background image

 

 
 

Zbigniew 

Herbert 

 

 
 
 

DRAMATY

background image

 

Jaskinia filozofów 

Osoby:

 

SOKRATES

 

STRAŻNIK

 

WYSŁANNIK RADY

 

PLATON

 

KSENOFONT

 

FEDON

 

FAJDROS

 

LACHES

 

KSANTYPA

 

KRITON

 

OPIEKUN ZWŁOK

 

CHÓR 
UCZNIOWIE

 

background image

 

Prolog 

Muzyka. Na tle hałasu bębna i miedzi przeszywający 
głos piszczałki. Scena pusta, bez żadnych dekoracji. 
Wchodzą osoby chóru ubrane w krótkie jasne sukien- 
ki, na głowach papierowe spiczaste czapeczki. Twarze 
mocno upudrowane.

 

CHÓRZYSTA I z głębokim ukłonem

 

Rzecz o Sokratesie, synu akuszerki i kamieniarza. 
CHÓRZYSTA II

 

Opowieść z pestką. 
CHÓRZYSTA III

 

Pełna słów, aluzji i pauz, 
CHÓRZYSTA IV

 

Niestety, bez akcji. 
CHÓRZYSTA V

 

Kto nie zabrał z domu jedzenia, może się jeszcze

 

wycofać. 
CHÓRZYSTA VI

 

Cena biletu zostanie zwrócona. 
CHÓRZYSTA I

 

Sztuka, jako się rzekło, o filozofie. 
CHÓRZYSTA II

 

Który żył długo. 
CHÓRZYSTA III

 

Działał na niwie oświaty.

 

CHÓRZYSTA IV

 

Ale nie umarł śmiercią naturalną. 
CHÓRZYSTA V

 

Co daje postaci posmak sensacji.

 

CHÓRZYSTA VI

 

A także szczyptę heroizmu. 
CHÓRZYSTA I

 

Przez trzy akty trzeba wysilać dociekliwość.

 

CHÓRZYSTA II

 

Aby rozwiązać ten węzeł. 
CHÓRZYSTA III

 

Wzniosłych kłamstw i płytkich hipotez. 
CHÓRZYSTA IV

 

Dlatego będziemy musieli posługiwać się cudzymi

 

oczyma. 
CHÓRZYSTA V

 

Znajdzie się tu zatem coś dla krótkowidzów i coś

 

dla dalekowidzów. 
CHÓRZYSTA VI

 

Najmniej dla tych, którzy widzą dobrze.

 

CHÓRZYSTA I

 

Autor kazał przeprosić i powiedzieć, że odpowie- 
dzi nie da.

 

CHÓRZYSTA II

 

Mówi, że sam nie wie.

 

CHÓRZYSTA III

 

Powiada, że jakby wiedział, toby napisał dzieło 
po niemiecku.

 

CHÓRZYSTA IV

 

A nie zwoływałby aktorów i nie  szarpałby za

 

background image

 

sznurek. 
CHÓRZYSTA V

 

No cóż, ale nie wie. 
CHÓRZYSTA VI

 

I my, którzy sztukę godzenia się na wszystko

 

 

doprowadziliśmy do szczytu, także z tym musimy 
się pogodzić.

 

CHÓRZYSTA I

 

Okolicznością łagodzącą jest fakt, że sztuka po- 
chodzi z czasów zamierzchłych.

 

CHÓRZYSTA II

 

Wtedy technika przesłuchań stała na niskim po- 
ziomie.

 

CHÓRZYSTA III

 

Sokrates dopiero wynalazł dialektykę.

 

CHÓRZYSTA IV

 

Praktyczny podręcznik dla sędziów śledczych zo- 
stał opracowany znacznie później.

 

CHÓRZYSTA V

 

Dlatego oskarżony tak długo broił.

 

CHÓRZYSTA VI

 

A głowa jego, wyrzucona na wysoki brzeg naszych 
czasów, ma zamazane rysy.

 

CHÓRZYSTA I

 

My nie zrobimy potomnym takiego kawału.

 

CHÓRZYSTA II

 

Wszyscy wysłani na tamtą stronę będą mieli do 
szyi przytwierdzony kamień z paragrafem, na 
który umarli.

 

CHÓRZYSTA III

 

Wszystkie inne materiały zostaną zniszczone, aby 
nie stanowiły pokusy dla psychologów.

 

CHÓRZYSTA IV

 

Paru niewinnych i nieomylnych zabalsamujemy. 
Dzieła ich też zabalsamujemy i będziemy poka- 
zywać motłochowi. Całkiem bezpłatnie.

 

CHÓRZYSTA V

 

W ten sposób ludzkość wyzwolona będzie od 
dramatów i od sztuki, która rodzi się z wątpie- 
nia.

 

CHÓRZYSTA VI

 

I zostanie tylko historia dowiedziona sposobem

 

geometrycznym.

 

Odgłos przypominający świst bata.

 

CHÓR

 

Zaczynamy.

 

background image

 

AKT PIERWSZY

 

Scena pierwsza 

Więzienie kamienne. Mrok. Na pryczy człowiek okryty 
płaszczem. Schody po lewej stronie. Małe okno. Wcho- 
dzi Wysłannik Rady i Strażnik.

 

WYSŁANNIK 
Śpi?

 

STRAŻNIK

 

Śpi. Wciąż śpi. Śpi w południe i w nocy.

 

WYSŁANNIK 
Chory?

 

STRAŻNIK

 

Nie. Mówi, że przyzwyczaja się do śmierci. Ory- 
ginał.

 

WYSŁANNIK 
Zbudź go.

 

STRAŻNIK

 

Prosił mnie wczoraj, aby mu dać spokój. Przy- 
chodzą tu wciąż ludzie i męczą go. Ty jesteś jego 
uczniem?

 

WYSŁANNIK

 

Nie. Urzędowa sprawa.

 

STRAŻNIK

 

A, to co innego, (potrząsa ramieniem śpiącego i wo- 
ła) 
Człowieku! Z mrocznej krainy marzeń wróć na 
ziemię jałową i kamienną! Przyzywam cię! 
Leżący budzi się, spuszcza nogi z pryczy, przykłada 
ręce do oczu. Strażnik śmieje się.

 

WYSŁANNIK

 

Ja do ciebie, Sokratesie.

 

SOKRATES 
Aaa.

 

WYSŁANNIK

 

Przerwałem ci sen?

 

SOKRATES 
Tak.

 

WYSŁANNIK

 

Co ci się śniło?

 

SOKRATES

 

Nicość - żywioł łagodny i kołyszący.

 

WYSŁANNIK

 

Rozumiem, coś jak morze. Poznajesz mnie? 
SOKRATES 
Nie

 

WYSŁANNIK

 

Jestem wysłannikiem Rady. Przychodzę tu z misją.

 

Do Strażnika gest, aby zostawił ich samych.

 

Scena druga 

WYSŁANNIK

 

Pojutrze, jak ci wiadomo, przypływa statek z Delos. 
To znaczy, pojutrze wypijesz truciznę. Sam chyba 
rozumiesz, że wygrzebaliśmy ten stary przepis re- 
ligijny po to tylko, aby ułatwić ci ucieczkę.

 

SOKRATES 

background image

 

Tak.

 

WYSŁANNIK

 

Więc Rada jest zaniepokojona twoją opieszałoś- 
cią. Co ty właściwie sobie wyobrażasz?

 

SOKRATES

 

Po prostu jestem zadowolony z lokalu. Przedtem 
chodziłem po ulicy i moje wykłady miały charak- 
ter przypadkowy. Był to właściwie zbiór mniej 
lub więcej dowcipnych aforyzmów. Teraz mam 
szkołę jak szanujący się sofista. Dzięki wam stwo- 
rzę rzecz godną podziwu - system.

 

WYSŁANNIK

 

Nie żartuj. Po mieście krąży plotka o twoim 
ostatnim wykładzie na temat prawa. Mówią, że 
był świetny, chociaż bardzo reakcyjny.

 

SOKRATES 
No, no.

 

WYSŁANNIK

 

Postawiłeś tam tezę, że praw trzeba słuchać.

 

SOKRATES

 

Tak. 
WYSŁANNIK

 

Nawet gdy są dla nas okrutne. 
SOKRATES

 

Nawet wtedy. 
WYSŁANNIK

 

Ja,   Sokratesie,   jestem   zwykłym   urzędnikiem

 

i chciałbym to dobrze zrozumieć. Bo rzecz wydaje

 

się ważna. 
SOKRATES

 

I tak jest bez wątpienia.

 

WYSŁANNIK

 

Tylko ty mi nie przeszkadzaj, jak będę mówił. 
Odpowiadaj: tak lub nie. Kupcy feniccy podają,

 

że w głębi Afryki żyją plemiona, które składają 
ofiary z ludzi. Takie jest ich prawo. Prawo la- 
kedemońskie nakazuje uśmiercać słabe dzieci. 
Cóż ty na to, Sokratesie?

 

Sokrates milczy.

 

Gdyby u nas zjawił się tyran i wydał ustawę, że 
wszystkim dorosłym Ateńczykom należy obciąć 
prawą dłoń - co byś powiedział o Ateńczykach, 
którzy poddaliby się temu prawu? Zapewne, źe 
spadli do rzędu niewolników. 
Sokrates milczy.

 

Oczywiście, możesz powiedzieć, że za naszym 
prawem stoi mądrość ludu, a za tamtymi sza- 
leństwo tyranów. Ale chyba w gruncie rzeczy to 
wszystko jedno, kto jest autorem, jeden głupiec 
czy pięciuset. Chodzi o to, czy się wszyscy na to 
godzą. Czy nie jest tak, jak mówię?

 

Sokrates milczy.

 

A to, czy się godzą, po czym się poznaje? Czy 
po minach zadowolonych, czy po procesjach chłop- 
ców z pochodniami? Sam wiesz dobrze, że to 

background image

 

zawsze można zrobić. Więc po czym? Po tym, że 
wszyscy słuchają praw, choćby się wewnętrznie 
buntowali. Tak więc, Sokratesie, twoja obrona 
praw jest w gruncie rzeczy obroną władzy. I to 
władzy absolutnej. Jesteś totalistą.

 

SOKRATES 
Mów dalej.

 

WYSŁANNIK

 

Od kilku lat żaden wyrok w Atenach nie był wy- 
konany. Skazani wychodzą z więzienia w biały 
dzień, idą do Pireusu, wsiadają na okręt, a po- 
tem piszą z Krety lub Miletu obelżywe listy. 
Czasem przysyłają parę oboli „za niezapomnia- 
ny pobyt w uroczym hotelu u stóp Akropolu".

 

My wiemy, co cię najbardziej boli. Nie brak kul- 
tury filozoficznej ateńskich szewców i rzeźników, 
ale - miękkość Hellady. Młodzież powtarza twój 
aforyzm: - „Nic tak nie wzmacnia duszy i ciała, 
jak ranne wstawanie i alternatywa".

 

SOKRATES

 

Czy to wszystko, co masz do powiedzenia?

 

WYSŁANNIK

 

Nie, jeszcze wniosek. Nie udało się uleczyć logiką, 
chcesz nas ratować zbrodnią. Chcesz, abyśmy 
poczuli twoją krew. Chcesz nowej siły, a choćby 
tyranii i okrucieństwa. Bo dopiero po tym, jak 
sądzisz, może przyjść nowa wolność i Perykles, 
i symetria, dobra architektura i poezja. A także 
całe dostojeństwo życia, dostępne teraz tylko 
w teatrze. W gruncie rzeczy jesteś politykiem 
z tendencjami do zamachu stanu. Dlaczego nic 
nie mówisz?

 

SOKRATES

 

Myślę o czymś z żalem.

 

WYSŁANNIK 
O czym?

 

SOKRATES

 

Że mam niewiele czasu i że wyzwoliłem potwo- 
ra.

 

WYSŁANNIK

 

Spróbój go znowu usidlić.

 

SOKRATES 
Za późno.

 

WYSŁANNIK

 

Nigdy nie jest za późno.  Żyjesz jeszcze.  Jutro 
znów tu będę. Wolałbym zastać pustą celę.

 

Scena trzecia 

STRAŻNIK

 

Nie podobał mi się ten twój nowy znajomy. 
Uczeń?

 

SOKRATES

 

Nie. Urzędnik.

 

STRAŻNIK

 

To znaczy też goły. Czas, Sokratesie, przyjmować 
ludzi bogatych. Nie masz jakiegoś znajomego ban- 

background image

 

kiera?

 

SOKRATES 
Nie.

 

STRAŻNIK

 

Szkoda. Bo widzisz, w pierwszych dniach taksa za 
zwolnienie jest bardzo niska. Potem dochodzą kosz- 
ta utrzymania. Ja tam o sobie nie mówię. U mnie 
cena stała: pięć oboli. Przestępstwo też nie gra 
roli. Wszystko mi jedno, czy „zakłócenie porządku 
w stanie nietrzeźwym", czy „matkobójstwo". Ale 
naprzód musisz z tymi na górze załatwić. A ci na 
górze mówią, że trzeba stosować progresję. Bo ina- 
czej doszlibyśmy do zupełnej anarchii.

 

SOKRATES

 

Wszędzie ta hierarchia wartości.

 

STRAŻNIK

 

Niby tak. A ciebie to, muszę powiedzieć, żal mi.

 

SOKRATES 
Dlaczego?

 

STRAŻNIK

 

Że przyjaciół nie masz. Tylu się koło ciebie kręci, 
a żaden nie wyłoży.

 

SOKRATES

 

Może by nawet który wyłożył. Tylko widzisz, 
stary jestem. Ryzyko.

 

STRAŻNIK

 

Takich rzeczy to ty mi nie mów. Jakbyś miał kogo 
bliskiego, toby za ciebie wyłożył. I mógłbyś uciec. 
A tak to co - zginiesz. Czy masz coś do sprzedania?

 

SOKRATES 
Nic.

 

STRAŻNIK

 

Tak. Widziałem twoją żonę i synów - biednie 
wyglądają. Ty też nie najlepiej. Żeby ci przynaj- 
mniej pojutrze jakiś lepszy płaszcz przynieśli. Ja 
bym ci pożyczył, ale się boję, że mi z nim uciek- 
niesz na drugi brzeg, (śmieje się) Ja to nawet 
ciebie lubię. Ale ludzie ciebie nie lubią. Mówią, 
że jesteś zarozumiały i że bogów nie uznajesz.

 

SOKRATES

 

Kto tak mówi?

 

STRAŻNIK 
Ludzie.

 

SOKRATES

 

A ty co mówisz?

 

STRAŻNIK

 

Ja ciebie mało znam. Ale myślę, że ludzi trzeba 
szanować nawet wtedy, gdy wierzą w bogów. 
Religia to piękna rzecz. Łatwo kochać żonę, która 
śpi przy tobie, ale Afrodytę...

 

SOKRATES

 

A ty wierzysz w bogów?

 

STRAŻNIK

 

Wierzę, jak grzmi. Ale nawet kiedy jest pogoda, 
modlę się.

 

SOKRATES 
Do kogo?

 

STRAŻNIK

 

background image

 

Do nieba. Wznosi się serce do góry i zaraz na 
piersi spływa ciepło.

 

Na schodach ukazuje się Platon.

 

PLATON

 

Już jesteśmy, mistrzu. Czy można ich zawo- 
łać?

 

SOKRATES

 

Wchodźcie, (do Strażnika) Przerwali nam. Nawet 
nie wyobrażasz sobie, jak mnie te lekcje nudzą. 
Z tobą to co innego. Od razu do zagadnień naj- 
ważniejszych.

 

STRAŻNIK

 

Słuchaj, Sokratesie. Pomów z nimi. Może któryś 
z nich za ciebie wyłoży. Mówią, że Platon ma 
dużo pieniędzy.

 

SOKRATES

 

Dobrze, dobrze. Idź już.

 

Scena czwarta

 

Wchodzą uczniowie.

 

UCZNIOWIE

 

Witaj, mistrzu!

 

SOKRATES

 

Dzień dobry. Może Ksenofont powie, o czym mó- 
wiliśmy ostatnio.

 

KSENOFONT

 

Ostatnio rozważaliśmy prawdziwość równania: 
rozum = dobro = szczęście. Podaliśmy definicję 
tych pojęć. Szereg przykładów z życia. Potem 
była dyskusja.

 

SOKRATES

 

Kto zabierał głos?

 

KSANTIASZ 
Ja.

 

SOKRATES

 

Słuchamy, Ksantiaszu.

 

KSANTIASZ

 

U nas w Tebach żył bardzo mądry człowiek imie- 
niem Sofron. Kiedy umarła mu córka - powiesił 
się.

 

FAJDROS

 

Tak było. I nikt nie mówił: „Sofron przed śmiercią 
zgłupiał", tylko: „To była jego jedyna córka".

 

PLATON

 

Ja cię pytałem, Sokratesie, dlaczego Edyp, który 
niewątpliwie był mądry i dobry, nie był szczęśli- 
wy. Mądrość jest jednym z warunków szczęścia, 
ale jest jeszcze przeznaczenie.

 

FEDON

 

Kiedy budzę się w nocy i uświadamiam sobie 
nagle, że jestem, odczuwam ból. Wtedy powta- 
rzam twój katechizm. „Kim jesteś? Człowiekiem. 
Kim jest człowiek? Zwierzę śmiejące się i rozum- 
ne. Co trzeba człowiekowi? Wiedzieć. A szczęście? 
Szczęście jest dzieckiem wiedzy." Wtedy zamiast 
lęku czuję w sobie pustkę. Dotykam twarzy. Znów 
wraca lęk.

 

SOKRATES

 

Sądziłem, że dorośliście do abstrakcji, tymczasem 

background image

10 

 

wy naprawdę rozumiecie tylko obrazy. No cóż, 
za mało czasu na nauczanie mądrości, więc może 
parę uwag z zakresu higieny. 
Laches! Ty zdaje się nie jesteś niedoszłym poetą.

 

LACHES

 

Nie, Sokratesie. Uczyłem się rzeźby.

 

SOKRATES

 

Masz zatem kwalifikacje na filozofa. Wyobraź 
sobie, Lachesie, że masz w piaskowcu wyrzeźbić 
głowę Apollina. Czego ci do tego potrzeba?

 

LACHES

 

Narzędzi i bloku.

 

SOKRATES

 

Czy możesz sobie wyobrazić blok piaskowca?

 

LACHES

 

Zanim to powiedziałeś, wyobraziłem sobie.

 

SOKRATES

 

Widzisz, doskonale się rozumiemy. Będzie to za- 
tem biały sześcian. Załóżmy, że będzie to sześcian 
o gładkich ścianach i stosunek szerokości do dłu- 
gości będzie budził w nas uczucie zadowolenia. 
Teraz uderzasz dłutem...

 

LACHES

 

Zanim uderzę, myślę że kamień ginie i nie wia- 
domo, czy to, co się z niego wyłoni, będzie dos- 
konalsze od prostego sześcianu o jego pięknych 
proporcjach.

 

SOKRATES

 

Tak, ale teraz już wiesz, że wszystkie rzeczy 
tego świata rodzą się z prostych kształtów i do 
nich kiedyś powrócą. Spójrz chłodno na linie za- 
mykające przedmioty: widzisz stożki, kule, sześ- 
ciany. Są bez barwy. Leżą w przestrzeni, jakby 
je ułożyła ręka szukająca ładu. Spośród wszys- 
tkich zmysłów najmądrzejsze są oczy. Oczy chro- 
nią duszę od zamętu. Uleczy was spokój, jaki 
zsyła linia gałęzi położona na tło zimowego nieba. 
Ty, Fedonie, jeśli budzisz się w nocy, zapalaj 
światło. Nie leż w ciemności, bo wtedy zatopią 
ciebie mętne muzyki. Zapalaj światło i obserwuj 
przedmioty swego pokoju. Wszystko jedno co: mo- 
że to być sandał albo krawędź stołu. Nauczcie 
się skorupy świata, zanim wyruszycie szukać jego 
serca. Koniec na dzisiaj. Odejdźcie. 
Wychodzą. Ściemnia się.

 

Scena piąta

 

SOKRATES mówi do nadchodzących cieni 
Kiedy po ostatnim pytaniu 
następuje milczenie 
kiedy biały kamyk spokoju 
poczyna kruszyć się w palcach 
słyszę -

 

przez ciszę puszystą jak sierść 
widzę -

 

przez czarne i białe pasma 

background image

11 

 

falującego powietrza 
dwa flety 
dwa rogi

 

wynurzone nad krawędź 
rzeczywistości.

 

Przychodzisz Dionizosie

 

po stokroć zabijany

 

i po stokroć wstający z martwych

 

który trzepotałeś jak ryba

 

w sieci sylogizmów

 

któremu ranę śmiertelną

 

zadał mój mechaniczny

 

potwór dialektyki

 

którego wlokłem za włosy

 

przez ulice Aten

 

przychodzisz i mówisz:

 

„Ja i moi centaurowie

 

odmówimy nad twoimi zwłokami - czcigodny

 

Sokratesie 
solenną litanię 
śmiechu."

 

I dalej:

 

„Natrudziłeś się mizeroto

 

chciałeś wyzwolić człowieka

 

od niepokoju od męki wcieleń

 

dlatego złapałeś dwa najdalsze wyrazy

 

i zszyłeś śmieszną formułę

 

rozum równa się szczęściu.

 

Czy słyszysz rechot

 

czy widzisz jak trzęsie się

 

przenajświętszy brzuch

 

matki Natury?"

 

A oto moja odpowiedź:

 

Zaprawdę to przykra rzecz

 

być bogoburcą i walczyć z diabłem

 

i w końcu być pokonanym przez diabła

 

bo wedle wszelkiego prawdopodobieństwa

 

zwycięstwo należy się tobie

 

Dionizosie.

 

Być może rozum - jak twierdzisz -

 

jest instynktem śmierci

 

echem nicości.

 

Zapędziłeś mnie do tej pieczary

 

i otoczyłeś tłumem postaci

 

noszących   moje imię

 

to jest ostatnia twoja pokusa

 

0  Kusicielu. 
Przychodzą i pytają

 

kto jest prowdziwy Sokrates? 
Chcesz abym doznał zawrotu głowy 
na widok moich podobizn

 

1  abym ratując się od szaleństwa 
ukląkł przed boską lekkomyślnością 
i świętą grą pozorów.

 

Masz dwie noce Dionizosie 

background image

12 

 

abyś mnie uwodził

 

ja mam dwa dni 
abym się uczył trwania 
i może w końcu 
zrywając maskę po masce 
odczytam martwiejącymi palcami 
własną twarz.

 

Kurtyna

 

Pierwsze intermedium chóru 

Scena jak w prologu. Trzech chórzystów siedzi

 

na ziemi i gra w kości. 
CHÓRZYSTA I

 

Co słychać w mieście? 
CHÓRZYSTA II

 

Nic. 
CHÓRZYSTA III

 

Cebula podrożała.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

Mówią, że będzie wojna. 
CHÓRZYSTA II

 

Kto mówi? 
CHÓRZYSTA I

 

Bankierzy. 
CHÓRZYSTA III

 

Et, oni zawsze. 
CHÓRZYSTA I

 

Ale Spartanie urządzają raz po raz manewry na

 

granicy. Będzie wojna najdalej w jesieni. 
CHÓRZYSTA III

 

Będzie albo nie będzie.

 

Cisza, stuk kości.

 

CHÓRZYSTA I

 

W porcie zastój. 
CHÓRZYSTA II

 

Mieli przyjechać Fenicjanie po ceramikę i tka- 
niny. 
CHÓRZYSTA III

 

Nie przyjechali. Jedno jest pewne: pojutrze statek

 

z Delos przyjedzie. 
CHÓRZYSTA I

 

A propos, co z Sokratesem? 
CHÓRZYSTA II

 

Siedzi. Wszyscy namawiają go do ucieczki. Ale

 

on się uparł. Demon mu odradza. 
CHÓRZYSTA III

 

Dziwak.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

Ja wam powiem, dlaczego Sokrates nie ucieka. 
CHÓRZYSTA III

 

No? 
CHÓRZYSTA I

 

On nie znosi morza. Na sam widok wymiotuje. 
CHÓRZYSTA II

 

background image

13 

 

Jeszcze jeden dowód, że nie jest Grekiem. Nie

 

lubi morza, nie lubi chłopców. Wina też nie lubi.

 

Odmieniec. 
CHÓRZYSTA III

 

Mówią,  że jego pradziad po stronie matki był

 

niewolnikiem trackim. 
CHÓRZYSTA I

 

Bardzo możliwe.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

Kto wygrał?

 

CHÓRZYSTA IV

 

Ja. 
CHÓRZYSTA I

 

Gracie dalej? 
CHÓRZYSTA IV

 

Gramy do końca. A potem jeszcze raz.

 

background image

14 

 

AKT DRUGI

 

Scena pierwsza

 

Następny dzień rano. Ta sama sceneria. 
WYSŁANNIK

 

Śpi? 
STRAŻNIK

 

Śpi. Wciąż śpi. Dziś w nocy krzyczał przez sen. 
WYSŁANNIK

 

Co krzyczał? 
STRAŻNIK

 

Nie wiem. Wołał kogoś, a potem go odpędzał. 
WYSŁANNIK

 

Imienia nie słyszałeś? 
STRAŻNIK

 

Nie. 
WYSŁANNIK

 

Słuchaj, czy wy się tu dobrze z nim obchodzicie? 
STRAŻNIK

 

Pewnie, że dobrze. Cóż ty myślisz? On tak sam

 

z siebie krzyczał. 
WYSŁANNIK

 

A jak tu z wiktem? 
STRAŻNIK

 

Nie najlepiej. Mówi, że jest głodny. Czasem nawet

 

wypija oliwę z kaganków.

