background image

JoANN ROSS 

POTRÓJNE 

WESELE 

background image

Lokatorzy Bachelor Arms 

Ken Amberson - nieco zdziwaczały administrator, któ­

ry wie więcej na temat legendy Bachelor Arms, niż się do 

tego przyznaje. 

Connor Mackay - „złota rączka", człowiek, który nie 

chciał zdradzić, kim jest naprawdę, dopóki nie zakochał się 

w Lily Van Cortland. 

Caitlin Carrigan - policjantka, dla której nie istniało 

nic prócz kariery zawodowej, dopóki nie poznała scenarzy­

sty Sloana Wyndhama. 

Eddie Cassidy - barman „U Flynna", a także scenarzy­

sta, który czeka na swój wielki dzień. 

Jill Foyle - seksowna projektantka wnętrz. Świeżo po 

rozwodzie. Przeniosła się do Los Angeles, aby rozpocząć 

nowe życie. 

Lily Van Cortland - wrażliwa kobieta o kochają­

cym sercu, która jest skłonna wybaczyć wszystko oprócz 

zdrady. 

Natasza Kuryan - podstarzała femme fatale, z pocho-

background image

6 • POTRÓJNE WESELE 

dzenia Rosjanka. Ongiś charakteryzatorka gwiazd filmo­

wych. 

Brenda Muir - młoda entuzjastka. Marzy o karierze 

aktorki, a na razie zarabia na utrzymanie jako kelnerka. 

Bobbie-Sue O'Hara - najlepsza przyjaciółka Brendy. 

Pracuje jako początkująca aktorka i kelnerka, lecz wie, że 

prawdziwą władzę ma ten, kto stoi z drugiej strony kamery. 

Bob Robinson - ćma barowa. Przesiaduje „U Flynna" 

dzień i noc. Ma własne zdanie o wszystkim i wszystkich. 

Theodore „Teddy" Smith - miejscowy donżuan. Każ­

da świeżo poznana kobieta wywołuje błysk w jego oku. 

Gage Remington - dawny współpracownik Caitlin 

Carrigan, prowadzący śledztwo w sprawie zbrodni sprzed 

lat, w którą byli wmieszani mieszkańcy Bachelor Arms. 

background image

PROLOG 

Było już po północy. Zaczynał się następny dzień. A tak­

że następny rok. Wiszący na granatowym niebie upior­

nie blady księżyc otulał srebrną poświatą uśpione Miasto 

Aniołów. 

Przebrzmiały wiwaty na cześć Nowego Roku. Dźwięki 

pieśni zastąpił lekki szum wiatru w koronach palm. Wię­

kszość mieszkańców Los Angeles pogrążyła się we śnie. 

Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze tej nocy 

wydarzy się jedno z najstraszliwszych morderstw, jakie 

kiedykolwiek dotknęły Hollywood. 

Aleksandra Romanow Reardon szybkim, nerwowym 

krokiem przemierzała marmurowe posadzki swej wytwor­

nej rezydencji, zbudowanej i urządzonej w stylu hiszpań­

skim. Porywcza z natury i nerwowa, niepokoiła się coraz 

bardziej. Ogarniały ją na przemian złość, rozpacz, strach, 

a zaraz potem wściekłość. 

Gdzie jest teraz? Jak śmiał potraktować ją w taki sposób, 

i to na oczach innych? Nie wiedział, kim była? 

Jasne, że wiedział. 

I w tym, pomyślała smętnie Aleksandra, tkwił cały kło­

pot. Od strony uśpionej ulicy dobiegł ją odgłos silni­

ka. Nadjeżdżał jakiś samochód. Modląc się, żeby to 

background image

8 • POTRÓJNE WESELE 

był mężczyzna, na którego tak bardzo czekała, Aleksandra 

podeszła szybko do drzwi. Otworzyła je szeroko i zbieg­

ła na podjazd. Była gotowa przyjąć męża z otwartymi ra­

mionami, obsypać pocałunkami jego śniadą, przystojną 

twarz i, gdyby okazało się to potrzebne, błagać o prze­

baczenie. 

Nigdy nie błagała o przebaczenie mężczyzny. Teraz 

jednak obawiała się, że może się to okazać nieuniknio­

ne. Podobnie jak nieunikniony stał się ich małżeński 

związek. 

Od pierwszego wejrzenia zakochała się bez pamięci 

w Patricku Reardonie, hollywoodzkim scenarzyście. Po­

znali się na dorocznym przyjęciu z okazji Bożego Naro­

dzenia. 

Niespełna dwadzieścia minut po opuszczeniu licznie 

zgromadzonych gości kochali się na tylnym siedzeniu bia­

łego rolls-royce'a. 

Tydzień później, w Nowy Rok, najznakomitsza, najse-

ksowniejsza gwiazda Xanadu Studios, bożyszcze kinowej 

publiczności, została żoną Patricka Reardona. 

Najwięksi mędrcy z Hollywood przepowiadali, że to 

małżeństwo nie przetrwa miesiąca. Aleksandra i Patrick 

zaskoczyli otoczenie. Dziś właśnie mijała pierwsza roczni­

ca ślubu. Ich pożycie na ogół układało się dobrze. Aleksan­

dra była przekonana, że uda się jej załagodzić ostatnie 

małżeńskie nieporozumienia. 

Jako Rosjanka była przesądna. Wierzyła w zrządzenia 

losu. Od chwili gdy po raz pierwszy ujrzała Patricka, 

wiedziała, że są sobie przeznaczeni. I że się połączą. 

Dozgonnie, na całe życie. Pokrewieństwo dusz oraz mi­

łość były tak silne i trwałe, że nikt nie mógł ich roz­

dzielić. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 9 

- Gdzie on teraz jest? - z rozpaczą w głosie pytała Ale­

ksandra. 

Robiło się coraz chłodniej. Dymy z ognisk, którymi 

plantatorzy pomarańczowych gajów w zimowe noce 

ogrzewali marznące drzewa, snuły się nisko nad ziemią, 

a ich zapach mieszał się z aromatem przesyconego solą 

powietrza. Ubrana w wydekoltowaną, białą jedwabną suk­

nię, w której występowała na wieczornym przyjęciu, Ale­

ksandra zaczęła drżeć z zimna. 

Wróciła do domu. Weszła do garderoby przylegającej do 

sypialni i z szafy wyjęła powiewny negliż barwy kości 

słoniowej. Kupiła go specjalnie na tę noc. Była przekonana, 

że kiedy Patrick wróci do domu, uspokojony i spragniony 

jej towarzystwa, będą się namiętnie kochać. Tak zawsze 

kończyły się ich sprzeczki. 

Zrzuciła wieczorową suknię. Połyskliwy jedwab utwo­

rzył na podłodze jasną plamę. Jak każdego ranka i każdego 

wieczoru, Aleksandra stanęła przed lustrem i krytycznie 

przyglądała się swej nagiej sylwetce. 

Zdawała sobie sprawę, że jej popularność zależała zna­

cznie bardziej od wyglądu niż umiejętności aktorskich. 

Doskonaliła więc bezustannie swe ciało, rygorystycznie 

przestrzegała diety i aż do przesady unikała ostrego.kalifor-

nijskiego słońca, tak że znajomi żartobliwie nazywali ją 

zjawą. 

- Walterowi to się nie spodoba - powiedziała z wes­

tchnieniem. 

Na samą myśl, jak wszechpotężny szef wytwórni filmo­

wej przyjmie to, co miała mu do zakomunikowania, aż się 

wzdrygnęła. Odwróciła się i przeciągnęła dłońmi po ideal­

nym ciele. Jego fantastyczne kształty sprawiały, że na wi­

downiach kin całej Ameryki robiło się gorąco. 

background image

10 • POTRÓJNE WESELE 

Aleksandra zauważyła, że piersi stały się bardziej pełne, 

a sutki ciemniejsze. Miały teraz kolor ciężkiego, czerwone­

go wina, a nie, jak poprzednio, maliny. Brzuch się nie 

zmienił. Nadal był płaski. Przycisnęła palce do skóry poni­

żej pępka i z zadowoleniem wyczuła silne, napięte mięśnie. 

Przesunęła dłonie do talii. Zaczynała już nieznacznie gru­

bieć w pasie. 

W zwykłych okolicznościach na widok tych drob­

nych, niemal niewidocznych zmian Aleksandra zwię­

kszyłaby natychmiast porcję codziennych ćwiczeń gi­

mnastycznych, unoszenia nóg i skrętów w talii. Fakt, że 

to dziecko tkwiące w jej ciele dawało o sobie znać, zmie­

niał wszystko. 

Nigdy nie sądziła, że kiedyś będzie chciała nosić je pod 

sercem. Teraz pragnęła tego bardzo. Chodziło o dziecko 

Patricka. 

Jak wiele zmieniło się w ciągu zaledwie roku, pomyślała 

z uśmiechem, który wymazał niepokój z jej twarzy. Jak 

bardzo zmieniła się ona sama! 

W dniu, w którym poznała Patricka, była najbardziej 

pożądaną kobietą na świecie. I najnieszczęśliwszą. 

Dziś, mimo wieczornej, w gruncie rzeczy drobnej sprze­

czki z mężem, Aleksandra czuła, że szczęście jest przed 

nią. Wiedziała jednak, że Patrick nie łatwo zaakceptuje jej 

ponurą przeszłość. 

Z drugiej jednak strony była przekonana, że wielka mi­

łość pozwoli mu zapomnieć o tym, co przykre. Kochał 

z takim zapamiętaniem i pasją, że ją to niemal przerażało. 

Nie byłby zdolny porzucić uwielbianej żony. 

- Nie odejdzie - szepnęła do siebie Aleksandra. -

Zwłaszcza gdy dowie się o twoim istnieniu. - Dotknęła 

dłońmi brzucha, myśląc o dziecku. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 11 

Wsunęła negliż przez głowę. Koronka była delikatna jak 

pajęczyna. Pachnące perfumami ciało Aleksandry połyski­

wało pod nią jak alabaster. 

Uznała, że nie przypomina przyszłej matki. Wyglądała 

na kobietę, którą niedawno napiętnował jeden z senatorów 

z Południa. Grzmiał z mównicy w Kongresie, że w swym 

ostatnim filmie, „Lekkomyślnej damie", Aleksandra wy­

glądała i zachowywała się wyuzdanie. Była niebezpieczna. 

Zatruwała młode męskie umysły i stanowiła zagrożenie dla 

amerykańskiej moralności. 

Usłyszała, że otwierają się drzwi. 

Czekała w napięciu. Poprawiła bujne, czarne włosy, 

przeciągnęła językiem po suchych wargach i odwróciła się, 

żeby powitać męża. 

- Jestem tutaj, Patricku. - W lekko schrypniętym głosie 

dźwięczał zmysłowy ton. 

Jedyną odpowiedź stanowiło milczenie. 

Aleksandrę ogarnął niewytłumaczalny strach. W dniu, 

w którym wkrótce po ślubie wprowadzali się do tego domu, 

sąsiad, będący podobnie jak Patrick autorem scenariuszy, 

powiedział, że ich nowa siedziba była miejscem tajemni­

czej śmierci i że nawiedza ją duch. 

Słowa sąsiada zaniepokoiły przesądną Aleksandrę. Pa­

trick zaś wyśmiał całą historię, przypisując ją wybujałej 

wyobraźni scenarzysty. 

- To ty, kochanie? - Głos Aleksandry drżał lekko. Na­

gle zwilgotniałe dłonie wytarła w koronkowy negliż. 

Drzwi do garderoby powoli się otworzyły. 

Aleksandra odetchnęła z ulgą. 

- Śmiertelnie mnie przestraszyłeś! - powiedziała, 

śmiejąc się nerwowo. 

background image

12 • POTRÓJNE WESELE 

Nastał pogodny ranek. W przeddzień premiery filmu 

„Złoto głupca", opartego na scenariuszu Patricka, z Ale­

ksandrą w głównej roli, w dniu pierwszej rocznicy ich ślu­

bu, znaleziono ją martwą. W garderobie, w domu, który 

zamieszkiwała z mężem. 

Koroner ustalił, że sławna aktorka zmarła śmiercią tragi­

czną. Została uduszona. 

background image

ROZDZIAŁ 

Obudził ją własny przeraźliwy krzyk. 

Blythe Fielding leżała w zmiętej pościeli, oblana zi­

mnym potem. Poczuła słony smak łez spływających po 

policzkach. Koszmar przyśnił się jej tuż przed świtem. Jak 

wąż przeniknął do podświadomości. 

Do tych okropnych snów powinnam się już przyzwycza­

ić, pomyślała ponuro, odrzucając koc. Ale jak to zrobić? Od 

wielu tygodni miewała koszmarne sny. Dzisiejszy był naj­

gorszy. 

Drżącą ręką sięgnęła po omacku w stronę nocnej lamp­

ki. Dopiero za drugim razem trafiła do wyłącznika. Wie­

działa, że przy świetle nawet najokropniejsze nocne demo­

ny tracą swą moc. 

Lampa świeciła jasno. Blythe zmrużyła oczy, a po chwili 

je zamknęła. Żeby się uspokoić, zrobiła kilka głębokich 

oddechów. Nic mi się nie stanie, uspokajała samą siebie, 

usiłując się opanować. Przecież to tylko sny. Dlaczego 

jednak wydają się tak niesamowicie realne? 

Klimatyzacja sprawiła, że powiew zimnego powietrza 

osuszył po chwili wilgotną skórę Blythe. Drżąc na całym 

ciele, wstała z łóżka, zdjęła przepoconą koszulę i włożyła 

inną. Suchą i czystą. 

background image

14 • POTRÓJNE WESELE 

Idąc do łazienki, zapalała po drodze wszystkie lampy. 

Stanęła przed lustrem. Odruchowo podniosła rękę do gard­

ła. Masowała szyję, która nagle, z niewytłumaczalnego po­

wodu, zaczęła ją piec. 

Czuła się okropnie. Z łazienki przeszła do salonu i tu też 

zapaliła wszystkie lampy. 

Cały hotelowy bungalow, który zajmowała, był teraz 

jasno oświetlony. Blythe usiadła wyprostowana na fotelu. 

Czekała w napięciu, aż nadejdzie nowy dzień. 

- Wyglądasz okropnie. 

Spod dużego parasola rozpiętego nad stolikiem Cait 

Carrigan krytycznym okiem przyglądała się bladej twarzy 

przyjaciółki. 

- Miła jesteś, piękne dzięki - mruknęła Blythe. Bez 

apetytu dziobała widelcem omlet. - Człowiekowi robi się 

raźniej na duszy, gdy wie, że może liczyć na parę ciepłych 

słów z ust najbliższych - dodała z przekąsem. 

Obie panie, jedna z płomiennymi włosami, a druga czar­

na jak Cyganka, przyciągały uwagę przechodniów. Męż­

czyźni zwalniali kroku i rzucali pełne aprobaty spojrzenia. 

Ani Cait, ani Blythe tego nie dostrzegały. 

- W tym mieście, przesiąkniętym fałszem i pochleb­

stwami, każdemu potrzebny jest ktoś, kto powie mu pra­

wdę. - W wyrazistych, zielonych oczach Cait pojawił się 

niepokój. - Nadal masz kłopoty ze zbieraniem materiałów 

na temat Aleksandry Romanow? 

Dla tysięcy miłośników kina Blythe Fielding była super-

gwiazdą. Dla Cait - przyjaciółką. 

Niedawno Blythe zdecydowała się zostać także producen­

tem filmowym, współpracującym z potężnym Xanadu Stu­

dios. Postanowiła, że jej pierwszy własny film będzie opar-

background image

POTRÓJNE WESELE • 15 

ty na romantycznej historii nieszczęśliwych kochan­

ków i małżonków, Aleksandry Romanow i Patricka Rear-

dona. 

Tragiczna, brutalna śmierć ubóstwianej przez kinoma­

nów aktorki z rąk porywczego męża, osądzonego i skaza­

nego za ten zbrodniczy czyn, była prawdziwą sensacją. 

- Wszystko, co wiąże się z tym filmem, idzie jak po 

grudzie - poskarżyła się Blythe. - Od początku mam pra­

wie same kłopoty. Zdziwiłabym się, gdyby naraz coś się 

zmieniło na lepsze. 

- A więc to nie film jest przyczyną twojego kiepskiego 

wyglądu - orzekła Cait. - Powiedz, dlaczego masz sińce 

pod oczami? 

Blythe westchnęła i odruchowo dotknęła policzka. 

- Chyba za dużo wzięłam na siebie i to się teraz mści 

- stwierdziła. - Kiedy wreszcie udało mi się dostać odszko­

dowanie za zburzony dom, w żaden sposób nie mogę poro­

zumieć się z wykonawcą. Jest nieosiągalny. 

- Pewnie zawalony robotą - oznajmiła Cait, rozsmaro-

wując na płaskiej bułce solidną porcję pomarańczowego 

dżemu. - Od trzęsienia ziemi upłynęły zaledwie trzy mie­

siące. Wiele domów wymaga wyremontowania. 

- Wiem. - Blythe znów westchnęła. - Chciałabym 

już wreszcie być u siebie. Męczy mnie mieszkanie w ho­

telu. 

- W każdej chwili możesz przenieść się do Alana -

przypomniała Cait. 

Alan Sturgess był narzeczonym Blythe. Trzęsienie 

ziemi, które zniszczyło jej piękny dom w Beverly Hills, 

przerwało także ceremonię ślubną w ogrodzie. Sławna 

aktorka nie zdążyła zostać żoną wziętego chirurga pla­

stycznego. 

background image

16 • POTRÓJNE WESELE 

- Była o tym mowa - z ociąganiem przyznała Blythe. 

Cait podniosła głowę znad filiżanki kawy i popatrzyła 

uważnie na przyjaciółkę. 

- Coś jest nie tak? - spytała domyślnie. 

- Sama nie wiem - odparła Blythe. 

Potrząsnęła głową. Nie miała pojęcia, co się z nią działo. 

Ogarnęły ją nagle wątpliwości. A przecież jeszcze niedaw­

no była przekonana, że dokładnie zaplanowała swe życie. 

Zgodnie z umową zawartą z Xanadu Studios, na dwa 

filmy wybrane do realizacji przez Waltera Sterna mogła 

produkować jeden własny. Ostatnio jednak nastąpiły po­

ważne zmiany. Właścicielem wytwórni został Connor Mac-

kay. Tak się złożyło, że był zaręczony z inną przyjaciółką 

Blythe, Lily Van Cortland. Wszystko wskazywało na to, że 

Walter Stern, dotychczasowy szef wytwórni, zrezygnuje 

z pracy. 

Chociaż Connor zapewnił świeżo upieczoną producen-

tkę, że popiera projekt jej pierwszego filmu, Blythe wcale 

nie była przekonana, czy uda się przenieść na ekran drama­

tyczną historię Aleksandry i Patricka. 

Do kłopotów związanych z odbudową zburzonego do­

mu i trudnościami w realizacji filmu dołączył się jeszcze 

jeden problem. Alan nalegał coraz usilniej, żeby wyzna­

czyć nowy termin ślubu. Blythe zaczęła mieć niczym nie 

usprawiedliwione obiekcje. Coś powstrzymywało ją przed 

uczynieniem tego ważnego kroku. 

- Lubię Alana - zaczęła niepewnie. 

Cait aż podskoczyła na krześle. 

- Lubisz? Czy to nie za mało w stosunku do człowieka, 

z którym decydujesz się spędzić resztę życia? 

Pod rozpięty parasol wdarły się z ukosa jaskrawe pro­

mienie. Blythe nałożyła szybko ciemne okulary. Chciała 

background image

POTRÓJNE WESELE • 17 

osłonić oczy nie tylko przed rażącym słońcem, lecz także 

przed dociekliwym spojrzeniem Cait. 

- To nie takie proste - mruknęła, odwracając głowę. Uda­

wała, że nagle zainteresowali ją ludzie idący bulwarem. 

- Miłość jest zawsze skomplikowana - sentencjonalnie 

oświadczyła Cait, która miała na ten temat świeże doświad­

czenia, ponieważ niedawno związała się ze Sloanem Wyn-

dhamem. - W końcu jednak każdy wysiłek się opłaca. 

Patrząc na policzki przyjaciółki, zaróżowione na samą 

myśl o człowieku, któremu udało się przełamać wszystkie 

jej opory i wedrzeć do pilnie strzeżonego serca, Blythe 

poczuła ukłucie zazdrości. 

- To samo wczoraj wieczorem mówiła mi Lily - przy­

znała. 

- Och, kiedy ta biedna dziewczyna była uwikłana 

w straszliwe małżeństwo, pewnie nigdy nawet nie marzyła, 

że znajdzie mężczyznę, który będzie kochał ją i dziecko. 

A jednak znalazła. Connora. 

- On rzeczywiście uwielbia Lily i małą. - Na samo 

przypomnienie multimilionera niezdarnie zmieniającego 

pieluszkę niemowlęciu Blythe uśmiechnęła się wesoło. -

Po tym, co przeszła, Lily zasługuje na szczęśliwe życie. 

- Tak. - Cait uniosła w górę szklankę z pomarańczo­

wym sokiem. - Jej zdrowie. Ale czy wiesz, że Connor nie 

jest jedynym mężczyzną, który uwielbia Lily? Powinnaś 

usłyszeć, jak wychwala ją Gage. 

Gage Remington, policjant i kolega Cait, przedzierzgnął 

się w prywatnego detektywa. Blythe zwróciła się do niego, 

by pomógł jej rozwikłać zagadkę morderstwa Aleksandry 

Romanow. Gage sprawił - do czego nie zamierzała przy­

znać się Cait - że znacznie chłodniejszym okiem zaczęła 

spoglądać na swego narzeczonego. 

background image

18 • POTRÓJNE WESELE 

Kiedy spotkała Gage'a po raz pierwszy - na pokładzie 

jachtu, który stał się jego domem i który podczas trzęsienia 

ziemi został kompletnie zniszczony - Blythe poczuła się 

tak, jakby znała tego mężczyznę od zawsze. 

- Wiem, że Gage bardzo ceni Lily i wychwala ją pod 

niebiosa - odparła spokojnie. Czuła na sobie uważne spoj­

rzenie Cait, która chciała dociec, jaki jest stosunek Blythe 

do przystojnego detektywa. - Uważam, że to wspaniale, iż 

nawiązali współpracę. 

- Kto by pomyślał, że nasza Lily zostanie detektywem? 

- Cait roześmiała się lekko. Odchyliła się na krześle, zało­

żyła nogę na nogę i rzuciła Blythe przeciągłe spojrzenie. 

- Gage mówił mi, że wybieracie się do Grecji. 

Blythe skinęła głową. 

- Tak. Lecimy jutro rano. Chcemy odnaleźć Nataszę 

Kuryan. 

Swego czasu, dawno temu Natasza pracowała jako 

charakteryzatorka w Xanadu Studios i miała bliskie konta­

kty z Aleksandrą. Potem, przez długie lata, mieszkała 

w Bachelor Arms. Pewnego dnia jednak podczas wycieczki 

na wyspy greckie poznała miejscowego pisarza i się w nim 

zakochała. Opuściła statek i pozostała w Grecji. Była pełna 

werwy, mimo swych prawie osiemdziesięciu lat. W obliczu 

romantycznej miłości wiek okazał się bez większego zna­

czenia. 

Podczas czteroletniej pracy w policji w Los Angeles 

Cait nauczyła się czytać z twarzy swych rozmówców. Wi­

dząc teraz mieszane uczucia na obliczu Blythe, domyśliła 

się przyczyny zachowania przyjaciółki. 

- Zakochałaś się w nim, mam rację? 

- W Alanie? - spytała Blythe. Nie na darmo była aktor­

ką. I to dobrą. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 19 

- Dziecko, nawet nie próbuj mnie oszukać. Nie dam się 

wyprowadzić w pole - ostrzegła Cait. - Po pierwsze, po 

mistrzowsku przesłuchuję podejrzanych, tak że ze mną nie 

wygrasz. A po drugie, znam cię jak zły szeląg. Świetnie 

wiesz, że mówię o Gage'u. 

Blythe potrząsnęła głową. 

- Byłby to niewybaczalny błąd. 

- Dlaczego? 

Cait, dobrze znając zarówno Blythe, jak i Gage'a, uwa­

żała, że stanowiliby idealną parę. 

Blythe westchnęła. Jej stosunek do Gage'a był pełen 

sprzeczności. Nie potrafiłaby tego nikomu wytłumaczyć, 

nawet Cait. 

- Jestem zaręczona - odparła z namysłem. 

- Zaręczyny można zerwać. - Cait uważała, że byłoby 

to dla Blythe najlepsze wyjście. Nadęty chirurg wcale się 

jej nie podobał. 

- Wybuchłby skandal. 

- Pewnie tak. - Blythe była przecież gwiazdą filmową, 

postacią bardzo znaną. Zerwanie zaręczyn stałoby się ła­

komym kąskiem dla brukowców. Sensacją jeszcze większą 

niż nagłe odwołanie ślubu przez Julię Roberts. - Ale po jakimś 

czasie wszystko by przycichło. Zawsze tak się dzieje. 

Cait wiedziała to z własnego doświadczenia. Po gorz­

kich przeżyciach wyklęła wszystkich mężczyzn. Uległa 

dopiero wtedy, kiedy.na jej drodze stanął Sloan Wyndham. 

Uparty, obdarzony silnym charakterem i bardzo utalento­

wany scenarzysta, który nie dał się odrzucić. 

- Zanim jednak prasa brukowa upatrzy sobie następną 

ofiarę i ją zacznie obsmarowywać, zniszczy zawodowe 

szanse Alana. Nie mianują go szefem kliniki, o czym 

marzy. 

background image

20 • POTRÓJNE WESELE 

- Nie do wiary! - wykrzyknęła Cait. - Powiadasz, 

że chcesz wyjść za mężczyznę, którego nie kochasz, tyl­

ko dlatego, żeby mu nie zaszkodzić w karierze zawo­

dowej? 

Blythe odwróciła wzrok. 

- Kiedy tak stawiasz sprawę, muszę przyznać, że wy­

gląda to trochę głupio. 

- A może po prostu idiotycznie? - Cait nagle ujęła rękę 

Blythe. - Jestem przekonana, że Alan jest świetnym chirur­

giem. Jest także człowiekiem uczciwym i odpowiedzial­

nym. Można się na nim oprzeć jak na Gibraltarskiej Skale. 

Ale zrozum, Blythe, że nie jest mężczyzną dla ciebie. 

Cait twierdziła tak od samego początku. I od pierwszej 

chwili Blythe nie chciała jej słuchać. 

Popatrzyła na złączone dłonie. Westchnęła głęboko. Po­

czuła się nagle bardzo zmęczona. I sama nie wiedziała, co 

myśleć. 

- Mówiłam ci - odezwała się znużonym tonem - że nie 

wychodzę za Alana z namiętnej i szalonej miłości. Takie 

uczucie nie przetrwałoby nawet roku! 

- Tak, tak, już to słyszałam. - Cait lekceważąco mach­

nęła ręką. Na jej palcu ogromny szmaragd w wianuszku 

brylantów zamigotał w porannym słońcu. - Alan Sturgess 

będzie dobrym ojcem twoich dzieci, a ponadto nie ma nic 

wspólnego z branżą filmową. Są to, twoim zdaniem, jego 

główne zalety. - Słowa te słyszała z ust Blythe nieskończe­

nie wiele razy. I nadal nie była przekonana, że zamierzenia 

przyjaciółki są słuszne. 

- To ważne sprawy - obstawała przy swoim Blythe. 

Wysunęła dłoń z ręki Cait i przeciągnęła nią po bujnych, 

czarnych włosach. Żyjąc w Hollywood, aż za dobrze wie­

działa, że większość aktorów to ludzie zbyt egocentryczni 

background image

POTRÓJNE WESELE • 21 

i niedojrzali, by nadawali się na długotrwałych życiowych 

partnerów. 

- Wiesz przecież, że ja też poprzysięgłam sobie nie 

wiązać się z nikim z waszej branży - przypomniała Cait. 

- Ale stało się. Jestem zakochana po uszy w mężczyźnie, 

który cały czas spędza na pisaniu scenariuszy. Teraz robi to 

dla ciebie. 

Blythe obdarzyła przyjaciółkę ciepłym uśmiechem. 

- Sloan to człowiek wyjątkowy. 

- Fakt. - Na myśl o ukochanym oczy Cait stały się 

promienne. -Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? 

- spytała. 

- W zasadzie nie wierzę - odrzekła Blythe. To, co od­

czuwała w stosunku do Gage'a, było nie miłością, lecz 

pożądaniem. Potrzebowała go i pragnęła. 

- Ja też nie. - Oczy Cait zasnuły się mgiełką rozmarze­

nia. - Ale w Sloanie zakochałam się chyba od razu. Gdy 

tylko go ujrzałam. 

- Jeśli mnie pamięć nie myli, wyciągnęłaś wtedy pisto­

let, obezwładniłaś faceta i przykułaś kajdankami do bramy 

przed moim domem. 

Cait wzruszyła ramionami. Uśmiechnęła się szeroko. 

Wcale nie była speszona. 

- Sądziłam, że zakochałam się we włamywaczu. Takie 

rzeczy też się zdarzają. 

- Tylko w kinie - skomentowała Blythe. 

- Czasami, jeśli człowiek ma szczęście, życie bywa 

ciekawsze niż film. - Cait spoważniała. - A czy zdajesz 

sobie sprawę - spytała, nie spuszczając wzroku z przyja­

ciółki - że Gage też jest człowiekiem wyjątkowym? 

- Tak. - Głos Blythe brzmiał słabo i niepewnie. 

background image

22 • POTRÓJNE WESELE 

Cait poczuła nagły przypływ sympatii do swej roz­

mówczyni. 

- Powiem ci jeszcze jedno - odezwała się po chwili. -

I obiecuję, że już więcej nie poruszę dziś tego tematu. 

Z widoczną ulgą Blythe skinęła przyzwalająco głową., 

Cait ponownie sięgnęła nad stołem i uścisnęła serdecz­

nie dłoń przyjaciółki. 

- Możesz robić uniki, ale do czasu. Przed życiem nie 

uciekniesz. 

Cait wyraziła słowami to, co niepokoiło Blythe. Wycho­

dząc z restauracji, miała dziwne przeświadczenie, że jej 

egzystencja ulegnie wkrótce zmianie. 

Mimo że przywykła do Hollywood, za każdym razem 

gdy przekraczała staroświecką, majestatyczną, żelazną bra­

mę Xanadu Studios, odczuwała podniecenie. Wchodziła do 

innego świata. Do świata, który powstawał w tej fabryce 

snów. Siedemdziesiąt pięć lat wytwórnia dostarczała ty­

siącom ludzi niepowtarzalnych przeżyć. Wprowadzała ich 

w świat fantazji. 

Blythe świetnie znała tajniki przemysłu filmowego. 

Wiedziała, że to potężny biznes, którym rządziły skompli­

kowane powiązania, gdzie toczyły się wewnętrzne walki, 

królowały intrygi oraz pieniądze. Dziś zjawiła się na prośbę 

Waltera Sterna III, wnuka założyciela wytwórni i obecnego 

jej szefa. Idąc korytarzem ozdobionym licznymi fotosami 

gwiazd i gablotami z Oscarami, myślała, że teraz, gdy Con­

nor Mackay stał się nowym właścicielem Xanadu, pozycja 

Waltera Sterna zostanie poważnie zachwiana. 

Znała go dobrze od wielu lat. Nie był przyzwyczajony 

do dzielenia się władzą. A gdyby przyszło do wykonywa­

nia cudzych poleceń... Zdaniem Blythe, było to w ogóle 

nie do pomyślenia. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 23 

Potrząsnęła głową. W żaden sposób nie potrafiła wyob­

razić sobie codziennej współpracy Connora i Waltera. 

Margaret Nelson, sekretarka, która jak cerber przez 

ostatnie dwadzieścia pięć lat broniła dostępu do sanktu­

arium szefa Xanadu Studios, serdecznie powitała Blythe. 

- Powiedział, żebyś weszła, gdy tylko przyjdziesz 

- oznajmiła na wstępie. Uśmiechała się ciepło, lecz w jej 

szarych oczach Blythe wyczytała niepewność o własny 

los. 

- Dziękuję. Jak idzie przejmowanie wytwórni przez no­

wego właściciela? - spytała lekko. 

- Tak jak można się było spodziewać. - Margaret wes­

tchnęła i przeciągnęła dłonią po siwiejących, brązowych 

włosach. - Pan Mackay zachowuje się nadzwyczaj sympa­

tycznie. Widać jednak, że zamierza wziąć w swe ręce za­

rządzanie i... - urwała. Rzuciła okiem na masywne drzwi 

prowadzące do gabinetu szefa i bezradnym gestem rozło­

żyła ramiona. 

- Wiem. - Blythe zrobiło się żal sekretarki. Nie czuła 

się zobowiązana do lojalności wobec Waltera Sterna, który 

wielokrotnie zatruwał jej życie. Uważała jednak, że zwal­

nianie z pracy tak doskonałej i sprawnej sekretarki jak 

Margaret Nelson byłoby krzyczącą niesprawiedliwością. 

- Też sądzę, że współpraca obu tych panów nie ma szans 

- dodała. 

Wymieniły ponure spojrzenia. Blythe uśmiechnęła się 

współczująco do sekretarki i popchnęła ciężkie drzwi. 

- Witaj. - Na twarzy Waltera Sterna widniał szeroki 

uśmiech. Blythe nie dostrzegła na niej ani śladu troski. 

Wyszedł zza swego ogromnego biurka, żeby powitać go­

ścia. - Dziękuję, że przyszłaś. 

Znalazłszy się w silnych ramionach Waltera, Blythe ze-

background image

24 • POTRÓJNE WESELE 

sztywniała. Trzymał ją przy sobie zbyt długo, więc odsunę­

ła jego ręce i wyswobodziła się z objęć. 

- To żaden kłopot - skłamała gładko. Wczorajsza wie­

czorna wiadomość, że Walter Stern chce ją dziś zobaczyć 

u siebie, była Blythe bardzo nie na rękę. 

- Czego się napijesz? Masz ochotę na kawę? Herbatę? 

A może na pelligrino? 

- Na nic, dziękuję. Wpadłam tylko na chwilę. Czeka 

mnie jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia przed wyjaz­

dem. 

- Masz na myśli podróż do Grecji - stwierdził Walter 

z tym samym wyrazem twarzy. 

W jego zazwyczaj opanowanym głosie Blythe wyczuła 

napięcie. Usiadła na jednym z krzeseł stojących na wprost 

biurka. Biurko i fotel znajdowały się na podwyższeniu, co 

sprawiało, że wszechwładny szef Xanadu Studios patrzył 

na wszystkich z góry. 

- Masz czas na tę wycieczkę? - zapytał z udawaną tro­

ską. - A co z nagrywaniem twego pierwszego, własnego 

filmu i ze „Zdemaskowaniem", którego produkcję trzeba 

rozpocząć jeszcze tej zimy? 

Scenariusz „Zdemaskowania" był zmieniany po 

raz siódmy lub nawet ósmy. Główną postacią tego fil­

mu była kosztowna call girl. Piękna dziewczyna związa­

ła się z dzielnym reporterem. Oboje postanowili ujaw­

nić korupcję, sięgającą najwyższych państwowych sta­

nowisk. 

Blythe była gotowa zagrać rolę call girl. Słyszała, że 

reporterem ma być Tom Cruise. Podobno jednak Walter 

Stern prowadził negocjacje z samym Keanu Reevesem. 

Ostatnio w Los Angeles okrzyknięto go najbardziej wzię­

tym aktorem. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 25 

Blythe świetnie wiedziała, że rola w tym filmie nie przy­

niesie jej nominacji do Oscara. Mogła jednak przysporzyć 

pieniędzy. A to z kolei umożliwiłoby świeżo upieczonej 

producentce realizację filmów znacznie bardziej ambit­

nych, z których będzie mogła być dumna. 

- Rzeczywiście, harmonogram prac mam bardzo napię­

ty - przyznała. - Muszę jednak spotkać się z Nataszą Ku-

ryan. A że przebywa teraz w Grecji, nie pozostaje mi nic 

innego, jak tam pojechać. 

- Natasza Kuryan - powoli powtórzył Walter Stem. Od­

chylił się w tył, oparł łokcie na poręczach fotela i splótł palce 

obu rąk. - Trudno mi uwierzyć, że ta kobieta jeszcze żyje. 

- Żyje, i to nawet intensywnie, jeśli dowierzać pogło­

skom - odparła Blythe, nawiązując do usłyszanej od Ga-

ge'a historii o romansie Nataszy z greckim pisarzem. -

Znasz ją? 

- Nie. - Walter Stern pokręcił przecząco głową. - Pra­

cowała w wytwórni, zanim ja tu nastałem. Pamiętam jed­

nak, że dziadek o niej wspominał. Nazywał Nataszę Rem-

brandtem filmowych charakteryzatorów. 

- Raczej Mary Cassatt . - Po minie Waltera Sterna 

Blythe poznała, że nie wie, o co jej chodzi, więc wyjaśniła: 

- Natasza jest kobietą. Bardziej odpowiednie wydaje się 

przyrównanie jej także do kobiety. 

- Och, ty znów swoje. - Walter Stern pokazał zę­

by w krzywym uśmiechu. - Blythe, jeśli nie przestaniesz 

być zagorzałą feministką, stracisz uznanie całej publicz­

ności. 

- Taka postawa jakoś nie zaszkodziła Susan Sarandon 

- wytknęła mu Blythe. 

* Mary Cassatt (1845-1926) - amerykańska malarka (przyp. tłum.). 

background image

26 • POTRÓJNE WESELE 

- Masz rację - przyznał. 

Nie miała ochoty na powrót do starych sporów. 

- Po co chciałeś mnie dziś zobaczyć? - zapytała. 

Spojrzała znacząco na zegarek. - Mam naprawdę mało 

czasu. 

- Przejdźmy więc do rzeczy. - Walter Stern podniósł 

wzrok i popatrzył na swą rozmówczynię. Z zaciśniętą 

szczęką przypominał buldoga. - Chcę cię ostrzec przed 

Nataszą. 

- Ostrzec? Dlaczego? 

- Rozumiem, że bardzo przejmujesz się tym filmem. 

Bądź co bądź to twoja pierwsza robota. Popełniasz jednak 

błąd, sądząc, że ta kobieta ci pomoże. 

- Przyjaźniła się z Aleksandrą - przypomniała Blythe. 

- Znała też Patricka. 

Blythe słyszała plotki o jego krótkotrwałym roman­

sie z charakteryzatorką. Ponieważ jednak od dnia pozna­

nia Aleksandry w Xanadu Studios, na bożonarodze­

niowym przyjęciu, Patrick przestał zwracać jakąkolwiek 

uwagę na inne kobiety, uznała te pogłoski za bezpod­

stawne. 

- Być może. Ale nie powinnaś dowierzać pamięci Nata­

szy. Jest zawodna. 

Blythe uniosła brwi. Dlaczego nigdy nie udaje się jej 

rozmawiać bez sprzeczki z tym człowiekiem? 

- Masz na myśli to, że jest stara? 

- Raczej że kłamie. To wariatka. - Blythe zauważyła, 

że Walter Stern jest zdenerwowany. Z trudem panował nad 

sobą. - A czy wiesz, że mój ojciec był zmuszony wyrzucić 

ją z pracy? - zapytał. 

- Dlaczego? 

- Zmyślała przedziwne historie, które godziły 

background image

POTRÓJNE WESELE • 27 

w dobre imię wytwórni. Wygadywała bzdury na temat 

dziadka. 

- Nie miałam o tym pojęcia - przyznała Blythe. 

Atmosfera w pokoju zrobiła się nagle napięta. 

- Teraz już wiesz. Oczywiście, zrobisz, co uznasz za 

stosowne - dodał Walter opanowanym głosem. - Chciałem 

tylko cię ostrzec, żebyś się nie rozczarowała. 

- Dziękuję, Walterze. - Po co wzywał ją do sie­

bie? Przecież wszystko to mógł z powodzeniem po­

wiedzieć przez telefon, pomyślała. Jedno było pewne. 

Walter Stern nie przeszkodzi jej w odnalezieniu Na­

taszy Kuryan. Podniosła się z krzesła. - Dziękuję, że 

mnie uprzedziłeś - oznajmiła. - Jestem ci bardzo wdzię­

czna. 

Wstał zza biurka. Tym razem szybko wyciągnęła przed 

siebie sztywną rękę i nie pozwoliła się objąć. 

- Blythe, wiem, iż kłóciliśmy się od czasu do czasu. 

- Tak mocno zacisnął palce na jej dłoni, że aż zabolało. 

- Zawsze jednak miałem na względzie tylko twoje 

dobro. 

- Bardzo to sobie cenię. - Nie tylko Walter Stern potra­

fił kłamać bez mrugnięcia okiem. - Do widzenia. Zadzwo­

nię po powrocie. 

- Będę czekał na twój telefon. - Odprowadzając Blythe 

do drzwi, władczo położył dłoń na jej biodrze. - Opowiesz 

mi swe przygody podczas kolacji. Mam nowego kucharza. 

Znakomicie przyrządza ryby. Z miecznika czyni prawdzi­

we cuda. 

W głosie Waltera Sterna brzmiała uwodzicielska nuta. 

Blythe słyszała ją stanowczo zbyt często. W Hollywood 

bezustannie opowiadano o coraz to nowych podbojach sze­

fa Xanadu Studios. Blythe wyczuwała, że Waltera Sterna 

background image

28 • POTRÓJNE, WESELE 

od dawna irytuje fakt, iż nie udało mu się zaliczyć jej do 

grona swych kochanek. 

