background image

CATHY WILLIAMS 

Pokochać cień 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Będziesz miała kłopoty! 

Drobna blondyneczka odciągnęła Sammy na bok 

i dodała konspiracyjnym szeptem: 

- Pomyślałam, że powinnam cię ostrzec. 

- Co masz na myśli, Florrie? - zapytała Sammy, 

zniżając głos i równocześnie dziwiąc się sobie, że 

wpada w tę samą spiskową manierę. Zaczęła mówić 

normalnym tonem. - Przecież dopiero przyszłam, za 

wcześnie jeszcze na jakieś kłopoty. A poza tym 

- spojrzała na zegarek -jestem punktualnie. Zechciej 

mi więc wyjaśnić... 

Patrzyła ze sceptyczną rezerwą na podnieconą przyja­

ciółkę i postanowiła nie uciekać się do nacisków, aby 

wydobyć z niej jakieś sensowne zdania. Doświadczenie 

nauczyło ją, że Florrie miewa trudności z zebraniem 

myśli i przedstawieniem ich w spoistej i logicznej formie. 

- Chodzi o artykuł, który napisałaś. 

Florrie nadal mówiła szeptem, chociaż w szatni 

prócz nich dwóch nie było nikogo. 

Sammy zdjęła gruby beżowy płaszcz i rozejrzała się 

za wolnym wieszakiem. W końcu, nie widząc wolnego 

miejsca, powiesiła płaszcz na czyjejś kurtce. 

Bardziej z przyzwyczajenia niż z próżności zerknęła 

w lustro, aby upewnić się, czy na twarzy wszystko jest 

w porządku. 

Wciąż czuła płomień wstydu na myśl o tamtym 

dniu sprzed dwóch miesięcy, gdy przyszła do tej małej 

ruchliwej redakcji z dwiema ohydnymi plamami smaru 

od roweru - na brwi i na policzku. 

background image

Twarz, którą teraz ujrzała w lustrze, była na szczęście 

czysta i prawie zupełnie pozbawiona makijażu. Duże 

brązowe oczy, zdaniem Sammy, największa ozdoba 

jej dość nieokreślonego oblicza, spoglądały pytająco 

na przyjaciółkę. 

- Czyżbyś nie chciała wiedzieć, do czego zmierzam? 

- zapytała Florrie, a podniecenie w jej głosie wzrosło 

o stopień. 

Sammy uśmiechnęła się. 

- Ha! Śmiejesz się, ale przestaniesz się śmiać, kiedy 

usłyszysz wszystko do końca - skomentowała chmurnie 

przyjaciółka. 

- O wszystkim mi powiesz w drodze do biurka. 

Wzięła swoją dużą skórzaną torbę z mnóstwem 

przegródek i skierowała się ku drzwiom. Florrie 

udała się jej śladem. Lecz myśli Sammy pomknęły 

już w kierunku zaplanowanych na dzisiaj zajęć. 

Artykuł o przestępczości w niewielkim mieście 

Padley musiał być ukończony, ponadto czekał pilny 

wywiad na popołudnie: cotygodniowa powiastka 

w stylu „ciepłe kluchy", którą musiała ugniatać bez 

upragnionej szczypty dziennikarskiej bezpardonowej 

wnikliwości. 

Chwaliła sobie pracę młodszego reportera w miej­

scowej gazecie, lecz przyznawała w duchu, że z roz­

winięciem skrzydeł byłyby kłopoty, nawet gdyby szef 

zatrudnił w jej dziale bardziej interesujących pracow­

ników. 

Nim otworzyła drzwi prowadzące z wąskiego 

korytarza do głównego redakcyjnego pomieszczenia, 

poczuła dłoń Florrie zaciskającą się na jej przegubie. 

- Mówiłam poważnie, Sams. 

Oczy Florrie, o barwie czystego błękitu, teraz były 

zachmurzone strapieniem. Nerwowo zagryzała wargę. 

Sammy przelękła się, że lada chwila jej przyjaciółka 

wybuchnie płaczem. Miała szczerą nadzieję, że do 

background image

tego nie dojdzie. Bardzo lubiła Florrie, ale nie czuła 

się na siłach sprostać potokowi jej łez. 

Spoglądała na nią z uwagą i niepokojem. 

- W takim razie powiedz mi o wszystkim - powie­

działa z ręką na klamce. - O co właściwie chodzi? 

Cokolwiek uczyniłam, nie może być to aż tak złe, 

żebym musiała się obawiać. 

- Czy pamiętasz ten artykuł, który przepisywałam 

ci dwa tygodnie temu? 

Sammy zmarszczyła brwi i przytaknęła ruchem 

głowy. Nie mając daru słowa pisanego, Florrie pełniła 

rolę sekretarki. Przepisała jednak w ostatnim okresie 

więcej niż jeden jej artykuł. 

- Który? - zapytała cierpliwie. 

- Pamiętasz - Florrie wyraźnie przyśpieszyła 

- wręczyłaś mi go na chwilę przed wyjściem. Byłaś 

wówczas ubrana w fantastyczne czerwone ciuchy... 

- Mniejsza o ciuchy - przerwała Sammy, świadoma 

długości i zawiłości zapowiadającej się dygresji. - Który 

artykuł? 

- Dotyczący Romana Ferrersa, tego magnata 

finansowego, właściciela Thurston Manor, 

- Więc to o niego chodzi... 

W głosie Sammy dało się wyczuć coś twardego. 

Pamiętała wszystko z największą dokładnością. Jej 

szef założył niemal weto, utrzymując, że artykuł jest 

zbyt chlaszczący, lecz ona mimo wszystko zdołała 

wydobyć z niego pozwolenie na druk. Przedtem, ma 

się rozumieć, zwrócili się do radcy prawnego. 

Czerpała z pisania tego artykułu dużo satysfakcji. 

Roman Ferrers był nowym w okolicy. Niedawno 

wykupił Thurston Manor, podupadający majątek 

ziemski, leżący w odległości trzydziestu kilometrów 

od Padley, i właśnie urządzał się w swojej samotni. 

Sammy kreśliła portret krezusa z wielką gorliwością, 

dopiero później przyznając, że całość wyszła odrobi-

background image

nę zbyt złośliwa. Nie znosiła tego typu nadzianych 

forsą playboyów, którzy wykupują wiejskie posiadło­

ści, by odwiedzać je jedynie raz w roku, playboyów 

niezmiennie ślepych na ich żywą wartość historyczną. 

Chodziły ponadto słuchy, że chciał zmienić posiadłość 

w rodzaj zwykłego hotelu. Niby najbanalniejszy pomysł, 

ale słysząc o nim czuła, że krew ścina się w jej żyłach. 

Hotel! Baseny w miejsce drzew, zwariowane pola 

golfowe i prawdopodobnie obrzydliwa dyskoteka 

z potwornymi zespołami co weekend. 

- I cóż z nim? - zapytała próbując odzyskać 

równowagę. 

- A więc - Florrie nie potrafiła ukryć w swym 

gorączkowym szepcie nutki uciechy z racji zapowia­

dającego się skandalu - on jest tutaj! 

Sammy zabrakło nagle słów. Artykuł był uszczypliwy, 

lecz napisany ze sporą dozą obiektywizmu. Bez 

potwierdzenia prawdziwych zamiarów Ferrersa nie 

mogła poruszyć tematu hotelowego kompleksu, ale 

jej zaprawioną zjadliwością niechęć można było 

wyczytać pomiędzy wierszami. 

- Co on tutaj robi? - zapytała marszcząc czoło. 

- Skąd ja mam wiedzieć? Nie zapominaj, że jestem 

tylko sekretarką. - Florrie uśmiechnęła się szeroko. 

- Facet jest wspaniały - dodała z rozmarzeniem. 

- W rodzaju tych, dla których można całkiem stracić 

głowę, ale którzy nawet przez milion lat, patrząc na 

ciebie, nie zauważą cię. 

- Masz rację, nie zauważą cię, bo jesteś dla nich za 

dobra. 

Powiedziawszy to Sammy otworzyła drzwi i z miejsca 

natknęła się na ukradkowe, płochliwe spojrzenia 

kolegów. Ledwie pohamowała się, by nie wykrzyknąć 

na całą salę, że Roman Ferrers jest tylko człowiekiem. 

Dlaczego zatem zachowują się tak, jak gdyby wybuchła 

trzecia wojna światowa? 

background image

Spokojnym krokiem podeszła do swego biurka, po 

czym usiadła, ignorując swojego sąsiada, Roberta, 

dziewiętnastoletniego chłopca, który dzielił z nią terminal 

komputerowy. Właśnie zamierzał powiedzieć coś 

poufnego, więc pochylił się ku niej na krześle. 

- Wiem. - Sammy podniosła rękę na znak, by 

zachował dystans. - Roman Ferrers zdecydował się 

złożyć krótką wizytę naszej prowincjonalnej gazecie. 

Florrie opowiedziała mi o wszystkim ze szczegółami, 

możesz więc wrócić do właściwej pozycji. I lepiej 

upewnij się, czy Hugo nie patrzy. On tylko czeka, by 

wezwać cię na dywanik celem wygłoszenia kazania. 

Hugo był ich szefem. Miał około pięćdziesiątki 

i dynamizmu w sam raz na małą lokalną gazetę. 

Sammy lubiła go. Nie nadawał się wprawdzie do 

podkładania bomb, ale był miły i wyrozumiały. 

- Hugo na pewno do nas nie zajrzy. Gości teraz 

u siebie Romana Ferrersa - oznajmił Robert. - A sądząc 

po wyglądzie tego ostatniego, przymocował już biednego 

starego Hugo łańcuchami do biurka i właśnie odmierza 

mu kije. 

- Tak sądzisz? - Sammy uniosła brwi. - W każdym 

razie robota musi być zrobiona. Mam do dokończenia 

artykuł o przestępczości, a o drugiej czeka mnie wywiad. 

Odwróciła się ku stercie papierzysk na biurku 

i zaczęła w nich przebierać. 

- Co robisz? - zapytał Robert, ignorując jej próby 

pozbycia się go. 

- Pracuję. Ostatecznie za to mi płacą. 

- To Florrie nie powiedziała ci, że szef czeka na 

ciebie w swojej jaskini? Miałaś się stawić u niego 

zaraz po przyjściu. 

- Do licha! 

Jej brązowe oczy uchwyciły współczujące spojrzenie 

Roberta, po czym skierowały się na zamknięte drzwi 

gabinetu Hugona. Poczuła pierwsze oznaki zdener-

background image

wowania. Nie była w nastroju na to spotkanie. Roman 

Ferrers należał w końcu do typów odrzucających 

dyskusję na rzecz konfrontacji. 

Ale poradzi sobie z nim. Będzie chłodna, pełna 

rezerwy i poprawna w każdym calu, a przede wszystkim 

doskonale opanowana, gdy przyjdzie jej wysłuchać 

zarzutów tamtego. Swym artykułem zadała cios jego 

arogancji, ale nie posunęła się przecież do zniesławienia. 

Z ociąganiem wstała od biurka, racząc kolegów 

nieokreślonym grymasem. Oni zaś w odpowiedzi 

spojrzeniami dodali jej otuchy. 

Poprzez matowe szkło ścianki działowej mogła 

dostrzec postacie dwóch mężczyzn i uznała, że skoro 

obaj nadal zajmowali swe miejsca, sprawy nie mogły 

jeszcze zostać całkowicie wyjaśnione. Zaraz też 

wyobraziła sobie straszliwą scenę, w której oszalały 

Ferrers miota się po biurze, roztrzaskuje i miażdży, 

co wpadnie mu w ręce, a ona, krucha istota, usiłuje 

go poskromić. 

Obraz był tak zabawny, że spowodował u Sammy 

nagły przypływ zaufania we własne siły. 

Niemniej wszystko to graniczyło z czystym rojeniem. 

Roman Ferrers był biznesmenem zbyt dużego formatu, 

żeby miewać napady wściekłości z powodu byle artykułu 

w lokalnej gazecie. 

Zapukała. 

- Proszę. 

Zduszony głos szefa był ledwie rozpoznawalny. 

Nie przypominał w niczym ojcowskiego tonu, do 

jakiego przywykła. Zapewne Hugo przeżywał ciężkie 

chwile. 

Miej się na baczności, Ferrers, pomyślała Sammy, 

odrzucając hardo w tył głowę. 

Gdy Hugo zobaczył Sammy, cień ulgi przemknął 

po jego twarzy. Natomiast Roman Ferrers, który 

siedział tyłem, ani nie wstał na przywitanie, ani nawet 

background image

nie pofatygował się odwrócić głowy. Tym lepiej! 

Zagłębiony w fotelu, już samą swoją obecnością 

czynił pokój malutkim. 

Bóg jeden raczył wiedzieć, jak wysoki był ten 

mężczyzna. Poza tym prawdopodobnie zaliczał się do 

tych zbirowatych facetów, którzy podróżują z osobistymi 

ochroniarzami i obwieszają się kosztownościami, jakby 

dla oznajmienia wszystkim, że przybyli na ten świat 

i biorą go w posiadanie. 

Sammy miała niewiele ponad półtora metra wzrostu 

i uznała, że łatwiej zyska przewagę nad Ferrersem 

siedzącym niż pochylonym nad nią niczym pierwotny 

neandertalczyk. 

- Chciał się pan ze mną widzieć, panie Dixon 

- odezwała się od progu raźnym głosem i przechodząc 

do porządku nad obecnością Ferrersa ruszyła w kierun­

ku biurka. 

- Tak, hm, mamy tu pewien kłopot z artykułem, 

który napisałaś kilka... 

- Kobieta! Powinienem właściwie był zgadnąć... 

Zbirowaty typ zerknął przez ramię na Sammy, 

która teraz przyjrzała się mu uważniej. 

Nie widziała dotąd mężczyzny, który by emanował 

taką wewnętrzną i fizyczną siłą. Jego rysy były jak 

wykute w kamieniu, znamionowały raczej moc niż 

urodę, a przecież sprawiały oczom osobliwą przyjem­

ność. Ciemne, prawie czarne włosy zaczesywał do 

tyłu, pozwalając im się zakręcać na kołnierzyku 

koszuli. Jego oczy, w rzadkim kolorze ciemnej zieleni, 

dwa klejnoty bez nazwy, posiadały w wyrazie 

twardość krzemienia. I nie zdobiły go żadne ciężkie 

złote łańcuchy. 

Od wyrazistej linii wykroju ust aż po długie palce 

dłoni spoczywających niedbale na oparciu skórzanego 

fotela, wszystko w nim tchnęło wielką pewnością 

siebie i samodyscypliną. 

background image

Sammy otworzyła usta, zamknęła je i po tym 

krótkim wahaniu powiedziała mocnym głosem: 

- Wreszcie pan zauważył. Co za zmysł obserwacji! 

- Siadaj, Sammy - Hugo wskazał ręką na drugi 

wolny fotel. 

Posłusznie usiadła, by stwierdzić, że patrząc na 

Romana Ferrersa musi teraz kierować wzrok ku 

górze. Założyła nogę na nogę i czekała w milczeniu, 

aż pierwszy się odezwie. On zaś obserwował ją bacznie, 

z owym odcieniem bezstronnego zainteresowania, 

z jakim ogląda się przedmioty. 

Żadnych szans, by mogła wzbudzić w nim jakieś 

emocjonalne zaciekawienie. Sammy dość się naczytała 

prasowych notatek o nim i dobrze wiedziała, że lubi 

kobiety wysokie, szczupłe i jasnowłose. Było oczywiste, 

że tylko ten rodzaj kobiet mógł stanowić dopełnienie 

jego muskularnej budowy i arogancji wypisanej na 

smagłym obliczu. 

- Zakładałem do tej chwili - zaczął cedzić słowa 

głębokim głosem - że artykuł został napisany przez 

mężczyznę. 

- Ależ nie - podjął się wyjaśnień Hugo - nazywamy 

Samanthę Sammy, odkąd tylko zaczęła u nas pracować. 

To imię, którym podpisuje wszystkie swoje artykuły. 

Sammy Borde. 

- Nie rozumiem, jaką to czyni różnicę - zimno 

wtrąciła Sammy - czy artykuł napisał mężczyzna, czy 

kobieta. 

- Kobieta? Może raczej dziewczyna? 

Niemal zgrzytnęła zębami. Podła, arogancka, 

szowinistyczna świnia. Myślał, że kim właściwie jest? 

Oczywiście, nie miała tej klasycznie kobiecej figury 

z talią jak osa, ale nie dawało mu to najmniejszego 

prawa wygłaszania tego rodzaju taniutkich uwag. 

Hugo wytarł czoło chusteczką. Wyglądał, jakby 

był trzymany w lochu co najmniej od tygodnia, nie 

background image

zaś miał za sobą dziesięciominutową rozmowę z pewnym 

biznesmenem. 

- Nie ma potrzeby się złościć, Sammy - powiedział 

zerkając z niepokojem na Romana. - Sammy ma 

opinię osóbki o burzliwym temperamencie. 

- Ja się nie złoszczę. - Wymówiła dobitnie każde 

słowo. 

- Nie? - kpiąco zapytał Roman. 

Sammy zdusiła ripostę, która już miała się wymknąć 

jej z ust i ponowiła próbę zapanowania nad sobą. 

- Właściwie o co panu chodzi, panie Ferrers? 

- zagadnęła głosem tak grzecznym, na jaki tylko 

mogła się zdobyć. 

- Panu Ferrersowi nie podoba się pełen uprzedzeń 

ton twojego artykułu. Uważa, że jest tam zbyt wiele 

niepochlebnych dla niego aluzji, aby kłaść to na karb 

czystego zbiegu okoliczności. Piszesz na przykład, że 

„O panu Ferrersie wiadomo, że ciężko pracuje, ale 

zdaje się również nie ulegać wątpliwości, że w swoje 

rozrywki wkłada tyle samo wysiłku. I jak poza tym 

porachować te wszystkie tak często zmieniane kobiety, 

uwieszone jego ramienia i wpatrujące się daremnie 

w tę naznaczoną stygmatem bogactwa twarz?" 

Hugo trzymał kopię jej artykułu przed sobą i odczytał 

ten fragment z widoczną przykrością. 

Roman Ferrers natomiast siedział nieporuszony. 

Poczekał, aż Hugo skończy, po czym rzekł głosem nie 

znoszącym sprzeciwu: 

- Czy mógłby pan zostawić nas na chwilę samych, 

panie Dixon... 

Hugo skierował zaniepokojony wzrok na Sammy, 

a ona odwzajemniła się mu uspokajającym uśmiechem. 

- Nie ma pan powodu oskarżać nas o zniesławienie, 

panie Ferrers - oświadczył wstając. - Zanim artykuł 

poszedł do druku, porozumieliśmy się z prawnikiem. 

W tych sprawach jesteśmy bardzo ostrożni. 

background image

Stał jeszcze przez chwilę, wahając się, czy opuścić 

pokój z tym strzałem na pożegnanie, czy poczekać 

jeszcze na reakcję przeciwnika. 

Sammy również czekała w poczuciu triumfu. 

Rozczarował ją fakt, że Roman ani myśli rejterować. 

Miast tego rozsiadł się wygodnie w fotelu i na całą 

długość wyciągnął przed siebie nogi. 

- Bynajmniej nie płonę chęcią zemsty, panie Dixon 

- rzekł miękko, mimo to przemycając groźbę w tych 

słowach. 

- Nie? - Hugo wyraźnie się odprężył. 

Roman miał uśmiech na twarzy, ale jego zielone 

oczy patrzyły twardo. 

- Gdybym chciał się zemścić, bez trudu wykupiłbym 

cały ten kramik. 

Gestykulował szeroko, a Sammy mimo woli 

dopatrzyła się w ruchach jego rąk zadziwiającego 

wdzięku. 

- Wszystko, czego oczekuję, panie Dixon, sprowadza 

się do sprostowania i przeprosin. 

Spojrzał na Sammy, której zwycięski uśmieszek 

przygasł w tym momencie. 

- Oczywiście. - Hugo odetchnął z ulgą. 

- Wykluczone! 

- Nie widzę problemu, Sammy. Nie zapominaj, że 

pracujesz dla mnie. Zrobisz, co powiem. 

- Wiem, że pracuję dla pana, panie Dixon, ale 

bynajmniej nie oznacza to, że muszę stawiać pod 

znakiem zapytania moją dziennikarską reputację, 

ponieważ... - spojrzała lodowato na Ferrersa - ...po­

nieważ jakiś głupawo uparty przybysz pragnie narzucić 

swą wolę. Nie jest jeszcze właścicielem tej gazety, 

więc nie posiada również i mnie. I dobrze wie, że nie 

ma podstaw do wysuwania oskarżeń. 

Natychmiast pożałowała swojego wybuchu. I nie 

dlatego, żeby nie była pewna swoich słów, ale ze 

background image

względu na serdeczne uczucia, jakie żywiła do szefa. 

Nie chciała sprzeciwiać się ani spierać z nim, lecz 

z drugiej strony nie mogła dać za wygraną przed 

tamtym indywiduum. 

Tamto indywiduum natomiast obserwowało ich 

dwoje z zainteresowaniem i śladem rozbawienia na 

niezwykle męskiej twarzy. 

- Czy mógłby pan nas zostawić, panie Dixon? 

- powtórzył Ferrers spokojnie. 

- Przemyśl to, co usłyszałaś ode mnie, Sammy. 

Hugo przetarł szkła okularów, odczekał krótką 

chwilę, po czym opuścił pokój. 

- Głupawo uparty przybysz? - Roman skrzyżował 

ramiona i lustrował ją z doprowadzającą do wściekłości 

wyższością. 

Jednak Sammy zdecydowana była nie poddawać 

się złości. Najwidoczniej nic nie mogło wyprowadzić 

go z równowagi, a pozwalając sobie na emocjonalne 

wyskoki, Sammy wyglądała przy nim wręcz dziecinnie. 

Nie, będzie go traktowała z nie zachwianą pogardą. 

Strzepnęła niewidoczny pyłek kurzu ze spódnicy, 

ułożyła wargi w zimny wzgardliwy uśmieszek i nic nie 

odpowiedziała. 

- I cóż, dziewczyno? 

Poczuła, jak wzbiera w niej złość. 

- Mam dwadzieścia cztery lata, panie Ferrers, 

a zatem okres dziewczęcy pozostawiłam już za sobą. 

Naprawdę, proszę mi wierzyć, że od lat nie bawiłam 

się lalką. Ośmielam się zauważyć, że w porównaniu 

z tymi podwiędłymi pięknościami, z którymi pan tak 

lubi się fotografować, wyglądam rzeczywiście młodo, 

lecz nie odpowiada mi pana protekcjonalna postawa. 

Romanowi nie udało się stłumić wesołości i to 

jeszcze bardziej rozdrażniło Sammy. Jak śmiał tutaj 

przychodzić, żądać przeprosin za artykuł, który, 

wiedziała to, przynosił więcej niż okruch prawdy, 

background image

a następnie mieć czelność naigrawać się z niej, gdy nie 

chciała podrygiwać w takt granej przez niego muzyczki? 

- Podwiędłe piękności? Muszę przyznać, że ma 

pani oryginalny sposób wysławiania się. Z czymś 

takim po prostu marnuje się pani tutaj. Dlaczego 

wybrała pani to miejsce, tę szczególną gazetę? Czy 

dlatego, że wychowała się pani w pobliżu? 

Sammy spojrzała podejrzliwie. Rozmowa przy­

jmowała nieoczekiwany obrót, a ona nie lubiła tego. 

Była przygotowana na walkę, lecz to wyglądało na 

usypianie jej fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, 

płynącego jedynie stąd, że on rościł sobie prawo do 

interesowania się jej osobą. O nie! Nie urodziła się 

wczoraj. 

- Do czego pan zmierza, panie Ferrers... 

- Mam na imię Roman. 

•- Panie Ferrers. Osobiście trudno mi zrozumieć, 

dlaczego wtargnął pan do naszej redakcji. Nigdy bym 

nie zgadła, że niewielki artykuł w lokalnej gazecie, 

o której mało kto słyszał, może wywołać u pana tego 

rodzaju reakcję. Jednym słowem, czy nie potrafi pan 

spożytkowywać swojego czasu w sposób bardziej 

owocny? 

- Chodzi o to, dlaczego napisała pani ten artykuł 

- powiedział rozciągając samogłoski i patrząc na nią 

zwężonymi oczyma o ciemnej oprawie. - Ponieważ 

sądziła pani, że zabawi nim tutejszych mieszkańców 

i upewni ich małe duszyczki, że my, przybysze, jesteśmy 

dokładnie tacy, jakimi oni pragną nas widzieć. A ja 

nigdy nie miałem być tego świadomy, ponieważ magnat 

finansowy nie będzie zawracał sobie głowy tego rodzaju 

małą gazetą. Czyż nie tak? 

Sammy umknęła ze spojrzeniem, co bynajmniej nie 

poprawiło jej samopoczucia. Normalnie wytrzymałaby 

wzrok każdego, lecz ten mężczyzna rozstroił ją. Źródłem 

tego była zapewne, jak wnioskowała, odraza, jaką 

background image

czuła do niego i wszystkiego, co reprezentował swoją 

osobą. 

- Nie wiem, co chciał pan przez to powiedzieć. 

- Doprawdy? 

Sammy niespokojnie poprawiła się w fotelu. 

- Wydaje mi się - ciągnął nieubłaganie - że w pani 

artykule jest coś więcej niż tylko szczypta indywidual­

nego krytycyzmu. Oto dlaczego tu przyszedłem, nie 

zaś wtargnąłem, jak to pani malowniczo określiła. 

Teraz rzeczywiście mogła w to uwierzyć. Roman 

Ferrers nie był człowiekiem, do którego pasowałoby 

słowo „wtargnąć". Był na to zbyt zimny i opanowany. 

- Jakiego typu badania mojej przeszłości prze­

prowadziła pani, zanim zasiadła do pisania? 

Sammy zaczerwieniła się. Gdyby Ferrers reagował 

gniewem, sprostałaby mu. Mogłaby wówczas obwaro­

wać się i utwierdzać samą siebie w przekonaniu, że kaźtle 

słowo, które napisała o nim, było prawdziwe. Zamiast 

tego zbliżał się do niej ukradkiem jak kot, formułując 

pytania, na które trudno jej było odpowiedzieć. 

- Czytałam wycinki prasowe - oświadczyła sucho, 

rezygnując ze wzmianki o miejscowych pogłoskach 

dotyczących jego planów zamiany rezydencji w hotel. 

Mętna i niesprawdzalna plotka na pewno nie wydawała­

by się mu wiarygodnym źródłem. Teraz zresztą również 

jej-

- Wycinki prasowe? 

- Artykuł nie był przecież pomyślany jako pogłębione 

studium - uśmiechnęła się obronnie - lecz jako lekka 

lektura dla tutejszych mieszkańców. 

- I teraz wszyscy zgodnie uważają mnie za pożeracza 

niewieścich serc. Nieokrzesanego zbira z ramionami 

zwisającymi do ziemi, którego jedyną obsesją są 

kobiety i pieniądze. 

Obraz ten tak pasował do jej własnego wyobrażenia 

Ferresa, że zaśmiała się nerwowo. Uznała, że posiadł 

background image

zupełnie tajemniczą zdolność wnikania do jej umysłu. 

I było to bardzo deprymujące. 

- Ludzie nie zawsze wierzą w to, co przeczytają 

- uciekła się do wykrętu, nie mogąc wprost zaprzeczyć 

jego słowom. 

- Czy w takim razie ma mnie to przekonać, że 

pani artykuł, oparty na fikcji rozpowszechnianej przez 

inne sensacyjne dzienniki, jest usprawiedliwiony? - Jego 

wargi wydęły się pogardliwie. - Czy pani naprawdę 

myśli, że jest rzeczą godną pochwały oczerniać moje 

imię w społeczności, zanim jeszcze zainstalowałem się 

w niej? Powiem bez ogródek, panno Borde, to są 

łajdackie metody. 

- W porządku. Jeśli oczekuje pan przeprosin, to 

w tym momencie mówię „przepraszam". 

Jeśli o nią chodzi, sprawa była definitywnie 

zakończona. I teraz im prędzej uwolni się od 

przytłaczającej obecności Romana Ferrersa, tym szybciej 

zdoła zebrać myśli. Jak na jej gust i możliwości, był 

przeciwnikiem zbyt trudnym. 

- A gdzież to pani się wybiera? 

Sammy wyprostowała się i spojrzała mu w twarz, 

po raz kolejny zauważając, jak niedokładne były 

zdjęcia prasowe. 

Z pewnością nie ujawniały tych znamionujących 

nieustępliwość linii podbródka ani sposobu, w jaki 

jego zielone oczy narkotyzowały i zamącały jej zdrowy 

rozsądek. 

- Słucham? - zapytała grzecznie. 

- Powiedziałem, gdzież to pani się wybiera? 

- Cóż, na pewno nie wychodzę z myślą, by przynieść 

panu kawy - odparowała, równocześnie zdając sobie 

sprawę, że słabnie w swej determinacji zachowania 

spokoju. 

Przyglądał się jej twarzy z wyrozumiałą ciekawością, 

co sprawiło, że poczuła się znów nastolatką wezwaną 

background image

przed oblicze dyrektora szkoły. Nazwał ją dziewczyną, 

i to obudziło wspomnienia, nasunęło przed oczy 

obraz rodzinnego domu. Naturalnie nie dbała o to, 

co on o niej myślał, i, do diabła, swój krytycyzm 

odnośnie do jej wyglądu mógł zachować dla siebie. 

Przez lata przyzwyczaiła się do swej odmienności. 

Jak daleko mogła sięgnąć pamięcią, zawsze porów­

nywano ją z jej siostrami i podkreślano różnice między 

nimi. 

Jej siostry były w dzieciństwie niebieskookimi blond 

laleczkami, by później rozkwitnąć w zmysłowe 

długonogie kobiety, które pląsały na czele nie 

kończącego się orszaku mężczyzn. 

Zaś Sammy. o brązowych oczach i włosach, 

pozbawiona uderzającej urody sióstr, była zawsze tą, 

którą matka przedstawiała obcym jako mózg całej 

rodziny. I Sammy nie potrzebowała długiego czasu, 

aby uświadomić sobie, że w jej przypadku inteligencja 

była tożsama z brakiem urody. 

Dbała więc o szare komórki, skończyła studia 

i zawsze pozwalała swojemu gwałtownemu usposobieniu 

być raczej znakiem rozpoznawczym, nie starając się 

go ujarzmić. 

Najstarsza siostra, Emily, była już mężatką, mieszkała 

w Yorkshire i miała dwoje przeuroczych dzieci. Sammy 

uwielbiała je. 

Catherine, która wciąż przebywała w domu i łamała 

męskie serca, była nieprzerwanym źródłem rodzicielskich 

kłopotów. Będąc od lat jej powiernicą, Sammy również 

z jej powodu mogła się nieraz uskarżać na bóle głowy. 

- Halo? 

Ciąg obrazów i wspomnień został przerwany. 

Spojrzała na Romana z niechęcią. Dziewczyna, dobre 

sobie. Gdyby była pięć lat młodsza, to nie namyślając 

się wiele porwałaby najbliższy przedmiot i cisnęła 

w niego. Tymczasem oznajmiła chłodno, że wychodzi. 

background image

- Przeprosiłam pana - powiedziała tonem, który 

uznała za bardzo opanowany - czyli zrobiłam już to, 

czego pan oczekiwał, więc nic tu po mnie. Mam 

jeszcze dużo pracy. 

- Nie zrozumieliśmy się. 

- Doprawdy? Chciał pan przeprosin i otrzymał je. 

Nie sądziłam, że jest tu miejsce na jakąś dwuznaczność. 

Roman usiadł na krawędzi biurka Hugona. Ema­

nował jakimś nieuchwytnym bogactwem, co sprawiło, 

że biurko w tym momencie wydało się nędzne. 

- Gdy powiedziałem, że chcę przeprosin, miałem 

na myśli przeprosiny publiczne. Chcę je widzieć w druku, 

w waszej gazecie, i to na pierwszej stronie. Myślę, że 

będzie to honorowe załatwienie sprawy, nie uważa pani? 

Jego głos miał zarazem gładkość jedwabiu i ostrość 

brzytwy. 

W oczach Sammy pojawił się przestrach. 

- Nie mogę tego zrobić - wymamrotała. 

Ugięły się pod nią nogi i opadła z powrotem na fotel. 

- Dlaczego nie? Sama pani przyznała, że jej 

spostrzeżenia i wnioski oparte zostały na, delikatnie 

mówiąc, skromnych podstawach. Wszystko, czego 

żądam od pani, to przyznanie się do błędu dużymi 

tłustymi literami. 

- Mam lepsze pomysły! - wybuchnęła złośliwie. 

- Proszę mi na przykład pozwolić odgrywać przez 

kilka dni rolę miejskiego obwoływacza lub wsuwać 

ulotki pod drzwi domów! 

- Wolno pani uważać to wszystko za rzecz wysoce 

zabawną. Lecz proszę mi wierzyć, panno Borde, ja 

czuję inaczej. 

- W żadnym wypadku nie wyrażę zgody na coś 

takiego - odrzekła unikając jego spojrzenia. 

W tej chwili szczerze życzyła sobie, by wyparował 

lub zgorzał w płomieniach. Tak czy inaczej, miała 

dość mężczyzn do końca swego życia. 

background image

- Kto zatem mógłby ją wyrazić? Może pan Dixon? 

- Tak. Lecz ja odmówię złożenia podpisu. 

- Nie odmówi pani, moja mała lisiczko. A jeśli tak 

twierdzę, to na pewno podpis pani będzie widniał we 

właściwym miejscu. 

- Proszę nie silić się na groźby, bo nie przelęknę 

się ich. 

- W porządku, żadnych gróźb. Ja tylko stwier­

dzam fakty. Pozostaje więc pani wezwać swojego 

szefa. 

Nie spiesząc się wstała i otworzyła drzwi. Hugo 

pracował nad czymś z Robertem. Uniósł głowę, a ona 

przywołała go skinieniem ręki. 

- Czy wszystko należycie omówione? - zapytał 

z wymuszoną jowialnością, siadając za biurkiem. 

- Oczekuję publicznych przeprosin, panie Dixon, 

I to równych rozmiarami zjadliwemu artykułowi. Na 

ustępstwa z mojej strony proszę nie liczyć. 

- Ach. - Hugo westchnął z rezygnacją i wzruszył 

ramionami. - Przypuszczam, że jesteśmy do tego 

zobowiązani. 

Sammy spojrzała nań z przerażeniem. 

- Zobowiązani! Na pewno nie ja! Nie odczuwam 

najmniejszego żalu z powodu tego, co napisałam. 

- Powtarzam: zrobisz, co każę. 

Pomimo tych słów Sammy wewnętrznie złagodniała. 

Wiedziała bowiem, jak ciężko mu było je powiedzieć. 

Hugo od lat był przyjacielem rodziny, na długo przed 

jej urodzeniem. Ona zaś zawsze była jego ulubienicą. 

- W takim razie - oświadczyła możliwie najspokojniej 

- odchodzę z pracy. 

- Czy to nie lekka przesada? 

Oboje spojrzeli na Ferrersa, który dotąd zachowywał 

milczenie. 

- Czyta pan w moich myślach - skwapliwie zgodził 

się Hugo. - Pomyśl, Sammy, wiesz przecież, że jesteś 

background image

najzdolniejszą dziennikarką tego zespołu. Nie chcę 

cię utracić. 

Dla Sammy była to nowość. Hugo nigdy nie mówił 

jej jeszcze takich rzeczy. Czy będzie bardzo źle, jeżeli 

ustąpi? Tak, pomyślała, będzie fatalnie. Stworzy 

precedens i żaden z czytelników nie da później wiary 

jej słowom. 

Jakieś zwięzłe przeprosiny od redakcji, ukryte gdzieś 

na ostatnich stronach, były jeszcze do pomyślenia. 

Ale co innego dwustronicowa kobyła w czołówce. Na 

to w żadnym wypadku nie mogła się zgodzić, i jeśli 

odmowa będzie kosztować ją pracę, rozejrzy się za 

czymś innym. 

Będzie musiała, oczywiście, opuścić Padley, lecz 

czyż nie ma gorszych rzeczy? Przeżyła tutaj niejedną 

bolesną chwilę, zaś wyjazd pomoże zatrzeć przykre 

wspomnienia. 

- Nie widzę alternatywy - stwierdziła stanowczo. 

- Ja widzę. 

Roman badał szczegółowo jej twarz, wodząc swymi 

kocimi zielonymi oczami po wargach znamionujących 

upór, szeroko rozstawionych brązowych oczach 

i ciemnych kręcących się włosach, które nigdy nie 

chciały poddać się jej woli. 

- Widzi pan? 

W pytaniu Hugona zabrzmiała nadzieja. 

Sammy była świadoma swych fizycznych braków 

i w reakcji obronnej na badawczo-przenikliwe spojrzenie 

Romana wyjrzała przez okno na spokojną High 

Street. Jedynie z czystej ciekawości, zważywszy, że 

nie było sposobu, by zmieniła zdanie, chciała usłyszeć, 

jaki to wspaniały pomysł wylągł się w tej aroganckiej 

i wściekle przystojnej głowie. 