 

WYSŁANNIK 
Zbudź go.

 

STRAŻNIK

 

Sokratesie! Ten pan z Rady. Wstawaj. Już dość

 

tego spania.

 

Sokrates budzi się. Przeciera twarz.

 

WYSŁANNIK

 

Dzień dobry, Sokratesie.

 

SOKRATES

 

Dzień dobry. Czy nie rozumiesz, że nie można 
budować dramatu na takiej monotonii?

 

WYSŁANNIK

 

Przychodzę po raz ostatni.

 

SOKRATES

 

A więc zaczynaj.

 

WYSŁANNIK

 

Zaczynam. Długą chwilę stałem nad tobą, gdy 
spałeś. Twoja twarz we śnie zwierza się. 
Wklęsłe skronie, zapadnięte usta i głębokie 
bruzdy przez środek policzka mówią jedno: 
jesteś u kresu sił. Spisz dużo, ale sen nie 
przynosi ci odpoczynku. Budzisz się pełny nie- 
smaku i zamętu. Czujesz, jak ciało twoje ucie- 
ka od ciebie. Ręce i nogi cierpną, serce nie 
nadąża za oddechem. Zostaje tylko imię, które 
łączy luźne części. I tęsknisz do chwili, gdy 
obce ręce zanurzą imię w kamieniu. Jesteś, 
Sokratesie, śmiertelnie zmęczony i marzysz 
o odpoczynku głębszym niż sen. Jeśli to nie 
jest prawda, zaprzecz.

 

Sokrates milczy.

 

To jest normalne. Ale nienormalna jest w tobie 
pokusa teatralności. Wiemy dobrze, jak drobiaz- 
gowo opracowałeś z uczniami wszystkie twoje 
„przypadkowe" spotkania na ulicy, w lesie czy

 

background image

15 

 

na rynku. Cudzoziemcom to się podobało, ale my 
patrzymy na to jak na ograną farsę. Więc czując 
teraz, że zbliża się śmierć, sięgnąłeś po maskę 
tragiczną. Sokrates, który przeziębił się wracając 
z uczty i umarł na zapalenie płuc, czy Sokrates 
ginący w więzieniu, skazany przez lud, który nie 
potrafi udźwignąć jego mądrości? Nie ma wąt- 
pliwości, co wybrać. A więc wybrałeś to, co łat- 
wiejsze. Prawda?

 

Sokrates milczy.

 

A z tą twoją szkołą. Za rok, dwa rozpadłaby się 
ostatecznie. Młodzi chłopcy, którzy przychodzą 
do ciebie z daleka, nie chcą uczyć się w nieskoń- 
czoność logiki. Chcą wiedzieć, ilu jest bogów, na 
czym opiera się ziemia i co dzieje się z człowie- 
kiem po śmierci. Z tych trzech pytań tylko na 
jedno będziesz znał odpowiedź, i to dopiero jutro. 
Tak więc uciekasz w śmierć przed samotnością 
i opuszczeniem. To jest twój czyn bohaterski. 
Wiesz, co robi wódz po klęsce?

 

SOKRATES 
Wiem.

 

WYSŁANNIK

 

No więc. Na górze wszystko załatwione. Możesz 
wybrać sposób, jaki ci się podoba. Jeśli chcesz, 
przyślemy ci felczera, który bezboleśnie otwiera

 

SOKRATES

 

Dziękuję. W tym wszystkim, co mówisz, widzę 
wielkie udręczenie.

 

WYSŁANNIK

 

Dręczy mnie sposób, w jaki uwikłałeś nas w swo- 
ją śmierć. Myśmy naprawdę ciebie nie chcieli 
skazać. Teraz nie możemy się wycofywać. Ape- 
lujemy przeto do twojej lojalności. Do jutra mu-

 

sisz zniknąć. Jeśli ucieczka z ciałem wyda ci się 
zbyt ciężka - zostaw je tutaj. 
Wychodzi.

 

Scena druga 

STRAŻNIK 
No?

 

SOKRATES 
Nic.

 

STRAŻNIK

 

Źle z tobą.

 

SOKRATES

 

Tak sądzisz?

 

STRAŻNIK

 

Na górze wszystko przygotowane. Mówią, że jak- 
byś chciał dzisiaj, to możesz dzisiaj. Wszystko 
gotowe.

 

SOKRATES

 

Wiesz, mój drogi, Sokratesa też trzeba przygo- 
tować.

 

STRAŻNIK

 

E, tobie to wszystko jedno - twardy jesteś. Mó- 

background image

16 

 

wili, żebym cię namawiał. Jutro napcha się tu 
pełno ludzi, przyjdą kobiety, będzie krzyk. A dzi- 
siaj można spokojnie, po cichutku.

 

SOKRATES

 

Wczoraj namawiałeś mnie do ucieczki i dziś znów 
namawiasz mnie do ucieczki. 
STRAŻNIK

 

Nie, dzisiaj już nie. Teraz już wszystko przygo- 
towane.

 

SOKRATES

 

Myślę, że jeszcze nie wszystko. O, choćby - ucz- 
niowie. Zaczepiłem płaszcz o krzak i teraz boję 
się ruszyć - żal mi płaszcza.

 

STRAŻNIK

 

Widzę, że przygadujesz się o ten płaszcz. No 
dobrze, dobrze. Jeśli jutro nie przyniosą ci go 
z domu - pożyczę tobie. Nie możesz pić trucizny 
w takim łachu.

 

Wychodzi.

 

Scena trzecia

 

Platon ukazuje się na górze schodów. 
PLATON

 

Witaj, mistrzu. 
SOKRATES

 

Jak się masz. 
PLATON

 

Wracamy z próby chóru. Będziemy śpiewali na

 

twoim pogrzebie fragment Eurypidesa:

 

O zacny ojców płodzie ty,

 

O płodzie zacnych matek.

 

Jutro wszystko tak, jak ustaliliśmy? 
SOKRATES

 

Tak. 
PLATON

 

Przyjdziemy tu przed zachodem słońca.

 

Ostatnie promienie

 

padają na głowę mędrca

 

uczniowie

 

z płaszczami zarzuconymi na głowę

 

stopień po stopniu

 

wchodzą 
w noc.

 

SOKRATES

 

Napisałeś elegię?

 

PLATON

 

Ty nie rozumiesz tego. Czego się dotknę, muszę 
nazywać.

 

SOKRATES

 

Ucz się geometrii, Platonie.

 

PLATON

 

Może do tego w końcu dojdzie. Pośród słów nie 
jestem szczęśliwy.

 

SOKRATES

 

Wiem o tym.

 

PLATON

 

background image

17 

 

Widzę świat jak w rozbitym lustrze - załamany 
i postrzępiony. Nie ma związku między przed- 
miotem a jego wyglądem, między istotą a myślą. 
Pragnąłbym poznać choćby najdrobniejszą rzecz 
dokładnie z wszystkich stron, od środka, od tego, 
co czuje i czym jest w oczach gwiazdy. Gdybym 
to wiedział o najnędzniejszym kamieniu - zbu- 
dowałbym wiedzę o sprawach ludzkich i boskich.

 

SOKRATES

 

Cierpisz od pozorów.

 

PLATON

 

Tak. Świat składa się z pozorów. Wszędzie cienie, 
tylko cienie. Ale gdzie jest rzecz, która rzuca cień?

 

SOKRATES

 

Mówiłem o tym, Platonie.

 

PLATON

 

Ty wciąż mówiłeś o człowieku, jaki ma być, co 
to jest dzielność, co to jest dobro. To nie jest 
najważniejsze. Najważniejszy jest świat. Tajem- 
nice skał, powietrza, światła i wody. Na człowieka

 

też trzeba patrzeć jak na rzecz. To pozwala łat- 
wiej znosić miłość i śmierć.

 

SOKRATES

 

Osobliwy przypadek. Dwa potwory walczą o cie- 
bie: potwór poezji i potwór rzeczywistości.

 

PLATON

 

Powiem ci coś jeszcze. Niedawno umarł mój 
przyjaciel. Na wieść o jego śmierci poczułem 
natchnienie. Napisałem poemat. Potem dopie- 
ro ogarnął mnie prawdziwy żal. Zacząłem cier- 
pieć.

 

SOKRATES

 

Pisz, Platonie, wiersze. Trzeba świat pokrzepić 
fałszywymi Izami.

 

PLATON

 

To wszystko, co mi zostawisz?

 

SOKRATES 
Wszystko.

 

PLATON

 

Trochę kpin.

 

SOKRATES

 

Coś więcej, Platonie. Trochę ironii.

 

Scena czwarta

 

Wchodzą uczniowie.

 

UCZNIOWIE

 

Witaj, mistrzu!

 

SOKRATES

 

Witajcie. O czym była mowa na ostatnim wykła- 
dzie?

 

UCZEŃ I

 

Jak zwykle, że rozum równa się szczęściu. I dyg-

 

resja o sposobach patrzenia. O tym, aby dostrze- 
gać ostre krawędzie rzeczy. 
SOKRATES

 

Musicie wybaczyć. Dzisiejszy wykład będzie tro- 

background image

18 

 

chę niesystematyczny. Jestem bowiem pod wra- 
żeniem snu. Śniło mi się, że usnąłem na dnie 
kamiennego wąwozu. Była noc. Cisza. Nagle usły- 
szałem zbliżający się tętent. Rósł. Ktoś pędził, 
aby mnie stratować. Naraz wszystko ucichło, jak- 
by się oddaliło. Cisza. I znów ten ohydny, zbli- 
żający się hałas.

 

UCZEŃ II

 

To Dionizos nawiedza cię w nocy, Sokratesie.

 

UCZEŃ III

 

On lubi przychodzić nocą.

 

UCZEŃ IV

 

U nas we wsi opętał trzy dziewczęta. Poszły 
w góry. Teraz żyją z dzikimi kozłami.

 

SOKRATES

 

Nie ma Dionizosa. Dwa wieki temu dopadli go 
na skalnym pustkowiu i obdarli ze skóry. Skła- 
dacie ofiary gnijącemu bogu. To, o czym mówię, 
to sprawa krwi. Jest w nas krew jasna i ciemna. 
Jasna obmywa nasze ciało i krzepi je. Określa 
kształt człowieka. Gromadzi się pod czaszką. 
Ciemna bije głęboko w piersi. Jest to źródło męt- 
nych obrazów wróżbiarzy i poetów. Jeśli usłyszcie 
w sobie tętent, jest to głos ciemnego źródła. Kiedy 
dotrze do serca, nie ma ucieczki przed lękiem.

 

UCZEŃ I

 

Mnie się zdaje, Sokratesie, że nie tylko w nas 
bije ciemne źródło. Jest ono w środku wszystkich 
rzeczy: w drgającym powietrzu nocy, na dnie 
świetlistych wód, a nawet w żółtej pięści słońca. 
Dla  ciebie  świat jest wykuty  z kamienia.  Ale

 

wiedz, serce kamieni drży czasem jak serce ma- 
łych zwierząt.

 

UCZEŃ II

 

Lęk łączy się z lękiem, wszystko co żyje i prze- 
mija, pociesza się w lęku. My cząstki rozgrzanego 
powietrza, my kwiaty, my ludzie jednoczymy się 
przeciw nieodwracalnej katastrofie.

 

SOKRATES

 

Jeśli nawet jest tak, jak mówicie, naszą rzeczą 
jest przebić się ku temu, co ponad chaosem źródeł 
trwa jak gwiazda.

 

UCZEŃ II

 

Ale czy wolno zdradzić ziemię?

 

SOKRATES

 

Nie ma ciebie i cienia drzew i ptaków, ziemi 
i nieba. Jest tylko nieruchoma jedność.

 

UCZEŃ II

 

Tylko cyfra.

 

SOKRATES

 

Bez początku, bez końca, nieruchoma, niepodzielna.

 

UCZEŃ II

 

Ciało i dusza schodzą w głąb. W ciemnym wnę- 
trzu ziemi usychają i rodzą się nowe istoty. Ty- 
siące nowych stworów niepodobnych do niczego, 

background image

19 

 

co było przedtem, różnych od tego, co będzie 
potem.

 

SOKRATES

 

Cóż. Nie przekonam was. Zbyt młodzi jesteście. 
Ogłuszeni kłótnią życia i śmierci. Ale kiedyś po- 
rzucicie dom pełen hałasów. I zacznie się wasza 
podróż w górę. Ku nieruchomej, białej, niepo- 
dzielnej liczbie. Późno już, wracajcie do domu.

 

Scena piąta 

SOKRATES sam

 

I.   Naprzód  do  Ciebie.  Prośba,   abyś   mnie nie 
opuścił. Abym do końca czuł Twoją chłodną rękę 
na czole.  I nieruchome  oczy w  moich  oczach. 
I blask.

 

II.   Daj jeszcze  trochę  sił.  Wiesz, jak  kocham 
kształt i określoność. Zawsze byłem przywiązany 
do ciała i jego tylko pewny. Więc kiedy zaczną 
mi odbierać wszystko, od władzy w nogach do 
ostatniej myśli - spraw, abym nie krzyczał.

 

III.  Nie wiem, czy zechcesz coś ocalić. Mówią, 
że spośród rozrzuconych kości wyjmujesz płomyk, 
który krąży po mokrych łąkach świata. Nie chcę 
takiej nieśmiertelności. Jeśli mam istnieć dalej 
pod jakąkolwiek postacią, spraw, abym był istotą 
kochającą definicję.

 

IV.  Dziękuję Ci za życie, które upłynęło tak, że 
nigdy nie zaparłem się trzeźwości. Nie wstydzi- 
łem się także zawrotów głowy, jakie zsyła pełna 
świadomość.

 

V.  Nie głosiłem Twego imienia. Nie składałem 
Tobie ofiar. Nie zachęcałem uczniów do kultu, 
wiedząc, że jest Ci to doskonale obojętne. Chwa- 
liłem Cię w koniunkcji i dysjunkcji, a także w ma- 
łej świątyni zbudowanej z sylogizmów.

 

VI.  Więc na koniec zwracam się do Ciebie z proś- 
bą, abyś mnie opuścił. Abym do końca czuł Twoją 
chłodną rękę na czole. I nieruchome oczy w moich 
oczach. I światłość.

 

Podchodzi do okna.

 

Sokrates pozdrawia drzewo za oknem. Teraz wie- 
my oboje, że wszystko, co ma się zdarzyć, przy- 
chodzi do nas. Losu nie należy szukać - mówiłeś.

 

Trzeba dojrzewać, rosnąć w górę, rzucać nasiona 
i cień — czekać. Aż kiedy przyjdzie to, co ma 
przyjść - przyjąć. Cokolwiek to będzie: wiatr 
wiosenny czy topór. Mam głowę pełną siwych 
włosów i ładu. Ty masz głowę pełną zielonego 
szumu. A jednak od ciebie nauczyłem się mądro- 
ści trwania. Korzeniom twoim kłania się Sokra- 
tes.

 

Kurtyna

 

Drugie intermedium chóru 

Trzech chórzystów gra jak poprzednio. 
CHÓRZYSTA I

 

Co słychać? 

background image

20 

 

CHÓRZYSTA II

 

Nic. 
CHÓRZYSTA III

 

Mówią, że się zacznie. 
CHÓRZYSTA I

 

Co? 
CHÓRZYSTA III

 

Tego nie mówią. 
CHÓRZYSTA II

 

Bzdury.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

W mieście słyszałem, że w Sparcie zanosi się na

 

rewolucję. 
CHÓRZYSTA II

 

Jak sobie krwi upuszczą, może nie będzie wojny. 
CHÓRZYSTA III

 

Wojny zawsze będą.

 

CHÓRZYSTA I

 

Dopóki lud nie ujmie władzy w swoje ręce. 
CHÓRZYSTA III

 

Wtedy... 
CHÓRZYSTA II

 

Tak, tak. Wiecznie to samo.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

A propos. Co z Sokratesem? 
CHÓRZYSTA II

 

Siedzi. Jutro egzekucja. 
CHÓRZYSTA III

 

Wszystko to jest dość zagadkowe. 
CHÓRZYSTA II

 

A ja w tym widzę polityczną robotę. Dostał od

 

kogoś złoto, aby skompromitować nasz wymiar

 

sprawiedliwości. 
CHÓRZYSTA I

 

Dla mnie sprawa jest prostsza. Sokrates jest dla

 

Ateńczyków człowiekiem niepokojącym, nikt wła- 
ściwie nie wie, co w nim siedzi. Chcą go roztłuc

 

i zobaczyć, co jest w środku.

 

Cisza, stuk kości. 
CHÓRZYSTA I

 

Kto wygrał? 
CHÓRZYSTA IV

 

Ja. 
CHÓRZYSTA I

 

Gracie dalej? 
CHÓRZYSTA IV

 

Gramy do końca. A potem jeszcze raz.

 

AKT TRZECI

 

Scena pierwsza 

STRAŻNIK

 

Jak się masz, Sokratesie?

 

SOKRATES

 

background image

21 

 

Dzień dobry.

 

STRAŻNIK

 

Dla mnie dobry, ale ty, nieboraku, nie będziesz 
dzisiaj oglądał gwiazd. Nie chciałbym być w two- 
jej skórze.

 

SOKRATES

 

To nie jest takie straszne, tylko te ostatnie go- 
dziny się dłużą.

 

STRAŻNIK

 

Widzisz, trzeba było wczoraj, tak jak radziłem.

 

SOKRATES

 

Słuchaj, widziałeś tu jakieś egzekucje?

 

STRAŻNIK

 

Parę widziałem.

 

SOKRATES

 

Czy wiesz, co się wtedy czuje?

 

STRAŻNIK

 

Przy cykucie to jest tak: naprzód szpilki po całym 
ciele. Potem drętwienie nóg, jakbyś spił się cięż- 
kim winem. Głowa najdłużej działa. Można także 
mówić. Wreszcie przychodzi czkawka i dreszcze. 
No i koniec. Co potem, to już ty sam powinieneś 
wiedzieć.

 

SOKRATES 
Ba!

 

STRAŻNIK

 

Żeby trucizna szybciej działała, trzeba po wypiciu 
chodzić.

 

SOKRATES

 

O widzisz! To jest cenna rada. Prawdziwie przy- 
jacielska rada.

 

STRAŻNIK

 

Na młodych działa szybciej niż na starych. Wszys- 
tko zależy od tego, jak krew płynie. Więc trzeba 
się rozruszać. Masz dzisiaj prawo do dłuższej 
przechadzaki po podwórzu.

 

SOKRATES

 

Chętnie z tego skorzystam.

 

STRAŻNIK

 

No to chodźmy!

 

Scena druga 

Scena pusta. Po chwili wchodzi Ksantypa. Siada na

 

pryczy. W jakiś czas potem Platon. 
PLATON

 

Witaj! 
KSANTYPA

 

Witaj! 
PLATON

 

Czekasz na niego? 
KSANTYPA

 

Czekam. Myślałam, że to już po wszystkim. 
PLATON

 

Czekamy na statek. 
KSANTYPA

 

Czy na pewno dzisiaj przyjedzie? 

background image

22 

 

PLATON

 

Tak, powinien już być. 
KSANTYPA

 

Powinien już być. Jestem niespokojna. Wczoraj

 

oparł głowę na moich piersiach i plecy zaczęły

 

mu dziwnie drżeć. 
PLATON

 

Boisz się o niego? 
KSANTYPA

 

Nie, boję się o siebie. Jestem stara. Nie ma we

 

mnie już miejsca na uczucie. Chcę, aby odszedł

 

ode mnie taki, jakim był - nieznany. 
PLATON

 

Zastanawiam się, co was połączyło! 
KSANTYPA

 

Spotkałam go na ulicy, potem zaczął chodzić za 
mną jak cień. Czułam jego oczy we włosach, na 
twarzy, na skórze. Argus. 
PLATON

 

Inni nazywają to miłością od pierwszego wejrzenia.

 

KSANTYPA

 

To był strach. W tym czasie Sokrates był młodym, 
tęgim chłopcem. Był lubiany - to znaczy prze- 
ciętny. Oczy, które na niego patrzyły, były to 
oczy przyjazne, niczego nie oczekujące.

 

PLATON

 

Chcesz powiedzieć, że w w twoich oczach znalazł 
pytanie.

 

KSANTYPA

 

Nie, lęk. Bałam się go jak zwierzę. I myślę, że 
Sokrates na tej podstawie wywnioskował, że jest 
w nim nieznana siła, i zaczął szukać tej siły.

 

PLATON

 

Siłą Sokratesa jest jego mądrość.

 

KSANTYPA

 

Mylisz się. Siłą Sokratesa była jego tajemnica. 
Zobaczył ją w moich oczach. Człowiek sam jest 
ślepy. Musi mieć wokół siebie lustra albo inne 
oczy. Kocha - to znaczy przygląda się sobie.

 

PLATON

 

I ty odkryłaś jego tajemnicę?

 

KSANTYPA

 

Nie, Platonie. Tajemnic się nie odkrywa. To był 
błąd Sokratesa, który zabrał się do tego jak do roz- 
wiązywania sandałów. Zresztą dla mnie najważ- 
niejsze było uwolnić się od strachu. Myślałam, że 
najlepszy sposób to będzie wyjść za niego za mąż.

 

PLATON

 

Wybacz, ale to nie jest bardzo logiczne.

 

KSANTYPA

 

Tak, to była pomyłka. Pamiętam tę pierwszą noc. 
Był ciężki jak kamień i milczał. Pierwsze słowo 
chciał usłyszeć ode mnie. Gdybym wtedy powie- 
działa: „Sokratesie, będziesz królem" - zostałby 
królem.

 

background image

23 

 

PLATON

 

A ty powiedziałaś, że będzie filozofem.

 

KSANTYPA

 

Nie, ja milczałam. Czułam okrutny wstyd, więc 
zacisnęłam oczy i pięści. Powinien był zapytać, tak 
jak pytają wszyscy mężczyźni: „Kochanie, czy jesteś 
szczęśliwa?" Skłamałabym, że tak, i odtąd byłabym 
szczęśliwa. Może nawet pokochałabym go.

 

PLATON

 

A tak zjawiła się nienawiść.

 

KSANTYPA

 

No widzisz - bardzo proste rzeczy można wyro- 
zumować. Tak, to była nienawiść. Szła za nim 
jak ogromny cień. I znów Sokrates pomyślał, że 
jest wielki. Po raz drugi jego wielkość zamknęła 
się we mnie, w mojej nienawiści. 
PLATON

 

Można by pomyśleć, że poza tobą nie było So- 
kratesa.

 

KSANTYPA

 

A jednak był. Kiedy spostrzegł, że nic ze mnie 
nie wydobędzie, przestał mnie zauważać. Gdy 
mówił do mnie, unikał mego imienia, bał się 
nawet zaimków wskazujących. Stwierdzał: „mat- 
ka powinna troszczyć się o wychowanie dzieci" 
lub „bałagan w kuchni dowodzi nieporządku 
w duszy". Nie mogąc mówić wprost, zaczął my- 
śleć abstrakcyjnie.

 

PLATON

 

To już naprawdę za dużo. Przeceniasz, Ksantypo, 
swój wkład. Prawdziwy Sokrates, Sokrates, że 
tak powiem, publiczny jest dziełem swoich ucz- 
niów. Kiedy kilkanaście lat temu odkryli go, był 
jak śpiewak uliczny, niewątpliwy talent, ale bez 
żadnej kultury. Homera nie znał, dialektykę miał 
amatorską i żadnych zainteresowań metafizycz- 
nych - słowem, prymityw. Obmyślono cały sys- 
tem dokształcania, podsuwając mu niby przypad- 
kowych rozmówców, od szewca do sofisty. Ogrom- 
na praca.

 

KSANTYPA

 

Spieramy się o prawdziwego Sokratesa, jakbyśmy 
grali w kości o jego płaszcz. Możemy zgodzić się 
na tymczasową definicję: prawdziwy Sokrates to 
ten, który musi umrzeć.

 

PLATON

 

Tak, musi umrzeć ze względu na swoją szkołę 
filozoficzną. Zabłysnął na intelektualnym firma- 
mencie Aten i musi zgasnąć, zanim zaczną ana- 
lizować ten blask, zanim zapytają Sokratesa 
o system. Tylko my wiemy, że nie ma żadnego 
systemu. Aby tę tajemnicę zachować, trzeba po- 
święcić Sokratesa. Reszta należy do komentato- 
rów.

 

KSANTYPA

 

background image

24 

 

Sokrates musi umrzeć, aby Ksantypa nie zako- 
chała się w nim. Kiedy parę dni temu oparł 
głowę na moich piersiach, uczułam nieznany 
przypływ czułości. Był mały i bezradny. Jak myś- 
lisz, czy on się boi śmierci?

 

PLATON

 

Ach nie, skądże znowu. Od czasu, kiedy rozwiązał 
problem nieśmiertelności duszy.