Szła korytarzem do wyjścia, gdy za plecami usłyszała 

wołanie. Stanęła. Na widok narzeczonego Lily uśmiechnę­

ła się ciepło. 

Serdeczny uścisk tego człowieka przyjęła z radością. 

- Cześć, Connor. 

- Co tu robisz? Byłem przekonany, że wraz z Gage'em 

jesteście już w drodze do Grecji. 

- Lecimy jutro. - Wspomnienie Gage'a sprawiło, że 

serce Blythe zaczęło bić szybciej. - Wpadłam do studia na 

prośbę Waltera. 

- Tak? - Twarz Connora nagle spochmurniała. - Mo­

żesz powiedzieć mi, czego chciał? 

- Usiłował zniechęcić mnie do podróży do Grecji. Za­

mierzam odszukać Nataszę Kuryan, żeby porozmawiać 

z nią o Aleksandrze i Patricku. 

- Masz trochę czasu? - spytał Connor. 

Nie miała ani chwili, ale dla człowieka, który uszczęśli­

wił Lily, zrobiłaby wiele. 

- Oczywiście. 

- No to chodźmy do mnie. 

W przeciwieństwie do gabinetu Waltera Sterna pokój, 

w którym urzędował Connor, był sympatyczny jak on sam. 

Umeblowany z myślą o wygodzie, a nie o tym, by impono­

wać interesantom. Jasne ściany zdobiły stare plakaty filmo­

we. Niektóre z nich stanowiły prawdziwe białe kruki. 

Connor nie zasiadł za biurkiem, lecz poprowadził gościa 

do wygodnej kanapy i usiadł naprzeciwko na krześle. 

- Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć - zaczął. - Proszę 

jednak, żebyś do piątku zachowała w sekrecie naszą rozmowę. 

- Obiecuję. 

background image

POTRÓJNE WESELE 29 

- Walter odchodzi. 

- Wcale mnie to nie dziwi - mruknęła Blythe. - Mogę 

wiedzieć dlaczego? 

- Och, powodów jest kilka. - Connor spoważniał. - Po 

pierwsze, to on doprowadził wytwórnię na skraj bankruc­

twa. Nie mam za grosz zaufania do jego umiejętności i spo­

sobu gospodarowania pieniędzmi. 

- Wszystkie filmy Xanadu przynoszą dochód. - Blythe 

czuła się w obowiązku o tym przypomnieć. 

- Tak, ale większość zysku idzie na drogocenne obrazy 

wieszane w gabinecie Waltera i unowocześnianie jego do­

mu w Aspen. 

- Xanadu Studios było od lat rodzinną firmą. 

- Masz rację. Było, ale już nie jest. - Oczy Connora 

zrobiły się prawie czarne. - Ten facet nie może zrozumieć, 

że Xanadu przestało być jego własną dojną krową. 

Kiedy po raz pierwszy Blythe spotkała Connora Macka-

ya, pracował on dorywczo w Bachelor Arms jako człowiek 

do wszystkiego. Już wtedy dostrzegła w nim coś, co ją 

zaintrygowało. Był zbyt bystry. Teraz, spoglądając w ciem­

ne, skrzące się inteligencją i determinacją oczy nowego 

właściciela Xanadu Studios, Blythe nie miała cienia wątpli­

wości, że siedzi przed nią prawdziwy biznesmen. W Ba­

chelor Arms ukrywał swą tożsamość. 

- To jeden powód. A inne? - spytała po chwili, wraca­

jąc myślami do rozmowy. 

- Chodzi jeszcze o sprawy merytoryczne. Przyznaję, że 

takie filmy, jak „Nocny myśliwy" i „Eskadra bombowców" 

są dochodowe. Istnieje jednak możliwość produkowania 

innych filmów, bardziej wartościowych, o społecznym 

wydźwięku. Także takich, nad jakimi zaczynasz obecnie 

pracować ze Sloanem. 

background image

30 •POTRÓJNE WESELE 

Blythe odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że Connor nie 

poprze realizacji jej pierwszego, wymarzonego filmu. 

- Spadł mi kamień z serca - przyznała. 

- Przecież powiedziałem ci, Blythe, że twój pomysł 

uważam za sensowny. 

- Tak. Myślałam jednak, że mówiłeś tak ze względu na 

moją przyjaźń z Lily... 

- Zupełnie mnie nie znasz. Bardzo kocham Lily, ale 

gdyby nie podobał mi się twój projekt, powiedziałbym to 

od razu, nie owijając w bawełnę. - Uśmiechnął się zniewa­

lająco. - Przyznaję, że poznaliśmy się w dziwnych okolicz­

nościach, gdy ukrywałem, kim naprawdę jestem. Zawsze 

jednak staram się być prawdomówny. 

Blythe rozumiała powody, dla których ten sympatyczny, 

prostolinijny człowiek uwikłał się w sieć kłamstw. Za 

wszelką cenę chciał zdobyć Lily. 

Obdarzyła go uśmiechem. 

- Właśnie dziś rano plotkowałyśmy z Cait na wasz te­

mat. Uznałyśmy, że Lily ma wielkie szczęście, że cię po­

znała. 

- To do mnie uśmiechnął się los. Zdobyłem Lily. I mam 

Katie. - Blythe wiedziała, że to Connor nalegał, by nadać 

niemowlakowi imię matki Lily. -Jest jeszcze jeden powód, 

dla którego Stern musi odejść z wytwórni - dodał Connor. 

- Czy poznałaś Brendę Muir? 

- Mówisz o tej naiwnej, seksownej dziewczynie z Ba­

chelor Arms, która marzy o karierze aktorskiej? 

- Tak. Niedawno Stern urządził jej przesłuchanie. 

- I, jak to on, nie mógł się oprzeć przed rzuceniem jej na 

kanapę - dodała Blythe. 

- Widzę, że wcale cię to nie dziwi. 

Wzruszyła ramionami. 

background image

POTRÓJNE WESELE » 31 

- Miałam zaledwie piętnaście lat, kiedy zaczął przysta­

wiać się do mnie. Pewnego dnia zjawił się na planie, wszedł 

do przyczepy, którą zajmowałam, i usiłował zerwać bezce­

remonialnie ze mnie bluzkę. 

Connora ogarnęła złość. Stłumił ją jednak, przypo­

minając sobie, że Walter Stern odejdzie wkrótce z wy­

twórni. 

- I co zrobiłaś? - spytał. Chętnie dałby Sternowi w zę­

by za próbę zgwałcenia nieletniej. 

- Podbiłam mu oko. A potem poskarżyłam się tacie, 

który zagroził Walterowi procesem sądowym. - David 

Fielding, znany i szanowany prawnik w Los Angeles, był 

jednym z niewielu ludzi, którzy potrafili przeciwstawić się 

wszechpotężnemu właścicielowi wytwórni filmowej. - Ta­

ta zagroził Walterowi, że go zabije, jeśli jeszcze raz spróbu­

je mnie dotknąć. Nie wiem, czy Walter bardziej obawiał się 

skandalu, czy wziął na serio ostrzeżenie taty. W każdym 

razie zostawił mnie w spokoju. 

- Cieszę się, że to słyszę. Niestety, nie wszystkie młode 

damy poradziły sobie ze Sternem tak jak ty. Należy do nich 

Brenda. 

- Niektóre nie protestują. Jest tajemnicą poliszynela, że 

przespanie się z szefem toruje drogę do dalszej kariery. 

- W Xanadu Studios to się zmieni - oznajmił zdecydo­

wanie Connor. 

- Pracujące tu kobiety są bardzo zadowolone, że zosta­

łeś ich szefem. Co się stanie z Margaret Nelson? — zapytała 

Blythe, martwiąc się o przyszłość sympatycznej i kompe­

tentnej sekretarki. 

- Zamierzam ją zapytać, czy zgodzi się zostać moją 

asystentką. 

- To miło z twojej strony. 

background image

32 • POTRÓJNE WESELE 

- Potrzebny mi ktoś, kto wie, jak na co dzień działa 

wytwórnia i zna ją na wylot. Zatrudnienie swego czasu 

Margaret Nelson należy do nielicznych sensownych posu­

nięć Sterna. 

- Mimo wszystko to miło z twojej strony - powtórzyła 

Blythe i znów pomyślała, jak dobrze się stało, że Lily zwią­

zała się z tym człowiekiem. Oboje mieli szczęście, że się 

poznali. 

- Nie będę cię dłużej zatrzymywał - powiedział Con­

nor. Podniósł się z krzesła. - Chciałem tylko uprzedzić, że 

pozbywam się Sterna. 

- Oczywiście zrobisz to w białych rękawiczkach. Ode­

jdzie z wszystkimi honorami. 

- Zostanie sowicie wynagrodzony, ale sobie pójdzie. 

I to jest najważniejsze. 

Jedyna sensowna decyzja, uznała Blythe, wychodząc ze 

studia. Mimo że Connor Mackay miał reputację silnego 

człowieka, obawiała się, że pozbycie się Waltera Sterna 

z Xanadu może okazać się zadaniem niełatwym. 

Podobnie jak jego ojciec, a wcześniej dziadek, Walter 

był znany z nieczystych posunięć wtedy, kiedy na czymś 

mu zależało. Blythe ogarnęło dziwne przeświadczenie, że 

przyszły mąż Lily będzie musiał stoczyć nie lada bitwę. 

Być może największą w swym życiu. 

background image

ROZDZIAŁ 

Nadciągała burza. Nad horyzontem gromadziły się 

ciemne chmury. Powietrze było naładowane elektryczno­

ścią. Gage Remington wyciągnął spod łóżka torbę podróż­

ną i zaczął wrzucać do niej rzeczy. Wmawiał sobie przy 

tym, że niepokój, który odczuwał, był spowodowany burzą 

i nie miał nic wspólnego z faktem, że jutro rano wsiądzie 

do samolotu lecącego do Grecji, i to z kobietą, która tak 

bardzo go obchodziła. 

Zawsze szczycił się zimną krwią. Kiedy w policji patro­

lował zawładnięte przez gangi, niebezpieczne ulice połu­

dniowej części centralnego Los Angeles, wyrobił sobie 

opinię twardego i odważnego, a zarazem przyzwoitego gli­

niarza. 

Gdy trzeba było opanować jakąś groźną sytuację, posy­

łano natychmiast po Gage'a Remingtona. Jedną z najwię­

kszych jego zalet, obok zrównoważenia, była cierpliwość. 

Kiedy jednak chodziło o Blythe Fielding, nie potrafił 

być cierpliwy ani trzymać uczuć na wodzy. 

Od niepamiętnych czasów nie pożądał tak żadnej kobie­

ty. Każdego wieczoru kładł się samotnie do łóżka, pragnąc 

ze wszystkich sił bliskości Blythe, jej miłości. Rano wsta­

wał nie mniej spragniony. 

background image

34 • POTRÓJNE WESELE 

- Do diabła z tym wszystkim! - warknął. 

Zdesperowany, przeciągnął dłonią po zwichrzonych, cie­

mnych włosach i znów zaklął pod nosem. Musiał wziąć się 

w garść. Miał robotę do wykonania, a ta kobieta była tylko 

jego klientką. Wplątywanie się w romans byłoby idiotyzmem. 

Gdyby zauroczenie Gage'a było czysto zmysłowe, 

umiałby sobie z nim poradzić. Od pierwszej jednak chwili, 

gdy ujrzał Blythe, stracił spokój ducha. Ciągnęło go do 

niej, chciał jej dotknąć, wziąć w ramiona, a kiedy odważył 

się ją pocałować, zrozumiał, że spotkał kobietę wyjątkową. 

Nie potrafił zapomnieć tamtej chwili, pasji, z jaką Blythe 

oddała pocałunek, poczucia, że ich ciała idealnie do siebie 

pasują. Dla Gage'a, który szczycił się tym, że dotychczas 

udało mu się uniknąć kobiecych sideł i poważnego zaanga­

żowania, zakochanie się w Blythe Fielding byłoby napra­

wdę niebezpieczne. Oznaczałoby bowiem utratę kontroli 

nad sobą. 

- Przecież to tylko kobieta - mruknął pod nosem. Od 

tygodni powtarzał to sobie setki razy. - Fakt, że ponętna 

i seksowna. Ale Los Angeles jest pełne takich damulek. 

A więc czemu nie potrafił przestać myśleć o Blythe 

Fielding? 

Kiedy Blythe, jadąc z wizytą do Cait, po raz pierwszy 

ujrzała Bachelor Arms, poczuła nagle, że zna ten dom. 

I potem, za każdym razem gdy podjeżdżała pod staroświe­

cki, różowy budynek z turkusowymi ornamentami, żela­

znymi balustradkami i wysoką wieżyczką, to dziwne prze­

świadczenie, że kiedyś tu bywała lub nawet mieszkała, 

wzmagało się jeszcze bardziej. 

Odwiedzając Cait, zawsze czuła się niepewnie. Teraz, 

idąc korytarzem w stronę apartamentu Gage'a, miała ocho­

tę zawrócić i po prostu uciec. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 35 

Coś złego się ze mną dzieje, pomyślała, pukając do jego 

drzwi. 

Stukanie przerwało rozmyślania Gage'a. Uchylił drzwi. 

Och, do diabła. Stał przed nim obiekt jego ciągłych 

westchnień i nieustającego pożądania. 

Blythe Felding była ubrana w czerwoną, jedwabną bluz­

kę i szare, lniane spodnie. Gdyby miała na sobie worek, 

w oczach Gage'a wyglądałaby równie powabnie. Wprost 

emanowała seksapilem. 

- To ci niespodzianka - mruknął, starając się nie okazy­

wać radości. 

- Cześć - rzuciła lekko zadyszanym głosem. Wydawała 

się zdenerwowana. - Nie znoszę ludzi, którzy wpadają bez 

uprzedzenia. Byłam jednak w sąsiedztwie i przypomnia­

łam sobie o czymś, co chciałam omówić z tobą przed ju­

trzejszym wyjazdem. - Nabrała głęboko powietrza, że­

by się uspokoić. - Pomyślałam więc sobie, że zaryzykuję 

i wpadnę. 

Nie zdołała oszukać ani siebie, ani jego. Gage był prze­

konany, że wszystko to mogła przekazać mu przez telefon. 

Zachęcony jednak faktem, że nie potrafiła trzymać się od 

niego z daleka, podobnie jak on nie mógł przestać o niej 

myśleć, otworzył szeroko drzwi. 

- Wchodź do środka. 

- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam ci w niczym 

ważnym. 

- Właśnie się pakuję. 

- Ach, tak. - Rozejrzała się po pokoju. Przypomniała 

sobie, że była tu kiedyś z Cait. Apartament nie był wówczas 

zamieszkany. Wzrok Blythe zatrzymał się na ogromnym, 

staroświeckim lustrze. Poczuła nagle, jak jej ciało przeszy­

wa dreszcz. - Zupełnie zapomniałam o jego istnieniu. -

background image

36 • POTRÓJNE WESELE 

Jakby pod wpływem jakiejś magnetycznej siły przeszła 

przez pokój i stanęła przed zwierciadłem. 

- Byłaś tu przedtem? - zdziwił się Gage. 

- Tak. Przyprowadziła mnie Cait. Widziałam to lustro. 

- Blythe przeciągnęła palcami po misternie rzeźbionej ra­

mie. To tylko nerwy i nic więcej, pomyślała. W obecności 

Gage'a zawsze czuła się dziwnie podekscytowana, lecz 

teraz działo się z nią coś naprawdę niesamowitego. Mogła­

by przysiąc, że od dotknięcia jej ręki róże z mosiądzu stały 

się nagle gorące. - Czy ktoś opowiadał ci legendę związaną 

z Bachelor Arms? 

- Nie. 

Od dnia wprowadzenia się do apartamentu Gage nie 

znosił tego wielkiego lustra, które stanowiło główny ele­

ment wyposażenia salonu. Przez kilka następnych tygodni 

zdania nie zmienił. Chciał nawet zdjąć lustro, ale okazało 

się, że jest wmurowane. Musiałby rujnować ścianę. Teraz 

starał się go nie zauważać. 

- Cait twierdzi, że niektórzy ludzie widzieli w nim zja­

wę. Odbicie kobiecej sylwetki. 

- Pewnie byli po kieliszku. 

- Być może. 

Blythe postanowiła nie mówić Gage'owi, że tajemniczą 

postać widzieli w lustrze Cait i Connor. Niech sami kiedyś 

mu o tym opowiedzą. 

Gage stanął za plecami Blythe. Zapach jej ciała i delikat­

nych perfum oszałamiał jak narkotyk. 

- Wcale mnie to nie dziwi. - Był przekonany, że sam 

właściciel domu wymyślił tę historię, by nadać staroświec­

kiej budowli trochę tajemniczości, tak bardzo cenionej 

w Hollywood. 

Blythe czuła ciepło bijące od Gage'a. Przenikało ją na 

background image

POTRÓJNE WESELE • 37 

wskroś i sprawiało, że uginały się pod nią kolana. Całe 

ciało ogarnęło gorąco, po skórze przebiegały dreszcze. 

Znów tak się dzieje, kiedy jestem obok niego! - uprzyto­

mniła sobie. Zaczynała tracić samokontrolę. 

- Legenda głosi, że jeśli zobaczysz w lustrze czarno­

włosą kobietę, ziszczą się najskrytsze marzenia lub spełnią 

najbardziej złowieszcze przeczucia ~ szepnęła. 

Miała nieprzepartą ochotę rzucić mu się w ramiona. Z tru­

dem oparła się pokusie. Podniosła głowę i w lustrze, oprócz 

swojej, zobaczyła także jego sylwetkę. Stał bez ruchu. , 

Och, jaki jest pociągający i atrakcyjny, uświadomiła so­

bie po raz nie wiadomo który, patrząc na odbicie Gage'a. 

Miał czarne włosy i jasne, srebrzyste oczy, które patrzyły 

teraz na nią tak badawczo, jakby chciały przeniknąć w głąb 

serca i duszy. Miał na sobie wyblakły, szary, policyjny 

podkoszulek i dżinsy. Był boso. Nawet widok nagich stóp 

Gage'a sprawił, że krew w żyłach Blythe zaczęła krążyć 

szybciej. 

Gage przypomniał sobie, że słyszał już coś na temat tej 

legendy. Pewnie wspominał o niej któryś z pozostałych lo­

katorów Bachelor Arms. 

- Widziałaś zjawę? - zapytał. 

- Nie. - Blythe postanowiła wziąć się w garść. Przecież 

ma narzeczonego, którego nie poślubiła tylko z powodu trzę­

sienia ziemi. - Znam ludzi, którym się ukazała - dodała. 

Chociaż była utalentowaną aktorką i próbowała trzymać 

zmysły na wodzy, Gage musiałby być chyba głuchy, by nie 

dosłyszeć napięcia w jej głosie, i ślepy, żeby nie dostrzec, 

iż jej oczy stały się przepastne i niemal tak ciemne jak 

włosy. 

Z udaną obojętnością wzruszył ramionami. 

- Sugestia może czynić cuda. 

background image

38 • POTRÓJNE WESELE 

- Pewnie masz rację. - Blythe oderwała wzrok od lustra, 

odwróciła się i spojrzała odważnie na Gage'a. - Wpadłam 

tutaj, żebyś jedno mi wyjaśnił. Czy dowiedziałeś się od swego 

greckiego kolegi po fachu, gdzie znajduje się teraz Natasza? 

W ostatnim raporcie z Grecji doniesiono Gage'owi, że 

Natasza Kuryan wraz ze swym ukochanym wybrała się na 

wycieczkę statkiem na pobliskie wyspy. 

- Niedawno była na Serifos - odparł Gage. Miał rację. 

Na to pytanie mógł śmiało odpowiedzieć przez telefon. 

- Nie martw się, odnajdziemy ją, gdziekolwiek jest. Może 

to tylko zająć trochę więcej czasu. 

Tego się obawiała. 

- Ile? 

- Och, nie mam pojęcia. - W najskrytszych marzeniach 

Gage'owi udawało się zatrzymać Blythe na zawsze z dala 

od Los Angeles i od nadętego faceta, z którym była zarę­

czona. Wylegiwaliby się na skąpanej w słońcu plaży, pły­

wali w Morzu Śródziemnym, opychali się soczystymi wi­

nogronami, popijali wino i tańczyli aż do świtu w jakiejś 

wiejskiej tawernie. No i oczywiście kochaliby się. Przez 

całe noce. - Nie przypuszczałem, że zależy ci na czasie. 

- Wiesz przecież, że chcę nakręcić film, zanim będę 

musiała znaleźć się na planie „Zdemaskowania". 

- Nie martw się, szefowo. Bądź spokojna. - Gage prze­

ciągnął palcem po zgrabnym nosku Blythe. - Sprawa jest 

w rękach Agencji Detektywistycznej Remingtona. Zawsze 

wykonujemy powierzone nam zadania. 

Blythe uśmiechnęła się lekko. Usiłowała się zrela­

ksować. 

Późno wieczorem, gdy wkładała rzeczy do walizki, zda-

* Serifos - wyspa na Morzu Egejskim, w archipelagu Cyklady (przyp- than.). 

background image

POTRÓJNE WESELE • 39 

ła sobie sprawę z jednego. We wszystkich sprawach za­

wodowych działała szybko, sprawnie i miała jasno skry­

stalizowane plany. Z życiem osobistym było znacznie 

gorzej. 

Zasłaniając się pakowaniem i jakąś papierkową robotą, 

z trudem wymówiła się od kolacji z Alanem. Wiedziała 

jednak, że powinna zobaczyć się z człowiekiem, który, 

gdyby nie trzęsienie ziemi, byłby już dziś jej mężem. 

Po niezliczonych rozmowach z Lily i Cait, Blythe za­

częła analizować swe przyszłe małżeństwo. Początkowo, 

dumna ze zdroworozsądkowego podejścia do życia, uwa­

żała związek z przystojnym i bogatym chirurgiem za ideal­

ne rozwiązanie. 

Oboje robili wspaniałe kariery zawodowe, które pochła­

niały wiele czasu i energii. Oboje byli niezależni i mieli 

silne charaktery. Żadne z nich nie zamierzało opierać się na 

drugim i od współmałżonka wymagać ciągłej pomocy. Co 

najważniejsze, Alan osiągnął wiek, w którym mężczyzna 

myśli poważnie o założeniu rodziny. A Blythe pociągało 

macierzyństwo. Marzyła o licznym potomstwie. 

Mimo że w Hollywood wiele dzieci chowało się w roz­

bitych rodzinach i była to rzecz zwyczajna, Blythe ze zdzi­

wieniem odkryła w sobie tradycjonalistkę. Nie miała jed­

nak zamiaru rezygnować z pracy zawodowej, żeby zająć 

się prowadzeniem domu. Obserwując z bliska kilka rozbi­

tych rodzin, uznała, że dzieci powinny być wychowywane 

przez oboje rodziców. Przyglądanie się, jak Lily i Connor 

dzielą między siebie zarówno obowiązki, jak i radości pły­

nące z opieki nad niemowlakiem, jeszcze bardziej umocni­

ło w niej to przekonanie. 

Przedkładając teoretycznie małżeństwo nad macierzyń­

stwo, Blythe zdała sobie sprawę, że podświadomie poste-

background image

40 • POTRÓJNE WESELE 

powała inaczej. Stawiała na mężczyznę, który przede 

wszystkim byłby dobrym ojcem. 

Zatopiona w myślach, opuściła szybę jaguara i przy 

bramie do rezydencji Alana wystukała wjazdowy kod. 

Problem polegał na tym, że do tej pory koncentrowała 

całą uwagę na szukaniu ojca dla swych przyszłych dzie­

ci, nie myśląc o mężczyźnie, z którym się zwiąże, jako 

o mężu. 

Alan, co powtarzała ciągle przyjaciółkom, był człowie­

kiem godnym zaufania, uczciwym i solidnym. I chociaż 

chyba nie cenił ani nie rozumiał jej pracy, godził się na to, 

żeby Blythe po ślubie nie zrywała z filmem. 

Nigdy jednak pieszczoty Alana nie sprawiły, że w ży­

łach Blythe krew zaczęła płynąć szybciej. Nie uginały się 

pod nią nogi. Nie traciła przytomności umysłu. I chociaż 

wiedziała, że małżeństwo to znacznie więcej niż sam seks, 

nie była w stanie zapomnieć jednej z rozmów, którą prze­

prowadziła z nią Lily. 

Było to wkrótce po przeniesieniu się przyjaciółki na 

stałe do Los Angeles. Dopiero co owdowiała, była w ciąży, 

z ogromnym psychicznym obciążeniem po nieudanym 

małżeństwie, ścigana przez teściów, którzy chcieli zabrać 

jej dziecko. 

Gdy Blythe wspomniała o zamiarze poślubienia Alana, 

Lily bez wahania spytała: 

- Kochasz go? 

- Oczywiście - zapewniła Blythe, ignorując grymas na 

twarzy Cait, obecnej przy rozmowie. - W przeciwnym ra­

zie nie wychodziłabym za niego. 

- A czy Alan cię kocha? 

- Tak. 

- Doprowadza do szału? 

background image

POTRÓJNE WESELE • 41 

- Masz na myśli jego drobne, głupie przyzwycza­

jenia... 

- Nie. - Lily spoważniała. - Myślę o sprawach łóżko­

wych. Czy doprowadza cię do szaleństwa, gdy się ko­

chacie? 

Pytanie zaskoczyło Blythe. 

- To sprawa intymna. Dziwię się, że w ogóle pytasz 

mnie o takie rzeczy. 

Lily nie dawała za wygraną. 

- Obie z Cait opowiadałyście zawsze o swoich prze­

życiach z mężczyznami - przypomniała. - Dlaczego teraz 

milczysz? 

- Z Alanem to zupełnie inna sprawa. - Blythe nie miała 

zamiaru przyznać się przyjaciółkom, że pieszczoty narze­

czonego nie zawsze ją zadowalały. - Jest mężczyzną, któ­

rego kocham. Zamierzam spędzić z nim resztę życia. Czu­

łabym się źle, opowiadając o intymnych przeżyciach. Na­

wet wam. 

Lily rzuciła Blythe uważne spojrzenie. 

- Chyba to rozumiem. Mam niewiele życiowego do­

świadczenia, lecz jedno wiem na pewno. Blythe, jeśli męż­

czyzna nie potrafi doprowadzić cię do szaleństwa, a ty nie 

umiesz sprawić, żeby sam odchodził od zmysłów mając cię 

przy sobie, jest duże prawdopodobieństwo, że narazisz się 

na wiele bolesnych przeżyć. 

Blythe za żadne skarby świata by się nie przyznała, że 

Gage Remington albo jego pocałunek miał coś wspólnego 

z jej nagłą decyzją odwiedzenia Alana bez zapowiedzenia. 

Przyjechała do domu Alana w jednym, jedynym celu. Żeby 

dowieść sobie, że jej małżeństwo będzie zawarte zarówno 

z namiętnej miłości, jak i z rozsądku. 

Na intymne spotkanie z narzeczonym przygotowała się 

background image

42 • POTRÓJNE WESELE 

niezwykle starannie. Zrobiła sobie kąpiel z wonnymi olej­

kami. Wtarła w ciało pachnący balsam. Pod kusą, czarną 

sukienkę, ściśle przylegającą do ciała, włożyła szkarłatną 

bieliznę, której widok roznamiętniłby każdego mężczyznę. 

Wciągnęła czarne, jedwabne pończochy, a stopy wsunęła 

w szpilki na niezwykle wysokich obcasach. Zatrzymała te 

pantofle po ostatnim filmie, w którym nosiła je jako krwio­

żercza żona agenta Federalnego Biura Śledczego. 

Wprawnie i szybko zrobiła makijaż. Szczególnie staran­

nie podkreśliła kontur ust i oczy. Włosy spływały luźną 

falą, jak gdyby dopiero co wstała z łóżka kochanka. 

Postanowiła niczego nie pozostawiać przypadkowi. Ja­

dąc do Alana, zatrzymała się przed sklepem i kupiła butelkę 

szampana. Po raz drugi w niewielkim odstępie czasu jecha­

ła odwiedzić mężczyznę. I chociaż wcześniej szczerze za­

pewniała Gage'a, że nie ma zwyczaju składać wizyt bez 

uprzedzenia, żywiła nadzieję, iż zjawiając się nieoczekiwa­

nie u Alana, wniesie trochę, a nawet być może wiele spon­

taniczności do ich wspólnego, dość uregulowanego i mo­

notonnego życia. 

Nacisnęła dzwonek. W domu panowała głucha cisza. Na 

kolistym podjeździe stał zaparkowany mercedes, więc 

Alan z pewnością był w pobliżu. 

Pewnie pływa, pomyślała Blythe. Po długim dniu pracy 

nad doskonaleniem i tak już pięknych twarzy i ciał gwiazd 

filmowych co wieczór pokonywał wiele długości basenu 

znajdującego się za domem. 

Z czarnej, satynowej torebki Blythe wyjęła klucz i otwo­

rzyła drzwi. 

Na wnętrzu domu Alana Sturgessa odbijała się jego 

osobowość. Przeważało szkło i srebro, nadając salonowi 

charakter niemal sali operacyjnej. Dekorator zastoso-

background image

POTRÓJNE WESELE • 43 

wał rozmaite odcienie szarości. Na jasnopopielatych ścia­

nach wisiały kosztowne, eleganckie grafiki, oświetlone pa­

sem lamp umieszczonych w wysokim suficie. 

Umeblowanie, podobnie jak dzieła sztuki, było współ­

czesne. Włoskie czarne skóry i modularne meble pokryte 

biało-szarą tapicerką idealnie harmonizowały z czarnymi, 

lakierowanymi półkami na książki i stolikami ze szkła 

i chromu, które wydawały unosić się nad miękkim, puszy­

stym dywanem. Na szklanych półkach eksponowano kole­

kcję małych, cennych rzeźb. 

Na czarnym piedestale umieszczono niewielką rzeźbę. 

Wykonana z onyksu postać kobieca była naga i wyjątkowo 

smukła. Kiedy Alan oświadczył, że uważa jej kształty za 

doskonałe, Blythe, porównując je ze swym ciałem, poczuła 

się zawiedziona. Przykre doznanie pozostawiło jej niesmak 

aż do dziś. 

Zdecydowana nie dać się wpędzić w kompleks niższości 

onyksowemu posążkowi, Blythe przeszła przez pokój 

i otworzyła drzwi na taras. Mgłom snującym się nad oce­

anem światło księżyca nadawało tajemnicze cienie. Niebie­

ska woda w basenie, podświetlona od dołu, połyskiwała 

srebrzyście. 

Z drugiej strony basenu dobiegły Blythe jakieś odgłosy. 

Usłyszała plusk. Przekonana, że zaraz ujrzy pływającego 

Alana, podeszła na skraj basenu. Zdziwiona, zobaczyła 

narzeczonego w cieniu kolistych schodków prowadzących 

na brzeg wody. 

Nie był sam. 

Przyciskał do siebie jakąś kobietę. Ustami przywarł do 

jej warg, a dłońmi obejmował jej piersi. Blythe uznała, że 

to, co robi, na pewno nie ma nic współnego ze sztucznym 

oddychaniem. 

background image

44 • POTRÓJNE WESELE 

Musiał poczuć na sobie spojrzenie, gdyż się odwrócił. 

Na widok nieoczekiwanego gościa opuścił ręce wzdłuż 

ciała. 

- Blythe. - Opanował się błyskawicznie. Jego głos 

brzmiał chłodno jak zwykle. - Nie spodziewałem się twojej 

wizyty. 

- To widać. - Przywoławszy na pomoc wszystkie umie­

jętności aktorskie, Blythe mówiła zimnym tonem, identycz­

nym jak Alana. W środku jednak aż wrzała ze złości. 

Wyszedł z basenu. Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć 

się jego towarzyszce. Brittany Carlysle była ładniutką po­

czątkującą aktoreczką, dopóki doktor Alan Sturgess nie 

zdziałał cudu. Drobna korekta nosa, nieco silikonu w poli­

czkach i podbródku, implanty w biuście i odessanie tkanki 

tłuszczowej w newralgicznych miejscach przemieniły 

zwykłą dziewczynę z Teksasu w telewizyjną gwiazdę. 

Brittany stała w cieniu. Bez śladu zażenowania czy wy­

rzutów sumienia patrzyła przybyłej prosto w oczy. 

Blythe, mimo że miała nieprzepartą ochotę cisnąć w gło­

wę Alana przyniesioną butelkę szampana, postanowiła do 

końca zachować się z godnością. 

- Zdaje się, że powinnam przeprosić, bo przeszkodzi­

łam - oznajmiła uprzejmie. 

- Nie jest tak, jak myślisz. - Z krzesła stojącego nad 

basenem Alan wziął ręcznik i owinął sobie wokół bioder. 

Kłamstwo zirytowało Blythe jeszcze bardziej. 

- Alanie, nie traktuj mnie jak idiotki. Wszyscy troje 

wiemy doskonale, co tu się dzieje. 

- To ty odwołałaś naszą dzisiejszą kolację. Podobnie 

jak wiele innych spotkań, odkąd zajęłaś się obsesyjnie tym 

kretyńskim filmem o Aleksandrze Romanow i Patricku 

Reardonie. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 45 

Jak to możliwe, żeby taki zdolny i inteligentny człowiek 

zachowywał się po szczeniacku? - zdumiała się Blythe. Jak 

śmiał na nią zrzucać winę? 

- Wiem - odparła. -I boleję nad tym. - Ujęła za szyjkę 

zieloną butelkę. - Dlatego postanowiłam zaskoczyć cię 

dziś niecodziennym pożegnaniem. - Głos miała spokojny, 

lecz jej oczy ciskały błyskawice. - Widzę jednak, że powin­

nam uprzedzić cię o swej wizycie. 

Spojrzała w kierunku towarzyszki Alana. 

- Cześć, Brittany. - Na idealnej twarzy gwiazdy Blythe 

dostrzegła zadowolenie. 

- Przykro mi, że odkryłaś to w taki sposób - bez śladu 

żalu odezwała się dziewczyna. 

- Odkryłam? 

- Brittany... - Alan usiłował ją powstrzymać. 

- Alan i ja od dawna jesteśmy kochankami - oznajmiła 

z tryumfem. 

- Tak? - Blythe uniosła brwi. - Od kiedy? Zaczęliście 

sypiać ze sobą przed czy po twojej operacji plastycznej? 

- Zamknij się, Brittany - warknął Alan. Dopiero teraz 

zaczął tracić panowanie nad sobą. 

Nic dziwnego, uznała Blythe. Zdradzanie narzeczonej to 

sprawa prywatna, lecz sypianie z pacjentką mogłoby za­

prowadzić go przed oblicze komisji dyscyplinarnej. 

- Nie martw się, Alanie - odezwała się. Z jej głosu 

przebijała pogarda. - Nie zamierzam donosić o tym izbie 

lekarskiej. - Odwróciła się na pięcie. - Nie musicie odpro­

wadzać mnie do drzwi. 

- Do licha, nie wychodź! - Alan złapał Blythe za ramię. 

- Nie idź jeszcze. Musimy porozmawiać. 

Strąciła jego dłoń, nie kryjąc obrzydzenia. 

- O czym mielibyśmy rozmawiać? - spytała chłodno. 

background image

46 • POTRÓJNE WESELE 

- Jak to o czym? O naszym małżeństwie. 

- Małżeństwie? - zdumiała się Blythe. Ten człowiek 

zasypywał ją dziś rewelacjami. - Jak śmiesz mówić o mał­

żeństwie po tym, co się stało! - Spojrzała w stronę Brittany, 

która, niczym Wenus z morskiej piany, wyszła z wody 

i wkładała skąpe bikini. 

- To, co robiłem z Brittany, nie ma z nami nic wspól­

nego - upierał się Alan. - Ani z naszym małżeństwem -

dodał. 

Blythe zastanawiała się, od kiedy utraciła zdolność roz­

poznawania ludzkich charakterów. Jakże źle oceniła tego 

człowieka! 

Wiedziała, że doktor Alan Sturgess lubi decydować 

o wszystkim. Bywa apodyktyczny i despotyczny, ponadto 

jest sztywny, a niekiedy nawet nudny. Pogodziła się z tymi 

cechami charakteru przyszłego męża, a także z myślą, że 

nie pochwalał jej kariery aktorskiej i że przeciwstawiał się 

temu, by rozpoczynała pracę jako producentka. Nie krył 

też, że nie podobał mu się pomysł jej pierwszego, samo­

dzielnie realizowanego filmu. Przy licznych okazjach okre­

ślał go jednym krótkim słowem: szmira. 

Blythe sądziła jednak, że ma do czynienia z uczciwym 

człowiekiem. Jak się teraz okazało, był to poważny błąd. 

- Chcesz dać mi do zrozumienia, że to samo mogłoby 

się zdarzyć, gdybyśmy zostali małżeństwem? - spytała. 

- Nie bądź naiwna, Blythe. - W głosie Alana pojawiła 

się nuta irytacji. - Na jakim ty żyjesz świecie? To jest Los 

Angeles. Mężowie codziennie sypiają z różnymi kobieta­

mi, a ich żony z rozmaitymi mężczyznami. Nie oznacza to 

jednak, że nie utrzymują sensownych, stałych związków. 

Mam na myśli, oczywiście, małżeństwa. 

Po tych słowach Blythe zrobiło się niedobrze. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 47 

- Postaram się zapomnieć, że kiedykolwiek to powie­

działeś. - Ruszyła ponownie w stronę domu. 

Była już w środku salonu, kiedy ją dogonił. 

- Do diabła, zachowujesz się bezsensownie. Od samego 

początku przecież dobrze wiedziałaś, że nasze małżeństwo 

nie będzie żadnym namiętnym związkiem. 

A więc stało się. 

Dowiedziała się wszystkiego, na czym jej zależało. Przysz­

ła tu dziś tylko po to, żeby się przekonać, jak to właściwie jest. 

Podniosła głowę. 

- A więc czym, twoim zdaniem, miało być nasze mał­

żeństwo? - spytała chłodno. 

- Wspólnym sukcesem. Blythe, oboje jesteśmy sławni 

i bogaci. Wiesz dobrze, że jestem z tobą nie dlatego, że 

chcę sypiać z gwiazdą filmową. A ty z kolei dobrze wiesz, 

że nie wiążesz się ze mną dla pieniędzy czy pozycji społe­

cznej. - Alan zacisnął palce na ramieniu Blythe. Starał się 

przyciągnąć ją do siebie. - Razem staniemy się potęgą. 

Możemy mieć władzę nad tym miastem - oznajmił z głę­

bokim przekonaniem w głosie. 

Patrząc na niego, Blythe przypomniała sobie stare po­

wiedzenie, że całą uczciwość Hollywood można by zmie­

ścić w pępku komara, a jeszcze znalazłoby się miejsce na 

ziarnko sezamu. 

Zanim zdołała odpowiedzieć, Alan pochylił się i wycis­

nął na jej wargach mocny, gniewny pocałunek. 

Stała bez ruchu. Ni stąd, ni zowąd pomyślała o własnych 

rodzicach. Od trzydziestu lat żyli szczęśliwie razem. Nadal 

trzymali się za ręce, spacerując nad brzegiem morza. Tań­

czyli czule objęci na balach dobroczynnych i, jeśli mogła 

wierzyć matce, w kinie przytulali się do siebie, wybierając 

miejsca w ostatnim rzędzie. 

background image

48 • POTRÓJNE WESELE 

- Trudno będzie ci to zrozumieć - odezwała się po 

chwili do Alana - ale nie mam najmniejszego zamiaru 

zawładnąć tym miastem. I brzydzę się myślą, że miałabym 

być żoną tylko na pokaz. - Ruszyła w stronę wyjścia. - Mi­

łego wieczoru. 

- Blythe, robisz wielki błąd. - Alan nie dawał za wygra­

ną. - Jeśli przestaniesz emocjonalnie podchodzić do tej 

sprawy i spokojnie wysłuchasz moich argumentów, prze­

konasz się, że dojdziemy do porozumienia. 

- Może nie mieści ci się to w głowie - odparła oschle 

- ale nie mam na to najmniejszej ochoty. 

Przechodząc obok onyksowego posążka nagiej kobiety, 

Blythe nagle zapragnęła, by zrzucić go z postumentu. 

Z trudem oparła się pokusie. Postanowiła do końca zacho­

wać się z godnością. 

Nikt nie jest idealny, pomyślała, z całej siły trzaskając za 

sobą masywnymi, mahoniowymi drzwiami. 

background image

ROZDZIAŁ 

Godzinę później, wyciągnięta na leżaku ustawionym 

nad brzegiem basenu w słynnym Cłiateau Marmont, Blythe 

spoglądała na niezliczone światła miasta i sączyła wybor­

nego tattingera. 

- W życiu każdej kobiety - stwierdziła na głos - bywa­

ją chwile, gdy jedyną rzeczą, która jej pomaga, jest dobry 

szampan. - Napełniła ponownie kieliszek, a potem pod­

niosła do góry butelkę, żeby dostrzec w świetle księżyca, 

ile jeszcze zostało. - Czy taką kwestię wypowiedziała Bet­

ty Davis w „Teraz, podróżniku"? Nie. - Blythe zaprzeczyła 

ruchem głowy. Zdawała sobie sprawę, że jest wstawiona, 

lecz wcale się tym nie przejmowała. - Już wiem. W „Daw­

nym znajomym". Mówiła tak do Miriam Hopkins. - Dum­

na ze swej wiedzy i pamięci, Blythe z zadowoleniem skinę­

ła głową. 

