background image

 
 
 

Wood Sara 

 

Wenecki 

książę 

background image

 
 
ROZDZIA

Ł PIERWSZY 

Z galerii dla muzyk

ów  Rozzano  obserwował  przyjęcie 

urodzinowe żony swojego brata. Doszedł do wniosku, że nie 

ma wyjścia: musi się ożenić. Smutna perspektywa, ale lepsze 

to  niż  obecna  sytuacja.  Na  samą  myśl o  tym,  co  tu  się  teraz 

dzieje, serce ścisnęło mu się z żalu. W pięknym rokokowym 

salonie  zachłanne  kokoty  wabiły  bogatych  kochanków,  a 

olśniewające 

piękności 

szczebiotały 

ramionach 

podstarzałych rekinów finansowych. Kilku gości spacerowało 
po salonie, uk

radkiem wyceniając umieszczone tam antyki. 

Rozgniewany Rozzano westchn

ął  ciężko.  Ten  pałac  był 

jego  własnością,  a  ci  ludzie  nie  zasługiwali  na  to,  by 

przebywać  w  tych  murach.  Gardził  znajomymi  brata  i 

większość  z  nich  uważał  za  prostaków.  Wśród 
rozplotkowa

nego tłumu jego brat, znany kłamca, leń i krętacz, 

puszył  się  jak  paw,  dumny  z  fortuny  Barsinich,  jubilatka 

intrygowała  na  boku,  a  ich  dzieci  wrzeszczały  i  kłóciły  się, 

napychając brzuchy kosztownymi smakołykami. 

Ksi

ążę  Rozzano  Alessandro  Barsini  pozwolił  sobie na 

wyjątkową demonstrację uczuć i spojrzał pogardliwie na tłum 

gości.  Uchodził za  dżentelmena w  każdym calu i  uosobienie 
opanowania. Znajomi oniemieliby na widok jego gniewnej 
miny: by

ło  nie  do  pomyślenia,  żeby  Barsini  ujawniał  swoje 

uczucia. Ojciec 

powtarzał  mu  dawniej,  że  gdyby  coś  go 

wytrąciło  z  emocjonalnej  równowagi,  nie  powinien  tego 

okazywać.  A  zatem  nikt  się  nie  dowie,  że  na  myśl  o 

najbliższych odczuwa nienawiść i wściekłość. Do diabła! Jak 

dobrze jest czasem zrzucić na moment maskę uprzejmości. 

Wczoraj usi

łował  przemówić  Enricowi  do  rozsądku,  ale 

brat go wyśmiał; oznajmił, że ma tylko jedno życie i nie jest 

na tyle głupi, by marnować je w pracy. Rozzano wciąż kipiał 

background image

ze  złości  na  wspomnienie  tamtej  rozmowy.  Czyżby  Enrico 

sądził,  że  wielkie  rodzinne wydawnictwo nie wymaga 

starannego nadzoru, bo wszystko tam kręci się samo? 

Rozzano us

łyszał  głuchy  łoskot  i  odwrócił  się  z  irytacją. 

Kilku pijanych gości wpadło na siebie, przewracając bezcenny 

średniowieczny  kandelabr.  Zacisnął  zęby.  Był  przecież 
najstarszym synem w jednej z najbardziej szanowanych 

weneckich  rodzin,  wiec  miał  obowiązek  bronić  jej  honoru  i 

zadbać,  aby  ród  Barsinich  nie  wygasł.  Na  wypadek  jego 

śmierci  tytuł  nie  może  przejść  na  Enrica  i  jego  bachory. 

Potrzebował spadkobiercy i wiedział, że nie ucieknie przed tą 

koniecznością,  a  zatem  musiał  poszukać  żony.  Westchnął 

ciężko, gdy podjął decyzję. Powoli zacisnął dłonie w pięści i 

poczuł,  że  coś  mocno  ściska  go  za  gardło.  Gotów  był  na 

wszystko, byle tylko założyć rodzinę. 

Targa

ły  nim  sprzeczne  uczucia.  Jakiś  czas  temu 

poprzysiągł sobie, że będzie trzymać się z dala od kobiet. Od 

tamtej  chwili  minęły  cztery  lata,  trzy  miesiące  i  cztery  dni. 

Wiedział,  która  była  godzina,  kiedy  umarła  jego  żona. 

Przygryzł  wargę,  starając  się  opanować.  Z  winy  brata, który 

miał  swój  udział  w  tamtej  tragedii,  musiał  teraz  wrócić  na 

małżeńskie  targowisko  i  bez  miłości  wybrać  odpowiednią 

kobietę,  chociaż  nie  potrafił  już  kochać.  Do  końca  życia 

będzie udawać oddanego męża, co było dla niego jak wyrok. 

Z  ponura  miną  rozmyślał  o  kobietach,  które  okazywały  mu 

uwielbienie i flirtowały, nie kryjąc, że mają na niego ochotę. 

Żadna z nich nie zagrzałaby miejsca w jego domu. 

 - Niech ci

ę diabli, Enrico - mruknął przez zaciśnięte zęby. 

Od lat nie mógł znaleźć szczęścia. Miał wszystko, ale to nic 

nie  znaczyło.  Jedyną  pociechą  były  dla  niego  ojcowskie 

uczucia  pewnego  starego  człowieka.  Jęknął  głucho,  gdy 

uświadomił  sobie,  ile  zachodu  wymagają  sprawy,  które 

powierzył mu D'Antiga. 

background image

Zegar na wie

ży  wybił  godzinę,  a  Rozzano  odruchowo 

popatr

zył  na  zegarek  i  głośno  zaklął.  Trzeba  jechać,  są 

sprawy, które nie 

mogą czekać. Gdzieś w południowej Anglii 

małomiasteczkowy  adwokat  zdobył  dla  niego  informacje 

dotyczące  rodziny  D'Antigów,  co  stanowiło  dla  Rozzana 

dostateczny  powód,  żeby  przejechać  pól  Europy.  Może 

odnalazła się zaginiona córka? Gdyby tak było, nie musiałby 

dłużej zarządzać majątkiem przyjaciela swego zmarłego ojca. 

Jego twarz zn

ów  przybrała  wyraz  pogodny  i 

nieprzenikniony,  a  po  gniewnej  minie  nie  zostało  śladu. 

Ruszył  w  dół  klatką  schodową  ozdobioną  bogatymi 

złoceniami.  Miał  nadzieję,  że  wkrótce  odsunie  brata  od 

zarządzania  rodzinnym  wydawnictwem  i  sam  zacznie  nim 

kierować  jak  należy.  Z  góry  się  na  to  cieszył  i  w  znacznie 

lepszym  nastroju  szedł  w  stronę  wyjścia,  gdzie  cumowała 
motorówka. 

Skinął głową służącym i natychmiast jeden z nich 

pobiegł  uprzedzić  przewoźnika,  a  drugi  podał  księciu 

wełniany  płaszcz,  teczkę  i  rękawiczki.  Wkrótce  Rozzano 

jechał na weneckie lotnisko, skąd prywatnym samolotem udał 

się do południowej Anglii. Celem podróży była osada Barley 
Magma w hrabstwie Dorset. 

Gdy ksi

ążę  Rozzano  Alessandro  Barsini  wysiadł  z 

wynajętego  samochodu,  wyglądał  tak  świeżo  i  wytwornie, 

jakby niedawno się obudził i przygotował do wyjścia, chociaż 

od  wczesnego  rana  naprawiał  szkody  spowodowane 

lekkomyślnością  brata,  niedbale  rządzącego  firmą.  Odbył 

telefoniczną  naradę  z  zagranicznymi  przedstawicielami 

wydawnictwa.  a  w  samochodzie  przejrzał  dokumenty 

związane z produkcją perfum, którą z pokolenia na pokolenie 

zajmowała się rodzina D'Antigów. 

 -  Jeste

śmy na miejscu - powiedział kierowca wynajętego 

auta. 

background image

Rozzano zatrzyma

ł  się  przed  sklepikiem  spożywczym  na 

końcu ulicy, gdzie stały domy z żółtego piaskowca, lśniące w 
blasku kwie

tniowego słońca. Zirytowany Rozzano zmarszczył 

brwi  i  zacisnął  zęby.  Najwyraźniej  ktoś  go  nabrał.  Pod  tym 

adresem  miała  być  przecież  kancelaria  prawnicza.  Mocno 

zawiedziony wsiadł znowu do auta. 

 -  Nie zamierzam tu przecie

ż robić zakupów - mruknął z 

irytacją. 

 -  Oczywi

ście. Kancelaria znajduje się na piętrze - odparł 

skwapliwie 

kierowca.  Wyczuł,  że  ma  zamożnego  klienta,  i 

spodziewał się dużego napiwku. - Drzwi są za rogiem. 

Rozzano bez przekonania kiwn

ął głową, ale podziękował 

mu  uprzejmie.  Nie  robił  sobie  wielkich  nadziei,  by  w  tej 

mieścinie udało się wyjaśnić tajemnicę sprzed trzydziestu lat. 

 - Prosz

ę tu po mnie wrócić... powiedzmy za godzinę. 

W ponurym nastroju wszed

ł  do  skromnie  wyposażonej 

poczekalni.  Młoda  kobieta  siedząca  przy  biurku  usiłowała 

jednocześnie pisać na maszynie i plotkować przez telefon. Nie 

podnosząc  głowy,  zakryła  dłonią  mikrofon  i  rzuciła 
opryskliwie: 

 - Tak? 
 -  Dzie

ń  dobry.  -  Spochmurniał,  ale  mówił  z  przesadną 

uprzejmością.  -  Jestem  umówiony.  Nazywam  się  Rozzano 
Barsini i... 

 -  Ach, ksi

ążę! - Wystraszona kobieta rzuciła słuchawkę, 

zaczerwieniła  się,  strąciła  z  biurka  stos  dokumentów  i 

przewróciła  kubek  z  kawą.  Cofnął  się  odruchowo,  żeby  nie 

zaplamić markowego garnituru. - Cholera jasną! Przepraszam 
wasz

ą...  książęcą  wysokość.  -  Zakłopotana  sekretarka 

próbowała uporać się z bałaganem, ale raz po raz zachwycona 

spoglądała  na  księcia.  Ten  podał  jej  chusteczkę  do  nosa, 

myśląc z obawą, że jeszcze chwila, a kobieta zacznie mu bić 

background image

pokłony. Jej ugięte kolana i nisko pochylona głowa stanowiły 

potwierdzenie jego najgorszych przeczuć. 

 - Niech si

ę pani uspokoi - powiedział zaskoczony, że jego 

obecność zrobiła na niej takie wrażenie. 

Nie lubi

ł  próżnego  rozgłosu.  Odkąd  stracił  żonę, 

dziennikarze  obsesyjnie  interesowali  się  jego  prywatnym 

życiem  i  relacjonowali  je  w  najdrobniejszych  szczegółach. 

Tematów dostarczał im również niezwykle towarzyski Enrico. 

Ta  młoda  kobieta  najwyraźniej  uważała  postaci  z  kroniki 

towarzyskiej  niemal  za  bóstwa.  Rozzano  chętnie  wybiłby  jej 

to z głowy, ale machnął ręką. 

 -  Poczekam, a

ż  będzie  pani  mogła  powiadomić  szefa  o 

moim przybyciu - 

oznajmił z przekąsem. 

Sekretarka posprz

ątała  i  pędem  ruszyła  do  gabinetu,  z 

którego  dobiegły  wkrótce  ożywione  głosy.  Rozzano  stłumił 

westchnienie,  z  niesmakiem  spojrzał  na  mocno  zniszczoną 

kanapę,  podciągnął  nogawki  ciemnogranatowych  spodni 
idealnie zaprasowanych 

w  kant  i  usiadł  na  chybotliwym 

drewnianym krześle, starając się przybrać możliwie wygodną 

pozycję.  Jego  czas  był  cenny,  więc  żeby  go  nic  marnować, 

wyjął  telefon,  zamierzając  porozmawiać  z  kilkoma  osobami. 

Dopiero wtedy spostrzegł kobietę siedzącą w rogu poczekalni. 

 -  Przepraszam, wydawa

ło  mi  się,  że  jestem  tu  sam  - 

wyja

śnił  uprzejmie  i  schował  telefon  do  wąskiego  futerału 

umieszczonego przy pasku. 

 -  Witam pana  -  rzuci

ła  przyjaźnie  z  uśmiechem,  który 

rozświetlił ciemnoszare oczy. 

G

łos  miała  niski  i  melodyjny,  a  Rozzano  poczuł,  że  pod 

jego  wpływem  odzyskuje  dobry  humor.  Nieznajoma 

wiedziała,  z  kim  ma  do  czynienia,  ponieważ  zachowanie 

sekretarki  nie  pozostawiało  w  tej  kwestii  żadnych 

wątpliwości, ale zachowała spokój i najwyraźniej w ogóle nie 

przejęła się nowiną. Dla Rozzana była to przyjemna odmiana. 

background image

W  pierwszej  chwili  odruchowo  odwrócił  wzrok,  ponieważ 

unikał  kobiet  jak  diabeł  święconej  wody,  ale  zdumiony 

zachowaniem nieznajomej spojrzał na nią po raz drugi. Kąciki 

jego  ust  uniosły  się  lekko,  a  rysy  twarzy  złagodniały,  gdy 

domyślił się, że został zlekceważony - wręcz zapomniany, co 

było  dla  niego  osobliwą  i  pełną  uroku  niespodzianką. 

Dziewczyna  wyglądała  przez  okno,  obserwując  ulicę  z 

roztargnieniem.  Rozzano  z  żalem  uległ  nakazom  dobrego 
wychowania, które ni

e pozwalają gapić się na innych ludzi, i 

odwrócił wzrok, ale zdążył jeszcze spostrzec, że wyraz twarzy 

i postawę dziewczyny cechuje wyjątkowy spokój. 

W przeciwie

ństwie  do  większości  jego  znajomych  - 

filigranowych, szczuplutkich kobietek o modnej sylwetce  - 
nieznajoma by

ła  dość  wysoka,  mocnej  budowy  i  przyjemnie 

zaokrąglona - istna bogini płodności. Z drugiej strony jednak... 
Rozzan

o  udawał,  że  przegląda  czasopismo poświęcone 

weselom  i  ślubom,  a  zarazem  próbował  określić,  co  tak  go 

intryguje.  Jej  strój?  Miała  na  sobie  źle  skrojoną  sukienkę  z 

pomarszczonym  karczkiem  oraz  ciemnobrązowy  rozpinany 

sweter bez stylu i klasy. Od razu spostrzegł, że ma piękne nogi 

długie,  smukłe,  obnażone;  ich  skóra  opalona  na  złoty  brąz 

połyskiwała  lekko,  a  kostki  były  tak  szczupłe,  że  z 

przyjemnością marzył  o  tym,  by  objąć  je  dłonią.  Buty  miała 

niemodne  i  marnej  jakości,  ale  za  to  wyczyszczone  do 

połysku.  Rozzano  natychmiast  to  spostrzegł.  Była  szatynką; 

włosy  koloru  cukierków  toffi  upięła  w  gładki  węzeł 

świadczący o pogardzie do kokieterii. Wyglądała niepozornie; 

tylko  piękne,  długie  nogi  mogły  przyprawić  mężczyznę  o 

szybsze bicie serca, a więc dlaczego przyciągnęła jego uwagę? 

Czemu  patrzył  na  nią  z  takim  zainteresowaniem?  Przyglądał 

się jej ukradkiem, próbując rozwiązać tę zagadkę. 

Allora...  Tak, wszystko jasne. Blask rado

ści  rozświetlił 

jego ciemne  oczy.  Mimo  skromnego  wyglądu  tę  dziewczynę 

background image

otaczała  wyczuwalna  na  pierwszy  rzut  oka  aura  prawdziwej 

wytworności.  Nieznajoma  trzymała  się  prosto,  głowę  miała 

wysoko  uniesioną,  rysy  delikatne,  a  piękne  nogi  skromnie 

odsunięte w bok. 

 -  Pan Luscombe zaprasza wasz

ą  wysokość  do  swego 

gabinetu  - 

powiedziała  sekretarka  trochę  za  głośno.  Oczy 

lśniły jej z podniecenia. 

 -  Dzi

ękuję. - Rozzano ze zdumieniem stwierdził, że jest 

zirytowany, poniewa

ż  nie  dane  mu  było  porozmawiać  z 

nie

znajomą,  którą  porównywał  do  madonny  z malowideł 

weneckich mistrzów. Po chwili 

wziął  się  w  g arść  i  ru szył  w 

stroną biura. Gdy witał się z wiekowym prawnikiem, usłyszał 

znowu głos sekretarki. 

 - Aha, pani te

ż może wejść, panno Charlton - powiedziała 

lekceważąco. 

Rozzano odwr

ócił  się  natychmiast  i  popatrzył  na 

dziewczynę, która z łagodnym wyrazem twarzy ruszyła w jego 

stronę. Cóż ona może mieć wspólnego z milionami D'Antigi? 

 -  Czy mam zrobi

ć  kawę,  wasza  książęca  wysokość?  - 

zapytała  sekretarka  głosem  tak  słodkim,  że  zrobiło  mu  się 

niedobrze. Rzucił jej karcące spojrzenie. 

 - W takiej sytuacji my, W

łosi, najpierw zwracamy się do 

pań.  Mężczyzn  pyta  się  w  drugiej  kolejności  -  odparł  cicho, 

boleśnie dotknięty, że musi tłumaczyć rzeczy oczywiste. 

 - S

łuszna uwaga. Jean, przynieś kawę dla nas wszystkich. 

Luscombe  podszedł  do  łagodnej  dziewczyny  stojącej  w 
drzwiach. Kiedy si

ę z nią witał, zniknęła gniewna mina, a na 

twarzy  pojawił  się  radosny  uśmiech.  Rozzano  także  się 

rozpromienił,  chociaż  nie  miał  pojęcia,  co  go  tak  ucieszyło. 

Od dawna rzadko się uśmiechał, ale wystarczyło, że popatrzył 

na tę dziewczynę, a kąciki jego warg same się unosiły. Gdy z 

szacunkiem uścisnęła dłoń prawnika, Rozzano miał wrażenie, 

że na jego zatroskane serce spływa błogosławiony spokój. 

background image

Frank Luscombe dokona

ł  oficjalnej  prezentacji.  Rozzano 

uj

ął małą, wąską dłoń Sophii Charlton; pod wpływem nagłego 

impulsu  pochylił  się  i  złożył  na  niej  pełen  uszanowania 

pocałunek. 

Sophia przyzna

ła  w  duchu,  że  klient  Franka  znakomicie 

się  prezentuje  i  pięknie  pachnie.  Spoglądając  na  ciemną 

czuprynę,  próbowała  sobie  przypomnieć,  gdzie  słyszała  jego 

nazwisko.  Był  księciem,  więc  zapewne  czytała  o  nim  w 

kronice towarzyskiej. Może uczestniczył w ważnym przyjęciu 

albo zjawił się na głośnej premierze. Cóż, tak się bawi wielki 

świat. 

Gdy podni

ósł  głowę,  popatrzyła  w  roześmiane  oczy, 

lśniące i czarne jak smoła. Ze zdumieniem stwierdziła, że nie 

patrzy  na  goniącego  za  błahymi  rozkoszami  próżniaka.  Stał 

przed nią myślący, poważny mężczyzna. Zrobiło jej się ciepło 
na sercu - 

tak samo jak w chwili, gdy wszedł do poczekalni i 

usłyszała jego głęboki, kojący głos oraz zagadkowy akcent. 

Na jego widok przypomnia

ły jej się marzenia o księciu z 

bajki. Pragnęła zakochać się, wyjść za mąż i mieć dzieci. Jej 

wybranek  okaże  się  zapewne  farmerem  lub  agentem 

ubezpieczeniowym, ale dla niej będzie prawdziwym księciem. 

Od dawna marzy

ła  o  dzieciach.  Z  westchnieniem 

pomyślała,  że  czwórka  pociech  byłaby  idealna.  Pragnienie 

narastało w miarę, jak zegar biologiczny tykał coraz głośniej. 

Zawsze  starała  się  widzieć  dobre  strony  każdej  sytuacji,  ale 

tylko w dużej rodzinie byłaby naprawdę szczęśliwa. 

Poczucie humoru i zdrowy rozs

ądek pozwoliły jej wrócić 

do rzeczywistości. Na głuchej prowincji rzadko pojawiali się 
nie

żonaci książęta na białych koniach; równą rzadkością byli 

farmerzy lub sprzedawcy nieruchomości gotowi zakochać się 

do szaleństwa w trzydziestodwuletniej starej pannie, która ma 

w  życiu  pecha.  Ubawiona  wyobraziła  sobie,  że  książę 

Rozzano  podjeżdża  na  białym wierzchowcu, schyla ku niej, 

background image

porywa  w  objęcia,  sadza  przed  sobą  na  koniu  i,  ogarnięty 

miłosną  niecierpliwością,  rozpina  guziki  wysłużonego 

sweterka.  Stłumiła  chichot  i  próbowała  słuchać  adwokata, 

który tłumaczył się z powodu wybryków Jean. 

 -  Przysz

ła  na  zastępstwo,  ponieważ  moja  sekretarka  jest 

na urlopie macierzyńskim. 

 -  Jaka mi

ła  nowina!  -  ucieszyła  się  Sophia,  tłumiąc 

zazdrość.  Po  chwili  dodała  współczująco:  -  Z  pewnością  dla 
pana to spore utrudnienie. 

Usiad

ła, obciągając zbyt krótką spódniczkę, żeby bardziej 

osłonić uda. Książę od czasu do czasu zerkał na jej nogi, ale z 

jego  miny  nie  potrafiła  wywnioskować,  czy  patrzy  z 

przyjemnością, czy raczej krytycznie. 

Sekretarka zapuka

ła  do  drzwi  i  weszła  z  tacą,  którą 

niezdarnie postawiła na biurku szefa, niechcący strącając przy 

okazji  słuchawkę  telefonu.  Rozanielona  podała  księciu 

filiżankę i bardzo się rozczarowała, gdy Rozzano nie poprosił 

o  cukier  i  mleko.  Odeszła  nadąsana,  a  pozostali  amatorzy 

kawy musieli się sami obsłużyć, więc sięgnęli po stare kubki. 

 -  W takich sytuacjach czuj

ę  się  bezradny  -  westchnął 

Frank. Sophia poweselała, widząc jego udawaną rozpacz. 

 -  Gdyby

ś  kiedykolwiek  w  przyszłości  potrzebował 

pomocy,  zawsze  możesz  na  mnie  liczyć.  Chętnie  wpadnę. 

żeby cię odciążyć w pracy - zapewniła. - Za życia taty często 

przepisywałam  na  maszynie  korespondencję  i  prowadziłam 

księgowość. 

 -  Zawsze mi si

ę  wydawało,  że  nim  zachorował,  byłaś 

przedszkolanką,  ale  zrezygnowałaś  z  posady,  żeby  go 

pielęgnować. 

 -  Bardzo lubi

łam  pracować  z  dziećmi  -  odparła 

rozmarzona.  - 

W  wolnych  chwilach  pomagałam  ojcu. 

Szczerze mówiąc, teraz moja sytuacja finansowa jest tak zła, 

że  podjęłabym  każde  zajęcie  z  wyjątkiem  sprzedaży 

background image

narkotyków, napadu na bank albo...  - 

W  porę  ugryzła  się  w 

język,  bo  już  chciała  powiedzieć,  że  własnym  ciałem  też 

kupczyć  nie  będzie,  ale  zdała  sobie  sprawę,  że  paple  bez 

sensu, co zwykle jej się nic zdarzało. 

 - Albo? - powt

órzył z ciekawością. 

 -  Mniejsza z tym. Nie z

łamię prawa dla zysku - odparła 

wyniośle. 

 - Rozumiem. - Mia

ł wypisane na twarzy, że wie, o czym 

pomyślała. 

 -  Udzielam si

ę  w  szkole  jako  wolontariuszka,  ale  od 

śmierci ojca nie mam stałej posady. Sam wiesz, jak trudno o 

pracę  w  tych  stronach.  Gdybym  zamieszkała  w  mieście, 

byłoby  łatwiej,  ale  nie  stać  mnie  na  przeprowadzkę.  - 
Roze

śmiała  się  cicho,  wspominając  niedawną  próbę  zna  - 

lezienia posady. 

 -  Prosz

ę  nam  o  tym  opowiedzieć,  panno  Charlton  - 

pow

iedział  cicho  książę.  Obaj  słuchacze  wydawali  się 

ogromnie zaciekawieni, wi

ęc  tylko  wzruszyła  ramionami  i 

spełniła jego prośbę. 

 - W poprzednim tygodniu pr

óbowałam zatrudnić się jako 

śmieciarz. Ciekawe, jak brzmiałby ten rzeczownik w rodzaju 

żeńskim - odparła z powagą. 

 -  Prosz

ę?  -  Książę  doskonale  znał  angielski,  ale  nie  był 

pewny, czy dobrze ją rozumie. 

 - 

Żadna  praca  nie  hańbi  -  odparła  z  godnością,  a  książę 

bez słowa uniósł lekko brwi. 

Sophia uzna

ła, że brak mu poczucia humoru. Uległa nagłej 

pokusie,  by  zabawić  się  kosztem  tego  ponuraka.  Frank 

natychmiast podjął grę. 

 - Ach, tak! - rzuci

ł, uśmiechając się zachęcająco. 

 -  Przyjrza

łam się innym kandydatom i uznałam, że mam 

szansę  otrzymania  tej  posady  -  odparła  z  kamienną  twarzą  - 

ale  niespodziewanie  zgłosił  się  facet  ogolony  na  zero, 

background image

umięśniony  jak  Herkules,  w  ciasnym  podkoszulku,  z 

tatuażami.  Z  resztą  mogłam  wygrać,  ale  ten  był  nie do 
pokonania! 

 -  Moim zdaniem  -  odpar

ł  uśmiechnięty  Frank  -  wkrótce 

znajdziesz  sobie  zajęcie  o  wiele  ciekawsze  od  wywożenia 

śmieci. 

 -  Chcesz powiedzie

ć,  że  zaproponują  mi  pracę  w 

przedszkolu? - 

spytała z nadzieją. 

 -  To co

ś  znacznie  bardziej  interesującego  -  powiedział 

F

rank,  ale  Sophia  już  go  nie  słuchała.  Chciała  pracować  z 

dziećmi;  to  było  jej  największe  marzenie.  Pragnęła  się  nimi 

opiekować,  matkować  im.  Otrząsnęła  się  z  zadumy.  słysząc, 

że Frank raz po raz powtarza jej imię. 

 - Przepraszam, jestem okropnie roztargniona. 
 -  Marzy pani o muskularnym Herkulesie w ciasnym 

podkoszulku? - zapyla

ł książę. 

W jej oczach pojawi

ły się wesołe iskierki. Ucieszyła się, 

że pod pozorami surowości kryło się jednak poczucie humoru. 

 -  My

ślałam  o  moich przedszkolakach  -  odparła  z 

mimowo

lną czułością w głosie. - Szkoda, że nie mogę do nich 

wrócić. - Frank odchrząknął znacząco, ale rzucił jej serdeczne 

i wesołe spojrzenie. Niechętnie powróciła do rzeczywistości. - 

Słucham  uważnie.  -  Wyprostowała  się  i  splotła  dłonie  na 
kolanach. - Opowiadaj. 

 -  Zastanawiam si

ę,  od  czego  zacząć.  -  Frank  przekładał 

leżące  przed  nim  dokumenty.  Sophia  wyczuła,  że  książę 

znieruchomiał,  i  spojrzała  na  niego  ukradkiem.  Profil  miał 

surowy  i  wyrazisty.  Ucieszyła  się,  gdy  spojrzał  na  nią  i 

uśmiechnął  się,  widząc  jej  przyjazne zainteresowanie. 

Całkiem ja, rozbroił, bo miała świadomość, że ten mężczyzna 

nie  szafuje  pochopnie  uśmiechami.  Z  trudem  oparła  się 

pokusie, by zwichrzyć mu włosy. Z pewnością znakomicie by 

się prezentował z kosmykami opadającymi na czoło. Oczyma 

background image

wyobraźni  ujrzała  go  na  zboczu  jednego  z  okolicznych 

pagórków; w pełnym słońcu byłby jeszcze przystojniejszy. 

 -  Czy tak samo niecierpliwie jak ja czeka pani, a

ż  się 

dowiemy, jakiż to przypadek sprawił, że oboje znaleźliśmy się 
dzisiaj w tym biurze?  -  spyt

ał  książę.  Z  przyjemnością 

słuchała  ciepłego,  umiejętnie  modulowanego  głosu.  Przez 

chwilę rozkoszowała się tym doznaniem, udając, że rozważa 

jego słowa. 

 - Spokojnie oczekuj

ę wyjaśnień. Jestem pewna, że Frank 

powie nam wszystko, gdy nadejdzie odpowiedni moment  - 
odparta pogodnie. Niezliczone podwieczorki z rozmownymi 

parafianami  ojca  sprawiły,  że  stała  się  wobec  bliźnich 

wyjątkowo cierpliwa i pobłażliwa. - Tak czy inaczej, sytuacja 

jest niezwykła. 

 - Podzielam pani zdanie. 
Po namy

śle  uznała,  że  wszystko  ich  różni.  Byli  jak 

przybysze z dwóch różnych planet. Można by powiedzieć, że 

pochodzą  z  różnych  sfer.  Książę  nosił  drogie  ubrania,  które 

idealnie  leżały  na  jego  muskularnym  ciele.  Z  pewnością 

zostały  uszyte  na  miarę.  Z  zachwytem  parzyła  na  jego 
szerokie rami

ona.  Byłby  idealnym  modelem  dla 

najwybitniejszych rzeźbiarzy. 

 - Je

śli mam być szczera, moim zdaniem Frank zwleka tak 

długo,  ponieważ  ma  bałagan  w  papierach  -  szepnęła, 

pochylając się nagle w jego stronę. 

 -  Taka my

śl  przemknęła  mi  przez  głowę  -  odparł  z 

u

śmiechem, który sprawił, że zabrakło jej tchu. 

 - 

Jeszcze chwilka 

mamrota

ł  pochylony  nad 

dokumentami Frank. - 

Muszę coś znaleźć. 

Wydawa

ł się bardzo przejęty. Co go tak poruszyło? 

Udzieli

ła  jej  się  ta  nerwowość.  Gdy  zapadła  kłopotliwa 

cisza, zaniepokojona 

Sophia zapylała niespodziewanie: 

background image

 - A mo

że jestem pańską zaginioną przed laty siostrą? Gdy 

zmierzył  ją  taksującym  spojrzeniem,  poczuła  się  tak, jakby 
stan

ęła w świetle jupiterów. 

 -  Od razu wida

ć,  że  to  mało  prawdopodobne  -  odparł, 

patrząc  na  jej  kostki  i  nadgarstki,  które  nic  wskazywały  na 

pokrewieństwo z włoską arystokracją. 

 - 

Żartowałam - mruknęła z roztargnieniem. 

 -  Wiem  -  odpar

ł,  zwracając  ku  niej  oczy.  Długo  się  jej 

przyglądał,  jakby  utrwalał  w  pamięci  rysy  twarzy.  Nagle 

wstrzymał oddech i omal nie zerwał się z krzesła, jakby coś go 

nagle zaskoczyło. 

 - Panie mecenasie! - zawo

łał natarczywie, zapominając o 

powściągliwości.  -  Z  naszej  rozmowy  wynikało,  że  nowiny 

dotyczą  przyjaciela  mojego  ojca,  pana  D'Antigi.  Chodziło  o 

jego córkę? 

 -  W pewnym sensie  -  odpar

ł  zbity  z  tropu  adwokat, 

oburzony natarczywością księcia. 

 - Domy

ślam się, że umarła. 

 - S

łuszna uwaga, ale wolałbym... 

 - W porz

ądku, ale moim zdaniem... 

 - Mia

ła dziecko? 

Frank wierci

ł się niespokojnie. 

 - Prosz

ę o cierpliwość, chciałbym odpowiednio naświetlić 

tę sprawę, by szok... 

 -  Jak

ą  sprawę?  -  zawołała  nagle  wystraszona  Sophia.  - 

Cóż to za szokująca nowina? Czemu zaprosił pan tutaj i mnie, 
i ksi

ęcia  Rozzano?  -  wypytywała  natarczywie.  Nagle 

przypomniała sobie, skąd zna jego imię i nazwisko. Jakiś czas 

temu  jego  zdjęcia  widniały  na  okładkach  wszystkich 

popularnych 

magazynów. 

Przedstawiały 

człowieka 

pogrążonego w rozpaczy. Pamiętała, że zbolała twarz budziła 

w  niej  głębokie  współczucie.  Tamte  fotografie  stanęły  jej 
nagle przed oczyma, lecz nadal 

nie  miała  pojęcia,  z  jakiego 

background image

powodu  książę  tak  bardzo  cierpiał.  Co  się  wtedy  stało?  Czy 

tamte zdarzenia mają jakiś związek z dzisiejszym spotkaniem? 

 - Sophio... 
 -  Tak? Przepraszam, zamy

śliłam  się.  -  Łagodny  głos 

adwokata  sprawił,  że  wróciła  do  rzeczywistości.  -  Dlaczego 
mnie tu wezwano? O co chodzi?  - 

dopytywała się z pobladłą 

twarzą. 

 - Od 

śmierci twego ojca minął niespełna rok... 

 - Nie musisz mi o tym przypomina

ć, Frank. 

 -  Wspominam o tym ze wzgl

ędu  na  księcia.  -  Adwokat 

spojrzał na niego i tłumaczył dalej: - Nasz pastor cierpiał na 

stwardnienie rozsiane. Sophia pielęgnowała go przez sześć lat. 

 -  Kawa

ł  czasu.  -  Rozzano  przez  kilka  chwil  z  powagą 

spoglądał  jej  w  oczy,  jakby  ta  nowina  bardzo  go 

zainteresowała.  Sophia  wodziła  spojrzeniem  od  Franka  do 
Ro

zzana.  Ich  zafrasowane  twarze  budziły  w  niej  poważne 

obawy. 

 -  Powiedz mi natychmiast, o co chodzi!  -  b

łagała. 

Adwokat obrzucił ją badawczym spojrzeniem. 

 -  Autentyczno

ść  testamentu  twojego  ojca  została  już 

potwierdzona, Sophio  - 

oznajmił,  mocno  poruszony,  i 

odchrząknął  niepewnie.  -  To  delikatna  sprawa.  Ujawnił 

wreszcie  sekret  dotyczący  twojej  matki,  która  wymogła  na 

nim przyrzeczenie, że ci go nie zdradzi. Wrodzona uczciwość 

sprawiła,  że  dotrzymał  słowa,  lecz  na  krótko  przed  śmiercią 

wezwał  mnie  i  poprosił,  żebym  wszystko  ci  wyjaśnił,  gdy 

uznam,  że  jesteś  na  to  przygotowana.  Bardzo  cię  kochał  i 

dlatego uznał, że powinnaś wykorzystać swoją szansę. 

Sophia wzdrygn

ęła  się,  gdy  Rozzano  krzyknął  coś  w 

swoim  języku,  ale  natychmiast  się  zreflektował  i  dodał  po 
angielsku: 

 -  Ju

ż  wiem,  kim  ona  jest!  To  córka  Violetty  D'Antigi, 

prawda? 

background image

 - Trafi

ł pan w dziesiątkę! - zawołał uradowany Frank. 

 -  Od razu wiedzia

łam,  że  to  nieporozumienie!  Moja 

matka  nazywała  się  Violet  Charlton.  Postaraj  się  o  lepszą 

sekretarkę  -  odparła  pobłażliwym  tonem  Sophia  -  żeby 

uporządkowała twoje papiery, bo mieszają się fakty z pozoru 
oczywiste. 

Niespodziewanie znalaz

ła  się  oko  w  oko  z  Rozzanem, 

który ukląkł przed nią i ujął jej dłonie. Patrzył na nią długo i 

uporczywie.  Zorientowała  się.  że  drży  pod  wpływem  jego 

bliskości.  Nic  dziwnego,  skoro  był  zabójczo  przystojny. 

Każda kobieta straciłaby dla niego głowę, bo pod wykwintną 

powierzchownością czuło się pierwotną i niespożytą energię. 

 -  To wcale nic jest pomy

łka.  Coś  nas  łączy  -  odparł 

krótko. 