 

KSANTYPA

 

Ja nie pytam, co Sokrates sądzi o duszy, tylko 
czy się boi śmierci.

 

PLATON

 

Będziesz go mogła o to sama zapytać.

 

KSANTYPA

 

Zakładasz szczerość?

 

PLATON

 

Szczerość to ostatnia maska człowieka żywego. 
Następną nakłada śmierć.

 

KSANTYPA

 

A ona jak się nazywa?

 

PLATON 
Spokój.

 

Scena trzecia 

Wchodzi Sokrates. 
SOKRATES

 

Witajcie! Przyszliście pożegnać się? 
KSANTYPA

 

Tak. 
SOKRATES

 

No więc żegnaj, Ksantypo.

 

KSANTYPA

 

Żegnaj, Sokratesie. Nie mam do ciebie żalu. 
SOKRATES

 

Dziękuję. 
KSANTYPA

 

To wszystko,  co nas różniło,  wydaje się teraz

 

nieważne. Czy nie trzeba ci czego jeszcze? 
SOKRATES

 

Bardzo wielu rzeczy, Ksantypo. Ale o nie sam

 

muszę się postarać. 
KSANTYPA

 

Co mam powiedzieć synom? 
SOKRATES

 

Że ojciec myślał o nich w ostatnim dniu i prosił

 

bogów, aby wyrośli na uczciwych obywateli.

 

Jak myślisz, Platonie, czy będą mieli do mnie

 

pretensję, że umarłem w więzieniu? 
PLATON

 

Nie ma obawy. 
SOKRATES

 

Ja też tak myślę. Nie ma faktu, co do którego

 

Ateńczycy byliby jednomyślni. Więc żegnaj, Ksan- 
typo, dziękuję ci za wszystko. 
Ksantypa wychodzi.

 

A teraz z tobą, Platonie. Czego ci życzyć? 

background image

25 

 

PLATON

 

Ostatnią prośbę mamy do ciebie, Sokratesie. 
SOKRATES

 

Jaką? 
PLATON

 

Czy możemy być przy twojej śmierci? 
SOKRATES

 

Czy to konieczne? 
PLATON

 

Obiecywałeś.

 

SOKRATES

 

No tak, ale zostało mi jeszcze dużo do pogadania 
z samym sobą.

 

PLATON

 

Nie będziemy tobie teraz przeszkadzali. Przy- 
jdziemy przed samą egzekucją. Będziesz jak bo- 
hater umierający na tle chóru.

 

SOKRATES

 

No dobrze, dobrze. Chociaż wolałbym, aby ten 
chór wystawił kto inny.

 

PLATON

 

A czy powiesz nam coś o nieśmiertelności duszy? 
Myślę, że to byłoby najstosowniejsze zakończenie.

 

SOKRATES

 

Idź już, Platonie. Nie przychodźcie wcześniej niż 
przed samą egzekucją.

 

Sokrates cofa się w kąt. Teraz reflektor rzuca na nie- 
go ogromny cień pajęczyny, którym Sokrates   spętany

 

jest jak mucha.

 

Długo dziś ciebie wołałem, musiałeś być zajęty. 
Pewnie obserwowałeś. Przyznam się, że najbar- 
dziej lubię cię w tej roli. Dwa pilne koraliki oczu 
i to doskonałe opanowanie współczucia. Ludzie 
mówią, że także pewien rys sadyzmu. Nie wiem. 
Wiem tyle, że bystra obserwacja to połowa filo- 
zofii. Druga połowa to mocna sieć. Ważne jest, 
aby w pierwszej chwili była niezauważalna. Ofia- 
ra czuje się spętana przez powietrze. Wierzy, że 
walczy z żywiołem, i dlatego ulegnie. Potem do- 
piero widzi cienkie nici oplątujące jej ciało. Wtedy 
można zacząć udowadniać jej za pomocą rozu- 
mowania opartego na racjonalnych przesłankach, 
że umrze. Ja to robiłem zupełnie inaczej. Zało- 
żyłem, że moje ofiary są to zwierzęta rozumne, 
dlatego zacząłem od definicji, sylogizmów, a do-

 

piero potem, i to bardzo dyskretnie, ukazywałem 
im perspektywy metafizyki. Ty okazałeś się lep- 
szym psychologiem: naprzód obezwładnić, rzucić 
w otchłań, a potem dać egzegezę lęku, cierpiena 
i tych tam innych rzeczy. No cóż, masz lepszą 
metodę. Wobec niesprawdzalności wyników zna- 
czy to, że masz lepszą filozofię. Miałeś zresztą 
łatwiejsze zadanie. Twoje ofiary były na ogół 
słabsze od ciebie. Natomiast między mną a oka- 
zami, na które polowałem, nie było żadnej różnicy 

background image

26 

 

gatunkowej. Moja sieć musiała być mocna, mu- 
siała budzić zaufanie. Gdy się w końcu sam wplą- 
tałem, nie mogę im pokazać, że potrafię ją zerwać 
jak pajęczynę i przejść na drugą stronę wolności. 
To jest sprawa, pojmujesz, szacunku do własnej 
sieci. Zagadnienie moralne.

 

Scena czwarta 

Kriton zostaje wprowadzony przez Strażnika.

 

KRITON

 

Wzywałeś mnie, Sokratesie.

 

SOKRATES

 

Ach, Kritonie! Proszę cię, siadaj. Bardzo mi jesteś 
potrzebny.

 

KRITON

 

Pewnie coś w rodzaju testamentu.

 

SOKRATES

 

Nic podobnego. Ja się tutaj samymi głupstwami 
zajmuję. Czy nie przypominasz sobie, jak się 
nazywał nasz wspólny kolega? Taki mały, rudy 
chłopak. Mieszkał koło nas na rogu ulicy San- 
dalników. Bawiliśmy się zawsze razem.

 

KRITON

 

Chyba Menajchmos. Wyjechał potem z rodzicami 
do Miletu. Miał zajęczą wargę.

 

SOKRATES

 

Tak, to ten.

 

KRITON

 

Menajchmos... rudy... z zajęczą wargą... Bardzo 
silny. Na rękę wszystkich kładł. Ale w zapasach 
ty byłeś lepszy. Jak już kogoś wziąłeś w pod- 
wójną klamrę - ani zipnął.

 

Obaj śmieją się.

 

SOKRATES

 

A pamiętasz wyścigi naszych okrętów?

 

KRITON

 

Oczywiście. Najlepsze okręty były z kory. Nigdy 
nie tonęły. Żeby szybciej płynęły, przytwierdzało 
się do dna kawałek żelaza. Sezon zaczynał się 
na północnym potoku w połowie kwietnia. Meta 
była koło mostku. Kto wygrywał, zabierał okręty 
przeciwnika. Raz wygrałeś z Menajchmosem. Nie 
mógł przeboleć straty, zaczaił się na ciebie i ude- 
rzył kamieniem. Rozciął ci czoło. Myśleliśmy, że 
cię zabił.

 

SOKRATES

 

Kiedy przyszedłem do domu, miałem twarz za- 
laną krwią. Ale mimo to dostałem od mamy 
lanie. A wszystkie okręty poszły do pieca. Tak, 
tak, Kritonie, każde zwycięstwo zaprawione jest 
klęską.

 

Śmieją się.

 

KRITON

 

Tak, tak, Sokratesie. W szkole nie mogli sobie 
z tobą dać rady. Potem, jak coś zbrojono i nie 
było sprawcy, mówiono: „To pewnie ten diabeł 

background image

27 

 

Sokrates".

 

SOKRATES

 

A z chrabąszczami ten kawał, pamiętasz? 
KRITON

 

A jak pożar zrobiłeś na korytarzu? O mały włos

 

nie spaliła się buda. Antyfon wrzeszczał, jakby

 

go obdzierano ze skóry. 
SOKRATES

 

Antyfon to ten gramatyk? 
KRITON

 

Nie, ten od geometrii. Strasznie nudny. Mówił

 

przez nos: „Słuchajcie, matołki! Czemu równa się

 

tangens alfa? Tangens alfa równa się..." 
SOKRATES

 

Czy to ten, który nie lubił znajdować zaskrońców

 

w swojej kieszeni? 
KRITON

 

On. Wiesz, czasem śnią mi się egzaminy. Pytają,

 

a ja nic. Nawet nie wiem, czemu równa się suma

 

kątów w trójkącie. 
SOKRATES

 

Ach, stare to były czasy. 
KRITON

 

Piękne, mimo że mieliśmy ręce i pośladki czer- 
wone od dyscyplin. 
SOKRATES

 

Ilu nas zostało? 
KRITON

 

W Atenach tylko dwóch. Reszta wyemigrowała,

 

pomarła. 
SOKRATES

 

Dlaczego tak patrzysz na mnie? 
KRITON

 

Szukam w twojej twarzy... 
SOKRATES

 

Czego?

 

KRITON

 

Blizny od kamienia Menajchmosa.

 

SOKRATES

 

Zarosła pewnie. To było dawno.

 

KRITON

 

Przysuń się bliżej, to było tuż nad łukiem brwio- 
wym. Jest. Mała jak obol, ale jest. Tak, nie ma 
wątpliwości.

 

SOKRATES

 

Dziękuję ci, stary. Mieć koło siebie w takiej chwili 
człowieka, który pamięta nasze dzieciństwo, to 
jednak pomaga.

 

KRITON

 

Zamknę ci oczy. Cóż więcej mogę zrobić?

 

SOKRATES

 

No, pogadaliśmy sobie.

 

KRITON

 

Tylko myślę, że te wspomnienia rozmiękczają 
człowieka.

 

background image

28 

 

SOKRATES

 

Ani trochę. Teraz mogę powiedzieć zupełnie 
spokojnie; „Był sobie człowiek imieniem Sokra- 
tes".

 

Scena piąta 

Wchodzą uczniowie. 
PLATON

 

Sokratesie, statek przyjechał. 
SOKRATES

 

Dobra wiadomość. 
UCZEŃ I

 

Przyszliśmy się pożegnać.

 

SOKRATES

 

Zegnam was. Nie miejcie do mnie żalu, że nie- 
wiele was nauczyłem. Uczenie to w ogóle trudna 
rzecz. Przekonacie się, gdy będziecie ojcami.

 

Uczniowie stoją w pozycji wyczekującej. 
Widzę, że czekacie na pożegnalny wykład. Coś

 

0  nieśmiertelności duszy - mówił Platon. A może 
lepiej  o pogodzie?  O tym, że nocą przymrozki

 

1  winnice mogą zmarnieć? Ale mówią owczarze, 
że już niedługo spadnie ciepły deszcz i wszystko 
pokryje zieleń. Wszystkich pokryje zieleń.

 

KRITON

 

Słuchajcie, moi drodzy. Nie męczcie go teraz. 
Będziemy tu z nim do końca, zamkniemy mu 
oczy, pomodlimy się i pójdziemy do domu. Ale 
teraz dajmy mu spokój.

 

Milczą wszyscy długą chwilę.

 

SOKRATES 
Idą!

 

KRITON

 

Nie, zdawało się tobie.

 

SOKRATES

 

Wolę teraz mówić.

 

Godzinę przed moją śmiercią przychodzi mój 
przyjaciel. A propos, powiedziałem: „moją" śmier- 
cią. Ten zaimek jest bardzo charakterystyczny. 
O czym on świadczy? Świadczy o tym, że staramy 
się z tym zjawiskiem oswoić, zaadaptować nie- 
jako. Jest to, jak się zdaje, jedyna słuszna droga. 
Druga możliwość: uznać to za gwałt i buntować 
się. To prowadzi do religii albo do szaleństwa. 
Filozof powinien oswajać konieczność. A teraz 
sam termin nie wydaje mi się właściwy. Jest to 
abstrakcja, i to abstrakcja zbudowana niepopra- 
wnie. Zawiera ona w sobie długi odcinek czasu

 

zwany umieraniem. Te wszystkie wytrzeszczania 
oczu, duszności, podnoszenie się na łokciu i wa- 
lenie serca, dalej jęk zmieszany z ostatnim od- 
dechem, a w końcu ta sztywna obcość i zacięte 
milczenie ciała. Te różne stany ochrzczone jed- 
nym terminem. Takie krótkie słowo, jakby nożem 
ciął.

 

Otóż chcę wam zwrócić uwagę na ciągłość i wie- 

background image

29 

 

lofazowość tego zjawiska. Jest również rzeczą 
zastanawiającą niemożność znalezienia punktu, 
od którego zaczyna się ten proces, oraz punktu, 
w którym można go uznać za definitywnie skoń- 
czony. To prowadzi do wniosku, że życie jest 
pełne śmierci, a śmierć pełna skurczów życia. 
Inaczej mówiąc, od urodzenia umieramy i wy 
w kwiecie wieku jesteście do kolan martwi. 
Przyzywając na pomoc geometrię można to sobie 
przedstawić jako wektor albo odcinek AB, po 
którym posuwa się punkt X. Sytuacja komplikuje 
się, jeżeli chcemy wyobrazić to sobie w postaci 
koła. Po przebiegnięciu całego obwodu, X znajduje 
się w punkcie wyjścia. Znaczyłoby to możliwość 
podjęcia jeszcze raz tej drogi, co w dalszej kon- 
sekwencji prowadzi do pojęcia nieskończoności 
i nieśmiertelności. Jest to koncepcja niewątpliwie 
ciekawsza, gdy pierwsza - nie powiązanych, ury- 
wających się nagle odcinków - prowadzi do chao- 
su, choćbyśmy nad tym postawili mechaniczną 
konieczność czy inne pojęcie jednoczące te strzępy 
w racjonalny obraz świata. Za czym opowiedzieć 
się... ale zdaje się, że tym razem idą.

 

PLATON

 

Tak, już idą.

 

Wchodzi dwóch strażników i chłopak z pucharem. So- 
krates   wypija. Przechadza się. Po chwili staje.

 

Chwieje się. Uczniowie ujmują go pod ramiona - za- 
noszą na pryczę. 
STRAŻNIK

 

Odjęło ci już nogi, biedaku. 
SOKRATES

 

Tak.

 

Po chwili wolno, każde stówo osobno.

 

Nie zapomnijcie ofiarować koguta Esklepiosowi. 
Po chwili gorączkowo i bez związku.

 

Tak, Połosie... sprawiedliwość... ofiarować... cale

 

życie... Apollo. Polosie... pamiętaj... całe życie...

 

dlaczego... nie ma...

 

Cisza. 
PLATON

 

Zanim zdejmiemy mu maskę, ustalmy ostatnie

 

słowa: „Nie zapomnijcie ofiarować koguta Eskle- 
piosowi".   Potem  to  był już  bełkot.  Zapisujemy

 

ostatnie słowa, żeby potem nie było sporów. 
UCZEŃ I

 

Jak je rozumiesz? 
UCZEŃ II

 

Po prostu, jakaś zaległa ofiara, którą sobie nagle

 

przypomniał. 
UCZEŃ III

 

Ee, to byłoby banalne. 
UCZEŃ IV

 

Zresztą nigdy nie chorował. 
PLATON

 

background image

30 

 

Ja to rozumiem jako wyrażenie przenośne, coś

 

w rodzaju wielkiej metafory. 
UCZEŃ III

 

Wielkiej metafory? 
PLATON

 

Tak.

 

Kurtyna

 

Epilog chóru

 

CHÓRZYSTA I

 

Co słychać? 
CHÓRZYSTA II

 

Brzęczenie komarów. 
CHÓRZYSTA III

 

To już jest plaga. 
CHÓRZYSTA IV

 

Małe Erynie. 
CHÓRZYSTA V

 

Wszystko teraz mniejsze. 
CHÓRZYSTA VI

 

Także bogowie ze swoimi epidemiami. 
CHÓRZYSTA I

 

A poza tym ta cisza. 
CHÓRZYSTA II

 

Cisza i malaria. 
CHÓRZYSTA III

 

Malaria oznacza kres cywilizacji, a cisza wyrzuty

 

sumienia. 
CHÓRZYSTA IV

 

O nikim się teraz nie milczy, tylko o nim. 
CHÓRZYSTA V

 

O kim? 
CHÓRZYSTA IV

 

O Sokratesie. 
CHÓRZYSTA I

 

Tak, to nie było w porządku. 
CHÓRZYSTA II

 

Przelano krew niewinnego. 
CHÓRZYSTA III

 

Trzeba to będzie odrobić. 
CHÓRZYSTA IV

 

Został spalony na koszt państwa.

 

CHÓRZYSTA V

 

Niektórzy przebąkują o pomniku.

 

CHÓRZYSTA VI

 

Może nawet beatyfikacja.

 

CHÓRZYSTA I

 

O, idzie opiekun zwłok.

 

CHÓRZYSTA II

 

On zawsze ma zdrowy sąd o rzeczach.

 

CHÓRZYSTA III

 

I świeże wiadomości.

 

OPIEKUN ZWŁOK

 

Witajcie, o czym to tak, szanowni obywatele?

 

CHÓRZYSTA IV 
O Sokratesie.

 

background image

31 

 

OPIEKUN ZWŁOK

 

W tonie podniośle-mistycznym czy krwisto-pa- 
triotycznym?

 

CHÓRZYSTA V

 

Raczej to pierwsze.

 

OPIEKUN ZWŁOK

 

Bzdury, moi drodzy. To jest prosta sprawa. So- 
krates pochodził z proletariatu. Jego ojciec utrzy- 
mywał się jeszcze z warsztatu, ale on już nie 
mógł. Konkurencja, wielkie warsztaty, manufa- 
ktury, rozumiecie. On musiał wyjść na ulicę i za- 
rabiać gadaniem — warunki ekonomiczne zrobiły 
z niego filozofa.

 

CHÓRZYSTA IV

 

A kto zrobił z niego męczennika?

 

OPIEKUN ZWŁOK

 

On sam - ściślej: niezrozumienie mechanizmu 
historii. Jako proletariusz powinien być wyrazi- 
cielem dążeń proletariatu. Zostałby trybunem lu- 
dowym, agitatorem. Program miał gotowy: walka 
z reakcyjną górą burżuazji, a szukanie kontaktu

 

z jej dołami postępowymi. To jasne. Ale on wolał 
arystokrację i ulubione jej dysputy - o tym, co 
dobre, a co złe, o abstrakcyjnej sprawiedliwości 
z księżyca. No i spadł z księżyca prosto do wię- 
zienia. Tak się płaci za zdradę swojej klasy. No, 
żegnam. Tępcie komary i idealizm. 
Wychodzi.

 

CHÓRZYSTA I

 

Wiecie co? Zagrajmy w kości.

 

CHÓRZYSTA II 
Dobra myśl.

 

CHÓRZYSTA III 
Gramy.

 

CHÓRZYSTA I

 

Gramy do końca, a potem jeszcze raz.

 

background image

32 

 

Rekonstrukcja poety 

Głosy:

 

PROFESOR 
HOMER 
ELPENOR 
GŁOS KOBIECY 

background image

33 

 

 

PROFESOR zaczyna zawsze tak samo, jak płyta pu- 
szczona nie od początku

 

...ecji. Wykopano fragmenty... W części dolnej... 
Artemidy w Milecie.

 

Odkryta na początku XX wieku przez Evensa, 
nie została przebadana do końca. Odkrywcę zmy- 
liła spora warstwa gruzu stwardniałego jak ska- 
ła, pod którą Evens nie spodziewał się znaleźć 
już niczego. Wzięliśmy pod uwagę źródła, co 
prawda dość późne, bo z okresu wojen perskich, 
mam na myśli Apolloroda z Dioros, a zwłaszcza 
Eutyfrona Starszego, historyka drugorzędnego, 
ale dość wiarogodnego, który... 
Woda kapie z kranu.

 

... oczekiwania i stanowi wydarzenie przełomo- 
we dla nauki. W części nazwanej przez nas 
Trzecim Miastem odkryliśmy najstarsze znane 
zapisy homerydów, które stanowią niewątpliwie 
fragmenty Iliady co najmniej na dwa wieki 
przed ostateczną urzędową redakcją, w jakiej 
dotarł ten poemat do naszych czasów. Pracująca 
równoległa z nami ekspedycja na wyspie Milo 
odkryła również źródła pisane, ale bezwartoś- 
ciowe pod względem artystycznym (wspomnę 
o nich nawiasem na końcu), ważne tylko jako 
potwierdzenie naszej tezy, że żywotny ośrodek

 

artystyczny   znajdował   się   w   Azji   Mniejszej, 
a nie na półwyspie, który...

 

Woda kapie z kranu.

 

... kimże był ów Anonim? To tylko wiemy, że 
Grekiem, ale z fragmentów, jakie pozostawił, mo- 
żemy sobie odtworzyć jego portret. 
Więc przede wszystkim człowiek u szczytu kariery 
i szczęśliwy (cenne uwagi o sztuce złotniczej), oso- 
bowość mocna, uderzająca przede wszystkim 
ogromnym opanowaniem i spokojem. Żadnej ner- 
wowości, zupełny brak przesady w używaniu środ- 
ków ekspresji, która niestety stanowi tak wielką 
skazę sztuki współczesnej. A nade wszystko - 
chciałoby się zawołać - żadnego podnoszenia głosu, 
ład w uczuciach - ład w mowie. Nawet na okru- 
cieństwa wojny patrzy chłodnym okiem prawdzi- 
wego epika. Szlachetny umiar i dostojna powaga 
przyoblekają te ułomki w szaty proste i wzniosłe. 
Głębokie znawstwo życia pozwala mu poruszać 
szeroki wachlarz tematów, które podzielić może- 
my na siedem grup: 
1° tematy wojenne

 

2° tematy mitologiczn o-genealogiczne 
3° tematy miłosne 
4° tematy pasterskie (cenna wzmianka o wypasie

 

owiec) 
5° tematy dotyczące metalurgii (brąz, miedź,

 

żelazo)

 

background image

34 

 

6° tematy związane z życiem codziennym 
7° i inne.

 

Woda kapie z kranu.

 

... a taki na przykład fragment świadczy o sile 
poetyckiej wyobraźni Anonima: 
Hermes o stopach cichych spieszy do łoża

 

Gorgiasza,

 

który chrapaniem podpiera płócienny strop

 

namiotu,

 

do ucha uśpionego szepcze, by stanął po stronie 
Gymeda, którego ojciec dzierżył Lemnos bogatą 
w pszenicę; a brat jego starszy, mocarny w pięści

 

Atarchos,

 

przez Hellespont żeglując ściągnął gniew Apollina 
za przemocą zabraną Bryzejdę, z której zrodzony 
jest Kastor, przyczyna złego, zbyt dufny poniechał

 

ojca, 
białobrodego Nikosa...

 

Brzęk tłuczonego szkła. 
HOMER krzyczy

 

Dość! Nie mogę słuchać tej parodii. Naprzód Wer- 
giliusz, potem tłumacze, filolodzy, archeolodzy... 
Został ze mnie podręcznik mitologii i model, na 
którym uczą się rozbiorów stylistycznych. 
Mam czterdzieści pięć lat. Mieszkam w Milecie. 
Żona, syn, dom z ogrodem.

 

Bardzo lubię Milet. Ruchliwe miasto. W sam raz 
tyle hałasu, ile potrzeba do życia. Klimat zdrowy. 
Publiczność chętna i bogata.

 

Z początku pracowałem na statku. Ale miałem 
wypadek, upadłem na pokład i straciłem wzrok, 
lekarze mówili, że to wstrząs, że przejdzie. Ale 
nie jest z tym całkiem dobrze. Nie nadawałem 
się już do pracy na morzu, więc pracowałem 
w porcie jako dozorca. Głos zawsze miałem dob- 
ry. Mocny jak sztorm. Koledzy namawiali, że- 
bym urządził koncert. Zrobiłem - chwyciło. Był- 
bym właściwie szczęśliwy, gdyby nie te oczy. 
Lekarze każą mi jak najdłużej przebywać 
w ciemności i unikać słońca. Żona zamyka 
mnie w domu. Muszę wymykać się. To trochę 
ośmieszające.

 

Nie mogę teraz przerywać, gdy mam największe 
powodzenie. Za parę lat będę mógł pójść na eme- 
ryturę. Kupię duży hotel w środku miasta. Pełen 
życia i hałasu - od piwnic, gdzie toczą beczki, 
do szeptu kochanków w najtańszych pokoikach 
pod strychem. Wtedy będę szanował oczy. Będę 
patrzył przez przymrużone powieki na świat, któ- 
ry do mnie przychodzi. Chciałbym także popra- 
cować nad teorią epopei. Myślę, że w tej dzie- 
dzinie zrobiłem coś niecoś.

 

Dla moich poprzedników epopeja to była równina. 
Bębnili monotonnym głosem bitwy, pochody, zbu- 
rzone miasta i ogień. Wszystko widoczne z daleka 

background image

35 

 

i dlatego bardzo płaskie. Ja wszedłem w środek. 
Zrobiłem z eposu górę, ciężką materię, która się 
dźwiga z ziemi do nieba i sięga bogów. 
Moi poprzednicy opanowywali uczucie opanowując 
głos. Śmieszny zabieg i kłamstwo wobec natury. 
Ja odkryłem ludzką potrzebę krzyku. Dopóki 
strach mieszka w człowieku, trzeba krzyczeć. 
Teraz jest południe. Miasto jest białe od upału. 
Wszystko pokryte cichym kurzem, ale pod spo- 
dem jest krzyk.