Wróciła do szampana. 

Do diabła, gdzie łazi ta kobieta? Po raz trzeci od godziny 

Gage trzasnął słuchawką. Kiedy w hotelowym bungalowie, 

który zajmowała Blythe, nikt nie odpowiadał, uznał, że 

aktorka spędza noc w objęciach swego nadętego doktorka. 

Z telefonu do Alana Sturgessa dowiedział się jednak, że 

Blythe była u niego krótko, a potem pojechała do siebie. 

background image

50 • POTRÓJNE WESELE 

Po cierpkim tonie Alana Gage wyczuł, że romans prze­

chodzi jakiś kryzys. Nie miał nic przeciwko temu. 

- Remington, jesteś prawdziwym draniem - mruknął 

do siebie, ponownie wykręcając numer Blythe. Sam nie 

zamierzał się z nią wiązać, lecz nie chciał, żeby wychodziła 

za Alana Sturgessa. 

Po kilku dzwonkach zgłosiła się hotelowa telefoni­

stka i powiedziała Gage'owi to, o czym on sam już zdą­

żył się przekonać. Blythe Fielding nie odpowiadała na te­

lefony. 

Mógł, oczywiście, zostawić dla niej wiadomość. 

Dziewięć lat w policji nauczyło jednak Gage'a przewi­

dywać to, co najgorsze. Kradzieże i napady na samocho­

dy, zwłaszcza prowadzone przez samotne kobiety, stawa­

ły się w Los Angeles coraz częstsze. A jeżdżenie ko­

sztownym jaguarem stanowiło duże ryzyko. Nawet w tak 

ekskluzywnej okolicy, jak Pacific Palisades, gdzie znaj­

dowała się rezydencja Sturgessa, czy w tak szykownym 

miejscu, jak Chateau Marmont, w którym zamieszkała 

Blythe po utracie domu. 

- Psiakrew! - Gage przeciągnął dłonią po włosach. 

Rozważał różne możliwości. Wreszcie opuścił Bachelor 

Arms i pojechał w stronę wzgórz. 

Znalazł Blythe. Siedziała nad owalnym basenem i wpa­

trywała się w podświetloną, niebieską wodę. 

- Nie zamknęłaś swego bungalowu - skarcił ją na wstę­

pie. Kiedy przekonał się, że drzwi stoją otworem, a jej 

nie ma w środku, przeraził się nie na żarty. A tymczasem 

Blythe Fielding jak jakaś bogini siedziała sobie beztro­

sko nad wodą i popijała szampana. Podciągnięta sukien­

ka odkrywała rąbek koronkowej bielizny i eleganckich 

pończoch. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 51 

- Widocznie zapomniałam. - Nie zapytała Gage'a, co 

tu robi. Przestała czymkolwiek się interesować. 

- Zapomniałaś? - warknął. Z dezaprobatą potrząsnął 

głową. - Dlaczego więc od razu nie wysłałaś zaproszenia 

do rodziny Mansona? - zapytał ze złością. 

- Siedzą w więzieniu. - Blythe trochę się plątał język. 

- Nie tak dawno widziałam Mansona w jednej z telewizyj­

nych audycji. To straszny człowiek. Szalony. Może my 

wszyscy nie jesteśmy przy zdrowych zmysłach, żyjąc 

w tym mieście? - Wychyliła do dna zawartość kieliszka 

i znów sięgnęła po butelkę. 

Gage ubiegł ją. Wziął szampana do ręki. 

- Szefowo, jesteś zalana, 

- Naprawdę? - Przez dłuższą chwilę zastanawiała się 

nad stwierdzeniem Gage'a. - Może trochę-przyznała wre­

szcie. Wyciągnęła przed siebie kieliszek i czekała, aż zosta­

nie napełniony. - Ale za mało. 

Nigdy dotychczas nie zauważył, żeby Blythe Fielding 

nadużywała alkoholu. Zastanawiał się, co złego mogło się 

stać od popołudnia. 

- Jestem daleki od powstrzymywania cię przed dalszym 

popijaniem, ale czuję się w obowiązku przypomnieć, że 

nasz samolot odlatuje jutro z samego rana. 

- Pamiętam. - Pomachała kieliszkiem. - Przyjmij do 

wiadomości, że jestem osobą bardzo sumienną. Nigdy 

w życiu nie spóźniłam się na samolot. Nalejesz mi wreszcie 

tego szampana? 

- Jeśli jesteś na tyle głupia, żeby lecieć do Europy na 

gigantycznym kacu, nie będę cię powstrzymywał. 

Do kryształowego kieliszka nalał trochę musującego wi­

na. Blythe czekała na więcej. Zaklął pod nosem i napełnił 

kieliszek po brzegi. 

background image

52 • POTRÓJNE WESELE 

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się promiennie. - Napij się, 

proszę. - Skrzyżowała nogi. - Niestety, przyniosłam nad 

basen tylko jeden kieliszek. - Spojrzała za siebie. - W bun­

galowie mam ich więcej. 

W obawie, że pod jego nieobecność Blythe może się 

podnieść z leżaka i wpaść do wody, powiedział szybko: 

- Nie ma sprawy. Napiję się z butelki. 

- Jak chcesz. - Machnęła ręką i Gage zauważył, że nie 

ma na palcu swego zaręczynowego, brylantowego pier­

ścionka. 

Usiadł obok na krześle i przytknął butelkę do ust. Ostat­

ni raz pił szampana na uroczystości zakończenia akademii 

policyjnej, tyle że wtedy był to pośledni gatunek. 

- Z jakiej to okazji? 

- Święta Niepodległości. 

Gage nie zareagował. Nie mrugnął nawet okiem, choć 

miał na to wielką ochotę. 

- Okazja jak każda inna. - Wypił jeszcze łyk. 

Wolał piwo, czasami pijał szkocką whisky. Uznał jed­

nak, że szampan nie jest taki zły. 

To zdumiewające, pomyślała Blythe. Kiedy znajdowała 

się w pobliżu tego człowieka, zawsze była zdenerwowana 

i podekscytowana. Dziś jednak jego obecność działała na 

nią uspokajająco. 

Odwróciła się w stronę Gage'a. Sukienka uniosła się 

jeszcze bardziej. Odsłaniała całe uda. 

- Byłeś kiedyś zaręczony? - spytała. 

- Nic z tego nie wyszło - mruknął. Nie była to sprawa, 

którą się przejmował. Ani kiedyś, ani tym bardziej teraz. - To 

znaczy z zaręczyn. Nieoficjalnych. Kiedy rzuciłem naukę 

w szkole prawniczej i wstąpiłem do akademii policyjnej, 

dziewczyna uznała, że nie chce mieć w domu gliniarza. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 53 

Zamyślona Blythe spoglądała na wodę i sączyła szam­

pana. 

- Do wysyłania co dzień męża do pracy, nie wiedząc, 

czy go nie zabiją, chyba niełatwo się przyzwyczaić - po­

wiedziała po chwili, uprzytomniając sobie, jak wiele razy 

sama zamartwiała się o Cait. 

- Pewnie tak - przyznał Gage. - Ale nie o to chodziło. 

- Nie rozumiem. - Odwróciła wzrok znad wody i popa­

trzyła mu w twarz. Oczy miała teraz ogromne i czarne jak 

noc. Nieostrożny człowiek mógłby w nich utonąć, pomy­

ślał Gage. - Jeśli nie chodziło o strach o twoje życie... 

- zamilkła. 

- Szło o pieniądze. - Gage uprzytomnił sobie, że zer­

wane zaręczyny uraziły bardziej jego godność, niż złamały 

mu serce. - Prawnicy lepiej zarabiają. Tak więc wyszła za 

mąż za wziętego adwokata od spraw kryminalnych. Pozna­

ła go, gdy przysłuchiwała się w sądzie sprawie o morder­

stwo, w której zeznawałem jako świadek oskarżenia. Mie­

szkają teraz w Santa Barbara, a dokładniej w Montecito. 

Mają wspaniałą rezydencję, gosposię, dozorcę i bonę do 

trojga dzieci. Jak widać, w zawodzie prawnika zbrodnia 

popłaca. W wolnym czasie mąż gra w golfa i przesypia 

się, z kim popadnie. A żona pije i też nie przebiera w ko­

chankach. 

Gage wiedział o tym wszystkim, gdyż Sandi Cunnin­

gham telefonowała do niego parę razy w roku, gdy była 

pijana lub miała ochotę na mężczyznę. Nigdy jednak nie 

dal się nabrać na spotkanie pod pretekstem powspominania 

dobrych, starych czasów. 

- To takie smutne. - Ramiona Blythe pokryły się nagle 

gęsią skórką, gdy uprzytomniła sobie, jak sama była bliska 

życia według identycznego scenariusza. 

background image

54 • POTRÓJNE WESELE 

- Aha. - Nocny wietrzyk poruszył liście drzew okalają­

cych basen. Gage zobaczył, że Blythe drży. Opacznie zro­

zumiał jej reakcję. - Robi się zimno - oznajmił. - Czas iść 

do domu. I do łóżka. 

Od spojrzenia, które jej rzucił, Blythe zakręciło się 

w głowie. To z powodu szampana, pomyślała i odetchnęła 

z ulgą. 

- A więc znów wracamy do tego tematu - stwierdziła. 

Widząc, jak wojowniczo unosi podbródek, Gage zapragnął 

ją pocałować. Obawiał się jednak, że jeśli weźmie Blythe 

w ramiona, nic go już nie powstrzyma, a nie zamierzał 

kochać się z lekko nawet zalaną Blythe. Chciał, żeby była 

w pełni świadoma, kiedy do tego dojdzie, i by zapamiętała 

te wspólne chwile. 

- Tematu? Jakiego? - zdziwił się. Wstał, wyjął z rąk 

Blythe do połowy opróżniony kieliszek i postawił na stoli­

ku obok butelki. 

- Że masz na mnie ochotę. - Pozwoliła Gage'owi, by 

pomógł jej podnieść się z leżaka. - A ja pragnę ciebie. 

Był przekonany, że na trzeźwo nigdy nie zdobyłaby się 

na takie wyznanie. W każdym razie cieszyły go te słowa. 

Blythe z trudem trzymała się na nogach i chwiała na wszy­

stkie strony. Nic dziwnego. Zanim tu przyszedł, wypiła 

mnóstwo szampana. 

- Szefowo, nie martw się. Dziś jesteś bezpieczna. 

- Ach, tak. - Obraz jej pięknie wykrojonych, zmysło­

wych warg nawiedzał go w snach. - Ale dlaczego? - spyta­

ła. - Nie podobam ci się? 

Jedno z cieniutkich ramiączek zsunęło się, odkrywając 

mlecznobiałą skórę. Obcisła sukienka z czarnego jedwabiu 

uwidoczniała ponętne kształty, a na wysokich, cienkich ob­

casach smukłe nogi Blythe zdawały się nie mieć końca. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 55 

- Złotko, gdybyś była dla mnie choć odrobinę bardziej 

atrakcyjna, za same brudne myśli musieliby wsadzić mnie 

do więzienia. 

- Ach, tak. - Uśmiechnęła się z zadowoleniem. 

- Jestem także bardzo zdziwiony, że kupna takiej su­

kienki nie poprzedza obowiązkowy pięciodniowy okres 

oczekiwania. Jest śmiercionośna niczym pistolet. 

Zachwycona niecodziennymi komplementami, Blythe 

chciała zrobić obrót, pokazać się w całej krasie. Nie wysz­

ło. Zatoczyła się i gdyby Gage nie przyszedł z natychmia­

stową pomocą, znalazłaby się w wodzie. Złapał ją wpół 

i przerzucił sobie przez ramię. 

To powinno być karane. Pomyślał o oszałamiającym 

zapachu, który roztaczała ta kobieta, i ruszył przez ogród 

w stronę bungalowu. 

- Zawsze marzyłam o tym, by zostać porwana - zachi­

chotała Blythe, kiedy Gage wnosił ją do sypialni - ale 

targanie na plecach nie jest specjalnie romantyczne. Czy 

potrafiłbyś wyobrazić sobie Clarka Gable niosącego po 

schodach Vivien Leigh jak worek kartom? 

Do licha! Tu było jeszcze gorzej. Powinien wiedzieć, że 

sypialnia będzie przesiąknięta jej zapachem. Lekko ziryto­

wany, a zarazem podniecony, rzucił Blythe na łóżko. 

- Chcesz romansu? - zapytał, patrząc na jej nierucho­

me ciało spoczywające na materacu. 

Miał już po dziurki w nosie całej tej sytuacji, która 

sprawiała, że od miesięcy był jak w transie. Usiadł na łóżku 

obok Blythe, pochylił się i dotknął wargami rozchylo­

nych ust. 

Całując, tym razem nie drażnił jej ani się z nią nie dro­

czył. Blythe, silniej niż francuski szampan, którym go czę­

stowała, uderzała do głowy. Całowanie tej kobiety można 

background image

56 • POTRÓJNE WESELE 

było przyrównać do orzeźwiającego, zimnego napoju pite­

go przez spragnionego wędrowca po wielu dniach spędzo­

nych pod piekącym słońcem, na rozgrzanych piaskach pu­

styni. Było jak dobroczynne, ratujące życie światło we 

mgle. Jak... Jak... Nie, były to wrażenia z niczym niepo­

równywalne. 

Czułby się lepiej, gdyby Blythe się opierała. Choćby 

przez minutę. Ona jednak poddała się bez chwili wa­

hania. Jej palące usta przyprawiały o gorące dreszcze. 

W ostatniej chwili Gage przypomniał sobie o zasa­

dach, którymi kierował się w życiu, jeśli chodziło o ko­

biety. Próbował teraz wycofać się na bezpieczne pozycje, 

lecz właśnie Blythe przyciągnęła go do siebie, tak że 

stracił równowagę i padł na łóżko, przygniatając ją ca­

łym ciałem. 

Od chwili gdy ją poznał, niezliczenie wiele razy 

śnił o takiej scenie. Zycie nauczyło go jednak, że rzeczy­

wistość nie dorównuje fantazjom. Z Blythe było ina­

czej. Dokładnie tak jak sobie wymarzył. To na nią czekał, 

jej pragnął jak żadnej innej, była wyjątkowa, niepowta­

rzalna. 

Oderwał wargi od miękkich ust. Całował teraz szyję. 

Wyczuł miejsce, w którym bił puls. Szybko, nierówno. Oba 

wąskie ramiączka zsunęły się, a Gage uchwycił lekko zęba­

mi pachnącą, mlecznobiałą skórę. 

Z ust Blythe wyrwał się cichy jęk. Potem, gdy pieścił 

łagodniej, wyszeptała jakieś słowa. Nie wiedział: protestu 

czy zachęty. I zaraz potem wygięła ciało w łuk, prosząc 

w ten sposób o dalsze pieszczoty. Zsunął z niej suknię aż 

do talii i ze szkarłatnej, koronkowej koszulki wyswobodził 

najpierw jedną mlecznobiałą pierś, a potem drugą. Znala­

zły schronienie w jego dłoniach. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 57 

- Jak dobrze! - westchnęła. - Jeszcze. - Nie odczu­

wała wstydu, nie miała zahamowań. 

Blythe krzyknęła, gdy gorące usta i niecierpliwe dło­

nie rozpoczęły wędrówkę po jej ciele. Oto namiętność, któ­

rej podświadomie szukała, pasja, której pragnęła się pod­

dać, autentyczna, nie udawana. Poczuła nagle, że ogarnia 

ją szaleństwo. Alan nigdy nie wzbudził w niej takich 

emocji. 

Blythe miała za sobą pewne przeżycia. Poznała pożąda­

nie. Dopiero teraz jednak pojęła, jak cienka granica dzieli 

pragnienie od potrzeby, która domaga się natychmiastowe­

go zaspokojenia. Przyciągnęła Gage'a do siebie, dając do 

zrozumienia, że chce, by stali się jednością. 

Marzył o tym od miesięcy, a teraz się wahał. Dlaczego? 

Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Oderwał 

dłonie od ciała Blythe i przestał ją pieścić. 

- Gage? - Otworzyła oczy. Wargi miała drżące i opuch­

nięte od pocałunków. Oddychała nierówno. W jej oczach 

pojawił się niepokój. 

- Przepraszam - mruknął. Oparł dłonie na ramio­

nach Blythe. Potrzebował czasu, żeby się opanować. 

A także uspokoić i pojąć, co między nimi właściwie się 

dzieje. Zrozumieć, dlaczego wszystko, co dotyczyło tej 

kobiety, wydawało mu się zarazem znajome i zupełnie 

obce. - Nie wolno było mi tak postępować - dodał po 

chwili. 

Przeciągnęła po wargach językiem i zobaczyła błysk 

pożądania w oczach Gage'a. 

- Chciałam, żebyś to zrobił - szepnęła. - Pragnęłam 

twoich pocałunków. I pieszczot. - Zobaczył, jak Blythe 

przełyka ślinę. - Chciałam, żebyśmy się kochali. 

Słysząc te słowa, aż jęknął. Usiłował zachować się jak 

background image

58 • POTRÓJNE WESELE 

dżentelmen i bohater, co wiele go kosztowało. Blythe wca­

le mu nie pomagała. Ani trochę. 

- Lubię wiedzieć, że kobieta, z którą się kocham, jest 

w pełni świadoma i wie, z kim leży w łóżku - oznajmił. 

Słowa Gage'a uraziły dotkliwie Blythe. Niczym innym 

nie potrafiłby zranić jej bardziej. Aż się skuliła. 

- Jeśli myślisz - zaczęła - że na tym miejscu widzę 

Alana... 

- Nie. - Gage'owi zrobiło się nieswojo. Poczuł do sie­

bie obrzydzenie. Ujął palce Blythe i podniósł do ust. - Wy­

bacz. Nie powinienem tego mówić. 

Przysięgła sobie, że się nie rozpłacze. Zagryzła wargi. 

Po raz drugi tego dnia, i po raz drugi w swym dwudzie­

stopięcioletnim życiu, była gotowa rzucić się w objęcia 

mężczyzny. Tylko że ani jeden, ani drugi jej nie chciał. 

- Tak. Nie powinieneś - potwierdziła. Usiadła na łóżku, 

oparła się o poduszki i rzuciła Gage'owi pełne wyrzutu 

spojrzenie. - Nie powinieneś nawet tak pomyśleć, a co do­

piero mówić. 

W oczach miała urazę i gniew. Włosy opadały ciemną 

falą na nagie ramiona, kontrastowały z mlecznobiałą cerą. 

Patrząc na tę ponętną piękność, Gage pożałował swej rycer­

skości. 

- Posłuchaj, miałaś dziś długi i ciężki dzień - powie­

dział wymijająco. -I chociaż wierzę ci, że nie masz zwy­

czaju spóźniać się na samolot, powinnaś jednak trochę się 

przespać. - Wysunął rękę i przeciągnął dłonią po zwichrzo­

nych włosach Blythe. - Pogadamy jutro. Zgoda? 

Miała ochotę się sprzeciwić. Musiała jednak przyznać, 

że przez Gage'a przemawia rozsądek. Poczuła się nagle 

bardzo zmęczona, niemal półżywa. 

- Jutro może wcale nie zechcę odzywać się do ciebie. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 59 

Ostry ton jej głosu tak silnie kontrastował z wyglądem, 

że wywołał uśmiech na twarzy Gage'a. 

- Zaryzykuję. - Pochylił się i musnął lekko wargi 

Blythe. - Dobrej nocy, moja miła - szepnął. 

I zaraz sobie poszedł. 

- Spóźniłeś się - stwierdziła Aleksandra. 

Patrick stanął w drzwiach łazienki i popatrzył na żonę. 

Zanurzona aż po szyję, leżała w czarnej, marmurowej wan­

nie. Skąpana w pianie, wyglądała ponętnie. Jak zawsze. 

Była boginią seksu. 

Gęste włosy upięła na czubku głowy. Czarne, wijące się 

loki opadały wokół twarzy. Kilka kosmyków, zwilżonych 

wodą, kontrastowało na szyi z alabastrową skórą. 

Oczy miała osłonięte gęstymi, długimi rzęsami. Cie­

mnymi jak nocne niebo nad rosyjskim stepem. Pełne, 

kształtne wargi miały naturalną barwę dojrzałych malin. 

Nie musiała ich w ogóle malować, chyba że stawała przed 

kamerą. 

Aleksandra Romanow stanowiła ucieleśnienie marzeń 

mężczyzny. Także Patricka Reardona. 

Już dziesięć miesięcy trwało ich małżeństwo, a on nadal 

był zauroczony. 

- Przepraszam. - Odpiął spinki u mankietów. - Zosta­

łem dłużej w studiu. 

Wszedł do łazienki. Otoczyła go specyficzna aura. 

Ten sam oszałamiający zapach bił od Aleksandry ka­

żdego ranka i wieczora. Nie dalej jak wczoraj Patrick na­

maszczał własnoręcznie różanym kremem piękne ciało 

żony. 

Przypomniawszy sobie, jak przycisnęła jego dłoń do 

mlecznobiałych ud, prosiła o pieszczoty, a wreszcie krzy-

background image

60 • POTRÓJNE WESELE 

czała w ekstazie w swym rodzimym języku, znów poczuł 

przypływ pożądania. 

- Nienawidzę Waltera Sterna - oznajmiła mężowi. Wy­

jęła nogę z wody i zaczęła ją namydlać. 

- Nie ty jedna. Nie znosi go mnóstwo ludzi. 

Stosunki Patricka z szefem Xanadu Studios były popra­

wne, aczkolwiek nigdy nie przyjacielskie. Aż do momentu, 

w którym młody, zdolny scenarzysta rozwścieczył Waltera 

Sterna, żeniąc się z jego największą gwiazdą. Kobietą, któ­

rą ten despotyczny i zachłanny człowiek uważał za wyłącz­

ną własność wytwórni, a więc i swoją. Od tej pory ich 

współpraca stała się niemożliwa. 

Każdemu, kto się nadarzył, z największymi plotkarka­

mi, Heddą Hopper i Louella Parsons na czele, Walter Stem 

oznajmiał, że z chwilą wyjścia za mąż Aleksandra przestała 

być seksowna. A to z kolei groziło pomniejszeniem zy­

sków Xanadu Studios. 

Patrick sądził jednak, że głównym powodem, dla które­

go Walter Stem rzucał teraz gromy na Aleksandrę, była 

zazdrość. Nie on był mężczyzną, z którym ta ponętna ko­

bieta spędzała teraz wszystkie noce. 

- O co mu chodzi? - spytała męża Aleksandra. 

- Nie mam pojęcia - odparł. Nie zwrócił uwagi na nie­

pokój w jej głosie. Zbyt często się przejmowała błahostka­

mi. Patrick obwiniał za to jej rosyjską naturę. 

Niewiele mówiła o swej przeszłości. Jeśli wierzyć do­

niesieniom z odległego kraju, wczesne lata życia Aleksan­

dry były bardzo trudne. 

Patrick zdjął koszulę i rzucił w kąt łazienki. 

- Tak jak chciał, czekałem na niego w wytwórni. Kiedy 

się nie pokazał, wróciłem do domu. 

- Dobrze zrobiłeś. - Aleksandra myła teraz drugą nogę. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 61 

Jaskrawo polakierowane paznokcie połyskiwały jak rubi­

ny. - Czułam się samotna i opuszczona. Czekałam na cie­

bie. - Spojrzenie Patricka przesunęło się po jej ciele. - Dla­

tego zaczęłam kąpać się sama. 

- Nic straconego. Zaraz to nadrobimy. 

Usiadł na miękkim taborecie obitym różowym jedwa­

biem i zaczął ściągać buty. Potem wstał i zdjął spodnie. 

Aleksandra patrzyła, jak Patrick odpina metalowe guzi­

ki. Pod wpływem jej wzroku oblała go fala gorąca. 

Jedną z cech, które cenił w niej najbardziej, było to, że 

od samego początku, od pierwszego spotkania, nie zacho­

wywała się pruderyjnie. Okazywała otwarcie, jak bardzo go 

pragnie. Tak samo zresztą, jak on pożądał jej. Dwadzieścia 

minut po zawarciu znajomości kochali się na tylnym sie­

dzeniu rolls-royce'a. Patrick nigdy potem nie potrafił odpo­

wiedzieć sobie na pytanie, kto kogo uwiódł. 

Na widok pożądania malującego się na twarzy męża, 

Aleksandra uśmiechnęła się zmysłowo. Przeciągnęła języ­

kiem po wargach. 

- Teraz? - spytała. 

- Potem. - Ukląkł obok wanny, wziął gąbkę i wsunął 

rękę pod wodę. - Potem. 

Atmosfera była przesiąknięta erotyzmem. Nie spie­

sząc się, bardzo powoli, Patrick mył każdy centymetr pięk­

nego ciała. Była najbardziej namiętną kobietą, jaką znał. 

Potrafił doprowadzić ją do szaleństwa delikatnymi piesz­

czotami. Całując piersi, drażniąc zębami skórę pod kola­

nem lub dotykając czubkiem języka czułego miejsca za 

uchem. 

- Mam dość! - Śmiejąc się, a zarazem płacząc i wyma­

wiając niezrozumiałe słowa, użyła całych swych sił, żeby 

wciągnąć Patricka do wanny. 

background image

62 • POTRÓJNE WESELE 

Kiedy znalazł się obok niej, po raz nie wiadomo który, 

odkąd zamieszkali razem w tym domu, uznał, że Aleksan­

dra Romanow Reardon potrafi spełnić wszystkie jego naj­

skrytsze erotyczne marzenia. 

background image

ROZDZIAŁ 

Noc nie przyniosła Gage'owi wypoczynku. Przeciwnie 

- zmęczyła go. Nie spał, tylko drzemał, a od bezustannego 

przewracania się na łóżku był obolały na całym ciele. 

I sfrustrowany. 

- Do diabła z tym wszystkim - warknął półgłosem. 

Pojękując, wstał i powlókł się do kuchni. Wypił jedną 

szklankę lodowatej wody, a zaraz potem drugą. Zachowy­

wał się głupio i w ogóle wszystko w jego życiu było ostat­

nio idiotyczne i niezrozumiałe. W sennych majakach wy­

stępowała nie Blythe, lecz Aleksandra Romanow. 

- Cały problem, bracie, polega na tym, że już stanow­

czo zbyt długo obywasz się bez kobiety - monologował, 

odstawiając do zlewu opróżnioną szklankę. 

Postanowił wrócić do łóżka. Musiał przejść przez duży 

pokój, aby znaleźć się w sypialni. Jego spojrzenie padło na 

ogromne lustro. 

- Och, do licha, tego już za wiele! - Przeciągnął dłońmi 

po twarzy, nie wierząc własnym oczom i uznając, że to 

przywidzenie spowodowane niewyspaniem. Gdy po chwili 

ponownie zwrócił wzrok na lustro, ujrzał w nim eteryczną 

sylwetkę kobiety o czarnych włosach, w jasnej, powiewnej 

sukni. 

background image

64 • POTRÓJNE WESELE 

Właściwie nawet się nie zdziwił. Ostatnio bez przerwy 

przydarzały mu się nieprawdopodobne sytuacje. 

- No i co? - odezwał się wyzywająco do zjawy w lu­

strze. - Co teraz zamierzasz? Przyszłaś, żeby urzeczywist­

nić moje najskrytsze marzenie? A może to będzie coś bar­

dzo złego? 

Piękna dama milczała. 

- Niepotrzebne mi następne problemy - powiedział. -

Po pierwsze, mam sporo roboty. Wcale się zresztą na to nie 

uskarżam. Wszystkie sprawy, które ostatnio prowadzę, 

zbyt ślamazarnie posuwają się naprzód. A już jak po gru­

dzie idzie mi śledztwo dotyczące Aleksandry Romanow 

Reardon. Niczego nie daje się przewidzieć. - Gage zastana­

wiał się przez chwilę, czy piękna zjawa o smutnych oczach 

potrafi zgadywać myśli. - A po drugie - ciągnął - mam do 

czynienia z dwiema kobietami i doprowadza mnie to do 

szału. Trzeciej już bym nie zdzierżył. A więc bez obrazy, 

moja kochana, zmykaj stąd szybko i wracaj tam, gdzie 

mieszkają inne duchy. 

Znów nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Na ustach kobie­

ty pojawił się jednak nikły uśmiech. I zaraz potem zniknęła. 

Rozpłynęła się w srebrnej, lustrzanej tafli. 

Gage spojrzał na zegarek. Miał jeszcze dwie godziny do 

wyjazdu na lotnisko. Postanowił sensownie je wykorzy­

stać. Odrobić zmęczenie po źle przespanej nocy, poprawić 

sobie nastrój i samopoczucie. Zdecydował się na poranny 

jogging. Wciągnął szorty, wyblakłą koszulkę i sportowe 

buty. Wyszedł z domu i ruszył truchtem w trasę. Przebiegł 

dziesięć kilometrów. Po powrocie zastał mieszkanie skąpa­

ne w złotym blasku porannego słońca. Od wysiłku serce 

waliło mu jak młotem, zgrzał się i koszulka lepiła mu się do 

ciała. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 65 

Niestety, bieg powodując fizyczne zmęczenie, nie roz­

proszył niespokojnych myśli. Jak powinien postąpić 

z Blythe? Już wkrótce rozpocznie się ich wspólna podróż 

do Grecji - będą stale przebywać razem. Czy zrodzi się 

z tego romans? A jeśli tak, to jak szybko się wypali ich 

gorąca namiętność? Czy to wszystko ma sens? 

Rzecz w tym, że Gage nie potrafił myśleć racjonalnie 

o swojej znajomości z Blythe. 

Obudziły ją ostre promienie słońca. Lekko się poruszyła. 

Głowę miała jak z ołowiu. Jęknęła głośno i wtuliła twarz 

w poduszkę. 

- Pora wstawać - oznajmił Gage. 

- Idź sobie - mruknęła Blythe, nie podnosząc głowy. 

- Chętnie to zrobię, ale uprzedzam, że wtedy po raz 

pierwszy w życiu spóźnisz się na samolot. 

Na samą myśl, że będzie musiała spędzić w powietrzu 

wiele godzin, jęknęła znowu. 

- Dlaczego wczoraj mnie nie powstrzymałeś? 

Miała na myśli szampana, było to oczywiste. A Gage 

postanowił taktownie przemilczeć, że z dużym trudem 

powstrzymał ją i siebie przed zrobieniem czegoś znacz­

nie bardziej niebezpiecznego niż wypicie butelki szam­

pana. 

- Zdążyłaś się zalać, zanim się zjawiłem -przypomniał. 

- Proponowałem, abyś zwolniła tempo, lecz miałaś na ten 

temat inne zdanie. 

- To z powodu Alana - oznajmiła Blythe, przypomnia­

wszy sobie wizytę u narzeczonego i wszystkie jej konse­

kwencje. 

- Tak też sobie pomyślałem. Gdybyś mnie spytała, 

uprzedziłbym, że to nie skutkuje. 

background image

66 • POTRÓJNE WESELE 

Blythe odrzuciła na bok poduszkę. Z trudem uniosła 

ciężkie powieki. 

Ostrożnie i powoli usiadła na brzegu łóżka. W głowie jej 

huczało. 

- Próbowałeś kiedyś utopić w alkoholu smutek lub roz­

czarowanie związane ze znajomością z jakąś kobietą? -

spytała, po czym przeciągnęła językiem po spieczonych 

wargach. Były suche jak pieprz. 

- Tylko raz. Miałem potem gigantycznego kaca. Takie­

go samego, jakiego ty się dorobiłaś. I wiesz, co ci powiem? 

- Co? 

- Do tej pory nie udało mi się przestać o tobie myśleć 

- mruknął. 

Było to stanowczo zbyt wiele jak na ograniczone możli­

wości percepcyjne Blythe. I bez wyznania Gage'a czuła się 

okropnie. Kiedy był w pobliżu, spalał ją wewnętrzny ogień. 

Plątanina faktów, snów i marzeń sprawiała, że przestała 

wiedzieć, co działo się na jawie, a co nie. 

- Gage... -zaczęła. 

- Nie przejmuj się. - Uśmiechnął się łagodnie. - Nie 

będę cię ponaglał ani do niczego namawiał. Poczekam, aż 

sama zechcesz. - Widząc jej ziemistą twarz i czerwone, 

zapuchnięte oczy, podał jej szklankę. -Wypij. Przestaniesz 

się męczyć. 

Spojrzała podejrzliwie na gęstą, czerwonawą ciecz. 

- Co to jest? 

- Lek na kaca. Stary jak świat. Zrobiony według rodzin­

nej recepty. 

- Wygląda jak jakiś środek toksyczny. 

- I tak smakuje - przyznał Gage. - Ale działa. - Od 

jego ciepłego uśmiechu Blythe na chwilę poczuła się lepiej. 

- Zaufaj mi - dodał. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 67 

- Fu, ależ to obrzydliwe. - Blythe wypiła łyk mikstury. 

Smakowała tak okropnie, że mogłaby raz na zawsze znie­

chęcić do alkoholu. - Co to jest? 

- Lepiej, żebyś nie wiedziała. No, szefowo, odwagi. 

Wypij do dna. Zaraz dostaniesz kawę. Już zaparzyłem. 

Zamknęła oczy i bohatersko przełknęła zawartość 

szklanki. 

- Chyba zaraz umrę -jęknęła, opadając na poduszki. 

Była bardzo blada. Gage usiadł na brzegu łóżka i wierz­

chem dłoni otarł policzek Blythe. 

- Facet nie był tego wart. 

- Wiem. - Przeciągnęła ręką po twarzy. Otworzyła 

oczy. - Zachowałam się idiotycznie, ale byłam cholernie 

wściekła. 

- Wściekła? 

Z wyrazu przymrużonych oczu Blythe Gage zoriento­

wał się, że ból musi rozsadzać jej czaszkę. Kolistymi rucha­

mi zaczął delikatnie masować skronie. 

Dosłyszała pytanie, mimo że głowa jej pękała. 

- Nie chcę o tym mówić. Przynajmniej na razie. 

- W porządku. - Gage nachylił się i na zmarszczonym 

czole Blythe złożył lekki pocałunek. - Szefowa ma zawsze 

rację. Wielokrotnie dawałaś mi to do zrozumienia. 

Zanim zdołała zaprotestować, Gage wziął ją na ręce 

. i zaniósł do łazienki. Zastanawiał się, czy nie ściągnąć 

z Blythe jedwabnej nocnej koszuli, uznał jednak, że poku­

sa byłaby wówczas zbyt silna. Postawił Blythe i odkręcił 

prysznic. 

- Do diabła, Gage! - krzyknęła, gdy wstawił ją pod 

silny strumień wody. - Co robisz najlepszego? 

- Staram się, byśmy zdążyli na nasz samolot. - Dał jej 

lekkiego klapsa, usiłując nie widzieć, jak zmoczony zielo-

background image

68 • POTRÓJNE WESELE 

ny jedwab kusząco oblepia zgrabne pośladki. - Jeszcze mi 

za to podziękujesz, kiedy odnajdziemy Nataszę. 

- Chyba że wcześniej zginiesz z mojej ręki - sarknęła 

w odpowiedzi. 

Podczas całego lotu do Nowego Jorku nie odezwała 

się ani słowem. Widząc, jak z zamkniętymi oczami wpół-

leży w fotelu, Gage uznał, że jej niechęć do rozmowy 

wypływa nie tylko ze złego samopoczucia, lecz także 

z irytacji spowodowanej jego zachowaniem dzisiejszego 

ranka. 

Gdy wylądowali na lotnisku Kennedy'ego i znaleźli się 

w międzykontynentalnym terminalu, Blythe poczuła się 

lepiej. 

- Umieram z głodu - oznajmiła, kiedy sprawdzili na 

ekranie porę odlotu i przekonali się, że ich samolot do 

Europy ma godzinę opóźnienia. 

- Nic dziwnego. Nie jadłaś przez cały dzień. 

- Po tym paskudztwie, którym mnie rano uraczyłeś, 

bałam się brać cokolwiek do ust. 

- Grunt, że żyjesz. To najważniejsze. Zaczynasz wyglą­

dać jak człowiek. Nie jesteś już zielona. - Nachylił się 

i zdjął z nosa Blythe ciemne okulary, z którymi nie rozsta­

wała się od szóstej rano. - Oczy też wyglądają lepiej -

skonstatował. 

- To, co dałeś mi do wypicia, było naprawdę obrzydli­

we, ale, przyznaję uczciwie, pomogło. Czuję się nieźle. 

Zjadłabym zaraz hamburgera z frytkami. 

- Tutaj? - skrzywił się Gage. 

- Nie zdążymy pojechać na Manhattan na wytworną 

kolację - przypomniała. 

- Racja. 

Jedną z rzeczy, które Gage lubił u Blythe, było to, że nie 

background image

POTRÓJNE WESELE • 69 

miała w sobie za grosz snobizmu, choć była uznaną i sław­

ną aktorką filmową. Zachowywała się bezpośrednio, nie 

przybierała póz i po prostu starała się być sobą. 

- Faktycznie byłaś głodna - stwierdził, widząc, w ja­

kim tempie Blythe pochłonęła hamburgera i solidną porcję 

frytek. 

- Tak. - Jedzenie zrobiło swoje. Poczuła się zdecydo­

wanie lepiej. - Odkąd pamiętam, zawsze miałam wilczy 

apetyt. Ciągle sobie powtarzam, że muszę się pilnować, aby 

nie przybrać na wadze. 

W kąciku ust miała odrobinę keczupu. Gage otarł je 

bibułkową serwetką umoczoną w wodzie. 

- A propos pilnowania, żebyś nie utyła. Może, szefowo, 

dorzucisz to zadanie do moich codziennych zawodowych 

obowiązków? - Obrzucił Blythe przeciągłym spojrzeniem. 

- Chociaż, szczerze mówiąc, byłoby nie w porządku, gdy­

bym za tę robotę miał żądać zapłaty. Patrzenie na ciebie jest 

jednym z moich ulubionych zajęć. 

I znów to się stało! Hałaśliwe odgłosy ruchliwego lotni­

ska zginęły w tle. Blythe wydawało się, że w terminalu nie 

ma nikogo oprócz Gage'a i niej. Tylko w terminalu? Nie, 

na całej kuli ziemskiej. W całym wszechświecie. 

- Na nas chyba pora. Chodźmy lepiej do wyjścia. - Czy 

był to naprawdę jej własny głos? - zastanawiała się Blythe. 

Taki stonowany i rzeczowy. 

- Dobrze. - Czubkami palców dotknął lekko jej wło­

sów. -Naprawdę jesteś urocza. 

Srebrnoniebieskie oczy Gage'a działały hipnotyzujące 

Pociągały. Ten człowiek wprowadzał ją zawsze w stan 

podekscytowania i niepokoju. Obawiała się tych odczuć, 

lecz zarazem godziła z ich nieuchronnością. 

- Nawet z kacem? - spytała ze stoickim spokojem, któ-

background image

70 • POTRÓJNE WESELE 

rym ani na sekundę nie zwiodła Gage'a. Cofnęła się poza 

zasięg jego ręki. 

- Nawet z kacem. Zawsze. 

Mimo że ruchliwy bar na lotnisku raczej nie nadawał się 

do prywatnych rozmów, Blythe postanowiła przytrzeć nosa 

swemu towarzyszowi podróży. 

- Rozczarowujesz mnie - stwierdziła. Uniósł brwi i 

o nic nie spytał, więc mówiła dalej: - Sądziłam, że jesteś 

inny. Że różnisz się od tych wszystkich gogusiów, którzy 

poza hollywoodzkim blichtrem nie widzą absolutnie nic. 

Usłyszawszy ten absurdalny zarzut, Gage roześmiał się 

ponuro. Kiedy po raz pierwszy ujrzał Blythe Fielding, tym, 

co go raziło, był właśnie jej hollywoodzki blichtr. 

Już wtedy zdał sobie jednak sprawę, że pod piękną buzią 

i nienaganną sylwetką kryje się fascynująca osobowość. 

I że kontakt z tą nieprzeciętną kobietą może być dla niego 

niebezpieczny. Pod każdym względem. 

Zesztywniała. 

- Czyżbym powiedziała coś śmiesznego? 

Och, do licha, nie zamierzał robić jej przykrości. Od 

razu spoważniał. 

- Nie - odparł miękkim głosem. W jego spojrzeniu by­

ło wiele czułości. Blythe odniosła znowu dziwne wrażenie, 

że znają się z Gage'em od lat, że jest on świadom wszelkich 

jej zalet i wad, a mimo to ją kocha. 

Kocha? Nie, to nie miłość, lecz pożądanie, poprawiła się 

szybko. Między tymi odczuciami była przecież ogromna 

różnica. 

- Przyznaję bez bicia, że od samego początku naszej 

znajomości miałem na ciebie ochotę - powiedział, jakby na 

potwierdzenie myśli Blythe. -I nadal cię pragnę. Z każdą 

chwilą bardziej. Ale to nie wszystko. Blythe, zależy mi na 

background image

POTRÓJNE WESELE • 71 

tobie. Bardziej, niż sam tego chciałbym. I o wiele bardziej, 

niż powinno. - Trzymała dłoń opartą na kolanie. Położył na 

niej swoją. - Interesuje mnie nie największa gwiazda fil­

mowa Xanadu Studios, lecz inteligentna, ciepła i niezwy­

kle ponętna kobieta, którą jesteś. 

