background image

MAY GRETHE LERUM

KSIĘŻYC W NOWIU

background image

ROZDZIAŁ I

Meisterplassen, luty 1722

Siwowłosy starzec pochylił się nad kołyską, którą sam kiedyś bujał. Wtedy spała w 

niej spokojnie jego Maryjka. Kołyskę zrobił własnoręcznie, już po okaleczeniu dłoni.

Teraz w kołysce leżała nowo narodzona wnuczka Marji.

Niełatwo w to uwierzyć.

Randar z wielkim trudem wyprostował plecy. Już dawno przyzwyczaił się do laski, 

oparł się teraz na niej ciężko, czując, jak zmęczenie miesza się z poczuciem szczęścia.

Jak dobrze być w domu!

Całe  życie  coś  ścigał albo sam był  ścigany,  od czasu gdy jego ojciec  - szaleniec 

zamykał   go,   małego   chłopca,   w   oborze.   Potem   przygarnął   go   Jorand   i   Randar   został 

pomocnikiem kata. Poszedł w ślady przybranego ojca, sam naciągnął czarny kaptur na twarz. 

Sądził wtedy, że jego los został przypieczętowany, że zawsze już kroczyć będzie drogą w 

ciemności. Nie przewidział jednak, jaka siła tkwi w dziewczynce, z którą się wychowywał. 

Przekonał się o tym dopiero wówczas, gdy oboje dorośli i poznali swoje uczucia.

Ona postanowiła opuścić dla niego męża,  pastora, lecz Randar nie potrafił  żyć  ze 

świadomością, że miałby budować własne szczęście na krzywdzie innych  ludzi. W tamtą 

bezksiężycową noc odbił od brzegów Lyster bez niej. Istniała jednak łaska, bo ona sama do 

niego wróciła.

Randar przemierzył  krótką drogę przez izbę, a gdy siadał z powrotem przy ogniu, 

poczuł, jak biodra krzyczą mu z bólu. Jego oczy wciąż miały barwę ciemnego granatu, ale 

twarz była pomarszczona i otaczały ją siwe włosy. Zaledwie kilka pasm w bujnej czuprynie 

zachowało czerń młodości. Obserwował swoją Marię, podczas gdy ona zręcznie zszywała z 

kilku białych szmatek dziecięcy kaftanik.

Nie wiedział, że patrząc  na nią się uśmiecha,  myśli  bowiem zabrały go w daleką 

podróż w czasie. Jego Maria nigdy chyba się nie zestarzeje, inaczej niż on, który każdego 

ranka łapał się na tym, że westchnieniem wita nadejście nowego dnia. Czuł się taki strasznie 

zmęczony,   najchętniej   tylko   by  spał.   Nie   było   w   nim   smutku,   wciąż   jeszcze   potrafił   się 

cieszyć, ale coś już mu kazało przygotowywać się do jeszcze dłuższej podróży. Może dlatego 

w ostatnich dniach nieustannie starał się podsumować swoje życie?

Ona była taka śliczna. Przed oczami wciąż miał jej obraz, gdy przysięgała mu przed 

pastorem. Już to samo w sobie wydawało się niesłychane: kat zyskał Boże błogosławieństwo 

dla swego związku. Równie nieprawdopodobne było to, że Maria kupiła mu wolność. Tamtej 

background image

nocy zasypiał spokojny, pewien, że nic złego już ich nie spotka.

A kiedy w jakiś czas później trzymał w ramionach maleńką córeczkę, wciąż płonęła w 

nim ta sama nadzieja na dobrą przyszłość.

Marja, wytęskniona. Z nią nadeszły złe dni, tak nieznośnie związane ze szczęściem, 

które również z sobą przyniosła.

Marja, jego pierworodna.

Ta, którą zawiódł, opuścił...

Randar   poczuł   gorycz   zalewającą   serce.   Jutro   znów   spojrzy   w   oczy   córce,   która 

przestała już być zasypującą go pytaniami pięciolatką.

Jest babką tego dziecka.

Jakaż wieczność upłynęła!

Randar   przez   wszystkie   lata   pocieszał   się  myślą,   że   Marja   kiedyś   dorośnie,   sama 

pozna miłość i zrozumie. To, czego nie udało się wytłumaczyć pięcioletniej dziewczynce, 

dorosła Marja pojmie na pewno. I nie została przecież całkiem sama, Gjertrud matkowała jej 

od urodzenia. Odkąd zabrali Marię...

Randar   kołysał   się   wolno   na   zydlu   z   pnia   drzewa.   Bolące   oczy,   zmrużone, 

obserwowały izbę. Ogień na palenisku przyjemnie grzał, lecz nie dawał zbyt wiele światła, 

nie przywykli do marnotrawienia cennych świec ani lampy. Choć teraz stać ich było na ten 

zbytek, lubili wspólne ciemne wieczory po powrocie do domu.

Patrzył, jak Maria podchodzi do kołyski, żadne z nich nie mogło się powstrzymać, by 

co parę minut nie zajrzeć do dziecka. Widział twarz żony pooraną zmarszczkami, lecz mimo 

to taką młodą. Wciąż miała długie jasne włosy, nie chciał dostrzec, że ich blask przyblakł 

nieco po latach spędzonych pod piekącym słońcem.

- Najdroższa - szepnął.

Usłyszała go, uśmiechnęła się, przyniosła dziecko do niego.

Dziewczynka spała.

Nigdy nie widział czegoś równie maleńkiego.

Buzię wciąż miała czerwoną i pomarszczoną, skóra na cieniutkiej jak u ptaszka szyi 

układała się w fałdki. Paluszki były takie szczuplutkie, Randar nie mógł oprzeć się wrażeniu, 

że złamią się przy najdelikatniejszym dotyku. Ale proszę, oto zacisnęły się na małym palcu 

Marii, drobniutkie chrząstki pobielały z wysiłku.

Główkę dziecka okrywały ciemne włoski.

- Ona jest  trochę  podobna do ciebie  - powiedziała  Maria cicho,  patrząc  na niego 

jasnobłękitnymi oczami.

background image

- Wydaje mi się, że jest podobna do swojej babki - odparł Randar.

Wargi Marii lekko drżały.

- Mój Boże, ona już jutro tu będzie, nie. mogę się doczekać, a jednocześnie tak się 

boję...

Kiwnął głową, czuł dokładnie to samo. Ale czyż nie było powodu, by drżeć, kiedy 

miał spotkać dziecko, którego nie widział prawie trzydzieści lat?

- Jej  będzie  najtrudniej  - stwierdziła  Maria. Prosili  posłańca,  by trzymał  język  za 

zębami,   miał   przekazać   tylko,   że   Marja   musi   jak   najprędzej   przybyć   na   Meisterplassen. 

Zdawali   sobie   sprawę,   że   córka   będzie   się   domyślać   najgorszego,   polecono   mu   więc 

powiedzieć jeszcze, że nikt nie umarł.

- O ile dobrze ją znam, zjawi się tu już jutro rano. Mama jest człowiekiem czynu, nic 

nie dzieje się dla niej dość prędko...

Amelia uśmiechnęła się z lekkim grymasem.

Randar i Maria wymienili spojrzenia, domyślali się, że matka i córka są ulepione z 

całkiem innej gliny. Oboje staruszkowie już pokochali Amelię. Niemal bali się silnych uczuć, 

jakie wzbudziła w nich ta młodziutka dziewczyna. Ona była z ich krwi, była przedłużeniem 

ich życia  na wieki, bo kiedy ich czekała  jesień, dziecko Amelii przeżywało  dopiero swą 

pierwszą wiosnę.

Maleńka, krucha roślinka...

- Urodziła się o wiele za wcześnie - szepnęła Maria. - Ale jest silna, bardzo silna i 

Amelia ma już dla niej mnóstwo mleka.

Minął czwarty dzień od porodu i młodą matkę niemal siłą musieli przymuszać do 

leżenia w łóżku. Chciała wstawać i gospodarzyć, zająć się jak należy gośćmi. Maria śmiała 

się przyjaźnie, popychając ją z powrotem pod ciepłe wełniane derki.

- Oszczędzaj się, moja kochana, z tego, co zrozumiałam, masz za sobą zbyt wiele 

długich dni.

I   ciężkich   nocy,   dodała   w   duchu.   Błyszczące   oczy   Amelii   świadczyły   o   tysiącu 

zmartwień. Nikt nie ośmielił się na razie zadać jej najważniejszego pytania.

Lecz ani Maria, ani Randar nawet przez moment nie przyglądali się noworodkowi bez 

ściskania w sercu.

Kto jest ojcem tego dziecka?

Kto tak wykorzystał i zwiódł ich młodziutką wnuczkę?

Tego wieczoru także nie otrzymali żadnej odpowiedzi, lecz Amelia, karmiąc dziecko, 

zrobiła im miejsce przy sobie.

background image

- Nazwę ją Johanna - oświadczyła nagle.

Maria lekko uniosła brwi, czyżby to był jakiś ślad? Johan, Johannes, Jo...?

Amelia uśmiechnęła się drwiąco, lecz zaraz spoważniała.

- Miałam wiele zmartwień z tym dzieckiem, więcej niż chcielibyście usłyszeć, lecz 

mimo to wiem już teraz, że to błogosławione maleństwo. Ona jest... czysta. Dziękuję Bogu za 

każdym razem, kiedy mogę pogłaskać jej buzię i poczuć to małe, silne ciałko, takie żywe. - 

Amelia   przymknęła   oczy   i   podjęła:   -   Bóg   okazał   mi   wielką   łaskę.   Gdyby   dziecko   było 

chłopcem, nazwałabym je Johannes, bo właśnie łaskę Bożą oznacza to imię.

Młoda matka leciutko zadrżała. Maria szybko okryła jej ramiona dodatkowym kocem.

-  Johanna  z   łaski  Boga   -  szepnęła   Amelia.   Z  oczu   spłynęły  jej  łzy,   lecz   usta   się 

uśmiechały.

- To piękne imię - oświadczył Randar.

Mało razy przekraczał progi kościoła i wiele smutków w życiu zaznał - właśnie za 

przyczyną duchownych, lecz gdzieś w głębi jego duszy dźwięczała religijna struna, napawała 

go spokojem i nie potrzebował do tego żadnego księdza.

Maria pogładziła okrytą puchem główkę noworodka. Mocno uścisnęła męża za rękę.

- Hanna... nasza prawnuczka.

Amelia ledwie mogła oddychać, tak niebywałą radość sprawiała jej obecność tych 

dwojga, nie potrafiła pojąć, że zaledwie przed czterema dniami jeszcze ich nie znała.

A jutro przyjedzie mama.

Amelia obawiała się przenikliwego wzroku matki, jej zdolności zaglądania w myśli, 

które pragnęło się pozostawić w ukryciu, zarazem jednak wiedziała, że najgłębsza tajemnica i 

tak jest dobrze schowana w najdalszym zakamarku jej serca.

Nikt nigdy się nie dowie, kto jest ojcem Johanny.

Nikt z wyjątkiem Boga.

Już   lepiej   spotkać   się   z   obrzydzeniem   i   wstrętem   w   oczach   ludzi,   gdy   przypisze 

Arntorowi tę zasługę. On, tak okaleczony, na pewno nie będzie protestował. Amelia wiedziała 

z całą pewnością, że Arntor nigdy już nie spłodzi dziecka. Przecież to ona uratowała mu życie 

po wypadku we młynie i wciąż drżeniem napawało ją wspomnienie pogruchotanego ciała. 

Arntor był najpotężniejszy wśród mieszkańców brzegu, królem na kupie gnoju, władcą w 

łachmanach. Królestwo, którym władał, nie było duże ani piękne, bo ci, którzy mieszkali nad 

samą wodą w Sogndalsfjaeren, byli chyba najnędzniejszymi mieszkańcami całej ziemi. Tu 

właśnie ściągali najubożsi, wdowy, starcy bez rodziny, osierocone dzieci, wszyscy ci, których 

ze wstydem wygnano z domów, synowie i córki bezrolnych chłopów, skazańcy, kalecy na 

background image

ciele i duszy.

Amelia przyrzekła swemu Bogu, że właśnie im będzie nieść pomoc.

Właśnie nad nimi sprawował władzę Arntor.

Dlatego potrzebowała jego wsparcia.

Ich umowa wciąż była ważna. Przez całą ciążę odpychała od siebie tę myśl. W dniu, 

gdy miała w rękach jego życie, odczuła pokusę: tak łatwo mogła pozwolić mu umrzeć. Nie 

zrobiła jednak tego. Już wkrótce wybije dla niej godzina.

Musi dotrzymać swojej części umowy i zostać jego kochanką.

Inaczej najsłabsi będą cierpieć jeszcze bardziej. Ledwie przecież rozpoczęła pracę, 

ledwie się wśród nich zadomowiła i zyskała odrobinę ich zaufania. Gdyby nie Arntor, dawno 

by ją wygnali, zanim zdążyłaby choćby wspomnieć o mydle...

Amelia udała, że śpi, gdy Maria wyjmowała dziecko z jej objęć. Babka najwidoczniej 

wykorzystała okazję, żeby potrzymać malutką na kolanach.

Hanna, tak ją nazwała. Owszem, to ładne imię na co dzień. Lekkie, wdzięczne, mniej 

dostojne niż Johanna. Amelia poczuła, że ktoś okrywa ją kocem. Na palenisku trzaskał ogień, 

wkrótce cała chata pogrąży się w spokoju.

Maria i Randar leżeli w swoim dawnym małżeńskim łożu z dzieckiem między sobą. 

Randar obawiał się, że we śnie przygniecie maleńką, że wyrządzi jej krzywdę, ale Maria 

śmiała się z niego i zapewniała, że dopilnuje obojga. Leżała z prawnuczką przy piersi, jedną 

rękę wsunęła pod kark męża. Przytulił się do niej, Maria poczuła ściskanie w sercu. Czyżby to 

żal nad minionymi latami? Nad życiem, jakie wiodła?

Nie, otrzymała swoją szczodrą porcję szczęścia.

Smutku   także,   to   pewne,   lecz   komu   jest   on   oszczędzony?   Jakim   by   się   było 

człowiekiem, gdyby łzy nie płynęły od czasu do czasu i nie zmiękczały twardego serca?

Nie, Maria się nie skarżyła.

I nic w tym dziwnego, bo przecież po tej nocy jej wielki smutek miał doczekać się 

pociechy.

Przecież teraz, właśnie w tej chwili, zmierza tu Marja.

Jej młodsza córka, ta, którą znała zaledwie przez parę dni, a mimo to kochała mocniej, 

niż wydawało się możliwe. Miała z tego powodu wyrzuty sumienia, bo jej myśli nawet w 

połowie tak często nie wędrowały do Sunnivy. Starsza córka była już panienką, kiedy Marię 

zesłano, jej charakter matka zdążyła poznać. Wiedziała, że dziewczynka sobie poradzi, jej 

zdolność   przystosowywania   się   zawsze   zaskakiwała   Marię.   Sunniva   była   córką   Mogensa 

Skanke. Odmówiła przyjęcia spadku po nim. Amelia nie opowiadała zbyt wiele, lecz dość, by 

background image

Maria wyczuła, iż miała miejsce sprzeczka. Maryjka nie poddała się, zdołała nawet odzyskać 

spadek   po   matce,   Sunniva   zadowoliła   się   przyjęciem   kilku   rzeczy   Marii   i   Mogensa, 

odnalezionych w piwnicy spalonego probostwa. Maria potrafiła to sobie wyobrazić, Sunniva 

zawsze była taka dobra.

Kiedy spotkały się przed dwoma dniami, czas jakby się zatrzymał.

Odbyło się to niemal spokojnie.

Dorosła kobieta o wydatnym biuście uścisnęła Marię za rękę i nazwała ją matką.

Jej jasnowłosy małżonek Bjornar ukłonił się z szacunkiem i wypchnął przed siebie 

dwóch chudziutkich synków. Potem rozmawiali przez chwilę, trochę jedli.

Później odjechali.

Maria widziała,  że Sunnivie dobrze się układa, że zmarszczki od uśmiechu  na jej 

twarzy są równie liczne jak te wokół oczu. Mąż sprawiał wrażenie troskliwego i miłego. Z 

ulgą zorientowała się, że córka zbudowała swoje własne życie, ale na pożegnanie machała jej 

ze smutkiem.

Z Marją będzie inaczej.

Maria na wpół ukryła twarz w sztywnych włosach Randara. W ciszy panującej w izbie 

słyszała jego oddech, wiedziała, że nie śpi.

- Nie mogę zasnąć - szepnęła.

Bez słowa wyciągnął do niej rękę pod kocem, zaczął ją delikatnie głaskać. Śpiące 

dziecko   trochę   mu   przeszkadzało   i   Maria   zaraz   przełożyła   dziewczynkę   na   swoją   drugą 

stronę. Teraz w zagłębieniach obu łokci kogoś tuliła...

Randar nie przestawał jej pieścić, Maria leżała w wełnianej koszuli, późnozimowe 

noce były chłodne.

Ale   szorstkie   ręce   Randara   znały   drogę.   Westchnęła   zadowolona,   kiedy   dotknęły 

ciepłej skóry. Słyszała, że mąż wciąż wstrzymuje oddech z napięcia, gdy palce odnajdywały 

jej pierś. Maria wiedziała, że Randar nie spodziewa się, iż jej ciało będzie tak młode i jędrne 

jak kiedyś. Żyło już długo, tak jak i jego, lecz żadnemu z nich dwojga nigdy nie przyszłoby 

do głowy, by nazwać ślady minionych lat brzydkimi.

Skóra pod jego palcami zdawała się taka cienka, na żebrach było jej jakby za dużo, ale 

miał pewność, że żona wciąż ceni sobie długie, łagodne pieszczoty, jakimi ją obdarzał.

Wkrótce i jej dłoń sięgnęła do niego, Maria odnalazła jego rytm, czuła, jak pierś męża 

miarowo wznosi się i opada pod jej ręką. Ostatnio jeszcze bardziej schudł, mięśnie nie były 

takie twarde jak kiedyś, lecz mimo to wiedziała, że są mocne i wytrzymałe, jeśli zmusi je do 

pracy. Biodra niekiedy go zawodziły, lecz ręce wciąż miał silne, nadal potrafił uściskać ją 

background image

tak,, że z radości dech zapierało jej w piersiach.

Dawno   już   nie   przeżyli   pełnego   zespolenia,   wiele   czasu   minęło   od   chwili,   gdy 

znużonym ciałom starczyło sił na coś więcej niż te długie, senne chwile czułości.

Teraz jednak coś zaczynało się w niej budzić.

On o tym wiedział, poczuła bowiem jego dłoń przesuwającą się w dół po brzuchu w 

stronę ud.

- Najdroższa, tak chcę być z tobą...

Nie   odpowiedziała,   ostrożnie   uniosła   się   tylko   w   łóżku   i   obciągnąwszy   koszulę, 

podreptała po ciemku przez izbę, żeby położyć dziecko w kołysce.

background image

ROZDZIAŁ II

Co się stało? Jaki powód mogła mieć Amelia, by nareszcie wezwać rodziców? Marja 

wielokrotnie   okrążyła   pokój,   zanim   w   końcu   się   opamiętała   i   zaczęła   dyrygować 

przygotowaniami do wyjazdu. Karl próbował ją uspokajać, posłaniec wszak przekazał, że nikt 

nie umarł, nie stało się zatem nic złego. Powinni chyba raczej się cieszyć, czyż Marja nie bała 

się i nie złościła, kiedy córka nie zgodziła się przyjechać do domu na Boże Narodzenie? A w 

dodatku nie chciała dopuścić do żadnych odwiedzin?

-   Ona   potrzebowała   tego   czasu,   moja   Marjo.   Teraz   nasza   Amelia   się   namyśliła   i 

uporała wreszcie z tym, co tak strasznie ją dręczyło, gdy stąd wyjeżdżała.

- Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego nas opuściła. Ten pomysł z pracą dla ubogich... z 

tym, że musi oderwać się ode mnie... Czyja jestem taka straszna, Karlu? Nawet moja jedyna 

córka nie może ze mną wytrzymać?

Karl przygarnął ją do siebie, pogłaskał po czarnych, wzburzonych włosach.

- Wiesz, że to nieprawda. Nasza Amelia zawsze była dziwnym dzieckiem... W każdym 

razie tak się nam wydawało. Słusznie postąpiliśmy, wspierając ją w chwili, gdy postanowiła 

zrobić coś ze swoim życiem. I chyba podoba ci się to zainteresowanie niesieniem pomocy 

słabym? Odziedziczyła je po tobie, najdroższa, twoją troskę o wszystkich, którzy cierpią.

Marja pociągnęła nosem, głos miała gruby od łez.

- Nie rób ze mnie takiej szlachetnej, pokutowałam, ale wiele krzywd wyrządziłam...

Kołysał ją wolno, tak jak stali na środku pokoju. Pan na Wdowiej Zagrodzie nauczył 

się   z   czasem   radzić   sobie   ze   zmiennymi   nastrojami   żony.   Marja   nie   była   być   może 

najłatwiejsza w związku małżeńskim, lecz on świata poza nią nie widział.

Poza epizodem z najwcześniejszej młodości zawsze należał tylko do niej. A kiedy 

pojawił się Bendik, Marja zrozumiała i pogodziła się nawet z tym faktem. Syn, o którego 

istnieniu   Karl   nie   wiedział   przez   osiemnaście   lat,   doznał   ze   strony   Marji   wyłącznie 

życzliwości.   Przybył   do   nich   zeszłego   lata,   z   początku   jako   obcy,   Karl   jednak   nie   miał 

wyboru, musiał uznać chłopca i zaproponować mu nazwisko. Wszystko świadczyło o tym, że 

Bendik mówi prawdę, już same rysy twarzy wystarczały za dostateczny dowód. Chłopiec 

przyniósł   też   ze   sobą   błyszczący   kamień,   srocze   srebro,   które   Karl   dał   kiedyś   młodej 

dziewczynie...

Karl szeptał żonie we włosy czułe słowa.

Rozluźniła się w jego ramionach, jak zwykle.

-   Popłyniemy,   gdy   tylko   łódź   będzie   gotowa.   Weźmiemy   tę   na   osiem   wioseł   i 

background image

będziemy na miejscu jutro rano - oświadczył stanowczo.

Marja podniosła głowę i popatrzyła na niego, twarz miała zalaną łzami.

- Tak bardzo cię kocham - szepnęła. - Co ja bym bez ciebie zrobiła?

Czterej mężczyźni poruszali wiosłami tak, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci, ale 

Marji wydawało się, że łódź stoi w miejscu. Woda tego dnia była ciemna i oporna, w zimnym 

lutowym  wietrze nie dawało się rozpoznać oznak nadchodzącej wiosny. Wzdłuż brzegów 

tłoczyły się popękane kry. Poziom wody był teraz najniższy, prąd zmierzał w stronę morza, 

wkrótce jednak zawróci, wtedy będzie im jeszcze trudniej.

Karl  i Marja siedzieli  pod rozpiętym  kawałkiem  żaglowego  płótna,  tworzącym  na 

samej rufie coś w rodzaju chatki. Cztery pary wioseł pluskały o nieusłuchane fale. Odgłosy 

wiosłowania   wraz   z   ciężkimi   oddechami   mężczyzn   czyniły   atmosferę   jeszcze   bardziej 

napiętą.

Karl wskazywał palcem charakterystyczne elementy krajobrazu, próbował opowiadać 

Marji   o   mijanych   zagrodach,   o   cyplach   i   szczytach,   i   związanych   z   nimi   osobliwych 

historiach. Ona jednak patrzyła  na niego pustym  wzrokiem,  aż wreszcie  i on się poddał. 

Spoczywali na miękkich poduszkach, oni, gospodarze z Wdowiej Zagrody, Marja jednak nie 

pozwalała ciału opaść na wygodne posłanie, siedziała spięta, nie odrywając wzroku od dziobu 

łodzi.

Jej najdroższa Amelia...

W co ona się wplątała?

Nie   mogły   ich   czekać   żadne   dobre   nowiny.   Posłaniec   nie   przybywałby   w   takim 

pośpiechu, Amelia na pewno ma kłopoty. Marję ciarki przeszły na myśl o córce, samotnej, tak 

daleko. Pewną pociechę stanowiła świadomość, że Sunniva może mieć oko na Amelię, ale 

Marja nigdy dobrze nie znała swej przyrodniej siostry, wiedziała jedynie, że Sunniva jest 

dobrym człowiekiem.

A może Amelia popadła w jakiś konflikt z władzami?

Może wielkim panom nie podoba się jej dobroczynność? Wielu uważało, że biedacy 

sami są winni swojej nędzy. Gdyby żyli przyzwoiciej i więcej myśleli o Panu... Marja nieraz 

zetknęła się z takim nastawieniem, zarówno wtedy, gdy zaczęła przyjmować chorych, jak i 

wówczas gdy próbowała zorganizować nauki dla wiejskiej młodzieży. Amelia dobrze o tym 

wiedziała, a mimo to poszła tą samą drogą. Marja jednak rozumiała, że córka kieruje się 

zupełnie  innymi  motywami,  w  Amelii  tkwiła  pewna  wola   męczeństwa,   zawsze  tak   było. 

Córka należała do ludzi, którzy przepraszają za to, że pada deszcz...

Marja głęboko nabrała tchu w płuca. Od chłodnego, wilgotnego morskiego powietrza 

background image

zakręciło jej się w głowie. Karl milczał. Znał żonę i wiedział, że nie ma już nic więcej do 

powiedzenia. Marja poczuła falę radości w sercu i uśmiechnęła się do męża, odnalazła jego 

dłoń, uścisnęła ją w podzięce.

Dobry, niezawodny Karl, trwał przy niej zawsze.

Ileż   to   razy   był   dla   niej   niczym   lina   ratunkowa,   niczym   kotwica,   gdy   szalały 

najstraszniejsze sztormy!

- Tak się martwię - wyznała szeptem.

Kiwnął tylko głową. Zauważyła, że spierzchły mu wargi. Jej silny mąż wprawdzie się 

nie trząsł, lecz w głębi ducha zapewne niepokoił się tak samo jak ona. Amelię kochał nad 

życie. Po tym, jak Karl Martin ich opuścił, ojciec i córka jeszcze bardziej zbliżyli się do 

siebie. Marja wiedziała, że Karl nie zniósłby utraty córki.

- Może ona wróci z nami do domu - rzekł Karl ostrożnie, a głos jaśniał mu nadzieją.

Marja uśmiechnęła się z przymusem.

- Oczywiście, że wróci, nie zostawię jej tam, to pewne. To było od pierwszej chwili 

szaleństwem, nie powinniśmy nigdy jej puszczać...

-   Musieliśmy   pozwolić   jej   na   wyjazd,   Marjo,   inaczej   zniszczylibyśmy   jej   życie. 

Najwyższy czas, żeby żyła tak jak chce. Amelia zawsze była starsza, niż wskazywałby na to 

jej wiek.

- Ona wciąż ma niecałe osiemnaście lat.

Karl mruknął coś cicho, jak gdyby chciał zapomnieć o tym prostym fakcie.

- Zabraliśmy jej dzieciństwo, Karlu.

- To prawda, i dlatego nie mogliśmy odmówić jej prawa do dorosłości.

Łódź wpłynęła na bardziej wzburzone wody, lecz wiatr już się odwracał. Być może 

wkrótce uda się podnieść żagle, a wówczas resztę drogi pokonają bardzo szybko i dotrą na 

miejsce, zanim jutrzejszy dzień zdąży się zestarzeć.

Amelia   tej  nocy nie  mogła   zasnąć,  leżała,   zaciskając  oczy,  lecz   to  nie  przynosiło 

odpoczynku. Słyszała cichą rozmowę dobiegającą z sąsiedniej izdebki. Staruszkowie wzięli 

maleńką Hannę ze sobą do łóżka i Amelia nagle poczuła się taka samotna. Bardzo chciała 

pójść do nich, zabrać dziecko, lecz zdawała sobie sprawę, że to może im się wydać nieco 

dziwne. Młode matki musiały odpoczywać, tak właśnie być  powinno, przez pierwsze dni 

noworodkiem opiekowały się starsze, bardziej doświadczone kobiety, pozwalając matce dojść 

do siebie. Z czasem położnica coraz więcej zajmowała się dzieckiem i przed ukończeniem 

przez nie czwartego, piątego tygodnia życia mogła mieć nadzieję, że stanie na nogi tak silna 

jak wcześniej. Wciąż jednak musiało upłynąć jeszcze kilka tygodni, zanim zabierano ją do 

background image

kościoła, by uwolniła się od nieczystości po porodzie.

Młodziutka   matka   mocno   przytrzymała   się   krawędzi   łóżka   i   usiłowała   sobie 

tłumaczyć,   jak   bardzo   jest   nierozsądna.   Powinna   się   cieszyć   z   takiej   niespodziewanej 

pomocy, przecież myślała, że przez okres połogu będzie leżeć tu sama. Przybycie Marii i 

Randara było prawdziwym cudem, Amelia nawet przez moment nie wątpiła, że Bóg przez 

cały czas roztaczał nad nią opiekę. Wszelkie zło, jakiego doświadczyła, to jedynie próba, 

miała nadzieję, że przeszła ją pomyślnie, świadczył o tym fakt, że dziecko urodziło się bez 

ułomności.   Tak   przynajmniej   sądziła.   Teraz   tajemnica   mogła   spocząć   głęboko,   pozostać 

ukryta na zawsze. Nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy, że to piękne dziecko różni się od 

innych owoców grzechu. I jeśli dobrze znała swoją matkę, to na pewno potrafi ona omotać 

pastora i ludzi na tingu. Bez wątpienia przyjdzie zapłacić okrągłą sumkę jako grzywnę za 

nieobyczajne prowadzenie się córki, ale potem wszyscy będą zadowoleni i Amelia uniknie 

kolejnych prześladowań.

Jeśli oczywiście pospieszy się i wyjdzie za mąż. Nawet mama nie ma chyba takiej 

władzy,   by  wioska   pozwoliła   niezamężnej   dziewczynie   swobodnie   chodzić   z   nieślubnym 

dzieciakiem.

Za ścianą zapadła cisza, Amelia już myślała, że wszyscy troje zasnęli; ale szepty zaraz 

znów się rozległy, zaskrzypiało łóżko. Zapatrzyła się w ciemność, lecz raczej usłyszała, niż 

zobaczyła, jak Maria kładzie dziecko do kołyski i człapiąc, wraca do swojej izdebki.

Ach, dzięki Bogu!

Amelia w jednej chwili wyskoczyła z łóżka i poruszając się cicho jak kot, dopadła 

kołyski. Podniosła niewiarygodnie lekkie ciałko i przygarnęła je mocno.

Usiadła w łóżku, tuląc mały kłębuszek i wdychając  słodki zapach noworodka. Jej 

córeczki!

Trudno wprost w to uwierzyć.

Amelia niekiedy odczuwała szarpiący lęk, strach przed czymś nieznanym. Nie bała się 

odpowiedzialności, od czasów dzieciństwa nauczyła się żyć z ciężkim brzemieniem. Teraz 

jednak najbardziej ciążyło jej poczucie bezradności. Na jaki świat bowiem wydała Hannę? 

Dziewczynka, mając taką matkę jak Amelia, będzie pozbawiona dostatniego życia, a przecież 

ta   malutka   to   właściwie   panienka   ze   dworu,   lecz   jej   matka   raz   na   zawsze   zrzekła   się 

dziedzictwa.

Amelii przeszedł dreszcz po plecach.

Wzięła   się   jednak   w   garść,   podniosła   dziecko   jeszcze   bliżej   twarzy,   poczuła   na 

policzku ledwie słyszalny ptasi oddech.

background image

- To nie srebro uczyni  cię  bogatą, dam ci wszystko,  czego  ci potrzeba, wszystko 

najpiękniejsze, co mam - szeptała Amelia ledwie słyszalnie.

Malutka zaczęła się kręcić, małe usteczka cmokały. Amelia uśmiechnęła się, a potem 

cicho   roześmiała   do   dziecka.   Przyłożyła   córeczkę   do   piersi,   którą   maleńka   po   kilku 

nieudanych próbach wreszcie pochwyciła i zaczęła ssać.

Maria pozwoliła wszystkim jeszcze spać. Sama wstała, z rozbawieniem czując dawną 

wilgoć pod koszulą. Pierś rozpierała jej radość, w ten chłodny poranek całe ciało wydawało 

się dziwnie zwinne i miękkie, reumatyzm dokuczający jej podczas podróży statkiem jakby 

zniknął. Chyba pomogły nie tylko ciepłe okłady i wywar z jałowca?

Złapała się na tym, że cicho nuci, rozpalając żar w piecu i na palenisku na środku izby. 

W starej chałupie wciąż był dymnik, chociaż piec w kącie miał specjalne odprowadzenie 

dymu. W większości chat do tej pory zadowalano się paleniskiem, choć przecież upłynęły już 

całe lata, odkąd Randar i Jorand wymurowali ciężki kamienny piec. Kiedy napaliło się i w 

piecu, i na palenisku, w izbie było po dwakroć cieplej, a do dymu snującego się po wnętrzu 

wszyscy przywykli i nauczyli czuć się z nim dobrze.

Nalała wody do żelaznego kociołka i poszła po mąkę. Lepiej wziąć więcej, bo nie 

wiadomo, czy goście z Lyster przybędą na śniadanie czy też na południowy posiłek. Maria 

dostała od Sunnivy masło, słoninę i cały stos podpłomyków, sama zaś przywiozła wielki 

worek   cukru,   co   najmniej   piętnaście   funtów.   I   przyprawy:   pieprz,   rozmaryn,   tymianek, 

suszony czosnek i wiele innych, których nikt z tych okolic by nie rozpoznał. Najcenniejszy 

był żółty proszek, wiedziała, że w miastach płacą za niego tyle, ile waży w złocie. Tutaj nikt 

nie doceniłby żółtej barwy i szczególnego aromatu, jaki przyprawa nadawała potrawom. Tam, 

gdzie ją kupiła, stosowano ją do ryby i do ciastek. Przyprawę uzyskiwano ze specjalnego 

kwiatu, działała też leczniczo na wiele dolegliwości.

Maria zaczekała, aż woda zacznie wrzeć. Odlała potem odpowiednią ilość do mycia i 

zmywania,   a   z   resztą   rozmieszała   mąkę.   W   garnku   zaczęło   leciutko   perkotać,   wtedy 

przesunęła go na bok, a nad ogniem zawiesiła stary, miedziany imbryk. Ugotuje dzisiaj kawę, 

Marja była teraz podobno bogatą kobietą i zapewne znała już smak tego napoju. Po izbie 

rozszedł   się   zapach   kawy,   niosąc   uroczysty   nastrój.   Prawie   Boże   Narodzenie,   pomyślała 

Maria wzruszona, odmawiając cichą modlitwę.

Oby tylko żyła na tyle długo, by dane jej było obchodzić bodaj jeszcze jedne święta.

Prawdziwe święta w domowym zaciszu, z mnóstwem pysznego jedzenia, śpiewem i 

płonącymi świecami.

Jak za dawnych dni.

background image

Za dawnych, bardzo dawnych dni.

Drgnęła przestraszona, kiedy dziecko nagle zapłakało. Malutka zaczęła się kręcić, ale 

zanim Maria do niej doskoczyła, Amelia już była przy kołysce. Wyglądała na zmęczoną, 

rozczochrane włosy sterczały na wszystkie strony, jak gdyby wierciła się w łóżku przez całą 

noc.   Maria   uściskała   ją,   podprowadziła   do   ciepła.   Amelia,   wciąż   w   samej   tylko   nocnej 

koszuli, dostała do wypicia kubek gorącego naparu, znalazł się w nim kminek, nasiona wyki i 

ostra świeża przyprawa, której Maria nauczyła się dodawać do wódki.

W kubku rozpuszczała się też spora grudka cukru.

- Pyszne, babciu, czuję się niemal wypoczęta... Nie bardzo dobrze spałam tej nocy.

- Rozumiem, i tobie też pewnie myśli nie chciały dać spokoju.

Amelia pokiwała głową. Znad kubka obserwowała Marię. W ruchach starszej kobiety 

nic nie zdradzało zdenerwowania, a przecież musiała być co najmniej tak samo spięta jak 

Amelia. Jakież to okrutne w taki sposób utracić córkę! Amelia nie bardzo potrafiła to sobie 

wyobrazić. A gdyby przyszli tu teraz i odebrali jej Hannę? Gdyby przyszli i zabrali ją stąd? 

Zesłali   gdzieś   daleko   za   karę?   I   potem   miałoby   upłynąć   trzydzieści   lat,   zanim   znów 

zobaczyłaby swoją córkę?

- To musiały być straszne przeżycia, babciu. Maria wolno wypuściła powietrze z płuc, 

obmyła Hannę i założyła jej nową pieluszkę.

-   Tak.   Czasami   było   naprawdę   strasznie,   ale...   człowiek   potrafi   się   pogodzić   z 

wieloma rzeczami, które niesie ze sobą życie.

- Trudno mi uwierzyć, że to możliwe. Gdyby ktoś odebrał mi malutką...

Maria napotkała niebieskie spojrzenie wnuczki.

- Myślę, że ty już wiesz, że człowiek, jeśli musi, zdolny jest przeżyć najgorsze. Jaki 

twój dzień, taka twoja siła...

Amelia ciężko skinęła głową, ale uśmiech, posłany babce, był spokojny.

- Rzeczywiście tak jest, babciu. I owszem, wiem to już, bo On mi to pokazał.

Wzięła  dziecko, Maria zaś, jak co rano, poszła nasmarować  biodra Randara, żeby 

ulżyć mu w bólach przy wstawaniu. Gorące okłady również trochę pomagały.

Randar właśnie usiadł przy stole i sięgnął po łyżkę, gdy na progu usłyszeli kroki.

Amelia zdrętwiała.

Wzrok Marii w jednej chwili stał się rozbiegany, ręka lekko drżała.

Randar  przenosił  spojrzenie  z jednej  kobiety na drugą,  aż wreszcie  wstał  i ruszył 

gościom na spotkanie.

W pierwszej chwili twarz Marji przypominała maskę. Randar natychmiast spostrzegł, 

background image

jak bardzo się bała. Przez krótką chwilę wpatrywała się, niczego nie pojmując, w starego 

człowieka w drzwiach. Widziała siwe włosy, lekko zgarbioną sylwetkę, która mimo to była 

dostatecznie wysoka, by wypełnić sobą cały otwór drzwiowy. Usta otworzyły jej się szeroko, 

oczy rozszerzyły, jak gdyby ujrzała ducha. Zamrugała mocno, potem spojrzenie jej padło na 

palce zaciśnięte na klamce.

- Tatuś...

Bardziej przypominało to jęk niż słowo. Randar delikatnie skinął głową. Powietrze 

jakby zgęstniało, trudno nim było oddychać.

- Tatusiu... ty wróciłeś... Poczuł, że płacze.

- Przecież ci to obiecałem, Maryjko - szepnął bezradnie.

Mężczyzna,   który   stał   tuż   za   nią,   zatrzymał   się   zakłopotany,   Marja   z   wahaniem 

podeszła do ojca, nie wiedziała, co zrobić z rękami, chciała go uściskać, lecz nie śmiała. 

Stanęli   blisko   siebie,   Randar   podniósł   okaleczoną   dłoń,   dotknął   jej   włosów,   chowała   je 

wprawdzie pod chustką, lecz i tak kilka czarnych loków zdołało się spod niej wysunąć. Ze 

smutkiem   patrzył   na   linie   twarzy   dorosłej   kobiety,   niewiele   w   niej   zostało   z   tamtej 

pięcioletniej dziewczynki.

Wreszcie   jednak   Marja   rzuciła   się   ku   niemu   ze   szlochem   równie   głębokim,   jak 

wówczas gdy się z nią zegnał.

Zachwiał   się   pod   jej   ciężarem,   lecz   nie   upadł.   Objął   ją   mocno,   była   szczupła   i 

niewysoka, czuł młodzieńcze jeszcze kształty ciała, cieszył się sprężystością i siłą, których 

córka najwidoczniej dotąd nie utraciła.

- Moja piękna Maryjko... Jakże ja za tobą tęskniłem!

- Ach, tatusiu... Ja nawet nie śmiałam tęsknić. Gdzie byłeś, dlaczego nie...?

Jęknął, sprawił to ból tkwiący w jego duszy.

- Zapewne nigdy mi nie wybaczysz, moja maleńka. Ale wiedz, że nie przeżyłem ani 

jednego dnia bez myśli o tobie.

Marja nagle mu się wyrwała. Pytanie cisnęło jej się na usta. Zrozumiał, rzekł tylko:

- Ona jest w środku, czeka na ciebie razem z twoją córką.

Marja nie wbiegła do chaty.

Cofnęła się o krok, zasłoniła twarz dłońmi, mąż natychmiast znalazł się przy niej. 

Randar czekał, aż wyciągnie rękę na powitanie. I rzeczywiście, Karl zrobił to, lecz wciąż 

mocno obejmował żonę ramieniem.

-   Karl   Oppdal.   Wielki   to   zaszczyt   dla   mnie   spotkać   cię,   Randarze   Meisterplass, 

teściu...

background image

Randar   niewyraźnym   głosem   odpowiedział   na   uprzejme   słowa.   Znajomość   ludzi 

natychmiast powiedziała mu, że córka ma dobrego męża, takiego, jakiego sam by wybrał dla 

swojej szalonej, dzikiej Maryjki.

Randar zaprosił ich do chaty.

Marja wciąż się wahała.

Karl lekko popchnął ją w przód.

Nie było już drogi odwrotu.

Amelia była pierwszą osobą, którą zobaczyła. Dziewczyna siedziała przy stole nad 

pełnym  talerzem  owsianki. Marja zauważyła,  że córka wygląda na o wiele starszą, może 

dlatego, że jasne włosy miała upięte na karku jak stateczna niewiasta. Może było coś w jej 

oczach,   jakiś   nowy   spokój,   a   może   dlatego,   że   siedziała   tak   prosto   i   kiedy   napotkała 

spojrzenie matki, w jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień? Wreszcie się uśmiechnęła. Marja 

zobaczyła, jak córka się rozpromienia, i poczuła, że niepokój ustępuje. Odetchnęła głęboko i 

zmusiła się do przeniesienia wzroku z Amelii na starszą kobietę, która wstała na jej widok.

- Mama...?

Sama słyszała, jak żałośnie to zabrzmiało.

Maria ruszyła w jej stronę z wyciągniętymi rękami.

Tak łatwo było w nie wpaść.

W głowie Marji zawirowało, lecz poczuła, że zapach bijący od tej obcej kobiety jest, o 

dziwo, taki bezpieczny i znajomy.

- Czy to prawda? - szeptała Marja do siebie, czując przy twarzy policzek matki.

Nic więcej nie mówiły, stały tylko na środku izby, tak jak gdyby wszystko dokoła 

przestało   istnieć.   Żadna   z   nich   nie   chciała   puścić   drugiej,   żadna   nie   chciała   się   cofnąć. 

Wreszcie Marja rozszlochała się, roztrzęsła. Matka przymknęła oczy, spod powiek spłynęły 

łzy, lecz nie przestawała się uśmiechać.

- Siadaj, Marjo. Tyle mamy sobie do powiedzenia...

Marja   pozwoliła   poprowadzić   się   do   stołu.   Zaraz   zjawił   się   Karl,   z   pewnym 

onieśmieleniem przywitał się z Marią i dopiero potem zajął miejsce między żoną a córką.

Teraz zaczęła mówić Amelia, w jej oczach również błyszczały łzy.

- Mamo... jest coś jeszcze... to znaczy... ach, nie gniewaj się!

Marja zdziwiona popatrzyła na córkę.

- Gniewać się? Ależ, moje dziecko, jestem tylko taka poruszona, nie wiem, co mam 

mówić, dlatego cała się trzęsę.

Amelia przełknęła ślinę, znów podniosła głowę. Ale kuliła się w sobie, jak gdyby 

background image

oczekiwała połajania albo wymówek.

- Mamo... tato... ja... wy...

W   końcu   i   ona   wybuchnęła   płaczem,   łkanie   zagrodziło   drogę   dalszym   słowom. 

Wreszcie Maria wstała i pogładziła wnuczkę po głowie.

Prędkim   krokiem   przeszła   przez   izbę,   dopiero   teraz   goście   zauważyli   stojącą   tam 

kołyskę.

Lekki   niepokój   na   twarzy   Karla   zmienił   się   w   zdumienie.   Marja   natomiast 

skamieniała, tylko oczy robiły jej się coraz większe.

Stara kobieta podniosła śpiące maleństwo do góry. Owinęła je dodatkowym kocykiem, 

podeszła do Amelii i położyła jej córeczkę na kolanach. Dziewczyna z dzieckiem w objęciach 

zdawała się odzyskiwać siłę.

- Tato, mamo, to wasza wnuczka. Ma na imię Johanna, ale my nazywamy ją Hanna, 

mała Hanna.

Lekki uśmiech ukazał się na twarzy babki.

Z ust Marji wydobyły się jakieś dźwięki, z trudem przypominające śmiech. Pokręciła 

głową, jakby nie mogąc się zdecydować, czy ma dalej płakać, czy raczej powinna okazać 

radość.

- Nie mogę w to uwierzyć... to za dużo... to niemożliwe.

- Owszem, możliwe - stanowczo oświadczył Randar. - Weź się teraz w garść, moja 

mała, i przywitaj się ze swoją wnuczką.

Słowa zabrzmiały tak śmiesznie, tak strasznie brakowało im logiki. Marja odzyskała 

wreszcie kontrolę nad sobą, widzieli, że z trudem powstrzymuje cisnące się na usta pytania.

- Chcesz ją potrzymać, mamo? - cicho spytała Amelia.

Dopiero gdy dziecko leżało u niej na kolanach, Marja ośmieliła się dobyć głosu.

- Moja biedna Amelio, jakże cię zawiodłam. Amelia wolno pokręciła głową.

-   Nie,   mamo,   jeśli   ktokolwiek   tutaj   zawiódł,   to   ja,   ale   nie   mogłam   ci   o   tym 

powiedzieć, nie mogłam.

Marja poczuła ukłucie w sercu. Rzuciła urażona:

- Nie mogłaś przyjść do rodzonej matki, kiedy działo się coś złego, Amelio? Nie masz 

do mnie zaufania?

Amelia zarumieniła się, zaczęła kręcić się na krześle.

- To nie tak, mamo, sama musiałam sobie z tym poradzić...

- Kto jest ojcem? - spytał Karl.

Amelia   spuściła   wzrok.   Spodziewała   się,   że   to   pytanie   padnie,   a   odpowiedź 

background image

powtarzała sobie w duchu dostatecznie wiele razy, by teraz rzec niemal bez drżenia:

- Poznacie go. Kiedyś.

Nie chciała myśleć o Arntorze, nie chciała czuć fali zimnego strachu w tej niezwykłej 

chwili.

Karl wychwycił ostrzeżenie brzmiące w słowach córki, Marja także się powstrzymała.

- Ona jest śliczna - powiedział Karl.

- Nie ma żadnej wady - szepnęła Amelia, a pozostali zdumieli się dźwięczącym w jej 

głosie zaskoczeniem i wdzięcznością.

Jedzenie   może   być   dobrym   rozwiązaniem,   kiedy   braknie   słów.   Maria   poczuła,   że 

napięcie ustępuje, gdy tylko zasiedli wokół stołu, każde z łyżką w dłoni i własną miską ciepłej 

owsianki.   W   całą   tę   niezwykłą   sytuację   wkroczyła   teraz   codzienność,   choć   wszystkim 

przecież przez tak wiele lat trudno ją było nawet sobie wyobrazić.

Randar z końca stołu mógł patrzeć na żonę, córkę i najpiękniejszą wnuczkę, jaką mógł 

mieć   na   ziemi.   A   w   kołysce   leżała   prawnuczka,   posapując   cichutko.   Radował   się   tym 

widokiem jak ze snu.

Znów jednak pojawiło się owo zmęczenie, paraliżująca  niemoc  w głowie, chociaż 

teraz nie było to nieprzyjemne, wokół stołu siedzieli przecież wszyscy, których kiedykolwiek 

kochał. Jedli błogosławiony, pierwszy wspólny posiłek, czując, że przed nimi jeszcze dużo 

czasu. Czasu na pytania, odpowiedzi, na śmiech i kolejne łzy.

Marja i Maria rozmawiały o Gjertrud.

- Była jedną z moich najlepszych przyjaciółek - rzekła Maria.

Marja kiwnęła głową, ona wciąż tęskniła za Nadjana. Nagle drgnęła, uświadomiła 

sobie,   że   matka   najpewniej   nic   nie   wie   o   tym   nieprawdopodobnym   zbiegu   okoliczności. 

Powiedziała ostrożnie:

-   Ja   także   miałam   kiedyś   bliską   przyjaciółkę,   mamo.   Kogoś,   kogo   i   ty   znasz... 

Nadjanę.

Maria wyglądała na zmieszaną. Stare oczy zwróciły się jakby do środka, szukała w 

pamięci.

- Nadjana... znałam kiedyś pewną Nadjanę, ale ona...

- Uciekła ze szkieru w łodzi bez wioseł, myśleliście, że nie przeżyje, lecz ona trafiła 

do Kopenhagi.

Maria siedziała z szeroko otwartymi oczami. Zapomniała o jedzeniu.

- To niezwykła historia, mamo. Ale krótko mówiąc, Nadjana spotkała w Kopenhadze 

syna Revelina.

background image

Twarz matki na wspomnienie nazwiska pastora pociemniała. Tak wiele jej zabrał.

-   Justitian   wrócił   do   domu   z   Nadjana   jako   swoją   żoną.   Ona...   z   czasem   się 

zaprzyjaźniłyśmy,   mamo.   To   ona   zwróciła   nam   twój   spadek,   bo   kiedy   Justitian   umarł, 

wszystko przeszło na nią. Stary Revelin... los w końcu go dopadł, zginął w płomieniach - 

zakończyła Marja, usiłując zachować obojętną minę.

Maria westchnęła ciężko.

Coś jakby utkwiło jej w gardle.

Wreszcie spytała:

- Gdzie ona teraz jest? Marja odparła cicho:

- Nie bardzo wiem, to jeszcze dłuższa historia. Wyjechała wraz z bliźniaczym bratem 

Amelii. Wiele lat już minęło... Był wtedy jeszcze dzieckiem, lecz wplątał się w niebezpieczne 

sprawy, był jednym z ludzi Nielsa Kvithovuda.

Randar kiwnął głową. Słyszał, jak marynarze rozmawiali o wielkim buncie przeciwko 

podatkom i o Kvithovudzie, który w więzieniu czekał na kata. Randar ciekaw był dalszych 

szczegółów, czekał na wyjaśnienie, lecz Marja odpowiedziała krótko:

- Wyruszyli na Wschód, bo tam Nadjana miała swoje korzenie.

Maria wolno pokiwała głową.

-   To   prawda,   ona   pochodziła   ze   Wschodu,   lecz   wydawało   mi   się,   że   to   kobieta 

pozbawiona korzeni.

- Dostaliśmy kilka listów, ale w tym roku nie przyszły żadne wiadomości. Może oboje 

już nie żyją.

- Och, nie, tak nie jest, mogą istnieć pewne powody, dla których listy nie dochodzą, 

może być...

Marja otarła łzę i wbiła wzrok w matkę.