- Proszę mnie poprawiać, jeśli coś sknocę. - Skie­

rował te słowa do Sammy, zmuszając ją tym samym 

do spojrzenia na niego. - Nie chce pani przeprosić 

background image

mnie w druku, ponieważ uważa, że napisany artykuł 

zgodny jest z prawdą, a ponadto obawia się pani 

stracić zaufanie swych czytelników. 

- Tak - odparła zaciekawiona, do czego to wszystko 

mogło prowadzić. 

- Widzę chyba wyjście z tej matni. Otóż co pani 

powie na propozycję, aby przez miesiąc lub coś koło 

tego była pani mym cieniem, świadkiem mych po­

czynań? Jeśli pod koniec tego okresu nadal będę 

wydawał się pani uosobieniem zepsucia, to zrezygnuję 

z żądania przeprosin. Jeżeli jednak dojdzie pani do 

innych wniosków, wtedy publiczne przyznanie się do 

błędu raczej potwierdzi pani prawdomówność, niż ją 

przekreśli. 

Plan wydawał się dobry i wzbudził entuzjazm 

w Hugonie. Sammy jednak ogarnęła wątpliwość, czy 

wytrzyma tak długo w towarzystwie Ferrersa. Już po 

godzinnej rozmowie czuła się skrajnie wyczerpana. 

A cóż będzie po miesięcznym wspólnym przebywaniu? 

- Musisz się zgodzić, Sammy, pomysł jest wręcz 

znakomity. - Hugo nie szczędził zachęty. 

- A gdzie ja... pan... gdzie się zainstalujemy? Zakłada­

jąc, że w ogóle wyrażę zgodę na tę śmieszną imprezę. 

- Ja... pani... najpierw możemy zatrzymać się 

w Londynie, lecz równie dobrze tutaj. 

W głosie Romana trudno było nie wyczuć kpiny. 

Najwyraźniej bawił się każdą minutą, kwaśno pomyślała 

Sammy. 

- A jeśli dojdę po tym wszystkim do wniosku, że 

nie jest pan wrodzoną uprzejmością i w ogóle wszystkim 

„naj", za co najwyraźniej pan siebie uważa - powiedziała 

patrząc mu śmiało w oczy - czy będę mogła wówczas 

napisać coś w rodzaju relacji z tego miesiąca, nawet 

gdyby miała ona nadwerężyć pana nieposzlakowaną 

reputację? 

- Dlaczego nie? 

background image

Wstał i włożył ręce w kieszenie. Widok jego 

muskularnej sylwetki ponownie przeszył ją dreszczem 

niepokoju. 

- W takim razie przyjmuję propozycję. Kiedy 

zaczynamy? 

- Wyjeżdżam jutro do Londynu. Jest pani gotowa 

mi towarzyszyć? 

Spojrzała pytająco na Hugona, który kiwnięciem 

głowy wyraził swą zgodę. Wyglądał na całkiem 

odprężonego. Przy takim rozwiązaniu nie tylko nie 

tracił najlepszego pracownika, lecz również nie musiał 

walczyć z kimś, kto miał dużą siłę przebicia i kontakty 

w świecie biznesu. 

- Jesteśmy zatem umówieni. 

Gdy tylko Ferrers opuścił redakcję, Sammy natych­

miast uświadomiła sobie, w jakim napięciu spędziła 

te chwile. Dopiero teraz mogła pełną piersią zaczerpnąć 

powietrza. 

- Bystry facet - powiedział Hugo z uznaniem. 

- Nie znam nikogo, kto tego rodzaju problem 

rozwiązałby ku zadowoleniu wszystkich stron. 

- Niech ci będzie, bystry facet - potwierdziła 

w nagłym zamyśleniu. - Czas pokaże, kim jest ponadto. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Ależ cudownie! Nie wyobrażasz sobie, ile bym 

dała za taki wyjazd do Londynu. Wszystko jest tam 

takie podniecające! Piccadilly Circus, Oxford Street! 

Myślę, że mogłabym przekonać mojego kierownika 

banku, że potrzebuję przeniesienia. Wyniosłabym się 

stąd w jednej chwili. 

Sammy spojrzała kątem oka na siostrę, której 

twarz rozświetliła ekscytująca wizja życia w Londynie. 

Pukle jej włosów opadały poniżej ramion, niczym 

skręcone pasma jedwabiu. 

- Siedzisz na moim śniadaniu. 

Catherine przesunęła się odsłaniając sprasowaną 

paczkę kanapek. 

- Och, wybacz. 

- Drobnostka. Mam nadzieję, że zostało trochę 

białego sera w lodówce. 

Zaczynała odczuwać poważne wątpliwości w związku 

z tym całym pakowaniem się i wyjazdem na miesiąc lub 

coś koło tego. Roman uprzedził Hugona, że pobyt może 

przedłużyć się o dwa tygodnie, a tamten bez wahania się 

zgodził. Zatem sześć tygodni z mężczyzną, który 

wzbudzał w niej co najmniej niechęć. A kto przez ten 

czas będzie karmił jej kota? Robbie siedział na neseserze 

obserwując zdarzenia z właściwą kotom obojętnością. 

- Najlepiej byłoby - Sammy myślała głośno - aby 

ten przeklęty facet nie przeczytał mojego artykułu, 

gdyż wtedy nigdy nie doszłoby do obecnej sytuacji. 

Cisnęła do otwartej walizki coś z bielizny, a następnie 

dwie koszule i dżinsy. 

background image

- Tak, ale przeczytał. 

- Wiem o tym - mruknęła z irytacją. Czy Catherine 

musi mówić oczywistości? 

- A jaki w ogóle on jest? Florrie nazwała go 

smacznym kąskiem. 

Sammy skrzywiła się. 

- Jest niewątpliwie z gatunku mężczyzn oddziały­

wających na pewien rodzaj kobiet. 

- Ale nie na ciebie? 

- Bardziej porywający wydałby mi się nawet atak 

grypy żołądkowej. 

Spojrzała bezradnie na rozrzucone po całej sypialni 

ubrania. Catherine, wbrew swemu dzikiemu, niepo­

skromionemu wyglądowi, była z natury bardziej 

porządna. Zaofiarowała się nawet wyręczyć ją 

w pakowaniu, podczas gdy Sammy miała coś przekąsić. 

Jednak ostatnią rzeczą, jakiej Sammy pragnęła, było 

zjawić się w Londynie z walizką pełną rzeczy wybranych 

przez siostrę, tak dalece różniły się w kwestii smaku 

i gustu. 

- Sądzę, że wciąż cierpisz po zerwaniu z Derkiem 

Cairnsem. 

- Bzdury! 

Sammy walczyła z walizką, ale gwałtowność jej 

odpowiedzi wzięła się zupełnie z czegoś innego. 

- A jednak chyba mam rację. To może najważniejszy 

powód napisania tego napastliwego artykułu o Ferrersie. 

Sammy powstrzymała się od komentarzy. W uwadze 

Catherine była spora doza prawdy. Zerwany związek 

z Derkiem pozostawał nadal jej bolesnym wspo­

mnieniem, ropiejącym wrzodem zepchniętym w pod­

świadomość. Zostawił cierpki posmak w ustach 

i szczególnie musiał ją zranić, skoro unikała odtąd 

wszelkich bliższych kontaktów z mężczyznami. 

- Ponosi cię fantazja, Catherine. Podaj mi, proszę, 

kosmetyczkę. 

background image

Spełniwszy prośbę siostry Catherine rzuciła się na 

łóżko. 

- Moim zdaniem to jedna z przyczyn tych wakacji 

w Londynie. 

- To nie są wakacje, Cath. To jest wyrafinowana 

forma kary. 

Sapiąc z wysiłku postawiła ciężką walizkę na podłogę, 

a resztę rozrzuconych rzeczy, nie bacząc na okrzyk 

zgrozy, jaki wyrwał się z ust Catherine, zebrała 

w tłumok, który po prostu wepchnęła do szafy. 

- Nie zapominaj, że nie zgłaszałam się na ochotnika. 

Zgłoszono to w moim imieniu. Dwudziestowieczna 

wersja chińskich tortur Romana Ferrersa. Nie znoszę 

tego człowieka, a będę zmuszona przebywać w jego 

towarzystwie przez szereg tygodni. 

- Zawsze mogłaś odmówić. 

- Nie znasz go. To ktoś, kto nie rozumie słówka 

„nie". Przynajmniej w sytuacjach, gdy wchodzi ono 

w konflikt z jego życzeniami. 

- Tak czy inaczej sądzimy, że wyjazd dobrze ci zrobi. 

- Jacy „my"? 

- Ja i mama. 

- Więc plotkujesz o mnie poza moimi plecami? 

- warknęła Sammy, nagle rozdrażniona. 

Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, ażeby zgadnąć, 

czego dotyczyła ich rozmowa - jej nieszczęsnego 

związku z Derkiem Cairnsem. 

Spotkała go w tutejszej winiarni, gdzie przypadkowo 

wstąpiła po pracy, i gdy tylko ją ujrzał, powziął plan 

zdobycia jej. 

Jej kobiecej próżności bardzo to pochlebiało, choć 

teraz wspominała całą rzecz z obrzydzeniem. Nigdy 

jeszcze bowiem nie stanowiła obiektu takich zabiegów 

ze strony mężczyzny. 

Raczej była tylko ich świadkiem. Catherine i Emily 

miały dość zalotników, by założyć własne agencje 

background image

matrymonialne. Sammy obserowowała to niejako 

z ukrycia. 

Kiedy Derek zaczął umizgać się do niej, jej 

przenikliwość osłabła. Co za głupota! Teraz wiedziała, 

kim był naprawdę: zręcznym w manipulacji czarusiem, 

gotowym powiedzieć każde słodkie słówko, jeśli 

spodziewał się po nim korzyści. 

Lecz taka jest kolej rzeczy, że szczęśliwym ślepcom 

spada bielmo z oczu. Pewnego razu wzięła dzień 

wolny od pracy, by zrobić mu niespodziankę. Udała 

się do pubu, gdzie zwykł przebywać w porze lunchu. 

I doprawdy, niespodzianka stała się prawdziwie wielkim 

zaskoczeniem. Dla niego i tej kobiety, która okazała 

się jego żoną. 

Gniew na Derka był niczym w porównaniu 

z gniewem, jaki skierowała przeciw sobie, choć jej 

rodzina bez końca perswadowała jej, że o żadnym jej 

błędzie nie może być tu mowy. 

Pewną pociechę przynosiła jedynie świadomość, że 

nie poszła z nim do łóżka. 

Gdy Catherine w końcu pożegnała się, Sammy 

wzięła szybki prysznic i wysuszyła włosy, z rezygnacją 

obserwując, jak przeciwstawiają się wszelkim próbom 

uczynienia z nich czegoś bardziej szałowego. 

Pomyślała o Romanie i kobietach, w których 

gustował, po czym jakby na przekór tym jego 

gustom wskoczyła w najbardziej spłowiałe dżinsy, 

nałożyła luźny sweter, który jej matka zrobiła 

przeszło trzy lata temu, i wzuła płaskie pantofle na 

każdą okazję. 

Catherine solennie przyobiecała opiekować się kotem 

i Sammy, w poczuciu winy, głaskała go czule przez 

dobry kwadrans. Nie cierpiała rozstawać się z Robbim. 

Była przeświadczona, że czuje on wówczas do niej 

urazę. I kto wie, jaki skutek wywrze na nim jej 

sześciotygodniowa nieobecność. 

background image

Była już gotowa do win Romana dopisać i tę, gdy 

odezwał się dzwonek u drzwi. 

Nim otworzyła, odruchowo zlustrowała mieszkanie. 

Roman był ubrany w beżowe spodnie i gruby biały 

pulower. Wydawał się dzisiaj wyższy i szczuplejszy 

i w sumie bardziej niebezpieczny. Znowu poczuła 

tamto mrowienie. Jak gdyby jeszcze nie nauczyła się 

lekcji! Unikać takich mężczyzn jak on! 

- Jest pan już - powitała go obojętnie. - W takim 

razie idę po walizkę. 

Podreptała do niewielkiego saloniku, świadoma, że 

kroczy za nią i ciekawie rozgląda się po wszystkich 

kątach. 

- Czy nie uważa pani, że jej gniazdko jest trochę 

klaustrofobiczns? 

- Nie - odrzekła krótko. - Dla mnie jest aż za duże. 

Wzięła walizę, dwie torby i torebkę i właśnie zaczęła 

zastanawiać się, jak to wszystko zataszczy do 

samochodu, kiedy ujął za rączkę walizki. Poczuła 

jego dłoń na swojej, która tym samym znalazła się 

jakby w kleszczach. 

Czy działo się z nią coś niedobrego? Czy zapo­

mniała, że powinna zachować dystans i imponować 

opanowaniem, nie zaś reagować jak niezręczna 

nastolatka? 

- Naprawdę nie trzeba się bać - powiedział 

z doprowadzającym do szału odcieniem rozbawienia 

w głosie. - Moim zamiarem nie było chwycić panią, 

a tylko walizkę. 

Sammy raptownie wyrwała rękę i zajęła się pozos­

tałym bagażem. Chętnie zrewanżowałaby się jakąś 

zgrabną repliką, lecz jej wrodzony dowcip został 

sparaliżowany przez ciężki atak skrępowania. 

Jeżeli było to zapowiedzią tego, co miało nadejść, 

pomyślała, to powinna wziąć się w garść, a przede 

wszystkim nie zapominać o celu i przedmiocie całego 

background image

eksperymentu, to jest o ocenie Romana Ferrersa 

w sposób możliwie bezstronny. 

- Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko 

temu, że wzięłam magnetofon. 

- A jeśli miałbym, to czy w tej chwili wyrzuciłaby 

go pani z torby? 

- Nie, i tak pojechałby ze mną. 

Wręczyła mu dwie torby, poczęstowała Robbie'ego 

czułym klapsem na do widzenia i otworzyła frontowe 

drzwi, zauważając z niechętnym podziwem, że Roman 

niesie jej bagaże z taką lekkością, jak gdyby w torbach 

było pierze. 

Zima pokazała już, co potrafi, powietrze było 

mroźne. Sammy, otulona w kurtkę i drżąca, próbowała 

nadążyć za Romanem, który kroczył ku błyszczącemu 

srebrnemu jaguarowi. Ten piękny wóz wyglądał 

straszliwie nie na miejscu pomiędzy sfatygowanym 

volkswagenem a oklapłym citroenem. 

Do takich luksusów nie była przyzwyczajona. Kiedy 

rozsiadła się wygodnie w fotelu, spojrzała z uznaniem 

na drewnianą tablicę rozdzielczą. 

- Może pani zdjąć kurtkę. - Roman przerwał jej 

myśli. - Samochód jest ogrzewany, więc na pewno 

nie zmarzniemy. Jeśli natomiast zostanie pani w tym 

waciaku, to u końca podróży będzie pani jedną 

wielką kałużą potu. I gdzie, u licha, pani to wynalazła? 

Myślałem, że tego rodzaju wdzianka już dawno znikły 

z powierzchni ziemi, kiedy ludzie doszli do wniosku, 

że nie jest rzeczą gustowną upodabnianie się do 

opony samochodowej. 

- Waciak ten, by użyć pana określenia, uważam za 

bardzo wygodny. 

- A odkąd to wygodę stawia pani przed elegancją? 

Spojrzała na jego ostry profil, złagodzony cieniem 

uśmiechu, i zastanowiła się, jaka byłaby jego reakcja, 

gdyby w tej chwili otworzyła drzwi i zażądała wyjęcia 

background image

bagażu. Tak czy inaczej, jeżeli nadal będzie dowcipkował 

jej kosztem, grzeczność i kultura będą musiały zejść 

na dalszy plan. 

- Nie pana interes. 

Zabrała się do ściągania watowanej kurtki, a kiedy 

pośpieszył z pomocą, tamto odrętwienie powtórzyło się. 

- Czy to u pani zwykła rzecz reagować w ten 

sposób na najlżejsze dotknięcie? - zapytał i włączył silnik. 

Ruszyli. 

Odetchnęła z ulgą. Roman skupiony był teraz na 

oblodzonej drodze i nie mógł dostrzec, że spłonęła 

rumieńcem. 

- W każdym razie do dzisiaj nie zdawałam sobie 

z tego sprawy. 

Udzieliwszy tej odpowiedzi, zajęła się wyglądaniem 

przez okno. 

Zima w te strony przychodzi wcześniej i gości 

dłużej niż w innych hrabstwach. Kiedy samochód 

sunął High Street, przede wszystkim rzucił się jej 

w oczy przygnębiający wygląd przechodniów, okutanych 

po czubek głowy. 

W Londynie było zapewne cieplej. Przynajmniej 

zawsze tak mówiły mapy pogodowe w telewizji. 

Przez chwilę jechali w milczeniu. Nadarzała się 

sposobność uporządkowania myśli. 

Po zerwaniu z Derkiem podjęła mocne postanowienie 

unikania mężczyzn. Derek udzielił jej zresztą bardzo 

pożytecznej lekcji, z jakim partnerem ewentualnie 

powinna się wiązać. Z kimś miłym, myślącym 

i pozbawionym próżności, która zawsze idzie w parze 

z urodą. Drażniło ją, że odnośnie do Ferrersa jej 

zmysłowość sprzeciwia się jej woli. Kogoś takiego jak 

Roman Ferrers należało unikać. I to nie tylko ze 

względu na jego urodę, lecz również dlatego że był 

zbyt mądry, zbyt władczy i zupełnie spoza jej 

środowiska. 

background image

Rozprężyła się. W końcu jej zdolność logicznego 

myślenia została nienaruszona i jak długo ją zachowa, 

tak długo nie będzie niebezpieczeństwa, że spojrzy na 

Romana innymi oczyma niż oczy reportera, który za 

swą pracę pobiera zapłatę. 

Opuścili miasteczko i w otwartym terenie pojechali 

już z pełną szybkością. 

- Ód jak dawna mieszka pani w tych stronach? 

- Całe życie. 

- Więc niezbyt długo. 

Zacisnęła usta. 

- Jeśli chce pan zaczynać wszystko od początku, 

to równie dobrze możemy w tej chwili zawrócić. 

- To miał być komplement. - Oderwał na chwilę 

wzrok od asfaltowej wstęgi. - Kobiety raczej lubią 

słuchać, kiedy się im mówi, jak młodo wyglądają. 

- Muszą być w takim razie bardzo niepewne swego. 

Nie wyobrażam sobie niczego gorszego od starzenia 

się całkowicie wyzbytego wdzięku i pełnej akceptacji. 

- Po raz pierwszy słyszę to z ust kobiety. 

- Kobiety? - zapytała kpiąco. - Widzę, że wydoroś­

lałam, odkąd spotkaliśmy się wtedy w redakcji. 

Wówczas, o ile pamiętam, byłam jeszcze dziewczyną. 

- Czy uraziłem panią? 

- Ależ skąd - skłamała. - Nie dbam o to, co pan 

o mnie myśli. 

- Dlaczego od razu taka najeżona? Stanowczo należy 

panią poskromić. Dziwię się, że nikt w Padley nie wziął 

się jeszcze do tego. A może ktoś taki się znalazł? 

- Nie pana interes! 

Jego pytanie przywołało przykre wspomnienie Derka. 

Wcisnęła dłonie pod uda, żeby powstrzymać ich drżenie. 

- Czy dotknąłem czegoś bolesnego? 

Wydawał się być obdarzony niesamowitą zdolnością 

czytania między wierszami i wyczuwania podtekstów, 

co w rezultacie zbliżało go do sedna spraw. 

background image

- A może w pana przypadku ktoś taki istnieje? 

Pytanie było z rzędu tych, co wprawiają w za­

kłopotanie. 

- Och, tysiące kobiet. Jeżeli wierzyć tezom pani 

artykułu. A jakie jest obecnie pani zdanie? 

Rozmowa zaczęła schodzić na tematy zbyt osobiste. 

Sammy nie miała zamiaru zajmować się intymnym 

życiem Romana. Chciała spędzić te kilka tygodni 

w roli reporterki i świadka, po czym cało i zdrowo 

wrócić do Padley. 

- Nie mam żadnego. Spodziewam się wyrobić je 

sobie w odpowiednim czasie. 

- Być może uda się pani. 

Było coś dwuznacznego w tym wyrażeniu, coś, co 

sprawiło, że poczuła falę gorąca ogarniającą ciało. 

- I to jest właśnie ten powód, dla którego jadę. 

A teraz proszę opowiedzieć mi o swojej pracy. 

Chciałabym wiedzieć, czego mogę oczekiwać po 

Londynie. 

Praca. Temat bardzo bezpieczny. Nic, co mogłoby 

niepokoić. 

Roman, dzięki Bogu, chwycił haczyk. Rzeczowo 

i zwięźle zaczął wyjaśniać, co robi. 

Wystartował w drobnym biznesie, a kiedy już odniósł 

szereg sukcesów, postanowił rozwinąć skrzydła. Teraz, 

po dziesięciu latach, jego zyski płynęły z wielorakich 

źródeł, włączając w to sieć hoteli, również tych za 

granicą, oraz ostatni nabytek w postaci dochodowej 

firmy farmaceutycznej na kontynencie. 

Sammy pomyślała o swym artykule i niechętnie 

przyznała w duchu, że faktycznie był on trochę zbyt 

jednostronny. Zajęła się w nim wyłącznie postacią 

z towarzyskich kolumn w dziennikach i jej najmniej 

ciekawymi cechami, nie dostrzegając, że za tym wszyst­

kim krył się ktoś o nieprzeciętnych zdolnościach, kto 

swoją ciężką pracą zbudował całe finansowe imperium. 

background image

Oczywiście, ten ktoś był kobieciarzem, ale była to 

tylko cząstka jego osobowości. 

Z zaskoczeniem stwierdziła, że dotarli już do 

przedmieść Londynu. Włączyła uprzednio magnetofon 

i do tego stopnia pochłonięta była słuchaniem, iż 

podróż minęła błyskawicznie. 

- Oto i jesteśmy - oświadczył. - Marzy pani zapewne 

o rozprostowaniu kości. Jechaliśmy ponad trzy godziny. 

- Nie czuję zmęczenia - wyznała szczerze. - Przyzwy­

czajona jestem do dużo mniejszych wozów. W moim 

kochanym mini trzeba siedzieć trochę skulonym. Po 

dziesięciu minutach jazdy człowiek o niczym innym nie 

myśli, tylko o jak najszybszym wydostaniu się na 

zewnątrz. Poza tym moje mini ma już około setki i nie 

rokuję mu dłuższego żywota niż dalsze trzydzieści lat. 

Roman roześmiał się i ich oczy spotkały się. Sammy 

poczuła suchość w ustach i przyśpieszony rytm pulsu. 

Jechali teraz bardzo wolno. Zatłoczone ulice Londynu 

kontrastowały z otwartymi pustymi przestrzeniami 

w Padley. Sammy pomyślała, że Catherine czułaby 

się tu jak ryba w wodzie. 

- Mieszkam w Hampstead. Niedaleko stąd. 

Sammy nagle poczuła się niepewnie. Jego mieszkanie. 

Wiedziała od początku, że będą mieszkać razem, lecz 

nie poświęcała temu wiele uwagi. Ostatecznie mieściło 

się to w dwustronnym układzie. 

Obecnie perspektywa wspólnego przemieszkiwania 

napełniła ją nieokreślonym niepokojem. 

Kiedy zatrzymali się przed dużym domem w stylu 

wiktoriańskim, ledwie powstrzymała się przed odruchem 

paniki. Schowała magnetofon do torby i zanim zdążył 

otworzyć drzwi po jej stronie, wyskoczyła z samochodu. 

Żadnych przypadkowych dotknięć. Wytrącały ją 

z równowagi. Lepiej przeciwdziałać faktom, które 

zaskakują znienacka. 

- Zajmuję dwa piętra - objaśnił otwierając drzwi 

background image

i wpuszczając ją pierwszą. - Górnego używam jako 

sali gimnastycznej. 

Kiedy poinformował ją wcześniej, że posiada 

w Londynie mieszkanie, wyobraziła sobie coś o wiele 

mniejszego. Nic dziwnego, że naigrawał się z jej 

mieszkanka. W porównaniu z tym wyglądało jak 

pudełko od zapałek. 

Wnętrze, do którego weszli, urządzone było według 

najwyższych standardów. Architekt zachował dawny 

styl i atmosferę, ale usunął zatęchłość i starzyznę. 

Idąc przez pokoje dostrzegła, że dywany są puszyste, 

meble kuszą solidną staroswieckoscią, zaś obrazy na 

ścianach wyglądają na oryginały. 

Pierwsze piętro składało się z dużego salonu, jadalni, 

gabinetu i kuchni, z której na pierwszy rzut oka nikt 

jeszcze nie korzystał. 

- Widzę, że rzadko pan tu gotuje. 

Roman wzruszył ramionami. 

- Brak czasu. Lunch jadam w pracy. Reszta... 

Bywam czasami w restauracji. A pani? 

Reszta?... Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, 

ażeby zgadnąć, co miał na myśli. Resztą były wieczory 

z kobietami przy zastawionym stole w jakimś 

ekskluzywnym lokalu. 

- Ja też nie mam wiele czasu na gotowanie. 

Zadowalam się sałatkami, owocami i kanapkami. 

Stała tyłem do Romana, podziwiając malowidła, 

nie zobaczyła więc uśmiechu, jaki zagościł w kącikach 

jego ust. 

Wstąpili na schody wysłane chodnikiem w kolorze 

czerwonego wina. Drewniana balustrada błyszczała, 

jak gdyby godzinę temu została powleczona politurą. 

Sammy doszła do wniosku, że Roman musi mieć 

gospodynię, która dba o porządek i czystość. Nie 

potrafiła wyobrazić go sobie z odkurzaczem w ręku. 

Sam pomysł był tak zabawny, iż wybuchnęła śmiechem. 

background image

- Czy to coś, z czego również mógłbym się pośmiać? 

- Raczej nie. To coś bardzo osobistego. 

- Czym mogłaby pani podzielić się z przyjacielem? 

Sammy poczuła jego gorący oddech na karku 

i przyspieszyła kroku. 

- Powiedzmy, że tak - zgodziła się, bardziej by 

porzucić temat, niż by rozmyślnie go zwodzić. 

- A co to za człowiek? 

Roman minął ją, otworzył drzwi jej sypialni 

i równocześnie zagrodził ciałem przejście. Sammy 

znów znalazła się pod działaniem jego zmysłowości. 

- Kto? 

- Pani przyjaciel. Co to za człowiek? 

A zatem uparł się ciągnąć wątek i wszystko 

wskazywało na to, że nie ustąpi, dopóki nie otrzyma 

odpowiedzi. 

Już miała na końcu języka, że nie ma żadnego 

mężczyzny, który by na nią czekał, kiedy uświadomiła 

sobie, iż tym samym odrzuci ostatnie pasy bezpieczeń­

stwa. Jeśli natomiast wyczaruje z wyobraźni jakiegoś 

mężczyznę, sprawi tym samym, iż w jakimś sensie 

będzie on istniał. To mogło nie tylko uspokoić owe 

gwałtowne fale zmieszania i niepewności, które zalewały 

ją, gdy spoglądała na Romana, lecz nadto zablokować 

kolejne pytania natury osobistej. 

- Całkiem zwyczajny człowiek. Średniego wzrostu, 

o takich sobie brązowych włosach i niczym nie 

wyróżniających się niebieskich oczach. 

- Imponujący opis. Jutro usłyszę, że nazywa się 

Smith. 

- Drobna poprawka - odrzekła głosem ociekającym 

słodyczą. - Jutro nic pan na ten temat nie usłyszy. 

- Sądziłem, że większość dziewcząt lubi mówić 

o swoich chłopcach. 

- No cóż, jeśli już taki pan ciekaw, to pracuje on 

w firmie komputerowej i zalicza się do tego bardziej 

background image

atrakcyjnego gatunku mężczyzn, przynajmniej moim 

zdaniem. 

W oczach Romana odbiło się zainteresowanie. 

Zapewne próbuje wyobrazić sobie teraz ów szczególny 

gatunek, pomyślała złośliwie. 

- Naprawdę? W takim razie przepada pani za 

przeciętniakami. 

- Na to wygląda. - Popatrzyła wokół siebie. - Jaki 

piękny dom. 

Czuła sie winna z powodu tego kłamstewka 

o przyjacielu. Upiększanie rzeczywistości nie leżało 

w jej naturze. 

- Też tak sądzę - zgodził się lakonicznie. 

Oderwał się wreszcie od drzwi i położył jej walizkę 

na dużym łóżku. 

- Większy niż oczekiwałam - powiedziała pierwszą 

rzecz, jaka jej przyszła do głowy. - Ile tu jest sypialni? 

- Cztery. 

- A łazienek? 

- Jeśli tak bardzo chce pani poznać rozkład tego 

domu, proszę go sobie zwiedzić. Służąca przyjdzie 

zrobić nam kolację. Zobaczymy się wpół do ósmej. 

Odwrócił się i wyszedł, zanim zdołała odpowiedzieć. 

Przez chwilę patrzyła zdumiona na zamknięte drzwi, 

lecz nagle poczuła ogólne wyczerpanie i usiadła na łóżku. 

Rozległa sypialnia z podwójnym łóżkiem i wyku-

szowym oknem posiadała oddzielną łazienkę. Sammy 

odkręciła kurek nad wanną, szczodrze dolewając 

pieniącego się płynu do kąpieli, po czym przeszła się 

wokół pokoju, zerknęła przez okno na starannie 

utrzymany ogród na tyłach domu i przyjrzała się 

baczniej pięknemu gobelinowi zdobiącemu jedną ze 

ścian. Bogaty zbiór bezcennych przedmiotów stanowił 

ornamentykę tego wnętrza. 

Cały dom w niczym nie przypominał tego, czego 

się spodziewała. Wyobrażała sobie Ferrersa w miesz-

background image

kaniu urządzonym ultranowocześnie, zapchanym 

elektroniką i meblami obitymi czarną skórą. Tymczasem 

znajdowała się w czymś przytulnym i urządzonym ze 

smakiem. 

Wszystko tutaj świadczyło o zainteresowaniach 

właściciela historią i kulturą. W związku z tym zadała 

sobie pytanie, jak będzie wyglądać Thurston Manor? 

Obraz grzmiącej dyskoteki i rozwrzeszczanych turys­

tycznych hord zaczął nie pasować do Romana. Ale 

nigdy nie należy ufać pierwszemu wrażeniu. Szczególnie 

jeśli chodzi o mężczyznę, który sposobem szarlatana 

wyczarowuje swój urok z kapelusza. 

Rozebrała się, weszła do wanny i pomyślała z kolei 

o jego kobietach. Długonogich i wyrafinowanych 

w swojej urodzie. Jaki był w łóżku z nimi? Jaki 

mógłby być w łóżku z nią? Co czułaby, gdyby jego 

ręce pieściły jej ciało, a zmysłowe gorące usta dotykały 

jej ust? 

Zmusiła się, ażeby myśleć o Derku Cairnsie. Był 

przecież jej tarczą przeciwko głupim uwikłaniom się 

w innych mężczyzn. Ale czy przeciw prawdopodobnemu 

uwikłaniu się w Romana Ferrersa? Roman był równie 

wytworny, jak ona przyziemna, i właściwie niepo­

wtarzalny. 

W stosunkach z nim powinna być możliwie 

najbardziej zawodowo rzeczowa, miła i powściągliwa. 

Będzie kontrolować swój gwałtowny temperament 

i powstrzymywać się od ironicznych uwag. 

Kiedy później przebrała się do kolacji i podeszła do 

lustra, miała okazję uśmiechnąć się do nowej osoby, 

którą tak bardzo w tej chwili chciała się stać. 

Roman czekał w jadalni. Ubrany był w spodnie od 

najlepszego krawca i jedwabną koszulę. Ona zaś 

miała na sobie dżinsy i ulubiony sweter. 

Panna Shirley, służąca, obrzuciła Sammy nagannym 

spojrzeniem, lecz nie popsuło to jej pogodnego nastroju. 

background image

Dawne wzorce postępowania zostawiła za sobą 

i wszystko odtąd zdawało się takie proste. Uśmiechnęła 

się promiennie do ściągniętych ust panny Shirley 

i nawet do Romana, kiedy ten zaczął komentować jej 

ubiór. 

- Nie jestem przyzwyczajona do elegancji - wyjaśniła 

miłym głosem. - Prawie zawsze nosiłam dżinsy. Są 

wygodne i można po prostu uprać je w wodzie. 

- Podobną teorię dołączyła pani do swojego waciaka. 

Sammy poczuła, że jej słoneczny nastrój się ulatnia. 

- Nie dysponuję nieograniczonymi sumami na stroje. 

- Podejrzewam, że w przypadku posiadania tych 

sum, wszystko i tak zostałoby po dawnemu. 

- Doprawdy? 

- Tak, ponieważ nie jest pani pewna swojej figury 

i woli ją tuszować. 

- Powiedziane to zostało jako obraza - ziarno 

prawdy zawarte w uwadze Romana sprawiło, że się 

zaczerwieniła - i tak też to przyjmuję. Wolę myśleć, 

że mój ubiór jest przedłużeniem mojej osobowości. 

Nie ubieram się dla mężczyzn. 

- Mówi pani jak staroświecka nauczycielka. 

- Być może nie widzę sensu czarowania pana. 

Czuła się zraniona oskarżeniem Romana. Czy 

rzeczywiście przypominała zmanierowaną nauczycielkę? 

- Dlaczego? 

- Ponieważ, przypomnę panu, jestem tutaj, aby 

wykonać pewną robotę. Porozmawiajmy więc może 

o rzeczach bardziej dla mnie przydatnych. Chociażby 

o panu. 

Panna Shirley wniosła główne danie. Sammy skupiła 

się na jedzeniu, zauważając ze złością, że drżą jej ręce. 

Znowu ją zdenerwował, znowu dręczył uwagami na 

temat wyglądu. 

- Proszę bardzo. 

Pijąc wino odchylił lekko głowę. 

background image

- Zorientował mnie już pan w swoich obecnych 

interesach, lecz proszę mi opowiedzieć teraz coś o swojej 

przeszłości. Co pan porabiał, zanim zdecydował się 

dojść do wielkich pieniędzy? 

- A co to ma wspólnego z pani artykułem? 

- Bardzo dużo - odrzekła szczerze zdumiona. 

- Nie zgadzam się. Istotne jest, jaki jestem dzisiaj. 

- Surowość znikła z jego twarzy. - Proszę więc pytać 

mnie o dzień dzisiejszy. 

- A jeśli chcę wiedzieć więcej? 

- W takim razie - rzekł miękko - będzie pani 

musiała przyznać się do braku szczęścia. 

Najwyraźniej ostrzegał ją przed mieszaniem się 

w jego prywatne życie. Miał zamiar ujawniać to 

tylko, co uznał za konieczne, resztę trzymając za 

nieprzeniknioną zasłoną. 

- Proszę nie zapominać, że dziennikarze to dobrzy 

detektywi i wyszperają każdy sekret. 

Twarz Romana ściemniała. 

- Proszę nie zapominać - rzekł głosem twardym 

jak stal - że ludzie interesu nie zawsze grają fair. 

Sammy jednak wiedziała, że wbrew temu, co właśnie 

powiedział, Roman grał uczciwie, lecz to wcale nie 

oznaczało, że nie grał ostro i bezlitośnie. 

Żył przecież w bezlitosnym świecie pieniądza, 

oddychał atmosferą tego świata. Będzie więc musiała 

zadowalać się tym, co Roman dla niej wybierze. 

Chyba że, pomyślała, zdoła nakłonić go do większej 

otwartości. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Trzy następne dni upłynęły na działaniu. Sammy 

odkryła u Romana niezwykłą umiejętność koncent­

rowania się na pracy. Stawiał przed sobą najwyższe 

wymagania. Dotyczyło to również jego współpracow­

ników. I rzecz zastanawiająca, od najmłodszego 

urzędnika po kierowników i dyrektorów, wszyscy 

potrafili im sprostać. Sprężyną i motorem wszystkiego 

był jednak Roman. Znał każdego z imienia, co 

graniczyło wręcz z cudem. Na jego barkach, a ściślej 

mówiąc, inteligencji i zdolnościach dyplomatycznych, 

wznosiło się jego finansowe imperium. 

Sammy nie rozstawała się z magnetofonem, na­

grywając wszystkie swoje rozmowy z pracownikami 

imperium Ferrersa. Aż w końcu praktyka ta straciła 

swój sens. Wszyscy śpiewali na jedną nutę. Roman 

był dobry i wspaniałomyślny dla podwładnych, 

jakkolwiek z całą surowością traktował ich błędy. 

Kiedy wspomniała przy obiedzie, że jest już trochę 

znudzona tymi pieniami pochwalnymi, odchylił się na 

krześle, założył splecione ręce za głowę i rzekł 

rozbawiony: 

- A czego oczekiwałaś? W biurach znajdują się" 

instrumenty tortur na wypadek, gdyby ktoś zgrzeszył 

lenistwem lub niekompetencją. 

Po drugiej stronie stołu siedział bez wątpienia ktoś, 

kto wiedział, czego chce od życia, i zdecydowany był 

to osiągnąć. Gdzie jednak tkwiły korzenie tych jego 

ambicji? 

