background image

Johannes von Buttlar

Hazard pana Boga

Przeznaczenie czy przypadek

‒ 1 ‒

background image

Z wyrazem podziwu

Rupertowi Sheldrake’owi i Rogerowi Penrose’owi

Książkę tę poświęcam

‒ 2 ‒

background image

Podziękowanie

Dziękuję wszystkim moim przyjaciołom, którzy zainspirowali mnie do napisania tej książki oraz

wspierali mnie w trakcie jej powstawania. Szczególne podziękowania pragnę złożyć mojemu
wydawcy,   doktorowi   Herbertowi   Fleisnerowi,   doktor   Brigitte   Sinhuber,   kierującej   wydawnic-

twem oraz mojemu lektorowi, Hermannowi Hemmingerowi. Dziękuję również krytykom mojej
książki, którzy utwierdzali mnie tylko w słuszności moich poczynań.

Johannes v. Buttlar

‒ 3 ‒

background image

Spis rzeczy

I Nic nikomu nie jest pisane
II Eksperymenty z przeznaczeniem
III Hologram Tao
IV Metamyślenie ‒ kolejny stopień ewolucji
V Po drugiej stronie chaosu
VI Podróże w czasie
VII Dreamland ‒ doniesienia z Czarnego Świata
VIII Obcy wśród nas
IX Projekt Merlin
X Kontakt z przyszłości
XI Przełom czasów
Objaśnienia niektórych terminów
Bibliografia

‒ 4 ‒

background image

I

Nic nikomu nie jest pisane

Zdarzyło się to po drodze do Akaby, w samym środku rozżarzonej słońcem pustyni Nefud.

Gdy karawana uzbrojonych Beduinów dotarła do pierwszej oazy położonej na tej rozpalonej,

bezkresnej,   kamienistej  pustyni,  zauważono,  że   brakuje   jednego   mężczyzny.   Musiał  zasnąć
podczas jazdy nocą i zsunąć się z wielbłąda. Pozostawiony sam, bez zwierzęcia ‒ pośrodku

odwiecznej  pustki   ‒   wystawiony   był  na  działanie   bezlitosnych   promieni   słońca,   opuszczony
przez braci z plemienia, złożony w ofierze śmierci. Z takim zrządzeniem losu nie chciał się

pogodzić młody Anglik dowodzący armią Beduinów. Ta armia miała później odegrać istotną rolę
w   „powstaniu   arabskim”   ‒   rewolcie   Beduinów   Hedschas   (zachodniego   pobrzeża   Półwyspu

Arabskiego) przeciwko władzy tureckiej. Powstanie miało na celu osłabienie Turcji w pierwszej
wojnie światowej poprzez działania na drugim froncie.

‒ Zawracamy, aby go poszukać ‒ rozkazał angielski dowódca.
‒ Po co? Żebyśmy zginęli razem z Gassimem? Do południa będzie już martwy ‒ powiedział

szeryf Ali, jego arabski przyjaciel. ‒ Na Boga, nie możemy zawrócić!

‒ Ja mogę ‒ odrzekł stanowczo Brytyjczyk.

‒ Jeśli zawrócisz, zginiesz. A Gassima właśnie zabiłeś ‒ zaklinał go Ali.
‒  Nadszedł jego czas, „Aurence” ‒ rzekł jeden  z jego kompanów ‒  tak jak było  mu to

pisane.

Nic nie jest nikomu pisane ‒ powiedział zwinny, niewysoki Anglik w brytyjskim mun-

durze wojskowym i arabskiej chuście, który miał przejść do historii jako „Lawrence z Arabii”.
Popędził batem swojego wielbłąda i pogalopował w ziejącą żarem pustynię.

Zawracaj, bluźnierco ‒ krzyknął za nim Ali. – Nigdy nie dotrzesz do Akaby!

Jednak Lawrence roześmiał się tylko głośno: „Dojadę. Jest mi to pisane. Tutaj, w środku!”

Mówiąc to, wskazał na swoje czoło. Kiedy słońce znajdowało się w zenicie, odnalazł Gassima:
mały,   czarny  punkt   na   bezkresnej   pustyni,   ledwie  żywy  z   wycieńczenia   bezlitosnym   żarem

bijącym z nieba.

Kiedy Lawrence powrócił wraz z Gassimem z płomienistej pustyni, okrzykom radości nie

było końca.

Prawdę mówiłeś, Angliku, nic nie jest ci pisane! ‒ chwalono go.

Jest to scena z filmowego arcydzieła Davida Leona pt. „Lawrence z Arabii”, powstałego na

podstawie listów, opowiadań i równie mistrzowsko napisanej autobiografii Thomasa Edwarda

Lawrence'a (1888-1935) pod tytułem „Siedem filarów mądrości”. Pozwala ona na konfrontację
z jednym z najważniejszych pytań nurtujących ludzkość: czy istnieje jakaś przepowiednia losu,

czy też może wszystko odbywa się na zasadzie przypadku? Czy człowiek skazany jest na wolę
Boga lub innej wszechmocnej siły, czy sam kształtuje własną rzeczywistość?

Jest to fundamentalne pytanie wszystkich wielkich doktryn filozoficznych, wszystkich religii

świata.   Muzułmanie   wierzą   w   „kismet”,   oznaczający   przepowiadanie   losów   wszystkich   ludzi

przez Allaha.

„Żadne nieszczęście nie dosięgnie ziemi ani też was samych, bez tego, żeby ono nie było

zapisane w księdze, zanim My je sprowadzimy. Zaprawdę, to jest dla Boga łatwe!”

*

 Tak brzmi

22 werset 57 sury Koranu, na który powoływali się kompani Lawrence'a. Lecz czy rzeczywiście

„wszystko zostało zapisane”? A może Lawrence miał rację, przeciwstawiając się determiniz-
mowi islamu?

Zdarzenie na pustyni miało swój epilog, z którym po namyśle pogodził się również Law-

rence. W kilka dni po tym, jak uratował on Gassima od śmierci na rozpalonej słońcem pustyni,

tenże wplątany został w pewien zatarg. Zamordował członka szczepu Howeitat, a to oznaczało
wyrok śmierci. Jednak któż miał go wykonać? Nikt ze szczepu Herrithów, do którego należał

Gassim, nie chciał zabić swojego brata. Jednak jego śmierć z ręki kogoś z Howeitat oznacza-

* Cyt. wg: Koran, z arabskiego przełożył i komentarzem opatrzył Józef Bielawski, Warszawa 1986, s. 652.

‒ 5 ‒

background image

łaby nieuchronny początek wojny pomiędzy  tymi szczepami, rzeź obydwu plemion i koniec
„arabskiego   powstania”.   Sytuacja   ta   zmusiła   więc   Lawrence'a   do   wyboru   salomonowego

rozwiązania: sam wykonał wyrok, zabijając Gassima, któremu tak niedawno uratował życie.
Jego arabski przyjaciel szeryf Ali skwitował to lakonicznie: „Powinieneś pozostawić go pustyni.

Tak było mu bowiem pisane”.

„Pan Bóg nie gra w kości” ‒ powiedział Albert Einstein w przekonaniu, że istnieje pewien

określony plan czy też strategia kierująca ewolucją stworzenia. Czy losami kosmosu steruje
duch i logika, ciąg przyczynowo-skutkowy? Czy ścieżka naszego żywota jest z góry określona,

a   przyszłe   zdarzenia   zostały   naniesione   niczym   miejscowości   na   mapę,   przez   co   mamy
przynajmniej swobodę w wyborze dróg do nich wiodących?

W wielu kulturach nie akceptuje się pojęcia wolnej woli, twierdząc, że losy ludzi zależą od

określonych praw i rządzących nimi sil, na które wola człowieka nie ma najmniejszego wpływu.

Uważa się raczej, że ludzkim losem kierują siły nadprzyrodzone, nawiedzające poszczególne
osoby   w   plątaninie   wszelkich   niejasnych   sytuacji   życiowych   bądź   zupełnie   przypadkiem.   W

Grecji za czasów Homera ustalaniem udziału jednostki w decydowaniu o własnym losie zajmo-
wały się Mojry, prządki nici przeznaczenia. Czy można było zgłębić ich zamiary, a tym samym

wpłynąć na los?

W dawnych cywilizacjach, zwłaszcza zaś w czasach antycznych, kapłani i wróżbici stosowali

najdziwaczniejsze   metody   przepowiadania   przyszłości.   Swoich   spostrzeżeń   dokonywali   na
podstawie   położenia   organów   wewnętrznych   zwierząt   ofiarnych.   Przyszłość   przepowiadano

również  m.  in.  z   ognia,  dymu   i  połysku  kamieni   szlachetnych,   przede  wszystkim  jednak  z
układu gwiazd i na podstawie niektórych zjawisk na niebie.

Pominąwszy fakt, iż trzewia zwierząt ofiarnych służące przepowiadaniu przyszłości musiały

ustąpić miejsca komputerowi, z pomocą którego sporządza się obecnie horoskopy dla klienteli

licznych astrologów, to w rzeczywistości niewiele się zmieniło. Również dzisiaj, w czasach tak
znacznych przemian, istnieje pomyślna koniunktura dla jasnowidzów i wróżbitów.

Wielu ludzi nauki, szczególnie zaś wielu fizyków i matematyków, ma trudności z określeniem

właściwego stanowiska wobec fenomenu „przepowiadania przyszłości”, wróżbiarstwa i astrolo-

gicznych horoskopów. Przewidywanie wydarzeń i możliwość prekognicji wiążą się z pojmowa-
niem czasu. Bo jakże inaczej należy rozumieć takie pojęcia jak determinizm, warunkowość czy

siła woli?  Od  dawien  dawna filozofowie  łamali  sobie  nad  tym  głowy. Wiadomo,  iż  w fizyce
przyczynowość (tzn. natychmiastowe pojawianie się zdarzeń na skutek wcześniej zaistniałej

przyczyny) daje się zaobserwować zarówno w życiu, jak i w laboratorium, niekoniecznie jednak
musi stanowić prawo obowiązujące we wszechświecie”, twierdzą Russell Tard i Harold Puthoff

Badacze   ci   doszli   do   wniosku,   iż   „nieodwracalny”   czas   ‒   nieustannie   płynące   wody   potoku
zdarzeń ‒ zdaje się podążać w jednym tylko kierunku, od przeszłości ku przyszłości, a nie na

odwrót,   i   stanowi   raczej   ,fakt”   niż   „prawidło”.   Wyniki   badań   w  dziedzinie   fizyki   kwantowej
zmuszają do spojrzenia z dystansu na liniowy charakter zdarzeń. Dały one początek zdumiewa-

jącej   wizji   alternatywnej   rzeczywistości,   przypominającej   kosmiczny   hologram.   Nie   koniec
jednak na tym: najświeższe zdarzenia dowodzą, że natura ciągle przekracza „prawa”, jakie dla

niej wypracowaliśmy, a rzeczywistość jest dużo bardziej „chaotyczna” i nie sposób jej prze-
widzieć. Czyżby więc Pan Bóg naprawdę grał w kości?

Książka ta jest bezlitosną krytyką pojmowania świata wyłącznie w kategoriach materialis-

tycznych. Ma ona ukazać, jak dalece myślenie przyrodoznawców uzależnione jest od dogmatów

i jak bardzo aksjomaty zostają zmienione, gdy nie odpowiadają uformowanemu, fizycznemu
schematowi myślenia, którego ideologicznym przejawem jest dążenie do wyłączności. Granice

schematu myślowego stworzone przez naukę są wówczas często przekraczane nawet przez
samych naukowców. Obecnie postępowi neurolodzy i fizjolodzy ponownie zastanawiają się nad

istnieniem niematerialnej duszy, której nie sposób określić za pomocą jakichkolwiek chemicz-
nych i fizycznych procesów, i tworzą całe teorie dotyczące mózgu. Również czołówka amery-

kańskich   techników   prowadzi   już   eksperymenty   z   napędami   obiektów   latających,   znacznie
bardziej przypominających tajemnicze UFO aniżeli tradycyjne samoloty. Ci naukowcy, którzy

zdołali oderwać się od swoich podręczników naszpikowanych fachową wiedzą, wkrótce odkryją
przed nami nowe horyzonty poznania. Ich teorie postawią nie tylko cały świat nauki na głowie,

ale wywołają również trwałe zmiany w świadomości szerokich mas. Pomimo ogólnego postępu
naukowa myśl przyrodnicza zabrnęła bowiem w ślepy zaułek, z którego nigdy się nie wydos-

tanie, jeśli nie zrzuci z siebie dobrowolnego jarzma dogmatów i nie zacznie obejmować całości
zagadnień.

„Metamyślenie” jest magicznym słowem prowadzącym do tego wyzwolenia. Trzeba jednak

spełnić pewien warunek: należy odrzucić reprezentowany do tej pory przez zachodnią naukę, z

biegiem czasu niemal powszechnie głoszony postulat uznania rozumu za jedyne rzetelne źródło

‒ 6 ‒

background image

poznania, trzeba też zaakceptować możliwość intuicyjnego postrzegania świata przez człowie-
ka.

„Ostry wiatr smagał moją twarz i przeszywał mnie do szpiku kości. Mimo iż ubrany byłem w

marynarską kurtkę i czapkę narciarską, nie mogłem powstrzymać dreszczy, kiedy wspiąłem się

na niewielkie wzniesienie, z którego rozciąga się widok na bezludny, pustynny krajobraz. Co ja
tu właściwie robię? ‒ pytałem sam siebie. Dziś są moje urodziny, więc to musi być lipiec. Po

chwili zastanowienia zrozumiałem wszystko. Tak, dziś był dzień moich urodzin. I był lipiec. Ale
lipiec   1998   roku,   a   świat   przedstawiał   obraz   zamętu   ‒   w   «dniu,   w   którym   rozstąpiła   się

ziemia»”. Tak opisuje doktor Chet B. Snow swoją podróż w przyszłość.

Czyżby była to scena z powieści science fiction, niczym z „Wehikułu czasu” H. G. Wellsa?

Bynajmniej. Jest to raczej sprawozdanie z sensacyjnego eksperymentu przeprowadzonego w
1983 roku przez amerykańską psycholog doktor Helen Wambach oraz jej kolegę doktora Cheta

B. Snowa, urzędnika służb cywilnych amerykańskich sił powietrznych. Chodziło tu o udowod-
nienie,   że   podróże   w  czasie   są   możliwe.   Eksperyment   się   powiódł.   Nie   tylko   w   przypadku

doktora Snowa, ale również podczas prób z setkami innych osób.

Oprócz doktor Wambach wziął w nich udział również profesor Leon Sprinkle z Uniwersytetu

Wyoming. W czasie trwania eksperymentów ich uczestnikom udało się przezwyciężyć czas i
przestrzeń jedynie siłą ducha, bez udziału jakiejkolwiek maszyny. Metoda ta, nazwana przez

doktor Wambach „progresją”, stanowi krok naprzód w rozwoju tzw. terapii reinkarnacyjnej.
Podobnie jak wielu innych psychologów również i amerykańska psycholog wyrażała przeko-

nanie, iż przyczyna większości fizycznych i psychicznych cierpień człowieka tkwi we wcześ-
niejszych jego istnieniach ‒ inkarnacjach. Tak jak freudowska psychologia klasyczna twierdzi,

iż podłożem problemów natury psychicznej są przeżycia z dzieciństwa, i skutecznej metody
leczenia upatruje w uświadomieniu ich istnienia ‒ tak terapia reinkarnacyjna powinna napro-

wadzać na bolesne doświadczenia z poprzedniego życia. Już Freud zalecał stosowanie hipnozy
w celu odkrycia zatartych w świadomości przeżyć z dzieciństwa.

W latach 1902-1910 francuski oficer i badacz, baron Albert de Rochas d'Aiglun, przepro-

wadzał   eksperymenty   hipnotyczne,   dzięki   którym   zamierzał   ustalić   początek   ludzkiej

świadomości. Jednak wówczas zdawało się, że początek taki nie istnieje. De Rochas „cofał”
swoich   klientów   do   najwcześniejszej   fazy   dzieciństwa   i   stadium   embrionalnego.   Jako   małe

dzieci,   w   transie   hipnotycznym,   wydawali   dziecinne   odgłosy;   znalazłszy   się   w   łonie   swych
matek, przybierali pozycje embrionalne. Ponadto swoje odczucia uznali oni ‒ w pewnym sensie

jako  obserwatorzy ‒ za prawdziwe. W swoim eksperymencie badacz osiągał zawsze punkt,
kiedy jego klienci zaczynali relacjonować wypadki z wcześniejszego życia, znajdując się jednak

w ciele innej osoby i przedstawiając często zaskakujące fakty historyczne.

Swój najsłynniejszy przypadek ‒ przeżycia 16-letniej panny Mayo  ‒ de  Rochas opisał w

książce pt. „Kolejne istnienia”. Mayo, zwyczajna dziewczyna pozbawiona najmniejszych skłon-
ności okultystycznych, opowiadała w stanie hipnozy, że w swoim poprzednim życiu nazywała

się Lina i była córką rybaka z Bretanii. Gdy ukończyła 25 lat, wyszła za mąż. Jedno z jej dzieci
zmarło   w   wieku   dwóch   lat,   a   jej   mąż   utonął   podczas   katastrofy   statku.   W   rozpaczy   Lina

popełniła samobójstwo, rzucając się ze skały do morza. Podczas opisywania tej sceny panna
Mayo   wyrzucała   z   siebie   słowa   z   niesłychaną   ekspresją,   na   jej   twarzy   rysował   się   obraz

przeżywanego właśnie ogromnego strachu; zachowywała się tak, jak gdyby tonęła naprawdę,
wydając jednocześnie niezrozumiałe okrzyki. Aby zaoszczędzić jej tych bolesnych przeżyć, de

Rochas  zasugerował jej  w  hipnozie   przeskok  w  przyszłość;  niejako   polecił jej,  by  stała  się
starsza o kilka minut. Powiedziała wtedy, że utonięcie to okropna śmierć. Nie czuła jednak

żadnego bólu, gdy ryby zjadały jej ciało. Opowiadała o tym już bardziej z pozycji widza. W
końcu przekroczyła bramy „szarości”, gdzie bezskutecznie szukała swojego męża.

Następnie Mayo sugerowała, że w swoim przedostatnim wcieleniu była mężczyzną: urzędni-

kiem, którego życie ‒ za panowania Ludwika XVIII ‒ ograniczało się wyłącznie do przyjem-

ności.   Brał   on   także   udział   w   morderstwach.   Według   występującego   w   religiach   Wschodu
pojęcia   karmy   każde   kolejne   istnienie   człowieka   i   bolesne   doświadczenia,   jakich   w   nim

doznaje, stanowią niejako pokutę za popełniane wcześniej grzechy.

De Rochas zdołał doprowadzić niektóre z badanych osób aż do dziesiątego wcielenia wstecz.

Kiedy powtarzał próbę, wprowadzając kogoś po raz kolejny do tego samego życia, obydwie
relacje całkowicie się zgadzały. Jednak eksperymenty Alberta de Rochasa pozostały nie zauwa-

żone, podobnie jak badania prowadzone w tym samym czasie przez Brytyjczyka sir Alexandra
Cannona, który osiągnął identyczne wyniki, używając metody zwanej age regressions. Dopiero

gdy amerykański biznesmen i hipnotyzer z zamiłowania, Morey Bernstein, podjął się próby
powtórnego   przeprowadzenia   eksperymentów   de   Rochasa   i   Cannona   i   opublikował   swój

„Protokół z ponownych narodzin: Przypadek Bridey Murphy” ‒ zwrócono uwagę na technikę

‒ 7 ‒

background image

regresji hipnotycznej. Książka Bernsteina, opisująca relację jego znajomej, Virginii Tighe, która
żyła w XIX w. w Irlandii jako Bridey Murphy, stała się bestsellerem. Jako uznany już psychiatra

Bernstein rozpoczął badania nad możliwościami regresji.

Do pionierów w tej dziedzinie należała doktor Helen Wambach. Aby odeprzeć wysuwany

przez przeciwników metody regresji zarzut podsuwania własnych sugestii osobie hipnotyzo-
wanej ‒ wprowadzała ona w trans hipnotyczny małe grupy, które przenosiły się w określone

epoki.   Według   ściśle   ustalonego   planu   osoby   te   musiały   odpowiedzieć   na   wiele   pytań
dotyczących między innymi ich płci, wykonywanego zawodu, ubioru, a nawet zastawy stołowej,

jakiej używali. Podczas trwających dwadzieścia lat prac badawczych aż do swej śmierci w roku
1985 doktor Wambach zahipnotyzowała tysiące osób i zebrała wiele interesujących danych.

Reinkarnację krytykuje się niesłusznie, twierdząc, iż osoby, których ona dotyczy, relacjonują

zdarzenia ze swojego wcześniejszego życia wyłącznie jako powszechnie znane postacie histo-

ryczne.   Nie   sposób   zaprzeczyć,   że   w   pewnych   kręgach   powiela   się   opinię,   jakoby   byli   oni
jedynie faraonami czy arcykapłanami. Również na niektórych kongresach Maryje, Kleopatry i

Hatszepsuty, Jezusi i Cezarowie przeważają liczebnie nad egipskimi fellachami czy francuskimi
rzemieślnikami.

Osoby   badane   przez   doktor   Wambach   stanowiły   jednak   wyjątek.   Ponad   dziewięćdziesiąt

procent   z   nich   przypominało   sobie,   że   żyli   wcześniej   jako   chłopi,   robotnicy   lub   żebracy.

Niespełna   dziesięć   procent   wiodło   życie   arystokratów.   Żadna   z   tych   osób   nie   była   jednak
postacią   historyczną,   choć   znały   całe   mnóstwo   niezmiernie   interesujących   szczegółów   z

przeszłości. Gdy doktor Wambach pytała kogoś z zahipnotyzowanych na przykład o poprzednie
życie w XVIII w., osoba ta opowiadała wówczas, że w czasie kolacji posługuje się trójzębnym

widelcem; skądinąd wiadomo, że widelce wytwarzane po 1790 roku miały z reguły cztery zęby.
Obserwacja ta odpowiada więc dokładnie rzeczywistym zmianom kształtu tego narzędzia w

ciągu wieków. Z równie wielką dokładnością opisywano odzież, obuwie i ówczesne potrawy.

Prób regresji hipnotycznej nie należy jednak akceptować zupełnie bezkrytycznie. Głównym

elementem hipnozy jako odmiennego stanu świadomości jest bowiem poddanie własnej woli
innej osobie ‒ hipnotyzerowi. Jego sugestia postrzegana jako halucynacja zostaje zinterpreto-

wana   w   określony   sposób.   Jeżeli   hipnotyzer   zamierza   dowiedzieć   się   czegoś   na   temat
poprzedniego wcielenia osoby hipnotyzowanej, życzenie to nie pozostanie bez wpływu na jej

relację.   Fantazja   nie   zna   tu   granic.   Symboliczne   bądź   bezpośrednie   zgodności   zachodzące
pomiędzy   zdarzeniami   z   poprzednich   istnień   a   obecnymi   problemami   natury   cielesnej   czy

psychicznej   ‒   znajdują   wewnętrzne,   subiektywne   uzasadnienie.   Przy   czym   dla   osoby   z
zewnątrz   będzie   problemem   udowodnienie,   że   osoba   poddawana   hipnozie   nie   dokonuje

projekcji   tkwiących   w   jej   podświadomości   zdarzeń   z   obecnego   życia   i   że   rzeczywiście
przedstawia informacje i wspomnienia z istnień wcześniejszych.

Sądzę,   iż   nasz   duch,   nawet   jeśli   posługuje   się   swoimi   paranormalnymi   zdolnościami,

ujawniającymi   się   niewątpliwie   podczas   hipnozy   ‒   „wyszukuje”   sobie   osobę,   która   stanowi

jakby symboliczne odzwierciedlenie jego własnej sytuacji i osobowości. Tę psychologizującą
tezę   wysuwam   nie   dlatego,   abym   odrzucał   wiarę   w   reinkarnację,   ale   dlatego   że   zwrot

cywilizacji zachodniej w stronę tego zjawiska wydaje mi się wątpliwy. Moje stanowisko wobec
reinkarnacji nie jest jednoznaczne, choćby dlatego że zagadnienie ciągłości ‒ tzn. co właściwie

podlega reinkarnacji i dlaczego ‒ jest dla mnie wciąż niejasne.

W ujęciu Zachodu zjawisko reinkarnacji pozwoliło znaleźć usprawiedliwienie dla duchowego,

cielesnego   i   społecznego   zła   we   współczesnym   świecie   ‒   jego   przyczyn   upatruje   się   w
poprzednich istnieniach; poza tym reinkarnacja stanowi alibi dla uchybień w rozwiązywaniu

istotnych kwestii współczesności ‒ sprostanie im zostaje „przeniesione” na kolejne istnienie.
Reinkarnacja jest również alibi dla obezwładniającego strachu przed śmiercią i jej nieuchron-

nością. Udowodnienie możliwości reinkarnacji jest równoznaczne ze zwycięstwem nad śmiercią
i to w najlepszy z możliwych sposobów: oznacza ona bowiem ciągłe odradzanie się na Ziemi.

Ostatecznie dla wielu ludzi sama wiara w ponowną egzystencję po śmierci jest do zniesienia

dopiero wówczas, gdy zaakceptują oni pospolicie spirytystyczną formę życia w podobnym do

ziemskiego wcieleniu ‒ pozbawionym cierpień towarzyszących ziemskiej egzystencji. Obawa
przed „całkowicie innym”, która tkwić może w takim pojmowaniu zagadnienia, łagodzona jest

dzięki wierze w ponowne odrodzenie; „inność” tę już poznaliśmy, jest nią życie na Ziemi ‒
stwierdza doktor Elmar R. Gruber w swojej książce Psi Phonomene („Fenomeny psychiki”).

Wobec tego nie można jednak nie wspomnieć, iż sprawozdania reinkarnacyjne różnych osób

poddawanych zabiegowi regresji hipnotycznej są przez naukowców szczegółowo analizowane.

W   wielu   wypadkach   informacje   dotyczące   m.in.   miejsca   zamieszkania,   warunków   życia   i
nazwisk członków rodziny osoby badanej dają się zweryfikować. Dochodzi wówczas często do

ujawnienia szczegółów, o których osoba ta w normalnych warunkach nie mogłaby wiedzieć.

‒ 8 ‒

background image

Dowodów   na   istnienie   życia   po   śmierci   dostarczają   nie   tylko   regresje   hipnotyczne,   ale

również na przykład zjawisko komunikacji osób wykazujących zdolności medialne. I tutaj rodzi

się pytanie, czy wybitni badacze, którzy w swoim życiu zajmowali się fenomenem reinkarnacji,
mogliby po śmierci przekazywać żyjącym informacje z „zaświatów”.

Kilku takich naukowców min. Edmund Gurney, Henry Sidwick i Frederic Myers zmarło  w

latach 1888-1901. Zaledwie w kilka tygodni po śmierci Myersa docent w zakładzie literatury

klasycznej   Uniwersytetu   Cambridge,   pani   Verall,   zaczęła   nagle   automatycznie   sporządzać
notatki. Ponieważ zarówno ona, jak i jej mąż jeszcze za życia Myersa podzielali jego entuzjazm

dla badań nad zjawiskami paranormalnymi, czuli się teraz zobowiązani do ustalenia, czy chce
on nawiązać z nimi kontakt po śmierci. Dopiero po uporczywych, trwających trzy miesiące

staraniach zrozumieli, iż kontakt ów objawił się właśnie w formie automatycznie czynionych
zapisków. Trochę bezładne i tajemniczo sformułowane, przeważnie w języku greckim lub po

łacinie, notatki te opatrzone były u dołu podpisem „Myers”.

Po   upływie   kilku   miesięcy   zdarzyło   się   coś   dziwnego:   w   czasie   transu   Amerykanka   o

nazwisku   Pipers   zaczęła   objaśniać   zapiski   poczynione   przez   panią   Verall;   jej   komentarze
pochodziły prawdopodobnie także od Myersa. Ale na tym nie koniec. Rok później również córka

Verall   zaczęła   mechanicznie   sporządzać   notatki.   Już   wkrótce   okazało   się,   że   tematem   nie
różniły się one od notatek jej matki i pani Pipers, pomimo iż nie oglądała ich nigdy wcześniej.

Był   to   już   dostateczny   powód,   by   rękopisy   te   przesłać   do   analizy   w   Society   for   Psychical
Research.   Ponadto   pojawiła   się   niejaka   pani   Fleming   ‒   żyjąca   w   Indiach   siostra   Rudyarda

Kiplinga. W 1903 roku przeczytała książkę Myersa pt.  Human Personality and lts Survival of
Bodily Death
  („Osobowość człowieka i jej przetrwanie śmierci ciała”). Praca ta wzbudziła jej

zainteresowanie automatycznym pisaniem, sama również zaczęła sporządzać notatki sygnowa-
ne podpisem „Myers”. W jednej z pierwszych otrzymała polecenie przesłania tekstu pod adres:

„Pani   Verall,   5   Selwyn   Gardens,   Cambridge”.   Nazwisko   to   wprawdzie   nie   było   jej   obce,
osobiście jednak nigdy nie zetknęła się z panią Verall, nie znała też jej adresu.

Pełna sceptycyzmu pani Fleming nawet nie myślała stosować się do tej wskazówki, pomimo

iż  adres okazał się  prawdziwy. Zamiast tego  przesłała rękopisy i wiele  innych zapisków  do

Society for Psychical Research, stanowiącego centrum badań tego typu informacji. Tam jednak
odłożono je bardzo głęboko do akt. Nie dokonano więc analizy porównawczej protokołów spo-

rządzonych przez panie Verall i Pipers.

Przypadek zrządził, że po upływie dwóch lat odkryto ich podobieństwo. Wyglądało to tak, jak

gdyby Myers, Gurney i Sidwick poprzez te zapiski chcieli zasygnalizować swe nieprzerwane
istnienie i udowodnić swoją tożsamość! Za życia ci trzej uczeni doskonale zdawali sobie spra-

wę, iż niesłychanie trudno będzie udowodnić własną tożsamość, przesyłając „sygnały z zaświa-
tów”. Niechybnie musiała ona ulec zniekształceniom pod wpływem podświadomych pragnień,

myśli i emocji osoby będącej medium.

Eksperci z Society for Psychical Research potwierdzali autentyczność zapisywanych w ten

sposób   wypowiedzi.   Z   całą   pewnością   pochodziły   one   bowiem   od   osób   o   „tradycyjnym”
wykształceniu,   które   ‒   w   przeciwieństwie   do   osób   o   zdolnościach   medialnych   ‒   nie   miały

(oprócz   pani   Verall)   żadnego   pojęcia   o   parapsychologii.   Zdaniem   ekspertów   z   Society   for
Psychical Research zapiski te zawierały również szczegóły dotyczące autorów i prawdopodobnie

dane z ich wcześniejszego życia.

W efekcie w sprawę tę wciągnięto wiele osób machinalnie sporządzających zapiski. Utrwala-

ły one cytaty z literatury, fragmenty nawiązujące do mitologii greckiej oraz anagramy, związa-
ne przypuszczalnie z innymi rękopisami. Same w sobie przekazy wydawały się pozbawione

większego sensu, gdyż stanowiły mozaikę luźnych skojarzeń. Ich teksty miały jednak ukryte
znaczenie.

Oto   słowa   zapisane   przez  panią  Verall,  opatrzone  podpisem  „Myers”:  „Proszę   zanotować

poszczególne fragmenty; po złożeniu ich, powstanie całość... Chcę się z wami podzielić przesła-

niem; nikt osobno nie zrozumie jego sensu, jednak razem jego części dadzą właściwy rezultat”.

W   przeciągu   ponad   trzech   dziesięcioleci   powstało   przeszło   trzy   tysiące   dokumentów   w

formie sporządzonych automatycznie notatek. Od roku 1932 „komunikaty” te zaczęły z wolna
zanikać.

Powróćmy jednak do osoby doktora Snowa. Gdy w roku 1983 spotkał się po raz pierwszy z

doktor Wambach w kalifornijskim Berkeley, cierpiał na chroniczne bóle kręgosłupa i uporczywą

blokadę umiejętności pisania. Konwencjonalne metody leczenia nie dawały żadnych rezultatów.
W końcu koledzy opowiedzieli mu o terapii reinkarnacyjnej doktor Wambach. Po kilku seansach

udało się jej wyleczyć Snowa z jego dolegliwości. Pewnego dnia Wambach opowiedziała mu o
swoich badaniach: o metodzie, którą posługiwała się nie  tylko w regresji hipnotycznej, ale

‒ 9 ‒

background image

również ‒ podczas wprowadzania pacjentów w ich przyszłe wcielenia. Przyznała również, iż
doktor Snow jest według niej osobą w pełni nadającą się do eksperymentu.

Doktor   Wambach   miała   wówczas   trzyletnie   doświadczenie   w   stosowaniu   metody   zwanej

progresją (polega ona na wejściu w przyszłość podczas transu hipnotycznego). Prace nad tą

metodą zapoczątkowała w 1980 roku wraz z psychologiem profesorem Leo Sprinklem. Oboje
zorganizowali wiele „przyszłościowych” warsztatów. Podczas spotkań uczestnicy byli „mental-

nie” przenoszeni w przyszłość ‒ najczęściej w potencjalne przyszłe istnienie w XXII i XXV wie-
ku. Zafascynowany progresją swojej osoby doktor Snow wyraził zainteresowanie współpracą

nad projektem doktor Wambach. Został przez nią odpowiednio przeszkolony, a jego główne
zadanie polegało na protokołowaniu posiedzeń. Tymczasem doktor Snow zrezygnował z do-

tychczasowej pracy w lotnictwie, rozpoczął studia psychologiczne, zdobył uprawnienia hipno-
terapeuty  i  otworzył prywatną  praktykę   terapii   regresyjnej.  Na  jakiś  czas  osiadł  w Paryżu,

gdzie   zajmował   się   ponadkulturowym   badaniem   minionych   istnień.   Ów   czas   spędzony   w
Europie   przewidział   zresztą   podczas   własnej   progresji   w   przyszłość.   W   sierpniu   1985   roku

dotarła   do   niego   wiadomość   o   śmierci   doktor   Wambach.   Oznaczało   to   prawdziwy   koniec
„Projektu Przyszłość”.

Dopiero po upływie trzech lat doktor Snow zdecydował się na kontynuowanie „podróży w

czasie”. Na jego decyzję duży wpływ miało to, iż wiele osób biorących udział w eksperymencie

zdawało się coraz wyraźniej uzależnionych od przewidywanych wydarzeń. Fala trzęsień ziemi i
zmiany klimatyczne wskazywały na globalny przełom. W Stanach Zjednoczonych zarysował się

wyraźny początek recesji, oprócz tego w niektórych rejonach kraju panowała susza. Również w
Afryce   susza   spowodowała   miliony   ofiar,   a   AIDS,   nowa   epidemia,   rozprzestrzeniła   się   w

zastraszających rozmiarach. Epidemie, katastrofy klimatyczne i kryzysy gospodarcze należały
jednak do tego rodzaju zjawisk, których pojawienie się pacjenci doktor Wambach „przewidzieli”

dla przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uczyniło to „Projekt Przyszłość” szcze-
gólnie ważnym.

Podczas serii warsztatów doktor Snow wraz z profesorem Sprinklem, wykorzystując techniki

hipnozy, „przenieśli” w przyszłość ponad dwa i pół tysiąca osób. W swojej fascynującej książce

pt.   „Wizje   ludzkiej   przyszłości”,   Snow   określił   prowadzone   przez   siebie   studia   jako   „rodzaj
badania wyrażanej podświadomie opinii publicznej”. Zaobserwował on ponadto, iż wypowiedzi

badanych osób pokrywają się dokładnie z „przepowiedniami zawartymi w starych, tajemnych
przekazach dawnych kultur, zgodnie z którymi ludzkość doświadczyć ma wielkich przemian...

Zarówno   pacjenci   doktor   Wambach,   jak   i   moi   nie   wspominali   o   wojnie   atomowej.   Jednak
Ziemia zdaje się wkraczać w okres znaczących przemian ewolucyjnych”.

Jeśli założymy, iż „Przyszłość” ‒ projekt inkarnacyjny doktora Snowa jest sensowny, powsta-

nie wówczas taki obraz naszego jutra: zaledwie 6 procent z ogólnej liczby osób „przeniesionych

w przyszłość” odnalazło swoje kolejne istnienie na ziemi w roku 2100. Wskazywałoby to na
spadek liczby ludności o 94 procent. W roku 2300 współczynnik wzrósł do 13 procent. Musiały

więc zajść w tym czasie globalne katastrofy, przed którymi ostrzegają nas ekolodzy. W każdym
razie poddane hipnozie osoby przedstawiają posępne wizje przyszłości: spalona, wyniszczona

gleba, opustoszałe pola... Ale spróbujmy zrekonstruować przyszłość chronologicznie, tak jak
przedstawia to Snow w swojej książce pt. „Wizje ludzkiej przyszłości”: w latach 1992-1997 ma

nastąpić ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, okres braku pieniędzy i upadek rynków akcyj-
nych. Na wsiach znowu pojawi się handel wymienny. Bliski Wschód ciągle będzie ogniskiem

niepokojów;   wybuchnie   piąta   wojna   arabsko-izraelska.   W   Europie   narastać   będą   problemy
polityczne; dojdzie do masowych strajków i waśni społecznych. Co więcej, pojawią się nieznane

dotąd zjawiska atmosferyczne, które spowodują katastrofy klimatyczne i znaczny wzrost pozio-
mu mórz. Według Snowa rok 1998 mieć będzie znaczenie przełomowe: po okresie licznych

trzęsień ziemi i erupcji wulkanów zachodnie obszary Stanów Zjednoczonych znikną pod woda-
mi Pacyfiku, który wedrze się w głąb lądu aż po Nevadę i Arizonę. Zniszczeniu ulegnie większa

część Japonii. Te olbrzymie katastrofy nastąpią w marcu i maju. Również w Europie wystąpią
erupcje   dużych   wulkanów.   Popiół   zaćmi   niebo;   dojdzie   do   anomalii   pogodowych   i   klęsk

żywiołowych. W końcu jednak ci wszyscy, którzy przetrwają, odbudują świat na nowo.

Zdaniem Snowa, już w roku 2100 ludzie zamieszkiwać będą stacje kosmiczne na orbicie

okołoziemskiej albo bazy na sąsiadujących z Ziemią planetach. Nawiążą też kontakt z przed-
stawicielami pozaziemskich cywilizacji.

W  górach  i  na  wybrzeżach  osiedlą  się   „nowoczesne   społeczności  ludzkie”,  zajmujące   się

prowadzeniem   ekologicznych   gospodarstw.   Ich   członkowie   będą   zwolennikami   medytacji   i

„uduchowionego stylu życia”. Oprócz tego powstaną osiedla w stylu high-tech; ich mieszkańcy
żyć będą w supernowoczesnych, przeważnie zamkniętych lub podziemnych koloniach. Pozostali

z tych, którzy przetrwają, zasiedlą biedne  wioski lub ruiny, pozostałe  po  dawnych aglome-

‒ 10 ‒

background image

racjach miejskich.

Do roku 2300 sytuacja ekologiczna na Ziemi ustabilizuje się. Od jednej z osób „przenie-

sionych”   w   te   czasy   Snow   usłyszał   o   „zregenerowanym,   zielonym,   płodnym   środowisku”.
Zamieszkujący je człowiek może dożywać czterystu lat; podróżuje po wszechświecie, poszu-

kując innych, zamieszkanych planet. Połowa członków wszystkich zorganizowanych społecz-
ności donosi o kontaktach z tzw. „wyższą energią”, nazywając ją „światłem Chrystusa”. Obok

ludzi, którzy reprezentują stan rozwiniętego uduchowienia i świadomości ekologicznej, żyją-
cych w harmonii z otaczającym ich środowiskiem zewnętrznym, istnieją również tacy, którzy

izolują   się   od   świata   zewnętrznego,   tworząc   high-tech   kolonie   w   sztucznych,   zatłoczonych
miastach na ziemi i pod jej powierzchnią.

Snow wskazuje na podobieństwa pomiędzy projekcjami osób „mentalnie przeniesionych w

przyszłość”, a proroctwami wielkich jasnowidzów, takich jak na przykład Amerykanin Edgar

Cayce, który mówił o geologicznych przemianach Ziemi na przełomie wieków. Przypomniał też
Nostradamusa, Objawienie św. Jana oraz przepowiednie Indian Hopi.

W   roku   1934   Cayce   opisał   wydarzenia   mające   nastąpić   na   przełomie   tysiącleci:   „Na

zachodzie Stanów Zjednoczonych rozstąpi się ziemia, znaczna część terytorium Japonii zatonie

w   morzu.   Zmieni   się   kształt   kontynentu   europejskiego,   a   u   wschodnich   wybrzeży   Ameryki
wyłoni się nowy ląd. Na Arktyce i Antarktydzie ląd zostanie wyniesiony w górę. Na całym świe-

cie wzrośnie częstotliwość wybuchów wulkanicznych i okresów suszy. Na skutek drastycznych
zmian klimatu dojdzie do przemieszczenia biegunów”.

Zmiany zachodzące obecnie na dnie Pacyfiku oraz erupcja Etny mogłyby oznaczać początek

zapowiadanych  zdarzeń  ‒  przerwanych  przypuszczalnie   z  powodu  nagłego   przemieszczenia,

jakie   według   przepowiedni   miało   wystąpić   na   terenach   Europy   Północnej.   Wskutek   silnych
trzęsień Ziemi i erupcji wulkanicznych zniszczeniu miałyby ulec Los Angeles, San Francisco i

duże odcinki wybrzeża Ameryki. Dolina Missisipi miałaby zostać zalana.

Już Nostradamus, wielki prorok francuski żyjący w XVI stuleciu, określił rok 1999 rokiem

trzęsień ziemi i ogólnoświatowych katastrof. Mówił on o „wielkim przemieszczeniu, co pozwala
sądzić, iż ziemia straci siłę grawitacji, stanie w miejscu i świat runie w wieczną ciemność”.

Jakob Lorber (1800-1864) ze Styrii ‒ piszące medium, nazywany przez swoich zwolenników
„sekretarzem Pana Boga” ‒ przepowiedział wydarzenia, które nastąpić mają „około 2000 ro-

ku”: „Nastaną bardzo trudne czasy dla ludzi na Ziemi. Pola przestaną dawać płody, co spowo-
duje drożyznę i głód. Wszędzie wybuchać będą wojny, a polany leśne będą coraz większe”.

Przed niebezpieczeństwem naszych czasów ostrzegają również Indianie  Hopi. Jeśli „orzeł

doleci   do   Księżyca”,   „na   niebie   będą   się   snuć   pajęczyny”,   „dynia   pełna   popiołu   zostanie

opróżniona”   i   „powstanie   wielki   dom,   który   wzbije   się   w   niebo,   zabierając   ze   sobą   ludzi   i
rzeczy” ‒ znaczyć to będzie, że „dzień oczyszczenia” jest blisko. Współcześni Indianie Hopi

uważają, iż tymi cudami są: lądowanie na Księżycu statku kosmicznego „Eagle” (Orzeł), smuga
konensacyjna samolotów odrzutowych, bomba atomowa oraz promy kosmiczne Amerykanów.

Czyżby więc apokalipsa była niedaleko?

Pojawiające się na całym globie kataklizmy ekologiczne wzbudzają przerażenie: „śnieg na

Akropolu, susza w Australii, powodzie w Teksasie” ‒ wylicza  Stern  (nr 18 z 1992 roku). „W
chaotycznym   zachowaniu   się   aury   podczas   ostatniej   zimy   naukowcy   upatrują   wstępu   do

katastrofy klimatycznej, za którą winę ponosi człowiek”.

Dziura ozonowa i efekt cieplarniany grożą zeszpeceniem „niebieskiej planety” na zawsze.

„Na powierzchni ziemi będzie coraz cieplej. Rozszerzą się obszary pustynne, stopnieją lodowce
na biegunach, wzbiorą wody w morzach, zalewając urodzajne lądy”. Notowany w ostatnich

latach wzrost liczby trzęsień ziemi, erupcje wulkanów Unzen w Japonii, Pinatubo na Filipinach
(1991) oraz Etny na wiosnę 1992 roku czynią wszystkie opisy Edgara Cayce'a i innych ‒ coraz

bardziej realnymi. Ale czy musi do tego dojść? I jak wytłumaczyć wszystkie chybione przepo-
wiednie, tak licznie obecne w historii proroctw?

„Nie powinniśmy uważać przyszłości za zjawisko ograniczone sztywnymi ramami, ustalone z

góry, lecz jedynie za prawdopodobne zdarzenie pośród wielu innych prawdopodobieństw”, sądzi

doktor Chet B. Snow.

Jest aż nazbyt zrozumiałe, że zdarzenia o dużym ładunku emocjonalnym, jak na przykład

przyszłe konflikty czy katastrofy środowiska naturalnego, łatwiej z reguły przewidzieć niż nic
nie   znaczące   wypadki   dnia   codziennego.   Angielski   matematyk   J.   W.   Dunne   udowodnił   na

podstawie cyklu szeroko dyskutowanych doświadczeń z zakresu marzeń sennych, że praktycz-
nie każdy człowiek przeżywa we śnie zdarzenia z przyszłości. Szczegółowo notując i analizując

sny testowanych osób, Dunne doszedł do wniosku, iż zdarzenia, które śnimy, są tak trywialne,
że rzadko kto potrafi przypomnieć je sobie w chwili, gdy stają się rzeczywistością. W pamięci

zapisują się zawsze jedynie drastyczne zdarzenia, takie jak trzęsienia ziemi, wybuchy wulka-

‒ 11 ‒

background image

nów czy katastrofy kolejowe, i one właśnie kojarzone są z przeżytą we śnie wizją. Sny prorocze
nie stanowiły dla Dunne'a zjawiska o charakterze okultystycznym czy ponadzmysłowym. Jako

matematyk doszedł do wniosku, że czas ma więcej aniżeli jeden wymiar, natomiast przeszłość,
teraźniejszość i przyszłość nie są niczym innym jak tylko iluzją.

Wiele   mediów   zwraca   uwagę   na   to,   że   jeśli   zdamy   się   na   przepowiednie,   ograniczeniu

ulegnie nasza możliwość wyboru, wzrośnie natomiast nieuchronność wystąpienia jakiegoś zda-

rzenia.  Jednak  do  pewnego  określonego  w czasie  punktu  ‒  punktu,  za  którym  nie  ma  już
odwrotu, istnieje wciąż możliwość wyboru. Tak więc świat składa się z prawdopodobieństw,

które możemy urzeczywistnić. To, co nazywamy rzeczywistością, jest zatem właśnie zrealizo-
wanym prawdopodobieństwem!

Ową teorię opisałem w mojej książce zatytułowanej „Planeta Adama”, nadając jej miano

„efektu Niniwy”. Gdyż pewnego razu Pan rzekł do proroka Jonasza: „Wstań, idź do Niniwy,

wielkiego   miasta   i   głoś   jej   upomnienie   (...):   Jeszcze   czterdzieści   dni,   a   Niniwa   zostanie
zburzona”. Mieszkańcy miasta uwierzyli Jonaszowi, a król nakazał im pościć i czynić pokutę:

„Niech   każdy   odwróci   się   od  swojego   złego   postępowania   i  od  nieprawości,   którą  popełnia
swoimi rękami (...). Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swego złego postępowania. I

ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej” (Jon 3, 4-
10).

Literatura parapsychologiczna dostarcza wielu przykładów na to, jak człowiek uniknął katas-

trof   za   pomocą   prekognicji.   Istnieje   nawet   dziewiętnaście   udokumentowanych   przypadków

świadczących o tym, iż ludzie przeczuwali zatonięcie „Titanica”. Niektóre z tych osób zrezy-
gnowały z rezerwacji biletów na rejs pechowym statkiem; inni zignorowali swoje przeczucia,

przypłacając to życiem. Pozostali nie byli nawet pasażerami „Titanica”.

Kiedy   amerykański   matematyk   William   Cox   badał   okoliczności,   w   jakich   dochodziło   do

wypadków kolejowych, spostrzegł, że liczba pasażerów w dniu katastrofy była mniejsza niż
liczba podróżujących tymi pociągami siedem, czternaście czy dwadzieścia jeden dni wcześniej.

Ponadto,   w   najbardziej   uszkodzonych   wagonach   znajdowała   się   zawsze   najmniejsza   liczba
pasażerów.   Prawdopodobieństwo   tego   zdarzenia   wynosiło,   zdaniem   Coxa,   1:100.   Czyżby

zatem każdy z nas miał choćby ukrytą zdolność prekognicji, a tym samym mógł przewidywać
katastrofy i zapobiegać im?

Wydaje się więc, że w każdym z nas tkwi „mały Nostradamus”. George Washington, na

przykład, dokładnie przewidział amerykańską wojnę domową. Wiedział również, że będzie ona

miała wiele wspólnego z „Czarnymi” i „niewolnictwem”. Abraham Lincoln, na kilka dni przed
zamachem na jego życie, przewidział we śnie własną śmierć. Adolf Hitler, to wcielenie  zła,

dzięki swoim „wizjom”, wiele razy zdołał uniknąć śmierci z rąk zamachowców, co jego przeciw-
nikom wydawało się wprost niesamowite.

Niewątpliwie za to, iż u niektórych osób zdolność do prekognicji zdaje się silniej rozwinięta

niż   u   innych,   bardziej   odpowiedzialna   jest   intuicja   niż   okultystyczne   moce.   „Prorokowanie

otacza   z   reguły   budząca   grozę   aura   niesamowitości,   jaka   towarzyszy   zazwyczaj   zjawisku
okultyzmu”, pisze amerykański psycholog, doktor David Loye z Uniwersytetu Princeton. „Z tego

powodu   zakłada   się   często,   że   osobowość   prekognicyjna   lub   medialna   musi   być   nieco
dziwaczna,  ekscentryczna lub nieśmiała... Naukowe  badania  zdolności  parapsychologicznych

świadczą   jednak   o   czymś   zupełnie   innym”.   Pozwalają   one   sądzić,   iż   każdy   geniusz   w   tej
dziedzinie   jest   na   ogół   „osobą   dobroduszną,   towarzyską,   ujmującą,   łagodnie   usposobioną,

pełną entuzjazmu, beztroską, rozluźnioną i opanowaną”; osoba pozbawiona tych zdolności jest
zamkniętym   w  sobie,   nieprzystępnym   introwertykiem.   Omawianym   zdolnościom   towarzyszą

zawsze ‒ bogata wyobraźnia i kreatywność. Stopień „otwartości” człowieka ma zatem, wraz z
owymi   zdolnościami,   decydujące   znaczenie   w   wykorzystywaniu   prawej,   intuicyjnej   półkuli

mózgu.

Na podstawie tzw. „metody Delfy”, stworzonej przez psychologa Olafa Delmera, oraz książki

pt.   „Typy   przepowiedni”   autorstwa   Alana   Vaughana   ‒   doktor   Loye   opracował   „Hemispheric
Consensus   Profile   Test”   (HCP),   służący   do   sprawdzania   indywidualnych   zdolności   prognos-

tycznych. Użyto go, by zbadać, która z półkul mózgu ma większe znaczenie. Zazwyczaj istniała
tylko jedna możliwa odpowiedź, otrzymywano ją zaś po zsumowaniu wszystkich punktów. Test

wyglądał następująco:

Proszę zakreślić właściwe odpowiedzi na pytania zawarte w teście:

1. Pana/Pani ulubionym przedmiotem w szkole były:

matematyka: 1 punkt
plastyka: 2 punkty

‒ 12 ‒

background image

języki: 1 punkt
zajęcia techniczne: 2 punkty

2. Analizują Państwo problemy krok po kroku, by znaleźć ich rozwiązanie: 1 punkt
Instynktownie   wyczuwają   Państwo,   że   najwłaściwsze   rozwiązania   problemów   przychodzą

nagle i nieoczekiwanie: 2 punkty

3.   W   życiu   prywatnym   lub   zawodowym   posługuje   się   Pan(i)   własną   „inwencją”   jedynie

wówczas, gdy jest ona poparta logiką?

Tak: 1 punkt

Nie: 2 punkty

4.   W   życiu   prywatnym   lub   zawodowym   skłonny(a)   jest   Pan(i)   posłużyć   się   „inwencją”

własną, jeśli ta okaże się być sprzeczna z logiką, jednak zgodna z Pana(i) intuicją?

Nie: 1 punkt

Tak: 2 punkty

5.   Czy   zdarzyło   się   kiedyś,   że   wiedział(a)   Pan(i)   o   chorobie   lub   jakimś   ciężkim   stanie

przyjaciela, bądź osoby spokrewnionej, nie będąc o tym wcześniej powiadomionym(ą)?

Nie: 1 punkt

Tak: 2 punkty

6. Jak ocenia Pan(i) swoją umiejętność poprawnego naszkicowania planu sytuacyjnego.

Całkiem dobrze: 1 punkt
Niezbyt dobrze: 2 punkty

7.   Co   jest   dla   Pana/Pani   najistotniejsze,   gdy   przystępuje   Pan(i)   do   realizacji   nowego
projektu?

Jego właściwe zaplanowanie: 1 punkt
To, że jego realizacja przyczyni się do powstania czegoś nowego: 2 punkty

8. Który ze sposobów rozwiązywania problemów zadawala Pana/Panią bardziej?

Podejmowanie dokładnie przemyślanych decyzji: 1 punkt

Poddawanie się fascynującym pomysłom: 2 punkty

9.   Czy   zdarzyło   się   już   kiedyś,   że   przewidziane   przez   Pana/Panią   zdarzenie,   zaszło   w

rzeczywistości?

Tak: 2 punkty

Nie: 1 punkt

Wykres rozkładu normalnego krzywej HCP Loye'a

‒ 13 ‒

background image

Proszę  teraz   zsumować  wszystkie  punkty.   Otrzymają  Państwo   liczbę   pomiędzy   10   a  20,

może to być np. 14. Poszczególne jej cyfry, oddzielone przecinkiem, dadzą ułamek dziesiętny:

1,4.   Proszę   posłużyć   się   teraz   sporządzonym   przez   doktora   Loye'a   wykresem   rozkładu
normalnego krzywej HCP, przez której środek przebiega linia pionowa. Z lewej strony znajdują

się wartości określające dominację lewej ‒ racjonalnej ‒ półkuli mózgu, z prawej zaś wartości
przemawiające za dominacją jego prawej – intuicyjnej ‒ półkuli.

Czy możliwe jest stworzenie korzystniejszych warunków dla zjawiska prekognicji? Już we

wczesnych latach sześćdziesiątych Karlis Osis i J. Fahler dowiedli, że zdolność przepowiadania

przyszłości przez testowane osoby zwiększała się na skutek uprzedniego zastosowania hipnozy.
W końcu lat sześćdziesiątych psycholodzy Montague Ullman i Stanley Krippner prowadzili w

Maimonides Medical Center w nowojorskim Brooklynie eksperymenty w których badali wystę-
powanie zdolności prekognicyjnych podczas snu. Testowane osoby podłączono do aparatu EEG

i budzono w momencie, gdy osiągały fazę snu REM. Skrót ten pochodzi od nazwy Rapid Eye
Movement (szybkie ruchy gałek ocznych) i oznacza fazę snu, w której marzenia senne przeży-

wane są najintensywniej. Osoby biorące udział w tym eksperymencie tak często opowiadały o
snach, które im się „spełniły”, że Ullman i Krippner chcieli się koniecznie przekonać, czy to

niewiarygodne zjawisko projekcji przyszłości podczas snu zdołają zgłębić z pomocą precyzyjnej
aparatury kontrolującej, w jaką wyposażone było ich laboratorium.

Wybór padł na młodego mężczyznę o nazwisku Malcolm Bessent. Podczas serii próbnych

testów udowodnił on, iż z całą pewnością ma wyraźne skłonności do prekognicji. Teraz jego

zadaniem było przeżycie we śnie zdarzenia, które wydarzyć się miało dopiero następnego dnia.
Podłączony   do   aparatu   EEG,   Bessent   spędził   noc   w   laboratorium.   Kiedy   tylko   urządzenie

zaczęło wskazywać, iż wkroczył w fazę REM, przebudzono go i zaprotokołowano treść jego snu.
Krippner nie był obecny przy tym eksperymencie. Następnego dnia bowiem miał wybrać na

chybił trafił słowo z jakiejś książki i zainscenizować do niego scenkę, w której uczestniczyłby
również Bessent.

Po zakończeniu cyklu testów marzenia senne Bessenta porównane zostały do scen wybie-

ranych na dzień następny. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania: w pięć z ośmiu nocy

Bessent zdołał przewidzieć przyszłe zdarzenie.

Prowadzone w Instytucie Wiedzy Noetycznej w kalifornijskim Berkeley badania, w których

zastosowano   najnowocześniejszą   aparaturę,   tzw.  biofeedback  ‒   udowodniły,   że   podczas
przewidywania zdarzeń z przyszłości w obydwu półkulach mózgu powstają zsynchronizowane

alfarytmy. Stąd wniosek, iż nasz mózg działa niejako holistycznie. Dla ludzkości, posługującej
się lewą półkulą mózgu, oznaczałoby to „przyłączenie” jego prawej półkuli.

Prorocy i media zawsze usiłowali sztucznie osiągnąć stan porównywalny z transem. W tym

celu sławna Pytia wdychała opary siarki, wydobywające się ze szczeliny w ziemi niedaleko Delf.

Branchidy, wieszczki z Kolofonu, specjalizowały się we wdychaniu oparów wody przygotowywa-
nej   w   szczególny   sposób.   Ich   metodę   wykorzystał   Nostradamus   (1503-1566),   aby   móc

przybierać swoje słynne oblicza:

Całe noce spędzam, zatopiony w studiach tajemnych
samotnie, siedząc na krześle z brązu:

Z samotności owej powstaje płomień łagodny,
pozwala dostrzec to, w co nie na darmo wierzyć trzeba.

Z różdżką w dłoni zostałem postawiony
pomiędzy Branchidami,

woda zrasza moje stopy i kraj szaty.
Poprzez różdżkę spływa na mnie strach,

mój głos drży.
Boskie światło.

Boskość zeszła na mnie.

Wszystkie te praktyki zdają się służyć jedynie uaktywnieniu prawej półkuli mózgu, pobu-

dzeniu do działania  całego mózgu, a także uwolnieniu ducha dla tego, co ma się  zdarzyć.

Trans, hipnozę i medytację zalicza się do metod, które zdaniem profesora fizyki kwantowej
Davida Bohma: „umożliwiają nam niczym molo wejście w głąb oceanu i zanurzenie się w jego

głębiach”. Lecz jaki to ocean?

„Jeśli podczas duchowej koncentracji wejdziecie w wewnętrzny rezonans z elektromagne-

tyczną aktywnością swojego mózgu, możecie zidentyfikować się z innym wymiarem rzeczy-
wistości   ‒   z   obszarem   nazywanym   przez   fizyków   «hiperprzestrzenią»”,   wyjaśnia   Steven

Weinberg, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z roku 1979. „W przestrzeni tej istnieje

‒ 14 ‒

background image

możliwość transcendencji informacji czasoprzestrzennych, widzenia na odległość oraz doświad-
czania pozacielesnych przeżyć i zdarzeń z minionego życia. Przelotnie możemy wziąć również

udział w wizjach przyszłości”.

Cóż jednak oznacza nie zdeterminowana przyszłość, skoro przewidując ją, można odwrócić

bieg wydarzeń? W swojej sensacyjnej książce pod tytułem „Sfinks i tęcza” doktor David Loye
wychodzi   z   założenia,   iż   rzeczywistość   jest   olbrzymich   rozmiarów   hologramem,   w   którym

przeszłość,   teraźniejszość   i   przyszłość   współgrają   ze   sobą,   jednak   nie   są   bliżej   określone.
Istotne jest, że hologram ten to tylko jeden z wielu, zanurzonych w nie ograniczonych czasem i

przestrzenią   wodach   „ukrytego   porządku”   Bohma,   w   których   unoszą   się   wspólnie   niczym
ameby. Loye pisze: „Twory holograficzne tego rodzaju można by traktować jako równolegle

istniejące światy, bądź uniwersa”. Ich przyszłość, twierdzi dalej Loye, jest przesądzona. Preko-
gnicja   umożliwia   nam   wejrzenie   w   przyszłość   któregoś   z   hologramów.   Jednak   hologramy

kolidują ze sobą, łączą się lub ulegają podziałowi. I jeśli przyszłość ulega zmianie, w rzeczy-
wistości znaczy to, że skaczemy z jednego hologramu do innego.