By

ła  między  nimi  jakaś  więź.  Przez  ułamek  sekundy 

Sophia miała wrażenie, że obserwuje z boku tę scenę. Można 

by  pomyśleć,  że  słyszy  jego  myśli  i  czuje  lak  samo  jak  on. 

Uśmiechnęła  się  bezradnie,  ponieważ  nie  mogła  w  to 

uwierzyć.  Cóż  ją  mogło  łączyć  z  tym  weneckim  księciem? 

Wymyślała  sobie  od  idiotek:  ulubieniec  kobiet  i  córka 

wiejskiego pastora! Najwyraźniej brakowało jej piątej klepki. 

 - Oczywi

ście! Włoski arystokrata ubrany od stóp do głów 

u Armaniego... 

 -  Gianfranca Ferrego  -  poprawi

ł  machinalnie,  jakby 

s

ądził,  że  tę  markę  powinien  rozpoznać  nawet ostatni  dureń. 

Garnitur był przecież, nieskazitelny. 

 -  Oczywi

ście,  Ferrego.  Mnie  tam  wszystko  jedno  - 

odparła  pogodnie.  -  Chce  mi  pan  wmówić,  że  książę  i 

bezrobotna  córka  ubogiego  duchownego  mają  ze  sobą  coś 
wspólnego? - 

W jej głosie słyszał zdziwienie i niedowierzanie, 

a oczy śmiały się do niego. 

 - Pani ojciec by

ł duchownym? To wiele tłumaczy - odparł 

zamyślony, obserwując jej twarz. 

background image

 -  A zatem niech mi pan wyt

łumaczy,  o  co  chodzi  - 

zaproponowała,  starając  się  ukryć  drżenie  warg.  Poczuła  na 

twarzy ciepły oddech Rozzana. Czuła się tak, jakby pogłaskał 

ją  po  policzku...  albo  złożył  na  nim  pocałunek.  Jej  oczy 

zasnuła  mgiełka  radości  i  oczekiwania.  W  głowie  jej  się 

mąciło, 

brakowało 

jej 

tchu.

background image

 -  Prosz

ę  mi  wierzyć;  kaprys  losu  sprawił,  że  wiele  nas 

łączy  -  odparł  wyjątkowo  serdecznie.  -  Dlatego oboje tu 

jesteśmy. Niech się pani przygotuje na wielką niespodziankę, 

ale  to  dobra  nowina,  która  odmieni  pani  życie.

background image

ROZDZIA

Ł DRUGI 

Sophia wstrzyma

ła  oddech  i  siedziała  bez  ruchu, a jej 

umysł  pracował  gorączkowo.  Nie  chciała  zmieniać  swego 

życia. Chętnie podjęłaby nową pracę, wyszła za mąż, urodziła 

dziecko,  ale  nie  życzyła  sobie  gwałtownych  zwrotów  i 

nagłych  przełomów.  Gdy  Rozzano  wziął  ją  za  rękę,  poczuła 

się  pewniej.  Z  uwagą  obserwowała  twarze  obu  mężczyzn. 

Widziała  na  nich  ulgę  i  radość,  więc  uznała,  że  wkrótce 

usłyszy dobra nowinę; gdyby było inaczej, daliby jej pewnie 

kieliszek koniaku i podsunęli pod nos sole trzeźwiące. 

 -  Jestem gotowa wys

łuchać  tych  rewelacji  -  oznajmiła 

zrezygnowana. Adwokat bez słowa skinął na Rozzana, dając 

mu znak, by mówił dalej. 

 - Matka zmar

ła, gdy miała pani... 

 -  Dwa lata.  -  Zastanawia

ła  się,  o  co  mu  chodzi. 

Najwyraźniej  spodziewał  się  usłyszeć  więcej  szczegółów, 

więc dodała: - Pchała mój wózek, spacerując po miasteczku, 

gdy potrąciła ją ciężarówka i... - Westchnęła spazmatycznie, a 

oczy  miała  pełne  łez.  -  Biedny  tata  strasznie  rozpaczał,  bo 

kochał ją nad życie. 

Zapad

ła cisza. Rozzano nie kwapił się z wyrazami żalu i 

wsp

ółczucia; nic dziwnego, skoro rozmowa dotyczyła obcych 

mu  ludzi.  Nadal  trzymał  ją  za  rękę,  a  ciepło  jego  dłoni 

dodawało jej sił. Sophia mimo woli spojrzała mu w oczy. 

 - Prosz

ę mi o niej opowiedzieć. 

 - Niewiele pami

ętam. Raz po raz mnie tuliła i zasypywała 

pocałunkami, często wybuchała śmiechem... Poza tym ślicznie 

pachniała. Miała cudowne flakony z perfumami.. . - Zamilkła, 

próbując opanować wzruszenie. Rozzano wpatrywał się w nią 

jak urzeczony. Wyprostowała się, bo nagle odniosła wrażenie, 

że  jej  bezwolne  ciało  obmywa  ciepły,  kojący  strumień. 

Niepewnie  podjęła  opowieść.  -  W  domu  były  oczywiście 

zdjęcia mamy. 

background image

 - Czy mo

że ją pani opisać? - zapytał cicho książę. Sophia 

wolałaby od razu przejść do sprawy, która ich tu sprowadziła. 

Coraz bardziej się denerwowała. 

 -  Wysoka, szczup

ła,  zgrabna;  miękkie,  kruczoczarne 

włosy,  radosne  spojrzenie.  Była  piękna,  uduchowiona  i 

łagodna - odparła ze smutkiem. Nie mogła przeboleć, że tak 

wcześnie  straciła  matkę.  Niejedną  noc  spędziła  bezsennie, 

wyobrażając sobie, że jak inne dziewczynki z miasteczka ma 

od  kogo  pożyczać  kosmetyki,  może  liczyć  na  pomoc  w 

zakupach i na domowe ciasto po powrocie ze szkoły... 

 -  Sophio, zn

ów  się  pani  zamyśliła?  -  usłyszała  głos 

księcia.  W  milczeniu  skinęła  głową  i  rzuciła  mu 

przepraszające spojrzenie, choć nie wydawał się zagniewany. 

 - 

Śniłam na jawie. Wygląda na to, że mama była urocza. 

Ojciec często mi o niej opowiadał. Chyba uważał ją za kruchą 

i  bezbronną  istotę,  którą  trzeba  chronić.  Pokaże  panu  jej 

zdjęcie. Mam je w torebce. 

Wysun

ęła dłoń z ręki księcia i wyjęła pogiętą i wypłowiałą 

fotografię,  wielokrotnie  oglądaną  przez  te  wszystkie  lata. 

Rozzano sięgnął po zdjęcie, skinął głową i podał je Frankowi. 

 -  Nie ma w

ątpliwości,  że  to  Violetta  D'Antiga.  -  Gdy 

Sophia  chciała  zaprzeczyć,  gestem  nakazał  jej  milczenie  i 

dodał. - Widziałem jej portret, Przed ślubem nosiła nazwisko 
D'Antiga. Pochodzi z Wenecji. 

 - Czy to prawda? - odezwa

ła się Sophia drżącym głosem. 

Oczy  miała  szeroko  otwarte,  a  serce  waliło  jej  jak  młotem, 

gdy odkrywała matczyne sekrety. 

 - Oczywi

ście - wtrącił Frank. - Mam tu dowody, które to 

potwierdzą. 

 - Nie zdawa

łam sobie sprawy... - zaczęła bez przekonania. 

Przez  chwilę  siedziała  nieruchomo,  starając  się  przyjąć  do 

wiadomości  tę  nowinę,  którą  Frank  potwierdził  z  niezłomną 

pewnością w glosie. - A zatem jestem półkrwi Włoszką. 

background image

Dobieg

ł  ją  brzęk  filiżanek,  z  których  mężczyźni  popijali 

kawę.  Półkrwi  Włoszka.  Przypomniała  sobie  filmy 

przyrodnicze  i  fabularne  pokazujące  uroki  słonecznej  Italii: 

rozkoszne  ciepło,  kawiarenki  na  słynnych  placach  ocienione 
markizami, 

ożywione  rozmowy  i  żywa  gestykulacja  pełnych 

ekspresji  Włochów,  doskonałe  wina,  kochające  rodziny  i 

wielkie namiętności. 

Tak... Tak! Wiele spraw nagle si

ę  wyjaśniło,  a  Sophia 

powoli zaczyna

ła  rozumieć,  jakie  znaczenie  ma  dla  niej 

usłyszana przed chwilą nowina. Od dziecka zachowywała się 

niezgodnie  ze  swym  surowym,  niemal  wiktoriańskim 

wychowaniem.  Trudno  jej  było  zadowolić  ukochanego  ojca. 

Musiała  narzucić  sobie  ostrą  dyscyplinę,  by  nie  tańczyć  z 

radości  na  ulicy,  unikać  obejmowania  i  dotykania  innych 
ludzi

, przesadnej gestykulacji, głośnego śmiechu i radosnych 

okrzyków.  Skłonność  do  manifestowania  uczuć  była  jednak 

częścią  jej  natury.  Na  pełnych  ustach  pojawił  się  wesoły 

uśmiech. 

 - Wenecja! - powiedzia

ła z czułością, oczy zabłysły jej ze 

szczęścia,  a  rozpromieniona  twarz  wyrażała  zachwyt.  - 
Wenecja  - 

powtórzyła,  wyobrażając  sobie  błękitną  lagunę, 

wysepki i cudowne średniowieczne miasto przeglądające się w 
falach Adriatyku. 

 - Pani si

ę... ucieszyła? - Rozzano oparł się nonszalancko o 

parapet,  ale  ramiona  założone  na  piersi  i  uniesione  barki 

świadczyły o zdenerwowaniu. Lekkie drżenie głosu także go 

zdradziło.  Sophia  była  przyjemnie  zaskoczona,  widząc,  że 

niecierpliwie  czeka  na  jej  odpowiedź;  nabrała  pewności,  że 

wkrótce  usłyszy  kolejne  nowiny.  Miał  jej  jeszcze  sporo do 
powiedzenia. Z pozoru spokojna 

czekała  w  napięciu  na  ciąg 

dalszy opowieści. Splotła dłonie na kolanach i odparła cicho, 
ale szczerze: 

 - To dla mnie wielka rado

ść. 

background image

 - Co pani wie o Wenecji? 
Przed oczyma stan

ęły  jej  niezwykłe  fotografie  z  albumu 

p

oświęconego  temu  miastu,  który  miała  w  domowym 

ksi

ęgozbiorze. Roześmiała się cicho, gdy uświadomiła sobie, 

czemu ojciec 

tak ją zachęcał, żeby je oglądała. 

 -  Tata by

ł  tam  w  młodości  -  powiedziała  rozmarzonym 

głosem  -  gdy  studiował  teologię.  W  bibliotece  bazyliki 

Świętego  Marka  zbierał  materiały  do  swojej  pracy 

dyplomowej. Myślę, że wtedy poznał mamę. - Rozpromieniła 

się  na  myśl,  że  o  północy  we  dwoje  pływali  gondolą  po 

ciemnych 

wodach 

weneckich 

kanałów, 

słuchając 

romantycznej serenady... 

 - Zn

ów się pani zamyśliła. 

Cichy i przyjazny g

łos  księcia  sprawił,  że  wróciła  do 

rzeczywistości. 

 -  My

ślałam  o  tym,  że  Wenecja  to  idealne  miasto  dla 

zakochanych - 

wyjaśniła trochę zakłopotana. Z przyjemnością 

wyobrażała  sobie  rodziców  w  tej  cudownej  scenerii.  Tamte 
dni z pe

wnością były dla nich niezapomnianym przeżyciem. 

 -  Zna pani Wenecj

ę?  Ju ż  tam  p an i  była?  -  wypytywał 

zaciekawiony. 

 -  O, nie! Tata opowiada

ł  mi  o  niej  tak  obrazowo,  że 

potrafię  wszystko  sobie  wyobrazić.  Wertowaliśmy  razem 

przewodnik.  Czytaliśmy  opisy  pałaców,  kościołów  pełnych 

malowideł najsłynniejszych artystów, placu Świętego Marka. 

Wiem, że Canal Grande ma kształt odwróconej litery S, gdzie 

znajduje się Ponte Rialto... Wenecja jest cudowna. Dla mnie to 

wymarzona  sceneria  średniowiecznej  legendy  zachowana  w 

nie zmienionym kształcie. 

 -  S

łuszna uwaga. Podzielam pani zdanie na temat urody 

tego miasta - 

odparł Rozzano przyciszonym głosem. 

 - Wenecjanie bardzo wsp

ółczują ludziom, którzy nie mieli 

tyle szczęścia, żeby się tam urodzie. 

background image

 - Domy

ślam się, że pan należy do grona wybrańców losu 

odparła  kpiąco,  a  Rozzano  mrugnął  do  niej 

porozumiewawczo.  Ciekawa  wszystkiego,  co  się  wiązało  z 

miejscem  narodzin  jej  matki,  zapytała:  -  Jak  długo  pańska 
rodzina mieszka w Wenecji? 

 - Od oko

ło siedmiuset lat - odparł bez cienia chełpliwości. 

 -  Siedem wieków!  - 

Ze  zdumienia  otworzyła  szeroko 

oczy,  próbując  sobie  wyobrazić  wszystkich  jego  przodków, 

ale  szybko  ochłonęła  i  zaczęła  się  z  nim  przekomarzać.  - 

Jesteście bardzo przywiązani do tego miejsca. Tacy ludzie nie 

podbijają nowych kontynentów. 

Rozzano odrzuci

ł  głowę  do  tyłu  i  wybuchnął  śmiechem. 

Podszedł  bliżej  i  ujął  jej  dłonie,  jakby  nie  mógł  się  oprzeć 

pokusie, żeby jej dotknąć. Dziwna sprawa... 

 -  Kto znalaz

ł  bezcenny  klejnot,  nic  zamieni  go  na  tanią 

błyskotkę. 

Roztargniona Sophia odwr

óciła wzrok i zmarszczyła brwi. 

Gdyby  książę  ją  pocałował,  pewnie  zrobiłby  to  delikatnie  i 

czule.  Zawstydzona  swoimi  marzeniami  stała  bez  ruchu,  nie 

zwracając uwagi, że Rozzano nadal trzyma ją za ręce. Szybko 

przeanalizowała sytuację. 

 -  Nadal  nie bardzo wiem, czemu pan si

ę  tu  zjawił  - 

odpar

ła chłodno. - Ciekawe, dlaczego ojciec mi nie powiedział 

o  pochodzeniu  mamy.  Była  Włoszką;  nie  ma  się  czego 

wstydzić. Nie rozumiem, o co tu chodzi. 

 -  Domy

ślam  się,  że  w  ten  sposób  próbował  ją  chronić - 

tłumaczył  Rozzano,  mocniej  ściskając  jej  dłonie. 

Znieruchomiała, bo powiedział to z ponurą mną. Słusznie się 

domyślała,  że  usłyszy  coś  więcej,  ale  nie  będą  to  dobre 
nowiny. 

 -  Dlaczego?  -  zapyta

ła ze ściśniętym sercem. Ogarnął ją 

strach. 

background image

 -  Poniewa

ż uciekła z domu - odparł, wpatrując się w nią 

uporczywie. 

 - Przed czym? - dopytywa

ła się pełna obaw. 

 -  Rodzina chcia

ła  wydać  ją  za  mąż.  -  Gdy Rozzano 

odruchowo  pogładził  jej  dłonie,  Sophii  z  wrażenia  zabrakło 
tchu. 

 - Prosz

ę mówić dalej - szepnęła. 

 -  Zawarto umow

ę,  że  wejdzie  do  rodziny  przyjaciela 

swojego  ojca,  gdy  skończy  osiemnaście  lat.  Można 

powiedzieć, że od kołyski była zaręczona. Domyślam się, że 

była  niezależna  i  uczuciowa,  więc  jako  nastolatka  poczuła 

niechęć do małżeństwa z rozsądku. 

 -  Doskonale j

ą  rozumiem  -  wtrąciła  z  zapałem  Sophia, 

zdegustowana  samą  myślą  o  naciskach  wywieranych  przez 

rodzinę na jej zbuntowaną matkę. 

 - Ach, tak - mrukn

ął Rozzano, a lekko zmarszczone brwi 

pozwalały  sądzić,  że  nie  spodobała  mu  się  ta  uwaga.  Puścił 

dłonie  Sophii  i  zaczął  krążyć  po  gabinecie,  machinalnie 

sięgając  po  rozmaite  drobiazgi,  które  szybko  odstawiał  na 

miejsce.  Frank  wodził  za  nim  spojrzeniem,  a  Sophia  zdała 
sobie spraw

ę,  jak  władczy  jest  ten  wenecki  książę,  który 

przywykł, że wszystko układa się po jego myśli. 

 -  Sprzeciwi

ła  się  interesownej  rodzinie  i  wyszła  za 

mojego ojca, ponieważ go kochała. Miała rację. Podziwiam jej 

konsekwencję  i  siłę  woli.  Nie  wolno  zmuszać  ludzi  do 

małżeństwa wbrew ich życzeniu! 

 -  W mojej sferze takie umowy mi

ędzy  rodzinami  są  na 

porządku dziennym. Dzieci arystokratów od najmłodszych lat 

przyzwyczaja się do myśli, że najbliżsi decydują, kogo można 

przyjąć do rodziny. 

Sophia skrzywi

ła się wymownie. Ciekawe, co o tym sądzi 

żona  Rozzana.  Nie  wątpiła,  że  jest  żonaty.  Na  serdecznym 
palcu nos

ił  rodowy  sygnet  z  diamentem  i  splecionymi 

background image

inicjałami. Czy ożenił się z wybranką rodziny? Jak się czuł w 

noc  poślubną,  gdy  stanął  twarzą  w  twarz  z  żoną,  której  nie 

kochał?  Zarumieniła  się,  gdy  mimo  woli  wyobraziła  sobie 

jego szerokie, obnażone ramiona, muskularny tors... 

 -  Barbarzy

ństwo!  -  krzyknęła  nagle,  zaskoczona 

gwałtownością  swojej  reakcji.  Była  na  siebie  wściekła  za 

osobliwe marzenia o nagim mężczyźnie. Wstrzymała oddech. 

Trzeba  wrócić  do  tematu.  -  Czemu  pan  się  interesuje  moją 

matką? - zapytała, nie pojmując, co może łączyć arystokratę z 

jej  ubogą  rodziną.  Rozzano  długo  milczał.  Sophia  traciła 

cierpliwość;  jeszcze  chwila,  a  zapomni  o  wpajanych  od 

dzieciństwa zasadach i zacznie krzyczeć. - Na miłość boską, 

proszę odpowiedzieć! - nalegała głosem niskim i słabnącym z 

przejęcia. 

 -  Violetta, pani matka, by

ła  córką  Alberta  D'Antigi, 

serdecznego przyjaciela mego ojca, kt

óremu  została 

przyrzeczona, ale go rzuciła. 

Sophii przysz

ło do głowy dziwne pytanie: czy Rozzano po 

latach czuje się urażony, bo jego ojciec doznał zawodu? Jeśli 

tak,  potrafi  to  ukryć.  Oparł  się  plecami  o  biurko  Franka  i 

obrzucił ją taksującym spojrzeniem. Udawała, że nie robi to na 

niej  żadnego  wrażenia,  i  nadal  siedziała  prosto,  jakby  kij 

połknęła. 

 -  To nie wyja

śnia,  czemu  pan  się  tu  pofatygował. 

Rozzano  przybrał  obojętny  wyraz twarzy.  Chyba  tylko  sobie 
wyobrazi

ła, że jej się przyglądał. 

 - Alberto D'Antiga wybra

ł mnie na swego pełnomocnika, 

bo nasze rodziny od dawna łączy przyjacielska zażyłość. Jest 

poważnie  chory  i  nie  ma  nikogo  bliskiego  -  tłumaczył 

Rozzano dziwnie łagodnym łonem. - Pani dziadek. Sophio, z 

dnia na dzień traci siły. Będzie zachwycony, gdy się dowie, że 

ma wnuczkę. 

background image

 -  Doprawdy? M

ówi pan o człowieku, który zmusił moją 

matkę  do  opuszczenia  rodzinnego  domu!  -  przypominała  z 
oburzeniem. 

 -  Ani krzty wsp

ółczucia  dla  chorego  starca,  z  którym 

łączą  panią  więzy  krwi?  -  Gdy  Rozzano  rzucił  jej  karcące 

spojrzenie, poczuła wstyd. Odetchnęła głęboko i postanowiła 

spuścić z tonu. 

 -  Wr

ęcz przeciwnie! Przeszłość się nie liczy. Boleję nad 

tym,  że  Alberto  D'Antiga  choruje.  Przecież  to  mój  jedyny 
krewny. - 

Sięgnęła do torby po notesik i pióro. 

 - Mo

że mi pan dać jego adres? 

 -  Oczywi

ście.  Hrabia  D'Antiga...  Na  początku  wielka 

litera, potem A... 

 -  Hrabia?  -  Zerkn

ęła  podejrzliwie  na  rozmówcę,  jakby 

podejrzewała, że z niej kpi, ale był poważny i rzeczowy. 

 - Jego palazzo nazywa si

ę Ca' D'Antiga - tłumaczył. - To 

skrót od włoskiego rzeczownika caso, czyli siedziba. 

 -  Chwileczk

ę!  -  Sophia  popatrzyła  na  niego  oczyma 

szeroko otwartymi ze zdziwienia.  - 

Mój dziadek jest hrabią i 

mieszka  w  pałacu?  To  żart,  prawda?  -  zapytała,  śmiejąc  się 
nerwowo. 

 -  Sk

ądże!  Należy  do  weneckiej  arystokracji.  -  Rozzano 

zorientował  się  że  dziewczyna  wciąż  mu  nie  dowierza,  i 

cierpliwie  tłumaczył  dalej.  -  W Wenecji mamy kilkaset 

pałaców  i  wielu  podupadłych  arystokratów.  Zachowaliśmy 

swoje  tytuły,  chociaż  zniósł  je  Napoleon.  Powiedziałem 

prawdę.  Dlaczego  miałbym  wprowadzać  panią  w  błąd? 

Pochodzenie  D'Antigi  sporo  wyjaśnia,  prawda?  Z  pewnością 

nie przywiązywałby takiej wagi do zamążpójścia córki, gdyby 

był rzeźnikiem, gondolierem lub sprzedawcą lodów. 

 - Ja... Sama nie wiem - burkn

ęła, nie rozumiejąc, o co mu 

chodzi. Nagle straszna myśl przyszła jej do głowy. Z trudem 

dobierając  słowa,  wyraziła  głośno  swoje  przypuszczenia.  - 

background image

P

ewnie  stracił  cały  majątek  i  chciał  bogato  wydać  córkę  za 

mąż. aby uniknąć... 

 - Jest bogaty. Zawsze mia

ł mnóstwo pieniędzy. 

Gdy okaza

ło  się,  że  jej  obawy  były  płonne,  bezradnie 

pokręciła głową, całkiem zbita z tropu. 

 - W takim razie czemu nalega

ł na ślub bez miłości? 

 -  A 

łowcy  posagów?  Trzeba  się  ich  wystrzegać.  Gdy 

pobierają się ludzie majętni, ten problem nie istnieje. 

 -  Skoro wszyscy arystokraci tak uwa

żają,  wcale  się  nie 

dziwię,  że  mama  uciekła  z  domu.

 

Sophia  postanowiła 

szczerze i otwarcie wypowi

edzieć  swoje  zdanie.  Zamknęła  i 

odłożyła  notes.  -  Ślub  powinni  brać  tylko  ludzie,  którzy  się 

kochają. Inne powody to jawna kpina z przysięgi małżeńskiej. 

Jestem dumna z mojej matki, która nie dbając o forsę, poszła 

za głosem serca. 

 -  Mog

ła żyć i szczęśliwie, i bogato. - Książę uśmiechnął 

się kpiąco, gdy uniosła brwi i dodał z naciskiem, jakby zdawał 

sobie sprawę, że trudno jej się w tym wszystkim rozeznać: - 

Miała własny majątek. 

Zapad

ła  cisza.  Sophia  zdumiona  tym  nagłym 

stwierdzeniem nie wierzyła własnym uszom. Żyli przecież w 

skrajnym  ubóstwie,  drżąc  z  zimna  na  plebanii  i  nakładając 

warstwami skarpety oraz swetry, aby się ogrzać. Gdyby mieli 

trochę grosza, z pewnością tak by się nie męczyli. Próbowała 

to  wytłumaczyć  swoim  rozmówcom,  ale  nie  była  w  stanie 

wykrztusić słowa. 

 -  Przekona si

ę pani, że dziadek jest - ciągnął Rozzano - 

hojny  i  wyrozumiały.  Bardzo  się  ucieszy,  gdy jego  wnuczka 

zajmie wreszcie należne jej miejsce w weneckich salonach. 

Sophia parskn

ęła  śmiechem,  gdy  wyobraziła  sobie,  że 

paraduje w balowej sukni obwieszona klejnotami. Z 

pewnością  stać  by  ją  było  na  wspaniałe  kreacje  samego 
Versacego. Warto by dla 

żartu  włożyć  jeszcze  baseballową 

background image

czapeczkę.  Rozchmurzyła  się,  a  Rozzano  zmarszczył  brwi, 

widząc jej rozbawienie. 

 - Co tak pani

ą rozśmieszyło? 

 -  Nic. Co

ś mi przyszło do głowy. Nieważne, Przecież to 

szaleństwo! Przepraszam, jeśli pana uraziłam. Moim zdaniem 

powinien  pan  raz  jeszcze  sprawdzić  wszystkie  dane.  Trudno 

uznać  moją  matkę  za  dziedziczkę  ogromnej  fortuny,  skoro 

cierpiała biedę. 

 - Sk

ąd ta pewność? 

Sophia popatrzy

ła na niego z politowaniem. 

 - Przecie

ż wiem, jak żyliśmy. Gdyby miała pieniądze, na 

pewno by się z nami podzieliła i zapisała je tacie. Prawda jest 

taka, że z trudem wiązaliśmy koniec z końcem. 

 -  Wiem, co m

ówię.  Violetta  D'Antiga  nie  podjęła  ani 

grosza ze swego konta w Banku Weneckim. Jej fundusz 
powierniczy jest nienaruszony - 

odparł spokojnie Rozzano. 

 -  Czemu dobrowolnie wybra

ła  ubóstwo?  -  spytała 

bezradnie Sophia. 

 - Przes

ądziła o tym jej duma i strach - odparł Frank. 

 -  Jej ojciec nale

żał  do  grona  osób  nadzorujących 

wykorzystanie  funduszu powierniczego. 

Musiałaby  go 

poprosić o zgodę na podjęcie gotówki. Od twego ojca wiem, 

że  nie  chciała  ryzykować  waszego  szczęścia,  byle  tylko 

zyskać  finansowe  bezpieczeństwo.  Opisał  wszystko w tym 

liście. 

 - Wr

ęczył Sophii grubą kopertę. 

 -  To mi si

ę nie mieści w głowie! - zawołała, przerażona 

swoimi  wątpliwościami.  Bała  się,  że  w  tej  dziwacznej 
opowie

ści  jest  wiele  prawdy.  Miała  wrażenie,  że  otwiera  się 

przed nią bezdenna otchłań, która ją zaraz pochłonie. 

 - Pom

óżcie mi - szepnęła nagle, bo zrobiło jej się gorąco i 

duszno. Nogi się pod nią ugięły. - Nie mogę oddychać... 

background image

Znalaz

ła się w mocnym uścisku. Rozzano objął ją w talii i 

wsunął  ramię  pod  słabnące  kolana.  Pomyślała,  że  nie  po  raz 
pierw

szy  bierze  kobietę  na  ręce;  zręcznie  się  z  tym  uporał. 

Zapewne nabrał wprawy, nosząc wybranki serca do sypialni. 

Zakręciło jej się w głowie, gdy uniósł ją bez trudu, jakby nic 

nie ważyła. 

 - Trzeba si

ę odprężyć - szepnął jej do ucha. 

Łatwo powiedzieć! Znieruchomiała, czując na twarzy jego 

oddech,  ale  zacisnęła  powieki  i  posłusznie  próbowała 

rozluźnić  napięte  mięśnie.  Otworzyła  oczy  i  nagle  doszła  do 

wniosku,  że  nie  powinna  tego  robić,  bo  Rozzano  pochylił 

głowę tak nisko, jakby chciał ją pocałować. 

 -  Niech  si

ę  pani  nie  obawia,  wszystko  będzie  dobrze  - 

zapewnił.  -  Dojdzie pani z dziadkiem do porozumienia. 

Znikną na zawsze troski materialne. 

 -  Mój dziadek!  - 

przerwała  zduszonym  głosem  pod 

wpływem nagłego wzruszenia. Była zbyt przejęta, by mówić 
dalej. Ten bie

dak postarzał się i rozchorował nieświadomy jej 

istnienia. Niespodziewanie wybuchnęła płaczem, a wielkie łzy 

toczyły się po jej policzkach. 

 -  Czemu ta dziewczyna rozpacza?  -  zrz

ędził dobrotliwie 

Frank.  - 

Sądziłem, że się ucieszy! - Pozwólmy jej ochłonąć - 

zwrócił się do księcia, a Sophia zirytowała się, że rozmawia z 

nim  tak,  jakby  nie  było  jej  w  gabinecie.  -  Wiele  przeszła 

ostatnimi czasy. Rzuciła wszystko, żeby pielęgnować chorego 

ojca. a to nie jest łatwe zadanie. Żadnych rozrywek, żadnych 

mężczyzn...  Przez  te  Wszystkie  lata  poświęciła  się 

całkowicie... 

 - Frank - wpad

ła mu w słowo, nim powiedział za dużo - 

niczego  nie  rozumiesz.  Rozpłakałam  się,  bo  żal  mi  dziadka, 

który  nie  ma  pojęcia  o  moim  istnieniu.  Gdyby  wcześniej 

zmogła  go  choroba,  w  ogóle  bym  go  nie  poznała!  Czemu 

mama  nic  wspomniała  mi  o  nim?  Dlaczego  mi  to  zrobiła?  - 

background image

Znowu  wybuchnęła  płaczem.  Była  tak  roztrzęsiona,  że 

zapomniała o wpajanej latami powściągliwości. Co sprawiło, 

że Violetta zerwała bezpowrotnie wszelkie kontakty ze swoją 

rodziną? Była przecież mężatką, więc apodyktyczny ojciec nie 

miał już żadnego wpływu na jej życie! Z pewnością ci dwoje 

mogliby  dojść  do  porozumienia!  Tyle  bezwzględności...  - 

Jestem zdruzgotana, bo nie rozumiem własnej matki - wyznała 

rozżalona. 

 -  Mo

żna  wyjaśnić  tajemnicę.  Proszę  jechać  ze  mną  do 

Wenecji  i  porozmawiać  z  dziadkiem  -  zaproponował  cicho 

książę. - Powinna pani go wysłuchać, to wiele wyjaśni. 

 - Do Wenecji? - powt

órzyła, siadając prosto na krześle. 

 -  Naturalnie  -  t

łumaczył  cierpliwie.  -  Alberto D'Antiga 

jest zbyt schorowany, by mógł tu panią odwiedzić. Z dnia na 

dzień traci siły. 

Sophia przygryz

ła wargę, rozważając słowa księcia. Życie 

dziadka dobiegało kresu, a jego czas się kończył. 

 - Nie sta

ć mnie na taką podróż... - zaczęła z wahaniem. 

 -  Wr

ęcz  przeciwnie.  Jest  pani  bogatą  kobietą  - 

przypomniał Rozzano. 

 -  Nie mam paszportu  -  broni

ła się uparcie, jakby chciała 

odsunąć od siebie sprawy, z którymi nie potrafiła się uporać. 

Gotowa  była  chwycić  się  każdego  pretekstu,  byle  tylko 

uniknąć tej wyprawy, choć marzyła o spotkaniu z dziadkiem. 

Targały  nią  sprzeczne  uczucia: z  jednej  strony  lęk,  z  drugiej 

przywiązanie do jedynego krewnego. 

 - Naprawd

ę? - wykrzyknął zdumiony Rozzano. 

 - Paszport nie by

ł mi potrzebny - odparła z godnością. 

 - Zreszt

ą moja metryka zaginęła. 

 - Nieprawda! - wtr

ącił Frank, podając jej dokument. 

 - Jest u mnie. 
Wszystko si

ę  zgadzało.  Matka:  hrabianka  Violetta 

D'Antiga. Sophia wpatrywała się w odnaleziony dokument, ale 

background image

po  chwili  kartka  wypadła  z  drżących  palców  i  upadła  na 

podłogę. Oboje z Rozzanem pochylili się jednocześnie, żeby 

ją  podnieść,  i  przez  moment  ich  twarze  niemal  się  dotykały. 

Miała wrażenie, że stalowa obręcz ściska jej piersi; nie mogła 

zaczerpnąć powietrza. 

 - Wiem, 

że znalazła się pani w bardzo trudnej sytuacji, ale 

proszę liczyć na moją pomoc. Nie odstąpię pani na krok, jeśli 

życzy sobie pani mego towarzystwa. 

Drzwi do s

ąsiedniego pokoju otworzyły się nagle i oślepił 

ich migający raz po raz flesz aparatu fotograficznego. Sophia 

krzyknęła ze strachu, a Rozzano zaklął po włosku i rzucił się 

w pogoń za natrętem. Spojrzała na Franka, który podbiegł do 

okna.  Poczuła  nagły  przypływ  energii,  zerwała  się  na  równe 

nogi  i  ruszyła  za  nim.  Gdy  spojrzała  na  ulicę,  serce  w  niej 

zamarło. Rozzano uczepiony drzwi ruszającego auta krzyczał 
g

łośno. 

 -  On si

ę zabije! - zawołała przerażona. Niewiele myśląc, 

wypadła  z  gabinetu,  zbiegła  po  schodach  i  pognała  za 

odjeżdżającym samochodem. Książę puścił klamkę, upadł na 

chodnik, przetoczył się kilka razy i znieruchomiał. 

Rozzano by

ł  wstrząśnięty,  ale  nie  nagły  upadek  czy 

zagrożenie wywarły na nim takie wrażenie. Często ryzykował, 

skacząc ze spadochronem albo jeżdżąc na nartach, a siniaki i 

potłuczenia nie były dla niego nowością, zdumiał go natomiast 

sposób, w jaki zareagował na niedawną sytuację. 

Jakie to dziwne, 

że  tak  mu  zależało,  by  ochronić  Sophię 

przed wścibskimi dziennikarzami, oszczędzić jej ich kłamstw i 

sensacyjnych doniesień na temat ich obojga, Gdy krzyknęła ze 

strachu,  obudził  się  w  nim  pierwotny  instynkt  jaskiniowca 

gotowego bronić swojej kobiety! Po - stąpił jak głupiec, bez 

zastanowienia  ruszając  do  ataku  i  łamiąc  swoje  zasady. 

Działał pochopnie, a teraz brukowce będą miały o czym pisać. 

background image

Zirytowany w

łasną głupotą leżał bez ruchu, by opanować 

gniew  i  dać  wytchnienie  napiętym  mięśniom.  Bolała  go 

stłuczona głowa. Ktoś dotknął czoła. Sophia... jak przyjemnie. 
Natychmiast poczu

ł  rozkoszne  podniecenie.  Ze  zdumieniem 

stwierdził, że urocza kombinacja niewinności i spokoju działa 

na jego zmysły. Ogarnęło go pożądanie, od lat nie pragnął tak 

żadnej kobiety. Rozmarzony uśmiech Sophii doprowadzał go 

do  szaleństwa.  Wiele  by  oddal,  byle  tylko  dowiedzieć  się,  o 

czym  ona  myśli,  gdy  popada  w  roztargnienie.  Co  więcej, 

chciał, żeby i o nim śniła na jawie. 

Sophia postanowi

ła  sprawdzić  mu  puls.  Gdy  poczuła,  że 

jest przyspieszony, z niepokojem powiedziała coś półgłosem, 

a Rozzano po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że ktoś się 

niego troszczy. Miał poczucie winy. Sophia była uczciwa i 

ufna, więc nie powinien tu leżeć bez ruchu. Jednak było mu 
tak dobrze, gdy 

się  nim  zajmowała  niczym  opiekuńcza 

pielęgniarka,  chociaż  dreszcze  przebiegające  jego  ciało  były 

rozkoszne  i  niemal  bolesne,  krew  coraz  szybciej  krążyła  w 

żyłach i mocno pulsowała w skroniach. 

