background image

1

Iris Johansen

W POLU RAŻENIA

Rozdział 1

Arapahoe Junction,

Kolorado, 15 października

- Wiem, że się spóźniam, do cholery! - Alex Graham ściskała w dłoni telefon komórkowy. - Zrobię te zdjęcia, jak tylko 

będę mogła.

- Już byś je dawno miała, gdyby nie to, że się tak bezsensownie wdałaś w te prace na rumowisku. Miałaś fotografować 

ratowników w akcji, a nie sama w niej uczestniczyć - powiedział sarkastycznym tonem Jim Karak. - Stare niusy to żadne 

niusy, Alex. Ta cholerna tama przerwała się już prawie tydzień temu, a nasz magazyn wychodzi za dwa dni.

- Zrozum, tam nadal wygrzebują spod osuniętej ziemi żywych ludzi.

-  Dlatego  powinnaś  robić  optymistyczne  zdjęcia  bohaterskich  akcji,  zamiast  machać  szpadlem.  Łamiesz  jedną  z 

podstawowych zasad. Za bardzo się angażujesz.

- Tam nadal mogą być żywi ludzie... - Nie, to nie ma sensu. Dla Karaka liczy się tylko jedno i w tym cały problem. -

Dostaniesz  te  zdjęcia.  -  Rozłączyła  się  i  z  rezygnacją  oparła  o  ścianę,  pocierając  zmęczone  skronie.  Boże,  ależ  jest 

wykończona. Będzie miała szczęście, jeśli Karak nie wezwie jej do siebie i nie oznajmi, żeby szukała sobie innego pisma. 

Jej  zachowanie  pozostawiało  wiele  do  życzenia  i  z  pewnością  nie  było  profesjonalne.  Gdyby  nie  miała  poważnych 

osiągnięć, Karak już dawno by ją zwolnił.

- Jakieś problemy? - W drzwiach przyczepy stała Sara Logan z psem Montym.

- Drobne. - Alex skrzywiła się i wstała z krzesła. - Wygląda na to, że nie wykonuję swojej pracy i nie skupiam się na 

tym, co istotne.

-  Prawie  mnie  nabrałaś.  -  Sara  napełniła  wodą  miskę  dla  Monty’ego  i  usiadła  na  podłodze  obok  psa,  który  zaczął 

łapczywie  chłeptać.  -  Dziś  rano  znaleźliśmy  żywe  niemowlę  w  tej  piekielnej  dziurze.  Moim  zdaniem  to  dość  istotne 

zajęcie.

- Też tak uważam - uśmiechnęła się Alex. - Pieprzyć Karaka.

Sara nie odwzajemniła uśmiechu.

-  Nie  chcę,  żebyś  straciła  pracę,  Alex.  Wiem,  ile  ona  dla  ciebie  znaczy.  Mamy  wielu  innych  wolontariuszy,  którzy 

pomagają kopać.

Alex uniosła brwi.

- O, czyżbyście mieli za dużo pomocników?

- Wiesz, że to nieprawda. W katastrofach takich jak ta trzeba działać najszybciej jak się da, inaczej... No dobra, masz 

rację.  Jesteś  nam  potrzebna.  Nie  chciałabym  tylko,  żebyś  sobie  zaszkodziła.  Bóg  wie,  że  na  tym  świecie  jest  już 

wystarczająco dużo cierpienia.

background image

2

A Sara Logan doświadczyła go w dużej mierze na własnej skórze, pomyślała Alex. Razem ze swoim golden retrieverem 

Montym  pracowała  w  brygadzie  ratunkowo-poszukiwawczej  i  Alex  spotykała  ją  wielokrotnie  przy  okazji  różnych 

katastrof w ciągu ostatnich pięciu lat. Ich przyjaźń zrodziła się w obliczu tragedii, jakie potrafi zgotować natura albo sam 

człowiek.

- Nic mi nie będzie - rzuciła.

- Twój wydawca ma rację. To nie jest zajęcie dla ciebie. - Sara pokręciła głową. - Spójrz na siebie. Cała jesteś brudna. 

Dłonie ci krwawią od ciągłego machania szpadlem i nie spałaś od dwudziestu czterech godzin.

- A ty spałaś?

Sara puściła mimo uszu jej pytanie.

- Nie tylko dłonie ci krwawią. Alex, wycofaj się. To cię wykończy. Uwierz mi, wiem, co mówię.

- Mówisz tak, jakbym nigdy nie była na miejscu katastrofy.

- Ale nigdy nie byłaś tak zaangażowana. Robiłaś zdjęcia i pomagałaś w namiocie pierwszej pomocy. Nie odkopywałaś 

ciał ludzi w nadziei, że będą jeszcze żywi.

Sara nie chciała myśleć o tych ciałach. Zbyt wiele ich widziała w ciągu kilku ostatnich dni.

-  Ty  przecież  ciągle  to  robisz  -  zauważyła  Alex.  -  Mogłabyś  zostać  w  domu  i  wieść  spokojne  życie,  ale  za  każdym 

razem, kiedy do ciebie zadzwonią, ty i Monty natychmiast stawiacie się na miejscu kolejnej katastrofy. Dziwi mnie, że 

twój mąż jeszcze to wytrzymuje.

-  Nie  lubi  tego, ale  rozumie.  -  Sara  spojrzała na  nią spod  zmarszczonych  brwi.  -  Ale  nie  rozmawiamy teraz  o  mnie. 

Obserwowałam cię przy pracy i uważam, że jesteś w tym świetna. Kochasz to, co robisz, i setki razy sama mi mówiłaś, że 

twoją pasją jest opowiadanie historii. Więc nie zbaczaj z wyznaczonego szlaku.

- Przecież nie zbaczam. Zrobię te zdjęcia. - Pochyliła się i pogłaskała puszystą sierść Monty’ego. - Ja tylko nie mogę... 

Zrobię te zdjęcia.

Sara przyglądała się jej z zatroskanym wyrazem twarzy.

- Wydaje mi się, że nie powinnaś już więcej brać takich zleceń. Już od czasów Ground Zero to narastało, a teraz jest 

jeszcze gorzej. Alex... zmieniłaś się.

Stal, beton i ten duszący pył, który zdawał się pokrywać cały świat niczym całun.

- Ground Zero zmieniło nas wszystkich.

Sara i Monty czołgający się pośród rumowiska, podczas gdy Alex stała i patrzyła na wszystko bezradnie.

Sara i Alex tulące się rozpaczliwie do siebie z twarzami zalanymi łzami.

- Ale ja miałam do kogo wrócić do domu, żeby się po tym wyleczyć. Powinnam była i ciebie zmusić, żebyś ze mną 

pojechała - stwierdziła Sara.

- Życie toczyło się dalej i ja też musiałam sobie radzić. - Alex wzruszyła ramionami. - Jeśli nawet noszę jakieś brzemię 

tamtych wydarzeń, to widocznie tak musiało być. Zwykle nic mi nie jest. Tylko teraz jest mi trochę ciężej. Te wydarzenia 

wywołują zbyt wiele wspomnień.

- Ale to nie to samo - przekonywała łagodnie Sara. - Tutaj udało nam się znaleźć ocalałych ludzi. Jak na razie mamy 

siedemdziesiąt dwie uratowane osoby.

- Ale to za mało - szepnęła Alex. - Ciągle za mało. Nie potrafię trzymać się od tego z dala i pozwalać... - Chrząknęła i 

nagle zmieniła temat. - Masz teraz przerwę?

- Nie. Musiałam tylko dać Monty’emu wody. Moja manierka była już pusta. Mamy jeszcze kilka godzin pracy, zanim 

zrobi się ciemno. Dla Monty’ego jest znacznie bezpieczniej, kiedy jest jasno i wyraźnie widzi, gdzie wchodzi. - Przerwała 

background image

3

na  chwilę.  -  Ale,  ale  omal  nie  zapomniałam,  że  mamy  dwie  dobre  wiadomości.  W  przyszłym  tygodniu  przyjedzie  tu 

prezydent.

- Najwyższy czas. Wiceprezydent Shepard był tu dzień po przerwaniu tamy.

- Tak, byłam pod wrażeniem. Musi się pokazać sam prezydent, żeby FEMA

 i wszystkie organizacje przyszły z większą 

pomocą.

- To dobrze. Może uda mi się przekonać Karaka - Alex skrzywiła się - że czekałam ze zdjęciami do przyjazdu Andreasa, 

żeby pokazać jego rolę w tej historii? - Pokręciła głową. - Nie, nie potrafię dobrze kłamać. Poza tym prezydent jest teraz 

tak otoczony przez ochronę, że nie zbliżyłabym się do niego nawet na kilometr.

- A ja się w ogóle dziwię, że zamierza tu przyjechać. Zeszłej nocy wybuchła bomba w ambasadzie w Nowym Meksyku.

- Ta sama organizacja terrorystyczna?

- Przyznała się do tego Matanza - przytaknęła Sara. - Na trawniku przed ambasadą zostawili płonącą kukłę Andreasa.

-  Sukinsyny.  -  To  był  już  trzeci  atak  na  amerykańską  ambasadę,  jakiego  dokonała  gwatemalska  organizacja 

terrorystyczna  w  ciągu  pół  roku.  Jak  nie  Środkowy  Wschód,  to  Gwatemala  albo  Wenezuela.  Juan  Cordoba  i  jego 

organizacja Matanza stanowili zawsze element radykalny i rewolucyjny w swoim kraju, ale teraz, zasileni pieniędzmi z 

narkotyków i wspierani przez Al Kaidę, urośli w taką siłę, że na swój cel wzięli Andreasa i jego rząd, który działa na 

rzecz stabilizacji. Alex nie potrafiła już sobie wyobrazić, że kiedyś były czasy, kiedy jej krajowi nie groził terroryzm i 

przemoc. Z drugiej  zaś strony  pamiętała  swoje dzieciństwo przepełnione  zaufaniem, niewinnością i  wiarą  w  to,  że  nic 

złego nie może jej spotkać. Te wspomnienia wywołały w niej tylko frustrację, złość i ogromny smutek.

- Mam nadzieję, że twoja druga dobra wiadomość jest lepsza od pierwszej.

-  Musisz  nauczyć  się  przyjmować  gorycz  ze  stoicyzmem.  Przynajmniej  Andreas  nie  pozwala,  żeby  ktokolwiek 

zastraszył go na tyle, by zaczął ignorować ludzi, którzy go potrzebują. Prawdopodobnie będzie bezpieczny, odwiedzając 

to  miejsce.  Wszystkie  dowody  świadczą,  że  to,  co  się  tu  wydarzyło,  to  katastrofa  wywołana  przez  siły  natury.  -  Sara 

uśmiechnęła się. - A ze wstępnego raportu o stanie gruntu po drugiej stronie tamy wynika, że jest raczej stabilny. Jutro 

rano  mają  tam  przysłać  ekipę,  która  przeprowadzi  ostateczną  ekspertyzę.  Kiedy  osunięcie  ziemi  zniszczyło  ten  teren, 

obawiali się, że po drugiej stronie tamy będzie to samo.