Bohm zdefiniował zjawisko prekognicji w odmienny sposób: „Jeśli ludziom śnią się katas-

trofy i w rezultacie rezygnują z podróży niepewnym samolotem bądź statkiem, nie znaczy to, iż

przewidzieli oni konkretne zdarzenie z przyszłości, lecz jedynie coś ukrytego w teraźniejszości,
co wpłynęło na kształt owej przyszłości. Bieg przepowiadanych przez nich przyszłych zdarzeń

różnił się od tego, który naprawdę miał miejsce, gdyż mogli oni wywierać na niego konkretny
wpływ. Z tego właśnie powodu bardziej przekonujące wydaje mi się twierdzenie, że chodzi tu o

antycypację   przyszłości   w   ukrytym   porządku   teraźniejszości   ‒   zakładając   oczywiście,   że
fenomeny takie rzeczywiście występują. Zwykło się mówić, iż zdarzenia, które mają dopiero

nastąpić, rzucają najpierw swój cień. Pada on głęboko w ukryty porządek”.

Być może najbliższy prawdy był argentyński pisarz Jorge Luis Borges, kiedy opisywał holo-

wersum w swoim krótkim opowiadaniu zatytułowanym Ogród o rozwidlających się ścieżkach:

„(...) pański przodek nie wierzył w czas jednolity, absolutny. Wierzył w nieskończone serie

czasów, w rosnącą i zawrotną sieć czasów zbieżnych, rozbieżnych i równoległych. Ta przędza
czasów, które zbliżają się, rozwidlają, przecinają i które przez wieki o sobie nie wiedzą,

obejmuje   wszystkie   możliwości.   Nie   istniejemy   w   większości   tych   czasów;   w   niektórych
istnieje pan, a ja nie; w innych ja, a pan nie; w innych istniejemy obaj. W tym, który zsyła

mi   pomyślny   przypadek,   przyszedł   pan   do   mojego   domu;   w   innym,   przechodząc   przez
ogród, znalazł mnie pan martwego; w innym ja mówię te słowa, ale jestem jakąś omyłką,

widmem”

[1]

.

Cordero, jasnowidz urodzony na Kubie, opisał przyszłość, porównując ją do nasilającego się

stopniowo huraganu, który w miarę zbliżania się przybiera na sile i nie można go już uniknąć.
Hawajscy kapłani wyroczni, zwani kahuna, porównują przyszłość do „cieczy poddanej proceso-

wi krystalizacji”. Kenneth Ring, psycholog pracujący z osobami, które doświadczyły bliskości
śmierci, zarejestrował wizje przyszłości, wyniesione przez te osoby jakoby z krawędzi wiecz-

ności. Szczególnie fascynująca okazała się relacja kobiety, która przedstawiła trzy alternatywne
wizje przyszłości. Przyszłość A „mogłaby zaistnieć, gdyby przed około trzema tysiącami lat, a

więc w czasach Pitagorasa, nie zaszły pewne wydarzenia. Chodziło o przyszłość, w której pano-
wałyby spokój i harmonia”. Wizja przyszłości B pokrywała się mniej więcej ze scenariuszem

doktora Cheta B. Snowa: istotną rolę odgrywały tu katastrofy klimatyczne, upadek gospodarki
na świecie oraz groza zagłady nuklearnej. Po katastrofach tych miałaby nastąpić „nowa era”

pokoju i dobrych intencji. Obraz świata przyszłości C wypadł jeszcze bardziej katastrofalnie.

Podobnie jak Ring doktor Snow twierdzi, iż relacje jego pacjentów wskazują na istnienie

większej liczby wizji przyszłości (lub hologramów), które krystalizują się powoli w gęstej mgle
przeznaczenia. Cztery z opisanych przez nich scenariuszy mogą występować zarówno para-

lelnie,   jak   i   alternatywnie.   Według   doktora   Snowa   również   katastrofy   należą   do   zdarzeń,
których można uniknąć. „Żyjemy i poruszamy się w pewnym kontinuum czasoprzestrzennym;

daje nam ono bez wątpienia możliwość wyboru. Nowa fizyka mechaniki kwantowej dowodzi, iż
nasze obserwacje zmieniają przebieg każdego zdarzenia w materialnym świecie, tym samym

wpływając na naturę  realiów przez  nas doświadczanych... Stajemy się  wytworem własnych
myśli i wierzeń ‒ produktem własnych przekonań. Dominujące w naszej kulturze przeświad-

czenia przyczyniają się do wyboru apokaliptycznego «rozwiązywania» problemów współczes-

[1] J. L. Borges, „Ogród o rozwidlających się ścieżkach”, [w:] tegoż, „Antologia osobista”, przekł. Andrzej Sobol-

Jurczykowski, Kraków 1974, s. 105.

‒ 15 ‒

background image

nego świata. Stąd też konieczna jest zmiana tych przekonań, w wymiarze indywidualnym i
zbiorowym... Wybór należy do nas!”

Kiedy Kasandra ostrzegała lud Troi przed drewnianym koniem, stojącym u bram miasta ‒

została wyśmiana. Zezwolono na jego wjazd. Jak się okazało, w jego wnętrzu ukryci byli żoł-

nierze   wroga...   Dziś   znowu   słychać   głos   Kasandry,   zwiastunki   nieszczęścia.   I   tylko   od   nas
zależy, czy zechcemy ją usłyszeć, czy też skryjemy głowę w piasku, by przypieczętować w ten

sposób nasze przeznaczenie. Wybór należy do nas!

‒ 16 ‒

background image

II

Eksperymenty z przeznaczeniem

25 listopada 1991 roku Spiegel poinformował, że w prowadzonych przez inspektorów ONZ

poszukiwaniach   ukrytych   w   Iraku   środków   masowej   zagłady   ‒   zastosowano,   jako   metodę

pomocniczą, technikę obserwacji ponadzmysłowej. „Kiedy nie udało się wykryć niczego trady-
cyjnymi   środkami”,   Karen   Jansen,   major   amerykańskich   sił   zbrojnych   i   członek   jednego   z

międzynarodowych   oddziałów   poszukiwawczych,   zwróciła   się   z   prośbą   o   pomoc   do   pod-
waszyngtońskiej firmy PSI Tech ‒ poinformował Edward Dames, prezes firmy i major w stanie

spoczynku. Wówczas sześcioosobowa grupa ekspertów zlokalizowała telepatycznie dwa maga-
zyny broni biologicznej.

Szkolenie tego typu ekspertów pozostawało w ścisłym związku z jednym z tajnych progra-

mów Pentagonu i w latach osiemdziesiątych służyć miało głównie powstrzymaniu Sowietów

przed użyciem parapsychologicznych metod walki, które dałyby ZSRR przewagę nad Stanami
Zjednoczonymi w wyścigu zbrojeń.

Wokół parapsychologii, jak rzadko której z dziedzin, toczą się ciągle spory. Nie powinno to

jednak nikogo dziwić, gdyż rozsądek i emocje, wiara i wiedza znajdują się tu w opozycji. Ten,

kto na co dzień ma do czynienia z tą dziedziną, musi liczyć się z nieprzychylnymi opiniami in-
nych. Parapsychologia zdegradowana została przez jej fanatycznych przeciwników do poziomu

pseudonauki opartej na oszustwie i manipulacji. Jej zwolennicy zaś ‒ to bardzo często ludzie
naiwni i pozbawieni krytycyzmu. Zdarzają się jednak wyjątki: poważni ludzie nauki, prowa-

dzący w zakresie parapsychologii staranne prace badawcze, których rezultaty publikowane są
w fachowych pismach psychologicznych, medycznych, psychiatrycznych i innych.

Paranormalne   zdolności,   takie   jak:   wizjonerstwo,   telepatia,   prekognicja   i   psychokineza,

stanowią przedmiot badań całych rzesz naukowców, którzy starają się je wyjaśnić za pomocą

racjonalnych   przemyśleń   i   eksperymentów.   Dzięki   pokaźnej   liczbie   pozytywnych   rezultatów
tych badań, zachwiał się niejako ortodoksyjny przyrodoznawczy punkt widzenia. Eksperymenty

dotyczące problemu: „opatrzność czy przypadek” pozwalają dostrzec, że czas jest zjawiskiem,
które   nie   zawsze   musi   przebiegać   liniowo   (od   przeszłości   do   przyszłości).   W   określonych

warunkach może on obrać zupełnie inny kierunek ‒ od przyszłości do przeszłości. Wówczas
jednak należy przyjąć zupełnie odmienny stosunek wobec takich zagadnień jak: przeznaczenie,

opatrzność i przypadek.

Z pewnością na zawsze pozostanie tajemnicą, dlaczego w samym środku września niewy-

soki, ciemnowłosy mężczyzna, wspinał się na mające ponad 3200 metrów wysokości skały i
lodowcowe jęzory w Alpach Ötztalskich. Czy wybrał się na polowanie? A może był pasterzem

lub poszukiwaczem drogocennych kruszców?

Tam, w górze, pogoda jest o tej porze roku bardzo zmienna: w jednej chwili słońce świeci

właśnie nad górami i front ciepłego powietrza nadciąga z południa, w drugiej mroźne porywy
wiatru z północy przyganiają ciemne warstwy chmur niosących śnieżycę.

Liczący około trzydziestu lat mężczyzna o wzroście 160 centymetrów, ubrany w odzież z

garbowanej skóry, był dostatecznie dobrze wyposażony na tę górską wyprawę. Na nogach miał

sznurowane buty ze skóry jelenia, wyściełane „izolacyjną warstwą” kory brzozowej i dającym
ciepło sianem. Nosidło na jego plecach przytwierdzone było do leszczynowej ramy w kształcie

litery U. Prócz łuku wielkości mężczyzny niósł mocną cięciwę, skórzany kołczan z czternastoma
strzałami   i   czterema   kościanymi   grotami.   W   przytwierdzonej   do   pasa   torbie   przechowywał

amulet oraz dwa małe kamyczki, kształtem przypominające dziecięce loczki. Znajdowała się
tam również kamienna perła nawleczona na sześć cienkich sznureczków uplecionych z trawy.

Niósł w niej także hubę i drewienko z krzemiennym czubkiem, niezbędne do rozpalenia ognia,
oraz   klej   z   korzenia   brzozowego,   służący   do   oklejania   strzał   piórami.   Prowiant   samotnego

alpinisty składał się z wędzonego mięsa, łamańca i suszonych owoców. Mężczyzna odziany był
w rękawice z koziej skóry i niósł ze sobą topór, zrobiony ze stopu zawierającego 99 procent

miedzi i śladowe ilości antymonu i srebra.

Z początku szło mu się zupełnie dobrze. Jednak z godziny na godzinę z coraz większym

trudem  wspinał  się  po   rumowisku  dziwnych  formacji  skalnych.  Wycieńczony,  coraz   częściej

‒ 17 ‒

background image

przerywał wędrówkę. Nie przypuszczał z pewnością, że każdy krok zbliża go do czegoś, co w
dalekiej przyszłości wywoła światową sensację. Na wysokości 3200 metrów był już śmiertelnie

wyczerpany. Potknąwszy się, wpadł w skalną rozpadlinę. Zdążył jeszcze zrzucić z pleców no-
sidło, zanim ugięły się pod nim kolana i upadł na brzuch.

Wrzesień, około 4800 lat później.
Dziewiętnastego tegoż miesiąca Helmut Simon, spędzający urlop w Norymberdze, postana-

wia skorzystać z pięknej pogody i zejść ze schroniska Similaun, nazwanego tak od lodowca
znajdującego się w pobliżu austriacko-włoskiej strefy granicznej w Alpach, do doliny Ötztal.

Termometry wskazują osiem stopni Celsjusza powyżej zera, tak więc tam w górze jest tego

dnia stosunkowo ciepło. Ponieważ szlak, którym chce się dostać na wysokość 3200 metrów,

został nieoczekiwanie zalany przez wody z topniejących śniegów, Simson musi zmienić trasę.
Nagle spostrzega wystający spod śniegu ludzki korpus, głowę i barki; przeszywa go ogromny

strach. Co sił w nogach biegnie do oddalonego o dwa kilometry schroniska, by donieść o swym
wstrząsającym odkryciu.

Gospodarz schroniska Similaun zatelefonował na posterunek żandarmerii, tym samym wpra-

wiając w ruch aparat władzy. Zwłoki zostały urzędowo zabezpieczone. W obecności profesora

doktora Reinera Henna, specjalisty medycyny sądowej, grupa ochotników nie szczędziła wysił-
ków, by ‒ używając czekanów, kijków od nart i młotków pneumatycznych ‒ wydrzeć znalezione

ciało z lodowej pułapki.

Podczas akcji „Ötzi”, jak go później nazwali Austriacy, doznał poważnych obrażeń biodra, co

boleśnie odczuli zajmujący się nim naukowcy. Natomiast sam mierzący 160 cm nieboszczyk o
brązowej skórze, z głęboko osadzonymi, wyschniętymi oczami w otwartych powiekach, i wpół

przymkniętymi ustami ‒ znajduje się już od dawna daleko poza granicą odczuwania jakiego-
kolwiek bólu.

Człowiek z Similaun, nazwany tak od miejsca, w którym go znaleziono, wpadł następnie w

sidła wysoko rozwiniętej cywilizacji XX wieku. Zawieszona pod helikopterem drewniana trumna

z   jego   resztkami   odleciała   w   kierunku   doliny,   skąd   trafiła   do   Instytutu   Medycyny   Sądowej
Uniwersytetu  Leopolda  Franzena  w  Innsbrucku.  Od  tej  chwili  specjaliści   z  różnych  dziedzin

nauki zajmują się „posłańcem” z zamierzchłej przeszłości, „podróżnikiem” z dawno minionej
epoki.

Podczas jednej z moich rozmów z profesorem Konradem Spindlerem z Instytutu Prehistorii

przy uniwersytecie w Innsbrucku dowiedziałem się, że: „to prawdziwe szczęście dla nas, że

człowiek z Similaun i sprzęty, które miał przy sobie, zachowały się w tak dobrym stanie po
upływie   prawie   pięciu   tysięcy   lat.   Zawdzięczamy   to   z   pewnością   splotowi   wielu   rozmaitych

okoliczności”.

W odpowiedzi na moje pytanie, który z wielu niewiarygodnych przypadków odegrać mógł

największą rolę, profesor Spindler odrzekł: „Przyczyna śmierci odnalezionego praczłowieka nie
została jeszcze do końca ustalona. Przypuszcza się jednak, iż zmarł on na skutek ogólnego

wycieńczenia i zimna. Wiejące w ciągu kilku dni ciepłe wiatry fenowe spowodowały odwodnie-
nie ciała”.

Tak więc słońce i wiatr mogły wysuszyć go niczym mięso. Dlatego też kolor jego skóry stał

się tak ciemny.

„Później nastąpić musiała nagła zmiana pogody”, kontynuował swój wywód Spindler. „Pada-

jący  śnieg   tworzył  warstwy   stopniowo   przykrywające   ciało;   powstała   wkrótce  góra   lodowa,

która   uwięziła   go   na   4800   lat.   Wczesną   jesienią   1991   roku   niezwykle   silne   ciepłe   prądy
południowe przyniosły w obszar lodowca Similaun piaski Sahary. Osiadając na nim, utworzyły

warstwę w kolorze ochry. W ten sposób lodowiec nie odbijał już promieni słonecznych, zaczął
je absorbować i dlatego topniał”.

W środku lodowej mogiły znajdowało się zmumifikowane, pozbawione owłosienia ciało pre-

historycznego człowieka, który po upływie 4800 lat przeniesiony został niczym podróżujący w

czasie w wiek dwudziesty. Czy wypełniło się tym samym jego przeznaczenie? Czy stało się tak
jak w przypadku Gassima i Lawrence'a z Arabii? Współcześni człowieka z Similaun uważali z

pewnością jego zniknięcie za opatrzność, za wolę bogów, a więc przeznaczenie. W przeciwień-
stwie do nich wielu naszych luminarzy sądzi, iż śmierć tego prehistorycznego człowieka była

czystym przypadkiem.

Krainą  Ötzi  rządzili  niegdyś   bogowie,   duchy  i  demony.  Był to   świat   niezwykłych  zjawisk

klimatycznych i zaciętej walki o przetrwanie. W owych czasach ludzie żyli w oddalonych od
siebie skupiskach wiejskich. Zajmowali się przeważnie uprawą roli, pasterstwem i polowaniem

na   dziką   zwierzynę.   Żyli   wśród   nich   również   poszukiwacze   drogocennych   kruszców,   na   co
wskazują proste narzędzia, wykonane przeważnie z miedzi.

‒ 18 ‒

background image

Ważną rolę w tych wiejskich osadach odgrywał czarownik zwany szamanem. Zajmował się

on nie tylko uzdrawianiem; był również kapłanem, pośrednikiem między członkami własnej

społeczności, duchami i duszami zmarłych.

Szamanizm sięga swym początkiem wczesnych okresów historii ludzkości, stanowiąc źródło

wszelkich mitologii i religii. Opiera się na ciągu myślowym: sen, śmierć i życie po śmierci.
Głównym zadaniem szamana jako proroka było odgadywanie myśli i zamierzeń bogów, tak aby

móc ochronić własny lud przed ewentualnymi nieszczęściami, nawet wówczas, gdy niektóre z
nich były zrządzeniem opatrzności.

Według wyobrażeń przedstawicieli wielu społeczności życie wieczne nie różniło się niczym od

życia na ziemi. Przedstawiały one świat materialny w niematerialnej nieskończoności, w której

stopniowo odkrywane przez człowieka pojęcia czasu i przestrzeni nie mają znaczenia.

Jedną z najistotniejszych duchowych zdolności człowieka jest postrzeganie upływu czasu, a

więc rozróżnianie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Kiedy człowiek zorientował się, że
podobnie jak wszystkie inne żywe stworzenia przychodzi na świat po to, by następnie umrzeć,

zapragnął wydostać się spod wpływu bezlitośnie upływającego czasu.

Już   człowiek   neandertalski   zaopatrywał   swoich   zmarłych   w   niezbędne   im   w   przyszłości

przedmioty.   Rytualne   pochówki   odbywały   się   już   siedem   tysięcy   lat   przed   narodzinami
Chrystusa, a zmarłym wkładano do grobu nie tylko broń, narzędzia czy biżuterię, ale także

żywność,   której   nierzadko   brakowało   samym   żyjącym.   Archeolodzy   odkryli   w   grobowcach
zwłoki pokryte czymś w rodzaju czerwonej farby. Z całą pewnością był to rodzaj magicznego

zaklęcia.   Użycie   farby   w   kolorze   „soku   życia”   miało   uchronić   zmarłego   przed   fizycznym
rozkładem. Na ogół zmarli chowani byli w pozycji kucznej, co przypuszczalnie wiązało się z

wyobrażeniem,  iż   w  tej  pozycji   odpoczywają  oni  w  łonie   Matki  Ziemi  do  czasu  ponownych
narodzin. Nie mamy żadnej pewności, czy ta interpretacja sposobu, w jaki nasi praprzodkowie

grzebali  swoich   bliskich,  jest   słuszna.  Mogłaby   ona   jednak   tłumaczyć  źródła   przekonania   o
cyklicznym charakterze bytu ‒ życia, śmierci, ponownego istnienia.

Jednocześnie z zastąpieniem prymitywnej formy pasterskiego i koczowniczego życia formą

wyżej zorganizowaną ‒ tzn. życiem rolniczym, można zaobserwować przywiązywanie większej

wagi do powtarzających się fenomenów natury. Człowiek uświadomił sobie cykliczność zjawisk
przyrody, pór roku. Pojawiają się one bowiem w określonych odstępach czasu, znacząc w ciągu

roku okresy podobne do okresów w życiu: jego rozkwit ‒ lato, starość ‒ jesień, śmierć ‒ zima,
ponowne  narodziny  ‒ wiosna. Ludzie  odkryli,  że temu rytmowi  podlegają również  zjawiska

zachodzące na niebie: fazy księżyca odpowiadają cyklowi menstruacyjnemu u kobiety, pewne
gwiazdy pojawiają się na horyzoncie w ściśle określonym momencie w roku. Nic więc dziw-

nego, iż lokalizacja pierwszych monumentalnych budowli ludzkości ‒ począwszy od wschodnio-
europejskich   pomników   megalitycznych   po   egipskie   piramidy   ‒   niemal   bez   wyjątku

uwzględniała zjawiska astronomiczne. Dawni kapłani byli również astronomami, obserwowali
więc gwiazdy, by pojąć rytm życia oraz wolę bogów. W ten sposób narodziła się astrologia ‒

pierwsza próba zgłębienia przez człowieka własnego przeznaczenia.

Początki astrologii sięgają czasów prehistorycznych. O wysokim stopniu jej rozwoju u Sume-

rów świadczą liczące cztery i pół tysiąca lat tablice z pismem klinowym odkryte w bibliotece
Assurbanipala w Niniwie. Przez długi czas astrologię uważano za poważny światopogląd, a dla

Chaldejczyków i Babilończyków stała się ona fundamentem religii. Również kamienne bloki, z
których   zbudowane   są   świątynie   Egiptu,   noszą   ślady   astronomicznych   i   astrologicznych

symboli; najpiękniejszy z nich ‒ zodiak Dendery ‒ zobaczyć dziś można w Luwrze.

Podstawę klasycznej astrologii stanowiło przekonanie o wpływie ciał niebieskich na człowie-

ka   i   jego   losy.   W   szerszym  znaczeniu,   dziedzina   ta   jednoczyła   w   sobie   poglądy   z   zakresu
filozofii i nauk przyrodniczych. Jej podstawowa zasada głosi bowiem, iż wszystko, co ziemskie,

znajduje się w harmonii z wszelkim stworzeniem ‒ a więc również człowiek jako mikrokosmos
istnieje w harmonii z całym uniwersum jako makrokosmosem. „Jako u góry, tak i na dole”,

głosi napis na słynnej „Szmaragdowej tablicy” pradawnego astrologa Hermesa Trismegistosa.

Przez   jednych   zaciekle   atakowana,   przez   innych   fanatycznie   broniona   ‒   astrologia   prze-

trwała  wieki.  Przeżyła  nawet  wtedy,  gdy  po   ogłoszeniu  przez   Kopernika   (1473-1543)  teorii
umieszczającej Słońce w centrum wszechświata zaatakował ją cały świat nauki. Jakże można

uważać   ją   za   dziedzinę   naukową,   argumentowali   uczeni,   jeśli   opiera   się   na   przestarzałym,
geocentrycznym obrazie wszechświata, uznającym Ziemię za jego środek. Przeciwnicy astrolo-

gii   po   dziś   dzień   zarzucają   jej   pseudonaukowość,   nazywając   ją,   w   najlepszym   wypadku,
nowoczesnym przesądem. Natomiast zwolennicy astrologii bronią jej twierdzeniem, iż człowiek

jako część kosmosu również podlega obowiązującym w nim prawom, których przejawem jest
stale powtarzający się rytm. Te kosmiczne drgania i prądy wywierają wpływ na ciało człowieka,

jego predyspozycje oraz istotę. Antyczne teksty astrologiczne głoszą: „Gwiazdy władają losem,

‒ 19 ‒

background image

ale poskromione zostaną przez mędrców”. To wielokrotnie cytowane zdanie dowodzi, iż praw-
dziwy mędrzec stoi ponad ciągiem przyczyny i skutku (karma), jednak dobrowolnie poddaje się

rządzącym prawom kosmosu lub siłom wyższym. Ów ciąg, wykraczający poza granice jednego
istnienia, jednej inkarnacji, określa w filozofii Wschodu słowo sansara. Wszelkie okoliczności

towarzyszące zdarzeniom w życiu człowieka są w przekonaniu mędrców konsekwencją zdarzeń
z poprzedniego życia. Określane są mianem karmy i stanowią sumę wszystkich następstw, ja-

kie pociągają za sobą czyny jednostki. Jedynie za sprawą ego można uniknąć zapoczątkowania
nowej karmy.

Powstaje zatem pytanie, czy istnienie karmy u hindusów i buddystów jest czymś determinu-

jącym. Z pewnością nie, ale pod warunkiem, że każdy człowiek potrafi zapanować nad włas-

nym postępowaniem. Pomimo iż sam ustanowił ograniczenia dla potencjału, jakim dysponuje,
gdyż złożyły się nań jego wcześniejsze myśli i działania ‒ człowiek ma możliwość wyboru i

może żyć w zgodzie z własnymi skłonnościami lub je zwalczać. Wprawdzie czyny decydują o
rodzaju ponownego wcielenia, nie wpływają jednak na postępowanie człowieka. Karma dostar-

cza jedynie sytuacji, a nie odpowiedzi na nią. „Człowiek staje się tym, czym są jego czyny.
Jaka   śmierć   jego,   taki   i   jego   los”,   głosi   starohinduska   nauka   tajemna   Bryhadaranjaka-

upaniszada. „Jesteśmy tacy, jak nasze myśli. Wszystko, co stanowi naszą istotę, rodzi się w
naszych myślach. Naszymi myślami tworzymy świat”, nauczał Budda.

Wypełniając   prawa,   z   którymi   przychodzi   na   świat,   tzn.   łącząc   się   z   siłami   wyższymi,

człowiek staje się naprawdę wolny: wyzbywa się własnego ego ‒ ograniczającego „ja” ‒ i staje

się częścią całości, częścią gigantycznego multiwersum. A im bardziej uwalnia się od swego
ograniczenia, które narzuca mu iluzję odrębności wobec aktu stworzenia, tym większe istnieją

szansę,   iż   sam   stanie   się   „mistrzem   tworzenia”   i   weźmie   los   swój   ‒   zgodnie   z   prawami
rządzącymi kosmosem ‒  we  własne  ręce. Człowiek jest bowiem czymś więcej aniżeli tylko

„otoczonym własnym ciałem ja”, czymś więcej niż uwięzioną w tym ciele duszą. Jest częścią
siły, która kieruje multiwersum; może tworzyć własną rzeczywistość. Dusza pozwala mu bo-

wiem   przeniknąć   do   alternatywnego   świata,   znajdującego   się   po   drugiej   stronie   czaso-
przestrzeni;   umożliwia   mu   podróżowanie   w   inne   wymiary,   w   przeszłość   i   przyszłość,   oraz

kontrolowanie materii.

Obserwacje,   które   wzbudziły   największy   niepokój   twórców   fizyki   kwantowej,   wiązały   się

ściśle   ze   stwierdzeniem,   iż   osoba   obserwująca   pozornie   chaotyczne   zachowanie   cząsteczek
subatomowych wywiera na nie wpływ. Spostrzeżenie to pociągnęło za sobą ważne konsekwen-

cje. Czyżby duch rzeczywiście mógł wpływać na materię, a materia stanowiła w istocie jedynie
„zamrożoną energię” kosmicznego hologramu? I czy duch ‒ nawet jeśli zabrzmi to zarozumiale

‒ wywiera wpływ na porządek w kosmosie?

Pytania te prowadzą nas w obszar parapsychologii. Czołowi naukowcy od dziesiątków lat

próbują różnymi eksperymentami zgłębić zjawisko psychokinezy (PK). Starają się wyjaśnić, czy
funkcjonowanie wysokoczułych urządzeń zakłócić można wewnętrzną siłą człowieka, skoncen-

trowaną siłą jego woli.

Po wielu eksperymentach odpowiedź na to pytanie zdołali uzyskać Robert Jahn i Brenda

Dunne z amerykańskiego Princeton Engineering Anomalies Research Laboratory. Posługując się
konwencjonalnymi narzędziami i komputerem, udowodnili, że większość osób biorących udział

w ich eksperymentach wykazała zdolność zmiany mocą ducha wytwarzanych przez urządzenie
przypadkowych   ciągów   liczb.   W   doświadczeniach   zastosowano   tzw.   generator   przypadku,

produkujący całą masę ciągów liczbowych i ich bieżący średni wynik. Testowane osoby miały za
zadanie śledzić przebieg tych ciągów na ekranie i próbować zmienić je za pomocą psychiki. W

wyniku pięciu tysięcy eksperymentów udowodniono, że domniemana przeciętna wartość cią-
gów liczbowych została zmieniona wewnętrzną siłą testowanych osób ‒ tak bardzo, że wyklu-

czono możliwość jakiegokolwiek przypadku. Ponadto osoby te utrzymały w czasie trwania wielu
eksperymentów   nie   tylko   nie   zmieniony   poziom   swojej   aktywności,   ale   wypracowały   sobie

nawet „własny charakter pisma”. Jeśli testowana osoba potrafiła, na przykład, obniżyć średnią
wartość   jakiegoś   ciągu   liczbowego,   ale   nie   mogła   jej   zwiększyć,   to   powtarzało   się   to   we

wszystkich eksperymentach.

Aby wykluczyć przypuszczenie, że otrzymane wyniki zależały od zastosowania urządzenia

tego samego typu, eksperymenty przeprowadzono, używając wielu różnych generatorów przy-
padku.   Ostatecznie   badacze   odtworzyli   nawet   tzw.   „Galton   Desk”   (tablicę   Galtona),   dzie-

więtnastowieczne urządzenie umożliwiające badanie wpływów psychiki na przypadkowe zda-
rzenia.

Tablica Galtona jest trzymetrowej wysokości i dwumetrowej szerokości szybem, do którego

powoli,   w  przypadkowej   kolejności   wpadają   styropianowe   kule   o   średnicy   dziesięciu   centy-

metrów.   Lądują   ostatecznie   w   przezroczystym   pojemniku   z   330   drewnianymi   kółeczkami,

‒ 20 ‒

background image

wyglądającymi jak deska z powbijanymi w nią gwoździami. Podczas spadania kule uderzają o
siebie, wytrącając jedna drugą z jej toru. Uderzając o wystające pręciki, ponownie zmieniają

kierunek, aż wreszcie wpadną w szczelinę pomiędzy nimi.

Zadaniem   osób   biorących   udział   w   tym   doświadczeniu   było   wpłynąć   na   ułożenie   styro-

pianowych   kul   za   pomocą   siły   psychokinetycznej.   Podobnie   jak   podczas   eksperymentów   z
generatorami przypadku również tutaj testowane osoby odniosły sukces w posługiwaniu się siłą

woli.

Naukowcy z Princeton swoje dalsze studia poświęcili takim zjawiskom jak: telepatia (zdol-

ność odbierania myśli i uczuć innych osób), wizjonerstwo (pozazmysłowe odgadywanie miejsc i
zdarzeń) oraz prekognicja (nadprzyrodzone zdolności przewidywania przyszłych zdarzeń).

Uczestnicy   cyklu   eksperymentów   mieli   opisać   przed   rejestrującą   te   wypowiedzi   kamerą

miejsce,   w   którym   po   upływie   trzydziestu   minut   znaleźć   miał   się   jeden   z   prowadzących

eksperyment, podróżujący od dłuższego czasu z grupą operatorów kamer. Dokładnie godzinę
przed   rozpoczęciem   doświadczenia   jeden   z   członków   grupy   eksperymentalnej   uruchamiał

maszynę liczącą z programem liczb przypadkowych. Wybierano następnie jedną z dziesięciu
kopert, przygotowanych uprzednio przez osoby nie związane z eksperymentem. Każda z kopert

zawierała opis drogi do kolejnego miejsca docelowego, oddalonego o trzydzieści minut jazdy
samochodem. Gdy nazwa miejsca była już znana, eksperymentator wraz z grupą filmowców

udawał się  tam niezwłocznie, by dokonać nagrania. Filmowano charakterystyczne szczegóły
występujące w owym miejscu, by następnie porównać je z ich opisem sporządzonym przez

testowaną osobę.

W ciągu trzech lat w 334 eksperymentach wzięło udział czterdzieści osób. Pokonywano odle-

głości do ośmiu tysięcy kilometrów, czekając czasami pięć dni na wystąpienie przewidzianego
zdarzenia.   Trafność   przepowiedni   była   tak   wielka,   iż   wykluczono   możliwość   jakiegokolwiek

zbiegu okoliczności.

W laboratorium elektroniki i biomechaniki w kalifornijskim Stanford Research Institute (SRI)

inżynier elektroniki doktor Harold E. Puthoff oraz fizyk doktor  Russel Targ prowadzili przez
wiele lat projekt badawczy, który przyniósł zaskakująco dobre rezultaty. W eksperymentach

brały udział osoby przeszkolone i nie przeszkolone. Ich zadanie polegało na próbie opisania
dowolnie   wybranego   obiektu   (np.   budynku,   ulicy,   laboratorium   wraz   z   wyposażeniem)

„obserwowanego” wyłącznie z pomocą wyobraźni. Chodziło bowiem o udowodnienie istnienia
prekognicyjnego postrzegania na odległość.

Jedną z osób biorących udział w eksperymencie była Helia Hammid. Ponieważ osiągnęła ona

nieprawdopodobne wyniki podczas eksperymentu z generatorem przypadku, przeprowadzono

na   niej   także   eksperyment   postrzegania   na   odległość.   Jego   rezultat   również   okazał   się
zdumiewający. Przykładowo, w ciągu piętnastu minut Helia Hammid opisywała miejsce, które

wybrano dopiero dwadzieścia minut później, a do którego eksperymentator trafiał po upływie
trzydziestu pięciu minut.

Ponieważ Helia Hammid została poddana takiej próbie po raz pierwszy, chciała wiedzieć, w

jaki sposób mogła podświadomie rozpoznać miejsce, które nawet nie zostało jeszcze wyzna-

czone. Ostatecznie, za każdym razem „dostrzegała” eksperymentatora w ustalonym „miejscu”
tylko wówczas, gdy zatrzymał się w nim rzeczywiście.

Ponieważ badacze nie  potrafili przewidzieć, w jakim kierunku rozwijać się będzie  ekspe-

ryment, polecili Helli Hammid, aby gdy tylko eksperymentator, doktor Harold Puthoff, opuści

laboratorium,   odprężyła   się   i   zrelaksowała.   Po   dziesięciu   minutach   Hammid   miała   zacząć
spisywać   wszystko,   co   zaobserwowała   swoim   wewnętrznym   okiem,   mimo   że   Puthoff   mógł

wybrać   miejsce   docelowe   dopiero   dwadzieścia   minut   później.   Reasumując,   Helia   Hammid
potrafiła opisać pojawiające się w jej psychice obrazy i odczucia, nie zastanawiając się nad

nimi.

Eksperyment odbywał się codziennie według takiego samego schematu: przed południem, o

godzinie   dziesiątej,   jeden   z   trzech   eksperymentatorów   opuszczał   laboratorium   SRI   z
dziesięcioma zalakowanymi kopertami. Zawierały one opisy dróg wiodących do wyznaczonych

miejsc.   Koperty   te   każdego   dnia   wybierano   z   dużego   stosu   na   chybił   trafił.   Ani   osoba
testowana, ani też żaden z dwóch pozostałych w laboratorium eksperymentatorów nie znali

zawartych   w   nich   informacji.   Tymczasem   Puthoff   krążył   bez   przerwy,   pomiędzy   godziną
dziesiątą a 10.30, wokół wyznaczonego miejsca, by podać jego mylną lokalizację ‒ poczynione

obserwacje   wykazały   bowiem,   iż   ludzie   oraz   obiekty   w   ruchu   nie   dają   się   identyfikować
podświadomie   na   odległość.   Po   półgodzinnej   jeździe   Puthoff   wybrał   z   pomocą   generatora

przypadku liczbę z przedziału od zera do dziewięciu, następnie odszukał kopertę oznaczoną
tym numerem i udał się na wyznaczone miejsce. Znalazł się w nim około godziny 10.45.

O godzinie jedenastej wrócił do instytutu, pokazał strażnikowi u wejścia kopertę z nazwą

‒ 21 ‒

background image

miejsca, po czym udał się do laboratorium. Tymczasem wpłynął raport od jego dwóch kolegów:
testowana osoba rozpoczęła o godzinie 10.10 opisywać miejsce, w którym Puthoff znalazł się

dopiero trzydzieści pięć minut później. Sporządziła także rysunki, a jej odczucia utrwalono na
taśmie magnetofonowej. Hammid spełniła zadanie, jakie postawiono jej w ramach ekspery-

mentu, o godzinie 10.25. Stało się to więc pięć minut wcześniej, nim Puthoff zdołał odszukać
opisane miejsce.

W   tym   eksperymencie   zdumiewające   było   to,   iż   uwzględniając   prawa   logiki   i   prawdo-

podobieństwa można było oczekiwać, że zdarzy się jedno, a co najwyżej dwa „przypadkowe

trafienia”; sytuacja przedstawiała się jednak inaczej. Podczas wszystkich prób Helia potrafiła z
niebywałą precyzją odgadnąć miejsce, do którego przybyć miał następnie Puthoff.

Nie   rozstrzygnięte   pozostawało   już   tylko   jedno   pytanie:   czy   Helia   Hammid   rzeczywiście

lokalizowała  te   miejsca,  czy  też  swą  wewnętrzną  mocą wpływała  na  generator  przypadku?

Posługując się językiem parapsychologów, zapytalibyśmy: czy mamy tu do czynienia z przy-
padkiem prekognicji, czy psychokinezy?

Badania prowadzone przez Puthoffa i Targa były jedynie modernizacją klasycznych ekspery-

mentów   z   kartami,   jakie   na   Uniwersytecie   Duke   w   Durham   w   Północnej   Karolinie

przeprowadzał niegdyś doktor J. B. Rhine, uważany za twórcę amerykańskiej parapsychologii
naukowej.

W   roku   1933   Rhine   i   jego   współpracownicy,   postanowili   odpowiedzieć   na   pytanie,   czy

człowiek   może   się   porozumiewać   telepatycznie.   Do   tego   celu   użyto   pięciu   kart   z   różnymi

symbolami: krzyżem, gwiazdą, kwadratem, kołem i falą. Jedna z testowanych osób znajdowała
się   w   zamkniętym   pomieszczeniu   i   jako   nadawca   koncentrowała   się   na   jednym   z   pięciu

symboli; druga osoba ‒ odbiorca ‒ miała „odgadnąć”, o którą z kart chodziło. Doświadczenie z
„bezprzewodowym przepływem informacji” z jednego pomieszczenia do drugiego okazało się

tak wielkim sukcesem, iż Rhine mógł nie tylko udowodnić występowanie zjawiska telepatii, ale
również uczynić znaczny krok naprzód w swoich poszukiwaniach. Chciał teraz wiedzieć, czy

można udowodnić także zjawiska pokonania czasu.

W   tym   celu   Rhine   zmienił   nieco   swój   eksperyment.   Zadaniem   odbiorcy   było   teraz   od-

gadnięcie, która z kart zostanie wyciągnięta przez nadawcę. Podczas eksperymentu należało
podać symbole znajdujące się na dwudziestu pięciu kartach. W sumie przeprowadzono 4500

prób, a ich wynik zaskoczył nawet samego Rhine'a. Niemalże dziesięć lat zwlekał on jednak z
opublikowaniem   ich   wyników   z   obawy   przed   sceptycznie   nastawionymi   do   jego   poczynań

kolegami. Jeszcze przez długi czas uznawali oni eksperymenty Rhine'a za „karciane sztuczki”.
Dopiero   liczne   i   zróżnicowane   metody   badawcze   stosowane   w   latach   sześćdziesiątych   i

siedemdziesiątych, zmusiły krytyków parapsychologii do zmiany punktu widzenia.Fizyk Helmut
Schmidt, zatrudniony na kierowniczym stanowisku w firmie lotniczej Boeing, opublikował w

roku 1970 pierwszy raport o metodzie wiążącej badania wizjonerstwa (prekognicji) z aktyw-
nością cząsteczek na płaszczyźnie subatomowej. Schmidt powoływał się przy tym na pozornie

nieprzewidywalne   „przejścia   kwantowe”   subatomowych   cząsteczek,   ich   „przypadkowość”
zamierzał bowiem wykorzystać w swoich eksperymentach. W tym celu skonstruował konwerter,

za pomocą którego przejścia kwantowe przetwarzano na sygnały świetlne w sposób równie
przypadkowy jak losowanie orła lub reszki na monecie. Za źródło przejść kwantowych posłużył

Schmidtowi radioaktywny pierwiastek o liczbie atomowej 90 (tor), gdyż po upływie trzydziestu
lat  (tyle   wynosi  jego   przeciętna  żywotność)   pierwiastek  ten  rozpada  się   nagle   i  nieprzewi-

dzianie   na   cząsteczki.   „Rzut   monetą”   zastąpiono   dwoma   urządzeniami:   licznikiem   Geigera-
Müllera,   który   pokazywał   rozpad   i   wyzwalanie   cząsteczek,   oraz   przełącznikiem   wysokich

częstotliwości, który w ciągu jednej sekundy oscylował pomiędzy pozycjami „orzeł” i „reszka”.
Gdy tylko następowało wyzwolenie cząsteczki, a przełącznik znajdował się dokładnie w którejś

z tych pozycji, zapalała się jedna z czterech lampek kontrolnych.

Zadanie  osób, u których badano zdolność prekognicji, polegało  na odgadnięciu, w jakiej

pozycji ‒ orła czy reszki ‒ zaświeci się lampka. Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa
liczba typowań trafnych i błędnych powinna być jednakowa. Spośród stu osób biorących udział

w eksperymencie Schmidt wybrał trzy ‒ gospodynię domową, kierowcę ciężarówki i „medium”,
których   przewidywania   już   od   samego   początku   były   dalece   niezgodne   z   zakładanym

wynikiem. Polecił im, by powtarzali to samo zadanie 60.000 razy. Otrzymany rezultat różnił się
od wyniku  zgodnego  z  rachunkiem prawdopodobieństwa  ‒  w stosunku  miliard  do  jednego.

Drugi  cykl  prób  dał  jeszcze  większą  liczbę   trafnych   odpowiedzi.   Podczas   dalszych   ekspery-
mentów z subatomowym generatorem przypadku Schmidtowi udało się dowieść, że człowiek

może podświadomie wpływać na przejścia kwantowe na płaszczyźnie subatomowej.

Swój najbardziej spektakularny eksperyment przeprowadził Schmidt w 1987 roku wraz z

Marilyn Schlitz w Mind Science Foundation w teksaskim San Antonio. W eksperymencie tym

‒ 22 ‒

background image

naukowcy posłużyli się komputerem, który ze stu dźwięków wytworzył tysiąc przypadkowych
melodii.   Każda   z   tych   melodii   składała   się   z   czystych   dźwięków,   zakłócanych   szmerami

podobnymi do eksplozji; ich długość wyznaczał generator przypadku. Każdą z serii dźwięków
Schmidt   i   Schlitz   zapisali   na   taśmie   magnetofonowej,   której   kopie   rozdano   testowanym

osobom. Ich zadaniem było przedłużenie siłą woli trwania czystych dźwięków oraz skrócenie
zakłóceń. Po ponownym odsłuchaniu oryginalnego nagrania, stwierdzono ze zdumieniem, że

zarówno czas trwania czystych dźwięków, jak i zakłóceń zmienił się tak, jak to zaplanowano.
Nie dotyczyło to wszakże „nie obrabianego” materiału archiwalnego.

Oznacza to, że testowane osoby mogły siłą własnej woli manipulować nagraniem w chwili

jego rejestracji na kasecie lub też po pewnym czasie wpłynąć na powstałe uprzednio melodie.

Wynikałoby z tego, że działały wbrew upływającemu czasowi, odwracając zależność skutku od
przyczyny, i odbyły wewnętrzną podróż w przeszłość.

W kolejnym eksperymencie melodie utworzone ze stu dźwięków komputer przetworzył ‒

znów   zupełnie   przypadkowo   ‒   w   jeden   z   czterech   rodzajów   dźwięku.   Statystycznie   rzecz

biorąc, częstość występowania każdego z tych rodzajów powinna być jednakowa. Testowane
osoby wpływały teraz dodatkowo na pojawianie się tonów niskich i wysokich. I tym razem

uzyskano „niemożliwy” efekt psychokinezy działającej wstecz. Testowane osoby o wieloletnim
doświadczeniu   z   medytacją   miały   tu   zdecydowaną   przewagę   nad   osobami   mniej   doświad-

czonymi.   Eksperyment   pozwolił   na   dokonanie   niewiarygodnych   spostrzeżeń;   na   podstawie
uzyskanych wyników można by bowiem sądzić, że istnieje możliwość wędrówki ludzkiej duszy

w czasie i jej oddziaływania na los.

„Nie ma zatem czasu docelowego, który wskazywałby w sposób linearny i chronologiczny na

istnienie konkretnej przyszłości”, pisze Gerd Gerken w piśmie  Radar für Trends  („Wykrywacz
trendów”). „Czas staje się subiektywną teraźniejszością ‒ zbiornikiem dla rzeczy realnych i

nieprawdopodobnych (...). Tym samym upaść musi zachodnie rozumienie czasu jako zjawiska
o   określonym   kierunku   rozwoju.   Jeśli   teraźniejszość   oznacza   jedynie   powracanie   naszych

odczuć, musi istnieć czas powracający, czas jako zjawisko cykliczne”. Ta koncepcja bliska jest
sposobowi pojmowania czasu przez Azjatów. Według nich istnieje tylko jeden cykliczny czas, w

którym wszystko  powraca  wciąż  od nowa: wszelkie zdarzenia i ‒  za sprawą reinkarnacji ‒
wszyscy ludzie. Tak oto losem każdego z nas rządzi odwieczny obieg, w którym nie ma miejsca

na jakikolwiek przypadek.

Czy można w ten sposób wyjaśnić niezwykłe zbieżności w życiorysach dwóch amerykańskich

prezydentów:   Lincolna   i   Kennedy'ego?   „Obydwaj   walczyli   o   prawa   obywatelskie   dla   kolo-
rowych;   obydwaj   zostali   zamordowani   w   piątek   i   w   obydwu   przypadkach   zastosowano

niewystarczające   środki   ochrony;   każdego   z   nich   zabito   strzałami   w   głowę,   a   świadkami
tragedii były ich żony; Kennedy zginął w setną rocznicę ogłoszenia przez Lincolna Proklamacji

Równouprawnienia. Lincolna ostrzegano przed pokazywaniem się publicznie w teatrze, Ken-
nedy'ego przestrzegano przed podróżą do Dallas.

Istnieją też dalsze zbieżności. Zastępcy obydwu prezydentów byli wcześniej senatorami i

nosili nazwisko Johnson. Drugi z wiceprezydentów ‒ Lyndon ‒ wybrany został prezydentem

jako pierwszy z południowców od czasu, gdy to stanowisko objął pierwszy z nich ‒ Andrew.
Zabójca Lincolna, John Wilkes Booth, urodził się w 1839 roku, Lee Harvey Oswald zaś w roku

1939. Booth zastrzelił Lincolna w teatrze i uciekł do domu towarowego; Oswald strzelał do
Kennedy'ego   z   domu   towarowego,   po   czym   ukrył   się   w   teatrze.   (Tak   przynajmniej   brzmi

oficjalna wersja tych zdarzeń. Całej prawdy o tym, kto jeszcze był w nie zamieszany ‒ mafia,
CIA czy KGB ‒ z pewnością i tak już się nie dowiemy). Obydwaj mordercy zostali zastrzeleni,

zanim   odbył   się   proces.   Zarówno   Lincoln,   jak   i   Kennedy   stracili   dwoje   dzieci,   jedno   przed
wprowadzeniem się do Białego Domu, drugie w czasie kadencji prezydenckich. Kennedy miał

sekretarza o nazwisku Lincoln, sekretarz Lincolna nazywał się Kennedy.

Podążmy dalej tym tropem: Andrew Johnson urodził się w 1808 roku, Lyndon Johnson w

roku   1908.   Nazwisko   i   imię   każdego   z   nich   składa   się   z   trzynastu   liter.   Z   piętnastu   liter
natomiast składają się nazwiska i imiona Johna Wilkesa Bootha i Lee Harveya Oswalda. Kiedy

obydwaj   prezydenci   przekroczyli   czterdziestkę,   poślubili   dwudziestoczteroletnie   brunetki,
posługujące się biegle językiem angielskim. Obydwaj wywodzili się z mniejszości i dopiero w

czterdziestym siódmym roku swojego stulecia wybrani zostali do kongresu. Obydwaj również
przegrali   w   czasie   pierwszej   nominacji   na   wiceprezydenta   w   pięćdziesiątym   szóstym   roku

swojego stulecia, na cztery lata przed nominowaniem ich na prezydentów...

Powinniśmy wreszcie pogodzić się z tym, że nasz zdrowy rozsądek nieustannie napotyka

fenomeny, które mu przeczą. Poglądy na to, co jest rozsądne, a co nie; na to, co może się
zdarzyć, a co zdarzyć się nie powinno, zależą od sumy naszych życiowych doświadczeń. Nie

wystarczają one jednak, by wytłumaczyć tak niecodzienne zjawiska jak psychokineza, preko-

‒ 23 ‒

background image

gnicja, czy zdumiewające zbieżności pomiędzy Lincolnem i Kennedym.

Jeśli nauka zamierza zgłębić oceany prawdy, musi wziąć pod uwagę przypuszczenia zarówno

„niedorzeczne”,   jak   i   „rozsądne”.   Co   się   zaś   tyczy   „zdrowego   rozsądku”,   któremu   niektóre
koncepcje pozornie przeczą ‒ w pewnych okolicznościach należy o nim po prostu zapomnieć.

‒ 24 ‒

background image

III

Hologram Tao

Czasem zadaję sobie pytanie: kto tu właściwie zwariował? Eksperymentujący naukowiec stoi

nad przepaścią, spoglądając w niewyobrażalną głębię, dal, wysokość, w niezbadane. Znajduję

się w tym właśnie miejscu i widzę łudzi, przysłuchuję się rozmowom, ideom, intelektualnym
tęsknotom. „Który z nas dwóch zwariował?”

Pewnego   wieczoru,   podczas   roboczego   spotkania   naukowców,   miałem   szczęście   siedzieć

obok jednego z najświetniejszych i najbardziej elokwentnych fizyków świata. W czasie kolacji

zrobił   on   kilka   uszczypliwych   uwag   o   joggingu,   widząc   w   nim   zmierzch   kultury   Zachodu.
„Ludzie   nie   pojmują,  do   czego   to   prowadzi.   Istotne   są  wyłącznie   sprawy  ducha”,  twierdził.

„Einstein nigdy nie widział potrzeby uprawiania gimnastyki. A ci ludzie ‒ mówił zdenerwowany,
myśląc   o   biegaczach,   których   obserwował   codziennie   ze   swojego   okna   ‒   są   strasznymi

materialistami.   Nie   mają   pojęcia   o   pięknie,   tej   niemal   duchowej   istocie   fizycznego   świata.
Wszystko rozgrywa się w sferze ducha i jest natury mentalnej, nie zaś materialnej”.

Powyższe   myśli   John   Brockmann   zawarł   we   wstępie   do   swojej   książki   pt.   „Narodziny

przyszłości”.

Jedną z wielu prób zgłębienia istoty świata fizycznego ‒ kosmosu i życia ‒ jest tak zwana

zasada antropiczna, obiekt fascynacji wielu uczonych. Zasada ta głosi, że nasze istnienie nie

jest przypadkowe, lecz zależy od bardzo szczególnych okoliczności. Tym samym zakłada się, iż
niektóre z obserwowanych przez nas właściwości wszechświata nierozerwalnie wiążą się z tym,

że żyjemy właśnie po to, by je obserwować. Życie zaś jest niebezpiecznym balansowaniem na
krawędzi   przypadku.   Sam   wszechświat   należy,   jak   się   zdaje,   do   klasy   wszechświatów,   w

których   przetrwanie   człowieka   jest   możliwe.   Tym   samym   nasze   istnienie   stwarza   granice
wszechświata.   Postrzegamy   wszechświat   takim,   jakim   jest,   dlatego   że   żyjemy,   twierdzi

Stephen W. Hawking, astrofizyk z Uniwersytetu Cambridge. Hawking twierdzi też, że możliwość
przypadkowego powstania wszechświata jest nieprawdopodobna. Wydaje się bowiem niemożli-

we, by z panującego na początku chaosu mógł rozwinąć się twór tak jednolity jak wszechświat.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa struktura tych rozmiarów rozporządza swego rodzaju

rozumem, który pozwala również nas, ludzi, zaliczyć do istot inteligentnych.

„My nie odkrywamy wszechświata, my go wymyślamy wciąż od nowa”, zauważa słusznie

Brockmann. „Jako jego obserwatorzy stanowimy część tego wymysłu, jesteśmy ulepieni z tej
samej gliny. Twierdząc, że wszechświat istnieje niezależnie od nas i obok nas, musielibyśmy

również przyjąć, że został skonstruowany w taki sposób, że może obserwować sam siebie”.

Davida   Bohma   zalicza   się   do   najwybitniejszych   w   naszym   stuleciu   przedstawicieli   fizyki

teoretycznej. Jego książka  Causality and Chance in Modern Physics  (Londyn, 1957) stała się
klasycznym dziełem w dziedzinie fizyki kwantowej, lekturą, którą jeszcze dziś wielu profesorów

zaleca   swoim   studentom.   Również   prace   Bohma   dotyczące   mechaniki   kwantowej   i   teorii
względności zrobiły furorę w kręgach fachowców.

Bohm   urodził   się   w   1917   roku   i   studiował   w   Pennsylvania   State   College.   Jako   jeden   z

ostatnich   studentów   Jacoba   Roberta   Oppenheimera   doktoryzował   się   w   roku   1943   na

Uniwersytecie   Kalifornijskim   w   Berkełey,   jeszcze   zanim   Oppenheimer   przeniósł   się   do   Los
Alamos,   by   nadzorować   projekt   „Manhattan”,   tzn.   program   budowy   pierwszej   bomby   ato-

mowej.   Temat   pracy   doktorskiej   Bohma   z   fizyki   brzmiał:   „Rozrzut   neutron   ‒   proton”.   Po
habilitacji Bohm pracował razem z Einsteinem w Princeton. Wykładał też na uniwersytecie w

São Paulo w Brazylii oraz w Technicon, w izraelskim mieście Haifa. Następnie został wykła-
dowcą fizyki teoretycznej w Birkbeck College na Uniwersytecie Londyńskim. Dziś jest Bohm

emerytowanym profesorem tejże uczelni.

Podczas wojny Bohm badał zachowanie plazmy w polu magnetycznym. Jego teoria o „dyfu-

zji plazmy” stanowiła milowy krok w badaniach nad syntezą jądrową. W Princeton rozbudował
swoją teorię plazmy oraz skonstruował różne przyrządy fizyczne, m.in. cyklotron i synchro-

cyklotron.

W roku 1969 w życiu Davida Bohma nastąpił przełom. Pewnego dnia jego żona przyniosła

do domu książkę pt. „Wolność od znanego”. Sądziła, że jej autorem był jakiś fizyk kwantowy.

‒ 25 ‒

background image

Bohm   czytał   książkę   zafascynowany   i   miał   coraz   większą   ochotę,   by   powtórzyć   okrzyk
Archimedesa „heureka!”, „znalazłem!”. Książka ta była dla niego niezwykłym przeżyciem. Oto

ktoś sformułował obraz świata mechaniki kwantowej dokładniejszy od wszystkich dotychczaso-
wych projektów fizyków. Co więcej, autor książki nie był fizykiem i nie miał nawet podstaw

wiedzy przyrodniczej. Był to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti.

Krishnamurti   przyszedł   na   świat   w   1895   roku   w   mieście   Madras,   w   biednej   rodzinie   z

południa   Indii.   Już   jako   dziecko   odznaczał   się   niesłychaną   bezinteresownością.   Gdy   miał
dziesięć lat, „odkrył go” pewnego dnia na plaży brytyjski jasnowidz i teozof C. W. Leadbeater.

Spotkawszy   tego   chłopca   o   ciemnej   cerze,   Leadbeater   zobaczył   nagle   jego   przyszłość:
Krishnamurti   zostanie   kiedyś   „nauczycielem   świata”.   Leadbeater   zabrał   chłopca   do   centrali

Towarzystwa Teozoficznego. Prezes tej organizacji, doktor Annie Besant, zajęła się natychmiast
właściwym przygotowaniem chłopca do wypełnienia jego „zadania”. Krishnamurtiego posłano

do najlepszych szkół, otrzymał tam doskonałe wykształcenie. Jednak gdy w roku 1927 stara,
nieco zdziwaczała już dama chciała zaprezentować światu swego wychowanka jako nowego

Mesjasza, młody Hindus zbuntował się. Nie chciał należeć do żadnej z organizacji, ponieważ
„prawda nie daje się zorganizować”. Nie pragnął również grona własnych uczniów i wyznawców,

twierdząc, że „prawda jest krainą bezdroży, po których każdy powinien podążać w samotności”.
Co   więcej,   tradycyjne   nauki,   autorytety,   religie   oraz   stowarzyszenia   odchodzą   od   spraw

istotnych, przez co mogą jedynie szkodzić życiu duchowemu. Krishnamurti zjeździł cały świat,
wygłaszając   swoje   wykłady.   Rozmawiał   z   tysiącami   osób,   uważano   go   za   „budowniczego

mostów”   pomiędzy   kulturami,   za   reprezentanta   hinduskiego   światopoglądu   na   Zachodzie.
Nigdy też nie zachowywał się jak guru. Krishnamurti pełnił swą misję aż do śmierci w roku

1986. Jego niezwykła inteligencja i rozsądek zyskały mu ogromny respekt i uznanie w kręgach
postępowej   inteligencji   Ameryki   i   Europy.   Zdobył   też   ogromną   rzeszę   zwolenników,   którzy

każdego lata wiernie uczestniczyli w jego wykładach, w szwajcarskim mieście Sarnen.

Jeden z jego wielbicieli, Aldous Huxley, powiedział kiedyś: „Móc słuchać Krishnamurtiego, to

tak, jakby usłyszeć pouczającą mowę Buddy”.

Hindus unikał głoszenia doktryn. Jego wykłady dotyczyły przeważnie pytań egzystencjal-

nych:   śmierci   i   narodzin,   czasu,   pożądania,   strachu   i   wyzwolenia.   Na   wstępie   każdego   z
wykładów Krishnamurti oznajmiał: „Spróbujmy wspólnie zgłębić ten temat. Nie będę Państwa

pouczał, gdyż nie jestem do tego upoważniony. Razem więc dotrzemy do istoty zagadnienia”.
Następnie   zwracał   uwagę   na   nieskuteczność   analizowania   jakiegoś   problemu   metodami

konwencjonalnymi.   Wreszcie,   z   niesłychanym   wyczuciem   dramaturgii,   zadawał   wolno,   lecz
zdecydowanie   pytanie:   „Czy   są   Państwo   zdolni   przezwyciężyć   w   tym   momencie   czas?   Nie

zamierzam walczyć z czasem, wypierać go, zaprzeczać mu. Zamierzam przekroczyć barierę
czasu.   Dziś   wieczór   naszym   zadaniem   jest   przezwyciężenie   czasu.   Jeśli   się   nam   nie   uda,

znaczyć to będzie, że mój wykład nie przyniósł efektów”.

Po   tych   słowach   publiczność   była   już   gotowa,   by   wspólnie   z   Krishnamurtim   szukać

odpowiedzi. Hindus mówił dalej: „Wyzbywszy się wszelkich przesądów, zbadajmy teraz nasze
zagadnienie. Czym jest czas? Spróbujmy choć raz porozmawiać ze sobą, wszyscy na tej samej

płaszczyźnie, z jednakową intensywnością, w tym samym czasie. Potraktujcie Państwo osobę
wygłaszającą   odczyt   jedynie   jako   lustrzane   odbicie.   Czy   teraz   możecie   odpowiedzieć   na

pytanie, czym jest czas?”

