy z 

członków   rodziny   przygotowuje   inną   potrawę.   Moja   ciotka   na 

przykład specjalizuje się w sałatce owocowej.

Chociaż moje córki są już dorosłymi pannami, wciąż przeżywają 

święta w kategoriach magii i tajemnicy. Cudowne w tym okresie staje 

się   wszystko,   od   robienia   zakupów   po   najprostsze   kuchenne 

obowiązki.   Ale   najcudowniejsze,   oczywiście,   są   prezenty   pod 

choinką.

Oby   pod   Twoim   drzewkiem   znalazło   się   wszystko   to,   co 

symbolizuje miłość, radość i pokój.

background image

Sondra Stanford


Document Outline