- Jezu. Tylko tego by jeszcze brakowało! Następne osunięcie ziemi.

- Ewakuowali wszystkich z tego obszaru, tak na wszelki wypadek. Ale wygląda na to, że ludzie będą mogli już wrócić 

do domów. - Sara pogłaskała Monty’ego po głowie. - Czas wracać do pracy, kolego. - Wstała i ruszyła w kierunku drzwi. 

- A dla ciebie to pora, żeby zrobić w końcu jakieś zdjęcia.

-  Ależ  ty  potrafisz  być  apodyktyczna!  -  Alex  poszła  za  nią  i  zatrzymała  się  w  otwartych  drzwiach,  przyglądając  się 

obrazowi  katastrofy. Za  każdym  razem,  kiedy patrzyła  na  rumowisko,  robiło  jej  się  niedobrze. Tama Arapahoe  runęła 

pięć  dni  temu,  a  woda  spłynęła  w  dół  doliny,  zabijając  sto  dwadzieścia  osób.  Teraz  zmagali  się  ze  skutkami  osunięć 

ziemi,  spowodowanych  potężną  siłą  wody  wdzierającej  się  w  dolinę.  Tony  skał  zasypały  domy  i  całą  infrastrukturę 

Arapahoe  Junction,  a  grunt  był  nadal  na  tyle  niestabilny,  że  nie  można  było  wprowadzić  ciężkich  maszyn  do 

odgruzowywania, trzeba było wszystko wykonywać ręcznie.

Chryste, Alex cieszyła się, że przynajmniej nie będzie następnej katastrofy na tym już zrujnowanym obszarze.

- Przestań się gapić! - zawołała Sara. - Zacznij wreszcie fotografować.

Jasne, fotografować i ignorować fakt, że pod tymi skałami mogą się nadal znajdować żywi ludzie.

                                                          

  FEMA  -  Federal  Eraergency  Management  Agency  -  Federalna  Agencja  Dowodzenia  w  Sytuacjach  Zagrożenia,  zajmuje  się 

łagodzeniem następstw kataklizmów oraz planowaniem akcji pomocowych (przyp. tłum.).

background image

4

- Obiecaj mi, że się tym zajmiesz - nalegała Sara.

-  Obiecuję.  Zrobię  te  cholerne  zdjęcia  i  wyślę  je  jeszcze  dzisiaj.  -  Alex  chwyciła  szpadel,  który  stał  oparty  o  bok 

przyczepy. Tak jak mówiła Sara, było jeszcze widno, a pracy po tej stronie wąwozu było co nie miara. - Ale nie teraz. Nie 

mogę się tym teraz zajmować...

Było już późne popołudnie, kiedy Alex przerwała pracę i wróciła do przyczepy, żeby wziąć aparat. 

Pracowała  oczywiście  na  tyle  długo,  że  teraz  będzie  musiała  się  nieźle  spieszyć,  żeby  zdążyć  ze  zdjęciami  przed 

zmrokiem. Cóż, jeśli nie zrobi wszystkich, jakie są jej potrzebne, to najwyżej będzie improwizować.

Kilkaset metrów od przyczepy, nad namiotem pierwszej pomocy, podchodził do lądowania helikopter. Alex pomachała 

w stronę pilota, Kena Nadera, kiedy ten wysiadł z kabiny.

Mężczyzna odwzajemnił pozdrowienie.

- Przywiozłem ci te obiektywy, o które prosiłaś - zawołał.

- Dzięki. W tej chwili ich nie potrzebuję. Wpadnę do ciebie później, żeby je odebrać. - Odwróciła się i ruszyła w górę 

po zboczu wąwozu.

Całe  wzgórze  nadal  było  pełne  ludzi,  którzy  ostrożnie  i  pieczołowicie  odgruzowywali  kamień  po  kamieniu.  Przez 

tydzień pracy z nimi poznała już kilkoro z nich. Janet Delsey mieszkała w miasteczku, które zostało przysypane przez 

skały. Pracowała w lokalnej bibliotece, ale w dniu tragedii była w Denver. Jej rodziców nadal nie odnaleziono.

Alex nastawiła ostrość i zrobiła zdjęcie.

Bill  Adams,  kierowca  ciężarówki,  przejeżdżał  w  pobliżu,  kiedy  dowiedział  się  o  tamie.  Zaparkował  swojego  tira  i 

przyłączył się do akcji ratunkowej.

Aparat Alex uchwycił go przy pracy.

Carey Melway był idealistą i pełnym wielkich nadziei uczniem college’u, który przyjechał tu z Salt Lake City. W ciągu 

tych kilku dni Alex dostrzegła, jak chłopak z dziecka zmienił się w dorosłego mężczyznę.

Zrobiła mu zdjęcie.

Przez następną godzinę wypstrykała cztery rolki filmów. Wolontariusze, ekipy ratunkowe z psami, zasypany wąwóz.

- Trochę późno zabrałaś się do fotografowania. - Sara ostrożnie schodziła po nasypie skalnym, a za nią Monty. - Masz 

wystarczająco dużo zdjęć?

-  Za  dużo.  -  Alex  spojrzała  na  Janet  Delsey.  -  Myślisz,  że  ona  ma  jakieś  szanse  na  odnalezienie  swoich  rodziców 

żywych?

- Szansa istnieje, jeśli dotrzemy do nich na czas. Co innego, gdyby to była lawina błotna, a nie osunięcie skał. Między 

odłamkami skalnymi tworzą się szczeliny, przez które dociera powietrze. - Sara wskazała na Monty’ego. - Muszę zejść na 

dół, nakarmić go i dać mu witaminy. A ty już kończysz?

Alex pokręciła głową.

- Zrobiłam już większość ujęć ludzi, ale potrzebuję jeszcze zdjęć, które przedstawią całą operację ratunkową.

- Powodzenia. Przyda ci się - powiedziała Sara i pomachała na pożegnanie.

Miała rację, uważając, że trudno będzie ogarnąć całą głębię tej tragedii, kiedy jest się na jej wierzchołku.

Na wierzchołku.

Wzrok  Alex  powędrował  wzdłuż  zbocza  wąwozu.  Wypatrzyła  na  nim  czerwoną  skałę,  z  której  prawdopodobnie 

rozciągał  się  widok  na  całą  zalaną  dolinę  i  ekipy  pracujące  w  dole  na  rumowisku  skalnym.  Sara  mówiła  jej,  że  na 

dziewięćdziesiąt procent grunt w tamtym miejscu jest bezpieczny.

Gdyby udało jej się wspiąć po zboczu.

background image

5

Nie mogła jednak tam dojść ani przepłynąć. Pozostawała więc tylko jedna możliwość.

Odwróciła się i zbiegła w dół zbocza do namiotu pierwszej pomocy.

Helikopter zatoczył koło, a potem zbliżył się do drzew.

-  Jeśli  grunt  będzie  wyglądał  choć  trochę  niestabilnie,  nie  pozwolę  ci  wysiąść -  powiedział  stanowczo Ken  Nader.  -

Masz  już  zdjęcia  z  lotu  ptaka,  więc  to  powinno  ci  wystarczyć.  Naprawdę  sam  nie  wiem,  dlaczego  dałem  ci  się  w  to 

wciągnąć.

- Bo jesteś dobrym kolegą i wiesz, że muszę zrobić te zdjęcia. I sam widzisz, że będę tu bezpieczna. Najgorsze, co mi 

się  może  przydarzyć,  to  zsunięcie  się  z  tego  zbocza  do  wody,  która  zalała  dolinę.  -  Alex  uśmiechnęła  się  szeroko  i 

schowała  aparat  do  plecaka.  -  I  jeśli  okażę  się  taką  niezdarą,  to  znaczy,  że  zasłużyłam  na  utonięcie.  Wracaj  do  stacji 

pierwszej pomocy na wypadek, gdyby było jakieś zgłoszenie, a za godzinę przyleć tu po mnie.

- Lepiej, żebyś tu na mnie czekała! - Ken posadził helikopter na polanie między drzewami. - Oj, Alex, wcale mi się to 

nie podoba.

- Wszystko będzie dobrze. Nie jestem głupia, nie będę się niepotrzebnie narażać. - Wyskoczyła z helikoptera. - Dzięki, 

Ken. - Wzięła plecak z ekwipunkiem, pomachała do Kena i odsunęła się od maszyny. - Za godzinę...

Piętnaście  minut  zajęło jej  wydostanie  się  z lasu,  żeby  mogła wreszcie  zacząć wspinać  się  na  wierzchołek  ogromnej 

czerwonej skały, którą wypatrzyła z drugiej strony wąwozu.

Słońce schodziło coraz niżej, niebawem zapadnie zmierzch.

Szybko. Byłe dostać się na szczyt, zanim się ściemni.

Pospiesznie wkładała film i poprawiała ustawienia aparatu, przemierzając ostatnie metry dzielące ją od wierzchołka.

Teraz, jeśli tylko będzie miała wystarczająco dużo światła...

O mój Boże!

Przed  jej  oczami  rozpościerała  się  cała  dolina.  Dachy  zatopionych  domów,  ruchome  punkciki  światła  rozrzucone  po 

wszystkich zboczach zasypanej skałami doliny. Mężczyźni i kobiety wyglądający bezradnie, niczym mrówki próbujące 

powstrzymać śmierć i zagładę.

Wzięła głęboki oddech, drżącymi rękoma uniosła aparat do twarzy i zrobiła zdjęcie.

Potem jeszcze jedno, i następne.

Nie mogła przestać fotografować, dopóki nie zrobiło się zupełnie ciemno i widziała już tylko światła latarek.

Ile czasu tu spędziła? - zastanawiała się, pakując akcesoria fotograficzne i ruszając w dół zbocza. Pewnie za dużo, ale 

nie słyszała helikoptera Kena, więc nadal miała czas, żeby dotrzeć do polany, na której ją wysadził. I tak przecież na nią 

poczeka. Wbrew swoim groźbom, nie zostawiłby jej tutaj.

Przyspieszyła kroku, kiedy usłyszała odgłos silników śmigłowca. To dziwne, bo nie widziała świateł helikoptera, kiedy 

obserwowała wąwóz. Pomyślała, że może zataczał koła i teraz nadlatuje ze wschodu, ale...

- Jest już Powers. Pospiesz się, na miłość boską! - Męski głos, szorstki i brutalny, dobiegał zza zakrętu ścieżki przed nią.

Alex  zatrzymała  się  zaskoczona.  Co  u  diabła?  To  nie  mógł  być  żaden  turysta,  ale  może  to  jeden  z  inżynierów  albo 

naukowców, którzy sprawdzali szczątki tamy? Powoli zaczęła zbliżać się do polany.

- O to chodzi. Zaraz się stąd zabierzemy - zabrzmiał inny głos, niższy, gardłowy.

- Świeć latarką, żeby naprowadzić go na nas.

Odgłos helikoptera stał się głośniejszy, schodził do lądowania, niemal nad jej głową. A mimo to nie miał włączonych 

żadnych świateł.

background image

6

Najwyraźniej coś tu było nie tak.