Zarówno uwzględnianie istnienia subiektywnych rzeczywistości, jak i rozpatrywanie jakiegoś

problemu   na   rozmaitych   płaszczyznach   odpowiada   odkryciom   w   mechanice   kwantowej,   tj.
nauce o ruchu ilości (kwantów). W myśl zasad tej nauki wszelkie zjawiska w przyrodzie dzielą

się na niezwykle drobne elementy zwane kwantami. Owe kwanty nie zachowują się jednak
zgodnie z zasadami fizyki newtonowskiej, występują bowiem albo jako cząsteczki, albo jako

fale. Forma tych elementów zależy od sposobu, w jaki zaklasyfikujemy nasze eksperymenty
naukowe. Innymi słowy, przyrządy pomiarowe wytwarzają rezultat albo rzeczywistość subiek-

tywną. Przy czym nie sposób z góry określić, jak istotnie zachowa się cząstka elementarna.
Można   przewidzieć   wyłącznie   statystyczne   prawdopodobieństwo   zdarzenia.   Niektórzy   fizycy

twierdzą nawet,  że cząsteczki takie  w ogóle  nie  istnieją, wykazują najwyżej „tendencję  do
istnienia”.

Werner Heisenberg ‒ jeden z twórców fizyki kwantowej ‒ stwierdził zatem: „Świat jawi się

jako   skomplikowany   splot   zdarzeń,   które   rozmaicie   się   ze   sobą   łączą,   przecinają   się   i

oddziaływają   na   siebie,   określając   w   ten   sposób   strukturę   całości”.   Ta   „wielowymiarowa
rzeczywistość” odzwierciedla się w dydaktyce Krishnamurtiego.

Kiedy   Bohm   przeczytał   jego   książkę,   postanowił   spotkać   się   z   autorem.   Już   podczas

pierwszego   spotkania   zawiązała   się   pomiędzy   nimi   nić   porozumienia   i   głęboka   przyjaźń,

trwająca aż do śmierci Krishnamurtiego. Hindus stał się duchowym nauczycielem fizyka. Od tej

‒ 26 ‒

background image

pory naukowiec dyskutował z nim o swoich teoriach, otrzymując od filozofa cenne wskazówki i
inspirację.   Owocem   tych   rozmów   stała   się   nowa   teoria   bytu.   Bohm   twierdzi   w   niej,   iż   u

podstaw wszelkiego istnienia leży „ukryty porządek”.

Tym samym Bohm zbliżył się do odpowiedzi na pytanie nurtujące go od czasu współpracy z

Einsteinem w Princeton. Był wówczas świadkiem historycznej dysputy pomiędzy Einsteinem a
duńskim naukowcem, Nielsem Bohrem, jednym z ojców fizyki kwantowej. Einstein przyznał

wprawdzie,   że   teoria   kwantowa   Bohra   stanowi   zwarty   model   myślowy,   ciągle   jednak   był
przekonany, że za przypadkowym chaosem, za pozorną przypadkowością zdarzeń  kryje  się

pewien   porządek.   Einstein   nie   zaakceptował   twierdzenia,   iż   wszechświat   składa   się   przede
wszystkim z bezładnego ruchu najmniejszych obiektów, cząsteczek ‒ protonów i elektronów.

Odrzucił   też   interpretację   mechaniki   kwantowej   Bohra,   opartą   na   niemiejscowych   zależno-
ściach i podstawowym znaczeniu prawdopodobieństwa jako  czynnika decydującego. Całą tę

interpretację Einstein skwitował lakoniczną uwagą: „Pan Bóg nie gra w kości”. Przekonany, iż
pewnego dnia dzięki nieznanym dotychczas miejscowym zmiennym znajdziemy jakąś w pełni

deterministyczną interpretację, pod koniec swojego życia wyruszył Einstein na poszukiwanie
„formuły świata”, „Jednolitej Teorii Pola”.

Bohm nigdy nie porzucił rozpoczętej z Einsteinem pracy nad „Jednolitą Teorią Pola”, w końcu

też   znalazł   rozwiązanie   Einsteinowskiego   dylematu.   Był   przekonany,   że   za   przypadkowymi

zdarzeniami kryje się obszar obligatoryjnych danych, cała masa ukrytych zmiennych, które w
chwili ich ujawnienia okazują się konsekwentną, niestatystyczną podstawą dla pozornie przy-

padkowego ruchu poszczególnych cząsteczek. Bohm twierdził, że „osiągnięcia nowoczesnych
nauk przyrodniczych mają sens tylko wówczas, gdy za podstawę wszelkich zdarzeń i faktów

zewnętrznych uznamy wewnętrzną, jednorodną i transcendentną rzeczywistość”. Głosił też, iż
za pozornym chaosem i cząsteczkami materii, pomiędzy którymi zachodzą nierozpoznawalne

związki,   istnieje   ukryty   porządek.   Ten  niewidoczny   wymiar,   bezkresny  utajony   ład,  stanowi
źródło każdej widzialnej materii w czasoprzestrzeni naszego wszechświata. Materia i świado-

mość   mają   przypuszczalnie   wspólny   początek   w   tym   najgłębszym   ‒   „nieujawniającym   się”
wymiarze.   Świat,   w   którym   żyjemy,   jest   zdaniem   Bohma   wielowymiarowy.   Jego   widzialna,

najbardziej powierzchowna warstwa ‒ to trójwymiarowy świat obiektów, świat przestrzeni i
czasu ‒ „porządek jawny”.

Materia tego porządku jest zwartą strukturą. Można ją, co prawda, w prosty sposób opisać,

nie można jej jednak równie prosto zrozumieć. W podobnej sytuacji znajduje się nowoczesna

fizyka:   prezentując   niezliczone   równania   matematyczne,   nie   może   odkryć   ich   prawdziwego
znaczenia.

Rzeczywiste zrozumienie możliwe jest bowiem tylko na wyższym poziomie ‒ na poziomie

ukrytego  porządku, który stanowi wszechobejmujące tło  naszych fizycznych, psychicznych i

duchowych doświadczeń. Ich źródło z kolei leży w wymiarze jeszcze subtelniejszym w „porząd-
ku super-ukrytym”.

Opisując ten niejawny bądź „ukryty” porządek, Bohm posłużył się przykładem hologramu, w

którym każda część zawiera w pewnym sensie obraz całości. Innymi słowy, najmniejsza nawet

część hologramu zawiera całość informacji. Również w rzeczywistym świecie całość ukryta jest
w każdej jego części. Ponieważ sam hologram wydaje się tu zbyt statyczny, Bohm porównuje

chętniej dynamikę „ruchu hologramowego” do dynamicznej struktury wszechświata.

„Porządek natury jest porządkiem”, powiedział Krishnamurti, a liczne dyskusje na konfe-

rencjach   oraz   rozmowy   prywatne   dowiodły,   jak   bardzo   zbliżone   było   rozumowanie   fizyka   i
mistyka. „Uczony zdobywał szczyt pracowicie i z mozołem. Gdy był już bliski celu i wdrapywał

się na ostatnią grań, ujrzał grupę pozdrawiających go mistyków i ojców religii, którzy czekali
tam na niego od tysiącleci”, powiedział kiedyś Robert Jastrow, fizyk NASA (National Aeronautics

and Space Administration).

Odkrycia fizyki kwantowej zmieniły nasz sposób myślenia, sprawiły, że świat postrzegamy

jako całość. I z pewnością nieprzypadkowo fizycy coraz częściej odwoływali się do mądrości
Wschodu; w końcu zaczęto nawet mówić o tak zwanym „Tao fizyki”. Wspomina o tym Capra w

swojej bestsellerowej książce o „Nowym myśleniu”. „Tao” ‒ jest to słowo z języka chińskiego,
użyte przez mistyka Laocy jako określenie „niewypowiadalnej” zasady aktu stworzenia, którą

Bohm nazwałby „ukrytym porządkiem”.

W międzynarodowej grupie fizyków, którzy wspólnie sformułowali teorię kwantów (między

innymi   Max   Planck,   Albert   Einstein,   Niels   Bohr,   Erwin   Schrödinger,   Wolfgang   Pauli,   Werner
Heisenberg   i   Paul   Dirac),   nieustannie   dyskutowano   nad   zagadnieniem   obrazu   świata   u

mistyków Wschodu. Wielu z tych fizyków stało się również mistykami.

„Na podstawie wszelkich danych z nauk ścisłych możemy stwierdzić, iż w całej przyrodzie, w

której człowiek żyjący na naszej małej planecie odgrywa jedynie znikomą rolę ‒ panuje prawo

‒ 27 ‒

background image

niezależne   od   egzystencji   myślącej   ludzkości.   Pozwala   ono   jednak,   oczywiście   w   granicach
naszego   pojmowania,   sformułować   tezę   o   celowym   działaniu.   Prawo   to   stanowi   sensowny

porządek świata, któremu podlegają natura i człowiek. Istota tego porządku pozostanie dla nas
na zawsze niepoznawalna, gdyż informacji o nim dostarczają nam tylko nasze zmysły, których

nigdy nie będziemy mogli w pełni wyeliminować”, twierdził Max Planck, postulując jednocześnie
istnienie „wszechwładnego rozsądku rządzącego przyrodą”.

Niels   Bohr   zastanawiał   się   nad   „jednością   wiedzy”.   Ernst   Schrödinger   zainteresował   się

wedantą,   indyjskim   systemem   filozoficznym,   który   naucza,   że   zauważalna   różnorodność

stworzenia jest tylko  pozorem i nie istnieje w rzeczywistości. Stanowi ona jedynie przejaw
Absolutu, ducha świata, brahmana.

Mieszkający pod koniec życia w Getyndze Werner Heisenberg nazywany był często Buddą.

Nie tylko z uwagi na swój wygląd, lecz głównie z powodu zainteresowań filozofią buddyjską.

Nie bez przyczyny wypowiedź Heisenberga zestawia Capra ze słowami jednego z buddyjskich
nauczycieli ‒ lamy Anagoriki Govindy, ukazując w ten sposób podobieństwo pomiędzy „duchem

teorii kwantowej” (Heisenberg) i założeniami buddyzmu.

Według   słów   fizyka   „świat,   który   się   nam   objawia,   można   by   porównać   do   tkaniny   o

skomplikowanym splocie zdarzeń. Zachodzą między nimi różnego rodzaju związki; zdarzenia
splatają się ze sobą, krzyżują i oddziaływują na siebie, określając w ten sposób strukturę całej

tkaniny”.

Lama zaś nauczał:  „Buddysta nie  wierzy w istnienie  niezależnego  czy odrębnego   świata

zewnętrznego,   w   którego   dynamikę   mógłby   się   wkomponować.   Świat   zewnętrzny   i   jego
osobisty świat wewnętrzny są dla niego jedynie dwiema stronami tej samej tkaniny, w której

przeplatają się pasma wszelkich mocy i zdarzeń, wszelkich form świadomości i jej obiektów,
tworząc nierozerwalną sieć nieskończonych, wzajemnie oddziałujących powiązań”.

To   połączenie   kultury   Wschodu   z   kulturą   zachodnią   doprowadziło   do   narodzin   nowego

sposobu myślenia. Najdogodniejszym gruntem dla jego rozwoju były lata sześćdziesiąte, czas

studenckiej  rewolty.  Zamierzano  wówczas  zrobić porządek ze   „stęchlizną  nagromadzoną  od
tysiącleci pod togami profesorów”. W tym celu wielu młodych akademików szukało punktów

odniesienia w kulturze i religii Wschodu. Chińscy mistrzowie Tai-chi, hinduscy mędrcy, wyz-
nawcy Buddy z Japonii i lamowie z Tybetu zapraszani byli z odczytami na zachodnie uniwer-

sytety.

Studenci,   wśród   nich   liczni   młodzi   przyrodoznawcy,   z   ogromnym   zainteresowaniem

przysłuchiwali się ich wypowiedziom ‒ wyciągając z nich własne wnioski i spostrzeżenia, nad
którymi dyskutowano później na trwających często do późna w nocy spotkaniach. Wkrótce

słoneczna Kalifornia, gdzie hasło  East meets West  traktowano ze szczególnym entuzjazmem,
stała się kolebką idei propagującej dialog kultur, oparty na całkowicie nowym obrazie świata.

Miał on niejako stanowić filozoficzną nadbudowę dla odkryć mechaniki kwantowej. Zjawisko to
otrzymało nazwę New Age ‒ nowa era. Tym samym sprawdziły się przewidywania Wernera

Heisenberga: „Prawdopodobnie można pokusić się o stwierdzenie, że najpłodniejsze okresy w
historii myśli ludzkiej następowały wówczas, gdy dochodziło do konfrontacji dwóch zupełnie

odmiennych sposobów myślenia. Korzenie tych modeli tkwić mogą w najrozmaitszych dziedzi-
nach kultury lub różnych jej epokach. Mogą zależeć od odmiennych warunków otoczenia lub

tradycji religijnych. Jeśli tylko te różne sposoby myślenia się spotkają, to znaczy: jeśli zaczną
na   siebie   oddziaływać,   wówczas   można   mieć   nadzieję,   że   zrodzi   się   z   tego   coś   nowego   i

interesującego”.

Jednym   z   młodych   przyrodoznawców,   propagujących   ideę   interkulturowego   dialogu   ze

Wschodem,   był   biochemik   doktor   Rupert   Sheldrake.   Kiedy   po   uzyskaniu   tytułu   doktora   na
renomowanym   uniwersytecie   Cambridge,   otrzymał   od   Royal   Society   stypendium   naukowe,

Rupert Sheldrake udał się do Haidarabadu w Indiach, by pracować dla Intercontinental Crops
Research   Institute   for   Semi   Arid   Tropics   (ICRISAT).   Instytut   ten   poszukiwał   biologa,   który

zająłby   się   nadzorem   upraw   roślin   strączkowych.   Sheldrake   zamierzał   uszlachetnić   dwie
odmiany grochu oraz inne rośliny strączkowe, stanowiące pożywienie dla najuboższej ludności.

Sheldrake   wyjechał   do   Indii   na   własne   życzenie.   Jeszcze   jako   student   interesował   się

filozofią   indyjską   i   praca   w   Indiach   wydała   mu   się   najlepszym   sposobem   na   połączenie

osobistych   poszukiwań   z   obowiązkami   zawodowymi.   Ogromne   wrażenie   wywarły   na   Sheld-
rake'u spotkania z nauczycielami hinduizmu i długie rozmowy w aśramach oraz głównej siedzi-

bie Towarzystwa Teozoficznego w Adyar. Pomogły mu one znaleźć odpowiedzi na frapujące go
od dawna pytania.

Sheldrake'a   zainspirowały   przede   wszystkim   pisma   teozofów,   którzy   w   końcu   ubiegłego

stulecia starali się nawiązać filozoficzny i naukowy dialog pomiędzy Wschodem i Zachodem,

wschodnie systemy myślowe zestawiając z modelami zachodnimi. Fundamentalnym dziełem

‒ 28 ‒

background image

teozoficznym stała się książka Heleny P. Bławatskiej zatytułowana „Doktryna tajemna”. Przed-
stawiała   ona   „pojednanie   religii,   nauki   i   filozofii”.   W   Tamil   Nadu   Sheldrake   spotkał   się   z

brytyjskim benedyktynem o nazwisku Bede Griffith, który założył chrześcijański aśram propa-
gujący hinduistyczny styl życia. Był on również wytrwałym budowniczym pomostu łączącego

różne doktryny religijne. W aśramie Griffitha Sheldrake zatrzymał się na kilka miesięcy, aby
swoje teorie zebrać w jedno dzieło.

W   roku   1981   Sheldrake   opublikował   książkę   pt.   „Twórczy   wszechświat”,   która   stała   się

przedmiotem   gwałtownych   kontrowersji   w   kręgach   specjalistów.  Nature,   jedno   z   naj-

ważniejszych czasopism naukowych w Anglii, określiło tę książkę mianem „najlepszej od wielu
lat   kandydatki   do   publicznego   spalenia   na   stosie”.  New   Scientist  z   kolei   nazwał   pracę

Sheldrake'a „jednym z najważniejszych badań naukowych dotyczących fizycznej i biologicznej
natury rzeczywistości”. W swojej książce Sheldrake zawarł jeden z ważniejszych przyczynków

do holistycznego widzenia świata. Twierdził bowiem, że wewnątrz każdego organizmu i wokół
niego znajduje się „pole morfogenetyczne”, podobnie jak pole magnetyczne znajduje się wokół

magnesu  i  w jego   środku.  Pola  morfogenetyczne  wszystkich  organizmów,  mówi  Sheldrake,
powiązane   są   ze   sobą   morficznym   rezonansem.   Jest   to   siła   działająca   po   drugiej   stronie

materialnego świata; łączy ze sobą wszystkie żywe istoty, decydując o przebiegu ewolucji: gdy
wskutek połączenia się protonu z elektronem powstał pierwszy atom wodoru, właśnie zjawisko

„rezonansu morficznego” spowodowało powtórzenie tego procesu. Efektem pierwszego wiąza-
nia było powstanie pola, które sprowokowało inne protony i elektrony do łączenia się w kolejne

atomy.

W ciągu dziesięciu lat od ukazania się książki Sheldrake'a przeprowadzono setki ekspery-

mentów w celu potwierdzenia jego tez. Najczęściej sprawdzano słuszność twierdzenia Shel-
drake'a, że szybkość przyswajania wiedzy w grupie kursantów wzrasta według następującego

wykładnika:   im   większa  liczba  osób  zdolna  jest   czegoś  się   nauczyć,   tym   szybciej  uczą  się
również   pozostali.   Rezultaty   większości   eksperymentów   dowodziły   jednoznacznie   słuszności

tezy Sheldrake'a. Potwierdziły ją również ostatnie badania Suitberta Ertela, profesora psycho-
logii   na   uniwersytecie   w   Getyndze,   niegdyś   zdecydowanego   przeciwnika   Sheldrake'a.   Swój

eksperyment Ertel przeprowadził we współpracy z gazetą Philipa Morrisa Übermorgen (nakład
500.000 egzemplarzy). Na łamach tej właśnie gazety umieścił szaradę zawierającą dziesięć

zaszyfrowanych słów. Zadaniem czytelników magazynu było odszyfrowanie tych słów. Chodziło
przykładowo   o   rozszyfrowanie   słowa   „leniamoda”,   które   właściwie   powinno   brzmieć   „lemo-

niada”. Poza tym czytelnicy mieli zapamiętać jak najwięcej tych słów i zgłosić się do dalszej
części eksperymentu. Z tysiąca zgłoszeń psycholog z Getyngi wybrał pięćdziesiąt. Telefoniczne

sprawdzanie  poprawności odszyfrowania wyrazów dowiodło, że  osoby te  potrafiły rozwiązać
średnio 6,4 spośród dziesięciu haseł zamieszczonych w Übermorgen. „Na tej podstawie można

było przypuszczać, że niemal tysiąc czytelników gazety Übermorgen rozwiązało szaradę bardzo
starannie, tysiąc innych osób, poświęciło jej przynajmniej chwilę uwagi podczas śniadania lub

w   drodze   do   pracy”,   wnioskował   Ertel.   „W   ten   sposób   przynajmniej   zaprogramowano   ‒
używając słów Sheldrake'a ‒ «pole morfogenetyczne»”.

Eksperyment przeprowadzono w Dreźnie. Tam, gdzie latem 1990 roku, tzn. w czasie badań

Ertela, nie docierały numery  Übermorgen, nikt nie miał możliwości wcześniejszego „przećwi-

czenia” szarady. Ertel poprosił swojego kolegę, profesora Essera z uniwersytetu w Dreźnie, o
zaprezentowanie szarady grupie stu dwudziestu studentów. Połowa z nich otrzymała ją na kilka

miesięcy   przed   ukazaniem   się   gazety,   pozostali   w   kilka   miesięcy   po   publikacji   zadania.   W
sumie   okazało   się,   że   drezdeńczycy,   którzy   zetknęli   sięz   szaradą   po   ukazaniu   się   gazety,

przyswajali sobie niemal wszystkie zaszyfrowane słowa szybciej niż ich koledzy rozwiązujący
szaradę wcześniej.

Czy  więc  rzeczywiście   łatwiej  przychodzi  nam  uczenie   się   rzeczy,   których  ktoś  uczył  się

przed nami? Jakkolwiek by było, podobne  eksperymenty zmuszały do zastanowienia nawet

największych sceptyków. Wkrótce wyniki eksperymentu przeprowadzonego zgodnie z założe-
niami   Sheldrake'a  opublikował   także   Zoltan   Dienes   z   uniwersytetu   w  Oxfordzie.  Testowane

przez Dienesa grupy uczących się coraz szybciej odnajdywały pojawiające się na ekranie błędy
w   druku.   Również   zwalczający   dotąd   Sheldrake'a   Stephen   Rose   z   London   Open   University

zmuszony był w wyniku własnego eksperymentu przyznać, że znajdujące się  w niewielkich
grupach kury uczą się coraz szybciej odróżniać zły pokarm od właściwego.

Jakie znaczenie ma dla naszego obrazu świata istnienie „pól morfogenetycznych”? Sheldrake

powiedział mi w jednym z wywiadów, że owe potencjalne wzory organizacji występują w całym

wszechświecie, i mogą ‒ bez względu na odległości ‒ komunikować się wzajemnie, to znaczy
odbierać, wzmacniać i przekazywać myśli, idee oraz formy. Sheldrake sądzi więc, że wszędzie

‒ 29 ‒

background image

we wszechświecie powtarzają się te same formy organizacyjne: molekuły, kryształy, gwiazdy,
galaktyki   i   sposoby   życia.   Jeżeli   więc   życie   istnieje   również   na   innych   planetach,   należały

przypuszczać, że w wielu światach o podobnych warunkach podstawowych powtórzy się ten
sam schemat ewolucyjny.

Tym   samym   we   wszechświecie   możliwe   byłoby   istnienie   kosmicznego   splotu   rezonanso-

wego.   Należałoby   go   sobie   wyobrażać   jako   wszechogarniający   organizm,   którego   pole

morficzne zawiera wszystkie podrzędne pola, oddziałuje na nie i łączy je w całość. Sheldrake
jest   przekonany,   że   taki   rodzaj   morfogenetycznej   pamięci   świata   rozwinął   się   w   procesie

ewolucji. Z kolei David Bohm czyni jeszcze jeden krok naprzód, twierdząc, że tajemnicze „pola
morfogenetyczne” dają się wyjaśnić na podstawie teorii „porządku ukrytego”.

„Porządek ukryty wyobrazić sobie  można jako  fundament po  drugiej stronie  czasu,  jako

pewną całość,  z której wnętrza odbywa się  projekcja każdej chwili do  świata  jawnego. Na

skutek ciągłego powtarzania się tego procesu ‒ z serii tych projekcji rozwija się pewien stały
element  składowy,  to  znaczy  powstaje   wyraźny  układ.   W rezultacie   rodzi  się   tendencja   do

powtarzania   bądź   odtwarzania   wcześniejszych   form   w   teraźniejszości.   Wszystko   to   razem
przypomina pola morfogenetyczne i rezonans morficzny Sheldrake'a”, wyjaśniał Bohm podczas

rozmowy z dziennikarką Renee Weber. „Proszę zauważyć, że kiedy porządek jawny przekształ-
ca się w pozbawiony odrębnego miejsca porządek ukryty, wszystkie miejsca i punkty czasowe

wiążą się ze sobą”.

Przekonanie, że „wszystko łączy się ze wszystkim”, prowadzi do tego, co Ken Wilber określa

mianem „holograficznego obrazu świata” ‒ inaczej mówiąc, kosmos jest hologramem, którego
poszczególne części odzwierciedlają cały wszechświat; umysł człowieka zaś porównać można

do   holograficznego   wizerunku   świata,   który   jako   mikrokosmos   zawiera   informację   o   całym
makrokosmosie.

‒ 30 ‒

background image

IV

Metamyślenie ‒ kolejny stopień ewolucji

Człowiek jako istota wyposażona w kresomózgowie, zdolny jest do  wielu abstrakcyjnych

działań, nie tylko do myślenia jako takiego, ale i do myślenia abstrakcyjnego, tzn. w kategor-

iach niematerialnych. Bezpośrednią tego konsekwencją był rozwój ludzkiej mowy. Wszelako,
zróżnicowany i rozwinięty kod językowy potrzebny jest nam do wyrażania naszych myśli tylko

wówczas, gdy umiemy myśleć abstrakcyjnie. Pierwszy poziom takiego myślenia należy uznać
za reakcję na uczucia związane przede wszystkim z instynktem samozachowawczym i popę-

dem seksualnym człowieka. Drugi poziom procesu myślowego, czyli świadoma obiektywizacja
obserwatora wobec rzeczy obserwowanych, rozwinął się przypuszczalnie stosunkowo późno.

Ten  rodzaj   wyrachowanego   procesu   myślowego   nazywamy  „ratio”.   Człowiek   rezygnuje   tu   z
każdego bezpośredniego związku z obserwowanym obiektem i stara się ograniczyć wyłącznie

do opisu i analizy rzeczywistych zdarzeń.

Człowiek żyje w nieustannym konflikcie z trzema poziomami procesu myślenia: instynktow-

nym, emocjonalnym i racjonalnym. Sprawiają mu one wiele problemów, wpływając nawet na
jego przyszłe życie. Wraz ze wzrostem technologizacji i postępem naukowym coraz wyraźniej

zyskuje na znaczeniu racjonalny model myślenia. I chociaż współczesny człowiek przyzwyczaił
się do życia w świecie zdominowanym przez technikę, pamiętać trzeba, że to właśnie nauki

przyrodnicze   ‒   ów   fundament   i   mecenas   techniki   ‒   czynią   zbyt   małe   starania,   by   znaleźć
właściwą syntezę świata uczuć i rozumu.

W interesie przedstawicieli nauk przyrodniczych nie leży bynajmniej ani zniesławianie, ani

też niszczenie uczuciowego życia człowieka, wraz z jego kreatywnością i bogactwem świata

fantazji. Byłoby to postępowanie sprzeczne z zasadami naukowości. Nieprzypadkowo to właś-
nie współczesne przyrodoznawstwo podkreśla znaczenie zrównoważonego życia uczuciowego i

potencjału intuicyjnego dla kondycji człowieka. Najnowsze wyniki badań dowodzą, iż dotarcie
do krawędzi rzeczywistości możliwe jest jedynie poprzez syntezę rozumu i uczuć.

Hologram   zdobył   popularność   na   początku   lat   sześćdziesiątych,   awansując   z   czasem   do

rangi modnego narzędzia badawczego. Pierwotnie był to jedynie przyrząd techniczny, którego

konstrukcja opierała się na matematycznym wynalazku Dennisa Gabora. Aby poprawić roz-
dzielczość mikroskopów elektronowych, Gabor rozwinął nową technikę fotograficznego zapisu

informacji. Na filmie nie utrwalał intensywności odbitego światła, lecz wartość intensywności
podniesioną do kwadratu oraz stosunek intensywności określonego promienia światła padają-

cego do intensywności promienia sąsiedniego. Proces ten prześledzić można na następującym
przykładzie:   z   płyty   fotograficznej,   na   której   utrwalono   holograficznie   wizerunek   człowieka,

odcinamy górną część. Następnie wyświetlamy tę część, by przyjrzeć się otrzymanemu w ten
sposób obrazowi. Widzimy jednak nie tylko samą głowę, a więc górną część obrazu pierwot-

nego, lecz odbicie całej postaci człowieka. Dzieje się tak dlatego, że każda część hologramu
zawiera w sobie pomniejszony obraz całości.

Również na początku lat sześćdziesiątych amerykański neurochirurg Karl II Pribram odkrył

analogię pomiędzy efektem hologramu a zachowaniem mózgu. Pribram urodził się w Wiedniu,

a mając osiem lat, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Studiował w Chicago, tam też
uzyskał stopień doktora. Zanim jeszcze rozpoczął pierwsze badania pod kierunkiem znanego

badacza mózgu Karla Lashleya, odbył praktykę na Florydzie. Lashley od trzydziestu lat poszu-
kiwał engramu ‒ istoty pamięci i jej lokalizacji. Tresował zwierzęta doświadczalne, a następnie

ingerował w różne części ich mózgu. Nie przynosiło to jednak żadnych rezultatów. Wskutek
usunięcia   poszczególnych   części   mózgu   zwierzęta   straciły   wprawdzie   część   swej   ogólnej

sprawności i zdolności ruchowych, jednak z całą pewnością nie ucierpiała na tym ich pamięć.
Lashley stwierdził w końcu lakonicznie, iż z jego badań wynika, że uczenie się jest po prostu

niemożliwe, i przekazał swój projekt Pribramowi.

Pribram zajął się ponownie pracami Lashleya, gdy powołano go na renomowany Uniwersytet

Yale.  Wkrótce  też  ustalił,   że  ludzie,  którzy  przeżyli  atak  apopleksji  bądź  inny  rodzaj  urazu
mózgu, nie utracili na ogół żadnego śladu pamięciowego. Pamięć wydaje się więc tworem cało-

ściowym, czymś rozłożonym równomiernie w całym mózgu. W ten sposób nawet w przypadku

‒ 31 ‒

background image

poważnych jego uszkodzeń nie ginie z pamięci żaden szczegół.

Pierwsze publikacje o zjawisku holografii pozwoliły Pribramowi zaobserwować pewne zbież-

ności;   był   coraz   bardziej   przekonany,   że   funkcjonowanie   mózgu   pod   wieloma   względami
przypomina hologram. Występowanie tej przedziwnej zależności zasygnalizował w roku 1966 w

swoim pierwszym artykule. W następnych latach Pribram i inni badacze odkryli coś, co stanowi
specyficzną   strategię   mózgu   w   procesie   odbierania   i   zapamiętywania   informacji.   Zaczęto

przypuszczać,   że   podczas   myślenia,   oglądania   czegoś,   wąchania   i   czucia   mózg   dokonuje
złożonych obliczeń na częstotliwościach danych, które rejestruje. Nasza wyobraźnia nie potrafi

jednak znaleźć żadnych związków pomiędzy tym matematycznym procesem a naszym wyobra-
żeniem realnego świata.

Pribram twierdzi, że te skomplikowane obliczenia powstają wówczas, gdy jakiś impuls ner-

wowy przekracza drobną siatkę włókien komórki mózgowej. Kiedy tylko impuls do niej dotrze,

włókna zaczynają lekko falować. Te ruchy wpływają prawdopodobnie na funkcję liczenia. W
procesie   powstawania   hologramu   zakodowane   zostają   najpierw   fale   świetlne;   powstający   z

nich   hologram   sprawia,   iż   obraz   ulega   ponownemu   dekodowaniu   lub   uporządkowaniu.   Być
może w podobny sposób mózg odszyfrowuje zarejestrowane wcześniej ślady pamięciowe. Może

też zachowywać się jak hologram, na którego niewielkiej powierzchni gromadzą się miliardy
jednostek informacji (bitów). Co więcej, całość obrazu zakodowana jest na całej powierzchni

płyty, podobnie jak pamięć ‒ na obszarze całego mózgu.

W latach 1970-1971 Pribram rozpoczął badania nad kolejnym zagadnieniem. Jeśli założymy,

że mózg rozpoznaje informacje, tworząc hologramy i obliczając „nadchodzące” częstotliwości,
staniemy przed pytaniem, kto lub co interpretuje te hologramy w mózgu? Czym jest owo „Ja”

‒ to „Coś”, które posługuje się mózgiem? Pytanie to już przed Pribramem intrygowało wielu
wybitnych  filozofów.  Najtrafniejszej  odpowiedzi   udzielił  jednak  św.  Franciszek  z  Asyżu:  „To,

czego szukamy, jest tym, co poszukuje”.

Podczas konferencji w Minnesocie olśniła Pribrama pewna teza. Jeden z naukowców zajmu-

jących się psychologią postaci stwierdził bowiem, że wszystko, co postrzegamy „na zewnątrz”,
jest identyczne, „izomorficzne” z procesami zachodzącymi w naszym mózgu. Wstrząśnięty tym

stwierdzeniem Pribram znajdował na nie tylko jedno wyjaśnienie: „Być może świat również jest
hologramem!”   Czy   to   jednak   możliwe,   by   znajdujący   się   wokół   niego   ludzie,   byli   jedynie

hologramami?   Projekcjami   i   częstotliwościami,   których   interpretacji   dokonywał   jego   własny
mózg i mózgi innych? Czy rzeczywistość ma naturę holograficzną i czy mózg również działa

holograficznie? Jeśli tak, potwierdziłyby się nauki głoszone przez Buddę i filozofów Wschodu:
świat   to   w   rzeczywistości   jedynie   maja   ‒   magiczne   złudzenie,   konkretne   zjawiska   zaś   są

niczym innym jak tylko czystą iluzją.

Przy najbliższej okazji Pribram poruszył ten temat w rozmowie ze swoim synem, fizykiem.

Ten   z   kolei   stwierdził,   że   jeden   z   wielkich   fizyków   naszych   czasów,   David   Bohm,   stworzył
podobny model na podstawie obserwacji mechaniki kwantowej. Wkrótce też dostarczył ojcu

kilka publikacji Bohma. Dla neurologa stało się nagle jasne: Bohm kreślił obraz holograficznego
uniwersum,   z   którym   jego   własne   odkrycia   tworzyły   harmonijną   kompozycję.   Najbardziej

zafascynowało   Pribrama   Bohmowskie  zagadnienie  „ruchu   holograficznego”.   Od  czasów  Gali-
leusza, twierdził Bohm, świat obserwujemy poprzez soczewki: teleskopy i mikroskopy. Nasza

osobista tendencja do „obiektywizowania” zmienia to, co mamy nadzieję ujrzeć. Pragniemy
zobaczyć   kontury   jakiegoś   przedmiotu,   chcemy,   by   jego   pozorna   rzeczywistość   na   chwilę

zamarła.   Tymczasem   jego   prawdziwa   natura   należy  do   innego   porządku   rzeczywistości,   do
innego wymiaru, w którym nie istnieją żadne „rzeczy”. Tym samym zachowujemy się tak, jak

gdybyśmy to my ustalali ostrość obrazu „obserwowanych” przedmiotów, tak samo jak usta-
wiamy ostrość przezroczy wyświetlanych w diaskopie; a przecież właśnie zamglony obraz jest

najdokładniejszy.

Pribram doszedł do wniosku, że również aparat obliczeniowy mózgu może działać jak so-

czewka. Dokonujące się w mózgu przekształcenia matematyczne z nieostrości i częstotliwości
wytwarzają obiekty, zamieniają je w dźwięki i barwy, w zapachy i smaki. Pribram zastanawiał

się też, czy w istocie rzeczywistością jest to, co widzimy własnymi oczami i słyszymy własnymi
uszami. Być może organy naszych zmysłów i obliczenia czynione w naszych mózgach są rów-

nież jedynie „soczewkami”, za pomocą których rozpoznajemy wyłącznie świat zorganizowany w
określonym   zakresie   częstotliwości.   „Żadnej   przestrzeni,   żadnego   czasu   ‒   nic   z   wyjątkiem

zdarzeń”, mówi Pribram. „Czy możliwe jest, że nasze realia odczytujemy właśnie z takiego
zakresu?”

Czy dusza powstaje na skutek wzajemnego oddziaływania organizmu i jego środowiska, czy

też odzwierciedla ona fundamentalny porządek wszechświata, do którego należy mózg? Jeśli

tak, to postrzeganie obrazów jest konstrukcją umysłową, powstającą w procesie, w którym

‒ 32 ‒

background image

mózg i zmysły wchodzą jako obiekty we wzajemne stosunki z otaczającym je środowiskiem.
Obrazy wyobrażeniowe powstają w każdym obiektywnym lub obiektywizującym sformułowaniu

filozoficznym.

Pribram postanowił sprawdzić słuszność tej tezy w konkretnym eksperymencie. Do mózgu

testowanych osób polecił wprowadzić połączone z komputerem sondy. Następnie posadził te
osoby przed telewizorem; na ekranie widać było jedynie „śnieg”, „białe szumy”. W ten sposób

chciano sprawdzić reakcję komórki nerwowej mózgu, neuronu. Z „białego szumu” na ekranie
komórka miała wyszukać sobie dowolny wzór. Jak się okazało, neurony wychwytują z dowol-

nych powierzchni dźwięki i obrazy, by utworzyć z nich jeden obraz.

Pribram: „Jeżeli nasze komórki skonstruowane są w taki sposób, że z szumu wydobywają

wzory, skąd możemy wiedzieć, co się rzeczywiście wydarza? Nie wiemy tego, ponieważ naszą
rzeczywistość konstruujemy zawsze z tego, co jawi nam się zazwyczaj jako rozproszony szum.

Zakłócenia te mają jednak określoną strukturę: nasze uszy są niczym radiowe tunery, nasze
oczy ‒ jak odbiorniki telewizyjne, które wybierają określone programy. Za pomocą różnych

tunerów odbierać możemy różne programy”.

Pribram   uważa,   że   zjawiska   występujące   poza   myśleniem   strukturyzującym   umożliwiają

nam   dotarcie  do   innych  obszarów  naszego  holowersum.  Jeżeli  mózg  człowieka  funkcjonuje
rzeczywiście   jak   hologram,   może   mieć   dostęp   do   większej   całości,   do   jakiegoś   pola   lub

„holistycznego   zakresu   częstotliwości”,   wykraczającego   poza   granice   czasu   i   przestrzeni.
Obszar ten, jak przypuszcza neurolog, jawi się jako ta rzeczywistość transcendentalna, którą

poznali i opisali wielcy mistycy od Buddy do Mistrza Eckharta, od Siankary aż po Krishna-
murtiego.

Synteza poglądów Pribrama i Bohma dała „holograficzny obraz świata”: mózg jest holo-

gramem, częścią holograficznego wszechświata, który postrzega. W rozległym, lecz jawnym

obszarze   czasoprzestrzeni   rzeczy   zdają   się   różnić   między   sobą   i   występować   niezależnie.
Jednak pod powierzchnią, w utajonym „zakresie częstotliwości”, wszystkie zjawiska i zdarzenia

dzieją się poza czasem, poza przestrzenią, są wieczne i nierozerwalnie ze sobą związane. Co za
tym idzie, każde doświadczenie mistyczne uznane być powinno (również przez nauki przyro-

dnicze) za autentyczne i prawdziwe doświadczenie złożonej, uniwersalnej praprzyczyny ‒ nie
zaś za przejaw religijnego fanatyzmu.

Być może więc neuronowe interferencyjne wzory i zachodzące w mózgu obliczenia mate-

matyczne są identyczne z przyczyną powstania wszechświata. Innymi słowy: nasze procesy

myślowe składają się z tego samego „materiału” co zasada organizująca wszelkie istnienie.
Stąd też rzeczywista natura wszechświata byłaby niematerialna, lecz uporządkowana. Mogłoby

to potwierdzać przypuszczenie astronoma Arthura Eddingtona, twierdzącego, że „materiał, z
którego   zbudowany   jest   wszechświat   ‒   to   budulec   duchowy”.   Również   cybernetyk   David

Forster opisał „inteligentny wszechświat”, którego konkretny wizerunek powstał na podstawie
danych   kosmicznych,   pochodzących   z   nierozpoznawalnego,   ale   zorganizowanego   źródła.

Zajmująca się  badaniem przyszłości Marylin Fergusson sformułowała następującą tezę: „Na
podstawie obliczeń nasz mózg konstruuje «twardą» rzeczywistość, interpretując w tym celu

częstotliwości  z  wymiaru  wykraczającego  poza  granice  czasu  i przestrzeni.  Mózg jest  holo-
gramem, interpretującym holograficzne uniwersum”.

Ken Dychtwalt zebrał ów nowy, holograficzny paradygmat w pięciu punktach:
1. W rzeczywistości nie istnieje nic takiego jak czysta energia czy czysta materia. W każdym

ze swych aspektów wszechświat nie wydaje się ani rzeczą, ani też nie-rzeczą. Istnieje on jako
uzewnętrznienie drgań lub energii.

2. Każdy z aspektów wszechświata jest całością, bytem kompletnym, istniejącym nieza-

leżnie, rozległym systemem gromadzącym informacje o sobie.

3.   Każdy   aspekt   wszechświata   wydaje   się   częścią   większej   całości,   wspaniałego   bytu,

systemu o szerokim zasięgu.

4. Każdy z aspektów wszechświata przejawia się jako drgania, a wszystkie falowe formy

wyrazu w hologramie głównym mieszają się ze sobą. Stąd każdy z tych aspektów zawiera

wiedzę na temat całości. Oprócz tego każdy przejaw drgającej jednostki holograficznej jest
nośnikiem czystej informacji. Z tego powodu można oczekiwać, że każdy z aspektów może

posiadać wiedzę o wszystkich pozostałych aspektach hologramu głównego.

5. W holograficznym paradygmacie czas nie istnieje jako liniowe „tykanie” chwil pomiędzy

„teraz”   a   „właśnie   minionym”.   Zamiast   tego,   czas   może   się   swobodnie   poruszać   w   wielu
wymiarach i w wielu kierunkach jednocześnie.

Nasze konwencjonalne „myślenie” nie wystarcza oczywiście, byśmy mogli pojąć holowersum

jako całość. Nowy obraz świata wymaga więc od nas „Nowego Myślenia”: postrzegania całości,

metamyślenia.

‒ 33 ‒

background image

Rozmowy   z   Krishnamurtim   przekonały   Bohma,   że   konwencjonalny   sposób   myślenia   nie

tylko nie zgłębia rzeczywistości, lecz ją zniekształca. Według Bohma myślenie jest „skamie-

niałą” formą świadomości, ograniczającą się wyłącznie do działań na dobrze znanym obszarze.
Myślenie pozbawione jest przeto dynamiki i kreatywności ‒ cech charakteryzujących wiecznie

zmienną rzeczywistość. Krishnamurti stwierdził kiedyś, że im więcej rozmawiamy o „prawdzie”,
im więcej o niej myślimy, tym bardziej się od niej oddalamy. Zależność ta przypomina oczy-

wiście zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Zdaniem Krishnamurtiego, to właśnie myślący, Ja,
ów twórca myślenia o świętości, w samym akcie myślenia wprowadza nieczystości ‒ czas, ego,

język, dualizm ‒ zaciemniając tym samym wszystko to, co pozostałoby „nieskalane”. Poprzez
myślenie interpretujące budujemy dualizm oddalający nas od bytu, którego częścią jesteśmy.

Podstawą stanu niedualistycznego jest, według Bohma, pustka. Pusta przestrzeń zmienia-

jąca nas w instrument recepcyjny, w cząstkę całości. Musimy pozbyć się „soczewek”, przez

które patrzymy na świat; musimy uwolnić się od narzucającego nam dystans ego i stać się
pustym kanałem zdolnym ogarnąć całość stanowiącą praźródło naszego istnienia. Stan taki

nosi nazwę  samadhi  ‒ w dosłownym tłumaczeniu „wielki spokój” ‒ i w kulturach Wschodu
osiągany jest przez medytację. Wielcy mistycy od dawna próbowali opisać słowami to niezwy-

kłe doświadczenie.

Żadnej myśli, żadnej formy, czysta egzystencja.

Słabną wola i myśli.
Ostateczny koniec tańca natury:

Jestem tym, czego szukałem.

‒   Tak   właśnie   jogin   Sri   Chinmoy   opisał   stan   pogrążenia   się   we   wszechjedności.

Podobieństwo do holograflcznego obrazu świata jest oczywiste.

Tym   samym   potwierdza   się   hipoteza   postawiona   w   roku   1978   przez   amerykańskiego

psychologa Lawrence'a Beynama: „Doświadczamy obecnie gruntownej zmiany paradygmatów
nauk przyrodniczych ‒ jest to być może największa tego rodzaju przemiana w historii. Po raz

pierwszy natrafiliśmy na model oddający w pełni doświadczenia mistyczne. Co więcej, daje się
go wyprowadzić z najbardziej postępowych idei współczesnej fizyki”. Być może rację ma David

Bohm, mówiąc o mistykach: „W minionych czasach ludzie ci mieli wgląd w formę inteligencji,
która określiła strukturę wszechświata. Oni upersonifikowali ją i nazwali «bogiem»”.

Niezależnie od siebie psycholodzy Anderson i Bentov postawili w swoich pracach tę samą

tezę, że cały potencjał informacji wszechświata zakodowany jest holograficznie w spektrum

wzorów częstotliwości, którymi jesteśmy nieustannie bombardowani. Poprzez medytację może-
my unieruchamiać mózg w taki sposób, by niejako dostroił się on do częstotliwości uniwersal-

nej albo wszedł z nią w rezonans. Wówczas zaszyfrowana informacja o wszechświecie zostanie
holograficznie ujawniona, a człowiek osiągnie stan połączenia ze świadomością całego holo-

wersum. Powyższą tezę potwierdzają wyniki badań EEG (elektroencefalogram) przeprowadzo-
nych   przez   neurologów   Banqueta,   Gellhorna   i   Kiely'ego   na   grupie   osób,   które   miały   duże

doświadczenie w medytacji. Badania te wykazały, że podczas głębokiej medytacji faktycznie
dochodzi   do   synchronizacji   całej   kory   mózgowej.   Pozwala   to   stwierdzić,   że   mechanizm

holograficzny obejmuje całą powierzchnię mózgu.

Podczas   „normalnego”,   analitycznego   myślenia   aktywna   jest   jednak   tylko   lewa   półkula

mózgu. Podział mózgu człowieka na dwie półkule nastąpił trzysta tysięcy lat temu, gdy czło-
wiek powoli zaczął rozwijać w sobie poczucie „czasu”. Takich różnic w odmiennym funkcjono-

waniu półkul mózgowych nie zaobserwowano natomiast u zwierząt. Zwierzęta bowiem zdają
się nie odróżniać „wczoraj od dziś”; nie znając zaś czasu, żyją głównie w świecie przestrzeni.

Kolejnym czynnikiem, który wpłynął na ewolucję gatunku ludzkiego, był rozwój mowy, a

więc i myślenia. Odpowiada za nie lewa półkula mózgu. W prawej półkuli natomiast powstają

obrazy. Wówczas też rozpoczął się ów rozwój, którego rezultatem jest racjonalizm współczes-
ności, dominacja (i dyktatura) rozumu, lewej półkuli mózgu. Im bardziej obie półkule były od

siebie oddalone, tym wyraźniej szy stawał się dualizm w myśleniu, tym silniej dochodziło do
głosu poczucie wewnętrznego rozbicia.

Oto funkcje organizmu człowieka przyporządkowane lewej i prawej półkuli mózgu:

lewa półkula mózgu

intelekt
konkretyzująca

czas

prawa półkula mózgu

intuicja
metaforyczna

przestrzeń

‒ 34 ‒

background image

rozróżniająca
analityczna

różnicowanie
racjonalna

męska
mowa

materia

egzystencjalna
holistyczna

integracja
intuicyjna

żeńska
obrazy

duch

 

Zbyt   duże   zaufanie   do   przymiotów   lewej   półkuli   mózgu   stworzyło   nasz   mechanistyczny

obraz świata. W rezultacie człowiek został odsunięty od dzieła stworzenia.

O tym, jak bardzo nasza kultura zawierzyła racjonalizmowi, świadczy najlepiej znane powie-

dzenie Kartezjusza Cogito, ergo sum ‒ „Myślę, więc jestem”. Człowiek Zachodu identyfikuje się

bardziej z własnym rozumem aniżeli ze swoim organizmem. Konsekwencją tego stał się nie
tylko rozłam pomiędzy duchem i ciałem; nastąpiło bowiem również rozdzielenie ducha i natury.

Ten „kartezjański rozpad”, jak go nazywa Capra, sprawił, że wszechświat postrzegamy jako
mechaniczny system, złożony z oddzielnych obiektów, które ponownie mogą zostać zreduko-

wane do podstawowych elementów materii.

Zdaniem   Kartezjusza   nie   było   „najmniejszej   różnicy   między   wyprodukowanymi   przez

rzemieślników maszynami a ciałami stworzonymi przez naturę”. Również Newton wspominał o
„świecie jako maszynie”, twierdząc, że można go wytłumaczyć na podstawie obliczeń matema-

tycznych i powszechnie obowiązujących „praw przyrody”. Przestrzeń była dla niego czymś sta-
tycznym, „czymś, co pozostaje niezmiennie nieruchome”, natomiast czas upływa „jednostajnie

i   bez   względu   na   wszystko”.   Zdaniem   Newtona   materia   składa   się   ze   „stałych,   twardych,
masywnych, nieprzenikalnych, ruchomych cząsteczek”, które Pan Bóg stworzył „na początku”.

Ten  obraz   przyczynowej  i  w pełni  zdeterminowanej  kosmicznej  maszyny  zniszczyły  dopiero
osiągnięcia fizyki kwantowej.

Mimo że paradygmaty te już dawno uznano za nieaktualne, nasz obraz świata opiera się

wciąż w dużej mierze na wzorcach z XVI i XVII wieku, a więc z początku ery nowożytnej. W

książce   pt.   „Punkt   zwrotny”   kalifornijski   fizyk   Fritjof   Capra   pokazuje,   jak   bardzo   nasze
społeczeństwo uzależnione jest od „kartezjańsko-newtonowskiej zasady” ‒ mimo że nie tylko

ogranicza ona człowieka i wywiera na niego wpływ, ale jest również przyczyną zanieczysz-
czenia środowiska naturalnego.

Człowiek pierwotny czcił Ziemię jako dobrotliwą i żywiącą go matkę. Dziś jest ona już tylko

martwym ciałem, ogromną, bezmyślnie plądrowaną kopalnią. „Jeśli chcemy dotrzeć do przy-

czyn obecnych problemów środowiska naturalnego oraz ich powiązań z naukami przyrodni-
czymi,  technologią   i  gospodarką”,   twierdzi  historyk  nauki   Carolyn   Merchant   z  Uniwersytetu

Kalifornijskiego   w  Berkeley,   „należy   zastanowić  się   ponownie   nad   światopoglądem  i   nauką,
uprawniającymi do traktowania rzeczywistości jak maszyny, a nie jak żywego organizmu. Takie

podejście rodzi bowiem nieodpartą chęć ujarzmienia środowiska naturalnego i zniszczenia go.
Co   za   tym   idzie,   należy   na   nowo   ocenić   dokonania   takich   pionierów   nowoczesnych   nauk

przyrodniczych jak Francis Bacon, William Harvey, Renę Descartes, Thomas Hobbes i Isaac
Newton”.

Również Capra uważa, że nowy, holistyczny obraz świata jest jedynym wyjściem z kryzysu,

w jakim znalazła się ludzkość. Nowy paradygmat powinien integrować przyczynę ze skutkiem i

pozwolić jednostce ponosić odpowiedzialność za całokształt działań.

Tutaj   właśnie,   w   holograficznym   obrazie   świata   otwiera   się   okno,   przez   które   możemy

zajrzeć do wnętrza ukrytej rzeczywistości. Co więcej, mamy teraz szansę wejścia w zupełnie
nowe światy. Tłumione do tej pory aspekty naszej osobowości, fenomen olśnienia i intuicji,

ponownie odzyskują należne im miejsce. Oznacza to wkroczenie w nowe wymiary duchowe.

Nazwijmy ten nowy sposób myślenia „metamyśleniem”, wykorzystuje ono bowiem jedno-

cześnie prawą i lewą półkulę mózgu, aspekt racjonalny i intuicyjny, rozsądek i uczucie. Oznacza
to:   czucie   głową   i   myślenie   sercem.   Tylko   w  ten   sposób   ludzkość   ma   szansę   ocalić   swoją

ojczyznę ‒ Ziemię, ten cudowny niebieski klejnot zawieszony w aksamitno-czarnym wszech-
świecie.

Podążając za rozważaniami szwajcarskiego filozofa kultury Jeana Gebsera, możemy przyjąć,

że człowiek przeszedł w ciągu stuleci przez cztery struktury świadomości: archaiczną, magicz-

ną,   mityczną   i   mentalną.   „Struktura   archaiczna”   występowała   w   okresie   poprzedzającym
wykształcenie się dwu półkul mózgowych, był to „czas wymarzonej tożsamości z ciałem i jego

otoczeniem”.   W   okresie   magicznym   uformowało   się   „ja”   człowieka,   które   wyzwoliło   go   z
„harmonii”.   Rozpoczął   on   wówczas   walkę   o   władzę   nad   siłami   przyrody.   Na   świadomości

mitycznej silne piętno odcisnęło pojawienie się świadomości grupowych oraz ich polaryzacja.

‒ 35 ‒

background image

Po raz pierwszy człowiek rozwinął wtedy refleksywną świadomość czasu.

Obecnie żyjemy w „obszarze mentalnym”, który wraz z tzw. „Achsenzeit”

[2]

  rozpoczął się

około 500 lat przed narodzinami Chrystusa. Wówczas na całym świecie zaczęli pojawiać się
„wielcy mistrzowie”: Budda, Zaratustra, Lao-cy, Konfucjusz, Pitagoras, Tales z Miletu, a w ciągu

następnych dwustu lat również Sokrates, Platon i Arystoteles. Człowiek nauczył się zgłębiać
tajemnice świata za pomocą rozumu, nie obserwował go już ‒ jak w epoce mitycznej ‒ ze

zdziwieniem. Podniósł się też poziom wiedzy, zwłaszcza matematycznej i filozoficznej. Jednak,
zdaniem Gebsera, nowa era jeszcze nie nadeszła. Człowiek rozwinął w długotrwałej wędrówce

własne „ja”, teraz musi się od niego uwolnić ‒ musi osiągnąć stan świadomości integralnej, w
którym „decydującą rolę odgrywa czynnik duchowy, a nie intelektualny”, człowiek zaś, wolny

od   rozdzierającej   go   iluzji   ego,   odbiera   otaczający   go   świat   jako   całość,   w   swoistej  unio
mystica
.

Zdarzenia ostatnich lat wskazują, że znaleźliśmy się znowu w „Achsenzeit” i zmierzamy ku

nowej   świadomości.   Taką   diagnozę   postawił   badacz   przyszłości   Gerd   Gerken   w   swoim

czasopiśmie  Radar   für   Trends”   („Wykrywacz   trendów”),   pisząc   o   nadchodzącym   „kryzysie
fordyzmu”,   czyli   systemu   produkcji   masowej,   i   postulując   „nowe   myślenie   oparte   na   para-

doksie”. Zdaniem Gerkena, „czeka nas nie tylko zanik fordyzmu, ale i narodziny nowego typu
kultury   nazwanego   przez   Sorokina   «kulturą   integralną».   Jej   cechą   charakterystyczną   jest

posługiwanie się inną logiką ‒ logiką paradoksów”; znamy ją już z mechaniki kwantowej czy
nauk Jiddu Krishnamurtiego.

Gerken   stwierdza,   że   „rosnące   zróżnicowanie”   powoduje   „nasilanie   się   sprzeczności”:   „w

kulturze   integralnej”   „Ja”   nie   stoi   już   w   centrum   świata.   Ponieważ   ten   rodzaj   kultury   jest

kulturą typu «nie tylko... lecz także», następuje w nim wyraźny rozpad „Ja”. Prowadzi to do
wzrostu tolerancji oraz zjawiska zwanego przez psychologów «multifrenią». Człowiek bowiem

ma   więcej   zrozumienia   i   tolerancji   dla   odmiennych   grup,   kultur   i   narodów,   gdy   rozmaite
systemy wartości traktuje niczym «dzieła sztuki»”.

Możemy   mieć   tylko   nadzieję,   że   metamyślenie   zdoła   wprowadzić   wśród   ludzi   więcej

tolerancji. Jeśli religijny „mistyk” zostanie zastąpiony przez „metamyśliciela”, będziemy musieli

zgodzić się z nieżyjącym już jezuitą i mistrzem zen, Hugo Enomiya Lassallem, który powie-
dział: „Człowiek przyszłości będzie mistykiem ‒ lub nie będzie go w ogóle”.

[2] Tzw. Achsenzeiten (niem. im. od Achsenzeit) ‒ to według Jeana Gebsera okresy o największym znaczeniu w

dziejach ludzkości; epoki, w których dokonuje się przełom w ludzkiej świadomości (przyp. red.)

‒ 36 ‒

background image

V

Po drugiej stronie chaosu

Metamyślenie oznacza myślenie nieliniowe, jako ze wszelką liniowość utożsamia się ze sta-

gnacją.   Nowe   możliwości   natomiast   powstać   mogą   jedynie   w   myśleniu   dynamicznym,   w

dynamice chaosu. Coraz liczniejsi naukowcy sądzą, że niepokojące pojęcie chaosu wiąże się z
głębokim porządkiem zmieniających się zależności. Mimo iż badania nad chaosem obejmują

wszystkie niemalże dziedziny naszego życia, a zjawisko to stało się przedmiotem dyskusji za-
równo w kręgach naukowych, jak i wśród laików, wciąż aktualne pozostają niezwykłe nieporo-

zumienia wokół teorii chaosu.

Spośród   wszystkich   fizyków   i   matematyków   starej   szkoły   zajmujących   się   systemami

dynamicznymi istotę potencjału  tkwiącego  w chaosie  najtrafniej opisał Francuz  Jules Henry
Poincare (1854-1912): „Nawet najmniejsza przyczyna, uchodząca często naszej uwadze, może

wywołać zjawiska, których konsekwencji nie możemy już przeoczyć. Dlatego skłonni jesteśmy
twierdzić, że zdarzenia te rządzone są przypadkiem. Gdybyśmy poznali wszystkie prawa natury

i odkryli stan wszechświata w jego początkach, moglibyśmy przepowiedzieć jego wygląd w
przyszłości.   Ale   nawet  jeśli   prawa  natury   nie   będą   już   dla   nas   tajemnicą,   nasza   wiedza   o

wszechświecie i tak będzie niepełna.

Gdybyśmy   więc   mogli   przepowiedzieć   przyszły   stan   wszechświata,   zostałyby   spełnione

wszelkie warunki, aby stwierdzić, że wszystko da się przewidzieć z wykorzystaniem praw przy-
rody. Jednak nie zawsze tak jest. Małe różnice w fazie początkowej zjawiska mogą przerodzić

się w różnice dużo większe w jego fazie końcowej. Nawet niepozorny z początku błąd może
przeobrazić się w ogromny. Jakiekolwiek przewidywania są więc niemożliwe.

Jeden ruch skrzydłem motyla w Chinach mógłby wzniecić huragan w Europie. Ale nawet jeśli

uznalibyśmy trzepot skrzydeł motyla za przyczynę huraganu i tak w całym zdarzeniu dopatry-

walibyśmy się najprawdopodobniej jakiegoś przypadku. Wciąż bowiem nie znamy odpowiedzi
na pytanie, dlaczego motyl zatrzepotał skrzydłami w tym właśnie decydującym momencie. Czy

za każdym zdarzeniem nie kryje się nieskończony łańcuch przyczyn? Czy za każdym chaotycz-
nym zajściem nie czai się porządek wyższego rzędu? Powstawanie nowych struktur możliwe

jest tylko dzięki dynamice chaosu. Gdyby procesy ewolucyjne przebiegały liniowo, nie istnia-
łaby różnorodność form życia. Zarówno życie, jak i jego rozwój możliwe są bowiem dzięki

dynamicznemu bezładowi ewolucji.

Joseph Ford, fizyk z amerykańskiego Georgia Institute of Technology, dodaje: „Ewolucja ‒ to

chaos   plus   sprzężenie   zwrotne”.   Wszystko   jest   tylko   fazą   przejściową.   Chaos   i   porządek
stanowią jedność. Ponieważ chaos to przypadek, w którym kryje się pewna metoda ‒ na tym

też potęga zjawisko zwane przeznaczeniem. Czyżby więc Pan Bóg rzucał kostką według jakiejś
metody?

Chaos ‒ słowo będące dla nas synonimem rozgardiaszu, zagmatwania i nieporządku. Jednak

w   mitologii   chaos   oznaczał   tworzywo   wszelkiego   stworzenia.   Zgodnie   z   tym   sama   natura

„obdarowuje”   nas   „całym   mnóstwem   chaosu”:   migotanie   serca   na   przykład   uważa   się   za
zdarzenie chaotyczne podobnie jak epilepsję, czy też burzliwość wody w nadbrzeżnych strefach

przyboju. Jeszcze kilka lat temu nauka starała się ignorować zjawiska tego rodzaju, ponieważ
prawa rządzące chaosem wydawały się zbyt trudne i nie można ich było przewidzieć. Jednak z

chwilą gdy zjawisko chaosu udało się matematycznie wytłumaczyć, naukowcy przekonali się, iż
można   na   przykład   wyjaśnić   nim   częstość   ataków   epileptycznych;   można   też   wykorzystać

teorię chaosu w niezawodnym prognozowaniu przyszłych stanów pogody i trzęsień ziemi.

