background image

 

Julia Justiss 

 

Przemytnik  

i dama 

 

Intrygi i tajemnice 05 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Sennlack Cove, Kornwalia, maj 1814 roku 

 

Krzyki krążących nad głową mew zagłuszał huk fal rozbijających się o skały.  

Lady Honoria przystanęła na skraju klifu i spojrzała w dół, ku zatoczce. Trwał od-

pływ.  Wycofujące  się  morze  odsłoniło  długą  łachę  srebrzystego  piasku.  Ucieszyła  się. 

Zboczyła ze szlaku na wijącą się ścieżkę, wiodącą w dół, ku plaży. 

To  ustronne  miejsce  zauważyła  już  podczas  jednego  z  pierwszych  spacerów  po 

przybyciu  miesiąc  temu  do  Kornwalii.  Posłuchała  rady  ciotki  Foxe,  żeby  spożytkować 

rozsadzającą  ją  energię  na poznanie  nadmorskiego  klifu, nad  którym  stał ich  kamienny 

dwór, oddalony kilka mil od wioski Sennlack. 

Uśmiechnęła się smutno. Opuszczając Londyn, marzyła o ucieczce od ludzi i izola-

cji. Znalazła je. Kiedy jej powóz mijał Penzance, a osiągnąwszy Land's End

*

, skręcał na 

trakt biegnący do Foxeden, domu ciotki górującego nad morskim urwiskiem, miała wra-

żenie,  że  rzeczywiście  znalazła się na końcu  świata.  A przynajmniej  z dala  od  londyń-

skiej socjety i rodziny, która ją zdradziła i odrzuciła. 

 

* Nazwa przylądka, najdalej na zachód wysuniętego punktu w Anglii. Po angielsku znaczy koniec, skraj 

lądu (przyp. tłum.). 

 

Rozpryśnięte  o  skały  fale  kołysały  się  pod  wytworzonym  na  wierzchu  kożuchem 

piany.  Czy  jakiś  ślad  pozostanie  na  powierzchni,  gdy  ona  zdobędzie  się  kiedyś  na  po-

składanie w całość swojego rozbitego życia? U stóp urwiska było dość zacisznie, Hono-

ria zsunęła na plecy szal, którym wcześniej był przewiązany jej kapelusz. 

Woda  obmywająca  plażę  w  zatoczce  wyglądała  spokojnie,  prawie  zachęcająco. 

Uśmiechnęła się na wspomnienie leniwych letnich popołudni w dzieciństwie. Namawiała 

starszego brata, Hala, i każdego z jego przyjaciół, którzy akurat u nich gościli, aby razem 

wymknąć się nad staw. Ubrana w pożyczone od chłopców spodnie i koszulę, uczyła się 

pływać  w  gęstej  od  wodorostów  toni,  wynurzając  się  triumfalnie  na  powierzchnię  cała 

umazana mułem z dna. 

T L

 R

background image

Któregoś  lata  -  właśnie  przypadały  jej  siódme  urodziny  -  gościem  brata  był 

Anthony. Honoria postanowiła nie myśleć o byłym narzeczonym. Nie będzie psuła sobie 

przyjemności  obcowania  z  bezkresem  złymi  wspomnieniami  z  przeszłości,  której  i  tak 

nie może odmienić. 

Skupiła się na pięknym widoku, jaki roztaczał się w zatoczce. Było tu niemal siel-

sko i zastanawiała się, czy nie zdjąć butów i nie zamoczyć stóp. U schyłku wiosny woda 

wpływająca z morza przez wąski otoczony skałami przesmyk musiała być, w odróżnie-

niu od nagrzanego letnim słońcem stawu w Stanegate Court, bardzo zimna. 

Wzrok Honorii powędrował ku wejściu do zatoki. Jej uwagę przykuł błysk słońca 

odbitego od białego żagla. Światło słoneczne raziło w oczy, ale przez zmrużone powieki 

dostrzegła niewielką łódź płynącą w stronę brzegu. 

W polu widzenia ukazała się druga łódź, najwidoczniej ścigająca tę pierwszą, która 

w ostatniej chwili przed wejściem w przesmyk wykonała zwrot i umknęła na pełne mo-

rze.  W  następnej  chwili  ścigająca  łódź  wpadła  między  skały  oddzielające  zatoczkę  od 

morza i zatrzymała  się  gwałtownie.  Pierwsza  znikła  z pola  widzenia,  z  pokładu drugiej 

zwaliła się w toń bezwładna postać ludzka. 

Łódź musiała natrafić na podwodną skałę, domyśliła się Honoria. Przeniosła uwagę 

z  kołysanej  falami  łodzi  na  człowieka  za  burtą.  Wypłynął  na  powierzchnię,  chwilę  bił 

bezradnie ramionami, po czym zniknął pod wodą. 

W  porze  odpływu  zatoczka  była  dość  płytka,  jednak  by  dotknąć nogami dna, ów 

człowiek powinien przepłynąć jeszcze dobrych kilka jardów. A jeśli został ranny podczas 

upadku? Czy umiał pływać? Honoria obserwowała go. Wynurzył się ponownie, zniknął 

pod wodą i wcale nie przybliżył się do brzegu. 

Klnąc pod nosem - tych przekleństw nauczyła się od Hala - rozglądała się gorącz-

kowo po plaży. Zauważyła wyrzuconą na piasek deskę. Błyskawicznie zrzuciła pelerynę, 

żakiet i buty, odpięła ciężką spódnicę amazonki. Zamierzała się dostać dostatecznie bli-

sko do tonącego, żeby podać mu deskę. 

Straciła niemal nadzieję, że jej się to uda, gdy ze skał zamykających wejście do za-

toczki  wskoczył  do  wody  mężczyzna.  Honoria  zatrzymała  się.  Rozpryśnięta  woda 

chlupnęła nad jej głową. Mężczyzna ciął powierzchnię wody szybkimi, wprawnymi ru-

T L

 R

background image

chami, chwilę później uchwycił tonącego za ramię i zaczął go holować do brzegu. Ode-

tchnęła z ulgą i skierowała się ku plaży. Dopiero wtedy zauważyła sznur wozów podska-

kujących na nierównościach szlaku nad klifem sterczącym nad zatoczką. Nagle te „rega-

ty" nabrały sensu. 

Przemytnicy! Zatoczka musiała służyć przemytnikom do przechowywania kontra-

bandy. W okolicy krążyły o tym legendy. Pierwsza łódź prawdopodobnie próbowała od-

ciągnąć drugą od miejsca, w którym pod osłoną nocy złożono trefny towar, by go potem 

przewieźć w głąb lądu. Mokre ubranie hamowało swobodę ruchów Honorii. Zatrzymała 

się  na  chwilę  w  płytkiej  wodzie,  by  złapać  oddech  i  popatrzeć,  jak  ratownik  holuje  do 

brzegu swój ciężar. 

Podziw nad jego brawurą przekształcił się w oszołomienie widokiem męskiej syl-

wetki. Nieznajomy podniósł się na nogi, gdy dotarł do płycizny. On także zrzucił z siebie 

ubranie, zanim skoczył na ratunek tonącemu. Woda ściekała po nagim torsie, ramionach i 

pięknie  umięśnionej  piersi  na  płaski  brzuch.  Mokre  spodnie  ściśle  przylegały  do  ciała, 

uwidoczniając wydatny kształt. 

Rumieniec pokrył policzki Honorii. Spojrzała wyżej i dostrzegła białą bliznę prze-

cinającą żebra i drugą na lewym ramieniu, wreszcie popatrzyła na twarz i jej wzrok zde-

rzył  się  z  przenikliwym  spojrzeniem  niebieskich  oczu  pływaka.  Poczuła,  jak  jej  wargi 

unoszą  się  w  uśmiechu,  gdy  patrzyła  na  tę  wyraziście  zarysowaną  twarz  i  okalające  ją 

czarne włosy. Muskularnym ramieniem holował kaszlącego, plującego wodą niedoszłego 

topielca. 

Honoria  zauważyła  poniewczasie,  że  teraz  on  poddawał  ją  oględzinom  równie 

skrupulatnym, jak to ona czyniła przed chwilą. 

- Hej, dziewczyno! - zawołał. Wyczuła ledwo słyszalny akcent irlandzki. - Czyżbyś 

była wyłaniającą się z morskiej piany Afrodytą? 

Honoria znowu spłonęła rumieńcem, albowiem uświadomiła sobie, że stoi po kost-

ki w wodzie, a mokra koszula oblepiająca jej nogi i brzuch jest prawdopodobnie prawie 

przezroczysta. 

- Dobrze się pan spisał - rzuciła. 

T L

 R

background image

Odwróciła się i uciekła. Na brzegu w pośpiechu nakryła się zapiaszczoną peleryną. 

Zdrętwiałe z zimna palce z trudem radziły sobie z zawiązaniem troczka. Schylając się, by 

pozbierać żakiet, spódnicę i buty, zauważyła, że wąska plaża zaczyna się zaludniać. Lu-

dzie ci przyszli po ukrytą kontrabandę, by ją rozprowadzić w głąb lądu. 

Honoria zdała sobie sprawę, że głównym przedmiotem ich zainteresowania nie jest 

bohaterski pływak, nie są nim także skryte w skalnych załomach towary, lecz ona. Pra-

wie  fizycznie  czuła na  sobie  łakome  spojrzenia  mężczyzn,  lustrujące  jej  postać  od  mo-

krych włosów po bose stopy. 

Spanikowana, zerwała się z kamienia, na którym przysiadła, aby włożyć buty. Nie 

zważając  na  wołanie  przystojnego  ratownika,  żeby  zaczekała,  utorowała  sobie  drogę 

przez otaczający ją krąg i pobiegła ku ścieżce wiodącej na szczyt urwiska. 

 

Gabriel Hawksworth podążał wzrokiem za uciekającą z plaży płowowłosą dziew-

czyną. Porzucił na piasku plującego słoną morską wodą niedoszłego topielca. Chwilę po-

tem zajęli się nim wieśniacy. Odprowadzili w głąb lądu, przedtem jednak założyli opaskę 

na oczy i skrępowali mu ręce. 

Gabe  otrząsnął  się  jak  pies.  Było  mu  zimno  na  wietrze.  Ucieszył  się,  że  wśród 

zgromadzonych  znalazł  się  Richard  Kessel,  dawny  kolega  z  wojska,  zwany  Dickinem, 

właściciel kutra, na którym Gabe sprawował tymczasowo funkcję szypra. 

- Niezły z ciebie pływak - powitał Gabe'a Dickin, okrywając go kurtką. - Miejmy 

nadzieję,  że  stary  George  tak  się  ucieszy,  że  uratowałeś  jego  człowieka,  że  weźmie 

mniejszą  dolę  od  przemyconego  towaru.  Nie  spodziewaj  się  jednak  aplauzu  ze  strony 

miejscowych.  Będąc  nowicjuszem,  nasz  ociekający  wodą  przyjaciel  -  Kessel  wskazał 

głową odprowadzanego - jest wyjątkowo gorliwy; nie zawahałby się przyłożyć pistoletu 

do głowy żadnemu z nas, nie wyłączając ciebie. 

- Trzeba było pozwolić morzu, by go zabrało - odezwał się brat Dickina, John. 

- Nie ma o czym mówić - odpowiedział Dickin. 

- Można było naturze pomóc - mruknął pod nosem John. 

T L

 R

background image

-  Szkoda,  że  nie  ty  skoczyłeś  za  nim  do  wody,  braciszku  -  odpalił  Dickin.  -  A 

swoją  drogą,  co  za  pomysł  ściągać  towar  na  ląd  w  biały  dzień,  wiedząc,  że  brzeg 

patroluje ten nowy? To kuszenie losu. 

- Zakładałem, że nawet jeśli ten strażnik nadąży za Thomasem, co było mało praw-

dopodobne, bo  Anglicy  nie  znają  wybrzeża,  Thomas  mimo  wszystko zdoła  go  zgubić  - 

bronił się John. 

- Tak, nawet gdyby przyszło mu go utopić - upierał się Dickin. 

- Co cię obchodzi, że ubyłoby jednego agenta królewskiego? - zezłościł się John. - 

Poza tym ja zajmuję się odbiorem towaru i decyduję, jak, kiedy i gdzie powinien on do-

trzeć. 

- Jeśli masz narażać ludzi i łodzie na niebezpieczeństwo, to może nie powinieneś 

się tym zajmować. 

Gabe w milczeniu przysłuchiwał się kłótni braci, po czym powiedział: 

- Obiecaj, Dickin, że strażnik bezpiecznie dotrze do miasta. Los człowieka na mo-

rzu jest w ręku Boga. Na lądzie jest inaczej. Nie chciałbym cię opuszczać, wiem, że po-

trzebujesz szypra na „Rybitwę", ale nie będę maczał palców w morderstwie. 

- Wydelikatniało ci ostatnio sumienie, Gabe - zauważył Dickin. 

- Mieliśmy kiedyś takie same skrupuły. Nie zastrzeliłeś francuskiego jeńca na woj-

nie.  Nie  zostawiłeś  też  żadnego  partyzantom,  choć  Bóg  świadkiem,  że  Hiszpanie  mieli 

swoje powody, aby nie cackać się z Francuzami. A teraz kupujesz od naszych dawnych 

wrogów brandy, jedwab i koronki. 

- Fakt. - Dickin zgodził się bez oporów. - Wojna to wojna, a handel to handel - za-

uważył sentencjonalnie. - Strażnik popełnił błąd, że ścigał Thomasa za dnia. Jak chce się 

walczyć z przemytem, trzeba lepiej znać wybrzeże. 

- Albo wypuszczać się na łowy nocą. 

- Wątpię, by któryś z nich chciał się mierzyć z morzem po ciemku. Tylko nieliczni 

Kornwalijczycy  są  takimi  głupimi  ryzykantami,  jak  wy,  Irlandczycy.  I  takimi  dobrymi 

żeglarzami. 

- Ignoruję przytyk do mego pochodzenia i akceptuję komplement - odparł ze śmie-

chem Gabe. 

T L

 R

background image

-  Wiesz  co?  Gdybyś  kupił  własną  łódź,  my  dwaj  moglibyśmy  na  stałe  utworzyć 

dobry zespół. Chyba że zmieniłeś zdanie i zamierzasz wrócić do domu, żeby siedzieć na 

garnuszku u brata? 

Gabe  ujrzał  oczyma  wyobraźni  rodzinny  dwór  w  Ballyclarig,  wśród  smaganych 

wiatrem irlandzkich wzgórz, i niezadowoloną twarz starszego brata. 

- Jeszcze nie wiem, co zrobię, ale nie wybieram się z powrotem do Irlandii. Wła-

śnie się zastanawiałem, gdzie by osiąść, gdy złożyłeś mi propozycję. 

- Dobrze się stało, bo jak byś całkowicie wylizał się z ran, to chyba z bratem poza-

bijalibyście się, jeśli on jest taki zasadniczy, jak go opisywałeś. - Kessel klepnął przyja-

ciela w ramię. - Nic w tym dziwnego. Bracia często ze sobą walczą. Popatrz na mnie i 

Johna. 

Jak Gabe sięgał pamięcią, brat krytykował wszystko, co on zrobił lub powiedział. 

- Najlepiej zejdź mu z drogi - orzekł Dickin. - Czy ta twoja szacowna rodzinka nie 

wyrzekłaby się ciebie na zawsze, gdyby się dowiedziała, w jaki sposób pomagasz stare-

mu druhowi z wojska? 

Gabe wyobraził sobie zgorszenie, jakie zagościłoby na pełnej godności twarzy pe-

dantycznego sir Nigela Hawkswortha, gdyby odkrył, jakiemu zajęciu oddaje się jego nie-

odpowiedzialny  brat.  Nie  dość,  że  wyrzekłby  się  go  na  zawsze,  to  jeszcze  nasłałby  na 

niego agentów królewskich. 

- Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym - zaproponował. - Kim jest ta czarują-

ca Afrodyta, która rzuciła się do wody? Nigdy jej dotąd nie spotkałem. Sądząc po życz-

liwości okazanej celnikowi, nie przebywa na stałe w Kornwalii. 

- Nie przebywa - potwierdził Dickin. - Nie wiem, jak się nazywa, ale to nie żadna 

Afro... coś tam. Moja siostra, Tamsyn, która jest pokojówką we dworze Foxeden, mówi, 

że przyjechała w gościnę do panny Foxe. To jej krewna. Czasami widuję ją spacerującą 

po klifie. 

Po raz pierwszy Gabe poczuł cień sympatii do zatrudnionego przez ojca nudnego 

kleryka, który wbijał do głowy niezainteresowanemu nauką młodszemu synowi chlebo-

dawcy elementy wiedzy niezbędnej dżentelmenowi. 

T L

 R

background image

To  głównie  dzięki  temu  nieuznającemu  żadnych  odstępstw  od  narzuconej  przez 

ojca  dyscypliny  guwernerowi  Gabe  przy  pierwszej  nadarzającej  się  sposobności  uciekł 

do wojska. Nieraz się zastanawiał, jak zdołałby się wymknąć spod ciężkiej ręki rodzica, 

gdyby nie wybuchła wojna z Napoleonem. 

-  Krewna  panny  Foxe  -  powtórzył  w  zamyśleniu.  -  Na  długo  przyjechała?  Nie 

wiesz przypadkiem? - dociekał. 

-  Zapytam  Tamsyn,  może  się dowie.  Nie  wystarczą  ci  wszystkie  wzdychające do 

ciebie w okolicy dziewczyny, pchające ci się na wyprzódki do łóżka? Chciałbyś upolo-

wać nową zdobycz? 

- Co ja poradzę, że jestem piękny i młody - rzekł ze śmiechem Gabe, uchylając się 

przed kuksańcem przyjaciela. 

-  Zaraz  umrzesz  z  wychłodzenia,  jeśli  nie  przebierzesz  tego  swojego  pięknego  i 

młodego  ciała  w  suche  ubranie.  Sprawisz mi  kłopot, bo stracę nie tylko  świeżo  zatrud-

nionego szypra, ale i najbliższego kompana z wojska. Idź już, muszę pomóc chłopakom 

załadować towar na wozy. Zobaczymy, jakie wiadomości przyniesie Tamsyn na temat tej 

panny. 

- Będę wdzięczny. - Gabe skłonił się z galanterią. 

- Przekonamy się jak bardzo, gdy przyjdzie czas postawić mi kolejkę. Do zobacze-

nia w gospodzie. 

Gabe ruszył ścieżką na szczyt klifu. Dobrze zorganizowana grupa marynarzy i lu-

dzi  z  wioski sprawnie uwijała  się  ze ściąganiem  zatopionych  beczek na brzeg,  ładowa-

niem ich na taczki, wtoczeniem pod górę, gdzie już czekały wozy. Jeden czy drugi od-

powiedzieli kiwnięciem głową na pozdrowienie, większość ignorowała Gabe'a. Wiedział, 

że to normalne. Przemytnicy nie przyglądają się sobie zbyt uważnie. Jeśli wpadniesz w 

ręce władz, możesz z czystym sumieniem zapewnić, że nikogo nie widziałeś. 

Gabe  odnalazł  konia  i  pojechał  do  domu  -  to  jest  do  Sennlack,  do  gospody  „Pod 

Mewą", w której wynajmował pokój. Gospoda należała do Perrana, ojca Dickina i Johna. 

Pół roku, które obiecał koledze spędzić jako szyper na „Rybitwie" w podzięce za 

uratowanie życia pod Vittorią, wygaśnie pod koniec lata. Gabe jeszcze nie postanowił, co 

będzie robił potem. Nie przyrzekł Nigelowi, że wróci do domu. Wyjeżdżając, nie wdawał 

T L

 R

background image

się  w  szczegółowe  wyjaśnienia.  Na  odjezdnym  Nigel  zauważył  z  przekąsem,  że  ma 

dzieję,  iż  młodszy  brat,  udając  się  na  morze,  nie  zniweczy  niegodnym  postępowaniem 

zasług,  którymi  w  chlubnej  służbie  wojskowej  zmazał  wszelkie  niegodziwości,  jakimi 

wcześniej splamił honor rodziny. 

Gdy  Dickin  przyjechał  prosić  o  przysługę,  która  wymagała  przymknięcia  oka  na 

obowiązujące prawo, Gabe zgodził się bez wahania. Po wielomiesięcznej bezczynności, 

w czasie której leczył wojenne rany, ucieszyła go możliwość spełnienia młodzieńczej mi-

łości do morza. Czuł, że ostry, południowo-zachodni wiatr przywróci mu w pełni zdro-

wie i siły, i znowu będzie miał cel w życiu, co z tego, że niezbyt zgodny z prawem. 

Wprowadzając  konia  do  stajni  w  gospodzie,  Gabe  doszedł  do  wniosku,  że  naj-

uczciwiej byłoby się przyznać, że po przeżyciach wojennych musiał uznać egzystencję w 

Irlandii  za  niewyobrażalnie  nudną.  Na  morzu,  gdzie  zza  każdego  załamania  wybrzeża 

mogło  się  wyłonić  śmiertelne  niebezpieczeństwo  w  postaci  zdradzieckiej  mielizny  lub 

przyczajonego strażnika, oddychał pełną piersią. 

Chociaż  dowódca  królewskiej  straży  ochrony  wybrzeża,  George  Marshall,  był  w 

zmowie i przymykał oko na przemyt pod warunkiem, że regularnie miał udział w każdej 

partii towaru, zawsze mógł się znaleźć jakiś nowy, jak ten, co nadział się dzisiaj na skałę, 

który  serio  traktował  obowiązek  zwalczania  wolnego  handlu.  Do  procesów  sądowych 

dochodziło rzadko, a jeszcze rzadziej do skazania przez kornwalijską ławę przysięgłych, 

istniało  jednak  niebezpieczeństwo  dokonania  żywota  w  Newgate  ze  stryczkiem  na  szyi 

albo na najbliższym cmentarzu, z kulą nadgorliwego strażnika w plecach. Mimo wszyst-

ko  Gabe  był  dobrej  myśli,  przekonany,  że  szczęście  nie  opuści  go  przynajmniej  przez 

sześć miesięcy. 

Jak  przystało  na  człowieka  niepewnego,  co  będzie  robił  za  pół  roku,  uważał  za 

rzecz  rozsądną  nie  rozpalać  najbardziej  zagorzałych  lokalnych  wielbicielek  -  jedna  w 

drugą  podziwiających  mężczyzn  trudniących  się  przemytem  -  i  wszystkie  traktował  z 

jednakową galanterią. Jednakże, gdy w  grę wchodziła dama, której pobyt w tej okolicy 

miał  być  jeszcze  krótszy  niż  jego,  nie  wykluczał  głębszego  zainteresowania  jej  osobą. 

Mogła to być nawet zabawna odmiana od ciągłego oganiania się od co śmielszych miej-

T L

 R

background image

scowych dziewcząt. Nieznajoma spotkana dzisiaj na plaży zadziwiła go urodą i niespoty-

kaną śmiałością, z jaką rzuciła się na ratunek tonącemu. 

Gabe  przypomniał  sobie,  jak  stała  po  kostki  w  wodzie,  a  przez  półprzezroczystą 

koszulę przeświecały uwodzicielskie wysmukłe nogi, prześliczny krągły brzuszek i zło-

tawy cień w miejscu, gdzie łączą się uda. 

Westchnąwszy,  odpędził  urokliwy  obraz.  Napotkanej  w  drodze  na  piętro  pani 

Kessel odpowiedział na powitanie machnięciem dłoni i poprosił o gorącą wodę do mycia. 

Zastanawiał się, jak naprawdę nazywa się jego Afrodyta. Czy wie, że grecka bogini mi-

łości wyłoniła się naga z morskiej toni? 

T L

 R

background image

Rozdział drugi 

 

Szczękając z zimna zębami, Honoria zadzwoniła na Tamsyn. Potrzebowała pomo-

cy, by uwolnić się od przemoczonego ubrania. Tymczasem starała się ogrzać przy prawie 

wygasłym kominku. Pokojowa nie nadchodziła. Honoria zadzwoniła ponownie i zaczęła 

rozbierać się sama na tyle, na ile zdołała zdrętwiałymi palcami. Nie zdążyła zadzwonić 

po raz trzeci, gdy do pokoju zapukała gospodyni. 

-  Panienka  sobie  życzy...  -  Zaniemówiła  na  widok  mokrych  ubrań  na  podłodze  i 

wilgotnych, potarganych na wietrze włosów Honorii. - Każę lokajowi przynieść wannę i 

gorącą wodę - domyśliła się - i dodam trochę rumianku, żeby kąpiel panienkę rozgrzała. 

- Dziękuję, pani Dawes. 

Nawykła  do  karcenia  za swoje impulsywne zachowanie,  Honoria dziękowała Bo-

gu,  że  matka  i  Marcus  są  daleko.  Mieliby  o  wiele  więcej  do  powiedzenia  na  temat  jej 

ostatniego wyczynu niż powściągliwa w wyrażaniu emocji gospodyni. 

Myśl o rodzinie, która tak łatwo się jej wyrzekła, napełniła Honorię smutkiem. Nie 

potrzebowała ich opinii - niemej dezaprobaty ze strony pani Dawes również - by zdawać 

sobie sprawę, że znowu zachowała się nie tak, jak przystało pannie z dobrego domu. Ho-

noria nie mogła sobie wyobrazić, by jej młodsza siostra rzuciła się bez zastanowienia do 

morza, a potem w oblepiającej ciało na wpół przeźroczystej koszuli fundowała widowis-

ko  lokalnej  gawiedzi.  Verity  machałaby  chusteczką  i  starała  się  sprowadzić  na  pomoc 

jakiegoś dżentelmena. 

Doświadczenie odarło Honorię z wiary w istnienie szlachetnych rycerzy gotowych 

pospieszyć  z  pomocą  damie  w  tarapatach.  Jeszcze  raz  powróciła  myślami  do  sceny  na 

plaży. W drodze do domu, kiedy opanowała nieracjonalną reakcję na zupełnie zrozumia-

łe zaciekawienie wieśniaków, odczuła dumę ze swojego wyczynu. Po męczącym miesią-

cu bezczynności w Kornwalii, kiedy nie miała czym zapełnić pustki po nieustającym ko-

rowodzie przejażdżek konnych, wizyt, herbatek, rautów, wieczorków muzycznych, bali i 

innych rozrywek wypełniających jej życie w Londynie, zrobiła coś pożytecznego. Cho-

ciaż gdyby nieznajomy nie interweniował, jej wysiłki chyba zdałyby się na nic, pomyśla-

ła. 

T L

 R

background image

Właśnie  przypominała  sobie  jego  na  wskroś  męską  postać,  gdy  z  zamyślenia 

wyrwało ją kolejne pukanie do drzwi. Spodziewając się lokaja z wanną, ze zdziwieniem 

ujrzała  ciotkę  Foxe.  Starsza  pani  obrzuciła  Honorię  bacznym  spojrzeniem  od  stóp  do 

głów. - Przyszłam zobaczyć, co z tobą, bo Dawes powiedziała mi, że kąpałaś się w mo-

rzu.  Czy  nie  za  wcześnie?  Za  miesiąc  kąpiel  byłaby  równie  odświeżająca,  ale  za  to 

znacznie przyjemniejsza. Należałoby też staranniej wybrać miejsce. Prądy w niektórych 

zatoczkach są bardzo silne... i nie warto dostarczać widowiska rybakom. 

- Prawdę powiedziawszy, nie zamierzałam się kąpać.  

Honoria skrzywiła się lekko. Plotki już dotarły do ciotki. W krótkich zdaniach opi-

sała incydent i z niepokojem czekała na reakcję. 

- Podziwiam twoją gotowość do pomagania ludziom w potrzebie - stwierdziła ciot-

ka  i  Honoria  odetchnęła  z  ulgą.  -  Z  twojej  opowieści  wynika,  że  próbowałaś  dopomóc 

strażnikowi  służby  celnej.  Nie  jest  to  czyn,  którym  zaskarbisz  sobie  sympatię  tutejszej 

ludności. 

- Jest ciocia na mnie zła? 

-  Boże  uchowaj!  Dlaczego  miałabym  być  zła.  Uratowanie  jednego  strażnika  nie 

odbije się negatywnie na lokalnej gospodarce. 

Brak  krytyki  był  niezwykły,  Honoria  poczuła  się  zdezorientowana.  Przepełniła  ją 

nagle sympatia dla ciotki. Instynkt dobrze jej podpowiedział, kiedy uparła się, by tu się 

udać, zamiast w upokarzającym poniżeniu wycofać się do Stanegate Court, uznała. 

- Źle się czujesz, dziecko? - zapytała starsza pani, widząc jej zdezorientowaną mi-

nę. 

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Jestem  taka  szczęśliwa,  że  do  cioci  przyjechałam  - 

oznajmiła Honoria, rzucając się, żeby uściskać starszą panią. 

-  Na  Boga!  Co  robisz?  -  Lady  Foxe  ze  śmiechem delikatnie uwolniła się  z  objęć 

Honorii. - Ja też się cieszę, że przyjechałaś, ale wolałabym, żebyś powstrzymała się od 

czułych  gestów,  dopóki  się  nie  wykąpiesz.  Na  marginesie,  Dawes  mi  powiedziała,  że 

rozstawiłaś dzisiaj bukiety kwiatów we wszystkich pokojach. Dziękuję ci, moja kochana. 

Bardzo ładnie wyglądają. 

T L

 R

background image

-  Cieszę  się.  Dobrze  ciocia  zrobiła,  że  poprosiła  panią  Dawes,  by  mnie 

zaprowadziła do ogrodu. Jestem zainteresowana zastosowaniem ziół. Ścinanie, układanie 

i suszenie ich to świetny sposób na zabicie czasu. Chciałabym jeszcze bardziej się cioci 

przydać, ale nie mam talentu do szycia i robótek ręcznych. Mogłabym za to narysować 

parę widoczków, jeśli ciocia chce. 

-  Bardzo  bym  chciała.  Nie dziwię się, że pełna  energii  młoda dama  nie  wie, co  z 

sobą tutaj począć. Bałam się, że się zanudzisz bez londyńskich teatrów, balów i przyjęć, 

bez wizyt w sklepach i przyjaciółek, z którymi mogłabyś poplotkować. 

Honoria poczuła wyrzuty sumienia. Kiedy otrząsnęła się z początkowego załama-

nia, rzeczywiście zaczęła się nudzić. 

-  Nie  myśl,  ciociu, że narzekam.  Naprawdę nie brak mi  Londynu. Może z  wyjąt-

kiem sklepów. 

To była prawda. W bolesny sposób odkryła, że niezależnie od grona przyjaciół był 

w  Londynie  ktoś,  kto  skonstruował  niewiarygodnie  podłą  intrygę,  zmierzającą  do  zruj-

nowania reputacji Honorii. Tak przemyślną, że nawet jej własny brat nie uwierzył, iż ona 

w niej nie uczestniczyła, oraz tak skuteczną, że nawet miesiąc później sama myśl o tam-

tej nocy napełniała ją poczuciem poniżenia i odrazy do ludzi. 

- Może i nie ma tu wielu rozrywek, ale pokochałam Kornwalię. Klify, morze, wi-

doki, ich surowe piękno. Rozumiem, dlaczego ciocia tu osiadła. 

- Jesteś pewna? Foxeden z jego wspaniałym widokiem na nieustannie zmieniające 

się morze odpowiada mi, ale to nie jest dom dla każdego. Ta posiadłość utrudnia miesza-

nie się rodziny w moje sprawy, za co jestem wdzięczna losowi. 

- A ja jestem wdzięczna cioci, że mnie przyjęła. Lady Foxe spojrzała na nią czule. 

- My, grzesznicy, musimy się trzymać razem, czyż nie? - zażartowała. 

Pierwszego popołudnia po przyjeździe Honoria wyznała ciotce ze szczegółami, co 

spotkało ją w Londynie, pragnęła bowiem, by starsza pani zrozumiała pełnię jej upadku i 

mogła ją natychmiast odesłać, jeśli nie życzyła sobie, by jej dom został splamiony skan-

dalem. Ciotka słuchała beznamiętnie, po czym uściskała Honorię, zaskarbiając sobie tym 

jej bezgraniczną wdzięczność, i zapewniła ją, że może pozostać w Foxeden tak długo, jak 

będzie chciała. 

T L

 R

background image

Honorię kusiło, by zapytać teraz krewną, jak to się stało, że osiadła w Kornwalii. 

Dochodziły  do  niej  wcześniej  słuchy  o  niedozwolonych  zaręczynach, ucieczce z  domu, 

pochwyceniu,  wygnaniu  i  śmierci  kochanka  na  morzu.  Mimo  że  w  ostatnim  miesiącu 

Honoria bardzo zbliżyła się do zbuntowanej ciotki swojej matki, wciąż nie starczało jej 

odwagi, by poprosić o wyjaśnienia, których starsza pani, osoba bardzo dyskretna, z wła-

snej woli nie zamierzała udzielać. 

I tym razem okazja została stracona, albowiem lady Foxe ruszyła do wyjścia. 

- Poproś Dawes o przyniesienie herbaty do mojej bawialni, kiedy już się przebie-

rzesz. Znajdziesz tam nowe żurnale z Londynu - rzuciła od progu. 

- Nie wiedziałam, że ciocia prenumeruje żurnale. - Honoria nie zauważyła żadnych 

pism poświęconych modzie, gdy mniej więcej tydzień po przyjeździe zajrzała do biblio-

teki w Foxeden. 

- Muszę mieć coś dla gości. Czekam na ciebie. 

Ciotka Foxe musiała zaabonować te pisma specjalnie dla mnie, pomyślała Honoria. 

Życzliwość krewnej była zdumiewająca. 

Kiedy nagle postanowiła udać się na wygnanie do ciotki, nie bardzo ją nawet znała. 

W  czasie  niewielu  wizyt  złożonych  przez  jej  rodzinę  w  Foxeden,  kiedy  Honoria  była 

dzieckiem, zauważyła, że panna Alexandre Foxe trzymała się od krewnych na dystans, a 

jej stosunki z matką Honorii były raczej chłodne. W czasie, gdy rodzina debatowała nad 

tym, dokąd ją wysłać z Londynu, Honoria, jak się okazało trafnie, wybrała Kornwalię. 

Żywiła wdzięczność do ciotki nie tylko dlatego, że ją przyjęła pod swój dach, ale i 

za to, że uwierzyła w jej historię. W odróżnieniu od najbliższych krewnych, wysłuchała 

ją i dała jej wiarę, chociaż i ona nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, dlaczego komuś 

mogłoby zależeć na kompromitacji Honorii Carlow. 

Po miesiącu wspomnienie pożegnalnej rozmowy z Marcusem wciąż bolało. Przed-

tem takiej  furii  u niego  nie  widziała.  Krzyczał  na  nią,  że  chociaż  jest  nierozważna,  nie 

spodziewał  się,  iż  doprowadzi  do  skandalu,  który  okryje  ją  niesławą,  zniweczy  szanse 

niewinnej  młodszej  siostry  na  korzystny  związek  małżeński  i przysporzy  zgryzoty  jego 

ciężarnej  żonie.  Nie przyjmował  do  wiadomości  żadnych  zapewnień  z jej  strony  o  nie-

winności, zamilkła więc i reszty tyrady słuchała z zaciśniętymi w proteście ustami. 

T L

 R

background image

W przeszłości niejednokrotnie się sprzeczali, nie przypuszczała jednak, że on uzna 

ją za zdolną do kłamstwa w tak ważnej sprawie. Jego brak wiary w jej uczciwość był bo-

leśniejszy od upokorzenia, jakiego doznała. 

Marcus  nie  musiał  jej  nakazywać  opuszczenia  Londynu.  Nie  zamierzała  pozosta-

wać w mieście w charakterze obiektu litości i spekulacji. Nie chciała być wytykana pal-

cami  przez  dziewczęta  niedorównujące  pod  względem  wdzięku  i  urody  jej,  nazywanej 

Brylantem Londynu. Po odtrąceniu przez narzeczonego i zdradzie brata Honoria nie mo-

gła się doczekać chwili, w której pozostawi za sobą Londyn i rodzinę Carlowów. 

Podeszła do okna, skąd widać było falujące morze. Co do Anthony'ego... Zaręczy-

ny  z  nim  były  błędem,  co  uwidoczniły  w  całej  pełni  wydarzenia,  do  których  doszło  w 

ogrodzie. 

To jej wina, że przyjmowała zaloty mężczyzny, którego nie kochała. Zaakceptowa-

ła go głównie dlatego, że sądziła, iż zaręczynami ugłaska sprzyjającego im Marcusa, któ-

ry  przestanie  śledzić  każdy  jej  krok  i  przeniesie  swoje  zainteresowanie  na  Verity.  Per-

spektywa  wyjścia spod  opiekuńczych skrzydeł  Marcusa była  nęcąca,  a poza tym posta-

nowiła, że odwoła zaręczyny, gdyby Anthony okazał się męczący. 

Wybrała  Anthony'ego  Prescotta,  barona  Readesdella,  ignorując  wielu  wyżej upla-

sowanych w hierarchii socjety kandydatów do ręki, ponieważ sądziła, że on, który znał ją 

od  dziecka,  doceni  jej  niezależny,  dociekliwy  umysł,  a  nie  tylko  urodę  i  koneksje  ro-

dzinne.  Pośpiech,  z jakim  Anthony  uciekał  od  niej po  wybuchu  skandalu, dowodził, że 

największym uznaniem w jego oczach cieszyła się perspektywa skoligacenia się z potęż-

nymi Carlowami i otrzymania pokaźnego posagu narzeczonej. 

Jeśli  ten bliski przyjaciel  z  dzieciństwa,  znający  ją  tak dobrze, był  niewłaściwym 

mężczyzną, to kto mógłby się okazać właściwym? - zadała sobie w duchu pytanie. 

Przed  oczyma  stanął  jej  niebieskooki,  ciemnowłosy  przemytnik.  Był  naprawdę 

przystojny. Z gładkich i śliskich włosów opadających na kark, z szerokiej klatki piersio-

wej i ramion ściekała słona morska woda. Emanował nieposkromioną męską energią. Już 

wtedy na plaży na jego widok przez całe ciało aż do najmniejszego palca u nogi przeszła 

ją fala rozkosznego ciepła. Uśmiechnęła się do siebie. Marcus nie posiadałby się z obu-

T L

 R

background image

rzenia,  gdyby  dowiedział  się,  że takie wrażenie  robi  na  niej  jakiś  nisko  urodzony  prze-

mytnik. 

Całe szczęście, że ojciec o niczym się nie dowie. Honoria nie chciałaby, żeby z jej 

powodu  doznał  kolejnego  ataku.  Matka  często  jej  zarzucała,  że  swoim  nie-

odpowiedzialnym  zachowaniem  przysparza  ojcu  zgryzoty  i  naraża  go  na  utratę  resztek 

zdrowia.  Rodzina  nie  wierzyła,  że  Honoria  padła  ofiarą  czyjejś  zaplanowanej  podłości. 

Marcus wyraźnie powiedział na pożegnanie, że cały klan Carlowów uważa ją za samo-

lubną, bezmyślną, nieokiełznaną dziewczynę, której obojętne jest, że jej wybryki okryją 

wstydem najbliższych. 

Z drugiej strony, jeśli taka ocena jej charakteru była słuszna, to może pochodzący z 

nizin  społecznych  przestępca  byłby  dla  niej  najodpowiedniejszą  partią.  Chociaż  bardzo 

możliwe, że urodziwa  twarz i  męska sylwetka  nieznajomego  kryją  perfidnego  i  kłamli-

wego łotra. Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Z wyjątkiem może Hala. Ogarnęła ją tęsk-

nota za bratem,  który  był  niewiele  od niej  starszy.  Gdyby  Hal  był  tamtego  wieczoru  w 

Londynie,  jakże  inaczej  potoczyłyby  się  wypadki.  On  by  się jej  nie  wyrzekł,  nie  pozo-

stawił bez pomocy. 

Teraz, kiedy Bonaparte przebywał na Elbie, Hal znajdował się zapewne w Paryżu 

lub w Wiedniu, gdzie toczyły się prace nad warunkami pokoju. Poznawał nowe miasta, 

uwodził  szacowne  mężatki  i  płoche  pokojówki,  jednym  słowem  prowadził  tryb  życia, 

dzięki któremu zasługiwał w towarzystwie na miano rozbrykanego młodego źrebaka. 

W  przekonaniu  Honorii,  ojciec  i  Marcus,  otwarcie  taki tryb  życia  krytykujący,  w 

głębi  duszy  Hala  podziwiali.  Wybryki,  których  dziesiąta  część  zrujnowałaby  reputację 

każdej młodej kobiecie, uchodziły na sucho jej bratu. 

Pukanie do drzwi poprzedziło wejście pani Dawes i dziewczyny kuchennej, ugina-

jącej  się  pod  ciężarem  wiader  z  gorącą  wodą.  Co  robi  lokaj  zazwyczaj  zatrudniany  do 

pomocy?  Honoria  ruszyła  na  pomoc  kobietom,  aby  napełnić  wodą  miedzianą  wannę 

ustawioną przy kominku. 

Pani  Dawes została,  żeby  pomóc  Honorii dokładnie  wypłukać piasek  i  sól  z  wło-

sów. Po jakimś czasie przyszła pokojówka i zwolniła gospodynię do jej obowiązków. 

T L

 R

background image

-  Przepraszam,  że  mnie  nie  było,  kiedy  panienka  mnie  potrzebowała  - 

usprawiedliwiała się  Tamsyn.  -  Jaka  panienka dzielna!  Nie  mogłam  uwierzyć  własnym 

oczom, kiedy zobaczyłam, jak panienka rzuca się do wody na ratunek. 

- Widziałaś mnie? - Honoria nagle zrozumiała przyczynę nieobecności pokojówki i 

lokaja.  Musieli  być  zajęci  przy  przerzucaniu  towaru  w  głąb  lądu.  -  Tamsyn,  chyba  nie 

brałaś udziału w żadnych nielegalnych operacjach? 

-  Oczywiście,  że  nie,  panienko  -  zapewniła  skwapliwie  dziewczyna,  czerwieniąc 

się. - Słyszałam od Alana, naszego lokaja, który spotkał rybaków na drodze ze wsi. Pa-

nienka musi uważać. Woda w tych zatoczkach wygląda spokojnie, ale tam są silne prądy, 

zwłaszcza  między  skałami.  Gdyby  panienka  weszła  głębiej,  mogłaby  być  porwana  na 

otwarte morze. 

- Na szczęście nie potrzebowałam wchodzić głębiej. 

- I Bogu dzięki. Ach, czy on nie był wspaniały! Skoczył ze skał, tak łatwo poradził 

sobie z prądem znoszącym go na morze i wyciągnął na brzeg tego łachudrę, agenta cel-

nego. Przysięgam, serce waliło mi jak młotem. Bałam się, że obaj utoną - paplała Tam-

syn, zapominając najwidoczniej, że przed chwilą zapewniała, że nie widziała tej sceny. 

Rozbawiona  Honoria  walczyła  z  ciekawością,  ale  poddała  się  i  zapytała  od  nie-

chcenia: 

- Kim jest ów ratownik? 

-  Nie  wie  panienka?  -  zdziwiła  się  pokojówka.  -  To  Jastrząb

*

!  Mój  brat  Dickin, 

który  jest  szyprem,  mówi,  że  to  najlepszy,  najbardziej  nieustraszony  marynarz,  jakiego 

spotkał w życiu. Ma kocie oczy. W najczarniejszą noc potrafi znaleźć drogę między ska-

łami.  Naprawdę  nazywa  się Gabriel  Hawksworth.  Żegluje na  „Rybitwie"  dopiero  kilka 

miesięcy, a nasi ludzie przezwali go Jastrząb, bo potrafi skierować kuter prosto na ląd, a 

potem gwałtownie odskoczyć w morze, jak niektóre ptaki rzucające się na zdobycz. 

- To on nie jest miejscowy? 

 

*  Jastrząb  -  po  angielsku  „hawk".  Przydomek  nawiązuje  do  nazwiska  bohatera  Hawksworth  (przyp. 

tłum.). 

 

T L

 R

background image

-  Nie,  panienko.  Nie  wiem,  skąd  pochodzi,  ale  sądząc  po  akcencie,  musi  być  Ir-

landczykiem. 

- Irlandczycy także łowią na tych wodach? - zapytała Honoria. Mimo wszystko nie 

posądzała Jastrzębia o to, że spędził całe życie na łodzi rybackiej. Był zbyt pewny siebie. 

- Jest kolegą z wojska Dickina. Brat mówił mi, że gdy służyli pod Wellingtonem w 

Hiszpanii, z dala od morza, często rozmawiali o żeglowaniu. A kiedy znaleźli się w Li-

zbonie,  parę  razy  wypłynęli  razem  w  morze  i  Dickin  zobaczył,  że  mało  kto  potrafi  że-

glować małym statkiem lepiej niż Jastrząb. Poprosił go więc, by przejął „Rybitwę", gdy 

jej szyper został ranny. 

Wojskowy. To tłumaczyłoby pewność siebie. Brat Honorii, Hal, również miał po-

dobnej pewności siebie pod dostatkiem. 

- Jeśli on tak lubi morze, to dlaczego nie zgłosił się do marynarki wojennej? 

- Nie wiem, dlaczego nie zrobił tego Jastrząb, ale Dickin nie chciał na długie mie-

siące znikać na morzu. Uważa, że gdyby ci z marynarki zorientowali się, jak dobrze so-

bie  radzi  z  nawigacją,  przykuliby  go  do  steru  na  jakiejś  fregacie  i  nie  oglądałby  lądu. 

Kiedy robili zaciąg w naszej okolicy do armii lądowej, zgłosił się na ochotnika. Jak naj-

bardziej  chciał  walczyć  z  Bonapartem,  ale  wolał  potem  wrócić  do  domu,  zaopiekować 

się mamą i nami i doglądać rodzinnych interesów. 

- Te rodzinne interesy to szmugiel? - zapytała domyślnie Honoria. 

- To gospoda i połów ryb, panienko. A co do innych spraw... nasi ludzie powiadają, 

że lepiej nie rozglądać się za bardzo i nie zadawać za dużo pytań. Na ogół celnicy nikogo 

nie zaczepiają, póki stary pan Marshall regularnie dostaje swoją część. Ten człowiek, co 

dzisiaj nadział się swoją łodzią na skałę, był nowy. 

- Nie miałby możliwości się rozglądać i zadawać zbyt wielu pytań, gdyby nie in-

terwencja pana Hawkswortha. 

- Fakt. Jastrząb jest tak dobrym szyprem, że ludzie go za to nie potępią. 

Zanim  Honoria  zdążyła  napomnieć  dziewczynę,  że  na  potępienie  zasługiwałoby 

raczej odebranie komuś życia niż go uratowanie, ta wykrzyknęła: 

- A jaki on piękny! Wysoki, szeroki w barach, a oczy to ma takie niebieskie, jakby 

znalazło się w nich całe niebo! 

T L

 R

background image

- Tamsyn, poetka z ciebie. 

- Nie przesadzam z tymi oczami. Wszystkie dziewczyny - nie tylko nasze, ale także 

od Padstow do Polperro - umierają z miłości do niego. Ale on żadną się, jak do tej pory, 

nie zainteresował - dodała zadowolona pokojówka. 

Zatem Tamsyn należy do grona wielbicielek przystojnego kapitana, a jemu wcale 

nie spieszyło się wyróżnić żadnej, zauważyła Honoria. Musiała przyznać, że Jastrząb w 

pełni  zasługiwał  na  zachwyty  Tamsyn.  Ona  sama  odczuwała  przyjemny  dreszcz  na 

wspomnienie śpiewnego głosu i intensywnie niebieskich oczu. Westchnęła, nie potrafiła 

wzbudzić w sobie sympatii dla tych wszystkich zakochanych w nim dziewcząt. 

Nie, żeby zamierzała pójść ich śladem. Poza tym, oprócz tego spotkania na plaży, 

nie  ma  szansy  na  kolejne  między  krewną panny  Foxe,  dziedziczki  z  Foxeden Manor,  a 

kapitanem  przemytniczego  statku,  choćby  nie  wiadomo  jak  bardzo  podziwianym  przez 

miejscowych. 

Wkładając koszulę na rozkosznie rozgrzane i czyste nagie ciało, przypomniała so-

bie  spojrzenie  niebieskich  oczu,  taksujące  bez  skrępowania  jej  piersi  pod  przylegającą 

mokrą halką z cienkiego lnu. Szybko obiecała sobie, że nie będzie myślała o przybłędzie, 

który tak na nią podziałał. Oddała się w ręce Tamsyn, która zabrała się do sznurowania 

gorsetu. 

T L

 R

background image

Rozdział trzeci 

 

Dwa dni później, w niedzielę, nabożeństwo miał odprawiać biskup z Exeter. Był to 

stary znajomy lady  Foxe, postanowiła więc udać się na modły do kościoła, zamiast od-

prawiać  je  w  zaciszu  domowym,  jak  to  czyniła  we  wszystkie  poprzednie  niedziele  po 

przyjeździe Honorii. 

Po nabożeństwie pastor i biskup żegnali opuszczających kościół wiernych. Wśród 

gromadzących się przed świątynią mieszkańców Honoria rozpoznała właściciela gospo-

dy,  ojca  Tamsyn.  Kessel,  bo  tak  brzmiało  jego  nazwisko,  stał  wraz  z  dwoma  synami  - 

podobieństwo  obu  do  ojca  było  wręcz  uderzające  -  jednym  z  nich  musiał  być  Dickin, 

właściciel łodzi rybackiej. 

-  Nie  mogę  się  nadziwić,  że  nasz  duchowny  jest  w  takich  dobrych  stosunkach  z 

przemytnikami - szepnęła ciotce do ucha Honoria, gdy opuszczały nawę kościelną. 

- Jest Walijczykiem i lubi brandy i inne spirytualia tak samo, jak jego parafianie. W 

tej okolicy nie znajdziesz nikogo, kto nie kupuje towarów z przemytu. Słyszałam nawet o 

istnieniu tunelu przemytniczego kończącego się w piwnicy pod zakrystią kościoła. 

- Niemożliwe! - Zgorszona Honoria spojrzała na ciotkę z niedowierzaniem. 

W przedsionku musiały przejść obok biskupa. Honoria spodziewała się, że zostanie 

mu  przedstawiona  przez  ciotkę.  Powinna  też  zawrzeć  znajomość  z  kilkoma  osobami  z 

lokalnej społeczności. W tym momencie przyszło jej do głowy, że, co prawda Exeter, a 

co dopiero Sennlack, są znacznie oddalone od Londynu, jednak ze względu na jej znane 

nazwisko, biskup być może słyszał o jej niełasce. Początkowy zapał do nawiązania sto-

sunków z miejscowymi zgasł i zatrzymała się, pozwalając ciotce na kilka minut prywat-

nej rozmowy z biskupem. 

Nagle ktoś pociągnął ją za rękaw. Uśmiechnięta mała dziewczynka dygnęła przed 

nią i podała jej bukiecik rozsiewających rozkoszną woń pierwiosnków. 

- Dla mnie? - zapytała Honoria.  

Dziewczynka  pokiwała  głową.  Szczuplutka  blondyneczka,  w  prostej  spranej  su-

kience, wyglądała na nie więcej niż dziesięć lat. 

T L

 R

background image

Honorię  uderzyło,  że  jedno  niebieskie  oko  dziecka  było  wbite  w  nią,  drugie  zaś, 

szare, błądziło w przestrzeni za jej plecami. Mała sprawiała wrażenie istoty jakby nie z 

tego świata. 

- Jak to miło z twojej strony... - wydukała wzruszona Honoria. 

Spodziewała się,  że  dziewczynka powie, jak ma na imię,  tak się jednak nie stało. 

Do Honorii zbliżyła się kobieta. 

- Przepraszam panienkę! Nie chciałam, żeby panienkę niepokoiła. Daj mamie rącz-

kę, Eva - zwróciła się do córki. 

- Nic się nie stało. Kwiatki są naprawdę śliczne.  

Dziewczynka wyrwała się matce. Wykonała palcami ruch imitujący falowanie po-

wierzchni morza, po czym zaczęła naśladować człowieka płynącego pieskiem. 

- Przyniosła panience kwiatki, bo panienka była dzielna, rzucając się na ratunek to-

nącemu - wyjaśniła kobieta. 

- Wcale nie jestem dzielna, ale dziękuję, Evo. Uwielbiam pierwiosnki. 

Mała pogłaskała suknię Honorii. 

- Ona uważa, że panienka jest bardzo ładna - dodała kobieta i nagle spochmurniała. 

Honoria podążyła śladem jej spojrzenia i zauważyła, że jeden z synów właściciela 

gospody obserwuje scenę, nie kryjąc złości. 

-  Myślałem,  że  zrozumiałaś,  że  masz  jej  tu  nie  przyprowadzać  -  zwrócił  się  nie-

grzecznym tonem do kobiety. 

-  Przepraszam,  panie  Johnie.  -  Matka  Evy  dygnęła  i  złapała  córkę  za  rękę.  -  Już 

idziemy. 

- Nie powinna się pokazywać z tym półgłówkiem między normalnymi ludźmi. To 

przynosi pecha - wyjaśnił Honorii. 

- Nie sprawiała na mnie wrażenia nienormalnej - zaoponowała Honoria, zdziwiona 

obcesowym zachowaniem mężczyzny wobec matki dziewczynki. 

- Bez urazy, panienko - rzucił jej lekceważące spojrzenie - ale panienka jest tutaj 

nowa i nie powinna mówić o rzeczach, o których nic nie wie. 

Honoria  zamierzała  udzielić  mu  ostrej  reprymendy,  gdy  tuż  za  plecami  usłyszała 

głos ciotki: 

T L

 R

background image

-  Chodź,  moja  droga,  przedstawię  cię  jego  eminencji  i  naszemu  pastorowi.  Oto 

moja krewniaczka - zwróciła się do duchownych - panna... 

- ...Foxe, Marie Foxe - dokończyła szybko za ciotkę Honoria. 

Do kłamstwa popchnęła ją desperacja. Lepiej, uznała, żeby ani biskup, ani miesz-

kańcy Sennlack nie znali jej prawdziwego nazwiska, zawsze bowiem istniało niebezpie-

czeństwo,  że  wiadomość  o  skandalu  dotrze  z  Londynu  aż  tutaj.  Posłużyła  się  drugim 

imieniem, Marie, ponieważ imię Honoria brzmiało jak urągowisko w jej sytuacji. 

- Kuzynka przyjechała... z długą wizytą - poinformowała obu duchownych ciotka, 

z lekka tylko dając wyraz zdziwieniu. 

Honoria odetchnęła z ulgą. Korzystając z tego, że biskup i ciotka wdali się w oży-

wioną  rozmowę na temat planowanego  na  lato  festiwalu  w  Exeter,  zagadnęła pastora  o 

dziewczynkę, która przyniosła jej bukiecik pierwiosnków. 

- Ojcze, kim są ta mała i jej matka? - Wskazała ścieżkę, którą odchodziły. 

Dziecko, jakby  odgadło,  że  o  nim mowa,  zatrzymało  się na zakręcie,  odwróciło  i 

pomachało  rączką  Honorii,  która spojrzała  wyzywająco  na syna  karczmarza i odpowie-

działa tym samym gestem. 

- To Eva Steavens - odparł wielebny Gryffd. - Jej matka świeżo owdowiała. Ojciec 

był rybakiem, zeszłej zimy zaginął na morzu. 

- Czy dziewczynka nie mówi? 

- O ile wiem, nie. 

- To jeszcze nie dowód, że jest nienormalna. 

- To prawda - zgodził się pastor. - Tutejsi są przesądni. Podejrzewam, że to z po-

wodu dziwnych oczu dziecka. Jeśli czegoś nie rozumieją, to się boją. Niektórzy myślą, że 

taka odmienność to znak szatana. Najbardziej przesądni są ludzie morza... Taki, na przy-

kład, John Kessel, ten, który je odpędził. On jest przekonany, że to z winy tej małej jego 

przyjaciel,  szyper  łodzi...  hm...  rybackiej,  nadział  się na podwodną skałę.  Kuter  zatonął 

wraz z całą załogą. Kessel uważa, że stało się to za sprawą złego uroku. 

- To niedorzeczność - oburzyła się Honoria. 

T L

 R

background image

- Zgadzam się, ale morze to kapryśna kochanka, nie dziwota, że ci, którzy mają z 

nią do czynienia, chcieliby za wszelką cenę uniknąć wszystkiego, co zwiększa zagroże-

nie. 

- Czy dziewczynka jest ograniczona umysłowo? 

- Trudno powiedzieć, jeśli nie można z nią porozmawiać. Wydaje się inteligentna. 

Zauważyła pani, jak zmyślnie komunikuje się z matką na migi. 

- Jakie to niesprawiedliwe. - Honoria poczuła gwałtowny przypływ współczucia i 

sympatii do dziecka. - Przecież to nie jej wina, że urodziła się z takimi oczami. 

- Bywa, że niewinne istoty cierpią wskutek niesprawiedliwej oceny ze strony oto-

czenia - wtrąciła lady Foxe, która zakończyła konwersację z biskupem. - Niestety, nader 

często. 

- Człowiek może tylko żywić nadzieję, że sprawiedliwy Bóg wyrówna wszystko na 

końcu - rzekł ojciec Gryffd. 

- Amen - zakończyła lady Foxe. 

-  Ojcze Gryffd,  panno  Foxe, dzień dobry.  Słyszałem,  że  mieliśmy  gości na  nabo-

żeństwie. 

Honoria  drgnęła  na  dźwięk  śpiewnego  głosu  za  plecami.  Tylko  raz  słyszała  ten 

głos, ale go rozpoznawala. Odwróciła się i ujrzała śmiałka z plaży. Na widok jego szero-

ko uśmiechniętej twarzy całe jej ciało przebiegł dreszcz podniecenia. Nim opanowała tę 

absurdalną reakcję, odezwał się ponownie, tym razem zwracając się do lady Foxe: 

- Ośmielam się prosić o przedstawienie mnie pani kuzynce. 

Honoria wstrzymała oddech w oczekiwaniu na reakcję ciotki. Przemytnik nie nale-

żał do kategorii osób godnych przedstawienia lady Honorii Carlow, był jednak w tej ma-

łej społeczności osobą popularną i nie zasługiwał na zlekceważenie, zwłaszcza ze strony 

zwykłej panny Marie Foxe. 

Ciotka  prawdopodobnie  doszła  do  tej  samej  konkluzji,  bo  z  przewrotnym  uśmie-

chem przystała na prośbę. 

- Moja droga, pozwól, że ci przedstawię pana Gabriela Hawkswortha... człowieka 

morza,  który  ostatnimi  czasy  zawitał  na  nasz brzeg.  A  oto  moja  kuzynka, panna  Marie 

Foxe. 

T L

 R

background image

- Co za wspaniały nabytek dla naszej małej kongregacji, droga pani. Słyszałem, że 

panna Foxe lubi ogrody. Pozwoli pani, że posunę się dalej w swej śmiałości i zaproponu-

ję  pani  kuzynce  moje  towarzystwo  w  celu  obejrzenia  róż  na  dziedzińcu  za  kościołem? 

Właśnie zaczynają kwitnąć. 

Honoria  nie  posiadała  się  z  oburzenia.  Tego  rodzaju  prośba  byłaby  nadmierną 

śmiałością nawet w ustach dżentelmena równego jej rangą towarzyską, a co dopiero ze 

strony zwykłego marynarza. Nie do wiary, że przyszło mu do głowy domagać się towa-

rzystwa córki hrabiego. Co powiedziałaby rodzina Carlowów, gdyby dowiedziała się, że 

Honoria spaceruje z przemytnikiem? 

- Nie sądzę, by zawiódł ją pan na manowce, spacerując w biały dzień po dziedziń-

cu kościelnym, panie Hawksworth - zauważyła lady Foxe. - Proszę pamiętać, że liczę na 

pańską przyzwoitość. Moja droga, skorzystaj z okazji, by poznać lokalną ciekawostkę. 