- Tak, tak, może być różnie, nikt nie wie o tym lepiej niż ty.

Takie stwierdzenie było jedynym oskarżeniem, na jakie było ją stać.

Słowa jednak już padły i wymagały odpowiedzi.

Maria zapatrzyła się daleko przed siebie. Randar odwrócił głowę, przedłużająca się 

cisza przy stole zaczynała stawać się nieprzyjemna.

Przerwała ją Amelia.

- Nie o wszystkim musimy dowiadywać się od razu, mamo. Babcia dała mi swoje 

książki, mam je przeczytać w dniu, w którym będę w pełni szczęśliwa.

Maria potwierdziła to skinieniem głowy.

-   Wszystko   tam   opisałam,   nie   potrafię   wyjaśnić   tego   inaczej,   bo   wtedy   byś   nie 

background image

zrozumiała,   ale   powiem   ci   jedno,   Marjo.   Gdybyśmy   mieli   bodaj   cień   możliwości, 

wrócilibyśmy tak prędko, jak tylko zdołałyby nas przynieść tu fale, lecz... nigdy nie byliśmy 

wolni.

Słowa kryły w sobie taki ciężar, że zdołały przebić się przez skorupę otaczającą serce 

Marji. Zaskoczona odkryła, że bez dalszych sprzeciwów potrafi zaakceptować tę prawdę. Tak 

po   prostu   było.   Matka   i   ojciec   wrócili,   gdy   tylko   stało   się   to   możliwe,   tyle   musi   jej 

wystarczyć, chociaż czekała ponad trzydzieści lat.

- Najważniejsze, że możemy teraz siedzieć tu razem.

Powiedział to Karl a jego słowa wywołały uśmiech na wszystkich twarzach i sprawiły, 

że wstali od stołu pogodzeni.

background image

ROZDZIAŁ III

Dzień   był  jeszcze  młody,  gdy Randar   i  Marja  pomachali  na  pożegnanie   ludziom, 

którzy przewieźli ją i Karla z Lyster do Meisterplassen. Mężczyźni dostali jedzenie i dość 

pieniędzy, by mogli wybrać się do Sogndal i zatrzymać w zajeździe w Hofslundviki. Dostali 

także   zboże   i   soloną   słoninę   na   sprzedaż,   Karl   liczył,   że   teraz,   na   przednówku,   mogą 

otrzymać  za to dobrą cenę. Marja posłała też kilka zwojów płótna kupionych  od pewnej 

wdowy,   która   utrzymywała   się   z   tkania,   lecz   jej   zdaniem   materiał   był   zbyt   piękny,   by 

poświęcić   go   na   zwykłe   robocze   ubrania.   Mężczyznom   polecono   sprzedać   tkaninę 

właścicielowi zajazdu lub innym, którzy mieli na zbyciu kilka szylingów. Wdowa mogłaby 

wtedy dostać kilka dodatkowych groszy, gdyby uzyskali cenę wyższą niż ta, którą zapłaciła 

Marja.

Randar wspierał się na lasce, Marja natychmiast się zorientowała, że coś mu dokucza. 

Obrócił   się   z   wysiłkiem,   popatrzył   na   zbocza   za   zagrodą,   wzrokiem   próbował   odszukać 

pewne szczególne miejsce wysoko w górze.

- Pamiętasz...?

Kiwnęła głową.

Tam, wysoko na skale, siadywali kiedyś razem. Pokazał jej to miejsce bardzo dawno 

temu, później chodziła tam również sama, zawsze uważała, że stamtąd najbliżej jej do nieba. 

Tam w pewnym sensie została cząstka dalekich rodziców, tam napływał spokój, czuła, że 

miękki mech, na którym siedzi, dawał kiedyś także wytchnienie jej matce.

- Zawsze się zastanawiałam, jak ona wygląda. Mama...

- Teraz już wiesz. Jest piękna jak zawsze, prawda? Marja roześmiała się. To niezwykła 

rzecz widzieć miłość w starych oczach, powszechnie wszak się uważa, że jest ona przypisana 

młodości.

- Bardzo ją kochasz, prawda? Randar lekko skinął głową.

- Gotów jestem oddać dla niej wszystko. I tak też zrobiłem, wyjeżdżając.

- Żałowałeś tego kiedyś? - spytała Marja cienkim głosem, lękając się odpowiedzi, jaką 

mogła usłyszeć.

Ale ojciec jeszcze raz kiwnął głową.

- Tak. Za każdym razem, gdy myślałem o mojej maleńkiej czarnowłosej córeczce. 

Każdego dnia... lecz nie tak, bym chciał postąpić inaczej.

- Znalazłeś spokój, ojcze. Gdybyś nie pojechał, nie byłoby to dobre dla żadnego z nas.

Randar oddychał z wysiłkiem. W jego oczach pojawiła się wdzięczność.

background image

-   Widzę,   że   rozumiesz.   Dziękuję   ci   za   to,  Maryjko.   Na   to  właśnie   mogłem   mieć 

nadzieję, jedyną, która pozwalała mi żyć ze wspomnieniem o tobie.

Ujęła go pod ramię, teraz nie potrzebował już laski.

- Chodźmy kawałek w górę ścieżką, tato, zobaczymy, czy znajdziemy tamten kamień i 

drzewo z literami wyrytymi w korze.

Randar podskoczył leciutko, chciał się z nią bawić tak jak dawniej. Roześmiali się, 

Marja poczuła, jak niebo nad ich głowami w jednej chwili stało się wyższe.

Karl   nie  odstępował   córki  z  maleństwem   nawet  na   krok,  jakby nie   mógł  do  syta 

napatrzeć   się   na   dziecko.   Niekiedy   oczy   zaczynały   mu   błyszczeć,   a   wtedy   szorstkie, 

spracowane ręce niby przypadkiem usiłowały je zasłonić grzywką o barwie piasku. Maria 

natychmiast polubiła zięcia, wyczuwała uczucie łączące go z Amelią, wychwytywała wprost 

ciepło,   jakie   biło   od   tego   człowieka,   gdy   tak   siedział,   nie   spuszczając   oczu   ze   swych 

najbliższych.

Gdyby wiedziała o tym przez te wszystkie lata... Może łatwiej przyszłoby jej odnaleźć 

spokój. Ale Randar powiedział prawdę.

Nie   przeżyli   ani   jednego  dnia,   nie   było   poranka,   żeby  nie   obudzili   się   bez   myśli 

wędrujących przez morza do miejsca, z którym łączyły ich więzy krwi. Teraz Maria się z tego 

cieszyła.  Radowała  się, że  mieli  w  sobie dość odwagi, a  tęsknota w  ich  starych  sercach 

okazała się dostatecznie silna, by skłonić ich do wyruszenia w podróż do domu zaraz w dniu, 

gdy wreszcie nadarzyła się taka okazja.

I ktoś dobrze im życzył. Ktoś trzymał nad nimi chroniącą dłoń, zdecydował, że na 

koniec życia zasłużyli na szczęście. Maria poznała rozmaitych bogów, nic jednak z tego, co 

widziała,  nie zdołało sprawić, by zapomniała  o Nim,  o tym,  którego kiedyś  pokazała  jej 

matka.  To do Niego kierowała dziękczynienie,  to On był  teraz  tutaj, bliżej, niż byłby  w 

jakimkolwiek kościele.

Amelia   opowiadała   ojcu   o   pracy,   którą   usiłowała   wykonywać   w   Sogndalsfjasren. 

Malowała przed nim tak żywe obrazy, że może również i one wywoływały w jego oczach łzy. 

Karl zawsze miał miękkie serce, wszystkim dobrze życzył, nigdy nie minął obojętnie żebraka, 

nie potrafił odmówić, gdy jakiś chałupnik prosił o odłożenie spłaty długu. Trudno powiedzieć, 

by się na tym bogacił.

- Dlaczego ludzie ze wsi pozwalają tym biedakom tak żyć? - spytał.

Amelia przygryzła wargę.

- Niełatwo to zrozumieć, tatusiu, ale to trochę tak jakby wieś w wiosce. Lensman, wójt 

i pastor rzadko tam zachodzą, nawet najbogatsi chłopi trzymają się z daleka, a już na pewno 

background image

nie   zapuszczają   się   tam   po   zapadnięciu   ciemności.   Mieszkańcy   brzegu   to   rzeczywiście 

straszni   nędzarze,   ale   trzymają   się   razem   przeciwko   reszcie   świata.   Tam   rządzi   ich 

przywódca.

Karl badawczo obserwował twarz córki.

- Przywódca... Musisz wobec tego mieć z nim dobre układy.

Amelia wolno pokiwała głową.

- Zapłaciłam mu trochę... podatek, ale... on... to... Karl wciąż nie spuszczał z córki 

oczu, widział, że Amelia nie potrafi dobrać właściwych słów, coś musiało się za tym kryć. 

Przywódca biedaków nie był dla niej obojętną osobą, może to on jest ojcem dziecka? Karl nie 

pytał. Kiedy Amelia całkiem już się pogubiła, skrócił jej męki, zmieniając temat.

- Zostały ci jeszcze pieniądze? Ucieszona kiwnęła głową.

- Tak, ale potrzeba mi więcej... Latem muszę naprawdę zabrać się do pracy. Bardzo 

bym   chciała   wybudować   chatę,   do   której   przychodziliby   najbardziej   chorzy.   Mogłabym 

pomagać kobietom przy porodzie i przy dzieciach, to może nieważne dla tych, które mają 

ciepłą izbę i krewnych, ale te nędzarki... Widziałam, jak rodzą w krzakach niby zwierzęta. 

Żyją w nędznych lepiankach, po których hula wiatr, przed deszczem chroni je tylko wiązka 

świerkowych gałęzi. Nic dziwnego, że noworodki tak tu umierają.

- Ale też z tego, co opowiadasz, wynika, że niepiękne życie je tu czeka - mruknął pod 

nosem Karl.

Amelia szeroko otworzyła oczy.

- Nie możemy przecież przez to ich nie ratować! Nie chcesz chyba tego powiedzieć, 

ojcze!

Karl westchnął głęboko.

- Nie, nie, życie jest najważniejsze. Postaramy się, by później wiodło im się lepiej.

Córka   rzuciła   się   ojcu   na   szyję,   zanurzyła   twarz   w   jego   sztywne   włosy,   poczuła 

bezpieczny uścisk ramion.

- Wiedziałam, że będziesz myślał tak jak ja, najdroższy tatusiu!

Te słowa córki sprawiły, że Karla zapiekło w piersi. Niekiedy tyle jeszcze miała w 

sobie z dziecka. Innym razem znów miała go za mało.

Na   południowy   posiłek   znów   zebrali   się   wszyscy.   Od   rana   dzień   upływał   im   na 

cichych rozmowach, zajmowali się tylko tym, co było najbardziej konieczne. Po południu 

Karl postanowił narąbać więcej drzewa, w małej szopie znalazł bardzo dobrą siekierę. Wśród 

kurzu, ptasich gniazd i mysich nor odkrył stary warsztat, a na ścianie narzędzia z czarnego 

żelaza,   świadczące   o   tym,   że   wykuł   je   sprawny   kowal.   Niektóre   zardzewiały,   inne   zaś 

background image

najwyraźniej troskliwie natarto tłuszczem, by zachowały się jak najdłużej. Oto miejsce pracy 

zdolnego rzemieślnika. Tuż pod sufitem stało kilka zszarzałych figurek, pokrywała je gruba 

warstwa kurzu i pajęczyn, trudno się było nawet zorientować, co przedstawiają. Przez pełną 

szczelin ścianę rozchwianej szopy usłyszał, że Marja z ojcem przechodzą obok. Dotarły do 

niego strzępki rozmowy, głos żony brzmiał jasno, wesoło, w powietrzu dźwięczał jeszcze jej 

śmiech. Karl chciał zabrać siekierę i osełkę i wyjść, lecz w tej właśnie chwili tuż przed szopą 

rozległy się kroki.

Na twarzy Randara, który ukazał się w drzwiach, malowała się niemal przerażająca 

dzikość.   Karl   przez   moment   stał   nieruchomo.   Napotkał   spojrzenie   ciemnych   oczu   teścia, 

przeszyły go niczym sztylety. Instynktownie wypuścił z rąk siekierę.

Czuł, że włosy na karku mu się podnoszą, coś w wyrazie twarzy tego mężczyzny 

przeraziło go do szaleństwa.

Zaraz jednak sztywna maska pękła w uśmiechu. W oczach Randara znów pojawiło się 

życie,   starzec   najwidoczniej   wziął   się  w   garść.  Wszedł   do  środka,  odłożył   łaskę,   mocno 

zacisnął   dłonie   na   krawędzi   stolarskiego   warsztatu   i   mrużąc   oczy,   wyjrzał   przez   otwór 

okienny na wysokości oczu.

Karl ledwie zdołał wychwycić wypowiedziane ściszonym głosem słowa. Nie bardzo 

wiedział, czy są skierowane do niego, lecz nie pozostawało mu nic innego, jak tylko stać bez 

ruchu.

- To był mój warsztat pracy, tutaj szukałem spokoju. To miejsce, w którym mężczyzna 

może wykorzystać swoje ręce bez względu na to, jak bardzo są okaleczone.

Karl wcześniej już zauważył, że staremu człowiekowi brakuje kilku palców, nie było 

to   jednak   niczym   niezwykłym,   niejeden   doznał   strasznych   okaleczeń   przy   wyrębie   lasu, 

podczas połowów czy też po prostu przy zwykłej ciężkiej pracy w gospodarstwie.

Monotonnym głosem Randar zaczął opowiadać o tym, jak niósł zamarznięte zwłoki 

swego   ojca.   Za   prostymi   słowami   kryła   się   dramatyczna   historia,   chociaż   staruszek 

najwyraźniej potrafił już podejść do niej z dystansem.

Obrócił   się   powoli,   światło   wpadające   przez   okienko   sprawiło,   że   siwe   włosy 

okalające twarz wydawały się aureolą.

- Moim ojcem był Jorand, kat. Ja sam przez wiele lat używałem jego topora. To matka 

twojej żony podarowała mi nową drogę w życiu, ale topór...

Obaj mężczyźni popatrzyli na podłogę. Karl zadrżał.

- Ja... nie znalazłem niczego innego. Zauważyłem, że jest dość duży jak na siekierę, 

zdziwiłem się nawet, ale nie pomyślałem, nie wiedziałem...

background image

Randar uśmiechnął się blado. Sam się schylił, by podnieść z ziemi czarny metal, Karl 

słyszał, jak stare kości zatrzeszczały boleśnie, gdy staruszek się prostował. Ciężko oparł się o 

stół i odwiesił topór na miejsce pod dachem.

- Chodźmy do chaty - powiedział. I dodał już całkiem zwyczajnie: - Jesteś jednym z 

najlepszych ludzi, jakich spotkałem. Należą ci się podziękowania za to, że tak dobrze zająłeś 

się moim dzieckiem. Nikt nie mógłby życzyć sobie lepszego męża dla córki.

Karl   stał   oniemiały.   Słowa   tego   mężczyzny,   choć   takie   proste,   miały   w   sobie 

niezwykłą moc. Zaczynał  rozumieć, że we krwi Marji płynie odziedziczona po rodzicach 

ogromna siła. Jeszcze większa, niż był w stanie sobie wyobrazić. Z dumą pomyślał, że i jego 

dzieci noszą dziedzictwo takich ludzi, jak Randar Meisterplass.

Ruszył   za   starym,   obserwował,   z   jakim   trudem   pokonuje   niewielkie   zbocze 

prowadzące w dół na podwórze. Te kilka kroków kosztowało Randara wiele wysiłku, nagle 

noga go zawiodła, upadł tuż przy ścianie domu. Karl jednym skokiem znalazł się przy nim, 

spostrzegł, że twarz leżącego wykrzywił ból.

- Zraniłeś się, Randarze? Ach, na Boga, co ci się stało?

Karl próbował postawić teścia na nogi, mocno ujął go pod pachy, lecz nie był dość 

wysoki, by całkiem go unieść. Wychudzone stare ciało okazało się cięższe, niż przypuszczał, 

czuł, jak Randar napina mięśnie, chcąc mu pomóc, i poczuł szacunek dla siły, jaką kiedyś 

musiał mieć ten mężczyzna.

Wreszcie stary człowiek jakoś stanął, lecz gdy tylko Karl zrobił krok, noga Randara 

znów nie wytrzymała. Karl zaczął wzywać Marję, lecz Randar uciszał go poirytowany:

- Podaj mi laskę, trochę mnie podeprzyj! Nie życzę sobie, żeby baby wnosiły mnie do 

domu. To przeklęte ciało widać nie chce już mnie słuchać...

Słowa wydobywały się ze ściągniętych, pobielałych warg. Karl nie wiedział, czy to 

ból czy też duma przydaje im gniewnego tonu.

Randar   jednak   po   raz   trzeci   osunął   się   na   ziemię   i   teraz   już   zza   węgła   wypadły 

wszystkie trzy: Maria, Amelia i Marja.

Położyły go do łóżka i Maria natychmiast zabrała się do przygotowywania gorących 

okładów. Randar niechętnie pozwolił Marji zbadać biodra i prawą nogę, jej drobne, lekkie 

dłonie przypominały ręce matki, były jednak bardziej zdecydowane. Marja obejrzała krawędź 

biodra, nacisnęła w stawie, obmacała, usłyszała, jak ojciec jęczy z bólu. Biodro było nieco 

opuchnięte, a mięśnie w wielu miejscach układały się w drobne supełki.

Marja   już   wcześniej   zetknęła   się   z   podobnymi   dolegliwościami   u   ludzi,   którzy 

przeżyli znacznie mniej lat, a ich życie było przypuszczalnie o wiele łatwiejsze niż życie 

background image

Randara. Nic na to nie dało się poradzić, oczywiście można mu podawać napoje i nalewki 

uśmierzające ból, również gorące okłady na jakiś czas ulżą cierpieniom, ale Randar niebawem 

nie   będzie   wstawał   z   łóżka.   To   cud,   że   wciąż   jeszcze   może   utrzymać   się   na   nogach, 

pomyślała   Marja.   Zmuszanie   do   ruchu   tak   wycieńczonego   ciała   to   zapewne 

niewypowiedziana udręka.

Troska na twarzy stojącej w drzwiach Amelii sprawiła Randarowi niemal większy ból 

niż złośliwe pulsowanie w biodrze.

Kiedy jednak okłady Marii podziałały przez chwilę, a Marja podała mu zielonkawy 

gorzki napój, poprosił Amelię, by pomogła mu usiąść, podczas gdy inni zajęci byli swoimi 

sprawami w izbie.

- Myślisz, że mądrze robisz? - spytała surowo.

Uśmiechnął się, prychnął:

- Rozumiesz chyba, że nie mogę tak leżeć, mam kobietę i zagrodę, którymi muszę się 

zająć.

Amelia domyślała się, jak wielkie Randar podejmuje ryzyko. Miał ściągniętą twarz, a 

oczy pełne strachu. To mężczyzna, który zapewne nie pożyje długo, jeśli Bóg i los już na stałe 

przykują go do łóżka.

Z wahaniem podała mu rękę.

Ujął   ją   i   dźwigając   się,   pociągnął   tak   mocno,   że   omal   nie   przewrócił   przy   tym 

wnuczki.

Z wielkim wysiłkiem przełożył nogi przez krawędź łóżka. Przytrzymał  się słupa u 

wezgłowia, chciał wstać.

Ale gdy tylko przerzucił ciężar ciała na nogi, osunął się jak nowo narodzone cielątko.

W   sercu   Amelii   wezbrał   płacz,   ale   nie   chciała   okazywać   dziadkowi   swego 

współczucia. Domyślała się, że akurat w tej chwili będzie dla niego zbyt trudne do zniesienia.

Ciężko przełknęła ślinę. Bez słowa pomogła mu się z powrotem położyć.

I   znów   ogarnęło   ją   znajome   poczucie   bezradności,   ale   zacisnęła   ręce   i   mocno 

zamknęła oczy.

Słyszała jego ciężki oddech, kiedy się modliła:

Przyjdź, przyjdź, pozwól mi poczuć tę siłę, niech strumień ognia popłynie, tak jak było 

przy łóżku Arntora. Potrzebują tego teraz, mój Boże, tak bardzo potrzebują tej niezwykłej siły.

Czuła już leciutkie pulsowanie w głowie.

Wiedziała, że gdyby teraz otworzyła oczy, pomiędzy nią a Randarem w pogrążonej w 

półmroku alkowie zatańczyłyby czerwone plamy.

background image

Powoli jej ręce stawały się coraz cieplejsze, palce się rozluźniły, czuła, jak płomień 

wzbiera w piersi.

Uklękła przy łóżku, ciało Randara miała na wysokości ramion. On nic nie mówił, 

oddychał   krótko,   urywanie,   jak   gdyby   stanął   w   obliczu   nieznanego,   wielkiego 

niebezpieczeństwa.

Przyłożyła   dłonie   do   jego   biodra,   nie   śmiała   przyciskać   ich   do   skóry,   czuła,   że 

narastająca w niej siła może okazać się zbyt gwałtowna.

I   wreszcie   moc   popłynęła   wzdłuż   ramion.   Amelia   musiała   ze   wszystkich   sił 

skoncentrować  się na tym,  by nie upaść. Całe ciało  oprócz dłoni i rąk było  obce, jakby 

zupełnie pozbawione mięśni. Kołysała się lekko, koncentrując wszystkie siły na powolnym 

ruchu rąk wzdłuż boku Randara. Dłonie przesuwały się niemal jak przyklejone do jego ciała, 

wydawało jej się, że nawet gdyby się starała, nie zdołałaby ich w tej chwili oderwać. Sekundy 

wydawały się takie długie. Amelia z doświadczenia wiedziała, że nie ma już odwrotu, teraz 

musi pozwolić, aby rzeczy działy się same, a niedługo bóle przejdą do niej.

Poczuła rwanie w nadgarstkach, wydawało się, że zaraz rozsadzi jej ręce, a skóra w 

każdej  chwili   może  pęknąć.  Nie  śmiała   otwierać  oczu,  w   uszach  miała  oddech  Randara, 

przyspieszony jak po biegu.

Strumień   ognia   zawrócił,   niósł   teraz   ze   sobą   ból   niczym   sprzęty   wypłukane   z 

zatopionego statku, niczym kawałki starego domu, zmytego przez wezbraną wiosną rzekę.

Wiedziała, że to wkrótce minie, zacisnęła zęby w oczekiwaniu ostatniej fali.

Wreszcie wszystko się uspokoiło.

Tylko pulsowanie w uszach nie ustawało, lecz wkrótce i ono ucichło, ukryło się gdzieś 

w jej tajemniczej głębi.

Otworzyła oczy, na obliczu Randara rysowało się niemal uniesienie.

Twarz miał purpurową, ale oczy błyszczały niezwykle żywo, nigdy jeszcze ich takimi 

nie widziała.

-   Mój   Boże,   Amelio,   ty   naprawdę   masz   w   sobie™   coś.   Zorientowała   się,   że 

zapomniała oddychać, teraz głęboko wciągnęła powietrze w płuca.

Dostrzegła nagle dwie sylwetki w drzwiach.

Marja wyglądała na przerażoną, oczy miała okrągłe i wielkie jak księżyce.  W ich 

ciemnych źrenicach odbijał się płomień świecy.

Maria uśmiechała się ze smutkiem.

Siedzieli przy stole, odpoczywając. Ociężała cisza z napełnionych żołądków spłynęła 

na nich, sprawiła, że nawet ogień płonął ze spokojem.

background image

Zmrok wciąż zapadał wcześnie, ale z każdym dniem słońce świeciło trochę dłużej. Już 

niedługo   pierwsze   żółte   wiosenne   kwiatki   rozjaśnią   ziemię,   już   niedługo   ludzie   zobaczą 

ostrygojady drobiące przy brzegu, a może i w tym roku siwe pliszki zbudują gniazdo pod 

dachem obory?

Marja przerwała tę ciszę, pytając:

- Co z tobą zrobi pastor, Amelio?

Maria   drgnęła   przestraszona,   zaraz   pomyślała   o   tym,   czego   dopiero   co   były 

świadkami. Bała się władzy Kościoła, doświadczyła bowiem sama prześladowań, jakie na 

wnuczkę mogła sprowadzić zdolność uzdrawiania. Amelia jednak, chociaż nie znała strachu 

babki, od razu zrozumiała, o co chodzi matce. Urodziła nieślubne dziecko, a za to należało 

spodziewać się kary, niekiedy bardzo surowej.

- Sądzę, że on nie ośmieli się w to mieszać.

- Ach, tak?

Amelia próbowała się wykręcać.

- Nie jestem jedną z jego owieczek, wiesz przecież, obracam się wśród mieszkańców 

brzegu. Gdyby miał zajmować się każdym pozamałżenskim dzieckiem i każdym przejawem 

braku moralności, nie miałby czasu na wygłaszanie kazań.

Mar ja pokiwała głową.

- Ale musisz chyba ochrzcić malutką? - spytała babka.

Amelia roztargnionym ruchem pogładziła policzek córeczki.

- Tak, to prawda. Marja wstała.

- Jutro wybiorę się do wioski. Porozmawiam z tym pastorem. Kto to jest?

- Soren Heiberg.

Maria   zamyśliła   się,   pamiętała   pastora   z   Sogndal,   który   udzielił   ślubu   jej   i 

Mogensowi. Hanning, takie nosił nazwisko. Spytała o niego, dowiedziała się, że wdowa po 

nim wciąż żyje w ubóstwie na jednej z zagród należących do probostwa.

-   Będziesz   miała   porządny   chrzest,   kochana   Johan   -   no   -   powiedziała   Marja.   - 

Pojedziemy obie - oświadczyła matce.

- Tak, nie zaszkodzi  chyba  pokazać mu,  że w tej  rodzinie  są nie  tylko  biedacy - 

uśmiechnęła się Maria, zerkając na srebro połyskujące na nadgarstkach i piersi córki.

Oczy Marji przyciągnęło co innego, drobne dłonie córki bawiące się rogową łyżką na 

talerzu. Maria spostrzegła to, poczuła ostrzegawcze ukłucie w piersi.

Te drobne, pokryte czerwonymi plamami ręce.

Kiedy cisza wokół stołu stała się zbyt dojmująca, Randar wstał, jak gdyby wyczuwał, 

background image

że trzy kobiety chcą pomówić między sobą.

Gdy wyszedł, cisza trwała nieprzerwanie, lecz Amelia wyczuła pytające spojrzenia 

matki i babki. Wszystkie trzy próbowały jakby schować się w sobie, Amelia przyciągnęła 

ręce do siebie i zaczęła strząsać okruchy z kolan w oczekiwaniu na słowa, które nieuchronnie 

musiały paść.

Pierwsza opamiętała się Maria.

- To nie był pierwszy raz, Amelio.

Marja   wpatrywała   się   w   córkę,   w   jej   oczach   znać   było   strach,   ale   pamiętała 

dziewczynkę, która potrafiła uśpić Benjamina, jak gdyby ból odczuwany przez niemowlę 

odchodził pod dotykiem delikatnych dłoni małej piastunki. Pamiętała...

Amelia skinęła głową.

Wzrok Marii powędrował ku córce.

I ona kiwnęła głową.

Maria powoli zwilżyła wargi i cichym głosem zaczęła opowiadać:

- Moja matka Liv miała zaledwie dwanaście lat, kiedy dotykiem  dłoni zatrzymała 

płynącą krew. A jej matka... była obca... wiem, że mówiono o niej, że jest dziwna.

- Przeklęty ród - szepnęła Marja.

- Nie... nie przeklęty - słabym głosem zaprotestowała Amelia. - Możemy pomagać...

Maria westchnęła ciężko.

- Musisz być ostrożna, Amelio, nie rozmawiaj o tym, nie pozwól, by za wiele osób się 

dowiedziało. Nie zawsze będziesz kochana za swój dar. Są tacy, co się boją, twoja władza jest 

naprawdę wielka.

Amelia podniosła ręce na wysokość oczu, rozcierała zmęczone mięśnie.

Kiedy wyprostowała głowę, zobaczyła, że obie starsze kobiety spoglądają na drugi 

koniec izby, tam gdzie stała kołyska.

Amelia zdała sobie sprawę, co to znaczy.

Maleńka Hanna była kolejną z nich.

Jak długi będzie ten szereg?

- Musisz jej dobrze strzec - oświadczyła Maria. Amelia zrozumiała. Później tysiące 

razy miała spoglądać w dziecięce oczy i próbować odnaleźć tam coś, czego nie było u innych 

dzieci. Tak samo jak przed wielu laty robiła to jej matka.

Spotkanie z pastorem przeszło lżej, niż się spodziewały. Nie zaproszono ich do salonu, 

pozwolono jednak przedstawić sprawę, z jaką przybywają, i bez zbędnych słów przyjęto dary 

dla   Kościoła.   Pastor,   udając,   że   nie   widzi   talarów   leżących   na   biurku,   wygłosił   krótką 

background image

umoralniającą przemowę. Kobiety w imieniu Amelii obiecały, że ślub wkrótce się odbędzie, 

dały też do zrozumienia, że to choroba była powodem niewywiązania się przez ojca dziecka z 

ciążącej na nim odpowiedzialności. Pastor pokiwał głową, widać zgadzało się to z tym, co 

wiedział. Plotki o Arntorze grzeszącym z młodą kobietą nieraz docierały do jego uszu, uznał 

jednak, że najlepiej będzie nie mieszać się w prywatne sprawy króla mieszkańców brzegu.

- Nie mogę prosić, żebyście przyszły do kościoła z dzieckiem, ale któraś z was sama 

może je ochrzcić, macie na to moje błogosławieństwo, wszystko będzie w porządku, przed 

Bogiem i przed ludźmi.

Maria wydmuchała powietrze przez nos, tylko w ten sposób mogła wyrazić swoją 

pogardę dla takiego nastawienia. Osiągnęły jednak to, po co przyszły, i ruszyły w powrotną 

drogę.

Na brzegu czekała łódź, którą przypłynęły.  Tłoczyła  się teraz wokół niej gromada 

chłopców. Kiedy kobiety się zbliżyły,  rzucili się biegiem w ich stronę, proponując swoje 

usługi. Wymachiwali rękami, przepychali się i poszturchiwali, przekrzykując jeden drugiego. 

Wszyscy   ubrani   byli   w   znoszony   samodział   najgorszego   gatunku,   rzadko   który   miał 

prawdziwe buty, na ogół cienkie kostki w drewniakach błyskały sino wśród szmat, którymi 

obwiązali nogi, by ochronić się przed wilgocią i zimnem.

- Hop, hop, panie, czy odwieźć was do domu? Jestem szybki i silny, zaraz będziecie 

na miejscu!

- Nie, ja wiosłuję szybciej i jestem tańszy! Tylko za kawałek chleba, pani, dla moich 

chorych siostrzyczek!

- Nie masz żadnej siostry, Morcie - Włóczęgo! Walczyli ze sobą bez litości, aż Marja 

poczuła wzbierającą ochotę, by wymierzyć kilka policzków, ale tymi dzieciakami kierował 

głód i mimo wszystko nie zrobili nic złego poza zaproponowaniem swoich usług.

-   Same   powiosłujemy,   dziękujemy   -   oświadczyła   stanowczo.   Maria   zesztywniała, 

patrzyła na brzeg, po którym gonili się teraz chłopcy, odbiegali coraz dalej, a ich głosy z 

każdą chwilą coraz bardziej gasił wiatr. W pewnej odległości dostrzegła nieduże ogniska, 

siedziały przy nich kobiety i pobielałymi z zimna dłońmi czyściły ryby. Gdzieś krzykiem 

boleści   zanosiło   się   jakieś   dziecko.   Kwaśny   dym   unoszący   się   nad   lepiankami   pachniał 

nieprzyjemnie, wyraźnie mówiąc, że palono tu suszonymi wodorostami, krowimi plackami, 

resztkami tranu i wszystkim, co dało się zdobyć, byle tylko zatrzymać ciepło.

Stopy Marii jakby same z siebie zaczęły poruszać się ku ludziom w oddali. Marja 

chciała zaprotestować, powiedzieć, że być może nie powinny tego robić, chciała przypomnieć 

matce   o   tym,   co   mówiła   Amelia.   Tu   nie   obowiązują   żadne   prawa,   to   zakazany   obszar. 

background image

Ciekawość jednak zwyciężyła, ruszyła za matką, był wszak biały dzień.

Minęły dwie niskie chałupy kryte torfem, ich ściany obłożono drewnem wyrzuconym 

przez morze, w kilku miejscach jednak stare deski odpadły, odsłaniając szczeliny, którymi 

sączył się dym.

Odór truchła i ekskrementów wzmógł się, gdy dochodziły do miejsca, gdzie siedziały 

zajęte swoją pracą kobiety. Widziały teraz, że jedna z nich czyści świńskie jelita, płukała je w 

morskiej wodzie, od czasu do czasu oblizując palce. Tłuszcz błyszczał na białych dłoniach, na 

twarzy i na sztywnej spódnicy widać było ślady śluzu i zielonkawej treści jelitowej.

Maria poczuła wzbierające mdłości.

Marja zobaczyła  chłopca siedzącego na kamieniu  wystającym  z zimnej  wody.  Jak 

zdołał się tam dostać? Nawet przy odpływie nie odsłaniał się pas suchego lądu dostatecznie 

szeroki, by tam dotrzeć.

Twarz chłopca była zdeformowana.

Siedział jak przymarznięty, być może zresztą tak i było, chociaż dzień zapowiadał się 

łagodny.

Znów usłyszały krzyki dziecka.

Nie był to protest zdrowego dziecka, oznajmiającego swoje potrzeby.

Ten płacz brzmiał przeciągle, pełen rezygnacji.

Maria ruszyła w stronę, skąd dobiegał.

Nagle drogę zagrodził jej jakiś niewysoki mężczyzna, w ręce dzierżył  zardzewiały 

nóż.

- Zabłądziłyście w złe miejsce, nieznajome.

W słowach mówiącego dźwięczała wyraźna groźba, lecz także podpowiedz, że jeszcze 

mogą się stąd bezpiecznie wycofać.

- My... my...

- Przeraża was może nasz... sposób życia?

Wąskie szparki oczu na zarośniętej twarzy sygnalizowały teraz już tylko wrogość. 

Mężczyzna utkwił wzrok w srebrnej broszce Marji, Maria pojęła, że czas ostrzeżeń - wkrótce 

minie. Prędko pociągnęła córkę za rękę, brodacz z nożem zadowolony wyszczerzył zęby w 

uśmiechu.

- Chodźmy, prędzej!

Głos Marii  nie dopuszczał  sprzeciwu, po raz pierwszy zdarzyło  jej się zmusić  do 

czegoś córkę. Biegły tak, że spódnice wydymały się na nich jak żagle. Marja zobaczyła, że 

matka podnosi ręce do uszu, w głowie nie powstała jej inna myśl, jak tylko by podążać za nią.

background image

Wreszcie zdyszane przystanęły, popatrzyły na siebie.

Obie   były   wstrząśnięte   tym,   co   zobaczyły,   obie   wspominały   coś,   co   było   jeszcze 

straszniejsze.

Maria chwyciła cumę, przyciągnęła łódkę i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na lepianki 

mieszkańców brzegu, wsiadła do łodzi.

- Nieszczęśni ludzie - szepnęła, kiedy ruchy wioseł oddzieliły je od tych, którzy zostali 

na lądzie.

Mar ja kiwnęła głową.

- Nic dziwnego, że Amelię ogarnęło współczucie.

- Musimy jej pomóc - ze smutkiem powiedziała Maria.

- Tak, to prawda, tak nie może być - zgodziła się Marja, przygnębiona.

W powrotnej drodze do domu rozmawiały o różnych sprawach, lecz myślami były 

przy młodej położnicy. Obie kochały ją równie mocno i obie uważały, że wiedzą, co będzie 

dla Amelii najlepsze.

background image

ROZDZIAŁ IV

Randar podniósł się z łóżka rankiem następnego dnia po tym, jak Amelia przyłożyła 

do niego ręce. Ból wciąż odzywał się lekkim pomrukiem w ciele, wydawało się jednak, że 

dłonie dziewczyny zbudowały wokół niego coś na kształt skorupy, oddaliły go, zamknęły w 

środku. Randar na próbę przeszedł się po izbie, stwierdził, że mięśnie go słuchają. Z laską w 

ręku przekroczył próg, gdzie przywitały go pierwsze ciepłe promienie wiosennego słońca.

Staruszek odetchnął głęboko czystym powietrzem, poczuł, jak go wzmocniło. Postąpił 

krok naprzód i wbił wzrok w szopę z narzędziami, w której wcześniej natknął się na Karla. 

Miał ochotę pobyć tam sam przez jakiś czas.

Zanim dotarł na miejsce,  w piersi wezbrała  mu  radość. Uśmiechnął  się do siebie, 

poczuł, jak zmęczone ciało bez trudu pokonuje kępki przerośniętej trawy, kamienie, gładką 

powierzchnię skały. Nie była to długa przechadzka, lecz przy przejściu ostatniego odcinka 

mógł dziarsko położyć laskę na ramieniu jak dwunastolatek wyprawiający się na pastwiska.

Przy starych krzywych drzwiach westchnął z ulgą i postawił laskę.

Jakiś czas później rozległ się dźwięk wysłużonej piły obrabiającej drewno, później 

zastąpiły go uderzenia siekiery. W oczach Marii pojawił się niepokój, ale Karl położył jej 

rękę na ramieniu i niby to przypadkiem poszedł zajrzeć, co z Randarem.

Trzy kobiety i dziecko zostały. Amelia stanowczo odmówiła dalszego leżenia, Marja 

tylko krótko skinęła głową i pozwoliła jej wstać. Sama nie lubiła starych przesądów o tym, że 

położnica powinna leżeć nieruchomo i nic nie robić przez trzy tygodnie. Można się tylko 

nabawić od tego złej krwi i zatwardzenia.

Dlatego siedziały teraz razem. Amelia przyniosła koszyczek wełny, którą kupiła przed 

urodzeniem dziecka. Zamierzała uprząść ją i zrobić na drutach pieluszki i kocyki, dotychczas 

jednak jej się to nie udało. Upłynęła zaledwie doba od przybycia Marii, a już babka uszyła 

koszulkę dla dziecka. Poza tym malutką ubierano w kolorowe powijaki z chustek prababek, z 

halek i koszul. Mała Hanna nie marzła, to było pewne. Amelia jednak wstydziła się trochę, że 

nie przygotowała się odpowiednio, by powitać córkę na świecie.

Marja z uśmiechem na twarzy mruczała coś do siebie pod nosem. Na strychu Wdowiej 

Zagrody miała cały wielki kufer dziecięcych ubranek, po bliźniętach i po Benjaminie.

Amelia także już o tym myślała, wiedziała jednak, że nie zniosłaby widoku swojej 

maleńkiej Johanny w ubrankach zmarłego chłopca. W dodatku miały już blisko piętnaście lat 

i na pewno pocięły je mole.

Marja   rozumiała   córkę,   dziewczyna   tak   strasznie   cierpiała   po   śmierci   Benjamina. 

background image

Amelia uważała, że to jej wina, tygodniami płakała. Marja przypuszczała, że to był jeden z 

najważniejszych powodów, dla których  córka z takim uporem postanowiła tutaj wytrwać. 

Ona, która mogła żyć w takim zbytku, mogła sypiać w swoim miękkim białym łóżku, posilać 

się  przy suto  zastawionym  stole   Wdowiej   Zagrody,  spędzać  beztroskie  dni  na   zabawie   i 

tańcach, wśród ludzi, którzy ją kochają...

A jednak opuściła dom, twierdząc, że zawarła jakieś szalone przymierze z Bogiem. 

Dziewczyna   miała   w   sobie   powołanie   do   męczeństwa,   uważała   widać,   że   musi   za   coś 

odpokutować.

Marja poczuła, że zesztywniały jej szczęki, kiedy siedziała  pogrążona w myślach, 

przyglądając się Amelii z chrzęszczącym gręplem w dłoniach. Maria rozstawiała kołowrotek, 

trzeszczał i zgrzytał, brakowało mu też jednej poprzeczki.

- Musimy porozmawiać o twojej przyszłości, Amelio. Wciąż jeszcze jesteś dzieckiem.

Był to chyba najgorszy wstęp, jaki Marja mogła zrobić. Amelia znieruchomiała na 

krześle, odrobinę zadarła brodę, zamrugała oczami.

- Nie jestem dzieckiem - zaprotestowała. - Ja mam dziecko, mamo.

Marja   westchnęła,   skupiła   się   na   tym,   by   zachować   spokój,   by   jej   głos   brzmiał 

przyjacielsko i przekonująco. Dobrze wymierzonym ciosem zabiła diablika gniewu w piersi.

- Wstrząsem dla mnie był  przyjazd  tutaj i spotkanie  z rodzicami,  Amelio, lecz ty 

przygotowałaś dla mnie równie gwałtowną niespodziankę. Wciąż nie bardzo wiem, dlaczego 

nie wróciłaś do domu, kiedy spodziewałaś się dziecka...

Amelia schyliła głowę, jakby ze wstydem.

- Ja... nie mogłam. Tak wiele tutaj od tego zależało... W najlepszym razie była to 

połowa prawdy. Marja wolniutko pokiwała głową, lecz podejrzliwość nie znikała jej z oczu.

- Wiele wycierpiałaś?

Amelia musiała to przyznać, zaraz jednak podniosła głowę i dodała:

- Ogromnie dużo także się nauczyłam, mamo, i najlepiej ze wszystkiego zrozumiałam, 

że nie jestem samotna, nawet jeśli przez jakiś czas nie będzie przy mnie nikogo. To dobrze 

robi człowiekowi, mamo. Dobrze jest wiedzieć, że można sobie samemu dać radę.

Marja musiała to przyjąć, odpowiedzi córki zaczynały ją jednak irytować. Nic z tego, 

co mówiła Amelia, nie prowadziło do celu, jaki Marja sobie obrała. Dlatego uśmiechnęła się 

do Amelii z taką życzliwością, na jaką ją tylko było stać. Mimo to wiedziała, że nad głosem 

nie zdoła zapanować.

- Musisz teraz wrócić z nami do domu, córeczko - powiedziała stanowczo.

Maria spuściła wzrok nad swoim kołowrotkiem. Marja ciągnęła:

background image

- Ty także, matko. Bardzo chciałabym mieć was wszystkich u siebie, zająć się wami 

tak, jak na to zasłużyliście po całym tym znoju.

Amelia   popatrzyła   na   babkę,   lecz   w   jej   oczach   nie   znalazła   wsparcia.   Była 

zdenerwowana, zabrakło jej odpowiednich słów, znów odezwała się dawna pokusa, by się 

poddać   i   pozwolić,   by   inni   nią   kierowali.   Wreszcie   jednak   Maria   chrząknęła   cicho   i 

oświadczyła:

- Ja już jestem w domu, moja Marjo, i doprawdy, wydaje mi się, że Amelia również...

Marji na szyi wystąpiły czerwone plamy.

Musiała wziąć się w garść, życie mimo wszystko nauczyło ją, że rzadko opłaca się 

wykrzykiwać cały swój gniew, zwłaszcza wobec tych, których się kocha.

- Ależ nie możecie tu zostać! - rzekła bezradnie. W jej wzroku pojawiło się coś na 

kształt obrzydzenia, kiedy powiodła oczami po ciasnej izdebce.

- Przywykłaś do czego innego, moja kochana - powiedziała Maria. - Ale nie myśl 

sobie, że twoje szczęście musi być również szczęściem dla innych.

- Jak możesz mówić coś takiego? Nie ma chyba ludzi, którzy wybiorą ubóstwo i nędzę 

w samotności, kiedy mogą spędzać jasne, dobre dni wśród swoich najbliższych.

Maria uciszyła  ją, jakby była  małym  zbuntowanym  dzieckiem.  Dotknęło  to Marję 

mniej, niż się spodziewała. Ta obca kobieta była jej matką i miała do tego prawo.

- Marjo, dziękuję ci za to, że tak się o nas troszczysz. Twój ojciec i ja... jesteśmy 

starzy...

- Właśnie! Macie przed sobą tak mało czasu... Tak bardzo bym chciała... Chciałabym, 

żebyście...

Maria wstała, usiadła teraz przy córce, być może miała nadzieję, że wzajemna bliskość 

sprawi, iż Marja zacznie myśleć spokojniej.

- Wiem, że niewiele już nam zostało, Marjo, wiem, że tak strasznie za nim... za nami 

tęskniłaś. Może niełatwo nas zrozumieć, moja kochana, ale prawdą jest, że nie mamy siły, by 

stąd wyjeżdżać. Wolę raczej powoli ginąć z głodu tutaj, na Meisterplassen, niż postawić nogę 

w łodzi i jeszcze raz opuścić tę zagrodę. Wiem, że u Randara to uczucie jest może nawet 

silniejsze. W dodatku mam tu we wsi jeszcze jedną córkę...

- Nie myślisz chyba, że pozwolę mojej matce głodować - rzuciła Marja zduszonym 

głosem, ocierając łzy z niebieskich oczu.

W głębi ducha musiała przyznać, że niemal całkiem zapomniała o Sunnivie. Jej samą 

niezbyt silne więzy łączyły z przyrodnią siostrą, zawsze była taka daleka, już od czasu gdy 

zaczęła służyć na Stedje na długo przedtem, zanim Marja dorosła na tyle, by móc dzielić z nią 

background image

myśli.

- Marjo moja, musisz postarać się zrozumieć - łagodnie prosiła Maria.

Ale  płacz   Marji  przeradzał   się  już  w  gniew.  Zirytowało  ją i  uraziło,   że  matka   w 

pewnym sensie ją odrzuciła.

- Jestem twoją córką, nie mogę pojąć, że nie chcesz dzielić ze mną reszty swego życia, 

trudno mi uwierzyć w to, co mówisz o tęsknocie i o trosce o mnie. Teraz wróciłaś, ale wciąż 

masz inne sprawy, ważniejsze ode mnie.

Głos zabrzmiał przenikliwie, Marja oddychała ze szlochem, zacisnęła pięści.

- Co takiego jest we mnie, że nikt nie chce zamieszkać w moim domu?

Maria odsunęła się, widząc gwałtowne ruchy córki, przerażona wpatrywała się w jej 

rozzłoszczoną twarz. W Marji widać płonie niesłychany ogień, dostrzegała w niej odbicie 

gniewu Randara, tego gniewu, nad którym już tak dawno nauczył się panować. Ich córka 

jednak się tego nie nauczyła. Twarde słowa bardziej zasmuciły, niż uraziły matkę, wiedziała, 

że są wołaniem zrozpaczonego serca. Zbliżyła się najdelikatniej jak umiała, położyła rękę na 

ramionach Marji, szepnęła jej prosto do ucha:

- Jesteś z tych, co chcą posiadać wszystkich, których  kochają. Często tak bywa z 

dobrymi ludźmi, tymi, którzy pragną chronić innych i czynić dobro. Ale musisz zrozumieć, 

moja   droga,   że   miłość   niekoniecznie   wymaga   pełnej   bliskości,   musisz   zrobić   swoim 

najdroższym miejsce, pozwolić im żyć własnym życiem.

Marja przełknęła słowa, ale trudno było je strawić.

Rozgoryczenie   wciąż   błyszczało   jej   w   oczach,   teraz   jednak   przykrył   je   welon 

niewypłakanych łez.

Amelia siedziała cicho przy palenisku. Oddychała tylko ciężko, czuła, jak przerażone 

serce podskakuje jej w piersi, kiedy matka i babka toczyły walkę na słowa.

Marja podniosła się tak gwałtownie, że biodrem uderzyła o krawędź stołu. Zatrzymała 

się na środku izby, próbowała mówić spokojnie.

-   'W   każdym   razie   Amelia   pojedzie   razem   z   nami   -   oświadczyła.   -   Jest   jeszcze 

dzieckiem, naszym rodzicielskim obowiązkiem jest rozstrzygnąć, co jest dla niej najlepsze, 

gdy brak jej jeszcze własnego doświadczenia.

Maria westchnęła.

Spostrzegła, że Amelię opuszcza siła, że dziewczyna bez protestu wślizguje się w 

ramy, w których tak długo musiała żyć. Wyraźnie widać było, że najczęściej poddawała się 

woli matki.

Nie   zapominaj   o   swojej   sile,   Amelio,   wiedz,   Że   ja   cię   wspieram,   wiedz,   Że   masz 

background image

własną wolę i sama możesz dokonywać wyboru.

-  Chętnie zostałabym tu jeszcze przez jakiś czas, mamo - nieśmiało zaprotestowała 

Amelia.

Słowa te zabrzmiały miękko, niemal błagalnie.

- Wrócisz z nami do domu! - zawołała Marja. - Dziecko nie może chować się tutaj, w 

takiej nędzy! To brak odpowiedzialności!

Maria włączyła się delikatnie:

- Ty sama się tu urodziłaś i dorosłaś, moja Marjo. Teraz proch już wybuchł.

- Nie pozwolę na to, matko! Ciebie tu nigdy nie było, nie było przez całe moje życie, 

nie   było   cię,   kiedy   potrzebowałam   wsparcia,   kiedy   umierałam   z   tęsknoty   za...   za   kimś. 

Powinnaś więc teraz zamknąć usta i nie nabijać mojej córce głowy głupstwami, gdy uznałaś 

wreszcie, że czas wracać do domu!

Maria   milczała,  spuściła   głowę.  Starczyło  jej   mądrości,   by  nie  dopuścić   urazy  do 

serca. Wiedziała, że to życie tak uformowało Marję, a ona, przez swą nieobecność, była po 

części temu winna.

Amelia spróbowała ostrożnie:

- Mamo, tyle mam tutaj do zrobienia. Wiesz, jakie to dla mnie ważne. Zgodziłaś się, 

żebym wyjechała, a Hanna... ona zawsze będzie najważniejsza. Pewna jestem, że babcia mi 

pomoże...

- Wykluczone!

Marja pozostawała głucha na wszelkie protesty. Dziecinna twarz córki i delikatny ton 

nie potrafiły jej zmiękczyć, przeciwnie.

-   Nie   ma   o   czym   dyskutować,   Amelio.   Wyjeżdżamy,   natychmiast,   bez   zwłoki. 

Sprowadzę większą łódź z nadbudówką i piecykiem, żebyś nie zmarzła. Dzisiaj czuje się już 

wiosnę, jeśli zaczekamy parę dni, zrobi się prawie ciepło. Wrócisz do domu na Wielkanoc.

- Nie! - rzuciła Amelia odważnie.

To proste, krótkie słowo było niczym mur obronny. Wargi Marji pobielały, czarne 

włosy zalśniły wokół twarzy, znów przypominała rysicę. Bez słowa obróciła się na pięcie, 

zamiatając podłogę drogimi spódnicami.

- Poszła do taty - spokojnie powiedziała Amelia.

- Co teraz będzie? - spytała Maria.

- Znów czeka go ciężka przeprawa.

- Często się tak zdarza? Amelia pokiwała głową.

- Ale ona nigdy się chyba nie nauczy.

background image

- Ty ją teraz czegoś uczysz, moja kochana.

Amelia   poczuła,   że   jej   odwaga   jeszcze   trochę   urosła.   Spokojnie   i   zdecydowanie 

podeszła   do   kołyski,   wyjęła   dziecko,   które   zaczęło   cichutko   popłakiwać   podczas   głośnej 

wymiany zdań.