Poczu

ł  zapach  perfum  Sophii  i  omal  nie  uległ  pokusie. 

żeby  unieść  głowę  i  wciągnąć  w  nozdrza  tę  miłą  woń. 

Zirytowany  tym  pragnieniem  przycisnął  mocno  dłonie  do 

żwirowego  chodnika,  a  lekki  ból  pomógł  opanować  cielesne 

żądze.  Przyszło  mu  to  z  dużym  trudem,  ponieważ  Sophia 

obmacywała właśnie jego biodra, żeby sprawdzić, czy nie są 

złamane. Żeby się opanować, skupił uwagę na kilku gapiach, 

którzy zebrali się wokół nich. 

Szybko si

ę  zorientował,  że  wszyscy  są jej  znajomymi.  Z 

pewnością cieszyła się ich szczerą sympatią. Z zadowoleniem 
s

łuchał ich głosów, w których pobrzmiewała troska o Sophię. 

Była szlachetna i uczciwa, więc Alberto D'Antiga z pewnością 

ucieszy  się,  kiedy  ją  pozna,  a  jego  słabe  serce  przepełni 

radość,  skoro  zyska  pewność,  że  rodzinna  scheda  i  tradycja 

background image

jest teraz w dobrych rękach - o ile, rzecz jasna, jego wnuczce 

nie zawróci w głowie jakiś interesowny uwodziciel! Rozzano 

zmarszczył  brwi.  Nie  można  do  tego  dopuścić.  Sophia 

cierpiałaby... a co gorsza, mogłaby się zmienić pod wpływem 

takiego nikczemnika. Zacisnął zęby. Ponownie odezwał się w 
nim pierwotny instyn

kt  jaskiniowca  zdolnego  rozłupać 

czaszkę każdemu, kto by ją skrzywdził. 

 -  Co

ś  go  zabolało!  -  krzyknęła  Sophia.  Musnęła 

opuszkami  palców  jego  czoło,  jakby  chciała  wygładzić 

głębokie zmarszczki. Gdy dobiegł go jej błagalny szept, omal 

nie stracił panowania nad sobą. 

 - Prosz

ę otworzyć oczy. - zaklinała go półgłosem. 

 - Nie 

łam, się, laleczko - rozległ się nagle głęboki baryton 

Z  akcentem  typowym  dla  tej  części  hrabstwa  Dorset  Jakiś 

mężczyzna  starał  się  pocieszyć  zmartwioną  Sophię. 

Najwyraźniej  wszystkim  zgromadzonym  zależało,  by  nie 

upadała  na  duchu.  Rozzano nie miał  wątpliwości,  że  spotkał 

wyjątkową  dziewczynę,  dla  której  wszyscy  mieli  wiele 

życzliwości.  Po  raz  kolejny  doszedł  do  wniosku,  że  córka 

Violetty  to  niezwykła  istota,  jedna  na  milion,  obdarzona 

wyjątkowymi zaletami... 

Nic dziwnego, 

że tak go zafascynowała. Pragnął się z nią 

kochać; natychmiast, wszystko jedno gdzie! Czuł się znów jak 

ogarnięty  żądzą  nastolatek.  Był  zaniepokojony,  ponieważ 

zdawał sobie sprawę, że nie pozwoli już odejść dziewczynie, 
kt

óra  tak  go  zaintrygowała,  chociaż  wcale  tego  nie  pragnął. 

Musiał z nią być: każdego dnia, o każdej godzinie. Pragnął ja 

wprowadzić do weneckich salonów, a zarazem obawiał się, że 

jej niewinność... 

Wstrzyma

ł  oddech,  bo  nagle  przyszło  mu  do  głowy 

znakomite r

ozwiązanie. Sophia spostrzegła, że znieruchomiał, 

i  wystraszona  przytknęła  głowę  do  jego  piersi,  więc  powoli 

background image

wypuścił powietrze, żeby ją uspokoić. Gdy westchnęła z ulgą, 

utwierdził się w swoim postanowieniu. 

Zamierza

ł ją poślubić. 

background image

ROZDZIA

Ł TRZECI 

Po namy

śle Rozzano doszedł do wniosku, że to doskonałe 

rozwiązanie.  Ogarnęła  go  dziwna  radość.  Nie  kochał  tej 
dziewczyny  - 

miłość  już  dla  niego  nie  istniała  -  ale  był 

przekonany, że spotkał odpowiednią kandydatkę na żonę. 

Westchn

ął  ukradkiem,  gdy  znów  poczuł  jej  ostrożne 

dotknięcie.  Najchętniej  od  razu  powiedziałby  jej  o  swoim 

postanowieniu.  Miała  teraz  ogromny  majątek!  Z  własnego 

doświadczenia wiedział, jaki to kłopot, ponieważ wokół niego 

kręciło się wiele amatorek książęcego tytułu i fortuny. Sophia 
jest inna. T

roszczyła  się  o  bliźnich,  praca  była  dla  niej 

radością, chorego ojca pielęgnowała z prawdziwym oddaniem, 

a przede wszystkim bardzo lubiła dzieci. 

Na my

śl  o  potomstwie  serce  ścisnęło  mu  się  z  żalu,  bo 

przypomniał sobie koszmarny wieczór sprzed lat. Gdy Sophia 

ostrożnie  położyła  dłoń  na  jego  piersi,  wyobraził  sobie  jej 

twarz, na której malowała się łagodność i słodycz. Koszmary z 

przeszłości  natychmiast  zniknęły  w  mrocznym  zakątku  jego 
serca. 

 - Pewnie ma z

łamane żebra - oznajmiła wystraszona. 

Karci

ł się w duchu za to przedstawienie, ale nie otwierał 

oczu,  by  znów  poczuć  ostrożne  dotknięcie.  Był  trochę 

posiniaczony, ale znacznie bardziej cierpiał z innej przyczyny. 

Zgodnie  z  rodzinną  tradycją  poślubił  kobicie  z  rodziny 

D'Antigów.  Miał  wtedy  dwadzieścia  osiem  lat  i  kochał  do 

szaleństwa.  Jego  wybranką  została  świeżo  rozwiedziona 

Nicoletta.  Wtedy  nie  miał  pojęcia,  że  źle  się  prowadzi  i 

zmienia kochanków jak rękawiczki. 

By

ła  filigranowa  i  pełna  fantazji.  Miała  trzydzieści  dwa 

lata, kiedy zastawiła sieci i skradła mu serce. Po dwóch latach 

małżeństwa umarła, gdy spodziewała się dziecka. 

Rozzano sporo w 

życiu przeszedł, ale był przekonany, że 

potrafi  dać  szczęście  Sophii.  Dzięki  niemu  ta  urocza 

background image

dziewczyna  łatwiej  znajdzie  miejsce  wśród  weneckich 
arystokratów.  Nie 

wątpił, że gdyby spróbowała tego dokonać 

bez przewodnika, byłaby to dla niej ciężka próba. Któż lepiej 

od niego był przygotowany do roli jej mentora? 

 -  Nadal jest nieprzytomny! Trzeba wezwa

ć  lekarza!  - 

powiedziała zaniepokojona. 

 - Pojecha

ł na wizytę domową do Durbridge - usłyszała w 

odpowiedzi.  - 

Najbliżej  mamy  do  weterynarza.  W  pobliżu 

mieszka też pielęgniarka z porodówki. 

Rozzano omal nie wybuchn

ął  śmiechem.  Powinien  jak 

najszybciej przyjść do siebie, bo w przeciwnym razie wpadnie 

w  łapy  tutejszych  medyków  różnego  sortu.  Gdy  otworzył 

oczy, na twarzy Sophii ujrzał wyraźną ulgę. 

 - Widz

ę, że już panu lepiej! 

Najch

ętniej od razu wziąłby ją w ramiona i zapewnił, że 

wszystko  się  ułoży.  Było  mu  przykro  z  powodu  małego 
oszustwa. 

 - Jestem troch

ę posiniaczony - odparł niepewnie, chociaż 

mówił prawdę. Przez tłum przebiegł cichy pomruk. Rozzano 

widział  dookoła  uśmiechnięte  twarze.  Gapie  upominali  go 
jeden  przez 

drugiego,  żeby  uważał,  usiadł  wolniutko,  nie 

zrywał się nazbyt pospiesznie... Zakłopotany bał się spojrzeć 
im 

w  oczy. Wiele rąk się wyciągnęło, żeby mu pomóc; ktoś 

otrzepał jego płaszcz, a jeden z obserwatorów pobiegł do pubu 

po  kieliszek  koniaku.  Rozzano  wciąż  myślał  o  Sophii: 

planował,  szukał  właściwych  słów,  próbował  ukryć  rosnące 

zniecierpliwienie;  pragnął  przytulić  ją  mocno,  całować 

zmysłowe usta. 

 -  Przykro mi z powodu tamtego reportera  -  powiedzia

ł, 

gdy  zostali  wreszcie  sami.  Stanął  tak  blisko,  jak  tylko 

pozwalały  zasady  dobrego  wychowania.  Watr  rozwiewał 

wokół  jej  twarzy  kosmyki  ciemnych  włosów  i  przynosił 

zapach zmysłowych perfum. Rozzano z wielkim trudem oparł 

background image

się  pokusie,  żeby  podejść  jeszcze  bliżej.  -  Próbowałem 

zatrzymać tego drania, ale... 

 - O co mu chodzi

ło? - zapytała, upinając rozwiane włosy. 

Jak się dowiedział, że pan tu jest? 

 - Moim zdaniem od sekretarki Luscombe'a. S

łyszy pani te 

wrzaski? Najwyraźniej on również ją o to podejrzewa - odparł 
ironicznie.  - 

Pewnie  zadzwoniła  do  lokalnej  gazety,  gdy  się 

dowiedziała, kto o jedenastej ma przyjść do kancelarii. 

 -  Dziennikarze interesuj

ą  się  panem  tylko z powodu 

ksi

ążęcego  tytułu?  -  spytała  z  niedowierzaniem.  Uśmiechnął 

się,  zachwycony  tą  reakcją.  Z  pewnością  nie  zdoła  jej 

oszołomić, wspominając o zacnych przodkach! 

 -  Zadziwiaj

ące,  prawda?  Całkiem  możliwe,  że  gdy 

sekretarka  przyniosła  kawę,  nacisnęła  ukradkiem guzik 

interkomu i słyszała każde słowo wypowiedziane w gabinecie 

szefa.  Fotograf  był  pewnie  w  siódmym  niebie,  gdy  przez 

otwarte drzwi zobaczył, jak trzymam panią w ramionach. 

Natychmiast si

ę  zarumieniła,  a  Rozzano  gorączkowo 

szukał pretekstu, żeby wreszcie znaleźć się z nią sam na sam i 

bez przeszkód zawrócić jej w głowie. Wśród jego znajomych 

znajdzie  się  kilku  samotnych  mężczyzn,  którym  Sophia  od 

razu  wpadnie  w  oko.  Żonaci  nie  pozostaną  w  tyle,  a  wśród 

będzie  na  pewno  jego  brat.  Na  myśl  o  tym  zimny dreszcz 

przebiegł mu po plecach. 

 -  Dobrze si

ę  pan  czuje?  -  zapytała,  nieśmiało  dotykając 

jego  ramienia.  Skinął  głową  i  na  moment  ukrył  twarz  w 

dłoniach,  żeby  nie  dostrzegła  malującego  się  na  niej 

zakłopotania. 

 -  Co

ś  mnie  zabolało,  ale  zaraz  przejdzie  -  odparł 

zduszonym głosem. 

Niech

ętnie analizował najgorszy z możliwych scenariuszy. 

Gdy  Enrico  dowie  się  o  jego  planach  wobec  Sophii,  zrobi 

wszystko, co będzie mógł, aby je pokrzyżować i zmienić mu 

background image

życie  w  piekło.  Na  pewno  spróbuje  uwieść  niewinną 
dziewc

zynę, żeby mu dokuczyć! 

 -  Nale

ży się panu filiżanka dobrej herbaty - powiedziała 

Sophia i delikatnie pogłaskała go po plecach. 

W po

łowie Włoszka, a zarazem Angielka w każdym calu, 

pomyślał. Filiżanka świeżo zaparzonej herbaty lekarstwem na 
wszelkie dolegl

iwości!  Rozzano  doszedł  do  wniosku,  że 

szarmancki  Enrico  błyskawicznie  zawróciłby  jej  w  głowie. 

Trzeba temu zapobiec. Od razu przyszło mu do głowy dobre 

rozwiązanie.  Ruszył  w  stronę  kancelarii  i  zawołał  Franka 

Luscombe'a, który właśnie spoglądał przez okno. 

 -  Musz

ę  zabrać  stąd  Sophię  -  oznajmił.  Zrobił  ponurą 

minę,  jakby  spodziewał  się  najgorszego.  -  To  zdjęcie  narobi 
sporo zamieszania  - 

Pismacy  rzucą  się  na  nas  jak  sępy.  - 

Podszedł  bliżej  i  objął  ją  ramieniem.  Serce  waliło  mu  jak 

młotem.  -  Będziemy  na  nim  wyglądać  tak,  jakbyśmy  się 

całowali. - Szkoda, że w rzeczywistości było inaczej. 

 - S

łucham? 

 -  Prosz

ę  sobie  przypomnieć,  jak  było:  pani  w  moich 

objęciach, twarz przy twarzy... 

 -  To pomy

łka! Wcale się nic całowaliśmy! - Na policzki 

wystąpiły jej ciemne rumieńce. Rozzano był zachwycony. 

 - Doskonale zdaj

ę sobie z tego sprawę, ale zdjęcia można 

rozmaicie interpretować. Dziennikarze skomentują je tak, jak 

im się będzie podobało, a potem zaczną deptać pani po piętach 

i  zatrują  życie.  Będą  się  tłoczyć,  popychać,  krzyczeć, 

podsuwać  mikrofony,  oślepiać  fleszami.  Staną  się 
prawdziwym utrapieniem. 

Czu

ł, że napięła mięśnie, jakby szykowała się do ucieczki. 

Pogłaskał ją odruchowo i poczuł, że odpręża się pod wpływem 

łagodnej  pieszczoty,  a  potem  wstrzymuje  oddech,  jakby 

uznała,  że  to  nadmienia  poufałość.  Nie  cofnął  ramienia; 

pragnął  jej  dotykać,  czuć  przyjemne  ciepło  skóry,  wdychać 

background image

kuszący  zapach  perfum  -  Śnił  na  jawie,  że  powoli  rozbiera 

Sophię  i  z  zachwytem  odkrywa  wszystkie  tajemnice.  Chciał 

mieć  ją  tylko  dla  siebie,  ukryć  się  przed  całym  światem  w 

bezpiecznym zakątku, gdzie mogliby kochać się aż... 

 -  Przestana si

ę mną interesować, gdy wyjaśnię, jak było 

naprawdę - powiedziała drżącym głosem, a Rozzano pomyślał 

ze  współczuciem,  że  Sophia  nie  ma  pojęcia,  w  co  została 

wciągnięta. Musi się jeszcze wiele nauczyć. 

 -  Oczywi

ście,  może  pani  zdementować  fałszywe 

informacje i wyjaśnić, że nie było mowy o pocałunku; straciła 

pani  przytomność,  gdy  wyszło  na  jaw,  że  matka  była 

dziedziczką  weneckiego  arystokraty,  a  ja  próbowałem  tylko 

ocucić  zemdloną.  Proszę  dodać,  że  ma  pani  teraz  formalne 

prawo do przejęcia tytułu i znacznego spadku. Ciekawe, jakie 

tytuły  pojawią  się  w  brukowcach;  „Bezrobotna  dziewczyna 

zostaje  hrabianka",  „Z  nędzy  do  pieniędzy".  Wszyscy 

uwielbiają  bajkę  o  Kopciuszku  i  chętnie  przeczytają  kolejną 

wersję. Na długie miesiące stanie się pani ulubienicą mediów. 

Sophia popatrzy

ła  na  niego  z  przerażeniem.  Widząc  jej 

bezradność, przysunął się bliżej. 

 -  Rozumiem, ale mam nadziej

ę, że odczepią się, gdy do 

nich dotrze, że jestem przeciętną osoba - odparła ponuro. 

Rozzano nie zwraca

ł uwagi na jej słowa, bo wiedział, że 

ma  do  czynienia  z  bardzo  wrażliwą  dziewczyną.  Trzeba  ją 

przekonać,  że  tylko  z  nim  będzie  się  czuła  bezpieczna. 

Postanowił  się  nią  zaopiekować,  kierować  jej  życiem i 

nauczyć... wszystkiego. 

Sophia nabra

ła  pewności,  że  nic  jej  nic  grozi.  Mieszkała 

teraz w apartamencie hotelu River House, a Rozzano 

zajmował sąsiedni pokój. Przysiągł sobie, że nie dopuści, aby 

spełniły się czarne scenariusze, o których mówił, gdy jechali 

autem z Dorset do Londynu. Frank przekonał ją, że powinna 

zniknąć  w  stołecznym  tłumie.  Zdążyła  tylko  spakować 

background image

walizkę  i  po  chwili  siedziała  skulona  w  sportowym  aucie 

wynajętym przez Rozzana. 

 -  Przesta

ń  się  martwić,  Sophio  -  powiedział.  W 

samochodz

ie  zaczęli  sobie  mówić  po  imieniu.  -  Wiem,  że 

jesteś zbita z tropu, bo wszystko dzieje się zbył szybko, ale z 

czasem  przywykniesz  do  myśli,  że  twoje  życie  będzie  teraz 

inne. Ciesz się chwilą, rób plany na przyszłość i prze - stań się 

martwić.  Kłopoty  zostaw  mnie,  sam  się  z  nimi  uporam.  Nie 

warto zgadywać, jak cię przyjmą ludzie z mojej sfery - dodał 

ironicznie,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  -  Pamiętaj,  że  jesteś 

bogata. a dla nich liczy się przede wszystkim majątek. Pomyśl 

na  co  wydasz  tę  forsę.  -  Popatrzył  na  nią  z  drwiącym 

uśmiechem. - Możesz kupić eleganckie stroje, podróżować... 

 -  Przesta

ń! Nie wódź mnie na pokuszenie! Jestem córką 

pastora, od dzieciństwa wpajano mi, że trzeba żyć skromnie - 
przerwa

ła Sophia, chociaż w głębi ducha marzyła o jedwabnej 

biel

iźnie  i  pięknych  ubraniach.  Dobry  fryzjer  dobrałby  jej 

odpowiednią  fryzurę...  Skarciła  się  w  duchu  za  te  myśli  i 

dodała  szczerze:  -  Zapewniam  cię,  że  bardzo  mnie  cieszy 

finansowe  poczucie  bezpieczeństwa.  Wiem,  co  to  bieda, 

ponieważ do tej pory każdy nowy rachunek spędzał mi sen z 

powiek. Poza tym jak to miło pomyśleć, że będę mogła teraz 

więcej  zrobić  dla  innych!  Chciałabym  pomagać  ludziom, 

którzy  są  w  potrzebie,  wspierać  sieroty,  bezdomnych,  chore 

dzieci. Robi mi się ciężko na sercu, gdy oglądam w telewizji 

ten  bezmiar  ludzkiego nieszczęścia.  -  Oczy  jej zabłysły, gdy 

uświadomiła  sobie,  ile  będzie  mogła  zdziałać  dzięki  swemu 

majątkowi. - Będę wspierać potrzebujących, Rozzano, a media 

mi  to  ułatwią.  Jak  widzisz,  dziennikarze  bywają  dokuczliwi, 

ale  i  pożyteczni. Gdyby nie oni, o wielu problemach 

dowiadywalibyśmy się z opóźnieniem... albo wcale. 

 - Zawsze jeste

ś taka... uczciwa? - mruknął. 

 - Staram si

ę żyć godnie. 

background image

 -  Cokolwiek postanowisz b

ędę  cię  wspierać  -  zapewnił 

głosem  lekko  schrypniętym  ze  wzruszenia.  Oczy mu 

błyszczały. Przez chwilę miała wrażenie, że spogląda na nią z 

czułością  i  tęsknotą,  ale  po  namyśle  uznała,  że  to  mrzonki. 

Widział  w  niej  zwykłą  prowincjuszkę  w  rozciągniętym 

swetrze.  Na  serdecznym  palcu  nosił  pierścień,  więc  był 

żonaty. Okropna myśl przyszła jej do głowy. 

 -  Rozzano, co pomy

śli twoja żona, kiedy zobaczy tamto 

nieszcz

ęsne  zdjęcie?  Uzna,  że  ty  i  ja...  Na  pewno  będzie 

wściekła! Tak mi przykro... 

 - Moja 

żona umarła, Sophio. To jest rodzinny sygnet, nie 

ślubna  obrączka.  Od  pokoleń  przechodzi z ojca na syna. 

Zawsze go noszę. 

M

ówił głuchym, bezbarwnym głosem, więc popatrzyła na 

niego  z  obawą.  Nim  odwrócił  głowę,  ujrzała  w  ciemnych 

oczach  gniewny  błysk  oraz  chłód,  którego  nie  potrafił  ukryć 

pod  maską  zdawkowej  uprzejmości.  Nagle  posmutniała, 
p

onieważ zdała sobie sprawę, że nie przebolał jeszcze wielkiej 

straty, Na pewno bardzo kochał żonę i nadal ją opłakiwał. 

Podesz

ła  do  okna,  żeby  popatrzeć  na  Tamizę  i  gmach 

parlamentu. Z ciekawością przyglądała się żółtawym falom i 
koronkowej fasadzie znanej  z fotografii i telewizyjnego 

ekranu. Po raz pierwszy była w Londynie i od razu polubiła to 

miasto.  Marzyła,  by  wędrować  bez  celu  gwarnymi  ulicami. 

Przyglądała się smukłej wieży, na której słynny zegar Big Ben 

wybijał godziny. Z dumą pomyślała, że Wenecja również ma 

wieżę  zegarową  i  wysoką  dzwonnicę  górującą  nad  placem 

Świętego  Marka.  Popatrzyła  na  Wieżę  Wiktorii,  gdzie 

powiewała brytyjska flaga; to znak, że obrady trwają. 

Gdy odesz

ła  od  okna,  była  w  lepszym  humorze. 

Postanowiła  się  przebrać  i  wybrała  prostą  sukienkę  bez 

rękawów,  która  znakomicie  podkreślała  jej  figurę. 

background image

Wystarczyło  jedno  spojrzenie  do  lustra,  żeby  znowu 

posmutniała. 

 -  Za du

ży  biust;  nogi  niezłe,  ale  daleko  im  do  ideału  - 

mrukn

ęła.  Włożyła  beżowe  sandałki  na  słupkach.  Nie  była 

zadowolona ze 

swojego  wyglądu,  ale  wybór  miała 

ograniczony,  bo  pakowała  się  w  wielkim  pośpiechu  i  wzięła 
tylko najpotrzebniejsze rzeczy. 

Po chwili dosz

ła do wniosku, ze ciasny kok nie dodaje jej 

uroku.  Zirytowana  rozpuściła  włosy  i  starannie  je  wy  - 

szczotkowała.  Rzadko  poświęcała  im  tyle  uwagi  i  teraz 

stwierdziła  ze  zdziwieniem,  że  są  gęste,  puszyste  i  falują, 

opadając na ramiona bujną kaskadą orzechowej barwy. Lśniły 

złociście w blasku metalowych kinkietów. 

 -  Odrobin

ę  wyzywająca...  prawdziwa  Włoszka  - 

stwierdziła po namyśle i uśmiechnęła się lekko. 

Us

łyszała  pukanie  do  wewnętrznych  drzwi  łączących 

sypialnie  i  znieruchomiała  wystraszona.  Pospiesznie  upięła 

włosy  na  czubku  głowy  i  narzuciła  na  ramiona  obszerny 

rozpinany  sweter.  Zerknęła  ukradkiem  na  swoje  odbicie  i 

spłonęła rumieńcem. Przez chwilę kokieteria toczyła nierówną 

walkę  ze  skromnością;  potem  kilka  falujących  kosmyków 

otoczyło ładną twarz Sophii. 

Podbieg

ła do drzwi, otworzyła je i znieruchomiała z dłonią 

na klamce. Rozzano prezentował się znakomicie w kremowej 
k

oszuli  i  szerokich,  lnianych  spodniach.  Uświadomiła  sobie, 

że  to  nie  jest  mężczyzna  dla  niej,  i  smutna  odeszła  w  głąb 

pokoju. Była zakłopotana, ponieważ bała się pomyśleć, jak się 

dla  nich  skończy  pobyt  w  tym  hotelu.  Za  późno  na  takie 

rozterki, tłumaczyła sobie. Czekał ją wieczór w towarzystwie 

wyjątkowo przystojnego księcia. 

 - Wygl

ądasz prześlicznie. 

 - Dzi

ęki - odparła, unosząc ramiona, żeby poprawić spinki 

wsunięte niedbale we włosy. Usłyszała głębokie westchnienie 

background image

i  domyśliła  się,  że  Rozzano  jest  zirytowany. Kobiety, z 

którymi  się  zwykle  spotykał,  na  pewno  wyglądały 

nienagannie, kiedy po nie przychodził. 

 -  Masz wszystko, czego ci potrzeba? Przytakn

ęła  bez 

słowa,  chociaż  zdawała  sobie  sprawę,  że  wiele  jej  życzeń 

nigdy  się  nie  spełni.  Marzyła  o  niezwykłej urodzie. 

Zmieniłaby  także  figurę,  ponieważ  chętnie  stałaby  się 

niewysoką,  filigranową  kobietką  o  dużych  piwnych  oczach. 

Powinna  się  odmłodzić:  jako  dwudziestoletnia  absolwentka 

renomowanej  szwajcarskiej  pensji  dla  dziewcząt  z  wyższych 

sfer  miałaby  u  mężczyzny takiego jak Rozzano znacznie 

większe  szanse.  Sprawiłaby  sobie  wąską,  obcisłą  sukienkę  z 

dużym dekoltem. Uśmiechnięta wyobrażała sobie odmienioną 

Sophię, ale wrodzone poczucie humoru sprawiło, że machnęła 

ręką na te rojenia i śmiało odpowiedziała: 

 -  W szafce jest kilkadziesi

ąt  miękkich  ręczników,  dwa 

obszerne szlafroki, tyle żelu do kąpieli, że wystarczyłoby dla 

wszystkich  mieszkańców  hotelu,  kilka  zestawów  do 

czyszczenia  butów  oraz  podręczny  igielnik.  Jak  widzisz, 

niczego mi nie brakuje. Widziałam tu nawet klucz francuski. - 

Z  zainteresowaniem  słuchał  wyliczanki,  a  potem  wybuchnął 

śmiechem. Sophia wtórowała mu przez chwilę, a potem nieco 

spoważniała.  -  Wiele  dla  mnie  zrobiłeś.  Jestem  ci  bardzo 

wdzięczna za cierpliwość i czas, który mi poświęcasz. 

 -  Ca

ła  przyjemność  po  mojej  stronie  -  zapewnił  z 

radosnym  błyskiem  w  oku.  -  Lubię  przebywać  w  twoim 
towarzystwie. - 

Uśmiechnął się szeroko, pokazując białe zęby. 

W  samą  porę  się  tu  schroniliśmy.  Dyrektor  hotelu 

powiedział,  że  w  holu  zaroiło  się  od  dziennikarzy i 
fotografów. 

 - W takim razie... jak wyjdziemy? - spyta

ła zbita z tropu. 

 -  Utkn

ęliśmy tu na dobre - mruknął i usiadł wygodnie w 

fotelu. 

background image

 -  Chyba 

żartujesz! - obruszyła się natychmiast. - Chcesz 

powiedzieć,  że  mamy  tkwić  w  tym  pokoju  jak  szczury  w 

pułapce? 

 -  Trzeba si

ę  pogodzić  z  losem  -  odparł  cicho  i  dodał  z 

chytrym  uśmiechem:  -  Jeśli  zaczniemy  się  nudzić.  Kluczem 

francuskim  odkręcimy  kratkę  szybu  wentylacyjnego  i 

uciekniemy natrętom. 

 -  To nie jest 

śmieszne  -  stwierdziła,  obrzucając  go 

karcącym  spojrzeniem.  -  Przywykłam  do  długich  spacerów. 

Chcę stąd wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza! Nic mogę 

całymi  dniami  przesiadywać  w  zamkniętym  pokoju  tylko 

dlatego, że banda reporterów węszy w poszukiwaniu sensacji. 

To się nie mieści w głowie! - marudziła płaczliwym głosem. - 

Muszę  stąd  wyjść!  Nie  zależy  mi  na  tytułach  i  majątku. 
Wracam do domu! 

 -  Ju

ż  widzę  nagłówki  w  kolorowych  tygodnikach: 

„Hrabianka odrzuca swoje dziedzictwo", „Bosonoga contessa 

woli klepać biedę w Dorset". Jesteś teraz ważną osobistością i 

nie możesz tego zmienić. To przykre, ale pomyśl o dziadku. 

 -  Masz racj

ę  -  odparła  z  westchnieniem.  -  Nie  mogę  go 

zawieść. Czy znajdziemy wyjście z tej paskudnej sytuacji? 

Us

łyszeli pukanie do drzwi. 

 - Na pewno zdo

łamy wymknąć się stad niepostrzeżenie - 

zapewnił chełpliwie i poszedł otworzyć. 

Kelner wepchn

ął  do  pokoju  stolik  na  kółkach,  przywitał 

się uprzejmie i zaczął nakrywać do stołu. Sophia odetchnęła z 

ulgą,  gdy  okazało  się,  że  nie  muszą  schodzić  do  restauracji, 

żeby  zjeść  posiłek.  Gdy  wszystko  zostało  przygotowane. 

Rozzano powiedział do kelnera: 

 -  Dzi

ęki.  -  Wręczył  mu  hojny  napiwek  i  zerknął  na 

plakietkę z imieniem. - Zapomnij, że nas tu widziałeś, Tony. 

Liczymy  na  twoją  dyskrecję.  Często  bywam  w  tym  hotelu, 

background image

więc pewnie się jeszcze spotkamy. Trzymaj język za zębami i 

nic daj się zwieść dziennikarzom. 

 -  Jestem 

ślepy,  głuchy  i  ograniczony,  a  pamięć  mam 

dobrą, lecz krótką, proszę pana - odparł uśmiechnięty kelner, 

pospiesznie  chowając  banknot  do  kieszeni.  -  Dobranoc 

państwu. 

Gdy wyszed

ł, Sophia zmęczona przeżyciami długiego dnia 

wybuchnęła płaczem. 

 -  Nie chc

ę  tu  siedzieć  jak  w  więzieniu!  -  rozpaczała, 

łkając spazmatycznie. Zmartwiony Rozzano podszedł bliżej i 

objął ją mocno. Popatrzyła na niego spod rzęs mokrych od łez. 
Se

rce ściskało jej się z żalu, ponieważ zdała sobie sprawę, że 

mało brakuje, aby się w nim zakochała. 

 - Dzie

ń dobry, Sophio. 

Najpierw poczu

ła  miły  zapach,  a  potem  ujrzała  samego 

Rozzana,  który  miał  na  sobie  koszulę  w  żółte  i  kremowe 

paski,  jasnobrązowe  spodnie  i  świetnie  dobrany  krawat. 

Przywitał się zgodnie z kontynentalnym zwyczajem, całując ją 

trzykrotnie  w  oba  policzki.  Gdy jego chłodne palce  musnęły 

ramiączka letniej sukienki i ciepłą skórę na dekolcie, zadrżała 

mimo  woli.  Wspólne  śniadanie  w  hotelowym  apartamencie 

było  dla  niej  równie niebezpieczne jak konfrontacja z 
natarczywymi pismakami, którzy czatowali w holu. 

 - 

Świeże bułeczki! - zawołał uradowany Rozzano, widząc 

barek  na  kółkach  wypełniony  smakołykami.  -  Mam do nich 

słabość  -  westchnął  rozkosznie,  a  potem  dodał  z  troską:  - 

Obyło  się  bez  niespodzianek,  gdy  Tony  podawał  śniadanie? 

Żaden reporter nie ukrył się pod obrusem? 

 - Sophia energicznie pokr

ęciła głową i usiedli do stołu. 

 - Wkrótce odzyskamy spokój - 

tłumaczył spokojnie, jakby 

nie mieli żadnych zmartwień . - Dziennikarze znudzą się nami 

i  poszukają  sobie  innego  tematu.  -  Gdy  popatrzył  na  nią  z 

background image

zainteresowaniem, uznała, że tylko przez grzeczność okazuje 

jej tyle względów. - Dobrze spałaś? 

 -  Fatalnie.  -  Czu

ła  się zmęczona  po  niespokojnej  nocy i 

dlatego nalała sobie drugą filiżankę kawy. 

 - Trzeba mnie by

ło obudzić - odparł kpiąco. Zakłopotana 

wyobrazi

ła  sobie,  że  idzie  w  ciemnościach  do  jego  pokoju, 

żeby szukać pociechy. Ciekawe, co by powiedział, widząc jej 

długą  koszulę  nocną  ze  spranej  bawełny.  W  czym  sypia 
Rozzano B

arsini?  Wkłada  piżamę  z  czarnego  jedwabiu?  A 

może  jest  nagi?  Policzki  ją  paliły,  więc  pochyliła  głowę  nad 

talerzem z duszonymi pieczarkami i niezdarnie zaatakowała je 
widelcem. 

 -  Czemu nie mog

łaś  zasnąć?  -  Rozzano  nie  dawał  za 

wygraną,  jakby  nie  zauważył,  że  Sophia  próbuje  zyskać  na 

czasie  i  unika  odpowiedzi.  Wieczorem  okazał  jej  wiele 

życzliwości.  Opowiedziała  mu,  jak  żyła  do  tej  pory,  a  on 

wprowadził  ją  w  tajniki  interesów  rodziny  D'Antigów, 

zajmującej  się  od  lat  produkcją  perfum.  Zachwycał  się 

Wenecją,  opisując  swoje  ulubione  zakątki.  Śmiała  się,  gdy 

mówił  o  przekupnych  gołębiach  zlatujących  się  na  widok 

torebki  smacznych  ziarenek  kupionych  przez  turystę  u 

handlarki  na  placu  Świętego  Marka.  Zanim  skończyła  się 

karma,  miały  już  następnego  faworyta.  Drżała  ze strachu, 

kiedy opowiadał o więzieniu w Palazzo delie Prigioni, gdzie w 

części zwanej studnią - pozzi - zachowała się jedna pusta cela 

o  ścianach  wykładanych  deskami,  z  modrzewiową  podłogą  i 

pryczą.  Zasmuciła  się,  gdy  wspomniał  o  Moście  Westchnień 
nad K

anałem  Pałacowym.  Tamtędy  prowadzono  skazańców 

do więzienia. Opisał ze szczegółami zadaszone pomieszczenie 

o  pełnych  ścianach  i  ażurowych  oknach,  przez  które 

nieszczęśnicy  po  raz  ostatni  spoglądali  na  Wenecję,  nim 

zniknęli w podziemnych kazamatach. 

background image

Mia

ł  dar  słowa.  Wzruszał  i  przerażał,  sypał  anegdotami. 

Często wybuchali śmiechem, gdy mówił o weneckim sprycie i 

z  sympatią  kreślił  zbiorowy  portret  swych  ziomków; 

zarozumiałych,  wesołych  i  skłonnych  do  przelotnych 

miłostek, a zarazem pracowitych i zdolnych, jak koronczarki z 
Burano i mistrzowie szklarscy z Murano, gdzie od wieków 

wyrabia się prześliczne naczynia i bibeloty. 

Gdy ogarn

ęło  ich  zmęczenie  i  uznali,  że  pora  spać, 

Rozzano  pożegnał  się  i  z  ociąganiem  podszedł  do  drzwi 

łączących apartamenty. Sophia omal nie zemdlała z wrażenia, 

gdy niespodziewanie zawrócił i ucałował ją w policzki. Była 

tak przejęta, że przez całą noc nie zmrużyła oka. Westchnęła 

ukradkiem i postanowiła odpowiedzieć na jego pytanie. 

 - Musia

łam wiele przemyśleć - stwierdziła wymijająco. 

 -  I co postanowi

łaś?  Jedziesz  ze  mną  do  Wenecji, 

prawda?  - 

nalegał,  chwytając  ją  za  rękę.  -  Twój dziadek 

bardzo  się  ucieszy  z  waszego  spotkania,  a  ja  z  radością 

oprowadzę cię po mieście. 