 

GŁOS KOBIECY

 

Dokąd, Homerze?

 

HOMER

 

Idę się przejść.

 

GŁOS KOBIECY 
Wiesz przecież...

 

HOMER

 

Wiem, wiem.

 

GŁOS KOBIECY

 

Wczoraj znów cię bolały.

 

HOMER

 

Ale dzisiaj jest lepiej.

 

GŁOS KOBIECY

 

Nie chodź na rynek. Obiecaj.

 

HOMER

 

Obiecuję.

 

GŁOS KOBIECY

 

I unikaj słońca. Elpenorze, pilnuj ojca.

 

ELPENOR

 

Znów jesteśmy nieposłuszni.

 

HOMER

 

Trudno, mój mały. Nie mngę w domu wysiedzieć.

 

ELPENOR 
Dlaczego?

 

HOMER

 

Gdy się zbliża południe, cisza jest nie do wytrzy- 
mania. Słychać, jak na strychu roją się osy. Skóra 
cierpnie.

 

ELPENOR

 

Masz spokój. Możesz układać wiersze.

 

HOMER

 

Wtedy nie myślę o wierszach.

 

ELPENOR

 

A o czym?

 

HOMER

 

O rynku. Jak o morzu; żeby wejść po szyję.

 

ELPENOR

 

Tak bardzo lubisz rynek?

 

HOMER

 

Nic piękniejszego, synku. Podpłomyki z cebulą 
pachną lepiej od marmurów. I oddam głowicę 
jońską za główkę kapusty.

 

ELPENOR

 

Co w tym ładnego?

 

HOMER

 

background image

36 

 

Wszystko, głuptasie. Kolor, zapach, hałas. Wszy- 
stkie   głosy  życia:   mamrotania   żebraków,   pisk

 

dziewcząt przyciskanych w tłumie, bęben straż- 
nika, krzyk warzywników i ryk zwierząt uwią- 
zanych za rogi. Na to przychodzi poeta i zaczyna 
się walka.

 

ELPENOR 
Walka?

 

HOMER

 

Tak. Muszę ich przekrzyczeć, zagłuszyć, odebrać 
im głos, połknąć go i potem wydobyć z siebie.

 

ELPENOR

 

To wielka męka.

 

HOMER

 

I radość. Jestem wtedy pełny jak świat.

 

ELPENOR

 

Tego właśnie najbardziej nie lubię, kiedy pod 
koniec... głos ci się podnosi i zaczynasz krzyczeć.

 

HOMER

 

Dlaczego?

 

ELPENOR

 

To tak, jakbyś się bał i wołał o ratunek. Czy ty 
się boisz wtedy?

 

HOMER

 

Nie. Wtedy walczę.

 

ELPENOR 
Z kim?

 

HOMER

 

Ze strachem.

 

Głosy rynku.

 

HOMER

 

No, ale jesteśmy na miejscu. Zaczynamy praco- 
wać.

 

ELPENOR

 

Obywatele! Znany na kontynencie i na wyspach 
poeta Homer, ulegając waszym namowom, mimo 
nawału  pracy postanowił  dać  koncert.   Po  raz

 

pierwszy wykonany zostanie opis siódmej bitwy 
pod Troją. Rzecz skończona dziś o świcie i nigdzie 
nie publikowana. Część dochodu przeznaczona 
zostanie na cele religijne: zakup szklanych oczu 
dla posągu Hery. 
HOMER na tle wzbierającej muzyki

 

Właśnie świt. Deszcz różowy pada na blachę

 

nieba.

 

Pierwszy szelest w zatoce. Ptak uduszony we śnie. 
Z bagien wstają mgły blade, nieznośnie ciche,

 

jak zmarli.

 

Już w namiotach skórzanych, o które czochra się

 

wiatr,

 

Słychać metal na metal padający i głosy 
Dzień przynoszą, dzień pełny, dzień odwinięty

 

z nocy 
Jak z pieluch krzyczące niemowlę, pijące

 

wspaniałe powietrze. 

background image

37 

 

Agamemnon pierwszy jest gotów, dogląda

 

szyków, przynagla, 
Piramed jest z Archimedem, Kastor, Euryloch

 

i Pandar.

 

Kopyta, trzaskanie biczów, wołania, skrzypienie

 

wozów,

 

Budzę Trojan, więc bramy otwierają się z trzaskiem, 
Dwa pułki pieszych i konnych, zwinięte teraz

 

jak pięści, 
Stoją jeszcze w mgle mlecznej, widni z daleka

 

jak las. 
Agamemnon miecza dobywa. Studzi go na

 

powietrzu, 
A potem ogromnym zamachem rozgrzewa,

 

zawadza o słońce,

 

Aż słychać syczenie żelaza — na to stłumiony

 

okrzyk.

 

Ruszają. Szum jest potężny, jakby sandał olbrzyma 
Po kamieniach się sunął, a już kamień o kamień, 
Metal o metal i rzemień, wspaniały hałas rzeczy, 
Lecz ludzie są jeszcze niemi, spętani pędem

 

i myślą

 

O martwych wodach Erebu - 
Euryloch tuż przy Ajaksie. Napomina go Ajaks 
(pomny na sen i wróżbę, złamaną kolumnę dymu): 
- Bacz, miły, abyś unikał łucznika Trojan

 

Demetra -

 

Oszczep rozdziera rozmowę. Pada woźnica Ajaksa, 
Krzyk jego krótki, jak gdyby urwane wodze

 

ciągnione

 

Przez oszalałe konie. Strach wspólny zwierzętom

 

i ludziom,

 

Włosy się jeżą pod hełmem, pot i trzęsienie kolan. 
Więc aby zmóc przerażenie, olbrzymią tarczę

 

krzyku 
Podnoszą nad sobą Grecy. Bitwa jest wielka

 

i piękna.

 

Wrzawa, tak miła bogom jak tłuste mięso ofiar, 
Rośnie w górę i w górę dochodzi do boskich uszu 
Różowych od snu i szczęścia, więc schodzą

 

bogowie na ziemię. 
Tak się zaczyna poemat. Czymże bowiem jest

 

epos,

 

Jeśli nie węzłem grubym ludzi, żelastwa i bogów, 
Sczepionych z sobą w konwulsjach, z czerwonym

 

kogutem na szczycie. 
Opiewa przerażenie ten kogut, ten kogut, ten...

 

Nagła pauza. 
HOMER

 

Elpenor! 
ELPENOR

 

Jestem przy tobie, ojcze.

 

HOMER

 

Idziemy do domu. 
ELPENOR

 

background image

38 

 

Co się stało, ojcze? 
HOMER

 

Prowadź do domu. 
ELPENOR

 

Ale musisz dokończyć. Wszyscy czekają na to. 
HOMER

 

Do domu.

 

Wychodzą z gwaru, pauza. 
HOMER

 

Idź wolno, mój  mały.  Coś z oczami moimi się

 

stało. 
ELPENOR

 

Bolą? 
HOMER

 

Nie.

 

Pauza. 
HOMER

 

Zbliż się, synku, i popatrz mi w oczy. Co widzisz? 
ELPENOR

 

Siebie w środku. I drzewa. I miasto. 
HOMER

 

A ja tego nie widzę. Nic. Nic. 
ELPENOR

 

Widzisz tylko mgłę? Tak jak przedtem, kiedy ci

 

się to zdarzało. 
HOMER

 

Nawet mgły nie widzę. Nic.

 

Pauza. 
ELPENOR

 

Zmęczony jesteś, ojcze. Biały blask idzie od kamieni. 
HOMER

 

Biały, mówisz.

 

ELPENOR

 

Tak. Czy to dziwne?

 

HOMER

 

Nie, to normalne. Dziwne jest to, co ja mam 
teraz w oczach. To nie jest nawet czerń. To kolor 
pustki.

 

Pauza.

 

HOMER

 

Zupełnie nie rozumiem, co się stało. Jak myślisz?

 

ELPENOR

 

Wrócisz do domu i wypoczniesz.

 

HOMER

 

Przecież nie oślepłem.

 

Pauza.

 

HOMER

 

Kiedy śpiewałem o śmierci woźnicy, widziałem 
jeszcze zupełnie dobrze. Zauważyłem, jak Sefar 
zostawił poderżniętego barana, wytarł ręce 
z krwi o fartuch i ruszył ku nam. W tym mo- 
mencie miałem ich wszystkich w ręku. Byłem 
szczęśliwy.

 

ELPENOR

 

Wiesz co, ojcze. Zamknij oczy. Ja cię poprowadzę. 

background image

39 

 

Jak będziesz miał oczy zamknięte, wypoczniesz 
lepiej.

 

HOMER

 

Tak. Masz rację. To uspokaja.

 

ELPENOR

 

A widzisz.

 

HOMER

 

Okropnie głupio mieć otwarte oczy i nie widzieć 
niczego.

 

Pauza.

 

HOMER

 

Czy myślisz, że jak otworzę oczy, to będę widział?

 

ELPENOR

 

Na pewno. Ale na razie tego nie rób. Nie ma

 

pośpiechu. 
HOMER

 

Tak. Nie ma pośpiechu. 
ELPENOR

 

Może chciałbyś usiąść? 
HOMER

 

Chętnie, ale wyjdźmy naprzód z miasta. Mury

 

zamykają się teraz nade mną jak woda.

 

Pauza. 
ELPENOR

 

Pięknie śpiewałeś. 
HOMER

 

To ze strachu. Od rana prześladował mnie strach.

 

Chciałem go zabić krzykiem. 
ELPENOR

 

Zabiłeś go poezją. 
HOMER

 

Poezja to krzyk. Wiesz, co zostaje z poematu,

 

kiedy usuniesz wrzawę? 
ELPENOR

 

Nie wiem. 
HOMER

 

Nic.

 

Pauza. 
HOMER

 

Jak myślisz, to nie może tak zostać? 
ELPENOR

 

Na pewno przejdzie. Czy nie czujesz się lepiej? 
HOMER

 

Lepiej.   Ale  wolałbym   na   razie   nie  otwierać

 

oczu. 
ELPENOR

 

Pewnie.

 

HOMER

 

Usiądźmy tutaj. Gdzie jesteśmy? 
ELPENOR

 

Koło fontanny Pana. 
HOMER

 

No oczywiście, słyszę przecież. To już tylko dwa

 

kroki od domu. 
ELPENOR

 

background image

40 

 

Nie mamy się po co spieszyć. 
HOMER

 

Masz rację, synku. Nie spieszmy się.

 

Pauza. 
HOMER

 

Kiedy mam oczy zamknięte, uspokajam się. Ale

 

trzeba je będzie w końcu otworzyć. 
ELPENOR

 

Zróbmy próbę przed samym domem. 
HOMER

 

Dobrze. 
ELPENOR

 

Co robisz, ojcze? 
HOMER

 

Badam twarz. Wszystko jest na miejscu.  Oczy

 

też są na miejscu.  Obrzydliwe uczucie, gdy cię

 

nagle opuszcza coś najbardziej twego. 
ELPENOR

 

Dobrze tu. 
HOMER

 

Tak, dobrze. Spokój, cień. 
ELPENOR

 

Połóż się na ławce. Nakryję ci twarz płaszczem. 
HOMER

 

Opiekujesz   się   mną  jak   Antygona   Edypem.

 

Tylko że Edyp oślepł naprawdę. Mów coś, syn- 
ku.

 

ELPENOR

 

Kiedy kupimy hotel, nie będziesz musiał wycho- 
dzić z domu. Słońce ci szkodzi. 
HOMER

 

Tak. Bardzo szkodzi. 
ELPENOR

 

Hotel będzie wśród drzew. W cieniu. 
HOMER

 

Trzeba go będzie jakoś nazwać. 
ELPENOR

 

„Pod Chrapiącym Kupcem". To przyciąga kupców

 

i złodziei. 
HOMER

 

Albo „Pod Okiem Zeusa". To przyciąga pielgrzy- 
mów i umiarkowanych ateistów. 
ELPENOR

 

Będziemy mieli dużo służby. 
HOMER

 

I  dobre  wina.  Tylko  my  obaj   będziemy nosili

 

klucz od piwnicy.

 

Pauza. 
ELPENOR

 

Ojcze. Chodźmy. 
HOMER

 

Dobrze. Idźmy. To już niedaleko, prawda? 
ELPENOR

 

Jeszcze ten zakręt. 
HOMER

 

background image

41 

 

Poznaję po żwirze: widzę teraz stopami. 
ELPENOR

 

No i już dom. Nasz dom, ojcze. Popatrz.

 

Homer krzyczy. 
PROFESOR

 

...ecji. Jak już zaznaczyłem, to drugie odkrycie

 

nie ma właściwie wielkiego znaczenia. Anonim

 

z Milo w porównaniu z Anonimem z Miletu to 
karzeł przy olbrzymie.

 

Kapie woda z kranu.

 

...tematy nieważne i pospolite. Anonim nie waha 
się poświęcić wiersza tamaryszkowi, roślinie wul- 
garnej, płodnej i bez żadnego pożytku. 
HOMER

 

opowiadałem bitwy 
baszty i okręty 
bohaterów zarzynanych 
i bohaterów zarzynających 
a zapomniałem o tym jednym

 

opowiadałem burzę morską

 

walenie się murów

 

zboże płonące

 

i przewrócone pagórki

 

a zapomniałem o tamaryszku

 

kiedy leży

 

przebity włócznią

 

a usta jego rany

 

domykają się

 

nie widzi

 

ani morza

 

ani miasta

 

ani przyjaciela

 

widzi

 

tuż przy twarzy

 

tamaryszek

 

wstępuje

 

na najwyższą

 

suchą gałązkę tamaryszku

 

i omijając

 

liście brunatne i zielone

 

stara się

 

ulecieć w niebo

 

bez skrzydeł

 

bez krwi

 

bez myśli

 

bez - 
PROFESOR

 

Nieważność  tematu idzie  w parze  z uwiądem

 

formy, która...

 

Woda kapie z kranu. 
HOMER

 

No cóż,  muszę się przyznać.  To ja napisałem

 

0  tamaryszku. Jak do tego doszło?

 

Na trzeci dzień po wypadku na rynku wyjechałem 
z Miletu. Sam. Rodzaj pielgrzymki do świętego 

background image

42 

 

miejsca. Święte miejsce to była wyspa Milo. 
Źródło i świątynia Zeusa Cudotwórcy. 
Przy źródle był ogromny tłok. Zgodnie z instrukcją 
kapłanów trzeba się było ochlapać święconą wodą

 

1  głośno wypowiedzieć prośbę. Wrzask był nieopi- 
sany. „Hipiasz prosi, aby odrosła mu ucięta noga." 
„Antykiea błaga, aby znów mogła rodzić i żeby 
mąż do niej wrócił." Ja krzyczałem najgłośniej, 
głosem ciemnym i ciężkim od łez: „Homer domaga 
się zwrotu oczu!" Trzy dni, i cudu nie było.

 

W nocy poszedłem do świątyni i powtórzyłem 
prośbę. Głos się owinął wokół kolumn, odbił się 
od pułapu i płasko upadł pod nogi. Wdrapałem 
się na ołtarz i dotknąłem twarzy boga. Usta miał 
zamknięte jak muszla. Był ślepy jak ja. 
Zrobiło mi się żal i aby go pocieszyć, ułożyłem 
małą odę.

 

Rzucałem długo w górę 
gruby sznur mego krzyku

 

aby cię ściągnąć na ziemię 
wracała pusta pętla

 

teraz wiem 
ani z krwi 
ani z kości 
ani nawet 
z ciała myśli

 

tylko w wielkiej ciszy 
można wyczuć 
puls twego istnienia 
nieustanny i znikliwy 
jak fala światła

 

pociągający

 

jak wszystko czego nie ma

 

składam ci hołd

 

dotykając ciała

 

twej nieobecności.

 

Nie miałem wiele czasu, żeby zajmować się bo- 
giem. Działy się rzeczy ważniejsze. W ciemności 
i milczeniu dojrzewało moje ciało. Było jak ziemia 
na wiosnę, pełna nieprzeczutych możliwości. Mo- 
ja skóra porastała nowym dotykiem. Zacząłem 
się odkrywać, badać i opisywać.

 

Naprzód opiszę siebie 
zaczynając od głowy 
albo lepiej od nogi 
ściślej od lewej nogi 
albo od ręki 
od małego palca lewej ręki

 

mój mały palec 
jest ciepły

 

lekko zagięty do środka 
zakończony paznokciem, 
składa się z trzech członów 
wyrasta wprost z dłoni 
gdyby był od niej oddzielony 

background image

43 

 

byłby sporym robakiem

 

jest to osobliwy palec

 

jedyny na świecie mały palec lewej ręki

 

dany mi bezpośrednio

 

inne małe palce lewej ręki 
są zimną abstrakcją

 

z moim

 

mamy wspólną datę urodzin

 

wspólną datę śmierci

 

i wspólną samotność.

 

tylko krew

 

skandująca ciemne tautologie

 

spina dalekie brzegi

 

nicią porozumienia

 

Bardzo ostrożnie zacząłem badać świat. Wszystko, 
co dotychczas o nim wiedziałem, było nieprzydatne. 
Jak dekoracje z innej sztuki. Trzeba było pozna- 
wać na nowo, zaczynając nie od Troi, nie od 
Achillesa, ale od sandału, od sprzączki przy san- 
dale, od kamyka potrąconego niedbale na drodze.

 

Kamyk jest stworzeniem

 

doskonałym

 

równy samemu sobie 
pilnujący swych granic 
wypełniony dokładnie 
kamiennym sensem

 

0  zapachu który niczego nie przypomina 
niczego nie płoszy nie budzi pożądania

 

jego zapał i chłód

 

są słuszne i pełne godności

 

czuję ciężki wyrzut

 

kiedy go trzymam w dłoni

 

1  ciało jego szlachetne 
przenika fałszywe ciepło

 

kamyki nie dają się oswoić 
do końca będą na nas patrzeć 
okiem spokojnym bardzo jasnym.

 

Do Miletu nie wrócę nigdy. Tam został mój krzyk. 
Mógłby mnie dopaść w jakimś zaułku i zabić.

 

Między krzykiem narodzin

 

a krzykiem śmierci

 

obserwujcie swoje paznokcie

 

zachód słońca

 

ogon ryby

 

a tego co zobaczycie

 

nie wynoście na rynek

 

nie sprzedawajcie po cenach okazyjnych

 

nie krzyczcie

 

między wrzaskiem początku 
a wrzaskiem końca 
bądźcie jak nie dotknięta lira 
która nie ma głosu

 

ma wszystkie

 

To jest dopiero początek. Początek zawsze jest 
śmieszny. Siedzę na najniższym stopniu świątyni 

background image

44 

 

Zeusa Cudotwórcy i zachwalam mały palec, ta- 
maryszek, kamyki.

 

Nie mam ani uczniów, ani słuchaczy. Wszyscy 
stoją zapatrzeni jeszcze w wielki pożar epopei. 
Ale to już dogasa. Niedługo zostaną tylko osma- 
lone ruiny, które zdobędzie trawa. Ja jestem 
trawa.

 

Czasem myślę, że może uda mi się z nowych 
wierszy wyprowadzić  nowych ludzi,  którzy nie 
będą dodawali żelaza do żelaza, krzyku do krzy- 
ku, przerażenia do przerażenia. 
Można przecież ziarno do ziarna, liść do liścia, 
wzruszenie do wzruszenia. 
I słowo do milczenia. 
PROFESOR

 

...ecji. Ubóstwo świata poetyckiego Anonima 
z Milo pozwala przypuszczać, że nie miał on na- 
stępców i że...

 

bogowie tak jak zakochani 
lubią ogromne milczenie 

background image

45 

 

Drugi pokuj 

Osoby:

 

ON

 

ONA

 

TO, CO JEST ZA ŚCIANĄ

 

1

 

ONA

 

Nie mogę na nią patrzeć.

 

ON

 

Odwracaj się.

 

ONA

 

Tak zrobiłam.

 

ON

 

Dzisiaj?

 

ONA

 

Tak. Wchodzi do kuchni: „Czy mogę zagrzać wo- 
dę?" Zdejmuje garnek. Ona stawia czajnik: „Zim- 
no". Ja nic. „Co pani ma mi za złe?" Odwróciłam 
się do okna. Bierze czajnik i wychodzi. Teraz 
będzie spokój.

 

ON

 

Myślisz?

 

ONA

 

Ona jest ambitna. Tylko ty nie mów do niej. Ani 
słowa. Powietrze.

 

ON

 

Co to pomoże? Nie wyprowadzi się.

 

ONA

 

Ale będzie spokój.

 

ON

 

Masz rację. Przestanie skrzeczeć historię o swojej 
córce, co się zgrzała na balu, napiła wody i umarła.

 

ONA

 

Ciebie oszczędzała. Mnie opowiadała wszystko:

 

porody, wesela, romanse ciotek, awanse wujów.

 

Jakie lubili grzybki i jak wyglądali w trumnie. 
ON

 

Jest sama. 
ONA

 

No to co? 
ON

 

Na początku mówiła, że będzie dla nas jak matka. 
ONA

 

Dziękuję.  Zwykły egoizm.  Dlaczego nie chciała

 

zgodzić się na przytułek? 
ON

 

Starzy boją  się   przytułku jak chłopi  szpitala.

 

Tam się idzie umrzeć. 
ONA

 

Gdzieś trzeba. 
ON

 

Lepiej  w domu.   Człowiek wstydzi  się śmierci.

 

Wie, że będzie leżał na wznak z otwartymi ustami

 

i  wszystko będzie  można  z nim zrobić.  Lepiej

 

background image

46 

 

w domu. 
ONA

 

Wszystko jedno. 
ON

 

Trzeba coś mieć własnego. Prześcieradło, podusz-

 

kę.

 

ONA

 

Za   życia. Ale potem? 
ON

 

Potem także. Kawałek ziemi, deski na krzyż. 
ONA

 

Po co? Żeby oznaczyć miejsce, gdzie się zlatują

 

krewni.

 

ON

 

Nie to. Chce się coś mieć. To chroni. Kiedy czło- 
wiek jest nagi - umiera. Ona też się broni: trzema

 

garnkami, parawanem, kluczem do drzwi. 
ONA

 

Śmierć wchodzi przez komin. 
ON

 

I zastaje nas przy stole z ustami pełnymi chleba.

 

Pauza. 
ONA

 

Nie ma  co  się  roztkliwiać.  Trzeba radzić.  Po

 

cośmy tu wleźli? 
ON

 

Kto mógł wiedzieć, że to potrwa trzy lata. Wy- 
dawało się, że lada chwila. 
ONA

 

Ja wiedziałam. 
ON

 

Ty wszystko wiesz, tylko nic nie mówisz. 
ONA

 

Pytałeś? 
ON

 

Skończmy. 
ONA

 

No właśnie, skończmy. 
ON

 

Co chcesz? 
ONA

 

Żebyś znalazł wyjście. 
ON

 

Mam ją zarąbać siekierą? 
ONA

 

Nie krzycz. Nie jesteś straszny. Jesteś śmieszny. 
ON

 

Mam tego dosyć.

 

ONA

 

To był twój pomysł. 
ON

 

No i co? 
ONA

 

Teraz ja się męczę. Ciebie nie ma pół dnia. 
ON

 

background image

47 

 

Pomów ze starą. Powiedz, że się spodziewamy

 

dziecka. 
ONA

 

Ucieszy się. Ona lubi dzieci. 
ON

 

Zaproponuj odstępne. Starzy lubią pieniądze. 
ONA

 

Nie będę z nią mówić. 
ON

 

No to zgnijemy tu. 
ONA

 

Długo ona może żyć? 
ON

 

Długo. Nic nie robi. 
ONA

 

Ale je nędznie. Mleko, kasza. 
ON

 

To jej wystarczy. 
ONA

 

Ile właściwie ma lat? 
ON

 

Siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt. 
ONA

 

Jeżeli   siedemdziesiąt,   pożyje jeszcze   dziesięć

 

lat. 
ON

 

To nie da się przewidzieć. Zawsze może przyjść

 

choroba.

 

ONA

 

Pocieszmy się.

 

ON

 

Tak, jesteśmy bezsilni. Możemy tylko czekać.

 

ONA

 

Napiszmy list do niej.

 

ON

 

Jaki list?

 

ONA

 

Niby urzędowy. "Na podstawie uchwały z dnia... 
wzywa się do opuszczenia bezprawnie zajmowa- 
nego lokalu." Podpis nieczytelny. I wysłać pocztą.

 

ON

 

Można spróbować. Nie mamy nic do stracenia.

 

2

 

ON

 

Dostała już? 
ONA

 

Wczoraj w południe. 
ON

 

No i co? 
ONA

 

No widzisz co? Nic. 
ON

 

Musiała się przerazić? 
ONA

 

Pewnie. 

background image

48 

 

ON

 

Czy nie domyśla się, kto pisał? 
ONA

 

Chyba nie.

 

ON

 

A nie sprawdzi tego?

 

ONA

 

Jak? Przecież nie wychodzi.

 

ON

 

Prawda. Ale to musiało na niej zrobić wrażenie.

 

ONA

 

Na pewno. Od wczoraj zamyka się na klucz.

 

ON

 

To znów nie jest dobrze. Zanadto się wycofała.

 

ONA

 

Może umrzeć   i nawet nie będziemy wiedzieli.

