background image

JACEK KACZMARSKI 

 

 

 

Napój Ananków 

2000 

background image

 

 

Adamowi Szostkiewiczowi ANANKOWIE Autor czuje się w obowiązku ostrzec, że - 

pomimo  licznych  odniesień  do  postaci  i  wydarzeń  znanych  z  nieodległej  przeszłości  - 

powieść ta jest fikcją literacką. Co więcej, fikcja właśnie stanowi główny jej temat. 

Skrupulatne poszukiwanie jakiegokolwiek klucza, personalnego czy faktograficznego, 

prowadzi na manowce czytelniczej satysfakcji. 

J. K. 

background image

 

 

O, to jest zwierze, które nie istnieje. Nie wiedząc o tym, jednak je kochano. 

 

Rainer Maria Rilke, Sonety do Orfeusza 11/4 Przeł Leopold Lewin  

 

Najdoskonalszą definicją ojczyzny jest biblioteka. 

Elias Canetti Auto da fe Przeł. Edyta Sicińska  

background image

DOZNANIA  

 

Wybuch jest tak silny, że aż stęka solidna, dziewiętnastowieczna kamienica. Coś im 

świetliście miga przed oczami. Grad szklanych okruchów z eksplodujących okien sypie się w 

dół na ulicę, na dachy samochodów seriami suchych trzasków. Tak. Taktaktak. Taktak. 

Co  za  świat!  Siedzą  sobie  w  balkonowej  wnęce  na  czwartym  piętrze  Kliniki 

Hoffmanna.  Ciepłe,  lipcowe  przedpołudnie;  szczodra,  mokra  i  zimna  butelka  musującego 

MM  w  zasięgu  ręki  (prawie  takie  dobre  jak  Mumm,  twierdzi  Bozio);  oddają  się 

najprzyjemniejszemu z możliwych zajęć - obserwowaniu kolegów idących do pracy A tu taki 

numer! Obrzydliwie brudnobrązowa chmura wrasta w czyste, alpejskie niebo. 

- Matkoboskajezusienazareński - wzdycha płaczliwie Lodzio i sięga po kieliszek. 

- Czekaj, nie pij. W tym może być szkło! 

Bozio chwyta oba kieliszki i znika w pokoju. Lodzio sięga po butelkę. 

Jej szybki,  ciemnozielony błysk i pienisty bulgot trunku uświadamiają mi, że tam w 

dole  wszystko  zastygło  w  bezruchu.  Bezpośrednio  pod  nami,  na  rudych  kortach  okolonych 

równiutkim  żywopłotem  białe  figurki  tenisistów  z  opuszczonymi  rakietami.  Każda  na 

własnym,  niewielkim  cieniu,  jak  na  wycieraczce.  Nic  im  się  nie  stało.  Korty  zbudowano  w 

naturalnej  niecce  po  wyschniętym  stawie.  Podmuch  poszedł  górą,  nad  ich  głowami. 

Cytrynowe  piłeczki  leżą  to  tu,  to  tam,  bez  sensu.  Jedna  jeszcze  się  toczy  Za  kortami 

zasłonięty żywopłotem parking. Teraz po wybuchu pewnie złomowisko, o tej porze pełno tam 

samochodów i rowerów. Proszę, jak dobrze, że nie mam samochodu. W tym mieście to tylko 

kłopot. 

A dalej budynek Wolności. Na tle wysokich drzew parku długi, poziomy i wygięty jak 

pociąg  zatrzymany  na  zakręcie.  Jasnoszary  pociąg  z  poszarpaną  wyrwą  w  środku.  Chmura, 

która się z niej wydobyła, też znieruchomiała. Nie ma wiatru. Pogoda do tenisa. 

Bozio wraca na balkon z wymytymi kieliszkami i nową butelką. 

- Biedne skurwysyny - kręci głową. 

- To chyba u Czechów - mówi Lodzio, wskazując butelką ziejącą wyrwę. - Daj spokój, 

nie chciałbym tam teraz być. 

Bozio nerwowymi ruchami nadgarstka odkręca drucik z szyjki świeżej butelki. Klask 

korka odzywa się w ciszy jak kpiące echo wybuchu. Siwy dymek sączy się w górę i znika. 

Jeżeli  u  Czechów,  to  znaczy  u  Lidy  Widzieli  ją  rano,  jak  wysiadała  z  autobusu. 

Kremowe pantofle na wysokich obcasach, szczupłe, ale silne nogi, kremowa, obcisła spódnica 

do  kolan  i  błękitna,  jedwabna  bluzka  luźno  spływająca  z  wysuniętych  piersi.  Złocistorude 

background image

włosy spięte z tylu głowy w pozornie niedbały kok. Uch, kobieta, powiedział Bozio. Sam nie 

Herkules,  lubił  duże  kobiety.  W  ogóle  kobiety,  ale  duże  w  szczególności.  Aktualnie  lubił 

Lidę. Jego małe, kpiące oczka poruszały się w rytmie jej pośladków, gdy szła od przystanku 

do  głównego  wejścia  budynku  Wolności  krótkim  krokiem  wzorowej  sekretarki.  Jego 

spiczaste  uszy  chłonęły  stukot  obcasów,  nawet  kiedy  zniknęła  i  słychać  już  było  tylko 

pykanie piłeczek tenisowych o rakiety. 

Bozio poszedł do Kliniki Hoffmana, żeby wyciąć sobie wyrostek robaczkowy. I śmiać 

się  z  wysokości  balkonu  z  kolegów  idących  do  pracy  Jego  wyrostek  robaczkowy  byt  w 

porządku. Ale Bozio odwiedzał Klinikę Hoffmanna regularnie, żeby wyciąć sobie to i owo, 

co nie miało  większego  znaczenia dla funkcjonowania organizmu.  Migdałki. Żylaki.  Guzek 

pod  łopatką.  Wrzodzik,  jeśli  się  jakiś  znalazł.  Zaprzyjaźniony  z  nim  doktor  Plotz, 

specjalizujący  się  w  leczeniu  pracowników  Wolności,  potrafił  zawsze,  mimo 

zaawansowanego  alkoholizmu,  wyszukać  kolejną  niepotrzebną  część  ciała.  Dzięki  temu 

Bozio mógł od czasu do czasu podreperować swój budżet obciążony upodobaniem do dużych 

kobiet i musującego wina oraz kawioru i łososia, bez których ani duże kobiety, ani musujące 

wino nie smakują jak trzeba. 

Jako obywatelowi amerykańskiemu, Boziowi przysługiwało podwójne ubezpieczenie. 

Niemieckie  i  amerykańskie.  Ubezpieczenie  amerykańskie  akceptowało  kopie  rachunków. 

Oprócz tego za każdy dzień spędzony w szpitalu otrzymywał odszkodowanie, ponieważ nie 

mógł  wykonywać  pracy  radiowca.  W  ten  sposób  dwa  tygodnie  w  drogiej  prywatnej  klinice 

przynosiły  mu  równowartość  małego  samochodu.  Klinika  Hoffmanna  należała  do 

najdroższych. 

Lodzio  potępiał  przebiegłość  Bozia,  ale  zazdrościł  mu  jej.  Podziwiał  też  praktyczny 

stosunek  kolegi  do  własnego  ciała.  Sam  nigdy  by  się  nie  odważył  wyciąć  sobie  coś 

dobrowolnie. Bardzo lubił swoje ciało i dbał o nie, ale traktował jak powierzone mu cudowne 

i  tajemnicze  stworzenie.  Nie  śmiałby  na  nim  zarabiać,  nawet  jeśli  system  Bozia  był  legalny 

Tak jak ukochanego kota, gdyby go miał, nie uczyłby sztuczek dla zysku. 

Wydaje  mu  się,  że  wie,  dlaczego  Bozio  milczy  Gdyby  nie  to  warszawskie 

cwaniactwo,  nie  siedziałby  teraz  w  płaszczu  kąpielowym  frotee  na  rozsłonecznionym 

balkonie.  Byłby  w  pracy.  A  że  przed  południem  pracy  jest  niewiele,  zawracałby  pewnie 

Lidzie  jej  złocistorudą  głowę.  I  może  by  już  nie  żył  albo  wybuch  wyszarpałby  mu  jakieś 

całkiem  potrzebne  dla  zdrowia  organy.  Więc  Bozio  przeżuwa  ironicznie  myśl,  jak  to 

opatrzność nagradza egoizm. Bozio (skrót od Bożysław) nie wierzy w Boga ani Go nie stawi. 

background image

-  Szkoda,  że  to  nie  u  nas  -  odzywa  się  nagle  i  mściwie.  -  Zrobiłoby  się  trochę 

powietrza. 

-  Daj  spokój,  co  ty  gadasz!  -  Lodzio  wprawdzie  też  nie  przepada  za  większością 

kolegów, bo jak można przepadać za kimś, kogo się zna i widzi dzień w dzień od dziesięciu, 

dwudziestu  lat,  ale  nigdy  głośno  by  się  do  tego  nie  przyznał.  Jeszcze  kto  usłyszy. 

Poplotkować,  czasem  złośliwie,  czemu  nie,  ale  życzyć  śmierci?  Lodzio  aż  się  spocił.  Tak, 

paru życzyłby śmierci. Niewątpliwie. 

Tam,  w  dole  robi  się  tymczasem  bardzo  ruchliwie  i  głośno.  Wyją  syreny,  migają 

światła,  zajeżdża  straż  pożarna  i  policja,  rozstawiane  w  pośpiechu  barierki  powstrzymują 

gęstniejący tłum gapiów. Korty są puste. Tenisiści wyleźli na górę popatrzeć; przepychają się 

rakietami. Ambulanse grzęzną w ścisku. 

- Idź, dowiedz się czegoś - kropelki potu na głowie Bozia błyszczą jak kawałki szkła. -

1 tak tam powinieneś być. 

- No, coś  ty! Przecież się nie przecisnę!  Zresztą coś jeszcze może gruchnąć, zawalić 

się. 

- Idź, mówię ci! Palancie, klucho ty! Idź! 

Lodzio, który nigdy nie użyłby brzydkiego słowa w stosunku do drugiego człowieka, 

patrzy na posiniałą twarz, zaciśniętą jak pięść wokół wytrzeszczonych, łzawiących oczu. Jest 

w  szoku,  tłumaczy  sobie,  wypił  za  dużo  przed  południem.  Ale  tak  naprawdę  zdaje  sobie 

sprawę,  że  ten  drugi  człowiek  po  prostu  za  coś  go  nie  lubi.  Toleruje  jego  wizyty  z  zimną 

flaszką pod pachą, może nie lubi pić sam, może potrzebuje słuchacza dla swoich ulepionych z 

żółci kalamburów, ale przede wszystkim głęboko go nienawidzi. 

background image

ETER  

 

Uderzył piorun i Ananka otworzył oczy. 

Przeraził się. 

Zobaczył drzewo i niebo. 

Drzewo było wysokie, a niebo ogromne i puste. 

Skąd się wziął Ananka pod drzewem i niebem? Czy był synem pioruna? Możliwe. Nie 

wiadomo.  Opowiadajmy  o  tym,  co  wiemy  Ananka  chwycił  w  przerażeniu  to,  co  miał  pod 

ręką. Swój członek. 

Ten się naturalnie podniósł. 

Skąd przerażenie Ananki? Kto pyta, niech otworzy oczy i spojrzy w górę. Sam chwyci 

za włócznię. 

Dlatego  mężczyzna  zawsze  ma  ją  w  gotowości,  kiedy  się  budzi.  Ananka  ścisnął  i 

szarpnął swoją broń. Raz. Potem drugi. I trzeci. Coraz szybciej, aż zerwał się wiatr. Z włóczni 

trysnęła biała żywica. Wiatr poniósł ją w niebo. 

Tak powstały gwiazdy A Ananka przestał się bać. Było mu nawet przyjemnie. 

Wiatr ustal i niektóre gwiazdy zaczęły spadać. Jedna z nich spadła na drzewo. Trafiła 

w dziuplę, tak jakby wiedziała, gdzie trafić. I z dziupli wyrosła huba. Drzewo żyło z hubą, a 

huba z drzewem. Czy było im dobrze? Trudno powiedzieć. Chyba po prostu tak musiało być. 

Aż  w  końcu  z  huby  wysypały  się  nasiona.  Wnuki  przerażenia  Ananki.  Było  ich 

straszne mnóstwo i wszystkie głodne. Pozjadałyby się nawzajem, gdyby nie dziadek. Niemal 

nie wypuszczał z ręki swojej włóczni, więc wiał wiatr, powstawały i spadały nowe gwiazdy, 

na  drzewach  wyrastały  huby,  a  z  hub  sypały  się  nasiona.  Niektóre  unosiły  się  z  wiatrem  i 

zamieniały w ptaki, inne okazały się zwierzętami. 

Każdy  wie,  że  są  różne  drzewa  i  żadna  huba  nie  przypomina  innej.  Więc  i  nasiona 

musiały być rozmaite. 

Ptaki i zwierzęta nie znały lęku, łatwo było je zabić i zjeść. Wnukom Ananki bardzo 

się  to  spodobało.  Ci,  którzy  jedli  mięso,  stali  się  mężczyznami.  A  ci,  którym  zostały  serca, 

mózgi i reszta wnętrzności, stali się kobietami. Dlatego mężczyźni są silniejsi, a kobiety mają 

więcej rozumu i krwawią. 

Ale w ten sposób wnukowie Ananki wynaleźli śmierć. Kobiety zrozumiały, że dziadek 

bardzo się będzie o to gniewał, więc powiedziały mężczyznom, że trzeba go zabić, skoro już 

wiedzą, jak to się robi. Mężczyźni bardzo się przerazili i przy okazji odkryli związaną z tym 

przyjemność Kobietom też się ona spodobała. 

background image

Kiedy zobaczyli, że sami mogą wywoływać wiatr i tworzyć gwiazdy, przestali się bać 

i zabili dziadka. Bardzo już osłabł od ciągłego wyciskania żywicy, a przecież nie zabijał i nie 

jadł zwierząt. I do końca nie znał śmierci. 

Zjadając go, mężczyźni płakali. W końcu byt ich dziadkiem. W ten sposób powstały 

rzeki. 

A kobiety, spożywszy serce i mózg dziadka, powiedziały im, że to jest właśnie miłość. 

Dlatego płynąca woda niesie i smutek, i radość. Anankowie nie wiedzieli, co zrobić z 

czaszką  dziadka,  więc  umieścili  ją  na  razie  pod  drzewem.  Wtedy  uderzył  piorun.  Drzewo 

stanęło w ogniu, huba spadła do wody, która zaczęła wrzeć, a czaszka dziadka stała się twarda 

i przezroczysta. 

Przerazili  się  tak,  że  zapomnieli  o  przyjemności.  Ale  ogień  dawał  im  miłe  ciepło,  a 

rozpuszczona w wodzie huba miała kuszący smak. Po jednym łyku przywracała spokój i siły 

Odtąd Anankowie nazywają ogień ojcem, a hubę matką. I picie matki rozpuszczonej w łzach 

jest  ich  ulubioną  czynnością.  Przechowują  pieczołowicie  kryształ  -  głowę  rodu,  pamięć  o 

dziadku, którego zjedli. 

Rozumieją  też,  że  wszystko,  co  w  życiu  dobre  i  przyjemne,  pojawia  się  zazwyczaj 

czyimś kosztem. 

Ale póki istnieją drzewa, gwiazdy, huba i wiatr - nie zadręczają się tym nadmiernie. 

Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  To,  co  zwykle,  Herr  Stanisław,  to,  co  zwykle,  Herr  Julian,  twoje  lekarstwo,  mein 

Schatz  -  kelnerka  energicznie  rozstawiała  talerze,  miseczki  i  szklanki  -  to,  co  zwykle,  du 

Hubscher, zaraz przyniosę resztę, meine Herren. 

- Heidi ma nowy  girtel  -  nie wiadomo  jak zauważył  pan Stanisław. Oprócz rzadkich 

chwil uznania dla kogoś poza sobą oczy miał zawsze przymknięte, jakby nasłuchiwał odległej 

muzyki. 

- Mhm, mhm - pokiwał głową pan Marian. 

-  Zapewne  znów  zmienia  męża  -  w  głosie  Eleganckiego  Eugeniusza  podziw  mieszał 

się z przyganą. - Ileż ona może mieć lat? 

-  Trzydzieści  lat  temu  miała  zwyczaj  siadać  nam  na  kolanach  -  rozmarzył  się  Graf, 

ścinając czubek jajka na twardo złoconą gilotynką, którą nosił u paska spodni. - Urkowicz, to 

naprawdę pomaga? 

Pan  Marian  uporał  się  z  nakrętką  Jagermeistra  i  z  wyrazem  niesmaku  w  ustach 

przelewał świństwo z miniaturki do szklanki z herbatą. 

- Mhm, mhm. 

- Kobieta ma tyle lat, do ilu się przyznaje - mimo przymkniętych oczu pan Stanisław 

nie  miał  kłopotów  z  dokładnym  rozprowadzeniem  masła  po  ziarnistej  kromce  czarnego 

chleba.  -  Czemu  odmawiać  je]  prawa  do  poszukiwania  szczęścia,  skoro  najwyraźniej  nie 

znalazła  go  przez  trzydzieści  lat  obcowania  z  naszym  dostojnym  gronem  -  odchylił  swój 

szlachetny profil do tylu, czekali w milczeniu, aż odzyska zagubioną melodię - jeśli nie liczyć 

oczywiście  chwil  spędzonych  na  kolanach  naszego  przyjaciela  Grafa.  Musiał  to  być 

pocieszny widok. Jak Wołodyjowski u pasa Podbipięty. 

-  Wiatraczek  -  mruknął  tajemniczo  Graf,  poprawiając  swoje  zwaliste  kształty  na 

krześle. - Heidi! Das selbe fur mich! - wskazał nadchodzącej niezmordowanej poszukiwaczce 

szczęścia buteleczkę po Jagermeisterze. 

-  Zuzanna  i  starcy  -  odezwał  się  z  nieśmiałą  złośliwością  pan  Julian.  Posilał  się  z 

namaszczeniem dietetycznym jogurtem z małego, plastikowego kubeczka. Po każdej łyżeczce 

starannie zlizywał białawe resztki z górnej wargi. 

Pan Stanisław uchylił jedną powiekę. 

- Nasz kolega jest chodzącym, bo nie śmiem powiedzieć  - żywym - dowodem na to, 

jakim dobrodziejstwem byłaby legalizacja eutanazji. 

 

background image

Spójrzcie  na  jego  wiecznie  przygnębioną  twarz.  Czy  to  jest  twarz  człowieka,  który 

spędził burzliwą młodość na śródziemnomorskich frontach, siejąc postrach wśród gościnnych 

cór  Lewantu.  Pomyśleć,  że  niejeden  dorosły  już  dzisiaj  Turek  czy  Grek  przegląda  się  w 

lustrze  i  z  rozpaczą  zapytuje  swoich  bogów,  skąd  u  niego  te  ponure  i  banalne  rysy?  Quo 

vadis, Hellado? A gdyby tak jeszcze wiedzieli, jakie im przysługuje rodowe nazwisko! 

Pępek zarechotał i umilkł. 

Duży, okrągły stół w odległym od kuchni rogu kantyny był nieformalnym miejscem 

rytualnych śniadań elity polskiej sekcji Radia Wolność. Redaktorzy weterani zasiadywali przy 

nim  do  żartów,  jajek  na  miękko  i  na  twardo,  złośliwości,  herbat  i  płatków  owsianych, 

świeżych plotek i czerstwych pretensji. Pan Stanisław brylował od niechcenia, czego głęboko 

zazdrościł  mu  Elegancki  Eugeniusz.  Pan  Marian  zamawiał  Jagermeistra  jako  lekarstwo  na 

wrzody żołądka, a Graf nieodmiennie pytał, czy to pomaga, i po chwili wahania wołał o to 

samo.  Przygnębiony dietetyk znosił  bez słowa naigrywanie się z jego nazwiska. Na antenie 

używał pseudonimu, bowiem zajmował się ruchem związkowym i prawami pracowniczymi, a 

podpisując się pod audycją swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem - Julian Marchlewski 

-  wystawiałby  się  na  niewybredne  żarty  peerelow-skiej  propagandy  Koledzy  wyręczali  ją  w 

wystarczającym stopniu. 

Jak  przystało  na  amerykańską  instytucję,  panowała  tu  pełna  demokracja.  To 

oznaczało, że do stołu mogli się przysiąść, jeśli znalazło się miejsce, pośledniejsi giermkowie 

Wolności - reżyserzy, spikerzy, archiwiści. Znali swoje miejsce i nie zabierali głosu, chyba że 

zapytani. Stanowili  wdzięczną publiczność, zapamiętywali filipiki  i  plotki  i  przekazywali je 

dalej. Byli rozgłośnią w Rozgłośni, heroldami chwały wybranych. 

Spiker Pępek wielbił bywalców stołu, kadził im gęsto, słuchał ich z nabożną pokorą, 

po  czym  jako  były  aktor  parodiował  przy  innych  stolikach  z  całą  zjadliwością  z  zemsty  za 

samoponiżenie. Z tym rechotem jednak przesadził. 

Lodzio nie cierpiał Pępka. 

- U Czechów jakoś pusto - zmienił temat Graf. 

Inne sekcje też miały swoje Stammtische. Rosjanie, Węgrzy, Estończycy, Litwini. Pod 

przeciwległą ścianą Ukraińcy namiętnie grali w domino. O tej porze najwięcej było Azjatów. 

Ze  względu  na  różnicę  czasu  między  Europą  a  egzotycznymi  koloniami  komunistycznego 

imperium zaczynali pracę wcześniej. 

- Oni wszyscy są do siebie podobni - oświadczył jak co dzień Elegancki Eugeniusz z 

powściągliwym,  brytyjskim,  jak  mu  się  zdawało,  zdziwieniem.  -  Czy  ktoś  wie,  jak  jest 

„wolność” po tadżycku? 

background image

- Konfucjanizm i komunizm świetnie się uzupełniają  - zawyrokował pan Stanisław z 

głębi swego zasłuchania - to tłumaczy fenomen Chin. 

- Mhm, mhm. 

Z  rogu  sali  mieli  widok  na  całą  kantynę,  umieszczoną  w  podziemiach  budynku. 

Między stolikami krążył niepozorny facecik w samej koszuli z podwiniętymi rękawami, ale w 

krawacie, wodząc zapalonym papierosem w wyciągniętej ręce pod niskim stropem. 

-  U  nich  zresztą  latem  zawsze  jest  pusto  -  ciągnął  swój  temat  Graf.  -  Niedawno 

przyjechał  tu  z  Pragi  kurier  Karty  77.  Z  narażeniem  życia,  a  przynajmniej  wolności, 

przywiózł  jakieś  ważne  dokumenty  Nie  mógł  się  dodzwonić  do  czeskiej  sekcji.  Nikt  nie 

odbierał telefonu. 

-  Musiał  im  od  razu  podkładać  bombę?  To  niepodobne  do  Czechów.  Nikt  się  nie 

zaśmiał. 

- Zadzwonił  do nas.  Mariolka mu  powiedziała, że pewnie są pod Chińską Wieżą, bo 

lato. Na piwie. I byli. Wszyscy, co do jednego. Elegancki Eugeniusz nie dawał za wygraną. 

- Nie myślę, żeby Tadżycy czy Uzbecy znali Konfucjusza. 

- Szkoda, że tym razem nie wszyscy poszli na piwo - niespodziewanie zabrał głos pan 

Marian. - Co z tą biedną, jak jej było. Lida? Lodzio uznał, że pytanie skierowane zostało do 

niego. 

- Źle. Wybuch wbił jej maszynę do pisania w twarz. 

- Uch - skrzywił się Przygnębiony Dietetyk. 

- Symbolizm jak z Magritta - zawołał z emfazą Eugeniusz, zapominając o Tadżykach. 

- Nie przypuszczam, żeby Bozio chciał się żenić - słowa pana Stanisława brzmiały jak 

stwierdzenie, nie pytanie - odwiedził ją przynajmniej? 

-  Nie  -  Lodzio  pozwolił  sobie  na  ton  satysfakcji  -  mówi,  że  chce  zachować  ją  w 

pamięci taką, jak przedtem. 

- Mh, mhm. Graf skrzywił się. 

- Chyba się jeszcze napiję. 

Twarz pana Juliana stała się, o ile to było możliwe, jeszcze bardziej przygnębiona. 

-  Przynajmniej  z  ubezpieczenia  i  odszkodowania  pożyje  sobie  lepiej  niż  przy  Boziu, 

choćby sobie wszystko powycinał. 

Pan  Stanisław  ściągnął  wargi,  jakby  znalazł  na  końcu  języka  coś  wyjątkowo 

smakowitego. Oznaczało to u niego uśmiech. 

- Organizm Bozia przypomina jako żywo komunistyczny system. Z zewnątrz jeszcze 

pozory zdrowia, niektórym może się nawet wydawać atrakcyjny, rzecz gustu i upodobań, za 

background image

to w środku pustka. Co jeszcze działało - wycięte albo zadłużone. Organy nie używane uległy 

obumarciu,  nadużywane  -  nadmiernemu  rozdęciu.  Trudno  mi  sądzić,  czy  brak  serca  na 

przykład wynika z nieużywania, czy Bozio wyciął je w pierwszej kolejności, jako absolutnie 

zbędne. Nienaturalne powiększenie wątroby natomiast nie ulega najmniejszej wątpliwości. To 

w  końcu  organ  bezpieczeństwa.  Oczyszcza  krew.  Obarczony  ponad  wytrzymałość  zatruwa 

organizm. Usypia go, co mówię ku pocieszeniu kolegów spożywających alkohol na śniadanie. 

Zastukał chudymi palcami w blat, w rytm przez siebie tylko słyszanej melodii. 

-  Chciałem  jednak  o  czym  innym.  Zamach  na  Ojca  Świętego,  zamach  na  naszą 

rozgłośnię,  wojna  w  Afganistanie,  robotniczo-katolicki  karnawał  w  kraju,  to  są  syndromy 

końca,  panowie.  Przedśmiertne  drgawki  chorego  potwora,  desperackie  delirium  tremens. 

Oczy moje - zacisnął powieki jeszcze mocniej - widzą już kres tego kolosa, a co za tym idzie, 

kres naszej misji, sączenia przez dziesięciolecia trucizny wolności w jego zwyrodniałe tkanki. 

Przyjdzie nam,  niektórym  w każdym  razie, wziąć udział w historycznym pogrzebie i  rzucić 

grudę ziemi na tę ponurą trumnę. I zacząć się rozglądać za normalną pracą. 

Przy  ostatnich  słowach  głos  pana  Stanisława  załamał  się  w  coś  pomiędzy 

wstrzymywanym szlochem a chichotem. 

Mężczyzna w koszuli i krawacie okrążył ich stół, wciąż unosząc ku sufitowi papieros 

w wyciągniętej dłoni. 

- Trochę za wcześnie na mowę pogrzebową. Stasiu - pokręcił głową pan Marian. - Ta 

hydra niejednego jeszcze pożre, zanim zdechnie. No i dlaczego akurat Czechów, a nie nas? 

Czesi są cisi. 

Urkowicz znany był z nieprzejednanej wrogości do Sowietów. Miał po temu osobiste 

powody  Z  tego  względu  nazywano  go  często  pojazdem  jednośladowym,  za  plecami 

oczywiście. 

-  Co  on  robi?  -  Elegancki  Eugeniusz  zainteresował  się  mężczyzną  z  papierosem. 

Mowa  pogrzebowa  pana  Stanisława  nie  zrobiła  na  nim  wrażenia.  Pan  Stanisław  z 

jednakowym  przejęciem przemawiał na pogrzebach tych, których tolerował,  i  tych, którymi 

gardził. Jedne i drugie zdarzały się coraz częściej. Mówiono, że ma w biurku przygotowane 

wystąpienia  dla  każdego  z  żyjących  jeszcze  pracowników  Wolności,  nie  wyłączając  siebie 

samego. 

-  To  się  nazywa  ograniczanie  szkód,  mój  drogi.  Izolowanie  ogniska  choroby  Zęby 

Czechom nie przyszło do głowy naśladowanie Polaków. Graf pochylił się ku Eleganckiemu 

Eugeniuszowi. 

background image

-  Zarabia  więcej  niż  my  wszyscy  razem  wzięci.  Dyrektor  techniczny.  Nowy,  więc 

osobiście sprawdza działanie klimatyzacji. 

- Amerykanin? 

- Irlandczyk. 

- To powinien sprawdzać lej po bombie  - wtrącił pan Stanisław, który miał zdolność 

wsłuchiwania się w kilka rozmów równocześnie. 

- Ja bym tam Rosjanom nie ufał - Urkowicz nie zsiadał ze swojego motocykla - im z 

nimi  gorzej,  tym  groźniejsi.  O  -  żachnął  się,  jakby  zamiast  Jagermeistra  Heidi  podała  mu 

mleko - żywy przykład. 

- No, no - potwierdził Graf - klacz. 

Pan Stanisław uchylił obie powieki. 

Przy  pustym  stole  Czechów  usiadła  uderzająco  efektowna  kobieta  w  towarzystwie 

niepozornie  ubranego,  kudłatego  młodzieńca.  Patrzyła  na  niego  wzrokiem,  w  którym 

doświadczenie  Grafa  odczytywało  jednocześnie  miłość  i  kokieteryjną  świadomość  własnej 

urody - Interesująca osóbka - mruknął pan Stanisław. - A on kto? 

- Technik - pośpieszył z informacją Lodzio - bardzo sprawny przy montażu. Tatar czy 

Baszkir. Ma słuch. 

- Ma też i wzrok - chrząknął Graf. 

-  Julka  Ehrenzweig  czy  Ehrenblum  -  mówił  Urkowicz  głosem,  jakiego  używał  w 

audycjach  demaskujących  przewrotność  Kremla.  -  Jej  mąż  jest  tym  sławnym  dysydentem, 

profesorem  biologii,  którego  przez  dziesięć  lat  więzili,  zsyłali,  sadzali  po  psychuszkach. 

Wreszcie  wypuścili  go  z  żoną  do  Izraela.  Zbyt  dużo  szumu  było  na  świecie  albo  za  coś 

przehandlowali.  Jak  zwykle.  Przyjechał  z  nią  tutaj,  żeby  nagrać  cykl  audycji  o  sowieckim 

systemie represji. No i na jakiejś popijawie u Rosjan poznała tego Mosura. Technika. Wyszła 

razem  z  nim  tak,  jak  stała.  Nie  wróciła  do  hotelu.  Nawet  po  kosmetyki  i  szczoteczkę  do 

zębów. A ten profesor ma katedrę w Jaffie i musiał jechać. Bez niej. 

- „Nigdy jeszcze mi tak nie zmroczyła zmysłów namiętność”  - pan Stanisław opuścił 

powieki i odchylił się z krzesłem tak, by światło korzystnie obrysowało mu profil. - „Nawet 

wtedy  przed  laty,  gdy  z  miłej  porwawszy  cię  Sparty,  płynąłem  z  tobą  do  Troi  i  na  wyspie 

Kranai  posiadłem  cię  w  lubej  rozkoszy”.  Nic  nowego  od  czasów  Homera.  Zawsze 

podejrzewałem, że musiał mieć choćby domieszkę żydowskiej krwi. 

- Jak on ją utrzyma z pensji technika? - zastanowił się Pępek. - Wygląda na kosztowną 

kobietę. 

- Chciałbym mieć ten kłopot - przyznał Graf bez większego przekonania. 

background image

- Albo jej nie utrzyma, albo nie długo będzie technikiem. Wymagające panie stanowią 

silną motywację dla mężczyzn. 

Obserwowana para spożywała małymi kęsami kiełbaski debreczyńskie, patrząc sobie 

w oczy. 

-  Ani  ona  Żydówka,  ani  on  muzułmanin  -  skwitował  z  lekceważeniem  Elegancki 

Eugeniusz.  Dyskutowanie  miłosnych  afer  kłóciło  się  z  jego  pojęciem  elegancji.  -  A  propos 

motywacji. Wiecie, że po tym wybuchu będą nas ogradzać? Stawiają mur wokół radia. To już 

pewne. 

W milczeniu przeżuwali nowinę. 

-  Już  widzę  tytuły  w  polskiej  prasie  -  zadrwił  bez  uśmiechu  Przygnębiony  Dietetyk 

Julian Marchlewski - „Wolność za murami”. „Wolność uwięziona w wolnym kraju”. 

Homer - Iliada. Przeł L. Siemieński - Wyobrażacie sobie, jakie pieniądze weźmie nasz 

Irlandczyk  za  przetarg?  -  Graf,  podobnie  jak  Bozio,  miał  stałe  kłopoty  z  utrzymaniem 

równowagi  na  koncie  i  lubił  wyobrażać  sobie  cudze  zarobki.  -  Tylko  patrzeć,  jak  będzie 

sprawdzał klimatyzację najgrubszym kubańskim cygarem. 

- Mhm, mhm. Fidel Castro się uśmieje. 

Zamknięcie tematu sentencją należało jak zwykle do pana Stanisława. 

- Największym zagrożeniem dla wolności jest ona sama  - obwieścił, podnosząc się z 

krzesła. - Przeto udaję się na posterunek. Życzę panom miłego dnia. 

Jego odejście oznaczało dla Eleganckiego Eugeniusza możliwość przejęcia stolikowej 

prezesury. 

- Mają postawić bramki magnetyczne. Jak na lotniskach - podjął hiobowe wieści. 

-  Starzeje  się  nam  -  pokiwał  głową  Urkowicz,  odprowadzając  wzrokiem  dostojnego 

weterana. - Dawniej zacytowałby nam całą księgę z Iliady. Na mnie też już pora. 

-  I  na  mnie  -  stęknął  Graf,  odsuwając  się  od  stołu  ze  zgrzytem  udręczonych  nóżek 

krzesła. - Trzeba będzie zapomnieć o metalowych piersiówkach. 

background image

ETER  

 

Mosur  był  pierwszym  Ananką  zrodzonym  z  przyjemności  mężczyzny  i  kobiety 

Anankowie nie wiedzieli, co z nim począć. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. 

Dlatego nazwali go Mosur, co oznacza „nie wiadomo co” albo po prostu „dziecko”. 

Po jakimś czasie zauważyli, że z robienia wiatru biorą się dzieci, chociaż nie zawsze. 

Wtedy imię Mosur, odpowiednio wypowiedziane, zaczęło oznaczać „wiatr niosący ból”. 

Nie nazywali wszystkiego, co ich otaczało. Wszystko - to zawsze za dużo. Nazywali 

tylko to, co ich ciekawiło albo dręczyło. 

Posadzili  Mosura  pod  drzewem,  napoili  wywarem  z  huby  i  zostawili  samemu  sobie. 

Był za mały, żeby się do czegoś przydać. 

Przypominał  im  dziadka,  dali  mu  więc  do  zabawy  kryształ  czaszki.  I  odeszli  do 

swoich zajęć. 

Anankowie starali się stale czymś zajmować. Kiedy nie robili nic - zasypiali. A wtedy 

śniło  im  się  zjadanie  dziadka.  Tak  ich  to  dręczyło,  że  wreszcie  nazwali  się  Anankami,  co 

oznacza „dziadkożercy” albo „ludzie”. Wtedy zrobiło im się trochę lżej. 

Zawsze dobrze jest nazwać to, co dręczy. 

Mosur  rósł  razem  z  drzewem.  Widział  wszystko  i  słyszał  wszystko,  a  wszystko  -  to 

zawsze za dużo. Mówiliśmy już o tym. Za dużo barw i kształtów, za dużo szumu i dźwięku. 

Za dużo ruchu. Wirowało wokół niego albo w nim. Trudno powiedzieć. 

Nauczył się płakać. 

My  już  wiemy,  że  nie  należy  próbować  patrzeć  na  wszystko  i  słuchać  wszystkiego. 

Wtedy kręci się w głowie i można upaść. Dlaczego tak jest? Nie wiadomo. Opowiadajmy o 

tym, co było. 

Mosur płakał: Huu, huu, huu... 

Jeśli ktoś był w pobliżu, dawał mu pić. Ale często nikogo nie było. Odtąd w języku 

Ananków  Hu  oznacza  matkę,  tęsknotę,  pragnienie  i  smutek.  Huba  też  oznacza  matkę,  ale 

tylko tę pierwszą, sypiącą nasiona. 

Kiedy Mosur podrósł na tyle, że mógł już się bawić kryształem, najchętniej podnosił 

go do oczu. Tak było lepiej. Kryształ decydował za niego, na co patrzeć. Wybierał to, co jasne 

i proste. Mosur patrzył kryształem. Uśmiechał się. Odkrył, że jeśli patrzy w kryształ bardzo 

uważnie, nie słyszy zgiełku, który tak go dręczył. A jeśli zamknie oczy, to zgiełk zamienia się 

w gąszcz przyjemnych i ciekawych dźwięków. To już było coś. 

background image

Jedna  z  kobiet  opowiedziała  mu,  skąd  się  wziął  kryształ.  Jak?  Nie  wiadomo.  Nie 

wszystko  przecież  miało  swoje  nazwy.  Ale  nie  trzeba  wielu  słów,  żeby  powiedzieć  to,  co 

najważniejsze. 

Mosur milczał. Kobieta dała mu pić i poszła. A on mówił do siebie: piorun, drzewo, 

gwiazdy.  Huba,  ogień,  dziadek.  Śmierć,  czaszka,  kryształ.  Aż  sobie  poukładał  te  słowa  we 

właściwy sposób. Milczenie to jak patrzenie przez kryształ. Sprawy stają się jasne i proste. 

Wziął  głowę  dziadka  pod  pachę  i  opuścił  Ananków.  Zniknął  w  lesie.  Nie  można 

powiedzieć, że się tym przejęli. W końcu nie było z niego wielkiego pożytku. 

Wędrując przez las, Mosur widział mnóstwo rzeczy, których nie znał. Przyglądał się 

im uważnie, a potem patrzył na nie przez kryształ. I już wiedział, jak je nazwać. Wieczorami 

układał nowe słowa pomiędzy tymi najważniejszymi, które już znał. Pojął, że dźwięk należy 

do  rzeczy,  która  go  wydaje.  Podobnie  jak  barwa,  kształt,  zapach  i  smak.  Ale  musiał  je  po-

oddzielać, żeby je nazwać. W ten sposób rzeczy zaczęty istnieć razem i osobno jednocześnie. 

Mosur  bardzo  skomplikował  świat.  Lecz  dzięki  niemu  możemy  teraz  o  tym 

opowiadać. 

Dotarł  do  góry.  W  górze  była  jaskinia.  Zamieszkał  w  niej.  Wylot  jaskinia  miała 

niewielki.  Siedząc  w  środku,  Mosur  widział  tyle,  co  trzeba,  nawet  bez  pomocy  kryształu. 

Kryształ  łykał  światło  i  rzucał  blaski  na  ściany  jaskini.  W  nocy  w  jej  wylocie  świeciły 

gwiazdy Mosur powiedział sobie, że dziadek wiedział wszystko. Ale kiedy wywołał wiatr i 

stworzył gwiazdy, każda z nich miała już tylko odrobinę tej wiedzy. A przecież tylko z jednej 

gwiazdy urodziła się huba, z której wysypali się Anankowie. I zjedli dziadków, zanim zdążył 

im powiedzieć, co i jak. 

Dlatego muszą się wszystkiego uczyć od początku. 

Słońcem i księżycem Mosur nie zawracał sobie głowy, chociaż też je nazwał. Uznał, 

że  to  kryształy  czaszek  innych  dziadków  i  nic  go  z  nimi  nie  łączy  Nie  da  się  pojąć 

wszystkiego tak, jak nie da się patrzeć w słońce. 

To  siedzenie  w  jaskini,  patrzenie  i  nazywanie  trwało  bardzo  długo.  Któregoś  dnia 

Mosur odkrył, że potrafi wywoływać wiatr. 

Nie  chciał  tworzyć  nowych  gwiazd.  Jego  zdaniem  było  ich  już  i  tak  za  dużo.  W 

okolicy jaskini nie natrafił też na żadną kobietę. 

Połączył się więc z niedźwiedziem, orłem i borsukiem. 

Synowi niedźwiedzia nadał imię Hań. Hań okazał się zręcznym myśliwym. Syn orla - 

Horesz miał doskonały wzrok i dar opowiadania o tym, co widzi. A Hesz, syn borsuka, był 

skrzętny i pracowity Kiedy Mosur nauczył ich już wszystkiego, co sam wiedział, postanowił 

background image

wrócić  do  Ananków.  Kryształ  zostawił  w  jaskini.  Jeśli  ktoś  bardzo  zapragnie  spojrzeć  na 

świat we właściwy sposób, zawsze może się tam wybrać. 

Wracali  przez  las  bardzo  długo.  Wiele  rzeczy  ich  ciekawiło,  wszystkiego  chcieli 

spróbować,  jak  smakuje.  Żeby  się  nie  pogubili,  Mosur  dal  każdemu  róg  koziorożca. 

Wystarczyło  weń zadąć  i  już jeden wiedział, gdzie znajdują się pozostali. Przywoływali się 

chętnie, jak tylko któryś natrafił na coś godnego uwagi. 

Mosur szybko zrozumiał, co oznacza jego własne imię. Wiatr niosący ból. 

Kiedy  odnaleźli  Ananków,  bardzo  się  zdziwili,  jaki  wśród  nich  panował  bałagan. 

Wszyscy robili wszystko albo nie robili nic, a więc nic nie było do końca zrobione. Kłócili się 

ze sobą, ich dźwiękiem byt zgiełk. Dzień zaczynali od obarczania się winą za śmierć dziadka i 

od  wywoływania  wiatru.  Przybywało  więc  dzieci,  które  płakały  Nie  miały  kryształu  do 

zabawy. 

Mosur i jego synowie zaprowadzili porządek. Hań wybrał najsilniejszych mężczyzn i 

najsprytniejsze  kobiety  i  nauczył  ich  myślistwa.  Zauważył,  że  kobiety  okazywały  się 

zazwyczaj  pojętniejsze.  Hesz  zapędził  leniwych  do  urządzania  schronień.  Pokazał,  jak  je 

kopać i gdzie, żeby były ciepłe i suche. A Horesz mówił wszystkim to, co powinni wiedzieć. 

Wszyscy  szybko  polubili  jego  opowieści.  Zwłaszcza  kobiety  Co  wieczór,  głosem 

podobnym do krzyku orła mówił im, kim są. 

A Mosur nauczył Ananków porozumiewania się za pomocą rogów koziorożca. W ten 

sposób  ukrócił  gadatliwość  i  kłótnie  ustały  Odtąd  słowa  miały  służyć  tylko  pięknym 

opowieściom  o  dziejach  potomków  drzewa  i  huby  Dźwięki  rogu  byty  miłe  dla  ucha  i 

wystarczały w zupełności, żeby się dogadać w codziennych sprawach. 

Nie  wszystkim  to  się  podobało.  Ale  w  zamian  Mosur  oznajmił,  że  bierze  na  siebie 

śmierć dziadka. Anankowie uznali, że tak będzie najlepiej. W końcu to on na niej najwięcej 

skorzystał. A oni ucieszyli się, że wreszcie przyśni im się coś przyjemnego. 

I po pierwszej spokojnie przespanej nocy obwołali Mosura Hanakiem, czyli wodzem. 

Hanak w języku Ananków to „ten, który bierze na siebie śmierć”. 

Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA  

 

Lodzio łaknie bohaterów. 

W reżyserce panuje przedwieczorny, przejrzysty  mrok. Biurowe lampy na łamanych 

statywach  wycinają  z  niego  tylko  ostre  zarysy  kształtów,  fragmenty  sugerujące  całość. 

Połyskują  krawędzie  przedpotopowych  magnetofonów.  Wąski  pasek  światła  faluje  na 

przewijającej się miarowo taśmie. 

Mrok ukrywa to, co powszednie, przygnębiające swoją banalnością. Bezbarwny sufit 

czerniejący  po  rogach,  obłażącą  z  lakieru  boazerię  z  drewnianych  listewek,  bezużyteczne 

świadectwo  miernego  gustu  dekoratora  wnętrz  sprzed  trzydziestu  lat,  burą  wykładzinę 

podłogową,  pokornego  spowiednika  stóp  chodzących  w  kółko.  Światło  uchyla  rąbek 

tajemnicy  - postrzępiony obłok włosów Mosura, jego ostry, trochę dziki profil, śmiały szkic 

dużych dłoni na konsolecie panujących nad suwakami potencjometrów tak, jak panowały nad 

karabinem i granatem; wesołe loczki kudłów w rozchylonej pod szyją sztruksowej koszuli. 

I własna ręka Lodzia, z pulsującą żyłką nad wskazującym palcem, delikatna i czujna, 

gotowa  odnotować  każde  potknięcie,  przejęzyczenie,  przydługą  ciszę  w  nagrywanej 

rozmowie,  niemal  bez  udziału  świadomości,  by  potem  wyciąć  z  taśmy  te  wstydliwe  ślady 

ludzkiej niedoskonałości, nadać dziełu płynność i sens. 

Za  pochyłą,  dźwiękoszczelną  szybą  dyskutanci  poruszają  się  w  rytmie  własnych 

argumentów. Ich napięcie, odbijające sytuację w kraju, zdaje się wypełniać niewielkie studio 

szlachetnym,  przyprawiającym  o dreszcz gazem  wzniosłości. Mówiący walczą z ciśnieniem 

własnych,  trafnych  i  mocnych  sformułowań,  z  coraz  większym  wysiłkiem  powstrzymują 

emocje.  Ich  głowy  skupiają  się  coraz  bliżej  mikrofonu,  ich  dłonie  tworzą  na  stole  ruchliwy 

krąg, jakby wywoływali duchy które przepowiedzą przyszłość. 

Sami  najlepsi.  Pan  Stanisław,  Marian  Urkowicz,  Elegancki  Eugeniusz,  pani  Elwira, 

która  przerwała  urlop,  żeby  wziąć  udział  w  dyskusji.  Dziś  wszyscy  są  niezwykli.  Są  inni. 

Lodzio nie poznaje tych ludzi, choć niby zna ich do mdłości. Nawet Mosur słucha, mimo że 

nie  zna  polskiego.  Nasycona  przejęciem  melodia  egzotycznych  dlań  fraz  i  zdań  wydaje  się 

rezonować w jego nieruchomej sylwetce. Nie do wiary. 

Nawet dyrektor zdradza objawy tej tajemniczej gorączki. Zdystansowany, rozluźniony 

arystokrata,  którego  ponoć  nikt  nigdy  nie  widział  inaczej  jak  rozciągniętego  swobodnie  w 

fotelu,  z  nogami  wysuniętymi  przed  siebie,  jakby  zaraz  miał  się  ześliznąć,  a  raczej  miękko 

spłynąć  na  podłogę,  z  dłońmi  zetkniętymi  czubkami  smukłych  palców  dokładnie  dziesięć 

centymetrów  nad  klamrą  paska  od  spodni,  czym,  zdawało  się,  wyznaczał  sobie 

background image

nieprzekraczalną  granicę  zaangażowania  w  rzeczywistość.  Teraz  ciśnie  się  wraz  z 

pozostałymi  do  srebrnej  monstrancji  lampowego  mikrofonu,  niepomny  strasznej  wyroczni 

swego ulubionego autora: „Słowa, słowa, słowa”. 

Lodzio łaknie bohaterów. 

Padają  pięknie  zdania.  Ludzie  stali  się  z  dnia  na  dzień  lepsi.  Posłanie  do  narodów 

Europy  Wschodniej.  Poczuliśmy  się  u  siebie  w  domu.  Nie  lękajcie  się.  To  pan  Stanisław 

przytacza  słowa  Papieża,  z  naturalną  swobodą  zacierając  ich  autorstwo,  tak  że  ma  się 

wrażenie, jakby je głosił natchniony Duchem Świętym. W co zapewne sam w tym momencie 

wierzy  Padają  wielkie,  mityczne  już  nazwiska:  Wałęsa,  Frasyniuk,  Bujak,  Michnik. 

Sponiewierani,  bezkształtni  pariasi  systemu  prostują  plecy,  wyrastają  ponad  siebie  samych, 

zyskują  formę,  stają  się  nie  żołnierzami  Sprawy,  kolejnego  beznadziejnego  powstania,  ale 

świadomymi obywatelami. „Jaki antysemityzm? - mówi Michnik ustami pani Elwiry. - Mnie 

tu na Zjeździe Solidarności traktują jak jakiegoś ko... ko... Kościuszkę!” 

Czy  możliwy  jest  taki  cud?  Lodzio  zapomina,  że  jego  zadaniem  nie  jest  słuchanie 

tego, co tamci mówią, ale jak mówią. Śledzenie formy. Ale forma jest doskonała, emocja daje 

formę - jak w kraju. Czyżby był Bóg na niebie i to w dodatku tak przychylny Polakom? Bozio 

wyśmiałby takie myśli. Ale Bozio ma w sobie pustkę, więc widzi ją i wokół siebie. Czy ludzie 

mogą się aż tak zmienić? 

Lodzio  nakłada  to,  co  słyszy,  na  to,  co  widzi.  A  widzi  swoje  rodzinne  Kielce, 

Klerykowo  przyklejone  do  Gór  Świętokrzyskich,  lepką  ciasnotę,  Syndykat  Ręcznego 

Paskudztwa.  Wąskie  uliczki  prowadzące  do  Rynku,  który  musiał  być  placem  Partyzantów. 

Przymus  legendy  Batalionów  Chłopskich.  Zabawy  rówieśników  wojny  w  przesiąkniętych 

mgłą lasach. Wówczas też łaknął bohaterów. Jego bohaterem był Fredek, żylasty wyrośnięty 

czternastolatek,  który  miał  zardzewiałą  parabelkę  i  sypiał  z  dorosłymi  kobietami.  Żeby 

wstąpić do jego bandy, trzeba się było przy chłopcach, w jodłowej puszczy, wybranzlować. 

Fredek  z  wyższością  pokazywał  jak.  Lodzio  czuł  przerażenie  i  podziw,  ale  sam  tak  nie 

potrafił.  Trochę  się  bal,  a  trochę  bolało.  Poza  tym  miał,  zdaniem  Fredka,  pedalskie  imię. 

Francuskie, a Francuzi  to  pedały Fredek chwytał go twardą ręką za kark i  przyginał z całej 

siły  do  ziemi,  wyzywając:  Lui  -  chuj,  Lui  -  chuj.  Ale  nawet  taki  kontakt  z  Fredkiem 

przejmował Lodzia upokorzoną rozkoszą. Tak łaknął bohaterów. 

To przez ojca. Zanim go zamknęli za szpiegostwo na rzecz imperialistów, pracował na 

poczcie.  Po  całym  dniu  sortowania  listów  i  przybijania  pieczątek  przenosił  się  do  swojej 

ukochanej  Francji,  w  której  nigdy  nie  był.  Godzinami  czytał  Łodziowi  Pieśń  o  Rolandzie, 

Tristana i Izoldę, a także Cyda i Horacjusza. Po francusku, potem po polsku. Ludwik to imię 

background image

królów - powtarzał ku rozpaczy matki. Dzieliła swój czas między kuchnię a kościół. Uważała, 

że  ich  marny  los  jest  karą  za  grzeszne  podróże  męża  po  bezdrożach  literackiej  herezji.  Nie 

uznawała  Francuzów  za  chrześcijan.  Nie  chciała  słyszeć  o  Ludwiku  Świętym  i  śmierci 

Rolanda  w  walce  z  Saracenami.  Chrześcijaństwo  kończyło  się  dla  niej  zaraz  za  Kielcami  w 

Oblęgorku. Sienkiewicz był katolik! Ale pisanie książek uważała za bluźnierstwo. Uzurpację 

boskiej mocy tworzenia. 

„Od  żydostwa  i  głodu  chroń  nas  Panie”  napisała  na  ścianie  kamienicy,  w  której 

mieszkali. W dzień po pogromie. Ojciec złapał się za głowę. Najpierw nie mógł znaleźć słów. 

Potem  prowadzili  zaciekłą  kłótnię  niedosłyszalnym  niemal  szeptem.  Matka  kazała  się 

Łodziowi  modlić  przed  Świętym  Obrazem.  Klęczał  tyłem  do  pokoju.  Matkę  Boską 

przykrywało  szkło.  Odbijały  się  w  nim  głowy  i  ręce  rodziców,  wściekłe  migotanie  nie 

dających się wyrazić uczuć. Twarz Madonny była zupełnie obojętna. 

Ojca wzięli i już nie wrócił. Podczas rewizji okazało się, że szpieg udostępniał synowi 

tylko  cząstkę  niebezpiecznej,  antyludowej  propagandy  Odziany  w  skórzany  płaszcz  ubek, 

brodząc  po  kostki  w  rozrzuconych  po  podłodze  książkach,  czytał  na  głos  zapracowanym 

kolegom fragmenty Żywotów pań swawolnych. Z lubieżnym mlaskiem powtarzał smakowite 

sformułowania, te wszystkie „tameczne usta”, „zadnie wrota”, „rzadkim porośnięte włosem”. 

Koledzy rechotali, matka żegnała się raz po raz. Łodziowi kręciło się w głowie ze wstydu. Na 

podłodze twarz Madonny za pękniętym szkłem była zupełnie obojętna. 

Matka  modliła  się  za  ojca,  ale  uważała,  że  sam  sprowadził  na  siebie  nieszczęście. 

Sąsiadki kiwały głowami. Zadawał się z Żydami, czytał świństwa, nawet w obcych językach, 

pracował  na  poczcie,  wiadomo  -  szpieg.  Wróg  ludu.  I  chłopaka  pewnie  zdążył  plugastwem 

zarazić. 

„Ludek  -  wróg  ludu.  Ludek  -  wróg  ludu”  zmienił  repertuar  upokorzeń  Fredek, 

chwytając go za kark i przygniatając głowę do ziemi. 

A  teraz  Solidarność  Fabryki  Łożysk  Tocznych  „Iskra”,  „Solidarność  Zakładów 

Autobusowych” i Fredek wpatrzony w Michnika jak w Kościuszkę. Cud! 

- Ludwik? - Mosur wskazuje głową zegar. - Time. 

Lodzio sięga ręką do przycisku. Nad mikrofonem, przed oczami wywołujących duchy, 

migocze czerwona lampka. Budzą się z transu. 

-  Nie  możemy  ich  tam  w  kraju  straszyć  ani  dawać  nadmiernych  nadziei  -  mówi, 

wychodząc  ze  studia  dyrektor,  już  swoim  zwykłym,  jakby  nieobecnym  głosem.  -  Panie 

Ludwiku, proszę to uważnie przesłuchać i wyciąć zbyt radykalne sformułowania. Zdaje się, 

background image

że  wymknęło  mi  się  gdzieś  tam  słowo  „wróg”.  Powinno  być  „przeciwnik”.  Niech  pan 

zobaczy, co się z tym da zrobić. Gdyby miał pan jakieś wątpliwości, jestem u siebie. 

Za dyrektorem idą pozostali. Odczarowani. Przywróceni swojej codzienności. 

Lodzio  sprawnie  przesłuchuje  nagranie.  Ma  wynotowane  wszystkie  czasy  miejsc 

wątpliwych,  zabrudzonych,  zakłócających  płynność  dyskusji.  Mosur  wycina  brudy  i  cisze. 

Ma  ucho.  Słyszy  obcą  mowę  jak  muzykę  i  wyłapuje  zgrzyty  Jest  wyjątkowy.  Małomówny 

Inni technicy gadają o bzdurach. Po pięć, sześć razy szukają miejsca montażu, które trzeba im 

kilkakrotnie  wskazywać.  Mają  gdzieś  to,  co  robią,  i  demonstrują  to.  Nawet  Niemcy 

Zwłaszcza Niemcy. 

Praca  nad  czyjąś  wolnością,  gdzieś  tam  na  wschodzie,  mimo  że  pozwala  zarobić, 

zajmuje  tak  niskie  miejsce  w  ich  hierarchii  spraw  godnych  uwagi,  że  nawet  nie  uruchamia 

instynktownej etyki solidności. 

Lodzio  szybko  wypełnia  raport.  Nazwiska  uczestników  nagrania.  Własne  nazwisko. 

Nazwisko  Mosura.  Czas,  data,  data  emisji.  Taśma  w  tekturowym  pudełku  ląduje  na  stosie 

podobnych  sobie.  Osiem  godzin  pracy  Trzy  godziny  innej  Polski,  innych  ludzi;  Symfonia 

Fantastyczna. Mosur zaniesie te pudełka, te krążki do Master Roomu. Stamtąd muzyka słów 

popłynie  do  nadajnika,  a  z  nadajnika  do  kraju,  tam,  skąd  przybyła  we  fragmentach,  w 

strzępach losów, w relacjach o czynach i wydarzeniach. Przejrzyste odbicie, jak w szybie, nie 

w  lustrze.  Rodzice  w  szkle  chroniącym  obojętną  twarz  Madonny  Lodzio  wciąż  łaknie 

bohaterów. Jest jak nakręcona sprężyna, noc dopiero się zaczyna. Nie pamięta, ile kaw wypił 

podczas  dyżuru.  Nie  pójdzie  przecież  spać  do  swojego  mieszkanka  pełnego  książek  i 

kryształowych  figurek.  Nie  usnąłby  zresztą.  Książki  gadają  mocnym  głosem,  ale  kłócą  się 

nieustannie.  Jedna  przeczy  drugiej.  Figurki  odbijają  w  milczeniu  fosforyzujące,  błędne 

światło  telewizora.  Iluzję  niemieckiego  życia.  Ogniki  Świętego  Elma  nasuwające  myśli  o 

katastrofie. 

W  zapamiętaniu  mija  kolejne  korytarze,  zmierzając  ku  wyjściu.  Kolejne  drzwi  i 

pozamykane  w  nich  głosy  Hali  główny  ze  znudzonymi  strażnikami  i  bramką  magnetyczną. 

Jeszcze  główne  wejście,  które  także  jest  wyjściem,  schody  i  Lodzio  stoi  przed  murem. 

Świeżym, wysokim, solidnym, fioletowym w świetle łukowych lamp. Jeszcze się do niego nie 

przy zwyczaił, tak szybko pojawił się między Wolnością a miastem. W stawianiu murów są 

dobrzy Strażnik w dyżurce naciska guzik i ciężka żeliwna brama przesuwa się akurat na tyle, 

by człowiek mógł wyjść. 

Dzisiaj niech co chce się dzieje. Lodzio idzie do Betiehem. 

background image

W  dyskotece  tłum.  Tłum  i  łomot.  Nadmiar  rozmigotanych  świateł.  Dużo 

spazmatycznie  ruchliwych,  ostrych  cieni,  ale  żadnej  tajemnicy.  Chyba  że  tajemnica  chaosu. 

Wokół  pijącego  wino  Lodzia  pojawiają  się  i  znikają  twarze.  Stopklatki  głów  wyrwane  na 

mgnienie reflektora, na uderzenie bębna, z prymitywnego misterium o wyraźnie erotycznym 

charakterze.  Oczy,  usta,  włosy  w  różnych  stadiach  oślepienia,  odurzenia,  zapamiętania.  W 

sugestywnym rytmie mechanicznej kopulacji. 

Na  ile  może  się  zorientować,  jest  tu  najstarszy  Nie  przeszkadza  mu  to.  Wie,  na  co 

czeka.  Powtarza  sobie,  chcąc  nie  chcąc  w  takt  rocka  to,  co  musi  powiedzieć.  „Du  bist 

wunderbar. Mein name ist Ludwig. Du bist wun-derbar. Mein name ist Ludwig...” Nie wie, co 

dalej. Zimny kieliszek chłodzi spoconą dłoń. 

To  Bozio  go  tu  kiedyś  przyprowadził.  W  Betiehem  bywa  dużo  wysokich, 

czarnowłosych dziewczyn o dużych piersiach. Na śniadych, wilgotnych dekoltach noszą złote 

gwiazdki  Dawida.  Są  wyniosłe,  prowokacyjne,  ostentacyjnie  kapryśne  i  bezczelne. 

Przyciągają  rosłych,  białozębych  i  jasnowłosych  młodych  Niemców.  Bezradnych  i 

niewinnych. No i Bozia, który chciałby mieć sabrę. Nigdy nie miał sabry chociaż specjalnie 

jeździł do Izraela. Ale tam same Amerykanki. 

Jest  w  tym  jakaś  perwersja.  Kilometr  od  Adzika,  Biestuby,  gdzie  Hitler  przejmował 

władzę. A także wyzwanie. Nazwać żydowską dyskotekę w katolickiej Bawarii Betiehem. To 

pomysł  właściciela,  poety  i  pieśniarza  o  imieniu  Aaron.  Aaron,  brat  Mojżesza  i  apostata, 

czciciel Złotego Cielca. Odpowiednie imię! 

„Du bist wunderbar. Mein name ist Ludwig...” 

Sala  cichnie.  Wytrąceni  z  transu  rozglądają  się  w  oszołomieniu,  cisną  się  do  baru, 

siadają  przy  stolikach,  na  podłodze.  Reflektory  kierują  się  na  małe  podwyższenie  pod 

najdalszą ścianą. W kręgu światła pojawia się idol. Nie patrzy na publiczność, nie wita się. 

Siada na rzymskim zydlu, opiera gitarę na udzie i zaczyna grać. 

Cisza jest zupełna. To się nie zdarza co dzień. Wszyscy wiedzą, że Aaron gra, kiedy 

mu się zachce. Może jest kapryśny i bezczelny, jak jego wyznawczynie. A może to jeszcze 

jeden chwyt reklamowy. Wielu przychodzi, licząc na to, że akurat mu się zachce. „Byłem w 

Betiehem i wyobraź sobie, Aaron grał!” 

Śpiewa  po  hebrajsku.  Trochę  niechętnie,  bez  zaangażowania,  niemal  nieświadomie. 

Jakby był tylko mimowolnym przekazicielem pieśni z innego świata. Z Egiptu, z Góry Synaj, 

z  Kanaanu.  Pieśni  narzuconej  mu  tak,  jak  on  teraz  narzuca  ją  swoim  wyznawcom.  Nie 

tłumaczy  stów.  Jakże  mogliby  cokolwiek  zrozumieć,  skoro  on  sam  nie  rozumie  do  końca7 

Wykonuje tylko czyjąś wyższą wolę. Niech sobie wyobrażają, co chcą, W chrapliwym głosie, 

background image

w  gwałtownych kontrastach melodycznych prawie nie ma ludzkich uczuć. Są ścierające się 

moce;  wywołują  wrażenie  wzniosłości.  Tyle,  że  jest  to  wzniosłość  pozbawiona  patosu, 

wzniosłość, która przerasta samego Aarona. Groźna tajemnica budząca dreszcze, ale dreszcze 

radości z obcowania z nią. Jakaś para u stóp Lodzia trzyma się za ręce. Kostki dłoni są białe 

od napięcia mięśni. Dziewczyna ma łzy uniesienia w oczach. Łodziowi sucho w gardle. 

Aaron nie śpiewa długo. Skoro skończył, to znaczy, że przekazał wszystko, co jemu 

zostało przekazane. Bisów nie będzie. To nie koncert życzeń. Odkłada gitarę i schodzi między 

śmiertelników, którzy wstają i cisną się do niego. Lokal jest za mały na ten bezmiar napięcia. 

Emocje  można  kroić  nożem.  Aaron  celebruje  jednak  swój  wpływ  na  tłum.  Ściska  dłonie, 

całuje policzki, uśmiecha się łaskawie. Sięga między piersi którejś z dziewczyn. Trzyma na 

dłoni jej gwiazdkę. Kiwa głową. Zachwycona odgina się do tyłu, jakby miała zemdleć albo 

oddać mu się tu, na miejscu, przy wszystkich. Ale on już jest gdzie indziej. 

Przesuwa się przez ścisk bez wysiłku. Niemcy rozstępują się przed nim jak fale Morza 

Czerwonego.  Nie  idzie,  powściągliwie  kroczy  wysoki,  naładowany  oszczędnie 

demonstrowaną  siłą,  z  kręconymi  włosami  spadającymi  na  wysoki  kark  i  szerokie  czoło. 

Czarna  wersja  Dawida  Michała  Anioła.  Zaprzeczenie  Żyda  z  potocznych  wyobrażeń.  Ani 

tłusty bankier z cygarem, ani wynędzniały chasyd. 

Idzie wprost na  Lodzia.  Wyciąga rękę, wiedząc,  że napotka spotniałą dłoń. Odchyla 

głowę z pięknie zarysowanym, niebieskim od wieczornego zarostu podbródkiem. 

- Du kommst hier oft, nicht war? 

- Du bist wunderbar - mówi Lodzio z pamięci. - Mein Name ist Ludwig... 

- Der Name der Konige - stwierdza Aaron z uznaniem. Reflektory zaczynają migotać. 

Z wygnania wraca natarczywy rock. 

- Du bist kein Deutscher, glaub ich. Was trinkst du? 

-  Nein!  -  przekrzykuje  kopulacyjny  zgiełk  zachwycony  Lodzio  -  We-insachorle!  Ich 

bin Pole. Danke! Ich arbeite... 

-  Nicht  zu  danken  -  Czarny  Dawid  strzela  palcami.  -  Und  Remy  fur  mich.  -  Z 

rytmicznych błysków wyłania się barmanka. Jej ruchy i gesty są kanciaste, przerywane, jak na 

przedwojennym, czarno-biaiym filmie. 

- Tourist? 

- Nein! Ich wohne hier. Ich arbeite fur den Rundfunk „Freiheit”! 

-  Ah,  Freiheit  -  mówi  brat  Mojżesza.  Nie  podnosi  głosu,  a  przecież  Lodzio  słyszy 

każde jego słowo. - Tu się nie da rozmawiać, pójdziemy do biura? 

background image

To nie było pytanie. Kapłan nie pyta. Obejmuje plecy Lodzia i wyprowadza go z sali. 

Mijają zazdrosne spojrzenia wysokich dziewcząt o dużych piersiach, białozębych, niewinnych 

Niemców i obojętną twarz Madonny za barem. 

W biurze, a raczej ciasnej pakamerze obitej czerwonym płótnem, rytmiczny łomot zza 

ściany  łączy  się  z  biciem  tętna  w  skroniach  Lodzia.  Zdążył  zobaczyć  zawalone  papierami 

biurko, kanapę i futerały na instrumenty Całują się stojąc. Dzień, wieczór, noc uniesień. Język 

Aarona  smakuje  trochę  koniakiem,  ale  jest  jak  on  sam  -  mityczny  Wszechwładny  prawie 

nieludzki. 

Rozmowa za pomocą rąk. Odkrywanie po omacku geografii namiętności. Ale w tym 

człowieku  nie  ma  namiętności.  Jest  egoistyczna  moc.  Amoralna  nieobecność  uczuć.  Jak  w 

jego  śpiewie.  Lodzio  musi  się  z  tym  pogodzić.  Jest  w  rękach  bohatera.  Łaknął  go  i  został 

wybrany - Rozbierz się - mówi bohater, odsuwając się od Lodzia i ściągając koszulę. Włosy 

na jego torsie układają się w symetryczny wzór dorzecza potężnej rzeki. Nieskończona ilość 

wijących  się  czarnych  strumyczków.  Ich  nieuchronny  bieg  ku  głównemu  nurtowi,  który 

biegnie spod jabłka Adama w dół ku gęstwie delty. Ku ujściu. 

-  Ludwig  -  zastanawia  się  bohater  pochylony  nad  stojakiem  płyt  -  lubił  chłopców  i 

Wagnera. Tannhauser może być? 

Lodzio  przytakuje,  zaplątany  w  spodnie,  czując  jednocześnie,  że  to  nie  tak.  Jest 

reżyserem; wie, co to kicz. Brakuje tylko trociczki. Ale jego ciało ogłuchło na wątpliwości. 

Uniesienie wyklucza wahania świadomości. A raczej nie dba o nie. 

Aaron zapala trociczkę i odwraca się do Lodzia. Wagner grzmi. 

- Twoja laseczka przypomina teraz te rzeźbione głowy na Wyspie Wielkanocnej. 

To był komplement, mówi sobie Lodzio. Rewanżuje się śmiało: 

- Twoja zakwitnie migdałami. 

Bohater nie od razu chwyta biblijną metaforę. 

-  Ach,  Aaaron.  Kapłan  zbuntowanych  -  mówi  wreszcie  między  pocałunkami,  w 

połowie drogi do celu. - To tylko pseudonim. Mam na imię Lothar. 

Potem Wagner zagłusza wszystko. Lodzio zapamięta tylko żelazny uchwyt na karku, 

uchwyt Fredka i gorący pręt wzdłuż pleców, jak drugi, ruchomy kręgosłup. 

I oczywiście zupełnie nie wagnerowską kodę: 

-  Genug  ist  genug  -  mówi  Lothar,  wyciągając  spod  kanapy  keenexy  -  Jetzt 

verschwinde. 

Lodzio cierpnie. Nagle jest mu przejmująco zimno. Twarz płonie. 

 

background image

- Was? 

- Du hast gut gehórt. Yerschwinde! 

- Warum? Was ist passiert? Trodczka cuchnie. Łomot za ścianą. 

- Nichts passiert. Ich hab immer gewollt eine Polacke zu bumsen. 

Eine Polacke! - w obraźliwych słowach brzmią całkiem ludzkie uczucia. Nienawiść i 

wstręt. - Jetz schluss! Geh’weg! Yerschwinde, du Ar-schloch! Los!Verdammter Schwull! 

Lodzio  ubiera  się  w  milczeniu.  Przycina  sobie  krocze  zamkiem  błyskawicznym. 

Lothar krąży niecierpliwie po niewielkiej przestrzeni za kanapą. Dopiero teraz widać, że nie 

jest nawet obrzezany. 

Wyjście z Betiehem. 

Powrót do Kielc. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  Widzieli  panowie  najnowsze  recenzje?  -  pani  Elwira  rzuciła  na  stół  spięty 

zszywaczem  plik  skserowanych  wycinków  prasowych  i  z  godnością  usadowiła  się  na 

ostatnim wolnym krześle. - Muszę powiedzieć, że nasz wysiłek został doceniony. 