Trzymając  się blisko drzew, podeszła do ściany lasu. Dwóch  mężczyzn stało  na polanie, gdzie wcześniej zostawił ją 

Ken. Obaj świecili latarkami, a helikopter właśnie dotykał płozami ziemi.

Kiedy  wylądował,  jasne  światło  przecięło  ciemność.  Alex  spojrzała  w  niebo  i  zobaczyła  helikopter  Kena.  Ten  drugi 

śmigłowiec był tak blisko, że nie usłyszała, jak nadlatywał Ken.

Ale teraz widziała go dobrze. Ken zbliżył się do polany i strumieniem światła rozjaśnił stojący na niej helikopter oraz 

mężczyzn  na  ziemi.  Alex  nie  tylko  mogła  wyraźnie  zobaczyć  ich  twarze,  ale  także  malujący  się  na  nich  strach  i 

wściekłość.

Jeden z mężczyzn krzyczał coś do pilota. Nie słyszała słów, ale zobaczyła, że pilot unosi do góry karabin.

O mój Boże! On mierzy do...

Niebo rozświetlił wybuch, kiedy kula karabinu dosięgnęła zbiornika paliwa w śmigłowcu Kena.

- Nie! - Nie zdawała sobie sprawy z tego, że krzyknęła, dopóki wyższy mężczyzna nie odwrócił twarzy w stronę drzew, 

za którymi się ukrywała.

Zaczęła uciekać.

Usłyszała przekleństwo, a potem odgłos łamanych gałęzi.

Kluczyła między drzewami.

Nie może biec ścieżką na szczyt. Stamtąd nie będzie miała żadnej drogi ucieczki.

Lepiej zbiec po zboczu do zalanej wodą doliny.

Kula karabinu przemknęła ze świstem obok jej ucha.

Zbliżali się do niej.

Z trudem łapała oddech.

Zbocze było w tym miejscu bardzo strome, po chwili straciła równowagę i zaczęła zsuwać się w dół.

- Nie mamy czasu. Powers kazał nam się stąd zabierać. Wracajmy do helikoptera, a tę sukę niech zasypie.

Kiedy się zatrzymała, wstała i zaryzykowała spojrzenie za siebie. Mężczyźni już zawrócili i właśnie wspinali się w górę 

po skarpie. Po chwili straciła ich z pola widzenia.

Nie mogła uwierzyć, że tak po prostu zrezygnowali z pogoni za nią. Uznała, że lepiej będzie, jeśli zejdzie jeszcze niżej, 

do samych stóp zbocza i spróbuje przedostać się wpław przez zalaną dolinę.

Ale dlaczego pozwolili jej uciec? Dlaczego tak się spieszyli?

„A tę sukę niech zasypie”.

Zasypie.

Niech ją zasypie...? Jezu Chryste!

Ziemia  zadrżała, a potem  usunęła się jej  spod  nóg.  Alex spojrzała na szczyt  wzgórza. Ogromne głazy toczyły się  po 

zboczu prosto na nią.

Kamienna lawina, osunięcie się ziemi!

Za kilka sekund dotrze do niej! Nie ma czasu!

„A tę sukę niech zasypie”.

Niedoczekanie. Nie pozwoli się zasypać.

Ściągnęła plecak, pobiegła do krawędzi stoku i rzuciła się dziesięć metrów w dół do wody.

Szpital św. Józefa

background image

7

w Denver, Kolorado

Gdy tylko otworzyła oczy, wiedziała już, gdzie się znajduje.

Boże, nienawidziła szpitali! Przypominały jej tamtą noc, kiedy ojciec...

- Już najwyższy czas, żebyś się obudziła. - Patrzyła na nią uśmiechnięta twarz Sary Logan. - Jak się czujesz?

Jak się czuła? Wszystko ją bolało, a Sarę widziała jak przez mgłę.

- Oszołomiona.

-  Nic  dziwnego.  Doznałaś  poważnego  wstrząsu.  Znaleziono  cię  na  jednym  z  dachów  zatopionych  domów, 

przygniecioną kamieniami. Byłaś nieprzytomna prawie dwadzieścia cztery godziny.

- W wodzie?

- Nie pamiętasz?

Ale starała się pozbierać myśli mimo bólu, jaki odczuwała. Płynęła. Tak, płynęła wpław. W brudnej wodzie. Próbowała 

wspiąć się na najwyższą gałąź zatopionego drzewa, ale gałąź się pod nią złamała. Niewyraźnie pamiętała, jak usiłowała 

wdrapać się na jeden ze sterczących nad wodą dachów.

- Tylko jakieś skrawki. Nie pamiętam, żeby mnie coś uderzyło w głowę. Czy tylko takie mam obrażenia?

- Masz pełno  siniaków i  zadrapań. Musiałaś spędzić w wodzie kilka godzin, zanim wypatrzyli cię  na tamtym dachu. 

Ogólnie  jesteś  poturbowana.  -  Sara  wzięła  ja  za  rękę.  -  I  będziesz  musiała  wyjaśnić  władzom,  jak  do  tego  doszło. 

Helikopter Kena Nadera eksplodował i rozbił się o zbocze po drugiej stronie tamy. Wiesz coś o tym?

Karabin wycelowany w helikopter Kena. Eksplozja, która rozświetliła niebo.

- Zestrzelili go.

Sara zamarła.

- Co? Kto go zestrzelił?

- Tam było trzech mężczyzn. Wydaje mi się... że to pilot do niego strzelał. Zrobili to... Nie mogłam w to uwierzyć. -

Zamknęła oczy.

Biegła. Zsuwała się po zboczu.

„A tę sukę niech zasypie”.

Uniosła powieki.

- Osunięcie się ziemi. Było kolejne osunięcie, prawda? Czy ktoś jeszcze ucierpiał?

- Nikt nie ucierpiał, ale cały obszar jest teraz przysypany górą kamieni.

- Chcieli zasypać dolinę. Zrobili coś...

- Co?

-  Nie  wiem.  Może  podłożyli  dynamit?  Nie,  nie  było  słychać  wybuchu.  Poczułam  tylko  jakieś  drżenie,  a  potem 

zobaczyłam toczące się głazy... Nie wiem, jak to zrobili.

- Nikt nie słyszał wybuchu. W każdym razie nie po rozbiciu się helikoptera.

- Oni to zrobili. Wiem, że to oni - upierała się Alex.

- Nie twierdzę, że tak nie było. Ja tylko mówię, że nikt nie słyszał eksplozji.

- Ale wierzysz mi?

- Boję się w to uwierzyć. Mam nadzieja, że zaraz zaśniesz i kiedy się ponownie obudzisz, powiesz mi, że to był tylko 

zły sen. Jeśli jednak tak nie powiesz, wtedy ci uwierzę. - Poklepała Alex po dłoni. - Muszę iść. Teraz moja zmiana. A ty 

background image

8

odpocznij. Kiedy się to wszystko skończy, chcę, żebyś wróciła ze mną do domu i tam odzyskała siły. Spodoba ci się nasz 

dom. Stoi nad brzegiem oceanu w bardzo spokojnym miejscu.

- A jak przebiega akcja ratunkowa?

- Sprawnie. Wczoraj przyłączyły się trzy kolejne ekipy ratunkowe z psami i bardzo przyspieszyły prace. - Sara nagle 

zawiesiła głos. - Znaleźliśmy rodziców Janet Delsey. Oboje nie żyją.

- Cholera. - Alex poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. - Boże, tak mi przykro.

- Wszystkim nam przykro.

Przełknęła ślinę, żeby pozbyć się uczucia ściśniętego gardła.

- Muszę wrócić do pracy. Kiedy będę mogła stąd wyjść?

-  Za  dzień  lub  dwa.  Najpierw  jednak  będziesz  musiała  porozmawiać  z  policją.  Chcą  na  tej  podstawie  przygotować 

raport z wypadku śmigłowca.

- Morderstwa. To było morderstwo, a nie wypadek.

- Więc powiedz to im. - Sara pochyliła się i pocałowała ją w czoło. - Cieszę się, że jesteś cała. Napędziłaś mi niezłego 

strachu.

- Chciałabym teraz porozmawiać z policją.

- Poproszę ich, jak wyjdę. Chociaż uważam, że powinnaś poczekać z tym jeszcze kilka godzin.

- Już i tak zbyt dużo czasu upłynęło. - Alex zacisnęła usta. - Ken by żył, gdybym go nie poprosiła o zawiezienie mnie na 

tamten szczyt i o zabranie potem stamtąd. Chcę, żeby złapali tych bandziorów jak najszybciej. Nie pozwolę, żeby im to... 

- Przerwała gwałtownie, jakby nagle coś sobie uświadomiła. - Jeśli wywołali to osunięcie się ziemi, to czy nie mogą być 

odpowiedzialni za poprzednie, które zburzyło całe miasto?

Sara skinęła ponuro głową.

- Dość niemiła perspektywa. Ale nie znaleziono żadnych śladów sabotażu. Mam nadzieję, że się mylisz.

-  Chciałabym  się  mylić.  Dlaczego  ktokolwiek  chciałby...?  -  Pokręciła  głową  z  niedowierzaniem.  -  Nie  potrafię  tego 

zrozumieć. To nie ma sensu.

- Odpocznij. Nadal jesteś mocno osłabiona. Powiedz tylko policji, co się wydarzyło, i zostaw im poskładanie tego w 

logiczną całość.

I tak nie byłaby w stanie zrobić więcej. Cały czas dudniło jej w głowie, a oczami wyobraźni widziała tylko eksplodujący 

helikopter Kena.

- Dziękuję, że przyszłaś mnie odwiedzić - uśmiechnęła się do Sary.

- Przecież jesteśmy przyjaciółkami. Ty na moim miejscu też byś przyszła. Czy oprócz tego mogę coś jeszcze dla ciebie 

zrobić? - spytała Sara.

- Aparat... Zgubiłam aparat... Załatwiłabyś mijałaś? I obiektywy, do czasu aż sama sobie coś kupię?

-  Jasne.  Wiem, czego używałaś.  I  może  uda  mi się  zrobić  ci  dobrą  przysługę i  wybiorę  aparat,  który zechcesz sobie 

zatrzymać. - Sara podeszła do drzwi. - Muszę już iść i zabrać Monty’ego od ochroniarza w sklepie z pamiątkami, zanim 

całkiem go rozpuszczą. Wszyscy w tym sklepie aż się rwali do głaskania i drapania go po brzuchu. - Spojrzała jeszcze 

przez ramię. - Wrócę tu jutro rano. Jeśli będziesz mnie potrzebowała, dzwoń na komórkę.

- Wiem, ile masz pracy. Nie musisz przychodzić.

Sara uśmiechnęła się.

- Ja niczego nie muszę robić. Do zobaczenia jutro.

background image

9

- Niezła historia - skwitował detektyw Dań Leopold. - Czy to wszystko, panno Graham?

- A nie wystarczy? - Detektyw był uprzejmy, ale niewzruszony, kiedy Alex opowiedziała mu, co wydarzyło się przy 

tamie. - Na miłość boską, oni zamordowali Kena Nadera! Mogą być odpowiedzialni za osunięcie ziemi, które zasypało 

miasto! Nie wierzy mi pan?