Wpatrywa

ła się w niego jak urzeczona. Tak, pomyślała z 

tęsknotą,  chciałabym  z  tobą  pojechać.  Byłaby  to  radość 

granicząca z cierpieniem, bo chętnie oddałaby mu serce, ale w 

zamian  mogła  się  spodziewać  jedynie  przyjaznego 

zainteresowania i życzliwej opieki. 

 - Chyba pojad

ę - zaczęła niepewnie, cofając dłoń. 

 -  W takim razie wyrobi

ę  ci  paszport.  Obiecuję 

przyspieszyć formalności. 

 -  Najpierw musisz si

ę  pozbyć  fotoreporterów  - 

przypomniała. - Jestem pewna, że wieczorem ktoś obcy kręcił 

się  po  korytarzu  i  węszył  jak  pies  gończy,  idący  tropem 

zwierzyny!  Trudno  mi  uwierzyć,  że  ci  ludzie  gotowi  są  na 

wszystko,  byle  zrobić  upragnione  zdjęcie  -  perorowała  z 

oburzeniem, krojąc na kawałki soczystą kiełbaskę. Wyobraziła 

sobie, że to jeden z jej prześladowców. 

background image

 -  Przywyk

łem  do  ich  obecności  -  tłumaczył  pogodnie, 

spoglądając  na  nią  z  uśmiechem.  -  Gdy przyjedziemy do 

Wenecji,  zyskamy  większą  swobodę.  Tam  jestem  na  swoim 

gruncie i łatwiej mi kontrolować sytuację. 

Sophia mia

ła dość zamkniętych pomieszczeń. 

 - 

Potrzebuj

ę  świeżego  powietrza  -  oznajmiła 

buntowniczo.  - 

Czuję  się  tu  jak  skazaniec!  Brak tylko 

weneckich lochów i Mostu Westchnień! 

Podesz

ła do okna i wyjrzała na ulicę. Przed wejściem do 

hotelu  czekało  kilku  znudzonych  reporterów,  którzy  zabijali 

czas, paląc papierosy i plotkując. 

 -  Wygl

ądają  jak  sępy!  Może  wymkniemy  się  bocznymi 

drzwiami? - 

mruknęła z irytacją. 

 -  To starzy wyjadacze. Na pewno obstawili wszystkie 

wyj

ścia - tłumaczył cierpliwie Rozzano. Nagle zadzwonił jego 

telefon  komórkowy.  Wyjął  aparat  z  etui,  uśmiechnął  się 

przepraszająco  i  odszedł  w  przeciwległy  kąt  salonu.  Sophia 
od

etchnęła z ulgą, ponieważ czuła się niepewnie, gdy stał tuż 

obok. - Pronto, Barsini. - 

Na widok jego zaciętej miny poczuła 

zimny dreszcz. Był wściekły, choć jeszcze nad sobą panował. 

Kiedy  znów  odezwał  się  po  włosku,  było  jasne,  że  gdyby 

mógł, rozerwałby na strzępy swego rozmówcę. 

Dzwoni

ł  Enrico.  Kpił  z  niego  bez  litości,  bo  z  gazet 

wiedział już o Sophii. Ciekawe, jakie nagłówki pojawiły się w 

kolorowych  czasopismach:  „Smutny  książę  znalazł 

pocieszycielkę"? Enrico nie krył zainteresowania. 

 -  Zano, co z tob

ą?  -  paplał  bez  sensu.  -  Podrywasz  tę 

panienkę? 

 -  Zemdla

ła,  gdy  jej  powiedziałem,  kim  naprawdę  jest, 

więc  próbowałem  ją  ocucić  -  wyjaśnił  niechętnie  Rozzano. - 

To chyba jasne, że doznała szoku. 

 -  Nie mog

ę  się  doczekać,  kiedy  ją  poznam  -  ciągnął 

uradowany  Enrico.  - 

Szkoda,  że  ostrość  zdjęcia  pozostawia 

background image

wiele do życzenia. - Zamilkł na chwilę, a potem dodał, żeby 

dokuczyć  bratu:  -  Sądzisz,  że  polubi  mnie  tak  samo  jak 
Nicoletta? 

Rozzano na moment wstrzyma

ł  oddech  i  zacisnął  zęby, 

próbując  opanować  gniew.  Potwierdziły  się  jego  najgorsze 

przeczucia. Nie mógł dopuścić, żeby Enrico uwiódł Sophię i 

obudził w niej najgorsze instynkty. Z Nicoletta mu się udało, 

ale po raz drugi nie dopnie swego. Trzeba go zniechęcić. 

 -  Przesta

ń  się  tak  podniecać  -  odparł  lekceważącym 

tonem.  - 

To  zwykły  garkotłuk  z  wiejskiej  plebanii:  wysoka, 

gruba,  niezdarna;  ciągle  się  potyka  -  odparł  z  chytrym 

uśmieszkiem. - Jeśli spróbujesz ją pocałować, po prostu da ci 
w pysk. 

 - Jeszcze niewinna? - zainteresowa

ł się Enrico, a Rozzano 

obieca

ł  sobie  w  duchu,  że  pewnego  dnia  porachuje  mu 

wszystkie kości. 

 -  Do diabla, sk

ąd mam wiedzieć. Trzymam się od niej z 

daleka.  Ma  fatalne  maniery  i  ubiera  się  jak  wieśniaczka  - 

kłamał  w  natchnieniu,  ale  miał  do siebie  pretensję,  że  tak  ją 

oczernia, więc dodał szybko: - Muszę kończyć, bo ktoś puka 

do drzwi. Później do ciebie zadzwonię. 

Rozmowa z Enrikiem by

ła  dla  niego  ogromnym 

wstrząsem. Zacisnął dłonie w pięści, żeby ukryć wzburzenie. 

Trzeba to przemyśleć. Zbyt dobrze znał brata, aby się łudzić, 

że ten  przegapi sposobność  zabawienia  się  cudzym  kosztem. 

Kobiety miały do niego słabość; pociągał je chłopięcy urok i 

pozorna  bezradność  Enrica.  Na  pewno  będzie  próbował 

zdobyć  Sophię.  Rozzano  podniósł  głowę,  napotkał  jej  pełne 

niepokoju spojrzenie i poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. 

background image

ROZDZIA

Ł CZWARTY 

 - Dzwoni

ł mój brat Enrico - wyjaśnił Rozzano, chowając 

telefon do etui.  - 

Z rozmowy wynika, że cała Wenecja już o 

nas  plotkuje.  Tu  z  pewnością  jest  podobnie.  Mój  rzecznik 

prasowy złoży oficjalne sprostowanie, zdementuje pogłoski o 

romansie  i  zagrozi  procesem  gazetom,  które  nadal  będą 

publikować te bzdury, ale obawiam się, że to niewiele zmieni. 

Sophia wstrzyma

ła oddech i ukryła twarz w dłoniach. Bała 

się  bezpośredniej  konfrontacji  z  natrętnymi  pismakami. 
Rozzano z kam

ienną twarzą zadzwonił do recepcji i poprosił o 

przyniesienie wszystkich gazet publikujących artykuły na ich 

temat.  Po  chwili  zjawił  się  Tony  z  naręczem  czasopism. 

Wszystkie  brukowce  zamieściły  fotografię  księcia  i  jego 
rzekomej wybranki na pierwszej stronie. 

 - Nie do wiary - skomentowa

ł ironicznie Rozzano. - Jest 

kilka prawdziwych szczegółów. 

 -  K

łamstwa  pomieszane  z  faktami...  Kto  się  w  tym 

rozezna? - 

jęknęła rozpaczliwie Sophia. 

 - To ich ulubiony styl: pozory wiarygodno

ści. Przeczytał 

uważnie  artykuł,  w  którym  znalazła  się  wzmianka o śmierci 

jego oczekującej dziecka żony. Nie chciał wspominać tamtych 

lat; to już przeszłość, nie należy do niej wracać. Gdy siedział 

nieruchomo  pogrążony  w  lekturze,  przemknęło  mu  nagle 

przez myśl, że był dotąd przesadnym optymistą. A jeśli Sophia 
go odrzuci i ulegnie niebezpiecznemu urokowi Enrica? 

Ukrył 

twarz w 

dłoniach,  bo  ogarnęła  go  rozpacz,  gdy  uświadomił 

sobie,  jakie  upokorzenia  czekałyby  wówczas  tę  niewinną 

dziewczynę. 

 - To musi by

ć dla ciebie okropne - usłyszał jej cichy głos. 

Podniósł  głowę.  Sophia  trzymała  w  ręku  czasopismo,  które 

czytał przed chwilą. - Wszystkie te informacje o twojej żonie. 

background image

Zacisn

ął usta, bo nie był w stanie wydobyć głosu, a serce 

miał  pełne  goryczy.  Wstał  i  bez  słowa  podszedł  do 

wewnętrznych drzwi, gestem przepraszając za nagłe odejście. 

 -  Nie mog

ę  spokojnie  patrzeć  na  twoje  cierpienie!  - 

krzyknęła  z  rozpaczą,  jakby  naprawdę  bolała  nad  jego 

nieszczęściem.  Poczuł,  że  Sophia  z  ociąganiem  dotyka  jego 

ramienia  i  z  obawą  pomyślał,  że  lada  chwila  przestanie nad 

sobą panować, powierzy jej wszystkie swoje troski i wyzna, że 

jego rodzony brat jest nikczemnikiem, który czerpie radość z 

krzywdy innych ludzi. Chciał ją przed nim ostrzec i zachęcić, 

aby  dobrowolnie  przyjęła  jego  opiekę.  Lepiej,  żeby  nie 

odstępowała go na krok... 

 -  Przepraszam  -  szepn

ęła  Sophia,  cofając  dłoń.  -  Nie 

powinnam sobie pozwalać na taką poufałość, 

 -  O czym ty mówisz?  - 

zapytał  głosem  zmienionym  ze 

wzruszenia. 

 -  Z mego powodu spotka

ło  cię  tyle  przykrości  - 

wykrztusiła  niepewnie.  -  Trudno  mi  pojąć,  co  teraz 

przeżywasz...  -  Przygryzła  wargę  z  obawy,  że  mimo  woli 
sprawia mu ból. - 

Wybacz, spotkało cię wielkie nieszczęście, a 

teraz dziennikarze ci o tym przypominają. Tak mi przykro. 

 - Przecie

ż to nie twoja wina - odparł rzeczowo. 

 -  Mimo to czuj

ę  się  za  to  odpowiedzialna  -  odparła,  z 

trudem  dobierając  słowa.  -  To bardzo uprzejmie z twojej 

strony,  że  się  mną  zaopiekowałeś,  ale...  Może  powinieneś 

wyjechać,  a  ja  zwołam  konferencję  prasową  albo  złożę 

oświadczenie. Dzięki temu uwaga mediów skupi się na mnie, 

a ty będziesz miał chwilę oddechu. 

Powoli odwr

ócił  się,  zdziwiony  jej  śmiałością  i  troską. 

Ledwie  spojrzał  na  zmartwioną  twarz,  wściekłość  minęła. 

Dotknął  rękoma  zarumienionych  policzków  i  popatrzył  w 

załzawione oczy. Nie był w stanie oprzeć się pokusie, dotknął 

wargami  jej  ust  i  zapomniał  o  skrupułach.  Pocałunki  były 

background image

coraz  bardziej  zachłanne  i  namiętne,  a  Sophia  oddawała  je 

coraz  śmielej.  Przylgnęła  do  niego  z  całej  siły,  wsunęła  mu 

palce we włosy i przyciągnęła mocniej jego głowę. Ucieszył 

się, gdy przemknęło mu przez myśl, że oboje są równie chętni 
i niecierpliwi. 

Nie przerywaj

ąc pocałunku, wolno osunęli się na kanapę i 

leżeli mocno przytuleni. Sophia z pewnością czuła, jak bardzo 

on jej pragnie, ale nie próbował jej popędzać. Całował ją bez 

przerwy i pieścił gładką skórę. Zarzuciła mu ramiona na szyję, 

uśmiechnęła  się,  a  jej  oczy  lśniły  ze  szczęścia.  Odruchowo 

przytuliła się mocno i poruszała się zmysłowo w tym samym 
rytmie co on. 

 -  Bellissima  Sophia  -  powtarza

ł  jej  imię  jak  miłosne 

zakl

ęcie. Jego usta sunęły coraz niżej, ale gdy odsunął na bok 

cienkie  ramiączka  sukienki  i  pociągnął  tkaninę,  odsłaniając 

kształtne  piersi,  Sophia  znieruchomiała  w  jego  objęciach. 

Zdyszany podniósł głowę, przegarnął ręką potarganą czuprynę 

i  spojrzał  na  nią  pytająco.  Łagodnym  ruchem  odgarnął 

kosmyk włosów, który przylgnął do zarumienionego policzka 

i obnażonego dekoltu. 

 -  Sophia...  -  zacz

ął  przyciszonym  głosem.  Odwróciła 

głowę, unikając jego wzroku. 

 -  Wybacz. Uzna

łam,  że  oboje  musimy  się  opamiętać. 

Mam  rację,  prawda?  Lada  chwila  zjawi  się  tu  pokojówka, 

żeby sprzątnąć apartament 

 -  Nikt tu nie wejdzie bez pytania. Zapowiedzia

łem, żeby 

nam nic przeszkadzano  - 

wtrącił,  podnosząc  się  z  kanapy. 

Zakłopotana  Sophia  usiadła,  wymyślając  sobie  po  cichu  od 

idiotek.  Opuściła  stopy  na  podłogę  i  podciągnęła  karczek 

sukienki.  I  ona,  i  Rozzano  drżeli,  nie  mogąc  się  uspokoić. 

Pożądanie  wcale  nie  osłabło,  choć  do  głosu  doszedł  zdrowy 

rozsądek. Oboje byli zbici z tropu i nie mieli pojęcia, jak się 

zachować. 

background image

 - Teraz ja musz

ę cię przeprosić. - Rozzano dotknął czule 

jej policzka i lekko uniósł twarz. Zmarszczył czoło, patrząc w 
zamglone oczy.  -  Wybaczysz mi?  - 

spytał nieswoim głosem. 

Westchnęła  cicho;  nie  on  jeden  był  winny,  że  sytuacja 

wymknęła się nagle spod kontroli. 

 -  Naturalnie  -  wyj

ąkała  z  trudem,  zdobywając  się  na 

uśmiech.  Pochylił  się  i  dotknął  wargami  kącika  jej  ust. 

Najwyższym  wysiłkiem  woli  oparta  się  pokusie,  by  oddać 

czułą pieszczotę. 

 -  Chyba masz racj

ę  -  rzucił  kpiąco.  -  Musimy  się  stąd 

wyrwać. Popraw fryzurę, a obmyślę plan ucieczki. Nie spiesz 

się, to mi zajmie co najmniej pół godziny. 

Z ulg

ą skinęła głową, pobiegła do swojej sypialni, oparła 

się  o  drzwi  i  daremnie  czekała  przez  chwilę,  aż  niespokojne 

serce odzyska zwykły rytm. Nadal kołatało niespokojnie, wiec 
posz

ła  do  łazienki,  skropiła  twarz  zimną  wodą,  a  potem 

umalowała na nowo usta i upięła włosy w ciasny kok, żeby się 

ukarać za niedawną chwilę słabości. Zmiana fryzury niewiele 

pomogła,  bo  usta  nadal  były  spuchnięte  od  namiętnych 

pocałunków,  a  oczy  lśniły  ogniem  pożądania.  Pragnęła 

Rozzana każdą komórką swego ciała, ale rozum podpowiadał, 

że na przyszłość powinna trzymać się od niego z daleka. 

Żeby  odzyskać  spokój,  przygotowała  sobie  filiżankę 

herbaty, a potem chodziła z kąta w kąt, łowiąc uchem dźwięki 

dochodzące z sąsiedniego pokoju. Co tam się dzieje? Czyżby 

zwołał naradę w sprawie ich ucieczki? Postanowiła wrócić do 

salonu, bo tylko jakieś absorbujące zajęcie mogło sprawić, by 

zapomniała o tlącym się pożądaniu. 

 -  Nareszcie jeste

ś!  -  ucieszył  się,  wziął  ją  za  ramię  i 

pociągnął w stronę kwiatowych kompozycji układanych przez 

grupkę zarozumiałych bukieciarzy. 

 - Gipsówka jest niemodna - 

oznajmił lekceważąco jeden z 

nich. Zdumiona Sophia zamruga

ła  powiekami,  ponieważ  do 

background image

tej  pory  nie  miała  pojęcia,  że  i  w  tej  dziedzinie  panują 

rozmaite  mody  i  tendencje.  Podeszła  bliżej  i  potknęła  się  o 

jakieś pudelka. 

 - Tu s

ą kapelusze - wyjaśnił Rozzano. 

 - S

łucham'? 

 -  Tam le

żą  buty  i  bielizna.  -  Uśmiechnął  się 

przepraszająco.  -  Wybierz  ubranie,  które  będzie  na  ciebie 

pasować.  Rozejrzyj  się  uważnie.  To  ma  być  przebranie,  ale 

może coś z tych rzeczy przypadnie ci do gustu. 

 - Ale... 
 -  Zaufaj mi  -  przerwa

ł tonem nie znoszącym sprzeciwu i 

skinął na dwie pokojówki trzymające stos pudełek z obuwiem. 

Zrozumia

ła,  co  zaplanował,  a  godzinę  później  wymknęli 

się z hotelu. Na letnią sukienkę włożyła roboczy kombinezon, 

daszek  czapki  baseballówki  opuściła  nisko,  żeby  zasłonić 

twarz. Niosła ogromne naręcze liści eukaliptusa, zza których 

niewiele widziała. Z tyłu szedł Rozzano zasłonięty piramidą z 

pudeł  na  kapelusze.  Z  trudem  tłumili  śmiech,  wsiadając  do 

furgonetki  i  sadowiąc  się  wśród  mocno  sfatygowanych 

bukietów.  Po  chwili  Rozzano  zapukał  w  okno  szoferki  na 

znak, że mogą jechać. Gdy od hotelu dzieliło ich kilkanaście 
przecznic, wysiedli w bocznej uliczce. 

 -  Zadowolona?  -  spyta

ł, obejmując ją ramieniem. Gdy z 

uśmiechem  zdjęła  kombinezon  i  czapkę,  poklepał  drzwi,  a 

kierowca nacisnął klakson i odjechał. 

 -  Wspaniale to zorganizowa

łeś - - powiedziała zdyszana, 

starając się nie zwracać uwagi, że Rozzano nadal obejmuje ją 

w talii. Nie uszło jej uwagi, że od początku znajomości stara 

się być blisko niej. Czy podobnie zachowuje się, gdy ma do 
czynienia z innymi kobietami?  - 

Jesteś  genialny  -  odparła  z 

podziwem. 

 -  Lata praktyki. Wenecjanie s

ą  mistrzami, gdy trzeba 

intrygować i oszukiwać. Moi przodkowie byli arystokratami, 

background image

ale nie stronili od wielkich interesów i handlu.  -  Rozzano 

uniósł  rękę  i  dotknął  jej  włosów.  W  jego  oczach  zabłysły 

wesołe iskierki. - Widzę tu gipsówkę. Trzeba się jej pozbyć, 
jest pr

zecież niemodna! - dowcipkował pogodnie. 

 -  To wspaniale, 

że  zdołaliśmy  się

 

wymknąć  -  odparła 

roześmiana, mimo to zainteresowana praktycznymi aspektami 
ich szalonej eskapady - ale jak wrócimy do hotelu? 

 -  Nie mam poj

ęcia.  Coś  wymyślę.  Chciałbym  teraz 

załatwić ci paszport, a potem trochę się powłóczymy. Musisz 

zwiedzić  Londyn  -  stwierdził,  biorąc  ją  pod  rękę.  -  Tony 

mówił, że są autobusy wożące turystów, którzy chcą zobaczyć 

najsłynniejsze  zabytki,  na  przykład  Tower  i  gmach 

parlamentu. Można wysiąść w dowolnym punkcie i wsiąść do 

następnego wozu, pokazując ten sam bilet. 

 - Od kiedy ksi

ążę Rozzano Barsini rozbija się po mieście 

autobusami? - 

kpiła dobrodusznie. - Muszę to zobaczyć! 

 -  Przyznaj

ę,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu  zakosztuję  tej 

przyjemności  -  oznajmił  z  kpiącą  miną.  -  Nie  mogę  się 

doczekać! To dla mnie całkiem nowe doświadczenie. 

Wieczorem wst

ąpili do małego pubu na Kings Road. Gdy 

usiedli  przy  stoliku,  Sophia  ukradkiem  zdjęła  sandałki  z 

obolałych  nóg.  Włóczyli  się  przez  cały  dzień  i  obeszli 

piechotą pól Londynu. Uznała, że to najpiękniejszy dzień w jej 

życiu.  Mimo  zmęczenia  z  uśmiechem  patrzyła  na  Rozzana  i 

wsłuchiwała  się  w  ciepły,  niski  głos  drobnej  blondynki 

czytającej przy sąsiednim stoliku „Dumę i uprzedzenie" Jane 

Austen.  Otaczała  ją  gromadka  zaciekawionych  przyjaciół 

zebranych  na  wspólną  lekturę.  Sophia  czytała  w  jednym  z 

kolorowych  czasopism,  że  młodzi  londyńczycy  upodobali 

sobie ostatnio tę spokojną rozrywkę i teraz przekonała się na 

własne  oczy,  że  niekiedy  informacje  zamieszczane  w  prasie 
z

najdują potwierdzenie w rzeczywistości. 

background image

 -  Nie zrobi

ę  więcej  ani  kroku.  Moje  nogi  domagają  się 

odpoczynku. 

Rozzano u

śmiechnął się porozumiewawczo i uniósł kufel 

piwa,  jakby  zamierzał  wygłosić  toast.  Wyciągnął  rękę  i 

pogłaskał ją po policzku tak czule, że zrobiło jej się ciepło na 
sercu. 

 -  Nie pami

ętam  przyjemniejszego  dnia.  Od  dawna  nie 

śmiałem  się  na  cały  głos.  Miło  jest  zniknąć  w  tłumie  i  po 

prostu cieszyć się życiem jak zwykli ludzie. 

 - Co ci dzi

ś sprawiło największą radość? - spytała cicho. 

 -  To chyba jasne: przeja

żdżka  statkiem  po  rzece. 

Popatrzyła  na  niego  rozmarzonym  wzrokiem.  Przytulił  ją 

mocno, twierdząc, że w pubie jest zimno, więc musi ją ogrzać, 

bo mu się przeziębi. Nagle pocałował ją w policzek, uścisnął 

serdecznie  i  zapewnił,  że  jest  w  siódmym  niebie.  Była 

szczęśliwa jak nigdy dotąd. 

 - Na nas ju

ż pora. Możemy już iść? - mruknął w końcu. 

 - Czy ja wiem? - westchn

ęła, unosząc brwi. - Jak wrócimy 

do  hotelu:  przez  zsyp  na  śmieci  czy  tunel  wentylacyjny?  A 

może będziemy się wspinać po linie? 

Pochyli

ł  się  nad  stolikiem,  zerknął  na  nią  z  nie 

ukrywanym zachwytem i pocałował w usta. 

 -  Szukasz mocnych wra

żeń?  Znalazłem  doskonałą 

kryjówkę.  Dziennikarze  nas  tam  nie  wytropią.  Wynająłem 

umeblowane  mieszkanie  w  tej  dzielnicy,  dosłownie  kilka 

przecznic  stąd.  Chodźmy  je  obejrzeć.  Tam  spędzimy 

dzisiejszą noc i nareszcie odpoczniemy. 

 -  Ale... Nasze rzeczy zosta

ły  w  hotelu!  -  wykrztusiła 

zaskoczona. 

 -  Pokoj

ówki  je  pakują.  Bagaże  zostaną  dostarczone  do 

mieszkania - 

oznajmił pogodnie. Wziął ją za rękę i pociągnął 

w  stronę  wyjścia.  Wieczór  był  chłodny,  więc  miał  pretekst, 

background image

żeby ją znowu przytulić. - Skręcamy, kamienica jest niedaleko 

stąd. 

Szli w

ąską uliczką, a po obu stronach ciągnęły się ładnie 

utrzymane, dwupi

ętrowe  domy  z  kamiennymi  schodami  i 

niewielkimi ogródkami. Na starannie utrzymanych trawnikach 

kwitły  wiosenne  kwiaty,  a  przez  uchylone  okna  widzieli 

pogodnych  mieszkańców  zasiadających  do  kolacji.  Minęli 

pomalowaną  na  czerwono  budkę  telefoniczną,  a  po  chwili 

przejechał  obok  nich  piętrowy  autobus.  Uśmiechnęli  się  do 

siebie  porozumiewawczo:  tak  samo  wyglądały  te,  którymi 

objechali dziś niemal cały Londyn. 

 -  To chyba przyjemniejsze lokum ni

ż  wielki  hotel 

otoczony reporterami  - 

powiedział,  gdy  stanęli  przed  białą 

kamieniczką obrośniętą dzikim winem i pnącymi różami. 

 -  Dochodzi p

ółnoc!  Biura  wynajmu  mieszkań  są  już 

zamknięte. Jak chcesz wynająć mieszkanie o tej porze? 

 - Wszystko ju

ż załatwione. Dyrektor hotelu osobiście się 

tym zajął. 

Budynek sta

ł przy niewielkim placyku. Gdy zadzwonili do 

frontowych drzwi, otwo

rzyła im dziewczyna w wieku Sophii, 

elegancka, zadbana, modnie ostrzyżona, naprowadziła ich do 

obszernego  i  komfortowo  urządzonego  mieszkania  na 

parterze.  Wynajęcie  takiego  przytulnego  gniazdka  z 

pewnością kosztowało majątek. 

 - 

W lod

ówce  jest  trochę  produktów... Nic 

nadzwyczajnego: zdrowe, proste jedzenie  - 

powiedziała 

urodziwa  agentka,  patrząc  z  zachwytem  na  Rozzana  i 

przysuwając  się  do  niego  coraz  bliżej.  Sophia  uznała  ją  za 

bezwstydnicę  i  zajrzała  do  ogromnej  lodówki. O, tak, 

pomyślała,  uśmiechając  się  ironicznie, nie ma tu nic 
nadzwyczajnego: ostrygi, kawior, szampan, truskawki! 

 -  Czy to nam wystarczy?  -  spyta

ł  z  powagą  Rozzano, 

stając tuż za nią. 

background image

 -  Wola

łabym  inny  gatunek  kawioru  -  zaczęła  drwiąco  i 

popatrzyła na niego z irytacją. 

 -  Pyta

łem,  czy  wystarczy nam jedzenia  -  powtórzył  z 

naciskiem, z trudem powstrzymując śmiech. 

 - Jak si

ę nie ma, co się lubi... Trzeba gdzieś przenocować, 

jest za późno na szukanie innego lokum - stwierdziła z ponurą 

miną,  a  Rozzano  demonstracyjnie  odetchnął  z  ulgą.  W  tej 
sa

mej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. 

 -  To zapewne pa

ństwa  bagaże  -  oznajmiła  skwapliwie 

zbita  z  tropu  agentka.  Gdy  wniesiono  bagaże,  pospiesznie 

pożegnała się i wyszła. Sophia kilka razy odetchnęła głęboko, 

żeby  się  uspokoić.  Poszła  do  kuchni  i  zaparzyła  herbatę. 

Najpierw  filiżanka  gorącego  naparu;  potem  wyjmie  rzeczy  z 

walizki...  o  ile  wcześniej  nic  padnie  ze  zmęczenia.  Tylko 

częściowo  udało  jej  się  urzeczywistnić  swój  plan,  bo 

pokojówka,  która  przyniosła  rzeczy,  nalegała,  by  jej 
pozwolono od razu je rozpa

kować. Sophia nie miała siły, żeby 

się z nią spierać, więc ustąpiła. Gdy walizka została otwarta, 

nie  poznała  jej  zawartości.  Nie  wierząc  własnym  oczom, 

patrzyła na eleganckie stroje, drogie buty i wytworną bieliznę. 

Muszę  porozmawiać  o  tym  z  Rozzanem, pomyślała 

zakłopotana.  Po  wyjściu  pokojówki  natychmiast  pobiegła  do 

salonu  i  rozsunęła  zasłony  w  oknach wychodzących  na 
niewielki park po drugiej stronie ulicy. Z rozrzewnieniem 

popatrzyła  na  staromodne  latarnie  oświetlające  drzewa 

pokryte młodą zielenią. 

Us

łyszała  trzask  zamykanych  frontowych  drzwi  i 

zbliżające  się  kroki  Rozzana.  Wystraszona,  znieruchomiała 

przy  oknie.  Po  co  tu  przyszli?  Może  postanowił  ją  uwieść? 

Rano omal mu się nie udało. Po plecach przebiegł jej zimny 

dreszcz.  Gdyby  zapomniała  się  na  chwilę,  byłaby 

zrozpaczona.  Uważała  się  za  kobietę  z  zasadami  i  nie 

background image

tolerowała przelotnych romansów. Gdyby uległa pokusie, nie 

mogłaby potem spojrzeć sobie w oczy. 

Pogr

ążona  w  zadumie  nie  zauważyła,  kiedy  Rozzano  za 

nią  stanął.  Poczuła  jego  usta  na  karku  i  natychmiast 

zapomniała o skrupułach. 

 -  K

łamałem,  mówiąc,  że  najmilsza  z  całego  dnia  była 

przejażdżka  statkiem  po  Tamizie  -  szepnął.  Zafascynowana 

własnymi  odczuciami.  Sophia  westchnęła  głęboko  i 

spróbowała wybić mu z głowy nadmierną poufałość. 

 - Rozzano - rzuci

ła karcącym głosem. 

 -  Prawda jest taka  -  przerwa

ł,  odwracając  ją  twarzą  do 

siebie  - 

że  najbardziej  cieszyła  mnie  twoja  obecność. 

Cudownie jest obejmować cię i tulić w ramionach. - Kiedy to 

mówił,  ciemne  oczy  lśniły  jak  gwiazdy.  -  Muszę  zachować 

ostrożność,  bo  inaczej  zakocham  się  w  tobie,  Sophio.  - 

Pocałował ją w usta, a nim całkiem straciła głowę, przemknęło 

jej  przez  myśl.  że  byłoby  cudownie,  gdyby  kochała  go  z 

wzajemnością. W końcu uniósł głowę i czule musnął wargami 
jej usta.  -  Dobranoc,  bellissima  – 

szepnął  i nim zdążyła 

odpowiedzieć, zniknął za drzwiami swojej sypialni. 

Przez kilka nast

ępnych  dni  poznawała  go  coraz  lepiej. 

Jego pieszczoty niweczyły jej opór - Wiedziała, że postępuje 

głupio, lecz mimo woli każdą odwzajemniała skwapliwie. Nie 
rozsta

wali się ani na moment i od śniadania aż do chwili, gdy 

zamykały  się  drzwi  ich  sypialni,  spędzali  czas  we  dwoje 

niczym  para  zakochanych:  razem  śmiali  się,  gawędzili, 
milczeli zadowoleni ze swojego towarzystwa. Wieczorami 

zasypiali w osobnych łóżkach, nieco zawiedzeni i smutni. 

Pewnego dnia d

ługo  wędrowali  po  Londynie,  szukając 

śladów  Karola  Dickensa  i  miejsc  upamiętnionych  w  jego 

powieściach.  Gdy  o  zmierzchu  szli  uliczką  prowadzącą  do 

kamienicy, Sophia doznała olśnienia i zdała sobie sprawę, że 
jest zakocha

na w Rozzanie, chociaż miała przeczucie, że nie 

background image

ma dla niej miejsca w jego sercu. Dla niego to romantyczny 

epizod  wart  przypomnienia  w  gronie  przyjaciół.  Zdawała 

sobie sprawę, że nie czeka ich wspólna przyszłość, i bardzo z 

tego powodu cierpiała. 

Wyszli na placyk i niespodziewanie stan

ęli twarzą w twarz 

z gromadą fotoreporterów. 

 - Znale

źli nas! - krzyknęła rozpaczliwie. Rozzano objął ją 

ramieniem,  by  ochronić  przed  natrętami.  Z  ogromnym 

wysiłkiem  torowali  sobie  drogę  do  frontowych  drzwi. 

Oślepiały  ich  flesze,  dziennikarze  popychali,  starając  się 

uwiecznić zdumione twarze i podsuwając mikrofony. 

 - Och, zostawcie nas w spokoju. 
 - Sophia! Popatrz tu! U

śmiechnij się do nas! 

 - Macie romans? Sypiacie ze sob

ą? 

Gdy zatrzasn

ęły się za nimi drzwi mieszkania, osunęła się 

na kanapę. Była wstrząśnięta i okropnie zła. Rozzano wziął ją 

na  ręce,  zaniósł  do  sypialni  i  położył  do  łóżka.  Przyniósł  jej 

także kieliszek koniaku i zmusił, by wypiła jednym haustem. 

Przysunął sobie krzesło i usiadł, patrząc w jej szeroko otwarte 

oczy. Była zrozpaczona. 

 -  To by

ło  okropne  -  powiedziała  wreszcie  i  westchnęła 

spazmatycznie. - 

Nie chcę przeżywać tego po raz drugi! 

 -  Wiem, Sophio  -  odpar

ł  i  delikatnym  ruchem  otarł  jej 

czoło pokryte kropelkami zimnego potu. - Po chwili milczenia 

dodał stanowczo: - Nic możemy tego ciągnąć, moja droga. To 

już koniec. 

Pod

świadomie  czekała  na  takie  słowa.  Ich  krótka 

znajomość dobiegła kresu. Spodziewała się rozstania, a jednak 

cierpiała tak bardzo, że z trudem mogła oddychać. Najchętniej 

rzuciłaby się w jego objęcia i błagała, żeby jej nie opuszczał, 

ale  zdołała  nad  sobą  zapanować,  nacisnęła  dłonie  i  wbiła 

paznokcie w skórę, żeby nie krzyczeć z rozpaczy. 

 - Tak - rzuci

ła bezbarwnym głosem. 

background image

 - Doskonale. W takim razie kupi

ę dla nas obojga bilety na 

poranny samolot do Wenecji - 

odparł pogodnie. 

Zdumiona spu

ściła  oczy.  Po  chwili  zrozumiała,  że 

Rozzano nie zamierza jej opuścić. Będą razem zwiedzać jego 

ukochaną Wenecję. A jeżeli zostaje z nią tylko dlatego, że mu 
szkoda samotnej dziewczyny z prowincji? W takim razie 

powinna go uwolnić od swego nudnego towarzystwa. 

 -  Le

ć  sam  -  odparta  z  godnością.  -  Postanowiłam...  - 

Zaczęła  śmiało,  lecz  nagle  zabrakło  jej  odwagi,  słowa  nic 

mogły  przejść  przez  zaciśnięte  gardło.  Zmusiła  się  do 

mówienia; nic miała innego wyjścia. - Powinniśmy wyruszyć 
osobno. 

 - Prosz

ę? Jak możesz wygadywać takie bzdury. - spytał z 

niedowierzaniem. 

 - O co ci chodzi? 
 -  O co mi chodzi? Po prostu nie chc

ę się z tobą rozstać! 

Głos drżał mu ze zdenerwowania. Sophia poczuła, że ogarnia 

ją  szalona  radość,  ale  wciąż  nie  wierzyła  własnym  uszom. 

Rozzano usiadł na łóżku i przyciągnął ją do siebie. 

 - Jeste

ś mi potrzebna! Pragnę cię! Nie pozwolę ci odejść. 

Nic nie mów. Po co nam słowa? Do diabła z nimi! 

Poca

łował  ją  zachłannie.  Oparła  dłonie  na  jego  piersi  i 

broniła się bez przekonania. 

 -  Sk

ąd  ta  pewność?  Przecież  ledwie  się  znamy. 

Przesadzasz... 

 -  Wiem, co czuj

ę.  To  szaleństwo,  ale  nie  mam 

najmniejszych  wątpliwości,  że  musimy  być  razem!  -  jęknął 
rozpaczliw

ie. Zasypywał jej twarz namiętnymi pocałunkami i 

niecierpliwie  rozpinał  guziki  sukienki.  Gdy  zdała  sobie 

sprawę,  jak  może  skończyć  się  ten  wieczór,  krzyknęła  ze 
strachu: 

 - Rozzano, nie! 

background image

Czeka

ła na słowa, które nie padły. Pragnęła usłyszeć czułe 

wyznanie..