- Głównie pani wysiłek, pani Elwiro - pan Marian uśmiechnął się, pokazując zupełnie 

nowe  zęby  Jego  pierwsza  żona  w  początkowym,  szczęśliwym  okresie  związku  powiedziała 

mu,  że  jest  podobny  do  Lee  Marvina.  Odtąd  starał  się  uśmiechać  jak  amerykański  aktor.  - 

Heidi! Noch einen Jagermeister, bitte! 

- Und das selbe fur mich - powiedział swoje Graf. 

-  Właśnie,  hehe  -  pani  Elwira  z  zadowoleniem  klasnęła  w  pulchne  dłonie,  jak  mała 

dziewczynka, która otrzymała niespodziewany prezent. - Zupełnie nie wiem, czemu tak się na 

mnie uwzięli! 

- Prawdziwy talent zawsze zostanie doceniony - głos pana Juliana, lekko przytłumiony 

dietetycznym  jogurtem,  brzmiał  takim  przygnębieniem,  że  trudno  było  dociec,  czy 

Marchlewski drwi z samego siebie, z pani Elwiry, czy po prostu zdobył się na wypowiedzenie 

sentencji o charakterze ogólnym. 

W  drzwiach  kantyny  pojawił  się  Pępek.  Obrzucił  oblężony  stolik  wzrokiem 

porzuconego dziecka i usiadł przy pierwszym lepszym, bliżej kuchni. Natychmiast pojawiła 

się przy nim młoda kelnerka w bawarskim girtlu. 

-  Nie  czytam  politycznej  pornografii  przy  jedzeniu  -  ściągnął  wargi  pan  Stanisław. 

Uchylił  jedną  powiekę  na  dowód  szacunku  dla  jedynej  kobiety  przy  stole.  -  Wyobraźnia  i 

słownictwo tych panów są nadzwyczaj ograniczone. 

Pani  Elwira  poprawiła  okulary  na  szerokiej  twarzy  i  zacytowała  donośnym  głosem: 

„Niestrudzona egeria syjonistycznych inspiratorów antysocjalistycznej kontrrewolucji”.  - To 

ja, hehe. Co panowie na to? 

Archiwum wydawało co tydzień biuletyn z wycinkami z peerelowskiej prasy na temat 

audycji i pracowników radia „Wolność”. Było to jedyne, choć krzywe, lustro, w którym mogli 

się  przeglądać  redaktorzy  Były  jeszcze  statystyki  słuchalności  prowadzone  przez 

Amerykanów,  ale  statystyki  są  anonimowe.  Od  czasu  do  czasu  jakiś  słuchacz  przebywający 

na Zachodzie pisał list o tym, jacy są potrzebni. No i „Solidarność” domagała się zaprzestania 

zagłuszania  rozgłośni.  Jednak  barokowe  konstrukcje  reżimowej  propagandy  dawały  im,  w 

jakiś  perwersyjny  sposób,  najwięcej  satysfakcji.  Można  było  nawet  ustalić  za  ich  pomocą 

background image

osobowy  ranking  zajadłości.  Pani  Elwira  gromadziła  ataki  na  siebie.  Zebrałaby  się  z  tego 

pokaźna, choć nieco monotonna książka. 

-  Jakaś  nowa  kelnerka  -  zauważył  Elegancki  Eugeniusz,  którego  nazwisko  od  kilku 

miesięcy nie znalazło się w biuletynie ani razu. Graf przechylił masywny tors w jego stronę. 

-  Córka  Heidi  -  szepnął  z  mrugnięciem  kilkunastu  warstw  fałd  i  zmarszczek  wokół 

oka. 

Eugeniusz uniósł wypielęgnowane brwi. 

-  Czyżbym  dostrzegał  uderzające  podobieństwo?  Graf  złożył  suche  wargi  w  ciup. 

Dżentelmeni nie rozmawiają o sekretach alkowy. 

-  Jest  Victor  -  zmienił  temat  -  dawno  go  nie  widziałem.  Dwa  stoliki  dalej  siedział 

samotnie pod oknem srebrzysty starszy pan. 

Oszczędnymi  ruchami  ręki  posilał  się  jajkami  po  wiedeńsku.  Stały  przed  nim  dwa 

kieliszki zamrożonej wódki. Bozio sięgnął przez stół po biuletyn. 

-  Kto  wypisuje  takie  rzeczy?  -  Jego  wypoczęta,  opalona  na  tarasie  kliniki  twarz, 

ułożyła  się  w  grymas  wzgardliwej  ironii.  -  Przecież  nikt  im  nie  wierzy  i  oni  sami  w  to  nie 

wierzą. 

Pani Elwira z uznaniem pokiwałam obfitym kokiem. 

-  To  można  sobie  doskonale  wyobrazić  -  pan  Stanisław  wydobył  się  ze  swego 

zasłuchania. - Widzę - ciągnął z zamkniętymi oczami - kantynę Trybuny Ludu albo Żołnierza 

Wolności. Przy śniadaniu siedzą dyspozycyjni dziennikarze. Ich przyjemnym, mam nadzieję i 

jedynym obowiązkiem Jest słuchanie nas. W istocie znają nasz program lepiej niż my Czy my 

siebie słuchamy? Oczywiście nie piją Jagermeistra, zapewne nie jedzą dietetycznych jogurtów 

doktora Oetkera, ale żytnia i szynka ze specjalnych sklepów pasuje do obrazka. Siedzą, piją, 

zakąszają  i  losują  -  komu  dziś  przywalimy?  Ponieważ  są  tylko  ludźmi,  zdarza  im  się  także 

porozmawiać o kobietach. „Wielki Achilles, który ludu głosem / Jest armii nerwem i prawicą 

/ Swej chwały wietrznej krzykiem ogłuszony / W swojej wartości przesadzonym sądzie, / Od 

dawna  w  własnym  namiocie  zamknięty  /  Naszym  się  wszystkim  urąga  zamiarom”. 

[porozmawiać o kobietach. „Wielki Achilles, który ludu głosem / Jest armii  [Homer - Iliada. 

Prze! L. Siemieński] 

Dalej jest coś jeszcze o lubieżnym Patroklesie. Czasem zadzwoni telefon z poleceniem 

z góry - pan Stanisław powściągnął uśmiech, co oznaczało, że przyszła mu do głowy melodia 

szczególnie  złośliwa  -  żeby  jeszcze  dołożyć  pani  Elwirze.  Przypuszczalnie  jakiś  jej  dawny 

kolega z reżimowej prasy, który zaszedł wysoko i stamtąd dzwoni. 

Pani Elwira poruszyła się niespokojnie. 

background image

- Od trzynastu lat nie mam tam żadnych kolegów. 

- Dawny, dawny, powiedziałem: dawny. 

- To jest. Stasiu, niewłaściwe porównanie - obruszył się niskim głosem, pogłębionym 

jeszcze przez działanie Jagermeistra, Lee Marvm. - Nie można nas z nimi porównywać. 

Pojawił się facet w koszuli i krawacie, z zapalonym papierosem w dłoni wyciągniętej 

ku sufitowi. 

- Co on robi? - zdziwił się Graf - przecież jest za zimno na klimatyzację. 

- Bada wentylację - wyjaśnił Eugeniusz. - To dwie różne rzeczy - Rzeczywiście czuć 

kalafiorem - zgodził się Graf. 

- Oczywiście, Marian, nie żołądkuj się. Masz wrzody Nasza sprawa jest słuszna. Ale 

śniadania wszędzie wyglądają tak samo. 

Pod przeciwległą ścianą Ukraińcy namiętnie grali w domino. 

-  Blumenkohl  polnischer  Art  -  przeczytał  Bozio  z  karty  dań.  -  Jak  można  nazwać 

kalafior z szynką i roztopionym żółtym serem kalafiorem po polsku? W Polsce nie ma szynki 

ani porządnego żółtego sera. 

Bozio lubił gotować i uważał się za znawcę. 

- Kalafiory też na kartki - zdobył się na przypuszczenie Elegancki Eugeniusz. 

- Nie chcę nikogo straszyć, ale to wszystko źle się skończy -  Lee Marvm postanowił 

udowodnić, że nie bez słuszności nazywają go pojazdem jednośladowym. - Wejdą Rosjanie i 

niech  Bóg  ma  Polaków  w  opiece.  Nie  powinniśmy  im  mówić  o  demokracji,  tylko  o 

konspiracji. 

- Myślisz, że wejdą? - Graf zmarszczył całą swoją dużą twarz, co oznaczało głębokie 

zwątpienie. - Przecież Rosjanie są w Afganistanie. 

-  To  ten  nowy  ajent  -  ponuro  stwierdził  pan  Julian  -  uznał,  że  w  karcie  musi  się 

znaleźć jakieś narodowe danie. O, proszę: Gerauchter Salmon bulgarischer Art. 

- Prosię po tadżycku? - zaryzykował Elegancki Eugeniusz. 

-  Pan,  panie  Eugeniuszu  ma  coś  do  tych  biednych  Tadżyków  -  w  głosie  pana 

Stanisława brzmiała wyrozumiała przygana. Pani Elwira nie tolerowała gadki-szmatki. 

-  Rosjanie  pewnie  nie  wejdą.  Ale  mówi  się  o  stanie  wyjątkowym.  Są  wiarygodne 

przecieki. Sęk w tym, że nie bardzo możemy o tym mówić na antenie. Reakcje byłyby nie do 

przewidzenia. Gucio bardzo się tym gryzie. 

Guciem  nazywano  pieszczotliwie  dyrektora  ze  względu  na  jego  zdystansowany, 

dobrotliwy stosunek do wielkich zagadnień tego świata. Trudno było sobie wyobrazić Gucia, 

jak się gryzie. 

background image

-  Jeśli  są  wiarygodne  przecieki,  to  przecież  trzeba  ludzi  ostrzec!  -  Pojazd 

jednośladowy zdradzał oznaki wielkiego wzburzenia. - Od czego jesteśmy, na Boga? 

- Porozmawiaj z Yictorem - Pan Stanisław odchylił głowę do tyłu, przyjmując pozycję 

groźną i poważną, - W pięćdziesiątym szóstym zachęcał Węgrów do oporu i do dzisiaj się nie 

otrząsnął. 

Wszyscy  obejrzeli  się  na  srebrzystego  człowieczka.  Otrząsał  się  właśnie  po  drugim 

kieliszku wódki. Spojrzał na nich pustym wzrokiem. 

- Stałe śniadanie po świcie - mruknął Bozio. 

- Krew - dramatycznie spointował Elegancki Eugeniusz. - Kto odpowie za krew? 

Graf ujął drobne przedramię Bozia swoim łapskiem. Błysnął sygnet. 

- Jak tam doktor Plotz? - spytał szeptem. - Na dwóch czy na czterech? 

- Na płynnej diecie - przenikliwe oczka zwęziły się złośliwie. - Ale przyjmuje. A co? 

Źle się czujesz? 

Graf poklepał się po dumnym brzuchu. 

-  Mam  za  dużo  zbędnych  organów,  które  coraz  częściej  dają  mi  do  zrozumienia,  że 

chętnie zmieniłyby miejsce pobytu.  I za mało sympatii w moim banku. Słuchaj przyjacielu, 

mógłbyś mi pożyczyć sto marek? 

- Oczywiście - Bozio sięgnął do tylnej kieszeni spodni. 

- Nie teraz, nie teraz. Po śniadaniu. Oddam, no wiesz... jak tylko... 

- Masz z czego - zachichotał Bozio, szturchając go w mięsisty bok. 

-  Jeśli  w  kraju  zajdzie  coś  dramatycznego  -  oświadczył  pan  Stanisław  łamiącym  się 

głosem  -  to  nie  tylko  wstrzymają  nam  zimowe  urlopy  Trzeba  się  także  liczyć  z  odejściem 

Gucia. 

- Mhm, mhm - Urkowicz przytaknął z przyzwyczajenia. - A to czemu? 

-  Stara  anglosaska  zasada.  Jak  w  wypadku  Churchilla.  Na  czas  wojny  trzeba 

bandziora, nie dżentelmena. Pani Elwira ożywiła się. 

- Mają już kogoś na oku na jego miejsce? 

Pan  Stanisław  tak  się  zdziwił  tym  nietaktownym  pytaniem,  że  aż  podniósł  obie 

powieki. Przecież nie wymieni nazwiska człowieka, którego właśnie określił jako bandziora. 

A  poza  tym  nie  upowszechnia  się  przecieków,  nawet  sprawdzonych.  Żeby  nie  wywołać 

reakcji nie do przewidzenia. 

-  Gucio  zdradza  oznaki  przemęczenia  -  zgodził  się  z  samym  sobą  Elegancki 

Eugeniusz.  -  Lubię  go,  ale...  -  rozłożył  ręce,  jakby  już  wylewnie  witał  bandziora,  choć  go 

zupełnie nie znał. 

background image

-  Wiesz,  ile  taki  ajent  zarabia?  -  Graf  nie  puszczał  przedramienia  Bozia  -  Związek 

Restauratorów  specjalnie  kieruje  bankrutów  do  stołówek  zakładowych,  takich  jak  ta.  Nie 

płacą za prąd, nie płacą podatków, zawsze wiedzą mniej więcej, ile porcji przygotować, nic 

się nie marnuje. Pomnóż ten kalafior przez tysiąc. Trzy lata i otwierasz własną knajpę. 

-  Nie  przy  naszym  trybie  życie  -  stwierdził  Bozio  nadspodziewanie  przytomnie.  - 

Widzisz siebie, jak dwanaście godzin na dobę pilnujesz interesu, a potem jeszcze prowadzisz 

rachunki? Bo ja nie widzę. 

- Myślisz? - zmarszczył się Graf. - Pewnie masz rację. 

- Gucio - zadumany pan Stanisław jakby obsunął się w krześle i zmalał.  - Znamy się 

trzydzieści lat. Piętnaście lat w jednym pokoju, biurko w biurko. 

-  Pan,  panie  Stanisławie,  powinien  go  zastąpić  -  oświadczył  uprzejmie  Elegancki 

Eugeniusz, nie ukrywając nieszczerości. 

- Dziękuję za uznanie mnie za wystarczającego bandziora na to stanowisko. Ale moje 

czasy płaszcza i szpady należą już do słodkich wspomnień. Urkowicz lepiej by się nadawał. 

Zdaje się, że nieźle włada nożem. 

Pan Marian pojaśniał na chwilę od blasku nowych zębów. 

- To było w Rosji i miałem trzynaście lat. 

- Takich umiejętności się podobno nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. 

-  Myślę,  że  to  powinien  być  ktoś  młody  -  stwierdził  autorytatywnie  Elegancki 

Eugeniusz.  Z  obecnych  przy  stole  byt  najmłodszy  -  Czy  nie  powinniśmy  mieć  czegoś  do 

powiedzenia  w  tak  zasadniczej  dla  rozgłośni  sprawie?  -  w  donośnym  pytaniu  pani  Elwiry 

ostrą nutą dźwięknęła struna irytacji. 

-  Prawda!  -  uśmiechnął  się  pan  Stanisław  -  zapomnieliśmy  o  naszej  niestrudzonej 

energii! Ale czy nie szkoda takiego pióra? Komuniści zacieraliby ręce. Dyrektor nie ma czasu 

na  pisanie  komentarzy  Rywalizacja  o  zaszczyt  bycia  odpowiednim  bandziorem,  by  objąć 

eksponowane stanowisko, sprawiała, że nie zauważyli srebrzystego Węgra, Yictora. Stał nad 

nimi od dłuższej chwili, kręcąc łysiejącą główką na suchej szyi. 

-  Gudmorninge  -  powiedział  ze  współczuciem  i  wyraźnym  akcentem,  gdy  tylko 

zorientował  się,  że  go  dostrzegli.  -  Pćrsonały  ajhew  nou  dyfi-kultys  łyz  pólitikal  analajzys. 

Dandżeros, vćryvery dandżeroz sytułejszon mpoland. Gódbleszju. 

background image

ETER  

 

Mosur  nigdy  nie  zbliżył  się  do  kobiety  Był  Hanakiem.  Ten,  który  bierze  na  siebie 

śmierć, nie może dawać życia. 

Zresztą miał już trzech synów. Zbyt wiele kłopotów, nawet jak na Hanaka. 

Hań  -  myśliwy  nigdy  nie  uskarżał  się  na  głód.  Nie  mógł  zjeść  wszystkiego,  co 

przynosił z polowania. 

Hesz  -  budowniczy  wykopał  sobie  schronienie,  które  mogło  pomieścić  dziesięciu 

Heszów. Ale zachował je tylko dla siebie. Co noc spał w innej izbie. 

Horesz  -  opowiadacz  miał  najwięcej  kobiet.  Nie  wiadomo  dlaczego  tak  jest,  ale 

kobiety przyciąga to, co tajemnicze. Z czego nie ma żadnego praktycznego pożytku. Trzeba 

jednak uważać! Trudno przewidzieć, jaki z tego pożytek wyciągną kobiety dla siebie. 

Horesz  robił  wiatr  także  z  mężczyznami,  jeśli  nie  mieli  nic  przeciwko  temu. 

Przyjemnie jest robić to, na co się ma ochotę. Nie używana włócznia próchnieje. 

Każdy z braci uważał, że jego praca jest najważniejsza. I każdy zazdrościł pozostałym 

tego, co posiadają. 

Ich  uczniowie  podzielali  niezadowolenie  swoich  mistrzów.  Zapanowała  niezgoda. 

Rogi  koziorożców  grały  od  świtu  do  nocy  Ale  ponieważ  wszyscy  dęli  w  nie  jednocześnie, 

nikt dobrze nie słyszał nawet własnej melodii, więc nic z tego grania nie wynikło. 

Wymyślili  wiele  innych  sposobów  kłócenia  się.  Odkryli  przyjemność  robienia  sobie 

krzywdy. 

Stąd powiedzenie Ananków: zazdrość ma oczy orla, pazury niedźwiedzie i cierpliwość 

borsuka. Takie zwierzę potrafi zabijać. 

Mosur  brał  na  siebie  każdą  śmierć  Ananki.  To  byt  duży  ciężar,  bo  Anankowie, 

wiedząc, że od tego właśnie jest Hanaka, zabijali się z coraz większą ochotą. 

Wiemy  że  to  głupota,  i  co  z  tego?  Anankowie  byli  wnukami  tylko  jednej  gwiazdy 

Okrucha mądrości dziadka. 

Wreszcie trzej bracia stanęli przed Mosurem. Zażądali, żeby wskazał, który z nich jest 

najważniejszy Któremu należy się najwięcej jedzenia, najlepsze schronienie oraz tyle kobiet i 

mężczyzn, ile zapragnie jego włócznia. 

- Jestem tym, który bierze na siebie śmierć - powiedział Mosur - ale nie mogę brać na 

siebie waszego życia. 

Horesz  odpowiedział  kwaśno,  że  jeśli  pozabijają się  nawzajem,  to  i  tak  Ujdzie  na  to 

samo. 

background image

Mosur milczał. Synowie uznali, że nie ma im nic do powiedzenia, a skoro tak, to jaki z 

niego pożytek? Rzucili się na ojca. 

To  była  walka!  Mosur  nie  czuł  się  jeszcze  wyczerpany  życiem.  Pił  dużo  Hu.  A  oni 

przy okazji tłukli się między sobą. Ziemia zaczęła się trząść i pękać. 

Wreszcie Hesz złapał ojca za nogi, Horesz za ręce, a Hań urwał mu głowę. Okazało 

się, że w potrzebie potrafią współpracować. 

Tyle, że nie wiedzieli, co dalej. 

Dookoła  leżały  powalone  drzewa.  Pozapadały  się  sklepienia  schronień.  Zwierzęta, 

przerażone walką, uciekły nie wiadomo gdzie. 

Odtąd, gdy ziemia się trzęsie, Anankowie mówią, że to bracia się biją. 

Jedna  z  kobiet,  które  ocalały,  nazywała  się  Hara.  Umiała  wyciągnąć  pożytek  z 

opowieści Horesza. 

- Trzeba poradzić się kryształu - powiedziała braciom. Wtedy wyszło na jaw, że nikt 

nie  wie,  gdzie  go  szukać.  Mosur  ukrył  kryształ  w  jaskini  w  górach.  Jego  synowie  nie 

pamiętali drogi i zapomnieli zapytać o nią ojca, zanim go zabili. 

Dlaczego zawsze zapomina się o tym, co najważniejsze? Nie wiadomo. Opowiadajmy 

o tym, co było. 

- Kryształ to nic innego tylko słowa dziadka. Tyle wiedzieli. Trzeba spalić głowę ojca, 

żeby mieć nowy kryształ. 

Rozniecili wielki ogień. Wrzucili głowę. Resztę zjedli. Przodkom należy się szacunek. 

Kiedy ogień wygasł, zobaczyli, że głowa zmieniła się w kamień. Co im po kamieniu? 

Niczego im nie doradził. Albo nie wiedzieli, jak z niego korzystać. 

Trzeba pioruna, żeby z ludzkiej głowy uczynić kryształ. 

Hara  nie  dawała  za  wygraną.  Chociaż  słuchała  chętnie  Horesza,  należała  do  Hesza. 

Odznaczała się mądrością i uporem. Obaj byli z niej zadowoleni. 

Powiedziała  im,  że  należy  odnaleźć  prawdziwy  kryształ.  Jest  ich  trzech.  Jeśli  każdy 

pójdzie  w  inną  stronę,  to  któremuś  powinno  się  udać.  A  ten,  któremu  się  uda,  zostanie 

Hanakiem, w miejsce Mosura. 

Hanak był Anankom potrzebny Znów mieli nieprzyjemne sny Braciom nie bardzo się 

chciało  wybierać  w  nieznane.  Każdy  obawiał  się,  że  pod  jego  nieobecność  któryś  z 

pozostałych wróci i zagarnie, co będzie do zagarnięcia. 

Nie znali drogi do kryształu, ale dobrze znali siebie. Wtedy Hara orzekła, że dopóki 

któryś  z  nich  nie  przyniesie  kryształu,  dopóty  kobiety  odmówią  udziału  w  robieniu  wiatru. 

Niech mężczyźni nie myślą, że są im tak bardzo potrzebni. Skoro Mosur mógł mieć synów z 

background image

niedźwiedziem,  orłem  i  borsukiem,  to  i  kobiety  jakoś  sobie  poradzą.  Z  tym,  że  poszukają 

spokojniejszych zwierząt. Na przykład jelenie wydają się w sam raz. 

Pomysł  Hary  bardzo  wzburzył  braci.  Próbowali  ją  przekonać,  że  to  nie  jest  dobre 

rozwiązanie. Próbowali tak, próbowali inaczej. Na próżno. 

Niemądrze  jest  okazać  kobiecie,  że  nam  bardzo  na  czymś  zależy  Kobiety  były 

niezadowolone  ze  skłóconych  braci.  A  niezadowolona  kobieta  to  coś  o  wiele  gorszego  niż 

brak kobiety. 

- Idźcie już, idźcie! - wołali niespokojnie pozostali mężczyźni. Im prędzej pójdziecie, 

tym prędzej któryś wróci i wszystko będzie po staremu. 

I bracia poszli. 

Nie  wracali  bardzo  długo.  Przynajmniej  tak  się  wydawało  zniecierpliwionym 

Anankom. Więc wysłali następnych trzech. I jeszcze następnych. Bez skutku. 

Wreszcie kobiety też miały dość czekania. Ogłosiły, że Hara postąpiła bardzo mądrze, 

pozbywając  się  tych  gwałtowników,  którzy  byli  przyczyną  całego  zamieszania  i  tylu 

niepotrzebnych  śmierci.  W  nagrodę  powinna  zostać  Hanakiem,  bo  wszystkim  potrzeba 

spokojnego snu. No i jeleń to jednak nie to samo, co mężczyzna. 

Anankowie chętnie zgodzili się ze zdaniem kobiet. I znowu byli zadowoleni. Oprócz 

Hary,  która  uważała,  że  czasem  trudno  odróżnić  nagrodę  od  kary  Potem  co  jakiś  czas 

pojawiał się któryś z wędrowców. Mówił, że odnalazł kryształ, zajrzał weń i wie, co trzeba 

zrobić, żeby świat wyglądał, jak należy Ale Anankowie na wszelki wypadek mu nie wierzyli. 

Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA  

 

Dzwonią do drzwi o ósmej rano. dwóch w cywilu. 

Herr 

Orcel? 

Gutenmorgen. 

Bundesnachrichtendienst. 

Wir 

haben 

ein 

Untersuchungsbestahi. 

Okazują stosowne legitymacje. 

Lodzio  nie  wie,  co  ze  sobą  zrobić.  Jest  przepasany  jaskrawym  ręcznikiem;  między 

pępkiem a kolanami Lodzia Herakles obezwładnia Cerbera. Czarne sylwetki na intensywnie 

czerwonym, gliniastym tle. Pamiątka z Pireusu. 

Węże wijące się wokół trzech łbów potwora patrzą z lędźwi Lodzia na intruzów. Ci 

odwzajemniają spojrzenie bez cienia uśmiechu. Z łydek Lodzia strużą się na podłogę zimne 

strumyczki. 

Wyrwali go spod prysznica. O to im pewnie chodziło. 

Lodzio wykonuje serię chaotycznych ruchów. Obcy starannie wycierają buty z resztek 

śniegu, zdejmują bliźniacze palta. 

Lakonicznie  przepraszają  za  najście.  On  z  kolei  przeprasza  ich  nerwowo  za  strój. 

Zaraz coś na siebie narzuci.  Czy wolno mu  iść do łazienki? Aber naturlich! Stoją w progu, 

obserwując, jak pośpiesznie zakłada szlafrok, a pod jego dyskretną osłoną slipki. 

Prosi do salonu. 

Informują go, że ma prawo wezwać świadka rewizji. Kogo chce. Ich uprzejmość jest 

naturalna.  Nie  ma  w  nich  nic  z  Kątki.  Może  tylko  ich  cy-wilność  wydaje  się  nieco 

mundurowa. 

Świadek? Lodzio usiłuje myśleć. Niełatwa sprawa o tej porze, w tej sytuacji. Goście 

starają  się  pomóc.  Może  sąsiad?  Kolega  z  pracy?  Przyjaciel?  Stoją  cierpliwie  pośrodku 

dywanu, dzieląc się polem widzenia. 

Sąsiad  w  żadnym  wypadku.  Lodzio  mieszka  w  porządnej  dzielnicy,  w  porządnej 

kamienicy pełnej porządnych Niemców. Na pewno żaden z nich nie miał nigdy do czynienia z 

kontrwywiadem.  Najwyżej  z  urzędem  podatkowym.  Lodzio  nie  zniósłby  nieuchronnych, 

podejrzliwych spojrzeń. Ukradkowych komentarzy za plecami. Musiałby się przeprowadzić. 

Lodzio lubi swoje mieszkanko. 

Kolega  z  pracy?  Odruchowo  bierze  z  biurka  radiową  listę  adresową.  I  już  słyszy 

zgiełk  podekscytowanych  głosów.  Brzęczący  łańcuch  plotek.  Kaskadę  sensacji.  Przeszukali 

mu wszystko. Żebyś wiedział, co on tam ma. Szpieg? Przypuszczałem, że to on. Pił ostrożnie. 

Żadnej kobiety Trzymał się z boku. 

background image

Ze  zgiełku  wyłania  się  donośny,  zasadniczy  głos  pani  Elwiry:  Dla  dobra  radia,  dla 

dobra Polski, musimy być nieskazitelni. Czyści i przejrzyści jak kryształ! 

Przyjaciel? Lodzio nie ma przyjaciół. Ma tylko kolegów z pracy. 

Jeden z agentów patrzy na zegarek, odchylając z nadgarstka niebieski mankiet koszuli. 

Ma szczupłe, zdecydowane dłonie porośnięte płowymi włoskami. 

Mosur!  Mosur  mieszka  niedaleko.  Jest  małomówny  Nie  przesiaduje  z  żadnym 

większym  towarzystwem  w  kantynie.  O  ile  Łodziowi  wiadomo,  nie  pije.  Nie  popisuje  się. 

Budzi zaufanie. 

Lodzio  dzwoni.  Tłumaczy  chaotycznie,  o  co  chodzi.  Tłumaczy  po  rosyjsku.  Agent 

natychmiast  wyjmuje  mu  z  rąk  słuchawkę.  Uprzejmie,  ale  stanowczo.  Wyjaśnia  sprawę  w 

urzędowych, niemieckich sformułowaniach. Mosur pewnie nie wszystko rozumie, ale chyba 

przyjdzie, bo agent kiwa głową do słuchawki i odkłada ją bez słowa. 

Stoją we trzech pośrodku salonu. 

Lodzio  proponuje  kawę.  Odmawiają.  Pewnie  im  nie  wolno.  Mógłby  ich  przecież 

otruć. 

Zza  okna  dochodzą  gwałtowne  brzęki,  rytmiczne  stukoty  i  gardłowe,  egzotyczne 

pokrzykiwania. Jezdnia będzie poszerzona, środkiem pójdą. szyny tramwajowe. Robotnicy to 

Turcy, l Raz kozie śmierć! Zrobi kawę dla siebie i dla Mosura. Kuchnię oddziela od salonu 

tylko  wąski  barek.  Nie  stracą  go  z  oczu.  i  Lodzio  ma  wrażenie,  że  jego  wewnętrzne 

rozdygotanie  widać  w  każ-l  dym  geście,  każdym  spojrzeniu.  Powinien  być  spokojny, 

opanowany Albo może urażony domagający się wyjaśnień, gotów składać oficjalne protesty. 

Z  drugiej  strony  tak  pewnie  zachowywałby  się  prawdziwy  szpieg.  Wyszkolony 

profesjonalista.  Jaki  normalny  człowiek  nie  byłby  zdenerwowany  rewizją  o  ósmej  rano? 

Odpowiedź:  Niemiec.  Niemcy  to  legaliści.  Rewizja?  Proszę  bardzo.  Oczywiście.  Ordnung 

mus sein. Lodzio nie jest, nie potrafi być Niemcem. 

Filuterna melodyjka telefonu. Łyżeczka z kawą spada z brzękiem na barek. Tira-dam, 

tira-dam, tira-dam-dam! Początek „Eine kleine Nacht-musik”. 

Agent patrzy na Lodzia. Kiwa głową. Pozwala. No tak, pewnie już założyli podsłuch. 

Albo zawsze był. Jak nie niemiecki, to amerykański. 

- Panie Ludwiku? - głos Mariolkijest połyskliwy i gładki, jak krem na jej pozbawionej 

wieku twarzy. - Dyrektor chciałby z panem mówić. Łączę. 

- Dzień dobry panu - Gucio mówi z lekkim znudzeniem i brytyjską flegmą - niemiecki 

kontrwywiad potrzebuje pańskich zeznań. Zdaje się, że w sprawie tego zamachu na Czechów. 

W charakterze świadka, mam nadzieję. 

background image

- Tak, wiem - wtrąca Lodzio. Nie jest pewien, czy to żart. 

-  A,  już  pan  wie?  To  doskonale.  Proszę  się  nie  przejmować  i  być  szczerym. 

Powodzenia. 

Lodzio  odkłada  słuchawkę.  Co  miały  znaczyć  te  ostatnie  słowa?  Podejrzenie?  Nie, 

Gucio nie pozwala sobie na tak niskie uczucia. Naruszałyby jego dystans. Po prostu zna się na 

ludziach.  Wie,  że  raczej  na  wszelki  wypadek  kłamią,  niż  mówią  prawdę.  Nie  mają 

najlepszego zdania na swój temat i wstydzą się tego. 

Dzwonek do drzwi. Jeden z agentów znika w korytarzu. Wraca z Mo-surem. Młody, 

wysoki, opanowany Mosur wita się z drugim agentem. Podaje mu swój nansenowski paszport 

i legitymację radiową. 

- Priwiet - ściska dłoń Lodzia. - Paczemu ty mnie srazu nie skazał, szto rabotajesz w 

KGB? 

-  Ty  nikagda  nie  sprasziwał  -  odwzajemnia  się  bez  przekonania  podejrzany  Ludwik 

Orzeł. 

Agenci zaczynają od półek z książkami. 

- Skolka knig! - zachwyca się Mosur. - Wsje praczitał? 

-  Paczti  -  Lodzio  zdobywa  się  na  przelanie  kawy  z  dzbanka  do  dwóch  filiżanek. 

Podsuwa świadkowi rewizji cukiernicę. 

Książek  jest  dużo.  Zajmują  dwie  ściany,  od  sufitu  do  podłogi.  Agenci  Pracują 

metodycznie. Wyjmują po jednej, przyglądają się okładce, otwierają nad podłogą grzbietem 

do góry. Półka po półce. 

-  Chciałem  być  pisarzem  -  tłumaczy  Lodzio  z  lekkim  zażenowaniem  ~  ale  za  dużo 

chciałoby się napisać, a nie wiadomo jak. Myślałem, że znajdę jakiś wzór, przykład, wiesz - 

melodię. 

Mosur kiwa głową ze skupieniem. Chyba słucha, może rozumie. 

-  Każdy  pisze  inaczej.  A  ze  mną  jest  taki  problem,  że  każdy  pisze  inaczej,  a  ja 

podziwiam wszystkich. Za to, że piszą. I czytadła i arcydzieła. Że są tacy pewni swego. Oni 

sobie nawzajem przeczą, ale mnie to nie przeszkadza. Wszystko mnie interesuje i dziwi. 

- Wsjo, eto znaczit... szto? 

-  Człowiek.  Ja  sam.  Historia,  antropologia,  etnografia,  religie,  wszystko.  Czemu  się 

jest  takim,  jakim  się  jest.  Bawią  mnie  bzdury,  wzruszają  melodramaty,  wstrząsają  mną 

tragedie, jestem jak gąbka albo bęben. Co chcesz, wchłonę. Zagram, jak uderzysz. 

- Wszystko to za dużo - stwierdza Mosur, siorbiąc kawę. 

background image

- No i machnąłem ręką. U nas w sekcji co jeden to pisarz. I szydzą z siebie nawzajem 

z tej swojej twórczości. A co drugi to aktor. I kręci nosem, że to nie Szekspir. 

- Ale za to dużo wiesz - słychać w głosie Mosura uznanie. Lodzio wzrusza ramionami. 

- Wiem. I co z tego? 

-  Agenci  są  już  pośrodku  pierwszej  ściany  -  Pariadok  -  Mosur  podziwia  sprawność 

niemieckich kontrwywiadowców co najmniej tak samo jak zbędną wiedzę Lodzia. - Wszystko 

kładą na miejsce. Rewizja? U nas to były rewizje! 

Lodzio potakuje. Znów jest w Kielcach. Nogi ubeków w porozrzucanych, piętrzących 

się warstwami książkach. Niektóre z nich jakby wyciągające ku górze ramiona okładek, inne 

przygniecione, pokracznie rozkraczone na podłodze. Żegnająca się raz po raz krzyżem matka 

i wstyd wroga ludu. 

- U nas, jak przyszli, to na dobry początek dali w mordę - rozmarza się Mosur - żeby 

było wiadomo, gdzie twoje miejsce, człowieku. Potem kazali sobie dać wódki. Jak wódki w 

domu brakowało - źle. Podejrzane. Wściekali się. Co to za robota bez przyjemności? Jedyna 

nadzieja, że sąsiad da. Wszyscy wiedzieli. Trzeba dać, bo inaczej sobie nie pójdą, a może i z 

rozpędu i tego pragnienia całe piętro obszukają, cały dom. Lepiej od razu dać. Potem weźmie 

taki w rękę  coś, wszystko jedno, figurkę wielbłąda, kubek, czołg-zabawkę, trzyma i  patrzy. 

Nie wiadomo - podoba mu się, w domu czegoś takiego nie ma czy dowód w sprawie znalazł. 

Nie  zgadniesz.  Spojrzy  na  ciebie.  Kiwniesz  głową  niezauważalnie,  leciutko  -  do  kieszeni 

schowa.  Nie  kiwniesz  -  rzuci  na  podłogę,  stłucze,  podepcze,  obcasem  jeszcze  wkręci.  To 

rozumiem - rewizja! 

Lodzio  patrzy  na  swoją  półkę  z  kryształowymi  figurkami.  Stoi  prostopadle  do 

południowej  ściany,  pomiędzy  oknem  a  telewizorem.  Szeregi  świetlistych  sylwetek 

wprowadzają światło do pokoju, a niekiedy wychwytują z ulicy jakiś ledwie słyszalny dźwięk 

i cichutko rezonują, jakby powtarzały między sobą zasłyszaną plotkę. 

Jeden z agentów z przesadną ostrożnością przegląda kolekcję. Nie sprawia wrażenia 

konesera.  Z  całą  pewnością  szuka  kodu;  zasady  doboru  szklistych,  miniaturowych  rzeźb. 

Informacji  w  sposobie  ich  ustawienia.  Szyfru  ukrytego  w  ich  drewnianych  lub  mosiężnych, 

czasem  srebrnych  podstawkach.  Oczywiście  oprócz  tajemnicy  wyobraźni  Lodzia,  jego 

estetycznych upodobań - żadnego sekretnego języka nie było. 

- Priekrasnyje wieszcz! - zauważa Mosur - ujutnyje. Eta kriestal. 

-  Coś  trzeba  zbierać  -  kiwa  głową  Lodzio  lekceważąco.  Nagle  czuje  się  skrępowany 

swoją  otwartością  wobec  tego  Tatara  czy  Baszkira.  Ratował  go  w  groteskowej,  wstydliwej 

sytuacji,  odwracał  od  niej  uwagę,  ale  czy  wiadomo,  jakie  ma  w  tym  własne  cele?  Po  radiu 

background image

szła  wieść,  że  był  w  Afganistanie,  dostał  się  do  niewoli  mudżahedinów,  został  wysłany  do 

Europy  jako  zakładnik.  Jak  trafił  do  budynku  Wolności?  Czy  to  nie  klasyczny  przypadek 

przemycenia agenta na teren przeciwnika? Ci dwaj być może nie zdają sobie sprawy, grzebiąc 

w  Łodziowych  bibelotach,  że  prawdziwy  lup  siedzi  spokojnie  przy  barku,  patrzy  na  nich 

szarymi oczami i będzie podpisywał protokół rewizji. Co za zamazany świat! 

Lodzio  zbiera kryształowe i  szklane miniatury  klasycznych rzeźb od dwudziestu lat. 

Fascynuje  go  ich  przejrzysta  lekkość  kontrastująca  z  konkretnym  ciężarem  i  twardością  w 

dotyku. Sam czuje się nieprzejrzysty i miękki, jego waga nie znajduje uzasadnienia w jakości 

materii.  Przyznać  się  do  tego  przed  nieznajomym,  nawet  gdyby  zrozumiał,  oznaczałoby 

intymne otwarcie. Lodzio ma na długi czas dosyć intymnych otwarć. 

Jeden  z  agentów  kręci  się  przed  telewizorem.  Przeciąga  palcem  po  grzbietach  kaset 

wideo. Wybiera jedną i wsuwa w odtwarzacz. Ekran rozjaśnia się ruchomą bladością. Figurki 

się  ożywiają.  Trzech  muskularnych  młodzieńców,  z  wyglądu  Nordyk,  Południowiec  i 

Murzyn, intensywnie oddaje się badaniu swoich pokaźnych narządów płciowych. 

-  Smatri!  -  niepotrzebnie  mówi  Mosur.  -  Piederasty!  Agent  nie  podziela  jego 

zainteresowania. Włącza przycisk przewijania na podglądzie. Antyczni kochankowie wpadają 

w  dygotliwy  trans.  Szybkość  ich  mechanicznych  ruchów  odbiera  im  wszelkie  złudzenie 

zmysłowości.  Co  jakiś  czas  ekran  wypełnia  taka  czy  inna  część  ciała  w  dużym  zbliżeniu  i 

natychmiast  znika.  Ponieważ  przewijanie  automatycznie  wyłącza  dźwięk,  orgiastyczne 

uniesienia otwartych ust i zaciskających się w zapamiętaniu palców odbywają się w zupełnej 

ciszy Są kompletną i nieprzekonującą iluzją. 

Agent  przegląda  skrupulatnie  kasetę  po  kasecie.  Jego  twarz  nie  zdradza  żadnych 

uczuć. Nie zawołał nawet kolegi, który buszuje w tym czasie po sypialni Lodzia. Ten zawód 

to  raj  dla  podglądaczy  i  fetyszystów,  myśli  wbrew  sobie  gospodarz.  Ale  pewnie  jakoś  ich 

selekcjonują pod tym kątem. I szkolą. Niemcy na wszystko mają przepisy. 

-  U  nas  mnoga  piederastow  -  informuje  Lodzia  Mosur  rzeczowym  tonem.  -  My  ich 

zwali  „leśni  ludzie”.  Kołchoz  zajmował  się  gospodarką  leśną.  Chodziliśmy  we  dwóch,  we 

trzech na całe tygodnie w puszczę. Trudno wytrzymać taki czas bez robienia wiatru. 

- Robienia wiatru? 

Mosur wykonuje odpowiedni ruch ręką, jakby potrząsał mikser do koktajlów. 

Na  ekranie  kolejna  męska  ekipa  osiąga  przyspieszoną  satysfakcję.  Trudno  to  samo 

powiedzieć o agencie z sypialni. Z pustymi rękami przechodzi do łazienki. 

- Hydraulik - mruczy Mosur. 

- Może kieliszek? - Lodzio przypomina sobie, że jest gospodarzem. 

background image

-  Nie  piję  -  pada  nieprawdopodobna  odpowiedź.  Jednak  agent,  myśli  natychmiast 

Lodzio. - To piwo, te sznapsy.. trucizna. Piję tylko swoje - Mosur wyczarowuje znikąd małą, 

oprawną w skórę piersiówkę. - Chcesz spróbować? To nie alkohol. 

Nalewa  do  filiżanek  po  kawie  po  łyku  mulistej,  brunatnej  cieczy  Zapachniało 

grzybami. 

- Daje równowagę ducha  -  zachwala  egzotyczny gość  - nie mylić z obojętnością. To 

nie narkotyk. 

Smak  odpowiada  barwie  i  konsystencji.  Woda  z  błotnistej  kałuży  Ciepła  od  ciała 

Mosura. 

- Co to jest? 

-  Hu.  Napój  Ananków  -  brzmi  odpowiedź,  która  niczego  nie  wyjaśnia.  Czy  to  pod 

wpływem tajemniczego płynu, czy uspokajającej obecności jego szafarza Lodzio nadzwyczaj 

pogodnie  znosi  resztę  rewizji.  Podpisuje  protokół,  godzi  się  z  uśmiechem  na  czasową 

rekwizycję notesów telefonicznych i terminarza. Zapytany uprzejmie, czy może się stawić na 

przesłuchanie  o  godzinie  dwunastej,  chce  natychmiast  jechać  ze  swoimi  bezosobowymi 

intruzami. Mieć to za sobą, jak wizytę w banku. 

- Ja cię zawiozę - powstrzymuje go Mosur. - Wiem, gdzie to jest. A ty się chyba jakoś 

ubierzesz? 

Lodzio przypomina sobie, że nadal jest w szlafroku. 

Jadą  zatłoczonym  miastem,  pod  niskim  pułapem  śniegowych  chmur.  Ulicami  jak 

tunele.  Miesiąc  przed  świętami  -  witryny  sklepów  i  fasady  urzędów  pokryte  wysypką 

światełek,  liszajami  neonów.  Przeciskający  się  chodnikami  ludzie  świecą  odbitym, 

nienaturalnie barwnym  blaskiem  w burym  powietrzu listopada. Brzęczą, jak figurki  Lodzia, 

wielokrotnie odbitym, dalekim brzmieniem znikąd. 

Mosur kieruje swoją starą hondą, jakby prowadził czołg. W świeżym, rozmakającym 

śniegu,  który  pokrywa  wąskie  uliczki,  nie  przejmuje  się  poślizgami  ani  buksowaniem. 

Dociska pedał gazu. I gada. 

- Przesłuchanie? Cziepucha! Pytają, słuchają, zapisują. We wszystko wierzą. A jak nie 

uwierzą  -  nawet  nie  uderzą.  Pokręcą  głową,  powiedzą,  żebyś  się  zastanowił.  Może  czegoś 

zapomniałeś.  Może  to  nie  było  tak,  a  trochę  inaczej.  Kpiny!  Nic  dziwnego,  że  tu  szpiedzy 

mają jak w raju. 

U  nas  to  były  przesłuchania!  Pierwszy  raz  przesłuchiwali  mnie  w  Afganistanie.  Mój 

starszyna, polityczny i major z wywiadu. Jak to się stało, że sam wróciłem z patrolu. Jak cały 

patrol  nie  wracał,  to  było  w  porządku.  Zginęli  -  sami  sobie  winni.  Ale  jeden  co  przeżył? 

background image

Podejrzane.  pewnie  agent.  Odwrócony  i  wypuszczony  Tłumaczę  im,  że  umiem  znikać.  W 

walce z partyzantką to główna sprawa. Mój naród leśny Od zawsze umiał znikać, kiedy było 

trzeba. A tam wąwozy takie jak tu kościoły, tylko większe. Wchodzisz i cię nie ma, chcesz 

czy nie chcesz. Tyle, że Rosjanie nie potrafią nie być. Boją się nie być. Więc hałasują z tego 

strachu, gadają, kopią kamienie. Strzelą w powietrze dla poprawy nastroju. To ich słychać. A 

mnie nie. 

Myślałem,  że jak wrócę  i  powiem,  co się stało, to  mnie jeszcze pochwalą. Głupi  ja! 

Dla  nich,  dla  naczalstwa  to  sam  kłopot.  Jest  świadek  porażki,  trzeba  pisać  protokół  strat. 

Szukać winnego. O - Mosur palcem podwija wargę, pokazując dwa metalowe kły - masz, jak 

mnie dokładnie przesłuchali. 

Prawdę powiedzieć, to dzięki temu przesłuchaniu jestem tu, na Zachodzie. Bo jak już 

się zmęczyli, to mieli dwa wyjścia. Rozwalić mnie za dezercję albo posłać z powrotem w te 

wąwozy Wsio rawno. Wyszło na to, ze posyłają z powrotem. Tylko ten major powiedział mi 

na odchodnym, że jeśli jeszcze raz wrócę sam, to rozwalą. No to chyba nie miałem wyjścia. 

Idziemy patrolem. Wsio narmalno. Koledzy hałasują, gadają, kopią kamienie. Strzelą 

dla poprawy nastroju. I pakują się w zasadzkę. To był początek wojny Mieliśmy postraszyć 

górali. Ciemnych pastuchów. Kto by posyłał wsparcie z helikopterów. 

No  to  ja  po  swojemu  znikam.  Tyle  że  kiedy  jest  już  po  wszystkim,  nie  czekam,  aż 

pastuchy sobie pójdą, tylko wyłażę z dziury, ruki wwierch i idę do nich. 

To  byli  Tadżycy  Mówili  po  rosyjsku,  trochę.  Tłumaczę  im,  że  ja  nie  Rosjanin.  Z 

mansyjskiego okręgu, z jednostki w Surgucie, z poboru. Że Allach mi nieobcy i dzięki Mu za 

ocalenie. Nie wiem, czy uwierzyli, ale głowy nie urżnęli. Dali dywanik nawet, żebym mógł 

się pomodlić. 

Weseli  ludzie.  Lubili  walczyć  i  zabijać  Rosjan.  Szli,  jak  na  polowanie,  chełpili  się 

trafieniami. Ciekawiło mnie, który z nich brał na siebie śmierć. 

Przekazywali  mnie  z  rąk  do  rąk,  aż  trafiłem  do  bazy  w  Pakistanie.  Tam  mnie 

przesłuchiwali drugi raz. Nie bili, ale trwało to tygodniami. Dzień w dzień to samo. Numery 

jednostek, nazwiska dowódców, uzbrojenie, zaopatrzenie, nastroje. Mówiłem, co wiedziałem. 

Wiedziałem niewiele, więc się nie myliłem. 

Jeden z tych, co mnie przesłuchiwali, musiał być Amerykanin. Taki degancki gieroj w 

okularach  bez  oprawek.  Pewnie  z  CIA,  bo  nie  wiedział  nic  ani  o  okręgu  mansyjskim,  ani  o 

Surgucie, nie mówiąc już o Anankach. Głupi ja, że wspomniałem o Anankach. Nie pasowało 

im,  że  mają  w  ręku  jeńca  z  narodu,  o  którym  nie  słyszeli.  U  nich  tam  w  CIA  jak  u 

komunistów. Czego nie ma w papierach, to nie istnieje. 

background image

Nie wiedzieli, co ze mną zrobić. No to odesłali z paroma innymi do Szwajcarii, niby 

jako  zakładnika.  Jaki  ze  mnie  zakładnik?  Kto  by  mnie  na  kogokolwiek  wymienił?  W 

Szwajcarii  dowiedzieli  się  o  mnie  Rosjanie.  Emigranci.  Wyciągnęli,  zaopiekowali  się, 

poduczyli języka. Żyj - mówią - w wolnym świecie. Tu masz papiery, tu pieniądze na dobry 

początek i adresy O Anankach - powiadają - nie słyszeliśmy ale Rosjan w Europie aż za dużo. 

Każdy przyjmie, napoi, pomoże. Tylko uważaj, co mówisz. 

Więc żyję. Kulturalny ten wolny świat. Przesłuchują łagodnie. Tylko nie wiadomo, co 

sobie o tobie myślą. Twarze z papieru. Rosjanin jak się przy wódce rozpłacze, to wiadomo, że 

jutro doniesie. A ci nie płaczą. 

Lodzio słucha i wpatruje się jak zahipnotyzowany Wycieraczki co chwila odsłaniają 

przed nim znikający świat. Skupia swoją wolę. Jeśli zmusi je do zatrzymania się w pionie  - 

wszystko będzie w porządku. 

Wte, wewte, wte, wewte, wte, wewte. 

Stają w pionie. 

Mosur wyłączył silnik. 

- To tu - mówi rzeczowo - zaczekam na ciebie. 

W  hallu  budynku  ogromna  choinka  pokryta  sztucznym  śniegiem.  Lodzie  otrząsa  z 

butów prawdziwy. Podaje swoje nazwisko w recepcji. Dostaje przepustkę i numer pokoju. Jak 

w radiu. 

W pokoju  biurko ze sztuczną choinką pokrytą sztucznym  śniegiem. Krzesła. Dwóch 

mężczyzn w garniturach. Jeden skądś Łodziowi znany Z korytarzy Wolności. 

- Hi, Lou - wyciąga rękę. 

Mają specjalne kursy uczenia się na pamięć imion pracowników. To buduje właściwą 

atmosferę. Camaraderie po francusku. Ale ten mógł zajrzeć w papiery. Wiedział, dokąd idzie i 

kogo spotka. 

Drugi,  starszy  łysawy  też  ściska  dłoń  Lodzia  i  mruga  porozumiewawczo  jednym 

okiem. Siadają. 

Czy  Lodzio  potrzebuje  tłumacza?  Nie,  nie  potrzebuje.  Kawy  wody?  Chce  zapalić? 

Nie,  nie  pali,  kawę  dopiero  co  pił.  I  Hu.  Hu  jest  w  porządku.  Lodzio  w  ogóle  nie  czuje 

napięcia. 

Łysawy  włącza  magnetofon.  Tani  kasetowiec,  szczyt  kontrwywiadow-czej 

technologii. Obaj, Łysawy i Amerykanin otwierają tekturowe teczki. 

Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, adres, miejsce pracy. 

background image

Lodzio daje widocznie właściwe odpowiedzi, bo przesłuchujący obsuwają się lekko w 

krzesłach z zadowoleniem. Jak Gucio. 

- Stan cywilny? - Łysawy mruga porozumiewawczo. Lodzio przez chwilę się waha. 

- Rozwiedziony. 

- Żona? 

- Żona i córka. Chyba są w Szwecji. Nie miałem z nimi kontaktu od dwudziestu lat. 

- Są w Holandii - poprawia Amerykanin i stawia ptaszka w swojej teczce. Zdaje się, że 

nazywa  się  Joe.  Joe  to  w  slangu  wywiadowczym  agent  w  terenie.  Ktoś  jest  jego 

prowadzącym. Lodzio nie pamięta, skąd to wie. Za dużo czyta książek w miękkich okładkach. 

- Żadnego kontaktu? - upewnia się Łysawy. 

- Żadnego. Szkodliwy dla obu stron. To było niepotrzebne. 

- Szkodliwy? - interesuje się łysawy - w jakim sensie? 

-  Charaktery.  Upodobania.  Różne  fale  -  tłumaczy  Lodzio.  Niemiec  jest 

prawdopodobnie  szczęśliwie  żonaty  od  trzydziestu  lat.  Ma  dzieci  i  wnuki.  Spotykają  się 

wszyscy  na  święta  albo  nawet  mieszkają  wspólnie  za  miastem,  w  dużym  białym  domu  o 

czerwonym spadzistym dachu i zielonych doniczkach pod oknami. Co ma różnica charakteru 

i upodobań do małżeństwa? Kontrakt, jak każdy inny. Irracjonalne irytacje, nienawiść i wstręt 

nie zostały w nim przewidziane. To katolicki land. Mrugnięcie. 

- Dużo pan podróżuje? 

Odpowiedź jest prosta, ale przychodzi Łodziowi z niespodziewanym trudem. 

- Tylko na urlopy. Tylko do Grecji. 

- Dlaczego tylko do Grecji? 

- Upodobania. 

Dwuznaczność czytelna tylko dla Lodzia. Taką ma przynajmniej nadzieję. 

-  Żona  nie  akceptowała  pańskich  zainteresowań  kulturą  antyczną?  Lodzio  docenia 

dowcip. 

-  Rozstaliśmy  się  jeszcze  w  Polsce.  Ona  pierwsza  wyjechała  -  nie  odpowiada  na 

pytanie wprost. 

- Ma pan przyjaciół w Grecji? 

Joe przechyla głowę. Ma okulary bez oprawek. Może go przenieśli z Pakistanu. Albo 

okulary są z przydziału. Skoro pytają, to wiedzą. 

- Znajomych. 

- Na przykład? 

- Tadikopoulos. Dmitri. W Pireusie. Łysawy mruga. 

background image

- Czym się zajmuje? 

- Prowadzi sklep z pamiątkami. Joe stawia ptaszka. 

- Wie, gdzie pan pracuje? Lodzio trochę się wstydzi. 

- Wie, że jestem dziennikarzem. 

Nie  ma  się  czego  wstydzić.  Niewinne  naciągnięcie  prawdy.  Niemal  wszyscy 

pracownicy Wolności należą do związku dziennikarzy Nawet spikerzy W Niemczech dobrze 

jest należeć do związków. 

-  Nie  zauważył  pan  niczego  podejrzanego  w  jego  zachowaniu?  Przy  dłuższej 

znajomości? 

Lodzio zżyma się. Wewnętrznie. Oczywiście, że podejrzewa Greka o zdradę. O liczne 

zdrady.  Dmitri  żyje  z  turystów  a  Lodzio  odwiedza  go  raz  do  roku.  Dmitri  prawdopodobnie 

jest zwykłym prostytutkiem i dawno należało z nim zerwać. Ale to chyba ich nie interesuje? 

-  Nie.  Nic  mi  nie  przychodzi  do  głowy.  Znowu  mrugnięcie.  Może  oznaczać,  że 

Łysawy poczeka, aż coś Łodziowi przyjdzie do głowy. Ale to raczej tik. 

- Co pan robił siedemnastego lipca, przed południem, powiedzmy około dziesiątej? 

Zaskoczony zmianą tematu Lodzio milczy W Grecji był w maju. 

-  Z  grafiku  wynika,  że  miałeś  dyżur,  Lou  -  podpowiada  Joe.  Podstęp  by  się  udał, 

gdyby  pracownicy  Wolności  spędzali  dyżury  w  pracy.  Ale  latem  należało  to  do  rzadkości. 

Latem  siedziało  się  na  kortach  albo  przy  piwie  pod  Chińską  Wieżą.  Mariolka  wiedziała  w 

razie czego, gdzie ich szukać. Lodzio kojarzy. 

- W dzień zamachu? Odwiedzałem przyjaciela w szpitalu. W Klinice Hoffmanna. 

- To naprzeciwko radia? Przyjaciel... 

-  Bożysław  Tuderski.  Reżyser  nagrań.  Wyrostek  robaczkowy.  Joe  stawia  ptaszka. 

Bozio albo już został przesłuchany, albo właśnie zapadła decyzja o przesłuchaniu Bozia. 

Jak  oni  to  sobie  prosto  wyobrażają,  myśli  Lodzio.  Podłożył  bombę  u  Czechów  i 

poszedł na balkon kliniki, żeby oglądać swoje dzieło. 

- Widział pan wybuch? - Łysawy wpasowuje się w bieg myśli Lodzia. 

- Tak. 

- I? 

- Cóż. Grzmotnęło, posypało się szkło. Pojawiła się chmura. Taka bura, nieruchoma. 

- Pan... Bocislau... jak zareagował? 

Wściekł się na mnie. Opluł, poniżył, odesłał w diabły Upił się, porzygał. Poszedł spać. 

- Był w szoku. On się... przyjaźnił z Lida Mlakoyą, tą, która... 

- Tak - ptaszek - ale nie wiedział, że padła ofiarą wybuchu. 

background image

-  Nie  mógł  wiedzieć.  Mógł  przypuszczać.  Widzieliśmy,  jak  szła  do  pracy  Łysawy 

mruga i z kolei on zapisuje coś w swojej teczce. 

- Jak komentowali zamach koledzy? W pańskiej sekcji? Żartami. Irlandczyk zarobi na 

cygara. 

-  Byli  wstrząśnięci.  W  końcu  wszyscy  się  znamy,  lepiej  czy  gorzej.  Równie  dobrze 

mogło się to przydarzyć nam. 

Joe unosi brwi.  Z niewiadomych przyczyn Polakom  takie rzeczy się nie  przydarzają. 

Choćby i na to zasługiwali, jak twierdził Bozio. 

- Czy zauważył pan coś niecodziennego w zachowaniu kolegów? Zbytkowne wydatki, 

albo przeciwnie, kłopoty finansowe? 

Ha, ha. Koledzy dzielą się dokładnie na takich, co oddają się zbytkownym wydatkom i 

mają przez to kłopoty finansowe, oraz na takich, co skrzętnie liczą i inwestują. Nie ma w tym 

nic niecodziennego. 

- Nic niecodziennego - stwierdza z mocą Lodzio. 

- Hazard? Kobiety? - podsuwa Łysawy z ledwo zauważalną, niezdrową ciekawością. 

Sam by pewnie chciał, tylko mu zawód i żona nie pozwalają. 

Bozio  i  Graf,  jeśli  już  im  się  zechce  pojechać  do  kasyna,  stawiają  pięćset  marek  na 

kolor. Jeśli wygrają - wydają na towarzyszące im kobiety. Jeśli nie - kobiety muszą poczekać 

do następnego razu. 

-  Zakładają  się,  kto  z  nas  jest  szpiegiem  -  Lodzio  zdobywa  się  na  lekceważący  żart. 

Joe uśmiecha się z zażenowaniem. Ciekawe, czy kowboje robią to samo. 

Dla Łysawego to nowość. 

- Na pieniądze? 

- Podobno. 

-1 kto ma najlepsze notowania? 

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. To prywatna zabawa. Nie brałem w niej udziału. 

Łysawy  i  Joe  spoglądają  na  siebie.  Tyle  wiedzą,  a  nic  nie  wiedzą.  Hazard.  Każdy 

ryzykuje, zwłaszcza robiąc w Wolności. Dowodem choćby bomba. 

Jak się okazuje nie tylko bomba. 

- Co pana łączy z Lotharem Al-Oudjim? 

Lodzio jest w próżni. Nie ma pojęcia, o kogo chodzi. 

-  Nie  znam  -  mówi  z  lekkim  znakiem  zapytania.  Nie  znam?  Łysawy  mruga.  Tym 

razem chyba celowo. Lubieżne mrugnięcie katolika znad golonki z piwem. Przesłuchanie jest 

po to, żeby klocki same ułożyły się we właściwy wzór. 

background image

- Często pan odwiedza dyskoteki? Lodzio zaczyna rozumieć. 

- To nic złego, Lou - mówi Joe tonem sugerującym coś wręcz przeciw-”ego. 

- Tylko Betiehem. 

- No. Lothar Al-Oudji jest właścicielem Betiehem. 

- Nie wiedziałem. 

- Palestyńczyk, naturalizowany w Niemczech. 

- Nie wiedziałem. 

- Czasem sam występuje. Śpiewa. Jest bardzo popularny, pod pseudonimem Aaron. 

-  Tak,  wiem.  To  znaczy,  nie  wiedziałem,  że  on  się  tak  nazywa.  Chodziłem  do 

Betiehem. Słyszałem Aarona. Widziałem. 

-1 co pana z nim łączy? 

Skoro pytają, to wiedzą. Lubi śmierdzące trociczki i ma płytę Wagnera. Udaje Żyda. 

Nienawidzi Polaków albo udaje, że ich nienawidzi, żeby udawać Żyda. Cyniczny uwodziciel 

niewinnych reżyserów Wolności mających nieszczęście pochodzić z Kielc. 

-  Stosunek  homoseksualny  -  mówi  Lodzie  z  bezczelną  otwartością.  -  Jednorazowy. 

Przypadkowy. Z jego inicjatywy. 

Joe  zdaje  się  przyjmować  zeznanie  z  większą  przykrością  niż  Bawar.  Kowboje  nie 

znają  życia.  Nie  współżyją  z  krowami,  nie  masturbują  się,  nie  odwiedzają  pornoklubów. 

Szkodzi karierze. 

-  Upodobania  -  kiwa  głową  Łysawy  Może  już  opowiada  w  myślach  żonie,  jakim 

gniazdem deprawacji jest Wolność. 

I to już wszystko. Wstają, podają sobie ręce. Cywilizowani ludzie w demokratycznym 

społeczeństwie, przesiąknięci tolerancją i wyrozumiałością. 

- Zalecałbym większą ostrożność w osobistych kontaktach - mówi mimochodem Joe, 

już na korytarzu. 

Nie  wiadomo  czemu,  Lodzio  wie,  że  nie  chodzi  o  Lothara  Al-Oudiego  ani  o 

Tadikopoulosa. Chodzi o kolegów z pracy. 

Z  trudem  odnajduje  na  parkingu  samochód  Mosura.  Z  ulgą  wsuwa  się  w  cieple 

wnętrze otulone świeżym śniegiem. 

- No i jak? 

- Tak jak mówiłeś. To ma być przesłuchanie? 

- Jedziemy coś zjeść - Mosur wsuwa w stacyjkę klucz - mam dla ciebie propozycję. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  Opieczętowali  jego  szafkę  w  Produkcji,  wyobrażacie  sobie?  -  w  glosie  Bozia 

brzmiało oburzenie i kwaśna satysfakcja. Pił na śniadanie białe wino, żeby - jak sam mawiał - 

zamarynować  pozostałe  mu  organy  wewnętrzne.  W  ten  sposób  nie  zepsują  się  przed 

wycięciem. - Przy okazji oczywiście zajrzeli do naszych szafek! 

- To bezprawie. A przynajmniej nadużycie prawa  - stwierdził z całą mocą Elegancki 

Eugeniusz. 

Produkcja  składała  się  z  dwóch  niewielkich  pomieszczeń.  W  jednym  szef,  czyli 

Powstaniec,  ustalał  grafik  nagrań.  W  drugim  reżyserzy  i  spikerzy  spędzali  wolny  czas  po 

swojemu,  czekając  na  wejście  do  studia.  Jedną  ścianę  zajmowały  metalowe  szafki  na 

przedmioty osobistego użytku. Jak w sportowej szatni. 

Oburzenie  Bozia  brało  się  stąd,  że  w  jego  szafce  przedmiotami  osobistego  użytku 

okazała  się  bateria  piersióweczek.  Szklanych,  niewykrywal-nych  dla  lotniczej  bramki  przy 

wejściu do Wolności. 

-  Czy  to  prawda,  że  Pępek  się  rozwodzi?  -  W  celu  okazania  braku  istotnego 

zainteresowania odpowiedzią na własne pytanie pani Elwira skupiła uwagę na zamówionych 

jajkach na miękko. 

- Służę pani, pani Elwiro - Graf podawał jej przez stół swoją złoconą gilotynkę. 

- Zapytali, czy mogą rzucić okiem. A Powstaniec im pozwolił. 

-  W  takim  razie  nie  było  naruszenia  prawa.  Pępek  siedział  przy  wejściu  do  kantyny 

Trzymał za rękę córkę Heidi. Od jakiegoś czasu był to niemal codzienny widok. 

-  Może  się  nauczy  po  niemiecku  -  ściągnął  wargi  zasłuchany  w  swoją  muzykę  pan 

Stanisław. - Niemcowi wypadałoby. Pani Elwira wolała łyżeczkę. 

-  Bytem  przy  tym  -  powiedział  Graf-jak  zeznawał  w  sprawie  wypadku 

samochodowego  Marylki.  Obywatelstwo,  pyta  sędzia.  Niemieckie,  mówi  Pępek. 

Narodowość, pyta sędzia. Niemiecka, mówi Pępek... 

-  Dziadek  w  Wehrmachcie  -  wtrącił  pan  Marian  tonem  kpiącego  przypuszczenia  - 

mhm, mhm. 

-  Co  pan  może  powiedzieć  o  przebiegu  incydentu,  pyta  sędzia.  A  Pępek  na  to: 

„Iśbrałhe ajnendolmeczer, bite”. 

-  Nie  wierzę,  żeby  Lodzio  miał  coś  na  sumieniu  -  twarz  pana  Juliana  miała  jeszcze 

bardziej przygnębiony wyraz niż zwykle. 

background image

- Myślałem, że nasz kolega, chodzący dowód na dobrodziejstwo eutanazji, już dziś nie 

przemówi.  Nawet  sztukę  wchłaniania  swojego  dietetycznego  jogurtu  opanował  w  stopniu 

wykluczającym  poruszanie  ustami  -  pan  Stanisław  odchylił  się  w  krześle.  Szare  światło  z 

zaszronionych, wąskich okien pod sufitem, posłusznie obrysowało jego profil. - Kto tu mówi 

o sumieniu? Chodzi tylko o to, po czyjej stronie wykonuje się powierzone zadania. 

Przy stoliku pod przeciwległą ścianą Ukraińcy namiętnie grali w domino. 

-  Żona  Pępka  wjedzie  mu  na  pensję  -  Elegancki  Eugeniusz  oglądał  swoją 

wypielęgnowaną dłoń, z zadowoleniem stwierdzając na niej brak obrączki. 

- Cztery siódme - mruknął pan Marian z głębi własnych doświadczeń. 

- Moim zdaniem każdy z nas powinien być jak żona Cezara - oświadczyła pani Elwira 

- poza wszelkim podejrzeniem. 

-  Lodzio  od  dłuższego  czasu  trzymał  się  osobno  -  rzucił  Bozio  mimochodem,  spoza 

przejrzystej gardy opróżnianego kieliszka. - Heidi! Noch ein mai das selbe. 

- Und fur mich - dorzucił z przyzwyczajenia Graf. Pan Marian pozostał przy herbacie 

z Jagermeistrem. 

-  Może  znalazł  lepsze  towarzystwo  -  zauważył  pan  Julian  z  niezmiennym 

przygnębieniem. 

Nikt  się  nie  obejrzał.  Wszyscy  wiedzieli,  że  Lodzio  siedzi  trzy  stoliki  dalej,  między 

Węgrami a Tadżykami, w towarzystwie Pięknej Julity i Mosura. 

-  Każdy  szuka  naturalnego  otoczenia  -  w  słowach  Eleganckiego  Eugeniusza 

dźwięczała pogardliwa dwuznaczność. Nie rozwinął tematu. 

-  Mhm.  Mhm.  Mariolka  mówi,  a  Mariolka  wie  lepiej  chyba  niż  Gucio,  że 

rozpracowano komunistyczną siatkę szpiegowską w Grecji. W Pireusie. 

- W Pireusie - powtórzył znacząco Bozio. 

- Co ten znowu tutaj robi?  - zepsuł ekscytujące napięcie Graf. Przy wejściu pojawiło 

się dwóch mężczyzn. Jeden z nich, w samej koszuli i krawacie, przykucnął pod ścianą i zaczął 

posuwać  się  wzdłuż  niej  krokiem  zapaśnika  sumo.  Drugi,  dostrzegłszy  przez  całą  salę  ich 

spojrzenia,  wykonał  głęboki,  uprzejmy  ukłon,  po  czym  przysiadł  się  do  Amerykanów,  z 

identycznym ukłonem zapytawszy wprzód o pozwolenie. 

- Turysta? - pani Elwira uniosła kruczoczarne brwi. -1 on chyba czasem jada. 

- Nie. Mówię o tym - Graf wykonał ruch podbródka w kierunku mężczyzny, który w 

pozycji  kucznej  nadal  przemieszczał  się  wzdłuż  ściany  Do  wysokości  metra  opasywała  ją 

boazeria  z  cienkich  listewek,  więc  wyglądał  jak  goryl  w  koszuli  i  krawacie  obchodzący 

miarowo własną klatkę. 

background image

-  Lodzio  spędzał  wszystkie  urlopy  w  Grecji  -  pan  Marian  drążył  swoją  koleinę, 

odporny  na  zewnętrzne  impulsy  -  Podobno  znaleziono  jego  telefon  nie  w  tym  notesie,  co 

trzeba. 

-  Upodobania  upodobaniami.  Po  co  od  razu  dawać  telefon  -  dodał  mściwie  Bozio.  - 

Irlandczyk? Sprawdza kaloryfery. Trudno, żeby sprawdzał zimą klimatyzację. 

Graf się zdziwił. 

- Myślałem, że mamy taką klimatyzację, co to latem chłodzi, a zimą grzeje. Zdaje się, 

że są takie. 

- Gdyby tak było, to on nie miałby z czego żyć. - Bozio wyciągnął rękę ku boazerii. - 

Na mój gust kaloryfery grzeją, a klimatyzacja chłodzi. Od pół roku nie mogą z tym dojść do 

ładu.  Im  się  nie  spieszy,  przynajmniej  do  grudnia.  Potem  muszą  wydać  pieniądze,  żeby 

centrala nie obcięła budżetu. A nam się pocą nogi i marzną głowy. 