Słowa te powiedział tak swobodnie i prosto, że Blythe 

uznała je za prawdziwe. Wiedziała, że wszelka egzaltacja 

była Gage'owi zupełnie obca. Był szczery i nieposzlako­

wanie uczciwy, ale w żadnym razie nie wylewny. Wiele 

musiało go kosztować takie wyznanie. 

Odwróciła rękę złożoną na kolanie i zacisnęła na dłoni 

Gage'a. Chwilę potem spletli palce. Milczeli. Żadne słowa 

nie były im potrzebne. 

Upłynęło wiele długich godzin, zanim wylądowali 

w Atenach. Gage jeszcze z lotniska zadzwonił do swego 

greckiego kolegi, który trzymał rękę na pulsie i śledził 

poczynania Nataszy. 

- Opuściła Serifos - oznajmił. 

- To wspaniale - mruknęła Blythe. Zirytowana, prze­

ciągnęła dłonią po włosach. - Jeśli powiesz mi zaraz, że 

jest właśnie w drodze powrotnej do Stanów, rzucę się ze 

szczytu najbliższej świątyni. 

Mimo drzemki podczas lotu nad oceanem była zmęczo­

na. Pod oczyma miała głębokie cienie, a lekkie kolory, 

które wystąpiły na jej twarzy po zjedzeniu hamburgera 

w Nowym Jorku, znów ustąpiły bladości. Nadal jednak, 

zdaniem Gage'a, wyglądała zachwycająco. Idealny owal 

twarzy i proporcjonalne rysy sprawiały, że kiedy Blythe 

Fielding osiągnie wiek Nataszy Kuryan, nadał będzie pięk­

ną kobietą. 

- Mamy szczęście. - Gage miał ochotę wygładzić poca-

background image

72 • POTRÓJNE WESELE 

łunkiem zmarszczkę na czole Blythe, ale wziął tylko jej 

dłoń i kolejno ucałował wszystkie palce. - Jacht, którym 

płynęła, zawinął do Myken. 

- Tak? 

- Teraz jest w drodze na Eginę. - Gage musnął warga­

mi kostki palców Blythe. - Powinien tam dopłynąć za kilka 

godzin. - Dotknął wargami wewnętrznej strony jej nadgar­

stka. Miała miarowy, lecz szybki puls. - A my możemy być 

na tej wyspie już za pół godziny. 

- Co będziemy robić, zanim ją spotkamy? - spytała. 

- Znajdziemy sobie jakieś lokum. Później coś prze­

gryziemy. Może nawet zdążymy trochę się przespać. - Po­

chylił się i lekko ją pocałował. - Potem będę miał parę 

sugestii. - Uśmiech na twarzy Gage'a oczarowałby każdą 

kobietę. 

- Nie wątpię. - Blythe nie chciała, żeby Gage spoglądał 

na nią tak łakomym wzrokiem i całował w publicznych 

miejscach. Podniosła się z twardego, plastykowego krzes­

ła. - No to chodźmy. Marzę o łóżku. 

Gage wziął obie walizki. Jedną wsunął sobie pod pachę. 

- Ja też - mruknął jakby do siebie. Co do tego, że mówił 

prawdę, Blythe nie miała najmniejszych wątpliwości. 

Budowę starożytnego portu o nazwie Pireus w piątym 

wieku przed naszą erą zainicjował Temistokles. Znajdowa­

ły w nim wówczas schronienie galery należące do ateńskiej 

floty. Dziś w osłoniętych od wiatru przystaniach kołysały 

się na wodzie jachty i statki wycieczkowe. 

Decydując się na szybszy środek lokomocji, Blythe 

i Gage wsiedli do jednego przycumowanych w przystani 

żółto-niebieskich wodolotów. Wypisana na burcie nazwa 

„Latający delfin" idealnie do niego pasowała. Chociaż 

Blythe nie była podatna na chorobę morską, teraz dzięko-

background image

POTRÓJNE WESELE » 73 

wała w duchu Gage'owi, że uraczył ją swą paskudną mi­

ksturą na kaca. 

Dopłynęli na miejsce. Egina, wyspa położona w Zatoce 

Sarońskiej, była skąpana w złotych promieniach słońca. 

Zbocza wzgórz były usiane licznymi białymi domami, 

schodzącymi tarasami w dół, do morza. Dachy, pokryte 

niegdyś czerwoną dachówką, wypalone od słońca, przybra­

ły teraz bladoróżową barwę. Drzwi i ramy okienne zostały 

pomalowane na żywe kolory: czerwony, niebieski i turku­

sowy. 

- Jakie to piękne - entuzjazmowała się Blythe, gdy do­

bili do brzegu. 

- Mówisz tak, jakbyś nigdy przedtem tu nie była. -

Obok przycumowanych do nabrzeża łodzi, na których 

sprzedawano owoce i warzywa, Gage poprowadził ją do 

rzędu małych konnych dorożek. Jazda taksówką okazałaby 

się pewnie bardziej praktyczna, lecz postępowanie Gage'a 

było dalekie od tego, co sensowne. - Wydawało mi się, że 

byłaś w Grecji. 

- Tak. Byłam. Ale to stare dzieje. Kręciliśmy tu film, 

lecz Eginy nigdy nie zwiedzałam. - Blythe czekała, aż 

Gage pomoże woźnicy załadować bagaże. - Mając piętna­

ście lat, zwiedzałam Kretę - dodała, gdy Gage pomógł jej 

usadowić się na wysokiej ławce. - Trzy tygodnie kręcili­

śmy film. 

Uśmiech na twarzy Blythe był bardziej promienny 

niż śródziemnomorskie słońce. Gage dziękował w duchu 

Nataszy, że przywiodła ich w tak urocze, romantyczne 

miejsce. 

- Musiała to być duża frajda. 

- Tak. Ogromna. W naszym hotelu pracował super-

przystojny kelner. Miał na imię Nikos. Nikos Dasskalakis. 

background image

74 • POTRÓJNE WESELE 

Gage poczuł ukłucie zazdrości. Po tylu latach Blythe 

pamiętała nawet nazwisko jakiegoś greckiego bubka! 

- Szczęściarz z tego Nikosa - powiedział z lekkim 

przekąsem. 

W głosie Gage'a wyczuła nutę zawodu. Czyżby był 

zazdrosny? Ta myśl sprawiła jej przyjemność. 

- Kiedy wracam pamięcią do tamtych dni, zdaję sobie 

sprawę, że zrobiłam wtedy z siebie kompletną idiotkę. Ile 

wlezie flirtowałam z Nikosem, uwodziłam go w każdy mo­

żliwy sposób, ale on chyba traktował mnie jak dzieciaka. 

Sama uważałam się za dorosłą. - Blythe uśmiechnęła się do 

własnych myśli. - W końcu, ostatniego wieczoru przed 

powrotem do Stanów, zdecydowałam się na akt czysto 

szczeniackiej desperacji. Poszłam za Nikosem do jego do­

mu. Wymyśliłam sobie, że ukryję się gdzieś w cieniu i po­

czekam, aż pójdzie do łóżka. Wtedy wśliznę się do jego 

sypialni i pokażę mu, jak bardzo jestem dojrzała. 

Gage wziął Blythe za rękę. Był zadowolony, że nie 

cofnęła dłoni. 

- No i co? Co było dalej? Dał ci się uwieść? 

Blythe roześmiała się wesoło. 

- Okazało się, że mieszka z kobietą. Była jakieś dzie­

sięć lat starsza ode mnie, bez porównania atrakcyjniejsza i 

ó niebo bardziej seksowna. Nie zamknęli okiennic. Patrzy­

łam, jak pocałunkiem wita Nikosa. Jeszcze nigdy w życiu 

nie widziałam czegoś podobnie namiętnego. Nawet w ki­

nie. Rozgoryczona uznałam więc, że takie całowanie jest 

nie na moje możliwości. Wróciłam potulnie do hotelu i re­

sztę nocy przepłakałam w poduszkę. 

- Jakoś to przeżyłaś. 

- Oczywiście. - Głos Blythe nabrał twardości. - Za­

wsze mi się to udaje. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 75 

Ich spojrzenia się spotkały. Dla Gage'a stało się oczywi­

ste, że przestali rozmawiać o dziewczęcym zadurzeniu 

Blythe. 

- Jest coś, co chcę wiedzieć - odezwał się po chwili. -

O wczorajszym wieczorze. 

Na samo wspomnienie Blythe zesztywniała. Odwróciła 

wzrok. Udawała, że przygląda się starym kobietom. Były 

ubrane na czarno. Jedna z nich piekła chleb w piecu usta­

wionym przed domem. 

Blythe potrząsnęła głową. 

- Wiesz przecież, że nie chcę rozmawiać na ten temat. 

- Wiem. Wiem też, że nie powinno mnie to obchodzić. 

Jest jednak pewna rzecz, o której nie mogę przestać myśleć, 

odkąd zobaczyłem, jak upijasz się szampanem. Pocałowa­

łem cię, a ty mi oddałaś pocałunek. - Gage ujął w dłonie 

twarz Blythe i popatrzył na nią badawczo. - Chodziło 

o zwykłą sprzeczkę zakochanych czy też na dobre z nim 

skończyłaś? 

- Skończyłam - oznajmiła po chwili. 

Po oczach Blythe poznał, że mówi prawdę. To jednak 

nie wystarczało. Musiał dowiedzieć się więcej. 

- Słuchaj - zaczął - jest jeszcze jedna rzecz... 

- Daj spokój, Gage. 

- Ustąp, proszę. - Palcami dotknął lekko jej policzka. 

Blythe zdawała sobie sprawę, że siedzi teraz naprzeciw 

niej jeden z najtwardszych i najsilniejszych psychicznie 

mężczyzn, z jakimi miała kiedykolwiek do czynienia. Była 

pewna, że prośba z trudem przechodzi mu przez gardło. 

- Co chcesz wiedzieć? - spytała. 

- Kto zerwał? Ty czy on? 

- Ja. 

- Dlaczego? Czy facet zrobił coś, co ci się nie spodoba-

background image

76 • POTRÓJNE WESELE 

ło? A może przejrzałaś wreszcie na oczy i postanowiłaś nie 

zostawać żoną nadętego i egoistycznego snoba? 

Blythe zdecydowała się wyjawić Gage'owi prawdę. 

- Powiem ci, co się stało wczoraj. Pod warunkiem, że 

już więcej nie wymówisz przy mnie jego imienia. 

- W porządku - mruknął. Nie miałby nic przeciwko 

temu, gdyby kolejne trzęsienie ziemi pochłonęło zarówno 

dom antypatycznego doktora Sturgessa, jak i jego samego. 

Kiedy dorożka wiozła ich po wyspie wąskimi, krętymi 

drogami, Blythe wyjaśniła Gage'owi, dlaczego początko­

wo zdecydowała się na małżeństwo z Alanem i że potem 

zaczęła mieć obiekcje. Postanowiła złożyć mu wczoraj 

wizytę, by móc rozwiać powstałe wątpliwości. Opowie­

działa też o Alanie i Brittany. I o tym, że człowiek, z któ­

rym chciała się związać na całe życie, oświadczył jej, iż 

posiadanie przez niego kochanki nie ma żadnego znaczenia 

i że powinni się pobrać. 

- Miał nawet czelność mnie obwiniać. 

Nie zdziwiło to Gage'a. Gdy poznał Blythe, zaczął inte­

resować się jej narzeczonym. Na własną rękę przeprowa­

dził małe dochodzenie i odkrył, że w domu doktora regu­

larnie spędzają noce rozmaite kobiety. Ostatnio wielokrot­

nie miał ochotę poinformować o tym Blythe. Uznał jednak, 

że lepiej będzie, gdy sama, bez jego udziału, dokona wybo­

ru. Pragnął, żeby przyszła do niego z własnej woli. 

- A więc bubek działa na dwa fronty - powiedział tyl­

ko, wzruszając ramionami. - Masz szczęście, że dowie­

działaś się o tym, zanim ponownie pospieszyłaś do ołtarza. 

Ich oczy się spotkały. Blythe wiedziała, że oboje myślą 

o tym samym. Dobrze pamiętała ostatnie chwile przed nie­

doszłym ślubem. Dosłownie za parę sekund miała podejść 

do Alana i wymówić słowa małżeńskiej przysięgi, a tym-

background image

POTRÓJNE WESELE • 77 

czasem jej myśli w niepojęty sposób krążyły wokół innego 

mężczyzny, Gage'a Remingtona, znajdującego się wśród 

gości. Potknęła się i wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Roz­

począł się niemy dialog; „Nie wolno ci tego robić" - mówi­

ły oczy Gage'a. „Muszę" - odpowiedziała Blythe bliska 

łez. „Wcale nie musisz" - oczy Gage'a ciskały błyskawice. 

„Zostaw to wszystko i chodź ze mną". „Nie mogę". „Mo­

żesz" - hipnotyzował ją wzrokiem. „Ja ci pomogę". 

Nie padło ani jedno słowo. Nie było zresztą takiej po­

trzeby. Zrozumieli się doskonale. 

Od dnia, w którym wynajęła detektywa Remingtona, by 

odszukał informacje o Aleksandrze Romanow i Patricku 

Reardonie, ich kontakty ograniczały się niemal wyłącznie 

do spraw zawodowych. Mimo to Blythe czuła wyraźnie, że 

z Gage'em łączy ją jakaś silna, przedziwna więź. 

Jadąc malowniczymi, wąskimi drogami skąpanej 

w słońcu wyspy, Blythe wiedziała, że bez względu na to, co 

stało się wtedy między nią a Gage'em, była mu winna 

prawdę. 

- Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć - odezwała się 

spokojnym głosem. Na chwilę umilkła. - Wczoraj wieczo­

rem wybrałam się do Alana w określonym celu. Żeby go 

uwieść. 

Nie była to radosna wiadomość. Gage czekał jednak 

cierpliwie na resztę opowiadania. 

Blythe obserwowała uważnie swego towarzysza, ale na 

jego twarzy nie udało się jej dostrzec ani śladu emocji. Nie 

po raz pierwszy zazdrościła Gage'owi opanowania i samo­

kontroli. Mimo bezspornych aktorskich talentów, nigdy nie 

potrafiła doprowadzić tej umiejętności do perfekcji. Wie­

działa, że wszystkie odczucia ma teraz wypisane na twarzy. 

- Chciałam... Nie, zależało mi na tym, żeby coś sobie 

background image

78 • POTRÓJNE WESELE 

udowodnić... - urwała, oczekując na jakąś reakcję Gage'a. 

Nie odezwał się, lecz w jego oczach Blythe dojrzała zachę­

tę do dalszych wyznań. Nadal gładził jej policzek. Otwartą 

dłonią dotknęła jego twarzy. Poczuła, jak bardzo ma napię­

te mięśnie. - Musiałam się przekonać - mówiła dalej - czy 

moje uczucie do Alana może stać się takie samo, jakie 

żywię do ciebie od chwili naszego poznania. 

Gage odetchnął z niewypowiedzianą ulgą. 

- Czy masz pojęcie, jak długo musiałem czekać na te 

słowa? - zapytał schrypniętym głosem. Był bardzo prze­

jęty. 

- Tak. - Wargi jej drżały. W oczach lśniły łzy. - Równie 

długo bałam się wyjawić ci to i przyznać przed sobą do tego 

uczucia. - Blythe zamknęła powieki. Kiedy po chwili 

otworzyła oczy, Gage dojrzał w nich mieszaninę ulgi, pożą­

dania i czułości. - Co teraz zrobimy? - spytała spokojnie. 

- Nie wiem. 

Rozumiał, że Blythe nie ma na myśli najbliższej przy­

szłości. Zapragnął nagle porwać ją w ramiona, przygarnąć 

do siebie i obsypać pocałunkami. Powstrzymało go jedno. 

Zamierzał być uczciwy wobec tej kobiety. Musiał więc 

zachowywać się ostrożnie i z rezerwą. 

background image

ROZDZIAŁ 

Pocałunek zaparł Blythe dech w piersiach. Dłonie Ga-

ge'a, głaszczące ramiona, niemal parzyły. 

- Przestańmy tak bardzo się kontrolować - zapropo­

nował. 

- To chyba będzie najlepsze - przyznała. - Od zaraz. 

- Od zaraz - przytaknął. 

Podczas dalszej drogi do hotelu nie zamienili ani słowa. 

Wystarczała im własna obecność. 

Malownicza Egina, mimo że bliska tętniących życiem, 

hałaśliwych Aten, miała spokojny, sielski urok. Kiedy do­

rożka mijała, małego chłopca o kędzierzawych włosach, 

który pędził stado kóz w stronę pobliskich wzgórz, Blythe 

poczuła nagle, jak ulatnia się z niej całe napięcie. 

Hotel znajdował się na szczycie wzgórza, skąd roztaczał 

się wspaniały widok na błękitne morze. Białe ściany pokry­

wały gęsto purpurowe kwiaty tropikalnych pnączy i malw. 

Pośrodku wewnętrznego dziedzińca królowała imponująca 

kamienna fontanna. 

- Tu jest naprawdę pięknie - zachwycała się Blythe, 

wciągając w nozdrza aromat drzewek pomarańczowych, 

cytrynowych i wistarii. - Skąd wiesz o tym cudownym ho­

telu? 

background image

80 • POTRÓJNE WESELE 

- Nie mieliśmy pojęcia, dokąd uda się ruchliwa Nata­

sza, więc przed naszym wyjazdem ze Stanów Connor dał 

mi wykaz najlepszych hoteli na każdej z bardziej znanych 

greckich wysp. 

To cały Connor Mackay, z rozczuleniem pomyślała 

Blythe. Zawsze pomocny i przyjacielski. A fakt, że wybra­

ny przez niego hotel na Eginie był piękny i romantyczny, 

świadczył o tym, że przyszły mąż Lily współdziałał w pro­

wadzonej przez nią i Cait kampanii na rzecz skojarzenia 

Blythe i Gage'a. 

- Zdajesz sobie chyba doskonale sprawę, że oni liczą na 

to, iż zainteresujemy się sobą bliżej podczas tej wycieczki? 

- Gage zdawał się czytać w myślach Blythe. 

- Tak. 

Wspinali się teraz stromą, wąską dróżką, wybrukowaną 

piaskowcem. Gage zatrzymał się i spojrzał na swą towa­

rzyszkę. 

- I wiesz, że liczą na to nie tylko oni? - zapytał spo­

kojnie. 

- Tak. 

Odetchnął z ulgą. 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo pragnę być z tobą sam 

w pokoju hotelowym. Chciałbym spędzić resztę dnia z tobą 

i pieścić twe piękne i ponętne ciało. 

- Chciałbyś? Dlaczego użyłeś trybu warunkowego? Co 

może cię powstrzymać? 

Czy ona nie rozumie, jak takie odezwanie się działa na 

mężczyznę? - zastanawiał się Gage, kiedy przyglądała mu 

się cygańskimi, ciemnymi oczami, w których wyczytał 

jawne zaproszenie. Jasne, że rozumie, odpowiedział na 

własne pytanie. Doszedł do wniosku, że nie udaje i napra­

wdę go pragnie. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 81 

Roześmiał się. Chrapliwie, trochę z przymusem. 

- Zbyt długo czekałem, by teraz się spieszyć. - Wciąg­

nął Blythe pod gęste drzewo pomarańczowe pokryte pach­

nącym, białym kwieciem. - Pomożesz mi spełnić ma­

rzenia? 

Zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Tak. 

Zachwycony Gage pochylił się i pocałował Blythe. Tym 

razem pocałunek był długi i namiętny. 

- Ubierz się w najbardziej seksowną sukienkę, jaką 

masz - powiedział po chwili. - Chyba coś takiego z sobą 

przywiozłaś? 

- Oczywiście. 

- Wybierzemy się do tawerny - dodał. - Na długą kola­

cję przy świecach, pod rozgwieżdżonym niebem. Z szam­

panem. Cygański muzyk będzie pieścił struny skrzypiec, 

grając nam romantyczne ballady, a ja pod stołem będę pie­

ścił twoje uda. 

O czymś bardzo podobnym Blythe marzyła w samolo­

cie, podczas gdy udawała, że śpi. 

- Zapowiada się cudowny wieczór. 

- Och, słonko, to dopiero początek. Po kolacji pójdzie­

my na tańce. Będę trzymał cię mocno w ramionach i szeptał 

do ucha słowa pełne namiętności. 

- To mi się spodoba. 

Wargi Gage'a znajdowały się teraz tuż przy ustach 

Blythe. 

- Tak też sądziłem. 

Od miesięcy nie czuła się tak swobodnie i radośnie. 

Odchyliła głowę i roześmiała się wesoło. 

- A potem? 

Ujął w dłonie jej rozpromienioną twarz. 

background image

82 • POTRÓJNE WESELE-

- Co powiesz na długi spacer brzegiem morza, przy 

świetle księżyca? 

Od dotyku rąk Gage'a krew uderzyła Blythe do głowy. 

- A potem? 

Wyobrażał sobie, że zabierze ją do pokoju, powoli zdej­

mie z niej sukienkę i ucałuje każdy centymetr obnażonego, 

ponętnego ciała. 

Będzie dotykał wszędzie. I wszędzie całował. A ona 

zrobi to samo. 

A kiedy nawzajem doprowadzą się do szaleństwa, 

weźmie ją i będą się kochać przez całą długą noc. 

A potem? 

Potem wszystko rozpocznie od nowa. 

Palące spojrzenie Gage'a przesuwało się powoli po ciele 

Blythe, przyprawiając ją o dreszcz emocji. Gładził jej szy­

ję, ramiona i dłonie. 

Kiedy spletli palce, przyciągnął Blythe do siebie tak, że 

zespolili się udami, a jej piersi przylegały do umięśnionego 

torsu. 

- Potem pozwolimy działać naturze. 

Spojrzenie Gage'a, hipnotyzujące słowa i delikatne pie­

szczoty sprawiły, że Blythe niemal zapomniała, po co przy­

jechała do Grecji. 

- A co z Nataszą? - spytała dla porządku. 

- Nią też się zajmiemy - z ociąganiem odparł Gage. 

Myślał tylko o Blythe. Ta kobieta musi do niego należeć. 

W żadnym razie nie pozwoli jej odejść. 

- Od chwili przyjazdu do Grecji przenosi się z miejsca 

na miejsce - przypomniała Blythe. - Co będzie, jeśli opu­

ści Eginę, zanim zdołamy się z nią skontaktować i poroz­

mawiać o Aleksandrze i Patricku? 

Gage odsunął się niechętnie. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 83 

- Spotkamy się z Nataszą, gdy tylko jacht, którym pły­

nie, przybije do brzegu. A potem, bez względu na to, co ta 

wiekowa dama ma do powiedzenia o naszych kochankach, 

zabieram cię na kolację. 

- Dobrze. 

- I na tańce. 

Blythe nie potrafiła niczego odmówić Gage'owi. 

- Dobrze. 

- A potem... 

- Dobrze. - Wspięła się na palce i śmiejąc się, podała 

usta do pocałunku. Był długi i słodki. - Dobrze, dobrze! 

Zgoda. Na wszystko. 

- Zakochane ptaszki są na miejscu. - Mężczyzna, który 

śledził Blythe i Gage'a od chwili ich odlotu z Los Angeles, 

mówił cicho do słuchawki, mimo że w holu nie było niko­

go. - Jasne, że mnie nie zauważyli. Niczego nie podejrze­

wają. Są tak sobą zajęci, że nie widzą bożego świata. Czuję 

się niemal winny, że psuję Remingtonowi wszystkie plany. 

Całą frajdę. Ta babka tak na niego leci, że z pewnością 

dostałby, czego tylko zechce. 

Reakcja pracodawcy zza oceanu,, o głosie schrypniętym 

od cygar, bardziej przypominała charkot niż śmiech. 

Na zniszczonej, wykrzywionej złośliwie twarzy pojawi­

ły się głębokie zmarszczki. 

- Proszę się nie martwić. - Głos mężczyzny telefonują­

cego do Los Angeles brzmiał teraz zimno i twardo. -

Wkrótce będzie przecież musiał zostawić ją samą. I wtedy 

wykonam następny ruch. - Odwiesił słuchawkę. Wyżywał • 

się w tego rodzaju pracy na zlecenie. Na myśl o tym, co 

uczyni, uśmiechnął się z zadowoleniem. 

background image

84 • POTRÓJNE WESELE 

Pora na kolację była zbyt wczesna. Tutaj restauracje 

otwierano wieczorem najwcześniej o dziewiątej. W hotelu 

Blythe i Gage zajęli dwa sąsiadujące z sobą pokoje. Mając 

sporo wolnego czasu, postanowili pozwiedzać wyspę. 

Oboje zdawali sobie sprawę, że odkładanie na potem cze­

kającego ich zbliżenia jest dodatkową podnietą. 

Żadne zresztą bodźce nie były już im potrzebne, uznała 

Blythe, kiedy wynajętym dżipem jechali krętymi, wąskimi 

drogami w stronę ruin słynnej świątyni Afai. Już widok 

opalonych dłoni Gage'a, trzymających kierownicę, spra­

wiał, że dreszcz przebiegał jej ciało. Coraz bardziej pragnę­

ła tego fascynującego mężczyzny. 

Po drodze mijali tawerny, w których starzy Grecy sie­

dzieli przy stolikach pod gołym niebem, popijając ka-

wę i grając w tryktraka. Blythe i Gage widzieli też kościo-

ły, jeszcze przystrojone po niedawnych wielkanocnych 

uroczystościach. 

Ruiny świątyni Afai wznosiły się na szczycie pagórka, 

skąd rozciągał się malowniczy widok na Zatokę Sarońską. 

Blythe wyciągnęła przewodnik po wyspie, który kupiła 

w miasteczku, i zaczęła czytać. 

- Tu jest napisane, że świątynia Afai, Partenon i światy-

nia Posejdona w Sunionie tworzą trójkąt równoboczny. 

- Zachwycająca - oznajmił Gage. 

Jego uwaga była jednak skupiona nie na ruinach słynnej 

świątyni, lecz na Blythe. Przed wyjściem z hotelu zdążyła 

się przebrać. Zamieniła lniane spodnie i jedwabną bluzkę, 

które nosiła podczas podróży, na obcisłą czerwoną sukien­

kę, odsłaniającą ramiona i nogi. Wyglądała nadzwyczaj se­

ksownie, 

- Mówiłam o świątyni. 

- A ja myślałem o tobie. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 85 

Blythe zaczerwieniła się jak nastolatka. Opuściła wzrok 

na przewodnik po wyspie. 

- Brakujące rzeźby z przyczółków świątyni kupił w ro­

ku tysiąc osiemset trzynastym król Ludwik I Bawarski... 

Czy ty mnie słuchasz, Gage? 

- Tak. Bardzo uważnie - zapewnił, równocześnie stara­

jąc się odgadnąć, co Blythe ma na sobie pod przylegającym 

ściśle do ciała, czerwonym trykotem. 

- Przecież to ty zaproponowałeś zwiedzanie. 

- Fakt. Pomysł wydał mi się sensowny. - Przeciągnął 

ręką po włosach. - Ale to było, zanim się dowiedziałem, jak 

późno Grecy jadają kolację. 

- W każdej chwili możemy zmienić plany. 

Ni stąd, ni zowąd Gage'owi przyszli na myśl Aleksandra 

Romanow i Patrick Reardon oraz ich szalona miłość. On 

sam i Blythe podświadomie od miesięcy czekali na dzisiej­

szą noc i dlatego chciał, by zapamiętała te chwile na całe 

życie. Zapragnął nagle romantycznego preludium. Czegoś, 

o czym mogliby potem opowiadać wnukom. Oczywiście, 

po uprzednim ocenzurowaniu. 

- Jeszcze parę godzin do kolacji. Ja jakoś wytrzymam. 

A ty? 

Blythe uśmiechnęła się lekko. 

- Nie zamierzam pokrzyżować twych planów i unice­

stwić marzeń. 

Gage odwzajemnił uśmiech. Miał zawadiacki błysk 

w oku. 

- Nie przejmuj się. Jeśli chodzi o ciebie, mam w zana­

drzu nie jedno marzenie, lecz cały ich milion. 

Ona sama też miała parę głęboko ukrytych pragnień. 

Z niecierpliwością czekała teraz na ich spełnienie. 

Po powrocie do hotelu Gage jeszcze raz zadzwonił do 

background image

86 • POTRÓJNE WESELE 

greckiego partnera. Automat w holu działał jak chciał. Do­

piero za trzecim razem udało się uzyskać połączenie 

z Atenami. 

- Wyniknął pewien problem. - Chwilę później Gage 

oznajmił Blythe, która odliczała drobne za kupione w rece­

pcji kolorowe widokówki. 

- Powinnam się już do tego przyzwyczaić - odparła, 

chowając do torebki wybrane kartki. - Czyżby Natasza 

była teraz w drodze na inną wyspę? 

- Nie, płyną tutaj, ale wyruszyli z opóźnieniem. Praw­

dopodobnie jacht dotrze na Eginę dopiero po północy. 

- Ach, tak. - Chociaż Blythe zależało na rozmowie 

z Nataszą, poczuła się nagle bardzo zawiedziona, że jej 

plany związane z Gage'em będą musiały ulec zmianie. 

- To przecież wiekowa pani - przypomniał. - Po mę­

czącej podróży od razu zechce pójść do łóżka. 

- Pewnie tak - przyznała Blythe. 

- Czekaliśmy tak długo, że nic się nie stanie, jeśli roz­

mowę z Nataszą odłożymy do rana. 

- Do jutra dobrze się wyśpi. Jej pamięć będzie działała 

sprawniej. 

- Fakt. - Gage był ucieszony, że tak łatwo się dogadali. 

Spojrzał na zegarek. - Muszę jeszcze coś załatwić. Mogę 

zostawić cię samą? 

- Jasne. - Blythe miała przed sobą najważniejszą noc 

swego życia. Musiała się do niej odpowiednio przygo­

tować. 

- To dobrze. - Gage pocałował ją lekko. - Zamelduję 

się u ciebie punktualnie o dziewiątej. 

- Będę czekała - przyrzekła. 

Obdarzył Blythe ciepłym uśmiechem. Poprowadził ją 

przez dziedziniec aż do łukowatych, pomalowanych na 

background image

POTRÓJNE WESELE • 87 

niebiesko drzwi i pocałował po raz ostatni. Gorąco. Na­

miętnie. 

Westchnął głęboko. Z trudem nakazał sobie cierpliwość. 

Najchętniej by się z Blythe nie rozstawał. 

Czekając na wieczorne spotkanie z Gage'em, czuła 

się jak kotka na gorącym, blaszanym dachu. Zniecierpli­

wiona bezczynnością, postanowiła pospacerować. Zejść 

drogą do nabrzeża i kupić trochę kwiatów, które widziała 

na straganach. I świece, dodała w myślach, rozglądając się 

po pokoju. Nadchodząca noc wymagała romantycznej 

oprawy. 

Po trzech kwadransach, z torbą pełną zakupów, wracała 

wybrukowaną drogą pod górę do hotelu. Wyspa była jak 

z bajki. Lekki wietrzyk, przesycony zapachem morza i aro­

matem kwiatów, wichrzył włosy Blythe, a śródziemnomor­

skie słońce ogrzewało twarz. Jeszcze nigdy nie czuła się tak 

szczęśliwa. 

Za plecami usłyszała głośny warkot silnika. Odwróciła 

się w nadziei, że to może wraca Gage. Uśmiech zgasł na jej 

wargach, gdy zobaczyła zdezelowaną, wyładowaną po 

brzegi ciężarówkę. Kierowca nie powinien zmuszać silnika 

aż do takiego wysiłku, pomyślała, przysłuchując się chra­

pliwemu warkotowi. Wzgórze było strome, a ciężarówka 

stara. 

Chcąc ją przepuścić, Blythe przesunęła się na sam brzeg 

wąskiej, krętej drogi i szła dalej w stronę hotelu. Usłysza­

wszy przenikliwy, ostry dźwięk klaksonu, spojrzała przez 

ramię. 

I dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że ciężarówka je­

dzie wprost na nią. 

background image

88 • POTRÓJNE WESELE 

Wracając do hotelu, Gage myślał o Blythe i czekającym 

go wieczorze. Ledwie dostrzegał jadącą przed nim zdeze­

lowaną ciężarówkę. 

Instynkt policjanta nigdy go jednak nie opuścił. I teraz 

Gage zauważył, że zardzewiały pojazd nie ma tablicy reje­

stracyjnej. Pewnie w głębi wyspy była to zwykła praktyka. 

Stary gruchot gnał jak szalony. Niebezpiecznie szybko, 

zważywszy jego opłakany stan techniczny. Po chwili znik­

nął za zakrętem. 

Gage jechał za nim dalej. 

Minął zakręt. I wtedy serce podeszło mu do gardła. 

Zobaczył idącą Blythe i pędzącą wprost na nią cięża­

rówkę. 

Nacisnął klakson i wcisnął pedał gazu do deski. Przed 

jego oczyma rozgrywała się przerażająca scena. Blythe 

stała jak skamieniała. Dopiero klakson dżipa wyprowadził 

ją z transu. Upuściła torbę z zakupami, odwróciła się i za­

częła wdrapywać na niemal pionowy, skalisty występ oka­

lający drogę. 

Kiedy z rąk Blythe wypadł ukraszony odłamek skały, 

o mały włos, a wpadłaby wprost pod koła ciężarówki. 

W ostatniej chwili udało się jej jednak przytrzymać jakie­

goś głazu, tak że zderzak otarł tylko nogi. 

Usłyszała zgrzyt metalu uderzającego o skałę, a potem 

jeszcze głośniejszy niż przedtem, chrapliwy warkot silni­

ka z trudem pokonującego wzgórze i przeraźliwy pisk ha­

mulców. 

Z dżipa wyskoczył Gage. 

- Nic ci się nie stało?! - wykrzyknął. 

Nie słyszała słów, tak głośno waliło jej serce. Zobaczyła, 

że Gage jest przerażony. 

- Czuję się dobrze. - Przytuliła się do niego. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 89 

- Jedziemy do lekarza. 

- To niepotrzebne. - Wyprostowała się, żeby zademon­

strować, że stoi o własnych siłach. Gdyby Gage jej nie 

podtrzymał, osunęłaby się na ziemię. 

Wziął Blythe na ręce i wsadził do dżipa. 

- To jedyny przypadek - oznajmił - kiedy moja szefo­

wa nie ma prawa głosu. 

- Mówiłam, że nic mi się nie stało. 

Gage usiadł na brzegu łóżka i z ponurą miną przyglą­

dał się zadrapaniom na policzku Blythe. Na myśl, że był 

o krok od utracenia jej na zawsze, ogarnęła go zimna 

wściekłość. 

- Powinniśmy zostać w hotelu. - Musiał wziąć pod 

uwagę nie tylko przyjemne strony wieczoru. - Może grozić 

ci niebezpieczeństwo. 

- Nonsens. - Blythe nachyliła się i pocałowała go 

w usta. - Nie dam się wystraszyć jakiemuś greckiemu 

chłopkowi, który nie nauczył się prowadzić samochodu. 

- A jeśli to nie był miejscowy? 

Z wyrazu twarzy Blythe odgadł, że taka myśl przyszła 

już jej do głowy. 

- To mnie obronisz. 

- Będę się starał. - Przyciągnął ją do siebie i pocałował 

z pasją. 

- Och, do licha! - jęknęła, gdy oderwał wargi od jej 

ust. 

- Stało się coś? 

Wyciągnęła przed siebie rękę. 

- Złamałam paznokieć. 

To, co wydarzyło się niedawno na polnej drodze i co 

jeszcze mogło się im przytrafić, nie było wcale zabawne. 

background image

90 • POTRÓJNE WESELE 

Swą uwagą Blythe rozładowała napięcie. Gage odrzucił 

głowę w tył i wybuchnął śmiechem. 

Restauracja, niewielka i urządzona bardzo skromnie, 

przytuliła się do skały, tuż nad brzegiem morza. Kelner, 

który przedstawił się jako Stavros, barczysty Grek z boko­

brodami i długimi, podkręconymi wąsami, zaprowadził ich 

do stolika na werandzie. 

- Fantastyczne miejsce - oceniła Blythe, kiedy Stavros 

zapalił świecę, postawił przed nimi wino, które wlał do 

karafki ze znajdującej się obok beczki i poszedł sobie. 

- Niezłe - przyznał Gage. 

Był zadowolony. Nic dziwnego, pomyślała Blythe, spo­

glądając na rozpromienioną twarz swego towarzysza. Znaj­

dowali się w najbardziej romantycznym miejscu, jakie 

mogła sobie wyobrazić. Jedzą kolację pod gwiazdami 

i przy szumie morskich fal. 

- Czy to był następny pomysł Connora? - spytała po 

chwili. 

- Prawdę powiedziawszy, sam odkryłem to miejsce -

przyznał Gage. 

- Jak ci się udało? Przecież nigdy przedtem nie byłeś 

w Grecji. A może się mylę? 

- Nie. Ale od czego jestem detektywem? - zapytał 

z uśmiechem na twarzy. - Poszukałem i znalazłem. 

- Ty rzeczywiście jesteś fantastyczny. 

Kto to mówił? 

Najbardziej fantastyczna kobieta pod słońcem. 

Miała na sobie białą sukienkę bez ramiączek, odkrywa­

jącą znaczną część ponętnego biustu. W migotliwym świet­

le świecy odsłonięta skóra nabierała złocistego połysku. 

- Mam nadzieję, że do rana nie zmienisz zdania. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 91 

Odwzajemniła uśmiech. 

- Och, jestem o tym przekonana. Nie musisz niczym się 

martwić. 

Sięgnął nad stolikiem i dotknął jej policzka. 

- Jeśli tak, będzie to wyłącznie twoja zasługa. 

- Pochlebca - powiedziała miękkim głosem. 

- Mówię świętą prawdę. 

Gage spoważniał. Blythe opuściła głowę, żeby nie do­

strzegł uczuć malujących się na jej twarzy. 

Jak to się działo, że te wszystkie zwykłe słowa wypowia­

dane przez Gage'a miały dla niej aż tak wielkie znaczenie? 

Dlaczego wierzyła temu mężczyźnie? Może dlatego, że to, 

co mówił, było jedynie odbiciem jej własnych odczuć? 

Sprawdziło się greckie powiedzenie, że im skromniejsza 

restauracja, tym lepsze jedzenie. 

Rozpoczęli kolację od prostej zakąski. Od żółtych jak 

żonkile cukini faszerowanych ryżem i kawałkami pomido­

rów, przyprawionych oregano. Wyglądały apetycznie 

i smakowały wybornie. 

Potem, na główne danie, Blythe jadła moussakę, a Gage 

kurczaka w cynamonowo-pomidorowym sosie. Do tego 

dostali dużą miskę zielonej sałaty z serem feta i czarnymi 

oliwkami. 

- Oj, nie tak. Pan źle to je - zaprotestował Stravos. 

Zatrzymał się właśnie przy ich stoliku, żeby napełnić kieli­

szki. Wyjął Gage'owi widelec z ręki. - Kobiety i kurczaki 

bierze się w ręce. 

Usłyszawszy te słowa, Gage parsknął śmiechem. Policz­

ki Blythe pokryły się rumieńcem. 

Kiedy patrzyła, jak Gage obgryza nóżkę kurczaka, po­

czuła nagle, że już widziała tę scenę. 

background image

92 • POTRÓJNE WESELE 

- To nie do wiary, że nigdy nie byłaś na staroświeckim 

amerykańskim pikniku.

 - Z wiklinowego koszyka Patrick 

wyjął nóżkę pieczonego kurczaka. 

Wraz z Aleksandrą znajdowali się w Wyoming, na jego 

ranchu. Siedzieli na kocu wśród niebieskiego i żółtego pol­
nego kwiecia. 

- Już ci mówiłam, że byłam pozbawiona takich radości. 

- Patrzyła, jak Patrick wbija zęby w kurczaka, i przypo­

mniała sobie, że poprzedniej nocy drażnił nimi jej delikatną 
skórę. Poczuła nagły przypływ pożądania. 

- Biedactwo. - Odłożył na bok kurczaka i pchnął ją 

delikatnie na koc.

 - W jaki sposób będę mógł ci to wyna­

grodzić? 

Objęła go za szyję. 

- Właśnie tak. - Westchnęła z wdzięcznością kiedy za­

czął rozpinać guziki przy jej bluzce.

 - To bardzo dobry 

początek. 

-

 Blythe? - Gage odłożył na tackę nóżkę kurczaka. Je­

go towarzyszka zrobiła się nagle blada jak ściana. Spoglą­

dała na niego, jakby zobaczyła ducha. - Co się stało? 

Z trudem oprzytomniała. Scena, którą widziała przed 

chwilą, była niesamowicie realna. Czuła na piersiach dło­

nie Patricka Reardona. Zaciskał wargi na jej sutkach. 

- Nie wiem. 

Oczy miała rozszerzone i nieobecne, a dłoń, której do­

tknął Gage, była zimna jak lód. 

- Jesteś chora? - Podniósł głowę i poruszył się niespo­

kojnie, tak jakby chciał zaraz zapłacić i opuścić restaurację. 

- Nie. - Uśmiechnęła się blado. - Nic mi nie jest. - Wi­

dząc niepokój malujący się na twarzy Gage'a, szybko do­

dała: - Naprawdę. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 93 

Po chwili jej policzki odzyskały normalną barwę. Przy­

szła do siebie. 

- Co to było? - dopytywał się Gage. - Coś powiedzia­

łem? Zrobiłem? A może chodziło o jedzenie? 

- Nie. 