Odłożyła nóż i widelec i weszła w rolę dziennikarki. 

background image

- Jak zdołałeś zdobyć takie poważanie w świecie 

biznesu? - Starała się pytać w konwencji towarzyskiej 

rozmowy, nie zaś jak dociekliwy sędzia śledczy. - Sądzę, 

że jako stary... 

- To bardzo miłe z twojej strony. Mam trzy­

dzieści sześć lat, które tobie pewnie wydają się 

starością. 

- Oczywiście, że nie! 

- Nie? Powtarzałaś niejednokrotnie, że nie jesteś 

już dziewczyną, lecz mnie traktujesz, jakbym nigdy 

nie był chłopcem. 

- Bzdura! 

- Czy tak? A co wiesz o mężczyznach? 

- Wiem, że... 

Zawahała się. Czy Derek Cairns był mężczyzną? 

Był żonaty, lecz wcale nie przestał być chłopcem, 

Piotrusiem Panem, który nigdy nie opanował sztuki 

dorastania. 

Naprzeciw niej siedział natomiast ktoś całkiem 

inny, niebezpieczny tygrys, który patrzył teraz na nią 

z chłodnym namysłem. 

- Co wiesz o nich, Sammy? 

- Wiem tyle, że z talentem zbaczamy z tematu. Nie 

jestem tutaj, by być przez ciebie przepytywaną, 

a najmniej w sposób, który sprawia, że czuję się jak 

dziwaczny przybysz z Marsa. Jeśli więc pozwolisz, to 

ja będę zadawała pytania. 

- Tak jest, proszę pani. 

Zasalutował i wstał od stołu. 

Przełykając irytację Sammy udała się za nim do 

salonu. Dlaczego musiał zawsze udaremniać jej próby 

zachowania duchowej równowagi? 

Panna Shirley podała kawę. 

- Odkryłaś więc, że nie jestem ludojadem. Pierwszy 

krok ku twemu odkłamującemu artykułowi. 

- A pozostał jeszcze cały kilometr. Na przykład: 

background image

wszystkie gazetowe wzmianki na twój temat mówią 

o ogromnej liczbie kobiet w twoim życiu. Dlaczego? 

- To ty mi powiedz. Nigdy nie mogłem pojąć, 

dlaczego gazety czują się zobowiązane do drukowania 

wszystkich tych szczegółów z prywatnego życia. To 

przecież takie zbędne. 

- Nie chodzi mi o kwestię zagrożenia prywatności 

przez prasę. 

- A o co? 

- O te wszystkie kobiety. 

- Znam takie powiedzonko: w różnorodności smak 

życia. Z jakiegoś powodu kobiety garną się do mnie. 

- Z jakiegoś powodu? Cóż za bezmiar fałszywej 

skromności. 

Dopiero powiedziawszy to uświadomiła sobie 

znaczenie swoich słów. Uśmieszek Romana napełnił 

ją zgrozą. 

- Ty również uważasz mnie za pociągającego 

mężczyznę. Czyż nie tak, Sammy? 

- Jedynie obiektywnie. 

Sparzyła usta gorącą kawą. 

- Czy jestem równie atrakcyjny jak twój przyjaciel? 

Sammy puściła to mimo uszu. 

- Dlaczego dotąd się nie ożeniłeś? - spytała 

bezceremonialnie. 

- Ponieważ - odparł z ostrzegawczym uśmiechem 

- nie widziałem sensu. Moja praca zbyt mnie pochłania, 

abym miał czas na spełnianie żądań jakiejś tam kobietki. 

- A czy te twoje kobietki wiedzą to, kiedy nawiązują 

z tobą znajomość? 

- Oczywiście. 

Błysk w jego oczach powiedział jej, że stąpa po 

cienkim lodzie. Prawdziwe wyzwanie dla rasowego 

dziennikarza. Sammy uznała, że jeśli będzie posuwać 

się dostatecznie ostrożnie, uniknie wypadku i kto wie, 

ile fascynujących rzeczy wydobędzie z Romana. 

background image

- A jednak śpią z tobą - podtrzymywała temat. 

- Zdumiewające. 

- Dlaczego? A czy ty wzbraniałabyś się? 

W salonie zaległa głęboka cisza. Czy były to zaloty, 

zapytywała samą siebie Sammy, czy też żarty z niej? 

Skłaniała się ku tej ostatniej ewentualności. 

- Tak - powiedziała sztywno. - Jestem pewna, że tak. 

- I znów wychodzi z ciebie nauczycielka. Wy­

glądasz w tej chwili jak znieważona personifikacja 

pruderii. 

- Będę ci wdzięczna, jeśli zachowasz tego typu 

uwagi dla siebie. Być może jestem pruderyjna, lecz 

wiem przynajmniej, że nigdy nie wystawiłabym na 

szwank własnej godności bieganiem za mężczyzną, 

który myśli, że kobiety są tylko zabawkami i nie 

zasługują na poważne traktowanie. 

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, która Sammy 

wydała się wiecznością. Z kuchni dobiegały odgłosy 

dyskretnej krzątaniny panny Shirley. 

- Siedź spokojnie i nie wyciągaj zbyt pochopnych 

wniosków - rzekł rozkazująco. - Czy nie jest to 

zresztą pierwsza zasada kodeksu dziennikarza? 

Lecz na odpowiedź już nie dał jej czasu, gdyż zaraz 

przeszedł do innego tematu. Chodziło o plany na 

dzień jutrzejszy i o spotkanie z działaczami związku 

zawodowego. Teraz bez reszty był na tym skoncent­

rowany, zapomniawszy jak gdyby o niedawnym 

gorącym sporze. 

- Nie wiedziałam, że w twoich przedsiębiorstwach 

są związki zawodowe. 

- Nie ma, ale rozważam możliwość zainwestowania 

w zakłady produkcyjne blisko Solihull. Znaleźli się 

w finansowych tarapatach i są do przejęcia. Zdecydował­

bym się jednak na to, pod warunkiem że udałoby mi 

się podporządkować związki zawodowe. - Jego głos 

stwardniał. - Obecny zarząd miał z nimi masę kłopotów. 

background image

Jeśli przejmę fabrykę, kłopoty te muszą się skończyć. 

Jest kilka spraw, których nie mogę tolerować. 

Była w nim jakaś bezwzględność, która wykluczała 

kompromis. 

- Ciebie naprawdę można się przestraszyć - zau­

ważyła pół żartem, pół serio. 

- Doprawdy? - W tej chwili stał tyłem do światła 

i w cieniu jego twarz wydawała się aż złowieszcza 

w swej surowości. - Świat interesów nie jest areną dla 

słabych. Tym bardziej jeżeli chce się odnieść sukces. 

Wymagane są wówczas zręczność, rozwaga i umiejętność 

skupienia się na jednym celu. 

- I ty posiadasz wszystkie te cechy. 

- Pragnę sukcesu. 

- Dlaczego sukces znaczy dla ciebie tak wiele? 

Miała poczucie, że znajduje się na progu jakiegoś 

sensacyjnego odkrycia, choć nie wiedziała jeszcze, 

jakiego. 

Ale sposobność umknęła. Namiętność znikła z twarzy 

Romana, a na jej miejsce pojawił się podszyty kpiną 

chłód. Posunęła się za daleko i to go zmusiło do 

wycofania. 

- Koniec końców będziemy musieli wyruszyć 

jutro bardzo wcześnie - stwierdził i uśmiechnął 

się do niej w taki sposób, że się zaczerwieniła. 

- Ciekaw jestem, jaka będzie twoja ocena tej 

fabryki. 

Skłamałaby, gdyby wyparła się przyjemności, jaką 

w tej chwili odczuła. Oczekiwał jej zdania! Był to 

komplement, pierwszy tego rodzaju w jej życiu. 

Zabawne, co ten człowiek potrafił z nią wyczyniać. 

Zabawne i niebezpieczne. 

Następnego dnia rankiem Sammy włożyła swój 

najlepszy kostium z kremową jedwabną bluzką, 

wyszczotkowała do połysku włosy i poświęciła sporo 

czasu na staranny makijaż. 

background image

Kiedy spojrzała w lustro na końcowy efekt, mogła 

go tylko z satysfakcją zaakceptować. 

Roman czekał przy stole w jadalni, z kawą w jednej 

ręce, a „Financial Times" w drugiej. 

Uniósł głowę i zrobił sceptyczną minę. 

- Czy nie sądzisz, że odstawiłaś się jak na przyjęcie? 

- Odstawiłam się? 

- Mmmm. Chcę powiedzieć, że nie wybieramy się 

na herbatkę do Królowej. To jest po prostu zakład 

produkcyjny. Czy masz pojęcie, jak coś takiego wygląda? 

Wierz mi, nie zobaczysz tam ani mebli w stylu 

chippendale, ani chińskiej porcelany. Bardziej już 

zwykłe kubki i kalendarze z gołymi dziewczętami na 

ścianach. Zobaczą cię i będą chować ręce za plecami, 

abyś nie zauważyła ich brudnych paznokci. 

Roześmiał się, a Sammy miała wielką ochotę go 

kopnąć. 

- Doprawdy, bardzo śmieszne. Innymi słowy, chcesz, 

abym się przebrała. 

- Innymi słowy - potwierdził, nie przestając się śmiać. 

- Dobra! - warknęła. - Ale nie wiń mnie, jeśli się 

spóźnimy. 

Kiedy z powrotem znalazła się w swojej sypialni, 

zaczęła wściekle zrzucać z siebie poszczególne części 

garderoby, aż pozostała tylko w staniku i majteczkach. 

Otworzyła szafę i grzebiąc w niej w poszukiwaniu 

czegoś bardziej stosownego, natrafiła w końcu na 

starą kraciastą spódnicę i spłowiały zielony sweter. 

Nie usłyszała pukania do drzwi, które w pośpiechu 

zostawiła uchylone. 

Po prostu nagle ujrzała go w pokoju. Patrzył na 

nią, jak gdyby widział ją po raz pierwszy. 

Nie mogła wydusić z siebie słowa. Stała bez ruchu 

kompletnie oszłomiona. 

Roman podszedł do niej. Poczuła jego bliskość 

i zaraz potem jego palec przesuwający się od obojczyka 

background image

po miękkim wzniesieniu piersi aż do nabrzmiałej 

i stwardniałej brodawki pod cienkim materiałem 

biustonosza. 

Zniewoliła ją wielka słabość, lecz otrzeźwiła groza. 

Trzęsącymi się rękami i wciąż patrząc w ziemię, aby 

łzy upokorzenia nie trysnęły z oczu, wciągnęła swój 

spłowiały sweter. 

- Wynoś się z mego pokoju. 

On jednak ujął ją pod brodę i sprawił, że spojrzała 

na niego. Oddychał szybko, jedyny znak utraty 

panowania nad sobą. 

- Nie ma potrzeby się krępować. Takie rzeczy się 

zdarzają. Drzwi były otwarte, z czego wywnioskowałem, 

że przebrałaś się i zaraz wychodzisz. Nie słyszałaś 

mojego pukania? 

Zamiast odpowiedzieć, Sammy uniosła rękę i wy­

mierzyła mu policzek. 

- Wynoś się! 

- Postępujesz jak dziecko. - Chwycił ją za przegub 

dłoni i przycisnął do swoich piersi. - W porządku, 

straciłem panowanie nad sobą i dotknąłem cię. 

Ale przecież nie zgwałciłem! Więc, na miłość boską, 

uspokój się. 

Sammy szarpnięciem uwolniła rękę. 

- Jak śmiesz traktować mnie, jakbym była wyzbyta 

wszelkich zasad! Czy wydaje ci się, że każda kobieta 

umiera z ochoty, abyś jej dotknął? 

- Twoje ciało powiedziało mi zupełnie co innego! 

Jego słowa były jak smagnięcie biczem po twarzy. 

Zabolały niemal fizycznie. Jakkolwiek głośno by im 

zaprzeczała, Roman miał rację. Kiedy jej dotykał, 

poczuła przypływ osobliwego podniecenia, przemożną 

potrzebę całkowitego oddania mu się. 

- Wynoś się! 

Tym razem posłuchał i szybko wyszedł z pokoju, 

a ona w pośpiechu włożyła spódnicę. 

background image

Och, gdybyż mogła zawrócić czas i odwołać swoje 

słowa, gesty, miny! Dlaczego tak właśnie się zachowała? 

Powinna była raczej na jego pomyłkę zareagować 

rozbawieniem, a wówczas opuściłby pokój z grzecznym 

„przepraszam". Widział już przecież niejedną rozebraną 

kobietę i to rozebraną kompletnie, a nie - jak ona 

- tylko połowicznie. 

Dotknięcie Romana przepaliło jej biustonosz niczym 

ogień. 

Nigdy nie doświadczyła tego z Derkiem. Myślała 

teraz o nim jako o śmiesznej młodzieńczej przygodzie. 

Roman czekał w samochodzie. Kiedy wsiadła, włączył 

radio, ale natychmiast przerwał monotonne bredzenie. 

Jechali milcząc. 

Nieznośna cisza. Taką ciszę pragnie się wypełnić 

słowami. Ale Sammy wiedziała, że tego nie zrobi. 

Roman zresztą sprawiał wrażenie, jakby zapomniał 

już o dopiero co zaszłym incydencie i myślał tylko 

o czekającym go spotkaniu. 

Po raz kolejny musiała przyznać w duchu, że był 

niebezpiecznie pociągający. Oczywiście, gustował 

w kobietach, które dopełniały go. Dowcipnych, 

dbających o swój wygląd nowoczesnych kobietach, 

które nie zamieniały się w kawał lodu, kiedy dotykał 

ich mężczyzna. 

Uświadomienie sobie tego sprawiało ból, ale Sammy 

byłaby skończonym głuptasem, gdyby nie dopuszczała 

do siebie myśli, że zbliżył się do niej pchnięty bardziej 

ciekawością niż czymkolwiek innym. 

Pożądanie można było wykluczyć. Przynajmniej 

z jego strony. Bo jeśli o nią chodzi, to niewątpliwie 

nie doceniała wpływu, jaki na nią wywierał. 

Pragnienia, jakie wzbudziło jego dotknięcie, zaskoczy­

ły ją i zawstydziły. Teraz przede wszystkim należało 

uważać, by tego rodzaju sytuacja nie powtórzyła się. 

Zacisnęła wargi i zaczęła zwracać większą uwagę 

background image

na otoczenie. Tablice informowały, że zbliżają się już 

do Solihull. Przyjęła to z ulgą. 

Zanim ich jaguar zatrzymał się na parkingu przed 

kompleksem fabrycznym, uspokoiła się już na tyle, 

by zadać Romanowi kilka sensownych pytań doty­

czących przedsiębiorstwa. 

Dyrekcja czekała już na nich i od razu, pomijając 

towarzyskie wstępy, obie strony przeszły do rzeczy. 

Zjawili się przedstawiciele robotników, a kobieta 

o surowej twarzy z włosami upiętymi w ciasny kok 

usiadła z notatnikiem w ręku, gotowa spisywać protokół 

zebrania. 

Sammy śledziła negocjacje z rosnącą fascynacją. 

Dyrekcja przedstawiła techniczne dane zakładu. Roman 

słuchał w milczeniu, od czasu do czasu wtrącając 

pytania, które świadczyły o jego lepszej znajomości 

rzeczy, niż Sammy mogła się spodziewać. 

W zwięzłej wypowiedzi zarysował swoje plany 

związane z fabryką, po czym przeszedł do drażliwego 

problemu stosunków z załogą. 

Nastąpiła krótka, pełna napięcia pauza, po której 

wojowniczo włączyli się związkowcy. Sammy miała 

wrażenie, że tylko przez wzgląd na dwie obecne 

w pokoju kobiety ich język nie jest bardziej soczysty, 

treściwy i barwny. 

Poczuła gniew, kiedy zaczęli grozić strajkiem, 

lekceważąc dość jasne ostrzeżenia, że strajk spowoduje 

natychmiastowe zamknięcie fabryki. 

Roman pochylił się do przodu, bez reszty skupiony 

na argumentach partnerów negocjacji. 

Dlaczego, zadawała sobie pytanie, nie przeciwstawia 

im swoich własnych? 

Kiedy jeden ze związkowców walnął pięścią w stół 

i zadeklarował gotowość opuszczenia wraz z towa­

rzyszami tego zebrania, Sammy zerwała się i krzyknęła 

podniesionym głosem: 

background image

- Świetnie! Tylko co z tymi ludźmi, których interesów 

podjął się pan bronić? Co się z nimi stanie, jeśli 

fabryka zostanie zamknięta, ponieważ pan okazał się 

zbyt uparty i całkowicie głuchy na głos rozsądku? Co 

stanie się z ich rodzinami? O ile w ogóle to pana 

cokolwiek obchodzi... 

Zapadła kompletna cisza. Nawet protokólantka 

przestała notować i siedziała teraz z piórem zawieszonym 

w powietrzu i ustami półotwartymi ze zdumienia. 

Sammy nie śmiała nawet rozejrzeć się po twarzach. 

Cisza powiedziała jej, że reakcja innych na jej wystąpienie 

jest identyczna. 

W końcu chłodny, spokojny głos Romana przerwał 

tę ciszę, która stawała się już nie do zniesienia. 

Związkowcy słuchali. Najpierw tylko słuchali, a potem 

zaczęli potakiwać głowami. Sammy z ulgą uświadomiła 

sobie, że chwieją się w swym stanowisku, idą na 

ustępstwa. 

- Rozważymy to, panie Ferrers - powiedział jeden 

z nich, gdy gotowali się do odejścia. 

Tak czy inaczej, była to zawoalowana forma 

akceptacji i po raz pierwszy w trakcie tego spotkania 

Roman pozwolił sobie na uśmiech. 

Pojawiły się drinki, kanapki i herbata, czym dyrekcja 

milcząco potwierdziła sukces. Sammy już więcej nie 

odezwała się. Roman zupełnie jej nie zuważał. Lecz 

kiedy znaleźli się w samochodzie, odwrócił się ku niej 

i ryknął: 

- Co, u diabła, cię opętało? Mogłaś zaprzepaścić 

wszystkie starania! Czy sądziłaś, że twój wrzask rozwiąże 

cokolwiek? 

- Przepraszam - powiedziała potulnie. - Naprawdę, 

bardzo przepraszam. 

Jego gniewne słowa zraniły ją boleśnie. 

- Nie życzę sobie, abyś traciła głowę podczas ważnych 

rozmów - kontynuował szorstko. 

background image

Sammy zgodziła się z żałosną miną. 

- I albo będziesz trzymała się w karbach, albo 

wsiądziesz w pierwszy pociąg do Padley. 

- Wspaniale! - Podniosła głos. - Być może tak 

właśnie powinnam uczynić. 

Niewidzącymi oczami wpatrywała się w krajobraz 

za szybą samochodu. Nigdy jeszcze nie czuła się tak 

paskudnie. Powstrzymywała łzy, które jednak w końcu 

popłynęły. 

W panice zaczęła szukać w torebce jakiejś chusteczki, 

ale ze względu na panujący tam bałagan bez rezultatu. 

Roman odwrócił się ku niej i rzekł coś nie­

zrozumiałego. Potem zjechał na pobocze i zgasił silnik: 

- Płaczesz - stwierdził i obrzucił ją bezradnym 

spojrzeniem. - Tu jest chusteczka, na miłość boską! 

Wielkie nieba, pomyślała, Roman ma trudności ze 

znalezieniem słów. Nigdy by nie uwierzyła, że potrafi 

się jąkać. 

Dramatycznie wytarła nos w ofiarowaną chusteczkę. 

Kusiło ją, aby wycisnąć z siebie jeszcze kilka łez, lecz 

równoczesna pokusa uśmiechu czyniła to niemożliwym. 

W sumie spuściła tylko oczy ze smutnym wyrazem 

twarzy. 

- Czego właściwie oczekiwałaś? - Roman przeszedł 

na defensywny ton. - Nie powinnaś była tam tak 

eksplodować. A ja, oczywiście, musiałem coś powiedzieć. 

- Oczywiście - zgodziła się Sammy. 

- No, tak. - Bębnił palcami po kierwonicy. - I nie 

możesz winić mnie za to, że wpadłem w gniew. 

- Nie winię cię. 

- To dobrze, bardzo dobrze. - Utkwił w niej 

wzrok i dodał jakby niechętnie: - Jeśli ma być to dla 

ciebie jakimś pocieszeniem, to mimo wszystko coś 

osiągnęłaś tą swoją tyradą. Mianowicie przywołałaś 

tych dwóch do porządku, i w jakimś sensie zaciekawiłaś. 

Miałem wrażenie, iż są gotowi perorować do skończenia 

background image

świata. A ty pomieszałaś im szyki. Wprawdzie nie 

było to w moim stylu, lecz czasami warto huknąć 

i grzmotnąć, by przykuć czyjąć uwagę. 

- Czy nie mówisz tego wszystkiego po to tylko, by 

poprawić mi humor? 

- Jesteś niemożliwa. 

I zanim się zorientowała, pogłaskał ją po policzku. 

Żar palców sparzył jej skórę. 

Niemal nie miała odwagi odetchnąć, by nie zniweczyć 

tej ulotnej chwili. Ty skończona idiotko, rzekła w końcu 

do siebie i natychmiast zaśmiała się przerywanym 

śmiechem. 

- Masz rację, wszyscy o mnie tak mówią. 

Roman również się zaśmiał, lecz w jego śmiechu 

przebijało zakłopotanie tym szczególnym napięciem, 

jakie powstało między nimi. Wreszcie przekręcił kluczyk 

w stacyjce i ruszyli. 

- A co myślisz o samym przedsiębiorstwie? - zapytał, 

gdy wjechali na autostradę i mógł częściowo rozluźnić 

uwagę. 

- Wygląda obiecująco - odrzekła ważąc każde 

słowo - szczególnie teraz, kiedy zmusiłeś związki do 

respektowania twego stanowiska. Gdzież, u licha, 

nauczyłeś się tej całej dyplomacji? 

- A nie wydaje ci się, że niektórzy ludzie po prostu 

rodzą się chłodni i opanowani? 

- Nie - odparła z przekonaniem. - Zawsze byłam 

zdania, że tak zwani spokojni ludzie trzymają swe 

namiętności na wodzy. 

- W takim razie według ciebie i ja mam namiętny 

temperament? 

Zastanowiła się, czy jego pytanie należało brać 

poważnie. 

- Tak właśnie uważam, i to prawdopodobnie 

temperament prawdziwego dzikusa. Z tym że nie 

pozwalasz mu się ujawniać. 

background image

- Więc jestem nadzorcą niewolników, kobieciarzem, 

a na dodatek potencjalnym maniakalnym mordercą. 

- Coś w tym rodzaju - zaśmiała się. 

Lubiła, kiedy wpadał w taki właśnie nastrój 

i przekomarzał się z nią. Poza tym nie zapomniała 

jeszcze dotknięcia dłoni gładzącej jej policzek. 

Wjeżdżali do zatłoczonego Londynu. Sammy 

uświadomiła sobie z pewnym niepokojem, jak bardzo 

przyzwyczaiła się do tego miasta, a jeszcze bardziej 

do domu Romana. Polubiła grube dywany w pokojach 

i wszystkie te piękne przedmioty, które stanowiły 

o atmosferze wnętrza i kierowały jej myśli ku ich 

właścicielowi. Kiedy dla odmiany pomyślała o swoim 

mieszkaniu, miała przelotną wizję czegoś bardzo 

ciasnego, w czym w tej chwili przebywał Robbie. 

Telefonowała codziennie do Catherine, aby upewnić 

się, że siostra nie zapomniała go nakarmić. 

Teraz więc, kiedy znaleźli się wreszcie w domu, 

podeszła natychmiast do aparatu i wykręciła numer. 

Roman przygotowywał drinki. 

- Jak miewa się Robbie? - zapytała, gdy tylko 

usłyszała głos Catherine. 

Siostra zaczęła się rozwodzić o ogromnych porcjach 

jedzenia, które codziennie pochłania kot i które, była 

przeświadczona, wystarczyłyby do nakarmienia za­

głodzonego słonia. Następnie przerzuciła się na swój 

ostatni romans. 

- Cath - przerwała Sammy, gdy wreszcie doczekała 

się pierwszej luki w strumieniu słów - nie mogę 

spędzić przy aparacie całej nocy. Czy masz mi coś 

jeszcze do powiedzenia? 

Była już gotowa odłożyć słuchawkę, gdy Catherine 

zawołała: 

- Ależ tak! Derek próbował skontaktować się z tobą. 

- Co? - wykrzyknęła Sammy, by natychmiast ściszyć 

głos do szeptu. - Derek? 

background image

Usunęła Derka w głęboką przeszłość jako za­

wstydzającą pomyłkę swego życia i nie miała ochoty 

oglądać go nigdy więcej. 

- Oczywiście nie powiedziałaś mu, gdzie jestem? 

Poczuła wielką ulgę, gdy otrzymała zapewnienie 

Cath, iż ani jej to było w głowie. 

Zbliżył się Roman, więc zakończyła normalnym 

głosem: 

- To dobrze. Odezwę się pojutrze. Powiedz rodzicom, 

że ich kocham. 

Gdy rozłączyły się, stała jeszcze przez chwilę przy 

aparacie roztrząsając ostatnią złą wiadomość. 

- Czy wszystko w porządku? - zapytał. 

- Oczywiście. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej? 

 Tym razem jednak wybieg nie udał się. Kiedy 

przeszli do salonu, Roman przysiadł na poręczy jej 

fotela i rzekł rozciągając samogłoski: 

- A zatem pan Przeciętniak ma na imię Derek, 

czyż nie tak? 

Spojrzała zdumiona. Miała umysł zbyt zatłoczony 

różnymi myślami, by wdawać się w gorączkową obronę 

kogoś, kto nawet nie istniał. 

- Nie musisz odpowiadać. Wyraz twojej twarzy jest aż 

nadto wymowny. Ale pamiętaj, że jesteś tutaj w określo­

nym celu. Nie życzę sobie, by po moim domu kręcił się 

twój kochanek. Zarezerwuj go sobie na noc we własnej 

sypialni, i dopóki zadanie, którego się podjęłaś, nie będzie 

wykonane, będziesz musiała obywać się bez seksu. 

Sammy zbladła. Roman posunął się za daleko 

i niemal znienawidziła go za to, jakkolwiek sama 

wpędziła się niemądrym gadaniem w tę sytuację 

i zabrakło jej przezorności, by wydobyć się z niej, gdy 

była jeszcze na to szansa. 

Dobrze chociaż, że Roman nie wie, co ona naprawdę 

czuje, ilekroć on zbliża się do niej. Przynajmniej do 

tego przydał się wyimaginowany kochanek. 

background image

- Dzięki za ostrzeżenie. 

Jej oczy pociemniały. Poderwała się z fotela. Każdy 

metr dalej od Romana gwarantował swobodniejszy 

oddech. 

Roman też wstał i podszedł do okna, po czym 

wpatrzył się w ciemność nocy. 

Nie widziała jego twarzy, nie zgadywała jego myśli. 

Jednak ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że 

gdyby Roman chciał, sprowadziłby sobie kobietę do 

łóżka. Był właścicielem tego domu i przysługiwały 

mu prawa właściciela. 

Co było dobre dla niego, nie było dobre dla niej. 

Czekała, aż przerwie grobową ciszę, szybko jednak 

zorientowała się, że nie może na to liczyć. 

Bez słowa opuściła pokój i pobiegła do swojego 

bezpiecznego, pustego łóżka. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

W czwartek Sammy poruszona została wiadomością, 

że na weekend wybierają się do Padley. Czekało kilka 

spraw, których Roman miał dopilnować w Thurston 

Manor. 

Przypomniała sobie o pogłoskach, które zapowiadały 

bliską przemianę posiadłości w hotel dla bogaczy. 

- Spraw? A jakiego rodzaju to sprawy? - zapytała, 

tknięta niepokojem. 

- A jakiego rodzaju sprawy zaprzątają ludzi, którzy 

właśnie nabyli jakąś nieruchomość? - zapytał ironicznie. 

- Jeśli chcesz wiedzieć, po Padley krążyły pogłoski, 

że planujesz przekształcić Thurston Manor w... w hotel. 

Wreszcie wyrzuciła to z siebie. Obserwowała go 

czekając na jakieś oznaki zdenerwowania, a zobaczyła, 

że odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem. 

A im dłużej się śmiał, tym większą miała ochotę 

roztrzaskać na jego głowie filiżankę razem ze spodecz-

kiem. 

- Cieszy mnie, że czujesz się tym tak ubawiony. 

Lecz szczerze mówiąc, nie ma nic mniej zabawnego, 

niż patrzeć, jak klejnot miejscowej tradycji i kultury 

zmienia się w pensjonat dla ludzi z furą pieniędzy 

i ziarnkiem rozumu. 

Teraz wręcz zanosił się od śmiechu. 

- Pensjonat! - parsknął. 

- Tak, pensjonat. Z identycznymi rycinami w po­

kojach i lekcjami konnej jazdy dla bardzo odważ­

nych. 

Stopniowo uspokajał się. 

background image

- Jesteś cudowna - powiedział. - Nikt jeszcze mnie 

tak nie rozśmieszył. Jak zwykle, rzucasz się na oślep. 

Czy nigdy nie liczysz do dziesięciu, kiedy przyjmujesz 

te swoje wspaniałe hipotezy? 

- Czy nigdy - złośliwie odwróciła pytanie - nie liczysz 

do dziesięciu, aby ułatwić sobie bycie miłym i grzecznym? 

- Ciekawe, lecz do momentu, kiedy cię spotkałem, 

nikt mi nie zarzucił nieuprzejmości. 

- Tak, bardzo ciekawe, lecz nie odpowiedziałeś 

jeszcze na moje pytanie, z jakimi zamiarami nosisz się 

wobec posiadłości? 

- Na pewno nie chcesz pogalopować na górę 

i przynieść swojego magnetofonu, by zarejestrować 

każde moje słowo? 

Pogalopować? Nie chciała być czworonożnym 

zwierzęciem. Wolała, by myślał o niej jak o kobiecie, 

która porusza się z gracją i wdziękiem. 

- Po prostu odpowiedz na moje pytanie. 

- Rozkaz, kapitanie! - zasalutował żartobliwie. 

- Część z tego, co słyszałaś, jest prawdą, lecz całość 

nie jest tak straszliwa. Pewne przeróbki będą zrobione 

i dwór, owszem, będzie czymś w rodzaju hotelu, ale 

jedynie przez część roku i nie z przeznaczeniem dla 

ludzi - jak ty to powiedziałaś? - z furą pieniędzy 

i ziarnkiem rozumu. 

- Doprawdy? A jak chcesz weryfikować swoich 

gości? Prosić ich o wypełnienie formularza i potem 

decydować, którzy z nich są pożądani, a którym 

należy odmówić prawa wstępu? 

- Znowu zaczynasz się rozpędzać. 

- W takim razie przepraszam - rzekła z rozmyślnym 

chłodem - ale właśnie powiedziałeś mi, że dwór tak 

czy inaczej przemieni się w hotel, i oczekujesz, że 

będę grzecznie tu sobie siedziała i zadawała wyważone 

i uprzejme pytania. 

W nagłym porywie wstała i zbliżyła się do Romana, 

background image

zdając sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych 

z tą bliskością. 

- Prawdę mówiąc, oczekuję tego. 

- Przyjmij zatem, że te wszystkie wyważone pytania 

zostały już zadane! 

Posiadłość co roku na jeden miesiąc będzie zamieniała 

się w ośrodek wakacyjny dla dzieci, które inaczej nie 

mogłyby nigdzie wyjechać. Tych znajdujących się 

w ciężkiej sytuacji materialnej. I uwierz mi, nie będą 

żłopać piwa w miejscowych pubach i nie będą dla 

Padley żadnym utrapieniem. Zadowolona? 

W głębokiej ciszy, jaka zapanowała, Sammy słyszała 

jedynie pulsowanie krwi w skroniach. 

- Co za niespodzianka widzieć się oniemiałą. Może 

powinienem zaskakiwać cię częściej? 

Powędrował oczyma po jej sylwetce z góry do dołu 

i znowu w kierunku twarzy. 

Nagle zapragnęła dotknąć jego ciała, poczuć ciepło 

skóry. Pragnienie było tak przemożne, że niemal 

omdlała. 

Patrząc gdzieś w bok, powiedziała cicho: 

- Lepiej zacznę się pakować. 

Musiała jak najszybciej opuścić ten pokój, uciec od 

przytłaczającego działania obecności Romana. 

Spakowała się dopiero następnego dnia rano. Nie 

zabrało jej to zresztą wiele czasu. Wrzuciła kilka 

szmatek do torby podróżnej i, wesoła jak ptaszek, 

dołączyła do Romana, czekającego już w samochodzie. 

- Czy to wszystko, co wzięłaś? - Wskazał oczyma 

na jej skromny bagaż. 

- Wyjeżdżamy tylko na trzy dni i to mi w zupełności 

wystarczy. 

Umieściła torbę przy nogach. 

- Przypuszczam - zauważył, kiedy już ruszyli - że 

swoje najmodniejsze łaszki zostawiłaś w Padley. Chcę 

powiedzieć, że czasami będziesz potrzebowała czegoś 

background image

seksownego i ponętnego na spotkanie z kochankiem. 

Bądź co bądź, nie widziałaś się z nim od dwóch tygodni. 

Seksownego i ponętnego? Miał ją widocznie za 

pustą idiotkę. Nie o to bowiem chodziło, że nie było 

żadnego kochanka, lecz nawet gdyby ktoś taki istniał, 

nie wtłaczałaby przecież siebie w żadną kusą i przyciasną 

sukienkę, by tylko go zadowolić. 

- Typowo męska uwaga. Bo czy ty zakładasz 

seksowne i ponętne ubrania, gdy idziesz na spotkanie 

z kobietą? 

Roześmiał się ze szczerym rozbawieniem. 

- Ciało mężczyzny, w odróżnieniu od kobiecego, 

nie nadaje się do takich praktyk. 

Sammy powstrzymała się od komentarzy. Pomyślała, 

że Romanowi udaje się być seksownym właśnie w swych 

surowych w stylu garniturach, które uwydatniały 

szerokość jego ramion i długość nóg. 

- Zresztą nie mogę wyobrazić sobie ciebie w czymś 

seksownym - dorzucił. 

- Dzięki za komplement. 

- I czy w ogóle masz coś takiego? Jakąś, powiedzmy, 

wystrzałową czarną sukienkę? 

Sammy niespokojnie poruszyła się na swoim 

siedzeniu. Nie miała niczego takiego, lecz równocześnie 

nie zamierzała przyznawać się do tego przed Romanem. 

- Owszem, mam - odrzekła chłodno. 

- Naprawdę? 

- Tak, naprawdę. A ściślej mówiąc, kilka. - Widząc 

zaś niedowierzanie w jego oczach, dodała: - Gdybym 

to ja prowadziła samochód, patrzyłabym na drogę. 

Na tym odcinku wydarzyły się wczoraj dwa wypadki. 

- W takim razie może zabierzesz jedną z nich do 

Londynu - kontynuował temat, ignorując jej ostrzeżenie. 

- Zaproszeni jesteśmy na przyjęcie, więc będziesz 

potrzebowała czegoś eleganckiego. 

- Jakie przyjęcie? 

background image

- Wyłącznie towarzyska impreza, którą organizuje 

Yvonne Ridley, modelka. Mogłaś już zresztą słyszeć 

o niej przy jakiejś okazji. 

Sammy oczywiście słyszała. Twarz Yvonne Ridley 

z nieznośną wręcz regularnością pojawiała się na 

okładkach magazynów ilustrowanych. Miała rude 

włosy, nieskazitelną skórę i piękne fiołkowe oczy. 

Była, w istocie, typowym przykładem tak zwanej 

uroczej dziewczyny. Sammy była przekonana, że 

większość kobiet kładzie wieczorem głowę na poduszkę 

w nadziei, że zbudzą się na drugi dzień cudownie 

przemienione w Yvonne Ridley. 

Pomysł, aby ona, Sammy, pokazywała się w jakiejś 

kusej, ponętnej sukienczynie obok Yvonne Ridley, 

która nie potrzebowała żadnych tego rodzaju eks­

perymentów, by wyglądać seksownie, po protu zakrawał 

na żart. 

- Jak ją poznałeś? - zapytała, starając się nie 

okazywać nadmiernej ciekawości. 

- Od czasu do czasu się widujemy. 

Poczuła ucisk w żołądku, lecz żadnej satysfakcji 

z tego powodu, że modelka odpowiadała dokładnie 

temu typowi kobiet, o których Sammy napisała 

w swym artykule, że otaczają Romana ciasnym 

wianuszkiem. 

- Widujecie się? - Nie mogła się powstrzymać, 

żeby nie zadać tego pytania. 

Rzucił jej z ukosa krótkie spojrzenie. 

- Najczęściej wtedy, gdy wraca ze zdjęć w innych 

krajach. 

- Szczęściara. 

- Uważasz tak dlatego, że śpi ze mną, czy że 

wyjeżdża na zdjęcia za granicę? 

Roześmiał się, jakby ubawiony niejaką wulgarnością 

swego pytania. 