- Jestem pani dłużnikiem - odparł z ukłonem Gabe. 

- Ciekawe, czy będzie pan o tym pamiętał przy okazji najbliższej dostawy towaru - 

zauważyła lady Foxe. 

Honoria  zaczynała  wierzyć,  że  ciotka  to  takie  samo  ziółko,  jak  mężczyzna,  pod 

którego  opiekę  ją  oddawała.  Zanim  zdążyła  zaprotestować,  pan  Hawksworth  podał  jej 

dłoń i ruszyli. Zdradzieckie nogi dość posłusznie niosły ją ścieżką, którą ją wiódł, co tyl-

ko wzmagało jej rozdrażnienie. 

- To uprowadzenie - odezwała się półgłosem. 

- W żadnym razie! Przyrzekłem, że zachowam się przykładnie. Nie wymienię na-

wet ze szczegółami wszelkich bezeceństw, jakich można by dopuścić się w ogrodzie. 

Ta żartobliwa uwaga zgasiła irytację Honorii równie skutecznie, jak zimna morska 

woda. Doskonale wiedziała, do jakich bezeceństw może dojść w ogrodzie. Z ich powodu 

przestała być lady Honorią, rozrywaną towarzysko panną z dobrego domu, która mogła 

sobie  bezkarnie  pozwolić  na  kaprysy,  kogo  obdarzać,  a  kogo  nie  obdarzać  swoim  za-

szczytnym towarzystwem. 

Mimo  że  faktycznie  znajdowała  się  dzisiaj  w  sytuacji  gorszej  niż  zwykła  panna 

Foxe, nie oznaczało to jeszcze, że musi schlebiać próżności tego mężczyzny i słać mu się 

do stóp, choćby nie wiadomo jak silnie działał jej na zmysły. 

T L

 R

background image

Doszła  do  wniosku,  że  najlepszą  metodą  zachowania  w  jego  obecności  będzie 

okazywanie mu, jak niewielkie wrażenie wywierają na niej jego urok osobisty i grzeczne 

maniery.  Mężczyzna,  do  którego  wzdychają  wszystkie  panny  od  Padstow  do  Polperro, 

otrzyma lekcję skromności. 

- Do tego potrzebowałby pan zainteresowanej słuchaczki - rzekła wreszcie. 

Zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na nią z uniesioną jedną brwią. 

- Sądzi pani, że jej by to nie zainteresowało? 

- Z całą pewnością nie - odrzekła najbardziej lekceważącym tonem, na jaki potrafi-

ła się zdobyć. Jednak uporczywe spojrzenie, które tak dobrze zapamiętała z plaży, wy-

warło na niej wrażenie. 

-  Sądziłem,  że  ma  pani  słabość  do  marynarzy.  Tak  mi  się  przynajmniej  zdawało, 

kiedy  ujrzałem  panią  przy  brzegu  zatoki  przedziwnie  ubraną  -  zauważył,  omiatając 

wzrokiem jej nogi i brzuch. 

Honoria poczuła, że się czerwieni. 

- Prawdziwy dżentelmen zapomniałby o tym nieodpowiednim odzieniu. 

Wybuchnął głośnym śmiechem równie zaraźliwym, jak jego uśmiech. Niech go! 

- Myślałem, że to już ustalone: nie jestem dżentelmenem. Chociaż nie zasługuję na 

pani towarzystwo, chciałem się z panią przespacerować. Dobrze urodzona młoda dama, 

która umie pływać, jest zjawiskiem rzadkim. Jeszcze trudniej o taką, która byłaby gotowa 

narazić życie i godność, spiesząc na ratunek obcemu człowiekowi. 

Nieoczekiwany  podziw,  jak  i  to,  że  porzucił  dotychczasową  galanterię  w  głosie  i 

zachowaniu, sprawiły, że trudno jej było nadal traktować go z góry. 

- Mam nadzieję, że każdy dobry chrześcijanin zrobiłby to samo - powiedziała. 

- Ma pani lepsze zdanie o chrześcijanach niż ja. Dlaczego więc o mnie myśli pani z 

dezaprobatą? 

- A nie jest pan szmuglerem? Nie łamie pan prawa? Oceniam pańską inteligencję 

zbyt wysoko, żeby sam nie odgadł pan przyczyny - wyjaśniła, specjalnie używając słow-

nictwa świadczącego o tym, że otrzymała odpowiednie wychowanie, co powinno wska-

zać należne mu miejsce. 

Znowu się roześmiał. 

T L

 R

background image

- Panno Foxe, dopiero co tu pani przyjechała. Taki zarzut, a w najlepszym razie za-

rzut współdziałania i podżegania do tego rodzaju naruszenia prawa, dałoby się wysunąć 

pod adresem połowy tutejszej kongregacji. Nie zapamiętała pani twarzy ludzi spotkanych 

w zatoczce? 

Honoria  powinna  uczciwie  przyznać,  że  takie  właśnie  wrażenie  odniosła  podczas 

nabożeństwa. 

- Biorą na siebie wielkie ryzyko. I po co? Dla kawałka koronki? 

- Mentorski ton jak na kogoś, kto, jeśli się nie mylę, bo nie znam się na detalach 

damskiej garderoby, nie nosi ani skrawka koronki. 

Osłupiała Honoria spojrzała na swoją narzutkę. Okrycie pożyczone od ciotki, która 

była mniej więcej tego samego wzrostu, co ona, cieplejsze i cięższe od pelerynki, którą 

przywiozła  z  Londynu,  miało  bogate  koronkowe  obszycia  przy  kołnierzu  i  na  mankie-

tach. 

-  Będę  uważała  na  przyszłość  -  powiedziała  urażona.  -  Nie  zamierzam  napędzać 

pieniędzy do kieszeni zwykłym przestępcom. 

Ku jej zdenerwowaniu, tylko się uśmiechnął. 

- Panno Foxe, wcale nie jesteśmy tacy zwykli. Ludzie morza są zahartowani przez 

trudności, niesprzyjającą pogodę, przeciwne prądy i sztormy, a ci, którzy na dodatek po-

trafią zmylić za sobą pogoń, są jeszcze bardziej pomysłowi. Nie chcę się chełpić, ale jest 

tutaj kilka pań, które nas za to podziwiają. 

- Pań? Teraz wiem, że pan żartuje. 

- Ależ skąd! Nie słyszała pani o dziedziczce z West Looe, która, gdy służba celna 

szukała kontrabandy w jej domostwie, ukryła baryłkę pod spódnicami i siedziała spokoj-

nie, robiąc na drutach, dopóki agenci nie wyszli? Nawet szef komory celnej w Penzance 

często nazywa przemytników „najuczciwszymi ludźmi w tym, co robią". 

Honoria bacznie przyjrzała się jego twarzy, próbując się zorientować, czy on mówi 

prawdę. 

- Podejrzewam, że pan mnie oszukuje. 

- Gdzieżbym śmiał! Proszę popytać naokoło. Ludzie trudniący się przemytem cie-

szą się w okolicy szacunkiem. Powiadają, że nawet wieża kościoła Świętego Krzysztofa - 

T L

 R

background image

wskazał  w  górę  na  budowlę,  w  której  cieniu  spacerowali  -  została  ufundowana  przez 

miejscowych właścicieli ziemskich po to, żeby stanowić znak nawigacyjny dla ludzi mo-

rza. 

-  Wieża  kościelna?!  -  wykrzyknęła  Honoria.  -  Teraz  już  wiem,  że  pan  nie  mówi 

poważnie. 

- Od czasu, kiedy wywożono stąd wełnę do Flandrii, przemyt pozostał częścią tu-

tejszego  życia.  Prawie  każdy  jest  w  to  zaangażowany  albo  jako  dostawca,  albo  jako 

klient. Od górników, kupujących najtańszy alkohol, po bogatych dziedziców, zaopatrują-

cych się w kosztowne brandy. Nawet pani ciotka. 

- Kto jak kto, ale nie moja ciotka! 

- A skąd miejscowa krawcowa wzięła koronkę zdobiącą te rękawy? A skąd w skle-

pie  w  wiosce bierze się bordeaux,  które  ciotka podaje do  kolacji?  Albo  koniak,  którym 

rozgrzewa się jej stangret w zimne wieczory? Gdyby Korona rzeczywiście chciała poło-

żyć kres nielegalnemu handlowi, zniosłaby taryfy celne. 

Musiał dostrzec zmieszanie w oczach Honorii, bo kontynuował: 

-  Nie  powinna  pani  źle  myśleć  o  ciotce.  Chyba  sam  Wszechmogący  tego  chciał, 

stwarzając Kornwalię tak blisko Francji i Irlandii i wyposażając w taką obfitość natural-

nych portów dających osłonę przemytnikom. Nie należy winić miejscowych, że chcą ku-

pować  towary  po  rozsądnych  cenach,  jak  również  pomagać  tym,  którzy  je  dostarczają. 

Ciężkie jest życie w kopalniach, nie łatwiejszy też los tych, którzy usiłują wydrzeć plon 

tej kamienistej i osmaganej wichrami ziemi czy trochę ryby kapryśnemu i często niebez-

piecznemu  morzu.  Nie  powinna  pani  potępiać  ludzi  za  to,  że  chcą  w  nieco  łatwiejszy 

sposób zarobić parę pensów. 

- Wcale nie łatwiejszy, jeśli mogą dokonać żywota na szubienicy albo na dnie mo-

rza. 

-  Życie  jest  niebezpieczne.  To  statek  miotany  wiatrem  i  prądami  morskimi.  Nie 

można się wycofać. Trzeba zrefować żagle i do przodu. 

A jak żeglować do przodu, gdy się popadło w niełaskę? - zadała sobie w duchu py-

tanie Honoria. Mężczyznom łatwiej tak mówić, oni rządzą światem. 

T L

 R

background image

- Oto i róże. Piękne, prawda? Słyszałem, że w Kornwalii, w miejscach osłoniętych 

od  wiatru  i  wystawionych na południe, zakwitają  wcześniej niż  gdziekolwiek indziej  w 

całej Anglii. 

Honoria też je zauważyła. Krzyknęła z zachwytu. Jej nozdrza wypełnił bogaty, in-

tensywny  aromat.  Zamknęła  oczy.  Na  moment  zapomniała  o  obecności  stojącego  obok 

mężczyzny. 

- Przepiękne - przyznała. - Przynajmniej ta część pańskiej opowieści jest prawdzi-

wa. Czy zaśpiew, który słyszę w pańskim głosie, to akcent irlandzki? 

- Nie myli się pani. - Skłonił się. - Ma pani czułe ucho, panno Foxe, co oznacza, że 

pasuje do całości. 

Zaczęła ją piec małżowina lewego ucha, nad którym jego oddech wprawiał w drże-

nie cieniutki kosmyk włosów. Co za człowiek! Trudno się oprzeć jego urokowi. W Lon-

dynie  nie  miała  z  tym  problemów,  nawet  w  towarzystwie  najbardziej  wyrafinowanych 

bawidamków. Nic dziwnego, że miejscowe panny kochały się w nim na zabój. 

-  Jestem  przekonana,  że  połowa  tego,  co  pan  opowiada,  to  czysta  fantazja,  ale 

przyznaję, że ma pan talent do wymyślania ciekawych historii. Brat twierdzi, że Irland-

czycy są z tego znani w armii. 

- Pani brat służy w wojsku? W którym pułku?  

Honoria poniewczasie zorientowała się, że popełniła błąd. 

- Nie pamiętam numeru - odparła wymijająco. W rzeczywistości nawet wiedziała, 

ilu ma po sobą podkomendnych Hal służący w 11 Pułku Dragonów. - Słyszałam, że pan 

jest byłym wojskowym. 

- Tak. 

Czekała, żeby powiedział coś więcej, ale się nie kwapił. 

- To dziwne jak na kogoś, kto kocha morze - rzekła więc. 

- To chwilowe zajęcie. 

- Do czasu? 

- Do czasu, aż znajdę stałe. 

Nie  był  skłonny  do  opowiadania  o  sobie,  tak  jak  i  ona.  On  także  uciekał  przed 

czymś lub przed kimś?  - zastanawiała się. Ścigały go władze irlandzkie za jakiś niecny 

T L

 R

background image

uczynek?  A  może  ukrywał  się  przed  zemstą  męża,  któremu  przyprawił  rogi?  Honoria 

zdawała sobie sprawę z tego, że powinna się trzymać z dala od osoby, o której wiedziała, 

że jest na bakier z prawem. Jednak nie wyczuwała ze strony tego niebieskookiego i cza-

rującego mężczyzny żadnego zagrożenia. 

Czy jednak powinna ufać sobie? Myślała przecież, że upora się z lordem Barwic-

kiem w ogrodzie. Oczywiście liczyła na pomoc i lojalność ze strony Anthony'ego. Z tych 

nieprzyjemnych refleksji wyrwał ją głos Jastrzębia: 

- Jakie ma pani plany, panno Foxe? Pani pobyt u ciotki będzie długi? Lato dopiero 

się zaczyna, a to szczególnie piękna pora roku w Kornwalii. 

- To prawda, bardzo piękna - przyznała, pomijając milczeniem pytanie. - Na mar-

ginesie, skąd pan wie, że lubię kwiaty? 

- Mam swoje źródła informacji. 

Czy Tamsyn z nim rozmawiała? Honoria nie mogła uwierzyć, by dziewczyna traci-

ła czas na plotkowanie o kuzynce chlebodawczyni. 

-  Większość  kobiet  lubi  róże.  Ciotka  ma  jeden  z  piękniejszych  ogrodów  w  całej 

okolicy,  ale  takiego  gatunku  róży  u niej nie  widziałam.  Może  wezmę stąd sadzonkę do 

Foxeden. Na osłoniętych rabatach powinna pięknie rozkwitnąć. 

- W pani rękach wszystko rozkwitnie.  

Rzuciła  mu  gniewne  spojrzenie.  Znowu  próbował  flirtować,  a  nie  powinien  ze 

względu na ich odmienny status społeczny. Nie brał tego pod uwagę. Powinna być zła, ta 

jego bezpośredniość zmuszała ją niemal do traktowania go z góry, czego nie chciała ro-

bić. Nie chciała również złościć się na niego. 

W  odróżnieniu  od  znanych  jej  mężczyzn  nie  udawał  kogoś  innego,  niż  jest.  Pod 

tym względem był uczciwy. Jeśli był draniem, to uczciwym draniem. Co za odświeżająca 

odmiana  po  londyńczykach,  którzy  schlebiają  prosto  w  twarz,  a  za  plecami  knują  nie-

godziwe intrygi! 

Nie  powinna ufać  żadnemu  mężczyźnie,  ale  czy  mały  flirt  mógłby  jej  bardzo  za-

szkodzić?  Ucięła  te  rozważania.  Co  też  jej  przychodzi  do  głowy?  Czy  dopiero  co  nie 

utraciła życia, do którego się urodziła, dlatego tylko, że nie uciekła w porę od kogoś, o 

kim wiedziała, że jest draniem? 

T L

 R

background image

Znając  swoją  zdradziecką  słabość  do  mężczyzn,  powinna  przezornie  usunąć  się 

spod złego wpływu tego przemytnika. 

-  Dziękuję,  że  pokazał  mi pan  te piękne  róże,  panie  Hawksworth.  Nie powinnam 

już dłużej wstrzymywać odjazdu ciotki do domu. 

Szybkim krokiem ruszyła w stronę ulicy, na której czekał powóz. Jak się obawiała, 

podążył za nią. 

- Istotnie są piękne, ale nie one są najpiękniejsze. 

-  Pan  mi  pochlebia,  panie  Hawksworth,  proszę  jednak  zachować  swoje  komple-

menty dla osób bardziej ich spragnionych. 

- Pani do nich nie należy? 

- W żadnym wypadku, mój panie. Wolę prawdę. 

- W takim razie jest pani, panno Foxe, zupełnie wyjątkowa. Do tej pory nie udało 

mi się spotkać takiej kobiety. 

-  Trudno  w  to  uwierzyć  -  zdążyła  odpowiedzieć  Honoria,  zanim  wyszli  na  ulicę. 

Ciotka stała  przed powozem, nadal  rozmawiając  z  pastorem.  Niespodziewanie  poczuła, 

że Hawksworth dotyka jej rękawa. 

- Dziękuję za miłe towarzystwo. Do widzenia, panno Foxe - powiedział z ukłonem. 

Grzeczność wymagała równie kurtuazyjnego pożegnania. 

- Do widzenia, panie Hawksworth. - Honoria dygnęła, pochylając głowę. Wsiada-

jąc do powozu, czuła na plecach jego wzrok. 

Była sobą zdegustowana. Przed chwilą zapewniała, że nade wszystko ceni prawdę, 

a  trochę  wcześniej  przedstawiła  się  całej  tutejszej  społeczności  pod  fałszywym  nazwi-

skiem.  Czy  mogłaby  mieć  za  złe  panu  Hawksworthowi,  że  coś  ukrywa,  skoro  ona  nie 

zdradziła nikomu, oprócz ciotki, prawdziwego powodu pobytu w Kornwalii? Poczuła, że 

musi wyjrzeć przez okienko powozu, żeby popatrzeć na Gabriela Hawkswortha. 

T L

 R

background image

Rozdział czwarty 

 

Gabe  obserwował,  jak  wdzięczna  postać  panny  Foxe  znika  we  wnętrzu  powozu. 

Było zbyt wiele ostentacji w jej udawaniu, że nie zamierza odwrócić głowy w jego stro-

nę, gdy pojazd ruszył. Był przekonany, że się jej spodobał. Mogła nie chcieć się do tego 

przyznać, ale on był zanadto doświadczony, by tego nie wyczytać z cichego westchnie-

nia, które wymknęło się z jej warg, i z drżenia, które ją przeniknęło, kiedy jej dotknął. 

Uzbrojony  w  tę  wiedzę,  nie potrafił  się  powstrzymać, by  jej  trochę  nie prowoko-

wać.  Przyjemność  sprawił  mu  rumieniec,  jaki  pojawił  się  na  jej  twarzy,  gdy  błądził 

wzrokiem  po  tych  częściach  ciała,  które  prześwitywały  przez  mokrą  bieliznę  tamtego 

dnia na plaży. Chciałby ich dotknąć, mocje pogłaskać, pocałować. Gdy tak na nią patrzy-

ł, oblała się rumieńcem, jakby wiedziała, jakie myśli plączą mu się po głowie. Może pra-

gnęła tego samego, co on? 

Szkoda, że panna Foxe nie jest Sadie, dziewczyną z gospody „Pod Mewą", od któ-

rej  miłosnych  awansów  coraz  trudniej  było  się  opędzać.  Nie,  żeby  miał  coś  przeciwko 

obfitym kształtom i temperamentowi dziewczyny. Mieszkał jednak w gospodzie prowa-

dzonej przez dobrego znajomego ojca Sadie i w wiosce, gdzie praktycznie wszyscy byli 

ze  sobą  skoligaceni,  a  cnoty  dziewczyny  strzegło  trzech,  niewyglądających  bynajmniej 

na cherlaków, braci. Sadie nie stanowiła dlań aż tak wielkiej pokusy, zwłaszcza od dnia, 

w którym po raz pierwszy ujrzał prześliczną Marie Foxe. W każdym razie, przyjemność 

z  pokątnej  przygody  z  Sadie  nie  była  warta  kłopotów,  jakich  prawdopodobnie  by  mu 

przysporzyła. 

Gabe podejrzewał, że gdyby to panna Foxe zagięła na niego parol, najpewniej nie 

opierałby się jej, bez względu na spodziewane problemy. Na to jednak się nie zanosiło. 

Nie miał pojęcia, jaką pozycję zajmowała rodzina Foxe w hierarchii towarzyskiej, sądząc 

jednak  po  arogancji  panny  Marie,  kapitan  statku  przemytniczego  byłby  uważany  przez 

jej  krewnych  za  osobę niedorównującą jej stanem.  Reakcja  na jego  śmiałe  zachowanie, 

objawiająca się zasadniczym tonem w rozmowie, bez wątpienia miała na celu zniechęce-

nie go. 

T L

 R

background image

Co  taka  atrakcyjna  panna  robi  w  Sennlack?  To  nie  miejsce,  w  którym  urodziwa, 

niezamężna  młoda  kobieta  zabawiłaby  dłużej  niż  kilka  dni  niezbędnych,  żeby  okazać 

szacunek ukochanej cioci. Czy nie o tej porze roku londyński sezon jest w pełnym roz-

kwicie? Dlaczego młoda dama, która powinna koncentrować się na poszukiwaniu odpo-

wiedniego  kandydata na  męża  -  a jeśli nie  ona sama, to  jej  rodzina  - spaceruje  z  takim 

podejrzanym osobnikiem jak on, zamiast przebywać w towarzystwie starannie wyselek-

cjonowanych dżentelmenów w Londynie? 

A może rodzina, nie mogąc wysupłać środków na posag niezbędny do wydania jej 

za mąż, wysłała ją do Kornwalii, by została rezydentką u boku zamożnej ciotki? 

Gabe  odrzucił  ten  pomysł,  kiedy  przypomniał  sobie  wyniosłe  zachowanie  panny 

Foxe, świadczące o tym, że ona jest raczej osobą, której zachcianki są zawsze spełniane, 

niż taką, która byłaby gotowa spełniać zachcianki innych. To nie jest potulna, posłuszna 

istota gotowa ulegać woli rodziny. Zadziwiające było również to, że przyjechała bez wła-

snej pokojówki. 

A może jakiś kataklizm pozbawił pannę Marie wszelkiej rodziny, poza starą panną 

Foxe?  Gabe  był  mocno  zdziwiony,  odkrywając  w  sobie  obcą  mu  dotychczas  chęć  za-

troszczenia się o słabszą od siebie istotę. 

Już pierwszego dnia, kiedy się spotkali, przyszła mu do głowy myśl, że pościg za 

tą nimfą wodną byłby zajęciem całkiem przyjemnym. Potem doszedł do przekonania, że 

o wiele bardziej satysfakcjonujące byłoby rozbudzenie w niej zainteresowania jego oso-

bą. 

Gabe wyczuwał, że jej niechęć do niego wynikała bardziej ze snobizmu niż z oba-

wy. Tymczasem nawet dla zabawy nie ubiegałby się o względy naprawdę niechętnej mu 

kobiety. Gdyby się omylił i gdyby nie udało mu się przełamać lodów, po kilku próbach 

by się wycofał. Tymczasem zamierzał użyć całego arsenału osobistego uroku, by panna 

Marie ujawniła prawdziwe pragnienia. 

Przed  oczyma  stanęła  mu  jej  twarz.  Aksamitna  cera  aż  prosiła  się  o  dotknięcie. 

Wielkie oczy, raz niebieskie jak pogodne wiosenne niebo, gdy zachwycała się różami, to 

znów szare niczym burzowa chmura, gdy stanowczo odrzucała jego awanse. Zmysłowe 

usta, które zdawały się domagać pocałunku - może nawet dwóch albo trzech. 

T L

 R

background image

Naraz  pożądanie,  które  w  nim  wzbudziła  od  pierwszego  wejrzenia,  dopadło  go  z 

wielką siłą. Nawet jeden pocałunek jest wart zachodu. 

Cały wieczór grały z ciotką w trik traka i Honoria starała się przekonać samą sie-

bie, że skutecznie zakazała sobie myśleć o przystojnym kapitanie Hawksworcie. Prawda 

była niestety taka, że udało się jej tego dokonać z umiarkowanym sukcesem. Jeszcze go-

rzej było następnego dnia, gdy Tamsyn, która w niedzielę wieczorem poszła odwiedzić 

rodzinę, przyniosła jej poranną czekoladę. 

-  Dickin  mi  powiedział,  że po  wczorajszym  nabożeństwie  rozmawiała panienka  z 

Jastrzębiem i że nawet spacerował z panienką po dziedzińcu kościelnym. - Głos dziew-

czyny przepełniał podziw dla Honorii, że spotkało ją tak wielkie wyróżnienie. - Czy on 

nie jest najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego panienka kiedykolwiek poznała? 

Wiedząc o zadurzeniu dziewczyny, Honoria mogła się spodziewać okazania zawi-

ści. Tymczasem uderzające było to, że w jej głosie nie było słychać nuty zazdrości. Być 

może  dla  Tamsyn  przyjaciel  brata,  mężczyzna,  którym  mogła  wzgardzić  lady  Honoria, 

wydawał się osobistością zbyt wielkiego kalibru, by zwracać uwagę na prostą dziewczy-

nę z Sennlack. 

- Tak. On jest nie tylko przystojny, ale i ujmujący. Niestety, podejrzewam, że jego 

celem jest zawrócenie w głowach wszystkim dziewczętom w Kornwalii. 

- Już mu się to udało. Jest dla mnie bardzo grzeczny, kiedy przychodzi do Dickina, 

ale nie zwraca na mnie większej uwagi. Chyba bym zemdlała, gdyby to zrobił! Czy pa-

nienka myśli, że on panienkę odwiedzi? 

Honoria odetchnęła z ulgą. Uznała, że jeśli Tamsyn przyszło to do głowy, najwy-

raźniej jej tożsamość nie wzbudza podejrzeń. Nawet skromna dziewczyna z małej korn-

walijskiej wioski, z głową nabitą romantycznymi mrzonkami, wiedziałaby, że pospolity 

przemytnik nie będzie miał dość śmiałości, by szukać towarzystwa kogoś tak dla niego 

niedostępnego,  jak  lady  Honoria  Carlow.  Z  drugiej  strony,  niewykluczone,  że  kapitan 

Hawksworth zechce oddać szacunek „pannie Foxe", zwłaszcza że został jej przedstawio-

ny  przez  rodzoną  ciotkę  owej  panny.  Honoria  nie  była  pewna,  czy  powinna  się  z  tego 

cieszyć, czy tym niepokoić. 

T L

 R

background image

Zastanawiając się nad słowami Tamsyn, Honoria tym razem dopatrzyła się w nich 

śladu  zaniepokojenia.  Może  pokojówka  wciąż  liczyła  na  to,  że  zostanie  dostrzeżona 

przez  kapitana?  Czyżby  próbowała  wybadać,  czy  panna  Foxe  jest  zainteresowana  jego 

względami? 

- Starał się okazać uprzejmość nowo przybyłej osobie, nic więcej. Wydaje mi się, 

że on zanadto chce się podobać wszystkim kobietom, aby skoncentrować zainteresowa-

nie na jednej. 

Najwidoczniej udało się jej utrafić we właściwy ton, bo Tamsyn się rozpromieniła. 

- Chyba ma panienka rację. W takim razie nie powinnam tracić nadziei. 

Pokojówka wyszła, gdy poranna toaleta jej pani dobiegła końca. Również Honoria 

wkrótce opuściła pokój. Po drodze zauważyła pierwiosnki od Evy wstawione do kryszta-

łowego wazonika. W ogrodzie w Foxeden Honoria nie dostrzegła pierwiosnków. Cieka-

we, czy rosną gdzieś dalej na terenie posiadłości? Westchnęła. Po przygodzie na plaży i 

poznaniu pana Hawkswortha dzień, w którym nie czekało żadne ciekawsze zadanie prócz 

uzbierania paru bukiecików kwiatków, wydawał się mało zajmujący. 

Nie powinnam narzekać, skarciła się w duchu. Gdyby ciotka odmówiła jej gościny, 

siedziałaby w Stanegate Court, gdzie byłaby obiektem litości służby i sąsiadów. Musia-

łaby  w  milczeniu  wysłuchiwać  uwag Marcusa  za  każdym  razem,  gdy  odwiedzałby  po-

siadłość.  Wolała nie myśleć,  co mieliby  jej do powiedzenia mama, papa  i  młodsza sio-

stra.  Należy  dziękować  opatrzności,  że  znalazła  się  w  Kornwalii  pod  wyrozumiałym 

okiem ciotki. 

Po  obfitym  śniadaniu  zjedzonym  w  samotności,  ponieważ  lady  Foxe  jak  zwykle 

spożywała  ten  posiłek  w  swoim  pokoju,  Honoria  odszukała  gospodynię.  Pani  Dawes 

przygotowywała w spiżarni pęczki zielonych przypraw do zasuszenia. 

- Chciałabym nazbierać trochę pierwiosnków. Czy znajdę je na terenie posiadłości? 

- Nie sądzę, panienko. Jeśli jakieś są, to rosną w korycie wyschniętego strumienia 

na skraju zagajnika. Od dawna myślałam o założeniu ogródka z miętą, naparstnicą i in-

nymi leczniczymi ziołami, ale utrzymanie warzywniaka jest tak pracochłonne, że nawet 

nie spróbowałam. Niech panienka zacznie poszukiwanie od strumyka za kościołem Świę-

tego Krzysztofa. 

T L

 R

background image

- Jak je tam znajdę, poproszę ojca Gryffda o pozwolenie wykopania kilku kępek i 

posadzę je w naszym ogrodzie. 

- Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. Widzę, że zainteresowała się pa-

nienka roślinami. Wszyscy podziwiamy bukiety, jakie panienka układa. Zaraz znajdę łu-

biankę na kwiatki. 

Spacer był bardzo przyjemny. Osłonięta od wiatru dróżka, którą Honoria znalazła 

za stajniami, wiła się pomiędzy porośniętymi mchem kamiennymi murkami. Na niskiej 

łące przeciętej strumieniem, gdzie grunt stał się grząski, nie było pierwiosnków. Honoria 

postanowiła wrócić do domu i poprosić ciotkę o pożyczenie klaczki, aby konno pojechać 

do wioski i na plebanię. Bardzo lubiła drogę na skraju klifu, ale spacerowała nią głównie 

dlatego, że szansa spotkania tam kogokolwiek była niewielka. 

Teraz sytuacja zmieniła się. Mieszkańcy wioski nie wiedzieli, że mają do czynienia 

z lady Honorią Carlow, lecz z panną Marie Foxe, krewną ogólnie szanowanej dziedziczki 

z  Foxeden.  Honoria  mogła  przestać  unikać  ludzi,  spotykać  wieśniaków,  rybaków,  roz-

mawiać z pastorem i sklepikarzami bez obawy, że ktoś ją rozpozna i wprawi w zakłopo-

tanie. 

Po  miesiącu  życia  w  cieniu skandalu  i potępienia  rozpierało  ją  oszałamiające po-

czucie wolności. Śmiała się na cały głos i wirowała radośnie po łące, aż wypłoszyła wę-

drownego sokoła, który wzbił się w niebo, gwałtownie trzepocząc skrzydłami. 

Naturalnie, nie zostanie tu pod fałszywym nazwiskiem na zawsze, rozmyślała. Jed-

nak  dzięki  niewinnemu  kłamstwu  będzie  mogła  jakiś  czas  cieszyć  się  swobodą,  zanim 

postanowi, co zrobić z resztą życia. Niewykluczone, że ta „reszta" będzie oznaczała po-

wrót do Stanegate i zawarcie pod przymusem małżeństwa z nikomu nieznanym mężczy-

zną  z  głębokiej  prowincji,  który  będzie  skłonny  poślubić  pannę  z  dużym  posagiem  i 

zszarganą reputacją. Równie dobrze może to być samotny los z dala od towarzystwa. 

Na razie nie będzie się nad tym zastanawiała. Teraz czeka ją wyprawa do wioski i 

wizyta u pastora. Honoria w doskonałym nastroju wróciła do dworu. Ciotkę znalazła w 

bawialni, pochyloną nad książką. 

T L

 R

background image

- Ciociu, czy mogłabym wziąć twoją klaczkę i pojechać na plebanię? Chciałabym 

poprosić ojca Gryffda o zgodę na wykopanie paru kępek pierwiosnków rosnących przy 

drodze obok kościoła. 

- Naturalnie, moja droga. Taki spacer zrobi dobrze i tobie, i Psotce. Cieszę się, że 

poweselałaś.  Będąc  w  wiosce,  kup  kilka  drobiazgów i pójdź  do  pani  Kessel spróbować 

jej cydru. Dziewczyna taka jak ty nie powinna żyć z dala od ludzi. 

Honoria po raz kolejny zastanowiła się, dlaczego ciotka postanowiła żyć samotnie. 

Jednak nadal nie śmiała o to zapytać. 

-  Panna  Marie  Foxe  nie  musi  się  obawiać  wyprawy  do  wioski  -  powiedziała.  - 

Dziękuję, ciociu, że pozwoliłaś mi na to małe kłamstewko. 

- Wrócisz do swojego nazwiska wtedy, gdy uznasz za stosowne. 

-  Czy  mogę  pojechać  do  wioski  teraz?  -  spytała  i  po  namyśle  dodała:  -  Chociaż 

może  lepiej  poczekam.  Wszyscy  lokaje  są  zajęci,  Tamsyn  też  nie  uporała  się  ze  swoją 

pracą. 

- Tutaj nawet lady Honoria nie musiałaby się martwić o to, że nie ma kto jej towa-

rzyszyć.  Moją  klaczkę  wszyscy  znają.  Naturalnie,  nie  radziłabym  ci  jechać  samej  po 

ciemku  ani  przejeżdżać  koło  gospody  nawet  za  dnia,  bo  tam  zbierają  się  górnicy.  Oni 

mają ciężkie życie, wielu szuka pocieszenia w alkoholu, a mężczyźni, których rozum lub 

morale przytępił trunek, bywają nieprzewidywalni, a nawet groźni. 

- Wybiorę się więc bez zwłoki i będę omijała port. 

- Możesz wyświadczyć mi przysługę?  Mam przygotowane zamówienie dla kupca 

tekstylnego, trzeba je dostarczyć i odebrać listy z poczty. 

- Chętnie to zrobię. 

- W takim razie jedź, moja droga. Zobaczymy się na kolacji. 

Niedługo potem Honoria zmierzała do wioski. Klaczka rwała się do galopu, a Ho-

noria nie powstrzymała zwierzęcia, upajając się ciepłym słonecznym dniem. Dawno nie 

odczuwała takiej  radości. Jeszcze miesiąc temu  beztroski  galop  byłby  czymś  tak  zwyk-

łym, że byłby źródłem zaledwie zadowolenia. 

T L

 R

background image

Zwolniła do kłusa. Jechała teraz drogą, którą wczoraj odbyła w powozie. Zbliżała 

się do wioski. Chociaż wmawiała sobie, że wcale nie jest tym zainteresowana, miała na-

dzieję, że spotka tam pewnego przystojnego przemytnika. 

T L

 R

background image

Rozdział piąty 

 

Zatrzymała  konia  przed  plebanią.  Już  miała  zadzwonić,  gdy  zauważyła  pastora 

Gryffda schodzącego ze stopni kościoła. 

- Witam, panno Foxe. - Wyszedł jej naprzeciw. - Wstąpi pani na filiżankę herbaty? 

- Dziękuję, ojcze, ale mam kilka spraw do załatwienia dla cioci. Zastanawiałyśmy 

się  z  panią  Dawes,  gdzie  Eva  Steavens  mogła  znaleźć pierwiosnki,  które  przyniosła  do 

kościoła. Czy nie nad strumieniem? 

- W zeszłym tygodniu widziałem ich tam całe mnóstwo. 

- Jeśli tak, to czy mogłabym wziąć kilka kępek, aby posadzić je w ogrodzie cioci? 

- Naturalnie. Ile tylko sobie pani życzy. Mógłbym pani towarzyszyć? Tak się wła-

śnie składa, że myślałem o pani. 

Honoria zmartwiała. Czyżby duchowny odkrył jej kłamstwo? 

- Proszę bardzo - powiedziała stropiona. 

- Od pewnego czasu krąży mi po głowie pewien pomysł. Gdyby pani zdecydowała 

się pomóc, mógłbym przystąpić do jego realizacji. 

- Co to za pomysł? - spytała z ulgą Honoria. 

- W Sennlack, odkąd wycofał się stary nauczyciel, nie ma szkoły. Niektórzy chłop-

cy uczęszczają do szkoły w St Just, ale dziewczynki nie mają dokąd pójść. Myślałem o 

założeniu dla nich szkoły, w której mogłyby się uczyć czytać, pisać i prostej arytmetyki. 

Wbrew temu, co sądzą niektórzy, dziewczęta, podobnie jak chłopcy, powinny rozumieć 

warunki  zatrudnienia  i  potrafić  obliczyć  zarobki.  Tym  bardziej  że  do  kopalń  i  fabryk 

przyjmuje  się  teraz  robotników  obojga  płci.  Już  nie  wspomnę  o  umiejętności  czytania 

Biblii, jeśli zarobią dość, by ją sobie kupić. 

- Widzę, że nie jest ojcu obca ideologia metodystów. Nauka dziewcząt to znakomi-

ty pomysł. Jak mogłabym ojcu pomóc? - Honoria natychmiast podchwyciła projekt, któ-

ry zmierzał do poprawy doli kobiet. 

- Wiem, że jest pani osobą wykształconą i dobrą, sądząc po współczuciu okazanym 

Evie Steavens. Czy zgodziłaby się pani nauczyć dziewczynek alfabetu? Jestem pewien, 

że przykładałyby się do lekcji, żeby zasłużyć na pani pochwałę. 

T L

 R

background image

Honoria  o  mało  się  nie  roześmiała.  Oto  ironia  losu:  ona,  niesforna  podopieczna 

licznych guwernantek, miałaby zostać nauczycielką? Pastor źle rozumiał jej milczenie. 

- Może pani sądzić, że to zajęcie poniżej pani godności, ale to tylko inna forma do-

broczynności, w którą zawsze angażowały się panie z wyższych sfer. 

- Ależ skąd, wcale tak nie uważam - zapewniła Honoria. 

O  tej  porze  dnia  lady  Honoria  Carlow,  ozdoba  salonów,  ziewałaby  nad  filiżanką 

czekolady, przeglądając stos zaproszeń, wszystkie dopraszające się jej obecności na naj-

wytworniejszych zgromadzeniach towarzyskich socjety. Potem ubrałaby się i złożyła pa-

rę  wizyt,  odwiedziła  kilka  sklepów,  a  wieczorem  udałaby  się  na  spotkanie,  na  którym 

otaczałby  ją  wianuszek  admirujących  ją  dżentelmenów  i  zazdrosnych  pań,  próbujących 

skierować na siebie choć część zainteresowania owych dżentelmenów. 

W gruncie rzeczy uczenie dzieci czytania było zajęciem o wiele bardziej pożytecz-

nym  niż  słuchanie  arii  wyśpiewywanych  przez  jakąś  otyłą  sopranistkę  lub  niedorzecz-

nych  wierszy  skleconych  przez  zakochanych  domorosłych  poetów.  Równie  wartościo-

wym,  jak próba  ratowania tonącego.  Honoria  znowu  poczuła satysfakcję,  która  ją prze-

pełniła po incydencie na plaży. 

Wprowadzenie  wiejskich  dziewcząt  w  świat  słowa  pisanego  w  pewnym  stopniu 

przyczyni się do ich samodzielności. Dla istot rodzaju żeńskiego jeszcze bardziej uzależ-

nionych od męskich kaprysów niż ona, był to naprawdę cenny podarunek. 

- Czy Eva Steavens będzie mogła chodzić do szkoły? - zainteresowała się. 

-  Nie  widzę  przeszkód  -  odparł  pastor  -  chociaż  pozostałe  dzieci  mogą  jej  doku-

czać, a ich rodzice zgłaszać obiekcje. 

Honoria przypomniała sobie człowieka, który wypędził Evę z kościoła. 

- Czy poglądy Johna Kessela są podzielane przez ogół tutejszych mieszkańców? 

- Niestety, obawiam się, że częściej, niż życzyłby sobie tego dobry chrześcijanin. 

Honoria  podejrzewała,  że trudno będzie  wyrugować  głęboko  zakorzenione uprze-

dzenia. 

- A jeśli Eva przychodziłaby do szkoły po lekcjach? - podsunęła. 

- Nie wiemy, czy Eva jest w ogóle zdolna do nauki - przypomniał pastor. 

T L

 R

background image

-  Przecież  ojciec  twierdził,  że  ona  nie  jest  niedorozwinięta.  Komunikuje  się  z 

matką, chociaż w sposób tylko dla nich zrozumiały. Myślę, że szybko by się uczyła. 

- Ma pani rację, należy pomyśleć o tym, co dobre dla niej, zamiast się przejmować 

uprzedzeniami  mieszkańców  wioski.  Jak  już  pani  wykopie  te  kwiatki,  czy  zechce  pani 

towarzyszyć mi do gospody „Pod Mewą"? Pracuje tam siostra Evy, Laurie. Możemy ją 

zapytać,  czy  mała  będzie  chodziła  do  szkoły,  a  potem  zapraszam  panią  na  szklaneczkę 

cydru, by podziękować za pomoc. Myślę, że starczy pani czasu na załatwienie sprawun-

ków dla ciotki. 

Tak też się stało. Po wykopaniu kilku dorodnych okazów pierwiosnków, które go-

spodyni pastora zawinęła w gazetę, żeby nie obeschły przed dowiezieniem do Foxeden, 

Honoria i ojciec Gryffd poszli do gospody. 

Ze swoim niskim belkowanym sufitem, wielkim kominkiem, beczkami z piwem za 

barem  i  zachęcającym  zapachem  pieczonego  mięsa  dochodzącym  z  kuchni,  gospoda 

przypominała Honorii tę, którą kiedyś widziała we wsi w sąsiedztwie Stanegate Court. 

Naprzeciwko nim wybiegł właściciel, pan Kessel, po drodze wołając na służącą, by 

podała  pastorowi  kufel  piwa  i  szklaneczkę  cydru  Honorii.  Po  wymianie  powitalnych 

grzeczności pastor zapytał Kessela, czy pozwoliłby oderwać się od pracy Laurie, gdyż on 

chce z nią porozmawiać. 

- Jeśli chce ją ojciec upominać, to zapewniam, że nie mam nic wspólnego... 

- Nie o tym zamierzam rozmawiać - przerwał mu pastor. - Chyba nie uważasz, że 

czyniłbym cię odpowiedzialnym za słabości innych ludzi? 

- Święta racja. - Szynkarz poczerwieniał na twarzy. - Przepraszam ojca. Poślę żonę, 

żeby przyprowadziła Laurie. Sadie - zawołał do służącej - dopilnuj, żeby goście mieli co 

pić. 

 Kilka  minut  później  do  pomieszczenia  weszła,  ocierając  czerwone  dłonie  o  far-

tuch,  zgrabna,  jasnowłosa  i  niebieskooka  dziewczyna.  Była  w  niej  słodycz,  która  przy-

pominała Honorii jej młodszą siostrę. 

- Ojciec chciał mnie widzieć? 

- Tak, Laurie. Chciałem ci zadać kilka pytań o Evę. 

- Stało się coś? 

T L

 R

background image

-  Nie,  wszystko  w  porządku.  Przynajmniej  było,  kiedy  ją  widziałem  wczoraj  po 

nabożeństwie. 

- Dzięki Bogu. Martwię się o nią bez przerwy. W tamtym tygodniu chłopcy ze wsi 

obrzucili ją kamieniami. - Zniżyła głos. - Ten hultaj, John Kessel, kazał im to zrobić. 

Niechęć Honorii do syna karczmarza pogłębiła się. Pastor pokręcił niedowierzająco 

głową. 

- Przykro mi, Laurie, porozmawiam z nim - obiecał solennie. 

- Niech ojciec to zrobi, chociaż to i tak nie pomoże. On nikogo nie słucha i nikomu 

nie pozwoli się wtrącać w swoje sprawy. A co z Evą? 

- Otwieram szkołę dla dziewczynek z wioski i chcę, by Eva do niej chodziła, może 

po lekcjach, żeby dzieciaki jej nie dokuczały. Jak myślisz, czy siostra będzie zdolna do 

nauki? 

-  Och, byłaby  zachwycona!  -  zawołała  Laurie.  -  Ona jest  o  wiele  zdolniejsza, niż 

ludzie uważają. Mama się ucieszy. Tylko, ojcze... nas na to nie stać. Ja ledwie zarabiam 

na jedzenie, a na dodatek nie płacą nam regularnie. 

- Nie będzie opłaty za szkołę. 

- Pozwoli jej ojciec przychodzić za darmo? 

- Dzięki pannie Foxe nie będziemy musieli płacić nauczycielce. 

- A czy panna Foxe wie, na czym polega kłopot z moją siostrą? 

- Wczoraj spotkałam Evę w kościele - wtrąciła się do rozmowy Honoria. 

- Pani chce ją uczyć? Dlaczego? 

-  Wydała  mi  się  dość  rozgarnięta.  Powinna  dostać  taką  samą  szansę,  jak  inne 

dziewczęta. 

Laurie badawczo przyjrzała się Honorii. 

- Nie rozumiem, dlaczego bogata, urodzona we dworze pani to robi, ale niech bę-

dzie. Dziękuję, i ojcu też - dodała. 

- Naszym zadaniem jest pomaganie bliźnim, Laurie. W sercu Boga jest miejsce dla 

każdego. 

- Ostatnio Bóg i ja nie rozmawiamy ze sobą, ojcze, ale skoro ojciec chce tyle zrobić 

dla Evy, może sobie to przemyślę. 

T L

 R

background image

-  Mam  nadzieję,  że  to  zrobisz.  Tymczasem  porozmawiasz  z  matką  o  szkole  dla 

Evy? 

- Porozmawiam. Teraz muszę wracać do pracy.  

Dziewczyna znikła za drzwiami, pastor zaś zwrócił się do Honorii: 

- Wstąpię na górę porozmawiać z chorą matką pani Kessel. Poczeka pani na mnie, 

panno Foxe? 

- Proszę się nie martwić, znajdę drogę powrotną. W Sennlack trudno zabłądzić. Za-

łatwię sprawy ciotki i wrócę na plebanię po konia. 

Umówili  się,  że  o  otwarciu  szkoły  porozmawiają  po  nabożeństwie  w  najbliższą 

niedzielę. Pastor Gryffd podziękował Honorii i skierował się na piętro. Patrząc za odcho-

dzącym,  Honoria  pomyślała  z  rozbawieniem,  że  chociaż  duchowny  jej podziękował,  to 

on wyświadczał jej przysługę. 

Przepełniała ją radość, że żyjąc na tej zabitej deskami prowincji, niepewna własnej 

przyszłości, może pomóc innym dziewczętom, zwłaszcza Evie. Dziewczynka przypadła 

jej do serca może dlatego, że obie zostały odrzucone przez społeczeństwo z powodu oko-

liczności, na które żadna z nich nie miała wpływu. 

Honoria  była  zaskoczona  odkryciem,  jaką  radość  może  sprawiać  człowiekowi 

myśl, że jest potrzebny. Nie uważała siebie za osobę szczególnie egocentryczną. Do nie-

dawna jako córka, siostra, dama należąca do londyńskiej socjety, wreszcie krewna miej-

scowej  pani  ze  dworu  była  stale  zajęta,  ale,  o  ile  mogła  sobie  przypomnieć,  nie  robiła 

czegoś naprawdę użytecznego.  Kiedy  jej prawdziwa  tożsamość  zostanie  odkryta,  ojciec 

Gryffd  dwa  razy  się  zastanowi,  czy  zatrudniać  ją  w  szkole  dla  dziewczynek.  Honoria 

chciała się przyczynić do poprawy doli Evy, zanim to nastąpi. 

Sączyła  resztki  cydru  zadumana  nad  nieoczekiwanym  zrządzeniem  losu,  który  ją 

związał  z  biednym  kornwalijskim  dzieckiem,  gdy  nad  jej  uchem  odezwał  się  głęboki, 

melodyjny głos: 

- Kogo widzę? Panna Foxe! Jakże się cieszę. 

T L

 R

background image

Rozdział szósty 

 

Cały ranek Gabe doglądał naprawy olinowania na „Rybitwie". Potem wrócił do go-

spody i tam zobaczył kobietę, która od jakiegoś czasu pochłaniała wszystkie jego myśli. 

Niepoślednią rolę odgrywała także w niektórych szczególnie miłych snach, ale o tym po-

winien na razie zapomnieć, jeśli chce ją skłonić do nawiązania z nim rozmowy. Alterna-

tywą  była  lektura  londyńskich  gazet sprzed tygodnia. Gabe nie  miał  wątpliwości,  która 

forma  spędzenia  czasu jest  atrakcyjniejsza: spróbuje  oczarować tę pociągającą  i  oporną 

młodą damę. 

Najwidoczniej  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  on  mieszka  w  gospodzie,  bo  kiedy 

wykrzyknął słowa powitania, drgnęła. Z uznaniem zauważył, że szybko odzyskała kon-

tenans  i  przybrała  wyniosły  wyraz  twarzy,  który  demonstrowała  podczas  poprzedniego 

spotkania. Stłumił uśmiech. Zachowywała się zgodnie z przewidywaniem. Nie mógł się 

doczekać, kiedy ruszy do ataku. 

- Pan Hawksworth - odezwała się. - Czy nie powinien pan czatować gdzieś na dro-

dze, by kogoś obrabować? 

- Nie za dnia, dziewczyno. Zbrodniczą działalność prowadzę po zapadnięciu zmro-

ku. 

Wyraźnie zesztywniała, usłyszawszy słowo „dziewczyno". Na jej twarzy malowało 

się święte oburzenie, które sprawiało, że trudno mu było utrzymać powagę. Była w tym 

podobna do jego brata, który dawał się łatwo prowokować. Zanim zdążyła sformułować 

ciętą odpowiedź, mówił dalej: 

-  Pani  Kessel  robi  wyborny  cydr.  Napije  się pani  ze mną  szklaneczkę przed  wyj-

ściem? Nie będzie w tym nic niestosownego, zapewniam panią. 

- Zwłaszcza że nikogo oprócz nas tu nie ma.  

Niestety, ich tète-à-tète praktycznie się skończyło, zanim jeszcze się na dobre za-

częło. Do sali wparowała Sadie. 

- Co podać, panie Hawksworth? Piwo? Gospodyni przygotowuje smaczną pieczeń. 

Gdyby miał pan ochotę, poproszę, by ukroiła panu spory kawałek. 

T L

 R

background image

Gabe podejrzewał, że Sadie polowała na niego na korytarzu; ostatnio nabrała tego 

irytującego zwyczaju. Do obsłużenia innych gości nie spieszyła z taką ochotą. 

- Tylko kufelek tego, co masz najlepsze, Sadie. A dla pani jeszcze jedną szklanecz-

kę cydru. 

Wyraźnie nieprzyjazne spojrzenie, jakim Sadie obrzuciła pannę Foxe, potwierdziło 

podejrzenia Gabe'a. 

- Myślałam, że ta pani wychodzi. 

-  Nie,  ta  pani  nie  może  się  oprzeć  chęci  wypicia  jeszcze  jednej  szklaneczki  wy-

śmienitego  napoju pani  Kessel.  Rezygnacja byłaby  niewybaczalnym  aktem  obrazy  pod 

adresem właścicielki gospody. Jestem pewien, że nie chciałaby pani obrazić żony nasze-

go karczmarza, panno Foxe. Nie mylę się? 

Wyraz twarzy Honorii świadczył o tym, że właśnie zamierza to zrobić, gdy do sali 

weszła statecznym krokiem pani Kessel. 

- Dzień dobry, panie Gabe. O, i panience także. Jak tam prace na „Rybitwie"? 

- Wieczorem będzie można podnieść żagle, gdyby zaszła potrzeba. 

- Dickin mówi, że jego statek też będzie gotowy na dniach i tylko czeka na wiado-

mość. Co panu podać? 

- Poproszę piwo. Poznała już pani pannę Marie Foxe, kuzynkę panny Foxe? 

-  Och,  nie!  Panienka  wybaczy,  nie  miałam  pojęcia...  -  Żona  karczmarza  dygnęła 

przed Honorią, wyraźnie zaniepokojona, że być może obraziła kuzynkę takiej ważnej lo-

kalnej  osobistości,  jak  dziedziczka  z  Foxeden.  -  Ciotka  panienki  często  zaszczyca  nas 

swoją obecnością. 

- Powtarzam pannie Foxe, że potrzebuje jeszcze jednej szklaneczki pani wyśmieni-

tego cydru, najlepszego na całym wybrzeżu. Co pani o tym myśli, panno Foxe? 

- Cydr pani Kessel nie ma sobie równych, chętnie się napiję - oświadczyła Hono-

ria, posyłając mu mordercze spojrzenie, a karczmarce promienny uśmiech. 

- Dziękuję panience. Sadie! - Pani Kessel zawołała niezadowoloną służącą, krząta-

jącą się za barem. - Szklaneczka cydru dla panny Foxe, tylko żywo! 

Gabe uzmysłowił sobie, że takiego radosnego uśmiechu jeszcze nie widział u pan-

ny  Foxe.  Za  taki  uśmiech  połowa  dżentelmenów  z  Kornwalii  rzuciłaby  się  na  siebie  z 

T L

 R

background image

pięściami, gdyby zwycięzca tej walki miał dostąpić zaszczytu pocałowania jej stopy. Jak 

jej się udało uciec z Londynu w panieńskim stanie? 

Z  niejakim  zdziwieniem  Gabe  stwierdził,  że  potrafiłby  być  o  nią  zazdrosny.  Cał-

kiem  zrozumiałe,  wytłumaczył  sobie.  On  ujrzał  boginię  pierwszy  i  niechęć  do  innych 

akolitów, usiłujących dołączyć do orszaku, byłaby zupełnie naturalna. 

Na szczęście, zreflektował się, w okolicy mieszka zaledwie garstka dżentelmenów, 

połowa żonatych, a druga połowa bawiących z okazji sezonu w Penzance lub Londynie. 

Jego jedynymi konkurentami mogli być rybacy, wieśniacy i fornale. 

Sadie przyniosła piwo i cydr. 

- Proszę, panie Hawksworth. Jak pan zechce jeszcze czegoś, niech mnie pan zawo-

ła. - Oblizała wargi. - Czegokolwiek... 

Gabe zerknął na pannę Foxe. Najwyraźniej zrozumiała, co się kryło za propozycją 

Sadie. Nie wiedział nic o przeszłości panny  Foxe, ale chyba nie była taka niewinna, za 

jaką chciała uchodzić. Jej ciotkę ta konstatacja mogłaby zaniepokoić, dla Gabe'a była to 

wiadomość  dobrze  rokująca  na  przyszłość.  Był  teraz  pewny,  że  jakiś  dżentelmen  -  lub 

łajdak - odegrał pewną rolę w jej edukacji. Rozpustny brat? Przyjaciel rodziny? Perspek-

tywa romansu rysowała się coraz lepiej. 

Wyniosły wyraz zniknął z twarzy panny Foxe. 

-  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  marnuje pan  czas  dla mnie,  gdy  jest  ktoś  bar-

dziej ode mnie panem zainteresowany - zauważyła cierpko. 

- Skoro zaakceptowała pani kolejną porcję cydru, żeby nie ranić uczuć pani Kessel, 

może pani równie dobrze porozmawiać ze mną. Na marginesie, miło, że tak pani postąpi-

ła, mimo że wolałaby pani wyjść. 

Uniosła pytająco brwi, ale Gabe naprawdę szczerze chciał wyrazić jej swoje uzna-

nie. Znał bardzo wielu ludzi - łącznie z jego bratem i tą poślubioną przez niego wysoko 

urodzoną wiedźmą - którzy ani przez sekundę nie zawahaliby się wzgardzić poczęstun-

kiem,  żeby  zrobić  afront  mężczyźnie,  który  go  zaproponował.  Sir  Nigelowi  i  lady 

Hawksworth nie przyszłoby do głowy przejmować się uczuciami karczmarki. 

T L

 R

background image

Wrażliwość,  którą  właśnie  zademonstrowała  panna  Foxe,  na  równi  z  niezwykłą 

odwagą, z którą rzuciła się na ratunek tonącemu, jej urzekający uśmiech, a także widocz-

na chęć utrzymania go na dystans tylko zaostrzyły apetyt Gabe'a. 

Delikatny rumieniec zabarwił jej policzki. 

- Dziękuję panu. Mam nadzieję, że nigdy nie zranię kogoś dla własnej wygody. 

- Jest pani nie tylko piękna, ale i dobra. To raczej rzadka kombinacja, panno Foxe. 

Tak  rzadka  jak  umiejętność  pływania.  Gdzie  pani  ją  nabyła?  Gdyby  nie  potrafiła  pani 

pływać, raczej nie miałaby pani odwagi zapuścić się tak daleko od brzegu, nawet w za-

toczce. Jest tam silny prąd powrotny. 

Zachęcając ją do wypowiedzi, takiej jak przed chwilą, Gabe uważał tym razem, że-

by nie zirytować jej aluzją do niekompletnego stroju tamtego dnia na plaży. 

Panna Foxe obracała w palcach szklaneczkę, jakby niepewna, czy potraktować go z 

góry, czy udzielić szczerej odpowiedzi. W końcu uśmiechnęła się i powiedziała: 

- Pływam dość dobrze i nie wiedziałam o prądzie powrotnym. 

Panna Foxe była bez wątpienia jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie Gabe do tej 

pory widział, a zdarzało mu się spotykać wiele czarnookich uwodzicielek w Hiszpanii i 

Portugalii.  W  Anglii  i  Irlandii  widywał  często  piękności,  jak  wystudiowanym  ruchem 

odwracają nienagannie ufryzowane głowy, strzelają świetlistym spojrzeniem i odpychają 

zjadliwą uwagą lub zachęcają życzliwym słówkiem w zależności od pozycji towarzyskiej 

dżentelmena, który się do nich zwraca. Jednym słowem, zachowują tak jak panna Foxe 

wobec niego do tej pory. 

Może  właśnie  dlatego  jej  uśmiech  ugodził  go  mocno.  Oznaka  słabości  u  pewnej 

siebie wyniosłej damy zrobiła na nim piorunujące wrażenie, zniweczyła żartobliwą pozę, 

którą przybrał, aby się zabawić, a jej dokuczyć. Zamroczyło go na chwilę, świat zakoły-

sał się, jak na „Rybitwie", gdy nagle zwala się na nią potężna fala. Natychmiast też dał o 

sobie  znać  instynkt  samozachowawczy,  niczym  werbel  mobilizujący  marynarzy  do  bi-

twy. Poruszony do głębi Gabe zignorował ten sygnał. 

- Weszłaby pani głębiej, mimo wszystko? 

T L

 R

background image

- Nie wiem. Chyba. Bałam się, że on utonie. Dziwi mnie, jak niewielu marynarzy 

potrafi pływać. Być może dlatego, że ich ubiór i tak pociągnąłby ich na dno, gdyby spa-

dli z olinowania. Wydaje mi się, że dla ludzi morza pływanie nie jest przyjemnością. 

- A dla pani? 

- Kiedyś było. Nauczył mnie w dzieciństwie starszy brat. Chodziłam za nim wszę-

dzie  i  żałowałam,  że  nie  urodziłam  się  chłopcem,  mogłabym  wtedy  uczestniczyć  we 

wszystkich jego zabawach. Było mu mnie żal i dopuszczał mnie do niektórych. Bardzo 

przyjemnie było dać nurka do stawu w upalny letni dzień. 

- Wyobrażam sobie, że pani mama tak nie uważała - wtrącił żartobliwie. 

Roześmiała  się  i  Gabe  omal  nie  spadł  z  krzesła  porażony  emanującą  z  niej  rado-

ścią. Miał ochotę ją uściskać i łaskotać, aby śmiała się przez cały dzień po to, żeby on 

mógł się zachwycać jej radosnym śmiechem. 

- Zgadł pan. Wracałam do domu w zabłoconych pończochach, z wodorostami we 

włosach i dostawałam porządne bury od mamy lub guwernantki. Pan pływa znacznie le-

piej  ode  mnie  i  chyba  pływanie  sprawia  panu  przyjemność.  To  niezwykłe  jak  na  żoł-

nierza. Tamsyn mówiła mi, że służył pan w armii razem z jej bratem Dickinem. 

Ach, więc wypytywała o mnie! - ucieszył się w duchu Gabe. 