-  Numer  telefonu  to  jeszcze  nie  dowód  -  westchnął  pan  Julian.  -  Kto  wie,  w  jakich 

notesach można znaleźć nasze telefony? 

- Mój jest zastrzeżony! - pani Elwira podniosła obie dłonie w obronnym geście. - To 

elementarna ostrożność. 

- Ale Lodzio ma pani telefon. I jeśli się okaże, że jest tym, kim pani myśli, że jest, to i 

pan znajduje się w kręgu podejrzanych. - Pan Julian heroicznie bronił Lodzia. 

- My wszyscy, panie Julianie, my wszyscy. 

- Pani, pani Elwiro, łatwo być żoną Cezara - siwa głowa pana Stanisława rzeczywiście 

wyglądała na wyrzeźbioną z lodu. - Ale my, zwykli śmiertelnicy, niewolni od grzechu... 

Mąż pani Elwiry miał na imię Czarek. Liczył, że po przejściu Powstańca na emeryturę 

zostanie szefem produkcji. 

- Byłem raz u Lodzia w domu - skrzywił się Elegancki Eugeniusz - ma całą kolekcję 

szklanych szkaradzieństw. Dawid Michała Anioła, Dawid Celliniego, cały kiczowaty Parnas, 

Zeus, Apollo, Platon. Odlewane albo rżnięte. Brrr. 

- Ja zbieram znaczki - wzruszył ramionami pan Julian. 

- Mariolka słonie - wtrącił Graf. 

-  A  ja  hipopotamy  -  klasnęła  w  dłonie  pani  Elwira  -  mam  największy  zbiór  w 

Niemczech, jeśli nie w Europie. 

- Kwestia smaku - podsumował Elegancki Eugeniusz z miną sugerującą, że wszelkie 

zbieractwo prowadzi do dewiacji, a od dewiacji do agenturalności jeden krok. 

- Sorry - Irlandczyk wcisnął się między Grafa a boazerię. 

- We’ve been looking here - poinformował go Bozio. - It works. 

background image

- Thanks. I think, I’ll check it myself. Thanks anyway - Musi zarobić na chleb - Graf z 

trudem przysunął się do stołu. 

- Na cygara. 

-  „Faryzeusze  -  podjął  pan  Stanisław  zadowolonym  głosem  proroka,  któremu 

wszystko  się  zgadza.  -  Oczyszczacie  to,  co  jest  zewnątrz  kubka  i  misy;  ale  to,  co  jest 

wewnątrz  was,  pełne  jest  łupieżstwa  i  złości”.  Święty  Łukasz.  Jedenaście,  trzydzieści 

dziewięć. Lodzio może nie wygląda na bohatera naszych czasów, ale to  jeszcze nie czyni z 

niego  Judasza.  To,  że  budzi  podejrzenia  pana  Mariana  czy  pani,  pani  Elwiro,  raczej  go 

dyskwalifikuje  jako  agenta.  Dobry  agent  nie  budzi  tak  łatwo  podejrzeń.  Nie  trzyma  się  na 

uboczu, nie zbiera kiczowatych bibelotów i nie jeździ co roku na urlop  w to samo miejsce. 

Dobry agent jest czysty i przejrzysty jak... - jedna powieka uniosła się w stronę pani Elwiry - 

jak żona Cezara. Ten „as wywiadu” sprzed sześciu lat, jak mu było... 

- Pieczarka - podsunął niechętnie pan Marian. 

-  Pieczarka.  Nikt  go  nie  podejrzewał.  Dusza  człowiek.  Urkowicz  jeździł  z  nim  na 

narty Nasz Marchlewski pił z nim wódkę i dyskutował o przedwojennych socjalistach. Nasza 

żona  Cezara  grała  z  nim  w  brydża.  Dopiero  kiedy  zniknął,  każde  z  was  zaczęło  sobie 

przypominać, jakie to wszystko było podejrzane. Skąd tak dobrze jeździł na nartach? Mocna 

głowa, duża wiedza, pewnie przeszedł przeszkolenie. Gdzie lepiej wkraść się w czyjeś łaski, 

jak  nie  przy  zielonym  stoliku,  wspólnie  licytując  szlemika  w  bez  atu?  Lub  przegrywając 

okrągłą sumę do obiektu swojej inwigilacji? Gdyby się naprawdę okazało, że Lodzio przejął 

jego  zadania,  to  znaczyłoby,  że  komunistyczny  wywiad  schodzi  na  psy  Ja  bym  już  raczej 

stawiał na Turystę. 

- Ile by pan postawił? - pytanie Eleganckiego Eugeniusza miało retoryczny charakter. 

Oszczędność obu panów była przysłowiowa. 

- Mhm, mhm. Ja nadal  twierdzę, że Pieczarka nie przyjechał  tu  jako agent.  Może go 

zwerbowali później, szantażem albo co. Miał kosztowne przyzwyczajenia. 

- Umiał pić -  przypomniał  sobie Graf i  podniósł  rękę, żeby zwrócić na siebie uwagę 

Heidi. 

Pani  Elwira  uznała  za  stosowne  zdystansować  się  do  pochwał  niesławnej  pamięci 

Pieczarki. 

-  Przy  prawdziwym  brydżu  mówi  się  o  brydżu  -  oświadczyła  z  naciskiem  -  zresztą 

grałam  z  nim  może  dwa  razy  Kiedy  zabrakło  czwartego.  I  nigdy  nie  miałam  do  niego 

zaufania. 

Pan Stanisław schylił swą lodową głowę przed jej przenikliwością. 

background image

- Kobieca intuicja - skwitował z ironicznym westchnieniem. 

- Mnie się też ten Turysta nie podoba - stwierdził Bozio z przekonaniem. - Taki jakiś 

obły Obły Turysta dyskutował o czymś z Amerykanami, dokonując nie lada sztuki. Udawało 

mu  się  jednocześnie  trzymać  w  powietrzu  szklankę  herbaty  i  kłaniać  nisko  każdemu  z 

rozmówców, który akurat zabierał głos. Z oddalenia wyglądał jak jedna z tych figurek, psa, 

mnicha  lub  Chińczyka,  które  ustawia  się  przy  tylnej  szybie  samochodu,  by  pod  wpływem 

najlżejszego impulsu wszystkiemu potakiwały. 

-  Urzędnik  Wolności  -  mruknął  pan  Stanisław,  wycofując  się  w  swoje  wewnętrzne 

zasłuchanie  -  smutna  postać.  Jak  głodny  kucharz.  -  Trudno  było  stwierdzić,  czy  mówi  o 

Turyście, czy ogólnie o obecnych. 

- O czym oni tak rozprawiają? - Graf upił łyk wina i skrzywił się. - Ciepłe. 

- O nowym dyrektorze - wzruszył ramionami Elegancki Eugeniusz. - Kiedy idzie fala, 

trzeba  się  czegoś  złapać.  Tylko  ten  pan  nie  wie,  że  o  takich  sprawach  nie  rozmawia  się  z 

Amerykanami przy śniadaniu. 

Sam  był  ostatnio  stałym  gościem  w  skrzydle  amerykańskiej  administracji. 

Podejrzewał, że podobnie jak pozostali. 

- Trudno pracować w takiej atmosferze - pokręciła głową zatroskana pani Elwira. 

-  Rzeczywiście  duszno,  prawda?  -  ożywił  się  Graf.  -  Wchodzę  z  ulicy  do  budynku, 

otoczony  zimowym  powietrzem  i  czuję,  jak  po  drodze  do  pokoju,  krok  za  krokiem  jest  go 

coraz mniej. Jakby mnie ktoś z niego rozbierał. 

- To te kaloryfery - wyjaśnił Bozio. - Dlatego wino jest za ciepłe. 

- Myślisz? 

- Chińczycy mówią, że kogo ukąsi wąż, ten będzie się przez cale życie bał ukąszenia 

szczura. 

Sentencja pana Juliana wytrąciła pana Stanisława z dopiero co osiągniętej nirwany  - 

Czego  tu  się  bać?  Że  ktoś  z  nas  zawiedzie  zaufanie  pozostałych?  Wystarczy  nie  ufać.  Nie 

musimy sobie ufać ani się specjalnie lubić, żeby dobrze robić to, co do nas należy Dlaczego 

szanujemy Gucia? Dlatego, że nam nie ufa. Zna nasze wady i to mu wystarczy. W pewnym 

stopniu gwarantują naszą lojalność. Nie ufa zaletom. Zalety to pokusa niezależności. Kto lubi 

niezależnych? Nawet Jahwe upodobał sobie Abrahama, kiedy się okazało, że ów gotów jest 

złożyć własnego syna w ofierze. Ja bym się raczej nie sprawdził w takiej próbie. Na szczęście 

mam więcej wad niż zalet, dzięki czemu dobrze nam się z Guciem współpracuje. Wie, czego 

ode mnie nie wymagać. 

- Kokiet - pogroziła palcem pani Elwira. 

background image

- Doskonałość niepokoi - ciągnął pan Stanisław - proszę spojrzeć na pana Eugeniusza. 

Nic mu nie można zarzucić, może prócz uprzedzenia do Tadżyków, które jest, jak mniemam, 

natury  estetycznej.  Doprawdy  trudno  lubić  człowieka,  jeśli  nie  można  się  do  niczego 

przyczepić.  Ale  widocznie  Gucio  wie  coś,  czego  ja  nie  wiem.  Inaczej  pan  Eugeniusz,  przy 

wszystkich swoich zaletach, raczej by tu nie pracował. Ani pan Juliusz, postać nieskazitelna, 

co  w  jego  wypadku  oznacza  brak  talentu.  Ale  ma  zasadniczą  wadę,  która  dla  Gucia  jest 

bezcenna:  naiwne,  dziecięce  wręcz  zaufanie  do  ludzi.  Czyż  w  innym  wypadku  byłby  tak 

wiecznie przygnębiony? Wszyscy, jak tu jesteśmy, dzień w dzień, każdym słowem, każdym 

czynem sprawiamy mu głęboki zawód. 

-  Elegancki  Eugeniusz  nie  wiedział,  sądząc  po  jego  minie,  czy  ma  się  czuć  urażony, 

czy wyróżniony charakterystyką pana Stanisława. 

- Oddałbym część moich zalet, byle zyskać pańską sympatię - powiedział na wszelki 

wypadek. 

Pan Stanisław odchylił się na krześle. 

- Na co panu moja sympatia? 

- Czy to już koniec pańskiej listy nieskazitelnych? - pani Elwira najwyraźniej czuła się 

pominięta. 

- Kobiety zwłaszcza wyjątkowe, wymykają się czułkom mojego aparatu poznawczego 

- stwierdził pan Stanisław z ironiczną galanterią i powrócił do słuchania swojej wewnętrznej 

muzyki. 

- Mhm, mhm - Urkowicz uznał za stosowne wypełnić czymś nagłą riszę. 

- Anioł przeleciał - stwierdził ponuro pan Julian. 

Trzy stoliki dalej zabrzmiał beztroski, otwarty, szczery śmiech. Wszyscy się obejrzeli. 

Ich zdziwienie nie miało granic i natychmiast przeszło w głębokie zgorszenie. 

Śmiała się Piękna Julita, śmiał się Mosur, a najszczerzej i najgłośniej, niemal do łez, 

śmiał się podejrzany Lodzio. 

Nawet Ukraińcy podnieśli głowy znad domina. 

background image

ETER  

 

Trudno  precyzyjnie  określić  granicę,  na  której  kończy  się  czas  legendarny  narodu 

Ananków,  a  rozpoczyna  jego  czas  historyczny.  Trudność  ta  spowodowana  jest  dwoma 

zjawiskami.  Specyficznym,  można  by  rzec  -  beztroskim  stosunkiem  Ananków  do 

teraźniejszości oraz szczególnym upodobaniem do opowiadania o sobie. 

Przez  niemal  tysiąc  lat  burzliwych,  choć  mało  znanych  i  słabo  udokumentowanych 

dziejów  Anankowie  nie  zatracili  zwyczaju  porozumiewania  się  w  sprawach  doraźnych, 

codziennych  i  aktualnych,  za  pomocą  rogów  koziorożca.  (Odkąd  wyginęły  koziorożce, 

nauczyli się wyrabiać instrumenty z drzewa, potem z blachy, a na koniec z rogopodobnego 

plastiku.) Ten system komunikacji, z natury sprowadzony do jednoznacznych informacji typu 

„chodź tu”, „uważaj”, „zobacz” oraz do wyrażania najprostszych uczuć „podoba mi się to”, 

„nie  zgadzam  się”,  „mam  ochotę  na  robienie  wiatru”,  „trzeba  zniknąć”,  wytrzymał  próbę 

czasu.  Zdał  także  egzamin  w  licznych  walkach  obronnych  z  najeźdźcami,  jako  rodzaj 

trudnego  do  złamania  szyfru.  Sowieccy  okupanci,  po  początkowym  okresie  krwawej, 

ideologicznej wojny o „nową świadomość Ananki” zaczęli nawet wspierać ginący już kunszt, 

biorąc go za egzotyczną formę sztuki ludowej. Przy kinoteatrach i domach kultury tworzono 

zespoły  rogaczy,  spośród  których  z  czasem  mianowano  artystów  ludowych  Rosyjskiej 

Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. 

Nawiasem  mówiąc  stwarzało  to  zabawne  sytuacje.  Podczas  oficjalnych  akademii, 

podczas  których  miały  miejsce  obowiązkowe  „części  artystyczne”,  czyli  występy  zespołów 

folklorystycznych,  zmęczeni  przemówieniami  dygnitarze  zasiadali  w  pierwszych  rzędach,  a 

rogacze wychodzili na scenę. Po czym zgodnie wykonywali, co mieli do wykonania, rzęsiście 

oklaskiwani  przez  dostojnych  gości,  nieświadomych  faktu,  że  właśnie  zostali  nazwani  (w 

muzycznym  języku  Ananków)  „synami  tchórza  i  węża”,  na  których  „trzeba  uważać,  bo 

śmierdzą”; „Oby nigdy nie byli w stanie zrobić wiatru”, bowiem „dzieci ich podobne są do 

pająków,  najnieszczęśliwszych  jak  wiadomo  stworzeń  na  ziemi,  skazanych  na  życie  we 

własnej sieci”. Obecni na sali słuchacze zdolni pojąć wymowę dźwię ków nie posiadali się z 

dziecinnej radości na widok upokorzenia zadowolonych z siebie komunistycznych Hanaków. 

Nie  zmienia  to  jednak  faktu,  że  ów  język,  tak  przydatny  w  walce  partyzanckiej  czy 

działalności dysydenckiej, nie nadawał się do rejestracji wydarzeń historycznych. „To, co jest, 

zasługuje  na  uwagę  dopiero  wówczas,  gdy  stanie  się  tym,  co  było”  -  brzmiała  recepta 

Ananków  na  problem  poznania.  „Wtedy  da  się  o  tym  opowiadać”.  Wiadomo  zaś  (tu 

Anankowie  nie  różnią  się  zbytnio  od  innych  narodów),  że  gdy  opowiada  się  o  sobie  - 

background image

rzeczywistość historyczna zdradza nadzwyczajną łatwość przekształcania się w rzeczywistość 

legendarną. 

Za  początek  historii  Ananków  musimy  więc  przyjąć  czas,  gdy  zaczęli  o  nich 

opowiadać inni. 

Pierwsza  znana  i  zachowana  relacja  zewnętrzna  o  istnieniu  Ananków  pochodzi 

prawdopodobnie  z  końca  dwunastego  wieku,  choć  odczytana  została  dopiero  w  wieku 

osiemnastym.  Przypuszczalną  datę  jej  powstania  ustalono  przez  odtworzenie  niezwykłych 

dziejów  tego  dokumentu.  Został  on  odkryty  w  burgundzkim  zamku  Brieux,  nieopodal 

Beaune,  przez  pedantycznego  poszukiwacza  staroci  związanego  z  oświeceniowym 

środowiskiem  Encyklopedystów.  Nie  poprzestał  on  na  przetłumaczeniu  i  skomentowaniu 

opowieści  o  Anankach,  tak  pasującej  do  modnej  wówczas  teorii  o  „szlachetnym  dzikusie”. 

Udowodnił  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  autorem  relacji  jest  niejaki  Hjólm,  Wiking  w 

służbie cesarza Konstantynopola, a spisał ją cesarski skryba na użytek sądu, jaki odbył się nad 

wzmiankowanym Hjólmem. Jak wiadomo, w latach 1202-1204 odbyła się czwarta wyprawa 

krzyżowa, tym różniąca się od pierwszych trzech, że  prowadzona przez chrześcijan przeciw 

chrześcijanom.  Katoliccy  rycerze  z  Francji,  Flamandii,  Burgundii  i  Wenecji  zdobyli  i 

splądrowali  Konstantynopol,  nawracając  na  prawdziwą  wiarę  łacińską  tych,  którzy  przeżyli 

ów osobliwy akt miłosierdzia. Wówczas dokument musiał wpaść w ręce rycerza de Brieux. 

Trudno  powiedzieć,  czemu  w  ogólnej  gorączce  mordów,  gwałtów  i  grabieży  nie  uległ 

zniszczeniu. Być może ze względu na towarzyszące mu mapy, de Brieux uznał, że zawiera on 

wskazówki, jak dotrzeć do ukrytych kosztowności. Być może obrońca Chrystusa chciał mieć 

po  prostu  materialną  pamiątkę  swych  chwalebnych  czynów.  Manuskrypt  był  bogato 

oprawiony, a słowo pisane budziło lękliwy szacunek niepiśmiennych krzyżowców. 

W każdym razie relacja musiała zostać spisana przed wspomnianymi wydarzeniami w 

świecie  chrześcijańskim,  a  z  zawartych  w  niej  informacji  wynika,  że  już  po  triumfalnym 

podboju całej niemal Azji przez Czyngis-Chana. 

Hjólm i  jego drużyna stanowili zbrojną eskortę cesarskiego urzędnika podatkowego. 

W  jaki  sposób  wyprawa,  która  trwała  sześć  lat,  dotarła  aż  za  Ural,  nie  wiadomo.  Hjólm 

zeznał,  że  cesarski  poborca  zmarł  na  tajemniczą  chorobę  podczas  przeprawy  przez  płytkie 

morze (prawdopodobnie dzisiejsze Kaspijskie), a on sam ze swoimi towarzyszami zabłądzili, 

poruszając  się  jedynie  wzdłuż  rzek,  które  okazały  się  nie  tymi,  za  jakie  je  brali. 

Prawdopodobniejsza jest jednak wersja przyjęta przez cesarski trybunat, że Wikingowie zabili 

eskortowanego i szukali dróg powrotu do swoich stron rodzinnych. Przemawia za tym fakt, że 

kierowali się cały czas z grubsza na północ. 

background image

Tak czy inaczej dotarli, według słów Hjólma, do niezmierzonych lesistych terenów u 

stóp  wysokich  gór,  gdzie  napotkali  lud  zupełnie  niepodobny  do  dzikich,  nieokrzesanych, 

niemal  półzwierzęcych  plemion  sprawiających  im  po  drodze  niemało  kłopotów.  An’ka,  jak 

nazywa  napotkanych  przedsiębiorczy  komes,  byli  dorodni,  pogodni,  czyści  i  gościnni. 

Pojawili  się  spoza  drzew  tak  niespodziewanie,  że  sześciu  podróżników,  choć  z  natury, 

wychowania i zawodu walecznych, uznało rozpoznanie bojem za mało praktyczne. 

Pozostali wśród Ananków na dłużej z kilku zasadniczych względów. Byli wyczerpani 

wędrówką  w  nieznane.  Siedziby  gospodarzy  wydały  się  przytulne  i  bezpieczne,  a  kobiety 

urodziwe i  przychylne.  Wreszcie dano im do zrozumienia, że dalej w tym  samym  kierunku, 

czyli  na  północ,  nie  ma  co  iść.  Z  całą  pewnością  jest  tam  koniec  świata  albo  coś  jeszcze 

gorszego.  W  każdym  razie  żaden  z  Ananków,  który  się  tam  zapuścił,  nie  powrócił. 

Oczywiście  nie  sposób  wykluczyć,  że  rozciąga  się  tam  kraina  tak  cudowna,  iż  wędrowcom 

ani  w  głowie  podejmowanie  trudów  drogi  powrotnej.  Ale  Anankowie  uznawali  to  za  mało 

prawdopodobne. 

Wkrótce Wikingowie brali już udział w codziennym życiu An’ka. Polowali, budowali 

wzmacniane  drewnem  i  kamieniami  ziemianki,  zasiadywali  do  wspólnych,  wieczornych 

opowieści. Dziwowali się obserwowanym obyczajom. Gospodarze ze swej strony zdawali się 

zupełnie nie dziwić inności przybyszy. 

„Są tak łagodni, że aż obojętni - zeznawał Hjolm - być może dlatego, że mało mówią 

między  sobą.  Wiele  czasu  poświęcają  też  przyjemnościom  cielesnym,  co  jak  wiadomo,  jest 

dosyć wyczerpujące na dłuższą metę. Nie znają piwa ani innych mocnych trunków, nad czym 

bardzo  ubolewaliśmy,  a  pokrzepiają  się  szlamowatą  cieczą  „Hu”  uzyskiwaną  z  grzybów 

drzewnych,  która  nie  dodaje  mężowi  odwagi  ani  siły,  a  raczej  skłania  ku  pogodnym  i 

niefrasobliwym myślom. Nie kłócą się o kobiety Kobiety nie kłócą się o mężczyzn. Łączą się 

w pary według chwilowego upodobania i nie istnieje wśród nich zwyczaj posiadania na stałe 

żony czy męża. Dzięki temu i my nie narzekaliśmy na samotność w chłodne noce. 

Ich wodzem, czy jak to nazywają „Hanakiem”, była kobieta, ale wyjaśniono nam, że 

płeć nie odgrywa roli w wyborze na to stanowisko. Hanak nie ma zresztą żadnej władzy nad 

pozostałymi  oprócz  szacunku  i  wdzięczności.  Czemu  je  zawdzięcza,  nie  udało  mi  się 

dowiedzieć. Ma to coś wspólnego ze snem i śmiercią. Hanakowi nie przysługują także żadne 

zaszczyty Wręcz przeciwnie, tylko jemu nie wolno zażywać cielesnych rozkoszy Wielce mnie 

to bolało, gdyż Mora, Hanak An’ka za czasów naszego wśród nich pobytu, wydawała mi się 

wyjątkowo  przystojną  niewiastą,  godną  zdrowego  Wikinga.  Po  sposobie,  w  jaki  na  mnie 

patrzyła, domyślałem się, że i ona tak uważa. Ale nic z tego nie wynikło. 

background image

Oprócz  podziału  na  myśliwych,  budowniczych  i  opowiadaczy  zauważyłem  wśród 

moich  gospodarzy  także  inny  podział,  niezależny  od  płci.  Dorodniejsi  i  silniejsi  -  zarówno 

mężczyźni,  jak  kobiety  wykonują  czynności,  które  nazwalibyśmy  męskimi.  Słabsi  i 

niepozorniejsi, także obu płci - pełnią funkcję kobiet, również w sprawach cielesnych. Nie są 

jednak uważani za coś gorszego, nie podlegają żadnemu przymusowi. Robią po prostu to, do 

czego  się  nadają,  nie  robią  tego,  do  czego  się  nie  nadają.  Wszyscy  wyglądają  na 

zadowolonych z takiego porządku”. 

Istnieje też grupa An’ka, która trzyma się osobno. Nie podlega ona ogólnym prawom. 

Nie bierze udziału w wieczornych opowieściach, ale - jak się zdaje - z własnej woli. Mówiono 

mi, że są to potomkowie wędrowników. Uważają oni, że życie An’ka ułożone jest nie tak, jak 

powinno,  i  tylko  oni  znają  właściwy  sposób,  dzięki  wiedzy  swoich  przodków,  która  przez 

większość została jednak zapomniana lub odrzucona. Nie próbują jednak narzucić tej wiedzy 

innym  i  nie  zdradzają  rozgoryczenia  swoim  odosobnieniem.  Być  może  dlatego,  że  również 

piją „Hu”. Są traktowani na równi z dziećmi i osobami niespełna rozumu. Tylko oni, jak się 

zdaje,  mają  prawo  wykonywania  w  kamieniu  i  drzewie  ludzkich  i  zwierzęcych  podobizn, 

który to kunszt opanowali w wysokim stopniu. 

Nie  byliśmy  pierwszymi  obcymi,  z  jakimi  zetknęli  się  An’ka.  Pokazywano  nam 

wysokie stosy  ułożone z czaszek, które, jak się  później zorientowałem,  wyznaczały  granice 

terytorium tego ludu. Z opowieści wynikało, że jakiś czas temu doszło do krwawego najazdu, 

a te czaszki należały wyłącznie do jego ofiar, czyli pobratymców naszych gospodarzy. An’ka 

nazywali  najeźdźców  kozłami  i  pokazywali  mi  ich  wizerunki.  Były  to  rzeźby  kudłatych 

jeźdźców  na  kudłatych  koniach.  Jak  zrozumiałem,  to  właśnie  owi  skośnoocy  wojownicy 

dokonali podboju i ustawili te osobliwe słupy graniczne. Poza okresowym ściąganiem danin 

w skórach, mięsie i wyrobach rękodzielniczych, nie wtrącali się więcej w życie An’ka”. 

Dalej Hjólm opowiada o wierzeniach religijnych Ananków, ale jako świeży, a może 

tylko  tymczasowy  chrześcijanin,  plącze  się  w  mało  przejrzystych  skojarzeniach.  Z  jednej 

strony, uważa, że świętość drzewa i huby przybliża Ananków do chrześcijaństwa, ponieważ 

jest odzwierciedleniem świętości Chrystusa na  Krzyżu.  Z drugiej strony,  wielkie znaczenie, 

Jakie  przywiązują  do  pioruna  i  ognia,  przypomina  mu  własnych  (byłych)  bogów  północy, 

Thora i Lokiego. Symbolicznie rozumiana legenda o zjedzeniu Mosura i obyczaj picia matki 

Huby  kojarzy  mu  się  znów  z  komunią  i  naukami,  jakich  musiał  liznąć,  dostawszy  się  na 

służbę cesarza Konstantynopola.  Nierzadki  to  przypadek  chaosu,  wynikłego z amatorskiego 

podejścia do spraw wiary. 

background image

Nie  osiągnąwszy  celu,  to  znaczy  nie  zdobywszy  pięknej  i  niedostępnej  dla  nikogo 

Mory, Hjólm postanawia wracać. Dwóch jego towarzyszy decyduje się na pozostanie wśród 

Ananków, czemu ci się wcale nie sprzeciwiają. Komes bierze ze sobą, jak wynika ze spisu, 

kilka przedmiotów codziennego użytku, rzeźby kozłów i Mosura oraz bukłak Hu  - wytwory 

odkrytej przezeń cywilizacji. Po czym po pełnej trudów i niebezpieczeństw podróży (opisanej 

szczegółowo,  acz  -  zapewne  pod  wpływem  napoju  Ananków  beznamiętnie)  powraca  do 

Konstantynopola.  Okrężna  to  droga  do  rodzinnych  fiordów,  ale  najwyraźniej  jedyna,  jaką 

znał. 

Skrupulatny  „dokument  z  Brieux”  kończy  się  wyrokiem  sądu  cesarskiego.  Za  swoje 

odkrycia i przywiezione eksponaty Hjólm został nagrodzony łaską ujrzenia cesarza, syryjską 

nałożnicą  i  srebrnym  krucyfiksem.  Za  samowolę  i  śmierć  powierzonego  jego  opiece 

urzędnika - ścięty. 

Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA  

 

Tutaj nikt ich nie podsłucha. 

Rozmawiają podniesionymi głosami, przekrzykując zgiełk. Sylaby, słowa, całe zdania 

unoszą się w górę, w ruchomą chmarę cudzych sylab, słów i zdań, potrącają je, parzą się z 

nimi,  pulsującymi  gronami  podwieszają  się  u  łukowatego  sklepienia  jak  nietoperze.  Ruja 

słów,  z  której  rodzą  się  nieprzerwanym  strumieniem  bękarty  bełkotu,  mutanty  myśli, 

wielojęzyczne  krzyżówki  zmysłów,  dziworodki  sensu.  Miotają  się  w  łożyskach  własnego 

echa, w powietrzu ciężkim od dymu, od zapachu cebuli, woni piwa i swądu mięs, roztrącane i 

zaganiane w stada potężniejącym fortis-simem żeńskiej kapeli. 

Tutaj nikt nikogo nie podsłucha. 

Śmieją się, co sit w gardłach. Beztroskie grzmoty przetaczają się po pękatej piwnicy 

falami,  odbijają się od ścian, kolumn, kominków i  beczek, powracają do  źródeł  i  wywołują 

kolejne  spazmy.  Śmiech  kołysze  kamienną  posadzką,  po  której  krążą,  jak  marynarze  po 

niepewnym pokładzie, krzepkie kelnerki z naręczami litrowych kufli w  ramionach. Każda z 

nich  potrafi  wcisnąć  między  obfity  biust  a  wyciągnięte  opiekuńczo,  zbielałe  z  wysiłku 

przedramiona dwadzieścia takich urn z grubego szkła z pienistą żywicą. Lawiruje bezbłędnie 

między wysuwającymi się ku niej dziesiątkami dłoni, wśród zaczepek i pozdrowień, omijając 

bez  trudu  tych,  którzy  nieopatrznie  wstali  i  usiłują  opanować  sztukę  chodzenia  po 

rozkołysanych,  granitowych płytach,  rechocząc  głupawo z własnego niedołęstwa, wpatrzeni 

uporczywie  w  odległy,  stały  ląd  toalety  Pośrodku  grzmiącej  nawy,  na  podwyższeniu  z 

surowych  desek  przystrojonych  jedliną,  anielskimi  włosami  i  biało-niebieskimi  wstęgami, 

kapela gra bez przerwy Pięć bawarskich bab, torsy jak kłody, gęby jak patelnie, pocąc się i 

radośnie nabrzmiewając czerwienią, zamienia przeboje Si-natry. Beatlesów i Deana Martina 

w  rodzime  umpa,  za  pomocą  perkusji,  kontrabasu,  cyi,  trąbki  i  puzonu.  Niekiedy  zabrzmi 

swojsko  „Dumme  Li-se”,  poruszy  przaśną  zmysłowością  rubaszne  „Mein  kleines  Mau-

schen!”,  zagrzewając  najbliższe  ławy  do  rytmicznego  rozkołysania,  trzasku  kufli,  podjęcia 

melodii,  wywrzaskiwania  sprośnego  refrenu.  Co  pół  godziny  muzykę  zastępuje  zbiorowy, 

dyrygowany z podwyższenia toast: 

- EinsL. Zwei!... Drei!... Prosit!!! - Każdy to potrafi. Monachijczycy, japońscy turyści, 

amerykańscy  żołnierze  na  przepustce,  przypadkowi  goście.  Chóralny  rytuał  jest  tak 

oczywisty, tak na miejscu, jak piwo, wurst-salad, precle wielkości talerza i łańcuchy soczystej 

białej rzodkwi, które można sobie przecież zawiesić na szyi. 

background image

-  Założyłam  krótką  spódnicę  -  krzyczy  Julita,  wysuwając  spod  ławy  swoje  strzeliste 

nogi - żakiet na gole ciało - podniosła oburącz piersi, korygując oszałamiający dekolt - żeby 

było  widać  balkony,  i  powołałam  się  na  autorytet  męża.  Poddał  się  bez  walki.  Kowboj  nie 

wie, jak rozmawiać z kobietą, a Żydów się boi. 

Julita  opowiada,  jak  załatwiła  powstanie  Radia  Ananków.  Jak  jedną  rozmową  z 

amerykańskim  dyrektorem  Wolności  uruchomiła  cały  proces  administracyjny.  Jak  w  ogóle 

zrodził się sam pomysł. 

-  To  nie  było  dzieworództwo!  -  przeczący,  energiczny  ruch  szczupłego  palca  na 

wysokości ślicznie wykrojonych, zmysłowych ust w kasztanowym kolorze lśniących włosów 

- w końcu naturalna rzecz w moim narodzie. To on mnie zapłodnił  - dwuznaczne spojrzenie 

wielkich  oczu,  wypełnionych  tajemnicą  naiwności,  w  kierunku  pogodnie  niewzruszonego 

Mosura. -  Wart jest  tyle  złota, ile sam  waży  -  solidny brzęk wielkich bransolet  na smukłym 

przegubie, błysk metalu na brzoskwiniowym meszku rozjaśnionej skóry. 

Lodzio zdaje sobie sprawę, że silą Julity są kontrasty, nawet sprzeczności. Jest wiotka, 

krucha i pastelowa. Gdyby marzył o kobietach, pewnie marzyłby właśnie o takiej, delikatnej, 

ulotnej,  szukającej  obrony  przed  kanciastym  światem.  Jednocześnie  jednak  miała  wyraźnie, 

ostro określone kontury, jakby została naszkicowana szybkimi, nieomylnymi pociągnięciami 

stalówki.  Rosyjski  w  jej  ustach  brzmiał  przenikliwie  i  bezwzględnie,  angielski  szyderczo, 

jakby  gardziła  narzędziem,  którym  się  posługiwała.  Julita  miała  w  sobie  arogancję  Fredka, 

brata  za  kark  i  przyginała  do  ziemi.  Wiedział  to;  jego  była  żona  nauczyła  go  boleśnie,  jak 

rozpoznawać takie pułapki. 

Lodzio nie ma wątpliwości, że i Julita patrzy na niego, jak na dobrze znany eksponat. 

Nie próbuje go kokietować, nie prowadzi żartobliwego flirtu. Nie chce go uwieść, oczarować 

-  po  prostu  przywiązuje  go  do  siebie,  zobowiązuje;  szczerością,  szorstką  otwartością, 

jednoznacznością. Zażąda w zamian tego samego. 

Kapela  gra  „My  Way”  Sinatry.  Dryblasowaty  młodzieniec  dźwiga  się  z  sąsiedniej 

ławy  wdrapuje  na  nią,  niebezpiecznie  rozchwiany,  tryumfujący  Podnosi  ręce  ku  sklepieniu, 

jakby chciał uciszyć zgiełk; ale on chce go wzmocnić, uporządkować w rytm hymnu swojej 

indywidualnej,  poplątanej  egzystencji.  Góruje  za  plecami  Julity  wpatrzony  w  pękate  muzy-

kantki jak w gwiaździsty sztandar, dyryguje nimi za pomocą cygara wielkości laski dynamitu 

wetkniętego między palce prawej ręki, cygara, o którego istnieniu zapewne nie wie. Unosi go 

ku neogotyckim łukom pionowy podziw towarzyszy biesiady, pokrzykujących ekstatycznie, 

jak  w  murzyńskim  kościele,  zachęcające  „come  on,  come  on”  i  „oh,  yeah,  oh,  yeah!”.  Ale 

background image

wywyższeni  będą  poniżeni.  Prorok  traci  równowagę  i  w  kilku  zwolnionych,  nieporadnych 

fazach osuwa się w tył i w dół. 

Młoda,  krótko  ostrzyżona  głowa  ląduje  na  talerzu  Julity,  wśród  mokrych  od  oliwy 

aureol cebuli. 

-  I’m  sorry,  babę,  I’m  sorry  -  mruczy  dryblas,  nie  wypuszczając  cygara  spomiędzy 

paluchów,  ale  widać,  że  wcale  mu  nie  jest  przykro;  przeciwnie  -  jest  zachwycony  swoją 

przygodą i niespodziewanym pojawieniem się w zasięgu jego wzroku apetycznej buzi. - Gee! 

Whata chick! - stęka i obiema dłońmi (plus cygaro) chwyta twarz Julity która niemal w nich 

znika, podciąga się ku niej i z przekonaniem ją całuje. To się nazywa galanteria! Natychmiast, 

jakby zdając sobie sprawę, że taka lala nie może tu siedzieć bez towarzystwa, odwraca się ku 

Łodziowi i Mosurowi, dając im do zrozumienia gestem cygara, że wszystko w porządku, to 

broń Boże gwałt na ich prywatności, a jedynie spontaniczny i niewinny hołd urodzie. 

- Fuck off - powiada słodko obiekt jego adoracji. 

Wraca  szczęśliwy  do  własnego  stołu  między  okrzyki  uznania  kolegów  i  podejmuje 

wątek „My Way”. 

Julita,  lekko  może  urażona,  że  Mosur  nie  stanął  w  jej  obronie,  podnosi  kufel  do 

swoich  idealnych  ust.  Grube  szkło  i  gęsta  piana  tak  nie  pasują  do  jej  wyrafinowanej 

piękności,  że  w  tym  geście  jest  coś  obsceniczne-go,  w  znacznie  większym  stopniu 

wulgarnego niż dopiero co zakończony incydent. 

- Dobre to - Julita oblizuje wargi trójkątnym języczkiem - lepsze Jur niż twoja sperma. 

Mówi to tak, że nie wiadomo, czy ma na myśli piwo, czy pocałunek Amerykanina. 

Lodzio  zastanawia się, skąd się bierze u kobiet, które wyjechały z komunistycznego 

raju,  ta  bezwzględna  ostentacja  w  sprawach  seksu.  Tak  sobie  wyobrażają  nowoczesną 

europejskość?  Odreagowują  lata  narzuconej  przez  ideologię  pruderii?  Nie  po  raz  pierwszy 

styka  się  z  taką  zamierzoną  sprośnością.  W  sekcji  rosyjskiej  do  dziś  mówi  się  o  słynnej 

Jelizawiecie,  która  przybywszy  do  Wolności  przeleciała  wszystkich  wartych  przelecenia  (a 

także  paru  tego  niewartych  i  temu  niechętnych,  dla  okrągłego  rachunku),  po  czym, 

osiągnąwszy wiek stateczny przestawiła się na rajfurzenie, z upodobaniem kojarząc zwłaszcza 

mężatki  z  żonatymi.  O  ile  Lodzio  wie,  związek  Julity  z  Mosurem  także  jest  dziełem 

Jelizawiety,  czarownicy  seksu  krążącej  z  przygarbioną,  złośliwą  czujnością  po  korytarzach 

Wolności w poszukiwaniu nowych ofiar. Mosur nie reaguje na prowokację swojej pani. 

- Rzecz w tym - odzywa się, sącząc Hu - czy Lodzio się zgodzi. Sam nie dam rady. A 

trudno,  kiedy  już  Amerykanie  się  zgodzą,  dać  w  gazetach  ogłoszenie  „Anankowie  pilnie 

potrzebni”. 

background image

-  Amerykanie  już  się  zgodzili  -  Julita  rozkłada  ręce,  dzwonią  bransolety  -  reszta  to 

biurokracja, formalności. Ehrenblum ma znajomych w Departamencie Stanu. 

Mówiąc  o  porzuconym  mężu  po  nazwisku,  daje  do  zrozumienia,  że  nadal  nad  nim 

panuje, choć jest jej obojętny. Profesor, jej własność, zrobi, co ona mu każe. 

- Mówimy o wymyśleniu historii nie istniejącego narodu - kręci głową Lodzio. 

- Ja istnieję - przypomina Mosur. 

-  Odtworzeniu,  nie  wymyśleniu  -  Julita  jest  teraz  stanowcza  i  karcąca.  -  Muszą  być 

ślady  w  archiwach,  w  bibliotekach,  w  zeznaniach  dysydentów  albo  zbiegłych  na  Zachód 

kagiebowców.  Ehrenblum  siedział  w  łagrze  z  Ananką.  Jura  pamięta  dużo  z  tego,  co  mu 

opowiadał  ojciec.  Ty  masz  tylko  nadać  temu  odpowiednią,  radiową  formę.  Masz  wiedzę, 

doświadczenie i pisarskie ambicje, tak czy nie? 

Lodzio  czuje  się  oszołomiony  wrzawą,  muzyką,  piwem,  szybkością  zdarzeń. 

Zdecydowanie Julita dysponuje twardym chwytem Fredka. 

- Czy to jednak nie byłoby nadużycie zaufania? 

-  Amerykanów?  Amerykanie  wam  ufają?  Jesteście  ostatnimi,  którym  ufają 

Amerykanie.  Amerykanie  ufają  Moskwie,  że  zawsze  im  się  sprzeciwi,  że  będzie  z  kim 

walczyć  o  demokrację,  wolny  rynek  i  naftę.  Wy  jesteśde  najmniej  godnym  zaufania 

elementem w tej grze, niestety niezbędnym, przynajmniej na razie. Trzeba was ładnie oprawić 

i  wystawić  na  widok  publiczny,  eksponaty  krzywdy  To  kosztuje,  ale  mniej  niż  samoloty  i 

bomby Czy oni to robią z laski, ze współczucia, za sprawą wyrzutów sumienia? To Jest w ich 

interesie.  A  jeśli  w  ich  interesie  jest  ujmowanie  się  za  prawem  do  życia  Polaków,  Rosjan, 

Węgrów, Mongołów, to czemu nie Ananków? 

Julita  przerywa  i  patrzy  z  uwagą  Łodziowi  w  oczy.  Szuka  innych,  wznioślejszych 

argumentów. 

-  Lodzjo  -  zmiękcza  głos  -  przecież  każda  historia  jest  w  zasadzie  mitem.  Spójrz  na 

Żydów.  Masz  niepowtarzalną  okazję  wzięcia  udziału  w  stworzeniu  nowego  mitu.  Ananka 

jako uniwersalny mit człowieczeństwa. Szlachetna, solidna spekulacja, inspirująca układanka 

z nielicznych znanych faktów i twojej wiedzy o człowieku. Pomyśl, sama nazwa tego narodu. 

Przecież nie oni się tak nazwali. Nazywali samych siebie jakimś tam dźwiękiem. An’ka, czy 

coś takiego... 

- Dziadek, jeść - wtrąca Mosur. 

-  A  ten  grecki  skryba  skojarzył  to  sobie  z  Ananke  -  z  koniecznością,  z  mrocznym 

bóstwem  człowieka,  bóstwem,  któremu  nie  stawia  się  posągów.  Czy  to  nie  piękne?  Nie 

straszne? Czy to cię nie rajcuje? 

background image

- Stworzyć utopię? - zastanawia się Lodzio już na poważnie, prawie przekonany albo 

udający, że dał się przekonać. 

-  Jaką  tam  utopię!  -  lśnią  niewinne  oczy,  brzęczą  bransolety  wypielęgnowane 

paznokcie  kreślą  w  powietrzu  błyskawiczne  wizje  -  żadnych  utopii,  żadnych  stanów 

idealnych. Odtworzyć naród, ludzi z krwi i kości, którzy jedzą, pieprzą się, w coś tam wierzą, 

budują, umierają, walczą... 

- Anankowie nie walczą - prostuje Mosur - Anankowie znikają. 

-  Dlatego  mało  kto  o  nich  słyszał!  Trzeba  sprawić,  żeby  się  pojawili!  Kompletni,  z 

pieśniami, z legendami, z bohaterami i zdrajcami, z bóstwami, z głupotą i mądrością! Tak jak 

ty się pojawiłeś. Jur - Julita chwyta go za krępą, twardą dłoń - na moje szczęście - dodaje z 

niepotrzebną przesadą. 

Na sali coś się dzieje, coś się zmienia. Burzliwy chaos układa się w rytmy, porządkuje 

się w miarowy łomot i ruch ku górze, ku granatowym od zimowej nocy łukowatym okienkom 

pod  sklepieniem.  Wszyscy  wokół  wstają  i  wchodzą  na  ławy,  na  stoły,  miejscowi. 

Amerykanie,  japońscy  turyści,  przypadkowi  goście.  Jedni  po  drugich,  jedni  za  drugimi.  W 

pysznej  zabawie,  w  nieświadomym,  krzepiącym  poczuciu  wspólnoty  Zasłonięta  nogami  i 

plecami biesiadników kapela zwiększa jeszcze moc dźwięków, a i tak z trudem przebija się 

przez skandujący chór. 

Julita chce się przyłączyć, chce się wyprostować na całą swoją atrakcyjną długość w 

ciemnozielonym kostiumie, chce tryumfować. Nie puszcza dłoni Mosura, wciąga go na ławę, 

podnosi w górę kufel, jak wszyscy. 

Lodzio,  chcąc  nie  chcąc,  gramoli  się  za  nimi.  Rozpoznaje  charakterystyczną, 

bezczelną frazę „Horst Wessel Lied”. 

-  Odtworzyć  naród  -  mruczy  sam  do  siebie  gderliwie.  Ale  zamierzona  ironia  tego 

mruknięcia okazuje się niesłyszalna. Nawet dla niego samego. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

Stół stał pusty. 

-  Julianie!  -  po  wzniesionej  głowie  pana  Stanisława  przesunął  się  chłodny  blask  - 

wiesz dobrze, że niejednokrotnie prowokowałem Cię, drażniłem, wyzywałem na pojedynek, 

zasypywałem gradem słów i cytatów, do głębi swego jestestwa poirytowany i zaniepokojony 

Twoim  spokojem,  niemal  apatią,  powściągliwością,  z  jaką  spożywałeś  swój  dietetyczny 

jogurt i walczyłeś z komunizmem. Dziś powiem krótko. Jeśli drwiłem z Ciebie, to w istocie 

drwiłem z własnej niemożności dorównania Ci skromnością i pokorą. Jeśli żartowałem, to w 

niecnym, pychą powodowanym zamiarze pomniejszenia Twojej powagi. Twego talentu bycia 

serio  bez  ostentacyjnej  pompatyczności,  pomniejszenia  Twych  licznych,  acz  skrywanych 

talentów,  marnym  zaklęciem  kawiarnianego  dowcipu.  Znasz  mnie  przecież:  gdy  coś 

doskwiera - kpię. Gdy Tobie coś doskwierało - milkłeś. 

-  Znów  mówi  o  sobie  -  mruknął  Elegancki  Eugeniusz  do  pani  Elwiry  „Jakżeby 

inaczej” odpowiedział mu dyskretny ruch jej ramion. 

- Twoja przedwojenna, socjalistyczna młodość (któż z nas nie był wówczas socjalistą, 

choćby  w  intencjach?)  przetrwała  próbę  najstraszniejszej  z  wojen,  okrutny  rygor  służby  w 

Legii Cudzoziemskiej, piaskowe burze pustyni, morskie sztormy, choroby, niewolę, ucieczki i 

powroty na pierwszą linię frontu. Ileż tych pierwszych linii było w naszym życiu, choć kiedy 

ja  w  obozie  koncentracyjnym  tylko  trwałem,  ty  żyłeś!  Jak  Odys  usiłując  dotrzeć  do  swojej 

Itaki,  do  swojej  Polski.  Mówiliśmy  o  Niej  -  Wyśniona,  ale  o  Niej  się  nie  śni.  Nią  się  jest! 

Tylekroć  namawiałem  Cię,  byś  opisał  swoją  Odyseję,  jakież  byłyby  to  tomy  utrwalonego 

losu, wyjątkowego, jedynego, a przecież tak powszechnego! Ale Twoja skromność na granicy 

samoponiżenia,  to,  co  Anglicy  zwą  „selfefacing”,  wzięła  górę  nad  chęcią  pozostawienia 

własnego  śladu  w  oceanie  słów.  Nie  dotarłeś  do  Itaki,  zamkniętej  przed  Tobą  przez 

żarłocznych,  barbarzyńskich  zalotników,  więc  nie  chciałeś  -  być  może  -  dokumentować 

kolejnej polskiej klęski, jakich tyle w naszej zbiorowej historii. A może nie wierzyłeś, że uda 

Ci  się  utrwalić  w  piśmie  prawdy  tamtych  chwil,  strasznych,  goniących  jedna  drugą, 

niweczących  tyle  istnień,  tyle  marzeń,  które  z  czasem  przeistaczają  się  w  mit,  pokarm 

przygodowych opowieści z gatunku płaszcza i szpady Nie chciałeś takiej deprecjacji swego 

życiorysu. 

Ale  przecież  wierzyłeś  w  Itakę.  Walczyłeś,  jak  mogłeś  z  pustoszącymi  Ją 

barbarzyńcami  swoim  młodzieńczym  idealizmem  (tak  nie  pasującym  do  dojrzałego  wieku 

background image

sceptycyzmu i  zwątpienia), przekonany  -  głos  pana Stanisława załamał  się w kontrolowany 

falset,  spod  zamkniętych  powiek  wymknęły  się  łzy  -  o  niewinności  wielekroć  zgwałconej 

Penelopy.  Aż  pokonał  Cię  ostatni  cios,  cios  zadany  odradzającej  się  nadziei  przez 

barbarzyńców, dla których dniem, naturalnym żywiołem jest grudniowa noc. 

Pan Stanisław zrobił krok do przodu i wyciągnął przed siebie obie ręce. 

-  Julianie!  Cóż  mam  mówić  od  siebie,  jeśli  mogę  powtórzyć  za  ojcem  naszej  poezji 

niezrównane  słowa:  „Śnie,  który  uczysz  umierać  człowieka  i  ukazujesz  smak  przyszłego 

wieku,  uśpij  na  chwilę  to  śmiertelne  ciało,  a  dusza  sobie  niech  pobuja  mało!  Niech  się 

nacieszy  nieboga  do  woli,  a  ciało,  które  odpoczynek  woli,  niechaj  tymczasem  tęsknice  nie 

czuje, a co to - nie żyć, w czas się przypatruje”. [Jan Kochanowski - Do snu. ] 

Pierwsza garść ziemi zmieszanej ze świeżym śniegiem potoczyła się po wieku trumny 

Szum  niedalekiej  autostrady  przypomniał  zebranym  o  nie  napisanym  jeszcze  wieczornym 

programie. 

Stół stał pusty. 

Polskim  korytarzem  przesuwała  się  od  czasu  do  czasu  pani  Mariolka  donosząca 

redaktorom  skąpe  i  niepotwierdzone  informacje  napływające  z  kraju.  W  swoim  gabinecie 

Gucio prokurował sobie odciski na uchu od słuchawki telefonu. 

-  Pięćdziesiąt  tysięcy  internowanych?  Dwieście  ofiar  śmiertelnych!  Muszę  mieć 

źródła! Wiarygodne źródła! Nie dam na antenę czegoś, co może być odebrane jako kłamliwa 

prowokacja! Co może być prowokacją! 

W  sali  maszyn  pan  Stanisław  dyktował  swoją  z  lekka  przeredagowaną  mowę 

pogrzebową.  On  jeden  mógł  mieć  absolutną  pewność,  że  opiera  się  na  nieodwracalnym 

fakcie. 

Urkowicz  wydobywał  ze  swojej  maszyny  terkot  cekaemu.  Znowu  byt  w  swojej 

koleinie.  Zbrodniczość  komuny.  Przemoc  jedyną  kategorią  polityczną.  Nie  musiał  wysilać 

wyobraźni.  Widział  to  wszystko  jako  dziecko  wygarnięty  z  domu  wraz  z  rodziną  przez 

Sowietów.  Nocne  walenie  do  drzwi.  Rechoczące  motorami  worony  pod  bramami  domów. 

Wyzwolone, niemal radosne chamstwo intruzów, poganiaczy Smród wódki, wilgotnego filcu 

i  zwierzęcego  podniecenia.  Milczenie  osaczonych,  nawet  matki  i  starszej  siostry,  śmieszna 

raczej  bariera  godności.  Wywózka.  Etapy.  Gołe  ściany  przejściowych  aresztów. 

Przemienność  zgiełku,  wrzasku,  bólu,  tłoku  i  długich  okresów  przygniatającej  ciszy 

milczenia,  strachu.  Ucisk  w  żołądku.  Sięgnął  do  szuflady  po  szczeniaczka  Jagermeistra,  na 

wrzody na chłód, na to nagłe wyzwanie przed jedenastoletnim mężczyzną, który wyskakuje z 

wagonu,  stacza  się  po  nasypie  i  staje  na  własnych  nogach,  sam  na  sam  z  przestrzenią. 

background image

Wyzywa imperium. Pokoik Urkowicza nie ma ścian, imperium nie ma horyzontów, jest wiatr, 

ziąb  i  przewyższająca  (wszystko  młoda,  niezwyciężona  wściekłość,  która  może  wędrować 

światem  bez  końca  mimo  rozmiękających  szkolnych  bucików,  mimo  głodu  i  wyczerpania. 

Najpierw  trzeba  oddalić  się  od  torów,  zmylić  pogonie,  potem  zdobyć  broń.  Ukraść  nóż, 

wreszcie polecić się Bogu. 

Elegancki  Eugeniusz  uchyla  okno  i  zapala  papierosa.  Nie  przeszkadza  mu  cierpkie, 

grudniowe powietrze. Jak zwykle w chwilach wzniosłego natchnienia widzi siebie z zewnątrz 

jako  uczestnika,  czy  uczestników,  dramatu  i  obserwatora.  Przerwany  Kongres  Kultury 

Polskiej.  Godne  postaci,  wielkie  nazwiska,  wyrafinowane  umysły  i  udręczone  charaktery 

wyprowadzane  z  marmurowych  budynków  na  rozjeżdżony  gąsienicami  brudny  śnieg 

szpalerem  zomowców,  ociężałych,  ale  konsekwentnych  jak  żuki  gnojarze  półistot, 

półautomatów. Poza jego wolą ten korowód zaczyna się komponować w sugestywny obraz, 

nową  „Melancholię”  Malczewskiego.  Naukowcy,  artyści,  myśliciele  wypełniają  jego  pokój 

wymownym milczeniem, przesuwają mu się przed oczami, jest ich coraz więcej, rozpoznaje 

ich twarze, podziw dla nich bierze górę nad współczuciem, jest każdym z nich jednocześnie i 

sobą  zarazem,  z  czołem  wspartym  na  bezsilnej  dłoni.  Rozpiera  go  duma  upokorzonej,  ale 

niepokonanej  wielkości  i  smakowita,  radosna  niemal  pogarda  dla  tępej,  brutalnej  siły  To 

wszystko  już  było.  Przypomina  sobie  targ  Zoszczenki,  z  filozofami  na  sprzedaż.  „Gdzie 

leziesz, mordo uczona!” Patos i groteska. Tędy droga. Elegancki Eugeniusz pisze. 

Pani  Elwira  zabiera  się  do  pracy  metodycznie.  Rozkłada  tekturowe  segregatory  z 

wycinkami z prasy z życiorysami, z fragmentami publikacji tych, którzy jednej nocy znaleźli 

się w Historii. Jest prokuratorem dla oprawców, obrońcą ofiar, sędzią tych, którzy nie dają się 

jednoznacznie  zakwalifikować.  Bezlitośnie  tropi  ślady  przynależności,  akty  posłuszeństwa, 

układy lojalności. Niczyja postawa nie jest dla niej zaskoczeniem, jest znawcą przetrąconych 

kręgosłupów,  rówieśnikiem  lokajów  systemu.  Wie  lepiej  od  nich,  jakie  miejsce  zajmują  w 

rzeczywistej hierarchii władzy wie wcześniej od nich, gdzie się prawdopodobnie znajdą jutro. 

Ich  mentalność  nie  jest  dla  niej  tajemnicą,  obracała  się  wśród  nich  w  swoim  czasie  i  wielu 

uważało ją wówczas za swoją. Karygodna nieostrożność. 

Graf od powrotu z pogrzebu nie napisał ani  słowa. Czuje się ogłuszony Dopadła  go 

okropna  beznadziejność  bytu.  Bezskuteczne  sączy  białe  wino  i  obraca  w  pamięci  frazę 

Armostronga  „It’s  a  Wonderful  World”.  Widzi  trupy  całą  masę  trupów,  nic  człowieczego, 

śmietnik. Nie potrafi o tym mówić, nie umie się zmusić, żeby pisać o potwornościach. Życie 

Jest dla Grafa radością, rozmową z pogodnymi ludźmi, smakiem potraw i tworzeniem czegoś, 

czego jeszcze nie było, a nie niszczeniem tego, co Jest. Kręci głową nad pustką, którą w niej 

background image

czuje. Porozmawiałby z Juliuszem, gdyby Juliusz żył. Jego ponurawy spokój miał w sobie coś 

optymistycznego. Biedni ludzie, biedni ludzie  - myśli Graf i nie wie co dalej. Zadzwonił do 

znanego  wirtuoza  przebywającego  w  Stanach  Zjednoczonych  na  tournee  w  nadziei,  że 

usłyszy  coś  o  bezsilności  przemocy  wobec  ducha  narodu,  wobec  pamięci,  tradycji  i  sztuki. 

Artysta odmówił wywiadu. Nie chciał sobie zamykać drogi powrotu do kraju. Graf zazwyczaj 

nie  irytował  się  na  swoich  stawnych  rozmówców,  uważał,  że  nie  ma  do  tego  prawa  jako 

przedstawiciel słuchaczy, ale tym razem nie wytrzymał. 

-  Będzie  pan  musiał  szybko  grać,  żeby  skończyć  przed  godziną  policyjną!  -  i  rzucił 

słuchawkę. 

Stół stał pusty Lodzio i Bozio okrążyli go z wahaniem i usiedli, omijając krzesło pana 

Juliusza.  Czekali  na  skrypty  Uciekli  z  produkcji,  gdzie  spikerzy  dyskutowali  o  polityce  z 

Partyzantem.  Partyzant  przekonywał,  że  Solidarność  od  początku  powinna  konstruować 

państwo podziemne, korzystając z doświadczeń AK. Pępek natomiast był pewien, że jenerał 

uratował  Polskę  przed  interwencją  Sowietów.  Reszta  przerzucała  się  argumentami  za  i 

przeciw z niezmąconą pewnością siebie ignorancji wolnej od odpowiedzialności. 

- Wygląda na to, że mamy pracę do końca życia - stwierdził Bozio, przywołując Heidi 

podniesioną dłonią. Lodzio myślał o Anankach. 

- Es tut mir sehr leid wegen Julius - czerstwa, zatroskana twarz pochyliła się nad nimi 

z bawarskim taktem: - Was móchten Się essen, me-ine Herren? 

Zamówili flaki. 

Pod  przeciwległą  ścianą  Ukraińcy  grali  w  domino.  Przy  wejściu  Turysta  usłużnie 

klarował  coś  Amerykanom.  Zza  sąsiedniego  stołu  dwóch  Czechów  kiwnęło  im  głowami  w 

powściągliwym  geście  współczucia.  Pojawiła  się  Julita  z  jakimś  Rosjaninem.  Podeszli  do 

Lodzia i Bozia, żeby poklepać ich krzepiąco po plecach. Ale obaj wyczuwali istnienie jakiejś 

bariery  Jakby  wyszło  na  jaw,  że  są  zakaźnie  chorzy  -  Założę  się,  że  Ruscy  się  cieszą  - 

wybełkotał Bozio z pełnymi ustami. - Wreszcie Polacy mają za swoje. 

Nieśmiało zbliżył się do nich srebrzysty Yictor. 

- Ajem sóusory - zaszemrał po swojemu - sóusory Sącze trądzik śitułejszn.Nóuhoup! 

Nóuhoup! 

background image

ETER  

 

Hanak  Mosur-Han-Era  stał  się  pierwszym  historycznym  bohaterem  narodowym 

Ananków.  Jak  to  bywa  z  wieloma  bohaterami  Historii,  swój  sukces  zawdzięczał 

odszczepieństwu, zdradzie, determinacji i szczęściu. Niewiele mijając się z prawdą, mógł się 

jednak  pochwalić  zwycięstwem  w  bezpośrednim  boju  z  armią  Czu  Juanczanga,  założyciela 

chińskiej dynastii Ming. Było to jedno z osobliwszych zwycięstw w dziejach. 

Jak  chce  legenda,  kariera  bohatera  zaczęła  się  od  zmiany  diety  Miody  myśliwy  w 

skrytości ducha podziwiał mongolskich najeźdźców (rzecz nierzadka u pokonanych) i pod ich 

wpływem zaniechał picia Hu, zasmakował natomiast w kumysie. Odstępstwo od uświęconego 

obrzędu  na  rzecz  obcego  i  złego  obyczaju  spotkało  się  z  powszechnym,  choć  łagodnym 

potępieniem  spokojnej  społeczności  i  równie  powszechnym,  choć  skrzętnie  ukrywanym 

naśladownictwem.  Efekty  nie  dały  na  siebie  długo  czekać.  Zwolennicy  „zepsutego  mleka” 

rychło  okazali  się  bardziej  agresywni  i  przedsiębiorczy  niż  tradycjonaliści,  a  poczuwszy 

słuszność  swego  wyboru,  uznali za  swój  obowiązek  narzucić  go  rodakom  dla  ich  własnego 

dobra.  Jedną  z  korzyści  bycia  podbitym  jest  odkrycie,  że  samemu  można  podbijać.  O 

inteligencji  Han-Ery  świadczy  fakt,  że  odkrycie  to  sprawdził  w  praktyce  na  własnym 

narodzie. 

Inna wersja legendy utrzymuje, że był on potomkiem jednego z Wikingów z drużyny 

Hjólma,  którzy  pozostali  wśród  Ananków,  przekładając  spokój  i  przystępność  kobiet  nad 

trudy niepewnej  drogi  powrotnej. Dowodem  na tę tezę miały być nagle napady szału,  jakim 

ulegał bez widocznej przyczyny; zjawisko zupełnie obce jego rodakom.  Zjawisko to można 

jednak  wytłumaczyć  znacznie  prościej  nieprzystosowaniem  organizmu  do  złożonego 

działania  kumysu,  w  końcu  produktu  zupełnie  odmiennej  kultury  Han-Era  zorganizował 

państwo w sposób hieratyczny kastowy i planowy. Najwyżej w hierarchii znaleźli się myśliwi 

(stąd jego przydomek Hań), którzy stali się teraz wojownikami. Skoro brali na siebie śmierć 

wraz z przywilejem zabijania, tylko spośród nich mógł się wywodzić kolejny Hanak. Za nimi 

szli  budowniczowie,  potomkowie  mitycznego  He-sza,  natomiast  „synowie  Horesza”,  czyli 

opowiadacze,  stracili  swoją  prestiżową  pozycję  i  zostali  zmuszeni  do  wykonywania  robót 

pomocniczych. W państwie Han-Ery mógł być tylko jeden Ga-Horesz, oficjalny opowiadacz 

pochodzący z mianowania i interpretujący legendy zgodnie z wymaganiami wodza. 

Kobiety straciły wszelkie prawa, co początkowo nie bardzo im się spodobało. Szybko 

jednak  nauczyły  się  doceniać  przyjemności  i  zalety  rywalizacji  o  najwyżej  w  hierarchii 

postawionego  partnera  i  związane  z  tym  przywileje.  Kobieta  wojownika  nie  mogła  już 

background image

bowiem robić wiatru z budowniczym ani tym bardziej ze zdeklasowanym opowiadaczem, a 

że  prawo  to  działało  w  obie  strony  miała  uzasadnione  poczucie  wyższości  nad  mniej 

fortunnymi,  czyli  gorszymi,  przedstawicielkami  własnej  płci.  Odkrycie  satysfakcji  z  bycia 

lepszą  przez  związek  z  odpowiednim  mężczyzną  okazało  się  rozkoszną  niespodzianką 

przemian. 

Robienie  wiatru  w  obrębie  tej  samej  płci  jako  bezproduktywne,  czyli  nie 

przysparzające społeczności ani wojowników, ani robotników, zostało surowo zakazane. 

Zaraz  na  początku  Han-Era  zyskał  silne  poparcie  Ni-An’ka,  owej  grupy  Ananków, 

którzy  żyli  dotąd  niejako  na  uboczu,  utrzymując,  że  nie  musi  być  tak,  jak  jest.  Stanowili 

zamknięty  klan  „kunsztotwórców”,  rzemieślników,  artystów  i  myślicieli,  kłopotliwych 

zwolenników  nowego  porządku.  Najuleglejszych  z  nich  wódz  zatrzyma}  dla  potrzeb 

powstającej  armii,  z  pozostałych  zaś  uczynił  coś  w  rodzaju  kapłanów.  Wystał  ich  w  góry 

szlakiem  mitycznego  Mosura  z  zadaniem  odszukania  kryształu  i  zbudowania  Świątyni 

Prawdy W ten sposób dowartościował ich i pozbył się kłopotu za jednym pociągnięciem. 

Zinwentaryzował  i  zarekwirował  na  rzecz  swoich  oddziałów  wszystkie  rogi 

koziorożca, ograniczając w ten sposób podwładnym możliwość porozumiewania się. Decyzja 

ta  miała  poważne  konsekwencje.  Do  dziś  Anankowie  są  raczej  małomówni  i  przeważnie 

milczą, zwłaszcza gdy niewiele jest do powiedzenia. 

Stworzywszy w krótkim czasie naród jak na owe czasy nowoczesny, wódz przyznał 

sobie tytuł „Era”, oznaczający zwycięstwo. Niezadowoleni z takiego obrotu spraw (których w 

żadnej społeczności nie brakuje), używali tego słowa do określenia zdrady. W  późniejszych 

czasach  kontaktów  z  Rosją  i  cywilizacją  europejską  dwuznaczność  ta  prowadziła  do 

znamiennych  nieporozumień.  Podobieństwo  fonetyczne  tytułu  „Han-Era”  do  nazwy  stopnia 

wojskowego „gienierał” lub do scharakteryzowania ogólnego zjawiska („generał”) sprawiało, 

że  Anankowie  wszystko,  co  „generalne”  traktują  z  daleko  posuniętą  ostrożnością  jako 

niebezpieczne i zdradliwe. 

Uprzątnąwszy własne podwórko, Mosur Han-Era stanął przed pytaniem, co dalej. Siła 

wymaga  ciągłego  samopotwierdzenia  się,  ekspansji,  dowodów  na  rację  swego  istnienia. 

Naturalnym  rozwiązaniem  wydawało  się  urzeczywistnienie  legend,  czyli  wyruszenie  na 

podbój  świata. Północ cieszyła się złą sławą, kapłani ruszyli na zachód, z południa przyszli 

Wikingowie, czyli mniej więcej było wiadomo, co tam można znaleźć. Han-Era ruszył zatem 

na wschód. 

Armia jego liczyła trzystu zbrojnych, w tym stu jeźdźców (na oswojonych jeleniach), 

dwustu pieszych i około pięćdziesięciu rzemieślników. Prowadził też ze sobą zbliżoną liczbę 

background image

kobiet, po części dla wygody własnej i wojowników, po części dla ich wrodzonego sprytu i 

talentu obchodzenia się z bronią. Czasy kobiet-Hanaków nie były wcale odległe i nie chciał 

zostawić w domu zbyt  wielu energicznych (i wiedzących swoje) białogłów w obawie przed 

niewieścim zamachem stanu. 

Szczęście mu sprzyjało. Imperium mongolskich cesarzy sypało się w gruzy Obszary, 

przez  które  podążał  korpus  ekspedycyjny  Ananków,  w  poważnej  mierze  były  wyludnione, 

drogowskazy piramid z ludzkich czaszek zmurszałe i pokryte trawą. Dawno nie odświeżane, a 

zagubione  w  nie  kończących  się  przestrzeniach  oddziały  maruderów  i  wielojęzyczne  bandy 

pierzchały  na  widok  zorganizowanej  siły  Wyprawa,  wbrew  zresztą  intencjom  wodza, 

nabierała  w  znacznym  stopniu  charakteru  odkrywczo-badawczego  ku  zadowoleniu 

pięćdziesięciu Ni-An’ka. Nie tracili oni żadnej okazji do pogłębienia wiedzy i doskonalenia 

umiejętności, bezpieczni pod ochroną nie kryjących irytacji wojowników. Ponieważ znaczna 

część  Ni-An’ka,  w  odróżnieniu  od  zbrojnych,  powróciła  z  wyprawy  do  domu,  Han-Era  ze 

swymi  zdobywczymi  zapędami  przysłużył  się  własnemu  narodowi,  choć  zupełnie 

mimowolnie. 

Najcenniejszą zdobyczą z perspektywy czasu wydaje się kodyfikacja pisma Ananków, 

dokonana  przez  pierwszego  Ga-Horesza,  kronikarza  ekspedycji.  Mianowany  został  na  to 

odpowiedzialne  stanowisko  nie  ze  względu  na  swój  talent  narracyjny  (jąkał  się  i  pamięcią 

dysponował  raczej  kiepską),  tylko  dla  swej  wyjątkowej  uległości  wobec  wodza. 

Podejrzewano nawet, że pomimo wprowadzonych przez siebie zakazów Han-Era lubił czasem 

robić wiatr ze swoim skrybą. Tak czy inaczej  ów zmuszony był  przez  własne ułomności do 

znalezienia  w  miarę  pewnego  sposobu  utrwalania  chwały  i  potęgi  umiłowanego  Hanaka. 

Kroniki  wojny  z  Chinami  nie  da  się  dziś  czytać  bez  zażenowania,  tyle  w  niej  przekłamań, 

wyolbrzymień  i  lizusostwa  na  granicy  kultu  jednostki,  zawiera  jednak  nieco  sprawdzalnych 

faktów i stanowi, było nie było, narodowy skarb Ananków - pierwszy zapis o ich istnieniu we 

własnym języku - spoczywający, o ile można to stwierdzić z całą pewnością, w magazynach 

Muzeum Narodów w Moskwie. 

Na  szczęście  chińska  wersja  fragmentów  rękopisu  zachowała  się  w  zbiorach 

osobliwości cesarskiego Pałacu Letniego pod Pekinem. Zabrał ją stamtąd, zupełnie niechcący, 

angielski pułkownik Flashman, adiutant generała Gordona (wsławionego później bohaterską 

śmiercią  w  obronie  Chartumu  w  Sudanie),  podczas  plądrowania  i  unicestwiania  tego 

wyjątkowego  okazu  urbanistyki,  architektury  i  sztuki  Państwa  Środka,  w  wyniku  trzeciej 

wojny  opiumowej  w  1860  roku.  Dzięki  zainteresowaniu  pułkownika  osobliwościami,  które 

dorównywało jego pazerności, wiemy to, co wiemy A wiemy że wiedziony raczej szczęśliwą 

background image

gwiazdą  niż  rozsądkiem,  Han-Era  dotarł  po  licznych  potyczkach  i  jeszcze  liczniejszych 

manewrach unikających przeciwnika w okolice Nankinu, gdzie natknął się na straż tylną Zhu 

Yuanzhanga.  Nie  był  wówczas  jeszcze  cesarzem,  lecz  tylko  przywódcą  jednego  z  wielu 

oddziałów  powstańczych,  zajętym  raczej  walką  o  władzę  z  lokalnymi  rywalami  niż 

wyganianiem Mongołów, którzy zresztą przezornie pozamykali się w twierdzach. 