- Sądziłam - odpaliła natychmiast - że w mojej 

background image

ocenie nie ma żadnej dwuznaczności. Chodziło mi, 

oczywiście, o podróże. - Z zadowoleniem stwierdziła, 

że uśmiech zniknął z twarzy Romana. - Zazdroszczę 

ludziom, którzy dużo podróżują, nawet gdyby 

niezmiennie trafiali na tę samą plażę, gdzie setka 

fotografów próbuje im zrobić dobre ujęcie. 

- Chciałabyś pozować do zdjęć jako modelka? 

Sammy uświadomiła sobie nagle, że Roman naigrawa 

się z niej, i nastroszyła się. 

- Nie sądzę, bym kiedykolwiek mogła stanowić 

ten upragniony przez fotografów obiekt na okładki 

magazynów. 

- W pewnym sensie masz rację - zgodził się Roman. 

- Twój gwałtowny temperament mógłby sprawić, że 

gdyby poprosili cię o coś, czego akurat nie miałabyś 

ochoty robić, w jednej chwili ich aparaty znalazłyby 

się w morzu. 

Uwaga ta stanowiła doskonały pretekst do przerwania 

rozmowy i Sammy uczyniła to. 

Ciszę, jaka zapadła między nimi, zburzył Roman 

dopiero wówczas, gdy wjechali na główną ulicę 

Padley. 

- Co porabiasz jutro wieczorem? 

- Dlaczego pytasz? 

Nie planowała niczego szczególnego. Co najwyżej 

spotka się z przyjaciółmi i wpadnie gdzieś z nimi na 

drinka. 

- Pomyślałem, że mogłabyś odwiedzić Thurston 

Manor i obejrzeć przeróbki. Później ewentualnie 

pojechalibyśmy gdzieś na kolację. 

- Przykro mi, ale nie mogę. Mam inne plany. 

- Można wiedzieć, jakie? 

- Nie twoja sprawa. Mimo wszystko dziękuję za 

zaproszenie. Skorzystam może innym razem. 

Nie będzie innego razu, lecz on nie musiał o tym 

wiedzieć. 

background image

Przez chwilę myślała, że porzucił temat, gdy nagle 

powiedział nieprzyjemnym głosem: 

- Bez wątpienia wybierasz się gdzieś z tym swoim 

przyjacielem. 

Milczała. 

- Odpowiadaj, gdy mówię do ciebie. 

Odwróciła się ku niemu, autentycznie zdumiona. 

- Nie jestem twoją własnością. Mam prawo robić, 

co mi się żywnie podoba. Również milczeć. Poza tym 

sądziłam, że jest to stwierdzenie, nie zaś pytanie. 

Stanęli przed jej domem. 

Chwyciła torbę i już miała wysiadać z samochodu, 

gdy zapytał: 

- A zatem, gdzie się jutro wypuszczasz? 

- Powiedzieliśmy już sobie wszystko na ten temat. 

- Twoja pierwsza odpowiedź nie była zadowalająca. 

Ależ miał czelność! Nie znała nikogo, kto potrafiłby 

nalegać z taką bezwzględnością. Każdy inny już dawno 

pojąłby, że nie chce dłużej rozmawiać na ten temat. 

Ale nie on! Zaczynała podejrzewać, że potraktował 

jej powściągliwość jako wyzwanie, 

- Jeśli już musisz wiedzieć - chwyciła się pierwszej 

myśli, jaka jej przyszła do głowy - to prawdopodobnie 

wybiorę się do tutejszej winiarni. 

Uśmiechnął się, po czym nachylając nad nią wyszeptał 

jej do ucha: 

- Teraz możemy się pożegnać. 

Wciąż czuła na szyi ciepło jego oddechu, kiedy tak 

stała na chodniku i łowiła uchem oddalający się 

pomruk silnika. 

Gdy otworzyła drzwi swojego mieszkania, powitał 

ją Robbie. Wzięła go na ręce i gładząc szare krótkie 

futerko zapragnęła nagle, aby jej życie było równie 

nieskomplikowane, jak życie jej ulubieńca. 

Ponieważ odrzuciła propozycję Romana, poczuła 

background image

się zmuszona wymyślić coś na ten wieczór. Zresztą 

perspektywa spędzenia dnia w domu i w samotności 

nie była zbyt zachęcająca. 

Zadzwoniła więc do Florrie, prosząc ją o zor­

ganizowanie spotkania z kilkoma najbliższymi kolegami. 

Mieli się spotkać w winiarni o wpół do siódmej. 

Ubrała się w spodnie i przyduży sweter, który 

dostała od jednej z ciotek na gwiazdkę rok temu, po 

czym podeszła do lustra. Lecz zamiast swojego odbicia, 

ujrzała kpiący uśmieszek Romana, zupełnie taki sam 

jak wówczas, kiedy mówił jej, że nie może wyobrazić 

jej sobie w czymś seksownym lub po prostu kobiecym. 

W jednej chwili zrzuciła więc wszystko i stanęła 

naga przed lustrem. Doprawdy, nie musiała ukrywać 

swego ciała pod zbyt obszernymi swetrami! Nie była 

wysoka, piersi też nie miała bujnych, ale jej ciało było 

proporcjonalnie zbudowane, a piersi jędrne i po 

dziewczęcemu spadziste. 

Pod wpływem nagłego impulsu rzuciła się do szafy 

i po minucie była już ubrana w obcisłą jasnoróżową 

wełnianą sukienkę, która wspaniale podkreślała 

szczupłość jej sylwetki. 

Potem staranny makijaż i końcowy efekt wydawał 

się nie najgorszy. 

Kiedy zjawiła się w winiarni, powitały ją bardzo 

pochlebne gwizdy i okrzyki. 

- Tylko nie mów nam, że zmieniło cię tak życie 

w Londynie! - wykrzyknęła Florrie, a Sammy zaraz 

energicznie zaprotestowała, mówiąc, że jest prowinc-

juszką i że jest dumna z tego. 

Zaimprowizowane na chybcika spotkanie trwało 

niewiele ponad dwie godziny. Niektórzy wybierali się 

jeszcze do kina i proponowali Sammy, żeby dołączyła 

się, ale podziękowała. 

Miała właśnie sięgnąć po torebkę i opuścić lokal 

razem z Florrie, gdy spojrzała ku stolikom przy barze 

background image

i zatrzęsła się. Musiała też chyba zmienić się na 

twarzy, gdyż Florrie zapytała zaniepokojonym głosem, 

czy coś się stało. 

- Nie, nic, z tym że chwilę tu jeszcze zostanę. 

Zdzwonimy się jutro. Idę wprawdzie do rodziców na 

lunch, ale po południu będę wolna i chyba uda nam 

się spotkać. 

Kiedy Florrie odeszła, Sammy znowu spojrzała 

w kierunku baru, mając tym razem nadzieję, że mara, 

którą poprzednio zobaczyła, tymczasem rozpłynęła 

się w powietrzu. Próżne nadzieje. Derek Cairns ciągle 

tam był, a teraz właśnie skinął jej głową na powitanie. 

Zawahała się, czy ma uciekać, czy zostać. W końcu 

zdecydowała, że musi ostatecznie wyjaśnić sprawy. 

- Co tu porabiasz? - zapytała, stając przy jego 

stoliku. 

Jak mogła kiedykolwiek odczuwać coś do tego 

płaza? Jasne włosy zbyt starannie zaczesane, zęby 

zbyt białe, twarz zbyt cwaniacko milusia, a na dokładkę, 

takie miała wrażenie, wypił zbyt dużo. 

Sammy patrzyła z pogardą na siedzącego mężczyznę. 

- Siadaj, siadaj. 

Wskazał na trzy wolne krzesła, lecz Sammy stała 

nadal. 

- Dlaczego tu przyszedłeś? 

- To siostra ci nie powiedziała? Szukałem cię. 

- W jakim celu? 

- Czy muszę mieć cel? Brakuje mi ciebie. - Pociągnął 

ze szklanki. - Żona z dziećmi opuściła dom i czuję się 

osamotniony. Wróćmy więc do punktu, w którym 

przerwaliśmy naszą znajomość. 

Mówił coraz głośniej i Sammy usiadła w obawie, 

by nie zaczął krzyczeć. 

Czuła się niemal fizycznie chora, jednak musiała 

przez to przejść. 

- Cóż mnie to może obchodzić - wymawiała każde 

background image

słowo z mrożącą pogardą - nawet gdyby twoja żona 

przeprowadziła się na Marsa. Nie chcę mieć z tobą 

nic wspólnego. Ani teraz, ani nigdy. Zrozumiałeś? 

- Chyba nie mówisz serio, Sammy. 

Pochylił się i chwycił ją za rękę. Przerażona, 

natychmiast wyrwała ją. 

Patrzyła na tę pustą, przystojną twarz i już nie 

wiedziała, kogo nienawidzi bardziej: Derka, za jego 

miałkość i obłudę, czy siebie, za swoją dziewczyńską 

głupotę, która sprawiła, że dała się złapać na gładkie 

słówka. 

- Mówię śmiertelnie serio. I powtarzam: nie chcę 

mieć z tobą nic wspólnego. A jeśli będziesz wymuszał 

na mnie spotkania, pójdę na policję. 

Cała dygotała, a twarz jej płonęła. 

W tej samej chwili Derek zrzucił maskę i zobaczyła 

wulgarnego, rozwścieczonego chłopaka. 

- Pożałujesz! Zwodziłaś mnie przez pół roku i teraz 

chcę tego, co mi się słusznie należy. 

- Gdybyś miał dostać to, co ci się słusznie należy 

i na co zasłużyłeś, musiałbyś siedzieć teraz pod kluczem. 

Ujrzała błysk nienawiści w jego oczach. 

- Ty zimna mała dziwko! - wybuchnął. - Jeszcze 

pożałujesz! Zapamiętaj moje słowa! 

Ogarnął ją strach. Zerwała się z krzesła i rzuciła ku 

wyjściu. Dopiero na zewnątrz, w zimnym podmuchu, 

trochę ochłonęła. 

A gdy tak stała na chodniku i głęboko wciągała 

w płuca mroźne powietrze, aby ukoić rozdygotane 

nerwy, nagle zauważyła zaparkowanego naprzeciw 

winiarni srebrnego jaguara. Roman! Czyżby był tam 

w środku przez cały czas? Spojrzała do tyłu, ale 

żaluzje na oknach zasłaniały wnętrze. 

Co musiał sobie pomyśleć? Przecież na pewno widział 

ją z Derkiem i kto wie, jakie wnioski z tego wyciągnął. 

W tej chwili jednak mało ją to wszystko obchodziło. 

background image

Zawołała taksówkę i dopiero kiedy znalazła się 

w łóżku, poczuła się trochę bardziej bezpieczna. Skulony 

w nogach Robbie miło grzał jej stopy. 

Co miał na myśli Derek, kiedy powiedział jej, że 

pożałuje? Ta dwukrotnie powtórzona pogróżka brzmiała 

teraz w jej głowie niczym echo po strzale z broni palnej. 

W końcu, nie mogąc zasnąć, sięgnęła po książkę 

i czytała ją dotąd, aż oczy same się zamknęły. 

Z głębokiego snu wyrwał ją natarczywy dzwonek 

telefonu. Podniósłszy słuchawkę, usłyszała energiczny 

i ostry głos Romana, który zaraz w pierwszym zdaniu 

poinformował ją, że za godzinę opuszczają Padley. 

- Ależ jest dopiero wpół do ósmej. 

- Wiem o tym bardzo dobrze. 

- Poza tym mam być na lunchu u rodziców. 

- Więc odwołaj wizytę. 

Był to rozkaz i chwilę się zastanawiała nad nim. 

- Przyjadę do Londynu wieczornym pociągiem 

- poszła na kompromis. 

- Nie ma mowy. Jedziesz ze mną. 

- Mam dość tych twoich rozkazów! - krzyknęła. 

- Zresztą, czy to takie istotne, że pojadę trochę 

później? Nie proszę cię o pieniądze na bilet. 

Po krótkiej przerwie powiedział: 

- W takim razie zjemy lunch razem. 

- Chyba nie słuchałeś mnie. Mam zamiar zjeść 

lunch z rodzicami. 

- Jestem pewien, że zgodzą się na dodatkowego 

stołownika. Do Londynu wyruszymy po lunchu. A poza 

tym chciałbym poznać twoich rodziców. 

Sammy gwałtownym ruchem usiadła na łóżku. 

Stanowczo sprawy zaszły zbyt daleko. Nie tylko że 

sam zapraszał się do domu jej rodziców, ale, co 

gorsza, oni będą z pewnością mile zaskoczeni tą 

wizytą. Odkąd bowiem podjęła się swej dziennikarskiej 

misji, stale dopytywali się o Romana. 

background image

- A więc? - nalegał. - O której mam wpaść po ciebie? 

- O wpół do dwunastej - warknęła i rzuciła 

słuchawkę. 

Jak na niedzielę, była to niemożliwie wczesna godzina, 

lecz wylegiwanie się w łóżku nie miało już sensu. 

Wstała więc i poszła do kuchni. Przekonała się, że 

w domu nie ma nic do jedzenia, i nakarmiła tylko kota. 

Pamięć zaczęła podsuwać jej nieskładne fragmenty 

wczorajszego koszmarnego spotkania z Derkiem. Znów 

posłyszała słowa jego groźby i ponownie odczuła tę 

samą bojaźń, co wtedy przy stoliku. Naprawdę 

przestraszył ją. 

Rozejrzała się po swoim pustym mieszkaniu 

i roześmiała z własnej głupoty i nadwrażliwości. Padley 

było małą mieściną, ona zaś mieszkała w bloku 

i znała wszystkich jego mieszkańców. Jeden krzyk 

i pomoc nadejdzie ze wszystkich stron. Nie, stanowczo 

nie było żadnego zagrożenia. 

Tym niemniej, kiedy Roman przybył o umówionej 

godzinie, powitała go z ulgą i szczerą radością. 

Jeszcze tylko napisała kartkę dla Catherine, która 

wyjechała na weekend, i wyruszyli. 

Jak przewidziała, jej rodzice byli bardzo przejęci 

zjawieniem się gościa. Pokazali mu dom i ogród, 

a Roman zadawał uprzejme pytania. Potem rozmawiano 

o Padley i Thurston Manor, zaś Sammy przyjęła rolę 

słuchacza i widza. 

Zanim lunch został podany na stół, jej rodzice 

i Roman gawędzili już jak starzy przyjaciele. 

W pewnej chwili matka zaciągnęła Sammy do 

kuchni i zwróciła ku niej pytające spojrzenie. 

- Nie, mamo - odpowiedziała Sammy na to milczące 

pytanie - jeśli spodziewasz się następnego zięcia, to 

lepiej zapomnij o tej szczególnej rybie. Moja sieć jest 

na nią zbyt mała i cienka. Jeżeli w ogóle chciałabym 

tych połowów. Chodzi jednak o to, że ich nie chcę. 

background image

Policzki Sammy płonęły. 

- Przecież nie powiedziałam słowa. 

- Nie musiałaś. 

- Ale chyba przyznasz, że jest on uroczym młodym 

człowiekiem... 

- Mamo - przerwała Sammy ostrzegawczym tonem. 

- ... i takim przystojnym - dokończyła matka, 

wyjmując z szafki swoją najlepszą deserową zastawę 

i srebrne łyżeczki. 

- Zapomnij o tym i żadnego swatania. Żadnych 

wszystkowiedzących, aluzyjnych spojrzeń. Najlepiej 

rozmawiajmy o czymś neutralnym, na przykład 

o pogodzie. 

- Oczywiście, kochanie. 

Powiedziawszy to, matka wyszła z kuchni, niosąc 

bitą śmietanę z ciastem maczanym w winie, a Sammy 

została sama w poczuciu jakiegoś zawodu. 

Po chwili wzięła głęboki wdech i dołączyła do 

tamtych trojga. Niemniej do końca wizyty siedziała 

w nerwowym napięciu, żeby tylko matce nie wymknęła 

się jakaś dwuznaczna uwaga. 

Kiedy więc około trzeciej Roman podniósł się 

z krzesła i oświadczył, że na nich, niestety, już czas, 

odczuła prawdziwą ulgę. 

- Musi nas pan ponownie odwiedzić - zapraszała 

pani Borde. 

- Jest zbyt zajęty interesami - wtrąciła się Sammy. 

Roman puścił jej słowa mimo uszu. 

- Na pewno odwiedzę państwa. Proszę potraktować 

to jako przyrzeczenie z mej strony. 

Pani Borde czule uścisnęła córkę. 

- Pamiętaj dzwonić do nas regularnie, kochanie. 

- Czy zapominałam dotąd? Powiedz Catherine, by 

kupiła Robbie'emu pastę z tuńczyka. To jego ulubiony 

przysmak. 

Ostatnie jej słowa przytłumił już nieco szum 

background image

zapuszczanego silnika. Wskoczyła do samochodu, 

a kiedy ruszyli, długo machała rodzicom na pożegnanie, 

aż całkiem zniknęli jej z oczu. 

Roman był w świetnym humorze. W ciepły przyjaciel­

ski sposób mówił o jej rodzicach. Pytał o dzieciństwo 

i siostry. Mało brakowało, by gwizdał z zadowolenia. 

Londyn zbliżał się w błyskawicznym tempie. Derek, 

jego groźby, jej lęki - wszystko to zostało kilometry 

zanią. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Trzeciego dnia Sammy zadzwoniła do Catherine. 

Chciała się dowiedzieć, czy Derek zniknął ze sceny. 

- Nie widziałam go. 

- To dobrze. 

- Ale wiem, że zadawał pytania. 

- Jakiego rodzaju? 

- Nie mam pojęcia. Słyszałam o tym od przyjaciela 

mojego przyjaciela. Wiesz, jak to tutaj jest. Jeśli ktoś 

kichnie zbyt głośno, poinformowane jest o tym całe 

miasteczko. 

Sammy doszła do wniosku, że Derek jest właściwie 

dla niej niegroźny. Nie ma szans, by naszedł ją tutaj, 

w Londynie. 

Konkluzja ta wprawiła ją w dobry humor. Gdy 

odłożyła słuchawkę i odwróciła się, zobaczyła utkwione 

w niej oczy Romana. 

Ubrany był w zwykłe spodnie i koszulę z krótkimi 

rękawami i wyglądał nawet bardziej smukło i niebez­

piecznie niż zazwyczaj. 

- Z kim rozmawiałaś? 

Patrzył teraz w gazetę, którą trzymał przed sobą. 

- Z siostrą. Chciałam dowiedzieć się, co z Robbim 

oraz czy w Padley nie wydarzyło się coś sensacyjnego. 

- A wydarzyło się? 

Opadł na oparcie fotela, założył ręce za głowę 

i przypatrywał się jej badawczo spod przymkniętych powiek. 

Sammy próbowała trzymać się w garści. 

- Nie. 

- Być może wszystko to czeka na twój powrót. 

background image

- Lub być może Padley jest po prostu nudną, 

ospałą mieściną. Szczególnie w porównaniu z tętniącym 

życiem Londynem. Doprawdy, dziwi mnie twój pomysł 

kupienia tam posiadłości. 

- Wszyscy potrzebujemy spokoju i odpoczynku. 

- Myślałam, że finansowi magnaci nigdy nie 

odpoczywają. 

- Dlaczego tak sądzisz? 

- Odkąd wróciliśmy, wszystkie wieczory spędziłeś 

poza domem. - Uświadomiła sobie, ku własnemu 

przerażeniu i zażenowaniu, że jednak zaczyna drążyć 

temat. - Z kim? Czy nie zabieram się czasem do 

oglądania drugiej strony medalu? 

Roman ogarnął ją długim i uważnym spojrzeniem. 

- A chciałabyś ją zobaczyć? 

W tonie jego głosu było coś takiego, co spowodowało, 

że poczuła mrowienie na całej powierzchni skóry. 

- Przypuszczam, że i tak zobaczę. W piątek. 

- Cieszę się, że nie zapomniałaś. - Skrzyżował 

nogi i zapatrzył się w czubki swoich butów. - Wiem 

z doświadczenia, że zakochane kobiety często zapo­

minają o umówionych terminach. 

Sammy milczała. Zakochana? Ha! Równie dobrze 

mógł ją zapytać, czy w najbliższym czasie nie wybiera 

się na Księżyc. 

Jak zresztą mogła zapomnieć o tym przyjęciu? 

Stanowiło wspaniałą okazję, by dodać do jego portretu 

ostatnie brakujące detale, zanim zasiądzie do pracy 

nad artykułem, który, chmurna ta myśl nawiedzała ją 

od pewnego już czasu, zapowiadał się na gruntowne 

oczyszczenie osoby Romana. 

Przyjęcie u Yvonne Ridley. Nie bardzo go czekała, ale 

przez ostatnie kilka dni dużo o nim myślała. I za każdym 

razem pojawiała się w jej myślach postać Tamtej Kobiety 

w ramionach Romana. Wówczas Sammy czuła się 

paskudnie. 

background image

- Mam nadzieję, że posiadasz jakąś stosowną kreację? 

- Wątpię - odparła z całą szczerością. - Bo któryż 

z moich strojów można by uznać za odpowiedni na 

przyjęcie gromadzące śmietankę towarzyską i reprezen­

tantów najwyższych sfer? 

- A ta różowa sukienka? 

Sammy oblała się rumieńcem. Roman po raz pierwszy 

wspomniał, jakkolwiek tylko pośrednio, że widział ją 

wówczas w winiarni z Derkiem. 

- Nie wzięłam jej ze sobą. 

Roman wstał, podszedł do okna i oparł się o parapet. 

- Czy ubierasz się w nią tylko na specjalne okazje? 

Na przykład na spotkanie z kochankiem? 

- Wkładam ją, kiedy mam już dość dżinsów i swetra. 

- Więc jak to jest, że ja jedynie w nich cię widuję? 

- zapytał nie spuszczając z niej wzroku. - Czy dlatego 

że nie jestem twoim kochankiem? 

W przyćmionym świetle wnętrza Sammy skon­

statowała, że nie ma żadnego pomysłu na dowcipną 

ripostę. Jej brak ogłady towarzyskiej wydawał się 

horrendalny. 

- W takim razie trzeba się o coś postarać - rzucił 

szorstko. - Nie możesz pójść w żadnym z tych ubrań, 

których oglądanie stało się moim największym 

przywilejem. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie mogę 

pójść w dżinsach i trykotowej koszulce? Serdeczne 

dzięki za uprzedzenie mnie o tym. 

Mimo wszystko miał rację. Będzie musiała kupić 

sobie coś bezużytecznego, coś na ten jeden wieczór. 

Skądinąd wiedziała, że mimo bogatej oferty londyńskich 

sklepów, wybierze rzecz pierwszą lepszą z brzegu, nie 

mając ochoty ani czasu zaczynać obchodów od początku 

następnego dnia. 

- Wypuszczam się w piątek na miasto - wyraziła 

głośno swe myśli. 

background image

Roman zmarszczył czoło. 

- Po co? 

- Kupić sukienkę. Po cóż innego? 

- Świetnie. Pojadę z tobą. 

Sammy zareagowała paniką. Była to ostatnia rzecz, 

której pragnęła. Jak na jej gust wiedział zbyt dużo 

o ubraniach i modzie. Zmusiłby ją do kupienia czegoś 

bajecznie drogiego i spłacałaby rachunek przez najbliższe 

dziesięć lat. 

Poza tym praktyczno-finansowym zastrzeżeniem 

problem stanowiłaby sama obecność Romana podczas 

zakupów. Musiałaby paradować przed nim w każdej 

sukience, której kupno by rozważała. 

- Dzięki, lecz nie lubię i nie potrafię kupować 

w towarzystwie innych osób. 

- Nonsens! 

- Naprawdę! - Starała się ukryć swoją desperację. 

- Wybiorę odpowiednio do zawartości własnej 

portmonetki. 

- Jeśli o to chodzi, to nie zwracaj uwagi na ceny. 

Zapłacę za każdą rzecz, którą wybierzesz. 

- Nie ma mowy! 

- Sammy, to nie jest propozycja, to jest stwierdzenie 

faktu. Idziesz na to przyjęcie na moją prośbę i moim 

zamiarem jest pokryć wszystkie koszty związane ze 

stosowną kreacją. 

Po krótkim milczeniu Sammy zapytała: 

- Co chcesz powiedzieć przez „stosowna"? 

Jej wyobrażenie „stosowności" było bez wątpienia 

odmienne od jego wyobrażenia. Nie miała zamiaru 

błyszczeć na tym przyjęciu, gdzie z pewnością nie 

zabraknie fotografów. Planowała raczej dyskretnie 

wtopić się w tło i obserwować Romana. I było rzeczą 

obojętną, czy będzie w długiej sukience, krótkiej 

sukience czy nawet w spodniach. 

- Wstań - zakomenderował. 

background image

- Dlaczego? 

- Żebym mógł przyjrzeć się twojej figurze. 

Kiedy niechętnie uniosła się z fotela i Roman 

podszedł do niej, poczuła jego męski zapach, który 

zawsze oddziaływał na nią narkotycznie. Gdy usiłował 

chwycić ją za ręce, wyrwała mu je z wściekłością 

i skrzyżowała w obronnym geście na piersi. 

- Jak mam cokolwiek zobaczyć i stwierdzić, w czym 

byłoby ci najlepiej, gdy stoisz w ten sposób? 

Rozplótł jej ramiona, a Sammy poczuła się jak 

mała żaglówka, której olinowanie ocenia ktoś przywykły 

do pełnomorskich jachtów. 

- Skończyłeś? - spytała cierpkim głosem i opadła 

na fotel, by nie usłyszał łomotu jej serca. 

- Dlaczego robisz się taka nerwowa, gdy ciebie 

dotykam? Czy aby na pewno dotykał cię już jakiś 

mężczyzna? 

- Jeśli nie masz zamiaru udzielić mi pożytecznych 

rad, to będę ci wdzięczna za... 

- Za...? 

- ... za zamknięcie się! 

Rozlany na jego twarzy uśmieszek stanowił dodat­

kową udrękę. 

- Zachowujesz się jak zgwałcona dziewica. Ale nie 

jesteś nią, prawda? 

Na chwilę zabrakło jej słów. 

- Idę na górę! 

- W porządku - powiedział polubownie. - Do 

twarzy będzie ci w czerwonym. Unikaj ozdóbek i falban. 

Ozdóbek i falban?! Doprawdy, nie była to rada 

zbyt oryginalna. 

Pośpiesznie wyszła z pokoju, a następnego dnia 

znalazła się na Oxford Street na długo przed otwarciem 

sklepów. 

Przeczekała w kawiarni, a następnie podjęła zwykłą 

w takich razach wędrówkę. Była już bliska utraty 

background image

nadziei na kupienie czegokolwiek, kiedy w jednym 

z droższych magazynów na Bond Street przykuła jej 

uwagę morelowa suknia. 

Spodobała się jej od pierwszej chwili. Uszyta była 

z miękkiego jedwabiu, wcięta w talii, a poza tym 

cudownie układała się wokół jej szczupłych bioder. 

Sprzedawczyni chwaliła i zachęcała, Sammy słuchała 

jej słów z daleko posuniętą rezerwą. Biorąc pod 

uwagę cenę, sprzedawczyni piałaby z zachwytu nawet 

wtedy, gdyby Sammy wyglądała niczym hipopotam 

w spódniczce. 

Mimo wszystko musiała przyznać, że wygląda dobrze. 

Nie ulegało wątpliwości, że suknia była bezbłędnie 

skrojona. Nie miała ani jednej zbędnej fałdy czy 

zmarszczenia, odznaczała się elegancją i luksusem. 

Sammy zapłaciła, by w następnej kolejności kupić 

czarne skórzane pantofle na wysokim obcasie i komplet 

biżuterii. Kiedy wróciła do domu, była z siebie bardzo 

zadowolona. 

Wrócił też Roman i zapytał nieco obojętnym tonem, 

czy coś znalazła. Sammy ogarnęło dziecięce pragnienie 

zatajenia faktu kupienia sukienki do momentu, gdy 

będzie już mogła ją włożyć i liczyć na efekt niespodzianki 

i olśnienia. Niemniej rozsądek podpowiadał jej, by na 

żadne tego rodzaju reakcje z jego strony nie liczyła. 

Czyż nie spotykał się z kobietą, o rywalizacji z którą 

nawet nie miała co myśleć? Tak więc odpowiedziała 

wymijająco, że, owszem, udało się jej coś znaleźć, 

szczegóły jednak zachowała dla siebie. 

Ku jej rozczarowaniu Roman ograniczył się do 

kiwnięcia głową i wyrażenia nadziei, że sukienka jest 

dostatecznie wytworna. Po czym, rozwiązując krawat, 

lekko wbiegł na schody. 

Przybita tym brakiem zainteresowania, Sammy miała 

wielką ochotę krzyknąć za nim, że nie, wręcz odwrotnie, 

suknia nie jest wytworna, jest workowata i w mysim 

background image

kolorze, ona zaś wygląda w niej jak w dziewiątym 

miesiącu ciąży. Pohamowała się jednak i poczekawszy, 

aż drzwi zamknęły się za nim, poszła do łazienki, 

gdzie wzięła kąpiel i tak długo szczotkowała włosy, 

aż stały się puszyste i błyszczące. Mimo to niesforne 

loczki w żaden sposób nie dawały się ujarzmić. 

Cóż z tego, pomyślała, że jej strój nie uzyska 

u niego wysokiej oceny? Ostatecznie nie ubierała się 

dla niego. 

Oblekła przezroczyste pończochy i wsunęła stopy 

w nowe pantofelki na wysokich obcasach. Miała 

nadzieję, że po sześciu godzinach będą równie wygodne 

jak w tej chwili i że pod koniec wieczoru nie będzie 

utykać z powodu pęcherzy na piętach. 

Suknia, którą włożyła na ostatku, wydała się jej 

obecnie jeszcze piękniejsza. Jakby uszyta z myślą o niej. 

Akcentowała wszystkie wypukłości i wklęsłości jej ciała, 

których dotąd nie była nawet świadoma. I po raz 

pierwszy od lat Sammy poczuła się sobą oczarowana. 

Gdy zaś stanęła na szczycie schodów w pełnym 

blasku swej wieczorowej toalety, była niemal gotowa 

uwierzyć, że oto bierze udział w jakimś wspaniałym 

filmowym melodramacie. 

Roman czekał na dole. W pewnej chwili odwrócił 

się ku niej i musiała bezstronnie przyznać, że nie 

widziała jeszcze mężczyzny o tak pociągającej urodzie. 

Jego czarne włosy zaczesane były do tyłu, a naturalna 

swoboda, z jaką nosił wizytowy garnitur, miała w sobie 

coś z wdzięku tygrysa. 

Ich oczy spotkały się. Sammy schodziła ze schodów 

możliwie najwolniej, gdyż tyleż lękała się potknięcia 

z powodu swych wysokich obcasów, co zależało jej 

na elegancji ruchów. 

Roman wciąż milczał, aż poczuła, iż jej twarz 

oblewa się rumieńcem. Trzymał jej płaszcz, a ona 

zgrabnym ruchem wsunęła się w niego. 

background image

- Czy nie masz zamiaru się odezwać? - zapytała 

nerwowo, zmieszana jego upartym spojrzeniem. 

- Straciłem głowę i szukam właśnie odpowiednich 

słów. 

Opanowała ją absurdalna pokusa chichotu. 

- Wspaniale - powiedziała pospiesznie. - Wolę cię 

takiego. 

Rozpaczliwie zapragnęła, by wszystko wróciło do 

poprzedniej normy. 

I faktycznie, kpiąca wesołość, którą zawsze dotąd 

odnajdywała w jego oczach, gdy na nią patrzył, była 

daleko lepsza od tej nieodgadnionej ciszy. 

Odczuła więc ulgę, kiedy znalazła się w samochodzie 

i otoczyła ciemnością. Nareszcie mogła swobodnie 

odetchnąć. Aby przełamać ciszę, zdecydowała się na 

kilka rzeczowych pytań - dokąd jadą? jak wiele osób 

będzie na przyjęciu? Jeśli będzie paplać, być może 

zdoła się zabezpieczyć przed jego niebezpiecznym 

urokiem, jaki na nią rzucał. 

Kiedy ich samochód zatrzymał się przed jednym 

z bardziej luksusowych hoteli Londynu, poczuła ucisk 

w żołądku. 

Mężczyzna w uniformie pomógł jej wysiąść; po 

czym, otrzymawszy kluczyki, odjechał srebrnym 

jaguarem na parking. 

Roman, trzymając Sammy pod ramię, wprowadził 

ją do holu, który, jak w większości dużych hoteli, 

urządzony był nienagannie, choć bezosobowo. 

Impreza była w pełnym toku i wszędzie kręcili się 

goście. Sammy rozglądała się z zaciekawieniem. 

W końcu półgłosem zwierzyła się Romanowi, że 

spodziewała się bardziej intymnego urodzinowego 

przyjęcia. 

- Takiego, które gromadzi rodzinę i najbliższych 

przyjaciół. Choć może to już staromodny pomysł? 

Roman uśmiechnął się, ale nic nie odrzekł. Po 

background image

prostu nie miał na to czasu. Natychmiast bowiem 

zostali otoczeni, a Sammy, która grzecznie pozwalała 

siebie przedstawiać, odczuła satysfakcję na widok 

wielkiej łatwości, z jaką jej partner nawiązywał kontakt 

z ludźmi o nazwiskach z pierwszych stron gazet. 

Zauważyła, iż wielu żartuje sobie z nim, lecz zawsze 

z oznakami szacunku i podziwu dla człowieka potężnego 

dzięki mądrości i bogactwu. 

Kobiety stojące wokół obrzucały go ukradkowymi 

spojrzeniami. Była ciekawa, czy zauważał to. W każdym 

razie nie dawał tego po sobie poznać. Musiał już 

przywyknąć do tego rodzaju hołdów. 

Spróbowała włączyć się do rozmowy i uśmiechnęła 

miło do olbrzymiego Amerykanina z cygarem w ustach 

i w marynarce w kratkę. Ten nazwał ją „małą lady" 

i dopytywał się o zawód i pracę. 

Spodobał się jej. Kiedy uśmiechał się, jego oczy 

zwężały się, a twarz upodabniała do różowej twarzy 

uczniaka. Opowiadał właśnie o swych rodzinnych 

stronach w Ameryce, gdy dał się słyszeć za nimi niski 

i manieryczny głos kobiecy. 

- Roman, kochanie, nareszcie cię widzę. 

Sammy obejrzała się i zobaczyła Yvonne Ridley, 

uśmiechającą się uwodzicielsko, niemożliwie piękną, 

a na dokładkę wystrojoną w najbardziej bezwstydną 

i najbardziej skąpą szatkę, jaką Sammy kiedykolwiek 

widziała poza plażą. 

Dłonie Sammy stały się lepkie, a kiedy uniosła 

kieliszek szampana do ust, musiała powstrzymać drżenie 

palców. 

- Kochanie - gulgotała Yvonne swym zachrypniętym 

głosem - upłynęło dużo czasu. Powiedziałabym, zbyt 

dużo. 

Swą długą białą dłonią ujęła od tyłu jego głowę 

i nachyliła ku swojej. Ich usta złączyły się. Sammy 

zrobiło się słabo. 

background image

- Sądząc po scence, starzy przyjaciele - skomentował 

półgłosem jej amerykański przyjaciel. 

- Tak - zgodziła się lakonicznie, zbyt mało sobie 

ufając, by powiedzieć coś jeszcze. 

Osobą, która pierwsza zakończyła tę zarazem 

publiczną i intymną scenę powitania, okazał się Roman. 

Spoglądał na Yvonne, a w jego zielonych oczach 

błyszczała aprobata. 

- Widzę, że zdecydowałaś się na sukienkę w sam 

raz na tę okazję. 

Sukienka? On to nazywał sukienką? Czarny kawałek 

materiału, który zaledwie przesłaniał najbardziej intymne 

miejsca szczupłej figury. 

Sammy odwróciła się do swego rozmówcy, próbując 

skupić się na jego słowach. Za nimi Roman i Yvonne 

gruchali sobie w najlepsze. Kiedy zaś odeszli w głąb 

sali, Sammy zmieniła pozycję, by móc ich obserwować. 

Zresztą nie należało to do rzeczy trudnych. Roman 

przerastał innych mężczyzn co najmniej o pół głowy, 

poza tym gdziekolwiek się znalazł, tam zaraz otaczał 

go ożywiony tłumek. Spleciona z nim Yvonne nie 

odstępowała go ani na chwilę. 

Ona, Sammy, nie mogła konkurować z żadną 

z tych kobiet, które podchodziły do Romana i do 

których się uśmiechał. Czuła się przy nich po prostu 

jak wieśniaczka. 

Jakkolwiek trzeźwo by na siebie patrzyła, bolesna 

była świadomość, że zawróciła sobie głowę mężczyzną, 

który mógł mieć każdą kobietę, którą zechciał. Również 

każdą spośród tu obecnych. 

Oto i cały materiał na artykuł. Wszędzie kobiety, 

a on przebiera w nich jak w ulęgałkach. Coś takiego 

na pewno by się spodobało czytelnikom w Padley. 