Jak mogła mu wyjawić, że przed chwilą znajdowała się 

w innej epoce? Jak mogła wyznać, że wszystkie sny, któ­

re miała na temat Aleksandry i Patricka, były nadal ży­

we? W snach kochała się z Patrickiem, który nie żył prze­

cież od tylu lat. Jak mogła o czymś takim w ogóle mówić 

Gage'owi? 

- Myślałam o Aleksandrze i Patricku - wyjaśniła krótko. 

- Nic dziwnego - skomentował Gage. Ta para kochan­

ków też nawiedzała go w myślach. 

- Czy w życiorysie tych dwojga znalazłeś może jakąś 

wzmiankę o podróży do Wyoming? - spytała. 

- Tak. Wybrali się tam, żeby uczcić półrocze małżeń­

stwa - bez chwili namysłu odparł Gage. - Aleksandra 

chciała zobaczyć rancho Patricka. 

Blythe odetchnęła z ulgą. Widocznie nastrój chwili, 

gwiazdy ponad głową i fascynujący mężczyzna - wszystko 

to sprawiło, że przeniosła się nagle myślami w inne czasy. 

- Miałem o tym powiedzieć, zanim wyjechaliśmy. Ale 

zastałem cię przy szampanie. Potem przespałaś prawie całą 

podróż. A dziś pomyślałem sobie, że ta chyba mało istotna 

informacja może spokojnie poczekać do jutra. 

Blythe zdołała jakoś wziąć się w garść. Przypomniała 

sobie, że coś podobnego już jej się przydarzyło. Była wtedy 

z Alanem na Hawajach, a wydawało się jej, że kocha się 

z Gage'em w gorącym źródle w Kolorado. Potem dowie­

działa się, że właśnie tam Aleksandra i Patrick spędzili 

miodowy miesiąc 

background image

94 • POTRÓJNE WESELE 

- Nie wiedziałam więc o tym. 

- W każdym razie nie ode mnie. - Gage zamilkł na 

chwilę. Starannie dobierał słowa. - Ale to nic nie oznacza. 

W odniesieniu do tej sprawy... 

- Chcesz powiedzieć, że... 

- Nie wiem, czego doświadczyłaś przed chwilą, lecz 

sam miewałem niesamowicie realistyczne sny, których nie 

da się wyjaśnić racjonalnie. 

Blythe chciała zapytać Gage'a, czy był w nich tylko 

postronnym obserwatorem czy też, podobnie jak ona, wcie­

lał się w jedną z postaci dramatu. Postanowiła jednak nie 

podtrzymywać tematu i w ogóle przestać o tym myśleć. 

Gage tak bardzo się starał, żeby wspólny wieczór wypadł 

jak najlepiej! 

- Ta noc należy do nas - oznajmiła. - Przestańmy mó­

wić o Aleksandrze i jej mężu. 

- Zgoda - odparł Gage. Miał przy tym niejasne prze­

świadczenie, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić. 

background image

ROZDZIAŁ 

Bezkresne morze, w pełnym słońcu bajecznie turkuso­

we, w nocy stało się czarne. Na ciemnym, aksamitnym 

niebie jak brylanty świeciły gwiazdy. Księżyc w pełni rzu­

cał na wodę srebrne, mieniące się blaski. 

- Brak mi tu jeszcze tylko Posejdona - powiedziała 

Blythe, kiedy po kolacji szli z Gage'em wzdłuż brzegu. 

- Pędzącego na rydwanie przez wzburzone fale, z unie­

sionym trójzębem w ręku - dodał Gage. Jego ręka zacisnę­

ła się mocniej wokół talii Blythe. Księżycowe światło wy­

czyniało cuda na jej nieskazitelnie pięknej twarzy. - Gdy­

by zobaczył cię stojącą nad brzegiem morza, natych­

miast by się rozleciało jego małżeństwo z Amfitrytą. Ten 

bardzo mądry, a równocześnie męski bóg, od razu poznał­

by się na tobie. Wiedziałby podobnie jak ja, że żadna 

bogini nie umywa się do pięknej syreny, która jest teraz 

przy mnie. 

Słowa Gage'a zabrzmiały tak, jakby je żywcem wyjęto 

z jakiegoś hollywoodzkiego scenariusza. Blythe była jed­

nak przeświadczona, że płynęły wprost z serca. 

Próbowała przekonać samą siebie, że to tylko księżyco-

background image

96 • POTRÓJNE WESELE 

wa poświata i wino sprawiły, iż jest teraz jak w ekstazie. 

Każdym nerwem czuła jednak coś zupełnie innego. Bliską 

obecność Gage'a. To jemu, a nie księżycowi czy winu za­

wdzięczała bajeczny, podniecający nastrój. 

Gage stanął. Otoczył ją ramionami. 

Szeroko rozwartymi oczyma popatrzyła mu prosto 

w twarz. 

- Niepotrzebne mi takie słowa.- powiedziała poważ­

nym tonem. Gage nie musiał prawić jej komplementów. 

- Szkoda. - Z uśmiechem przyciągnął Blythe do siebie. 

- Ogarnęła mnie ochota powiedzieć ci coś takiego. 

Tuż przy sobie czuła bicie jego serca. Powolne, lecz 

silne. 

- Nigdy nie znałam mężczyzny takiego jak ty - szepnę­

ła ni to do siebie, ni to do Gage'a. - Wszyscy, zwłaszcza 

w Hollywood, prześcigają się w udawaniu i rozmaitych 

gierkach. Ty tego nie robisz. Jesteś zupełnie inny. 

Gage'a owionął zapach Blythe, upojny i egzotyczny. 

Oszałamiający. 

Przypomniał sobie, jak ujrzawszy ją po raz pierwszy, 

był przekonany, że ma przed sobą jeszcze jedną egocen­

tryczną, próżną i bezwartościową kobietę. On, który 

chlubił się tym, że już na pierwszy rzut oka potrafi nie­

mal bezbłędnie ocenić człowieka, tym razem bardzo się 

pomylił. 

- Nigdy nie pociągały mnie żadne gierki. - Z oddali 

dobiegały dźwięki wesołej, rytmicznej muzyki. Gage za­

czął kołysać się w jej takt. - Pewnie dlatego, że nie byłem 

w tym dobry. 

Nocny wietrzyk, przesycony zapachem kwiatów, roz­

wiewał włosy Blythe. Gage odgarnął z jej twarzy luźne 

kosmyki i pocałował ją we wrażliwe miejsce za uchem. 

background image

POTRÓJNE WESELE • 97 

Poczuła szybsze pulsowanie krwi. Odchyliła głowę, żeby 

Gage miał lepszy dostęp do szyi. 

- Jestem pewna, że są sztuczki, w których jesteś 

mistrzem. 

W księżycowej poświacie skóra Blythe lśniła jak masa 

perłowa. Wargi Gage'a sunęły wzdłuż jej szyi. 

- Blythe, nie stosuję żadnych sztuczek. A już na pewno 

nie dzisiaj. 

Drżała na całym ciele. Nie dlatego, że w cienkiej sukien­

ce nagle zrobiło się jej chłodno. To dotyk warg błądzących 

teraz po obnażonych ramionach palił skórę i wywoływał 

falę gorąca, która docierała do wszystkich zakątków ciała. 

- Pragnę cię - powiedział głosem szorstkim, pełnym 

emocji. W księżycowym świetle oczy Gage'a świeciły nie­

mal przerażająco. Wyglądał teraz jak jeden z dzikich, pry­

mitywnych bogów, którzy niegdyś panowali nad tymi zie­

miami. Wsunął palce we włosy Blythe i odciągnął w tył jej 

głowę. - Pragnę cię - powtórzył z mocą. - Aż do bólu. 

Zobaczyła, że pożądanie i jakieś inne, silne, ogarniające 

go uczucia wyżłobiły w twarzy Gage'a głębokie bruzdy. 

Wiedząc, że stoją oboje nad przepaścią, na krawędzi 

czegoś nieodwracalnego, znacznie poważniejszego i sil­

niejszego niż tylko czysto fizyczne doznanie, Blythe zawa­

hała się na chwilę. Musiała ostrożnie dobrać słowa. 

Ten krótki moment przerwał napięcie. Nagle pusta plaża 

wypełniła się wesołą muzyką i roztańczonym tłumem. 

- Do diabła, co tu się dzieje? - warknął Gage. Nie był 

zadowolony. 

- To wesele - odparła Blythe, zauważywszy roześmia­

ną młodą parę otoczoną kręgiem rozśpiewanych tancerzy. 

Kiedy była przed laty na Krecie, reżyser włączył podobną 

scenę do filmu. 

background image

98 • POTRÓJNE WESELE 

- Wybrali sobie złą porę - sarknął rozczarowany 

Gage. 

- Nie bądź takim malkontentem. Sam chciałeś przecież, 

żeby ta noc była sentymentalna - przypomniała Blythe 

żartobliwym tonem. - Czy jest coś bardziej romantycznego 

niż ślub? 

Zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć, wesoły koro­

wód wchłonął Blythe. Wysunęła rękę i pociągnęła Gage'a 

za sobą. Szli wąskimi drogami w stronę skalistego wybrze­

ża, do tej samej tawerny, w której Blythe i Gage jedli 

wcześniej kolację. 

Kiedy Stavros wylewnie całował nowożeńców, jeden 

z krewnych, który mówił po angielsku, wyjaśnił Blythe 

i Gage'owi, że kelner jest kuzynem pana młodego ze strony 

matki. 

Wydawało się, że na weselu zjawiło się całe miasteczko. 

Wino płynęło strumieniami, wznoszono toasty. Goście ko­

lejno składali życzenia i błogosławili młodą parę. Gdy nie­

spodziewanie nastała cisza, Blythe zobaczyła, że wszyscy 

zebrani patrzą wyczekująco na nią i Gage'a. 

- Teraz nasza kolej - szepnęła. 

- Jedyne toasty, jakie znam, pochodzą ze studenckich 

czasów - mruknął. - Żaden z nich nie nadaje się do wygło­

szenia w damskim towarzystwie. A co dopiero na weselu 

- dodał. 

- Nie przejmuj się. Chyba wiem, co powiedzieć. - Kala 

Stefana -

 zwróciła się do ładniutkiej, ciemnowłosej panny 

młodej. Gage nie miał pojęcia, co znaczą te słowa. Uśmie­

chnął się do nowożeńców i uścisnął dłoń panu młodemu. 

Zadowolona oblubienica odpowiedziała Blythe poto­

kiem szybkich greckich słów. Siedzący obok goście prze­

tłumaczyli, co mówiła. Obie rodziny poczytywały sobie za 

background image

POTRÓJNE WESELE • 99 

ogromny honor, że tak słynna aktorka filmowa zaszczyciła 

swą obecnością wesele. Wysunęła się naprzód roześmiana 

matka panny młodej. 

- Ghia sas! Witajcie! - powiedziała. Zgodnie z grecką 

tradycją obowiązującą na weselach poczęstowała Blythe 

i Gage'a słodkimi migdałami. 

Blythe zdawała sobie sprawę, że szybkie opuszczenie 

weselnych uroczystości przez nią i Gage'a mogłoby być 

poczytane za obrazę. Mimo że pragnęła teraz zupełnie 

czegoś innego, postanowiła jednak zostać. W tawernie 

właśnie rozpoczynały się tańce. Blythe przypomniała so­

bie, że miały być punktem ich własnego programu. 

Dopiero dwie godziny później wymknęli się chyłkiem. 

- To będzie pamiętna noc - stwierdził Gage, gdy szli 

w stronę hotelu. 

- Chyba nie masz mi za złe, że zostaliśmy? - spytała 

Blythe. - Skoro wiedzieli, kim jestem, trzeba było... 

- Rozumiem. Nie przejmuj się. Mogę grać drugie 

skrzypce przy znanej na całym świecie gwieździe filmowej. 

- Alan nie potrafił - wyrwało się Blythe. 

Gage wydawał się nieporuszony wzmianką o doktorze. 

- Sturgess to dureń - oświadczył, wzruszając ramiona­

mi. - A do tego oszust i kłamca. Człowiek o moralności 

podwórkowego kota. Wróćmy jednak do naszej rozmowy. 

Nie będę krył, że na dzisiejszą noc planowałem zupełnie 

coś innego. Kiedy myślałem o tańczeniu pod rozgwieżdżo­

nym niebem, nie chodziło mi o wygibasy z facetem o su­

miastych wąsach. 

- Szło ci bardzo dobrze. - Na samo wspomnienie wy­

czynów Gage'a, wciągniętego do kręgu greckich tancerzy, 

Blythe się roześmiała. 

- Jesteś nieobiektywna. 

background image

1 0 0 • POTRÓJNE WESELE 

- Być może. Ale uważam, że byłeś najprzystojniejszym 

mężczyzną na całym weselu - oznajmiła. -I może nawet 

najlepszym tancerzem. 

Była to duża przesada, lecz Gage'a za bardzo ucieszył 

komplement, by miał protestować. 

- Znakomicie poprawiasz męskie samopoczucie - po­

chwalił Blythe. - Uczciwie mówiąc, bawiłem się dobrze. 

- Rzeczywiście było sympatycznie - przyznała. Przy­

pomniała sobie własny niedoszły ślub. Jak bardzo dzisiej­

sza uroczystość różniła się od tamtej ceremonii! 

- Fakt. Chociaż obyło się bez atrakcji w rodzaju trzęsie­

nia ziemi - powiedział Gage. Znów wraz z Blythe odgady­

wali swoje myśli. Rozumieli się bez słów. 

Doszli wreszcie do hotelu. Mimo codziennej gimnastyki 

Blythe trochę się zadyszała. W pantoflach na wysokich 

obcasach niełatwo było iść ostro pod górę. 

- Aha, zapomniałem zapytać - odezwał się Gage. - Co 

właściwie powiedziałaś do panny młodej? 

- Złożyłam tradycyjne greckie życzenia z okazji ślubu. 

- A co ona mówiła? 

Blythe nie odpowiedziała, tylko z zainteresowaniem za­

częła się przyglądać aniołowi, namalowanemu we wnęce 

nad łukowatymi, niebieskimi drzwiami. 

- Nie bardzo wiem - odparła niechętnie. 

- Och, wiesz świetnie. Jak na tak wziętą aktorkę jesteś, 

słonko, bardzo kiepską kłamczucha. 

- Musisz zrozumieć, że w tym kraju tradycje związane 

ze ślubem są tak przesycone rytualnymi tekstami jak msza 

w kościele greckokatolickim. 

-. Blythe, co powiedziała? 

Znów zastosował doprowadzoną do perfekcji technikę 

przesłuchiwania. Była na siebie zła, że od razu nie ucięła tej 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 0 1 

rozmowy. Konwencjonalne słowa, które usłyszała, nabie­

rały zbyt dużego znaczenia. Chcąc zyskać na czasie, sięg­

nęła do torebki. Zaczęła szukać klucza do swego pokoju. 

- Blythe? 

- No dobrze, już dobrze. - Ten człowiek był zdecydo­

wanie za bardzo dociekliwy i nigdy nie dawał za wygraną. 

- W luźnym przekładzie były to życzenia dla mnie. Doty­

czące mego wesela. 

Małżeństwo z Blythe mogłoby mieć swoje plusy, uznał 

Gage. W każdym razie ta możliwość wymagała rozwa­

żenia. 

- Sympatyczna tradycja. Sądzę, że takie życzenia po­

winniśmy wziąć pod uwagę. - Zanim do Blythe dotarły te 

zdumiewające słowa, Gage objął ją ramieniem i podniósł 

głowę. - Popatrz w górę - powiedział. - Na gwiazdy. 

Usiłowała rozszyfrować jego intencję. Czy rzeczywiście 

miał na myśli małżeństwo? 

- Co mówiłeś? - spytała. 

- Popatrz na rozgwieżdżone niebo. Tam jest Gwiazda 

Polarna. I Wielka Niedźwiedzica. 

- Co mówiłeś przedtem? 

Zignorował pytanie. 

- I Pas Oriona. Czy pamiętasz historię Dionizosa i pięk­

nej Ariadny? 

Zawiedziona, że Gage zmienił temat, usiłowała sobie 

przypomnieć, czego z mitologii greckiej nauczyła się 

w szkole. 

- Czy to Ariadna była córką króla Minosa, władcy 

Krety? 

- Tak, ona. Zakochała się w Tezeuszu, który popłynął 

na Kretę, żeby zgładzić potwornego Minotaura. 

- Dała swemu ukochanemu kłębek nici, aby mógł od-

background image

1 0 2 • POTRÓJNE WESELE 

szukać powrotną drogę z labiryntu - przypomniała so­

bie Blythe. - Potem, rozprawiwszy się z Minotaurem, 

Tezeusz opuścił Kretę, zabierając Ariadnę. Czy to on za­

chował się nikczemnie, zostawiając ją na jakiejś innej 

wyspie? 

- Tak - potwierdził Gage. - Na Naksos. Tam znalazł ją 

Dionizos. I natychmiast poślubił. 

- Po jego słynnych orgiach? Piciu wina z satyrami 

i uganianiu się za nimfami? 

- Och, facet był wprawdzie playboyem, ale od razu 

poznał się na Ariadnie. Przekonał się, że to dobra dziew­

czyna, i dlatego się z nią ożenił. Ucieszyło to Minosa. Du­

ma króla bardzo ucierpiała, gdy Tezeusz porzucił jego cór­

kę. Bądź co bądź po tym fakcie spadła rynkowa wartość 

Ariadny. 

Blythe spojrzała krzywym okiem. 

- Miała szczęście, że dowiedziała się, jaki drań z tego 

Tezeusza, zanim została jego żoną. 

- Jestem dokładnie tego samego zdania - oświadczył 

Gage. Uznał, że nie musi stawiać kropki nad i. Analogia 

była zbyt oczywista. - Żeby dowieść, jak bardzo pokochał 

Ariadnę, Dionizos umieścił jej ślubny naszyjnik wśród 

gwiazd. To konstelacja Corona Borealis, zwana również 

Koroną Kreteńską. 

- I w ten sposób uczynił Ariadnę nieśmiertelną- dodała 

Blythe. 

- Błogosławieństwo, a zarazem przekleństwo losu -

skonstatował Gage. 

- Nie chciałbyś żyć wiecznie? - spytała Blythe. 

Zastanawiał się przez chwilę. 

- W znacznej mierze zależy to od tego, z kim przyszło-

by mi żyć. - Przyciągnął Blythe do siebie. Ujął jej dłonie 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 0 3 

i podniósł do ust. - To, co mówiłem wcześniej, Blythe, jest 

prawdą. Pragnę cię. 

Poczuła przypływ podniecenia, zaprawiony odrobiną 

niepokoju. 

- Ja też - szepnęła wyschniętymi wargami. 

- Wiem. - Gage czuł ogarniające go napięcie. 

- Naprawdę. Ale musisz wiedzieć, że nigdy nie byłam 

z mężczyzną dla samego seksu. - Blythe chciała wyrazić 

słowami, że to, co się stanie, będzie dla niej czymś nadzwy­

czajnym. Wyjątkowym. 

- Wierz mi, słonko, jeszcze nigdy nie pożądałem żadnej 

kobiety jak teraz ciebie. I nie wiem, jak sobie z tym poradzę. 

Uczciwość była jedną z zalet Gage'a, które sprawiły, że 

Blythe się w nim zakochała. 

Miłość. Unikali tego słowa oboje, mimo że to uczucie 

ciągle rosło. 

Będzie jeszcze wiele czasu na rozmowę, uznała Blythe. 

Teraz pragnęła jak najszybciej zaspokoić potrzebę blisko­

ści, która, odkąd poznała Gage'a, ani na chwilę nie dawała 

jej spokoju. 

- Poczynasz sobie całkiem nieźle - oświadczyła 

z uśmiechem, który wiele obiecywał. - Na razie. - Poczu­

ła, jak Gage się odpręża. Obdarzył ją ciepłym, wdzięcznym 

spojrzeniem. - A przed nami jest jeszcze prawie cała noc 

- dodała po chwili. 

Pokój hotelowy, który zajmowała, był mały, lecz przy­

tulny. Miał białe ściany oraz turkusowe drzwi i okiennice. 

Najważniejszym elementem umeblowania było łóżko. Zaj­

mowało całą alkowę. 

W pokoju unosił się oszałamiający zapach Blythe. 

Gage stanął przy łóżku. 

- Jesteś śliczna. - Potrząsnął głową. Zdawał się nie do-

background image

1 0 4 • POTRÓJNE WESELE 

wierząc własnemu szczęściu, że może być z tą kobietą. 

Wybrała go. Dlaczego? W to nie zamierzał wnikać. Prze­

ciągnął palcami po jej włosach. Były jak jedwab i pachnia­

ły kusząco. - Czasami, tak jak teraz, kiedy swymi cudow­

nymi, cygańskimi oczyma patrzysz na mnie, zupełnie nie 

wiem, co powiedzieć. 

Blythe podniosła ręce i ujęła w dłonie jego twarz. 

- Nie musisz nic mówić. Słowa wcale nie są konieczne. 

- Jej spojrzenie było otwarte i szczere. Wargi lekko drżały. 

- Żadne twoje słowa nie są i nigdy nie będą mi potrzebne. 

Dobrze to sobie zapamiętaj. 

Odetchnął z ulgą. Pochylił się tak, że jego czoło znalazło 

się na wysokości głowy Blythe. 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo marzyłem o tej chwili 

- szepnął. - Od samego początku. Odkąd ujrzałem cię po 

raz pierwszy. 

- Wiem. - Nigdy nie zapomni tamtego dnia. - Czułam 

to samo. 

- Wydawało mi się wtedy, że ktoś zdzielił mnie pałką 

między oczy. - Nagle Gage wydał się sobie dziwnie nie­

zdarny. Nie wiedział, co robić z rękoma. Przesunął je 

wzdłuż ciała Blythe i oparł na biodrach. 

Dłonie Gage'a parzyły przez cienką tkaninę sukienki. 

- A mnie się wówczas wydawało, że z jasnego nieba 

uderza grom. - Na samo wspomnienie Blythe aż zadrżała. 

- To było niesamowite uczucie. Działo się za wiele naraz 

i za szybko. 

- Nie. - Wargi Gage'a dotknęły jej ust. Raz, drugi 

i trzeci. Były delikatne jak płatki kwiatu, a zarazem upajały 

jak najmocniejsza whisky. - Nie za wiele. 

Gage wiedział, że nigdy nie nasyci się tą kobietą. Nigdy 

nie będzie miał jej dość. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 0 5 

- Bałam się-wyznała. 

- Mnie? 

- Nie, nie ciebie. - Przytuliła się mocno do Gage'a. 

- Obawiałam się, że postradam zmysły. - Czuła, jak bardzo 

jest silny. Solidny jak skała. I nieskazitelnie uczciwy. - Że 

oszaleję. Tak bardzo cię pragnęłam. 

Gage'owi krew uderzyła do głowy. Słowa Blythe pozba­

wiły go resztek samokontroli. 

Tak bardzo chciał, żeby wszystko odbyło się spokojnie 

i powoli. Czekał jednak zbyt długo i za bardzo pożądał tej 

kobiety. Nie przypuszczał także, iż jej gorące usta będą 

zdolne doprowadzić go do szaleństwa. Była jak syrena. 

Wabiąca i wciągająca mężczyznę w czarne, morskie ot­

chłanie. 

Niecierpliwie pociągnął za suwak na plecach Blythe. Po

chwili biała sukienka bez ramiączek leżała na ziemi, wokół 

jej stóp. 

Blythe zamknęła oczy. Zachwiała się, gdy jej obnażo­

ne piersi znalazły się w dłoniach Gage'a. Był teraz bezli­

tosny. Wodził wargami, językiem i zębami po aksamitnej 

skórze. 

Ogarnęło go podniecenie. Czuł, jak palce Blythe wbijają 

mu się w ramiona. Słyszał głębokie westchnienia i jęki. 

Pragnął więcej. Znacznie więcej. Wsunął palce pod kre­

mową, koronkową koszulkę sięgającą połowy ud. Pod do­

tykiem jego rąk z rozchylonych ust Blythe wydarł się 

okrzyk. 

Spragniona pieszczot i chcąca nimi obdarzać, szarpnęła 

za zapięcie jego koszuli. Małe guziczki potoczyły się po 

podłodze, ale nie zwrócili na nie najmniejszej uwagi. 

Blythe całym ciałem przywarła do Gage'a. Pociągnął ją na 

łóżko i zaczął całować. Coraz mocniej i głębiej. 

background image

1 0 6 • POTRÓJNE WESELE 

Zdarł jedwabne majteczki. Mógł teraz do woli przyglą­

dać się ukochanej: alabastrowej skórze, pełnym piersiom, 

cienkiej talii. Z twarzy otoczonej chmurą czarnych włosów 

patrzyły przepastne i szeroko rozwarte oczy. 

- Marzyłem o tobie. Śniłaś mi się właśnie taka - sze­

pnął. Położył się obok Blythe. Nie mógł nasycić się jej 

widokiem. Przez otwarte okiennice wlewało się do pokoju 

srebrne światło księżyca. 

Chciała się przyznać, że też snuła fantazje na jego temat. 

Kiedy jednak zaczął całować szyję, a potem piersi, głos 

uwiązł jej w gardle. Ledwie mogła oddychać. 

Wargi Gage'a zacisnęły się wokół sutka. Blythe poczuła 

iskry przebiegające od piersi do podbrzusza. Jęknęła i wy­

gięła się w łuk. 

Dotykał teraz każdego zakątka jej ciała. Całował wszę­

dzie. Wiedział, że to ta jedna, jedyna kobieta, na którą 

czekał całe życie. Pieścił i całował, aż dotarł do źródła 

rozkoszy. Ciałem Blythe wstrząsnął dreszcz. Jeden, dragi, 

trzeci. Gage z zadowoleniem przyglądał się jej reakcji. By­

ła wyczerpana, lecz pragnęła więcej. 

- Proszę. - Wiła się na zmiętej pościeli, usiłując 

przyciągnąć go do siebie. - Chcę cię, Gage. Chcę cię. 

Teraz. 

Odsunął się na chwilę, by pozbyć się krępującego ubra­

nia. Wzrok, który zatopił w przepastnych oczach Blythe, 

był pełen dzikiej, niepohamowanej namiętności. 

- Jesteś moja. - Pochylił się nad nią. 

- Twoja - wyszeptała. 

- Na zawsze? 

Nie była w stanie odpowiedzieć, lecz jej nabrzmiałe 

wargi ułożyły się w jedno krótkie słowo: tak. 

Gage opuścił się jeszcze niżej. Jednym silnym ruchem 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 0 7 

znalazł się w niej. W oczach Blythe dojrzał najpierw zdu­

mienie, a zaraz potem odbicie rozkoszy, jakiej doznała. Nie 

potrafił już dłużej panować nad zmysłami. Z twarzą zanu­

rzoną we włosach Blythe oddał się odwiecznemu miłosne­

mu zmaganiu. 

W chwili ekstazy wykrzykiwali swoje imiona. A potem, 

wyczerpani, z trudem chwytali powietrze. Gage próbował 

wmówić w siebie, że nigdy przedtem nie odczuwał aż ta­

kich doznań, lecz gdzieś w głębi umysłu jakiś głos przypo­

minał mu, że nie jest to prawda. 

- Marzyłam o tym w snach - szepnęła Blythe. Jej palce 

przestały się wbijać boleśnie w plecy Gage'a. Gładziły te­

raz kojąco jego podrażnioną skórę. - Wielokrotnie. 

Uniósł głowę. 

- O nas obojgu? - zapytał. 

- Czasami. - Nieco speszona, dodała zgodnie z pra­

wdą: - Ale kiedy indziej... 

- To oni - mruknął Gage. Przekręcił się na bok, nadal 

obejmując Blythe. - Aleksandra i Patrick. 

Blythe westchnęła głośno. 

- Czy wierzysz w przeszłe życie? W reinkarnację? 

- Nie - rzucił krótko. 

- Ja też nie wierzę. - Spojrzała Gage'owi prosto 

w oczy. - Ostatnio jednak coraz częściej o tym myślę. 

- Nic dziwnego. Oboje mamy obsesję na punkcie tej 

pary. Ich miłosna historia i to, że pragnęliśmy się od same­

go początku, sprawiły, iż te sprawy w naszych myślach 

nałożyły się na siebie. 

- Chyba masz rację - odparła niezbyt przekonana 

Blythe. 

- To jedyne wytłumaczenie. 

Nie chcąc wdawać się w dyskusję, nie odpowiedziała. 

background image

1 0 8 • POTRÓJNE WESELE 

Przytuliła się do Gage'a i dotknęła wargami jego umięśnio­

nej, rozgrzanej piersi. 

Przeciągnął dłonią po włosach Blythe. 

- Chyba nigdy nie będę miał cię dość. 

Odchyliła głowę i uśmiechnęła się figlarnie. 

- To bardzo dobrze. Bo do tego nie dopuszczę. 

Objęła go za szyję i pocałowała w usta. 

Za oknem na lekkim śródziemnomorskim wietrze poru­

szały się drobne liście oliwnego gaju. Ich szum łączył się 

w powietrzu z innym dźwiękiem. Odległym, smętnym za­

wodzeniem mandoliny. 

W hotelowym pokoju Blythe i Gage nadal oddawali się 

rozkoszy. Wypalił się pierwszy ogień namiętności. Ich pie­

szczoty stały się powolniejsze, a pocałunki senne. 

Gdy po kolejnej ekstazie powrócili na ziemię, szczęście 

Blythe, leżącej bezpiecznie w ramionach Gage'a, było tak 

ogromne, że w jej oczach pojawiły się łzy. 

background image

ROZDZIAŁ 

Wczesnym rankiem Blythe i Gage opuścili hotel. Jecha­

li teraz pustymi drogami. Mieszkańcy okolicznych domów 

byli jeszcze pogrążeni we śnie. Rześkie powietrze niosło 

odurzający zapach jaśminu. 

Blythe upajała się nie tylko tym aromatem, lecz także 

cudownymi widokami wokół nich. 

- Jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa - szep­

nęła. 

Widząc przed sobą stado kóz na wąskiej, krętej drodze, 

Gage zahamował. Brzęczące malutkie dzwoneczki zwisa­

jące z szyi zwierząt stanowiły akompaniament docierające­

go z oddali bicia kościelnych dzwonów. 

- Musimy liczyć się z tym, że Natasza nie powie nam 

nic ciekawego - odezwał się po chwili Gage. Wiedząc, jak 

wiele dla Blythe znaczy film o Aleksandrze i Patricku, bał 

się myśleć, że nadaremnie wybrali się w tę daleką podróż. 

Mogli wrócić do domu z niczym. 

Blythe dosłyszała niepokój w jego głosie. I wiele czuło­

ści. Położyła rękę na kolanie Gage'a. 

- Wiem. Ale możesz mi wierzyć lub nie, wcale nie 

myślałam o Nataszy. - Oczy Blythe były pełne uwielbie­

nia. - Właśnie przypominałam sobie, jaki wczoraj byłeś 

background image

1 1 0 • POTRÓJNE WESELE 

cudowny. Dzięki tobie czuję się wspaniale. - Chciała, żeby 

Gage zrozumiał, że tego, co stało się ubiegłej nocy, nie 

traktowała jak przelotnej przygody. - Kocham cię. 

Odetchnął z ulgą, głęboko. Nie zdawał sobie sprawy, jak 

bardzo pragnął usłyszeć te słowa. Dziękując losowi i staro­

żytnym bogom za to, że przywiedli ich w to cudowne 

miejsce, położył dłoń na ręce Blythe i spytał: 

- Od kiedy? 

Lekki wietrzyk od morza rozwiewał jej włosy. Odgarnę­

ła z twarzy luźne kosmyki. 

- Och, co najmniej od wczorajszej nocy - zażartowała, 

po czym po namyśle dodała: - Prawdę powiedziawszy, 

chyba od zawsze. 

Były to najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszał. 

Miód dla jego serca. Przyciągnął Blythe i pocałował 

w usta. 

- Chyba zapomniałem powiedzieć ci o moim uczuciu 

- oznajmił, kiedy wreszcie wypuścił ją z objęć. - Też cię 

kocham. A więc kiedy to zrobimy? 

- Co? 

Odgarnął jej włosy z czoła. Boże, ta kobieta była skoń­

czoną pięknością! I należała do niego. Na zawsze. 

Gage przysunął wargi do ust Blythe i powiedział 

szeptem: 

- To chyba jasne. Pobierzemy się. 

- Pobierzemy? 

Wyczuł w niej nagłą zmianę. 

Odezwał się ostrożnie: 

- Kiedy dwoje ludzi zakochuje się w sobie, zwykle bio­

rą ślub. Tak dzieje się nawet w Hollywood. 

- Trzy dni temu byłam jeszcze zaręczona z Alanem 

-przypomniała. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 1 1 

- Ale już nie jesteś. - Głos Gage'a był łagodny, lecz 

jego oczy ciskały błyskawice. 

Zdawała sobie sprawę, że jeśli nie będzie teraz ostrożna, 

może zniszczyć wszystko. Chciała przesunąć się na swoje 

siedzenie, kiedy dłoń Gage'a zacisnęła się na jej ramieniu. 

- Sprostuj, jeśli się mylę, ale chyba przed chwilą powie­

działaś, że mnie kochasz. 

- Tak,lecz... 

- I ja kocham ciebie - ciągnął niewzruszenie, nie pozwala­

jąc jej dojść do słowa. Nagle skonstatował, że jest zły. Gorzej, 

wściekły. Było do niego niepodobne, by tak szybko stracił 

zimną krew. - Dlatego nie mogę pojąć, w czym problem. 

Kamienny spokój* w głosie Gage'a nie zwiódł Blythe. 

Im spokojniej mówił, im staranniej dobierał słowa, tym 

groźniejszy się stawał. Zastanawiała się, dlaczego wcześ­

niej tego nie dostrzegła. Jak wielu przestępców musiał 

zwieść swoją pozorną uległością! 

- Chcę odpowiedzieć ci: tak - zaczęła niepewnie. 

- No to mów. 

W ustach Gage'a wszystko wyglądało na łatwe i proste. 

A może nawet takie dla niego było. 

- Co ludzie powiedzą? - Ledwie wymówiła te słowa, 

zdała sobie sprawę, jak bardzo są śmieszne. 

Zaklął krótko, dosadnie. 

- Przejmujesz się? 

- Nie. - Mówiła prawdę. - Ale czy nie uważasz, że 

trochę za wcześnie robić plany? 

-Nie. 

Z Gage'em trudno było dyskutować. 

- Nie przypuszczałam, że okażesz się tak uparty. 

Miał ochotę odpowiedzieć, że nie sądził, iż ona będzie 

tak głupia. Zamiast tego stwierdził krótko: 

background image

1 1 2 • POTRÓJNE WESELE 

- Teraz już wiesz. 

Zamknęła oczy. Po chwili otworzyła je znowu. 

- Już raz popełniłam błąd. Z Alanem. 

- Porównujesz mnie z tym nadętym bubkiem?! 

- Jasne, że nie. - Położyła rękę na ramieniu Gage'a. 

Poczuła, jak bardzo napięte są jego mięśnie. - Nigdy. -

Z jej zgnębionej miny wyczytał, że mówi prawdę. - Po­

trzebuję czasu, żeby oddzielić to, co czuję do ciebie, od 

fantazji związanych z Aleksandrą i Patrickiem. W żad­

nym razie nie zmienia to faktu, iż bardzo cię kocham. Ale 

teraz zupełnie się zagubiłam. Muszę mieć czas na prze­

myślenia. 

- Czy nikt ci jeszcze nie mówił, że myślisz za dużo? 

- burknął Gage. 

- Już to słyszałam. - Cait i Lily usilnie ją namawiały, 

żeby przestała analizować i zawierzyła swemu uczuciu do 

tego człowieka. 

Patrząc, jak Blythe z trudem usiłuje powstrzymać się od 

łez, Gage usiłował zapanować nad swoim rozgoryczeniem. 

- W porządku - odezwał się po chwili. - Nie będę cię 

poganiał. - Przesunął palcem wokół jej drżących warg. 

- Na razie musi mi wystarczyć, że kochasz. Nie będę jed­

nak czekał wiecznie. 

- Wiem. 

Chciała obiecać, że postara się szybko uporać ze swymi 

problemami, kiedy tuż za nimi rozległ się donośny klakson 

ciężarówki. 

Gage zaklął pod nosem. 

- Też sobie wybrał moment. 

Blythe przesunęła się na swoje miejsce. Była zadowolo­

na, że przerwano im rozmowę. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 1 3 

Kyriako Papakosta był znanym pisarzem, uwielbianym 

w ojczystym kraju. Jedno spojrzenie na jego elegancki 

jacht wystarczało, by stwierdzić, że jest także człowiekiem 

bogatym. 

- Ubieranie starych mitów w nowe słowa widocznie 

popłaca - skomentowała Blythe, przypominając sobie 

ostatnią książkę tego autora o bohaterze, który podróżował 

śladami Ulissesa. 

- Widywałem amerykańskie krążowniki mniejsze niż 

ten jacht - oznajmił Gage. - Zdaje się, że Nataszy dobrze 

się wiedzie. 

Widok Nataszy Kuryan zaskoczył Blythe. Na oko nie 

sposób było określić jej wiek. Wyglądała zdumiewająco. 

Ubrana w staroświecką suknię, przypominała rosyjską Cy­

gankę. Siwe włosy splecione w długi warkocz i przewiąza­

ne kawałkiem białej koronki, opadały na plecy. 

- Witajcie na pokładzie - zwróciła się do gości. - Przy­

kro mi, że sprawiłam tyle kłopotu. Wczoraj drogą radiową 

zawiadomiłam waszego znajomego w Atenach, że depeszę 

dostałam dopiero dwa dni temu. - Natasza mówiła z lek­

kim cudzoziemskim akcentem. Uśmiech jej był szczery 

i sprawiał, że wyglądała na znacznie młodszą. Kiedyś mu­

siała być prawdziwą pięknością. - Na wyspach greckich 

- dodała - czas płynie wolniej niż gdzie indziej. 

- Zdążyłem już się sam o tym przekonać - odezwał się 

Gage, wymieniając z Blythe, porozumiewawcze spoj­

rzenie. 

Na ten widok oczy spostrzegawczej Nataszy rozbłysły 

radośnie. Sama kochała w życiu wielu mężczyzn i zawsze 

cieszyło ją szczęście innych par. 

- Ma pan rację. - Rzuciła czułe spojrzenie w kierunku 

mostka. Stał tam wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna 

background image

1 1 4 • POTRÓJNE WESELE 

ubrany w dżinsy, pasiastą rybacką koszulę i niebieską czap­

kę. Pomachał Nataszy. 

- Kyriako zaprasza na śniadanie - stwierdziła Natasza. 

- Chce także pokazać wam jacht. Jest z niego ogromnie 

dumny. 

- Bardzo chętnie, dziękujemy - odezwała się Blythe. 

Gage tylko skinął głową. 

- Jacht jest fascynujący - mówiła dalej Natasza. - Ky­

riako zamienił go w pływające muzeum. 

- Muzeum? Czego? - zaciekawiła się Blythe. 

- Oczywiście, własnej osoby - z uśmiechem wyjaśniła 

starsza pani. - Jak każdy przystojny Grek, któremu się 

w życiu powiodło, jest ogromnie łasy na pochwały. - Nata­

sza przechyliła głowę i zaczęła uważnie przyglądać się Ga-

ge'owi. - Ma pan profil Gary'ego Coopera - oświadczyła. 

- Och, co to był za przystojny mężczyzna - dodała z wes­

tchnieniem. -I wspaniały kochanek. 

Gage i Blythe oniemieli. Nie odezwali się ani słowem. 

- Oczy to ma pan Paula Newmana - ciągnęła Natasza. 

- Mimo braku podobieństwa ma pan w sobie coś z Errola 

Flynna. I na dodatek seksapil Clarka Gable. 

- Pani mi pochlebia - powiedział Gage. 

Natasza radośnie klasnęła w ręce. 

- I uśmiech Gable, trochę krzywy. Mężczyzna z takim 

uśmiechem oczaruje każdą kobietą - oświadczyła, zwraca­

jąc się do towarzyszki Gage'a. 

- Zdołałam już się o tym przekonać - powiedziała ze 

śmiechem Blythe. 

- Wielka strata, że nie jest pan aktorem - zwróciła się 

Natasza do Gage'a. - Stałby się pan prawdziwym gwiazdo­

rem filmowym. 

- Rolę gwiazdy wolę zostawić Blythe. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 1 5 

- A ty, moja droga, jesteś wykapaną Avą Gardner. 

Oczywiście, za jej młodych lat. 

- Już mi to mówiono - przyznała Blythe. 

- W dzisiejszych czasach mało widzi się wśród aktorek 

takich figur jak twoja. Wszystkie kobiety głodzą się, żeby 

wyglądać jak tyki. 

- Zawsze miałam apetyt - wyjawiła Blythe. Już dawno 

temu zrezygnowała z tak modnych obecnie chłopięcych 

kształtów. 

- Dużo je, to fakt - potwierdził Gage. 

- Ava jadła jak robotnik portowy. Pieczone kurczaki 

i mamałygę na śniadanie, stek i koktajle mleczne na lunch 

i całe góry spaghetti na kolację - mówiła Natasza. - Nigdy 

jednak nie miała żadnych kłopotów z nadwagą. Inne aktor­

ki, biedaczki, głodziły się i sączyły cytrynową herbatkę. 