 

ON

 

Trzeba nasłuchiwać. Cicho. 
Pauza.

 

ONA

 

Nic nie słychać. Pewnie leży w łóżku. Ostatnio źle 
wyglądała. Nie ubierała się. Cały dzień w szlafro- 
ku. Skórę miała żółtą i suchą. Ona już się pewnie 
nie poci i nie płacze. Śmierć - to wysychanie.

 

ON

 

Nawet zaschły jej oczy. Czasem bałem się, że 
wypadną jak szklane paciorki.

 

ONA

 

Ostatnio bardzo wyłysiała. Przedtem wiązała so- 
bie na karku mały koczek. Niedawno stanęła 
tyłem do mnie. Zobaczyłam, że środek głowy ma 
łysy. Widać było po prostu różową, piegowatą 
skórę.

 

ON

 

I chodzi tak, jakby związana była sznureczkami. 
Pociągnąć mocniej, a wszystko się rozsypie.

 

ONA

 

Trzeba teraz uważać. Wciąż trzeba słuchać. Ci- 
szej.

 

Pauza.

 

ON

 

Nic nie słychać.

 

ONA

 

Ona jest za lekka. Podłoga pod nią nie skrzypi. 
Tylko rano i w południe słychać, jak sobie go- 
tuje.

 

ON

 

Kiedy byłem mały, złapałem jeża. Wsadziłem go 
do pudła od butów i związałem sznurkiem. Roz- 
mawiałem z nim. Stukałem palcem, a on się 
ruszał. Potem przestał.

 

ONA

 

Do czego zmierzasz?

 

ON

 

Do niczego. To wspomnienie.

 

background image

49 

 

3

 

ONA

 

Daj spokój. 
ON

 

No. 
ONA

 

Przestań. 
ON

 

Dlaczego? 
ONA

 

Nie mogę teraz. 
ON

 

Znów wariujesz. 
ONA

 

Jak będziemy sami.

 

ON

 

Jesteśmy sami. 
ONA

 

Ona... 
ON

 

Co ona? 
ONA

 

Złazi z łóżka, idzie do ściany i słucha.

 

ON

 

Bzdura. 
ONA

 

Poczekajmy, aż zaśnie. W lecie mieliśmy nad 
morzem mały pokoik. Osobny, na stryszku. Za 
ścianą tylko nietoperze. Byliśmy szczęśliwi.

 

ON

 

Czternaście dni.

 

ONA

 

Niedługo już nie będziemy mogli na siebie pa- 
trzeć. Znam już ciebie na pamięć. Czasem mam 
ochotę odejść.

 

ON

 

Trzeba się gubić i znajdować. To jest potrzebne

 

dla miłości. 
ONA

 

Moglibyśmy razem wyjechać.

 

ON

 

Dokąd? 
ONA

 

Do innego miasta. 
ON

 

W innym mieście to samo. 
ONA

 

Wszędzie to samo. 
ON

 

Czasem chcę mi się biec i krzyczeć.

 

ONA

 

Co krzyczeć? 
ON

 

Aaaooo! Tak. 
ONA

 

background image

50 

 

Ciasno, aż w gardle ściska. 
ON

 

Za dużo ludzi na ziemi. 
ONA

 

Włażą sobie na plecy. 
ON

 

W końcu będziemy stać ciasno stłoczeni od oce- 
anu do oceanu. Na brzegach będzie się topiło

 

starców. 
ONA

 

Cicho. Rusza się. Posłuchaj.

 

Pauza. 
ON

 

Nic nie słyszę. 
ONA

 

Tak jakby łóżko skrzypiało. 
ON

 

Złudzenie. 
ONA

 

Ciszej. Teraz.

 

Pauza.

 

Tak. Nic. Ostatni raz słyszałam ją wczoraj wie- 
czór. Było to zupełnie wyraźne. Coś upadło na

 

ziemię. 
ON

 

Może to ona upadła. 
ONA

 

Nie, to była pokrywka. 
ON

 

A potem nic.

 

ONA

 

Nic. 
ON

 

To już dwadzieścia godzin. 
ONA

 

Jak myślisz, co się tam dzieje? 
ON

 

Nie wiem. 
ONA

 

Ja też nie wiem. 
ON

 

Warto zajrzeć. 
ONA

 

Oszalałeś! 
ON

 

Nie mówię, żeby wchodzić. Ale zobaczyć.

 

ONA

 

Próbowałam przez dziurkę  od klucza.  Nic nie

 

widać. Na klamce wisi coś białego. 
ON

 

Ciszej. Coś się poruszyło. 
Pauza. 
ONA

 

To zegar. 
ON

 

background image

51 

 

Jeśli chodzi, musiała go wczoraj nakręcić. 
ONA

 

Niekoniecznie. Stare zegary nakręca się raz na

 

tydzień. 
ON

 

Racja. Chciałbym jednak wiedzieć. 
ONA

 

Prędzej czy później to się wyjaśni. 
ON

 

Nie ma powodu do alarmu.

 

ONA

 

Najważniejsze, żebyśmy byli spokojni. 
ON

 

Wiesz, mam pomysł. 
ONA

 

No? 
ON

 

Zróbmy doświadczenie. Udawajmy, że przybijamy

 

obraz. To tak, jakbyśmy do niej pukali. Jeśli się

 

odezwie, to będzie dowód. 
ONA

 

Dobry pomysł. Tylko po co się spieszyć. Można

 

to zrobić jutro, jeśli się nic nie zmieni. 
ON

 

Tak. Nie ma pośpiechu. Pośpiech może wszystko

 

popsuć.

 

4

 

ON

 

No jak? 
ONA

 

Nic. Rano też nic. 
ON

 

Jak to rozumiesz? 
ONA

 

Coś się stało. 
ON

 

Ale co? 
ONA

 

Nie wiem. Czasem lepiej nie wiedzieć. 
ON

 

Na razie. Ale to się musi rozstrzygnąć. Albo tak,

 

albo tak.

 

ONA

 

Wczoraj mówiłeś, że zastukasz. 
ON

 

Mogę zastukać. Minęło już czterdzieści godzin. 
Stuka, nadsłuchują.

 

Nic. 
ONA

 

Nawet się nie poruszyło. Jeszcze raz zastukaj. 
Stuka, nadsłuchują.

 

Dlaczego teraz stukałeś ciszej? 
ON

 

Wcale nie stukałem ciszej. Stukałem tak samo,

 

a nawet trochę mocniej. 

background image

52 

 

ONA

 

Nieprawda. Stukałeś ciszej. 
ON

 

To nie ma znaczenia. Nie odpowiada. Może śpi? 
ONA

 

Jeśli śpi mocno, nie zbudzi się. 
ON

 

Swoją drogą wolałbym wiedzieć. 
ONA

 

Wczoraj było cicho, ale dzisiaj jest ciszej. 
ON

 

Nie rozumiem. 
ONA

 

Wczoraj było cicho, ale dzisiaj jest ciszej. 
ON

 

Co to znaczy? 
ONA

 

Nie ciszej, ale bardziej głucho. Wczoraj było tak,

 

jakby tam ktoś był,  ale cicho siedział.  Dzisiaj

 

jest tak, jakby nie było nikogo. 
ON

 

Myślisz, że wyszła?

 

ONA

 

Wcale tego nie myślę. 
ON

 

Czy na korytarzu nic nie czułaś? 
ONA

 

Co miałam czuć? 
ON

 

No, zapach jakiś. 
ONA

 

Nic nie czułam. 
ON

 

Nic? Może zapach lekarstwa? To by znaczyło, że

 

jest chora. Jakby było czuć, tobyśmy wiedzieli. 
ONA

 

Tak. To byłaby wiadomość. 
ON

 

Może jeszcze raz zastukać? 
ONA

 

To nie ma sensu. Lepiej zobaczyć. 
On

 

Ale jak? 
ONA

 

Jej okna widać z kamienicy naprzeciw. 
ON

 

No to co? 
ONA

 

Można wejść na klatkę schodową i zobaczyć. 
ON

 

Myślisz, że będzie widać? 
ONA

 

Można spróbować. 
ON

 

Czy ona nie ma zasłon na oknach? 

background image

53 

 

ONA

 

Nie. Ma białe firanki do połowy okna.

 

ON

 

To dobrze. Teraz jest wieczór, będzie widać.

 

ONA

 

Idziesz? 
ON

 

Tak. 
ONA

 

Pójdę z tobą. 
ON

 

To nie jest konieczne. 
ONA

 

Mam dobry wzrok. 
ON

 

Ale trzeba, żeby ktoś tutaj został i nasłuchiwał.

 

ONA

 

Nic przecież nie słychać. 
ON

 

W każdej chwili może się coś stać. 
ONA

 

Szybko wrócisz? 
ON

 

Zobaczę i wrócę.

 

5

 

ONA

 

Dlaczego tak długo? 
ON

 

Bałaś się? 
ONA

 

Mówiłeś, że zaraz wrócisz. 
ON

 

Chciałem coś zobaczyć.

 

ONA

 

No i co? 
ON

 

Niewiele. 
ONA

 

Ciemno? 
ON

 

Nie, ale okno klatki schodowej   jest trochę z bo- 
ku. Widać róg szafy. Na środku pokoju krzesło.

 

Na krześle bielizna. 
ONA

 

To znaczy, że jest w łóżku. 
ON

 

Prawdopodobnie. 
ONA

 

Szkoda, że łóżka nie widać. 
ON

 

Wychylałem się, ale nie widać. 
ONA

 

To by posunęło sprawę. 
ON

 

Jak to: posunęło? 

background image

54 

 

ONA

 

Co poza tym widziałeś? 
ON

 

Nic. 
ONA

 

Żadnego ruchu? 
ON

 

Raz jakby coś przemknęło. Ale to była skaza na

 

szybie.

 

ONA

 

To wszystko?

 

ON

 

Wszystko. 
ONA

 

Niewiele. 
ON

 

Ważne jest, że światło się pali. Tam jest bardzo

 

jasno. Pali się górne  światło i pewnie jeszcze

 

nocna lampka.

 

ONA

 

Ona nigdy tak długo nie pali światła.

 

ON

 

Tak. Chyba że jest sama. W ciemności człowiek 
jest samotny. Nawet sprzęty nie mogą go pocie- 
szyć. Kiedy wychodziliśmy, paliła wszystkie 
światła. Ona bała się ciemności.

 

ONA

 

Dlaczego powiedziałeś „bała się"? Myślisz, że te- 
raz już się nie boi?

 

ON

 

To nie ma znaczenia. Czy słyszałaś coś?

 

ONA

 

Zdawało mi się, że ktoś krzyknął. Ale to pewnie

 

na ulicy. 
ON

 

Pewnie na ulicy. 
ONA

 

To był wysoki krzyk. Tak nawołują się młodzi.

 

Może mi się w ogóle przesłyszało. 
ON

 

Prawdopodobnie. Zresztą tam się już nic nie dzie- 
je. 
ONA

 

Myślisz, że to koniec? 
ON

 

Koniec czego?

 

ONA

 

Sam powiedziałeś, że już się nic nie dzieje. 
ON

 

To znaczy, jest spokój. 
ONA

 

Raczej cisza. Jeszcze inna niż wczoraj. Jak prze- 
paść. 
ON

 

To nerwy. 

background image

55 

 

ONA

 

Na pewno. 
ON

 

Najważniejszy jest  spokój.   Mamy  spokój.  Jest

 

cisza. 
ONA

 

Można jeszcze coś spróbować? 
ON

 

Co? 
ONA

 

Nastawić na głos radio i otworzyć drzwi od ko- 
rytarza. Jeśli śpi, to powinna się zbudzić. 
ON

 

Spróbujmy. 
ONA

 

Wyjdź na korytarz i słuchaj.

 

Hałaśliwa muzyka. 
ON

 

Zamknij, do diabła! 
ONA

 

Co się stało? 
ON

 

To świństwo. To nie ma sensu. Teraz powinien

 

być spokój. 
ONA

 

Jak długo będzie to trwało?

 

ON

 

Nie wiem.

 

ONA

 

Trzeba się w końcu na coś zdecydować.

 

ON

 

Robimy wszystko, co można zrobić.

 

ONA

 

Trzeba tam wejść.

 

ON

 

Lepiej trochę później.

 

ONA

 

To już chyba dojrzało.

 

ON

 

Poczekajmy do rana. Jest noc.  Rano wszystko

 

inaczej wygląda.

 

6

 

ON

 

Nie śpisz?

 

ONA

 

>              Nie.

 

ON

 

Dlaczego? 
ONA

 

Nie mogę.

 

ON

 

Ja też nie mogę.

 

ONA

 

Boję się zasnąć, żeby się nie śniło.

 

ON

 

background image

56 

 

Mnie się nigdy nic nie śni.

 

ONA

 

To lepiej. 
ON

 

Może lepiej. Gdy zasypiam, czuję, że umieram. 
ONA

 

To nieprzyjemnie. 
ON

 

Nic nie boli. Coś się od nas oddziela i potem nie

 

może wrócić.  Krąży nad zamkniętym ciałem i

 

nie ma którędy wejść. 
ONA

 

Mówmy o czymś weselszym. 
ON

 

Co kupimy, kiedy wygramy na loterii? 
ONA

 

Samochód. 
ON

 

Albo domek. Samochód i domek. 
ONA

 

Jakiej marki będzie nasz samochód? 
ON

 

Nie wiadomo, na co dostaniemy talon. No i nie

 

wiadomo, czy wygramy. 
ONA

 

Nie umiesz marzyć. 
ON

 

Spij lepiej. Już późno.

 

ONA

 

Nie mogę. Lepiej rozmawiajmy. Dokąd pojedzie- 
my w lecie?

 

ON

 

Jak zwykle. Nad morze.

 

ONA

 

A może w góry.

 

ON

 

Jak pada w górach deszcz, to się można po- 
wiesić.

 

ONA

 

Jak pada nad morzem deszcz,  też  się można

 

powiesić.

 

ON

 

Można pojechać na dwa tygodnie w góry i na

 

dwa tygodnie nad morze.

 

ONA

 

Właśnie.

 

ON

 

Tylko wtedy dużo wydamy na kolej.

 

ONA

 

Przecież tylko tak mówimy.

 

ON

 

No to w porządku.

 

ONA

 

Która godzina?

 

ON

 

background image

57 

 

Niedługo świt.

 

ONA

 

Nie lubię świtu. To tak, jakby do gardła lali eter.

 

ON

 

Staraj się zasnąć.

 

ONA

 

Nie mogę.

 

ON

 

Jest tak, jakbyśmy całą noc czuwali nad nią.

 

ONA

 

Nie mów o niej teraz. 
ON

 

Za parę godzin będziemy to już mieli poza sobą. 
ONA

 

Uwolnimy się.

 

ON

 

Jestem  piekielnie  zmęczony.   Nic  nie robiłem,

 

a jestem piekielnie zmęczony. 
ONA

 

To nerwy. Zamknij oczy. 
ON

 

Chciałbym, żeby już było po wszystkim.

 

7

 

ON

 

Jak myślisz, czy to jest teraz pewne? 
ONA

 

Chyba tak. Całą noc paliło się tam światło. Teraz

 

też się pali. Kto pali w dzień światło? 
ON

 

Może tylko osłabła. 
ONA

 

Za długo to trwa. 
ON

 

Co robimy? 
ONA

 

Nie ma na co czekać. Trzeba wejść. 
ON

 

A jeśli zamknięte? 
ONA

 

Wszystko jedno, trzeba wejść. 
ON

 

Może to jeszcze trwa. 
ONA

 

Dłużej nie można czekać. Mam iść z tobą? 
ON

 

Zostań tutaj.

 

ONA

 

Wracaj zaraz. 
ON

 

Zobaczę i wrócę.

 

Pauza. On wraca.

 

ON

 

Koniec. 
ONA

 

Trzeba zaraz otworzyć okno. 

background image

58 

 

ON

 

I posłać po lekarza. 
ONA

 

Blady jesteś. 
ON

 

Muszę trochę posiedzieć. 
ONA

 

Jak wygląda? 
ON

 

Dobrze. To musiało się stać niedawno. 
ONA

 

Leży? 
ON

 

Tak. 
•      ONA

 

Trzeba ją ułożyć, zanim zesztywnieje.

 

ON

 

Może poprosimy stróżkę?

 

ONA

 

Lepiej wszystko załatwić samemu. Musimy wy- 
stępować jako rodzina. Inaczej na pokój położą 
łapę.

 

ON

 

To będzie nas trochę kosztowało.

 

ONA

 

Trudno.

 

ON

 

I dużo chodzenia. 
ONA

 

Weź zwolnienie. 
ON

 

Trzeba posłać po lekarza. Musi być świadectwo.

 

Nie można długo zwlekać. 
ONA

 

Myślisz, że oni badają. Dotkną tylko i wypełnią

 

druczek. 
ON

 

Wszystko jedno, ale to trzeba mieć poza sobą. 
ONA

 

Najlepiej zatelefonuj. 
ON

 

Tak. Chwilę jeszcze posiedzę. 
ONA

 

Chcesz wody? 
ON

 

Nic nie robiłem, a jestem piekielnie zmęczony. 
ONA

 

To nerwy. Musimy zaraz wziąć się do roboty. 
ON

 

Nie będziemy mieli czasu rozpamiętywać. 
ONA

 

Trzeba jej rzeczy zapakować i znieść do piwnicy.

 

Zostawimy tylko łóżko. Do czasu aż ją zabiorą. 
ON

 

Trzeba wywietrzyć. Trzeba dużo wietrzyć. 

background image

59 

 

ONA

 

Podłogę najlepiej wywiórkować. Czy tam jest ta- 
peta? 
ON

 

Tapeta.

 

ONA

 

Trzeba ją zedrzeć. I pomalować. ON

 

Najlepiej na jasny kolor. ONA

 

Żółty. ON

 

Tak, żółty. Żeby było zawsze jasno.

 

background image

60 

 

Lalek

 

(Sztuka na głosy)

 

Głosy:

 

REPORTER, BABKA, radio, glosy, BARAŃSKI, MA- 
RYSIA, CHŁOPIEC, dzieci, POETA, KIEROWNIK, 
LISTONOSZ, REFERENT, LALEK, RYBAK I, RY- 
BAK II, JADZIA, MANIA, A., B., C, D., E., F., G., 
H., HELA, ŻUK, LODZIA

 

background image

61 

 

I. OPIS

 

REPORTER

 

Okolica ukształtowana przez lodowiec w epoce 
dyluwium. Morena denna. Zandry. Torf. Margłe. 
Glina i piasek. Piasek. Piaski neogenu. Piasek. 
Na tym puszcza, a w niej małe jeziorka-suchary.

 

BABKA

 

Ja ślepa, panie, ale pamiętam, wszystko pamiętam. 
Nic, ino stek i ślozy. Wojny i wojny bez końca.

 

REPORTER

 

Początkowe osady Jadźwingów. Wytępieni przez 
Krzyżaków. Osadnictwo ruskie, litewskie i pol- 
skie. W XV wieku miasto należało do bogatego 
zgromadzenia kapucynów bosych. Czarna zaraza 
dziesiątkuje ludność w XVI wieku. Prawa miej- 
skie nadane przez Jana Sobieskiego. Wielki pożar 
niszczy je w 1761 roku. Po rozbiorach przypadło 
Rosji. Ożywiona działalność powstańców. Liczne 
groby w lasach. Miejsce zimowej ofensywy Hin- 
denburga. Dwadzieścia tysięcy zabitych. W latach 
1944/45 trzy razy przechodziło z rąk do rąk. 
Osiemdziesiąt procent zniszczeń.

 

BABKA

 

Ja ślepa, panie, ale pamiętam, wszystko pamię- 
tam. Strach taki padł na ludzi, że drzwi zawarli. 
Tylko przez szpary patrzyli, jak oni przez miasto 
pędzą. Strzelali do wszystkiego, co żywe.

 

REPORTER

 

Siedem tysięcy mieszkańców. Fabryka obuwia. 
Przetwórnia tytoniu. Tartak. 
BABKA

 

Potem armaty zaczęły bić po chałupach. Kazali 
wszystkim wyjść i pędzili przed siebie. Wójcik 
sąsiad schował się na stryszku. Wyciągnęli i ubili. 
Trzy dni leżał przed chałupą jak wilk. 
REPORTER

 

Jesteśmy na rynku. Rynek, jak wiadomo, serce 
miasta. Przyjeżdża tutaj autobus z Warszawy. 
GŁOS

 

Tylko w lecie. 
REPORTER

 

Ratusza jakoś nie widzę. 
GŁOS

 

Spalony. 
REPORTER

 

Na rynku ruch. Mnóstwo wozów. Czy tu zawsze 
tyle furmanek? 
GŁOS

 

Dzisiaj targ. 
REPORTER

 

Nad rynkiem unosi się gęsty zapach mleka, ja- 
rzyn i końskiego nawozu. 
RADIO (fragment koncertu f-moll Chopina) 
GŁOSY

 

Taniej nie kupi. Para trzy złote. Świeżutkie, pani. 

background image

62 

 

Dzisiejsze. Chuda nie jest, mięsna jest, nie chuda. 
Ziarnem karmiona. Para dwa osiemdziesiąt. 
Świeżutkie. Jeszcze ciepłe. Niemałe. Takie jak 
kurze. Ziarnem karmiona. Chuda nie jest. Leży 
tak, bo upał. Gdzie tam, nie zdycha. Mięsna jest, 
nie chuda. Suchy rok.

 

REPORTER

 

Granica między wsią i miastem jest płynna. Ob- 
serwujemy tu zjawisko struktur przejściowych, 
wzajemnego przenikania i nieuniknionych anta- 
gonizmów. Można obrazowo powiedzieć, że mamy 
tu ciągłą walkę między owsem a brukowcem.

 

RADIO (jw. koncert Chopina f-moll)

 

REPORTER

 

Domki parterowe, jednopiętrowe. Jedyny budynek 
dwupiętrowy to sąd. Skupione są wzdłuż dwu, jeśli 
tak można powiedzieć, arterii. Na zachód ulica 
Warszawska, ta, którą przejeżdża autobus, łączy 
miasteczko z resztą kraju. Na końcu jej "Hotel pod 
Różą". Do drzwi przybita kartka: 'Właściciel hotelu, 
gdy konieczny, proszę pukać w okno domku drew- 
nianego". Na wschód aleja Lipowa przechodzi w 
drogę leśną. Niedaleko granica. Na końcu alei Li- 
powej dom Barańskiego. Emeryt. Odnajmuje pokoje 
letnikom. W zimie nie wychodzi z domu. Mówi, że 
wilki podchodzą aż pod okna.

 

BARAŃSKI

 

Idzie panna Marysia do lasu, niech uważa na 
wilki.

 

MARYSIA

 

Takie na dwu nogach?

 

BARAŃSKI

 

Nu, nie ma śmiechu. Są wilki w lesie.

 

MARYSIA 
E tam.

 

BARAŃSKI

 

Ja tu mieszkam, to wiem. Jak panna Marysia 
spotka wilka, to nie uciekać, nie krzyczeć, a śpie- 
wać. Stać w miejscu i śpiewać. To wilk nie ruszy.

 

REPORTER

 

Na lewo od alei Lipowej, nad jeziorem - Rybaki,

 

najuboższa, że tak powiem, dzielnica. Bardzo ma- 
lownicza zresztą. W piasku jak wróble bawią się

 

dzieci. Chodzicie do szkoły? 
DZIECI

 

Nie. My za małe. 
REPORTER

 

A ty chodzisz? 
CHŁOPIEC

 

Do trzeciej klasy. 
REPORTER

 

A co robisz? 
DZIECI

 

On, proszę pana, jest gołębiarz. 
REPORTER

 

background image

63 

 

Hodujesz gołębie? To bardzo ładnie. 
DZIECI

 

On wczoraj jedną parkę ukradł. 
CHŁOPIEC

 

Nieprawda 
REPORTER

 

A co robisz ze swoimi gołębiami? Sprzedajesz? 
CHŁOPIEC

 

Nie. 
REPORTER

 

A co? 
CHŁOPIEC

 

Zamieniam. 
REPORTER

 

To znaczy, jesteś amatorem. Lubisz ptaki? 
CHŁOPIEC

 

Ptaki nie za bardzo. Gołębie lubię. 
REPORTER

 

Żegnamy naszego rezolutnego gołębiarza... 
POETA

 

Dzień dobry, redaktorze.

 

REPORTER

 

Cóż za miłe spotkanie. Zupełnie niespodziewa- 
ne. Poeta Teodor, którego chyba nie muszę na- 
szym widzom przedstawiać. Czy spędza pan tu 
urlop?

 

POETA

 

Tak. Jak co roku. Tu i nigdzie indziej. Jestem 
bardzo związany z terenem. Od lat zakochany 
w tych stronach, i to nie bez wzajemności. Wczo- 
raj kierowca autobusu zobaczył mnie na szosie 
i zatrzymał pojazd.

 

REPORTER

 

To bardzo miło, bardzo miło. Czy moglibyśmy 
prosić?

 

POETA

 

No, jeśli to konieczne. Wiersz pod tytułem Mia- 
steczko. Napisałem go dziś w nocy.