Kiedy otwarto bufet ze wszystkimi możliwymi 

przekąskami i wykwintnymi sałatkami, w Sammy 

przepełniała się właśnie czara goryczy. Przedstawiono 

background image

ją różnym osobom, ale zaledwie pamiętała ich nazwiska. 

Była zbyt zaprzątnięta odpychaniem od siebie napas­

tujących ją koszmarnych obrazów Yvonne i Romana 

w łóżku. 

Nakładała właśnie na swój talerzyk plasterki łososia, 

kiedy zjawił się Roman. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał. 

- Oczywiście. Nie ma powodu, bym czuła się źle. 

Jak zwykle zrobił ironiczną minę, ona zaś, widząc 

wolny stolik, usiadła przy nim dla spożycia posiłku, 

jakkolwiek ostatnią rzeczą, którą czuła, był głód. 

- Wybacz, że na tak długo cię opuściłem - zaczął 

przysiadając się. 

- Nie myśl o tym. Miałam okazję dostrzec, że 

zaoferowano ci bardziej przyjemne spędzenie czasu. 

- Naprawdę? 

- Oczywiście. Chociażby Yvonne Ridley. Wy dwoje 

tworzycie oszałamiającą parę. 

- Czy mam przyjąć to jako komplement? 

- Odczytuj to, jak ci się żywnie podoba. 

Sammy grzebała widelcem w talerzu, niezdolna 

zmierzyć się ze spojrzeniem jego zielonych oczu. 

- Gdybym nie znał prawdy - rzekł łagodnie 

- powiedziałbym, że jesteś zazdrosna. 

Sammy niemalże zakrztusiła się wędzonym łososiem 

i sałatką z pomidorów. 

- Zazdrosna! - wybuchnęła pogardliwie. - Do 

zazdrości trzeba powodów, a nie zapominaj, że jestem 

tutaj w charakterze obserwatora. I zdążyłam zaobser­

wować, że Yvonne nie jest jedyną kobietą, z którą 

jesteś w dobrych stosunkach. 

Roman zacisnął wargi. Rozbawienie w jego oczach 

zamieniło się w lodowaty chłód. 

- A jednak porzucasz rolę obserwatora, aby 

ponownie przykroić mnie do schematu, na którym 

oparłaś ten swój przeklęty artykuł. Dlaczego nie 

background image

zaprzestaniesz wreszcie dostrzegać wszystkiego w czar­

nych lub białych kolorach? Przecież nie o to chodzi, 

czy jestem ascetycznym mnichem, czy też kobieciarzem. 

Owszem, przyznaję, od dawna nie jestem prawiczkiem. 

- A czy wyrażasz zgodę na umieszczenie tego 

w mym artykule? - zapytała złośliwie. 

- Zachowujesz się jak dziecko. 

- Dlaczego? Nie ma tu kobiety, która nie patrzyłaby 

na ciebie pożądliwie. Bóg jedyny wie, z iloma spałeś. 

Posunęła się za daleko, wiedziała to, ale straciłaby 

do siebie cały szacunek, gdyby miała przepraszać za 

coś, czego była pewna. Spojrzała na Romana, którego 

twarz ściągnięta była gniewem. Uświadomiła sobie, 

że panuje nad sobą ostatnim wysiłkiem woli. Poczuła 

przypływ szczególnego nastroju, którego nie umiała 

zdefiniować. Coś jakby wstyd z powodu nieopatrznych 

słów i coś jakby przyjemność na widok skutków, 

jakie wywołały. Przynajmniej wiedział, że nie wszyscy 

są gotowi padać mu do nog. 

- Czy chciałabyś, żebym wszystkie je wskazał palcem? 

- zapytał zimnym, ponurym głosem. 

- Sądzę, że przeżyję bez tego rodzaju informacji. 

- Czy jesteś pewna? - naciskał nieubłaganie. - Nie 

chciałabyś znać nazwisk, dat, miejsc? Mój Boże, 

Sammy, mówisz, jak gdybyś uważała akt miłosny za 

zbrodnię. 

W tym momencie zjawiła się Yvonne. Stanęła za 

Romanem i położyła dłonie na jego ramionach, on 

zaś przykrył je swymi. 

- Czy nie macie nic przeciwko temu, że się dołączę? 

Zajęła wolny fotel, a jej ręka dla odmiany spoczęła 

na udzie Romana. 

- Roman powiedział mi wszystko o tobie - rzekła 

protekcjonalnie - i twojej małej misji. Przypuszczam, 

że pierwsze zauroczenie Londynem minęło i musisz 

teraz tęsknić za swoim... 

background image

- Padley - wyręczyła ją Sammy. 

- Tak, Padley - powtórzyła Yvonne. - Nigdy nie 

słyszałam o tej miejscowości. Chociaż teraz, gdy 

Roman kupił tam wiejską posiadłość, spodziewam się 

lepiej poznać tamte strony. 

Rzuciła Romanowi znaczące spojrzenie, na które 

odpowiedział uśmiechem. 

- Szczęśliwe Padley - wymamrotała Sammy tak 

cicho, że Roman musiał się aż ku niej pochylić. 

- Co powiedziałaś? - zapytał. 

- Powiedziałam, że w takiej dziurze jak Padley 

Yvonne może się trochę nudzić. 

Oczy tamtej spojrzały na nią badawczo. 

- Och, myślę, że małe miasteczka mogą być 

całkiem malownicze. I bardzo kojące po tych wszy­

stkich podróżach, jak w moim wypadku. Zresztą 

gdy będę z Romanem, wątpię, bym szczególnie 

interesowała się Padley. Będziemy zapewne zbyt 

zajęci sobą, by robić krajoznawcze wycieczki po 

okolicy. 

Sammy gwałtownie splotła dłonie. Nigdy dotąd nie 

doświadczyła zazdrości, a tu nagle siła tego uczucia 

sprawiła, że dygotało całe jej ciało. 

I w tym momencie Sammy z całą jasnością 

uświadomiła sobie, iż weszła w niebezpieczne i groźne 

królestwo miłości. Zakochałam się w tym człowieku, 

pomyślała w rozterce i zakłopotaniu. Hałas sali zaczął 

ją przytłaczać. Gdyby tylko mogła stąd uciec, najszybciej 

i najdalej... 

Roman znowu pochylił się ku niej. 

- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytał. 

- Ależ tak, wspaniałe - odrzekła odsuwając talerz. 

Yvonne wciąż mierzyła ją badawczym spojrzeniem. 

- Być może powinnaś pojechać do domu - powie­

działa z fałszywym uśmiechem. - Mogę kazać wezwać 

taksówkę. 

background image

- Ja cię odwiozę - wtrącił się Roman, ale ręka 

Yvonne zacisnęła się na jego udzie. 

- Och, nie - zaprotestowała. - My jeszcze nie 

odrobiliśmy zaległości po tak długim niewidzeniu. 

Jestem pewna, że twój mały cień sam sobie poradzi. 

- Czuję się wspaniale - powtórzyła Sammy i uniosła 

się z fotela. - Muszę tylko napić się wody. 

W tym momencie pokój zawirował. 

Roman poderwał się i podtrzymał ją. 

- Nie bądź małą idiotką - wyszeptał. - Jeżeli źle 

się czujesz, natychmiast wychodzimy. 

- Nie śmiałabym popsuć ci zabawy. 

Wyrwała się gwałtownie z jego ramion i dała nura 

w tłum gości. 

Kiedy następnie obejrzała się, dostrzegła, że Roman 

szuka jej po całej sali, a Yvonne robi wszystko, by 

z tego zrezygnował. 

Niech go diabli, pomyślała Sammy. 

Wyszła na korytarz, a panująca tam cisza była jak 

powiew świeżego powietrza. 

Jak mogła? Jak mogła zakochać się w kimś takim? 

Mówi się, że miłość jest ślepa. Ale nie wspomina, że 

jest także synonimem głupoty i cierpienia. 

Zabrała płaszcz z szatni i przerzuciła go przez 

ramię. Na dworze ostrza chłodu kłuły jej gołą skórę. 

Wsiadła do taksówki. 

Nie miała pojęcia, jak długo jechała i jaką trasą. 

Była zbyt zaprzątnięta własnym wewnętrznym światem. 

A przede wszystkim usiłowała uporać się ze skutkami 

tego trzęsienia ziemi, które naruszyło fundamenty jej 

osobowości. 

Otworzyła drzwi mieszkania i nie zapalając świat­

ła skierowała się do salonu, gdzie rzuciła się na 

kanapę. 

Próbowała zebrać rozbiegane myśli, lecz okazało 

się to niemożliwe. Nie było w nich większego sensu, 

background image

tylko ta nieubłagana konstatacja, że zakochała się 

w Romanie Ferrersie. 

W ten sposób zaprzeczyła wszystkim postanowieniom, 

jakie podjęła po zerwaniu z Derkiem. Roman wtargnął 

w jej życie wyważając drzwi, o których istnieniu nie 

miała pojęcia. A teraz, kiedy stały otworem, zadawała 

sobie pytanie, czy kiedykolwiek się zamkną. 

Ociężałym krokiem podeszła do kontaktu. Światło 

na chwilę oślepiło ją. A potem uczyniła coś, czego 

dotąd prawie nigdy nie robiła. Nalała sobie całą 

szklankę brandy. Alkohol palił jej gardło i wyciskał 

łzy z oczu. 

Dalszym skutkiem picia nie było wprawdzie 

zmniejszenie ciężaru, który leżał jej na sercu, lecz 

w każdym razie chwilowe znieczulenie zmysłów, to 

zaś było jej bardzo potrzebne. 

Nie minęło dziesięć minut, odkąd wróciła, kiedy 

rozległ się dzwonek u drzwi. Ostry. Natarczywy. 

Roman! Czyżby tak wcześnie opuścił przyjęcie? 

Przyszło jej na myśl, że przecież nosił własne klucze, 

ale mogła się mylić. 

Z obronnym uśmiechem, by zamaskować ból, 

podeszła do drzwi wejściowych. 

O, Boże, a co będzie, jeżeli Roman stoi tam z Yvonne? 

Im dwojgu być może nie będzie umiała sprostać. 

Dzwonek znów ożył, tym razem kilkoma naglącymi 

zrywami. I z gotowością powiedzenia frazesu w rodzaju 

„jak miło was widzieć", Sammy otworzyła drzwi. 

Ale mężczyzną, który stał na progu, nie był Roman. 

Był nim Derek. Derek Cairns, który najpierw 

zablokował drzwi nogą, gdy próbowała je zatrzasnąć, 

a potem z uśmiechem wszedł do środka. 

- No cóż - powiedział - znowu się spotykamy. 

Zdziwiona? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Sammy ogarnęło przerażenie. Pobladła i z ustami 

półotwartymi ze zdumienia cofnęła się o krok. 

- Skąd się tu wziąłeś? - wykrztusiła. - Jak 

dowiedziałeś się, gdzie mieszkam? 

- Pytania, pytania. Czy tak się wita kogoś, kto 

kilka godzin spędził w zimnie czekając na ciebie? 

Jego oczy wędrowały po niej, a Sammy uległa 

nieprzepartemu wrażeniu, że oblazło ją jakieś robactwo. 

Spojrzała ku drzwiom, próbując ocenić swoje szanse 

przemknięcia się obok intruza i wydostania się na 

zewnątrz. 

Niegdyś umawiała się z tym mężczyzną i spędziła 

w jego towarzystwie stosunkowo dużo czasu, ale 

teraz czuła jedynie strach. Budziło nieufność wyra­

chowanie obecne w wyrazie jego twarzy. I co miał na 

myśli mówiąc o tych godzinach wyczekiwania? Czyżby 

obserwował dom? A jeśli tak, to od jak dawna? 

Pytania te jedynie wzmogły lęk i zaczęła wolniutko 

przesuwać się w stronę drzwi. I już napinała mięśnie 

do decydującego kroku, gdy zauważył tę jej gotowość 

ucieczki. 

- Nie próbowałbym tego. Nie będziesz chyba, na 

tyle głupia. 

Ujął ją za łokieć. Sammy wzdrygnęła się. Uścisk 

jego dłoni stał się mocniejszy. Nie wiedziała, czy 

powoduje nim gniew, czy mściwość. 

- Czyżbyś nie chciała pokazać mi tego pięknego 

domu? 

Prowadził ją w kierunku salonu. 

background image

- Drzwi wyjściowe są za tobą - powiedziała zimnym 

i dobitnym głosem. Spróbowała uwolnić się z uścisku, 

lecz jego palce wpijały się mocno w jej ciało. 

- Drzwi wyjściowe? Ależ dopiero co przyszedłem. 

Byli teraz w salonie. Po zamknięciu drzwi Derek 

nareszcie puścił ją. Z niekłamanym podziwem rozejrzał 

się po wspaniałym wnętrzu. Piękne przedmioty zawsze 

wprawiały go w zachwyt i zawsze uskarżał się, że 

wysokość jego pensji nigdy nie dorównuje upodobaniom 

do kosztownych drobiazgów. 

- Ładnie tu - podsumował i zagłębił się w jednym 

z foteli. - Doprawdy, bardzo ładnie. Czy oszczędzałaś 

się dla bogacza? 

- To naprawdę ostatni raz z tobą rozmawiam 

- powiedziała Sammy. - Ostatni raz. Nie mam nic 

więcej do dodania. Więc jeśli pozwolisz... 

- Jakie alkohole trzyma tu twój przyjaciel? 

- Czy nic z tego, co właśnie powiedziałam, nie 

dotarło do ciebie? Mam to powtórzyć? 

- Słyszałem, Sammy, słyszałem każde słowo, ale 

jestem tutaj, by przekonać cię, że musimy porozmawiać, 

roztrząsnąć pewne kwestie, zakończyć przerwaną sztukę. 

Przerwana sztuka, nie zakończone sprawy. Z jej 

strony wszystkie sprawy między nimi były definitywnie 

zakończone. 

Ukradkowo spojrzała na zegarek, modląc się 

w duchu, żeby Roman już wrócił. 

Derek uśmiechał się do niej, ale nie było odrobiny 

ciepła w jego uśmiechu. 

Będzie musiała pozwolić mu mówić i być może 

poić go alkoholem w rozpaczliwej nadziei, że się 

urżnie i straci przytomność. Pamiętała, że ma mocną 

głowę, ale trzeźwy Derek stanowił większą groźbę niż 

Derek pijany. 

- Czego się napijesz? - zapytała słysząc swój 

zmieniony głos i zmuszając się do uśmiechu. 

background image

- To już brzmi lepiej, staruszko. Podwójną szkocką 

z wodą. 

Gdy podchodziła do barku, usłyszała, jak Derek 

zrzuca buty. 

Mimo że z całych sił próbowała trzymać się na 

wodzy, pobiegła myślą ku ich ostatniej rozmowie 

w winiarni w Padley i temu wyrazowi nienawiści na 

jego twarzy, kiedy nazwał ją zimną dziwką. 

Podała mu szklankę, po czym szybko usiadła możliwie 

najdalej od niego. 

Wychylił zawartość jednym haustem i dostał z rąk 

Sammy kolejnego drinka. Tym razem jednak zmieniła 

proporcje na rzecz alkoholu. 

- Czy reszta domu jest tak samo bogato urządzona? 

Sucho potwierdziła. 

- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? 

Derek dotknął palcem swojego nosa. 

- Powiedział mi mały ptaszek. Padley, jak wiesz, 

jest niewielką mieściną. Kilka pytań tutaj, kilka pytań 

tam i zguba znaleziona. Ma się rozumieć, czekałem, 

by na ten wieczór dostać cię samiuteńką. 

Sammy nie zapytała, dlaczego. Na to pytanie znała 

odpowiedź. Chciała teraz przenieść rozmowę na 

neutralne terytorium, aby oderwać jego myśli od 

faktu, że są sami i że ona się boi. 

- Jak z twoją pracą? 

Wzruszył ramionami. 

- Nie najgorzej. Chociaż nastał czas, by się ruszyć. 

Potrzebuję takiego zajęcia, które pozwoli mi zarobić 

na coś podobnego. 

Zaborczym ruchem rąk wziął w posiadanie cały 

pokój. 

- Jestem pewna, że to osiągniesz. 

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie! 

Aż podskoczyła na ten okrzyk. Wiedziała, że łatwo 

wpada w złość. W pierwszych dniach ich znajomości 

background image

żartował nawet z nią na temat tej cechy swojego 

charakteru. Ale nigdy jeszcze nie doświadczyła jej na 

sobie. A teraz, pomyślała, nie był to czas na tego 

rodzaju odkrycia. 

- Jestem najdalsza od tego - wyjaśniała spokojnie. 

- Chcę tylko powiedzieć, że na pewno ci się powiedzie. 

Jesteś dobrym pracownikiem i szanują cię. 

Każde słowo niemalże dławiło ją w gardle. 

- Do diabła z ich szacunkiem - odparł, mimo 

wszystko uspokojony. - Nie płacą mi dostatecznie. 

Być może, gdybym był bogatszy, spałabyś wówczas 

ze mną. 

Dało się wyczuć nutę pytania w jego głosie. 

Rozsądek podpowiadał jej, że powinna natychmiast 

zmienić temat rozmowy, lecz ta bezczelna insynuacja 

rozwścieczyła ją. 

- Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy. 

- Nie? Ciekawe, że wyrzekłaś się wszystkich swoich 

zasad dla kogoś, komu, jak wiadomo, nie powodzi 

się najgorzej. 

Błysnął w uśmiechu zębami. Sammy zacisnęła usta. 

- Jeszcze jednego drinka? 

- Lepiej zbliż się do mnie. 

Serce Sammy biło jak oszalałe. Poczuła, jak jej 

paznokcie wbijają się w tapicerkę fotela. 

- Musisz być głodny. 

- Owszem, lecz zjadłbym tylko ciebie, kochanie. 

- Czy mogę ci coś przyrządzić? Może kanapkę? 

A może coś bardziej konkretnego? 

W jej głosie zaczynała pobrzmiewać rozpacz. 

Dlaczego, na miłość boską, Roman musiał wybrać 

właśnie tę noc na zacieśnianie więzów przyjaźni z tą 

idiotką? Ona, Sammy, potrzebowała go. 

- Później. 

To pojedyncze słowo przeszyło ją dreszczem strachu. 

Zapowiadało wszakże tak wiele. 

background image

Przynajmniej wciąż siedział na swoim miejscu. Nie 

wiedziała jeszcze, jak się zachowa, gdyby ruszył ku niej. 

- Gdzie obecnie mieszkasz? - zapytała w intencji, 

aby zaczął mówić. 

- Tam, gdzie dawniej. Ale zupełnie sam. Czy 

mówiłem ci, że Jenny z dziećmi odeszła? 

Sammy milcząco potwierdziła. 

- Oczywiście, winę ponosisz ty - ciągnął rzeczowym 

tonem. - Jenny dowiedziała się o nas. 

Chciała zapytać, czy Jenny odeszła, bo już dłużej 

nie mogła znieść jego flirtów, jednak zdusiła to pytanie. 

Sytuacja, w jakiej się znajdowała, nie stwarzała 

warunków dla uczciwej wymiany zdań. Gdyby te 

warunki istniały, zadałaby mu wraz z tym pytaniem 

również kilka innych. I nie byłby zachwycony. 

- Żałuję, że tak się stało. 

Wcale nie było jej przykro. Pomyślała, że Jenny ma 

lepsze widoki przed sobą bez tego oślizgłego padalca 

zwanego jej mężem, ale była to ostatnia rzecz, którą 

mogła powiedzieć. 

Siedziała teraz na samym brzeżku fotela, kurczowo 

ściskając palcami jego boki. 

- Gdybyś naprawdę żałowała, podkreślam: na­

prawdę, udowodniłabyś mi to. 

- Udowodniłabym? - powtórzyła słabym głosem. 

Usta Derka wykrzywiły się w wyrachowanym 

uśmieszku kupczyka czy lichwiarza. Wyglądał w tej 

chwili dokładnie na tego, kim faktycznie był: mężczyzną, 

który przyszedł odebrać swój dług i ma zamiar 

rozkoszować się tym. 

- Nigdy nie posunęliśmy się do punktu, który 

powinien być naturalną konsekwencją naszej znajomo­

ści. Oczekuję, że zrobimy to teraz. 

Sammy oblała się rumieńcem. 

- W ogóle o tych rzeczach nie myślałam. Sądziłam, 

że po prostu mnie lubisz. 

background image

Jej głos był pełen goryczy. 

- Oczywiście, że cię lubiłem. Co nie znaczy, że nie 

liczyłem na pójście z tobą do łóżka. 

W ciszy, jaka zapanowała po tych słowach, słychać 

było szum drzew za oknem i tykanie zegara. Nawet 

sama cisza zdawała się rozbrzmiewać swymi własnymi 

dźwiękami. 

- I myliłeś się. 

- Niestety, odkrycie to mam już poza sobą. 

- Wstał i rozprostował ramiona. - Nie powinnaś 

była doprowadzać do tego. To był błąd z twojej 

strony. 

W odruchu paniki Sammy poderwała się i skoczyła 

do okna. 

- Jeśli zbliżysz się choćby o krok, zacznę krzyczeć. 

- Proszę, krzycz, jeśli ma to poprawić twoje 

samopoczucie. Tylko że nikt cię nie usłyszy. Kto 

o wpół do trzeciej w nocy chodzi na spacery? 

Miał rację. Uliczki wokół najpewniej były opustoszałe. 

Sammy drżała na całym ciele. 

Lecz kiedy poczuła jego ręce na swojej twarzy, jej 

strach przemienił się w wulkan gniewu. Uderzyła go 

na odlew. 

- Ty obrzydliwcze! - krzyknęła, odskakując i ude­

rzając się o parapet okienny. 

Chwycił ją za nadgarstek. 

- Bądź dobrą dziewczynką, Sammy - mamrotał. 

- Żądam tylko tego, na co zasłużyłem. 

- Zasłużyłeś tylko na długą odsiadkę. 

- Nie opieraj mi się. 

- Wynoś się stąd! Wynoś się! Wynoś! 

Żadne z nich nie usłyszało otwierania drzwi. 

Sammy zaledwie zdążyła uświadomić sobie obecność 

Romana, gdy Derek został już cisnięty w drugi kąt 

pokoju. Odbił się od sofy i zwalił na podłogę, gdzie 

leżał dysząc. 

background image

Roman z niepokojem i troską zwrócił się ku Sammy. 

- Czy nic ci się nie stało? 

- Czuję się... 

Odważyła się na kilka chwiejnych kroków, po 

czym nogi ugięły się pod nią i padła na sofę. 

Derek tymczasem próbował przyjąć postawę pio­

nową. Jak większość tyranów, był do głębi tchórzem. 

Jego kozactwo wyparowało, ustępując miejsca prag­

nieniu ucieczki. 

Roman odgadł jego zamiary i uprzedził je. 

- Hola, kolego, na razie nigdzie się nie wybieramy. 

Zostaniesz tu, dopóki nie dowiem się, co w ogóle się 

wydarzyło i czy czasami Sammy nie zamierza cię 

oddać w ręce policji. 

- A co będzie, jeśli nie zostanę? 

- Spróbuj tylko uczynić jakiś ruch, a zapewniam 

cię, że nie odmówię sobie przyjemności rzucenia cię 

na kolana. 

Roman powiedział to jedwabistym głosem. Derek 

pobladł. 

- Sammy - wyjąkał - powiedz mu, że nic takiego 

tutaj nie zaszło... 

- Mam kłamać, czy tak? - zapytała z odrazą. 

Roman stał między nimi niczym arbiter na ringu. 

Jego twarz aż pociemniała z wściekłości. 

- Czy podniósł na ciebie rękę, Sammy? - zapytał. 

Na pozór zwracał się do niej głosem spokojnym, 

ale Sammy wiedziała, ile nadludzkiego wysiłku go to 

kosztuje. Nie miała też wątpliwości, że grożąc Derkowi 

bynajmniej nie żartował. Przerastał tamtego o pół 

głowy, a skumulowana w jego ciele siła dawała 

gwarancję, że znokautuje każdego przeciwnika. Nawet 

w wizytowym garniturze wyglądał groźnie. W rezultacie 

teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominał tygrysa, 

gotowego rozszarpywać przy pierwszej nadarzającej 

się okazji. 

background image

Poczuła coś jakby litość dla wystraszonego i bladego 

jak ściana Derka. 

- Przyszedłem tylko porozmawiać... - bełkotał 

niewyraźnie. 

- Sammy, czy chcesz wysunąć jakieś zarzuty 

przeciwko temu człowiekowi? 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

Roman spojrzał na Derka. 

- Wynoś się z mego domu! - rzekł przez zaciśnięte 

zęby. - A jeśli kiedykolwiek znajdziesz się od niej 

w odległości mniejszej niż dziesięć kilometrów, to 

osobiście sprawię, iż pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś. 

- Nie ujrzy mnie nigdy więcej - zapewnił tamten 

skwapliwie, chwytając sweter, buty i płaszcz i wycofując 

się ku drzwiom. 

Po krótkiej chwili usłyszeli trzaśniecie drzwi 

frontowych. 

- Marsz do łóżka - powiedział Roman rozkazującym 

tonem. - Przyniosę ci drinka i może zechcesz mi 

wyjaśnić, co, u diabła, tutaj się stało. 

- Jestem zbyt zmęczona na wyjaśnianie czegokolwiek. 

Czy mogę poczekać z tym do rana? 

- Już jest ranek - rzekł rozwiązując muszkę i rzucając 

ją na fotel. - I uwierz mi, jestem nie mniej zmęczony. 

Ale uważam, że kilka rzeczy trzeba przedyskutować. 

Więc idź do łóżka, a kiedy przyniosę ci tego drinka, 

będziesz mogła powiedzieć, co porabiałaś tutaj z tym 

facetem. Jasne? 

Sammy milcząco przytaknęła. 

Udała się na górę, gdzie szybko przebrała się 

w strój nocny, a potem dokładnie sprawdziła, czy 

żaden skrawek jej ciała nie wystaje spod koca. 

Kiedy zaś kilka minut później pojawił się z drinkami, 

nie mogła się oprzeć podejrzeniu, że Roman zna 

powody, dla których tak pięknie i skutecznie okryła 

się kocem. 

background image

- Jestem kompletnie wyczerpana. 

Roman puścił to mimo uszu. Rozpiął kołnierzyk 

koszuli i podwinął rękawy. 

- Zdaje się, że rozpoznałem tego faceta. Kochanek? 

- Nic bardziej absurdalnego. 

Pociągnęła porządny łyk brandy i natychmiast 

poczuła rozlewające się wewnątrz ciepło. 

Roman przysiadł na brzegu łóżka i trzeba było 

niemałego wysiłku, by przezwyciężyć przyciąganie 

jego ciała. 

- Zatem co zaszło? 

- Czekał na mnie. Wróciłam do domu i już po 

kilku minutach usłyszałam dzwonek. Pomyślałam 

o tobie i o tym, że zapomniałeś kluczy, ale był to 

Derek. Wtargnął siłą, a dalej już wiesz. 

Miała wielką ochotę rozpłakać się. By nie dopuścić 

do tego, z całych sił zacisnęła zęby. 

- A teraz wytłumacz mi powody tego wszystkiego. 

- Niegdyś spotykałam się z nim, ale zerwałam 

znajomość, gdy tylko dowiedziałam się, że ma żonę 

i dzieci. Nigdy nie pogodził się z moją decyzją. 

Jej głos drżał zdradziecko. 

- Boże, jeżeli dotknął cię... 

Roman zbliżył dłoń do jej twarzy i delikatnie 

pogładził ją po policzku. 

Nagle pokój zaczął się kurczyć. Coraz to nowe fale 

gorąca przepływały przez jej ciało. 

- Na szczęście nie zrobił tego. 

Sammy odsunęła się. Zdała sobie sprawę, że jeśli 

pozwoli mu nadal się dotykać, choćby ów dotyk był 

najbardziej ojcowski, cały jej zdrowy rozsądek 

i samodyscyplina pójdą w rozsypkę. 

- To on był z tobą w winiarni w Padley. 

Spojrzała zdumiona. 

- Próbowałam przemówić mu do rozsądku, ale nie 

rozstaliśmy się jako przyjaciele. Nie mogę teraz pojąć, 

background image

co w nim zobaczyłam za pierwszym razem. Wydawał 

się taki łagodny i pokrewny duchem. Uległam 

złudzeniom - podsumowała z odrazą. 

- Pierwsze wrażenia nie zawsze są prawdziwe. 

Powiedziałbym nawet, że bardzo często są zupełnie 

błędne. Skądinąd nie sądzę, żebyś z jego strony 

mogła się jeszcze spodziewać jakichś kłopotów. 

- Nie podziękowałam ci jeszcze za ratunek. 

- Cała przyjemność po mojej stronie. 

- Nie wierzyłam, że wrócisz tak prędko. Wydawałeś 

się tak zachwycony towarzystwem Yvonne, iż doszłam 

do wniosku, że będziecie dokazywać ze sobą aż do rana. 

Twarz Romana zesztywniała. 

- Co przez to rozumiesz? - zapytał. 

- Och, nic, zupełnie nic... 

- Nie, Sammy, coś jednak chciałaś przez to 

powiedzieć. 

- Naprawdę nie miałam niczego na myśli. Po 

prostu jestem tak tym wszystkim wstrząśnięta, że nie 

wiem, co mówię. 

- Słowa wypowiedziane pod wpływem szoku, 

zgadza się? 

- Dokładnie tak. 

Gotował się do odejścia. Zapragnęła nagle, by 

został. Wnosił ze sobą spokój i bezpieczeństwo. 

Wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła jego dłoni. 

Ale w tej chwili, wyczuwając chłód jego ciała, 

cofnęła ją. I już miała schować ją pod kocem, kiedy 

z kolei on wyciągnął swoją. Ich dłonie splotły się ze sobą. 

- Czy bardzo byś się martwiła, gdybym spędził 

noc z Yvonne? 

Na razie bardziej od wszelkiej myśli o innej kobiecie 

martwiły ją ich splecione dłonie. Serce Sammy biło 

jak oszalałe. 

Z jednej strony pragnęła, aby sobie poszedł, z drugiej 

natomiast, by został, a nawet więcej. Jej ciało spragnione 

background image

było pieszczoty jego rąk. Pod cienką tkaniną nocnej 

koszuli piersi nabrzmiały pożądaniem. 

Już chciała powiedzieć, że może zostawić ją samą, 

że czuje się lepiej, tylko jest zmęczona, ale te słowa 

w żaden sposób nie chciały przejść jej przez gardło. 

Zamiast tego zamknęła oczy i rozchyliła wargi. 

Roman pochylił się nad nią i zaczął całować ją 

delikatnie i zarazem namiętnie. 

Coś jakby jęk protestu wydobył się z jej ust. Całe 

ciało płonęło niczym w czterdziestostopniowej gorączce. 

- Chcesz, abym został? - zapytał ochrypłym głosem. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i przygarnęła do siebie. 

Wszystko wołało w niej, aby został i kochał ją. 

Słowa nie dawały się wypowiedzieć. Do głosu doszło 

jej ciało. Ono to namiętnymi porywami odpowiadało 

na jego pieszczoty. 

- A zatem? 

- Tak. 

Usłyszała jego westchnienie. Płonął podobnie jak ona. 

- Rozbierz mnie - poprosił. 

Drżącymi palcami zaczęła rozpinać guziki jego 

koszuli. Trwało to całą wieczność. Zrzucił koszulę 

i wstał. 

Patrzyła teraz zahipnotyzowana, jak rozpina pasek 

u spodni. Czynił to ruchami pełnymi erotycznego 

wdzięku. Złowił jej spojrzenie i uśmiechnął się. Uśmiech 

ten oznaczał zadowolenie z wywołania takiego właśnie 

efektu. 

Niespiesznie uwalniał się z resztek ubrania. Miała 

mnóstwo czasu, aby jeszcze zatrzymać bieg wydarzeń. 

I wyszedłby bez słowa protestu. Wiedziała to. Nie był 

mężczyzną, który przełamywałby siłą wolę kobiety. 

Ale ona pragnęła już tylko tego, aby pozostał. 

Osiągnęła stan upojenia. Ściągnęła nocną koszulę. 

A kiedy wsunął się pod koc, jego nagość sprawiła, że 

drżała i dygotała poza wszelką kontrolą i świadomością. 

background image

Dotknął jej ud, a one rozchyliły się, jak pod 

dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

- Zabiłbym go, gdyby cię zniewolił. Czy nigdy 

z nim tego nie robiłaś? Powiedz, Sammy. Muszę to 

wiedzieć. 

- Nigdy, ani z nim, ani z kimkolwiek innym. 

Nawet nie spojrzała na niego. Po prostu obawiała 

się, że jej wyznanie wywołało na jego twarzy wyraz 

niedowierzania. 

- Zrobię to delikatnie - raczej tchnął niż wyszeptał 

jej do ucha. 

Wygięła ciało w łuk, gdy jego wargi scałowywały 

każdy centymetr jej skóry od szyi aż po brodawki 

sutek, które momentalnie stwardniały. 

A później dłonie kontynuowały to, co zaczęły usta. 

Pod ich pieszczotą jej piersi emitowały fale rozkoszy 

na całe ciało. 

Sammy całkowicie zagubiła się w krainie zmysłów, 

do której nie miała dotąd dostępu. Dążyła do zupełnego 

zatracenia się, choć tego pragnienia nie umiałaby 

nawet nazwać. 

Kiedy wchodził w nią, obronnie naprężyła się, ale 

trwało to ułamek sekundy. A potem wzniósł ją na 

taki poziom rozkosznego upojenia, że tylko powtarzała 

jego imię, słysząc swój głos jakby z dystansu tysięcy 

kilometrów. 

Najpierw powolny w ruchach, później coraz szybszy, 

w pewnej chwili zamarł zupełnie. Sammy poczuła się 

przeniesiona w strefę, gdzie prawa ciążenia i w ogóle 

cała codzienność przestaje się liczyć. 

Spojrzała na niego półprzytomnym wzrokiem 

i uśmiechnęła się. Leżał teraz u jej boku. Jego zielone 

oczy wpatrywały się w nią. Tym trudniej było odgadnąć 

jego myśli. Czy ich zbliżenie znaczyło dla niego 

dokładnie tyle samo, co dla niej? 

Wracała do realności, omdlenie powoli ustępowało. 

background image

Przeżycie, którego dopiero co doświadczyła, nie dawało 

się opisać. Ale jakie przeżycia były udziałem Romana? 

Zdała sobie sprawę, że jego ręce, ręce kochanka, 

zdradzały pewność i doświadczenie. 

Czy tak samo pieścił nimi Yvonne? Czy patrzył na 

nią z tą samą ociężałą sytością, gdy odpoczywali po 

akcie miłosnym? 

Jeszcze przed minutą kochanie się z nim wydawało 

się Sammy upragnionym i słusznym wyborem. Teraz 

nie była tego taka pewna. 

Ogarnęło ją mocne przeświadczenie, że w dzieleniu 

się z kimś swym ciałem kryje się jakaś tajemnica. Nie 

widzą jej tylko te kobiety, które rozpatrują akt miłosny 

jako nieuchronny produkt uboczny znajomości 

z mężczyzną. Dla nich rzecz cała nie przedstawia 

żadnego problemu i czerpią z niej tylko przyjemność, 

a ona, Sammy, była jak najdalsza od narzucania 

komukolwiek swych zasad. Ale właśnie przez wzgląd 

na te zasady słuszność jej postępku stanęła teraz pod 

znakiem zapytania. 

Otrzeźwiała zupełnie, jakby oblana kubłem zimnej 

wody. 

W tej samej chwili Roman wznowił pieszczoty. 

Stwierdziła z przerażeniem, że jej ciało zaczyna 

odpowiadać. 

- Zaczekaj. 

- Co się stało? 

Utkwione w niej zielone oczy Romana zdawały się 

podważać wszystkie jej logiczne konstrukcje. 

- Nie mogę. 

- Nie możesz? Czego mianowicie? 

- Nie mogę kochać się z tobą. 

Nie zamierzona ironia tej odpowiedzi uderzyła ją 

z całą mocą. Jakby kupowała polisę ubezpieczeniową 

już po wypadku. Oto cała ona - wypełniona sokami 

jego miłości, a stawiająca kwestię samodyscypliny. 

background image

Roman wsparł się na łokciu. Ale wciąż drugą ręką 

gładził w zamyśleniu jej piersi. Sammy odsunęła ją od 

siebie. 

- Nie powinnam była iść z tobą do łóżka tylko 

dlatego, że pociągasz mnie. Nie należę do tego typu 

kobiet. 

- Czy chcesz to powiedzieć, że możesz oddać swe 

ciało tylko mężowi? Czy tak? 

- Nie... 

- A jednak mniej więcej taki sens mają twoje słowa. 

- W porządku! Jestem staromodna i anachroniczna. 

Nie przypuszczam, abyś w pełni to pojął, ale tak 

właśnie jest. Nie leży w moim charakterze sypiać 

z mężczyzną przy każdej okazji. Nie zaliczam się do 

kobiet w rodzaju Yvonne, które kulturalną rozmowę 

kończą łóżkiem, a łóżko kulturalną rozmową. 

- Jednym słowem, chcesz powiedzieć, że popełniliśmy 

błąd? 