Wkrótce siła na powrót zagościła w sercu młodziutkiej matki.

- Zostaniemy z tobą i dziadkiem - oświadczyła uśmiechnięta Amelia.

Karl i Randar drgnęli wystraszeni, kiedy Marja gwałtownym szarpnięciem otworzyła 

drzwi. Wpatrywali się w czarnowłosą furię, szeroko otworzyli oczy ze zdumienia na widok 

gniewu malującego się na jej twarzy.

- Ona nie chce wracać do domu - rzuciła gwałtownie Marja. - A matka wspiera ją w 

tym szaleństwie. Bardzo proszę, teraz wy dwaj przemówcie im do rozumu.

Znużona oparła się o drzwi, przypominała teraz przedziurawiony skórzany bukłak. 

Karl   podszedł   do   niej,   ostrożnie   wypytując,   co   się   stało.   Marja   wyjaśniła,   głos   miała 

przesycony goryczą.

-   Sam   teraz   widzisz,   co   dostajemy   w   zamian   za   naszą   głupią   dobroć.   Nigdy   nie 

powinniśmy pozwolić jej na wyjazd, ona jest tylko dzieckiem, Karlu, a teraz, kiedy sama 

urodziła córkę, nasza odpowiedzialność za nią jest podwójna.

Mąż nie odpowiedział.

Mężczyźni   wymienili   spojrzenia   ponad   ramieniem   Marji.   Karl   ujrzał   w   oczach 

Randara to samo poczucie bezradności i urazy. Wyczuł lekkie drżenie ciała żony, mocniej 

przytulił ją do siebie.

- Wiem, że się boisz, moja Marjo, ja też jestem śmiertelnie przerażony, ale wiesz, 

wydaje mi się, że Maria i Randar zdołają równie dobrze się nią zająć jak ty.

Marji zaparło dech w piersiach. Pierwszą jej myślą było, że Karl także ją zdradził, że 

przystąpił do wymierzonego w nią spisku. On jednak ciągnął ze spokojem w głosie:

- Pomożemy im, zadbamy o to, żeby naprawiono budynki, przyślemy dość owiec i 

krów, by zapełniły starą oborę. Mamy ziarno i paszę, wszystko, czego potrzeba, żeby uczynić 

z Meisterplassen prawdziwie zasobną zagrodę. Nasze dziecko będzie mogło mieszkać tu bez 

wstydu. Nie jest wcale pewne, że Amelii tak łatwo jak przypuszczasz byłoby wrócić do domu 

z nieślubnym dzieckiem...

Marja zaniosła się szlochem, ale musiała przyznać, że o tym nie pomyślała. Spokojne 

słowa Karla były słuszne, jak zawsze przynosiły ulgę. Z lekką irytacją uświadomiła sobie, że 

jak wiele razy wcześniej zdołał sprawić, że ona sama nie wiadomo kiedy zmieniła zdanie. 

Nikt tak jak on nie potrafił dobrać właściwych słów, naświetlić sprawy od innej strony. Lecz 

background image

wciąż jeszcze nie dała się przekonać.

-   Nie   możemy   ich   zostawić,   Karlu.   Tatuś...   nie   jest   zdrowy,   a   matka   nie   zdoła 

pielęgnować jego, dziecka.

Amelii i jeszcze zajmować się zagrodą.

- No to zostaniesz tu na jakiś czas, chyba nigdzie ci się nie spieszy.

Marja nie za wiele o tym myślała.

- A Vildegard? - spytała.

- Poradzą sobie bez ciebie. Jest przecież Chłopak, Ebba i wszyscy inni...

Marja   pokiwała   głową,   napotkała   spojrzenie   ojca,   zarumieniła   się.   Teraz,   kiedy 

chmura gniewu odeszła, zawstydziła się swojego wybuchu.

Ukryła twarz na piersi Karla.

- Sama bywam jeszcze niekiedy dzieckiem - szepnęła.

Randar uśmiechnął się z czułością, a Karl wyciągnął do niego ręce i oddał mu córkę.

- Wygrałaś - cicho powiedziała Maria do Amelii.

- Czuję się taka... zła.

-   Mmm...   ale   tak   właśnie   musi   być,   moja   kochana.   Dzieci   nieuchronnie   stają   się 

dorosłe. Mój Boże, dzisiaj większość z nich dorasta za wcześnie. Zbyt wielu młodych ludzi 

nigdy nie ma czasu na beztroskę. Wydaje mi się, że wiesz, o czym mówię, Amelio.

Dziewczyna pokiwała głową przygnębiona.

- Czasami czuję się tak okropnie stara, babciu. Starsza niż ty...

Marii serce ścisnęło się w piersi.

- Przez całe życie musiałaś widać sobie radzić z wielkim ciężarem, ale dlatego jesteś 

silniejsza niż ktokolwiek, kogo znam.

Amelia zaskoczona podniosła głowę. - Ja? Silna?

Babka przytaknęła, popatrzyła wnuczce w oczy.

- Nie ma rzeczy, z którą byś sobie nie poradziła, gdybyś tylko chciała.

Amelia   uśmiechnęła   się,   odwracając   głowę   w   bok,   zaufanie   babki   wprost   ją 

przytłaczało.

- Poradzę sobie - oświadczyła nagle Amelia z mocą. - Wytrzymam i przeprowadzę to, 

nikt mnie nie powstrzyma.

A w duchu dodała jeszcze: 

Pilnuj się, Arntorze!

Potrzebuję cię, jestem uzależniona od twego wsparcia, ale nie pozwolę się już tak 

łatwo wystraszyć.

background image

Kwiecień, tak wytęskniony i jasny, w tym roku nie zawiódł. W czasie gdy drzewa 

wokół   fiordu   pokrywały   się   coraz   gęstszym   welonem   zieleni,   Amelia   niemal   czuła,   jak 

również w ludziach zaczynają krążyć soki.

Nie mogła już tego odkładać.

Tak długo żyła w spokoju, że dni niemal zlały jej się w jeden. Maleńka Hanna potroiła 

swoją wagę, jadła dobrze i zaczynała już wyglądać na młodziutką panienkę, którą przecież 

mimo wszystko była.

Marja   wreszcie   powróciła   do   domu,   obiecała   jednak,   że   znów   przyjedzie   przez 

świętym Janem, zadbała o to, by napełnić oborę i spichrze przed wyjazdem, i teraz prosta 

zagroda   w   Meisterplassen   zdumiałaby   każdego   gościa.   Na   półkach   pod   ścianami   stały 

zgrabne cynowe misy i kubki ze szkła i ołowiu. Na środku stołu leżał piękny obrus, rządek 

ludzkich postaci wzdłuż brzegu był jak żywy, Amelia niekiedy gotowa była przysiąc, że się 

poruszają. Na ścianach wisiały piękne stare gobeliny Liv, Maria wiedziała, jak przyrządzić 

odpowiednie mydło, by odświeżyć farby, nie zmywając ich z tkaniny.

Mieli nawet szklaną szybę, zdaniem Marii była to wręcz przesada, ale bardzo wysoko 

ceniła sobie światło, zwłaszcza teraz, kiedy wieczory stawały się coraz dłuższe. W szafkach 

Marja ułożyła wysokie stosy podpłomyków i placków, w spiżarni przy izbie stała pełna faska 

dobrze zasolonego masła, trzy beczułki ziarna i mały skopek solonego mięsa. Pod dachem w 

niedużej szopie wisiała wędzona szynka i kiełbasy z jelenia ułożone w kwaśnym mleku z 

przyprawami, mogły tak przetrwać przez całą zimę, jeśli tylko starannie się je zamarynowało. 

Mięso zyskiwało w ten sposób szczególny, kwaskowaty smak. W każdej zagrodzie odrobinę 

inaczej je konserwowano, po smaku można było poznać, skąd pochodzi produkt.

Amelia cieszyła się, że zagroda rozkwita. W oborze stało dziewięć owiec, a kiedy 

zaczęły rodzić się jagnięta, Maria uświadomiła sobie, że obórkę trzeba rozbudować. Dwie 

krowy, nawet nieduża świnia. O kury sami się zatroszczyli Teraz kiedy jedna z krów się 

ocieliła, nie brakowało im tłustego świeżego mleka. Amelia z każdym upływającym dniem 

nabierała ciała i jej twarz zaczynała się już całkiem wygładzać.

Do wiosennych prac w polu i do napraw w domu wynajęli ludzi, choć Randar burczał 

gniewnie, bo najchętniej zrobiłby wszystko sam. Nic nie było dość dobre dla niego, jego stare 

ręce cieśli poprawiały nie całkiem proste kąty i złe mocowanie, wreszcie jednak i on był 

zadowolony.   Kiedy   kobiety   patrzyły,   jak   spogląda   na   świeżo   zaorane   pola,   z   daleka 

wyczuwały jego radość.

Wieczorami   siadywali   razem   przy   ogniu,   odpoczywali   i   rozmawiali,   bawili   się   z 

dzieckiem, które oczywiście było o wiele mądrzejsze i lepiej się zapowiadało niż jakikolwiek 

background image

inny malec. Amelia nie posiadała się z zachwytu, słysząc cichutkie, przypominające śmiech 

dźwięki, które malutka wydawała z siebie za każdym razem, gdy udawało jej się pochwycić 

włosy matki i niechcący połaskotać się nimi po twarzy.

Świadomość, że półki z jedzeniem są pełne, dawała poczucie bezpieczeństwa.

Tak samo jak nocą oddech Marii i Randara w izdebce obok.

Jakimż cudem jest patrzeć, jak mała Hanna rozwija się z dnia na dzień i wyrasta na 

szczęśliwe, otoczone czułością dziecko.

Przez całe tygodnie Amelia odgradzała się od świata zewnętrznego, teraz jednak była 

na tyle silna i spokojna, by powrócić do niego myślą.

Zawarła umowę.

Nie widziała Arntora od stycznia, ale zdawała sobie sprawę, że on nigdy nie pozwoli 

jej się wykręcić od dotrzymania obietnicy.

- Muszę się wybrać do wsi, babciu. Najwyższy czas zająć się pracą...

Maria nieznacznie  zadrżała,  wspomnienie z ponurego osiedla mieszkańców  brzegu 

piekło w ustach goryczą.

- Pewnie tak. Bardzo mi się to nie podoba, Amelio, lecz jednocześnie podziwiam cię, 

że chcesz tyle zrobić dla tych nędzarzy. Mimo wszystko obawiam się, że jesteś zbyt odważna 

w swoim idealizmie, moja kochana.

Amelia   mogła   to   zrozumieć,   prawdę   powiedziawszy,   ją   samą   często   ogarniała 

rezygnacja.   Być   może   nie   wierzyła,   że   cała   wieś   przyjmie   ją   z   otwartymi   ramionami, 

spodziewała się jednak bodaj odrobiny wdzięczności od ubogich, choć okruszyny dobrej woli, 

a zamiast tego musiała walczyć o każde życzliwe słowo. Wciąż wielu z nich bało się jej, 

wielu wolało raczej umrzeć i cierpieć, niż dostać się w jej ręce. I sytuacja na pewno się nie 

polepszyła po tym, jak plotki krążyły swobodnie, podczas gdy ona leżała w połogu.

- Czy mam pojechać z tobą?

- Nie, oni nie lubią obcych, babciu. Poza tym bardzo bym chciała, żebyś została tutaj i 

zajęła się malutką. Dziadek ostatnio nie jest taki silny...

- Randar jest po prostu wyczerpany, może to zmęczenie wiosenne. Dam mu coś na 

wzmocnienie, zobaczysz, że znów będzie przeskakiwał przez próg.

Amelia   roześmiała   się,   podskoki   babki   nie   bardzo   przypominały   chwiejny   krok 

dziadka.

- Wyglądasz jak Indianka, o których czytałam - uśmiechnęła się Amelia i sama zaczęła 

skakać.

Obie kobiety odtańczyły szalony taniec, jakby zapominając, że są dorosłe.

background image

Hanna szeroko otworzyła oczy, wyglądała wręcz na wystraszoną, gdy jednak Maria 

wzięła ją na ręce i pozwoliła uczestniczyć w zabawie, maleńka z radości roześmiała się od 

ucha do ucha.

Amelia   nie   wspominała   więcej   o   wyprawie   do   Sogndal,   tego   wieczoru   pragnęła 

zachować   beztroskę.   Jeszcze   przez   ten   wieczór   nie   chciała   pamiętać   o   ciężarze,   jaki 

spoczywał   na   jej   barkach.   Lecz   zanim   minęła   noc,   wstała   i   przygotowała   węzełek   z 

lekarstwami. Zaniosła do łodzi większą część stosu podpłomyków, zabrała też beczułkę nie 

mielonego   ziarna.   W   swoich   własnych   zapasach   wyszukała   mieszanki   na   herbatkę 

przeciwkaszlową, na okładanie ropiejących ran i przeciwko reumatyzmowi, na wzmacniające 

napary dla starych i chorych, a także cały pęk czystych gałganków na wypadek, gdyby komuś 

trzeba było opatrzyć rany. Maści przeciwko zapaleniu przygotowała wcześniej, na pewno się 

przydadzą, chociaż tłuszcz stanowiący ich podstawę zaczął już jełczeć. A spore pudełko z 

suszoną, pokruszoną korą wierzby i czarnym bzem na pewno ulży tym, którzy odczuwają 

bóle.

Ubrała się potem w swoją najmocniejszą spódnicę i skórzany stanik, był sztywny i 

dobrze wesprze zmęczone przy wiosłowaniu plecy. Na to naciągnęła gruby wełniany kaftan, 

bo wiatr na fiordzie potrafił być nieprzyjemny, przenikliwy, chociaż i dzisiaj słońce zagościło 

nad okolicą.

Mocno zawiązała chustkę na głowie, na plecy zarzuciła wielki szal, który skrzyżowała 

na piersiach; bardzo ważne było, by ich zanadto nie przechłodzić, inaczej groziło jej zapalenie 

i wrzody. To bardzo przykre sprawy, a często mogły się skończyć wręcz tragicznie, jeśli 

dziecko było za małe i niechętnie przyjmowało inne pożywienie.

Wreszcie była gotowa. Zajrzała jeszcze tylko do staruszków szepnąć parę słów na 

pożegnanie.

- Hanna śpi w kołysce, przynieść ci ją, babciu, żebyś nie musiała wstawać?

- Nie, nie - odszepnęła Maria i zerwała się na równe nogi.

Randar spał, lecz jego nierówny oddech mówił, że wkrótce i on się obudzi.

- Zagotowałam wodę, babciu, i trochę kawy z niedzieli czeka na ciebie.

Maria ucałowała lekko młodziutką kobietę, popatrzyła jej w oczy.

- Niech Bóg będzie z tobą - szepnęła cicho.

- Jest - odparła Amelia pewnym głosem.

Tak   trudno   było   wiosłować,   czy   łódź   nie   zrobiła   się   cięższa?   Amelia   czuła,   że 

wilgotnieją jej plecy, a pot spływa spod pach, chociaż wiatr uderzający z boku był lodowaty, 

pełen wspomnień o śniegu.

background image

Zagrody Sogndal wygrzewały się w wytęsknionym słońcu. Ostre promienie odbijały 

się w wodzie, niemal oślepiając Amelię. Nie pozwalały dojrzeć na brzegu szarej chałupy 

Arntora i Hjordis.

Przycumowała  łódź  przy Veslebrygga,  poniżej  zajazdu. Będzie  musiała  przejść na 

piechotę wzdłuż brzegu.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, była spalona lepianka Durdei.

Większość zgliszcz zniknęła, tylko czarny wypalony krąg świadczył o tym, że stały 

tutaj kiedyś rozsypujące się ściany, dające schronienie nieszczęsnej kobiecie i jej dziecku. 

Serce Amelii zaczęło uderzać mocniej, musiała stłumić w sobie złe przeczucie. Pożary nie 

były rzeczą niezwykłą, otwartych palenisk należało dobrze pilnować, z reguły jednak ludziom 

udawało się uciec na czas, a potem najczęściej z pomocą przyjaciół i sąsiadów stawiali nowe 

chałupy, lepsze niż poprzednie.

W wypadku Durdei najwidoczniej jednak tak się nie stało. Kto miał drewno, które 

zechciałby oddać? I który z jej przypadkowych przyjaciół zrobiłby dla niej coś więcej, niż 

tylko ściągnął spodnie?

Amelia mocno ściskała ciężki węzełek i kuferek. Jakiś stary dziadek siedział na brzegu 

i   żuł   korzeń   goryczki,   zmrużonymi   oczami   spoglądając   na   wodę.   Wypatrywał   na   morzu 

czegoś, co nigdy się tam nie pojawiło. Poprosiła go o przypilnowanie beczułki z ziarnem.

Kręciło się zdumiewająco mało ludzi, jakieś dzieci chodziły wzdłuż brzegu, szukając 

muszelek i krabów. Z ramion zwisały im pęczki wodorostów, pewnie zamierzały je sprzedać 

w głębi doliny na paszę dla świń.

Nie odezwała się do nich, szła tylko dalej, wytrzymując ich nieżyczliwe spojrzenia. 

Kierowała się ku chałupie Arntora.

Kiedy zapukała, ze środka dobiegł wrzask. Siarczyste przekleństwa uderzyły w ścianę, 

zanim twarda ręka rozplatała konstrukcję z witek i sznurków.

- Kto tu marudzi, zanim ludzie jeszcze otworzyli oczy?

Amelia uświadomiła sobie, że być może rzeczywiście dzień jest jeszcze wczesny.

Wreszcie   Hjordis   stanęła   w   drzwiach,   wielka,   niezgrabna,   z   czujnym   spojrzeniem 

małych piwnych oczu.

Zmrużyła   je   jeszcze   mocniej,   kiedy   zrozumiała,   kto   przyszedł.   Spoza   brunatnych 

zębów rozległ się syk:

- Czego tu, u diabła, chcesz?

- Chciałam zobaczyć  się z Arntorem. Długo już na mnie czekał - odparła Amelia 

stanowczo.

background image

- Arntor nikogo się dzisiaj nie spodziewa - od - szczeknęła Hjordis.

- Kto przyszedł? - dobiegł ze środka głos. Hjordis sprawiała wrażenie, jakby chciała 

zatrzasnąć drzwi i powiedzieć, że to ktoś, kto zabłądził.

Amelia jednak w łóżku pod wewnętrzną ścianą chałupy dostrzegła cień mężczyzny. 

Zobaczyła, że usiadł i najwidoczniej ją zauważył.

- Amelia? - w jego głosie brzmiało zaskoczenie, lecz również coś, co sprawiło, że 

Amelii ciarki przeszły po plecach. - Wpuść ją do środka, babo, na pewno przynosi dobre 

wiadomości, jestem pewien.

Był  uprzejmy,  ale teraz, gdy oczy przyzwyczaiły się już do panującego w środku 

mroku, Amelia dostrzegła na jego twarzy przebłysk lisiej chytrości.

Arntor był chudszy, niż pamiętała, broda mu urosła, sięgała aż do piersi. Włosy na 

pewno miał równie długie, ale związał je na karku. Wysokie czoło zdawało się węższe przy 

zapadniętych  policzkach.  Już ostatniej  jesieni w  jego włosach pojawiła się siwizna,  teraz 

jednak prawie całkiem zszarzały, gdzieniegdzie tylko zachowały się brązowe pasma. Mocno 

związane z tyłu sprawiały, że jego twarz wyglądała na niezwykle surową i... inną.

- Szczęść Boże - Amelia ukłoniła się lekko. - Jak wam się żyje?

Hjordis prychnęła. Wzięła się pod boki jak jakiś niemiecki oficer, którego niekiedy 

można   było   spotkać   przy   Elvebakken.   Włosów   miała   mniej   niż   brat,   to,   co   jej   zostało, 

splątane   w   nieporządnych   kołtunach   otaczało   szeroką   twarz.   Ale   włosy   były   brązowe, 

ciemne, Amelia zaczęła się zastanawiać, ile właściwie lat może mięć ta kobieta.

Hjordis wypluła z siebie:

- Żyjemy, jak widzisz. Lepiej, przypuszczam, niż większość tutaj.

W jej głosie słychać było dumę, zachowała swoją godność. Mimo wszystko dzierżyła 

władzę w tej małej społeczności. Ona i brat.

- Mam córeczkę - oznajmiła Amelia i pomimo atmosfery napięcia pozwoliła sobie na 

łagodny uśmiech.

Hjordis znów cicho zaklęła.

-   Nie   przychodzisz   tu   chyba,   u   wszystkich   diabłów,   po   to,   żeby   nam   o   tym 

powiedzieć? Bękarty rodzą się co dzień, nas to nie interesuje, prawda, Arntorze?

Amelia wstrzymała oddech, spodziewała się, że Hjordis będzie gwałtowna jak zawsze. 

Nigdy nie lubiła Amelii.

Arntor jęknął z wysiłkiem, ale udało mu się spuścić stopy na podłogę. Brudne derki, 

którymi je okrywał, cuchnęły starym potem, moczem i Bóg wie czym jeszcze.

- Mnie to obchodzi - oświadczył wolno. - Zostaw nas w spokoju na chwilę, Hjordis. - 

background image

Zanim siostra zdążyła złapać oddech, by zaprotestować, dodał: - Amelia na pewno ma coś dla 

nas w łodzi, możesz to przynieść, i nie spiesz się, bo my tutaj będziemy robić... interesy.

Hjordis zerknęła na nieproszonego gościa z ukosa, lecz kiedy Amelia kiwnęła głową i 

powiedziała   o   beczce   z   ziarnem,   zaczęła   się   spieszyć.   Gołe   nogi   wsunęła   po   prostu   w 

drewniaki i wyszła bez chustki czy szala.

Lekkie mrowienie wzdłuż kręgosłupa przypomniało Amelii o tym,  że sytuacja jest 

niebezpieczna.   W   dusznym   powietrzu   chałupy   trudno   było   oddychać,   a   sam   Arntor   nie 

stanowił szczególnie przyjemnego widoku.

Wpatrywał  się   w  nią   z  drwiącym   uśmiechem  na   pociemniałych   wargach.  Nic   nie 

mówił, oglądał ją tylko jak klacz na targu. Kiedy już się nasycił, oschle zaproponował, by 

usiadła.

- Żadnego poczęstunku nie będzie, widzę, że i tak miałaś dość tłuszczu. Rodzinka 

przyjechała,   co?   Słyszałem,   że   strasznie   dużo   roboty   w   tej   twojej   zagrodzie,   krowy  i   w 

ogóle...

Najwyraźniej   wciąż   był   dobrze   poinformowany,   Amelia   się   z   tego   cieszyła,   to 

oznaczało,   że   w   każdym   razie   nie   utracił   swej   pozycji,   Arntor   zawsze   był   człowiekiem, 

któremu należało przynosić nowiny. Przewodził tutaj i nie mógł znieść, że ludzie rozmawiają 

o nieznanych mu sprawach.

- Dziękuję, wszystko idzie dobrze - odparła Amelia. Uznała, że najlepiej zachować 

uprzejmość, przynajmniej dopóki nie pozna jego myśli. - A ty? Jak się miewasz? Widzę, że 

jesteś żywszy.

- Do diabła, żywszy? Leżę w tym łóżku jak dziecko przez cały czas, a Hjordis chodzi 

tylko i przeklina. Musiała też złoić skórę jakimś gołowąsom za to, że za bardzo rozpuścili 

ozory. Ta przeklęta noga nie chce mnie słuchać, a przecież nie mogę pokazać się ludziom jak 

jakiś kaleka!

Amelia dostrzegła na jego twarzy rozpacz przemieszaną z groźbą.

- Pokaż mi, może ja...

Również tym razem nie pozwolił jej dokończyć zdania, gwałtownie przerwał.

- Gdybym uważał, że możesz zrobić coś więcej, dawno już bym cię tu sprowadził. 

Cała ta przeklęta noga jest na pół zgniła, nie została w niej żadna siła. Możesz ją, do stu 

diabłów, odpiłować przy kolanie, a ja niczego nie poczuję.

Amelia zebrała się na odwagę, podeszła bliżej.

- Pokaż.

Pozwolił odsunąć derkę na bok, ale zauważyła, że zamknął oczy.

background image

Smród, jaki wydobył się spod derki, był dziesięciokrotnie okropniejszy niż ten, który 

dotychczas drażnił nozdrza.

Arntor leżał w wełnianych kalesonach, sam ściągnął jedną nogawkę.

Noga była  chłodna, biała,  jak martwa.  Na górze przy udzie  spore kawałki mięśni 

wyglądały na wyrwane. Skóra zrosła się tu, tworząc większe i mniejsze zgrubienia. Amelia 

widziała, że mięśnie są zniszczone, niepotrzebnie napięte z boku. Arntor zakrył podbrzusze 

rękami, skupiła się na tym, by nawet wzrokiem nie zawadzić o tę część jego ciała. Z trudem 

powstrzymując mdłości, przemogła się i dotknęła przypominającej żywe mięso skóry. Bliżej 

kolana skóra również została poszarpana, tu zrosła się w miarę dobrze, lecz gdzieniegdzie 

widniały jątrzące się rany, najgorsze wokół łydki i zgniecionej, zdeformowanej kostki. Bała 

się dotykać tych miejsc, zorientowała się jednak, że Arntor nic tam nie czuje. Widać miał 

rację,   kiedy   o   tym   mówił,   noga   przestała   już   być   częścią   jego   ciała,   wisiała   tylko   jak 

cuchnący kawał mięsa.

To cud, że w rany nie wdała się gangrena, przypuszczalnie jednak naczynia, którymi 

płynęła krew, nie zostały uszkodzone na tyle, by życiodajny płyn nie mógł spokojnie krążyć. 

W zagranicznych książkach Amelia widziała rysunki tych naczyń, ale nigdy nie przestała się 

dziwić, w jaki sposób ktoś mógł tak je przerysować, pewnie raczej wszystko to wymyślił. 

Uważała, że sama nauczyła się dość, by wiedzieć, że krew cały czas krąży w ludziach, nie jest 

wytwarzana stopniowo jak mocz, łzy i inne płyny, dlatego nie wolno jej niepotrzebnie tracić. 

Ale   upuszczanie   krwi   z   żył   było   jednym   z   najlepszych   środków   zaradczych,   do   których 

uciekali się ludzie w obliczu przeróżnych słabości.

- No i jak, nieźle, co? I lepiej nie będzie, jestem pewien.

Amelia   nie   odpowiedziała,   najpierw   ułożyła   derki   z   powrotem,   odsunęła   trochę 

krzesło, na którym siedziała.

- Masz rację - stwierdziła wreszcie. - Niewiele da się z tym zrobić.

Arntor uderzył prawą ręką w krawędź łóżka, widziała, że go to zabolało.

- Do pioruna, równie dobrze mogłem zginąć w tej rzece! Dlaczego, u wszystkich 

diabłów, musiałaś ciągnąć mnie do domu i oszukać czarta, odbierając mu mą duszę?

Amelia wbiła w niego wzrok.

- Ponieważ cię potrzebowałam. Zawarliśmy umowę. Przez sekundę wpatrywał się w 

nią zaskoczony, wreszcie na jego wargach ukazał się znów przebiegły uśmiech. Oczy zalśniły 

mu groźnie, Amelia domyślała się, że żaden człowiek nie zdoła przeżyć takiego uszkodzenia 

ciała, nie nabawiając się przy tym również rany na duszy.

- Zawarliśmy umowę, tak... Rzeczywiście.

background image

Nagle odrzucił głowę w tył, roześmiał się głośno,, chrapliwie. Amelia miała wrażenie, 

że słyszy, jak drży na stole z desek cynowy kubek.

- Do czarta, miałaś zostać moją dziwką! Amelia nawet nie mrugnęła, mimo że słowo 

paskudnie zapiekło w sercu. Ale w tym okrutnym zdaniu kryła się również prawda, choć teraz 

w   tej   cuchnącej   izbie,   gdzie   okaleczony   Arntor   balansował   najwidoczniej   na   krawędzi 

szaleństwa, nie wiedziała, czy da sobie radę.

Oczy, które się w nią wpatrywały, nie były złe, lecz pełne bólu i wyzwania. Widziała 

jego straszliwą bezradność. W pewnym sensie łatwiej było odczuwać dla niego życzliwość 

teraz   niż   przedtem,   jednak   ten   mężczyzna   utracił   wiele   zalet,   wynikających   z   jego 

dotychczasowej  pozycji  jako osoby dzierżącej  władzę. Amelia  zrozumiała,  że gra już się 

rozpoczęła. Istniała tylko jedna jedyna szansa - utrzymać szacunek mieszkańców brzegu do 

czasu, kiedy Arntor będzie mógł znów swobodnie się wśród nich poruszać.

W  głowie  Amelii   kłębiły  się myśli,   nigdy dotąd  nie   zetknęła   się z  tak  rozległym 

zranieniem, ale wiedziała, że mama zna się na tym lepiej, być może babcia również, bo ona 

tyle   już   widziała.   A   w   domu   Amelia   nieraz   słyszała   o   cudach,   jakich   Chłopak   potrafił 

dokonać swoimi ostrymi nożykami.

Arntor w łóżku wciąż czekał na odpowiedź.

Podeszła teraz do niego, postanowiła przebić się przez jego obojętność. 2 wahaniem 

usiadła tuż przy łóżku. Usiłowała skryć obrzydzenie.

- Chciałabym być twoim przyjacielem, Arntorze.

Przeklął.

- Niepotrzebni mi przyjaciele, potrzebna mi noga i twarde pięści! - Oczy znów mu się 

zwęziły. - Pięknie się zaokrągliłaś, Amelio! Kawał z ciebie wspaniałej dziewuchy, to pewne. 

Trochę zbyt słodko pierdząca, jak widzę, ale odkarmiona niczym wieprzek. Masz pieniądze, 

Amelio, ale nie masz władzy.

Miał   rację,   wśród   mieszkańców   brzegu   działał   znacznie   bardziej   skomplikowany 

układ wzajemnych stosunków, zawiła mieszanka usług i odwzajemniania się za nie, fizycznej 

siły i mrocznych porachunków, dotyczących praw do połowów, do drobnych prac, a nawet do 

tego, co morska woda wyrzuciła na brzeg.

Arntor wciąż miał najlepsze łowiska.

Zdarzało się, że nawet lensman zwracał się do niego z prośbą o pomoc, kiedy uznał, że 

rozsądnie będzie ukarać któregoś ze swoich ludzi. Natomiast nędzarze swoje sprawy zawsze 

załatwiali   sami.   Gdy  któryś   został   oskarżony  o   kradzież   z  jakiegoś   spichrza,   bywało,   że 

spichrz ten jakiś czas  później płonął. A gdy jakaś gospodyni  wykrzykiwała  złe słowa za 

background image

którąś z żebraczek, mogło się zdarzyć, że jej pranie znikało z kamienia albo z drzewa, na 

którym je suszyła.

Arntor należał do nielicznych, którzy posiadali łódź, i ta cumująca przy jego kamieniu 

była najładniejsza. Hjordis zajmowała się trochę handlem wymiennym, u niej można było 

dostać wszystko za pieniądze lub usługi. Ona wiedziała najwięcej o stosunkach panujących 

wśród ubogich. I nieraz rozdzielała  rozwścieczone  kobiety,  kiedy brakowało chleba  i nie 

mogły się pogodzić.

-   Być   może   będziesz   mnie   potrzebował,   żeby   zatrzymać   to,   co  masz   -   odparła 

spokojnie.

Amelia nie była przygotowana na zaskakująco silną pięść, która nagle niczym kajdany 

zacisnęła się na jej nadgarstku. Przyciągnął ją do siebie, straciła równowagę i przewróciła się 

na niego i na cuchnący barłóg. Sztywna ze strachu leżała w niewygodnej pozycji, z ręką 

boleśnie wykręconą na plecy. Twarz Arntora znalazła się tak blisko, że widziała szarozielone 

plamki w jego błyszczących oczach. Usta wykrzywiły się w grymasie uśmiechu.

-   Być   może   uda   mi   się   mimo   wszystko   dostać   to,   co   mi   się   należy,   Amelio, 

przynajmniej na tyle, na ile może się udać komuś, kto tylko w połowie jest mężczyzną...

Przycisnął   wargi   do   jej   ust,   Amelia   wstrzymała   oddech.   Strach   wzbierał   w   niej 

paraliżującą   falą,   ledwie   mogła   poruszyć   nogami.   Kopnęła   go,   ale   on   jej   nie   puszczał. 

Dławiący pocałunek trwał, dziewczyna czuła, że kula, która rosła jej w piersi od chwili, kiedy 

znalazła się w tym nieczystym powietrzu, niemal bliska jest eksplozji. Zanim całkiem straciła 

kontrolę nad sobą, Arntor potargał jej włosy i ją puścił.

- Musisz się wywiązać z umowy, Amelio. Jeśli masz być moją kobietą ze wszystkimi 

korzyściami, jakie się z tym wiążą, to musi tak się stać.

Amelia z trudem chwytała powietrze, zobaczyła, że kilka długich włosów zostało mu 

w palcach. Teraz puścił ją już całkiem, na wpół zsunęła się z obrzydliwego posłania, wciąż 

walcząc z kwaśnym smakiem w ustach.

To więcej niż była w stanie znieść.

Za dużo się od niej wymaga, nawet błagalne spojrzenia dzieci z całego świata nie 

zdołają nakłonić jej, by zniosła bliskość tego odrażającego mężczyzny.

Porwała swój węzełek, zostawiła jedzenie i skoczyła do drzwi. Dopiero w bezpiecznej 

odległości zatrzymała się i odwróciła.

- Jesteś potworem, Arntorze. Wiesz, że tutejsi ludzie mnie potrzebują. Powinieneś 

dziękować mi za to, że w ogóle chcę się troszczyć  o was, nędzarzy.  Zaproponowałam ci 

pieniądze, jedzenie i wiele innych rzeczy, a mimo to żądasz więcej. Uważam, że powinnam 

background image

się teraz zastanowić. Być może twoje dni są policzone, Arntorze, być może na własnej skórze 

odczujesz swoją surowość.

Wykrzywił się do niej paskudnie, ale ręce zwiesił bezsilnie. Widziała, że coś w jej 

słowach go zabolało, bo jakieś ścięgno w szyi  drżało, jakby zaraz miało pęknąć. Amelia 

poczuła przypływ odwagi:

- Potrafię postawić cię znów na nogi - oświadczyła z większą pewnością siebie, niż 

miała ku temu podstawy.

Mężczyzna   wciąż   był   przerażająco   zamknięty   w   sobie   i   daleki,   Amelia   widziała 

jednak, że być może przemówiła mu do rozumu.

- Idź stąd, zanim Hjordis wróci - warknął. - Żywcem obedrze cię ze skóry, jeśli tylko 

jej na to pozwolę.

Amelia nie podziękowała za ostrzeżenie, starała się tylko okazać, że się nie boi, jak 

gdyby jego groźby nie miały na nią wpływu.

Ale kiedy chłodne świeże powietrze znów owiało jej twarz, ledwie zdołała zdusić 

szloch, który wydzierał jej się z gardła. Obrzydzenie, jakie ogarnęło ją w brudnej lepiance, 

wykręcało żołądek nawet tutaj, w przejrzystym wiosennym powietrzu. Zmusiła się, by odejść 

spokojnie, widziała, że Hjordis już dzieli na porcje ziarno przy wtórze głośnych kłótni o 

zapłatę z kobietami tłoczącymi się wokół niej.

Jedna rozwinęła onuce, które miała na sobie, i podała je Hjordis. Odbiegła na bosaka, 

trzymając wysoko w górze fartuch skręcony w węzełek. Na jej twarzy widać było zwierzęcy 

głód.

Amelia widziała, jak inne kobiety odchodzą z pustymi rękami. To zapewne te, które 

nie miały nic, co dałoby się wymienić na ziarno.

Dwie,   mała   dziewczynka   i   zapewne   jej   matka,   poderwały   się   do   bójki   z   trzecią. 

Napadnięta   kobieta   stała   z   kilkoma   garściami   ziarna   w   węzełku,   mocno   przyciskała 

paczuszkę do piersi i schylona próbowała uciec, ale napastniczki mocno ją przytrzymały, 

szarpiąc za włosy i starając się dosięgnąć twarzy. Skończyło się na tym, że węzełek pękł, a 

ziarno rozsypało się między kamienie. Kobiety stały przez krótką chwilę jak sparaliżowane, 

przyglądając się zajściu, ale zaraz wrzawa jeszcze się wzmogła i wszystkie rzuciły się na 

kolana,   próbując   zgarnąć   przynajmniej   kilka   suchych   ziaren.   Hjordis   uznała,   że   najlepiej 

zrobi, zabierając się z tego miejsca.

Gromada kobiet rozpierzchła się, została tylko nieszczęśliwa właścicielka utraconego 

ziarna. Leżała na ziemi, szlochając w rozpaczy.

Dopiero teraz Amelia zorientowała się, że to Durdei.

background image

Podeszła do niej, zobaczyła krew spływającą z rozciętej wargi. Trzy długie czerwone 

rysy na policzku były śladami paznokci napastniczek.

- Ziarno... Niecka... nie ma nic...

Mamrotała niezrozumiałe słowa, z trudem chwytając oddech. Gdy Amelia usiłowała 

pomóc jej wstać, zwinięta w kułak pięść uderzyła ją prosto w brzuch.

- Durdei, to ja, Amelia!  Nie bij! Nie bój się! Wąskie oczy podniosły się w górę, 

zdziwione, jak gdyby kobieta nie całkiem była w stanie zrozumieć usłyszane słowa.

- Amelia... Anioł...

Z wielkim wysiłkiem Amelii udało się podnieść kobietę na nogi. Na szczęście podczas 

bójki Durdei nie odniosła poważnych obrażeń, Amelia usłyszała jednak świszczący oddech, a 

szmery w piersi nędzarki brzmiały naprawdę groźnie.

- Chodź ze mną, Durdei, pozwól mi się oczyścić. Obmyła  twarz kobiety w słonej 

morskiej  wodzie, rany na pewno piekły,  lecz ból najwidoczniej  rozjaśnił Durdei nieco w 

głowie.

- Co się stało z twoją chatą? - dopytywała się Amelia.

- Chyba widziałaś, został tylko czarny popiół.

- Gdzie teraz mieszkasz?

Głos Durdei zabrzmiał obojętnie:

-   Co   to   obchodzi   ciebie   czy   kogoś   innego?   Amelia   nie   przejmowała   się   pełnym 

goryczy tonem. Wypytywała dalej z życzliwością:

-   A   twój   synek?   Nie   potrzeba   mu   czegoś?   Durdei   wydała   z   siebie   jakiś   dźwięk 

pośredni między śmiechem i płaczem.

- Nie, on już ma skrzydełka i fruwa sobie po niebie. Amelia skamieniała, ale na twarzy 

Durdei nie było żałoby, tylko martwa obojętność.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

Kobieta w łachmanach wyprostowała się teraz, oczy patrzyły zimno, pusto.

- Wracaj do domu, do swojej ciepłej chałupy. Znikaj stąd, Amelio! Ty nie rozumiesz 

życia,  wydaje ci się, że możesz zrobić  coś z tą nędzą, głupie  cielę!  Nawet jak wyliżesz 

Arntorowi dupę, nie masz szans!

Amelia bała się jej sprzeciwiać, ostrożnie się wycofała.

Ta kobieta postradała rozum, a już na pewno człowieczeństwo.

W zajeździe Amelia dowiedziała się, że Durdei mieszka w oborze u Larsa - Świniarza, 

nieco dalej w dolinie. Sypia wśród zwierząt, je razem z nimi, a tępi mężczyźni z wyszynku 

wybuchnęli śmiechem, gdy któryś z nich wspomniał, że Durdei robi również to, co cielęta, 

background image

dla starego owdowiałego gospodarza.

background image

ROZDZIAŁ V

Kierowała się w stronę przystani. Zapadł już zmrok, w żołądku przyjemnie grzała 

tłusta rybna zupa zjedzona w karczmie.

Staruszek, który pilnował  łodzi, odszedł po tym,  jak Hjordis zabrała  ziarno. Łódź 

kołysała się na nadbrzeżnych kamieniach, Amelia nie przycumowała jej bowiem dobrze, nie 

pomyślała o odpływie.

Nic jednak się nie stało. Amelia pochyliła się lekko, żeby odwiązać linę, już miała 

odepchnąć łódź i wskoczyć do środka, gdy nagle na jej ramieniu spoczęła twarda pięść.

Drgnęła przerażona, krótki krzyk wydarł się z jej ust, ale kiedy się odwróciła, zamarł 

na wargach.

Rysy twarzy młodego mężczyzny trudno było odróżnić, nosił brodę i wąsy, a na oczy 

miał głęboko nasunięty kapelusz. Widziała, że dłonie spoczywające na piersi są wielkie i 

mocne. Stał na szeroko rozstawionych nogach, wydawał się większy i jeszcze groźniejszy, niż 

był w rzeczywistości.

- Czego chcesz ode mnie? - jęknęła, usiłując po omacku odnaleźć za sobą burtę łodzi.

- Niebezpiecznie dla kobiety krążyć tak samotnie po brzegu, kiedy zapadną ciemności 

- rzekł powoli.

Amelia próbowała udawać spokojniejszą, niż była.

Sytuacja budziła grozę, potwierdzał to wyraz ciemnych oczu mężczyzny, które przez 

moment dostrzegła. Zrozumiała, że musiał iść za nią, że wcale nie przypadkiem zobaczył 

samotną   kobietę   i   podszedł   z   nią   porozmawiać.   Nabrawszy   powietrza,   starała   się   nadać 

swemu głosowi normalny ton.

- Wystraszyłeś mnie, nieznajomy. Czego chcesz?

Uśmiechał się teraz, przysiadł na kamieniu, wyciągnął długie nogi, jak gdyby chciał 

pokazać, na ile jest pewny swej przewagi.

Z kieszeni wyjął sakiewkę, a gdy ją otworzył, rozniósł się lekki zapach, to musiał być 

jakiś tytoń.

Włożył  ciemną masę do ust, skrzywił się, kiedy język  i zęby zaczęły pracować, i 

przyglądał jej się bez słowa.

Amelia nie wiedziała teraz, czy ogarnął ją przede wszystkim gniew czy strach. Za 

plecami miała bezpieczną łódź, która na razie jednak nie mogła dać jej schronienia. Gdyby 

ten człowiek chciał jej wyrządzić krzywdę, była pewna, że i tak ją dosięgnie. Pozwoliła, by 

zwyciężył gniew.

background image

- Wracam do domu, nieznajomy! - rzekła stanowczo.

Obróciła się prędko i z walącym sercem całym ciężarem oparła się o łódź, starając się 

odepchnąć ją od brzegu. Kiedy poczuła, że woda już ją unosi, zebrała spódnice, by wskoczyć, 

i właśnie wtedy ciężka pięść znów spadła na jej ramię, tym razem niemal przewracając ją w 

pas wodorostów.

- Chcę z tobą pomówić, Amelio Maisterplass. Nie próbuj żadnych głupstw. Kiedy 

Jarle Raune mówi, kobiety muszą go słuchać.

Amelia znów stała pewnie, jej oczy zapłonęły gniewem. Uznała jednak, że najlepiej 

teraz będzie milczeć, bo na pokrytej zarostem twarzy mężczyzny pojawił się twardszy wyraz.

-  Zalecasz   się  do Arntora,  zawsze  tak  robiłaś,  to  zapewne  on jest ojcem  twojego 

bękarta,   tak   sobie   myślę...   Może   się   uważałaś   za   sprytną,   Amelio,   a   jesteś   małą   głupią 

dziewczynką, która przychodzi tutaj i wydaje jej się, że zbawi wszystkich od tej nędzy.

Splunął.   Brunatna   plwocina,   kołysząca   się   na   wodzie   przy   brzegu,   wyglądała 

obrzydliwie.

Amelia   trwała   bez   ruchu,   zastanawiała   się,   czy   warto   krzyczeć.   Być   może   ludzie 

zareagują,   najprawdopodobniej   jednak   zostaną   tam,   gdzie   są,   myśląc,   że   to   kolejne 

porachunki mieszkanek brzegu.

Podszedł teraz do niej, sprężysty jak kuna, buty cicho zaskrzypiały na żwirze.

Podsunął ku niej gołą dłoń, lecz Amelia drgnęła, wciskając się w łódź, jak gdyby 

trzymał nóż.

- Nie dotykaj mnie, nie ośmielisz się, ty...

Jarle Raune roześmiał się cicho, jakby odważne słowa tej młodej kobiety tylko go 

rozbawiły.   Dłoń   dotknęła   jej   szyi,   nie   ścisnął,   ale   czuła   własny  puls   przy   jego   zimnych 

palcach.

- Naprawdę jesteś śliczna, taka świeża, odkarmiona, możesz wychować mężczyźnie 

synów... Słyszałem też, że nie boisz się pracy. Szkoda tylko, że masz tego bękarta, Amelio, 

teraz pewnie tylko Arntor będzie cię chciał.

Przy ostatnich słowach pchnął ją mocno, Amelia uderzyła plecami o burtę łodzi, ale 

nie krzyknęła.

W górze przy gospodzie widziała  cienie  ludzi, lecz nikt na pewno nie  ma  żadnej 

sprawy tu przy przystani Jarle splunął jeszcze raz, trafiając niemal w skraj jej spódnicy. Wziął 

się pod boki, jakby odpoczywał, lekko kopał nieduży kamień.

- Przychodzę po to, żeby cię ostrzec, Amelio. Wsiadasz na chorego konia. Nie jesteś 

głupia, chętnie to przyznaję, dlatego powinnaś wiedzieć, kto zajmie tego lata miejsce Arntora.

background image

Nie potrzebował wymieniać żadnego imienia.

- Zabiję Arntora - szepnął cicho, z uśmieszkiem. - Możesz wybrać stronę. Teraz.

Amelia nie chciała mu wierzyć, ale na surowej twarzy rysowała się nie tylko odwaga, 

jaką daje pewność siebie. Wiedziała, że ten człowiek naprawdę myśli to, co mówi.

- Co utwierdza cię w przekonaniu, że nie wyjawię Arntorowi twoich planów?

Mężczyzna znów zarechotał.

- Opowiadaj mu, Amelio, ale to będzie znaczyło, że już dokonałaś wyboru. Tak jak 

powiedziałem, nie uważam cię za głupią.

Nie spuszczając z niego oka, ostrożnie uchwyciła burtę łodzi, on ani drgnął. Stał tylko, 

czekając na coś.

- Żegnaj, Jarle Raune, nie chcę więcej słuchać twojego gadania.

Wskakując do łodzi, nie śmiała na niego spojrzeć, dopiero po kilku ruchach wioseł, 

kiedy rozdzieliła ich woda, zerknęła na cień pozostający na brzegu, czując, jak serce powoli 

wraca do normalnego rytmu.

Stał, nie ruszając się z miejsca, patrzył za nią. Potem wolno się pochylił, podniósł coś 

z ziemi. Zobaczyła, jak nie spuszczając z niej oka wolno, bez wysiłku, przełamuje kawałek 

drewna na pół.

Maria wyczuła, że wydarzyło się coś szczególnego. Amelia wróciła do domu cicha i 

posmutniała. Pospieszyła do stojącej przy ogniu kołyski, w której spało dziecko przykryte 

lekką derką. Pocałowała malutką, pogładziła po puszystych włoskach, uśmiechnęła się do jej 

zaspanych oczu i zaraz przyłożyła ją do piersi.

- Idą ciężkie czasy, babciu - powiedziała cicho, przesuwając palcami wzdłuż zawiłych 

linii dziecięcego ucha.

Maria tylko pokiwała głową. Ręce nie przestały przebierać grochu w misce, którą 

trzymała na kolanach. Suche ziarenka grzechotały cicho, jakby tańcząc wokół drewnianego 

naczynia.

- Spotkałaś... Arntora?

Amelia potaknęła, ale w jej twarzy nie dało się nic wyczytać.

- Kim on właściwie jest?

- On im przewodzi, babciu, jest tym, którego wszyscy muszą pytać o pozwolenie, jeśli 

mają jakąś sprawę wśród mieszkańców brzegu. Już ci to mówiłam, potrzebna mi jego pomoc.

Maria kiwnęła głową, zamyślona przygryzła wargę. Amelia przełożyła dziecko przez 

ramię, odwróciła się do staruszki.

- Co mam zrobić, babciu?

background image

Oczy Marii patrzyły gdzieś daleko.

- Nie potrafię ci tego powiedzieć, moje dziecko. Za mało wiem.

Amelia poczuła, jak brak nadziei rozrywa jej serce. Cudownie byłoby się poddać. 

Mogliby tylko spakować kufer, położyć się, przespać kilka godzin, a potem wsiąść do łodzi i 

wiosłować bez odpoczynku, póki nie dotrą do matki i ojca. Amelia nie musiałaby już więcej 

widzieć na oczy Arntora, nie musiałaby drżeć ze strachu na ciemnym brzegu przed groźbami 

obcego.

Ale wtedy rację miałaby Durdei.

Wtedy dla takiej jak ona nie byłoby już żadnej nadziei.

Wtedy zawszone dzieci, które na bosaka biegały po brzegu, mogłyby się już tylko 

poddać.

A   one  zasługują  na   szansę,   zasługują   w  każdym  razie  na   to,  żeby  ktoś  się   o  nie 

troszczył.

Właśnie to Amelia obiecała sobie, im i Bogu, a zapłatę już otrzymała z góry.

Przyłożyła twarz do główki dziecka. Miękka czaszka była ciepła, pachniała mlekiem, 

woskiem i maścią.

Mała   Hanna.   Taka   zgrabna   i   zdrowa,   taka   śliczna,   bez   śladu   swego   grzesznego 

poczęcia.

Bóg   wybaczył   ten   wielki   grzech   i   pozwolił   przyjść   dziecku   na   świat   bez   piętna. 

Okazał swoją łaskę.

Miałaby więc nie dotrzymać swojej części przymierza?

Miałaby nie znieść cierpienia, gróźb i strachu?

Nawet ponurą osobę Arntora musi zaakceptować i znosić. Z pomocą Boga być może 

już wkrótce spojrzy na niego w blasku miłości bliźniego. On jest wszak mimo wszystko 

jedynie człowiekiem, owszem, jego grzechy i myśli bywają ohydne i złe, ale czyż ona sama 

nie jest większą grzesznicą? Czy nie powinna wstydzić się swojego postępku?

Arntor także był kiedyś niewinnym niemowlęciem.

Jego twardość i nieludzka bezwzględność na pewno mają swoje przyczyny.

Amelia wolno kołysała dziecko. Zrozumiała, że znajdzie w sobie tę siłę, której teraz 

jej brakuje.

Maria   zauważyła   zamyślenie   wnuczki.   Sądziła,   że   to   przyszłość   dziecka   niepokoi 

młodą matkę. Po raz setny zadała sobie pytanie:

Kto jest ojcem małej Hanny?

Czyżby był nim ten mężczyzna, od którego Amelia dzisiaj wróciła?

background image

Czyżby sprzedała się za to, by móc nieść pomoc?

Maria  pokręciła  głową, ostrożnie  wsypując  groch  do garnka z wrzącą  wodą. Nikt 

chyba nie jest aż tak ofiarny. Nie można mieć aż tyle współczucia dla obcych, by poświęcić 

swoje serce, swoje szczęście i całą siebie, żeby tylko pomóc komuś innemu.