Pojawienie  się  obcych  tam,  gdzie  spodziewał  się  swoich,  by  ich  pobić  i 

podporządkować, musiało go niemile zaskoczyć. Egzotyczne uzbrojenie przybyszów (zbroje 

z drzewa, broń o nieznanych kształtach i przeznaczeniu oraz rogate wierzchowce) nie budziły 

respektu,  ale  jak  wszystko,  co  niezwykłe,  nakazywały  ostrożność.  Zhu  Yuanzhang  nie 

obawiał  się  przeciwnika,  dysponował  w  końcu  dziesięciokrotnie  liczebniejszym  korpusem, 

ale  obecność  kobiet  w  szeregach  stojących  nieruchomo  po  drugiej  stronie  wilgotnej  taki 

skłaniała do zastanowienia się, czy to w ogóle przeciwnik, a nie potencjalny sojusznik. Jeśli 

zaś sojusznik, to jaka w tym sojuszu kryje się pułapka i jaka będzie jego cena. Jak widać, Zhu 

nieprzypadkowo został później założycielem dynastii Ming. 

O przebiegu spotkania zadecydował drobny z pozoru epizod. Otóż Anankowie, zdając 

sobie  oczywiście  sprawę  z  liczebnej  przewagi  Chińczyków,  sięgnęli  jak  jeden  mąż 

(oczywiście  tylko  mężczyźni)  po  swoje  przyrodzenia  i  dokonali  publicznego,  rytualnego 

„robienia  wiatru”,  przywołując  w  ten  magiczny  sposób  na  pomoc  swego  dziadka  Anankę, 

który  w  końcu  tą  drogą  stworzył  gwiazdy  i  ich  samych.  W  przekonaniu  wojowników 

pomnażali  tym  obrzędem  swoje  siły  i  liczebność,  stawali  się  niczym  gwiazdy  na  niebie, 

niezliczeni  i  niedosiężni.  Kobiety  Ananków  okrzykami  uznania  powitały  kaskady  nasienia 

opadające na chińską ziemię, widząc w tym dowód potęgi swoich mężczyzn i symbol objęcia 

w posiadanie zdobytych obszarów. 

Chińczycy natomiast uznali, że przybysze, dobrowolnie i własnoręcznie pozbywający 

się  męskiej  energii  „yang”  ku  niezrozumiałej  radości  swoich  kobiet,  nie  mają  agresywnych 

zamiarów. Cóż może w większym stopniu wyrażać pokojowość intencji niż oddanie własnego 

nasienia ziemi,  na której jest się tylko  gościem? Na polecenie Czu oddziały  rozstąpiły się i 

wycofały,  pozostawiając  jedynie  dyskretnych  obserwatorów  notujących  z  ciekawości 

szczegóły tajemniczego kultu. 

W ten sposób Mosur Han-Era pokonał przyszłego cesarza Chin bez strat w ludziach. 

Było to jednak jego ostatnie zwycięstwo. Wiemy, że dotarł do morza i uznał, iż odkrył 

koniec świata. Pozostawało tylko wracać. Skąpe źródła pozwalają jedynie na spekulacje, jak 

ów  powrót  przebiegał.  Na  pewno  powrócili,  jak  już  wspomniano,  liczni  Ni  An’ka,  niosąc 

zdobytą wiedzę i nabyte umiejętności. O wojownikach i kobietach, a także o samym wodzu 

background image

nic  nie  wiadomo.  Niewykluczone,  że  częściowo  poginęli  w  anarchii  wojny  wszystkich  ze 

wszystkimi,  a  częściowo  wtopili  się  w  bogaty  pejzaż  przyszłych  Chin,  osiedlając  się  w  co 

bardziej obiecujących okolicach. 

W końcu skoro porzucili Hu dla kumysu, mogli porzucić kumys dla wódki z ryżu lub 

żmijówki. A żyć, jeśli trzeba, da się wszędzie. 

Mówił  do  was  Jura  Mosur.  Tu  Rozgłośnia  Ananków  Radia  Wolność.  „nach  irischer 

Art” upichconego w nadmiernych ilościach przez szefa kantyny, wiedząc, że to, co zostanie - 

pojawi  się nazajutrz w karcie dań jako  gulasz „nach ungarsisscher Art” albo  Gulaschsuppe. 

Przyjdą  przede  wszystkim  dlatego,  że  świętujący  Irlandczycy  to  właściwie  Amerykanie, 

szefowie Wolności, szafarze decyzji i panowie budżetu. Prywatnie, w takie wieczory jak ten, 

kiedy powracają w swoją irlandzkość, równe chłopy, tęgo pijące, głośno śpiewające, znające 

każdego z setek gości po imieniu. 

Lodzio przesuwa się z półlitrowym, plastikowym kubkiem mrocznego piwa pomiędzy 

falochronami  garniturów  i  toalet.  Szuka  miejsca  w  kącie,  pod  ścianą.  Ale  pod  ścianami 

ustawione  są  długie,  składane  stoły  nakryte  zielonym  suknem,  a  na  zielonym  suknie  legły 

szeregami  zielone  serwety  pod  zielono  przybranymi  półmiskami,  misami,  koszykami  na 

sztućce,  pod  płaskimi,  obłymi  flaszkami  portugalskiego  „vinho  verde”.  Ma  być  zielono  w 

Dzień Świętego Patryka, więc jest i pasta z avocado, i kiście zielonych winogron, i galaretki z 

agrestu;  jedynie  plastry  łososia  na  ukośnie  krojonej  bułce  paryskiej  gryzą  w  oczy 

lojalistycznym,  pomarańczowym  blaskiem.  Ale  czy  to  ma  znaczenie  dla  rosyjskich, 

ukraińskich, uzbeckich czy łotewskich rąk i żołądków? Lodzio widzi, jak wzdłuż stołów sunie 

niby kosiarka do trawy pani Mariolka. W gustownym, brązowym żakiecie, z otwartą torebką 

na ramieniu przesuniętą na lewe biodro, z przodu. Sunie z godnością i ledwie dostrzegalnymi 

ruchami dłoni wrzuca do torebki pomarańczowe, oleiste romby i prostokąty, pozostawiając za 

sobą  równe  grzędy  obnażonych,  bladych  maślanych  owali.  Lodzio  wie,  że  pani  Mariolka 

wyłożyła  torebkę  folią  i  w  ten  sposób  zakończy  żniwa  z  więcej  niż  kilogramem  łososia  w 

miejscu  przeznaczonym  na  szminkę,  puderniczkę,  portfel  i  klucze.  Nie  oburza  go  to  i  nie 

dziwi,  choć  sekretarka  Gucia  zarabia  więcej  niż  niejeden  z  obecnych.  Wie  bowiem,  że 

przeżyła ona kilka lat niewyobrażalnego głodu w Kazachstanie i kolekcjonowanie żywności 

jest silniejsze od niej. 

Studio  muzyczne  to  największe  pomieszczenie  w  budynku  Wolności.  Wysoka, 

wytłumiona  sala  bez  okien  o  lekko  pochylających  się  ku  sobie  ścianach  wyłożonych 

dziurkowaną,  zieloną  płytą  spilśnioną.  Kiedyś  nagrywano  tu  audycje  z  udziałem  chórów  i 

całych  orkiestr,  dopóki  ktoś  nie  zorientował  się,  że  nadawanie  muzyki  przez  coraz  gęstszą 

background image

barierę  zagłuszania  w  krajach  docelowych  nie  ma  większego  sensu.  Odtąd  puste  i  głuche, 

jarzeniowo  oświetlane  studio  służyło  z  rzadka  konferencjom  i  uroczystościom  takim,  jak  ta 

dzisiejsza.  Żaden  wystrój  nie  był  jednak  w  stanie  odebrać  mu  charakteru  pomieszczenia  o 

utraconym znaczeniu, opuszczonego i zaniedbanego bunkra. 

Na  podwyższeniu,  gdzie  kiedyś  siadali  za  pulpitami  wyfraczeni  skrzypkowie,  kłębią 

się  irlandzcy  gospodarze.  Rej  wodzi  dyrektor  personalny,  zwalisty,  łysy,  o  okrągłej, 

czerwonej  twarzy  obrysowanej  w  sposób  bezwzględny  czarną  brodą  anarchisty.  Łysina  lśni 

krwistym, zdawałoby się, potem i wygląda jak sionce przedzierające się przez ciemne chmury 

garniturów, stonce szukające sobie miejsca na zasłużony spoczynek w zieleni traw, z jakichś 

powodów  nie  mogące  się  zdecydować  na  ostateczny  wybór.  Lodzio  przypuszcza,  że  przed 

końcem  nocy  zajdzie  jednak  za  któryś  ze  stołów.  Pomoże  mu  w  tym  inna  postać,  mniej 

rzucająca  się  w  oczy,  ale  równie  potężna,  w  ciemnosrebrzystym,  księżycowym  ubraniu, 

dyrektor od nie wiadomo czego, więc panuje milcząca zgoda, że z CIA. Ma zmęczone, ukryte 

w  fałdach  pomarszczonej  skóry  oczy,  przekrwione  od  poznawanych  o  każdej  porze  dnia  i 

nocy  straszliwych  tajemnic,  od  czarnego  Bushmilla,  którego  ponoć  potrafi  pochłaniać 

szklankami, i od troski nad niewesołym biegiem spraw tego świata. 

Krąży wokół nich, niby blada planeta, Joe Jakmutam, znany Łodziowi z przesłuchania 

w  niemieckim  kontrwywiadzie;  druciane  okulary  i  zawodowa  nijakość,  choć  obecnie 

irlandzka  skłonność  do  melancholijnej  radości.  Z  głośników  płyną  znane  na  całym  świecie 

ludowe  pieśni,  o  charakterystycznym,  zaraźliwym  rytmie  i  zaskakującej  harmonii,  która 

sprawia,  że  beztroska  rubaszność  bez  uprzedzenia  wprowadza  w  bezbrzeżny,  nieukojony 

smutek.  Joe  podryguje  w  rytm  melodii,  obejmując  za  szyję  czwartego,  znanego  wszystkim 

Irlandczyka,  tego  od  obwąchiwania  i  obsłuchiwania  z  papierosem  w  palcach  kłopotliwej 

klimatyzacji  kantyny  Tym  razem  w  marynarce,  z  wyłupiastymi  oczami  szklącymi  się 

rozrzewnieniem, Jamesonem, albo jednym i drugim, jest niemal nie do poznania. No i ani dba 

o  rosnącą  duchotę  pełną  woni  perfum,  przypraw,  papierosowego,  cygarowego  i  fajczanego 

dymu,  potu  wsiąkającego  w  koszule,  bluzki  i  suknie,  Co  chwila  ktoś  pojawia  się  w  polu 

widzenia Lodzia, kiwa mu głową i przeciska się dalej, do stołów obfitości, do piwnego źródła. 

Lodzio uprzytamnia sobie, ile z tych twarzy od dawna zna. Z pewnością ponad połowę; 

każda  z  tych  setek  par  oczu  wywołuje  w  pamięci  automatyczny  błysk  skojarzenia, 

fragment  sytuacji,  wyrwane  z  kontekstu  słowo.  A  jednocześnie  nic  o  nich  nie  wie.  Druga, 

równie obca połowa gości, to żony, siostry, córki, bracia pracowników Wolności, na co dzień 

w  radiu  niewidoczni,  nieobecni,  a  przecież  związani  z  nim,  zniewoleni  nim,  umieszczeni  - 

chcąc nie chcąc - za niedawno wzniesionym murem. Większość tych ludzi, z dramatycznymi, 

background image

z  tragicznymi  życiorysami,  musi  chyba  być  szlachetna  albo  przynajmniej  przyzwoita, 

inteligentna albo przynajmniej niegłupia. Jak to więc jest, że Łodziowi twarze te kojarzą się 

wyłącznie ze śmiesznością, z przywarą taką czy  inną, z mniejszym lub większym temu czy 

innemu  wyrządzonym  świństwem?  To  miejsce,  ten  bunkier,  emitujący  na  pół  świata  słowa 

mądre i słuszne, właściwe i wolne, trzeszczy w szwach od prywatnych fałszów i małości. A 

może to ze mną coś nie tak, mówi sobie Lodzio, nie mogąc się pogodzić z faktem, że oglądani 

przezeń koledzy w niczym nie przypominają jego dźwięcznej kolekcji kryształowych figurek, 

które ktoś przecież stworzył na wzór i podobieństwo człowieka. 

-  To  pan  się  przyjaźni  z  tym,  mhm,  mhm,  Mosurem?  -  mocna,  opalona dłoń  chwyta 

Lodzia za ramię. Urkowicz jest w trakcie drugiej  szklaneczki  Tullamore Dew, jego  głęboki 

głos staje się jeszcze głębszy, błękitne oczy pod siwymi brwiami jeszcze błękitniejsze, choć 

lekko przymrużone, uśmiech nowych zębów jeszcze szerszy niż w dzień powszedni. - Wielka 

sprawa  z  tym  radiem  Ananków,  wielka  sprawa!  Co  to  za  nieludzki  system!  Ile  jeszcze 

narodów  unieszczęśliwi?  A  czy  pan  wie  -  podłużna  twarz  nachyla  się  ku  łodziowej 

konspiracyjnie - że ja przez parę miesięcy żyłem wśród nich? 

- Wśród kogo? 

- Wśród Ananków. Uratowali mi życie! Pan wie, że ja Sowiety to wzdłuż i wszerz... 

Lodzio  się  rumieni.  Ktoś  mu  oczywiście  kiedyś  opowiadał,  że  Urkowicz  jako 

nastoletni chłopak przewędrował Związek Sowiecki z jedynym nożem przy udzie, zanim się 

znalazł  wśród  sierot  Andersa,  ale  to  była  opowieść.  Bajka,  mit,  barwa  jednego  z  wielu 

życiorysów,  usprawiedliwienie  przydomku  „pojazd  jednośladowy”.  Lodzio  się  rumieni,  bo 

ów pojazd potwierdza właśnie istnienie Ananków, w które on sam, pomimo istnienia Mosura 

i argumentów Julity, mocno powątpiewał. 

- Pamiętam ten ich napój  -  krzywi się pan Marian  -  świństwo. Z tym  tutaj  -  podnosi 

płynne słońce w szklaneczce - równać się nie może. Ale muszę przyznać, że wyzdrowiałem. 

Bo  trafiłem  między  nich  z  zapaleniem  płuc  i  cieniutko  już  było,  panie  Ludwiku.  Szalenie 

gościnni,  choć  mrukliwi.  Nie  to,  co  Irlandczycy  Ale  nie  chcę  pana  zanudzać  -  Urkowicz 

dostrzega  zażenowanie  Lodzia  i  odczytuje  je  po  swojemu  -  chciałem  tylko  powiedzieć,  że 

gdyby  ten  pański  Mosur  był  zainteresowany,  to  ja  mogę  mu  na  antenie  o  tych  moich 

przygodach opowiedzieć. To powinno ich tam, za Uralem zaciekawić, co! Jak pan myśli? 

- Na pewno - potakuje szczerze Lodzio. 

-  No  to  znakomicie  -  dłoń  poklepuje  go  po  przedramieniu  -  wszystko,  byle  dopiec 

czerwonemu! 

background image

Urkowicz odpływa i Lodzio instynktownie rozgląda się za Mosurem. Ale tłok się nie 

zmniejsza i zamiast  Mosura w oko wpada mu  rozpromieniony  Bozio,  żywo gestykulujący i 

przekrzykujący „Green, Green Grass of Home”. 

Znowu tokuje, myśli z niechęcią Lodzio, i rzeczywiście, tyłem do niego, a frontem do 

Bozia stoi adresatka wygibasów tego ostatniego. Wysoko odsłonięte, szczupłe, ale silne nogi 

z wyraźnie odznaczającymi się łydkami, wąska talia i delikatne ramiona, złocistorudy nieład 

włosów  upiętych  wysoko  tak,  by  odsłonić  smukłą  szyję  z  bezbronnym,  wydłużonym 

zagłębieniem. Szyja prosząca się o cios; Lodzio zdaje sobie sprawę, że przygląda się kobiecie, 

niewątpliwie  atrakcyjnej,  oczywiście  nie  jak  mężczyzna,  ale  jak  naukowiec  obserwujący 

drapieżnika  i  jego  rychłą  ofiarę,  choć  nie  do  końca,  bo  odruch  człowieczeństwa  każe  mu 

solidaryzować się z ofiarą,  a przynajmniej jej  współczuć.  Lodzio  wie, do czego zdolny jest 

kolega reżyser z wypatroszonym wnętrzem. Sam bywał jego łupem. 

Ale  już  nie.  Nigdy  więcej.  Rusza  przez  rozkołysany  tłum  w  kierunku  dostrzeżonej 

pary gotów wtrącić się w nierówną walkę, przerwać nikczemne osaczanie. Nie wie jeszcze, co 

powie,  ale  cokolwiek  powie  -  rozwścieczy  Bozia,  a  rozwścieczony  Bozio  chcąc  nie  chcąc 

zdradzi się wobec niedoszłego łupu ze swoją prawdziwą naturą. 

Lodzio jest spokojny, jakby pił Hu, a nie trzeciego już guinnessa, jest, kim chciałby 

być,  Mosurem,  Ananką,  istotą  opanowaną  i  suwerenną  wśród  podłych  ludzi  napędzających 

szaleństwo świata. Wyciąga wolną, lewą rękę, żeby objąć ramiona drapieżnika w świadomie 

fałszywym  geście  męskiej  poufałości  i  odwraca  twarz  w  stronę  niczego  nie  przeczuwającej 

ślicznotki. 

Przedstaw mi swoją nową miłość, łobuzie, ma zamiar powiedzieć, ale nie mówi nic. 

Patrzą  na  niego  duże,  bursztynowe  oczy,  z  tych  bursztynów  łączących  w  sobie 

zielonkawą złocistość światła z miodowym mrokiem. Powinny być piękne. Nie są, osadzone 

w  martwej,  bezbarwnej,  nieforemnej  oprawie  powiek  bez  rzęs,  dzieło  jubilera-amatora 

pozbawionego  talentu  i  jakichkolwiek  umiejętności.  W  zasadzie  cała  twarz  jest  taka, 

ponaciągana i pognieciona, nie wchłaniająca ani nie odbijająca blasku, jak pośmiertna maska 

Agamemnona,  tyle  że  wykonana  nie  ze  złota,  lecz  z  matowego  plastiku,  z  pojemnika  po 

lodach. Bursztyny rozbłyskują żywiej na jego widok. 

- Hej, Ludviku - rozbrzmiewa ciepłe powitanie znikąd. - Jak se masz? Jak se darzi? 

Znikąd, bo bezwargie usta wydają się w ogóle nie poruszać. To, że głos wydobył się 

właśnie  z  nich,  widać  po  ruchu  grdyki  na  smukłej  szyi,  żywej,  tętniącej  płynną  różowością 

szyi, na której spoczywa maska. 

background image

-  Lida  wróciła  właśnie  z  Paryża  -  wyjaśnia  Bozio  -  po  trzeciej  operacji  plastycznej. 

Prawda, że niezwykłe? 

Nie jest to pomruk drapieżnika ani zblazowany zaśpiew pewnego siebie playboya. Ze 

swojej  pustki  Bozio  przemawia  prosto  i  szczerze,  z  uczuciem,  ale  bez  czułostkowości, 

jedynym tonem, który nie może zranić oszpeconej kobiety - Ne kecaj. Bożislavie! - maska nie 

mówi nic, ale dźwięk niesie zalotną czułość. 

-  Rzeczywiście,  niesamowite  -  przytakuje  Lodzio  -  gratuluję.  Lida  wie,  że  brzmi  to 

blado, ale na szczęście nie ma najmniejszego znaczenia, bo ona już słucha tylko Bozia. Bozio 

wraca do przerwanego wątku, do radiowych plotek, nazbierało się ich przez osiem miesięcy 

jej nieobecności, plotki to Boziowa specjalność, jest w nich sobą i niczego nie musi udawać. 

To jakaś niebotyczna perwersja, niewyobrażalne okrucieństwo albo tajemnica. Czy to 

możliwe, żeby skwaśniały uwodziciel  nadal  widział kobietę w tej istocie żywcem  wziętej  z 

płócien  Ensora?  To  Lodzio  powinien  ją  pokochać,  teraz,  kiedy  kobiecość  przestała  być  jej 

twierdzą,  bronią,  przeszkodą  między  nimi.  Powinien  ją  pokochać,  zaopiekować  się  nią, 

pokazać złym oczom i wrednym językom, że możliwy jest związek bez pożądania, wspólnota 

skrzywdzonych  i  wyizolowanych.  Tylko  wówczas  utwierdziłby  ją  w  kalectwie,  sam 

odizolował od świata własną izolacją, obrażałby swoim poświęceniem, przypominał każdego 

wieczoru pozbawionego zbliżenia, że nie jest już kobietą. A przecież ma wciąż te bezczelne 

piersi i nienaganne biodra. I potrzeby, zwierzęce potrzeby, myśli Lodzio i czuje wstręt. Chyba 

raczej do siebie niż do niej. 

Tamci  gadają,  gadają  jak  normalni  zakochani,  maska  wydaje  z  siebie  nawet  jakiś 

substytut  beztroskiego  śmiechu,  a  on  widzi  inną  twarz,  którą  też  kiedyś  powinien  był 

pokochać. Twarz, w którą nie wbiła się siłą wybuchu maszyna do pisania, ale którą  w tym 

samym  stopniu,  z  podobnym  efektem  zmacerowała  maszyneria  historii  i  nieudolne, 

rozpaczliwe próby ocalania sensu. Twarz obłąkanej matki. 

Ksiądz proboszcz nagabywany przez nią kilka, a czasem kilkanaście razy dziennie w 

sprawach najbłahszych i  najwyższej,  kosmicznej wagi,  poddał  się  wreszcie i  zwrócił się do 

piętnastolatka o pomoc. Mania religijna nie jest tożsama z głęboką wiarą. Syn musi coś z tym 

zrobić. Tę kobietę trzeba leczyć. Trzeba jej dać miłość, ziemską miłość, a Bóg wówczas zrobi 

swoje. 

I  Lodzio,  syn  wroga  ludu,  ciota,  Lui-chuj,  pomiot  tej  wariatki  z  drugiego  piętra, 

próbował.  Nie  sprzeciwiał  się  jej  w  niczym,  wysłuchiwał  nie  kończących  się  monologów 

zapowiadających apokalipsę, czytał na głos Pismo Święte, nieśmiało próbując wciągnąć ją w 

proste, codzienne sprawy z których składa się życie. Tyle, że nie były one proste. Chodzili po 

background image

urzędach,  załatwiając  rentę,  i  on  musiał  znosić  znaczące  spojrzenia  wymieniane  między 

urzędniczkami,  zniecierpliwienie  lekarzy,  listonosza,  sklepowych,  chamstwo  ubeków 

upominających od czasu do czasu, żeby matka przestała pisać bzdury do najwyższych władz. 

On  musiał  szukać  zagubionych  pieniędzy,  zapodzianych  rachunków,  kluczy  do  mieszkania, 

Jakichś  szalenie  ważnych  listów,  wreszcie  części  garderoby,  za  których  zniknięcie 

odpowiadały  zawsze  tajemnicze,  mordercze  siły  Po  nocach,  w  ciszy,  jaką  były  w  stanie  z 

siebie wypluć jedynie uśpione, prowincjonalne Kielce, kazała mu się wsłuchiwać w grożące 

jej  niewyobrażalnymi  „erpiemami  głosy  nieuchwytnych  agentów  ukrytych  w  ścianach,  w 

przewieszonych  obrazach,  w  zlewie.  Były  skierowane  do  niej,  słyszała  je  wyróżnię,  a  on 

oczywiście kłamał twierdząc, że nie słyszy nic. Twierdzi tak, bo chce z niej zrobić wariatkę. 

Patrzył w tę nieruchomą, wygniecioną twarz, w której z dnia na dzień, z nocy w noc zacierały 

się  coraz  bardziej  jego  własne  rysy,  i  przyłapywał  się  na  tym,  że  nie  czuje  nic,  tylko 

godzinami nuci w myślach, na melodię „Pierwszej Brygady” pijacką śpiewkę: 

Nasz los To zwykły szmelc. 

Bo my jesteśmy z Kielc. 

My z Kielc! 

Wydawało mu się, że ma jednak jakieś oparcie w proboszczu. Chodził do spowiedzi, 

pojawiał się z matką na niedzielnej mszy Siły, synu, mówił ksiądz, siły ci trzeba, a tę da ci 

tylko  Bóg.  On  cię  poddaje  próbie,  z  której  wyjdziesz  zwycięsko,  w  światło  łaski.  To  byt 

dodatkowy  ciężar,  ta  świadomość,  że  prowadzi  nie  tylko  pojedynek  o  zdrowie  mamy,  ale 

zdaje  jakiś  kosmiczny  egzamin,  od  którego  zależy  cały  jego  przyszły  los,  no  i  oczywiście 

zbawienie wieczne. 

Wreszcie  nie  wytrzymał.  On  też  był  człowiekiem  potrzebującym  pomocy,  też  miał 

problemy  Zrezygnował  z  rutynowych  formułek  i  wyimaginowanych  grzechów  i  podczas 

kolejnej spowiedzi przyznał się do nieczystych myśli i autoerotycznych praktyk. 

- To grzech, synu, ale w twoim wieku natu...eee, częsty Odmówisz... 

- Tylko że, proszę księdza, ja marzę o mężczyznach. 

Dobrodziej  wpadł  w  szał.  Miotał  się  za  kratą  konfesjonału  jak  zraniony  pies 

łańcuchowy (był dominikaninem), wypluwał z siebie pieniste słowa, zboczeniec, komunista, 

pederasta, żyd, francuskie nasienie, co odniosło taki skutek, że Lodzie mimo woli poczuł się 

w  jakiś  sposób  dumny  z  ogromu  swego  przewinienia.  Spodziewał  się  gniewu,  ale  raczej 

Bożego niż księżego. 

Kiedy  następnego  dnia  proboszcz  przeklął  całą  rodzinę  z  ambony  i  przestrzegł 

wiernych  przed  zarazą  czerwonego  ateizmu  (biedny  tato-frankofil,  zakatowany  przez 

background image

komunistów, leżał już wówczas w nie poświęconej ziemi podwórka Urzędu Bezpieczeństwa), 

Lodzio  zrozumiał,  patrząc  na  nieruchomą  twarz  matki,  że  każde  szaleństwo  czujnie  strzeże 

swojego terytorium. 

Zapamiętał też (bo się go przestraszył) bluźniercze skojarzenie, że Żydzi to pederaści, 

a Chrystus nie miał żony i, jak mu zdradził w tajemnicy Fredek, też był Żydem. 

Opuścił Kościół i dom. Zamieszkał w dyżurce zaalkoholizowanego do granic ludzkich 

możliwości  stróża  Teatru  Miejskiego,  nieświadom,  że  to  pierwszy  krok  na  drodze  do  radia 

Wolność. 

Tłum nieco rzednie, ale ci, którym nie spieszno do domu, ruszają do tańca. Lodzio nie 

wie,  przy  którym  już  jest  guinnessie,  ale  mroczny  napój  najwyraźniej  rozjaśnia  mu  umysł. 

Tyle przeszedłem, stwierdza pogodnie, i jestem na prostej. Patrzy, jak Irlandczycy schodzą z 

podwyższenia dla orkiestry i krążą wśród gości. W jego kierunku przedziera się uśmiechnięty 

Joe. 

-  Twoja  sprawa  dobrze  wygląda,  Lou  -  rzuca  w  przelocie  -  ale  czemu  koniecznie 

Grecja? Jest jeszcze Maroko! 

Puszcza  oko  i  płynie  dalej.  Dla  każdego  ma  jakieś  słówko,  zdanie,  anegdotkę.  Nie 

wdaje się w rozmowy. Operuje niedopowiedzeniami. Mimo duchoty nie zdejmuje marynarki. 

Lodzio  wzrusza  ramionami  i  rozgląda  się  za  Mosurem.  Miał  mu  coś  ważnego 

przekazać. Nie pamięta co. Żeby znaleźć Mosura, trzeba znaleźć Julitę. To nie powinno być 

trudne. 

Przygląda się przez chwilę Lidzie poruszającej niższym od niej o pół głowy Boziem w 

rytm  irlandzkiej  skargi  na  niesprawiedliwość  losu.  Głód,  poniewierka,  tęsknota  za  ojczystą 

zagrodą  na  wzgórzu,  ukochana  daleko  lub  co  gorsze  -  z  Anglikiem.  Oboje  wielokrotnie 

zoperowani,  myśli  -  on  od  wewnątrz,  ona  na  zewnątrz.  Przyciąganie  się  blizn,  oboje 

przerywają w środku melodii i objęci jak młode małżeństwo zmierzają ku wyjściu. 

Teraz  uwagę  Lodzia  przyciąga  łysy  Brian,  którego  twarz  plonie  ciemnym  różem 

dogasającego  żaru.  Kiwa  się  ramię  w  ramię  z  bladym  dla  odmiany  jak  świeży  popiół 

specjalistą od klimatyzacji. Obaj głośno kibicują najaktywniejszej parze na parkiecie bunkra. 

Nostalgiczna muzyka nie przeszkadza Julicie w uczynieniu z tańca etiudy erotycznego 

wyuzdania. Miotany na wszystkie strony spazmatycznymi ruchami jej ciała, niby kowboj na 

byku podczas rodeo, czepia się jej z determinacją, usiłując za wszelką cenę zachować kontakt 

bioder,  osobliwy  partner.  Chorobliwie  chudy,  o  szarej,  jakby  nieogolonej,  rozmazanej 

wirowaniem  twarzy,  w  której  goreją  ponuro  czarne,  przymrużone  rozkoszą  ślepia.  Jest  co 

background image

najmniej dwadzieścia lat starszy od rudej diablicy i dziwnie do niej pasuje swoją uderzającą 

brzydotą, podkreślającą tym mocniej jego nadludzki czy raczej nieludzki zachwyt. 

To  oczywiście  Drakula,  dziennikarz  sportowy,  rzadki  gość  Wolności,  jej  „wolne 

ostrze”,  wiodący  tajemniczy,  wędrowny  żywot  reportera  i  alpinisty,  nie  zrozumianego 

samotnika,  pasjonata  gór  i  kobiet.  „Lubi  się  wspinać”  mówią  o  nim  z  dwuznacznym,  czyli 

jednoznacznym, uśmiechem. Pojawia się z reguły na takich jublach jak ten, gdzie stosunkowo 

najłatwiej  przytulić  się  do  płci  przeciwnej.  Zaszczycone  w  przeszłości  jego  tanecznym 

uchwytem utrzymują, że u Drakuli wszystko, uwodzenie, gra wstępna i spełnienie - odbywa 

się w jednym tańcu i trwa niecałą minutę. 

Rzeczywiście,  tancerz  odpada  od  zdobytej  grani  z  nieprzytomnie  rozanielonym 

uśmiechem satysfakcji, a jego miejsce zajmuje blady, wyłupiasty Irlandczyk. Julita zdaje się 

nie  zauważać  zmiany  partnera,  pogrążona  bez  reszty  w  swoim  transie,  samowystarczalna, 

szukająca  własnych  spełnień  na  sobie  tylko  znanych  ścieżkach.  Chyba  jednak  ich  nie 

odnajduje,  nie  tym  razem,  bo  utwór  się  kończy,  a  wyłupiasty  nie  gustujący  snadź  w 

ryzykownych wspinaczkach, bierze ją za łokieć i prowadzi do źródła. 

Bard  jest  przypadkiem  w  tym  rogu  sali,  gdzie  stoi  Lodzio.  Lodzio  więc,  chcąc  nie 

chcąc (raczej chcąc), słyszy następującą wymianę zdań. 

WYŁUPIASTY - Sean 0’Heaney Your humble admirer. 

JULITA (nieprzytomnie) - Hi, Sean. 

W - You seem to enjoy yourself. 

J (z dystansem) - Well... It’s the right time and place, isn’t it? 

W (lekko zmieszany) - By all means, by all means, dear. 

J (z agresywną zalotnością) You don’t know how dear I am. 

W (nagle posmutniały) -1 wonder... 

Lodzio uprzytamnia sobie z rozbawieniem, że Sean wcale nie podrywa Julity, o czym 

ona,  w  posttanecznej  gorączce,  jest  przekonana.  Następna,  po  krępującej  pauzie,  odżywka 

Irlandczyka potwierdza jego przypuszczenia. 

W - Czytałem transkrypty waszych audycji. O Anankach. 

J (z oczywistym brakiem zainteresowania) - Tak? To miłe z twojej strony - Ananka’s 

files! Fascinating! - baranic brzmiący bas Briana, który pojawia się przy nich znikąd, idzie w 

sukurs rodakowi. 

W - Co chciałem powiedzieć... to dla mnie ważne, przepraszam, nie mam w żadnym 

wypadku zamiaru urazić... Ale czy to wszystko prawda? 

J - Co, czy prawda? 

background image

W (coraz bardziej zażenowany) - Z tą... wiarą, z tym napojem. 

Z  tym  Hu  -  jego  angielszczyzna  sprawia,  że  nazwa  brzmi  jak  jakiś  pierwiastek 

chemiczny, czyjeś inicjały albo tajny symbol: „ejcz-ju”. Nadspodziewanie serio. 

J - Oczywiście prawda, Sean - głos Julity staje się ciepły i pobłażliwy. Diablica znów 

jest  tylko  efektowną  kobietą,  rozglądającą  się  za  swoim  partnerem  -  Mosur  może  ci 

opowiedzieć  więcej...  albo  Lodzio!  -  wąska  dłoń,  brzęcząc  bransoletami,  niemal 

oskarżycielsko wciąga podsłuchiwa-cza do rozmowy. 

W (z całą powagą) - Arę you... Ananka? 

Lodzio (z godnością) - Nie, jestem Polakiem. 

W (wyraźnie rozczarowany) - Więc, co ty wiesz o Anankach? 

J (pośpiesznie) - Lodzio jest doświadczonym radiowcem, a poza radiem skrupulatnym 

historykiem.  Pomaga  nam  w  redagowaniu  audycji.  Zresztą  historia  Polaków  i  historia 

Ananków  mają  wiele  punktów  stycznych.  Zwłaszcza  od  osiemnastego  wieku.  Oba  narody 

zostały podbite przez Rosję. 

- Of course - wtrąca Brian. Jako personalny nie ma obowiązku znać się na historii, ale 

lubi dać do zrozumienia, że nieszczęścia małych, egzotycznych narodów nie są mu obce. 

W - Piłeś Ejcz-ju? - wypukłe, blade oczy w bladej twarzy patrzą na Lodzia z bolesnym 

wyczekiwaniem. 

L - Tak, jasne. Próbowałem. Z ciekawości. 

J  (biorąc  Seana  za  przedramię  odsłonięte  podwiniętym  rękawem  koszuli.  Bardzo 

intymny  gest)  -  Hu  nie  ma  tak  błogosławionego  wpływu  na  mężczyzn  jak  wasz  bushmill. 

Którego  zresztą  bym  się  chętnie  napiła.  -  Brian  natychmiast  wykonuje  odpowiedni  gest  w 

stronę  barmana.  -  To  tylko  wyciąg  z  drzewnego  grzyba.  Bez  mocy  W  (nie  reagując  na 

oczywistą pieszczotę) - To nie ja, to nie dla mnie. Mam córkę... 

Łodziowi  robi  się  zimno  i  gorąco  zarazem.  Córka  0’Heaneya  ma  czternaście  lat.  Z 

głośników  wyrywa  się  hipnotyzujący  rytm  „riverdan-ce”.  Brian  podaje  szklaneczkę  Julicie, 

która nie spuszcza bezczelnego wzroku z Wyłupiastego. Wyłupiasty ma łzy w oczach. Córka 

ma  raka  krwi.  Niestrudzeni  tancerze  podejmują  próby  równoczesnego  stepowania.  Ktoś  się 

przewraca, kaskada śmiechu. Lekarze nie dają większych szans. Obły Turysta, który nie pije, 

ale  będzie  udawał,  że  się  bawi  do  końca,  widzi  dwóch  amerykańskich  dyrektorów  i  kolegę 

reżysera  pogrążonych  w  rozmowie,  więc  powoli  się  do  nich  zbliża.  Próbowano  już 

wszystkiego.  Od  naświetlania  straciła  włosy  Zielone  stoły  zasłane  są  resztkami  jedzenia  i 

pomiętymi  serwetkami  nasiąkającymi  rozlanym  winem.  Ciemne  plamy  Dwaj  zmęczeni 

Ukraińcy  grają  w  domino  za  pomocą  herbatników.  Córka  dostała  perukę,  ale  nie  chce  jej 

background image

nosić.  Chce  być  taka,  jaka  jest  naprawdę.  Pisze  pamiętnik  swojej  choroby  Brian  obejmuje 

Seana,  Julita  puszcza  jego  rękę.  Turysta  jest  już  tak  blisko,  że  słyszy  temat  rozmowy  i 

odpowiednio poważnieje. Kiwa głową. Takie jest życie. Lodzio napiłby się guinnessa, ale coś 

go powstrzymuje przed zburzeniem delikatnej trwałości całej sceny - Musimy z żoną zrobić, 

co się da. Więcej niż się da - tłumaczy Sean. Nie żali się, deklaruje walkę do końca. - Byliśmy 

u filipińskich magów, modlimy się do Boga. Chcemy spróbować medycyny naturalnej. Wasz 

Solsenisyn  pisał  o  tym  wywarze.  Że  to  rosyjska  recepta.  Pytałem  naszych  Rosjan,  ale  nie 

znają przepisu... 

Julita znów brzęczy bransoletami. Gładzi Seana po policzku, siostra w nieszczęściu. 

- Chodźmy poszukać Mosura. Mosur wie. Mosur pomoże. Wchodzą we trójkę, Sean, 

Julita i nieodłączny Brian, niemal już fioletowy pomiędzy roztańczonych gości. 

-  Dobrzy  ludzie  -  mówi  Turysta  do  Lodzia  i  widząc  jego  niepewny  wyraz  twarzy 

uściśla, o kogo mu chodził - Irlandczycy Lodzio wreszcie może się napić. 

-  Dawno  już  chciałem  się  pana  poradzić,  panie  Ludwiku  -  zmienia  temat  Turysta.  - 

Wie  pan  z  pewnością,  że  wkrótce  czekają  nas  poważne  zmiany  Organizacyjne,  personalne. 

Kogo by pan widział na miejsce Par-^zanta jako szefa Produkcji? 

Oczywiście  wcale  nie  miał  zamiaru  o  cokolwiek  go  pytać,  tylko  że  teraz  Lodzio, 

rozmówca dwóch dyrektorów za jednym zamachem, awansował nagle na autorytet, z którego 

zdaniem trzeba się liczyć. 

-  Nie  wiem  doprawdy,  panie  Janku  -  odpowiada  Lodzio  z  powściągliwością 

atuorytetu. - Najlepszy jest Czarek. I ma najdłuższy staż. 

Mina Turysty zdradza, że nie jest to odpowiedź, jakiej by oczekiwał. W grę wchodzą 

inne elementy oprócz kompetencji i zasług. 

-  Pan  Cezary  jest  mężem  pani  Elwiry  -  pan  Janek  odsłania  przed  Lodziem  tajniki 

polityki  personalnej  -  która  zajmuje  eksponowane  stanowisko  w  redakcji.  Jej  stopień 

zaszeregowania...  -  Turysta,  też  redaktor,  chciałby  mieć  jej  stopień  zaszeregowania  albo 

przynajmniej  sprawić,  żeby  ona  go  nie  miała.  -  To  by  wyglądało  na  jakiś  mało  zręczny 

nepotyzm. 

Lodzio  milczeniem  odmawia  udziału  w  kuluarowych  spekulacjach.  Patrząc  na 

oddalającego się w zamyśleniu Turystę, myśli, że ów, angażując się w nie, najwyraźniej liczy 

na szybki awans w wyniku spodziewanych poważnych zmian. Jak dotąd sprawy  personalne 

nie wchodziły w zakres jego obowiązków. 

Głośniki  nagle  milkną.  Roztańczeni  zatrzymują  się  w  miejscu  z  jękiem  zawodu.  Na 

podwyższenie dla orkiestry wdrapuje się Brian, ciągnąc za sobą Mosura. 

background image

-  Wszyscy  wiecie  -  woła  w  miarę  wyraźnie  głosem  przewodnika  stada  -  że  od 

niedawna mamy tu nową sekcję. Radio Ananków! (brawa i śmiechy). Nie wszyscy wiecie, bo 

nie  macie  zwyczaju  słuchać  się  nawzajem  (śmiechy  i  brawa),  że  jedną  z  narodowych 

osobliwości  Ananków  jest  porozumiewanie  się  muzyką!  (Wow!  Wow!)  Szef  i  założyciel 

naszej  nowej  sekcji  dał  się  przekonać  i  zaprezentuje  nam  tę  unikalną  umiejętność!  (Wow! 

Wow! Dawaj! Come on! Brawa.) 

Mosur jest jak zwykle spokojny i opanowany, co przy rozbawieniu niezmordowanych 

balowiczów sprawia wrażenie nieśmiałości. 

- Nie mam rogu koziorożca - mówi po prostu, chce zejść z podwyższenia. 

- O, nie! - Brian chwyta go za ramię - w tym miejscu to nie problem. Szaria! Pokaż, co 

przyniosłeś! 

Potężna  postać  przeciska  się  w  pobliże  sceny.  Nad  głowy  wznosi  się  imponujący, 

oprawiony w srebro róg. 

-  Gruziński  Róg  Wolności!  -  obwieszcza  Szaria,  spiker  tej  sekcji,  powszechnie 

kochany i pogardzany za naiwność dziecka w ciele olbrzyma za starożytnych legend. 

-  Wolność  jest  jedna  dla  wszystkich!  -  wota  jakiś  mato  charyzmatyczny  głos. 

Niektórzy  odwracają  się,  żeby  zidentyfikować  jego  właściciela.  Turysta  ma  głupią  minę,  bo 

nikt mu nie bije braw, a parę osób nawet się roześmiało. 

Mosur przejmuje róg z rąk Szarii, ogląda  go z uznaniem i  podnosi do ust.  Wszyscy 

cichną. 

To rzeczywiście jest raczej mowa niż melodia. Trzy powtarzające się tony, za każdym 

razem  z  innym  akcentem  i  natężeniem,  mimowolnym,  jak  to  w  mowie,  odejściem  od 

czystości.  Ale  dźwięk  jest  przejmujący,  oddalony  i  donośny  zarazem.  Zresztą  jego 

tajemniczość,  myśli  Lodzio,  bierze  się  być  może  z  egzotyki  instrumentu  i  nasycenia 

publiczności alkoholem. 

Mosur  kończy  i  cierpliwie  słucha  braw,  które  powoli  przechodzą  w  owacje.  Brian 

ucisza je skrzyżowaniem uniesionych rąk. 

-  Wybacz,  ale  nie  nauczyłem  się  jeszcze  twojego  języka  -  mówi  do  Mosura  (znowu 

śmiechy i brawa) - przetłumacz nam, co powiedziałeś! 

- Come on! Translate! Tran-slate, tran-slate, tran-slate! Mosur waha się przez chwilę. 

Wreszcie nachyla się do ucha Briana. Sina łysina ciemnieje jeszcze bardziej, a krwista twarz 

eksploduje histerycznym śmiechem. 

- Brian! My też się chcemy śmiać - wola spod ściany Joe. Zwalisty Irlandczyk ociera 

łzy z oczu. 

background image

-  To  jeszcze  jeden  dowód  na  bliskość  pozornie  odległych  kultur  -  powiada 

tryumfująco.  -  Równie  dobrze  mogłoby  to  być  zawołanie  naszych  irlandzkich  myśliwych! 

Czekajcie, spróbuję zachować rytm i rym, czekajcie... - pochyla masywny ieb w skupieniu. 

- Fucking poet - słyszy Lodzio czyjś kobiecy komentarz. 

-  I’ve  got  it!  -  Brian  znowu  podnosi  ręce,  wytrzymuje  efektowną  pauzę  i  ryczy  z 

całych sił, aż ślina pryska mu na czarną brodę. 

- Leave in peace Your cock and cunt! 

It is time to hunt!!! 

Krzyki, śmiechy, śpiewy i brawa uderzają o ślepe ściany studia. Artyści zeskakują z 

podwyższenia i  mieszają się z wirowiskiem  rąk,  głów, ust,  oczu, kubeczków i szklaneczek. 

Głośniki potęgują zgiełk dynamicznym gigiem. Lodzio sięga po następnego guinnessa. 

W  obcym  języku  wulgarne  słowa  przestają  być  wulgarne,  nawet  jeśli  się  rozumie, 

myśli.  Są  egzotycznym  dźwiękiem,  jak  melodia  Mosura  na  gruzińskim  Rogu  Wolności. 

Atrakcją,  która  nie  przenosi  sensu.  Dlatego  tu,  w  tym  miejscu,  niemożliwy  byłby  tłum 

skandujący  unisono,  potężnym  chórem  „Horst  Wessel  Lied”,  jak  w  piwiarni  „U  Adzika”, 

gdzie Hitler usiłował przejąć władzę. Tu każdy się śmieje i każdy śpiewa we własnym języku, 

przeklina, chwali i obraża, i cierpi też po swojemu. To bunkier ludzi wolnych. 

Jakiś  czas  potem  Lodzio  idzie  pustym  korytarzem.  W  półmroku  mija  go  znudzony 

strażnik. Czuć, jak zwykle, klej i świeżo położoną farbę. Chwiejny krok pod niskim sufitem, z 

którego zwisają wymieniane kable. 

Nieustający  remont  Wolności,  konieczność  albo  przymus  budżetowy.  Mają  teraz 

przebudowywać studia. 

Coś  go  zatrzymuje  przy  lekko  uchylonych  drzwiach.  Za  sobą  słyszy  rytmiczne 

brzmienia dogasającej zabawy. Zza tej najbliższej, nieszczelnej bariery dobiega jakby szloch 

czy jęk. 

Opiera dłoń na klamce. Zagląda. Drzwi do studia nagrań nie skrzypią. 

Na  konsolecie,  na  której  tyle  razy  Mosur  kładł  swoje  sprawne  palce,  wspiera  się 

pośladkami  Julita.  Nogi  ma  wysoko  uniesione  w  górę  i  na  boki.  W  zielonkawym  świetle 

awaryjnych lampek somnambulicznie lśni potężna łysina wbita między jej głowę a obojczyk. 

Neonowo  migoczą  rude  włosy  splątane  z  czarnymi  kłakami  brody.  W  cieniu  archaicznych, 

magnetofonowych urn połyskują ciężko pracujące, zielonkawe (irlandzkie) półdupia. 

Głos wydobywający się ze wstrząsanego ciała Julity wiele mówi, jak róg Mosura. Jej 

oczy  spotykają  się  z  oczami  Lodzia.  Widzi  w  nich,  albo  może  mu  się  tylko  tak  zdaje, 

ekstatyczny ból i radosną rozpacz. 

background image

Jak w irlandzkiej pieśni. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA 

 

- Was mochten Się essen, meine Herren? 

- Das ubliche, mein Schatz. 

- Ich weiss nicht, was das „ubrige” ist. Und dein Schatz bin ich nicht! Kelnerka była 

nowa,  nie  wiedzieć  czemu  od  rana  obrażona,  pozbawiona  wdzięku,  a  nawet  jakichkolwiek 

rzucających się w oczy  zalet figury, rzecz w jej młodym,  jak się zdawało, wieku trudna do 

osiągnięcia.  Nie  zdradzała  najmniejszych  skłonności  do  nawiązania  serdecznego  kontaktu  z 

wielojęzyczną klientelą, co umiliłoby jej pracę, a posilającym się - konsumpcję. Mściła się za 

ten  stan  rzeczy,  ostentacyjnie  myląc  zamówienia,  przynosząc  letnią  kawę  rozchlapaną  na 

spodeczku, frankfurterki zamiast debreczynek i jajka po wiedeńsku ze ściętym żółtkiem. 

W  dodatku  nie  nosiła  się  po  bawarsku.  Miała  na  sobie  samobójczo  obcisłe  dżinsy 

czyniące  z  jej  nóg  dwa  balerony,  połyskującą  sztucznym  włóknem  pótprzejrzystą,  białą 

bluzkę,  pod  którą  nie  sposób  było  nie  zauważyć  potężnego,  czarnego  biustonosza  niby 

fragmentu  jakiejś  średniowiecznej  zbroi;  strój  wieńczyła  fioletowo-różowa  czapka 

bejsbolowa. Wyłaziły spod niej leniwie i bez widocznego celu matowe strąki. 

-  Obrzydliwe  dziewczynisko  -  podsumował  Elegancki  Eugeniusz  -  można  stracić 

apetyt. 

-  Mhm,  mhm  -  zgodził  się  pan  Marian  zajęty  skomplikowaną  czynnością  zdzierania 

sreberka z prostokątnego pojemniczka z dżemem - szef też się zmienił. Widocznie poprzedni 

już  się  odkuł,  otworzył  lokal  na  mieście,  a  nam  znów  przysłano  jakiegoś  bankruta.  Tamten 

podawał marmoladę w salaterkach. 

- Jednym słowem generalna zmiana warty! - ogłosił z niezrozumiałym zadowoleniem 

Pępek.  Jego  okrągła,  pozbawiona  wyraźnych  rysów  twarz  jaśniała  bezrefleksyjną  pogodą, 

między innymi za sprawą ukośnych promieni wiosennego słońca, padających prosto na niego 

z  okienka  pod  sufitem.  Prostaczek  porażony  światłem,  powołany  na  apostoła  przez  boga 

manierystów. 

- Po części to pańska wina, panie Wiesiu - dobrotliwie zauważył Graf. Bezskutecznie 

czekał na swoje białe wino. 

Chór  chrząknięć  zabrzmiał  tak,  jakby  przy  stole  siedzieli  sami  Urko-wicze. 

Dobrotliwość Grafa była aktem niezasłużonej łaski wobec Pępka. Nie dlatego, że miał na imię 

Wiesław.  Nieszczęście  może  się  przydarzyć  w  najlepszej  rodzinie.  Ale  to  Pępek  właśnie 

pozbawił ich uroczej kelnerki Grety (córki Heidi), robiąc jej dziecko i tym samym wyłączając 

obie panie z grafiku dyżurów w kantynie. Obecni byli zgodni w opinii, że mnożenie Pępków 

background image

na tym świecie nie zmieni raczej kondycji ludzkości na lepsze. To jednak ostatecznie można 

mu było wybaczyć. Starsi koledzy pamiętali jeszcze własne, niepojęte porywy serc i lędźwi. 

Ale jak wybaczyć, czyli zrozumieć, fakt, że Pępek, po przedwczesnym przejściu Partyzanta 

na emeryturę, zajął jego miejsce szefa produkcji? Spośród tylu starszych i lepszych od niego? 

Związek z Gretą nie wpłynął w zauważalny sposób na jego znajomość miejscowego języka; 

Czarek, mąż pani Elwiry, utrzymywał, że na wypadek zamknięcia Wolności Pępek nie miałby 

problemów z zatrudnieniem się w najlepszej choćby pantomimie, do tego stopnia udoskonalił 

porozumiewanie  się  w  obcych  sobie  mowach  za  pomocą  rąk.  Bozio  chwalił  zapał,  z  jakim 

nowy  kierownik  produkcji  tnie  taśmę  przy  montażu.  Raz  w  taśmę,  raz  w  palec!  Skleja  ją 

własną krwią! Co za oszczędność na lepiku! Rzeczywiście wskazujący palec lewej ręki Pępka 

wieńczył pokaźnej wielkości bandaż. 

Największy  grzech  wybrańca  bogów  polegał  jednak  na  tym,  że  zostawszy 

produkcyjnym  dygnitarzem,  załatwił  swojej  byłej  żonie  posadę  sekretarki  w  dyrekcji, 

rekompensując w ten sposób, bez kosztów własnych, zniknięcie z jej życia. Cała ta finezyjna 

operacja  nie  byłaby  rzecz  jasna  możliwa  za  rządów  Gucia.  Gucio  nie  potrzebował  kolejnej 

sekretarki.  Ale  Gucio  należał  już  do  chlubnej  historii  radia.  Zaś  nowy  dyrektor,  oprócz 

zwiększenia liczby sekretarek i wyniesienia Pępka, nie tylko uczynił swoim zastępcą obłego 

Turystę  (spośród  tylu  starszych  i  lepszych),  ale  uzyskał  od  Amerykanów  szereg  etatów  i 

bezzwłocznie zajął się ich obsadzaniem dziwnymi ludźmi z kraju. 

Zadowolone  otrąbienie  przez  Pępka  generalnej  zmiany  warty  stanowiło  więc  z  jego 

strony gruby nietakt przy tym stole, a pobłażliwość Grafa - idiotyczną wielkoduszność. 

Zwłaszcza,  że  od  czasu  awansu  Pępka  bez  pytania  i  bez  kompleksów  zasiadał  z 

redaktorami do śniadania. 

Pod przeciwległą ścianą Ukraińcy grałi w domino. 

- „Ileż się osób wokół niego kręci! Senatorowie ateńscy, szczęśliwcy! Spójrz, oto idą 

następni!  Gromadny  napływ,  powiedziałbym  wręcz:  potop  gości!  -  zaintonował  zza 

podwójnej  gardy  przymkniętych  powiek  pan  Stanisław.  -  Widzisz,  jak  wszelkie  stany  i 

umysły  -  tak  wygadane,  śliskie  kreatury,  jak  ludzie  skromni  i  pełni  powagi  -  ofiarowują 

służby Tymonowi”. [W. Shakespeare - Tymon Ateńczyk. PrzeŁ St. Barańczak] Mówią, że to 

nie  Szekspir  napisał  „Tymona  Ateńczyka”.  Jeśli  to  prawda,  to  w  takim  razie  ktoś  równie 

przenikliwy,  o  innym  nazwisku.  W  końcu  to  tylko  nasza  wina,  nasza  wina,  nasza  bardzo 

wielka wina, że byliśmy zmuszeni z radosną czołobitnością powitać nowego Namiestnika... 

- Namiestnik, to dobre. Mhm - Urkowicz poradził sobie wreszcie z dżemem. 

background image

-  ...  skoro  w  odpowiednim  czasie  nie  wyłoniliśmy  spośród  siebie  god-niejszego  do 

sprawowania tej funkcji. Podczas powitania nie widziałem ani jednej twarzy, która by się nie 

uśmiechała. 

- Zabrakło pana Juliana - zauważył z patosem Elegancki Eugeniusz. Krzesło zmarłego 

zwyczajowo stało puste. Nikt na nim nie siadał. 

-  Tak,  on  by  się  nie  uśmiechał  -  zgodził  się  senatorski  profil  mówcy  -  nawet  gdyby 

chciał. Po prostu  zapomniał, jak to  się robi. Ale i  tak by nie  chciał. Gdyby nawet  dożył  tej 

uroczystości, umarłby zaraz po niej. Jako dietetyk, był bardzo wyczulony na kwestię smaku. 

Cośmy  usłyszeli  na  dzień  dobry?  „Ludzie,  których  zamierzam  zatrudnić,  znają  Polskę  i 

pokażą  państwu,  jak  się  robi  nowoczesne  radio”.  Ujmujący  sposób  pozyskiwania  sympatii 

zespołu! 

Wiesław Pępek uznał za stosowne bronić swego dobroczyńcę. 

-  Pan  też  go  witał  z  całym  przekonaniem,  panie  Stanisławie.  To  porównanie  do 

Kazimierza Odnowiciela. 

- Nowemu dyrektorowi należy się jakiś kredyt zaufania - pani Elwira rozłożyła ręce - 

zresztą, jak słyszę, to człowiek o niepodległościowych zasługach. 

- Sto dni spokoju - ni z tego, ni z owego skojarzyło się Grafowi. 

- Wino też gorsze, niż było - skrzywił się Bozio. Blade policzki pana Stanisława lekko 

pociemniały Ponieważ jednak siedział w cieniu, nikt tego nie dostrzegł. 

-  Moja  wypowiedź  nosiła  charakter  formalnej  laudacji,  której  prze-sadność  pełniła 

funkcję  ironii.  Warn,  młodym  aktorom,  którzy  stajecie  się  dyrektorami,  są  to  pojęcia  obce. 

Myślę  jednak,  że  Namiastnik  -  pan  Stanisław  się  zaciął,  ale  uznał,  że  z  przejęzyczenia 

wyszedł mu niezły kalambur - Namiastnik, cokolwiek by o nim powiedzieć, jest człowiekiem 

wykształconym i moja ironia nie uszła jego uwagi. 

Pani  Elwira  uniosła  brwi.  Nie  wiadomo,  czy  w  podziwie  dla  przebiegłości  pana 

Stanisława, czy w zwątpieniu wobec skuteczności tak subtelnie wyrażonej ironii. 

- Namiastnik! To się przyjmie! Mhm! 

- Jest Lodzio - zauważył Pępek prawdopodobnie po to, by zejść z drażliwego tematu. 

Ci  nieznośni  malkontenci  sprawili,  że  świeżo  zdobyta  władza  zamiast  cieszyć,  zaczęła  go 

przejmować  dreszczem  niepokoju.  Szacunek  dla  Namiast...  Namiestnika,  od  jakiegoś  czasu 

stale obecny w duszy Wiesława, uległ  gwałtownemu  pogłębieniu.  Szef już będzie wiedział, 

jak sobie z nimi poradzić! 

background image

-  Jakie  niepodległościowe  zasługi?  -  zainteresował  się  Graf.  Pani  Elwira  lojalnie 

broniła  podsądnego,  jedynie  tonem  głosu  zaznaczając  swój  dystans  do  podawanych 

informacji. 

Założył  podobno  konspiracyjne  ugrupowanie.  Konfederację  Wolnych 

Intelektualistów Katolickich. 

- KWIK - bezbłędnie dokonał skrótu pan Stanisław, ściągając wargi. 

- Pierwsze słyszę - stwierdził autorytatywnie Elegancki Eugeniusz. - Zajmowałem się 

podziemnymi  ugrupowaniami  przez  ostatnie  lata  i  nie  natknąłem  się  na  żadne  KWIK. 

Przynajmniej w naszym archiwum - dodał na wszelki wypadek. 

- Mhm, mhm. Widocznie byt to kwik wyjątkowo starannie zakonspirowany. 

-  Czy  intelektualista  może  być  wolny,  skoro  jest  katolicki?  -  chciał  się  dowiedzieć 

Bozio. 

-  Panowie  -  podjął  Pępek  z  powagą,  która  w  ogóle  do  niego  nie  pasowała  -  skoro 

zaakceptowali go Amerykanie, to chyba musieli go przedtem sprawdzić, nie? 

Lodzio stanął nad swoim nowym kierownikiem. 

- Wiesiek! Miałeś być o dziesiątej w produkcji. Czeka ten boss od przebudowy studia, 

już chyba z dziesięć minut. 

Pępka zmyło razem z jego powagą i obandażowanym palcem. Nawet nie powiedział 

„dziękuję”.  Lodzio  zajął  zwolnione  miejsce.  Jak  spod  ziemi  wyrosła  przy  nim  obrzydliwa 

kelnerka z gorącymi parówkami i kieliszkiem wina. 

- Das selbe fur mich, bitte! - skorzystał z okazji Graf. 

-  Jak  pan  to  zrobił,  panie  Ludwiku?  -  skuteczność  Lodzia  w  obcowaniu  z  nową  siłą 

roboczą zrobiła duże wrażenie na panu Stanisławie. 

- Złożyłem zamówienie w kuchni - wyjaśnił Lodzio z pełnymi ustami. 

-  Intelektualista  katolicki  jest  wolny  wolnością  katolika  -  nawiązał  do  przerwanego 

wątku Elegancki Eugeniusz. - Interesuje mnie raczej zagadnienie konspiracji tak głębokiej, że 

nikt o niej nie wie. Siłą rzeczy kon-spiruje się tylko z tymi, którym się ufa, czyli którzy myślą 

to samo i tak samo. Daleka droga do obalenia komunizmu. 

- Amerykanie najwyraźniej się dowiedzieli. 

- KWIK jako agentura CIA? 

W środku sali podniósł się zgietk. Jakiś Uzbek znalazł w swojej jajecznicy boczek i 

robił awanturę Czarnemu Biustonoszowi. Ten nie pozostawał mu dłużny. Każde gardłowało 

we własnym języku, toteż spór nie rokował rychłego zakończenia. 

background image

- Karleje postać świata - zawyrokował pan Stanisław - i my razem z nią. Gdy pomyślę 

o  tych  wszystkich  wspaniałych  ludziach,  którzy  tworzyli  tę  rozgłośnię,  o  ich  przejrzystych, 

niemal legendarnych życiorysach! O nie budzących wątpliwości przynależnościach! Przecież 

nawet socjalizm Juliana, niech mu ziemia lekką będzie, to był socjalizm, z którym można się 

było nie zgadzać, ale nie wątpiło się w jego znaczenie i, przede wszystkim, istnienie. A dzisiaj 

co się okazuje przepustką do historii? Jakiś kwik, którego nie dosłyszał nikt! 

Dumny profil pochylił się ze smutkiem nad cieniami dawnej wielkości świata. 

Pani  Elwira  upierała  się,  żeby  jednak  dać  szansę  Namiastnikowi.  Sama  była 

stosunkowo świeżym nabytkiem Wolności, pojawiła się w niej zaledwie czternaście lat temu i 

nie zapomniała nieufności, z jaką ją przyjęto. 

- Będziemy mu patrzeć na ręce - strzepnęła lekko pulchnymi dłońmi okruszki z obrusa 

- w końcu na razie podjął tylko kilka niefortunnych decyzji personalnych. 

- Przynajmniej będzie komu teraz pisać audycje - stwierdził ni w pięć, ni w dziewięć 

Lodzio.  Jako  reżyser  znał  ból  wypełniania  obowiązkowego  czasu  na  antenie  wobec  braku 

odpowiedniej ilości skryptów. 

Uwaga miała świadomie obraźliwy charakter. Nie takiego Lodzia znali przez tyle lat. 

- Pisać, żeby pisać, każdy potrafi - uniósł się honorem Elegancki Eugeniusz. - Chodzi 

o to, jak to się robi i o czym! 

-  Uwaga  -  przerwał  rodzący  się  spór  Urkowicz  -  idzie  ta...  niefortunna  decyzja 

personalna. 

W kierunku ich stołu zbliżała się entuzjastycznym, choć nieco chaotycznym krokiem 

rozregulowanej marionetki wysoka, szczupła postać zwieńczona pokaźną, podłużną twarzą na 

pochylonej jak u psa na tropie szyi. Na twarzy kołysał się szeroki uśmiech wydatnych warg i 

podskakiwały  jak  niebieskie  piłeczki  pingpongowe  gałki  oczne.  Całość  traciła  kontury  w 

pokaźnym owłosieniu rwącym się ochoczo do istnienia z każdego, zdawałoby się, dostępnego 

skrawka ciała. 

- Cieńdobły, cieńdobły - radośnie powitała obecnych postać i bez zaproszenia zasiadła 

zamaszyście  w  jedynym  wolnym  miejscu,  na  krześle  nieodżałowanego  Juliana 

Marchlewskiego. 

- Śniadanko przed placot, dobla rzecz! Smacznego! 

Jak  na  złość  pozostałym,  nieosiągalna  kelnerka  pojawiła  się  bez  zwłoki.  Być  może 

zwabiła ją niezwykła powierzchowność nowo przybyłego. 

background image

Ów  złożył  imponujące  zamówienie,  również  po  niemiecku  mówiąc  przez  nos  i  nie 

wymawiając „r”. Mimo to został zrozumiany, niezwłocznie obsłużony i obdarzony czymś w 

rodzaju uśmiechu. 

-  Nie  macie  pajstwo  pojęłcia,  jaki  to  honor  dla  mnie  zasiadać  w  takim  glonie  - 

zachwycała  się  twarz,  a  wiosenne  słońce  rozświetlało  zawieruchę  blond  włosów  na  kształt 

aureoli szczęścia. - Jeszcze w Polsce słuchałem ładia jak wyioczni! Łozpoznawałem każdego 

łedaktoła  po  bałwie  głosu,  wyobtażalem  sobie,  jak  wygłołdacie!  Kto  by  przypuszczał,  że 

bełdeł jednym z was!? 

Miny adresatów tego panegiryku wskazywały wyraźnie, że im to także nie przyszloby 

nigdy do głów. 

Nie wypadało jednak przyjmować hołdów bez stosownej odpowiedzi. 

- Bardzo nam miło - oznajmiła pani Elwira tonem nauczycielki otrzymującej laurkę z 

rąk mało rozgarniętego bachora. - A czym, jeśli wolno zapytać, będzie się pan zajmował w 

naszej rozgłośni? 

-  Fołmol  -  wyjaśnił  zachwycony  z  pełnymi  ustami,  co  zresztą  nie  wpływało  na 

klarowność przekazu w żadnym stopniu. - Czeba popłaco-wać nad folmol. 

Jakby dla podkreślenia wagi tej diagnozy potężnie kichnął. 

-  Przepłaszam  -  potoczył  niewinnie  błękitnymi  oczami  po  obecnych,  najwyraźniej 

sprawdzając,  kogo  opluł  -  alelgia.  Wiosenny  katat,  nadmiał  cieczy  w  olganizmie.  Grosse 

vodka  bitte!  -  zawołał  przez  pół  sali  w  kierunku  nieosiągalnej  kelnerki,  która  kiwnięciem 

bezbarwnych  kłaków  pod  neonową  czapeczką  zaakceptowała  ten  bezpośredni  sposób 

składania zamówienia jako naturalny i oczywisty. 

-  Co  pan  ma  na  myśli?  -  Elegancki  Eugeniusz  zmusił  się  do  uprzejmej  rzeczowości. 

Entuzjasta rozłożył ręce. W jednej trzymał widelec z nadzianym nań kawałkiem debreczynki, 

w  drugiej  kawałek  chleba  z  twarożkiem  na  słono.  Przecinek  szczypiorku  poruszał  się  w 

gąszczu złocistej brody jak jaskrawozielona wesz. 

-  Tełpo!  -  wyjaśnił  -  kłótkie  infoimacje,  flasze.  Przeływniki  muzycznej,  najlepiej  z 

syntetyzela.  Minimum  komentarza.  A  jeżeli  już,  to  iłonicz-ny,  kpiałski.  Komunei  trzeba 

ośmieszać! Tam nikt już nie tławi patosu, bohatełstwa. Siuchajoł nas zwykli ludzie f ponułych 

łealiach. Dlażni ich połuczanie. Komuna ich poluczała cztełdzieści lat. Nie po to mełczoł siei 

zagłuszaniem,  żeby  przez  dziesiełć  minut  słuchać  jakichś  teołetyczno-pa-tfaotycznych 

łozważań. Tełołię i patłotyzm majol we kiwi. No i żywy jeł-zyk. Trzeba mówić, nie czytać. 

Na gołołco, z błełdami, ale na żywo! Jak człowiek wolny do wolnego człowieka! 

 

background image

Pouczeni  przypatrywali  się  w  skupieniu,  jak  radosny  mówca  wlewa  dużą  wódkę  do 

szklanki z herbatą. 

- Pomaga na katal - wyjaśnił niepotrzebnie, wychylając za jednym zamachem połowę 

koktajlu. 

- Pan oczywiście ma doświadczenie radiowe - uściślił na wszelki wypadek Urkowicz. 

- Dziesieić lat w łozgłośni hałcełskiej. Płaktycznie łobitem, co chciałem. 

-1 chciał pan być w partii? - pani Elwira była jak zwykle świetnie poinformowana. 

Widelec śmignął lekceważąco przed oczami. 

-  Płaktyczny  opołtunizm.  Gest  bez  znaczenia.  Alibi.  W  mediach  pał-tyjni  wiełcej 

mogoł. Ale i tak mnie internowali. 

Dostojne głowy pochyliły się lekko z szacunkiem dla męczeństwa. 

- Ciężko było - delikatnie podsunął Graf. Przed oczami stanęło mu Dachau. 

Entuzjazm męczennika jeszcze się wzmógł. Trudno powiedzieć, czy za sprawą wódki 

w herbacie, czy rozkosznych wspomnień. 

- Zabawa! Wszyscy, klawisze, kłyminalni, łecydywiści byli po naszej stłonie! Zalaz na 

poczottku dostaliśmy cynk, że jeśli wejdą łuscy, to uciekamy łazem - intełnowani i stłażnicy. 

Dtogi  i  mety  były  przygotowane.  Paczki  dla  bohaterów!  Dużo  wolnego  czasu,  żadnej 

odpowiedzialności,  szacunek!  Nawet  alkohol  przychodził.  Do  butelki  po  szamponie  żony 

wkładały płezełwatywy i wypełniały halą. Kułsy samokształceniowe! Przecież siedziała elita! 

Tylko kapeenowcy zmuszali do demonstłacji, o szóstej lano msza i śpiewanie Mułów. No i 

kobiet błakowało - błękitne źrenice wbity się w panią Elwirę z błyskiem, jak jej się zdawało, 

seksualnego wygłodzenia. Uśmiechnęła się z wyrozumiałością. 

-  Tutaj  też  nie  ma  ich  wiele  -  poinformowała  młodzieńca  z  mściwą  satysfakcją  i 

poprawiła włosy - No - widelec wbił się w przestrzeń jak celownik karabinu. - Ta łu-da jest 

całkiem niczego. 

Spojrzeli  w  ślad  za  widelcem  i  dostrzegli  Julitę.  Siedziała  razem  z  Irlandczykiem, 

Seanem.  Przykuty  do  krzesła  jej  wzrokiem  zaniechał  okrążania  kantyny  z  papierosem  w 

palcach, chociaż lato zbliżało się milowymi krokami, a wentylacja nadal szwankowała. 

- Ta łuda -  Lodzio nie odmówił sobie małej złośliwości  - jest zajełta, a nawet  gdyby 

nie była, to trzeba sieł zapisać w kolejce. 