Sammy skuliła się. W jej myślach panował zamęt 

nawet bez tych jego natarczywych pytań, na które 

tak trudno było odpowiedzieć. 

- Tak! - odrzekła krótko. 

- Widzę. 

Gwałtownie uniósł się i spuścił nogi z łóżka. 

Próbując zdławić rozpaczliwe pragnienie, by jej nie 

opuszczał, odwróciła się do niego plecami. 

- Niczego nie widzisz. 

- Widzę przynajmniej to, że żałujesz wszystkiego, 

co zaszło między nami. 

Spojrzała przez ramię. Na twarz Romana powrócił 

ów dobrze jej znany zimny, cyniczny wyraz. 

Chciała wykrzyczeć w tę twarz, że niczego nie 

żałuje, zupełnie niczego, lecz zachowała milczenie. 

Plątanina sprzecznych uczuć nie dawała się wyrazić 

jednym prostym zaprzeczeniem. 

Roman ubierał się. 

background image

- Czy moje usługi zostały przyjęte, ponieważ 

pomyślałaś, że mogę cię trochę ożywić po ciężkim 

przejściu z tamtym wstrętnym facetem? A może uległaś 

przelotnej zachciance udowodnienia swej atrakcyjności? 

A może wreszcie chodziło w tym wszystkim o jakąś 

spaczoną formę wdzięczności? Nie? - zapytał, jak 

gdyby zaprzeczała. - W takim razie złóżmy rzecz całą 

na karb chwilowego zaślepienia. 

Powiedziawszy to wyszedł zamaszystym krokiem 

i huknął za sobą drzwiami. 

Sammy aż podskoczyła. Leżała teraz na plecach, 

pozwalając ogarnąć się otępiającemu poczuciu porażki. 

Pozwalała też płynąć łzom, których słoność smakowała 

wargami. 

Co za przerażająca sytuacja, pomyślała. Czuła się 

głęboko nieszczęśliwa. Dobrze, że chociaż jej zadanie 

związane z przyjazdem do Londynu zostało zakończone. 

Mogła wynosić się stąd nawet w tej chwili. Miała 

dość materiału, by napisać wielostronicową apologię 

Romana Ferrersa. Bo niewątpliwie będzie to całkowite 

wycofanie się z poprzednich zarzutów. 

Spojrzała na budzik stojący na nocnej szafce 

i pomyślała, że cztery godziny snu powinny wystarczyć. 

Potem opuści ten dom i uwolni się spod paraliżującego 

uroku jego właściciela. I wróci do cichego Padley. 

Pozostawało tylko pytanie, czy zdoła od nowa 

uporządkować swe życie? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Roman był już ubrany i właśnie dopijał kawę, 

kiedy powłócząc nogami Sammy weszła do jadalni. 

Na jej twarzy odbijał się brak snu i czuła się tak, 

jakby miała sto lat, a na swych barkach wszystkie 

troski ludzkości. 

Roman obrzucił ją krótkim spojrzeniem. 

- Nie jesteś ubrana. 

Mimowolnie spojrzała na swój sweter i wypłowiałe 

dżinsy. 

- Przepraszam, ale sądziłam, że jestem. 

- Wiesz, co mam na myśli. Nie możesz iść ze mną 

do biura w tym stroju sprzątaczki. 

- Sprzątaczki? Nie mam zamiaru z tobą nigdzie 

chodzić - odpowiedziała chłodno. 

Nie wydawał się jej obwieszczeniem szczególnie 

zdziwiony czy zaniepokojony. Prawdopodobnie 

zapomniał już o wydarzeniach minionej nocy i myślał 

wyłącznie o czekających go dzisiaj spotkaniach. Miała 

wrażenie, że patrząc na nią, w rzeczywistości nie 

dostrzega jej. Myśl ta pogłębiała jeszcze jej przygnębienie. 

Nie chcąc jednak pokazywać tego po sobie, sięgnęła 

po dzbanek i napełniła filiżankę czarnym parującym 

płynem. 

- Lepiej załóż coś przyzwoitszego i zrób to szybko. 

Jestem już spóźniony. 

- Czy nie dotarły do ciebie moje słowa? Otóż 

powiedziałam, że nigdzie się z tobą nie wybieram. 

Tym razem spojrzał na nią naprawdę, chociaż jego 

twarz pozostała nieporuszona. 

background image

- Jasne, że słyszałem. Pomyślałem tylko, że jest to 

z twojej strony rodzaj miny na dzień dobry. 

- Wiedz zatem, że nie jest. Wynoszę się stąd. 

- Nie ma potrzeby, abyś z powodu minionej nocy 

załamywała się teraz pod wyrzutami sumienia - wycedził 

powoli każde słowo. 

- Wyrzuty sumienia? W moim przypadku? 

Jak śmiał? I co to w ogóle za insynuacje? Że niby 

uwiodła go? Przypomniała sobie ów gest, którym 

milcząco prosiła, by został, i natychmiast zepchnęła 

go w głąb świadomości. 

- Poza tym nie minęło jeszcze ustalone między 

nami sześć tygodni. 

- Wiem o tym. Potrafię liczyć równie dobrze jak 

ty. Lecz mam już dostatecznie dużo materiału na 

swój artykuł. Zdecydowałam więc, że najwyższy czas 

wrócić do Padley i zabrać się do pisania. 

- Nie rozumiem tej panicznej ucieczki. 

- To nie jest paniczna ucieczka - zaprzeczyła unikając 

jego wzroku. 

- Nie? Jednego dnia jesteś gotowa zostać na cały 

okres, drugiego pakujesz walizki i zachowujesz się, 

jak gdyby ziemia paliła ci się pod stopami. Wygląda 

to właśnie na paniczną ucieczkę. 

- W porządku. Jeśli tak to wygląda w twoich 

oczach, niech takim pozostanie. 

- Miniona noc nie powtórzy się więcej, jeżeli nią 

właśnie jesteś taka spanikowana. Popełniłaś błąd, 

oboje popełniliśmy go. Jako ludzie pełnoletni, 

powinniśmy poprzestać na tym i kontynuować 

znajomość na dawnych warunkach. 

- Co za gładkie słówka! Prawda jest taka, że wcale 

nie obawiam się możliwości powtórzenia się ostatniej 

nocy. Jak powiedziałam, uważam, że czas już wracać. 

A im prędzej zabiorę się do pracy, tym lepiej. 

Wzruszył ramionami. 

background image

- Rób jak chcesz. Lecz zdajesz sobie chyba sprawę, 

że wszystko, co napiszesz, będzie musiało przejść 

przez moją cenzurę. 

Dosłownie zatkało ją. Żadnej tego rodzaju klauzuli 

nie było w ich wstępnej umowie. 

- Dlaczego? - zapytała wzburzona. 

- Rusz głową, dziewczyno. 

- Och, widzę, że wróciłam do statusu „dziewczyny". 

Czy to dlatego, że jako punkt odniesienia pojawiła się 

Yvonne Jak-Jej-Tam? - Wiedziała, że zachowuje się 

jak złośliwe dziecko, ale machnęła na to ręką. - A poza 

tym nie widzę powodów, dla których masz mnie 

cenzurować. Zamierzam pisać uczciwie. A rzetelność 

była chyba jedynym warunkiem, o ile się nie mylę? 

- Zgoda, taki był układ. Niemniej będę chciał 

przeczytać artykuł, zanim pójdzie do druku. 

- Prześlę ci kopię - przystała niechętnie. 

- Przyjadę i wezmę ją osobiście. Za kilka dni 

zjawię się w Padley. Wybacz, że nie będę mógł 

odwieźć cię na stację. O ósmej trzydzieści mam 

spotkanie. Zadzwoń po taksówkę. 

Tak czy inaczej bolało, że nie chciał wykręcić się od 

spotkania i odstawić ją na dworzec. A jeszcze bardziej 

bolało, że tak mało w gruncie rzeczy przejął się jej 

wcześniejszym odjazdem. 

Lecz kiedy na odchodnym zwrócił się ku niej, 

pojawiło się na jego twarzy zupełnie coś dziwnego. 

Jakby... Zniknęło jednak tak szybko, iż była niemal 

pewna, że uroiła to sobie. 

- Mam nadzieję, że wrócisz cała i zdrowa. Było 

dla mnie cennym przeżyciem pracować u twego boku. 

- To ja byłam tą stroną, która nabierała doświad­

czenia. 

Roman zaśmiał się cicho, po czym wyszedł z pokoju. 

Usłyszała, jak drzwi od ulicy zatrzasnęły się. 

W ciszy, która nagle opadła na nią całunem, Sammy 

background image

niemal usłyszała swoje myśli. Żadna z nich jednak nie 

przykuła jej uwagi. 

Udała się na górę, by w pośpiechu dokończyć 

pakowania walizek. Od czasu do czasu siadała na 

łóżku, dokonując bilansu spędzonych tutaj dni. Doszła 

do wniosku, iż opuszcza ten piękny dom obarczona 

problemami, których ani nie przewidziała, ani nie 

miała nadziei rozwiązać. 

Kiedy zaś po kilku godzinach wróciła do Padley, 

jedyną jasną plamą na ciemnym horyzoncie okazał 

się Robbie, który pod jej nieobecność niemożliwie 

przytył. 

- Ta moja siostra po prostu cię utuczyła. - Sammy 

z uśmiechem oceniła wygląd swego ulubieńca, który 

wtulił pyszczek w jej szyję i mruczał z zadowoleniem. 

Rozejrzała się po znajomych kątach. Jak się 

spodziewała, mieszkanie było nienagannie wysprzątane. 

Toteż w poczuciu winy usadowiła Robbie'ego na 

łóżku, po czym w rekordowym tempie rozpakowała 

bagaże. Chowając ubrania do szafy, wieszała je byle 

jak, bez najmniejszej troski o to, jak jutro czy pojutrze 

będą wyglądały. 

Kiedy przyszła kolej na suknię kupioną w Londynie, 

Sammy zwinęła ją w kłębek i wepchnęła w najdalszy 

kąt szafy. 

Kiedy na drugi dzień zjawiła się w redakcji, nie 

stwierdziła żadnych zasadniczych zmian. A jednak 

miała wrażenie, że jej „misja" trwała nie trzy tygodnie, 

tylko trzy lata. 

Florrie powitała ją w porze lunchu i z miejsca zażądała 

szczegółowego sprawozdania z pobytu w stolicy. 

- Jak to jest, Sammy, mieszkać pod jednym dachem 

z takim maharadżą? - zapytała, natychmiast zamieniając 

się w słuch. 

Sammy zmusiła się do uśmiechu. Była skazana na 

omijanie prawdy, a nie chciała mówić kłamstw. 

background image

- Przede wszystkim człowiek doświadcza praw­

dziwego komfortu - odrzekła lekkim tonem. - Ogromny 

dom zapełniony antykami i perskimi dywanami. I to 

wykwintne jedzenie. Od lat nie jadłam tak dobrze. 

A swoją drogą muszę ulepszyć moją kuchnie. 

- A tak naprawdę, Sammy, to jakie były twoje 

przeżycia? 

- Powiedziałam już. Duży dom. Bogate jadłospisy. 

- Wiesz, o co mi chodzi. 

Sammy dobrze wiedziała, o co chodziło jej przyjaciół­

ce. Niuanse brzmienia w jej głosie oraz aluzyjne 

spojrzenie błękitnych oczu mówiły same za siebie. 

Chcąc zyskać na czasie, podeszła do biurka 

i wyciągnęła torebkę ze śniadaniem. Kiedy się odwróciła, 

miała okazję stwierdzić, że Florrie już zajęła miejsce 

z miną słuchaczki i powierniczki. 

- No i? 

- Co „no i"? Czy mój artykuł o przestępczości już 

się ukazał? 

- Ty i ten nabab. Czy doszło między wami do 

fizycznego zbliżenia? 

W pierwszym odruchu Sammy chciała poradzić 

Florrie, by nie wścibiała nosa w nie swoje sprawy, 

lecz zaraz uświadomiła sobie, że przyjaciółka poczuje 

się tym dotknięta. 

- My tylko graliśmy wobec siebie określone role 

- powiedziała uchylając się od bezpośredniej odpowiedzi. 

A potem jęła opowiadać o Yvonne i wydanym 

przez nią przyjęciu. Słowa płynęły, ona zaś słuchając 

samej siebie ledwie mogła uwierzyć, że Sammy 

z opowiadania i Sammy opowiadająca jest tą samą 

dziewczyną. 

Pokój zaczynał powoli zapełniać się kolegami 

wracającymi z lunchu i siłą rzeczy, ku wielkiej uldze 

Sammy, rozmowa stała się bardziej naturalna. 

Przez cały następny tydzień, rezerwując sobie na to 

background image

godzinę dziennie, Sammy pracowała nad artykułem 

o Romanie Ferrersie. Praca ta okazała się najtrudniejszą 

w jej życiu. Wspomnienia chwil spędzonych z Romanem 

ożyły na nowo, on sam zaś nieustannie stawał jej 

przed oczyma. Wówczas mogłaby przysiąc, że czuje 

zapach jego ciała i że Roman znów patrzy na nią tym 

swoim charakterystycznym spojrzeniem, którym ją 

obdarzał, ilekroć czuł się rozbawiony jakimś jej 

powiedzonkiem. 

Skończywszy artykuł, zrezygnowała z przeczytania 

go w całości. Było to wręcz ponad jej siły. Po prostu 

przekazała maszynopis Hugonowi z uwagą, że Ferrers 

życzył sobie zapoznać się z nim jeszcze przed 

skierowaniem go do druku. 

- Czy mogę już tobie zostawić dalsze kontaktowanie 

się z nim? 

Zadała to pytanie pełna nadziei na zgodę z jego 

strony, lecz zaraz zobaczyła z przestrachem i roz­

czarowaniem, jak kręci przecząco głową. 

- Co za głupi pomysł! Spędziłaś z tym facetem 

chyba dość czasu, by rzecz dociągnąć do końca. Poza 

tym - dodał, błędnie interpretując wyraz jej twarzy 

- nie ma już powodów do obaw. Artykuł jest świetnie 

napisany i bardzo rzeczowy. Nie sądzę, by pan Ferrers 

mógł znaleźć w nim jakieś odstępstwa od prawdy. 

No to klops, ponuro pomyślała Sammy. Będzie 

musiała sama zadzwonić do Romana. 

Zwlekała z tym do poniedziałku. Tego dnia podniosła 

słuchawkę i wykręciła numer jego londyńskiego biura. 

Sekretarka Romana, Maggie, z którą Sammy podczas 

tych trzech tygodni w Londynie zdążyła się zaprzyjaźnić, 

objaśniła, że szef jest na zebraniu i w ogóle ma 

mnóstwo roboty, ponieważ ostatnio wcale się nie 

pokazywał. 

Kobiety poplotkowały przez chwilę, po czym Sammy 

z uczuciem ulgi odłożyła słuchawkę. 

background image

Spróbuje później, bliżej końca dnia. Nie kryła 

bowiem przed sobą, że potrzebuje kilku godzin na 

zebranie sił do tej ciężkiej próby. Tymczasem zajęła 

się pisaniem bieżących artykułów. 

O wpół do dziewiątej ostatnia osoba opuściła redakcję. 

Sammy została sama. 

Nieoczekiwanie zaalarmował ją odgłos kroków 

zatrzymujących się pod drzwiami. W pierwszej chwili 

pomyślała, że to Derek. Ostatni raz widziała go 

tamtej nocy, gdy Roman tak bezceremonialnie wyrzucił 

go z domu. Być może nie zapamiętał udzielonej mu 

lekcji i przyszedł, by dokończyć to, co zaczął. 

Klamka drgnęła i pod czyjąś dłonią zaczęła opadać. 

Uświadomiła sobie nagle swoją bezbronność. Porwała 

z biurka grube tomisko i w kilku susach dopadła do 

drzwi. 

Poczekała, aż drzwi się otworzyły, i w tej samej 

chwili gwałtownie je popchnęła. Rozległ się oczekiwany 

łomot. Drzwi uderzyły o czyjeś ciało. 

Już chciała z krzykiem uciekać, gdy do środka 

wtoczył się półogłuszony Roman. 

- Co, do diabła, wyrabiasz? 

Sammy w osłupieniu wpatrywała się w niego przez 

chwilę. A potem jej wargi zaczęły drgać i z gardła 

popłynął swobodny śmiech. 

- Uważasz to za zabawne, prawda? 

- Nieszczególnie. 

- Czy tak zwykle witasz osoby odwiedzające 

redakcję? 

- Tylko wówczas, gdy przychodzą o tak późnej 

porze. A swoją drogą, to co cię tu sprowadza? 

Utkwił w niej rozbawione spojrzenie. Zaczerwieniła 

się i odwróciła do biurka. 

Musiał przyjechać po artykuł. Więc dobrze, wręczy 

mu go i natychmiast się rozstaną. Nie miała zamiaru 

wdawać się z nim w żadne pogawędki. 

background image

On jednak zamiast wziąć maszynopis, chwycił ją za 

rękę i przyciągnął do siebie. 

- Co robisz? - szepnęła, czując, że brakuje jej 

powietrza. - Oto ten twój przeklęty artykuł. 

- Nie sądzisz, że po tak długiej jeździe należy mi 

się przynajmniej filiżanka kawy? 

Już miała na końcu języka, aby na kawę poszedł 

sobie do najbliższego lokalu, ale tego rodzaju chamstwo 

ani nie było w jej stylu, ani niczego by nie rozwiązało. 

Jedyną skuteczną metodą wydawała się pełna rezerwy 

grzeczność. 

- Jasne - przyznała rzeczowym tonem. - Trudno 

jednak będzie mi parzyć kawę jedną ręką. 

Uwolnił ją, a kiedy wróciła z kubkiem i usiedli przy 

jej biurku, Roman powiedział łagodnym głosem: 

- Nie walcz z tym, Sammy. Bo ja już dłużej 

walczyć nie mogę. 

Zapragnęła nagle uciec do domu i zaryglować za 

sobą drzwi. 

- Ale z czym mam nie walczyć? - zapytała 

z wymuszonym uśmiechem. - Nie mam pojęcia, o czym 

w ogóle mówisz. 

- Wyjaśnię to przy kolacji. 

- Będzie to trudne, gdyż nie zamierzam nigdzie 

z tobą chodzić. 

- Czy są tu jakieś dobre restauracje? Jaką kuchnię 

lubisz? Chińską? Hinduską? Lub może coś bardziej 

wyszukanego? 

- Kanapki z tuńczykiem, oto co zamierzam zjeść, 

gdy wrócę do domu. Sama. 

- Niech zatem będą kanapki z tuńczykiem. 

Roman rozluźnił się i splótł ręce z tyłu głowy. 

Ponownie podała mu artykuł. Tym razem wziął go 

i pobieżnie przerzucił strony. 

- Doskonale. 

- Ale przecież ledwie rzuciłeś nań okiem! 

background image

- Ufam ci. 

Sammy zamknęła szuflady biurka i sięgnęła po 

palto. Następnie pogasiła światła. Otoczył ich srebrzysty 

mrok. 

- A zatem tuńczyk u ciebie? 

Pytaniu w ciemności towarzyszyło dotknięcie 

ramieniem. Aż podskoczyła. Szybko jednak opanowała 

się i zaczęła intensywnie myśleć. Było jasne, że nie 

miał zamiaru puścić jej samej do domu, a z drugiej 

strony nie chciała prowadzić z nim utarczek w swoim 

mieszkaniu. 

- No, dobrze. Pójdę z tobą na tę kolację. 

Wkładała właśnie klucz do drzwi, gdy dotknął 

wargami jej karku. Na chwilę zabrakło jej powietrza. 

- Będę ci wdzięczna, jeśli darujesz sobie takie 

niespodzianki. 

- Dlaczego? Pragniesz mnie równie mocno, jak ja 

pragnę ciebie. Przez ostatnie dni myślałem tylko 

o tobie i jedyny wniosek, do jakiego doszedłem, to 

ten, że jesteś tą upragnioną istotą. 

Upragnioną? Ha! Mylił chyba znaczenie słów. 

Jego pragnienia były czysto fizyczne. A jednak 

nawet w tym wypadku nie mogła oprzeć się wzru­

szeniu. 

- Trzy kilometry za miastem jest całkiem miłe 

bistro - zmieniła temat rozmowy, kierując się w stronę 

jego samochodu. 

- Wspaniale. Czy zamierzasz się przebrać? 

- Nie ma potrzeby. Nie jedziemy do ekskluzywnego 

lokalu. 

Bistro okazało się ciepłe, tętniące życiem i dość 

zatłoczone. Tutaj na pewno, pomyślała Sammy, nie 

grozi im intymne sam na sam. Żadnych ciemnych 

kątów i zakamarków. Żadnych zatopionych w cichych 

rozmowach par. Żadnych palących się świec na 

stolikach. Po prostu grupy młodzieży i rozbrzmiewająca 

background image

z głośników muzyka pop. W takich warunkach nawet 

Don Juan nie miałby żadnych szans uwodzenia. 

Popatrzyła ponad obrusem na Romana i zobaczyła 

jego milczący uśmiech z charakterystycznie uniesionymi 

brwiami. Czyżby czytał w jej myślach? 

Zamówili jedzenie, po czym Roman zaczął mówić 

o swoich interesach. Sammy słuchała z dużym 

zainteresowaniem. Kiedy zaś pojawiły się przed nimi 

dwie parujące miski makaronu z bazylią, skorzystała 

z chwili przerwy w rozmowie, aby zapytać: 

- Jak długo masz zamiar pozostać w Padley? 

- Czy czasami nie próbujesz pozbyć się mnie? 

- Jestem tylko ciekawa. 

- Cóż, sądzę, że będę mógł zostać przez resztę 

tygodnia. Jest trochę do zrobienia w związku z prze­

budową domu. 

- A co z interesami w Londynie? 

Niemal cały tydzień? Padley było małą mieściną. 

Będzie natykała się nań na każdym kroku. Jak w takim 

razie mogła wyrzucić go z serca i pamięci, skoro nie 

chciał zniknąć z jej pola widzenia? 

Nie było to uczciwe! Chwycił ją gniew. Czy nie 

miał nic lepszego do roboty? Co z tego, że było coś 

do zrobienia w domu! Czy nie mógł tego zlecić 

komuś innemu? Było dość ludzi pracujących dla 

niego, którzy byli gotowi spełnić każde jego życzenie. 

- Moje interesy, ufam, nie ucierpią z powodu 

mojej tygodniowej nieobecności. A poza tym są pewne 

sprawy między nami, których nie udało się nana 

doprowadzić do końca. 

- Jakie sprawy? 

Poczuła wzbierającą falę paniki. 

- Uciekłaś ode mnie, prawda? 

- Wcale nie uciekłam. Po prostu zebrałam potrzebny 

materiał i wyjechałam. 

- Zwykła wymówka. 

background image

- Umm. 

- Kochaliśmy się, kochaliśmy się najżarliwiej jak 

tylko można, i oto nagle w kilka godzin później 

decydujesz się wracać do swojego Padley. 

- Było to niedokładnie tak. 

- Nie? Więc błagam o objaśnienie. 

- Przede wszystkim nie rozumiem, o co ten cały 

hałas. Czyżbyś nie miał dość kobiet chętnych do 

zagrzania ci łóżka? 

- Żadna nie zrobi tego tak jak ty. 

Najsprzeczniejsze myśli nawałnicą zalały jej umysł, 

a wśród nich i ta, że upodobał ją sobie. Być może 

spodobała mu się od samego początku. Pomimo że 

była tak krańcowo odmienna od jego dotychczasowych 

kochanek. A teraz znowu chce wkroczyć w jej życie 

i podjąć wątek w miejscu, gdzie został przerwany. 

Ona zaś tak bardzo pragnęła wtulić się w jego ramiona. 

Musiała więc zachować największą ostrożność, bo 

inaczej nasyci się jej ciałem, zniszczy ją, a potem odejdzie. 

Mężczyźni tacy jak Roman Ferrers zawsze są w ruchu, 

zawsze odchodzą. Po prostu leży to w ich naturze. 

I tylko tym Roman różnił się od Derka, że postępował 

uczciwie i nigdy nikogo by świadomie nie skrzywdził. 

Bo chyba nie domyślał się, że ona cierpi przez niego, 

że fizyczne pożądanie i najczystsza miłość stopiły się 

w jedną przepełniającą ją namiętność. 

- Chyba nie zjem deseru. 

Z pewną ostentacją spojrzała na zegarek. 

- Chodzimy spać przed północą? 

- Muszę wstać jutro bardzo wcześnie. 

- Oczywiście. 

Poprosił o rachunek, ignorując jej nieśmiało wyrażoną 

gotowość zapłacenia za siebie. 

Przez całą powrotną drogę wpatrywała się w ciem­

ność. Próbowała przyłożyć do zaistniałej oto sytuacji 

kryteria zdrowego rozsądku i chwilami jej się to 

background image

udawało. Wiedziała, czego chce, a czego pragnie 

uniknąć, więc gdzież się znajdowało to nieokreślone 

i nieuchwytne? 

Gdy zatrzymali się przed budynkiem, w którym 

mieszkała, Roman też wysiadł i odprowadził ją aż 

pod drzwi. 

- Czy zaprosisz mnie na kieliszek? 

- Wybacz, ale jestem taka zmęczona. Dzięki za 

uroczy wieczór. 

- Czy to wszystko? Uroczy wieczór? 

- Więc nie masz zastrzeżeń co do artykułu? 

Nie odpowiedział, a ona patrząc mu w twarz 

i widząc jego zachłanne spojrzenie, poczuła, że 

bezwiednie reaguje na płynący zeń erotyzm. 

- Dobranoc - wyszeptała, lecz zanim zdążyła uczynić 

jakikolwiek ruch, objął ją i przycisnął do siebie. 

Próbowała się wyrwać. 

- Przestań walczyć ze mną, Sammy. 

- Nie walczę z tobą! - odpowiedziała, mimo to nie 

przestając szamotać się i odpychać go. 

Nagle puścił ją, lecz ona zamiast zatrzasnąć mu 

drzwi przed nosem, stała na progu swojego mieszkania 

pełna wahań i niepewności. 

- Wpuść mnie. Porozmawiamy. - Uniósł ręce 

w geście poddania się. - Obiecuję zachowywać się 

grzecznie. 

- Dobrze, ale tylko na kilka minut. Jutro naprawdę 

muszę wstać wcześnie. 

Ty idiotko! - krzyczała w niej jakaś druga istota. Co 

ty właściwie wyprawiasz! Jesteś tylko niemądrym, 

słabym dziewczątkiem, zatraconym w miłości, która do 

niczego nie doprowadzi, której kresem musi być nicość. 

- Powiedziałeś, że chcesz porozmawiać - podjęła, 

kiedy usiadł. - W takim razie mów. Ja słucham. 

- Doprawdy, nie pomagasz swym gościom poczuć 

się swobodnie. 

background image

- Jeśli chcą czuć się swobodnie, to niech wynajmą 

pokoik gdzieś przy rodzinie, gdzie będą traktowani 

ciepło i serdecznie. 

Zauważyła, że ani tym cierpkim tonem odpowiedzi, 

ani całą jej postawą nie wydawał się nadmiernie przejęty. 

- Dlaczego zachowujesz się w taki sposób? Czy 

zapomniałaś, że byliśmy ze sobą w łóżku? 

- No to co? W tej samej minucie, gdy pojawiasz się 

w Padley, mam otwierać namiętnie ramiona i wskakiwać 

z tobą do najbliższego łóżka? I jakoś nie mogę sobie 

przypomnieć, byś wymówił choć jedno słówko prośby, 

żebym pozostała, gdy dowiedziałeś się o mojej decyzji 

wyjazdu z Londynu. 

- Czy to właśnie nie daje ci spokoju? - Twarz 

Romana wyrażała w tej chwili jakby wewnętrzne 

olśnienie. - Czy pomyślałaś wówczas, że nie życzę 

sobie twojego dłuższego pobytu? 

- W ogóle niczego nie myślałam! 

- Ja natomiast myślałem - wziął ze stolika jeden 

z milutkich bibelocikow i jął dokładnie mu się 

przypatrywać - że jeśli nie będzie cię w pobliżu, to 

może uleczę się z choroby, której na imię „Sammy". 

Twarz Sammy płonęła. Każde słowo, jakie wypo­

wiedział, rozniecało w niej płomień, który przez ostatnie 

kilka dni był tylko żarem popiołu. 

- Więc zacznij leczenie od opuszczenia tego miejsca. 

Tym sposobem zniknę ci z oczu, a za dwa tygodnie 

zapomnisz o mnie zupełnie. 

W jej głosie pobrzmiewała rozpacz. 

- Obawiam się, że nie będzie to łatwe. 

- A to pech. Czy nie dopuszczasz do siebie myśli, 

że po prostu nie chcę cię widzieć? 

Uśmiechnął się jednym z tych swoich zniewalających 

uśmiechów. 

- Nie. 

- Nie chcę cię tutaj. Czyż można wyrażać się jaśniej? 

background image

- Nie wierzę ci. Dlaczego jesteś taka lękliwa i nieufna 

w stosunkach z mężczyznami? Czy to z powodu tego 

faceta o nazwisku Cairns, czy źródła tkwią dalej 

w przeszłości? 

- Nie jestem lękliwa i nieufna - zaprotestowała 

gwałtownie. 

- Więc usiądź i porozmawiajmy jak ludzie dorośli. 

Sammy wybrała najdalej stojące krzesło i z ociąganiem 

się usiadła. W obecności Romana wcale nie czuła się 

dorosłą, tylko półprzytomną z miłości szesnastolatką. 

- A o czym mamy rozmawiać? 

- Nie udawaj nierozgarniętej. O twoich lękach. 

- Niczego się nie boję. 

Roman zignorował ten jej ponowny protest. 

- Podobasz mi się, Sammy, a ja podobam się 

tobie. Już raz kochaliśmy się i chciałbym to z tobą 

powtórzyć. Więc gdzież właściwie leży zasadnicza 

przeszkoda? 

Dla niego wszystko było przejrzyste i jasne. Lubił ją, 

ona lubiła jego, mogli więc zabawiać się z sobą do woli. 

Doprawdy nic prostszego i mniej skomplikowanego. 

Wstał i zbliżył się do niej. Ogarnął ją niepokój. 

- Możemy rozmawiać zachowując dystans - bąknęła 

niewyraźnie. 

- Ja nie mogę. - Opadł przed nią na kolana. - Nie 

opieraj się, Sammy. 

Jego ręka dotknęła jej smukłej kostki, przesunęła 

się w stronę kolana, zmieniła kierunek i zagłębiła 

w miękkość pod spódniczką. Potem palce zajęły się 

odpinaniem pończoch, które zostały ściągnięte jednym 

delikatnym ruchem. Westchnęła i nieznacznie rozchyliła 

nogi. Całował jej uda, aż w końcu poczuła, że cała 

roztapia się w bezbrzeżnej tęsknocie pożądania. 

- Wygrałeś - powiedziała słuchając bicia jego serca, 

kiedy rytmiczność ich ciał zamarła i leżeli spokojnie 

na sofie. 

background image

Roześmiał się i zanurzył twarz w jej włosach. 

- Nie sądziłem, że bierzemy udział w zawodach. 

- Dobrze wiesz, o czym myślę. Przyszedłeś, zoba­

czyłeś, zwyciężyłeś. 

- I co za urocze zwycięstwo. Nie dające się z niczym 

porównać. 

- Czy myślisz o kobietach w kategoriach podbojów? 

Jako o istotach, które bierze się na cel, zdobywa, 

a potem porzuca? 

- Już o czymś podobnym kiedyś rozmawialiśmy. 

Jego głos był ciągle pełen żartobliwych tonów, ale 

oczy patrzyły poważnie. 

- Doprawdy? Nie mogę sobie przypomnieć. 

Spoglądała teraz w sufit, próbując skupić uwagę na 

widocznych tam rysach i plamach. 

- Potępiasz mnie. Nawet kiedy mi się oddajesz, 

czujesz niechęć do mnie, ponieważ utożsamiasz łóżko 

z małżeństwem. 

- Nie - zaprzeczyła niepewnym głosem. - Po prostu 

stwierdzam fakty, to wszystko. 

Jej głos załamał się podejrzanie, a w oczach stanęły 

łzy. Przeczuwała, że wszystko, co za chwilę usłyszy, 

zburzy resztki iluzji, jakie posiadała jeszcze odnośnie 

do ich wzajemnego stosunku i jego dalszych losów. 

- Pragnę być z tobą szczery, Sammy - zaczął, 

a ona ledwie powstrzymała się od wykrzyczenia mu 

w twarz, żeby lepiej milczał, że nie chce niczego słuchać. 

- Nie wierzę w małżeństwo, nigdy nie wierzyłem 

i prawdopodobnie nigdy nie uwierzę. 

- Dlaczego? - Próbowała się uśmiechnąć. 

- Pamiętasz, jak kiedyś zapytałaś mnie o moją 

młodość, a ja odpowiedziałem mniej więcej w tym 

stylu, żebyś nie wtykała nosa w nie swoje sprawy? 

Kiwnęła głową na znak, że przypomina sobie taką 

rozmowę. 

- Teraz więc wypełnię tę lukę i powiem ci, dlaczego 

background image

jestem taki sceptyczny, jeśli chodzi o miłość, dlaczego 

wszystkie te kolacje w świetle księżyca i gromy z jasnego 

nieba wydają mi się jedną wielką lipą. Otóż - przerwał 

jakby szukając odpowiedniego słowa - mój ojciec był 

do obłędu zakochany w mojej matce. Oddałby za nią 

życie. Gdy byłem już na tyle dojrzały, by rozumieć 

pewne rzeczy, zobaczyłem, że umieścił swoje uczucia 

nie tam, gdzie powinien. Moja matka nie zasługiwała 

na miłość mojego ojca. Poślubiła go, ponieważ myślała, 

że będzie robił pieniądze, ale on albo nie wysilał się, 

albo nie miał szczęścia. Żyło im się raz lepiej, raz 

gorzej, w sumie bardzo przeciętnie. Jemu to wystarczało, 

jej było za mało. 

Głos Romana aż drżał z emocji. Chciała powiedzieć 

mu, że nie musi wcale ciągnąć tego dalej, on jednak 

zatracił się we wspomnieniach. 

- W końcu matka wystąpiła z ultimatum. Albo 

więcej pieniędzy, albo rozwód. Pozaciągała olbrzymie 

długi, a mój ojciec harował od świtu do nocy, aby je 

pospłacać. Oczywiście, nie był w stanie sprostać jej 

wymaganiom, ale był wciąż tak zaślepiony miłością 

do niej, że ufał, iż jeśli wyjaśni jej, że pieniędzy nie 

znajduje się w przydrożnych rowach i że mogą być 

szczęśliwi mając to, co mają, ona zrozumie. 

- I nie zrozumiała - wtrąciła Sammy, która znała 

koniec tej całej historii, zanim została ona dopo­

wiedziana w słowach. 

- Zgadłaś. Brutalnie oświadczyła mu, że ich 

małżeństwo jest straszliwą pomyłką i że nie ma zamiaru 

na zawsze zaprzęgać się w jarzmo biedy. Porzuciła 

nas, ale uczyniła to dopiero wówczas, gdy znalazła 

sobie partnera o odpowiedniejszym jej zdaniem statusie 

majątkowym. - Roześmiał się gorzko. - Przez półtora 

roku patrzyłem, jak mój ojciec ginie w oczach. Zaczął 

pić, czego zresztą przedtem nigdy nie robił. Aż wreszcie 

stało się, czego chyba w tym czasie pragnął najbardziej 

background image

- umarł na atak serca. Dzień jego śmierci był dla 

mnie zarazem dniem złożenia sobie przyrzeczenia, że 

zostanę bogaty. Nie chciałem być na każde skinienie 

ludzi stojących wyżej ode mnie i nie chciałem wikłać 

się uczuciowo w żadną kobietę, pomijając stosunki 

w płaszczyźnie fizycznej. Oto jaki jestem i jakiego 

będziesz musiała zaakceptować. 

Przerwał i czekał na jej odpowiedź. 

- A co się stało z twoją matką? - zapytała wymijająco. 

- Osiem lat temu zabiła się spadając z konia. 

Ostatni raz widziałem ją, kiedy od nas odeszła. Później 

próbowałem zobaczyć się z nią, lecz odmówiła mi tej 

szansy. 

- Och... 

- A zatem? 

- O co chodzi? - zapytała odraczając nieuchronne. 

- O to, czy jesteś gotowa zaakceptować mnie takim, 

jakim jestem, a niewątpliwie jestem typem nomada. 

Albo uznajmy naszą znajmość za zakończoną. 

Czekał na jej odpowiedź wstrzymując oddech. Gdyby 

miała choć trochę odwagi, powiedziałaby, że w takim 

razie mogą się pożegnać. Ale uświadomiła sobie 

z przeraźliwą jasnością, że nigdy tego nie zrobi. 

- Nie wiążą nas żadne łańcuchy. Nie odczuwam 

też żalu z powodu jakichś twoich nie dotrzymanych 

zobowiązań. 

Zmusiła się do uśmiechu, a wyraz jego twarzy 

złagodniał. 

- Doskonale. Wobec tego może zaproponujesz mi, 

bym został aż do śniadania? 