 

Na cztery spusty 
miasteczko zamknięte 
błękitnym kluczem 
jeziora i lasów

 

pióra zachodu 
pisały historię 
ale milczały 
pióra kronikarzy

 

jeno historyk- 
-fotograf opiewa 
tłuste bobasy 
wesela pogrzeby

 

jedyny pomnik 
który tu ocalał

 

stoicka koza

 

w samym środku rynku

 

mógłbym tu mieszkać 

background image

64 

 

jak na dnie pudełka 
w gnieździe po osach 
w zepsutym zegarze

 

- miasteczko moje 
miasteczko

 

samo się toczy 
nikt go nie nakręca 
od piania świtu 
aż do piania śmierci

 

REPORTER

 

Poeta Teodor oddala się poruszając kształtną gło- 
wą. Na chwilę przystaje, jakby nasłuchiwał szu- 
mu skrzydeł nad sobą. No i znów jesteśmy na 
rynku. Odjechały konie, wozy, ludzie. Teraz wy- 
chodzą głodne psy.

 

BABKA

 

Pamiętam, wszystko pamiętam. Oczu nie mam, 
ale pamiętam. Oczy mi teraz niepotrzebne.

 

REPORTER

 

Z czterech czarnych megafonów, ustawionych na 
rogach rynku, na brązowe kałuże końskiego mo- 
czu, na źdźbła słomy i grzbiety głodnych psów 
spływa dojrzały fragment prozy.

 

RADIO

 

...Czasami miałem już tylko krótkie chwile, tyle, 
aby usłyszeć trzeszczenie wyschłej boazerii, aby 
otworzyć oczy, wlepić je w kalejdoskop mroku 
i - dzięki chwilowemu błyskowi świadomości -

 

kosztować snu, w którym pogrążone są meble, 
pokój, wszystko, czego ja byłem tylko cząstką 
i z czym niebawem znów się łączyłem w bezczu- 
ciu: lub też śpiąc cofałem się bez wysiłku w mi- 
niony na zawsze wiek...

 

REPORTER

 

Sąd powiatowy. Brązowa sala. Zapach mokrego 
pierza, machorki, potu.

 

GŁOSY

 

No więc jak z tym było? Łaciasta była. Mleczna. 
Nie o to idzie. Kto ją dostał w spadku? Ojciec 
umarli w tysiąc dziewięćset dwudziestym pierw- 
szym. Matka w trzy lata, jakoś tak na Wielkanoc. 
To wiemy. Chodzi o krowę. Kto ją dostał? We- 
ronka. Nijakiej krowy, proszę Wysokiego Sądu, 
nie dostałam. Proszę Wysokiego Sądu, jest rze- 
czą jasną, że moja klientka jako niepełnoletnia 
nie mogła wejść w posiadanie krowy. Nabyła 
tylko prawo własności. Zgłaszam wniosek, aby 
wobec trudności w ustaleniu stanu faktycznego... 
Matka przed śmiercią mówi: „Tekla, uważaj na 
Józka, wiesz, jaki on lichy chłop". Wysoki Sąd 
zechce uwzględnić zasiedzenie. A kto za pochó- 
wek zapłacił? Jaki tam pochówek. Trumna nawet 
nie pomalowana. Proszę Wysokiego Sądu nie 
zapominać, że z działu trzeba wydzielić majątek 
wniesiony przez Natalię z Bućków. Goła przy- 

background image

65 

 

szła, Wysoki Sądzie. Gębę tylko miała niena- 
żartą. 
REPORTER 
Naprawdę atmosfera tu jest nie do zniesienia. 
Wychodzę na rynek. 
BABKA 
Dziękuję, panie, Bóg zapłać. Stara niedołężna, 
ale pamięta. Pożar był wtedy taki wielki. Jasno 
jak w dzień. Ona krzyczała: „Puście mnie! Tam 
są moje dzieci!" Porwała wszystko na sobie. 
RADIO 
...Ciało samego Gola, z materii równie nadprzy- 
rodzonej co materia jego konia, dawało sobie radę 
z wszelką rzeczową przeszkodą, z wszelkim spot- 
kanym w drodze przedmiotem, czyniąc zeń sobie 
kościec i wchłaniając go, choćby to była klamka 
u drzwi, na której oblepiała się natychmiast 
i wpływała niezwyciężenie jego czerwona szata 
albo jej blada twarz, zawsze jednako szlachetna 
i melancholijna, ale nie zdradzająca żadnego 
wzruszenia tą transwertebracją... 
REPORTER 
Północną stronę rynku zajmuje spółdzielnia wie- 
lobranżowa: smoła, Brandys, perfumy, łańcuchy, 
buty, perkal, kosy, pierścionki, zgrzebła, zegarki, 
lusterka... 
KIEROWNIK 
Z zaopatrzeniem nie mamy teraz trudności, brak 
nam jeszcze tylko niektórych części. 
REPORTER 
Dwa zakłady zbiorowego żywienia. Restauracja 
„Pojezierze" i jadłodajnia: barszcz ukraiński, kot- 
let, kaszanka. 
KIEROWNIK 
Jeśli chodzi o spożycie wódki, to staramy się 
je zastąpić przez spożycie wina. Prowadzimy 
nowy gatunek pod nazwą „Północne", które cie- 
szy się dużą popularnością wśród konsumen- 
tów, 
REPORTER 
Myślę, że warto też zajrzeć do któregoś z zakła- 
dów pracy. Zbliża się już czwarta. Przepraszam, 
jak dojść do fabryki obuwia? 
LISTONOSZ 
Idę tam. 
REPORTER 
Pan tutejszy? 
LISTONOSZ 
Listonosz. 
REPORTER 
Stale pan tu mieszka? 
LISTONOSZ 
Stale tu nawet kamieniem nie siedzę. Ja za 
Mikołaja w wojsku był. Nie to, co teraz, twarda 
służba. Co się człowiek nacierpiał biedoty i tru- 

background image

66 

 

doty. A tych aeroplanów nie znali jak teraz; 
wszystko piechotą chodziło. Będzie tak, przej- 
dziesz trzydzieści kilometrów, nóg nie czujesz, 
a oficery każą kłaść się na ziemi, w mundurze, 
z karabinem, z patronami. Nie na plecach, bo 
wtedy trudniej na alarm wstać. Na brzuchu le- 
żysz. W Piotrogrodzie, dwa tygodnie, dobrze było 
jak u Boga za drzwiami. Ale różne zarazy zaczęły 
po ludziach chodzić. My spali z jednym z naszych 
stron koło siebie na pryczy. Budzę się raz w no- 
cy, on gorący jak piec. Patrzę, czerwone paciorki 
ma na czoło nałożone. To był brzuszny tif. Za- 
raziłem się, dwa tygodnie leżałem bez duszy. 
Wychodzę pierwszy raz po chorobie, a staliśmy 
naprzeciw stacji. Idę ja i widzę: dwa wagony 
trupów, i to w kalesonach jak drewka poukła- 
dane. 
REPORTER 
Pracownicy tego zakładu to przeważnie młodzi 
ludzie. 
KIEROWNIK 
W pierwszym kwartale mieliśmy trudności ma- 
teriałowe, toteż zakreślonych planów nie wyko- 
naliśmy. Siłą rzeczy premii na zakładzie nie wy- 
płacono. W drugim kwartale pokonaliśmy braki 
w zaopatrzeniu. Także jeśli chodzi o rytmiczność, 
jest w chwili obecnej lepiej. 
REPORTER 
Czy kierownictwo zakładu stara się zorganizować 
rozrywki dla swoich młodych pracowników? 
KIEROWNIK 
Jeśli chodzi o zagadnienia kulturalno-oświatowe, 
to mamy specjalnego referenta, który ukończył 
kurs. 
REFERENT 
Maciąg Jan, referent KO. Więc mamy świetlicę, 
gdzie można przeczytać czasopisma. Stoły ping- 
pongowe. Radio, i chcemy kupić telewizor.

 

REPORTER

 

A czy pracownicy z tego korzystają?

 

REFERENT

 

Chwilowo nie, bo jeszcze trzeba okna wstawić.

 

Zresztą wielu jest takich, co to wolą pójść do

 

„Stodoły". 
REPORTER

 

Do „Stodoły"? 
REFERENT

 

Taka buda nad jeziorem. W soboty i niedziele

 

zabawy. I popić można. 
REPORTER

 

A pan? Co pan robi po pracy? 
KIEROWNIK

 

No, Lalek. Odpowiedz panu redaktorowi. Czego

 

się wstydzisz? 
LALEK

 

background image

67 

 

Ja przeważnie spotykam się z kolegami. 
REPORTER

 

No i pewnie dokądś idziecie.

 

LALEK

 

Jak jest gdzie. 
REPORTER

 

A kino? 
LALEK

 

Nie zawsze się dostanie. No i jak pójdzie się

 

w sobotę, to w niedzielę nie ma się co robić. 
REPORTER

 

Można do Domu Kultury. 
LALEK

 

Niby można. Niedawno byłem na odczycie. Przy- 
jechał autor z Warszawy. Jakoś na „W" się na- 
zywał. Taki duży, gruby. Może go pan zna? Czer- 
wony na twarzy. Swoją taksówką przyjechał. 
Wańkiewicz, zdaje się. Jak jest pogoda, idziemy 
nad jezioro. Także do „Stodoły" czasami. 
REPORTER

 

Często zaglądacie do „Stodoły"? 
LALEK

 

Tak. Tam właściwie wszystkich można spotkać.

 

Całe koleżeństwo. 
REPORTER

 

Warto chyba zajrzeć do tej „Stodoły", o której

 

tyle się mówi. Trzeba przejść przez całe miaste-     

 

czko - przez rynek oczywiście. 
RADIO

 

...Aliści siostra hrabiego de Fromentier, piękna 
Adela, wzbudza gorące uczucia w sercu don Se- 
bastiana, na poły awanturnika, na poły zdobywcy 
serc niewieścich. Wśród szalejącej burzy don Se- 
bastian przebiera się za mniszkę. Następuje sze- 
reg zabawnych scen i komicznych nieporozumień. 
REPORTER

 

„Stodoła" jest to duży barak, położony kilometr 
za domem Barańskiego, na skraju lasu, nad je-

 

ziorem. Podmokła ścieżka nad brzegiem. Koło 
trzcin nieruchome sylwetki rybaków.

 

RYBAK I

 

Nic nie ciągnie.

 

RYBAK II

 

Nie bój się. Jezioro gładkie.

 

RYBAK I 
To co?

 

RYBAK II

 

Gorąco. Upał dusi wodę. Ryby będą podpływały 
do brzegu.

 

RYBAK I

 

Dużo złowiłeś?

 

RYBAK II

 

Same kiełbie i dwa okonie.

 

RYBAK I 
Niedużo.

 

background image

68 

 

RYBAK II

 

Jak słońce będzie zachodzić, popłyniemy przez 
Anacha za trzcinę, pod Olchami, do Głębokiej 
Buchty. Ty zasadzisz się na Kuciej Fai, ja popłynę 
na Generalski Róg. Tam można szczupaka na 
błyszczkę upolować.

 

RYBAK I

 

Można spróbować.

 

BABKA

 

...Ludzie żyli po lasach jak dziki. Kto mógł, jamę 
sobie wygrzebał, gałęziami nakrył...

 

REPORTER

 

Poeta Teodor łowi wieczór w sieć swego natchnie- 
nia.

 

POETA

 

„Taka chwila"

 

trzy poziomy

 

spodem łąki woda

 

i szuwary to już chyba wszystko

 

wyżej dom pośród sadów i stoków 
dach czerwienią odpiera niebiosa 
sygnaturka dla pobożnych obłoków

 

to ostatnie to już trzeci wymiar 
młyn słoneczny albo szarfy wieczoru 
czarna trawa bardzo dużo gwiazd

 

jednym okiem można to objąć

 

i na korze serca wypisać

 

lecz by wygrać trzeba trudnych nut

 

na

 

na tę chwilę, która właśnie się spełnia 
bowiem potem już tego nie będzie 
jeden głos jeden kolor ubędzie

 

teraz jaskółki ostrzą powietrze 
młodzi spotykają się przy grobli 
będzie pewnie jeszcze jeden wieczór

 

background image

69 

 

II. STODOŁA

 

KIEROWNIK

 

Jadzia! Kufle przygotowane? 
JADZIA

 

Przygotowane, panie kierowniku. 
KIEROWNIK

 

Pokaż! Co ty, Jadzia? Chora? 
JADZIA

 

Dlaczego?

 

KIEROWNIK

 

Na sobotę tyle kufli. 
JADZIA

 

Jak jest za dużo, to się tymi kuflami biją. 
KIEROWNIK

 

Od tego jesteś, Jadzia, żeby uważać. 
JADZIA

 

Co ja mogę, kierowniku? 
KIEROWNIK

 

Jak się chcą bić, wyrzucaj za drzwi. Mało tam

 

kamieni?

 

Kufle muszą stać na stoliku. 
JADZIA

 

Może je przywiązać sznurkiem. 
KIEROWNIK

 

Pomyślimy o tym. A teraz leć, Jadzia, do maga- 
zynu po kufle.

 

Szklanki masz? 
JADZIA

 

Po co szklanki? 
KIEROWNIK

 

Na wódkę. 
JADZIA

 

I tak wolą w kuflach. 
KIEROWNIK

 

Nie mają prawa. 
JADZIA

 

Strasznie tłuką szklanki. 
KIEROWNIK

 

Od tego jesteś. Uważaj. Leć do magazynu. Zaraz

 

zaczną przychodzić. Maniu! 
MANIA

 

Co jest? 
KIEROWNIK

 

Odłóż gazetę!

 

MANIA

 

Tak jest - panie kierowniku. 
KIEROWNIK

 

Mania, mówi się do ciebie. 
MANIA

 

No? 
KIEROWNIK

 

Uważaj więcej. 
MANIA

 

Ty jesteś od uważania. 
KIEROWNIK

 

background image

70 

 

Mam dzisiaj zebranie. 
MANIA ironicznie

 

Aha. 
KIEROWNIK

 

Patrz dobrze, co się dzieje. Nie czytaj gazety pod

 

bufetem. 
MANIA

 

Kiedy wrócisz? 
KIEROWNIK

 

Nie wiem. Uważaj, Mania, jak Jadzia resztę wy- 
daje. 
MANIA

 

Ja się do niej nie mieszam. 
KIEROWNIK

 

I trzeba pilnować, żeby nie tłoczyli się koło bufetu. 
MANIA

 

Zawsze się tłoczą. 
KIEROWNIK

 

Nie mają prawa. Zamówić. Zapłacić i wynosić się. 
MANIA

 

Tak się mówi. 
KIEROWNIK

 

I żeby awantur nie było. Jak się awanturują, za 
drzwi wyrzucić. Niech się w lesie awanturują.

 

MANIA

 

W lesie ciemno. Niebezpiecznie. Wolą tutaj. 
KIEROWNIK

 

Masz kufle, Jadzia? 
JADZIA

 

Mam. 
KIEROWNIK

 

Mania, odłóż gazetę. Uważaj na wszystko. 
Wychodzi.

 

1

 

A.

 

Gdzie siadamy? 
B.

 

Pan jesteś nasz gość. Niech pan wybiera. 
A.

 

Może tutaj. Panno Helu, pani będzie łaskawa. 
B.

 

Hela, nie bój się. Nie zjemy ciebie. Lecę po szkło. 
A.

 

Śliczna laleczka z panny Heli.

 

2

 

C.

 

Najlepiej pod radiem. 
D.

 

Po co pod radiem. 
C.

 

Muzyka pod śledzika.

 

D.

 

Ja ciebie lubię jak brata. 
C.

 

Ja też cię szanuję. I to od początku, jak pierwszy

 

background image

71 

 

raz cię zobaczyłem. 
D.

 

Ty! Nie śpij! 
E.

 

Gorąco. 
C.

 

Napij się lemoniady. Niedobrze ci? 
E.

 

Dobrze.

 

3

 

LALEK

 

Tutaj pod oknem. 
F.

 

Siadajcie. 
LALEK

 

Ale upał, koszula się klei. Otwórz okno. 
G.

 

Teraz lepiej. 
LALEK

 

Idziesz po nią? 
H.

 

Idę, zajmijcie miejsce. 
F.

 

Przyprowadź ją. Pamiętaj. 
H.

 

Przyprowadzę, jak będzie chciała. 
F.

 

Co znaczy, nie będzie chciała?

 

H.

 

No wiesz, jak jest. 
F.

 

Nie łam się, chcesz, żebym z tobą poszedł? 
H.

 

Sam załatwię.

 

4

 

A.

 

No co? Dlaczego się Hela rumieni? 
B.

 

Pijesz pierwszy raz z mężczyznami? 
HELA

 

Nie pierwszy. 
A.

 

A tata nie przylecą z kijem? 
HELA

 

Chyba nie. 
A.

 

No, zaczynajmy. Zdrowie naszej jedynaczki.

 

B.

 

Żeby urodziła czworaczki. 
Piją-

 

5

 

C.

 

Słuchaj mnie, Józik. Ja cię lubię jak brata. 
D.

 

Ja też cię szanuję. Ty wiesz. Znamy się nie od

 

background image

72 

 

dzisiaj.

 

C.

 

Trzeba zjeść beczkę soli. 
D.

 

Nie bądź głupi. Nie jedz soli, weź śledzia. 
C.

 

Mówię  przysłowiowo.  Że  z  człowiekiem  trzeba

 

zjeść beczkę. 
D.

 

Jaką beczkę? 
C.

 

Żeby go poznać. 
D.

 

A ty kiedy mi oddasz tę beczkę, co mi z magazynu

 

wziąłeś w miesiącu marcu? 
C.

 

Józik, ty pijany chyba jesteś. Dawno ci zwró- 
ciłem. 
D.

 

Nie rób ze mnie jelenia. 
C.

 

0  szczeniaku. Tego to ja nie lubię. 
D.

 

Ty szmaciarzu. 
C.

 

Zabierz ręce, bo cię skrzywdzę. 
RADIO

 

Le francais par la radio. Nasi przyjaciele Denise

 

1 Renę wybrali się do restauracji. Wita ich kelner 
- garcon. „Le garcon" to w tym przypadku nie 
chłopak,  ale kelner.  Garcon:  Entrez messieurs 
dames. Voici le menu. Denise i Renę studiują 
kartę  -  le  menu,  le  menu,  wybierają  sałatkę 
z pomidorów i pasztet wiejski - une salade de 
tomate, une salade de tomate et le pate de cam- 
pagne, le pate de campagne.

 

Na drugie nasi przyjaciele wybierają chateau- 
briand aux pommes. Potrawa nazwę swą za- 
wdzięcza pisarzowi i dyplomacie Francois Renę 
de Chateaubriand 1768-1848... 
6.

 

LALEK

 

No co? 
H.

 

Flaki. 
LALEK

 

Kozak to ty nie jesteś. 
H.

 

Co, miałem za włosy ją ciągnąć? 
LALEK

 

Wystarczyło za rękę. 
H.

 

Powiedziała, że może przyjdzie potem. 
G.

 

Po czym? 

background image

73 

 

H.

 

Co mnie osrebrzacie. Zlatałem się jak głupi. Cały

 

mokry jestem. 
LALEK

 

Napij się. 
H.

 

Lemoniadę dajesz. 
G.

 

Mleka chcesz? 
H.

 

Od wściekłej krowy. 
LALEK

 

Panie  Niedźwiecki.  Zamknij  pan tego Fransa. Puściłby pan muzykę jaką.

 

7

 

A.

 

Zaraz rumieńców panna Hela dostała. B.

 

Nie ma się czego wstydzić, Hela. HELA

 

Nie wstydzę się, tylko gorąco. A.

 

To niech panna Helia bluzeczkę zrzuci. HELA

 

Panie Władziu! Pan - starszy człowiek! A.

 

A co, starszym nic się nie należy? B.

 

Hela nie lubi starszych. HELA

 

Jak będziecie dokuczać, to sobie pójdę. A.

 

Pożartować można.

 

8

 

LALEK

 

Rozmawiałeś z nią czy z matką? H.

 

Z nią.

 

LALEK

 

I co powiedziała? 
H.

 

Ale nudny jesteś, Lalek. 
LALEK

 

No powiedz? 
H.

 

Powiedziałem: „Ubieraj się, Lodzia. Idziemy do

 

«Stodoły» Lalek czeka". 
LALEK

 

A co ona? 
H.

 

Powiedziała, że sukienki nie ma. 
G.

 

Gorąco jest. Mogła przyjść goła. 
LALEK

 

Ty schowaj swoje kawały do kieszeni. 
G.

 

Nie obrażaj się, Lalek. 
H.

 

No to chlup, panowie.

 

Piją. 
LALEK

 

Ciepła. Nie smakuje mi dzisiaj.

 

9

 

C.

 

Daj gęby, Józik. Nie gniewaj się. 

background image

74 

 

D.

 

Co ty? Porozmawiać zawsze można. 
C.

 

Ty! Nie śpij.

 

E.

 

Bardzo gorąco. 
C.

 

Napij się lemoniady. 
D.

 

Spił się jak świnia. 
C.

 

Ja ciebie za to lubię, Józik, zawsze jesteś w po- 
rządku. 
D.

 

Człowiek jest człowiekiem. 
C.

 

Przez ludzi do ludzi. No, Józik, twoje zdrowie!

 

Piją. 
D.

 

A ta świnia śpi. 
C.

 

Nie bój się. Żona go zbudzi.

 

10

 

A.

 

Zdrowie panny Heli. 
B.

 

I niech nas zaprosi na swoje wesele. 
A.

 

Zaprosi panna Hela? 
HELA

 

Zaproszę, ale tylko pana Władzia. 
A.

 

Widzisz, naraziłeś się. Przeproś. 
HELA

 

Daj spokój, ludzie patrzą.

 

A.

 

No, dzieci!  Chlup do środka, bo karzełki nam

 

wypiją.

 

Piją. 
Ale upał, zupełnie jak w trzydziestym dziewiątym.

 

B.

 

Dlaczego w trzydziestym dziewiątym?

 

A.

 

Jeszcze was wtedy na świecie nie było. Wojna

 

była. 
HELA

 

To wiemy.

 

A.

 

Wy wiecie z książek,  a ja to mam na skórze

 

wypisane. 
HELA

 

Jak to na skórze, panie Władziu?

 

A.

 

Chce panna Hela zobaczyć?

 

B.

 

background image

75 

 

Panie Władzio, niech się pan całkiem nie rozbiera.

 

A.

 

Spokojnie. O tu, cała seria z czołgu. Ręka na

 

jednym włosku wisiała. 
HELA

 

Mój Boże!

 

11

 

LALEK

 

Powiedziała, że nie ma sukienki... 
G.

 

Mogła przyjść bez.

 

LALEK

 

S cichnij. 
G.

 

Nerwowy jesteś. 
LALEK

 

Jak ona to powiedziała? 
H.

 

Powiedziała:   „Powiedz   Lalkowi,   że  nawet  nj^

 

mam w co się ubrać". 
LALEK

 

Tak powiedziała? 
H.

 

Tak. 
G.

 

No, Lalek. Pod to ciało, żeby chciało.

 

12

 

Wchodzi Żuk. Rozgląda się po sali. 
C.

 

Żuk! 
ŻUK

 

Szanowanie. 
D.

 

Siadaj, Żuk. Oszczędzaj nogi- 
ŻUK

 

Nie mogę. Szukam. 
D.

 

Siadaj, jak szef mówi. Siadaj! 
ŻUK

 

Chyba na chwilę. Szukam Lalka. 
C.

 

Siedzi tam pod oknem.

 

ŻUK

 

To ja przepraszam. Muszę mu coś bardzo waż- 
nego powiedzieć. 
C.

 

Wypij jeden kieliszek i idź w diabły. 
D.

 

No, Żuk. Daj ci Boże rozum.

 

Piją. 
ŻUK

 

Dziękuję. A teraz bardzo przepraszam. 
C.

 

Nie ma za co, Żuk. 
D.

 

background image

76 

 

Miody jesteś. Głupi. Życia nie znasz. 
ŻUK

 

Dziękuję za poczęstunek, ale teraz to naprawdę

 

muszę pójść do Lalka. 
C.

 

A tu ci źle. Jak ci źle, to napij się jeszcze. 
ŻUK

 

Nie mogę. Mam bardzo ważną sprawę. 
D.

 

Pij, szczeniaku. Ja z twoim ojcem nieboszczykiem

 

do szkoły chodziłem.

 

Piją.

 

13

 

A.

 

Tak, tak... 
HELA

 

Straszna gorączka. 
A.

 

Tak jak wtedy w trzydziestym dziewiątym.

 

B.

 

Dlaczego w trzydziestym dziewiątym?

 

A.

 

Na wojnie.

 

B.

 

Aha.

 

A.

 

Pamiętam, było to siódmego września. Upał 
straszny. Dochodzimy do Wisły. Rozkaz: spieszyć 
szwadron.

 

B.

 

Panie Władzio, przed przeprawą może się po- 
krzepimy.

 

A.

 

Można.

 

HELA

 

Ja już nie mogę.

 

A.

 

W wojsku nie ma nie mogę. Rozkaz i już. (piją) 
Dowódca nasz, rotmistrz Jaworski...

 

B.

 

Znalem jednego Jaworskiego. Był gajowym 
w Drohiczynie.

 

HELA

 

Nie przerywaj.

 

A.