. A poza tym była kobietą z zasadami i dawno temu 

obiecała sobie, że będzie się kochać tylko z mężem. 

Rozzano nie zwraca

ł uwagi na jej protesty. 

 -  Santa Maria...  -  westchn

ął chrapliwie. - Sophio, pragnę 

cię. Nie rozumiesz... 

 - Chcia

łabym ci ulec, ale nie mogę. Jedna miłosna noc mi 

nie  wystarczy.  Pragnę  czegoś  więcej  -  szlochała  w  jego 
ramionach.  - 

Puść  mnie!  Wybacz,  że  nie  powiedziałam  tego 

wcześniej. Powinnam cię powstrzymać... 

 -  Nie pozwoli

łaś  mi  dokończyć  -  mruknął,  obejmując  ją 

czule.  Oddychał  ciężko  i  głaskał  ją  po  plecach.  Zadrżała  i 

przygryzła wargę z obawy, że uzna to za mimowolną zachętę. 

 - Nie musisz niczego wyja

śniać - upierała się przy swoim, 

 -  Przerwa

łaś mi - odparł z wyrzutem. - Tyle mam ci do 

powiedzenia. Jeśli usłyszysz... 

 -  Nie zdo

łasz  mnie  przekonać!  -  wpadła  mu  w  słowo.  - 

Mam  swoje  zasady:  najważniejsze  jest  dla  mnie  szczęśliwe 

małżeństwo. Romans nie wchodzi w grę. 

 -  S

ądzisz,  że  chciałem  cię  uwieść?  -  zapytał,  dotykając 

kciukiem jej podbródka. - Nieprawda! - 

dodał z ponura miną. - 

Pr

zyznaję, że zapomniałem się na moment, jakbym nie chciał 

wiedzieć, kim jesteś i gdzie się znajdujemy. To było cudowne 
uczucie, po prostu raj na ziemi. 

Wybacz, ponios

ło  mnie.  Przecież,  nie  chciałem.  - 

Zakłopotany spojrzał na nią z ponurą miną. - Przestałem nad 

sobą panować. 

 - Powiedz, czego ode mnie chcesz. Nie potrafi

ę flirtować, 

nie romansuje. Nasza bliskość jest dla mnie zaskoczeniem. - 

Na policzkach miała ciemne rumieńce. - Pewnie dla ciebie to 

normalne,  że  po  kilku  dniach  znajomości  uwodzisz 

dziewczynę, ale... 

background image

 -  Nic  -  przerwa

ł  cicho.  -  Mylisz  się,  Sophio.  Jesteś 

pierwszą  kobietą...  -  Odwrócił  wzrok  i  przez  chwilę  szukał 

właściwych słów. W końcu popatrzył jej prosto w oczy. - Sam 

nie wiem, co się ze mną dzieje. Znamy się tak krótko, chociaż 
od kilku dni 

prawie  się  nie  rozstajemy.  Jestem  wstrząśnięty 

siłą własnych uczuć. Do tej pory nie podejrzewałem siebie o 

skłonność... 

 -  Z ust mi to wyj

ąłeś - powiedziała cicho, zdecydowana 

wytrwać w swoim postanowieniu. Uśmiechnął się, widząc łzy 

spływające jej po policzkach. 

 -  Oczarowa

łaś  mnie.  Nie  znałem  dotąd  takich  kobiet. 

Jesteś  niezwykła,  wyjątkowa,  po  prostu  cudowna. 

Wystarczyło  kilka  dni,  żebym  przy  tobie  odzyskał  radość 

życia  -  ciągnął,  obejmując  dłońmi  jej  twarz.  -  Nim  się 

spotkaliśmy,  pogrążony  w  smutku  rozpamiętywałem  swoje 

nieszczęścia, a teraz znowu potrafię się śmiać, żartuję i jestem 

szczęśliwy. Z tego wniosek... 

 -  Jaki?  -  wpad

ła  mu  w  słowo.  Z  niepokojem  czekała  na 

jego dalsze słowa. 

 - Jestem przekonany, 

że przeżywamy niezwykłe chwile - 

t

łumaczył, siląc się na spokój. - Nie chcę się z tobą rozstawać. 

Sophia przymkn

ęła  oczy,  jakby  nie  mogła  uwierzyć  w 

swoje szczęście. Powtarzała sobie w duchu, że Rozzano wcale 

jej nic kocha; chce się tylko z nią przespać. 

 - Jed

ź ze mną do Wenecji - prosił, zasypując pocałunkami 

jej twarz.  - 

Zaręczymy się zaraz po przyjeździe. Chcę, żebyś 

została moją żoną. Wyjdziesz za mnie, Sophio? 

Z wra

żenia zaparło jej dech w piersiach. Nie spodziewała 

się  oświadczyn  i  dlatego  teraz  nie  mogła  wykrztusić  słowa, 

chociaż od tej odpowiedzi zależało jej szczęście. 

 -  Powiedz co

ś!  -  nalegał.  -  Nie trzymaj mnie w 

niepewności!  Musisz  teraz  zdecydować.  -  Oczy  zabłysły  mu 

groźnie.  -  W  przeciwnym  razie  będę  się  z  tobą  kochać  tak 

background image

namiętnie, że stracisz głowę i zgodzisz się na wszystko. Nie 

możesz mi odmówić! 

 - Ja... Czemu tak s

ądzisz? 

 -  Co za pytanie! Chyba widzisz, 

że oszalałem na twoim 

punkcie.  - 

Objął  ją  mocniej  i  szepnął  czule:  -  Budzę  się 

uśmiechnięty,  bo  wiem,  że  wkrótce  cię  spotkam.  Zobaczysz, 

jak  nam  będzie  razem  dobrze.  Już  teraz  tworzymy  dobraną 

parę. Na pewno wiesz, co do ciebie czuję. 

 -  S

ądziłam, że to gra i że taki masz sposób na kobiety - 

odparła bez przekonania. 

 -  Nieprawda!  -  Musn

ął  wargami  jej  usta.  -  Chcę  być  z 

tobą. Muszę wiedzieć, że zostaniesz ze mną na zawsze. 

Powinni

śmy resztę życia spędzić we dwoje. Przemyśl to, 

Sophio.  Nie  musisz  decydować  od  razu.  Jedno  ci  powiem: 

marzę o ślubie, pragnę mieć z tobą dzieci i chcę się przy tobie 

zestarzeć. 

 -  Dzieci!  -  westchn

ęła,  jakby  jednym  słowem  przełamał 

jej uprzedzenia. Jej maleństwa, których ojcem byłby Rozzano. 

Pogodziła  się  już  z  myślą,  że  nie  zazna  rozkoszy 

macierzyństwa. Drżącą  ręką  odgarnęła  potargane  włosy,  a  w 

oczach  stanęły  jej  łzy,  gdy  wyobraziła  sobie,  że  tuli  w 

ramionach ciemnowłose niemowlę, a mąż i ojciec spogląda na 
n

ich  z  czułością.  Siedzą  w  salonie  jego  palazzo,  a przez 

otwarte okna dobiega wesoła piosenka gondoliera. 

 - Sophio! - Zniecierpliwiony i nie znosz

ący sprzeciwu ton 

Rozzana  sprawił,  że  wróciła  do  rzeczywistości.  -  Masz 

trzydzieści  sekund  do  namysłu,  potem  musisz  dać  mi 

odpowiedź. Tak czy nic? 

 - Potrzebuj

ę więcej czasu! - zawołała. 

 -  Wykluczone.  -  Zacisn

ął wargi na znak, że nie będzie o 

tym dyskutować. Po chwili Sophia doszła do wniosku, że nie 

ma  się  nad  czym  zastanawiać.  Kochała  Rozzana  i  na  samą 

background image

myśl,  że  będzie  matką  jego  dzieci,  miała  ochotę  śpiewać  ze 

szczęścia. 

Gdy spojrza

ła  mu  w  oczy,  nabrała  pewności,  że  jest 

kochana  i  upragniona.  Przytuliła  głowę  do  jego  piersi  i 

usłyszała niespokojne kołatanie serca. Kto by pomyślał, że tak 

mu na niej zależy. Uradowana przyglądała mu się z czułością i 

troską. 

 - Zosta

ń ze mną - poprosił i czule pocałował ją w usta. - 

Będziesz moją żoną, matką naszych dzieci. 

 - Tak - odpar

ła cicho, wzruszona i zachwycona. 

background image

ROZDZIA

Ł PIĄTY 

Gdy znale

źli się w samolocie lecącym do Wenecji, Sophia 

ukradkiem  obejrzała  nowy  strój,  w  którym  prezentowała  się 

doskonale, i zerknęła na pierścionek z brylantem o błękitnym 

odcieniu pasującym do sukni. Cenny kamień oprawiony był w 

platynę. Gdy dokonali wyboru, Rozzano zaproponował, żeby 

schowała  go  do  torebki,  zamiast  wkładać  na  palec,  na 
wypadek, gdyby znów osaczyli ich dziennikarze. Po co im 

podsuwać tematy do bezsensownych spekulacji? Uznała jego 

argumenty  za  słuszne,  ale  od  czasu  do  czasu  zaglądała  do 

wyściełanego  aksamitem  pudełeczka  i  uśmiechała  się 

radośnie. To był przecież jej pierścionek zaręczynowy. 

Rozmarzona wr

óciła myślami do poprzedniego wieczoru. 

Postanowili  uczcić  swoją  decyzję;  otworzyli  szampana  i  z 
apetytem jedli truskawki. 

 - Moim zdaniem, trzy tygodnie wystarcz

ą, żeby dopełnić 

ws

zystkich formalności i przygotować ceremonię. Pobierzemy 

się za dwadzieścia jeden dni. Powinnaś mieć druhny... 

 - Rozzano! - zawo

łała, nie wierząc własnym uszom. - Nie 

możemy  się  tak  spieszyć.  To  szaleństwo!  Nic  o  sobie  nie 
wiemy. Wys

łuchaj  mnie  do  końca  -  dodała  pospiesznie,  gdy 

usiłował jej przerwać. - Małżeństwo to poważna sprawa, nie 

warto decydować pochopnie. Bądź rozsądny! Weźmiemy ślub 

za pół roku. 

 - Rozs

ądek nie ma tu nic do rzeczy! 

Gdy spojrza

ła  mu  w  oczy,  zobaczyła  w  nich  gniewny 

błysk.  Zaciśnięte  usta  świadczyły,  że  nie  da  się  przekonać. 

Westchnęła  bezradnie,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  ma  do 

czynienia z upartym mężczyzną, który w każdej sytuacji chce 

postawić na swoim. 

 - Ma

łżeństwo zawiera się raz w życiu, więc nie warto się 

spieszyć, żeby nie popełnić błędu. 

background image

 - Za sze

ść miesięcy poślubisz strzęp człowieka. Zwariuję, 

jeśli  będę  musiał  czekać  tak  długo  -  burknął  opryskliwie.  - 

Jestem człowiekiem z krwi i kości, Sophio! Nie masz pojęcie, 

jak mi trudno trzymać ręce przy sobie. Jeśli chcesz zwlekać, 
n

ie ręczę za siebie. 

 -  W

łaściwie... - Oblizała wyschnięte usta i przez okrągłe 

okienko  popatrzyła  na  widoczne  w  dole  Alpy.  W  zadumie 

przyglądała się szczytom, dolinom i rozległym lodowcom. Od 

czasu  do  czasu  chmury  zasłaniały  ten  imponujący  widok. 
Zielone g

órskie  zbocza  jaśniały  w  promieniach  słońca.  -  Ja 

również  nie  mogę  się  doczekać  chwili,  kiedy...  będziemy 
razem - 

wyznała zarumieniona, chcąc udowodnić, że kocha go 

i ma do niego zaufanie. 

 -  W takim razie nie warto si

ę  spierać  -  oznajmił 

stanowczo. - Co powiesz 

na cztery tygodnie? Ślub za miesiąc, 

zgoda? Nie możesz ode mnie wymagać, żebym czekał dłużej. 

Przecież chcemy być razem, prawda? 

 - Tak, ale... 
 -  Zamykam dyskusj

ę!  Nie  zapominaj  o  swoim  dziadku. 

Jego dni są policzone. Im szybciej się pobierzemy, tym dłużej 

będzie  się  cieszyć  twoim  szczęściem.  Może  nawet  doczeka 
narodzin prawnuka?  - 

Rozzano  zniżył  głos  do  szeptu.  -  Nie 

będziemy zwlekać, prawda? Oboje pragniemy mieć dzieci tak 

szybko, jak to możliwe, prawda? 

 -  To podst

ęp!  -  żaliła  się  półgłosem,  ale  popatrzyła  na 

niego  z  czułością,  gdy  musnął  wargami  jej  usta.  Spojrzeli 

sobie w oczy i powiedzieli jednocześnie: 

 - 

Ślub za miesiąc. 

Gdy wyszli przed budynek weneckiego terminalu 

lotniczego, Sophia o

ślepiona południowym słońcem zacisnęła 

powieki. Czekał na nich mężczyzna w białym uniformie, który 

z daleka machał do nich ręką. Na widok Rozzana uśmiechnął 

się radośnie. 

background image

 - To jest Mario - us

łyszała po chwili w czasie serdecznego 

powitania. - 

Ma pieczę nad łodziami całej naszej rodziny. 

Wkrótce dotarli do portu

.  Sophia  przeżyła  spory  zawód, 

bo  spodziewała  się,  że  od  razu  zobaczy  weneckie  pałace,  a 

tymczasem  jej  oczom  ukazały  się  zwykłe  promy  i 

srebrzystoszare  wojskowe  kanonierki.  Zapomniała  o 
rozczarowaniu, gdy wsiedli do luksusowej motorówki. 

 - Wkrótce zobaczysz 

groblę, po której biegnie autostrada 

łącząca  Wenecję  z  lądem  stałym  -  tłumaczył  Rozzano.  - 

Można  także  dostać  się  do  miasta  koleją.  W  połowie 

dziewiętnastego  wieku  Austriacy  zbudowali  most  i  ułożyli 

tory, ale najpiękniej Wenecja wygląda od strony laguny, którą 

właśnie  przepływamy.  Będziesz  miała  wrażenie,  jakby 

wyłaniała się powoli z morskich fal. 

Bez s

łowa  skinęła  głową,  bo  na  horyzoncie  widziała  już 

znajome  zarysy  wież  i  dachów.  Morze  było  gładkie  jak 

szklana  tafla,  a  lekko  spieniona  woda  obmywała  burty 

płynącej wolno motorówki. Sophia ujrzała w oddali kolorowe 

budynki  ozdobione  koronką  łuków.  Rozzano  dotknął  jej 
ramienia. 

 -  Widzisz te pasiaste s

łupy?  To  bricoli,  służą  do 

cumowania łodzi, a poza tym od razu widać, kiedy od strony 
morza przychodzi wysoka fala. Tam jest wysepka zwana 

Torcello,  gdzie  osiedli  pierwsi  wenecjanie.  Byli  wśród  nich 

założyciele naszych rodzin. 

Sophia s

łuchała  uważnie  opowieści  o  początkach  miasta 

założonego  w  piątym  wieku  przez  uciekinierów  z  pobliskiej 
Akwilei spalonej przez Hunów pod dowództwem Attyli. 

Podziwiała  miasto  zbudowane  na  setkach  wysepek 
wzmocnionych palami wbitymi w morskie dno, a zarazem 

wyrzucała sobie, że zbytnio się pospieszyła z decyzjami, które 

miały  przesądzić  o  całym  jej  życiu.  Nie  była  pewna,  czy 
wzajemna m

iłość,  która  wybuchła  gwałtownie  niczym 

background image

płomień, jest tak silna, jakby się z pozoru wydawało. Rozzano 

nic  zwrócił  uwagi  na  jej  roztargnienie.  Z  powagą  traktował 

przyjęte dobrowolnie obowiązki przewodnika. 

 -  Nazywamy Wenecj

ę ,La Serenissima" - Najjaśniejsza - 

dodał cicho - bo ma w sobie harmonię i wewnętrzny ład. 

Wkr

ótce  otworzył  się  przed  nimi  imponujący  widok  na 

weneckie nabrzeże. 

 - Co to za budynki? - wypytywa

ła rozgorączkowana. 

 -  W g

łębi  widać  już  kopuły  bazyliki  Świętego  Marka. 

Pamiętasz, opowiadałem ci o Moście Westchnień. To właśnie 

ta biała zwarta bryła zawieszona nad kanałem. Jest niewielki, 

ale robi wrażenie, co? 

 - M

ówiłeś, że łączy Pałac Dożów z więzieniem - dodała, 

spoglądając  na  długie  i  wąskie  gondole  o  czarnych  burtach 

przywiązane  do wysokich  słupów.  Spoglądała w  zadumie na 

jasne  ściany  Pałacu  Dożów.  Fasadę  ozdobiono  różowym 

marmurem,  a  smukłe  arkady  podtrzymywane  kolumnami 

nadawały gmachowi cudowną lekkość. 

 -  Wygl

ąda  tak  samo  jak  na  fotografiach  -  ucieszyła  się 

niczym  mała  dziewczynka.  Z  niepokojem  obserwowała  fale 

obmywające fundamenty budynków. 

 -  Nic ma powodu do obaw  -  zapewni

ł  Rozzano, 

obserwując  ją  z  rozbawieniem.  -  Możesz  być  pewna,  że 

siedziba rodziny D'Antigów nie zawali się pod naporem wody. 

Zadbałem  o  to,  żeby  dom  przetrwał  bez  uszczerbku kolejne 

dziesięciolecia.  Remont  pochłonął  ogromne  sumy, ale efekty 

są znakomite. 

Z nielicznych wzmianek o pomocy udzielanej jej 

dziadkowi wywnioskowa

ła, że ma z tym sporo zachodu. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  Wenecja  nadal  istnieje.  Byłabym 

niepocieszona, gdyby morze poch

łonęło  ją  przed  moim 

przybyciem. 

background image

 - Nie pozwolimy na to! - zapewni

ł chełpliwie. - Mnóstwo 

jest  ludzi  głęboko  zatroskanych  stanem  jej  zabytków  i 

gotowych na wszystko, byle je ratować. Wenecja jest niczym 

piękna  kobieta:  trzeba  o  nią  dbać.  -  Przysunął  się  bliżej  i 

szepnął  jej  do  ucha:  -  Zamierzam  troszczyć  się  o  ciebie  z 
równym oddaniem. 

 - Zachowuj si

ę przyzwoicie i nie zmieniaj tematu. Proszę 

o  dalsze  wyjaśnienia,  bo  inaczej  przesiądę  się  na  statek 
wycieczkowy. 

 -  Ach, ta angielska pow

ściągliwość!  -  westchnął 

przesadnie. - 

Cóż robić, wracam do roli przewodnika. Jak się 

zapewne  domyślasz,  przed  nami  otwiera  się  Canalazzo.  Tak 
pieszczotliwie nazywamy Canal Grande. Patrz i podziwiaj. 

Sophia by

ła zachwycona. Wiedziała, że ta szeroka wodna 

arteria 

ma  długość  czterech  kilometrów  i  zakręca  łagodnie, 

dzieląc  miasto  na  dwie  części.  Otworzyła  się  przed  nią 

wspaniała  panorama  najpiękniejszych  budynków  Wenecji. 

Mijały  ich  niezliczone  gondole,  małe  promy,  łodzie  i 

motorówki. Rozzano nie nadążał z wyjaśnieniami. 

 - Ca' Barbarigo, siedemnasty wiek -  powiedzia

ł krótko. - 

Ca'  d'Oro,  fasada  piętnastowieczna,  ale  ten  gotycki  budynek 

jest  znacznie  starszy,  a  dawniej  zdobiły  go  złocenia,  stąd 
nazwa. Ca' Grande, siedemnasty wiek. Tamten wzniesiono w 

dwunastym, następny w trzynastym wieku. 

Sophia patrzy

ła  raz  w  prawo, raz w lewo. Rozzano 

opisywa

ł  budynki,  które  znała  z  przewodnika  tak,  jakby 

przedstawiał jej starych przyjaciół. 

 - Mog

łabym na nie patrzeć przez resztę życia i wcale by 

mi się nie znudziło - powiedziała cicho. 

 -  Nic prostszego  -  odpar

ł  żartobliwie.  -  Musisz tu 

pozostać na zawsze. Jak ci się podoba tamten pałac? Ładny, 
co? 

background image

 - Jakie banalne okre

ślenie! - oburzyła się, spoglądając we 

wskazanym kierunku. - 

Jest przepiękny! 

Nad brzegiem kana

łu  stała  imponująca  czteropiętrowa 

budowla. Przed nią umieszczono dwanaście niebieskich pali i 

kilka  pomostów  osłoniętych  błękitnymi  markizami.  Nad 

szerokim  lukiem  portalu  znajdował  się  balkon  z  marmurową 

balustradą  i  kolumnami,  a  po  bokach  gotyckie  łuki  okien  z 

kamienną dekoracją przypominającą koronkowy wzór. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  przypadł  ci  do  gustu  -  odparł  Rozzano 

drżącym głosem. Był wyraźnie poruszony, ale gdy zerknęła na 

niego,  utkwił  wzrok  w  sąsiednim  budynku  z  kamienia 

miodowej barwy. Po chwili wyjaśnił: - Mieszkam tu od pięciu 
lat. 

 -  Teraz rozumiem, czemu tak ci zale

żało  na szybkim 

powrocie do twego palazzo. 

Masz  bardzo  piękny  dom  - 

odparła,  nie  kryjąc  zazdrości.  Uśmiechnął  się  zagadkowo  i 

niespodziewanie polecił sternikowi przybić do brzegu. 

 -  Wysiadamy? Czy do siedziby Alberta D'Antigi mo

żna 

dojść pieszo? - zapytała trochę rozczarowana. Szkoda, że jej 
dziadek nie mieszka nad Canal Grande. Z drugiej strony 

jednak  będzie  miała  pretekst,  żeby  zapuścić  się  w  labirynt 

mniejszych kanałów i wąskich uliczek. 

 -  Tylko Pa

łac  Dożów  nazywamy  tu  słowem  palazzo. 

Pozostałe  gmachy  to  domy:  casa,  w skrócie ca'. Ten, który 

przed  chwilą  podziwiałaś  -  ciągnął,  podając  jej  rękę  i 

pomagając wskoczyć na pomost - to Ca' D'Antiga. 

Odwr

óciła  się  zdumiona.  Gdy  mówił  o  tym  budynku,  w 

jego głosie słyszała czułość, a oczy lśniły ze wzruszenia. Nie 

trzeba było wielkiej przenikliwości, aby się domyślić, że jest 

do  niego  bardzo  przywiązany,  chociaż  to  nie  jego  siedziba. 

Dom  należał  do  Alberta  D'Antigi...  z  czasem  stanie  się  jej 

własnością.  Przeszedł  ją  dreszcz,  choć  słońce  mocno 

background image

przygrzewało.  Miała  złe  przeczucia;  dręczyła  ją  dziwna, 
trudna do sprecyzowania obawa. 

 - Masz chyba w

łasny dom? - spytała niepewnie. Zdziwiła 

się, gdy spochmurniał i zacisnął mocniej dłoń obejmująca jej 

łokieć. 

 - Tak - odpar

ł krótko. - Należy do mnie Ca' Barsini. Stoi 

nieco  dalej,  obok  Ponte  Rialto,  największego  z  weneckich 
mostów.  -  Przed drzwiami Ca' D'Antiga 

zatrzymał  się 

niespodziewanie. - Sophio... - 

zaczął, unikając jej wzroku. Był 

wyraźnie zakłopotany. 

 - S

łucham - odparła z niepokojem. 

 - Sam nie wiem, jak to uj

ąć. 

 - M

ów śmiało - zachęciła łagodnie. 

 - Moim zdaniem nie powinni

śmy od razu mówić twojemu 

dziadkowi, 

że jesteśmy zaręczeni. Lepiej trzymać to na razie 

w tajemnicy. 

Poczu

ła  dziwny  chłód,  a  dręczące  ją  obawy  od  razu 

nabrały wyrazistości. Już się nie dziwiła, że woli nie ujawniać 

nowiny  o  zaręczynach.  W  głębi  ducha  od  początku  miała 

chyba wątpliwości co do jego intencji, bo w przeciwnym razie 

ta okropna myśl w ogóle nie przyszłaby jej do głowy. Kupił 

jej zaręczynowy pierścionek, ale poprosił, żeby trzymała go w 

torebce.  Czy  za  kilka  dni  zażąda,  aby  zwróciła  mu  cenny 

klejnot? Do czego zmierza? Na razie nic przecież na tym nie 

zyskał. Co będzie dalej? 

 - Odezwij si

ę do mnie - rzucił cierpko. 

 -  Wczoraj nalega

łeś,  żebyśmy  szybko  wzięli  ślub. 

Zmieniłeś zdanie? 

 -  Sk

ądże!  -  zapewnił,  marszcząc  brwi.  -  Nic  chcę  tylko 

działać pochopnie... 

 -  Wstydzisz si

ę  mnie?  -  przerwała  ostro  i  rzuciła  mu 

oskarżycielskie spojrzenie. 

 - Nieprawda! 

background image

Oburzony tym podejrzeniem z trudem szuka

ł  słów,  aby 

przedstawić swój punkt widzenia. Powiedz, że mnie kochasz, 

pomyślała  Sophia,  musze  nabrać  pewności,  że  ci  na  mnie 

zależy. Popatrzył na nią, ale nie zwrócił uwagi na jej błagalne 
spojrzenie. 

 -  Alberto D'Antiga jest stary i schorowany. Daj mu 

tydzie

ń,  może  dziesięć  dni,  żeby  przywykł  do  twojej 

obecności.  Trzeba  mu  dozować  wzruszenia.  Dzisiejsze 

spotkanie z pewnością będzie dla niego i radosne, i bolesne, 
bo powr

ócą wspomnienia związane z twoją matką. 

 - Chyba masz racj

ę - przyznała niechętnie. 

 -  Dla nas to niewiele zmienia. Jeste

śmy  po  słowie  - 

zapewnił  Rozzano.  -  Dyskretnie  przygotujemy  ceremonię 

ślubną  i  w  odpowiedniej  chwili,  z  zachowaniem  należytej 

ostrożności,  powiemy  twemu  dziadkowi  o  naszym 
postanowieniu. 

 -  S

ądzisz,  że  nie  pochwali  naszego  związku?  -  spytała 

zaczepnie. 

 -  Moim zdaniem b

ędzie  zachwycony,  ale  potrzebuje 

trochę czasu, żeby przywyknąć do tych zmian. Nie chcę, żeby 

nadmierne wzruszenie podkopało jego siły. 

W takiej sytuacji nie mog

ła  odmówić,  chociaż  było  jej 

bardzo przykro. Mu

siała  przyjąć  do  wiadomości  jego 

argumenty.  Wsunęła  rękę  do  torebki  i  dotknęła 

zaręczynowego  pierścionka.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  to 

dziecinada, ale ten ukradkowy gest dodał jej odwagi. Rozzano 

spostrzegł, że ma łzy w oczach, i wciągnął ją pospiesznie do 
wielkiej, jasnej sieni. 

 - Principe! - us

łyszała nagle radosny damski głos. 

 -  Flavia!  -  Rozzano u

śmiechnął  się  szeroko  i  na  oczach 

zdumionej  Sophii  objął  mocno  służącą  w  szarym  uniformie. 

Była  to  pani  w  średnim  wieku.  Gadali  jedno  przez  drugie  i 
chichotali jak dzieci.  - 

Flavia  zna  mnie  od  kołyski  - 

background image

powiedział, gdy po oficjalnej prezentacji obie panie serdecznie 

uścisnęły sobie dłonie. - Jej matka była tu kucharką. Nie dziw 

się,  jeżeli  będzie  cię  pouczać.  Nasze  rodziny są  tak  mocno 

związane, że komentowanie naszych poczynań uważa za swój 

obowiązek.  Czasami  traktuje  mnie  jak  młodszego  brata, 

któremu  natura  poskąpiła  rozumu.  -  Gdy  Sophia  skwitowała 

jego  słowa  wymuszonym  uśmiechem,  zwrócił  się  ponownie 

do Flavii, która wkrótce odeszła. 

 -  Przejdziemy teraz do salonu na górze  - 

wyjaśnił 

pogodnie.  - 

Poprosiłem  Flavię,  żeby  uprzedziła  dziadka  o 

naszej wizycie. - 

Po chwili dodał ciszej: - Wiem, jak trudno ci 

udawać, że jesteśmy tylko dobrymi znajomymi, ale musisz się 

zdobyć na ten wysiłek. Sam jestem wściekły z tego powodu, 

ale nie mamy innego wyjścia. Panuję nad sobą tylko dlatego, 

że wieczorem zakradnę się do twego pokoju i będę się z tobą 

kochać  do  utraty  tchu.  To  nasza  tajemnica.  Spójrz  na  tę 

sprawę  w  taki  sposób.  W  gruncie  rzeczy  czeka nas  zabawna 
przygoda. 

 -  Nie potrafi

ę  kłamać  -  odparła  ponuro.  -  Zastanawiam 

się, czemu tak ci zależy na tym, żebyśmy udawali, jakoby nic 

nas nie łączyło. 

 - Wcale nie prosz

ę, żebyś kłamała - odparł, mrużąc oczy. 

Domagam  się  tylko  powściągliwości  w  okazywaniu  uczuć. 

Mamy w tym ju

ż  pewne  doświadczenia,  prawda?  Przecież 

wobec parafian umiałaś się na to zdobyć. 

 - Ale mia

łam nadzieję, że tamte czasy minęły na dobre! - 

odparła  porywczo.  -  Chcę  być  sobą:  pokazać,  co  naprawdę 

odczuwam, śmiać się i płakać, kiedy mam ochotę. - Głos jej 
si

ę załamał. Pragnęła okazać mu, jak bardzo jest zakochana, a 

nie ukrywa

ć  się  ze  swoją  miłością,  jakby  to  była  wstydliwa 

słabość charakteru. 

 -  Wszystko w swoim czasie, Sophio. Obiecaj mi, 

że nikł 

się  nie  dowie,  co  do  mnie  czujesz  -  syknął  niecierpliwie. 

background image

Wściekła  i  rozczarowana  zacisnęła  zęby  i  z  wymuszonym 

uśmiechem złożyła mu tę obietnicę, chociaż serce pękało jej z 
bólu. 

 - Mo

żesz być pewny, że się nie zdradzę. 

 - Doskonale! - powiedzia

ł z promiennym uśmiechem. Ze 

smutkiem  pomyślała,  że  twarz  mu  natychmiast pogodnieje, 

ilekroć zdoła postawić na swoim. Po chwili dodał: - Przyszło 

mi  teraz  do  głowy,  że  najlepiej  byłoby  do  ostatniej  chwili 

trzymać  w  sekrecie  datę  i  godzinę  naszego  ślubu.  Tylko 

Alberto będzie wiedział, kiedy się pobierzemy. 

 - Dlaczego? - spyta

ła krótko i zacisnęła wargi. 

 - 

Żeby nikt się nie wtrącał. Sami zdecydujemy, ile będzie 

druhen, jaką włożysz sukienkę i tak dalej. 

 -  Po raz kolejny wspominasz o druhnach? Chyba masz 

obsesj

ę  na  ich  punkcie  -  stwierdziła  drwiąco.  -  Jak chcesz 

urządzić  wesele,  skoro  do  ostatniej  chwili  goście  nic  będą 

mieli pojęcia, że bierzemy ślub? 

 - Prosta sprawa. Zaprosimy ich na wielki bal. Wyobra

żasz 

sobie, jak się zdziwią, gdy powitasz ich w ślubnej sukni! 

 -  Wspania

ła  zabawa!  -  odparła  ironicznie.  Rozzano 

zachichotał, nie zwracając uwagi na jej sarkastyczny ton. 

 - Czeka nas pami

ętny ślub. Teraz dopiero przyszło mi do 

głowy,  że  dzięki  temu  podstępowi  unikniemy  wścibskich 
dziennikarzy. W przeciwnym razie nasz wielki dzie

ń  byłby 

jedną wielką pomyłką. 

 - Jaki

ś ty przewidujący. 

Zerkn

ął  na  nią  podejrzliwie,  ale  zgodnie  z  obietnicą 

przybrała spokojny wyraz twarzy i uśmiechała się pobłażliwie. 

Zadowolony z siebie skinął głową. 

 - 

Chyba om

ówiliśmy  już  wszystko?  -  spytał 

przyciszonym głosem, jakby chodziło o drobiazg. 

Sophia wyczu

ła jakiś fałsz w jego zachowaniu. Z pozoru 

był  pogodny  i  odprężony,  lecz  za  bardzo  mu  zależało  na  jej 

background image

zgodzie,  aby  mogła  bagatelizować  tę  rozmowę.  Być  może  i 

ona  będzie  miała  z  tego  jakąś  korzyść.  Gdyby  ślub  został 

odwołany, nikt się nie dowie o jej upokorzeniu. 

 - Owszem - przytakn

ęła, obojętnie wzruszając ramionami, 

chociaż miała w oczach łzy. 

Rozzano odzyska

ł dobry humor i z dumą oprowadzał ją po 

bogato  urządzonym  wnętrzu.  Gdy  podeszła  do  okna  i  z 

przyjemnością  pogłaskała  aksamitną  zasłonę,  usłyszała  nagle 

cichy  syk  wciąganego  gwałtownie  powietrza,  jakby  ktoś 

westchnął  z  irytacją.  Niespodziewanie  doznała  olśnienia. 

Rozzano  tak  długo  administrował  majątkiem  rodziny 

D'Antigów,  że  uznał  go  za  swoją  własność,  a  prawowitą 

dziedziczkę  uważał  za  intruza  i  nie  życzył  sobie,  żeby 

dotykała  cennych  przedmiotów.  To  przypuszczenie  było  tak 

bolesne, że natychmiast je odrzuciła. Jeśli mają spędzić życie 

we  dwoje,  nie  powinna  tak  go  oczerniać,  zwłaszcza  że  jej 

wnioski oparte są na wątłych przesłankach. 

Zdenerwowana i nieufna na pr

óbę  dotknęła  kilku  innych 

przedmiot

ów:  figurki  z  brązu,  marmurowego  stolika  z 

kunsztownym 

wzorem, 

pozłacanej 

ramy 

obrazu 

przedstawiającego Adama i Ewę. Atmosfera w pokoju stawała 

się  coraz  bardziej  nieprzyjemna,  a  zrozpaczona  Sophia 

poczuła, że coś ściska ją za gardło. Rozzano naprawdę czuł się 

w  Ca'  D'Antiga  jak  u  siebie  w  domu  i  uważał,  że  córka 

Violetty bezprawnie się tu panoszy. 

 - Ten obraz namalowa

ł Carpaccio - wyjaśnił chłodno, gdy 

oglądała arcydzieło. Podszedł bliżej i od razu wyczuła, że jest 

zdenerwowany. Powietrze niemal wibrowało, gdy stanął obok 
niej. 

 -  Nie znam si

ę  na  malarstwie.  Był  sławny?  -  zapytała 

uprzejmie,  chociaż  serce  waliło  jej  jak  młotem.  Miała 

nadzieję,  że  dziadek  pojawi  się  lada  chwila  i  wybawi  ją  z 
trudnej sytuacji. N

ie  spodziewała  się,  że  Rozzano  będzie  do 

background image

niej wrogo nastawiony. I pomyśleć tylko, że kiedyś marzyła, 

by zostać z nim sam na sam. 

 -  To jeden z wielkich mistrzów weneckiego renesansu. 

Jego  obrazy  i  freski  znajdują  się  w  Pałacu  Dożów.  Chętnie 

malował  cykle  poświęcone  żywotom  świętych  kobiet.  Jego 

ulubione  bohaterki  to  święta  Urszula  i  święta  Helena.  W  tle 

pojawiają  się  u  niego  widoki  ówczesnej  Wenecji.  Czemu 

stoisz? To męczące. Usiądź w fotelu i podziwiaj obrazy. 

Zbytek uprzejmo

ści! Oto wzorowy pan domu i jego gość. 

 -  Dzi

ękuję  -  odparła  chłodno,  sadowiąc  się  wygodnie. 

Rozzano w milczeniu 

przeglądał listy ułożone na staromodnej 

konsolce z poz

łacanym blatem, a potem stanął przy kominku 

w nonszalanckiej pozie, z łokciem opartym niedbale o gzyms; 

uosobienie gościnnego pana domu, który zna swoją wartość i 

nic musi zabiegać o niczyje względy. Czuta, że obserwuje ją 

spod  przymkniętych  powiek,  ale  postanowiła  ukryć  rosnące 

zdenerwowanie i z udawaną swobodą założyła nogę na nogę. 