Maria przeklęła w duchu, zerkając na odpoczywającą dziewczynę.

Ach, gdyby tylko wróciła do domu kilka miesięcy wcześniej... Gdyby wróciła, zanim 

Amelia...

Dziewczynie wiele by oszczędzono, pomyślała Maria i poszła po mięso na obiad.

Mogłabym być może porozmawiać z babcią, mogłabym jej wyznać prawdę. Co by 

pomyślała, gdyby dowiedziała się, że jestem gorsza od najgorszej ladacznicy?

Że spałam z własnym bratem i czułam w sercu żądzę nawet wtedy, gdy poznałam 

prawdę?

Amelia   niespokojnie   rzucała   się   w   łóżku,   materac   wydawał   się   taki   twardy,   a   po 

podłodze pełzły wszystkie ciężkie myśli, czekając tylko, by ją dopaść.

A gdybym wyznała jej tylko jedno, przemilczając drugie?

Gdybym powiedziała, że nigdy nie sądziliśmy, że łączą nas więzy krwi?

To umniejsza naszą winę.

Ale czy mogłabym zaprzeczyć, że moje serce wciąż tęskni, nawet teraz, gdy wiem, jak 

bardzo to jest złe?

A Hanna... Ona będzie musiała dźwigać ten ciężar. Prawda o jej poczęciu sprawi, że 

ludzie   odwracać   będą   głowy   z   obrzydzeniem.   Wszyscy   wiedzą,   jakie   potwory   mogą   się 

zrodzić, kiedy brat płodzi dzieci z siostrą. Wszyscy wiedzą, że to dzieci zła przychodzą na 

świat w taki sposób. Że Pan na zawsze przeklął takie potomstwo i ich rodziców, skazał na 

wieczne cierpienie.

Amelia mocno zacisnęła oczy, lecz obraz ścigających ją ludzi nie chciał zniknąć.

Powstrzymała łzy, płacz na nic już się nie zdał, w dodatku babka mogła przyjść, by 

sprawdzić, co się dzieje.

Randar przysłuchiwał się zwierzanym mu szeptem zmartwieniom żony. Podzielał jej 

lęk o wnuczkę, rozumiał jednak, że ujawniając swoje myśli, w niczym nie ulży Marii.

Zauważył   niepokój   w   oczach   Karla   i   uświadomił   sobie,   że   gdyby   był   ojcem 

dziewczyny, postąpiłby inaczej. Nie pozwoliłby dziecku na tak wczesne rozwinięcie skrzydeł. 

Nie pozwoliłby siedemnastolatce wyjechać, bez względu na cel, jaki by jej przyświecał, i na 

opiekę krewnych. Amelia co prawda była szczególną osobą, nikt, kto nie znał jej wieku, nie 

potraktowałby   jej   jak   osoby   niedojrzałej,   zachowywała   się   doroślej   niż   wiele   młodych 

background image

mężatek, potrafiła też więcej niż niejeden dorosły mężczyzna.

Wiele jednak miała w sobie z dziecka, którym nigdy nie dane jej było być. Randar 

czuł ukłucie w piersi, gdy patrzył, jak zajmuje się malutką.

- Pytałeś ją o ojca? - upewniała się Maria. Mruknął cicho:

- Nie, o takich rzeczach się nie rozmawia.

- W każdym razie nie zaprzecza. Myślę, że musiał nim być ów Armor. Sprzedała się 

temu podstarzałemu nędzarzowi... Aż trudno w to uwierzyć.

- Może ona go kocha?

Maria   zirytowana   wypuściła   powietrze   przez   nos,   ale   zdołała   utrzymać   głos   na 

poziomie szeptu:

- Kocha? Uważasz, że wróciła zadowolona od niego? Randar poruszył się gwałtownie, 

wyciągnął rękę spod ramienia żony.

- A kto by wyglądał na zadowolonego po spotkaniu z najgorszym wstydem Sogndal?

Maria złagodniała, nie chciała, żeby ją puszczał, przysunęła się bliżej, głos jej brzmiał 

teraz bardziej miękko.

- Będziemy nad nią czuwać, mój najdroższy. Jeszcze nie zostaliśmy całkiem z boku, 

jest ktoś, kto nas potrzebuje, kogo nasze stare ciała jeszcze przez jakiś czas będą mogły się 

uczepić.

Wyczuła jego uśmiech, ale w głosie zabrzmiało lekkie drżenie, gdy odpowiadał:

- Oczywiście, moja kochana. Postaramy się wykorzystać i resztkę naszych dni.

Z wysiłkiem uniósł się na lewej ręce, delikatnie pocałował niespokojne wargi żony. W 

biodrze zakłuło go, lecz tylko niczym leciutkie ostrzeżenie. Młodzieńcza namiętność, którą 

ona zawsze w nim wywoływała, teraz znów się pojawiła. Nie była jednak nieujarzmionym 

wodospadem, lecz raczej leniwie płynącą letnią rzeką, w której przesuwają się ciepłe prądy 

dobrych czasów.

Amelia również następnego dnia przeprawiła się przez fiord. Zrobiła się już wiosna na 

tyle, by mogła podjąć targi o wolne skrawki pola u wieśniaków mieszkających najniżej w 

Dalsdalen. Bardzo by się przydały, a o pieniądzach za dzierżawę, które przyjdzie jej wyłożyć, 

nikt nie musi wiedzieć.

Amelia wierzyła, że człowiek, który będzie mógł sam hodować własną żywność, wraz 

z nią zyska także godność. A wśród mieszkańców brzegu wielu było takich, którzy mieli 

korzenie w tłustej uprawnej ziemi. Zostali jednak wygnani albo stracili grunt w inny sposób.

Niejeden wśród nich potrafiłby wywijać motyką, gdyby tylko miał pole. Gdy jednak 

raz już się osiedlili w królestwie Arntora, nie było dla nich nawet skrawka ziemi.

background image

Wieśniacy woleli raczej zostawić pole odłogiem, niż oddać je pod uprawę nędzarzom. 

Tamci należeli do innego świata, świata przerażającego, stanowili żywą ilustrację słów Pana, 

że ten, kto żyje nieczysto, ponosi karę i w wieczności, i tu, na ziemi.

Pierwszy   wieśniak,   którego   Amelia   zagadnęła   o   pole,   zmrużył   oczy   pod   słońce   i 

poprosił, by jak najszybciej odeszła.

Drugi powitał ją przychylnie, miał oczy okrągłe jak piłki, dreptał w koło, uśmiechając 

się od ucha do ucha. Ręce zatknął za pasek spodni, żeby otwarcie ich nie zacierać z radości. 

Gdy jednak wymienił sumę, jakiej żądał, patrząc przy tym na mocno zasznurowany stanik 

Amelii, dziewczyna zrozumiała, że z tej umowy nic nie będzie.

Zniechęcona powędrowała dalej. Na samej górze, na skraju lasu ponad Flatane, leżała 

niewielka   zagroda.   Wiedziała,   że   mieszkająca   tam   wdowa   ma   kłopoty   ze   zdobyciem 

dostatecznej liczby rąk do pracy.

Amelia zaproponowała drobnej kobiecie zarówno ziarno, jak i szylingi w zamian za 

ziemię,  lecz  wdowa siedziała  przerażona  na ławie  w otoczeniu  wszystkich  dzieci,  kręcąc 

głową.

- Nie... nie, nie mogę się z tobą umawiać. Ty... jato nie wypada. Sąsiedzi... nie zgodzą 

się, żeby ci ludzie krążyli wokół ich własności.

- Ale ty od dwóch lat nie uprawiasz tego kawałka ziemi na samej górze, przynosi 

wstyd   zagrodzie,   nie   zdołasz   poradzić   sobie   ze   wszystkim,   dlaczego   więc   nie   pozwolić 

ubogim   zasiać   tam   ziarna?   Tak   będzie   lepiej   dla   wszystkich,   obiecuję   ci   połowę,   jeśli 

pożyczysz im też narzędzia i pokażesz, co mają robić.

-   Nie,   nie   ma   mowy!   Prędzej   sprzedam   całą   zagrodę,   wielu   jest   takich,   co   z 

pocałowaniem ręki wezmą mój las!

Amelia   musiała   się   poddać.   Kobieta   bliska   była   gniewu,   widać   było,   jak   mocno 

zaciska ręce na sznurku, którym kołysała łóżeczko najmniejszego dziecka.

Zrezygnowała, pożegnała się, za plecami usłyszała głębokie westchnienie ulgi.

Zacisnęła  wargi i biegnąc drogą, nie oglądała  się ani na lewo, ani na prawo. Nie 

chciała się z tym pogodzić, ale straciła już nadzieję. Kolejny raz optymizm musiał się zmienić 

w poczucie klęski. Czyżby w tej wsi nie było żadnej chrześcijańskiej duszy?

Dopiero gdy stanęła przy płocie i przed jej oczami roztoczył się widok na drogę wśród 

dębów, uświadomiła sobie, że szukała pomocy w niewłaściwym miejscu.

Sunniva!

Bjornar i Sunniva! Może oni mają ziemię do wydzierżawienia?

Wprawdzie   zaledwie   dwukrotnie   spotkała   przyrodnią   siostrę   matki,   ale   przecież 

background image

łączyły je więzy krwi, bliskie na tyle, by przyjść z pomocą, gdy sytuacja stawała się poważna.

Już wkrótce siedziała w paradnej izbie Sunnivy i słuchała ciotki, która wyjaśniała, 

dlaczego nadzieje Amelii są płonne.

- Nie znasz tej wioski, Amelio, nie wiesz, jakie rządzą w niej prawa. Ludzie nie są tu 

równi, zresztą nigdzie tak nie jest. We wszystkich wsiach mieszkają tacy, których ci lepiej 

sytuowani nie chcą znać. Dlatego nie znajdziesz nikogo, kto oddałby ci ziemię. Nędzarze 

mają   własne   zasady,   swój   własny  świat.   Dopóki   zostawiają   nas   w   spokoju   i   nie   kradną 

naszych zapasów siana, nie biorą jagniąt, to tak jakby nie istnieli. Nawet nie odbieramy im 

dzieci, tak jak powinniśmy.

Amelia   nie   spuszczała   wzroku   z   Sunnivy,   wiedziała,   że   to,   co   mówi   ciotka,   jest 

prawdą. Wiedziała także, że Sunniva potrafi spojrzeć głębiej, a gdy zrozumiała, co się dzieje, 

przyjęła   postawę   biernego   obserwatora.   Tak   jak   ktoś,   kto   stoi   z   boku   i   przygląda   się 

rozgrywanej partii w kości.

- Ależ wobec tego to się nigdy nie zmieni, ciotko Sunnivo! Skazujecie na śmierć coraz 

więcej sierot, kalek, ludzi opuszczonych.

Sunniva uniosła dużą dłoń, otarła oczy piekące od cebuli, którą smażyła nad ogniem.

-   Życie   nie   jest   łatwe   dla   nikogo   z   nas,   Amelio.   Być   może   w   zamian   za   swoje 

współczucie i dobroć otrzymasz w podzięce jedynie zło.

Amelia   zacisnęła   pięści,   nic   nie   irytowało   jej   bardziej   niż   takie   stanowisko.   Nic 

dziwnego, że  nędza  tak rośnie, że  ludzkie  cierpienia  nigdy chyba  nie będą  miały końca. 

Dopóki bowiem dobrzy ludzie, tacy jak Sunniva, będą myśleć w ten sposób, nikt nie ośmieli 

się ruszyć tyłka ze stołka i wyciągnąć pomocnej ręki.

Siedziała w milczeniu, nie miała do powiedzenia nic, co nie zostałoby odebrane jako 

jawna nieuprzejmość.

Sunniva była równie spokojna, lecz w jej oczach lśniła troska, gdy spytała ostrożnie:

- Ten Arntor, czy on wciąż jest wśród nich w pewnym sensie bożkiem?

- Jest tym, którego mieszkańcy brzegu słuchają, gdy ani lensman, ani wójt nie mogą 

sobie poradzić.

W głosie Amelii brzmiała złość.

- No tak, to wiedziałam jeszcze przed wypadkiem. Alę ludzie gadają, Amelio... Czy on 

jest ojcem twojej córki?

Amelia podniosła się od stołu. Ogarnął ją smutek na myśl, że ciotka wzbudziła jej 

irytację, której Amelia tak bardzo sobie nie życzyła.

- To nie jest sprawa nikogo z tych, którzy gadają, ciotko Sunnivo. Nigdy jednak nie 

background image

padło żadne inne imię, a więc to musi być on.

Innej   odpowiedzi   nie   umiała   udzielić,   a   wyglądało   na   to,   że   Sunniva   żałuje   swej 

bezceremonialności   okazanej   młodziutkiej   siostrzenicy.   Prędko   pozbierała   łuski   cebuli   i 

zaprosiła Amelię na posiłek.

Dziewczyna uprzejmie odmówiła.

Kiedy już miała odchodzić, zaskoczył ją nagły uścisk ramion ciotki. Sunniva zapłakała 

jej prosto do ucha:

- Nie gniewaj się, Amelio, nie odchodź ode mnie w złości. Tak mało mam bliskich 

ludzi, nigdy ich nie miałam. Ty... jesteś dzielną dziewczyną. Tak bardzo bym chciała...

Amelia   sztywnymi   rękami   odwzajemniła   uścisk,   ciało   tej   kobiety   było   większe   i 

cięższe niż jej własne, w tej chwili jednak wydawało się takie słabe, wprost kruche.

Wreszcie   Sunniva   puściła   siostrzenicę,   oczy   schowała   pod   grzywką,   próbując   się 

opanować.

Podała jej teraz rękę.

- Pozwól, że pomogę ci inaczej, Amelio. Myślę, że przydałaby ci się tu, we wsi, para 

dodatkowych uszu.

Amelia lekko kiwnęła głową.

- Dziękuję, ciotko, rozumiem...

- Oby to była prawda - westchnęła Sunniva i stojąc na schodach, patrzyła za gościem 

jeszcze długo po tym, jak Amelia zniknęła wśród rzadkich jarzębin.

Sunniva nie widziała mężczyzny, który z brogu przy drodze śledził Amelię wzrokiem, 

nie zauważyła,  że przekradł  się krótszą drogą, podczas  gdy Amelia  pokonywała  szerokie 

zakręty. Akurat jednak w miejscu, gdzie kończył się niski lasek w zagłębieniu doliny, a kilka 

wielkich liściastych  drzew  tworzyło  wyraźną  granicę pól, czekał  na nią, gdy powiewając 

łopoczącymi spódnicami na wpół biegła ku swemu celowi dalej w dole.

Nie przestraszyła się tak bardzo jak poprzedniego wieczoru, ale gdy zatrzymała się 

gwałtownie na widok mężczyzny stojącego wśród drzew na szeroko rozstawionych nogach, 

nie zdołała powstrzymać cichego jęku.

Trwał nieruchomo w miejscu, w którym droga zmieniała się w ścieżkę.

Uśmiechnął się wyzywająco jak złodziej zaskoczony przez dziecko.

- Nie udało się wydzierżawić ziemi, Amelio? Wpatrywała się w niego bez słowa, 

wstrząśnięta, że wiedział, z jaką sprawą przybyła.

Musiał śledzić ją przez cały dzień, rozmawiać z chłopami, którym przedkładała swoją 

propozycję.

background image

Amelia zadarła nos.

- Może wyniknęło z tego coś więcej - odparła buntowniczo.

- Aha, myślisz więc, że Arntor będzie z ciebie zadowolony?

Nie odpowiedziała, z mocno bijącym sercem ruszyła po prostu w jego stronę, by go 

wyminąć. Przez moment poczuła radość, ponieważ przeszła obok niego nie powstrzymana, 

lecz on pomaszerował sprężyście tuż przy niej, dotrzymując jej kroku, a z gardła wydobywał 

mu się cichy śmiech.

- Widzę, że się spieszysz, mała dziwko. Spieszy ci się do śmierci. Śliczna jesteś, kiedy 

tak wędrujesz. Być może dam ci jeszcze jedną szansę, maleńka.

Zanim Amelia zorientowała się, co to za dźwięk, rozerwał jej chustę, następując na nią 

ciężką nogą.

Amelia   przystanęła,   chciała   przyciągnąć   do   siebie   rozdarty   materiał,   ale   on   teraz 

chwycił   jej   spódnicę,  podniósł  nieprzyzwoicie  wysoko   i  szarpnął.   Mocna   tkanina  się  nie 

poddała, Amelia wystraszona zaczęła krzyczeć gniewnie, lecz wtedy Jarle przyciągnął ją do 

siebie jak rybę rzucającą się w sieci.

Ostatnie mocne szarpnięcie rozdarło szew.

- Mógłbym cię wziąć tu i teraz, Amelio. Wiesz o tym, prawda?

-   Nie   ośmielisz   się,   ludzie   przyjdą.   Zachichotał,   zachęcony   jej   jawnie   okazanym 

strachem.

- A kto się tym przejmuje, jak myślisz? Wszyscy zdają sobie sprawę, że jesteś dziwką 

Arntora. I doskonale wiedzą, że zamierzam w pewien piękny dzień przejąć wszystko, co do 

niego należy.

Zobaczyła, że puścił jej spódnicę, poprawiła ją. Okryła się i wetknęła rozprute części 

za skórzany pasek.

- Mogłabyś pójść teraz ze mną, a on zrozumiałby powagę sytuacji i wyniósł się stąd, 

póki jeszcze jest na to czas.

- Nigdy.

Zarechotał znów, oczy teraz mu się zwęziły, zadowolony rozłożył ręce.

- Ten dzień nadejdzie, Amelio, już widzę, jak błagasz o miejsce u moich stóp.

Zasalutował   jej   do   kapelusza,   posłał   krzywy   uśmiech   i   gwiżdżąc,   ruszył   szeroką 

drogą.

Amelia przez moment stała jak skamieniała, wreszcie jednak stopy same zaczęły ją 

nieść. Biegła w dół ścieżką wśród krzaków i zarośli w takim pędzie, że rozdarta już chustka 

podarła się jeszcze bardziej i wreszcie zmieniła się w kupkę łachmanów.

background image

Nie   czekała   na   pojawienie   się   żadnego   z   chłopców,   tylko   wsiadła   do   łodzi   i 

wiosłowała tak, że serce mało nie pękło jej z wysiłku. Dopiero na spokojnym połyskującym 

morzu uspokoiła się na tyle, by myśleć jasno.

Musi   iść   do   Arntora,   natychmiast,   on   na   pewno   nie   zdaje   sobie   sprawy   z 

niebezpieczeństwa, na pewno nie wie, jak rośnie władza Jarlego Raune. Amelia bała się, że 

nie uda jej się pójść drogą, którą sobie wytyczyła, ale dla Arntora była to naprawdę sprawa 

życia i śmierci, on nie ma bogatej mamy, u której może szukać schronienia.

Jarle Raune zapomniał chyba jednak o najważniejszej podporze Arntora:

Hjordis.

Jeśli ktokolwiek zdoła postawić na swoim i zdławić każdego, kto mu zagrozi, to tylko 

silna siostra Arntora o kamiennym sercu. A jeśli Amelia teraz odpowiednio rozegra swoje 

karty, to Hjordis stanie się jej atutem.

Postanowiła natychmiast zawrócić łódź, pospieszyć ku brzegowi, ku chałupie Arntora. 

Coś jednak podpowiedziało jej, że powinna zaczekać, i w nagłym przebłysku dostrzegła przed 

oczami twarz babki.

Amelia zawróciła do domu.

background image

ROZDZIAŁ VI

- Babciu, boję się, nie dożyję starości w tej wsi, jeśli Jarle Raune ma tyle władzy, jak 

twierdzi.   Być   może   to   prawda,   bo   nikt   z   ludzi,   z   którymi   rozmawiałam,   nie   chciał 

wydzierżawić mi ziemi. Nawet Sunniva...

W tych słowach dźwięczało źle skrywane oskarżenie, Amelia nie mogła się od tego 

powstrzymać, lecz nerwowo zerknęła na babkę w momencie, gdy je wypowiadała. Wyglądało 

jednak na to, że nie uraziła Marii, mówiąc tak o jej córce. Babka tylko powoli skinęła głową, 

jej oczy patrzyły spokojnie w zamyśleniu, a dłonie prędko przesuwały igłę w rękawie kurtki 

Randara; miały ozdobić ją nowe czerwone pasy.

- Sunniva nie lubi awantur - powiedziała. Amelia westchnęła.

- Rozumiem ją, chociaż nie całkiem. Przecież jeden taki skrawek ziemi mógłby ocalić 

komuś życie, babciu!

Maria opuściła igłę z nitką na kolana.

- Chcesz, żebym z nią porozmawiała, Amelio? Sądzę, że jeśli ją poproszę...

- Nie, nie, jeśli Jarle rzeczywiście postanowił wygnać Arntora i Hjordis ze wsi, to 

wszyscy, którzy wspierają tych dwoje, będą musieli za to ponieść karę. Nie możemy wciągać 

w to Sunnivy, a już na pewno nie siłą.

Maria znów zabrała się do szycia, wyraźnie ucieszona wyrozumiałością wnuczki.

- Czy nie ma żadnego innego sposobu, Amelio? A pastor? Lensman? Czy to naprawdę 

Arntor   decyduje,   komu   spośród   tych   nieszczęśników   wolno   dawać   jedzenie   i   pomagać? 

Kiedyś tak nie było...

- Ale teraz tak jest - odparła Amelia. - Mnie też się kiedyś wydawało, że wystarczy tu 

przybyć   z  wolą  niesienia  dobra,  a  wszyscy  przyjmą  mnie   z  zachwytem  i  wdzięcznością. 

Prędko się jednak przekonałam, że wśród bezdomnych z brzegu rządzą inne prawa. Oni... 

mnie wygonili i obrabowali. Oszukiwali, gdy tylko nadarzała się sposobność. Tak było do 

czasu,   gdy   wreszcie   Arntor   im   powiedział,   że   mogę   swobodnie   działać.   Dopiero   wtedy 

niektórzy z nich zaczęli zwracać się do mnie o pomoc, zwłaszcza młode kobiety, te, które 

mają małe dzieci.

To Maria rozumiała.

-   Właśnie   o   nie   najbardziej   się   niepokoję,   babciu,   szczególnie   teraz,   kiedy   sama 

urodziłam, i wiem, co to znaczy być matką. Mimo wszystko mam wiele szczęścia.

Maria uśmiechnęła się ciepło.

- Potrafisz to docenić, Amelio. Twoja dusza jest doprawdy cudownie jasna!

background image

Amelia schyliła głowę, zawstydzona, babka chyba nie myśli tak naprawdę? Słyszała 

przecież, jak w niektóre noce Amelię męczy bezsenność.

- Miewam swoje ciężkie chwile.

- Wiem, lecz różnica polega na tym, że żyjesz pełnią życia i radujesz się każdym 

momentem rozświetlającym mroczne dni - odparła Maria z powagą.

Amelia podeszła do niej, otoczyła z każdym dniem okrąglejszymi ramionami szyję 

staruszki.

- Tak bardzo się cieszę, że tu jesteś, babciu, bez ciebie i dziadka chyba nie zniosłabym 

już więcej.

- Nie możesz być taka twarda wobec swej matki, Amelio, nie możesz jej tak odpychać.

Amelia   cofnęła   się   odrobinę,   popatrzyła   w   oczy   babki,   spoglądające   z   łagodnym 

oskarżeniem.

- Mamy?

Maria spojrzała teraz wyzywająco. Amelia puściła babkę, odwróciła się sztywno.

- Nie wiem, babciu... czy potrafisz to zrozumieć. Mama... zawsze tyle miała w głowie 

i w sercu...

Głos   jej   nie   chciał   słuchać,   spróbowała   więc   jeszcze   raz,   dziwne   wydawało   się 

mówienie o tych sprawach.

- Mama tak bardzo chce pomóc, ale na swój sposób, zawsze tylko na swój sposób. 

Możliwe, że wie lepiej, jestem pewna, że pragnie mojego dobra, ale ja muszę żyć  sama. 

Babciu, czy ty to rozumiesz?

Maria z błyszczącymi oczami pokiwała głową. Igła i kurtka upadły na podłogę, kiedy 

jej ręce znów się wyciągnęły do Amelii. Położyła jasną głowę dziewczyny sobie na kolanach, 

gładziła lnianozłote włosy, takie same, jak kiedyś jej własne.

-   Rozumiem,   Amelio.   Moja   matka   była   dostatecznie   mądra,   by   kochać   mnie   bez 

stawiania żadnych żądań. Gdy miałam piętnaście lat, pozwoliła mi usłuchać głosu serca i 

wyjechać w świat, żeby czynić cuda, właśnie tak jak ty zrobiłaś. I wiedziała, że nie utraci 

mnie,   nawet   jeśli   rozdzieli   nas   kawałek   fiordu.   Twoja   matka...   była   jeszcze   dzieckiem   i 

straciła wszystko, kiedy i ja, i Randar wyjechaliśmy. Dlatego zapewne próbuje z całych sił 

przytrzymywać przy sobie najbliższych, moja Amelio. Nie wolno ci o to jej obwiniać.

Amelia płakała cichutko, łzy spływały na fartuch Marii, wsiąkały w gruby wełniany 

materiał.   Dłonie   gładzące   ją   po   włosach   wypowiadały   wszystkie   słowa   pociechy,   jakich 

Amelia potrzebowała. Łzy ustały, gdy źródło wyschło, teraz było jej lżej na sercu.

-   Wiedz,   że   ona   kocha   cię   nad   życie,   Amelio.   Gdyby   rzeczywiście   zaszła   taka 

background image

konieczność, bez wahania poświęciłaby wszystko dla ciebie.

Amelia zrozumiała nagle, że to prawda. Mama lubiła przedmioty i złoto, lubiła mieć 

znajomych, którzy ściągali przed nią czapki z głowy, była królową wsi, nawet kiedy stała w 

podartym  ubraniu i czyściła zaropiałe rany. Gdyby jednak zażądano tego od niej, Amelia 

wiedziała, że wszystko inne, czemu poświęcała tak wiele czasu, odsunęłaby na bok. Gdyby 

musiała... A tatuś... jego także nigdy nie zdradzi.

- Masz rację, babciu. Dobrze słyszeć, jak to mówisz, bo myślę, że wiesz lepiej od 

innych, co kryje się w ludzkich sercach. Niekiedy aż się boję...

Maria szepnęła:

- Nikt nie zobaczy więcej, niż pozwolisz mu zobaczyć, Amelio. Nawet ja.

Amelia bała się w to wierzyć.

Babka bowiem uśmiechała się z takim smutkiem.

Randar poczuł się dostatecznie silny, by wybrać się z nimi do wioski na wiosenny 

targ. Mieszkańcy Sogndalsfjaeren umawiali się na wspólną wyprawę łodziami, czarne szeregi 

łudzi przesuwały się między magazynami nad brzegiem, gdzie karczmarz i wielcy gospodarze 

przechowywali   węgiel,   drewno,   skóry,   owczy   łój,   gorzałkę   i   inne   towary   na   sprzedaż. 

Należało załadować łodzie, nadszedł czas, by wyprawić się do Kaupanger albo Solvorn, by 

sprzedać towary.

Randar ujął wiosła, poczuł, jak dłonie tęskniły za tym, by znowu ułożyć się wokół 

starego znajomego drewna.

Amelia   znów   przyszła   do   niego   któregoś   wieczoru   i   na   nowo   poczuł   gorąco 

spływające z jej drobnych dłoni. Było to trudne do opisania uczucie miękkiego, sprężystego 

ciepła, jak gdyby ktoś wlewał wiadra soku, takiego jak krąży w drzewach, wprost w jego 

żyły,  w każdy mięsień, w każdy zesztywniały staw. Przerażała go niemal ta moc, przede 

wszystkim dlatego, że płynęła z rąk niedużej, bezbronnej pół dziewczyny, pół kobiety. Tej 

nocy kochał się z żoną po raz pierwszy od bardzo długiego czasu.

Rankiem   wyraźnie   oświadczył   kobietom,   że   zamierza   wybrać   się   do   wsi.   Bardzo 

chciał zobaczyć domostwo Sunnivy, przekonać się, czy żyją jeszcze jacyś znajomi. Był już 

raz w Sogndal po powrocie do domu, lecz wtedy starczyło mu sił jedynie na siedzenie na 

twardym stołku karczmarza.

Staruszek   wiosłował   sprężyście   i   tak   rytmicznie,   że   nawet   się   nie   zdyszał.   Maria 

uśmiechała się do niego z uznaniem, siedziała jak królowa na rufie z Johanną otuloną w kilka 

warstw kocyków, pomimo że dzień był ciepły. Malutka gruchała, wydawała z siebie odgłosy 

świadczące   o   zadowoleniu,   najwyraźniej   podobała   jej   się   ta   pierwsza   w   życiu   wyprawa 

background image

łodzią. Amelia także się uśmiechała, niekiedy przymykała  oczy,  patrząc na jasne niebo, i 

rozkoszowała się powietrzem owiewającym im twarze.

Obejrzeli  się za siebie,  zauważyli,  że Meisterplassen  jakby urosło. Budynki  miały 

nowe,   jasne   pokrycie   dachów,  świeżo   obite   drzwi   i   nawet   okno.  Dookoła   rozciągały   się 

czarne   pola,   obsiali   je   już   i   obsadzili,   przez   warstwę   gleby   przebijały   się   pierwsze 

jasnozielone kiełki. Owce pasły się koło obory za ogrodzeniem, jagnięta biegały rozbawione, 

wyglądały z daleka jak maleńkie żywe kłębki wełny.

- Nie ma piękniejszego miejsca - oświadczyła Maria z zadowoleniem.

Gdyby ktoś usłyszał tę dumę w jej głosie, mógłby pomyśleć, że mówi o bogatym 

dworze. Amelia zamrugała, przez moment przed oczami stanęły jej rozległe pola i wysokie 

budynki Wdowiej Zagrody, zielony fiord w dole, piękny w taki dzień jak dzisiejszy niczym 

szlachetny kamień. Nic jednak o tym nie powiedziała, Maria i Randar bowiem postanowili już 

nigdy nie oglądać brzegów Lyster.

Wkrótce zaczęli zbliżać się do lądu.

Amelia siedziała plecami do brzegu, nie chciała się odwracać, wiedziała, że widok 

lepianek, brudu i stosów odpadków pozbawi ją radości, którą akurat w tej chwili chłonęła, 

patrząc  na babkę i córkę na rufie. Gdy jednak dziób łodzi zazgrzytał  o kamień,  musiała 

obejrzeć się w tył. Randar włożył wiosła do łodzi, Amelia wyskoczyła na brzeg, pomogła im 

zawiązać liny wokół olbrzymich kamieni tworzących pomost. Tego dnia były suche, dało się 

po nich bezpiecznie stąpać. Randar pewnie zszedł na ląd. Patrzyły, jak z wahaniem robi kilka 

kroków,   jak   mocniej   naciąga   kapelusz   na   oczy,   chroniąc   się   przed   słońcem   albo   przed 

światem.

Maria podała mu dziecko.

Malutka   ufnie   uśmiechnęła   się   do   Randara,   gdy   ułożył   ją   w   zagłębieniu   łokcia   i 

przerzucił specjalne szelki przez ramię. W ten sposób jedną rękę miał wolną i niosąc dziecko, 

mógł podpierać się laską. Przestał jej już używać, lecz teraz dla poczucia bezpieczeństwa 

zapomniał o dumie.

Dwie  kobiety patrzyły,   jak  maszeruje   w  stronę  rzeki,  tam  gdzie   gościniec  skręcał 

między kościołem a zajazdem. Miał sprawy w kilku miejscach, a w obiadowej porze starszy 

syn Sunnivy obiecał przyjechać po niego wózkiem.

Maria   i   Amelia   nie   ruszały   się   z   miejsca,   dopóki   nie   zniknął   im   z   oczu.   Nie 

zapomniały jednak, po co tu przybyły.

- Amelio - rzekła Maria nagle, kładąc rękę na ramieniu dziewczyny. - Muszę ci coś 

powiedzieć, nie wiedziałam, czy powinnam, ale... Hjordis nie jest mi obca, wydaje mi się, że 

background image

spotkałam już ją wcześniej, wiele, wiele lat temu. Była wtedy jeszcze młodą dziewczyną.

- Nie mieszkała tu, kiedy ty...

- Nie, nie mieszkała, ale pewnej nocy jacyś ludzie zatrzymali się u nas. Nie pamiętam, 

czy Randar był wtedy w domu. W łodzi leżała młoda dziewczyna w ciężkim stanie...

- Hjordis?

- Myślę, że to mogła być ona. Wiesz... czy ona ma dzieci?

Amelia pokręciła głową.

- Nie. Męża też nie ma.

Maria w zamyśleniu pokiwała głową.

- Chodźmy.

Buty   szurały   po   przybrzeżnych   kamieniach   i   pogniecionych   muszelkach,   a   one 

dziwiły się, jak spokojne tego dnia wydawało się królestwo mieszkańców  brzegu. Krótki 

szereg chałup najbliżej wody jakby drzemał! niemal mrugał do słońca ciężkimi szmatami 

służącymi jako drzwi. Jakieś kobiety jak zwykle siedziały, czyszcząc ryby, inne zajęte były 

praniem. Wykorzystywały do tego morską wodę, wełniane ubrania sztywniały, coraz bardziej 

za   każdym   razem   przesycone   ostrym   zapachem.   By   pozbyć   się   sztywności,   uderzały   je 

drewnianymi kijami, gdy tylko wyschły, nacierały piaskiem, aż ręce zaczynały im krwawić. 

Ubrania w ten sposób nie były być może dużo czystsze, lecz w każdym razie dostatecznie 

miękkie, by dało się je włożyć.

Jakaś stara kobieta chodziła w koło z pęczkiem pod pachą, zebrała arcydzięgiel, ziele 

zwane psią kapustą, niemal identycznie wyglądający dziki kminek i świeże pączki paproci. 

Ofiarowała zieleninę tym, co mieli kawałek ryby, którą mogli włożyć do garnka, będzie z 

tego naprawdę pożywna potrawa, a w zamian żądała jedynie porządnej porcji.

Widziały   dzieci,   które   jak   zwykle   kręciły   się   między   chatami   i   walczyły   o 

przyniesiony wodą kawałek drewna albo o ładną muszlę. Największe często pochylały się pod 

ciężarami, dźwigały na plecach drewno albo młodsze rodzeństwo. Tego dnia spora grupka 

dzieci zebrała się wokół chłopca, którego Amelia nie znała. Ubrany był jak one, w podarte 

spodnie   i   za   dużą   kurtkę.   Nogi   wyciągnął   przed   siebie,   na   białych   palcach   znać   było 

odmrożenia.   Poruszał   stopami,   wystawiając   je   na   wiosenne   słońce   wśród   rzemieni 

przytrzymujących   drewniane   podeszwy.   Opowiadał   jakąś   historię.   Kobiety   nie   rozumiały 

słów, a kiedy podeszły bliżej, chłopiec umilkł i splunął. Niejeden z przysłuchujących mu się 

dzieciaków zrobił to samo, po męsku wsuwając ręce w dziurawe kieszenie spodni.

Amelię   ogarnęło   straszne   przeczucie,   lecz   z   uśmiechem   przywitała   dzieci,   gdy   je 

mijały.   Maria   skinęła   głową   staruszce,   pozdrowiła   ją,   mówiąc   „szczęść   Boże".   Stara 

background image

wyciągnęła   zwiędłe   już   rośliny   w   ich   stronę,   z   góry   jednak   wiedziała,   że   te   dwie   nie 

potrzebują takich przysmaków, by napełnić garnki.

Skierowały się prosto do chaty Arntora, zbaczając z wijącej się ścieżynki, która w 

nielogicznie kręty sposób wyznaczała ludziom kierunek tu, między lepiankami. Widziały, że 

z dymnika sączy się lekka smużka kwaśnego dymu. Teraz, w ostrym świetle, wyraźnie było 

widać  lepiankę   Arntora.   Potrzebowała  nowych   desek  i  okładziny.   Ściana  wychodząca  na 

wodę   gniła   od   spodu,   drewno   pękało   tam,   gdzie   zimą   zaatakowała   je   wilgoć.   Dach 

najwyraźniej również nie był szczelny, kłębki dymu zbierały się w paru miejscach, zanim 

rozwiał je powiew wiatru.

Amelia zastukała, pięść uderzająca o stare drzwi wydobyła dźwięk ostrzejszy, niż się 

spodziewała. Ze środka dobiegło ciche przekleństwo i zaraz w wąskiej szparze ukazała się 

twarz Hjordis.

- Do diabła, znów się tu włóczysz?

Amelia   starała   się   zachować   spokój,   życzliwym   spojrzeniem   odpowiedziała   na 

wrogość w wąskich jak szparki oczach siostry Arntora.

- Przyprowadziłam kogoś, kogo być może znasz, Hjordis.

- Do diabła, cóż to za pomysły! Odejdź stąd, dziwko, nikt cię tu chętnie nie widzi!

Hjordis wypluła te słowa, lecz jednocześnie nieco bardziej uchyliła drzwi i spojrzała 

ze źle skrywaną ciekawością ponad ramieniem Amelii.

Maria postąpiła o krok w bok, siostra Arntora musiała więc otworzyć drzwi całkiem, 

by dojrzeć jej twarz.

- Stoi tam i się chowa, niech ją diabli porwą! Zaraz... Zobaczyła Marię.

Amelia   w   dziennym   świetle   badawczo   przyglądała   się   twarzy   Hjordis.   Głębokie 

zmarszczki, które wyryły lata, pogłębiły się teraz i jeszcze bardziej rzucały w oczy, ponieważ 

wypełnił je brud. Czoło błyszczało od tłuszczu i sadzy, aż do włosów znać na nim było ślady 

ocierającej   je   ręki.   Usta   miała   popękane,   otaczała   je   ciemna   obwódka   czegoś,   co 

przypominało smołę. Na głowie zawiązała tego dnia zszarzałą chustkę, co sprawiło, że twarz 

wydawała się jeszcze bardziej kwadratowa i toporna. Tylko małe, osadzone głęboko oczka 

miały w sobie odrobinę piękna, gdy kobieta zapominała się i nie zaciskała ich, patrząc z 

ukosa. Na jej twarzy nie pojawił się jednak nawet cień, świadczący o tym, że poznaje.

- Cóż to znowu za oszustwo?

Jednocześnie z mroku dobiegło ciche mamrotanie, Arntor był wewnątrz.

Hjordis zacisnęła prawą dłoń na czymś w rodzaju czerpaka, lewą zamykała już drzwi. 

Amelia wślizgnęła się do środka, a w tej samej chwili Maria zaczęła mówić, przedstawiła się 

background image

zaskoczonej Hjordis.

Nędzarka popatrzyła na białą, czystą dłoń, mniej pomarszczoną niż jej własna.

- Tak, matka Amelii... Spóźniłaś się, kobieto, twoja córka już zdążyła sobie narobić 

kłopotów, to pewne. Dorobiła się bękarta i wstydu. Nie jesteś ani trochę lepsza od żadnej z 

tych, co mieszkają na brzegu.

Wzrok Marii pociemniał, lecz zdołała nad sobą zapanować. Postanowiła nie zwracać 

uwagi na rozzłoszczoną furię.

Po twarzy Hjordis przebiegł grymas zazdrości, padły słowa:

- Słyszałam, że z ciebie taka piękność, prawdziwa czarownica, ale jesteś tak samo 

stara i pomarszczona jak każda nędzarka.

Maria gwałtownie zamrugała, ale odparła spokojnym głosem:

-   Jestem   babką   Amelii,   Marią,   matką   Marji.   Długo   nie   było   mnie   we   wsi,   ale 

pamiętam cię, Hjordis. Byłaś kiedyś młoda i piękna, ponad trzydzieści lat temu...

Amelia poczuła, że drzwi za jej plecami wolno się zamykają, głos babki ledwie przez 

nie   docierał,   słychać   było   za   to   głośne   przekleństwa   Hjordis.   Amelia   zmrużyła   oczy, 

usłyszała, że Arntor porusza się w kącie. Zaczynała go dostrzegać, w półmroku najwyraźniej 

starał się usiąść, próbując ukryć, jak bardzo przeszkadza mu w tym chora noga.

- Doprawdy, dzielna z ciebie dziewczyna, Amelio, skoro ośmielasz się tu pojawić.

- Owszem - odparła krótko. Chciała wybadać jego zamiary. Nie odczuwała lęku, choć 

jego głos brzmiał twardo i groźnie. - Nie stać cię na to, żeby mnie dzisiaj wygnać, Arntorze. 

Przynoszę ci ważne nowiny.

Zaśmiał się ochryple, ręką skrobał deskę nad łóżkiem. Szukał czegoś.

Amelia postanowiła przystąpić od razu do rzeczy.

- Znasz Jarlego Raune?

Spostrzegła, że drgnął wystraszony. Podeszła bliżej, oczy z wolna przyzwyczajały się 

do mroku. Zarośnięta twarz Arntora niczego nie zdradzała, ale puścił do niej oko, a ręka 

zaprzestała poszukiwań na półce.

- To gówniarz - stwierdził. - Syn strasznego łajdaka, nawet matka nie mogła z nim 

wytrzymać.

- On jest niebezpieczny, Arntorze, chce włożyć twoje buty.

Arntor   burknął   coś   groźnie,   choć   w   zamierzeniu   miało   to   przypominać   śmiech. 

Oczami wodził teraz niepewnie, ostrożnie pochylił się w jej stronę.

- Głupstwa wygadujesz, kobieto! Nie wiesz, o czym mówisz. Myślisz, że możesz mi 

grozić?

background image

Amelia wyczuwała jednak, że w ostrych słowach kryje się wiele niepewności.

- Wiesz, o czym mówię, Arntorze, słyszałeś już o tym wcześniej, ale może udawałeś, 

że jest inaczej. Twoje dni są policzone, jeśli natychmiast nie zrobisz czegoś, żeby bronić 

swojej pozycji. Jarle Raune i jego ludzie rozprawią się z tobą.

Arntor zaklął cicho, uderzył pięścią w łóżko, trafił też widać w okaleczoną nogę.

- Gówniarz, przeklęty szczeniak!

Amelia wiedziała już, że Arntor boi się młodszego mężczyzny.

Z naciskiem i pełną powagą opowiedziała mu krótko, jak to Jarle dwukrotnie jej groził 

i otwarcie wyjawił swoje plany.

- Kazał mi wybrać stronę już teraz, ostrzegł przed wsiadaniem na chorego konia. Być 

może ma rację, Arntorze, i nigdy więcej mnie tu już nie zobaczysz.

Burknął coś znów, lecz opadł z powrotem na siennik. Twarz, skrytą w półmroku, 

zasłaniały także włosy i broda, Amelia dostrzegła jednak cień strachu, który kładł się na czole 

Arntora.

- Do czarta, niewiele mogę zrobić!

Znów  z rozgoryczeniem  uderzył  w bezwładną nogę. Amelia  zaczęła  wyczuwać  w 

Arntorze   pewną   bezradność,   której   nie   był   w   stanie   dłużej   skrywać.   Domyślała   się   jej 

istnienia,   wiedziała,   że   może   stanowić   wrota   do   jego   prawdziwej,   utajonej   wrażliwości. 

Jednocześnie   jednak   zdawała   sobie   sprawę,   że   nie   ma   nic   groźniejszego   od   zranionego 

zwierzęcia.

Ostrożnie podeszła jeszcze bliżej. Smród bił od niego również dzisiaj, lecz chyba nie 

tak intensywny jak wówczas, gdy była tu ostatnio. A może to ona po prostu czuła się pewniej, 

może to raczej strach niż odór wywołał jej mdłości?

Zdecydowała się, dotknęła jego ramienia.

Próbował się wyrwać lecz nie był agresywny, twarzą odwrócił się do ściany. Amelia 

przysiadła   na   krawędzi   łóżka,   najpierw   cała   drżąca,   później   już   spokojniejsza.   Musiała 

odchrząknąć.

- Arntorze, jest wiele rzeczy, które możesz zrobić, jeśli tylko weźmiesz się w garść i 

przestaniesz   użalać   się   nad   swym   losem.   Potrzebuję   twojej   pomocy.   Jeśli   ciebie   stąd 

przepędzą, to i ze mną koniec.

Burknął coś, lecz Amelia zrozumiała, że przyznawał jej rację.

Być   może   ważna   dla   niego   była   świadomość,   że   nie   związała   się   z   młodszym 

mężczyzną, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, wyczuwał w niej jakąś dziwaczną lojalność, a 

przecież nigdy nie traktował jej inaczej niż z wyraźną pogardą.

background image

- Trzeba się spieszyć, Arntorze, wiosenny połów już się zaczaj, musisz się pokazać, 

musisz   dać   jasno   do   zrozumienia,   że   nie   masz   zamiaru   dopuszczać   młodzieniaszków   do 

władzy. Twoi ludzie cię potrzebują, Arntorze, nie znają bowiem żadnego innego przywódcy i 

boją się, słyszałam poszeptywania. Nie wiedzą, co się stanie, jeśli nie podejmiesz walki.

Ostatnie stwierdzenie było na wyrost, Amelia nie rozmawiała z nikim innym poza 

Durdei i paroma kobietami, które szybko odwróciły się do niej plecami. Mężczyźni tylko 

zerkali na nią spode łba, słyszała zjadliwe komentarze.

Arntor odezwał się głębokim głosem:

- Hjordis pilnuje posłuszeństwa, oni ją szanują. Amelia skinęła głową i przyznała mu 

rację.

- Ale ona sobie z nimi nie poradzi, jeśli Jarle zbierze wokół siebie mężczyzn, dobrze o 

tym wiesz.

- Ja nie jestem już mężczyzną - odparł ochryple i gwałtownie odwrócił się w jej stronę. 

Ciemne oczy błyszczały.

Amelia wyczuwała w nim tyle samo buntu, co i smutku. Przez moment bała się, że 

znów się na nią rzuci.

Nie chciała okazywać lęku, nie cofnęła się. Pragnęła, by zrozumiał, że jest czymś 

więcej niż tylko przerażoną do szaleństwa, niczego nieświadomą kobietą.

- Z tym być może niczego nie da się zrobić, nie bardzo wiem, jak twoja rana się 

zaleczyła,   ale   wtedy   wyglądało   to   paskudnie.   Twojej   nodze   natomiast,   przypuszczam, 

możemy pomóc. Mam przyjaciół, którzy łatali już kiedyś takich jak ty.

Arntor wciągnął głęboki oddech, popatrzył na nią wąskimi szparkami oczu.

- Wydaje ci się, że możesz mnie oszukać? Amelia poderwała się gwałtownie, poczuła, 

że   już   nie   zniesie   dłużej   nieustannej   niechęci   i   podejrzliwości   tego   człowieka.   Gdy 

rozzłoszczona tupnęła w klepisko, but się na czymś poślizgnął.

- Do diabła, Arntorze, dość tego! Zaskoczona takimi słowami we własnych ustach, 

prędko pomodliła się w myśli o wybaczenie, zanim znów nabrała powietrza w płuca i podjęła:

- Nie zamierzam dłużej tu przychodzić i błagać cię, to ty mnie teraz potrzebujesz. 

Tracisz władzę, starcze, i ja jestem jedyną osobą, która pragnie cokolwiek dla ciebie zrobić. 

Nikt tutaj nie troszczy się o twój los, Arntorze, bo nie jesteś już najsilniejszy, nie jesteś nawet 

najsprytniejszy, bo rozum zamroczyło ci użalanie się nad sobą i dziecinne popłakiwanie.

Mówiła nie przerywając, nie dając mu szans na wtrącenie choćby słowa, widziała 

jednak, że leżący na łóżku człowiek ogromnie się zdziwił.

- Odchodzę teraz, Arntorze, i możesz się założyć, że już tu nie wrócę. Zmarnujesz 

background image

szansę,   jeśli   natychmiast   nie   poprosisz   mnie,   żebym   została,   i   nie   zmienisz   swego 

nastawienia.

Arntor przetarł oczy, patrzył na nią zdumiony. Zaczaj coś jąkać, urwał.

- No i jak?

Amelia ciaśniej owinęła się chustą, stała na szeroko rozstawionych nogach, wiedziała, 

że wydaje mu się większa i silniejsza niż kiedykolwiek.

Arntor otworzył usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Czując, jak serce wali 

jej mocno z napięcia, zrobiła krok. Chciała odwrócić się w stronę drzwi. Rzuciła ostatnie 

spojrzenie na jego rozdziawione ze zdumienia usta. Nigdy wcześniej go takim nie widziała. 

Wyciągnęła rękę w stronę rygla zamykającego drzwi i dopiero wtedy usłyszała za sobą głos 

jakby płaczącego dziecka:

- Zostań, Amelio, tak cię proszę...

Puściła rygiel, odwróciła się uśmiechnięta. Pilnowała się jednak, by jej spojrzenie nie 

wyrażało współczucia ani wyniosłości.

- Wiedziałam, że jesteś twardy. Nie poddasz się, prawda?

Arntor zachichotał, po raz pierwszy szczerze.

- To mi dopiero baba! Myślę, że i z Hjordis mogłabyś sobie poradzić.

- Wydaje mi się, że to załatwi babcia - uśmiechnęła się Amelia. - One chyba od dawna 

się znają.

Dopiero w drodze do domu Randar i Amelia dowiedzieli się, jaka znajomość łączy te 

kobiety.  Maria opowiadała spokojnie, poszukując w pamięci dalszych szczegółów. Wyraz 

twarzy   Randara   świadczył   o   tym,   że   w   miarę   tej   opowieści   i   on   przypomina   sobie   jej 

fragmenty.

- To była późna noc, w tym czasie gdy była u nas Gjertrud, schowałam ją na stryszku 

nad oborą. Pamiętasz, Randarze?

Lekko schylił głowę, nie przerywając wiosłowania.

- Do brzegu przybiły trzy łodzie, nie zauważyliśmy ich, bo już spaliśmy. Zbudzili nas 

dwaj nieznajomi mężczyźni, nie wiedziałam, kim są nie pochodzili stąd, mówili z akcentem 

przypominającym mowę Gjaerulfa - Bednarza.

Maria lekko się zakołysała, mała Hanna w jej objęciach już zasnęła.

- Poprosili, bym zajęła się młodą dziewczyną. Widziałam, że są bardzo poruszeni, że 

chodzi o sprawy, na których mężczyźni się nie znają. Kazałam przynieść ją do domu, lecz oni 

się wzbraniali. Nie chcieli. Powiedzieli, żebym poszła z nimi do łodzi, że tak będzie dla mnie 

najlepiej.

background image

Zrozumiałam, dlaczego, kiedy przysunęli do niej lampę. Dziewczyna leżała na dnie 

łodzi. Pod grubymi deskami, na których ją ułożono, przelewała się woda pomieszana z krwią.

W kącie kulił się przerażony chłopiec. To on powiedział mi, że siostrę tak strasznie 

okaleczono, tam na dole.

Amelia przełknęła ślinę, czekała na dalszy ciąg.

-   To   był   na   pewno   Arntor   -   stwierdziła   Maria.   Ciągnęła   straszną   opowieść:   - 

Dziewczyna spodziewała się dziecka, łatwo to było zobaczyć. Wkrótce dowiedziałam się też, 

że poszła do jakiejś starej babki, prosząc ją o pozbycie się płodu, i doprawdy, cóż za pomoc 

dostała!