Tę   nową   koncepcję   naukową   zawdzięczamy   przede   wszystkim   amerykańskiemu   fizykowi

Mitchellowi Feigenbaumowi z  Uniwersytetu  Cornell.  W  roku  1977  Feigenbaum zaczął badać
zachowanie   równań   matematycznych,   zastosowanych   w   taki   sposób,   by   powtarzały   się   po

sobie. Przez dłuższy czas doświadczenie to potwierdzało oczekiwania naukowca, nagle jednak
komputer zaczął zupełnie niespodziewanie „wypluwać” chaotyczne ciągi liczbowe. Ku swojemu

zdziwieniu   Feigenbaum   odkrył,   iż   przejście   pomiędzy   porządkiem   a   chaosem   odbywa   się
według   ustalonej   struktury   ‒   okoliczność   ta   wydała   się   naukowcowi   szczególnie   znacząca.

Okazało się, że użyte przez fizyka proste równania uległy podczas przejścia ze stanu porządku

‒ 37 ‒

background image

w stan chaosu podwojeniu okresu. Sama okresowość wszakże (czyli regularne powtarzanie się)
podlegająca współczynnikowi okresowemu 4,669201 występuje w matematyce z największą

dokładnością.

Feigenbaum przypuszczał początkowo, iż wartość tego współczynnika ulegnie zmianie w in-

nych równaniach. Gdy jednak okazało się, że i tym razem odgrywa on decydującą rolę w przej-
ściu od porządku do chaosu, Feigenbaum zaczął niemal wątpić w możliwości swojego umysłu.

Znaczenie tego odkrycia stanie się w pełni zrozumiałe, gdy skutki podwajania okresu wyja-

śnimy sobie na konkretnym przykładzie. Przypuśćmy, że wędrujemy ze stadem owiec poprzez

bezkresną dal australijskiego buszu. Zauważamy wtedy, że stado w warunkach normalnego
rozwoju stale się rozrasta. Obliczenie wskaźnika wzrostu nie jest matematycznie żadnym pro-

blemem. Jednak gdyby w buszu nieoczekiwanie pojawiły się płoty, przyrost naturalny zwierząt
zależałby od ilości pokarmu znajdującego się w ich zasięgu. W chwili wyczerpania się żywności

wielkość   stada   uległaby   redukcji.   Ponowny   wzrost   liczebności   stada   możliwy   byłby   dopiero
dzięki pojawieniu się nowego pokarmu. Innymi słowy: zasoby żywnościowe stymulują proces

rozmnażania,   wpływając   tym   samym   na   liczbę   osobników   w   stadzie.   Opisujące   ów   proces
równanie jest stosunkowo proste, choć nieliniowe.

Okresowy przyrost i spadek liczebności stada mogłyby w dłuższym czasie być narażone na

wiele zmian. Powtarzające się cykle, coraz słabsze wahania, mogłyby na przykład doprowadzić

do stabilizacji wielkości stada na pewnym poziomie.

Możliwe jest również, że chwiejna początkowo liczebność stada, ustaliłaby się na dłuższy

czas poprzez dwie zupełnie różne i zmieniające się z roku na rok wielkości. Tenże cykliczny
proces można by również rozciągnąć w czasie w taki sposób, aby zmiana odbywała się co dwa

lata, następnie co cztery lata itd., aż do momentu, w którym rozpłynąłby się on w chaosie, a
przyrost zwierząt w stadzie w ciągu roku stałby się matematycznie niemożliwy do obliczenia.

Mamy tu do  czynienia z podwajaniem okresu ‒  cyklicznym zjawiskiem, w  którym  ustalony
porządek   zanika   w   coraz   dłuższych   przedziałach.   Feigenbaumowski   plan   analizy   stadium

przejściowego   pomiędzy   porządkiem   a   chaosem   przekonał   wielu   naukowców   o   istnieniu
ścisłego związku pomiędzy ogromną liczbą zjawisk naturalnych a podwajaniem okresu oraz

stałą 4,669201. Nie ma tu większego znaczenia, czy cała rzecz dotyczy wrzącej cieczy, która
parując   przechodzi   w   stan   gazowy,   czy   tak   zwanego   migotania   serca,   zwiastującego   bliski

zawał. Pewne cechy produktów technicznych mogą w niektórych okolicznościach wiązać się ze
zjawiskiem podwajania okresu, twierdzi Paul E. Rapp z Medical College of Pennsylvania. Anali-

zując zachowanie zintegrowanych systemów komputerowych określonej wielkości i złożoności,
Rapp zauważył, że zaczyna ono coraz bardziej przypominać zachowanie systemów biologicz-

nych. Należy więc liczyć się z tym, iż takie systemy komputerowe ulegać będą w przyszłości
coraz częstszym zaburzeniom w funkcjonowaniu, takim samym, jakie obecnie występują tylko

w systemach biologicznych. Sytuacje, w których nieliczne elementy uporządkowanego do tej
pory   systemu   biologicznego   wydostają   się   spod   kontroli,   stając   się   przyczyną   chaosu   (np.

konwulsji), porównuje Rapp z zagadkowymi zaburzeniami w funkcjonowaniu systemów kompu-
terowych, nazywanymi zazwyczaj „komputerową epilepsją”.

Klasycznym przykładem takiego zjawiska może być zdarzenie, które zaszło w 1979 roku

podczas   ćwiczeń   zarządzonych   przez   najwyższe   dowództwo   armii   Stanów   Zjednoczonych.

Odbywały się właśnie próby przekazu tajnych informacji w sytuacji zbrojnej agresji nieprzyja-
ciela. Kiedy jednak wymiana danych osiągnęła określoną gęstość, cały system informacyjny

uległ „atakowi epilepsji”. Uczestnicy ćwiczeń opowiadali później, że z powodu błędnie rozpro-
wadzanych, trafiających w niewłaściwe  miejsca informacji doszło  do ogólnego  zamieszania;

żołnierzom wydawało się chwilami, że otrzymują zupełnie inne rozkazy niż ich partnerzy.

Szczególnie duże znaczenie w teorii chaosu mają tzw. fraktale ‒ części składowe chaosu.

Odkrył je znakomity matematyk, a zarazem prekursor teorii chaosu, Benoit Mandelbrot. Urodził
się on w 1924 roku w Warszawie, w litewsko-żydowskiej rodzinie. Jego ojciec był kupcem w

branży tekstylnej, a matka dentystką. W roku 1936 rodzina Mandelbrota wyemigrowała do
Francji i osiedliła się w Paryżu, przede wszystkim dlatego, że mieszkał tam wujek Benoita ‒

matematyk Szolem Mandelbrot. Druga wojna światowa zmusiła Mandelbrotów do opuszczenia
Paryża. W porę udało im się uniknąć nazistowskich prześladowań. Zabrawszy ze sobą tylko to,

co niezbędne do życia, Mandelbrotowie dołączyli do kolumny uchodźców na południe od Paryża
i tak trafili do miasta Tulle.

Przez krótki czas Benoit uczył się u pewnego ślusarza narzędziowego. Zdradzając jednak

swoje nienaganne wychowanie, narażał się stale na niebezpieczeństwo. Był to dla niego czas

głębokich wzruszeń i obaw, których dzisiaj sam już prawie nie pamięta. Doskonale za to pa-
mięta przyjaźń ze swoimi nauczycielami. Było wśród nich wiele naukowych sław. Ich również

rzuciła do Tulle wojenna zawierucha. Mimo iż Benoit Mandelbrot uczęszczał do szkoły bardzo

‒ 38 ‒

background image

nieregularnie, udało  mu się  zdobyć podstawową wiedzę. I choć sam twierdzi, że nigdy nie
nauczył się alfabetu ani mnożenia powyżej pięciu, to z pewnością był bardzo zdolny.

Kiedy wyzwolono Paryż, Mandelbrot postanowił kształcić się dalej. Mimo niedostatecznego

przygotowania przystąpił do trwających całe miesiące egzaminów wstępnych do Ecole Normale

i Ecole Polytechnique. Podczas egzaminu z rysunku spostrzegł, że zupełnie nieźle udało mu się
skopiować   postać   Wenus   z   Milo.   Mierne   przygotowanie   do   testu   z   matematyki,   na   który

składały się zadania z algebry i analizy równań całkowych, mógł nadrobić dzięki wyjątkowym
zdolnościom z geometrii. Szczególnie skomplikowane zagadnienia matematyczne rozwiązywał

w sposób niekonwencjonalny, przedstawiając je za pomocą form geometrycznych oraz manipu-
lacji nimi.

Matematyczny geniusz Benoit Mandelbrot zajmował się Później problemami ekonomicznymi

w dziale naukowo-badawczym komputerowego potentata ‒ firmy IBM. Szczególnie interesowa-

ła   go   chaotyczność   cen   w   branży   bawełnianej.   Punktem   wyjścia   do   badań   były   krótko-   i
długoterminowe fluktuacje cen.

Wprowadziwszy   do   komputera   dane   o   wahaniach   cen   w   dłuższym   czasie,   Mandelbrot

zaobserwował zdumiewające zjawisko: nawet wtedy, gdy poszczególne zmiany cen zdawały się

całkowicie przypadkowe, nieprzewidywalne i chaotyczne, pojawiał się w nich pewien stały rytm,
pewien szczególny porządek.  W bezładnej nieskończoności  danych powstawał nagle  pewien

uporządkowany system. Czy Mandelbrot mógł być świadkiem jakiejś prawidłowości rządzącej
wszystkimi dziedzinami bytu? Czy w chaosie kryje się jakaś metoda?

W książce pt. The Fractal Geometry of Nature („Geometria fraktalna”) Mandelbrot przedsta-

wia   sposób  matematycznego   zapisu  nieregularnych,   naturalnych  form.   Sposób  ten   pozwala

opisać np. przebieg (kształt) angielskiego wybrzeża, czego nie dałoby się osiągnąć geometrią
euklidesową, ponieważ nie istnieją tu formy proste, okrągłe czy eliptyczne. Z kolei tych natu-

ralnych,   skomplikowanych   form   geometrycznych   nie   udało   się   do   tej   pory   przedstawić   za
pomocą precyzyjnych pojęć matematycznych.

Opierając   się   na   dotychczasowych   pracach   matematycznych   Mandelbrot   stworzył   rodzaj

geometrii umożliwiającej zapis krzywych o tak nieregularnym przebiegu jak np. linia wybrzeża

‒ za pomocą kilku wielkości matematycznych, które nazwał fraktalami. Dzięki fraktalom fizycy i
technicy mogą opisywać zjawiska dotychczas nieopisywalne. Innymi słowy: fraktale ‒ to wzory

składające   się   z   figur   geometrycznych,   z   pomocą   których   dają   się   przedstawić   złożone,
nieregularne formy.

Z czasem inni matematycy ‒ David Ruelle z Instytutu Nauk Przyrodniczych Buresur-Yvette

pod Paryżem i Floris Taken z Instytutu Matematyki Uniwersytetu Groningen ‒ odkryli kolejną

metodę „demaskującą” zjawisko chaosu. Nazwali ją  strange attractors  (dziwne atraktory). W
metodzie tej zmienne działające wewnątrz systemów chaotycznych przedstawiane są na ekra-

nie komputera w postaci punktów i mogą nawet tworzyć różnorodne wzory. Jeśli połączymy te
punkty linią, okaże się, że wykazuje ona tendencję do układania się w formy geometryczne.

Zdumiewać może również to, że każdy fragment dziwnych atraktorów jest miniaturowym

odzwierciedleniem całości. Może się  więc zdarzyć, że na skutek ciągłego  powiększania owa

forma geometryczna ulegnie „samozniszczeniu” w niezliczonych a coraz mniejszych kopiach.
Odkrycie dziwnych atraktorów pozwoliło Ruelle'owi i Taken znaleźć drogę do wyjaśnienia nie-

przewidywalnych dotąd zbieżności między różnymi systemami chaotycznymi.

Wielu naukowców jest zdania, że z fizyką chaosu wiąże się całe mnóstwo nowych zaskaku-

jących odkryć. Wykorzystano ją w wielu badaniach naukowych, dzięki czemu udało się np.
rozszyfrować   tajemnicę   „czerwonej   plamy”   na   powierzchni   Jowisza,   widocznej   w   burzliwej

atmosferze gazowej jako ogromny, stabilny wir.

Kiedy harwardzki matematyk i astronom Philip Marcus analizował znakomite zdjęcia wyko-

nane   kamerą   Hasselblad   z   pokładu   sondy   NASA   „Voyager”,   zainteresowała   go   przede
wszystkim czerwona plama pomiędzy poziomymi pasmami atmosfery Jowisza. Owa czerwona

plama,   którą   dziś   uznaje   się   za   wir   gazowy,   już   w   czasach   Galileusza   stanowiła   nie   lada
łamigłówkę dla astronomów.

Marcus wprowadził do komputera o wielkiej mocy obliczeniowej wszelkie dostępne dane o

atmosferze Jowisza oraz  zjawisku chaosu. Na podstawie  takich informacji jak temperatura,

prądy atmosferyczne itp. komputer miał obliczyć kierunki zmian w poszczególnych strefach
atmosferycznych  Jowisza oraz  zmian warunków pogodowych planety. Chodziło  więc o dane

dotyczące wirującej szybko planety, złożonej z zagęszczonego wodoru i helu; planety, która ze
względu na charakterystyczny „niedobór masy” zyskała miano „pozornego słońca”.

Na podstawie przeprowadzonych doświadczeń Marcus doszedł do wniosku, iż po  upływie

odpowiednio długiego czasu, w nawiedzanej burzowymi wirami atmosferze Jowisza wyłania się

wciąż na nowo „wyspa ładu i porządku”. Ta nowo powstała, ustabilizowana strefa rozwija się

‒ 39 ‒

background image

zawsze w stosunkowo krótkich odstępach czasu (równych 11,86 lat ziemskich, czyli jednemu
rokowi na Jowiszu), by później utrzymywać się jeszcze bardzo długo.

Na   podstawie   symulacji   przeprowadzanych   przez   Marcusa,   można   by   przypuszczać,   iż

powstawanie tego rodzaju „uporządkowanych stref jest bardziej prawdopodobne blisko równika

Jowisza  aniżeli w pobliżu bieguna, czyli  tam, gdzie  znajduje  się  czerwona plama.  Gdyby z
jakiegoś powodu powstała nagle pewna liczba mniejszych, trwalszych plam lub stref, szybko

zespoliłyby się one w jedną ogromną strefę. Z symulacji tych wynika również, że nawet w
najbardziej rozbieżnych warunkach wyjściowych powstanie zawsze tylko jedna plama, bądź też

nie powstanie w ogóle żadna.

Czerwona plama na powierzchni Jowisza jest więc samoistnie napędzającym się systemem.

Tworzą go jednakowe, nieliniowe zwoje, z których pochodzą również nieprzewidywalne turbu-
lencje w jego otoczeniu.

Kiedy   Marcus   dokonywał   symulacji   czerwonej   plamy   na   taśmie   filmowej,   uzyskał   jedno-

znaczny wizerunek „uporządkowanego chaosu”. Nie można więc wykluczyć, że również wirowe

ruchy   wody   morskiej,   takie   jak   golfstrom,   są   układami   podobnymi   do   czerwonej   plamy   w
atmosferze Jowisza. Tym samym, nieznane dotąd prawidłowości mogłyby w połączeniu z fizyką

chaosu odegrać w przyszłości niebagatelną rolę.

Odkąd nauka skierowała swą uwagę na chaos, wydaje się on wszechobecny. Obserwujemy

go zarówno w kłębach papierosowego dymu, jak i w dzikim ruchu trzepoczącej na wietrze flagi.
Równomierne z pozoru kapanie z kranu staje się z niewiadomego powodu nierównomierne.

Przejawy chaosu można zaobserwować w zjawiskach pogodowych, w fali uderzeniowej, wywo-
ływanej   przez   samoloty   ponaddźwiękowe,   w  komunikacji   ulicznej,   w   zachowaniu   oleju   pły-

nącego   podziemnym   rurociągiem   czy   też   w   nieregularnym   biciu   serca.   Bez   względu   na
medium,   którego   zjawisko   to   dotyczy,   jego   zachowanie   zgodne   jest   z   odkrytymi   niedawno

prawami chaosu. Odkrycie to wywarło już niebagatelny wpływ na decyzje menedżerów branży
ubezpieczeniowej, na poglądy astronomów dotyczące układów słonecznych, na sposób, w jaki

polityczni teoretycy dyskutują o napięciach prowadzących do zbrojnych konfrontacji.

„Chaos   usuwa   bariery   pomiędzy   różnymi   dyscyplinami   nauki.   Dzieje   się   tak   dlatego,   że

chodzi tu o dziedzinę wiedzy, która dotyczy wszystkich systemów, jednocząc w ten sposób
myślicieli o przeciwnych zapatrywaniach. Wyznawcy chaosu ‒ jak zwykli się sami nazywać,

nawróceni   lub   ewangeliści   ‒   rozmyślają   nad   determinizmem   i   wolnością   woli,   ewolucją,
świadomością i inteligencją. Czują się odpowiedzialni za przełom w nauce, który, ich zdaniem,

sprawi,   iż   nowa   nauka   przestanie   ograniczać   się   do   badania   szczegółów”,   twierdzi   James
Gleick, redaktor jednego z amerykańskich pism naukowych, dodając, że jako holistycy dążą oni

do tego, by rzeczy ujmować całościowo.

Jedną z ważniejszych cech chaosu jest determinizm przebiegu jego wewnętrznych procesów.

Mimo to przyszłe wydarzenia nie dają się dokładnie przewidzieć, ponieważ nie sposób ogarnąć
wszystkich   przyczyn   należących   do   jednego   systemu.   Czyżby   więc   najmniejsza   nawet   nie-

pewność mogła zniweczyć wszelkie przewidywania? Klasycznym tego przykładem są prognozy
pogody,   które   niezwykle   często   po   prostu   się   nie   sprawdzają.   Wpływy   na  tak   niesłychanie

wrażliwe   systemy   jak   m.in.   zjawiska   atmosferyczne   są   bowiem   bardzo   złożone.   Nic   więc
dziwnego, że fachowcy mówiący o zjawiskach nieliniowych zgadzają się, iż wyizolowanie tego

rodzaju systemu jest niemożliwe. Nawet najmniejsze zewnętrzne wahania wpływają na niego
w   istotny   sposób.   Chaos   jest   porządkiem   o   nieskończonej   złożoności,   gdyż   nie   ma   w   nim

żadnych   prostych   prawidłowości.   Jeśli   przyjrzymy   się   bliżej   jakiemukolwiek   fragmentowi
natury, okaże się, że mamy do czynienia z ogromną liczbą szczegółów.

„Wszelkie regularne opisy są iluzją i nie odpowiadają rzeczywistemu światu ‒ światu chmur,

gór, dolin i gwiazd, rwących rzek czy przelotnych deszczy. Chodzi tu bowiem o nieskończenie

złożone   zjawiska,   które   wymagają   zupełnie   odmiennej   matematyki   ‒   matematyki   fraktali”,
twierdzi Mandelbrot.

Fraktale są coraz mniejszymi jednostkami doczepianymi bez przerwy do jakiejś figury. Z

każdą   nową   jednostką   zwiększa   się   złożoność   figury.   Znamiennym   tego   przykładem   jest

zaczynająca   się   trójkątem   równoramiennym   krzywa   von   Kocha.   Budując   na   tym   trójkącie
mniejsze trójkąty równoramienne w taki sposób, aby znalazły się dokładnie pośrodku każdego

boku, uzyskamy sześcioramienną gwiazdę. W wyniku dalszego dokładania coraz mniejszych
trójkątów „wykrystalizuje się” kunsztowna forma płatka śniegu.

Niektóre   fraktale   odznaczają   się   silnym   samopodobieństwem.   Innymi   słowy:   ta   sama

jednostka   powtarza   się   w   każdym   rzędzie   wielkości,   przy   czym   niektóre   z   nich   mogą   się

nieznacznie różnić. W pozostałych przypadkach mamy do czynienia z tak zwaną fraktalnością
przypadkową. „Bez wątpienia nauka odkryła wiele praw, które w granicach wytyczonych przez

zasadę nieoznaczoności wskazują nam, w jakim kierunku pójdzie rozwój wszechświata, jeśli

‒ 40 ‒

background image

znamy jego sytuację w danym momencie. Być może prawa te pochodzą od Boga, wszystko
jednak wskazuje na to, iż pozwolił On wszechświatowi rozwijać się według nich samodzielnie.

Od tamtej pory Bóg w nic już się nie miesza”, monituje Stephen W. Hawking w książce pt.
„Krótka historia czasu”. „Ale w jaki sposób wybrał Bóg pierwotną postać wszechświata i jego

strukturę? Według jakich warunków ustalił u zarania dziejów jego granice?”, pyta Hawking.

Jego zdaniem, jedną z możliwych odpowiedzi jest stwierdzenie, że Bóg wybrał pierwotną

strukturę wszechświata z powodów, których nasz umysł nie potrafi pojąć. Istota wszechwładna
z pewnością by je pojęła. Dlaczego jednak, jeśli nawet wszystko miało swój tak niepojęty po-

czątek, Bóg pozwolił, aby wszechświat nadal rozwijał się według praw dla nas niezrozumiałych?

Za określeniem: chaotyczne uwarunkowania granic kryje się pewna możliwość. Przyjmuje

się tu bowiem założenie, że albo wszechświat ma przestrzeń nieskończoną, albo istnieje nie-
skończenie wiele wszechświatów. Odnalezienie jakiegokolwiek określonego regionu przestrzeni

w jakiejkolwiek strukturze bezpośrednio po Wielkim Wybuchu jest w tych chaotycznych warun-
kach równie prawdopodobne jak odkrycie go w każdej innej strukturze. Wybór pierwotnego

stadium rozwoju wszechświata dokonał się zupełnie przypadkowo. Znaczyłoby to, że młody
wszechświat był bardzo chaotyczny i pełen nieregularności. Dowodzić tego może występująca

w nim znaczna liczebna przewaga struktur nieuporządkowanych i chaotycznych nad uporządko-
wanymi i przebiegającymi bez przeszkód. Jeśli istnienie każdej ze struktur jest równie możliwe,

Wszechświat mógł w swoim początkowym stadium przybrać postać chaotyczną, nieuporządko-
waną, po prostu dlatego że istniało wiele innych do wyboru. Nadal jednak pozostaje tajemnicą,

w jaki sposób nasz wszechświat mógł w ogóle powstać w tak wielkim chaosie.

Odkrycie teorii determinującego chaosu przyczyni się, zdaniem wielu naukowców i filozofów,

do   zrewolucjonizowania   naszych   poglądów   na   bieg   wydarzeń   we   wszechświecie.   Krytycy
natomiast traktują to „nowe odkrycie” chaosu jako starą historię, której nadano tylko nową

nazwę. Całe zamieszanie wokół tej sprawy uważają więc za zbyteczne.

Dwaj specjaliści w dziedzinie fizyki pozaziemskiej, Gregor Morfill i Herbert Scheingraber z

Instytutu Maxa Plancka w Garching, piszą z zachwytem w swojej książce pt. „Chaos”: „Chaos
jest wszędzie... a wszystko funkcjonuje!... Zważywszy, że żyjemy w chaotycznym (w sensie

naukowym) świecie, w którym bardzo dobrze urządziliśmy się w procesie ewolucji, z pewnością
nikogo nie dziwi fakt, iż ów determinujący chaos, gdziekolwiek byśmy na niego natrafili, odbie-

ramy   jako   coś   normalnego.   Co   więcej,   czasem   zdarza   się   nawet,   że   tak   nielubiane   «od-
stępstwa» od normalności uważamy za coś, co wprowadza w nasze życie chaos (...)”.

Ogólnie wiadomo, że rozważania nad dynamiką systemów ‒ przede wszystkim jednak nad

dynamiką   czasu   ‒   mają   ogromny   wpływ   na   filozofię,   socjologię   oraz   inne   dziedziny   nauki.

Mechanistyczna interpretacja naszego wszechświata musiała ustąpić miejsca zjawisku zwane-
mu   przypadkiem.   Przeświadczenie,   że   za   każdym   przypadkowym,   pozornie   chaotycznym

zdarzeniem kryje się jakiś porządek wyższego rzędu, stawia kwestię losu ‒ jako opatrzności
lub przypadku ‒ w zupełnie nowym świetle. Również tutaj pojęcie czasu odgrywa kluczową

rolę.

Użyjmy więc tego klucza, by podróżując w czasie, otworzyć sobie drzwi do fantastycznych

światów...

‒ 41 ‒

background image

VI

Podróże w czasie

„Dla nas, fizyków z przekonania, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są tylko iluzją ‒

nawet jeśli jest to iluzja żywotna”, powiedział kiedyś Albert Einstein. U podstaw materii czas

wydawał się Einsteinowi i fizykom kwantowym fikcją służącą rozumowi człowieka: przeszłość i
przyszłość były wymienne, a czas mógł płynąć w odwrotnym kierunku. Okres, w którym nie

istniał   czas,   wypełniony   był   paradygmatem   chaosu,   tak   że   w  każdym   punkcie   rozwidlenia,
gdzie małe wielkości zmuszają cały system do decyzji, zachodzą nieodwracalne i niepowta-

rzalne zdarzenia. Inaczej powiedziawszy: wektora czasu nie dałoby się odwrócić, nawet gdyby
najmniejsze   ziarenko   piasku   mogło   postawić   całą   strukturę   na   głowie.   W   związku   z   tym

genialny fizyk brytyjski Roger Penrose zapytał prowokująco, dlaczego wszystkie elementarne
procesy fizyczne przebiegają z takim samym powodzeniem w obydwu kierunkach, skoro w

powstałym z nich świecie istnieje czas o jednym kierunku? Dlaczego mieszkańcy mikrosko-
pijnego świata nie wiedzą, czy znajdują się na drodze ku przyszłości czy przeszłości, każdy w

świecie makroskopijnym natomiast zauważa natychmiast, że film wyświetlany jest do przodu
lub do tyłu? Problem czasu zdaje się więc powstawać gdzieś pomiędzy mikro- a makrokos-

mosem.

Zdaniem   Penrose'a   czas   to   jedynie   konstrukcja   świadomości,   iluzja,   dzięki   której   mózg

może   interpretować   świat.   Pogląd   ten   nie   różni   się   w   niczym   od   poglądu   Einsteina,   który
powiedział kiedyś: „Bez olśnienia świadomości ‒ uniwersum byłoby tylko kupą śmieci”.

Nie ulega wątpliwości, że współczesna fizyka zabrnęła w ślepy zaułek. Jej filary bowiem:

dwie podstawowe teorie ‒ mechanika kwantowa i ogólna teoria względności ‒ „nie znoszą” się

nawzajem.

Krótko mówiąc, w poszukiwaniu „Świętego Graala fizyki” ‒ formuły świata, jednoczącej w

syntezie   mikro-   i   makrokosmos   ‒   Penrose   tworzy   wizję   tak   zwanej   grawitacji   kwantowej.
Wiązałaby się z nią gigantyczna rewolucja wizerunku natury, gruntowna zmiana rozumienia

przestrzeni   i   czasu,   przyczyny   i   skutku.   Dzięki   grawitacji   kwantowej   droga   do   zrozumienia
kreatywności i świadomości stałaby się prostsza.

Dotąd   bowiem   obowiązywało   obezwładniające   stwierdzenie   ucznia   Penrose'a,   Hawkinga:

„Pan Bóg nie tylko gra w kości, ale rzuca nimi czasami tak, że są niezauważalne”.

Pewna stara legenda, powstała w czasach zanim władzę w Egipcie przejęła dynastia libijska,

mówi o położonym w delcie Nilu mieście Sais i znajdującej się w nim świątyni Ozyrysa, władcy

podziemnego   świata.   Jeszcze   dziś   jej   ruiny   pozwalają   domyślić   się,   jak   wspaniała   była   to
budowla.

Legenda   głosi,   że   w   owej   świątyni   przechowywano   ‒   ukryty   pod   zasłoną   ‒   tajemniczy

posąg,  nad  którym  widniał  kuszący  napis:  prawda.  Zwykłym  śmiertelnikom  nie   było   wolno

unosić zasłony, a kapłani Ozyrysa pilnie strzegli, by nikt nie naruszył zakazu.

Pewnego   dnia   wszedł   do   świątyni   spragniony   wiedzy   młody   człowiek,   prawdopodobnie

„student”. Spostrzegłszy zakryty posąg, zapytał strażnika, co znajduje się pod zasłoną; ów
jednak  natychmiast   przypomniał mu  obowiązujące   prawo.  Młody  człowiek  opuścił świątynię

zamyślony. Pchany ciekawością wślizgnął się jednak w nocy do świątyni w niecnych zamiarach.
Towarzyszył mu upiorny blask księżyca. W środku młodzieniec uniósł zasłonę przykrywającą

posąg.

Nigdy   nie   dowiedziano   się,   co   wówczas   zobaczył.   Legenda   mówi,   że   następnego   dnia

odnaleziono   nocnego  intruza  na  wpół żywego  u  podstawy  posągu.  Kiedy  odzyskał  siły,  nie
chciał   opowiedzieć,   co   właściwie   zaszło.   Żałował   jednak   swojego   postępku.   Później   wiódł

nieciekawe   życie.   Nigdy   nie   udało   mu   się   dokonać   czegoś   znaczącego   i   zmarł   jako   młody
jeszcze człowiek.

Legenda zainspirowała Schillera, który wyciągnął z niej następujący wniosek: „Biada temu,

kto prawdy dochodzi przez winę, gdyż nigdy nie zazna z niej radości”.

Cóż   ujrzał   młody   człowiek,   kiedy   wbrew   zakazowi   uniósł   zasłonę?   Prawdę   absolutną?   A

może zwierciadło, w którym zobaczył samego siebie? Czy istnieje w ogóle prawda ‒ prawdziwa

formuła naszego wszechświata wraz z jego wszystkimi obliczami? Gdybyśmy poznali prawdę

‒ 42 ‒

background image

absolutną, czyż nie zapanowałyby stagnacja i bezruch ducha? Być może człowiek powinien
zadowolić się poszukiwaniem prawdy i zaakceptować to, że droga do celu jest celem samym w

sobie.

Wielu największych ludzi nauki, między innymi Isaac Newton, Albert Einstein, Werner Hei-

senberg, Bernhard Riemann, Hermann Minkowski, Teodor Kałuża, Oskar Klein, Roger Penrose,
Burkhard Heim ‒ trudziło się i nadal trudzi nad uchyleniem rąbka tajemnicy przysłaniającej

istotę czasu i przestrzeni.

„Wydawało mi się, że bawię się niczym mały chłopiec na plaży i dla rozrywki szukam coraz

gładszych kamieni i ładnych muszelek. Wielki ocean prawdy leżał wówczas jeszcze zupełnie
niezgłębiony przed moimi oczami”, pisał o swojej pracy wielki matematyk i fizyk angielski sir

Isaac Newton (1643-1727).

Kiedy w latach 1665-1666 panowała epidemia dżumy, zamknięto uniwersytet w Cambridge.

Newton zmuszony był spędzić ten czas w swoim rodzinnym Lincolnshire. W tym właśnie czasie
przeprowadził znaczną część badań, które później posłużyły mu do napisania przełomowego

dla myśli  naukowej dzieła  pt.  Philosophiae  naturalis principia mathematica  („Matematyczne
podstawy nauk przyrodniczych”).

Newton jako pierwszy wyjaśnił, że możliwe jest przedstawienie świata fizycznego za pomocą

dokładnych   obliczeń   matematycznych.   Skoro   bowiem   dowiemy   się,   jak   wyglądał   początek

systemu, będziemy mogli ustalić, na podstawie dynamiki, jego przyszłe zachowanie. Założenia
te miała generalnie potwierdzić późniejsza teoria kwantowa.

Już od pierwszych stron opublikowanego w 1687 roku dzieła Newton zajmuje się dwoma

podstawowymi   zjawiskami:   przestrzenią   i   czasem.   Tym   zagadnieniom   poświęcił   wszystkie

swoje teorie, kładąc jednocześnie kamień węgielny dla naukowych dociekań kolejnych dwustu
lat.

Newton   uważał   czas   i   przestrzeń   za   dwie   odrębne   struktury   ‒   absolutny,   niezależny   od

materii, nieprzerwanie i równomiernie płynący czas i absolutną, niezależną od materii, zawsze

niezmienną przestrzeń. W świecie nauki Newtonowskie Principia stanowiły wyraz bezprzykład-
nego postępu. Polegał on przede wszystkim na ujednoliceniu: na podstawie ziemskich doś-

wiadczeń powstała bowiem zajmująca się fizyką nieba dziedzina nauki o pozornie nieograni-
czonych możliwościach rozwoju.

W Newtonowską teorię czasu i przestrzeni zaczęto powątpiewać dopiero na początku XX

wieku.   Idea   przestrzeni   absolutnej   i   czasu   absolutnego   utraciła   swoje   znaczenie   wraz   z

pojawieniem się teorii względności Einsteina. Einstein już jako pięciolatek zastanawiał się nad
istotą  przestrzeni,  a jedno   doświadczenie  z  dzieciństwa doprowadziło  go  w końcu  do  teorii

względności. Mając pięć lat, młody Einstein ciężko zachorował. Kiedy poczuł się lepiej, ojciec
podarował mu kompas, z którym chłopiec się już nie rozstawał. Oczarowany wpatrywał się w

igłę   wskazującą   ciągle   ten   sam   kierunek,   niezależnie   od   miejsca,   w   jakim   znajdował   się
kompas.   Chłopiec   nie   miał   wówczas   pojęcia   o   polu   magnetycznym   Ziemi;   sądził,   że   gdy

porusza kompasem, igłę  podtrzymuje sama przestrzeń. Wniosek ten był oczywiście błędny.
Jednak spostrzeżenie Einsteina, że przestrzeń nie jest po prostu pustką, wpłynęło później na

jego rewolucyjną koncepcję wiążącą przestrzeń, czas i materię. Przed Einsteinem przestrzeń i
czas postrzegano jako nieskończone kontinuum, w którym rozgrywają się różne zdarzenia. Ale

Einstein   traktował   przestrzeń   i   czas   jako   zjawiska   nie   fundamentalne   i   absolutne.   Uważał
bowiem, że wiążą się one ze sobą i zależą od prędkości światła.

Alberta Einsteina, którego poglądy opublikowano przed sześćdziesięciu laty, do dziś uważa

się   za   największego   fizyka   teoretycznego   naszego   stulecia   i   z   całą   pewnością   będzie   tak

jeszcze długo w nadchodzącym wieku. Jego teorie względności ‒ szczególna (1905) i ogólna
(1916) ‒ okazały się tak złożone i rewolucyjne, że dopiero po kilku dziesięcioleciach zaakcepto-

wano płynące z nich wnioski. Jednak ciągle jeszcze stanowią one przedmiot dyskusji.

Szczególna   teoria   względności   zakłada,   iż   prędkość   światła   jest   równa   dla   wszystkich

obserwatorów, bez względu na to, czy poruszają się oni względem siebie, czy nie. Tak więc
Prędkość   światła   ‒   równa   w   próżni   około   300.000   kilometrów   na   sekundę   ‒   jest   we

wszechświecie absolutną prędkością graniczną. Blisko prędkości równej prędkości światła czas
ulega „rozciągnięciu”, to znaczy, że płynie nieco wolnej. Przedmioty kurczą się, a ich ciężar

wzrasta. Według znanego Einsteinowskiego paradoksu bliźniąt jeden z braci, podróżujący z
dużą prędkością w rakiecie kosmicznej, starzeje się wolniej niż jego brat bliźniak na ziemi.

Słynny wzór matematyczny E = mc

2

 pozwala stwierdzić, ile energii (E) powstanie z masy (m).

Masę   należy   pomnożyć   przez   prędkość   światła   podniesioną   do   kwadratu   (c

2

).   Już   samo

pomnożenie bardzo niewielkiej masy przez kwadrat ogromnej prędkości światła daje równie
olbrzymią wartość energii.

Niemałe   zasługi   w   rozwoju   Einsteinowskiej   teorii   względności   miał   genialny   matematyk

‒ 43 ‒

background image

Hermann Minkowski (1864-1909). Albert Einstein był początkowo jego uczniem („straszny leń,
który zupełnie nie przejmuje się matematyką”). Kiedy w roku 1902 Minkowskiego powołano na

profesora matematyki w Getyndze, Einstein objął po nim w Bernie stanowisko „eksperta III
klasy” w „związkowym urzędzie do spraw umysłowej własności”.

W   1907   roku   na   łamach  Gottinger   Nachrichten  Minkowski   opublikował   w   formie   jednej

jedynej rozprawy swój wkład w rozwój szczególnej teorii względności. Chociaż publikacja ta

zdobyła mu rozgłos, prawdziwą furorę matematyk zrobił dopiero swym wykładem o przestrzeni
i   czasie   wygłoszonym   we   wrześniu   1909   roku   w   kolonskim   Towarzystwie   Niemieckich

Przyrodoznawców i Lekarzy: „Zamierzam roztoczyć przed Państwem wizję przestrzeni i czasu
jako   zjawisk   wyrosłych   z   podłoża   eksperymentalno-fizycznego”,   rozpoczął   Minkowski   swój

wykład. „W tym właśnie tkwi ich siła. Ich tendencje są radykalne. Od tej chwili, każde z nich
powinno być już jedynie cieniem i tylko ich połączenie może zachować ich odrębność”.

To właśnie Minkowski stworzył matematyczne podstawy dla szczególnej teorii względności i

umożliwił Einsteinowi zajęcie się w ogólnej teorii względności problemem grawitacji. Minkowski

określał czas jako czwarty wymiar, stawiając go na równi z trzema wymiarami przestrzeni. W
ten sposób zrodziło się w nauce pojęcie czterowymiarowego kontinuum czasoprzestrzennego.

Jedną ze swych genialnych prac uzupełniających Einstein poświęcił grawitacji. W porównaniu z
innymi siłami grawitacja jest zadziwiająco słaba, a mimo to właśnie ona stworzyła wszech-

świat, nie zaś 1037 razy większe siły elektromagnetyczne. Tylko dzięki sile ciążenia wszech-
świat jest zwartym systemem, a ciała niebieskie mogą się poruszać. Wszystkie pozostałe siły

działają w granicach przestrzeni. Tak więc los wszechświata zależy od najsłabszej z sił ‒ siły
grawitacji,   połączenia   ogromnego   zasięgu   i   nieograniczonej   siły   przyciągania.   Einstein

zastanawiał się nad tym, czy siła ciążenia nie mogłaby być swoistą przestrzenią. Z rozważań
tych zrodził się geometryczny model, w którym siłę ciążenia przedstawiano jako „zakrzywienie”

struktury przestrzenno-czasowej, wywołane przez masę obiektów materialnych. Siła ciężkości
jest więc wyzwoloną przez materię właściwością czasoprzestrzeni, nie zaś ‒ jak sądził Newton

‒ jakąś tajemniczą mocą.

Leopold   Infeld,   fizyk   polskiego   pochodzenia   i   współpracownik   Einsteina,   znalazł   proste

wytłumaczenie   dla   nowej   teorii:   różnicę   pomiędzy   mechaniką   Newtona   i   teorią   Einsteina
najprościej wytłumaczyć można na przykładzie dziecka grającego w szklane kulki. Podłoże, po

którym   się   toczą,   jest   nierówne,   jednak   osoba   obserwująca   dziecko   z   dziesiątego   piętra
budynku nie widzi tych nierówności. Zauważa ona jedynie, że kierunek ruchu szklanych kulek

nieustannie się zmienia. Obserwator może na tej podstawie sądzić, że zmiany te wywołuje
jakaś „siła”. Jednak ktoś, kto przypatruje się grającemu dziecku z bliska, zauważy, że kulki

podążają w innym kierunku tylko ze względu na nierówne podłoże.

Sądząc, że na ruch szklanych kulek wpływa jakaś „siła”, obserwator z dziesiątego piętra

reprezentuje mechanikę Newtona. Osoba obserwująca kulki z bliska broni z kolei słuszności
teorii Einsteina. Na podstawie zewnętrznych cech podłoża można bowiem w geometrycznej

formie przedstawić tor, po którym toczą się kulki.

Według   Einsteina   wszechświat   składa   się   z   trzech   znanych   nam   wymiarów   przestrzeni   i

jednego wymiaru czasu. W czasach młodości Einsteina ostatniego z tych wymiarów nie można
było   opisać,   gdyż   panowała   ogólnie   geometria   euklidesowa,   w   której   istnieją   tylko   trzy

wymiary: długość, szerokość, wysokość; każda prosta jest nieskończona, a proste równoległe
znajdują się zawsze w równej odległości od siebie. Ponieważ do opisu czasoprzestrzeni Einstein

potrzebował   nowych   systemów   miar,   zwrócił   się   o   pomoc   do   swojego   starego   przyjaciela,
matematyka Marcela Grossmanna. Ów wyposażył go w niezbędne do tego zadania „narzędzia”

‒ przede wszystkim w „podejrzaną” w tamtych czasach geometrię nieeuklidesową, stworzoną
w   XIX   wieku   przez   niemieckiego   matematyka   Bernharda   Riemanna   i   zdolną   opisać   nowy,

czterowymiarowy świat Einsteina. W geometrii Riemanna nie istnieją żadne linie proste łączące
dwa   punkty,   a  najkrótszym  ich   połączeniem   jest   linia  geodetyczna,  a   więc  najkrótsza  linia

pomiędzy dwoma punktami na powierzchni krzywej.

Zakrzywione,   czterowymiarowe   kontinuum   czasoprzestrzeni   Einsteina   porównywane   jest

często do mocno napiętego gumowego prześcieradła. Na jego powierzchni powstają doły w
miejscach,   gdzie   znajdują   się   ciężkie   obiekty,   takie   jak   na   przykład   gwiazdy,   planety   czy

galaktyki. Zdaniem Einsteina, geometria czasoprzestrzeni zagina się lub zakrzywia wokół ciała
o  dużej masie, na  przykład  wokół  Słońca.  Planety zaś, zamiast krążyć swym  zamkniętym,

eliptycznym torem po orbicie, wędrują po „zakrzywionych” drogach.

Według Einsteina wszystkie obiekty istnieją więc nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie,

to znaczy: w czterowymiarowym czasoprzestrzennym kontinuum, którego wymiary ściśle się
ze sobą łączą. Nawet jeśli teoria względności zajmuje się głównie problemami związanymi z

obserwacją i pomiarem ruchu w makrokosmosie, czas ma tutaj, jako jeden z wymiarów, zna-

‒ 44 ‒

background image

czenie decydujące.

Tradycyjna geometria grecka ujmuje pojęcie wymiaru w sposób bardzo zrozumiały. Punkt

nie ma według niej żadnego wymiaru. Linię bez szerokości i wysokości określa się jako jedno-
wymiarową, natomiast rozpościerającą się na długość i szerokość powierzchnię ‒ jaką jest na

przykład   strona   książki   ‒   jako   dwuwymiarową.   Pomieszczenie   ma   wysokość,   szerokość   i
długość, jest więc trójwymiarowe, a czas, który upływa na przykład podczas czytania tych

zdań, stanowi czwarty wymiar. W ostatnich latach geometryczna wizja wymiarów znacznie się
skomplikowała. W przypadku linii brzegowej matematycy odkryli, że ta nieskończenie złożona

jednostajna linia, ma więcej niż jeden wymiar. Znaczy to, że znajduje się ona pomiędzy linią a
powierzchnią. Dzięki teorii chaosu znamy dzisiaj tak zwane wymiary fraktalne. Jednak nawet

nasze dawno wypróbowane wymiary czasoprzestrzeni rozmnożyły się tymczasem na skutek
czynionych z pomocą geometrii starań, by cały kosmos sprowadzić do wspólnego mianownika.

Polski matematyk Teodor Kałuża zaintrygowany był pytaniem, czy na podstawie geometrii

można by wyjaśnić zjawisko elektromagnetyzmu. Wprowadzając jeszcze jeden wymiar prze-

strzeni wraz z charakterystyczną dla niego zwartością, matematyk ten osiągnął efekty, które w
innym wypadku dałoby się wyjaśnić jedynie za pomocą sił elektrycznych i magnetycznych. Tym

samym czterowymiarowa czasoprzestrzeń przekształciła się w czasoprzestrzenne kontinuum o
pięciu wymiarach.

W roku 1919 Kałuża przesłał swoją pracę Einsteinowi, dobiła ona na nim tak duże wrażenie,

że   Einstein   pomógł   matematykowi   w   jej   opublikowaniu.   Wkrótce   jednak   okazało   się,   że

czterowymiarowa   (wówczas   jeszcze)   przestrzeń   nie   współgra   z   siłą   grawitacji   i   dodatkowy
wymiar przestrzeni Kałuży „trafił do lamusa”.

Sytuacja zmieniła się jednak w roku 1926 za sprawą szwedzkiego fizyka, Oskara Kleina. W

genialny sposób „ukrył” on bowiem czwarty wymiar przestrzeni Kałuży, zwinięty w tak małej

przestrzeni, że nie mógł nikomu przeszkadzać ani zostać odkrytym. Przerwało to falę zarzutów
skierowaną   przeciw   teorii   Kałuży   i  Kleina   dotyczącej   istnienia   wielowymiarowej   przestrzeni.

Zapomniana w ciągu dziesięcioleci, teoria ta pojawiła się jednak ponownie w latach siedem-
dziesiątych.

Dzięki  badaniom nad  jednolitą  teorią  pola teorię  Kałuży  i Kleina  na nowo  wyciągnięto  z

szuflady, by za pomocą geometrii opisać również siły jądrowe. Okazało się jednak, że w tym

celu należy wprowadzić kolejne wymiary. Znane nam cztery oddziaływania podstawowe ‒ siła
ciążenia, silne i słabe oddziaływanie wzajemne oraz elektromagnetyzm ‒ można było ująć w

teorii zakrzywienia przestrzeni jedynie z zastosowaniem dziesięciu wymiarów przestrzennych i
jednego wymiaru czasu.

Ten supergrawitacyjny model miał jednak pewien słaby punkt ‒ parzystą liczbę (dziesięciu)

wymiarów przestrzeni. Ta parzysta liczba wskazywałaby bowiem, że we wszechświecie dominu-

je symetria i wszystko w nim równoważy się jak w lustrzanym odbiciu. Wiemy wszelako, że to
nieprawda, ponieważ w naszym świecie istnieje zarówno prawo-, jak i leworęczność. W świecie

subatomowym występują różnorodne kierunki spinowe. Przyznawanie pierwszeństwa leworęcz-
ności   nad   praworęcznością   lub   odwrotnie   nazwano   chiralnością.   Asymetrię   taką   niechętnie

akceptował   wybitny   fizyk   austriacki,   laureat   Nagrody   Nobla,   Wolfgang   Pauli.   Samo   już
przypuszczenie, że natura mogłaby faworyzować jedną z tych form wydawało mu się absur-

dem. Był nawet gotów pójść o zakład, że Pan Bóg nie jest ani lewo-, ani praworęczny. Pauli
przegrał swój zakład, chociaż tak naprawdę nigdy się nie dowiemy, którą ręką Bóg chętniej

rzuca kośćmi. Nie ulega jednak wątpliwości, że w strukturze świata należy uwzględniać zasadę
chiralności.

Fascynujące rozwiązanie tej kwestii zaproponowali dwaj naukowcy: John Schwarz z Cali-

fornia Institute of Technology i Michael Green z Queen Mary College Uniwersytetu Londyń-

skiego.   „Budulec”   wszechświata   ucieleśniają   nie   punktowe   cząsteczki,   lecz   superdelikatne   i
superciężkie strings (struny). Rozmaite stany drgań owych strings doprowadziły do powstania

powszechnie znanych cząsteczek elementarnych.

Ze „zmowy myśli” Schwarza, Greena, Kleina i Kałuży zrodziła się w końcu teoria „super-

strings”. Pojęcie „super” oznacza tu siłę ciążenia. Według Schwarza i Greena czasoprzestrzeń
miała początkowo dwadzieścia sześć wymiarów. Ich liczba zmniejszyła się później do dziesięciu

‒ dziewięciu wymiarów przestrzeni i jednego wymiaru czasu. Wzięto więc również w rachubę
zasadę   chiralności.   Mimo   wszystko   teoria   „superstrings”   nastręcza   wiele   trudności   i   często

bywa   poddawana   krytyce;   wskazuje   bowiem   na   istnienie   ogromnej   ilości   elementarnych
„strun”.

Zdaniem Rogera Penrose'a pramateria wszechświata składa się z tak zwanych twistorów

(twistors). W jego ośmiowymiarowym kosmosie, w którym przestrzeń ma cztery wymiary, a

czas tyle samo wymiarów wyimaginowanych, ton całości nadają wzajemnie się pochłaniające

‒ 45 ‒

background image

wstęgi   Mobiusa.   Czterowymiarowy   czas   Penrose'a   daje   ‒   przynajmniej   teoretycznie   ‒
fantastyczne możliwości, gdyż nie obowiązuje tu znana nam zasada przyczynowości. Oznacza

to   na   przykład,   że   możliwe   jest   podróżowanie   zarówno   w   przyszłość,   jak   i   w   przeszłość.
Decydujące znaczenie w teorii Penrose'a ma włączenie do fizyki kwantowej siły powszechnego

ciążenia, innymi słowy: kwantyzacja sił grawitacyjnych. W teorii grawitacji kwantowej elemen-
tarną cząsteczką pola grawitacyjnego jest tzw. grawitron.

Zdaniem wybitnego amerykańskiego fizyka, Johna Archibalda Wheelera, przestrzeń składa

się z kwantów nazwanych przez niego geonami. W strukturze czasoprzestrzeni znajdują się

niezmiernie   małe   dziury,   które   Wheeler   ochrzcił   mianem   „dziurek   po   robakach”.   Zgodnie   z
prawami   geometrodynamiki   przestrzeń   powinna   więc   mieć   konsystencję   piany.   Po   drugiej

stronie dziur znajduje się superprzestrzeń Wheelera, łącząca się poprzez „dziurki po robakach”
z naszym wszechświatem. Wewnątrz tego fantastycznego świata nie ma ani przestrzeni, ani

czasu. Dlatego też wszystkie zdarzenia rozgrywają się w jednej chwili, poza czasem. Początek
każdego ruchu naprzód jest jednocześnie jego końcem. Pytania o tak powszechne cechy jak

„zimny”,   „ciepły”,   „mały”,   „okrągły”   czy   „kwadratowy”   nie   mają   najmniejszego   sensu,   nie
istnieją one bowiem w superprzestrzeni i nie mają tu żadnego znaczenia. Równie bezsensowne

są pytania o „przedtem”, „potem” i „wkrótce”, gdyż określenia te okazują się tutaj całkowicie
zbędne.  Co   więcej,  w  tych  warunkach  nie   może   być  w ogóle   mowy  o  stosowaniu  terminu

„czasu”.   Takim   opisem   superprzestrzeni   zaskoczył   Wheeler   zafascynowanych   słuchaczy   z
American Association for the Advancement of Science.

Wheeler od dłuższego czasu poszukiwał czegoś, co pozwoliłoby mu zlikwidować rozdźwięk

pomiędzy ogólną teorią względności a fizyką kwantową. Zgodnie z ogólną teorią względności

czarne   dziury   ‒   termin   stworzony   właśnie   przez   Wheelera   ‒   muszą   rzeczywiście   istnieć.
Traktuje się je jako miejsce spotkania ogólnej teorii względności z fizyką kwantową; obydwie

bowiem tutaj właśnie osiągają swą kulminację. Na tej podstawie Wheeler dochodzi do wniosku,
iż istotę struktury przestrzenno-czasowej rozważać można jedynie z punktu widzenia obydwu

tych teorii. Na skutek rozdźwięku pomiędzy nimi współczesna kosmologia przedstawia wszech-
świat jako relatywistyczną scenę, na której energię i materię określa nie teoria względności,

lecz   fizyka  kwantowa.  Kwantując  przestrzeń,   Wheeler  próbuje   uporządkować ją   za  pomocą
obydwu   tych   teorii   jednocześnie.   Nie   ma,   jego   zdaniem,   w   fizyce   drugiej   zasady   o   tak

powszechnym   znaczeniu   jak   fizyka   kwantowa.   „Im   dłużej   się   nad   nią   zastanawiamy,   tym
bardziej   oczywistym   się   zdaje,   że   jest   ona   zasadą   najważniejszą,   z   której   w  ten   czy   inny

sposób wywodzą się wszystkie pozostałe”, powiada Wheeler.

Na   kierunek   jego   kosmologicznych   rozważań   wpłynęła   silnie   opublikowana   w  Physical

Review wspólna praca Alberta Einsteina i Nathana Rosena. W mojej książce pt. Die Einstein-
Rosen-Brucke
  („Most   Einsteina-Rosena”)   z   roku   1982   przedstawiłem   ich   zadziwiającą

koncepcję wraz z jej niewiarygodnymi konsekwencjami: Einstein i Rosen porównują odrębne
regiony czasoprzestrzeni do gumowych prześcieradeł, połączonych pozaczasowymi przejściami,

określanymi jako mosty. Te poprzeczne połączenia nazywane są w kręgach fachowych „mosta-
mi Einsteina-Rosena”.

Koncepcja „mostu Einsteina-Rosena” jest rezultatem fundamentalnej jedności przestrzeni i

czasu,   stanowiącej   istotę   rewolucji   Einsteinowskiej;   wpływa   też   na   współczesny   obraz

wszechświata. Praca Einsteina podkreśla dwa jednakowo ważne aspekty pewnej całości. Jak
wiadomo, masa i energia przybierać mogą różne postacie, niczym lód, który zamienia się w

wodę, a z wody ponownie przejść może w lód. Również przestrzeń i czas są dwoma aspektami
jednolitej całości, kontinuum czasoprzestrzennego.

Wszechświat   składa  się  zatem  z  dwóch  podstawowych  jednostek,  a  każda  z  nich  ma  w

jakimś sensie „Janusowe oblicze”: składa się bowiem z masoenergii oraz czasoprzestrzeni. Ich

wzajemne oddziaływanie, wywołane siłą ciążenia, wyjaśnia również występowanie rozmaitych
zjawisk, między innymi ekspansję wszechświata, zakrzywienie promienia światła przez obiekt o

znacznej masie (na przykład przez gwiazdę) oraz dziwne właściwości czarnych dziur, polega-
jące na odkształcaniu i przesuwaniu czasu.

Cytat   z   mojej   książki   „Most   Einsteina-Rosena”:   „Powróćmy   raz   jeszcze   do   przykładu

gumowego prześcieradła, ilustrującego tutaj strukturę czasowo-przestrzenną. Ułożone na nim

ciężkie   kule   (symbolizujące   gwiazdy)   tworzą,   w   zależności   od   swej   masy,   mniejsze   bądź
większe zagłębienia. Rozpatrzmy więc przypadek skrajny. Załóżmy, że znajdująca się na tym

elastycznym prześcieradle ciężka kula z ołowiu zagłębia się coraz bardziej, aż powstaje pewien
rodzaj rury, pionowy «tunel». Wszystko, co znajdzie się w pobliżu lejowatej krawędzi tej dziury,

z całą pewnością musi do niej wpaść, by nigdy już nie wydostać się na zewnątrz. Tak wygląda
uproszczony   model   czarnej   dziury.   Zakładając,   że   ów   powstały   pod   ogromnym   ciężarem

ołowianej kuli, bezdenny szyb prowadziłby poprzez jakieś zakrzywienie do innego miejsca w

‒ 46 ‒

background image

gumowym prześcieradle, kuła ta ukazałaby się ponownie przez tak zwaną białą dziurę. Ten
właśnie tunel nazwano mostem Rosena-Einsteina.

Ołowiana   kula,   dokładniej   mówiąc:   zagęszczona   materia   czarnej   dziury,   opuściła   jakiś

obszar   wszechświata,   aby   pojawić   się   w   innym.   Zamiast   osuwać   się   w   «konwencjonalny»

sposób   po   «bezkresnym»   gumowym   prześcieradle   ‒   a   więc   w   naszej   czasoprzestrzeni   ‒
wykorzystała most Rosena-Einsteina ‒ bezpośredni, pozaczasowy skrót ku innemu regionowi w

kosmosie. Kiedy masa ta przedostanie się przez most Einsteina-Rosena i pojawi się znowu w
odległości milionów czy miliardów lat świetlnych, ten przestrzenny skok musi być zrównowa-

żony   skokiem   czasowym”.   Czarne   dziury   powstają   wskutek   zagęszczenia   struktury   dużych
gwiazd,   których   zasoby   wodoru   wyczerpały   się,   a   siła   ciężkości   przezwycięża  siłę   jądrową.

„Zwłoki” tych gwiazd miażdżone są przez ogromną grawitację, aż do momentu kiedy osiągną
tak zwany punkt osobliwości i opuszczą naszą czasoprzestrzeń przez tunel Einsteina-Rosena.

Nie mogą się z nimi równać nawet poruszające się szybko wiry grawitacyjne o ogromnej sile
przyciągania. Niczym gigantyczne kosmiczne odkurzacze, tunele wciągają wszystko, co znaj-

dzie się w ich pobliżu.

Już w roku 1963 nowozelandzki astronom Roy P. Kerr podkreślał, że wszystkie czarne dziury

wirują, wskutek czego powstaje niejako dziura w dziurze, wywołana działającą siłą odśrod-
kową. Zjawisko to można porównać do wirów na wodzie.

Z obliczeń wynika, że czarna dziura o masie równej masie dziesięciu Słońc i średnicy około

sześćdziesięciu   kilometrów,   obraca   się   wokół   własnej   osi   niemal   tysiąc   razy   na   sekundę.

Powstała  na skutek działania  siły  odśrodkowej  „dziura w dziurze” osiąga  wówczas średnicę
około sześciuset metrów i stając się bramą prowadzącą na most Einsteina-Rosena, a więc ku

natychmiastowemu,  pozaczasowemu  przejściu  do  zupełnie  innego  regionu naszego  wszech-
świata   lub   do   wszechświata   równoległego.   Wszystko,   co   dostanie   się   do   wnętrza   takiego

tunelu, porusza się do przodu w przestrzeni, a cofa się w czasie. Niewyobrażalna siła ciążenia
„rozciąga” bowiem czas nie tylko do momentu jego zatrzymania, lecz sprawia, że zaczyna on

biec do tyłu.

Penrose   i  Hawking  są  zdania,  że  materia,   która  zniknęła  w czarnej  dziurze,  w  pewnych

okolicznościach może wydostać się ponownie przez tak zwaną białą dziurę. W ten sposób biała
dziura staje się niejako końcem tunelu i umożliwia ponowne pojawienie się materii w naszym

kontinuum czasoprzestrzennym. Astrofizyk z Cambridge John Gribbin pisze o tych zjawiskach
Encounter: „Gdybyśmy w pobliżu naszego Układu Słonecznego mieli pod ręką jakąś czarną

dziurę,   moglibyśmy,   stosując   współczesną   technologię   lotów   kosmicznych,   podróżować   w
przyszłość. Wysłalibyśmy jakiegoś odważnego astronautę, żeby obleciał czarną dziurę dookoła

‒   naturalnie   w   odpowiedniej   odległości,   tak   aby   nie   został   wessany   do   środka.   W   chwili
przekraczania obszaru zniekształconej czasoprzestrzeni, astronaucie zdawałoby się, że wszyst-

ko we wszechświecie nagle przyśpieszyło. Wewnątrz rakiety nie zauważyłby nic dziwnego, jeśli
oczywiście   trzymał   się   z   dala   od   niebezpiecznych   konsekwencji   pływów   czarnej   dziury.

Opuszczając zniekształcenie czasoprzestrzeni, astronauta zauważy, że czas na zewnątrz płynął
szybciej   niż   wewnątrz.   Dysponując   choćby   jedną   dostatecznie   dużą   czarną   dziurą   i   odpo-

wiednim   zniekształceniem   czasoprzestrzeni,   mielibyśmy   bilet   na   podróż   w   każdy   moment
przyszłości ‒ w przyszły tydzień, rok, milion lat, a nawet czas, kiedy nasze słońce dawno już

wygaśnie. Jedynym problemem dla naszego nieustraszonego podróżnika okazać by się mogło
stwierdzenie,   że   nic   z   tego,   co   zobaczył,   mu   się   nie   podoba,   gdyż   nie   ma   już   możliwości

powrotu”.