 

Rotmistrz Jaworski. Wysoki, piękny mężczyzna. 
Śliczne zęby miał. Wszystkie złote. Przyjechał do 
nas na koniu: okopać się! Koniowodni odprowa- 
dzają konie w las. Dochodzi do nas batalion pie- 
choty. Teren dobry do obrony. Krzaki, wzgórza 
rzeka. Artylerię posłali do tyłu. Ryjemy w ziemi. 
Aż tu nagle trzy samoloty nisko nad nami i wu, 
wu, wu: bomby. Ziemia chodzi. Istne piekło, panno 
Helusiu. Leżę na ziemi i tylko słyszę, jak kamyki 
tłuką po moim hełmie kawaleryjskim.

 

background image

77 

 

B.

 

No to, panie Wladzio, za zwycięstwo! 
A.

 

Cześć.

 

Piją.

 

14

 

C.

 

Pamiętaj, Żuk, jak starszego człowieka nie usza- 
nujesz, nie będziesz miał szczęścia w życiu.

 

D.

 

Wiesz, jak jest w katechizmie: Pamiętaj, abyś 
dzień święty święcił.

 

ŻUK

 

Musowo, panie Józiu.

 

D.

 

Jak musowo, to się jeszcze napij.

 

ŻUK

 

Przepraszam bardzo, panie Józiu...

 

D.

 

Nie ma za co. No.

 

Piją. 
ŻUK

 

Ale teraz to ja już naprawdę muszę... 
C.

 

Siedź. Nie ruszaj się. Głupi jesteś. 
D.

 

Czego ty chcesz od Lalka? 
ŻUK

 

Chcę mu powiedzieć, żeby uważał. 
D.

 

Na co ma uważać?

 

ŻUK

 

Chcą go bić.

 

C.

 

I ty mu chcesz pomóc?

 

ŻUK

 

Chcę powiedzieć, żeby uważał.

 

C.

 

Nie mieszaj się.

 

ŻUK

 

To mój brat.

 

C.

 

Da sobie radę. Napij się, Żuk.

 

ŻUK

 

Ja naprawdę bardzo przepraszam. Ja mu tylko 
powiem dwa słowa na ucho i zaraz wrócę.

 

D.

 

Siedź! Starszych trzeba szanować. Mógłbyś być 
moim synem. Mój Stasiek był starszy od ciebie 
o trzy lata. A ja już nie mam syna. Stasiek...Sta- 
siek...

 

Pijacka rozpacz.

 

C.

 

Nie płacz, Józik. Ludzie patrzą.

 

D.                                                                                      \

 

background image

78 

 

Zabili go na moich oczach.

 

15

 

G.

 

No, Lalek, nie łam się. Nie będzie ta, to będzie

 

inna. Cyk! 
LALEK

 

Cyk! Ale tu łaźnia.

 

Piją. 
H.

 

Powietrze stoi. Coś w nocy będzie. 
LALEK

 

Co ma być? 
H.

 

Burza albo... 
LALEK

 

Nie smakuje mi wódka. Ciepła. 
G.

 

Nie gryź się, chłopie. 
H.

 

Powiem ci coś, Lalek. 
LALEK

 

No? 
H.

 

To, co ja ci powiedziałem, to nieprawda. 
LALEK

 

Co nieprawda? 
H.

 

Ona tak nie powiedziała. 
LALEK

 

Lodzia? 
H.

 

Tak, Lodzia. 
LALEK

 

To ty taki? 
H.

 

Wiesz, jaki jestem. 
LALEK

 

Nie piję z tobą. 
H.

 

Słuchaj jak człowiek. 
LALEK

 

Odwal się.

 

kiego wsparcia z tyłu. Czekamy, kiedy wrócą 
samoloty. Nie wracają. Alarm bojowy. Stanowisko 
dobrze zamaskowane. Nie wolno palić. 
Słychać tylko, jak muchy bzykają. Ja leżałem na 
drugiej linii. Zdrzemnąłem się chwilkę. Aż tu 
nagle słyszę: rrrrr.

 

B.

 

Samoloty?

 

A.

 

Nie, czołgi; myślę sobie: będzie bal. Widoczność 
dobra. Pchają się naprzód. Czarne jak te wszy 
na prześcieradle.

 

HELA

 

background image

79 

 

Dużo ich było?

 

A.

 

Dwanaście. Rotmistrz mówi: „Damy im podejść 
na odległość strzału". A potem po krzyżach. Cisza. 
Skóra cierpnie. Tylko to „rrrrr" coraz bliżej.

 

17

 

G.

 

Patrz, kto idzie, Lalek? 
H.

 

Prosto na ciebie. 
G.

 

Masz, chłopie, wzięcie. 
LALEK

 

Lodzia! Niech mnie. 
LODZIA

 

Dobry wieczór! 
LALEK

 

Jak się masz. Morowo, że jesteś, żeś przyszła.

 

LODZIA

 

Co wy tak sami? 
LALEK

 

Czekamy na ciebie. 
LODZIA

 

Nie mów! 
LALEK

 

Fakt. No, Lodzia, jesteś. Zjesz coś? 
LODZIA

 

W zasadzie jestem po kolacji. Ale tort może być. 
H.

 

Jaki? 
LODZIA

 

Czekoladowy. Albo orzechowy. 
G.

 

Pijemy wasze zdrowie! 
LALEK

 

Lodzia. Zdrowie. Czekałem na ciebie. 
Piją.

 

18

 

C.

 

Siadaj, głupi. Dokąd się wydzierasz.

 

ŻUK

 

Muszę do brata. Muszę mu powiedzieć.

 

D.

 

Widzisz, kobieta tam przyszła. Nie przeszkadzaj, 
Żuk. Trzeba być delikatnym. Napij się!

 

ŻUK

 

Nie mogę, panie Józiu. Ja tylko dwa słowa po- 
wiem Lalkowi i zaraz przyjdę.

 

C.

 

Uszanuj starszych, Żuk.

 

A.

 

LODZIA

 

Co wiem? 
LALEK

 

To, co ty wiesz. 

background image

80 

 

G.

 

Zdrowie młodocianej pary! 
LODZIA

 

Lalek, puść mi ręce. Cała spocona jestem.

 

21

 

D.

 

Pamiętaj, Żuk. Życie trzeba uszanować. 
ŻUK

 

Ja, panie Józiu, muszę pójść do brata, bo oni się

 

na niego czają. 
D.

 

Dobrze, pójdziesz. 
C.

 

Słuchaj, co starsi mówią.

 

D.

 

Co tylko istnieje, ma prawo do życia. Widzisz,

 

Żuk, tę muchę? 
ŻUK

 

Widzę. 
D.

 

Ja jej nie zabijam. Niech żyje. Każdy chce żyć. 
C.

 

I to dobrze żyć. 
D.

 

Widzisz, Żuk. Ja jej nic nie robię. Ja nie cenię

 

muchy jako stworzenia. Ja cenię muchę jako życie.

 

22

 

HELA

 

Niech się pan nie smuci, panie Władzio.

 

A.

 

Ot, wspomnienia...

 

B.

 

Jak to się skończyło?

 

A.

 

Był po lewej stronie taki pagórek, ot tam, gdzie 
popielniczka. Za pagórkiem most. Czołgi jadą na 
ten pagórek. Jasne, chcą się przeprawić na drugi 
brzeg i odciąć nas. Trzeba wysadzić most. Zgłosiło 
się czterech na ochotnika:

 

Kośmider, Wandzel, Chorążak i ja. Biegniemy 
steczką. Teren odkryty, walą po nas, tylko kurz 
idzie. Biegniemy, padamy, biegniemy, padamy...

 

23

 

LALEK, G., H. i LODZIA śpiewają

 

...Do zielonego, do zielonego. Tralalala tralalala

 

tra la la la. 
LALEK

 

Ale wyciągasz, Lodzia. 
LODZIA

 

Może źle? 
LALEK

 

Kto mówi, że źle? Bardzo dobrze. 
OBCY

 

Przepraszam. Czy pan Lalek? 
LALEK

 

background image

81 

 

Tak. O co chodzi?

 

24

 

A.

 

Nagle seria z prawej strony: ta-ta-ta-ta-ta. Rzu- 
ciło mnie o ziemię. Chcę się podnieść, nie mogę. 
Ciemno w oczach. Chorążak podczołgał się do 
mnie; co ci, Wladek?, pyta.

 

25

 

OBCY

 

Mam do pana sprawę. 
LALEK

 

Teraz? 
OBCY

 

Tak. Bardzo pilna. 
LALEK

 

O co chodzi? 
OBCY

 

Osobista sprawa. Chciałbym na osobności. 
Lalek wstaje od stolika.

 

26

 

C.

 

Co ty, Żuk? Siadaj!

 

27

 

LALEK

 

Zaraz wracani.

 

Lalek i Obcy idą do wyjścia.

 

28

 

A.

 

Co ci, pyta Chorążak. A ja już mówić nie mogę.

 

29

 

ŻUK

 

Lalek, nie wychodź sam! Lalek, oni się na ciebie 
zasadzili!

 

30

 

A.

 

Kto się tak drze? 
B.

 

Żuk, brat Lalka. Pewnie się upił.

 

31

 

C.

 

Siadaj! Napij się, Żuk. Czego się trzęsiesz, głupi?

 

32

 

G.

 

Po co on wyszedł? 
H.

 

Znasz tego gościa, z którym wyszedł? 
LODZIA

 

Ja go nie znam. 
G.

 

Czy to kolega Leona? 
F.

 

Nie wiem. 
LODZIA

 

Bardzo duszno. 
G.

 

background image

82 

 

No, zdrowie Lalka.

 

background image

83 

 

III. UBIERANIE DO SNU

 

G.

 

Był prokurator? 
H.

 

Był. 
G.

 

I co? 
H.

 

Nie wiadomo. Spisał wszystko. 
G.

 

Co z Leonem? 
H.

 

Siedział, ale go wypuścili. Mówią, że to nie on. 
G.

 

A kto''

 

H.

 

Nie wiem. 
G.

 

Trzeba słuchać, co ludzie mówią. 
H.

 

On z nikim nic nie miał. 
G.

 

Może to jakieś stare sprawy. 
H.

 

Mówią, że to nie z nienawiści. 
G.

 

A z czego? Przez głupotę. I że to nie jego chcieli,

 

tylko kogo innego. 
G.

 

Masz klucz? 
H.

 

Nie. Powiedzieli, że za chwilę otworzą. 
G.

 

Co oni się tak bawią? 
H.

 

No wiesz... Daj papierosa. 
A.

 

Dzień dobry! 
H. i G.

 

Dzień dobry. 
A.

 

Czy to prawda? 
H.

 

Tak. 
A.

 

Nie mogę uwierzyć. Przecież jeszcze wczoraj. Ot,

 

życie ludzkie... 
POSŁUGACZ

 

Kto jest z rodziny?

 

G.

 

My koledzy.

 

POSŁUGACZ

 

Możecie wejść.

 

H.

 

Jakeśmy tam weszli, Lalek leżał na stole bez 

background image

84 

 

niczego. Miał krwawą pręgę od brzucha aż do 
szyi. Brodę przywiązaną bandażem.

 

POSŁUGACZ

 

Kto z was ma ubranie?

 

G. do H.

 

Żuk. Idź po Żuka. On stoi jeszcze pod szpitalem. 
Poszedł po Żuka. Ja zostałem sam. Patrzyłem 
na niego. Zapach był zły. Chciało mi się palić, 
ale zaraz przyszli i przynieśli ubranie w papierze, 
buty, skarpetki, wszystko, co trzeba.

 

H.

 

Powiedziałeś matce?

 

ŻUK

 

Powiedziałem: „Mama, Lalek miał ciężki wypa- 
dek. Jest w szpitalu, przyszedłem po ubranie".

 

H.

 

Uwierzyła?

 

ŻUK

 

Zbladła bardzo. Idzie do szafy. Wyjmuje grana- 
towy tenis, najlepsze wyjściowe, i mówi: „Długo 
się nim nie nacieszył". Ja mówię: „Może mama 
chce go zobaczyć". „Nie, powiada. Ubierzcie go 
ładnie, ułóżcie jak trzeba. Potem przyjdę."

 

MATKA

 

Dobrym był dzieckiem - tylko tyle, że młody - 
do „Stodoły" poszedł od czasu do czasu - ale 
lubili go - nie wiem, jak to możliwe - żeby to 
zrobić - zabrać życie młode - za co - kto miał 
taką nienawiść, żeby to zrobić - to nie człowiek

 

był - byli jego koledzy - nikt mu nie pomógł -

 

on nawet nie krzyczał. 
POSŁUGACZ

 

Teraz włóżcie buty. 
H.

 

Nie wchodzą. 
POSŁUGACZ

 

Trzeba całe rozsznurować. Spuchły mu nogi. 
H.

 

Było ciężko włożyć, ale się udało. Żuk powiedział

 

do tego, co nam pomagał. 
ŻUK

 

Niech pan patrzy, te nogi są zbyt osobno. 
POSŁUGACZ

 

Można je związać troczkami od gaci. 
ŻUK

 

To nie będzie elegancko. 
G.

 

Nałożyliśmy koszulę.   Nie  dało  się  zapiąć  pod

 

szyję. Czarny krawat na gumce pękł. Trzeba było

 

gumkę sztukować. 
POSŁUGACZ

 

Podnieście go teraz za ręce; włożymy marynarkę. 
MATKA

 

Dobrym był dzieckiem - oni podeszli do stolika

 

-  grzecznie przeprosili - wyciągnęli w noc - bili

 

background image

85 

 

- po głowie - wszędzie - ludzie byli parę metrów

 

-  jego koledzy byli - nikt nie ratował - radio 
grało, pili - a on leżał parę metrów - ani nie 
wiedzieli - bili po głowie - wszędzie - kto bił - 
nawet nie krzyknął - tego nie wiedzą.

 

POSŁUGACZ

 

Teraz go przeniesiemy do trumny. Weźcie go 
z tyłu. Trzeba nieść równo, bo może jeszcze zbru- 
dzić koszulę.

 

H.

 

Za nogi to było łatwo nieść, ale tułów był bardzo 
ciężki. Daliśmy mu w rękę obrazek. Żuk zaczął 
go czesać. Włosy miał najeżone i jakby spocone. 
Ktoś wszedł do kostnicy. Nie kolega. Nietutejszy.

 

POETA

 

Moje nieustanne zdumienie, kiedy stykam się 
z fenomenem śmierci, a jako artysta żyję w jej 
dusznym klimacie, potęguje się jeszcze bardziej, 
gdy dotykam dramatu takiego jak ten. Nagłe 
dotknięcie losu, który nobilituje pospolitą egzy- 
stencję.

 

Nigdy nic nie miał 
do ukrycia 
na wierzchu nosił 
twarz odkrytą

 

szyję łagodną

 

i bezbronną

 

i palce

 

do chwytania mięsa

 

kiedy mu stary

 

ojciec umarł

 

łzy na policzku - białe myszy

 

dowcip o zimnej 
lubił nodze 
objawiał światu 
zdrowe zęby

 

więc czemu teraz

 

kiedy mieszka

 

w skrzyni na węgiel

 

w ciemnym łóżku

 

gdzie zimny strumień jego ciała

 

płynąc rozgarnia

 

mroki świec

 

więc czemu teraz

 

kiedy leży

 

w pochmurny sufit

 

twarz zwróciwszy

 

jest taki mądry i wyniosły

 

nigdy nic nie miał do ukrycia

 

na wierzchu nosił nagą skórę,

 

MATKA

 

Dobrym był dzieckiem - do końca naszego życia pamiętać - chodzić po domu - szukać — szuflady 
otwierać — czekać, że przyjdzie, jak schody zaskrzypią, że to on powie: „Koledzy zatrzymali -nie 
gniewaj się, mama" - a ja czuję, że pił - ale nic nie mówię - tylko: „Idź spać - Lalek".

 

G.

 

background image

86 

 

Więc Żuk czesze zlepione włosy Lalka. Jest prawie  wszystko  gotowe.  Za  chwilę  można  drzwi 
otworzyć i wejdą ludzie. Żuk czesze Lalka i mówi. ŻUK

 

Lalek, powiedz, kto ci to zrobił. Powiedz, Lalek. Czemu nie mówisz? Bratu możesz wszystko po-
wiedzieć.

 

H.

 

Potem odwraca się do nas i mówi:

 

ŻUK

 

On wszystko ze sobą zabrał.

  

G.

 

Jest już prawie wszystko gotowe.

 

ŻUK

 

Niech pan przysypie tę krew piaskiem.

 

POSŁUGACZ

 

Nie trzeba. Tam postawi się kwiaty.

 

H.

 

Przyszli koledzy, koleżanki. Przynieśli cale gałęzie, całe kule. Na nim leżały. Na ziemi. Wszędzie.

 

*

 

Na trzeci dzień przyszło nas sześciu najbliższych kolegów. Wszyscy na granatowo. Wzięliśmy trumnę 
na ramiona. Nie żeby karawanu nie było. Karawan był, ale jechał osobno. A myśmy go nieśli, bo był 
dobry kolega. Ludzi było dużo i kwiatów. Od nas miał wieńce jak należy - blaszane. Jeden winogron, 
drugi dąb i kwiaty biało-czerwone rzucone.

 

Kurtyna

 

background image

87 

 

Listy naszych czytelników

 

(Słuchowisko)

 

Osoby:

 

DZIENNIKARZ

 

ON

 

GŁOS W TELEFONIE

 

DYREKTOR

 

KIEROWNIK

 

PIOTRUŚ

 

LEKARZ

 

background image

88 

 

Nie, dziękuję Panie Redaktorze, nie palę.

 

Pan się pyta, czy Rada Zakładowa interwenio- 
wała w mojej sprawie. Nie wiem. Ale nich Pan mi 
da powiedzieć, Panie Redaktorze, o tym, jak się to 
zaczęło. Ja wiem, Pana obchodzą tylko fakty dotyczące 
mego zwolnienia i Pan im już powiedział, że może 
o mnie napisać tylko 100 wierszy, to znaczy po 2 wier- 
sze na rok mego życia.

 

Może Pan o mnie nic nie pisać.

 

Ale niech mi Pan pozwoli powiedzieć, jak do tego 
doszło. Będę mówił krótko. Same fakty. Ja nie mam 
komu powiedzieć.

 

Moja żona umarła na początku stycznia.

 

Ja nic nie będę mówił o uczuciach. Nic tylko 
i            fakty.

 

Kiedy wróciłem z pogrzebu, zadzwonił telefon. 

1

            

Myślałem, że to przyjaciel lub znajomy. To był obcy

 

glos. Ten ludzki głos mówił.

 

i

 

!                   GŁOS W TELEFONIE:   Proszę Pana, czy Pan jest

 

mąż tej Pani, co to dzisiaj miała pogrzeb? Ja właśnie w 
tej sprawie. Proszę Pana, jakby Pan miał jakieś buty, 
albo suknie, bielizna też może być, albo płaszczyk, albo

 

i            futerko, to ja bym się zgłosił i zabrał. Panu to niepo-

 

trzebne, proszę Pana. Nieboszczka też tego nie użyje.

 

i            Ach tak, proszę Pana, żyjemy, żyjemy aż nagle trach...

 

Odłożyłem słuchawkę, ale nie miałem siły powie- 
sić. On jeszcze mówił i mówił jakby z daleka, jakby 
z piekła.

 

Pan Redaktor patrzy na zegarek. Ja już nic o żo- 
nie nie powiem.

 

Ja wiem, że Pan jest od świata pracy, a nie od 
świata umarłych. Ale ja się czułem bardzo źle, jak 
wróciłem do pracy.

 

Ja zanim wróciłem, to wziąłem urlop, jeszcze 
miałem 17 dni z lata, to wziąłem, żeby zrobić porzą- 
dek. Jakoś dojść do ładu z samym sobą. Żeby jak 
wrócę do pracy, to żebym wyglądał normalnie.

 

Wróciłem. Wchodzę do mego pokoju. Koledzy 
uścisnęli mi rękę. Jeden nawet powiedział coś o współ- 
czuciu, że niby rozumie moją tragedię. Ja nie chciałem 
o tym mówić. Chciałem szybko zacząć coś robić, żeby 
już na nic nie patrzyli, tak jak to się ludzie patrzą 
na człowieka, który leży na ulicy, bo go tramwaj 
potrącił.

 

Więc ich zapytałem, który z nich ma kluczyk od 
mojego biurka, bo jak do mnie zadzwonili z pogotowia, 
jak żona zasłabła nagle, a ja poleciałem i zostawiłem 
wszystko, poleciałem na to pogotowie, gdzie ona już 
była na noszach i wieźli ją do szpitala. Więc pytam 
ich, kto z nich ma kluczyk.

 

A oni zrobili głupią minę i mówią, że dyrektor 
chce ze mną rozmawiać.

 

Poszedłem, miał właśnie odprawę, ale ja nie wró- 
ciłem do pokoju, tylko czekałem w sekretariacie.

 

background image

89 

 

W końcu przyjął mnie.

 

DYREKTOR: Proszę siadać kolego. Przyjmijcie 
od dyrekcji naszego zakładu serdeczne wyrazy współ- 
czucia. Spotkał Was cios. Cios ciężki. Cios. Nie myślcie 
jednak, że jesteście samotni. Straciliście osobę bliską.

 

Bardzo bliską. Najbliższą. Nie myślcie jednak - jak 
już powiedziałem - że jesteście samotni. Zakład pracy, 
w którym spędziliście 15 lat nienagannej pracy, chce 
Warn zastąpić rodzinę. Chce i może. Jesteście wartoś- 
ciowym członkiem kolektywu. Nie wstydzicie się pracy 
i praca Was się nie wstydzi. Są chwile w życiu czło- 
wieka ciężkie. Bardzo ciężkie. Ale świadomość przy- 
datności społecznej uratowała już niejednego i Was 
uratuje.

 

Pan Redaktor sięgnął po ołówek i zaraz pewnie 
zapyta mnie o nazwisko Dyrektora. Czy to ważne? 
Czy on jeden? I co to da? Ja nie chcę tutaj nikogo 
oskarżać. Nikogo personalnie.

 

Dyrektor mówił jeszcze bardzo długo. Wyglądało 
to tak, jakby trenował przemówienie, bo nie patrzył 
na mnie, tylko na przeciwległą ścianę, gdzie było na 
czerwonym płótnie, papierowymi literami wypisane 
długie hasło, takie długie, że nigdy nie mogłem za- 
pamiętać; wiem tylko, że zaczynało się od słów: „Hu- 
manizm socjalistyczny..." a kończyło się na słowach 
„wydajność pracy".

 

Dyrektor cały czas mówił.

 

DYREKTOR: Nasz zakład - wiecie - przeżywa 
trudności. Z jednej strony - wiecie - mamy, że tak 
powiem, zawyżone plany, z drugiej strony - niedobory 
kadrowe. Odszedł - wiecie — główny magazynier. Nie 
mamy nikogo na jego miejsce. Ja - wiecie - mam do 
Was zaufanie, więc proszę Was, żebyście wyszli, że 
tak powiem, naprzeciw naszym trudnościom. Krótko 
mówiąc, chcę Warn zaproponować objęcie stanowiska 
głównego magazyniera. Na krótki okres. Miesiąc, do 
trzech - powiedzmy. Nie musicie mi dawać zaraz 
odpowiedzi. Zastanówcie się.

 

-   Ja  nie  mam   co  się  zastanawiać.  Przyjmuję 
propozycję. Na krótki okres. Potem chciałbym wrócić 
do księgowości.

 

-  Oczywiście, że wrócicie. Dziękuję Warn za spo- 
łeczne, wiecie, podejście.

 

I nareszcie popatrzył na mnie. Wróciłem do me- 
go pokoju. Kluczyk od biurka jakoś nie mógł się 
znaleźć. Pan Redaktor może jest zniecierpliwiony, że 
mówię o szczegółach. Ale zobaczy Pan, że wszystko 
jest ważne. Będę się streszczał. Będę mówił o fak- 
tach.

 

Tego samego dnia objąłem posadę głównego ma- 
gazyniera. Na okres przejściowy. Bałagan był tam 
potworny. Nie mogłem się doprosić protokołu zdaw- 
czo-odbiorczego. Ale byłem w gruncie rzeczy zadowo- 
lony. Nowi ludzie, nowe twarze. Nawet problemy.

 

Nie, dziękuję, Panie Redaktorze, ja nie palę.

 

background image

90 

 

W domu czułem się źle. Wie Pan, Panie Redak- 
torze, ciągle natrafiałem na różne rzeczy, które mi 
ją przypominały. Mówię - żonę. Na przykład pantofle. 
Najgorsze są pantofle. Pan nawet nie wie, Panie Re- 
daktorze, ile takie pantofle mogą opowiedzieć.

 

Nie, nie, ja jestem spokojny. Ja się potrafię opa- 
nować. Niech się pan nie boi.

 

Kiedy dostałem nakaz zamiany mieszkania, bo 
metraż niby był za duży, zacząłem bronić się jak lew. 
To mieszkanie, w którym spędziłem tyle szczęśliwych 
lat z moją żoną, to było jak ziemia dla chłopa. Pisałem 
odwołania, podania, zaskarżałem decyzje. Nic nie po- 
mogło. Przenieśli.