Maria aż ochrypła z wrażenia, kierując drżące spojrzenie na pled, którym otulona była 

maleńka Hanna.

W krótkich słowach opowiedziała o zniszczonym podbrzuszu dziewczyny, o tym, jak 

kobieta pocięła ją, usuwając płód. Ciąża musiała już być dosyć zaawansowana, Maria nie 

mogła znieść myśli o tym, w jaki sposób wykonano operację i przez jakie cierpienia musiała 

przejść ta dziewczyna. Podała jej znieczulające, otępiające środki, nie miała jednak niczego, 

co mogło całkiem odebrać jej czucie. Podczas gdy dwaj mężczyźni przytrzymywali mocno 

dziewczynę, pozszywała pęknięcia i rany w jej podbrzuszu. Teraz było lepiej, w każdym razie 

chora nie powinna już więcej krwawić, a to najważniejsze. Skóra już jej pobielała, a usta 

posiniały, utraciła zbyt wiele krwi. Cud, że w ogóle żyje, stwierdzili mężczyźni.

Maria   pamiętała   ich   twarze,   bali   się   czegoś,   czegoś   innego,   ważniejszego   od 

dziewczyny, która leżała na dnie łodzi i w każdej chwili mogła umrzeć. Spieszyli się, jeden z 

nich ciągle zerkał na ciemną wodę, jak gdyby ktoś ich ścigał i zamierzał wyrządzić krzywdę. 

Nie chcieli dłużej zostać, nie usłuchali próśb Marii.

- Mówiłam im, że dziewczyna musi wypocząć, że wymaga pielęgnacji, rany powinny 

zrosnąć się w spokoju, inaczej  wszystko może znów popękać, a wtedy wykrwawi się na 

śmierć.

Poszeptali coś chwilę między sobą, zdecydowali jednak, że natychmiast wyruszają.

- Możesz się raczej z tego cieszyć, nie chcesz chyba, żeby ktoś cię łączył z tą sprawą - 

rzucili na pożegnanie.

Maria niechętnie pokiwała głową, strach tych mężczyzn  również ją przerażał, lecz 

współczucie   dla   nieszczęsnej   dziewczyny   w   łodzi   sprawiło,   że   i   tak   zapomniałaby   o 

niebezpieczeństwie i wzięła ją pod dach.

Prosiła, by wrócili  tak szybko, jak to tylko  możliwe.  Burknęli coś w odpowiedzi, 

najwidoczniej nie przejmowali się ostrzeżeniami Marii.

background image

- Powiedzcie jej, że może umrzeć, jeśli kiedykolwiek jeszcze znajdzie się w takim 

stanie - zawołała Maria za nimi.

- Musiała się o tym dowiedzieć - cicho szepnęła Amelia. - W każdym razie nigdy nie 

wyszła za mąż.

Maria kiwnęła głową.

- Ona mnie nie pamięta - powiedziała. - To bardzo prawdopodobne, bo tamtej nocy 

była półprzytomna, ale ja nigdy nie zapomnę tego, co się stało. Wciąż ciarki przechodzą mnie 

na myśl, ile ona musiała wycierpieć. Prawdopodobnie stare rany do tej pory sprawiają jej ból.

- Czy coś ci o tym mówiła?

- Nie, właściwie nie, ale zapamiętała ostrzeżenie, które jakaś obca kobieta dała jej 

towarzyszom, To uratowało jej życie - stwierdziła Maria.

- Czy była ci wdzięczna?

Maria lekko wzruszyła ramionami.

-  Cóż,  chyba   tak,  ale  przede  wszystkim   rozgoryczona.  Wiele  przeszła,   nie  potrafi 

odpowiadać   na   życzliwość.   Na   pożegnanie   mnie   zwymyślała,   uciekła,   kiedy   poszłam   do 

ciebie.

Amelia umiała to zrozumieć.

W tej kobiecie z kamienia musiał mieszkać głęboko ukryty wstyd, odezwał się teraz, 

gdy dowiedziała się, że tak źle wynagrodziła wnuczkę kobiety, która ocaliła jej życie.

-   Myślę   jednak,   że   dzisiejszej   nocy  nie   zaśnie.   -  Maria   puściła   oko  do   Amelii.   - 

Zrozumiała zapewne, że nas potrzebuje. Ciebie.

Amelia potwierdziła to mruknięciem.

- A co cię spotkało u Arntora?

Głos Marii zabrzmiał tak ostrożnie, niepewnie. Pytanie zostało rzucone w powietrze, 

jakby od niechcenia.  Amelia  nie  mogła  powstrzymać  się od uśmiechu,  babka tak bardzo 

starała się nie być natrętna, lecz ciekawość miała wypisaną na twarzy wielkimi literami.

- To człowiek pełen goryczy, śmiertelnie wystraszony. Wie, że źle z nim, zmarnował 

zbyt wiele czasu, gnijąc w łóżku i użalając się nad utraconą męskością, zamiast coś robić.

- Myślisz, że stanie jeszcze na nogi?

- Tak, jeśli będzie próbował. I ciężko pracował. Mam pewien pomysł.

background image

ROZDZIAŁ VII

To okaleczone dłonie Randara ich ocaliły. Jego dawne umiejętności zbudziły się z 

długiego snu. Stał teraz w szopie, Maria znów słyszała skargę siekiery i piły obrabiającej 

drewno. Kiedy przyszedł  na obiad, całą pierś pokrywały mu pachnące  trociny,  we włosy 

zaplątały się wióry, kark miał spocony, a twarz promieniała w jednym wielkim uśmiechu. 

Zauważyły,   że   jedna   ręka   mu   krwawi,   może   jakieś   narzędzie   się   obsunęło,   może   przez 

moment poczuł za wielki przypływ pewności siebie i wydawało mu się, że praca jest zbyt 

znajoma.

- Na zawsze stolarz - czule uśmiechnęła się Maria i otrzepała go z trocin w sieni.

Randar szczęśliwy zasiadł do stołu, zmywszy z rąk krew i kurz.

- Czy to będzie dobre?

Amelia zachowywała się jak rozemocjonowane dziecko, gdy ktoś dorosły wraca do 

domu z targu.

- Myślisz, że się uda?

Randar   dumny   kiwnął   głową,   z   godnością   chwycił   łyżkę.   W   ostatnich   dniach 

naprawdę odmłodniał.

- To nie jest łatwe zadanie, Amelio. Rysunki, które mi dałaś, są dość dobre, ale... 

wydaje mi się, że nikt inny nie wymyśliłby czegoś podobnego.

Amelia roześmiała się, przytrzymała małą Hannę pionowo, żeby jej się odbiło.

- To nie mój wymysł, widziałam to w książce, jednej z tych zagranicznych.

Maria kiwnęła głową, pomysł i tak był bardzo dobry.

Amelia przerysowała część pełnego szczegółów szkicu, przedstawiał mężczyznę w 

czymś   w   rodzaju   maszyny   do   chodzenia.   Ów   mężczyzna   wpięty   był   w   coś   na   kształt 

drewnianego gorsetu, a wokół nóg zamontowane miał sztywne pręty. Całość mocowało się za 

pomocą   skórzanych   rzemieni,   a   żeby   posuwać   stopy   do  przodu,   pociągało   się   za   pasy 

umieszczone   na   specjalnym   statywie.   Niezwykłą   machinę   skonstruował   jakiś   Włoch, 

zapewne przygotował ją dla sparaliżowanych, którzy nie władali ani prawą, ani lewą nogą. 

Arntor   na   szczęście   nie   będzie   potrzebował   takiego   urządzenia,   zresztą   Amelia   nie   była 

pewna, czy ono w ogóle by funkcjonowało.

Rysunek   jednak   nasunął   jej   pewien   pomysł,   długo   trawiła   go   w   myślach,   zanim 

pewnego  wieczoru   zanurzyła  pióro  w  cennym   atramencie  i  zaczęła  szkicować   niezwykłe 

urządzenie.

Gładko oheblowane kołki, od biodra w dół, przywiązane rzemieniami w pasie i przy 

background image

kolanie, przypominały łupki, lecz w zamierzeniu miały być umocowane na stałe na słabej 

nodze   Arntora.   Randar   wykorzystał   najlepszy   gatunek   dębu,   kiedy   zajął   się 

przygotowywaniem sprzętu, i dzięki temu mógł zrobić kołki tak cienkie, że dało się je ukryć 

pod spodniami.

- Trzeba je czymś obłożyć - stwierdziła Maria i natychmiast zajęła się wyszukiwaniem 

najmiększej jagnięcej wełny. Wypchała nią poduszeczki, które miały przylegać do skóry na 

nodze.

Na trzeci dzień Randar przyniósł swoje dzieło.

Drewno błyszczało  lekko, pełne życia  od oleju, którym  je natarł.  Ciemnobrunatne 

rzemienne pasy przymocowane były malutkimi żelaznymi ćwiekami, które kiedyś zapewne 

zdobiły jakąś elegancką uprząż.

Amelia śmiała się, naciągnęła urządzenie na własną nogę, było jednak za długie.

- Doskonale będzie mu pasować, jak myślisz, babciu?

Maria kiwnęła głową i z całych sił starała się zachować powagę, gdy Amelia posuwała 

się po podłodze, ciągnąc za sobą usztywnioną nogę.

- To na pewno zadziała. Jeśli tylko jego rany się zrosną i będzie chciał walczyć.

Amelia potknęła się i padła prosto w objęcia Randarowi, ucałowała go i dziękowała 

tak, że niemal się jej wdzięcznością zawstydził, lecz policzki płonęły mu radością i dumą z 

tego niezwykłego dzieła.

- Jesteś taki zdolny, dziadku, nikt inny by tego nie zrobił, nikt!

- No cóż, to raczej przesada, ale muszę przyznać, że przyjemnie było znów poczuć 

drewno pod palcami.

Od tej pory co dzień wyprawiał się do warsztatu.

Nie   pozwolił   im   tam   przychodzić.   Maria   droczyła   się   z   nim,   nazywała   starym 

dziwakiem,   on   jednak,   rozbawiony   ciekawością   żony,   tylko   ją   całował,   promieniejąc   z 

radości.

- Poczekasz i zobaczysz, Mario, miej cierpliwość, moja droga!

Maria hałasowała garnkami, mamrocząc coś pod nosem, lecz do uśmiechu nie było jej 

daleko, bo odkąd Amelia zwabiła Randara do dawnej pracy, rozkwitł i wyglądał lepiej niż w 

ciągu wielu ostatnich lat. Nic bardziej nie mogło uradować Marii. Ośmielała się teraz jasno 

patrzeć w przyszłość, czuła, że serce uderza jej spokojnie na myśl  o kolejnej wiośnie, o 

jeszcze jednym wspólnym lecie.

Arntor   stał   na   środku   izby,   lekko   chwiejąc   się   z   boku   na   bok,   lecz   ręce   opuścił 

spokojnie, a głowę trzymał uniesioną wysoko.

background image

- Patrzcie, chodzę!

Wysunął w przód jedną nogę, tę zdrową, później, w tym czasie twarz pociemniała mu 

ze skupienia, poruszył chorą, postawił ją obok buta, umieścił kawałek dalej z przodu, potem 

znów zdrowa noga, szybko, żeby nie stracić równowagi ani za bardzo nie obciążać lewej.

- Udało się, udało! Ach, mój Boże, to naprawdę działa!

To   Hjordis   klasnęła   w   dłonie,   wykrzykując   swój   zachwyt.   Zaraz   jednak   się 

opamiętała, zgarbiła i zaczęła energicznie mieszać w garnku, w którym perkotała owsianka na 

zjełczałym tłuszczu.

Arntor powtórzył ruchy, pot płynął mu teraz z czoła.

Amelia klaskała w dłonie.

- Świetnie, naprawdę wspaniale, Arntorze! Ależ musiałeś długo ćwiczyć!

Dumnie odwrócił głowę, nie chciał na nią patrzeć, może bał się, że upadnie. Mocno 

marszcząc czoło, sunął dalej po podłodze. Dotarł wreszcie do niskich belek dachowych przy 

ścianie, na których mógł się oprzeć. Oddychał ciężko, lecz uśmiechał się szeroko, od ucha do 

ucha.

- Nie gapcie się tak na mnie, baby! Przynieś dzbany, Hjordis, trzeba to uczcić!

Amelia jeszcze raz klasnęła w dłonie.

- Oczywiście, że trzeba to uczcić, mam chyba się czym dołożyć.

Pogrzebała w kieszeniach,  wyjęła  kilka pociemniałych  drobnych  monet. Nietrudno 

było   znaleźć   chłopaka,   który   pobiegnie   załatwić   tę   sprawę.   Już   wkrótce   siedzieli   przy 

gorzałce   w   cynowym   dzbanie,   każde   ze   swoją   porcją   tłustego   jajecznego   ciasta   na 

rozpadającym się stole.

-   Do   diaska,   Amelio,   nigdy   bym   w   to   nie   uwierzyła!   Hjordis   tego   dnia   była 

nadzwyczaj wesoła, oczy jej promieniały zarówno na widok przysmaków stojących na stole, 

jak i na myśl o zwycięstwie Arntora.

- Arntorze, jesteś naprawdę silny - stwierdziła Amelia. - Nigdy nie wątpiłam, że sobie 

z tym poradzisz. Gdybyś tylko dostatecznie próbował...

- Nie raz chciałem cisnąć całe to diabelstwo o ścianę - przyznał. - Do stu diabłów, 

niełatwo   jest   mężczyźnie   tak   się   usztywniać   drewnem   jak   dzieciak   chory   na   angielską 

chorobę!

- Jeśli trochę więcej poćwiczysz, nikt tego nie pozna.

- Z wyjątkiem chwil, kiedy będę siadał i się podnosił. Żaden zdrowy mężczyzna nie 

mości się tak na krześle, jak ja muszę - burknął.

- Niejeden ma sztywne kolano, w twoim wieku...

background image

- Zamknij gębę, Hjordis! - uciął, lecz jego irytacja nie była tak głęboka, ot, zwykłe 

powarkiwanie, które na ogół towarzyszyło codziennym rozmowom rodzeństwa.

Na zewnątrz świeciło słońce, ludzie spędzali większość czasu pod gołym niebem i pod 

dach chronili się tylko w porze posiłków. Arntor nie pokazywał się od pewnego dnia w maju, 

kiedy   to   usiadł   pod   ścianą   od   słonecznej   strony   i   przyjmował   tego   i   owego   ze   swych 

najwierniejszych ludzi. To Amelia go zmusiła, powiedziała, że koniecznie musi im pokazać, 

iż nie jest martwy i zapomniany, nie mógł bowiem uważać ich lojalności za coś pewnego, 

kiedy tak długo leżał w odosobnieniu. Usłuchał jej rady i wyraźnie cieszył się, widząc podziw 

innych mężczyzn. Tego wieczoru opróżnili cztery dzbany z piwem, kwaśnym tanim piwem z 

najgłębszego   schowka   karczmarza.   Podziałało   jednak,   mężczyźni   poweseleli,   ogarnął   ich 

bojowy nastrój. Nie będą się poddawać, położą kres węszeniu młodego Jarlego Raune.

To   właśnie   po   tym   wieczorze   Amelia   przyszła   do   niego   z   tym   dziwacznym 

urządzeniem.   Wysłuchał   jej   niechętnie,   splunął   na   podłogę,   gdy   wyciągnęła   sztywną 

konstrukcję z drewna i skóry.

- Do czego, u diabła, to służy, Amelio? Nie jesteś zadowolona, że rany się wygoiły i 

mogę choć trochę poruszyć nogą?

- Musisz wstać i zacząć chodzić, Arntorze. Nic innego mnie nie zadowoli.

Zaklął znów, lecz najwidoczniej wysoko cenił jej upór. Gniewnym głosem wypędził 

Amelię i Hjordis z chałupy.

Pozwoliły, by spróbował sam.

Gdy   przyszły   do   domu   przed   wieczorem,   znalazły   go   leżącego   przy   palenisku. 

Niewłaściwie obwiązał się rzemieniami i zaplątał tak, że nie mógł wstać o własnych siłach. 

Amelia   wystraszyła   się,   że   wrzuci   całość   do   ognia,   Arntor   jednak   zdołał   najwidoczniej 

przełknąć   upokorzenie   i   zirytowany   położył   się   do   łóżka,   ale   następnego   dnia   znów   je 

przepędził, a gdy Amelia przyszła po tygodniu, urządził im to krótkie przedstawienie.

- Za twoje zdrowie! - Amelia wypiła z kubka. Wódka była mocna, gorzka, pachniała 

niestaranną destylacją. Amelia skrzywiła nos, podała naczynie' dalej, Hjordis opróżniła je do 

dna i nalała do pełna, zanim nadeszła kolejka Arntora. Mężczyzna zamrugał, wypił, westchnął 

zadowolony i przymknął oczy.

- Chyba już niedługo muszę wybrać się do Jonasa - rzekł. - Marne mamy zapasy tej 

wiosny.

Hjordis spochmurniała, przypomniała mu, że przez wiele dni w domu nie było nic do 

jedzenia ani do picia. Gorzałka mogła poczekać.

- Po jesiennych połowach - oświadczył i wyglądało na to, że naprawdę wierzy, że tej 

background image

jesieni jak zwykle wypłynie łodzią.

Amelia poczuła się nagle bardzo zmęczona. Wódka działała znieczulająco, dopiero 

teraz   uświadomiła   sobie,   jak   długo   trwała   w   napięciu.   Nic   dziwnego,   że   ludzie   tak   się 

uzależniają od tego napoju, który niesie ze sobą taką ulgę. Nic dziwnego, bo przecież nawet 

myśli płyną łagodniej, bez oporu.

Zauważyła, że Hjordis odczuwa to samo, toporna twarz zrobiła się teraz ładniejsza, 

gdy   kobieta   odprężyła   się   i   uśmiechała   zadowolona.   Amelia   przyglądała   jej   się   bacznie, 

siostra Arntora mogła być kiedyś piękna, na niezgrabnym nosie widać było ślady jakiegoś 

uszkodzenia,   ale   usta   miała   ładne,   wąskie,   na   policzkach   i   czole   widniały   głębokie 

zmarszczki, lecz na to nic nie da się poradzić. W ciągu wiosny straciła kilka funtów, teraz 

obwisła skóra na szyi dodawała do jej wieku jeszcze więcej lat.

Amelia pomyślała o Marii, babka nie była wcale mniej pomarszczona, ale po prostu 

łagodniejsza i taka piękna...

Zadumana siedziała z półprzymkniętymi oczami i rozmyślała o tym, co sprawia, że 

ludzie uważają kogoś za piękność. Doszła do wniosku, że Hjordis właściwie nie jest brzydka, 

ale   trzeba   ją   wcześniej   poznać.   Wtedy   nie   wydaje   się   odpychająca,   nawet   gdy   warczy, 

wymachuje rękami, wykrzykuje przekleństwa i wypluwa dławiącą ją w gardle żółć.

Amelię ogarnęła ochota, by zerwać ze starszej kobiety brudną chustkę i zadbać o 

cienkie wystrzępione włosy, poprosić, by zaczęła ubierać się trochę staranniej, a nie tylko 

nosić koszule i zniszczone kurtki brata. Hjordis co prawda chodziła w spódnicy, na nią jednak 

na ogól nakładała  dwa grube worki, żeby ją osłonić i zapewnić  sobie dodatkowe ciepło. 

Wyglądało to bardzo marnie, gruba tkanina brzydko układała się na brzuchu.

Niemądre myśli, skarciła się Amelia w duchu. Kogo z tych nędzarzy stać na strojenie 

się?

Pogładziła swoją własną prostą, mocną spódnicę, zauważyła, że z kraju pokryła się 

grubą   warstwą   zesztywniałego   brudu.   Wstała,   podziękowała   za   gościnę,   musiała   jeszcze 

zajrzeć do dwojga chorych dzieci.

Hjordis   uprzejmie   skinęła   jej   głową,   życzyła   dobrego   dnia,   poprosiła   też,   by 

przekazała pozdrowienia.

- Powiedz swojej babce, żeby się tu kiedyś wybrała, niech zobaczy, jak Arntor sobie 

dobrze radzi.

Amelia uśmiechnęła się, na pewno przekaże. Wiedziała, że Hjordis w miarę upływu 

czasu coraz bardziej ceni sobie odwiedziny Marii, wciąż jednak nie chciała przyznać tego 

otwarcie i powiedzieć, że tęskni za tą miłą staruszką, która, co mogło się wydawać wprost 

background image

niewiarygodne, znajdowała przyjemność w nie przynoszących żadnego pożytku rozmowach 

właśnie z nią.

- Może przywiezie ze sobą dzieciaka, tak żebyś i ty mogła chodzić po brzegu i bawić 

się w anioła?

Amelia zasznurowała usta, posłała Hjordis zirytowane spojrzenie, lecz złagodniała, 

widząc błysk niebieskich oczu. Doskonale wiedziała, że mała Hanna nie znajdzie lepszych 

opiekunek   niż   Maria   i   Hjordis.   Serce   się   wprost   rozdzierało   na   widok   starszej   kobiety, 

łagodniejącej pod wpływem dziecka. Żal, że nie miała własnych, wprost z niej bił, a niekiedy 

głębokie bruzdy na twarzy pogłębiały się z jeszcze większego bólu.

Maria   także   dostrzegła   ów   ból,   w   ten   ciepły   czerwcowy   dzień   po   raz   pierwszy 

ośmieliła się o nim wspomnieć. Nigdy wcześniej nie wracały do owego mrocznego wieczoru 

przed   wieloma   laty.   Po   ich   pierwszym   spotkaniu   Maria   nie   powiedziała   ani   słowa   o 

dolegliwościach, z którymi, jak się domyślała, musiała radzić sobie ta kobieta. Teraz jednak, 

gdy siedziały oparte plecami o grubą sosnę, Maria zebrała się na odwagę i spytała:

- Jak to się skończyło, Hjordis? Wciąż cię boli? Hjordis zadrżała, jak gdyby pytanie 

samo w sobie było bardzo nieprzyjemne.

Maria nie ustępowała, delikatnie położyła rękę na ramieniu kobiety. Nie 'widziała jej 

twarzy, Hjordis bowiem odwróciła głowę i rzuciła w powietrze:

- Ponieśli karę, Arntor w swoim czasie to załatwił. Maria szepnęła:

- Co się właściwie stało? Czy chcesz o tym rozmawiać?

Hjordis drżała już teraz wyraźnie, aż Marii zaczęła podskakiwać ręka.

- Do diabła, to już całe wieki temu, nie mogę tak siedzieć i gadać o takich starych 

bzdurach, zapomniałam już o tym.

Maria odsunęła rękę.

- Nie zapomniałaś, nikt nie zapomina takich rzeczy, wszyscy mamy za sobą jakieś 

koszmary, nikt nie wie tego lepiej niż ja.

Teraz Hjordis odwróciła się zaskoczona.

-   Ty?   Ty   przecież   zawsze   jesteś   taka...   uśmiechnięta...   taka   spokojna.   Nie   masz 

żadnych zmartwień.

Maria przymknęła oczy.

- Byłam więźniarką... przez pół życia. Poznałam ukąszenia szczurów, Hjordis. Żyłam 

w niewoli i widziałam nędzę większą chyba, niż byłabyś w stanie w nią uwierzyć. Straciłam 

dziecko, mego jedynego syna. Widziałam setki kobiet umierających w bólach.

Hjordis mruknęła cicho:

background image

- Zapomniałam o tym.

- Wielu z nich pomogłam. Czy ty, Hjordis, pozwoliłabyś mi... spróbować?

Siostra Arntora odchyliła się gwałtownie.

- Oszalałaś?

Myśl o obnażeniu się przed Marią wydała jej się równie niedorzeczna jak bieganie 

nago po brzegu.

- Widziałam wtedy, jak ciężkie były twoje rany. Teraz zauważyłam, że wciąż ci to 

dokucza, boli cię, być może zupełnie niepotrzebnie.

Hjordis jęknęła, zmieniła pozycję, nie siedziała wygodnie, jak zresztą nigdy.

Wreszcie oparła się znów o drzewo, zaczęła mówić ochrypłym obcym głosem:

- Było ich czterech... jeden miał nóż. Maria zadrżała.

- Nie wiem, który z tych diabłów spłodził dziecko, zresztą wszystko jedno. Poszłam 

do Anny - Krestiny...

Marię znów przeszedł dreszcz.

- Spotkałam ją kiedyś, to straszna kobieta, rzeźniczka.

Hjordis ciężko pokiwała głową.

- Nic innego nie można było zrobić, musiałam pozbyć się tego paskudztwa. Ale nigdy 

tego nie  zapomnę...  Ona mnie  rozkroiła,  to było  niemal  gorsze niż  tamte  świnie,  niemal 

gorsze.

Maria potrafiła to sobie wyobrazić.

- Jesteś niewiarygodnie silna. Hjordis przytaknęła.

- Tak, niewiele znam takich, które by przeżyły. Ta cała krew... ta podróż w zimnie, ale 

miałam twoje lekarstwa, to one pomogły - oświadczyła z mocą.

- To niewielka pomoc - szepnęła Maria. Hjordis odwróciła się teraz, popatrzyła jej 

prosto w oczy.

-   Nigdy   nie   miałam   dzieci,   posłuchałam   ciebie,   choć   nie   wiedziałam,   kim   jesteś. 

Mężczyźni, którzy nas przywieźli, przekazali mi twoje ostrzeżenie. Powiedziałaś, że nigdy nie 

wolno mi mieć dzieci. - Prychnęła gorzko. - To i tak byłoby niemożliwe, jestem, do stu 

piorunów, zarośnięta jak zgniłe drzewo, i tak samo cuchnę.

Maria przytrzymała jej wzrok. W oczach Hjordis pojawiło się szaleństwo, ból i wstyd 

wydobyły się na powierzchnię. Maria wiedziała, że kobieta czeka w tej chwili na najmniejszą 

bodaj oznakę obrzydzenia.

Odpowiedziała spokojnie:

- Zapewne dokucza ci ropa i nieczystości, często się tak dzieje przy tego rodzaju 

background image

zranieniach. Co miesiąc... to, co powinno się wydobyć, nie wychodzi. Miałam styczność z 

podobnymi   dolegliwościami.   Nie   jesteś   jedyną,   której   się   to   przydarzyło,   lecz   zapewne 

cierpiałaś więcej niż inne.

Hjordis przełknęła ślinę.

- Teraz jest lepiej, kiedy już nie mam miesięcznej przypadłości.

Maria skinęła głową.

- Ale cierpisz. Tak cię proszę, pozwól mi się zbadać.

Hjordis zamrugała, oczy jej zwilgotniały, zacisnęła pięści. Pod płóciennym fartuchem 

jakby przyciskała je do brzucha i podbrzusza.

- Zobaczymy - rzekła po namyśle. - Może jutro... Odeszły stamtąd, gdy Johanna się 

przebudziła.

Dziecko było już głodne, słońce znalazło się zbyt wysoko na niebie. Amelia na pewno 

czekała z pełnymi piersiami. Wykorzystała ten dzień na rozmowę z kobietami, które siedziały 

przed chatą Arntora i czekały na swoich mężczyzn. Odbywało się tam coś w rodzaju narady, 

plotki bowiem wciąż krążyły po wsi. Jarle Raune okazał się nieco zbyt hałaśliwy, uznali, że 

nadszedł czas, by przekazać mu ostrzeżenie.

Arntor poruszał się teraz bez szczególnego trudu, ośmielił się nawet wyjść na brzeg, 

po   którym   chodzenie   utrudniały   mokre   pęki   wodorostów   i   okrągłe   śliskie   kamienie. 

Mężczyźni jednak zobaczyli, że przemieszcza się z pozoru bez wysiłku, żaden z nich nie 

zauważył drewnianych kijów, umocowanych pod spodniami. Człowiekowi, który miał dość 

sił, by stanąć na nogi po takim wypadku, należał się szacunek. Arntor niewiele o tym mówił, 

pozwalał jednak, by duża część tych zasług spadła na Amelię. Dzięki temu więcej mężczyzn 

zwracało się teraz do niej, ośmielali się zdradzić przed nią swoje słabości i poprosić o pomoc, 

a siła Arntora tylko przez to rosła. Wszyscy przecież wiedzieli, że Amelia jest jego kobietą, i 

chociaż mieszkała z dziadkami, z wolna stawała się jedną z nich.

Maria w niejeden wczesny poranek patrzyła, jak dziewczyna wyprawia się z domu, 

chociaż przez pół nocy stała, gotując maści albo gałgany do przewiązywania ran.

Królowa nędzarzy z brzegu.

To pewnie lepiej niż nałożnica kata, pomyślała Maria z goryczą.

Ale nigdy, przenigdy nie pogodzi się, że Arntor jest właśnie tym mężczyzną, który 

zasługuje na serce jej najdroższej Amelii.

Amelia poszukiwała czegoś w twarzy małej Hanny. Każdego dnia przeżywała chwile 

smutku i tęsknoty, nie trwały długo, potrafiła je odegnać, gdy palce same z siebie dotykały 

ślicznej buzi córeczki.

background image

Malutka miała usta wygięte w miękki łuk, tak jak Bendik.

Łuk grajka.

Łuk miłości.

Usta do wszelkiej muzyki.

Cichutki   ton   podrażnił   lekko   serce   Amelii.   Delikatny,   krucha   resztka   dźwięku, 

wspomnienie   czegoś,   czego   nie   powinna   pamiętać.   Usta   Hanny   drgnęły,   gdy   matka 

pogładziła różową wypukłość. Dziewczynka zacisnęła wargi, wyglądała teraz tak śmiesznie. 

W brodzie miała dziurkę, dziecko było już dość pulchne, taką dziurkę miałby też Bendik, 

gdyby nabrał trochę ciała.

Wciąż widziała wyraźnie przed sobą jego twarz. Rysy dziecka sprawiały, że nadal 

pozostawała tak boleśnie żywa.

Niekiedy czekały ją bezsenne noce, gorzkie od tęsknoty za czymś, za czym nie wolno 

jej było  tęsknić. Oblewał ją wtedy najgłębszy wstyd  i modliła  się do Boga, by odpędził 

demony.

Takie uczucia bowiem były zakazane.

Gdyby zadała się z byle jakim mężczyzną, z którym nie miała ślubu, i tak byłoby źle. 

Ponieważ jednak zadała się z bratem, było to więcej niż straszne.

Grzech śmiertelny.

Wieczny wstyd.

Wieczna skaza.

Pozwalała   łzom   bezgłośnie   wsiąkać   w   poduszkę,   odnajdywała   pociechę   jedynie 

wtedy, gdy wydawało jej się, że czuje łagodny oddech Pana, napełniający ją łaską i siłą. 

Przecież jej wybaczył.

Dowodem na to była mała Hanna. W całej swej doskonałości.

Przez resztę życia Amelia będzie musiała pamiętać o tym cudzie i wiernie pracując, 

dążyć do celu, który sobie wyznaczyła.

Nieszczęśnicy poznają przesłanie miłości, jeśli nie w słowach, to dzięki miłosierdziu i 

ofiarności Amelii.

I przecież już pozyskała sobie niektórych.

Wielu   z   tych,   którzy   pozbyli   się   swoich   dolegliwości,   zaakceptowało   odpowiedź 

Amelii na pytanie, skąd biorą się jej zdolności.

Dlatego z wahaniem zwracali się do obcego, dalekiego Boga i prosili, by był dla nich 

równie łaskaw jak dla niej.

Bendiku, mój jedyny ukochany!

background image

Czy twój wstyd i tęsknota jest równie głęboka jak moja? Ach, dobry Boże, nie pozwól,  

by cierpiał tak jak ja, niech zapomni, niech znów pokocha.

Ale gdzieś pośrodku tej pobożnej modlitwy szarpała nią gorycz, czuła ból w sercu na 

samą myśl, że Bendik mógłby należeć do innej.

Przybył odnaleźć nieznajomego ojca, wystraszony, choć w gniewie, że matka przez 

całe życie tak strasznie harowała w samotności.

Uwierzono   mu   i   dobrze   go  przyjęto,   gdy  wreszcie   ośmielił   się  wyznać   prawdę   o 

swoim pochodzeniu.

Teraz jednak znów został sam.

Gdzieś, być może w jakiejś wsi w głębi drugiego fiordu, gdzie góry są jeszcze wyższe, 

chmury jeszcze cięższe niż tutaj...

Nie zobaczy go już nigdy więcej.

Nigdy się nie odważy, choć całe ciało zanosiło się krzykiem, by bodaj jeszcze raz go 

poczuć. Kiedy leżała tu z dala od niego ze swymi brudnymi myślami i przeklętą tęsknotą, 

mimo wszystko była bezpieczna. Bała się, że gdyby stanął przy jej łóżku w takiej chwili, 

podpisałaby na siebie wyrok wiecznej śmierci i już by nie wypuściła go z objęć.

Tej nocy miała złe sny.

Zaczęły się tak słodko, widziała jasną twarz Bendika, oszołomioną miłością. Czuła 

zapach wierzbowego soku, słyszała jego czułe słowa, mieszające się z muzyką fujarki.

Potem światło zniknęło i ciało Amelii zesztywniało w samym środku łagodnej radości. 

Ujrzała zalewające ich fale, nie mogła oddychać, widziała, jak Bendika porywa czarna woda.

Usiłowała go dosięgnąć, walczyła z całych sił, ale nagle poczuła, że trzymając go w 

ramionach, tonie, zapada się.

Obudziła   się,   zanosząc   się   krzykiem,   bo   mała   Hanna   znów   zmieniła   się   w 

zniekształconego potwora, który przypominał, że nie należy łączyć jednakowej krwi.

Odwróciła się od zatroskanych oczu Marii do ściany, pozwoliła jednak, by staruszka 

delikatnie gładziła ją po plecach, nucąc na pociechę jakieś obce melodie.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Lato ledwie przyszło na świat, lecz dni przed świętym Janem były już takie długie. 

Amelii wydawało się, że tego lata w powietrzu dźwięczy jakiś szczególny ton, jak gdyby na 

nowo odkrywała wszystko, co ją otacza. Każdy zapach trawy i kwiatów, każdy przebłysk 

bezchmurnego błękitu nieba coś jej przypominał. Na widok takiego piękna czuła ukłucie w 

sercu i bardzo posmutniała, gdy wierzby nad wodą zaczęły zrzucać puszyste kwiatki do wody.

Dni   jednak   były   jasne,   ciemności   nie   spowijały   nawet   nocy.   Mieszkańcy 

Meisterplassen zapełniali sobie czas pracą, ale nie harowali ciężko, gdyż i tak strawę mieli 

zapewnioną. Wynajęli pasterkę na lato, obora stała więc pusta, tylko dobrze utuczona świnia 

chrząkała wokół domu, tarzając się z rozkoszą w kurzu i szukając smacznych korzonków na 

skraju   lasu.   Hanna   bała   się   zwierzęcia,   gdy   więc   Amelia   wynosiła   ją,   by   mała   mogła 

posłuchać  śpiewu ptaków  i nacieszyć  się słońcem,  świnię musiano  zamykać  w obszernej 

oborze.

Mała Hanna rosła.

Miała  teraz już cztery miesiące,  a uśmiechała  się, odkąd skończyła  trzy tygodnie. 

Amelia   pozwalała   jej   bawić   się   kwiatkami,   o   których   wiedziała,   że   na   pewno   nie   są 

szkodliwe, czerwonymi  koniczynami  i podłużnymi  szyszeczkami  chmielu,  kiwającymi  do 

niej główkami. Dziecko z wielką ciekawością ssało kolorowe zabawki i cieszyło się, gdy 

słodki smak koniczyny spływał na język.  Amelia  uśmiechała się, łaskotała ją pod nosem 

źdźbłami trawy, patrzyła, jak silne rączki wyciągają się do niej, choć nie potrafią jeszcze 

złapać.

To były złote dni, szczególnie gdy Maria i Randar również przysiadali w trawie i ze 

źle skrywaną dumą patrzyli na prawnuczkę. Randar zrobił dla dziewczynki śliczną wiszącą 

zabawkę. Maria wiedziała, że przypominała tę, którą wystrugał kiedyś przed wielu laty. Była 

to jaskółka na sznurku, a wokół niej na kole z witek tańczyły kwiatki, kotek, ryba i księżyc.

- Ona nie jest do mnie podobna - stwierdziła Amelia.

Maria słyszała, że w jej głosie nie ma skargi.

- Ma szersze czoło, widzisz? I chyba mniejsze usta, jakby bardziej okrągłe.

- Takie jak Marji - uznała Maria.

Amelia ssała wargę. To prawda, dziecko było podobne do babki.

- Może odziedziczyła rysy po ojcu? - lekko rzuciła Maria i Amelia zdała sobie sprawę, 

co babka chce przez to wyrazić.

Maria widziała przecież Arntora i tym samym musiała stwierdzić, czy dziecko jest do 

background image

niego podobne. Amelia poczuła, że przeszedł ją lekki dreszcz. Strach, że zostanie odkryta, 

zawsze gdzieś się w niej czaił, a jednocześnie w jasnych oczach babki nie widać było ani 

oskarżeń, ani żądań.

- Ty nie wierzysz, że to on, prawda?

Maria lekko pokręciła głową, teraz w jej oczach pojawiło się życzliwe wyzwanie.

- Być może masz rację, babciu. Może. Więcej nie mogę powiedzieć, nawet tobie...

- Dobrze, moje dziecko. Wiele  takich maleństw  dotyka  podobny los, oby Bóg im 

pobłogosławił. Mężczyźni nie zostawiają swoich gmerków na potomstwie. Czasami można 

powiedzieć, że na szczęście.

Amelia   z  goryczą   pokiwała  głową,  pomyślała   o swym  własnym  losie,  o  tym,   jak 

inaczej mogło się jej ułożyć życie, gdyby obcy chłopak poznany zeszłego roku miał wypisane 

na czole nazwisko ojca...

Ogarnięta nagłym lękiem wzięła Hannę na kolana, przytuliła ją mocno, przytknęła nos 

do różowej buzi. Malutka zaczęła szukać, znalazła czubek nosa, zaczęła go ssać. Amelia 

zaśmiała się cichutko, zły cień gdzieś zniknął.

Nic podobnego nie może nigdy spotkać tej małej, już ona o to zadba. Jej córka będzie 

szczęśliwa, inaczej być nie może.

Amelia poprzysięgła sobie, że nigdy nie będzie zmuszać córki do niczego, pozwoli jej 

na miłość, Hanna dostanie tego, kogo pokocha. Wszystko jedno, ubogi, syn pastora, bogaty 

gospodarz czy obdarty chałupnik, jeśli tylko odda mu serce, Amelia wniesie go na rękach do 

domu.

- O czym myślisz? - spytała nagle babka. Amelia drgnęła, uśmiechnęła się przelotnie.

- O tym, jak się ułoży tej małej, czy będzie szczęśliwa.

Maria kołysała się, siedząc z półprzymkniętymi  oczami i rozkoszując się ciepłymi 

promieniami słońca.

- Zatroszcz się o to, żeby żyła, o to, by doświadczyła smutku, przeciwieństw losu, lecz 

by nie pozwoliła im się złamać. Dopiero wtedy stanie się człowiekiem, który będzie umiał 

docenić szczęście, gdy ono nastanie - powiedziała cichym głosem.

- To prawda - odparła Amelia szeptem, niemal zaskoczona prawdziwością prostych 

słów babki.

Następnym razem, gdy obie wyprawiły się przez fiord, Randar został w domu. Między 

nim a małą Hanną rozwinął się bardzo szczególny związek. Nikt tak jak ten wielki, zarośnięty 

mężczyzna nie potrafił sprawić, żeby dziecko śmiało się tak radośnie. Umiał ją ukołysać, gdy 

była niespokojna, niekiedy brał ją z ramion matki i krążył po izbie, aż wreszcie usnęła, tuląc 

background image

głowę do jego ramienia. Hanna wiedziała, czego chce, i nie zawsze zadowalał ją słodki napój, 

którym Maria próbowała ją karmić, gdy przedłużała się nieobecność matki. Ów napój składał 

się z cukru, wody i świeżego mleka, jeśli akurat je mieli, a poza tym z paru kropli wyciągu z 

kminku, dobrego na brzuszek, i odrobiny mocnej alkoholowej nalewki na przyprawach, której 

Maria   sama   używała   przeciwko   kolce   i   bólom.   Nalewka   uspokajała   brzuch,   łagodziła 

dolegliwości.

Hanna jednak krzywiła nos i krzyczała, aż twarzyczka czerwieniała jej ze złości. Marii 

nie udawało jej się okiełznać, mała jednak natychmiast, gdy tylko znalazła się w ramionach 

Randara,   wzdychała   zadowolona,   niemal   triumfująco.   Maria   rzuciła   mu   raz   skórzany 

bukłaczek,   znużona  już  próbami  nakarmienia   rozwrzeszczanego   dziecka.   Randar  przytulił 

małą Hannę, wziął ciepły bukłak i wycisnął z niego kroplę do ust dziewczynki, zanim zdążyła 

zaprotestować.   Mlasnęła   zdziwiona,   szeroko   otworzyła   oczy  do   pradziadka,   który   kiwnął 

głową i powiedział:

- Tak, tak, trzeba jeść, może to nie to, do czego przywykłaś, ale też i nie najgorsze...

Hanna rozdziawiła buzię.

Randar   wsunął   jej   do   ust   koniec   skórzanego   woreczka   uformowany   na   kształt 

maleńkiej   rurki,   z   którego   mogła   wyciekać   zawartość.   Z   drugiej   strony   woreczek   był 

zasznurowany, należało trzymać go wysoko, żeby pożywienie nie wylało się górą.

Hanna possała na próbę, nie spuszczając szeroko otwartych oczu z Randara, jak gdyby 

smakując postanowiła  patrzeć  na niego, by odnaleźć  najmniejszą oznakę nerwowości lub 

niezdecydowania. Ponieważ on jednak siedział tak spokojnie, tylko pomrukiwał coś do niej, 

postanowiła jeść. W brzuszku dziecka zakruczało cichutko i wkrótce bukłaczek się opróżnił. 

Mała   Hanna   skwitowała   posiłek   długim   beknięciem,   a   Randar   roześmiał   się   głośno   i   aż 

zamachał rękami w powietrzu.

- Od dzieciaka czuć pijaństwem!

Maria rozgniewała się trochę, zaczęła się bronić, że ta mała kropelka tylko dobrze 

zrobi dziecku.

Amelia   śmiała   się,   w   duchu   zaś   powiedziała   sobie:   Masz   przynajmniej   dobrego 

pradziadka i dziadka, moja kochana.

Nietrudno   było   zostawiać   małą   Hannę,   gdy   Randar   przejmował   nad   nią   opiekę. 

Wiosłując,   Amelia   prawie   się   nie   oglądała,   myślami   była   już   przy   dzieciach,   które   nie 

doświadczały troski i ciepła, jakie miała Hanna.

W   nędznych   lepiankach   mieszkańców   brzegu   dzieci   wciąż   przychodziły   na   świat, 

coraz częściej też gościńcem lub przez góry nadciągali ludzie. Odrzuceni, najubożsi, wdowy i 

background image

sieroty ciągnęły do Sogndalsfjaeren. Szeroko niosła się sława, że tu mogą  zamieszkać  w 

spokoju, choć głód i choroby nie przestaną ich dręczyć tak samo, jak gdzie indziej.

Tej   wiosny   przybyło   blisko   dwadzieścioro   ludzi,   wszyscy   równie   obdarci,   z 

identycznymi, pełnymi rozpaczy spojrzeniami. Amelia ujrzała ich w pewien wiosenny ranek, 

siedzieli w grupce, trzęsąc się z zimna. Rozmawiała z nimi, oni jednak z lękiem odwracali 

głowy i mocniej tylko owijali się łachmanami, jak gdyby podejrzewali, że zechce zedrzeć im 

je z karku.

Odeszła, lecz za każdym razem, gdy widziała obcych, zagadywała do nich. W końcu 

przestali się bać kobiety w porządnym ubraniu, dowiedzieli się, kim jest, i jakim regułom 

będą   musieli   się   tu   podporządkować.   Jeden   z   nowo   przybyłych,   dość   młody,   zdrowy 

mężczyzna poczuł na własnej skórze, jak ważne są te zasady. Przypadkiem zbierał wodorosty 

w miejscu, do którego prawo miał ktoś inny. Kosztowało go to złamaną rękę i uszkodzone 

oko.

Dzieci...

Amelia troszczyła się przede wszystkim o nie, ukradkiem podsuwała najmniejszym 

kawałeczki pożywnych suszonych placków z tłuszczu, mąki, mleka i wody pomieszanej z 

piwem. Takie jadło dobrze syciło, lecz wiele dzieci go nie tolerowało.

Postanowiła namówić Arntora na zgromadzenie czegoś w rodzaju żelaznego zapasu 

żywności, mogliby wtedy gotować w wielkich kotłach owsiankę albo zupę i rozdzielać ją 

zimą.

Arntor burczał trochę  na taką  propozycję,  bał się, że przyjdzie  mu  za to zapłacić 

niejednym  dzbanem gorzałki,  wątpił też, by inni mężczyźni  mieli cokolwiek, co mogliby 

odłożyć.

- Porozmawiaj o tym z nimi. Przecież i oni zaznali nieraz głodu. Raz jedna rodzina 

potrzebuje pomocy, innym razem oni sami...

Arntor nie chciał jej dłużej słuchać, Amelia zrozumiała, że być może w tej idei kryje 

się jakieś niebezpieczeństwo. Władza Arntora opierała się na prostych prawdach, ci, którzy go 

wspierali, czynili to, ponieważ mieli z tego korzyści. Dzięki jego pozycji zajmowali kolejne 

łowiska,   niekiedy   dawał   im   bardzo   opłacalne   zlecenia.   Sprzedawał   to,   co   udało   im   się 

przynieść, a w zamian otrzymywali jedzenie. Mógł iść nawet do samego pastora, jeśli to było 

konieczne, i troszczył  się o to, żeby władze trzymały się z daleka. Tak było na przykład 

podczas zeszłorocznego spisu. Arntor przez chwilę tylko rozmawiał z ludźmi wójta i zaraz 

zrezygnowali z pomysłu przeczesywania lepianek w poszukiwaniu czegokolwiek, co dało się 

obłożyć podatkiem.

background image

Chcieli, aby rządził nimi taki właśnie człowiek. Silny, który tak samo dobrze potrafi 

się   rozmówić,   jak   użyć   pięści.   Taki,   który   umie   odstraszyć   potężnych,   spowodować,   by 

złośliwy wieśniak robił w spodnie ze strachu, jeśli poważył się na zbyt wiele.

- W każdym razie chcę wybudować nową chatę, dużą jak dom, taką, by chorzy mogli 

tam przychodzić po pomoc, odpocząć.

Arntor zachichotał.

- Pełno tam będzie, moja droga. A jeśli obiecasz im jeszcze dodatkowo pielęgnację, to 

drzwi nie będą się zamykać, przywloką się wszystkie podniecone chłopy z całej parafii!

Amelię ogarnęła irytacja, chociaż powinna przecież  przywyknąć  już do drwiącego 

tonu Arntora, który rzadko odzywał się do niej w inny sposób.

- Ach, zamknij się wreszcie, przestań mówić o tych brudach! Widzisz chyba, że dzieci 

padają jak muchy przy byle chorobie! Widzisz, jak ludzie cierpią, gdy nie mogą liczyć na 

żadną pomoc.

Prychnął, ale kiwnął głową.

- Owszem, to prawda, ale ty nie jesteś na tyle bogata, byś mogła nasycić wszystkich na 

zawsze, Amelio. A jeśli nakarmisz tych, co są tutaj teraz, to zaraz napłynie ich dziesięć razy 

tyle. Myślałaś o tym?

Amelia zlekceważyła jego słowa, machnęła ręką.

- Wiem, że nie zdołam zbawić świata, mogę jednak pomóc tym, których nazywasz 

swoimi. Mogę i zrobię to, a ty mi w tym pomożesz, obiecałeś.

Podszedł do niej wręcz nieprzyjemnie blisko. Pochylając świeżo umytą twarz, syknął:

- Ty także coś obiecałaś, Amelio. Czy dotrzymałabyś obietnicy, gdybym wciąż miał 

siłę, by jej od ciebie wymagać?

Przełknęła ślinę. Arntor nie pozwalał jej oderwać od siebie oczu.

Nie kłamiąc, lecz z wyraźną niechęcią, odparła:

- Tak, gdybym musiała.

Wydawał się zadowolony z takiej odpowiedzi, zachichotał bezczelnie, lecz obrzydliwy 

uśmiech się zmienił, gdy z galanterią otworzył przed nią drzwi.

Amelia patrzyła, jak schodzi w stronę przystani, ledwie dawało się dostrzec sztywność 

kalekiej nogi. Widziała, jak mężczyźni odwracają się w jego stronę, ich twarze były otwarte, 

spokojne, Arntor wsunął się między nich tam, gdzie krąg się rozstąpił, dając mu miejsce.

Amelia westchnęła ciężko.

Zauważyła   kilka   kobiet,   stojących   przy   kamiennym   ogrodzeniu,   które   oddzielało 

wspólny brzeg od prywatnej ziemi.

background image

Kobiety mogły być żonami chałupników, a może służącymi z ubogich zagród. Nawet 

z daleka  jednak Amelia  widziała  ich nędzarski  herb: czerwone,  poranione  dłonie  i stopy 

noszące ślady ciężkich zim. Ruszyły teraz wolno w stronę chaty Arntora.

Amelia podniosła rękę, uśmiechnęła się do nich na powitanie. Kobiety jednak nie 

odwzajemniły uśmiechu, dopiero gdy zatrzymały się tuż przy niej, przywitały się ostrożnie i 

stanęły niepewnie z rękami spuszczonymi wzdłuż boków lub schowanymi pod płóciennymi 

fartuchami.

- Słyszałyśmy,  że być może potrzeba ci pomocy - powiedziała jedna. Mogła mieć 

około   czterdziestu   lat,   ubrana   była   w   męską   koszulę   ze   zniszczonymi   rękawami   i 

sznurowaniem przy szyi.

- Powiadają, że szukasz rąk do pracy. Mam teraz trzy dni wolne przed sianokosami - 

rzekła druga.

Amelia uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Trzecia zaś powiedziała:

- Nie mam zajęcia, nikt mnie nie chce, bo się za ciężko ruszam.

Dopiero teraz Amelia zauważyła, że kobieta jest w ciąży. Rosnący brzuch skrywała 

pod szeroką chustą zrobioną z resztek czegoś, co przypominało starą narzutę.

Amelia  zaproponowała, żeby usiadły pod ścianą. Nie mogła  ich  teraz zaprosić do 

środka, kiedy nie było ani Arntora, ani Hjordis.

Ugościła kobiety miską kwaśnego mleka. Wypiły kolejno, podziękowały. Najmłodsza 

położyła ręce na brzuchu.

- Potrzebuję pomocy i bardzo wam dziękuję. Po raz pierwszy ktoś tu przychodzi z 

dobrej woli, muszę więc zapytać dlaczego.

Tylko najmłodsza miała odpowiedź.

- Znałam kiedyś Durdei, wiem, co próbowałaś dla niej zrobić.

Amelia pochyliła się, przed oczami stanęła jej twarda, pełna goryczy kobieta, którą 

spotkała po pożarze. Pamiętała, jak raz w jej oczach wezbrała czułość. Wtedy, gdy Amelia 

dała jej nadzieję, że synek się uchowa.