Jestem pewna, że Ava zamiast herbaty piła wszelkie inne 

trunki. Była jedyną kobietą, jaką znałam, która paliła jak 

komin, szampana popijała brandy i równocześnie żuła gu­

mę. I przy tym zawsze wyglądała wspaniale. Miała ponad­

czasową urodę. - Natasza zamyśliła się na chwilę. - Ale­

ksandra była taka sama. Znakomicie by się prezentowała, 

mając nawet dziewięćdziesiątkę. 

- Niestety, nie dożyła tych lat - spokojnie wtrąciła 

Blythe. 

Z twarzy Nataszy zniknął uśmiech. 

- Po to tu przyjechałaś. Żeby porozmawiać o biednej, 

tragicznie zmarłej Aleksandrze. 

- Tak. I o Patricku - dodała Blythe. 

- To długa historia. - Starsza pani westchnęła głęboko. 

-I bardzo smutna. 

- To już wiemy - do rozmowy włączył się Gage. - Pani 

była charakteryzatorką Aleksandry w Xanadu Studios, są-

background image

1 1 6 • POTRÓJNE WESELE 

dzimy więc, że opowie nam pani o nieznanych faktach z 

jej tragicznego życia. 

- Przejdźmy do salonu - zaproponowała Natasza - ku­

charz poda nam kawę z ciastem. Będziemy mogli spokoj­

nie porozmawiać. 

Blythe i Gage weszli do wygodnie umeblowanej prze­

stronnej kabiny, utrzymanej w jasnych barwach. Na małym 

stoliku Blythe dojrzała doniczkę z pachnącą bazylią. Iden­

tyczną widziała na pokładzie. 

Czytała w przewodniku, że bazylię, znaną także pod 

nazwą bazyliszek, uważano za roślinę, którą święta Helena 

znalazła rosnącą u stóp krzyża. Greccy marynarze trakto­

wali bazylię jak talizman, chroniący statki na morzu. 

Natasza nalała kawę do małych filiżanek, nałożyła na 

talerzyki migdałowe ciasto i ułożyła na stole serwetki 

z adamaszku. Robiła to powoli. Blythe odniosła wrażenie, 

że starsza pani chce zyskać na czasie, by przemyśleć, co ma 

do powiedzenia. 

- A co wy sami wiecie o Aleksandrze? - spytała po 

dłuższej chwili. 

Popatrzyli na siebie. Gage wzrokiem zachęcił Blythe do 

mówienia. 

- Wiemy - zaczęła - że Walter Stern, dziadek obecnego 

Waltera Sterna, zobaczył ją w Hawanie, w jakimś kasynie, 

i przywiózł do Hollywood. Była piękną dziewczyną, więc 

uznał, że zrobi z niej konkurentkę Marleny Dietrich i Grety 

Garbo. Pomysł okazał się świetny. Krytycy filmowi i kino­

mani zachwycili się nową gwiazdą. 

- Aleksandra, z jej egzotyczną urodą, wyróżniała się na 

tle innych aktorek, modnych wówczas ckliwych, wyondu-

lowanych blondynek - wyjaśniła Natasza. 

- Wiem, że Walter Stern obsadzał ją wyłącznie w ro-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 1 7 

lach femme fatale - ciągnęła Blythe - przesyconych eroty­

zmem. 

- W „Lekkomyślnej damie" Aleksandra była niesamo­

wicie seksowna - dorzuciła Natasza. - Mówiła mi, że Wal­

ter Stern wiedział, iż kobiety pragną się z nią utożsamiać, 

a mężczyźni marzą, by wziąć ją do łóżka, i na tym robił 

interes. - Natasza spojrzała na Blythe. - W gruncie rzeczy 

tej samej strategii rynkowej używa teraz jego wnuk w sto­

sunku do filmów, w których jesteś wyłącznie seksbombą. 

- Właśnie zamierzam zmienić swój wizerunek - odpar­

ła Blythe. - Dlatego tak bardzo zależy mi na zrobieniu 

pierwszego własnego filmu. 

Zamyślona Natasza pokiwała głową. 

- Ale czy Walter Stern dopuści do tego? 

- Nie on będzie decydował - odrzekła Blythe. - Prze­

stał kierować Xanadu. 

- Niemożliwe! - wykrzyknęła zdumiona Natasza. -

Kiedy to się stało? 

- Bardzo niedawno. Pakiet kontrolny akcji wytwórni 

przeszedł w ręce Connora Mackaya. Przed samym wyjaz­

dem Connor powiedział mi, że zamierza definitywnie roz­

stać się z Walterem Sternem. 

- Aż trudno w to uwierzyć. Zastanawiam się, czy... 

- Natasza zawiesiła głos. 

- Czy co? - spytała ostro Blythe. Zaczynała się niecier­

pliwić. Gage rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. 

Zadumana Natasza popatrzyła na Blythe, jakby ujrzała 

ją po raz pierwszy. 

- Zastanawiam się - powtórzyła - czy można już o tym 

bezpiecznie mówić. 

- Pani wie, kto zabił Aleksandrę? - zapytał Gage. 

- Od początku miałam podejrzenia, ale nie dowody. 

background image

1 1 8 • POTRÓJNE WESELE 

- Nie wierzy pani, że zginęła z rąk Patricka? - pytał 

dalej Gage. 

- Oczywiście, że nie. Ten człowiek uwielbiał swą żonę. 

Zaciekawiona Blythe pochyliła się w stronę Nataszy. 

- To, co od pani usłyszymy, będzie dla nas wielką po­

mocą - podkreśliła. 

Stara dama utkwiła w nią przenikliwy wzrok. 

- Chodzi ci o scenariusz czy o to, żeby przywrócić do­

bre imię Patricka? 

- O obie sprawy - równocześnie odparli Blythe i Gage. 

Głos Nataszy brzmiał teraz jak z oddali: 

- Zaczęło się na tamtym przyjęciu. 

- U Williama Randolpha Hearsta, w przeddzień Nowe­

go Roku? - podpowiedziała Blythe. - Tej nocy zginęła 

Aleksandra. 

- Tak. Wiedziałam, że Walter Stem intryguje między nią 

a Patrickiem. Aż do pamiętnego przyjęcia bałam się ryzyko­

wać i nic nie mówiłam. Wówczas jednak stałam się świad­

kiem nikczemnych machinacji tego złego człowieka. 

-

 Małżonkowie pokłócili się tamtej nocy? 

- Tak. Doszło do okropnej sceny. Aleksandra, jak za­

wsze, wyglądała zachwycająco. Wypożyczyła wieczorową 

suknię z rekwizytorni wytwórni. Tę samą, w której grała 

w „Złocie głupca". Z białego jedwabiu, bardzo wydekolto­

waną, przylegającą do ciała jak druga skóra. W pewnej 

chwili osunęło się ramiączko sukni, odsłaniając całe plecy. 

Dla wszystkich, którzy to widzieli, stało się oczywiste, że 

Aleksandra nie nosi pod spodem niczego. 

- Patrick musiał być zazdrosny - wtrącił Gage. 

- Być może. Ale on chyba godził się z tym, że jego żona 

była i będzie obiektem pożądania. Pod warunkiem, oczy­

wiście, że u jej boku nie pojawi się żaden inny mężczyzna. 

background image

POTRÓINE WESELE •  1 1 9 

- Natasza zmarszczyła czoło. - Tej nocy wracali do domu 

osobno. 

- Dlaczego? Co się stało? - pytała Blythe. - Przecież 

Aleksandra z pewnością nie opuściła przyjęcia z innym 

mężczyzną. 

- Oczywiście, że nie. - Natasza potwierdziła domysły 

Blythe. - Od chwili gdy poznała Patricka, liczył się dla niej 

tylko on. Oboje zresztą świetnie wiecie, jak to jest. 

Blythe spłonęła rumieńcem. 

- Tak. 

- Moja droga - z uśmiechem powiedziała Natasza - to 

wielki dar. I trzeba go cenić. 

Speszona rozmową o swym prywatnym życiu z bądź co 

bądź obcą kobietą, Blythe szybko zmieniła temat, 

- Proszę opowiedzieć nam o tej kłótni - poprosiła Na­

taszę. 

- Aleksandra pierwsza opuściła przyjęcie. Patrick do­

gonił ją, lecz odtrąciła podane ramię. Niestety, miał bardzo 

gwałtowny charakter. Podobnie zresztą jak Aleksandra. 

Złapał żonę i przytrzymał. Wyglądał na wściekłego. - Na­

tasza popatrzyła nagle na Gage'a. - Już teraz wiem, kogo 

mi pan najbardziej przypomina - oznajmiła triumfalnie. 
- Patricka Reardona. 

- Gage wcale nie jest porywczy - zaprotestowała 

Blythe. 

- Jasne, że jest - odparła Natasza. - Tylko ty jeszcze 

o tym nie wiesz. 

Był to strzał w ciemno, lecz celny. W sam środek tarczy. 

Gage nie wiedział, co powiedzieć, więc przezornie milczał. 

- Patrick był zawsze tajemniczy, a przez to jeszcze bar­

dziej pociągający - ciągnęła Natasza. - Kiedy Walter Stern 

sprowadził go do Hollywood, wytwórnia w celach rekla-

background image

1 2 0 • POTRÓJNE WESELE 

mowych opublikowała jego życiorys. Pracował na ranchu. 

Był także bokserem. Bił się w kowbojskich barach i w ten 

sposób zarabiał na pisanie. Po jego przyjeździe do miasta 

opowiadano, że kiedyś gołymi rękoma zabił człowieka. 

- To wstrętna plotka, która została zdementowana -

wtrąciła Blythe. W ciągu jednego dnia Gage rozprawił się 

z tą nieprawdziwą historią. 

- Patrick niczemu nie zaprzeczał, więc ludzie wygady­

wali różne rzeczy. 

- Wróćmy do tego, co działo się na przyjęciu - zapro­

ponował Gage. 

- Dobrze - odparła Natasza. - Wyszłam na taras, żeby 

zaczerpnąć świeżego powietrza, i z daleka zobaczyłam Ale­

ksandrę i Patricka. Kłócili się. Wykrzykiwali słowa, któ­

rych nie mogłam dosłyszeć. W pewnej chwili Aleksandra 

wymierzyła mężowi policzek. Myślałam, że jej odda, ale 

się pohamował. Zawrócił w stronę domu. Nie reagował na 

wołanie żony, więc rzuciła w niego kieliszkiem po szampa­

nie. A potem upadła na kolana i rękoma zakryła twarz. 

- Zupełnie jak w „Lekkomyślnej damie" - przypo­

mniała sobie Blythe - kiedy jej filmowy kochanek postano­

wił wrócić do swej ciężarnej żony. 

- To samo przyszło mi wtedy na myśl - przyznała Na­

tasza. - Ale szybko zorientowałam się, że Aleksandra nie 

gra, lecz cierpi naprawdę. Jej płacz był zbyt realny. 

- Czy wie pani, o co się pokłócili? - spytała Blythe. 

- Wtedy przypuszczałam, że chodziło o przeszłość Ale­

ksandry. O czasy, kiedy żyła na Kubie. Wiecie na pewno, że 

nie nazywała się Romanow. 

- Podejrzewałam, że wytwórnia dla celów reklamo­

wych zrobiła z niej członka carskiej rodziny - powiedziała 

Blythe. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 2 1 

- Tak. Ale, jak to zwykle bywa, w tej historii tkwiło 

ziarnko prawdy. Aleksandra rzeczywiście była rosyjską 

emigrantką. O jej pobycie na Kubie i o tym, co tam robiła, 

krążyły różne pikantne historie. 

Nie zdziwiło to Blythe, gdyż podczas krótkiego wyjazdu 

na Florydę Gage odkrył nieco faktów. 

- Czy te pogłoski dotarły do Patricka? - spytała Nataszę. 

- Chyba nie. Przynajmniej na początku. Parę dni przed 

przyjęciem u Williama Randolpha Hearsta w garderobie Ale­

ksandry zjawił się Walter Stern. Akurat robiłam jej makijaż. 

Szef studia był wściekły. Pienił się ze złości. Kazał mi natych­

miast zostawić ich samych. Martwiłam się o Aleksandrę, więc 

czekałam w pobliżu. Walter Stern nie był miłym człowiekiem 

- dodała przez zaciśnięte zęby Natasza. 

- Słyszała pani, o czym mówili? 

- Tylko pojedyncze słowa. Była mowa o Hawanie. Po 

wyjściu Sterna musiałam robić makijaż na nowo, bo Ale­

ksandra płakała. Stern intrygował między nią a Patrickiem. 

Wmawiał w niego, że ma niewierną żonę. Równocześnie 

posłużył się przypadkową aktorką, aby przekonać Aleksan­

drę, że mąż ją zdradza. Postanowiłam powiedzieć jej o in­

trygach Waltera Sterna przed premierą filmu Patricka. 

- Premierą, której nie doczekała - odezwał się Gage. 

- Bo wcześniej ją zamordowano. 

Natasza posmutniała. 

- Nigdy sobie nie wybaczę, że od razu o wszystkim nie 

powiedziałam Aleksandrze. Gdybym chociaż tamtej nocy 

pojechała za nią do domu... 

- Jest coś, czego nie rozumiem - odezwała się Blythe. 

- Jeśli była pani przekonana, że Aleksandrę zamordował 

nie Patrick, lecz ktoś inny, dlaczego nie poszła pani z tym 

na policję? 

background image

1 2 2 • POTRÓJNE WESELE 

- Poszłam. A także adwokatowi Patricka opowiedzia­

łam moją wersję zdarzeń. Nie wezwano mnie jednak na 

świadka. Dopiero znacznie później, po skazaniu Patricka, 

zorientowałam się, że jacyś bardzo wpływowi ludzie chcie­

li, aby moje zeznania nie ujrzały światła dziennego. Nie 

miałam ochoty skończyć jak Aleksandra, więc milczałam. 

Jednak potem i tak wyrzucono mnie z wytwórni. 

- Słyszałam inną wersję-wtrąciła Blythe. 

- Ja też. - Natasza uśmiechnęła się smutno. - Mówiono 

ci, że zwariowałam lub że jestem notoryczną kłamczucha. 

Albo obie te rzeczy. 

- Tak - przyznała Blythe. 

W tym momencie Natasza powiedziała coś, co niemal 

poderwało ją na nogi. 

- Z wytwórni wyrzucił mnie Walter Stern junior. Bał 

się, że pewnego dnia wyjawię prawdę. To jego ojciec udusił 

Aleksandrę z wściekłości, że zagroziła odejściem ze studia. 

Zaraz po premierze „Złota głupca" zamierzała zrezygno­

wać z kariery aktorskiej, osiąść na stałe w ranchu Patricka 

w Wyoming i tam pędzić spokojne życie. 

O tym Blythe nie miała pojęcia. 

- Sądzi pani, że naprawdę by to zrobiła? - spytała z lek­

kim niedowierzaniem w głosie. 

- Tak. Wszyscy wiedzieli, że Patrick nie znosi Holly­

wood. I że Aleksandra do szaleństwa kocha męża. Gdyby 

zechciał wracać do Wyoming, bez chwili wahania by tam 

z nim pojechała. 

- Tak łatwo zrezygnowałaby ze sławy i kariery? - spy­

tał Gage. Przyszło mu na myśl, że mimo obietnic danych 

mężowi Aleksandra odmówiła wyjazdu, a on, z natury po-

rywczy, w szale wściekłości ją udusił. 

- Aleksandrze nigdy nie zależało na sławie, ale zawsze 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 2 3 

obsesyjnie marzyła o pieniądzach - przyznała Natasza. -

Stwarzały jej poczucie bezpieczeństwa. Już w chwili po­

znania Patricka była bardzo bogata. Miała więcej pienię­

dzy, niż mogłaby wydać do końca życia. A mąż dawał jej 

psychiczne oparcie. Jestem przekonana, że bez żalu opuści­

łaby Hollywood i nigdy nie wróciła. 

W salonie zapanowała cisza. Nagle otworzyły się drzwi. 

- Czemu wszyscy mają takie ponure miny?-tubalnym 

głosem spytał Kyriako Papakosta. - Słońce świeci, mamy 

piękny dzień. Zbyt piękny, by się martwić. 

Natasza dokonała prezentacji. 

- Znam panią doskonale z ekranu - powiedział Kyria­

ko do Blythe. -I zawsze uważałem panią za równie dobrą 

jak śliczną aktorkę - dodał z galanterią. - Sądzę jednak, że 

powinna pani grać w innego rodzaju filmach. Takich, które 

we właściwy sposób ukazywałyby pani niepospolity talent. 

- Działam w tym kierunku - odparła Blythe. 

- Natasza opowiadała mi historię Aleksandry Roma­

now. Z dawnych czasów pamiętam ją jak przez mgłę. By­

ła piękna. I tak młodo umarła. - Kyriako uścisnął dłoń 

Gage'a. - To pan ma po latach rozwiązać tajemnicę tego 

morderstwa? - zapytał. 

- Pan też sądzi, że nie zabił jej Patrick? — wtrąciła 

Blythe. 

- Moim zdaniem ten człowiek był niewinny. Oskarże­

nie było mocno naciągane. Mąż Aleksandry stał się kozłem 

ofiarnym. To chyba jasne jak słońce. 

- Zaczynam podzielać pańskie zdanie - odezwał się 

zamyślony Gage. 

- Każdy zgadza się z Papakosta, bo Papakosta ma za­

wsze rację - oznajmił Kyriako. - Prawda, moja złota? -

zwrócił się do Nataszy. 

background image

1 2 4 POTRÓJNE WESELE 

- Święta prawda - ze śmiechem przytaknęła Natasza. 

- A teraz oprowadzę was po jachcie - oznajmił gospo­

darz tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Potem zjemy śnia­

danie. 

Wszyscy podnieśli się z miejsc. Nikt nie miał najmniej­

szego zamiaru protestować. 

background image

ROZDZIAŁ 

Po śniadaniu i interesującej rozmowie z greckim pisa­

rzem Blythe i Gage powrócili do hotelu. Późnym popołud­

niem, po miłosnych uniesieniach, usiedli obok siebie na 

tarasie przylegającym do pokoju Blythe i spoglądali na 

błękitne morze. Gage czule obejmował ukochaną, której 

głowa spoczywała na jego ramieniu. 

- Sądzisz, że to możliwe? - spytała. Była ciągle pod 

wrażeniem opowiadania Nataszy. - Uwierzyłbyś, że Walter 

Stern był mordercą? 

- Pamiętaj, że Nataszy nie powołano na świadka - przy­

pomniał Gage. - Sprawił to ktoś, kto miał znajomości i po­

tężne wpływy - dodał ostrożnie. Jako policjant zawsze 

uważał, że nie należy wyciągać pochopnych wniosków. 

- Na przykład szef dużej wytwórni filmowej? Nie. -

Blythe potrząsnęła głową. - Nie wierzę, żeby Walter Stern 

zdecydował się na takie nieracjonalne posunięcie. Zbyt 

duże ryzyko. 

- Zostawmy sprawę zabójstwa. - Gage pochylił się ku 

ustom Blythe. 

Za każdym razem gdy ją całował, działo się z nią to 

samo. Fala gorąca ogarniała cale ciało, drżała z niecierpli­

wości. Wsunął język między jej rozchylone wargi. 

background image

1 2 6 • POTRÓJNE WESELE 

- Och, jak dobrze - szepnęła, gdy na rękach wnosił ją 

z tarasu do sypialni. 

Dochodziła północ. Na ciemnym niebie zawisła blada 

tarcza książyca. Czarne wody oceanu oświetlał srebrny 

szlak. Było słychać szum fał uderzających o piaszczysty 

brzeg. 

Wiatr od wody poruszał wierzchołki palm. W przesyco­

nym solą powietrzu unosił się dym z pobliskich pomarań­
czowych gajów. W zimowe noce ich właściciele rozpalali 
ogniska, żeby ogrzewać marznące drzewa. 

Gdyby nie zapach dymu drażniący nozdrza i niecodzien­

ny o tak późnej porze widok kobiety z trudem idącej po 

piasku wzdłuż brzegu morza, byłaby to niczym nie zmąco­

na, piękna, spokojna noc. 

- Do licha! -jąknąła Aleksandra, kiedy wysoki obcas 

srebrnego pantofelka wbił się głąboko w piach, wykręcając 

jej nogą. Upadłaby, gdyby nie silna dłoń, która wychyliła 

się z ciemności, podtrzymując jej ramią. - Zostaw mnie! 

- wykrzyknąła, wyrywając rąkę. - Nie waż się więcej mnie 
dotykać! Nigdy! 

- Wcale tak nie myślisz. - Mążczyzna miał przyjem­

ny, głąboki głos. Jak zawsze, podniecał zmysły Alek­
sandry. 

- Właśnie że myślą! 

Wiatr od morza rozwiewał piękne, czarne włosy. Kiedy 

kilka kosmyków znalazło się na jej twarzy, Patrick odgarnął 

je delikatnie. 

- Jesteś okropny. - Obcy akcent brzmiał dziś wyraźniej 

niż zwykle. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz była aż tak 
zdenerwowana i zgnębiona. Kiedy usiłowała oderwać od 

twarzy dłoń dotykającą policzka, na jej palcu w świetle 

background image

POTRÓJNE'WESELE •  1 2 7 

księżyca zabłysła obrączka. - Oszukujesz i kłamiesz

 - rzu­

ciła Patrickowi w twarz. 

Dramatycznym gestem uniosła w górą kieliszek szampa­

na, który trzymała w ręku, i wychyliła jego zawartość. 

- Żałuję, że w ogóle cię poznalam. 
Patrick miał ochotą ponownie dotknąć Aleksandry, ale 

po namyśle wsunął ręce do kieszeni. 

- Rozmawiasz z człowiekiem, którego kochasz - przy­

pomniał, siląc się na spokój. 

- Nie potrafisz nawet zdobyć się na coś oryginalnego 

-powiedziała złośliwie. - To przecież słowa Clarka Gable 
do Normy Shearer w „ Wyzwolonej duszy". 

Patrick wzruszył ramionami. 
- Pisarz przywłaszcza sobie niekiedy cudze teksty, pod 

warunkiem, że są dobre. 

Aleksandra postanowiła nie dać się ułagodzić. Przyła­

pała go na czułym sam na sam z Mae Chandler. Aktorką 

której Walter Stern powierzył drugoplanową rolę nieszczę­
śliwej, zdradzanej żony w ostatnim filmie Aleksandry, 
w „Lekkomyślnej damie". Ją samą obsadził, jak zawsze, 
w roli seksbomby, kochanki. 

- Nie masz pojęcia o pisaniu - rzuciła Patrickowi 

w twarz. Chciała mu dokuczyć za wszelką cenę. 

- Zmyliły cię pozory -powiedział łagodnym tonem. 
- A to jest już twój własny tekst, bo nieudolny. 
Zacisnął wargi. Aleksandra posuwała się zbyt daleko. 
- Widzę, że jesteś przekonana o mojej niewierności. 

A może wolisz zmienić temat, żebyśmy mogli porozmawiać 

o twoich ostatnich zdradach? 

Odetchnęła głęboko. Było to jawne kłamstwo. Od chwili, 

w której poznała Patricka Reardona, nie istniał dla niej 

żaden inny mężczyzna. 

background image

1 2 8 • POTRÓJNE WESELE 

Uniosła się honorem. 

- Nie zamierzam rozmawiać na ten temat

 - odparła 

wyniośle. 

Patrick popatrzył na żoną. 
- Szkoda. Bo ja mam Ci wiele do powiedzenia. Zacznij­

my od twoich wyczynów w Hawanie, gdzie byłaś zwykłą 
dziwką. 

Aleksandra skuliła się, jakby ją uderzył. 
- Nie wiem, o czym mówisz - odezwała się sztywno. Nie 

miała pojęcia, skąd Patrick dowiedział się, co robiła na 

Kubie. 

Czyżby od Waltera Sterna? Nie, to chyba niemożliwe. 

Wszechwładny szef Xanadu Studios był wściekły, że wyszła 

za Patricka. Uważał, że małżeństwo zmniejszy jej walory 

jako gwiazdy, a w konsekwencji popularność i tym samym 

dochody wytworni. Od związku z Patrickiem upłynął rok 
i żadna inna aktorka nie zdołała jednak zdystansować Ale­
ksandry. Ani Greta Garbo, ani Marlena Dietrich. Ani cu­
kierkowa, wyondulowana blondynka, Jean Harlow. 

Walter Stern był człowiekiem mściwym, o czym Aleksan­

dra dobrze wiedziała. Nie zaryzykowałby jednak utraty 
reputacji największej gwiazdy swej wytworni, do­

puszczając, aby rozeszły się wieści o tym, że była prosty­

tutką. 

- Jak na aktorkę, moja droga, jesteś kiepską kłamczu­

cha -powiedział Patrick. - Teraz, gdy o tym myślę, widzę, 

że nie ma większej różnicy w oddawaniu się za pienią­

dze w jakimś hawańskim kasynie czy za dobrą rolę w Hol­
lywood. 

Od wczesnej młodości Aleksandra miała bardzo trudne 

życie. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, była pię­

cioletnim dzieckiem. Po trzech następnych latach przeżyła 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 2 9 

w Rosji rewolucją. Straciła ojca. Jeden brat zginął na woj­
nie, drugi znalazł się w wiezieniu, a potem zmarł. 

Samotne kobiety, matką i córką, wyrzucono z rodzinnego 

majątku. Przedtem jeszcze na oczach Aleksandry żołdacy 

zgwałcili matką, która nie wytrzymała poniżenia. Dwa 

tygodnie później pożegnała się z życiem. 

Następne piąć lat Aleksandra spądziła w kołchozie, pra­

cując ciężko w polu po osiemnaście godzin na dobą. Otrzy­
mywała za to trochą strawy, dzięki, czemu nie umarła 

z głodu. 

Gdy z brzydkiego kaczątka przeobraziła się w łabędzia, 

Aleksandra uświadomiła sobie, że uśmiechnął się do niej 

los. Miała teraz coś, co było wiele warte. Piąkną twarz 
i ponętne ciało. 

Skończywszy szesnaście lat, została kochanką dygnita­

rza partyjnego. Dwa lata później sprzedała swe wdzięki 
kapitanowi statku handlowego i przekupiła go pieniędzmi 
ukradzionymi kochankowi. Kapitan zgodził się wywieźć ją 

z Rosji na Kubą. Przez całą podróż więził Aleksandrą 

w swej kabinie, poniżając i gwałcąc. 

Wiedziała, co to ból. Nigdy jednak nie zdawała sobie 

sprawy, że słowa mogą ranić mocniej niż ciosy. Prawdzi­
wym cudem było to, że wraz z Patrickiem będą mieli dziec­

ko. Nagrodą za koszmarne życie, którego zaznała. 

Jak ten człowiek śmie sądzić, że go zdradzała?! 

- Ty łobuzie! - Wymierzyła mężowi siarczysty po­

liczek. 

Podniósł ręką. Przez chwilą myślała, że odwzajemni 

uderzenie. Zaklął pod nosem i powoli opuścił ręką. Bez 
słowa odwrócił się i ruszył w przeciwną stroną. 

- Poczekaj! Wróć! - krzyknęła Aleksandra. 
Jej słowa zginęły w poszumie wiatru. W bezsilnej wście

-

background image

1 3 0 • POTRÓJNE WESELE 

kłości rzuciła w odchodzącego męża kieliszkiem po szam­

panie. 

A potem padła na kolana, ukryła twarz w dłoniach i za­

niosła się płaczem. 

Blythe obudziła się nagle. Dusiły ją łzy. Gage natych­

miast otworzył oczy. 

- Blythe? - Wyciągnął rękę i dotknął jej mokrej twarzy. 

- Wszystko dobrze, kochanie. Musiałaś mieć zły sen. 

- Och, Gage! - W poczuciu zagrożenia rzuciła się 

w jego objęcia i przycisnęła policzek do umięśnionego 

torsu. - Wszystko wydawało się tak okropnie rzeczy­

wiste! 

Po twarzy Blythe płynęły łzy. Uspokajającym gestem 

Gage pogładził ją po włosach. 

- Śniłaś o Aleksandrze - zgadł, a właściwie był tego 

pewny. 

- Czułam się tak, jakbym tam była. Na przyjęciu. 

W noc, podczas której straciła życie. - Blythe drżała na 

całym ciele. 

- Nic dziwnego, że miałaś taki sen. Byłaś pod wraże­

niem opowieści Nataszy. 

- Nie rozumiesz. - Blythe popatrzyła przez łzy na Ga-

ge'a. - Wiem, o co się pokłócili. 

- Natasza sądziła, że o to, co Aleksandra robiła w Ha­

wanie - przypomniał Gage. Odgarnął włosy z twarzy 

Blythe i ucałował ją w czoło. Potem wargami musnął poli­

czek. I usta. 

- Natasza miała rację. Patrick obwiniał żonę o to, że na 

Kubie pracowała jako prostytutka. To jednak nie wszystko. 

Aleksandra zaszła w ciążę. 

- W protokole z autopsji nie było o tym mowy. 

background image

POTRÓJNE WESELE  1 3 1 

- Ale to prawda. 

- Miałaś koszmar senny. I tyle. 

- Nie. Nic nie rozumiesz... 

Gage chciał zakończyć tę bezsensowną rozmowę. 

- Niedawno przeżyłaś silny stres. I sypiałaś niewiele. 

Przez ostatnie dwie noce z mojej winy. 

Blythe przywarła do niego mocno. Wtuliła twarz w za­

głębienie ramienia. Gage zaczął się dekoncentrować. Była 

taka ciepła, miękka... 

- Kochanie, twoja podświadomość płata ci figle. 

Podniosła wzrok. Miała poważny wyraz twarzy. 

- Wszystko było niesamowicie realne, i to ja byłam na 

miejscu Aleksandry. 

- Śniło ci się. 

- Powiedz, czy znasz okoliczności, w jakich ta kobieta 

znalazła się na Kubie? 

- Nie, ale... 

- Przekupiła kapitana statku handlowego, żeby wy­

wiózł ją z Rosji. To była potworna podróż. Ten czło­

wiek znęcał się nad nią i poniżał, wyżywał się seksualnie. 

- Nie widzącym wzrokiem Blythe patrzyła daleko w prze­

strzeń, - Dopiero gdy statek przybił do wybrzeża Kuby, 

żeby wziąć transport trzciny cukrowej, kapitan wypuścił 

mnie na pokład. Po raz pierwszy od wypłynięcia z Odessy. 

Gage natychmiast zauważył zmianę w sposobie mówie­

nia Blythe. 

- Słuchaj...-zaczął. 

- Po raz pierwszy w życiu - ciągnęła nieswoim głosem 

- byłam naprawdę wolna. - Spojrzała na Gage'a. - Wy, 

Amerykanie, nie macie pojęcia, co to słowo oznacza. -

Blythe mówiła teraz z dziwnym akcentem. Rosyjskim, uz­

mysłowił sobie Gage. - Czułam się cudownie. Mimo że 

background image

1 3 2 • POTRÓJNE WESELE 

w mieście było pełno ładnych kobiet, od razu znalazłam 

pracę. W kasynie. Prezentowałam kostiumy kąpielowe sta­

rym, bogatym mężczyznom, których oddech był przesiąk­

nięty rumem i dymem cygar. Czasami robiłam więcej. To 

co prostytutka. 

Błythe podniosła głowę. Jej oczy świeciły dziwnym 

blaskiem. 

- Nie ma na świecie nic silniejszego niż pragnienie prze­

życia. Bogaci nie mają o tym pojęcia. - Gage jak zahipno­

tyzowany wpatrywał się w Blythe. Miał przed sobą Ale­

ksandrę Romanow. - Kiedy Walter Stern - mówiła - po­

znał mnie w Hawanie, zapytał, czy kiedyś grałam na sce­

nie. Tym pytaniem bardzo mnie rozśmieszył. Jasne, że 

grałam. Na swój sposób. W eleganckich apartamentach 

najlepszego w Hawanie hotelu dla bogatych turystów. Mie­

wając jednego tylko widza. - Blythe utkwiła w Gage'u 

oskarżycielskie spojrzenie. - Jak śmiesz zarzucać mi, że cię 

zdradzałam? Nie rozumiesz tego, co działo się po rewolu­

cji. Syty mężczyzna nigdy nie pojmie, co oznacza umiera­

nie z głodu. Mówiłeś, że mnie kochasz. Ale to nieprawda. 

Wielbisz tylko gwiazdę z ekranu, a nie kobietę z krwi i ko­

ści, noszącą pod sercem twoje dziecko! 

Gage był przerażony. Wzdrygnął się. 

- Blythe. - Wziął ją w ramiona i potrząsnął. Raz, drugi, 

trzeci. - Blythe, to ja, Gage. 

Jego słowa przeniknęły do jej świadomości. Wyczuła, 

jak bardzo jest zdenerwowany. Co więcej, przerażony. 

- Gage? - Zamrugała gwałtownie. Raziło ją dzienne 

światło. W pokoju robiło się jasno. Za oknem wschodziło 

słońce. 

Przygarnął ją mocno do siebie. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 3 3 

- Dziewczyno, przeraziłaś mnie nie na żarty! - Ode­

tchnął z ulgą. 

Pomyślała sobie, że to wielkie szczęście mieć przy sobie 

tak wspaniałego mężczyznę. Dotknęła wargami jego ust. 

Pragnęła udowodnić, jak bardzo go kocha. Jej ręce błądziły 

po jego obnażonym ciele. Docierały wszędzie. Jak powie­

trza potrzebowała tego mężczyzny. Każdą cząstką swego 

ciała. 

Gage przestał nad sobą panować. Roznamiętniony pie­

szczotami, oszalały z pożądania, wciągnął Blythe na siebie. 

- Teraz - powiedział, unosząc ją w ramionach. Złączyli 

ciała. - Kocham cię, Blythe - dodał po chwili chrapliwym 

głosem. 

- Ja też. Tylko ciebie. - Ujęła Gage'a za nadgarstki. 

Przyciągnęła je do własnych piersi. - I będę cię kochała. 

Zawsze. 

Upłynęło wiele czasu, zanim znaleźli się w dorożce, 

odwożącej ich na nabrzeże. Ani Blythe, ani Gage nie mieli 

ochoty opuszczać tego romantycznego, cudownego zakąt­

ka. Czas jednak płynął nieubłaganie. Gdyby nawet Connor 

zgodził się zmienić harmonogram zajęć Blythe na planie 

„Zdemaskowania", i tak powinna przystąpić do pracy nad 

własnym filmem. 

Wiedziała ponadto, że oprócz niej Gage ma także innych 

klientów. W pracy pomagała mu, co prawda, Lily, którą 

niedawno wziął na wspólniczkę, ale i tak musiał już wracać 

do Stanów. 

- Powziąłem decyzję - oznajmił nagle. 

- Tak? - Suchy ton jego głosu zaniepokoił Blythe. 

- Mogę poczekać, aż zdecydujesz się na małżeństwo. 

Chcę jednak, żebyśmy zamieszkali razem. 

background image

1 3 4 • POTRÓJNE WESELE 

Odetchnęła z ulgą. 

- Jestem już spakowana - odparła spokojnie. 

- Zgadzasz się? Tak od razu? - zapytał zdumiony. Mi­

mo że Bachelor Arms stanowiło lokum wygodne i eleganc­

kie, w żadnej mierze nie umywało się do wytwornej siedzi­

by Blythe w Beverly Hills. 

- Tymczasowo. Dopóki nie zostanie odbudowany mój 

dom. Potem, jeśli będzie ci to odpowiadać, przeniesiemy 

się do mnie, a swój apartament zamienisz na biuro. 

- Zrobię, co zechcesz. - Gage odetchnął z ulgą. Nie 

spodziewał się, że Blythe bez oporów przystanie na jego 

propozycję. Nieważne, gdzie będą mieszkać. Byle razem. 

Pod wspólnym dachem Blythe szybko uzna małżeństwo za 

następne logiczne posunięcie. 

- Jestem już zmęczona mieszkaniem w hotelu. Z przy­

jemnością przeniosę się do ciebie. Bardzo lubię Bachelor 

Arms. 

Gage przeciągnął dłonią po włosach Blythe i uśmiech­

nął się szeroko. Piękna twarz tej kobiety od miesięcy na­

wiedzała go w snach. 

- Chcesz mnie tylko dlatego, że tam mieszkam? - za­

żartował. 

Śmiejąc się, podała mu usta do pocałunku. 

- Wierz mi, kochany, że na liście wszystkich powodów, 

dla których cię chcę, apartament w Bachelor Arms znajduje 

się na miejscu bardzo odległym. 

Dojechali do nabrzeża. Dorożkarz zsiadł z kozła i zaczął 

wyładowywać bagaże. Blythe z niechęcią przerwała poca­

łunek. 

- Zrobiłaś sobie listę? - zapytał Gage. Wyskoczył z do­

rożki. 

- Oczywiście - odparła, kiedy pomógł jej wysiąść. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 3 5 

Stali nad błękitną wodą, skąpani w promieniach poran­

nego słońca. Gage objął w pasie Blythe, a ona położyła mu 

rękę na ramieniu. Było jej dobrze. Pragnęła, by czas się 

zatrzymał. 

- Nie sądzisz, że powinienem obejrzeć ten wykaz? 

Chciałbym wiedzieć, czego się po mnie spodziewasz. 

- Zajmiemy się tym, gdy tylko dotrzemy do domu -

przyrzekła Blythe. W jej oczach tańczyły wesołe ogniki. 

Z uwielbieniem patrzyła na Gage'a. 

- Zgoda-odparł.-Ty jesteś przecież szefową. 

background image

ROZDZIAŁ 

- To ciekawy materiał - powiedział Sloan Wyndham do 

Blythe nazajutrz po jej powrocie z Grecji. 

Siedzieli w przestronnym gabinecie w domu Sloana w Pa­

cific Palisades. Wysokie, sięgające sufitu okna wychodziły na 

ocean. Za każdym razem, kiedy tu przychodziła, Blythe zasta­

nawiała się, jak przy tak cudownej panoramie daje się w ogóle 

w tym pokoju pracować. Z faktu, że Sloan świetnie i szybko 

przygotowywał scenariusz filmu o Aleksandrze, wynikało, że 

jest obdarzony zarówno talentem, jak i zdolnością koncentra­

cji. Był jednym z najbardziej wziętych i cenionych scenarzy­

stów w Hollywood. Blythe była bardzo zadowolona, że zgo­

dził się z nią współpracować. 

- Może i dobry, lecz cała ta historia jest okropnie smut­

na - odezwała się po chwili. 

- Tak - przyznał Sloan - ale udało się wypełnić luki, 

które utrudniały nam życie. - Odchylił się na krześle, złą­

czył dłonie za głową i z dużą przyjemnością popatrzył na 

Blythe. - Jak widać, Natasza okazała się bardzo pomocna. 

Nie zawiodła oczekiwań twoich i Gage'a. 

- Tak. - Blythe nie miała zamiaru wyjaśniać Sloanowi, 

że część faktów z życia Aleksandry nie pochodzi od by­

łej charakteryzatorki. - Musimy powziąć ważną decy-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 3 7 

zję. Dopiszemy fikcyjne zakończenie, w którym zasuge­

rujemy widzowi, kto jest mordercą, czy też, opierając 

się tylko na faktach, pozostawimy tajemnicę nie rozwią­

zaną? 

Tak, jak to było przez wiele lat. Przez zbyt wiele lat, 

pomyślała Blythe. 

Dobrze wiedziała, czego chce. Sugerowanie, że to Wal­

ter Stern zamordował największą gwiazdę swej wytwór­

ni, pociągnie jednak za sobą proces sądowy o zniesławie­

nie. Walter Stern III zrobi wszystko, by nie dopuścić do 

ataku na swego dziadka i dobre imię rodziny. 

- Porozmawiam z adwokatem. Dowiem się, jak to wy­

gląda od strony prawnej - powiedziała. Z ponurej miny 

Sloana wywnioskowała, że nie jest zachwycony jej po­

mysłem. Współpracując z nim na co dzień, przekonała się, 

że obiegowe opinie o niezależności i uporze tego człowie­

ka są w pełni uzasadnione. Ciągle popadał w konflikty 

z producentami, chciał zawsze postawić na swoim. Teraz 

denerwowała go przezorność Blythe. - Gage usiłuje do­

trzeć do raportu policyjnego z miejsca zbrodni - dodała. 

- Nie podejmujmy dziś decyzji. Dajmy mu jeszcze parę 

dni. 

- A jeśli niczego nie znajdzie? 

- Zobaczysz, że znajdzie. 

Sloan popatrzył uważnie na Blythe. 

- Domyślam się, że ten film wiele dla ciebie znaczy. 

- Tak. 

- Gdy przyszłaś do mnie z propozycją współpracy, na 

wstępie zadałem pytanie. Chciałem wiedzieć, na czym ci 

zależy. Wyłącznie na scenariuszu, na rozwiązaniu krymi­

nalnej zagadki, czy też, po tylu latach, na dotarciu do 

prawdy. Pamiętasz, co wtedy odpowiedziałaś? 

background image

1 3 8 • POTRÓJNE WESELE 

Jakże mogła zapomnieć? To pytanie zadawała bezustan­

nie sobie samej. Od miesięcy. 

- Odparłam, że zależy mi na tych wszystkich trzech 

rzeczach. 

- To było wtedy. A jak jest teraz? 

Zdesperowana Blythe przeciągnęła ręką po włosach. 

- Nie mam żadnego dowodu, ale wiem, że Patrick nie 

zabił żony. - Spojrzała w okno na ocean połyskujący 

w słońcu. - Pewnie myślisz, że zwariowałam. 

- Aha. 