Nie   można   wykluczyć,   że   wysoko   rozwinięte   cywilizacje,   zdolne   do   podróży   między-

gwiezdnych, korzystają właśnie z czarnych dziur i mostów Einsteina-Rosena, by pokonywać ‒
do przodu w przestrzeni, a wstecz w czasie (a więc do czasu zerowego) ‒ ogromne odległości

w kosmosie.

W każdym razie nie wyjaśniono dotąd, jakie problemy nawigacyjne wiążą się z podróżo-

waniem przez czarne i białe dziury. Rozwiązanie tych problemów nie jest oczywiście możliwe za
pomocą czasoprzestrzennych diagramów Rogera Penrose'a i Brandona Cartera ani też diagra-

mu stworzonego przez M. D. Kruskala z Uniwersytetu Princeton, mimo że są one graficznym
przedstawieniem możliwości podróży przez mosty Einsteina-Rosena. Załoga statku kosmicz-

nego, który dostałby się w obszar czarnej dziury, nie miałaby przecież najmniejszego pojęcia,
w   jakim   miejscu   wszechświata   będzie   mogła   ponownie   wydostać   się   przez   białą   dziurę.

Niepewność rozwiązać mogą dopiero wyniki przyszłych badań.

„Dziurki po robakach” albo inaczej mówiąc mosty Einsteina-Rosena zainspirowały również

astrofizyków   z   California   Institute   of   Technology:   Kipa   S.   Thorne'a,   Michaela   S.   Morrisa   i
Ulviego Yurtsevera. W pracy opublikowanej w Physical Review Letters zakładają oni możliwość

istnienia wysokorozwiniętych cywilizacji, których członkowie dzięki niezwykle zaawansowanej

‒ 47 ‒

background image

technologii   działają   jako   „budowniczowie   mostów”.   Ich   celem   jest   stworzenie   w   strukturze
czasoprzestrzeni „dziurek po robakach”, które w ustabilizowanej formie mogłyby później służyć

jako wehikuł czasu. Jako że możliwa jest tu zamiana przyczyny i skutku, można by dojść do
zadziwiających  rezultatów: czy na  przykład doszłoby  do  drugiej  wojny światowej, gdyby  w

1933 roku jakiś przybysz z przyszłości usunął Hitlera? Czy w różnych porządkach czasowych
lub też  w  różnych światach równoległych mogłoby dojść do  rozszczepienia zdarzeń, tak  że

Hitler zginąłby w jednym z nich, a w drugim żył dalej? Coś takiego zdarzyło się przecież kotom
w słynnym eksperymencie myślowym Erwina Schrödingera.

Gra myślowa fizyka Erwina Schrödingera dotyczy kota umieszczonego w zamkniętej skrzyni.

Wskutek rozpadu atomu wydziela się w niej śmiercionośny gaz. Dysponujemy tylko jednym

atomem, a prawdopodobieństwo, że ulegnie on rozpadowi po upływie jednej minuty wynosi
pięćdziesiąt procent. Sam eksperyment trwa również tylko minutę, Po czym licznik Geigera

wyłącza się automatycznie. Po zakończeniu eksperymentu istnieją dwa równie prawdopodobne
światy. Pierwszy, w którym ulegający rozpadowi atom uruchomił licznik Geigera, a ulatniający

się ze stłuczonej butelki gaz uśmiercił kota; i drugi, w którym nic nie zaszło: żadnego rozpadu
atomu, żadnego gazu i żadnego martwego kota! Jeżeli eksperymentator jest zbyt wrażliwy, by

zajrzeć   do   skrzynki,   powinien   dla   uzyskania   odpowiedzi   i   dla   uspokojenia   własnej   duszy
poradzić się jedynie mechaniki kwantowej. Dziedzina ta oferuje bowiem dwie zachodzące na

siebie rzeczywistości: kot żyje i jednocześnie jest martwy!

Powróćmy jednak raz jeszcze do podróżowania w czasie. Jeśli istotnie jest ono możliwe, na

co   wskazują   najnowsze   hipotezy   matematyczne,   fizyczne   i   geometryczne,   nie   możemy
wykluczyć, że kiedyś pojawią się u nas przybysze z innych obszarów czasowych. Z tego też

powodu   powinniśmy   bez   uprzedzeń   potraktować   zjawisko   niezidentyfikowanych   obiektów
latających. A może „Dreamland” stanowi gotową już odpowiedź?

‒ 48 ‒

background image

VII

Dreamland ‒ doniesienia z Czarnego Świata

„Dochodzimy do hipotezy dotyczącej UFO. Nasza sytuacja nie jest jednak najlepsza, gdyż

nie możemy tu mieć żadnej pewności nawet co do faktów, na których chcemy tę hipotezę

zbudować. Nie możemy ich też zweryfikować, chodzi tu bowiem o zjawisko dziwnie wyizolo-
wane  w czasie  i  przestrzeni.  Jeśli nie  zgadzacie  się   ze  mną, to   wyjaśnijcie   mi to   zjawisko

ilościowo,   a   nie   jakościowo;   mam   tu   na   myśli   raporty   o   pojawianiu   się   i   znikaniu   UFO,
zmianach jego kształtów, jego bezszelestnym unoszeniu się w ziemskim polu grawitacyjnym

oraz   zdolności   przyspieszania,   która   ze   względu   na   znaczną   masę   tych   obiektów   wymaga
źródeł   energii   leżących   poza   naszymi   możliwościami,   choćby   tylko   teoretycznymi.   Do   tego

dochodzą   częste   u   obserwatorów   UFO   efekty   elektromagnetyczne   związane   z   komunikacją
telepatyczną i wielokrotne kontakty UFO z tymi samymi osobami”. Tak mówił w 1975 roku

nieżyjący już dziś astrofizyk i specjalista w dziedzinie UFO profesor J. Allen Hynek podczas
sympozjum w amerykańskim Instytucie Aeronautyki i Astronautyki w Los Angeles.

Wraz z postępem technologicznym w drugiej połowie naszego stulecia odnotowano znaczny

wzrost   kontaktów   z   UFO.   Sceptycy   twierdzą   jednak,   że   w   większości   przypadków   za   UFO

uważane   są   po   prostu   ziemskie   obiekty   latające,   takie   Jak   helikoptery,   samoloty,   balony
stratosferyczne i satelity. Nie zauważają oni jednak, że UFO nie pojawiło się dopiero w XX

wieku, ale jego obecność zadziwiała już naszych przodków i praprzodków. Tak przynajmniej
wynika z dawnych podań i relacji prasowych.

„Zaakceptowanie prawdy o UFO mogłoby okazać się dla nas przykrym doświadczeniem”,

twierdzi  astronom  i były astronauta  doktor  Brian  O'Leary.  „Być  może  dlatego  rząd  Stanów

Zjednoczonych utrzymuje te sprawy w ścisłej tajemnicy. Moim zdaniem, ciągłe zaprzeczenia i
strach zwiększają tylko problem. Ta sprawa dotyczy bowiem nas wszystkich”.

‒ Niech się Pan sam przekona. Proszę  tam po  prostu pojechać ‒ pięćdziesięcioparoletni

mężczyzna, lekko już siwiejący na skroniach, rozpiera się wygodnie w fotelu. Zapalając fajkę,

spogląda na mnie badawczo niebieskimi oczyma. Musi wyczuwać mój sceptycyzm, gdyż na
jego poważnej twarzy o ostrych rysach po raz pierwszy pojawia się przelotny uśmiech. Moje

spojrzenie przesuwa się w kierunku okna, ponad pojawiającymi się w oddali światłami stolicy
hazardu ‒ Las Vegas.

‒ Pojedzie Pan autostradą 93 na północ – mężczyzna podejmuje rozmowę. Zaraz za Ash

Springs skręci Pan w lewo na autostradę 375. Z przełęczy Hancock poprowadzi ona Pana w

dolinę. Na wysokości kamienia milowego 29 V2 trzeba skręcić w zakurzoną, niemal dziesięcio-
milową drogę, którą od stojącej tam dużej, czarnej skrzynki pocztowej nazwano Mailbox Road.

Dojeżdża się nią do Jeziora Groom (Groom Lake) od jego północno-wschodniej strony. Niech
Pan jedzie tą drogą najwyżej pięć mil; dalej znajduje się zamknięty teren wojskowy. Próbne

loty odbywają się najczęściej w środę wieczorem. Niech Pan weźmie ze sobą dobrą lornetkę i
obserwuje niebo  w miejscu, gdzie  zachodzi słońce, a nieco  później jego część południową.

Będą leciały w odległości dwunastu mil widoczne gołym okiem. Ale szczegóły ich budowy, na
przykład kopuły, obserwować można jedynie przez lornetkę polową.

Siedzący naprzeciw mnie mężczyzna z całą pewnością nie jest fantastą. Nie należy również

do osób, które w każdym niezidentyfikowanym obiekcie na niebie widzą pozaziemski statek

kosmiczny. Przede mną siedzi John Lear ‒ jeden z najlepszych i najbardziej doświadczonych
pilotów   w   Stanach   Zjednoczonych.   Jego   ojciec,   William   P.   Lear,   był   jednym   z   najlepszych

konstruktorów  samolotów  w  USA,  zbudował  legendarny  odrzutowiec  Lear,  skonstruował  też
autopilota dla pierwszego myśliwca przechwytującego firmy Lear.

Zanim John Lear odziedziczył po ojcu firmę produkującą samoloty, zdobył licencję pilota i

został ekspertem do spraw lotnictwa. Jako kapitan w dużej firmie lotniczej, John Lear siedział

za sterami z górą stu sześćdziesięciu typów samolotów, latając nimi do ponad pięćdziesięciu
państw   świata.   Własnym   odrzutowcem   Lear   ustanowił   siedemnaście   rekordów   prędkości   i

więcej razy niż jakikolwiek inny pilot był odznaczany przez amerykański Departament Stanu do
Spraw Lotnictwa. Za nadzwyczajne zasługi dla lotnictwa otrzymał również nagrodę kontrolerów

ruchu  lotniczego.  Z  branżą lotniczą  John  Lear   związany  jest  od  trzydziestu   pięciu  lat,  a  w

‒ 49 ‒

background image

powietrzu spędził ponad szesnaście tysięcy godzin. W czasie wojny wietnamskiej pracował dla
CIA   jako   pilot-łącznik.   Oprócz   tego   latał   różnymi   samolotami   doświadczalnymi   marynarki

wojennej i powietrznych sił zbrojnych.

Wiele lat później, w roku 1986, John Lear  spotkał oficera lotnictwa, który w 1980 roku

stacjonował   w   bazie   NATO   w   Bentwaters,   niedaleko   Woodbridge   w   hrabstwie   Suffolk,   na
południowo-wschodnim   wybrzeżu   Anglii.   27   grudnia   1980   roku   oficer   ten   był   świadkiem

lądowania niezidentyfikowanego obiektu latającego. W tym czasie na terenie bazy znajdowało
się około dwustu żołnierzy i paru cywilów. Wszyscy oni widzieli, jak w pobliskim Randleshan

Forest wylądowało jaskrawe światło. Wysłany na miejsce patrol zwiadowczy odkrył na leśnej
polanie   spodek   o   kształcie   „tabletki   aspiryny”   średnicy   około   szesnastu   metrów,   z   trzema

nogami lądownika. Kiedy na miejscu zdarzenia pojawił się również komendant bazy, podpuł-
kownik Gordon Williams, z obiektu wyszły w strumieniu światła trzy małe, humanoidalne istoty.

Według   wszelkiego   prawdopodobieństwa   nawiązały   one   z   komendantem   bazy   kontakt
telepatyczny. Zgodnie z relacją jednego ze świadków, zaraz potem niezidentyfikowany obiekt

uniósł się ponownie w górę.

Ta zupełnie niewiarygodna historia rozbudziła ciekawość Leara; postanowił więc dokładnie

zbadać całą sprawę. Po wstępnych dochodzeniach okazało się, że raport oficera lotnictwa był
całkowicie   zgodny   z   prawdą.   Dzięki   przyjacielowi   w   Pentagonie   Lear   dotarł   do   oficjalnego

raportu sporządzonego przez ówczesnego zastępcę komendanta bazy, porucznika Charlesa I.
Halta.   Stwierdza  się   w  nim   między   innymi:   „W  miejscu,   w  którym   zaobserwowano   obiekt,

następnego   dnia   natknięto   się   na   trzy   odciski   w   ziemi   głębokości   około   czterech   i   pół
centymetra oraz średnicy zaledwie osiemnastu centymetrów. W nocy z 29 na 30 grudnia 1980

roku zbadano na tym terenie wielkość promieniowania. Maksymalne wartości promieniowania
beta/gamma   w   trzech   odciskach   i   w   uformowanym   przez   nie   trójkącie   wynosiły   0,1   mili-

rentgena.   Pomiary   przeprowadzono   również   na   rosnącym   niedaleko   drzewie;   po   stronie
odcisków średnie wartości promieniowania wynosiły aż 0,5-0,7 milirentgena”.

John Lear był już teraz pewien, że niezidentyfikowane obiekty latające nie są urojeniami.

Rząd   Stanów   Zjednoczonych   musiał   mieć   zatem   poważne   powody,   by   ukryć   prawdę   przed

opinią publiczną.

Lear postanowił wykorzystać wszystkie swoje znajomości, zarówno w rządzie, jak i w naj-

wyższych kręgach wojskowych. Informacje zdobyte w ciągu półtora roku zamieścił w raporcie
(Lear-Report) z 29 grudnia 1987 roku. Dokument ten zrobił furorę w kręgach fachowców, a

zawierał między innymi następujące dane:

Od roku 1947 rząd Stanów Zjednoczonych ukrywał informacje o licznych katastrofach poza-

ziemskich obiektów latających. Prezydent Truman powołał pod nazwą „Majestic 12” komisję,
której zadaniem było  gruntowne przebadanie  zamiarów obcych. Po  katastrofie  UFO  w roku

1949 w ręce Amerykanów dostał się żywy członek załogi. Tę „Pozaziemską Istotę Biologiczną”
(EBE ‒ Extraterrestrische Biologische Entitat), jak ją fachowo nazwano, umieszczono w ściśle

strzeżonym  oddziale  na  terenie   Narodowych  Laboratoriów  Sandia  w  Los  Alamos.  Po   trzech
latach EBE zmarła na „nieznaną chorobę”. Wcześniej wszakże Amerykanom udało się nawiązać

z nią kontakt. Pierwsze, „oficjalne” spotkanie z obcymi odbyło się jednak dopiero w roku 1964
w   bazie   powietrznych   sił   zbrojnych   Holloman   w   Nowym   Meksyku.   Według   Raportu   Leara

wylądowały tam trzy niezidentyfikowane pozaziemskie obiekty latające. Ich piloci spotkali się z
oficerami   amerykańskiego   wywiadu.   Uzgodniono   wówczas   następującą   formę   współpracy:

istoty pozaziemskie uzyskały prawo prowadzenia eksperymentów genetycznych na ludziach i
zwierzętach; przyznano im również tereny pod ich bazy. W zamian za to obcy (aliens) mieli się

zrewanżować „pomocą technologiczną”.

Od tamtego czasu w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych spotyka się coraz

częściej   tajemnicze   okaleczenia   bydła;   bydło   i   konie   znajdywane   są   bez   krwi,   z   organami
wewnętrznymi, uszami, oczami, pyskami lub organami płciowymi usuniętymi operacyjnie w

sposób, który wskazywałby na użycie skomplikowanego technicznie lasera.

Znane są również przypadki „uprowadzania ludzi”. Najpierw widzą oni UFO, po czym tracą

świadomość, a po przebudzeniu cierpią na „lukę w pamięci” ‒ nie pamiętają dwóch godzin z
własnego życia. Dopiero we śnie lub w stanie hipnozy uprowadzeni „dowiadują się”, że małe,

humanoidalne istoty zabrały ich na pokład UFO i przebadały na stole przypominającym stół
operacyjny. Wybitni eksperci szacują, że w ten właśnie sposób porwano co najmniej 250.000

Amerykanów.   Na   terenie   tajnego   doświadczalnego   poligonu   wojskowego   w   wyschniętym
jeziorze   Groom   w   stanie   Nevada   rząd   Stanów   Zjednoczonych   zbudował   Alien   Technology

Center (Centrum Technologii Pozaziemskiej), w którym odbywać się miały prace nad nowymi
technologiami. Według Leara w latach 1972-1974 powstały tam ogromne podziemne pomiesz-

czenia.   Amerykańscy   naukowcy   odtwarzają   w   nich   statki   kosmiczne   na   podstawie   modeli

‒ 50 ‒

background image

znalezionych   w   katastrofach   lub   otrzymanych   od   istot   pozaziemskich.   O   powodzeniu   prac,
świadczą   wznoszące   się   niemal   w   każdą   środę   do   próbnych   lotów   kopulaste   „Alien   Repro-

duction Vehicles” ‒ zrekonstruowane pozaziemskie obiekty latające.

Lear obserwował je już wiele razy na końcu zakurzonej drogi pustynnej w pobliżu wioski

Rachel. Po raz pierwszy 22 marca 1988 roku. „Obiekt wzniósł się w odległości nie większej niż
trzy  kilometry.  Miał  średnicę   od dziesięciu  do  piętnastu  metrów,  widać  było  wyraźny  zarys

kopuły”, opowiadał Lear.

Obserwacji tej nie poczynił przypadkiem, lecz dzięki informacji pewnego młodego fizyka,

który uczestniczył w badaniach szczątków po katastrofach UFO. Badania te prowadzono dla
potrzeb marynarki wojennej na poligonie doświadczalnym na dnie jeziora Groom. „Dziś wieczór

znowu będziemy latać”, poinformował Leara Robert Lazar. „Czy chce Pan w tym uczestniczyć?”

W ciągu kilku miesięcy John Lear przekonał się, że Lazar pracował na oddziale S-4. Fizyk

pojechał z Learemna autostradę 375 aż do kamienia milowego 29/2, a więc do najbliższego
miejsca, z którego osoby cywilne mogły oglądać poligon doświadczalny. Stąd Lear mógł na

własne oczy ujrzeć latające spodki Amerykanów. Jeden z nich pojawił się dokładnie w czasie
podanym   przez   Lazara.   Z   dużej   odległości   na   wieczornym   niebie   widać   było   jedynie   blask

tańczącego   światła.   Jednak   przez   swój   teleskop   Celestron   Lear   widział   dokładnie   kształt
spodka. Wszystko powtórzyło się w następną środę. Tym razem Lear przyjechał z kimś, kto na

taśmie   wideo   utrwalił   powietrzne   manewry   obiektu,   tak   dokładnie   opisane   wcześniej   przez
Lazara.

Wraz   ze   wzrostem   natężenia   światła   obiekt   zaczynał   niemal   podskakiwać.   Gdy   tylko

wzmacniacz   fal   grawitacyjnych   skierowany   zostaje   na  określony   punkt   przestrzeni,   wzrasta

również   pole   grawitacyjne.   Wówczas   punkt   zostaje   „przyciągnięty”   ‒   objaśniał   Lazar.   Nic
dziwnego, że mężczyźni umówili się na następną środę. Jednak kiedy 6 kwietnia 1989 roku

czekali na zachód słońca, pojawił się obok nich uzbrojony patrol. Żołnierze z gotowymi do
strzału karabinami maszynowymi zażądali dokumentów od Leara, Lazara i ich trzech towa-

rzyszy. Jak opowiadał później Lazar, następnego dnia wezwano go do bazy powietrznych sił
zbrojnych, gdzie przesłuchiwany był przez agenta FBI. Ów, trzymając rewolwer skierowany w

jego ucho, krzyknął: „Możemy Pana natychmiast wyprawić na tamten świat. Nikt się o tym
nigdy   nie   dowie.   Znajdziemy   dostatecznie   dużo   rzeczy   na   swoje   usprawiedliwienie”.   Lazar

wiedział, że nie chcąc narazić się na niebezpieczeństwo i zostać ofiarą „wypadku”, nie może
wrócić do dawnego miejsca pracy. W ciągu kolejnych tygodni nękano go pogróżkami, przystąpił

więc do ofensywy: postanowił poprzez telewizję zwrócić się do opinii publicznej. W pierwszym
programie występował pod zmienionym nazwiskiem, nie pokazując twarzy. 6 listopada 1989

roku stacja KLAS-TV z Los Angeles nadała specjalną audycję, w której padło jego prawdziwe
nazwisko.

Lazar opowiadał później, że skontaktował się z Learem, aby uwolnić się od ogromnej presji.

Po prostu czuł potrzebę porozmawiania z kimś o całej historii. „Ciągle nas straszono, zwracano

nam uwagę na przepisy bezpieczeństwa. Nie była to niestety normalna praca, taka, którą po
powrocie do domu zostawia się za progiem. Presja psychiczna była zbyt duża, a z Learem

mogłem rozmawiać otwarcie. Mogłem być pewien, że nie zdradzi mojej tożsamości. Telewizję
włączyłem w tę sprawę z zupełnie innego powodu: kiedy opowiedziałem wszystko publicznie,

unieszkodliwiłem ich. Nie mogli mnie już zastraszyć. Gdyby coś mi się przytrafiło, wszyscy
wiedzieliby, że mówiłem prawdę”.

W 1991 roku ukazała się moja książka pt. „Planeta Adama”. Opisałem w niej dokładnie

raport Roberta Lazara. Raz jeszcze przedstawię krótkie streszczenie faktów:

W roku 1982 Lazar pracował jako fizyk w Narodowych Laboratoriach Los Alamos w Nowym

Meksyku. Przeprowadzał eksperymenty z elektryczno-liniowym przyspieszaczem cząstek, zaj-

mując   się   zwłaszcza   spolaryzowanymi   protonami.   Praktycznym   aspektem   jego   pracy   było
zastosowanie wysokoenergetycznych przyspieszaczy promieniowania cząstkowego w kosmosie

‒ jako części programu SDI. W wolnym czasie Lazar skonstruował samochód odrzutowy, o
którym lokalna prasa donosiła na pierwszych stronach. 28 czerwca 1982 roku Bob Lazar spot-

kał się  z  doktorem Edwardem Tellerem, „ojcem bomby  wodorowej”  i osobą współodpowie-
dzialną za projekt SDI. Lazar uczestniczył w seminarium prowadzonym przez Tellera w Los

Alamos. Korzystając z okazji, młody fizyk przedstawił się Tellerowi i dostał od niego wizytówkę.
Kiedy   w   roku   1988   Lazar   szukał   nowej   pracy,   swoje   podanie   wysłał   również   do   Tellera.

Niedługo   potem   zaproszono   go   na   rozmowę   kwalifikacyjną   w   budynku   EG&G   na   terenie
lotniska w Las Vegas. Firma EG&G jest jednym z czołowych koncernów zbrojeniowych w USA,

ma   też   swój   własny   „Dział   Projektów   Specjalnych”,   usytuowany   na   terenie   ściśle   tajnego
poligonu doświadczalnego w jeziorze Groom.

W trakcie spotkania Lazar musiał najpierw opowiedzieć o sobie i swoich zainteresowaniach,

‒ 51 ‒

background image

przedstawić swoje poglądy na wybrane tematy. Następnie rozmawiano o jego specjalizacji, a w
szczególności o badaniach grawitacyjnych. Najwyraźniej pytania i odpowiedzi Lazara wywarły

na   jego   rozmówcach   niemałe   wrażenie.   Poinformowano   go,   że   jeśli   zostanie   zatrudniony,
pracował będzie w ramach programu badawczego marynarki wojennej, w związku z czym musi

poddać się testom bezpieczeństwa.

W grudniu 1988 roku Lazar zaczął pracę na poligonie doświadczalnym Groom Lakę. Wraz z

trzydziestoma innymi mężczyznami został przewieziony samolotem Boeing-737 do budynków
Ministerstwa Energetyki w Groom Lake. Zgodnie z zaleceniem czekał w tamtejszej kawiarence

na przyjazd czarnego autobusu z przyciemnionymi szybami, który miał go zabrać na miejsce.
Dotarł tam po dwudziestu minutach jazdy.

„Ujrzałem   ogromne   połączone   hangary”,   opowiadał  później   Lazar.   Przyjęli   go   naczelnik   i

urzędnik   zajmujący   się   sprawami   bezpieczeństwa.   Wręczono   mu   następnie   jasnoniebieską

kartę identyfikacyjną z ciemnoniebieskim ukośnym paskiem oraz trzema literami „MAJ”. Na
identyfikatorze   jego   przełożonego,   Dennisa   Mariani,   widniał   napis   „Majestic”.   Mariani

poinformował   Lazara   o   przepisach   bezpieczeństwa   obowiązujących   w   jego   nowym   miejscu
pracy ‒ Lazar musiał zobowiązać się na piśmie do zachowania absolutnego milczenia. Mariani

ostrzegł   go   także   przed   złamaniem   obowiązującej   tajemnicy.   Podkreślił   ponadto,   iż   należy
unikać rozmów z kolegami. Następnie Mariani wręczył Lazarowi sto dwadzieścia niebieskich

kopert   ze   zwięzłymi   raportami.   Kiedy   Lazar   zaczął   je   czytać,   nie   mógł   uwierzyć   własnym
oczom.   Uzupełnione   zdjęciami   raporty   dotyczyły   niezidentyfikowanych   obiektów   latających,

które wylądowały na Ziemi. Mówiły o ich zabezpieczaniu oraz sekcjach zwłok zabitych pasa-
żerów ‒ istot o łysych głowach i dużych, szczelinowatych oczach. Inne dokumenty zawierały

szczegóły   dotyczące   niezwykłej   technologii.   Był   tam   opis   dwuczęściowych   wzmacniaczy
grawitacyjnych,   służących   jako   napęd   obiektów   latających.   „To   była   dziwna   technologia”,

wspomina Lazar. „Brakowało jakiegokolwiek fizykalnego związku pomiędzy systemami. Grawi-
tację wykorzystano jako falę”.

W S-4 pracowało dwudziestu dwóch naukowców pod nadzorem trzykrotnie liczniejszych sił

bezpieczeństwa. Podczas następnego pobytu zaprowadzono Lazara do hangaru, w którym stał

latający   spodek   średnicy   jedenastu   i   wysokości   pięciu   metrów,   wykonany   z   błyszczącego
metalu. W jego górnej części znajdowały się kwadratowe „luki”. Przez otwór Lazar mógł zajrzeć

do wnętrza tego obiektu w kolorze aluminium. Pośrodku znajdował się słup, a ścianę wew-
nętrzną wykonano z półkolistych łuków. Wszystko było zaokrąglone. Nie widać było żadnych

kątów   ani   ostrych   krawędzi.   Wydawać   się   więc  mogło,   że   obiekt   składa   się   tylko   z   jednej
części. Lazara najbardziej wszakże zaskoczyły siedzenia pilotów, które wyglądały jak miejsca

dla dzieci.

Głównie   jednak   interesował   go   system   napędowy.   Jak   się   zorientował,   do   wytwarzania

energii   zastosowano   tu   prawdopodobnie   „reaktor   antymaterii”,   a   znajdujący   się   w   samym
środku   statku   „pusty   słup”   służył   jako   przewodnik   fal   grawitacyjnych   i   połączony   był   z

reaktorem anty-materii ‒ płytą szerokości 45 centymetrów, w środku której znajdowała się
półkula.   Wewnątrz   osłanianego   ruchomą   pokrywą   reaktora   umieszczono   półprzewodnikową

płytkę   z  pierwiastka  o  liczbie  atomowej  115.   Jest  to   superciężki,  niewystępujący   na   Ziemi
pierwiastek, którego nie można również otrzymać syntetycznie. Pierwiastek ten zmienia się

prawdopodobnie   podczas   ostrzału   protonami,   co   powoduje   zwolnienie   oraz   dezintegrację
antymaterii i fal grawitacyjnych. Dzięki przewodnikowi fal, czyli słupowi oraz wzmacniaczowi

grawitacji   następuje   skanalizowanie   fal   grawitacyjnych,   a   wokół   statku   pojawia   się   silne,
miejscowe pole grawitacyjne.

Według Lazara, rząd Stanów Zjednoczonych posiada ponad 500 funtów tego pierwiastka.

Wszystkie pierwiastki z liczbą atomową większą niż 103 (ciężar plutonu) ulegają zbyt szybko

dezintegracji.   Tak   więc   na   przykład   pierwiastek   o   liczbie   atomowej   106   ma   ograniczoną
żywotność. Naukowcy twierdzą, iż pierwiastki chemiczne z liczbami atomowymi od 113 do 116

ponownie się stabilizują. Słuszność tego twierdzenia mógłby potwierdzać właśnie pierwiastek z
liczbą atomową 115. Zdaniem Lazara, jedynym miejscem, w którym można by znaleźć ten

pierwiastek jest superciężka gwiazda.

Niedługo potem Lazar mógł się osobiście przekonać o działaniu napędu grawitacyjnego. W

S-4 przeprowadzono bowiem próbny lot pozaziemskiego obiektu. Swoje spostrzeżenia Lazar
opisał następująco: „Podczas startu zaczęła się żarzyć dolna część statku. Usłyszałem ciche

syczenie ‒ niczym syk wywołany wysokim napięciem na kuli. Prawdopodobnie okrągły kształt
obiektu latającego jest lepszym przewodnikiem energii niż kąty i krawędzie konwencjonalnych

rakiet. Nawet izolator układu wysokiego napięcia jest okrągły lub przynajmniej zaokrąglony,
dzięki czemu gwarantuje ostateczne wyładowanie. W każdym razie słychać było syczenie jak

pod wysokim napięciem. Obiekt uniósł się lekko i bezszelestnie w górę. Na wysokości dziesięciu

‒ 52 ‒

background image

metrów zatrzymał się, przesunął w lewo, następnie w prawo, po czym ponownie wylądował”.

Na podstawie analizy mechanizmu napędowego latającego spodka Lazar doszedł do przeko-

nania, że „jeżeli obiekt latający porusza się z prędkością 11.000 km na godzinę, aby następnie
skręcić prostopadle do powierzchni ziemi, nie oznacza to bynajmniej, że istotnie wykonał taki

manewr. Z uwagi na zakrzywienie grawitacyjne może się nam tak jedynie wydawać, jak w
przypadku fatamorgany na pustyni. Rzeczywisty obiekt można dostrzec dopiero w chwili wyłą-

czenia   napędu.   W   innych   przypadkach   widzimy   tylko   «coś»   wykrzywionego,   co   według
wszelkiego   prawdopodobieństwa   zmienia   swój   kształt   i   nieustannie   porusza   się   w   tę   i   z

powrotem, choć w rzeczywistości może również stać nieruchomo lub przesuwać się po niebie”.

Lazar sądzi, że zaobserwowane przez wiele osób pojawianie się i znikanie niezidentyfiko-

wanych obiektów latających ‒ ma jakieś logiczne i fizykalne wyjaśnienie: „To, czy obiekt jest
widzialny, czy też nie ‒ zależy od krzywizny pola”.

Poza tym Lazar zakłada, że istoty pozaziemskie używają dwóch metod pokonywania dużych

odległości   w   kosmosie.   W   atmosferze   jakiejś   planety   „balansują”   na   wytworzonym   przez

generator polu grawitacyjnym, przesuwając się po fali niczym korek po oceanie. Ich lot jest
bardzo niestabilny. Podczas międzyplanetarnych lub międzygwiezdnych lotów swoje generatory

grawitacyjne ogniskują w punkcie, do którego chcą się zbliżyć, i jak gdyby „przyciągają” go do
siebie.   Pod   wpływem   siły   powszechnego   ciążenia   przestrzeń   i   czas   ulegają   zakrzywieniu   ‒

„dosłownie, ulegają zagęszczeniu i zgięciu, aż do chwili gdy żądany punkt zostanie osiągnięty”,
stwierdza Lazar. Urojenia? Po pierwszym wywiadzie Lazara w telewizyjnym kanale KLAS-TV w

Las Vegas redaktor naczelny stacji George Knapp postanowił zdobyć więcej informacji o osobie
fizyka. Szybko jednak odkrył, że w ciągu jednej nocy zaginęły wszystkie dane o jego prze-

szłości.   Uniwersytety,   na   których   Lazar   studiował,   nie   miały   w   swych   archiwach   żadnych
informacji na jego temat. W Narodowych Laboratoriach Los Alamos twierdzono kategorycznie,

że  „nigdy  nie   zatrudniano   tam  pracownika   o  nazwisku  Robert   Lazar”.  Nawet  w szpitalu,  w
którym fizyk się urodził, nagle twierdzono coś innego. Czy Lazar był więc zwykłym oszustem?

Dziennikarze nie dawali za wygraną. Wreszcie natrafili na stary egzemplarz książki telefo-

nicznej   wydanej   wyłącznie   dla   Oddziału   Fizyki   w   Narodowym   Laboratorium   Los   Alamos.

Znaleziono   w   niej   nazwisko   Lazara.   Odnaleziono   również   poświęcony   Lazarowi   artykuł   na
pierwszej stronie jednego z numerów gazety Los Alamos Monitor z roku 1986. Ukazał się on

dokładnie w dniu, w którym Teller miał wykład w Los Alamos. W gazecie opisano skonstruowa-
ny przez Lazara samochód odrzutowy, określając jego twórcę jako fizyka „pracującego wraz z

naukowcami z NASA na Oddziale Fizyki w Narodowych Laboratoriach Los Alamos”.

Lazar przedstawił również formularze podatku dochodowego W-2. Dzięki numerowi identy-

fikacyjnemu   „MAJ”   stwierdzono,   iż   jest   on   pracownikiem   służb   wywiadowczych   marynarki
wojennej.   Na   podstawie   dodatkowych   testów   z   wykrywaczem   kłamstw   oraz   konsultacji   z

psychologami i psychiatrami upewniono się, że Lazar nie jest oszustem. Nawet były astronauta
doktor Edgar Mitchell po trzech dniach w towarzystwie Lazara wyraził przekonanie, że jest on

człowiekiem dobrze poinformowanym i z pewnością musiał pracować nad jakimś ściśle tajnym
„czarnym”   Projektem.   Tymczasem   z   kanałem   KLAS-TV,   Johnem   Learem   i   podpułkownikiem

lotnictwa  w stanie  spoczynku Wendellem C. Stevensem skontaktowali się  kolejni naukowcy
oraz dwaj pracownicy służb bezpieczeństwa, popierając zeznania Lazara przekonującymi argu-

mentami.   Twierdzili   oni,   że   Amerykanie   zrekonstruowali   już   do   tej   pory   kilka   obiektów
latających, używając do ich napędu plutonu zamiast pierwiastka o liczbie atomowej 115. O

próbach   tych   wiedział   również   Lazar,   mimo   iż   jego   zadaniem   było   zbadanie   tylko   jednego
obiektu latającego. Kiedy pewnego dnia prowadzono go przez hangar, zobaczył tam dziewięć

spodków ‒ każdy innego typu. Dwa były prawie całkowicie zdemontowane, na innym Lazar
zauważył z boku dziurę wielkości pięści, tak jakby wystrzelono w niego pocisk.

W czasie mojego dochodzenia udałem się również na „Mailbox Road”, niczego jednak nie

zauważyłem. Pora była najwyraźniej nieodpowiednia: piątkowy wieczór około godziny 21.00.

Miejscowi   Indianie   opowiedzieli   mi   o   „dziwnych   światłach”   nad   górami   Groom.   Następnie
pojechałem do Rachel, gdzie znajdowała się niegdyś kawiarenka o tej samej nazwie. To tutaj

Lear spotkał się z niektórymi naukowcami oraz strażnikami z poligonu doświadczalnego. Jest to
lokal   położony   najbliżej   Jeziora   Groom,   ostatni   przyczółek   na   skraju   „Czarnego   Świata”,   w

którym znać jeszcze oznaki życia cywilnego. Wiele się tu zmieniło od czasu, kiedy „Mailbox
Road” stała się Mekką dla entuzjastów UFO z całego świata, radiowa stacja z Las Vegas zaczęła

nawet organizować tu wycieczki autobusowe. Kawiarenka „Rachel” otrzymała nową nazwę ‒
The Little Ale-Inn”, co w zależności od wymowy może oznaczać „małą piwiarnię” lub „małego

obcego” (little alien). Sprzedaje się tu teraz różnego rodzaju pamiątki związane z UFO. W tym
właśnie miejscu spotkałem się z Garym Schultzem, który w środę 28 lutego1990 roku o go-

dzinie   dziewiątej   wieczorem   mógł   na   „Mailbox   Road”   wykonać   kilka   kolorowych   zdjęć

‒ 53 ‒

background image

latającego spodka. Podobnie jak Lear i Lazar opowiadał on o nieregularnym locie obiektu. Czy
John Lear miał więc rację? Czy to, co mówił Lazar, było prawdą?

Pogłoski i spekulacje na temat poligonu doświadczalnego Groom Lake krążą już od kilku-

dziesięciu lat. Jest to prawdopodobnie najsilniej strzeżony obszar na Ziemi. Prowadzono tutaj

testy technologii SDI, próby z trójkątnymi bombowcami marynarki wojennej Aurora oraz ściśle
tajne badania nad nowymi projektami broni dla sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Miejsce

to nazwano umownie Dreamland ‒ „Krainą marzeń”.

„Przeprowadza się tam próbne loty maszyn, jakich nie umiemy sobie nawet wyobrazić”, do-

wiedział  się od oficera  powietrznych sił zbrojnych dziennikarz  James Goodall zajmujący się
sprawami lotnictwa. Oficer ten w lutym 1988 roku opisywał w amerykańskim piśmie wojsko-

wym  Gung-Ho  projekt nazwany „po drugiej stronie Stealth”. W rozmowie z Goodallem oficer
stwierdził, że „porównywanie do niego niewidzialnych bombowców jest równie nie na miejscu

jak porównywanie spadochronu Leonarda da Vinci do Space Shuttle”.

Jeszcze  wyraźniej  określił  to   podczas  rozmowy  z  Goodallem  inny   pułkownik:  „Dzieją  się

tutaj rzeczy, które wychodzą tak dalece poza zasięg tego, co rozumiemy przez pojęcie lotnic-
twa, że odnosimy wrażenie, jakby pochodziły z innego świata”.

Sam Goodall dodaje: „Zgodnie z krążącymi pogłoskami chodzi tu o technologie pola energii,

napędy grawitacyjne i projekty «latających spodków»”. Według tych, którzy jeszcze bardziej

popuszczają wodzy fantazji, modele  te  nie mają nic wspólnego  z technologiami ziemskimi.
Wszyscy   więc   stawiamy   sobie   pytanie,   kto   je   zaprojektował   lub   przynajmniej   nam   w   tym

pomógł.   „Pozwólcie   Państwo,   że   ujmę   to   w   następujący   sposób”,   powiedział   emerytowany
inżynier firmy Lockheed, „nad pustynią w Nevadzie unoszą się obiekty, na których widok sam

George Lucas poczerwieniałby z zazdrości”. (George Lucas jest ojcem „Gwiezdnych wojen” ‒
największym producentem filmów science fiction w Hollywood).

W roku 1984 amerykańskie siły powietrzne zajęły „ze względu na bezpieczeństwo kraju”

publiczny   obszar   powierzchni   89.600   ha   ‒   by   skuteczniej   ukryć   zdarzenia   na   poligonie

doświadczalnym. „Krainę marzeń” otoczono jeszcze większą tajemnicą.

Prawdą   jest,   że  na   terenie  Dreamland  istniało   Centrum  Technologii  Pozaziemskiej   (Alien

Technology Center), przy czym alien można tłumaczyć nie tylko jako „obcy” czy „pozaziemski”.
Redaktor naczelny magazynu Gung-Ho, Jim Shults, stwierdził, iż według „krążących informacji

(...)   Centrum   Technologii   Pozaziemskiej   posiada   «obce»   urządzenia   oraz   czasami   «obcy»
personel, dzięki czemu może konstruować nowe typy samolotów i doskonalić technologię SDI...

Brzmi  to   być  może   niedorzecznie,  jednak   pogłoski  te   opierają  się   na  dość  solidnych  infor-
macjach. Alien Technology Center istnieje rzeczywiście. Poza tym coś przecież musiało sprawić,

że Rosjanie skłonni byli nagle przystąpić do współdziałania. Osobiście sądzę, że mogło to być
właśnie to”.

W książce zatytułowanej  Alien Liaison  („Związki z obcymi”) brytyjski ekspert w dziedzinie

UFO Timothy Good cytuje raport radiooperatora Mike'a Hunta, który na początku lat sześćdzie-

siątych pracował w Dreamland. Jako członek Komisji do Spraw Energii Atomowej Hunt posiadał
ściśle tajne uprawnienia we wszystkich działach i dowiedział się wówczas o projekcie Redlight,

związanym z próbnymi lotami na terenie Groom Lake. Również Bob Lazar potwierdza, że loty
te odbywały się na północ od obszaru 51.

„Musiałem przejść ten teren parokrotnie i za każdym razem pytano mnie, czy widzę coś

niezwykłego. Obszar objęto wtedy szczególnymi środkami bezpieczeństwa”, relacjonuje Hunt.

„Dobiegały mnie ciągłe komunikaty radiowe typu: «ląduje za tyle i tyle minut», «holują go z
hangaru»,   «właśnie   startuje».   Nierzadko   podczas   lotów   próbnych   dochodziło   do   dziwnych

zakłóceń w dostawie energii. Pewnego razu miałem okazję obserwować jeden z tych obiektów.
Z początku wydawał mi się małym samolotem, ale zauważyłem, że nie ma ani skrzydeł, ani

ogona.   Leciał   jakiś   kilometr   przede   mną,   był   w   kolorze   cyny   i   wyraźnie   widać   było   jego
spodkowaty kształt”.

Interesująca wydaje się wzmianka Hunta o nazwie projektu Redlight. Sanitariusz z terenów

doświadczalnych   Komisji   do   Spraw   Energii   Atomowej   (poligon   marynarki   wojennej  Dream-

land) poinformował podpułkownika lotnictwa, Wendelle'a C. Stevensa, który sam przewodził
kiedyś projektowi badawczemu dotyczącemu UFO, że „w roku 1951 cały personel, z wyjątkiem

sanitariuszy, musiał na pewien czas opuścić poligon marynarki wojennej i przeniesiony został
do innych oddziałów. Do bazy przybył natomiast batalion konstrukcyjny marynarki wojennej,

który   przystąpił   do   gruntownej   przebudowy   i   rozbudowy   urządzeń   podziemnych.   Prace
zakończono pod koniec 1951 roku, po czym zjawił się zespół związany z projektem Redlight.

Na poligonie pozostawiono grupę liczącą od 800 do 1000 ludzi, strzeżoną nieustannie przez
doborową   brygadę   „Niebieskich   Beretów”.   Oprócz   tego   przylatywali   tam   regularnie   czołowi

‒ 54 ‒

background image

naukowcy   ze   ściśle   tajnymi   uprawnieniami.   Wszystkie   informacje   sanitariusza   o   „nowym
projekcie” byty jedynie pogłoskami. Dotyczyły one techniki napędowej, uzbrojenia, badań nad

obcymi technologiami oraz naprawy i rekonstrukcji obiektów, które spadły na Ziemię. Mówiło
się o co najmniej trzech niezidentyfikowanych obiektach latających, z których dwa były prawie

nieuszkodzone. I zawsze podkreślano, że piloci UFO są humanoidami niskiego wzrostu i mają
szarą skórę. Dwóch z nich miało nawet przeżyć upadek ‒ twierdzili niektórzy. Czy są to tylko

pogłoski? Timothy Good cytuje wypowiedzi wielu świadków: byłych pracowników powietrznych
sił zbrojnych, techników, pilotów, którzy w czasie manewrów bądź próbnych lotów dostali się w

zawirowania pogodowe i przelatując przypadkiem nad Dreamland, widzieli próbne loty UFO.

Są to ściśle tajne projekty, finansowane z „czarnych funduszy” Pentagonu, prawdopodobnie

z miliardów przeznaczonych na projekt SDI. Tymczasem również poważne media, takie choćby
jak   fachowe   pismo   poświęcone   lotnictwu  Aviation   Week   &   Space   Technology,   postanowiły

zbadać tajemnice  Dreamland. W październikowym numerze z roku 1990 opisano tu na przy-
kład   nie   tylko   nowe,   bardzo   ciche   bombowce   marynarki   wojennej   A-12  Aurora,   lecz

wspomniano również o „obcych napędach i aerodynamicznych kształtach, których do tej pory
nie   zdołano  jeszcze   zbadać”.   Być  może   chodzi  tu  o   napęd   grawitacyjny   wspomniany   przez

Roberta Lazara?!

W opublikowanym przez NASA dokumencie pt. „Rezonans pola ‒ koncepcja napędu” jeden z

fizyków NASA, Alan Holt, rozważa warunki wizyty przedstawicieli obcych cywilizacji na Ziemi.
Byłaby ona możliwa jedynie wówczas, gdyby zdołano pokonać ograniczenia narzucane przez

prędkość   światła.   Holt   widzi   rozwiązanie   we   wzajemnym   oddziaływaniu   pomiędzy   polem
elektromagnetycznym i grawitacyjnym. „Należałoby znaleźć konfigurację energii, która wywo-

łałaby rezonans z punktem docelowym, umożliwiając podróż w swego rodzaju nadprzestrzeni
lub   przestrzeni   ponadwymiarowej”.   Również   tego   typu   model   opisany   został   przez   Roberta

Lazara. Holt opowiada się za kształtem spodka: „Wydaje mi się, że taka forma statku kos-
micznego   ma   szczególne   znaczenie.   Osobiście   optowałbym   więc   za   kształtem   elipsy   bądź

spodka. Być może to nie przypadek, że w związku z UFO mamy również do czynienia z dużymi,
spodkowatymi rakietami”. Wygląda na to, że mieszkańcy Ziemi ‒ a przynajmniej mieszkańcy

„Krainy Marzeń” ‒ bliscy są zrozumienia zasad rządzących międzyplanetarnymi lotami kosmicz-
nymi. Być może nasze wejście do rodziny cywilizacji podróżujących w kosmosie jest już tylko

kwestią czasu”.

‒ 55 ‒

background image

VIII

Obcy wśród nas

Przez wiele lat amerykański profesor fizyki Harley Rutledge próbował ze swoim zespołem

naukowym   zbadać   dokładnie   fenomen   UFO.   Jako   dziekan   Wydziału   Fizyki   na   South   East

Missouri State College w Kap Girardeau i były prezes Akademii Nauk w Missouri ‒ początkowo
traktował UFO  bardzo  sceptycznie. Lecz po  paru dziwnych  zdarzeniach w pobliżu Piedmont

podjął wyzwanie.

Nad jego projektem Identification pracowało wielu specjalistów różnych dyscyplin, zastoso-

wano w nim liczne urządzenia kontrolujące i rejestrujące. Zespół obserwował niebo przez 2000
godzin;   w   tym   czasie   wykryto   178   niezidentyfikowanych   obiektów   latających,   158   z   nich

zarejestrowano za pomocą specjalistycznych urządzeń. Co więcej, obserwowano je z różnych
miejsc jednocześnie, utrwalając różnymi środkami m.in. wizualnie, fotograficznie i radarowo.

Na podstawie triangulacyjnej techniki obserwacyjnej dokładnie określono miejsce, wielkość,

tor   lotu   i   szybkość   obiektów.   Dzięki   tej   opartej   na   czystych   faktach   metodzie   można   było

wykluczyć błędne interpretacje i pomyłki. Tym samym zespołowi udało się udowodnić ponad
wszelką wątpliwość, że UFO rzeczywiście istnieje, i że nie chodzi tu o obiekty konwencjonalne,

czyli pochodzenia naturalnego.

Naukowcy zauważyli przede wszystkim, że co najmniej w osiemdziesięciu przypadkach UFO

zdawało się reagować na swoich ziemskich obserwatorów. Nie sposób jednak stworzyć na tej
podstawie jakiegoś konsekwentnego modelu postępowania, gdyż obiekty reagowały za każdym

razem inaczej. Zbyt duża zgodność w czasie pozwala wszakże wykluczyć jakikolwiek przypa-
dek.

W   wydanej   w   roku   1991   książce   pt.  Alien   Liaison,   Timothy   Good   wyraził   na   podstawie

zebranego materiału dowodowego przekonanie, iż Ziemię odwiedzają najróżniejsze grupy istot

pozaziemskich ‒ i nie ma żadnego znaczenia, co twierdzą na ten temat rządy różnych państw.
Z pewnością niektórzy z obcych zjawiają się na Ziemi we wrogich zamiarach. Inni są przypusz-

czalnie antropologami i turystami.

Logiczny wydaje się powód, dla którego niektóre z tych grup skontaktowały się tylko ze

stosunkowo niewielką liczbą Ziemian. Po części, być może, aby pomóc nam w uciążliwej drodze
ku gwiazdom.

Niewiele brakowało, a niezidentyfikowane obiekty latające wywołałyby w lutym 1962 roku

trzecią wojnę światową. Działo się to w kulminacyjnej fazie zimnej wojny. W kwietniu 1961

roku   wydarzyła   się   tak   zwana   „afera   w   Zatoce   Świń”   ‒   inspirowana   przez   USA   inwazja
kubańskich emigrantów na porosłą trzciną cukrową wyspę Fidela Castro; w sierpniu doszło do

kryzysu   berlińskiego   oraz   budowy   muru.   Wydarzenia   te   sprawiły,   że   świat   znalazł   się   na
krawędzi wojny atomowej. Jedno mocarstwo nie ufało drugiemu. Szantażowanie wojną stało

się   elementem   polityki.   Prowokacje   były   na   porządku   dziennym.   W   tej   nerwowej,   pełne
napięcia atmosferze stacjonujące w Europie wojska NA-10 utrzymywano w ciągłej gotowości.

Po   meldunku   zwiadowczych   oddziałów   lotniczych   NATO   14   lutego   1962   roku   o   godzinie

23.35 we wszystkich bazach NATO na terenie Europy Zachodniej ogłoszono stan najwyższego

zagrożenia. Na ekranach radarów dostrzeżono bowiem piętnaście ogromnych obiektów latają-
cych. Na początku zlokalizowały je systemy wczesnego ostrzegania w pobliżu granicy niemiec-

ko-niemieckiej; następnie obiekty zauważono w Stuttgarcie i Mönchengladbach, w końcu zaś
widać je było na ekranach radarów z terenów Francji. Obiekty zbliżały się bez wątpienia znad

obszaru   Związku   Radzieckiego,   przeleciały   nad   Polską   i   znajdowały   się   właśnie   nad   NRD,
zmierzając w kierunku RFN. Formacja leciała na wysokości 35.000 metrów, przemieszczając się

z prędkością 5000 km na godzinę.

SHOC, Centrum Operacyjne Naczelnego Dowództwa Wojsk Alianckich we francuskim Roden-

core, ogłosiło stan najwyższej gotowości. Sztab generalny NATO przez pewien czas rozważał
możliwość  ataku   lotniczego,  nie   wykluczając   wszakże   bardzo   śmiałego   manewru  Sowietów.

Przelatując   jednak   nad   Niemiecką   Republiką   Federalną,   niezidentyfikowane   obiekty   skręciły
nagle na północ. Przeleciały nad Danią, Szwecją i lecąc nad terytorium Norwegii w kierunku

bieguna północnego, zniknęły z ekranów radarowych wojsk NATO.

‒ 56 ‒

background image

Mimo że nie doszło do poważnego kryzysu, po całym zajściu pozostał „pewien niesmak” i

przeświadczenie, że jeszcze tej samej nocy należy wyjaśnić okoliczności zdarzenia. Przygląda-

jąc się dokładnie tej sprawie, zauważyć można mnóstwo przesłanek za tym, że to nie Sowieci
przyczynili   się   do   tej   „ogromnej   prowokacji”.   Wysokość   lotu   obiektów   oraz   ich   prędkość

świadczyły o technologii, o której w tamtym czasie żadne z wielkich mocarstw nawet nie śniło.
Wywiad   NATO   uzyskał   ponadto   informację,   że   tamtej   nocy   stan   najwyższego   zagrożenia

ogłosiły   również   państwa   Układu   Warszawskiego.   W   Niemieckiej   Republice   Demokratycznej
zamknięto na dwie godziny wszystkie przejścia graniczne do Berlina.

A może ten międzynarodowy zamęt wywołały niezidentyfikowane obiekty latające? Oficero-

wie   sztabu   generalnego   NATO   zgadzali   się   do   tej   pory   z   treścią   oficjalnych   komunikatów

amerykańskich powietrznych sił zbrojnych. Dlatego też 97 procent „obserwacji UFO” uznawano
za błędną interpretację takich fenomenów jak na przykład planety Wenus czy Jowisz, spada-

jące gwiazdy, meteoryty, samoloty, balony meteorologiczne lub helikoptery. Nie można zapom-
nieć również o halucynacjach i kłamstwach rozpowszechnianych przez ludzi żądnych sensacji.

Pozostałe trzy procenty nie stanowią bynajmniej dowodu na obecność w przestrzeni około-
ziemskiej   przybyszy   z   obcych   planet.   Ale   tym   razem   chodziło   o   coś   więcej.   Sprawa   była

poważna, gdyż wiązała się z niebezpieczeństwem zbrojnej eskalacji i groźbą wybuchu trzeciej
wojny   światowej.   Konieczne   było   podjęcie   natychmiastowych   działań.   Oznaczało   to   użycie

wszelkich możliwych środków w celu odnalezienia śladów tajemniczych nocnych obiektów lata-
jących.

W czasie posiedzenia sztabu kryzysowego w Naczelnym Dowództwie Połączonych Sił Zbroj-

nych w Europie (SHAPE) w Rodencore pod Paryżem, generał Lauris Norstad, Naczelny Dowódca

Alianckich   Wojsk   w   Europie   (SACEUR)   zlecił   swojemu   zastępcy,   brytyjskiemu   marszałkowi
powietrznych   sił   zbrojnych,   sir   Thomasowi   Pike'owi,   dalsze   badanie   tej   sprawy.   W   notach

dyplomatycznych   wystosowanych   do   Londynu   i   Waszyngtonu   Pike   prosił   o   informacje
dotyczące pochodzenia tajemniczych obiektów latających. Kiedy jednak Pentagon i Whitehall

zachowały milczenie, Pike zdecydował sporządzić własny raport, by w pełni sprostać powadze
sytuacji.

Obszar kontrolowany przez NATO rozciągał się od Spitzbergenu po Sycylię, od Irlandii po

wschodnie   tereny   Turcji.   We   wszystkich   fazach   zimnej   wojny   sprawdziły   się   nie   tylko   siły

wywiadowcze   NATO,   lecz   również   wspaniałe   kontakty   z   najlepszymi   naukowcami   państw
członkowskich.   Tak   więc   zobowiązano   przedstawicieli   nauk   przyrodniczych,   historyków,

meteorologów, agentów wywiadu i wiele jeszcze innych osób, by swoją pracą przyczynili się do
powstania raportu.

W roku 1964, po trzech latach prac badawczych, SACEUR otrzymał sprawozdanie końcowe.

Dokumentacja grubości dwudziestu centymetrów zawierała zdjęcia i wypowiedzi świadków i

nosiła tytuł The Assessment ‒ Ocena sytuacji. Opatrzono ją nagłówkiem Cosmic Top Secret, co
oznaczało wówczas w NATO stopień największego wtajemniczenia. Cosmos, (tajny) kryptonim

NATO, spędzał wówczas sen z powiek niejednemu z najwyższych rangą generałów. Prowadzone
przez trzy lata badania wykazały bowiem, iż Ziemia jest intensywnie obserwowana przez istoty

pozaziemskie. Co więcej, nie chodzi tutaj o jedną tylko obcą cywilizację, lecz co najmniej o
cztery cywilizacje od wieków odwiedzające naszą planetę. Stwierdzono ponadto, że przedstawi-

ciele jednej z nich przypominają ludzi, a niektóre z tych istot zamieszkują już Ziemię.

Rozdano piętnaście egzemplarzy raportu  The Assessment. Jeden z nich trafił do generała

Lemnitzera, który od 25 lipca 1962 roku zajmował stanowisko SACEUR. Jedną kopię otrzymało
również   archiwum   głównej   kwatery   SHAPE.   Pozostałe   trafiły   do   naczelnego   dowództwa

większości państw NATO, również do Francji i Republiki Federalnej Niemiec.

W roku 1963 młodego sierżanta sztabowego Roberta O. Deana przeniesiono do naczelnego

dowództwa SHAPE w Paryżu. Do sił zbrojnych USA Dean przyłączył się  na początku wojny
koreańskiej   w   roku   1950.   Służył   wówczas   głównie   w   piechocie.   Później   wypełniał   zadania

specjalne na zlecenie amerykańskiego wywiadu i miał szeroki zakres uprawnień. W Rodencore
podlegał   generałowi   Lemnitzerowi,   mając   dostęp   do   dokumentów   oznaczonych   nagłówkiem

Cosmic Top Secret. W sztabie niemieckiego generała brygady w „Centrum Operacyjnym” Dean
dowiedział się o raporcie NATO dotyczącym sprawy UFO, a w roku 1964 po zakończeniu prac

badawczych uzyskał dostęp do raportu The Assessment.

Z  Deanem spotkałem  się   w maju  1991  roku w  Tucson  w Arizonie.   Jest  sympatycznym,

mierzącym 185 centymetrów sześćdziesięciolatkiem. Chętnie zgodził się odpowiedzieć na kilka
moich pytań w sprawie raportu NATO dotyczącego UFO.

‒   Pułkowniku   Dean,   chciałbym   się   dowiedzieć,   jaka   była   reakcja   naczelnego   dowództwa

NATO na treść raportu sporządzonego przez SHAPE?

‒ Odczuwało się ogólną niepewność. Najwyżsi rangą generałowie przestali nagle sypiać po

‒ 57 ‒

background image

nocach. Przypominam sobie pewnego generała powietrznych sił zbrojnych w naszym sztabie.
Nazywał się Robert Lee, miał cztery gwiazdki na ramieniu i palił grube cygara. Był bliskim

przyjacielem generała Curtisa Le-Maya i mieszkał przy tej samej ulicy co ja. Miał willę, a ja
jedynie mały domek, jednak każdego rana nasze dzieci razem chodziły do szkoły. Generał Lee

był typem żołnierza, którego nic nie mogło wyprowadzić z równowagi. Był dobrym generałem.
Służył   od   czasów   wojny,   otrzymał   wiele   wysokich   odznaczeń,   na   jego   piersi   lśniło   pełno

orderów i medali. Jednak treść raportu zachwiała jego stabilnym światopoglądem. Pewnego
dnia powiedział mi: „Bob, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co to dla nas oznacza? Przecież

to, kim jesteśmy i to, czego udało nam się dokonać, nie ma już w tej chwili żadnego znacze-
nia”.

‒ A jaka była Pańska reakcja na raport?
‒ Kiedy przeczytałem całe sprawozdanie, byłem pod niezwykle silnym wrażeniem. Nigdy

przedtem ani nigdy Potem nie przeżyłem czegoś takiego. Wie Pan, zaraz Po wojnie, będąc
jeszcze chłopcem, chętnie czytywałem komiksy science fiction,  Amazing Stories  i tak dalej.

Wszystko, o czym wtedy marzyłem, nagle stało się dla mnie niepojętą prawdą. To było fascy-
nujące. Powiem więcej, The Assessment był dla mnie jak narkotyk, niczym Biblia. Wykorzys-

tywałem każdą okazję, by go czytać. Zapamiętywałem wszystko dokładnie, ponieważ robienie
notatek było oczywiście zabronione.

‒ Czy przypomina Pan sobie jakieś szczególne wydarzenia?
‒ Oczywiście. Nie zapomnę ich nigdy w życiu. Relacje zawarte w tym dokumencie pocho-

dziły z całego obszaru NATO, rozciągającego się wówczas od Norwegii po południową Turcję.
The   Assessment  przedstawia   sprawozdania   z   wywiadów   przeprowadzonych   z   czołowymi

naukowcami,   astronomami,   historykami,   teologami,   socjologami   i   psychologami.   Jeden   z
naszych   ludzi   rozmawiał   nawet   z   sir   Fredem   Hoylem,   wybitnym   brytyjskim   astronomem   i

teoretykiem. Hoyle twierdził, że możliwość życia w kosmosie jest całkiem prawdopodobna i że
istnieją   fakty   wskazujące   na   to,   iż   istoty   pozaziemskie   odwiedzają   nas   już   od   stuleci.