- Biedna Durdei - szepnęła Amelia.

- Biedne kobiety - poprawiła ją ta w męskiej koszuli.

- Czy jesteś tak bogata, jak mówią? - spytała najstarsza z nich bez zawstydzenia.

Amelia zaskoczona zamrugała oczami, lecz w głosie kobiety nie pobrzmiewał żaden 

niebezpieczny ton.

- Moi rodzice są bogaci, nie ja, ale i też nie jestem biedna, mam tyle, że starczyłoby, 

żeby wiele zrobić... jeśli tylko będzie mi wolno.

background image

- Arntor ci na to pozwala, ale Jarle Raune nazywa cię dziwką.

- Słyszałyście coś o nim? Amelia wstrzymała oddech.

- Myślę, że wszyscy słyszymy to samo - odparła najstarsza z kobiet. - Jarle chce zająć 

chatę Arntora, jego łódź, łowiska, zlecenia.

- I kobietę - z ostrożnym wyzwaniem dodała ta z wielkim brzuchem.

Amelia wypuściła powietrze przez nos.

- Jarle Raune to tylko szczeniak i ma wokół siebie takie same szczeniaki.

Wiedziała, że to gruba przesada, ale kobiety z zadowoleniem pokiwały głowami. Jeśli 

człowiek podda się z góry, niewiele może zyskać.

Amelia bacznie się im przyglądała.

- Potraficie gotować mydło? Tkać? Wiosłować, jeśli trzeba?

Pokiwały głowami.

- Jesteście zamężne?

Ta w średnim wieku przytaknęła, ciężarna odwróciła się, najstarsza roześmiała się 

chrapliwie.

- Chłopa zawsze da się znaleźć, jeśli tylko się chce, ale żebym miała znów wychodzić 

za mąż? O, nie, dziękuję!

Ta, która miała męża przed Bogiem i światem, powiedziała:

- Mój... nie jest zdrowy, ale ma zręczne ręce, kiedy tylko krzyż chce go nosić.

Amelia   pokiwała   głową.   Tak   bardzo   uradowało   ją   to   nieoczekiwane   wsparcie,   że 

ośmieliła się nawet powiedzieć:

- Możecie uważać się za najęte. Jako zapłatę  proponuję wam tylko jedzenie, no i 

zbudujemy wam dom.

Popatrzyły na nią zaskoczone.

- Obszerny, dobry dom, z kilkoma izbami, tu, na brzegu, na tym miejscu, gdzie stała 

kiedyś lepianka Durdei. Arntor jest właścicielem pogorzeliska. - Pokazała ręką. - Długo o tym 

myślałam, to będzie dom dla kobiet i dzieci, dla tych, którzy mieszkają w nędznych szałasach 

i norach wykopanych w ziemi, dla najsłabszych.

Najstarsza z kobiet patrzyła na nią z niedowierzaniem.

- Czy to możliwe? Amelia roześmiała się.

-   Oczywiście,   teraz   wszystko   jest   możliwe.   Nakłońcie   innych,   mówcie   o   tym, 

poproście, żeby pomogli. Powiedzcie, że potrzeba nam silnych rąk, zdolnych murarzy i cieśli, 

nie   pogardzimy   drewnem   i   wszelkim   wyposażeniem.   Jeśli   dom   zostanie   wzniesiony 

niewielkim kosztem, zatroszczę się o to, by drzwi były otwarte dla wszystkich, którzy mi 

background image

pomogli.

Kobiety popatrzyły po sobie. Niezwykły pomysł, czy możliwe, by się udał?

Poderwały się szybko, policzki im teraz płonęły, czerwonymi rękami wymachiwały w 

powietrzu. Amelia patrzyła, jak biegną ścieżką z miejsca, gdzie zbierały się inne nędzarki z 

brzegu, by gotować na wspólnym palenisku i tym samym oszczędzać drewno.

Osłoniła oczy przed słońcem, dostrzegła tam czerwoną spódnicę Marii.

Nie   widziała   babki   ani   Hjordis,   odkąd   zeszły   na   brzeg.   Dwie   starsze   kobiety 

wyruszyły w stronę rzeki, żeby sprzedać przyprawioną gorzałkę przyszłym żołnierzom.

Sprzedały cztery niewielkie dzbanki, aromatyczny mocny napój kusił, lecz niewielu 

rekrutów miało szylingi, których gotowi byli się pozbyć. Maria oddała nawet jeden dzbanek 

za darmo, tak bardzo zrobiło jej się szkoda staruszka zmuszanego do wyprawy na daleką 

wojnę. Teraz, kiedy znowu przeprowadzano pobór do wojska, ochotników już nie było. Ci, na 

których ciążył obowiązek służby wojskowej, wyjechali, gospodarscy synowie się wykupili, 

ale teraz musieli albo zasilić królewską kasę kolejnymi talarami, albo też mimo wszystko 

również   wyruszyć   na   wojnę.   Na   wzgórzu   przy   rzece   przeważali   starsi   mężczyźni,   siwe 

skronie jak jasne kłębki wełny odcinały się od zielonej trawy przy wielkim namiocie. Nie 

ćwiczyli już tak dużo, czekało ich zaledwie parę dni drylu do wtóru niemieckich komend i 

czujnych spojrzeń chłopskich oficerów. Wojna przeciągała się już tak długo, że ludzie prawie 

nie pamiętali, czy życie wcześniej było łatwiejsze czy też nie. Walki wciąż trwały, rozpętało 

się   prawdziwe   piekło,   w   które   posyłano   mężczyzn   z   krwawiącego   królestwa   duńsko   - 

norweskiego,   a   także   Germanów,   Serbów,   Szwedów,   Rosjan   i   barbarzyńców   z   dalekich 

kontynentów. Mieszkańcy wiosek nad fiordem niewiele wiedzieli o wojnie, znali ją przede 

wszystkim z opowieści żołnierzy, którzy powrócili do domu. Maria zaproponowała:

- Zajrzyjmy do karczmy, wypijemy po kubku zimnego piwa!

Hjordis zmrużyła oczy.

-   To   nie   jest   moje   miejsce,   nigdy   tam   nie   chodzę.   Maria   jednak   dostrzegła,   że 

uśmiecha się nerwowo, z nadzieją.

- Ależ tak, ze mną pójdziesz.

Ręka   w   rękę   jak   rozbawione   dziewczynki   pięły   się   po   stoku   wzgórza   nad   rzeką, 

kierując się w głąb wsi ku karczmie.

Hjordis wypiła zaledwie kubek słodkiego mocnego piwa, a jej oczy już zwęziły się i 

zwilgotniały. Maria domyśliła się, że kobieta nie przywykła do takiego napitku, być może 

przykro   jej   było   także   siedzieć   tu   wśród   handlarzy,   synów   gospodarskich,   zamożnych 

podróżnych   i  przyszłych   żołnierzy.   Nawet  pastor  miał   zwyczaj  tu  zaglądać,  lubił   zasiąść 

background image

wśród ludzi jako strażnik moralności i zapiewajło w jednej i tej samej osobie.

Hjordis   prędko   rozejrzała   się   dookoła,   poznając   większość   z   obecnych.   Maria 

widziała,   że   twarz   jej   bieleje.   Niektórzy   bowiem   drętwieli   na   widok   osoby,   którą   Maria 

Meisterplass ośmieliła się ze sobą przyprowadzić. Nikt jednak nic nie powiedział, gdy kobiety 

znalazły wolne miejsce w głębi izby i postawiono przed nimi dwa kubki piwa. Szylingi Marii 

zadźwięczały   ostro   na   kamiennym   blacie   stołu,   jak   gdyby   dając   sygnał   do   ponownego 

podjęcia głośnych rozmów.

Hjordis odetchnęła z ulgą.

Wypiła łyk, potem kolejne.

Maria poczuła, że po upale panującym na zewnątrz piwo przyjemnie obmywa gardło. 

Siedzenie w tej chłodnej izbie, podczas gdy większość ludzi niemal przez całą dobę musiała 

ciężko harować, napawało cudownym spokojem.

Hjordis powiedziała znowu:

- Boję się, to nie jest moje miejsce.

Maria zrozumiała, o co jej chodzi, ledwie dostrzegalna granica pomiędzy nędzarzami z 

brzegu a mieszkańcami wsi była zawsze ściśle pilnowana, jeden z punktów niepisanej umowy 

mówił,  że  jednej  stronie  nie wolno zbliżać  się do tego,  co jest  własnością  drugiej. A  to 

właśnie zrobiła teraz Hjordis. Ale towarzyszyła jej Maria Meisterplass.

Jakiś czas później ruszyły dalej, zostawiając daleko za sobą obserwujących je z ukosa 

mężczyzn w karczmie, lecz ta mała demonstracja rozbawiła je obie. Siostrę Arntora ogarnął 

niezwykły nastrój, chichotała i śmiała się zadowolona, pokrzykiwała rozbawiona, idąc drogą i 

podśpiewując grubym głosem urywki biesiadnych pieśni.

Potem przycichła, Maria także przestała się uśmiechać, szły obok siebie w milczeniu 

w stronę chaty.

- Wejdziesz ze mną? - spytała Hjordis z nieoczekiwaną surowością.

Maria kiwnęła głową.

Zorientowała się, że tamta podjęła decyzję.

Maria podeszła do łóżka Arntora, nie było  zaścielone. Odsunęła delikatnie brudne 

koce i przysiadła na drewnianej krawędzi.

Hjordis brzęczała czymś w kącie, napiła się wody z miski.

- Chcesz?

Maria pokręciła głową.

Czekała.

Gospodyni jeszcze kilka razy okrążyła maleńką izdebkę, poprawiała sznur, na którym 

background image

wisiały ubrania, przesunęła garnek pokryty grubą szarą skorupą wokół brzegu. Powalała sobie 

przy tym ręce sadzą, nerwowo wytarła je w spódnice.

-   Myślałam   o   tym,   co   mi   powiedziałaś...   Ten   przeklęty   ból   odbiera   mi   życie. 

Naprawdę myślisz... Do diabła, Mario, czy mogłabyś mi pomóc?

Władcza kobieta osunęła się na stołek, w jednej chwili stała się jak małe dziecko, 

zakrywające twarz ręką.

Maria wiedziała, że cierpi, że ciężko jej prosić o pomoc.

Poczuła, że serce jej rośnie, współczucia, jakie miała dla Hjordis, nie stłumił brak 

wrażliwości tej prymitywnej kobiety. Ona nie była złym człowiekiem, nie, tylko twardym, 

okrutnym i egoistycznym. Maria domyślała się, że gdyby traktowano ją z szacunkiem, bez 

lęku, pokazałaby inne strony swej natury.

- Chciałabym to zrobić - powiedziała Maria. - Dziękuję ci za to, że mi ufasz.

Hjordis pociągnęła nosem.

- No cóż, ufam? Gdyby nie to przeklęte pieczenie i nieustanny ból... Wydaje mi się, że 

oszaleję, jeśli to się kiedyś nie skończy. Latem znów jest gorzej.

Maria   kiwnęła   głową,   domyślała   się,   dlaczego.   Od   Hjordis   bił   odór,   szczególnie 

wyczuwalny, gdy podeszło się do niej blisko.

- Nigdy niczego podobnego nie widziałam - powiedziała Maria cicho, nie ruszając 

nawet stojącej na stole herbatki. Dotrzymywała towarzystwa Amelii, letnia noc była bowiem 

niesłychanie piękna. Mała Hanna nakarmiona zasnęła, Randar leżał w łóżku w największej 

izbie i ciężko pochrapywał, zmęczony po całym dniu spędzonym z Hanną, lecz jednocześnie 

bardzo dumny i zadowolony.

Amelia   podniecona   rozprawiała   o   swoich   planach,   o   trzech   kobietach   i   o 

mężczyznach,   których   obiecały   przyprowadzić.   Ten   dom   stanie   jeszcze   latem,   myślała   z 

optymizmem, już jutro kupi drewno na jego budowę. Maria z początku słuchała jej cierpliwie, 

uśmiechała się i kiwała głową, uradowana dobrymi wiadomościami, przeczuwała jednak, że 

Amelia wykazuje zbytni zapał. Rzadko kiedy wszystko układa się tak łatwo, jak człowiekowi 

wydaje  się w przypływie  optymizmu.  Jednak idea wspólnego  domu dla potrzebujących  i 

chorych nie była głupia.

- Nazwę to miejsce Domem Durdei, czy to nie pięknie? Może i ona kiedyś o nim się 

dowie, może znów się spotkamy?

Maria kiwnęła głową, odsunęła od siebie kubek z naparem, Amelia wśród powodzi 

słów zdążyła już opróżnić swój.

Dopiero kiedy młoda kobieta umilkła, uznając sprawę za zakończoną na ten raz, Maria 

background image

oparła się o stół i zaczęła opowiadać.

- Nie będę cię zadręczać wszystkimi szczegółami, moja kochana, ale to są rzeczy, o 

których ty być może powinnaś również się dowiedzieć. Zetknęłaś się zapewne z kobietami, 

których ciało uszkodził poród.

Amelia przytaknęła, tego rodzaju dolegliwości to nic niezwykłego, ale też nie były 

pierwszą rzeczą, z jaką kobiety zwracały się do obcej.

- Hjordis... to cud, że w ogóle przeżyła.

- Miała dziecko? - spytała Amelia, szeroko otwierając oczy.

Maria przymknęła powieki na dłuższą chwilę, potwierdziła.

- Została zgwałcona przez kilku, używali noża i innych rzeczy, zniszczyli ją. Ach, to 

straszne, powinnam oszczędzić szczegółów takiej młodej dziewczynie, ale ty przecież i tak 

już tyle wiesz.

- Mów - z mocą prosiła Amelia.

Na jej twarzy widać było czyste zainteresowanie, ani śladu obrzydzenia czy strachu.

- Kilka miesięcy później Anna - Krestina usunęła płód, prawdopodobnie Hjordis była 

wtedy w piątym, może szóstym miesiącu.

Teraz Amelia przymknęła oczy z bólu.

- Nie wiem, co wyrządziło jej największą krzywdę,  w każdym  razie jednak przez 

wszystkie te lata całe podbrzusze było jedną wielką zakażoną, źle zagojoną raną, drogi rodne 

całkiem zarosły, ledwie się mogła pozbyć miesięcznej krwi, i rany zanieczyszczały się za 

każdym  razem, gdy musiała iść do ustępu. Niemal przez całe życie zmagała się z ropą i 

bólem, nie wiedziała, co robić, żeby utrzymać czystość w ranach, jak sprawić, by zaczęły się 

goić.

Amelia z trudem przełknęła ślinę.

- Co zrobiłaś?

Maria już nie skrywała dumy.

- Napoiłam ją wódką i rozcięłam.

Amelia szeroko otworzyła usta. Maria krótko i beznamiętnie opisała operację.

- Była prawie nieprzytomna, ale i tak bałam się, że nie zniesie bólu. Hjordis jednak 

jest twarda, wykrztusiła tylko coś o kawałku drewna, na którym mogłaby zacisnąć zęby. Gdy 

go dostała, leżała cicho i wpatrywała się w sufit, nawet się nie krzywiąc, widać było, że ból 

dla niej to nie pierwszyzna.

W   głosie   Marii   słychać   było   teraz   szacunek   pomieszany   ze   smutkiem   nad   losem 

Hjordis.

background image

- Potem ją zeszyłam, wygotowałam jej własną smołowaną nitkę. Zauważyłaś chyba, 

że   zaopatrzyłam   się   także   w   część   twoich   rzeczy,   miałam   liście   bobrka   zebrane   jeszcze 

wiosną, lebiodkę i podbiał, wzięłam też trochę twojego proszku z kasztanów, bo wydaje mi 

się, że nie zaszkodzi go dodać.

Amelia uśmiechnęła się zadowolona.

- Tak, to pomaga na ropę, ale czy udało ci się porządnie oczyścić rany? Wiem, że 

niekiedy używa się kwaśnego mleka do takich płukanek, to dobrze robi szczególnie, kiedy 

kobiety nie mają już okresu.

Maria kiwnęła  głową, w  jej oczach zabłysło  uznanie. Wnuczka  wiedziała  o wielu 

sprawach, o których zwyczajna osiemnastolatka nawet by nie pomyślała.

-   Miałam   też   ze   sobą   coś,   czego   zapewne   nigdy   wcześniej   nie   widziałaś.   Pewną 

przyprawę, sporządza się ją ze specjalnej rośliny, która nie rośnie u nas. Wydaje mi się, że i z 

Kopenhagi nie udałoby ci się jej sprowadzić. Jej sok trzeba ugotować z orzechami pewnych 

wielkich drzew, ta mieszanka używana jest do oczyszczania kobiet po porodzie. Nigdy nie 

spotkałam się z żadnym zatruciem czy zakażeniem po takiej kuracji, ale po raz pierwszy 

wypróbowałam to na kimś tutaj...

Amelia bardzo chciała zapytać o więcej, dowiedzieć się, gdzie rosną takie drzewa, 

skąd   babka   czerpie   takie   niezwykłe   wiadomości,   chciała   się   dowiedzieć...   lecz   się   nie 

odważyła.   Dopiero   w   dniu,   kiedy   będzie   szczęśliwa,   wtedy   z   błogosławieństwem   babki 

wyjmie księgi i ugasi płomyk ciekawości.

- Pójdziesz do niej jutro? Maria kiwnęła głową.

- Ale ty będziesz musiała tu zostać, przyjdą kosiarze i Randar nie będzie mieć czasu, 

by być niańką do dziecka.

Amelia już chciała zaprotestować, zamierzała przecież obejść tartaki i kupić drewno 

na dom Durdei. To jednak będzie musiało zaczekać. Hjordis była ważniejsza.

- Niech Bóg cię błogosławi, Mario. Do diabła, naprawdę jesteś czarownicą!

Maria uśmiechnęła się krzywo, Amelia wiedziała, jak bardzo babka nie lubi takich 

słów. Hjordis jednak klasnęła w ręce i nie mogła powstrzymać się od okrzyku. Mieszając 

błogosławieństwa z przekleństwami, wychwalała wyczyn Marii.

-   To   niesłychane,   przestało   tak   boleć,   to   nieprawdopodobne,   Mario.   Skąd   ty   to 

umiesz? Gdzie się nauczyłaś tak prowadzić nóż, ty balwierzu w spódnicy?

- Dobrze, że się lepiej czujesz - odpowiedziała Maria wręcz onieśmielona.

Hjordis śmiała się głośno. Oczy patrzyły bystro, policzki się zaróżowiły, nigdy jeszcze 

nie widziały jej w tak dobrym humorze.

background image

Amelia spytała delikatnie, czy rany nie są wciąż obolałe.

Hjordis prychnęła.

- Ech, pewnie że są ale niech mnie diabeł porwie, czuję, że się goją! Swędzi mnie tak, 

że nie mogę w miejscu wysiedzieć, jakbym była na sianie z jakimś łotrem, cała w nasionach 

traw.

Odrzuciła   głowę   i   śmiała   się   szczęśliwa.   Amelia   i   Maria   popatrzyły   na   siebie   z 

uśmiechem, siostra Arntora była tego dnia taka niezwykła.

Zebrały się  wokół  małej  Hanny,  Hjordis  wciąż  do oczu napływały  łzy,  gdy brała 

dziecko na ręce.

- I ciebie niech Bóg błogosławi, maleńka niewinności, masz wspaniałe kobiety,  w 

których ślady będziesz mogła pójść.

Amelia   czuła,   jak   wzbiera   w   niej   duma,   wiedziała,   że   to   prawda,   ale   Hanna 

wymachiwała rączkami w stronę Hjordis, szaroniebieskie oczka pociemniały z gniewu, że 

nikt   jej   nie   podnosi.   Amelia   widziała,   że   potrafiły   gniewnie   błysnąć,   kiedy   dziecko   nie 

dostawało tego, co chciało. W takich chwilach Amelia otaczała się murem, nie dopuszczała 

do siebie myśli i strachu, który zdradziecko podpełzał: Hanna była podobna do Marji, miała 

temperament, który sprawiał, że już potrafiła rządzić całą rodziną.

Muszę nauczyć jej niejednego o ostrożności i pokorze, obiecywała sobie Amelia w 

duchu.

Nagle drzwi otwarły się, mocno szarpnięte, nie usłyszały wcześniej kroków Arntora, 

zbyt   zajęte   pogaduszkami   przy   karmiącej   Amelii.   On   zaś   dosłownie   wpadł   na   nie, 

wrzeszcząc:

- Piekło się rozpętało!

Stał zdyszany w drzwiach i patrzył na kobiety oczami, z których biła dzikość, pierś 

pracowała jak miech kowalski, gwałtownie wyrzucał z siebie słowa:

- Teraz, do stu diabłów, już za wiele! Ten szczeniak Raune dostanie za swoje!

Zatrzasnął drzwi, kobiety stały jak słupy soli, w milczeniu patrząc na rozgniewanego 

mężczyznę.

- Czego tak wrzeszczysz? - spytała Hjordis. Łagodność, jaką napełniała ją bliskość 

dziecka, zniknęła jak roztańczona mgła, którą rozwiewa południowy wiatr.

- Zniszczył moje sieci, ten szatan, ukradł też ryby z mojego łowiska... i to na oczach 

wszystkich!

Hjordis zaczęła wyklinać, najpierw na Raunego i jego bezczelną kradzież, wreszcie 

jednak dostało się i Arntorowi.

background image

- Psiakrew, nic dziwnego, że tacy gówniarze cię prowokują, bo co z ciebie za chłop! 

Chodzisz jak panisko, odkąd wstałeś z łóżka, i wydaje ci się, że wszystko jest jak przedtem. 

Nie wiesz, że musiałam walczyć, imać się różnych sztuczek, nie pojmujesz, że chwasty trzeba 

wyrwać, zanim urosną? Może być już za późno, tchórzliwy gnoju! A teraz, do pioruna, ruszaj, 

zbierz   mężczyzn   i   pokaż   temu   szczeniakowi,   żeby   przestał   wreszcie   za   dużo   sobie 

wyobrażać!

Arntor z rozdziawioną gębą kiwał głową, a siostra krążyła wokół niego jak wielki 

rozwścieczony bąk, wykrzykując pełne goryczy słowa.

Wreszcie jednak Arntor miał dość, uderzenie trafiło Hjordis prosto w twarz, policzek 

zabrzmiał ostro.

Rodzeństwo całkiem znieruchomiało, spoglądali tylko na siebie ze złością. Spojrzenie 

Arntora przeraziło Amelię, już kiedyś patrzył tak na nią.

W końcu jednak, o dziwo, na twarz Hjordis wypełzł uśmiech.

- Zamknij się, babo...

Arntor powiedział to szeptem, lecz w nieprzyjemnych słowach, ku zdumieniu Marii i 

Amelii, dało się wychwycić coś jakby serdeczność.

Hjordis uśmiechnęła się szerzej, nie zrobiła nic, co by wskazywało na to, że odda. 

Przeciwnie, rysy, napięte przy wybuchu wściekłości, teraz złagodniały.

-   Doskonale,   Arntorze,   widać   nie   zapomniałeś,   jak   traktować   kobiety   i 

młodzieniaszków, jeśli zbytnio rozpuszczą jęzory.

Pomiędzy rodzeństwem działo się coś niepojętego. Maria domyślała się, że w ciągu 

tych krótkich minut w pełni ukazał się światu wzajemny związek obojga. Oni się kochali, 

wyrośli jednak z twardego korzenia, a miłość może objawiać się na wiele najdziwniejszych 

sposobów.

Jak na dane hasło zarówno Arntor, jak i Hjordis odwrócili się do wystraszonych gości 

siedzących na ławie.

- Dość już tego, pora, by Jarle Raune dostał porządną nauczkę! Inaczej czeka nas 

wieczna walka, a ludzie nie wiedzą już, komu mają wierzyć.

Amelia szepnęła:

-   Bądź   ostrożny...   Potrzebujemy   cię.   Usłyszały   jeszcze   zza   drzwi   butny   śmiech 

Arntora, wiedziały jednak, że szczerą prośbę Amelii weźmie sobie głęboko do serca.

background image

ROZDZIAŁ IX

Ârdal, w lutym

Wędrowała   ścieżką   wiodącą   obok   magazynów   ze   zbożem,   należących   do   kupca, 

okrążyła wielką brzozę rosnącą na Kveldsstoltunet i ruszyła dalej wśród gęstwiny pokrzyw, 

ciernistych krzaków i komosy. Szła zgarbiona, jak gdyby z całych sił próbowała stać się jak 

najmniejsza, niewidzialna. Z daleka można ją było wziąć za staruszkę, owinęła się bowiem 

wielką szarą chustą, którą niemal zamiatała ziemię, kiedy kulejąc posuwała się do przodu.

Synneva Urhaugplassen zerknęła przez ramię, wydawało jej się, że słyszy kroki, jakieś 

głosy.

Czyżby ktoś za nią szedł?

Może   gospodarz   skradał   się   gdzieś   z   tyłu,   gotów   rzucić   się   na   nią   i   zaciągnąć   z 

powrotem?

Przyspieszyła,  w płucach jej teraz świszczało. Chude ręce zacisnęły się mocno  na 

jedynych rzeczach, które do niej należały na niedzielnej sukience, grzebieniu z rogu, starym 

cynowym świeczniku i dwóch suchych kawałkach żytniego chleba. Przy piersi, wszyte w tani 

stanik sukni, miała cztery szylingi. Gospodarz był jej winien cztery talary, lecz nawet za taką 

cenę nie chciała zawracać.

Zaczynało się już ściemniać, czuła, że zimowy chłód tej nocy mocno da jej się we 

znaki.   Musi  znaleźć   sobie  jakieś   schronienie.  Postanowiła   dotrzeć   aż  do  przystani,  może 

najmie się na służbę u kogoś, kto się tam kręci.

Ale to dopiero jutro, tej nocy musi jeszcze radzić sobie sama.

Wiedziała, że za zagajnikiem leży zagroda gospodarza z Sagahuag. Powiadano, że jest 

sprawiedliwym  człowiekiem,  że żyje  tak jak nakazuje Pismo.  Może on okaże jej łaskę i 

pozwoli przespać się na stryszku obórki dla owiec? Ciepło bijące od zwierząt sprawi, że 

przynajmniej nie zamarznie na śmierć.

Ale   z   zagrody   przegnano   ją   bez   wahania,   wieśniaczka   z   głośnym   krzykiem 

oświadczyła, że nawet tu dotarły wieści, jaka to z niej ladacznica. Nie ma czego szukać w 

domu   sprawiedliwych,   porządnych   ludzi   i   błagać   o   pomoc,   skoro   postępowała   nie   po 

chrześcijańsku i ściągnęła na siebie taki wstyd. Nic dziwnego, że teraz nikt nie chce przyjąć 

jej pod swój dach.

Synneva   przerażona   uciekła   stamtąd,   potknęła   się   zniekształconą   stopą,   upadła, 

wypuściła  z ręki swój węzełek, zabrudziła  niedzielną  sukienkę. Podniosła się jednak, nie 

zwracając uwagi na błoto, kląskające wokół bosej nogi, i znów rzuciła się do ucieczki.

background image

Szlochała teraz cicho, ból po upadku i bezradność zaczynały brać górę. Biegła po 

ciemku,   dobywając   resztek   sił.   Zataczała   się   jak   postrzelony   ptak   między   krzakami, 

kamieniami i ciemnymi zagrodami.

Nikogo nie znała.

Przez cztery lata służby u gospodarza rzadko wypuszczała się poza zagrodę. Widziała, 

jak inne dziewczyny służące, trzymając się pod ręce, idą do kościoła. Ona przemykała się pod 

płotami, skradała za innymi prowadzącą do świątyni drogą. Trzymała się z tyłu, nie chciała, 

by ktoś patrzył, jak porusza się charakterystycznym, podskakującym krokiem.

Ta   noga   nigdy   nie   była   sprawna,   z   taką   już   się   urodziła.   Większa   od   zdrowej   i 

wykręcona, nie pasował na nią żaden but. Obwiązywała ją na ogół szmatami albo pasami z 

podartego  worka,  a raz jakiś  życzliwy  wędrowny rymarz  dorobił  jej  do tych  łachmanów 

podeszwę. Gdy się zniszczyła, Synneva sama przycięła skrawki świńskiej skóry, zszyła je, 

przeciągając   nasmołowaną   nić   przez   dziurki   zrobione   rozżarzonym   w   ogniu   żelaznym 

ćwiekiem. Podeszwa nie była taka dobra jak poprzednia, lecz i tak lepsza niż same gałgany, 

ale noga wciąż była sinoczerwona, a w chłodniejsze dni bolała jak opętana.

Teraz też.

Już wkrótce nie zniesie więcej.

Chcę umrzeć.

Położę   się   tutaj,   na   resztkach   śniegu,   przy   tamtym   starym   płocie.   Nikt   mnie   nie  

znajdzie, przynajmniej przed jutrem. A jeśli tylko zrobi się choć trochę chłodniej, zamarznę  

na śmierć.

Ta myśl była tak cudownie prosta.

Mimo   to   czuła,   że   chłód,   ból   i   gorycz,   jaką   odczuwała   wobec   obcej   gospodyni, 

utrzymają ją przy życiu. Dopóki bowiem szarpały nią rzeczywiste uczucia, te inne, groźne, 

nie zostaną dopuszczone do głosu.

Synneva nie ustawała, brnęła naprzód.

Zasnęła dopiero wówczas, gdy znalazła coś na kształt schronienia w jakiejś szopie tuż 

przy przystani. Na wodzie kołysały się łodzie, niektóre przeznaczone do połowów, inne do 

transportu.   Wilgotny   wiatr   hulał   po   pozbawionym   drzwi   pustym   składzie,   podłogi   nie 

wysypano   tu   trocinami.   Ułożyła   się   na   kilku   starych   deskach,   które   kiedyś   służyły   jako 

skrzynki na ryby.

Wśród opustoszałych budynków zapadła teraz kompletna cisza. Żaden człowiek nie 

będzie tu niczego szukał po nocy. Nawet z karczmy położonej o kilka koków od Ystebryggen 

nie dochodziły żadne dźwięki. Podwórze wyludniło się, z wyszynku nie słychać było żadnych 

background image

głosów.

Przypomniała sobie wtedy, że jest przecież niedziela.

Kościelne   dzwony   rozdzwoniły   się   akurat   wtedy,   gdy   brutalnie   ją   wyrzucono, 

przeklęto, skazano na śmierć. Wciąż czuła pieczenie między nogami i ślady pozostawione 

przez twarde ręce, wolała jednak użalać się nad bolącą stopą i otarciami, których się nabawiła 

przy upadku.

Młody człowiek patrzył, jak ogień pali się przytulnym blaskiem, jak kusi. Wyciągnął 

się na wąskiej ławie, poczuł ciepło ogarniające mu twarz drobnymi przyjemnymi ukłuciami.

Leżał na brzuchu, brodę oparł na rękach jak dziecko i spokojnie obserwował w taniec 

płomieni, a oczy robiły mu się coraz bardziej zamglone. Długie włosy spływały na plecy, 

każda dziewczyna mogłaby mu zazdrościć loków, połyskujących w czerwonawym świetle 

paleniska. Ale nic poza tym w jego szczupłym, sprężystym ciele nie przywodziło na myśl 

kobiecości.

Twarz   miał   teraz   nieprzeniknioną.   Była   to   ładna   twarz,   w   rysach   zachowały   się 

jeszcze   ślady  dzieciństwa,   ale   wzdłuż   policzków   i   nad   ustami   ostatnio   pojawił   się   jasny 

zarost, chłopak sam czuł, że tej zimy wszedł w dorosłość.

W bolesną, pełną goryczy dorosłość.

Powrócił do chaty,  w której  tak niedawno dziecko ocierało  zroszone potem czoło 

matki,   pocieszało  ją na  łożu  boleści.   Wrócił  do  izby,   w  której  tak   długo cierpiała   przed 

śmiercią. Jej rzeczy zniknęły, rozchwiane meble z pieńków na pewno trafiły jako opałowe 

drewno na czyjeś palenisko.

Ale   chata   jeszcze   stała.   Własnoręcznie   podparł   ją   belkami   tam,   gdzie   tego   było 

potrzeba, uszczelnił dach torfem.

Z początku nie uwierzono mu, gdy zjawił się we dworze i oświadczył, że chce odkupić 

nędzną   chałupę.   Zauważył,   że   gospodarz   spojrzeniem   ocenia   jego   ubranie.   Dopiero   po 

namyśle poprosił, żeby Bendik opowiedział, co się z nim działo.

Wkrótce cała wioska znała już tę historię.

Dzieciak  chałupniczki,  ten bękart,  ten  Bendik, z którym  nikt  nigdy się nie  liczył, 

powrócił. Zjawił się w rodzinnej wiosce jako bogacz. Ludzie zaczęli gadać, niektórzy widzieli 

u niego złoty pierścień, inni słyszeli, że jego zamożny ojciec poprzysiągł zemstę. Jeszcze inni 

byli zdania, że to wszystko zmyślone historie i że ubogi chłopak nie mógł wejść w posiadanie 

takiego bogactwa w uczciwy sposób.

Gdy odkupił chatę, dla której zamęczyła się matka, pierś rozsadzało mu uczucie dumy. 

Nie   zaglądał   do   niej   po   powrocie   do   wioski,   omijał   znajome   trakty,   postanowił,   że   nie 

background image

przekroczy progów tej chaty, dopóki nie stanie się jej właścicielem.

Był wolny.

Miał dość pieniędzy, by wykosztować się na taki triumf.

Skoro już tak się stało, że ogień nie chciał strawić tego żałosnego przybytku, widać 

był jakiś sens w tym, że chata czekała na niego.

Ledwie przekroczył próg, stanął zaskoczony, zauważył ruinę. Czy naprawdę było tutaj 

tak straszliwie nędznie?

Czy naprawdę minął zaledwie rok, odkąd opuścił to wszystko?

Tylko   rok   od   chwili,   gdy   matka   się   poddała   i   zdradziła   dorastającemu   synowi 

tajemnicę swego życia?

Miał osiemnaście lat w chwili jej śmierci. Teraz skończył już dziewiętnaście.

W głębi serca jednak czuł się jak starzec, który żył już stanowczo zbyt długo i zaznał 

zbyt wiele bólu. Czy kiedykolwiek był dzieckiem?

Ależ tak, oczywiście.

Miał   również   jasne   wspomnienia,   zachował   obraz   uśmiechniętej   matki,   późnych 

wiosennych wieczorów, kiedy to rozbrzmiewał jej śmiech i niepewne dźwięki jego fujarki.

Wciąż leżał na brzuchu, ale choć zamknął oczy, w jakiś sposób nadal widział zabawę 

płomieni. Pod powiekami migotało, płonęło.

Tak strasznie za nią tęsknił.

Tęsknił za nią i przeklinał ją.

Gdyby nie wyznała mu, kto jest jego ojcem, gdyby nie nakłoniła do wyruszenia do 

Lyster... Wtedy nie spotkałby tej dziewczyny w stroju służącej, która powiedziała mu, że 

nazywa   się   Milla.   Nie   pozwoliłby   tej   dziewczynie   dotrzeć   do   najgłębszych   zakamarków 

serca, nie byłoby tego nieba, za którym teraz tak tęsknił.

A przede wszystkim nie musiałby dźwigać śmiertelnego grzechu.

Twarz Bendika ściągnęła się w nagłym bólu, na jego czole pojawiły się zmarszczki, 

głębokie bruzdy zmęczenia, które nie powinny szpecić tak młodego człowieka.

Jego siostra.

Połączył się z nią w najbardziej zakazany sposób.

Wciąż tak dobrze pamiętał, jak smakowały jej wargi, cała dziewczyna miała smak lata, 

pachnących kwiatów i pięknej, przepięknej namiętności.

Amelia Oppdal, córka jego ojca.

Na Boga, jakże los ich oszukał!

Bóg Amelii nie okazał łaski.

background image

Ledwie jej uwierzył, gdy śmiertelnie blada zdradziła mu prawdę.

Było   to   dzień   po   tym,   jak   wreszcie   zebrał   się   na   odwagę   i   poszedł   do   Wdowiej 

Zagrody wyznać Karlowi Oppdalowi, kim jest.

Bendik odetchnął boleśnie, ręce mu zdrętwiały, położył głowę wprost na wypchanym 

słomą   sienniku.   Zmusił   się   do   otwarcia   oczu,   wiedział,   że   w   ten   sposób   może   zdoła 

odepchnąć od siebie niebezpieczne obrazy.

Pozwolił oczom błądzić po izbie.

Krzywe   belki   w   suficie   z   żelaznymi   hakami   do   zawieszania   kociołków   nad 

paleniskiem. Wąska półka, pusta.

Coś w rodzaju stołu, w każdym razie pniak z drewnianym blatem.

Krzesło, które kupił od gospodarza, pięknie rzeźbione, lecz z jedną nogą nadjedzoną 

przez korniki, przez to kulawe.

Spodobało mu się to krzesło.

Teraz jednak widział, że nie pasuje do tego wnętrza.

Bendik spodziewał się, że odnajdzie tu coś na kształt spokoju.

Dlatego właśnie wrócił.

Zrozpaczony leżał, czując, jak mięśnie mu drętwieją, czekał, aż świadomość, że jest 

właścicielem tej chaty, napełni go oczekiwanym poczuciem bezpieczeństwa i radości.

Tymczasem był tylko ból.

I zaledwie odrobina triumfu.

Po   drodze   spotkał   jednego   ze   swych   rówieśników.   Chłopak   przywitał   go   ze   źle 

skrywanymi wyrzutami sumienia i czymś, co przypominało lęk. Bendik zobaczył, że dłoń 

przy czapce zwija się w  pięść, taką samą  pięść jak ta, która tyle  razy wcześniej  rzucała 

kamieniami za nim, za bękartem.

- Słyszałem, żeś się wzbogacił - powiedział chłopak.

Bendik tylko popatrzył na niego badawczo, jak gdyby w twarzy obcego szukał znaku 

przypominającego przeprosiny.  Najbliższa temu, co znalazł, była niepewność. Spuszczony 

wzrok, wilgotniejąca w rękach czapka...

Pożegnał się, nie dopuszczając do głosu żadnych uczuć.

Nie miało to dla niego żadnego znaczenia.

Ale ze względu na matkę chciał zobaczyć, jak ludzie przyjmują wiadomość, że Bendik 

nie jest już biedakiem pozbawionym ojca.

Wiedział,   że   wieści   prędko   się   rozchodzą.   Sam   dołożył   niejedno   słowo,   by   je 

podtrzymać.

background image

Wrócił do domu tuż po Bożym Narodzeniu. Cudem było, że wciąż zachował swój 

spadek, bo mężczyźni, do których się przyłączył na te miesiące, nie zaliczali się do takich, co 

to pozwolą, by bogactwo pozostało nietknięte. Przez całą jesień krążyli po okolicy, Bendik 

najlepiej   zapamiętał   z   tego   czasu   wielkie   dzbany   wódki   i   głośny   śmiech,   gdy   jakaś 

dziewczyna odwiedzała posłanie najemnych pracowników w stodole albo w szopie, w której 

sypiali. Przenosili się z zagrody do zagrody, grupka mężczyzn żyjąca z pracy własnych rąk 

tam,   gdzie   mogły   się   do   czegoś   przydać.   Jeden   z   nich   był   kowalem,   wprawionym   w 

wykuwaniu zawiasów ozdobionych pięknymi różami i rozmaitymi wzorami. W dodatku nikt 

lepiej niż on nie potrafił zreperować zniszczonych garnków i uchwytów. Kowal był wysoki, 

wysmukły, miał wielkie ręce i twarz, w którą kobiety zwykle wpatrywały się o kilka sekund 

za długo. Przychodziły często, by przypatrzeć się jego pracy, i to parę razy w ciągu dnia, a 

gdy ta piątka pojawiała się we wsi, gospodynie prędko zamykały córki w domach.

Bendik   nie   znał   się   na   kowalstwie,   nie   potrafił   też   przycinać   kopyt   ani   rogów 

zwierzętom tak jak Mons. Nie umiał łatać butów jak Magnar ani prowadzić pędzla równie 

pewną dłonią jak pochodzący z Hallingdal Torgny, który nigdy nie trzeźwiał.

Poznał się z tymi mężczyznami, gdy znaleźli go nieprzytomnego w rowie tuż ponad 

Dosen.   Kiedy   doszedł   do   siebie,   ujrzał   cztery   zarośnięte   twarze;   śmiały   się,   lecz   w 

błyszczących oczach widniało zaniepokojenie. Ogarnął go ostry zapach wódki, wystraszył się 

z początku, lecz oni najwyraźniej nie chcieli mu wyrządzić żadnej krzywdy. Wiedział, że stać 

go   teraz   na   zwrócenie   zadatku,   jaki   dostał   od   chłopa.   Że   może   mieć   swobodę,   może 

przyłączyć się do tych, którzy nigdzie nie mają korzeni. Czterej z pozoru obojętni mężczyźni 

przyjęli   go  do   siebie,   jak  gdyby   był   ich   synem   lub   jakimś   nieszczęśnikiem,   nad   którym 

sprawowali opiekę za godziwą zapłatę. Odpoczywał z nimi, pił ich gorzałkę, gdy ból zanadto 

mu dokuczał, i czuł potrząsające nim twarde ręce kowala, gdy żałość doprowadzała go do 

krawędzi szaleństwa i rozpaczy z powodu strasznych czynów, których się dopuścił.

Dni płynęły jak zły sen, pragnął uciec z tej wioski, nigdy więcej na oczy nie chciał 

oglądać Wdowiej Zagrody. To, co wyznała mu Amelia, zniszczyło samo jądro jego życia. 

Właściwie już przestał żyć. Kiedy się pożegnali, czuł, jak pęka ostatnia struna.

Chciał uciec, dobrze, że ci czterej zrobili już swoje w tej wiosce i jeszcze przed latem 

chcieli wyprawić się gdzie indziej. Musieli znaleźć sobie jakieś miejsce na zimę, a to zawsze 

było łatwiejsze z dzbanami gorzałki na wózku i kieszeniami pełnymi zarobionych pieniędzy.

Bendik prosił, by zaczekali na niego koło dębu na rozstajach w Nes; miał jeszcze coś 

do   załatwienia   przed   wyruszeniem   w   drogę.   Wzdragał   się   na   myśl   o   ponownych 

odwiedzinach we Wdowiej Zagrodzie, wydawało mu się, że natychmiast poznają, w jakim 

background image

koszmarze żyje. Wiedział, że będą się dziwić, lecz niczego się nie dowiedzą.

Nikomu nie mógł zdradzić strasznej prawdy, musiał iść do niedawno poznanego ojca i 

kłamać, musiał się pożegnać, okazać mu szacunek, skoro tak dobrze przyjął obcego syna. 

Jego żona, Marja, również okazywała mu życzliwość. Pamiętał jej bystro patrzące oczy i 

burzę czarnych włosów. To niezwykła osoba.

Taka jak córka?

Nie, zupełnie inna.

Okazali  mu  taką dobroć, sprawiali  wrażenie  zaskoczonych,  niemal  wstrząśniętych, 

gdy powiedział, że wkrótce musi stąd wyruszyć i raczej już nigdy nie wróci. Że nie ma siły, 

bo tyle jest...

Wreszcie zrozumieli, że wygania go stąd poważna sprawa. Nie pytali, widział jednak 

strach na ich twarzach.

Podziękował im za to, że podarowali mu prawdę, za to, że mu uwierzyli i że uczcili 

pamięć   Ellinor,   wstydząc  się  popełnionej  wobec  niej  zdrady.  Bendik  nie  obwiniał   Karla, 

wiedział już, że ten mężczyzna nigdy nie miał zamiaru zdradzić matki Gdy jednak człowiek 

jest młody, prędko stara się pozbyć ciężaru, a dziewczyna, którą spotkał podczas pierwszej 

podróży poza granice wioski, zmieniła się w piękne wspomnienie, gdy rzeczywistość otuliła 

szarym płaszczem tamtą czarodziejską letnią noc. Karl powiedział mu, że gdyby wiedział o 

skutkach tamtego spotkania, nie uciekłby od odpowiedzialności. Mówił to bez wahania, lecz 

Bendik mu wierzył. Karl nie był z tych, co tchórzą, nie uganiał się za dziewczynami, łamiąc 

im   życie   i   zostawiając   własnemu   losowi.   Wtedy   był   tak   niedorosły,   co   najmniej   równie 

naiwny i niewinny jak dziewczyna, z którą dzielił pierwszą miłość.

Bendik   niczego   już   nie   oczekiwał,   zdobycie   domu   i   ziemi   przestało   już   mieć 

znaczenie. Na cóż mu to, kiedy Amelii nie ma? Nie przyda jej się jego pot i harówka, nie 

będzie musiał jej utrzymywać. Dlatego oniemiał, gdy Karl przyniósł mu sto talarów w srebrze 

i jakiś papier wartościowy. Mężczyzna miał łzy w oczach.

- Na podwórzu stoi koń z uprzężą, najlepszy, jakiego mam. Jest teraz twój. Myślałem, 

że będzie mógł stać w naszej stajni... że poczujesz się tutaj jak w domu...

Mrugał gwałtownie.

- Chciałbym, żebyś został... tu, u nas... ja...

Głos mu się załamał, Bendik zobaczył, że odważnie pokazuje swoje łzy.

To silny mężczyzna, skoro potrafi otwarcie płakać.

Objął Karla, czuł, że ojciec coraz mocniej przygarnia go do siebie.

-   Dostaniesz   coś   w   rodzaju   spadku   po   ojcu,   przynajmniej   to   możemy   ci 

background image

zaproponować. Jesteś synem, z którego byłbym... jestem... dumny.

Bendik   nie   był   w   stanie   odpowiedzieć,   gardło   miał   jak   zasznurowane,   język 

zdrętwiały. Wiedział jednak, że oni to rozumieją.

W sercu go ścisnęło. A gdyby ci dobrzy ludzie dowiedzieli się, jak strasznie zhańbił 

ich córkę?

On, który nie domyślał się, kim jest ta dziewczyna.

Nie podarowaliby mu wtedy tej fortuny i nie okrasiliby jej błogosławieństwem. Karl 

Oppdal własnymi rękami skręciłby mu kark, bo wprawdzie wyraźnie dało się zauważyć jego 

troskę o piękną żonę, to jednak przewyższało ją pełne oddanie dla córki. Już sam dźwięk 

imienia Amelii potrafił zapalić szczególne światło w oczach tego dojrzałego mężczyzny.

Pani rzekła miękkim głosem:

- Zawsze możesz tu wrócić, kiedy przegnasz już demony,  które najwidoczniej nie 

przestają cię dręczyć... Kiedy odnajdziesz spokój.

Karl skinął głową, objął żonę.

- Wiedz, że masz tutaj dom - dodał. - Nie będziemy cię wypytywać. Wiemy, że musisz 

mieć powody do wyjazdu. Przyszedłeś tutaj, niczego nie żądając, Bendiku, dlatego wiemy, z 

jakiej   gliny   jesteś   ulepiony.   Jesteś   taki   sam   jak   nasza   córka   i   syn,   których   znaliśmy   i 

kochaliśmy tak mocno.

Ledwie zdołał wydusić z siebie słowa.

-   Pozdrówcie   moją   siostrę   Amelię...   i   Karla   Martina.   Szkoda,   że   nigdy   ich   nie 

spotkałem...

Karl i Marja z troską pokiwali głowami.

- Oni by cię pokochali - stwierdziła kobieta. Wtedy Bendik odwrócił się gwałtownie, 

ukrył twarz, nie potrafił zrobić już nic więcej, jak tylko odejść. Bał się tego, co ta niezwykła 

kobieta może wyczytać w jego twarzy.

Jutro pójdzie poszukać kamienia na grób matki. Nawet gdyby miało go to kosztować 

przeważającą część talarów z sakiewki Karla, pokaże wsi, ile warta była Ellinor. Będzie miała 

pomnik   jak   gospodyni   ze   dworu,   piękniejszy   niż   dumne   marmurowe   kolumny   grobowca 

rodziny lensmana, lepszy niż żelazny krzyż starego pastora!

Sam wybierze materiał.

Jutro.

Bendik znów przymknął oczy, pragnął wywołać obraz uśmiechniętej twarzy matki, 

ścigał go w pamięci, szukał w myślach, zmusił, by się ukazał i przytrzymał go, podczas gdy 

ręce zaciskały się na grubej narzucie, którą utkała kiedyś własnymi rękami.

background image

Gospodarz zażądał za nią całego talara.

Bendik rzucił na stół dwa i wyszedł bez słowa.

Pastor stał czarny, potężny i wygłaszał kazanie. Nabożeństwo w trzecią niedzielę po 

Wielkanocy dobiegało końca. Był kwiecień, z dachów skapywały na ziemię ostatnie resztki 

lodu. W wiosce na samym dole na polach zaczynało już kiełkować, lecz nieco wyżej, wśród 

szczytów, czarne pola okrywał jeszcze twardo ubity śnieg. Wieśniacy posypywali  białego 

wroga popiołem, zmuszając słońce, by prażyło mocniej i prędzej wyganiało zimową pokrywę. 

Z zapałem rozłupywali lód, pragnęli jak najszybciej oczyścić ziemię, bo tu, w głębi fiordu, 

lato i tak zawsze bywało za krótkie. W kotle między szczytami kładła się lepka zimna mgła, a 

mimo to w ten jasny, słoneczny dzień żadna wieś nie wydawała im się piękniejsza.

Bendik widział to.

Jakie wysokie i dumne są strome zbocza! Sprawiały złudzenie ścian wznoszącego się 

od wieków bezpiecznego schronienia, jednocześnie jednak same stanowiły zagrożenie, bo 

każdej wiosny z góry osuwały się dzikie  kamienne  lawiny,  a niekiedy zlatywały wielkie 

odłamki skał. Ludzie znali duszę gór i wznosili swoje siedziby tam, gdzie uważali, że są 

bezpieczni. Kiedyś mieszkali także na równinie nad fiordem, w głębi zatoki, tuż nad rzeką. 

Było to najbardziej otwarte miejsce, jakie dało się tu znaleźć, oddalone od stromych zboczy 

po obu stronach.

Lecz góry ich oszukały.

Zesłały   skałę   tak   wielką   i   ciężką,   że   woda   nie   zdołała   jej   pochłonąć.   Z   morza 

zdającego się nie mieć dna podniosły się wielkie fale, stale rosnąc, przetoczyły się przez ląd i 

ludzkie siedziby.

Nikt więcej już tam się nie budował.

Tylko łodzie kołysały się przy brzegu, a na szczątkach pozostawionych  przez fale 

powodzi stały proste szopy, wykorzystywane podczas najgorętszych targowych tygodni.

Właścicielem   większości   z   nich   był   pewien   szyper,   mieszkał   tu   jedynie   podczas 

wiosennego targu i jesienią, gdy przepędzano bydło. Dlatego uboga dziewczyna mogła się tu 

skryć do czasu, aż głód zmusi ją do ponownego wyjścia do ludzi.

To o niej prawił teraz pastor.

Stał   na   schodach,   trzymając   w   ręku   papiery,   w   peruce,   która   czyniła   go   jeszcze 

wyższym i potężniejszym.