Zostań, kochany, tak długo, jak tylko zechcesz, 

pomyślała z wielkim smutkiem. 

- Nie mam nic do jedzenia. 

- Ty będziesz najlepszym kąskiem. 

Ty również, umiłowany, tylko że ty jesteś dla mnie 

pokarmem dużo bardziej szkodliwym, niż ja jestem 

background image

dla ciebie, pomyślała. A pomyślawszy to, podjęła 

natychmiast decyzję, że będzie cieszyć się nim, gdy 

tylko to będzie możliwe, ponieważ wspomnienia są 

najgłębszą treścią życia. I nie będzie pytała o przyszłość. 

- Uważam, szanowny panie, że ta mała gospoda 

potrafi zapewnić panu wygodny nocleg. 

Szczęśliwie składało się, że miała podwójne łóżko, 

co zresztą stało się powodem kpin z jego strony, aż 

musiała rzucić weń poduszką. 

Płonęła w niej żagiew miłości. Była ciekawa, czy 

płomień, który rozświetlał ją od wewnątrz, został 

zauważony przez Romana. Miała nadzieję, że nie. 

Nie chciała, by dręczyły go żale i wyrzuty sumienia, 

gdy nadejdzie moment ostatecznego rozstania. 

Ich miłość fizyczna przybierała różne formy. Raz 

była łagodna i miękka jak puch, innym razem 

gwałtowna i ostra jak włócznia. Kiedyś zapytał ją, 

o czym myśli. 

- O tym, jak wielką rozkosz czerpię z twojego ciała. 

- Ja także. 

Poczuła ostry ból nie spełnionej miłości. Mówiąc 

to samo, mówili w gruncie rzeczy zupełnie o czym 

innym. Miłość i czysta żądza, kategorie niemal 

przeciwstawne. Poczuła łzę na policzku i ukradkiem 

wytarła ją dłonią. 

Ostatnia dekada dwudziestego wieku nie była dla 

romantycznych głupców. Oczywisty cynizm tej myśli 

zaskoczył ją. A jednak z góry godziła się na wszystkie 

zachcianki Romana. Będzie utrzymywała z nim intymne 

stosunki tak długo, dopóki on nie znudzi się nimi i nie 

przesyci. Cokolwiek będzie jej dawał, ona wyciągnie po 

to dłoń, ponieważ bez niego była tylko cieniem samej 

siebie. On był słońcem, powietrzem i wodą, które czyniły 

z niej roślinę zdolną do życia i rozwoju. 

Gdy obudziła się rano, blade zimowe słońce wsączało 

się już do sypialni. 

background image

Miała iść wcześnie do pracy, lecz tego ranka jedynie 

przeciągnęła się i przylgnęła do Romana. 

Tym razem kochali się niespiesznie, jak gdyby cały 

czas do nich należał. Tym razem też po raz pierwszy 

doświadczyła swej mocy, kiedy odpowiedział spazmem 

na jej pieszczoty. Mogłaby zostawać w łóżku przez 

całe dni i tygodnie. 

- Muszę pędzić do pracy - powiedziała z żalem. 

- Już? 

- Jest wpół do dziewiątej! Jedno z nas musi zarabiać 

na nędzne utrzymanie. Przez ostatnią dobę wiele się 

w Padley wydarzyło i ja to muszę opisać. 

Wyskoczyła z łóżka i wzięła szybki prysznic, besztając 

go z udaną surowością, gdy próbował do niej dołączyć. 

Gdy opuszczała mieszkanie, była już prawie dziewiąta. 

- Przygotuję na twój powrót romantyczny obiad 

ze świecami - powiedział odprowadzając ją do drzwi. 

Z wyjątkiem ręcznika opasującego go w biodrach, 

był całkiem nagi i jeszcze zroszony wodą. Diabeł 

w swoim najbardziej kuszącym przebraniu. 

- Będziesz mógł uważać się za szczęściarza, jeśli 

znajdziesz cokolwiek w lodówce. Żyję w rajskiej 

pustce diety. 

Spędziła dzień na marzeniach, licząc godziny i minuty, 

jakie zostały jej do powrotu. Cóż by to były za dnie, 

gdyby miała niezachwianą pewność, że zawsze zastanie 

Romana w domu! Rojenia tego rodzaju nie należały 

jednak do bezpiecznych. 

W piątek wieczorem, zdławiwszy odruch dumy, 

zapytała go, kiedy wyjeżdża. 

- Nie odpowiada ci moje kucharzenie? 

- Gotowałeś tylko raz! A swoją drogą z efektem 

lepszym od tych, jakie zazwyczaj ja osiągam. 

- Najprawdziwsza prawda. 

- Cooo? Spodziewałam się raczej, że moja kulinarna 

biegłość doczeka się komplementów. 

background image

- Masz rację. To wczorajsze spaghetti z grzankami 

było wyśmienite. 

- A kiedy zobaczę cię ponownie? 

Patrzył na nią w milczeniu, aż w końcu zaczęła 

mieć wątpliwości, czy w ogóle usłyszał pytanie. 

- Wracam do Londynu - powiedział zmienionym 

głosem - i pojawię się znowu za tydzień. 

Odetchnęła z ulgą. Przez jedną straszliwą chwilę 

myślała, że usłyszy, iż owszem, było bardzo miło, ale 

ten epizod należy nieodwołalnie zakończyć. 

Pożegnali się następnego dnia rano. Patrzyła za 

jego znikającym jaguarem z obezwładniającym do­

znaniem utraty. 

Spędzili niemal całą uprzednią noc na szaleństwie 

miłosnym. W końcowych fazach przyjmowało ono 

postać narkotycznych nieziemskich uniesień. 

Nigdy jeszcze dotąd Sammy nie doświadczyła bólu 

wywołanego kryzysem zaufania. Była świadoma swoich 

słabych stron i kształtowała swe życie zgodnie z tymi 

przyrodzonymi ograniczeniami, filozoficznie zakładając, 

że kto nie jest w stanie ich zaakceptować, dla tego nie 

ma miejsca w jej życiu. 

Teraz cały ten fundament jej duchowej egzystencji 

zaczynał pękać i kruszyć się pod naporem najróżniej­

szych lęków i wątpliwości. 

Co będzie, jeśli tam, w swoim wspaniałym londyńskim 

mieszkaniu, w pełnym świetle dnia, Roman dojdzie 

do wniosku, że właściwie od ciemnowłosej dziewczyny 

w dżinsach i tenisówkach woli powściągliwe, czarujące 

blondynki na wysokich obcasach i w obcisłych 

sukienkach? 

A jeśli w ogóle nie znosi tej nieporządnej, bałaganiar-

skiej strony jej osobowości? 

Rozejrzała się po mieszkaniu i aż jęknęła głośno. 

Wyglądało bowiem, jak gdyby wydarzyło się w nim 

kilka większych klęsk żywiołowych. Zaraz też zabrała 

background image

się do sprzątania i z niezwykłą u siebie dokładnością 

oczyściła nawet boczne listwy podłogowe i wymyła okna. 

Kiedy skończyła, usiadła na sofie zastanawiając 

się, czy otaczająca ją zewsząd wzorowa czystość jest 

efektem nagłego ataku poczucia winy czy też bez­

miernego znudzenia. 

W niedzielę po południu wychodziła kilka razy na 

spacer, zaczynała czytać i zaraz odkładała książki, by 

wreszcie zasiąść przy maszynie do pisania. A gdy ta 

zaczęła jakby oddalać się i zasnuwać mgłą, Sammy 

stwierdziła, że morzy ją sen. 

Pod wpływem nagłego impulsu wykręciła numer 

rodziców. Telefon odebrała Catherine. 

Gdy Sammy zapowiedziała swoją wizytę, siostra 

nie wydawała się zachwycona. 

- Oczekuję kogoś - wyjaśniła w odpowiedzi na 

przycinki Sammy. 

- Pozwól mi zgadnąć. Mężczyzna. 

- Jest cudowny. Jasnowłosy, niebieskooki i boski 

na parkiecie. 

- W takim razie - skomentowała Sammy skwaszo-

nym głosem - co za chodząca doskonałość! A czy do 

tego ma jeszcze rozum, jeśli nie żądam zbyt wiele? 

Catherine zachichotała. 

- Oczekujesz w istocie za dużo. 

- Ja też mam garść wiadomości dla ciebie o pewnym 

mężczyźnie. 

Po tamtej stronie nastąpiła chwila ciszy. Sammy 

zgadywała, że jej siostra myśli. Jej życie erotyczne 

było bardzo intensywne, pełne krótszych lub dłuższych 

przygód miłosnych, lecz jeśli i na Sammy trafiło, to... 

- Chyba nie Derek? 

- Broń Boże! Ten pełzający gad zapadł się pod 

ziemię już na wieczne czasy. 

- W takim razie kto? 

Gdy Sammy poruszyła temat, w tej samej chwili 

background image

odczuła niechęć do rozwijania go. Ale potrzeba 

podzielenia się z kimś swymi przeżyciami okazała się 

nieprzeparta. 

- Nazywa się Roman Ferrers. Spędziłam z nim 

trzy tygodnie w Londynie w związku z tym ar­

tykułem. 

- Wiem, tylko myślałam, że jesteś z nim na noże. 

- Byłam. 

- I co...? 

- Zrobiłam najgłupszą rzecz pod słońcem. Zako­

chałam się. 

- Zakochałaś się? Naprawdę? Jak dajesz sobie 

z tym radę? 

- Roman lubi mnie, a może nawet więcej, lecz 

zdaje się nie wierzyć w trwałe związki. 

Głos Sammy załamał się. 

- Ty zaś wyznajesz zasadę „małżeństwo lub żegnaj, 

ukochany", czyż nie tak? 

Ujęte w ten sposób, brzmiało to nieznośnie 

wiktoriańsko. Wywołała z pamięci przystojną uśmiech­

niętą twarz Romana, kiedy machał jej na pożegnanie. 

Nie ulegało wątpliwości, że ten człowiek stanowi 

zupełne przeciwieństwo kandydata na męża. 

Zaraz też szybko zakończyła rozmowę. Zawsze 

zdumiewało Sammy, że jej siostra, tak różna od niej 

pod tyloma względami, znała ją tak dobrze. Miała 

tylko nadzieję, że Catherine dochowa tajemnicy i nic 

nie powie matce. Nie chciała bowiem na jutrzejszym 

proszonym obiedzie u rodziców zalewać puddingu 

czy pieczeni wołowej strumieniami łez. 

Catherine dotrzymała sekretu. Tak często jednak 

mrugała do niej i dawała przeróżne znaki, że Sammy 

musiała odciągnąć siostrę na stronę i szeptem 

wytłumaczyć jej, że jeśli nie przestanie, rodzice zaczną 

się czegoś domyślać. 

Matkę zaniepokoił wygląd córki. Nawet dotknęła 

background image

jej czoła, sprawdzając, czy nie ma gorączki. Zapytała 

też, czy się właściwie odżywia. 

- Wszystko zależy, mamo, od twego rozumienia 

słowa „właściwie". Na przykład fasola jest bardzo 

pożywna. 

Matka pokręciła głową z rezygnacją, zaś ojciec 

przesłał Sammy coś na kształt porozumiewawczego 

uśmiechu. Oboje wiedzieli, słowo w słowo, co za 

chwilę zostanie powiedziane na temat zdrowej, 

racjonalnej diety, której wagę i konieczność matka 

starała się wpoić swoim córkom. Dlaczego więc teraz, 

kiedy są już dorosłe i samodzielne, nie stosują tych 

zasad w praktyce? 

- Postaram się, mamusiu. 

- Starasz się, Samantho, odkąd przeprowadziłaś 

się do tego obskurnego mieszkania. 

- Układanie listy pierwszorzędnych pod względem 

zdrowotnym potraw zajmuje trochę czasu - próbowała 

bronić się Sammy, równocześnie oczyma błagając 

siostrę o pomoc. Ta jednak odmówiła przyjścia 

z odsieczą. 

- Wystarczy tylko chcieć. A swoją drogą, wyglądasz 

bardzo mizernie. Potrzebny ci mąż, który dbałby 

o ciebie. 

- Bardzo smakuje mi twoje jedzenie, mamusiu. 

A szczególnie uwielbiam twoje sałatki jarzynowe. Czy 

dodałaś pomarańczę do marchewki? 

Matka znów dala wyraz własnej rezygnacji, co 

zresztą było na rękę Sammy. Rozmowa o mężu 

mogła dotknąć w niej jakiejś bolesnej struny, ona zaś 

chciała miło spędzić ten czas u rodziców. Od godziny 

nie poświęciła Romanowi ani jednej myśli i wolała 

nie niszczyć tego skromnego osiągnięcia. Toteż przez 

resztę wieczoru z uśmiechem na twarzy raczyła rodzinę 

anegdotami ze swojej pracy dziennikarskiej, tak iż 

w końcu poczuła się dość wyczerpana. 

background image

Na odchodnym dostała od matki torbę z przy­

rządzonymi przez nią domowymi wiktuałami. Ze 

środka unosił się zapach pieczeni i owocowego 

puddingu. 

- Mamo, nie powinnaś. Wygląda to na cotygodniową 

daninę w ramach szeroko zakrojonej akcji miłosierdzia. 

- Wiedz, że uszczęśliwisz matkę, jeśli znajdziesz 

sobie jakiegoś miłego chłopca i pobierzecie się. 

Sammy pożegnała się. Wiedziała, że matka nie 

zarzuci tego tematu, do chwili gdy ona, Sammy, nie 

stanie się nieodwołalnie kobietą-żoną i kobietą-matką. 

Rodzice stanowili piękny przykład udanego małżeństwa 

i matka nie dopuszczała wręcz myśli, że córki mogą 

nie pójść w jej ślady. 

Po powrocie do domu znowu myślami skupiła się 

na Romanie i przez cały tydzień przyłapywała się na 

mimowolnym spoglądaniu ku aparatowi telefonicznemu. 

Ten jednak milczał uparcie. 

W piątek wieczorem, poirytowana swą naiwną 

prostodusznoscią i szczerze wściekła na tę milczącą 

przeklętą rzecz, postanowiła wybrać się z przyjaciółmi 

do winiarni. Właśnie przebrała się w dżinsy i gruby 

sweter, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. 

Szóstym zmysłem wyczuła, że mógł to być tylko 

Roman. Rzuciła się ku drzwiom, a kiedy stanął przed 

nią, wyniosły i emanujący siłą, wręcz zachłysnęła się 

spijając wzrokiem z jego twarzy najdrobniejsze szczegóły 

rysów, które przez ten tydzień zaczęły już zacierać się 

w jej pamięci. 

- Hola! - uniosła prawą rękę w powstrzymującym 

geście. - Wychodzę. Nie zadzwoniłeś, więc ułożyłam 

sobie inne plany na ten wieczór. 

Sięgnęła po kurtkę, lecz chwycił ją za ramię i zaciągnął 

w głąb mieszkania. 

- Czy nie mówiłem ci, że przyjadę na weekend? 

- zapytał ostrym tonem. 

background image

Zrzucił wierzchnie okrycie, usiadł na otomanie 

i wyciągnął nogi. W niej zaś walczyły ze sobą dwa 

sprzeczne uczucia. Równocześnie chciała zatracić się 

w nim i odparować ciosem ów przemożny wpływ, 

jaki na nią wywierał. 

- Och, zbliż się tutaj! - Wyciągnął ku niej rękę. 

Niechętnie i z ociąganiem się usiadła u jego boku. 

Wystarczyło zatem te kilka minut jego obecności, 

by zdołał całkowicie wyzuć ją z woli. Patrzyła na 

martwy ekran telewizora. Wiedziała, że jest tylko 

podrażnionym dzieckiem, które się dąsa, bo ktoś nie 

zadzwonił. 

- Wyjeżdżałem do Sztokholmu - powiedział czytając 

w jej myślach - gdzie harowałem od rana do nocy, 

i możesz mi wierzyć lub nie, tęskniłem za chwilą 

naszego spotkania bardziej niż za czymkolwiek innym. 

Poczuła, że się odpręża. 

- Obiecałam kilku znajomym pójść z nimi do 

winiarni. 

- Obietnice są po to, by ich nie dotrzymywać. 

A poza tym czyż nie chcesz spędzić tego wieczoru 

ze mną? 

Spojrzała w jego mądre zielone oczy i zaprzeczenie 

zamarło jej na wargach. 

Wsunął rękę pod jej sweter i nie zwalniając 

biustonoszu jął przez materiał głaskać jej piersi. 

- Nawiasem mówiąc, mam pewne plany na sobotę 

i niedzielę. 

- Tak? 

- Wybieramy się do Thurston Manor. 

- My? 

Przez ciało Sammy przechodziły fale pożądania. 

Zaczęła wić się i kręcić niespokojnie. Roman cicho się 

roześmiał. 

- Będziemy mieli na to czas, ukochana - wyszeptał 

do jej ucha. 

background image

Ukochana. Czy aby tylko nie przesłyszała się? 

- Wrzuć do torby kilka niezbędnych rzeczy. 

- A co z Robbim? 

- Wpadniemy tu jutro nakarmić go. Oczywiście, 

możesz go zabrać, ale wolałbym mieć cię całą dla siebie. 

Sammy przeciągnęła się z nieodpartym kocim 

wdziękiem. 

- Nie rób tego albo nigdy stąd się nie ruszymy! 

- Obiecuję, obiecuję. 

Śmiejąc się wstała i spojrzała na Romana z góry. 

Nawet w tej półleżącej pozycji nie zatracił nic ze swej 

mocy i gwałtowności. Biła zeń jakaś bezczelność, 

która zawsze się łączy z dużą pewnością siebie. Był 

w pełni świadom własnej wyjątkowości, ale traktując 

ją obojętnie robił z niej użytek, gdy sytuacja tego 

wymagała. 

Sammy pomyślała, że byłoby prościej i bardziej 

bezpiecznie zakochać się w kimś zwyklejszym. W kimś 

w okularach na nosie, z nadmiernie chudymi nogami 

i umiarkowanie niepewnym odnośnie do spraw i ludzi. 

Zresztą była to czysta hipoteza, gdyż nigdy nie 

zainteresowałby jej taki mężczyzna, a przynajmniej 

nie byłoby w jej uczuciach nic z tej pasji i wiecznego 

głodu, jakie odczuwała w tym wypadku. 

Zapakowała trochę rzeczy do torby i czule pożegnała 

się z Robbim, który natychmiast zasnął na środku jej 

łóżka. 

Roman już czekał przy drzwiach. 

- Gospodyni przygotowała nam nastrojową kolację, 

nie musimy więc marnować czasu w restauracji. 

Na przemian śmiejąc się i całując pobiegli do 

samochodu. 

Radosne podniecenie, w jakim się znajdowała, nie 

rozwiało się do końca podróży, kiedy wysadzaną 

drzewami aleją zajechali przed front domu. 

Sammy oglądała już Thurston Manor, aczkolwiek 

background image

tylko z zewnątrz, niemniej tamto pełne podziwu 

przeżycie widoku wyniosłej fasady z niezliczoną liczbą 

okien odżyło w niej z całą mocą. Zanim zdążyli 

obwieścić swój przyjazd, ogromne dębowe drzwi 

otworzyły się i na progu stanęła gospodyni. 

- W samą porę - przywitała ich opryskliwie. - Sałata 

zaczyna już więdnąć. 

Obrzuciła Sammy badawczym spojrzeniem i po­

dreptała do kuchni. 

Zostali w ogromnym holu. 

Roman zdjął swoją oliwkowozieloną kurtkę, po 

czym wyjaśnił, że gospodyni, która domaga się, by jej 

imię, Esmeralda, wymawiane było w pełnym brzmieniu, 

pracuje tu na przychodne. 

Sammy zaledwie słuchała. Znajdowała się pod zbyt 

silnym wrażeniem dostojnej wspaniałości domu. 

Na prawo mieściła się kuchnia, jadalnia, biblioteka, 

salon i pokoje dla służby. 

Roman zawiódł ją w lewo, do jednego z mniejszych 

saloników, całego w zieleniach i żółciach. 

- No, teraz nie dziwię się widząc te wszystkie 

wnętrza, że kiedy tylko zjawiasz się u mnie, za­

czynasz chorować na klaustrofobię. Tamten dom 

w Londynie i ta rezydencja to chyba w sumie dość 

miejsca jak na jedną osobę? A może jeszcze planu­

jesz wykupić całą Szkocję, ażeby mieć gdzie space­

rować? 

Roman zaśmiewał się na cały głos. Ileż to kobiet, 

pomyślała Sammy, biedziło się nad tym, by złapać tę 

szczególną rybę? Z ciemnymi włosami odrzuconymi 

do tyłu, z półprzymkniętymi zielonymi oczyma, był 

bez wątpienia żniwiarzem, któremu snopy same wiązały 

się w rękach. Czyż zresztą kiwnął choć palcem, by 

mieć ją dla siebie? 

Zasiedli do stołu dość późno i tylko dlatego, że 

Esmeralda oczekiwała tego po nich. W przeciwnym 

background image

razie, zagroziła, najbliższy posiłek zjedzą dopiero 

jutro wieczorem. 

- Jesteś potworem, Esmeraldo - zwrócił się Roman 

do gospodyni, gdy nakładali sobie potrawy pod jej 

drapieżnym spojrzeniem. 

- Gada pan po próżnicy, panie Ferrers. Takim 

młodziankom jak pan potrafię jeszcze wrzepić klapsa. 

Sammy zachichotała, a Roman przyjął teatralny 

wygląd wielkiego pana. 

- Któż to słyszał o gospodyni rządzącej domo­

wnikami żelazną ręką? 

Jedzenie było wyborne. Sammy zjadła trzy porcje, 

ku zadowoleniu Esmeraldy i zdumieniu Romana. 

- Widzę, że nie za bardzo wierzysz w dietę? - zapytał. 

- Mój apetyt stał się nienasycony, odkąd pojechałam 

do Londynu. I wszystkiemu ty jesteś winien. Zado­

walałam się byle czym, dopóki nie spróbowałam 

naprawdę dobrego jedzenia. A teraz nigdy nie mam 

dość. 

I była to prawda. Jadła ostatnio więcej, niż 

kiedykolwiek przedtem, i mimo uwag matki na temat 

jej mizernego wyglądu wiedziała, że raczej pogrubiała 

w pasie. Nie za dużo, wystarczająco jednak, by dżinsy 

zaczęły lekko cisnąć. 

Na kawę przeszli do wspaniałego salonu, gdzie 

Esmeralda rozpaliła w kominku. Rozmowa toczyła 

się o wszystkim i o niczym. 

Świtało, gdy wreszcie trafili do łóżka, a raczej 

ogromnego łoża. Pełne wdzięku mahoniowe meble 

w sypialni, mięsisty orientalny dywan na podłodze 

i wiele innych cudownych skarbów tego starego 

domostwa wprawiło Sammy w niekłamany zachwyt. 

Roman nie komentował tej jej nie skrywanej admiracji 

i była mu za to wdzięczna. Wiedziała, jaka prostacka 

musi być w jego oczach w tej chwili, ale nie mogła nie 

wyrazić swego entuzjazmu. Nie było w tym ani śladu 

background image

zawiści, a tylko szczere uwielbienie dla pięknych 

przedmiotów. 

Leżąc w ubraniu na łóżku Roman przywołał ją 

skinieniem. Gdy przytulała się do niego, czuła się 

prawie zawstydzona. 

- Śpiąca? - zapytał. 

- Bardzo. 

- Może na jakiś czas uda mi się spędzić sen z twoich 

powiek. 

Powoli zaczął odpinać guziki jej bluzki, odsłaniając 

jej dziewczęce piersi. Oddychała coraz szybciej, by 

w pewnym momencie, gdy wtulił twarz w ich ciepły 

jedwab, odpowiedzieć głębokim westchnieniem. 

Nadal obnażał jej ciało z przyprawiającą o obłęd 

powolnością, całował odsłonięte skrawki skóry, by 

wreszcie samemu się rozebrać. 

Być może, pomyślała, pokój ten wcale nie jest 

ogrzewany. Być może upał, który wisiał w powietrzu, 

pochodził z jej trawionego ogniem ciała. 

- Czy rozpalam cię, Sammy? Czy potrafię to robić? 

Pytaniu towarzyszył gorący podmuch w jej szyję. 

- Co masz na myśli? - zapytała nie bardzo 

przytomnie, gdyż dłonie, którymi pieścił jej uda, 

zalewały jej umysł falami rozkoszy. 

- Odpowiedz mi! 

- Po co? Czy jak powiem „nie", stracisz do siebie 

zaufanie? 

- Chyba nie stracę. Niemniej chcę to od ciebie 

usłyszeć. 

Spojrzała na Romana próbując odczytać wyraz 

jego twarzy. Zazwyczaj wiedziała, kiedy jest w dobrym 

humorze, a kiedy dręczy go nuda. Ale teraz ta jego 

twarz niewiele różniła się od kawałka papirusu 

zapisanego staroegipskim pismem hieroglificznym. 

- Rozpalasz mnie do białości - odpowiedziała 

szczerze i poważnym głosem. 

background image

Ze zduszonym jękiem nakrył jej usta swoimi, całując 

ją z taką dziką żarłocznością, jakiej nigdy jeszcze 

dotąd nie doświadczyła. 

A potem wyznał, jak wiele to dla niego znaczy, że 

jest jej pierwszym mężczyzną. 

Nie musiał już deklarować miłości po kres czasu. 

Wystarczało Sammy, że jej duch szybował w podmuchu 

jego namiętności. 

Otworzyła się na jego przyjęcie, pełna nie wyrażonej 

tęsknoty powiedzenia mu, jak bardzo go miłuje. 

background image

Jego spostrzegawczości mało co uchodziło i potrafiłby 

w przeciągu kilku sekund zorientować się, że coś jest 

nie tak. 

- Co się stało? Wyglądałaś wspaniale, gdy widzieliśmy 

się ostatnim razem. 

Zacisnęła dłonie. Nawet z tak dalekiej odległości 

czuła na sobie jego zgubny wpływ. Pomyślała o dziecku 

i zdobyła się na dość obojętny ton. 

- Mam lekkie bóle żołądka. 

Nie wchodziła w szczegóły, zaś cisza z tamtej 

strony mogła oznaczać, iż analizuje jej lakoniczną 

odpowiedź. 

- Co się stało, Sammy? - powtórzył pytanie. 

- Powiedziałam ci. Ból żołądka. Musiałam zjeść 

coś, co mi zaszkodziło. 

- Czy to wszystko? 

- Przestań mnie przesłuchiwać! 

- Nie przesłuchuję cię. Wyrażam tylko swój niepokój. 

Poczuła wyrzuty sumienia, ale nie mogła ulec żadnej 

słabości. Wiedziała z doświadczenia, z jaką łatwością 

przychodziło mu łamać jej samoobronę, lecz byłoby 

fatalnie, gdyby zwyciężył i tym razem. 

- Przyjadę w piątek około szóstej wieczorem 

- powiedział, gdy nie przerywała milczenia. - Myślę, 

że moglibyśmy spędzić miły weekend w gospodzie 

w pobliżu Clinton. Kto wie, może pogoda pozwoli 

nam nawet na krótką wycieczkę, co byłoby pewną 

odmianą w stosunku do całodziennego leżenia w łóżku. 

Roześmiał się. 

- Przykro mi, ale nie wyjadę z tobą. 

Słowa te sprawiły jej większy ból, niż mogła się 

tego spodziewać. 

- Dlaczego nie? 

Ton jego głosu sygnalizował, że Roman sztywnieje 

i staje się czujny. 

- Bo wyjeżdżam sama. 

background image

- Dokąd? 

- Nie twój interes! Możemy spać ze sobą, lecz to 

jeszcze nie daje ci prawa wnikania w moje prywatne 

życie. 

- Masz rację, ale pozwala chyba mieć nadzieję na 

otrzymanie od ciebie jasnej odpowiedzi. 

Jego glos zaczynał mrozić. 

- Dobrze - uciekła się do wykrętu - mam chorą 

przyjaciółkę i zamierzam spędzić u niej weekend. 

- Bez żartów, Sammy. Chora przyjaciółka! Czy to nie 

o nich mówią żony, kiedy chcą zdradzić swoich mężów? 

- Przez chwilę słyszała tylko jego głęboki oddech. 

- Ufam ci, Sammy, że nie spotykasz się z kochankami. 

- Powiedziałam ci. Muszę odwiedzić chorą przy­

jaciółkę. 

Każdy z odrobiną oleju w głowie, słysząc coś 

takiego, stałby się podejrzliwy, a co dopiero Roman, 

z jego przerażającą intuicją i zdolnością postrzegania. 

- Kim ja, do diabła, jestem w twoich oczach? 

- wybuchnął. - Gdzie mieszka ta twoja przyjaciółka 

i dlaczego nigdy dotąd o niej nie wspomniałaś? Nagła 

choroba, paradne! Lub może rozwijała się przez lata 

i teraz nagle nastąpił atak, wymagający twej natych­

miastowej pomocy? 

- Możesz mi nie wierzyć. 

- Nie, nie wierzę ci. I chciałbym usłyszeć prawdę, 

zamiast tych niezbyt subtelnych kłamstw. 

- Dobrze. Oto prawda. Nie chcę już więcej spotykać 

się z tobą. Nasza znajomość miała dobre strony, lecz 

uważam ją za zakończoną. 

Po tamtej stronie zapanowała cisza. Zamiast 

skorzystać z okazji i odłożyć słuchawkę, Sammy 

nadal słuchała, czekając na odpowiedź. W bolesnym 

pragnieniu czekała jego głosu. 

- Wolałbym przedyskutować z tobą tę kwestię 

w bezpośredniej rozmowie. 

background image

Wpadła w panikę. Nie chciała go mieć przed sobą. 

Nie darzyła siebie dostatecznym zaufaniem. 

Gdy odezwała się, jej głos przypominał krakanie. 

- Twój przyjazd jest wykluczony. 

- Dlaczego? - zapytał lodowato. - Czy dlatego, że 

w trakcie naszego spotkania nie będziesz mogła być 

tak wymowna? 

Prawda zawarta w tym pytaniu oszołomiła ją. 

- Jestem bardzo zajęta. Mam mnóstwo roboty, 

a poza tym... 

- Poza tym przyjeżdżam jutro wieczorem. Bywaj. 

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, odłożył 

słuchawkę. 

Próbowała uporządkować myśli. Była skończoną 

idiotką myśląc, że zdoła zerwać znajomość bez 

walki. Podobała mu się i nie krył tego przed 

nią. Nie pozwoli jej odejść, tylko dlatego że po­

prosiła go o to grzecznie przez telefon. Nie leżało 

to w jego charakterze. Ale jaki jeszcze miała tu 

wybór? 

Wiedziała jedno: ranić go, sprawiać mu ból było 

tym samym, co sprawiać ból samej sobie. Na pewno 

też nigdy dotąd żadna kobieta nie ugodziła w jego 

męską dumę. 

Spędziła resztę popołudnia na ponurych rozmyś­

laniach i właśnie zabierała się do przyrządzania kolacji, 

gdy rozległo się mocne pukanie do drzwi. 

Na progu stał Roman. Padało przez cały dzień, 

a zimny, niesiony wiatrem deszcz siekł biczami strug. 

Był to ten rodzaj pogody, jakby słońce zdecydowało, 

że ma coś o wiele lepszego do roboty, niż pokazywać 

się nad prowincjonalną mieściną. Płaszcz Romana 

cały ociekał wodą, mimo że od samochodu do drzwi 

wejściowych nie było daleko. 

Sammy stała niczym dotknięta paraliżem. 

- Sądziłam, że przyjedziesz jutro - powiedziała 

background image

wreszcie nieprzyjaznym głosem, nie okazując naj­

mniejszej ochoty zaproszenia go do środka. 

Tamte zielone oczy prześlizgnęły się po jej sylwetce 

i zatrzymały na twarzy. 

- Uwierzysz, jeśli powiem, że niepokoiłem się? 

- Nie. 

Uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby. 

- Masz rację. Przyjechałem tu pchany nieprzepartym 

pragnieniem zobaczenia, na własne oczy, skutków 

przemiany uroczej dziewczyny, z którą rozstałem się 

w niedzielę, w zimną dziwkę, z którą rozmawiałem 

przez telefon dziś rano. 

Sammy zaczerwieniła się straszliwie, od szyi aż po 

skraj czoła. 

W rozpaczliwym odruchu zapragnęła usprawiedliwić 

się, a nawet pokajać, by tylko nie widzieć już więcej 

tego kamiennego, okrutnego wyrazu jego twarzy. 

- Wybacz mi - powiedziała załamującym się głosem. 

- Powiesz mi o wszystkim w środku. 

Przeszedł obok Sammy, zdjął płaszcz i marynarkę 

i przeczesał palcami mokre włosy. Wyglądały jak 

posmarowane brylantyną. 

- Czy napijesz się kawy? 

- Nie. Ani kawy, ani herbaty. Czekam wyjaśnień. 

- Sądziłam, że wyjaśniłam ci wszystko przez telefon. 

- Więc sądziłaś błędnie. Nie wytłumaczyłaś w istocie 

niczego. Zaserwowałaś mi najpierw bałamutną his­

toryjkę o tym, że jesteś zbyt zajęta. Potem paplałaś 

coś o chorej przyjaciółce, by w końcu poinformować 

mnie, że nie chcesz już więcej mieć ze mną nic 

wspólnego. Ale to nie jest wyjaśnienie, tylko stwierdzenie 

faktu. A więc dlaczego? Co w ogóle się stało? Czy ten 

nieprzyjemny typek macza w tym palce? Bo jeśli tak, 

to osobiście dopilnuję, by... 

Nie chciała słuchać tego wszystkiego. Pragnęła 

wyłączyć się i udać przed sobą, że Romana nie ma 

background image

w jej mieszkaniu. Skupić uwagę na jakimś przedmiocie 

w nadziei, że rzeczywistość rozwieje się niczym senny 

koszmar. 

A jednak musiała spojrzeć prawdzie w oczy. 

- Nie, Derek nie ma tu nic do rzeczy. Lecz może 

jesteś głodny? Zjadłbyś coś? Lodówka tym razem jest 

pełna. 

- Czy przestaniesz ciągle z tym żarciem i piciem? 

Gdybym miał na coś ochotę, zainstalowałbym się 

w najbliższym hotelu. Chcę tylko jednego: abyś przestała 

traktować mnie niczym jakiegoś cholernego intruza 

i szczerze ze mną porozmawiała! 

Zaczął przemierzać pokój wielkimi krokami, jak 

gdyby jego gniew i niecierpliwość chciały się wyrwać 

z jarzma samokontroli. 

Ręce Sammy dygotały, gdy nalewała sobie mleka 

do szklanki. 

- Jaki to zły duch w ciebie wstąpił? - zapytał ciągle 

jeszcze spokojnym głosem. Podszedł do niej i zanu­

rzywszy palce w jej włosy zmusił ją, by spojrzała na 

niego. - Uwierz mi - wyszeptał - że wywlokę go 

stamtąd, gdy będzie to konieczne. Wydobędę z ciebie 

prawdę. 

Zawiódł ją do otomany i posadził u swego boku. 

- Spójrz na mnie. 

Sammy posłusznie wykonała rozkaz i wpadła w stan 

zawrotnej nieważkości. 

- Powiedz mi wprost, że już ci się znudziłem. 

Jego głos zniżył się aż do szeptu, który oddziaływał 

na nią niczym wyrafinowana pieszczota. 

- Porzuć te historyjki o chorych przyjaciółkach 

i nawale zajęć, a tylko powiedz, patrząc mi prosto 

w oczy, że więcej już mnie nie pragniesz. 

Wzięła głęboki oddech i odrzekła pośpiesznie: 

- Więcej już cię nie pragnę. 

- Kłamiesz! 

background image

Skłonił ku niej swoją ciemną głowę i wycisnął na 

wargach długi, namiętny pocałunek. 

By to już niemal xa potno, gdy opriytomniak na 

tyle, by go od siebie odepchnąć. Jej ciało zostało 

pobudzone. Uświadomiła sobie z rozpaczą, że jak 

najszybciej musi odzyskać panowanie nad sytuacją, 

gdyż po prostu nie ma wyboru. Gdyby bowiem 

popełniła ten błąd i uległa mu raz jeszcze, to już na 

tej drodze piętrzących się błędów nie byłoby odwrotu. 

Gdyby pół roku temu ktoś powiedział jej, że zakocha 

się w takim mężczyźnie i będzie to miłość na całą 

wieczność, wyśmiałaby go. 

Wówczas wszystko było takie proste. Dzisiaj 

natomiast każda minuta schodziła na zmaganiu się 

z pragnieniem oddania się mu. 

- Mówię, co myślę, Romanie - rozwijała swoje 

kłamstwo cichym głosem. - Nie chcę cię więcej widzieć. 

Nie, pozwól mi iść swoją drogą. Nie mogę spotykać 

się z tobą. Ja... to byłoby dla mnie fatalne i zgubne. 

Gdzie indziej nikt nie będzie mnie ranił. Jestem 

krańcowo wyczerpana i postanowiłam z tym skończyć. 

- Nie chcę cię ranić. Dlaczego sądzisz, że chciałbym 

tego? 