Dokument   zawierał   ponadto   relacje   pilotów   cywilnych   i   wojskowych.   Niemiecki   pilot
powietrznych  sił  zbrojnych  opowiadał,   jak  lecąc  na  wysokości  13.000   metrów  z  prędkością

1700   kilometrów   na   godzinę   przez   szybę   kabiny   ujrzał   obiekt   w   kształcie   spodka.   Kiedy
przyjrzał mu się uważnie, za świecącą kopułą spostrzegł nagle spoglądającą na niego twarz.

Zanim jednak pilot zdążył pozbierać myśli, obiekt uniósł się w górę z niesamowitą prędkością i
zniknął.

Z innym pilotem NATO los nie obszedł się tak łagodnie. W roku 1963 w Turcji kontrola

radarowa zaobserwowała, jak samolot tureckich sił powietrznych został dosłownie „połknięty”

przez niezidentyfikowany obiekt latający. Innymi słowy: samolot wojskowy zniknął wraz z UFO
z ekranów urządzeń radarowych. Równie zadziwiająca jest relacja duńskiego rolnika, uprowa-

dzonego w 1963 roku na pokład niezidentyfikowanego obiektu latającego. Kilka dni później
jego rodzina zgłosiła to zaginięcie na policji. Kiedy rolnik znalazł się ponownie na Ziemi, został

odnaleziony przez policję i całymi godzinami przesłuchiwali go rozmaici eksperci ‒ zakończył
Dean.

Sporządzony protokół liczył kilkadziesiąt stron. Rolnik opowiadał między innymi o dwóch

małych, szczupłych istotach z dużymi głowami i szarą karnacją skóry. Zdawało mu się, że są

robotami, gdyż zachowywali się niesamodzielnie i stereotypowo. Pilotami UFO byli natomiast
dwaj   wysocy   mężczyźni,   mówiący   płynnie   po   duńsku   i   tak   podobni   do   skandynawów,   że

przypuszczalnie nikt z rodaków rolnika nie zorientowałby się, że ma do czynienia z istotami
obcymi.

Jednak największe wrażenie zrobiły na Deanie raporty o znalezionych wrakach niezidentyfi-

kowanych obiektów latających oraz ich pasażerach.

‒ Czy w Europie wydarzyły się katastrofy podobne do tych, które zarejestrowano na terenie

Stanów Zjednoczonych?

Dean pomyślał chwilę zanim odpowiedział:
‒ W raporcie  była mowa o  czterech katastrofach w Europie. Do  jednej z nich doszło  w

czerwcu 1952 roku na Spitzbergenie. W trakcie letnich manewrów NATO jeden z pilotów odkrył
w   samym   środku   lodowcowego   krajobrazu   metalowy   krążek   o   średnicy   od   czterdziestu   do

pięćdziesięciu metrów i ze zniszczoną kopułą środkową. Do jego zabezpieczenia trzeba było
użyć pięciu dużych wodnopłatowców. Na pokładzie tego statku odkryto ponadto dziwne hiero-

glify.

‒ A jakie wnioski wyciągnięto z tego raportu?

Dean doszedł do przekonania, że Ziemia już od wieków jest przedmiotem gruntownych i

wszechstronnych obserwacji, prowadzonych przez rozmaite cywilizacje pozaziemskie. Mają one

niezwykle wysoko rozwiniętą technologię, która wyprzedza naszą prawdopodobnie o tysiąc lat,

‒ 58 ‒

background image

a może i więcej. Jak wynika z raportu, cywilizacje te zrealizują na Ziemi pewien „proces” lub
„plan”. Na podstawie istniejącego materiału dowodowego należy przypuszczać, że „zapowia-

dany porządek” przetrwa całe tysiąclecia. Nie musimy się niczego obawiać ze strony obcych,
powinniśmy   jednak   wiedzieć,   że   w   przypadku   ich   wrogiego   nastawienia,   nie   mielibyśmy

żadnych szans obrony.

‒ Moi przyjaciele z „Company” (nazwa, jaką osoby wtajemniczone określają CIA) ‒ ciągnął

dalej Dean ‒ uważają, że liczba pozaziemskich cywilizacji jest o wiele większa. Nasi ludzie z
naczelnego dowództwa SHAPE byli zszokowani. Mówiono bowiem otwarcie, że jedna z tych

pozaziemskich cywilizacji jest łudząco podobna do ludzi. Istniały wprawdzie również małe istoty
o  wzroście  od 120  do  140  centymetrów z  szarą skórą i  ogromnymi oczami,  ich  ciała  były

wąskie   i   jakby   niedorozwinięte.   Jednak   najbardziej   niepokoiły   nas   te   humanoidalne   istoty
pozaziemskie. Przerażająca była już sama świadomość, że mogą żyć wśród nas przez nikogo

nie   zauważane.   Rosnąca   liczba   obserwacji   „jednostek   UFO”   sugerowała,   iż   obcy   celowo
zwracają  na   siebie   uwagę,  nie   mieszając  się   przy  tym   bezpośrednio  w  „sprawy  ludzkości”.

Okazało  się później, że konkluzje wynikające z naszego raportu pokrywały się całkowicie z
oficjalną oceną sytuacji projektu badawczego SIGN, przeprowadzonego przez powietrzne siły

zbrojne USA. W czerwcu 1948  roku projekt ten przekazano  ówczesnemu szefowi sztabu w
Pentagonie,   generałowi   Vandenbergowi.   Vandenberg   uznał   raport   za   tak   niepokojący,   że

zniszczył go natychmiast, wstrzymując również realizację projektu SIGN.

‒ A jak zareagowały rządy krajów  Europy,  które  ‒ zgodnie  z tym, co Pan powiedział ‒

otrzymały egzemplarze raportu The Assessment.

‒ Nie znam szczegółów, ale obiło mi się o uszy, że przesłany do francuskiego Ministerstwa

Obrony egzemplarz raportu musiał zaniepokoić Grande Nation, gdyż powołała do życia swój
własny projekt badawczy UFO o nazwie GEPAN. Projekt podlegał francuskiemu Narodowemu

Centrum Badań Kosmicznych (CNES), które współpracowało ściśle z francuską żandarmerią.
Było   to   w   1967   roku.   Przenosiliśmy   się   wówczas   do   Belgii   i   zażądaliśmy   od   francuskiego

Ministerstwa   Obrony   zwrotu  ich  egzemplarza  The   Assessment.  Francja   wystąpiła   bowiem  z
sojuszu wojskowego SHAPE i wycofała zeń swoich żołnierzy. Miała nadal pozostać członkiem

NATO, generał de Gaulle nie chciał jednak, by wojska francuskie podlegały wspólnemu naczel-
nemu  dowództwu  wojsk  alianckich.  Dlatego  właśnie   przenosiliśmy  się  do  Brukseli.  Francuzi

zdążyli   oczywiście   sporządzić   kopię   raportu,   dzięki   czemu   nic   nie   stracili.   Poza   tym   byli
pierwszymi Europejczykami, którzy swoje raporty o niezidentyfikowanych obiektach latających

przedstawili opinii publicznej. Francuski minister obrony, Robert Galley, mówił o UFO w audycji
radiowej już w 1974 roku, a posiadane raporty określił jako „dość niepokojące”.

‒   Jak   słyszałem,   treść   raportu   SHAPE   całkowicie   Pana   pochłonęła.   Czy   dalsze   pańskie

badania   wiązały   się   również   z   osobistymi   zainteresowaniami?   I   do   jakich   wniosków   pan

doszedł?

‒ W roku 1976 ‒ odrzekł Dean ‒ po prawie 27-letniej służbie jako porucznik przeszedłem na

emeryturę. Tym samym straciłem oczywiście dostęp do tajnych materiałów, lecz dzięki moim
dawnym przyjaciołom, zwłaszcza z kwatery głównej CIA w Langley w stanie Virginia, byłem w

dalszym ciągu na bieżąco informowany o aktualnym stanie badań. W ten sposób przez niemal
trzydzieści lat mogłem śledzić u źródeł tak zwany fenomen UFO. Pyta Pan, jakie wysnułem z

tego   wnioski?   W   prawdziwych   obserwacjach   niezidentyfikowanych   obiektów   latających,   ich
lądowań, porwań ludzi oraz kontaktów z nimi ‒ chodzi, moim zdaniem, o manifestację stałych

relacji ludzkości z istotami pozaziemskimi. Od wieków bowiem istoty te są związane z losem
Ziemi i jej mieszkańców. Według dawnych podań Ziemię odwiedzali w przeszłości „bogowie”,

którzy pragnęli stworzyć człowieka i uczynić go mądrym. W swojej książce pt. „Planeta Adama”
również  odsyła Pan  czytelnika  do  dawnych  podań  sumeryjskich.  Zrobiły  one  na mnie  duże

wrażenie, ponieważ zdają się potwierdzać wiele z tego, co w roku 1964 pozostawało jedynie w
sferze przypuszczeń; relacje tego typu mogłyby przecież dowodzić prawdziwości tych zdarzeń.

Robert Dean jest obecnie koordynatorem grup do zadań specjalnych w biurze szeryfa w

miejscowości   Pima   w   Arizonie.   To,   że   zajmował   się   sprawą   UFO,   przysporzyło   mu   jedynie

kłopotów. Kiedy nie chciał zrezygnować z publicznych wystąpień poświęconych istotom poza-
ziemskim, zagrożono mu przeniesieniem na wcześniejszą emeryturę. Dean wniósł sprawę do

sądu ‒ i wygrał ją. Całą sprawą zainteresowała się wówczas największa amerykańska gazeta ‒
National Enquirer. W jednym z wywiadów zapytano Deana o nazwiska jego dawnych kolegów z

SHAPE. Następnie w wyniku własnego dochodzenia Enquirerowi udało się potwierdzić niewiary-
godne historie Deana. Poparł go na przykład pułkownik Dean d'Arcier, były oficer NATO, który

razem z Deanem służył w SHOC.

‒   Owszem,   znam   raport  The   Assessment  ‒   mówił   d'Arcier   dziennikarzom  Enquirera.   ‒

Chodziło w nim o relacje osób rzekomo uprowadzonych przez istoty pozaziemskie i przesłuchi-

‒ 59 ‒

background image

wanych   na   pokładzie   niezidentyfikowanych   obiektów   latających.   Raport   traktował   przede
wszystkim   o   zdarzeniach   z   udziałem   UFO.   Wywołał   ogromne   poruszenie   wśród   niektórych

naszych głównodowodzących oficerów. Również jeden z oficerów NATO, który wolał zachować
anonimowość, potwierdził gazecie istnienie dokumentu, podkreślając przy tym, „że być może

pewnego   dnia   sprawozdanie   to   zostanie   przedstawione   opinii   publicznej,   na   razie   jednak
sklasyfikowane jest jako ściśle tajne”.

Dziś trudno sobie wyobrazić, aby spotkania z istotami pozaziemskimi nie wywoływały obaw.

Co   więcej,   zachowanie   ludzi   pozostawia   wiele   do   życzenia.   Wydarzenia   ostatnich   lat   ‒   w

szczególności zaś wzrost nienawiści do cudzoziemców ‒ ukazują wyraźnie, jak głęboko zako-
rzeniona jest w nas niechęć do tego, co inne. Odpowiedzialne są za to archaiczne struktury w

tej części mózgu człowieka, która zdaje się przemawiać za pochodzeniem gatunku ludzkiego od
gadów. Instynktowna obrona własnego rewiru, hierarchia społeczna oraz agresja rozwinęły się

u gadów przed setkami milionów lat. Każdy z nas nosi je ukryte gdzieś głęboko w umyśle ‒ w
swoim mózgu gada.

W jaki sposób ‒ analogiczny do ONZ międzygwiezdny związek patrzeć może na podzieloną

przez wojny domowe cywilizację ‒ przykładowo na walczących ze sobą Serbów i Chorwatów w

Jugosławii?

Nic więc dziwnego, że wspominane w raporcie NATO niezidentyfikowane obiekty latające

unikały wszelkich oficjalnych kontaktów, pojawiając się jedynie od czasu do czasu. Być może
kosmici obawiają się  ludzkiej nieobliczalności. Załóżmy, że pozaziemskie  cywilizacje  istnieją

rzeczywiście. Jak na te zupełnie obce istoty zareagowaliby prowodyrzy rasistowskich burd i
zamachowcy podkładający bomby w domach azylantów? Jeżeli nie sposób zaakceptować Turka,

Afgańczyka czy Sudańczyka, jaka będzie reakcja ludzkich mas na istotę z niebieską, szarą lub
zieloną skórą, czy z łuskami niczym legwan? Zdaniem antropologii nowożytnej, do podziału

praludzi  na  różne   rasy doszło   niespełna  800   pokoleń  temu,  czyli  przed  25.000   lat.  Dawno
temu, przed 280.000 lat (7000 pokoleń) żyła w Afryce Wschodniej pra-Ewa, od której wszyscy

wzięliśmy swój początek. Mimo iż należymy do jednej wielkiej rodziny, nie potrafimy tego w
pełni pojąć. Czy więc człowiek może zrozumieć istoty, których ewolucji prawdopodobnie nie da

się porównać z naszą ‒ a które pochodzą być może od gadów lub owadów?

Przykre incydenty związane z azylantami każą w to wątpić. Dlatego też nawiązanie otwar-

tych   kontaktów   z   pozaziemskimi   cywilizacjami   wydaje   się   obecnie   raczej   niemożliwe.   Nie
zapominajmy,   iż   nasi   etnolodzy   również   unikaliby   lądowania   w   samym   środku   obozowiska

hordy kanibalów. Obcy wolą chyba obserwować naszą kulturę (lub to, co za nią uważamy) i z
daleka wpływać na nasz rozwój.

Za obcych pośród nas uważa się również wielkich myślicieli i wynalazców, którzy swą twór-

czością zmieniają bieg ludzkiego losu. Uchodząc jednak za społecznych outsiderów, geniusze ci

spotykają się bardzo często z uprzedzeniami, strachem i agresją ze strony „nietwórczej grupy
administratorów wiedzy, których można nająć do wszystkiego”, jak trafnie zauważa Armin Witt

w swojej fascynującej książce pt.  Das Galilei-Syndrom  („Syndrom Galileusza”). „Odrzucanie
nowych pomysłów, wynalazków i odkryć jest być może jeszcze archaiczną cechą ludzkości. W

tym wypadku nie oddaliliśmy się zbyt daleko od poziomu rozwoju indyka. Indyka bowiem nie
zdoła powstrzymać żaden płot. Amerykańscy farmerzy zaobserwowali jednak, że kiedy to miłe

stworzenie natknie się pazurem na kamień, zamiast poradzić sobie z przeszkodą i pójść dalej,
zmienia nagle kierunek. Usypano więc wał na wysokość dwóch dłoni, w taki sposób aby pow-

stała zagroda. Od tego czasu hodowla indyków nie nastręcza już problemów”, podsumowuje ze
zgryźliwą ironią Witt.

Podobne zachowanie ostro krytykuje również amerykański naukowiec, Mora B. King z Eiring

Research Inc. w Provo w stanie Utah: „Studiowanie biografii tych wynalazców może stanowić

dla nas pouczającą lekcję: każdy wynalazek, który narusza naukowy paradygmat (to znaczy
uznane   teorie   i   dogmaty)   zostaje   zazwyczaj   odrzucony   lub   zignorowany   przez   środowisko

naukowe. Odrzuca się wszelkie patenty tego rodzaju (przynajmniej w USA), gdyż przypominają
perpetuum mobile. Każdy prototyp dostarczający rzeczywiście znacznej ilości energii sprawia,

że jego wynalazca znajduje się nagle pod ogromną presją. Grozi mu niebezpieczeństwo ze
strony tych, którzy chcą ukraść mu wynalazek lub zataić jego powstanie. Kiedy jednak zmienią

się obowiązujące normy, te same siły komercyjne, które dotąd ukrywały wynalazek, przezna-
czają ogromne rezerwy kapitału na jego rozpowszechnianie”.

Mówiąc o outsiderach nie sposób pominąć genialnego wynalazcy Nicoli Tesli, urodzonego w

1856 roku w chorwackim mieście Similjan. Jego odkrycia naukowe stały się podstawą nowo-

czesnej elektroniki.

Oprócz   języka   ojczystego   Tesla   już   w   młodości   opanował   również   angielski,   francuski,

niemiecki i włoski. Miał niezwykły talent, o którym pisał później następująco: „Pojawianie się

‒ 60 ‒

background image

obrazów i towarzyszące mu często błyski światła; utrudniało to patrzenie na realne przedmioty
i wpływało niekorzystnie na moje myśli i czyny. Były to wizerunki przedmiotów i scen, które

widziałem   naprawdę.   Nigdy   nie   były   to   przywidzenia.   Kiedy   ktoś   wypowiadał   jakieś   słowo,
przed moimi oczami pojawiał się opisywany przedmiot niczym plastyczna wizja, i czasami nie

potrafiłem odróżnić, czy to, co zobaczyłem, było namacalne, czy też nie”. Aby pozbyć się tych
zagmatwanych wrażeń lub choćby chwilowo je „wyłączyć”, Tesla zaczął tworzyć wyimagino-

wane światy; „były mu one tak samo drogie jak te z realnego życia i nie mniej intensywna była
forma,  w której  się  pojawiały”. Jako  zaledwie  siedemnastoletni  chłopiec  Tesla  zaczął meto-

dycznie   przekształcać   bogactwo   swych   pomysłów   w   wynalazki.   Wkrótce   odkrył,   że   nie
potrzebuje do tego żadnych rysunków, modeli czy eksperymentów, potrafił bowiem z ogromną

dokładnością   odtworzyć   wszystkie   szczegóły   w   swojej   głowie.   „Wszystkie   urządzenia,   które
wynalazłem, funkcjonują zawsze tak, jak sobie to wyobrażałem”, powiedział, „a eksperyment

przebiega dokładnie według planu. W ciągu dwudziestu lat nie zdarzył się żaden wyjątek”.

W roku 1884 Tesla wyemigrował do Ameryki, gdzie bardzo szybko zaczął współpracować z

Thomasem Alva Edisonem. Współpraca naukowców przerodziła się jednak w zaciętą „wojnę o
prąd”: Edison obstawał przy prądzie stałym, Tesla bronił zaciekle prądu zmiennego. Do osta-

tecznego   rozłamu   pomiędzy   Edisonem   i   Teslą   doszło   z   okazji   przesłania   prądu   na   dużą
odległość. Jak wiadomo, rację miał w końcu ten drugi.

Co więcej, ów wyjątkowy wynalazca już w 1895 roku przewidział, że energia elektryczna czy

też elektromagnetyczna będzie miała decydujące znaczenie w przyszłych projektach kosmicz-

nych.   „Udało   mi   się   uzyskać   wyładowania   elektryczne   długości   ponad   trzydziestu   pięciu
metrów, lecz osiągnięcie sto razy dłuższych również nie powinno nastręczać trudności”, pisał

Tesla. „Wytworzyłem energię równą stu tysiącom koni mechanicznych, jednak równie łatwo
można osiągnąć wartość pięciu lub dziesięciu milionów koni mechanicznych”.

Tesla   zmarł   w   wieku   83   lat   i   zabrał   ze   sobą   do   grobu   wiele   pomysłów.   Między   innymi

również wyniki eksperymentów nad wzajemnym oddziaływaniem pola elektromagnetycznego i

pola grawitacyjnego.

Żyjący w tym samym czasie co Tesla doktor Thomas T. Brown znany jest z pewnością z

prowadzonych   na   początku   lat   dwudziestych   prób   grawitacyjnych.   Brown   był   wówczas
asystentem profesora fizyki P. A. Biefelda z amerykańskiego Uniwersytetu Denisona w Granville

w stanie Ohio. Brown i Biefeld dowiedli, że swobodnie wiszący kondensator zaczyna wykony-
wać ruch własny, w momencie kiedy podda się go działaniu wysokiego napięcia elektrycznego

‒ zjawisko to nazwano w fizyce efektem Biefelda-Browna.

W wyniku prowadzonych przez dwadzieścia osiem lat prac badawczych Brown doszedł do

wniosku, że każde zjawisko elektromagnetyczne ma swój elektrograwitacyjny odpowiednik. W
jednym z eksperymentów Brown udowodnił, że zawieszony swobodnie kondensator z ustawio-

nymi poziomo biegunami, porusza się pod wpływem wysokiego napięcia zawsze w kierunku
bieguna dodatniego. W trakcie dalszych eksperymentów Brown oddziaływał wysokim napię-

ciem   na   bieguny   kondensatora   ustawione   pionowo.   Kiedy   końcówka   bieguna   dodatniego
znajdowała się na dole, kondensator również poruszał się w tym kierunku. Kiedy końcówka

bieguna   dodatniego   znajdowała   się   u   góry,   poruszał   się   on   w   górę,   przeciwdziałając   sile
ciężkości. Zmiana biegunowości wywoływała więc zmianę kierunku siły popychającej. Brown

skonstruował następnie model „pojazdu kosmicznego”: pozbawione ruchomych części urządze-
nie   latające,   którego   konstrukcja   oparta   była   na   zasadach   elektrograwitacji,   a   napęd   i

sterowanie   funkcjonowały   wyłącznie   poprzez   zmianę   kierunku   i   zwiększenie   mocy   napięcia
dodatniego.

Kiedy Brown udoskonalił już najróżniejsze formy swojego wynalazku, postanowił zbudować

„pojazd kosmiczny” w kształcie krążka. Świat nauki wszakże zwrócił uwagę na Browna dopiero

trzydzieści   lat   później,   w   roku   1956.   Fizyk   opublikował   wówczas   w   prestiżowym   piśmie
Interavia  pracę   pt.   „Ku   lotom   w   stanie   nieważkości”   ‒   o   najnowszych   osiągnięciach   w   tej

dziedzinie. Przymocowany do drucianego stojaka model Browna składał się z dwóch krążków
sześćdziesięciocentymetrowej średnicy, wyposażonych w zmodyfikowany kondensator dwupły-

towy. Pod napięciem elektrody wielkości 50 kilowoltów i w warunkach równomiernego dopływu
energii mocy 50 watów obiekty, poruszające się poziomo po okręgu średnicy sześciu metrów,

osiągały prędkość 19 kilometrów na godzinę. Zapytany o sposób działania latających krążków,
Brown wyjaśnił, iż cała rzecz polega na zmianach pola grawitacyjnego.

Na zasadzie wzajemnego oddziaływania siły ciężkości i energii elektromagnetycznej opiera

się także praca japońskiego fizyka profesora Shinichi Seike. Twierdzi on, iż sprawność jego

modelu napędowego jest znacznie większa niż sprawność napędu rakiety Saturn.

Napęd statku kosmicznego skonstruował również angielski outsider John Searl. Jego kon-

strukcja opierała się na dwóch wirujących biegunach, umieszczonych w polu magnetycznym.

‒ 61 ‒

background image

Po   osiągnięciu   określonej   częstotliwości   rezonansu   napęd   ten   odbija   lub   przyjmuje   energię
grawitacyjną i wytwarza antypole, które redukując bezwładność obiektu latającego, wprowadza

go w stan nieważkości. Pole magnetyczne sprzężone z procesem rezonansowym powiększa się,
a   na   skutek   odpowiedniego   rozmieszczenia   cewek   powstają   napięcia   indukcyjne.   Molekuły

powietrza   dostające   się   w  zasięg   pola   elektrostatycznego   wokół   obiektu   latającego   zostają
zjonizowane i odrzucone; z procesem tym wiąże się intensywne świecenie wokół obiektu. Co

ciekawe,   chodzi   tu   o   zjawisko,   jakie   obserwuje   się   zawsze   w   przypadku   UFO.   Najbardziej
fascynujący projekt związany ze źródłami energii czy też rodzajami napędu powstał w Szwaj-

carii. O. Crane i Ch. Monstein zajmują się tam pracami nad skonstruowaniem manipulatora lub
silnika przestrzenno-kwantowego. Stworzona przez fizyka atomowego koncepcja opiera się na

magnetycznym przepływie przestrzenno-kwantowym, którego istnienie potwierdzono już po-
dobno w pomiarach komputerowych z wykorzystaniem tak zwanego efektu Monsteina. Według

Crane'a całą przestrzeń wszechświata wypełnia idealny, mocno zdegenerowany gaz ‒ medium
przestrzenno-kwantowe, z którego wywodzą się wszystkie cząsteczki elementarne i pola siło-

we. Jak twierdzi Crane, kompensowane różnice ciśnień w przepływie przestrzenno-kwantowym
służą uzyskiwaniu energii.

Odkrycia, wynalazki i strategie mogą mieć decydujący wpływ na naszą przyszłość. Jednak

niechęć   do   pożytecznej   myśli   innowacyjnej   może   oznaczać   ich   szybki   koniec.   Ludzkość

znajduje się dziś w krytycznym momencie: postęp lub zmierzch. Jeżeli chcemy godnie żyć na
tym świecie, nie powinniśmy powierzać naszego losu „przypadkowi”. Musi my stworzyć nowy

system wartości i nowe spojrzenie na naturę.

Udajmy się więc na spotkanie z Merlinem, czarodziejem podróżującym pomiędzy stuleciami.

Poszukajmy Merlina, który sprawić może, że ludzie poznają samych siebie. Merlina, który mówi
o sobie: „Byłem sobie obcy, a jednocześnie jakimś nadludzkim zmysłem zdobyłem wiedzę o

dziejach dawnych cywilizacji i dar przepowiadania przyszłości. Znałem tajemnice wszystkich
przedmiotów. Znałem lot ptaków oraz drogi, którymi podążają gwiazdy i ławice ryb”.

‒ 62 ‒

background image

IX

Projekt Merlin

„Zachodnie   tradycje   ezoteryczne   kryją   w   sobie   potężne   metody   magicznej   i   duchowej

transformacji psychiki. Mądrość ta nie jest bynajmniej domeną kultur Wschodu, jak niesłusznie

uważają niektóre szkoły nowoczesnej psychologii i rozwoju transpersonalnego”, pisze Robert
John   Stewart   w   swojej   „Księdze   o   Merlinie”.   „Filozofia   Zachodu   potrzebuje   jednak   odnowy

zarówno   nomenklatury,   jak   i   podejścia   do   osób   lub   grup,   których   celem   jest   osiągnięcie
wewnętrznej transformacji. ‒ Nikt nie potrafiłby zaprezentować tej mądrości lepiej od Merlina.

Jest on jasnowidzem, praprorokiem i oświeconym mędrcem legend brytyjskich, legend całego
Zachodu. Jeżeli chcemy stworzyć na nowo praktyczny, oparty na przekazie wiedzy, zachodni

system rozwoju psychicznego, nieocenioną pomocą mogą okazać się symbole związane z Merli-
nem, jego proroctwami i życiem”.

Co stało się z twymi wspaniałymi lasami, Merlinie, z czystymi niczym kryształ, szemrzącymi

strumykami, powietrzem o zapachu korzeni i twą szczęśliwą zwierzyną? O, Merlinie, co się

stało z tym światem?

Ignorancja i żądza zysku zatruły glebę, wodę i powietrze. Bezwzględna ideologia rozwoju w

dalszym ciągu pozwala na „kopcenie kominów”! Padają kwaśne deszcze. Pozbawione wapnia
drzewa z wolna umierają. Bledną i przerzedzają się ich korony, pozbawiając ptaki domów. Ich

organizmom brakuje niezbędnego do życia wapnia, znoszą więc jaja bez skorupek. Ich potom-
stwo nie ma najmniejszych szans na przeżycie...

Wskutek tego rośnie jednak rynkowa wartość banków genów. Blokuje się więc porozumienia

w   sprawie   ochrony   gatunków.   Rozpaczliwe   ostrzeżenia   ekologów,   ich   konstruktywne   plany

działania są oportunistycznie przyjmowane, nikt jednak ich nie realizuje. Przerażające meldun-
ki   o   katastrofach  klimatycznych,   efekcie  cieplarnianym,   o   niszczejącej   warstwie   ozonowej  i

bliskiej perspektywie zagłady co najmniej jednej trzeciej wszystkich form życia na Ziemi ‒
powodują, iż wielu ludzi świadomych ciążącej na nich odpowiedzialności bezradnie opuszcza

ręce.

Wszystko to „oznacza jedynie, że nie powinniście wierzyć, iż człowiek jest tak do końca zły.

Możliwe, że jest zły, może nawet bardzo, ale nie do końca. W przeciwnym razie, przyznaję,
żadne próby nie miałyby sensu”, twierdzi wielki czarodziej z „Księgi o Merlinie” T. H. White'a.

Wielu ludzi żyje dziś w przeświadczeniu o nieuchronności końca świata. Są przekonani, że

nie da się zmienić przeznaczenia naszej cywilizacji. Czy Bóg rzeczywiście rzucił już kośćmi?

Południowa Anglia, Równina Salisbury, 21 czerwca 2680 lat przed narodzeniem Chrystusa.
„Wstaje świt. Na równinie zgromadził się tłum ludzi. Okazja ku temu jest dziś szczególna ‒

to dzień decyzji. Niebo na wschodzie przejaśnia się.

Przed chwilą ludzie śmiali się jeszcze. Stoją blisko siebie, by zachować ciepło. Lato jest w

pełni, ale noce w Anglii bywają chłodne. Nagle wszyscy milkną. Zafascynowani spoglądają w
stronę dwóch samotnych drzew. Poranne niebo rozpościera się nad nimi niczym ognisty wa-

chlarz.

«Ludzie, przypatrzcie się temu uważnie», mówi kapłan. «Jeśli Bóg ukaże się w świętym

miejscu, wszystko będzie dobrze. Spełni się przepowiednia. Wszystkie znaki są korzystne. Na
tym miejscu zbudujemy świątynię ku bożej radości. Będzie was broniła za życia, a po śmierci

strzec będzie waszych dusz».

«Czujemy się zaszczyceni, że sam Bóg wybrał dla swojej świątyni naszą ziemię», odpowiada

postawny mężczyzna, wódz.

Lud szepcząc, przyznaje mu słuszność. Niebo przejaśnia się coraz bardziej. Teraz kapłan

rozpościera ramiona. Wódz stoi obok niego w skupieniu.

Nadeszła magiczna chwila narodzin ‒ jasny promień światła w kolorach złota i czerwieni

pojawia się dokładnie pomiędzy drzewami rosnącymi w oddali ‒ potężny bóg Słońca.

Dnia kolejnego rozpoczęto wielkie, uświęcone dzieło”.

Tak oto amerykański astronom, profesor Gerald S. Hawkins wyobraża sobie dzień, w którym

przystąpiono   do   budowy   jednego   z   najbardziej   tajemniczych   i   monumentalnych   obiektów

odległej   przeszłości:   Stonehenge,   czyli   „wiszących   kamieni”.   Znajdujące   się   w   południowej

‒ 63 ‒

background image

Anglii na Równinie Salisbury bloki skalne, ułożone w formie podwójnego okręgu, od pokoleń
robiły na ludziach ogromne wrażenie. Do dziś pozostaje tajemnicą, czyje to dzieło. Pierwszą

wzmiankę o tym miejscu zawdzięczamy greckiemu historykowi Hekatajosowi z Abdery, który w
III   wieku   p.n.e.   uznał   je   za   świątynię   boga   słońca   ‒   Apollona:   „Naprzeciw   kraju   Celtów

[Francja] leży nad oceanem, rozciągająca się ku północy wyspa porównywalna rozmiarem z
Sycylią.   Na   wyspie   znajduje   się   wspaniały   gaj   poświęcony   bogu   Słońca   oraz   świątynia   w

kształcie koła. Co dwanaście lat, gdy słońce i księżyc znajdą się w stosunku do siebie w tej
samej pozycji, na wyspie pojawia się Apollon”.

W   następnych   wiekach,   aż   do   niedawna,   to   monumentalne   miejsce   uważano   za   mogiłę

książąt brytyjskich, miejsce straceń, rzymską świątynię, święte miejsce druidów, a nawet za

królewski dwór Duńczyków czy też pomnik wzniesiony dla uczczenia zwycięskiej bitwy.

Król Anglii Karol I już w roku 1610 wysłał do Stonehenge swojego nadwornego architekta

Inigo Jonesa, by zbadał tę ogromną, megalityczną budowlę. Jones powrócił na dwór królewski
z wieścią, że chodzi tutaj o resztki rzymskiej świątyni. Przez wiele lat jego wyrok uważano za

bezsporny, aż wreszcie okazało się, że Stonehenge stworzyli dawni Brytowie na kilka wieków
przed założeniem Rzymu.

Żywy rozwój stowarzyszeń wolnomularzy i różokrzyżowców w XVII i XVIII wieku doprowa-

dził do podjęcia intensywnych badań nad „świętą geometrią”, którą miało wyrażać Stonehenge.

Według jej zasad architekt John Wood zbudował nawet miasto, tak zwany „Circus” w Bath. W
wieku XIX wielu naukowców trudziło się nad lokalizacją Stonehenge na mapie. Podejrzewano

bowiem, że jego położenie ma związek z innymi „świętymi miejscami przeszłości”, usytuowa-
nymi, jak przypuszczano, wzdłuż „geometrycznych linii prostych”.

W pierwszym dziesięcioleciu naszego wieku sławny astronom sir Norman Lockyer dowiedział

się   z   krążących   lokalnie   opowieści   o   wschodach   słońca   w   Stonehenge.   Miejscowa   ludność

opowiadała,   że   w  czasie   letniego   przesilenia   wschodzące  słońce   pojawiało  się  dokładnie   za
Heelstone, zwanym też „Piętą Friarsa”. Kiedy Lockyer udał się do Stonehenge z przyrządami

pomiarowymi, okazało się, że opowieści miejscowej ludności są zgodne z prawdą. Astronom
ustalił ponadto, iż trzy inne antyczne obiekty leżały na tej samej „linii letniego przesilenia” co

Stonehenge. Były to Castle Ditches, Grovely Castle i Silbury Hill, każde z nich oddalone od
pozostałych dokładnie o 33,4 km.

Wydana w roku 1909 książka Lockyera pt.  Stonehenge  wywołała ogromną sensację, ale

główna zasługa w rozwiązaniu zagadki tego pradawnego pomnika przypada Geraldowi S. Haw-

kinsowi, profesorowi astronomii na Uniwersytecie Bostońskim i jednocześnie współpracowni-
kowi obserwatorium renomowanego Uniwersytetu Harvarda. Kiedy w ręce Hawkinsa wpadła

przypadkowo książka Lockyera, postanowił on zbadać całą sprawę, używając do tego nowo-
czesnych komputerów IBM. Rezultat swych dociekań opublikował w 1965 w książce pt. Stone-

henge Decoded  („Stonehenge bez tajemnic”), w której twierdził, iż cały kompleks budowli w
Stonehenge jest ogromnym, astronomicznym komputerem czasów prehistorycznych. Umożli-

wiał on naszym przodkom wykonywanie nawet najbardziej skomplikowanych obliczeń astro-
nomicznych. Za pomocą przemyślnego układu linii, kamieni i mogił można było obliczyć czas

wschodu   oraz   zachodu   słońca   i   księżyca   w   okresie   zimowego   i   letniego   przesilenia.   Na
podstawie pięćdziesięciu sześciu „dziur Aubrey”, znajdujących się wokół tego miejsca, możliwe

było obliczenie wszystkich zaćmień słońca i księżyca w ciągu roku.

Do   czego   służyło   to   „obserwatorium”   z   epoki   kamiennej   jego   budowniczym?   „Położenie

słońca względem księżyca obliczano w Stonehenge z dwóch lub może trzech powodów”, uważał
Hawkins. „Można było na tej podstawie stworzyć kalendarz przydatny szczególnie w uprawie

roślin; w zależności od pozycji ciał niebieskich kapłani przekazywali sobie bądź zachowywali
władzę. Kapłan zyskiwał tym samym prawo do zwoływania ludu na spektakularne wschody i

zachody słońca oraz księżyca, a zwłaszcza na wschód słońca w czasie przesilenia letniego oraz
jego zachód w tle olbrzymich trylitów podczas przesilenia zimowego. A może były one również

rodzajem intelektualnej zabawy?”

John Michell, filozof kultury i geomanta, posunął się o krok dalej. W swojej książce „Syste-

my pomiarowe świątyń” udowadnia bowiem, iż Stonehenge założono na podstawie „świętej
geometrii”, tak jak powstałe w tym samym czasie piramidy egipskie, świątynia Salomona czy

znacznie późniejsze katedry gotyckie. Zdaniem Michella kamienne kręgi przedstawiają „model
wszechświata”, stanowią też świątynię Słońca i Księżyca, zbudowaną przez ludność żyjącą w

bardzo bliskim kontakcie z naturą. Życie tych ludzi wyznaczały ściśle rytmy obowiązujące w
przyrodzie, dlatego chcieli się zjednoczyć z jej siłami.

„Podczas letniego przesilenia, o świcie najdłuższego dnia, odbywają się święte zaślubiny”,

tłumaczy Michell pierwotną funkcję tego miejsca. „Wschodzące słońce rzuca promień światła na

szeroką drogę pomiędzy kamieniem Heelstone a sąsiednim kamieniem, którego dziś już nie

‒ 64 ‒

background image

ma. Promień  biegnie  dalej  wzdłuż  osi świątyni, wdzierając  się w głąb świętości, w kobiecy
otwór, który pierwotnie mógł być tak traktowany. A gdyby Przenajświętszy leżał właśnie nad

źródłem ziemskich potoków i przyjął ów promień słońca, z połączenia sił nieba i ziemi zrodzi-
łaby się energia widoczna pod postacią promieniejącego światła, które rozprowadzone będzie

podziemnymi   szczelinami   na   wszystkie   strony   kraju,   by   wskrzesić   urodzajność   tamtejszej
gleby. Tak oto Stonehenge stało się miejscem, gdzie przywoływano i zaklinano energię”.

Również jeden z największych znawców Stonehenge, profesor archeologii R. J. Atkinson jest

przekonany,   iż   „Stonehenge   było   przede   wszystkim   «świątynią»,   w   której   ludzie   mogli

kontaktować się z siłami lub istotami pozaziemskimi”. A może miejsce to było wyrocznią, tak
jak greckie Delfy.

Ze Stonehenge nierozerwalnie wiąże się postać czarodzieja Merlina. Geoffrey von Monmo-

uth, autor XII-wiecznej Historii królów Brytanii, twierdzi, że czarodziej mógł kazać przenieść

„Taniec   olbrzymów”   z   Irlandii   do   południowej   Anglii.   Ta   niezwykła   legenda   opiera   się   na
prawdziwym   przekazie   przynajmniej   w   tym,   że   kamienie   Bluestones   tworzące   wewnętrzną

stronę „podkowy” budowli pochodzą rzeczywiście z kamieniołomu na zachodzie Walii. Prze-
transportowano je kiedyś ponad czterysta kilometrów drogą morską i lądową.

W powstałej później książce pt.  Vita Merlini  Merlin prosi swoją siostrę, aby zbudowała dla

niego dziwną budowlę w samym środku „dalekiego kraju”: „Spraw, by obok innych budowli

powstał leżący na uboczu dom, który miałby siedemdziesięcioro drzwi i okien. Będę mógł przez
nie spoglądać na oddychającego żarem Febusa (bóg słońca) i Wenus, a także inne gwiazdy

wędrujące po nocnym niebie. Będą mnie one informować o przyszłym losie ludu i władców”.

W jednym ze swych pierwszych zapisów z roku 1130 Henry Huntington przedstawia Stone-

henge jako „ogromne kamienie ustawione w taki sposób, że przypominają otwory drzwiowe.
Stoją one jeden obok drugiego”. W innym miejscu  Vita Merlini  znajdujemy wzmiankę o dzie-

więtnastu jabłoniach czarodzieja.

Może więc istnieje jakiś związek pomiędzy srebrzystymi jabłkami księżyca w pełni a jego

dziewiętnastoletnim cyklem, przedstawianym przez budowlę Stonehenge?

Merlin jest niewątpliwie jedną z najbardziej fascynujących postaci w historii. Na południu

Anglii   istnieje   ponadto   wystarczająco   dużo   dowodów   jego   istnienia:   Merlin's   Hill   (Wzgórze
Merlina) w pobliżu Garmathan w południowo-zachodniej Walii, gdzie się urodził; Merlin's Cave

(Grota Merlina) w Kornwalii, niedaleko Tintagel, gdzie mieszkał, zajmując się wychowaniem
młodego króla Artura. O jego istnieniu świadczyć może również Merlin's Tree (drzewo Merlina)

zwane też Merlin's Oak (dąb Merlina), w okolicach Carmathan i na usypisku Avebury. Jest także
Merlin's Barrow (kopiec Merlina), mogiła czarodzieja w Marlborough w hrabstwie Wiltshire.

Kim   był   Merlin?   Geoffrey   von   Monmouth   przeniósł   go   w   V   wiek,   do   czasów   gdy   kraj

ponownie odebrano Rzymianom. Konstans, syn ostatniego z rzymskich władców, Konstantyna

III, został zamordowany w 410 roku za sprawą szlachcica Wortigerna, który następnie objął
tron.  Obydwaj bracia Konstansa,  Aurelius Ambrosius  i Uther  Pendragon  uciekli do   Bretanii,

gdzie stworzyli armię, aby walczyć o swoje prawa spadkowe. Wortigern, przerażony grożącym
niebezpieczeństwem i zaniepokojony najazdem Piktów od północy, w roku 449 sprowadził do

pomocy   dwóch   wodzów   wojsk   najemnych,   braci   Hengista   i   Horsa.   Przybyli   oni   ze   swoimi
wojownikami   z   Saksonii.   Podczas   jednej   z   uczt   Wortigern   zakochał   się   w   córce   Hengista,

Rowenie. Została ona jego żoną, lecz musiał za to odstąpić jej ojcu część swojego kraju. W ten
sposób Sasi postawili swą stopę w Brytanii i rozpoczęli podbój całego królestwa.

Wasale Wortigerna przeistoczyli się teraz w jego wrogów. On sam zaszył się samotnie w

Snowdonie   w   północnej   Walii,   by   zbudować   tam   twierdzę   nie   do   zdobycia.   Jednak   mury

wznoszone za dnia przez jego robotników, każdej nocy zrównywała z ziemią jakaś zła, tajemna
moc.

Wortigern kazał sprowadzić swoich czarowników. Oni zaś wyjaśnili mu, że nieprzychylny los

może zmienić jedynie młodzieniec, który nigdy nie miał ojca. Posłańcy króla odnaleźli w końcu

w południowej Walii odpowiedniego chłopca. Miał na imię Merlin. Jego matka zaszła pewnej
nocy w ciążę za sprawą jednego z demonów. I tylko dzięki swej ogromnej pobożności i dobroci

pewnego kapłana chłopiec nie wkroczył na złą drogę. Posiadł „całą wiedzę diabła” i służył Bogu
jako prorok.

Kiedy Merlin przybył na dwór Wortigerna, chciał się dowiedzieć od jego czarowników, co

znajduje się pod ziemią w miejscu, gdzie ma powstać twierdza. Odkrył bowiem natychmiast

coś, czego tamci nie przeczuwali: w podziemnym stawie walczyły ze sobą dwa smoki. Smok
jest od dawna symbolem energii ziemi i możemy sobie jedynie wyobrazić, w jaki sposób młody

czarodziej   zlokalizował   źródło   negatywnego   promieniowania.   Na   żądanie   Wortigerna   Merlin
wyjawił głęboki sens tego zjawiska w długiej przepowiedni: mówiła ona o początkowych zwy-

‒ 65 ‒

background image

cięstwach Sasów i ponownym umocnieniu się Brytów, przedstawiała też losy przyszłych królów
aż do samego końca, gdy szaleć będą morza i wiatry, które w dzikim wzburzeniu rozpędzą

gwiazdy.

Pierwsza część przepowiedni już wkrótce miała się sprawdzić. Aurelius i Uther przekroczyli

ze swą armią morze, wytropili i zamordowali Wortigerna w jego kryjówce. Aurelius Ambrosius
został prawowitym władcą Brytanii i kazał Merlinowi wznieść wielki pomnik ku czci brytyjskiej

szlachty poległej w pobliżu Amesbury. W taki sposób powstać miało Stonehenge.

Panowanie Aureliusa nie trwało jednak długo. Został otruty przez Sasów, a tron objął jego

brat Uther. Nowemu królowi udało się rozgromić germańskich intruzów. Podczas uczty wydanej
z okazji tego zwycięstwa, Uther zakochał się w Igernie, żonie Gorloisa, księcia Kornwalii. Jego

namiętność okazała się tak gwałtowna, iż książę zmuszony był umieścić małżonkę w położo-
nym na skałach zamku Tintagel w Kornwalii, sam zaś obwarował się w twierdzy Dimilioc. Uther

próbował z początku zdobyć twierdzę siłą, potem postanowił użyć podstępu. Rozkazał sprowa-
dzić sprytnego Merlina, który szybko przemienił go w Gorloisa, a poddanych Uthera w jego

wojowników. W tej postaci wszyscy udali się konno do Tintagel, gdzie bez przeszkód dostali się
do  zamku, a  Uther  mógł  spędzić  wymarzoną noc miłości  z  Igerną.  Spłodził syna,  któremu

nadano   później   imię   Artur.   Merlin   nie   oddalał   się   od   młodego   księcia.   Mieszkał   w   jaskini
niedaleko Tintagel, kształcąc chłopca w naukach i sztuce walki; uczył go także patrzeć na świat

innymi oczami, traktować wszystko jako harmonijną całość, święty porządek, jako jedność w
niepowtarzalnym i nieopisywalnym pięknie i różnorodności. Merlin wyjawił Arturowi tajemnicę

jego królewskiego pochodzenia i pouczał, że prawdziwa królewska godność jest odzwiercie-
dleniem kosmicznych praw w społeczeństwie, obowiązkiem pielęgnowania ziemi i ochraniania

nieba.

Po śmierci Uthera nie wiadomo było, kto zostanie jego następcą. Wówczas odkryto kamień,

w   którym   tkwił   miecz,   a   Merlin   ogłosił,   iż   królem   będzie   ten,   kto   zdoła   wyciągnąć   go   z
kamienia. Mógł tego dokonać tylko Artur, gdyż jako  jedyny rozumiał, iż do celu nie dotrze

poprzez siłę i przemoc, lecz dzięki intuicji i wewnętrznej sile ducha. Został królem Brytów. W
darze od Merlina otrzymał okrągły stół. Czarodziej dał mu też radę, by zgromadził wokół siebie

najzacniejszych   rycerzy   kraju,   gotowych   poświęcić   się   najszlachetniejszemu   ze   wszystkich
zadań, odszukaniu Świętego Graala.

Merlin żył na dworze króla Artura w Camelot, obecnie Cadbury. Pod rządami najsprawie-

dliwszego   z   królów   miejsce   to   stało   się   centrum   złotego   wieku.   Do   dziś   Camelot   uosabia

utracony   bezpowrotnie   świat,   w   którym   człowiek   przestrzegał   boskich   przykazań   i   żył   w
zgodzie z naturą. Jak mówią słowa przepięknego musicalu T. H. White'a, pt. „Były i przyszły

król”, którego filmowa adaptacja, nosząca tytuł  Camelot, powstała w latach sześćdziesiątych:
„W Camelot istnieje jedno prawo, deszcz pada dopiero wtedy, gdy słońce skryje się za hory-

zontem”.

Kres złotego wieku w Camelot nastał dopiero wówczas, kiedy Artur zginął z ręki swojego

kuzyna-zdrajcy w bitwie nad rzeką Camblan w roku 542. Sasi zdobywali terytorium Brytanii
kawałek po kawałku. Ludność zamieszkująca ją do tej pory, Brytowie, ponownie wywędrowała

do   Walii   i   nazwała   się   Walijczykami.   Merlin   został   królem   i   prorokiem   Walijczyków   z   Walii
Południowej.   W   Vita   Merlini   Geoffrey   pisze:   „dumnemu   ludowi   południowej   Walii   nadał   on

prawa, a wodzom przepowiedział przyszłość”.

Kiedy król Peredur, władca Walijczyków z północy, wypowiedział wojnę szkockiemu królowi

Gwenddolauowi, Merlin wyruszył wraz z Rhydderchem, królem Kunbrerów, na wojnę przeciwko
Peredurowi. Straszna rzeź, jaką tam ujrzał, i śmierć setek bohaterskich mężczyzn poruszyła

czarodzieja do tego stopnia, że na trzy dni pogrążył się w żałobie i odmawiał każdego posiłku,
w końcu zaś zaszył się samotnie w lesie. Jego towarzysze obawiali się, że Merlin oszalał, on

jednak „rozkoszował się  leżeniem w ukryciu pod jesionami; zadziwiały go  dzikie  zwierzęta,
skubiące trawę na polanach; gonił za nimi i przemykał obok. Żywił się korzonkami ziół i trawą,

owocami drzew i jagodami w gąszczach. Stał się leśnym człowiekiem, oddając swoje życie w
ręce lasu”.

Merlin został „prorokiem Demeter”, bogini ziemi ‒ pisze Geoffrey. Tym, który „rozmawia z

drzewami, i współczuje z kamieniami”. Trzykrotnie sprowadzano go na dwór króla Rhyddercha,

raz nawet zakutego w kajdany. Miał przepowiadać przyszłość. Ale za każdym razem jakaś siła
gnała czarodzieja w stronę lasu, „gdyż nie mógł znieść ludzi w mieście. Natomiast w lasach i

gajach, jak mówił, gromadziło się wokół niego stado jeleni, a on sam siadał na jednego z nich”.
Jego   towarzyszami   stały   się   także   wilki.   Wsłuchiwał   się   w   odgłosy   ziemi,   leczył   wodą   ze

świętych źródeł, a z gwiazd czytał losy krajów i władców.

„Oddaliłem   się   od   samego   siebie,   niczym   duch   znałem   czyny   ludzi,   którzy   już   odeszli,

przepowiadałem   też   przyszłość”,   zwierzał   się   bardowi   Taliesinowi.   „Gdy   poznałem   później

‒ 66 ‒

background image

tajemnice lotu ptaka, wędrówek gwiazd i ryb, wszystko to dręczyło mnie i nie dawało spokoju
mojej ludzkiej duszy”. Merlin postanowił więc całkowicie odizolować się od świata. W zakończe-

niu Vita Merlini Geoffreya sędziwy czarodziej odchodzi pod stary dąb, by połączyć się z naturą.

„W tym lesie rośnie dąb, którego kształt godny jest podziwu. Podeszły wiek dał mu się już

we znaki, wyschły jego soki, a jego środek się rozpada. Widziałem to drzewo, kiedy zaczynało
rosnąć. Widziałem nawet spadającego żołędzia, z którego powstało, a nad nim stał dzięcioł i

przyglądał się gałązce. Widziałem, jak się rozwija; obserwowałem wszystko, a ponieważ wśród
tych pól bałem się o niego, dobrze zapamiętałem to miejsce. Widzicie więc, że żyłem długo, a

ciężar tego wieku powstrzymuje mnie, dlatego rezygnuję z nowej władzy. Kiedy zatrzymuję się
pod zielenią listowia, bogactwa Kaledonii (Szkocja) raduje mnie ono bardziej niż szlachetne

kamienie z Indii lub złoto z wybrzeży Tagus. Pozostanę tu do końca mojego żywota, zadowolę
się   jabłkami  i trawą,  a ciało  chcę  oczyścić przez   pobożny  post,  tak  abym stał się  godzien

uczestniczenia w życiu wiecznym”.

Geoffrey ani słowem nie wspomina o śmierci Merlina. Istnieje przecież tak wiele sprzecznych

ze sobą przekazów o miejscach, w których przebywa dziś czarodziej. Mówią, że Merlin żyje
nadal w drzewie, w świętej górze, potoku czy w lesie. W południowej Szkocji wierzą, iż głos

Merlina można czasami usłyszeć pośród „szumu kaledońskich lasów”. Legenda walijska podaje
z kolei, że Merlin zamieszkuje wnętrze Merlin's Hill w pobliżu Carmathan i „od czasu do czasu

daje się słyszeć jego westchnienie, trzeba wszakże przysłuchiwać się we właściwym miejscu”.

Jeszcze   inna   legenda   głosi,   że   Merlin   żyje   dzisiaj   w   niewidzialnym,   szklanym   domu   na

wyspie Bardey u wybrzeży Walii, strzegąc różnych skarbów, między innymi prawdziwego tronu
Brytanii, na którym pewnego dnia, wraz z początkiem nowego złotego wieku, zasiądzie nowy

król Artur. Czarodziej stał się jak gdyby częścią tego kraju, a każde drzewo i każda góra w
Anglii jest niejako Merlinem, magiczną świadomością natury. Merlin to ktoś więcej niż tylko

postać historyczna, druid lub czarodziej pełniący rolę królewskiego doradcy. Podobnie jak grec-
kie bóstwo Pan był on „strażnikiem lasu” i „obrońcą kraju”, uosobionym strażnikiem ziemi.

Nie narodziłem się z matki ani ojca,
o moim stworzeniu można by rzec, iż powstałem

z dziewięciu różnych elementów:
jestem owocem owoców, owocem Boga z początku,

powstałem z pierwiosnków i kwiatów porastających wzgórza, z kwiecia leśnego i drzew;
zostałem stworzony z uprawnej ziemi, i z kwiecia pokrzyw, z wód dziewiątej fali

tak śpiewa Merlin w walijskim poemacie. „Zadaniem Merlina było czuwanie nad porząd-

kiem   i   sensem   ludzkiej   społeczności”,   wyjaśnia   brytyjski   historyk   Nicolai   Tolstoy   w   swojej

(wyśmienitej) pracy pt. „W poszukiwaniu Merlina”. „Pomógł on Utherowi Pendragonowi stwo-
rzyć na nowo monarchię; przygotował magiczny sprawdzian, by Artur mógł udowodnić, że jest

prawowitym   następcą   Uthera.   Założył   Bractwo   Rycerzy   Okrągłego   Stołu,   a  ono   przywróciło
szlachcie   poczucie   jedności.   Zapoczątkował   poszukiwania   Świętego   Graala,   które   stawiały

społeczeństwu wyższe cele.

Przez cały czas Merlin ostrzegał również przed poważnymi skutkami zerwania z magicznymi

rytuałami, które jednoczyły społeczeństwo i wyznaczały mu wspólne cele.

Nasze będą lata i dni długie

wyschnięte plony
pod rządami fałszywych królów

brzmi zgubna przepowiednia Merlina w walijskim poemacie  Hoianau. Fałszywi władcy

staną się przyczyną nieurodzaju, gdyż ich nieprawowite rządy są znakiem rozłamu w społe-

czeństwie. Przeciwieństwem legalnego ładu jest nieład, nieurodzaj i chaos. Wszystko powraca z
wolna do stanu z okresu przedkulturowego, a zarówno ziemia, jak i ludzka moralność przei-

staczają się w opustoszałą krainę, podobną do opisywanej w eposach z czasów panowania
króla Artura.

Merlin jest więc strażnikiem kultury i cywilizowanego porządku, poezji i królewskiej godnoś-

ci, sztuki słowa i genealogii. Roztaczając swoje profetyczne wizje przyszłości, często ostrzega

przed   skutkami   nieznacznego   nawet   zakłócenia   społecznej   harmonii.   Co   więcej,   jako   stróż
zwierząt sam pilnuje tego opuszczonego krajobrazu.

Merlin staje się tym samym uosobieniem ducha ziemi nazwanego przez Williama Blake'a,

osiemnastowiecznego angielskiego mistyka, „Olbrzymem Albionem” przykutym łańcuchami do

dolin i wzgórz swojej ojczyzny. Zgraja nędznych tyranów przywłaszczyła sobie jego królestwo;
jego   ogromne   ciało   przesłaniała   mgła   czarów,   czyniąc   go   niewidzialnym   dla   śmiertelników.

Każdy pagórek, każde drzewo jest cząstką Albiona, tak jak każdy pagórek i każde drzewo jest

‒ 67 ‒

background image

Merlinem. Żyjąc w ich wnętrzu, może on dalej śledzić los Ziemi.

„Clas Myrrdin”, „Zagroda Merlina” ‒ to  według walijskiej triady nazwa całego  terytorium

Brytanii z okresu zanim pojawił się tam człowiek. Niektórzy ze znawców mitologii twierdzili, że
imię „Merlin” jest właśnie zniekształconym starym imieniem celtyckim „Merddin”, które znaczy

‒ bóg nieba. W roku 1886 folklorysta John Rhys wysnuł tezę, że boga tego czczono również w
Stonehenge. Osobliwym faktem jest, że „Niebieskie kamienie” pochodzą właśnie z okolic Car-

mathan, gdzie według legendy urodził się Merlin. Historycy są zgodni, że budowa tego monu-
mentalnego obiektu rozpoczęła się trzy tysiąclecia przed pojawieniem się Merlina i trwała tysiąc

lat.   Wydaje   mi   się,   że   autorzy   wszystkich   legend   bronią   tak   gorliwie   związku   Merlina   ze
Stonehenge również z innego powodu. Być może czarodziej był ostatnim wielkim kapłanem

świątyni z epoki kamiennej, co pozwalało mu zgłębiać „wędrówki gwiazd” oraz prowadzić dialog
z przyrodą. W literaturze antycznej spotykamy nawet kogoś w rodzaju pierwowzoru Merlina:

jest nim czarodziej Abaris. Według Diodorusa z Sycylii (I w. p.n.e.) był on wielkim kapłanem
„okrągłej świątyni” na wyspie Hyperborea, po „drugiej stronie kraju Celtów”, Francji. Abaris

służył Apollonowi ‒ bogu słońca, światła i nieba i podróżował na „złotej strzale” po znanym
wówczas świecie. Pewnego razu odwiedził greckiego filozofa Pitagorasa (VI w. p.n.e.) w jego

szkole w Krotonie na południu Francji. Zdarzyło się to ponad tysiąc lat przed pojawieniem się
Merlina.

Znane   szczegóły   z   jego   życia   świadczą,   iż   jest   on   przedstawicielem   prastarej   tradycji

magicznej. Przedstawiany w otoczeniu stada jeleni, przypomina celtyckiego boga Gerunnosa,

który   na   głowie   nosił   rogi   jelenia   i   podobnie   jak   Merlin   żył   w   lasach.   Również   historia
pochodzenia   Gerunnosa   sięga   zamierzchłych   czasów.   W   grocie   Trois-Freres   w   południowej

Francji znajduje się malowidło ścienne przedstawiające szamana z głową ozdobioną rogami.
Dodatkowo, postać ta wyposażona jest w atrybuty sowy, jelenia, wilka i konia. Archeolodzy

twierdzą, że malowidło powstać mogło około 12.000 lat p.n.e. Na dalekiej Syberii dziś jeszcze
spotkać   można   szamanów,   którzy   podczas   różnych   obrzędów   zakładają   na   głowę   poroże

jelenia.   Dowodzi   to,   że   szamanizm   jako   najstarsza   religia   ludzkości   do   dziś   w   różnych,
odległych od siebie zakątkach świata zachował wspólną, niczym niezmąconą tradycję.

Nicolai Tolstoy pisze: „Szaman odziany był w skóry zwierząt, a na głowie nosił rogi jelenia:

symbol jego szczególnego związku z dziką zwierzyną ‒ jeleniami. Jako stróż zwierząt czuwał,

by żadnego z nich nie upolowano bez uprzedniego przygotowania i ofiary pokutnej. Działo się
tak, mimo iż człowiek był w pełni uzależniony od zwierząt. U podstaw takich zachowań leżała

idea   harmonijnego,   naturalnego   porządku,   który   naruszyć   można   było   tylko   wówczas,   gdy
zachodziła   bezwzględna   konieczność.   Należało   jednak   złożyć   ofiarę   bogu   czuwającemu   nad

zachowaniem   równowagi.   Posłużmy   się   tutaj   słowami   pewnego   eskimoskiego   szamana:
«Pierwsi   ludzie   składali   ofiary   z   miłości   do   wszechotaczającej   harmonii,   z   miłości   do

nieskończenie wielkich, niewyczerpanych nigdy rzeczy». Niezależnie od tego, że ziemia pełna
była dzikich zwierząt, ludzie tamtych czasów mieli doskonałe wyczucie tego, co nazwalibyśmy

dzisiaj równowagą ekologiczną”.