-  Wychowywałem  się  na  południu  Irlandii.  Żeglowałem  małymi  i  wielkimi  ło-

dziami oraz pływałem, jak tylko sięgnę pamięcią. Kocham majestat morza, wolność, któ-

rą daje jego przestwór. 

- I niebezpieczeństwa. 

- Tak, niebezpieczeństwa także. - Rzucił jej przelotne spojrzenie.  

Czyżby był taki łatwy do rozszyfrowania? - zaniepokoił się. 

- Mimo to wstąpił pan do armii, nie do marynarki? 

-  Ponieważ  nie  potrafiłbym  się  pogodzić  z  faktem,  że  to  nie  ja  jestem  dowódcą 

okrętu, prawdopodobnie szybko doczekałbym się zachłostania na śmierć lub wyrzucenia 

ze służby za niesubordynację. Nie dosłużyłbym się rangi kapitana. 

- Zatem jest pan raczej piratem niż marynarzem? 

-  Nie  do  końca.  Mogę ignorować przepisy  celne, ale  mam dość  śmierci, na  którą 

napatrzyłem się podczas wojny. Może pani trudno w to uwierzyć, ale robię, co mogę, że-

T L

 R

background image

by unikać konfrontacji. Nie ryzykuję bezpieczeństwa załogi, nie wdaję się też w potyczki 

z celnikami, jeśli mogę ich uniknąć. Muszę po prostu dostarczyć towar na ląd i otrzymać 

zapłatę. 

Patrzyła na niego, jakby nie wiedziała, czy może dać wiarę tym słowom. 

-  Wierzę  -  rzekła  wreszcie  Honoria.  -  Inaczej  nie  zadawałby  pan  sobie  trudu,  by 

wyciągnąć z wody tonącego celnika. Pomimo tych skrupułów cieszy się pan tutaj ogól-

nym  uznaniem.  Trudno  się  gdziekolwiek  obrócić,  żeby  nie  słyszeć  opowieści  o  pana 

umiejętnościach i odwadze. 

Radość Gabe'a nieco przygasła. Może wcale nie wypytywała o niego; może tylko 

ustawicznie obijały się jej o uszy różne wyolbrzymione historie, krążące po małych miej-

scowościach, w których niewiele jest ciekawych tematów do plotek. 

- Myślę, że to przyjemne, jeśli można się cieszyć dobrą opinią. 

- Pan ma na pewno powód do zadowolenia, bo jest tu niezliczone grono pana admi-

ratorów - wszyscy równie żarliwi, jak młoda osoba, która podawała panu piwo. Tamsyn 

mówiła mi, że przyjechał pan tutaj na prośbę jej brata. Przypuszczam, że niezłe pienią-

dze, które pan tu zarabia, przydają się pana krewnym w domu. 

Gabe ujrzał w wyobraźni wiecznie skrzywioną twarz brata. 

- Raczej nie. Moi krewni nie byliby zadowoleni, gdyby wiedzieli, co tu porabiam. 

Prawdę mówiąc, wybuchłby skandal i rodzina wyrzekłaby się mnie na zawsze. 

Honoria uśmiechała się w odpowiedzi na żartobliwy ton Gabe'a, ale gdy usłyszała 

ostatnie zdanie, jej dobry humor się ulotnił. 

-  Dziękuję  za  miłą  pogawędkę,  kapitanie.  Muszę  załatwić  kilka  sprawunków  dla 

cioci. Do widzenia. 

Zerwała się z krzesła, zanim zdążył się podnieść, i wybiegła z gospody. Gabe pa-

trzył za nią speszony. W jednej chwili udało mu się skłonić ją do otwartości, a w następ-

nej uciekła z gospody. Sączył piwo i rozważał ostatnie fragmenty rozmowy. Jego siostra, 

żona  baroneta  w  okolicy  Corku,  twierdziła,  że  cechuje  go  wrażliwość  skały.  Mimo  to 

nawet on zauważył, że panna Foxe poderwała się do wyjścia, gdy wspomniał o skandalu 

i wykluczeniu z rodziny. 

T L

 R

background image

Już wcześniej doszedł do przekonania, że trudno uwierzyć, by panna Foxe nadawa-

ła się na damę do towarzystwa starszej wiekiem krewnej. Przyjechała w środku sezonu i, 

jak  twierdziła  Tamsyn,  bez  zapowiedzi.  We  dworze  nie  poczyniono  przygotowań,  nie 

zatrudniono dodatkowej pokojówki. Gabe nie widział logicznego wytłumaczenia pobytu 

panny Foxe na prowincji poza nagłą i katastrofalną odmianą losu jej rodziny albo zamie-

szania w skandal. 

Wziął pod uwagę obie możliwości. Gdyby jej ojciec utracił majątek i zastrzelił się, 

zareagowałaby  gwałtownie  na  wzmiankę  o  skandalu.  Tymczasem  ona  była  najbardziej 

poruszona wtedy, gdy wspomniał o wykluczeniu z rodziny. Wyglądało na to, że skandal 

dotyczył jej osobiście, a nie rodziny. 

W przypadku tak urodziwej istoty jak panna Foxe mogłoby to oznaczać tylko jed-

no: nieostrożność, której dopuściła się z jakimś łajdakiem, i utratę cnoty. Czy możliwe, 

że  specjalnie  wysłano  ją  na  prowincję?  Kornwalia  była  idealnym  miejscem  zsyłki  dla 

młodej  damy,  która  nie  okazała  się  rozważna.  Gabe  nie  pochwalał  uwodzenia  niewin-

nych dziewcząt, czy to służących, czy utytułowanych dam. Jednak gdy pomyślał o złoci-

stych włosach panny Foxe, jej krągłych piersiach, pełnych ustach i aksamitnej cerze, po 

części rozumiał osobnika, który się do niej zalecał czy nawet narzucał. Mając na widoku 

taką nagrodę, mężczyzna upojony jej radością życia i urodą mógł się zapomnieć. 

Pytanie - czy ona się zapomniała? 

Nie miał żadnego dowodu, że ona się zapomniała i utraciła cnotę, tylko podejrzenia 

oparte na znajomości jej żywej natury i nagłym przyjeździe do Kornwalii. Pociągało go 

w  niej  wszystko:  uśmiech,  inteligencja  i  połączenie  dumy  z  wrażliwością.  Od  samego 

początku działała mu na zmysły. Gdyby nie była niewinną dziewicą, może okazałaby się 

skłonna nawiązać romans z kolejnym nicponiem. Był gotów to sprawdzić. 

Nagle dni wolno następujące po sobie w sennym Sennlack, wypełnione czekaniem 

na kolejną partię towaru, przestały być nudne. 

T L

 R

background image

Rozdział siódmy 

 

Honoria  niemal  pobiegła  do  drzwi,  czując  na  sobie  zdziwiony  wzrok  Hawkswor-

tha.  Lekko  rzucone przez niego  słowa nieoczekiwanie  mocno  ją ugodziły.  „Wybuchłby 

skandal i rodzina wyrzekłaby się mnie na zawsze". 

Za  drzwiami  przystanęła,  żeby  się  uspokoić.  Kapitan  musi  pochodzić  z  „odpo-

wiedniej sfery",  uznała.  To  jedno  zdanie,  przypadkowo  wtrącone  do  rozmowy,  uwiary-

godniało jego dobry charakter bardziej niż wszystko inne, co by powiedział. Złoczyńca 

wyjęty spod prawa nie zdobyłby się na taką uwagę i tylko ktoś pewny wsparcia rodziny 

mógł lekko mówić o utracie tego poparcia. 

Zachowała się okropnie, zrywając się do ucieczki. Zniechęcała go do siebie wynio-

słym,  lekceważącym sposobem bycia,  co  nie  znaczy,  że chciała  wyjść na  wariatkę.  Po-

stanowiła na razie o niczym nie myśleć i załatwić wreszcie zlecenia ciotki. 

Ostatnią  była  wizyta  u  kupca  tekstylnego,  którego  sklep  znajdował  się  na  wznie-

sieniu  w  północnej  części  wioski,  skąd  roztaczał  się  widok  na  port.  Po  złożeniu  zamó-

wienia na materiał i koronkę - miała teraz podejrzenia co do pochodzenia owych towa-

rów - stanęła przed sklepem, żeby popatrzeć na zatoczkę, w której kołysało się na kotwi-

cach z tuzin łodzi. Były wśród nich typowe kutry rybackie, ale także opływowej budowy 

żaglowce, które czaiły się ze zrefowanymi żaglami, jakby tylko czekały na moment rzu-

cenia cum i wyjścia w morze. Jednym z nich musiała być „Rybitwa". 

Przed oczyma Honorii stanęła nieproszona przystojna twarz kapitana. Co ją skusi-

ło, żeby rozmawiać z nim tak otwarcie? Przecież powinna zniechęcać tego nieodpowied-

niego mężczyznę, niedorównującego jej pozycją towarzyską. A właściwie czy zdeklaso-

wana hrabianka jest wciąż hrabianką? 

Hawksworth nie dawał się łatwo zniechęcić. Teraz, kiedy o tym spokojnie myślała, 

musiała  przyznać,  że  kapitan  wyrażał  się  jak  człowiek  wykształcony.  Na  pewno  lepiej 

niż przeciętny marynarz czy żołnierz. Mógł być synem dżentelmena. Miał dystyngowane 

maniery,  co  Honoria  zauważyła,  gdy  rozmawiał  z  ciotką  Foxe  i  właścicielką  gospody. 

Konkluzja nasuwała się sama: musi pochodzić ze szlachty. 

T L

 R

background image

Zapewne  nie  był  zbyt  wysoko  urodzony,  albowiem  nie  zostałby  kapitanem  łodzi 

przemytników. Chociaż wspominał o tym z humorem, to, co mówił o wykluczeniu z ro-

dziny, wskazywałoby na fakt, że mógł być czarną owcą wśród synów baroneta lub dzie-

dzica. A może był spokrewniony z parem, tylko pochodził z nieprawego łoża? 

Naturalny los bastarda - związanego węzłem krwi z bogactwem i władzą, a jednak 

niemogącego  rościć  sobie  do  nich  pretensji  -  mógł  wyjaśniać  dziwną  rozbieżność  jego 

sposobu myślenia:  żadnych  wyrzutów sumienia  z  powodu  łamania prawa, jednocześnie 

wyznaczenie  granicy,  poza  którą  nie  wolno  się  posunąć  przy  uprawianiu  nielegalnego 

procederu. 

Co  ją  skłoniło  do zwierzeń?  Dość  łatwo  radziła sobie  z jego natarczywością, gdy 

uciekał  się  do  żartobliwie  przesadnej  galanterii.  Kiedy  jednak  przerzucił  się  na  szczere 

pochwały i zaczął zadawać poważne pytania sugerujące, że naprawdę był ciekaw, co za 

dziewczyna kryje się pod zewnętrzną maską, udało mu się skłonić ją do otwartości. 

W jego uśmiechu było coś, co sprawiało, że pragnęła podzielać jego wesołość. Co 

do  niesamowicie  niebieskich  oczu,  to  mogła  zrozumieć  trafność  poetyckich  przenośni 

Tamsyn.  Jego  wzrok przenikał pod powierzchnię,  sięgał  głęboko  i  docierał do  wnętrza. 

Na dodatek podobało mu się to, co dostrzegł. Honorię przepełniało instynktowne poczu-

cie łączności, wrażenie, że on zna ją i rozumie jak nikt oprócz Hala. 

Faktem jest, że kapitan Hawksworth żywo przypominał jej brata: silny, pewny sie-

bie, chodzący własnymi drogami, umiejętnie balansujący na cienkiej linii między tym, co 

wypada, a co kompromituje. Czy Jastrząb mógłby się stać równie dobrym przyjacielem, 

jakim  był  Hal?  -  zadała  sobie  w  duchu  pytanie  Honoria  i  szybko  odpowiedziała:  Non-

sens. Doskwiera jej samotność, stąd absurdalne pomysły. Za długo obywa się bez rówie-

śniczek,  którym  mogłaby  się  zwierzyć.  Chyba  oszalała,  obsadzając  irlandzkiego  prze-

mytnika w roli przyjaciela i zaufanego. 

Zwłaszcza  że  on  nie  tylko  zdołał  z  zawstydzającą  łatwością  przełamać  jej  dumę, 

lecz także obudził w niej potężny fizyczny pociąg, nasilający się ze spotkania na spotka-

nie. Godzinę wcześniej, w gospodzie, nawet nie wiedząc, kim on jest, pragnęła dotknąć 

jego  ręki,  by  sprawdzić,  czy  znowu  poczuje  dreszcz.  Mocno  ściskała  w  palcach  szkla-

neczkę, by nie ulec pokusie. 

T L

 R

background image

Ze  względu  na  swój  niestabilny  stan  emocjonalny  oraz  rzucającą  się  w  oczy 

niezdolność  oparcia  się  jego  urokowi,  musi  unikać  spoufalania  się  z  Gabrielem 

Hawksworthem.  Nie  była  pewna,  czy  zniosłaby  rozczarowanie,  które  przyjaźń  z  nim 

nieuchronnie by jej przyniosła. 

Włożyła  rękę  do  małej  kieszeni  ukrytej  w  podszewce  peleryny.  Wyczuła  kamyk, 

który  ktoś  wsadził  w  noc  jej  hańby.  Mały  kawałek  przezroczystego,  wypolerowanego 

szkła, po jednej stronie oszlifowanego jak brylant, nieoszlifowanego po drugiej. Kamyk 

odkryła kilka dni po tamtych wydarzeniach. Natychmiast zrozumiała jego wymowę. Ona, 

którą nazywano Brylantem Londynu, była teraz bezwartościowa jak zwykłe szkiełko. 

Kamyk musiała umieścić w jej kieszeni ta sama osoba, która zadała sobie tyle tru-

du,  by  zorganizować  zasadzkę  w  ogrodzie.  Osoba  ta dobrze  wszystko  wykalkulowała  i 

dopilnowała, żeby jej hańba była kompletna. Musiała też znać jej rodzinę, żeby sprowo-

kować oczekiwaną przez siebie ich reakcję. 

Kto to taki? Po raz pierwszy od tamtego czasu znalazła w sobie dość siły, by wró-

cić myślami do przeżyć tak bolesnych, że aż do tej chwili nie była zdolna do ich grun-

townej analizy. 

Wcześniej  tego  dnia pokłócili  się z  Anthonym.  Nalegał,  by  przyjęła  jako podaru-

nek zaręczynowy ciężki, ozdobny komplet z brylantów, będący w posiadaniu jego rodzi-

ny od pokoleń. Honoria wiedziała, że w końcu i tak nie będzie mogła mu odmówić, ale 

upierała się, że nie chce takiego prezentu. Szczególnie że u jubilera znalazła inny - deli-

katniejszy i o wiele precyzyjniej wykonany. W kłótni padły ostre słowa. Ona mu zarzu-

cała, że nie liczy się z jej zdaniem, on miał pretensję, że zawsze myśli tylko o sobie i lek-

ceważy jego rodzinę. 

Była  na  niego  zła  i  postanowiła  odegrać  się  na  nim,  otwarcie  flirtując  z  innymi 

mężczyznami  na  balu,  na  który  oboje  wybierali  się  owego  dnia.  Anthony,  wściekły  na 

nią i zazdrosny, zrujnował te plany, nie przyjeżdżając na bal. Z ulgą więc przyjęła wia-

domość przekazaną ustnie przez lokaja, że Anthony błaga o spotkanie w ogrodzie, gdzie 

zamierza zrobić jej niespodziankę, z której ona się ucieszy. 

W poczuciu triumfu, bo domyślała się, że ustąpił i spełni jej życzenie, pobiegła na 

miejsce  schadzki  opisane  przez  lokaja,  do  małej  altanki  na  końcu  nieoświetlonej  alejki 

T L

 R

background image

prowadzącej w głąb ogrodu wprost spod sali balowej. Tam zamiast Anthony'ego zastała 

lorda Vickersa Barwicka, znanego uwodziciela, mającego w towarzystwie jak najgorszą 

opinię człowieka pozbawionego wszelkich zasad. 

W pierwszej chwili była zbyt zaskoczona, by protestować, gdy Barwick, najpraw-

dopodobniej  pijany,  bełkotał,  że  ucieszyła  go  wiadomość,  że  ona  jest  zainteresowana 

nawiązaniem z nim romansu. A potem przeszedł do czynu... 

Kto to zaaranżował? Ta osoba musiała wiedzieć, że Honoria nie opuściłaby sali ba-

lowej, świadoma, kto na nią czeka w altanie. Inna młoda kobieta, zazdrosna o jej sukcesy 

towarzyskie? Honoria nie potrafiła sobie wyobrazić, by jakaś jej rywalka miała tyle spry-

tu i możliwości, żeby uknuć skomplikowaną intrygę. Któryś z odrzuconych konkurentów 

wydawał  się  bardziej  prawdopodobny.  Czy  możliwe,  że  znalazł się  wśród nich  mściwy 

łajdak, który uznał, iż skoro on nie może jej mieć, to postara się, by żaden uczciwy dżen-

telmen też jej nie miał? 

Sprawca wykonał swoje zadanie bezbłędnie. Bez względu na powód, który skłonił 

ją do udania się na schadzkę do altanki, tylko bardzo lekkomyślna dziewczyna - zauwa-

żył Marcus - zgodziłaby się na spotkanie z mężczyzną, nawet z narzeczonym, o północy 

w ciemnym ogrodzie, bez przyzwoitki. Przyłapanie Honorii w ramionach znanego kobie-

ciarza przypieczętowało jej los i nie ma znaczenia, jak mocno mu się opierała. 

Intrygant musiał wiedzieć, że naciągała zasady obowiązujące młode damy z socje-

ty, że cieszyła się opinią panny balansującej na granicy tego, co wypada, i nie wypada, za 

co nieraz zbierała bury od brata, matki i przyzwoitek. 

Honoria nie zamierzała burzyć ustalonego porządku, ale uważała, że zasady są zbyt 

restrykcyjne. Marcus słyszał, jak odgrażała się przed balem, że jeśli Anthony nie zechce 

spełnić  jej  zachcianki,  to  ona  pokaże  mu,  iż  są  mężczyźni  gotowi  to  zrobić.  Nic  dziw-

nego,  że  jej  nie  uwierzył.  Hal  był  daleko,  tylko  Marcus  dysponował  środkami,  które 

umożliwiały mu wyśledzenie autora planu. 

Pogardliwe słowa  Anthony'ego,  że  nie ożeni  się  z  kobietą,  którą  inny  mężczyzna 

potraktował jak ladacznicę, upokorzyły ją i zraniły tym boleśniej, że wierzyła w zapew-

nienia narzeczonego  o  głębokim  uczuciu.  Marcus nie  twierdził,  że  jej  wygnanie  będzie 

trwało wiecznie. Honoria uważała jednak, że jej upadek jest nieodwracalny. W dniu, w 

T L

 R

background image

którym opuściła Londyn, postanowiła, że bez względu na to, co przyniesie los, nie wróci 

do dawnego życia. 

Co ze sobą pocznie? Jak na razie, pomoże temu owładniętemu ideami pracy u pod-

staw pastorowi w zorganizowaniu szkoły. A co potem? Może za jakiś czas, gdy nie bę-

dzie się czuła poniżona i bezradna, zdobędzie się na energiczne działanie, a wraz z nim 

na determinację i odkryje, kto i w jaki sposób, oprócz jej naiwności i próżności, dopro-

wadził  ją  do  obecnego  stanu.  Tymczasem  musi  pohamować  zaciekawienie  mężczyzną, 

który tak niedługo po jej upadku zaczął ją kusić. Nie wolno ufać żadnemu przedstawicie-

lowi jego płci. 

Z tym postanowieniem zamierzała się udać na plebanię, gdy zaalarmował ją krzyk 

kobiety. 

T L

 R

background image

Rozdział ósmy 

 

Krzyk przeniknął ją do głębi, rozbrzmiewał echem krzyku, który wyrywał się z jej 

gardła w tamtą feralną noc. Honoria spojrzała w stronę portu. Przed małym kamiennym 

domkiem dziewczyna wyrywała się mężczyźnie, drugi zbliżał się do tej dwójki. Honoria 

rozpoznała dziewczynę. To Laurie Steavens, siostra małej Evy. Spojrzała w górę i w dół 

uliczki.  Była  opustoszała.  Honoria  wiedziała, że nie  może  odejść  i zostawić  Laurie bez 

pomocy. Zbiegła ze wzniesienia. 

Jest ich tylko dwóch, pomyślała, a niżej, w porcie muszą być marynarze. Jeśli ona 

zatrzyma  się  w bezpiecznej  odległości  i  również  zacznie  krzyczeć,  może  ktoś usłyszy  i 

pomoże Laurie. 

- Hej, ty tam! - wrzasnęła - Puść ją natychmiast!  

Napastnik nie wypuścił Laurie, ale się odwrócił. 

- Nie wtrącaj się. Zabawimy się i zapłacimy jej, prawda, Hal? - zwrócił się do ko-

legi. 

Fakt, że jeden ze złoczyńców nosił imię jej ukochanego brata, rozsierdził Honorię. 

- Ona nie jest zainteresowana. Puść ją.  

Mężczyzna nazwany Halem, wysoki i chudy, cmoknął z podziwu na widok Hono-

rii. 

-  Ta  blondynka  też jest  niezła,  Davy.  Co  powiesz,  jeśli  zajmę  się nią, a  tobie  zo-

stawię tę, którą trzymasz? 

Obaj byli podpici. Hal miał trudności z zachowaniem równowagi, omal nie upadł, 

kiedy się odwrócił. Solidnie popchnięci, sturlaliby z pochyłości. Nikogo jednak nie było 

w pobliżu, kto mógłby to zrobić. Honoria zaryzykowała i podeszła bliżej. 

- Idźcie stąd! Chodź, Laurie! - Złapała dziewczynę za rękę i mocno pociągnęła. 

- Niech panienka ucieka, zanim będzie za późno! - krzyknęła Laurie. 

Honoria nie na darmo siłowała się z braćmi, o czym nie wiedziała ani matka, ani 

guwernantki. Gdy Hal znalazł się w odpowiedniej odległości, wymierzyła mu z całej siły, 

na jaką mogła się zdobyć, cios w szczękę. 

T L

 R

background image

Ból pięści był niemal nie do zniesienia, ale łajdak runął na ziemię jak kłoda. Ko-

rzystając  z  zaskoczenia,  spróbowała  uwolnić  Laurie.  Jednak  napastujący  ją  mężczyzna 

okazał się silniejszy od kolegi albo lepiej znosił alkohol. 

- Nie zabierzesz mi mojej kobiety, ty dziwko. - Jednym ramieniem przytrzymywał 

Laurie, drugim zamachnął się na Honorię. 

Nagle  prześladowcę  Laurie  zaatakował  kapitan  Hawksworth.  Wyrwał  mu  dziew-

czynę, ogłuszył go potężnym ciosem w żuchwę, po czym zepchnął w dół zbocza. Zaata-

kowany turlał się dłuższy czas, zatrzymał się dopiero na wystającym z ziemi głazie jakieś 

dwadzieścia kroków niżej. Gabe skupił teraz uwagę na Halu. 

- Mam się tobą zająć, kolego? 

Hal nie czekał, bełkocząc niezrozumiale, pokuśtykał w dół do leżącego pod skałą 

kolegi. 

-  Panno  Laurie,  wszystko  w  porządku?  Nie  zrobił  pani  krzywdy?  A  pani,  panno 

Foxe? - zwrócił się do uratowanych kobiet ich wybawca. 

- Wielkie dzięki, panie Gabe! - zawołała Laurie. - Nic mi nie jest. 

- Ani mnie, panie Hawksworth. Dziękuję za przybycie na czas. Jeśli to pana stały 

obyczaj, pochwalam go. - Mimo żartobliwego tonu Honoria trzęsła się ze zdenerwowa-

nia. 

Podziękowania zostały skwitowane jedynie krótkim kiwnięciem głową. 

- Chodźmy stąd, moje panie. Panno Laurie, mógłbym odprowadzić panią do domu 

najpierw? 

- Nie, proszę pana, pójdę do domu sama - odparła zdecydowanie. - Panno Foxe, nie 

zapomnę, że panienka przyszła mi z pomocą, ale nie powinna panienka ryzykować. To 

było  niebezpieczne. Gdyby  zrobili panience  krzywdę, nie darowałabym  sobie do  końca 

życia. Dziękuję. I panu też. Pójdę już. Matka czeka. 

Dziewczyna  mówiła  bardzo  spokojnie,  ciągle  jednak  była  przerażona.  Na  pewno 

będzie miała siniaki na ramionach i nadgarstkach, pomyślała Honoria, podświadomie po-

cierając własne, z których sińce dawno zniknęły. Podobnie jak Laurie, incydent bardziej 

nią  wstrząsnął, niż  była  gotowa  przyznać.  Kiedy  nauczy  się dwa  razy  pomyśleć,  zanim 

podejmie działanie? 

T L

 R

background image

Czy jednak mogła stać i patrzeć, jak Laurie molestuje jakiś pijany prostak? 

- Odprowadzę panią, jeśli pani pozwoli, panno Foxe - usłyszała głos Gabe'a. - Co 

pani tu robiła? Myślałem, że zamierzała pani wrócić na plebanię. 

- Zamierzałam po załatwieniu spraw. 

- Odprowadzę panią - powtórzył. 

Honoria była wdzięczna kapitanowi za interwencję, postanowiła jednak nie przyj-

mować propozycji. Jeszcze przyjdzie jej do głowy coś głupiego, na przykład rzuci mu się 

w ramiona i rozpłacze, ponieważ jej emocje były rozchwiane i on bardzo się jej podobał. 

-  Dziękuję,  ale  to  zbytek  uprzejmości.  Chyba  Sennlack  nie  jest  zamieszkane  wy-

łącznie przez łotrów, którzy atakują niewinne kobiety? 

-  Pani  ciotka  nigdy  by  mi  nie  wybaczyła,  gdybym  po  takim  przerażającym  do-

świadczeniu  nie  zaopiekował  się  jej  kuzynką.  Będę  pani  towarzyszył  na  plebanię,  czy 

pani tego chce, czy nie chce. 

Honoria  nie  odpowiedziała,  ruszyła  pod  górę,  mając  nadzieję  zyskać  na  czasie  i 

wziąć  się  w  garść.  Dogonił  ją,  nie  odzywał  się  przez  jakiś  czas,  jednak  długo  nie  wy-

trzymał w milczeniu. 

- Pani chęć przyjścia z pomocą Laurie była godna podziwu, niemniej zastanawiam 

się, co panią do tego skłoniło, przecież nie mogła pani liczyć na niczyje wsparcie. Gdy-

bym  przypadkiem  nie  wracał  na  „Rybitwę",  ten  łajdak  mógłby  zaciągnąć  panią...  - 

Urwał,  po  czym  dodał:  -  Czy  szanowna  ciocia  nie  ostrzegała,  by  omijała  pani  okolicę 

portu?  Nie  powinna  pani  tam  chodzić  nawet  za  dnia.  Górnicy  generalnie  nie  są  złymi 

ludźmi, ale w dniu wypłaty, kiedy sobie popiją... Dla nich jest bez znaczenia, że pani na-

zywa się Foxe i pochodzi ze dworu Foxeden. Liczy się tylko to, że jest pani całkiem ład-

ną dziewczyną. 

Właściwie przyjęła jego krytycyzm z ulgą, bo wzbudził w niej głębokie oburzenie 

rugujące nieznośną słabość. 

- A co miałam robić? Stać i patrzeć, jak ci pijacy krzywdzą Laurie? 

- Dlaczego nie wezwała pani pomocy? Sklep kupca tekstylnego jest najbliżej miej-

sca zdarzenia. 

T L

 R

background image

-  Zanim  zdążyłabym  wrócić  i  przekonać  kupca,  żeby  mi  pomógł,  oni  uciekliby  z 

Laurie. Obie krzyczałyśmy wniebogłosy, jednak nikogo nie było w pobliżu. Myśli pan, 

że nie przyjęłabym niczyjej pomocy, nie użyła jakiejś broni, gdyby ktoś taki lub coś ta-

kiego było pod ręką? Wbrew temu, co pan wydaje się sądzić, nie jestem kompletnie bez-

rozumna. 

-  Wolałbym  tego  nie  komentować.  Powinna  pani  jednak  wiedzieć,  że  nie  należy 

wchodzić w paradę pijanym mężczyznom. 

-  Nie  wiedziałam,  że  w  tamtym  domu  jest  wyszynk.  Widziałam  tylko,  że  siostrę 

Evy  zaczepili  dwaj  mężczyźni.  Czy  fakt,  że  byli  pijani,  usprawiedliwia  ich  niecne  za-

chowanie? Jakimi bestiami są mężczyźni! - wybuchnęła. 

-  Zgadzam  się,  że  jesteśmy,  przynajmniej  czasami.  Zanim  jednak  pani  skaże 

wszystkich mężczyzn jako niepoprawnych złoczyńców, powinna pani dowiedzieć się, że 

Laurie  Steavens  nie  tylko  pracuje  w  gospodzie,  ale...  zarabia  pieniądze  w  inny  sposób, 

związany z wymianą na brzęczącą monetę... usług intymnej natury. 

Honoria zatrzymała się, gdy dotarł do niej sens jego słów. 

- Mówi pan, że... 

- Niestety, tak. 

Krew napłynęła jej do twarzy. Okazała się beznadziejnie głupia, odpędzając Laurie 

klientelę? Pokręciła głową z niedowierzaniem. 

- Ale... ona nie wygląda na... kobietę lekkich obyczajów. 

- Zna je pani, skoro potrafi rozpoznawać? 

- Nieważne, czy jest taką kobietą. Zdecydowanie próbowała się wyrwać. Nawet je-

śli  sprzedaje  się,  wciąż  ma prawo do  odmowy.  Żadna  kobieta  nie  może  być  zmuszana 

wbrew jej woli. 

- Taka opinia w ustach damy świadczy o rzadkiej wyrozumiałości dla córy biblijnej 

Ewy. Większość uważa, że takie jak ona mają, na co zasłużyły. 

„Potrzebujesz więcej, niż może ci dać Anthony Prescott. Taka temperamentna ko-

bieta jak ty potrzebuje...".  

Honorii zabrakło powietrza, potknęła się i mało brakowało, a by upadła. 

- Dobrze się pani czuje, panno Foxe? - usłyszała jakby z daleka.  

T L

 R

background image

Czyjaś ręka podtrzymała ją za łokieć. 

- T-tak, d-dobrze - odparła, starając się opanować drżenie. 

- Plebania już blisko. Czy dalej pójdzie pani sama? Mógłbym panią zanieść, ale nie 

sądzę, żeby to było właściwe. Jeśli woli pani tu zaczekać, to sprowadzę z gospody dwu-

kółkę. 

- Nie, już mi dobrze. Proszę wybaczyć moją przesadną reakcję. - Była zawstydzo-

na, że ujawniła słabość. - Miał pan rację, interweniowałam zbyt pospiesznie. Dziękuję za 

przyjście z pomocą, chociaż wiedział pan... Teraz myśli pan zapewne, że nie mam o ni-

czym pojęcia i jestem naiwna. 

- Nie, miała pani rację. Laurie wyrywała się. Ja także uważam, że żadnej kobiety 

nie  wolno przymuszać, bez  względu  na  jej prowadzenie się.  Oto i plebania.  Może  wej-

dzie pani do środka i poprosi gospodynię o zaparzenie herbaty? Proszę wybaczyć, że to 

mówię, ale jest pani bardzo blada. Ten incydent musiał kosztować panią sporo nerwów. 

- Nie, ciotka czeka na mnie. Wezmę konia i pojadę do Foxeden.  

- Jest pani pewna, że chce jechać konno? Mógłbym pójść po dwukółkę i odwieźć 

panią. 

- Bardzo to uprzejme z pana strony, panie Hawksworth, ale zbyteczne. 

Jedyne,  czego  pragnęła  Honoria,  to  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  Foxeden,  gdzie 

będzie mogła  spokojnie przemyśleć, co  się  wydarzyło.  Chciała się pozbyć  towarzystwa 

kapitana Hawkswortha, zanim jeszcze bardziej się zbłaźni. 

Służący pastora musiał ich obserwować, bo jak tylko zbliżyli się do stajni, wypro-

wadził  konia  Honorii.  Pomógł  jej  usadowić  się  w  siodle.  Honoria  przytroczyła  torbę  z 

roślinami wykopanymi z parowu. Obejrzała się. Kapitan stał i patrzył. 

- Jeszcze raz dziękuję, panie Hawksworth, za pomoc oraz informację. W przyszło-

ści muszę bardziej uważać. Do widzenia. 

Odjeżdżając, czuła na plecach wzrok Gabe'a. Po przejechaniu mili równy chód ko-

nia  i  chłodne  powietrze  owiewające  twarz  pozwoliły  się  uspokoić  Honorii.  Mimo 

wszystko nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Siostra Evy prostytutką! 

Honoria widywała córy Koryntu paradujące po Hyde Parku w eleganckich ekwipa-

żach,  otoczone tłumem  złotych  młodzieńców.  Albo  afiszujące się  w  lożach  operowych 

T L

 R

background image

wytwornymi  sukniami  i  klejnotami.  Honoria  ze  swoimi  przyjaciółkami  chichotały  zza 

wachlarzy,  plotkując  i  odgadując,  która  z  tych  obwieszonych  brylantami  piękności  jest 

utrzymanką tego lub innego arystokraty. 

Czasami, gdy wsiadała do powozu po teatrze, zanim lokaj zamknął drzwiczki, zdą-

żyła zauważyć w świetle latarni szczupłe postacie dziewczęce w alejkach sąsiadujących z 

Covent Garden. Wyglądały jak mieszkanki ciemnego i złowrogiego świata niemającego 

żadnej styczności z jej światem. 

Laurie, siostra małej Evy, córka zniszczonej pracą wdowy po rybaku, miałaby być 

prostytutką? Dziewczyna, która wyglądała tak zwyczajnie? Co zepchnęło Laurie na taką 

drogę? Czy ją też, tak jak Honorię, zgubił jakiś łajdak? Czy porzucił kochanek, aby sama 

musiała  ponosić  konsekwencje  swojej  niedyskrecji?  Jeśli  utraciła  cnotę  -  a  wraz  z  tym 

widoki na przyzwoite zamążpójście - jej szanse są zaiste marne. Ojciec nie żył, możliwo-

ści zarobkowe mizerne, żadnych zasobów. Jak inaczej mogłaby pomóc przetrwać rodzi-

nie? 

Nie miała prawa sądzić Laurie. Przez ostatni miesiąc użalała się nad swoim losem. 

Teraz po raz pierwszy uświadomiła sobie, jaką jest szczęściarą mimo tego wszystkiego, 

co ją spotkało. Gdyby nie przypadek, że urodziła się w takiej a nie innej sferze, to ona, a 

nie panna Steavens, mogłaby się wyrywać pijanemu górnikowi. 

W  poczuciu  winy  dziękowała  Bogu,  że  oszczędził  jej takiego  losu.  Przepełniło  ją 

współczucie dla rodziny Laurie, zmuszonej zmagać się z rzeczywistością, i poprzysięgła 

sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by im pomóc. 

background image

Rozdział dziewiąty 

 

Honoria nie wybierała się do wioski przed niedzielą, ale dostała od pastora Gryffda 

list,  w  którym  pytał,  czy  nazajutrz  mogłaby  przyjechać  na  plebanię,  aby  omówić  pilne 

sprawy związane z otwarciem szkoły. Na poczcie czekała paczka dla ciotki, a niecierpli-

wa natura Honorii nie pozwalała jej usiedzieć w miejscu, chętnie skorzystała z okazji do 

wyruszenia z domu. Mogła również znacznie przyspieszyć realizację planu mającego do-

pomóc Evie i jej rodzinie. 

Tym razem wzięła dwukółkę. Wielebny Gryffd musiał jej wypatrywać, bo gdy tyl-

ko  podjechała  pod  plebanię,  wysłał  służącego,  żeby  zajął  się  koniem,  a  sam  wyszedł 

przed dom na powitanie. 

-  Wymyśliłem,  gdzie  moglibyśmy  pomieścić  szkołę  -  zaczął  natychmiast  po  wy-

mianie grzeczności. - Zanim przystąpimy do dalszych kroków, chciałbym, by pani obej-

rzała to miejsce i powiedziała, co o nim sądzi. Proszę za mną. 

Poprowadził Honorię w głąb ogrodu. Zapach kwitnących róż skierował myśli Ho-

norii ku kapitanowi Hawksworthowi, z którym kilka dni temu przechadzała się tu po na-

bożeństwie. Co porabia? Wypróbowuje na morzu łódź? Siedzi nad kuflem piwa w gos-

podzie, flirtując z nudów z dziewczętami? 

- Proszę spojrzeć - przerwał rozmyślania Honorii głos pastora.  

Ręką wskazywał za żywopłot, na niewielki kamienny budynek z przeszkloną połu-

dniową ścianą. 

- Poprzedni pastor, wielki miłośnik ogrodów, kazał zbudować domek, w którym od 

tyłu trzymał narzędzia ogrodnicze, a od frontu, gdzie było dużo światła, urządził rozsad-

nik.  Tutaj  wysiewał  i  flancował  rośliny  przeznaczone  do  ogrodu.  Budynek  stoi  nie-

używany, ale kiedy sobie o nim przypomniałem, kazałem go wysprzątać. Pomieści się tu 

więcej niż tuzin dzieci. Co pani na to? 

Miejsce spodobało się Honorii; było przestronne i widne. 

Wielebny promieniał. 

- Dopilnuję, aby klasa została jak najszybciej odpowiednio urządzona. A teraz za-

praszam panią na plebanię. Napijemy się herbaty. 

T L

 R

background image

- Z miłą chęcią. Będziemy mieli okazję porozmawiać o tym, czego ojciec oczekuje 

ode mnie jako nauczycielki. 

Na dziedzińcu kościelnym zaszła im drogę Laurie Steavens. 

- Proszę wybaczyć, ojcze i panno Foxe. - Dygnęła. - Robbie Lowe mówił w gospo-

dzie, że widział dwukółkę z Foxeden przed plebanią. Pomyślałam, że najpewniej będzie 

rozmowa o szkole, więc pospieszyłam, by powiedzieć, że mama chciałaby posłać Evę do 

szkoły,  jeśli  pastor  i  panna  Foxe  są  pewni,  że  obecność  Evy  nie  będzie  ludziom  prze-

szkadzała. 

- Nikomu nie pozwolę skrzywdzić niewinnego dziecka, panno Laurie - odezwał się 

pastor. - Jesteśmy wdzięczni pani mamie, że powierzy nam Evę na kilka godzin dziennie. 

Prześlę pani wiadomość, kiedy rozpoczynamy lekcje. 

Honoria  obserwowała  Laurie  i  nie  wiedziała,  co  powiedzieć  i  jak  się  zachować. 

Dziewczyna  wyglądała  świeżo  i  schludnie.  Honorii  trudno  było  uwierzyć  w  to,  że  się 

sprzedawała.  Niewiara,  litość  i  odraza  walczyły  w  niej  z  dziwną  fascynacją.  Kiedy  się 

otrząsnęła z zamyślenia, zauważyła lekki rumieniec na policzkach Laurie i jej pokornie 

opuszczoną głowę. Najwyraźniej dziewczyna domyśliła się, że ktoś poinformował pannę 

Foxe o tym, iż zarabia na życie, nie tylko służąc w gospodzie. Honoria także się zaczer-

wieniła. Nie chciała, by Laurie uznała, że ona ją potępia. 

- Cieszę, że Eva przyjdzie do szkoły.  Niestety, nie znamy jej sposobu komuniko-

wania się z matką. Czy podpowiesz nam, jak można się z nią porozumieć? - spytała. 

- Ona słyszy tak dobrze jak każdy. A jej gestykulacja jest łatwa do rozszyfrowania. 

- Laurie uśmiechnęła się blado. - Tak wyrozumiała osoba jak panienka nie powinna mieć 

trudności. 

- Gdy nauczy się pisać, będzie jej łatwiej przekazywać otoczeniu, co myśli i czuje, 

nawet  jeśli  nigdy  nie  przemówi. Jak  się  wydaje,  ona  już teraz  wykazuje  wielką  wrażli-

wość. Może zostanie poetką i zacznie opisywać piękno kornwalijskiego krajobrazu, aby 

ludzie z odległych części kraju spojrzeli na nie jej oczami. 

- Może i tak - zgodziła się Laurie. - Ona jest taka mądra i dobra. Lepsza ode mnie. 

- Mieliśmy napić się herbaty. Może dołączysz do nas? - odezwał się pastor. 

T L

 R

background image

Ojciec Gryffd,  jako dobry  pasterz, powinien dbać również  o  zagubione  owieczki. 

Honorię  zbulwersowało  jednak  zaproszenie  dziewczyny  obwinianej  o  taki  poważny 

grzech.  Zdziwienie  Honorii  było  niczym  przy  zdumieniu  Laurie  Steavens.  Nie  mogła 

uwierzyć własnym uszom. Otarła ukradkiem gromadzące się w kącikach oczu łzy. 

-  To  wielka  uprzejmość  z  ojca  strony  -  powiedziała  cicho  -  ale  nie  mogę.  Proszę 

sobie wyobrazić, co powiedzieliby parafianie, gdyby się o tym dowiedzieli. 

- Mam nadzieję, że pochwaliliby gościnność wobec sąsiadki - odparł pastor. 

- Dziękuję ojcu, ale nie wypada. Zresztą, muszę wracać do gospody. Zanim pójdę, 

chciałabym dać coś panience od mojej matki. 

Wyciągnęła z kieszeni fartucha parę zrobionych na drutach rękawiczek. Podała je 

nieśmiało Honorii, jakby bała się, że odtrąci ona podarunek. Tymczasem Honoria nie po-

trzebowała spojrzenia pastora zachęcającego ją do przyjęcia daru. 

- To niekonieczne, ale bardzo miłe ze strony twojej matki. 

Rękawiczki, zrobione z grubej wełnianej włóczki, musiały być bardzo ciepłe. Zdo-

bił je kunsztownie przeplatany wzór. 

- Twoja matka jest bardzo uzdolniona. 

- Papa twierdził, że mama robi najpiękniejsze rękawiczki i swetry w całej Kornwa-

lii. To dobra wełna, nasączona lanoliną; rękawiczki zatrzymują ciepło nawet wtedy, gdy 

są przemoczone. 

- Podziękuj matce i powiedz, że cieszę się, że Eva będzie chodziła do szkoły. 

Honoria  z  troską  odprowadziła  wzrokiem  oddalającą  się  dziewczynę.  Kiedy  od-

wróciła się do pastora, zauważyła, że on patrzył za Laurie z zainteresowaniem graniczą-

cym z sympatią. Czy wielebny zastanawiał się, jak sprowadzić tę zagubioną owieczkę na 

drogę cnoty? Czy może jego zainteresowanie ładną kornwalijską dziewczyną miało bar-

dziej osobisty charakter? 

- Mieliśmy wypić herbatę - przypomniała.  

Pastor zaczerwienił się, najwidoczniej czując się przyłapany przez Honorię. 

- Tak, tak, zaraz poproszę panią Wells, żeby nam ją podała. 

Siedzieli w przytulnej bawialni nad rozgrzewającym naparem i raczyli się świeżo 

wyjętymi z pieca ciasteczkami, gdy gospodyni ponownie weszła do środka, oznajmiając: 

T L

 R

background image

-  Ojcze  Gryffd,  przyszedł  pan  Hawksworth.  Pyta,  czy  mógłby  przyłączyć  się  do 

państwa. Mam go wprowadzić? 

- Oczywiście. Chyba nie ma pani nic przeciwko temu, panno Foxe? 

Honorii  zrobiło  się  gorąco,  jej  puls  przyspieszył.  Modliła  się,  by  podniecenie  nie 

objawiło się rumieńcem na twarzy. 

- Jak ojciec sobie życzy - odparła z udawanym spokojem. 

Kapitan wszedł śmiałym krokiem, wnosząc powiew chłodnego powietrza z dworu i 

niemal namacalną energię. 

-  Dziękuję,  że  ojciec  mnie  przyjął  -  rzekł  od  progu.  -  Muszę  przyznać,  że  kiedy 

Lowe  wspomniał,  że  zauważył  przed  plebanią  dwukółkę  panny  Foxe,  postanowiłem 

wstąpić  i  dowiedzieć  się,  jak  się  ona  czuje  po  owym  godnym  pożałowania  incydencie 

sprzed kilku dni. 

Wzrok kapitana sprawiał, że jej cera stała się niezwykle wrażliwa. Honoria miała 

wrażenie, jakby muskały ją opuszki czyichś palców. 

- Czuję się dobrze, kapitanie Hawksworth. Dziękuję za troskę. 

-  Wspomniał pan  o  incydencie?  -  zainteresował  się pastor.  -  Czy  coś  złego  panią 

spotkało po wyjściu z gospody? Jeśli tak, będę niepocieszony, że panią zostawiłem samą. 

- Mniej więcej to, co przytrafiło się Laurie. - Honoria wyjaśniła, co się wydarzyło 

podczas jej poprzedniego pobytu w wiosce. 

Duchowny kręcił głową zmartwiony. 

- Szynki są wylęgarnią wszelakiego zła. Jak to dobrze, kapitanie, że znalazł się pan 

pod ręką i zapobiegł gorszemu nieszczęściu. 

-  Też  błogosławię  przypadek,  który  sprawił,  że  byłem  w  pobliżu.  Skoro  pastor 

wspomniał  o  rękach,  to  widzę,  że  ma  pani  ładne  rękawiczki,  panno  Foxe.  Zgaduję,  że 

miejscowy wyrób. 

- Tak. Zrobiła je pani Steavens. Ojcze, zastanawiam się nad jednym. Dziewczęta na 

pewno warto uczyć czytania i liczenia. Jeśli nie podejmą pracy w fabryce, umiejętność ta 

nie będzie przydatna do przysporzenia dodatkowych dochodów ich rodzinom. A gdyby-

śmy  nauczyli  je  wytwarzać  rękawiczki,  takie  ciepłe  i  ładne  jak  te?  Czy  nie  można  by 

sprzedawać ich w większych targowych miastach, być może nawet w Londynie? 

T L

 R

background image

-  To  bardzo  ładne  rękodzieło  -  przyznał  pastor.  -  Rodzinom  naszych  dziewcząt 

przydałyby się każde pieniądze. Tutejsze kobiety, głównie żony rybaków, od zawsze wy-

rabiają na drutach robocze rękawice i swetry dla swoich mężczyzn. Nie wiem, czy znala-

złby się zbyt dla takich wyrobów. 

- Nie znam się na handlu, ale potrafię docenić dobre wykonawstwo, kiedy mam z 

nim do czynienia - powiedziała Honoria. 

Rozmowę przerwało pukanie do drzwi, po czym weszła pani Wells, informując pa-

stora, że ktoś się o niego dopytuje. 

- Dziękuję pani. - Pastor podniósł się z krzesła. - Czy mogę zostawić państwa na 

chwilę? - zwrócił się do Honorii i Gabe'a. 

Honoria  nie  mogła  się  nadziwić,  dlaczego  poczuła  się  speszona  w  towarzystwie 

kapitana. W Londynie nie traciła rezonu w towarzyskich słownych utarczkach z najbar-

dziej elokwentnymi dżentelmenami socjety, a teraz nie potrafiła złożyć sensownego zda-

nia. 

-  Chyba  jakiś  żebrak  -  odezwał  się  kapitan  Hawksworth,  przerywając  milczenie, 

jakie zapadło po wyjściu pastora. - Cała okolica doskonale wie, że pastor nie odprawi z 

kwitkiem  żadnego  potrzebującego.  Ojciec  Gryffd  jest  świętym  człowiekiem,  godnym 

swego powołania. 

Honoria pomyślała o życzliwości pastora wobec Evy i Laurie. 

-  Wygląda  na  to,  że nie  osądza  słabości innych  ludzi.  Nie jest to tak powszechna 

cecha wśród duchownych, jak byśmy sobie tego życzyli. 

Nagle poczuła się niekomfortowo. Jak zareagowałby  ojciec Gryffd, gdyby poznał 

historię damy, do której zwraca się o rady w sprawie wychowania dziewcząt? Występo-

wanie pod fałszywym nazwiskiem coraz bardziej jej przeszkadzało. Czuła, że jest winna 

pastorowi szczerość na temat swojej sytuacji, zanim zaangażuje się w organizację szkoły. 

Nie chciała, żeby jej skandal obciążył tutejsze dziewczęta, tak samo jak wolała nie rzucać 

cienia na reputację siostry. 

- Mówiła pani, że przydałoby się nauczyć dziewczęta robić na drutach, a następnie 

poszukać  rynków  zbytu  dla  ich  wyrobów?  -  zapytał  kapitan,  przerywając  rozmyślania 

T L

 R

background image

Honorii. - Wydaje mi się, że to doskonały pomysł. Ma pani jakieś kontakty, które mog-

łyby być pomocne w Londynie? Jeśli nie, to może ja mógłbym się przydać. 

- Nie wiedziałam, że ma pan coś wspólnego z dystrybucją legalnych towarów. 

Roześmiał się. 

- Większość tutejszych uważa nas za uczciwszych od tych, którzy sprzedają towary 

ze stemplem celnym, jako że nasze ceny lepiej odzwierciedlają prawdziwy koszt wytwo-

rzenia  zbywanych  artykułów.  Może  pani  wyrażać  się  z  przekąsem  o  moim  do-

świadczeniu, ale zapewniam, że znam się na finansowaniu produkcji, wytwarzaniu, znaj-

dowaniu rynku i sprzedawaniu. Jak pani sobie to wyobraża? 

-  Najpierw  musielibyśmy  znaleźć  wysokiej  jakości  wełnę,  potem  poprosić  panią 

Steavens, żeby nauczyła nasze dziewczęta wyrabiać artykuły nadające się na rynek. Jak 

już opanują tę sztukę, zwrócimy się do kupców i przekonamy ich, żeby zainteresowali się 

sprzedażą tych wyrobów, a wtedy pomyślimy o uruchomieniu dostaw. 

- Widzę, że sama ma pani zadatki na dobrego kupca, panno Foxe. 

Gdyby jej matka słyszała tę dyskusję, padłaby trupem, pomyślała Honoria. Według 

Carlowów,  paranie  się  handlem  byłoby  większym  skandalem  niż  utrata  reputacji.  Nie 

zamierzała  jeszcze  bardziej  plamić  rodzinnego  nazwiska,  chciała  jednak  pomóc  dziew-

czętom. Może ciotka ma jakieś kontakty w Londynie? 

- Mam pewne znajomości w Londynie - odezwał się kapitan, jakby czytając w my-

ślach Honorii. - Mógłbym, jeśli pani sobie tego życzy, porozmawiać na temat obrotu tym 

rękodziełem, dowiedzieć się o koszty transportu i znaleźć wełnę. 

Honoria wahała się, czy rozwijać działalność, w wyniku której łączyłyby ją bliższe 

stosunki z kapitanem Hawksworthem. 

-  To  zupełnie  legalne  kontakty  -  dodał  ze  śmiechem.  -  Ostatnim  razem,  gdy  to 

sprawdzałem, rękawiczki wytwarzane przez kornwalijskie uczennice nie znajdowały się 

na liście towarów wymagających oclenia. 

- Wszelkie działania są przedwczesne, ale byłabym wdzięczna, gdyby pan dokonał 

wstępnej orientacji. Porozmawiam o tym z ciotką. Mieszka w Kornwalii od wielu lat, ale 

prowadzi obfitą korespondencję z przyjaciółmi w Londynie i poza Londynem również - 

dodała. 

T L

 R

background image

Wrócił pastor, informując: 

- Ten biedak był bardzo głodny i zziębnięty. 

-  Może  trzeba  go  było  poczęstować  łykiem  brandy.  -  Kapitan  puścił  oko  do  du-

chownego, czym wprawił go w zakłopotanie. 

- Może. Wiem, że metodyści są wielkimi przeciwnikami wolnego handlu, wyznam 

jednak, że proceder ten przynosi parafii więcej korzyści niż szkody. 

- Jak ludziom tłumaczyć, żeby zaprzestali robienia czegoś, co jest tak bardzo zgod-

ne z ich najlepiej pojętym interesem? 

- Trudno zaprzeczyć, że tego rodzaju handel pozwala tym biedakom dorzucić parę 

pensów  do  budżetu  rodzinnego,  lecz  import  taniego  dżinu  z  Irlandii  przyczynia  się  do 

upowszechnienia  pijaństwa,  czego  opłakanych  skutków  właśnie  doświadczyła  panna 

Laurie. Zachęcanie do nieposłuszeństwa wobec prawa nie jest mądre. 

- Nawet jeśli chodzi o kropelkę lub dwie od czasu do czasu dla siebie - dodał żar-

tobliwym tonem kapitan. 

-  Czy  moglibyśmy  wrócić  do  rękawiczek?  -  Honoria  miała  kapitanowi  za  złe,  że 

żartuje z pastora. - Rozmawialiśmy właśnie o tym z kapitanem. Sugeruje, żebyśmy spró-

bowali sprzedawać rękawiczki w Londynie. 

- To dobry pomysł - uznał zadowolony gospodarz - wywozić je gdzieś dalej. Tutej-

si  ludzie znają  kobiety,  które je  wytwarzają,  o ile sami się tym  nie zajmują.  Nie  wiem, 

jak jest w mieście. Nie mam żadnych znajomości w Londynie. A pani, panno Foxe? 

Honoria  znowu  poczuła  wyrzuty  sumienia.  Wyznałaby  pastorowi,  w  jaki  skandal 

była zamieszana, ale nie mogła tego uczynić ze względu na obecność Hawkswortha. 

- Kapitan powiedział przed chwilą, że zna kogoś. 

- Chodzi o kupców sprzedających wyłącznie legalny towar - zapewnił solennie Ga-

be. 

- Tak powinno być - powiedziała Honoria. - Nie wolno angażować dzieci w handel 

na pańską modłę. 

- Nigdy by mi to nie przyszło do głowy - zadeklarował Hawksworth. 

Honoria nie była pewna, czy można uwierzyć w każde słowo kapitana, ale potrak-

towała zapewnienie serio. 

T L

 R

background image

- Cieszę się, że to słyszę. 

Odstawiając  filiżankę,  odważnie  spojrzała  prosto  w  te  niepokojące,  badawczo 

przyglądające  się  jej  oczy.  Kapitan  się  uśmiechnął,  a  Honoria  doznała  zadziwiającego 

wrażenia, że budzi się z długiego snu. Spłoszona odwróciła głowę, uwalniając się spod 

władzy  magnetycznego  spojrzenia  Gabe'a.  W  tym  momencie  poczuła  zawrót  głowy. 

Herbata musiała być za mocna, pomyślała. Powinnam wyjść, zanim powiem coś głupie-

go, zdecydowała. Wstała raptownie. 

-  Dziękuję  ojcu za poczęstunek  i proszę  przekazać pani  Wells  wyrazy  uznania  za 

znakomite ciasteczka. Muszę wracać do Foxeden. 

Hawksworth natychmiast również się podniósł z krzesła. 

- Ja także muszę już iść, ojcze Gryffd. Dziękuję za gościnność. 

Jeśli myślała, że uniknie jego towarzystwa, to musiała być rozczarowana, bo kapi-

tan odradził pastorowi wyjście z domu z powodu ostrego wiatru, i sam odprowadził ją do 

dwukółki. 

- Nie powinien pan się droczyć z wielebnym na temat konsumpcji spirytualiów. To 

porządny człowiek, jeden najlepszych pastorów, jakich znam. 

Ku jej rozdrażnieniu, natychmiast przyznał jej rację. 

- To rzeczywiście dobry człowiek. Nie popisałem się. Z drugiej strony, trudno musi 

być Walijczykowi nawoływać do przestrzegania angielskiego prawa. Zwłaszcza takiego, 

które jest niekorzystne dla Kornwalijczyków. 

- Prawo jest po to, by je przestrzegać. 

- Zapewne, ale jak taki rybak albo robotnik sezonowy ma zarobić dodatkowe pie-

niądze, za które mógłby kupić sobie herbaty albo szklaneczkę alkoholu i ciepły posiłek w 

gospodzie  pana  Kessela?  Nie  może  pani  mieć  za  złe  człowiekowi,  że  chce  choć  trochę 

uprzyjemnić sobie ciężkie życie. Albo oczekiwać, że będzie pałał sympatią do władz usi-

łujących mu w tym przeszkodzić, w skrajnych przypadkach nawet siłą, wyłącznie z my-

ślą o przysporzeniu dochodów rządowi. 

- Słuchając pańskich wyjaśnień, można dojść do przekonania, że nieposłuszeństwo 

wobec prawa jest czymś najsłuszniejszym pod słońcem. 

T L

 R

background image

- Ponieważ tak jest - zapewnił. Widząc, że Honoria zamierza zaprotestować, roze-

śmiał się i wyciągnął do niej rękę. - Pax!

*

 Widzę, że w tej sprawie nie osiągniemy poro-

zumienia. Jak pani wie, Irlandczyk odczuwa taką samą zdrową pogardę dla angielskiego 

prawa, jak jego walijscy kuzyni. 

 

* Pax - (łac.) pokój (przyp. tłum.). 

 

- W to łatwo mogę uwierzyć. Przypuszczam, że pan zawsze był mąciwodą. To dla-

tego znalazł się pan w Kornwalii? 

-  Prawdę  powiedziawszy,  chciałem  oddać  przysługę  przyjacielowi.  Muszę  panią 

poinformować, że mam za sobą uczciwą służbę wojskową. 

- Bez wątpienia z okresu służby datują się pańskie uczciwe kontakty w Londynie? 

Znowu  uległa  urokowi  jego  uśmiechu.  Oblała  ją  fala  gorąca,  pobudzając  zmysły. 

Wydawało się, że jej umysł wyłącza się całkowicie i jedyne, co może robić, to wpatry-

wać się w te utkwione w nią oczy i drżeć w oczekiwaniu. 

Doczekała się. Uniósł jej okrytą rękawiczką dłoń do ust. 

- Rozmowa z panią sprawiła mi większą przyjemność niż wspaniała herbata pasto-

ra.  Rozeznam  się  w  możliwości  zbytu  rękawiczek  pani  uczennic,  panno  Foxe,  i  zrobię 

wszystko, co w mej mocy, by pani nie rozczarować. 

Honoria nie miała pojęcia, jak to się mogło stać, że nie potrafi sformułować jakiej-

kolwiek odpowiedzi. Wszystko, czego była świadoma, to zwrócona ku niej twarz kapita-

na, jego lekko rozchylone usta, gotowe do zniżenia się ku jej wargom. Puls Honorii galo-

pował jak zwycięzca z Newmarket

*

, nie mogła się doczekać, żeby kapitan pokonał nie-

wielką dzielącą ich przestrzeń i ją pocałował. Musiała mimowolnie zamknąć powieki, bo 

w następnej chwili zamiast spodziewanego pocałunku w usta poczuła na swojej talii jego 

dłonie, unoszące ją na siedzenie. 

 

*  Newmarket  -  miasto  w  hrabstwie  Suffolk,  na  północ  od  Londynu,  uważane  za  kolebkę  wyścigów 

konnych z udziałem koni pełnej krwi angielskiej. Największy ośrodek hodowli koni w Wielkiej Brytanii  

(przyp. tłum.). 

T L

 R

background image

Nawet przez ubranie dotknięcie paliło jej skórę niczym ogień i chociaż była grubo 

odziana,  a  koń,  pojazd  i  służący  pastora  znajdowali  się  zaledwie  na  wyciągnięcie  ręki, 

miała wrażenie, jakby byli zupełnie sami w jej sypialni i kapitan unosił ją do łóżka. 

Szokujący  obraz  wstrząsnął  nią  do  tego  stopnia,  że  gdyby  nie  chwyciła  poręczy, 

upadłaby.  Stajenny  wsunął  lejce  w  jej  odrętwiałe  dłonie,  a  kapitan  Hawksworth  złożył 

pożegnalny ukłon. 