-  Spokojnie.  Nie  miałem  zamiaru  pani  denerwować.  -  Po  chwili  zapewnił  ją  z  powagą:  -  Myślę,  że  zawsze  istnieje 

szansa na znalezienie dowodów potwierdzających pani wersję wydarzeń. Jest pani fotoreporterem, widziała pani wiele i 

przywykła do dokładnego relacjonowania tego, co zobaczyła. Chodzi tylko o to, że będziemy mieli pewne problemy z 

weryfikacją.

- Jakie problemy?

- Po pierwsze, nikt nie widział drugiego helikoptera w okolicy.

- Mówiłam już panu, że nie był oświetlony.

- A po drugie, helikopter Nadera rozbił się o zbocze i jeśli były tam dowody obecności drugiego śmigłowca, to pożar po 

eksplozji  zniszczył  je.  Po  trzecie,  nie  znaleźliśmy  przyczyny  eksplozji  -  przerwał  wyliczanie.  -  Nie  znaleziono  żadnej 

kuli.

- Szukaliście jednej?

-  Nie,  łapie  mnie  pani  za  słówka.  Nasza  ekipa  dochodzeniowa  to  nie  banda  głupków.  Szukali  wszelkich  możliwych 

śladów.  Oczywiście  powiem  im,  żeby  wrócili  na  miejsce  zdarzenia  i  sprawdzili  jeszcze  raz,  czy  aby  nie  przeoczyli 

czegoś, co potwierdziłoby pani zeznania.

- Do cholery! Ja to widziałam!

Skinął głową.

- Sądzi pani także, że ci sami sprawcy spowodowali osunięcie się ziemi. Po co mieliby to robić?

- A skąd, u licha, ja mam to wiedzieć?

- Eksperci mówili nam, że tę skalną lawinę spowodował wstrząs następczy i że obszar był już niestabilny.

-  Co  takiego?  Przecież  dopiero  co  wydali  raport,  w  którym  zapewniali,  że  na  dziewięćdziesiąt  procent  obszar  jest 

stabilny.

- Ale nie na sto procent. Przyznali, że mogli się mylić. Nie znaleźliśmy żadnych śladów materiałów wybuchowych.

- Poszukajcie jeszcze raz. I przyjrzyjcie się Arapahoe Junction.

- Oczywiście. Ja tylko mówię pani, jak wygląda sytuacja. - Ściągnął ponuro usta. - To jasne, że zbadamy tę sprawę na 

wszelkie  sposoby,  skoro  dotyczy  ona  tragedii  tych  rozmiarów.  Od  czasu  katastrofy  World  Trade  Center  wszyscy  są 

wyjątkowo ostrożni i skrupulatni. Ale byli tu ludzie z FBI, politycy, inżynierowie i różni naukowcy, i wszyscy starali się 

dowieść,  co  spowodowało  przerwanie  tamy,  a  w  następstwie  tego  osunięcie  ziemi.  Nikt  nie  natrafił  na  żadne  ślady 

sabotażu.  Odczyty  z  sejsmografów  w  San  Francisco  wykazały  prawdopodobieństwo  trzęsienia  ziemi  o  sile  czterech  i 

dwóch dziesiątych na tym obszarze w nocy, kiedy pękła tama.

- Tak było - powiedziała Alex przez zaciśnięte zęby. - Nie wiem nic o tamie czy Arapahoe Junction, ale wiem, że drugie 

osunięcie ziemi było wywołane przez tych samych ludzi, którzy zabili Kena Nadera.

- W takim razie jestem pewien, że znajdziemy dowody na potwierdzenie pani słów. Mówiła pani, że pilota nazywali 

Powers?  Postaramy  się  go  namierzyć.  Sprawdzę  wszystko,  czego  się  od  pani  dowiedzieliśmy.  -  Wstał.  -  Obiecuję,  że 

zrobię, co w mojej mocy. Chciałbym, żeby przyszła pani jutro do komisariatu przejrzeć kartotekę i bazę podejrzanych o 

terroryzm. Będzie pani mogła?

- Jasne, że przyjdę.

background image

10

- Proszę jednak nie robić sobie wielkich nadziei. Będzie pani musiała mieć sporo szczęścia, żeby ich zidentyfikować.

- Muszę spróbować. - Spojrzała detektywowi w oczy. - Wy też musicie spróbować. Nie możecie dopuścić, żeby uszło 

im to płazem. Pan mi chyba jednak nie wierzy, prawda?

- Jestem pewien, że pani wierzy w to, co mówi. - Pokręcił głową ze znużeniem. - Niech pani spojrzy na to z mojego 

punktu widzenia. Jest pani w szpitalu od dwóch dni i leczy się ze wstrząśnienia mózgu. Czy nie jest prawdopodobne, że 

nie pamięta pani wszystkiego dokładnie tak, jak było? Takie rzeczy zdarzały się już świadkom z urazami głowy.

- Nie, to niemożliwe.

Uśmiechnął się.

- W porządku. To i tak nie robi większej różnicy. Wykonam swoją pracę. Chodź, Jerry, zabierajmy się stąd.

Chudy, młody sierżant, który siedział w kącie i podczas przesłuchania nie odezwał się ani jednym słowem, podniósł się.

- Dobranoc, panno Graham. Życzę pani szybkiego powrotu do zdrowia.

- Dziękuję.

- Do zobaczenia jutro w komisariacie - powiedział detektyw.

- Oczywiście, przyjdę.

- Zwariowana sprawa - powiedział Jerry Tedworth do Leopolda, gdy tylko wyszli z pokoju szpitalnego. - Wierzysz jej?

- Trudno mi nie wierzyć. Jest inteligentna, silna i wierzy w to, co mówi.

- Tak jak wspomniałeś, doznała poważnego urazu głowy.

- Myślenie życzeniowe. Mam wielką nadzieję, że ona nie ma racji.

- Dlaczego?

- Ponieważ jeśli Arapahoe Junction i tama stanowiły czyjeś cele, to byłoby to równoznaczne z masowym morderstwem. 

A kto popełnia masowe zbrodnie? Takie rzeczy robią specyficzni kryminaliści. Czubki. Socjopaci. Terroryści. A my nie 

chcemy mieć do czynienia z takimi sprawami. - Wcisnął guzik windy. - Miejmy nadzieję, że to halucynacje.

Oddychać głęboko. Uspokoić się.

Bolała  ją  głowa  i  z  trudem  zmusiła  się  do  rozluźnienia  zaciśniętych  pięści.  Całe  te  nerwy  niczemu  nie  pomogą. 

Detektyw  Leopold  nie  ukrywał,  że  podejrzewają  o  to,  że  ma  nierówno  pod  sufitem,  ale  przynajmniej  wysłuchał  jej  i 

obiecał, że sprawdzi wszystko, co mu powiedziała. Nie opuściły jej, niestety, złość i frustracja.

Złość, frustracja i ten natarczywy sterylny zapach szpitala.

Ojciec...

Szybko zablokowała przypływ wspomnień. Nie myśleć o tacie. Jezu, trzeba się stąd jak najszybciej wydostać. Nie może 

znowu rozrywać starych ran. Jutro pójdzie do komisariatu i zobaczy, czy uda jej się rozpoznać kogoś w ich kartotece.

Jeśli  zobaczy  tam  którąkolwiek  z  ich  twarzy,  rozpozna  ją  natychmiast.  Każdy  szczegół  i  rys  na  stałe  wrył  się  jej  w 

pamięć.

- Wypuszczą ją jutro - powiedział Lester, kiedy Powers odebrał telefon. - Dziś było u niej dwóch detektywów.

Powers zaklął pod nosem.

- Trzeba się było do niej dostać, kiedy była jeszcze nieprzytomna.

- Mówiłem ci już, że jej pokój jest tuż obok dyżurki pielęgniarek. Nie dałbym rady nic zdziałać niezauważony. Znajdę 

jakiś sposób, żeby dopaść ją jutro.

background image

11

- Lepiej, żeby tak było. Gdybyś się nie spóźnił, nie musiałbym schodzić do lądowania tym helikopterem. Do diabła, ona 

może mnie rozpoznać!

Nie przejmuje się faktem, że kobieta może także rozpoznać ich dwóch, jego i Deckera, pomyślał Lester.

- Może nie trzeba było się dołączać?

- I zaufać wam, że wykonacie dobrze robotę? Musiałem mieć pewność. To zbyt poważna sprawa. To ja odpowiadam za 

to przed Betworthem.

Gnojek.

- Ale w tej kwestii możesz mi zaufać. Dam ci znać, kiedy ona przestanie być dla nas problemem.

Lester rozłączył się. Oparł się o ceglany mur i spojrzał w górę na siódme piętro szpitala. Szkoda, że nie udało mu się 

dopaść tej Graham przed rozmową z policją.

No cóż, był już przyzwyczajony do naprawiania spartaczonych akcji.

Następnego dnia, późnym popołudniem, Sara czekała na Alex przed komisariatem. Nadal była w roboczym stroju, co 

wskazywało, że przyjechała prosto z miejsca kataklizmu.

- Udało się?

Alex ponuro pokręciła głową.

- Wygląda na to, że mają tam chyba tysiące twarzy... Ale wszystkie zlewały mi się w jedną. Jeszcze tu wrócę.

- Domyślam się. - Sara otworzyła samochód i przepędziła Montiego na tylne siedzenie. - Kiedy?

- Jutro. - Alex zajęła miejsce pasażera. - Muszę zabrać z Arapahoe Junction samochód, który wynajęłam. Możemy tam 

teraz pojechać?

Sara kiwnęła głową.

- Po to przyjechałam. Pomyślałam, że może zechcesz wrócić. - Zjechała z krawężnika. - Zdrzemnij się teraz trochę. Jak 

cię znam, pewnie jeszcze nie powinnaś wychodzić ze szpitala.

- To ty powinnaś się wyspać. - Alex spojrzała do tyłu na golden retrievera, który rozłożył się na całą długość tylnego 

siedzenia. - Tak jak Monty.

- On potrzebuje snu. To on wykonuje całą robotę. Ja tylko za nim chodzę.

- Tak, jasne - powiedziała Alex, niewidzącym wzrokiem spoglądając przez okno. - Leopold nie ma pewności, czy sobie 

tego wszystkiego nie wymyśliłam. Mówi, że nie ma żadnych dowodów na moją wersję. A ty czy mi wierzysz, Saro?

- Oczywiście, że ci wierzę. Zadzwoniłam do Johna, gdy wczoraj od ciebie wyszłam. Postara się wpłynąć na ekipę FBI, 

która została wydelegowana do zbadania sprawy tamy.

Jeśli  ktokolwiek  mógł  w  ten  sposób  zadziałać,  to  tylko  mąż  Sary,  John  Logan,  pomyślała  Alex.  Był  miliarderem, 

którego wpływy rozciągały się od politycznych elit Waszyngtonu po Wall Street.