Jakże ważną rolę miałby do spełnienia Merlin ‒ „strażnik wszelkiego stworzenia” ‒ w na-

szych czasach!

Rio de Janeiro, 3-14 czerwca 1992 roku. W tym brazylijskim mieście u wybrzeży Oceanu

Atlantyckiego odbyła się w tych dniach największa do tej pory konferencja międzynarodowa.
Przybyło   na   nią   ponad   stu   szefów   państw   ze   wszystkich   niemal   krajów   świata   i   ponad

trzydzieści tysięcy uczestników, wśród nich czołowi naukowcy i ekolodzy. Celem konferencji
było rozwiązanie problemów związanych z ochroną środowiska naturalnego na naszej planecie.

Uczestnicy   opracować   mieli   strategię   postępowania,   która   umożliwiłaby   ocalenie   Ziemi   dla
przyszłych generacji. Głównymi tematami w dyskusji były: przeludnienie, zachowanie gatunku

ludzkiego, zmiany klimatyczne, wzrost skażenia środowiska dwutlenkiem węgla i spalinami,
wymieranie   lasów   tropikalnych   oraz   rosnące   dziury   ozonowe   nad   biegunem   północnym   i

południowym.

Wszyscy   uczestnicy   tej   ONZ-owskiej   konferencji   zdawali   sobie   sprawę   z   konieczności

ukrócenia rabunkowej gospodarki zasobami naturalnymi Ziemi oraz zapobieżenia niszczeniu jej
ekosfery. Mimo to żaden spośród stu szefów państw nie chciał zapoczątkować tych radykalnych

reform. Skończyło się więc na kilku „pięknych” obietnicach długoterminowego wprowadzania
zmian,   i   w   końcu   ‒   wszystko   pozostało   jak   dawniej.   Zbyt   mocno   uwagę   każdego   z   nich

zaprzątały   gospodarcze   interesy   ich   państw,   ciążące   na   nich   długi,   lub   też   zbliżające   się
wybory. W Rio de Janeiro zabrakło bowiem „Gorbaczowa środowiska naturalnego”, jak pisała

gazeta Hamburger Abendblatt ‒ nowego Merlina, „strażnika Ziemi”.

Jednocześnie pojawiają się wciąż nowocześni szamani, użyczający ziemi swojego głosu. W

‒ 68 ‒

background image

maju 1991 roku spotkałem na konferencji w Poczdamie Sun Beara, indiańskiego czarownika z
plemienia Czipewejów, żyjącego w amerykańskim stanie Washington. Sun Bear wykształcony

został przez członków swojej rodziny na szamana. Podróżował po całym kraju, by jak najwięcej
nauczyć się od mędrców swojego ludu i odnaleźć drogę do własnych wizji. Nieustannie też

dowiadywał się, że według dawnych przepowiedni Indian nadejdzie kiedyś czas, gdy zachwiana
zostanie   naturalna   równowaga   na   Matce   Ziemi.   Niektóre   obszary   staną   się   wówczas   zbyt

wilgotne, inne zbyt suche. W jednym miejscu będzie za gorąco, w innym za zimno. Pierwsze
symptomy zniszczeń w środowisku naturalnym ‒ susza w południowo-zachodniej części USA

czy powodzie na południu kraju ‒ uświadomiły Sun Bearowi, że czas ten właśnie nadszedł. W
swoich snach widział wybuchy wulkanów na zachodzie kraju, silne trzęsienia ziemi, zburzone

miasta,   trąby   powietrzne,   powodzie   i   inne   katastrofy.   Dlaczego   Sun   Bear   przyjechał   do
Niemiec? Czy miał tu do spełnienia jakąś misję?

Sun Bear odrzekł: „Sądzę, że mam obowiązek podzielenia się moją wiedzą z wszystkimi,

którzy gotowi są mnie wysłuchać i otworzyć się no to, co się zdarzy. W niszczeniu Matki Ziemi

uczestniczą ludzie na całym świecie, w szczególności jednak przedstawiciele białej rasy, zamie-
szkujący wielkie miasta. Zeszliście z drogi ku harmonii i naturalnej równowadze, zapominacie o

świętych obrzędach, które znali jeszcze wasi przodkowie. Przybyłem do Niemiec, by wskazać
tym wszystkim, którzy chcą mnie wysłuchać, jak odzyskać utraconą równowagę, jak wrócić na

drogę odpowiedzialności i miłości do Matki Ziemi oraz wszelkiego stworzenia. Jeśli wspólnie
nad tym popracujemy, być może uda nam się uniknąć zagłady świata”.

Z pomocą jakiej „medycyny” Indianie próbują odbudować utraconą harmonię?
„Zgodnie   z   «medycyną»   Indian   należy   pomóc   człowiekowi,   by   żył   bardziej   świadomie.

Dlatego podróżuję po całym świecie, nauczam i dzielę się swoją wiedzą. Wielu ludzi zaczyna
dzięki temu respektować i kochać Ziemię. Musimy żyć w taki sposób, by nie wyrządzić jej

krzywdy. Musimy nauczyć się traktować ją jak żywą istotę. Musimy ponownie włączyć się do
świętego  biegu  rzeczy,   by  zrozumieć,   że   cały   wszechświat   również   ma  prawo   do   istnienia.

Zanim ludzie zajmą się naprawą świata, muszą najpierw uleczyć samych siebie. Każdy człowiek
musi wziąć na siebie odpowiedzialność za własne życie i własny los. Każdy musi znaleźć swoją

wizję i nią się kierować. Uczę ich, by zaczęli dostrzegać piękno w sobie i w naturze. ‒ W
dzisiejszych czasach tak wielu ludzi po prostu nie słucha Ziemi. Przyroda przemawia do nas

nieustannie, lecz my nie słyszymy jej głosu”, mówi Indianin.

Co trzeba zrobić, by usłyszeć głos Ziemi?

„Po pierwsze mówię moim uczniom, że powinni wyjść i poszukać drzewa, które można by

objąć   ramionami.   Dotknąć   go,   by   własnym   ciałem   poczuć,   jak   żyje.   Możemy   rozmawiać   z

wszelkim  stworzeniem  ‒  z drzewami,  kamieniami,  wiatrem i  ptakami.  Ziemia ostrzega nas
przed   każdą   zmianą.   Czują   to   zwierzęta   i   stają   się   wtedy   niespokojne.   Jednak   wielu   ludzi

uważa Ziemię za martwą materię. Jest to błędne myślenie; ona żyje! W każdym razie dopóki
ludzie nie zniszczą jej ostatecznie”.

Czy nie przypomina to prawd głoszonych przez Merlina? Przecież przywoływał on nieraz w

naszej pamięci obraz dawno zapomnianego złotego wieku, gdy ludzie żyli w harmonii z naturą i

bóstwami? Był to czas, kiedyśmy bez przymusu i obaw, „kierując się własnym instynktem, byli
zacni i uczciwi”, jak  mówi Owidiusz, „i nie  istniały kary, strach, sądy ani żołnierze.  Ziemia

spontanicznie oddawała swoje płody, a ludzie radowali się jej darami”.

W swoich „Prawach” Platon cytuje poetę Hezjoda, który w mitycznym opowiadaniu o Złotym

Wieku   pisze,   że   wszystkie   rzeczy   potrzebne   do   życia   pojawiły   się   w   nadmiarze   i   zupełnie
niepostrzeżenie.   W   tamtych   czasach   bowiem   ludzie   nie   pozwalali   sobą   rządzić,   podążając

wyłącznie za głosem własnego ducha. Ziemia była dla nich świętością, nie dlatego, że w taki
sposób   traktowali   ją   ludzie   bogobojni,   ale   dlatego   że   natchniona   była   twórczym   duchem

wszechświata. Ludzie wiedzieli, że dla twórczego ducha najważniejsza jest harmonia, planowa
ewolucja oraz rytmy kosmosu.

Badania nad przyrodą dowiodły im, że wszystko w życiu odbywa się w zamkniętym cyklu ‒

dzień i noc, narodziny i śmierć, wędrówka gwiazd i pory roku. Świątynie budowane w kształcie

okręgu ‒ jak ta w Stonehenge ‒ miały być odwzorowaniem wszechświata. W ten sposób ludzie
chcieli osiągnąć harmonię z jego rytmami. Integrując się ze wszechświatem, nie zamierzali

powierzać swojego losu przypadkowi. Pierwszymi kapłanami byli szamani, prorocy, astronomo-
wie, badacze kosmicznych cykli. Ich zadaniem był dialog z uniwersum, zgłębianie „niebiańskiej

harmonii”   oraz   czuwanie,   by   społeczeństwo   funkcjonowało   z   nią   zgodnie.   Wiedzieli,   albo
przynajmniej domyślali się, że wyłamanie się z tego planu stworzenia musi niechybnie prowa-

dzić do dysharmonii, zniszczenia, niezgody, wojen i katastrof. Nawet najstarsze przepowiednie
ukazywały   więc   niebezpieczeństwa,   przed   jakimi   stanąć   może   ludzkość,   jeśli   sprzeciwi   się

„boskim” prawom Współczesne wydarzenia zdają się to w pełni potwierdzać.

‒ 69 ‒

background image

Im  wyraźniej   człowiek  odsuwał  się   od  natury,   tym  częściej  zapominał  o  jej   naturalnych

cyklach. Pierwsze miasta porównywano słusznie do biblijnej „nierządnicy Babilonu”. Warto też

przypomnieć,   jak   bardzo   Merlin   starał   się   unikać   miast.   Wolał   wędrować   przez   lasy,
rozmawiając z drzewami i kamieniami. Jakże okropne musiałyby mu się wydać nowoczesne

miasta przemysłowe, z ich nerwową mieszaniną świateł i hałasu, pośpiechem i niepokojem;
miasta, z których przyrodę wyparto do kilku ogrodzonych siatką parków, a ducha ziemi odizo-

lowano warstwą stali i betonu. Taką sytuację Indianie Hopi zwykli określać słowem  kooyani-
squatsi
. Dosłownie znaczy to: „stan całkowitej dysharmonii” ‒ ale także „stan wymagający

zmiany”.   Czy   nie   znamiennym   jest   to,   iż   wybitni   współcześni   kosmolodzy   obrali   sobie   za
„kamień filozoficzny” właśnie „teorię chaosu”?

W starożytnych  Chinach klęski żywiołowe  i  niepokoje  społeczne  tłumaczono  niedbałością

cesarza   podczas   rytualnych   obrządków,   bądź   też   niewłaściwymi   stosunkami   na   cesarskim

dworze.   Miejsce   to   było   bowiem   odzwierciedlającym   boski   porządek   mikrokosmosem   oraz
symbolem pojednania z duchem Ziemi, duchem ewolucji. Każdy rodzaj katastrofy miał swoje

przyczyny, a od cesarza oczekiwano, że podejmie jakieś kroki dla ratowania sytuacji. Niektóre
z tych przyczyn opisano w „wielkim prawie”, o którym wspomina się w jednym z rozdziałów

„Chińskich Kronik” z roku 1050 przed Chrystusem. Kilkoma cytatami z tego dzieła posłużył się
Raphael Patai w swojej książce „Człowiek i świątynia”:

„Jeśli natura biegnie swoim normalnym rytmem, jest to oznaką dobrze sprawowanej władzy.

Jeśli zaś wystąpią w niej zaburzenia, wówczas tłumaczy się to jakąś nieprawidłowością. Na

podstawie stałych tabel z zaburzeń w naturze można ustalić, co jest nie tak. Zbyt częste opady
deszczu świadczą o niesprawiedliwości. Susza pozwala podejrzewać niedbałość. Obfite plony

wskazują, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nieurodzaj natomiast świadczy o jedno-
znacznej winie rządzących”.

Ludzkość ma tylko jedną szansę, by przeżyć XXI wiek: konieczne jest nawiązanie dialogu z

Ziemią,   kosmosem   oraz   odmiennymi   rodzajami   istnień.   Życie   Merlina   musimy   potraktować

jako metaforę jedynej drogi wyjścia z chaosu; drogi, którą możemy opuścić nasz technicznie
zaawansowany świat ‒ jako powrót do harmonii oraz pojednania z wszechświatem. Musimy,

podobnie jak Merlin, nauczyć się rozmawiać z kamieniami i drzewami. Musimy odkryć w sobie
na nowo magiczny świat Merlina, archetypu wszystkich czarodziejów ‒ świat międzymózgowia,

intuicji, miłości, fantazji i kreatywności.

Musimy nauczyć się odczuwać rozumem i myśleć sercem, a więc tego, co nazywam efektem

Merlina:   nauczyć   się   ponownie   zachwytu   nad   naturą.   Tylko   wówczas   odrodzi   się   w   niej
wszechobecny   czarodziej   ‒   w   drzewach,   kamieniach,   pagórkach   i   zwierzętach,   od   których

człowiek tak bardzo się odsunął. W roku 1590 Edmund Spenser opisał to w The Faerie Queene:

Zaiste Merlin przemówił,

moce przeznaczenia podążają spokojnie ustaloną wcześniej
drogą,

nie zważając nawet na drżenie Ziemi:
Jednakże człowiek powinien zabiegać,

by zrządzenie niebios, którym kieruje,
podążało w kierunku jego celu.

Czy   to   przypadek,   że   właśnie   w   kraju   Merlina   pewne   zagadkowe   zjawisko   wywołało   w

ostatnich   latach   tak   wiele   emocji?   W   połowie   lat   siedemdziesiątych   w   południowej   Anglii

lotnicy-sportowcy zauważyli z powietrza niezwykle symetryczne okrągłe obiekty na porośnię-
tych zbożem lub trawą polach. Od tamtej pory temat „zbożowych kręgów” wzbudza na całym

świecie ogromne kontrowersje. Na początku były to tylko „nieliczne okazy”, jednak z biegiem
czasu ich liczba bardzo wzrosła.

Te tak zwane „zbożowe kręgi” pojawiają się zazwyczaj od maja do września, przeważnie

nocą,   pośród   łanów   zbóż   (pszenicy,   jęczmienia   ozimego,   żyta   lub   owsa)   oraz   w   rzepaku   i

trawach ‒ gdy osiągną one określoną wysokość i stopień dojrzałości. Średnica kręgów waha się
od pięćdziesięciu centymetrów do czterdziestu pięciu metrów. Wzory dużych formatów mogą

osiągać długość stu osiemdziesięciu metrów i zajmować powierzchnię nawet dziesięciu tysięcy
metrów kwadratowych. Najbardziej zadziwia precyzja, z jaką źdźbła zbóż tworzą płasko leżącą

na ziemi spiralę, mimo że nie są ani połamane, ani zgniecione. Niekiedy taki krąg składa się z
kilku warstw, w których zboże ułożone jest w przeciwnych kierunkach, bądź też artystycznie

się ze sobą przeplata. Większość tych „układów” ma kształt owalny, a środek „powalonego”
zboża często nie pokrywa się z geometrycznym środkiem koła.

W roku 1990 obraz tych kręgów radykalnie się zmienił: proste układy przeistoczyły się w

skomplikowane wzory ‒ piktogramy lub agroglify. I to nie tylko w ich „ojczyźnie”, hrabstwach

‒ 70 ‒

background image

Wiltshire  i Hampshire, lecz w całym  Zjednoczonym Królestwie  oraz  w innych miejscach na
świecie. Zjawisko to powtarzało się nadal w 1991 roku, zawędrowało nawet do Niemiec, gdzie

fenomeny tego rodzaju wskutek arogancji i niewiedzy szczególnie często się wyśmiewa.

Nic więc dziwnego, że 9 września 1991 roku przede wszystkim niemieckie media skwapliwie

podchwyciły meldunek brytyjskiego brukowca Today, zatytułowany Mężczyźni, którzy oszukali
świat: „W jaki sposób zrobiliśmy kręgi i nabraliśmy ludzi. Today może dowieść, że tajemnicze

kręgi zbożowe, zadziwiające naukowców na całym świecie, są tylko wielkim oszustwem”, pisze
gazeta.

W centrum tej godnej Munchhausena historii znaleźli się dwaj niesamowicie krzepcy emeryci

w wieku 62 i 67 lat: David Chorley i Doug Bower z Southampton. Twierdzili oni, że w ciągu

trzynastu lat syzyfowej pracy wykonali wszystkie znane do tej pory kręgi i piktogramy. Jak
twierdzi Today, dwóch emerytowanych zuchów, wyposażonych jedynie w sieci, deski i czapkę-

baseballówkę z dziwacznym, drucianym szkieletem, spędziło wiele bezsennych nocy, wykonu-
jąc zbożowe kręgi.

Cała afera szybko się skończyła, gdy duet oszustów miał zaprezentować swoją sztuczkę

przed kamerami. Rezultat ich zabiegów był taką samą partaniną jak koło zbożowe podrobione

w pobliżu Eckernförde.

Po dokładnym zbadaniu sprawy informacje o Dougu i Davidzie okazały się jedynie „kaczką

dziennikarską”, a dwóch zdziecinniałych staruszków zdemaskowano jako parę oszustów. Mimo
to  niemieckie  media nie  pokusiły się  o sprostowanie  tej sprawy. Zupełnie inaczej postąpiła

prasa brytyjska: „Łatwiej uwierzyć w małych, zielonych ludzików niż w historyjki opowiadane
przez   Bowera   i   Chorleya”,   pisał   poważny   dziennik  The   Independent.   Również   szczególnie

zainteresowana   tym   zjawiskiem   BBC   potraktowała   ich   oświadczenie   z   dystansem.   Nic   więc
dziwnego, że na skutek tak wielu niedorzeczności jeden z dziennikarzy wniósł w końcu do

brytyjskiej agencji prasowej skargę, oskarżając gazetę  Today o celowe wprowadzenie w błąd
opinii publicznej. W lipcu 1991 poleciałem do Grasdorf niedaleko Hildesheim, aby na zlecenie

telewizji RTL zbadać piktogram odkryty na polu pszenicy 22 lipca 1991 roku. W tym dniu rolnik
Werner  Harenberg zamierzał wyrywać na polu oset. Kiedy zaparkował samochód na skraju

lasu, stanął jak wryty. Ogromną część pola pokrywało ułożone płasko zboże, tworząc doskonały
i   niezwykle   piękny   piktogram.   Wzór   długości   około   stu   i   szerokości   pięćdziesięciu   metrów

składał się z siedmiu symboli i trzynastu kręgów; w największym z nich znajdował się krzyż.
Kiedy   przelatywałem   helikopterem   nad   tym   piktogramem,   poruszyła   mnie   zwłaszcza   jego

symetria i precyzja wykonania.

Wciąż   na   nowo   okazuje   się,   że   zbożowe   kręgi   lub   piktogramy   pojawiają   się   w   pobliżu

prehistorycznych miejsc. Również piktogram Grasdorf powstał niedaleko miejsca pradawnego
kultu. Leży on u stóp góry Thieberg, gdzie kiedyś gromadziły się ludy germańskie. Niedaleko

znajduje się prastare germańskie sanktuarium boga Wodana, góra Wohldenberg. Za panowania
Karola Wielkiego zbudowano w tym miejscu kościół chrześcijański. Znajdują się tam również

„skała Wodana” i „święte drzewa”, czczony przez Germanów gaj, o który toczono boje aż do
czasów średniowiecznych. Kiedy w roku 1273 jeden z kasztelanów kazał wykarczować prastare

miejsca   kultu,   został   zamordowany   przez   mieszkańców   Grasdorf.   Pole,   na   którym   odkryto
piktogram, od zamierzchłych czasów nosi nazwę Thiebergfeld.

Doskonała struktura grasdorfskiego piktogramu zrobiła furorę na całym świecie i przyciąg-

nęła tłumy ludzi. Niektórzy z nich przyjeżdżali z wahadełkami, różdżkami, a nawet licznikami

Geigera-Müllera oraz wykrywaczami min. Poszczęściło się jednemu z poszukiwaczy: w środku
trzech piktogramów jego przyrząd wykrył jakiś metal. Odkrywca zniknął niepostrzeżenie, by

powrócić nieco później z łopatą i motyką. Na głębokości pół metra natrafił na trzy, ważące
cztery-pięć kilogramów, okrągłe płyty ‒ z brązu, ze srebra oraz prawdopodobnie (trzecia płyta

tymczasem zaginęła) z czystego złota. Na płytach znajdowały się dokładnie te same znaki,
które jako piktogram pojawiły się w zbożowym łanie!

Na nieszczęście, odkrywca płyt wyczyścił je nieumiejętnie chemikaliami. Tak przynajmniej

dowiedziałem się od artysty Moschkote'a Litfassa, który przechowuje dwie z tablic ‒ brązową i

srebrną. Dzięki niemu mogłem się im dokładnie przyjrzeć. W orzeczeniu Federalnego Urzędu
do Spraw Badania Materiałów czytamy: płyta numer dwa (w kolorze brązowym) wykonana ze

stopu miedzi i cyny, zawartość cyny 10-15 procent. Pozostałe składniki stopu: jeden procent
niklu, śladowe ilości żelaza, poniżej 0,1 procenta. Płyta numer jeden (srebrna) wykonana z

prawie czystego srebra. Wykryto jedynie śladowe ilości żelaza, poniżej 0,1 procenta.

Pierwszą płytę wykonano więc niemal wyłącznie z czystego srebra. Czyżby zatem w całym

zamieszaniu,   wokół   piktogramu   i   płyt,   chodziło   o   gigantyczne   oszustwo?   Jego   autor   (lub
autorzy)  musiał w  takim  razie,  z   niezrozumiałych  powodów,  włożyć  w  to  wiele   trudu  i   nie

przejmować się kosztami.

‒ 71 ‒

background image

Zreasumujmy fakty związane z piktogramami z Grasdorf:
1. Podobnie jak piktogramy angielskie znajduje się on w pobliżu ważnych prehistorycznych

miejsc.

2. Znaki skierowane są dokładnie na zachód i na wschód.

3.   Znaki   nie   biegną   równolegle   do   śladów   ciągnika,   jak   zdarza   się   często   w   przypadku

sfałszowanych piktogramów.

4. Żaden ślad ciągnika nie przecina środka koła.
5. Wszystkie kręgi wirują w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.

6. Żadna z miar zastosowanych w konstrukcji piktogramów nie pasuje do naszego systemu

metrycznego, lecz wszystkie opierają się na łokciu megalitycznym długości 83 centymetrów.

Usiłując wytłumaczyć genezę tego dziwnego zjawiska, uwzględnia się m.in. działanie: poza-

ziemskich istot, stacjonarnych trąb powietrznych, geomantycznych form energii, kopulujących

jeży, morficznych zjawisk rezonansu, a nawet międzynarodowej mafii fałszerzy kręgów zbożo-
wych.

Jednak bez względu na to, co mogłoby być przyczyną ich powstania, piktogramy są pewne-

go   rodzaju   pismem   symbolicznym   i   z   pewnością   zawierają   jakąś   informację.   Ponadto   te

tajemnicze „zbożowe znaki” dotykają pewnej płaszczyzny świadomości człowieka. Zmieniają,
czy nawet poszerzają nasze rozumienie natury. Dlatego też angielski historyk i specjalista w

zakresie   zbożowych   okręgów,   John   Michell,   użył   następującego   sformułowania:   „regularne
wzory   geometryczne   kręgów   zbożowych   są   uosobieniem   symboli-archetypów,   właściwych

zarówno strukturze wszechświata, jak i ludzkiej duszy”.

Piktogram z Grasdorf przedstawia prastare, pogańskie symbole. Krąg z krzyżem oznacza na

przykład   koło   słoneczne.   Spirala   jest   symbolem   kosmosu   lub   wszechświata.   Hantale   mogą
odzwierciedlać   zarówno   dziedzictwo   przodków,   jak   i   kontakty   z   odmiennymi   płaszczyznami

istnienia. Równie dobrze kręgi można by interpretować jako planety lub systemy planet.

Amerykański   filolog   Steve   Canada   wyjaśnia   piktogramy   w   zupełnie   odmienny   sposób:

tłumaczy je bowiem jako wypełnianie posłannictwa Anunnaków, o których pisałem dokładniej
w mojej książce pt. „Planeta Adama”. Mieli oni przybyć w zamierzchłych czasach na Ziemię z

położonej   wówczas   między   Marsem   a   Jowiszem   legendarnej,   dziesiątej   planety,   Nibiru.   Ja
twierdzę natomiast, iż w przypadku prawdziwych kręgów zbożowych chodzi o morficzne zjawis-

ko rezonansu. Na skutek rezonansu morficznego ‒ współdrgania i wymiany energii ‒ materiali-
zują się bowiem w teraźniejszości minione struktury nagromadzone w polu morfogenetycznym.

Jako część przyrody jesteśmy zobligowani żyć z nią w harmonii, czyli w rezonansie. Ponad-

czasowy Merlin jest symbolem właśnie tej zasady.

‒ 72 ‒

background image

X

Kontakt z przyszłości

Niezgoda wielu ludzi na światopogląd materialistyczny doprowadziła na przełomie lat sie-

demdziesiątych i osiemdziesiątych do powstania ruchu New Age. Była to przede wszystkim

forma   protestu   przeciw   niefrasobliwym   poczynaniom   w   świecie   polityków   i   przedstawicieli
Kościoła.   Był  to   również   protest   przeciwko   powszechnie   uznawanemu,   lecz  wrogiemu  życiu

systemowi wartości. Najważniejszą rolę odgrywało tu zerwanie z religią wiary i zwrot ku religii
opartej na doświadczeniu. „Globalnym celem ruchu New Age jest reintegracja elementu wizjo-

nerstwa umożliwiającego energiom socjalnym spojrzeć ponad mitami”, pisze Swann w książce
pt. „Szósty zmysł”. „Mity bowiem uwięziły w sobie polityczne nadbudowy i stanowią dziś zagro-

żenie zarówno dla biosfery człowieka, jak i ekosfery całego świata. Jeśli nie przezwyciężymy
tych mitów, czeka nas piekło”.

W odróżnieniu od wyznań opartych na dogmatach ‒ religia doświadczenia pozwala każdej

jednostce zrekonstruować poprzez osobiste doznania potencjał poziomów własnej świadomości

w   sensie   życia   holistycznego.   Zdaniem   Swanna,   szczególne   znaczenie   ma   tu   postrzeganie
pozazmyslowe. „Nawet najdrobniejsze doświadczenie własnych możliwości, pozwalających na

uświadomienie   sobie   wykraczających   poza   ciało   człowieka   elementów   ludzkiej   osobowości,
połączyć nas może ze świadomością holistyczną. Nigdy wcześniej nie brano tego pod uwagę

(...).   Jeśli   jako   społeczeństwo   nie   chcemy   respektować   tych   fundamentalnych   możliwości,
oznacza to prawdopodobnie, że podchodzimy z rezerwą do rekonstrukcji świata wewnętrznego,

marzeń sennych, wyobraźni, pamięci, myśli i uczuć, a nawet procesów twórczych”.

Wybitny australijski neurofizjolog, laureat Nagrody Nobla, sir John Eccles jest przekonany o

istnieniu niematerialnego, myślącego i postrzegającego Ja, którego funkcje nasz mózg przej-
muje   w   stadium   embrionalnym   lub   w   pierwszych   dniach   życia   człowieka.   Właśnie   to

niematerialne  „coś” czyni nas ostatecznie  ludźmi. Działa  „to” niczym  „łącznik mózgu” i ma
również   fizyczny   wpływ   na   funkcjonowanie   ludzkiego   mózgu.   Pojęcia   takie   jak   siła   woli,

poczucie   własnej   tożsamości   czy   też   świadomość   dają   się   wytłumaczyć   działaniem   tego
„czegoś”, co nazywamy ludzką duszą. Eccles jest przekonany, iż owo niematerialne Ja może

funkcjonować   nawet   po   fizycznej   śmierci   mózgu.   Formułując   to   twierdzenie,   neurofizjolog
zakłada istnienie paranormalnej, obejmującej czas i przestrzeń płaszczyzny bytu.

Najwidoczniej również paranormalne zdolności nie są powiązane z czasem i przestrzenią.

Najlepszym dowodem na to jest przepowiadanie przyszłości. Jakże chętnie wielu z nas spoj-

rzałoby w przyszłość, by dowiedzieć się, jaki czeka nas los.

Szczupły, wysoki pisarz siedział naprzeciw mnie w swojej bibliotece. Mój wzrok przemknął

po stojących wokoło wysokich regałach, po czym spoczął na jego drobnej twarzy i żywych
oczach.

‒ Jak mam to rozumieć ‒ spotkał się Pan już kiedyś ze śmiercią? ‒ zapytałem w końcu.
‒ To było dziwne przeżycie, wówczas, kiedy po raz pierwszy spotkałem tego ubranego na

szaro mężczyznę ‒ powiedział Gerd von Hassler i sięgnął po leżący na stole stary notes. ‒ To
było   w   styczniu   1959   roku.   Zbudziłem   się   wczesnym   rankiem   i   zauważyłem,   że   siedzę   na

krawędzi łóżka z zapisanym notesem i długopisem w ręku. Łamałem sobie głowę, dlaczego
notes zapisany był aż do ostatniej kartki. A do tego ‒ zapisany przeze mnie, gdyż był to bez

wątpienia mój charakter pisma.

‒ Czy chce Pan przez to powiedzieć, że napisał Pan to wszystko w czasie snu?

‒   Tekst  traktuje  o   ubranym  na  szaro   mężczyźnie.  Nie   tak  dawno  porządkowałem  swoje

rzeczy i notes znowu wpadł mi w ręce. Kiedy dzisiaj myślę o tym śnie ‒ bo nie mogło to być nic

innego ‒ widzę, jak żywą, postać tego dziwnie  znajomego  mężczyzny: wysoki, szczupły, o
wąskiej twarzy, w szarym uniformie.

Von Hassler wertował w zamyśleniu pożółkłe  kartki notatnika, aż w końcu przeczytał na

głos:

‒ Wyszedł z obudowy starego stojącego zegara i powiedział: „To znowu on, czas, któremu

przez całe życie byłem oddany. Czas działania i pracy. Czas, którego nie zrozumie ten, kto w

nim nie jest”. Kiedy ubrany na szaro mężczyzna wypowiedział te słowa, zrobiło się zupełnie

‒ 73 ‒

background image

cicho i ciemno. Wydawało się, jak gdyby szedł długim, nieskończenie długim korytarzem, po
którego  obu  stronach   znajdowało  się  wiele   małych  nisz   ‒  jak  w  tunelu   kolejki  podziemnej

prowadzącym do   innego  kraju.  Kraj  ten był jednak  tak  daleko,  że  można się  było  jedynie
domyślać jego świateł, ale nie były one widoczne. Mężczyzna w szarym ubraniu podążał w

kierunku niewidocznego światła, a odgłos kroków zagłuszał każdy dźwięk z wyjątkiem jego
słów: „Kiedyś będziesz musiał pożegnać się z tym światem i zapytasz wówczas siebie, czego

szukałeś. I jeśli nic ci nie przyjdzie do głowy, znaczyć to będzie, że twoje poszukiwania były
daremne. Lecz jeśli znasz odpowiedź, wtedy twoje życie miało sens. Dlatego idź, idź! Bo nie

zjawi się nikt, kto ci powie, że nadszedł już czas.

Po dłuższej chwili Gerd von Hassler zaczął ponownie:

‒ Ubrany na szaro mężczyzna szedł dalej, aż zaczęło się wokół niego przejaśniać. Spostrzegł

w niszach postacie, które milczały i przysłuchiwały mu się w skupieniu. „Bycie człowiekiem nie

oznacza wcale, że ma się duszę”, powiedział do nich. „Jednak nadchodzi taki dzień, gdy kości
tych   bezdusznych   osobników   rozsypują   się,   a   oni   giną   marnie   i   zostają   pogrzebani.   Jakiś

duchowny rozprawia wtedy o rzeczach, które już ich nie dotyczą. Jednak pozostali łakną słów
pocieszenia, a duchowny nie jest tu po to, by mówić im prawdę. W przeciwnym razie napis na

grobie  musiałby  brzmieć  następująco:  Bezdusznik   ten  żył  jak   bydlę  i   jak   bydlę   przekracza
bramy wieczności. Amen”.

‒ To, co odbija się w Pańskim śnie, brzmi nad wyraz gorzko i cynicznie ‒ zarzuciłem mu.
Gerd von Hassler niewzruszenie ciągnął dalej:

‒ Wrony krążą w górze, grzebią w ziemi i przenoszą grudy błota z grobu do wieczności. Ta

gruda ziemi jest opuszczoną maską pośmiertną; wiele z nich wisi w sali Sądu Ostatecznego. W

głębokich nacięciach masek skrywa się wszystko: drogi, jakimi podążali ci ludzie; myśli, jakie
rodziły się w ich głowach; oraz czyny, jakich dokonali. Nie uniesie się żadna z dusz, by się za

nimi wstawić. Taki jest kształt Bycia uformowanego w masce i nie znajdzie się ani jedna dusza,
która by się za nim wstawiła.

Na ostatnim odcinku drogi ‒ z ciemności nieskończenie długiego tunelu w jasność światła ‒

mężczyzna  w  szarym  ubraniu   milczał.   Przechodził  wśród   stojących,   pochłoniętych   rozmową

ludzi, przedzierał się przez to wszystko, aż nagle stanął przed jasnością i rozpłynął się w niej.
Lecz światło to było jedynie szarym, pochmurnym porankiem i końcem snu. ‒ Stanowczym

ruchem Gerd von Hassler zamknął swój pożółkły notes. 

‒ Niezwykły to sen, ale pisał go Pan przecież przed trzydziestoma laty ‒ powiedziałem jakoś

dziwnie   poruszony.   ‒   Dlaczego  ma   on  nagle   dla   Pana,   po   upływie   tylu   lat,  tak   szczególne
znaczenie?

‒ Dlaczego? ‒ wzrok Gerda von Hasslera powędrował w stronę okna. Dla uspokojenia pisarz

spoglądał w milczeniu na zaśnieżony krajobraz Bawarii. ‒ Spotkałem go ‒ powiedział po długiej

chwili namysłu. ‒ Tego ubranego na szaro mężczyznę. Przed paroma dniami.

‒ We śnie?

‒ Ależ nie. Na jawie. Podczas spaceru. Zbliżył się do mnie i przeszedł obok. Teraz już wiem,

kim jest i dlaczego tak bardzo się ze mną wówczas spoufalał. To ja jestem tym mężczyzną.

Spotkałem  samego  siebie.  A jeśli chodzi  o  znaczenie?  No  cóż,  mężczyzna  ten oznajmił mi
ostatecznie, że mój czas upłynął i że śmierć już mnie oczekuje.

Kilka dni po mojej wizycie w Ampfing otrzymałem przez telefon wiadomość o śmierci Gerda

von Hasslera.

Jedno z najbardziej zadziwiających zjawisk stanowi w parapsychologii „spotkanie z własnym

Ja”.   Okazuje   się,   iż   nasza   podświadomość   znajduje   w   pewnych   okolicznościach   dostęp   do

nieograniczonego czasem ani przestrzenią kontinuum. Projekcja zaś ‒ spotkanie z własnym Ja
‒ zdaje się wskazywać na zmiany losowe. Nie zawsze jednak zjawiska z innych wymiarów

oznaczają właśnie śmierć. Jak ukazuje poniższe zdarzenie, czasami zupełnie nieoczekiwanie
pojawia się ratunek:

W 1828 roku trzydziestoletni Szkot o nazwisku Robert Bruce pływał pomiędzy Liverpoolem a

Saint John w Nowym Brunszwiku jako sternik na statku handlowym. Pewnego dnia, gdy statek

znajdował się już u wybrzeży Nowej Fundlandii, Bruce przebywał w swojej kajucie ‒ położonej
obok kajuty kapitańskiej ‒ zajęty obliczaniem kursu. Niezadowolony z wyniku zapytał o zdanie

kapitana,   który   ‒   jak   mu   się   zdawało   ‒   siedział   odwrócony   do   niego   plecami   przy   swoim
pulpicie i pisał.

Ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, Bruce podszedł do kapitana. Jednak kiedy piszący pod-

niósł głowę, sternik ujrzał ku swemu zaskoczeniu zupełnie obcą twarz.

Przestraszony pobiegł na pokład, by o zajściu powiadomić kapitana. Obaj natychmiast udali

się na dół. Ale kajuta kapitana była pusta. Na łupkowej tabliczce pozostała jedynie, zapisana

obcą ręką, niejasna informacja: „Stear to the North-West” (płyńcie na północny zachód).

‒ 74 ‒

background image

Sprawdzono charakter pisma wszystkich osób, które znajdowały się na statku i potrafiły

pisać. Żaden z nich nie był jednak podobny do pisma na tabliczce. Rezultatu nie dało również

poszukiwanie pasażera-gapowicza. W końcu kapitan postanowił zastosować się do ostrzeżenia i
wziął kurs na północny zachód. Niedługo potem zauważono z pokładu całkowicie oblodzony

kadłub   statku,   który   uległ   awarii   w   drodze   do   Quebec.   Całej   jego   załodze   groziła   śmierć.
Rozbitków zabrano natychmiast na pokład.

Bruce nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy wśród uratowanych osób dostrzegł męż-

czyznę wyglądającego dokładnie jak ten, którego widział w kajucie kapitana.

Kapitan  poprosił  go   o  napisanie  na  odwrocie  tabliczki  zdania   „Stear  to   the   North-West”.

Charaktery pisma po obydwu stronach tabliczki okazały się identyczne!

Kapitan   uszkodzonego   statku   przypomniał   sobie,   że   ten   właśnie   pasażer   zapadł   około

południa w głęboki sen, a kiedy go obudzono powiedział: „Dzisiaj zostaniemy uratowani”. Śniło

mu się  podobno, że jest na pokładzie  statku, który przypłynie z pomocą. Kiedy statek ów
pojawił się rzeczywiście, wszyscy rozpoznali go na podstawie wcześniejszego opisu. Mężczyzna

potwierdził,   iż   pamięta   wszystkie   zdarzenia   z   pobytu   na   tym   statku,   gdyż   zostały   one
przeniesione z jego snu do pamięci.

Wciąż  spotykamy  się   z  twierdzeniem,  że  w  momencie   śmierci  ludzie   ukazują   się  swoim

krewnym lub przyjaciołom. Dzieje się to przeważnie podczas snu. Jednak od czasu do czasu

moment śmierci wiąże się z tym zjawiskiem w sposób tak plastyczno-realistyczny, że osoba,
która coś takiego przeżyje, dopiero po dłuższym czasie uświadamia sobie niezwykłość całego

zdarzenia. Najlepszym dowodem może być tu przypadek Davida McConnella:

Zdarzyło się to zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Osiemnastoletni wówczas

David McConnell był podporucznikiem Royal Air Force i wkrótce miał awansować. Rankiem 7
grudnia 1918 roku otrzymał rozkaz dostarczenia samolotu „Camel” z lotniska wojskowego w

Scampton do oddalonego o sześćdziesiąt mil Tadcaster. O godzinie 1130 McConnell powiadomił
swojego współlokatora, podporucznika Larkina, że musi odtransportować jedną z maszyn do

Tadcaster i nie będzie mógł uczestniczyć w ćwiczeniach strzelniczych, ale postara się wrócić w
porze podwieczorku. Do Tadcaster miał mu towarzyszyć inny samolot, którym po odstawieniu

„Camela”   McConnell   zamierzał   powrócić   do   bazy.   Wystartowali   w   sprzyjających   warunkach
pogodowych.

Kiedy   lecąc   w   pobliżu   Doncaster,   niespodziewanie   natknęli   się   na   mgłę,   postanowili

wylądować i telefonicznie dowiedzieć się, co mają robić. Dowództwo poleciło McConnellowi, by

działał według własnego uznania. Obydwaj piloci ponownie wystartowali. Jednak kiedy mgła
zgęstniała, samolot eskortujący musiał wylądować. McConnell natomiast kontynuował lot do

Tadcaster.

Dotarł co prawda na miejsce, lecz jego maszyna runęła nagle w dół i zaryła śmigłem w

ziemię. McConnella wyrzuciło do przodu. Uderzył głową w znajdujący się przed nim karabin
maszynowy. Młoda kobieta, która widziała upadek samolotu, pobiegła mu na pomoc. McConnell

nie przeżył jednak katastrofy. Wskazówki jego zegarka zatrzymały się dokładnie na godzinie
15.25.   Cztery   dni   później   odbył   się   pogrzeb.   Znajomy   McConnella,   podporucznik   Hillman,

skorzystał z okazji, by porozmawiać z jego ojcem. Opowiedział mu, że współlokator jego syna,
podporucznik   Larkin,   widział   go   rzekomo   w   chwili   upadku   samolotu.   Ojciec   McConnella

natychmiast napisał do Larkina. Ten w liście z 22 grudnia 1918 roku opisał całe zdarzenie.

Tego samego popołudnia, kiedy David McConnell transportował samolot do Tadcaster, Larkin

czytał coś, siedząc przed kominkiem i paląc papierosa. Usłyszał wówczas odgłos zbliżających
się korytarzem kroków, a zaraz potem odgłosy towarzyszące zazwyczaj wejściu McConnella.

Usłyszał, jak  tamten powiedział  „Hello boy”,  i  odwrócił się  w  stronę  drzwi oddalonych o

jakieś dwa i pół metra. McConnell stał w progu uśmiechnięty i trzymał rękę na klamce. Ubrany

był w mundur pilota, jednak na głowie zamiast pilotki miał czapkę marynarską ‒ przyzwy-
czajenie z czasów, gdy służył w Royal Naval Air Service; zawsze był bardzo dumny z tej służby.

‒ Cześć, już wróciłeś? ‒ zapytał Larkin.
‒ Tak, dotarłem szczęśliwie. Miałem dobry lot ‒ odpowiedział ten, którego Larkin brał za

McConnella. Po chwili zaś dodał ‒ Well, cheerio. ‒ Mówiąc to, wyszedł, zamykając za sobą
drzwi.

Nieco później, o godzinie 15.45, pojawił się podporucznik Garner Smith i powiedział, że ma

nadzieję, iż McConnell zdoła wrócić do wieczora, gdyż mieli razem gdzieś pójść. Larkin odrzekł,

że McConnell właśnie wrócił i przed momentem wyszedł z pokoju. Był święcie przekonany, że
McConnell pojawił się rzeczywiście, wszystko bowiem wyglądało bardzo normalnie. O wypadku

dowiedział się dopiero wieczorem. Z początku tak bardzo wierzył w pojawienie się McConnella,
że   gotów   był   sądzić,   iż   ten   musiał   z   jakiegoś   powodu   wrócić   do   domu,   a   dopiero   później

‒ 75 ‒

background image

powtórnie wystartował. Nie potrafił sobie tego wytłumaczyć w żaden inny sposób. Do zjawisk
metafizycznych odnosił się sceptycznie, łatwiej przekonałby sam siebie, iż nie widział McCon-

nella! Niestety, wiedział przecież dokładnie, że go wtedy widział! Podporucznik Hillman potwier-
dził, że opowieść Larkina z listu do ojca McConnella nie różni się w niczym od jego relacji

przedstawionej dzień po wypadku. Można o tym przeczytać w Psychical Research Today D. J.
Westa.

Świadomością i jej potencjałem zajmowali się  nie  tylko  fizjolodzy i neurolodzy, lecz  ‒ o

dziwo ‒ również wybitni fizycy i matematycy, tacy jak na przykład genialny John von Neumann

oraz   laureaci   Nagrody   Nobla   w   dziedzinie   fizyki   Eugene   Wigner   i   Hans   Bethe.   Zdaniem
Wignera, „świadomość” jest nie tylko ważnym zagadnieniem fizycznym, ale w pewnym stopniu

również rodzajem retorty rzeczywistości. Naukowiec zakłada bowiem, że świadomość nie tylko
rekonstruuje tak zwaną realność, ale nawet ją tworzy. John von Neumann, który oparł fizykę

kwantową   na   precyzyjnych   podstawach   matematycznych,   sądził,   że   człowiek   dysponuje
niematerialną świadomością i może za jej pomocą oddziaływać na świat materii. Jego teorię

potwierdzają w pełni zjawiska paranormalne.

28   czerwca   1914   roku   biskup   Josef   von   Lanyi   przebywał   jak   zwykle   w   Grosswardein   ‒

mieście oddalonym o sześć kilometrów   od granicy węgierskiej, obecnie stolicy rumuńskiego
regionu Crisana.Około wpół do czwartej rano obudził go bardzo intensywny sen. Śniło mu się,

że otrzymał właśnie poranną pocztę. Na samym wierzchu leżał czarno obramowany, zapieczę-
towany list. Biskup natychmiast rozpoznał charakter pisma austriackiego następcy tronu ‒ był

przecież jego nauczycielem.

Kiedy otworzył list, w nagłówku zobaczył barwne zdjęcie automobilu, w którym następca

tronu siedział wraz z małżonką. Naprzeciwko nich znajdowali się dwaj wysocy rangą oficerowie.
Na zdjęciu widać było również, jak dwóch mężczyzn wyłania się nagle z tłumu i strzela do

następcy tronu i jego małżonki.

A oto treść listu ze snu: „Wasza świątobliwość! Szanowny Doktorze Lanyi! Pragnę poinfor-

mować,   iż   wraz   z   moją   żoną   staniemy   się   dziś   w   Sarajewie   ofiarami   politycznego
skrytobójstwa. Polecam nas pobożnej modlitwie Waszej Świątobliwości i proszę, byś w dalszym

ciągu pozostał oddany, w miłości i wierności, naszym dzieciom. Serdecznie pozdrawiam, wasz
arcyksiążę Franz”.

O wpół do czwartej rano biskup Lanyi zanotował wszystkie szczegóły zapamiętane z tego

listu. Później opowiedział o nim swojej matce i pokojówce.

Dwanaście   godzin   później   austriacki   następca   tronu   i   jego   żona   zostali   zastrzeleni   w

Sarajewie. Tak zaczęła się pierwsza wojna światowa.

W roku 1914, w pierwszym roku wojny, bawarski żołnierz piechoty Andreas Rill stacjonował

w koszarach w pobliżu Colmar w Wogezach. Pocztą polową wysyłał stamtąd dziwne listy do

swoich najbliższych: „Przesłuchiwali przepowiadającego przyszłość Francuza, jakiegoś niezwy-
kłego świętego. Nie mogę sobie poradzić z tym, co usłyszałem; to niewiarygodne”.

„Mówił, że nie wolno nam wierzyć, że rozumiemy cokolwiek z tego świata. W przeciwnym

razie już dzisiaj rzucilibyśmy broń”. Ponieważ „wojna dla Niemców jest przegrana, a to już

piąty rok jej trwania, później nadejdzie rewolucja, nawet jeśli nie wybuchnie naprawdę; ktoś
przychodzi,   ktoś   inny   odchodzi”.   Ów   „współsprawca”   wygadywał   jeszcze   inne   „śmieszne”

rzeczy: „wszyscy staną się milionerami, a pieniędzy będzie tyle, że ludzie zaczną je wyrzucać
przez okna. I nikt nawet nie schyli się po nie”.

Potem   ma   się   pojawić   „około   trzydziestego   drugiego   jakiś   mężczyzna   z   niższej   warstwy

społecznej, który wszystko w Niemczech zrówna, a ludzie nie będą mieli nic do powiedzenia. A

zrobi to z całą surowością, tak że wytryśnie woda spomiędzy wszystkich szczelin skalnych.
Zabierze ludziom więcej, niż da i karać ich będzie straszliwie. Będzie to czas, gdy sprawie-

dliwość utraci swoje prawa i wielu będzie oszustów i blagierów. Ludzie na powrót zbiednieją i
nawet tego nie zauważą. Z każdym dniem pojawiać się będą nowe prawa i wielu napyta sobie

przez to biedy lub nawet umrze (...). Wszystko to z nakazu jednego człowieka”.

Potem nastanie „okres, około trzydziestego ósmego, kiedy wielu siłą popchniętych zostanie

do wojny. Źle się ona skończy dla tego człowieka i jego zwolenników. Kiedy w liczbie oznacza-
jącej rok pojawi się cyfra cztery lub pięć, na tereny Niemiec ze wszystkich stron wkroczą obce

wojska i położą kres temu drugiemu ogólnoświatowemu wydarzeniu, a człowiek ten zniknie.
Pozostanie naród, który zostanie jeszcze całkowicie obrabowany i do cna wyniszczony. Jednak

między wrogami również nie dzieje się najlepiej”. Nadejdą ciężkie dni dla tych, którzy „w tym
czasie” objęli jakiś urząd. „Wszyscy zostaną powieszeni”. A ludzie będą szczęśliwi, jeśli „zdołają

odziać się choćby w worki po piasku”.

Takie dziwne rzeczy obiecywał według bawarskiego żołnierza ów „przepowiadający przysz-

łość Francuz”. „Mówiliśmy, że coś z nim nie tak albo bredzi. Pewnie będziecie się śmiać, bo

‒ 76 ‒

background image

rzeczywiście   trudno   w  to   uwierzyć.   Człowiek   ten   znał   wiele   języków.   Naśmiewaliśmy   się   z
niego, ale porucznik rozmawiał z nim przez całą noc”. Jego proroctwa nie kończyły się bowiem

na „drugim wydarzeniu światowym”.

Wiele lat po wojnie Andreas Rill często wspominał „przepowiadającego przyszłość Francuza”.

Zanim jeszcze w Niemczech zaczęli rządzić naziści, Rill powiedział do swoich synów: „Teraz
przyjdzie   surowy   władca   i   przyniesie   z   sobą   wojnę,   którą   znowu   przegramy”.   Ponieważ   w

wiejskiej knajpie rozmawiał za głośno o proroczych wizjach „nieznajomego dziwaka”, w 1936
roku złożyło mu wizytę dwóch funkcjonariuszy policji kryminalnej.

Nadejście   przepowiadanej   inflacji   przekonało   mistrza   stolarskiego   Rilla,   że   „nieznajomy

dziwak”   mówił   prawdę.   Wielokrotnie   więc   powtarzał   w   gronie   rodzinnym:   „I   dokładnie   to

powiedział”. Myśląc o trzeciej wojnie, krótko przed swoją śmiercią w roku 1958 Rill powiedział
do swoich synów: „To nie potrwa długo. Mnie już nie będzie, ale wy chłopcy myślcie o mnie”.

Swojej żonie kazał starannie przechowywać jako dowód obydwa listy z frontu, w których

pisał o Francuzie. W roku 1979 znany parapsycholog, nieżyjący już profesor Hans Bender raz

jeszcze zajął się analizą tych listów, dochodząc do wniosku, że z całą pewnością nie zostały one
sfałszowane.

24 marca 1933 roku w lesie niedaleko Berlina naziści rozstrzelali Erika Jana Hanussena,

kontrowersyjnego   jasnowidza   i   hipnotyzera.   Hanussen   urodził   się   2   czerwca   1889   roku   w

Wiedniu   jako   Hermann   Steinschneider.   Nazywany   był   „człowiekiem   z   szóstym   zmysłem”   i
„Nostradamusem XX wieku”; przepowiedział bowiem na przykład pożar Reichstagu.

„Był mężczyzną wysoce uzdolnionym medialnie, miał wybitne zdolności profetyczne”, broniła

ojca jego córka Erika Fuchs-Hanussen, kiedy podczas mojej wizyty w Meranie postawiłem jej

kilka   krytycznych   pytań.   „Ostatecznie   mam   na   to   parę   dowodów:   w   1955   roku   ostatnia
sekretarka mojego ojca, Elisabeth Heine, przekazała mi jego rękopis ukryty przez nią w czasie

wojny.   Był   to   sporządzony   w   1930   roku   protokół   z   siedmiu   seansów,   podczas   których   w
obecności świadków mój ojciec wprowadzał się w trans. W stanie hipnozy podyktował wówczas

treść manuskryptu pod tytułem «Nowy Jork tonie». Rękopis ten stał się prawdziwą sensacją”,
zapewniała Erika FuchsHanussen.

„Już w roku 1930 Hanussen przepowiada w nim podział Niemiec i ich ponowne zjednoczenie.

Opisuje   transplantacje   organów   ludzkich,   choć   profesor   Bernard   odważył   się   na   dokonanie

pierwszego przeszczepu serca dopiero w roku 1967. Mówi o lądowaniu człowieka na Księżycu,
energii atomowej i wielu innych rzeczach, które się do tej pory wydarzyły. Kiedy podczas tego

seansu ojciec miał opisać, jak wyglądał będzie Nowy Jork w roku 2024, powiedział tylko: nie
będzie wówczas Nowego Jorku ‒ zatonie w morzu”.

Obecnie   każdego   dnia   straszeni   jesteśmy   hiobowymi   wieściami   o   katastrofach   ekolo-

gicznych. Niektórzy klimatolodzy zakładają na przykład, iż niedający się już powstrzymać efekt

cieplarniany wywoła wzrost średniej temperatury powietrza, co spowoduje topnienie lodowców
w kole podbiegunowym. Wiele nadmorskich miast zostanie zalanych na skutek wzrostu pozio-

mu   wody.   Nic   więc   dziwnego,   że   ludzie   wrażliwi,   żyjący   w   kontakcie   z   naturą   i   głoszący
prorocze wizje końca świata, chcieliby uchronić naszą cywilizację przed zagładą. Należy do nich

na przykład Tim Sikyea, kanadyjski Indianin z Yellowknife (zwanego też Denee).

Na świat przyszedł 12 marca 1951 roku, w północno-zachodniej części Kanady w Yellow-

knife. Niecały miesiąc później do szałasu Sikyea, wdarł się obcy człowiek, który zastrzelił jego
matkę, brata i siostrę. Przeżył tylko jego ojciec, ponieważ w czasie tego napadu był w szpitalu.

Motywy tego straszliwego czynu do dzisiaj pozostały niewyjaśnione.

Ofiary morderstwa odnaleziono w mroźny dzień, termometry wskazywały piętnaście stopni

poniżej zera. Piec w szałasie dawno już wygasł, wewnątrz panował straszny ziąb. Ktoś nagle
przypomniał sobie, że w rodzinie było jeszcze niemowlę. Ale gdzie się podziało dziecko? W

końcu odnaleziono je na wpół zamarznięte w jednym z łóżek. Tak oto wyglądał początek życia
Tima Sikyea...

Kiedy miał szesnaście lat, po raz pierwszy przeżył widzenie.
‒ Miałem wrażenie, jakbym otrzymał ciężki cios, po czym straciłem świadomość ‒ opowiadał

mi   Indianin.   Siedzieliśmy   pod   bardzo   starymi   drzewami   na   rytualnym   kocu.   Nieprzytomny
wpadłem do głębokiego szybu. Bałem się śmiertelnie, ale musiałem wdrapać się na górę ku

światłu na niebie. To zdarzenie oczyściło mnie i całkowicie zmieniło moje życie.

‒   Jak   mam   to   rozumieć?   Czy   stan   transu,   w   jakim   się   Pan   zapewne   znajdował,   może

odmienić życie? ‒ usiłowałem się dowiedzieć.

‒ Od tego dnia miałem coraz więcej wizji. Wywoływało je przeważnie ruchome światło na

niebie lub ogromny orzeł. Tak też się zdarzyło w 1978 roku w regionie Yellowknife.

Obudzony nieokreślonym hałasem, Indianin wstał i wyszedł na zewnątrz. Czuł, że coś wisi w

‒ 77 ‒

background image

powietrzu... Rozejrzał się czujnie na wszystkie strony, nie dostrzegł jednak nic niezwykłego.
Nagle jego wzrok przykuł ciemny punkt na niebie. Zbliżał się wolno, aż wreszcie przybrał zarys

ogromnego ptaka, który wzbił się nad nim wysoko w kierunku północnym. W pewnej odległości
zaczął krążyć, a w końcu wylądował. Tamtejsze okolice są bardzo skaliste, a droga do nich

prowadzi   nie   opodal   starej   kopalni   złota.   W   pobliżu   znajduje   się   ogromna   skała   i   na   niej
usadowił się ptak. Tim Sikyea wspiął się na górę i stanął przed ogromnym orłem, który swoim

rozmiarem   przypominał   Boeinga   747.   W   miejscu,   gdzie   zwykle   znajduje   się   serce   orła,
otworzyły się drzwi, a Indianin przekroczył ich próg.

Gdy raz jeszcze wyjrzał na zewnątrz, zobaczył ustawiających się w kolejce ludzi. Tak daleko,

jak sięgał jego wzrok, widział przepychających się ludzi wszystkich ras. Wszyscy chcieli wejść

do   wnętrza   orła.   Indianin   martwił   się,   czy   dla   każdego   wystarczy   miejsca.   Lecz   ku   jego
zaskoczeniu, wszyscy się zmieścili. Ogromny ptak uniósł się bezszelestnie w górę, a jedynym

dźwiękiem, jaki było słychać, był powiew wiatru. Indianin przesunął się w pobliże głowy orła,
skąd mógł patrzeć jego oczami ‒ bardzo ostro i nieskończenie daleko. Przelatywali nad Rocky

Mountains, a potem nad ogromnym miastem. W dole widać było tętniące życie ‒ nagle jednak
straszliwa błyskawica rozświetliła upiornie miasto i niebo nad nim. Po potężnej eksplozji w dole

ukazało się morze płomieni. Rozstąpiła się ziemia, zawaliły się domy, wszystko doszczętnie
spłonęło. Orzeł leciał dalej ponad morzami i kontynentami. Urodzajna kiedyś gleba zamieniała

się wszędzie w pustynię. Lasy wymarły, powietrze i woda były zatrute. Prawie nigdzie nie było
już życia, a ci, którzy przetrwali, stracili rozum.

Indianin zapłakał cicho. Nagle obok niego pojawiły się dwie postacie w jasnych szatach.
‒ Dlaczego to uczyniliście ‒ spytał ich.

‒ To nie my ‒ odpowiedzieli ‒ jesteśmy tu tylko po to, by udzielać przestrogi! Łzy płynęły po

jego twarzy, kiedy ciągle zapewniał, że powinni byli go posłuchać.

‒ Dlaczego mnie nie posłuchali?
‒ My wiemy, dlaczego ‒ jedna z postaci pocieszała go, kładąc rękę na jego ramieniu. ‒

Zabierzemy cię stąd, bo nie możesz tu dłużej zostać.

‒ Zabierzecie, dokąd? ‒ przetarł ręką łzy z twarzy. Nagle wszystko stało się oczywiste i

obudził się z transu.

Był w Kanadzie.

‒ Czy tłumaczy Pan swoje wizje wyłącznie jako obraz apokalipsy, zagłady naszej cywilizacji?

‒ zapytałem po chwili Tima Sikyea.

‒ Niekoniecznie muszą one oznaczać koniec, mogą również symbolizować jakąś zmianę.

Zdaniem   jednego   ze   starych   mędrców   naszego   szczepu,   ludzkość   straci   rozum,   zniszczy

wszystko wokół siebie i w końcu również samą siebie. Świat stanie się domem dla obłąkanych.

Dzięki Bogu, nie wszystkie przepowiednie proroków się spełniają. „Widać wyraźnie, iż to, co

wszyscy oni usiłują nam przekazać, brzmi następująco: sami decydujemy o swojej przyszłości.
Poprzez nasze myśli i czyny. Kierujemy postęp w stronę dobra lub zła”, twierdzi Karl-Heinz W.

Smola w Mega-und Metatrends („Mega- i metatrendy”).

Indie   są   prawdopodobnie   jedynym   krajem,   w   którym   istnieje   biblioteka   przeznaczenia.

Mówiąc   dokładniej,   znajdują   się   tam   najbardziej   tajemnicze   biblioteki   świata   ‒   zbiory   liści
palmowych.

Już przed wieloma tysiącami lat hinduscy mędrcy ‒ prorocy ‒ zapisywali na liściach palmo-

wych   szerokości   sześciu   i   długości   czterdziestu   ośmiu   centymetrów   życiorysy   i   losy   ludzi

żyjących obecnie, w tym również Europejczyków, którzy nigdy wcześniej nie byli w Indiach.
Oprócz nielicznych wyjątków, każdy może udać się do takiej biblioteki liści palmowych i kazać

sobie   odczytać   lub   opowiedzieć   własne   przeznaczenie.   Liście   nie   zawierają,   rzecz   jasna,
życiorysów wszystkich ludzi na Ziemi, lecz tylko tych, którzy pewnego dnia rzeczywiście zja-

wiają się w bibliotece.