- Co takiego? - Blythe oderwała wzrok od okna. 

- Każdy, kto decyduje się na pracę w naszej branży, 

musi być zwariowany - wyjaśnił z sympatycznym uśmie­

chem, którym oczarował Cait. - Ty, ja i to całe miasto, 

wszyscy jesteśmy porządnie stuknięci. Gdyby nie było kin, 

pewnie znaleźlibyśmy się w zakładach zamkniętych. 

Blythe roześmiała się głośno. Minęła chwila napięcia. 

Podniosła się z miejsca, nachyliła i pocałowała Sloana 

w policzek. 

- Cait jest prawdziwą szczęściarą - dodała ciepłym 

tonem. 

W brązowych oczach Sloana pojawiły się wesołe ogniki. 

- Bez przerwy to jej powtarzam. Codziennie. Zaraz po 

tym, jak sobie przypomnę nasze poznanie. Co za ironia losu 

zadurzyć się w kobiecie, która przy pierwszym spotkaniu 

bierze faceta na muszkę! 

- Takie są niebezpieczeństwa zakochania się w poli­

cjantce. - Blythe westchnęła głośno. 

- Nie jest źle - zapewnił Sloan, odprowadzając ją do 

drzwi. - Nadal nie zachwyca mnie pistolet Cait, ale odkry­

łem, że kajdanki stwarzają różne intrygujące możliwości. 

- Przyjacielskim gestem dotknął ramienia Blythe. - Po-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 3 9 

winnaś zapytać Gage'a, czy z dawnych, policyjnych cza­

sów nie została mu przypadkiem jakaś para. 

Rozbawił Blythe, o co mu zresztą chodziło, ponieważ 

wydała mu się dziwnie niespokojna. 

Kiedy chwilę później opuszczała Pacific Palisades, zjeż­

dżając ostro w dół krętą ulicą w kierunku Bulwaru Zacho­

dzącego Słońca, rozważała pół żartem, pół serio, czy zaska­

kującej sugestii Sloana dotyczącej kajdanków nie dopisać 

do listy dla Gage'a. 

- Właśnie się minęliście - oznajmiła Lily, gdy Blythe 

znalazła się w jego apartamencie w Bachelor Arms. - Jest 

w drodze na lotnisko. 

- Na lotnisko? - ze zdziwieniem powtórzyła Blythe. 

- Przecież dopiero wróciliśmy z Grecji. Dokąd wybiera się 

Gage? 

- Udało się ustalić miejsce pobytu jednego z tych dete­

ktywów. 

- Znaleźliście kogoś? - Blythe wiedziała już, że dwóch 

detektywów przestało pracować w policji. Dwa tygodnie 

po zabójstwie Aleksandry opuścili nagle Los Angeles. 

Zmartwiło to Blythe, lecz Gage pocieszył ją mówiąc, że 

Lily z pewnością któregoś odnajdzie. Była mistrzynią 

w wygrzebywaniu informacji ze starych akt. 

- Oczywiście. Znaleźliśmy. Niejakiego Michaela 

Connelly'ego. Ale nie ciesz się zawczasu, bo może się 

jeszcze okazać, że nosi tylko to samo imię i nazwisko 

- ostrzegła Lily. 

- Szkoda, że Gage nie poczekał na mnie - z żalem 

powiedziała Blythe. - Chciałabym być podczas rozmowy. 

- Gage musiał się pospieszyć, żeby zdążyć na samolot 

- wyjaśniła Lily. - Jutro rano Connelly udaje się na rybacką 

wyprawę. 

background image

1 4 0 • POTRÓJNE WESELE 

- Do czego to podobne, co w dzisiejszych czasach wy­

czyniają starzy ludzie - mruknęła pod nosem Blythe. - Za­

miast siedzieć w domu w fotelu na biegunach nieustannie 

podróżują. 

- Hej, nie potępiaj ich za to - zaśmiała się Lily. - Ile­

kroć wyprzedzam na autostradzie samochód z kempingo­

wą przyczepą, tylekroć myślę sobie, że na starość też będę 

mogła mieć sporo frajdy. 

- Jeśli to nasze dochodzenie potrwa jeszcze dłużej, 

sama przedwcześnie się zestarzeję. - Blythe spojrzała 

w ogromne, oprawne lustro zdobiące ścianę. - Tylko po­

patrz! - Jęknęła. - Już mam siwe włosy. 

- Gdzie?-Lily podeszła bliżej.-Nic nie widzę. 

- O, tu. - Blythe wyrwała jeden włos. - Jest. 

- Rzeczywiście - potwierdziła Lily. - Tylko nie mów 

o tym Gage'owi, bo z pewnością od razu puści cię kantem. 

Blythe głośno się roześmiała. 

- No, może trochę przesadzam. Ale jestem coraz bar­

dziej sfrustrowana. - Przestała wypatrywać siwych włosów 

i wróciła do zasadniczego wątku rozmowy. 

- Dokąd właściwie poleciał Gage? 

- Do Oregonu. Connelly ma tam domek nad jeziorem. 

- Jak udało ci się odszukać tego człowieka? 

- Posprawdzałam nazwiska emerytowanych, byłych 

funkcjonariuszy policji w sąsiednich stanach. I natrafiłam 

na Michaela Connelly'ego, który przeszedł na emeryturę 

po wielu latach pracy w biurze szeryfa w okręgu Klamath, 

w stanie Oregon. 

- Gage ma rację, Lily, jesteś genialna - z uznaniem 

stwierdziła Blythe. 

- To jeden z powodów, dla których się w niej zakocha­

łem - od strony drzwi rozległ się nagle znajomy głos. Lily 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 4 1 

i Blythe były tak zatopione w rozmowie, że nie zauważyły 

przyjścia Connora. 

Dziecko, które trzymał na ręku, było ubrane w różowe 

śpioszki i białe skarpetki. 

- Nie miałam pojęcia, że już tak późno! - zawołała 

Lily, biegnąc przez pokój, aby powitać ukochanego. 

Pocałowali się nad głową niemowlęcia. Blythe zatęskni­

ła nagle do Gage'a. 

- Jak podobało się Katie w wytwórni? - spytała Lily. 

- Bardzo. Ona sama wzbudziła ogromne zainteresowa­

nie - dumnie odparł Connor. - Tak że miałem ochotę od 

razu podpisać z nią kontrakt. - Uśmiechnął się do dziecka, 

które ssało różowiutką piąstkę. Spojrzało na niego i bez­

zębną buzią odwzajemniło uśmiech. - Powiedziała mi, że 

woli pracę za biurkiem niż przed kamerą. 

Lily spojrzała na Connora. 

- Tak ci powiedziała? 

- Aha. 

- Nie miałam pojęcia, że niemowlaki potrafią mówić 

- wtrąciła Blythe. 

- Większość nie potrafi - przyznał Connor. - Ale Katie, 

jako nieodrodna córka swej mamy, jest genialna. Teraz 

właśnie mówi, że pewnego dnia przejmie po mnie studio. 

- To mi się podoba - oznajmiła Blythe, - W tym mie­

ście powinno być więcej kobiet kierujących wytwórniami 

filmowymi. 

- Katie zostanie, kim zechce - stwierdziła Lily. 

- Jasne - bez mrugnięcia okiem przyznał Connor. - Na 

przykład lekarzem, prawnikiem lub robotnicą... 

- A także matką-dorzuciła Lily. 

- Matką? - Connor nie był zachwycony. - To by ozna­

czało, że jakiś facet weźmie ją w swoje łapy. 

background image

1 4 2 • POTRÓJNE WESELE 

- Tak to zwykle bywa - przypomniała Blythe. Była 

zachwycona, że Conner tak szybko wcielił się w rolę ojca 

dziecka Lily. I to ojca idealnego. 

Trzydziestojednoletni milioner, którego „Wall Street 

Journal" nazwał niedawno najmłodszym geniuszem finan­

sowym, był błyskotliwy, seksowny i, o czym Lily zdążyła 

się już przekonać, szczodry i kochający. 

Sama wyrosła na farmie w Kansas. Rodzice wpoili 

jej solidne zasady moralne. Connora uważała za narwań-

ca. Poważne podejście do życia nie powstrzymało jej jed­

nak od zakochania się w tym człowieku. Swą dobrocią 

sprawił, że szybko doszła do siebie po nieszczęśliwym 

małżeństwie. 

- Musimy dostarczyć Katie paru braciszków - powie­

dział Connor. - Im szybciej, rym lepiej. 

- Nie rozumiem... 

- To proste. - Connor uśmiechnął się, zadowolony, że 

udało mu się rozwiązać jeszcze jeden problem. - Nauczę 

ich, żeby tłukli każdego chłopaka, który ośmieli się spoj­

rzeć pożądliwie na ich piękną siostrzyczkę. 

Lily wspięła się na palce i musnęła wargami usta Con­

nora. 

- Jeśli chcesz, aby Katie miała tych wszystkich braci... 

Blythe zatęskniła znów za Gage'em. Żałowała, że nie 

jest z nim w samolocie. Uprzytomniła sobie, jak bardzo 

ostatnio zmieniło się jej życie. 

Niemal odczytując myśli przyjaciółki, Lily oznajmiła 

Connorowi: 

- Blythe wprowadza się do Gage'a. 

Z aprobatą skinął głową. 

- Najwyższy czas - skonstatował. 

- Czy nikt z was nie bierze pod uwagę, że zaledwie parę 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 4 3 

dni temu byłam narzeczoną innego mężczyzny?! - wy­

krzyknęła Blythe, wznosząc oczy do góry. 

- Nikt - bez chwili wahania przyznał Connor. - Bo nikt 

nie wierzył, że ty i ten doktor stanowicie sensowną parę. 

- Co innego ty i Gage - dorzuciła Lily. - Każdy, kto 

choć raz zobaczył was razem, wiedział, że jesteście dla 

siebie stworzeni. 

- Jestem szczęśliwa, że poznałam Gage'a - przyznała 

Blythe. 

- Trzeba będzie teraz zalegalizować nasze związki -

dorzucił Connor. 

- Najpierw muszę schudnąć, żebym mogła się zmieścić 

w przyzwoitą suknię ślubną - oświadczyła Lily. - Chcę, 

żeby wszystko było idealne. 

- Sama jesteś idealna. Katie też. Ja nie jestem, ale wy 

obie to rekompensujecie. Tak że w trójkę jesteśmy w po­

rządku. Prawda? - Connor zwrócił się do Blythe. 

- Oczywiście. Jesteście idealni. 

Connor objął Lily. 

- Do licha, kiedy wreszcie pozwolisz mi zrobić z siebie 

uczciwą kobietę? 

- Na razie masz zbyt dużo zajęć na głowie - odrzekła. 

- Z tym przejmowaniem wytwórni i... 

- Kiedy? Kiedy odbędzie się nasz ślub? - Connor był 

uparty. 

- Pogadamy o tym wieczorem - obiecała Lily. - Gdy 

wrócę do domu. 

- Sądziłem, że pojedziesz razem ze mną i z dzieckiem. 

- Nie. Cait i ja zabieramy naszą podróżniczkę na ko­

lację. 

- Czyżby? - zdziwiła się Blythe. - Pierwszy raz o tym 

słyszę. 

background image

1 4 4 • POTRÓJNE WESELE 

- Musisz opowiedzieć, jak było w Grecji - odparła 

Lily. 

- Tak naprawdę to interesuje cię, dlaczego zerwałam 

z Alanem i zdecydowałam się przenieść do Gage'a. 

- Jasne - przyznała Lily. - Cait mówiła, że popierałaś 

jej związek ze Sloanem. Potem robiłaś wszystko, żebym 

była z Connorem. Teraz nasza kolej, aby zająć się tobą. 

Lily i Cait umówiły się w barze „U Flynna" przy Bache­

lor Arms. Było to wprost wymarzone miejsce na krótkie 

spotkania z sąsiadami i codzienną wymianę ploteczek. 

- Zarezerwowałam ci twój ulubiony kąt - oznajmiła 

z uśmiechem kelnerka na widok Lily. 

Była nią Bobbie-Sue 0'Hara, zatrudniająca się także 

dorywczo jako aktorka. Gdy obie mieszkały w Bachelor 

Arms, zanim Lily przeniosła się do luksusowego domu 

w Malibu, który Connor kupił dla swej nowej rodziny, 

znały się mało. Teraz jednak, pracując z Gage'em w jego 

apartamencie, Lily zaprzyjaźniła się z sympatyczną kel­

nerką. 

Niekiedy musiała z kimś zostawić dziecko. Wówczas 

Bobbie-Sue chętnie podejmowała się opieki nad Katie. 

Ktoś cyniczny mógłby powiedzieć, że pomagała Lily tylko 

dlatego, że jej ukochany został nowym właścicielem Xana­

du Studios. Lily ceniła jednak Bobbie-Sue, uważając ją 

przede wszystkim za uczynną sąsiadkę. 

- Jak było w Grecji? - spytała kelnerka, gdy Lily 

i Blythe zajęły miejsca przy stoliku. 

- Świetnie. - Ciekawskiej Bobbie-Sue Blythe nie 

chciała mówić więcej. - Pogoda piękna, przez cały czas 

świeciło słońce, jadłam o wiele za dużo. 

- Byłam w Grecji z rodzicami, podczas podróży po Eu­

ropie po skończeniu szkoły średniej - powiedziała Bobbie-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 4 5 

-Sue. -I zakochałam się w niesamowicie przystojnym kel­

nerze. 

- Wygląda na to, że tak reagują na Grecję wszystkie 

nastolatki - zaśmiała się Blythe. 

- Ja po maturze zakochałam się w malarzu. We Floren­

cji - odezwała się Lily. 

- Włoski malarz to coś więcej niż grecki kelner - roz­

marzonym głosem stwierdziła Bobbie-Sue. 

- Ale ja byłam we Florencji w stanie Kansas - sprosto­

wała rozbawiona Lily. Pochodziła z biednego domu. Teraz 

los się do niej uśmiechnął. Miała wyjść za mąż za bogatego 

człowieka. Kiedy poznała go w Bachelor Arms i zakochała 

się, była pewna, że Connor, podobnie jak ona, nie ma 

pieniędzy. Wiedziała jednak, że miłość i lojalność znaczą 

w życiu więcej niż majątek. - Matt Stewart był studentem 

szkoły pedagogicznej w Emporia - ciągnęła. - Któregoś 

lata, żeby dorobić, malował stajnię mojego ojca. Akurat 

przeczytałam książkę z historii sztuki i byłam pod wraże­

niem dzieł Michała Anioła., Dostrzegłam podobieństwo 

między Mattem a Dawidem. 

Blythe i Bobbie-Sue głośno się roześmiały. 

- Żałuję, że rodzice nie wywieźli mnie do Kansas - po­

wiedziała kelnerka. 

Blythe przypomniała sobie, co mówiła o niej Cait. Mi­

mo że Bobbie-Sue pochodziła z zamożnej rodziny, sama 

zarabiała na życie w barze „U Flynna", marząc o dniu, 

w którym zostanie prawdziwą aktorką. 

Podała karty potraw i zwróciła się do Blythe: 

- Odnalazłaś Nataszę?-spytała. 

- Tak. 

- Mówiła coś ciekawego o Aleksandrze i Patricku? 

- Niewiele. 

background image

1 4 6 • POTRÓJNE WESELE 

- Będziesz realizowała ten film? 

- Tak. 

- To dobrze. Cait wspominała, jak bardzo ci na tym 

zależy. - To powiedziawszy, odeszła od stolika. 

Blythe zrobiło się przykro, że dla tej miłej dziewczyny 

nie ma w jej filmie żadnej roli. 

- Wydaje mi się, że Bobbie-Sue jest znacznie twardsza, 

niż na to wygląda - odezwała się Lily. 

- A my jesteśmy inne? - mruknęła Blythe. - Czy ona 

potrafi grać? 

- Ma dobre referencje. Connor mówił, że w Yale grała 

Laurę w „Szklanej menażerii" Tennessee Williamsa. 

Lily wiedziała dużo o Bobbie-Sue. 

- Connor zgodził się ją przesłuchać. A także Brendę. 

- Były bliskimi przyjaciółkami. - Ale nie dlatego, że to 

sugerowałam. 

- Jasne, że nie - odparła Blythe. Dobrze wiedziała, że 

dla Lily Connor zrobi wszystko. - A propos twego ukocha­

nego. Kiedy zamierzacie się pobrać? - spytała. 

- Nie mam pojęcia. Gdyby chodziło tylko o nas dwoje, 

moglibyśmy zrobić to zaraz. 

- Jeśli się dobrze orientuję, więzy małżeńskie obejmują 

zazwyczaj dwie osoby - zakpiła Blythe. 

- Tak, ale Connor to nie jest ktoś zwyczajny. 

- To prawda. Jest człowiekiem, którego kochasz. 

- Bogatym - uzupełniła Lily. 

- Sądziłam, że do jego pieniędzy zdążyłaś się już przy­

zwyczaić. 

- Tak. Miło się nie martwić, czy starczy na życie do 

końca miesiąca. 

- Więc w czym tkwi problem? 

- Chodzi o samo wesele. Już raz to przeżyłam i teraz 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 4 7 

chciałabym, żeby było skromne. Tylko rodzina i przyjacie­

le. Skoro jednak wychodzę za Connora, to... 

- Zrobi to, co zechcesz - stwierdziła Blythe. - Rozma­

wialiście na ten temat? 

- Oczywiście. 

- I co? 

- Ma być tak, jak zechcę. 

- No więc ślub będzie skromny. O co jeszcze chodzi? 

- O jego nazwisko. 

- Co takiego? 

- To człowiek bardzo znany. Kiedy miał zaledwie dwa­

dzieścia pięć lat, „Time" wybrał go na człowieka roku. 

Ciągle cytują Connora w „Wall Street Journal". Jest sław­

ny, musi więc mieć wesele odpowiednie do jego pozycji 

społecznej. 

- Snobka przez ciebie przemawia? Connor to porządny 

facet. I inteligentny. Radzę ci, jak najszybciej machnij się 

za niego, zanim się rozmyśli. 

- On tego nie zrobi - z absolutnym przekonaniem 

w głosie oświadczyła Lily. 

- Wiem. - Blythe uśmiechnęła się do przyjaciółki. - To 

człowiek, który cię nie zawiedzie. Nigdy. W żadnych oko­

licznościach. 

- Podobnie jak Gage. 

- Podobnie jak Gage - potwierdziła Blythe. 

- No to może zaczniemy planować twoje wesele? 

- Byłoby lepiej, gdybyś teraz zmieniła temat. - Blythe 

spojrzała w stronę otwierających się drzwi baru. - O, jest 

Cait. 

Caitlin Carrigan, ubrana w prosty, granatowy kostium, 

w którym po południu występowała w sądzie jako świadek, 

od razu przyciągnęła wzrok wszystkich mężczyzn w barze. 

background image

1 4 8 • POTRÓJNE WESELE 

- Witaj w kraju - powiedziała, całując przyjaciółkę. 

- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Jak poszło 

w sądzie? 

- Źle. Na skutek idiotycznego biurokratycznego niedo­

patrzenia sędzia musiał oddalić skargę. - Zielone oczy Cait 

zrobiły się ponure. - W praktyce oznacza to, że za godzinę 

lub dwie jeszcze jeden gwałciciel znajdzie się na ulicach 

miasta. 

- To rzeczywiście ile - przytaknęła Blythe. 

- Najtrudniejsze ze wszystkiego było wytłumaczenie 

ofierze gwałtu, dlaczego zawiódł system sprawiedliwości. 

Zwłaszcza po tym, z jakim trudem dziewczyna dała mi się 

namówić na oskarżenie tego łajdaka. 

- Co teraz będzie? - spytała Lily. 

Cait potarła czoło. Szmaragd w zaręczynowym pier­

ścionku od Sloana w przyćmionym wnętrzu baru zabłysnął 

na zielono. 

- No cóż. Wykonałam kilka telefonów. Może tę sprawę 

przejmą władze federalne. Facet był szefem zgwałconej 

dziewczyny, więc jest nadzieja, że skażą go przynajmniej 

na seksualne molestowanie. 

- Lepsze niż nic - uznała Blythe. 

- Ciągle to sobie powtarzam. Ale zmieńmy lepiej temat. 

Sloan wspomniał, że zdobyłaś sporo interesujących infor­

macji o Aleksandrze Romanow. 

- Chyba tak. - Blythe już wcześniej powzięła decyzję. 

Opowie Lily i Cait o swych niesamowitych snach. 

Przez dziesięć minut mówiła bez przerwy. O wszystkim. 

I o tym, że w jej śnie Aleksandra była w ciąży. 

- Autopsja tego nie wykazała? - zdziwiła się Cait. 

- Nie. Ale to nic nie znaczy. 

- Sądzisz, że zatajono umyślnie ten fakt? - spytała Lily. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 4 9 

Blythe wzruszyła ramionami. 

- Całkiem możliwe - odparła. - Los Angeles to plot­

karskie miasto. Nic by tu się nie ukryło, Aleksandra została 

uduszona, więc może koroner zrezygnował z dalszych ba­

dań lekarskich. 

- Dlatego przecież robi się autopsję - przypomniała Cait. 

- Tak. Pamiętaj jednak, że działo się to dawno temu. 

Nawet dziś, przy doskonałych środkach technicznych, po­

myłki są możliwe. 

- A może się mylisz, Blythe - wtrąciła Lily. - Może 

Aleksandra wcale nie była w ciąży. 

- Nie umiem wam tego dowieść, ale jestem pewna. To 

było dziecko Patricka - upierała się Blythe. 

- Zupełny idiotyzm - uznała Cait. - Może to duch Ale­

ksandry chce ci wmówić, że jej mąż był niewinny? 

- Jeszcze trzy miesiące temu wyśmiałabym twoje słowa. 

- A teraz? 

- Teraz wiem, że Patrick został skazany za zbrodnię, 

której nie popełnił. 

- Ta rozmowa robi się okropna - stwierdziła zdegusto­

wana Cait. - Mówmy o weselszych rzeczach. Blythe, moje 

gratulacje. Świetnie, że wprowadzasz się do Gage'a. 

- Skąd wiesz? Dopiero parę godzin temu podjęłam de­

cyzję. 

- Jestem policjantką - z uśmiechem przypomniała 

Cait. - Gage powiedział Lily, a ona zadzwoniła do mnie 

do sądu. 

- Wieści rozchodzą się szybko. 

- W Los Angeles zawsze tak było - stwierdziła Cait. 

- Nie tylko tutaj - dodała Blythe. - Kiedy na lotnisku 

ateńskim czekaliśmy na samolot, zobaczyłam nasze zdjęcie 

na pierwszej stronicy greckiej gazety. 

background image

1 5 0 • POTRÓJNE WESELE 

Zrobiono je na Eginie podczas wesela. Blythe i Gage 

tworzyli w tańcu szczęśliwą parę. 

Blythe miała wypisaną na twarzy miłość do Gage'a. Dla­

czego nie chciała go poślubić? Przypomniała sobie, co jej 

wytknął. Że myśli zbyt wiele. Miał chyba rację. Ona jednak 

zawsze lubiła, gdy wszystko miało sens. Wtedy czuła się 

bezpiecznie. Niestety, miłość była pozbawiona jakiejkolwiek 

logiki. W uczuciu Blythe do Gage'a nic nie miało sensu. Nic 

nie dawało się przewidzieć. 

. Nie potrafiła przestać kochać tego człowieka, podobnie 

jak nie powstrzymałaby słońca przed zachodem. Do sądne­

go dnia mogłaby analizować swoje uczucie do Gage'a 

Remingtona. 

Był jeszcze jeden szkopuł. Miłość nie dawała żadnych 

gwarancji i zawsze towarzyszyło jej ryzyko. Teraz, gdy 

przysłuchiwała się rozmowie przyjaciółek o ślubie Cait, 

Blythe doszła do wniosku, że jej niechęć do wiązania się 

z Gage'em na stałe wynikała z głęboko zakorzenionego 

strachu przed utratą kontroli nad własnymi emocjami. Co 

więcej, nad całym życiem. 

W tym rozumowaniu nie uwzględniała jednego czynnika. 

Że zakochała się nieprzytomnie w jedynym mężczyźnie, dla 

którego było warto ponieść każde ryzyko. 

background image

ROZDZIAŁ 

10 

„Bar myśliwski" zasługiwał w pełni na to miano. Był 

przyozdobiony przeróżnymi trofeami. Na sosnowych ścia­

nach wisiały liczne poroża. W rogu stał wypchany 

niedźwiedź. Pochylał się groźnie w stronę tego, kto odwa­

żył się zająć ostatni stołek przy długim barku w kształcie 

litery „L". 

Pijąc piwo i słuchając barwnych opowieści Michaela 

Connelly'ego o wyczynach wędkarskich, Gage nie potrafił 

wyzbyć się wrażenia, że jest obserwowany. Ze wszystkich 

kątów baru wpatrywały się w niego nieruchome oczy wy­

pchanych zwierząt i spreparowanych ryb. 

- Łowił pan kiedy na wędkę? - zapytał Michael Con­

nelly. 

Był to stary, choć znakomicie trzymający się mężczyzna 

o śniadej, opalonej cerze i wciąż szerokich barach. Podwi­

nięte do łokcia rękawy koszuli ukazywały żylaste ramiona. 

Na prawym przedramieniu widniał niebieski tatuaż kotwi­

cy. Nieco powyżej czerwone serce z wpisanym imieniem 

Ethel. Gdyby Gage nie wiedział, że obok niego siedzi były 

policjant, bez wahania wziąłby go za drwala. 

- Parę razy - odparł Gage. - Swego czasu udało mi się 

złapać kilka zębaczy. 

background image

1 5 2 • POTRÓJNE WESELE 

- To marne ryby - z pogardą stwierdził Connelly. - Ale 

kiedy się je dobrze usmaży, nie są takie złe. 

- Tak właśnie przyrządzała zębacze moja babka, kiedy 

byłem dzieckiem i mieszkałem w Arizonie. Dziadek wolał 

okonie. 

- Za kosztowne ryby jak na mój gust. - Connelly wy­

chylił do dna szklaneczkę whisky. Gage skinął na barmana, 

żeby nalał następną kolejkę. - Miałem przyjaciela, który 

był o krok od bankructwa, zanim udało mu się spłacić raty 

za łódź i kosztowne wyposażenie. Facet trzymał na pokła­

dzie więcej urządzeń elektronicznych niż my w czasie woj­

ny, kiedy w łodzi podwodnej polowaliśmy na niemieckie 

u-booty. - Michael Connelly potarł podbródek. - W łowie­

niu ryb wszystkie te cuda wcale mu nie pomogły. Stary 

Jack nigdy nie stał się dobrym wędkarzem. Za to potrafił 

opowiadać świetne historie. 

- A propos historii... - ostrożnie zaczął Gage. 

Michael Connelly stuknął gniewnie szklanką w blat baru. 

- Młody człowieku, już mówiłem, że rozgrzebywanie 

cmentarzysk zwykle wywołuje smród. 

- Lub oczyszcza powietrze - dorzucił Gage. 

Stary człowiek splunął przez pożółkłe od tytoniu zęby. 

- Zmarły pozostaje zmarłym - mruknął pod nosem. -

I nic tego nie zmieni. 

- Ma pan rację. Ale jest jeszcze morderca. Może siedzi 

teraz w jakimś barze i planuje na jutro wędkarską wypra­

wę? - Gage upił łyk piwa. - Nie byłoby to w porządku. 

- Myślisz, że przyskrzynisz faceta, bo jesteś byłym gli­

niarzem? - zakpił Connelly. - Czasami, a właściwie pra­

wie zawsze, życie nie jest fair. 

- Fakt - przyznał Gage. - Niekiedy wydaje mi się, że 

prowadzę walkę z wiatrakami. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 5 3 

- Z wiatrakami? - zdziwił się stary człowiek. 

- Tak. Jak Don Kichot. 

- Nigdy nie lubiłem szkolnej lektury. Co innego książki 

Jacka Londona. 

- A Dashiella Hammetta lub Raymonda Chandlera? 

Lubi pan kryminały? 

Michael Connelly był dobrze po osiemdziesiątce, ale 

wzrok miał przenikliwy i bystry. Rzucił Gage'owi pełne 

wyrzutu spojrzenie. 

- Nie poddajesz się łatwo, co, chłopcze? 

Gage popatrzył mu prosto w oczy. 

- Nie poddaję. 

Obaj zamilkli. Connelly wyciągnął z kieszeni papierosa. 

Oderwał filtr i wyrzucił, a pozostały kawałek wetknął mię­

dzy zęby. Z innej kieszeni wyjął staroświecką, kuchenną 

zapałkę, którą sprawnie potarł o zelówkę buta. 

Gage zastanawiał się, czy lekkie drżenie ręki było spo­

wodowane podeszłym wiekiem, czy też rozmową o spra­

wie, o której z pewnością wolałby zapomnieć. 

Milczenie się przedłużało. Gage czekał cierpliwie. 

- Nie masz pojęcia, jak wtedy było - odezwał się wre­

szcie Connelly. Zaciągnął się dymem. - Dziś wszystko jest 

dopuszczalne. Żonaty aktor przesypia się z filmową part­

nerką na jakiejś, jak mu się wydaje, opustoszałej plaży, 

a dwa dni później we wszystkich gazetach ukazują się ich 

zdjęcia w niedwuznacznej pozie. W tamtych czasach dzia­

ło się wiele, ale o tym nie pisał nikt. 

- Mówił pan przedtem o morderstwie Aleksandry Ro­

manow - wtrącił Gage, obawiając się, że stary człowiek 

rozgada się na inne tematy. - O różnicy między legendą 

a prawdą o Hollywood. 

- Ludzie lubią wspominać dobre, stare czasy. Kiedyś 

background image

1 5 4 • POTRÓJNE WESELE 

wytwórnie istniały wyłącznie po to, żeby kręcić filmy. 

Liczył się tylko interes i nic więcej nie wchodziło w rachu­

bę. Dlatego tuszowano różne sprawy. 

- Niektóre skandale trudno było ukryć - stwierdził Gage. 

- Tak - przyznał Connelly - ale wytwórnie filmowe 

robiły wszystko, żeby żaden nigdy nie ujrzał światła dzien­

nego. - Wyjął z kieszeni następnego papierosa, oderwał 

filtr i przypalił resztę od tlącego się jeszcze niedopałka. 

- Nikogo nie obchodziło, jak było naprawdę lub czyje ży­

cie mogło ulec zniszczeniu. Po każdej aferze wytwórnie 

i kierujący nimi faceci pozostawali zawsze niewinni jak 

aniołki. 

- Czy tak się stało w sprawie Romanow? Zatajono pra­

wdę? 

- Pytasz, czy zatajono? - Śmiech Connelly'ego prze­

szedł w ochrypły, papierosowy kaszel. - Zakopano. Głębo­

ko pod ziemią. Razem z popiołami Reardona. 

- Rozumiem, że Xanadu Studios chciało w tej sprawie 

pozostać czyste jak łza, ale musieli być przecież dociekliwi 

reporterzy mający w policji swe źródła informacji, i sfru­

strowani gliniarze, którzy zgodzili się ujawnić trochę szcze­

gółów. 

Connelly nie podjął tematu. Z jego milczenia Gage wy­

wnioskował, że w sprawie Aleksandry Romanow i Patricka 

Reardona działały potężniejsze siły. 

- Powiedzmy, że policja w Los Angeles, która z jakichś 

powodów szła na rękę właścicielom wytwórni filmowej, 

zaniechała sumiennego śledztwa. - Gage zobaczył, że jego 

rozmówca wzruszył ramionami. - Jest także możliwe -

ciągnął - że policja... 

- Nie zapominaj o biurze sędziego śledczego - niespo­

dziewanie dodał Connelly. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 5 5 

- Jeśli Reardon nie popełnił zarzucanej mu zbrodni, to, 

jak pan mówi, całą winę za osłanianie mordercy ponosi 

system sprawiedliwości. 

- Ja nic nie mówię - szybko zastrzegł się Connelly. ~ To 

ty, chłopcze, bawisz się w dochodzenie. 

- Jako pierwszy znalazł się pan na miejscu zbrodni? 

- zapytał Gage. 

Connelly skinął głową. 

- Tak. Ja i mój partner, Hank Greene. - Zobaczył, że 

Gage ma przed sobą opróżnioną szklankę. - Napijesz się 

jeszcze? 

Puste były obie szklanki. Gage zamówił więc dla 

Connelly'ego następną whisky. 

- Proszę powiedzieć, co pan tam odkrył. 

- Niewiele. Morderstwo miało miejsce w gardero­

bie połączonej drzwiami z sypialnią. Ta kobieta leżała mar­

twa na podłodze, przed ogromnym lustrem. Ślady na szyi 

jednoznacznie wskazywały, że została uduszona. Na sto­

le stały dwa kieliszki i otwarta butelka szampana. Na jed­

nym z kieliszków były ślady szminki, o kolorze identycz­

nym z tym na wargach zamordowanej. Drugi kieliszek wy­

glądał na nietknięty. Na stole stała też kryształowa popiel­

niczka. Z jednym papierosem. Nie było na nim śladów 

szminki, więc uznaliśmy, że prawdopodobnie należał do 

Reardona. 

- Co Aleksandra Romanow miała na sobie? 

- Prawie nic. Coś białego, cienkiego, koronkowego 

i ozdobionego białymi piórami. Tak przezroczystego, że 

nawet ślepy widziałby, co jest pod spodem. Powinieneś 

zobaczyć minę Hanka. - Connelly roześmiał się chrapli-

wie. - Chłopak był młody, dopiero po szkole, i chyba 

przedtem nie widział nagiej kobiety. Więc... 

background image

1 S 6 • POTRÓJNE WESELE 

- Oglądałem fotografie - przerwał mu Gage. Tego ro­

dzaju uwagi nigdy go nie bawiły. 

- Wiele osób widziało - powiedział Connelly. - Potem 

doszły mnie słuchy, że za forsę, którą dostał od prasy, 

policyjny fotograf kupił sobie farmę, kiedy przeszedł na 

emeryturę. 

Jednym z najbardziej deprymujących aspektów każdej 

zbrodni, pomyślał Gage, jest to, że ofiara zostaje odarta 

z wszelkiej godności. 

- Czy znaleźliście jakieś ślady walki? 

- Nie. Przezroczysty peniuar i butelka szampana świad­

czyły o tym, że kobieta była blisko z mordercą. 

- Tak w sądzie twierdził prokurator - przyznał Gage. 

- Ale były też inne możliwości. Na przykład zabójca wła­

mał się do domu i zaskoczył ofiarę, która z szampanem 

czekała na męża. 

- Mało prawdopodobne. Reardon zeznał, że kiedy wró­

cił z przyjęcia i znalazł ciało żony, drzwi domu były za­

mknięte. 

- Ktoś inny mógł mieć klucz. 

- Z krążących plotek można było wnioskować, że poło­

wa mieszkańców miasta miała klucze do domu Aleksandry 

Romanow. 

- Z plotek? - zdziwił się Gage. - Z jakich plotek? 

Connelly ugryzł się w język. Za dużo powiedział. Spu­

ścił wzrok. 

- No, więc... - zająknął się - podobno odbywały się 

tam orgie, popijawy i różne inne imprezy. Mówili, że ta 

kobieta wcale nie należała do słynnej rosyjskiej rodziny 

Romanowów. 

Michael Connelly wiedział znacznie więcej. Gage był 

gotów o to się założyć. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 5 7 

- Wielu ludzi przyjeżdża do Hollywood, udając kogoś zu­

pełnie innego - powiedział. - Gdyby kłamstwa co do pocho­

dzenia były uważane za zbrodnię i karane ścięciem, z gwiazd 

ekranu ostałaby się zapewne tylko Myszka Miki. 

Michael podniósł głowę. 

- Remington, czy już ktoś ci mówił, że jesteś stuknięty? 

- O, tak. Wiele razy. Dlatego występuję dziś w chara­

kterze prywatnego detektywa. - Gage zamilkł na chwilę. 

Rozmyślał nad kolejnym pytaniem: - Co było z Kubą? 

- A co miało być? - warknął Connelly. 

- Policja musiała sprawdzać przeszłość Aleksandry Ro­

manow. 

- Pewnie tak. 

- Nie było trudno ustalić, w jaki sposób zarabiała w Ha­

wanie na życie. 

- Zdaje się, że była modelką czy kimś w tym rodzaju. 

- Raczej kimś w tym rodzaju. 

Po skamieniałej nagle twarzy byłego policjanta Gage 

zorientował się, że strzał był celny. 

- Mogę sobie poteoretyzować? - zapytał. 

- Niewiele wiem na ten temat - padła niechętna 

odpowiedź. 

- A więc - zaczął nie zrażony Gage -jeśli policja od­

kryła, że największa gwiazda Xanadu Studios była swego 

czasu prostytutką w mieście będącym siedliskiem hazardu, 

mogła zacząć badać różne inne powiązania. 

- Jedno z nich mogło na przykład prowadzić do męża 

tej kobiety. 

- Jasne - przyznał Gage. - Gdyby tak było, sędzia śled­

czy wyciągnąłby to na rozprawie. 

- Po co? Od samego początku Reardona uznawano za 

winnego. 

background image

1 5 8 • POTRÓJNE WESELE 

- A więc nieskazitelnej reputacji Xanadu nic nie zagra­

żało. 

- Ciekawe rozumowanie - mruknął Connelly. 

- Pewnie pan myślał wtedy tak samo. Zanim odebrano 

panu tę sprawę. 

, - Nikt mi jej nie odebrał. Sam rzuciłem pracę. 

- Och, zapomniałem, że taka jest oficjalna wersja. 

Słyszałem jednak, że był pan oczkiem w głowie swo­

ich przełożonych, czekała pana kariera. Skończyłby pan 

z pewnością co najmniej jako szef całego wydziału. 

I co? Zrezygnował pan ze świetlanej przyszłości i prze­

niósł się do odległego, małego miasta, gdzie nic się nie 

działo. 

Connelly nie próbował nawet niczego wyjaśniać. 

- Aleksandra Romanow została zamordowana wiele lat 

temu. Po diabła odgrzebujesz teraz tę sprawę? 

Gage wzruszył ramionami. 

- Lepiej późno niż wcale. 

Stary człowiek zaklął szpetnie. 

- Zdawał pan sobie wtedy sprawę - ciągnął Gage - że 

śledztwo nie toczy się tak jak powinno. - Odpowiedziało 

mu milczenie. - Załóżmy jednak - zaczął z innej strony 

- że pogłoski o przeszłości gwiazdy zaczęły rozchodzić się 

po mieście. Może nawet z tego powodu zamierzała opuścić 

wytwórnię. A to dla Xanadu byłoby pewnie finansową klę­

ską. Światem filmowym rządziło wtedy tylko dwóch po­

tentatów: Xanadu Studios i Metro-Goldwyn-Mayer. Gdyby 

Aleksandra porzuciła film lub gdyby jej karierę zrujnował 

skandal, szefowie upadającego Xanadu, z Walterem Ster­

nem na czele, mogliby skoczyć z okna, jak to robiło wów­

czas wielu bankrutów. 

- Twoja teoria, chłopcze, potwierdza fakt, że tej kobiety 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 5 9 

nie zamordował nikt z wytwórni filmowej. Zmarła aktorka 

dochodów nie przynosi - dodał Connelly. 

- Tu się pan myli - zaprotestował Gage. - Xanadu zor­

ganizowało premierę „Złota głupca" w idealnym momen­

cie. Równocześnie z procesem sądowym Patricka Reardo-

na. W całym kraju film zrobił furorę. Pobił wszelkie rekor­

dy popularności. Ostatnia rola Aleksandry, napisana przez 

jej męża, przyniosła takie mnóstwo pieniędzy, że Walter 

Stern wpadł na pomysł, aby ponownie dać na ekrany kin jej 

stare filmy. Nikt przedtem nie robił czegoś podobnego 

i konkurencyjne wytwórnie sądziły, że Stern zwariował. 

Zyski, jakie przyniosła ta akcja, pozwoliły Xanadu Studios 

spokojnie przetrwać aż do samego końca wielkiego kry­

zysu. 

- Oskarżasz Sterna o to, że zbił forsę na morder­

stwie Romanow. A co innego chce teraz zrobić ta cała Fiel­

ding? 

- Motywy jej postępowania są zupełnie inne. 

- Jasne - zakpił Connelly. - Damulka wymyśliła sobie, 

że wykryje coś interesującego. I jak historia dostanie się na 

ekrany, wszyscy w nią uwierzą. W życiu jest inaczej niż 

w filmie. Do moich obowiązków jako policjanta należało 

wykrycie morderstwa. Musiałem być w stu procentach 

pewny, że dysponuję rzetelnymi dowodami. 

- W przeciwnym razie mógł zostać skazany i umrzeć 

człowiek niewinny - spokojnie dodał Gage. 

Connelly nie odpowiedział od razu. Odwrócił głowę 

i przez okno popatrzył na jezioro. Zaczynało padać. Krople 

deszczu bębniły o metalowy dach budynku. 

- Musisz zrozumieć, że w tamtych czasach Los Ange­

les było jedną wielką spelunką - odezwał się po chwili. 

- Mieliśmy tu wszystko. Narkotyki, prostytucję i hazard. 

background image

1 6 0 • POTRÓJNE WESELE 

Policja nie była w stanie zapanować nad sytuacją. Jedy­

ny sposób na życie polegał na wykonywaniu poleceń prze­

łożonych. Jeśli szef kazał skakać, należało tylko zapy­

tać, jak wysoko. Jeśli sierżant, z którym jechałem na pa­

trol, zatrzymywał wóz i polecał mi patrzeć w inną stronę, 

kiedy od bukmachera odbierał grubą kopertę, udawałem 

ślepego. Jeśli kazano mi zrobić obławę w jednej spelunce, 

a drugą, tuż obok, zostawić w spokoju, tak właśnie postę­

powałem. 