Mówił wolno, jak gdyby doświadczał u siebie tych 

samych trudności z formułowaniem myśli, których 

i ona właśnie doświadczała. 

- Nie o to chodzi. - Pełna udręki, odwróciła się od 

Romana. - Chodzi o to, że zrobiłbyś to poza swoją 

wolą. Czy w ogóle ktoś chce kogoś zranić rozmyślnie? 

Rzecz w tym, że sprawianie innym bólu jest u ciebie 

jak gdyby naturalnym odruchem. 

Ciemny płomień zapalił mu twarz. 

- Bo czyż poświęciłeś - ciągnęła czując, jak 

nagromadzona boleść i gniew zaczynają wylewać się 

z niej - choć trochę uwagi i troski tym kobietom, 

które porzuciłeś na pastwę losu, tylko dlatego że nie 

background image

dawały nadziei, iż dostroją się do twego pojmowania 

spraw? 

- Nie porzuciłem ich „na pastwę losu". 

- Wybacz, ale nie będę jedną z twoich ofiar 

- zastrzegła się. 

- Nie będziesz - zapewnił uspokajająco. - Przy­

rzekam. 

- Wybacz. 

- Na miłość boską, przestań z tym wybaczaniem! 

Uległa wrażeniu, że w nieuchwytny sposób sytuacja 

zaczyna się zmieniać. Być może on również to wyczuł, 

ponieważ cofnął rękę, którą otaczał jej szyję. Skorzystała 

z okazji i odsunęła się. 

- Nie sądzę, ażebyś miał kłopoty z zastąpieniem 

mnie kimś innym. Być może Yvonne jest ciągle do 

wzięcia. 

Gorycz pobrzmiewała w jej słowach. 

- Być może, tylko że ja nie mam zamiaru tego 

sprawdzać. 

Chwała Bogu! krzyknęła w głębi duszy. Chciała 

być kolcem w jego boku, ostrym kamykiem w jego 

bucie, nawet gdyby nie miało to trwać długo. 

- A zatem... 

Wstała z wymuszonym uśmiechem na twarzy. Czuła 

się chora. Chora i nieszczęśliwa. 

- A zatem - podchwycił - było miło pana poznać 

i do widzenia. Czy tak? 

Opanował ją gniew. Oto uczucie, którego potrzebowa­

ła. Coś, co mogło złagodzić piekący ból jej serca. 

Za kogo właściwie się uważał? Za wzór prawości 

i rzetelności? Miał czelność dawać jej do zrozumienia, 

że postępuje z nim nieuczciwie. Ależ ona tylko 

wyprzedziła jego zachowanie, gdy uzna, że czas 

zakończyć ten romans. 

I tylko nie mów mi, kochany, myślała, że wijesz się 

w mękach moralnych, gdy mówisz „bywaj" tej czy 

background image

tamtej ze swoich przyjaciółek. O nie! Załatwiasz 

sprawę bukietem róż i pożegnalną kolacją! 

- No i co? - zapytał twardym głosem. - Dlaczego 

milczysz? Minutę temu wyrażałaś się całkiem jasno. 

I nie mów mi, że nie masz mi nic do powiedzenia. 

- Nie mam nic do dodania! Zachowujesz się, jakbym 

popełniła zbrodnię stulecia. Życie jest pełne zerwanych 

związków. Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć 

o tym, gdyż twój udział jest znaczny. 

Roman zerwał się gwałtownie i zbliżył ku niej. 

Zrobiła krok do tyłu. Nie chciała, by podchodził zbyt 

blisko. Nie chciała mieć tuż przed sobą jego zielonych 

błyszczących oczu, gdyż pamiętała równie dobrze ich 

ciepło, inteligencję i humor, jak widziała teraz ich 

wściekłość. 

Nie chciała rozbudzać swojej miłości do niego. 

Pragnęła skupić się bez reszty na gniewie. 

- Nie myśl, że masz prawo oczekiwać, iż po takich 

zarzutach będę zachowywał się jak grzeczny chłopiec, 

przyjmujący wszystko z pokorą. Do jasnej cholery, 

Sammy, czy ty w ogóle wiesz, co mówisz? Otóż 

twierdzisz, że każde powinno iść swoją drogą, jak 

gdyby nigdy nic nas nie łączyło. 

- Racja. Powiedziałeś mi niegdyś, że możemy mówić 

o różnych sprawach jak dorośli. Otóż zapewniam cię 

jako całkiem dorosła osoba, że trafiłeś w sedno. 

Jestem przekonana, że gdy wyjdziesz stąd, wszystko 

potoczy się dla ciebie normalnym trybem. I nie próbuj 

mi wmawiać, że wyrządzam ci jakąś dotkliwą i trwałą 

krzywdę. 

Boże, spraw, by sobie poszedł. Każde wypowiedziane 

przez nią słowo przeszywało Sammy na wskroś i nie 

była pewna, jak długo będzie jeszcze umiała to znosić. 

Czy wiedział, co jej zrobił? Wątpiła, czy kiedykolwiek 

wyleczy się z tej miłości do niego. Obronnym gestem 

położyła dłoń na brzuchu i zaraz szybko cofnęła ją. 

background image

Roman włożył marynarkę i przerzucił płaszcz przez 

ramię. 

- Kupiłem ci coś! 

Sięgnął do kieszeni i wydobył małe czarne pudełeczko. 

Wzięła je mechanicznie, w milczeniu. 

Wewnątrz znajdował się platynowy łańcuszek 

z cudownym nefrytowym wisiorkiem. Całość kosztowała 

zapewne majątek. 

- Nie mogę tego przyjąć. 

Wyciągnęła przed siebie rękę z puzderkiem. Twarz 

Romana cała zesztywniała. 

- Więc wyrzuć to lub sprzedaj! Niech to jasna 

cholera! Zrób z tym, co chcesz! Niech wszystko diabli 

wezmą! 

Wyszedł, nim zdążyła zaoponować. A potem słyszała 

tylko oddalający się ryk silnika. 

Została niemal bez życia. Chwilę stała nieruchomo 

w drzwiach, zamknęła je, po czym spojrzała na zegarek. 

Było później, niż myślała. Czas biegł nieubłaganie, 

obojętny na człowiecze rozpacze i nadzieje. 

Wzięła kąpiel, nałożyła piżamę i poszła do łóżka, 

wszystkie te ruchy i czynności wykonując automatycznie. 

Ale zanim zasnęła, minęły jeszcze długie godziny. 

Myśli kłębiły się pod jej czaszką, porażały okrucieńs­

twem, a odpływały tylko po to, by zaatakować ze 

zdwojoną siłą. 

Apatyczna, z podkrążonymi oczami, poszła na 

drugi dzień rano do pracy. Czuła się autentycznie 

chora, lecz wolała to ukryć przed ciekawskim 

spojrzeniem Florrie, która od czasu do czasu zerkała 

w jej stronę. Inaczej musiałaby jej i innym powiedzieć 

o swej ciąży, a była to kładka, której nie chciała 

jeszcze przekraczać. Poza tym jej rodzice powinni 

pierwsi się dowiedzieć, a tak w ogóle to nie była 

jeszcze przygotowana na ten moment. 

Więc rozjaśniła twarz uśmiechem i zabrała się 

background image

raźno do pracy. Przedłużyła nawet swój pobyt w redakcji 

o dwie godziny, tak iż pod koniec dnia czuła się 

całkiem wyczerpana. 

Niektórzy topią swój smutek w alkoholu. Ona 

wolała zapomnieć poprzez pracę. Ale na dzisiaj było 

jej dostatecznie dużo. 

Kiedy wróciła do domu i zapaliła światło, poczuła 

miłe dotknięcie futerka Robbie'ego, ocierającego się 

o jej nogi. 

- Mój wierny mały kotku! Jaka szkoda, że nie 

mogę pocałunkiem przemienić cię w księcia. 

Tego wieczoru nie mogła się skupić na niczym 

i bynajmniej nie zaskoczyło jej to. Próbowała oglądać 

telewizję, przez pięć minut śmigała po kanałach, aż 

wreszcie wyłączyła odbiornik. Potem przyszła kolej 

na książkę, lecz wkrótce litery i wiersze zaczęły się 

zamazywać i stwierdziła, że myśli o dziecku, o Romanie 

i o tysiącu drobnych rzeczy, które powinny być raczej 

zapomniane. 

Ostatecznie zadzwoniła do rodziców, prosząc ich, 

ażeby ją odwiedzili. 

Czuła się straszliwie samotna. Otaczała ją czarna, 

ziejąca otchłań nicości, w której jedynym światełkiem 

było dziecko. 

Przybycie rodziców przyniosło jej wielką ulgę. 

Wyglądali na zmartwionych i zaniepokojonych. 

- O co chodzi, Samantho? 

Sammy spojrzała na matkę i próbowała się uśmie­

chnąć. W rezultacie zdobyła się na cień uśmiechu. 

Nie zwiodło ich to. Ojciec ujął jej rękę opiekuńczym 

gestem. 

- Co się dzieje, moja dziewczynko? Jesteś w długach? 

A może ten Cairns znowu cię tropi? 

Przecząco potrząsnęła głową i zdecydowała się 

zacząć od końca. 

- Jestem w ciąży - oświadczyła bez żadnych wstępów. 

background image

Na ich twarzach odmalowało się osłupienie. Dobrą 

chwilę milczeli, by nagle zacząć mówić równocześnie. 

Matka zapytała, dlaczego nie powiadomiła ich o tym 

wcześniej, ojciec zaś zażądał wskazania ojca dziecka. 

Kiedy zamilkli, Sammy zaczęła wyjaśniać wszystko 

od początku. Mówiła o Romanie, o Londynie, i jego 

wizytach w tym mieszkaniu. Nie pominęła niczego. 

- Czy kochasz go? - spytała matka. 

Sammy uśmiechnęła się na pół ironicznie. 

- Bardziej zbałamucić mnie już nie mógł. 

- A to drań - wykrzyknął ojciec - zabawia się z moją 

małą dziewczynką i w minutę później bierze nogi za pas! 

- Tatusiu, to nie jest zupełnie tak. 

A swoją drogą, pomyślała, wszystko byłoby prostsze, 

gdyby właśnie tak było. 

- Nie? - żachnął się ojciec. - A mnie wydaje się, że 

dokładnie tak rzeczy stoją. 

- Oczywiście, zaopiekujemy się tobą - pocieszała 

matka. 

- Możesz na nas liczyć - podchwycił ojciec. 

- Muszę jednak przyznać - w głosie matki wyczuwało 

się nutkę smutku - że wydał mi się godnym zaufania, 

przystojnym, młodym człowiekiem. Czy jesteś pewna, 

że trafnie odczytujesz sytuację? 

- Niczego jeszcze nie byłam bardziej pewna - dość 

szorstko odparła Sammy. 

Po długiej ciszy pierwsza odezwała się matka: 

- Muszę chyba zabrać się do dziergania. Już kawał 

czasu nie robiłam na drutach. Mam nadzieję, że moje 

palce nie są jeszcze zbyt sztywne. 

- A może powinnaś z powrotem zamieszkać z nami? 

Ułatwi to matce opiekę nad tobą. 

- Ojciec ma rację, Samantho. 

Sammy słuchała, jak wymieniali między sobą 

rodzicielskie rady i sugestie. A potem matka zaczęła 

odliczać dni, jakie dzieliły ją od zostania babcią. 

background image

- Nie jestem z porcelany. - Sammy zaśmiała się, 

po raz pierwszy od chwili, kiedy rozstała się z Romanem. 

- Nie przeniosę się do was. Jestem tylko kobietą 

w ciąży. Na świecie są takich miliony. 

- Lecz jesteś naszą córką - podkreślił ojciec. 

Zrobiła im kawy i podała ją z biszkoptami. 

- Wiem, że jest to delikatna sprawa - ostrożnie 

zaczął ojciec - ale czy Roman zobowiązał się płacić 

alimenty? 

- Niezupełnie. Tak naprawdę to nie. 

Ojciec zachmurzył się. 

- Odmawia finansowej pomocy swojemu synowi! 

- Córce - szybko wtrąciła matka. - Chciałabym 

mieć prześliczną wnuczkę. 

- Jeszcze nie wie, że jestem w ciąży. I nigdy się 

tego nie dowie - dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu. 

- Nie kocha mnie, nie byłoby więc w porządku zbijać 

go z nóg taką wiadomością. 

- Raczej chyba nie byłoby w porządku trzymać to 

przed nim w tajemnicy - ocenił ojciec, który jednak, 

na szczęście, nie rozwijał tematu. 

Rodzice wymienili między sobą spojrzenia. Zapewne 

myśleli, że i tak w końcu powie o wszystkim Romanowi. 

Skierowała rozmowę na bardziej bezpieczny temat 

robótek i wyboru imienia dla dziecka, gdy rozległo 

się pukanie. Zaraz też drzwi się rozwarły i do wnętrza 

wtargnął powiew mroźnego powietrza. 

Sammy z niedowierzaniem wpatrywała się w postać 

stojącą w drzwiach. Och, Boże, pomyślała, co teraz 

będzie? 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Wyczuwając szczególną atmosferę, Roman rzucił 

Sammy pytające spojrzenie. 

- Czy przyszedłem w nieodpowiednim momencie? 

- Tak - odpowiedziała podniesionym głosem. 

- Młody człowieku - wtrącił się pan Borde, unosząc 

się z kanapy i całkowicie ignorując wyciągniętą ku 

niemu dłoń Romana - gdybym był trochę młodszy... 

- Romanie - przerwała Sammy, która zapragnęła 

nagle, by ziemia rozstąpiła się pod jej stopami 

- wolałabym, żebyś przyszedł trochę później. 

Pani Borde ściągnęła męża z powrotem na kana­

pę i uraczyła go surowym, wiele mówiącym spo­

jrzeniem. 

Roman zdjął płaszcz, najwyraźniej gotów zostać 

pomimo napiętej atmosfery i mimo niemego błagania 

wypisanego na twarzy Sammy. Ten człowiek, pomyślała, 

musi mieć skórę grubą jak nosorożec, jeśli potrafi 

nad tym wszystkim przejść do porządku. 

Państwo Borde wpatrywali się w niego, pan Borde 

z otwartą wrogością. 

- Nie wiem, co Sammy powiedziała państwu o mnie, 

lecz podejrzewam, że portret, który namalowała, nie 

jest dla mnie zbyt pochlebny. 

- Co do tego, to masz zupełną rację, młody 

człowieku. 

- A zatem co powiedziałaś? 

Jego zielone oczy spoczęły na zaczerwienionej twarzy 

i dziewczyna poczuła się w pułapce. Patrzył na nią 

z nieubłaganą natarczywością, a z kolei podobne 

background image

spojrzenie kierowali na niego jej rodzice. Wszyscy 

oczekiwali jej wyjaśnień. 

- Powiedziałam im właśnie, że skończyliśmy ze 

sobą - wyjaśniła zacinając się po każdym słowie. 

- Chyba raczej ty skończyłaś ze mną. 

- Samantho? - zagadnął ojciec upominającym tonem. 

Ziarno wątpliwości zostało zasiane. Teraz zapewne 

rodzice dochodzą do wniosku, pomyślała, że jej wersja 

była nieco stronnicza. 

Kiedy milczała, Roman ruszył ku niej. Instynktownie 

cofnęła się, ale zaraz w duchu zaśmiała się z samej 

siebie. Czegóż ostatecznie mogła się obawiać? 

- Panie Borde - powiedział Roman siadając 

- zdobyłem tę pana narwaną, niesforną córeczkę i, 

jak pan widzi, jestem tu przy niej, i to pomimo faktu, 

że ona pragnie na wszystkie sposoby pozbyć się mnie. 

- Nie jestem narwana! 

- Jesteś nieobliczalną jędzą. 

- O, trafił pan w dziesiątkę - zgodził się pan 

Borde, który na chwilę zapomniał o swojej wrogości. 

- Zawsze była z niej zapalona głowa. 

Sammy skrzyżowała ramiona na piersi i przyjęła 

rolę osoby śledzącej dyskusję z zewnątrz. Mogła więc 

stwierdzić, że osobisty i towarzyski urok Romana 

zaczyna się udzielać. 

- Przepraszam, że się wtrącam - powiedziała chłodno 

- ale nie byłeś tu zaproszony i będę ci wdzięczna za 

opuszczenie tego domu. 

- Nie tak gwałtownie, Sammy - zaoponował 

stanowczo ojciec. - Myślę, że ja i matka powinniśmy 

skorzystać z okazji i dowiedzieć się czegoś więcej 

o stosunkach między tobą a tym młodym człowiekiem. 

- Ale nie skorzystacie. On bowiem właśnie ma 

zamiar się pożegnać, a poza tym nie jest znowu taki 

młody. 

Roman wybuchnął głośnym, serdecznym śmiechem. 

background image

Zauważyła ze zgrozą, że również rodzice wydają się 

całkiem rozbrojeni. 

- Jestem przynajmniej dostatecznie stary, by wiedzieć, 

że córka państwa potrzebuje takiego mężczyzny jak ja. 

Ty świnio! jęknęła w głębi duszy. Co tu w ogóle za 

gra się toczyła? Czy zależało mu na wywarciu na 

rodzicach wrażenia, że jest chodzącą podporą, której 

jedynym zadaniem jest podpierać ich córkę? Jeszcze 

dojdzie do tego, że zaczną mu jeść z ręki! 

Opowiadał teraz o swojej pracy, planach, o przerób­

kach, jakie wprowadził w Thurston Manor, ale najwięcej 

o niej. Ogarnął ją niesmak, kiedy posłyszała, że 

zaprasza ich do swej posiadłości. 

- To bardzo miłe z pana strony - entuzjastycznie 

skomentowała matka. - Nieprawdaż, Samantho? 

Dobry Boże, jeszcze wszyscy gotowi pomyśleć, że 

to Roman jest niewinną ofiarą całej tej przykrej historii! 

- Nie. 

Nie, po stokroć nie, mój panie! Udało mu się 

nałożyć na ich oczy różowe okulary, ale jej nie zwiedzie. 

- Jestem bardzo zmęczona. Myślę, że już czas 

zakończyć to spotkanie. 

- Oczywiście, kochanie - natychmiast zareagowała 

matka. - Całkiem cię rozumiem. Chodź, Walterze, nie 

możemy przecież dopuścić, by poczuła się wyczerpana. 

- Wyczerpana? 

Spojrzenie Romana stało się badawcze. 

Dziękuję, mamo, pomyślała Sammy w rozpaczy. 

Dlaczego po prostu nie otworzyłaś okna i nie krzyknęłaś 

na całą ulicę, że oczekuję dziecka? 

- Mam nadzieję, że znów się zobaczymy - zwróciła 

się matka do Romana. 

Sammy ironicznie się uśmiechnęła. 

- Wątpię w spełnienie się tych nadziei. 

- Natomiast ja jestem całkowicie pewien ich 

spełnienia - dobitnie powiedział Roman. 

background image

Całą czwórką stali przy drzwiach frontowych 

i Sammy musiała wrócić do pokoju po płaszcz Romana. 

- Nie zapomnij tego. 

Ich dłonie dotknęły się. 

- Nie przejmuj się. Pamiętam o płaszczu. Po prostu 

nie jest mi jeszcze potrzebny. 

Rzucił płaszcz na krzesło. 

Krew buchnęła do jej głowy. Chciała tupać nogami, 

wypchnąć go siłą. Przerażała ją perspektywa zostania 

z nim sam na sam. 

- Musisz powiedzieć mu o dziecku - szepnęła 

matka do ucha Sammy, gdy ta odprowadzała ich do 

samochodu. 

- Zrobię to -- odpowiedziała też szeptem - gdy 

gruszki na wierzbie urosną. 

- Nie bądź uparciuchem. To miły chłopak. Troszczy 

się o ciebie i zasługuje na to, by wiedzieć. 

Sammy nic nie odpowiedziała. Nie było po prostu 

nic do powiedzenia. Poza tym nie chciała spierać się 

w tym mroźnym wietrze, podczas gdy Roman stał 

tam w drzwiach i patrzył na nich tym swoim 

przenikliwym spojrzeniem. 

- Odwiedzę was w niedzielę - powiedziała głośno, 

tak aby usłyszał. 

- Będziemy czekać, kochanie - odrzekła matka. 

- Lecz przemyśl moją radę. Wydaje się porządnym 

młodym człowiekiem i jestem pewna, że cię nie zawiedzie. 

Prawdopodobnie przesadziłaś w swoich obawach 

i wątpliwościach. W stanie, w jakim się obecnie 

znajdujesz, musisz być tyleż rozważna, co silna. 

Sammy posłusznie wszystko przyrzekła, bynajmniej 

nie mając zamiaru czegokolwiek dotrzymywać. 

Przeciwnie, zamierzała uwolnić się od niego jak 

najszybciej, zmienić miejsce zamieszkania, zmienić 

pracę i w ogóle tak pokierować sobą, by nie mógł już 

więcej zakłócić jej życia. 

background image

Jeszcze przez chwilę odprowadzała wzrokiem 

samochód rodziców, po czym powlokła się do domu. 

Roman siedział na otomanie i sprawiał wrażenie, 

jak gdyby przynależał na stałe do tego wnętrza i wcale 

nie miał zamiaru go opuszczać. Zirytowało ją to. 

- Czemu wróciłeś? Czy nie wyrażałam się jasno? 

Nie chcę już więcej spotykać się z tobą. Co jeszcze 

mogę powiedzieć? Czy mam to napisać na kartce? 

Słowo po słowie, sylaba po sylabie? 

Czarujący uśmiech znikł z jego twarzy, która w jednej 

chwili stała się surowa i groźna. 

- Nie zwykłem się zalecać. To wprawia mnie w diablo 

kiepski humor. Więc nie igraj z losem, Sammy. Skończ 

z tym sarkazmem. 

- Nie lubisz się zalecać - trysnęła kpiną. - Biedaku! 

Moje serce krwawi. 

- Przestań, Sammy. 

Lecz ona pędziła dalej, nie zważając na jego surowo 

zacięte usta. 

- To jest moje mieszkanie, czego jak dotąd nie 

raczyłeś zauważyć. Więc jeżeli nie lubisz się zalecać, 

to po prostu przestań. Przestań uganiać się za mną! 

Nie życzę sobie tego. 

- Nie mogę przestać, kobieto! - wykrzyknął, a jego 

twarz okryła się ciemnym rumieńcem. 

Poczuła, jak serce jej podskoczyło. Roman wyglądał 

w tej chwili żałośnie, jak gdyby został zmuszony do 

powiedzenia czegoś wbrew sobie. Promyk nadziei 

zaświtał w jej duszy, co jednak natychmiast oceniła jako 

zbyt uczuciową, zbyt sentymentalną reakcję. Skłonność 

do dostrzegania czegoś, co nie istnieje naprawdę. 

- Możesz, możesz, tylko najzwyczajniej nie chcesz. 

Buntujesz się przeciwko odrzuceniu cię przez kobietę. 

Podobałoby ci się natomiast, gdybym to ja zabiegała 

o ciebie. Wtedy nie miałbyś skrupułów zerwać ze mną 

w pierwszym odpowiadającym ci momencie. 

background image

Uniósł się gwałtownie i z rękami w kieszeniach 

spodni podszedł do okna. O czymkolwiek myślał 

w tej chwili, na pewno nie były to rzeczy przyjemne. 

- To nieprawda - oświadczył stojąc do niej plecami. 

Zadrżała. Zajęła się zbieraniem filiżanek po kawie, 

poprawianiem poduszek na otomanie, a wszystko to 

po to, by nie pozwolić swemu wzruszeniu wylać się 

na zewnątrz. 

Zauważyła kątem oka, że odwraca się ku niej. 

- Co mam powiedzieć? - zapytał szorstko. 

- Najlepiej nie mów nic. Nie ma nic do powiedze­

nia. Mogłam być dziewicą, mogłam nie znać męż­

czyzn od strony fizycznej, ale nie jestem na tyle 

głupia, bym miała sądzić, że stawia mnie to w two­

ich oczach wyżej od każdej z tych kobiet, które do 

tej pory miałeś. Zresztą nie widzę siebie w roli 

tymczasowej kochanki, aż natkniesz się na coś 

lepszego. 

- A jeśli nie natknąłem się na nic lepszego? 

W dwóch susach znalazł się przy niej i zmusił ją, by 

usiadła na otomanie. 

- Mocno w to wątpię. 

- Twoje wątpliwości są jak twoje kapelusze. Po 

prostu ich nie ma. 

- Skąd wiesz? - wykrzyknęła, odpychając od siebie 

śmieszne pragnienie płaczu. - Mogę mieć całą szafę 

kapeluszy! Dla wszystkich twoich znajomych. 

- Ty ukochany brzdącu. 

Zaczął okrywać ją dzikimi pocałunkami. Usiłowała 

się wyrwać, lecz jego ramiona trzymały ją w mocnym 

uścisku. 

- Przestań walczyć ze mną, Sammy. Przestań walczyć 

z nami. 

- Nie ma tu żadnych nas. 

- Kocham cię, dziewczyno, kobieto, mój mały 

głuptasku. 

background image

Znieruchomiała. Roman wpatrywał się w telewizor. 

- Co powiedziałeś? 

- Nie udawaj, że nie słyszałaś. 

Powiedział to szorstkim głosem, z odcieniem 

zakłopotania. 

Sammy zachciało się płakać i śmiać równocześnie. 

Czy zdawał sobie sprawę, jak bardzo pragnęła usłyszeć 

te słowa? 

- Kocham cię. - Jego dłonie drżały, gdy dotknął 

jej twarzy. - Nigdy nie powiedziałem tego żadnej 

kobiecie i nie sądziłem, że powiem to pewnej smarkuli, 

która zalazła mi za skórę. Aż zrozumiałem, że nigdy 

się jej nie pozbędę. 

- Dlaczego nie wyznałeś mi tego wcześniej? 

- A myślałaś, że niby z jakim zamiarem przyjecha­

łem tu dzisiaj? Jak mogłem przewidzieć, że natknę się 

na twoich gniewnych rodziców, którzy wzięli mnie za 

łotra? 

Sammy uśmiechnęła się. Wszystkie obawy rozsypały 

się jak domek z kart. 

- Oni tylko starali się mnie obronić. 

- Sądziłem, że wzbudziłem ich sympatię, gdy 

widzieliśmy się po raz pierwszy. Bóg jeden wie, co 

teraz o mnie myślą. Dreszcz mnie przechodzi, gdy 

wyobrażę sobie, czym ich nakarmiłaś. 

- Uważam, że twój osobisty urok już zaczął działać. 

Roześmiał się. 

- Czy masz na myśli ten sam urok, którym ciebie 

podbiłem? 

- Pewną jego odmianę. 

Rozchylił jej uda i podciągnął sukienkę, po czym 

wsunął dłoń pod koronki bielizny. Poddała się jego 

działaniom. Głowę jej wypełniała jedna oślepiająca 

myśl: kochał ją. Kochał ją i pożądał jej. Nie wystąpił 

wprawdzie z propozycją małżeństwa, lecz przecież 

tyle par na świecie żyje bez tego. Więc cóż, że będą 

background image

jedną z nich? Oczywiście, będą czymś więcej niż tylko 

parą. Będą pełną rodziną. 

Odsunęła jego dłoń i westchnęła. 

- O co chodzi, moja czarodziejko? 

Potarł policzkiem po jej policzku i poczuła ostrą 

szczotkę zarostu. 

- Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę ci powiedzieć 

- wybąkała zakłopotana. 

- Jeśli to jedna rzecz, to nie zajmie nam dużo 

czasu. Mamy do zrobienia coś o wiele bardziej 

podniecającego. 

Jego ręka wróciła w poprzednie miejsce, a Sammy 

wstrząsnął dreszcz rozkoszy. 

- Obawiam się, że może to trwać dłużej, niż myślisz. 

Przerwała, zastanawiając się, jak ma o tym po­

wiedzieć. Jak Roman zareaguje na wiadomość 

o dziecku? 

Zagryzła wargę i usiadła prosto. Zamierzała 

obserwować jego twarz, gdy będzie mu mówić, że 

zostanie ojcem. Potrafił w mistrzowski sposób 

kontrolować wyraz swej twarzy, ale oczy mogły go 

zdradzić. 

- Co się dzieje, Sammy? - zapytał już bardziej 

nagląco, zauważając jej powagę. 

- Jaki jest - zaczęła niepewnym głosem - twój 

stosunek do dzieci? 

Pytanie zaskoczyło go i chwilę się namyślał. 

- Nie powiem, żebym natykał się na nie w wielkim 

świecie biznesu, co nie znaczy, żebym nie chciał 

założyć rodziny. Chcę. I to bardzo. 

- Kiedy? 

- Kiedy co? 

- Kiedy chcesz założyć rodzinę? - Wstrzymała 

oddech. 

- Przestań zamęczać mnie zagadkami. 

- Dobrze. Żadnych zagadek. Powiem wprost. Jestem 

background image

w ciąży. - Zdumienie na jego twarzy skłoniło ją do 

pośpiechu. - Nie twierdzę, że z tego powodu chcę od 

ciebie więcej, niż sam będziesz gotów mi zaofiarować. 

Kochamy się, ale nie proszę o ślub. Nigdy o tym 

zresztą ze mną nie rozmawiałeś i nie oczekuję, że 

zaczniesz w tej chwili. 

Zapadła długa cisza, zakłócana jedynie tykaniem 

budzika. 

- Jestem gotowa wychowywać dziecko sama. Dam 

sobie radę. 

Roman opadł na oparcie kanapy. Oczy utkwił 

w suficie. 

- Zostanę ojcem - powiedział. 

- Za siedem i pół miesiąca. 

- Ale przecież używaliśmy środków zapobiegawczych. 

- Ale nie tamtym pierwszym razem. 

- Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? 

Spłonęła rumieńcem. 

- Nie chciałam, żebyś myślał, że chcę cię usidlić. 

Byłoby to nieuczciwe z mej strony. 

- Uczciwe? Nieuczciwe? Przecież tu chodzi o dziecko. 

Moje dziecko. 

Broniąc się przed łzami, Sammy zamrugała oczyma. 

Wypełniała ją teraz ta sama czułość, której doświadczyła 

minutę temu, nim oddalili się od siebie. 

- Czy kiedykolwiek powiedziałabyś mi o tym, 

gdybym nie zjawił się tu dzisiaj? 

- Tak. Z tym że po fakcie. 

- Stokrotne dzięki. 

- Nie rań mnie ironią - poprosiła cichym głosem. 

- Kocham cię. 

Patrzył na nią z wyrzutem, lecz słysząc te słowa 

uśmiechnął się. 

- Ty okropna, nieobliczalna dziewczyno! 

Przyciągnął ją ku sobie i jął scałowywać łzy z jej rzęs. 

- Powinienem sprać cię na kwaśne jabłko. 

background image

- Więc nie jesteś przeciwny? 

- Nie jestem przeciwny dziecku, natomiast jestem 

przeciwny twym błędnym założeniom, według których 

sądziłaś, że powinnaś zachować całą rzecz w tajemnicy 

przede mną. Lecz zanim dopuszczę cię do głosu, 

pozwól mi powiedzieć, że musisz zrobić mi ten zaszczyt 

i poślubić mnie. Ani myślę mieć nieślubne dziecko. 

Sammy zalała duma i radość. Próbowała wszakże 

trzymać się na wodzy. 

- Nie musisz... 

- Gdybyś poczekała trochę dłużej - delikatnie 

dotknął jej brzucha - przekonałabyś się, że i tak bym 

z tym wystąpił. Wiem, że nie muszę, ale wiem 

również, że tego chcę. Bardziej niż czegokolwiek 

w swym życiu. Nigdy nie miałem zbyt wiele czasu na 

małżeństwo. W rzeczywistości hołdowałem opinii, że 

jest to dobre dla innych, tylko nie dla mnie. Nie 

nęciło mnie to. Oczywiście, wiedziałem, że w stosow­

nym czasie ożenię się z jakąś zacną kobietą, aby mieć 

z nią dzieci i prowadzić życie towarzyskie, ale nigdy 

nie poświęcałem tym nieokreślonym planom zbyt 

wiele uwagi. Było tak, do chwili gdy spotkałem 

ciebie. 

Sammy złożyła głowę na piersiach Romana. W jej 

uszach rozbrzmiewały wesołe dzwoneczki. 

- Nie wierzę ci - zaczęła się droczyć. 

Ujął jej dłoń, którą gładziła jego twarz, i przycisnął 

do swoich warg. 

- Zaufaj mi, moja mała namiętna czarodziejko. 

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem cię w gabinecie 

twojego szefa, taką zbuntowaną, upartą, pełną świętego 

ognia, odczułem gwałtowną pokusę porwania cię 

w ramiona i wyciśnięcia pocałunku na tych zaciętych 

ustach. Przede wszystkim stwierdziłem, że pociągasz 

mnie swoją odmiennością. Różniłaś się bardzo od 

kobiet, z którymi miałem dotąd do czynienia. 

background image

prostotą, nie było w tobie nic sztucznego. Z po­

czątku pomyślałem, że mam na ciebie po prostu ochotę, 

lecz później przekonałem się, że oddziaływujesz na mnie głę­

biej, że już właściwie zalazłaś mi za skórę. Mówię o tym 

w sposób, w jaki jeszcze nigdy do nikogo nie mówiłem. 

Sammy zaśmiała się. 

- Cieszę się, że twoje i moje przeżycia były podobne. 

- Zanim zdążyłem się zorientować, moje oczarowanie 

twoją osobą zmieniło się w obezwładniające pragnienie po­

siadania cię. Kiedy byliśmy na tym przeklętym przyjęciu, nie 

mogłem skupić się na niczym, ani na Yvonne, ani na 

innych osobach. Moje oczy podążały tylko za tobą. By­

tem zazdrosny o każdego mężczyznę, z którym rozmawiałaś. 

- A ja sądziłam, że ty i Yvonne jesteście wzorcową 

parą kochanków. 

- Byłaś zazdrosna? 

- Aha. 

Prowokacyjnie zwilżyła wargi językiem. Zareagował 

dzikimi pocałunkami. 

- Czy to dlatego uciekłaś? 

- Nie uciekłam! Uznałam, że opuszczenie przyjęcia 

będzie jedynym rozsądnym wyjściem. Nawiasem 

mówiąc, miałam pantofle na zbyt wysokich obcasach, 

żeby uciekać w nich dokądkolwiek. 

Zachichotała, równocześnie myśląc, że Roman chyba 

nie żartował, gdy chwalił tak jej odmienność w porów­

naniu z kobietami, jakie dotąd znał. 

- Wiesz, że się nie zmienię - powiedziała z pewnym 

niepokojem. 

- Chodzi ci oto, że nie ufarbujesz sobie włosów na zło­

ty kolor i nie będziesz nosić jedwabnych sukienek, czy tak? 

- Dokładnie tak. 

- No cóż - zapewnił wielkodusznie - myślę, że 

jakoś dam radę z tym żyć. - Znów dotknął jej brzucha. 

- Myślę, że obaj damy radę. Nie chcemy cię innej. 

Przytuliła się mocniej. Była spragniona dowodów 

background image

jego miłości. Przez długi czas gorzko przeżywała fakt, 

że jakkolwiek pociąga go i podoba mu się, to jednak 

na głębsze uczucie z jego strony nie może liczyć. 

Dlatego też jego miłosne wyznanie wlało w nią uczucie 

triumfu i cudownego zadziwienia. 

- Czy wiesz, że kiedy wróciłem z tego przyjęcia i zoba­

czyłem, że nie jesteś sama, o mało nie oszalałem z zazdrości? 

- Ale ja przecież nie zapraszałam tam Derka 

- zaprotestowała. 

- Skąd mogłem to wiedzieć? Przynajmniej w pierwszej 

chwili. W ogóle facet miał szczęście, że udało mu się 

uciec tylko z kilkoma siniakami. 

- To ja miałam szczęście - powiedziała na poły do siebie. 

Wróciła pamięcią do tamtej strasznej nocy. Czy jednak 

naprawdę była teka straszna? Przecież Roman wprowadził 

ją wówczas w tajniki miłości, a zrobił to tak fachowo 

i czule, że cały jej dotychczasowy świat uległ zupełnej 

przemianie. I dał jej to nowe życie, ich wspólne dziecko 

w jej łonie, już tak ukochane i upragnione. 

- Nie zapomnę nigdy naszej pierwszej nocy - po­

wiedział Roman w zadumie. - Opuściłem twoją sypialnię 

dziwiąc się sobie samemu, co właściwie za czort mnie 

napadł. Gdy więc na drugi dzień oświadczyłaś mi, że 

wyjeżdżasz do Padley, poczułem jakby ulgę. Pomyś­

lałem, że jeśli nie będę cię widział, moje życie na 

powrót stanie się normalne. Nie przeczuwałem jeszcze, 

że ta normalność właśnie skończyła się na dobre. 

Sammy wybuchnęła śmiechem. 

- Skończyła się na dobre! Mój bieduleniek! Przy­

pominasz w tej chwili kogoś, kto przeklina swoje 

życie w łańcuchach, o chlebie i wodzie i z dozorcą 

więziennym u drzwi. 

- Cóż, widzę, że chyba nie zdołam uciec z twojego 

aresztu. 

- Możesz być tego pewien - zawołała triumfalnie.