- To dobrze. Chociaż naprawdę nie wiem, co mogliby znaleźć przy tamie, na co wcześniej nie natrafili. Przeczesali cały 

teren bardzo dokładnie. - Potarła skronie. - Ale może chociaż uda im się zidentyfikować pilota i helikopter?

- Możliwe. - Sara zerknęła na nią kątem oka. - Przestań już o tym rozmyślać i zdrzemnij się chwilę.

- Co jeszcze mówił Logan?

-  Niewiele  -  skrzywiła  się  Sara.  -  Kazał  mi  wracać  do  domu.  Powiedział,  że  wystarczy  mu,  że  pracuję  w  miejscach 

katastrof, i  nie  ma zamiaru pozwalać mi na narażanie się jakimiś bydlakom,  którzy wysadzają tamy.  I tak  wciąż się o 

mnie martwi.

- I co ty na to?

background image

12

-  Nic.  Nie  spodziewał  się,  że  się  poddam.  Powiedziałam  mu,  że  wrócę  do  domu,  kiedy  skończę  pracę.  -  Sara 

spochmurniała.  -  Co  może  nastąpić  już  lada  dzień.  Zdaje  mi  się,  że  planują  jutro  zmienić  status  akcji  w  Arapahoe  z 

ratunkowej na usuwanie skutków katastrofy. Mówią, że nie ma już większych szans na znalezienie kogoś żywego.

- Cholera.

-  No  właśnie.  -  Sara  wzięła  głęboki  oddech.  -  Ale  nawet  jeśli  skończy  się  praca  tutaj,  nie  zamierzam  zostawiać  cię 

samej. Jeśli nie pojedziesz ze mną do domu, ja zostanę z tobą tutaj.

- Nie. Twój mąż ma rację, martwiąc się o ciebie. Masz już i tak zbyt wiele na głowie, żeby się jeszcze mną przejmować.

- Zamknij się - powiedziała Sara. - Już o tym rozmawiałyśmy.

- Nie jesteś za mnie odpowiedzialna.

Sara milczała.

Boże, ależ ona jest uparta! - pomyślała Alex.

Uparta, lojalna i  odważna, a do tego najlepsza przyjaciółka, jaką  można sobie wyobrazić. I dlatego właśnie trzeba ją 

zmusić,  żeby  wróciła  do  domu  i  męża,  i  zostawiła  Alex  z  jej  problemami.  Ale  w  tej  chwili  nie  miała  siły  się  z  nią 

sprzeczać. Była tak zmęczona, że z trudem mówiła. Oparła głowę na zagłówku.

- Porozmawiamy później.

Sara zachichotała.

- Dokładnie to samo powiedział mi John. I tym samym tonem. - Włączyła światła mijania. - I powiem ci, co ja mu na to 

odpowiedziałam. Nie zadzieraj ze mną, bo poszczuję cię moim psem.

Alex uśmiechnęła się pod nosem.

- Porozmawiamy później - powtórzyła.

- Śpij spokojnie. Przed nami jeszcze godzina jazdy na miejsce katastrofy.

Alex wątpiła w to, że uda jej się zasnąć i w milczeniu przyglądała się mijanym wzgórzom. Pięknie tu. Purpurowe cienie, 

białe  szczyty  gór  w  oddali,  cudowna  przyroda.  W  miejscach  tak  pięknych  jak  to  nie  powinny  się  dziać  tak  straszne 

rzeczy...

Rozdział 2

Ocknęła się nagle w całkowitych ciemnościach.

Monty szczekał i skakał po siedzeniu, próbując dostać się do tylnej szyby.

Potrząsnęła głową, żeby się dobudzić.

- Co mu jest?

- Nie wiem. - Sara patrzyła we wsteczne lusterko. - Może nie podoba mu się ten dupek, który siedzi mi na ogonie?

Alex spojrzała za siebie na dwa błyszczące reflektory samochodu jadącego za nimi.

- Monty jest mądrym psem, ale wątpię, żeby znał się na wykroczeniach drogowych.

- Nigdy nie wiadomo - powiedziała Sara, marszcząc czoło. - To niepodobne do niego tak... - Odprężyła się. - Dzięki 

Bogu,  ten  dureń  postanowił  mnie  wyprzedzić.  Niech  sobie  jedzie.  Nie  wiem,  czemu  tak  się  spieszy.  Przecież  jadę  z 

maksymalną dozwoloną tu prędkością. Można by pomyśleć, że... - Monty rzucił się do bocznej szyby, a jego szczekanie 

stało się jeszcze bardziej przeraźliwe, kiedy obcy samochód zrównał się z ich autem. - Uspokój się, piesku. Wszystko jest 

w porządku.

Ale to nie była prawda. Alex kątem oka zauważyła błysk metalu w dłoni człowieka jadącego drugim samochodem. O 

Boże, to broń!

- Schyl się! - krzyknęła, rzucając się na Sarę i przyciskając ją do drzwi.

background image

13

Szyba  rozleciała  się  w  drobny  mak,  a  Sara  jęknęła,  kiedy  dosięgła  jej  kula.  Opadła  na  kierownicę,  a  na  jej  plecach 

pojawiła się plama krwi.

Dżip wpadł w poślizg i zaczął kręcić się w kółko.

Alex chwyciła kierownicę, szukając równocześnie stopą pedału hamulca, kiedy samochód wypadł z górskiej drogi.

Śmierć.

Zaraz zginą.

Dżip runął w dół skalnego zbocza w czekającą na niego ciemność.

Samochód zatrzymał się gwałtownie. Oszołomiona Alex zorientowała się, że uderzył w drzewo.

Na tylnym siedzeniu Monty kręcił się i rozpaczliwie skomlał, próbując dostać się do Sary.

Sara leżała wciśnięta między kierownicę a drzwi, z jej rany nadal spływała krew.

- Sara... - Trzeba ją koniecznie wydostać z samochodu i zatamować krwawienie.

Alex otworzyła drzwi od swojej strony i chciała wysiąść, ale nagle zobaczyła, że pod jej stopami nic nie ma.

Spojrzała w dół i przełknęła z trudem ślinę, kiedy dotarła do niej groza sytuacji. Dżip zwisał ze sterczącej skały, setki 

metrów  nad  przepaścią.  Na  krawędzi  skały  rosła  cherlawa  sosna  i  to  właśnie  ona  powstrzymywała  samochód  przed 

runięciem w dół. Nie było szansy na wydostanie się z auta od strony pasażera. Alex sięgnęła ponad nieprzytomną Sara i 

pchnęła jej drzwi. Ustąpiły, ale nie otworzyły się wystarczająco szeroko.

Otworzyła więc okno.

- Wyskakuj, piesku.

Monty się jednak nie ruszył.

- Wyłaź, do diabła! Muszę ją stąd wydostać!

Monty przyglądał jej się przez chwilę, po czym wyskoczył przez okno.

Alex przeczołgała się ponad Sara. Monty siedział pod samochodem i skomlał, kiedy gramoliła się przez okno.

-  Wiem,  wiem.  Zaraz  ją  wyciągniemy.  -  Pociągnęła  drzwi,  zapierając  się  o  karoserię,  ale  ustąpiły  zaledwie  na  kilka 

centymetrów.  Pociągnęła  jeszcze  raz,  wkładając  w  to  całą  swą  siłę.  Drzwi  uchyliły  się  o  kolejnych  kilkanaście 

centymetrów. To powinno wystarczyć.

Chwyciła Sarę pod ręce i pociągnęła. Ciężko jej szło. Była taka niezdarna. Pociągnęła znowu. A co będzie, jeśli tym 

szarpaniem  sprawi,  że  Sara  będzie  jeszcze  mocniej  krwawić?  Lepiej  o  tym  nie  myśleć.  Co  innego  może  zrobić  w  tej 

sytuacji? Jeśli ta sosna nie wytrzyma naporu samochodu, dżip może w każdej chwili spaść w przepaść.

Byle tylko wydostać Sarę z samochodu i umieścić ją w bezpiecznym miejscu.

Zajęło jej to kilka długich minut, ale w końcu udało jej się wydostać przyjaciółkę z dżipa i odciągnąć ją od krawędzi 

przepaści.

Monty usiadł obok nieprzytomnej Sary i wpatrywał się w Alex błagalnym wzrokiem.

- Wiem, piesku. Postaram się jej pomóc. - Rozpięła Sarze sweter, potem bluzkę. Rana postrzałowa była dość wysoko i 

nie krwawiła tak bardzo, jak się obawiała. - Zostań przy niej, Monty.

Wróciła do dżipa, wyciągnęła torbę Sary, a z niej telefon komórkowy.

Zadzwonić na pogotowie i wezwać pomoc.

Żeby tylko przyjechali jak najszybciej i uratowali Sarę.

Operator w centrali był szybki i sprawny, ale Alex nie potrafiła podać mu żadnych konkretnych informacji.

background image

14

- Nie wiem, gdzie jestem. Gdzieś na autostradzie numer 30 między Denver a Arapahoe Junction. Mówiłam już panu, że 

obudziłam się i...

Ktoś świecił latarką w ich stronę.

Alex zauważyła sylwetkę mężczyzny na tle świateł samochodu stojącego przy szosie.

Monty zawarczał.

Serce  zaczęło  jej  łomotać.  Tylko  spokój.  Nie  panikować.  Ten  człowiek  nie  zdołałby  się  do  nich  dostać,  nawet  jeśli 

próbowałby zejść po zboczu. A z tej odległości i pod takim kątem celny strzał byłby praktycznie niemożliwy.

- Nie będę się rozłączać - powiedziała do operatora. - Postarajcie się mnie namierzyć. Może przynajmniej uda wam się 

zawęzić pole  poszukiwań do najbliższej stacji bazowej  mojej sieci telefonicznej. - Przyciągnęła Monty’ego pod ścianę 

nawisu skalnego, pod którą leżała Sara, i skryła się tam w nadziei, że ten bydlak na drodze nie zobaczy ich z góry.

Co będzie, jeśli jednak spróbuje tu zejść? Nie miała żadnej broni. Zostawiła pistolet w przyczepie. Boże, czuła się tak 

bezbronna, jak kaczka wystawiona na odstrzał.

Do diabła, wcale nie była bezbronna. Usłyszy gnojka, jak będzie się skradał, i podejmie z nim walkę. Zaatakuje go i 

zepchnie z tej cholernej  skały. Pobiegła do dżipa i wyciągnęła i  bagażnika apteczkę i  koc. Broń. Czego mogłaby użyć 

jako broni? Może saperki, którą Sara zawsze wozi w samochodzie? chwyciła saperkę i pobiegła z powrotem do leżącej 

Sary.

Opatrzyła ranę przyjaciółki i przykryła ją kocem. Słodki Jezu, czemu ona nie odzyskuje przytomności? Przysunęła się 

bliżej Sary i objęła ją ramieniem. Drugą dłoń zacisnęła na trzonku saperki.

Arapahoe Junction

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna wyszedł z pokoju Sary, kiedy na korytarzu szpitalnym pojawiła się Alex.

- Panna Graham? Nazywam się John Logan - przedstawił się.