-  Mam  nadzieję  przynieść  pani  wkrótce  dobre  wiadomości.  Do  widzenia,  panno 

Foxe. 

Służący klepnął konia, by ten ruszył. Na szczęście koń znał drogę do domu, gdyż 

Honoria była niezdolna do pokierowania nim. Dopiero po wyjeździe z wioski oprzytom-

niała na tyle, by ocenić, co się wydarzyło. 

Pierwsza konstatacja była taka, że kapitan jest niebezpieczniejszy, niż początkowo 

sądziła.  Na  przykład  prawie  ją  -  osobę,  której  rodzina  zajmowała  wysokie  stanowiska 

rządowe - przekonał, że przepisy celne są szkodliwe. Zachęcał ją do obmyślania planów 

działalności na niwie handlowej, co, gdyby się w taką działalność zaangażowała, wywo-

łałoby zgorszenie wśród jej znajomych z towarzystwa. 

A, co najgorsze, pociągał ją. Wyczuwała w nim niespokojną, buntowniczą naturę, 

podobną  do  jej  własnej.  Kapitan,  podobnie  jej  brat  Hal,  był  wojskowym,  człowiekiem 

bywałym w obcych krajach, mającym okazję wypróbować swoją odwagę w straceńczych 

bitwach. Uwielbiał wyzwania, żył pełnią życia. 

Największe niebezpieczeństwo, zdaniem Honorii, kryło się w tym, że kapitan dzia-

łał na jej zmysły. W przeszłości zaśmiewała się do rozpuku nad romansami, których he-

roiny  topniały  w  objęciach  bohaterów,  myśląc  tylko  o  jednym:  żeby  je  ten  jedyny  po-

całował. 

Teraz nie było jej do śmiechu. 

Chciała, żeby ją pocałował. Dawniej pozwalała na to niektórym galantom, bardziej 

z ciekawości niż z prawdziwej ochoty. Tamte pocałunki miały smak owocu zakazanego, 

sprawiały przyjemność, ale nigdy nie wprawiały jej w podobny stan, co teraz. Już na sa-

mo wyobrażenie dotyku jego warg wstrzymywała oddech, a serce zaczynało bić szaleń-

T L

 R

background image

czym  rytmem.  Wiedziała,  nie  doświadczywszy  tego  do  tej  pory,  że  będzie  to  najrado-

śniejsze doznanie w jej życiu. 

Gwałtowność chęci przeżycia tego przerażała ją. Uciekła w pohańbieniu z Londy-

nu po to, aby dać się wciągnąć w romans, który wygna ją z ostatniego schronienia, jakie 

jej pozostało? 

Ta  myśl  otrzeźwiła  Honorię.  Uwolni  się  od  wpływu,  jaki  kapitan  wywiera  na  jej 

zmysły.  Od  dzisiaj  musi się trzymać  od  niego  z  daleka.  Zwykła  panna  Foxe nie  mogła 

liczyć na to, co zabezpieczało lady Honorię, a mianowicie, na jej wysoką pozycję w to-

warzystwie. 

Zaczynała  rozumieć,  że  kapitan  jest  mistrzem  w  grze,  o  której  zasadach  ona  nie 

miała  najmniejszego  pojęcia.  W  tej  sytuacji  najbezpieczniej  będzie  zgarnąć  żetony  ze 

stołu i uciekać. 

T L

 R

background image

Rozdział dziesiąty 

 

Gabe patrzył za odjeżdżającą dwukółką, dopóki nie zniknęła za zakrętem. Tym ra-

zem wybrał dłuższą drogę powrotną do gospody. Chciał poczuć wiatr we włosach, usły-

szeć  w uszach  odgłos  fal  rozbijających  się  o  skały.  Musiał uspokoić bijące szaleńczym 

rytmem serce i ożywione zmysły. Właściwie, uznał, nie zaszkodziłoby dać nurka w zim-

ną morską wodę. 

Z ulgą stwierdził, że panna Foxe odzyskała równowagę psychiczną po incydencie z 

pijanymi górnikami. Podziwiał jej odważną interwencję w obronie Laurie Steavens, ale 

myśl o tym, że któryś z tych łotrów mógł zrobić jej coś złego, przyprawiała go o wście-

kłość. 

Swoją  drogą,  Gabe  nie  mógł  uwierzyć  własnym  oczom,  widząc,  jak  skutecznie 

rozprawiła się z jednym z nich, powalając go na ziemię ciosem, którego nie powstydziłby 

się mężczyzna. Czy panna Foxe zaskoczy go jeszcze w inny sposób? 

Była dzisiaj wyjątkowo przystępna - może nawet zanadto. W pewnym momencie, 

gdy podjechała dwukółka, omal nie zniszczył wszystkiego pocałunkiem, o który zdawały 

się prosić jej usta, i to na oczach bezczelnie gapiącego się stajennego. Co mu strzeliło do 

głowy? 

Gdy  unosił  ją  na  siedzenie,  musiał  stoczyć  ze  sobą  walkę,  by  ją  wypuścić  z  rąk. 

Opanowała  go  silna  i  gwałtowna  chęć,  by  usiąść  obok,  chwycić  lejce  i  zawieźć  pannę 

Foxe do jakiejś opustoszałej chatki rybackiej, zdjąć z niej ubranie warstwa po warstwie, 

rozpalić ją pieszczotami i zatracić się w miłości. 

Przypuszczał, że pojechałaby z nim. 

Im lepiej ją poznawał, im bardziej podziwiał, tym silniej odczuwał potrzebę wzię-

cia za nią odpowiedzialności. Pragnął ją posiąść, ale jednocześnie coraz bardziej ją sza-

nował. Nawet jeśli nie jest już niewinną dziewczyną, to wciąż jest panną z dobrego do-

mu.  Kobiety  z  wyższych  sfer,  z  którymi  dotychczas  romansował,  były  albo  wdowami, 

albo żonami obojętnych mężów. Z wyjątkiem jednego, z którym musieli sobie wyjaśnić 

pewne sprawy o świcie, przy użyciu pistoletów. 

T L

 R

background image

Jaka jest jej pisana przyszłość, zakładając, że nie przyjechała tu, aby na zawsze to-

warzyszyć ciotce? Gdyby rzeczywiście była skompromitowana, mogłaby liczyć na mał-

żeństwo  z  jakimś dżentelmenem,  który  uprzejmie zapomni  o braku  cnoty  w  zamian za 

odpowiednio szczodry posag. Z mężczyzną, który nie pozwoli jej zapomnieć, że była to-

warem ze skazą. 

A  może skończy  jako bezpłatna służąca  rodziny,  przerzucana  z jednego  domu  do 

drugiego,  w  miarę  przychodzenia  na  świat  kolejnych  dzieci  i  pojawiania  się  chorych 

wymagających pielęgnacji? Czy zostanie pozbawioną szacunku rezydentką narażoną na 

protekcjonalne traktowanie, a może nawet na niegodne propozycje ze strony przebywają-

cych w gościach u państwa domu lordów o dużym apetycie i małych skrupułach? 

Gabe żachnął się na myśl o takim smutnym końcu damy o jej charakterze i inteli-

gencji. Skompromitowana czy nieskalana, zasługiwała na mężczyznę, który by ją docenił 

i  uszanował.  Kogoś  takiego  jak  on?  W  głowie  Gabe'a  odezwał  się dzwonek  alarmowy. 

Romans to romans, ale rozmyślanie o czymś trwalszym zazwyczaj wywoływało u niego 

natychmiastową chęć ustawienia żagli i wykonania zwrotu w przeciwnym kierunku. 

Stanowczo za długo obywa się bez kobiety i za bardzo podoba mu się panna Foxe. 

Tak bardzo, że nie działają na niego inne. Odkrycie to przyjął z mieszanymi uczuciami. 

Do tej pory nie zdarzyło mu się tak upodobać sobie jakąś damę, żeby utracić zaintereso-

wanie innymi. Stopień zauroczenia panną Foxe i siła pożądania, które w nim wzbudziła, 

różniły się nad wyraz niepokojąco od wszystkiego, czego dotychczas doświadczył. 

Mimo  to  nie  potrafił  wyobrazić  sobie  innej  przyszłości  poza  romansem  z  panną 

Foxe. Czy rzeczywiście? - zastanowił się. 

Do licha, zbaczał z kursu jak łódź szarpana kapryśnym wiatrem. Trzeba zrezygno-

wać z wyciągnięcia ostatecznego wniosku na temat natury jego stosunków z panną Foxe 

i  skoncentrować się na  pomocy  przy  realizacji  pomysłu  zaktywizowania tutejszych  ko-

biet. Zasłuży na jej wdzięczność. Jeśli później wyniknie z tego coś przyjemnego dla nich 

obojga i nieszkodliwego dla niej, tym lepiej. Na razie nie będzie szukał okazji do spotka-

nia z panną Foxe. 

Dobrze byłoby wyprawić się z „Rybitwą" w morze, żeby wytrwać w tym postano-

wieniu. Pożeglować i wystawić na sztormowy wiatr jej nowe olinowanie, upewnić się, że 

T L

 R

background image

wytrzyma napór wyjącego wiatru i wzburzonego morza - naturalnych sprzymierzeńców 

przemytnika. 

Miał nadzieję, że gdy go nie będzie, linka, którą przerzucił w stronę panny Foxe, 

również wytrzyma. 

T L

 R

background image

Rozdział jedenasty 

 

Tydzień później  Honoria siedziała przy  stole  w  przekształconym  w  klasę  szkolną 

domku ogrodnika, podczas gdy pastor Gryffd przerabiał z dziewczynkami kolejną stronę 

z elementarza. Duchownemu udało się w zadziwiająco krótkim czasie przekonać rodzi-

ców pięciu dziewczynek w wieku od sześciu do jedenastu lat do posłania ich na kilka po-

rannych godzin do szkoły. 

Zajęcia zaczynały się od lekcji alfabetu, potem pastor odczytywał na głos czytankę, 

ucząc  kojarzenia  zgłosek  ze  znakami  graficznymi.  Następnie przechodził  do  cyfr  i  pro-

stego dodawania, a przed południowym posiłkiem przychodziła pani Steavens z Evą, któ-

ra czekała z Honorią w ogrodzie, aż matka skończy lekcję prac ręcznych. Okazało się, że 

starsze dziewczynki znały już podstawowe ściegi. 

Ponieważ  Eva  nie  potrafiła  wymówić  poszczególnych  zgłosek  i  słów,  wielebny 

uczył  ją  inną  metodą  niż  pozostałe  podopieczne.  Trudno  było  orzec,  czy  Eva  rozumie 

wszystko, bez wątpienia jednak wykazywała zainteresowanie nauką i potrafiła się skon-

centrować,  o  czym  świadczyło  widoczne  na twarzy  skupienie,  od  czasu  do  czasu  okra-

szane promiennym uśmiechem. 

Honoria była bardzo zadowolona, że projekt otwarcia szkoły tak szybko nabrał re-

alnych  kształtów.  Spodziewała  się,  że  kapitan,  którego  dotąd  widywała  codziennie,  po-

każe się, ale upłynął tydzień, a jego wciąż nie było. Poczuła się zawiedziona. Brakowało 

jej okazji do żartobliwych słownych potyczek, ale przede wszystkim pociągającego męż-

czyzny, w obecności którego ogarniało ją zmysłowe podekscytowanie. 

Rozważna część jej natury ostrzegała, by nie pozwoliła się sprowokować do popeł-

nienia błędu. Jednakże jego nieobecność i jej samotność tłumiły głos rozsądku. Poza tym 

tłumaczyła sobie, że w jej sytuacji, gdy i tak jest skompromitowana, nadmiar ostrożności 

jest  zbędny.  Przecież  jest na  tyle  rozsądna,  że nie pozwoli,  aby  sprawy  posunęły  się  za 

daleko, uznała. Dlaczego więc nie miałaby cieszyć się większą swobodą, jaką ma na wsi? 

Spacerować, rozmawiać i przekomarzać się z nim, nieskrępowana poirytowaną przyzwo-

itką, której obecność byłaby nie do uniknięcia w Londynie. Jako królowa salonów przy-

T L

 R

background image

wykła do towarzystwa przystojnych młodych mężczyzn; byłoby całkiem naturalne, gdy-

by teraz nie odmówiła sobie przyjemności, które kiedyś wypełniały jej życie. 

Z drugiej strony, przez cały miesiąc po przybyciu do Kornwalii, gdy kapitana jesz-

cze nie znała, całkiem nieźle obywała się bez widoku młodych i przystojnych mężczyzn. 

- Panno Foxe, napijemy się herbaty, zanim przyjdzie Eva? - Głęboki baryton pasto-

ra zakłócił wewnętrzny monolog Honorii. 

Odwróciła się zmieszana w jego stronę. Jej zakłoporanie wzrosło, gdy zauważyła, 

że klasa opustoszała. Była tak zamyślona, że z obłoków nie ściągnął jej na ziemię nawet 

gwar towarzyszący wychodzącym uczennicom. 

- Z przyjemnością. Dziękuję. Może zdążę przedtem sprawdzić, czy już przyszła. 

- Dobrze, niech pani rozprostuje nogi. Dam znać, kiedy herbata będzie gotowa. 

Wyszli razem, pastor skierował się na plebanię, a Honoria do ogrodu. Powróciła do 

rozważań  i  postanowiła,  że  udzieli  sobie  rozgrzeszenia  za  to,  że  tęskni  za  kapitanem 

Hawksworthem. Energicznym krokiem okrążyła  warzywniak i zauważyła zbliżającą się 

postać.  Serce  Honorii  zabiło  nadzieją,  ale  dość  szybko  zorientowała  się,  że  to  kobieta. 

Poczuła rozczarowanie. Okazało się, że to Laurie Steavens. Wyglądała bardzo ładnie w 

nowej narzutce i kapelusiku. 

- Coś się stało? - zaniepokoiła się Honoria. - Eva zachorowała? 

- Nie, ona i mama są zdrowe. - Rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę plebanii. - 

Cieszę  się,  że  jest  pani  sama,  panno  Foxe.  Przyszłam  powiedzieć,  że  jeśli  będzie  pani 

chciała coś przekazać przeze mnie Evie lub mamie, nie znajdzie mnie pani w gospodzie, 

ale nadal będzie mogła zostawić tam dla mnie wiadomość. 

- Straciłaś pracę? 

-  Niezupełnie.  -  Laurie  starannie unikała  wzroku  Honorii.  -  Jestem teraz  z panem 

Johnem. On nie życzy sobie, bym nadal pracowała w gospodzie i sprzątała męskie poko-

je. 

-  Jestem  zaskoczona  -  odparła  Honoria.  -  Myślałam,  że  on  ma  awersję  do  Evy,  i 

odniosłam wrażenie, że nie za bardzo go lubisz. 

Przez twarz Laurie przemknął przelotny uśmiech. 

T L

 R

background image

- Ale on mnie lubi i nie przeszkadza mu Eva, jeśli schodzi mu z drogi. Obiecał, że 

będzie  dla  mnie  hojny,  i  jest.  Mogłam  kupić  mamie  ładny  wełniany  materiał  na  nowy 

płaszcz oraz buty dla niej i dla Evy. Przysłał nam cały udziec wołowy od rzeźnika. Nie 

potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadłyśmy mięso poza tymi resztkami gula-

szu, które pani Kessel pozwoliła mi czasami zabierać do domu z gospody. - Laurie popa-

trzyła błagalnie na Honorię, dopraszając się zrozumienia. - Nie mogłam mu odmówić. 

- Zapewne nie - przyznała Honoria. Nie mogła jednak zapomnieć, jak ten człowiek 

zachował  się  po  nabożeństwie  wobec  Evy.  Pamiętała  zacięte  usta  i  złe  oczy  młodego 

Kessela. - Czy on cię dobrze traktuje? 

- Chyba nieźle. - Laurie wzruszyła ramionami.  

Honorii to nie uspokoiło. Ogarnęły ją nagle złe przeczucia. 

- Jeśli wyniknie... jakiś problem, obiecujesz przyjść do mnie? 

- A co pani poradzi? Co ma być, to będzie. Jeśli będę mogła pomóc mamie i Evie, 

będę to robiła tak długo, jak się da. Nie powie pani ojcu Gryffdowi, dobrze? Wiem, że i 

tak się w końcu dowie, ale niech to będzie później niż wcześniej. To głupie, bo nie po-

stępuję gorzej niż do tej pory, a może niektórzy pomyślą, że wręcz lepiej. Jednak wolała-

bym, żeby się jeszcze nie dowiedział. 

Honoria całą duszą żałowała dziewczyny, ale Laurie miała rację. Honoria nie mo-

gła nic dla niej zrobić. Nawet ciotka, jak by nie było liberalna w poglądach, nie zatrudni-

łaby  w  swoim  domu  osoby  prowadzącej  się  tak  jak  Laurie.  Honoria  nie  dysponowała 

pieniędzmi, które mogłaby zaproponować dziewczynie jako rekompensatę za odrzucenie 

protekcji syna właściciela gospody. Poza tym, prawdę powiedziawszy, nie miała żadnego 

prawa  ingerować  w  życie  Laurie.  Mimo  wszystko  czuła  bezsilny  gniew  na  los,  który 

zmusił nieszczęsną do obrania takiej drogi. 

- Muszę już iść, panienko - powiedziała Laurie.  

Honoria w porywie współczucia przytrzymała ją za rękaw. 

- Dasz mi znać, jeśli wpadniesz w kłopoty? 

-  To  miłe  ze  strony  panienki,  ale  lepiej,  żeby  panienka  się  tym  nie  interesowała. 

Pan John ma porywczy charakter i nie lubi, jak ktoś miesza się w jego sprawy. - Zamil-

T L

 R

background image

kła, po czym dodała ze zdziwieniem: - Zresztą dlaczego panienka miałaby się martwić o 

kogoś takiego jak ja? 

- Żałuję, że nie mogę zrobić więcej. 

- Jedyne, co możemy my, kobiety, to cierpieć i starać się przetrwać. Do widzenia, 

panienko. 

Lekkie  piórko  u  kapelusika  podrygiwało  w  rytm  kroków  Laurie  kierującej  się  w 

stronę gospody. Honoria z troską patrzyła jej śladem. Żałowała, że nie może podzielić się 

swoim zmartwieniem z pastorem Gryffdem, który przejawiał wiele dbałości o parafian i, 

jak  się  wydawało,  specjalnym  zainteresowaniem  darzył  Laurie.  Jednak  ona  poprosiła 

Honorię o zachowanie sekretu. Nie mogła zawieść zaufania dziewczyny dlatego, że nie 

lubiła syna karczmarza. 

Laurie znikła z jej oczu i w tym momencie w otwartych drzwiach plebanii pojawił 

się  pastor,  wołając,  że  niesie  herbatę  i  świeżo  wyjęte  z  pieca  makaroniki.  Przyszła  też 

Eva. Widok jej ożywionej twarzyczki sprawiał przyjemność Honorii. Dziewczynka uści-

skała ją i zaczęła gwałtownie gestykulować. 

- Wolniej, Eva, wolniej! - Honoria przytrzymała jej rękę. - Nie jestem taka mądra 

jak ty. 

Dziecko  spojrzało  zdziwione,  po  czym  uśmiechnęło  się  radośnie.  Serce  Honorii 

ścisnęło się z bólu. Jak często w krótkim życiu Evy inteligentny umysł uwięziony w jej 

niemym  ciele  był  obrażany  oskarżeniami,  że  dziecko  to  jest  niedorozwinięte?  -  zasta-

nowiła się. 

Po wypiciu herbaty wielebny zabrał się do pracy z Evą. Honoria przysłuchiwała się 

lekcji, szybko jednak znowu opanowała ją nerwowość, która towarzyszyła jej w ostatnich 

dniach. Postanowiła, że w drodze powrotnej do Foxeden zatrzyma się nad morzem i wy-

kona  kilka  szkiców.  Do  tej  pory  zdążyła  niemal  ogołocić  ogród.  Wszystkie  wiosenne 

kwiaty pyszniły się w wazonach, a spiżarka została obwieszona wiązkami ziół do zasu-

szenia.  W  bibliotece  znalazła  węgiel  i  papier  do  rysunków,  które  ciotka  pozwoliła  jej 

używać do woli. 

Honoria  miała  nadzieję,  że  zajęcie  to  zaabsorbuje  ją  przynajmniej  na  jakiś  czas  i 

odciągnie jej uwagę od mocno doskwierającego uczucia zawieszenia w próżni, które co-

T L

 R

background image

raz częściej ją nawiedzało, w miarę jak oddalały się wspomnienia owej nocy, od której 

datowało się jej wygnanie. Rosły również obawy o przyszłość. 

Ponieważ pastor i Eva byli zajęci pracą, do której nie mogła wnieść niczego poży-

tecznego, Honoria postanowiła wymknąć się wcześniej. Nieoczekiwanie do klasy zajrza-

ła  pani  Wells  z  wiadomością,  że  przyszedł  pan  Hawksworth  i  pyta,  czy  mógłby  zoba-

czyć, jak wygląda nowo urządzona szkoła. 

Honoria natychmiast się ożywiła, a rozdrażnienie znikło, jakby rozproszone przez 

gwałtowny podmuch południowo-wschodniego wiatru uderzającego w kornwalijskie kli-

fy. 

-  Ojcze  Gryffd,  dzisiaj  rano  dowiedziałem  się  od pani  Kessel,  że  nauka  ruszyła  - 

rozległ się głos kapitana - pomyślałem więc, że wpadnę zobaczyć, jak radzą sobie nasze 

przyszłe rękodzielniczki. 

- Proszę, niech pan wejdzie. Jak widać, większość uczennic poszła do domu. Pań-

stwo  pozwolą,  że  dokończę  lekcję  z  Evą,  a  panna  Foxe  tymczasem  zaznajomi  pana  ze 

stanem realizacji naszego pomysłu. 

Honoria nie przypominała sobie, by wstała na powitanie kapitana, stwierdziła jed-

nak, że stoi, na dodatek wpatrzona w jego twarz. On skłonił się jej i uśmiechnął na swój 

przekorny, radosny sposób. 

- Panno Foxe, cieszę się, że panią widzę - powiedział. - Chociaż ślizgająca się po 

powierzchni morza „Rybitwa" przedstawia ładny widok, nie może się on równać z pięk-

nem czekającym na mnie na lądzie. 

- Ach, więc to dlatego nie widziałam... - Honoria urwała, aby nie sprawić wrażenia, 

że durzy się w nim niczym jedna z miejscowych dziewcząt. - Ja też się cieszę, że pana 

widzę, kapitanie. Stwierdzam, że słona morska woda nie wypłukała słodyczy z pańskiego 

języka. 

Znowu się uśmiechnął, jak gdyby przejrzał ją na wylot. Po co wspominała o języ-

ku? W tym momencie zaczęła się bowiem zastanawiać, jak smakowałyby jego usta, gdy-

by go pocałowała. Honoria potrząsnęła głową, jakby chciała tym sposobem usunąć z niej 

podobne myśli. 

- Więc szkoła ruszyła? - zapytał i to pytanie przywróciło ją do przytomności. 

T L

 R

background image

Zauważyła,  że  patrzy  na  nią  z  sympatią,  jakby  litował  się  nad  jej  chwilową  nie-

możnością doboru właściwych słów. Co się z nią dzieje? Kiedyś w Londynie śmiała się 

zza  wachlarza,  widząc,  jak  niektóre  panny  nie  potrafią  wykrztusić  słowa  w  obecności 

przystojnego młodego kawalera. 

- Dziewczynki robią szybkie postępy w poznawaniu alfabetu i prostym dodawaniu. 

Pani  Steavens stwierdziła,  że  część  zna  już podstawowe ściegi.  Okaże  się,  czy  któraś  z 

nich  osiągnie  poziom  zaawansowania  konieczny  do  wykonania  bardziej  skompliko-

wanego ściegu, który na pewno będzie łatwiej się sprzedawał. Ciotka zgodziła się napi-

sać do przyjaciół w Londynie i zapytać o ich zdanie na temat możliwości realizacji na-

szych planów. 

-  Ciekaw  jestem,  jakie  będą  ich  opinie.  Wiem,  że  wyrażała  pani  obawy,  czy  ele-

ganckie  panie  zechcą  kupować proste wełniane  rękawiczki.  Doszedłem  do  wniosku,  że 

nawet jeśli damy z towarzystwa nie będą zainteresowane, to w Londynie mieszka mnó-

stwo pokojówek, panien sklepowych i guwernantek, myślących nie tylko o modzie, ale i 

wygodzie, zmuszonych do wychodzenia z domu w każdą pogodę. Przypuszczam, że bę-

dą zadowolone z możliwości kupienia ciepłych rękawiczek za dobrą cenę. 

- Wspaniale! Moglibyśmy oferować nie tylko rękawiczki, ale również szale, pele-

rynki, a nawet torebki wykonane tym samym ściegiem. 

-  Ma  pani  talent  do  handlu  -  zauważył  z  uśmiechem  kapitan,  widząc  entuzjazm 

Honorii. - Podziwiam panią, choć, jak podejrzewam, ani pani rodzina, ani moja nie po-

dzielałaby mojego uznania. Wkrótce wybieram się do Londynu - kontynuował - zbadam, 

jak przedstawiają się koszty transportu, i postaram się poszukać kupców, którzy wzięliby 

taki towar. A jak Evie idzie robota na drutach? 

-  Obawiam  się,  że bardziej  jest  zainteresowana  nauką  czytania.  Niech pan  na nią 

popatrzy. Myślę, że muszę się wziąć za robótki, wtedy i ona będzie się do tego przykła-

dać. Pastor Gryffd zauważył, że ona mnie we wszystkim naśladuje. 

-  To  oczywiste,  że  ona  panią  naśladuje.  Ma  pani  wyrazistą  osobowość,  wywiera 

pani wpływ na otoczenie, gdziekolwiek pani przebywa. Daru wzbudzania zaufania u in-

nych nie można się nauczyć. Dawno zaobserwowałem, że nie wszystkich mężczyzn cha-

T L

 R

background image

rakteryzują  cechy  przywódcze,  i  nie  ma  znaczenia  liczba  złotych  galonów,  którymi  są 

obszyte ich mundury. 

- Marzyłam o tym, żeby być żołnierzem jak mój brat - zwierzyła się Honoria i do-

dała  z  goryczą:  -  Głupio  się do  tego  przyznawać.  Tylko  mężczyźni  cieszą się  swobodą 

wyboru. Kobiety, i to ze wszystkich sfer, muszą podążać wąską ścieżką, na której moż-

liwości są bardzo ograniczone, a za zboczenie z wyznaczonej drogi spotyka je kara. 

Wezbrały w niej emocje tak silne, że przestraszyła się, że się rozpłacze. Nagle za-

pragnęła wyjść, wziąć szkicownik i uciec na skraj klifu, gdzie wycie wiatru i huk przybo-

ju odwróciłyby jej uwagę od własnego stanu ducha. Nie powinna pozwolić, by ten atrak-

cyjny mężczyzna wabił ją ku niebezpieczeństwu albo kusił ją perspektywami, które nig-

dy się nie ziszczą. Zanim zdążyła zapanować nad głosem na tyle, by poinformować, że 

wychodzi, kapitan złapał ją za rękaw i zmusił do popatrzenia mu w twarz. 

-  Nigdy  się  nad tym  nie  zastanawiałem  -  powiedział  -  gdyż  moja  siostra  jest, jak 

myślę, szczęśliwa w roli żony i matki, ale przyznaję pani rację. Kobiety mają ograniczo-

ny wybór, i to nie jest w porządku. 

Sympatia, którą dostrzegła w jego twarzy i oczach, przyciągała ją do niego silniej 

niż  przytrzymująca  ją  za  rękaw  dłoń.  Znowu  nawiedziło  ją  poczucie  łączącej  go  z  nim 

wspólnoty duchowej. Nawet gdy Hawksworth ją puścił, stała bez ruchu, wpatrując się w 

niego.  Zmagała  się  wewnętrznie,  nie  wiedząc,  czy  dać  pierwszeństwo  racjonalnym  ar-

gumentom,  czy  instynktowi  pchającemu  ją  w  ramiona  kapitana.  Ponownie  zwyciężyła 

ostrożność. 

- Być może. Nie warto jednak się użalać nad tym, czego i tak nie da się zmienić. 

Ojcze Gryffd, jeśli nie ma ojciec nic przeciwko temu, pójdę już. Obiecałam ciotce kilka 

szkiców przedstawiających pejzaż nadmorski. Spróbuję narysować je dzisiaj, korzystając 

z ładnej pogody. Eva, zobaczymy się jutro. 

- Naturalnie, panno Foxe. Zresztą skończyliśmy już z Evą na dzisiaj. 

Dziewczynka zerwała się z krzesła i podbiegła do 

Honorii.  Pociągnęła  ją  za  spódnicę,  gestykulując  gwałtownie.  Zupełnie  czytelny 

był ruch rąk imitujących wodę obmywającą brzeg. Potem pokazywała na siebie. 

- Chcesz pójść ze mną? - zapytała ze śmiechem Honoria. 

T L

 R

background image

Dziecko skinęło głową. 

- Widzę, że całkiem nieźle opanowała już pani jej język - stwierdził kapitan. 

-  Jesteśmy  przyjaciółkami  -  odpowiedziała  Honoria,  po  czym  zwróciła  się  do 

dziecka: - Naturalnie, że możesz. - Pierwotnie zamierzała pójść sama, ale nie chciała za-

wieść dziewczynki. 

Eva podskoczyła z radości, po czym skłoniła głowę na bok, podłożyła jedną dłoń 

pod policzek, drugą pokazała na Honorię. 

- A to co ma znaczyć? - zainteresował się Hawksworth. 

- Brzeg morski jest piękny jak panna Foxe - odparł ze śmiechem pastor. 

- Mądre stworzenie - orzekł kapitan. 

Eva  zaskoczyła  Honorię,  gdyż  chichocząc,  złapała  kapitana  za  rękę  i  powtórzyła 

gest imitujący wodę i brzeg. 

- Myślę, że ona chce, bym poszedł z wami - domyślił się rozbawiony. - Chętnie - 

zwrócił się do dziewczynki - pod warunkiem, że panna Foxe nie ma nic przeciwko temu. 

Honoria zawahała się. Już sam fakt, że tak bardzo ucieszyła ją ta perspektywa, po-

winien być wystarczającym powodem, by znaleźć uprzejmy sposób odrzucenia tego po-

mysłu. Jednak nie znalazła w sobie dość siły, żeby to zrobić. Zresztą, tłumaczyła samej 

sobie, nie będziemy sami. Co niestosownego mogłoby się zdarzyć w towarzystwie dziec-

ka? 

- Dobrze, kapitanie, jeśli nie boi się pan, że się pan zanudzi. 

- Niemożliwe! Jedyne, co nam grozi, to że forsowny spacer wywoła u nas wilczy 

głód.  Proponuję,  żebyście  panie  poszły  ze  mną  do  gospody.  Poproszę  panią  Kessel,  by 

przygotowała dla nas jedzenie i cydr. Weźmiemy też dwukółkę. Chciałabyś, Eva? 

Dziewczynka pokiwała głową z radością. Honoria zdusiła resztki wciąż trapiących 

ją wątpliwości i również wyraziła zgodę. Zamierzała się cieszyć bez zastrzeżeń z towa-

rzystwa tego spontanicznie reagującego dziecka i bardzo przystojnego mężczyzny, a tak-

że z uroków pięknego kornwalijskiego krajobrazu. Kiedy była na takiej miło zapowiada-

jącej się wycieczce? Stanowczo zbyt dawno temu. Przestanie zawracać sobie głowę kwe-

stiami,  co  wypada, a  co nie  wypada, i po  prostu  potraktuje  ten dzień jako dar  łaskawej 

opatrzności. 

T L

 R

background image

Rozdział dwunasty 

 

Trzy  kwadranse  później  Gabe  pomagał  swoim  towarzyszkom  zająć  miejsca  w 

dwukółce. Nieodporna na jego pochlebstwa pani Kessel nie tylko wyposażyła ich na dro-

gę w herbatniki i cydr, ale dodała jeszcze szynkę i ser, a także butelkę piwa i koc, który 

mogli rozłożyć na ziemi. 

Eva chciała jechać na południe, w stronę przylądka Land's End. Spełnili jej życze-

nie i podążali kilka mil wzdłuż brzegu morza, aż dała znak, by się zatrzymali. Zaprowa-

dziła ich do wielkiej skały, równej jak stół, na samym skraju urwiska, u podnóża którego 

pieniła się woda. 

- Idealne miejsce na rozłożenie naszych wiktuałów! - wykrzyknęła Honoria. - Mą-

dra z ciebie dziewczynka, Eva. 

- Spróbujemy specjałów pani Kessel, zanim zabierze się pani do rysowania? -  za-

pytał Gabe. 

- Ciotka twierdzi, że przepis pani Kessel na szynkę jest niezrównany. 

- Potwierdzam. - Gabe podał koc. 

Kiedy  ścieliły  go  na  kamiennej  płaszczyźnie, Gabe  rozpakował  jedzenie.  Usiedli. 

Eva  patrzyła  zgłodniałym  wzrokiem  na  zastawiony  „stół",  ale  nie  śmiała  nic  wziąć  do 

ust. 

- Spróbuj szynki - poprosił Gabe, zachęcając dziewczynkę gestem. 

Eva  przezwyciężyła  skrępowanie  i  sięgnęła  po  poczęstunek  dopiero  po  usilnych 

zachętach ze strony Honorii i kapitana. Oboje z przyjemnością obserwowali, z jakim ape-

tytem  pochłania  smakołyki  pani  Kessel.  Wesołość  Evy  wzbudziła  pomarańcza  znale-

ziona przez nią na dnie koszyka. Bawiła się krągłym owocem przez chwilę, po czym wy-

konała zamach, jakby zamierzała rzucić nim w stronę Honorii. 

- Nie, Eva, to nie piłka. To jest do jedzenia - pouczyła ją Honoria. 

Wzięła od dziewczynki owoc i dała jej go powąchać, następnie zaczęła obierać ze 

skórki. Eva obserwowała ją bacznie. 

- Spróbuj, to bardzo smaczne. - Honoria podała dziecku cząstkę pomarańczy. 

T L

 R

background image

Eva nie była tego taka pewna, ale ponieważ tak twierdziła Honoria, będąca dla niej 

wzorem do naśladowania, posłuchała. 

-  Dobre,  prawda?  To  się  nazywa  pomarańcza.  Znasz  kolor  pomarańczowy?  Taki, 

jaki ma ta skórka. Rośnie na drzewach w dalekich, ciepłych krajach - tłumaczyła dziew-

czynce Honoria. 

Gabe,  choć  nie  był  szczególnie  zainteresowany  losem  tego  dziecka,  poczuł  się 

wzruszony radością, jaką objawiało, próbując nieznanego owocu. Potrafił sobie wyobra-

zić, jakie wzruszenie musiała odczuwać panna Foxe. Ogarnęło go zadowolenie, że wpadł 

na pomysł pikniku, który sprawił tyle przyjemności upośledzonemu dziecku i chcącej mu 

z dobrego serca pomóc pięknej i dobrej kobiecie. 

Honoria była taka uszczęśliwiona obserwowaniem Evy, że dopiero po jakimś cza-

sie przypomniała sobie o pozostałych cząstkach pomarańczy, które trzymała na dłoni. 

- Przepraszam - powiedziała. - Zapomniałam o panu. 

Wyciągnęła ku niemu pomarańczę. Zamiast po prostu wziąć od niej cząstkę, pod-

łożył swoją dłoń pod jej rękę, przyciągnął ją do ust i zjadł kawałek pomarańczy bezpo-

średnio  z  jej  palców.  Dzięki  wyczulonym  zmysłom  usłyszał  mimowolne  westchnienie, 

które wyrwało się z jej ust, kiedy jego wargi i język musnęły koniuszki jej palców. Przez 

kilka cudownych minut trzymał jej bezwolną dłoń przy ustach, a gdy przełknął cząstkę 

owocu,  zlizał  każdą  kroplę  soku,  która na  tę  dłoń ściekła.  Przedłużał  tę  sytuację  ponad 

wszelką miarę i kiedy nic już nie usprawiedliwiało jej trwania, niechętnie puścił pachną-

cą pomarańczą rękę. 

Panna Foxe, z zaróżowionymi policzkami, oczami bardziej niebieskimi od tańczą-

cych u stóp urwiska fal i lekko rozchylonymi ustami, wyglądała na przestraszoną, zasko-

czoną,  ale  także  podnieconą.  Gabe  zapragnął  złożyć  pocałunek  na  miękkich  i  prosząco 

rozchylonych ustach niezwykle pociągającej go piękności. O ile jednak gest z pomarań-

czą był spontaniczny, to teraz Gabe zapanował nad sobą na tyle, by nie gorszyć wpatrzo-

nej w nich dziewczynki. Ponadto instynkt podpowiadał mu, że chociaż panna Foxe była 

równie poruszona, jak on, nie dojrzała jeszcze do pocałunku. 

Wkrótce, pocieszył się. Inaczej czeka go wiele kąpieli w zimnej morskiej wodzie. 

Stracił rezon, nie potrafił wypowiedzieć żadnej celnej uwagi, prawdę mówiąc, nie był w 

T L

 R

background image

ogóle  zdolny  wydobyć  głosu.  To  Eva  przerwała  wreszcie  tę  czarodziejską  chwilę,  gdy 

oboje  zapomnieli  o  bożym  świecie.  Musiała  przez  dłuższy  czas  ciągnąć  pannę Foxe  za 

rękaw, by ta zwróciła na nią uwagę. 

- Chcesz mi coś pokazać? - zapytała wciąż jeszcze oszołomiona Honoria.  

Eva wskazywała to na szkicownik, to na skały. 

- Idźcie we dwie. Ja spakuję koszyk i zaniosę go do dwukółki - odzyskał mowę ka-

pitan. 

Panna Foxe wzięła szkicownik i podążyła za Evą, która niosła pudełko z węglem. 

Gabe był  zachwycony  intensywnym  zmysłowym  doznaniem,  które  wywołały  jedno  za-

mglone  spojrzenie  i  smak  lepkich  od  pomarańczowego  soku  palców  panny  Foxe.  Miał 

chęć posmakować reszty, pochłonąć ją całą, od stopy po delikatną konchę ucha. Czuł się 

teraz tak, jak musiała się czuć  Eva,  zgłodniałym  wzrokiem  wpatrzona  w smakowite  je-

dzenie, którego nie wolno jej tknąć. 

Kiedyż wreszcie panna Foxe zaprosi go na ucztę! 

Wydawało mu się, że uczynił postęp w złagodzeniu jej podejrzeń, w wabieniu jej 

ku sobie. Instynkt podpowiadał jednak, że nie dotarł na tyle blisko, by podjąć konkretne 

działania. Poza tym, u licha, wciąż nic o niej nie wiedział. 

Choćby  miał  spłonąć  z pożądania, nie będzie  spijał  nektaru  z  ledwo  rozkwitłego, 

świeżego kwiatu, a jeżeli ktoś już tego spróbował, on nie będzie przykładał się do jego 

zniszczenia, skoro chciał go podziwiać i wielbić. 

Wielbić? 

To  chyba  za  wiele  powiedziane.  Umieścił  koszyk  w  dwukółce  i  ruszył  za  panną 

Foxe i Evą. Ku jego zdziwieniu, dziewczynka nie prowadziła swej opiekunki w kierunku 

klifu, lecz w przeciwną stronę. Przyspieszył, żeby ich nie zgubić. Eva szła skrajem głę-

bokiej  rozpadliny,  omijając  wielki  głaz  narzutowy,  po  czym  znikła.  Gabe  widział  teraz 

tylko czubek kapelusza schodzącej w głąb parowu panny Foxe. 

Dotarł na skraj rozpadliny. Wąska ścieżka wiodąca w dół, zwężała się dalej jeszcze 

bardziej, wreszcie znikała za wystającą ze zbocza rozległą formacją skalną. Miał już wo-

łać swe towarzyszki, by się zatrzymały, gdyż ścieżka stawała się bardzo śliska i niebez-

pieczna, kiedy za zakrętem nagle otworzył się widok na zatoczkę, oddzieloną od morza 

T L

 R

background image

wąskim przesmykiem między skałami. Eva wiodła pannę Foxe stromo w dół, gdzie roz-

ciągała się półksiężycowata łacha piasku. 

Wejście  do  zatoczki  było  jeszcze  węższe  niż  do  tamtej,  w  którym  utknęła  łódź 

agenta  celnego.  Fale  z  otwartego  morza  piętrzyły  się  w  niebezpiecznie  ciasnym  prze-

smyku, po czym rozlewały się po szerokiej i płytkiej lagunie i pieszczotliwie obmywały 

piaszczystą plażę. 

Jeszcze lepszy punkt do lądowania z towarem niż tamten, pomyślał Gabe, starając 

się zapamiętać znak szczególny linii brzegowej, sygnalizujący obecność dostępu do za-

toczki. Dogonił panie na plaży, a ponieważ panna Foxe nie rozkładała szkicownika, od-

gadł, że to jeszcze nie to miejsce, które chciała pokazać im Eva. Rzeczywiście, gdy tylko 

do nich dołączył, ruszyła w stronę, jak się wydawało, wielkiej ściany skalnej. 

Dopiero  kilka  kroków  od  tej  ściany  Gabe  spostrzegł  wąskie  wejście  do  groty, 

otwierające się skośnie do plaży, więc trudne do zauważenia. Eva zatrzymała się, macha-

jąc, aby się pospieszyli. 

- Myśli pan, że to bezpieczne? - zapytała panna Foxe. 

-  Eva  nie  ma  wątpliwości.  Chce  pani  zostać  na  zewnątrz?  Ja  mogę  pójść  za  nią 

sam. 

- I potem powiecie, że stchórzyłam? Nigdy! Może i nie przepadam za jaskiniami, 

ale poradzę sobie. 

- Dobrze. - Gabe odnotował w myślach, że panna Foxe nie cofa się powodowana 

strachem. Cechę tę u niej podziwiał, sam ją również miał. - Eva, prowadź! - zawołał. 

W głębi groty leżała sterta gałęzi, złożonych widocznie celowo. Gabe złożył je w 

wiązkę i zapalił. W oświetlonym wnętrzu odnaleźli niski tunel wznoszący się stopniowo 

w górę. Jego w miarę regularny, kwadratowy przekrój oraz odwadniający kanalik po jed-

nej stronie świadczyły o tym, że był wykonany ręką ludzką. Wykop zaprowadził ich do 

niewielkiego kamiennego domku. Na zewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozciągało się wietrz-

ne wrzosowisko. 

- Tunel przemytniczy!  - wykrzyknęła panna Foxe. - Domek to idealne miejsce do 

składowania  kontrabandy,  zanim  zostanie  rozprowadzona  w  głąb  lądu.  Eva,  jakie  to 

piękne miejsce! My z moim bratem bylibyśmy w siódmym niebie, gdybyśmy coś takiego 

T L

 R

background image

odkryli za naszych dziecięcych lat. Słyszałam o podziemnych korytarzach, ale myślałam, 

że to tylko legendy. 

-  Nie  legendy,  jak  pani  widzi.  -  Gabe'a  bawił  niemal  dziecięcy  zachwyt  panny 

Foxe. - Są i inne, jeszcze bardziej wyszukane od tej skromnej budowli, wiodące do piw-

nic domów mieszkalnych, nawet do krypt kościelnych. 

- Krypt kościelnych?  - powtórzyła, podejrzewając, że to jeszcze jedna przemytni-

cza legenda. 

- Święta prawda. W jednej wiosce tunel kończy się w stajniach, gdzie stoją konie 

miejscowego koronera, a on nawet łaskawie pozwala ich używać do przewożenia kontra-

bandy w głąb kraju. 

-  Zaczynam  wierzyć  w  pańskie  opowieści,  że  cała  Kornwalia  zajmuje  się  szmu-

glem. 

Gabe tymczasem rozglądał się, aby ocenić położenie punktu, w którym się znajdo-

wali.  Biorąc pod uwagę  dystans,  który  przejechali na południe  od  Sennlack,  miejsce  to 

musiało znajdować się kilka mil od miasteczka, ale nie przy głównej drodze, jeśli na ta-

kie  miano  zasługiwał  wyboisty  szlak  wijący  się  wzdłuż  linii  brzegowej.  Brak świeżych 

kolein na porośniętej bujną trawą przestrzeni wokół domku świadczył o tym, że nie był 

ostatnio  wykorzystywany.  Wznoszący  się  nad  skrajem  wrzosowiska  słup  stanowił  cha-

rakterystyczny znak topograficzny, łatwy do zapamiętania. 

Gabe wrócił do towarzyszek eskapady. 

-  Ładnie  tu,  ale  wolałabym  naszkicować  widok  z  zatoczki.  Podoba  mi  się  skalna 

przewieszka nad wejściem do niej. Wracamy? - Panna Foxe skierowała te słowa do Evy. 

Dziewczynka  nie  sprzeciwiała  się,  zadowolona,  że  podzieliła  się  sekretem.  Gabe 

ponownie  zapalił  pochodnię  i  ruszyli  w  drogę  powrotną  na  plażę.  Podczas  gdy  panna 

Foxe szukała idealnego miejsca do rozłożenia się ze swoim szkicownikiem, Gabe wspiął 

się wąską ścieżką na skraj rozpadliny. Stojąc tam, studiował okiem marynarza konfigura-

cję skał tworzących wejście do zatoczki, przyglądał się, w jaki sposób rozbijają się fale i 

skąd wieje wiatr. 

Po tej inspekcji wrócił na zalaną słońcem plażę, gdzie znalazł pannę Foxe usado-

wioną  na  wielkim  kamieniu  i  Evę  leżącą  na  piasku  obok  niej,  obserwującą  postępy  w 

T L

 R

background image

powstawaniu rysunku. Wyglądały, jakby upozował je artysta przygotowujący się do na-

malowania obrazu przedstawiającego matkę i dziecko. Widok chwytał za serce. 

Gabe zatrzymał się, zdumiony własną reakcją. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy 

kiedykolwiek  emocjonował  się  podobnymi  scenami.  Może  poruszająca  była  widoczna 

łączność duchowa między niemą córeczką rybaka a kobietą ze szlacheckiego dworu, któ-

re w oczach postronnych nie powinny mieć nic ze sobą wspólnego. Tymczasem były do 

siebie podobne pod względem spontaniczności, wyizolowania od otoczenia i umiejętno-

ści okazywania nieskrępowanej radości. 

Chciał  posiąść  pannę  Foxe,  ale  obok  pożądania  czuł  podziw  dla  jej  niezłomnego 

charakteru, który kazał jej wstawić się za dzieckiem odrzuconym przez własną społecz-

ność, ruszyć z pomocą bezbronnej kobiecie zaatakowanej przez pijanego górnika i sko-

czyć do morza dla uratowania tonącego człowieka. 

A kto ją uratuje? 

Zagalopował się. Przecież nawet nie wie na pewno, czy panna Foxe potrzebuje ra-

tunku. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że ciesząc się z panującej o nim wśród lokalnej spo-

łeczności opinii chwackiego kapitana, pragnął odgrywać tę samą rolę wobec panny Foxe. 

Niechby ujrzała w nim dzielnego rycerza, któremu będzie gotowa powierzyć swój los i 

do którego będzie gotowa żywić dozgonną wdzięczność za jego opiekę. 

Puścił wodze wyobraźni. Przyprowadzi ją na klif pewnego pięknego dnia, takiego 

jak dzisiejszy. Pocałuje ją, tak jak o tym marzył, subtelnymi pieszczotami obudzi drze-

miące w niej pragnienie miłości, położy ją na kobiercu z maleńkich polnych kwiatów i 

będą się kochali w ciepłych promieniach słońca przy akompaniamencie powiewów wia-

tru znad wrzosowiska i huku fal przyboju. Ona odpowie mu z niehamowaną pasją, którą 

będzie w niej podsycał i radował się, gdy rozbłyśnie pełnią blasku. 

Zrozumiał, że pożądanie i podziw stają się nierozłącznie ze sobą związane. Podziw 

dla jej nieustraszonej natury prowadził do pożądania jej, a pożądanie pogłębiało podziw. 

Tego  jeszcze  nie  doświadczył.  Dotychczas  „kobiety  godne  podziwu"  i  „kobiety  godne 

pożądania"  umieszczał  w  dwóch  zupełnie  odrębnych  kategoriach.  Możliwość spotkania 

obu w jednej była podniecająca. Nie miał pojęcia, co z tym począć, ale jedno wiedział na 

T L

 R

background image

pewno:  zdobycie  pięknej  duszy  zawartej  w  zmysłowym  ciele  warte  było  poświęcenia 

czasu i wysiłku. 

Był już na plaży, ale panna Foxe i Eva, zaabsorbowane szkicowaniem, nie słyszały 

jego kroków, zwłaszcza że tłumił je mokry piasek, szum wiatru i huk fal. Nie chcąc ich 

zaskakiwać, zatrzymał się w pewnej odległości. 

-  Przepraszam,  że przeszkadzam!  Widzę,  że  rację  miał  poeta,  gdy  pisał:  „Nie  ma 

miejsca dla barier we wspólnej dwojga serc przestrzeni". 

Panna Foxe uniosła głowę znad szkicownika i uśmiechnęła się. 

- Ładnie powiedziane. Szekspir, prawda? 

-  Tak,  z  sonetów

*

.  -  Przysiadając  za  nią  na  kamieniu,  Gabe  zastanawiał  się,  czy 

pamiętała dalszy ciąg. Była tam mowa o gorącej, niezłomnej miłości dwóch pokrewnych 

dusz. 

- Studiował pan naszego barda z książką w jednej dłoni i kołem sterowym statku w 

drugiej? - zapytała, odkładając szkicownik i węgiel. 

- Nie, w wojsku. Nie było zbyt wiele do roboty na zimowych leżach w Portugalii. 

Niektórzy  mieli  książki,  więc  je  pożyczałem.  Moi  biedni  guwernerzy,  usiłujący  trzciną 

wbić mi trochę wiedzy do głowy w chłopięcych latach, byliby mocno zdziwieni. 

- Ja też jako dziecko nie miałam inklinacji do książek. Bardziej interesowały mnie 

konie, psy i psoty z bratem. 

 

* William Szekspir, Sonet CXVI, tłumaczenie Stanisław Barańczak (przyp. tłum.). 

 

Spojrzała na Evę. Dziewczynka w skupieniu przesuwała węglem po białej kartce. 

Zauważyła, że panna Foxe i Gabe patrzą na nią, wydała nieartykułowany okrzyk strachu, 

upuściła szkic na ziemię i zasłoniła głowę rękami, jakby spodziewała się uderzenia. 

Panna Foxe rzuciła Gabe'owi wymowne spojrzenie mówiące: proszę zobaczyć, jak 

to  dziecko  jest  traktowane.  Łagodnym  głosem  zaczęła  zapewniać  dziewczynkę,  że  nie 

zrobiła nic złego i że może używać jej szkicownika do woli. 

Gabe odwrócił upuszczony rysunek Evy. 

- Panno Foxe, niech pani spojrzy. 

T L

 R

background image

- Przecież... to ja! - wykrzyknęła Honoria. 

- Znakomicie uchwycone podobieństwo - stwierdził zdumiony Gabe.  

Dziewczynce wystarczyło zaledwie kilka kresek węglem. Szkic przedstawiał twarz 

z  profilu  i  bezbłędnie  oddawał  kształt  nosa,  wygięcie  warg  oraz  podbródka,  zarys  łuku 

brwiowego, a nawet mgiełkę koronki pod szyją i maleńkie loczki rozwiewane przez po-

dmuch. 

- Niesłychane - zachwyciła się Honoria. - Evo, to jest bardzo dobry rysunek. 

Dziewczynka nie potrafiła wprost uwierzyć, że nie zostanie skarcona. Po chwili za-

częła energicznie gestykulować. 

- Co ona mówi? - zainteresował się Gabe. 

-  Nie  za  dobrze  rozumiem,  ale  przypuszczam,  że  chce  nam  powiedzieć,  że  lubi 

przychodzić na tę plażę, bo tu może rysować na piasku, jak nikt nie widzi. Tak, Evo? 

Dziecko pokiwało głową. 

- Lubisz rysować? - zapytał Gabe, któremu przyszła pewna myśl do głowy. 

Eva potwierdziła skwapliwie. 

- Lubisz rysować plażę, grotę i ładne panie, jak panna Foxe? 

Dziewczynka otoczyła wyciągniętym ramieniem cały nadmorski krajobraz wraz z 

panną Foxe. 

- Jeżeli Eva potrafi tak wiernie oddać skały, morze, zatoczki, porty, kościoły i ło-

dzie  rybackie,  będzie  w  stanie  wyprodukować  coś  o  wiele  lepiej  się  sprzedającego  niż 

wełniane rękawiczki - powiedział Gabe do Honorii. - Moi koledzy z wojska chętnie ku-

powali w Portugalii i Hiszpanii rysowane widoczki i przywozili je do domu w charakte-

rze prezentów dla żon i narzeczonych. 

Pannie Foxe udzielił się entuzjazm Gabe'a. 

-  Widywałam  podobne  szkice  w  domach  rodziny  i  przyjaciół.  Kolorowe  rysunki 

mogą  cieszyć  się  jeszcze  większym  wzięciem,  na  przykład  uwiecznione  kwiaty.  Evo  - 

zwróciła się do dziewczynki - chciałabyś malować farbami albo pastelami? 

Dziewczynka nie zrozumiała. 

T L

 R

background image

- Na Boga, o co ja pytam? - zreflektowała się Honoria. - Ona chyba nie widziała na 

oczy  ani  farb,  ani  pastelowych  kredek.  Zmienimy  to.  Może  ciotka  Foxe  je  ma,  a  jeżeli 

nie, sprowadzimy je z Londynu. 

Chwyciła małą za rękę i pochwaliła: 

- Pięknie narysowałaś. Będziesz mogła rysować, ile chcesz. 

Dziecko  przytuliło  się  do  Honorii,  która  odpowiedziała  równie  spontanicznym 

uściskiem.  Gabe  poczuł  lekkie  ukłucie  zazdrości,  ale  gdy  panna  Foxe  posłała  mu  pro-

mienny uśmiech, rozpłynął się w zachwycie. 

- Dziękuję, panie Hawksworth, że pan nas tu przywiózł. Inaczej nie odkrylibyśmy 

talentu Evy. Naprawdę myśli pan, że będziemy mogli sprzedawać jej rysunki? 

Patrząc  na  jej  rozradowaną  twarz,  Gabe  zapragnął,  by  ta  magiczna  chwila  trwała 

bez  końca. Jednakże  był  marynarzem wyczulonym  na najlżejszą  zmianę  warunków  po-

godowych, zauważył więc, jak wydłużają się cienie w zatoczce. 

-  Dzisiejsze  popołudnie  było  zachwycające.  Niestety,  obawiam  się,  że  musimy 

wracać. 

- Ma pan rację. Prawie cała plaża jest w cieniu. Ciotka pewnie się martwi. Nie mo-

gę się doczekać, by opowiedzieć jej o Evie i naszych planach. 

- Mam jedną prośbę, zanim pójdziemy - powiedział Gabe, gdy wspinali się ścieżką 

na  skraj  urwiska.  -  Czy  mogę  zatrzymać  rysunek,  Evo?  Oczywiście,  za  pani  pozwole-

niem, panno Foxe. 

Eva zezwoliła ruchem głowy, zarumieniona z radości. 

- Jak pan sobie życzy - szepnęła Honoria. 

- Dziękuję - mruknął, a w myślach dodał: wolałbym oryginał. 

Gdy  panna  Foxe  i  Eva  usadowiły  się  w  dwukółce,  ostrożnie  wydarł  rysunek  ze 

szkicownika, po czym wskoczył na ławkę i ruszyli. 

Po  godzinie  dotarli  do  gospody.  Panna  Foxe  odjechała  konno  do  Foxeden,  Eva 

wróciła do domu, a Gabe usiadł przy stole i zamówił kufel piwa. 

Wyprawa do Londynu stawała się coraz bardziej nagląca. Panna Foxe miała rację, 

kolorowe pejzaże i portrety będą się lepiej sprzedawały i uzyskają wyższe ceny niż weł-

T L

 R

background image

niane  rękawiczki.  Należało  zatem  sprawdzić,  czy  Eva  będzie  potrafiła  namalować  tego 

rodzaju prace równie swobodnie i udatnie, jak szkicowała węglem. 

Ponadto  zamierzał  znaleźć  ramkę,  w  którą  oprawi  portrecik  panny  Foxe,  leżący 

obecnie przed nim na stole, starannie zrolowany. Rozwinął go. Jeśli Eva okaże się rów-

nie  utalentowana,  posługując  się  pędzlem,  Gabe  zamówi  u  niej  portret  panny  Foxe,  ta-

kiej,  jaką  zapamiętał  z  dzisiejszego  popołudnia  -  na  tle  klifowego  brzegu  i  błękitnego 

nieba, uśmiechającej się do niego. 

Wyglądało  na  to,  że  na  stałe  owładnęła  nim  potrzeba  wywoływania  coraz  to  no-

wych,  olśniewających  uśmiechów panny  Marie  Foxe.  Uśmiechów,  które  na  równi  z jej 

spontaniczną i nienasyconą naturą, a także niekwestionowanym wdziękiem, wypalały jej 

obraz w jego umyśle i sercu. 

Jako że był mężczyzną, który nie znosił przymusu pozostawania w jednym miejscu 

i zajmowania się jedną rzeczą zbyt długo, konstatacja ta powinna go przerazić, skłonić do 

odpłynięcia z Kornwalii. Tymczasem nie odczuwał potrzeby ucieczki. 

T L

 R

background image

Rozdział trzynasty 

 

Honoria jechała do Foxeden galopem i udało się jej dotrzeć do dworu przed zacho-

dem słońca, tak że ani ciotka, ani służba nie zdążyły zmartwić się jej nieobecnością. Po-

biegła  do  pokoju,  aby  się przebrać do kolacji.  Postanowiła  o przyszłości  Evy  porozma-

wiać z ciotką, zanim zasiądą do stołu. Posłała do niej Tamsyn z prośbą o spotkanie w bi-

bliotece,  tam  bowiem  mogły  porozmawiać  w  cztery  oczy.  Honoria  nie  chciała,  żeby 

służba  zaczęła  plotkować  na  temat  planów  dotyczących  Evy,  sama  bowiem  nie  miała 

pewności, czy uda się je zrealizować. 

Matrony  o  bardziej  konserwatywnym  nastawieniu  niż  ciotka  mogłyby  niezbyt 

przychylnym okiem patrzeć na zamiary Honorii lub wręcz na wstępie kwestionowałyby 

ich celowość. Honoria wiedziała, że ciotka Foxe bez uprzedzeń rozważy sprawę, zanim 

oznajmi, co myśli o szansie na powodzenie. 

Chociaż  Honorii  bardzo  zależało  na  zagwarantowaniu  przyzwoitego  dochodu  ro-

dzinie Steavensów, umożliwiłoby to bowiem uwolnienie się Laurie spod protekcji anty-

patycznego Johna Kessela, zdawała sobie sprawę z tego, że nie to było głównym powo-

dem jej rozgorączkowania, lecz piknik z urzekającym kapitanem. 

Bliskość kapitana niezmiennie na nią działała, ale nigdy tak silnie jak dzisiejszego 

popołudnia. Gdyby nie zaciekawiony wzrok Evy, wbity w nich oboje, uległaby przemoż-

nej chęci i zarzuciłaby Gabe'owi ręce na szyję, przyciągnęłaby go do siebie, spragniona 

pocałunków i czułości. 

Honoria nie była zżyta z matką na tyle, by bez skrępowania rozmawiać z nią o in-

tymnych sprawach. Nawet zaręczyny nie dały ku temu sposobności. Była nawet zadowo-

lona, że nie doszło do krępujących dla niej wyjaśnień ze strony rodzicielki, czego może 

się  spodziewać  po  nocy  poślubnej.  Będąc  dziewczyną  wychowaną  na  wsi,  dobrze  wie-

działa, jak to wygląda między zwierzętami, i mogła sobie wyobrazić, że gatunek ludzki 

zachowuje się podobnie. 