- I gdy ten sam sierżant polecił zignorować dowód 

rzeczowy bardzo istotny dla śledztwa, to... 

- Gdyby to zrobił, powiedziałbym mu: nie. - Rozzłosz­

czony Connelly zacisnął zęby. 

Gage wiedział, że stary człowiek mówi prawdę. 

. Szczerze powiedziawszy, nie miało większego znacze­

nia, czy zwierzchnicy wyłączyli Connelly'ego ze śledztwa, 

a potem namówili do opuszczenia służby. Istotne było to, 

że w procesie Patricka Reardona sprawiedliwości nie stało 

się zadość. 

- Jak daleko sięgały powiązania? - spytał Gage. 

Connelly ponownie odwrócił wzrok. 

- Czy nigdy nie przyszło ci na myśl, że niektórym 

ludziom nie spodoba się, że ty i ta Fielding pchacie nos 

w nie swoje sprawy? 

- Sam pan przypomniał, że chodzi o morderstwo 

sprzed wielu lat. 

- Tak. - Connelly rzucił Gage'owi przeciągłe, ostrze­

gawcze spojrzenie. - Ale skąd, do diabła, masz pewność, że 

z tamtych czasów ostałem się tylko ja? 

Było to dobre pytanie. 

- Wymieni pan jakieś nazwiska? - bez przekonania 

spytał Gage. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 6 1 

- Ani mi się śni. - Były policjant w zamyśleniu potarł 

czoło. - Ale jeśli nie masz nic lepszego do roboty, możesz 

spróbować odszukać Paula Younga. 

- Ówczesnego sędziego śledczego okręgu Los An­

geles? 

- Zaraz po egzekucji Reardona opuścił miasto. Obiło 

mi się o uszy, że ostatnio przeniósł się na Barbados. I, jeśli 

się nie mylę, nie musi koczować na plaży. Chyba wiesz, 

chłopcze, co mam na myśli. 

Gage wiedział. I to dobrze. Rzucił na ladę bilon za drinki 

i wyciągnął z kieszeni grubsze pieniądze. 

- Zabierz to sobie - warknął Connelly. - Nie musisz 

płacić, bo niczego ci nie powiedziałem. - Zwężonymi 

oczyma popatrzył poważnie na Gage'a. - Zrozumiałeś? 

- Tak. Oczywiście. - Gage wstał. Szykował się do wyj­

ścia. - Dobrego połowu. 

- Gdyby choć po części okazał się tak dobry jak twój, 

byłbym zadowolony - odparł Connelly. 

Idąc w deszczu do wynajętego samochodu, Gage uzmy­

słowił sobie, że Blythe od samego początku miała rację. 

Patrick Reardon był kozłem ofiarnym, a nie mordercą. 

Niemal równocześnie uświadomił sobie dwie rzeczy. Po 

pierwsze to, co przed chwilą powiedział Connelly. Ostrze­

gał, że niektórzy ludzie jeszcze żyją i z pewnością nie 

zechcą, by została odkryta prawda. Po drugie, jeśli Reardon 

nie zabił Aleksandry, to być może miała słuszność chara-

kteryzatorka, twierdząc, że największą gwiazdę Xanadu 

udusił sam Walter Stern. 

Choć ogromnie cieszyła ją myśl o wspólnym zamiesz­

kaniu, Blythe nie chciała wprowadzać się do Gage'a pod­

czas jego nieobecności, mimo że zostawił jej klucz. Posta-

background image

1 6 2 • POTRÓJNE WESELE 

nowiła jeszcze jedną noc spędzić w hotelu, a z przeprowa­

dzką zaczekać do powrotu Gage'a z Oregonu. 

Plan wydawał się rozsądny, aż do chwili gdy na progu. 

bungalowu stanął Alan Sturgess. Blythe kończyła właśnie 

pakować swoje rzeczy. 

- Musimy porozmawiać - odezwał się zza uchylonych 

drzwi. 

- Nie ma o czym. - Blythe chciała zatrzasnąć je Alano­

wi przed nosem, lecz zdążył wsunąć nogę. 

- Nasza rozmowa źle się skończyła. - Wszedł szybko 

do środka i po chwili znalazł się w salonie. Na widok stoją­

cych walizek zmarszczył brwi. Zapytał: 

- Wyjeżdżasz? 

- Przenoszę się do apartamentu, ale to nie powinno cię 

obchodzić. 

- Uprzedzałem, że hotel cię zmęczy. 

- Uprzedzałeś. 

Alan zmienił ton. 

- Nie musisz wynajmować mieszkania - powiedział ła­

godniejszym głosem. Położył ręce na ramionach Blythe. -

W moim domu jest dużo miejsca. 

- Proponujesz, abym przeprowadziła się do ciebie? 

- Tak. Z pewnością pamiętasz, że już rozmawialiśmy 

na ten temat. 

- Tak. Już rozmawialiśmy na ten temat. I z pewnością 

pamiętasz własne zastrzeżenia. Bałeś się, że jeśli zamiesz­

kasz z kobietą, która nie jest twoją żoną, może to odbić się 

niekorzystnie na twojej karierze zawodowej, zmniejszyć 

szanse nominacji na szefa kliniki. - Blythe strąciła rękę 

Alana i cofnęła się o krok. 

Jedyną oznaką irytacji było lekkie przymrużenie oczu. 

- Przyznaję, okazałem się wówczas nadmiernie prze-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 6 3 

zorny. Nie zapominaj jednak, że po trzęsieniu ziemi to ja 

zaproponowałem, żebyś wprowadziła się do mnie. -

Uśmiechnął się sztucznie, profesjonalnie. Blythe zastana­

wiała się, czy kiedy namawia pacjentkę na dodanie do 

liftingu operacji plastycznej nosa lub silikonowych implan­

tów w policzkach, uśmiecha się podobnie. - Podtrzymuję 

ofertę. 

- Nie byłoby nam zbyt ciasno? - Blythe już nie wytrzy­

mała. - Ty, ja i Brittany pod wspólnym dachem? 

- Ona się nie liczy. - Alan machnął lekceważąco staran­

nie wymanikiurowaną dłonią. - Cała sprawa zaczęła się 

tylko dlatego, że Brittany bała się operacji. W moich wysił­

kach, żeby ją uspokoić, posunąłem się, być może, nieco za 

daleko. 

- Być może? Nieco? - Blythe przeciągnęła dłonią po 

włosach. Na mężczyznę, który jeszcze parę dni temu był jej 

narzeczonym, popatrzyła jak na obcego człowieka. - Ala­

nie, pomińmy fakt, że mnie zdradzałeś. Ale pogwałciłeś 

zasady etyki lekarskiej. Sypiałeś z pacjentką. 

- Nie jestem pierwszym lekarzem, który padł ofiarą 

lubieżnej pacjentki. I wątpię, czy ostatnim. 

Blythe nawet się nie zdziwiła, że całą winą obarcza 

Brittany. Było to niesmaczne, ale nie zaskakujące. 

- Drapieżny i godny pożądania - powiedziała, nie ukry­

wając kpiny. - Temu połączeniu nie oprze się żadna kobieta. 

Zaskoczyła Alana. Nie sądził, że mu się przeciwstawi. 

- Przyszedłem tu nie dlatego, by odgrzebywać stare 

sprzeczki. 

- A więc po co? 

- Żeby cię przekonać, że nie trzeba zrywać zaręczyn 

z powodu jakiejś błahostki. 

Blythe uznała, że nie ma sensu rozmawiać dłużej na ten 

background image

1 6 4 • POTRÓJNE WESELE 

temat. Wielu spraw Alan nigdy nie przyjmował do wiado­

mości. Lekceważył jej pracę, a negatywny stosunek do 

filmu o Aleksandrze był tylko jednym z przykładów ego­

centryzmu tego człowieka. 

- Może i nie trzeba - przyznała powoli. 

- Wreszcie mówisz z sensem. - Na twarzy Alana odma-

lowało się zadowolenie. 

Podszedł do Blythe, lecz ona szybko się cofnęła. 

- Bywają sytuacje, w których jedna strona wybacza 

drugiej niewierność. To, niestety, nie jest taki przypadek. 

- Co ty mówisz, do diabła? 

Westchnęła. Poczuła zmęczenie. 

- Są inne powody, dla których nie mogę zostać twoją 

żoną. Nie mają nic wspólnego z Brittany. Ani z żadną z in­

nych kobiet, z którymi sypiałeś, gdy byliśmy zaręczeni. 

- Co to za powody? Mam prawo wiedzieć. 

Blythe nie musiała nic mówić, ale to zrobiła. 

- Nie kocham cię. 

Dlatego fakt, że Alan sypia z Brittany, wcale nie zabolał. 

Tylko ją uraził. 

- Dobrze wiesz, że nie jestem zwolennikiem małżeństw 

z miłości. Uczucie szybko przemija. 

- Tu właśnie się mylisz. - Blythe przypomniała sobie 

nagle Aleksandrę i Patricka. Ich miłość była wieczna. 

- Jest jeszcze jakiś powód? 

- Kocham innego mężczyznę - oznajmiła spokojnie. 

- Zamierzam go poślubić. Tak szybko, jak to możliwe. 

- Nie wierzę ci. Jak coś takiego mogło się stać? 

Blythe wzruszyła lekko ramionami. 

- Normalnie. Gage podobał mi się od dłuższego czasu. 

- Mówisz o detektywie, którego wynajęłaś? - spytał 

Alan z pogardą w głosie. - Remingtonie? 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 6 5 

- Tak. 

- Spałaś z nim w Grecji, mam rację? 

- Nie twoja sprawa. 

- Ten romans długo nie potrwa. Za bardzo się róż­

nicie. 

- Tylko w niektórych sprawach. Mało ważnych. 

Jeszcze parę dni temu Blythe przekonywała samą siebie, 

że wyjście za Gage'a jest niemożliwe. Teraz wiedziała, że 

jest dla niej życiową koniecznością. 

- Nie mogę uwierzyć, że zamierzasz zrobić coś takiego 

- oświadczył Alan. 

- Żałuję, że nie potrafisz nic zrozumieć - szczerze od­

parła Blythe. 

- Żałujesz? Och, będziesz żałowała jeszcze bardziej, 

przekonasz się. Zostaniesz żoną byłego policjanta, który 

ma tylko jedną parę portek i spędza całe dni na podglądaniu 

ludzi w motelach. 

- To przyzwoity człowiek. I świetny detektyw. Jestem 

z niego dumna. Zwłaszcza zaś ze sposobu, w jaki pomaga 

ludziom. 

Alan z niedowierzaniem pokręcił głową. 

- Byłem pewny, że dobrze cię znam. Jak widać, bardzo 

się myliłem. To ogromnie przykre. 

- Nie musisz użalać się nad sobą. - Blythe wzięła Alana 

za ramię i poprowadziła do wyjścia. - Nie uwierzysz, co to 

był dla mnie za szok, kiedy się przekonałam, jak bardzo ja 

się myliłam. 

Alan zatrzymał się w drzwiach. 

- Nie mogę zagwarantować, że poczekam, aż oprzyto­

mniejesz - oznajmił. 

- Wcale na to nie liczę. 

Patrząc, jak odchodzi, Blythe zrozumiała, że jeden roz-

background image

1 6 6 • POTRÓJNE WESELE 

dział jej życia został definitywnie zamknięty. Nie odczuwa­

ła krzty żalu. To, co ją czekało, było nowe, podniecające 

i wspaniałe. 

Dziesięć minut później siedziała za kierownicą. Bulwa­

rem Zachodzącego Słońca jechała do Bachelor Arms. 

background image

ROZDZIAŁ 

11 

Ilekroć Blythe podjeżdżała pod Bachelor Arms, ogarnia­

ło ją dziwne przeświadczenie, że zna ten dom i że wiąże się 

z nim jakieś przykre przeżycie. Dzisiaj tak samo. Groma­

dzące się czarne chmury i naładowane elektrycznością po­

wietrze, zwiastujące burzę, potęgowały niepokój. 

Postanowiła myśleć wyłącznie o przyjemnych rzeczach. 

O jutrzejszym powrocie Gage'a z Oregonu i uroczystej ko­

lacji przy świecach, którą urządzi na jego cześć. Zaczną od 

szampana. I ostryg. Na gorącą przystawkę będzie filet z ło­

sosia w sosie z białego wina i kaparów. Prawie natychmiast 

Blythe zmieniła zdanie. Przypomniała sobie, że Gage naj­

bardziej lubił mięso i kartofle. Wobec tego dostanie stek 

z grilla z pieczonymi ziemniakami i sałatką Cezara. Po tak 

ciężkim jedzeniu zamiast dużego deseru będą świeże jago­

dy. Zjedzą je później, w łóżku. Przedtem będą się kochać. 

Blythe przypomniała sobie miłosne uniesienia w hotelo­

wym pokoju na Eginie, zatęskniła do pieszczot Gage'a 

i uznała, że cała kolacja będzie musiała poczekać. 

Przechodząc przez dziedziniec Bachelor Arms, usłysza­

ła, że ktoś idzie za nią krok w krok. Pora była niebezpiecz­

nie późna. Blythe odwróciła się błyskawicznie, w obron­

nym geście wyciągając przed siebie pęk kluczy. 

background image

1 6 8 • POTRÓJNE WESELE 

- Walter? - Rozpoznała mężczyznę. 

.- Jak się masz, Blythe? - Uśmiechnął się, jak zwykle, 

nieszczerze. W jego oczach dojrzała niezwykłe napięcie. 

- Ładny wieczór, prawda? 

Skąd wiedział, że znajdzie ją w Bachelor Arms? Nigdy 

nie lubiła załatwiać z Walterem Sternem zawodowych 

spraw. Jeszcze bardziej nie miała ochoty na pogawędkę 

poza studiem. 

- Co tu robisz? - spytała. 

- Muszę z tobą porozmawiać. 

- Czy to coś ważnego? Miałam dziś długi, męczący 

dzień... 

- Nie zajmę ci dużo czasu. Sprawa jest bardzo istotna. 

- W porządku - odparła sucho. - Wobec tego chodź ze 

mną. Jak mnie tu odnalazłeś? 

- Zobaczyłem cię wyjeżdżającą z Chateau Marmont. 

Więc zawróciłem. 

- Jechałeś za mną całą drogę? Śledziłeś mnie? 

- Muszę z tobą pogadać. W cztery oczy. 

Blythe uznała, że nie ma co się przejmować czekającą ją 

rozmową. Walter Stern należał do ludzi najbardziej wpły­

wowych w Los Angeles. I chociaż chwilowo miał kłopoty, 

był człowiekiem, który się nie poddawał. Nie zrobiłby tak­

że niczego, co mogłoby zagrozić jego reputacji. 

Blythe przypomniała sobie, że swego czasu Cait nakryła 

Waltera podczas policyjnego nalotu na dom znanej holly­

woodzkiej prostytutki. Nie był z pewnością jedynym ma­

jętnym i wpływowym mężczyzną, który korzystał z płat­

nych usług seksualnych. 

- Muszę porozmawiać z tobą na osobności - powtó­

rzył. - Nie przy tym detektywie, którego wynajęłaś. 

- Gage'a nie ma. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 6 9 

- Nie ma? 

- Jest w Oregonie. - Blythe uznała, że nie ma sensu 

trzymać w sekrecie podróży Gage'a. - Usiłuje odszukać 

policjanta, który jako pierwszy znalazł się na miejscu 

zbrodni. 

- Daje ci klucze, kiedy wyjeżdża? - pytał dalej Walter, 

- Właśnie się tu wprowadzam. - Podniosła do góry 

podręczną walizeczkę, którą zabrała z samochodu. 

- Wyjazd do Grecji okazał się sukcesem. 

- Było przyjemnie - przyznała, przechodząc przez hol 

i zbliżając się do drzwi apartamentu Gage'a. 

- Dowiedzieliście się czegoś? 

- Natasza okazała się pomocna. 

- Uprzedzałem cię, że ta kobieta kłamie jak najęta. 

- Tak. I że jest zwariowana. - Blythe otworzyła drzwi. 

- Jest ekscentryczna, ale to, co mówiła, wydawało się sen­

sowne. 

- Pewnie wiesz, co się stało w Xanadu. - Walter nagle 

zmienił temat. 

Dlatego tu za mną przyjechał, domyśliła się Blythe. 

Miała nadzieję, że nie będzie jej błagał, by załatwiła mu 

u Connora pozostanie w wytwórni. 

- Podobno chcesz wycofać się z branży. 

- Oboje wiemy, że Mackay, twój nowy przyjaciel, zmu­

sza mnie do odejścia. 

- Nie miałam nic wspólnego z tą sprawą- zastrzegła 

się Blythe. Obeszła salon i pozapalała wszystkie światła. Za 

oknami rozległ się głośny grzmot. 

- Ale nie byłaś zaskoczona. 

- Nie. - Nie było sensu zaprzeczać. - Kiedy usłysza­

łam, że to Connor kupił wytwórnię, od razu pomyślałam, że 

wasza współpraca nie będzie możliwa. 

background image

1 7 0 • POTRÓJNE WESELE 

- Nigdy mnie nie lubiłaś. Mam rację? 

- Chyba tak - z ociąganiem odparła Blythe. - Nie po­

dobało mi się, że dojrzały mężczyzna zaczepia młodą 

dziewczynę. 

- Wtedy traktowałaś to zupełnie inaczej. 

- Walterze, na litość boską - wybuchnęła Blythe - mia­

łam wówczas piętnaście lat. Powinieneś się trzymać z dala 

ode mnie! 

- A więc o to chodzi. - Twarz Waltera stężała. - Teraz 

mścisz się na mnie, wykorzystując do tego kochanka przy­

jaciółki. 

- Nieprawda. 

Blythe zrobiło się nagle duszno. Walter rozejrzał się po 

pokoju. Zatrzymał wzrok na ogromnym lustrze oprawio­

nym w staroświecką, metalową ramę. 

- Jest obrzydliwe - powiedział skrzywiony. 

Miała dość tej rozmowy. Marzyła, żeby Walter wreszcie 

się wyniósł. Zniknął na zawsze. Z apartamentu i z jej życia. 

- Skoro upewniłeś się, że z twoim odejściem ze studia 

nie mam nic wspólnego, pora, żebyś już sobie poszedł. 

- Omotałaś Mackaya. Popiera realizację twojego filmu. 

- Sądzi, że ma szanse uzyskać nominację do Oscara. 

- Bzdura. Facet nie ma pojęcia o naszej branży. To nic 

niewarte, melodramatyczne romansidło spadnie z ekranów 

po dwóch dniach. Jeszcze gorzko pożałujesz swojej decyzji 

- dodał groźnie. 

Odezwał się telefon. Sądząc, że dzwoni Gage, Blythe 

podbiegła do biurka. 

- Słucham? Ach, to ty, Lily. Nie, wcale mi nie przeszka­

dzasz. - Blythe spojrzała przez ramię. - Walterze, dłużej 

cię nie zatrzymuję. - Usłyszała, jak otwiera i zamyka 

drzwi. 

background image

POTRÓJNE WESELE  1 7 1 

Poinformowała przyjaciółkę, że przeniosła się właśnie 

do Gage'a. Po krótkiej rozmowie odłożyła słuchawkę. 

Ucieszona, że Walter poszedł, odetchnęła z ulgą. Zaczęła 

myśleć o Gage'u. 

Przechodząc przez pokój, żeby zamknąć od środka wej­

ściowe drzwi, dostrzegła swoje odbicie w lustrze. Promien­

ny uśmiech na jej twarzy był uśmiechem zakochanej kobie­

ty. Czy tak właśnie czuła się Aleksandra, uwielbiając Patri­

cka? Tak. Z pewnością. 

Nagle ujrzała w lustrze zupełnie inny obraz. Piękną ko­

bietę o czarnych włosach, ubraną w długą, jasną szatę. 

- Cait i Connor przysięgali, że cię widzieli - szepnęła 

Blythe. - Ale ja nie wierzyłam, że istniejesz. 

W pobliżu uderzył piorun. Blythe usiłowała sobie wytłu­

maczyć, że postać w lustrze jest wytworem jej wyobraźni. 

Obraz był jednak niezwykle realny. 

Błyskawica rozdarła niebo. Pokój zalało niebieskie, fo­

sforyzujące światło. 

- Jak mówi legenda o Bachelor Arms, ziści się moje 

najskrytsze marzenie lub najokropniejsze przeczucie. 

Blythe poczuła nagle dreszcze. Gage miał wrócić jutro. 

A może jego samolot ulegnie katastrofie? Z trudem opano­

wała niepokój. Podniosła wzrok na lustro i zapytała zjawę: 

- A więc co mnie czeka? 

Kobieta milczała. Ale na jej wargach ukazał się nikły 

uśmiech. 

Światła zaczęły mrugać. Po chwili zgasły. Pokój pogrą­

żył się w ciemności. 

Gage dojeżdżał już do motelu, kiedy nagle zaświtała mu 

nowa myśl. Zawrócił i ruszył z powrotem. 

W „Barze myśliwskim" zastał jeszcze, na szczęście, 

background image

1 7 2 • POTRÓJNE WESELE 

Connelly'ego, który wdał się z barmanem w dyskusję 

o przynętach. 

- Zapomniałeś czegoś?-zapytał były policjant, podno­

sząc głowę na widok Gage'a. 

- Ten pozostawiony papieros. Dlaczego sądził pan, że 

należał do Reardona? 

- Popielniczka stała na stole w sypialni. Jeśli nie był jej, 

to musiał należeć do męża. 

- Reardon nie palił. 

- Skąd wiesz? 

- Wiem. 

- Więc przyszedł do domu i znalazł dowód, że jakiś 

gach odwiedzał żonę. Wściekł się i ją udusił. 

- Sądziłem, że nie wierzy pan w winę Reardona. 

- Punkt dla ciebie - mruknął Connelly, wzruszając ra­

mionami. 

- A to lustro? Jak wyglądało? 

- O, tego nie zapomnę. Ogromne. W ozdobnej ramie. 

Paskudne. 

- Pamięta pan, gdzie znajdował się dom Reardonów? 

- Jasne. - Adres, który po chwili namysłu podał Con­

nelly, był Gage'owi dobrze znany - Bachelor Arms. 

- Niemożliwe. Z akt sądowych wynika, że tamten bu­

dynek znajdował się nieco dalej. 

- W aktach jest błąd. O morderstwie zawiadomił poli­

cjant z ulicznego patrolu. W zdenerwowaniu gospodyni 

Reardonów podała mu zły adres, który on przekazał z kolei 

do komisariatu. I tak już musiało zostać. Nikt nie kwapił się 

sprostować pomyłki. Policjanci byli nawet zadowoleni, bo 

na rzeczywistym miejscu zbrodni nie było gapiów. 

- A tamten drugi dom? Przecież ktoś w nim mieszkał. 

Musiał składać skargi, że nachodzą go ciekawscy. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 7 3 

- Był pusty. Należał do producenta, który zbankru­

tował. 

- Istnieli przecież ludzie, którzy wiedzieli, gdzie miesz­

kają Aleksandra i Patrick. 

- Pewnie, że byli. Ale niewielu. Reardonowie dopiero 

tam się wprowadzili. 

To dlatego Natasza nie wspomniała, że mieszka w daw­

nym domu Aleksandry. Widocznie nie wiedziała, że tam 

właśnie miał miejsce najbardziej nikczemny mord w histo­

rii Hollywood. 

Tego wieczoru Blythe miała wprowadzić się do Bache­

lor Arms. Do pokoju, w którym uduszono Aleksandrę, 

z przerażeniem uzmysłowił sobie Gage. 

background image

ROZDZIAŁ 

12 

Ksiądz był młody. Miał pociągłą bladą twarz i oczy 

pełne smutku. 

- To już nie potrwa długo -powtórzył kolejny raz. 
Patrick milczał. Nie był w nastroju do rozmowy. 
Zadaniem księdza było pocieszanie skazanego w ostat­

nich godzinach życia. Młody duchowny nie miał pojącia, 

jak się do tego zabrać. 

- Ma pan ochotą na modlitwą? - zapytał. 

Patrick zaprzeczył ruchem głowy. 

- A może pan coś zje? Kolację pozostawił pan nietkniꬠ

tą. Musi pan być z pewnością bardzo głodny. 

Słowa duchownego zabrzmiały w tych okolicznościach 

niemal humorystycznie. 

- Czy to ma jakieś znaczenie? - spytał skazany. 
Młody ksiądz poczerwieniał. 

- Przepraszam. Zachowuję się fatalnie. 

- Wcale nie - zaprzeczył Patrick. - Wrącz przeciwnie. 
- Naprawdę? 
- Tak.

 - W obliczu egzekucji Patrick uznał, że małe 

kłamstwo mu już nie zaszkodzi. 

- Mówią że to nie potrwa długo. 

Melodyjny głos księdza przywołał na myśl dziwny obraz. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 7 5 

Zielone pola, kamienne domy ze spadzistymi dachami i po­
szarpaną, skalistą linią wybrzeża. Patrick pomyślał o wy­

prawie, którą planował wraz z Aleksandrą do ojczyzny 

swych przodków. 

Wszystko było ustalone. Mieli wypłynąć nazajutrz po 

premierze „Złota głupca". Po czterech tygodniach zwie­

dzania kraju i wizytach u krewnych zamierzali powrócić do 
Stanów, by osiąść na stałe na jego ranchu w stanie 

Wyoming. I żyć tam szczęśliwie w otoczeniu gromady dzie­

ci, na których tak bardzo zależało Aleksandrze. 

Takie były plany. Niestety, jak to czasami bywa, nie 

doszły do skutku. 

Po chwili znów odezwał się ksiądz: 

- Jest moim obowiązkiem sprawić, by pogodził się pan 

z Bogiem... 

- Niedługo staną przed Stwórcą

 - łagodnie przerwał 

mu Patrick. - Sam sobie poradzą. 

W oczach księdza ukazał się niepokój. 

- To, co pan mówi, jest niebezpieczne. Szalone, 
- Cały świat jest szalony, czy ksiądz jeszcze tego nie 

zauważył? 

- Dziwny z pana człowiek, panie Reardon. 
- Już mi to mówiono. - Dopiero co jego własny adwo­

kat nazwał go szalonym, bo odmówił wystąpienia we włas­
nej obronie. 

- Dziwny, ale, jak sądzę niewinny

 - dorzucił ksiądz. 

Kto myślał podobnie? - zastanawiał się Patrick. Jeszcze 

tylko jeden człowiek. Jak nazywał się ten policjant? Con-
lin ? Nie. Już wiem. Connelly. Niestety, on też stał się ofiarą 
skorumpowanego systemu sprawiedliwości. 

- Już czas - oznajmił ksiądz. 

Patrick podniósł się zza stołu. Jedna myśl była kojąca. 

background image

1 7 6 • POTRÓJNE WESELE 

Niedługo nadejdzie chwila zjednoczenia się z jedyną kobie­

tą, którą kochał. Po wieczne czasy. 

Gage obudził się nagle. Po twarzy spływał mu pot. 

- Panie Remington, proszę się nie denerwować. 

Trafiliśmy na złą pogodę - usłyszał łagodny głos ste­

wardesy. 

Nie obawiał się latania, to koszmarny sen wprawił go 

w taki stan. Już teraz wiedział na pewno, że Patrick był 

niewinny. 

Przerażająca była inna myśl. Kobieta, którą kochał, 

znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! W Los 

Angeles wylądują dopiero za pół godziny. Dla niego była 

to prawie wieczność. 

Padał ulewny deszcz i Blythe postanowiła odłożyć 

do jutra przyniesienie reszty swoich rzeczy z pozosta­

wionego pod domem samochodu. Nad Pacyfikiem sza­

lał sztorm, zewsząd było słychać grzmoty. Wsunęła się 

pod kołdrę. Tęskniąc do ukochanego, powoli zapadła 

w sen. 

Gage nigdy by nie przypuszczał, że czas może się 

wlec aż tak bardzo. Samolot zaczął schodzić do lądowa­

nia, a on nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie osiądzie 

na płycie lotniska. Pełen niepokoju o Blythe widział 

oczami wyobraźni dramatyczną scenę z życia Aleksan­

dry i Patricka - awanturę na plaży w noc sylwestrową. 

Oto Patrick wpadł w szał i powiedział żonie rzeczy zbyt 

okrutne, czego szybko pożałował. Przechadzając się 

w nocy wzdłuż brzegu morza, stracił poczucie czasu. 

Wreszcie postanowił wracać do domu. Wiedział, że prze-

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 7 7 

prosi Aleksandrę za swój wybuch złości. Kochał ją prze­

cież. Byli sobie przeznaczeni. Już nikomu nie uda się ich 

skłócić i rozłączyć. 

Przez frontowe drzwi Bachelor Arms wszedł, skradając 

się, ubrany na czarno mężczyzna. W budynku nie natknął 

się na nikogo. Burza szalejąca za oknami nie zachęcała do 

opuszczania mieszkań. 

Drzwi, przed którymi się zatrzymał, były zamknięte od 

wewnątrz. Przygotowany na taką ewentualność, przynie­

sionym wytrychem sprawnie otworzył zamek. 

W apartamencie panowała ciemność. Mężczyzna zapalił 

maleńką latarkę i na palcach zaczął się skradać w stronę 

sypialni. 

Wokół szalała burza. 

Blythe śnił się Gage i pobyt w Grecji. Pieszcząc się, 

pływali w ciepłej wodzie. Potem sen przekształcił się 

w scenę na ranchu w Wyoming. Aleksandra i Patrick leżeli 

przytuleni przed płonącym kominkiem. 

- Należysz tylko do mnie. - Jego glos miał szorstkie 

brzmienie. 

- Tak. - Spragniona pieszczot, przywarła mocno do 

umięśnionego ciała. - Jesteś mym mężem. Kochankiem. 

Całym życiem - szeptała. Spotkały się ich oczy. Potem cia­

ła.

 - Na zawsze. 

Pogrążoną w ciemnościach sypialnię raz po raz oświet­

lały błyskawice. Ubrany na czarno mężczyzna stanął u stóp 

łóżka. Przyglądał się śpiącej kobiecie. Kiedy przez sen 

wykrzyknęła męskie imię, serce intruza zacisnęła stalowa 

obręcz. Od samego początku wiedział, co ta kobieta jest 

background image

1 7 8 • POTRÓJNE WESELE 

warta. Przez całe życie zwodziła mężczyzn, ale się tym nie 

przejmował, bo była jego niepodzielną własnością. Tym 

razem jednak go zdradziła. I za to musiała ponieść karę. 

Dłoń przesuwająca się po policzku wyrwała Blythe ze 

snu. Sądziła, że to Gage, lecz kiedy jak kotka poddała się 

pieszczocie, poczuła, że palce na jej policzku są obciągnię­

te rękawiczką. Poczuła znajomy zapach wody kolońskiej. 

- Alan? - spytała drżącymi wargami. 

- Ciii. - Dłoń w rękawiczce zakryła jej usta. - Nie 

krzycz. Nie wzywaj pomocy. - Ostrym jak brzytwa skalpe­

lem dotknął jej szyi. - Zrozumiałaś? 

Błyskawica rozdarła ciemności. Blythe zobaczyła przed 

sobą twarz. Znajomą, a zarazem obcą. Z oczyma, w których 

czaiło się szaleństwo. Stał nad nią człowiek, którego tak bar­

dzo starała się pokochać. Poczuła przeraźliwy strach. 

Mężczyzna spojrzał na nią zimno. 

- A teraz wstań. Bardzo powoli. Pójdziesz ze mną. 

To chyba następny koszmar senny, pomyślała w panice 

Blythe. Na szczęście, wkrótce nastanie ranek i zjawi się 

Gage. Od razu mu powie, żeby jak najszybciej się pobrali. 

- Ruszaj się wreszcie - warknął ubrany na czarno męż­

czyzna. 

Znów poczuła na szyi ostrze skalpela. To nie były żarty. 

Powoli podniosła się z łóżka. 

Złapał ją mocno za ramię. 

- Dokąd mnie zabierasz? - spytała, siląc się na spokój. 

Uderzył ją w twarz. 

- Kazałem ci milczeć. Następnym razem użyję noża. 

Jak sądzisz, ilu twych dawnych wielbicieli zechce oglądać 

zeszpeconą, okaleczoną Aleksandrę Romanow? 

To czyste szaleństwo! - pomyślała Blythe. Alan myli ją 

z zamordowaną aktorką? 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 7 9 

W świetle następnej błyskawicy zobaczyła odbicie ich 

obojga w ogromnym lustrze. I wreszcie pojęła wszystko. 

Stojący za nią mężczyzna, przyciskający skalpel do jej 

szyi, tylko przypominał Alana. Dopiero teraz Blythe uzmy­

słowiła sobie potworną prawdę. 

- To ty, Walterze? - zapytała z trudem panując nad 

głosem. 

- Sama jesteś wszystkiemu winna. Ja cię odkryłem. 

Blythe poczuła nagły ból. Spod ostrza przyłożonego do 

jej skóry pociekła strużka krwi. 

- Walterze... 

- Zamilcz! 

Siłą wyprowadził ją z apartamentu. Chciała krzyczeć, 

lecz nie zdejmował skalpela z jej szyi. Po wąskich, stro­

mych schodach ciągnął Blythe na sam szczyt domu. Do 

wieżyczki wieńczącej Bachelor Arms. 

Zaplątała się w nocną koszulę. Upadła. 

- Wstawaj! - ryknął. W oczach miał szaleństwo. 

Poderwał ją z ziemi i niemal nadludzkim wysiłkiem 

wciągnął na samą górę, do niewielkiego, zamkniętego po­

mieszczenia. 

- Nie chcesz mi zrobić krzywdy - łagodnie odezwała 

się Blythe, aby zyskać na czasie. - Po tym, co oboje prze­

żyliśmy razem... - Wzniosła się na szczyty aktorstwa. 

- Tak - powiedział łagodniejszym tonem, który jeszcze 

bardziej zmroził krew w żyłach Blythe. Przeciągnął 

ostrzem po jej szyi, ramionach i piersiach. - I to ja cię 

zniszczę. - Jednym szybkim ruchem skalpela przeciął na 

niej koszulę nocną od piersi aż do ziemi. 

Gage pędził jak wariat, łamiąc wszelkie zasady ruchu. 

Z piskiem hamulców zatrzymał wóz przed Bachelor Arms. 

background image

1 8 0 • POTRÓJNE WESELE 

Budynek był pogrążony w ciemnościach. Ze schowka 

w samochodzie wyciągnął pistolet i przez dziedziniec rzu­

cił się w stronę wejścia. Odruchowo spojrzał na wieżyczkę. 

To, co ujrzał w wysokich oknach, zmroziło go. 

Nie poddam się, zdecydowała Blythe. Będzie walczyła nie 

o siebie, lecz o wspólne życie, które czekało ją i Gage'a. 

Pisk hamulców pod domem odwrócił na chwilę uwagę 

Waltera. Teraz albo nigdy. W przypływie nadludzkiej siły 

Blythe z głośnym krzykiem rzuciła się na napastnika. Za­

skoczony, zachwiał się lekko, wypuszczając skalpel z ręki. 

Śmiercionośne narzędzie upadło na podłogę. Oboje sięgnę­

li po nie równocześnie. 

Gage usłyszał krzyk Blythe. Rzucił się na górę. Po paru 

chwilach wpadł do wieżyczki. 

Pośrodku niewielkiego pomieszczenia ujrzał mężczyznę 

ze skalpelem w ręku. Wiedział, że jest nim Walter Stern. 

Napadnięta, ciężko dysząc, stała oparta plecami o ścianę. 

Na widok rozdartej koszuli i na myśl, co ten człowiek 

zrobił Blythe, Gage'a ogarnęła furia. Miał ochotę na miej­

scu zastrzelić Waltera Sterna. 

- Gra skończona - odezwał się, celując z pistoletu do 

napastnika. - Tym razem się nie wywiniesz. Odłóż nóż. 

Powoli. 

Walter Stern zaklął głośno i ze skalpelem wycelowanym 

w pierś Gage'a rzucił się na niego. Gage'a uratowały lata 

policyjnego treningu. W ostatniej sekundzie uskoczył, uni­

kając śmiertelnego ciosu. Zaraz potem rozległ się ogłusza­

jący brzęk tłuczonej szyby, przeraźliwy krzyk i odgłos ciała 

uderzającego o kamienny dziedziniec. 

Potem zapanowała cisza. Burza minęła. O dach Bache­

lor Arms stukały tylko pojedyncze krople deszczu. 

background image

EPILOG 

Od samego rana dzień, w którym miało się odbyć potrój­

ne wesele, nie różnił się niczym od innych pięknych kali­

fornijskich dni. Ciepłe powietrze było przesycone zapa­

chem kwiatów. 

Na dziedzińcu Bachelor Arms zebrała się spora gromad­

ka. Na wypożyczonych krzesłach obitych białą materią 

zasiedli uroczyście członkowie rodzin i goście. W ślu­

bie trzech młodych par uczestniczyli wszyscy mieszkańcy 

domu. 

W pierwszym rzędzie, tuż przy rodzicach Blythe, sie­

działa Natasza Kuryan, która specjalnie na tę uroczystość 

przyleciała z Grecji. Obok niej poczesne miejsce zajmowa­

ła matka Connora. Pobrzękiwała pękiem kluczyków przed 

noskiem zafascynowanej malutkiej wnuczki. Sukienka Ka­

tie była prześliczna - zdobiły ją delikatne pączki róż. Roze­

śmiane niemowlę gaworzyło radośnie i tłustymi łapkami 

usiłowało schwytać błyszczące kluczyki. 

Za szpalerem słodko pachnącej wistarii czekali trzej 

oblubieńcy. Niezwykle przystojni i wytworni, jak przystało 

na tak uroczystą okazję. Kiedy orkiestra zaczęła grać mar­

sza weselnego, wzrok wszystkich zwrócił się w stronę pa­

nien młodych. 

Były prześliczne, każda w swoim rodzaju. Ognista, ru­

dowłosa Cait, jasnozłota, słodka Lily i czarnowłosa Blythe, 

background image

182 • POTRÓJNE WESELE 

przyciągająca wzrok egzotyczną, cygańską urodą, stanowi­

ły razem niezwykły widok. 

W długiej, jedwabnej sukni, falującej przy każdym ru­

chu, Cait wyglądała jeszcze bardziej imponująco niż zwy­

kle. Była spokojna i opanowana. Jedyną oznaką podniece­

nia były zaczerwienione policzki. 

Tuż za nią szła Lily, W białej, organdynowej, długiej 

sukni bez ramion z szyfonowym żakietem wyglądała jak 

zjawisko. W ręku trzymała skromny bukiecik pachnącego 

groszku. Goście aż wstrzymali oddech, kiedy przystanęła 

przed córeczką i na jasnowłosej główce niemowlęcia zło­

żyła lekki pocałunek. 

Na nie dokończony, bo przerwany trzęsieniem ziemi, 

ślub z Alanem Sturgessem Blythe wybrała prostą, skromną 

suknię, która wówczas sprowokowała Cait do komentarza, 

że panny młode powinny się ubierać znacznie bardziej 

romantycznie. 

Strój, który oblubienica Gage'a miała dziś na sobie, 

w pełni odpowiadał temu kryterium. W sukni bez ramion, 

z białej koronki ozdobionej perełkami, Blythe wyglądała 

jak księżniczka z bajki. 

Zachwycone spojrzenie Gage'a upewniło ją, że dobrze 

wybrała strój. 

Podchodząc do niego, uśmiechała się promiennie. Wiele 

łączyło ją już z tym mężczyzną. Oboje oczyścili imię nie­

winnego człowieka. Rozwiązali ponurą tajemnicę morder­

stwa sprzed wielu lat. Podobnie jak każdy inny policjant, 

Michael Connelly prowadził skrupulatnie notatki ze swo­

ich śledztw. Jego notes z zapiskami z dochodzenia w spra­

wie zabójstwa Aleksandry, dostarczony pewnego dnia 

przez kuriera bez żadnego przewodniego listu, posłużył 

Sloanowi do dopisania zakończenia scenariusza filmu. 

background image

POTRÓJNE WESELE •  1 8 3 

Blythe spodziewała się, iż oskarżenie, że to Walter Stern 

zamordował gwiazdę, uderzy jak piorun w całe holly­

woodzkie środowisko. 

Głos Blythe, gdy powtarzała słowa małżeńskiej przysię­

gi, brzmiał dźwięcznie i pewnie. 

„Na dobre i na złe. 

W zdrowiu i w chorobie. 

Dopóki śmierć nie rozłączy". 

Nie spuszczając wzroku z ukochanej, Gage wsunął jej 

na palec obrączkę. Po chwili ona uczyniła to samo. Wymie­

nili małżeńskie insygnia i pełne miłości uśmiechy. 

Ich wargi spotkały się w pierwszym pocałunku żony 

i męża. 

A potem, kiedy rozległy się dźwięki muzyki i matka 

Blythe rozpłakała się ze wzruszenia, a pozostali goście za­

częli entuzjastycznie wiwatować na cześć trzech dopiero co 

zawartych małżeństw, Blythe i Gage wzięli się za ręce i od­

chodząc rozciągniętym na ziemi białym chodnikiem, ru-

szyli ku przyszłości. 

KONIEC