Entuzjasta nie obraził się. Wytarł do czysta talerz kawałkiem chleba i rozejrzał się po 

stole, co by tu jeszcze zjeść. 

- I tak tu długo nie popłacujemy - zawyrokował - komuna sieł toz-padnie lada dzień. 

background image

- Od pańskich flaszów i przerywników muzycznych? - Elegancki Eugeniusz uznał, że 

nie warto ukrywać niechęci, skoro jej obiekt i tak się nie obraża. 

- Sama z siebie. To przecież widać gołym okiem. Całe szczełście, że jeszcze zdołżeł 

sieł do tego przyłożyć. Przejdziemy do histołii! 

- Pan zapewne ma już upatrzone jakieś godne stanowisko - odezwał się pan Stanisław, 

nie otwierając oczu - w odrodzonej, wolnej ojczyźnie. 

Gumowe  wargi  rozciągnęły  się  w  przewrotnym  uśmiechu,  odsłaniając  zdrowe, 

wielbłądzie  zęby  Nie  wiadomo  skąd  znalazł  się  między  nimi  papieros  i  złociste  zarośla 

przesłonił obłok dymu. 

- Wolne żałty!  Dla nas  tam nie bełdzie miejsca! To dopięło bełdzie buł-det! Miliony 

któłym siet należy jakieś zadośćuczynienie, tysiołce przekonanych, że zasłużyli na zaszczyty 

setki gotowych ministlów, ambasado-łów, dyłektołów! Nie spodziewajcie siei wdziełczności. 

Wolność  to  egoizm,  egoizm  w  blasku  i  majestacie  pława.  Przeplaszam  -  unoszący  się  w 

dymie prorok spadł ni stąd, ni zowąd w ton lekkiej paniki. - Muszel spadać. 

Zerwał  się  z  krzesła  pana  Juliana  i  pomknął  swoim  rozregulowanym  truchtem  do 

wyjścia, gdzie stal Turysta i wzywał go kiwaniem wskazującego palca. 

-  Polszczyzna  równie  oryginalna,  co  angielski  Victora  -  zauważył  z  sarkazmem 

Elegancki Eugeniusz. 

Nowy  wicedyrektor  tłumaczył  coś  nowemu  redaktorowi,  rozpędzając  sprzed  twarzy 

kłęby dymu. Turysta nie palił i nie tolerował palenia. Entuzjasta posłusznie zgasił papierosa w 

spodeczku  na  najbliższym  stoliku.  Siedząca  przy  nim  para  Czechów  przyjęła  to  z 

wyrozumiałością. 

- Radiowy głos - podsumował Bozio - nie do pomylenia z żadnym innym. To betdoł 

łozływkowe audycje! 

- Don Kichot - w głosie Grafa dawało się zauważyć cień sympatii. Może w młodości 

był podobny. - Wszystko mu się wydaje takie łatwe i oczywiste. 

- Mhm, mhm. Don to może za dużo powiedziane, ale Kichot na pewno. 

-  Namiastnik  dał  mu  od  razu  dziesiątą  grupę  -  ujawniła  pani  Elwira  kolejną  istotną 

informację ze swego niewyczerpanego zasobu poufnych danych.  - Niewątpliwie za dziesięć 

lat praktyki w harcerstwie i staż partyjny - Ktoś tu wspomniał o kredycie zaufania - mruknął 

Elegancki  Eugeniusz,  choć  wcale  nie  pragnął  zadzierać  z  panią  Elwirą.  Uznała  jednak,  że 

musi się wytłumaczyć. 

- Co innego zasady, a co innego praktyka. Nadrzędnym celem jest dobro rozgłośni. 

background image

Pan  Stanisław  zdobył  się  na  pocieszający  cytat  ze  skarbnicy  pamięci  ukrytej  pod 

powiekami. 

- „Ci. którzy wyłącznie dzięki szczęściu zostają z prywatnych ludzi książętami, zostają 

nimi z małym trudem, lecz z dużym utrzymują się - glos nabrał cech oratoryjnej deklamacji. - 

Tacy  mężowie  zależą  wyłącznie  od  woli  i  losu  tego,  który  ich  wyniósł,  a  obie  te  rzeczy  są 

bardzo zmienne i niestałe”... [W Machiavelli - Książę Przeł. K. Żaboklicki. ] 

-  Wollen  Się  noch  etwas?  -  przerwało  mu  brutalnie  obrzydliwe  dziewczynisko, 

sprzątając towarzystwu sprzed nosów nie dopite szklanki i kieliszki, sztućce i talerze. 

- Fołma. Wszystko jest kwestią fołmy - stwierdził tajemniczo Lodzio. 

background image

ETER  

 

Nie ma jednoznacznych  dowodów na to,  że Anankowie zdawali sobie sprawę, iż na 

przełomie  szesnastego  i  siedemnastego  wieku  stworzyli  rozległe  i  całkiem  sprawnie 

funkcjonujące  państwo,  o  którego  istnieniu  odległy  i  burzliwy  świat  wiedział  niewiele  albo 

zgoła  nic.  To  samo  można  powiedzieć  o  wiedzy  Ananków  na  temat  odległego  świata. 

Niewykluczone, że epoka dynamicznego rozwoju Ananii wzięła się z braku zainteresowania 

mieszkańców tej krainy dla tak abstrakcyjnych pojęć, jak państwo czy rozwój. Przyjmowali 

rzeczywistość w sposób naturalny, taką, jaka jest, co sprzyjało nieskrępowanym inicjatywom 

i  tolerancji  dla  dziwactw,  niespodzianek  i  nowości.  Były  one  z  czasem  wchłaniane  w 

dziedzictwo pamięci dzięki nigdy nie wygasłej namiętności Ananków do opowiadania o tym, 

co się zdarzyło. 

Dramatyczne  czasy  Mosura  Han-Ery,  dyscypliny  i  podbojów,  skostniałej  hierarchii 

społecznej, należały do historii. Synowie ambitnego wodza wytłukli się wzajemnie w walce o 

przejęcie po nim władzy i mało kto ich żałował. Rzemieślnicy z jego oddziału, którym udało 

się wrócić z wyprawy,  wzbogaceni  o chińskie umiejętności  i  rozwiązania, wzmocnili swoją 

przydatność  i  atrakcyjność,  ale  nie  przyszło  im  do  głowy,  żeby  na  tej  podstawie  żądać  dla 

siebie  jakichś  nadzwyczajnych  przywilejów.  Wobec  braku  jakiejkolwiek  władzy  centralnej 

powrócono  do  symbolicznej  roli  Ha-naka,  jako  honorowego  sumienia  ludu.  Rozproszenie 

Ananków  na  stosunkowo  rozległych  przestrzeniach  sprawiło,  że  każda  większa  osada,  z 

wolna przekształcająca się w miasto, miała swojego Hanaka i swoich opowiadaczy, którzy raz 

do  roku  spotykali  się  w  jednym  miejscu,  żeby  ustalić  wspólną,  ramową  wersję  historii  i 

pokrzepić się wzajemnie pogodą ducha i beztroską. Zjazdy te sprzyjały wymianie handlowej 

oraz  robieniu  wiatru,  rychło  więc  ich  stałe  miejsce  przekształciło  się  w  nieformalną  stolicę 

państwa, a jej Hanak, jako gospodarz, uznawany był za Han-Ha-naka, czyli kogoś w rodzaju 

mistrza cechu. 

Drugim  wspólnym  ośrodkiem  życia  i  tożsamości  Ananków  stała  się  Hesz-Ni-An, 

świątynia  Ananki  zbudowana  na  wschodnich  stokach  Uralu.  Zbudowali  ją  potomkowie  Ni-

An’ka, odmieńców, kapłanów, wystanych ongiś dla świętego spokoju na zachód przez Han-

Erę.  Utrzymywali  oni,  że  odnaleźli  w  końcu  legendarną  jaskinię  Mosura  i  Święty  Kryształ. 

Opanowali  technikę  wznoszenia  budowli  z  ociosanych  głazów  bez  użycia  zaprawy 

(zaskakująco  podobnych  do  architektonicznych  osiągnięć  Inków).  Nie  świadczy  to 

bynajmniej  o  jakichkolwiek  kontaktach  między  obiema  cywilizacjami  -  Anankowie  morze 

widzieli  raz  i  uznali,  że  to  wystarczy  -  ale  raczej  o  tym,  że  użyty  materiał  i  zastosowana 

background image

technologia decydują o charakterze konstrukcji. Podczas wyrywania górom budulca natrafili 

na  złoża  diamentów,  które  uznali  za  mistyczne  dzieci  Czaszki  Dziadka.  Anankowie 

dobrodusznie  zgodzili  się  z  tą  interpretacją,  bowiem  lśniące  kamyczki,  do  niczego 

nieprzydatne,  przemawiały  do  ich  dziecięcej  nieco  natury.  Z  kolei  nizinny  odłam  narodu, 

grzebiąc  w  porośniętych  mchem  i  chwastem  kurhanach  Scytów,  odkrył  ukryte  tam  złote 

ozdoby  zapomnianego  ludu.  Legendy  Ananków  nie  wspominały  nigdy  o  żółtym  metalu,  co 

stanowiło  smakowite  wyzwanie  dla  opowiadaczy  i  uruchomiło  przedsiębiorczość 

budowniczych.  Ci  ostatni  szybko  zdali  sobie  sprawę,  że  rzeki  pełne  są  czerwonawego  i 

zielonkawego  kruszcu,  łatwego  w  obróbce  i,  podobnie  jak  diamenty,  nie  nadającego  się  do 

niczego  prócz  ozdoby  i  zabawy.  Opowiadacze  zaś  po  wyjątkowo  długich  konsultacjach  we 

własnym  gronie  ustalili,  że  jest  to  krew  dziadka  Ananki,  która  wypłynęła  z  jego  świętych 

zwłok, nim zostały zjedzone. 

Oba te odkrycia zbliżyły do siebie Ananków górskich i nizinnych. Każdy z odłamów 

posiadał coś, czego nie posiadał drugi, co pozwalało utrzymać równowagę godności i ożywić 

handel.  W  zamian  za  złoto  Nizinni  posiedli  sekret  obróbki  kamienia.  Wyżynni  zaś  zdołali 

uzyskać splendor i prestiż dla swojej świątyni. 

Nie  usunęło  to  jednak  zasadniczych  różnic  między  nimi.  Ni-An’ka,  odizolowani  od 

świata  w  swoich  górskich  sanktuariach,  w  naturalny  sposób  oddawali  się  myśleniu  o 

sprawach  oderwanych,  idealnych  i  tajemniczych  jak  struktura  kryształu,  przez  który, 

metaforycznie  ujmując  rzecz,  spoglądali  na  rzeczywistość.  Pomimo  swej  różnorodności  i 

wielobarwności wydawała im się czymś stałym. Kopacze, budowniczy i myśliwi z równin i 

lasów  mimo  wszystko  zdawali  sobie  sprawę  z  istnienia  jakiegoś  świata  poza  ich  własnym, 

głównie za sprawą okazjonalnych najazdów z południa i ze wschodu. Często też na ich tereny 

trafiali uciekinierzy i  rozbitkowie z nie kończących się na dalekim  świecie wojen, wreszcie 

wszędobylscy  kupcy.  Przybysze  przyjmowani  byli  gościnnie,  wielu  z  nich  bez  trudu 

asymilowało  się  w  nowym,  przyjaznym  środowisku,  wnosząc  weń  własne  wierzenia  i 

obyczaje. Nie jest zapewne przesadą stwierdzenie, że Anania stała się w tym okresie krajem 

swoistego  azylu  politycznego  dla  wszystkich,  którzy  we  własnych  państwach  nie  znaleźli 

sobie  miejsca.  To  oczywiście  otwierało  nizinnym  Anankom  oczy  na  niestałość  świata. 

Podchodzili do niej ze swoistym stoicyzmem. 

Być  może  wpływ  na  odmienny  stosunek  Wyżynnych  i  Nizinnych  do  tajemnicy 

istnienia  miało  ich  podejście  do  Hu.  Kapłani  uważali  Hu  za  napój  święty  i  pili  go  rzadko, 

zaledwie kilka razy do roku, w ramach skomplikowanych obrzędów o charakterze wybitnie 

liturgicznym.  Nizinni  traktowali  Hu  jak  herbatę,  zauważając  jego  dobroczynny  wpływ  na 

background image

równowagę ducha. Ujmując rzecz w skrócie, można rzec, że dla kapłanów naturalnym stanem 

istnienia był niepokój wobec tajemniczej stałości wszechświata (uśmierzany jedynie podczas 

religijnych  świąt),  dla  reszty  Ananków  natomiast  sianem  istnienia  był  niewzruszony  spokój 

wobec nieprzewidywalnej i zmiennej natury wszechświata. 

Kupcy  z  Imperium  Ottomańskiego,  których  przyciągnął  na  te  zapomniane  przez 

Allacha  obszary  niezawodny  węch  uczulony  na  zapach  złota,  nienadzwyczajne  mieli  o 

Anankach wyobrażenie. „Lud to pogański, niepoważny i wielce gadatliwy - pisał jeden z nich 

-  nie  znający  dyscypliny  ani  wartości  posiadanych  dóbr,  którymi  Najwyższy,  w  swej 

niezgłębionej mądrości, obdarzył ich obficie i, jak się zdaje, całkowicie niezasłużenie. Trudno 

bowiem dostrzec, by w jakikolwiek sposób wyrażali Mu wdzięczność i oddanie za szczęśliwy 

los,  jaki  stał  się  ich  udziałem.  Przeciwnie  wręcz,  powodzenie  swoje  i  zasobność  za  własną 

uważają zasługę, czym w wielką wbijają się pychę, opowiadając bez końca wyłącznie o sobie, 

jakby  jedynymi  byli  ludźmi  na  tej  ziemi.  W  istocie  nie  ma  w  ich  języku  innego  słowa  na 

określenie człowieka prócz słowa Ananka, co świadczy o głupocie lub zadowoleniu z siebie; 

w  rzeczy  samej  jedno  od  drugiego  różni  się  niewiele.  Jak  większości  głupców  dobrze  im  z 

tym do tego stopnia, że nie znają nawet pojęcia szczęścia, ani doczesnego, ani niebiańskiego, 

jakim  jest  wypełnianie  woli  Stwórcy  Nic  dziwnego,  że  żyją  w  grzechu  i  nieczystości,  nie 

wiedząc nawet, że będą potępieni. 

Przy  tym  lud  to  jest  zdrowy  i  dorodny,  choć  nadzwyczaj  spokojny.  Nie  trzyma 

niewolników  ani  pracowników  najemnych,  nie  widziałem  też  regularnych  oddziałów 

zbrojnych, jeśli nie liczyć jazdy na oswojonych jeleniach, trzymanej, jak się zdaje, wyłącznie 

dla  ceremonii  i  zabawy.  Kobiety  ich,  chutliwe  i  bezwstydne,  myślistwem  i  rzemiosłem 

zajmują  się  pospołu  z  mężczyznami  (w  czym,  podobnie  jak  w  obróbce  kamienia,  celują 

nadzwyczajnie),  choć  nigdy  nie  tracą  okazji,  by  dla  lubieżnej  przyjemności  przerwać 

wykonywane właśnie zajęcie. Mędrców nie zauważyłem żadnych, co raczej nie dziwi, choć z 

tego,  co  zrozumiałem,  trzyma  się  niewielką  ich  grupę  w  zamknięciu  gdzieś  w  górach. 

Przyznam,  że  naiwność  i  dobroduszność  tego  ludu,  polegająca  na  zupełnej  nieznajomości 

spraw  tego  świata  przy  braku  ciekawości  i  pokory,  przepełniały  mnie  pogardą  i 

obrzydzeniem, mimo iż nic złego mi nie uczynili”. 

Zastanawiające,  że  po  takim  donosie  nie  doszło  do  podboju  Ananii  przez  Turków. 

Najwyraźniej  zajęci  nawracaniem  Europy  i  Bliskiego  Wschodu  zlekceważyli  nieznanych 

pogan, od których złoto i diamenty i tak można było uzyskać za bezcen. 

W tym czasie (koniec XVI wieku) Hanakiem była Zareba, kobieta z rodu myśliwych. 

Imię jej znaczy tyle co „Poraniona” lub - jak tłumaczono je później - „Naznaczona”. Wzięło 

background image

się z faktu wyjątkowego jej oszpecenia w wyniku zwycięskiego, choć kosztownego spotkania 

z niedźwiedziem. Drapieżnik, nim zginął, zdarł jej pazurami skórę z całej twarzy. 

Straszliwe to okaleczenie i wiążący się z nim przymusowy celibat (niezwykła szpetota 

i zmiany charakteru po wypadku odstręczały najjurniejszych) predystynowały ją w naturalny 

sposób do roli Hanaka. Nie tracąc energii i czasu na robienie wiatru ani na sprawy państwowe 

(wszystko,  w co mogłaby  się wtrącać, szło  spokojnie własnym torem; nawet  małych wojen 

nie było, by musiała brać na siebie czyjąś śmierć), poświęcała się z oddaniem myśleniu. Taki 

fenomen  nie  przyszedłby  do  głowy  tureckiemu  kupcowi.  Zauważyła,  że  w  opowieściach 

Ananków  o  sobie  samych  panuje  pewien  chaos,  nad  którym  warto  by  zapanować.  Nie 

chodziło jej bynajmniej o unifikację zbiorowej wyobraźni, ale o zachowanie dla potomnych 

całego  bogactwa  niestworzonych  historii  powstających  dzień  w  dzień  przy  wieczornych 

ogniskach, jak Anania długa i szeroka. 

W  tym  celu  przekonała  jednego  z  wybijających  się  wówczas  kapłanów,  niejakiego 

Stanusa,  do  podjęcia  wysiłku  spisywania  opowieści  i  zdarzeń  z  dziejów  Ananków  i 

deponowania ich w górskiej świątyni ku nauce, pocieszeniu i przestrodze. 

Stanus  początkowo  krzywił  się  na  ten  pomysł,  widząc  w  nim  ingerencję 

przedstawicielki nizinnych gadułów w wyżynny, usystematyzowany świat wierzeń. Poza tym 

spisywanie  dziejów  nadal  kojarzyło  mu  się  z  niechlubnym  w  jego  przekonaniu  okresem 

władzy Han-Ery i jego kochanka skryby Ga-Horesza. Sam doświadczając silnych emocji na 

widok każdej pary krzepkich męskich ud, walczył z tymi skłonnościami i wstydził się ich jako 

niegodnych  Strażnika  Kryształu.  Słabość  charakteru  szła  u  niego  w  parze  z  prawdziwie 

wyżynną  ambicją.  To  pierwsze  kazało  mu  zatem  ulec  namowom  Zareby,  to  drugie  -  z 

uległości  wyciągnąć  korzyści  dla  siebie.  Był  bowiem  zdolnym,  choć  mało  oryginalnym 

opowiadaczem.  Najlepiej  udawało  mu  się  opowiadanie  historii,  które  ktoś  już  przed  nim 

konstruował.  Umyślił  sobie  zatem,  że  mając  w  rękach  skarbiec  opowieści  wszystkich 

Ananków, stanie się niejako ich nadopowiadaczem, dysponującym niebagatelnym wpływem 

na  zbiorową  wyobraźnię.  Przy  uważnym  wyważeniu  akcentów  w  połączeniu  opowieści 

wyżynnych  z  nizinnymi  mógłby  nawet  zapewnić  kapłanom,  czyli  sobie,  władzę  nad 

myśleniem całego narodu. 

Wizja  ta  spodobała  mu  się  do  tego  stopnia,  że  nie  tylko  przystał  na  projekt 

Naznaczonej, ale związał się z nią na stale, rzecz podówczas u Ananków niespotykana. Miała 

w końcu postawną sylwetkę i krzepkie uda, a oszpecenie odbierało jej w znacznym stopniu 

zewnętrzne cechy kobiecości. 

background image

To  małżeństwo  symbolicznych  wprawdzie,  ale  jednak  przywódców  Wyżynnych  i 

Nizinnych  Ananków,  choć  nie  zaowocowało  potomstwem,  miało  swoje  historyczne 

konsekwencje w nadchodzących, mrocznych czasach. 

Istnieje inna wersja tych wydarzeń, kwestionująca altruistyczne motywy Zareby Otóż 

miała  się  ona  zakochać  w  Stanusie  tak  zaborczo,  że  miękki  kapłan  nie  miał  nic  do 

powiedzenia  w  kwestii  własnej  monogamii.  Silna,  bystra  i  bezwzględna,  zdawała  sobie 

sprawę,  że  jako  Hanak,  po  którym  oczekuje  się  celibatu,  nie  zaspokoi  targających  nią  żądz 

wśród pogodnych, nizinnych Ananków bez brzemiennego w nieprzewidywalne konsekwencje 

naruszenia  tradycji.  Odosobnienie  górskiego  sanktuarium  zdawało  się  rozwiązywać  ten 

problem. Nie wzięła jedynie pod uwagę, że i tam, wśród kryształów, kłębią się namiętności. 

Stanus był, żeby tak rzec, zajęty, a związany z nim młody Ni-An’ka w przypływie zazdrości 

rzucił  się  na  Zarebę  i  przeorał  jej  twarz  okruchami  diamentów,  nim  zginął  uduszony  jej 

krzepkimi dłońmi myśliwego. Po tej szekspirowskiej tragedii oboje - Hanak i kapłan - musieli 

dla  dobra  Ananków  zadbać  o  prawidłową  wersję  historii,  by  nie  zakłócić  delikatnej 

równowagi  między  Wyżynnymi  i  Nizinnymi.  Wprawdzie  Hanak  niejako  z  natury  rzeczy 

bierze  na  siebie  śmierć,  ale  nigdzie  nie  zostało  powiedziane,  że  może  bezkarnie  zabijać, 

zwłaszcza wrażliwych na punkcie swojej godności kapłanów. 

Trzecia  wersja  dramatu,  nie  kłócąca  się  z  żadną  z  poprzednich,  głosi,  że  pojętna 

Zareba, mająca z racji swojej funkcji częsty kontakt z obcymi kupcami, szybko zdała sobie 

sprawę  z  rzeczywistej  wartości  złota  i  diamentów,  a  stały  związek  ze  Stanusem  był 

pierwszym i koniecznym krokiem do zmonopolizowania handlu kosztownościami. Bezwolny 

kapłan dostrzegł płynące stąd polityczne korzyści i wymyślił święte archiwum manuskryptów 

jako  zasłonę  dymną  dla  projektu.  W  ten  sposób  materialne  i  duchowe  korzyści  umożliwiły 

długoletni,  choć  bezdzietny  związek  ambitnego,  wielbiącego  mężczyzn  apokryfisty  z 

oszpeconą kobietą. 

Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA  

 

Mosur obejmuje udami i ramionami pień. Silnymi ruchami torsu posuwa się w górę 

niby niewielki, odziany w szare sztruksy niedźwiedź. Wzdłuż pnia sypią się w dół na Lodzia 

zbutwiałe  paprochy  Mosur  dociera  do  bulwiastej  narośli  sterczącej  na  granicy  cienia,  pod 

koroną  lasu.  Wyjmuje  prawą  ręką  nóż  i  unosi  go  nad  odchyloną  w  tył  głowe.  Odrzyna  z 

wysiłkiem  bulwę  od  pnia,  stękając  i  przymykając  oczy.  „Jak  Michał  Anioł  pod  stropem 

Kaplicy Sykstyńskiej” - myśli Lodzio. 

Grzyb  spada  na  leśną  wyściółkę  z  tępym  jękiem.  Za  nim,  w  szeleście  ubrania 

szorującego po korze, zsuwa się Myśliwy. 

- Dałżno byt’ miertwoje - wyjaśnia, podnosi hubę i chowa do plastikowej reklamówki 

z  „CundC”.  -  Dierewo.  No  niedołga.  Wtedy  jest  najlepsza,  kiedy  zaczyna  się  karmić  samą 

sobą. I łatwo odchodzi od trupa. 

Idą w dół po zalesionym zboczu, przechodząc słupy olśniewającego światła i pieczary 

wilgotnego, zielonego mroku. W nocy padał deszcz. Zapach lasu jest intensywnym kadzidłem 

życia  i  śmierci.  Mosur  stuka  rękojeścią  noża  w  mijane  pnie.  Co  jakiś  czas  zatrzymuje  się  i 

powtarza operację. 

Lodzio  niesie  wędki.  Jak  kiedyś,  wśród  podkieleckich  gór,  dobrowolny  tragarz 

prawdziwych mężczyzn. Dopuszczony do krwawego rytuału, do polowania, zadania śmierci i 

celebracji wódką przy dymiącym ognisku. W końcu jest jedynym skrybą wodza. 

Tafla wody przypomina wypolerowaną stal. Tylko przy brzegu cień pochylonych olch 

zdradza jej przejrzystość i bursztynową głębię. Ktoś wydeptał trawę aż do niebieskawej gliny, 

paroma kamieniami zaznaczył miejsce na ogień. Absolutna cisza, nie słychać nawet ptaków. 

- Bywają tu - Lodzio wskazuje ludzkie ślady. 

- Nu da. Kłusują. Idealne miejsce - Mosur rzuca torbę na ziemię, rozgląda się i znika 

w pobliskich chaszczach. - Egzamin na kartę drogi - rozlega się tryufmalne ciurkanie moczu - 

trudny, raz do roku. A ryb w bród. To i kłusują. 

Lodzio  wyjmuje  smukłe  wędki  z  pokrowca,  otwiera  rozkładającą  się  jak  akordeon 

skrzynkę na haczyki, ciężarki, błyski i sztuczne muchy Mosur nadal buszuje w zaroślach. 

Górą  przechodzi  lekki  wiatr,  szumią  liście,  ostatnie  krople  spadają  w  wodę, 

opalizujące kręgi łagodnie rozchodzą się po powierzchni. 

Mosur  wyłania  się  z  zarośli.  W  ręku  trzyma  zardzewiałą  puszkę  pełną  ziarnistej, 

ruchliwej ziemi. Wyciera nóż o nogawkę. Brunatne grudki błyskają różem i tłustym brązem. 

background image

Lodzio  patrzy  z  przyjemnością,  jak  potomek  Ananków  kuca  przy  wędzisku  i 

szybkimi,  pewnymi  ruchami  palców  wiąże  ciężarek  żyłką,  wybiera  z  brzęczącego  gąszczu 

śmiercionośną  kotwiczkę.  Łączy  ją  z  nylonem  skomplikowanym  węzłem,  który  jest 

oczywiście  prosty  i  niezawodny,  jeśli  się  tylko  wie,  jak  go  zrobić.  Uspokajająca  pewność, 

granicząca  z  automatyczną  obojętnością,  właściwa  tym,  którzy  znają  się  na  rzeczy  Potem 

Mosur  wybiera  z  puszki  dorodną  dżdżownicę,  różową  z  żółtawym  kołnierzem  i  wkłada  ją 

sobie do ust. Wargami ściąga z niej ziarenka ziemi 1 lśniącą od śliny nadziewa kunsztownie 

na haczyk. 

-  Tak  się  u  nas  robi  -  stwierdza  fakt,  dostrzegając  grymas  obrzydzenia  na  twarzy 

towarzysza - czary. Mówią, że pomaga. 

Lodzie chciałby się przydać. 

-  Tego  nie  używasz?  -  wyjmuje  ze  skrzynki  jedno  z  podłużnych  fosforyzujących 

wrzecion. 

- To dobre na drobiazg. Rzucimy na grunt. Przy dnie chodzą prawdziwe potwory. 

Robi  zamach  i  rzuca.  Posłuszne  niemieckie  warknięcie  kołowrotka  i  odległy  plusk. 

Skręcająca się na ostrzach dżdżownica wędruje przez głębie na dno. 

Teraz  czekanie,  na  które  czeka  Lodzio.  Żeby  porozmawiać,  zrozumieć  pewne 

niezrozumiałe  sprawy.  Potwierdzić  naturalnie  rozwijającą  się  przyjaźń.  Bo  niby  dlaczego 

Mosur  właśnie  jemu  zaproponował  wyjazd  pod  miasto,  do  lasu,  na  ryby?  Czy  coś  ma  się 

wyjaśnić, czy pojawią się ważne pytania i nieodwołalne odpowiedzi? Ręka sama wędruje do 

chlebaka  i  wyciąga  butelkę  whisky.  Na  jej  widok  Mosur  kręci  głową  i  sięga  po  swoją 

piersióweczkę z Hu. 

Piją.  Patrzą  przed  siebie,  gdzie  nic  nie  ma  oprócz  tafli  wody  i  łagodnych  gór.  Jeśli 

spojrzeć  na  nieruchomy  koniuszek  wędki  z  iskrą  żyłki,  to  wszystko  znika  z  pola  widzenia. 

Wtedy  słychać  szmery,  odgłosy  tłumnego,  niewidzialnego  istnienia.  Robaki,  chrząszcze, 

mrówki,  owady  przedzierają  się  przez  życie,  polują,  uciekają,  pożerają,  dupczą  się  jak 

opętane. Lodzio czuje swędzenie w krzyżu i żar alkoholu w żołądku. 

- Jak u nas - Mosur zatacza piersiówką nieokreślony łuk. 

-  Tęsknisz  czasem?  -  podejmuje  natychmiast  Lodzio  rad  z  zachęcającego  otwarcia. 

Ruch ramion. 

- Woda, góry, wszędzie takie same. Tam żyć trudno, tu łatwo. Do czego tęsknić? 

- Do ludzi? 

- Ludzie też są wszędzie. I też tacy sami, prawdę mówiąc. Ty tęsknisz? Lodzio wie, że 

nie  tęskni.  W  swoim  monachijskim  mieszkaniu  nigdy  nie  leżał  z  otwartymi  oczami, 

background image

wsłuchując  się  w  zgrzyt  tramwaju  na  nowych  szynach  i  dzwonienie  figurek,  czekając,  aż 

nostalgia  przeniesie  go  w  czasie  do  domu,  do  Kielc.  Nie  miał  nawet  snów  paszportowych, 

koszmarów, że znowu jest w Polsce i nie może wyjechać, perwersyjnych, masochistycznych 

wersji  tęsknoty.  Kielce  pojawiały  się,  kiedy  chciały,  na  zasadzie  swobodnych  skojarzeń  z 

czymś, co jest, a co już było. Towarzyszyło im uczucie ulgi, rozpoznania, ale na pewno nie 

sentymentu. Z dystansu chciał być jednak uczciwy wobec własnej przeszłości. Nie wszystko 

co z Kielc to szmelc. 

-  Mieszkałem  w  teatrze  -  nie  odpowiada  na  pytanie  wprost.  -  U  stróża.  W  centrum 

miasta. 

- Intieresno - stwierdza Mosur bez zainteresowania. 

-  Stróż  albo  pił,  albo  spał.  Robiłem  wszystko  za  niego.  Przynieś,  podaj,  pozamiataj. 

Ale to i tak był zaszczyt. Miałem dziewiętnaście lat, a ten teatr, wtedy, to było  centrum nie 

tylko Kielc, ale całej Polski, tak nam się zdawało. Albo i Europy Chruszczowowska odwilż, 

rozumiesz.  Wolność  w  zasięgu  nadziei.  Ważne  przedstawienia,  dyskusje.  „Pluskwa” 

Majakowskiego, „Caligula” Camusa... 

Twarz  Mosura  nie  zdradza  żadnego  poruszenia  wewnętrznych  strun  pamięci  czy 

emocji.  No  tak,  przecież  wtedy  jego  tatuś  w  najlepszym  wypadku  dopiero  zabierał  się  za 

robienie wiatru z mamusią. Jak wyglądała zresztą odwilż za Uralem? 

-  Teatr  imienia  Stefana  Żeromskiego  -  zaczyna  Lodzio  z  innej  beczki.  -  Taki  polski 

znany  pisarz.  Straszny  erotoman,  ale  ze  społecznym  zacięciem.  W  swoim  czasie  ważny, 

politycznie  ważny.  Chociaż  mówiono,  że  powinien  raczej  pisać  o  seksie,  bo  tylko  to  go 

naprawdę interesuje. Zmysłowiec. 

Mosur kiwa wreszcie głową na znak, że takie połączenie namiętności i ambicji nie jest 

mu obce. 

- I coś z tego erotycznego stosunku do sztuki, do sztuki w polityce tam się objawiło. 

Dużo  młodych  ludzi.  Wykłady  najlepszych  profesorów,  spotkania  z  umysłami,  płonący 

kominek, znaczenie wielkich słów, taka pasja, wiesz, ale i trochę gra z władzami, co wolno, 

czego  jeszcze  nie,  jak  się  najlepiej  wyrazić...  -  Lodzio  nie  umie  nazwać  tego  podniecenia, 

które  teraz  dobrze  pamięta,  poczucia  dumy  z  przynależności  do  środowiska  ludzi 

odmiennych, myśleniem i strojem, swobodnym wyglądem, potoczną, czasem wulgarną mową 

nazywających  świat  po  swojemu,  nie  wstydzących  się  siebie.  Aktorzy,  tacy  zagęszczeni  i 

wyraziści na scenie, tacy fajni, nerwowi, ale na wesoło przerysowani przy wódce, na rybach. 

Nazwiska, nazwiska, nazwiska z całej Polski. Camus nie przyjechał, bo akurat dostał Nobla i 

background image

cząstka tego Nobla znalazła się właśnie w kieleckim teatrze, należała do jego zespołu, a więc 

w jakiejś malutkiej wprawdzie, ale jednak w części do Lodzia. 

-  Nosiłem  dekoracje,  piłem  z  aktorami,  rozlepiałem  afisze.  Wszystko,  co  robiłem, 

miało  sens.  Słuchałem  wykładów,  patrzyłem,  jak  się  prowadzi  próby,  jak  się  reżyseruje 

sztukę, ustawia ludzi, buduje sceny... 

~ Postanowka - potwierdza Mosur - nauczyłeś się i ty teraz sam reżyser. 

Lodzio macha ręką. 

- To nie to samo. Tam wszyscy mieli gorączkę. Łatwiej było się upić, niż się najeść, 

ale  podwyższoną  temperaturę  mieli  wszyscy.  Nawet  na  szkolnych  przedstawieniach.  Bo 

powstało  tam  Studium  Teatralne,  gdzie  przyszli  artyści  mogli  się  wprawiać  w  praktyce.  To 

było coś. Niestworzone pomysły, szalone próby - Lodzio łyknął porządnie z butelki „Dzikich 

Gęsi” - tam najbardziej lubiłem chodzić. 

- Aktorki, łatwa zwierzyna - komentuje sentencjonalnie Mosur, sprawdzając napięcie 

żyłki. 

-  Nawet  asystowałem  przy  reżyserii  jednej  sztuki  -  ciągnie  rozpędzony  Lodzio  - 

Szekspir, „Otello”. 

- Kak? 

-  Atiełto  -  tłumaczy  Lodzio  -  musiałeś  słyszeć.  Wielka  sztuka  o  zazdrości  i 

manipulacji... 

Mosur wydyma wątpiąco wargi. Entuzjazm Lodzia jakoś nie może się przebić przez 

spokój jego niewiedzy. 

-  Angielski  dramaturg,  szesnasty,  siedemnasty  wiek  -  nie  rezygnuje  Lodzio  - 

Namiętności,  władza.  W  skrócie  w  tej  sztuce  chodzi  o  to,  że  Otello  kocha  swoją  żonę, 

Desdemonę,  a  jego  zausznik  Jagon  jest  o  to  uczucie  zazdrosny  I  swoimi  intrygami 

doprowadza do tego, że Otello ją zabija. Dusi. 

- Maładiec - pointuje niewzruszony Mosur. 

-  Są  różne  możliwości  odczytania  tej  historii  -  brnie  dalej  były  adept  Studium 

Teatralnego.  Czy  Mosur  wie,  że  Julita  się  puszcza?  Że  Lodzio  jest  jego  przyjacielem, 

oddanym tak, jak tylko to możliwe, lojalnym i wiernym? Bo jeśli nie, to subtelna aluzja chybi 

celu.  -  W  każdym  razie  wtedy  ten  student  reżyserii  odczytał  ją  tak,  że  Jagon  kocha  Otella 

miłością  ho-moseksualną  i  po  prostu  chce  usunąć  rywalkę.  Teraz,  na  Zachodzie,  to  żadne 

odkrycie, ale w latach pięćdziesiątych w Polsce, to była bardzo śmiała interpretacja. 

- Nu, da. Angliczanin, piederast. 

Stwierdzenie faktu, ani cienia pogardy czy niesmaku. 

background image

- W końcu nie wystawili tej sztuki, ale próby, co się działo na próbach! Każdy musiał 

się jakoś przełamać, bo na te tematy otwarcie się nie mówiło. 

Lodzio  widzi  Roberta,  w  czarnym  swetrze  i  farmerkach,  w  pepegach  na  gołych 

stopach,  z  wystudiowaną  demonicznością  spojrzenia  przez  kłęby  papierosowego  dymu,  jak 

krzyczy na Jagona: „Bliżej ucha! Bliżej ucha! Jakbyś mu chciał tam wsunąć język! Wsuń mu, 

kurwa, język w ucho!”, jak w tym krzyku wstaje z fotela, wcale się nie przejmując, że lampka 

na  reżyserskim  stole  oświetla  jego  czarne,  fizyczne  podniecenie  w  przyciasnych  spodniach. 

Widzi  zażenowane  zainteresowanie  Renaty  -  Desdemony,  czuje  rozkoszną,  choć  wstydliwą 

dumę  z  uczestniczenia  w  przełamywaniu  tabu,  kiedy  Robert  obejmuje  go,  wskazując  jasno 

oświetloną scenę z dwoma mężczyznami w niepokojącym uścisku i mówi - nikt nie wie, co 

się kryje w jego wnętrzu. Zadaniem reżysera jest wydobyć to i zrozumieć. 

A potem wódka, kiedy wszystko zostaje wydobyte i zrozumiane. Narastające napięcie, 

rozgrzane  twarze,  aluzje  i  spojrzenia,  opar  dla  Lodzia  fantastyczny  i  podniecający  aż  do 

momentu, kiedy Robert bierze Jagona za szyję, całuje go i wychodzą w labirynt korytarzy, do 

którejś garderoby, do stolarni, do rekwizytorni, nieważne gdzie, ważne, że Lodzio zostaje sam 

na sam ze swoim podnieceniem, swoją zazdrością, no i z Desdemoną. 

-  Obleśne  -  stwierdza  rozchwiana  już  lekko  Renata  -  ja  jestem  z  przyzwoitej, 

katolickiej  rodziny  Po  co  mi  to  aktorstwo?  Na  szczęście  ty  jesteś  normalny  w  tym 

towarzystwie,  chodź,  oczyścimy  się  po  bożemu!  -  i  zanim  Lodzio  zdaje  sobie  sprawę  z 

oczywistego  nieporozumienia,  zostaje  uwiedziony,  poprowadzony  za  rękę,  i  za  członka, 

skonsumowany  i  nieludzko  opieprzony  -  Spuściłeś  się  we  mnie!  Czyś  ty  oszalał,  gnojku!? 

Spuściłeś się we mnie! Chcesz, żebym zaszła? Nie mogłeś uważać? 

I  nieznośny  skrzyp  łóżka  pod  miotającą  się  histerycznie  dziewczyną,  metalowego, 

zdezelowanego łóżka, dekoracji po „Pluskwie” Majakowskiego. 

- I tak niechcący zostałem ojcem - kończy Lodzio. Mosur się uśmiecha i widać, że tę 

historię akurat dobrze rozumie. 

- Nie mogła... - ruch ręki, niby łyżką, w okolicy bioder. 

- Katoliczka. Potem ślub, rozwód, oczywiście tylko cywilny, wyjechała do Warszawy, 

a potem, nie wiem nawet jak, do Szwecji. Ale w jednym miała rację. Aktorka z niej żadna. 

-  Nu,  da.  Jago  -  mówi  z  naciskiem  Mosur  -  różnie  bywa.  Julka  akurat  bardzo  chce 

mieć dziecko. Mówi, że najwyższy czas. 

„Z kimkolwiek”  chce natychmiast  dodać  Lodzio,  ale przeszkadza mu  trzask  gałązek 

za plecami. 

background image

Jakiś  człowiek  zsuwa  się  hałaśliwie  w  ich  kierunku.  Trudno  orzec,  czy  to  strażnik. 

Bawarzy  w  swoich  codziennych  ubraniach  ze  zgniłozielone-go  filcu  wyglądają  na 

umundurowanych. 

Lodzio cierpnie za uszami. 

Przybysz ogarnia wzrokiem polankę, dwóch kłusowników, nieruchomą wędkę i takież 

lustro wody obramowane obojętnymi wzgórzami. 

- Gruss Gott - pozdrawia piwnym głosem - Wie geht’s? 

-  Nicht  zu  gut  -  Mosur  pokazuje  puste  dłonie.  -  Wie  immer.  Jego  akcent  przyciąga 

uwagę Bawara. 

- Kein Deutscher, geh? 

- Nein - odpowiada Mosur z pogodną bezczelnością. - Ich bin ein Ananker. 

-  Na  ja  -  Bawar  nie  przyzna  się  do  ignorancji  w  kwestiach  narodowościowych.  -  Es 

gibt viel von euch rundrum heut’ zu Tage! Viel Spass! 

Zgryźliwość  pozdrowienia  podkreśla  obrócenie  się  na  pięcie  i  zniknięcie  pomiędzy 

drzewami  bez  odwracania  głowy.  Dopiero  teraz  widzę  na  jego  plecach  sprany,  płócienny 

pokrowiec ze składanym wędziskiem. 

- Zajęliśmy mu  miejsce  -  domyśla się  Lodzio  i  dodaje z satysfakcją.  -  Kto pierwszy, 

ten lepszy Jakby na potwierdzenie tego banału zablokowana między drewnianymi widełkami 

a kamieniem wędka wygina się gwałtownie w tuk, a kołowrotek wydaje z siebie przeciągły 

gwizd.  Mosur  błyskawicznie  zgina  plecy  w  bliźniaczy  łuk  i  chwyta  gumową  rękojeść  lewą 

dłonią, podczas gdy prawa już blokuje uchwyt kołowrotka. Gwizd przechodzi w jęk, Mosur 

podrywa wędkę w górę i do tyłu, przez co zgina ją w niemożliwy, jakby się zdawało, kształt 

litery  U,  a  napięta  jak  struna  żyłka  wyrywa  się  świetlistym  promieniem  z  wody, 

pozostawiając na jej powierzchni wąską bliznę, jak ślad od bata na końskim zadzie. 

-  Balszoj  kusok  -  domyśla  się  Ananker,  spokojnie  już  robiąc  krok  do  tylu  i 

manewrując  kołowrotkiem  tak,  by  nie  dopuścić  do  zerwania  żyłki  Ma  podwinięte  rękawy  i 

ścięgna na przedramionach wydają się przedłużeniem lśniącego napięcia łączącego je z rybą 

walczącą  przy  dnie.  Lodzio  stwierdza  ze  zdumieniem,  że  serce  dudni  mu  w  gardle  z 

podekscytowania i cieszy się jednocześnie, że to nie on bierze udział w pojedynku. Na pewno 

by coś zepsuł. 

Popuszczanie  i  skracanie  linki  trwa  jakiś  kwadrans,  po  czym  kończy  się  remisem. 

Zerwanie nie następuje, ale dalsze wyciąganie nie jest możliwe. Napięta żyłka jęczy lekko i 

połyskuje ironicznie. 

background image

- Zakopał się - mówi spokojnie Mosur - trzymaj. Nic nie rób, tylko trzymaj. Wybieraj, 

jak ci dam znać. 

Lodzio zaciska palce na ciepłej gumie. Mosur ściąga koszulę, zrzuca spodnie i slipy i 

wchodzi  do  wody  Pod  światło  jego  sylwetka  traci  realność  i  tożsamość,  jest  ciemnym 

konturem  na  greckiej  wazie,  odwróconym  trapezem  torsu  i  czterema  śmiałymi  gestami 

smukłych  kończyn.  Odblask  wody  mlecznie  podświetla  dziwnie  bezbronne  pośladki,  biega 

migotliwie  po  łydkach  i  udach.  Kroki  Mosura  są  ostrożne,  badające  nieznany  grunt,  ale 

pewne.  Lewą  ręką,  uniesioną  nad  głową,  trzyma  delikatnie  żyłkę,  która  prowadzi  go  na 

głębinę. Wygląda jak oszczepnik szykujący się do rzutu, nieważki, ledwie zasugerowany na 

tle blasku. 

Kiedy  woda  sięga  mu  do  bioder  puszcza  żyłkę  i  płynie,  spokojnym,  pozbawionym 

jakiegokolwiek  stylu  sposobem  oswojonego  z  żywiołem  zwierzęcia.  Pozostawia  za  sobą 

srebrzysty trójkąt zakłóconego spokoju. 

Wreszcie  nurkuje.  Nie  ma  go  przez  chwilę,  tylko  przesuwająca  się  to  w  lewo,  to  w 

prawo  żyłka  daje  znać,  że  coś  się  tam  przy  dnie  dzieje.  Potem  jego  głowa  wyskakuje  nad 

powierzchnię jak uwolniona boja sygnałowa. 

- Wybieraj! 

Lodzio  kręci  kołowrotkiem.  Miarowy  terkot  uspokaja  jego  rozpędzone  emocje, 

wydaje  się  dźwiękiem  właściwym,  mówiącym  okej,  okej,  okej.  Mosur  znowu  znika,  ale 

żyłka,  choć  cały  czas  napięta,  pozwala  się  wybierać,  pryskając  kaskadami  kropel  jak 

otrząsający się pies. 

Mosur znajduje grunt i częściowo się wynurza, pochylony, dźwigający pod wodą jakiś 

ciężar; kołowrotek terkocze z zadowoleniem, Lodzio poci się z emocji, wokół wysuwających 

się  coraz  wyżej  nóg  Mosura  kłębi  się  mgławica  mułu.  W  końcu  widać  łup;  wygląda  na 

bezkształtną  kupę  mokrych  szmat  ociekających  gęstym  szlamem.  Nadal  pochylony  Mosur 

dociera do brzegu i rzuca swoje brzemię na wydeptaną trawę. 

- Puść wędkę, trzymaj to... pomóż. 

Lodzio bez entuzjazmu zanurza ręce w kłębowisko mokrych, posplątywanych pnączy 

w których, jak się od razu orientuje, coś się wije ze ślepą determinacją i potężną silą. Mosur 

kuca naprzeciwko i rozplątuje wodorosty jeden po drugim, odrzucając je za siebie. Lodzio ma 

przed oczami jego mokry tors, z wężykowatymi strumykami wody szukającymi sobie drogi 

między  pozwijanymi  w  pierścionki  kłaczkami,  a  niżej  kołyszące  się  nad  trawą  genitalia,  z 

fifrakiem zmarszczonym sceptycznie jak pyszczek pancernika. 

background image

Ręce  Mosura  odnajdują  cel  i  po  chwili  trzymają  mocno  żywy,  sprężający  się  na 

wszystkie  strony,  śliski  drąg.  Lodzio  chwyta  go  z  drugiej  strony  i  trwają  tak  przez  chwilę, 

połączeni swoim brunatnym, lśniącym łupem. 

- Węgorz  -  mówi  Mosur wpatrzony w małe, pozbawione wyrazu oczka  -  ponad dwa 

kilo. 

Lodzio  wie,  że  jest  to  jedyna  w  swoim  rodzaju  chwila,  wyjątkowa  okazja  na 

jednoznaczny  gest,  na  decyzję.  Obaj  są  zziajani,  podnieceni,  bezrefleksyjni,  oddani 

odruchom. Wystarczy pochylić się ku sobie, nawet przechwycić i utrzymać spojrzenie, żeby 

wszystko  stało  się  oczywiste.  Ale  Mosur  patrzy  w  oczy  ryby  nieświadomy  swojej  nagości, 

obojętny  na  symboliczne  znaczenie  całej  sceny,  nie  wie,  kto  to  był  Atiełto,  nie  ma  pewnie 

pojęcia, że zaciska palce nie na ciele węgorza, ale na wężu, na występnej drodze do poznania, 

do rozkoszy i wstydu, do ukaranej cierpieniem i śmiercią wolności. W mitologii Ananków nie 

występują węże. I Lodzio uświadamia sobie, że nawet gdyby Mosur zareagował na jego krok, 

oddał  mu  pocałunek  czy  pieszczotę,  to  byłoby  mu  to  równie  obojętne,  jak  zdrady  Julity. 

Potraktowałby  to  w  sposób  wyprany  z  emocji  i  refleksji  jako  zwykłe,  odruchowe  robienie 

wiatru po polowaniu, zwierzęcy czysto biologiczny akt; jednym słowem, gdyby się nawet do 

siebie zbliżyli, pieprzyliby się jak psy na trawniku. 

Lodzio zrozumiał bezsens takiego spełnienia, upokarzające wylewanie nasienia, które 

można przetłumaczyć na miłość tylko za cenę zakłamania, świadomego oszukiwania samego 

siebie. Potraktowałby Mosura tak, jak jego potraktował Aaron z Betiehem. Ale nawet Aaron 

był szczery. Zrobił to, co zrobił z nienawiści do Polaków, którą musiał czuć czy udawać, że 

czuje, udając na użytek Niemców Żyda. 

To  nie  jest  miłość,  myśli  Lodzio,  czując  we  wnętrzu  dłoni  słabnące  skurcze  rybich 

mięśni. Chcę go posiąść, bo go nie rozumiem, nawet nie próbuję zrozumieć, patrzę na niego i 

widzę cały czas siebie, przeglądam się w nim, przybierając coraz to inne pozy Tak nie może 

być. Przecież chcę go kochać, na pewno potrafię kochać. 

Zawstydza się i jednocześnie doznaje ujmującego poczucia dumy z własnych refleksji 

i uświadomionej powściągliwości. 

- Trzymaj jeszcze - stęka Mosur, sięgając jedną ręką po nóż. Szybkim ruchem odcina 

węgorzowi  głowę,  naciąga  ciało  i  jednym,  błyskawicznym  i  bezbłędnym  gestem  przesuwa 

ostrze  wzdłuż  bladego  brzucha.  Odrzuca  nóż  i  powtarza  ten  sam  gest,  wypruwając 

wnętrzności, jak się wygarnia zbutwiałe liście z zatkanej rynny. 

Rzucony  na  ziemię  węgorz  wił  się  jeszcze  jakiś  czas,  pusty  jak  rowerowa  opona,  a 

obok, na lśniącym pagórku jelit tłukło się uwolnione z ciała, niezmordowane szkarłatne serce. 

background image

Lodzio nie bardzo ma ochotę jechać do Mosura i Julity, ale Ananker nalega. Połów się 

spożywa  tego  samego  dnia.  Jedna  noc  w  lodówce  i  duch  smaku  znika.  Świeży  węgorz, 

odpowiednio  przyprawiony  i  uduszony  z  ryżem  nie  ma  sobie  równych,  jeśli  chodzi  o 

doznania kulinarne. To jeden z przepisów, które Anankowie przejęli od Chińczyków. 

Lodzio  nie  ma  ochoty  tam  jechać  z  wielu  powodów.  Jest  już  trochę  pijany 

(wewnętrzny  przełom,  jaki  przeżył,  wymagał  uczczenia;  „Dzika  Gęś”  usunęła  resztki 

wątpliwości, że nie otworzył się przed Mosurem z lęku przed odrzuceniem), nie przepada za 

obserwowaniem  związku  Julity  z  jej  niezwykłym  partnerem  (dziwnego,  przyznajmy, 

związku) i wstrząsa nim sama myśl o ich mieszkaniu. 

Lodzio  nie  jest  przesadnym  estetą  i  pedantem,  ale  jednak  myje  regularnie  okna  (co 

miesiąc) i naczynia (co drugi dzień), odkurza wykładzinę, pastuje podłogę, czyści łazienkę i 

ubikację,  kuchenkę,  lodówkę  i  zlew.  Koszule,  spodnie,  skarpetki,  bieliznę  osobistą  i 

pościelową  ma  zawsze  uprane  i  uprasowane,  poukładane  w  szafach,  a  kosz  na  brudy 

przykryty wiklinowym wiekiem. Pisze przy biurku, je przy stole, czyta w łóżku, nigdy więcej 

niż  dwie  książki  naraz.  Półki  przeciera  raz  w  tygodniu  wilgotną  ściereczką,  buty  pastuje  i 

układa na stojaczku w przedpokoju. 

Jeśli którakolwiek z tych czynności kiedykolwiek miała miejsce w mieszkaniu Julity i 

Mosura,  to  przy  maksymalnej  dozie  dobrej  woli  nie  zauważało  się  najmniejszych  tego 

rezultatów.  Rekonstrukcja  burzliwej  i  pięknej  historii  Ananków  odbywała  się  zawsze  w 

scenerii absolutnego chaosu nasuwającego skojarzenia z rewolucyjną Rosją. Żaden przedmiot 

nie zdawał się służyć swemu przeznaczeniu. Stół i biurko były zupełnie niedostępne, pełniąc 

funkcję straganów ze starzyzną, przy których nic nie można nawet wybrać czy kupić, bowiem 

wszystko  jest  równie  bezcenne:  jednorazowe,  żółte  nożyki  do  golenia,  rękawiczka,  zeschła 

kanapka,  stos  radiowych  biuletynów,  wiertarka,  kilka  brudnych  szklanek,  napoczęty  karton 

papierosów i  folia po czekoladzie w hurtowych ilościach. Przez uchylone drzwi do sypialni 

widać, że łóżko najczęściej służy do jedzenia posiłków (rzecz zrozumiała przy niedostępności 

stołu),  a  talerze  z  resztkami  potraw  gromadzą  się  wokół  niego  jak  wygasłe  znicze  wokół 

katafalku. Z półotwartych szaf wypływają zastygłe potoki ubrań i tkanin niby warstwy lawy 

po kolejnych erupcjach  niewidzialnego krateru.  W powietrzu unosi się zresztą nieokreślony 

swąd,  ni  to  spalenizny,  ni  to  zbutwiałych  szczątków,  który  częściowo  tylko  tłumaczy  się 

porozkładanymi  gdzie  się  da,  zwłaszcza  na  parapetach  i  kaloryferach,  kawałkami  huby, 

świętego półproduktu. Ale woń ta zawiera w sobie także element życia, świadczy o istnieniu 

w  tej  dżungli  przedmiotów  pozbawionych  przeznaczenia  istoty,  która  je,  pije  i  wydala, 

najchętniej  pod  szafą  albo  biurkiem.  Nie  jest  to  oczywiście  Julita  ani  Mosur.  Pilny  badacz 

background image

natrafi wreszcie, prawdopodobnie w łazience, na stosie wilgotnych ręczników, na zjawisko w 

naturze wyjątkowe - brudnego kota. 

Najprzyzwoiciej  prezentuje  się  kuchnia,  prawdopodobnie  dzięki  temu,  że  użyte 

naczynia  rezydują  w  sypialni.  I  w  kuchni,  rosyjskim  obyczajem,  koncentruje  się  życie 

towarzyskie  i  uczuciowe,  a  praca  twórcza  odbywa  się  dzięki  taboretom  i  gładkiej  pokrywie 

nie używanej maszyny do zmywania naczyń. 

Ta sama przyczyna, która sprawia, że Lodzio nie chce tam jechać (zauważalny rausz i 

wewnętrzny przełom), każe mu jednak pogodzić się z Losem i przystać na wspólną kolację i 

węgorza duszonego w  ryżu.  Zresztą sami  gospodarze są  czyści.  Jakimś cudem  nie  czuć ich 

mieszkaniem; raczej lasem i perfumami. 

Tego  wieczora  w  kuchni  jest  jeszcze  ciaśniej  niż  zazwyczaj.  Przy  barowym  blacie 

siedzą  na  wysokich  stoikach  Sean  0’Heaney  i  jego  żona,  szczupła  i  niemożliwie  piegowata 

zjawa z obrazów Botticellego, z wodospadem karbowanych, jasnorudych włosów, naprzeciw 

nich króluje nad baterią  pootwieranych butelek niezniszczalna Julita w jadowicie zielonym, 

jedwabnym chińskim szlafroczku, który na niej z powodzeniem udaje ekstrawagancką suknię. 

Znajdują się w stanie zbliżonym do Łodziowego, co ułatwia natychmiastowy kontakt. 

- Jur! Ljudwik! 

Zieleń szlafroka, miedź włosów Julity brzoskwiniowa kaskada grzywy Sary, szklistość 

spojrzenia Seana są biegunami elektrycznego ogniwa, podniecone napięcie wisi w powietrzu i 

eksploduje  teraz  w  trzaskach  powitań,  okrzyków,  klepania  się  po  plecach  i  gorących 

pocałunków. Lodzio nic z tego nie rozumie. Entuzjazm jest nieprzystawalny do zwykłego w 

końcu faktu powrotu pana domu z wędkowania, biorąc nawet pod uwagę imponujący kształt i 

ciężar  łupu,  unoszony  teraz  w  szczupłych,  ale  mocnych  dłoniach  Julity  ze  zmysłowym 

„mmmm”  w  tle.  Spokojny  Mosur  wyjmuje  z  torby  bryły  huby  i  układa  je  na  kuchennym 

blacie, pomiędzy pustymi butelkami, słoikami z przyprawami, użytymi dziś, przed tygodniem 

i  przed  miesiącem  talerzykami  i  szklankami.  Wywołuje  to  kolejny  wybuch  szczęśliwego 

gwaru. 

- Gal, Jura! Gal! 

Z rozgwaru, który teraz następuje, Lodzio pojmuje, że istotnie jest powód do radości, 

badania  wykazały,  że  choroba  córki  0’Heaneyów  zatrzymała  swój  śmiercionośny  marsz, 

najwidoczniej wskutek kuracji Hu.  Lekarze wprawdzie są ostrożni w prognozach, wątpią w 

cudotwórczą  moc  hubowego  dekoktu,  poprawę  przypisują  naturalnej  odporności  młodego 

organizmu  i  tajemniczym  kaprysom  właściwym  białaczce,  ale  Sara  i  Sean  wiedzą  swoje  i 

background image

wiedzą lepiej. Bóg zesłał im Mosura i Julitę, Bóg stworzył Ananków i ich odwieczną receptę, 

żeby uratować niewinne dziecko. 

Mosur reaguje na cały ten zgiełk skromnie i powściągliwie, jego zasługa jest żadna, w 

końcu  on  sam  stanowi  tylko  coś  w  rodzaju  przekaźnika  wiedzy  przodków  i  dobrze,  jeśli 

dzięki niej może komuś pomóc. Rozpływający się od szczęścia, wdzięczności i alkoholu Sean 

ściska  więc  i  obcałowuje  Julitę,  która  śmieje  się,  odchyla  od  mokrych  ust  i  oczu  i  opędza 

przed Irlandczykiem bez przekonania ręką o zapachu świeżo zabitego węgorza. Sarze zatem 

nie pozostaje nic innego, jak objąć i wycałować Mosura, co też czyni bez przykrości, a nawet 

z pewnym zaangażowaniem wykraczającym poza zwykłą wdzięczność. Mosur nie broni się, 

ale  wykorzystuje  wylewność  piegowatej  nimfy  i  wciąga  ją  w  skomplikowaną  i  intymną 

procedurę duszenia węgorza. 

Nieparzysty  Lodzio,  siłą  rzeczy  wyłączony  z  tego  baletu  emocji  i  podtekstów, 

zauważa,  że  w  kuchni  jest  jeszcze  ktoś,  podobnie  jak  on  -  na  zewnątrz  wszystkiego,  co  się 

dzieje.  W  rogu  za  lodówką,  na  pękatym,  wiklinowym  koszu  na  brudy  siedzi  sprawczyni 

radosnych pretekstów, egipska księżniczka Galdhea 0’Heaney. 

W gładkiej, pozbawionej włosów głowie przyciągają jego wzrok poważne, granatowe, 

kobiece  już  oczy  i  delikatne  na  granicy  prawdopodobieństwa,  dziecinne  usta.  Niewielkie, 

kształtne  uszka,  przyklejone  jakby  do  czaszki,  czynią  z  niej  coś  na  kształt  przybysza  z 

kosmosu  z  komiksowych  wyobrażeń,  ale  przybysza  o  niespotykanym,  tajemniczym  uroku. 

Chyba że - myśli Lodzio - sama wiedza o jej chorobie, o tym, że to czternastoletnie dziecko 

kroczy po  granicy mroku, jest źródłem  fascynującej  tajemnicy Galdhea  trzyma na kolanach 

parszywego, brudnego kota, przebierając w jego matowej sierści palcami, sprawdzając może, 

jak to jest, kiedy ma się włosy. 

- Wiesz, że w starożytnym Egipcie księżniczki goliły sobie głowy? - Lodzio kuca przy 

Gal, twarz ma na wysokości kocich oczu, które mierzą go z uważną nieufnością. - Uważały to 

za szczyt elegancji. 

-  Czytałam  -  odpowiada  rzeczowo  nastolatka  -  ale  to  nie  były  księżniczki,  tylko 

prostytutki. Skóra na głowie to strefa erogenna. Lubiły być tak pieszczone; zresztą mężczyzn 

to podniecało. No i po peruce mogli się zorientować, z kim mają do czynienia. 

Nie jest to temat, w którym Lodzio czułby się pewnie. 

- Cieszę się, że się lepiej czujesz - mówi ostrożnie - naprawdę się cieszę. 

I kot, i ufoludek badają wzrokiem jego szczerość. 

-  Nie  czuję  się  lepiej.  Czuję  się  tak  samo.  Tylko  wyniki  są  lepsze.  Więc  może 

powinnam się czuć lepiej, ale jakoś nie umiem. Rodzice czują się lepiej. Z tego się cieszę. 

background image

Zbiorowe duszenie węgorza dowodziło, że rodzice rzeczywiście czują się lepiej. 

- Masz tu jakichś przyjaciół? Chłopaka? 

-  O,  tak!  -  w  poważnym  głosie  drży  nutka  szyderstwa.  -  Jak  się  co  chwila  znika  na 

dłużej, na terapie, na obserwacje, to się budzi ciekawość, nie mogę się opędzić od koleżanek. 

A  chłopcy  czekają  w  kolejce,  żeby  się  we  mnie  zakochać.  To  w  końcu  bohaterstwo. 

Poświęcenie.  Jeden  nawet  ogolił  sobie  dla  mnie  głowę,  ale  wygląda  jak  bandzior,  nie  jak 

egipski książę. - Galdhea uśmiecha się i Lodzio widzi rząd równiutkich, bielutkich ząbków. 

Wszystko w niej wydaje się dopiero co powstałe, świeże i zdrowe. Którędy krąży, gdzie się 

przyczaiła śmierć? - Zresztą jestem chyba ostatnią dziewicą w klasie, to ich musi kusić. Ale ja 

umiem się nie zakochiwać. Miłość, związek - dziewczyna patrzy na przepychających się przy 

kuchni dorosłych - to obietnica. Ja nic nikomu nie mogę obiecać. 

Lodzio kładzie rękę na wolnym kawałku pleców kota. Przez szorstką, nierówną sierść 

przebiega  dreszcz,  który  w  jakiś  sposób  łączy  dwie  dłonie,  męską  i  dziewczęcą,  o  bladych 

paznokietkach. Kocisko zaczyna terkotać z zadowolenia. 

- W twoim wieku to zrozumiałe uczucie  -  Lodzio zżyma się na samego siebie za ten 

wstęp. Dojrzewający ludzie nie lubią zwrotów tego rodzaju wytykających im niedojrzałość. - 

Ja...  -  i  nagle  spowiada  się  czternastoletniej  kosmitce  ze  swojej  młodości,  wchodząc  w  ten 

sam  spokojny  i  poważny,  oddalony  od  świata  ton,  w  którym  od  czasu  do  czasu  tylko 

pojawiają się i znikają meteory goryczy Galdhea słucha uważnie, nie zdradzając zaskoczenia 

szczerością dorosłego w końcu mężczyzny, swoim skupieniem dziękując za potraktowanie jej 

serio, choć raz nie jak godną litości nieszczęśnicę. A Łodziowi własna opowieść wydaje się 

miejscami  zabawna,  Fredek,  ubecy  brodzący  po  kostki  w  literaturze  francuskiej,  pijana 

Renata,  wściekły  ksiądz  w  konfesjonale.  Kielce,  Polska.  Po  raz  drugi  tego  dnia  zwierza  się 

komuś i Galdhea słucha lepiej niż Mosur. 

- Nie mów tylko  ojcu, że jesteś gejem  -  radzi  spokojnie  -  bo by nie wiedział, jak się 

zachować. A po co go peszyć? 

Po czym, obowiązana otwartością Lodzia, opowiada z kolei o sobie. I jest to bardzo 

zwykła, typowa opowieść nastolatki, pełna drobiazgów bez znaczenia: pieska z dzieciństwa, 

ulubionych zabawek, nieznośnego synka sąsiadów, zabawy w lekarza z jakimś kuzynem, tyle 

że  te  drobiazgi  bez  znaczenia  nabierają  jakiegoś  znaczenia  wyjątkowego  w  obliczu  nagle 

wykrytej  choroby  która  może  oznaczać,  że innych  drobiazgów  w  tym  życiu  już  nie  będzie. 

Okazują  się  upragnionymi  wysepkami  normalności  w  życiu  polegającym  na  ciągłych 

przeprowadzkach, badaniach, terapiach, rekonwalescencjach i nawrotach groźby - Szpitale są 

niby  wszędzie  takie  same  -  mówi  Galdhea  -  więc  zaczęłam  pisać  dziennik,  żeby  mi  się  to 

background image

wszystko nie pomieszało. W ogóle lubię pisać - niezauważalnym gestem wolnej ręki wyciąga 

z tylnej kieszeni dżinsów oprawny w lakierowaną tekturę notes i podaje Łodziowi. Lekko się 

rumieni i Lodzio pojmuje, że został dopuszczony do szczególnej prywatności. 

Notes  ma  na  okładce  Uluru,  świętą,  samotną  skałę  australijskich  abo-rygenów,  a  w 

środku zwięzłe notatki i obserwacje, fragmenty obrazków z życia, rodzajowych scenek, niby 

rzeczowe  zapiski  scenarzysty  filmowego.  „Lekarz  N.  ma  znamię  na  policzku  z  trzema 

włoskami. Bardzo się tego wstydzi. Ustawia się do pielęgniarki zawsze czystym profilem, co 

ją bardzo bawi”. „Filipińczyk udaje maga. Ma oczy zupełnie pozbawione uczuć i inteligencji. 

Tę tępotę i obojętność ludzie biorą za tajemniczą głębię. Nadzieja cudu ich zaślepia”. „Gunter 

obnosi się ze swoją świeżutką męskością. Nosi obcisłe dżinsy, żebyśmy widziały, co on tam 

ma. Spytałam - co tam masz, w kieszeni? Kutasa! - odpowiedział z dumą. Ponieważ ani się 

nie zarumieniłam, ani nie obraziłam, spojrzał mi w krocze i zapytał.  - A ty co tam masz?  - 

Tampon  -  odparłam  i  zrobiłam  ruch,  jakbym  chciała  rozpiąć  spodnie  i  pokazać  mu  swoją 

śmiercionośną krew. Speszył  się jak dziecko i  uciekł”. Korekta. Dzieci  się nie peszą takimi 

sprawami. Peszą się niekompletni dorośli. Rozwinąć”. 

Dalej, na osobnej stronie: „Często już nie mam sił. Ale muszę próbować dalej żyć, dla 

rodziców. Strasznie się boją zostać sami ze sobą”. I niżej wiersz. Po angielsku oczywiście, ale 

w głowie Lodzia tłumaczy się sam: 

„On łysieje od whisky i nadmiaru trosk. 

Ona na oślep rozsiewa promienie, Ja jestem chwilą, jak przedwczesny zmierzch, Gdy 

słońce i księżyc razem są na niebie”. 

- Gal! Ljudwik! Jemy! 

Lodzio oddaje dziewczynie notes. Księżniczka chowa go do kieszeni, patrząc gdzieś 

ponad jego przykucniętą, zdrętwiałą sylwetką. Lodzio wędruje wzrokiem za jej spojrzeniem. 

Dorośli stoją ciasno przy barku, ręka Seana spoczywa swobodnie na talii Julity, palce powoli 

międlą  jej  jadowicie  zielony  pośladek,  podczas  gdy  ich  właściciel  mówi  coś  z  zapałem  do 

swoje  żony,  patrząc  jej  w  oczy.  Sara  patrzy  to  na  niego,  to  na  panią  domu,  to  wreszcie  na 

Mosura,  jakby  szukała  oparcia,  ale  Mosur  z  niezmąconą,  precyzyjną  oszczędnością  ruchów 

wyciera  ściereczką  chińskie  pałeczki  i  rozkłada  przy  kamionkowych  miseczkach  z 

przykrywkami. 

- Jak wyzdrowieję - mówi Galdhea - albo jak umrę, to się rozejdą. Wychodzi na to, że 

powinnam dla nich zawsze być chora. 

 

background image

Kot  wyczuwa  bezlitosną  zmianę  nastroju  i  zeskakuje  dziewczynie  z  kolan,  żeby  się 

schować za koszem na bieliznę. 

Po  zdjęciu  przykrywek  z  kamionek  paruje  oszałamiająca  woń  ziół  i  delikatnego 

tłuszczu, który z białego mięsa przeniknął w każde ziarenko ryżu. Smaku potrawy nie da się 

porównać z niczym, aż szkoda spłukiwać go z języka zimnym, białym winem. Ale pochwały 

są  krótkie,  zdawkowe,  przytłumione  pełnymi  ustami  i  nagłym  ciężarem  niedopowiedzeń. 

Duszony węgorz staje się wygodną wymówką, żeby nie mówić nic albo byle co. 

-  Isn’t  it  great,  Gal?  -  Sean  głaszcze  nagą  głowę  córki  tą  samą  ręką,  którą  miętosił 

tyłek Julity. 

- It is, Dad. It is indeed. 

-  Zapamiętałam,  jak  to  się  przyrządza  -  wtrąca  Sara  -  tylko  najpierw  mój  mąż  musi 

złowić taki okaz. 

Jej ton sugeruje, że nie ma na co liczyć. 

- No, not me - potwierdza Sean. - Mogę najwyżej pójść na targ. U Kafera mają czasem 

świeże węgorze. 