 

A wie Pan, kto mi się przysłużył, Panie Redak- 
torze? Mój sąsiad i przyjaciel. Był nawet na pogrzebie 
i udawał, że jest zmartwiony. Potem pomagał mi się 
wynieść  i  też  był  zmartwiony.  „Co  ty chłopie  sam

 

zrobisz" - mówił. On był wdowcem jak ja, ale wtedy 
właśnie ożenił się drugi raz, więc potrzebował więk- 
szego mieszkania.

 

Zacząłem nowe życie na nowym metrażu i było 
mi jeszcze gorzej.

 

Dziękuję, Panie Redaktorze, ja nie palę. Nigdy 
nie paliłem.

 

Parę lat temu ogłosił Pan cykl artykułów. Pa- 
miętam jak dzisiaj, nazywały się Skradzione dzie- 
ciństwo. 
Pan nie może nikomu pomóc - proszę się 
nie gniewać, jeśli to mówię - ale umie Pan bardzo 
ładnie pisać. W Pana artykułach było o dzieciach 
bez rodziców, które wychowują się w domu dziecka. 
Pisał Pan, że państwo nie może zastąpić rodziny. 
To święta prawda. I żeby zgłaszać się jako rodziny 
zastępcze.

 

Zgłosiłem się. Napisałem list. Odpowiedzieli grze- 
cznie. Pojechałem do dużego Domu Dziecka, jakieś 
sto kilometrów stąd. To, co powiem, powinno Pana 
zainteresować. Przecież pisał Pan o tym.

 

Dom był ładnie położony. Jeziora, lasy itd. Je- 
chałem autobusem i podsłuchałem rozmowę, rozma- 
wiały dwie starsze kobiety, i z tej rozmowy wynikało, 
że ten Dom Dziecka to jest „Szkoła Bandziorów". Tak 
ich w okolicy nazywano. Że niby kradną, rabują, piją, 
a dziewczyny to prostytutki.

 

Ale nie zawróciłem. Ja, wie Pan, Redaktorze, 
wtedy miałem jeszcze energię. Wierzyłem, że można 
coś zrobić dobrego.

 

Przyjął mnie kierownik.

 

-  Tak, pamiętam, pamiętam pana list.  Proszę 
siadać. Mam mało czasu, więc zaraz przystępuję do 
rzeczy.  Dziwi  mnie tylko,  że nie przyjechała  Pana 
żona. Bo normalnie to kobiety załatwiają te sprawy.

 

-  Moja żona umarła.

 

-  A to bardzo źle. Bo my samotnym dzieci nie 
oddajemy. Wie pan, nie ma gwarancji. Mieliśmy już 
przykre doświadczenia. Jaki jest pana zawód?

 

background image

91 

 

- Jestem starszym księgowym. Ale teraz pracuję 
jako magazynier.

 

-  No więc jak: księgowy czy magazynier?

 

-  Dyrektor mnie prosił, żebym na pewien czas...

 

-  Nas nie interesują pana sprawy z dyrektorem. 
Chcemy wiedzieć, jaki jest właściwie pana zawód.

 

-  Niech już będzie magazynier, żeby nie kom- 
plikować.

 

-  Czy miał pan dzieci?

 

-  Miałem córeczkę. Umarła.

 

-  Na co?

 

- Urodziła się na początku wojny. Ja byłem w nie- 
woli. Kiedy wróciłem, dziecka już nie było.

 

-  Hm. To znaczy, że nie ma pan doświadczenia 
pedagogicznego. Widzi Pan, będę szczery, może nawet 
brutalny.   Nasi  wychowankowie  to  element trudny. 
Trzeba im okazać serce, a z drugiej strony: żelazna 
dyscyplina. Działać raczej na świadomość niż na uczu- 
cie. Nie spuszczać z nich oka, ale jednocześnie stwa- 
rzać pozory, że mają nieograniczoną wolność. Ponie- 
waż posiadają oni w 90% ograniczony osąd moralny 
swoich postępków, cały nacisk położyć na wyrobienie 
nawyków. Nawyk czystości. Nawyk odpowiedzialności. 
Nawyk dyscypliny. Na tym etapie kary są konieczne. 
Trzeba stosować progresję kar. Zawsze jednak uza- 
sadniać. Żadnych schematów. I bezwzględnie egzek- 
wować. Ich profil intelektualny w 90% jest zamazany. 
Dlatego trzeba bazować na wyrobieniu odruchów wo- 
litywnych. Świadomie użyłem słowa odruchy. Żadnych 
schematów. Czytał pan Pawłowa?

 

Mówił jeszcze długo. Niewiele z tego zrozumiałem 
i on zapewne też niewiele.

 

Pana, Panie Redaktorze, nawet o to nie pytam.

 

W końcu zdecydował, że oddadzą mi na okres 
próbny chłopca. Byłem już prowizorycznym magazy- 
nierem. Teraz miałem zostać prowizorycznym ojcem. 
No dobrze.

 

I wtedy zdarzyła się rzecz, nie umiem znaleźć 
słowa, ale to nie powinno się zdarzyć. Kierownik 
zostawił mnie na chwilę samego. A potem wrócił, 
a z nim kilkunastu chłopaków. Ustawił ich pod ścia- 
ną, a ja miałem wybierać. Myślałem, że się zapadnę 
pod ziemię. Chłopcy patrzyli na mnie wrogo, a właś- 
ciwie zupełnie na mnie nie patrzyli.

 

Zrozumiałem wówczas, jakim podłym stworze- 
niem jest człowiek. Bo ja zamiast przerwać tę okropną 
scenę, zacząłem naprawdę wybierać. Jeden mi się nie 
podobał, bo był rudy, inny, bo za gruby, jeszcze inny, 
bo miał siniec pod okiem.

 

Ja naprawdę nie jestem sentymentalny. Widzia- 
łem wojnę, widziałem śmierć. Ale dzieci, przynajmniej 
dzieci, u diabła, powinny być równe. Wszystkie dzieci 
są takie same. Przepraszam Pana, Panie Redaktorze, 
może ja za głośno mówię.

 

Dziękuję, Panie Redaktorze, ja nie palę. Ja po- 

background image

92 

 

trafię uspokoić się bez papierosa. Ale Pan pali stra- 
sznie dużo.

 

No, więc wybrałem. Nazywał się Piotruś. Piotruś 
miał do mnie przyjeżdżać w sobotę, a w niedzielę 
wieczorem miałem go odwozić. Dwa razy w miesiącu. 
Na próbę.

 

To był bardzo dziwny chłopiec. Początkowo myś- 
lałem, że jest niemy. Zupełnie do mnie nie mówił. 
Patrzył tylko uważnie i nieufnie. Raz, kiedy mu coś 
opowiadałem i nagle podniosłem rękę, on się cofnął 
i zasłonił twarz, jakbym go chciał uderzyć. Ale to 
było na początku.

 

Zaczął się oswajać. Wie Pan, Panie Redaktorze, 
po czym to poznałem? Zaraz Panu powiem.

 

Chodziliśmy na długie spacery. A ja mu opowia- 
dałem wszystkie historie, które pamiętałem z dzie- 
ciństwa. Nie wiem, kto komu był bardziej potrzebny, 
ja jemu, czy on mnie.

 

Kiedy przechodziliśmy przez jezdnię - zauważy- 
łem, że lubi, kiedy go trzymam za rękę. Miał małą 
rękę, pełną jakichś skurczów i ciepłą jak serce.

 

Zaczął się przywiązywać. Kupiłem mu W pustyni 
i w puszczy 
i przed jego wyjazdem w niedzielę czy- 
tałem mu.

 

-  No Piotruś. Musimy się zbierać. Jutro szkoła. 
I wtedy spostrzegłem, że książkę, którą mu dałem,

 

chowa pod poduszkę w łóżku, na którym spał u mnie.

 

-  Cóż ty robisz? Przecież to jest twoja książka. 
Zabierz ją  z  sobą.  Jak będziesz  miał wolny czas, 
poczytasz sobie i opowiesz mi za dwa tygodnie.

 

-  Nie, wujku.

 

-  Dlaczego nie?

 

-  Ja wolę, żeby moje rzeczy były tutaj.

 

-  Jak chcesz. Ale powiedz mi jedną rzecz: dla- 
czego ty chowasz wszystkie papierki od cukierków 
i  czekolad;  muszę je  potem wyrzucać.   Zaśmiecasz 
mieszkanie.

 

-  To są moje pamiątki.

 

-  Ładne pamiątki.

 

-  Chłopcy nie wierzą, że ja tyle dostaję.

 

-  Więc chcesz, żeby ci zazdrościli. No, ale zbie- 
rajmy się teraz szybko, bo spóźnimy się na pociąg.

 

-  Wujku...

 

-  Co?

 

-  Ja piszę pamiętniki.

 

-   Bardzo ładnie.  Wszyscy wielcy ludzie pisali 
pamiętniki. Napoleon...

 

-  Ja bym chciał, żeby moje pamiętniki zostały 
tutaj. W Domu Dziecka nie jest bezpiecznie.

 

-  Jak to, nie jest bezpiecznie?

 

Proszę zauważyć, Panie Redaktorze, że użył dwa 
razy określenia „tutaj". On nie rozumiał, co to znaczy 
dom. Na moje imieniny namalował obrazek, który 
zatytułował Dom Piotra i Wujka. Przez „u" z kreską. 
(śmiech) Był to koszmarny wieżowiec o stu oknach, 

background image

93 

 

nieforemny jak strucla, ale nad nim było wielkie 
słońce,

 

No i ten nasz dom się zawalił.

 

Dziękuję, Panie Redaktorze, ja już mówiłem, że 
nie palę. Tego się jeszcze nie nauczyłem.

 

Jakoś tak, późną jesienią, rozpętało się to, czego 
ja doprawdy nie rozumiem. Czy człowiek może być 
tak traktowany? Zupełnie niewinny człowiek. Ale 
mam mówić tylko o faktach, jak sobie Pan życzył na 
początku naszej rozmowy.

 

Rok pracowałem jako magazynier. Poszła plotka, 
że zostałem przeniesiony dyscyplinarnie, za jakieś 
machlojki, których rzekomo narobiłem jako księgowy.

 

Koledzy zaczęli mnie unikać. Za moimi plecami 
opowiadano niestworzone historie, że fałszowałem 
kwity, słowem, że jestem złodziejem.

 

Zwróciłem się do Dyrekcji, żeby na zebraniu pra- 
cowników wyjaśnili moją sprawę. Przecież to oni mnie 
prosili. Rok harowałem jak głupi. Nie skarżyłem się, 
bo trzeba pomóc - więc pomogłem. Ale złodziejem nie 
pozwolę się nazywać. Dyrekcja milczała, więc się zwró- 
ciłem do Rady Zakładowej. I Rada Zakładowa powołała 
komisję, żeby zbadać moją sprawę.

 

Czy Pan, Panie Redaktorze, rozumie, co to jest 
komisja, która bada sprawę? To jest tak jak proku- 
rator. Więc wszyscy mówili, że skoro powołano spe- 
cjalną komisję - to musiałem coś nabroić.

 

A komisja jakoś nie mogła się zebrać, więc pi- 
sałem listy i wyjaśnienia; coraz dłuższe listy i wyjaś- 
nienia, do wszystkich, którzy mogli mi pomóc, bo 
byłem sam i nikt mnie nie bronił. Może to były trochę 
nieprzytomne listy, może nie do wszystkich należało 
się zwracać, bo co miał do mojej sprawy Minister, 
tylko do Pana Boga nie napisałem, bo nie zdążyłem.

 

Pan pamięta, że byłem u Pana, Panie Redaktorze. 
I Pan mi wtedy powiedział, żebym był spokojny, że 
wszystko się wyjaśni, że Pan nie może się mieszać, 
że Pan nie ma wyrobionego zdania.

 

Więc powiem Panu, jak to się wyjaśniło.

 

Którejś soboty, było to już zimą, Piotruś do mnie 
nie przyjechał, więc ja pojechałem do Domu Dziecka. 
Pomyślałem, że jest chory, bo wtedy szalała grypa.

 

Poszedłem do tego mądrala od psychologii, do 
kierownika, i on mi powiedział, że Piotruś nie chce 
do mnie przychodzić. Ledwo się opanowałem. Zażą- 
dałem widzenia się z chłopcem. Bardzo długo to trwa- 
ło, wreszcie przyprowadzili go do gabinetu kierowni- 
ka w asyście dwóch wychowawców. Ci wychowawcy 
stwierdzili, że mam zły wpływ na chłopca. Piotruś 
stał pod ścianą czerwony i milczał. Próbowałem do 
niego przemówić, ale nie patrzył nawet na mnie. To 
wszystko było jak koszmar. Wyprowadzili Piotrusia 
i wtedy kierownik powiedział, że nie można powierzać 
opieki nad nieletnimi osobnikowi, przeciwko któremu 
toczy się postępowanie karne.

 

background image

94 

 

Panie Redaktorze, Panie Redaktorze, czy tak moż- 
na postępować z człowiekiem? Przecież mnie wszyscy 
znali. Byłem spokojny, pracowałem zawsze, w ankie- 
cie pisali - społecznie aktywny. Pracowałem w komi- 
tecie blokowym, w samorządzie, w kasie koleżeńskiej, 
na święta, jak szło o dekorowanie domów. Przecież 
ludzie wiedzą. Dlaczego mi tego chłopca odebrali?

 

Nie, dziękuję, nie palę.

 

Wróciłem. Czułem, jakbym tonął. Wiedziałem, że 
przygotowują mi wymówienie. Więc postawiłem wszys- 
tko na jedną kartę. Akuratnie było zebranie aktywu. 
Mnie oczywiście nie zaproszono. Traktowali mnie jak 
czarną owcę. Za co, pytam, ale poszedłem na zebranie, 
potem napisali, że wdarłem się i zacząłem mówić.

 

Ja wiem, że trzeba było poczekać na punkt w po- 
rządku dziennym, który nazywa się wolne wnioski. 
Spokojnie zreferować swoją sprawę. Mówiłem Panu

 

0  tym. Ja już nie mogłem spokojnie, więc zacząłem 
krzyczeć.

 

Potem mnie wzięli dwaj w białych kitlach pod 
ręce i wyprowadzili z sali do karetki pogotowia. To 
nieprawda, że się opierałem, że gryzłem, że wołałem 
„zabiję was wszystkich". To kłamstwo. Szedłem spo- 
kojnie jak na ścięcie. Ja już do niczego nie byłem 
zdolny. Wrak.

 

Na pogotowiu dali mi zastrzyk. Zasnąłem mocno. 
Obudziłem się w szpitalu. Pytałem, gdzie jestem - 
w klinice dla nerwowo chorych.

 

Pan, Panie Redaktorze, nie może sobie wyobrazić, 
co człowiek wtedy czuje. To jest gorsze niż śmierć. 
Dużo gorsze.

 

Zabierają   panu   przeszłość,   nazwisko,   zasługi

 

1 jest pan w oczach wszystkich wariat. Wszystko, co 
pan robi, jest objawem choroby. Jest pan spokojny, 
mówią, głęboka depresja. Podniesie pan głos, bo na 
śniadanie dali zimną herbatę - mówią furiat i grożą 
elektrowstrząsem.

 

Najgorsze było to, że teraz mogli o mnie powie- 
dzieć wszystko: że zabiłem żonę, że znęcałem się nad 
Piotrusiem, że kradłem pieniądze, że planowałem za- 
mach stanu. Mogli powiedzieć wszystko, a ja nie 
mogłem się bronić. Zresztą w normalnym życiu - no,

 

niech Pan powie, Panie Redaktorze - czyja potrafiłem, 
czy ja miałem możliwość skutecznej obrony?

 

Zaczęły się badania. Naprzód jakieś testy: rysu- 
neczki, które przypominały rozduszone owady na ścia- 
nie, ustawianie kolorowych klocków, zupełnie jakbym 
znalazł się w przedszkolu, proste zadania rachunkowe, 
dla mnie, który od pierwszej klasy mocnym był w ra- 
chunkach. Wszystko to było jak jakaś potworna, bo 
metodyczna, degradacja. W ich oczach raz miałem 
osiemnaście lat, innym razem dziesięć albo cztery.

 

Szpital, do którego trafiłem, albo ściślej, na który 
mnie skazali, był zakładem nowoczesnym. Mieliśmy 
swego psychoanalityka - a jakże. Chudy drągal, któ- 

background image

95 

 

remu było czuć z ust, więc może dlatego mówił prze- 
jmującym półszeptem. Acha, miał jeszcze nerwowe 
tiki i zwracał się do pacjentów per ty. Nie dawał nam 
spokoju. Potem dowiedziałem się, że pisał pracę habi- 
litacyjną.

 

- Jak się masz , kochaneczku? Nie bój się, podejdź 
bliżej. Pan Doktor nic ci złego nie zrobi. Pan Doktor 
chce pomóc. Porozmawiajmy sobie jak starzy przyja- 
ciele. Pogadamy, poplotkujemy, nikt nas nie słyszy. 
Powiedz,  złotko, kogo bardziej  kochałeś w dzieciń- 
stwie: tatusia czy mamusię?

 

-  Tatusia i mamusię.   .

 

-  Ale kogo więcej?

 

-  Tatusia.

 

-  A nie mamusię?

 

-  Czasem mamusię.

 

-  A widzisz. Przypomnij sobie malutki, czy nie 
chciałeś czasem zabić tatusia?

 

-  Nie, nie chciałem.

 

-  Albo żeby tatuś umarł, i ty byś został sam 
z mamusią.

 

-  Mój ojciec umarł, kiedy miałem siedem lat.

 

-  Nic nie  szkodzi. Ale mogłeś marzyć o tym, 
żeby tatuś zniknął, aby tatuś rozpłynął się, aby nic 
nie stało na przeszkodzie między tobą i mamusią.

 

- Nie marzyłem. Ja w ogóle nie potrafię marzyć, 
panie Doktorze.

 

- Potrafisz, potrafisz. Tylko musisz mieć do mnie 
zaufanie.

 

-  Panie Doktorze, niech mi pan pomoże. Potem 
porozmawiamy o rodzicach, o rodzeństwie, ale mnie 
się stała krzywda. Teraz. Teraz mi się stała krzywda. 
Nie jestem ani oskarżony, ani winny i cierpię nie 
wiadomo za co. Pan może powiedzieć, żeby mnie stąd 
wypuścili. Ja muszę się bronić.

 

-  Jesteś bardzo tępy, kochaneczku. Ale mamy 
czas. Mamy jeszcze dużo czasu.

 

I mieliśmy dużo czasu.

 

Dziękuję, Panie Redaktorze, ja naprawdę nie pa- 
lę. Nawet żona śmiała się ze mnie, że jestem bez 
nałogów, prawie nie-mężczyzna.

 

Pan się na pewno spieszy, ja już kończę.

 

Więc mieliśmy dużo czasu. Co robiłem? Łykałem 
tofranil. Diagnoza: psychoza maniakalno-depresyjna. 
Bałem się. Wciąż się bałem. Intensywny strach może 
wypełnić całe życie, Ranie Redaktorze. Nie tylko cho- 
rzy o tym wiedzą.

 

Strach przed czymś nieokreślonym, strach na 
trzy zmiany, we dnie i w nocy, w każdej sekundzie 
i bez wytchnienia.

 

Moi koledzy płynęli tym samym kursem, na wie- 
trze strachu, pod wydętymi żaglami.

 

W naszym pokoju był jeden, który powtarzał bez 
przerwy: „Oni przyjdą, oni przyjdą lada chwila, oni 
już idą" - i właził pod łóżko. Trudno go było stamtąd 

background image

96 

 

wyciągnąć. Wszyscy mówili na niego Mazurkiewicz. 
Dlaczego Mazurkiewicz - nie wiem.

 

Zupełnie inny był „profesor". Wysoki, siwy, opa- 
nowany. Świetnie umiał się maskować. Podobno wsa- 
dziła go do szpitala jego własna żona, bez powodu. 
Bez medycznego powodu. Profesor kupował od nas 
lekarstwa, w szczególności lekarstwa na sen. Truł się 
co parę tygodni. Ale nieszczęśliwie; zawsze go rato- 
wano.

 

Mieliśmy także autentycznego chłopa. Przezywa- 
liśmy go Ciul; nie obraźliwie, raczej pieszczotliwie. 
Siadywał najczęściej w gaciach na brzegu łóżka (to 
było wbrew regulaminowi) i wiódł jakieś nieskończone 
spory z urzędami. Zaczynał zawsze od słów: „Moja 
ziemia jest kategorii piątej, a nie szóstej". Potem 
następowały długie wyliczenia inwentarza i wielka 
skarga na sołtysa Zaułkę Zbigniewa za to, że złodziej 
i psubrat. Ciul wyrażał się fachowo, więc niewiele 
z tego rozumiałem - ja mieszczuch, który nie rozróż- 
nia owsa od koniczyny.

 

Był także kolega, którego nazywaliśmy „Płaczka". 
On potrafił płakać, proszę Rana Redaktora, dzień 
i noc. Skąd w człowieku bierze się tyle wody, nie 
wiem.

 

W tym całym towarzystwie byłem, Panie Redak- 
torze, jak w życiu — uczciwy, skromny i bez wyrazu. 
Nawet nie dali mi pseudonimu jak innym znaczniej- 
szym kolegom.

 

Po miesiącu czułem się lepiej. Nie fizycznie czy 
psychicznie. Bałem się w dalszym ciągu. To było stra- 
szne, bo bałem się czegoś i bałem się strachu. I chcia- 
łem zabić ten strach. To znaczy zabić siebie. Bałem 
się, po prostu bałem się — ja - żołnierz odznaczony 
za odwagę.

 

Panie Redaktorze.

 

To nie było tak, jak Panu teraz mówię. Były 
także  okropne  chwile,  straszne  fakty,  zdarzały się

 

rzeczy, o których teraz nie chcę wspominać. Ale z per- 
spektywy czasu widzę, że ten okres był lepszy dla 
mnie niż na wolności. Ja mówię zupełnie szczerze 
i każdy może mnie potępić. Chcę Panu to wytłuma- 
czyć: po prostu zwolnili mnie od obowiązku, od walki 
o moją pracę i prawdę.

 

Dokładnie kiedy odzyskałem równowagę między 
tym światem wariatów i sobą - zwolnili mnie.

 

Pamiętam dobrze ten moment pożegnania z Pro- 
fesorem, Płaksą, Ciulem i Mazurkiewiczem. To byli 
prawdziwi przyjaciele. Nawet nie zazdrościli mi, że 
wychodzę na wolność.

 

Zmieniłem pracę. To znaczy mnie ją zmieniono.

 

Lepiej, bo nie idzie za mną ta fama, że byłem 
w zakładzie. Pracę mam gorzej płatną, głupią, ale 
bez odpowiedzialności.

 

A Pan Redaktor wciąż z tymi papierosami. Ja 
nie palę. Każdy, Panie Redaktorze, ma swoją truciznę. 

background image

97 

 

Pan ma tytoń. Ja mam inną.

 

Ja nie mogę żyć bez czegoś, co jest poza moją 
pracą. W szkole, przed wojną, byłem harcerzem... Nie 
chcę mówić za dużo...

 

Zawsze podejmowałem się. Zawsze byłem gotów. 
Moja żona mówiła: „Zdzisiek, Zdzisiek, a kiedy ty 
o mnie pomyślisz".

 

Myślę teraz o wielu ludziach. Ja Panu, Panie 
Redaktorze, opowiedziałem tylko cząstkę mego życia. 
Powiedziałem troszeczkę o żonie, o Piotrusiu i o moich 
kolegach w zakładzie.

 

Powiedzmy na dwadzieścia pięć linijek. Pół linijki 
na rok życia.

 

Ja nie mogę żyć bez czegoś poza moją pracą. 
Długo zastanawiałem się, gdzie mam wstąpić i zapi- 
sałem się do Polskiego Związku Filatelistów. Zbieram 
długie serie. Specjalizuję się w tematyce sportowej.

 

Pan się uśmiecha, Panie Redaktorze, Pan uważa, 
że to nie jest poważne. 
Widzi Pan, ja zbieram długie serie, mam wiele 
ciekawostek i może wyjadę za granicę. Na wystawę 
Verso Monaco. Dużo czytam. Dostaję takie pisma, jak 
„Le Monde des Philatelistes". Może wyjadę za granicę. 
Filatelistyka kształci. Nie wiem, czy Pan wie, 
Panie Redaktorze, co znaczy Magyar Belyeggyujtok 
Orszagos Szovetsege. Pan nie wie, a ja wiem. To 
znaczy Związek Filatelistów Węgierskich. Filatelisty- 
ka to piękna rzecz. Czysta i wymienna. 
Zająłem Panu tyle czasu, Panie Redaktorze. I nie 
wiem, czy Pan coś o mnie i o takich jak ja napisze. 
Bo to ani sensacja, ani wielka sprawa. Więc niech 
Pan nie pisze. Może lepiej nie pisać. 
Dziękuję Panu za cierpliwość. 
Pan był bardzo cierpliwy. 
Pan mógł powiedzieć, że ma Pan konferencję 
i odejść. 
Ale Pan został. Może Pan nie słuchał dokładnie, 
ale Pan został. Dla takiego człowieka jak ja, to bardzo 
dużo. Pan był bardzo cierpliwy. 
Ja też byłem cierpliwy. 

Koniec