W krótkim okresie zaręczyn nieraz zastanawiała się, jak będzie się układało jej po-

życie małżeńskie z Anthonym. Był od  niej tylko o kilka  lat starszy i uchodził za przy-

stojnego,  ale  kiedy  wyobrażała  sobie,  że  zaczną  nawzajem  odkrywać  swoje  ciała,  od-

T L

 R

background image

czuwała  umiarkowane  podniecenie.  Doznawała  podobnych,  niezbyt  intensywnych  wra-

żeń, gdy narzeczony ją całował. 

Jeśli  chodzi  o  Hawkswortha, to jej  reakcje były  tak  odmienne  od tego,  czego  do-

świadczyła poprzednio, że wydawało się jej, iż jej życie uczuciowe podzieliło się na dwie 

połówki:  w jednej  mieściło  się  wszystko,  z  czym  miała do  czynienia przed przyjazdem 

do Kornwalii, a w drugiej to, co wzbudzał w niej kapitan. 

Jeśli dotyk  jego  dłoni,  muśnięcie  wargami jej palców, tak  intensywnie na nią po-

działały,  to  co  odczuwałaby  w  trakcie  pocałunku?  Honoria  zaczynała  się  obawiać,  że 

kontrola,  jaką  zamierzała  sobie  narzucić,  zniknie  w  ciągu  kilku  sekund,  jeśli  wcześniej 

nie zemdleje z wrażenia. 

Jak ma postępować wobec kapitana Hawkswortha? - zastanowiła się. 

Jeśli  się  obawia,  że  nie  zdoła  zachować  się  z  należytą  skromnością  i  umiarem, 

przezorność nakazywałaby unikać go. Ale przecież nie chce go unikać. Jej natura, spra-

gniona  życia  i  radości,  namiętna  i  żądna  przygód,  rwała  się  do  niego,  domagała  się 

wszystkiego, co ta śmiała i najwyraźniej pokrewna dusza mogła jej zaoferować. 

Co tu dużo mówić, chciała być z kapitanem. Dotykać go, całować i pieścić. Marzy-

ła o tym, żeby on całował ją i pieścił, a także doprowadził do całkowitego zbliżenia. A 

jeśli na świat przyjdzie dziecko? - odezwał się głos rozsądku. Do końca życia będzie no-

siło piętno bastarda. A może kapitan nosi to piętno? To wyjaśniałoby, dlaczego człowiek 

prawdopodobnie szlacheckiego pochodzenia skończył za sterem statku przemytniczego. 

Nie, postanowiła Honoria, świadomie nie obciąży w taki sposób niewinnej istoty. 

Rozsądek  nakazywał  więc  unikać  kapitana,  choćby  jej  dusza  i  ciało  krzyczały  w 

proteście. Chyba że on byłby skłonny poprosić ją o rękę. A co wtedy? 

Małżeństwo z przemytnikiem, o którym nie wiedziała dosłownie nic poza tym, że 

jest nieźle wykształcony, służył w wojsku i chyba wyznawał zasady, które ona podziela-

ła? Jak mogła nawet rozważać poślubienie człowieka, który jest obcy? Otóż to! Czy mo-

że  być  coś  bardziej  nieracjonalnego  niż  instynktowne,  zdradliwe  poczucie  łączności  z 

mężczyzną, o którym wie tak niewiele? Powinna się tego poczucia pozbyć. Tymczasem 

wcale nie chce. 

Dosyć, nie będzie o tym więcej myśleć. 

T L

 R

background image

Zaczęła  bezradnie  krążyć  po  bibliotece,  gdy  wzrok  jej  padł  na  ładnie  oprawioną 

książkę, ustawioną  w szafce z  pracami traktującymi  o naukach przyrodniczych.  Machi-

nalnie  zdjęła  ją  z  półki,  uważając,  że  zaplątała  się  nie  na  swoje  miejsce.  Już  miała  ją 

odłożyć  do  szafki  z  dziełami  literackimi,  gdy  przeczytała  podtytuł:  „Objaśnienie  sekre-

tów natury". Otworzyła tom i stwierdziła ze zdziwieniem, że treść nie ma nic wspólnego 

z  literaturą.  Dobrze  wychowana,  skromna  panienka,  jak  jej  siostra  Verity,  zamknęłaby 

książkę. Natomiast Honoria zaczęła czytać. Pod kominkiem nie było rozpalone, ale Ho-

norii wydało się nagle, że w pokoju jest bardzo gorąco. Z wypiekami na twarzy przerzu-

cała kolejne kartki. 

- Pouczająca lektura, prawda, kochanie?  

Zaskoczona Honoria wypuściła wolumin z rąk. 

Uniosła skonsternowane spojrzenie i ze zdumieniem ujrzała śmiejące się oczy ciot-

ki. Starsza pani podniosła księgę i starannie ją zamknęła. 

-  Całkiem  rzeczowe  wyjaśnienie  intymnych  funkcji  ciała.  Szkoda,  że  takie  infor-

macje,  dostępne  dla  mężczyzn,  nie  mogą  być  upowszechniane  wśród  dziewcząt.  Przej-

ście ze stanu panieńskiego w dojrzałość nie byłoby zaskakujące i przerażające dla wielu 

młodych mężatek. Znalazłaś tę lekturę pouczającą? 

- T-tak - wyjąkała Honoria.  

Była pewna, że jej policzki są tak samo czerwone jak zasłony w oknach biblioteki. 

- Nie ma się czego wstydzić, dziecko. Przecież miałaś wyjść za mąż. Musiałaś my-

śleć o takich sprawach. Czy twoja matka... 

-  Nie  -  pospieszyła  z  odpowiedzią  Honoria  -  matka  nie poruszała  ze  mną  podob-

nych tematów. 

- Nie jestem zdziwiona - odrzekła z przekąsem lady Foxe. - Skąd dziewczęta mają 

wiedzieć, czego oczekiwać, skoro nikt im niczego nie wyjaśnia? Prawdopodobnie chcia-

łabyś zapytać, skąd u mnie ta książka, skoro jestem niezamężna? 

- Nie ośmieliłabym się - zapewniła Honoria. 

- Wiem, że nie. Jesteś miłym i dyskretnym dzieckiem, przy całej swojej namiętnej 

naturze. Sądzę, że czas najwyższy, byś poznała moją historię. Usiądź, kochanie. 

T L

 R

background image

Wciąż zdenerwowana, że została przyłapana na niestosownej lekturze, Honoria za-

jęła miejsce na kanapie. Lady Foxe przez dłuższy czas w milczeniu błądziła wzrokiem po 

widocznym za oknem morzu. Honoria zaczęła się obawiać, że starsza pani zmieniła zda-

nie i nic nie powie, jednak w tym momencie ciotka zaczęła mówić. 

-  Mój  debiut  towarzyski  odbył  się  wiele  lat  temu,  gdy  twoja  matka  była  jeszcze 

małą  dziewczynką.  Miałam  pokaźny  posag,  jeden  z  największych  na  małżeńskiej  gieł-

dzie, choć wtedy jeszcze takiej nazwy nie używano. Byłam rozchwytywana. Marzyłam o 

mężczyźnie, który zapragnie nie tylko mojego wiana i koneksji z ustosunkowaną rodziną. 

Chciałam dostać za męża kogoś, kto zaakceptuje mnie taką, jaka jestem: ciekawą nowo-

ści i gotową do podejmowania wyzwań. Naturalnie, matka starała się wtłoczyć mnie w 

uznane w naszej sferze szablony zachowania. - Zamilkła i spojrzała na Honorię. - Brzmi 

znajomo? 

- O tak! - wykrzyknęła Honoria. 

-  Pewnego  dnia,  kiedy  jechałyśmy  z  guwernantką  na  Bond  Street,  jakiś  powóz 

chciał nas  wyprzedzić  zbyt  blisko  i sczepił  się  z  kołami naszego  pojazdu. Mimo  prote-

stów guwernantki wyskoczyłam na zewnątrz, aby popatrzeć, jak stangreci poradzą sobie 

w tej sytuacji. Oni tymczasem zaczęli się kłócić i ulica szybko się zakorkowała. Wtedy z 

tłumu  wystąpił  przystojny  młodzieniec  w  mundurze  marynarki  wojennej  i  wydając  od-

powiednie  polecenia  stangretom,  doprowadził  do  rozdzielenia  sczepionych  ekwipaży. 

Ponieważ stałam mu na drodze, przechodząc obok mnie, ukłonił się, a ja odpowiedziałam 

dygnięciem. 

- Podziękowała mu ciocia za interwencję? 

- Zamierzałam, ale on nie czekał na podziękowanie - odparła ciotka. 

- Co za zawód! 

- Istotnie, czułam się zawiedziona. Poszłam więc za nim do sklepu, w którego wnę-

trzu zniknął, i tam mu podziękowałam. W pierwszej chwili wahał się, czy może rozma-

wiać z młodą damą z wyższych sfer, której nie został przedstawiony. Znając mnie obec-

nie, możesz nie uwierzyć, ale w tamtym czasie byłam uderzająco piękna. 

- Ależ wierzę cioci! 

T L

 R

background image

-  Przekonałam  go  nie  tylko  do  zawarcia  znajomości,  lecz także do  towarzyszenia 

mi  i  mojej  guwernantce  na  lody,  gdzie  umiejętnie  go  wypytując,  dowiedziałam  się,  że 

właśnie dostał awans na kapitana i pod komendę pierwszy statek. - Uśmiechnęła się do 

siebie.  -  W  jego  rodzinie  była  długa  tradycja  służby  w  marynarce,  lecz  chociaż  byli 

szlachcicami, nie dorównywali  pozycją  towarzyską  Foxe'om.  Po  tym  jednym  spotkaniu 

wiedziałam,  że  to  mężczyzna  przeznaczony  mi  przez  los.  On  był  również  zauroczony, 

jednak  dzielące  nas  różnice  społeczne  działały  hamująco  na  jego  sposób  okazywania 

emocji. 

- Wkrótce jednak udało się cioci to odmienić? 

-  Naturalnie.  Moja matka, poinformowana  o  naszych uczuciach, bo nie  zamierza-

łam ich ukrywać, była przerażona. Spodziewała się, że z moim posagiem, inteligencją i 

urodą  znajdę  lepszą  partię  -  jeśli  nie  księcia,  to  przynajmniej  hrabiego.  Zrobiła  więc 

awanturę  mnie  i  mojej  biednej  guwernantce  i  zabroniła  mi  widywać  kapitana  Phillipa 

Manninga, bo tak się nazywał. Oczywiście nie posłuchałam i najszybciej, jak zdołałam, 

wysłałam mu liścik z propozycją spotkania. Podczas jednej z naszych sekretnych randek 

oświadczył mi się i podarował tę książkę. 

Honoria  spróbowała  wyobrazić  sobie,  jak  Anthony  przynosi  taki  podarunek.  Bez 

powodzenia. 

- Kapitan Manning był równie nieszablonową postacią, co ciocia!  - zauważyła ze 

śmiechem. 

-  Dobraliśmy  się  jak  w  korcu  maku.  Na  początku  Phillip  miał  nadzieję  pokonać 

opór mamy, był w końcu dżentelmenem z urodzenia i nie można go było uważać za zu-

pełnie nieodpowiednią dla mnie partię. Papa był skłonny dać zgodę na nasz związek, ale 

mama uparła się, twierdząc, że Phillip jest zwykłym łowcą posagów. Panowała opinia, że 

oficerowie  marynarki szukali  zamożnych  panien,  których  majątek  mógłby  wspierać ich 

karierę. Przekonani, że nie pomogą żadne argumenty, Phillip bowiem wyraził gotowość 

poślubienia mnie nawet bez pieniędzy, w obliczu nieuchronnego rozstania, jako że jego 

okręt dostał rozkaz wyjścia w morze, uciekliśmy do Gretna Green

*

 

*  Gretna  Green  -  wioska  na  pograniczu  angielsko-szkockim,  do  dzisiaj  jedno  z  najpopularniejszych 

miejsc zawierania związków małżeńskich na świecie. Każdego roku staje tam na ślubnym kobiercu ponad pięć 

T L

 R

background image

tysięcy par. „Kariera" ta zaczęła się w połowie XVIII w., gdy w Anglii wprowadzono ustawę nakładającą obo-

wiązek uzyskania  zgody  rodziców  na  zawarcie  małżeństwa, jeśli  któraś  ze  stron  nie osiągnęła 21. roku  życia. 

Ustawa nie obowiązywała w Szkocji, gdzie ślubów udzielano bez zbędnych formalności (przyp. tłum.). 

 

- Złapano was w drodze?  

Lady Foxe skinęła głową. 

- Brat mamy pod groźbą użycia pistoletu odebrał mnie Phillipowi. Zostałam w nie-

sławie odesłana na wieś, a Phillip wypłynął na morze. Mama nie traciła nadziei, że dzięki 

mojemu posagowi uda się, mimo że moja reputacja była zrujnowana, wydać mnie za mąż 

za jakiegoś szlachcica, ale ja nie chciałam o tym słyszeć. Przebywałam w rodzinnym ma-

jątku w odległym Northumberland i oznajmiłam, że nie wrócę do Londynu i nie wyjdę za 

nikogo  poza  Phillipem.  A  gdy  matka  uwięziła  mnie  w  pokoju,  by  skruszyć  mój  opór, 

uciekłam  przez  okno,  włamałam  się  do  biura  naszego  rządcy,  skąd  wzięłam  pieniądze. 

Następnie  udałam  się  do  Portsmouth,  zdecydowana  wynająć  jakieś  lokum  i  czekać  na 

powrót Phillipa. Planowałam też kupić bilet na inny statek, który dowiezie mnie do por-

tu, w którym zatrzyma się okręt Phillipa, jeśli uda mi się dowiedzieć, gdzie to nastąpi. 

- Udało się? 

-  Ojciec  odnalazł  mnie  i  namówił  do  powrotu  do  Northumberland,  obiecując,  że 

przekona mamę do zmiany stanowiska. Małżeństwo moich rodziców nie było szczęśliwe. 

Papa nie chciał dla mnie zaaranżowanego związku bez miłości, bo sam został do takiego 

zmuszony. - Uśmiech znikł z twarzy lady Foxe. - Nie mieliśmy okazji wypróbować jego 

siły perswazji. Okręt Phillipa poszedł na dno w czasie sztormu. - Wskazała ręką za okno 

w stronę pomarszczonej przez wiatr tafli morza. - To stało się gdzieś tutaj, po okrążeniu 

lądu na kursie do Irlandii. Z katastrofy nikt nie ocalał. Gdy wydobrzałam na tyle, by móc 

myśleć, poprosiłam papę, żeby przywiózł mnie na Land's End, żebym mogła być blisko 

miejsca, w którym ostatni raz mój Phillip znajdował się wśród żywych. Spędziliśmy kil-

ka  tygodni  w  gospodzie  w  Sennlack.  Codzienny  widok  morza  przyniósł  mi  ukojenie  i 

chociaż wciąż cierpiałam, pokochałam morze i to skaliste wybrzeże. Przekonana, że nig-

dy nie wyjdę za mąż, postanowiłam tu osiąść. 

- Ojciec się zgodził? 

T L

 R

background image

-  Nie  od  razu.  Mama  była  zbulwersowana  i  protestowała,  ale  papa  pozostał  nie-

ugięty. Oznajmił, że jeśli po upływie roku nie zmienię zdania, spełni moje życzenie. Rok 

później przekazał mi połowę mojego posagu. Mogłam nim dysponować sama bez udzia-

łu prawnych opiekunów. Zbudowałam ten dom i mieszkam tu od tamtej pory. 

- Nie spotkała ciocia nikogo, kogo chciałaby poślubić? 

-  Nikogo,  na  czyją  rzecz  byłabym  gotowa  zrzec  się  niezależności,  którą  papa  w 

swojej łaskawości mi podarował. - Zamyśliła się. - Dopóki się tu nie osiedliłam i nie pod-

jęłam  samodzielnego  życia,  nie  zdawałam  sobie  sprawy  z  tego,  jak  byłam  skrępowana 

konwenansami, które społeczeństwo narzuca dziewczętom z dobrych rodzin. To jeszcze 

jedna nasza wspólna cecha, prawda? 

Honoria przypomniała sobie, ile razy zazdrościła swobody i otwartych możliwości, 

jakie miał jej brat Hal. 

- Prawda. 

- Jednakże, chociaż nastawiłam się przeciwko małżeństwu, nie były mi obce tęsk-

noty cielesne. Tylko dlatego, że nie chciałam wychodzić za mąż, miałam się wyrzec na 

stałe przyjemności? 

- Ciociu Foxe! - wykrzyknęła Honoria. 

- Daj spokój, co cię tak dziwi? Myślisz, że twój najstarszy brat wstępował do mał-

żeńskiego  łoża  czysty  jak  łza?  Dlaczego  społeczeństwo  zabrania  kobietom  folgowania 

namiętności, a mężczyznom daje w tym zakresie swobodę? Namiętności, której, o ile się 

nie mylę, sama doświadczyłaś. Mam rację? 

- Tak - przyznała Honoria. 

- Podejrzewam, że te emocje wzbudził w tobie pewien przystojny młody kapitan. 

Przypuszczam, że jest on tak samo zajęty tobą, jak ty nim. Wierzę, że spacer po klifie z 

kapitanem i tą dziewczynką sprawił ci wielką przyjemność. 

- Ciocia już wie? 

- Tamsyn jest córką właściciela gospody, a kapitan mieszka w gospodzie. Ona jest 

osobiście zainteresowana śledzeniem Hawkswortha. 

- Mam nadzieję, że nie będzie miała ciocia kłopotów ze służbą. 

T L

 R

background image

- Nie spodziewam się żadnych kłopotów. Dla Tamsyn kapitan zawsze był kimś po-

za zasięgiem, a ciebie lubi i podziwia. Problem polega na tym, co ty zamierzasz uczynić 

z tą... skłonnością. 

- Nie wiem. Czy ciocia słyszała coś o rodzinie kapitana? 

-  Nic  a  nic.  Przypuszczam,  że jest szlachcicem,  ale jego  rodzina  z pewnością nie 

dorównuje znaczeniem Carlowom. 

- Tak podejrzewałam. Co gorsza, on jest przemytnikiem. To byłoby nie do przyję-

cia dla papy, mamy, Marcusa, i chyba nawet dla Hala. 

- Nie należy przeceniać więzi rodzinnych, jeśli separują cię od mężczyzny, którego 

naprawdę kochasz. Czy kapitan Hawksworth znaczy coś dla ciebie? 

-  Nie  wiem  -  odparła  szczerze  Honoria,  nie  ukrywając  dręczącej  ją  niepewności, 

niezdolności do podjęcia decyzji, tęsknoty  i  zmieszania.  -  Podziwiam  go  i szanuję.  Ce-

chuje go poczucie honoru i prawość, których istnienia nie spodziewałabym się u kogoś, 

kto jest praktycznie wyjęty spod prawa. 

- Nie w oczach Kornwalijczyków. 

- On też tak twierdzi. Niezależnie od tego, bardzo mnie pociąga. Jest w tym fascy-

nacja i... pożądanie. Do tej pory nie czułam tego do żadnego mężczyzny. On... chyba jest 

tym jedynym - powiedziała Honoria, przyznając się do tego po raz pierwszy wobec sa-

mej siebie. - Wiem, że mu się podobam, ale nie otrzymuję od niego żadnych sygnałów, 

że interesuje go coś więcej niż flirt. 

- I co zamierzasz z tym zrobić? 

- Wiem, czego nie chcę, ale do tej pory nie nabrałam pewności, czego chcę. Nawet 

nie  mam  pewności,  co  jest  osiągalne.  Stanowczo  nie  zamierzam  wracać  do  Londynu. 

Ani, jak ciocia, nie zamierzam wychodzić za mąż za kogoś wynalezionego przez Marcu-

sa  lub  mamę,  kto  łaskawie zechce  wziąć  za  żonę dziewczynę  z plamą na honorze,  lecz 

dużym posagiem. 

-  Zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  że  twój  ojciec  jest  zbyt  chory,  by  wziąć  sprawy  w 

swoje ręce. Marcus zrobił na mnie wrażenie rozsądnego. Nie myślę, by zmuszał cię do 

postępowania  wbrew  twojej  woli.  Och,  skoro  o  nim  mowa,  przypomniałam  sobie,  że 

właśnie nadszedł od niego list do ciebie. Może powinnaś go przeczytać. 

T L

 R

background image

Honoria nie była pewna, czy jest gotowa na lekturę pisma od brata. 

- Znalazł mnie. Wiedziałam, że nie zajmie mu to dużo czasu. 

- Sądzę, że stangret, który cię tu przywiózł, powiedział mu, gdzie jesteś, zaraz po 

powrocie do Londynu. 

Honoria zaniepokoiła się. 

- Ciocia przyjęła list adresowany na moje nazwisko? Służba i na poczcie wiedzą... 

- Dziecko, masz mnie za głupią? Pani Dawes, gdy przyniosła mi list, zapytała, czy 

spodziewamy się przyjazdu lady Honorii. Odpowiedziałam, że niewykluczone i że poin-

formuję ją zawczasu, gdy to będzie miało nastąpić. Twój sekret jest bezpieczny. 

- Dziękuję. - Honoria odetchnęła z ulgą. - Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam się 

cioci odwdzięczyć za jej dobroć. 

-  My,  czarne  owce,  musimy  się  trzymać  razem.  Kiedy  będziesz  decydować,  co 

zrobić ze swoją przyszłością, bądź ostrożna - przestrzegła lady Foxe. - Namiętność bywa 

bardzo silna. 

- To, że nie mam nic do stracenia, jeśli chodzi o reputację, osłabia moją determina-

cję nieulegania pokusom. 

-  Najlepiej  będzie,  jeśli  najpierw  zdecydujesz  -  może  razem  z  kapitanem 

Hawksworthem - do czego zmierzasz. Na pewno możesz liczyć na wszelką pomoc z mo-

jej  strony,  nie  sądzę  jednak,  byś  chciała  wydać  na  świat  dziecko,  którego  nie  będziesz 

mogła zatrzymać. Bądź więc rozsądna. 

Starsza pani wstała, podeszła do okna i znowu zapatrzyła się w morze. 

- Mogę zaświadczyć, że miłość to rzadki dar. Młodzi myślą, że mają czas. To nie-

prawda.  Chociaż  przestrzegam  cię  przed  lekkomyślnością,  radzę  ci  również:  nie  strać 

okazji doświadczenia czegoś cennego, co niektórym zdarza się tylko raz. 

- A ciocia, gdyby mogła przeżyć życie jeszcze raz... postąpiłaby tak samo? 

- Czy żałuję, że pokochałam Phillipa? Nie. Czy jeszcze raz bym z nim uciekła? Bez 

wahania.  Czy  powinnam  była  otworzyć  się  na  nową  miłość?  W  tym  przypadku  mam 

wątpliwości, czy postępowałam słusznie. Czasami czułam się bardzo samotna. - Podeszła 

do Honorii i ujęła jej dłonie. - Wiem, że jestem szczęśliwsza, niż byłabym, gdybym pod 

przymusem  pozwoliła  się  wydać  za  mąż  za  niekochanego  mężczyznę.  Żywię  bezgra-

T L

 R

background image

niczną  wdzięczność  dla  ojca,  że  do  tego  nie  dopuścił.  Jeśli  Marcus  nie  okaże  się  taki 

wspaniałomyślny, obiecuję, że ja go zastąpię. 

- Dziękuję cioci. - Honorii napłynęły łzy do oczu. 

-  Nie  ma  za  co,  kochanie.  -  Oczy  lady  Foxe  również  podejrzanie  zwilgotniały.  - 

Twoja obecność u mnie jest dla mnie niespodziewanym darem. Po tylu latach odkryłam, 

że jest w rodzinie ktoś, czyje towarzystwo sprawia mi prawdziwą przyjemność. Wiedz, 

że jeśli zechcesz, możesz zostać w Foxeden na stałe. Chodźmy na kolację. Pani Dawes 

chyba się już bardzo niecierpliwi. 

Starsza pani pogłaskała Honorię po dłoni i wyszła. 

Honoria  poczuła  ulgę.  Nie  była  bliżej  decyzji,  co  zrobić  ze  swoją  przyszłością. 

Jednak, mając oparcie w ciotce, poczuła, że ciężar niepewności, który od miesiąca przy-

gniatał jej barki, zelżał nieco. Jeśli nic się nie wydarzy, będzie mogła spędzić resztę życia 

w towarzystwie krewnej, patrząc na morze, spacerując po klifie, uprawiając zioła i może 

pomagając małym dziewczynkom, takim jak Eva. 

Właśnie! Zupełnie zapomniała powiedzieć ciotce o odkryciu jej talentu. Musi zro-

bić to po kolacji i przy okazji zapytać, czy ciotka ma farby, które mogłaby pożyczyć dla 

Evy. Czy kapitan Hawksworth zajdzie jutro do szkoły, aby porozmawiać o planach doty-

czących Evy? Zadrżała na myśl o tym, że znowu go zobaczy. 

Jeśli chodzi o jej plany, to na razie nie wiedziała, jakie miejsce zajmie w nich kapi-

tan,  ale  zyskała  pewność,  że  nie  rozstrzygnie  o  swojej  przyszłości  bez  rozważenia,  co 

zrobić z uczuciem, które ją do niego zbliżało. Możliwości, jakie się rysowały, były nie-

pokojące i ekscytujące. 

Przyjaźń? Kilka skradzionych pocałunków? Skandaliczny romans? Małżeństwo? 

Krótkie momenty spędzone sam na sam z Hawksworthem wystarczyły, by przeko-

nała się, jak potężna jest siła, która ją pcha w jego ramiona. Musi nabrać przekonania, że 

potrafi  nad  nią  zapanować,  jeśli  ma nadal  cieszyć  się  jego  towarzystwem.  Na  razie nie 

zyskała takiej pewności, więc dopóki nie postanowi co dalej, będzie starała się widywać 

Gabriela tylko w obecności osób trzecich. 

T L

 R

background image

Rozdział czternasty 

 

Nazajutrz  przed  południem  Gabe  zmierzał  na  plebanię.  Chciał  zapytać  ojca 

Gryffda, gdzie zastanie, niejakiego Williama Darby'ego, urzędnika parafialnego, który w 

Sennlack,  jak  w  wielu  kornwalijskich  miejscowościach,  księgował  operacje  przemytni-

ków.  Właściciel  gospody,  Perren  Kessel,  ojciec  Dickina,  był  tym,  który  zbierał  zamó-

wienia i zadatek na towar, a wszystko zapisywał William. Ciekawe, czy pastor wiedział, 

czym zajmował się w wolnych chwilach jego pisarz. 

Dzisiaj  z  rana  Kessel  powiedział  Gabe'owi,  że  zebrał  dość  zamówień  i  uprzedził 

swoich kontrahentów we Francji, żeby przygotowali kolejną partię towaru. W tej sytuacji 

wkrótce „Rybitwa" wypłynie w morze. 

Perspektywa zmierzenia się z wiatrem, falami i, być może, pościgiem przedstawi-

ciela służb celnych, zawsze działała podniecająco na Gabe'a, ale tym razem nie zepchnę-

ła w cień innych spraw, które zaprzątały mu głowę. O podróż się nie martwił. Uważał, że 

co ma być, to będzie. Jeśli ma zostać zatrzymany gdzieś na wzburzonych wodach między 

Anglią a Francją, zamartwianie się tym na zapas niczego nie zmieni. Swoją drogą, w jego 

przekonaniu, nie było statku, który zdołałby dogonić na morzu „Rybitwę", gdy szła pod 

pełnymi żaglami i z nim u steru. 

Zatem co zaprzątało jego myśli? Otóż po raz pierwszy zdarzyło się, że był w Anglii 

ktoś, czyja opinia o jego zajęciu się liczyła - panna Foxe. W odróżnieniu od Kornwalij-

czyków, nie lekceważyła przepisów celnych i konsekwencji ich nieprzestrzegania. 

Wątpliwości,  jakie  od  początku  nachodziły  go  w  związku  z  obecnym  zajęciem, 

ostatnio  się  nasiliły.  Wybranek  panny  Foxe,  choć  prawdopodobnie  mógłby  spodziewać 

się rozgrzeszenia, bo lekceważąc prawo celne, działał w interesie biednych i maluczkich 

powinien kierować się równie szlachetnym celem, tyle że zgodnym z prawem. 

Im  dłużej  Gabe  uprawiał  przemytnicze  rzemiosło  tym  jaśniej  widział,  że  oprócz 

Dickina i jego ojca, ludzi porządnych, procederem tym zajmowali się na ogół ci, dla któ-

rych  najważniejsze  było  napchanie  własnej  kabzy,  a  nie  dobro  ogółu.  Tacy  ludzie  nie 

zawahaliby się skrzywdzić każdego, kto wszedłby im w paradę. 

Nasunął mu się na myśl brat Dickina, John. 

T L

 R

background image

Gabe  zadał  sobie  pytanie,  jakiemu  godniejszemu  zajęciu  mógłby  się  poświęcić. 

Zauważył, że panna Foxe z aprobatą odniosła się do propozycji poszukania zbytu dla ar-

tykułów,  które będą  wytwarzały  uczennice. Jednak  handel byłby  traktowany  z  równym 

obrzydzeniem przez każdą rodzinę szlachecką w tym jego własną, co przemyt. 

Mimo namowy Dickina do nawiązania stałego partnerstwa w interesach, Gabe od 

początku  traktował  obecne  zajęcie  jako  tymczasowe.  Chciał  spłacić  dług  wdzięczności 

zaciągnięty u przyjaciela i przeżyć ekscytującą przygodę, wypełniającą lukę między re-

konwalescencją  po  kontuzjach  odniesionych  na  wojnie  a  czymś  innym.  W  latach  chło-

pięcych buntował się przeciwko władzy despotycznego ojca, potem w okupowanej przez 

Francuzów Hiszpanii widział, do czego prowadzi pogarda dla prawa i porządku, z kolei 

w wojsku przekonał się, jak użyteczne są dyscyplina i posłuszeństwo. 

Mimo  wszystko  wciąż  nie  potrafił  jasno  sformułować  swoich  poglądów  w  tych 

kwestiach. Tymczasem pojawiła się panna Foxe i jeszcze bardziej zmąciła i tak już męt-

ne  wody.  Na  początku  jego  intencje,  były  dość  nieskomplikowane:  poflirtuje  z  ładną 

młodą  kobietą  dla  zabicia  czasu  i  po  to,  aby  opędzić  się  od  natarczywości  niektórych 

miejscowych dziewcząt. Kiedy ten prosty cel zaczął się komplikować i zmieniać w co... 

zadurzenie? A jeżeli namiętność, którą budziła w nim panna Foxe, nie przeminęłaby, jak 

to wielokrotnie bywało, gdy durzył się w innych kobietach? A gdyby postanowił, że chce 

się z nią związać na stałe, co miałby jej do zaoferowania? 

Niepokojąca odpowiedź brzmiała: nie za wiele. Nie miał zawodu, ziemi, znaczniej-

szego dochodu. Był doświadczonym żeglarzem, ale nie pociągała go służba w marynarce 

wojennej.  Nie  żałował  czasu  spędzonego  na  wojnach,  których  celem  było  uwolnienie 

świata od dyktatury Bonapartego, ale nie interesowała go kariera w armii. 

Przez większą część życia uciekał od pójścia w ślady ojca i brata, nie uśmiechał mu 

się nudny los wiejskiego dziedzica. Marzył o przygodach, których służba wojskowa do-

starczyła  aż  nadto.  Coraz  częściej  jednak  zaczynała  go  męczyć  myśl,  natrętna  jak  ból 

brzucha po zjedzeniu czegoś niestrawnego, że czas najwyższy postanowić o przyszłości, 

znaleźć  swoje  miejsce  na  ziemi,  które  można  by  dzielić  z  kimś  innym  niż  przejściowa 

kochanka. 

T L

 R

background image

Uśmiechnął się do siebie. Nie będzie się oszukiwał, po co idzie na plebanię: spo-

dziewa się,  że  spotka  pannę  Foxe.  Na szczęście, nie  musi  decydować  o  przyszłości już 

teraz. Spędzi kilka miesięcy na „Rybitwie". W taki piękny wiosenny poranek nie warto 

zaprzątać sobie głowy poważnymi sprawami. Należy się cieszyć perspektywą  miłej po-

gawędki  z  panną  Foxe.  Pchany  ku  niej  z  taką  samą  stałością,  z  jaką  igła  kompasu  na 

„Rybitwie" wskazuje północ, skręcił na ścieżkę wiodącą do plebanii. 

Był już w ogrodzie, gdy zauważył pannę Foxe i parobka pastora, który prowadził 

jej konia ze stajni. Nie potrafił oderwać od niej zgłodniałego wzroku. Ciemnoniebieska 

amazonka nadawała jej oczom kolor akwamarynu, wdzięcznie opinała figurę. Spod kape-

lusza połyskiwały w słońcu złociste, kunsztownie upięte warkocze. Wiedział, w którym 

momencie go spostrzegła. Jakby na jakiś sygnał nagle się odwróciła. Ze zdziwienia lekko 

rozchyliła  różowe  usta,  po  chwili  wygięła  je  w  tym  samym  olśniewającym  uśmiechu, 

który poraził go na wrzosowisku. Jak zaczarowany podszedł do niej, uniósł do ust dłoń, 

którą  mu  podała,  i  musnął  wargami  osłonięte  rękawiczką  palce.  Jego  czujne  ucho  wy-

chwyciło  leciutkie  westchnienie  wydobywające  się  z  jej  uniesionej  gwałtownym  odde-

chem piersi. 

Był tak pochłonięty jej bliskością, że na dźwięk głosu pastora Gryffda aż podsko-

czył. Ona musiała być równie nim zajęta, miał taką nadzieję, bo także drgnęła. 

-  Kapitanie  -  odezwał  się  pastor  -  jeśli  przyszedł  pan  przekonać  się  o  postępach 

Evy, to się pan spóźnił. Jestem jednak pewien, że panna Foxe opowie panu ze szczegó-

łami. 

- T-tak - wyjąkał wciąż oszołomiony. - W istocie rzeczy, panno Foxe, właśnie za-

mierzałem o to zapytać. Czy znalazła pani u ciotki farby, które mogłaby pożyczyć Evie? 

-  Niestety,  nie.  Ciotka użyczyła  mi  tylko  pudełko pastelowych  kredek  i  Eva  udo-

wodniła, że wkrótce będzie się nimi posługiwała równie sprawnie, jak węglem. Czy mam 

panu pokazać jej dzisiejsze rysunki? Ojcze, mogę? - Wskazała w stronę klasy. 

-  Przykro  mi,  mam  niecierpiące  zwłoki  sprawy  parafialne  do  załatwienia,  ale  wy 

oboje możecie wrócić do klasy i obejrzeć prace Evy. Czy mam poprosić panią Wells, by 

przyniosła wam herbatę? 

T L

 R

background image

- Dziękuję, ale spieszę się - powiedziała panna Foxe. - Ciotka spodziewa się mnie 

dzisiaj wcześniej w domu. 

Gabe był zawiedziony. Nie będzie tête-à-tête. Szkoda. Jeśli tak, zadowoli się krót-

ką rozmową. 

- Chętnie obejrzę rysunki, jeśli zechce pani poświęcić mi trochę czasu, panno Foxe 

- powiedział. 

Zdziwiło  go,  że  nagle  się  zawahała.  Uśmiech,  którym  go  powitała  przed  chwilą, 

był szczery. Skąd ten chłód? Nie wątpił, że wczoraj czuła to samo, co on, tę samą zmy-

słową więź między nimi. Czyżby przerażała ją świadomość istnienia tej więzi? Musi za-

pewnić pannę Foxe, że nie wykorzysta jej skłonności ku niemu i nie skusi do postąpienia 

w sposób, którego by później żałowała. 

- Chyba mogę zostać dłużej - powiedziała po dłuższym milczeniu. - Idziemy? 

W  drodze  do  klasy  i  potem,  gdy  oglądali  rysunki,  zachowywała  się  bardzo  po-

wściągliwie.  Powrót  do  chłodnej  uprzejmości,  z  którą  traktowała  Gabe'a  na  początku 

znajomości, zaczynał go niepokoić. Na szczęście, entuzjazm dla talentu Evy rozproszył 

tę rezerwę. 

Rzeczywiście  prace  zasługiwały  na  uznanie.  Mimo  że  ich  autorka  nieumiejętnie 

operowała kolorami, przejawiała naturalną łatwość oddawania światła i cienia, dorównu-

jącą swobodzie kreślenia linii. 

-  Naprawdę myśli  pan,  że  znajdziemy  kogoś,  kto  będzie  zainteresowany  sprzeda-

waniem tych obrazków? - spytała. 

- Naprawdę - odparł Gabe zadowolony, że do słownika panny Foxe wróciło słowo 

„my". - Porozmawiam z niektórymi kupcami w Londynie. Spodziewam się, że najwięcej 

nabywców znajdziemy właśnie tam. 

- To nie jest najlepszy temat miłej konserwacji, ale muszę panu powiedzieć, że zna-

lezienie dodatkowego źródła dochodu dla rodziny Evy stało się rzeczą pilniejszą niż kie-

dykolwiek. - Poczerwieniała, lecz dzielnie kontynuowała: - Jak pan zapewne wie, jej sio-

stra przyjęła  opiekę Johna  Kessela.  Nie  mogę  oprzeć się  wrażeniu,  że  on nie będzie  jej 

dobrze traktował. Na dodatek nie lubi Evy. 

- Jest pani pewna? - zdziwił się Gabe. 

T L

 R

background image

-  Laurie  sama  to  wczoraj  potwierdziła.  Gdy  wyraziłam  zatroskanie  tym  faktem, 

powiedziała, żebym się nie martwiła. Zresztą i tak nic na to nie mogę poradzić i chyba 

ona ma rację. Gdyby jej rodzina znalazła jakieś źródło dochodu... 

Gabe wahał się, ale uznał, że panna Foxe zasłużyła na prawdę. 

- Obawiam się, że pani zaniepokojenie jest usprawiedliwione. John Kessel jest nie-

bezpieczny.  Człowiek,  z  którym  Laurie  szarpała  się  przed  szynkiem,  ten  sam,  którego 

pani od niej odpędzała, został znaleziony martwy w zatoce. Jego ciało unosiło się na wo-

dzie twarzą w dół. Ludzie mówią, że upił się, wpadł do wody i utonął. Kessela stać na 

pozbycie się kogoś, kto uchybił kobiecie, która wpadła mu w oko. 

- Sprawa jest jeszcze poważniejsza, niż przypuszczałam. - Honoria pobladła. 

- Prawdopodobnie jeszcze nie w tej chwili - uspokoił ją Gabe. Zaczął się gorącz-

kowo zastanawiać, jak można by wyrwać Laurie Steavens ze szponów Johna Kessela. - 

Dopóki Laurie jest nowością dla Johna, nie będzie jej traktował źle, a ona jest zbyt by-

stra, by  swoim  postępowaniem  go  rozzłościć. Jednak  zapewnienie tej  rodzinie dochodu 

staje się bardzo pilne. 

Gabe podjął już decyzję, teraz tylko upewnił się co do tego, że zanim wyruszy w 

morze, będzie musiał odbyć podróż do Londynu. Zrobi to bezzwłocznie, jak tylko wyda 

bosmanowi ostateczne polecenia w związku z przygotowaniem „Rybitwy" do zbliżającej 

się wyprawy. 

Może wykorzysta pobyt w  Londynie do zorientowania się, czy nie znalazłoby się 

dla niego jakieś zajęcie, które mógłby podjąć, kiedy ostatecznie opuści Kornwalię. 

-  Byłabym  wdzięczna  za  wszelką  pomoc.  Bardzo  zależy  mi  na  bezpieczeństwie 

Laurie. Muszę wracać do domu - dodała z wyraźnym ociąganiem. 

Rozproszyło to obawy Gabe'a, że mógłby ją nieodwracalnie odstraszyć, zanim zde-

cyduje, jak długo chciałby zatrzymać przy sobie pannę Foxe. Gorączkowo szukał pretek-

stu, gdy nagle przyszedł mu do głowy wyśmienity pomysł. 

- Eva pokazała pani wczoraj swoje ulubione miejsce na brzegu morskim. Czy mogę 

zaprowadzić panią do mojego? Znajduje się ono po drodze do Foxeden, nie opóźni więc 

pani powrotu do domu. Sądzę, że bardzo nadaje się do przedstawienia na jej obrazkach. 

Sam taki widoczek kupię na pamiątkę. 

T L

 R

background image

Cień przemknął przez twarz panny Foxe. 

- Kiedy pan stąd wyjedzie? 

- Tak - potwierdził, zadowolony, że nadarzyła się okazja dać jej do zrozumienia, że 

nie zamierza trudnić się przemytem na zawsze. - Od początku planowałem być tymcza-

sowo  szyprem  na  „Rybitwie",  do  czasu  powrotu  do  zdrowia  jej  stałego  kapitana,  który 

został  ranny  podczas  poprzedniego  rejsu.  A  pani?  -  zapytał,  mając nadzieję  dowiedzieć 

się czegoś o jej planach. - Długo jeszcze będzie pani przebywać u ciotki? 

- Nie jestem pewna - uchyliła się od odpowiedzi. - Naprawdę muszę wracać.  

Niech tak będzie, dość tego sondowania, pomyślał, zaalarmowany nagłym wyraź-

nym chłodem w jej zachowaniu. 

- Czy zgodziłaby się pani, abym jej towarzyszył i po drodze pokazał to miejsce, o 

którym wspominałem? Sąsiaduje z głównym traktem. Jest tam stary celtycki kościółek. 

Wzmianka o takiej budowli zaciekawiła Honorię. 

- To nie potrwa długo - przekonywał Gabe. - Kościółek dominuje nad ukrytym w 

skalnym  rumowisku  wejściem  do  maleńkiej  zatoczki,  nad  którą  zwisa  obrośnięta  poro-

stami grań. Na jej szczycie zawsze odnoszę wrażenie, że za chwilę ujrzę Irlandię, a za nią 

Nowy Świat. Na plaży panuje cudowny spokój. 

Panna  Foxe  rzuciła  mu  sceptyczne  spojrzenie,  które  tak  u  niej  lubił,  mówiące,  że 

ten obrazowy opis jest zapewne przesadzony. 

- Dobrze... jeśli to rzeczywiście jest po drodze... 

- Świetnie - ucieszył się. - Chodźmy do gospody, gdzie w stajni trzymam konia. 

Gdy dotarli na miejsce, Honoria pogawędziła chwilę z panią Kessel, która poczę-

stowała ją szklaneczką cydru, a kapitan zajął się przygotowaniem wierzchowca do drogi. 

Wkrótce wyruszyli w stronę Foxeden. Jechali jakieś pół godziny drogą, która po okrąże-

niu wielkiego skupiska głazów, wiodła na skraj skalistego cypla. 

- Teraz pójdziemy pieszo - oznajmił Gabe, ściągając wodze.  

Kiedy  pomagał  zsiadać  pannie  Foxe,  starał  się  zachować  obojętność  stajennego, 

choć bliskość jej burzyła mu krew. 

T L

 R

background image

- Odkryłem to miejsce tuż po przybyciu w tę okolicę. Ten fragment klifu nazwałem 

Klifem Irlandzkim, bo skały są zwrócone na północ, ku Irlandii, a nie ku otwartemu mo-

rzu. O, widać już kościółek. 

Zza kępy ciernistego janowca wyłoniła się niska, pokryta kopulastym dachem bu-

dowla,  stojąca  niemal  na  skraju  klifu.  Zbudowana  z  nieregularnych,  nieociosanych  ka-

mieni, wyglądała tak, jakby miała się w każdej chwili rozpaść, a jednak wytrzymała na-

pór sztormowych wichrów, atakujących ją od przeszło siedmiuset lat. 

- Co za cudowny widok! - wykrzyknęła zachwycona Honoria. - Miał pan rację, to 

urzekające miejsce 

- Zobaczymy, co pani powie, jak zejdziemy do zatoczki. 

Ruszyła ścieżką w dół pierwsza i zatrzymała się u końca kamienistej ścieżki. Dalej 

zaczynała się plaża. 

-  O,  jak  tu  pięknie!  -  Honoria  przemierzyła  piaszczystą  przestrzeń,  stanęła  obok 

wielkiego, wygładzonego przez wodę morską głazu i wyjrzała w stronę otwartego morza. 

- Tak sobie wyobrażam Karaiby. Złocisty brzeg, turkusowa, przezroczysta toń. Chciała-

bym, żeby Eva to narysowała. Sama bym u niej nabyła taki widoczek. Miał pan rację. Ta 

łagodna bryza potrafi wywiać wszelkie troski. 

Co to za troski, które chciałaby powierzyć wiatrowi? - zadał sobie w duchu pytanie 

Gabe. 

- Może pani usiądzie - zaproponował. Honoria zrobiła, o co prosił.  

Wdrapała  się  na  głaz  i  starannie  utknęła  spódnice  wokół  podkurczonych  kolan, 

zdjęła kapelusz i wystawiła twarz na wiatr i słońce. Gabe przysiadł obok. Korzystając z 

tego, że miała zamknięte oczy, wpatrywał się w nią bez skrępowania. Odsłonięta szyja, 

uroczo zadarty koniuszek nosa pszeniczno-złote włosy rozwiane na wietrze... Poskromił 

niecierpliwe dłonie i spragnione usta, pomny swojego szlachetnego postanowienia: jeśli 

zostaną sami, nie będzie próbował jej uwieść. 

Jednak co byłoby złego w jednym pocałunku, o którym marzył? Czy wstrząsnąłby 

nim? Chyba nie. To tylko przesadnie wyolbrzymione oczekiwania, spowodowane długim 

okresem obywania się bez kobiety i grą, którą z nią od początku znajomości prowadził. 

Jeden  krótki  pocałunek  udowodniłby,  że  panna  Foxe  nie  działa  na  jego  zmysły  inaczej 

T L

 R

background image

niż inne damy, że nie musi zmieniać swojego życia, żeby zrobić w nim miejsce dla niej. 

Gdyby  zapomniał się  w  trakcie pocałunku,  ona przywróciłaby  go  do  przytomności  jed-

nym uderzeniem w policzek. A gdyby tego nie zrobiła... 

Nagle zdał sobie sprawę z tego, że jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. Jak 

urzeczony  wpatrywał  się  w  jej  usta.  W  zmieniającym  natężenie  świetle  słonecznym  to 

lśniły jak jedwab, to matowiały jak welur. Gorący oddech panny Foxe muskał go po po-

liczku. Gabe położył dłoń na jej ramieniu. 

Otworzyła  oczy,  zaskoczona,  ale  odchyliła  głowę,  by  przyjąć  pocałunek.  Wargi 

panny Foxe były słodkie, gorące i pachniały cydrem. Gabe mocniej przywarł do jej ust, 

wolną ręką objął ją i przygarnął do niebie. Upajał się jej bliskością i smakiem jej warg. 

Zapragnął więcej. 

Nagle panna Foxe go odepchnęła. Potrzebował kilku sekund, żeby dotarło do nie-

go, że ona już go nie zachęca. Wypuścił ją, a ona szybko się od niego odsunęła i upadła 

na piasek. Wstała i cofając się, dłonią zakryła usta. 

Ta reakcja podziałała na niego jak kubeł zimnej wody. Czyżby się przestraszyła, że 

chciał ją zniewolić? Nim zdążył zebrać myśli na tyle, by znaleźć właściwe słowa uspra-

wiedliwienia, panna Foxe powiedziała podniesionym głosem: 

-  Przepraszam!  Nie  chciałam  pana  odpychać,  ale  kiedy  przyciągnął  mnie  pan  tak 

blisko,  wróciły  okropne  wspomnienia.  Nie  mogłam  inaczej.  Przepraszam.  Pan  pewnie 

pomyślał, że jestem wariatką. 

- Ależ skąd! To ja panią przepraszam. Nie zamierzałem pani przestraszyć. 

-  To  wyłącznie  moja  wina.  Chciałam,  żeby  mnie  pan  pocałował.  Pragnęłam  tego 

praktycznie od dnia, w którym się poznaliśmy. Kiedy pan to zrobił, byłam w ekstazie, ale 

potem... Proszę o wybaczenie. 

Gabe wszystkiego się domyślił. Podszedł do panny Foxe i delikatnie ujął ją za ra-

mię. Wielką przykrość sprawiło mu to, że się wzdrygnęła. 

- Zrobił pani krzywdę? - zapytał. 

Nie odpowiedziała od razu, zapatrzona w dal niewidzącym spojrzeniem. 

- Nie - odrzekła wreszcie. - Właściwie nie.  

Z kącików jej oczu stoczyły się łzy. 

T L

 R

background image

- Bydlak! - Teraz on nie wytrzymał. - Zabiłbym go, gdybym mógł. 

- Bardzo to rycerskie z pana strony, ale zło się stało i ponieważ się nie odstanie, nie 

ma to już większego znaczenia. 

- Jeśli z tego powodu wzdryga się pani ze wstrętem, gdy panią dotykam, dla mnie 

ma to znaczenie. 

- Czasami myślę, że chętnie bym go zabiła - wyznała Honoria. Schyliła się i pod-

niosła kawałek drewna wyrzucony na brzeg przez fale. - W jakąś bezksiężycową noc za-

czaiłabym się w ciemnej alejce i uderzyłabym, o, tak. - Wykonała drewnem pchnięcie jak 

szpadą. - I jeszcze raz, i jeszcze raz! - Uderzała w pokrytą porostami skałę tak długo, aż z 

drewna posypały się drzazgi. Rzuciła resztę na ziemię, uklękła na piasku i się rozpłakała. 

W pierwszym odruchu Gabe zamierzał się wycofać, dać jej czas na odzyskanie pa-

nowania nad sobą. Jednak jej udręka była tak przejmująca, że nie potrafił tego zrobić. 

Na  myśl  o  tym,  że  jakiś  lekkomyślny,  znudzony  życiem, pozbawiony  zasad i ha-

mulców  łotr  zwabił  w  odosobnione  miejsce  i  siłą  zniewolił  tę  dumną  istotę,  skazał  na 

niesławę i zesłanie, ogarnął go gniew. Bardziej nieoczekiwane wszakże dla niego samego 

było  to,  że  zapragnął  pocieszyć  pannę  Foxe.  Choć  obawiał  się,  że  ona  może  go  ode-

pchnąć, otoczył ją ramionami. Nie oponowała, przeciwnie przywarła do niego. 

Czuł jej ciepło i zapach, wyobraził sobie, jak ściąga z niej ubranie, sztuka po sztu-

ce,  jak  pieści  jej  ciało  -  usta,  ręce,  nogi,  piersi.  Wezbrało  w  nim  pożądanie,  rzecz  nie-

unikniona, ale chęć ukojenia jej smutku górowała nad cielesnymi pragnieniami. 

Nie wyobrażał sobie, że mógłby wykorzystać jej rozpacz i uczynić coś, co stawia-

łoby go na równi z łajdakiem, który jej uchybił. Jednak nie zdołał się powstrzymać i po-

głaskał jedwabiste włosy panny Foxe, pocałował ją w czubek głowy. Ona wciąż płakała. 

Teraz,  gdy  czuł  ją  tak  blisko,  pragnął  jej  jeszcze  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Jeśli 

miała mu się oddać, chciał, żeby to był jej wybór, dokonany z radością i w pełnym za-

ufaniu,  a  nie  w  akcie  rozpaczy.  Gdy  szloch  przeszedł  w  ciche  pochlipywanie,  a  potem 

ustał zupełnie, pozwolił jej odejść. 

Szła chwiejnym krokiem. Musiała być zawstydzona uczynionym wyznaniem i sła-

bością, którą przed nim ujawniła. Czuł, że powinien ją zapewnić, że z tego powodu wca-

le nie myśli o niej gorzej. 

T L

 R

background image

Odwróciła się do niego. 

- Mam nadzieję, że mi pan wybaczy. Proszę mi wierzyć, zazwyczaj nie płaczę. 

- Wiem, że nie. - Przypomniał sobie, jak dzielnie rzuciła się na ratunek tonącemu, a 

potem w obronie Laurie. - Czuję się wyróżniony tym, że pozwoliła mi pani zobaczyć, jak 

głęboko została zraniona. 

-  Fakt,  że  zmoczyłam  panu  fular  i  kamizelkę,  obliguje  mnie,  jak  sądzę,  do  wyja-

śnienia całej sprawy. Tym samym zrzucę wreszcie kamień z serca. 

- Jeśli zechce pani mi o tym opowiedzieć, będę zaszczycony i chętnie wysłucham. 

Wskazała kamień, na którym wcześniej siedzieli. Usiedli. 

- Mam wrażenie, że już się pan domyślił, że powodem mojego pośpiesznego wy-

jazdu  z  Londynu  był  skandal.  To  długa  i  skomplikowana  historia.  Zacznę  od  tego,  że 

miałam narzeczonego, z którym się pokłóciłam. Wybieraliśmy się na bal. Powiedziałam 

swojemu  najstarszemu  bratu,  że  jeśli  narzeczony  nie  postąpi  tak,  jak  sobie  życzę,  udo-

wodnię mu, że są inni mężczyźni gotowi spełniać moje zachcianki. Ku mojemu rozcza-

rowaniu,  narzeczony  nie  przyszedł  na  bal,  na  którym  zamierzałam  flirtować  z  innymi, 

aby wzbudzić jego zazdrość. 

Gabe poczuł niejakie współczucie dla byłego narzeczonego panny Foxe. 

-  Późnym  wieczorem  lokaj  przekazał  mi  ustną  wiadomość,  że  mój  narzeczony, 

Anthony, czeka na mnie w ogrodowej altance. Pewna, że chce mnie przeprosić, pospie-

szyłam na spotkanie. W ogrodzie czekał jednak ktoś inny, nie Anthony. Na końcu ciem-

nej  i  odosobnionej  alejki  stał  słynny  w  całym  Londynie  uwodziciel,  mający  najgorszą 

sławę w towarzystwie z powodu licznych miłosnych podbojów. Pomyślałam, że pomyli-

łam  drogę,  i  chciałam  uciec,  ale  dogonił  mnie  i  złapał.  -  Zadrżała.  -  W  jednej  chwili 

związał  mi  ręce  jedwabną  linką  i  powiedział,  że  cieszy  go,  iż  zdecydowałam  się  na  tę 

grę, zanim wsiąknę w małżeństwo z nudnym wybrankiem. Protestowałam, że nie wiem, 

o czym mówi, i próbowałam się uwolnić. A on na to, że jeśli lubię, żeby było brutalnie, 

to on z radością mnie zadowoli. 

- Co za drań! - wykrzyknął Gabe, nie mogąc pohamować wściekłości. - Niech mi 

pani wyjawi jego nazwisko, a wpakuję mu kulę w łeb! 

T L

 R

background image

-  Niestety,  choć  to  zły  człowiek,  nie  była  to  wyłącznie  jego  wina,  Nieraz 

przekraczałam  granicę  tego,  co  wypada  młodym  damom.  Nie  robiłam  nic  szczególnie 

nagannego,  ale  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  miał  prawo  uważać,  że  liścik,  który 

rzekomo ode mnie otrzymał, był prawdziwy. 

- Liścik? Od kogo? 

- Nie wiem. Liścik, w którym zachęcam go do nawiązania ze mną romansu, zapra-

szam na bal i każę czekać na sygnał, który mu dam za pośrednictwem, lokaja, wyznacza-

jący godzinę spotkania w ogrodzie. Liścikowi towarzyszyła jedwabna linka. 

- Myśli pani, że uczestniczyła w tym gospodyni balu? 

- Nie sądzę. Ktoś, kto zorganizował tę intrygę, posłużył się osobą przebraną za lo-

kaja gospodyni nie tylko po to, żeby zwabić mnie do ogrodu na spotkanie z owym męż-

czyzną. Chodziło  o  to,  aby  powiadomić  o  naszym  rzekomym  tète-à-tète mojego  brata  i 

narzeczonego. Chociaż mnie wydawało się, że walczę z prześladowcą całą wieczność, w 

rzeczywistości  musiało  upłynąć  niewiele  czasu,  gdy  w  alejce  znaleźli  się  mój  brat 

Marcus, Anthony i kilku ich przyjaciół. Marcus potwierdził potem, że dostał za pośred-

nictwem tego lokaja wiadomość od swojego przyjaciela, który widział, jak wymykam się 

do ogrodu w towarzystwie obcego mężczyzny. 

- Pospieszyli pani na ratunek? 

-  Tak,  ale  było  już  za późno, żeby  uratować  moja  reputację.  Bo  widzi pan,  kiedy 

on... - Głos jej się załamał. 

- Wystarczy. - Złapał ją za ramiona, wstrząśnięty opowieścią. - Niech pani nie koń-

czy! 

- Ale ja... muszę skończyć. 

-  Kiedy  mnie  związał,  opierałam się  ze  wszystkich sił.  Wyrywałam  się,  kopałam, 

gryzłam, ale to chyba rozpalało go jeszcze bardziej. Kiedy nas odkryto, miałam podarty 

stanik sukni i poszarpaną spódnicę. 

- Czy pani brat nie położył go na miejscu trupem? 

-  Myślę,  że pierwsze,  co przyszło  mu do  głowy,  to  osłonić mnie  przed  wzrokiem 

towarzyszących  mu  dżentelmenów.  A  po  drugie,  kiedy  Marcus  zażądał  wyjaśnień,  on 

oznajmił  na cały  głos,  że sama  zaproponowałam spotkanie,  a  on, będąc dżentelmenem, 

T L

 R

background image

nie  odmówił  kobiecie.  Muszę  dodać,  że  słysząc  nadbiegających,  rozwiązał  pętlę 

cą moje ręce. Śmieszki i kąśliwe uwagi, z jakimi przyjęte zostało to wyjaśnienie, świad-

czyły o tym, że mu uwierzono. 

- Brat zabrał panią do domu? - Gabe pomyślał, że przynajmniej pod tym względem 

brat panny Foxe zrobił, co należało. 

-  Tak.  Marcus  okrył  mnie  frakiem  i  przeprowadził  przez  krąg  zgromadzonych 

mężczyzn... a oni stali i patrzyli. 

- A gdy już panią stamtąd wyprowadził, nie wrócił, żeby rozprawić się z tym łajda-

kiem? 

- Był wściekły na mnie. Wiedział, że chciałam dokuczyć Anthony'emu, i uwierzył, 

że rzeczywiście umówiłam się na spotkanie. Zapewniałam go o swojej niewinności, ale 

nie dał się przekonać. Uznał za niemożliwe, by ktoś zastawił na mnie pułapkę. Zarzucił 

mi, że kłamię, chcąc uniknąć kary za okrycie rodziny hańbą. To mnie bolało najbardziej. 

Przyznaję, wiele razy popełniałam różne głupstwa, ale nie kłamałam. 

Honoria zeskoczyła z kamienia i ruszyła skrajem plaży. Gdy chwilę później stanęła 

i się obejrzała, była spokojniejsza. 

-  Natychmiast po  tym  incydencie  wyjechałam  z  Londynu, ale nie do  naszej  wiej-

skiej posiadłości, jak nakazał mi Marcus - podjęła zwierzenia. - Poszukałam schronienia 

u ciotki mojej matki. Ma buntowniczą naturę, jak zapewne pan słyszał, więc przygarnęła 

mnie bez wahania. Tak się tu znalazłam. Skompromitowana i opuszczona przez rodzinę. 

- Narzeczony nie stanął po pani stronie? 

- Nie. Należał do tych, którzy naigrawali się ze mnie tamtego wieczoru. Nie mógł 

się doczekać zerwania. 