-  Musi  być  prosto  z  wody  -  podkreśla  Mosur  -  nic  tak  szybko  nie  umiera,  jak  smak 

ryby. 

Kończy pierwszy i patrzy na zegarek. 

- Muszę iść. Mam dziś jeszcze nocny dyżur. 

Wszyscy  prócz  Julity  są  zaskoczeni,  ale  przyjmują  niespodziankę  z  ulgą.  Sean 

oświadcza, że oni też muszą iść, jest późno, zwłaszcza dla Gal i podrzucą Mosura do pracy 

Gal patrzy na Lodzia porozumiewawczo. Jestem dobrą wymówką. Mosur zauważa, że goście 

wypili  tyle,  iż  to  on  ich  raczej  podrzuci  do  domu,  skąd  do  radia  są  przecież  dwa  kroki.  W 

ogólnym  ożywieniu  każdy  zaczyna  się  żegnać  z  każdym,  nawet  Sean  z  Sara,  co  powoduje 

krótki wybuch rozbawienia. I like you, słyszy Lodzio, przytulając gładką głowę Galdhei. 

- Ty nie masz dyżuru - zatrzymuje go głos Julity - Możesz jeszcze zostać. 

Szuka  wzrokiem  Mosura,  ale  Mosur  już  jest  w  drzwiach.  Podtrzymuje  Seana. 

Rozgardiasz  przenosi  się  na  klatkę  schodową,  obrasta  echami  kroków,  próbek  irlandzkich 

pieśni. 

- Pomogę ci posprzątać - kapituluje Lodzio. 

-  Pieprzyć  sprzątanie  -  Julita  trzyma  w  ręku  butelkę  koniaku  i  przechodzi  do 

zagraconego  salonu.  Zrzuca  z  foteli  stosy  gazet  i  książek,  przesuwa  flaszką  przedmioty  na 

stoliku tak, żeby znalazł się kawałek miejsca na kieliszki. - Siadaj. 

Lodzio siada. 

background image

Słychać za oknem śmiechy, trzask drzwiczek i zanikający warkot silnika. 

-  Jak  to  jest  -  pyta  jedwabnozielona,  napełniając  kieliszki,  podając  mu  jeden, 

odchylając  się  w  fotelu,  zakładając  nogę  na  nogę.  -  Posuwasz  go  czy  on  cię  posuwa,  nie 

wiem, jak to tam między sobą załatwiacie, jak to jest? Mnie możesz powiedzieć, mam prawo 

wiedzieć chyba, tak czy nie? 

Alkohol obniża i ujędrnia jej głos, ale poza tym nic nie zdradza, ile wypiła. Język się 

jej  nie  plącze,  oczy  patrzą  prosto  na  usta  przesłuchiwanego.  Czekają  na  jednoznaczną 

odpowiedź. 

-  Daj  spokój,  Julita.  Co  ci  chodzi  po  głowie?  -  jakie  to  szczęście,  że  się  pohamował 

tam, nad wodą. Nie umiałby skłamać pod tym spojrzeniem pięknej, wściekłej wiedźmy - To 

mi chodzi, że wiem,  kim  jesteś, że przebywacie ciągle razem,  że patrzysz na niego tak, jak 

patrzy na niego połowa zdzir w radiu, niezależnie od wieku, i że ja czuję, że coś tu jest nie 

tak. I ty mi powiesz, jak jest. 

Lodzio  powoli  pije  swój  koniak.  Napawa  się  sytuacją.  Ta  kobieta  nic  mu  nie  może 

zrobić, on sumienie ma czyste. Jej atak bierze się z bezradności i to Lodzio może jej pomóc, 

jeśli zechce. Co za przyjemne uczucie - być w porządku i być potrzebnym. Trzecia spowiedź 

tego dnia? Proszę bardzo, już to ma przećwiczone. 

- Nie wiem, co jest nie tak - mówi z przyjazną godnością - ... między wami. Między 

Jurą  a  mną  natomiast...  wszystko  jest  jak  najbardziej  „tak”.  Bez  podtekstów.  Przebywamy 

razem, bo razem pracujemy wiesz o tym, bo przeważnie jesteś przy tym. Patrzę na niego tak, 

jak patrzę, bo go kocham. Ani go nie posuwam, ani on mnie nie posuwa, tylko kocham go. 

To, że on jest i mogę go kochać, pomaga mi żyć. Szczerze powiem, że gdyby nie on, nic by 

mnie  nie  obchodził  los  Ananków,  historia  Ananków,  nawet  gdybym  wiedział,  że  w  ogóle 

istnieją. Co najwyżej współczułbym im jak wszystkim nieszczęśnikom na świecie, jak sobie 

samemu. Ale gdyby nie  Anankowie, byłoby mi z pewnością ciężej  w radiu,  bo musiałbym, 

niejako zawodowo, czy ze względu na wyrzuty sumienia, współczuć Polakom. A trudno im 

współczuć,  Polakom  jako  idei,  żyjąc  w  otoczeniu  Polaków  z  krwi  i  kości,  pracując  z  nimi 

dzień  w  dzień,  miesiąc  w  miesiąc,  przez  dwadzieścia  lat.  Znając  na  pamięć  ich  dowcipy 

powiedzonka,  kłamstewka,  intrygi  i  wszystkie  nie  spełnione  ambicje  i  marzenia.  To  samo 

pewnie dotyczy Rosjan, Ukraińców, Uzbeków czy Tatarów. Trudno kochać kogoś, kogo się 

zna  na  wylot,  na  wskroś,  jak  oglądane  do  znudzenia,  do  mdłości  własne  odbicie  w  lustrze, 

rano, na kacu. Przecież żyjemy na permanentnym kacu. 

Jura, sama to wiesz dobrze, daje się kochać. I uznałem, że to mi wystarcza. Nie jestem 

zdzirą. Okej, jestem gejem, ciotą, pedałem, szwulem, pederastą, niepotrzebne skreślić, ale nie 

background image

zamykam się z nim w studiu - Lodzio sięgnął po butelkę, dolał Julicie i dolał sobie - żeby się 

z nim pieprzyć na konsolecie. Ani on mnie nie chwyta za tyłek, ani przy tobie, ani przy nikim 

innym, chociaż pewnie sprawiłoby mi to niekłamaną przyjemność. I jeśli chodzi o mnie, jest 

dobrze. Taki stan rzeczy mi wystarcza i jest mi potrzebny Nie usunę się tylko dlatego, że ty 

masz z tym problem. Usunę się, jeśli Jura tego zażąda. 

Lodzio ma wrażenie, że jak każda prawda, nie zabrzmiało to zbyt przekonywająco. Z 

tym  większym  zdziwieniem  widzi,  jak  pociemniałe,  zielonkawozłote źrenice  rozmazują  się, 

tracą kształt i jakby wyciekają na poczerwieniałe policzki. Julita płacze. Uwierzyła mu. 

- Masz mnie za dziwkę. Jebaną blat’ - siorbie nosem wiedźma. - Uch... wy! 

Męski  płacz  uważał  zawsze  za  szczyt  intymności.  Chwilę,  kiedy  życie  przerasta 

ludzkie  możliwości  i  człowiek  musi  się  przyznać  przed  sobą,  że  został  pokonany  Płaczący 

mężczyzna  to  rzadki  widok  bezradnego  heroizmu.  Kobieta  używa  łez,  łzy  kobiety  są 

ostentacyjną  deklaracją  bezbronności,  bezwstydną  manipulacją,  bo  płacząca  kobieta  jest 

brzydka,  rozmazuje  się  jej  makijaż,  twarz  traci  wypracowaną  formę,  żenuje  patrzenie  na 

płaczącą kobietę. Lodzio nie lubi Julity za swoje zażenowanie. 

- Jestem  ostatnią osobą, która mogłaby ci  coś  radzić  -  mówi  sztywno  - ale obłapki z 

każdą parą portek w radiu  to  osobliwy sposób  okazywania miłości Temu  Jedynemu.  Na ile 

znam Jurę, jest wysoko ponad instynktowną, samczą zazdrość. No i może przydałoby się tu 

trochę  posprzątać.  Ten  Jedyny  czasem  lubi  wrócić  z  pracy  do  domu,  gdzie  fotel  służy  do 

siedzenia, biurko do pracy.. 

Julita przerywa mu głośnym śmiechem na granicy histerii. 

-  Oczywiście,  Lodzjo!  I  kryształowe  figurki  na  szklanych  półeczkach!  Odkurzone  i 

ugotowane, posprzątane i uprane! Otworzyłeś mi oczy, możesz już sobie iść. 

-  Chętnie  ci  pomogę  -  mięknie  ku  własnemu  zdziwieniu  ekspert  od  męsko-damskiej 

harmonii - mam wprawę, mieszkam sam... 

-  Na  pewno  masz  wprawę.  Nie  wątpię.  I  Jura  wróci  rano,  pośliźnie  się  na 

wypastowanej podłodze, olśnią go umyte okna i talerze i natychmiast mnie pokocha za to, że t 

y wyprałeś mu prześcieradła. Idź już, bo się uduszę ze śmiechu. 

Julita rzeczywiście śmieje się teraz spazmatycznie i szczerze, do tego stopnia szczerze, 

że wysychają jej oczy - Idź już! Dobranoc! Słodkich snów! 

Lodzio  wychodzi,  gratulując  sobie  w  duchu  swoich  preferencji  seksualnych.  Co  za 

koszmar - mieć takie sceny na co dzień! Z najbliższą, zdawałoby się, istotą! Powściągliwość 

Mosura  musi  być  najwyraźniej  zbroją  przeciw  takim  chaotycznym  napadom  zmiennych 

background image

humorów. Może należałoby mu współczuć. A w radiu nie znalazłby pewnie takiego, co mu 

nie zazdrości. 

Idzie  wzdłuż  nowej  linii  tramwajowej,  po  torach.  Jest  zbyt  późno  na  tramwaj,  ulice 

puste,  letnia  noc,  niedaleko,  choć  wystarczająco  daleko,  żeby  trochę  przetrzeźwieć.  Co  za 

dzień. Dla takich dni warto żyć. A już mu się wydawało, że nic, oprócz kolejnych wakacji w 

Grecji, nie wydarzy mu się w życiu. 

Dociera  do  znajomego  łuku  bramy.  Dom,  w  którym  mieszka,  solidny, 

dziewiętnastowieczny  budynek,  gdzie  znajduje  się  azyl  Lodzia,  jego  i  tylko  jego  gniazdo, 

jedyne  własne  miejsce  w  zawierusze  wszechświata  pełnego  zadziwiających  mieszkańców. 

Wyciąga klucze. 

- No, nareszcie - odzywa się z mroku bramy młody, zniecierpliwiony głos - szlajanka, 

wódeczka, nocne życie, co? A ja tu stoję po nocy, jak ta sierota albo jeszcze co gorszego. - Co 

się tak gapisz, staruszku? Chodź, pocałuj chociaż na dzień dobry! 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  No,  to  już  szczyt  wszystkiego!  -  Graf  nie  posiadał  się  z  oburzenia.  -  Nie  można 

wyjechać na miesiąc na zasłużony odpoczynek, żeby po powrocie nie rozpoznać instytucji, w 

której  przepracowało  się  bądź  co  bądź  trzydzieści  lat.  Mam  szczerą  ochotę  przejść  na 

emeryturę, tylko mnie na to nie stać. 

- Mhm. Mhm. - Urkowicz dobrze wiedział, że trójka dzieci w wieku od dziesięciu do 

trzydziestu lat i równie rozstrzelonych zainteresowaniach oraz arystokratyczny gest ich autora 

zadławiłyby budżet każdego z obecnych przy stole. No, prawie każdego. Sam nie miał dzieci i 

stać  go  było  na  wczesną  emeryturę,  natomiast  nie  wyobrażał  sobie  nawet  takiej 

ewentualności. Komunizm jeszcze nie upadł, nowa, stosunkowo młoda żona nie zasługiwała 

na  męża-emeryta.  Namiastnik,  dyrektorujący  z  rozmachem  i  niekompetencją  dorównującą 

arogancji, wymagał godnego siebie przeciwnika. 

Wzburzenie  Grafa  owocujące  rzadko  u  niego  spotykaną  elokwencją  nie  wynikało 

jednak  z  wątpliwych  decyzji  personalnych  dyrektora  ani  z  ogólnej  sytuacji  politycznej  na 

świecie.  Przed  chwilą  „obrzydliwe  dziewczynisko”  odmówiło  mu  podania  alkoholu  w 

jakiejkolwiek  formie  i  z  zadowoleniem  obróciło  się  na  pięcie,  demonstrując  pod 

półprzejrzystą  bluzką  swój  ogromny  stanik,  tym  razem  w  odpowiednim,  poduszkowym 

odcieniu różu. 

-  To  wina  Ukraińców  -  wyjaśnił  spokojnie  Elegancji  Eugeniusz.  Sam  nie  pił,  zatem 

spokój jego byt szczery i łatwo zrozumiały. 

- Panowie, panowie - odezwała się zasadniczym tonem Pani Elwira - doprawdy mamy 

ważniejsze sprawy do omówienia. 

- „Przed nim stalą beczułka mała winogradu, co w bursztynowym grysie i w zimie, i w 

lecie leży.. mumią z rubinów i szmaragdów - pojąc usta księdza przeora, jak pierś Afrodyty - I 

stolik byt adamaszkiem złocistym nakryty i stał kielich...” [Juliusz Słowacki - Ksiądz Marek] 

-  zakpił  Słowackim  nie  wiadomo  z  kogo  pan  Stanisław,  potwierdzając  szeptaną  opinię 

Eleganckiego Eugeniusza, ze starzeje się błyskawicznie i coraz częściej odzywa się bez sensu. 

-  Byłeb  przy  tyb  -  zabrał  głos  niezmiennie  pogodny  Kichot.  -  Głali  jak  zwykle  w 

dobino, wieczołem... 

- Niekoniecznie trzeźwi - wtrącił z sympatią Bozio. 

- ... i sieł pokłócili. Zaczelli przypalać sobie czoła papiełosami. 

- To też gra - wyjaśnił Bozio. - Kto się cofnie przed żarem, ten przegrywa. Łatwiejsza 

niż domino. 

background image

-  ...  zobaczył  to  stłażnik.  Niebiec.  I  płóbował  ich  łozdzielić.  Wiele  sieł  wzietli  za 

niego. 

- Podwójne złamanie kości udowej - sprecyzował z satysfakcją Bozio, który od czasu 

zamieszkania z Lida promieniał pozytywnym stosunkiem do świata. 

Graf spojrzał w kierunku stolika, gdzie zazwyczaj Ukraińcy grali w domino. Nie było 

ich  tam.  Prezydował  przy  nim  Turysta,  tłumacząc  coś  zawile,  choć  z  zaangażowaniem. 

Pępkowi i trzem dziwnym, młodym ludziom. Większość młodych ludzi wydawała się ostatnio 

Grafowi dziwna. 

- Tam się zrobił drugi polski stolik - zauważył niepotrzebnie. 

-  Zamiast  ukarać  strażnika  -  analizował  zaistniałą  sytuację  Bozio  -  za  to,  że 

przeszkadzając  Ukraińcom  w  zabawie,  zdradził  karygodny  brak  kompetencji,  jeśli  chodzi  o 

obyczaje pracujących tu mniejszości narodowych, ukarano nas wszystkich. 

-  Mogli  ukarać  Ukraińców  -  dorzucił  Urkowicz,  wyjmując  z  wewnętrznej  kieszeni 

marynarki  buteleczkę  i  wzmacniając  sobie  herbatę  skutecznym  specyfikiem  na  wrzody  -  w 

końcu pobili tego strażnika. Ale dlaczego i za co nas? 

- To jak to? - dziwił się nadal Graf. - W ogóle nie podają alkoholu, nawet piwa? 

-  Ta  odstręczająca  postać  -  Elegancki  Eugeniusz  kiwnął  głową  w  kierunku 

przechodzącej  mimo  kelnerki  -  nie  jest  w  stanie  odróżnić  Tadżyka  od  Amerykanina,  a  co 

dopiero Ukraińca od Rosjanina czy Czecha. 

-  Słyszałem  -  odezwał  się  z  zamkniętymi  jak  zwykle  powiekami  pan  Stanisław  -  że 

poziom  audycji  wszystkich  sekcji  nadających  do  ZSRR  gwałtownie  się  z  tego  powodu 

obniżył. Zwłaszcza rosyjskiej. 

- Trudno ciąć taśmę, kiedy ręce latają - stwierdził autorytatywnie Bozio. 

- Tamten stolik - pani Elwira usiłowała skierować rozmowę na bardziej ważkie tematy 

- to właśnie niemal cała frakcja dyrektorska. Nie mogli lepiej zaznaczyć swojego stosunku do 

zespołu. 

-  Ale  co  na  to  ajent?  -  altruistyczna,  współczująca  natura  Grafa  nie  pozwalała  mu 

pogodzić  się  z  istniejącym  stanem  rzeczy  -  przecież  on  musiał  na  tym  stracić  straszne 

pieniądze! 

-  Gdzie  tam  -  Urkowicz  macha  ręką  -  jego  żona  natychmiast  otworzyła  kiosk  przed 

radiem.  Po  drugiej  stronie  ulicy,  przy  kortach.  Niektórzy  tak  się  obkupują,  że  aż  dźwięczą, 

kiedy idą, jak żyrandole. 

- I kułtki z wieloba kieszeniabi, takie amełykajskie, złobiły siei botne. 

background image

- Coś takiego - Graf utkwił spojrzenie w Kichocie, jakby dopiero teraz zauważy}, że 

ten  czuje  się  najwyraźniej  u  siebie  na  krześle  świętej  pamięci  pana  Juliana.  -  Czy  stało  się 

jeszcze coś, co powinienem wiedzieć? 

- Przede wszystkim Namiastnik... - zaczęła Pani Elwira. 

- Przede wszystkim Pępek... - zaczął jednocześnie Urkowicz. 

-  Przede  wszystkim  Drakula...  -  nie  dał  się  zagłuszyć  Bozio.  Ogólnie  rzecz  biorąc, 

dowiedział  się  z  równoległych  relacji  Graf,  podczas  jego  nieobecności  nastąpiło  szereg 

katastrof, choć o zróżnicowanym stopniu szkodliwości dla radia i Sprawy. Najradośniejsza to 

kompromitacja  i  degradacja  Pępka.  Namiastnik  udał  się  do  Genewy,  aby  osobiście 

przeprowadzić  wywiad  ze  światowej  sławy  wirtuozem  pochodzenia  polskiego.  Nie  po  raz 

pierwszy  zdradził  w  ten  sposób  swoje  skłonności  do  obcowania  z  wielkimi  ludźmi,  choć 

uważał  za  oczywiste,  że  wystanie  kogokolwiek  o  niższej  randze  i  pozycji  uwłaczałoby 

sławnemu  rozmówcy. Wziął ze sobą Pępka, który miał  nagrać cały wywiad na przenośnym 

magnetofonie Uhera. Chciał się bowiem skupić na sprawach merytorycznych, co nie byłoby 

możliwe, gdyby musiał jednocześnie naciskać klawisze i sprawdzać poziom głosu oraz czas 

nagrania.  Pępek  rósł  w  oczach  z  dumy  i  zdążył  jeszcze  opowiedzieć,  jak  to  udało  mu  się 

nawiązać serdeczną przyjaźń z wirtuozem (dysponował wizytówką), nim wyszło na jaw, że z 

niejasnych  przyczyn  z  dwugodzinnej,  wyrafinowanej  i  brzemiennej  w  znaczenie  rozmowy 

Uher odnotował jedynie przenikliwy pisk. W odróżnieniu od magnetofonu Pępek nawet nie 

pisnął, stając się z dnia na dzień ponownie zwykłym spikerem, być może dlatego, że z czysto 

formalnych przyczyn degradacja nie oznaczała utraty kierowniczego uposażenia. 

-1 palce ma znów całe i zdrowe - wtrącił Bozio. 

Degradacja Pępka zbiegła się w czasie z awansem jego byłej żony, która po śmierci 

pani  Mariolki  została  kierowniczką  sekretariatu,  jest  okropna  i  każe  do  siebie  mówić  per 

„pani Basiu”. 

- Mariolka nie żyje? - Graf był wyraźnie wstrząśnięty  -  I Drakula - dodał grobowym 

głosem Elegancki Eugeniusz. Pan Stanisław miał pełne ręce roboty Wyraźna złośliwość nie 

doczekała  się  riposty  Obie  śmierci  nastąpiły  w  zbyt  dramatycznych  okolicznościach.  Pani 

Mariolka wzięła urlop,  ponieważ czuła się przemęczona i  zmarła zaraz pierwszego dnia, co 

zostało wykryte dopiero po tygodniu, dzięki sąsiadom, którzy zauważyli, że w jej mieszkaniu 

dzień  i  noc  pali  się  światło.  Dla  Niemca  to  oczywisty  dowód,  że  coś  jest  nie  w  porządku. 

Mieszkała samotnie i z nikim nie utrzymywała bliższych kontaktów, toteż niespecjalnie była 

lubiana. 

 

background image

-  Sekretarki  nigdy  nie  są  -  pokiwała  głową  pani  Elwira  -  ale  pan  Stanisław  mówił  o 

niej bardzo pięknie na pogrzebie. 

Szlachetny profil schylił się w niemym podziękowaniu. Natomiast wielbiący kobiety 

Drakula  również  czul  się  ostatnio  nie  najlepiej,  o  czym  mówił  zresztą  otwarcie  podczas 

przyjęcia  z  okazji  mianowania  pana  Czarka,  męża  pani  Elwiry,  na  stanowisko  kierownika 

produkcji w miejsce zdegradowanego Pępka. 

- Nareszcie fachowiec - mruknął Bozio, który się przyjaźnił z panem Czarkiem. 

Tyle, że Drakula, swoim ekscentrycznym zwyczajem, poszedł w góry, żeby swoje złe 

samopoczucie poprawić samotnym wysiłkiem fizycznym. I odpadł od ściany Świadek, jakiś 

Tyrolczyk, twierdził, że to było samobójstwo, bo podejście należało do łatwych. Mówi się, że 

Drakula dowiedział się o swojej nieuleczalnej chorobie i wolał zginąć jak alpinista niż jako 

niedołężny pacjent którejś z drogich i przecenianych niemieckich klinik. 

-1 znów pan Stanisław nie zawiódł - podkreśliła pani Elwira. 

- To nie było trudne - jedno oko uchyliło się i wszyscy zobaczyli prawdziwą łzę - on 

miał barwny życiorys. Latał w dywizjonie trzysta dwa, biegał maratony, raz nawet założył się, 

że prywatnym, dwuosobowym jednosilnikowcem wyląduje na placu Świętego Marka. I zrobił 

to. Dziennikarzem może być mniej lotnym, ale za to z pasją. 

Doszło  do  małego  skandalu,  kiedy  na  pogrzebie,  w  imieniu  dyrekcji  przemawiał, 

fatalnie  zresztą.  Turysta,  który  za  życia  Drakuli  robił  wszystko,  żeby  go  z  radia  usunąć, 

twierdząc, że reprezentuje dziennikarstwo archaiczne. A wiadomo, że chodziło o zwolnienie 

etatu dla jakiegoś znajomka. 

-1 to jest największy skandal - podniosła palce w górę pani Elwira. - Pamięta pan tego 

robotnika ze stoczni, którego Namiastnik przyjął na próbę? 

-  Lubił  wypić  -  potwierdził  odruchowo  Graf,  wciąż  jeszcze  pod  wrażeniem  nagłych 

śmierci swoich rówieśników. 

-  Może  i  tak,  ale  przede  wszystkim  uwiarygodniał  naszą  rozgłośnię.  I  szybko  się 

uczył. A tu ni z tego, ni z owego Namiastnik go zwalnia. Bez podania powodów. 

-  W  okresie  próbnym  nie  ma  takiego  wymogu  -  sprecyzował  Elegancki  Eugeniusz  z 

eleganckim  skrzywieniem  ust  -  poza  tym,  nie  oszukujmy  się,  byt  to  dosyć  prymitywny 

osobnik. 

-  A  kto  przyszedł  na  jego  miejsce?  Krewny  pana  Dyrektora.  I  to  w  dodatku  bez 

pozwolenia  na  pracę  w  Niemczech,  więc  pojedzie  na  korespondenta  do  Nowego  Jorku,  nie 

znając ani słowa po angielsku. 

- To rzeczywiście dobry żart - parsknął Bozio. 

background image

-  To  niestety  jest  prawda,  z  którą  coś  musimy  zrobić  -  nasiliła  struny  głosowe  pani 

Elwira.  -  Społeczeństwo  polskie  potrzebuje  nas  jak  nigdy,  a  Namiastnik  organizuje  sobie 

dwór. 

- Nawet tego nie ukływa - wsparł ją niespodziewanie Kichot. - Kiedy ktoś mu doniósł, 

że  chełtnie  siadujeł  przy  tym  stoliku,  w  waszym  towarzystwie,  wezwał  mnie  do  gabinetu  i 

mówi:  ja  tu  nie  chceł  łobić  sobie  z  nowych  łedaktołów  żadnych  akolitów,  ale  myśleł,  że 

należy  mi  siei  jakaś  elementarna  wdziełczność  za  przyjełcie  pana  do  płacy.  Utrzymuje  pan 

stosunki  z  aglesywnymi  przeciwnikami  mojej  koncepcji  ładia.  Liczeł  na  to,  że  jeśli  beldzie 

pan  miał  jakieś  woitpliwości,  podzieli  siei  pan  nimi  ze  mnol,  zanim  ziobi  pan  coś 

pochopnego. 

-  A  pan  zrobił  rzecz  słuszną  i  szlachetną  -  podjęła  pani  Elwira  -  i  podpisał  list 

protestacyjny w obronie tego zwolnionego robotnika. 

Kichot roześmiał się radośnie, aż zatańczyły w słońcu wszystkie jego niesforne kłaki. 

-  Znowu  mnie  wezwał  -  kichnięcie.  -  Miał  pan  przyjść  do  mnie  z  wołtpliwościami, 

powiada, niech pan spojrzy na te podpisy i złozumie, w jakim sieł znalazł towarzystwie! A ja 

na to: nie miałem żadnych wołitpliwości! 

-  Nikt  nie  miał  -  dodał  Urkowicz,  któremu  imponował  radykalizm  zwolnionego 

stoczniowca, przewyższający jeszcze jego własny - z przyzwoitych ludzi nikt. 

- Mariolka. Mariolka i Drakula - kręcił głową Graf. 

-  Co  więcej  -  grzmiała  dalej  pani  Elwira  -  ten  człowiek  manipuluje  informacjami. 

Wstrzymuje  jedne  jako  nie  potwierdzone,  a  każe  nadawać  inne,  które  dostaje,  jak  mówi, 

swoimi kanałami. 

- Słynny KWIK - wtrącił ze wstrętem Elegancki Eugeniusz. - Ciekawe, czy ten ksiądz 

to też Wolny Intelektualista Katolicki. 

- Ksiądz? Jaki ksiądz? - Graf dał się oderwać od milczącego wspominania zmarłych. 

-  Namiastnik  sprawił  sobie  księdza  -  wyjaśnił  znany  agnostyk  Bozio.  -  Klecha  tak 

promieniuje ciemnością, że aż czuć  w studiu siarką.  Za każdym  razem  sprawdzam,  czy nie 

wypalił ogonem dziury w krześle. 

Graf nic nie rozumiał. 

- Przecież on jest luteranin! 

- Kto, ksiądz? 

- Nie, dyrektor. 

-  Kalwinik  -  uściślił  Elegancki  Eugeniusz  -  tak  przynajmniej  mówią,  ale  kto  go  tam 

wie. 

background image

Pani Elwira wzruszyła ramionami. 

- Ekumenizm. Słuchacze są katolicy, więc ksiądz to niezły pomysł. Ale ksiądz, a nie 

kolejny stronnik! Wygrzebałam  gdzieś wywiad pana dyrektora, w którym chwali się, że od 

dziecka  miał  talent  godzenia  ludzi  o  różnych  poglądach.  Proszę  spojrzeć!  -  pulchna  ręka 

oskarżycielsko wskazała konkurencyjny stolik polski - jak nas godzi! 

- No, przy jednym i tak byśmy się nie zmieścili - zauważył Urkowicz. 

-  W  toaletach  już  soł  dapisy.  Nabiastnik=KGB  -  ucieszył  się  nie  wiedzieć  czemu 

Kichot i kichnął. 

-  Czemu  ten  Turysta  taki  sztywny?  -  zainteresował  się  Graf,  który  posłusznie 

powędrował wzrokiem za palcem pani Elwiry i obserwował teraz z uwagą frakcję wstrętnych 

oportunistów. 

- Nie wiesz? Skręcił sobie kark na nartach i nosi gorset! - Bozio rywalizował pogodą 

ducha z Kichotem. - Krąży nawet wierszyk, Gieniu, jak to było? 

Elegancki Eugeniusz wyprostował się w krześle z godnością, dając do zrozumienia, że 

wierszyk  wprawdzie  pamięta,  ale  deklamuje  go  wyłącznie  na  prośbę  obecnych.  Z  własnej 

woli czegoś tak błahego z pewnością by nie uczynił. 

-  „Echem  po  radiu  poniosło:  Zwichnął  na  nartach  kręgosłup!  Skomentowano  rychło: 

Co sobie, przepraszam, zwichnął?” 

- Mhm. Mhm. 

- No tak - uśmiechnął się Graf - on raczej zawsze był elastyczny. 

- Jestem nadal przekonany, że to agent - rozwinął swoje chrząknięcie Urkowicz. 

-  Tymczasem  Joe  Jakmutam  i  ten  bukłak  bushmilla  z  CIA  prowadzą  śledztwo  w 

sprawie napisów w toaletach - skwitował z powściągliwym oburzeniem Elegancki Eugeniusz. 

- Ale czy mi się wydaje, czy klimatyzacja działa?  -  Graf wyciągnął  rękę  w kierunku 

sufitu. 

Pan Stanisław poruszył się w krześle i uniósł swoją piękną głowę na znak, że ma coś 

do powiedzenia. 

-  „O,  jaki  wstyd  dla  Greków  -  pociecha  dla  Troi,  gdy  tu  pomiędzy  wami  rzecz 

publiczna  stoi  od  kłóteń  rozerwana...  O,  jakże  to  smutnie,  że  nam  przeciwne  duchy  wsiały 

takie  kłótnie!”  [Homer  -  Odyseja  Przeł  J  Słowacki]  Czy  wiedzą  państwo,  że  jednemu  z 

polskich  pisarzy,  Konwickiemu  zdaje  się,  przyśnił  się  koszmarny  sen:  Polacy  odzyskali 

niepodległość.  Powieki  mi  ciążą  i  opada  głowa,  a  teraz  i  ręce  marzą  o  tym,  by  je  opuścić, 

kiedy słucham tego wszystkiego. 

- Panie Stanisławie - skarciła go pani Elwira za defetyzm. 

background image

-  Jesteśmy  tu  po  to,  żeby  im  pomóc  odzyskać  niepodległość  -  zauważył  rzeczowo 

Elegancki  Eugeniusz  -  nie,  żeby  naprawiać  charakter  Polaków.  Wolność  to  także  prawo  do 

kłótni i błędów. 

- Ale gdzie nadrzędna idea!? 

- Klimatyzacja? Działa, jedno, co w końcu działa - potwierdził Bozio. 

- Irlandczyk zrobił swoje i wrócił do Stanów. Oprócz przyzwoitej forsy wziął jeszcze 

premię: Piękną Julitę. 

- Tę rudą Żydówkę? - Był to dzień zdumień dla wrażliwego Grafa - Przecież on miał, 

zdaje się, rodzinę? 

-  Panie  Stanisławie,  coś  jeszcze  od  nas  zależy  -  przekonywała  pani  Elwira.  -  Same 

cytaty z Iliady.. 

- Z Odysei - poprawił ją pan Stanisław - w tłumaczeniu Słowackiego. 

- Niechby nawet... nie pomogą, trzeba działać. Pan Urkowicz wszedł przecież do rady 

zakładowej, jesteśmy członkami związku, mamy narzędzia obrony i nacisku. 

- Listy, protesty, procesy - narzekał pan Stanisław - a kto będzie robił program? 

- Płogłab idzie swojoł dłogoł - zapewnił żarliwie Kichot. - Nie ba spławy. 

-  Zostawiła  tego  Anankę  i  prysnęła  z  Irlandczykiem,  wyobrażasz  sobie?  -  Bozio 

doinformowywał  przyjaciela.  -  Lodzio  zna szczegóły  - Myślę, że  gdyby  program  pogorszył 

się w sposób widoczny, to Amerykanie zmieniliby Namiastnika raz dwa. 

- Panie Eugeniuszu! To sabotaż! - obruszył się Urkowicz. 

- Nie jestem Rosjaninem. Nie umiem na zamówienie pisać gorzej  - podniósł wysoko 

czoło pan Stanisław. 

-  Mówię  tylko,  że  dałoby  się  załatwić  takie  opinie,  na  przykład  wśród  naszych 

przyjaciół w kręgach polonijnych albo nawet z Polski. 

-  Tak  się  tylko  panu  wydaje  -  pokręciła  głową  pani  Elwira.  -  Dyrektor  kupuje  sobie 

przychylność  ośrodków  polonijnych,  nie  mam  na  to  dowodów,  ale  zdaje  się,  że  nawet  z 

funduszu dla anonimowych informatorów. 

- A właśnie, nie widziałem Lodzia - Graf rozejrzał się po kantynie - ani tego Mosura. 

- To już są poważne oskarżenia - Elegancki Eugeniusz odsunął krzesło plecami i lekko 

stanął na własnych nogach. - Czas popracować. 

- Nic jeszcze nie ustaliliśmy - pani Elwira nie miała zamiaru dopuścić do rozproszenia 

oddziałów - panie Eugeniuszu! 

-  Zastanowię  się,  zastanowię  się  -  odparł  szybko  skarcony  i  oddalił  się  od  stolika 

sprężystym krokiem. 

background image

- Mhm. Mhm - Urkowicz poszedł w jego ślady, choć nieco wolniej, by nie wyglądało 

to na dezercję. 

- Ja bab jeszcze tłocheł czasu - pocieszył panią Elwirę Kichot - boże uda sieł nab coś 

wybyślić! 

- Lodzio wziął zaległy urlop. 

- Pani się obrusza na moje cytaty  - westchnął pan Stanisław - a przecież tam już jest 

wszystko powiedziane. „My, dzieci nieszczęścia, stąpamy po głazach, chwastach i ruinach  - 

głuchych;  My  się  przez  wielkie  pustynie  wołamy  w  ciszy  bezludnej.  My  przy  źródłach 

suchych szukamy wody, spaleni zarzewiem. Gdzie będą szukać naszych mogił? - Nie wiem”  

[Juliusz Słowacki - Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu] 

- Hm. Hm - zastąpiła niezastąpionego Urkowicza pani Elwira. Graf opadł ponownie w 

zamyślenie. 

- Marylka. Marylka. Marylka i Drakula. A czy wy wiecie, że on byt Potocki? Z tych 

Potockich? 

background image

ETER  

 

Dzieje stuletnich niemal, harmonijnych stosunków między Ananią a Rosją datują się 

od drugiej połowy osiemnastego wieku i są przykładem kapryśnej przewrotności historii. 

Od czasów Zareby i Sanusa stałe związki między Han-Hanakiem Nizinnych Ananków 

a  głównym  kapłanem  Wyżynnych  weszły  w  niepisaną  tradycję  narodu.  Sprzyjało  to 

gromadzeniu bogactw (nadal raczej dla ozdoby i prestiżu świętego miasta Hesz-Ni-An niż dla 

budowania  potęgi  ekonomicznej  państwa)  oraz  kontroli  nad  archiwum  legend  i  opowieści, 

czyli zbiorowej pamięci pogodnego ludu. 

Wśród  niewielu  imion  Ananków,  które  zachowały  się  do  naszych  czasów,  na 

szczególną  uwagę  zasługują  Kahara  i  Ghiur,  kobieta  -  Han-Ha-nak  i  kapłan;  dzięki  nim,  a 

może raczej przez nich, bezwzględny świat dowiedział się o istnieniu Ananii. 

Kahara  była,  jak  się  zdaje,  kobietą  bardzo  piękną,  energiczną  i  ambitną.  Nie 

wystarczała  jej  symboliczna  w  końcu  władza  nad  ziomkami.  Należy  przypuszczać,  że  jej 

związek z Ghiurem,  człowiekiem  prostolinijnym, szlachetnym,  skromnym  i  powściągliwym 

brał  się nie tyle z fascynacji jego osobowością,  ile z chęci  uzyskania dostępu do strzeżonej 

przezeń wiedzy. Charakteryzując tych dwoje, trzeba dodać, że z konieczności zostały użyte 

określenia  współczesne;  do  czasu  pojawienia  się  Kahary  na  arenie  dziejów  Anankowie  nie 

znali  oderwanych  pojęć  dobra  i  zła.  Posługiwali  się  słowem  „Ga-Hu”,  nazywając  coś,  co 

uważali za pożyteczne, niosące ład, oraz „Ga-Han”, kiedy chcieli wyrazić swoją dezaprobatę 

dla  czegoś  szkodliwego,  naruszającego  ład.  Pierwsze  brało  się  oczywiście  z  nazwy 

narodowego  napitku,  drugie  -  upamiętniało  imię  najstarszego  syna  legendarnego  Mosura, 

tego, który najpierw doprowadził do ojcobójstwa, a następnie do trzęsienia ziemi, czyli bójki 

trzech  braci.  Te  proste  kategorie  poznawcze  miały  się  niestety  w  niedalekiej  przyszłości 

skomplikować. 

Kobiecie,  której  nie  wystarczało  bycie  Han-Hanakiem  Ananków,  nie  mogło 

wystarczać  bycie  kobietą  najlepszego  choćby  spośród  nich.  Ghiur  odznaczał  się 

wewnętrznym spokojem i małomównością; większość czasu spędzał najchętniej, łowiąc ryby 

i  patrząc  przez  kryształ.  Prawdopodobnie  nie  spełniał  też  jej  wygórowanych  oczekiwań 

seksualnych, gdyż zachowały się opowieści o jej licznych, choć krótkotrwałych romansach i 

naukowych  niemal  poszukiwaniach  sposobów  na  pogłębienie  rozkoszy  płynącej  z  robienia 

wiatru. 

Przestudiowawszy legendy i opowieści, Kahara uznała, że ambicje jej zaspokoić może 

jedynie ekspansja. Nie miała na myśli przedsięwzięć o charakterze militarnym: nie znalazłaby 

background image

wielu  entuzjastów  dalekich  i  ryzykownych  ekspedycji  w  celu  zabicia  nieokreślonej  liczby 

nieznajomych,  zobaczenia  morza  i  napicia  się  ryżowej  wódki.  Ciągnęło  ją  Nieznane. 

Nieznane, które można wziąć w posiadanie, a nie zniszczyć. Uruchamiając swój urok osobisty 

i  charyzmę,  nie  napotykając  specjalnego  oporu  ze  strony  Ghiura,  zorganizowała  wyprawę 

badawczo-handlową.  Spośród  wielu  bowiem  informacji,  które  znalazła  w  archiwum, 

szczególnie  zainteresowała  ją  ta,  która  mówiła  o  równie  niepojętym,  co  niewygasającym 

zapotrzebowaniu na złoto i diamenty wśród dalekich, obcych ludów. 

Traf  chciał,  że  to  swoiste  poselstwo,  chronione  przez  oddział  jeźdźców  na  młodych 

jeleniach,  dotarło  w  końcu  do  Rosji,  akurat  podczas  panowania  Katarzyny  II.  Zważywszy 

ówczesną  geografię  polityczną  świata,  musiało  do  tego  w  końcu  dojść  i  tylko  dziwić  się 

należy, że stało się to tak późno. 

Fakt, że oczywistym przywódcą wyprawy była piękna kobieta, przepych odzianych w 

zdobione  złotem  futra  wędrowców  i  rogate  wierzchowce  eskorty  budziły  na  rubieżach 

imperium  szacunek  i  grozę.  Pogrążony  w  nędzy  i  beznadziei  po  niedawnych  powstaniach 

chłopskich  lud  milczał  i  z  ukrycia  przyglądał  się  korowodowi.  Należy  przypuszczać,  że 

niejedna rosyjska baśń o bogactwach wschodu, Carycy-Krasawicy i zaczarowanych jeleniach 

wzięła  się  właśnie  z  owego  przemarszu  Kahary  przez  bezkresy  Rosji.  Carscy  urzędnicy, 

lękliwi  i  bezwolni,  kierowali  przybyszów  ku  większym  miastom,  coraz  dalej  na  północny 

zachód,  byle  tylko  pozbyć  się  kłopotliwych  gości.  W  miastach  wszechwładni  gubernatorzy 

zachowywali  daleko  idącą  ostrożność  wobec  orszaku,  ale  nie  mając  wytycznych  z  Sankt 

Petersburga, powstrzymywali się od jakichkolwiek agresywnych kroków. Ograniczali się do 

przydzielenia zbrojnej eskorty Kozaków, a dalej na północ - odpowiedniej liczby sań. Jelenie 

zaprzężone  do  sań  (których  Anankowie  nie  znali)  potęgowały  jeszcze  wrażenie  bajkowości 

przybyszów. 

Co  do  Kozaków,  zachowało  się  charakterystyczne  świadectwo  Ga-Ho-resza  co  do 

wyprawy: „Ich widok sprawia oku przyjemność, ich śpiew uchu radość. Niemniej obcowanie 

z nimi przez dłuższy czas, na co byliśmy skazani, jest niewymownie uciążliwe ze względu na 

intensywny i odstręczający zapach, jaki z siebie wydzielają. Jest on tak natarczywy, że przy 

sprzyjającym wietrze wyczuwa się go na pól godziny przedtem, nim sami jeźdźcy wyłonią się 

zza horyzontu. Jeśli, jak nam usiłuje się wytłumaczyć na migi, jest to najgroźniejsze wojsko 

tego  kraju,  to  nie  mamy  się  czego  obawiać.  W  wypadku  inwazji  smród  ten  uprzedzi  nas  o 

zbliżaniu się przeciwnika, zanim ten wkroczy w granice Ananii. 

Być  może  ta  intensywna  woń  jest  rodzajem  broni,  gdyż  zauważyliśmy,  ze  wśród 

miejcowych sieje paniczny lęk i natychmiastowe posłuszeństwo. Publiczna chłosta czy nawet 

background image

zabicie  człowieka  jest  tu  na  porządku  dziennym  i  nie  wywołuje  z  niczyjej  strony 

najmniejszego  odruchu  protestu.  Anankom  trudno  to  zrozumieć.  Niby  daje  się  zauważyć 

pewien ogólny sens tej przemocy, coś w rodzaju Ga-Hu, ale jednocześnie wyczuwa się jakby 

przez skórę powszechny Ga-Han, choć niełatwo byłoby słowami określić, skąd to uczucie się 

bierze.  Zagadkowe  to  dla  nas  odkrycie,  że  w  tym  kraju  lad  i  nieład  mogą  występować 

równocześnie”. 

O ile, jak widać z powyższej relacji, Rosja nie wywarła na Anankach wstrząsającego 

wrażenia, o tyle Sankt Petersburg, gdy już tam dotarli, dat im nieco do myślenia. Kronikarz 

rozpisuje się szczegółowo i z uznaniem o kamieniarskim i murarskim kunszcie miejscowych 

budowniczych,  zadziwiają  go  nieprzebrane  masy  ludzkie,  które  -  choć  należą  do  jednego 

narodu  -  mówią  zupełnie  różnymi  językami.  Dopiero  w  dalszej  części  relacji  zdaje  się 

pojmować,  że  strój  i  ubiór  mają  w  tej  dziwnej  cywilizacji  zasadnicze  znaczenie  dla 

rozróżnienia  nieważnych,  ważnych  i  najważniejszych,  a  najważniejsi  w  ogóle  nie  mówią 

własnym językiem, tylko z tajemniczych powodów - cudzym, należącym do zupełnie innego 

narodu. Wiele czasu, ze względu na konieczność szkolenia tłumaczy zabiera mu odkrycie, że 

poza  Rosją  istnieje  na  świecie  kilka  innych  państw,  z  którymi  zgodnie  z  obyczajem 

naprzemiennie  toczy  się  wojny  lub  prowadzi  handel.  Do  końca  jednak  nie  potrafi  pojąć, 

dlaczego,  mając  tak  ogromny  kraj  do  dyspozycji,  wszyscy  zdają  się  namiętnie  tłoczyć  w 

jednym miejscu pozbawionym drzew i świeżej wody, zwierząt i czystego powietrza, stawiając 

w tym celu wielopiętrowe budowle. Czynią to jednak, mimo iż najwyraźniej nie przynosi im 

to najmniejszego zadowolenia. 

„Nie dostrzeżesz tu pogodnej, uśmiechniętej, swobodnej twarzy, ani wśród nędzarzy, 

ani  wśród wystrojonych  dostojników. Chyba że  po większej  ilości ostrego, przezroczystego 

płynu, którego spożywaniu oddają się wszyscy z nadzwyczajnym upodobaniem. Ale i wtedy 

pogoda zacieniona jest chmurnym czołem, uśmiech przechodzi bez uprzedzenia i widocznego 

powodu w szloch, a swoboda kryje trwały, rozpaczliwy skurcz bólu”. 

Kahara  uzyskała  audiencję  u  Katarzyny  i  należy  przypuszczać,  że  obie  panie 

przypadły sobie do gustu czy - jak to się zwykło mówić - znalazły wspólny język, skoro Han-

Hanak  Ananków  zamieszkała  w  pałacu  Carycy.  Nie  bez  znaczenia  może  tu  być  fakt,  że 

wiedziona  kobiecym  przeczuciem  podzieliła  się  z  dostojną  gospodynią  swoim  naukowym 

odkryciem  dokonanym  jeszcze  w  związku  z  Ghiurem.  Otóż  delikatny  meszek  porastający 

poroże młodych jeleni, zeskrobany w odpowiednim czasie i wysuszony, w niezwykły i zaiste 

dobroczynny  sposób  wpływa  na  możliwości  mężczyzn  w  robieniu  wiatru.  Caryca,  której 

potrzeby  w  tej  mierze  przewyższały  możliwości  wszystkich  znanych  jej  (i  zapewne  nie 

background image

znanych)  książąt,  hrabiów,  gwardzistów,  oficerów  i  generałów),  wypróbowała  specyfik  na 

aktualnym  faworycie,  kniaziu  Potiomkinie;  z  niezłym  chyba  skutkiem,  skoro  w  krótkim 

czasie wycieńczony Potiomkin udał się na południowe rubieże imperium, z ulgą oddając się 

pracom  administracyjnym  i  przyjemnościom  wypoczynku  w  celibacie,  a  Wielki  Łowczy 

Katarzyny otrzymał polecenie założenia hodowli jeleni, kolejny kaprys czy też - jak mówiono 

na dworze - mało subtelny żart obdarzonej temperamentem monarchini. 

„Doprawdy trudno o lepiej dobrane towarzyszki zabaw - pisał przebywający wówczas 

w  Rosji  francuski  dyplomata  austriackiego  pochodzenia,  markiz  de  Buhl.  -  Księżniczka 

Kahara  bez  wątpienia  jest  piękniejsza,  lecz  ustępuje  carycy  ogładą  i  znajomością  spraw 

państwowych. Nie mówi ani słowa po francusku, fi-donc! i zachowuje się tak, jakby wszystko 

na tym dworze, od serwisu do kawy przez karocę konną do olejnych obrazów widziała po raz 

pierwszy w życiu. Przepada natomiast za muzyką; 

koncertów,  a  nawet  tanecznych  melodii  z  galerii  słucha  w  skupieniu  i  z  widoczną 

przyjemnością, jakby dźwięki mówiły jej coś niedostępnego dla ucha zwykłego śmiertelnika. 

Nie  wątpię,  że  w  tym  siedlisku  obłudy,  intryg,  pozorów  i  tajemnic  udawanie  naiwności  i 

niewiedzy  dowodzi  wielkiego  sprytu  i  obycia.  Zresztą,  par-błeu!  jej  oczywiste  bogactwo 

najlepszym  jest  paszportem  do  łask  Imperatorowej,  która  na  swoje  liczne  wojny,  reformy 

państwa i - oczywiście - przyjemności potrzebuje tylko trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i 

jeszcze raz - pieniędzy Niech się nie nazywam de Buhl, jeśli i ja przy tym nie skorzystam, na 

ciele i na sakiewce. Egzotyczna piękność zdaje się nie kryć z kuszącą swobodą obyczajów. 

Niby nic to nowego na tym dworze, gdzie matki uprawiają arystokratyczne stręczycielstwo, a 

córki  puszczają  się  z  nudów  lub  z  zemsty  na  swoich  małżonkach.  Nie  ma  przyjęcia,  żeby 

dostojnicy nie zaplątywali się we własne rogi bądź się nimi z trzaskiem nie zderzali. Kahara 

jednak jest, mam wrażenie, inna. Ona to po prostu lubi”. 

Markiz  wyjaśnił  niechcący  istotną  zagadkę:  dlaczego  Petersburg,  odkrywszy 

niespodziewanie,  że  za  Uralem  roztacza  się  powabna  kraina  płynąca  złotem  i  owocująca 

drogimi  kamieniami,  nie podbił jej po prostu  w pierwszym  dogodnym  terminie, jak to  miał 

zwyczaj w takich wypadkach czynić. Rosjanom wiele być może brak, ale nie przebiegłości i 

skuteczności  dyplomatycznych  posunięć.  Po  co  wykosztowywać  się  na  kolejną  wojnę,  w 

odległych, jak na owe czasy, okolicach, skoro to, co się na niej zyskać pragnie, można zdobyć 

bez wysiłku i przelewu krwi? Petersburg patrzył wówczas na Zachód z fascynacją, zazdrością 

i  lękiem;  aneksja  Polski,  wojna  ze  Szwecją,  powtarzające  się  konflikty  z  Turcją  miały 

stworzyć  z  Rosji  europejskie  mocarstwo,  dorównujące,  a  z  czasem  przewyższające  Anglię. 

Czy  w  innym  wypadku  monarchia  absolutna  Katarzyny  wspierałaby  wolnościowe  ambicje 

background image

Ameryki?  Z  trudem  stłumione  powstanie  Pugaczowa  było  kosztownym  ciosem  w  plecy 

(Kahara uczestniczyła w egzekucji słynnego buntownika jako gość honorowy i uznała ją za 

interesujący  spektakl)  i  Rosja  nie  tęskniła  do  kolejnej  wojny  partyzanckiej  na  własnych 

tyłach.  Toteż  podpisano  traktat  o  przyjaźni  i  wymianie  handlowej,  w  myśl  którego  złoto  i 

diamenty  Ananków  miały  być  wymienione  na  rudę  żelaza,  szkło,  sanie  i  żyrandole. 

Zwłaszcza te ostatnie, w przekonaniu Kahary, powinny sprawić przyjemność jej samotnemu 

Ghiurowi, strażnikowi Kryształu. 

Taki stan rzeczy odpowiadał Rosji aż do końca dziewiętnastego wieku. Powodowana 

racjonalną  obsesją  upokorzenia  dziewiętnastego  wieku.  Powodowana  racjonalną  obsesją 

upokorzenia  Albionu  ponawiała  próby  ekspansji  na  południowy  wschód  celem 

podporządkowania sobie Afganistanu i wyparcia Anglików z ich indyjskiego skarbca. Cel ten, 

choć  w  końcu  nie  został  osiągnięty,  wymagał  środków  oraz  spokoju  i  bezpieczeństwa  na 

szlakach  wiodących  na  południe.  Tak  się  złożyło,  że  spokój  i  bezpieczeństwo  było  tym,  na 

czym  zależało  również  Anankom,  mało  świadomym  imperialnych  rozgrywek.  Utrzymując 

przez sto lat jedno i drugie, łudzili się, popijając Hu, że tak już zostanie na zawsze. 

Przyjmując  w  Hesz-Ni-An  transporty  żyrandoli,  Ghiur  nie  był  tak  nieświadomy 

dalekiego  świata,  jak  przypuszczała  Kahara.  W  trakcie  walk  z  kozacko-chłopską  rebelią 

Pugaczowa  Rosjanie  zdecydowali  się  zesłać  na  Syberię  grupę  konfederatów  barskich 

przetrzymywanych w zagrożonym przez powstańców Orenburgu. Część zesłańców zbiegła z 

transportu i podobnie jak inni rozbitkowie dziejów trafiła do gościnnych Ananków. Polacy nie 

komentowali się jednak niespodziewanie uzyskanym spokojem i bezpieczeństwem. Pragnęli 

walki w imię Boga i Ojczyzny, a jeden z nich, katolicki ksiądz, usiłował w tym celu nawrócić 

Ananków na prawdziwą wiarę. Gdyby mu się to udało, Katarzyna miałaby na swoim zapleczu 

to właśnie, czego pragnęła uniknąć. 

Ghiur  nie  miał  jednak  wojowniczej  natury  i  nie  bez  racji  uznał,  że  wiara  głoszona 

przez  goszczonego  księdza  stanowi  konkurencję  dla  kontemplacji  Kryształu,  świętości 

Drzewa  i  Huby  oraz  Dziadka-Ananki.  Zesłańcy  mogli  liczyć  na  jego  zrozumienie  i 

gościnność,  nawet  na  szczodrość,  ale  nie  na  wsparcie  zbrojne.  Anankowie  z 

zainteresowaniem  wysłuchiwali  nie  znanej  im  teodycei;  spodobał  im  się  zwłaszcza  fakt 

wzięcia na siebie ludzkich grzechów przez Syna Bożego. „Jak nasz Hanak!” komentowali, ku 

oburzeniu  płomiennego  w  nauczaniu  kapłana.  Uznali  jednak,  że  skoro  Rosjanie  są  dziećmi 

groźnego  Szatana  (w  co  wierzyli,  bo  o  Szejtanie  słyszeli  od  perskich  kupców),  to  mato 

rozsądnie byłoby wyprawiać się za góry, by się z taką mroczną siłą zetrzeć. Będzie na to czas, 

background image

kiedy dzieci Szatana przyjdą do nich. „Szukaj miodu, a nie roju dzikich pszczół” brzmiało w 

końcu ich przysłowie. 

Polacy  odeszli,  by  spełniła  się  ofiara,  a  rozgniewany  ksiądz  na  odchodnym  rzucił  na 

Ananków  klątwę.  Co  bardziej  uświadomieni  historycznie  utrzymują,  że  klątwa  spełniła  się, 

choć  dopiero  w  dwudziestym  wieku.  Zamiast  jednak  uznać  prawdziwość  i  siłę  księżego 

proroctwa, trzymają się od katolików z daleka, twierdząc, że głosić nieszczęście to to samo, 

co je na siebie sprowadzać.  By się na wszelki wypadek zabezpieczyć, dmą nostalgicznie w 

swoje koźle rogi. 

Tymczasem markizowi de Blihlowi powiodło się do tego stopnia, ze żądna wrażeń i 

osobistych sukcesów Kanara zgodziła się na wyjazd z nim do Francji, zapominając o Ghiurze 

i  Anankach.  Jedyny  to  w  dziejach  udokumentowany  przypadek  tak  jawnej  zdrady  Han-

Hanaka  wobec  tych,  w  których  imieniu  brał  na  siebie  śmierć.  Pozostali  członkowie 

historycznego  poselstwa  bądź  zajęli  się  prowadzeniem  tak  obiecująco  zapoczątkowanej 

wymiany handlowej, bądź wtopili się, w typowy dla Ananków sposób, w rosyjski pejzaż. Nie 

zatracili jednak swoich obyczajów i nie zapomnieli wiedzy przodków, o czym najlepiej chyba 

świadczy historia Rasputina. Niemal z pewnością był  on Ananką obeznanym z leczniczymi 

walorami  Hu,  dzięki  którym,  kurując  carewicza  Aleksieja,  zdobył  zaufanie  ostatnich  carów 

Rosji.  Również  fascynację,  jaką  wzbudzał  wśród  kobiet,  da  się  łatwo  wytłumaczyć  ludową 

medycyną,  dziedzictwem  K.ahary  Ona  sama  dziś,  po  początkowym  okresie  brylowania  na 

dworze Ludwika XVI osiadła wraz z markizem de Bublem w jego zamku nad Loarą, gdzie 

wsktuek  coraz  częstszego  aplikowania  kochankowi  jeleniego  mchu  rychło  stała  się  jedyną 

dziedziczką.  Legendy  o  tym,  co  się  działo  w  pałacu  markiza  zaraz  po  jego  śmierci,  krążą 

wśród  ludu  do  dzisiaj.  Stały  się  zresztą  przyczyną  smutnego  końca  Han-Hanaka  Kahary. 

Markiz,  gdyby  żył,  doceniłby  szczęście  zgonu  z  wyniszczenia  rozkoszą,  podczas  gdy  jego 

egzotyczna kochanka złożyła swą śliczną szyję na zimnym, bezklasowym ostrzu rewolucyjnej 

gilotyny Mówił do was Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA  

 

Lodzio po raz pierwszy w życiu żałuje, że nie ma samochodu. Przez dwadzieścia lat 

nie był mu potrzebny. Uregulowany tryb życia podzielonego między mieszkanie i Wolność, 

odległe od siebie o dziesięć minut spacerem, funkcjonująca bez zarzutu komunikacja miejska 

dowożąca go z punktualnością śmierci do restauracji, klubów i dyskotek, coroczne urlopy w 

Grecji, dokąd łatwiej było się dostać samolotem niż samochodem, sprawiały, że zupełnie nie 

czuł  potrzeby  posiadania  własnego  pojazdu.  Zbędny  szpan  i  cały  katalog  dodatkowych 

obowiązków, jak opieka nad dzieckiem. Nawet rdzenni monachijczycy woleli się poruszać po 

swoim mieście rowerami. 

Dziś  musi  być  w  pięciu  czy  sześciu  miejscach  naraz  i  nikogo  nie  może  prosić  o 

pomoc. Nawet Mosura. 

Lodzio nie wie, czy Mosur wini go w jakimś stopniu za odejście Julity, nie widać tego 

po jego zachowaniu, ale nie chce mu nic zawdzięczać. Woli, żeby to Mosur coś zawdzięczał 

jemu. 

Zresztą Ania to prywatna sprawa Lodzia. 

Pojawienie się córki wzbudziło w nim bardzo egzotyczne, raczej przyjemne uczucia. 

Okazało się nagle, że był ojcem dwudziestoczteroletniej kobiety, choć jej szczupłość, bladość 

i dziewczęcość zdejmowała z niej kilka lat. 

-  Fajnie  tu  -  stwierdziła  rzeczowo,  rozglądając  sią  po  jego  mieszkaniu.  Prztyknęła 

kryształowego Dawida w członek - pewnie masz siana jak lodu? 

Obcowanie  z  nowym  narybkiem  Wolności  w  rodzaju  Kichota  uaktualniło  Lodziową 

znajomość języka polskiego. 

- Nie, raczej nie. Ale żyję spokojnie. 

- Jevla! - dziewczyna skoczyła chudym tyłkiem na kanapę, podnosząc wysoko chude 

nogi  w  poszarpanych  dżinsach.  -  Matka  myślała,  że  się  tarzasz  w  dojczmarkach  -  zapaliła 

papierosa  -  masz  coś  pić?  -  obserwowała  go  z  bezczelną  ostentacją,  jak  wyjmuje  z  szafki 

butelkę  koniaku  i  napełnia  kieliszki.  -  No,  ale  matka  wszystkich  podejrzewa,  że  się  im 

przelewa! - zachichotała, ze wyszedł jej rym. 

Przyjrzał  się  córce.  Podobieństwo  do  młodej  Doroty  sprzed  prawie  ćwierć  wieku 

rzucało się w oczy: proste, jasne włosy spadające z przedziałka po środku głowy na ramiona, 

szare oczy, lekko zadarty  nosek i  oszukańczo bezbronne usteczka odsłaniające równe, ostre 

ząbki. Wysunięty podbródek. 

- Co tu robisz? 

background image

Zapaliła  papierosa  ciężką,  metalową  zapalniczką  na  benzynę  z  jakimś  szatańskim 

emblematem. 

- Palisz? - wyciągnęła ku niemu pomiętą paczkę. Zaprzeczył ruchem głowy i podsunął 

jej spodeczek. 

- Szwendam się - wzruszyła ramionami - od roku się szwendam po Europie, skończyły 

się dziadźki, więc przypomniałam sobie o tobie i twoich rodzicielskich obowiązkach. 

Następnego  rana  uważnie  przyjrzał  się  w  lustrze  swojej  twarzy  Robił  to  codziennie 

przy  goleniu,  ale  tylko  po  to,  żeby  sprawdzić,  czy  może  się  pokazać  ludziom,  co  powie  ta 

twarz kolegom w pracy, Aaronowi, którego chciał poznać, Mosurowi, z którym miał spędzić 

większość dnia. Tym razem szukał w niej śladów ojcostwa. 

Była  to  całkiem  zwyczajna  twarz.  Gładko  ogolona,  o  niezłej,  lekko  tłustawej  cerze, 

ocieniona  gęstymi  jeszcze  włosami  w  mysim  kolorze.  Oczy  lekko  melancholijne  i  lekko 

podpuchnięte,  za  dużo  wina,  może  węgorz  był  zbyt  ciężkostrawny  Kąciki  przygrubych  ust, 

kiedyś  zdradzające  skłonność  do  śmiechu  i  zabawy,  teraz  wygięte  w  grymas  zniechęcenia. 

Długo  by  szukać  dowodów,  że  jest  ojcem  Ani.  Może  nos?  Też  trochę  zadarty  Szukał 

ojcostwa, odnalazł syna. Jego twarz była twarzą matki, z okresu tuż przed schronieniem się w 

szaleństwo, przed utratą osobistej mimiki. Melancholia i zniechęcenie nie miały przecież nic 

wspólnego  z  jego  samopoczuciem,  znacznie  lepszym,  odkąd  stał  się  Ananką  i  przyjacielem 

Mosura,  odkąd  zniknęła  zaborcza  Desdemona.  Ale  melancholia  i  zniechęcenie  w  twarzy 

matki  też  nie  miały  nic  wspólnego  z  jej  żarłocznym,  religijnym  płomieniem  usiłującym 

rozświetlić mroki strachu. Trzeba czasu, nim twarz powie prawdę o tym, co się za nią kryje. 

Twarze  kłamią,  z  nawyku,  z  nadmiaru  codziennych,  błahych  bodźców.  Chyba  że  się  jest 

Mosurem. 

Skończył tę samoobserwację, ubrał się i zrobił córce śniadanie do łóżka. 

Ale to  było  dawno. Kilka miesięcy temu. Teraz musi być w pięciu  miejscach naraz. 

Zacznie od Bozia. Bozio mu poradzi, co robić. 

Ania miała gwałtowne skoki nastrojów. Z ożywienia i dziecięcej niemal, rozsadzającej 

ją energii popadała ni stąd, ni zowąd w apatię Ale nie na długo. Jadła mało, ale łapczywie, 

piła trochę więcej, ale podobnie, haustami. Lodzio zaczął się zastanawiać, czy ma się winić za 

jej rozkołysanie. 

-  Matka,  wiesz,  jaka  jest  matka  -  machała  papierosem,  rozkładając  kolejną  zdjętą  z 

półki książkę na kanapie, otwartą, tekstem w dół. W ciągu dnia potrafiła w ten sposób zacząć 

i odrzucić z dziesięć pozycji Trzaskały grzbiety łamały się lakierowane obwoluty  - Właśnie 

nie wiem. 

background image

- Na początku bardzo mi się podobało, bo się dużo działo wokół nas. Jak występowała 

na Batorym, w takim lekko seksy skeczu. Faceci szaleli, miałam wujków od cholery. Ale ona 

ich trzymała na dystans. Na długość nogi w szpilkach, tak mówiła. Miała świetne nogi, ciągle 

ma. Ja byłam ochroną, wykrętem, alibi, rozumiesz. Mogłam nie spać długo w noc, żeby tylko 

facet nie miał szans posunąć się za daleko. Uch, jevla, te fałszywe czułości w ich twarzach, 

uśmiechy,  a  w  oczach  otwarty  tekst  -  spierdalaj  mała,  idź  spać,  bachorze!  Bardzo  mnie  to 

bawiło, śmiałyśmy się z nich razem z matką. 

A  potem  zeszła  na  ląd  w  Szwecji  i  zaczęło  być  nudno.  Szkoła,  oszczędne  życie,  te 

rzeczy  Nauczyła  się  języka,  popracowała  to  tu  to,  tam,  ale  bez  przekonania.  Wreszcie 

zrozumiałam, że cała jest nastawiona, zaprogramowana na zdobycie faceta. Żeby ją urządził. 

No i znalazła. No i nas urządził. 

Bozio otwiera drzwi. 

-  Lodzio?  O  tej  porze?  Wchodź,  wchodź.  Lida  właśnie  robi  kolację.  Mieszkanie,  w 

którym  Lodzio  nie  był  chyba  od  dwóch  lat,  jest  jasne,  czyste  i  pachnie  swobodnym, 

zadowolonym  z  siebie  życiem.  Posprzątane,  ale  nie  wylizane.  Wygodne.  Straszna, 

pokiereszowana twarz miga w drzwiach kuchni. 

- Hej, Ludviku! 

- Ja tylko na  chwilę  -  siada przy stoliku  do kawy  czeka,  aż Bozio  naleje mu  białego 

wina i usiądzie naprzeciwko. Złośliwe oczka napotykają jego wzrok i łagodnieją. 

- Problemy? - kiwa domyślnie głową gospodarz. 

Lodzio  wyłuszcza  sprawę.  Czuje,  że  się  czerwieni  i  poci.  Bozio  unosi  brwi,  jakby 

chicat zadrwić, ale w jego oczach ku zdumieniu gościa pojawia się żal i współczucie. 

- No, to jest poważna sprawa. Nie wiem, w czym... 

-  Myślałem  o  tym  twoim  przyjacielu,  co  ci  wycinał  te  wszystkie  rzeczy  ze  środka  - 

Lodzio  wskazuje  palcem  na  wątły,  ale  efektownie  opalony  tors  przyjaciela,  wyglądający  z 

rozpiętej niemal do pępka koszuli najlepszego gatunku. - Doktor Klotz? Katz? 

Bozio wybucha śmiechem. 

-  Kaca  to  on  z  pewnością  ma  na  okrągło.  Plotz,  Gunter.  No  tak,  może  on,  jeśli  jest 

przytomny Tyle, że on daleko mieszka. 

-  Wezwę  taksówkę.  Możesz  do  niego  zadzwonić?  Bozio  odchodzi  do  telefonu. 

Wchodzi Lida z egzotyczną tacą z tekowego drzewa. Orzeszki, paluszki, selerowe patyczki, 

kolorowe pasty - Nie, dziękuję. Zaraz muszę lecieć. 

Lida  patrzy  na  Lodzia,  Lodzio  patrzy  na  Lidę.  Jej  bursztynowe  oczy  osadzone  w 

masce mówią otwarcie: jest mi dobrze, tak ma być i zrobię wszystko, żeby tak było zawsze. 

background image

Powinien  się  w  zasadzie  cieszyć  ze  względu  na  nią,  ale  w  miejsce  radości  wpelza  mała, 

egoistyczna zazdrość. 

- W porządku - obwieszcza Bozio - nie do końca kontaktuje, ale cię przyjmie. Tu masz 

adres. No i... - Lodzio już jest w drzwiach - powodzenia. Trzymamy kciuki! 

Wydostaje się z ulgą z tej oazy rodzinnego szczęścia. I ma wrażenie, że szwy maski 

też wyrażają ulgę. 

Jesienny  zmierzch  wypełnia  taksówkę  ciepłą,  miedzianą  poświatą.  Licznik  cyka  z 

niemiecką regularnością. W Polsce, myśli nagle Lodzio, już bym się zwierzał taksówkarzowi. 

Obcemu łatwiej. 

-  To  był  imigrant  z  Surinamu,  bardzo  pięknie  czarny  -  Ania  zrobiła  oko  do  ojca, 

zdejmując  jednocześnie  paznokciem  plamkę  tytoniu  z  języka  -  niby  powinien  mieszkać  w 

Holandii,  ale  jakoś  zamieszkał  w  Sztokholmie.  Szmal  miał,  tylko  nie  wiadomo  skąd.  No  i 

matka-cycatka  okazała  się  dla  niego  ideałem.  Tak  twierdził.  Może  nawet  tak  na  początku 

myślał.  On  jej  też  odpowiadał.  Forsę  dawat  w  gotówce.  Lubiła  się  z  nim  pokazywać 

publicznie. Sąsiadkom Szwedkom imponowała. Z Polakami nie miała żadnych kontaktów. To 

już  było  po  sześćdziesiątym  ósmym,  więc  -  jacy  tam  Polacy?  Krzywiła  się  -  sami  Żydzi! 

Ogier był z niego. Często wyjeżdżał w interesach, ale jak wracał, to się sąsiedzi skarżyli. Z 

zazdrości oczywiście, twierdziła matka. Paradowała przed tymi Szwedkami dumna jak paw, 

że dobrze zerżnięta. Bo wiesz, jak to jest u Szwedów. Chcesz posłuchać, jak się kochają, to 

przystawiasz  ucho  do  ściany  w  sobotę  o  wpół  do  dziewiątej.  I  trzeba  się  wysilić.  U 

nowożeńców  jeszcze  w  środy  o  tej  samej  porze.  A  on  nie  nosił  zegarka  i  nie  używał 

kalendarza. 

Mnie  to  było  obojętne.  Luzackie  życie,  szkoła  bez  wymagań,  młodym  wszystko 

wolno.  On  matce  chyba  mózg  wytłukł  do  końca  tym  kutasem,  a  w  każdym  razie  resztki 

ambicji, bo nawet mi nie kazała się dobrze uczyć. Rób, dziecko, co uważasz, byleby ci było 

przyjemnie, mówiła. Życie jest za krótkie, żeby cierpieć. No to robiłam. Nie ja jedna. Lodzio 

siedzi w taksówce i słyszy ten krzyk nad ranem. Ania miotała się po skopanym łóżku, biała, 

mokra od potu, jęcząca, łamiąca się w pół. Coś wewnątrz niej ryczało, domagało się pomocy, 

zemsty,  litości,  nie  wiadomo  czego,  jak  w  „Egzorcyście”.  Wymiotowała  na  czyściutką 

wykładzinę śliną, żółcią, bełkotem. 