 -  Zaczynam si

ę  przyzwyczajać  do  luksusu.  Pieniądze 

ułatwiają  i  uprzyjemniają  życie.  Od  razu  się  tutaj 

zadomowiłam.  -  Powiedziała  te  słowa  tonem  prawowitej 

właścicielki,  żeby  sprawdzić,  jak  Rozzano  na  nie  zareaguje. 

Zmarszczył  brwi,  potwierdzając  jej  najgorsze  przeczucia. 

Najwyraźniej trafiła w czuły punkt. 

 -  Doskonale. Podziwiam twoje opanowanie i zdolno

ści 

adaptacyjne - 

odparł rzeczowo. 

 -  Elegancki str

ój  dodaje  pewności  siebie.  Wystarczy 

zmienić  sposób  ubierania,  żeby  nabrać  obycia.  Dobrze  się 

prezentuję, co? 

 - Wygl

ądasz uroczo - przyznał, a kąciki jego ust wreszcie 

uniosły się nieco. - Powinnaś wiedzieć, że trudno mi trzymać 

ręce przy sobie. 

Doskonale si

ę  maskujesz,  pomyślała  z  rozpaczą. 

Najchętniej  rozpłakałaby  się  z  żalu.  Pod  powiekami  czuła 

background image

palące  łzy.  Pragnęła  raz  na  zawsze  odrzucić  wątpliwości  i 

wszelki kamuflaż. Liczył się dla niej tylko Rozzano. Powinna 

z  nim  szczerze  porozmawiać,  wyjaśnić  nieporozumienia... 

Spojrzała  na  niego,  ale  odwrócił  wzrok,  nasłuchując  pilnie z 

głową przechyloną na bok. 

 -  Dziadek wkr

ótce  tu  będzie!  -  oznajmił  po chwili.  - 

Podłoga skrzypi w korytarzu. 

Podbieg

ł  do  drzwi  i  otworzył  je  szeroko,  a  opiekunka 

wepchnęła  do  salonu  wózek,  na  którym  siedział  dostojny 

siwowłosy starzec. 

 -  Rozzano!  -  zawo

łał i otworzył szeroko ramiona. Objęli 

się serdecznie i przez chwilę gawędzili z ożywieniem. Sophia 

obserwowała ich z rozrzewnieniem. Ich wzajemna miłość była 

jak balsam dla jej zbolałego serca. 

Jej dziadek by

ł schorowany, ale władczy i zdecydowany. 

Natura nie poskąpiła mu wzrostu. Trzyma! się prosto niczym 

żołnierz na paradzie. Przypominał jej zmarłego ojca i dlatego 

ze wzruszenia miała łzy w oczach. 

 - To z pewno

ścią Sophia! 

U

śmiechnęła  się,  słysząc  przyjazny  ton  w  jego  głosie. 

Podeszła  do  wózka  inwalidzkiego  i  uklękła,  żeby  mógł  ją 

objąć  wątłymi  ramionami.  Długo  trzymał  ją  w  objęciach, 

drżąc  na  całym  ciele.  Była  tak  przejęła,  że  nie  mogła 

wykrztusić słowa, chociaż nauczyła się kilku zdań po włosku. 

Nie  dbała  o  tytuł  i  majątek.  To  przecież  jej  jedyny  żyjący 

krewny, a serdeczne przyjęcie sprawiło, że natychmiast podbił 
jej serce. 

 -  Ach, jaka

ś  ty  podobna  do  swojej  matki  -  powiedział, 

głaszcząc  ją  po  włosach.  Odsunęła  się  nieco,  przysiadła  na 

piętach i zamrugała powiekami, żeby opanować łzy. 

 -  Pochlebca  -  skarci

ła  go  czule  i  zachęcona  kpiącym 

błyskiem  w  otoczonych  zmarszczkami  oczach,  dodała:  - 

Mama była piękna. 

background image

 -  Dor

ównujesz  jej  urodą  -  zapewnił,  dotykając  jej 

zarumienionego  policzka.  Wyciągnął  z  kieszeni  białą  lnianą 

chusteczkę, otarł zapłakaną twarz i westchnął. 

 -  Wybacz staremu cz

łowiekowi,  Sophio.  Trochę  się 

rozkleiłem.  Nasze  spotkanie  przywołało  tyle  wspomnień.  Do 

tej  pory  sądziłem,  że  z  rodziny  D'Antigów  żyję  tylko  ja.  i 

bardzo cierpiałem, że nie mam dziedziców. 

 -  Przepraszam na chwil

ę  -  wtrącił  Rozzano,  ponieważ 

zadzwonił jego telefon komórkowy. 

 - Ca

ła Wenecja już wie, że wróciłeś - odparł pobłażliwie 

Alberta,  odprowadzając  go  spojrzeniem,  gdy  wychodził  z 
salonu. 

 -  Bardzo kochasz Rozzana, prawda, dziadku?  -  zapyta

ła, 

jakby zależało jej na tym, by cudza pochwala zrównoważyła 
jej obawy. 

 - Jest dla mnie niczym syn - odpar

ł bez namysłu. - Żyłem 

samotnie,  póki  się  tu  nie  przeniósł.  Teraz  odnalazł  ciebie  i 

namówił  do  powrotu.  Jakie  to  szlachetne!  Zawsze  tak 

postępuje. Wie przecież, że teraz wszystko przypadnie tobie, a 

mimo to nie wahał się ani przez moment. 

Sophia znieruchomia

ła  i  mocno  splotła  dłonie  leżące  na 

kolanach, Alberto opowiadał dalej: 

 -  Musisz wiedzie

ć,  moja  droga,  że  poślubił  tę  małą 

Nicolettę,  naszą  daleką  kuzynkę.  Poza  mną  tylko  ona  nosiła 

jeszcze nazwisko D'Antiga, ale umarła. 

Sophia zn

ów  miała  łzy  pod  powiekami.  Spuściła  oczy, 

żeby  dziadek  tego  nie  spostrzegł,  i  utkwiła  spojrzenie  w 

drżących palcach. Rozzano nie wspomniał, że jego żona była z 

domu  D'Antiga.  Ciekawe,  dlaczego  tak  oszczędnie  udziela 

informacji, pomyślała drwiąco i zacisnęła wargi. 

 -  Wiedzia

łam  tylko,  że  jest  wdowcem.  Nie  miałam 

pojęcia, że jego żona była naszą krewną. 

background image

 -  Z jej 

śmiercią  zniknęła  moja  ostatnia  nadzieja  - 

wymamrotał Alberto. - Tamten ślub połączył trwałym węzłem 

dwie  rodziny.  Byłem  szczęśliwy,  gdy  Nicoletta  powiedziała, 

że spodziewa się dziecka. 

 -  Jaka szkoda, 

że  umarła  tak  młodo  -  powiedziała  z 

roztargnieniem,  zajęta  swoimi  myślami.  -  Z  pewnością  jej 

śmierć bardzo was poruszyła. 

 -  O, tak!  -  Na twarzy Alberta malowa

ło się cierpienie. - 

Rozzano  najbardziej  to  przeżył.  Zawsze  był  silny  i  zaradny; 

wspierał innych na duchu w trudnych sytuacjach. Z godnością 

zniósł  śmierć  rodziców,  którzy  zginęli  w  wodach  laguny 

podczas  zderzenia  motorówek.  Miał  wtedy  zaledwie 

osiemnaście  lat,  ale  stanął  na  czele  rodzinnego 

przedsiębiorstwa  i  zajął  się  wychowaniem  młodszego  brata 

Enrica.  Po  śmierci  Nicoletty  nic  mógł  znaleźć  ukojenia.  Po 

pogrzebie całkiem się załamał i tygodniami unikał ludzi. Nic 

znam  nikogo,  kto  by  tak  rozpaczał.  Można  powiedzieć,  że 

stracił chęć do życia. 

Sophi

ę ogarnął smutek, ponieważ słowa dziadka stanowiły 

potwierdzenie  jej  domysłów.  Rozzano  do  szaleństwa  kochał 

Nicolettę.  Czy  w  takiej  sytuacji  warto  łudzić  się  nadzieją? 

Wstała  z  klęczek  i  wyprostowała  się  z  godnością.  Nareszcie 

zrozumiała, czemu wenecki książę się nią zainteresował. 

 - Ju

ż wiem, dziadku, co miałeś na myśli, wspominając, że 

Rozzano został twoim spadkobiercą - powiedziała spokojnie, 

chociaż dziwiła się, że potrafi ukryć gorycz i rozczarowanie. 

Najważniejsze  było  teraz  dla  niej  zdrowie  dziadka,  wiec  nie 

chciała  go  zasmucić.  Byłby  zdruzgotany,  gdyby  się 

dowiedział, do czego dąży Rozzano. 

 -  Naturalnie  -  odpar

ł  łagodnie  Alberto,  ujmując  jej 

chłodną,  nieruchomą  dłoń  -  ale  teraz  cały  majątek  rodziny 

D'Antigów  należy  się  tobie.  To  zacnie  z  jego  strony,  że  nie 

próbował cię zniechęcić do powrotu! 

background image

 -  Zadziwia mnie ten bezmiar szlachetno

ści - mruknęła, a 

seret jej krwawiło. Przez niego wyszła na kompletną idiotkę. 

Jak  mógł  tak  wobec  niej  postąpić?  Jak  śmiał  ją  oszukiwać? 

Wolałaby  raczej  zamach  na  swoje  życie,  na  przykład 
nie

spodziewaną  kąpiel  w  falach  laguny.  Rozzano  znalazł 

lepszy  sposób,  żeby  mimo  przeszkód  odziedziczyć  majątek 

rodziny D'Antigów. Dzięki małżeństwu mógł odzyskać prawo 

do  fortuny,  a  ponadto  spłodzić  upragnione  potomstwo.  Sam 

wyznał kiedyś, że marzy mu się duża rodzina. Nic dziwnego, 

że  tak  szybko  odpowiedział  na  wezwanie  prawnika,  kiedy 

dowiedział się, że Violetta miała dziecko. Od razu zawrócił w 

głowie  prostej  dziewczynie  z  prowincji  i  był  przekonany,  że 

jego  motywy  nie  zostaną  ujawnione.  Wenecki  książę  podbił 
serce Kopciuszka! 

 -  Zaufaj mu  -  przekonywa

ł  z  zapałem  jej  dziadek.  -  To 

wspaniały człowiek. W interesach możesz całkowicie na nim 

polegać.  Jest  uosobieniem  rzetelności.  Moim  zdaniem bywa 
dla innych zbyt dobry, zbyt wsp

ółczujący - dodał cicho. 

 - Czy otrzymuje jakie

ś wynagrodzenie za to, że zarządza 

twoim majątkiem? - spytała z pozom obojętnie. 

 -  Sk

ądże!  -  Alberto  zachichotał.  -  Nie potrzebuje 

pieniędzy, jest chyba bogatszy ode mnie. Obawiam się, że od 

czasów  wypraw  krzyżowych  rodzinie  Barsinich  powodzi  się 

lepiej  niż  nam.  Rozzano  prowadzi  nasze  przedsiębiorstwo  z 

czystej  uprzejmości.  Podejrzewam,  że  wolałby  poświęcać 

więcej czasu swojemu wydawnictwu. 

Rozzano ma w

łasne  pieniądze!  Nie  jest  chciwym 

bankrutem,  który  próbuje  odbudować  finansowi  imperium. 
Kam

ień spadł jej z serca, a twarz się wypogodziła. Pora zająć 

się rodzinnymi interesami, żeby nabrał dla niej szacunku. 

 -  Musimy go teraz odci

ążyć  -  oznajmiła  radośnie, 

chwytając dłoń dziadka. - Najwyższy czas, żebym sama zajęła 

się  finansami  rodziny.  Chcę  się  nauczyć  wszystkiego,  co 

background image

dotyczy naszych interesów - 

powiedziała z ożywieniem. - Jeśli 

coś  będzie  niezrozumiałe.  Rozzano  mi  to  wyjaśni.  Chcę 

pracować, dziadku, żebyś był ze mnie dumny! 

 -  Ile

ż w tobie zapału, ile radości! - odparł z czułością. - 

Podziwia

m  cię,  Sophio,  i  nie  mam  wątpliwości,  że  nasz 

majątek jest w dobrych rękach. 

Odruchowo zerkn

ęła  na  Rozzana.  Stał  nonszalancko 

oparty  ramieniem  o  okienną  futrynę  z  dłonią  na  głowie 

pozłacanego amorka umieszczonego pośrodku wewnętrznych 
okiennic z jasnego drewna i przyciszonym g

łosem rozmawiał 

przez telefon. Można by pomyśleć, że umawia się na randkę. 

 - Nie wiem, czy ci wiadomo, 

że nasi antenaci sprowadzali 

ze  wschodu  kosztowne  przyprawy.  Z  czasem  zajęli  się 

produkcją perfum. 

 -  Mama zawsze 

ślicznie  pachniała  -  wtrąciła  Sophia 

drżącym głosem. 

 - Naprawd

ę? - Alberto zagryzł wargi i dodał z przejęciem: 

Wybacz,  mi,  moja  droga.  Daruj,  że  wyrządziłem  jej 

krzywdę. Chciałem dobrze, ale byłem zbyt obcesowy. 

 - Nie wracajmy do przesz

łości. O mamie porozmawiamy 

innego dnia.  - 

Pod  wpływem  nagłego  impulsu  przytuliła 

drżącą dłoń starca do swego policzka. 

 -  Niech ci

ę Bóg błogosławi, moje dziecko. Jesteś bardzo 

wyrozumiała.  Wybacz,  zostawiam  cię  samą,  bo  czuje  się 

zmęczony.  Jutro  zjemy  razem  obiad,  zgoda?  Naciśnij 
dzwonek

,  żeby  wezwać  pielęgniarkę.  Dzięki.  Aha,  poproś 

Rozzana, żeby sprawdził, czy mój adwokat przygotował nową 

wersję  testamentu,  w  którym  wszystko  tobie  zapisuje, 
kochanie.  - 

Z  czułością  pocałował  ją  w  policzek.  -  Ciao, 

Sophia, dzięki tobie znów jestem szczęśliwym człowiekiem. 

Przytuli

ła się do niego i pomachała wesoło na pożegnanie, 

gdy  zjawiła  się  pielęgniarka  i  popchnęła  fotel  na  kółkach  w 

stronę  korytarza.  Rozzano  pospiesznie  zakończył  rozmowę, 

background image

odprowadził  Alberta  do  drzwi  i  pochylił  się  w  ukłonie 

wyrażającym  szacunek  i  szczere  przywiązanie. Sophia miała 

zamęt w głowie. Musiała to wszystko przemyśleć. 

 -  Ja tak

że  jestem  znużona  -  powiedziała  chłodno,  gdy 

zostali sami.  - 

Pójdę do swego pokoju, żeby się rozpakować. 

Chciałabym także zwiedzić ten dom... 

 - Doskona

ły pomysł. Daj mi znać, kiedy będziesz gotowa. 

Chętnie cię oprowadzę i pokażę... 

 -  Nie, dzi

ęki  za  dobre  chęci,  ale  wolałabym  zrobić  to 

sama. 

 -  Kochanie, nie b

ądź  taka  oficjalna,  kiedy  jesteśmy  we 

dwoje - 

strofował ją łagodnie. 

 -  Wolisz, 

żebym  ci  zrobiła  awanturę?  -  zapylała  z 

gniewnym błyskiem w oczach. 

 - Sophio, co ja takiego... 
 - R

ęce przy sobie! Nie podchodź do mnie! - krzyknęła. - 

Czemu  nie  powiedziałeś  mi,  że  twoja  żona  była  z  domu 

D'Antiga?  Dlaczego  ukrywałeś,  że  dziedziczysz  po  moim 
dziadku? C

o  cię  do  tego  skłoniło?  Masz  jakiś  chytry  plan? 

Mam się z tobą podzielić rodzinnym majątkiem? 

Rozzano by

ł  tak  zaskoczony,  że  nie  potrafił  wykrztusić 

słowa. 

 -  Zaniem

ówiłeś?  -  ciągnęła  napastliwie.  -  Wątpię!  Nie 

spotkałam  dotąd  człowieka  równie  wymownego  jak ty. 

Pewnie  byłeś  wściekły,  gdy  wyszło  na  jaw,  że  moja  matka 

urodziła dziecko... 

 - Z pewno

ścią pamiętasz, że nie kryłem radości, kiedy cię 

wreszcie  odnalazłem.  -  Był  rozgniewany,  ale  silił  się  na 
spokój.  -  Nie wspomn

iałem  o  testamencie  Alberta 

sporz

ądzonym  na  moją  korzyść  z  obawy,  że  uznasz  to  za 

pretekst,  by  zrzec  się  swego  dziedzictwa.  I  tak  niełatwo  cię 

było przekonać, żebyś zajęła należne ci miejsce. 

 - Tak, ale... 

background image

 -  Gdybym chcia

ł  przejąć  twój  majątek,  wystarczyło 

utwierdzić  cię  w  przekonaniu,  że  zmiana  stylu  życia  będzie 

dla ciebie nieszczęściem. 

 -  Zgoda, na pocz

ątku rzeczywiście nic miałam ochoty tu 

jechać, ale potem zmieniłam zdanie przez wzgląd na dziadka. 

Czemu wtedy nic wyznałeś mi prawdy? 

Przez chwil

ę  patrzył  na  nią  ze  smutkiem, a potem jakby 

nagle zobojętniał. 

 - Nie mia

łem do tego głowy - odparł z kamienną twarzą. - 

Byliśmy zajęci czymś innym. 

Zrani

ł ją w samo serce. Przygnębiona zwiesiła głowę. Nie 

mogła na niego patrzeć, a zarazem pragnęła rzucić mu się w 

ramiona i szukać pociechy. Prawdziwe uczucie byłoby dla niej 

kojącym  balsamem.  Z  drugiej  strony  jednak  chciała  bić 

pięściami  w  jego  pierś  i  wyrzucić  z  siebie  cały  gniew.  Jak 

mógł ją tak oszukiwać! 

 -  Id

ę  do  swego  pokoju  -  mruknęła.  -  Nie odprowadzaj 

mnie. Zawołam pokojówkę. 

Niespodziewanie  zast

ąpił  jej  drogę.  Był  tak  wysoki  i 

barczysty, że mimo woli poczuła lęk. 

 - 

Źle  mnie  oceniłaś  -  powiedział  chłodno.  Wyprostował 

się  dumnie  i  popatrzył  na  nią  z  góry,  jakby  oczekiwał,  że 

przeprosi go i przyzna się do błędu. 

 - Ty r

ównież pomyliłeś się co do mnie! - odparła. 

 -  Ostrzega

łam cię, że to ryzykowne wiązać się z ludźmi, 

których słabo znamy. 

 - Co masz na my

śli? 

 -  Mo

że  nie  jestem  taka  pokorna  i  ustępliwa,  jak  ci  się 

wydawało? 

 -  Tym lepiej. Chc

ę  rozmawiać  z  żoną  jak  równy  z 

równym  - 

stwierdził  opryskliwie,  wytracając  jej  z  ręki 

koronny  argument  i  dodał  z  irytującą  pewnością  w  głosie:  - 

Znam  cię  dobrze.  Jesteś  mądra  i  wrażliwa,  masz  żelazne 

background image

zasady.  Zawsze  żyłaś  oszczędnie,  więc  nie  roztrwonisz 

majątku  swego  dziadka.  Podziwiam  twoje  zalety,  Sophio,  i 

darzę cię ogromnym szacunkiem. 

 -  Sk

ąd  pewność,  że  po  latach  wyrzeczeń  nie  zmienię 

nagle  zdania  i  nie  zacznę  używać  życia,  szastając  forsą  na 
prawo i lewo?  - 

perorowała z zapałem. - Już ci mówiłam, że 

zmieniło się moje nastawienie. Polubiłam kosztowne ubrania. 

Miło  jest  czuć  na  skórze  dotyk  znakomitych  tkanin,  a 

markowe  stroje dodają  mi  pewności  siebie.  -  Zdobyła  się  na 

promienny  uśmiech,  świadoma,  że  pogodny  wyraz  twarzy 
dodaje blasku jej urodzie.  - 

Chyba  przejdę  się  po  sklepach  i 

zrobię gigantyczne zakupy. Co mi po majątku, skoro z niego 
nie korzystam? 

Zapad

ła martwa cisza. Sophia poczuła do siebie odrazę. W 

jednej chwili ochłonęła, uniosła głowę i popatrzyła Rozzanowi 

prosto  w  oczy.  Zacisnął  wargi  i  zmierzył  ją  zimnym 
spojrzeniem. 

Trafi

ła w jego słaby punkt. Celny strzał. Nagie zrobiło jej 

się ciężko na sercu. 

 -  Przedtem m

ówiłaś,  że  poświęcisz  się  działalności 

charytatywnej. Zmieniłaś zdanie? - spytał pogardliwie. 

 -  Suma zdecyduj

ę,  jak  mam  wydać  swoje  pieniądze  - 

odparła wyniośle. Obrzuciła go zimnym spojrzeniem i od razu 

zrozumiała, że jest rozgniewany. Zacisnął zęby, wyprostował 

się, jakby kij połknął, i obserwował ją z kamienną twarzą, ale 

gdy odpowiedział, jego głos brzmiał łagodnie i przekonująco. 

 -  Jeste

ś  zmęczona.  Widziałem,  jak  pobladłaś.  Za  dużo 

wzruszeń jak na jeden dzień. Wrócimy do tej rozmowy, gdy 

odpoczniesz i odzyskasz siły. Nie zapominaj, że tylko ja znam 

wszystkie  szczegóły  dotyczące  sytuacji  finansowej  rodziny 

D'Antigów.  Bez  mojej  pomocy  trudno  ci  będzie  się  w  tym 

rozeznać. Postąpisz mądrze, jeśli mi zaufasz. 

background image

 -  Tobie?  -  wybuchn

ęła.  -  Nie  powierzyłabym  ci  nawet 

kieszonkowego! 

 -  Musisz mi wierzy

ć!  -  Chwycił  ją  za  ramiona.  -  W 

przeciwnym razie... 

 -  Grozisz mi? Uwa

żaj, bo pokażę ci drzwi! - zawołała z 

wściekłością. 

Rozzano zrobi

ł się nagle blady jak ściana. 

 - 

Źle mnie zrozumiałaś - wycedził przez zaciśnięte zęby. 

 -  Czy

żby?  -  Niewiele  brakowało,  żeby  wybuchnęła 

płaczem. Kochała go, pragnęła z nim być... i co teraz? Skaczą 

sobie  do  oczu  jak  rozzłoszczone  przedszkolaki  na  placu 
zabaw. 

Rozzano nadal mocno 

ściskał  jej  ramiona.  Rzuciła  mu 

wrogie spojrzenie. 

 - Pu

ść mnie, bo zacznę krzyczeć - syknęła. 

 - Sophia! - j

ęknął rozpaczliwie. 

Maska oboj

ętności opadła nagłe. Twarz Rozzana wyrażała 

straszliwe  cierpienie.  Dotknął  rękoma  jej  policzków  i 
zac

hłannie pocałował ją w usta. Nie potrafiła go odepchnąć. 

background image

ROZDZIA

Ł SZÓSTY 

Rozzano ca

łował Sophię, chłonąc jej zapach, rozkoszując 

się smakiem chętnych ust. Bez wahania oddawała pieszczoty i 

pocałunki.  Oboje  wzdychali  z  rozkoszy.  Ubrania  mieli  w 

nieładzie, a niecierpliwie dłonie błądziły po rozpalonej skórze. 

Zapomnieli  o  skrupułach,  lecz  nadal  mieli  w  pamięci,  że 

naprawdę,  kochać  się  będą  dopiero  po  ślubie.  Znaleźli  inne 

sposoby, żeby zaspokoić pożądanie. Gdy wtuleni w poduszki 
kanapy odpoczywali ciasno obj

ęci  ramionami,  Rozzano 

szepnął jej do ucha: 

 - Kocham ci

ę. 

Znieruchomia

ła  na  moment  w  jego  ramionach,  a  potem 

wykrzyknęła  radośnie  najdroższe  imię.  Była  tak  szczęśliwa, 

jakby  otworzyły  się  przed  nią  niebiosa.  Rozzano  ogarnięty 

bezbrzeżną  czułością  miał  wrażenie,  że  szybują  razem  przez 

świetliste  przestworza.  Szeptał  jej  czułe  słowa  i  powtarzał 

imię jak magiczne zaklęcie. 

Przytuli

ła  się  mocno,  a  w  uszach  brzmiało  jej  nadal 

cudowne  wyznanie.  Rozzano  powiedział,  że  jest  w  niej 

zakochany.  Te  słowa  sprawiły,  że  poczuła  się  jak  bogini 

miłości, pani jego serca i zmysłów. Oszołomiona pieszczotami 

i pijana szczęściem niczego więcej już nie pragnęła. 

D

ługo  leżeli  na obitej  barwną tkaniną  kanapie  wsłuchani 

w  odgłosy  dobiegające  zza  okien.  Gondolierzy  pokrzykiwali 
ostrz

egawczo  przed  zakrętem,  huczały  motorówki,  dzieci 

wybuchały  śmiechem,  a  zielonkawe  fale  rozbijały  się  z 

pluskiem  o  ściany  pałacu.  Grzali  się  w  promieniach  słońca, 

które wpadały przez nie domknięte okiennice. 

Sophia rozsun

ęła  poły  rozpiętej  koszuli  Rozzana  i z 

zachwytem wodziła dłonią po śniadej skórze torsu i płaskiego 

brzucha.  Stwierdziła  w  duchu,  że  jej  narzeczony  jest  piękny 

jak młody bóg, i zarumieniła się, wspominając, jak bardzo się 
niedawno zapomnieli. 

background image

 - Za p

óźno na rumieńce. Wiem o tobie wszystko - szepnął 

żartobliwie. 

Przemog

ła wstyd i spojrzała mu prosto w oczy na znak, że 

niczego  nie  żałuje  i  pragnie  oddać  mu  się  cała...  kiedy 

nadejdzie  odpowiednia  chwila.  Gdy  oboje  zatracili  się  w 

pieszczotach,  sam  Rozzano  przypomniał  jej,  że  postanowili 

czekać do ślubu. Teraz była mu za to wdzięczna. 

 - Kocham ci

ę - szepnęła. 

Poca

łował  ją  namiętnie  i  pieścił  tak  zmysłowo,  że 

ponownie zapomniała o całym świecie, ogarnięta nie znaną jej 

dotąd rozkoszą. Tym razem miała wrażenie, że ten stan trwa 

całą  wieczność  i  nigdy  się  nie  skończy.  Gdy  drżąca  ocknęła 

się  w  ramionach  najdroższego,  zapomniała  o  wszystkich 

troskach, wsłuchana w rytmiczne uderzenia kochających serc. 

Była spokojna i niebiańsko szczęśliwa. 

Przez ca

ły  następny  tydzień  Rozzano  wprowadzał  ją 

cierpliwie w skomplikowane interesy rodziny D'Antigów. 

Giełda,  inwestycje,  lokaty,  amortyzacja,  zyski  i  stały  obrót 
gotówki - 

takie były tematy ich porannych rozmów. Z każdym 

dniem  kochała  go  bardziej  -  za  takt  i  cierpliwość...  za 

wszystko. Pracowali w pięknie urządzonym gabinecie, wśród 

szaf,  gdzie  przechowywano  rodzinny  księgozbiór.  Pod 
stopami mieli bezcenny dywan. Siedzieli po obu stronach 

zabytkowego  biurka.  Sophia  czuła  się  niekiedy  jak  królowa 

Wiktoria,  która  wszystkie  sprawy  państwowe  i  rodzinne 

omawiała z Albertem, ukochanym księciem - małżonkiem. 

Alberto D'Antiga wcze

śnie udawał się na spoczynek, więc 

po  zmierzchu  mogli  włóczyć  się  po  Wenecji.  Szczególnie 

upodobali  sobie  kręte  uliczki  oświetlone  tak,  by  przechodnie 

mieli poczucie bezpieczeństwa, a zakochani mogli całować się 

w  mrocznych  bramach.  Często  przesiadywali  na  Piazzetta  - 

sąsiadującym z morzem placyku obok placu Świętego Marka i 

Pałacu  Dożów.  Patrzyli  na  dwie  kolumny  ustawione  nad 

background image

samym  morzem.  Przed  wiekami  znajdował  się  między  nimi 

plac  straceń,  więc  miejsce  to  było  przeklęte:  kto  tamtędy 

przechodził, ściągał na siebie nieszczęście. Sophia i Rozzano 

ustalili  w  czasie  pierwszego  wspólnego  spaceru,  że  nie 

popełnią nigdy takiego głupstwa. 

Pewnego popo

łudnia  wybrali  się  do  bazyliki  Świętego 

Marka. Sophia z

achwycała  się  bogatą  elewacją  i  pełnym 

przepychu wnętrzem ozdobionym złocistymi mozaikami. 

Upiera

ła  się,  że  musi  natychmiast  wejść  na  balkon 

znajdujący  się  nad  portalem,  by  zobaczyć  słynne  rumaki 

Lizypa.  rzeźbiarza  tworzącego  w  starożytnej  Grecji,  ale 
Rozz

ano  z  pobłażliwym  uśmiechem  wyjaśnił,  że  stoją  tam 

współczesne kopie. Oryginał przeniesiono do bazyliki. 

Gdy zabytkowe gmachy i muzea by

ły  już  zamknięte, 

siadali  w  przytulnych  knajpkach  gdzieś  na  uboczu  albo  w 
gwarnych restauracjach nad Canal Grande i podziwiali uroki 

Wenecji,  wpatrzeni  w  świetlne  refleksy  na  powierzchni 

falującej wody. 

Niestety, szcz

ęście  nie  trwa  wiecznie.  Po  tygodniu  tej 

sielanki  Rozzano  poleciał  do  Mediolanu  na  spotkanie  z 

bratem. Sophia nie mogła się nadziwić, że tak bardzo tęskni, 
cho

ciaż  nie  było  go  zaledwie  jeden  dzień.  Zjadła  wczesny 

obiad  w  towarzystwie  dziadka.  Chciała  zrobić  mu 

przyjemność,  więc  strój  i  dodatki  wybierała  z  wyjątkową 

starannością.  Miała  na  sobie  ciemnobrązowe  spodnie,  jasną 

wyszywaną kamizelkę i kremowy żakiet. Po posiłku przeszła 

do  biblioteki  i  chodziła  z  kąta  w  kąt,  nie  mogąc  się  skupić. 

Raz  po  raz  spoglądała  na  zegarek.  Rozzano  zadzwonił 

niedawno z portu i poprosił, żeby czekała tam na niego, bo nie 

ręczy za siebie. Obiecał, że będą się całować do utraty tchu. 

Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, gdy usłyszała kroki w 

korytarzu.  Podbiegła  do  drzwi,  otworzyła  je  natychmiast  i 

stanęła z nim twarzą w twarz. 

background image

Jedno niecierpliwe spojrzenie wystarczy

ło,  aby 

spostrzegła, ile czułości jest w jego wzroku, gdy patrzy na nią 
rozkochanymi oczyma. Prezentowa

ł  się  nienagannie  w 

ciemnoszarym garniturze Kontrastującym z nieskazitelną bielą 
koszuli. Przez kilka chwil patrzyli na siebie jak orzeczeni. 

Rozzano pierwszy zrobił krok i wziął ją w ramiona. 

 - Bardzo za tob

ą tęskniłem! - wyznał szeptem. Namiętny 

pocałunek był najlepszym dowodem, że to prawda. 

 -  Od

łóżmy  to  na  później  -  zaprotestowała  bez 

przekonania,  gdy  rozpinał  jej  bluzkę.  -  Trzeba  pomyśleć  o 

ślubie i weselu. Nie zrobiliśmy jeszcze żadnych przygotowań, 

a czasu zostało niewiele. 

 - Ja tylko... Musz

ę cię dotknąć - odparł drżącym głosem. 

Z  uśmiechem  zastanawiała  się,  czy  chce  usłyszeć  od  niej 
podobne wyznanie. 

 - Marzy

łam o tym samym - mruknęła, opierając dłonie na 

jego  torsie.  Przez  chwilę  całowali  się  jak  szaleni,  a  potem 

usiedli na kanapie, ciasno objęci ramionami. 

 - Jak si

ę czuje dziadek? - wypytywał Rozzano. 

 - Doskonale - zapewni

ła. - Z każdym dniem jest lepiej. 

 -  Powiedzmy mu o naszym 

ślubie!  -  rzucił  porywczo,  z 

ciemne oczy lśniły mu jak w gorączce. - Dla innych to będzie 

tajemnica, ale dziadek musi wiedzieć. Na pewno się ucieszy. 

Uwielbia cię... 

 -  A ty jeste

ś  jego  oczkiem  w  głowie  -  przerwała 

żartobliwie.  Rozzano  zasypał  pocałunkami  jej  uśmiechniętą 
twarz. - 

Zgoda! Dziadek musi wiedzieć. 

 - Jest pora sjesty, wi

ęc na pewno uciął sobie drzemkę, ale 

gdy si

ę obudzi... Odwiedzimy go wieczorem, nim wyjdziemy 

z domu  - 

nalegał,  a  Sophia  cieszyła  się,  że  lak  mu  na  tym 

zależy. 

background image

 -  Jak chcesz, kochanie  -  przytakn

ęła  z  westchnieniem, 

jakby  ujawnienie  sekretu  wiele  ją  kosztowało.  Rozzano 

zachichotał, pocałował ją w czubek nosa i podszedł do biurka. 

 - Szczerze m

ówiąc, mam wrażenie, że on się domyśla, co 

nas  łączy.  Zadawał  mi  dziwne  pytania  -  opowiadała  Sophia, 

sadowiąc  się  wygodnie.  -  Żeby  odwrócić  jego  uwagę, 

zaczęłam rozmawiać o mamie. 

 - Doszli

ście do porozumienia? 

 -  Powiedzia

łam,  że  rodzice  byli  ubodzy,  ale  szczęśliwi. 

Mama nie wiedziała tutaj, kto naprawdę ją lubi, a komu zależy 

tylko  na  jej  majątku.  Taka  argumentacja  trafiła  mu  do 
przekonania. 

 -  Interesowni znajomi to odwieczna plaga  -  powiedzia

ł 

wymijająco Rozzano, uważnie wpatrując się w jej twarz. 

 -  Dziadek wspomnia

ł,  że  mama  dwukrotnie  była 

zakochana,  ale  miała  wyjątkowego  pecha:  tamci  mężczyźni 

tylko udawali, ze im na niej zależy. Chodziło im o to, żeby za 
jej pien

iądze  pławić  się  w  luksusie.  Wtedy  dziadek 

zdecydował, że mama poślubi twego ojca, ponieważ uznał, że 

w  ten  sposób  oszczędzi  jej  dalszych  rozczarowań.  Ale  to 

jedynie  pogorszyło  sprawę.  Mama  uznała,  że  została 
potraktowana jak przedmiot handlowej transakcji. Dlatego 

wyparła się rodziny i wyjechała z tatą. Dopiero w samolocie 
lec

ącym  do  Anglii  powiedziała  mu,  jak  się  nazywa. 

Domyślam  się, że  to  okropne  upokorzenie,  gdy  innych  ludzi 

interesuje wyłącznie stan konta. 

 -  Nie martw si

ę,  kochanie  -  mruknął.  Podszedł  bliżej, 

wziął  ją  na  kolana  i  mocno  przytulił.  -  Sam  miałem  do 

czynienia z dziewczynami, które chciały się dorwać do moich 

pieniędzy.  -  Musnął  wargami  jej  skronie.  -  Przy  mnie  jesteś 

bezpieczna.  Będę  cię  chronił  przed  zachłannymi  egoistami. 
Bardzo mi na t

obie zależy, więc nie pozwolę cię skrzywdzić. 

background image

 -  Dzi

ęki.  -  Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  pocałowała 

czule. - 

Jakie to szczęście, że trafiłam na ciebie. Pomyśl, co by 

się stało, gdyby odnalazł mnie jakiś uwodziciel albo utracjusz. 

Mogłabym stracić i majątek, i serce. 

 - Oczywi

ście - przytaknął skwapliwie, odsunął się i wstał. 