-  W  takim  razie jest  niewiele  lepszy  od  tamtego  łajdaka  -  orzekł Gabe,  zdegusto-

wany zachowaniem mężczyzny, który nie udzielił wsparcia przyrzeczonej sobie kobiecie. 

- Zasługuje pani na kogoś lepszego. 

- Możliwe. - Honoria machnęła lekceważąco ręką. - W każdym razie, dziękuję pa-

nu za cierpliwość, z jaką wysłuchał pan mojej smutnej opowieści. - Uśmiechnęła się bla-

do. - Chociaż może zamiast użyczać mi ramienia, na którym mogłam się wypłakać, trze-

ba było puknąć mnie w głowę, bym się opamiętała. Lepiej wracajmy. 

T L

 R

background image

Zawróciła  na  ścieżkę  wiodącą na szczyt  klifu. Gabe  jednak nie  zamierzał  zlekce-

ważyć tego, co usłyszał. 

- Jeszcze nie jest za późno - powiedział. 

- Nie za późno? Na co? - Przystanęła. 

- Aby się dowiedzieć, kto zwabił panią i tego łajdaka do ogrodu i zaalarmował to-

warzystwo. Nie za późno, żeby go znaleźć i ukarać. Jestem nawet gotów pożyczyć pani 

szpadę, choć będzie pani chyba musiała siłą mnie hamować, bym pierwszy nie przeszył 

go nią na wylot. 

- Sugeruje pan, że moglibyśmy... 

-  Przeprowadzić  dochodzenie?  Dowiedzieć  się,  kto  to  zaplanował  i  zrealizował? 

Tak. Ktoś zadał sobie trud, żeby zniszczyć pani dobre imię. 

Honoria patrzyła z niedowierzaniem na kapitana. 

- Pan zrobiłby to dla mnie? 

- Niech pani założy, że to dla mnie kwestia honoru. Proszę się zastanowić, z kim, 

oprócz narzeczonego, była pani pokłócona. Kto mógł zyskać na pani upadku? Kogo za-

uważyła  pani  w  ogrodzie  tamtego  wieczoru?  Proszę  mi  powiedzieć  wszystko,  co  pani 

pamięta. 

T L

 R

background image

Rozdział piętnasty 

 

Powinnam  się  czuć  upokorzona,  pomyślała  Honoria.  Otworzyłam  się  przed  męż-

czyzną, na którego podziwie bardzo mi zależy. Opowiedziałam historię swojego upadku, 

ale wcale nie czuję się upokorzona, tylko... wolna. 

Napad panicznego strachu, któremu nie potrafiła się oprzeć, gdy kapitan wziął ją w 

ramiona,  zaskoczył  Honorię.  Najwyraźniej  lord  Barwick  zranił  ją  głębiej,  niż  sądziła. 

Być  może  źle  robiła,  że  starała  się  wyprzeć  z  pamięci  wydarzenia  tamtego  wieczoru. 

Okazało się, że w chwili słabości mogą powrócić, jak to stało się dzisiaj. 

Opowiadając  kapitanowi  ze  wszystkimi  detalami  to,  co  do  tej  pory  kryła  przed 

światem, poczuła się oczyszczona. Wbrew oczekiwaniom, on zamiast patrzeć na nią ze 

wstrętem, był poruszony niesprawiedliwością, która ją spotkała. Co więcej, oferował jej 

nie  tylko  współczucie,  lecz także  coś,  czego  nie  proponowała  nawet  ciotka  Foxe,  która 

jej  wierzyła  i  współczuła,  a  mianowicie  pomoc  w  rozwikłaniu  zagadki,  kto  i  dlaczego 

wyrządził jej krzywdę. 

Honoria poczuła, że zamiast być bezbronną ofiarą, pionkiem w czyjejś grze, może 

działać.  Nawet  gdyby  wymierzenie  sprawiedliwości  okazało  się  poza  zasięgiem,  mogła 

przynajmniej mieć nadzieję, że spojrzy z pogardą w twarz osoby, która zniszczyła jej ży-

cie. 

- Rzecz w tym, że nie jestem pewna, co zapamiętałam - powiedziała. 

- Ponieważ ciotka czeka na panią, lepiej będzie, jeśli pani zacznie od razu. 

- Z kim byłam pokłócona w tamtych dniach w Londynie? Nie potrafię sobie przy-

pomnieć nikogo poza Anthonym. Nie sądzę także, by ktoś skorzystał na mojej kompro-

mitacji.  Oczywiście, były  młode  kobiety,  które  zazdrościły  mi  powodzenia  wśród  męż-

czyzn,  ale  ja  byłam  zaręczona.  Żadnej  z  nich  nie  sprzątnęłam  sprzed  nosa  księcia  czy 

markiza. Zastanawiałam się nad tym długo i doszłam do wniosku, że musiał się za tym 

kryć jakiś mężczyzna. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu to zrobił. 

- Może jakiś zazdrosny odrzucony konkurent chciał się zemścić za to, że wybrała 

pani innego? 

T L

 R

background image

- Brałam to pod uwagę. Jednakże, chociaż miałam wielu starających się, a niektó-

rzy twierdzili, że nie otrząsną się ze smutku po moich zaręczynach, uważam, że mówili 

tak ze zwykłej galanterii. Większość z nich to nieopierzeni młodzieńcy, którzy lubili po-

flirtować,  ale  wcale  nie  było  im  spieszno  do  ołtarza.  Nie  przypominam  sobie  żadnego, 

który mógłby się poczuć na tyle wzgardzony, żeby uknuć intrygę. 

- A może pani rodzina miała wrogów, którzy postanowili uderzyć poprzez panią? 

Może ktoś mścił uwiedzioną siostrę? Albo jakaś mężatka szukała rewanżu za kompromi-

tację w oczach męża i własnej rodziny? 

W pierwszej chwili Honorię rozśmieszyła absurdalność podobnego zarzutu, ale za-

stanowiła się nad nim głębiej. 

- Nie sądzę - odrzekła. - Mój ojciec od lat niedomagał, zresztą, jest bardzo oddany 

matce. Najstarszy brat to chodzący wzór poprawności, nie potrafię sobie wyobrazić, by 

wykorzystał jakąś kobietę, bez względu na to, czy pannę, czy mężatkę. Jeśli zaś chodzi o 

drugiego... 

- Tego, który jest w wojsku? 

- Tak. - Uśmiechnęła się. Zrobiło się jej ciepło na sercu jak zawsze, gdy myślała o 

Halu. - On cieszy się co prawda opinią hulaki i uwodziciela, ale o ile wiem, ograniczał 

się do wdów i kobiet dość swobodnych obyczajów. 

- A może zaistniał spór z inną rodziną? 

- Był pewien skandal - odparła po głębszym zastanowieniu - sięgający młodych lat 

ojca. Chyba mnie nie było jeszcze na świecie. Jakiś odprysk tej sprawy dał o sobie znać 

kilka  miesięcy  temu,  ale potem  wszystko  ucichło.  Nam, dzieciom,  nigdy  o  takich  spra-

wach nie mówiono, a jeśli cokolwiek mówiono, to niczego istotnego nie zapamiętałam. 

Może zapytam ciotkę Foxe. 

- To dobry pomysł. Może też sama pani sobie cos przypomni później. Wróćmy do 

wieczoru, kiedy odbywał się bal. Czyją obecność pani zapamiętała, oprócz brata i narze-

czonego? 

- Papa nie czuł się dobrze, mama została więc z nim w domu. Nasza dotychczaso-

wa guwernantka, panna Price, uciekła od nas i wyszła za mąż, a mama nie zdążyła zaan-

gażować nowej, więc mnie i mojej siostrze Verity towarzyszył brat Marcus. U lady Dar-

T L

 R

background image

lington było  to  samo  towarzystwo,  co zazwyczaj.  Nie zauważyłam, by  ktoś  mi  się spe-

cjalnie przyglądał. Nikt nie był na mnie zły. Przykro mi, ale z tego niewiele wynika. 

- Kto, oprócz pani brata i narzeczonego, wybiegł szukać pani w ogrodzie? 

Honoria wytężyła pamięć, ale wszystko, co wydarzyło się od chwili, gdy Barwick 

przestał ją krępować, spowijała mgła, zupełnie jak w złym śnie. 

- Nie potrafię powiedzieć. Myślę, że przyjaciele Anthony'ego. - Zadrżała, bo jedna 

postać wyłoniła się z owej mgły. - Wicehrabia Keddinton, bliski znajomy ojca, którego 

nie lubiłam. Patrzył, jakby chciał mnie przewiercić wzrokiem na wylot. 

- Czy mogły dzielić go z pani ojcem jakieś nieporozumienia? - drążył Gabe. 

-  Wątpię.  Od  dawna przyjaźnił  się  z  naszą  rodziną.  Był  nawet  ojcem  chrzestnym 

mojej siostry. 

Honoria uzmysłowiła sobie, że obie z Verity, gdy już dorosły, uważały, iż jest coś 

krępującego w sposobie, w jaki im się przypatrywał lord Keddinton. Ponieważ nigdy nie 

zrobił niczego niestosownego, nie wspominały o tym bratu. 

-  Marcus  prawdopodobnie poprosił  go o  pomoc  -  ciągnęła.  -  Jeśli mnie  z  niewia-

domego  powodu  nie  lubił,  nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  jaką  korzyść  przyniosłaby  mu 

moja publiczna kompromitacja. 

- Nikogo oprócz niego pani nie pamięta? - Gdy potrząsnęła głową, Gabe zadał ko-

lejne pytanie: - Co się wydarzyło, gdy pojawił się pani brat? 

Okazało się, że przypomnieć sobie sekwencje wypadków jest jeszcze trudniej, niż 

rozpoznać blade twarze wyłaniające się z ciemności. 

- Walczyłam desperacko i nagle byłam wolna. Marcus znalazł się przy mnie, zdjął 

frak i okrył mnie. Krzyczał coś do tego łajdaka, po czym pośpiesznie zaprowadził mnie 

do szatni. Drżałam na całym ciele, gdy odbierał moje okrycie. Oddałam mu frak i otuli-

łam  się  peleryną,  żeby  nie  było  widać  podartej  sukni.  Peleryna!  -  Przypomniała  sobie 

Honoria w nagłym przebłysku pamięci. - Odkryłam to dopiero kilka dni później, w dro-

dze z Londynu, kiedy szukałam chusteczki, którą nosiłam zazwyczaj w kieszonce ukrytej 

w podszewce. Było tam małe szkiełko. Ktoś je tam umieścił, bym je znalazła po pewnym 

czasie. 

- Szkiełko? 

T L

 R

background image

-  Tak.  Znaczenie  było  dość  łatwe  do  odcyfrowania.  Było  oszlifowane  jak  drogi 

kamień i wypolerowane po jednej stronie, a po drugiej surowe, niewykończone. Miało mi 

przypominać, że ja, którą zwano Brylantem Londynu, jestem teraz warta w oczach socje-

ty i własnej rodziny tyle, co bezwartościowy kawałek szkła. 

Kapitan pokręcił głową z niedowierzaniem. Nagle nasunęła mu się pewna myśl. 

- Twierdzi pani, że szkiełko z jednej strony było oszlifowane jak brylant? Czy na-

zwisko Carlow mówi coś pani?  

Honoria oniemiała. Odgadł jej tożsamość? Jakim sposobem? 

- Jestem... spokrewniona z Carlowami. Dlaczego pan pyta? 

-  Spotkałem  kiedyś  w  naszej  gospodzie  Cygana  nazwiskiem  Stephano  Beshaley. 

Chwalił się, że specjalizuje się w handlu brylantami i ma klientów w wysokich sferach 

Londynu. Twierdził, że łączą go koneksje z prominentną londyńską rodziną Carlowów. 

Wysoki, szczupły, elegancki, ubiera się dość krzykliwie. Maniery angielskie, ale śniada 

cera i nieuchwytny obcy rys w wyglądzie wskazują na cygańskie pochodzenie. 

Opis przypomniał Honorii pewne zdarzenie. 

-  Handlarz drogimi  kamieniami?  Tak,  przypominam sobie, że  kogoś  takiego  spo-

tkałam u jubilera w dniu, w którym pokłóciliśmy się z Anthonym. Dostarczył kamienie, 

które  pokazywał  nam  złotnik.  Ten  komplet bardzo  mi  się  podobał,  bo  oprawa była  na-

prawdę  kunsztowna,  a  brylanty  doskonałej  jakości.  Jubiler  przedstawił  dostawcę,  który 

nam się ukłonił, ale nie przypominam sobie, by podano nam jego nazwisko. 

Nagle  przed  oczyma  stanął  jej  jeszcze  inny  obraz.  Pewien  szczegół,  którego  do-

tychczas nie wyłowiła z zamętu wydarzeń owego nieszczęsnego wieczoru. 

- W ogrodzie był ktoś taki! - wykrzyknęła. - Na samym końcu tłumu gapiów. Śnia-

da  cera,  lekko  egzotyczne  rysy  twarzy.  Nie  zdawałam  sobie  z tego  sprawy  aż  do  teraz. 

Może to on umieścił szkiełko w kieszeni peleryny? 

- Mógł stać za całą intrygą? 

- Ale jaki miałby powód? To człowiek spoza naszej sfery. Jestem pewna, że był w 

ogrodzie lady i Darlington. Mógł zostać wynajęty do podrzucenia tego szkiełka przez tę 

samą osobę, która zaangażowała fałszywego lokaja, aby dostarczał komu trzeba wiado-

mości. Przez człowieka, który to wszystko zaplanował i zrealizował. 

T L

 R

background image

-  Jeśli  ma  cygańską  krew  w  żyłach, to prawdopodobnie stać  go  na zemstę. Może 

ktoś z pani rodziny wyrządził krzywdę jemu lub komuś z jego klanu. 

- Niewykluczone, ale trudno mi sobie wyobrazić, kto i dlaczego. Matka posiada bi-

żuterię wielkiej wartości, ale to przeważnie przedmioty przechodzące z pokolenia na po-

kolenie w rodzinie. Marcus mógł coś kupować dla swojej młodej żony i prawdopodobnie 

Hal też nieraz robił zakupy dla kolejnych przyjaciółek, nie wyobrażam sobie jednak, by 

nie  płacili  odpowiedniej  ceny  lub  w  ogóle  nie  regulowali  rachunków,  A  jeśli  nawet? 

Zrujnowanie reputacji siostry za odmowę spłaty długów to przesada, nawet jak na Cyga-

na. 

- A więc jest pani pewna, że handlarz brylantów był w ogrodzie owej feralnej no-

cy? 

- Tak, jestem pewna.  

- W takim razie zaczniemy od tego. Trzeba porozmawiać z pani bratem. Gdyby od 

razu zaczął dochodzenie, nie musielibyśmy szukać śladu, który zdążył wystygnąć.  

-  Jeszcze  kilka  tygodni  temu nie przypuszczałam,  że  będę broniła brata,  ale  teraz 

widzę te sprawy jaśniej niż wtedy. Mając żonę w odmiennym stanie i chorego ojca, mu-

siał się martwić, że skandal niekorzystnie wpłynie na ich zdrowie. Niepokoił się także o 

to, jak zaważy on na przyszłości mojej młodszej siostry. Honoria uprzytomniła sobie, że 

nadal  nie  rozpieczętowała  listu  od  Marcusa.  Uśmiechnęła  się  blado.  Gdybym  nie  była 

lekkomyślna  i  samowolna,  nie  przysparzała  bratu  kłopotów,  może  by  uwierzył  w  moje 

zapewnienia o niewinności. Mnie samej trudno było we wszystko, co się zdarzyło, uwie-

rzyć. 

- Niekiedy prawda wydaje się kłamstwem.  

Mówił o niej, czy o sobie? - zadała sobie w duchu pytanie Honoria. 

-  W  każdym  razie  nie  winię  Marcusa,  że  skazał  mnie  na  wygnanie.  Nałożona  na 

mnie kara jest usprawiedliwiona - stwierdziła. 

-  Bez  względu  na  błędy,  jakie  pani  popełniała  w  przeszłości,  brat  powinien  ufać 

pani poczuciu honoru - zauważył. 

Wzruszył ją wiarą w jej honor. 

T L

 R

background image

- Nie miałam nic przeciwko wyjazdowi z Londynu, bo to mogło uratować szanse 

mojej siostry. Ona jest tak stateczna, że czasami doprowadzała mnie do rozpaczy, ale jest 

także lojalna i szczera. Teraz widzę, że jej nie doceniałam. Może trzeba coś utracić, żeby 

to docenić. 

- Na przykład pozycję w społeczeństwie? 

-  Gdyby  pan  wiedział, jak nisko ją cenię!  Natomiast honor, poczucie  bezpieczeń-

stwa wśród bliskich, które traktowało się jako oczywistość... Ich utrata ogromnie boli. 

Kapitan  wydawał  się  uderzony  tą  uwagą,  jakby  po  raz  pierwszy  dotarła  do  niego 

prosta prawda. 

- Domyślam się, że nie wyjawi mi pani nazwiska swojego uwodziciela? 

- Nie wyjawię. Na przekór temu, co mówiłam wcześniej, sądzę, że ukaranie go nic 

by  nie  dało.  Nie,  żebym  pomniejszała  jego  winę,  ale  w  całej  tej  intrydze  on  także  był 

pionkiem, podobnie jak ja. 

- Z tą różnicą, że wyszedł bez szwanku. 

- Ten świat jest tak urządzony. Rozpustnik uchodzi cało, bo ściganie go oznaczało-

by dalsze nagłaśnianie skandalu, a prawdziwy winny i tak nie zostałby ujawniony. 

- Niestety. Chociaż możliwość dobrania mu się do skóry poprawiłaby samopoczu-

cie. 

- Jeśli zagadka kiedykolwiek zostanie wyjaśniona, zastrzegam sobie prawo pierw-

szeństwa do osobistego pomszczenia krzywdy - powiedziała Honoria. 

Odczuła wielką ulgę, że zdobyła się na wyznanie. Zrzuciła brzemię udręki, jakby 

uwolniła się od podartej sukni, w której wymykała się w niesławie z balu. Nagle kapitan 

wydał się jej bliższy niż ktokolwiek. 

Oto  mężczyzna,  który  wysłuchał  jej  zwierzeń  i nie  odwrócił się  od niej. Mężczy-

zna, który, jak się wydaje, uwierzył jej bez zastrzeżeń i potępił zło, które jej wyrządzono, 

jak nikt z jej rodziny, z wyjątkiem ciotki. Mężczyzna ten trzymał ją w ramionach tak sa-

mo jak lord Barwick i pożądał jej, ale wypuścił ją bez słowa sprzeciwu. Ofiarował jej po-

cieszenie. Nie musiała się obawiać, że będzie próbował wykorzystać jej strapienie. 

T L

 R

background image

Nagle  zapragnęła  go  pocałować.  Nie  tylko  po  to,  aby  znowu  poczuć  na  wargach 

jego usta, ale także dlatego, żeby udowodnić sobie i jemu, że potrafi się schronić w jego 

ramionach bez obawy. 

-  Dziękuję,  że pan  mi  uwierzył  -  powiedziała miękko,  po  czym  przybliżyła  twarz 

do jego twarzy i wargami dotknęła jego ust. 

T L

 R

background image

Rozdział szesnasty 

 

Gabe  nie  mógł  uwierzyć,  mając  w  świeżej  pamięci  jej  wcześniejszą  reakcję,  że 

panna  Foxe  sama  zechciała  go  pocałować.  Potrzebował  dobrej  chwili,  by  jego  ospały 

umysł upewnił go, że to prawda, a nie wybryk fantazji. Tym razem nie zawiedzie jej za-

ufania. Obejmie ją tak delikatnie i niewinnie, że koszmarne wspomnienie walki o uwol-

nienie się z uścisków niechcianego mężczyzny pochłonie niepamięć. Splótł ręce za ple-

cami, żeby nie ulec pokusie i nie otoczyć jej ramionami, nie przyciągnąć do piersi. Po-

stanowił ograniczyć się do pocałunku; wziąć tylko to, co mu była gotowa dać. Wiedział, 

że dzisiaj nie zaspokoi pożądania, które w nim rozpaliła. 

Stykali się tylko ustami dopóty, dopóki panna Foxe nie zarzuciła mu rąk na szyję. 

Powoli, żeby jej nie spłoszyć, otoczył ją ramionami i przyciągnął do siebie. Z westchnie-

niem  przywarła  do  niego  całym  ciałem  i  wtedy  Gabe  pogłębił  pocałunek.  W  pewnym 

momencie uzmysłowił sobie, że jeśli się od niej natychmiast nie odsunie, będzie zgubio-

ny. Zmusił się do wykonania kroku w tył. 

- Teraz moja kolej na podziękowanie - powiedział głuchym głosem. 

- Myślę, że wdzięczność powinna być obopólna. 

-  Nawet sobie  pani  nie  wyobraża,  jak  chciałbym panią namówić, by  została tu  ze 

mną, ale musi pani wracać do domu, zanim ciotka zacznie się martwić. 

-  Chyba  tak  -  przyznała  z  westchnieniem.  Gabe'a  niewymownie  ucieszył  żal  po-

brzmiewający w jej głosie. - Jeszcze raz dziękuję, że był pan taki miły i rozważny. Jak 

już pan wie, rozwaga nie należy do moich zalet - dodała ze śmiechem. 

- Ani do moich. Może pomożemy sobie nawzajem udoskonalić swoje charaktery. 

- Podoba mi się ten pomysł. 

- Zaczniemy? - Podał jej ramię. 

Wciąż  pod  wrażeniem  chwili,  wspinali  się  ścieżką  wiodącą  do  kamiennego  ko-

ściółka w zgodnym milczeniu. Odnaleźli swoje uwiązane konie. 

- Zamierza pan przeprowadzić dochodzenie? - zapytała Honoria, siedząc w siodle i 

ustawiając Psotkę w kierunku Foxeden. 

T L

 R

background image

- Tak. Pierwszym krokiem będzie odnalezienie handlarza brylantów. Na margine-

sie, jak się nazywał jubiler, u którego spotkała pani tego handlarza? 

- Phillips, z Bond Street. - Popatrzyła na Gabe'a z wahaniem, wreszcie zapytała: - 

Będąc w Londynie, nie skontaktuje się pan z Carlowami? Zapewne domyśla się pan, że 

nie jestem z nimi obecnie w najlepszych stosunkach. 

- Nie skontaktuję się z pani znamienitymi krewnymi bez pani zgody. Z całą pew-

nością  nie  wcześniej  niż  wtedy,  gdy  będę  miał  w  ręku  coś  więcej  poza  podejrzeniami 

niepopartymi dowodami. 

- Dziękuję - odparła z widoczną ulgą. - Myślę, że z czasem pogodzę się z nimi, te-

raz jednak nie jestem na to gotowa. 

- Jeśli nie udzielili pani lepszego wsparcia niż pani brat, to potrafię zrozumieć pani 

niechęć do utrzymywania z nimi kontaktów. 

-  Zapewniam  pana,  że  tak  właśnie  było  -  zapewniła  sucho.  Klacz  przestępowała 

niecierpliwie z nogi na nogę. Panna Foxe uspokoiła ją ściągnięciem wodzy. - Jeszcze raz 

chcę panu podziękować za pana uprzejmość i za pokazanie mi tego miejsca. Jeśli nie ma 

pan nic przeciwko temu, przyprowadzę tu Evę, żeby je naszkicowała. 

-  Proszę  bardzo.  Chętnie  zobaczę  rezultat  jej pracy.  Postaram  się  dostarczyć  pani 

wkrótce potrzebne informacje. 

Panna  Foxe  nie  wyglądała  na  przekonaną,  ale  uśmiechnęła  się  i  odjechała.  Gabe 

patrzył w ślad za nią dopóty, dopóki nie znikła za zakrętem. W drodze do gospody nie 

zwracał uwagi na piękno nadmorskiego klifu, tylko sporządzał w myślach listę spraw do 

załatwienia w związku z wyjazdem. 

Rozmowa  utwierdziła  go  w  przekonaniu,  że  powinien  udać  się  do  Londynu  bez-

zwłocznie. Pocztowym dyliżansem obróci tam i z powrotem w ciągu niecałego tygodnia. 

Uśmiechnął się do siebie z przekąsem. Był tak zajęty panną Foxe, że zupełnie zapomniał, 

po  co  szedł  na  plebanię,  No  cóż,  spotkanie  z  Williamem  Darbym  w  sprawie  interesów 

musi zaczekać. 

Panna  Foxe  wspomniała  o  zamiarze  wypytania  ciotki  o  stary  skandal  w  rodzinie 

Carlowów. Może on także powinien zadać jej kilka pytań na ten temat. W Londynie by-

wał  rzadko, nie  znał tam  nikogo  z bardziej prominentnych  rodzin.  Prawdopodobnie nie 

T L

 R

background image

uda mu się poznać kogoś, kto mógłby coś wiedzieć o sprawie. Jeśli nawet taką osobę po-

zna, to wątpliwe, czy zechce ona o tym rozmawiać z kimś, kto nie ma żadnego związku z 

Carlowami. 

Wybiorę się do Foxeden nazajutrz, postanowił. 

Lady Foxe, najznamienitsza dama w całej okolicy, zawsze traktowała go życzliwie, 

gdy widywali się w kościele albo w gospodzie, gdzie zatrzymywała się, by się napić cy-

dru. Gabe nie żywił złudzeń, że zostanie przyjęty jako gość albo jako mile widziany zna-

jomy  kuzynki.  Zauważył  jednak,  że  starsza  pani  była  bardzo  przywiązana  do  młodszej 

krewniaczki,  więc  jeśli  on  wyjaśni  swoje  zamiary,  prawdopodobnie  uzyska  od  niej  in-

formacje, które mogłyby mu pomóc ustalić, kto skrzywdził Marie Foxe. 

Starej  damie  byłoby  niewątpliwie  łatwiej  zaaprobować  jego  przyjaźń  z  kuzynką, 

gdyby  ujawnił,  kim  naprawdę  jest,  ale  im  mniej  ludzi  w  Kornwalii  to  wiedziało,  tym 

mniejsza  szansa,  że  plotki  o  jego  zajęciu  dotrą  do  brata.  Gdyby  Nigel  dowiedział  się, 

czym trudni się jego młodszy brat, nie miałby skrupułów, by nasłać na niego szpiegów, 

którzy uprowadziliby go do Irlandii, zanim uwięzienie w Anglii okryłoby hańbą rodzinę. 

Wieczór Gabe spędził na „Rybitwie", ustalając z załogą ostatnie szczegóły czeka-

jącego ich rejsu, oraz na pakowaniu. Do Foxeden wyruszył następnego dnia bliżej połu-

dnia. 

Ładna  zarumieniona  z  radości  pokojówka,  w  której  rozpoznał  siostrę  Dickina, 

Tamsyn, zaprowadziła go do niewielkiego salonu na tyłach domu. W pokoju tym praw-

dopodobnie pani domu przyjmowała prawników i dostawców, domyślił się Gabe. Miłym 

zaskoczeniem był fakt, że gospodyni nie kazała na siebie czekać. 

- Wizyta przystojnego i cieszącego się dobrą opinią w okolicy młodego człowieka 

pochlebia mi - zaczęła od drzwi. - Ponieważ zdarzało się już panu przejeżdżać w pobliżu 

i nie wstąpić do Foxeden, mniemam, że dzisiejsze odwiedziny są związane z goszczącą u 

mnie kuzynką. 

-  Tak  jest istotnie, szanowna pani  -  potwierdził  Gabe i  się ukłonił.  -  Jak  pani  za-

pewne wie, panna Foxe i ja zawarliśmy znajomość przy okazji wspólnej pracy w szkole 

pastora  Gryffda.  Czuję  się  uprzywilejowany  tym,  że  zaoferowała  mi  swoją  przyjaźń,  a 

wczoraj  wyróżniła  mnie  jeszcze  bardziej,  udzielając  informacji  o  wydarzeniach,  które 

T L

 R

background image

sprowadziły  ją  do  Kornwalii.  Informacji,  które,  jestem  tego  pewny,  wstrząsnęły  panią, 

gdy je pani poznała, tak samo głęboko jak mną. 

-  Kuzynka  wyjawiła  panu,  w  jakich  okolicznościach  znalazła  się  w  Kornwalii?  - 

Lady Foxe uniosła ze zdziwienia brwi. 

- Tak, szanowna pani. Odnoszę wrażenie i przypuszczam, że pani musiała myśleć 

tak samo, że pani kuzynkę haniebnie wykorzystano. Jako człowiek honoru, oburzony ta-

ką  niesprawiedliwością,  uważam,  że  ktoś  powinien  podjąć  próbę  naprawienia  wyrzą-

dzonego jej zła lub przynajmniej ujawnić tożsamość osoby lub osób za to odpowiedzial-

nych. Zwracam się do pani z prośbą o umożliwienie mi tego zadania. 

Lady Foxe przez dłuższą chwilę w milczeniu przypatrywała się kapitanowi. 

- Co powiedziała panu moja kuzynka? - zapytała wreszcie. 

Gabe  był  pełen  uznania  dla  jej  ostrożności.  Zrelacjonował  zwięźle  fakty,  które 

ujawniła  mu  panna  Honoria.  Starsza  pani  kiwała  głową,  słuchając.  Na  koniec  podzielił 

się  z  nią  informacją  o  cygańskim  handlarzu  brylantów,  którego  panna  Foxe  spotkała  u 

jubilera. 

-  Najwyraźniej  zdobył  pan  zaufanie  kuzynki,  kapitanie  Hawksworth.  Wielkie  to 

osiągniecie, zważywszy na jej ostatnie doświadczenia - odezwała się lady Foxe. - Co za-

mierza pan z tym uczynić? 

- Przynajmniej wyjaśnić okoliczności, w jakich przygotowano tę intrygę, i wyśle-

dzić jej sprawcę. Nie mam wystarczającej wiedzy prawniczej, by orzec, czy pani kuzynce 

przysługuje droga prawna, nie mam też odpowiednich znajomości, by wysondować, czy 

w  przypadku  udowodnienia  jej  niewinności  odzyska  ona  dawną  pozycję  towarzyską. 

Jednak zamierzam zrobić, co się da. 

-  To  prawda,  że  byłam  tak  samo  poruszona  jak  pan,  kiedy  kuzynka  wprowadziła 

mnie  w  okoliczności  towarzyszące jej ucieczce do  Kornwalii.  Z  wielką  ochotą  pomogę 

panu w prowadzonym śledztwie. Czego pan oczekuje? 

-  Wydaje  mi  się,  że  ten  Cygan  został  wynajęty  przez  prześladowcę  panny  Foxe. 

Nie  przychodzi  jej  do  głowy  nikt,  kto czułby  do  niej tak  wielką  animozję,  by  chciał  ją 

zniszczyć. Skłaniam się ku takiemu samemu wnioskowi. Uważam, że musi być inne wy-

jaśnienie. Może ktoś ma pretensję do jej rodziny. Wspominała o pewnym skandalu z cza-

T L

 R

background image

sów młodości jej ojca, dotyczącym krewnych, Carlowów, ale nie znała bliższych szcze-

gółów. Czy pani wie coś na ten temat? 

- Chodzi o skandal dotyczący... krewnych, Carlowów? - zapytała lady Foxe. - Nig-

dy nie skojarzyłabym wydarzeń sprzed kilku tygodni z tym, co miało miejsce przed laty. 

- A co takiego miało miejsce? 

- Przykro mi, ale wiem tylko tyle, że moja siostrzenica Anne... to jest matka panny 

Marie, była tym mocno poruszona. Aby zejść z oczu londyńskim plotkarzom, odwiedziła 

mnie  z  dziećmi,  co  zdarzało  się  niezmiernie  rzadko.  Żyjąc  tak  daleko  od  Londynu,  nie 

miałam wyczerpujących informacji, a ponieważ nie byłyśmy zanadto zżyte z Anne, nig-

dy jej o nic nie pytałam, a i ona nie kwapiła się z wprowadzeniem mnie w szczegóły. 

- Cóż, i tak pojadę do Londynu. Czy mogłaby pani polecić mnie komuś, kto pamię-

tałby, co się wtedy wydarzyło? 

- Mogę pana odesłać do mojej przyjaciółki, lady Alicii Porter. Mieszka w Londynie 

i zna każdego, kto się liczy w towarzystwie. Lady Alicia na pewno wie o każdym więk-

szym skandalu, a jeśli sama nie wie, to zna kogoś, kto wie. Proszę zaczekać, napiszę pa-

nu list polecający. Zaraz wracam. 

Czekając  na  lady  Foxe,  Gabe  chodził  tam  i  z  powrotem  po  salonie.  Poczuł  przy-

pływ nadziei, że uda mu się dotrzeć do osób, mogących udzielić pożytecznych informa-

cji. 

- Jestem niezmiernie zobowiązany - podziękował za opieczętowaną kopertę, którą 

po powrocie do salonu wręczyła mu lady Foxe. 

- Leży mi na sercu dobro kuzynki. Mogę pana zapytać, kapitanie Hawksworth, dla-

czego pan to robi? 

-  Podziwiam  ją.  Oburza  mnie  niesprawiedliwość  dotykająca  niewinną  osobę.  Na-

wet jeśli zło okaże się nie do naprawienia, to wyjaśnienie całej sprawy, o ile do tego doj-

dzie, pomoże pannie Foxe w dalszym życiu. 

- Powiada pan, że ją podziwia. Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że jeśli panu się 

powiedzie,  jeśli  jej  niewinność  zostanie  udowodniona  i  odzyska  ona  utraconą  pozycję 

towarzyską, przywróci ją pan do życia, które was rozdzieli i prawdopodobnie na zawsze 

utraci pan jej przyjaźń? 

T L

 R

background image

-  Mówi pani, że panna Marie  Foxe,  krewna  wpływowej  rodziny  Carlowów, znaj-

dzie się poza zasięgiem niejakiego kapitana Hawkswortha z „Rybitwy"? - wypalił prosto 

z mostu. - Tak, zdaję sobie z tego sprawę. 

- Myślę, że czuje pan do niej coś więcej niż podziw - powiedziała łagodnym gło-

sem lady Foxe. 

Gabe nie wiedział, jak głębokie są jego uczucia. Jedno było pewne: bardzo zależało 

mu na szczęściu panny Foxe i był gotów zrobić wiele, by jej pomóc. Ponieważ jego po-

zycja społeczna była o wiele wyższa, niż mogła przypuszczać lady Foxe, miał nadzieję, 

że kiedy jej kuzynka odzyska dobrą reputację, a on nie zniszczy swojej przed opuszcze-

niem  Kornwalii,  będzie  mógł  liczyć  na  wspólną  przyszłość.  Na  razie  nie  był  gotowy 

ujawniać swojej rzeczywistej sytuacji. 

- Czy możliwe, by mężczyzna, który spotka tak dzielną i ekscytującą istotę, mógł 

nie ulec jej czarowi? - zapytał. 

- Istotnie, jest ona dzielną, urodziwą i mądrą dziewczyną, ale została głęboko zra-

niona.  Byłabym  tak  samo  zagniewana, jak  pan  wydaje się  zagniewany  teraz,  gdyby  ja-

kiś... lekkomyślny hulaka ponownie ją zranił. 

Gabe zrozumiał zawoalowaną groźbę. 

- Przysięgam uroczyście, że pragnę jedynie szczęścia pani kuzynki. 

Wytrzymał badawcze spojrzenie lady Foxe. 

-  Wierzę  -  rzekła  po  dłuższej  chwili.  -  Życzę  panu  powodzenia,  kapitanie,  we 

wszystkich pańskich przedsięwzięciach. 

-  Dziękuję  szanownej  pani.  Proszę  przekazać  moje  uszanowania  kuzynce.  Ponie-

waż moja obecność w Kornwalii stanie się wkrótce niezbędna, zamierzam wyjechać do 

Londynu jeszcze dzisiaj i nie będę miał okazji się z nią pożegnać. 

- Nie porozmawia pan z nią przed wyjazdem? 

- Nie, zamierzam wyruszyć bezzwłocznie. Coś nie w porządku? - Gabe wyczuwał 

niepokój starszej pani. - Jest jakiś powód, żebym nie wyjeżdżał zaraz? 

- Nie - zaprzeczyła lady Foxe. - Nie będę się wtrącać. Jeśli powinien pan o czymś 

usłyszeć, to tylko bezpośrednio od mojej kuzynki. Mam jej przekazać jedynie uszanowa-

nie? 

T L

 R

background image

-  Proszę  jej  powiedzieć,  że  czuję  się  zaszczycony  jej  przyjaźnią  i  że  zrobię 

wszystko, co w mojej mocy. 

Lady Foxe wyciągnęła doń rękę. 

- Gdy odnajdzie pan tego łotra, kapitanie, proszę go poczęstować dodatkowym cio-

sem w szczękę ode mnie. 

-  Uczynię  to  z  wielką  przyjemnością.  -  Hawksworth  uśmiechnął  się  od  ucha  do 

ucha. 

Odprowadziła go do drzwi. W progu przyjrzała mu się uważnie. 

-  Mam  nadzieję,  że  okaże  się  pan  przygotowany  na  wszystko,  czegokolwiek  się 

pan dowie. 

- Spodziewam się znieść każdą prawdę, jaką odsłoni moje śledztwo. 

- Dziękuję za przyjaźń, którą obdarza pan moją kuzynkę. Jest warta pańskiego wy-

siłku i poświęcenia. 

- Wiem - powiedział wzruszony Gabe. 

T L

 R

background image

Rozdział siedemnasty 

 

Tydzień później Gabe czekał wczesnym popołudniem w przedpokoju eleganckiego 

domu w londyńskiej dzielnicy Mayfair na rozmowę z lady Alicią Porter. Podekscytowa-

ny faktem, że jest być może bliski uzyskania informacji, które naprowadzą go na ślad in-

tryganta, który zgubił pannę Foxe, nie mógł usiedzieć, tylko spacerował tam i z powro-

tem. 

Pragnąc  dotrzeć  do  stolicy  jak  najszybciej,  udał  się  w  drogę  dyliżansem  poczto-

wym, a nie pasażerskim. Zapłacił za dwa miejsca, żeby nie być narażonym na zbyt bli-

skie  sąsiedztwo  jakiegoś  cuchnącego  cebulą  farmera.  Po  ponad  trzydziestu  sześciu  go-

dzinach  od  wyruszenia  z  Penzance,  wysiadał  pod  zajazdem  „Pod  Byczą  Głową"  w  St 

Martins-le-Grand w Londynie. 

W zajeździe zdrzemnął się i wykąpał, po czym wyruszył pod wskazany przez lady 

Foxe adres, by stwierdzić, że pani domu wyjechała do przyjaciół i wróci najwcześniej za 

trzy dni. Wolny czas wykorzystał na odwiedzenie Bond Street i wybadanie zainteresowa-

nia tamtejszych sklepikarzy wyrobami rękodzielniczymi wytwarzanym przez dziewczęta 

z Sennlack. Zgodnie z jego przewidywaniami, kupcy nie widzieli możliwości handlowa-

nia takim towarem. 

Kierując się radą żony właściciela zajazdu, Gabe udał się na targowisko Shepherd's 

Market. Tutaj miał więcej szczęścia. Znalazł kilku kupców, którym spodobały się wyro-

by pani Steavens i którzy wyrazili gotowość przyjęcia części do sprzedaży. 

Kontakty z handlarzami przedmiotów sztuki okazały się bardziej obiecujące. Za-

inwestował szylinga w bilet wstępu do Galerii Malarstwa Europejskiego na Haymarket, 

w której sprzedawano zarówno obrazy olejne znanych artystów, jak też grafiki oraz ry-

sunki. Właściciel galerii, pan Avery, był pod wrażeniem wykonanego przez Evę węglem 

na papierze portretu panny Foxe, a kiedy dowiedział się, że ta sama osoba gotowa jest 

dostarczyć pejzaże kornwalijskie, wpadł w zapał. Rozgadał się na temat cieszącego się 

rosnącym uznaniem młodego artysty, pana Turnera

*

, który spędził kilka miesięcy w St 

Ives, gdzie namalował serię pejzaży kornwalijskich, rozchwytywanych obecnie przez ko-

lekcjonerów. Avery miał liczną klientelę, która byłaby z całą pewnością zainteresowana 

T L

 R

background image

nabyciem podobnych prac. Gabe nie miał wątpliwości, że cena, którą byłby gotów zapła-

cić Avery, uradowałaby pannę Foxe. Dysponując takimi pieniędzmi, rodzina Evy byłaby 

uniezależniona od odpychającego Johna Kessela. 

 

* Joseph Mallord William Turner (1775-1851) - artysta angielski, znany przede wszystkim z roman-

tycznych pejzaży, zarówno olejnych, jak i akwareli, zwany „malarzem światła", uważany za prekursora impre-

sjonizmu (przyp. tłum.). 

 

Zdążył dojść do tej konkluzji, gdy do pokoju wszedł kamerdyner lady Alicii z wia-

domością, że pani czeka. Zaprowadził Gabe'a do wykwintnie umeblowanego salonu, 

gdzie na kanapce przy kominku siedziała starsza dama w eleganckiej sukni. 

Gabe skłonił się i pocałował podaną mu dłoń. 

- Dziękuję, że zechciała mnie pani przyjąć. 

- Z wielką przyjemnością oferuję gościnność młodemu człowiekowi poleconemu 

przez jedną z moich najserdeczniejszych przyjaciółek. Alexandre widuję rzadko, odkąd 

zamieszkała na końcu świata, ale nie wątpię, że wciąż zachowała przenikliwe oko, co 

mogę potwierdzić sama. Jest pan przystojnym nicponiem. 

Gabe zaczerwienił się. 

- Kapitanie Hawksworth, jak mogę panu pomóc? Alexandre wspomina, że chodzi 

panu o pewne informacje - dodała lady Porter. 

- Tak, szanowna pani. O szczegóły pewnego skandalu sprzed mniej więcej dwu-

dziestu lat, w który zamieszana była rodzina Carlowów. 

- Carlowów? Nikt w Londynie o tym nie zapomni! Smakowity kąsek. Wzajemne 

oskarżenia, potajemne romanse, proces sądowy zakończony karą śmierci i wyjęciem ro-

dziny skazanego spod prawa. Muszę wszakże podkreślić, że w odróżnieniu od najśwież-

szego skandalu, przyjaciele hrabiego byli wtedy mocniej uwikłani niż on. 

- Hrabiego? - powtórzył Gabe. - Nie znam londyńskiej socjety - usprawiedliwił się, 

gdy lady Alicia uniosła pytająco brwi. 

-  George  Carlow,  głowa  rodziny,  jest  hrabią  Narborough.  Zechce  pan  usiąść, 

kapitanie, to poproszę  o przyniesienie poczęstunku.  Nasza rozmowa trochę potrwa. Jak 

T L

 R

background image

to miło ze strony Alexandre, że mi pana przysłała. Uwielbiam opowiadać takie pikantne 

historie. 

Gabe  odpowiedział,  że  chętnie  poczęstuje  się  winem,  i  usiadł  nieco  speszony, 

albowiem  wyglądało  na  to,  że  Marie  Foxe  była  spokrewniona  z  rodziną  o  wiele  wyżej 

uplasowaną  w  towarzystwie,  niż  sobie  wyobrażał.  Choć,  prawdę  powiedziawszy,  nie 

powinien być zaskoczony. Wspominała przecież, że nazywano ją Brylantem Londynu. 

Wiedział, że musi się nastawić na długą rozmowę, i nie powinien ponaglać starszej 

pani  pytaniami.  W  odróżnieniu  od  swojej  przyjaciółki,  lady  Alicia  najwyraźniej  żyła 

plotkami i nie miała żadnych zahamowań, by je powtarzać, nie zamierzała też czynić te-

go w krótkiej i zwięzłej formie. 

Cierpliwie odpowiadał więc na pytania o zdrowie i samopoczucie lady Foxe, a gdy 

wreszcie lokaj, który przyniósł herbatę dla pani domu i wino dla niego, zamknął za sobą 

drzwi, lady Alicia zaczęła opowieść. 

-  Od  tamtej  pory  musiało  już  upłynąć  ze  dwadzieścia  lat.  George  Carlow,  hrabia 

Narborough,  wraz  z  najlepszym  przyjacielem  Williamem  Wardale'em,  hrabią  Le-

ybourne'em,  pracowali  w  Ministerstwie  Spraw  Wewnętrznych.  O  ile  wiem,  zajmowali 

się  jakąś  działalnością  wywiadowczą. Taką  samą pracę  chciał  podjąć  Christopher  Heb-

den, baron Framlingham, człowiek błyskotliwy, acz chwiejnego charakteru. Mówiono, że 

Wardale  stanowczo  sprzeciwiał  się  zaangażowaniu  Hebdena.  Miał  przekonywać  Carlo-

wa,  że  Hebden  jest  zbyt  chełpliwy  i  niedyskretny.  Nie  chodziło  jednak  tylko  o  sprawy 

służbowe. Wardale zalecał się kiedyś do żony Hebdena, Amandy, zanim wyszła za mąż, i 

nie podobało mu się, jak Hebden, rozwiązły przed ślubem i po ślubie, traktował jego byłą 

ukochaną. Okazało się, że Hebden miał nieślubnego syna z pewną Cyganką i zmusił żo-

nę, by zajęła się wychowaniem tego bękarta. 

Lady  Alicia  sięgnęła  po  filiżankę  z  herbatą. Gabe pomyślał,  że  jeśli  w  sprawę  są 

zamieszani  Cyganie,  motyw  zemsty  przechodzącej  z  generacji  na  generację  byłby 

uprawniony. Niecierpliwie czekał na dalszy ciąg. 

-  Jakby  powodów  do  nieporozumień  było  mało,  Wardale  nawiązał  dyskretny  ro-

mans  z  Amandą.  Dokładny  przebieg  wydarzeń  nigdy  nie  doczekał  się  wyjaśnienia,  ale 

T L

 R

background image

gwałtowna kłótnia Wardale'a z Hebdenem zaledwie na dwa dni przed morderstwem była 

udowodniona. 

- Morderstwem?! - wykrzyknął Gabe. 

- Tak, morderstwem! Pewnego wieczoru wszyscy trzej mieli się spotkać u Carlo-

wa, by omówić jakieś sprawy służbowe. Carlow wrócił do domu późno i zastał Warda-

le'a  z  zakrwawionym  nożem  w  rękach. Hebden nie żył.  Scena,  którą  ujrzał  Carlow,  nie 

pozostawiała żadnych wątpliwości co do przebiegu zdarzenia, choć Wardale zapewniał, 

że jest niewinny. 

Odświeżyła  gardło  łykiem  herbaty.  Zaciekawiony  Gabe  powstrzymał  się  od  ja-

kichkolwiek komentarzy, by nie odwlekać zakończenia opowieści. 

- Wardale, który nie mógł dostarczyć alibi na potwierdzenie tego, co robił przez ca-

ły wieczór, nie potrafił też wskazać nazwiska ani dowieść istnienia osoby trzeciej, odpo-

wiedzialnej za morderstwo. Choć twierdził, że zastał Hebdena umierającego, został ska-

zany  na  śmierć  przez  ławę  przysięgłych.  Pozbawiony  arystokratycznego  tytułu,  został 

powieszony,  jego  dobra  skonfiskowano.  W  czasie  śledztwa  i  procesu  jego  najlepszy 

przyjaciel Carlow nie zrobił nic, by mu pomóc, choć Wardale uparcie twierdził, że jest 

niewinny. 

-  Poważna sprawa  - przyznał Gabe.  Wystarczająco  poważna, by  skrzywdzona  ro-

dzina  Wardale'a  chciała  się  zemścić  na  rodzinie  Carlowów  za  to,  że  hrabia  nie  bronił 

przyjaciela. Tylko dlaczego zemsta dotknęła panny Foxe? 

- To nie wszystko - ciągnęła lady Alicia. - Dzień przed wykonaniem kary śmierci 

Cyganka,  kochanka  Hebdena,  najwyraźniej  obłąkana  z  rozpaczy,  rzuciła  klątwę  na 

wszystkie rodziny zamieszane w morderstwo jej kochanka, a potem się powiesiła. 

Czyżby  handlarz  brylantów  był  spokrewniony  z  cygańską  kochanką  Hebdena?  - 

zadał sobie w duchu pytanie Gabe. Jeśli należy do tego samego klanu, to miałby powód 

do zemsty na tych, którzy doprowadzili do samobójstwa jego krewniaczkę. Każda osoba 

związana  z  rodzinami  odpowiedzialnymi  za to  nieszczęście mogłaby  być  odpowiednim 

celem. Jednak cygański handlarz nie miałby wstępu na bal w wysokich londyńskich sfe-

rach. Może ktoś z rodu Wardale'a, żyjący na obrzeżach wielkiego świata, współdziałał z 

Cyganem? 

T L

 R

background image

Gabe  nabierał  coraz  większej  pewności,  w  miarę  jak  lady  Alicia  rozwijała  przed 

nim opowieść, że to, co przytrafiło się pannie Foxe, musi mieć związek z dawnym skan-

dalem. 

- Czy wiadomo, co stało się z cygańskim synem Hebdena? - zapytał. 

- Amanda Hebden, baronowa Framlingham, była w ciąży, gdy wydarzyła się trage-

dia.  Niezbyt  zdrowa,  załamała  się  kompletnie i  popadła  w  apatię.  Zajęli się nią  Heriar-

dowie, a cygańskiego bękarta odesłali do przytułku. Później sierociniec spalił się do fun-

damentów i wszyscy jego wychowankowie zginęli. 

- Co się stało z rodziną Williama Wardale'a, hrabiego Leybourne'a? 

- Naturalnie wdowa wycofała się ze świata. Mówiono, że George Carlow próbował 

jej  pomagać,  ale  odrzuciła  jego  pomoc.  Dzieci  muszą  być  dorosłe.  Nie  mam  pojęcia, 

gdzie mieszkają i jak im się powodzi. 

- Czy pamięta pani jeszcze coś, co mogłoby mieć związek z tą sprawą? 

- Raczej nie. Po wykonaniu kary śmierci stopniowo przestano mówić o skandalu. 

Amanda wyszła ponownie za mąż za kogoś z kręgów akademickich. Jej mąż nie udzielał 

się w towarzystwie. George Carlow kontynuował pracę w rządzie, dopóki nie podupadł 

na zdrowiu. 

Lady Alicia spojrzała z ukosa na Gabe'a. 

- Nie chce pan chyba powiedzieć, że ten stary skandal wiąże się z najnowszym? Z 

tego, co słyszałam, ta dziewczyna doprowadziła się do kompromitacji przez własną lek-

komyślność. 

- Otóż nie. Została zwabiona do ogrodu pod fałszywym pretekstem, co zamierzam 

udowodnić. Przyznaję, że na pierwszy rzut oka wydaje się mało prawdopodobne, że ktoś 

uknuł skomplikowaną intrygę po to, by ją zdyskredytować z powodu dawno zapomnia-

nego skandalu. 

- Została zwabiona, powiada pan? Jest pan pewien? 

- Jak najbardziej. Spotkała ją monstrualna niesprawiedliwość, którą będę chciał na-

prawić! 

T L

 R

background image

- Na Boga, co też pan mówi! Ktoś z rozmysłem ściągnął hańbę na córkę Carlowa! 

Nigdy  nie  słyszałam  o  takiej  podłości.  Lady  Honoria  musiała  być  dzieckiem,  kiedy  te 

wydarzenia miały miejsce. 

Gabe był zdezorientowany. 

- Lady Honoria? - powtórzył. 

-  Tak.  Przecież  o  tym  pan  mówi,  prawda?  O  tej  wprost  niewiarygodnej  sprawie 

sprzed ponad miesiąca, kiedy to starsza córka Carlowa, lady Honoria, została przyłapana 

w  ogrodzie  z  osławionym  lubieżnikiem,  lordem  Barwickiem,  podczas balu u  lady  Dar-

lington? 

Gabe, mimo że prawda biła w oczy, wciąż nie chciał uwierzyć. 

- Ja... myślałem, że tą skompromitowaną damą była panna Foxe. 

- Nie, musiał pan pomylić nazwiska, może dlatego, że to krewna Alexandre. Sam 

pan przyznał, że nie zna pan londyńskiego towarzystwa. Matka lady Honorii, Anne, jest 

siostrzenicą  mojej przyjaciółki,  ta  pannica  nazywa  się Carlow.  Przypuszczam, że  Alek-

sandre prosiła pana o wyjaśnienie jej sprawy. Wiem, że ma słabość do lady Honorii. My-

ślę, że dziewczyna przebywa obecnie w Stanegate Court, wiejskiej posiadłości Carlowów 

w Hertfordshire. Chyba tam zesłał ją najstarszy syn Carlowa, Marcus, wicehrabia Stane-

gate, który przejął obowiązki głowy rodziny po ostatnim ataku ojca. 

- Tak, mogłem je pomylić - przyznał Gabe. 

W uszach dźwięczały mu słowa: „Mój najstarszy brat Marcus". 

- Mam wiele sympatii dla tej dziewczyny, choć mówiono, że była trudna do okieł-

znania.  Biedactwo.  Skompromitowana  i  odtrącona  przez  narzeczonego,  barona  Reade-

sdella, chyba nigdy nie wyjdzie za mąż. 

Gabe słuchał dalszych ubolewań nad upadkiem córki Carlowa jednym uchem. Po-

wtarzał w myślach trzy słowa: lady Honoria Carlow. 

Był wściekły. Mógł zrozumieć, dlaczego chciała ukryć swoją tożsamość po przy-

jeździe do Kornwalii. Kiedy upadają wielcy tego świata, wolą, by przygodni obserwato-

rzy  nie  naigrawali  się  z  ich  nieszczęścia.  Dlaczego  jednak  nie  wyznała  mu,  kim  jest, 

zwłaszcza gdy powiedział, że wybiera się do Londynu? Musiała przecież wiedzieć, że on 

nieuchronnie odkryje prawdę. 

T L

 R

background image

Dziwne słowa wypowiedziane przez lady Foxe na pożegnanie nabrały teraz sensu. 

„Jeśli powinien pan  o czymś usłyszeć, to  tylko  bezpośrednio  od mojej  kuzynki".  I  „nie 

będę się wtrącać", a także „mam nadzieję, że okaże się pan przygotowany na wszystko, 

czegokolwiek się dowie". 

Przygotowany, dobre sobie! Tak kończy się piękny sen o przyszłości z panną Foxe 

- nie, z lady Honorią. 

Lady Honoria! 

Chciało mu się śmiać z powodu własnej głupoty. Miał nadzieję, że po przekazaniu 

„Rybitwy"  w  ręce  jej prawdziwego  kapitana,  nadal  będzie  mógł  przyjaźnić  się  z  panną 

Marie Foxe. Był w końcu synem dżentelmena, a jego brat, sir Nigel, bardzo dobrze się 

ożenił, bo z córką wicehrabiego. Nijak to się jednak miało do możliwości związania się z 

córką angielskiego hrabiego, bardzo ważnej figury w kołach rządowych. 

Przecież mimo przynależności do odmiennych kręgów społecznych istniała między 

nimi silna więź. Ona również była świadoma łączącego ich pokrewieństwa duchowego i 

budzącego się między nimi pragnienia bliskości fizycznej. Taka więź nie występowała w 

jego kontaktach z innymi kobietami. Może ta spójnia była czymś cennym, ale wyłącznie 

tam,  w  Kornwalii.  Dla  szerszego  świata  nie  znaczyła  nic.  Nawet  gdyby  chodziło  o  po-

wszechnie szanowanego Gabriela Hawkswortha, młodszego brata irlandzkiego barona. 

Nic  dziwnego,  że  lady  Foxe  zapytała  go,  czy  jest  gotowy  na  to,  czego  może  się 

dowiedzieć. Znowu dopadła go złość. Dlaczego panna Foxe - nie, lady Honoria - pozwo-

liła mu jechać do Londynu bez ostrzeżenia? Może myślała, że obietnica pomszczenia jej 

krzywdy jest pustą przechwałką. Może sądziła, że nawet gdyby chciał przeprowadzić to, 

co obiecywał, i tak mu się nie uda. 

Na jej usprawiedliwienie przemawiał fakt, że nie wiedziała, iż on wyruszy W drogę 

tak szybko, ani że przed wyjazdem porozmawia z lady Foxe. Bez listu polecającego do 

lady Alicii prawdopodobnie nie dowiedziałby się o szczegółach starego skandalu oraz nie 

odkryłby jej tożsamości. 

Musiał przyznać, acz niechętnie, że rozumie jej niechęć do ujawnienia prawdziwe-

go nazwiska, jeśli nie da się nic zrobić dla poprawy jej sytuacji. A po tym wszystkim, co 

ją spotkało, miała pełne prawo zachować ostrożność. 

T L

 R

background image

To i tak bez znaczenia, skoro nie ma dla nich przyszłości. Chyba że jej reputacja 

jest zniszczona bezpowrotnie, a towarzyska banicja nieodwracalna. W takim przypadku 

będą mogli stworzyć własny świat, w którym ona nie będzie nieosiągalna dla młodszego 

brata irlandzkiego barona. 

Mimo  wszystko  Gabe  postanowił  dotrzeć  do  Cygana i  zmusić  go  do  wyjawienia, 

kto go wynajął. Potem skonfrontuje się z tym kimś, kto bezwzględnie zniszczył reputację 

młodej, niewinnej kobiety. 

- Panie Hawksworth, dobrze się pan czuje? - Z zadumy wyrwał go zatroskany głos 

lady Alicii. 

- Ależ tak, szanowna pani. Zastanawiałem się tylko nad następnymi krokami. 

- Wspomniał pan, że zamierza przywrócić lady Honorii jej utracone dobre imię. W 

tym kierunku będą zmierzały pana następne poczynania? 

- Tak, szanowna pani. 

-  Szczytny  cel.  Niestety,  obawiam  się,  że  moja  opowieść  nie  na  wiele  się  panu 

przyda. 

- Przeciwnie. Okazała się bardzo pomocna. Jeszcze raz dziękuję, że zechciała pani 

przyjąć osobę kompletnie pani obcą. 

Przed wyjściem Gabe musiał obiecać starej damie, że poinformuje ją o wynikach 

dochodzenia i o tym, czy powiodła się próba odzyskania reputacji lady Honorii. 

Odkrycie  prawdziwego  nazwiska panny  Foxe  zachęciło  Gabe'a  do  dalszych  ener-

gicznych poszukiwań. 

Postanowił udać się natychmiast do sklepu jubilera Phillipsa, od którego miał na-

dzieję dowiedzieć się, jak znaleźć Cygana. 

Po krótkiej podróży dorożką znalazł się na Bond Street przed sklepem jubilerskim. 

Jak należało się spodziewać po sklepie, którego klientką była lady Honoria - Gabe wciąż 

nie mógł się oswoić z tym imieniem - był to elegancko umeblowany lokal, oferujący gu-

stownie oprawione i niewątpliwie kosztowne cacka. 

Powiedział  sprzedawcy,  że  przyszedł  porozmawiać  z  panem  Phillipsem  w  czysto 

prywatnej sprawie. Właściciel sklepu nie kazał na siebie długo czekać. Wysoki, szczupły, 

budzący zaufanie wyglądem, zaprosił Gabe'a do gabinetu. 

T L

 R

background image

- Czemu zawdzięczam pańską wizytę, panie... - zagadnął. 

- Hawksworth - przedstawił się Gabe. - Poznałem niedawno handlarza brylantów, 

który  zachęcił  mnie  do  inwestowania  w  te  drogie  kamienie.  Jego  towar  wyglądał  na 

pierwszy  rzut  oka  dobrze,  ale  ja,  nie  będąc  ekspertem,  chciałbym  skonsultować  się  z 

kimś, kto ekspertem jest, zanim zdecyduję się na zakup. Ten handlarz twierdził, że panu 

dostarcza kamienie. Wysoki, szczupły, elegancki, z lekka egzotyczna uroda, niejaki Ste... 

- Steven Hebden - wtrącił Phillips. - Zgadza się. Kupowałem od niego brylanty. 

Hawksworth zaniemówił. Po raz drugi w dniu dzisiejszym. 