Rozpoznała  go  ze  zdjęć,  które  pokazywała  jej  kiedyś  Sara.  Nie  oddawały  one  jednak  jego  dominującej  osobowości. 

Wpadł w furię, kiedy Alex zadzwoniła do niego parę godzin temu, gdy obie z Sara znalazły się w szpitalu. Teraz był już 

opanowany i chłodny, nawet bardzo chłodny. Nie może jednak mieć do niego żalu, pomyślała z rezygnacją. Pewnie winił 

ją za wypadek Sary i miał rację.

- Lekarze mówią, że nic jej nie będzie. Za kilka dni ją wypiszą, chociaż będzie musiało upłynąć parę miesięcy, zanim 

całkowicie wyzdrowieje.

- Wiem. - Jego odpowiedź była szorstka i lakoniczna. - Za to nie wiem, w jaki sposób mam zapewnić jej spokój i czas 

na pełną rekonwalescencję.

- Nie rozumiem co pan ma na myśli.

- Sara mówiła mi, że jest pani dobrą przyjaciółką, więc powinna pani wiedzieć, że misją jej życia jest ratowanie innych. 

Ona musi pomagać innym. - Zacisnął usta. - I wygląda na to, że obecnie przedmiotem jej troski jest pani.

- Mówiłam jej, że nie chcę, żeby się angażowała.

- Posłuchała? Oczywiście, że nie. Pani nie tylko wpadła w tarapaty, ale jest też jej przyjaciółką. - Ton jego głosu stał się 

jeszcze bardziej szorstki. - Więc proszę zachować się jak przyjaciółka i zniknąć na jakiś czas z życia Sary.

Alex skinęła głową.

- Porozmawiam z nią jeszcze raz.

background image

15

- Czy pani mnie słucha? Nie o to chodzi. Pani musi zostać ulokowana w jakimś bezpiecznym miejscu, żeby Sara mogła 

w spokoju dochodzić do siebie i nie martwić się o panią. Dociera to do pani?!

Pokręciła głową.

- Nie. Nie wiem, o czym pan, u diabła, mówi!

- Mówię o tym, że nie może się pani wałęsać i narażać na to, że znowu ktoś będzie do pani strzelał.

- Zapewniam pana, że sama też bym chciała tego uniknąć - powiedziała cierpko.

- To dobrze. A więc zrobimy tak. Ja zadzwonię do FBI załatwię, żeby umieścili panią w bezpiecznym miejscu, a sami 

najęli  się dochodzeniem w  sprawie tego rozbitego helikoptera i  próby zabójstwa pani  i  Sary. Zapewnią pani  wygodę i 

bezpieczeństwo, i w ten sposób rozwiążemy... - Przerwał, kiedy zobaczył jej minę. - Dlaczego, u diabła, nie?!

- Ja też mam coś do załatwienia. Nie mogę się ukrywać. Będę ostrożna i przyjmę nadzór FBI, ale nie zamierzam chować 

się w mysiej dziurze i pozwalać, żeby te sukinsyny mnie zastraszyły.

- Wydaje się pani, że ta sprawa jest warta ryzyka?

-  Uważam,  że  warte  ryzyka  jest  odnalezienie  ludzi,  którzy  skrzywdzili  moją  przyjaciółkę.  A  jeśli  do  tego  są 

odpowiedzialni za przerwanie tamy, to tym bardziej nie ma o czym mówić. Nie sądzę, żeby pan pozwolił się zamknąć 

gdzieś z dala od tej sprawy.

-  Zrobiłbym  wszystko,  żeby  zapewnić  bezpieczeństwo  Sarze.  -  Spojrzał  Alex  prosto  w  oczy.  -  W  innych 

okolicznościach prawdopodobnie podziwiałbym pani  zaangażowanie,  ale nie pozwolę,  żeby pani  wszystko  zrujnowała. 

Kocham żonę i nie dopuszczę, żeby ktoś znowu ją skrzywdził.

- Nic jej się nie stanie. Obiecuję. Nie zgodzę się, żeby się do mnie zbliżyła.

- To nie wystarczy. - Zaklął pod nosem. - Myśli pani, że ja nie zamierzam dopaść tych sukinsynów, którzy postrzelili 

Sarę? Nie nie mogę się tym teraz zająć. Najpierw muszę zapewnić jej bezpieczeństwo i warunki do wyzdrowienia. Niech 

pani mnie pozostawi działanie.

Pokręciła głową.

Wziął głęboki oddech.

- Proszę to przemyśleć i rozważyć spokojnie. Zabieram Sarę do naszego domu nad oceanem. Kiedy wydobrzeje na tyle, 

żeby móc zadawać pytania, chciałbym jej powiedzieć, że jest pani całkowicie bezpieczna.

- Przykro mi, ale uważam, że nie ma sensu dłużej o tym rozmawiać. Nie mogę tego zrobić.

Na twarzy Logana malowały się mieszane uczucia, kiedy patrzył, jak Alex otwiera drzwi do pokoju Sary.

- Niech mi pani wierzy, że mnie także jest przykro. - Odwrócił się i podszedł do policjanta stojącego na straży w końcu 

korytarza.

To zabrzmiało niemal jak groźba, pomyślała Alex. Logan najwyraźniej lubił działać po swojemu i bardzo troszczył się o 

Sarę. Ale ona też martwiła się o przyjaciółkę. Całą drogę do szpitala była przerażona i dopiero zapewnienie lekarzy, że 

Sara z tego wyjdzie, ją uspokoiło.

Sara  leżała  z  zamkniętymi  oczami,  ale  musiała  wyczuć  obecność  przyjaciółki,  bo  uniosła  powieki,  gdy  tylko  Alex 

podeszła do jej łóżka.

- Cześć.

- Jak się czujesz?

- Słabo. Nafaszerowali mnie jakimiś chemikaliami. - Sara mówiła cicho i niewyraźnie. - Wydaje mi się... Czy był tu 

John?

- Tak.

background image

16

- To dobrze. Zawsze chciałam, żebyś go poznała.

- Wolałabym, żeby to nastąpiło w innych okolicznościach.

- Gdzie jest Monty?

- Leży pod twoim łóżkiem. Rozpętałam tu istne piekło, żeby pozwolili mu tu zostać. Pomógł dopiero argument, że jesteś 

członkiem ekipy ratunkowej. Ty i inni ratownicy jesteście dla nich bohaterami.

- Brednie. Ale dzięki za Monty’ego... - Sara ziewnęła. - Jestem śpiąca.

- Zaraz sobie pójdę. Chciałam tylko zobaczyć... Chciałam się upewnić, że nic ci nie jest.

- Jestem cała... - Oczy Sary zamykały się. Nagle się ocknęła. - Kto to zrobił? Kto chciał cię zabić?

- Nie wiem. Uciekł przed przyjazdem straży pożarnej.

- Powiedz Johnowi. Mogłaś... To się może znowu zdarzyć.

- Nie przejmuj się, nic mi nie będzie. Leopold zadzwonił do FBI i załatwią mi ochronę. - Alex odgarnęła włosy z czoła 

przyjaciółki. - W końcu to ciebie postrzelono.

- Słabo celował?

- Myślę, że celował do ciebie, bo chciał, żeby samochód wypadł z drogi, rozbił się o skały i eksplodował. Wtedy nie 

zostałoby  zbyt  wiele  dowodów.  -  Pochyliła  się  i  pocałowała  Sarę  w  policzek.  -  Przestań  się  tym  zamartwiać  i  zaśnij. 

Wszystko będzie dobrze. Pójdę już. Detektyw Leopold chce, żebym porozmawiała z Bobem Jurgensem, jakimś agentem 

z FBI.

- Dobrze. Ale porozmawiaj z Johnem... - Sara znowu zapadała w sen spowodowany lekami. - On to załatwi. John jest 

dobry w załatwianiu takich spraw.

Nagle Alex przypomniała sobie wyraz twarzy Logana, kiedy powiedziała mu, że nie zamierza postąpić, tak jak on sobie 

życzy.

- Nie wątpię, że tak jest - mruknęła, ruszając do wyjścia. - Wyobrażam sobie, że jest też całkiem niezły w psuciu takich 

spraw.

Sara spała.

Logan siedział obok niej na krześle i trzymał rękę na jej dłoni. Boże, wygląda tak bezbronnie.

Nie panikować. Lekarz powiedział, że nic jej nie będzie.

Oby miał rację. Logan nie zniósłby, gdyby coś takiego odebrało mu Sarę...

Ale lepiej o tym nie myśleć. Sara wyjdzie z tego.

Monty pisnął, podniósł się i oparł pysk na jego kolanach.

- Szszsz. - Pogłaskał psa po głowie. - Musimy pozwolić jej się wyspać. Teraz musimy się nią opiekować, piesku.

Tak, zaopiekuje się Sara. Nic takiego już się jej więcej nie przydarzy. Nie pozwoli, żeby ktoś ją skrzywdził. Posiedzi z 

nią jeszcze przez chwilę, trzymając ją za rękę i ciesząc się faktem, że żyje i nadal z nim będzie. A potem zadzwoni do 

Galena.

Biały Dom, godz. 3.35

- Panie prezydencie, mogę z panem chwilę porozmawiać?

Andreas opadł na oparcie fotela i potarł oczy. Boże, jest taki zmęczony. Chyba się starzeje.

background image

17

-  Jeśli  tylko  nie  zamierzasz  poinformować  mnie,  że  znowu  był  zamach  bombowy,  Keller.  W  tej  chwili  chyba  nie 

zniósłbym następnego.

Pracownik tajnych służb uśmiechnął się słabo, ale pokręcił głową.

- Pozwolę sobie nie zgodzić się z panem. Znam pana już tak długo, że wiem, iż w stanach zagrożenia natychmiast wraca 

pan do formy.

-  Twoja  odpowiedź  jest  bardzo  uprzejma  -  skwitował  Andreas.  -  Ale  całkowicie  nietrafiona.  Z  czym  przyszedłeś, 

Keller?

-  Chodzi  o  pańską  wizytę  w  Arapahoe  Junction.  Niepokoją  mnie  pewne  doniesienia  z  tamtych  stron.  Chciałbym 

odwołać pański wyjazd.

Andreas wyprostował się.

- Jakie doniesienia?

- Mówiłem panu o ostatnim osunięciu się ziemi. Tam nie jest bezpiecznie.

- Bzdury. - Andreas przyjrzał się uważnie twarzy Kellera. - Mówiłeś mi, że katastrofa z tamą była najprawdopodobniej 

wywołana trzęsieniem ziemi. A to drugie osunięcie ziemi było wynikiem wstrząsu następczego. Czy coś się zmieniło w 

tej kwestii?

- Nie, to najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Nie pojawiło się nic podejrzanego.

- A zatem chcę tam pojechać i przekonać się o wszystkim na własne oczy.

- Sir, przecież nie narażalibyśmy się na kompromitację.