Popracujemy trochę? 

 - Najpierw chcia

łabym usłyszeć, jak się ma twój brat. 

 -  Och, jak zawsze, humor mu dopisuje.  -  Po chwili 

wahania doda

ł: - Wróciliśmy tym samym samolotem. Enrico 

wydaje przyjęcie na twoją cześć. 

 - Wspania

ła nowina! - ucieszyła się Sophia. - Kiedy? 

 - Dzi

ś wieczorem. - Rozzano zmarszczył brwi. - Powinien 

nas wcześniej zawiadomić. Nie mam pewności... 

 -  Musimy p

ójść.  Zadał  sobie  tyle  trudu.  Pewnie  chciał 

nam zrobić niespodziankę. 

 -  Trudno  -  odpar

ł  z  westchnieniem  Rozzano.  -  Skoro 

czeka  nas  nudny  wieczór,  zajmijmy  się  teraz 
przyjemniejszymi sprawami.  -  Gdy 

na twarzy Sophii pojawił 

się zachęcający uśmiech, dodał pospiesznie: - Mam na myśli 

planowanie  ślubu  i  wesela,  panno  hrabianko.  Po  sjeście 

pójdziemy do Alberta i powiemy mu o naszych zaręczynach. 

Gdy się z nim pożegnamy, zabiorę cię na spacer. Zobaczysz 

dziś  obrazy  dwu  weneckich  mistrzów:  Tycjana  i  Tintoretta. 

Nauczę cię, jak rozpoznać ich malowidła. 

 -  Lito

ści!  Dopiero  wróciłeś  i  od  razu  chcesz  mi  robić 

wykład? A serdeczne powitanie? - kaprysiła. 

 -  Usi

ądź przy biurku, moja panno, i bierz się do pracy - 

jęknął rozpaczliwie i drżącymi palcami sięgnął po listy i nóż 
do papieru. - 

W przeciwnym razie nie ręczę za siebie. 

Wkr

ótce  zapomnieli  o  sporze  kochanków.  Ustalili,  że  po 

przyjęciu  u  Enrica  wybiorą  się  na  kilka  dni  do  Paryża. 

Rozzano  uznał,  że  tylko  tam  można  kupić  bieliznę 

background image

odpowiednią  dla  panny  młodej.  Suknię  ślubną  postanowili 

zamówić w Mediolanie. 

Gdy Sophia przebiera

ła  się  w  swoim  pokoju  przed 

wieczornym przyjęciem u przyszłego szwagra, pomyślała, że 

jej życic nabrało tempa. Tyle zmian i rozmaitych zawirowań. 

Miała  nadzieję,  że  po  ślubie  czeka  ją  spokój  i  prawdziwe 

szczęście.  Nastawiła  płytę  z  wenecką  serenadą.  Wieczorami 

słuchała muzyki w towarzystwie Rozzana i dowiedziała się, że 
w jego ukochanej Wenecji mieszkali i tworzyli prawdziwi 
geniusze: Vivaldi, Liszt, Rossini, Bellini. We dwoje 

zachwycali  się  ich  utworami.  Obciągnęła  krótką, 

wydekoltowaną  suknię  z  wiśniowej  tafty,  znacznie  śmielszą 
od tych

, które zwykle nosiła. Sprzedawczyni w salonie mody 

powiedzia

ła  jej  bez  cienia  zawiści,  że  kobieta  obdarzona  tak 

pięknymi nogami powinna je pokazywać. 

Jeszcze bi

żuteria... Sięgnęła po efektowne długie kolczyki. 

Prawdziwe 

cuda!  Fryzurę  i  makijaż  pozostawiła 

specjalistkom,  które  chętnie  przybyły  na  wezwanie 

odnalezionej  cudem  hrabianki  D'Antiga.  To  był  jej  debiut  w 

wielkim świecie, więc musiała wyglądać olśniewająco. 

Na palcach pobieg

ła do pokoju dziadka, żeby powiedzieć 

mu 

dobranoc. Nie szczędził komplementów, którymi cieszyła 

się jak dziecko. 

 -  Dobrej zabawy, kochanie. Przy 

śniadaniu wszystko mi 

opowiesz, dobrze? 

 -  Obiecuj

ę.  -  Pocałowała  go  w  policzek.  -  Bardzo  cię 

kocham, dziadku. 

 -  A ty jeste

ś  największą  radością  mojego  życia.  Oczy 

lśniły  jej  ze  szczęścia,  gdy  szła  pałacową  galerią  w stronę 

dużego  salonu.  Odetchnęła  głęboko,  raz  jeszcze  poprawiła 

suknię,  zrobiła  poważną  minę  i  otworzyła  drzwi.  Ku  jej 

radości Rozzano po prostu zaniemówił. 

 - Wygl

ądasz... uroczo - wykrztusił po chwili. 

background image

 -  Ty r

ównież  znakomicie  się  prezentujesz  -  odparła  bez 

tchu. 

 -  Mo

że  zostaniemy  w  domu?  -  zaproponował 

niespodziewanie.  -  Nie mam ochoty na zdawkowe rozmowy. 

Z tobą to co innego - dodał znacząco. 

 - Id

ę na przyjęcie do Enrica... z tobą albo bez ciebie. 

 - Dyskusja sko

ńczona - mruknął, podnosząc się z fotela. 

Do pa

łacu  Barsinich  popłynęli  gondolą.  Oboje  milczeli, 

gdy czarna, wąska łódź o niskich burtach i spiczastym dziobie 

sunęła po falach Canal Grande lśniących jak ciemna satyna. W 
wodzie 

odbijały  się  uliczne  lampy  i  rozświetlone  okna.  Od 

czasu do czasu mijały ich wodne tramwaje zwane vaporetto, 

ale o tej porze główny kanał Wenecji był niemal pusty. 

Rozzano uj

ął dłoń Sophii, która wyobraziła sobie, że jest 

bohaterką  historycznego  romansu.  Rozmarzona  patrzyła  z 

zachwytem na majaczące w półmroku budynki. 

 -  To bajka  -  powiedzia

ła  z  westchnieniem.  -  W 

poprzednim  wcieleniu  byłam  pewnie  Kopciuszkiem  i 

pokochałam księcia. Mam nadzieję, że złe siostry zbytnio mi 

nie dokuczały. 

 - Uwa

żaj na głodnego wilka. 

 -  To ca

łkiem  inna  bajka,  kochanie  -  przypomniała 

roześmiana,  opierając  głowę  na  poduszkach  z  szafirowego 

aksamitu.  Zachwycona  urodą  Wenecji  i  czarodziejskim 

pięknem  tej  chwili  mocniej  ścisnęła  jego  dłoń.  -  Nie jestem 

skłonna do łez, ale chyba rozpłaczę się zaraz ze szczęścia. 

 -  Z twarz

ą  przytuloną  do  mojego  smokingu,  co?  Jak  ja 

potem będę wyglądać! - marudził żartobliwie. 

 -  Widz

ę  Ponte  Rialto!  Gdzie  jest  twój  pałac?  - 

wypytywała z ciekawością. Do jej pory zbywał ją uparcie, gdy 

o to pytała. 

 - Ten z markizami w zielone i z

łote pasy. 

background image

Oczy jej zab

łysły,  gdy  podpłynęli  bliżej.  Wiedziała,  że 

budynek pochodzi z trzynastego wieku i dlatego jest mniejszy 

od sąsiednich. Pokoje były niewielkie, ale wyjątkowo pięknie 

urządzone.  Dawniej  przed  pałacem  znajdowała  się  przystań, 

gdzie  wyładowywano  towary  sprowadzane  z  Afryki  i 

Wschodu: złoto i srebro, brokat, jedwab, pachnidła i dywany. 

 - Po raz kolejny odwiedzimy m

ój pałac dopiero po ślubie. 

 -  Wykluczone  -  odpar

ła zaskoczona. Gondolier ostrożnie 

przybił  do  brzegu.  -  Powinniśmy  jak  najczęściej  odwiedzać 
twego brata. 

 - Nie b

ędzie czasu - odparł krótko. - Mamy do załatwienia 

mnóstwo spraw. 

Gdy weszli do 

środka,  Sophia  zapomniała  o  niedawnym 

sporze  i  z  zachwytem  rozglądała  się  wokoło.  U Barsinich 

dominowały dwa kolory: zieleń i złoto. Gości było mnóstwo, a 

piękne  stroje  i  ozdoby  podkreślały  urodę  południowych 

twarzy i wdzięk postaci. 

 - Czujesz zapach r

óż? I jaśminu! A to drzewo sandałowe. 

Sophia cieszyła się jak dziecko każdym swoim odkryciem. 

 - Masz nies

łychanie wrażliwe powonienie. Alberto byłby 

z ciebie dumny. Belki stropowe są z sandałowego drewna, a 

ciepłe i wilgotne powietrze wydobywa z nich aromat - szepnął 

jej do ucha Rozzano i zaborczym gestem ujął za łokieć. 

 - To boli! - pisn

ęła z oburzeniem. - Przepraszam. 

Zaniepokojona przyjrza

ła  mu  się  ukradkiem.  Pobladł  i 

szukał kogoś wzrokiem, nie zwracając uwagi na gości, którzy 

obserwowali ich z ciekawością. Kłamał się niektórym, innych 

mijał  bez  słowa.  U  szczytu  schodów  oświetlonych 

kryształowym żyrandolem powitał ich Enrico. 

 -  Witaj, Rozzano, m

ój najdroższy bracie. - Uściskał go i 

zwrócił się do Sophii. - Otóż i ona? - Ucałował trzykrotnie jej 

policzki  i  zmierzył całą  postać badawczym  spojrzeniem. Był 
podobny do Rozzana, równie przystojny, ale bardziej 

background image

zniewie

ściały. - Jaka przyjemna niespodzianka! - mruknął. - A 

mówiłeś, że to garkotłuk z prowincji. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  to  żart.  -  Sophia  wybuchnęła 

śmiechem. Znów ogarnął ją niepokój. 

 - Twierdzi

ł, że brak ci... 

 -  Do

ść - przerwał Rozzano. - Goście czekają, blokujemy 

przejście. 

Ledwie odeszli na bok, otoczy

ła ją grupka kobiet pięknych 

i zgrabnych jak modelki. 

 -  Ale

ż to Sophia D'Antiga! - mówiły jedna przez drugą, 

całując ją serdecznie. - Jakie mile spotkanie. Wyglądasz lepiej 

niż na zdjęciu. Enrico twierdzi, że zdaniem Rozzana... 

 -  Jestem niezdarn

ą  prowincjonalną  gąską  -  dokończyła 

beznamiętnie,  chociaż  było  jej  przykro.  -  Niezbyt wysoko 

mnie ceni, prawda? Czy cała Wenecja już o tym wie? 

 -  Tylko najbli

ższa  rodzina.  -  Jedna  z  kobiet  zaczęta 

chichotać.  Sophia  poczuła  woń  alkoholu.  -  Jestem Letycja, 

żona  Enrica,  a  to  moje  kuzynki.  Zano  postąpił  jak  gbur, 

rozpuszczając  o  tobie  wstrętne  plotki.  Przyjemnie  nas 

rozczarowałaś. Spodziewałyśmy się, że będzie o wiele gorzej. 

Masz  sporą  nadwagę,  ale  sprawiasz  przyjemne  wrażenie i 

możesz się podobać. Zano skrytykował twój sposób ubierania, 

i fatalne maniery. Sądziłyśmy, że pojawisz się tutaj w uszytej 

własnoręcznie  kretonowej  sukience  i  butach  kupionych  na 

wyprzedaży. To byłby skandal! Zano by cię wyśmiał. 

 - On to potrafi! - przyzna

ła z ponurą miną, zastanawiając 

się, co ten ich... Zano naprawdę o niej myśli. Letycja wydała 

jej  się  antypatyczna:  z  pozoru  serdeczna,  oceania  nowo 

przybyłą  hrabiankę  jak  towar  wystawiony  na  sprzedaż  i  nie 

szczędziła jej drobnych złośliwości. Sophia uznała, że trzeba 

sięgnąć po tę samą broń i zawołała: - Mam pomysł! Wrócę do 

domu i włożę moje codzienne ubranie! Twoi goście padną z 

wrażenia! 

background image

 -  Chcesz powiedzie

ć,  że  nosisz  tę  okropną  tandetę?  - 

Letycja  osłupiała.  -  Wyrzuć  to  natychmiast!  Kochanie, 
m

usimy razem zrobić zakupy - perorowała nosowym głosem. 

- Tylko najlepsze paryskie adresy! 

Oczywiście Cartier, salony 

mody na Boulcvard St. Germain. 

Sama potrzebuję wytwornej 

bielizny,  więc  jest  okazja  do  wspólnej  wyprawy.  Potem 
wpadniemy na obiad do Londyn

u. Pewnie tęsknisz za Anglią, 

tam  się  przecież  wychowałaś.  Jest  taka  knajpka...  San 

Lorenzo. Mają tam wyborny krem z dodatkiem amaretto... no 
wiesz, z likierem migda

łowym. Jest takie boski... 

 - Jestem bardzo zaj

ęta - wpadła jej w słowo Sophia. 

 - Ucz

ę się bankowości, żeby przejąć rodzinne interesy. 

 - Bo

że święty! - wykrzyknęła przerażona Letycja. - Zano 

będzie niepocieszony. Przecież finanse to jego pasja! Uwielbia 

giełdę, akcje... Zresztą nic znam się na tym. Od lat dysponuje 

swobodnie całym majątkiem rodziny D'Antigów. Bez waszych 

pieniędzy  nie  będzie  miał  takich  możliwości  jak  dawniej. 

Pozwól  mu  nadal  zarabiać  pieniądze,  a  sama  zajmij  się  ich 

wydawaniem.  Taki  jest  odwieczny  podział  ról:  mężczyźni 

gromadzą majątki, kobiety są ozdobą tego świata i trwonią ich 

forsę.  Chętnie  podzielę  się  z  tobą  swoim  doświadczeniem  - 

szczebiotała,  żywo  gestykulując.  Wysadzana  szmaragdami  i 

brylantami  bransoleta  na  jej  nadgarstku  migotała  oślepiająco 

przy każdym ruchu. 

 -  Na razie mam sporo zaj

ęć  -  odparła  Sophia.  -  Wydaję 

o

gromne przyjęcie i dlatego brak mi czasu. 

 -  Wiem, kochanie. 

Życie  towarzyskie  bardzo  nas 

ogranicza.  Trzeba  bywać  i  przyjmować...  Przez  cały  ostami 

tydzień  byłam  tak  wyczerpana,  że  omal  nie  wyzionęłam 
ducha. 

Chwileczkę  -  mruknęła,  zatrzymując  lokaja  w  liberii. 

Sięgnęła po miniaturową kanapkę i zatoczyła się lekko. - To 

dla ciebie, trzeba coś przekąsić. Widziałaś? - dodała szeptem, 

background image

wpatrzona w byczy kark lokaja. - 

Jaki przystojny mężczyzna! 

Wszystko bym mu oddała. 

 -  Kawa

ł  chłopa  -  przyznała  Sophia,  podejrzliwie 

spoglądając na kanapeczkę. - Co to jest? 

 -  To chyba oczywiste! Foie gros, pasztet z g

ęsich 

wątróbek.  Po  prostu  wyśmienity.  Zjedz  szybko,  będziemy 

miały pretekst, żeby zawołać tu ponownie tego... 

 -  Nie jadam takich rzeczy  -  zawo

łała oburzona Sophia. - 

Przymusowe  karmienie  gęsi  na  stłuszczone  watro  -  by to 

prawdziwa tortura. Trzeba tego zakazać! 

 -  Jaka

ś  ty  mieszczańska.  -  Letycja  zmierzyła  ją 

pogardliwym spojrzeniem.  - 

Ja również nie jadam pasztetów, 

ale odmawiam ich sobie przez wzgląd na figurę. 

 -  Zn

ów popatrzyła na pulchną Sophię. - Posłuchaj mojej 

rady i zrzuć parę kilogramów, jeśli chcesz tu kogoś poderwać. 

Uważaj  na  stroje,  bo  i  tak  wyglądasz  jak  hoża  piękność  z 
prowincji.  - 

Niespodziewanie  zmieniła  temat.  -  Patrz, Zano 

c

hyba kogoś ma! Czyżby szukał żony. Biedaczek, po śmierci 

Nicoletty  rozpaczał  całe  wieki.  Chyba  wreszcie  kogoś  sobie 

znalazł. Szczęściara z tej Arabelli! 

Sophia popatrzy

ła  w  tym  samym  kierunku.  Szczuplutka 

kobieta oplotła Rozzana niczym bluszcz, zupełnie jakby nogi 

się pod nią uginały. 

 -  Czemu Rozzano szuka 

żony?  -  zapytała,  starając  się 

skryć zazdrość. 

 -  Potrzebuje legalnego potomka, który wszystko po nim 

odziedziczy. Trzeba dbać o ciągłość rodu. To jedyny powód, 

który  sprawia,  że  mężczyźni  z  naszej  sfery  decydują  się  na 

małżeństwo - wyjaśniła z goryczą Letycja, sięgając po wielki 

kieliszek napełniony winem po brzegi. 

 -  Mog

ą  przecież  mieć  każdą  dziewczynę,  na  którą  im 

przyjdzie ochota, wiec bawi

ą  się,  póki  nie  przyjdzie  na  nich 

background image

opamiętanie,  a  wtedy  dla  dobra  rodziny  płodzą 
spadkobierców. 

 -  Rozzano tak

że  postępuje  w  ten  sposób?  Chcesz 

powiedzieć, że i on nie stroni od tej... zabawy? - wypytywała 

spokojnie, choć zżerała ją zazdrość. Z pewnością romansował 

na  prawo  i  lewo.  Był  zbyt  namiętny,  żeby  rezygnować  z  tej 

sfery życia. Zrobiło jej się ciężko na sercu. 

 -  Kto wie? Arabella by

łaby  dla  niego  idealną  żoną.  Jest 

wprawdzie Angielką, lecz ma wielki majątek, a w jej żyłach 

płynie  błękitna  krew.  Wywodzi  się  z  rodu,  którego  początki 

sięgają  średniowiecza.  Poza  tym  jest  moją  najlepszą 
pr

zyjaciółką.  Przyjechała  do  Wenecji  podczas  karnawału, 

pokochała nasze miasto i od tamtej pory wynajmuje tu na stałe 
palazzo. 

Muszę ją ostrzec. 

 - Przed czym? 
 -  Nie zdaje sobie sprawy, co oznacza ma

łżeństwo  z 

weneckim  arystokratą.  Taki  pod  żadnym  pozorem  nie 

wyrzeknie  się  swobody.  Żeni  się  z  obowiązku,  a  dla 

przyjemności ma kochanki. Żona jest tu maszynką do rodzenia 
dzieci, Sophio - 

dodała jadowicie. - Dobrze ci radzę, wyjdź za 

biedaka. Ożeni się z tobą dla pieniędzy, ale przynajmniej nie 

będzie  oczekiwał,  że  w  rok  po  ślubie  dasz  mu  potomka,  ani 

sypiał z każdą napotkaną ślicznotką. 

Sophia domy

śliła się, że Letycja mówi o swoim mężu. Nie 

lubiła jej, ale trudno nie współczuć zaniedbywanej żonie. 

 -  Wydaje mi si

ę,  że  Rozzano  nie  pasuje  do  tego 

wizerunku - zacz

ęła niepewnie, ale Letycja natychmiast ją wy 

śmiała. 

 -  Przeciwnie! Jak wszyscy, o

żeni  się  z  posażną  panną. 

Utrzymanie  tego  pałacu  kosztuje  majątek.  Jedno  nie  ulega 

wątpliwości:  nikogo  już  nie  pokocha.  Nicoletta  była  jego 

wielką  miłością.  Biedny  Enrico  omal  nie  dostał  ataku  serca, 

gdy umarła. 

background image

 -  Dlaczego?  -  Sophia zmarszczy

ła  brwi,  słuchając  jej 

pijackich wynurzeń. 

 -  Bali

śmy  się,  że  Zano  popełni  samobójstwo.  Wstyd  i 

hańba dla Barsinich! - stwierdziła ze zgrozą Letycja. 

 - Nie mogliby

ście spojrzeć w oczy ludziom z waszej sfery 

odparła z powagą Sophia, chociaż miała dla Letycji już tylko 

pogardę. 

 -  Sama widzisz, 

że nasz Zano jest takim samym egoistą 

jak  inni  mężczyźni.  -  Wciąż  gadała  jak  najęta,  ale  Sophia, 

pogrążona  w  smutnych  rozmyślaniach,  puszczała  jej  słowa 

mimo  uszu.  Miała  zawroty  głowy  i  mdłości.  Odruchowo 

zerknęła  w  rokokowe  lustro  i  ujrzała  swą  pobladłą  twarz 

przeciętą wiśniową kreską zaciśniętych warg. Trudno uznać ją 

za  piękność.  Nie  grzeszyła  również  inteligencją,  skoro  tak 

łatwo  dała  się  podejść.  Garkotłuk  z  prowincji  w  drogich 
jedwabiach. 

Nagle ogarn

ęła  ją  złość.  Odruchowo  zacisnęła  pięści  i 

pomyślała buntowniczo, że ma prawo żądać, aby ją kochano 

taką, jaka jest, bez względu na stan posiadania. . - Zatańczysz? 

Odwr

óciła  się  i  stanęła  twarzą  w twarz z Enrikiem. Nie 

miała  ochoty  na  jego  towarzystwo,  ale  brakowało  jej 

pretekstu, żeby odmówić, wiec odparła uprzejmie: 

 - Owszem, ch

ętnie. 

Kto

ś podszedł do niej i tyłu i położył dłoń na jej ramieniu. 

 -  Przykro mi, Rico  -  us

łyszała głos Rozzana - ale muszę 

odwieźć  Sophię  do  domu.  Zazwyczaj  wcześnie  kładzie  się 

spać. Jest chorowita i dlatego potrzebuje dużo snu. 

Zdziwiona uwa

żnie  słuchała  jego  kłamliwych  wyjaśnień. 

Czemu  Rozzano  nic  życzy  sobie,  żeby  poznała  lepiej  jego 
brata? 

 - Tylko jeden taniec! B

ędę uważać, żeby się nie zmęczyła 

zapewnił Enrico z dziwnym błyskiem w oku. 

background image

 -  Wykluczone. Rano ma lekcj

ę  włoskiego,  musi  być 

wypoczęta,  żeby  sprostać  wymaganiom  nauczyciela  -  odparł 
uprzejmie, ale stanowczo jego starszy brat. 

 -  Ciekawe  -  wtr

ąciła.  Chętnie  zatańczyłaby  z  Enrikiem, 

żeby go pociągnąć za język i dowiedzieć się, co łączy i dzieli 
Barsinich. 

 -  Nie zapominaj, 

że  na  jutro  musisz  jeszcze  powtórzyć, 

jak nazywają się części ciała: głowa, nos, ramiona. 

Spojrza

ła mu w oczy i już wiedziała, do czego zmierzał. 

 -  Nudna lekcja. Mog

ę  ją  nauczyć  ciekawszych  rzeczy  - 

wtrącił  Enrico,  spoglądając  na  jej  dekolt.  Objął  ją  w  talii  i 

przyciągnął  do  siebie.  Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  w  jego 

słowach  zawarta  jest  niemoralna  propozycja.  Zdawał  sobie 
spraw

ę,  jak  działa  na  kobiety,  i  próbował  z  nią  swych 

erotycznych sztuczek. 

 -  Obawiam si

ę, że Rozzano ma rację. Lepiej już pójdę - 

powiedziała, zasłaniając usta dłonią. - Ratunku! Niedobrze mi! 

Z rozbawieniem obserwowa

ła Enrica, który odskoczył jak 

oparzony. Wmieszała się w tłum, a Rozzano pospieszył za nią. 

Miała dość tego przyjęcia. 

 - 

Świetnie  się  spisałaś.  Bałem  się,  że  utkniemy  tu  na 

dobre - 

pochwalił ją, nic kryjąc zadowolenia. 

 -  Naprawd

ę?  Czemu  się  wtrąciłeś,  gdy  Enrico  chciał  ze 

mną  zatańczyć?  -  odparła  chłodno, gdy wyszli na świeże 

powietrze i ruszyli w stronę gondoli. 

 -  Nie chc

ę.  żeby  się  przy  tobie  kręcił  -  wyjaśnił.  -  Gdy 

trochę wypije, udaje wielkiego Casanovę. 

 - By

łeś o mnie zazdrosny? 

 - Chyba tak. On ci si

ę podoba? 

 - 

Żeby  ci  dokuczyć,  mogłabym  powiedzieć,  że  mnie 

zainteresował - odparła po chwil - ale nie chcę kłamać. Taniec 

z nim nie sprawiłby mi najmniejszej przyjemności. 

background image

 - Ja r

ównież chętnie stamtąd wyszedłem. Wśród gości nie 

było moich przyjaciół. Cała ta zgraja to znajomi Enrica. 

 - Nie przepadasz za swoim bratem, co? 
 -  Rodziny si

ę  nie  wybiera  -  powiedział  z  kamienną 

twarzą. - Jestem za niego odpowiedzialny. 

 -  Zbywasz mnie, a poza tym Enrico jest doros

ły  i  sam 

odpowiada za swoje czyny, więc przestań go chronić. Dawniej 

potrzebował twojej opieki, ale to już przeszłość. 

 -  Nosi nazwisko Barsini  -  upiera

ł  się  Roztarto.  - 

Cokolwiek 

uczyni, będzie miało wpływ rodzinę. 

 -  A rodzina jest najwa

żniejsza,  prawda?  -  dodała  cicho. 

Milczał, a jej serce się krajało z żalu. Oboje byli zirytowani; 

Sophia zdecydowa

ła, że musi raz na zawsze upewnić się, 

czy Rozzano kocha ją samą, czy jej tytuł, majątek i koneksje. 

A  może  zależy  mu  tylko  na  ciągłości  rodu,  a  inne  uczucia 

schodzą u niego na dalszy plan? 

 -  Enrico co

ś  ci  powiedział,  zgadłem?  -  odezwał  się 

Rozzano, gdy wchodzili do domu. 

Mia

ła  rację.  Obawiał  się,  że  brat  zdradzi  jej 

kompromitujący sekret, i dlatego nie chciał, żeby rozmawiali. 

Cóż to za tajemnica? 

 -  Zamieni

łam  z  nim  tylko  kilka  słów  -  tłumaczyła. 

Najwyraźniej  odetchnął  z  ulgą.  -  Od  innych  słyszałam  kilka 

uwag, które podważają twoją wiarygodność. 

 - Kto ci naopowiada

ła takich bzdur? 

 - To bez znaczenia. - Splot

ła ramiona na piersiach. 

 -  Do

ść  tych  kłamstw,  Rozzano,  powiedz  otwarcie,  czy 

naprawdę mnie kochasz! - zawołała, unosząc dumnie głowę. - 
Czy kocha

łbyś  mnie,  gdybym  była  zwykłą  Sophią  Charlton, 

dziewczyną z angielskiej prowincji bez kropli błękitnej krwi, 

ubraną w kretonową sukienkę? 

 - To ci

ę dręczy, skarbie? - Spojrzał na nią z czułością. 

background image

 -  Najdro

ższa,  jak  możesz  pytać?  Jestem  w  tobie 

zakochany po 

uszy.  Jeśli  to  konieczne,  oddaj  cały  majątek, 

nawet ten pałac. I tak będę z tobą do końca życia. 

Takiego zapewnienia potrzebowa

ła,  żeby  odzyskać 

zaufanie

.  Z  płaczem  rzuciła  się  w  jego  ramiona.  Głaskał  ją 

czule po ramionach i plecach. 

 -  Nie powinna

ś  wątpić  w  moją  szczerość  -  szepnął.  - 

Enrico i jego bliscy uwielbiają plotkować. To ich jedyna pasja. 

To  dla  nich  prawdziwa  radość  patrzeć,  jak  para  się  rozpada. 

Kłamstwo to ich żywioł. 

 - Nie wierz

ę! - odparła. 

 -  Zaufaj mi  -  mrukn

ął czule. - Będę cię wielbić po kres 

moich dni. 

background image

ROZDZIA

Ł SIÓDMY 

Rozzano patrzy

ł z góry na Canal Grande a serce biło mu 

szybciej niż zazwyczaj. Na dachu Ca' Barsini znajdowała się 
altana  -  wysoki postument, na którym przed wiekami 

siadywały księżniczki z jego rodziny, aby słońce rozjaśniło im 

włosy.  Ich  potomek  wspiął  się  tak  wysoko,  aby  wypatrywać 

orszaku  narzeczonej.  Niecierpliwił  się,  czekając  na  przyszłą 

księżną. Powinien być teraz w sieni i witać gości, ale nie miał 

do tego głowy. Bał się, że ukochana w ostatniej chwili zmieni 
zdanie. 

Strach chwyci

ł  go  za  gardło.  Już  była  spóźniona.  Musi 

przybyć!  Przecież  obiecała!  A  jeśli...  Dobry  Boże,  tylko  nie 

to!  Czyżby  doszły  do  niej  jakieś  plotki?  Ze  wszystkich  sił 

próbował  utrzymać  Enrica  z  dala  od  niej,  ale  brat  był 

dostatecznie  sprytny,  żeby  go  przechytrzyć.  Nagle  usłyszał 

dobiegający  z  oddali  hałas:  klaksony,  syreny,  okrzyki... 

Odetchnął z ulga, gdy ujrzał w oddali kilka łodzi. 

 -  Bogu niech b

ędą  dzięki  -  szepnął  uspokojony. 

Wyciągnął szyję i pochylił się do przodu, żeby lepiej widzieć. 

Orszak zbli

żał  się  szybko.  Wkrótce  Rozzano  dostrzegł 

wyraźnie Sophię, która siedziała w gondoli twarzą w twarz z 

Albertem. Szeroka biała spódnica ślubnej sukni podkreślała jej 

smukłą talię. Włożyła dziś naszyjnik z pereł, który dostała od 
niego w prezencie  - 

wiekowy  klejnot  pochodzący  z  epoki 

baroku. Z trudem opanował wzruszenie i zbiegł po schodach 

do  sali  balowej.  Poprosił  zgromadzonych  tam  gości,  by 

zechcieli przejść do pałacowej kaplicy. 

Gdy wszyscy ju

ż  się  tam  znaleźli,  do  środka  wpadł 

spóźniony  Enrico.  Na jego twarzy  malowało  się  niebotyczne 
zdziwienie. 

 - Dlaczego tu zap

ędziłeś gości? Do diabła, co ty knujesz? 

wypytywał z irytacją. 

background image

 -  Wkr

ótce  się  dowiesz  -  burknął  Rozzano,  przygryzając 

wargę, żeby się nie uśmiechnąć. 

Gdy zagra

ły organy, pomyślał, że Sophia stoi już zapewne 

przed  pałacem,  i  zadrżał.  Bez  słowa  wskazał  bukiety 

umieszczone  po  obu  stronach  ołtarza.  Rodowa tradycja 

nakazywała,  żeby  podczas  ceremonii  ślubnej  dekorować 

kaplicę barwami obojga narzeczonych. Błękitne i białe wstęgi 
rodziny D'Anti

gów; zieleń i złoto Barsinich. 

 - Rany boskie! - zawo

łał Enrico. Nareszcie zrozumiał, na 

co się zanosi. 

 - Uspok

ój się - syknął Rozzano. 

 - Sophia? Przecie

ż ci na niej nie zależy! 

 -  Czy to wa

żne?  Tu  chodzi o dobro rodziny  -  odparł 

drwiąco. - Chcę mieć dzieci. Będziesz drużbą. Weź obrączki. 

Nie waż się ich zgubić. 

Enrico oniemia

ł,  a  Rozzano  uśmiechnął  się  z  tryumfem. 

Czekała go jeszcze jedna trudna rozmowa. Oczy mu zabłysły, 

gdy pomyślał o Arabelli. Po weselu musi spotkać się z nią na 

osobności. 

 - R

ękawy bardzo ładnie się układają - zapewniły zgodnie 

druhny. Wszystkie były jej długoletnimi przyjaciółkami. 

 - Dekolt jest zbyt g

łęboki - jęknęła. - Nie wypada. 

 - Ciesz si

ę, że masz co pokazać. Wyglądasz prześlicznie, 

więc przestań narzekać. Ręce precz od tej sukni! - skarciła ją 

Maggie.  Krążyła  wokół  panny  młodej,  sprawdzając,  czy 

szpilki  nie  wysunęły  się  z  włosów  upiętych  w  zgrabny  kok 

przypominający klasyczną fryzurę Grace Kelly. 

Z kaplicy dobieg

ły dźwięki organów, a Sophia poczuła, że 

ogarnia ją strach. 

 -  Jazda, dziewczyny! Komu w drog

ę,  temu  czas!  - 

zawołała  wesoło  Maggie,  popychając  ją  w  stronę  drzwi 

zakrystii. Wszystkie zaczęły chichotać i lęk zniknął. 

background image

Sophia odwr

óciła  się,  żeby  na  nie  popatrzeć.  Wyglądały 

uroczo  w  kremowych  sukniach.  Ich  krój  był  prosty  i 

niesłychanie wytworny. 

 -  Jeste

ś  gotowa,  kochanie?  -  dobiegł  ją  głos  dziadka.  - 

Organy już grają dla ciebie. 

 -  Id

ę  -  odparła  głosem  schrypniętym  ze  wzruszenia. 

Alberto D'Antiga wstał z fotela na kółkach i zebrał wszystkie 
si

ły,  żeby  poprowadzić  wnuczkę  do  ołtarza,  gdzie  czekał  jej 

narzeczony. Spojrzała mu w oczy, gdy stanęli przed kapłanem, 
lecz podczas uroczystej ceremonii  oboje nie 

śmieli  podnieść 

wzroku. W końcu usłyszała, że są małżeństwem. Mąż i żona... 

Państwo Barsini, pomyślała rozmarzona. 

Polem zacz

ęło się typowe weselne zamieszanie. Pozowali 

do  zdjęć  na  pałacowym  dziedzińcu,  goście  składali  im 

życzenia,  były  uściski  i  pocałunki.  Wszyscy  cieszyli  się 

niespodziewanym  weselem.  Sophia  poczuła  ulgę,  gdy 

upewniła  się,  że  przyjaciele  Rozzana  bardzo  się  różnią,  od 
znajomych Enrica. 

 -  Mo

żna  powiedzieć,  że  w  tym  wyścigu  okazałaś  się 

czarnym koniem  - 

usłyszała  złośliwy  szept  Letycji.  -  Nie 

wzięłaś sobie do serca moich rad, co? Ciesz się, póki możesz. 

On i tak wystawi cię do wiatru. Uważaj na Arabellę. Potraktuj 

to ostrzeżenie jako prezent ślubny. 

 -  Wiem, 

że jesteś nieszczęśliwa i bardzo ci współczuję - 

powiedziała cicho Sophia. 

 -  Czemu? Mieszkam w pa

łacu,  nie  muszę  ograniczać 

wydatków.  Czego  mi  więcej  trzeba?  Ja...  nieszczęśliwa? 

Chyba na głowę upadłaś! 

 - 

Łodzie czekają, kochanie! Wezmę cię na ręce! - zawołał 

Rozzano,  stając  obok  Sophii.  Roześmiana  przekonywała  go, 

żeby dał spokój, bo suknia jest ciężka, ale ucieszyła się, gdy 

sprostał  wyzwaniu  i  przeniósł  ją  do  wyściełanej  aksamitem 
gondoli. Po chwili orszak weselny  policyjnej eskorcie ruszy

ł 

background image

na  przyjęcie  do  Ca'  D'Antiga,  gdzie  czekali  już  państwo 

Luscombe. W jadalni rej wodziła roześmiana Flavia. 

Sophia obserwowa

ła  ukradkiem  swego  męża.  Goście 

weselni odnosili si

ę  do  niego  z  należytym  respektem,  ale 

zapro

szone na wesele dzieci znajomych nie zwracały uwagi na 

srogie  miny  i  dokazywał  przy  nim  jak  szalone.  Nie  miała 

wątpliwości,  że  jest  ich  ulubionym  wujaszkiem.  Byłby 

niepocieszony, gdyby nie doczekał się potomstwa. 