- Mówi pan Hebden? Steven Hebden? - powtarzał machinalnie. 

- Tak. Rozumiem pańską ostrożność, gdyż jest coś niezwykłego w jego wyglądzie, 

ale proszę mi wierzyć, że brylanty, które mi dostarczał, były zawsze najwyższej jakości. 

Mieszka przy Bloomsbury Square, o ile wiem. Posyłałem tam po niego, ile razy zamie-

rzałem dokonać kolejnego zakupu. 

Jubiler uśmiechnął się przymilnie do Gabe'a. 

- Wspominał pan o zamiarze zainwestowania w brylanty? Mógłbym pana zapew-

nić,  że  zakup  oprawionych  kamieni  stanowiłby  równie  rozsądną  lokatę  kapitału.  Mam 

obecnie kilka pięknych kompletów, mogących zadowolić najwykwintniejszy gust. 

-  Dzisiaj  spieszę  się,  może  innym  razem  -  wykręcił  się  Gabe,  wciąż  nie  mogąc 

ochłonąć ze zdziwienia. - Pamięta pan, który to dom na Bloomsbury Square? - Położył 

na biurku przed jubilerem złotą gwineę. 

Złotnik bez słowa schował monetę do kieszeni. 

- Zapytam asystenta. On wzywał Hebdena. 

Po wyjściu ze sklepu Gabe złapał na najbliższym postoju kolejną dorożkę. W dro-

dze na Bloomsbury Square porządkował myśli. 

Hebden!  Dlaczego  Cygan  posługuje  się  rodowym  nazwiskiem  barona  Framlin-

ghama? Może nieślubny syn barona nie zginął w pożarze sierocińca. 

Lady Alicia mówiła, że Cyganka przed popełnieniem samobójstwa rzuciła klątwę 

na wszystkie rodziny zamieszane w skandal. Znając temperament Cyganów, Gabe mógł 

z  łatwością  wyobrazić sobie, że dorosły  syn  zamordowanego  ojca  i pchniętej do  samo-

T L

 R

background image

bójstwa matki pozwoli użyć się jako narzędzie zemsty na wyklętych przez matkę rodzi-

nach. 

Czy działał sam? Czy tylko on jest odpowiedzialny za zniszczenie życia niewinnej 

dziewczyny? Nieistotne, czy Cygan miał słuszny powód do zemsty, czy nie. Gabe repre-

zentował inne rozumienie honoru i zamierzał zademonstrować je nawet przy użyciu pię-

ści jako decydującego argumentu. 

Ulice londyńskie były o tej porze dnia mocno zatłoczone, ruch zwalniał co chwila. 

Gabe już miał wystawić głowę za okno i ponaglić dorożkarza do szybszej jazdy, gdy do-

rożka nagle zatrzymała się. 

- Musi to być ten dom, gubernatorze - oznajmił usłużnie dorożkarz. 

Gabe rzucił mu garść monet i wyskoczył z pojazdu. 

W stanie ducha, w jakim był - podniecony czekającą go rozmową i wciąż nie mo-

gąc się pogodzić z rewelacjami na temat panny Foxe - stukał do drzwi kołatką głośniej, 

niż wypadało. Drzwi otwarły się powoli, stał w nich wysoki, śniady mężczyzna w orien-

talnym stroju i zawoju na głowie. 

- Chciałbym rozmawiać z panem Hebdenem w sprawie niecierpiącej zwłoki. 

Mężczyzna nie odzywał się wystarczająco długo, by Gabe poczytał to za urazę i zi-

rytował się jeszcze bardziej. Zauważył jego sztylety z rękojeścią wysadzaną drogimi ka-

mieniami, zatknięte za szarfę przepasaną w stanie. 

- Tysiąckrotnie przepraszam, Sahib, ale pana nie ma - powiedział wreszcie sługa. 

- Nie ma go czy nie przyjmuje? 

- Nie ma go w domu. 

- To prawda? Może się rozejrzę, by się osobiście upewnić! 

- Jeśli Sahib spróbuje, ja go zatrzymam. 

Lokaj  wyglądał  na  sprawnego  fizycznie  i  chyba  umiał  posługiwać  się  sztyletem. 

Gabe miał chęć zmierzyć się z nim, jednak się opanował. Awantura i interwencja konsta-

bla policji,  który  postawiłby  mu zarzut naruszenia miru  domowego  londyńskiego  dżen-

telmena, nie stanowiłyby dobrej rekomendacji w oczach znakomitej rodzinny lady Hono-

rii, jeśli  kiedykolwiek  przyjdzie mu ją spotkać,  jakkolwiek  mało  prawdopodobne to  się 

wydaje. 

T L

 R

background image

Niechętnie odstąpił od progu. 

- Kiedy spodziewasz się powrotu pana? - spytał niezadowolony, że umyka mu oka-

zja do stoczenia satysfakcjonującej bójki. 

- Nie wiem, Sahib. 

- Coś musisz wiedzieć. Jeszcze dzisiaj? Jutro? W przyszłym tygodniu? 

Człowiek w turbanie był kompletnie odporny na zaczepne zachowanie Gabe'a. 

- Nie wiem, Sahib - powtórzył. 

- Lepiej przyznaj się, że nie chcesz powiedzieć - mruknął Gabe. Zrozumiał, że zo-

stawienie  wiadomości  będzie  bezcelowe.  Jeśli  chce  spotkać  Cygana,  musi  przyjść  póź-

niej. - W porządku, jeszcze tu wrócę. 

-  Spodziewam  się,  że  będzie  pan  godnym  przeciwnikiem,  Sahib.  -  Przez  twarz 

Hindusa przemknął cień uśmiechu. - A zatem do następnego razu? 

- Niewykluczone. - Gabe był mimo wszystko ubawiony sytuacją. 

Doszedł do wniosku, że wiele osiągnął. Odkrył, że kobieta, która go fascynuje, jest 

poza  jego  zasięgiem,  a  jej  upadek  mógł  być  zaplanowany  przez  cygańskiego  bastarda 

dawno  zmarłego  angielskiego  barona,  i  że  uzbrojony  w  sztylet  hinduski  służący  uważa 

go za odpowiedniego przeciwnika. 

Irytacja, niecierpliwość i natarczywość na nic się już dzisiaj nie przydadzą. 

T L

 R

background image

Rozdział osiemnasty 

 

Tydzień  później  Honoria,  jak  co  dzień,  wybierała  się  przed  południem  do  szkoły 

pastora Gryffda. Eva czyniła wielkie postępy w rysunku pastelami, pozostałe dziewczęta 

też  dostarczały  wielu  powodów  do  satysfakcji.  Czy  mogłaby  sobie  to  wcześniej  wyob-

razić? Rozkapryszona lady Honoria, która kiedyś z trudem wytrzymywała dwie godziny 

zajęć  z  guwernantkami,  teraz  spędza  całe  przedpołudnia  jako  nauczycielka  w  wiejskiej 

szkółce. Żadna z jej londyńskich przyjaciółek by w to nie uwierzyła. 

Choć obecne zajęcie sprawiało jej dużą przyjemność, odczuwała pewien dyskom-

fort. Zdawała sobie sprawę z tego, że tęskni za nieobecnym Gabrielem Hawksworthem. 

W  czasie  pamiętnej  rozmowy  w  zatoczce  powiedział,  że  zamierza  przeprowadzić  do-

chodzenie  w  jej  sprawie,  była  jednak  zaskoczona  i  rozczarowana,  gdy  okazało  się,  że 

opuścił  Kornwalię  bez  pożegnania.  Poczuła  się  wręcz  rozżalona,  a  nawet  odrobinę  za-

zdrosna na wieść, że kapitan znalazł przed wyjazdem czas, by porozmawiać z lady Foxe. 

Ciotka uspokoiła ją, że dotrzymała tajemnicy. Zdaniem lady Foxe, Honoria powin-

na była wyjawić kapitanowi prawdziwe nazwisko wtedy, gdy powierzyła mu sekrety do-

tyczące okoliczności przyjazdu do Kornwalii. Ponieważ tego nie uczyniła, lady Foxe nie 

czuła się upoważniona do zrobienia tego w jej imieniu. Natomiast dała mu list polecający 

do  swojej  londyńskiej  przyjaciółki,  lady  Alicii,  ponieważ  kapitana  interesował  dawny 

skandal. Obecnie, dodała lady Foxe, kapitan zna już przebieg wydarzeń sprzed lat, a tak-

że prawdziwe nazwisko Honorii. Nie omieszkała też powiedzieć, że nie byłaby zdziwio-

na, gdyby Gabriel Hawksworth miał żal do Honorii o to, że nie zaufała mu całkowicie, 

zwłaszcza że, o czym lady Foxe była przekonana, darzy Honorię uczuciem. 

Czy rzeczywiście? Honoria zadawała sobie to pytanie raz po raz, jadąc samotnie do 

Sennlack. Jeśli to prawda, to czy uczucie przetrwa, gdy Gabriel się dowie, że nie była z 

nim  do  końca  szczera?  Wróciła  myślami  do  rozmowy  w  zatoczce.  Nie  potrafiła  zde-

cydować, dlaczego  wyjawiła  skrzętnie skrywany  sekret, jednocześnie  zachowując  w ta-

jemnicy  swoje  prawdziwe  nazwisko.  Może  powstrzymała  ją  ostrożność  podyktowana 

złym doświadczeniem. Czy okaże się, że popełniła fatalny błąd? Czy gdyby wiedziała, że 

T L

 R

background image

kapitan  tak  szybko  wyjedzie  do  Londynu,  znalazłaby  w  sobie  dość odwagi,  by  wyznać 

mu wszystko? 

Zrozumiała, że zależy jej na opinii Gabe'a Hawkswortha. Ten niezwykle pociąga-

jący  mężczyzna  nie  ograniczył  się  do  okazania  zainteresowania  i  czułych  pocałunków, 

ale  zamierzał  jej pomóc  w  odzyskaniu dobrego  imienia, a  także ukarać  winnego.  Przez 

ostatni tydzień miała dość czasu na zastanowienie się nad tym, co czuje do kapitana. By-

ła przekonana, że z żadnym mężczyzną nie połączyła jej tak niezwykle silna więź zarów-

no duchowa, jak i cielesna. Wiedziała, że rozpaczałaby, gdyby doszło do rozstania z Ga-

brielem rozżalonym jej postępowaniem. 

Prawdopodobnie nie ma powodu do niepokoju, uspokoiła się, zbliżając się do za-

budowań plebanii. Wjechała na podwórze przed stajnią. Postanowiła, że zabierze Evę do 

zatoczki  kapitana,  by  utalentowana  dziewczynka  naszkicowała  tamtejsze  zapierające 

dech  widoki.  Miała  nadzieję,  że  malownicza  sceneria  zainspiruje  nie  tylko  artystyczną 

wyobraźnię Evy, lecz także ją do bardziej optymistycznego patrzenia na świat. 

Oddała parobkowi wodze klaczy i energicznym krokiem ruszyła do klasy. Nikogo 

w  niej nie zastała.  Zaniepokojona  zawróciła  w  stronę  wikarówki.  Na jej  pukanie  otwo-

rzyła gospodyni. 

- Dzień dobry, pani Wells. Czyżbym się pomyliła? Czy dzisiaj wypada jakieś świę-

to? 

- To panienka nie słyszała? Zawołam pastora, zanim wyjdzie. 

Pokazał się wielebny Gryffd. Na jego zazwyczaj pogodnej twarzy malował się nie-

pokój. 

-  Co  się  dzieje?  -  zagadnęła  bez  żadnego  wstępu  Honoria.  -  Coś  złego  spotkało 

dzieci? 

- Nie. Przejeżdżający tędy górnik powiedział nam, że widział, jak przemytnicy  w 

biały dzień przerzucają na ląd kontrabandę ze statku. Myślałem, że po ostatniej wpadce z 

nowym strażnikiem celnym, ludzie zrozumieli, że jest to zanadto niebezpieczne, ale naj-

widoczniej ktoś postanowił robić to nadal. Boję się, że patrol straży zorientuje się w sy-

tuacji i dojdzie do konfrontacji. W przenoszeniu towarów pomagają zarówno mężczyźni, 

T L

 R

background image

jak i kobiety, dlatego dzieci musiały zostać w domach. Spieszę się, bo chciałbym prze-

mówić ludziom do rozumu. Może uda się zapobiec rozlewowi krwi. 

- Nie obawia się pastor o siebie? 

- Pozostawiam to Wszechmogącemu. Wiem tyle, że muszę tam jechać. 

-  Czy...  to  kapitan  Hawksworth  przypłynął  z  towarem?  -  przestraszyła  się  nagle 

Honoria. 

-  Tamsyn  wspomniała,  że  „Rybitwa"  wyszła  z  portu  przed  kilkoma  dniami.  Cał-

kiem możliwe, że rozładowują statek dowodzony przez kapitana. 

Honorię ogarnął strach. 

- W takim razie ja też jadę - powiedziała. 

- To nierozsądne, moja droga... 

- Pojadę. Nie zamierzam się mieszać do tego, co robią przemytnicy. Z bezpiecznej 

odległości, zza jakiejś skały, będę obserwowała to, co tam się dzieje. Jeśli Gabe, to jest 

kapitan Hawksworth, w tym uczestniczy, muszę tam być. 

Pastor przestał oponować. 

- Dobrze. Zatem bierzmy konie. 

- Czy ojciec wie, gdzie odbywa się wyładunek? - zapytała po drodze do stajni. 

- W zatoczce, nad którą dominuje wieża na wrzosowisku, obok starego kamienne-

go  domku.  W  ubiegłym  stuleciu  ktoś  połączył  tunelem  plażę  z  domkiem.  Ostatnio  nie 

korzystano z tego miejsca. Ludzie widocznie uznali, że straż go nie zna, dlatego zostało 

wybrane właśnie teraz. 

Honoria pomyślała, że pastor wie zadziwiająco dużo o procederze przemytniczym. 

Uprzytomniła sobie, że opis podany przez pastora pasuje do zatoczki, którą Eva pokazała 

jej i kapitanowi. 

- Kto organizuje przerzut towaru? - spytała. 

Pastor nie odpowiedział od razu. Najwyraźniej doszedł jednak do wniosku, że wy-

starczająco dużo ujawnił na temat obecnej akcji i głupio byłoby udawać, że nie wie. 

- John Kessel. Przeważnie on zajmuje się ściąganiem na ląd towaru ze statków bra-

ta. 

T L

 R

background image

Droga  z  Sennlack  wiodła na południe.  Wiał  silny  południowy  wiatr.  Honoria do-

myśliła się, że przy takim wietrze fale będą się piętrzyły w wąskim wejściu do zatoczki, 

co sprawi, że stanie się ono wyjątkowo niebezpieczne. 

Zastanawiała się, na co zdecydują się agenci celni: zaczają się na plaży czy w po-

bliżu wylotu z tunelu, gotowi ostrzelać przemytników, gdyby ci stawiali opór. Wezmą na 

cel Gabe'a jako kapitana? 

Droga dłużyła się jej niemiłosiernie. Gnębiły ją złe przeczucia, żołądek podchodził 

do  gardła ze  strachu.  Uzmysłowiła  sobie  prawdę,  której nie chciała  do siebie dopuścić. 

Pokochała Gabriela Hawkswortha. Człowieka, którego przyszłość rozstrzygnie się za kil-

ka godzin w taki sposób, że albo zarobi worek złota, albo zostanie schwytany i na resztę 

życia wtrącony do więzienia, jeśli wcześniej nie dostanie kulki między oczy z ręki goto-

wego na wszystko strażnika. 

Zrozumiała, że niezależnie  od swojego urodzenia  i  obecnego  zajęcia,  kapitan  jest 

prawdziwym dżentelmenem, ceniącym honor, troszczącym się o zależnych od siebie lu-

dzi,  okazującym  bliźnim  współczucie.  Obnoszący  się  ze  swymi  tytułami  znudzeni  ary-

stokraci, których spotykała w salonach, nie dorastali mu do pięt. Jeśli on kocha ją tak jak 

ona jego, rozmyślała Honoria, to jej przeznaczeniem jest życie u jego boku, bez względu 

na to, dokąd on pójdzie i co zechce robić. 

Mimo  wszystko  miała nadzieję,  że  mówił  poważnie  o  zamiarze porzucenia  obec-

nego zajęcia. Chciała móc liczyć na długie lata wspólnego życia, bez obawy, że za kolej-

nym zakrętem czeka agent celny z wymierzoną bronią, albo że za następną zatoczką pły-

nie okręt marynarki królewskiej, gotowy zepchnąć jego statek na skały. 

Wyczuwała, że popycha go w jej stronę potężna siła, ale nie miała pewności, czy 

kapitan będzie zainteresowany czymś więcej ponad przelotny romans. Jeśli zależało mu 

na  niej  tak  bardzo,  że  wybrał  się  do  Londynu,  by  znaleźć  dowody  jej  niewinności,  to 

chyba musiał żywić do niej głębsze uczucie? A może podjął się tego zadania, bo tak na-

kazywało mu silnie zakorzenione poczucie sprawiedliwości, cecha dżentelmena? 

Czy ukrywając przed nim prawdziwe nazwisko zraniła go, okazując brak zaufania? 

Zapewne tak, ale jeśli mu na niej rzeczywiście zależy, to chyba okaże się gotowy wyba-

czyć jej ten nadmiar ostrożności. 

T L

 R

background image

Takiego rodzaju myśli oraz obawy o to, co zastaną na miejscu wyładunku kontra-

bandy,  zajmowały  Honorię zmierzającą  wraz  z  pastorem  drogą  na południe.  Próbowała 

zachować zimną krew, tłumacząc sobie, że jest przewrażliwiona, ale okazała się zupełnie 

nieprzygotowana na to, co ujrzała, gdy wjechali na szczyt wzniesienia, skąd widać było 

kamienny domek. Wyłaniał się z niej sznur ludzi - kobiet i mężczyzn - niosących baryłki, 

które składali na czekających wiejskich wozach, a w wejściu do domku stała Eva. Pilno-

wała wylotu z tunelu. 

Na ten widok pierwotny plan Honorii trzymania się w ukryciu wziął w łeb. Ogar-

nęła ją wściekłość, że szmuglerzy zaangażowali dziecko. Nie miała przy tym wątpliwo-

ści,  czyja  to  sprawka.  Zmusiła  klacz  do  galopu,  głucha  na  okrzyki  próbującego  ją  po-

wstrzymać pastora. Gdy znalazła się przed domkiem, zeskoczyła z siodła. Objęła wolną 

ręką Evę, która do niej podbiegła. 

- Zabieram cię do domu. Tu jest niebezpiecznie. 

Zdenerwowana dziewczynka właśnie zaczęła sygnalizować dłońmi, że musi zostać, 

gdy z chaty wyłonił się John Kessel. 

- Co ten bachor robi? Wracaj na miejsce! 

- Ona nie wróci - oznajmiła stanowczo Honoria. - Pojedzie ze mną. 

- A kto pannie dał prawo do mieszania się w nasze sprawy? Jej matka wie, że ona 

tu jest, i chętnie zgarnie forsę, którą jej zapłacę. Założę się, że jest szczęśliwa, iż ktoś za-

dbał o to, by jej niedorozwinięta córka okazała się użyteczna. Strażnicy, jeśli wpadnie w 

ich łapy, nie wydobędą z niej wielu informacji - dodał ze śmiechem. 

Honoria  nie  zamierzała  dyskutować,  choć  Kessel  wypowiedział  wiele  krzywdzą-

cych Evę słów. 

- Tu nie jest bezpiecznie dla dziecka - powiedziała. - Znajdź sobie kogoś innego na 

jej miejsce. Ja zabieram Evę ze sobą. 

- To nie panny interes, co tu się dzieje. Niech panna wraca na tej swojej zgrabnej 

kobyłce do cioci i zajmie się robótkami. A jeśli panna ma rozum, to jak spotka po drodze 

patrol straży przybrzeżnej, zapomni o tym, co tu widziała. 

Narastająca  złość  kazała  Honorii  porzucić  wszelką  ostrożność.  W  zaciętej  twarzy 

Johna Kessela ujrzała kolejnego złego mężczyznę, zdecydowanego osiągnąć egoistyczny 

T L

 R

background image

cel, choćby po drodze przyszło mu narazić bezbronną istotę. Prawo angielskie było suro-

we, może nawet za surowe. Dzieci niewiele starsze od Evy były deportowane z kraju za 

mniej poważne czyny niż obłożony najwyższymi karami przemyt. Honoria nie zamierza-

ła pozwolić na to, by Eva zapłaciła taką cenę za niewinność. 

- Przykro mi, że się sprzeciwiam, Kessel, ale Eva nie może zostać. Eva, usiądziesz 

za mną. 

Dziewczynka stała bez ruchu, przestraszona i zdezorientowana. 

Kessel złapał ją za rękę. 

- A ja mówię, że nigdzie jej panna nie zabierze, dopóki nie skończymy. Rozumie 

panna? 

-  A  jak  nie,  to  co?!  -  Honoria  kipiała  z  gniewu.  -  Pobijesz  mnie?  Uderzysz  bez-

bronną kobietę? Bardzo to do ciebie podobne. 

Kessel  puścił  rękę  dziewczynki  i  ruszył  w  stronę  Honorii.  Zaczęła  się  cofać,  go-

rączkowo rozglądając się za jakimś narzędziem, które mogłoby posłużyć do obrony, kie-

dy padł pierwszy strzał. 

T L

 R

background image

Rozdział dziewiętnasty 

 

Niespokojny  z  powodu  opóźnionego  o  pięć  dni  powrotu do  Kornwalii,  spowodo-

wanego  złą  pogodą  i  awariami  dyliżansów,  Gabe  pokonywał  ostatni  odcinek  drogi  do 

Sennlack na koniu wynajętym w Penzance. Przed odstawieniem zmęczonego zwierzęcia 

do stajni w gospodzie postanowił zajrzeć do portu i sprawdzić, co dzieje się z „Rybitwą". 

Statek był niemal gotowy do wyjścia w morze przed jego wyjazdem do Londynu. 

Gabe spodziewał się, że wypłynie jeszcze dzisiaj. Zanim to nastąpi, będzie musiał 

wykroić czas na spotkanie z pewną damą. Miał do opowiedzenia historię, która niewąt-

pliwie ją zainteresuje, choć niepełną. Uzupełni ją po dotarciu do Cygana; był  wściekły, 

że spotkanie z nim był zmuszony odłożyć na później. 

Jak ona zareaguje, gdy dowie się, że on zna prawdę? Jak on postąpi, kiedy stanie 

przed nią twarzą w twarz? O tym, jak będzie wyglądało ich spotkanie, rozmyślał niemal 

przez całą długą i nudną podróż z Londynu. Mimo to nie był bliższy decyzji, jak się za-

chować w tej nowej sytuacji, niż wtedy, gdy niczym grom z jasnego nieba spadła na nie-

go wiadomość, że panna Foxe to lady Honoria Carlow. Zatrzymał konia w miejscu, skąd 

widać było port. Czy powinien zachować uprzejmy, pełen uszanowania dystans należny 

córce hrabiego ze strony młodszego syna ziemiańskiej rodziny?  - zastanawiał się Gabe. 

A może uściskać ją gorąco na powitanie jak mężczyzna, któremu ona pozwoliła zakosz-

tować smaku swoich ust? 

Bił się z myślami, ale wzrokiem szukał „Rybitwy". Miejsce, w którym zazwyczaj 

stała na kotwicy, było puste. Rozejrzał się raz jeszcze, próbując przebić wzrokiem gęst-

niejącą  mżawkę.  „Rybitwy"  nie było  w  porcie.  Pognał  konia  do  wioski.  Kto  śmiał  wy-

prowadzić bez niego statek w morze? Nie miał czystego sumienia, wszak opóźnił powrót 

do Kornwalii, co tylko potęgowało jego złość, niemniej czuł się zdradzony. 

Złe przeczucia nasiliły się, gdy zeskoczył z siodła na podwórzu gospody i nikt nie 

wyszedł ze stajni, by zająć się jego koniem. Zajrzał do wnętrza, by stwierdzić, że nikogo 

tam nie ma. W tej sytuacji sam rozsiodłał i wytarł konia, po czym skierował kroki do go-

spody. Tu również, jak się obawiał, nie było żywego ducha. Wyszedł na pomost, z które-

T L

 R

background image

go rozciągał się widok na zatokę. Stary rybak Jory siedział na swoim zwykłym miejscu, 

palił fajkę i niewidzącymi oczami patrzył w morze. 

- Gdzie wyładowują? - zagadnął bez powitania Gabe. 

-  Na  równinie,  będzie  ze  cztery  mile  od  wioski.  Jest  tam  tunel  wykopany  od  za-

toczki do starego kamiennego domku. Z drogi widać kamienną wieżę na wrzosowisku. 

Opis pasował do miejsca, gdzie zaprowadziła ich Eva, pomyślał Gabe i poczuł się 

nieswojo. Wrócił pospiesznie do stajni, zadowolony, że został tam jeden wypoczęty koń. 

Pół  godziny  później  zbliżał  się  do  wzniesienia,  zza  którego  widział  czubek  wieży,  gdy 

ciszę rozdał ostry dźwięk. Gabe był żołnierzem. Rozpoznał odgłos wystrzału z karabinu 

tak  nieomylnie  jak  po  zawodzeniu  wiatru  w  żaglach  wnioskował,  że  nadszedł  moment 

stosowny do wykonania zwrotu statku. 

Popędził konia, wjechał na szczyt wzniesienia i zatrzymał się, by zorientować się 

w  sytuacji  poniżej.  Tylko  świeży  rekrut  pcha  się  do  bitwy  na  oślep.  Postanowienie  za-

chowania się zgodnego z tą ponadczasową mądrością legło w gruzach, gdy w oddali uj-

rzał  drobną  postać  w  ciemnoniebieskiej  amazonce,  przykucniętą  za  ścianą  kamiennego 

domku. Po chwili przemknęła obok niego klacz, którą lady Foxe użyczyła kuzynce. 

W obliczu niebezpieczeństwa przestało mieć znaczenie, jak zostanie przyjęty, ser-

decznie czy ze wzgardą. Gabe zmusił konia do galopu. Pędząc, zauważył, że było tylko 

czterech,  najwyżej  pięciu  agentów  straży  celnej,  ostrzeliwujących  konwój  wozów  far-

merskich  załadowanych  kontrabandą. Widocznie nie  dostali informacji  o  lądowaniu  ła-

dunku  dostatecznie  wcześnie,  by  wezwać  na  pomoc  piechotę  stacjonującą  w  pobliskim 

garnizonie wojskowym. 

Gabe zdołał się zorientować, że strażnikami celnymi dowodzi ów nowy agent, któ-

rego wyłowił z wody na wpół podtopionego w zatoce. Być może chciał wziąć odwet za 

upokorzenie oraz niepowodzenie w przechwyceniu tamtej partii towaru i postanowił nie 

czekać  na  posiłki.  Gabe  bez  trudu  domyślił  się,  kto  był  tak  głupi  i  bezczelny,  żeby  po 

tamtym zakończonym niemal katastrofą lądowaniu, zarządzić kolejne w biały dzień. 

Czy nie przestrzegał Dickina przed skutkami lekkomyślności brata? Jak przyjaciel 

mógł pozwolić Johnowi wydać rozkaz wyjścia „Rybitwy" w morze pod nieobecność jego 

kapitana? To przecież jego statek. 

T L

 R

background image

Będąc już całkiem blisko domku, Gabe słyszał gorączkowe nawoływania tych, któ-

rzy nie zdążyli załadować towaru na wozy, by się cofnąć do domku. Niewątpliwie po to, 

by  uciec  tunelem.  Agenci  celni  widocznie  zrozumieli  to  również,  bo  skoncentrowali 

ogień na ludziach zajmujących się ładowaniem beczułek z towarem na wozy. Ci schronili 

się za wozami, chaotycznie ostrzeliwując się z garłaczy i wszelkiej innej broni, jaką tylko 

mieli, inni zaś zbroili się naprędce w drągi, pałki i widły, gotując się do odparcia ataku 

wręcz w obronie towaru. 

Gabe zauważył z zadowoleniem, że panna Foxe, korzystając z zamieszania, zacią-

gnęła Evę w miejsce osłonięte od kul przez wystające z ziemi rumowisko skalne. Gdyby 

jemu udało się przejechać za domek, co było możliwe, gdyż strażnicy nadal koncentro-

wali  wysiłki  na próbie  zawładnięcia  towarem  złożonym  na  wozach,  miałby  szansę  wy-

prowadzenia panny Foxe i Evy na skraj klifu, gdzie wsadziłby je na konia i wywiózł po-

za zagrożenie. Potem mógłby wrócić i policzyć się z braćmi Kesselami. 

Obejrzał  się  za  siebie.  Nie  zanosiło  się  na  przełom  w  potyczce  między  agentami 

celnymi a ludźmi z Sennlack. Ci pierwsi mieli przewagę ogniową, ale tych drugich było 

więcej i wozy dawały im doskonałą osłonę. 

Gabe  skoncentrował  uwagę  na  sytuacji  wokół  domku.  W  drzwiach  pokazał  się 

John Kessel. Wyjrzał z tunelu, by ocenić stan walki o towar. Zauważył go również młody 

oficer, którego Gabe uratował z wody, i zaszarżował z pistoletem wyciągniętym do strza-

łu. 

Gabe'owi pozostało do rumowiska skalnego mniej niż sto kroków, gdy Kessel rzu-

cił się w tamtą stronę i Gabe mógł tylko patrzeć bezsilnie, jak chwycił Evę i zasłonił się 

nią niczym tarczą. 

- Masz tylko jeden strzał, sukinsynu! - wrzasnął Kessel do oficera. - Strzelaj, a tra-

fisz bachora. 

Oficer zatrzymał konia, zdezorientowany, ciągle jednak mierzył w stronę Kessela. 

Eva wyrywała się Johnowi, ale to wcale nie przeszkadzało mu nadal się nią zasłaniać. 

- Radzę ci odjechać, zanim dopadną cię moi ludzie! - wołał. 

W tym momencie z domku wybiegła Laurie. 

- Puść ją! - krzyknęła rozpaczliwie i rzuciła się w stronę siostry. 

T L

 R

background image

Oficer  nie  wiedział,  co  robić.  Nie  chciał  strzelać  do  dziecka  i  dziewczyny.  Gabe 

zeskoczył z siodła. Kilka kroków dzielących go od Kessela pokonał w ułamku sekundy. 

Wyrwał Evę zdezorientowanemu Johnowi, pchnął ją ku siostrze, a sam z impetem wpadł 

na niego, zwalając go z nóg. 

- Zabieraj ją i uciekajcie! - krzyknął do Laurie. - Daj kobietom odejść. Nic do nich 

nie masz - zwrócił się do oficera. 

Tymczasem  w  walce  o  wozy  górę  brała  strona  liczebniejsza.  Kiedy  agentom  cel-

nym  zaczęło  brakować  amunicji, przemytnicy  uzbrojeni  w  drągi  i pałki  wychodzili  zza 

wozów, okrążyli strażników, a zaraz potem ruszyli do bezpośredniego natarcia. Jeden z 

agentów, przyparty do wozu, był bezlitośnie okładany po głowie i plecach przez dwóch 

rozsierdzonych wieśniaków. 

Młody oficer ciągle mierzył z broni to do Gabe'a, to do Kessela. 

-  Nie  strzelaj  -  starał  się  przemówić  mu  do  rozsądku  Gabe.  -  Masz  tylko  jeden 

strzał. Wierz mi, jest was za mało. Zachowaj kulę, by wyprowadzić z pola bitwy swoich 

ludzi, zanim wieśniacy, upojeni przewagą i darmową whisky, rozniosą was na strzępy. 

Oficer wreszcie zrozumiał. Pchnął konia do galopu i zaszarżował na grupę znęca-

jących się nad przypartym do wozu agencie, oddając w tamtą stronę swój jedyny strzał. 

Wieśniacy rozbiegli się, oficer wciągnął rannego na siodło i zaczął wycofywać się z rów-

niny. Widząc, co się dzieje, pozostali czterej poszli jego śladem. 

Gabe podniósł się z ziemi i podbiegł do panny Foxe. 

- Co z panią? 

- W porządku. Brak mi słów, by wyrazić moją i Laurie wdzięczność za pana inter-

wencję. Gdyby nie pan, nie udałoby się wydrzeć Kesselowi Evy. Ale co z panem? Pan 

jest ranny! 

Gabe  obejrzał swoje  dłonie.  Krew sączyła  się  z  rozcięć  i  otarć  skóry  powstałych, 

gdy padł na skalisty grunt, rzucając się na Kessela. 

-  Drobiazg.  Proszę  wziąć  mojego  konia,  zawieźć  Evę  do  domu  i  wracać  do 

Foxeden. Jeśli się pani pospieszy, przyjedzie tylko trochę później niż pani klacz i oszczę-

dzi ciotce zmartwienia, że spadła pani z siodła i zabiła się. 

Zauważył, że chce protestować, ale ostatni argument przemówił jej do przekonania. 

T L

 R

background image

-  Słusznie.  Ciotka  zmartwi  się,  kiedy  się  dowie,  że  Psotka  wróciła  do  stajni  beze 

mnie. Jednak bardzo chciałabym z panem porozmawiać. Mam panu tyle do powiedzenia. 

-  Ja  pani  również.  Bardzo  wiele!  -  Teraz,  gdy  zagrożenie  minęło,  pozwolił  sobie 

popatrzeć zgłodniałym wzrokiem na jej kształtną postać. - Nie czas i miejsce na rozmo-

wy. Mam rachunki do uregulowania z panem Kesselem. Przyjedzie pani jutro do szkoły? 

- Jutro? - W głosie Honorii dał się wyczuć zawód. - Tak. Sądzę, że wytrzymam do 

jutra. 

Gabe pozwolił sobie na jeszcze jedną przyjemność: dotknął jej dłoni. 

- Doskonale. Niech pani zajmie się Evą. Trzeba ją uspokoić po tych przeżyciach. 

- Zawieziemy ją najpierw na plebanię - dał się słyszeć głos pastora Gryffda. 

Gabe odwrócił się zaskoczony. Duchowny zbliżał się, prowadząc jego konia. Pan-

na Foxe nie wydawała się zaskoczona obecnością wielebnego Gryffda. 

- Wykazałaś, dziewczyno, wielką odwagę, chroniąc Evę przed Kesselem - pochwa-

lił pannę Foxe pastor. - Dziękuję Bogu, że obie wyszłyście z tego bez szwanku. 

Dołączyła do nich Laurie. 

- Chciałam go powstrzymać, ojcze - powiedziała przez łzy - ale on nie słuchał. On 

nikogo  nie  słucha.  Dickin  przekonywał  go,  by  nie  organizował  przerzutu  za  dnia,  lecz 

John  mimo  to  zwołał  ludzi.  -  Machinalnie  roztarła  siniaka  na  policzku.  -  Idę  z  Evą  do 

domu. On groził, że mnie zabije, jeśli spróbuję od niego odejść, ale mnie już wszystko 

jedno. Nie wrócę do niego. 

Pastor Gryffd pokiwał współczująco głową. 

-  Zostaniecie  obie  na  plebanii.  Wasza  matka  również.  Eva  będzie  kontynuowała 

naukę i będziecie bezpieczne do czasu, aż zdecydujecie co dalej. 

- To niemożliwe. - Oczy Laurie najpierw rozbłysły nadzieją, po czym zgasły. - To 

wielka dobroć ze strony ojca, nie możemy jednak wciągać ojca w nasze kłopoty. 

- Jesteś jedną z moich owieczek. To także moje kłopoty - odparł miękko pastor. - A 

poza tym uważasz, że John Kessel ośmieli się zwrócić przeciwko duchownemu? 

- Mnie się zdaje, że on uważa się za potężniejszego od Boga - powiedziała Laurie. 

-  Nikt  nie  jest  potężniejszy  od  Boga.  Jednak  Wszechmocny  najchętniej  pomaga 

tym, którzy sami sobie pomagają. Zapewniam cię, że nie ma Kornwalijczyka, który oka-

T L

 R

background image

załby się silniejszy od Walijczyka, gdy ten wpadnie w gniew. Chyba wiesz, że nie uro-

dziłem  się pastorem. Musicie  się przenieść na plebanię.  Chociażby  ze  względu  na  bez-

pieczeństwo dziecka i waszej matki. Zdajesz sobie sprawę, że John Kessel, oby Bóg oca-

lił jego grzeszną duszę, nie cofnie się przed niczym, by nagiąć cię do swojej woli. 

Nikt z obecnych tego nie kwestionował. 

- A więc zostaniemy - zgodziła się Laurie. Po jej posiniaczonym policzku płynęły 

łzy. - Jak my się ojcu odwdzięczymy? 

Gabe ze zdumieniem zauważył, że pastor puszcza oko do dziewczyny. 

-  Pomyślę  o  tym  -  mruknął.  -  A  pani  -  zwrócił  się  do  panny  Foxe  -  może  jechać 

prosto do Foxeden. Evą zajmie się panna Laurie. Kapitan miał rację. Klacz na pewno po-

biegła prosto do stajni. Oszczędźmy zatem lady Foxe niepotrzebnego zmartwienia. 

- Cóż... skoro Eva zostaje z siostrą, to chyba ja jestem zbędna - przyznała Honoria. 

- Jeśli wezmę konia kapitana, to jak on wróci do miasteczka? 

- Muszę odnaleźć Richarda Kessela i załatwić pewne sprawy. Wrócę z nim do go-

spody - powiedział Gabe. 

- Dobrze, a więc do jutra. 

- Do jutra, panno Foxe - odparł, akcentując dwa ostatnie słowa. 

Rzuciła mu czujne spojrzenie, świadczące o tym, że zrozumiała, iż jej prawdziwe 

nazwisko nie stanowi dla niego tajemnicy. Skinęła nieznacznie głową, jak się domyślił, 

w podzięce, że nie zdradził jej przed innymi. 

Gabe przypuszczał, że znajdzie Dickina na plaży, gdzie prawdopodobnie nadzoro-

wał wyładunek towarów na ląd. Zawrócił w stronę kamiennego domku. Po krótkiej wę-

drówce tunelem wyszedł na plażę. 

-  Jesteś  -  powitał  go  Dickin.  -  Dasz  mi  w  mordę  czy  najpierw  wysłuchasz  wyja-

śnienia? 

- Wyjaśniaj, byle przekonująco. 

- Nie mam ci za złe, że jesteś wściekły, ale przecież wiedziałeś, że wyprawa była 

gotowa, jeszcze zanim wyjechałeś do Londynu. Jak dostaliśmy sygnał, że towar czeka na 

odbiór  we  Francji,  wyjście  w  morze było  tylko  kwestią  odpowiedniej pogody.  Zwleka-

łem  z  tym,  jak  mogłem,  ale  kiedy  z  południowego  wschodu  dmuchnął  śliczny  mały 

T L

 R

background image

sztorm, a John nalegał, by dłużej nie czekać, musiałem ustąpić. Conan Willes dowodził 

„Rybitwą"  już  wcześniej.  Jest  prawie  całkiem  zdrowy,  a  po  pięciu  miesiącach  spędzo-

nych  na  lądzie  aż  się  palił  do  wyjścia  w  morze.  Więc  mu  pozwoliłem.  To  była  bardzo 

pomyślna wyprawa. 

- A lądowanie? 

- Myślałem, że John zgodził się, iż nie należy sprowadzać kolejnej partii towaru za 

dnia.  Wyładunek  już  trwał,  gdy  się dowiedziałem,  że  nie posłuchał.  Było  za  późno,  by 

cokolwiek odwołać. Jestem pewny, że po dzisiejszym incydencie John nie będzie już te-

go próbował. Jake Dawes dostał kulę w łopatkę i jest wielu innych z obrażeniami. 

- Tak. To pewnie ci, co we trójkę kopali i bili jednego agenta - zauważył z przeką-

sem rzucił Gabe. 

- Chłopaków czasami ponosi - zlekceważył incydent Dickin. 

-  Chłopaki  biorą przykład  ze  swojego  szefa.  Dickin, twój brat  jest  poza  kontrolą. 

Nie! - zaprotestował, gdy przyjaciel próbował negować. - Nie uciszysz mnie. Tu nie cho-

dzi o to, że przejął mój statek i moją załogę. John gwiżdże na niebezpieczeństwo, na ja-

kie  naraża  ludzi,  i  krzywdę,  jaką  wyrządza.  Widziałeś  posiniaczoną  twarz  Laurie 

Steavens? 

- Zwracałem mu uwagę. - Dickin poczerwieniał ze wstydu. 

- I jak zareagował? 

Dickin czuł się coraz mniej komfortowo. 

- Powiedział, że to jego dziwka i zrobi z nią to, co mu się podoba. 

- Ona nie jest dziwką! To córka człowieka, który przez lata pracował u twojego oj-

ca!  Będziesz  czekał,  aż ją znajdziesz  któregoś  ranka dryfującą  w porcie  twarzą  do dna, 

jak ten górnik, który kiedyś wszedł w paradę Johnowi? 

- Nie wiemy, czy to zrobił John. - Dickin bronił brata. 

- Dickin, traktujesz go wciąż jak małego braciszka. Jesteś ślepy. Gdybyś mógł wi-

dzieć, jak się zasłaniał Evą i prowokował oficera, by do niej strzelił... 

- Jest młody. - Dickin patrzył w bok. - Wyrośnie z tego. Przywrócę go do pionu. 

- Potrafisz? - Gabe zapytał miękko. - Nie jestem pewien. Nawet, jeśli ci się to kie-

dyś uda, wielu ludzi zginie do tej pory. Ja nie mogę brać w tym udziału, Dickin. 

T L

 R

background image

- Nie przesadzaj. Wasze irlandzkie waśnie kończą się jeszcze bardziej krwawo. 

- Nie znasz mojego miłującego prawo i porządek brata! Może jednak zgadzam się z 

Nigelem co do jednego. Dotrzymam danego słowa i odsłużę obiecanych sześć miesięcy. 

Potem wyjeżdżam. Dla twojego własnego dobra i spokoju sumienia radzę ci, wycofaj się 

z tego także. 

-  I  zostawić  interes Johnowi?  -  Dickin pokręcił  smutno  głową.  -  Nie, przyjacielu. 

Muszę utrzymać ojca i gospodę, Tamsyn i resztę rodziny. Mam próbować zarobić na ży-

cie  na  morzu?  Łowić  ryby  i  liczyć  na  to,  że  kolejny  sezon  przyniesie  lepsze  połowy? 

Możesz się czuć zwolniony z obowiązku. Conan poradził sobie, choć morze było niespo-

kojne.  Myślę,  że  wyzdrowiał  dostatecznie,  by  przejąć  „Rybitwę".  Jesteś  wolny,  Gabe, 

możesz jechać, gdzie chcesz. Nasze rachunki są wyrównane. 

- Nigdy nie będą wyrównane. Nie da się spłacić człowieka, który ocalił ci życie. 

-  Jeśli  potrafimy  rozstać  się  w  przyjaźni,  będzie  to  wystarczająca  spłata.  Ale  po-

wiedz - Dickin obrzucił przyjaciela zaciekawionym spojrzeniem - co zamierzasz robić? 

- Nie czułem się dobrze, łamiąc prawo. Prawdę powiedziawszy, wstydziłem się. A 

i  widmo  szubienicy  za  każdym  zakrętem  też  nie  było  zabawne.  Cygańskie  przysłowie 

powiada, że nie da się iść prosto, gdy droga skręca. Z drugiej strony, kocham wyzwanie, 

jakie rzuca morze. Odkryłem też w sobie żyłkę do handlu. Myślę, że sprawię sobie statek 

i będę przewoził towary, ale legalnie. 

- Osiądziesz zatem w Londynie czy w Dublinie? 

-  W  Dublinie  chyba  nie.  Moja  rodzina  byłaby  zgorszona,  że  trudnię  się  kupiec-

twem, bardziej nawet niż gdyby obwożono mnie po mieście skutego łańcuchem i skaza-

nego za przemyt. Być może zamieszkam na swoim statku. 

Myśli Gabe'a poszybowały ku pannie Foxe, do lady Honorii Carlow, poprawił się 

w duchu. 

- Mam tu jeszcze do załatwienia pewną osobistą sprawę. Zejdzie mi na to parę dni. 

Dickin szeroko się uśmiechnął. 

-  Przekaż tej  osobistej  sprawie  moje najgorętsze pozdrowienia.  Jeśli  zabraknie jej 

rozumu,  żeby  się  z  tobą  związać,  połowa  dziewcząt  w  Kornwalii  z  radością  zajmie  jej 

miejsce! 

T L

 R

background image

- Mógłbyś pożyczyć mi konia? Oddałem swojego pannie Foxe. 

- Większość towaru jest już na lądzie. Powiedz ludziom na górze, żeby dali ci naj-

mniej zmęczonego. 

Uścisnęli sobie dłonie. 

- Jeszcze raz dzięki za pomoc, stary przyjacielu. I życzę ci powodzenia. 

Gabe poczuł się dziwnie lekko teraz, gdy zapadła decyzja o opuszczeniu Kornwa-

lii. Następne zadanie, czyli jutrzejsza rozmowa z lady Honorią, będzie znacznie trudniej-

sze.  W  obliczu  zagrożenia  niewinne  kłamstwo  dotyczące  jej  nazwiska  wydawało  się 

czymś trywialnym. Gabe nie potrafił już wzbudzić w sobie oburzenia. Wiedział, że dzi-

siaj nadstawiłby pierś na kule, by ją uratować. Wzbierające w nim uczucie wypełniało go 

pełniej  niż  porywisty  wiatr  wzdymający  żagle  dziobowe  „Rybitwy".  Z  takim  napędem 

dałoby się dopłynąć do Ameryki. 

Musiał to sobie wyraźnie powiedzieć: on, który nie zamierzał się wikłać w związek 

z żadną kobietą przez najbliższych dziesięć lat, albo i dłużej, zakochał się w pannie Foxe, 

czyli  w  lady  Honorii  Carlow,  kobiecie  spoza  jego  sfery.  Gabriel  Hawksworth,  nawet 

gdyby był szanowanym, zamożnym kupcem, nie zdołałby zaoferować lady Honorii wy-

gód i pozycji towarzyskiej, należących się jej z racji urodzenia, jako córce hrabiego Na-

rborough. 

Szlachetny mężczyzna odnalazłby Cygana, ujawnił prawdę, która uwolniłaby ją z 

niesprawiedliwego  wygnania,  a  potem  odszedł  i  pozwolił  jej  spełnić  przynależny  jej 

świetny los. Czy on jest dostatecznie szlachetny, by tak postąpić?  

T L

 R

background image

Rozdział dwudziesty 

 

Po  niespokojnie  przespanej  nocy  Honoria  obudziła  się  przed  świtem.  Zatrzymała 

służącą,  która  przyszła  rozniecić  wygasły  pod  kominkiem  ogień,  i  kazała  sobie  pomóc 

włożyć strój do konnej jazdy. Nie potrafiła usiedzieć w swoim pokoju, choć od umówio-

nego spotkania z kapitanem Hawksworthem dzieliło ją jeszcze wiele godzin. 

Przez cały wieczór miotała się po sypialni, ponieważ nie mogła się skoncentrować 

na żadnym zajęciu. W czasie kolacji siedziała przy stole bez apetytu. Niewiele brakowa-

ło,  a  wstałaby  od  posiłku,  osiodłała  Psotkę  i  pojechała do  wioski,  aby  porozmawiać  w 

gospodzie  z  kapitanem.  Było  ogromnie  ciekawa,  co  udało  mu  się  ustalić  w  Londynie. 

Chciała  też  się  przekonać,  co  sądzi  o  tym,  że  zataiła  przed  nim  prawdziwe  nazwisko. 

Uwagi Honorii nie umknął subtelny nacisk, jaki położył na słowa „panno Foxe", gdy że-

gnał się z nią na wrzosowisku. Na pociechę przypominała sobie, że nie sprawiał przy tym 

wrażenia zagniewanego. Może jednak udało się nie zepsuć nieodwracalnie ich wzajem-

nych stosunków, pomyślała z nadzieją. 

Perspektywa rozmowy z Gabrielem w czterech ścianach jego pokoju w gospodzie 

wyglądała tak samo pociągająco w świetle poranka, jak i o północy. Pragnęła Gabriela i 

była zdecydowana na ostateczny krok, nawet gdyby miało się okazać, że połączy ich tyl-

ko  chwilowa  namiętność.  Honoria  nie  wzbraniała  się  przyznać,  że  kocha  kapitana. 

Ostrożność, która nakazywała jej do tej pory nie ujawniać uczucia, wydawała się niepo-

trzebną przeszkodą. 

W  głowie  huczały  wyczytane  w  książce  metafory.  Ich  żeglarskie  odniesienie wy-

dawało się jakby pomyślane specjalnie dla niej i dla kapitana. Od niepamiętnych czasów 

kobiety  zatrzymywały  przy  sobie  mężczyzn  przy  użyciu  rozmaitych  sztuczek.  Czy  jej, 

współczesnej syrenie,  uda  się  zwabić  Hawkswortha i przywiązać  go do siebie, aż prze-

stanie myśleć o wyjeździe? 

Wejście Tamsyn z naręczem filiżanek i spodków spłoszyło Honorię. Zauważyła, że 

dziewczyna była zapłakana. Ogarnął ją nagły lęk. Opuściła wrzosowisko, zanim dobiegł 

końca  załadunek  kontrabandy  na  wozy.  Nie  znała  rezultatu  potyczki  z  agentami służby 

T L

 R

background image

celnej.  Czyżby  ktoś  z  rodziny  lub  bliskich  Tamsyn  został  ranny  podczas  strzelaniny? 

Może strażnicy otrzymali posiłki? Czy kapitan Hawksworth jest cały i zdrowy? 

- Tamsyn, co się stało? 

- Och, panienko, okropna wiadomość. Nie wiem, jak to przeżyję. 

- Co za wiadomość? - Honoria była niemal bliska omdlenia. 

-  Chodzi  o  kapitana!  On  i  mój  brat  John  pokłócili  się  wczoraj  wieczorem  i  teraz 

on... wyjeżdża! Opuszcza gospodę i w ogóle Kornwalię! Chyba pęknie mi serce! - Tam-

syn zalała się łzami. 

Honoria wpadła w panikę. Gabriel wyjeżdża? Co robić? Ile czasu jej zostało? 

- Tamsyn! - Potrząsnęła dziewczyną. - Powiedz, kiedy kapitan Hawksworth wyjeż-

dża? 

- Nie wiem - odparła pokojówka. - Dickin mówi, że wkrótce. Conan Willes wraca 

na „Rybitwę" i przejmuje ją od kapitana. 

Honoria spojrzała na zegar stojący na półce nad kominkiem. Za wcześnie, w szkole 

nikogo  nie  zastanie.  Nie  mogła  jednak,  szczególnie  w  tej  sytuacji,  ani  minuty  dłużej 

usiedzieć w domu. Postanowiła natychmiast osiodłać Psotkę. Pogalopuje wzdłuż klifu na 

wrzosowisko, a potem pojedzie do Sennlack i w ogrodzie plebanii poczeka na kapitana. 

Była przekonana, że on nie wyruszy bez rozmowy z nią. Przepełniona obawą, że mógłby 

zniknąć z jej życia na zawsze, zdawała sobie jednocześnie sprawę z tego, że jeśli Gabriel 

zamierza wyjechać, nic i nikt go nie zatrzyma. 

Nie  chciała  o  tym  dłużej  myśleć.  Zostawiła  chlipiącą  Tamsyn,  szybkim  krokiem 

poszła do stajni, gdzie chłopak stajenny pomógł jej osiodłać klacz. Gdy Psotka galopo-

wała  przez  wrzosowisko,  pęd  powietrza  owiewającego  twarz  Honorii  nie  ochłodził  jej 

rozpalonych  policzków.  Szybka  jazda,  która  zazwyczaj  wyzwalała  radość  i  poczucie 

wolności,  tym  razem nie  pomogła  Honorii pozbyć  się  niepokoju.  Sądziła,  że  ma  czas  - 

tygodnie,  jeśli  nie  miesiące  -  by  przekonać  kapitana  do  pozostania  w  Kornwalii.  Czy 

właśnie straciła szansę na wspólną przyszłość? 

Kiedy  klacz  się  zmęczyła,  Honoria  ściągnęła  jej  wodze  i  skierowała  ją  ku  Senn-

lack. Znajdowała się na zakręcie, za którym odgałęziała się droga do zatoczki, którą po-

kazał  jej  kapitan.  Miejsce  ciągnęło  ją nieodparcie  z  siłą  równą tej,  z  jaką  fala  odpływu 

T L

 R

background image

ściąga wodę morską z brzegu. Tam otworzyła duszę przed Gabrielem, wyjawiła mu swo-

ją hańbę, tam odkryła istnienie namiętności, której trudno się oprzeć. 

Gabriel nie może tak po prostu odwrócić się i odejść. Przecież musi odczuwać, tak 

samo mocno jak ona, że łączy ich niezwykle silna więź. 

Kierowana nadzieją, że w zatoczce, która była świadkiem zrodzenia się ich wyjąt-

kowego poczucia wspólnoty, znajdzie ukojenie dla skołatanej duszy, zsiadła z konia i za-

częła  schodzić  ścieżką  wiodącą  do  starego  kościółka.  Zatrzymała  się  ucieszona  i  prze-

straszona zarazem, bo nagle dostrzegła uwiązanego konia. Nie widziała go przedtem, ale 

przecież  kapitan  używał  różnych  wierzchowców  ze  stajni  w  gospodzie.  To  musiał  być 

on. Ruszyła w dół, ślizgając się na kamieniach wąskiej skalistej ścieżki dopóty, dopóki 

nie zeszła na plażę. 

Serce mało nie uleciało jej z piersi w niebo, po którym krążyły rozkrzyczane me-

wy.  Na  głazie,  tym  samym,  na  którym  rozmawiali  i  całowali  się,  siedział  Gabriel 

Hawksworth. 

Podbiegła  i  zatrzymała się  za jego plecami.  Odwrócił  się  z uśmiechem,  który  po-

działał jak balsam na jej skołatane obawą i niepewnością serce. Usiadła obok, a wtedy on 

ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek. 

- Lady Honorio - powiedział z lekką nutą pretensji - więc pani też nie mogła dłużej 

czekać? 

- Nie mogłam. Mało brakowało, a wczoraj wieczorem pojechałabym zobaczyć się z 

panem w gospodzie. Proszę mi natychmiast powiedzieć... 

- Co odkryłem? - wszedł jej w słowo. 

- Ależ, nie! - wykrzyknęła zniecierpliwiona. - Czy wybaczył mi pan, że nie powie-

działam panu wszystkiego i nie wyjawiłam prawdziwego nazwiska? 

- Dlaczego pani tego nie zrobiła? - zapytał łagodnie, chowając jej dłoń w swojej. 

- Ze strachu. Bałam się, że pan się pogniewa, że udawałam przed panem kogoś in-

nego. Także ze wstydu - dodała ciszej. - Po tym, co się wydarzyło w Londynie, imię Ho-

noria brzmiałoby jak kiepski żart. Dlatego podałam panu swoje drugie imię, Marie. 

- Honoria... Pasuje do pani. Założę się, że każdy, kto panią dobrze zna, nigdy by w 

pani honor nie zwątpił - zapewnił. 

T L

 R

background image

- Mój własny brat zwątpił - przypomniała mu. - Czy rozumie pan, dlaczego wola-

łam nie występować pod prawdziwym imieniem? Nie chciałam, by skandal ścigał mnie 

aż tutaj i postawił ciotkę w kłopotliwej sytuacji. Wyjechałam z Londynu, żeby ta historia 

nie odbiła się na przyszłości mojej siostry. Pan wie już wszystko o mojej rodzinie, jak się 

domyślam. 

- Tak. Nie chce się pani dowiedzieć, co jeszcze odkryłem? 

- Dla mnie najważniejsze jest to, że nie utraciłam pana... przyjaźni - wyznała Hono-

ria, w ostatniej chwili cofając się przed użyciem słowa „miłości". 

Swoich uczuć była pewna, ale nie miała pojęcia, co kapitan do niej czuje. Czy w 

grę wchodzi coś więcej niż pożądanie? 

Gabriel uśmiechnął się i zapewnił: 

- Nie utraciła pani. Proszę pozwolić mi powiedzieć, jakie informacje udało mi się 

zebrać. 

Opowieść brzmiała wprost niewiarygodnie. Cygan, którego Gabe spotkał w gospo-

dzie,  okazał  się  zaginionym  od  dawna  synem  zamordowanego  Kita  Hebdena,  barona 

Framlinghama. 

- Nieznane są losy dzieci Williama Wardale'a, hrabiego Leybourne'a, skazanego na 

śmierć przez powieszenie - dodał Gabe. - Moim zdaniem, jest wielce prawdopodobne, że 

ktoś z jego krewnych, przekonany o jego niewinności i mający za złe pani ojcu, że go nie 

uratował, mógł  wynająć Cygana.  Zwłaszcza że  on też  może  chcieć się  zemścić  na pani 

ojcu, George'u Carlowie, hrabim Narborough. To, że akurat pani, a nie inny członek wa-

szej rodziny, została wybrana jako narzędzie zemsty, to czysty przypadek. 

- Nieuzasadnione pozbawienie życia człowieka to dostatecznie ważny powód, aby 

podjąć  nadzwyczajne  środki.  Rozumiem,  że  można  dążyć  do  ukarania  domniemanego 

winnego czy osoby, która przez zaniechanie doprowadziła do śmierci - powiedziała Ho-

noria. - Minęło jednak dwadzieścia lat. Jak ten ktoś, kto za tym stoi, mógł oczekiwać, że 

zostanie dostrzeżony związek pomiędzy współczesnym skandalem i dawnym? 

- Muszę jeszcze dotrzeć do Cygana, Stephena Hebdena, jak nazwał go jubiler. To 

jedyne wspólne ogniwo. Wiemy na pewno, że był tamtej nocy w ogrodzie. W jego ręku 

T L

 R

background image

musi  być  klucz  do  wyjaśnienia  zagadki.  Zamierzam  zmusić  go,  by  udostępnił  nam  ten 

klucz. 

- A potem... opuści pan Kornwalię na dobre? 

- Skąd pani wie? - spytał Gabe, uważnie patrząc na twarz Honorii. 

- Tamsyn była tym zmartwiona. Ja... też jestem.  

Nie miała możliwości się przekonać, czy odważy się wyznać miłość kapitanowi, bo 

położył jej palec na wargach. 

- Niech pani nic nie mówi. Jeszcze nie. Proszę dać mi czas na ujawnienie wszyst-

kiego, co sprawi, że lady Honoria odzyska utraconą cześć, a zarazem możliwość wyboru, 

co zrobić ze swoją przyszłością. 

- Utraconej czci nie da się odzyskać. 

- Tego pani nie wie. Zasługuje pani na lepszy los niż wygnanie na odległej prowin-

cji i towarzyski bojkot. 

Gabe podniósł się na nogi. 

- Lepiej wracajmy - powiedział. 

Honoria nie potrafiła się pogodzić z myślą, że straci ukochanego mężczyznę. Mu-

siała  go  zatrzymać. Jak  go skusić,  by  pozostał?  Zrobić  to,  co  od dawna chodziło  jej po 

głowie, czego on również pragnął - była o tym przekonana - nawet jeśli jej nie kochał? 

Może to ostatnia szansa, żeby rzucić na niego czar, tak jak on rzucił czar na nią? Z bi-

jącym sercem, rozedrganymi nerwami, drżąca z oczekiwania, pochwyciła jego dłoń, za-

nim zdążył odejść. 

-  Ma  pan  rację,  zasługuję  na  więcej.  Zasługuję  na  mężczyznę  gotowego  chronić 

mnie przed kulami agentów celnych i kłamstwami Cygana. Mężczyznę, który wierzy w 

mój  honor  i  uczciwość  bardziej  niż  moi  krewni.  Gotowego  dotrzeć  do  prawdy,  która 

oczyści moje imię. Zasługuję na takiego mężczyznę i właśnie jego pragnę. Ciebie pragnę, 

Gabe. Tylko ciebie. 