-  Kompromitacja?  Co  za  gładkie  i  delikatne  słowo,  kiedy  mówimy  o  śmierci  ponad  stu  osób.  -  Spojrzał  w  oczy 

Kellerowi.  -  Z  tym,  że  wydarzają  się  kataklizmy  naturalne,  muszę  się  pogodzić.  Ale  nie  godzę  się  na  to,  że  nie 

sprawdzamy wszystkich ewentualności i nie badamy dokładnie, co się wydarzyło.

-  CIA  zapewniła  mnie,  że  nie  ma  absolutnie  żadnych  śladów  zaangażowania  terrorystów  w  wypadki  przy  tamie  w 

Arapahoe.  Ben  Danley  twierdzi,  że  Cordoba  i  jego  grupa  terrorystyczna  Matanza  byli  zbyt  zajęci  przygotowywaniem 

zamachu na ambasadę w Mexico City. Nawet jeśli rozszerzyli swoją działalność, to musieliby zaangażować niesamowite 

środki, żeby zaatakować nas na naszym terenie. Ich dotychczasowe modus operandi było inne.

- Co wcale nie znaczy, że go nie zmienili. Może przechodzą do wyższej ligi?

- Mexico City to już całkiem wysoka liga, sir - zauważył spokojnie Keller. - Zginęło dwóch pracowników ambasady. 

Wiem, że to mało w porównaniu z Arapahoe Junction, ale uważam, że Matanza wkracza na...

-  Już  dobrze.  Wiem,  o  co  chodzi  -  przerwał  mu  Andreas.  -  Po  prostu  nie  myślałem.  -  Był  tak  zmęczony,  że  miał 

problemy  z  koncentracją.  -  Powiedz  mi  zatem,  jaki  jest  prawdziwy  powód,  dla  którego  nie  chcesz,  żebym  jechał  do 

Arapahoe?

Keller zawahał się.

-  Nie  chodzi  tylko  o  ten  wyjazd.  Uważam,  że  nie  powinien  pan  się  ruszać  z  Białego  Domu  przez  kilka  miesięcy. 

Dowiodłem  już,  że  tutaj  potrafię  zapewnić  panu  bezpieczeństwo.  Od  czasu  wyborów  udało  nam  się  zapobiec  dwóm 

próbom zamachu na pańskie życie.

- I jestem wam bardzo wdzięczny. - Prezydent skrzywił się. - Szczególnie wdzięczny jestem za to, że udało wam się 

uchronić Chelsea przed atakami.

-  Nie  oczekuję  specjalnych  podziękowań  za  to,  co  należy  do  moich  obowiązków,  sir.  Ja  tylko  mówię,  że  próby 

zamachów Matanzy na pańskie życie stają się coraz groźniejsze i częstsze. Nadejdzie moment, w którym Cordoba i jego 

background image

18

ludzie będą musieli w końcu skuteczniej zadziałać albo się wycofać, ale wtedy stracą twarz w oczach swoich towarzyszy. 

Myślę, że ten moment jest bardzo bliski.

- Ja też tak sądzę.

-  Więc  niech  pan  tam  nie  jedzie.  W  tę  podróż  może  wybrać  się  wiceprezydent.  Zaoferował  się,  że  może  pojechać 

wszędzie tam, gdzie podejrzewamy zamach na pana.

- I zgodziłem się, żeby Shepard wystąpił w moim imieniu w dwóch bardzo niestabilnych politycznie miejscach.

-  Ale  wysłanie  go  teraz  do  Arapahoe  byłoby  nawet  logiczne.  Był  tam  z  wizytą  w  towarzystwie  agentów  służb 

bezpieczeństwa wewnętrznego, tuż po przerwaniu tamy. Mógłby mu pan dać całkowite pełnomocnictwo.

- Nie wiemy, czy w Arapahoe istnieje jakieś realne zagrożenie. Nie pozwolę, żeby Matanza zmieniała mój plan wizyt. 

Byłem uległy, poddawałem się twoim zakazom, mimo że mi się to nie podobało. Ale teraz, skoro nie masz dowodów, 

pojadę do Arapahoe, tak jak planowałem. - Prezydent uśmiechnął się, pochylając się nad biurkiem. - To twoja działka, 

żeby mnie chronić. Jeśli coś mi się stanie, zapewniam, że moja żona cię dopadnie.

Keller westchnął głośno.

- Nawet przez chwilę w to nie wątpiłem, panie prezydencie.

Ben Danley wstał, kiedy Keller wyszedł z gabinetu Andreasa.

- Nie udało się?

Keller pokręcił głową.

-  Zamierza  jechać.  -  Jego  twarz  wykrzywił  grymas.  -  Miałbym  szansę  go  powstrzymać,  gdyby  nie  to,  że  ty  i  twoi 

koledzy  z  CIA  zapewniacie,  że  Matanza  nie  ma  nic  wspólnego  z  uszkodzeniem  tamy.  Może  jednak  chcesz  zmienić 

zdanie?

Danley wzruszył ramionami.

-  Muszę  mówić,  tak jak  jest.  Dopóki nie pojawią się nowe  dowody, zamierzam  trzymać się  wersji z raportu  mojego 

wywiadu.

- Cóż, twój wywiad mógł być nieco sprawniejszy w przypadku zamachu w Mexico City.

- Nie muszę wysłuchiwać takich uwag od ciebie, Keller - powiedział lodowatym tonem Danley. - Nie masz pojęcia, z 

czym musimy się zmagać.

- Gdybym miał, pewnie potrafiłbym lepiej was ocenić. W służbach bezpieczeństwa wszyscy powinniśmy być jak jedna 

wielka rodzina. - Podniósł rękę, żeby powstrzymać Danleya, który już otwierał usta. - Nie obchodzi mnie, co robi CIA, 

jeśli  tylko  nie  włazi  mi  w  drogę.  -  Kciukiem  wskazał  za  siebie  na  drzwi  gabinetu  Andreasa.  -  Lubię  tego  upartego 

sukinsyna i zamierzam upewnić się, że jego życiu nic nie zagraża.

- W jaki sposób, skoro nawet nie możesz go odwieść od pomysłu jeżdżenia po całym kraju? - Danley, nie czekając na 

odpowiedź, ruszył do wyjścia. - Dam ci znać, jeśli sytuacja się zmieni.

Dopiero kiedy jechał Pennsylvania Avenue, Danley zdecydował się zadzwonić do Betwortha.

-  Prezydent  przyjedzie  do  Arapahoe.  Dopóki  nie  będzie  żadnych  dowodów  sabotażu,  Kellerowi  nie  uda  się  go 

przekonać, żeby zrezygnował z podróży.

-  Tak  też  myślałem  -  przyznał  Betworth.  -  Oczywiście  Andreas  mógłby  coś  podejrzewać.  I  chociaż  wskazania 

sejsmografów  trochę  uśpiły  te  podejrzenia,  to  jednak  wiadomo...  -  Zamilkł  na  chwilę,  zastanawiając  się  nad  czymś.  -

Niepokojąca  jest  ta  sprawa  z  Alex  Graham.  Zdaje  się,  że  będziemy  musieli  wprowadzić  pewne  poprawki  do  naszego 

planu. Będziemy w kontakcie. - Rozłączył się.

background image

19

Stokton w stanie Maine

Judd Morgan zesztywniał, czując, że ktoś go obserwuje przez otwarte okno jego domu.

Może to Runne?

Pochylił się nad płótnem, nasłuchując.

Nie, to nie Runne.

Ciągle  za  mało  fioletu  w  załamaniach  płaszcza  mężczyzny,  którego  malował.  Pociągnął  kilka  razy  najmniejszym 

pędzelkiem i zawołał:

- Galen, co ty tu, u diabła, robisz?

- Skąd wiesz, że to ja?

Morgan odwrócił się w stronę okna.

- Rozpoznałem twój chód.

Galen zachichotał.

- Pewnie dlatego zostawiłeś niezamiecione te wszystkie liście pod swoim oknem. - Podciągnął się na parapet i przełożył 

nogę do mieszkania. - Skrzyp, chrup, chrzęst. Szeleściłem wystarczająco głośno?

- Wiesz dobrze, że tak. - Sean Galen, kiedy się postarał, potrafił być cichy i śmiercionośny jak pantera. - Hałasowałeś 

niczym hipopotam.

- Pomyślałem, że mądrze będzie uprzedzić cię, że nadchodzę. Widziałem, jak reagujesz na nieoczekiwanych gości, a 

Elena chciałaby mnie jeszcze zobaczyć w jednym kawałku.

- Co u niej słychać?

- W porządku. Jest silna i piękna.

- I zabójcza.

- Tylko wtedy, kiedy ktoś ją zdradzi. Masz szczęście, że cię nie wyśledziła i nie poderżnęła ci gardła.

Judd wzruszył ramionami.

- Zrobiłem to, co musiałem. Starałem się, żeby nikt nie ucierpiał.

- I uciekłeś z trzydziestoma milionami w prochach.

- Potrzebowałem ich. - Odłożył pędzel. - Dlatego tu przyszedłeś? Chcesz zaoszczędzić Elenie kłopotu rewanżu?

Galen pokręcił głową.

-  Nie  byłaby  mi  za  to  wdzięczna.  Ucieszy  cię  pewnie  fakt,  że  Elena  nie  roztrząsa  już  przeszłości,  tylko  patrzy  w 

przyszłość.

- Cieszę się.  - Judd  uśmiechnął się.  -  I ulżyło  mi. Lubię  Elenę. - Uśmiech zniknął mu z twarzy.  - Ciebie, Galen, też 

ciebie. Przykro mi, że was zawiodłem. Wiesz, po co były mi te pieniądze.

- Potrzebowałeś ich na łapówkę dla grupy uderzeniowej CIA, która miała na ciebie zlecenie. Do cholery, próbowałem 

różnych sposobów, żeby cię oczyścić z zarzutów. Czemu nie poczekałeś jeszcze trochę?

- To trwało zbyt długo. Może przez jakieś trzy miesiące by się udało, ale w końcu by mnie dopadli. Potrzebowali kozła 

ofiarnego, a w takiej sytuacji jakieś zwłoki są bardzo przydatne.

- Cóż, najwyraźniej pieniądze nie pomogły, inaczej nie ukrywałbyś się w tych lasach.

- Spokojna głowa. Mój człowiek dotarł już do samej góry w sprawie tej sankcji północnokoreańskiej.

background image

20

-  Chyba  że  sami  cię  znajdą,  zanim ty  dorwiesz  ich  z  ukrycia.  -  Galen  przerwał.  -  Tak  jak  ja  to  zrobiłem  -  dodał  po 

chwili.

Judd uśmiechnął się słabo.

- Ale ty jesteś w tych sprawach szczególnie uzdolniony.

- Nie było łatwo. Przeprowadzałeś się cztery razy w ciągu ostatniego miesiąca.

- To jak mnie znalazłeś?

- Przez twoją nową obsesję. - Galen spojrzał znacząco na płótno stojące na sztalugach. - Mieszkałeś parę miesięcy na 

moim  ranczu.  Wiedziałem,  że  będziesz  potrzebował  farb,  płótna,  a  wyjątkowo  lubisz  dobrej  jakości  farby  od  tego 

sprzedawcy w Nowej Szkocji.

Judd pokiwał głową z uznaniem.