 -  Popatrz na niego  -  us

łyszała  złośliwy  szept Letycji.  - 

Znam  to  do  znudzenia.  Bawi  się  z  nimi,  ale  nie  bierze  na 

siebie  żadnej  odpowiedzialności.  Ty  się  roztyjesz  i 

zbrzydniesz, żeby wydać na świat jego bachory, ale on się nie 

zmieni. Pozostanie czarujący i przystojny. Ulubieniec kobiet... 

Sophia  nie zwraca

ła  uwagi  na  te  gorzkie  słowa.  Z 

uśmiechem  obserwowała,  jak  Rozzano  zachęca  uradowane 

dzieciaki,  by  poszły  się  bawić  do  ogrodu.  Gdy  został  sam  i 

zaczął się rozglądać, uniosła rękę, żeby gestem przywołać go 

do  siebie.  Nagle  zorientowała  się,  że  to  nie jej szuka 

wzrokiem. Patrzył w drugi koniec jadalni. 

 - Arabella - dobieg

ł ją drwiący szept Letycji. - To było do 

przewidzenia. 

 - Sk

ąd ta pewność? Wcale jej tu nie widziałam. 

 -  Ju

ż  wyszła.  Przed  chwilą  wymknęła  się  tamtymi 

drzwiami. Rozzano zaraz pój

dzie za nią. 

 -  Nieprawda! W og

óle  się  nią  nie  interesuje  - 

przekonywała Sophia, chociaż jej mąż opuścił jadalnię. 

 -  Sama si

ę  przekonaj.  Sprawdź,  dokąd  poszli  -  kpiła 

Letycja. 

 - Ufam mu, bo wiem, 

że mnie kocha - upierała się Sophia, 

oburzona jej złośliwymi uwagami. Odwróciła się i odeszła w 

drugi koniec jadalni, a po chwili czerwona ze wstydu i zła jak 

osa mimo woli ruszyła tropem Rozzana. Była sama w pustym 

korytarzu.  Z  oddali  dobiegały  podniesione  głosy:  kobieta  i 

background image

mężczyzna  kłócili  się  zawzięcie  w  jednym z niezliczonych 

pokoi.  Przebiegł  ją  dreszcz,  jakby  nagle  poczuła  chłód. 

Zacisnęła dłonie wokół talii i ruszyła na palcach, próbując się 

zorientować, zza których drzwi dobiegają podniesione głosy. 

 -  Och, jakie to szcz

ęście,  że  cię  spotkałam!  -  Jenny 

odet

chnęła z ulgą. Zakłopotana Sophia odwróciła się do niej. 

 - O co chodzi? - spyta

ła nerwowo. 

 -  Zab

łądziłam  w  tym  labiryncie.  Szukałam  toalety  i 

nagle... Kto tak wrzeszczy? 

 -  Nie mam poj

ęcia - odparła Sophia, chociaż rozpoznała 

głos męża. Nie miała wątpliwości, że jest rozgniewany. Mówił 

po  włosku  i  chyba  nie  przebierał  w  słowach.  -  Jenny, to nie 

twoja sprawa. Wróć do gości. 

 - O Bo

że! - Jenny pobladła. Popatrzyła z przerażeniem na 

przyjaciółkę i ukryła twarz w dłoniach. - Moje biedactwo... 

 - O co chodzi? - zapyta

ła Sophia zduszonym głosem. 

 - G

łupstwo. Miałaś rację, lepiej już pójdę. 

 - Znasz w

łoski i rozumiesz, co mówią! Wiem, że mówią 

okropne rzeczy.. Muszę wiedzieć, - Sophia oparła się plecami 

o ścianę. 

 -  Nie pytaj, kochanie.  -  Jenny popatrzy

ła  na  nią  z 

przerażeniem. 

 -  Jeste

śmy  przyjaciółkami,  więc  nic  zostawiaj  mnie  w 

niepewno

ści. Wiem, że Rozzano jest zły i muszę wiedzieć, o 

co  mu  chodzi.  Przestań  mnie  dręczyć!  Dość  się  już 

nacierpiałam! 

Jenny popatrzy

ła na nią oczyma pełnymi łez. 

 -  Krzycza

ł,  że...  Jak  mam  ci  to  powiedzieć?  Podobno... 

ożenił się z tobą, bo zależy mu na potomstwie. Twierdził, że 

cię nie kocha, że w jego sercu nie ma dla ciebie miejsca. 

Jenny podesz

ła bliżej, jakby chciała przytulić wstrząśniętą 

Sophię, która odsunęła się i poprosiła z kamienną twarzą: 

background image

 -  Zostaw mnie sam

ą.  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna. 

Najgorsza  prawda  jest  lepsza  od  niepewności.  -  W jednej 

chwili  zobojętniała  na  wszystko.  -  Nie mów nikomu, nawet 

Maggie, co tu zaszło. Idź już! 

 - Sophio... - zacz

ęła Jenny. 

 - Nie! - Ba

ła się oznak współczucia; nie miała sił, żeby je 

przyjąć. - Muszę to z nim wyjaśnić i sprawdzić, z kim jest w 
pokoju. 

Odczeka

ła  chwilę,  aż  zapłakaną  Jenny  zniknęła  w  głębi 

korytarza.  Upór  i  poczucie  godności  pomogły  jej  odzyskać 

siły.  Wyprostowała  się  dumnie  i  ruszyła  prosto  przed  siebie 

jak nakręcana lalka. Gdy położyła dłoń na klamce, drzwi nagle 

się otworzyły i Z pokoju wypadł blady i roztrzęsiony Enrico: 

 - Co ty tutaj robisz? - krzykn

ął zaskoczony. 

 - O to samo chcia

łam ciebie zapytać - odparła zdziwiona. 

 - Ja tylko... - Obliza

ł wargi i zrobił głupią minę. 

 -  Wiem, 

że  jest  tam  Rozzano  -  rzuciła  przyciszonym 

głosem. - Słyszałam, jak krzyczał. Nie próbuj go osłaniać. Co 

robił w tym pokoju? Z kim się tam zamknął? 

 -  My tylko... dyskutowali

śmy.  -  Enrico  zmrużył  oczy.  - 

Tłumaczyłem,  że  powinien  wrócić  do  gości,  a  nic 

przesiadywać...  z  innymi  osobami.  -  Wyjaśnienia  nabrały 

tempa,  a  głos  mocy.  -  Zaczął  na  mnie  wrzeszczeć,  bo 

przerwałem mu w trakcie... 

 - Do

ść! - Nie potrzebowała dodatkowych wskazówek ani 

pikantny

ch  szczegółów.  -  Zejdź  mi  z  drogi  -  szepnęła 

pobladłymi wargami. 

 - Nic mo

żesz tam wejść! 

 - Zabieraj si

ę stąd! - wycedziła przez zaciśnięte zęby. 

 -  Skoro si

ę upierasz... - Wzruszył ramionami i rzucił jej 

współczujące spojrzenie. - Starałem się, jak mogłem, żeby ci 

tego  oszczędzić,  ale  chyba  masz  prawo  wiedzieć,  jak  się 

zachował twój mąż w dniu waszego ślubu. 

background image

Sophia wstrzyma

ła oddech. Drżała na całym ciele i ledwie 

była w stanie utrzymać się na nogach. 

 - Oczywi

ście, Odsuń się, Enrico. 

 -  Uchyl drzwi i zajrzyj do 

środka  tak,  żeby  cię  nie 

zauważył.  Pomogę  ci.  -  Przejęty  i  skupiony  lekko  nacisnął 

klamkę, a Sophia zajrzała przez szparę i z wrażenia zakręciło 

jej się w głowie. 

Rozzano stal odwr

ócony do niej plecami. W ręku trzymał 

pończochy  Arabelli.  która  miała na sobie tylko bieliznę  z 

czerwonej  koronki.  Zmięła  szkarłatna  suknia  z  mięsistego 

jedwabiu leżała na dywanie. 

Zrozpaczona Sophia zacisn

ęła powieki. Przez kilka chwil 

była jak martwa, a potem wybuchnęła płaczem. 

 - Tak mi przykro - pociesza

ł ją Enrico. - Próbowałem cię 

uprzedzić, ale Zano uchodzi tu za wzór cnót... 

 -  Wszyscy dali

śmy się nabrać. - Załzawione oczy Sophii 

lśniły jak diamenty. - Nie mów mu, że tu byłam - nalegała. - 

Dowie się, kiedy uznam za stosowne. 

 -  Oczywi

ście  -  przyrzekł  skwapliwie.  -  To  będzie  nasz 

sekret. 

 -  Ani s

łowa nikomu z gości - wycedziła przez zaciśnięte 

zęby.  -  Jeśli  prawda  dojdzie  do  dziadka,  może  go  zabić.  - 

Sophia była tak zdeterminowana, że chwyciła Enrica za klapy 

i  rzuciła  groźnie:  -  Rozumiesz,  co  mówię?  Żadnych  płotek, 

szeptów, aluzji, bo inaczej pożałujesz, że się urodziłeś. 

 -  Jasne! Ani s

łowa!  -  pisnął  wystraszony.  Gdy  się 

odsunęła i ruszyła w głąb korytarza, zawołał płaczliwie: - Co 
zamierzasz, Sophio? 

 -  To chyba jasne  -  odpar

ła  drwiąco.  -  Pokrzyżuję  mu 

plany. 

background image
background image

ROZ

DZIA

Ł ÓSMY 

Gniew sprawi

ł,  że  dotrwała  do  końca  weselnego  przy 

jęcia,  ale  była  to  dla  niej  ciężka  próba.  Postanowiła,  że 

Rozzano  nie  może  dowiedzieć  się  przedwcześnie  o  jej 

odkryciu.  Musiała  porozmawiać  z  nim  na  osobności,  bo  w 

przeciwnym razie zasmuciłaby dziadka, dla którego len dzień 

był szczególnie radosny  

Unika

ła wzroku Jenny i udawała, że próbuje znakomitych 

potraw i wybo

rnych alkoholi. Głośno wyrażała radość podczas 

oglądania  prezentów,  zachwycając  się  kryształowymi 

zegarami i złotymi piórami, a także zabawka mi, które zostały 
kupion

e z myślą o przyszłym potomstwie nowożeńców. Gdy 

wznoszono  toasty,  zapisywała  w  pamięci  każdą  pochwałę 

wygłoszoną pod adresem Rozzana i złościła się coraz bardziej. 

Wszystkich  zdołał  oszukać.  Książęta,  lordowie,  służące, 
gondolierzy i ludzie interesu byli pod jego urokiem. Trudno 

się dziwić, że i ona chętnie słuchała czułych słów. 

Wkr

ótce przebrali się i pojechali na Lido, gdzie jej mąż. 

miał  niewielkie  prywatne  lotnisko.  Helikopter  należący  do 

jego  firmy  zabrał  ich  do  renesansowego  pałacu  leżącego  na 

północ  od  Wenecji,  gdzie  mieli  spędzić  miodowy  miesiąc. 

Okolica była niezwykle piękna i zachęcała do romantycznych 

spacerów.  Gdy  lecieli  nad  drogą  wiodącą  do  posiadłości, 

Rozzano wskazywał miejsca zapamiętane w dzieciństwie, gdy 

spędzał wakacje w rodowej posiadłości. Tam po raz pierwszy 

widział jelenia, tu chował się i płakał gorzko, kiedy dostał od 

ojca porządne lanie. 

 - Bi

ł cię? - spytała z niedowierzaniem. Była roztargniona i 

nic  zwracała  uwagi  na  jego  opowieści,  ale  tamta  wzmianka 

bardzo ją poruszyła. 

 -  Ojciec karci

ł  mnie  za  szczere  okazywanie  uczuć.  - 

Rozzano  skrzywił  się  wymownie,  a  Sophia  pomyślała,  że 

background image

dzieci  surowo  karcone  w  dzieciństwie  często  wyrastają  na 
okrutników. 

 - A co na to matka? - dopytywa

ła się z niepokojem. 

 -  Nie mam poj

ęcia.  Zawsze  brała  stronę  ojca  -  odparł 

rzeczowo, jakby takie podejście do sprawy było oczywiste. 

 -  Kocha

ła  cię?  -  drążyła  sprawę,  zastanawiając  się 

mimochodem, jak zareaguje Rozzano, gdy mu oznajmi, że nie 

urodzi  dziecka.  Zmierzyła  taksującym spojrzeniem jego 

potężne ramiona i skuliła się na siedzeniu. 

 - Sk

ąd mam wiedzieć? - mruknął. - Prawie jej nie znałem. 

Po raz pierwszy rozmawiali o jego rodzinie. Do niedawna 

ilekro

ć  próbowała  się  czegoś  dowiedzieć,  natychmiast 

zmieniał temat. 

 - Mam nadzieje, 

że przytulała cię od czasu do czasu. 

 - Nigdy. Moja niania i guwernantka pochodzi

ły z Anglii. 

One okazywa

ły  mi  wiele  czułości.  W  arystokratycznych 

rodzinach  dzieci  wychowują  się  zwykle  pod  kierunkiem 

angielskich  opiekunów.  Dzięki  temu  zdołałem  tak  dobrze 

opanować język. - Pogłaskał jej dłoń i dodał uspokajająco: - 

Nie martw się. Sami zadbamy o wychowanie naszych dzieci. 

Nie będziemy ich trzymać na dystans. 

 -  Oczywi

ście - przytaknęła z roztargnieniem. Problem w 

tym, że dzieci w ich związku w ogóle nie będzie. Wzdrygnęła 

się,  gorączkowo  szukając  sposobu,  żeby  mu  o  tym 

powiedzieć. 

 -  Popatrz, wida

ć  już  moje  ulubione  jezioro  -  oznajmił 

radośnie.  -  Jest  na  nim  wyspa.  Jeśli  pogoda  dopisze, 

popłyniemy tam na piknik. 

Sophia przytakn

ęła machinalnie, udając, że bardzo jej się 

podoba  ten  pomysł.  Gdy  helikopter  wylądował  na  trawniku, 

szczerze  zachwycała  się  malowniczą  willą.  Tutaj  również 

miała wrażenie, że Rozzano jest za pan brat z historią. Każdy 

background image

kamień  w  tej  renesansowej  siedzibie  świadczył  o  jego 

przynależności do rodziny o wielowiekowych tradycjach. 

Radosny okrzyk przerwa

ł  jej  te  podniosłe  rozmyślania. 

Usłyszała  śmiech  męża  i  ujrzała  jego  rozpromienioną  twarz. 

Cala służba wybiegła na dziedziniec, żeby go powitać. Sophia 

także została uściskana i serdecznie ucałowana. 

 -  Jaka 

śliczna! - zachwycał się jeden z mężczyzn. - Ach, 

principe, wypisz, wymaluj nasza Madonna. 

 - Wiem - odpar

ł cicho, uwalniając się z mocnego uścisku 

wysokiej  siwowłosej  kobiety.  Objął  żonę  i  pogłaskał  ją  po 
policzku.  - 

Nie  zasługuję  na  taki  skarb.  Rozległy  się  głosy 

protestu. 

 -  Dobry cz

łowiek,  dobry  mąż  -  oznajmiła  po  włosku 

pogodna 

kobieta w białym fartuchu. - Maddy, przetłumacz jej. 

 -  Jestem Maddy Clark  -  przedstawi

ła  się  siwowłosa 

kobieta.  - 

Byłam  przed  laty  nianią  Rozzana.  Witamy, 

principessa, 

i składamy najlepsze życzenia. Jestem pewna, że 

razem będziecie szczęśliwi. 

Zdziwiona Sophia nie protestowa

ła, gdy Maddy objęła ją i 

mocno przytuliła. 

 -  Dzi

ęki  za  miłe  powitanie.  Rozzano  wiele  mi  o  pani 

opowiadał. 

Tamci dwoje wymienili porozumiewawcze spojrzenia, 

kt

óre świadczyły o serdecznej zażyłości. 

 -  Wiedzia

łam,  że  jego  wybranka  będzie  niezwykłą 

dziewczyną - odparła cicho Maddy i dodała z błyskiem w oku: 

Gdy  o  pani  opowiada,  mam  pewność,  że  znalazł  idealną 

towarzyszkę życia. Zasługuje na prawdziwe szczęście, bo nic 

znam lepszego, mądrzejszego i bardziej kochającego chłopca. 

 - Maddy, przesta

ń! - Zakłopotany przerwał tę wyliczankę. 

-  Innym razem porozmawiacie sobie o moich wadach i 
zaletach. 

background image

Zwr

ócił  się  po  włosku  do  pracowników  willi.  Maddy 

zorientowała  się,  ze  Sophia  niewiele  rozumie,  i  tłumaczyła 

wszystko przyciszonym głosem. 

 -  Rozzano dzi

ękuje  pracownikom,  że  tak  starannie 

przygotowali dom na wasze przybycie. Wie, ile pracy to 

wymagało, i bardzo sobie to ceni. Obiecuje, że księżna włoży 

ślubną suknię, żeby mogli się przekonać na własne oczy, jak 

pięknie wyglądała, idąc do ślubu. Będzie też poczęstunek dla 

całej  służby.  -  Maddy  westchnęła  z  zadowoleniem.  -  Mądry 

chłopak,  jak  zwykle  o  wszystkim  pomyślał.  Dobrana  z  was 
para! 

Sophia mia

ła łzy w oczach. Maddy na pewno uznała, że to 

objaw wzruszenia, i z uśmiechem pogłaskała ją po ramieniu. 

 - Zajmij si

ę teraz żoną, Rozzano. 

Ksi

ążę uśmiechnął się szeroko, wziął pannę młodą na ręce 

i  przeniósł  przez  próg.  Wszyscy  klaskali,  wydając  radosne 
okrzy

ki.  Cieszy się  tu  wielką  sympatią,  a  ludzie  go  kochają, 

pomyślała Sophia. Czyżby ciemna strona jego natury tylko jej 

się dotąd ujawniła? 

 -  Szkoda, 

że  Maddy  nie  była  na  naszym  weselu  - 

stwierdziła  pod  wpływem  nagłego  impulsu,  gdy  szedł  po 
schodach, nie wyp

uszczając  jej  z  objęć.  Puls  miała 

przyspieszony, bo nie wiedziała, co się teraz stanie. 

 - Nie znosi t

łumu i unika licznych zgromadzeń - wyjaśnił. 

Zamieszkała  tu,  gdy  przeszła  na  emeryturę.  Dobrze  się 

czujesz, kochanie? Cała drżysz. 

Wyra

źnie zaniepokojony wszedł do sypialni i posadził ją 

na łóżku. Gdy położył dłonie na jej ramionach, przypomniała 

sobie,  że  dawno  temu  -  chyba przed wiekami  - zastanawiała 

się,  co  czują  w  noc  poślubną  ludzie,  którzy  pobrali się  z 

rozsądku. Teraz znała odpowiedź na tamto pytanie. 

 - Zimno mi - odpar

ła, szczękając zębami. 

background image

 -  Ja ci

ę  ogrzeję  -  zapewnił,  patrząc  na  nią  oczyma 

błyszczącymi z radości. 

 - Nie! - Cofn

ęła się, wystraszona. 

 -  Sophia, kochanie moje  -  zach

ęcił łagodnie, robiąc krok 

w jej stronę. 

 - Nic podchod

ź! - krzyknęła. 

Rozzano uni

ósł ramiona i cofnął się posłusznie. 

 -  We

ź kąpiel - zaproponował pojednawczym tonem. - Ja 

wskoczę pod prysznic, a potem... 

 - Tak, k

ąpiel to dobry pomysł. 

 -  Moje biedactwo!  -  u

żalał  się  nad  nią.  -  To  był  trudny 

dzień, ale świetnie się spisałaś. Gdy w kaplicy odwróciłem się 

i  zobaczyłem  cię  w  drzwiach,  z  zachwytu  serce  omal  nie 

wyskoczyło... 

 - Id

ę do łazienki - powiedziała zduszonym głosem. 

background image

ROZDZIA

Ł DZIEWIĄTY 

Sophia zamkn

ęła drzwi na klucz, napełniła wannę i dolała 

do wody olejku lawendow

ego.  To  był  jej  ulubiony  zapach. 

Rozzano  kilkakrotnie  pukał,  jakby  chciał  wejść  do  łazienki, 

ale go nie wpuściła. Potrzebowała czasu, żeby się uspokoić i 

zaplanować przebieg rozmowy. Grunt to stanowczość. 

Kiedy wesz

ła do sypialni, Rozzano był nagi i siedział na 

łóżku.  Próbował  do  niej  podejść,  ale  zatrzymała  go 
wymownym gestem. 

 -  Nie dotykaj mnie, bo zaczn

ę  krzyczeć  i  zniszczę  ci 

reputację.  Wszyscy  tu  mają  cię  za  wzór  cnót.  -  Mimo woli 

powtórzyła zdanie wypowiedziane przez Enrica. 

Rozzano cofn

ął się posłusznie, włożył szlafrok i zawiązał 

ciasno  pasek.  Spoglądał  na  Sophię  z  bolesnym  wyrazem 

twarzy. Czuł się jak w koszmarnym śnie, z którego nie można 

się obudzić. 

 - Nie rozumiem - powiedzia

ł głucho. 

 - Czy

żby? - Wślizgnęła się pod kołdrę i nakryła po samą 

szy

ję. 

 -  Sophia!  -  Zbity z tropu przegarn

ął  palcami  ciemne 

w

łosy i dodał niecierpliwie: - Wyjaśnij, o co ci chodzi. Co ty 

knujesz? 

 - Sprawa jest prosta - odpar

ła chłodno i westchnęła. 

 - Co ci

ę najbardziej przeraża? 

 -  Twoja oboj

ętność.  Już  mnie  nie  kochasz  -  odparł  z 

wahaniem. 

Niewiele brakowa

ło,  żeby  mu  uwierzyła.  Odpowiedział 

bez namysłu. Gdyby nie widziała go dziś z Arabellą, dałaby 

się przekonać. 

 -  K

łamiesz!  Wiem.  że  moja  miłość  nic  dla  ciebie  nie 

znaczy!  - 

stwierdziła  z  goryczą.  -  Najważniejsze  są  dzieci. 

Chcesz  mieć  dziedzica  i  ja  mam  go  urodzić.  To  jest  twoje 

największe marzenie, prawda? 

background image

Obrzuci

ł ją chłodnym spojrzeniem. Do twarzy mu było z 

tą arystokratyczną obojętnością. 

 - Zawsze chcia

łem, żebyśmy mieli dzieci - odparł cicho. - 

Porozmawiajmy otwar

cie. Co ci powiedział Enrico? Nastawił 

cię przeciwko mnie, tak? 

 - Nie musia

ł - burknęła. - Widziałam cię z Arabellą. 

 - Obmacywa

łeś ją podczas mojego wesela! 

 - Co ty... 
 -  Ju

ż  ci  mówiłam!  -  krzyknęła.  -  Kochałeś  się  z  nią  w 

kilka godzin po naszym ślubie! Ty draniu! Nie mogłeś zdobyć 

się na cierpliwość i przynajmniej udawać, że jesteśmy dobraną 

parą? 

 - Wcale z ni

ą nie spałem! - zawołał z oburzeniem. 

 - Przeciwnie, kaza

łem jej się ubrać. 

 - K

łamiesz! 

 - Do jasnej cholery, powiedzia

łem ci prawdę! 

 - Nie patrz tak na mnie. Mo

żesz sobie zaprzeczać do woli. 

I  tak  ci  nie  uwierzę.  Szczerze  żałuję,  że  za  ciebie  wyszłam. 

Omotałeś  mnie  swoimi  kłamstwami.  Jak  inni  jestem  pod 

twoim  urokiem.  Masz  żonę,  która  z  pewnością  nie  będzie 

czyhać  na  twój  majątek.  Z  drugiej  strony jednak szybko 

przejrzała twoją grę i już cię nie kocha. Miłość przeminęła. 

 -  Pragniesz mnie  -  mrukn

ął,  robiąc  szybko  krok  w  jej 

stronę. 

 -  Je

śli  sądzisz,  że  seks  bez  miłości  wystarczy  mi  do 

szczęścia,  to  grubo  się  mylisz  -  powiedziała  ostrzegawczym 
tonem. 

 - Czemu nie? Przecie

ż chcesz mieć dzieci. 

 - Ty draniu! - krzykn

ęła ze łzami w oczach. Rozzano był 

na siebie wściekły za te pochopne słowa. 

Daremnie 

łudził się nadzieją, że wszystko będzie dobrze, 

jeśli zdoła zaciągnąć ją do łóżka. 

background image

 -  Mamy wspólne pragnienia i cele  - 

tłumaczył 

spokojniejszym łonem. 

 - Nie ukrywam, 

że marzyłam o dzieciach - krzyknęła - ale 

przez  ciebie  muszę  z  nich  zrezygnować.  Postanowiłam,  że 

będę  wspierać  sierocińce.  Może  z  czasem  założę  własną 

ochronkę. Ta działalność będzie dla mnie pociechą. Namiastką 

macierzyństwa, którego tak bardzo pragnęłam. 

 -  W takim razie chod

źmy  do  łóżka  -  nie  dawał  za 

wygraną, spoglądając na nią pożądliwie. 

 -  Nie!  -  Podci

ągnęła  wyżej  kołdrę,  jakby  chciała  się 

jeszcze bardziej zas

łonić. - Zaraz ci powiem, jak będzie odtąd 

wyglądało nasze życie. -  

 - Ch

ętnie posłucham - odparł ironicznie. 

 -  Przez wzgl

ąd  na  mojego  dziadka  musimy  udawać 

idealną  parę.  Od  razu  dodam,  że  reputacja  twojej  rodziny  w 
ogóle mnie nie interesuje. 

 - Jak mam si

ę zachowywać we własnym domu? 

 -  Nie wa

ż  się  mnie  tknąć.  Żadnych  pocałunków  ani 

pieszczot. Nie zamierzam z tobą sypiać. Ja się zajmę 

dzia

łalnością  charytatywną  oraz  interesami  rodziny 

D'Antigów.  Lepiej  się  do  tego  nie  mieszaj.  Ty  masz  swoje 

przedsiębiorstwo. Więc nuda z pewnością nam nic grozi. 

 - O

żeniłem się z tobą, ponieważ... 

 - Chcia

łeś zadbać o ciągłość rodu Barsinich. Skończmy tę 

rozmowę,  bo  zaczynamy  kręcić  się  w  kółko.  Trzeba 

zapomnieć o przeszłości i na nowo ułożyć sobie życie. 

Rozzano bez s

łowa wszedł do garderoby, wrócił ubrany w 

obszerną piżamę i najspokojniej w świecie wślizgną! się pod 

kołdrę. 

 - Nie dotykaj mnie - rzuci

ła ostrzegawczym tonem. 

 - To moje 

łóżko. Mam prawo do wygodnego posłania. 

Sophia przesun

ęła  się  na  brzeg  materaca  i  leżała 

nieruchomo. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy usłyszała jego 

background image

regularny  oddech.  Gdy  zasnęła,  ukradkiem  przysunął  się  do 
mej.  Nie 

śmiał  głębiej  odetchnąć,  ale  miał  nadzieję,  że  z 

czasem  wszystkie  nieporozumienia  zostaną  wyjaśnione.  Był 

pewny,  że  Sophia  go  kocha  -  w przeciwnym razie nie 
zareagowa

łaby  tak  gwałtownie  na  plotki  i  pomówienia. 

Uspokojony przytulił się do niej i zapadł w sen. 

Sophia obudzi

ła się i poczuła, że Rozzano obejmuje ją w 

talii. Daremnie próbowała wysunąć się z jego objęć. Otworzył 

oczy  i  znów  zaczęli  się  kłócić,  nie  podnosząc  głosu,  żeby 

służba ich nie usłyszała. 

 - Po co ja si

ę z tobą ożeniłem! - krzyknął w końcu. 

 -  Wszystkie jeste

ście  takie  same!  Ale  po  raz  drugi  nie 

pozwolę  zrobić  z  siebie  idioty!  Nicoletta  też  postanowiła 

wyrzucić mnie ze swojego łóżka. Jej się udało, ale ty nie rób 

sobie takich nadziei. Ona przynajmniej kochała się ze mną w 

noc poślubną i w czasie miodowego miesiąca. Dopiero potem 

zmieniła zdanie. 

Zbita z tropu Sophia popatrzy

ła na niego ukradkiem. 

 - Zdradza

łeś ją? Pewnie nie mogła się z tym pogodzić. 

 -  Co ty gadasz? To ona si

ę  puszczała.  Nie  chciała  mieć 

dzieci,  bo  to  by  mogło  zepsuć  jej  figurę.  Pierwszą  ciążę 

usunęła  bez  mojej  wiedzy,  a  potem  zaczęła  romansować  z 

Enrikiem.  To  jego  dziecka  oczekiwała,  ale  nie  zamierzała 

rodzić. Wyjechała na zabieg do Ameryki Południowej. Umarła 

z powodu zakażenia. 

Oboje d

ługo milczeli. Sophia odezwała się pierwsza. 

 -  Nie wiem, jak ci

ę  pocieszyć.  Można  powiedzieć,  że 

dwukrotnie straciłeś ukochaną... 

 - Bzdura! Wcale jej nie kocha

łem - przerwał szorstko. 

 -  Niestety, historia si

ę  powtarza,  ale  tym  razem  nie 

pozwolę, żeby kobieta ponownie zniszczyła mi życie. Pewnie 
si

ę  ucieszysz,  gdy  powiem,  że  nigdy  więcej  nie  poproszę, 

żebyś się ze mną kochała. 

background image

Gdy Sophia obudzi

ła się zmęczona i głodna, była sama w 

pokoju.  Słońce  mocno  przygrzewało,  więc  postanowiła 

włożyć szlafrok i przejść się po ogrodzie, żeby ukoić stargane 

nerwy.  Wśród  starannie  przystrzyżonych  szpalerów  nie 

spotkała nikogo. W głębi alejki zobaczyła altankę obrośniętą 

bluszczem,  która  zachęcała  do  odpoczynku. Ledwie tam 

weszła i usiadła na drewnianej ławce, dobiegł ją głos Arabelli. 

Rozzano wygrzewa

ł  się  na  słońcu,  oparty  plecami  o 

kamienną  ścianę  altany,  gdy  usłyszał,  że  ktoś  woła  go  po 

imieniu. Łudził się, że to Sophia, ale w głębi ogrodowej alejki 
zobacz

ył Arabellę, sprawczynię całego zła. 

 -  Do jasnej cholery, po co tu przyjecha

łaś?  -  spytał 

opryskliwie. 

Była wystraszona, ale po chwili podeszła bliżej. 

 - Chcia

łam cię przeprosić. 

 -  Za co?  -  kpi

ł  bez  litości.  -  Będziesz  się  kajać,  bo 

uwiodłaś mi brata w czasie wesela? A może jest ci przykro, że 

od  dwóch  lat  jesteś  jego  kochanką?  Chyba  wiesz.  że  ma  ich 
wiele. 

 - Od sze

ściu miesięcy spotyka się tylko ze mną - odcięta 

się  natychmiast.  -  Wybacz,  że  użyłam  cię  jako  parawanu. 

Chciałam uniknąć skandalu. Letycja dala się nabrać. 

 - Jest twoj

ą przyjaciółką - wtrącił z pogardą. - Jak możesz 

ją tak oszukiwać? 

 -  Zakocha

łam  się,  Rozzano.  Tylko  tyle  mam  na  swoje 

usprawiedliwienie  - 

jęknęła bezradnie. - Czy wiesz, co czuje 

człowiek, kiedy nie może dotknąć ukochanej osoby? 

 - Tak - odpar

ł, zaciskając pięści. 

 -  Przepraszam za wszystko, co si

ę  zdarzyło  podczas 

twojego wesela. Ale my naprawdę się kochamy. Wyjeżdżamy 
razem do Londynu. 

 - A co z Letycj

ą? 

 -  Jej zale

ży  tylko  na  pieniądzach.  Enrico  zadbał,  żeby 

forsy jej nie za

brakło. 

background image

 - Wiesz, 

że trudno mu dochować wierności. 

 -  Tak, ale postanowi

łam  zaryzykować.  Może  z  dala  od 

domu,  od  ciebie  nareszcie  wydorośleje  i  nabierze  pewności 

siebie.  Mam  nadzieję,  że  z  czasem  odzyska  twój  szacunek. 

Życz nam szczęścia. 

Arabella odwr

óciła  się  i  ruszyła  w  stronę  bramy.  Gdy 

ucichły jej kroki na żwirowanej alejce, Sophia długo siedziała 

bez  ruchu,  rozważając  wszystko,  czego  się  dowiedziała  w 

ciągu  ostatniej  doby:  romans  Nicoletty  i  Enrica,  cierpienia 
Rozzana, którego zwiedli bliscy, intryga 

Arabelli. 

Bezpodstawnie  podejrzewała  swojego  męża  o  zdradę  i 

oszustwo. Ludzie się nie mylili: to dobry i wrażliwy człowiek. 

Cieszyła  się,  że  za  niego  wyszła.  Gdyby  wczoraj  miała  taką 

pewność...  Trzeba  go  przekonać,  że  zawinił  fatalny  zbieg 

okoliczności. Nie powinna być wobec niego taka podejrzliwa. 

Mniejsza z tym, wszystko się jeszcze ułoży. Nie wolno tracić 
nadziei. 

Us

łyszała szelest tkaniny, a potem chrzęst żwiru. Rozzano 

wsta

ł  i  poszedł  w  stronę  domu.  Sophia  wypadła  z  altanki i 

podbiegła do niego. 

 - Poczekaj! - wo

łała zapłakana. Odwrócił się natychmiast. 

 - Co si

ę stało? Coś cię boli? 

 -  Tak  -  szlocha

ła  głośno.  Stanęła  przed  nim  i  położyła 

dłoń  na  piersi.  -  Serce...  Ty  mi  je  złamałeś,  a  ja  wcale  nie 
jestem lepsza. 

 - My

ślałem, że się skaleczyłaś - mruknął. - Nie rób scen. 

Jestem przygnębiony, więc zostaw mnie w spokoju. 

By

ła zdyszana i roztrzęsiona, ale próbowała się opanować 

i wyjaśnić mu, w czym rzecz. 

 -  Pos

łuchaj,  Rozz...  -  zaczęła,  ale  przerwał  jej  w  pół 

s

łowa. 

 -  Przesta

ń  mnie  dręczyć!  Mam  ciebie  dość!  -  burknął 

opryskliwie i wielkimi krokami szedł w stronę willi. 

background image

 - Przecie

ż mnie pragniesz! - wołała, biegnąc za nim. Bez 

słowa pokręcił głową, ale twarz mu się skurczyła. 

 -  Jeste

ś  mi  potrzebny  -  szepnęła  bezradnie.  Zwolnił,  ale 

nadal  maszerował  z  pochyloną  głową.  Chyba  jednak  coś  do 

niego  dotarło.  Podbiegła  i  położyła  mu  dłoń  na  ramieniu. 

Strzasnął ją bez słowa, więc pogłaskała go po plecach. 

 - O co ci chodzi? - j

ęknął niczym ranne zwierzę. Stanęła z 

nim twarzą w twarz i zajrzała w jego ciemne oczy. Wiedziała, 

jak go przekonać, więc powoli rozpięła mu koszulę. Stał bez 

ruchu, gdy torturowała go łagodną pieszczotą. 

 - Kochaj si

ę ze mną - poprosiła cichutko. 

 - W ogrodzie? 
 -  Nie, w naszej sypialni.  -  U

śmiechnęła  się  i  dodała:  - 

Byłam w altanie, gdy rozmawiałeś z Arabellą. Popełniłeś błąd, 

bo  mi  nie  ufałeś,  a  ja  nie  umiałam  oddzielić  pozorów  od 

prawdy.  Wybaczmy  sobie  tamte  pomyłki  i  zacznijmy 

wszystko od początku. 

Bez s

łowa wziął ją na ręce i poszedł w stronę domu. 

 -  Zn

ów jestem w bajce, a marzenia się spełniają. Wrócił 

mój książę, więc do pełni szczęścia brak mi tylko dzieci. 

 - Ach tak - mrukn

ął. 

 -  Chcia

łabym  mieć  ich  czworo,  więc  nie  trać  czasu. 

Znieruchomiał na moment, a potem nagle przyspieszył 

kroku, nie zwracaj

ąc  uwagi  na  ogrodnika,  spacerującą 

Ma

ddy i pokojówki sprzątające obszerną sień. 

 - Moja ksi

ężna wróciła - powiedział cicho, gdy zamknęły 

się za nimi drzwi sypialni. 

 -  Tak, m

ój  książę  -  potwierdziła  Sophia,  wybuchając 

radosnym śmiechem.