Żebraczkę   skazano   na   wstyd,   tę   niedzielę   i   jeszcze   dwie   następne   miała   spędzić 

zamknięta w gąsiorze, później zaś przez pięć lat miała służyć, by móc zapłacić grzywnę, jaką 

jej zasądzono za nierząd. Niewiele pomagało, że jej były gospodarz również musiał zapłacić 

background image

trzy talary za swe wykroczenie. Zaproponował nawet pastorowi, że przyjmie dziewczynę z 

powrotem na służbę, lecz żebraczka zaczęła wtedy krzyczeć tak głośno, że duchowny musiał 

wsadzić  ją  ponownie  do  loszku  i   przyjąć   raczej  propozycję  chałupnika   ze  Steinset.   Jego 

maleńka zagroda była własnością pastora i duchowny od dawna się martwił, że ów człowiek 

źle wywiązuje się ze swoich zobowiązań wobec probostwa.

Należało ich pożenić, ubogi chałupnik przełknie taki wstyd. Mając skrawek jałowej 

ziemi,   którego   nie   jest   w   stanie   obrobić   niewładną   ręką,   potrzebował   zdolnej   do   pracy 

niewiasty, nie przebierającej w zalotnikach.

Właściwie pasują do siebie, stwierdził pastor.

Dziad   ze   Steinset   z   uschniętą   ręką   i   kaleka,   kulawa   żebraczka.   Może,   jeśli   się 

postarają,   wspólnymi   siłami   zdołają   dotrzymać   zobowiązań.   Może   nie   będzie   musiał 

przeganiać tęga nieszczęśnika, chociaż tyle był mu winien, dzierżawę i odrobek.

Potężnym głosem oznajmił wszem i wobec grzech tej kobiety. Nie dość że zachowała 

się nieprzystojnie i przywiodła na pokusę swego gospodarza, to na dodatek jeszcze uciekła ze 

służby.  Od tamtej  pory włóczyła  się po okolicy,  proponując swoje usługi we wszystkich 

zagrodach,   przynosząc   wstyd   sobie   i   całej   wsi.   Żebrała   przy   łodziach   na   nabrzeżu,   gdy 

wydawało jej się, że nikt jej nie widzi, i nie okazała skruchy, gdy władze zmuszone były 

wreszcie położyć kres takiej nieobyczajności.

Pastor posłał surowe spojrzenie ludziom zgromadzonym pod kościołem.

- Przyprowadzić ją! - nakazał krótko.

Syn   dzwonnika   pomógł   parobkowi   lensmana   podnieść   ciężką   deskę   gąsiora   i   już 

niedługo   Synneva   W   Jednym   Bucie   mogła   kulejąc   przejść   pod   piekącymi   w   kark 

bezlitosnymi spojrzeniami parafian.

Następnej niedzieli znów wciśnięto jej głowę i ręce między grube, mocne drewno 

gąsiora.

W pierwszą niedzielę piekł ją wstyd, piekł tak, że wymiotowała ze schyloną głową.

Na drugą niedzielę próbowała zachować obojętność wobec wszystkiego, jak gdyby 

spała albo nie żyła.

Teraz, na trzecią, jej udręka miała się zakończyć. Jutro zaprowadzą ją do gabinetu 

pastora i oddadzą za żonę chałupnikowi o niewładnej ręce.

Gdy puszczono ją wolno, nie śmiała podnieść głowy.  Słyszała głosy ludzi, którzy 

przedtem na nią pluli, pomieszane ze strachem drwiny dzieciaków, słyszała, co mówili o niej 

chłopcy, za którymi kiedyś wodziła oczami. I gospodarz także tu był. On poniósł inną karę, 

mógł przyjść do kościoła z podniesioną głową i wyczyszczonymi do połysku guzikami przy 

background image

kamizeli.

Synneva poczuła, że mężczyźni puszczają jej ręce.

-   Teraz   możesz   się   stąd   wynosić.   Musisz   się   chyba   przygotować,   skoro   jutro 

wychodzisz za mąż. Kulawa Synneva i Gager bez ręki, to dopiero dobrana para!

Śmiali się pogardliwie, lecz ona .wiedziała, że wkrótce to już się skończy.

Nie znała co prawda tego mężczyzny, ale to wszystko jedno.

Nie jest wcale pewne, że to złe rozwiązanie. Może okaże się dobry?

Ale gdzieś głęboko w myślach kołatało się wspomnienie mężczyzny z jedną ręką, 

przywiązaną na stałe do ciała. Przychodził do domu jej gospodarza, Synneva słyszała, jak 

ryczeli   ze   śmiechu   i   pokrzykiwali   tamtej   nocy,   kiedy   uszy   napełniał   przeraźliwy   krzyk 

najstarszej ze służących.

Ludzie już się rozeszli.

Synneva   stała   tuż   pod   starym   kamiennym   murem,   który   kiedyś   otaczał   kościół. 

Usiłowała się oddalić od straszliwego gąsiora, bała się go, chwiejnie posuwała się w tył, jak 

gdyby   spodziewała   się,   że   ruszy   za   nią   i   na   nowo   uwięzi   w   swym   okrutnym   uścisku. 

Wciskając   się   plecami   w   mur,   stanęła   na   wpół   ukryta   za   zieleniącymi   się   liśćmi   i   nie 

podniosła głowy, dopóki nie ucichły wszystkie głosy. Dopiero wtedy uciekła, z wysiłkiem 

pokonała mur. Nie chciała wychodzić normalnie przez bramę na gościniec, pragnęła schować 

się wśród drzew, tam gdzie jej nikt nie zobaczy i nie wyrządzi krzywdy. Miała dla siebie noc, 

ostatnią noc wolności. Czuła, że całe ciało drży ze strachu, chciała uciekać stąd, pozwolić 

jakiejkolwiek rzece, by ją poniosła.

Nic jednak nie mogła zrobić.

Nie było miejsca, w którym mogłaby się ukryć, jej droga bowiem dawno już została 

wytyczona. Nie miała żadnego krewnego, żadnego przyjaciela, który mógłby ją wesprzeć. 

Zawsze tak było, odkąd matkę i ojca pochłonęły płomienie, a ona usłyszała, jak ludzie mówią:

- Tylko ta kaleka przeżyła. Jakiż sens ma to wszystko?

Pocieszała   się   jedynie   szepczącym   głosem,   zawsze   dźwięczącym   jej   w   uchu, 

mrocznym towarzyszem, który niekiedy, przez swą przerażającą łagodność, stawał się dla niej 

prawie rzeczywisty.

Zawsze masz przecież mnie.

Pomogą   ci,   jeśli   tylko   zapomnisz   o   swoim   niemądrym   uporze   i   pozwolisz   mi   się  

ukołysać. Możesz tu usnąć, dobrze wiesz, na wieki, odpocząć... Nie musisz dłużej cierpieć,  

przecież zawsze jestem przy tobie. Patrz, to moja ręka, wystarczy, że wyciągniesz swoją i już 

więcej nie zaznasz bólu...

background image

ROZDZIAŁ X

Bendik wyprawił się bardzo wcześnie. Obudził się, zanim jeszcze ptaki otworzyły 

oczy, i głowa teraz bardzo mu ciążyła.

Na dworze jednak świeciło słońce, wprost wyczuwał ciepło w wąziutkich smugach 

światła, sączących się przez stryszek. Mimo to drżał z zimna, zasnął ledwie do połowy okryty 

derką.

Szybko umył się w misce na zewnątrz i dopiero wtedy poczuł, że dzień jest rześki. 

Duszność,   jaka   ogarnęła   go   zaraz   po   obudzeniu,   zaczęła   ustępować.   Naciągnął   najlepsze 

spodnie,  te  same,  które  nosił,  kiedy zszedł na  ląd. Był  odpowiedni  dzień,  by przedłożyć 

pastorowi swoją sprawę. Nie zdziwiłoby go, gdyby stary przedstawiciel Kościoła zażądał 

pieniędzy za dobrą wolę.

Matka dostanie najpiękniejszy kamień, jaki można zdobyć. Jej mogiła znajdowała się 

na   skraju   cmentarza,   niemal   tuż   przy   samym   murze.   Miejsce,   gdzie   została   pochowana, 

zaznaczała teraz jedynie przegniła deska.

Ale to się prędko zmieni.

Bendik   sam   nie   zdawał   sobie   sprawy,   że   jego   zaciśnięte   wargi   przypominały 

cieniutkie kreski, teraz kiedy dosiadłszy konia ruszył w stronę probostwa.

Miał   przed   sobą   godzinę   jazdy   o   świeżym   poranku.   Rzeka   płynąca   dnem   doliny 

śpiewała dla niego, brakło jej jednak wody, by prawdziwie zaszumieć. Ale już wkrótce pełne 

zapału wiosenne słońce roztopi dość śniegu, by jak co roku między wysokimi górami poniósł 

się głośny huk.

Zamierzał   pięknie   prosić   pastora   o   pozwolenie,   lecz   nie   błagać.   Był   dostatecznie 

zamożny,   by   dać   mu   w   zamian   godziwą   zapłatę.   Pamiętał   duchownego   jako   starego, 

zgarbionego surowego mężczyznę, z oczami, które niekiedy patrzyły każde w swoją stronę, 

jak   gdyby   nie   miał   nad   nimi   kontroli.   Prezentował   się   jednak   dostojnie   w   pelerynie   lub 

sutannie, był właścicielem zagród i tuzina krów, miał także konia, a poza tym był synem 

biskupa.

Bendik, jadąc, rozmyślał, poczuł leciutkie ukłucie strachu.

Ten sam pastor publicznie wyzwał kiedyś jego matkę.

Groził,  że wyśle  ją wraz z bękartem  do więzienia.  Wtedy właśnie  Bendik po raz 

pierwszy usłyszał, jak matka przysięga, że nikt nie pozna imienia ojca dziecka, nikt na tym 

świecie.

No cóż, teraz wszyscy już je znali.

background image

Wszyscy, którzy chcieli słuchać.

Bendik   przypuszczał,   że   pastor   dawno  już  zdobył   informacje,   jakich   potrzebował. 

Sława bogatego gospodarza z Wdowiej Zagrody jakiś czas temu dotarła do Ârdal i jego syn 

nigdy więcej nie będzie nazywany bękartem.

Siedziała wśród gałęzi, na których ledwie zaczęły się pojawiać listki, skryta tak, że 

prawie jej nie zauważył.

Spostrzegł jedynie chłopców, którzy z daleka dali się poznać po krzyku i głośnych 

wybuchach śmiechu.

Mogli mieć po dziesięć, dwanaście lat.

Było ich czterech, wszyscy ubrani w za cienkie ubrania, w grubych drewniakach na 

bosych  stopach, chociaż  mróz  wciąż w  niektóre poranki potrafił  pokryć  zabłoconą  drogę 

przejrzystą jak szkło taflą lodu.

Dzieciaki nawoływały się, łamiąc długie gałązki brzóz rosnących wzdłuż drogi. Może 

to najmłodsi parobcy w drodze z nędznego legowiska na ziemi do obory swego gospodarza, 

gdzie będą harować za kęs chleba? Może wszyscy byli braćmi, którzy wyprawili się dokądś w 

jakiejś sprawie, albo ot, tak, wałęsali się o poranku bez celu?

Z   początku   wydawało   mu   się,   że   dręczą   jakieś   zwierzę,   zapchlonego   lisa   albo 

zdziczałego   kota,   który   skrył   się   w   krzakach   przy   murze.   Chłopcy   wykrzykiwali   słowa, 

których z początku nie umiał rozróżnić, stukot końskich kopyt i jego własne myśli zrazu go 

zagłuszyły. Gdy jednak znalazł się bliżej, chłopcy odkryli jego obecność, a on w tym samym 

momencie dojrzał leżącą w krzakach dziewczynę.

Zaklął głośno, poczuł, że włosy jeżą mu się na głowie z czystej złości.

Chłopcy   wykrzykiwali   do   niej   twarde,   nieprzyzwoite   słowa,   obrzucali 

najohydniejszymi wyzwiskami. Przenikliwymi chłopięcymi głosami wołali coś o ladacznicy, 

o   kobiecie   należącej   do   wszystkich.   Jeden   dźgnął   ją   patykiem,   zanosząc   się   głośnym 

śmiechem, gdy dziewczyna złapała się za stopę.

Bendik poczuł, że krew krzepnie mu w żyłach. Koń stanął dęba, gdy wbił pięty w jego 

boki, nakazując, by się zatrzymał.

Dwaj hultaje uciekli, jeden stał przyciśnięty do muru, buńczucznie patrząc spod oka, a 

czwartego Bendik złapał za kołnierz, kiedy próbował go wyminąć.

- Co tu się dzieje?

Głos Bendika brzmiał groźnie.

Chłopiec,   któremu   szczęście   sprzyjało   najmniej,   zaszlochał,   przede   wszystkim 

dlatego, że Bendik, mocno trzymając, unosił go wręcz nad ziemią. Zakrztusił się, Bendik 

background image

zorientował się w porę, żeby go puścić, zanim chłopiec całkiem posiniał na twarzy. Upadł na 

ziemię jak worek, patrząc w górę oczami, z których biło przerażenie.

- Ni... nic takiego, panie Bendiku!

Ach, tak? Teraz więc, odkąd talary trafiły do kieszeni bękarta, stał się „panem"!

- Dlaczego ją przezywaliście? Po co wam te kije? Wstydu nie macie za grosz?

Mówiąc to, już zsiadał z konia i kierował się w stronę zarośli. Po drodze szturchnął 

jeszcze  chłopca  leżącego   na  drodze  i   tego,  który  stał  przy  murze  i   pragnął   najwyraźniej 

jednego: stać się niewidzialny.

Gdy tylko mężczyzna pochylił się nad ofiarą, obaj prześladowcy natychmiast uciekli.

Bendik słyszał jeszcze, jak, znalazłszy się w bezpiecznej odległości, wykrzykują te 

same brudne słowa:

- Synneva W Jednym Bucie! Synneva ladacznica! Poklep dupie, jak nie masz za co 

kupić!

Bendik   zobaczył,   że   dziewczyna   wciska   się   w   zimny   mur,   nie   zauważyła,   że 

wyciągnął do niej rękę. Zachowywała się jak lunatyczka, w ciemnych piwnych oczach ledwie 

mógł dostrzec życie. Oczy były mętne, lecz jednocześnie niezwykle piękne.

-   Pozwól,   że   ci   pomogę,   miła   panienko.   Ci   chłopcy   to   tylko   bezczelne   głupie 

dzieciaki. Nie przejmuj się nimi, dziewczyno!

Słowa te miały brzmieć spokojnie, pocieszająco, budzić zaufanie. Bendik jednak sam 

słyszał, ile goryczy jest w jego głosie. Zorientował się, że mógł ją wystraszyć, reagując tak 

gwałtownie.

Do diabła, gotów był pozabijać tych smarkaczy!

Zaraz jednak pomyślał: Robię się równie okropny i twardy jak oni.

Ujął delikatnie drobną dłoń, spostrzegł, że paznokcie dziewczyny są czerwonosine, 

otoczone obwódką z błota.

- Pozwól, że pomogę ci wstać, zamoczysz się i zmarzniesz.

Dziewczyna pozwoliła się podnieść.

Zauważył teraz, że jedną nogę miała kaleką, może zdeformowaną od urodzenia. W 

przebłysku wspomnień z dawnych lat stwierdził, że widział ją już wcześniej. Widział, jak 

przekradała się wzdłuż rowów ubrana w szarość tak jak teraz, tylko młodsza, jeszcze mniejsza 

i równie bezradna.

Dziewczyna stała przed nim, cała się trzęsąc, jak gdyby rzeczywiście było jej zimno, 

ale stara, gruba wełniana chusta na pewno dawała dość ciepła w taki wiosenny poranek.

Koń parsknął nerwowo, może wyczuł niepewność i gniew Bendika?

background image

A w nim płonęło tak gwałtownie, że niemal się przeraził. Nie pamiętał, kiedy ostatnio 

miotały nim tak niepohamowane uczucia. Teraz jednak musiał być spokojny, nawet miną nie 

wolno mu zdradzić, jak bardzo jest poruszony. Instynktownie wyczuwał, że ta dziewczyna nie 

zniesie żadnego wybuchu. Gdyby do tego doszło, gdyby jego głos zabrzmiał jeszcze ostrzej, 

zacznie unikać go tak samo jak tamtych chłopców.

- Jestem Bendik Karlssonn - przedstawił się cicho, wyciągając do niej rękę.

Nie ujęła jej, nie odpowiedziała mu najmniejszym drgnięciem powieki. Stała tylko i 

wielkimi   piwnymi   oczami   wpatrywała   się   w   niego,   jak   gdyby   potrafiła   przejrzeć   go   na 

wskroś.

Spróbował jeszcze raz:

- Wybieram się do pastora, ale chętnie odprowadzę cię tam, gdzie idziesz, tak żebyś 

bezpiecznie dotarła na miejsce.

Dziewczyna wciąż milczała, ale teraz wargi lekko jej się poruszyły. Ponieważ jednak 

nie wydobył się z nich żaden dźwięk, Bendik się wystraszył. Czyżby na dodatek do kalekiej 

nogi dziewczyna była jeszcze niema?

Lękliwie zerknął przez ramię, pogładził konia po karku.

Zobaczył, że włosy dziewczyny mają ten sam brązowy kolor co oczy, barwę orzechów 

laskowych tuż przed tym, zanim spadną dojrzałe na ziemię.

Wreszcie usłyszał jej głos niczym daleki wiatr, trudny do uchwycenia i zrozumienia:

- Wychodzę dzisiaj za mąż, za chałupnika bez ręki.

Zemdlała, nie zdążył jej podtrzymać, brązowe włosy opadły w przód i zszarzały od 

błota na drodze, zanim opamiętał się na tyle, by ją podnieść.

Dopiero wtedy Bendik rozpoznał młodą kobietę. To ona stała pod pręgierzem przy 

kościele  zeszłej niedzieli, ukarana za nierząd i żebractwo. Włosy miała  wtedy ściągnięte, 

brakło mu sił, by patrzeć na nią dłużej niż przez moment. Widok bezbronnej dziewczyny i 

drwiących ludzi rozdrapywał stare rany. Nic nie mógł dla niej zrobić, nikt nie mógł pomóc jej 

się wydostać z gąsiora, dopóki nie odpokutowała, dlatego odwrócił się wtedy z zaciśniętymi 

w bezsile pięściami.

Teraz budził się w nim bunt.

Teraz wszystko się odmieniło.

Teraz to on był silny.

Pastor   gwałtownie   mrugał,   przechodząc   od   gniewu   do   strachu   na   widok   nagłego 

zdecydowania  tego młodego  mężczyzny.  Kto by przypuszczał,  że mały Bendik zna takie 

słowa? Kto by przypuszczał, że niepozorny blady bękart ma w sobie taką siłę?

background image

To na pewno pieniądze dodają mu wiary w siebie, miał teraz talary w kieszeni, dlatego 

tak wysoko zadzierał głowę. To srebro stało się kręgosłupem, który go podtrzymywał, pastor 

jednak nawet na moment nie zapomniał, kto przed nim stoi. Eleganckie spodnie i zapinana na 

guziki kamizela nie zdołały ukryć faktu, że stoi przed nim bękart, dzieciak, któremu przed 

blisko dwudziestu laty odmówił chrztu.

- A więc młody pan Bendik chce udzielić rad pastorowi, czyż nie tak?

Nie poprosił go, by usiadł, lecz teraz tego żałował, Bendik bowiem przez to wydawał 

się jeszcze wyższy i przesłaniał duchownemu widok.

- Chcę dać pastorowi radę, aby okazał chrześcijańską miłość bliźniego i pozwolił mi 

pomóc tej młodej, udręczonej kobiecie wydostać się z koszmaru.

Pastor wygodniej usiadł na krześle, uśmiechnął się lekko.

- Z koszmaru? Mój drogi młody człowieku, nie wiesz chyba, o czym mówisz? To 

nierządnica, niegodna kobieta, która swoją nieobyczajnością złamała prawa boskie i ludzkie. 

Bez trudu zdołałbym  umieścić ją w domu przymusowej  pracy,  może nawet w więzieniu. 

Zamiast tego chcę dać jej męża, będzie mogła żyć na mojej ziemi, dostanie szansę, żeby 

zaspakajać swoje... popędy w świętym małżeństwie.

Bendik sapnął głośno.

- Pastorowi być może nie przyszło do głowy, że ta kobieta ucieka właśnie od tego. Że 

nie dostrzega wielkiej łaski w małżeństwie z nieznajomym kaleką przypisanym do zagrody 

pastora.

- On ma  niewładną rękę, ona kaleką  nogę, dana im będzie możliwość wspólnego 

wykonywania uczciwej pracy.

Z oczu pastora sypały się teraz iskry, szyja nad czarną koloratką poczerwieniała aż do 

nasady włosów.

Bendik pokiwał głową z uśmieszkiem, wiedział, że rozdrażnił pastora, że być może 

zachował się zbyt gwałtownie. Najwyższy czas zmienić taktykę. Spuścił oczy, zapanował nad 

ochotą,   by   wygarnąć   pastorowi   prawdę   o   motywach,   jakie   nim   kierują.   Duchowny 

najwyraźniej zamierzał zarobić na sile roboczej, którą mogła być Synneva.

- Jestem przygotowany na to, żeby za nią zapłacić. Grzywnę zamiast odpracowania 

kary.

Pastor znieruchomiał, najwidoczniej w oczekiwaniu na sumę.

-   Trzy   talary   to   zwykła   zapłata   dla   silnej   i   zdrowej   dziewczyny.   Dam   pastorowi 

dziesięć rocznych pensji i obietnicę, że nie będzie już dłużej sprowadzać swoim zachowaniem 

wstydu na parafię.

background image

Pastor   patrzył   na   Bendika,   lecz   jego   wzrok   trudno   było   pochwycić.   Propozycja 

wyraźnie wzbudziła jego zainteresowanie.

Wreszcie uśmiechnął się leciutko.

- Dziesięć lat to za mało - oświadczył.

Bendik znów poczuł zimnego węża wijącego się wzdłuż kręgosłupa, musiał z całych 

sił nad sobą panować, nie okazać obrzydzenia, jakie wzbudziła w nim chciwość księdza.

- Dziesięć lat to więcej niż dosyć, nie popełniła aż tak strasznego grzechu.

Wargi pastora napięły się, chwycił pióro i w roztargnieniu zaczaj się nim drapać za 

uchem. Odwrócił głowę i rzucił w powietrze:

- Masz ładnego konia, młody człowieku, naprawdę pięknego, błyszczącego i tłustego. 

Wprost lśnił, kiedy wjechałeś na dziedziniec. To naprawdę dobry wierzchowiec, tal:, tak, 

naprawdę dobry.

Bendik zadrżał z gniewu, znów odczuł żądzę zemsty wobec wszystkiego i wszystkich, 

teraz skierowana była przeciw pastorowi. Przestraszył się, że dłużej już nie zdoła nad nią 

zapanować, że gniew, który tak długo w nim wzbierał, zaraz wybuchnie.

- Bierz go! - cisnął te słowa duchownemu w czerni i zatrzasnął za sobą drzwi.

W sieni przystanął, ciężko dysząc, czuł, jak mocno wali mu serce, jak przytłacza go 

nienawiść. Wkrótce jednak mógł już oddychać spokojniej i znów chwycił za klamkę.

Wychylił się do połowy przez szparę w drzwiach, zobaczył, że pastor podniósł się z 

krzesła i stoi niepewnie z otwartymi ustami.

- Bierz konia i talary, ale okaż dość mądrości i milcz o tym, pastorze! Możliwe, że 

twoja chciwość obróci się przeciwko tobie!

To były zuchwałe słowa, Bendik wiedział o tym, lecz dłużej już nad sobą nie panował. 

Jest czas na to, żeby pełzać, i czas na to, by chodzić z podniesioną głową.

Odszedł dopiero wtedy, gdy pastor własnoręcznym podpisem ofiarował mu wolność 

Synnevy.

Dziewczyna siedziała skulona przy tylnych nogach konia, nie orientowała się widać, 

że   to   niebezpieczne.   Dumne   gniade   zwierzę   stało   nieruchomo,   jakby   domyślało   się,   że 

nieszczęsne   ludzkie   stworzenie,   które   usadowiło   się   tak   niemądrze,   nie   wie,   co   czyni,   i 

dlatego należy je oszczędzić. Bardziej niż kiedykolwiek przypominała pisklę wróbla, taka 

maleńka   i   bezbronna.   Wełniana   chusta   zasłaniała   ją   niemal   całkiem,   gdy   jednak   ujrzała 

Bendika, wstała niepewnie.

- Wszystko w porządku - rzekł krótko. - Wracamy do domu, ale Giaever musi tu 

zostać. Sprzedałem go.

background image

Dziewczyna tylko patrzyła, lecz w oczach błysnęło już teraz więcej życia. Jej strach 

nabrał także delikatniejszego odcienia, Bendik płakał w duchu na widok udręki bijącej z 

drobniutkiej bladej twarzy.

Podał jej rękę, raz, drugi.

Wreszcie ujęła ją z wahaniem, lękliwie rozglądając się dokoła.

- Pomyśl tylko... ludzie zaczną gadać, wstyd na ciebie spadnie, Bendiku Karlssonnie.

Ale Bendik uśmiechnął się do niej.

- Czarnych kotów nie da się już bardziej oczernić, Synnevo.

Wolno pokiwała głową jak gdyby to, co powiedział z uśmiechem, było bardzo ważną 

nauką, a nie próbą jej rozbawienia.

Zabrał ją do domu, nie wydawała się już tak wystraszona, lecz nie był pewien, czy to 

nie   dlatego,   że   przestała   walczyć.   Dawno   już   nie   czuła   bólu,   doszła   do   punktu,   kiedy 

wszystko przestaje się liczyć. Któż jak nie on mógłby lepiej o tym wiedzieć?

Bendik patrzył,  jak siada na rozchwianym  pięknym  krześle, wyglądała na nim tak 

samo nie na miejscu jak pisklę mewy w orlim gnieździe.

- Głodna jesteś? - spytał.

- Nie... Tak... Nie wiem... Spuściła wzrok zawstydzona.

Bendik westchnął w duchu, trudno było prowadzić rozmowę, jeśli mówiło się tylko 

samemu. W drodze do domu rozprawiał o najprzeróżniejszych rzeczach, wypytywał ją, skąd 

pochodzi, czy mają wspólnych znajomych. Ot, taka sobie rozmowa, ona jednak odpowiadała 

jedynie krótkimi słowami, potwierdzając lub zaprzeczając.

- Mam w domu dobry wywar z mięsa, cebulę, zjemy trochę, zbliża się południe.

Dziewczyna drżała.

Najwidoczniej jakieś pytanie cisnęło jej się na usta. Widział, jak walczy ze sobą, by 

się przemóc i je zadać.

- Czy my...  czy my jesteśmy małżeństwem?  Bendik wypuścił chochlę, wybuchnął 

śmiechem.

- Małżeństwem? Ależ nie, na miłość boską!

Zaraz jednak pożałował swojej reakcji, dziewczyna skuliła się, widział, że wolałaby 

umrzeć, byle tylko te słowa nie zostały wypowiedziane.

- Takie pytanie z twojej strony wcale nie było niemądre. Wydaje ci się, że pastor ma 

władzę wydać cię za mąż nawet wtedy, gdy cię nie ma? Nie, kupiłem ci wolność, teraz nie 

musisz już wychodzić za mąż, ani za tego chałupnika, ani za mnie.

Westchnęła z pewną ulgą, zaraz jednak w jej oczach na powrót pokazała się pustka.

background image

- Nie wiem, co ze sobą zrobię - padły słowa. Bendik poczuł, jak odpowiedzialność za 

tę dziewczynę łagodnym ciężarem spada mu na barki.

-   Teraz   zostaniesz   tutaj   i   dobrze   pojesz,   nabierzesz   sił,   a   jutro   coś   wymyślimy   - 

pocieszył ją.

Już teraz czuł rosnącą w nim obietnicę, nie śmiał jednak jej składać. Zamiast tego 

podał jej miskę pożywnej treściwej zupy, podpłomyki i kwaśny ser. Dziewczyna jadła bardzo 

niewiele, widział, jak w chudych palcach przekłada łyżkę i chleb.

Ale policzki zaczęły nabierać trochę kolorów.

A kiedy opowiadał o niezliczonych zabawnych pomysłach czterech rzemieślników, na 

bladziutkiej twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu.

Na   policzkach   miała   plamy   brudu,   we   włosach   zaschło   jej   błoto.   Powinna   się 

wykąpać, stwierdził w duchu Bendik, nie śmiał jednak powiedzieć niczego, co sprawiłoby, że 

znów skuliłaby się w malutki węzełek.

Pierwsze   trzy   dni,   jakie   Synneva   spędziła   na   Bendiksplass,   były   dla   niej   niczym 

piękny sen. Nigdy tak nie żyła, przechadzała się jak królowa albo drzemała w coraz cieplejsze 

wiosenne dni. Próbowała trochę sprzątać, zaproponowała Bendikowi, że poceruje ubrania, 

uplecie chodniki lub zajmie się inną robotą właściwą kobietom, do której być może nie miał 

kogo zatrudnić.

Bendik uśmiechnął się, mówiąc, że takie rzeczy robi sam. Zawsze tak było, pomagał 

matce.

Synneva nazbierała pierwszych małych podbiałów, nie miały niemal łodyżek, ułożyła 

je więc w misce napełnionej wodą, przypominały teraz maleńkie słoneczka na gładkim jak 

lustro niebie.

Wyszorowała kociołek piaskiem, wypolerowała cynowe kubki szmatami, aż zaczęły 

błyszczeć. Przed nadejściem niedzieli ułożyła przy drzwiach świeży jałowiec, a pewnego dnia 

wyciągnęła na dwór całą pościel i kiedy Bendik wrócił, zastał ją na trzepaniu.

Sypiała na skórze rozłożonej przy palenisku.

Pierwszej nocy ledwie zmrużyła oko.

Bendik   także   miał   kłopoty   z   zaśnięciem,   leżał   w   ciemności,   przysłuchując   się   jej 

łkaniu. Z początku myślał, że płacze, wreszcie jednak zrozumiał, że dziewczyna po prostu z 

trudem chwyta powietrze. Bała się.

Jego?

Tak, to zrozumiałe, nic dobrego nie spotkało jej od mężczyzn. Zacisnął mocno oczy, 

nie wiedział, co powiedzieć, jeśli już da znać, że i on nie śpi. Między nimi zapanował taki 

background image

niezwykły nastrój, a kiedy nadszedł wieczór, drżącym głosem Synneva spytała go, co ma 

zrobić.

Myślała, że kupił ją jako nałożnicę. Bendik zaniósł baranicę do paleniska i wskazując 

na nią, powiedział:

- Będę spać tutaj, dla ciebie jest ława. Pokręciła głową, jak gdyby nie zrozumiała.

- To twoje łóżko, nie możesz...

- Weź baranicę, jest gruba, dobra, możesz się nią owinąć, ja mam  narzutę, to mi 

wystarczy.

- Nie, nie, nie potrzeba mi niczego więcej, mam chustę, przywykłam do tego, w tym 

mi dobrze spać.

Ulga wywołana świadomością, że chciał jej oddać własne posłanie, była tak wyraźna, 

że Bendik niemal się zawstydził.

- Śpij, Synnevo - rzekł łagodnie.

Owinął się przykryciem i leżał, przysłuchując się jej strachowi.

Na czwarty dzień ona sama do niego przyszła.

- Czuję się taka zawstydzona, Bendiku, nie wiem, co mam powiedzieć.

Przyjrzał się jej, spostrzegł, że policzki jej płoną, a z oczu, choć pełnych strachu, bije 

życie.

- Co się stało, Synnevo?

Przysiadła obok niego na dużym kamieniu. Siadywał tu, będąc dzieckiem, lecz wtedy 

głaz był nieskończenie wiele większy, jak prawdziwa góra, teraz wystarczyło dobrze podnieść 

nogę, przytrzymać się rękami, podskoczyć i już się siedziało.

- Ja... nie możemy chyba tak mieszkać? Chodzi mi o to... dlaczego jesteś dla mnie taki 

dobry, dlaczego mnie karmisz, dajesz wszystko, niczego w zamian nie żądając?

Odłożył nóż i zakrzywioną gałąź, w której dłubał.

- Sam nie bardzo wiem, Synnevo. Ale myślę, że to dlatego, że w pewnym sensie 

jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.

Dziewczyna czekała na dalsze słowa.

-   Kiedyś   to   mnie   chłopcy   kłuli   patykami,   obrzucali   kamieniami   i   złymi   słowami. 

Kiedyś to ja kuliłem się pod drzewem, wciskałem się w ściany i nikt mi nie pomógł. Stałem 

się... tym, kim jestem, ale w moim sercu jest rana, Synnevo.

Kiwnęła głową, miała teraz łzy w oczach. Bendik ciągnął, zapatrzony w dal:

- Tak mało można zrobić, Synnevo, życie posuwa się własną ścieżką, dni mijają, los 

rzuca nas to tu, to tam. Tak mało możemy zrobić, tak mało można dać pociechy, gdy wciśnie 

background image

człowieka między młyńskie kamienie życia.

Patrzyła zaskoczona, jego słowa brzmiały tak dziwnie.

- Widziałem cię pod pręgierzem, musiałem odwrócić głowę. Równie dobrze mogłem 

to być ja albo moja matka. Teraz jednak mam pieniądze, Synnevo. Byłem nędznym bękartem, 

ale teraz jestem Bendikiem Karlssonnem z Bendiksplass. Ci, którzy mnie ganiali, ściągali ze 

mnie spodnie, zatrzymują się przede mną w drodze do kościoła, zapraszają do swojego stołu. 

Niekiedy przyjmuję zaproszenie.

Synneva znów skinęła głową.

- Pamiętam cię, Bendiku. Twoja matka była chora, prawda?

-   Umęczona   -   odparł   krótko,   z   goryczą.   Odrzucił   drewno,   zakrzywiony   patyk 

poszybował w powietrzu.

- Biedaku - szepnęła Synneva.

W jej ustach zabrzmiało to tak dziwnie. Uśmiechnął się z przymusem.

-   Być   może   zdołamy   sobie   pomóc   nawzajem,   ty   i   ja.   W   każdym   razie   wspólnie 

możemy odegnać złe duchy.

Dziewczyna drgnęła, jak gdyby wzięła jego słowa dosłownie.

- Boję się duchów - pisnęła. Bendik wypuścił powietrze przez nos.

- Ja także, szczególnie tych, które sam wymyślę. Synneva rozjaśniła się.

- Ach, a więc o to ci chodziło! O niedobre myśli, które nie dają spokoju?

Mruknął potwierdzająco, nieco  zawstydzony.  Synneva  niespodziewanie  wyciągnęła 

do niego rękę, musnęła rękaw kurtki leciutko jak skrzydło ptaka.

- Wszystko ci zawdzięczam. Możesz mnie wykorzystać, do czego tylko chcesz...

Odwrócił się gwałtownie w jej stronę, na twarzy malowała się surowość.

- Nie wolno ci tak mówić! Żaden człowiek nie jest po to, by go wykorzystywać, bez 

względu na to jak jest ubogi i nędzny!

Dziewczyna przyciągnęła rękę do siebie, zasłoniła nią twarz, jak gdyby spodziewała 

się ciosu i chciała się przed nim obronić.

Bendik opamiętał się, zrozumiał, że ton jego głosu był zbyt twardy.

- Już dobrze, nie gniewam się, ale, Synnevo, nie możesz całkiem utracić dumy. Nie 

wolno ci...

Miał powiedzieć „rozkładać się".

Uświadomił sobie jednak, że to właśnie musiała przez cały czas robić. Najpierw przed 

gospodarzem,   który   bez   wątpienia   wykorzystywał   jej   ciało.   Bendik   nie   potrafił   sobie 

wyobrazić w tej dziewczynie wielkiej kusicielki i uwodzicielki, jak wynikało to z wyroku, 

background image

odczytanego   na   stopniach   kościoła.   Później   zaś   dręczyli   i   wykorzystywali   ją   ci,   których 

spotykała w swej samotności, bezdomna, pozbawiona przyjaciół i jedzenia. Żyła z tego, co 

udało jej się wyżebrać. Ludzie mówili, że oddawała się też mężczyznom.

Potem   dręczyły   ją   dzieciaki.   I   jeszcze   dobiła   wiadomość,   że   zostanie   wydana   za 

kalekę za cenę siły do pracy, jaką mogła wnieść w małżeństwo.

Nic dziwnego, że utraciła dumę i poczucie własnej godności.

Bendik zaklął w duchu.

'W gniew wmieszała się fala czułości.

Ta dziewczyna była taka maleńka, tak krucha i dziwna.

Mała Synneva, jeszcze dziecko, pomimo swych osiemnastu lat.

Bendik wobec niej czuł się wielki i silny.

Podobało mu się to uczucie. Zamknął je w sercu.

Z podniesioną głową wytrzymywał spojrzenia ludzi. Bendik nie był rosłym, budzącym 

respekt mężczyzną, miał w sobie jednak siłę, która sprawiała, że inni roztropnie trzymali 

język za zębami. Słyszał, jak nieprzychylnie mówią o Synnevie, słyszał też tu i ówdzie uwagi 

na temat własnej głupoty. Ludzie trzymali się jednak z daleka, bali się powiedzieć mu to 

prosto w oczy, nie śmieli, słyszeli bowiem, że Bendik ułożył się z pastorem i nawet od niego 

uzyskał to, co chciał. Czuli się wobec niego trochę niepewnie, nie bardzo wiedzieli, w co 

powinni wierzyć. Niedorosły chłopak, którego tak łatwo było przestraszyć, który dawał im 

tyle powodów do zabawy, nagle stał się kimś innym. Najważniejsze chyba, że miał ojca, - 

bogatego nieznanego pana, o którym ledwie docierały do nich słuchy. A z bogaczami rzadko 

opłacało   się   zadzierać,   drobni   gospodarze   i   synowie   chałupników   dawno   się   już   tego 

nauczyli.

Dlatego się kłaniali, witali go życzliwie, dlatego sprzedawali mu żywność i narzędzia, 

jeśli tylko dobrze płacił. Wydzierżawił im łąkę, wynajął ludzi do przekopania zarośniętych 

pól należących do Bendiksplass. A ich żony sprzedały mu niedzielną spódnicę z obszyciami.

Synneva   zrobiła   wielkie   oczy,   gdy   przyniósł   węzełek.   Sam   czuł   się   trochę 

onieśmielony, rzucił jej tobołek z ubraniem, wyjaśniając w paru krótkich słowach, że trafił na 

to przypadkiem...

Wyciągnęła niebieską spódnicę, dwustronną, szeroką, pięknie uszytą na podszewce. 

Delikatna wełniana tkanina układała się miękko, chociaż była gęsto utkana, widać kobiece 

ręce, które nad nią pracowały, znały swój fach.

Spódnica jednak okazała się za długa i za szeroka.

Synneva niemal utonęła w materiale.

background image

Mimo to oczy jej zabłysły, palce głaskały i wygładzały zmarszczki, choć na spódnicy 

nie było żadnych zagnieceń.

- Jaka śliczna, jaki piękny kolor! Nigdy nic takiego nie miałam! Ale to niedobrze, 

Bendiku, nigdy nie zdołam ci spłacić...

- Płacisz dość - rzekł cicho, bojąc się spojrzeć jej w oczy ze strachu, że w tych lub 

innych słowach dziewczyna wyczyta jakieś żądanie.

Synneva naciągnęła spódnicę na swoją zniszczoną szarą sukienkę, chwyciła czarny 

stanik należący do kompletu. Jęknęła z zachwytu.

- Aksamitne wstążki! Ach, nie, to niemożliwe!

Bendik dalej grzebał w żarze, w którym  już błysnęły płomienie, nie odwrócił się, 

dopóki nie usłyszał pociągania nosem.

Synneva płakała.

Stała, trzymając w jednej ręce spódnicę, w drugiej stanik, a po policzkach toczyły się 

wielkie łzy, niektóre usiłowała ocierać wierzchem dłoni.

- Ależ, Synnevo!

- Jesteś za dobry - szepnęła. - Za dobry, słyszysz?

W tej samej chwili cisnęła suknię na podłogę i zanim opamiętał się na tyle, by coś 

powiedzieć, rzuciła się do drzwi.

Skoczył za nią, słyszał, że okrążyła węgieł chaty, postanowiła widać uciec do lasu.

Nigdy   nie   zdołam   zrozumieć   tej   dziewczyny,   pomyślał,   ale   przyspieszył   kroku   i 

wreszcie złapał ją za ramię.

Wyglądała na śmiertelnie przerażoną, patrzyła na niego błagalnie.

Bendik, nie panując już dłużej nad sobą, potrząsnął nią mocno, zrozpaczony.

- Weź się w garść, Synnevo! Nie chcę wyrządzić ci krzywdy. Nikt więcej nie zrobi ci 

nic złego, słyszysz? Ale musisz mi zaufać, kobieto, inaczej...

Puścił ją.

Stali przed sobą jak dwa wystraszone koguciki, jedno wpatrzone w rozpacz drugiego.

- Nie mogę znieść, że się tak boisz, Synnevo. Nie odezwiesz się słowem, jeśli sam cię 

o coś nie zapytam. Rozumiem to, ale dłużej tego nie zniosę. Czy... czy nie możemy sobie 

ufać?

Patrzyła na niego mokrymi od łez oczami, zagryzła wargi, aż zmieniły się w wąziutkie 

bezbarwne kreski. Wreszcie z mocą pokiwała głową.

- Tak... tak... postaram się. Ach, Bendiku, nie gniewaj się na mnie...

Rzuciła się do niego.

background image

Pierwszy raz nie uciekła jak wystraszona przepiórka. Do tej pory ledwie ośmielała się 

podać mu rękę, zawsze starała się, by dzieliła ich odległość kilku kroków, a najlepiej drzwi, 

lub przynajmniej chciała mieć za plecami otwartą przestrzeń, możliwość ucieczki.

Teraz tuliła się do niego ze szlochem, zrezygnowana.

Ramiona Bendika objęły ją z wahaniem. Była taka drobna.

Bendik przymknął oczy, gdy ciało dziewczyny przy jego piersi uspokajało się z wolna. 

Ból rozdarł mu serce z nową siłą.

Ostatnio obejmował tak Amelię.

background image

ROZDZIAŁ XI

Bendik nie był przygotowany na chaos uczuć, jakie opadły go tej nocy. Wciąż czuł 

drobne, drżące ciało Synnevy pod rękami, w nozdrzach utkwił mu jej zapach, leciutki, obcy 

aromat czegoś, czego nie mógł rozpoznać. Czy to ziemia? A może słona morska woda? Czy 

w zapachu tym dawało się wyczuć odrobinę bojaźni?

Delikatnie zaprowadził ją do domu, pomógł zebrać sukienkę i stanik, które rzuciła, 

wybiegając,   dał   do   ręki   igłę   z   nitką.   Dziewczyna   z   oczami   zaczerwienionymi,   ale   z 

uśmiechem na ustach zasiadła przy stole z materiałem na kolanach i szyła, aż środkowy palec 

prawej ręki spuchł i pokłuty zaczął krwawić.

Zapadł wieczór, lecz ona się nie poddawała, wciąż zajęta pracą przy jednej migoczącej 

świeczce. Mrużyła teraz oczy skupiona tak, że nie śmiał nawet jej przeszkadzać. Gdy nocy nie 

dało się już dłużej nie zauważać, Bendik chrząknął i powiedział:

- Idę spać, może dokończysz jutro?

Synneva drgnęła, wpatrzona w materiał, jak gdyby właśnie się zorientowała, że trzyma 

go w palcach.

Uśmiechnęła się, tym razem szeroko, piwne oczy były piękniejsze niż kiedykolwiek.

- Przepraszam, Bendiku, zapomniałam się, chciałam to skończyć... Zapomniałam, że 

jutro też jest dzień.

Wstała, poruszała się miękko, chociaż miała za sobą długi dzień pracy.

Przewiesiła   spódnicę   przez   krzesło,   wygładziła   materiał.   Stanik   położyła   na   stole, 

aksamit i czerwone kwiatki połyskiwały łagodnie.

- Dziękuję ci za dzisiejszy dzień - rzekła cicho.

Jej   oczy...   Naprawdę   pojawiło   się   w   nich   coś   nowego.   Spoczywały   na   nim   takie 

spokojne, nie uciekały. Bendik poczuł, że oblewa go fala gorąca.

- Jesteś piękna, Synnevo, wiedziałaś o tym?

Pokręciła głową. Kilka brązowych błyszczących loków opadło jej na czoło, wyglądała 

na onieśmieloną, lecz nie przestraszoną.

- Nie mów takich głupstw. Ale w tym stroju... będę w każdym razie piękniejsza niż 

kiedykolwiek.

Bendik kiwnął tylko głową.

Usłyszała skrzypienie ławki, gdy układał się na niej twarzą odwrócony do ściany. 

Widziała   fragment   jasnobrązowych   włosów,   pojawiło   się   wśród   nich   kilka   jeszcze 

jaśniejszych pasm. Przypominały sierść zwierzęcia zmieniającego szatę z letniej na zimową 

background image

albo odwrotnie.

Synneva opłukała twarz zimną wodą, drżąc z chłodu umyła ręce i szyję w beczce z 

deszczówką. Poczuła, że skóra się czerwieni i ściąga, woda odświeżyła myśli, wygładziła 

zmarszczki, w które ułożyło jej się czoło podczas tej pracy. Popatrzyła w głąb beczki na 

wodę, w której odbijała się zawsze jej twarz.

Teraz jednak było za ciemno.

Mimo to wiedziała, że coś musiało się zmienić, bo w skroniach tak dziwnie pulsowało. 

Czuła w dodatku, że skóra nabrała miękkości, zrobiła się gładsza. Zapewne przybyło jej parę 

miarek w ciągu tych ostatnich rajskich dni u Bendika.

Dlaczego on to wszystko dla niej robi?

Tak wiele go to kosztuje, nie dość że płacił za nią pieniędzmi, to także nazwiskiem i 

sławą. Miał wszak możliwość stać się jednym z wielkich gospodarzy, ci, którzy przedtem 

traktowali go jak pył, zapraszali go teraz do siebie. Synneva wiedziała o tym, zrozumiała to z 

jego opowiadań. Dlaczego więc teraz niszczy to wszystko, przecież mógł tutaj żyć i wreszcie 

znaleźć swoje miejsce wśród porządnych ludzi!

Synneva nigdy nie dzieliła myśli z żadnym mężczyzną i nie wiedziała, jak powinna 

sobie   wytłumaczyć   postępowanie   Bendika.   Instynktownie   jednak   rozumiała,   że   młody 

mężczyzna musi mieć za sobą przeżycia, które spowodowały to niewyjaśnione zachowanie.

Czyżby mogło chodzić o jakąś historię miłosną?

Synneva   posmakowała   tej   myśli.   Wyobraziła   sobie   Bendika   i   jakąś   kobietę   bez 

twarzy. Bogatą dziewczynę? Córkę lensmana albo pastora? Taką, którą pokochał na zawsze, 

lecz nie mógł dostać?

To   mogłoby   również   tłumaczyć   fakt,   że   nie   stawiał   jej   żadnych   żądań.   Dobrze 

wiedział, że była w stanie mu się odpłacić tylko na jeden sposób i że jej dług u niego jest tak 

wielki, że nie miała prawa niczego mu odmówić.

Synneva   nie   znała   żadnego   mężczyzny,   który   przepuściłby   taką   okazję.   Żadnego, 

który nie skorzystałby z rozkoszy, od której nie mogła się wybronić.

Nie miała dokąd pójść, była u niego więźniem.

Lecz o ileż bardziej wolałaby poczuć na biodrach ręce Bendika niż tych, u których 

była wcześniej...

O ileż łatwiej przyszłoby jej zaprosić na swe posłanie jego niż człowieka, którego 

żoną miała zostać.

Zamyślona wróciła do chaty, starannie zamknęła drzwi, zanim na palcach przeszła 

przez izbę i znalazła baranicę w kącie.

background image

Zerknęła  na ławę pod ścianą,  nie  dostrzegła  żadnego  poruszenia.  Słyszała  jedynie 

ciężki, głęboki oddech, trochę za prędki jak na sen. Położyła się jednak spokojnie, szepnęła 

tylko cicho dobranoc, lecz nie doczekała się odpowiedzi.

Niemal   zapomniał  o  pożądaniu.  Zamknął  gdzieś  w  głębi   wspomnienie  o  tym,   jak 

cudownie było czuć gładką skórę pod palcami, jakąż szaloną słodyczą mogły smakować usta 

innego człowieka. Jak serce biło w szczęściu, w oczekiwaniu, spodziewając się, że znajdzie 

się całkiem blisko.

Bendik zmusił się, by leżeć spokojnie. Izba była taka maleńka. Synneva długo nie 

wracała, zaczął się już o nią niepokoić, gdy wreszcie usłyszał jej lekkie kroki na progu.

Jest...

Wzięła   baranicę,   usłyszał,   jak   brzęknęła   sprzączka   przy   rzemieniu,   którym 

przewiązywała   skórę   w   ciągu   dnia.   Wyobrażał   sobie,   jak   zdejmuje   spódnice,   na   pewno 

rozpuściła włosy, domyślał się, że są długie, miękkie w dotyku. Zwykle splatała je w ciasne 

warkocze   i   okręcała   wokół   głowy.   Tylko   krótsza   grzywka   uwalniała   się   niekiedy,   gdy 

dziewczyna pracowała albo szła na wietrze.

Bendik musiał zacisnąć pięści i napiąć całe ciało, by utrzymać oddech spokojny jak 

we śnie. Obrazy Synnevy tańczyły mu przed oczami, obrazy białej nietkniętej skóry, obrazy 

czerwonej ekstazy, pełnego szczęścia trwającego kilka sekund.

Amelia...

Na   nic   się   nie   zda   powstrzymywanie   tych   uczuć,   nic   nie   przyjdzie   z   hamowania 

popędów i tęsknoty za bliskością, za jej wspomnieniem. Ona odeszła na zawsze, marzenia, 

które nie mogły się spełnić, muszą kiedyś zblaknąć.

Lecz te inne uczucia, ten głód czający się gdzieś w głębi jego duszy, mogła być może 

zaspokoić inna.

Synneva...

Ona jest piękna, pomyślał. Nie powiedział tych słów tylko po to, by wywołać uśmiech 

na jej twarzy.

Jest   piękna   w   taki   wzruszający   sposób.   Jej   drobna   twarzyczka   ma   w   sobie   coś 

kruchego, delikatność taką jak u nowo narodzonej sarenki. To delikatne stworzenie może 

jednak mieć głęboko rozdartą duszę, kryć w sobie bezdenną przepaść. Wyczuł już tego oznaki 

Udało mu się jednak przywołać na powrót światło do jej oczu, sprawić, by się uśmiechała, a 

nawet śmiała pełnym głosem.

A dzisiaj...

A dzisiaj poczuł jej ramiona desperacko zaciskające się wokół jego szyi, czuł, jak całą 

background image

sobą tuli się do niego w zupełnym oddaniu, w zwycięstwie, jakie odniosła nad strachem i 

samotnością.

Gdyby ją poprosił, już w tej chwili podniosłaby się ze swojego posłania i przyszła do 

niego.

Uznałaby, że nie ma innego wyboru.

Dlatego nic nie mówił.

Nie tak powinno być.