Ci, którzy je przechowują, co osiemset lat przepisują treść ze starych i pokruszonych liści na

świeże. Przeszłość i przyszłość odwiedzających bibliotekę zostaje w ten sposób uwieczniona w
starotamilskim języku na obydwu stronach cienkich liści. Dla laika wiersze złożone z milime-

trowej wysokości znaków i mantr i zapisane w dawnym języku Indii Południowych są niemal
niewidoczne.

Odwiedzający   bibliotekę   ze   zdziwieniem   dowiaduje   się   o   swoim   własnym   życiu,   o   życiu

swoich   rodziców,   rodzeństwa,   współmałżonka   i   dzieci.   Prócz   szczegółów   dotyczących   życia

zawodowego na liściach zapisano nawet informacje o niektórych charakterystycznych cechach
ciała lub kalectwie. Wplatane tu i ówdzie nowoczesne pojęcia opisywane są obrazowo. Treść

życiorysów przedstawiona jest tak plastycznie, iż ma się wrażenie, jakby dawno już zmarły
autor był świadkiem każdego z nich.

‒ 78 ‒

background image

Każdy, kto odwiedza bibliotekę, otrzymuje dwa takie liście. Na jednym wyryte jest nazwisko,

zawód, przebieg dotychczasowego życia oraz poprzednie wcielenie. Jeśli zawarte na nim infor-

macje są prawdziwe, wówczas osoba zajmująca się odczytywaniem ludzkich losów przynosi z
archiwum drugi z liści, na którym zapisano przyszłość przybysza. Wszystkie przyszłe wyda-

rzenia ‒ aż do chwili śmierci ‒ zebrano w przedziałach od dwu i pół do czterech lat.

Ten rodzaj przedstawiania przyszłości znany jest w Indiach pod nazwą „Brighu Santa”, od

imienia mędrca Brighu. Mówi się o nim, że rozwinął tę metodę po wielu latach medytacji w
trosce o losy swoich uczniów.

Sztuka   odczytywania   liści   palmowych   jest   rodzinną   tradycją,   przekazywaną   z   ojca   na

najstarszego z synów. W Bangalore odpowiedzialnym za zbiory palmowych liści Shuka-Nadi był

do tej pory Sri Shastri, zajmujący się jednocześnie sztuką odczytywania tych starotamilskich
zapisków.   W   bibliotece   należącej   do   jego   rodziny   znajduje   się   3665   tomów,   każdy   z   nich

zawiera 365 liści. Tradycja ta ma już ponad 5000 lat.

Niedawno otrzymałem z Indii wiadomość, że Sri Jyotishacarya Ramakrishna Shastri, odczy-

tujący w Bangalore liście palmowe, nie powrócił już ze stanu transu do swojego ziemskiego
istnienia.

Wszystkie niemal proroctwa dotyczące losu człowieka można by ostatecznie sprowadzić do

wspólnego   mianownika:   zbliża   się   przełom,   punkt   zwrotny   w   czasie.   Czekają   nas   istotne

zmiany. Złoty wiek bądź apokalipsa ‒ jak upadną kości rzucone przez Pana Boga?

‒ 79 ‒

background image

XI

Przełom czasów

„Nadchodzące czasy nie będą dla nas zaskoczeniem. Nie nadejdą znienacka jak za pstryk-

nięciem palców Pana Boga, które zapewnić by miało ogólny spokój.

Będziemy zmuszeni podporządkować sobie czasy: przemijające ‒ silą, pozostałe ‒ ufając

Bogu. Nasza rzeczywistość będzie czasem próby dla wszystkich; przedsmakiem tego, co przy-

niesie najbliższa przyszłość. Będzie to jeden z najtrudniejszych sprawdzianów duszy człowieka,
jego samego w wierze i niewierze, w nadziei i zwątpieniu. ‒ Na płaszczyźnie ogólnoludzkiej

realnym stanie się ów przełom duchowy, którego od dawna domagają się filozofowie i wybitni
ludzie   nauki   i   który   do   tej   pory   był   zupełnie   niemożliwy.   Przetrwają   jedynie   dostatecznie

dojrzali, o duszach oczyszczonych przejściem przez ziemski filtr, niczym zanieczyszczona woda
z jeziora, która w postaci kryształowo czystych kropli tryska ze staroindiańskich źródeł”, pisał

Gerd von Hassler w książce Der Menschen torichte Angst vor der Zukunft („Nierozsądne obawy
ludzi przed przyszłością”).

Ponieważ zdolność przystosowania się do życia w naszym świecie zależeć będzie także w

przyszłości od pozytywnego rozwoju nauk przyrodniczych, świat polityki powinien poświęcić

więcej   uwagi   oddziaływaniom   przyrodniczym   i   socjologicznym.   Ujmując   rzecz   dokładniej,
politycy wykorzystywali do tej pory osiągnięcia nauki, mając na uwadze głównie negatywne

cele ‒ przede  wszystkim w rozwoju technologii zbrojeniowej. Niestety naukowcom niewiele
udało się zdziałać dla osiągnięcia pokoju między ludźmi.

Przypomnijmy   sobie   choćby   wynalezienie   prochu.   Musieliśmy   czekać   cale   wieki,   aż   ktoś

wpadł na pomysł, by wykorzystywać go nie tylko w bitewnych starciach. Proch znalazł w końcu

dużo   bardziej   użyteczne   zastosowanie   w   urządzeniach   poprzedzających   silniki   spalinowe.
Podobnie rzecz się miała z energią atomową: zanim jeszcze rozpoczęto jakiekolwiek badania

nad jej zastosowaniem w warunkach pokojowych, uczyniono z niej straszliwą broń masowej
zagłady.   Nieudolność   i   żądza   władzy   doprowadziły   do   powstania   społeczeństwa   o   wyraźnie

materialistycznym   nastawieniu.   Jego   nierozważna,   wroga   środowisku   naturalnemu   polityka
uprzemysłowienia doprowadziła do degradacji obszarów zamieszkiwanych przez człowieka. Nie

należy się więc dziwić, że wielu ekspertów uważa ogólną katastrofę za nieuniknioną.

„Po katastrofie klimat się ociepli. W Bawarii rosnąć będą owoce południowe. Każdy będzie

mógł osiąść, gdzie mu się podoba i mieć tyle ziemi, ile tylko zapragnie. Świat przetrwał już
swój najgorszy czas ‒ zapanuje teraz wieczny pokój”. Taką wizję czasów po drugiej wojnie

światowej roztaczał urodzony w 1894 roku studniarz i prorok, Alois Irlmaier z Freilassing.

Praktycznie cały trud życia człowieka wiąże się z elementarnymi czynnikami decydującymi o

jego  istnieniu:   z   podtrzymaniem   gatunku,  walką   o   byt   i  ekspansją.   Im  ciężej  przychodziło
człowiekowi zaspokojenie podstawowych potrzeb, tym bardziej twórczy stawał się jego umysł.

Powstały   w   ten   sposób   skomplikowane,   hierarchiczne   systemy,   które   dzięki   ustanowieniu
pewnych praw i rytuałów zapewniały mu mniej lub bardziej skutecznie ciągłość gatunku. Wraz

z   liczebnym   wzrostem   populacji   nasiliła   się   jednak   rywalizacja   i   agresja   pomiędzy   ludźmi.
Problem ten stawał się coraz poważniejszy, w końcu więc stworzono system prawny. Przede

wszystkim ustanowiono prawo własności, prawo korzystania z zasobów wodnych oraz uregu-
lowano   stosunki   pomiędzy   wspólnotami.   Każdy   człowiek   podlegał   zatem   porządkowi   praw-

nemu.

Pomimo rosnącej ciągle liczby ludności dalecy jesteśmy od tego, by nazwać się „zjedno-

czoną ludzkością”. Wręcz przeciwnie, ciągle przecież obserwuje się upadki państw wywołane
konfliktami narodowościowymi. Nienawiść i krwawe walki są dziś na porządku dziennym. Za

sprawą kilku upartych polityków miliony ludzi cierpią straszliwy los.

Bez   wątpienia   jednak   wszyscy   rozsądnie   myślący   uważają,   że   należy   doprowadzić   do

zjednoczenia całej ludzkości. Również rodzące się w umyśle człowieka wyobrażenia transcen-
dentalne   powinny   obudzić   w   każdej   jednostce   oraz   grupie   ludzi   poczucie   wspólnoty.   Tym

bardziej więc dziwi fakt, iż  w rzeczywistości  jest zupełnie  inaczej.  Przyczyną takiego stanu
rzeczy   jest   prawdopodobnie   dążenie   każdej   społeczności   do   stworzenia   trwałej   hierarchii

wartości,   zapewniającej   jej   dalszy   rozwój.   To,   czy   hierarchia   ta   jest   wynikiem   przemyśleń

‒ 80 ‒

background image

transcendentalnych i nosi miano „etyki”, czy też uważa się ją za immanentne prawo rzeczy-
wistości ‒ nie ma w istocie znaczenia, gdyż wszystkie sposoby klasyfikacji wartości wynikające

z emocjonalnego myślenia są czysto subiektywnej natury.

Problematyka   ta   uwidocznia   się   zwłaszcza   w   teologii,   na   co   wskazuje   Hans   Albert   w

rozdziale „Teologia i idea podwójnej prawdy”, swojej książki pt. „Traktat o krytycznym rozu-
mie”: „Krótko mówiąc, reprezentanci teologii potrafią być krytyczni, a zarazem dogmatyczni:

krytyczni w sprawach, które nie są dla nich zbyt ważne, dogmatyczni zaś w tych, które mają
dla nich istotne znaczenie. W ten sposób powstało poparte metodycznymi zasadami zjawisko

dwusferowej metafizyki. Przydaje się ono wraz z ideą podwójnej prawdy w chronieniu pewnych
poglądów przed atakami krytyki. Stwarza się w ten sposób odosobniony obszar prawd niety-

kalnych.   W   jego   obrębie   «unieszkodliwić»   można   nawet   logikę   i   zaakceptować   oczywiste
sprzeczności, najczęściej nie zdając sobie nawet sprawy z absurdu i znaczenia takiego postępo-

wania (...). Zadanie, jakie spełnia zasada wolności sprzeciwu na korzyść «dialektycznego», jak
się   je   często   określa,   myślenia   ‒   zdaje   się   w   niektórych   przypadkach   nawet   wygodne,

powoduje to jednak, o czym wiemy, różne konsekwencje. Oznacza więc tym samym swego
rodzaju logiczną katastrofę, gdyż zawiera w sobie każdą sensowną argumentację”.

Znamienne i wręcz absurdalne zdają się w tym kontekście przykazania nowego „katechizmu

świata” ‒ podręcznika wiary i obyczajów Watykanu. Oto kilka fragmentów opublikowanej przez

Stern  ostatecznej wersji encykliki moralności noszącej tytuł  Veritatis splendor  („Blask praw-
dy”):   Płodzenie   i   wychowywanie   potomstwa   powinno   być   przez   katolików   rozumiane   jako

główny cel małżeństwa. Seksualność powinna natomiast być co najwyżej środkiem służącym
do osiągnięcia tego celu. Kościół uważa, że nawet w czasach wyżu demograficznego i AIDS

należy zabronić stosowania pigułek antykoncepcyjnych i prezerwatyw. A tak brzmi to dosłownie
w niezwykle zabawnym artykule zamieszczonym w Sternie (nr 25 z 1992 roku):

„Zwłaszcza ochota tworzenia oburza najwyższych rangą reprezentantów Kościoła. Katechizm

‒ autorstwa prefekta Kongregacji rzymskiej, kardynała Ratzingera ‒ formułuje to w sposób

następujący: osądzeni będą nie tylko ludzie, którzy uprawiają wolną miłość i nie mają z tego
powodu wyrzutów sumienia. Dotyczy to również par małżeńskich, którym zaleca się przestrze-

ganie   nowych   zasad.   Wzorem   godnym   naśladowania   jest   tu   postać   Tobiasza   ze   Starego
Testamentu, który modlił się do Stwórcy, zanim położył się ze swą żoną do łóżka (...). Do

tradycji   tej   nawiązuje   dalsza   część   Blasku   prawdy:   Człowiek,   istota   nieczysta,   odziedziczył
skłonność do popełniania grzechów po swoich prarodzicach, Adamie i Ewie, skuszonych przez

węża (...) Zostali za to ukarani wypędzeniem z raju. Każdy grzesznik potrzebuje zbawienia, a
Kościół posiada na nie monopol”. Czy ktoś jeszcze dziwi się, dlaczego owieczki podążają tak

licznie do Kościoła katolickiego? W samym tylko 1991 roku było ich ponad sto tysięcy.

Śledząc bezstronnie historię, łatwo można zauważyć, że to głównie wiara i związane z nią

dogmaty prowadzą do powstawania nieprzekraczalnych barier między różnymi wyznaniami. Im
bardziej fanatyczna jest jakaś społeczność religijna w swojej wierze, tym mniej w jej poczy-

naniach tolerancji. Nietolerancja nie prowadzi bynajmniej do przyjaźni, wywołuje natomiast
wrogość.

Zdarzenia z przeszłości jednoznacznie wskazują, że żaden z wielu dotychczasowych etycz-

nych   i   moralnych   systemów   wartości   nie   zdołał   się   dłużej   utrzymać.   Powodem   tego   jest

przypuszczalnie niemożność dostosowania do siebie hierarchii wartości większych lub mniej-
szych społeczności. Dlatego też nie sposób znaleźć kompromisu, który stałby się fundamentem

większych wspólnot religijnych. Nawet w tak tolerancyjnym państwie jak Imperium Rzymskie
nie   znajdowano   wspólnego  mianownika   dla   pryncypiów  rozmaitych  etyk  i   ich   konsekwencji

moralnych. Przyczyn zmierzchu imperium należy upatrywać w głównej mierze w rozpadzie jego
wewnętrznego   porządku.   Czynnik   zbawienia   stanowił   więc   coraz   silniejszą   opozycję   wobec

obowiązujących w Cesarstwie Rzymskim zasad moralnych. Stwarzało ją także chrześcijaństwo,
gdyż ze względu na swą etykę i posłannictwo zbawienia od samego początku sprzeciwiało się

rzymskiemu światopoglądowi. Rzucone tutaj ziarno rewolucji rozwinęło się szczególnie mocno
wśród niewolników, przede wszystkim zaś w społecznościach orientalnych, które wykształciły

przeciwstawne systemy wartości.

Historia odnotowała jednak, że w ciągu stuleci ogromne obszary wpływów chrześcijaństwa

również uległy innym wzorcom etycznym. Stratę ową powetowano szybko w nowo odkrytych
państwach, w których chrześcijaństwo zastąpiło dominujące tam dotąd systemy etyki. Doty-

czyło to głównie Ameryki Środkowej i Południowej. Proces chrystianizacji przebiegał tu brutal-
nie,   używano   przemocy   i   broni,   mordowano   ludzi,   nierzadko   z   chciwości   i   chęci   zdobycia

większej władzy.

Żadna religia nie może uważać się za jedynie prawdziwą i nazywać inne fałszywymi. Ich

wspólnym źródłem są bowiem transcendentalne mity o stworzeniu świata oraz ich następstwa.

‒ 81 ‒

background image

Ponieważ   jednak   żadna   instancja   nadrzędna   nie   potrafi   wyjaśnić,   co   w   tych   religiach   jest
prawdą, wszyscy odwołują się do takich samych autorytetów, czyli do czczonych przez siebie

bóstw. W żadnym wypadku nie stanowi to jednak dowodu ich prawdziwości. Ponieważ funda-
ment etyczny wszystkich religii opiera się oprócz tego na czysto subiektywnych wyobrażeniach,

które  nie  mają najmniejszego  związku  z rzeczywistością  ‒ żadne  z  tych  wierzeń nie  może
zjednoczyć   ludzkości.   Wiadomo   przecież,   że   historia   istnienia   człowieka   składa   się   z   ciągu

krwawych epizodów. Religie niestety nie uczyniły niczego, by temu zapobiec. Przeciwnie: to
właśnie one były często i są ‒ ciągle jeszcze ‒ przyczyną przemocy i śmierci.

Rzekomo  miłująca pokój esseńska sekta, z której wzięło  swój początek chrześcijaństwo,

nakazywała nienawidzić wrogów i zgładzać ich mieczem. Tego w każdym razie dowiadujemy się

ze   zwojów   pism   esseńskich   odnalezionych   w   jednej   z   grot   na   zachodnim   wybrzeżu   Morza
Martwego niedaleko Chirbet Qumran.„Do najbardziej rozpowszechnionych bajek naszych cza-

sów należy twierdzenie, że decyzje podejmowane przez rządy zależą od dostępnych informacji
i   służą   najwyższemu   dobru   człowieka.   W   rzeczywistości   jednak   sprawy   mają   się   zupełnie

inaczej. Kiedy podejmowane są ważne decyzje, dotyczące najczęściej spraw ekonomicznych
lub politycznych, dla potwierdzenia ich słuszności zasięga się dodatkowych informacji. Tak więc

system informacyjny służy nie jako pomoc w podejmowaniu decyzji, lecz jako środek później-
szego ich usprawiedliwiania”, konkluduje sarkastycznie harwardzki profesor i laureat Nagrody

Nobla, George Wald (Raum & Zeit, nr 52 z 1991 roku).

Przez swoją krótkowzroczność i chęć posiadania władzy politycy zdołali wpoić społeczeństwu

skrajnie materialistyczny światopogląd, który wskutek bezwzględnej, nieekologicznej polityki
nadmiernego uprzemysłowienia z całą pewnością wpływa niszcząco na środowisko człowieka.

Jest całkiem zrozumiałe, że wielu polityków stara się tego nie dostrzegać. Nawet jeśli niektórzy
z nich uwzględniają w swoich przemyśleniach wyniki naukowych badań nad naszym środo-

wiskiem i jakością życia, to jest już o parę lat za późno.

Politycy wyobrażają sobie, że ich „kunszt polityczny” to rodzaj magicznej czy transcenden-

talnej sztuki, wywodzącej się z „apriorycznego daru” politycznego myślenia. Przy takim nasta-
wieniu nie sposób czegokolwiek zmienić, nawet jeśli uwzględni się naukę i takie jej metody jak

np. przetwarzanie danych. Idiotyzm bowiem, nawet przetworzony przez komputery, pozostanie
nadal idiotyzmem.

Rozwój   technologii   komputerowej   stwarza   jednak   niemal   niewyobrażalne   perspektywy.

Cyberprzestrzeń   umożliwia   dostęp   do   wirtualnej   rzeczywistości   bądź   wirtualnych   światów.

Wirtualność oznacza, że coś istnieje jedynie pozornie. „Widzimy wirtualną rzeczywistość jako
rzeczywistość   poszerzoną,   jako   możliwość   zdobywania   przez   wszystkich   ludzi   wspólnych

doświadczeń  w  rzeczywistości   alternatywnej”,   twierdzi   pionier   w  dziedzinie   cyberprzestrzeni
Jaron Lanier.

Poszukiwacz przygód, wyposażony w hełm, specjalne okulary noszące nazwę „Eyephone” i

okablowaną rękawicę, zagłębia się w trójwymiarowym, wirtualnym świecie. Rękawicą wydaje

komputerowi rozkazy.

Podłączone   do   komputera   okulary   wyposażone   są   w   słuchawki   stereofoniczne   i   dwa

miniaturowe   ekrany.   Są   one   o   wiele   bardziej   złożone   niż   odbiorniki   telewizyjne   w   naszych
domach.   Wokół   odizolowanego   od   świata   zewnętrznego   poszukiwacza   przygód   w   świecie

cyberprzestrzeni, pojawia się iluzoryczny scenariusz stworzony przez komputer o szczególnie
dużej mocy obliczeniowej. Rękawica nie tylko przekazuje polecenia do komputera, ale potrafi

ponadto   chwytać   wyimaginowane   przedmioty   i   manipulować   nimi.   Jeżeli   zegniemy   palec,
jednym z niezliczonych kabli z włókna szklanego, znajdujących się wokół nadgarstka, zostanie

wysłany impuls świetlny. Na podstawie danych, jakie przesyłane są od światłoczułych czuj-
ników   na   końcach   przewodów   do   komputera,   potrafi   on   obliczyć   położenie   ręki   i   wykonać

odpowiednie polecenia.

Technologia   cyberprzestrzeni   umożliwia   prawie   każdą   symulację:   budowli   dla   potrzeb

architektów, organizmów dla potrzeb lekarzy, molekuł dla chemika, który może je obracać za
pomocą   rękawicy.   Dla   potrzeb   geologa   możliwa   jest   symulacja   trzęsienia   ziemi   ‒   dla

cybernauty   natomiast   ‒   pejzaży   istniejących   na   Marsie,   wraz   z   jego   kamiennym   obliczem,
które  można  wirtualnie   zbadać.  Nie   powinniśmy  więc  być  zaskoczeni,   gdy  również   politycy

zaczną wykorzystywać potencjał pozornej rzeczywistości.

Bez   wątpienia   możliwości,   jakie   oferuje   nam   cyberprzestrzeń   przenikną   w   głąb   naszego

życia   codziennego   ‒   znajdą   zastosowanie   w  pracy,   szkole   i  rozrywce.   „Im   bardziej   kultura
będzie symulatywna, tym bardziej «rzeczywistość» stawać się będzie szczególnym przypad-

kiem symulacji. Nasza kultura stanie się przez to kulturą wirtualną. Jednoznaczna, tradycyjna
rzeczywistość zmieni się w hiperrzeczywistość: każdy, kto ma w swojej głowie wiele światów

do   wyboru,   najłatwiej   dojdzie   do   ładu   z   naszym   światem”,   twierdzi   Gerd   Gerken   w

‒ 82 ‒

background image

„Wykrywaczu trendów”.

Atlantyda nie zaginęła, powstanie w roku 2000! Na kanaryjskiej wyspie Teneryfa, z dala od

turystycznych centrów, rośnie miasto przyszłości ‒ „Atlantyda 2000”. Ma to być miejsce, w
którym energiczni i twórczy ludzie będą mogli przyczynić się do przetrwania ludzkości. W tym

samym   czasie   przebywać   tu   mają   wybitne   osobistości   ze   świata   kultury,   nauki   i   polityki,
prowadząc prace, badania oraz pielęgnując kontakty, dzięki którym mogliby pozytywnie wpły-

wać na swoje otoczenie.

„Aby   umożliwić   przetrwanie   gatunku   ludzkiego   w   następnym   tysiącleciu,   konieczna   jest

wielka idea i z całą pewnością nowy system wartości etycznych. Abyśmy mogli zbliżyć się do
osiągnięcia   tego   celu,   corocznie   Atlantyda   skupiać   powinna   na   kilka   tygodni   artystów   i

polityków, czołowych menedżerów i naukowców, jednym słowem: najbardziej twórcze siły ze
wszystkich   dziedzin   życia   społecznego.   Ich   zadaniem   byłoby   stworzenie   ‒   na   poziomie

interdyscyplinarnym oraz ogólnym ‒ alternatywy dla naszej przestarzałej formy życia. Forum
to   miałoby   zwrócić   uwagę   na   tak   palące   tematy   jak:   alkoholizm   i   narkomania,     problemy

Trzeciego   Świata,   rozprzestrzenianie  się   chorób   psychosomatycznych i charakterystyczna
dla naszych czasów, powszechna brutalność ‒ a nawet chybione projekty technologiczne  ‒

łącznie ze zbrojeniami ‒ oraz kryzys estetyczny w krajach wysoko uprzemysłowionych...

Atlantyda   powinna   uświadomić   jednostkom,   grupom   i   instytucjom   konieczność   humani-

tarnych   działań   opartych   na   pogłębianej   ciągle   wiedzy   o   człowieku”,   mówi   mieszkający   w
Stuttgarcie Hans Jurgen Müller, który wraz z żoną Helgą zainicjował projekt „Atlantyda 2000”.

Ci   wszyscy,   którzy   postanowili   walczyć   o   nowe   systemy   wartości   socjalnych   i   humanis-

tycznych,   czują   się   zobligowani,   by   postawić   człowieka   w   centrum   uwagi.   Innymi   słowy:

gospodarka   i   technika   muszą   być   podporządkowane   potrzebom   człowieka.   Nieludzkim   jest
pragnienie narzucenia ogółowi społeczeństwa, żyjącemu ze świadomością istnienia postępo-

wych   idei   ‒   porządków   degradujących   człowieka   jedynie   do   roli   dobrze   funkcjonującego
automatu, pasującego bez problemów w polityczne tryby.

W interesie reprezentantów nauki i techniki nie może leżeć dążenie do zniszczenia uczucio-

wego życia człowieka wraz z jego ogromnym potencjałem. Przeczyłoby to wszelkim zasadom

postępowania, jakimi powinna kierować się nauka. Dziś wszakże przyrodoznawcy udowodnili,
że człowiek pozbawiony harmonijnego życia duchowego jest stracony.

Warunkiem przetrwania naszej cywilizacji jest metamyślenie ‒ synteza rozumu i uczucia,

wiedzy   i   wiary;   a   więc   myślenie   holistyczne,   oparte   o   wiedzę,   uczucie   oraz   świadomość

odpowiedzialności za całość stworzenia. Jesteśmy zobowiązani wziąć swój los we własne ręce i
sprawić, by Bóg rzucał kośćmi z korzyścią dla nas.

‒ 83 ‒

background image

Objaśnienia niektórych terminów

Antymateria  ‒ nie występująca na Ziemi materia, w której wszystkie cząstki elementarne
mają   ładunki   o   znaku   przeciwnym   do   znaku   normalnego.   I   tak   na   przykład   jądra   antylitu

składałyby się z trzech antyprotonów o ładunku ujemnym i trzech do pięciu antyneutronów.
Dla każdej cząsteczki istnieje hipotetyczna antycząsteczka. Wyjątek stanowią cząstki całko-

wicie neutralne, takie jak foton i mezon, które są tożsame ze swoimi antycząstkami. Anty-
materia   składa   się   z   antyprotonów,   antyneutronów   i   antyelektronów,   czyli   pozytonów.   W

zetknięciu z materią antymateria ulega anihilacji.
Astralna podróż ‒ stan, w którym tzw. „drugie ciało” opuszcza cielesną powłokę, by w pełni
świadomie przenieść się w inne miejsce i czas.
Astrofizyka ‒ nowoczesny dział astronomii zajmujący się badaniem fizykochemicznych właści-

wości obiektów kosmicznych.
Atraktor dziwny  (strange attractor) ‒ struktura geometryczna w przestrzeni stanów układu
dynamicznego. Układ zaczynający ewolucje w pobliżu dziwnego atraktora po pewnym czasie

osiąga go i przebywa w nim przez bardzo długi okres. Geometryczny wymiar atraktora jest
mniejszy niż wymiar całej przestrzeni stanów, w której znajduje się atraktor.
Automatyczne pisanie  ‒ podświadome sporządzanie notatek przez osobę znajdującą się w

transie hipnotycznym.
Biała dziura ‒ jest „drugą stroną” czarnej dziury i w przeciwieństwie do niej wypycha materię
i energię, zamiast ją pochłaniać, stanowiąc niejako „kosmiczny gejzer”. Czarne i białe dziury

uważa się za punkty krańcowe mostów Einsteina-Rosena.
Chaos deterministyczny ‒ jest to określenie na nieregularne zachowanie nieliniowego ukła-
du,   którego   ewolucja   czasowa   jest   deterministyczna   i   jednoznacznie   opisywalna   z   pomocą

równań matematycznych. Rozwiązań tych nie można podać w analitycznej, skończonej formie i
dlatego nie można dokładnie podać przyszłych i przeszłych stanów. Stany układu zależą od

warunków początkowych, a ewolucja czasowa dwóch blisko położonych stanów rozchodzi się
eksponencjalnie.   Wysoka   czułość   ewolucji   czasowej   na   warunki   początkowe   oraz   błędy

pomiarów i przybliżone wyniki obliczeń ‒ zakłócają przewidywanie zachowania chaotycznego
układu w sposób deterministyczny.
Chiralność  ‒ inaczej dyssymetria; określenie nieidentyczności przestrzennej budowy natury.

Wszystkie podstawowe teorie cząsteczek elementarnych superstrings muszą uwzględniać zja-
wisko chiralności.
Czarna dziura ‒ ciało niebieskie, które zapadło się w siebie, osiągając nieskończoną gęstość i

najprawdopodobniej znikając z naszego wszechświata. Pozostaje po nim wir grawitacyjny. W
obrębie czarnej dziury zburzona zostaje struktura czasoprzestrzeni. Znikająca w niej materia

pojawia się przypuszczalnie w innym rejonie naszego wszechświata, w tak zwanej białej dziu-
rze. Niektórzy naukowcy sądzą, iż białymi dziurami mogą być kwazary.
Czas połowicznego rozpadu ‒ inaczej: okres półrozpadu, czas, w którym aktywność promie-

niotwórczego nuklidy zmniejsza się do połowy wartości początkowej.
Częstotliwość ‒ stosunek liczby drgań do czasu ich trwania.
Determinizm ‒ pogląd uznający zasadę prawidłowości, przyczynowego uwarunkowania wszel-
kich   zjawisk   w   przyrodzie,   możliwość   jednoznacznego   i   ostatecznego   ustalenia   zachowania

systemów w przyszłości i przeszłości. Rozkwit determinizmu jako następstwa rosnącego zainte-
resowania   mechaniką   Newtonowską,   opisującą   nieożywione   zjawiska   natury,   przypadł   na

przełom XVIII i XIX wieku.
Dualizm korpuskularnofalowy ‒ dwoistość w opisie zjawisk wynikająca z własności korpus-
kularnych (kwantowych) i falowych materii.
Dylatacja czasu ‒ zgodnie ze szczególną teorią względności i transformacją Lorentza pojęcie

to oznacza rozciągnięcie czasu (por. paradoks zegarowy).

‒ 84 ‒

background image

Einsteina-Rosena   most  ‒   bezpośrednie   połączenie   pomiędzy   dwiema   częściami   wszech-
świata, czyli między czarną dziurą i odpowiadającą jej białą dziurą. Einstein i Rosen po raz

pierwszy opisali takie mosty w 1935 roku, następnie istnienie ich potwierdzili również inni teo-
retycy.
ESP (extra sensual perception) ‒ postrzeganie pozazmysłowe.
Fraktal  ‒   struktura   geometryczna,   której   wymiar   ma   wartość   niecałkowitą.   Gdy   strukturę

wyobrazimy sobie poprzez bardzo wiele punktów w przestrzeni n-wymiarowej i w jeden punkt
struktury ułożymy kulę to liczba punktów wewnątrz kuli zwiększa się z odpowiednią potęgą

średnicy kuli. Gdy opisujący tę skalizację wykładnik jest dla wszystkich punktów taki sam i
nieułamkowy, to nazywamy taką strukturę prostym fraktalem. Wartość wykładnika jest wtedy

równa rozmiarom fraktalu. Gdy wykładnik jest dla różnych punktów inny i ułamkowy, to struk-
turę taką nazywamy multifraktalem.
Friedmanna model ‒ matematyczny model czasoprzestrzennej struktury wszechświata, opie-

rający się na założeniach ogólnej teorii względności i stałej kosmologicznej.
Geometrodynamika  ‒ stworzona przez Johna A. Wheelera geometria zakrzywionej czaso-
przestrzeni będąca połączeniem mechaniki kwantowej oraz ogólnej teorii względności
Geon ‒ kwant przestrzeni w geometrodynamice Johna A. Wheelera.
Grawitacja ‒ własność czasoprzestrzeni będąca pochodną masy obiektu.
Grawitacyjna stała ‒ zasadnicza stała w Newtonowskiej i Einsteinowskiej teorii grawitacji.
Grawitacyjne fale  ‒ fale wywołane zaburzeniami pola grawitacyjnego, na przykład poprzez

zmianę   położenia   masy   lub   zmianę   jej   gęstości.   Istnienie   fal   grawitacyjnych,   dowiedzione
teoretycznie   przez   Einsteina   w   równaniach   pola,   potwierdzono   z   dużą   dozą   pewności   na

podstawie eksperymentów prowadzonych w USA w latach siedemdziesiątych przez profesora J.
Webera.
HCP  ‒  Hemispheric   consensus   profile   test  ‒   test,   za   pomocą   którego   można   stwierdzić

indywidualne zdolności prognostyczne.
Heisenberga   zasada   nieoznaczoności  ‒   podstawowa   zasada   nowoczesnej   fizyki,   według
której   nie   można   równocześnie   zmierzyć   położenia   i   prędkości,   a   mówiąc   dokładniej:

pobudzenia cząstek, gdyż oprócz natury korpuskularnej mają one również naturę falową.
Hipnoza  ‒   wywołany   sugestią,   podobny   do   snu   stan,   w   którym   osoba   zahipnotyzowana
wypełnia polecenia niesprzeczne z jej zasadami.
Holizm  (gr.  holos  ‒ cały) ‒ teoria profesora S. Mosera, według której świat stanowi całość

złożoną z całości niższego rzędu. Wszelkie zjawiska psychiczne, biologiczne i fizyczne tworzą
hierarchiczny układ powstały z całości uniwersalnej.
Hologram ‒ zasada hologramu polega na tym, że na podstawie fragmentu zarejestrowanego

obrazu możliwa jest reprodukcja całości. Tutaj: trójwymiarowy układ oddziałujący w przes-
trzeni; projekcja materii.
Horyzont   zdarzeń  ‒   w   makrokosmosie:   otoczenie   kosmicznej   czarnej   dziury   ‒   obszar,   z

którego   nie   sposób   nawiązać   jakiegokolwiek   kontaktu   ze   światem   zewnętrznym,   ponieważ
prędkość ucieczki jest przypuszczalnie wyższa od prędkości światła. Wirujące czarne dziury

mają dwa horyzonty zdarzeń: zewnętrzny i wewnętrzny. Wynika stąd, że system łączący czar-
ną dziurę z białą ‒ zwany również mostem Einsteina-Rosena ‒ ma cztery horyzonty zdarzeń. W

mikrokosmosie: brzegowe obszary wirujących czarnych i białych minidziur, analogicznych do
występujących w makrokosmosie.
Inflacja chaotyczna ‒ jedna z nowszych teorii kosmologicznych, według której nasz wszech-

świat, obok wielu innych, powstał w chaotycznym nieporządku wskutek rozszerzenia inflacyj-
nego z czegoś w rodzaju wzburzonej „czasoprzestrzennej piany”.
Interpretacja wielu światów mechaniki kwantowej ‒ teoria przedstawiona w roku 1957

przez profesora fizyki Hugh Everetta III z Princeton University w New Jersey oraz Johna A.
Wheelera. Potwierdza ona jednoznacznie istnienie praktycznie nieskończonej ilości ortogonal-

nych światów (równoległych światów lub rzeczywistości).
Kałuży-Kleina teoria ‒ wczesna próba ujednolicenia ogólnej teorii względności i elektroma-
gnetyzmu poprzez wprowadzenie pięciu wymiarów. Pole elektromagnetyczne powstaje na sku-

‒ 85 ‒

background image

tek zwiększenia lub zmniejszenia liczby wymiarów dodatkowych. W okresie gdy zaczęto two-
rzyć   wielowymiarowe   teorie,   takie   jak   np.   teoria   superstring,   myśl   Kałuży-Kleina   stała   się

ponownie popularna.
Kocha krzywa  ‒ jest zamkniętą w sobie krzywą fraktalną. Ma skończoną objętość, lecz jej
długość   jest   nieskończona.   Krzywa   ta   jest   tożsama,   co   oznacza,   że   nie   zmienia   swojego

wyglądu bez względu na jej powiększenie.
Kompaktyfikacja ‒ „zwinięcie” sześciu z dziesięciu wymiarów teorii superstun.
Kosmiczne struny  ‒  strings  ‒ niektóre z nowoczesnych teorii kosmologicznych wychodzą z
założenia, iż w momencie stworzenia powstają granice pomiędzy różnymi regionami wszech-

świata.   Te   niewiarygodnie   cienkie   struny   o   dużej   masie   i   długości   wielu   lat   świetlnych
przetrwały do dzisiaj i noszą nazwę „kosmicznych strun”.
Kosmologia  ‒ dział astronomii zajmujący się badaniem fizycznej i matematycznej struktury

wszechświata jako całości.
Kosmologiczna stała ‒ ogólna teoria względności Einsteina dopuszcza możliwość zakrzywie-
nia czasoprzestrzeni również w pustym wszechświecie. Jego wielkość określa się za pomocą

stałej kosmologicznej. Najnowsze badania wykazały, iż jej wartość jest równa zeru, jednak nikt
nie wie, dlaczego tak się dzieje.
Kwant  ‒ najmniejsza porcja energii, jaka podczas procesów mikro-fizycznych może  być w

całości wchłonięta bądź oddana przez atom.
Kwantowa geometrodynamika  ‒ geometria zakrzywionej czasoprzestrzeni na powierzchni
kwantów. Model geometrodynamiki Heima obejmuje sześć wymiarów (cztery czasoprzestrzen-

ne i dwa tak zwane trans-koordynaty)
Kwantowa mechanika ‒ mechanika cząstek atomowych uwzględniająca korpuskularną i falo-
wą naturę elektronów. W równaniach ruchu mechaniki kwantowej energię, pęd i współrzędne

położenia   zastępuje   się   macierzami   lub   układami   równań   różniczkowych.   Z   ich   rozwiązań
można z kolei wyprowadzić wielkości obserwowalne, takie jak na przykład gęstość ładunku.

Heisenbergowska zasada nieoznaczoności ma tu podstawowe znaczenie.
Kwantowe przejście ‒ spontaniczne (skokowe) przejście elektronów od ich stanu początko-
wego do końcowego bez przybierania przez nie stanów pośrednich; ich skoki odbywają się z

jednego na drugi poziom energii z pominięciem faz przejściowych (nie należy jednak rozumieć
tego w sensie dosłownym).
Kwantów   teoria  ‒   teoria   opisująca   zjawiska   fizyczne,   w   których   ujawnia   się   nieciągłość

energii powstającej skokowo, porcjami.
Lorentza   kontrakcja  ‒   przyjęte   przez   Lorentza,   początkowo   w celu  wyjaśnienia  doświad-
czenia Michelsona, skrócenie (kontrakcja) poruszających się ciał wzdłuż kierunku ich ruchu.

Objawia się dopiero w prędkościach relatywistycznych.
Lorentza   transformacja  ‒   układ   równań   służący   do   przeliczania   współrzędnych   przes-
trzenno-czasowych intercjalnego układu odniesienia na współrzędne drugiego układu, porusza-

jącego się względem pierwszego ruchem jednostajnym. Na transformacji Lorentza opiera się
szczególna teoria względności.
Multiwersum ‒ według niektórych teorii nasz wszechświat jest gigantycznym bąblem czaso-

przestrzennym, który powstał około 20 miliardów lat temu wraz z niezliczoną liczbą innych
wszechświatów.
Nieliniowość  ‒ nieliniowym nazywamy system, który po wprowadzeniu zmiany któregoś z

parametrów ‒ na skutek zakłócenia lub fluktuacji reaguje inaczej niż bezpośrednio  propor-
cjonalnie. W naturze praktycznie wszystkie zjawiska mają charakter nieliniowy.
Osobliwość  ‒ matematyczny środek czarnej dziury, gdzie jej wielkość jest praktycznie nie-

skończona.
Paradoks zegarowy  ‒ jest to paradoks, jaki zaobserwować można, korzystając z ogólnej
teorii względności. Po powrocie na ziemię członkowie załogi statku kosmicznego poruszającego

się z prędkością bliską prędkości światła byliby młodsi niż ludzie pozostali na Ziemi.
Parapsychologia ‒ nauka zajmująca się badaniem faktów, których nie daje się wytłumaczyć
metodami psychologii klasycznej (telepatia, psychokineza itp.)

‒ 86 ‒

background image

Plancka długość ‒ wartość graniczna, w której przestaje przypuszczalnie obowiązywać przy-
jęte wyobrażenie czasoprzestrzeni.
Podświadomość  ‒  warstwa  psychiki  znajdująca  się  poniżej świadomości refleksyjnej  i  nie

podlegająca naszej kontroli.
Pola teoria, jednolita ‒ rozwijając swoją ogólną teorię względności, Albert Einstein próbował
opisać pola elektryczne, magnetyczne i grawitacyjne z jednolitego punktu widzenia.
Pole ‒ podstawowe pojęcie służące do opisu stanów i oddziaływań w przestrzeni.
Pole morfogenetyczne ‒ hipotetyczna siła pola odpowiedzialna za rozwój i regenerację formy

i postaci organizmów.
Prekognicja ‒ przewidywanie przyszłości na podstawie postrzegania pozazmysłowego.
Przestrzenna   ściana   geonów  ‒   profesor   John   A.   Wheeler   porównuje   nasz   wszechświat
między innymi do wieńca, na którego mocnej, zakrzywionej powierzchni, tak zwanej przes-

trzennej ścianie geonów, osadzone są gwiazdy i galaktyki; wewnętrzny otwór pośrodku wieńca
symbolizuje poza-czasową hiperprzestrzeń.
Przestrzenno-czasowe współrzędne  ‒ czterowymiarowa forma przedstawiania zdarzeń w

czasoprzestrzeni.
Przestrzeń   Calibi-Ya'u  ‒   sześciowymiarowa   przestrzeń   powstająca   ‒   jak   się   zakłada   ‒
wówczas gdy dziesięciowymiarowa przestrzeń teorii Superstrings ulega redukcji o cztery wy-

miary. Ma ona związek z przestrzenią Orbifold.
Przyczynowość  ‒ kauzalność (lat.  causa  ‒ powód, przyczyna) ‒ łączy wszelkie zdarzenia w
prawidłowy łańcuch przyczynowo-skutkowy. Zasada przyczynowości głosi: nie ma skutku bez

przyczyny.
Przyczynowo-skutkowy związek lub zasada  ‒ zasada fizyczna opierająca się na powią-
zaniu przyczyny ze skutkiem. Na temat wielkości przestrzennych i czasowych możliwe są w

mechanice   kwantowej   jedynie   wypowiedzi   statystyczne.   Ponieważ   w   mikrofizyce   wszystko
zależy od rodzaju prowadzonych obserwacji, stwierdzenia dotyczące przyczynowości są z zasa-

dy niemożliwe.
Przypadek ‒ zdarzenie nazywamy przypadkowym, gdy mogą zaistnieć różne zdarzenia, a nie
ma między nimi żadnego związku. Nie można więc wcześniej przewidzieć, które ze zdarzeń

nastąpi w najbliższym czasie.
Przyrost   masy  ‒   postulowany   przez   teorię   względności   i   potwierdzony   eksperymentalnie
wzrost masy obiektu poruszającego się z dużą prędkością.
Regresja hipnotyczna ‒ powrót osoby zahipnotyzowanej do poprzednich wcieleń.
Reinkarnacja ‒ wędrówka dusz, metempsychoza. Wiara w reinkarnację mówi o istnieniu życia

po śmierci poprzez ponowne odradzanie się pod inną postacią.
Rezonans  ‒   zjawisko   polegające   na   wzroście   amplitudy   drgań   układu   na   skutek   drgań   z
zewnątrz.  Wzrost   amplitudy   tych   drgań   jest   szczególnie   widoczny,   gdy   częstotliwość   drgań

zewnętrznych równa jest częstotliwości drgań własnych układu.
Samoorganizacja  ‒   cecha,   której   wynikiem   jest   powstawanie   w   jakimś   okresie   struktur
tworzących się bez bezpośredniego przymusu z zewnątrz. Przykładem może być wzór reakcji

chemicznej lub powstawanie życia.
Schwarzschilda promień ‒ horyzont zdarzeń czarnej dziury.
Sen świadomy  ‒ faza snu, kiedy osoba śpiąca wie o tym, że może wpływać na przebieg
marzeń sennych.
Strun teoria  ‒ wcześniejsze przekonanie  o tym, iż cząsteczki elementarne określić można

jako rozciągnięte obiekty jednowymiarowe nosiło nazwę teorii strun (strings). Ponieważ końce
strun kręcą się z prędkością światła, nazywa się je również strunami światła. Późniejsze próby

wciągnięcia fermionow spin 1/2 do tej teorii doprowadziły do powstania określenia „spinning”
strings   ‒   „wirujące”   struny.   Struny,   które   są   supersymetryczne   noszą   nazwę   superstrun.

Heteroteliczne struny łączą ze sobą dwa obszary o odmiennej wymiarowości. Pojęcie: struna
służy jako określenie gatunku dla wszystkich tych reguł, łącznie z superstrings.
Superprzestrzeń  ‒ nadprzestrzeń, postulowany przez amerykańskiego profesora astrofizyki

‒ 87 ‒

background image

Johna A. Wheelera wszechświat, który istnieje tuż obok naszego wszechświata, ale rządzi się
całkowicie innymi prawami fizycznymi. Czas i przestrzeń tracą w nim jakiekolwiek znaczenie.
Tachion  ‒ hipotetyczna cząstka elementarna poruszająca się z prędkością większą od pręd-

kości światła.
Telepatia  ‒ przekazywanie myśli, czyli odbieranie wrażeń przekazywanych przez inny umysł
bez udziału narządów zmysłu.
Tożsamość  (samopodobieństwo)   ‒   cecha   struktury   polegająca   na   wykazywaniu   przez   nią

ciągle takich samych cech beż względu na wielkość powiększenia. Przykładem tożsamości w
naturze są drzewa, których konary rozgałęziają się z pnia, następnie na gałęzie, gałęzie mają

małe gałązki i tak dalej. W matematyce istnieje wiele przykładów struktur tożsamych, które
mają wszystkie wymiary fraktalne.
Twistor ‒ obiekt pozbawiony masy, mający jednak impuls liniowy oraz impuls obrotowy. Moż-

na powiedzieć, że jest on parą spinorów. Twistory stanowią współrzędne przestrzeni twistorów,
ale   mają   również   geometryczne   odnośniki   w   czasoprzestrzeni.   Twistory,   których   skrętność

wynosi zero, odpowiadają liniom zerowym, natomiast ogólniejsze twistory stanowią kongru-
encje linii zerowych.
Unifikacja wielka ‒ próba ujednolicenia wszystkich zjawisk w naturze. Po tym, jak udało się

połączyć siłę elektrosłabą z oddziaływaniem silnym (siły kolorowe łączące kwarki), spróbowano
dołączyć do nich również  siły grawitacji. Problemy, jakie z tego wynikły, sprawiły, iż teorię

wielkiej unifikacji zastąpiono teorią superstrun (teorią superstrings).Wymiar ‒ wyrażenie danej
wielkości za pomocą wielkości podstawowych w postaci iloczynu oznaczeń wielkości podstawo-

wych w potęgach.
Względności   teoria,   ogólna  ‒   stworzona   przez   Alberta   Einsteina   teoria,   zgodnie   z   którą
grawitacja powstaje na skutek zakrzywienia kontinuum czasoprzestrzeni.
Względności teoria, szczególna ‒ opublikowana w roku 1905 przez Alberta Einsteina kon-

cepcja   dotycząca   czasu   i   przestrzeni.   Wynika   z   niej,   że   prędkość   światła   nie   zależy   od
prędkości, z jaką porusza się jego źródło lub obserwator. Jest ona zawsze stała i nigdy nie

przekracza 300.000 kilometrów na sekundę. Systemy, w których inne cząsteczki poruszają się
z prędkością równą prędkości światła, nazywa się relatywistycznymi i należy je rozpatrywać

według zasad szczególnej teorii względności, a nie mechaniki klasycznej.

‒ 88 ‒

background image

Bibliografia

I. Nic nikomu nie jest pisane

Lawrence T. E.: „Siedem filarów mądrości”, Warszawa 1971.

Loye D.: Gehim, Geist und Vision, Basel 1986.
Talbot M.: Das holographische Universum, München 1992.

Czasopisma:

Beloff J., Evans L.: A Radioactivity Test for PKJournal of the Society for Psychical Research,

1961, nr 41.
Bohm D., Bub J.: A Proposed Solution for Measurement Problem in Quantum Mechanics by

a Hidden Variable TheoryReviews of Modern Physics, 1966, nr 38.
Chauvin   R.,   Genthen   J.:  Psychokinetische   Experimente   mit   Uranium   und   Geigerzahler,

Zeitschrift für Parapsychologie und Genzgebiete der Psychologie”, 1965, nr 8.
Radin D. I., May E. C, Thompson M. J.: Psi Experiments with Random Number Generators,

Proceedings of the Parapsychology Association Convention, 1985, nr 1.
Rhine L. E., Rhine J. B.: The Psychokinetic EffectJournal of Parapsychology, 1943, nr 7.

Schmidt H.:  Quantum-mechanical Random-Number Generator,  Journal of Applied Physics,
1970, nr 41.

Schmidt H.: Mentol Influence on Random EventsNew Scientist and Science Journal, 1971,
nr 6.

Schmidt H.:  Comparison of PK on two Different Random Number Generators,  Journal of
Parapsychology
, 1974, nr 38.

Schmidt H.:  PK Effect on Pre-recorded Targets,  The Journal of the American Society for
Psychical Research
”, 1976, nr 70.

Schmidt H.: Can an Effect Precede its Cause?Foundations of Physics, 1981, nr 8.
Schmidt   H.:  Addition   Effect   for   PK   on   Pre-recorded   Targets,  Journal   of  Parapsychology,

1985, nr 49.
Schmidt H.: The Strange Properties of PsychokinesisJournal of Scientific Exploration, 1987,

nr 2.
Schmidt   H.,   Morris   R.,   Rudolph   L.:  Channneling   Eyidence   for   a   Psychokinetik   Effect   to

Independent ObserversJournal of Parapsychology, 1986, nr 50.
Walker   J.   A.,   Feynman   R.   P.:  The   Quantwn   Theory   of   Psi   Phenomena,  Psychoenergetic

Systems, 1979, nr 3.

II. Eksperymenty z przeznaczeniem

Bohm D.: „Ukryty porządek”, Warszawa 1988.
Buttlar J. v.: Adams Planet, München 1991.

Buttlar J. v.: „Smocze drogi”, Gdynia 1995.
Dammann E.: Erkentnisse jenseits von Zeit und Raum, München 1990.

Gruber E. R.: Psi-Phdnomene, Bruchsal 1988.
Das holographische Weltbild, red. K. Wilber, Bern 1986.

Loye D.: Gehirn, Geist und Vision, Basel 1986.
Snow Ch. B.: Zukunftßvisionen der Menschheit, Genf 1991.

Talbot M.: Das holographische Universum, München 1992.
Weber R.: „Poszukiwanie jedności: nauka i mistyka”, Warszawa 1990.

III. Hologram Tao

Alte Weisheit und modernes Denken, red. S. Grof, München 1986.

Andere Wirklichkeiten, red. R. Kakuska, München 1984.
Bohm D.: „Ukryty porządek”, Warszawa 1988.

Bohm D., Peat F. D.: Das neue Weltbild, München 1990.
Capra F.: Das neue Denken, Bern 1987.

Capra F.: „Punkt zwrotny: nauka społeczeństwo, nowa kultura”, Warszawa 1987.
Capra F.: „Tao fizyki”, Kraków 1994.

‒ 89 ‒

background image

Fergusson M.: Die sanfte Verschwörung, Basel 1983.
Geist und Natur, red. H.-P. Dürr, W. Zimmerli, Bern 1989.

Das holographische Weltbild, red. K. Wilber, Bern 1986.
Krishnamurti J.: Einbruch in die Freiheit, Berlin 1979.

Krishnamurti J., Bohm D.: Vom Werden zum Sein, München 1987.
Physik und Transzendenz, red. H.-P. Dürr, Bern 1986.

Pietschmann H.: Das Ende des naturwissenschaftlichen Zeitalters, Berlin 1983.
Sheldrake R.: Die Wiedergeburt der Natur, Bern 1991.

Stikker A.: Tao, Teilhard und das westliche Denken, München 1988.
Talbot M.: Das holographische Universum, München 1992.

Weber R.: „Poszukiwanie jedności: nauka i mistyka”, Warszawa 1990.
Wilber K.: Helbzeit der Evolution, Bern 1984.

Wilber K.: Das Spektrum des Bewufitseins, Bern 1987.

IV. Metamyślenie ‒ kolejny stopień ewolucji

Berman M.: Die Wiederverzauberung der Welt, München 1984.
Capra F.: Das neue Denken, Bern 1987.

Gebser J.: Ursprung und Gegenwart, Stuttgart 1953.
Das holographische Weltbild, red. K. Wilber, Bern 1986.

Krishnamurti J., Bohm D.: Vom Werden zum Sein, München 1987.
Lionel F.: Aufbruch zu Neuem Bewufitsein, Genf 1985.

Loye D.: Gehirn, Geist und Vision, Basel 1986.
Physik und Transzendenz, red. H.-P. Dürr, Bern 1986.

Russell P.:Die erwachende Erde, München 1984.
Weber R.: „Poszukiwanie jedności: nauka i mistyka”, Warszawa 1990.

V. Po drugiej stronie chaosu

Gleick J.: „Chaos: narodziny nowej sztuki”, Poznań 1996.

Gould S. J.: Zufall Mensch, München 1991.
Morfill G., Scheingraber H.: Chaos ist uberall... und es fimktioniert, Berlin 1991.

Peat F. D.: Der Stein der Weisen, Hamburg 1992.

Czasopisma:

Gerken. G.: Unsere Kultur erfindet ein neues Konzept von ZeitRadar für Trends, 1992, nr
6.

Gerken. G.: Die Multiphrenie entstehtRadar für Trends, 1992, nr 8.
Gerken. G.: New EdgeRadar für Trends, 1992, nr 9.

VI. Podróże w czasie

Albert Einstein. Briefwechsel 1916-1955, red. M. Born, Reinbek 1972.

Astrophysics Today, red. A. G. W. Cameron, New York 1984.
Buttlar J. v.: Die Einstein-Rosen Briüke, München 1982.

Buttlar   J.   v.:  Supernova,   München   1988   [wyd.   polskie   w   przygotowaniu   nakładem
wydawnictwa „Uraeus”].

Hawking S. W.: „Krótka historia czasu: od wielkiego wybuchu do czarnych dziur”, Warszawa
1990.

LeShan L., Margenau H.: Einstein's Space and Van Gogh's Sky, New York 1982.
Morris R.: The Fate of the Universe, New York 1982.

Peat F. D.: Superstrings, Hamburg 1989.
Penrose R.: Computerdenken, Heidelberg 1991.

Penrose   R.:   „Nowy   umysł   cesarza:   o   komputerach,   umyśle   i   prawach   fizyki”,   Warszawa
1995.

Rothman T.: Science a la Mode, Princeton 1989.
Sagan C: The Cosmic Connection, New York 1975.

Sheldrake R.: Das Gedachtnis der Natur, Bern 1990.
Soucek T. V.: Ungleichheit ‒ vom Uratom zum Kosmos, Munchen 1987.

Swenson L. S.: Genesis of Relativity, New York 1979.
Thompson R. L.: Vedic Cosmography and Astronomy, London 1989.

Vallee J.: Dimensions, London 1988.
Weinberg S.: „Pierwsze trzy minuty. Współczesny obraz początku Wszechświata”, Warszawa

‒ 90 ‒

background image

1980.
Wicke L., Hucke J.: Der okologische Marschallplan, Frankfurt 1989.

Czasopisma:

Appleyard B.: Gott auf der Spur, Zeit-Magazin, 5 VIII 1988.

Breuer R.: Neue Rdtsel um den UrknallBild der Wissenschaft, 1990, nr 3.
Morris M. S., Thorne K. S., Yurtsever U.: Wormholes, Time Machines, and the Weak Energy

ConditionPhysical Review Letters, 1988, nr 13.
The Search for the Beginning of TimeThe New York Times Magazine, New York, 11 II 1990.

Was war vor dem grofien Knall?Der Spiegel, 1988, nr 42.
Die Zertrümmerung der ZeitDer Spiegel, 1991, nr 45.

VII. Dreamland ‒ doniesienia z Czarnego Świata

Beckley T. G.: MJ 12 and the Riddle of Hangar 18, New York 1989.

Buttlar J. v.: Adams Planet, München 1991.
Good T.: Alien Liaison, London 1991.

Hamilton W. F.: Cosmic Top Secret, New York 1991.
Lindemann M.: UFOs and the Alien Presence, Santa Barbara 1990.

Majestic 12. Project Aquarius (TS) ‒ Executive Brieflng Paper, Washington 1976.
Steinman W. S., Stevens W. C: UFO Crash at Aztec, Tucson 1986.

Valerian V. : Matrix II, Las Vegas 1990.

Czasopisma:

Hesemann M.: Top Secret: Project AquariusMagazin 2000, 1991, nr 86/87.

VIII. Obcy wśród nas

The Assessment (Cosmic Top Secret) ‒ An Evaluation of a possible Military Threat to Allied
Forces in Europe
, red. Sir T. Pike, Roquen-court (SHAPE HQ) 1964.

Barrow J. D., Tipler F. J.: The Anthropic Cosmological Principle, Oxford 1986.
Buttlar J. v.: „Smocze drogi”, Gdynia 1995.

Crane O., Monstein Ch.: Universal-Experten und Systeme, Rapperswil 1992.
O'Neill J. J.: Prodigal Genius ‒ The Life of Nicola Tesla, London 1968.

Stringfield L. H.: UFO Crash/Retńevals: The Inner Sanctum, Cincinatti 1991.
Witt A.: Das Gaülei-Syndrom, München 1965.

Czasopisma:

Dean R.O.: UFOs und die NATOMagazin 2000, 1991, nr 86/87.

IX. Projekt Merlin

Ashe G.: The Quest for Arthur's Britain, London 1968.

Ashe G.: The Landscape of King Arhtur, Exeter 1987.
Bord J. i C: Mysterious Britain, London 1974.

Braem H., Mayrhofer F.: Die Insel des Drachenbaums, [w:] Terra X, München 1991.
Buttlar J. v.: „Smocze drogi”, Gdynia 1995.

Douglas A.: Extra-Sensory Powers, London 1976.
Hawkins G. S.: Stonehenge Decoded, London 1966.

Markale J.: Die Druiden, München 1985.
Matthews C. i J.: Der westliche Weg, Reinbek 1988.

Michell J.: Die vergessene Kraft der Erde, Frauenberg 1981.
Michell J.: Die Geomantie von Atlantis, München 1984.

Michell J.: New Light on the Ancient Mysteries of Glastonbury, Glastonbury 1990.
Pennick N.: Die alte Wissenschaft der Geomantie, München 1982.

Pennick N.: Einst war uns die Erde heilig, München 1990.
Scott E.: Die Geheimnistrager, Munchen 1989.

Starke Pldtze, red. W. Pieper, Lohrbach 1986.
Stewart R. J.: Merlin, München 1988.

Tolstoy N.: Auf der Suche nach Merlin, Munchen 1987.
White T. H.: Das Buch Merlin, Koln 1980.

X. Kontakt z przyszłości

‒ 91 ‒

background image

Bekh W. J.: Das dritte Weltgeschehen und seine Folgen fur Deutschland, Munchen 1989.
Beloff J.: New Directions in Parapsychology, London 1974.

Dimde M.: Die Weissagungen des Nostradamus, Munchen 1991.
Gruber E. R.: Psi-Phanomene, Bruchsal 1988.

Hesemann M.: Findet der Weltuntergang statt?, Kiel 1983.
Schnyder H.: Wie überlebt man den Dritten Weltkrieg, München 1991.

Tabori R., Raphael Ph.: Signale aus dem Unbekannten, Bonn 1972.
Targ R. Puthoff H.: Jeder hat der 6. Sinn, Koln 1977.

Czasopisma:

Bender H.: KriegsprophezeiungenZeitschrift für Parapsychologie, 1981, nr 1-4.

Feinberg G.:  Precognition: A Memory of Things' Future?,  Conference of Quantum Physics
and Parapsychology
, 1 VIII 1974.

XI. Przełom czasów

Buttlar J. v.: Unsichtbare Krdfte, München 1984.

Hawkins G. S.: Mindsteps to the Cosmos, New York 1983.
Smola K.-H. W: Mega- und Metatrends, München 1991.

Lawrence T. E.: „Siedem filarów mądrości”, Warszawa 1971.

Czasopisma:

Gerken. G.: Ein neuer Trend ist daRadar für Trends, 1992, nr 3.
Gerken. G.: Evolution goes to BusinessGerken-Zukunft, 1992, nr 3/4.

‒ 92 ‒


Document Outline