- Nie lekarza, nie lekarza, nie! 

Upłynęło trochę czasu, zanim zrozumiał. Chociaż nie, zrozumiał od razu, chyba nawet 

wiedział od początku, tyle że musiał dopuścić tę wiedzę do świadomości, uwierzyć w to, w co 

nie  chciał  uwierzyć.  Spanikował.  Dał  jej  walium,  pozwolił  popić  koniakiem,  sam  go 

background image

przyniósł,  podtrzymywał  jej  mokrą,  zaślinioną  brodę,  żeby  mogła  przełknąć.  Uspokoiła  się 

trochę, więc i on się uspokoił, dobry, kochany, troskliwy tato, i dopiero wtedy zrobiło mu się 

zimno. 

- Głód, rozumiem - doktor Plotz nie wygląda na człowieka, który cokolwiek rozumie. 

Niewielki,  okrągły,  obrzękły,  jakby  bez  rysów,  tylko  ze  śmiesznym,  krzywo  przyciętym 

wąsem nad bezwargimi usteczkami. 

- To trzeba na detoks, pogotowie. 

Lodzio truchleje, taksówka czeka na dole, licznik stuka. 

-  Tak,  ja  rozumiem.  Ale  herr  doktor,  może  coś  na  teraz,  żeby  tak  nie  cierpiała, 

chwilowo... 

Duże,  puste  mieszkanie  w  dziewiętnastowiecznym  budynku.  Gzymsy  i  stiuki,  gołe 

ściany  Same  najprostsze  sprzęty  w  pomieszczeniach,  gdzie  powinny  puszyć  się  antyki. 

Lodzio wie od Bozia, że żona opuściła Plotza po latach walki z jego nałogami, a jej prawnicy 

do spółki z nałogami dokonali dzieła spustoszenia. 

-  Od  czego  jest  uzależniona?  -  Plotz  przechodzi  do  rzeczy  bez  ceregieli.  Wstęp  byt 

czystą formalnością. I tak wie, o co chodzi - Heroina? Amfetamina? 

 

-  Śnieg  tato,  śnieg  -  Ania  jęczy,  wrzeszczy,  błaga,  rozdrażniona,  zniecierpliwiona, 

oburzona na niedomyślność i obojętność świata. 

- Nie, skąd, ona boi się strzykawki - Lodzio widzi, że doktor też się niecierpliwi, może 

i na niego już pora, dawka przed snem, a tu ktoś mu zakłóca precyzyjny rytm stymulacji.  - 

Kokaina. 

-  Dużo  bierze?  -  szklane  oczka  Plotza  zupełnie  nie  są  tego  ciekawe,  pytanie  pada 

automatycznie, ręce z czarnymi włoskami na krótkich paluszkach szukają czegoś po omacku 

na pustym, białym blacie biurka. 

-  Nie  wiem,  dotąd  się  ukrywała,  aż  się  jej  skończyło.  Plotz  nie  reaguje,  jakby 

zapomniał,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Lodzie  ma  wrażenie,  że  bierze  udział  w  jakimś 

tajemniczym  spisku  istot,  których  istnienia  nigdy  nie  podejrzewał,  w  prawdziwym  świecie 

niepojętych rozkoszy, bezgranicznego cierpienia i zimnego okrucieństwa. 

-  No  tak  -  budzi  się  doktor,  wstaje  zza  biurka  i  wychodzi  z  pokoju.  Za  ogromnym, 

zakurzonym oknem z kretonowymi, brudnymi zasłonami jest już zupełnie ciemno. 

- Ale to kosztuje - mówi Plotz, zjawiając się z powrotem z buteleczką w ręku. 

- Ile? 

background image

Oczka  odzyskują  inteligencję  i  zdolność  logicznej  kalkulacji.  Usta  bez  warg  podają 

sumę, - Tyle nie mam - mówi Lodzio. 

- To proszę dzwonić po pogotowie. 

-  Ale  zbiorę,  jeszcze  dziś  zbiorę,  dziś  przywiozę.  Zostawię  zadatek  -  wyjmuje  z 

kieszeni  trzysta  marek  podjęte  przed  chwilą  z  automatu.  Po  cholerę  kupowałem  to 

mieszkanie, wścieka się na siebie w duchu, po cholerę ten sklep w Grecji dla Tadikopoulosa! 

Wiedziałem przecież, że mam córkę! 

-  No  dobrze  -  lekarz  wyjmuje  mu  banknoty  spomiędzy  palców.  -  Bocislau  ręczy  za 

pana, więc i ja panu wierzę. Ale jeszcze dzisiaj! 

Licznik  taksówki  przypomina  bezlitośnie,  że  trzeba  będzie  pożyczyć  trochę  więcej, 

znacznie  więcej  niż  sumę  wymienioną  przez  Plotza.  Monachium  okazuje  się  nagle  bardzo 

dużym miastem. 

Najpierw do Ani, czy najpierw po pieniądze? Do Ani. Przynieść jej ulgę, jeszcze sobie 

co zrobi. 

-  To,  że  naciągał,  kogo  się  da  i  gdzie  się  da,  to  pryszcz  -  mówiła  z  lekceważącym 

ożywieniem. Po raz któryś z rzędu wychodziła do łazienki i wracała zarumieniona.  - Każdy 

orze, jak może. Było na życie, było na rozrywki, stawał mu, więc wszystko w porządku. Ale 

niedługo zaczął  mu  stawać do mnie i  wcale nie  pytał o zgodę.  I to  było  wstrętne, okropne. 

Nawet nie sam seks. Tylko groźby. I zazdrość. Bo on się w końcu we mnie zadurzył. Śledził 

mnie,  rozliczał  z  kieszonkowego,  przychodził  pod  szkolę.  Gonił  chłopaków,  z  którymi  się 

widywałam.  Bił.  Jevla!  Mówiłam  matce,  ale  ona  mi  nie  wierzyła.  Chciałabyś,  suczko! 

Mówiła, za wcześnie dla ciebie. Niech ci najpierw cipa obrośnie! Czego was tam uczą, w tej 

szkole? Kręcić tyłkiem i fantazjować? Idź się wyspowiadać! Bo ona to chodziła do kościoła 

regularnie, pewnie dziękować Bogu, że jej zesłał takiego cudownego chłopa. 

- Nie mogłaś się komuś poskarżyć? 

-  Ile  ja  miałam?  Trzynaście  lat?  Bałam  się.  Jeszcze  wyśledzi  i  zabije.  Poza  tym 

przekupywał mnie. Bajerował. Gdzieś tam w środku myślałam sobie, co mi tam. Przeczekam, 

skorzystam i prysnę. Po mamusi takie rzeczowe myślenie, chwytasz. 

Taksówka czeka pod domem. Licznik cyka z niemiecką regularnością. 

Lodzio otwiera drzwi. 

Okno  na  oścież.  Szpitalne  światło  jarzeniówek  z  ulicy.  Ania  klęczy  na  dywanie, 

pośrodku  migoczącej,  mlecznej  drogi  szklanych  gwiazd  i  okruchów.  Niektóre  tkwią  w 

zaczerwienionych kolanach i podniesionych dłoniach. 

background image

-  To  nie  ja,  tato!  Przysięgam,  że  to  nie  ja!  Tramwaj  przejechał,  zgrzytnęło,  tory 

zgrzytnęły o koła i tu wszystko eksplodowało! 

Zaraz będzie ryk. Lodzio podnosi ją z podłogi, kryształowe kawałki odpadają od ciała. 

Tak, taktak. Taktaktak. 

- Oczywiście, że nie ty. Wiem, że nie ty To się zdarza. To się nazywa fala stojąca, czy 

coś takiego. Wiesz, mury Jerycha, Blaszany Bębenek, uspokój się. Mam to, o co prosiłaś. 

Ręce  jej  się  trzęsą,  musi  wszystko  zrobić  za  nią:  wysypać  trochę  na  lusterko, 

uformować  białą  kreskę  nożem  do  papieru.  Znaleźć  rurkę.  Rozkręca  plastikowy  długopis, 

wyrzuca wkład na podłogę, sprężynka wylatuje sama. Jak na filmie. 

Ania oddaje się w skupieniu kuracji. Lodzio nie chce na to patrzeć. Odwraca wzrok i 

widzi puste półki z kryształowym gruzem swojej kolekcji. Miniatura kataklizmu i wykopalisk 

zarazem.  Przezroczyste  fragmenty  klasycznych  sylwetek,  ułamki  wizerunków,  torsów, 

kończyn. Bardziej wiarygodne. Czy można sobie wyobrazić Nike z Samotraki z rękami? 

Trzeba zabrać buteleczkę, żeby nie przedawkowała. Trzeba pożyczyć pieniądze. 

- Dojdź trochę do siebie, niedługo wrócę. 

- Ale zostaw mi... 

- Nie, kochanie. Jak wrócę. Spróbuj coś zjeść. 

Pani Elwira nie okazuje zdziwienia późną wizytą. W salonie, przed telewizorem siedzi 

z  kieliszkiem  koniaku  pan  Czarek.  W  fotelu  obok  Kichot.  Oglądają  mecz.  Witają  Lodzia 

gestami wolnych dłoni. 

Pani  Elwira  słucha  z  uwagą.  Zza  ściany  dochodzi  zgiełk  stadionu.  Lodzie  jest 

opanowany i szczery. Najgorsze chyba za nim. W końcu chodzi tylko o pieniądze. 

- Panie Lodziu. Chjętnie byśmy panu pomogli, ale nie mamy żywej gotówki. Tyle, co 

na życie. Czarek wszystko inwestuje, a czego nie zainwestuje, proszę to zachować dla siebie, 

to przepuści w kasynie. To zresztą drobne sumy Zresztą, jak mi się wydaje, problem jest w 

czym  innym.  Córkę  trzeba  leczyć.  Mogę  poszukać,  rozpylać  się,  dowiedzieć  o  jakieś 

specjalistyczne sanatorium, gdzieś w górach, to mogę zrobić. Proszą mi zaufać. 

Lodzio nie traci czasu. Dziękuje i żegna się uprzejmie. 

-1 niech pan pamięta - ścisza glos do szeptu pani Elwira, co w jej wykonaniu zwiększa 

jeszcze  nacisk  położony  na  słowa  -  niech  pan  uważa,  z  kim  pan  rozmawia.  To  wstydliwa  i 

dyskretna sprawa, a sam pan wie, jak to jest w naszym radiu. Wrogów nie brak, gotowych to 

wykorzystać przeciw nam wszystkim. Zwłaszcza teraz. 

Lodzio  posłusznie  zobowiązuje  się  do  dyskrecji.  Schodzi  po  schodach  do  bramy. 

Licznik stuka. Przy taksówce dogania go Kichot. 

background image

-  Pani  Ludwiku!  Płoszę  poczekać!  Ile  panu  potrzeba?  Akułat  mam!  Rozregulowana 

sylwetka kudłacza zwija się w zażenowanej próbie wydostania portfela z czeluści obszernego 

ubrania. Lodzio nie wie, jak zareagować. 

-  Pytam,  co  sieł  stało,  a  pani  Elwiła,  z  całoł  dyskłecjoł,  że  ma  pan  przejściowe 

płobłemy z fołsoł. Trzeba mówić! No to ile? 

Lodzio patrzy na setki wystające z dużej, niezgrabnej garści. Kichot nie pracuje długo, 

nie ma pewnie żadnych rezerw, wypłatę nosi przy sobie, w gotówce, wydaje i rozdaje, póki 

mu starczy. Tacy oni są, ci nowi. 

- Dwieście wystarczy  -  mówi  Lodzio.  -  Do końca miesiąca. Dziękuję. Kichot  macha 

łapą. 

- Kiedy pan bełdzie mógł. Nie ma spławy. No to na łazie, bo mi dogływka przepadnie. 

Noc  już  zupełna.  Światła  taksówki  drążą  cylindryczne  tunele  w  pustoszejącym 

mieście. 

Urkowicz  nie  ma.  Dałby,  gdyby  miał,  ale  nie  ma.  Przekazał  właśnie  duży  czek  na 

fundację walki o wolność i demokrację. 

- Najważniejsze, mhm, rozumie pan, panie Lodziu, żeby ją przetrzymać przez tydzień 

w  spokoju,  żeby  nie  brała.  Znam  taki  przypadek.  Podawać  coś  na  uspokojenie,  są  takie 

ziołowe herbatki, w ostateczności coś na sen. I być stale przy niej. No a potem, to co najmniej 

dwa lata na odbudowę psychiki. Pełna czujność, nawroty to reguła, mhm, tak. Pewności i tak 

nie  ma  do  końca  życia,  co  robić.  Taki  los.  Jakby  mało  było  nieszczęść  na  tym  świecie! 

Powodzenia. 

Drzwi Eleganckiego Eugeniusza otwiera jakaś kobieta, na oko już po pięćdziesiątce. 

Wpuszcza Lodzia do przedpokoju i puka do zamkniętego gabinetu. 

- Herein! - modulowany głos jest pełen godności. 

Przekwitła piękność zaprasza gościa do świątyni, zamyka za nim drzwi. Gabinet jest 

zaciemniony.  Pali  się  tylko  antyczna  lampka  na  biurku.  Wyrywa  z  mroku  szlachetne 

fragmenty Eleganckiego Eugeniusza. 

-  O,  kogo  widzę!  -  wyskakująca  z  ciemności  ręka  wskazuje  Łodziowi  krzesło  po 

drugiej  stronie  biurka  -  witam,  witam.  Niechże  się  pan  rozgości,  panie  Ludwiku.  Siedzę 

właśnie nad czymś, co powinno pana, jako reżysera, zainteresować. 

Lodzio  siada  posłusznie.  Przyszedł  po  pieniądze.  Musi  zapłacić  cierpliwością  i 

czasem, uprzejmym skupieniem. Elegancki Eugeniusz lubi się wygadać. 

-  Może  herbaty?  Liselotte  robi  świetną  herbatę  -  słuchacz  odmawia  gestem  ręki  - 

poznał  pan  Liselotte?  To  moja  przyjaciółka.  Wspaniała  osobowość  -  z  cienia  wyłania  się 

background image

niebieskawy  podbródek  gospodarza  podparty  jedwabnym  fularem  wypełniającym  barokowe 

wycięcie atłasowego szlafroka. - Aktorka. Z wielką przyszłością. I co pan myśli o tym, co się 

u nas dzieje? 

Lodzio myśli tylko o jednym i być może udałoby się mu wyartykułować swoje troski, 

gdyby się przez moment nie zawahał. 

-  Boi  się  pan  mówić  otwarcie.  Nie  dziwię  się.  Atmosfera  jest  taka,  że  nikomu  nie 

wolno ufać. Zresztą po co? Zniżać się do tych intryg i wymiany inwektyw, jak chce Elwira? 

Toż to samoponiżenie. W dodatku do niczego nie prowadzące. Przecież oczywiste jest, że to 

ostatnie podrygi naszej szacownej Wolności. Amerykanie czekają tylko na pretekst, żeby się 

nas  pozbyć,  a  Namiastnik  i  jego  konflikt  z  połową  zespołu  to  nic  innego,  jak  ten  pretekst. 

Sytuację  międzynarodową  zostawiając  na  boku.  Inteligentny  człowiek  -  elegancka  dłoń 

poprawia  fular,  który  nie  wymaga  bynajmniej  korekty  -  oddaje  się  w  czasach  kryzysu 

rzeczom  wyższym.  Komunizm  wkrótce  upadnie,  z  tym  pan  się  zgodzi.  A  co  pozostawi? 

Ruiny  i  zgliszcza,  gospodarcze,  moralne,  zwłaszcza  kulturalne  ruiny  i  zgliszcza.  Czy  ktoś  o 

tym  myśli?  Zapewniam  pana,  że  nie.  Otóż  ja  myślę.  I  ja  pragnę  być  przygotowany  na  tę 

ewentualność. 

Elegancki  Eugeniusz  pochyla  się  i  wyjawia  Łodziowi  swoją  twarz,  w  ciepłym, 

przychylnym  świetle  starej  lampy  Jest  to  twarz  niewątpliwie  przystojna,  świadoma  swojej 

przystojności, twarz przyjazna każdemu, kto ją uzna za przystojną. 

-  Tworzę  fundację  kultury  polskiej,  ogólnoeuropejską  instytucję,  która  odbuduje 

zdegenerowaną świadomość Polaków. Aktorzy, reżyserzy, pisarze, plastycy, czy pan wie, ilu 

nas jest na świecie? Wszyscy będziemy potrzebni na tej pustyni popiołów, którą nazywamy 

ojczyzną. Musimy tylko pokonać wzajemne kwasy i animozje, nie liczyć na szybkie zyski i 

zaspokajanie małych ambicji, musimy wrócić do korzeni i źródeł! Tu mam statut - atłasowy 

rękaw przesunął w stronę Lodzia pokaźny plik maszynopisu. - Niechże się pan z tym zapozna 

i powie mi, co o tym myśli. 

Ojciec  kokainistki  wyraża  wdzięczność  i  zainteresowanie.  Obiecuje,  że  przeczyta, 

pomyśli i powie. Wstaje i już przy drzwiach pyta, mimochodem, o możliwość pożyczki. 

-  Ależ  oczywiście  -  Elegancki  Eugeniusz  nie  zwykł  tracić  czasu  na  drobiazgi  i  nie 

pytając o sumę, otwiera szufladkę sekretery. - Proszę! 

Liselotte  wypuszcza  Lodzia  z  sanktuarium.  Lodzia  bogatszego  o  cale  pięćdziesiąt 

marek. 

Licznik  stuka.  Pan  Stanisław  nie  wchodzi  w  rachubę.  Lodzio  nie  ma  czasu  na 

wysłuchanie  kolejnego  monologu,  inkrustowanego  niedokładnymi  cytatami  z  klasyków. 

background image

Zresztą wiadomo, że na pieniądzach pana Stanisława trzyma rękę jego efektowna żona, której 

są  one  znacznie  bardziej  potrzebne  niż  staremu  gadule  zagrzebanemu  w  książkach  i 

marzeniach o wolnej Polsce. 

Pozostał, z tych godnych względnego zaufania, tylko Graf. 

- A, wejdź kochany, jak się masz. Co cię sprowadza? W mieszkaniu Grata, naprzeciw 

starego  parku,  rządzi  absolutna  cisza.  Jest  zagracone,  ale  nie  sprawia  wrażenia  bałaganu. 

Książki, płyty, gazety leżą wszędzie, poukładane w nierówne stosy na krzesłach, taboretach, 

stoliczkach  i  stołach.  W  salonie  stoi  koncertowy  fortepian  z  otwartą  klapą  klawiatury.  Na 

fortepianie szklanka whisky i popielniczka z kopalnią petów. 

- Przerwałem ci pracę - stwierdza przepraszająco Lodzio. 

- Och, praca - w skromności Grafa nie ma fałszu - próbuję wycisnąć ze starego łba coś 

sensownego. Żona z dziećmi w Kutzbuhlu, korzystam z chwili spokoju. Ja, jak coś wychlam, 

też jadę do Kutzbuhla, słyszałeś to? To ten nowy napisał, jak mu tam, Kichot. Zdolna bestia. 

- Co to jest? - Lodzio wskazuje plik papieru nutowego. 

-  Takie  tam...  -  Graf  nalewa  whisky  do  szklanki,  którą  podaje  Łodziowi,  biorąc 

jednocześnie z fortepianu własną, niedopitą. - No, to za sens życia! 

Piją. 

-  Wiesz  -  decyduje  się  wreszcie  Graf  -  widziałem  tyle  śmierci,  tyle  nieszczęścia,  w 

końcu  robimy  w  tym,  nieudolnie,  kulawo,  ale  robimy  w  tym.  I  nic  z  tego  nie  zostanie.  Za 

dziesięć  lat  ludzie  będą  mieli  własne  nieszczęścia,  co  ich  będą  obchodzić  nasze?  Że 

pomyślałem, co tam, przynajmniej mi to wypełni czas, że napiszę mszę. 

-  Mszę  -  Lodzio  patrzy  z  respektem  na  ołówek  leżący  na  fortepianie  w  poprzek 

mokrego krążka po szklance. Jednego z wielu krążków. 

-  Mszę  za  tych  wszystkich  nieszczęśników  -  mówi  z  zażenowaniem  Graf,  jakby 

przyznawał się do świętokradztwa - za nas też. Wiesz, jak wpadam w depresję, zdarza mi się, 

to sobie wtedy marzę, że w Warszawie, w kościele Świętego Krzyża grają mi tę mszę. Wtedy 

dobrze  ją  słyszę,  jaka  powinna  być.  Nie  za  smutna,  broń  Boże  i  lustracyjna.  Raczej  taka... 

dzielna, jeśli się dobrze wyraziłem. No i - autor mszy pociąga ze szklaneczki - chciałoby się 

przy tym być. Za życia. 

- No to za to - Lodzio wznosi toast. 

W  ciszy  mieszkania  wypełnionego  zamysłem  mszy  jakoś  nie  ma  ochoty  opowiadać 

wszystkiego  od  początku,  usprawiedliwiać  swojej  prośby.  A  Graf  patrzy  na  niego 

wyczekująco. 

- Możesz mi pożyczyć tysiąc marek? - pyta Lodzio wprost. 

background image

- Fiuuu! - zmęczone oczy patrzą z podziwem. Duże kwoty oznaczają duże kłopoty Ale 

palec, ubrudzony na czubku ołówkiem podnosi się do ust w znaku dyskrecji.  - Ja nie mam. 

Ale poczekaj, mój najstarszy trzyma bank w pudełku po cygarach. Potem się z nim rozliczę. 

Masywna postać znika w przepastnych korytarzach mieszkania. Skrzypią stare klepki, 

coś z hukiem spada na podłogę. 

- Masz - Graf wręcza Łodziowi niebieski pliczek spięty czerwoną aptekarską gumką - 

równy tysiąc. 

- Nie wiem, jak ci dziękować. 

-  Jak  nie  wiesz,  to  nie  dziękuj.  I,  żeby  się  wszystko  wyprostowało  -  szklaneczka 

wędruje do góry, jedno oko mruga pokrzepiająco. 

Licznik stuka z niemiecką regularnością. Taksówkarz ma na szyi czerwoną pręgę od 

grubej marynarki. Znosi swój los z godnością. 

Doktor  Plotz  przyjmuje  należność  z  obojętnym  wyrazem  twarzy,  bez  ulgi,  bez 

zdziwienia.  Wydaje  się,  ze  już  nie  pamięta,  za  co  dostaje  tyle  pieniędzy.  W  końcu  jest  już 

bardzo późno. 

Taksówkarz mógłby być bratem bliźniakiem Plotza. 

Lodzio  stąpa  ostrożnie  po  kryształowym,  chrupiącym  kobiercu  rozbitej  kolekcji. 

Zagląda do pokoju Ani. 

Śpi.  Z  rozrzuconymi  rękoma,  rozrzuconymi  włosami,  z  otwartymi  ustami, 

rozrzuconymi pod dziwnym kątem nogami. Paznokcie u nóg ma pomalowane na zielono. Śpi, 

cała rozrzucona. 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  Korzystaliście  ostatnio  z  toalet  w  naszym  korytarzu?  -  Elegancki  Eugeniusz 

pieczołowicie  wyciskał  z  przyniesionej  z  domu  tubki  brązową  pastę  śledziową  na  kromkę 

ciemnego chleba z ziarnami słonecznika. - Lektura, palce lizać. 

Pani  Elwira  spojrzała  nań  z  niesmakiem  -  Amerykanie  będą  mieli  kupę  roboty  z 

porównywaniem charakterów pisma - zauważył z satysfakcją Bozio. 

- Ba - rozłożył ręce Graf - przecież piszemy na maszynach. 

- Kupa roboty To bardzo trafne określenie - ściągnął po swojemu wargi pan Stanisław, 

nie podnosząc powiek. 

- Mhm. Mhm. 

Rzeczywiście,  ściany  większości  ubikacji  Wolności  stały  się  lśniącymi, 

wielobarwnymi  kartami  księgi  skarg  i  zażaleń,  pokrytymi  pieczołowicie  pełną  fantazji  i 

dosadności twórczością poetycką, prozatorską, aforystyczną i  publicystyczną. Jej bohaterem 

byt przeważnie Namiastnik i jego akolici. Zdarzały się co prawda wpisy w innych niż polski 

językach,  cyrylicą  lub  azjatyckimi  robaczkami,  których  sam  kształt  nasuwał  obsceniczne 

skojarzenia,  ale  należały  do  rzadkości.  Życie  polityczne  pozostałych  sekcji  najwyraźniej 

przeżywało  kryzys  monotonii.  Natomiast  w  świetle  obficie  ilustrowanych  dziel 

polskojęzycznych  Namiastnik  jawił  się  demonem  aktywności  agenturalnej,  erotycznej  lub 

nawet obu naraz. 

- „Nim komuny pomścisz zbrodnie - zacytował Lodzio - na życzenie KGB, najpierw 

zapnij sobie spodnie, bo instrukcje widać twe”. 

Odkąd doświadczył współczucia i większej lub mniejszej pomocy ze strony kolegów, 

częściej zasiadał z nimi do śniadania. 

Pan  Stanisław  skrzywił  się,  jakby  ten  fragment  czyjejś  zjadliwej  inwencji  zadał  mu 

osobisty ból. 

- Ubikacyjna kontestacja - parsknął - jak z Mrożka. 

-  On  sam  sobie  jest  winien  -  zauważył  Urkowicz  -  w  umowie  o  pracę  nigdzie  to 

wprawdzie  nie  jest  zapisane,  ale  zwyczajowo  przychodzi  się  na  poranną  konferencję  z 

zapiętym rozporkiem. 

Nie używano już przezwiska Namiastnik. Mówiono o nim po prostu On. Brzmiało to 

groźniej i jednocześnie podkreślało zdecydowane odcięcie się od postaci. 

- Czy nikt nie sprząta tych kibli? - chciał wiedzieć Graf. - Ściany pomazane, człowiek 

potyka się o puste piersiówki... 

background image

- Ja myślę - powiedziała pani Elwira z uśmiechem dającym do zrozumienia, ze to, co 

powie,  to  żart  -  że  On  chciał  nam  w  ten  sposób  zasygnalizować  nieuchronne  zmiany 

personalne. Ktoś niedługo wyleci. 

- Fuj - skomentował Elegancki Eugeniusz z pełnymi ustami. 

-  Nie  czyszczą  ścian,  bo  muszą  je  najpierw  sfotografować.  -  Bozio  wzmocnił  swoją 

herbatę i pytającym wzrokiem spojrzał na Grafa. Ten kiwnął przyzwalająco zatroskaną głową. 

- Toż to będzie śledztwo! 

- Już jest - mruknął Urkowicz. 

W  kantynie  pojawili  się  Turysta  i  ksiądz.  Zmierzając  do  wolnego  stolika,  celowo 

zatoczyli łuk, żeby przejść w pobliżu towarzystwa. 

- Spiskuje się? - Turysta błysnął okularami na dumnie uniesionej głowie. Nadal nosił 

gorset. - A jak tam audycje? 

- Cołaz lepsze, padie wicedyłektorze  - odpowiedział za wszystkich Kichot.  - Błakuje 

tylko głosu ptawdziwego łobodnika. 

Aluzja do wyrzuconego stoczniowca nie przypadła Turyście do smaku. 

- Pracujemy nad istotnymi zmianami ramówki - zapewnił z mało przekonującą groźbą 

w głosie. 

- Bóg z wami - dorzuci} ksiądz na odchodnym. 

- Siarka, siarka, czuję siarkę - zasyczał Bozio z diabolicznym grymasem. 

- To tylko zapach celibatu - Lodzio nie odmówił sobie uzupełnienia komentarza. 

- Panowie, panowie - zgorszyła się pani Elwira - to jednak osoba duchowna. 

- Ale tówno stojołca na ziemi - sprecyzował Kichot. - Wczotaj złapał mnie za łękaw i 

poładzit, żebym szanował swoje zaiobki, najlepiej ulokował je w Szwajcatii, bo nie wiadomo, 

jak długo jeszcze bełdeł żył z antykomunizmu. 

- Dobrotliwe pogróżki - skwitował Urkowicz. 

- Mnie wezwał dyrektor i pytał, jak się ma moja córka - przyznał Lodzio. Pani Elwira 

pokiwała głową. 

- Tego się właśnie obawiałam. 

Pan Stanisław odchylił się w krześle i zmarszczył brwi nad zasłuchanymi powiekami. 

-  Czy  wiecie,  że  ON  próbował  mnie  wziąć  pod  włos?  Spotyka  mnie  na  korytarzu  i 

powiada: panie Stanisławie, w końcu jesteśmy jedynymi członkami Pen Clubu w tym gronie, 

powinniśmy się trzymać razem. 

Wyobrażacie sobie taką czelność? 

background image

-1 co mu pan odpowiedział? - chciała wiedzieć pani Elwira. Pan Stanisław opadł wraz 

z krzesłem z powrotem ku stołowi. 

- Och, coś tam mato wiążącego. 

-  Myślę,  że  ON  pęka  -  stwierdził  tajemniczo  Elegancki  Eugeniusz  -  nie  wytrzymuje 

psychicznie. Niedawno  oświadczył  mi w studiu, że od czasu przesłuchań na UB nie potrafi 

racjonalnie reagować na więcej niż jedną osobę, która ma inne zdanie niż on. 

- Ciekawe, kiedy i kto go przesłuchiwał - mruknął z powątpiewaniem Urkowicz - i z 

jakim skutkiem. 

-  A  dwa  dni  później  -  przypomniał  sobie  pan  Stanisław  -  dostaję  naganę  za  to,  że 

mimo  dwukrotnych  pouczeń  nie  poprawiłem  swojej  znajomości  angielskiego.  W  moim 

wieku! 

- Za to jego kuzyn, a nasz korespondent w Nowym Jorku, opanował ten język z dnia 

na dzień! 

- Hełoł, dabiskocz, pliz - zachichotał Bozio. 

- To mi przypomina naszego Victora - wtrącił Graf - dawno go nie widziałem. 

Zapadła nagła cisza. 

- Powiesił się - przerwała ją w końcu pani Elwira. 

-  Było  podobnie  jak  z  Marylką  -  dodał  Elegancki  Eugeniusz  z  niezdrowym 

upodobaniem.  -  Żył  sam,  więc  wisiał  tak  dobry  tydzień,  zanim  go  znaleźli.  Możecie  sobie 

wyobrazić... 

- Panie Eugeniuszu! 

Graf opuścił ciężką głowę na pierś. Luźne fałdy podbródka objęły mu szyję żałobnym 

szalem. 

- Moi państwo! - rozległ się nad nimi donośny głos. - Możecie się ze mnie śmiać, ale 

ja wam mówię, że prędzej zamkną całą tę budę, nim wam się uda wygryźć dyrektora! 

Pępek,  który  pojawił  się  przy  nich  jak  spod  ziemi,  powiedział  swoje  i  oddalił  się  w 

kierunku stołu Turysty i księdza. 

- Co mu się stało? - zdziwił się Urkowicz. 

-  Teściowa  nie  może  mu  wybaczyć,  że  został  zdegładowany.  No  i  ma  znowu  teł 

swojoł byłoł żoneł na głowie. 

- Po kolei, po kolei - nadmiar dramatycznych informacji wpędził Grata w przykry stan 

zagubienia. 

-  Pani  Basia  -  pospieszył  Bozio  z  biuletynem  -  wyszła  dopiero  co  za  Misze,  wiesz, 

tego Rosjanina, co jak wypił, to się lubił przebierać za pułkownika Armii Czerwonej. No i... 

background image

- Skąd on wytrzasnął mundur? - Urkowicz zwęszył ulubiony temat. 

-  Oni  z  Szarią,  tym  Gruzinem,  pili  i  razem  się  przebierali.  Kupili  gdzieś,  na 

flomarkecie. Mundury i insygnia. 

- No i co z tym Miszą? 

- No i nic. Pobrali się, pani Basia nawet złagodniała z tego szczęścia, a tu miesiąc po 

ślubie wyszła po bułki do sklepu i kiedy wróciła, on już nie żył. Serce. 

- Coś takiego! 

- No dobrze. Ale dlaczego Pępek ma ją mieć na głowie? Przecież się rozwiedli. 

- Rozwód to dopiero początek - ze znawstwem zauważył Urkowicz. 

- Czy to coś znaczy? Jakieś fatum? - z emfazą zapytał Elegancki Eugeniuszu. - Może 

fen? 

Bozio zaprzeczył kwaśnym uśmiechem. 

- Gdyby w Alpach wiał fen, to by nas głowy bolały - Mnie od wczołaj boli. 

- To znaczy, że pan żyje. Powód do radości. 

- Żadne fatum - pani Elwira nie mogła pozwolić, żeby rozmowa wkraczała w obszary 

kawiarnianego  mistycyzmu.  -  Wszystkich  nas  to  czeka,  prędzej  czy  później,  a  tymczasem 

mamy konkretne sprawy do załatwienia. 

- Wolałbym później - szepnął Bozio do Grafa. 

- Czy ja wiem? Czy ja wiem? 

-  Udało  mi  się  zebrać  i  ułożyć  w  całość  listę,  nazwijmy  to,  metod  postępowania 

obecnej  dyrekcji,  jej  oczywistych  błędów  personalnych  i  programowych,  jej  nadzwyczajną 

umiejętność  skłócania  nas,  szczucia  wzajemnego,  intrygowania.  Do  tego  -  pani  Elwira 

uśmiechnęła  się  z  otwarcie  fałszywą  skromnością  -  dzięki  moim  kontaktom  i  źródłom, 

których  nie  mogę  ujawnić,  dotarłam  do  szeregu  interesujących  szczegółów  w  życiorysach 

nowo  przyjętych  redaktorów,  poza  panem  -  łaskawie  uspokoiła  Kichota,  który  wcale  nie 

wyglądał  na  zaniepokojonego  -  pański  znamy  Mam  wrażenie,  że  jest  to  wystarczający 

materiał,  by  sformułować  konkretne  dezyderaty  wobec  Amerykanów.  Wszyscy  czekali,  co 

dalej. 

- W zasadzie już je sformułowałam. Tak przypuszczali. 

-  Pozostało  nam  jeszcze  zgodzić  się  co  do  osoby  następcy  naszego...  właściciela  nie 

dopiętych spodni, tak, byśmy nie zostali znowu zaskoczeni kandydaturą, jak to miało miejsce 

uprzednio. 

- Czy zauważyliście, że jak umiera ktoś, kogo się nie lubi, to poczucie winy jest jakby 

większe? - odezwał się nie na temat Graf. 

background image

-  Dźwigamy  odpowiedzialność  wobec  naszych  słuchaczy  -  podkreśliła  z  naciskiem 

pani Elwira. 

-  Żeby  ją  na  nich  zrzucić,  kiedy  już  będą  wolni  -  zauważy}  proroczo  Elegancki 

Eugeniusz - jeszcze się nam za to dostanie. 

- Życiorysy - pokręcił z powątpiewaniem głową Bozio - w każdym życiorysie coś się 

znajdzie. 

- W tej sprawie, panie Bożysławie, niech każdy mówi za siebie. 

- Dziś łano - Kichot przyszedł pani Elwirze z pomocą - siedziałeb w ubikacji. 

- Fascynujące - uniósł brwi Elegancki Eugeniusz, zapomniawszy, że sam wprowadził 

do rozmowy wątek kloaczny - Lubieł czytać gazetę! w ubikacji - wyjaśnił niezrażony Kichot - 

nikt nie przeszkadza. 

- Mhm. Mhm. 

-  I  słyszałem,  jak  Tułysta  mówił  do  Pełpka,  że  niedługo  bełdoł  etaty,  bo  tak  czy 

inaczej pału stałuszków, zwłaszcza tych, co judzoł, siei pozbełdziemy Tak mówił. On co łano 

myje zełby w ubikacji. 

- Niewiele mu to pomaga - przyciął Bozio - i tak mu jedzie z jadaczki. 

- Wątrobiarz - potwierdził Urkowicz. 

Pani Elwira postanowiła wykorzystać niespodziewaną odsiecz. 

- Sami panowie widzą, że coś trzeba zrobić. Chyba, że się zgodzimy z góry na to, by 

ON  robił,  co  chce  z  naszą  rozgłośnią.  -  Przygotowanym  ruchem  ręki  wyczarowała  z  torby 

zadrukowaną kartkę. - Proszę to przeczytać i, jeśli wola oczywiście, podpisać. 

Elegancki Eugeniusz miał wątpliwości. 

- Co to da? Przecież nasi Amerykanie go popierają. Czemu mieliby się liczyć z jakimś 

kolejnym protestem? 

Pani Elwira zamachała dłońmi w geście prestidigitatora. 

-  Ten  list  pójdzie  do  Waszyngtonu  -  oświadczyła  z  namaszczeniem  -  tam  jeszcze 

mamy przyjaciół. Panie Lodziu, przeczytał pan? 

Lodzio  oczywiście  przeczytał.  I  wiedział,  czemu  pani  Elwira  zaczęła  zbieranie 

podpisów od niego. Dzięki niej od czterech miesięcy Ania skutecznie leczyła się w małym, 

prywatnym i dyskretnym sanatorium w Schwarzwaldzie. 

-  To  jest  dobry  list  -  powiedział  rzeczowo  i  podpisał,  po  czym  przekazał  kartkę 

Kichotowi. Ten kichnął radośnie i podpisał nie czytając. 

Stolik  Polaków  z  obozu  dyrektorskiego  obserwował  postępującą  sprawnie  i  w 

milczeniu procedurę z ostentacyjną dezaprobatą. 

background image

-  O  wolność  i  demokrację  -  uznała  za  koniecznie  podsumować  pani  Elwira  -  mogą 

walczyć tylko instytucje wolne i demokratyczne. Kartka dotarła do pana Stanisława. 

- „Martwa pieśń, przyjaciele - zaintonował śpiewnie, otwierając oczy ku zaskoczeniu 

wszystkich  były  rozbawione.  -  Bo  gdzie  rąk  zabrakło,  tam  i  pieśni  nie  staje,  a  żaglom  ni 

tratwom nie płynąć tam, nie śpiewać młodzieńcom... - przyjrzał się treści listu - bo jeśli wiary 

zabraknie  w  odwrócenie  ruchu,  martwa  pieśń,  przyjaciele  -  grobowcem  na  duchu,  martwy 

sen, przyjaciele, pod kolumną blasku i popiołu wracanie popiołem - do piasku”.[Słowacki] 

Westchnął... i podpisał. 

background image

ETER  

 

Włączenie  Ananków  do  szczęśliwej  rodziny  narodów  radzieckich  odbyło  się 

najpewniej  w  latach  1919-1921,  choć  nie  zachowały  się  bądź  nie  zostały  ujawnione  żadne 

oficjalne  dokumenty  potwierdzające  ten  istotny  dla  nas  fakt.  Trudno  się  jednak  dziwić;  nie 

zachowały się także bądź nie zostały ujawnione traktaty pokojowe i handlowe między Rosją a 

Ananią  z  przełomu  osiemnastego  i  dziewiętnastego  wieku.  Zgodnie  z  typowo  imperialnym 

myśleniem  carskiej  dyplomacji  państwo,  które  nie  istnieje  na  papierze  -  nie  istnieje  wcale, 

któż się więc o nie upomni, gdy we właściwym czasie zostanie włączone do macierzy Gdyby 

nie  stracona  na  placu  Concorde  wdowa  po  markizie  de  Buhlu,  nie  pozostałby  żaden  ślad 

ożywionych kontaktów Sankt Petersburga z Hesz-Ni-An, i ten nie był brany zbyt poważnie. 

Europa miała swoje problemy, któż by się przejmował mityczną krainą pochodzenia pięknej 

Kahary (Kahariny, jak przez porównanie do carycy zwano ją w mieście białych nocy)? 

Dysponujemy,  jak  dotąd,  tylko  jednym  opisem  wprowadzania  rewolucyjnej 

świadomości  w  umysły  Ananków.  Jest  to  tak  zwany  „irkucki  zeszyt”,  dziennik 

czerwonoarmiejca,  radiotelegrafisty,  weterana  syberyjskich  walk  z  Kołczakiem.  Trzydzieści 

dwie  strony  liniowanego  papieru  zapisanego  na  kolanie  skrótowymi  notatkami  ołówkiem, 

odnalezione,  jak    wskazuje  nazwa  dokumentu,  w  Irkucku  na  początku  lat  sześćdziesiątych 

przez  jednego  z  rosyjskich  dysydentów.  Krążyły  przez  jakiś  czas  w  odpisach,  aż  trafiły  do 

jednego  z  emigracyjnych  pism,  gdzie  wydrukowano  je,  z  braku  wystarczających 

historycznych i geograficznych odniesień raczej jako literacką ciekawostkę, obrazek z epoki. 

Styl  pozwala  domyślać  się  w  ich  autorze  człowieka  młodego,  porwanego  romantycznym 

wichrem  dziejowych  przemian,  choć  nie  pozbawionego  całkiem  reakcyjnej  wrażliwości 

humanisty  i  podstawowego  przynajmniej  wykształcenia.  Nie  wiadomo,  co  się  z  nim  stało. 

Prawdopodobnie  spłonął,  jak  miliony  podobnych  mu  ofiarnych  wiórów,  na  rewolucyjnym 

stosie  rozpalonym  Leninowską  iskrą.  Lub  też,  wyzbywszy  się  burżuazyjnych  odruchów, 

włączył  się  w  budowanie  nowej  rzeczywistości,  stając  się  zupełnie  kim  innym  niż  ów 

młodzieniec  zapisujący  wieczorami,  przy  świetle  świecy,  te  blade,  krzywe  litery 

„Radiotelegraf jest, a łączności nie ma. Są rozkazy komisarza, których słucha, jak na  razie, 

major. Ciągniemy na południowy zachód. Wysokopienne lasy, rozsłonecznione płaskowyże, 

dzikie  rzeki.  Czasem  przez  tydzień  żywego  ducha.  Z  kim  walczyć?  Komu  nieść  radosną 

nowinę? Czy to Rosja jeszcze, czy już nie Rosja? Po czym poznać? 

Chłopcy znużeni, zniecierpliwieni, drażliwi. Po wielkich zwycięstwach wypatroszeni 

z  entuzjazmu.  Jak  wirtuozi  wielkiej  orkiestry,  zmuszeni  po  koncercie  od  dźwigania 

background image

tygodniami  ciężkich  instrumentów.  Bez  prób,  bez  melodii,  bez  harmonii.  Wieczorami  nucą 

coś apatycznie, iskając wszy, wycinając z łydek pijawki, wydłubując brud spomiędzy palców. 

Niektóre  twarze  ładne,  przepływają  po  nich  cienie  bezradnych,  niepotrzebnych  myśli. 

Większość  -  raczej  zwierzęca.  Jak  sen  to  sen,  jak  głód  to  głód,  jak  złość  to  złość.  Ślad 

refleksji. Czy zresztą zwierzę wie, że jest zwierzę? 

Nie przygniotła ich potęga rewolucyjnej idei, a widać, jak miażdży ich potęga tych nie 

kończących  się  przestrzeni.  Z  abstrakcją  łatwiej  się  oswoić  niż  z  naturą.  Abstrakcja  naturę 

tłumaczy, ale to nie wystarcza, żeby zniknął pierwotny lęk przed tajemnicą. 

Jakieś miasto. Puste zupełnie. Domy ze szlifowanych głazów, stawiane bez zaprawy. 

Kamienne nabrzeże. Kawalerzyści bardziej ludzcy zajmują się końmi. Rozolokowujemy się. 

Komisarz zajmuje największy budynek przy brukowanym placu. Każe przymocować deskę z 

wymalowanym emblematem - gwiazda i napis „Rajkom”. Nigdzie nie widać cerkwi. Może to 

nie Rosja? To od teraz już będzie, Rosja Radziecka. 

Meble  nieznanego  kształtu.  Dużo  pięknych  tkanin.  Bogato  i  porządnie  i  jakoś 

niezwykle  czysto.  Chyba  nie  Rosja.  Ale  żyrandole  jakby  rosyjskie.  Major  rozsyła  patrole. 

Żywność i kosztowności - na plac. Pod wieczór patrol przyciąga sanie. Zgrzyt płóz po bruku. 

Na saniach carskie herby A więc jednak siedlisko reakcji. Rąbiemy na opał. 

Są  miejscowi.  Przyszli  w  nocy,  setkami.  Nikt  nie  wie  jak.  Straże  nie  zauważyły. 

Komisarz każe trzech rozstrzelać, dla przykładu. Jeden skazaniec, okrągła, bezmyślna, jakby 

niedorozwinięta twarz, potrzebuje sporo czasu, aby zrozumieć, że go zabiją. Wyje.  Zarzeka 

się, że nie spal na posterunku. Zaklina się na Boga, żegna się. No, tym sobie na pewno nie 

pomógł. 

Tutejsi  przypatrują  się  w  milczeniu.  Raczej  zaciekawieni,  ale  nie  przesadnie.  Dziwi 

ich  stos  futer,  rzeźb,  żyrandoli  i  garnków  na  środku  placu.  Wyglądają  na  dorodnych  i 

zdrowych, barwnie ubrani, czyści. Na sam ich widok człowieka wszędzie swędzi. 

Zza  budynku  Rajkomu  słychać  strzały.  Wyrok  wykonany.  Tłum  nie  reaguje.  Tylko 

jeden, przygarbiony dryblas, brodaty, jakby się przestraszył. Gdzieś z daleka słychać dźwięk 

rogu. Może sześć tonów, ciekawych, niespodziewanych w ciszy Ktoś z tłumu podnosi róg do 

ust i odpowiada. Teraz dopiero zauważam, że każdy z nich ma róg zawieszony na ramieniu. 

Nawet dzieci. 

Komisarz podnosi rękę i pyta, czy ktoś tu mówi po rosyjsku. Komisarz ma donośny, 

przywódczy  głos,  ale  w  porównaniu  z  tymi  melodiami  rogów,  skrzeczący  i  chrapliwy. 

Rozlegają  się  śmiechy  Czuję  się,  jak  musiał  się  czuć  Magellan  czy  Cook  w  zetknięciu  z 

dzikusami Polinezji. Tylko ci tu wcale nie wyglądają na dzikusów. 

background image

Po  chwili  wysuwa  się  ten  brodacz  o  wylęknionych  oczach.  Mówi  po  rosyjsku,  że 

mówi po rosyjsku. Mamy tłumacza. 

Komisarz  wyjaśnia  w  krótkich  słowach,  że  od  teraz  jest  tu  władza  radziecka  i 

komunizm.  I  że  potr2ebujemy  żywności,  żeby  bronić  tutejszych  obywateli  przed  reakcją. 

Zostaje to chyba przyjęte do wiadomości, ale bez entuzjazmu. Na szczęście też bez wrogości. 

Pogodny lud. Ładne kobiety Patrzę na czerwonoarmiejców - Widzą to, co ja. Uśmiechają się 

obleśnie,  drapią  się  w  krocza.  Diabli  biorą  rewolucyjną  moralność,  bo  te  baby  też  się 

uśmiechają, zupełnie jednoznacznie. 

Komisarz  przesłuchuje  brodacza  Borysa.  Służę  za  pisarza.  Przerywają  nam  co  jakiś 

czas  kurierzy  z  meldunkami  od  dowódców  patroli.  Wszędzie  spokój,  nastawienie  ludności 

przyjazne.  Dużo  jedzenia,  mięsa,  dziwnych  owoców,  wody  i  jakiegoś  świństwa,  które  tu 

wszyscy piją. Nie ma wódki. Może to i lepiej. 

Borys  ciągle  się  boi,  ale  odpowiada  na  wszystkie  pytania.  Białych  tu  nie  było.  Nie 

wie, kto to biali. Cerkwi nie ma, bo i popów nie ma. Anankowie nie mają bogów, mają tylko 

przodków. Czy zdadzą broń bez oporów? Broni też nie mają, polują z łukiem i oszczepem. 

Hanak ma rosyjskie pistolety pojedynkowe, ale nie używa ich. To prezent od handlarzy. Nie, 

nigdy tu nie było gubernatora ani żadnych czynowników. To osobny kraj. Armii jako takiej 

nie utrzymuje, od parady zbiera się jazda na jeleniach. 

Widzę,  że  komisarz  nie  bardzo  wierzy.  Ale  na  wszelki  wypadek  pisze  rozkaz  do 

dowódcy kawalerii. Zlokalizować i wybić jelenie. 

Zapytany, skąd tu się wziął, Borys trochę kręci. Wreszcie przyznaje, że jego dziad byt 

zesłańcem.  Uciekł  z  zesłania  i  trafił  między  Ananków.  Za  co  zesłany?  Za  politykę.  Toś  ty 

nasz,  mówi  komsiarz,  nie  ma  już  cara,  nie  ma  ochrany,  niesiemy  wolność  dla  uciskanych 

narodów, równość, dobrobyt, likwidację wyzysku i przywilejów. Na tym polega komunizm. 

Powinno to Borysa ucieszyć, ale jakoś nie widać, żeby był pod wrażeniem. Wreszcie 

duka,  że  jeśli  na  tym  polega  komunizm,  to  tu,  wśród  Ananków  komunizm  już  jest.  Był  od 

dawna. Dobrobyt jest, równość jest, wyzysku i przywilejów nijak nie ma. 

Komisarzowi  to  się  nie  podoba,  bo  niby  oznacza,  że  nie  mamy  tu  nic  do  roboty 

Tłumaczy, że nie jest sprawiedliwie, jeśli Anankowie mają wszystko, czego im potrzeba, a ci, 

co walczą o komunizm, czyli my, nie mamy nic. Chodzi o to, żeby wszyscy mieli wszystko, 

zwłaszcza  ci,  którzy  ofiarnie  i  bezinteresownie  przelewali  krew.  Więc  Anankowie  będą  się 

musieli z nami podzielić dla dobra proletariackiej rewolucji. Borys nie widzi w tym problemu. 

Tacy  już  są,  że  się  podzielą.  Odczuwamy  ulgę.  Wygląda  na  to,  że  jedynymi  ofiarami 

rewolucji w Anańskiej Republice Radzieckiej będą ci trzej nieszczęśni strażnicy Żołnierze się 

background image

skarżą. Kobiety są, i chętne, wódki nie ma. Chleba tu nie znają. Herbata mdła, zielona. Cukier 

na wagę złota. 

Zwłaszcza, że złota w bród. Anankowie sami ofiarują, co mają, naszyjniki, sprzączki, 

blaszki w kształcie koziołków, ale wyraźnie oczekują czegoś w zamian. Komisarz tłumaczy 

przez Borysa, że nie jesteśmy kupcami. Wpada na genialny pomysł. Wydaje asygnaty Borys 

tłumaczy  Anankom  ideę  papierowego  pieniądza.  Kiwają  głowami.  Ale  papieru  też  mamy 

niewiele. 

Delegacja  czerwonoarmiejców  prosi  o  pozwolenie  pędzenia  bimbru.  Z  miejscowych 

owoców.  Aparaturę  da  się  sklecić  z  maximów.  Potem  sieją  rozkręci  i  będą  strzelać  po 

staremu. Lenistwo i rozprzężenie, dyscyplina się sypie przez ogólną dostępność kobiet. Jakby 

parzenie się po krzakach przywracało towarzyszom wyjątkowość i tożsamość. 

Komisarz wydaje zgodę. Też by się napił. 

Rozmawiam z Borysem przy bimbrze. Co będzie? - pyta. Będzie jak jest, powiadam 

wymijająco. Ale już jest inaczej, niż było, on na to. 

I  tak  ma  być,  przekonuję.  Elektryfikacja,  pociągi  pancerne,  szkoły  huty  i  światowa 

rewolucja. Żadnych zsyłek na Syberię za poglądy Gdyby dziada car nie zesłał, zastanawia się 

Borys, to bym się tu nie znalazł. 

Towarzysze się pobili. Popili, to się i pobili. Najpierw o złoto, potem o baby. A raczej 

z babami. A te baby, nie od macochy, obroniły się. Dwóch kawalerzystów uśmierciły gołymi 

rękami. Nawet im spiczaste czapki nie zdążyły spaść. 

Major  odprawia  sąd.  Kobiety  trzeba  rozstrzelać.  Borys  mówi,  że  to  nie  tak.  U 

Ananków  jest  inaczej.  Hanak  bierze  na  siebie  śmierć  zadaną  przez  jego  współplemieńca. 

Przedstawia Hanaka. To bezzębny starzec, ale bardzo godny i wyprostowany. 

Komisarz macha ręką. To barbarzyńskie obyczaje. Każe rozstrzelać i Hanaka, i obie 

kobiety I zakazał pędzenia alkoholu. Zmontować z powrotem maximy mówi. 

Błąd.  Nie  wydaje  się  rozkazów,  których  się  nie  da  wyegzekwować.  To  podważa 

autorytet władzy Pierwsze dezercje. Co gorsza, Anankowie też jakby znikają. 

Borys prosi o rozmowę. Opowiada komisarzowi, że w górach jest stolica Ananków i 

coś  w  rodzaju  świątyni.  Wielkie  bogactwa,  oprócz  złota  jeszcze  drogie  kamienie.  On 

poprowadzi. 

Komisarz przejrzał jego zamiary. Chcesz nas stąd wywabić, mówi. Rozproszyć nasze 

siły Borys zaprzecza. Towarzyszu namiestniku, nic podobnego. Chcę pomóc umocnić władzę 

radziecką. Ci w górach są trochę inni niż ci tu, na nizinach. Kiedyś się nawet kłócili. Można 

background image

napuścić jednych na drugich, on wie jak. A potem zaprowadzić rewolucyjny porządek. On się 

może tym zająć, bo zna język i obyczaje, byleby miał za sobą siłę radzieckiego oręża. 

Oto  proletariacka  krew,  mówi  komisarz.  W  trzecim  pokoleniu  się  odzywa.  Dobrze, 

pociągniemy w góry. Ale najpierw utrwalimy tu naszą władzę. 

Krew,  dużo  krwi  i  okrucieństwa.  Kogośmy  zdołali  wyłapać,  ten  pod  sąd.  Seryjne 

wyroki śmierci. Nie mamy za dużo amunicji, więc wykonuje się je ręcznie. Nożami, kijami, 

dłońmi. Żadnej ekonomii wysiłku, z dnia na dzień rodzi się radosny sadyzm. Ci z Ananków, 

którzy nie zniknęli, walczą. Tych, którzy zniknęli, szukamy ogniem.  Regularna bitwa, jak z 

Kołczakiem. Plonie las. Komisarz każe wyburzyć wszystkie domy oprócz budynku Rajkomu. 

Żeby  kontrrewolucja,  gdyby  się  pojawiła  po  naszym  odejściu,  nie  miała  się  gdzie 

ufortyfikować.  Ci,  co  nie  zabijają  i  nie  palą,  zwalają  grube,  stożkowate  mury.  Wyrywamy 

bruki i rozwalamy nabrzeże, żeby kontrrewolucyjna flota nie miała gdzie przybić. Tłusty dym 

i  swąd  pieczonego  ciała.  Duże  straty  po  naszej  stronie,  również  od  kuł.  Dezerterzy  bronią 

swoich kobiet. Schwytanych wieszamy. 

Ciągniemy  w  góry.  Objuczeni  ponad  wytrzymałość.  Czego  się  nie  dało  zabrać, 

spaliliśmy  albo  utopiliśmy  w  rzece.  Czerwonoarmiejcy  na  przemian  to  klną,  to  śpiewają 

rewolucyjne pieśni. Jedno i  drugie pomaga im dźwigać łupy Komisarz pociesza, że według 

map zbliżamy się do cywilizowanych okolic. 

 

My, komuniści, mamy rację, że Boga nie ma. Kraj Ananków w moich wspomnieniach 

najbliższy jest temu, co wierzący wyobrażają sobie jako raj. Skoro tak łatwo go zniszczyć, to 

co z Niego za Wszechmogący?” 

Mówił Jura Mosur. Tu Rozgłośnia Ananków Radia Wolność. 

background image

DOZNANIA 

 

- Take a seat, gentlemen - mówi z amerykańskim uśmiechem sekretarka - it won’t take 

long. 

Mosur  i  Lodzio  siadają  na  fotelikach  ze  skaju,  przy  prostym  laminowanym  stoliku. 

Leżą na nim, w zachęcającym nieładzie, amerykańskie, błyszczące czasopisma ilustrowane. 

„Jak  u  dentysty”.  Lodzio  bierze  pierwsze  z  brzegu.  Mosur  tez,  żeby  czymkolwiek 

zabić czas. 

Za  obitymi  skórą  drzwiami  gabinetu,  jeśli  coś  się  dzieje,  to  w  absolutnej  ciszy  Nie 

dociera stamtąd żaden dźwięk. Tymczasem za oknami kolejna wiosna. Dyrektorskie skrzydło 

budynku  skręca  w  najstarszą  część  parku,  między  wysokie  drzewa,  porastające  właśnie 

zawiązkami  listków  o  barwie  szczypiorku.  Słychać  ptaki  i  ciche  posapywanie  biurowego 

fotela na kółkach i resorach, posłusznego nienagannym biodrom i nogom sekretarki. 

Ciche  pukanie  z  korytarza.  Klamka  opada  i  w  poszerzającą  się  taktownie  szparę 

wsuwa się twarz Turysty - Can I... 

Sekretarka zaprasza go takim samym uśmiechem. 

Turysta wchodzi, dostrzega Mosura i Lodzia, waha się przez moment, wreszcie kłania 

się  im  (o  gorsecie  już  zdążył  zapomnieć),  po  czym  podchodzi  do  biurka  dysponentki 

dyrektorskiego czasu. 

- Is Graham in? - uprzejmość Turysty nie budzi zastrzeżeń, jednak akcent absolwenta 

przyspieszonych  kursów  przewodników  turystycznych  w  Europie  Wschodniej  pozostawia 

wiele do życzenia. 

Wicedyrektor polskiej sekcji Wolności dowiaduje się, że Graham wprawdzie jest, ale 

zajęty Czekają jeszcze ci panowie. Wyjmuje więc spod pachy podłużny przedmiot owinięty w 

pogniecioną gazetę ze śladami krwi. 

- To prezent - tłumaczy - na Wielkanoc. Gazeta rozchyla się, ujawniając intensywną, 

cynobrowosiną, ewidentnie świeżą baranią nogę. Mocny akcent w stonowanych szarościach 

biura. 

-  Staropolski  obyczaj  -  wyjaśnia  Turysta,  już  wycofując  się  w  kierunku  korytarza.  - 

Proszę przekazać. Ode mnie. 

Sekretarka  trzyma  podarunek  w  wyciągniętych  jak  najdalej  od  torsu  dłoniach  o 

koralowych paznokciach. Przez chwilę traci amerykańskość i jest po prostu zdumioną kobietą 

w średnim wieku. Patrzy na Lodzia. 

- Do you know something about that? 

background image

 

Lodzio  odpowiada  jej  uniesionymi  brwiami  i  zdezorientowanym  uśmiechem.  Nie 

udaje zaskoczenia. Turysta nie przestaje zadziwiać swoją przedsiębiorczą inwencją. 

Barania noga znajduje po chwili miejsce na równym stosie radiowych biuletynów. 

-  Smatri  -  Mosur  podsuwa  Łodziowi  otwarty  magazyn.  Lśniące  zdjęcia  są  jeszcze 

bardziej  jaskrawe  niż  baranie  mięso.  Przedstawiają  jakąś  smukłą  dziewczyną  o  długich, 

prostych, fioletowych włosach. Dziewczyna pozdrawia kogoś radośnie, otoczona reporterami 

i tłumem wpatrzonych w nią ludzi z ulicy Mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy sukienka 

odsłania  długie,  opalone  nogi,  podciągnięta  do  granic  przyzwoitości  (czy  takie  jeszcze 

istnieją) ruchem uniesionych w górę rąk. Te ręce kończą się szczupłymi dłońmi o fioletowych 

paznokciach, w barwie włosów. Nadmiar wizualnych wrażeń, w rzeczywistości i na zdjęciu, 

nie pozwala przez chwilę Łodziowi przyswoić ich znaczenia. 

Wreszcie  dostrzega  tytuł  artykułu  obok  zdjęcia.  „Cudownie  Ocalona”.  Czyta  o 

siedemnastoletniej,  wschodzącej  gwieździe  muzyki  techno,  której  nie  tak  dawno  jeszcze 

lekarze  nie  dawali  żadnych  niemal  szans  na  pokonanie  śmiertelnej  choroby.  Na  zdjęciu 

widzimy  ją  podczas  tryumfalnej  promocji  debiutanckiego  albumu  „Słońce  i  księżyc”,  który 

od trzech tygodni znajduje się na pierwszych miejscach wszystkich możliwych list przebojów 

w Stanach Zjednoczonych”. Pobita zaświaty - entuzjazmuje się dziennikarz - a teraz podbije 

świat. Nikomu już nie trzeba mówić, żeby zapamiętał to nazwisko: Galdhea 0’Heaney!” 

-  Jeszczio  sdies’  -  palec  Mosura  zwraca  uwagę  Lodzia  na  drugie,  dużo  mniejsze 

zdjęcie  wkrojone  w  róg  tekstu.  Fioletowowłosa  piękność  przytula  się  na  nim  do  znajomej 

sylwetki  łysawego  faceta  o  wyłupiastych,  niewątpliwie  szczęśliwych  oczach.  W  tle, 

rozmazana  nieco  głębią  ostrości,  ale  nie  do  pomylenia  z  nikim  innym,  twarz  Julity  - 

Niewiarygodne - mówi Lodzio. - Gratuluję. 

Mosur wzrusza ramionami. 

Powinien się cieszyć, myśli Lodzio, ja też powinienem się cieszyć. Tymczasem czuje 

rozczarowanie  i  nawet  niesmak.  Jest  coś  kłamliwego,  banalnego  i  płytkiego  w  nowym 

wizerunku Galdhei, w twarzy jej ojca, w przenikliwym spojrzeniu Julity. I ten tytuł. Wiersz 

napisany  przez  chorą  dziewczynę  o  nagiej  czaszce,  poświęcony  jej  rodzicom,  przebojem 

muzyki  techno  czy  pop,  na  tym  się  Lodzio  nie  zna.  Walczy  z  poczuciem  winy,  że  wolał  tę 

dziewczynę wtedy, kiedy była bezradna i wrażliwa, walcząca o życie i rodzinę, a nie o sławę i 

nakład płyt. 

- You may come in now - mówi sekretarka i widząc magazyn w rękach Lodzia dodaje. 

- You may take it. It’s an old one. 

background image

W  gabinecie  czeka  na  nich  trójka  przyjaznych  mężczyzn.  Czarnobrody  Brian  o 

różowej o tej porze łysinie, Joe w drucianych okularach i „bukłak na bushmilla”, zmęczona 

twarz Grahama, o którym nikt nie wie nic, więc zapewne jest z CIA. 

-  Hi,  Lou,  Hi  Youn  -  mówi  Brian,  podnosząc  się  i  ściskając  im  krzepko  dłonie.  - 

Coffee?  Black  or  white?  -  odwraca  się  do  perkolatora.  Pozostali  są  równie  bezpośredni. 

Jesteśmy wśród swoich. Okna wychodzące na wysokie drzewa są uchylone. Graham zapala 

cygaro.  Joe  otwiera  szarą  teczkę,  przekłada  papiery.  Plastikowa  kawa  w  plastikowych 

kubkach pojawia się na stole. 

-  Well  -  zaczyna  Brian  -  sprawa  jest  przykra,  lecz  na  szczęście  prosta.  Musimy 

zamknąć rozgłośnię Ananków. 

Graham ogląda cygaro. Joe przegląda papiery Mosur sięga po kawę, więc chyba nie 

ma  zamiaru  zabierać  głosu  -  Jakiś  szczególny  powód?  -  pyta  w  tej  sytuacji  Lodzio.  Brian 

patrzy  na  niego  z  sympatią.  Nie  wiedzieć  czemu.  Łodziowi  stają  przed  oczami  jego 

rozdygotane, zielonkawe pośladki, nerwowo czegoś poszukujące między nogami Julity. 

- Moglibyśmy powiedzieć wam cokolwiek. Nie musimy się tłumaczyć. Nowa sytuacja 

międzynarodowa, szukanie amerykańsko-sowieckiego zbliżenia, cięcia budżetowe i tak dalej. 

Ale prawda jest taka, że otrzymaliśmy informacje, z których wynika, że dalsza działalność tej 

rozgłośni, oględnie mówiąc, mija się z celem. 

- Anankowie to za mały naród - kiwa głową Mosur - bez strategicznego znaczenia dla 

interesów Amerykanów. 

- Anankowie to naród, który nie istnieje - poprawia go bez śladu jakichkolwiek emocji 

Graham.  Patrzy  wciąż  na  cygaro.  -  Podczas  szczytu  Reagan  -  Gorbaczow  w  Genewie 

uzyskaliśmy od strony sowieckiej zapewnienie, że wstrzymane zostaną działania skierowane 

przeciw  radiu  Wolność.  Przy  okazji  wiceminister  spraw  zagranicznych,  towarzysz...  jakiś 

tam-ow  z  uśmiechem  zapytał  asystenta  Sekretarza  Stanu,  czy  mamy  za  dużo  pieniędzy  na 

propagandę,  skoro  finansujemy  fikcję  literacką.  Niezłą  zresztą,  przyznał,  kilka  razy  zdrowo 

się ubawił. 

-  Wolicie  wierzyć  Sowietom?  -  wyraża  ostrożne  zdziwienie  Lodzio.  Brian  rozkłada 

ręce. 

-  Nie  twierdzimy,  że  Ananków  nigdy  w  ogóle  nie  było.  Raczej  nie  mamy 

wystarczających dowodów na to, że są. Że ktoś tam tej rozgłośni słucha. Wiemy, że Moskwa 

decyduje  według  własnego  widzimisię,  co  jest,  a  czego  nie  ma.  Przeważnie  się  z  nią  nie 

zgadzamy Ale w tym wypadku... - przeciera łysinę z zakłopotaniem. 

background image

Brakuje nam daru przekonywania Julity, myśli bezradnie Lodzio. A poza tym, o czym 

my  rozmawiamy?  Czy  ci  trzej  mogą  cokolwiek  więcej  niż  my  dwaj?  Przekazują  decyzje  z 

Waszyngtonu.  To  dla  nich  większy  kłopot  niż  dla  nas,  potencjalna  kompromitacja,  a  w 

każdym razie plama w zawodowych życiorysie. Chcą uniknąć skandalu. 

 

- Nie  chcemy skandalu  - mówi  Joe  -  a twoja  rola,  Lou, w całej tej sprawie jest  dość 

niejasna.  Zatrudniliśmy  cię  jako  reżysera  w  sekcji  polskiej.  Ze  względu  na  ponad 

dwudziestoletni staż odwróciliśmy się bokiem, jeśli tak można powiedzieć, do twoich... spraw 

osobistych. 

Szkoda  wam  pieniędzy  na  odprawę,  Lodzio  zmusza  się  do  patrzenia  w  druciane 

okulary choć oczy za nimi cały czas wędrują po porozkładanych na stole papierach. Kropla 

kawy na jednym z nich wygląda jak plama zasychającej krwi. 

-  Ale...  -  Joe  bierze  w  rękę  splamiony  dokument  -  występujesz  przeciw  własnej 

dyrekcji, składasz podpis pod żądaniem usunięcia twojego dyrektora, a jednocześnie bierzesz 

udział  w  pisaniu  audycji  dla  Ananków,  w  których  zamieszczasz  aluzje  do  porządków  w 

polskiej sekcji, tak jak je widzisz. Nie nazwałbym tego przestrzeganiem litery kodeksu etyki 

dziennikarskiej.  Rozumiem  specyficzną  sytuację  naszego  radia.  Izolacja,  oddalenie  od 

bliskich, syndrom zamknięcia, niemożność ekspresji... ale niektóre formy ekspresji są nie do 

przyjęcia. 

-  Graffiti  in  the  john  -  mruczy  Graham  zza  kubka  z  kawą.  Jeszcze  mi  przypiszą  te 

gryzmoły  w  kiblu,  myśli  Lodzio  z  masochistyczną  satysfakcją.  Czemu  nie?  Być  ofiarnym 

kozłem to w końcu nie lada zaszczyt. 

-  Ljudwik  pomagał  mi  na  moją  prośbę  -  odzywa  się  Mosur  -  to  ja  ponoszę 

odpowiedzialność  za  rozgłośnię  Ananaków.  To  ja  twierdzę,  że  oni  istnieją  i  potrzebują 

audycji w ich języku. Wiem, kim jestem. 

-  Sorry  Youri  -  głos  Grahama  twardnieje.  -  Radio  Wolność  to  instytucja  budżetowa, 

utrzymywana  przez  amerykańskiego  podatnika.  A  dla  niego  jesteś  dezerterem  z  sowieckiej 

armii w Afganistanie, któremu dosyć się w wolnym świecie powiodło. 

- Ty wiesz, kim jesteś - łagodzi Joe - ale Lou ma z podobną wiedzą niejakie kłopoty. 

Nasi  pracownicy  nie  szukają  w  Monachium  po  nocach  kokainy.  Rozumieją  z  reguły  że  to 

może zaszkodzić wizerunkowi Radia. 

Lodzio  poprawia  się  na  krześle.  To  już  chyba  wszystkie  ciosy  w  szczękę. 

Rzeczywiście jak u dentysty - Co sugerujecie? 

Trzech sprawiedliwych wyraźnie się rozluźnia. Od dobrych wieści jest Brian. 

background image

-  Myślę,  że  możemy  się  rozstać  w  zgodzie.  Dogadamy  się  co  do...  finansowej 

rekompensaty  i  złożycie  wymówienia  -  gruby  owłosiony  paluch  wskazuje  kolorowe  pismo, 

ściśnięte w spoconej dłoni Lodzia. - Nie wyrzucamy was w końcu na bruk. Sądząc z rozgłosu 

wokół małej Gal, córki naszego byłego kolegi, w tym Ejcz-Ju jest potencjalna duża forsa. 

-  Współczynnik  dwa  i  trzy  dziesiąte  razy  to,  co  się  wam  należy?  -  Joe  nie  odwleka 

konkretów. 