Gdyby jednak ona sama poczuła taką jak on tęsknotę, gdyby miała w sobie trochę tego 

samego pragnienia dotyku innego żywego człowieka... Wówczas prędzej czy później powinna 

by odważyć się i dać mu sygnał.

Bendik   powoli   się   uspokajał.   Krew   na   nowo   popłynęła   swobodnie,   napięcie   w 

podbrzuszu nieco ustąpiło.

Czarna chmura zdrady również pożeglowała dalej i Amelia znów błyszczała na jego 

niebie jak daleka, być może dawno już zgasła gwiazda.

Zasiali   zboże,   cebula   zaczęła   kiełkować.   Za   usypiskiem   kamieni   odkryli   poletko 

arcydzięgla,   Bendik   poprosił   najemnych   pracowników,   by   przygotowali   je   do   uprawy. 

Najtłustszą  ziemię  wydzierżawił  gospodarzowi, który mógł  odstąpić  mu  ziarno  na się  w. 

Spory   kawałek   porośnięty   olszyną   oddał   za   obietnicę   odchowanego   jagnięcia   na   jesień. 

Synneva doskonale dbała o porządek, na nic nie mógł się poskarżyć i każdego popołudnia 

powrót do domu był przyjemnością.

Znów zbliżało się święto...

Synneva  w  każdy sobotni  wieczór  wkładała   nową spódnicę  i  nosiła  ją przez   całą 

niedzielę. Nie chciała jednak pokazywać się ludziom zmierzającym do kościoła, na to wciąż 

brakowało jej sił. Bendik zabierał ją na przechadzki po zboczach, raz wyprawili się łodzią 

łowić   ryby.   Mężczyźni,   których   spotkali,   gapili   się,   pomrukując   coś   pod   nosem,   lecz 

wystarczyło spojrzenie Bendika, by trzymali język za zębami, w każdym razie w obecności 

Synnevy.

Policzki  dziewczyny   naprawdę się  zarumieniły,   przestała   też  tak  wyraźnie  utykać. 

Drobnemu wycieńczonemu ciału przydały się wszystkie te miski z zupą na mięsie i chleb 

posmarowany grubo masłem.

Uśmiechała się teraz częściej, stawała się jakby coraz bardziej rozbawiona. Wyczuł w 

niej   uśpione   poczucie   humoru,   jakąś   jasną,   lekką   stronę,   niemal   dziecięcą,   która 

najprawdopodobniej zbyt długo była tłumiona przez ciężkie życie.

Zdarzało   się   jednak   niekiedy,   że   słyszał,   jak   wstaje   w   środku   nocy   i   wychodzi. 

background image

Potrafiła zniknąć na kilka godzin, raz poszedł za nią, słyszał jęk dochodzący z miejsca, w 

którym się ukryła. W pierwszej chwili chciał pobiec tam, pocieszyć.

Coś   jednak   w   brzmieniu   jej   płaczu   sprawiło,   że   stanął   jak   skamieniały.   Niemal 

wystraszony wrócił do domu, czuł się żałosnym tchórzem.

Ale ten płacz go przeraził.

Nie był jedynie zwykłym wyrazem bólu i żalu.

Był jak... echo z innego świata.

Następnego   ranka   ujrzał   zmęczenie,   przesłaniające   jej   oczy   niczym   welon,   lecz 

uśmiechała się, przywitała dzień tak jak zwykle. Bendik pilnował jej, zwracał uwagę na każdy 

ruch, doszukiwał się obcego tonu w słowach, kiedy rozmawiali podczas posiłków.

- Nie powinieneś pomyśleć o postawieniu latem obory? - spytała Synneva.

Bendik popatrzył na nią zaskoczony.

- No tak, bo chyba chcesz wziąć jakieś zwierzęta na zimę?

Uświadomił sobie, że w ogóle się nad tym nie zastanawiał, po prostu liczył, że znów 

opuści wioskę. Od kiedy tak myślał?

Przecież  tu wrócił. Chciał wrócić do domu,  odnaleźć korzenie i przywrócić dobrą 

sławę nazwisku.

Bendik jadł wolno owsiankę, nie czując jej smaku.

To spotkanie z Synneva odmieniło wszystko. Może właśnie wtedy w pełni zdał sobie 

sprawę, że niczego nie da się zmienić. Mógł się buntować, harować, wydać swoje sto talarów 

i jeszcze więcej, lecz jedynym, co zdoła osiągnąć, będzie piękny kamień na grobie matki i 

kilka sztywnych ukłonów zacnych gospodarzy we wsi.

Dałoby się to, być może, nazwać zwycięstwem, lecz było ono ważne tylko dla niego 

samego. Inni ludzie i tak nadal będą cierpieć ten sam los, znosić upokorzenia i bezlitosne 

prześladowania, ponieważ na twarzach nosili piętno, które wyciska nędza.

- Pewnie będziemy musieli to zrobić - odparł wolno.

Synneva  nie  zapomniała   o swoim  pytaniu.  Podniósł  głowę, napotkał  jej  oczy nad 

stołem. Spostrzegł, że zauważyła, iż powiedział „my".

Znów zaczęła pospiesznie jeść, jak gdyby chciała napełnić usta jedzeniem tak, by nie 

wydobyło się z nich więcej słów.

- Rozejrzę się za jakąś krową i kilkoma owcami, może i za świniami i pięcioma, 

sześcioma kurami. Jakoś sobie poradzimy, mam w lesie drzewo, już ścięte i takie, które trzeba 

ściąć.

Synneva   wolno   pokiwała   głową,   jak   gdyby   mimo   wszystko   nie   potrafiła   sobie 

background image

wyobrazić szczupłego Bendika harującego przy wycince lasu.

Skończyli jeść, Bendik przeciągnął się i ziewnął leniwie.

Z błyskiem w oku oświadczył:

- Czas się zabrać do roboty, moja kochana. Będziesz obracać maglownicą, a ja wezmę 

młotek i zabiorę się za płot, który się rozpadł.

Synneva roześmiała się cicho, zaproponowała pomoc.

Okazało się także, że z młotkiem i kołkami jej szczupłe ręce obchodzą się znacznie 

sprawniej niż dłonie Bendika. On przytrzymywał deski, ustawiał je w odpowiednim miejscu, 

a ona przybijała. Połaskotała go żartobliwie, kiedy stał, przyciskając żerdź, puścił niemal 

drewno i krzyknął z udawanym gniewem. Synneva zaśmiała się perliście, lecz zaraz odpłacił 

się jej tą samą monetą, łapiąc ją w pasie i sadzając wysoko na płocie. Mocno przytrzymywała 

się deski, wierzgając, krzyczała głośno, ale najwidoczniej bała się zeskoczyć.

Wyciągnął do niej ręce i wtedy ze śmiechem wpadła w jego objęcia, ufając, że okażą 

się bezpieczne.

Zaczęli się gonić w kierunku chaty i zdyszani osunęli się przy progu.

Bendik czuł, że kamień jest nagrzany słońcem. Wkrótce śmiech ucichł, uspokoili się, 

ich ciała oddzielał od siebie jedynie wąski skrawek przestrzeni.

Synneva wypuściła powietrze z płuc w przeciągłym oddechu. Nabrała go znów, jakby 

smakując.

- Wcale nie tak źle jest żyć - powiedziała cicho.

- No cóż, biorąc pod uwagę inne rozwiązanie - mruknął Bendik.

Odwróciła się do niego zaskakująco poważna. Piwne oczy lekko błyszczały.

- Boisz się śmierci, Bendiku? Chłopak drapał paznokciem o kamień.

- Nie, nie śmierci samej w sobie, lecz może... sądu.

Patrzyła na niego przerażona, zaraz jednak rysy jej zmiękły, twarz wygładziła się, lecz 

jednocześnie stała się obca.

- Śmierć nie jest taka groźna, Bendiku, i ty nie musisz bać się żadnego sądu. Nie ty, 

jesteś przecież taki dobry.

Bendik przełknął ślinę, odwrócił głowę. Przecież ona nie mogła wiedzieć, jaki grzech 

przyszło mu dźwigać.

- Ja także nie jestem samą dobrocią, Synnevo. Pilnuj się, żebyś w to nie wierzyła.

-   Dla   mnie   jesteś   dobry   -   odparła   niemal   z   uporem.   A   potem   wyszeptała   ledwie 

słyszalnie: - Ja także powinnam być lepsza dla ciebie.

Bendik poczuł suchość w ustach, czyżby odkryła jego chęci? Słyszała, jak wzdycha 

background image

pod przykryciem? Domyślała się, dlaczego w niektóre poranki policzki tak mu płoną?

Kątem   oka   zobaczył,   że   dziewczyna   podnosi   rękę   i   wyciąga   ją   w   jego   stronę. 

Przymknął oczy, wstrzymał oddech. Poczuł, że jej palce są takie lekkie, rozbawione, sięgnęły 

do włosów spadających na kark, nakręciły na palec Dech zaparło mu w piersiach od tego 

lekkiego   dotyku,   czuł,   że   skóra   krzyczy   o   więcej.   Oddech   Synnevy   był   prędki   niczym 

tchnienie wiatru na jego policzku.

Zadrżał, lecz nie z zimna ani nie ze strachu. Pragnął odwrócić się do niej, przycisnąć 

ją do siebie. Wiedział, że każdy gwałtowny ruch może zniszczyć ów nowy kruchy ton, jaki 

pojawił się między nimi.

Siedział całkiem nieruchomo, pozwolił, aby jej palce rysowały drogę od karku do 

ucha, przesuwały się po skórze porośniętej jasną brodą. Potem został już tylko ślad po jej 

palcach, lecz on wciąż nie otwierał oczu.

Dopiero teraz zauważyli oboje pod dachem chaty świergocącą jaskółkę. Oznajmiała 

partnerowi, że zeszłoroczne gniazdo jest nie ruszone.

- Wejdźmy do środka - powiedział.

Sam słyszał, jak szorstko zabrzmiał jego głos.

Synneva już się podniosła, więc jego propozycja była właściwie niepotrzebna.

Miał ręce zwieszone wzdłuż boków, lecz czuł, jak pałce drżą niespokojnie. Tak ciężko 

było oddychać i chociaż był środek jasnego dnia, Bendik kątem oka wyczuwał nadciągający 

zmierzch.

Na Boga, w co on się teraz zaplątał?

Ogarnięty paniką zaczął się pocić.

Mogę z tym żyć, powiedział jednak do siebie. Szczególnie teraz, kiedy ona zrobiła ten 

długi krok naprzód.

Wszedł za nią do izby, w środku było bardzo ciemno, tu łatwiej mogli się ukryć przed 

swoimi spojrzeniami. Synneva zaczęła rozpalać ogień, żeby nastawić garnek z namoczonymi 

w   rybnym   wywarze   podpłomykami.   Bendik   zajął   swoje   miejsce   na   krześle   z   wysokim 

oparciem   i   zaczął   mocować   podeszwę   do   buta.   Za   szydło   służył   mu   stary,   oszlifowany 

żelazny ćwiek. Bendik nie miał odpowiednich nici z końskiego włosia, wiedział więc, że 

podeszwa nie utrzyma się długo.

Synneva nuciła przy ogniu. Cicha melodia kołysanki nie podziałała na Bendika tak, 

jak powinna. Ożywił się, przez cały czas skupiając swą uwagę na dziewczynie, lecz prędko 

spuszczał wzrok na trzymaną w rękach robotę, gdy tylko przez moment dostrzegał jej twarz.

Miała takie wąskie, kruche biodra.

background image

Gdy się pochylała, widział, jak cienka jest w pasie. Silnie zbudowany mężczyzna na 

pewno objąłby ją dłońmi.

Brązowe warkocze były ciasno splecione, lecz mimo to grube. Z jakże wielką ochotą 

by ją uczesał, ona jednak rozpuszczała włosy tylko do mycia, a więc nieczęsto. Mimo to bił 

od niej zawsze słodki zapach, może to jej własny zapach był taki łagodny?

Bendik   patrzył,   jak   Synneva   z   wielkim   wysiłkiem   podnosi   garnek.   Nie   mieli   na 

powale uchwytu, pozwalającego przesuwać gorący kociołek, musiała więc sama zdjąć go z 

haka i postawić obok ognia, kiedy jedzenie było już gotowe.

- Bardzo proszę - powiedziała Synneva. Okazało się, że nakryła do stołu, a on tego nie 

zauważył.

Uciekł z chaty zaraz po posiłku, postanowił sprawdzić płot z drugiej strony, uznał, że 

być może wymaga podparcia, ona zaś powiedziała tylko:

- Dobrze, ja tu zaczekam.

Siedziała sama na progu, dziwiąc się nastrojowi, jaki ich ogarnął. Gdyby go nie znała, 

być   może   pomyślałaby,   że   ten   człowiek   oszalał   z   żądzy   posiadania   kobiety.   Tak   się 

zachowywał... Czuła jego palące spojrzenie na biodrach, gdy wydawało mu się, że na niego 

nie patrzy. Widziała, że drży jak zakochana dziewczyna, ale przecież to niemożliwe.

Siedział całkiem nieruchomo, kiedy gładziła go po szyi, wiedziała, że z trudem panuje 

nad oddechem.

Uśmiechnęła się na to wspomnienie.

On jest taki kochany.

Tak cudownie dobry i kochany.

Przymknęła oczy, po raz setny usiłowała sobie wyobrazić Bendika... tak.

Nie było to łatwe, znała bowiem jedynie gwałt, wstyd i brutalność. Jej twarz ściągnęła 

się, gdy pozwoliła popłynąć wspomnieniom. Mocno potrząsnęła głową, chcąc je odpędzić. 

Oparła policzek o futrynę drzwi, a ostatnie promienie słońca grzały jej twarz.

Nikt nigdy jej nie pocałował. Gospodarz nie miał na to czasu, inni również.

Dlatego   skupiła   się   teraz   na   miękkich   ustach   Bendika.   Na   wargach,   z   których 

wypływały dobre słowa, na wargach, które potrafiły się tak uśmiechać.

Przyłożyła   do   ust   wierzch   swojej   dłoni,   chciała   spróbować,   jakie   to   uczucie. 

Wyczuwała jednak tylko żar własnych ust i lekki gorączkowy oddech, który chłodził skórę i 

od którego krew napłynęła jej do twarzy.

Bendik szarpał stary płot, lecz postawiła go wprawna dłoń, mógł stać przez kolejnych 

dwadzieścia lat. Uderzył mocno drewno i zadowolony stwierdził, że nie spróchniało i w tym 

background image

miejscu.

Przez cały czas miał przed oczami twarz Synnevy. Przez cały czas nie opuszczała go 

myśl o jej bliskości.

To   nie   było   tak   jak   z   Amelią,   szalone   opętanie,   odwzajemnione   do   ostatka,   bez 

wahania.   Przypominało   jednak   nieco   owo   delikatne   poczucie   więzi,   które   ogarnęło   go 

wówczas, tę niezwykłą kiełkującą świadomość, że spotkał osobę, w której odbijał się jak w 

lustrze, jednocześnie ją dopełniając.

Do diaska!

Nie mogą przecież tak żyć.

Wkrótce zacznie się gadanie, ludzie będą prawić, że to obraza moralności tak żyć ze 

sobą bez ślubu. Być może zaakceptują, że Synneva jest jego służącą, we wsi wiele jest takich 

związków, ale w ten sposób nigdy nie będą naprawdę wolni.

Musi się z nią ożenić.

Myślał o tym od chwili, gdy wykupił ją od losu żony chałupnika bez ręki. Krążyło mu 

to w głowie co wieczór, kiedy układali się każde na swoim posłaniu. Patrzył, jak Synneva 

nakłada mu jedzenie na talerz, i myślał, że właściwie nie byłaby złą żoną.

Ale czy zechce?

Będzie musiała, jeśli on ją poprosi. Nie może mu odmówić, kupił ją wszak i zapłacił 

za nią. Nigdy zapewne nie dowie się, czy oddała się mu z własnej woli, Synneva była bowiem 

człowiekiem,   do   którego   niełatwo   dotrzeć.   Bendik   domyślał   się,   że   dziewczyna   potrafi 

odegrać wiele ról, gdy jest do tego zmuszona. Niekiedy wydawało mu się wręcz, że mieszka 

w niej kilka osób, od gniewnej, wręcz rozhisteryzowanej poczynając, a kończąc na wiecznie 

smutnej i żałosnej.

I jeszcze Synneva wesoła. Naprawdę potrafiła pożartować, często to ona nakłaniała go 

do figli, ale gdzieś po drodze zawsze odstawała, pozostawał tylko dziwny nastrój, kiedy żadne 

z nich nie wiedziało, w jaki ton później uderzyć.

Jakie to trudne.

Bendik nie mógł się pozbyć towarzyszącego mu ostatnio niepokoju.

Zirytowany kopnął w płot, drewno zatrzeszczało, jedna deska pękła.

Do diabła, teraz musi reperować!

Patrzyła, jak idzie ciężkim krokiem w stronę izby. Wślizgnęła się do środka, zanim ją 

dostrzegł. Wytarła w szmatkę palce oblepione zastygłym rybim śluzem.

Oczyściła resztki, chciała zagotować je jeszcze raz, żeby mieć klej, który dałoby się 

dodać do farby. Rybi klej, niebieska farbka, kreda, trochę ołowiu i będzie mogła uczynić 

background image

chatę jeszcze piękniejszą. Dla niego pomaluje zszarzałą powałę na piękny błękitny kolor.

Nie   wiedziała,   co   Bendik   powie   na   ten   pomysł,   przypuszczała   jednak,   że   mu   się 

spodoba.   Bendik   to   człowiek,   który   dobrze   się   czuje   pod   otwartym   błękitnym   niebem. 

Przypuszczała, że niebieski sufit może być podarkiem, który potrafi docenić.

Zdążyła się jeszcze obmyć, mokrymi dłońmi opłukała twarz, odgarnęła w tył grzywkę, 

niesfornie wijącą się na czole. Policzki jej się zaczerwieniły od pary buchającej z garnka, w 

całym pokoju pachniało gotowaną rybą. Ale zapach jedzenia zawsze był przyjemny, dawał 

poczucie bezpieczeństwa.

Bendik   wszedł   do   środka,   od   razu   spostrzegła   jego   powagę.   W   garści   trzymał 

przepaskę, włosy rozpuścił, sięgały mu aż do ramion, kręciły się lekko na końcach i przy 

skroni. Światło padało z tyłu, nie widziała więc wyraźnie jego twarzy.

- Synnevo, muszę porozmawiać z tobą o czymś ważnym. Chodź, usiądź!

Podeszła do ławy tam, gdzie wskazał jej miejsce. Krótki odcinek, który ich dzielił, 

wydawał się nie mieć końca. Bendik zauważył, że dziewczyna kuleje, ciągnąc za sobą słabą 

nogę. Bardzo rzucało się to w oczy teraz, kiedy się bała.

Usiadł naprzeciwko niej na stołku.

- Nie bój się, Synnevo, jesteś taka nieśmiała... Tracę przez to pewność siebie.

Załkała cicho.

- Dużo myślałem - rzekł cicho. - Opowiem ci pewną historię, historię, której być może 

fragmenty już poznałaś. Wydaje mi się jednak, że nie domyślasz się najważniejszego.

Dowiedziała się o tym, jak został sam, o podróży w poszukiwaniu nieznajomego ojca. 

W kilku słowach wspomniał kobietę, którą spotkał, to, że ją utracił. Nie miał siły, by wyznać 

całą prawdę. Rzekł tylko, że musiał ją opuścić, nigdy bowiem nie mogła należeć do niego. 

Mówił o goryczy, o samotności i ciemności, w jakiej upłynęła mu cała jesień.

- Wydaje mi się, że przez pewien czas byłem szalony, w każdym razie nie całkiem 

obliczalny. Wreszcie jednak przejrzałem na oczy i na koniec wybrałem się tutaj, do domu, 

żeby pokazać, jaki ze mnie bogacz.

Synneva   wpatrywała   się   w   niego.   Oczy   rozszerzyły   jej   się,   zabłysły.   Całą   swoją 

uwagę skupiła na jego słowach, zapomniała o strachu i napięciu. Bendik także czuł się teraz 

lżej,   szło   mu   coraz   łatwiej.   Zdumiewające,   jaką   bliskość   mogą   przywołać   zwierzenia, 

bliskość, która da podstawy dalszym wyznaniom.

- Odkąd się tu zjawiłaś, nie było mi łatwo. Jest bowiem w tobie coś, Synnevo, co 

sprawia, że moje serce na powrót się budzi. Coś, co sprawia, że mój ból ożywa, lecz jest także 

słodszy...

background image

Wziął się w garść, zmusił ją, by patrzyła mu prosto w oczy.

- Wydaje mi się, że żywię dla ciebie bardzo szczególne uczucia, moja droga Synnevo. 

Wydaje mi się, że razem z tobą mogę zapomnieć o tym, co złe.

I jeszcze pytanie: - A ty?

Synneva przygryzła wargi, aż zrobiły się całkiem białe, teraz w jej oczach zabłysły 

łzy. Cienkim głosem odparła:

- Nie wiem... Może nie zapomnieć, lecz niczego bardziej nie pragnę, niż żeby tobie się 

to udało...

Jęknął.

Miał nadzieję usłyszeć wyznanie miłości, a przynajmniej jakieś czułe słowa.

- Synnevo, czy ty niczego nie czujesz? Niczego... pięknego?

Uśmiechnęła się teraz, spuściła głowę.

- Tak... chyba tak... kiedy się odważę...

Był zadowolony, wiedział, że dziewczyna nie potrafi skłamać.

Z ulgą odetchnął, uśmiechnął się do niej, podał jej rękę, a ona ujęła ją bez wahania.

- Synnevo, chciałbym, żebyś została moją żoną.

Nie poderwała się, nie okazała zaskoczenia. Mrugnęła spokojnie kilka razy, ale zaraz z 

otwartych oczu polał się strumień łez.

Teraz przyciągnęła rękę do siebie, zasłoniła twarz palcami.

- To niemożliwe... ośmieszysz się - zaszlochała. Poczuł, jak serce w piersi staje się 

coraz większe i gorętsze. Pochylił się w jej stronę, objął ją, szepcząc we włosy:

- Ani trochę, moja droga, ani trochę... Jesteś najwspanialszą dziewczyną, jaką znam, 

jakiej pragnę. My... potrzebujemy siebie nawzajem, prawda?

Podniosła głowę, policzki miała mokre od łez. Odparła poważnie:

- Tak, potrzebujemy siebie.

- A więc chcesz tego?

Już miała powiedzieć, że przecież on nie musi pytać, instynktownie się jednak przed 

tym powstrzymała.

- Tak, chcę, niczego nie chcę bardziej, Bendiku. Zaśmiał się z całego gardła, czuł 

radość, która spychała gorycz w sam kąt serca.

Poderwał się, pociągnął ją za sobą.

- Chodź, Synnevo, pójdziemy do pastora! I ona się śmiała, na pół się opierając.

- Ależ, Bendiku, już wieczór, wkrótce będzie całkiem ciemno, pastor nie pracuje tak 

późno!

background image

Rozgrzany jej uśmiechem, chwycił ją w pasie, podniósł delikatnie do góry, czując, że 

jest tak lekka, jak przypuszczał. Ona wciąż się uśmiechała. Mocnymi ramionami obrócił ją w 

powietrzu, aż zafurkotała spódnica.

Roześmiała się, lecz kiedy wreszcie postawił ją na ziemi, oboje nagle spoważnieli.

Podniosła oczy na niego, pytające, znów z tym samym wyrazem strachu. Było w nich 

również co innego, coś, co musiał nazwać oddaniem.

Kiedy   przymknęła   powieki,   delikatnie   pochylił   się   nad   nią,   ręce   wciąż   mocno 

obejmowały ją w pasie, ledwie dotykała stopami podłogi. Przycisnęła się do niego, jak gdyby 

za plecami miała zionącą przepaść.

Bendik czuł jej oddech na twarzy, wiedział, gdzie są jej usta. Odszukał je delikatnie, 

była taka miękka i żywa w jego objęciach, nie chciał jej wystraszyć, tylko posmakować, 

poczuć, jak gorące płomienie ognia otwierają się w jego ciele. Wstrzymał oddech, delikatnie 

muskając jej wargi swoimi.

Synneva   zadrżała,   lecz   nie   wyrywała   się   z   jego   objęć.   Stał   całkiem   nieruchomo, 

dotykając   ustami   jej   ust,   nie   chciał   jej   przestraszyć,   czuł,   że   jej   wargi   stają   się   coraz 

cieplejsze, gorące nie tylko od jego ciepła. Pochylił później głowę, ledwie mając odwagę 

odetchnąć po pocałunku. Usłyszał, jak ona z trudem chwyta powietrze, zdyszana.

- Synnevo, moja kochana.

- Bendik... jesteś taki piękny...

Z czułością przytulił jej twarz do swojej szyi. Trwała tak przez chwilę, zaraz jednak 

zorientował się, że przyłożyła wargi do jego skóry i przesunęła je w rozpięcie koszuli. Zanim 

dotarła  do zarośniętych  policzków,  wyszedł  jej  na spotkanie.  Drugi pocałunek  odczuli  w 

całym ciele, Bendik nie wiedział, jak długo zdoła tak stać przytrzymując ją, bo siła jego nóg i 

ramion topniała niczym wosk w pobliżu ognia.

background image

ROZDZIAŁ XII

Kochali się, tak, nie było na to innego słowa, choć Synneva dotąd nie poznała, co ono 

znaczy. Ów akt między mężczyzną a kobietą wiązała z innymi uczuciami, z pełnym szlochu 

bólem  i najgłębszym  upokorzeniem.  Nienawidziła  męskiej  wilgoci  między  swymi  udami, 

nienawidziła zapachu ogarniętego żądzą brudnego, spoconego mężczyzny.

Zdarzało się, że gdy gospodarz zadowolony zamykał za sobą drzwi, wymiotowała.

A teraz...

To nie było podobne do tamtego. To dwie kompletnie różne rzeczy.

Z ulgą poczuła, że to, co dzieliła z Bendikiem, było tak samo inne i tak samo mało 

porównywalne jak krew i wino.

Choć miały tę samą barwę.

On się bał, niemal tak jak ona, lecz jednak coś go poganiało, być może coś w rodzaju 

tej samej żądzy, którą dotychczas poznała jedynie od ciemnej strony. Lecz nie tylko jedna 

część jego ciała chciała ją posiąść. Czuła to, wiedziała, że Bendik pragnie do niej dotrzeć 

całym ciałem i całą duszą. W jego myślach nie było zła.

Tak delikatnie ją gładził, że wybuchnęła niemal płaczem. Ostrożnie powiedział, że 

może jak zwykle iść spać na swoje posłanie, jeśli woli.

Nie potrafił jednak ukryć, że pragnie, by było inaczej. Zrozumiała to już dawno.

Nie   miała   przed   sobą   długiej   drogi,   wystarczyły   dwa   lub   trzy   kroki   i   już   mogła 

rozłożyć   grubą   skórę   na   ławie,   na   której   sypiał.   Tam   właśnie   było   jej   miejsce,   nie   na 

podłodze.

Wyszedł przygotować się do snu, nie spieszył się.

Ona   w   tym   czasie   zagrzała   wodę,   miała   wrażenie,   że   odprawia   nabożeństwo, 

pozwalając ciepłej wodzie popłynąć po ciele. Skrywał ją wiosenny zmrok, który sprawił, że 

zadrżała z zimna. Ale ciało w. pewnym sensie wydało się jakby nowe i czyste. Wyszorowała 

się zwiniętym  kłębkiem  kory nasączonym  resztkami  łojowego mydła,  aż od ud i  ramion 

wśród zimna zaczął bić niemal żar.

Naciągnęła koszulę przez głowę, żałując, że i jej nie wyprała. Ze smutkiem patrzyła, 

jak wygniecione płótno otacza jej ciało niczym worek, zniknęły piersi i biodra.

Jakąż pannę młodą dostanie Bendik?

Wychudzoną, zmęczoną, szarą. Brudną.

Lecz spojrzenie, jakie jej posłał, kiedy wemknęła się do izby, dodało jej odwagi, by 

uśmiechnąć się lekko, nieśmiało.  Bendik leżał na ławie, patrząc na nią, jakby była  samą 

background image

Salome, która przyszła dla niego zatańczyć. Zapalił dwie świece, Synneva uważała, że co 

najmniej o jedną za dużo. Przyjemnie jednak było widzieć, jak oczy mu błyszczą i skóra 

barwi się ciepłem od blasku płomieni.

Jednocześnie jakie to straszne!

Najbardziej chciała ukryć się w ciemności.

Bendik odrzucił narzutę na bok, wcisnął się w ścianę. Usłyszał, jak ława zatrzeszczała, 

gdy onieśmielona dziewczyna wślizgiwała się do miękkiego łóżka. Bendik położył na spodzie 

baranicę, wydawała się tu jakby cieplejsza i bardziej miękka niż na podłodze. Synneva leżała 

wyprostowana na plecach, na samym brzeżku, musiała się przytrzymać, żeby nie spaść na 

podłogę.

- Przysuń się bliżej, Synnevo, nie bój się, nie będę cię do niczego zmuszał.

Westchnęła z rozpaczą, a jednocześnie z rezygnacją. Jak tamtego dnia, gdy ją dogonił, 

wtedy gdy zostawiła świąteczną suknię. Wówczas westchnęła identycznie i rzuciła mu się w 

ramiona, jak gdyby pragnąc, by chronił ją przed czymś. Ale przecież było tylko ich dwoje, a 

gdyby to jego się bała, nie wpadłaby w jego objęcia w taki sposób.

Najwidoczniej lękała się siebie.

Teraz także?

Wyciągnął rękę, Synneva uniosła kark, wsunął rękę pod jej głowę. Dziewczyna leżała 

sztywna, ledwie dotykając ławy.

- Synnevo... doświadczyłaś  wiele zła... Czy myślisz... myślisz, że ośmielisz się mi 

zaufać?

Kiwnęła głową, poczuł jej ruch na ramieniu.

Tak  bardzo  chciał  jej   dotknąć,  płonął  z  chęci,   by pogładzić  jej   skórę,  całować   ją 

jeszcze i jeszcze.

Wiedział, że z każdym nowym drżeniem rozkoszy, z każdym gorętszym uderzeniem 

serca w jego głowie powstaną nowe wspomnienia, być może odepchną tamte, dawne.

To ona pierwsza musiała go dotknąć. Poprowadził jej dłoń ku swojej piersi. Bawiła się 

jasnymi włosami, łaskotała go tak, jak już wcześniej.

Bendik   pocałował   ją  w  czoło,  starannie  okrył  oboje  kocem.   Kiedy  zrozumiał,   jak 

bardzo zawstydzają ją zapalone świece, zdmuchnął je kolejno.

Pozostała teraz gęsta, przytulna ciemność. Błogosławiona, pełna nowej radości.

Synneva  pozwoliła   dłoniom  wędrować,  zobaczyła,   jak  różnie  mogą  być  stworzeni 

mężczyźni. Wiedziała już, że lubi bliskość jego ciała, ciche westchnienia, pełne nadziei i 

niecierpliwości, podnieciły ją i zachęciły.

background image

Wyraźnie czuła, że jest mu dobrze, choć domyślała się, jak bardzo jest spięty.

Ogarnęły ją niemal wyrzuty sumienia, czy to naprawdę takie... bolesne?

Pozwolił, by przez chwilę odpoczywała, a sam w tym czasie całował ją po twarzy i 

szyi.

Zastanawiała się, co teraz zrobi Bendik, lecz zaraz drgnęła wstrząśnięta, gdy przyłożył 

wargi do sprężystej piersi.

Chciała   zaprotestować,   lecz   zmusiła   się   do   spokoju,   do   tego,   by   leżeć   całkiem 

nieruchomo.   Zacisnęła   zęby,   lecz   nie   była   przygotowana   na   przyjemność,   jaką   jej   tym 

sprawił.

Radość ogarniała całe ciało.

Bendik   pojął,   że   nigdy   dotąd   nic   podobnego   nie   czuła,   był   delikatny   pomimo 

zachęcającej reakcji na jego pieszczoty.

To jeszcze potrwa, zanim będzie gotowa.

Nie miał pojęcia, w jaki sposób sam zdoła zachować kontrolę przez całą długą drogę, 

jaka jeszcze go czeka.

Bendik czuł, że ma przed sobą próbę męskości.

Jakaż ona krucha, śliczna!

Złapał   się   na   tym,   że   porównuje   ją   do   Amelii,   która   również   pod   jego   rękami 

wydawała się taka drobna i szczupła. Ale Synneva... Synneva była jak pisklę. Kości bioder 

tworzyły wyraźne łuki pod jego dłonią, piersi wznosiły się jak maleńkie szczyty, pod nimi 

wyczuwał zarys żeber. Mimo to jednak miała takie kobiece kształty, ostatnio nabrała ciała. 

Brzuch był miękki, nieco okrągły, a mimo to napięty, silne uda. Zauważył, że mięśnie w 

kalekiej nodze są gorzej rozwinięte i słabsze. Drgnęła, gdy jej dotknął, jak gdyby nie chciała, 

by błądził tam rękami.

Czyżby wstydziła się swej ułomności nawet w tak cudownej chwili?

- Jesteś po prostu piękna... - powiedział.

Lekko przekręciła się na bok, zwracając się do niego twarzą.

- Chcę być piękna dla ciebie - szepnęła.

- Chodź do mnie.

Sama   przyciągnęła   go   do   siebie,   był   teraz   na   niej,   czuł,   że   dziewczyna   oddycha 

szybko, wiedział, że wciąż się boi, zdawał sobie sprawę, że odczuła zaledwie przedsmak 

żądzy, w której on już tonął.

Najwidoczniej jednak nie było już sposobu, by to powstrzymać. Nie teraz, gdy tak 

zdecydowanie go przygarnęła.

background image

Odnalazł drogę, ledwie zdążył zauważyć, jak przezwyciężyła swój opór i pozwoliła, 

by się stało.

Objął ją mocniej i nie wyczuwał nic innego poza ciepłem, które mu zaofiarowała. 

Miał   wrażenie,   że   to   ona   jest   deską   ratunkową,   której   mógł   się   uchwycić,   kiedy  morze, 

rozszalałe, coraz mocniej huczało mu w uszach. Jęknął w nagłym bólu, jaki sprawiła mu myśl 

o Amelii. Odpłynęła równie szybko jak nadeszła, lecz na moment serce mu się ścisnęło. 

Synneva wciąż go obejmowała, jak gdyby wiedziała, że bliski jest zatracenia.

Bendik   pozwolił,   by   porwała   go   burza   uczuć,   by   zaniosła   go   w   jej   ciało,   w   jej 

bliskość. W tej samej sekundzie pojął, że podziałało to na nich oboje jak oczyszczenie.

Później przez wiele godzin obejmował ją, płakał tak jak ona, całował, wplatał palce w 

jej włosy. Tak bardzo chciał je rozpuścić, a ona przystała na to z wielką chęcią. Rozpostarł je 

niczym przezroczystą zasłonę na jej piersiach, zakrywały niemal brzuch i biodra. Brunatna 

rzeka błyszczących włosów.

Synneva pozwoliła mu na powrót zapalić świece.

Potem gładził ją, dotykał tak czule i intymnie, że drżała ze wstydu na myśl o własnej 

reakcji.

Jakie cudowne jest życie!

Synneva śpiewała, stojąc po kostki w lodowatej wodzie z topniejącego śniegu i piorąc 

spodnie Bendika. Rzeka teraz w maju była wartka i wzburzona, bo ciepło tego roku wcześnie 

dotarło do gór. Ciemna woda z lodu mijała ją z hukiem, kiedy stała w spokojniejszej zatoczce, 

uderzając praniem o kamień.

Cieszyła się, kiedy wreszcie mogła pozbierać wszystko do balii i wrócić krótką drogą 

do chaty.  Miała ochotę usiąść przy palenisku i wyciągnąć  stopy do ciepła.  Zdrowa noga 

bolała jak opętana, tysiące igiełek kłuło tam, gdzie zsiniała pod wpływem lodowatej wody.

Trzymając buty w ręku na bosaka pobiegła po młodej trawie.

Po   drodze   spotkała   Bendika,   uścisnął   ją,   a   ona,   nucąc   nieprzerwanie,   rozwieszała 

ubrania na stryszku.

Ból w stopach wzmógł się, kiedy ogrzał je ogień, lecz nic nie było w stanie pobudzić 

teraz Synnevy do płaczu.

Spadło to na nią jak błyskawica, jak przeraźliwy biały płomień strachu. Jego słowa 

były takie niewinne, lecz ona zdrętwiała, czując, jak w piersiach brakuje jej tchu.

-  Będziesz  naprawdę   okrąglutką   śliczną   żoną.  Będę   cię   mógł  pokazywać  na  znak 

mojego dobrobytu.

W jego głosie dźwięczał śmiech i czułość, właśnie znów byli ze sobą, gładził ją tak jak 

background image

zawsze   od   tamtej   pierwszej   nocy.   Rysował   koła   wokół   pępka,   będącego   jakby   głęboką 

studnią wokół białej miękkości.

Synnevie   zakręciło   się   w   głowie,   myśli,   które   wcześniej   nawet   jej   nie   zaświtały, 

przeszyły ją teraz nagle, przytrzymały w śmiertelnym uścisku.

W ciągu kilku zaledwie minut świadomość dojrzała, urosła, napełniła ją całą.

Brzuch... Urósł.

Nabrała ciała, to naturalne, gdy nagle miała tyle dobrego jedzenia.

Ale piersi... zmieniły się.

Bendik wyczuł jej dreszcze, szybko naciągnął koc, kołysał w ramionach.

- Nie chciałem powiedzieć nic złego, wiesz przecież. Jesteś najpiękniejsza, jaką znam, 

i nigdy nie będziesz tłusta, tak mi się wydaje. Za dużo pracujesz!

Nie miała mu co odpowiedzieć, wiedziała, że gdyby spróbowała poruszyć językiem, 

strach natychmiast by ją zdradził.

Jej   milkliwość   poczytał   za   senność,   pocałował   w   czoło,   wyciągnął   się   wygodnie, 

wtulając głowę w jej włosy. Synneva leżała nieruchomo, słyszała, jak Bendik wolno zapada w 

sen. Poczuła, że uścisk wokół jej ręki rozluźnił się, stracił siłę.

I w niej także nie drgnął żaden mięsień, ale oczy miała otwarte, a w głowie wirował 

stary taniec. Szalony, znajomy ból zaczynał rozrywać jej szczęście na kawałki.

Długo leżała nieruchomo, potem z niezmierną ostrożnością podniosła się z ławy.

Patrzyła na uśpionego mężczyznę, przygryzła wargę, poczuła słodki smak krwi.

Nie wkładając spódnicy, chusty ani butów, wymknęła się z chaty.

Jakie to dziwne, jak wyraźnie w wiosenną noc słychać szum wody.

Jak gdyby rzeka wiedziała o niej, chciała wskazać drogę w ciemności.

Nie miał pojęcia, co go obudziło, nagle jednak uświadomił sobie, że siedzi na łóżku, a 

krzyk zastygł mu na wargach. W tej samej chwili zorientował się, że jej nie ma. Zobaczył 

spódnicę niczym  mroczny cień na krześle. Bez wahania skoczył  na nogi, naciągnął tylko 

spodnie i wybiegł.

Instynkt podpowiadał mu, że dzieje się coś strasznego.

- Synneva!

Wołał   po   dzikim   lesie,   w   wiosenną   ciemność,   która   miała   w   sobie   wiele 

szarobłękitnego światła, dość, by mógł rozróżnić drzewa, zarys zboczy i wysokie, milczące 

szczyty.

- Synneva! Gdzie jesteś?

Pobiegł najpierw do wielkiego kamienia, tam gdzie znalazł ją przedtem.

background image

Na Boga, a on już myślał, że teraz wszystko jest inaczej. Widział przecież, jak się 

uśmiecha, jak rozkwita z dnia na dzień. Myślał, że i ona czuje się oczyszczona z czarnego 

błota przeszłości.

- Synneva!

Bał się, że głos już dłużej nie będzie go słuchać. Pojął wreszcie, że nie ma jej tu, przy 

kamieniu.

W biegu przytrzymując spodnie, potykał się o korzenie, wpatrzony w ciemność na 

skraju lasu gnał dalej na oślep.

Dokąd ona poszła?

W cienkiej nocnej koszuli, boso? Przecież do lata jeszcze daleko, kołatała mu się po 

głowie gorączkowa myśl.

Wrócił pod chatę, może ona już tu jest, pomyślał, w głębi ducha jednak wiedział, że 

nie ma na co liczyć.

- Mój Boże, pomóż Synnevie! Zabierz to, co ją dręczy, co sprawia, że jest obca dla 

samej siebie...

Ach, Boże, strzeż jej, pozwól mi ją odnaleźć, szybko!

Pobiegł dalej ścieżką przy poletku z cebulą.

Wtedy usłyszał szum rzeki.

Pognał w kierunku tego dźwięku, jakby śmierć deptała mu po piętach. Bose stopy 

zaczęły krwawić, gdy przedzierał się przez zarośla dzikiej róży, żeby znaleźć jak najkrótszą 

drogę.

Dostrzegł ją już z daleka, stała na szczycie wodospadu, kilkaset kroków od spokojnej 

zatoczki, w której zazwyczaj prała.

Spostrzegł, że Synneva się chwieje. Śmiertelnie się bał, że głos znów go zawiedzie, i 

dlatego   drgnął   niemal   przestraszony,   gdy   usłyszał   swój   własny   gromki   krzyk,   który 

poszybował ponad wodospadem.

- Synneva, na miłość boską, nie ruszaj się! Postać stojąca na górze, na samej krawędzi, 

była prawie niewidoczna wśród szarości.

Bendik nawet na moment nie spuszczał z niej wzroku, szukając oparcia dla nóg i 

ramion na gładkich kamieniach wiodących w górę do wodospadu. Czepiał się mocno, wciskał 

w głazy, nie zwracając uwagi na dziką, okrutną pieśń wody.

Przez cały czas nie przestawał mówić do dziewczyny. Jego głos brzmiał przenikliwie, 

pełen desperacji. Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

- O, tak, dobrze, stój spokojnie, całkiem nieruchomo, słyszysz? Nie ruszaj się. Już idę 

background image

ci pomóc, o, tak...

Twarz dawno miał już zmoczoną od mgiełki unoszącej się nad wodospadem, spodnie 

zostawił, brakowało mu ręki, by je przytrzymywać, musiał chwytać się z całych sił, kamienie 

były śliskie, gładkie, niektóre chwiały się groźnie, gdy na nich stawał.

Na Boga, ona się tędy wspinała przed nim! Cud, że nie unosi się martwa na wodzie w 

zatoczce, w której robiła pranie.

Już kiedy pokonywał ostatnie kroki, dzielące go od niej, uświadomił sobie całą prawdę 

i świadomość ta napełniła go szalonym strachem.

Ona chciała skoczyć.

Nie wiedział, dlaczego wciąż stoi na krawędzi niczym leśny stwór w ludzkiej skórze.

Widział teraz jej twarz, pobielałą, jaśniejącą wśród cienkich pasm mokrych włosów. 

Szpiczaste piersi zwracały się w jego stronę, przez mokrą nocną koszulę wyraźnie widział 

ciało, które nauczył się kochać.

- Synneva... na miłość boską!

Usłyszała go teraz, choć rzeka starała się zagłuszyć jego słowa. Dzieliło ich zaledwie 

pięć kroków, lecz ona stała na samej krawędzi, balansując ponad wodospadem.

- Zostaw mnie.

Słowa były równie martwe jak jej twarz. Bendik nigdy nie odczuwał takiej rozpaczy.

- Nie, nie możesz mi tego zrobić!

Nie śmiał podejść do niej, bał się, że ona wtedy uczyni ostateczny krok.

Poruszyła leciutko głową, jakby zdjął ją dreszcz. On wciąż upierał się przy swoim, 

wołał do niej, pozwolił, by ujrzała jego paniczny strach.

- Nie możesz, nie po tym, co nas połączyło! Nie teraz!

Podniosła głowę, po niebieskawej skórze na szyi spływała woda, zauważył, że wargi 

także jej posiniały.

- Będę miała dziecko - odparła martwym głosem.

Nie musiał pytać, czy jest pewna ani kto jest ojcem. Oczy same z siebie skierowały się 

na brzuch. Jego zaokrąglenie stało się teraz jeszcze wyraźniejsze niż wtedy, gdy naga leżała 

na plecach.

Przez ułamek sekundy dostrzegł zmianę wyrazu jej oczu, odczytał ostrzeżenie i rzucił 

się do niej.

Pochwycił ją, osunęła się na kolana, gdy jego ręce zamknęły się wokół jej nóg niczym 

lina ratunkowa. Bendik poczuł, że w głowie robi mu się ciemno, przed oczami zawirowały 

czerwone   plamy,   głowę   rozsadzało   mu   od   wysiłku   i   bólu,   gdy   z   całych   sił   ciągnął 

background image

przemoczone, wijące się ciało.

Ryk wody to wznosił się, to opadał. Bendik bał się, że przegra tę bitwę.

I nagle w jednej chwili Synneva się poddała. Zwiotczała w jego rękach, zrobiła się 

ciężka jak naręcze mokrej trawy.

Bendik zdołał popchnąć ją nieco dalej na skały i zaraz sam upadł na ziemię, kaszląc 

chrapliwie z wysiłku.

- Chcę do domu... do domu... mamo...

Jęczała tak w malignie przez resztę nocy, Bendik przypuszczał jednak, że teraz zdaje 

sobie sprawę z tego, co mówi. Wsłuchiwał się w śpiew ptaków pod dachem, zobaczył, że 

słońce   prześwieca   już   przez   szczeliny   nad   drzwiami.   Ucieszony   otworzył   okiennice,   by 

wpadło tędy trochę światła i powietrza.

Zaciągnął   ją   do   domu,   ułożył   na   łóżku,   natarł   suchym   płótnem,   dopiero   potem 

zorientował się, że użył do tego jej świątecznego ubrania. Wziął później rozgrzane kamienie z 

paleniska, obłożył ją nimi, owinąwszy uprzednio zniszczoną narzutą tak, by nie poparzyły jej 

skóry. Synneva była zimna i cicha, ale żyła. Serce mocno uderzało jej w piersi, słyszał to, gdy 

przyłożył do niej ucho.

Wystraszony przesunął je trochę niżej.

Tam nic nie było słychać.

Czy możliwe to, co mówiła, że spodziewa się dziecka? Dziecka spłodzonego w bólu i 

wstydzie przed ponad trzema miesiącami?

Dlaczego wcześniej się nie zorientowała?

Bendik zdał sobie sprawę, że nie jest zazdrosny. W jego sercu szalały całkiem inne 

uczucia. Wiedział wszak o jej cierpieniach, o tym, ile musiała znieść.

Wiedział   o   tym   przez   cały   czas,   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   nie   będzie 

dziewiczą panną młodą. Przecież on sam się o to zatroszczył przez ostatnie cztery noce.

Ale to?

Jakże strasznie musiała cierpieć, nieszczęsna Synneva. Potrzebowała go teraz o wiele 

bardziej niż dotychczas.

Mogło się wszak zdarzyć, że nawet takie dziecko wstydu stanie się czyjąś radością, 

nigdy przecież nie wiadomo. Oby tylko nienarodzone nie musiało zapłacić życiem, matka 

wszak zlodowaciała na wskroś. Bendik ze strachem obserwował kruchą postać pod narzutą, 

drżała lekko.

Dołożył więcej drewna na palenisko.

Najwidoczniej nie chciała się obudzić, lecz sen, jakim spała, nie był zwyczajny.

background image

Bendik błagał ją, nie przestawał do niej mówić, gładził ją pod ciepłym  okryciem, 

chciał  zmusić  do odpowiedzi. Wreszcie  dziewczyna  otworzyła  oczy,  całkiem  opanowana, 

popatrzyła na niego przytomnie.

- Chcę do domu - powtórzyła.

Nie   była   to   już   dłużej   żałosna   fantazja,   nieświadoma   skarga   człowieka,   który   na 

powrót stał się dzieckiem.

Synneva   sprawiała   wrażenie   spokojnej,   choć   mówiła   chrapliwym,   zmęczonym 

głosem.

- Czy możesz zabrać mnie do domu, Bendiku? Do Bondeviki...

Zaskoczony skinął głową. Ogarnął go zapał.

- Tak, tak, zrobię wszystko, co zechcesz... bylebyś tylko... bylebyś tylko wyzdrowiała, 

moja najdroższa, kochana Synnevo.

Dziewczyna przymknęła oczy, pokazała mu cień uśmiechu.

- To dobrze, wtedy wszystko będzie dobrze... Opowiem ci teraz o małym nasionku, 

które dostałam kiedyś, gdy byłam u siostry matki, mojej ciotki Ase...

Wysłuchiwał urywków wspomnień z jej dzieciństwa, bał się powiedzieć cokolwiek, 

pozwolił jej opowiadać. Choć mówiła niespójnie, to wreszcie mógł jednak stworzyć sobie 

jakiś obraz.

Synneva nie wyrosła tutaj, w Ârdal, ale o tym już wiedział. Nie pamiętał jej z czasów, 

kiedy sam był dzieckiem.

Wysłano ją do nowego gospodarza po śmierci rodziców. Pożar... Widział przerażenie 

na   jej   twarzy,   kilka   prędkich   drgnień,   które   utrudniły   jej   mówienie.   Podjęła   jednak, 

opowiadała o roślince, która wypuściła korzenie, o kwaśnych owocach, których próbowała 

parę lat później.

Mówiła o przygnębieniu matki, o ojcu, który często odchodził i znikał, lecz do którego 

zawsze dobrze było przyjść.

- Widzisz, nie byłam nieszczęśliwym dzieckiem, właściwie miewałam się dobrze, ale 

potem oni umarli, ogień zmienił ich w popiół... Zwierzęta także, bo obora stała tak blisko. 

Przeżyła tylko kaleka, czy to nie wstyd?

Teraz już tylko szeptała.

Bendik domyślił się, że powtarza gorzkie słowa, które wypowiadali inni.

Ach, mój Boże, czy nie ma granic cierpienia, które musi znosić człowiek?

Nic dziwnego, że stała się taka daleka, trudna do zrozumienia. Nic dziwnego, że serce 

miała tak niestałe, a myśli tak prędko się odmieniały.

background image

- Zaopiekuję się tobą. Tylko tyle mógł powiedzieć. Synneva kiwnęła głową.

- Jesteś dobry, Bendiku. Dam ci pierwszy owoc tej jesieni...

- Pobierzemy się na świętego Jana, a potem wyjedziemy. Tu przecież i tak nic nas nie 

trzyma, prawda?

Uśmiechnęła się słabo.

- Myślisz, że zdołamy odbudować chatę? Uścisnął mocno jej zimną dłoń.

- Oczywiście. I tak ją kupimy, wygląda mi na to, że twój dom to piękne miejsce. 

Bondeviki... czy to nie leży gdzieś nad Sognefjaerden?

- Tak, kawałek w głąb, ale nie dopływając do dwóch wielkich cypli.

Bendik pamiętał  co nieco z wyprawy z czterema  rzemieślnikami,  nie przypominał 

sobie jednak małej spalonej zagrody.

Przymknął oczy, pomodlił się do Boga, którego nie znał.

Usłyszał, że oddech Synnevy się wyrównał. Zasnęła, chociaż zaczynał się już dzień.