Trzymając jedną ręką jego dłoń, drugą przesunęła ku jego piersi, następnie ku szyi, 

koniuszkiem palca muskała odsłoniętą skórę nad fularem. Ogarnęła ją radość, gdy poczu-

ła, że jego puls przyspieszył. 

T L

 R

background image

Uniósł  wolną  rękę,  jakby  chciał  usunąć  jej  dłoń  ze  swojej  szyi,  ale  zamiast  tego 

przykrył ją swoją dłonią. 

- To szaleństwo - szepnął zduszonym głosem. - Chcę przywrócić pani cześć. 

- Nic mi jej nie przywróci. Z tego punktu widzenia to bez znaczenia, co pan odkry-

je.  Pozbawiona  czci,  zyskuję  wolność. Nie  mam  nic  do stracenia.  Nic  nie stoi  na  prze-

szkodzie, żeby przeżyć coś, czego pragnę z całego serca. Wierzę, że pan także tego pra-

gnie. 

- Nie chcę kraść pani niewinności. 

Honorię  uderzyła  ironia  losu.  Niewiele  brakowało,  a  zostałaby  zgwałcona  przez 

szlachcica, którego w towarzystwie nazywano dżentelmenem. Tymczasem kapitan, któ-

rym  prawdopodobnie  gardzono  by  w  wysokich  sferach,  okazał  się  zbyt  honorowy,  by 

przyjąć to, co mu dobrowolnie proponowała, i czego najwyraźniej pożądał. 

Może jedno małe kłamstewko im pomoże? 

- Nie mogę utracić niewinności, bo jej nie mam - szepnęła, głaszcząc Gabriela po 

twarzy. 

- Myślałem... że pani brat zdążył na czas. 

- Zło już się stało. 

Co było prawdą, ale nie w takim sensie, jaki Honoria sugerowała. 

Nie omyliła się. Zrozumiał, że tamtego wieczoru utraciła dziewictwo.  

- Jest pani pewna? 

Nie odpowiedziała, tylko pocałowała go prosto w usta. 

T L

 R

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy 

 

Trzy tygodnie później Gabe w ponurym nastroju wracał do Londynu. Wypytywał o 

Cygana  we  wszystkich  miejscowościach  między  Penzance  a  Falmouth, między  Truro  a 

Bodmin i między Launceston a Exeter i na całym szlaku z Kornwalii do Londynu. Wszę-

dzie napotykał ślady kontaktów Cygana z lokalnymi kupcami, jednak jego samego nig-

dzie nie spotkał. 

Sprawdził  też,  czy  Hebden  nie  ukrywał  się  wśród  swoich  ziomków.  Mogło  to 

oznaczać, że jeśli nie wyjechał za granicę - Gabe pamiętał jego egzotycznego służącego - 

to powinien być w Londynie. Tym razem, obiecywał sobie kapitan, gdy pójdzie na Blo-

omsbury Square, nie zadowoli się odpowiedzią, że „pana nie ma w domu". 

Przez  cały  czas  nie  schodziła  mu  sprzed  oczu  śliczna  twarz  Honorii,  a  w  uszach 

dźwięczał jej perlisty śmiech. Zastanawiał się, gdzie ona teraz jest i co porabia. Za każ-

dym razem, gdy nieposłuszne myśli uparcie wracały do ukochanej, odżywała nadzieja, że 

nadejdzie dzień, gdy Honoria zostanie jego żoną. 

Nocami, kiedy kładł się na krótki wypoczynek, nawiedzały go sny, w których wra-

cał  do  zatoczki.  Znowu  leżał  na  omszałym  od  porostów  skalnym  łożu,  wypełniał  sobą 

delikatne ciało Honorii przy wtórze jej radosnych okrzyków. Czasami nawiedzało go po-

czucie winy, że jej uległ. Jeśli skutkiem jego lekkomyślności pojawi się dziecko, ona nie 

będzie miała innego wyjścia, jak związać z nim swój los. Będzie zmuszona zrezygnować 

z możliwości powrotu do dawnego życia, o co on tak usilnie się starał. 

Dałby cały statek załadowany złotem za to, by móc budzić się rankiem przy Hono-

rii  i  kochać  się  z nią.  Odgadł,  co  chciała  mu powiedzieć,  te same  słowa dyktowało  mu 

jego serce. Lepiej się jednak stało, że nie padły wiążące obietnice. 

Choć wiedział, że nigdy nie zdoła wzbudzić w sobie żalu, że się z nią kochał, ro-

zumiał, iż nie było to rozsądne. Obiecał sobie, że w razie gdyby udało mu się dostarczyć 

dowód jej niewinności, to, co ich połączyło, pozostanie jego słodką tajemnicą. 

Nawet jeśli, jak niedawno, rozmyślnie wprowadziła go w błąd. Był niemal pewny, 

że był jej pierwszym mężczyzną. Dobrze go znała. Wiedziała, że on nie ulegnie jej uwo-

dzicielskiemu urokowi, jeśli będzie przekonany, że ona wciąż jest dziewicą. 

T L

 R

background image

Znowu  wezbrała  w  nim  wielka pokora.  Honoria nie tylko  pragnęła  go,  lecz  także 

obdarzyła go takim wspaniałym darem. Świadczyło to również i o tym, jak słaba była jej 

nadzieja  na  odzyskanie  utraconej  reputacji.  Konstatacja  ta  wzmogła  tylko  jego  deter-

minację uczynienia wszystkiego, co możliwe, by to nastąpiło. Nie ma znaczenia, jak bar-

dzo pragnął, żeby czekała ich wspólna przyszłość. 

Jeśli Honoria ma rodzinę godną tego miana, to jej najbliżsi uznają dowody świad-

czące o tym, że ich córka i siostra padła ofiarą podłości, i postarają się o przywrócenie 

należnego jej miejsca w ich sferze. Kiedy się kochali, świadomie nie wyznał Honorii mi-

łości. Nie chciał jej zmuszać do składania obietnic, których później czułaby się w obo-

wiązku  dotrzymać.  Gdyby  zaczął  rościć  sobie  do  niej  jakieś  prawa  z  tytułu  pierwszeń-

stwa, ona mogłaby uznać, że honor nakazuje jej odrzucić pomoc rodziny, choć na pewno 

nie byłaby pierwszą panną młodą wychodzącą za mąż bez mirtowego wianka. 

Dlatego nie wyjawił Honorii, jak bardzo ją kocha. Zrobił wszystko, by nie pozba-

wiać  jej  prawa  wyboru,  co  zrobić  ze  swoim  życiem.  Starał  się  ignorować  wewnętrzny 

głos podpowiadający, że powinien się postarać, by jej wybór padł na niego. 

Po trzech tygodniach bezowocnych poszukiwań Cygana ten sam głos wewnętrzny 

zaczął mu podsuwać myśl o zaprzestaniu dalszych wysiłków. Przecież uczynił, co mógł, 

i więcej zrobić się nie da. Kusił go, by wrócił do Kornwalii, i rozbudzał w nim nadzieję, 

że arystokratyczna rodzina Honorii mogłaby okazać się skłonna zaakceptować kogoś ta-

kiego jak on jako kandydata na męża ich krewniaczki. 

Gabe przywołał się do porządku. Nie będzie zaprzątał sobie głowy przyszłością ani 

snuł planów dopóty, dopóki nie wytropi Hebdena. Jeśli nie ma go obecnie w Londynie, 

to  przecież  kiedyś  wróci. Gabe  uznał,  że  zaczeka. Czy  ma  coś innego do  roboty,  skoro 

„Rybitwę"  przejął  poprzedni  kapitan?  Czekając  na  zakończenie  sprawy  Honorii,  może 

się  bliżej  zainteresować  kupnem  własnego  statku,  nawiązać  kontakty  handlowe,  zasta-

nowić się, gdzie ulokować firmę, aby nie wprawiać w zakłopotanie rodziny. 

Załóżmy,  że  uda  mu się  w  końcu udowodnić  niewinność  Honorii,  wskutek  czego 

odzyska  ona  dawny  status.  Czy  powinien  się  zachować  honorowo  i  po  prostu  odejść? 

Przecież należą do siebie, są sobie przeznaczeni. Był coraz silniej przekonany, że wiąże 

ich nierozerwalna nić. Faktem jest, że nie będzie w stanie zapewnić jej pozycji należnej z 

T L

 R

background image

tytułu urodzenia, a jednak narastało w nim przekonanie, że nie powinien odejść bez wy-

znania Honorii, że ją kocha. 

Zamiast najpierw zająć pokój w hotelu, Gabe pojechał do sklepu jubilera Phillipsa, 

mieszczącego się na Bond Street. Tam się dowiedział, że Hebden jest w Londynie. Złot-

nik właśnie zakupił u niego kilka wysokiej jakości kamieni i chętnie je pokaże Gabe'owi, 

gdyby zechciał je zobaczyć. 

Gabe  obiecał  wrócić  kiedy  indziej  i skierował  się  wprost  na  Bloomsbury  Square. 

Po drodze nastawiał się na konfrontację, tak że gdy kołatał do drzwi skromnego domu, 

był gotowy wszcząć awanturę. Niech tylko ten służący spróbuje go odprawić z kwitkiem, 

pomyślał. Już on nie omieszka wypróbować, jak sprawnie Hindus włada sztyletem. 

- Czy zastałem pana Hebdena? 

- Przykro mi, Sahiba nie ma w domu - odpowiedział służący, przyjrzawszy się ba-

dawczo gościowi. 

Gabe odepchnął go i wdarł się do środka, co udało się tylko dlatego, że sługa nie 

przewidział, że będzie go stać na podobne zachowanie. 

- Mnie też przykro, ale nie przyjmuję tego do wiadomości. Bądź uprzejmy powie-

dzieć „Sahibowi", że przyszedł Gabriel Hawksworth w imieniu lady Honorii Carlow. Je-

żeli naprawdę nie ma go w domu, to zaczekam. Jak chcesz, możesz spróbować mi tego 

zabronić - oznajmił dobitnie Gabe, po czym opuścił ręce wzdłuż boków, gotowy do od-

parowania ciosu. 

Zanim atak nastąpił, z głębi domu dał się słyszeć głos: 

- Daj spokój, Akshat, przyjmę kapitana Hawkswortha. 

Do holu wszedł Stephen Hebden, ubrany w nienaganny czarny surdut i obcisłe skó-

rzane bryczesy. Gdyby nie lekki zaśpiew w wymowie i śniada cera, wyglądałby jak ra-

sowy angielski dżentelmen. 

- Zapraszam do biblioteki, kapitanie. Akshat, przynieś wino. 

- Nie ma potrzeby - szorstko rzekł Gabe. - Nie zamierzam siedzieć długo. 

Hebden wprowadził Gabe'a do skąpo umeblowanego pokoju. Na półkach ustawio-

nych za ogromnym biurkiem stało zaledwie kilka oprawnych w skórę książek. 

T L

 R

background image

- Domyślam się, że pańska wizyta nie jest związana z zakupem brylantów - zagaił 

Cygan. 

- Nie. 

- Sprytnie pan mnie wyśledził. Powiada pan, że przychodzi w imieniu lady Honorii 

Carlow. Co ma pan z nią wspólnego? 

- To ja powinienem raczej pana o to zapytać. Spotkałem ją w Sennlack, gdzie wy-

stępowała jako panna Marie Foxe. 

Z satysfakcją odnotował zdziwienie, które pojawiło się na twarzy Hebdena, zanim 

przybrała poprzedni wyraz pełnej wyższości ironii. 

- Marie Foxe? Udawała krewną starszej panny Foxe z Foxeden? Interesujące. 

-  Być  może.  Dla  mnie jednak  bardziej  interesująca  jest  rola,  którą  pan  odegrał  w 

wywołaniu skandalu mającego skompromitować lady Honorię. Zresztą, dopiął pan celu i 

dlatego  musiała  ona  opuścić  Londyn  i ukryć  się na  prowincji.  Co  się  zdarzyło  podczas 

balu u lady Darlington? Kto pana wynajął do zwabienia lady Honorii do ogrodu na rze-

komo umówioną schadzkę? Jestem gotowy zapłacić za informację albo wydrzeć ją z pa-

na siłą. 

Hebden skrzywił się z niesmakiem. 

-  Kapitanie,  obraża  mnie  pańska  propozycja  zapłaty.  Nie  jestem  takim  zwykłym 

kupcem ani czyimś lokajem do wynajęcia. 

Ostatnia uwaga zastanowiła Gabe'a. 

- Jeśli pana nie wynajęto, to co pan tam robił? Wciągnął pana w to ktoś z rodziny 

hrabiego Leybourne'a? - drążył. 

- O, widzę, że jest pan poinformowany o dawnym skandalu. Chyba nie doceniałem 

pana, kapitanie. Zdarza się, że mnie też niektórzy nie doceniają, dodajmy, z opłakanym 

dla nich skutkiem. 

Hebden spoglądał na Gabe'a protekcjonalnie. Kapitan chętnie pokazałby mu, gdzie 

raki zimują, ale powstrzymał się z uwagi na konieczność doprowadzenia do końca spra-

wy Honorii. 

- Ten plan to był majstersztyk. Nie widzę powodu, by się do niego nie przyznawać. 

Nikt mnie nie wciągnął. Pomysł był wyłącznie mój od początku do końca. 

T L

 R

background image

- Wyłącznie pana? - powtórzył z niedowierzaniem Gabe. 

- Trudno uwierzyć? Widzę, że muszę to wyjaśnić. Wszystko zaczęło się w momen-

cie zamordowania mojego ojca. 

- Jest pan zaginionym synem barona Framlinghama! - zawołał Gabe. 

- Tak. - Hebden skłonił głowę. - Cygańskim bękartem Kita Hebdena, jego nieślub-

nym  bachorem.  Dzieckiem,  które  po  brutalnym  zamordowaniu  ojca,  zostało  odarte  ze 

wszystkich praw i odesłane do sierocińca. Ma pan pojęcie, kapitanie, jak wygląda życie 

w przytułku? 

- Niewątpliwie gorzej niż w szlacheckim domu. 

- Znacznie gorzej. 

- Mówiono mi, że sierociniec spalił się i nikt nie ocalał. 

-  Kilkorgu  z  nas udało  się uciec.  Potem  przyszło  mi spędzić parę  trudnych  lat na 

ulicy. Następnie odbyłem podróże do obcych krajów, gdzie zająłem się handlem drogimi 

kamieniami.  Wiedziałem,  że  nadejdzie  dzień,  gdy,  wierny  słowom  matki,  ukarzę  tych, 

którzy doprowadzili do śmierci mojego ojca. Właśnie spełnia się to, co przepowiedziała. 

Poczucie winy zżera ich żywcem. Poznał pan ojca lady Honorii, hrabiego Narborough? 

Jest umierający. Dzieci płacą za grzechy ojców, sprawiedliwości staje się zadość. 

- Co to za sprawiedliwość! - wykrzyknął oburzony Gabe. - Czy to sprawiedliwe, że 

ktoś  niewinny  ma  płacić  za  rzekome  zbrodnie  ojca?  Lady  Honoria  była  wtedy  małym 

dzieckiem! 

- Ja też, gdy mnie rodzina żony mojego ojca oddawała do przytułku! Idealna syme-

tria, nie uważa pan? Syn Hebdena traci dom i miejsce w społeczeństwie, to samo spotyka 

córkę George'a Carlowa. 

- Pan to wszystko zaplanował? 

- Byłem w sklepie jubilera w tym dniu, w którym pokłóciła się z narzeczonym, ba-

ronem  Readesdellem.  Zepsuta,  samolubna  dziewucha.  Wszyscy  wiedzieli,  że  robiła,  co 

tylko jej się podobało. Każdy głupi mógł przewidzieć, że będzie chciała się odegrać na 

przyszłym mężu. Wciągnięcie w to Barwicka nie nastręczało trudności, jako że od dawna 

miał na nią chrapkę. 

T L

 R

background image

- Jak pan go wplątał w tę podłą intrygę?  - Gabe z trudem panował nad gniewem, 

który go wprost rozsadzał. Zależało mu jednak na dotarciu do prawdy. Myślał, że będzie 

siłą musiał wydrzeć ją z Hebdena, tymczasem on z zadowoleniem relacjonował przebieg 

wydarzeń. 

-  Całkiem  łatwo!  William  Wardale,  hrabia  Leybourne,  został  powieszony  na  je-

dwabnym sznurze. Taki jest zwyczaj, gdy wiesza się parów Anglii. To dodatkowa oko-

liczność, z powodu której wybrałem Barwicka, bo jego skłonności do miłosnych perwer-

sji są powszechnie znane. Wystarczyło dołączyć kawałek jedwabnego sznurka do liściku 

napisanego na  kartce  z papeterii  opatrzonej  herbem Carlowów,  w  którym  lady  Honoria 

proponuje, oględnie mówiąc, nieco niecodzienne rendez-vous. Pozostało wynająć lokaja, 

który zaniósłby najpierw jemu, potem jej wiadomość o spotkaniu w ogrodzie, a na koniec 

zadbać o to, by zostali przyłapani. Zręczne, czyż nie? 

- Jak pan mógł z zimną krwią skompromitować niewinną dziewczynę? Pan, który 

wie najlepiej, jak to jest, gdy cierpi niewinny! 

- Och, wcale nie była taka niewinna. Gdyby wcześniej nie pozwoliła sobie na gra-

niczące  ze  skandalem  wybryki,  o  których  było  głośno  w  towarzystwie,  Barwick  nie 

uwierzyłby w zaproszenie. Również jej świętoszkowaty brat Marcus nie dopuściłby po-

dejrzenia, że była zdolna zaaranżować spotkanie z Barwickiem. Sprawiedliwy Bóg, któ-

rego byłem narzędziem, karze tylko winnych. 

Hebden roześmiał się, jeszcze bardziej rozdrażniając Gabe'a. 

-  Czy  to  ona  uraczyła  pana  jakąś  wzruszającą  historyjką  o  swojej  czystości?  Jej 

prawdopodobnie podobały się zaloty Barwicka. 

Gabe'owi mignął przed oczyma obraz Honorii z pobielałą twarzą, wyrywającej się 

z  jego  ramion.  Nigdy  nie  zapomni  udręczenia,  z  jakim  opowiadała,  co  robił  z  nią  Bar-

wick. Rzucił się w stronę Hebdena z pięściami. Nim go dopadł, Hebden skulił się, obie-

ma rękami zakrywając głowę. Zdezorientowany Gabe zatrzymał się, a Cygan zatoczył się 

w tył, potknął o fotel i upadł. 

Gabe nie potrafił uderzyć leżącego, choć chętnie rozkwasiłby mu nos. Do bibliote-

ki wpadł Hindus ze sztyletem w dłoni, za nim dwóch innych mężczyzn. Gabe szykował 

T L

 R

background image

się  do  odparcia  pierwszego  cięcia,  gdy  z  kąta,  w  którym  leżał  Hebden,  doszedł  cichy 

głos: 

- Nie... Akshat. Wyrzuć go tylko. 

- Sam wyjdę - powiedział Gabe. 

Przed domem stwierdził, że dopiero minęło południe. Poznał już wszystkie fakty, a 

miał jeszcze dużo czasu, by doprowadzić sprawę do końca. Pojechał na Albemarle Street, 

przy której, jak się dowiedział, znajdowała się rezydencja Carlowów. 

T L

 R

background image

Rozdział dwudziesty drugi 

 

Lokaj najpierw próbował go zbyć, mówiąc, że ani hrabia Narborough, ani lord Sta-

negate nie przyjmują. Kiedy jednak Gabe powiedział mu krótko, że przyszedł w sprawie 

lady  Honorii,  służący  zmienił  front.  Zaprowadził  go  do  małego  saloniku  na  parterze  i 

powiedział, że poinformuje lorda Stanegate'a o jego przybyciu. 

Czekając  na  brata  Honorii,  Gabe  zatrzymał  się  przy  oknie  wychodzącym  na  nie-

wielki ogród na tyłach domu, tonący o tej porze roku w kwitnących różach. Ogarnęła go 

melancholia. Stanął mu przed oczyma dzień, w którym poznał Honorię. Przypomniał so-

bie, jak zuchwale wyprowadził ją do ogrodu przy plebanii pod pretekstem, że pragnie jej 

pokazać rozkwitające róże. Od czasu, gdy po raz pierwszy ujrzał ją w zatoczce w Senn-

lack, był pod jej urokiem. 

Teraz znajdował się w jej domu rodzinnym urządzonym z wyszukanym smakiem, 

wiele mówiącym o długim rodowodzie i starym bogactwie jego mieszkańców. Tutaj spę-

dzała dni, spacerowała po ogrodzie, przyjmowała admiratorów, których zapewne wpro-

wadzano, nie tak jak jego, do głównych salonów recepcyjnych na piętrze. 

Jego pewność, że może rościć prawa do Honorii, zaczynała maleć. Skąd ta myśl, że 

mógłby  jej  zaoferować  egzystencję  w warunkach  choćby  zbliżonych do  tego, co  tu  wi-

dział? 

Do  pokoju  wszedł  wysoki,  dobrze  zbudowany  mężczyzna.  Gabe  próbował  odna-

leźć  w  jego  rysach  podobieństwo  do  Honorii.  Było  nieznaczne.  Skłonił  się  sztywno, 

świadomy,  że  lord  Stanegate  poddaje  go  skrupulatnym  oględzinom.  Poczuł  przypływ 

niechęci do brata Honorii. Ten nieprzystępny człowiek zwiększył upokorzenie i poczucie 

krzywdy własnej siostry, bo nie chciał uwierzyć jej słowom. 

Może on, Gabe, ma mimo wszystko więcej do zaoferowania Honorii niż Carlowo-

wie? 

- Kapitan Hawksworth, jeśli się nie mylę - pierwszy odezwał się Marcus Carlow. - 

Nie sądzę, bym miał honor pana poznać. Jestem, rzecz jasna, Stanegate. Lokaj poinfor-

mował mnie, że przybył pan w sprawie dotyczącej lady Honorii. Co pan ma wspólnego z 

moją siostrą? 

T L

 R

background image

Wyniosły sposób bycia wicehrabiego Stanegate'a mógł być może zbić z tropu ko-

goś  mniej  pewnego  siebie,  jednak  cztery  lata  dowodzenia  żołnierzami  i  zagrożenie  na 

polu bitewnym uczyniły z Gabe'a człowieka niedającego łatwo się onieśmielić. 

- Na pewno jestem jej bardziej pomocny niż pan - odparł chłodnym tonem. - Spo-

tkałem pańską siostrę w Sennlack, gdzie, nawiasem mówiąc, uchodzi za pannę Foxe. Zo-

staliśmy  sobie przedstawieni przez  jej ciotkę i  zaprzyjaźniliśmy  się.  Charakter  pańskiej 

siostry szybko wzbudził mój podziw. 

- Jeśli to są oświadczyny - przerwał mu Stanegate - to proszę sobie oszczędzić tru-

du. Nie zniosę... 

- Milordzie, prosiłbym, by pan nie wyciągał przedwczesnych wniosków, to częsty 

błąd. Niech pan wysłucha mnie, zanim odpowie - uciął Gabe. 

W oczach Stanegate'a błysnął gniew, jednak chęć dowiedzenia się czegoś o siostrze 

przemogła. Najwyraźniej postanowił, przynajmniej na razie, darować zuchwalstwo. 

- Przepraszam - odezwał się ironicznym tonem - i proszę, niech pan kontynuuje. 

- Jak wspomniałem, pańska siostra i ja zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że wyznała mi, 

w jakich okolicznościach znalazła się w Kornwalii. Mimo że jej historia najwyraźniej nie 

została uznana za wiarygodną ze strony jej najbliższej rodziny i mimo naszej nader krót-

kiej znajomości, od razu nabrałem przekonania, że pańska siostra padła ofiarą podłej in-

trygi. Postawiłem sobie za cel odkrycie prawdy i dzisiaj ten cel zrealizowałem. 

Na twarzy Stanegate'a odbijały się mieszane uczucia; początkowe rozdrażnienie, a 

potem zdziwienie przeszło w zainteresowanie. 

- Proszę mi opowiedzieć, co pan odkrył, kapitanie - odezwał się. 

- Na balu u lady Darlington, jak twierdziła lady Honoria, podszedł do niej lokaj i 

powiedział, że jej narzeczony, z którym, jak wiemy, pokłóciła się wcześniej, prosi o spo-

tkanie w cztery oczy w ogrodzie, bo pragnie ją przeprosić. Pańska siostra, chcąc załago-

dzić spór, pospieszyła do ogrodu, gdzie zaczepił ją otoczony najgorszą sławą uwodziciel, 

który związał jej dłonie jedwabną linką... 

- Jedwabną linką, powiada pan? - wtrącił Stanegate. - Niczego takiego nie zauwa-

żyłem, gdy ich znalazłem. 

T L

 R

background image

- Barwick rozwiązał linkę i wyrzucił, gdy usłyszał, że zbliżają się ludzie. Zapew-

niał, nikczemny rozpustnik, że został zaproszony przez pańską siostrę do ogrodu. Na li-

tość boską! - wybuchnął Gabe - Jak pan mógł pozwolić, by ten człowiek mówił takie rze-

czy o Honorii, i nie podbił mu z miejsca oka! 

- Była przestraszona, miała podartą spódnicę, rozpięty stanik sukni - odpowiedział 

Stanegate. - Jedyne, o czym myślałem, to jak ją osłonić przed lubieżnym wzrokiem męż-

czyzn  i  zawieźć  czym  prędzej  do  domu.  Oczywiście  widziałem  się  później  z  Barwi-

ckiem, byłem gotowy wyzwać go na pojedynek. Ubolewał, że siostra została narażona na 

upokorzenie, stanowczo  jednak zapewniał, że jest niewinny,  albowiem to  ona  listownie 

na papeterii z herbem Carlowów zaproponowała mu spotkanie w ogrodzie lady Darling-

ton. W tym liście instruowała go, że przekaże mu przez lokaja wiadomość o momencie, 

w którym wymknie się z sali balowej. I tak właśnie się stało. Barwick jest może niepo-

prawnym uwodzicielem, ale nie kłamie. 

- Pańska siostra również, lordzie Stanegate - gorąco zapewnił Gabe. 

-  Cała  ta  afera  to  jedno  wielkie  nieszczęście!  Nawet  pan  musi  przyznać,  że  dzi-

wacznie to brzmiało. Moja żona była w odmiennym stanie, życie schorowanego ojca wi-

siało na włosku, a młodsza siostra musiała znaleźć odpowiednią partię, by wyjść za mąż. 

Sądząc, że to kolejny, nieodpowiedzialny wybryk Honorii, straciłem panowanie nad so-

bą. Prawie natychmiast pożałowałem popędliwości, z jaką odsądziłem ją od czci i wiary. 

Zamierzałem  prosić  ją  o  wybaczenie,  ale  w  natłoku  spraw  związanych  z  sesją  par-

lamentarną nie zdążyłem. Kiedy chciałem to zrobić, już wyjechała z Londynu. Wiedzia-

łem, że czuła się bardzo urażona, bo zamiast do Stanegate Court pojechała do Kornwalii, 

jak się później dowiedziałem. Pisałem do niej, ale nie odpowiadała na moje listy. Teraz - 

kontynuował  Marcus  -  pan  twierdzi,  że  ma  dowód,  iż  ktoś  rozmyślnie  doprowadził  do 

spotkania z Barwickiem, żeby skompromitować moją siostrę. Zna pan nazwisko owego 

niegodziwca? 

- Właśnie od niego wracam. Przyznał się, a właściwie pochwalił, że zaplanował ten 

podstęp, i nie objawiał wyrzutów sumienia. On uważa się za coś w rodzaju ręki sprawie-

dliwości. 

T L

 R

background image

- To Stephen Hebden - powiedział nieoczekiwanie Stanegate. - Jeśli w grę wcho-

dził jedwabny sznurek, musiał to być Hebden. Może podawał się za Stephana Beshaleya. 

- Czy już wcześniej próbował zaszkodzić pana rodzinie? - Stanegate pokiwał gło-

wą. - Dlaczego nie kazał pan zakuć go w żelazo? 

-  Mieliśmy  nadzieję,  że  więcej  go  nie  zobaczymy.  A  co  miałoby  być  podstawą 

oskarżeń w przypadku Honorii? Barwick powiedział, że spalił inkryminowany list zaraz 

po przeczytaniu. Czy był sens odwoływać się do sądu przeciwko niemu lub Hebdenowi? 

Po  pierwsze,  wątpię,  by  znalazł  się  adwokat  przekonany,  że  dałoby  się  wygrać  taką 

sprawę, a po drugie, rozgłos związany z procesem nie pozwoliłby wygasnąć plotkom, a 

nam przecież zależało, żeby ucichły jak najszybciej. 

- Pan wolałby raczej oszczędzić wstydu rodzinie, niż bronić honoru siostry? - zapy-

tał oburzony Gabe. 

-  Widzę, że pan nie ma pojęcia  o tym, jak  funkcjonuje  londyńska socjeta. Gdyby 

pan miał, musiałbym pana wyzwać za taką obrazę! Nie wyobraża pan sobie, co taki pro-

ces oznaczałby dla Honorii. Jej karykatury wisiałyby w witrynie każdego sklepu z gaze-

tami, imię znajdowałoby  się na ustach każdego nikczemnika  w  Londynie. Jej reputacja 

ległaby  w  gruzach.  Nie  miałaby  szansy  na  powrót, nawet  gdyby  jej  niewinność  została 

dowiedziona. 

- Dopuszczam myśl, że lepiej potrafi pan przewidzieć reakcję londyńskiego towa-

rzystwa niż ja - powiedział nieco udobruchany Gabe. 

-  Jeśli  dysponuje  pan  dowodem  zaangażowania  Hebdena,  mogę  się  postarać  po-

wstrzymać  go,  choć  będę  prawdopodobnie  musiał  działać  poza  prawem.  Gdzie  pan  go 

spotkał? 

- Ma dom przy Bloomsbury Square. 

- Skontaktuję się z kimś z Bow Street

*

, zajmą się nim natychmiast. 

-  Kiedy  już się pan  z nim  rozliczy,  mam  nadzieję,  że uczyni  pan  wszystko,  co  w 

pana mocy, aby przywrócić siostrze należne miejsce w pańskiej sferze. 

 

* Bow Street Runners - pierwsza zawodowa policja londyńska, założona w 1749 roku przez braci Johna 

i Henry'ego Fieldingów.  Henry Fielding był pisarzem, autorem poczytnej powieści „Historia życia Toma Jone-

T L

 R

background image

sa, czyli dzieje podrzutka". Na jej wątkach powstała w 1963 roku nagrodzona czterema Oscarami komedia fil-

mowa „Przygody Toma Jonesa", (przyp. tłum.). 

 

-  Wbrew  temu,  co  pan  może  sądzić,  taką  miałem  intencję  od  samego  początku. 

Czekałem tylko na stosowny moment. - Stanegate wbił badawcze spojrzenie w Gabe'a. - 

A jaki jest pański plan, kapitanie? 

- Jestem przyjacielem pana siostry. Byłem poruszony niesprawiedliwością, jaka ją 

spotkała, i chciałbym, by jej sprawca poniósł zasłużoną karę. 

- I to wszystko? - Lord Stanegate uniósł pytająco brew. 

- Wszystko. - Gabe nie chciał ujawniać bratu Honorii nic więcej. Przynajmniej nie 

teraz. - Czy mogę panu zaufać, że zrobi pan, co należy? 

- Daję panu moje słowo. 

- A zatem zadanie, jakie sobie postawiłem, zostało wykonane. - Gabe wstał i skło-

nił się gospodarzowi. 

-  Dziękuję  panu  w  imieniu  siostry  -  rzekł  Stanegate,  odprowadzając  Gabe'a  do 

drzwi.  -  Miał  pan  rację.  Okazał  się pan  lepszym  obrońcą  mojej  siostry  niż ja. Uwierzy 

pan albo nie, ale zachowam dla pana wdzięczność. 

Gabe skwitował ostatnią uwagę sztywnym skinieniem głowy. Nie miał nic więcej 

do powiedzenia. Nagle dopadło go zmęczenie nagromadzone w ciągu dni i nocy spędzo-

nych w drodze. Po wyjściu z rezydencji Carlowów pojechał wprost do hotelu. Zsiadając 

z konia, omal nie spadł z siodła z wyczerpania. Oddał wodze stajennemu i na chwiejnych 

nogach wszedł do środka. 

T L

 R

background image

Rozdział dwudziesty trzeci 

 

Tydzień później Honoria na kolanach pieliła kwiatową rabatę w ogrodzie i obrywa-

ła główki przekwitłym fiołkom. Kapitana Hawkswortha nie było już miesiąc, a ona nie 

miała żadnych wiadomości. 

Kornwalijska  wiosna  ustępowała  latu  z  jego  charakterystycznymi  południowo-

wschodnimi powiewami  znad  oceanu. Nadejście nowej pory  roku  uzmysłowiło  w  pełni 

Honorii tymczasowość sytuacji, w której się znajdowała. Każdy dzień pogłębiał jej nie-

pewność i napawał obawą o przyszłość. 

Tłumaczyła sobie, że przedłużająca się nieobecność kapitana jest całkiem natural-

na, że wytropienie Cygana i wydobycie z niego prawdy nie jest rzeczą prostą. Cokolwiek 

do niej czuł, przyjaźń czy namiętność, wróci przynajmniej po to, by opowiedzieć, czego 

się dowiedział. 

Czekała więc. Tymczasem odkrywała, że realizowanie ukrytych pragnień nie zaw-

sze jest rzeczą mądrą. Zakosztowała rozkoszy obcowania z Gabrielem i nie potrafiła wy-

obrazić sobie, że mogłaby należeć do innego mężczyzny. Nawet gdyby odzyskała utra-

coną reputację i na powrót stała się lady Honorią, mającą pokaźny posag i ustosunkowa-

ną rodzinę. 

Gdyby tylko mogła dowiedzieć się, co Gabriel do niej czuje. Niemożliwe, uspoka-

jała się, by miał ją za płochą, rozwiązłą kobietę, z którą spędza się mile czas, ale z którą 

rozstaje się bez żalu. Wierzyła, że traktuje ich znajomość poważnie. Skoro tak, czy by-

łoby  lepiej,  rozmyślała  dalej  Honoria,  gdyby  trzymała  na  wodzy  uczucia  i  czekała,  aż 

Marcus  przyjmie  oświadczyny  kapitana  Hawkswortha?  Zdecydowanie  nie.  Przecież  jej 

brat, usilnie zabiegający o właściwy wizerunek rodziny, nie zgodziłby się na ten mariaż. 

Byłoby lepiej nigdy nie doświadczyć cudownego uczucia zespolenia i nie przeżyć rozko-

szy w ramionach ukochanego? 

Ależ nie! Honoria wzięła się w garść. Choć upłynął już prawie miesiąc, nie okaże 

słabości ducha. Nie zwątpi w moc i czystość swoich uczuć do Gabriela ani w szlachet-

ność jego intencji oraz jego prawość. Będzie czekała, pewna, że on do niej powróci.  

Westchnęła. Cierpliwość nigdy nie była jej mocna stroną.  

T L

 R

background image

Nawiedziła ją nagle elektryzująca myśl. Jeśli przedłużająca się nieobecność kapita-

na oznacza, że jest mu trudno odnaleźć Cygana i dowieść jej niewinności, to odzyskanie 

przez nią dawnej pozycji towarzyskiej może się okazać niemożliwe. A to mogłoby być 

błogosławieństwem w ich sytuacji. Jako dżentelmen, kapitan mógłby mieć niepotrzebne 

skrupuły, uważając, że lady Honoria popełniłaby mezalians, wychodząc za niego za mąż. 

Taka przeszkoda nie wchodziłaby w rachubę, gdyby ona pozostała panną Foxe. 

A jeśli on będzie się wahał, jeśli nie odważy się dokonać wyboru między nią a sta-

nem kawalerskim... Rola syreny wabiącej zagubionego żeglarza wcale nie była niemiła. 

Zamiast  czekać,  sama  może  zrobić  pierwszy  krok.  Uśmiechnęła  się  do  swoich  wspo-

mnień.  Ponownie  stanęła  jej  przed  oczami  w  najdrobniejszych  nawet  szczegółach  cała 

droga od pokusy do spełnienia. 

Nagle pojawił się ogrodnik ciotki, stary Myghal. 

- Przepraszam, jakiś pan czeka na jaśnie panienkę - odezwał się. 

- Kapitan Hawksworth? 

- Nie wiem, panienko. Pani Dawes powiedziała, że czeka w południowym saloni-

ku. 

Gabe! To on! Honorię ogarnęła niewypowiedziana radość. Ojej! Ma na sobie starą 

suknię, potargane włosy przykrywa tani słomkowy kapelusz. Wygląda jak dójka wraca-

jąca z pastwiska. 

W holu stanęła na chwilę przed lustrem, zmazała brud z policzka. Nie ma czasu na 

wyszczotkowanie włosów i wyszorowanie rąk. Z bijącym sercem i nagle ogarnięta nie-

śmiałością, wkroczyła do salonu. 

Słowa radosnego powitania zamarły jej na ustach. 

- Marcus! - wykrzyknęła. - Co tu robisz? Z ojcem wszystko dobrze? 

- Nie takiego powitania spodziewałem się po długiej drodze z Londynu - odezwał 

się brat, zbliżając się, by uściskać Honorię. - Wszyscy zdrowi. A jak ty się czujesz? 

- Uważaj, bo się pobrudzisz. - Wysunęła się z uścisku brata. - Byłam w ogrodzie. 

Spodziewałam się kogoś innego, inaczej doprowadziłabym się do porządku. Jak widzisz, 

ciągle ze mnie rozpuszczona pannica - dodała z przekąsem. 

- Wnioskuję, że nie czytałaś moich listów - stwierdził Marcus. 

T L

 R

background image

Wszystkie listy od brata leżały nierozpieczętowane w sypialni Honorii. 

- Nie - przyznała. 

- Gdybyś to zrobiła, może przyjęłabyś mnie serdeczniej. Wielokrotnie cię przepra-

szałem. Skoro jednak nie chciałaś mieć ze mną nic wspólnego, zrozumiałem, że jeśli za-

mierzam  się  z  tobą  pogodzić,  to  muszę  przyjechać  do  Kornwalii.  I  oto  jestem.  Wyba-

czysz mi? 

Zdała sobie sprawę, że od początku czekała na te słowa. 

- Oczywiście, że ci wybaczam. 

-  Przepraszam,  że  zwątpiłem  w  twoją  prawdomówność.  Żałuję,  że  pozwoliłem  ci 

odjechać w stanie wzburzenia i przekonania, że przestała mnie interesować twoja przy-

szłość. Przepraszam, że straciłem panowanie nad sobą i cię zraniłem. 

Honoria poczuła, jak do jej oczu napływają łzy. 

- Kiedy doszedłeś do wniosku, że nie kłamałam? 

- Prawie natychmiast. Postanowiłem cię przeprosić i gdyby ojciec nie wysłał mnie 

w pilnej sprawie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zrobiłbym to następnego dnia. 

Kiedy wróciłem do domu, ciebie już nie było. Powiedziano mi, że wyjechałaś z Londy-

nu.  Jeszcze  tego  samego  wieczoru  rozmawiałem  z  Barwickiem.  Był  pijany,  bał  się,  że 

wsadzę mu kulę w łeb. 

- On był tylko narzędziem. Podobnie jak ja. 

- Zapłaciliśmy nie za swoje winy. Skoro mowa o zapłacie - Marcus się uśmiechnął 

-  to  chciałbym  ci  powiedzieć,  że  odwiedził  mnie  kapitan  Hawksworth.  Porządnie  mnie 

zwymyślał  za  to,  jak  ciebie  potraktowałem.  Był  tak  napastliwy,  że  wyzwałbym  go  na 

pięści, gdyby prawie wszystko, co mi zarzucał, nie było słuszne. 

- Prawie wszystko? 

-  Sądził,  że  nie  kiwnąłem  palcem  w  twojej  obronie  i  zostawiłem  cię  kompletnie 

samą z poważnym problemem. Wracając do aktualnej sytuacji... Wydaje mi się, że twój 

powrót do Londynu na razie jest niewskazany, przynajmniej dopóki nie rozstrzygnie się 

przyszłość  Verity.  Nawet  gdybyś  była  winna,  a  tak  przecież  nie  jest,  nosisz  nazwisko 

Carlowów. Londyn to twój świat i tam jest twoje miejsce. 

Honorię ucieszyły słowa brata, ale pokręciła przecząco głową. 

T L

 R

background image

-  Już  nie.  Powinnam  trzymać  się  z  dala  od  londyńskiego  towarzystwa.  Nie  chcę 

jeszcze bardziej niż do tej pory zaszkodzić Verity. 

- Prosiła, żebym przekazał ci list, który napisała do ciebie. - Marcus sięgnął do kie-

szeni kamizelki. - Tęskni za tobą, tak samo jak ja. Wszyscy pragniemy twojego powrotu. 

Chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo. 

- Moje bezpieczeństwo? 

-  Tak.  Kiedy  plotkarze rzucą się na inny  temat i  zapomną  o tobie,  mama poprosi 

lady Jersey lub inną ze swoich licznych przyjaciółek, aby ponownie wprowadziły cię... 

- Nie, Marcusie - wpadła bratu w słowo Honoria. - Nie wrócę. Nie jestem tą samą 

dziewczyną, która wiosną opuściła Londyn. Jestem lepsza. Chcę teraz czegoś innego. 

- Czego? 

Spojrzała w bok. Na razie zachowa ostrożność i nie powie bratu tego, czego i tak 

zapewne nie chciałby usłyszeć. Uczyni to dopiero wtedy, gdy zyska pewność, jak poto-

czą się jej losy. Najpierw musi się spotkać z kapitanem Hawksworthem. 

- Nie mogę teraz ci tego wyjawić. 

- Czy się pomylę, jeśli stwierdzę, że ma to związek z pewnym kąpanym w gorącej 

wodzie młodym kapitanem? 

- A jeśli tak? - Honoria obrzuciła twarz brata uważnym spojrzeniem. 

- Nie stanę ci na drodze do szczęścia, bez względu na to, co postanowisz. 

- Dziękuję - odparła cicho Honoria.  

Wiedziała, że niezależnie od tego, jaką drogę wybierze, nie chciałaby zrywać z ro-

dziną. 

- Mówiłaś, że zamierzałaś się przebrać. Pójdę się rozpakować, a potem przywitam 

się z ciotką Foxe. Zobaczymy się na kolacji? 

- Dobrze. 

Marcus uśmiechnął się serdecznie, pocałował ją w czoło i wyszedł. Honoria podą-

żyła jego śladem. Chociaż pogodziła się z bratem, wciąż nie odzyskała spokoju. A do ko-

lacji tyle jeszcze godzin... 

T L

 R

background image

Postanowiła  przejść się  po  klifie.  Przeczyta  list  od  Verity  i  jeszcze  raz  zastanowi 

się  nad  słowami  brata.  Wetknęła  kopertę  do  rękawa,  narzuciła  pelerynę  i  kuchennymi 

drzwiami wymknęła się z domu. 

 

Gabe jechał do Foxeden. Przedłużył pobyt w Londynie o jeszcze jeden dzień, który 

poświęcił na rozmowy z inwestorami w sprawie zakupu statku. Właściwie powinien zo-

stać w Londynie dłużej, jeśli chciał wystartować do nowej kupieckiej kariery, ale nie wi-

dział Honorii prawie miesiąc i nie mógł się doczekać spotkania. 

Wizyta w domu Carlowów przekonała go, że Marcus Carlow, wicehrabia Stanega-

te, zamierza wprowadzić siostrę na powrót w kręgi londyńskiej socjety. Gabe życzył wi-

cehrabiemu powodzenia. Mając dużo czasu do namysłu podczas długiej drogi z Londy-

nu, doszedł do wniosku, że nie zachowa szlachetnej obojętności i nie dopuści, by Hono-

ria tak po prostu odjechała. Wiedział, że w oczach rodziny Honorii nie jest i nie będzie 

odpowiednim  kandydatem  do  jej  ręki,  ani  jako  przemytnik,  ani  jako  kupiec.  Mimo  to, 

uznał, nie pozwoli jej wrócić do dawnego życia, nie podjąwszy próby przekonania jej, by 

została jego żoną. 

Być może ona przedłoży swoją pozycję towarzyską nad to, co on może jej zaofia-

rować. Nie przypuszczał jednak, by tak się stało. Ożywiony taką nadzieją, przed wyjaz-

dem z Londynu udał się do kancelarii arcybiskupa Canterbury, gdzie wymógł, aby mu od 

ręki  wydano  zezwolenie  na  szybki  ślub.  Gdyby  zdołał  przekonać  Honorię,  aby  go  ze-

chciała - wyobrażał sobie, jak będzie to robił, obsypując ukochaną pocałunkami - zamie-

rzał zawrzeć małżeństwo bez zwłoki. 

Kołatał do dworu w Foxeden, starając się opanować nerwowość wynikającą z fak-

tu, że wkrótce położy na szali swoją przyszłość. Jakie było jego zdumienie, gdy do holu 

wyszedł z salonu brat Honorii. 

-  Stanegate,  witam  pana.  -  Gabe  skłonił  się.  -  Nie  wiedziałem,  że  zamierzał  pan 

przyjechać do Kornwalii. 

- Ponieważ siostra nie wybierała się do mnie, byłem zmuszony złożyć jej wizytę. - 

Wicehrabia odkłonił się. - Ja zaś wcale nie jestem zaskoczony pańską obecnością. 

- Chcę prosić Honorię o rękę - wypalił Gabe. 

T L

 R

background image

- Potrzebuje pan mojego pozwolenia? 

- Nie. Informuję pana tylko grzecznościowo. Honoria jest pełnoletnia i możemy się 

pobrać. Z pańską zgodą lub bez niej. Chociaż byłem przemytnikiem... 

- O ile wiem, przemytnicy są otoczeni wielką estymą w Kornwalii - wtrącił Stane-

gate. 

- Jestem z urodzenia szlachcicem. Mój brat zaś to... 

- Sir Nigel Hawksworth z Ballyclarig Manor - wpadł kapitanowi w słowo Marcus. 

- Jest sędzią zasiadającym w sądzie hrabstwa Cork. Żonaty ze szlachetnie urodzoną pan-

ną Chastain, córką lorda Chastaina z Parnell Hall. Pan służył cztery lata w Dwudziestym 

Siódmym  Batalionie  Trzeciego  Pułku  Piechoty  Inniskilling,  awansując  do  stopnia  po-

rucznika zanim został pan ranny w bitwie pod Orthes.  

- Skąd pan to wie? - zdumiał się Gabe.  

- Mój sekretarz jest bardzo skrupulatny. Sądzę, że nie uważa mnie pan za troskli-

wego brata, ale kiedy nieznajomy młody człowiek wpada do mojego domu, wymachuje 

mi przed nosem szpadą i rusza w obronie honoru mojej siostry, potrafię to zauważyć. 

Gabe stracił rezon. 

- Moja rodzina ma na własność niezły  kawał ziemi w południowej Irlandii, ale ja 

od  dawna  wiedziałem,  że  nie  zadowolę  się  gospodarowaniem  na  którymś  z  folwarków 

mojego brata. Ostatnio trudniłem się wolnym handlem, skończyłem z tym jednak, bo nie 

chcę ryzykować, żeby Honoria owdowiała. Zamierzam jednak pozostać na morzu. 

- Będzie się pan ubiegał o patent oficera marynarki? - zapytał Marcus. 

- Nie. Rozkazów nasłuchałem się dość w armii. Udało mi się zainteresować pewną 

grupę inwestorów  i za ich pieniądze  oraz  własne zamierzam  kupić statek.  Niewielki na 

początek,  ale  wystarczająco  solidnej  budowy,  żeby  pożeglować  nim  na  oceany  i  dość 

przestronny, aby pomieścić spory ładunek legalnych towarów. Udam się wszędzie, gdzie 

są towary wymagające przewiezienia z miejsca produkcji tam, gdzie kupcy są gotowi je 

nabyć. 

- Zamierza pan zaproponować mojej siostrze życie wagabundy? 

-  Jeśli  mnie  zechce.  Równie  dobrze  może  się  zdecydować  na  powrót  do  dobrze 

znanego  jej  środowiska  i  sposobu  funkcjonowania,  a  także  zawrzeć  konwencjonalne 

T L

 R

background image

małżeństwo z szanowanym dżentelmenem z pańskiej sfery. Bardzo ją kocham, ale nigdy 

kimś takim nie będę. Mogę jej zaoferować odbicie tarczy księżyca na powierzchni morza 

i fosforyzującą biel żagli na tle czerni aksamitnego nocnego nieba. Zamierzam być bar-

dzo przekonujący - zakończył Gabe, nie precyzując, jakich argumentów chce użyć. 

- Mnie pan przekonał - rzekł z uśmiechem Marcus. - Dopuściłby pan mnie do spół-

ki?  Swoją  drogą,  myślę,  że  dobraliście się jak  w  korcu  maku.  Honorię  korciło przekra-

czanie granic wytyczonych dla panien z dobrych domów. Pragnęła takiej wolności, jaką 

cieszą  się mężczyźni,  szukała przygód. Gdy  wróci pan do  Londynu, by  usankcjonować 

porozumienie z inwestorami, proszę wpaść do mnie. W końcu, jeśli moja siostra ma za-

mieszkać w kabinie kapitana, to ja muszę zadbać o to, aby statek był pierwszej klasy. 

- Nie sprzeciwi się pan? 

-  Nie.  -  Marcus  wyciągnął  rękę.  -  Moje  błogosławieństwo  zapewne  nie  jest  panu 

potrzebne, ale je panu daję. Życzę szczęścia z moją siostrą, kapitanie. Ona na pewno pa-

nu nie odmówi. 

- Ja także życzę panu wszystkiego najlepszego, milordzie. A na marginesie, udało 

się panu znaleźć Hebdena? 

- Nie. Kiedy mój agent dotarł na Bloomsbury Square, dom był już pusty, nawet ko-

łatkę zdjęli z drzwi. Będę szukał nadal. Dopadnę go, jeśli wciąż przebywa w Anglii. 

- Dobrze. Nie sądzę bowiem, by on poprzestał na tym, co zrobił dotychczas.  

Gabe nie zapomniał, jakie wrażenie zrobiło na nim głębokie przekonanie Hebdena, 

że jest narzędziem sprawiedliwości. 

- Niestety, ma pan rację - przyznał ponuro wicehrabia Stanegate.  

Do salonu weszła Tamsyn. Na widok Gabriela stanęła jak wryta. 

- Kapitan Hawksworth! - wykrzyknęła. 

- Witam, Tamsyn. - Gabe skłonił się. - Przyszedłem do panny Marie. Powiesz jej, 

że jestem?  

-  Panienki nie  ma  w domu,  kapitanie. Będzie pół  godziny,  jak  wyszła  pospacero-

wać na klifie. 

Gabe obejrzał się na Stanegate'a. 

- Do zobaczenia później, milordzie. Wygląda na to, że też się przespaceruję. 

T L

 R

background image

Rozdział dwudziesty czwarty 

 

Na spłaszczonej skale, z której rozciągał się widok na zatokę, było bardzo wietrz-

nie. Honoria musiała przytrzymywać list Verity obiema dłońmi. Widok znajomego cha-

rakteru pisma wzbudził w jej sercu wielką tęsknotę za młodszą siostrą. Choć Verity wy-

rażała  nadzieję,  że  siostra  wkrótce  powróci  na  łono  rodziny,  Honoria  zdawała  sobie 

sprawę z tego, że każda z nich pójdzie własną drogą. 

Zadała sobie w duchu pytanie, jaką przyszłość zgotuje los jej niewinnej i dzielnej 

siostrze, która w ludziach dostrzegała wyłącznie dobro i z determinacją broniła tych, któ-

rych kochała, nawet jeśli nie byli doskonali i często jej nie doceniali? Verity  na pewno 

zasługiwała  na  szlachetnego  mężczyznę,  który  będzie  ją  wielbił  z  takim  samym  odda-

niem, jakie ona oferowała każdemu, kogo kochała. 

Honoria zrozumiała nagle prawdę tak oczywistą, że jej uzmysłowienie sobie przy-

ćmiło wszystkie dotychczasowe wątpliwości i rozproszyło gnębiące ją poczucie niepew-

ności.  Chce  być  kochana  miłością  czystą  i  pozbawioną  lęku,  szlachetną.  Żadne  inne 

uczucie nie przetrwa; żadne inne jej nie zadowoli. Nie zmieni zdania, nawet gdyby miała 

patrzeć, jak Gabriel Hawksworth odpływa w dal, pozostawiając ją samotną do końca jej 

dni. 

Słuszność  podjętej  decyzji  podziałała  uspokajająco  na  skłębione  uczucia  Honorii. 

Wizja  syreny  wabiącej  zbłąkanego  żeglarza  przybladła,  straciła  na  atrakcyjności.  Czy 

kapitan będzie mógł zaoferować jej prawdziwą miłość? Och, niechby już wreszcie wró-

cił! 

Nagle  na  trzymaną  w dłoniach  kartkę papieru padł  cień.  Honoria uniosła  wzrok  i 

ujrzała ukochanego. 

Wstała raptownie. Już miała rzucić się mu w ramiona, kiedy przypomniała sobie, 

co  przed  chwilą postanowiła.  Nie połączy  ich  wyłącznie pożądanie. Chce być kochana. 

Wszystko albo nic. 

- O, kapitan Hawksworth! Jakże się cieszę, że pana widzę! 

- Panno Foxe - wyciągnął rękę, pogłaskał ją po policzku, musnął opuszkiem palca 

jej usta - ja też jestem niezmiernie rad ze spotkania. 

T L

 R

background image

- Niech mi pan opowie, co odkrył w Londynie - powiedziała, próbując się nie pod-

dawać urokowi chwili. 

Gabe gestem poprosił ją, by z powrotem usiadła. Sam stał, oparłszy nogę na skale. 

-  Odkryłem  wszystko,  o  czym  moglibyśmy  zamarzyć.  To  Stephen  Hebden  zapla-

nował pani upadek. On uważa się za wyznaczonego przez los wykonawcę wyroku, jaki 

jego  matka  rzuciła  na  rodziny  zamieszane  w  śmierć  jego  ojca.  Był  świadkiem  pani 

sprzeczki z narzeczonym u jubilera. Kiedy dowiedział się, kim pani jest, uznał, że nada-

rza się doskonała sposobność uderzenia w Carlowów. 

- Postanowił zniszczyć moje życie, bo jego to spotkało. 

- Rozmawiałem z pani bratem - kontynuował kapitan. - Wynajął ludzi do śledzenia 

Hebdena, jak na razie bez powodzenia. Obiecał też zrobić wszystko, by umożliwić pani 

powrót do Londynu. 

- To samo i mnie powiedział. Tyle że ja nie chcę wracać, nawet jeśli Marcus zdoła 

do tego doprowadzić. Pokochałam Kornwalię i polubiłam się czuć użyteczna. Chcę po-

magać dziewczętom i Evie. Aha, byłabym zapomniała. Nie wyobraża pan sobie, co spo-

tkało Laurie! Po potyczce na wrzosowisku pastor Gryffd nalegał, by ona wraz z matką i 

Evą  zamieszkały  na  plebanii.  Chciał  uchronić  je  przed  możliwą  zemstą  Johna  Kessela. 

Pastor, jak się okazało, od dawna czuł słabość do Laurie, więc poprosił ją o rękę. Odma-

wiała długo, twierdząc, że to niemożliwe, ale ją w końcu przekonał. Zdając sobie sprawę 

z  tego,  że  miejscowym  ludziom  trudno  będzie  obdarzyć  Laurie  szacunkiem  należnym 

żonie duchownego, ojciec Gryffd oznajmił ostatniej niedzieli, że przyjął propozycję me-

todystów  głoszących  słowo  boże  w  Ameryce.  Ponieważ  Laurie  nie  wyjechałaby  bez 

matki i siostry, one wyruszą do Ameryki także. 

- Cieszy mnie, że tak się stało. Będą mieć szansę rozpoczęcia nowego życia. Ale co 

z panią? 

- Nawet gdybym chciała wrócić, nie wyobrażam sobie, by moja obecność obeszła 

się  bez  rozgłosu  i  odnowienia  skandalu,  który  zaszkodziłby  przyszłości  Verity.  A  tego 

bym sobie nie życzyła. 

- Będzie pani szczęśliwa, pozostając poza swoją sferą towarzyską?  

T L

 R

background image

- Myślę, że mnie potrzebna jest do szczęścia odmiana pewnego szmuglera. Po tym, 

czego  byłam  świadkiem  na  wrzosowisku,  drżę  o  wszystkich  zajmujących  się  wolnym 

handlem. Słyszałam od Tamsyn, że pan się z tego wycofał, czy to prawda? 

- Tak. Przekazałem „Rybitwę" jej właściwemu kapitanowi. 

Honoria chciała, żeby tak się stało, i teraz, gdy usłyszała potwierdzenie z ust kapi-

tana, kamień spadł jej z serca. 

- Wspaniale! Co pan zamierza? - starała się, by nie zabrzmiało to zbyt natarczywie. 

- Pozostanę na morzu, ale jako kupiec. Będę kupował, transportował i sprzedawał 

towary wszędzie tam, gdzie znajdę kontrahentów. Popłynę, gdzie zawieje mnie wiatr. W 

tropiki, do Orientu, Brazylii, Ameryki. - Mówiąc to, wpatrywał się w Honorię. - Pani brat 

jest chyba zdania, że takie życie mogłoby się pani spodobać. 

- Uznałabym takie życie za doskonałe, gdyby pewien kapitan zaprosił mnie, bym z 

nim pożeglowała. 

- Czy mówi pani to, co wydaje mi się, że pani mówi? 

- Mówię panu to, co powiedziałabym tamtego dnia w zatoczce, kiedy zabronił mi 

pan  składania  obietnic,  których  mogłabym  żałować.  Moje  szczęście  zależy  od  pana. 

Ciotka Foxe kazała mi zapamiętać, że miłość jest rzadkim i cennym darem. Jeśli komuś 

dopisało szczęście i ją znalazł, nie powinien wypuszczać jej z rąk. Kocham pana, Gabrie-

lu Hawksworcie. Chcę być z panem. 

Uszczęśliwiony Gabriel ujął dłonie Honorii i zaczął pokrywać je pocałunkami. Ro-

ześmiała się. Rozsadzała ją radość, bo zrozumiała, że Gabe ją kocha. 

- Ja też chcę spędzić z panią życie! Nie mam do zaoferowania nic, co mogłoby wy-

nagrodzić pani utratę pozycji towarzyskiej i rodziny, ale ofiaruję moje serce, moją wier-

ność i moje oddanie. Udowodnię, że jestem pani wart. Czy poślubisz mnie, najdroższa? 

- To ja muszę się okazać godna mężczyzny, który mi zaufał i uwierzył w moje za-

pewnienia, że nie zawiniłam zaistniałej sytuacji, chociaż nawet rodzina nie dała mi wia-

ry. Mężczyzny, który postanowił wyśledzić podłego intryganta, i tego dokonał. Mężczy-

zny,  który  przywrócił  mi  dobre  imię  niezasłużenie  stracone.  Chcę  dzielić  życie  z  męż-

czyzną, który pokochał mnie nie dlatego, że jestem córką hrabiego, lecz dla mnie samej. 

I w dodatku pokaże mi świat, jakiego nie miałabym szansy poznać bez niego. 

T L

 R

background image

Ogromnie wzruszony tym wyznaniem Gabe wziął ukochaną w ramiona. 

- Najdroższa, jesteś wspaniałą kobietą i brak mi słów, aby wyrazić, jak bardzo je-

stem szczęśliwy. 

 

 

T L

 R


Document Outline