Lodzio przelicza w pamięci. Gdyby nie leczenie Ani, byłaby to spora suma. 

- Trzy i poi - mówi Mosur. Pracuje osiem razy krócej od Lodzia, liczy swoje. 

Jak się okazuje, pieniądze mają w tym wypadku drugorzędne znaczenie. 

- It’s a deal - przybija Joe. Graham marszczy się, jakby zamiast bush-milla podano mu 

polską wódkę. 

- Odejdziemy  dyskretnie  -  mówi  Lodzio  - ale jaką macie  gwarancję, że Rosjanie nie 

zrobią z tego afery? To nie jest zmartwienie Grahama. 

-  Oni  już  wiedzą,  że  nikt  nie  wierzy  w  to,  co  piszą  i  głoszą.  Są  przyparci  do  muru. 

Zależy  im  na  dogadaniu  się  z  nami.  Prawdę  mówiąc,  ten...  donos  o  Anankach  odebraliśmy 

jako gest dobrej woli. 

Nic  więcej  nie  zostało  do  omówienia.  Brian  wstaje,  dając  sygnał  pozostałym. 

Kulturalne  uśmiechy,  cywilizowane  uściski  rąk.  Łysy  brodacz  wyprowadza  zwolnionych 

Ananków  do  sekretariatu.  Efektywna  Amerykanka  podaje  mu  owiniętą  w  gazetę  baranią 

nogę. 

- What’s that? 

- A gift for Graham. From mister T., Polish deputy director. Rozbawiony Brian bierze 

prezent.  Krwawy  ochłap  w  pogniecionym  papierze  pasuje  do  jego  potężnej  sylwetki 

dobrodusznego rzeźnika. 

-  Lou,  ty  wiesz,  co  to  znaczy?  Jakiś  symbol?  Aluzja?  Wy  Polacy  jesteście  w  tym 

dobrzy. 

Lodzio chętnie wyjaśnia. 

-  Podarunek  na  Wielkanoc.  Z  okazji  Zmartwychwstania  Chrystusa.  Wiesz,  baranek, 

jajka, palmy, te rzeczy. Stary, polski obyczaj. See you. Wychodzi za Mosurem. Jeszcze jedna 

fikcja, co to komu szkodzi? 

background image

RYCERZE OKRĄGŁEGO STOLIKA  

 

-  Przyjemnie  się  na  to  patrzy  -  mówi  Graf  i  podnosi  kieliszek  szampana  do 

spragnionych ust. 

Siedzą  na  tarasie  klubu  tenisowego,  vis  a  vis  Wolności.  Urządzone  w  niecce  po 

wyschniętym stawie korty biją w oczy intensywnym, ceglastym różem i bielą uwijających się 

po nich sylwetek. Wysokie drzewa nie rzucają cienia, słońce stoi wysoko, niebo zapomniało o 

chmurach. 

-  Oglądałem  wczoraj,  jak  ten  ich  piekarczyk...  -  odzywa  się  pan  Stanisław,  po  raz 

pierwszy od niepamiętnych czasów grzejąc na otwartej przestrzeni swój szlachetny profil. 

- Beckeł - podsuwa natychmiast Kichot. 

- Właśnie. Bawar o rosyjskim imieniu i wyglądzie lidera Hitlerjugend, oglądałem, jak 

przegrał.  Zauważyliście,  że  Niemcy,  kiedy  przegrywają,  stają  się  trochę  bardziej  ludźmi? 

Nagle się okazało, że to po prostu bezradny, rozżalony chłopczyk. 

-  Czego  nie  można  powiedzieć  o  Namiastniku  -  zauważa  z  satysfakcją  Elegancki 

Eugeniusz. - Spakował swoje zabawki i poszedł sobie. 

-  Tak.  Klasy  to  on  nie  pokazał  -  mruczy  Urkowicz.  -  Mhm,  mhm.  Stąd,  zza 

zestawionych  stolików  o  białych  obrusach,  zza  kieliszków  i  butelek  szampana  w  srebrnych 

wiaderkach z topniejącym szybko lodem, zza okalającego korty żywopłotu, widać tylko mur i 

dach budynku Wolności, znikającego lekkim łukiem pomiędzy drzewami, jak zatrzymany w 

biegu  pociąg.  Wystarczy  minuta,  żeby  tam  się  znaleźć,  a  jednak  wydaje  się,  że  to  bardzo 

daleko. 

- Widać w konspiracji manier nie uczą  - wzrusza ramionami Bozio - przynajmniej w 

tym jego KWIK-u. 

-  No,  ci  nie  wyglądają  na  przegranych,  a  są  jak  najbardziej  ludzcy  -  wyciąga  rękę 

Graf. 

Ulicą  pomiędzy  klubem  a  radiem  ciągnie  bezładna  gromada  nagusów.  Sterczą  nad 

nimi jakieś transparenty, powiewają szarfy. Podrygują biusty i pośladki. 

-  W  centrum  jest  manifestacja  przeciw  łączce  nudystów  -  wyjaśnia  pan  Czarek,  szef 

produkcji i szczęśliwy mąż pani Elwiry - ci się chcą włączyć, żeby skompromitować protest. 

-  To  ta  łączka  nad  rzeczką,  w  parku  za  radiem?  -  upewnia  się  Kichot.  Elegancki 

Eugeniusz śledzi pochód z dezaprobatą. 

-  Ludzcy  to  może  oni  są  -  wyrokuje  -  ale  niespecjalnie  estetyczni.  Żałosne  pokłosie 

haseł o czystości rasowej. 

background image

-  Katabas  tam  często  chodzi,  do  świątyni  Diany,  na  wzgórze,  z  lornetką  -  Bozio 

dosiada swego ulubionego konika. 

- Uzmysłowi sobie, co przegrał, i będzie bardziej ludzki - łagodzi wrednie Lodzio. 

Wybrali  klub  nie  tylko  ze  względu  na  piękną  pogodę.  Podają  tu  alkohol  i  usługuje 

przemiła  Greta,  córka  Heidi,  żona  Pępka.  Jak  dawniej,  w  dobrych  czasach.  Biega  za  nią 

ubrany po bawarsku czteroletni chłopczyk. 

- Przemiły berbeć - Grafowi udaje się zwichrzyć w przelocie miękką czuprynkę. 

-  Że  też  Pępek  zmajstrował  coś  takiego  -  Urkowicz  nie  może  się  nadziwić 

tajemniczym wyrokom natury. Pan Stanisław zna życie. 

-  Zobaczymy  za  parę  lat,  co  z  niego  wyrośnie  -  prorokuje  złowieszczym  głosem  - 

chociaż ten Pępek ostatnio znowu jakiś miły - Ba! Już małpuje Namiastnika i Turystę. Głośno 

mówi,  że  najwyższy  czas  na  zmiany  Nie  ma  dnia,  żeby  nie  przychodził  do  mnie  z  jakimiś 

pomysłami. Inny człowiek - ocenia z przekąsem pani Elwira. 

Urkowicz wznosi kielich w błękitne niebo. 

- Zdrowie pani Elwiry, która koronuje i strąca! 

Brzmi w tym szacunek, ale i delikatna niechęć. Pozostali idą w ślady pana Mariana. 

-  Zdrowie!  Zdrowie!  Za  historyczny  triumf  kobiecej  ręki!  Pani  Elwira,  cała  w 

odpowiednich  na  tę  pogodę  i  okazję  kwiecistych  tiulach,  w  baseballowej  czapeczce 

zaopatrzonej w chłodzący czoło wiatraczek, spuszcza skromnie oczy. Powieki pokrywa gruba 

warstwa makijażu w motylich odcieniach sukni. 

- Muszę przyznać - podnosi race, jakby się poddawała sprawiedliwej ocenie zebranych 

-  że  nie  było  z  NIM  łatwo.  Gdyby  nie  panów  pomoc,  solidarna  postawa  zespołu...  ale  co  ja 

mówię.  Przecież  to  Amerykanie  w  końcu  się  na  nim  poznali.  Myśmy  tylko  dostarczyli 

amunicji. 

- Haha, hehe - uprzejmie nie wierzą biesiadnicy. 

- No dobrze - Graf lubi, kiedy mu się wszystko tłumaczy dokładnie - ale przecież ci, 

których Namiastnik przyjął, zostają. Turysta zostaje. Przecież nie da się ich ani zwolnić, ani 

obniżyć grupy zaszeregowania. Czy to nie kłopot? 

Zdaniem pani Elwiry to nie kłopot. 

-  Cóż,  teraz  oni  będą  w  opozycji.  Niech  piszą  do  Waszyngtonu,  jeśli  mają  co  i  do 

kogo.  Myślę,  że  Gucio  zneutralizuje  ich  po  angielsku.  Zresztą  sami  się  już  neutralizują.  O 

proszę. O wilku mowa. 

background image

Przez  paradę  nagusów  przeciska  się  zarumieniony  od  słońca  lub  z  zażenowania 

Turysta. Mimo wrodzonej elastyczności ruchów nie udaje mu się uniknąć kontaktu ramienia 

w garniturze z jakąś piersią czy biodrem. Zbliża się do ucztujących. 

-  Dzień  dobry  -  kłania  się,  swoim  zwyczajem  nisko,  aż  w  okularach  odbijają  mu  się 

jego własne, wyczyszczone do blasku włoskie buty - Jakaś okazja? Można? 

Pan Stanisław, nie otwierając oczu, wskazuje mu ręką wolne miejsce. 

- Proszę bardzo, panie dyrektorze. Świętujemy właśnie odejście pańskiego szefa. 

-  Och  -  odgania  sprzed  twarzy  jakąś  muchę  Turysta  -  jaki  tam  ze  mnie  dyrektor. 

Muszę państwu wyznać, że i mnie ulżyło. Atmosfera stawała się nie do zniesienia. Cieszę się, 

że pan Gustaw, z jego taktem i osobistym urokiem zgodził się wrócić i objąć ster. 

-1 nas to cieszy - zgadza się poważnym tonem pani Elwira - że pana cieszy Zwłaszcza, 

że  potrzebujemy  każdego  polskiego  głosu  w  sprawie,  którą  jeszcze  trzeba  z  Amerykanami 

załatwić. 

Turysta wyraźnie blednie, choć Pępek podsuwa mu świeżo napełniony kieliszek. 

- Dziękuję, w pracy nie piję. Jest jakaś sprawa? 

-  No  jak  to?  A  Lodzio?  Został  potraktowany  niesprawiedliwie.  Jak  typowy  kozioł 

ofiarny Teraz chyba należy to odkręcić. 

Piłeczki odbijają się od rakiet z dyskretnymi pyknięciami. Nagusy przeszły mur widać 

w całej, bezosobowej okazałości. 

-  Tak,  niewątpliwie...  -  Turysta  wbrew  złożonej  przed  chwilą  deklaracji  zasłania  się 

kieliszkiem. - Tyle, że w wypadku Lodzia... tam wchodziły w grę nieco inne... zresztą, odkąd 

nadajemy na żywo, etaty reżyserskie będą stopniowo... 

Lodzio lituje się nad mówcą. 

-  Nie  trzeba  -  patrzy  na  odległy  kort,  gdzie  Ania  wymienia  z  Mosurem  miękkie, 

przyjazne piłki. - Odchodzę z radia tak, jak odchodziłem z Polski. Z własnej woli. Nikt mnie 

nie wyrzucał. 

Przypomina  sobie  zapijaczonego  stróża,  u  którego  mieszkał.  Teatr  wyjeżdżał  na 

gościnne  występy  w  Wiedniu.  „Uciekaj,  synu  -  chrypiał  spirytusowym  głosem  jego 

gospodarz. - Chcesz skończyć jak ja?” 

- Panie Lodziu - w tonie pani Elwiry brzmi nagana - honor piękna rzecz, ale politycy i 

technokraci żerują na ludziach honoru! Mamy się na to godzić? 

Graf  obserwuje  przez  zmrużone  szampanem  powieki  dwie,  spóźnione  najwyraźniej, 

nudystki. 

background image

- Bachus czy Amor - wzdycha bez związku z tematem - kiedyś nie było wątpliwości. 

Lodzio wie swoje. 

- To nie jest kwestia honoru - mówi spokojnie. - Nie mam już serca do tej roboty. 

- Ba, serce - kwituje bez przekonania pani Elwira. 

- „Serce... - kojarzy pan Stanisław po swojemu - istotnym jest prawdy ogniskiem: gdy 

rozum zbłądzi w najmniejszej usterce, serce i z błędów nieraz wraca z zyskiem...” 

-  „Potężnym  przezeń,  co  tkliwe  i  rzewne,  a  rozrzewnionym,  co  harde  i  chrobre. 

Przezeń jest wszystkość i całość... zapewne... Serce jest dobra rzecz, dopóki... dóbr e!...” [C K 

C.  K.  Norwid  -  „Cóż  bo  mózg?  Rozum  co?”]  -  uzupełnia  śmiało  Lodzio  ku  wyraźnemu 

niezadowoleniu nestora. Ktoś mu ukradł show. 

Rozmydlenie  sprawy  Lodzia  w  poezji  wyraźnie  poprawia  humor  Turyście.  Podnosi 

kieliszek na wysokość okularów. 

- Proponuję toast. Za rychłe bezrobocie nas wszystkich! Za upadek komunizmu! 

Toast  jest  dwuczęściowy.  Jedna  zdecydowanie  zasługuje  na  uczczenie,  druga 

niekoniecznie. A przecież są tożsame. 

- Nie ufałbym Gorbiemu - pomrukuje Urkowicz - to kolejny kant, żeby nabrać Zachód 

na  kredyty  -  Gorbiemu  może  nie  -  zgadza  się  z  przyzwyczajenia  Turysta  -  ale  to  pierwszy 

krok. Znak, że tam się zaczyna sypać. 

-  I  nasi  dyrektorzy  -  dodaje  Bozio  -  podwyższyli  sobie  pensje  o  trzydzieści  procent. 

Znak, że się śpieszą. 

Lodzio  patrzy,  jak  z  kortów  schodzą  Ania  i  Mosur.  Ania  spocona  i  rozradowana, 

Mosur, jak zawsze opanowany, nieodgadniony. 

- Panowie - rozstrzyga pani Elwira - pełnimy tu służbę i ten toast należy spełnić. 

-  Na  pohybel  -  przyłącza  się  Graf  i  oddaje  się  bez  reszty  Bachusowi.  Odprowadza 

wzrokiem biegnącą do szatni Anię i nachyla się do Lodzia. 

- Jak ona? 

-  Dobrze,  już  dobrze.  Miewa  czasem  dołki,  ale  wyobraź  sobie,  ten  napój  Jury  ją 

uspokaja. Przestaje ją ssać. 

- Co ty powiesz? To może i na kaca jest dobre? 

-  Dobre  -  potakuje  Mosur,  siadając  przy  nich.  -  Kiedy  pan  sobie  tylko  życzy,  panie 

Graf. 

- Szczodłość swojo! długoł - zauważa Kichot - ale jak siei wynalazło taki specyfik, to 

trzeba opatentować! To może być walte kupeł fołsy! 

background image

- Ja eta dawno sdiełał, mój drug - błyska swoimi metalowymi siekaczami w szerokim 

uśmiechu Mosur. - Wsio taki, spasiba! 

Lodzio  sam  nie  wie,  dlaczego  to  nagłe  objawienie  praktycznej  strony  natury 

przyjaciela sprawia mu przykrość. Może dlatego, że sam o tym nie wiedział, przez cały ten 

czas widując Mosura niemal codziennie. Uświadamia sobie, że Ananka wcale się nie przejął 

odejściem  z  Wolności,  co  przecież  wiązało  się  z  utratą  przyzwoitej  nawet  na  niemieckie 

warunki pensji i radiowego mieszkania. Ciekawe, czy mimo rozstania z Julitą zyskał coś na 

cudownym ozdrowieniu Galdhei. Co mi do tego, karci się w myślach Lodzio. Jego pieniądze. 

-  A  pan  co  myśli  o  Gorbaczowie?  -  Urkowicz  szuka  z  uporem  sojusznika.  -  Prawda 

czy humbug? 

-  Gorbaczow,  eta  nacziato  kańca  -  odpowiada  uprzejmie  Mosur.  -  My  skora 

wierniomsia damoj. 

-  Jeśli  ktoś  ma  dom,  do  którego  może  wrócić  -  dorzuca  matowym  głosem  pan 

Stanisław. Urkowicz, przykładem Turysty, odgania muchę sprzed twarzy  - Rosyjska natura. 

Niczym nie uzasadniony optymizm, a potem bezgraniczna melancholia. 

Nie  zauważają,  że  od  jakiegoś  czasu  stoi  nad  nimi  z  nieśmiałym  uśmiechem  Pępek. 

Zasłania się swoim synkiem jak tarczą, która jednak chroni go tylko do połowy ud. 

-  Przepraszam,  że  przerywam.  Mam  zarezerwowany  kort,  a  mój  partner  się  nie 

pojawił. Czy ktoś z państwa nie miałby ochoty zagrać ze mną seta? 

Oprócz pani Elwiry i pana Stanisława wszyscy obecni grają, lepiej lub gorzej, nawet 

Graf, choć na to nie wygląda. Pępek o tym wie i z bolesnym wyczekiwaniem słucha zapadłej 

ciszy. 

- No  wie pan  - zdumiewa się Elegancki  Eugeniusz  -  po alkoholu? Łodziowi robi się 

żal ambitnego spikera. 

- W szatni jest moja córka - mówi - dopiero co grała, ale może się zgodzi. Młoda jest, 

to ją roznosi. 

-  Tylko  nie  zrób  jej  dziecka!  -  dorzuca  Bozio  -  bo  jeśli  Greta  zapomni,  to  ja  cię 

wykastruję! 

Pępek dziękuje i biegnie do szatni. Malec za nim. 

- Boże, jacy z nas chrześcijanie - dziwi się Elegancki Eugeniusz. - Kto by pomyślał? 

- A zanim jeszcze wrócimy do domu - dopytuje się pani Elwira - co pan będzie robił, 

panie Jurku? 

- Leczył nam kaca, przecież słyszałaś - odzywa się pan Czarek, który z zasady rzadko 

się przy żonie odzywa. 

background image

Mosur patrzy na Lodzia. Ten robi wątpiącą czy przyzwalającą minę. 

- Napiszemy z Ljudwikiem książkę - oświadcza Jura. - O Anankach. 

-  Aha  -  kiwa  głową  pani  Elwira.  Pozostali  przyjmują  śmiały  projekt  równie 

powściągliwie. 

-  Bajki  się  dobrze  sprzedają  -  mówi  niemal  bezgłośnie  pod  nosem  Elegancki 

Eugeniusz. Lodzio wyjaśnia: 

- Świat się nie kończy na radiu Wolność. 

- Wolność to pieniądze - zdobywa się na sentencję Turysta. 

W srebrnym wiaderku pływa pusta butelka. Lód się stopił zupełnie. 

- Piękny dzień - wzdycha Graf - Greta! Noch ein mai das selbe, bitte! 

background image

 

Adamowi Borowskiemu  

NAPÓJ ANANKÓW  

Ból opisuję, a nie bez litości. 

 

Geoffrey  Chaucer,  Troilus  i  Criseyda  Przeł.  Maciej  Słomczyński  On  będzie  miasto 

Zbigniew Herbert, Raport z oblężonego miasta ETER „GORYCZ JEST BOSKA” 

 

International  Pop  and  Rock  Review  Wow!  Czy  możecie  w  to  uwierzyć?  Już  osiem 

milionów sprzedanych egzemplarzy albumu „Fack the Cancer, fuck the Death”! Po raz trzeci 

kultowa  supergwiazda  Galdhea  0’Heaney  trafiła  w  dziesiątką  (licząc  w  milionach 

oczywiście). Promocja towarzysząca temu wydarzeniu artystycznemu i trasie koncertowej nie 

ma  sobie  równych  w  historii  sztuki  estradowej.  Finansuje  ją,  podobnie  jak  poprzednie, 

koncern  HU-PHARMACEUTICS,  którego  prezesem  jest,  jak  wiadomo,  macocha  artystki, 

July Ehrenblum. July i jej pasierbica są nadal nierozłączne (zdjęcie l). Koszulki z logo firmy, 

nakrycia głowy w kształcie huby, gry komputerowe typu „cancer-dancer” czy „bald but bold 

(BBB),  butelki  z  magicznym  napojem,  w  atrakcyjnym  kształcie  idolki  mas  sprzedają  się  w 

ilościach nieskończenie większych niż płyty i kasety. Koncerny Coca-Cola i Pepsi, strzeżcie 

się! Wyrasta wam po raz pierwszy poważny konkurent! Akcje Huphy na giełdzie stale rosną! 

Nowe  piosenki  Gal  są  nieco  mniej  dynamiczne  niż  poprzednie.  Dotychczasowe, 

oszałamiające tempem i ekstatycznym rytmem kompozycje rockowe z elementami hip-hopu i 

techno-dance,  wzbogacone  zostały  o  soulowe  brzmienia  (efekt  zastosowania  nowego 

instrumentu  -  rogu  koziorożca)  i  refleksyjny  swing.  Gwiazda  zrezygnowała  ze  swoich 

psychodelicznych peruk. Występuje z obnażoną  czaszką, jedynym śladem  kilkuletniej walki 

ze śmiertelną chorobą. Mówi o niej otwarcie, reklamując jednocześnie sztandarowy produkt 

swojego sponsora: „Hu jest może gorzkie, ale dla mnie ma smak życia. Boski smak życia Jeśli 

jest Bóg, to ma postać grzyba rosnącego na drzewie istnienia. Pijcie Hu, a będziecie tak żywi, 

jak ja!” 

„Hu-mania” zatacza coraz szersze kręgi. Na całym świecie młodzi ludzie pozdrawiają 

się słowami „ejcz-ju”, zamiast dotychczasowych hej, you!. Rodzice nadają nowo narodzonym 

dzieciom  imiona  Galdhea  albo  Ga-lahad.  Humani  masowo  golą  głowy.  Skini  protestują,  że 

wskutek tego przestali się odróżniać od Humanów i są brani za pedałów czy mięczaków. Ale 

mało kto ich słucha. Radość życia wypchnęła z rynku agresję i ksenofobię. 

background image

Ojciec Gal,  Sean 0’Heaney  (zdjęcie 2) potwierdza publicznie, że trzydzieści  procent 

zysku Huphy przeznaczane jest rokrocznie na cele charytatywne, głównie na walkę z różnymi 

odmianami raka. Ejcz, ju! 

 

„NIE BUDZIĆ ZŁUDNYCH NADZIEI” 

 

Boston  Globe  Przewodniczący  Komisji  Onkologów  przy  bostońskiej  Akademii 

Medycznej  ostrzega  przed  iluzorycznymi  nadziejami  związanymi  z  terapeutycznymi 

właściwościami preparatu Hu. 

„Jest  to  bez  wątpienia  specyfik  nieszkodliwy,  a  nawet  pod  pewnymi  względami 

zdrowy.  Zawiera  wiele  mikroelementów  i  witaminę  B.  Modzie  na  jego  masowe  spożycie, 

zwłaszcza  w  miejsce  alkoholu  czy  narkotyków,  można  jedynie  przyklasnąć  -  mówi  dr  Paul 

Gulp  -  nie  ma  jednak  żadnych  naukowych  dowodów  na  jego  lecznicze  właściwości  w 

wypadku  walki  z  białaczką  czy  rakiem  w  jakiejkolwiek  znanej  nam  postaci.  Hu  ma 

niewątpliwie  działanie  regulujące  procesy  metaboliczne,  a  także  w  pewnym  stopniu 

uspokajające.  Cieszę  się  oczywiście  z  wyzdrowienia  panny  0’He-aney,  siłą  rzeczy  śledzę 

rozwój  jej  kariery  (moi  synowie  są  jej  zagorzałymi  fanami),  ale  nie  wykluczam  innych, 

pozamedycznych  przyczyn  jej  powrotu  do  zdrowia.  W  mniej  poważnych  schorzeniach  Hu 

może  natomiast  działać  na  zasadzie  placebo.  Wiara  pacjenta  w  skuteczność  leku,  są  na  to 

niezliczone przykłady, bywa nieraz skuteczniejsza od samego leku”. 

 

„POLITYCZNA FANTAZJA KOŃCA WIEKU” 

New York Times Review of Books Powieść „Jestem Ananką” Yourija Mosura i Lou 

Orzela  to  paradygmatyczna  egzemplifikacja  strukturalnej  elastyczności  i  socjologicznej 

nośności gatunku „fantasy”, będącego od dziesięcioleci osobną, samowystarczalną galaktyką 

literacką.  Jej  ojcem,  a  raczej  już  dziadkiem  jest  J.R.R.  Tolkien  z  jego  „Władcą  Pierścieni”, 

pisanym, przypomnijmy, w czasach drugiej wojny światowej. 

Autorzy,  obciążeni  dla  odmiany  genetycznym,  chciałoby  się  rzec,  dziedzictwem 

zimnowojennej  rzeczywistości  drugiej  potowy  dwudziestego  wieku,  z  jej  kompleksami  i 

obsesjami,  obudowali  wątek  baśniowy  politycznymi  aktualiami,  a  samą  historię  tej  nowej 

Utopii nasycili, zgodnie z tradycją wschodnieuropejskiej literatury borykającej się z cenzurą, 

publicystyczną metaforyką i kulturowym symbolizmem. 

W Europie książka miała umiarkowane powodzenie, być może dlatego, że zachodzące 

tam ostatnio w przyspieszonym tempie przemiany są bardziej zajmujące i niewiarygodne niż 

background image

jakakolwiek fikcja literacka. Tym bardziej zdumiewa powodzenie tej błahej w istocie, wtórnej 

i pośpiesznie napisanej historyjki w Ameryce, powodzenie, które, jak można sądzić, zamieni 

się w sukces o światowym zasięgu. 

Być może nie bez wpływu na ten fakt pozostaje głośny przed rokiem proces jednego z 

autorów, Y. Mosura z „Hu-Pharmaceutics” o procent  z zysków płynących ze sprzedaży tak 

zwanego „napoju Ananków”, którego pisarz, były dezerter z sowieckiej armii w Afganistanie, 

jest opatentowanym wynalazcą. Jak wiadomo, doszło w końcu do ugody  między nim a jego 

dawną  przyjaciółką  i  zarazem  prezesem  Huphy,  July  Ehrenblum.  Medialny  rozgłos  wokół 

sprawy o wielomilionowe zyski przysłużył się, jak widać, obu stronom. 

Tak czy inaczej powieść „Jestem Ananką” utrzyma się w czołówkach list bestsellerów 

prawdopodobnie  tak  długo,  jak  długo  trwać  będzie  humania.  Jej  wartość  literacka  w  tej 

sytuacji wydaje się kwestią drugorzędną. 

 

„OBLICZA NADZIEI I LĘKU” 

CBS  rozmowa  z  Bertramem  Crossem,  religioznawcą  -  Co  pan  sądzi  o  nowo 

powstałym „Kościele Ananków” i humanii? 

- Nie nazwałbym tego zjawiska Kościołem. Raczej jedną z sekt, jakich wiele powstaje 

w  całych  Stanach  Zjednoczonych,  zwłaszcza  w  Kalifornii,  by  po  jakimś  czasie  zapaść  w 

zbiorową  niepamięć.  Każdy  człowiek  boi  się  choroby  i  śmierci,  pragnie  wierzyć  w  - 

nazwałbym to - „lek na życie” i wszyscy mamy głęboko zakorzenioną potrzebę mitu, tęsknotę 

do  Utopii.  Nie  jest  ona  tożsama  z  religią  ani  tym  bardziej  z  prawdziwą  wiarą.  W  wypadku 

wierzeń  Ananków  trudno  nawet  mówić  o  konsekwentnym  systemie  religijnym,  o  systemie 

wartości  nawet.  Nie  znajdzie  się  tam  na  przykład  tak  zasadniczych  elementów,  jak  walka 

dobra ze złem. 

-  Skąd  zatem  kariera  tej  idei  na  całym  świecie?  Humani,  czy  inaczej  Anankowie, 

objawiają  się  w  Azji,  w  Afryce,  nawet  w  racjonalnej  Europie.  Mają  swoje  rytuały,  a  także 

języki. 

- To również nie jest idea. To zespół podań i legend o charakterze czysto pogańskim, 

pierwotnym,  wzbogacony  o  szczątkowe,  parahistoryczne  informacje  na  temat  mitycznego 

„ludu szczęśliwego”. Anania to taka „wyspa szczęśliwa” na oceanie zła, z jakim kojarzy się 

Rosja  i  były  Związek  Sowiecki.  Sekret  jej  popularności  jest  prosty:  wchodzimy  w  Erę 

Wodnika. Filozofia New Agę odwołuje się do czystości i braku instytucjonalizmu dawnych 

wiar i magicznych obrządków, ich wybór należy do jednostki. Humania i mitologia Ananków 

wyróżniają  się  swoim  pozytywnym  stosunkiem  do  problemów  ludzkiej  egzystencji:  nie 

background image

straszą ogniem piekielnym, nie mnożą zakazów, promują zdrowie, spokój ducha, dystans do 

polityki  i  cywilizacji  konsumpcji  (choć  dzięki  tej  ostatniej  mogły  zaistnieć).  Słowem  - 

idealistyczny,  dziecinny  permisywizm.  Ale  przecież  nawet  obywatele  państw  wysoko 

rozwiniętych zmęczeni są, zaniepokojeni i obezwładnieni kształtem współczesnej demokracji, 

globalnego  rynku  i  przede  wszystkim  brakiem  duchowości  w  codziennym  życiu.  Dobrze 

widzi to papież Jan Paweł II, ale stoi na czele instytucji, która nawet przez część katolików 

odbierana jest jako skostniała i mało zasobna w Absolut. Islam z kolei jest religią wojującą, a 

humania Ananków wyrzeka się agresji. 

- Czy to znaczy, że jesteśmy świadkami narodzin nowej religii? 

-  Nie,  nie,  już  powiedziałem,  że  nie.  To  po  prostu  zjawisko  masowe,  po  części 

medialne,  po  części  duchowe,  po  części  socjologiczne.  Znak  czasu.  Znak,  który  należy 

odczytywać  jako  chęć  ucieczki  mas  od  świata  takiego,  jaki  jest.  Szczerze  wątpię,  czy  to 

możliwe,  choć  powinniśmy  przywyknąć  do  myśli,  że  u  progu  XXI  wieku  możliwe  jest 

wszystko.  Człowiek  w  końcu  zawsze  uciekał  od  siebie  i  od  rzeczywistości,  którą  stworzył. 

Niezadowolenie  z  własnego  dzieła  jest  jego  najbardziej  twórczą,  choć  komplikującą  życie 

cechą. Niektórzy zadają sobie pytanie, czy przypadkiem nie jest podobnie z Bogiem, który do 

tego stopnia zniechęcił się do własnego dzieła stworzenia, że nas opuścił? 

 

„SPRAWIEDLIWOŚĆ TAK, WOLNA AMERYKANKA NIE!” 

Izwiestja,  artykuł  redakcyjny  Rozpad  Związku  Socjalistycznych  Republik 

Radzieckich  i  powstanie  Wspólnoty  Niepodległych  Państw  stwarza  realne  szansę  na 

stworzenie 

warunków 

pokojowego 

współistnienia  byłych  narodów  radzieckich. 

Zadośćuczynienie  wiekowym  krzywdom,  odtworzenie  tradycyjnych  więzi,  kulturowych 

tożsamości  i  elementarnych  ludzkich  praw  będzie  z  pewnością  trudne  i  najeżone 

przeszkodami  -  wciąż  nie  brakuje  zwolenników  dawnego  ładu,  rządów  twardej  ręki  i 

imperialnych  ambicji  -  ale  w  żadnym  wypadku  nie  jest  niemożliwe.  Pod  warunkiem 

zachowania rozsądku, poczucia realizmu i odpowiedzialności. 

Nie zachowują ich, niestety, inspiratorzy rozsadzenia Rosji od wewnątrz, pod pozorem 

przywrócenia suwerenności Republice Ananii, narodowi podbitemu w pierwszych latach po 

Rewolucji  Październikowej  przez  bolszewików,  który  w  rzeczywistości  nigdy  nie  istniał,  a 

jeżeli istniał, to na pewno nie na terenach, do których dzisiaj rości sobie prawa. Rosja jest już 

państwem  demokratycznym,  państwem  wolności  obywatelskich  i  wolności  słowa,  wolności 

wyznania,  co  jednak  nie  znaczy,  że  wolno  w  Rosji  robić,  co  się  komu  podoba.  Z  całą 

odpowiedzialnością stwierdzamy, że w archiwach nie ma żadnych dowodów na to, jakoby za 

background image

Uralem,  na  obszarach  okręgu  mansyjskiego  lub  gdziekolwiek  indziej,  mieszkał  i  tworzył 

własną, suwerenną cywilizację jakiś mityczny naród Ananków. Nie może być przypadkiem, 

że  teza  ta  podtrzymywana  jest  i  rozdmuchiwana  tak  w  Chinach,  jak  w  Stanach 

Zjednoczonych, w Iranie i Izraelu. Inkryminowane obszary to tereny złotonośne i obfitujące 

w  kamienie  szlachetne.  Międzynarodowe  koncerny  czekają  tylko  na  okazję,  by  położyć  na 

nich  swoje  długie,  bezwzględne  ręce  w  jedwabnych  rękawiczkach,  ze  złotymi  rolexami  na 

przegubach, przeliczającymi ze szwajcarską precyzją czas na krociowe zyski kosztem narodu 

rosyjskiego.  Globaliści  z  Wali  Street  nie  mogą  się  doczekać,  by  „zamoczyć  dziób”,  jak 

mawiają  nowojorscy  mafiozi,  a  nieprzychylne  Moskwie  rządy  szukają  własnych  korzyści 

politycznych. 

Z ubolewaniem należy podkreślić, że międzynarodowa histeria pod mylącym szyldem 

tak zwanej „humanii”, podgrzewana przez elektroniczne media, nie ominęła także rdzennych 

Rosjan.  Dźwigający  z  trudem  ciężar  codziennej  egzystencji  w  państwie,  które  przechodzi 

bezprecedensową,  historyczną  transformację  ustrojową,  często  dają  się  złapać  na  lep 

hollywoodzkiej  propagandy;  w  poszukiwaniu  łatwego  życia,  szybkiego  zysku  i  utopijnych 

rozkoszy  wędrują,  jak  za  czasów  amerykańskiej  gorączki  złota,  na  tereny  okręgu 

mansyjskiego. Możemy im tylko powiedzieć: Bracia Rosjanie! Tam nic nie ma! 

A  jeśli  jest,  to  jest  to  Rosja!  Wasza  chora  matka,  nad  którą  jak  sępy  gromadzą  się 

zagraniczni  finansiści,  homoseksualiści,  fałszywi  prorocy,  wrogowie  prawosławia, 

szumowiny i awanturnicy z całego świata! Ci, którzy objedli już go niemal do czysta i szukają 

sobie  nowego  żerowiska.  Opamiętajcie  się!  Nie  pozwólmy  na  naruszenie  integralności 

naszego terytorium! 

 

„CZYŻBY ZAGINIONE PLEMIĘ IZRAELA” 

korespondent UPI, Tel Aviw „Ciesz się ludu wybrany! - wota w natchnieniu Awram 

Ben-Hei,  historyk  i  poseł  do  Knessetu.  -  Oto  rozstąpiły  się  fale  Czerwonego  Morza  i  suchą 

stopą dzieci Twoje zmierzają w doliny Kanaanu!” Czy potwierdzi się teza charyzmatycznego 

polityka i szanowanego naukowca, że Anankowie to mityczne, zaginione plemię Izraela? Kto 

szanuje  charyzmę,  ten  pożycza  pieniądze,  nie  żądając  weksla  -  powiada  żydowskie 

przysłowie. Jak się zdaje, jest takich wielu w Tel Aviwie i w Jerozolimie. Czy nie warto było 

poczekać na uznanie nowego państwa przez powołane do tego międzynarodowe organizacje, 

zanim  podjęło  się  decyzję  o  wysianiu  do  Surgutu  delegacji  izraelskich  przemysłowców  i 

kibucników?  Czy  mamy  się  dzielić  swoimi  zdobytymi  w  pocie  czoła  doświadczeniami  i 

niebagatelnym  kapitałem  z  kimś,  o  kim  wiemy  mniej  niż  nic?  -  pytają  sceptycy  -  Czy  nie 

background image

pogorszy to  naszych stosunków z Rosją?  - A czy  nasze stosunki  z Rosją mogą być jeszcze 

gorsze? - odpowiadają entuzjaści Awrama Ben-Hei. 

Sądząc po skali pionierskich pielgrzymek z całego świata za Ural,  anańska diaspora 

przewyższa rozmiarami żydowską. Czy w historii ludzkości jest miejsce na dwa identyczne 

zjawiska?  Czy  to  po  prostu  jedno  i  to  samo?  Z  politycznego  punktu  widzenia  powstanie 

Republiki  Ananii  może  rozwiązać  problem  około  miliona  Żydów  mieszkających  nadal  na 

obszarze byłego Związku Radzieckiego. Ale co na to Ameryka? Ile to będzie kosztowało? 

Na  razie  planowany  jest  wielki  koncert  charytatywny  na  lotnisku  w  Surgucie,  z 

udziałem Galdhei 0’Heaney i izraelskiego artysty mieszkającego w Niemczech, Aarona, który 

specjalnie  na  tę  okazję  napisał  przebój  zatytułowany  „Taniec  Króla  Dawida”.  Transmisję 

wydarzenia  zapowiedziały  wszystkie  liczące  się  stacje  telewizyjne.  Sponsorem  jest 

oczywiście Hupha, a gościem honorowym prezes koncernu, July Ehrenblum. 

 

„POTOMKOWIE ANANKÓW W CHINACH!” 

korespondent  Reutera  z  Pekinu  Rzecznik  Archiwum  Państwowego  w  Pekinie,  pan 

Hun-Hian, oświadczył podczas specjalnie zwołanej konferencji prasowej, że w dokumentach 

z epoki  dynastii Ming znajdują się niezbite dowody na ożywione stosunki  handlowe Chin  z 

Ananią.  Co  więcej,  badania  przedmiotów  codziennego  użytku,  znalezionych  w  północno-

zachodnich  prowincjach  Kukunor  i  Kansu  pozwalają  z  dużą  dozą  prawdopodobieństwa 

zakładać,  że  w  XV  wieku  osiedlali  się  tam  i  asymilowali  z  miejscową  ludnością  właśnie 

Anankowie.  Podważa  to  kategoryczne  twierdzenia  strony  rosyjskiej,  że  naród  ten  nigdy  nie 

istniał.  „Nie  pierwszy  raz  się  zdarza,  że  Moskwa  usiłuje  manipulować  historią  i  zaprzecza 

oczywistym  faktom  -  powiedział  pan  Hun-Hian.  -  Na  tym  tle  korzystnie  odbija  się  chiński 

szacunek dla prawdy historycznej i pieczołowitość wobec własnej przeszłości”. 

 

„ANANKOWIE TO ZAGUBIENI KATOLICY” 

Nasz  Dziennik,  Warszawa  Wiele  jest  postmodernistyczengo  gwaru  i  zamieszania 

wokół  odkrycia  na  syberyjskich  polach  śmierci  ludu  Ananków,  kolejnej  zbiorowej  ofiary 

zbrodniczego, rosyjskiego i sowieckiego imperializmu. Zachodnia cywilizacja samozagłady, 

przepojona  duchem  (jeśli  wolno  użyć  tego  świętego  słowa)  permisywizmu  i  relatywizmu 

światopoglądowego,  pragnie  ustami  Brukseli  i  Waszyngtonu  uczynić  z  jeszcze  jednego 

narodu żer dla swojej nienasyconej zachłanności. To się nie może udać. Anankowie bowiem 

to  katolicy!  Zdziesiątkowani  przez  lata  niewoli,  zagubieni  być  może  i  zdezorientowani, 

odgrodzeni od Chrystusa tysiącami kilometrów, latami terroru i kłamstwa, pozbawieni opieki 

background image

i  przewodnictwa duszpasterzy, ale katolicy! Bracia chrześcijanie! Świadczą o tym niezbicie 

odnalezione  i  opublikowane  na  naszych  łamach  pamiętniki  dwóch  konfederatów  barskich, 

którzy uciekając z zesłania, trafili między gościnnych, choć pogrążonych w mroku pogaństwa 

Ananków  i  otworzyli  im  oczy  na  światło  wiary  Co  więcej,  jak  wynika  z  tych  bezcennych 

zapisków,  udało  im  się  nawet  poderwać  ten  niewinny  lud  do  walki  z  carskim 

samodzierżawiem, walki krwawo stłumionej. Czy można się wobec takich faktów dziwić, że 

Moskwa, jak to zresztą czyniła zawsze i czynić będzie, właśnie faktom zaprzecza? Módlmy 

się,  bracia,  za  spalone  kościoły  Ananków  i  za  ich  dusze.  Módlmy  się  za  żywych  także, 

zbłąkanych  między  Scyllą  postkomunistycznego  totalitaryzmu  i  Charybdą  liberalnych 

pokus!” 

 

„ANANIA,  ONANIA  -  DOBRANA  KOMPANIA”  „JESTEM  FANKĄ,  ANANKĄ, 

KUP  GUMOWE  UBRANKO!”  „OD  BAŁTYKU  AŻ  DO  TATR  PIJCIE  HU  l  RÓBCIE 

WIATR” 

 

(graffiti na murach Dworca Wschodniego w Warszawie) 

 

„UKONSTYTUOWANIE SIĘ WŁADZ RA” 

serwis  PAP  W  Surgucie  zaprzysiężone  parlament  Ananii.  Republika  wystąpiła  o 

międzynarodowe  uznanie  i  pomoc.  Pierwszym  Hanakiem  odrodzonego  państwa 

(odpowiednik  kanclerza)  został  Ghiur  Hań,  z  wykształcenia  lekarz.  W  swoim  expose 

zapewnił, że Republika Ananii przestrzegać będzie reguł prawa międzynarodowego oraz praw 

Człowieka  i  Obywatela;  jest  państwem  wielonarodowym,  neutralnym  wobec  wszelkich 

wyznań,  pragnącym  utrzymywać  dobrosąsiedzkie  stosunki  z  państwami  ościennymi, 

zwłaszcza  z  Rosją.  Wezwał  diasporę  Ananków  z  całego  świata  do  powrotu  na  łono 

odzyskanej ojczyzny „POWŚCIĄGLIWOŚĆ USA I ONZ” 

The  Washington  Post  Rzecznik  Białego  Domu  nie  podał  nawet  przybliżonej  daty 

uznania  Republiki  Ananii  przez  Stany  Zjednoczone.  „Nie  odmawiamy  żadnemu  narodowi 

prawa  do  samostanowienia  -  oświadczył  -  ale  naczelnym  celem  naszej  polityki  jest 

zachowanie pokoju i równowagi sił na świecie”. Na zarzut, że oświadczenie to może zostać 

odebrane  w  Moskwie  jako  zielone  światło  dla  interwencji  zbrojnej  w  nowo  utworzonej 

republice, odparł, że wierzy w rozsądek i dobrą wolę prezydenta Jelcyna. 

background image

W  kuluarach  Organizacji  Narodów  Zjednoczonych  temat  Ananii  istnieje  jedynie 

nieformalnie.  Dopóki  republika  nie  zostanie  uznana,  nie  może  zgłosić  akcesu  do  ONZ,  a 

dopóki nie zgłosi akcesu, ONZ nie może się nią oficjalnie zająć. 

 

„OJCOWIE W KRAJU!” 

Radio  „Głos  Ananków”  w  Hesz-Ni-An  Do  kraju  powrócili  z  Niemiec  dwaj  ludzie, 

których śmiało można nazwać ojcami naszej odzyskanej niepodległości. Jurij Mosur, to jego 

głosu  słuchaliśmy  przez  lata  za  pośrednictwem  rozgłośni  radiowej  Wolność,  wylądował  na 

lotnisku  w  Surgucie  wraz  ze  swoim  przyjacielem  i  współpracownikiem,  Ananką  z  Polski, 

Ludwikiem  Orłem.  Obaj  zostali  uroczyście  przyjęci  przez  Hanaka  Ghiura  Hana  i  decyzją 

parlamentu uhonorowani tytułami Ga-Horeszów, czyli „tych, którzy opowiedzieli Ojczyznę”. 

Mosur  to  imię  mityczne  i  reemigrant  ten  stał  się  natychmiast  bohaterem  tłumów.  Ludwik 

Orzeł przyjął tytuł Ga-Horesza z dumą, przypominając, że pierwszy, legendarny Horesz był 

synem  Mosura  i  orła,  a  takie  jest  właśnie  jego  polskie  nazwisko.  To  kolejny  dowód  - 

podkreślił  -  na  ukryty  sens  i  ład  wszechświata,  niewidoczny  w  pozornym  chaosie,  ale 

możliwy do odkrycia, jeśli w odpowiedni sposób spojrzy się przez właściwy kryształ. 

Dodał, ze jego marzeniem jest żyć w górach Ananii, poświęcić się badaniu jej historii 

i sprowadzić tu córkę, jak tylko skończy studia w Niemczech. 

Mosurowi,  ze  względu  na  jego  międzynarodowe  kontakty  i  doświadczenie,  Hanak 

powierzył  funkcję  Han-Ery,  ministra  spraw  zagranicznych.  Pierwszą  podróżą,  zapowiedział 

Mosur  Han-Era,  będzie  wizyta  w  Moskwie  w  najbliższym  zaakceptowanym  przez  stronę 

rosyjską terminie. 

 

„HISTORYCZNY EKSPERYMENT” 

z  Republiki  Ananii  live  Amanda  Stare,  CNN  -  To  prawdziwa  Wieża  Babel  -  mówi 

każdy, kto się tu znajdzie. Takich przybyszów z całego świata są setki tysięcy rocznie. 

Samolotami, samochodami, konno, pieszo, na wizach turystycznych lub przez zieloną 

granicę  przybywają  ci,  którzy  uznali,  że  są  Anankami.  Trudno  ocenić  skalę  tej  wędrówki 

ludów.  Trudno  chłodnym  okiem  kamery  przekazać  wachlarz  towarzyszących  jej  emocji. 

Jedni,  jak  widać,  płaczą  ze  szczęścia,  inni  z  niepokojem  szukają  dla  siebie  miejsca.  Ten 

człowiek,  dotychczas  Rosjanin,  mówi  teraz:  „tutaj  wiem  nareszcie,  kim  jestem”.  Ta  grupa 

młodych ludzi z Kalifornii trzyma się razem, głosząc hasło „It’s a fun to be an Anan”. 

Na  razie  fun  to  ciężka  praca.  Brakuje  wszystkiego.  Stolica  to  jeden  wielki  plac 

budowy.  Gotowe  są  rekonstrukcje  dawnych  gmachów  Ananków,  stawianych  na  sposób 

background image

inkaski,  z  ciosanych  kamieni,  bez  zaprawy.  Sami  budowniczowie  żyją  jednak  tu  w 

prowizorycznych osiedlach z baraków, kontenerów, szałasów, namiotów i czego się tylko da. 

Niektórzy, ponoć zgodnie z tradycją, zamieszkali w jaskiniach. 

Nieporozumienia i konflikty są nieuniknione. Wielojęzyczny naród porozumiewa się 

jedynie za pomocą rogów, jak jego mityczni  przodkowie. W użyciu  jest  rosyjski, angielski, 

hiszpański i farsi. Pod gołym niebem zakłada się szkoły Jednak na co dzień rzuca się w oczy 

spokój i pogoda ducha. Być może pod wpływem legendarnego już narodowego napitku Hu. 

Niestety,  trzeba  go  sprowadzać  ze  Stanów  Zjednoczonych.  Obszary  Ananii,  niegdyś  gęsto 

zalesione,  zostały  przez  dziesięciolecia  komunistycznych  porządków  zdewastowane  bądź 

zamienione  w  pola  uprawne,  dziś  leżące  odłogiem.  Drzew  jest  niewiele,  a  i  te  rosną  w 

niedostępnych górach. 

Anankowie  z  wyboru  przywieźli  tu  ze  sobą  choroby  cywilizacji,  które  opuścili. 

Przestępczość,  nawyki  konsumpcyjne,  uprzedzenia  rasowe,  słabości  demokracji 

parlamentarnej.  Powstały  już  dziesiątki  partii  politycznych  i  organizacji  społecznych,  z 

których każda ma własną wizję wymarzonego państwa. Anankowie wyrzekają się przemocy 

ale  na  obrzeżach  republiki  powstają  samorzutnie  zbrojne  oddziały  Broń  płynie  szerokim 

strumieniem  z  Chin  i  Pakistanu.  Doradcy  wojskowi  z  różnych,  najbardziej  egzotycznych 

frontów węszą szansę zatrudnienia. 

Zadeklarowana  odgórnie  tolerancja  religijna  sprawia,  że  kościoły  wszelkich  wyznań 

rosną szybciej niż domy mieszkalne, szkoły i zakłady pracy Kopalnie złota i diamentów, które 

pokazuje  teraz  kamera,  przypominają  raczej  czasy  kolonizacji  państw  afrykańskich.  Jedyną 

motywacją tych ciężko pracujących ludzi wydaje się determinacja w pokazaniu przeciwnikom 

i sceptykom, że się uda. 

Swoboda  seksualna  pozwala  w  pewnym  stopniu  zapomnieć  o  uciążliwościach 

pionierskiego  życia.  Rodzi  jednak  pytania  o  możliwe  zagrożenie  AIDS  Anania  już  została 

okrzyknięta mekką międzynarodowych organizacji gejów i lesbijek. Tu właśnie ma się odbyć 

w przyszłym roku ich największy w dziejach letni zlot. Nie w smak to Anankom przybyłym z 

państw katolickich i muzułmańskich, choć to przecież właśnie spodziewana wolność tutaj ich 

zwabiła. Nierzadkie są głosy o nowym Babilonie. 

Należy  też  wspomnieć,  że  republika  leży  w  sąsiedztwie  największych  na  świecie 

zagłębi  narkotykowych.  Jest  tylko  kwestią  czasu,  kiedy  będzie  musiała  zmierzyć  się  z  tym 

problemem. 

background image

Na  razie,  gdy  dwóch  jej  obywateli  się  pokłóci,  jeden  o  rysach  azjatyckich,  drugi  - 

typowo  afrykańskich,  obaj  wołają:  „Ja  też  jestem  Ananką!”,  po  czym  przestają  się  kłócić  i 

wspólnie piją Hu. Prawdziwa humania. Na jak długo? 

Nad  tym  wszystkim  płynie  dochodzący  coraz  wyraźniej  zza  gór  groźny  pomruk 

rosyjskiego  niedźwiedzia.  Osłabłego  wprawdzie,  ale  nie  pozbawionego  kłów  ani  pazurów. 

Mane Telek Fares. 

 

„ARE DIAMONDS FOREVER?” 

International  Herold  Tribune  De  Beers,  południowoafrykańskie  konsorcjum 

kontrolujące  sześćdziesiąt  procent  światowego  obrotu  diamentami,  opublikowało  stanowczy 

protest  przeciw  obecności  na  rynku  kamieni  anańskich.  Ich  ilość  i  jakość  może  poważnie 

zachwiać  monopolem  tradycyjnych  producentów  i  wpłynąć  na  drastyczną  obniżkę  cen 

„najlepszego  przyjaciela  kobiety”,  parafrazując  przebój  Marilyn  Monroe.  Do  protestu 

natychmiast przyłączyła się Rosja. Zapowiedziano zdecydowane kroki zaradcze. Szczegółów 

nie ujawniono. 

 

„ALLACH SIĘ GNIEWA” 

korespondent  AFP  z  Damaszku  Obradująca  w  Damaszku  Konferencja  Państw 

Islamskich  jednogłośnie  potępiła  Republikę  Ananii  za  jej  odmowę  przystąpienia  do  tej 

organizacji.  Zarzucono  Anankom  nagminne  łamanie  praw  Koranu,  demoralizację  obywateli 

pochodzenia  arabskiego,  uleganie  amerykańskiemu  stylowi  życia,  sankcjonowaną  przez 

państwo rozpustę i postmodernizm. 

 

„ZMIANY NA SZCZYTACH WŁADZY” 

Radio  „Glos  Ananków”  w  Hesz-Ni-An  Mosur  Han-Era  jest  nowym  Hanakiem 

Ananków.  Decyzją  parlamentu  zastąpił  Ghiura-Hana,  któremu  w  debacie  zarzucił 

niezdecydowanie  i  brak  koncepcji  rozwiązania  najistotniejszych  problemów  republiki.  „Nie 

jest człowiekiem, któremu mógłbym zaufać, że w razie potrzeby weźmie na siebie śmierć  - 

oświadczył  Mosur  -  a  to  jest  główne,  historyczne  zadanie  Hanaka,  zwłaszcza  wobec 

narastających ze strony Rosji zagrożeń”. 

Jedną  z  pierwszych  decyzji  nowego  Hanaka  jest  odtworzenie  hodowli  jeleni 

bojowych. 

 

„KIM JEST NOWY HANAK?” 

background image

rozmowa z July Ehrenblum, prezesem Huphy, związaną przed laty z Mosurem Han-

Erą. „Ophrah Winfrey show” (fragment) 

- Jak go wspominasz? 

- Jako ambitnego, milczącego i fascynującego, do czasu, mężczyznę. 

- Do czasu? 

- Zrozumiałam w którymś momencie, że jest zimny - Możesz to rozwinąć? 

- Trudno, by cokolwiek wywołało w nim silne reakcje emocjonalne. Nie miał w sobie 

pasji. Pozostał obojętny nawet na losy mojego narodu, narodu żydowskiego, kiedy mu o tym 

opowiadałam.  Rozumiesz, kobieta może się pogodzić z tym,  że jej mężczyzna przestaje się 

nią w którymś momencie interesować... 

- Hm... 

-  Może,  uwierz  mi.  Ale  stosunek  do  holokaustu  jest  dla  mnie  wyznacznikiem 

człowieczeństwa. Zwłaszcza u kogoś, kto w końcu uciekł z Rosji Sowieckiej. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  Mosur  jest  antysemitą?  Przecież  jego  kraj  tyle  zawdzięcza 

stosunkom z Izraelem. 

-  Nie  wiem,  czy  jest  antysemitą.  Wiem,  ze  jest  kwintesencją  obojętności. 

Doświadczyłam tego na sobie. 

-  Może  ta  obojętność  to  efekt  picia  Hu?  Skoro  działa  podobno  jak  środek 

uspokajający? Obojętność jako absolutna wolność? Wolność od stresów i silnych emocji? 

- Spokój nie zwalnia człowieka od myślenia. 

 

„ANANKE - NIEUNIKNIONE PRZEZNACZENIE” 

z  Nowosybirska  live  Amanda  Stare,  CNN  To,  co  pokazuje  kamera,  to  tłumy 

uchodźców  z  Republiki  Ananii.  Wczoraj  o  północy  stało  się  to,  co  zdaniem  większości 

komentatorów  musiało  się  stać.  Wojska  Federacji  Rosyjskiej  bez  uprzedzenia  rozpoczęły 

bombardowanie terytorium Ananków. Dziś o świcie pierwsze oddziały pancerne przekroczyły 

granice młodego państwa. Wprowadzono całkowitą blokadę informacji Po doświadczeniach 

w Czeczenii można jednak sobie doskonale uzmysłowić, co się dzieje na obszarach objętych 

wojną.  Radio  „Głos  Ananków”  z  górskiej  stolicy  Hesz-Ni-An  informuje  o  pośpiesznie 

zorganizowanej obronie, którą kieruje Hanak Mosur Han-Era. Ale nikt chyba nie ma złudzeń 

co do wyniku walk. Uchodźcy czczą swego Hanaka. Wierzą w jego moc odwrócenia biegu 

historii. Ale skoro uchodzą, nie wierzą w siebie i trudno mieć o to do nich pretensję. 

 

„TO NIE BYŁA WOJNA” 

background image

oświadczenie  rzecznika  Rosyjskich  Federalnych  Sil  Zbrojnych,  Surgut  Po  dwóch 

tygodniach  przebiegających  zgodnie  z  planem  operacji  oddziały  rosyjskie  zakończyły 

wprowadzanie  porządku  w  okręgu  mansyjskim.  Straty  własne  były  minimalne  przy 

praktycznie  znikomym  oporze  ze  strony  rozproszonych,  choć  uzbrojonych  w  nowoczesny 

sprzęt,  bandyckich  oddziałów.  Niedobitki  wycofały  się  w  góry.  Armia  Rosyjska  w  pełni 

kontroluje  sytuację.  Na  czele  lokalnych  władz,  złożonych  z  demokratycznie  wybranych 

przedstawicieli  narodu  Ananków,  stanął  zwolennik  pozostania  okręgu  mansyjskiego  w 

granicach  Federacji  Rosyjskiej,  Mosur  Han-Era.  Pogłoski,  jakoby  to  on  dowodził  walką 

zbrojną przeciw naszym oddziałom, całkowicie mijają się z prawdą. Han-Era, będąc Ananką, 

jest jednocześnie niewzruszonym  rosyjskim patriotą i gwarantem przywrócenia społecznego 

spokoju w tym rejonie Rosji. 

 

„ŻAŁOBA W STANACH ZJEDNOCZONYCH” 

Los Angeles Times Wczoraj, w Santa Monica (CAL) zmarła jedna z najjaśniejszych w 

dziejach  gwiazd  na  firmamencie  estrady,  Galdhea  0’Heaney  Przyczyną  zgonu  był 

niespodziewany nawrót choroby nowotworowej. 

background image

DOZNANIA  

 

Uderzy} grzmot i Lodzio otworzy} oczy. 

Przeraził się. 

Zobaczył nad sobą martwy żyrandol. 

Grzmot  powtórzy}  się,  raz,  drugi,  trzeci.  Dochodzi}  z  oddali.  Po  każdym  huku  z 

matowych szkiełek żyrandola obsypywał się na twarz Lodzia skalny pył. Szkiełka dzwoniły 

trwożliwie. 

Skąd się Lodzio wziął pod martwym żyrandolem? Czy był ofiarą grzmotu? Możliwe. 

Nie wiadomo. Opowiadajmy o tym, co wiemy Rozejrzał się. Głowę przeszył mu przenikliwy 

ból.  Jęknął.  Zauważył,  że  stamtąd,  skąd  dochodzą  odgłosy  gromu,  dochodzi  także  światło. 

Blade, rozproszone, ale jednak oczom usłużne. 

Leżał  na  skórach.  Obok  stał  niski  taboret  na  giętych  nóżkach,  z  salonu  jakiejś 

osiemnastowiecznej damy. Na taborecie kościany kubek za ciemną cieczą. Pod nim, na ubitej 

ziemi,  poskładane  w  czworo  papiery,  róg,  zegarek,  wieczne  pióro.  Osobiste  rzeczy  Lodzia. 

Niewiele. Ale czasem niewiele to prawie wszystko. A wszystko to aż za dużo. 

Stęknął i sięgnął po kartkę, pierwszą z brzegu. Strzepnął pył. Zakasłał. Ból powrócił. 

Rozłożył papier i odchylił go w stronę szarego światła. 

„... Złóżcie broń i zaniechajcie oporu. Jest bezcelowy i szkodliwy, przede wszystkim 

dla  was  samych.  Osobiście  gwarantuję,  że  nikt  wam  nie  zrobi  krzywdy  Powrócicie  do 

normalnego życia. Jako Hanak wziąłem na siebie śmierć tych z was, którzy zabijali, i tych, 

którzy zginęli. Ale teraz biorę na siebie wasze życie...” 

Ulotka  Mosura  Han-Ery.  Jury.  Wypadały  z  rosyjskich  helikopterów  białymi 

warkoczami,  osiadały  na  zalesionych  wzgórzach  jak  środek  owadobójczy.  Nawet  mityczny 

Mosur powiedział głodnym władzy synom, że nie posiada takiej mocy, by wziąć na siebie ich 

życie. 

„...  kryształ,  którego  chcecie  bronić,  to  tylko  symbol.  Życie  to  konkret.  Chcę,  by 

wasze  życie  było  pożyteczne  i  przyjemne,  a  nie  szkodliwe,  bolesne  i  płacone  bezsensowną 

śmiercią.  Podporządkujcie  się  legalnym,  demokratycznie  wybranym  władzom.  Mosur  Han-

Era, Han-Hanak Ananków”. 

Znów  głucho  łupnęło  z  oddali.  Skalny  pył  zaszeleścił  po  papierze.  Ból  w  czaszce 

odezwał się echem grzmotu. 

Lodzio sięgnął po kubek. Powąchał. Oczywiście Hu. Lek na wszystko. Na nerwy, na 

zęby, na pasje, na choroby Na nałóg życia. 

background image

Zawahał  się.  Jeden  łyk  i  ból  ustąpi.  Zniknie  żal,  bezbrzeżny  wydawałoby  się  żal  po 

niepojętej zdradzie. 

Spokój. Wolność. Obojętność. 

Wylał płyn na ziemię. Wsiąkł bezgłośnie razem z nadzieją na ukojenie. Czy Łodziowi 

sprawiło to satysfakcję? Trudno powiedzieć. 

Próbował wstać. Nie, jeszcze nie. Sięgnął po drugą kartkę. List od Bozia. Z czasów, 

kiedy  listy  przychodziły  normalnie.  Sprzed  trzech  tygodni.  A  jakby  z  odległej,  legendarnej 

przeszłości. 

„Kłaniam się kapłanowi! 

A więc uparliście się z Jurą życiem dopisywać ciąg dalszy swojej powieści. Węszę w 

tym  forsę.  Spielberg  nakręci  pewnie  o  was  film.  Kiedy  już  będzie  wiadomo,  jak  to  się 

skończy  Mosur  jako  Indiana  Jones!  Czemu  nie?  Podziwiam  odwagę,  chociaż  pewnie  są  i 

dobre strony, co? Jacyś młodzi, przystojni mnisi? 

Żart,  bez  obrazy.  Jak  kochasz,  to  kochasz,  tak  jak  ja.  Ale  uważaj.  Miłość  aż  do 

samozatraty  przestaje  być  miłością.  Gorzka  niewola.  Gadam  tak  pewnie  dlatego,  że  Lida 

włazi mi ostatnio na głowę. 

Twoja  córka  też.  Wujku  to,  wujku  tamto.  Błogosławię  komputer.  Ślęczy  przed  nim 

godzinami i wtedy mam spokój. Chyba że znowu coś kupuje przez internet. Studnia bez dna, 

zwłaszcza odkąd nie ma pensyjki z Wolności. 

Ania zdrowa. Mówi, że napisze do ciebie osobno. Za jakiś tydzień...” 

Za tydzień, Lodzio mruży oczy. To już nie dojdzie. 

„... ale ciągle pyta, kiedy będzie mogła do ciebie pojechać. Podobno jej to obiecałeś. 

Mówię, że na razie to trochę niebezpieczne. Napisz jej to samo, bo mnie zamęczy Z drugiej 

strony,  może  ją  sobie  weź,  jeśli  nie  chcesz  zostać  dziadkiem.  Kichot  zawraca  jej  głowę 

bezustannie. Na bezrobociu,  to  ma czas. Wyobrażasz sobie te zaloty? „Najdłoższa, kłew nie 

woda, czas ucieka, życia szkoda...” 

Z  rycerzy  naszego  stolika  tylko  on  został  i  pojazd  jednośladowy.  Marian.  Znów  się 

rozwiódł  i  prorokuje,  komu  się  da,  że  Rosja  nam  jeszcze  pokaże.  To  u  niego  nieuleczalne. 

Reszta  w  Polsce.  Robią  kariery,  wyobrażasz  sobie?  Namiastnik  byt  nawet  przez  jakiś  czas 

ministrem czegoś tam, ale pani Elwira go dopadła. Gryzła, gryzła, aż wygryzła. Pamiętliwa 

kobita, nie popuści. Obgadują ją za plecami, miała nawet jakieś procesy, ale się jej boją. Ona 

to lubi. 

Stanisław umarł, to pewnie wiesz. Byt pogrzeb z pompą, Elwira czytała mowę, którą 

podobno on sam napisał. Bardzo zabawna, ludzie nie wiedzieli, czy się wypada śmiać. „Wiele 

background image

w  życiu  nie  zrobiłem,  ale  co  się  nagadałem,  to  wasze.  Lepszy  kawiarniany  Homer  niż 

Mniszkówna  na  Parnasie”.  Dostał  pośmiertnie  jakieś  ordery.  Na  trumnie  kładł  mu  je,  nie 

uwierzysz, Turysta! Jest ministrem stanu w kancelarii Prezydenta. Może to jednak był agent? 

Trzeba  by  sprawdzić  w  sejfach,  kto  na  niego  stawiał,  duża  forsa  do  wygrania.  Ale  nie  ma 

komu. Nie ma już tych, co się zakładali. 

Eugeniusz  przepadł  bez  śladu.  Mówi  się  o  jakichś  malwersacjach.  Jak  to  przy 

fundacjach. Nikomu go nie brakuje. 

Z  Pępka  Bawar  na  całego.  Prowadzą  knajpę  w  Allgau.  Gruby,  czerwony  na  pysku, 

Lederhose,  kapelusik  z  piórkiem  i  dwie  baby  na  karku.  Chodzi  jak  szwajcarski  zegarek. 

Jeździmy  tam  czasem,  bo  po  starej  znajomości,  albo  z  poczucia  winy,  stawia  piwo. 

Przerzuciłem  się na piwo. Taniej i zdrowiej,  wiesz, że jestem  prawie pusty  w środku. Piwo 

dobre na wszystko. 

Co jeszcze... wyobraź sobie, że ksiądz założył darmowe biuro porad dla bezrobotnych. 

Kichot mi mówił. Ja tam nie chodzę. Mam odprawę, do renty niedaleko i wiesz, że nie lubię 

siarczanego  ogona.  Ale  Kichot  go  chwali,  że  uczciwy,  ludziom  pomaga,  nienachalny.  Nie 

wiem.  Według  mnie,  to  katabas  ma  w  tym  swój  interes.  Jak  nie  tu,  w  Bawarii,  to  tam  na 

górze. U Szefa. 

Natomiast  najpiękniejsze  dopiero  mi  się  przypomniało.  Graf  napisał  mszę! 

Wiedziałem oczywiście, że on sobie coś tam brzdąka, ale żeby od razu mszę!? I zagrali mu to, 

w Warszawie, w kościele Świętego Krzyża. Orkiestra, dyrygent, towarzystwo w garniturach i 

toaletach. Masz pojęcie? Przysłał mi wideo, oglądałem ze dwa razy Na muzyce się nie znam, 

ale brzmiało dość potężnie. Nawet nie ponuro, jak to bywa z mszami, raczej tak... dzielnie. I 

Graf  w  pierwszym  rzędzie,  wreszcie  wyglądał  jak  Graf,  chociaż  po  twarzy  widać,  co  lubi 

najbardziej.  Whisky  inspiruje,  wino  marynuje,  pamiętasz?  Ale  dobrze  zakonserwowany 

Dzwonił potem, czy dostałem kasetę. Kazał cię pozdrowić. 

A na deser ci powiem, że w budynku Wolności będzie szpital. Złośliwi mówią, że dla 

psychicznie i nerwowo chorych. Dobre, co? W końcu zawsze tak było, nie? 

Nie zapominaj o nas. Buziaki od dziewczyn. 

Twój Bożysław”. 

Grzmoty  ustały.  Ból  zamienił  się  w  napięcie,  napięcie  w  przypływ  energii.  Lodzio 

dźwignął się z posłania. Schował list i powolnym krokiem skierował się w stronę świetlistej 

bladości. 

background image

Mijał  poskręcane,  szmaciane  sylwetki  rannych.  Skurczonych  pod  ścianami, 

umorusanych  wojowników  czyszczących  broń,  rozmawiających  przyciszonymi  głosami, 

śpiących w kucki z głowami opartymi o skałę. Wyszedł przed jaskinię. 

Przed  oczami  miał  stromy  stok,  niegdyś  porośnięty  gęstym  lasem,  przez  który  miał 

wędrować Mosur z trzema synami, poznając świat. Teraz drzewa były potrzaskane; świeże, 

postrzępione  zadry  sterczały  w  niebo,  poszycie  zryte  pociskami  jak  żerowisko  dzików.  W 

dole piękny widok na odległą kotlinę, po której przesuwały się na zmianę pasy światła i cienie 

chmur. Chmur i dymów. 

Przerwali ostrzał. Jedzą obiad albo szykują się do ataku. Zawrócił na pięcie. Nie miał 

tu nic do roboty. Nie był żołnierzem ani dowódcą. Kim był? Horeszem. Opowiadaczem. 

Krążył  po  korytarzach.  Skąd  znal  drogę?  Przyniesiono  go  tu,  nigdy  tu  nie  był. 

Wymyślił tę jaskinię, petersburskie taborety, żyrandole Kahariny, nawet Jurę w jakimś sensie 

wymyślił. 

Dotarł do ostatniej komnaty Na przeciwległej ścianie, na wysokości oczu połyskiwała 

odbitym  światłem  oliwnych  lamp  szklana  tafla.  Jak  szybka  na  świętym  obrazku,  w 

przeszukiwanym przez ubeków mieszkaniu w Kielcach. 

Zbliżył  się.  Zobaczył  ruch  odbicia  na  gładkiej  tafli.  Twarz  matki.  Potem  twarz  Ani. 

Wreszcie własną twarz. 

A  na  te  odbicia  nakładał  się  kształt  tego,  co  spoczywało  za  szkłem.  Kryształowa 

czaszka dziadka Ananki. 

I to wszystko? Nie wiadomo. 

 

CYBERPRZESTRZEŃ „Kto chce się czegoś dowiedzieć lub coś wie na temat historii 

Ananków lub tego, co się naprawdę stało za Uralem, chętnie się z nim skontaktuję. Ananka, a 

raczej An’ka znaczy po prostu «człowiek». Mój adres internetowy: www.ananka.ger. e-mail: 

anankahoresz.com.ger. Jestem Ananka”. 

Sygnał powędrował w sieć. Ania zdjęła ręce z klawiatury. Zaczęto się czekanie. 

 

Koniec Two Rocks - Osowa 1999-2000