- Bardzo dobrze. A kolejne pytanie brzmi, po co mnie szukałeś?

- Mam dla ciebie pracę.

Judd zamarł.

- Domyślam się, że nie chcesz mnie zatrudnić do namalowania portretu Eleny.

- No co ty!

- W takim razie muszę odmówić. Już w tym nie robię.

- Wynagrodzenie jest bardzo atrakcyjne.

- Galen, ja nie potrzebuję pieniędzy.

- Nawet o tym nie pomyślałem. Zwłaszcza, że zabrałeś pieniądze Chaveza. Za to potrzebujesz, żeby ktoś zdjął z ciebie 

tę sankcję, a ja znam człowieka, który może to zrobić.

- W zamian za...? - Judd wykrzywił usta. - Kogo chce sprzątnąć?

Galen zaprzeczył ruchem głowy.

- Trzeba  ochronić czyjeś życie.  - Galen  usiadł  ciężko na krześle i  wyciągnął  przed siebie  nogi. - Mógłbym się  napić 

kawy z tego dzbanka? Cholernie zmarzłem idąc pieszo od szosy.

- Nikt cię do tego nie zmuszał. - Judd przeszedł przez pokój, napełnił filiżankę i podał ją Galenowi. - Jeśli twój człowiek 

chce mi zapłacić za ochronę czyjegoś życia, to znaczy, że nie będzie to wcale łatwa sprawa.

- Niełatwa - przyznał Galen.

- Kto to?

- Alex Graham.

- Nigdy o nim nie słyszałem.

- O niej. Jest fotoreporterką robiącą zdjęcia w Arapahoe Junction.

Judd zastanowił się.

- Arapahoe Junction?

- Nawet jeśli wypadłeś z obiegu, musiałeś słyszeć o tej katastrofie.

- A, tak. Słyszałem. I?

- Ta kobieta twierdzi, że widziała, jak ktoś wywołał osunięcie ziemi po drugiej stronie tamy.

- Myślałem, że pęknięcie tamy było wypadkiem.

- Nie ma żadnych dowodów na to,  że było inaczej,  ale FBI nie  chce ryzykować.  Dwa dni  temu ktoś próbował zabić 

Graham. Zamiast niej, postrzelili jej przyjaciółkę, Sarę Logan.

Uniósł brwi.

background image

21

- Logan?

- Tak, żonę Johna Logana. Nic jej nie będzie, ale John jest  zaniepokojony. Chce mieć pewność, że Alex Graham nie 

zbliży się do jego żony dopóki ta afera się nie wyjaśni.

- Ta kobieta stała się celem, bo była świadkiem? To dlaczego policja albo FBI nie umieszczą jej w jakimś bezpiecznym 

miejscu?

- Ona się na to nie zgodziła. Logan próbował ją namówić, ale się uparła.

- Więc jak ja mam zapewnić jej bezpieczeństwo, skoro ona woli być na widoku?

Galen uśmiechnął się.

- Nie pomyślałbym, że zechcesz się wykręcić z powodu drobnych utrudnień. Zrobisz, co będzie konieczne. Mówiłem ci, 

że Logan chce mieć pewność.

- A Logan załatwi, żeby zdjęli ze mnie tę sankcję? - Judd pokręcił głową z niedowierzaniem. - Już wcześniej próbował 

pociągnąć za jakieś sznurki, ale nic z tego nie wyszło.

- Nie dałeś mu wystarczająco dużo czasu. Od czasu, jak jest w służbach bezpieczeństwa wewnętrznego, ma dostęp do 

prezydenta.  Jedyne,  co  musisz  zrobić,  to  zapewnić  bezpieczeństwo  Alex  Graham  do  czasu,  kiedy  FBI  dowie  się,  co 

naprawdę wydarzyło się w Arapahoe Junction.

- Jak rozumiem, nie otrzymam mojego „wynagrodzenia”, dopóki tej kobiecie będzie coś zagrażać?

- Właśnie.

- To absurd. Jeśli wyjdę z ukrycia i będę odgrywał ochroniarza, zaraz mnie dopadną i wyeliminują.

- Może uda ci się w jakiś sposób to obejść? Wynagrodzenie jest tego warte.

Wolność. Tak, ona jest warta niemal każdego ryzyka. Zamyślił się nad tym. Propozycja była kusząca. Logan to uczciwy 

facet i dotrzyma słowa. Judd nie przyznałby się Galenowi, ale jego własne starania kupienia sobie wolności spełzły na 

niczym. Z  drugiej  strony, dostrzegał  też  pewne  niebezpieczeństwa  grożące  mu  w  sytuacji,  kiedy  pracowałby  w  cieniu 

FBI.

Arapahoe Junction...

- Nie, to nie moja sprawa. - Pokręcił głową. - Swoje problemy rozwiążę po swojemu.

-  Posłuchaj,  ta  robota  jest  dla  mnie  ważna.  Logan  to  mój  przyjaciel.  Właściwie  to  do  mnie  zwrócił  się  z  prośbą  o 

wykonanie tej roboty.

- Więc dlaczego się nie zgodziłeś?

- Obiecałem, że będę się trzymał blisko domu i nie chcę niepokoić Eleny. - Przerwał, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. -

Jest w ciąży.

- Gratuluję.

- Bardzo się cieszymy. - Uśmiech zniknął. - Więc przychodzę odebrać dług. Już by cię pewnie dawno wyeliminowali, 

gdybym nie znalazł dla ciebie kryjówki, kiedy nałożyli tę sankcję. Jesteś mi to winien, Judd.

- Dlaczego myślisz, że to cokolwiek dla mnie znaczy?

- Tak jak mówiłem, znam ciebie.

- Mylisz się.

- Elena powiedziała, że kiedyś jej groziłeś, że jeśli wpędzi mnie w kłopoty, to ją wyeliminujesz.

- Łatwo jest pogrozić.

- Ale tak naprawdę nie miałeś tego na myśli?

background image

22

Owszem, mówił wtedy poważnie. Nie pozwalał sobie na jakiekolwiek zażyłości z ludźmi, ale Galen wdarł się w jego 

życie i stał się jego przyjacielem.

- Może.

- Ciężko było to przyznać, co?

Judd uśmiechnął się słabo.

- Zawsze dobrze o mnie myślałeś. Dlaczego? Nie chcesz się przyznać, że się myliłeś?

- Być może. To by zburzyło moje poczucie własnej wartości. Powinieneś się cieszyć, że nie uważam cię za dupka, tak 

jak Elena. Nie wierzę, że mógłbyś nas sprzedać za pieniądze.

- Ale to zrobiłem.

-  Niezupełnie.  -  Galen  przerwał.  -  Gdybyś  to  zrobił,  już  ja  bym  dopilnował,  żebyś  nie  namalował  więcej  żadnego 

obrazu. - Dopił kawę i wstał. Z kieszeni kurtki wyciągnął dużą szarą kopertę i rzucił ją na stolik do kawy. - Dossier Alex 

Graham. Pomyślałem, że zechcesz je przejrzeć. Ja się zmywam, a ty przemyśl tę propozycję.

- Już ją odrzuciłem.

- Ale to było, zanim poruszyłem w tobie łagodną strunę. - Galen ruszył do wyjścia, zatrzymał się jednak w pół drogi i 

spojrzał  na  obraz  stojący  na  sztalugach.  Przedstawiał  on  szczupłego,  brodatego  mężczyznę  w  stroju  renesansowym, 

wychodzącego zza zasłony. - Naprawdę jest dobry. Wyraz jego twarzy jest... wyjątkowy. Szyderczy, chociaż... - zamyślił 

się - udręczony.

- Takie jest życie, nieprawdaż? Wszyscy jesteśmy czymś udręczeni.

- Jest w nim jeszcze jakieś napięcie... Ten człowiek wygląda złowrogo. Kim on jest?

Judd wzruszył ramionami.

- To nikt konkretny. Pewnego ranka obudziłem się i po prostu zacząłem go malować.

Galen nadal przyglądał się obrazowi i nagle pstryknął palcami.

- Wiem, to zabójca. Renesansowy zabójca.

- Tak myślisz?

- A nie?

-  Pewnie  mógłby  nim  być.  -  Judd  uśmiechnął  się  lekko.  -  Ale  zapewniam  cię,  że  nie  miałem  zamiaru  malować 

autoportretu.

- Niezwykłe... - Galen podszedł do drzwi. - Zadzwoń do mnie - rzucił w progu.

Judd z powrotem wziął do ręki pędzel. Nie zadzwoni do niego. Nie dość, że sprawa dotyczy Arapahoe Junction, to w 

ogóle  błędem  byłoby  wplątanie  się  w  tego  typu  robotę.  Nie  jest  żadnym  ochroniarzem,  a  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  ma 

ochotę, to ochranianie tej kobiety. Wystarczająco dużo problemów ma z chronieniem siebie. Wykluczone, żeby dał się 

przekonać z uwagi na jakieś sentymenty.

Poza tym chce dokończyć ten obraz. Prześladuje go, od kiedy zaczął go malować w zeszłym tygodniu. Nie ma czasu na 

żadne przerwy.

Pochylił się nad płótnem.

Dodać więcej cieni w ubraniu.

Więcej ozdób przy aksamitnym kubraku.

I więcej udręki w twarzy zabójcy.

Dopiero po przekroczeniu granicy stanu Massachusetts Galen wystukał numer Logana.

background image

23

- Znalazłem Morgana i złożyłem mu propozycję - powiedział, kiedy uzyskał połączenie. - Jest szansa.

- Jesteś pewny, że to właściwy człowiek? On może być nawet bardziej niebezpieczny od naszego strzelca.

- Zapewne. Dlatego to jego potrzebujesz.

- To  wolny strzelec - zauważył  Logan. - Wcześniej, kiedy mi mówiłeś,  że został potraktowany niesprawiedliwie, nie 

zadawałem  ci  pytań.  Ale  teraz  pytam.  To  śmierdząca  sprawa.  Mówi  się,  że  facet  postąpił  wbrew  rozkazom  i  nieomal 

spowodował konflikt dyplomatyczny. Że zlecenie na tego północnokoreańskiego generała zostało odwołane, a on mimo 

to je wykonał.

- W tym rzecz, że nie zostało odwołane. Dopiero po fakcie uznano, że to był błąd.

- On tak uważa.

- A ja mu wierzę. Zrobił to, co mu zlecono, do czego wyszkolił go rząd Stanów Zjednoczonych. - Słychać było rosnącą 

irytację w  głosie  Galena. -  Boże, mam  już  serdecznie  dosyć tej  hipokryzji!  Nie można  mieć wszystkiego.  Werbują  do 

wojska dzieciaki z potencjałem i robią im pranie mózgów, ta gadka o patriotyzmie i służbie ojczyźnie, a potem wysyłają 

ich  na  wojnę,  żeby  mordowali.  Jeśli  mają  refleks  i  mocne  nerwy,  mogą  ich  nawet  wcielić  do  oddziałów  powietrzno-

desantowych, jak to zrobili z Morganem. Nauczyli go, jak zabijać, wysadzać w powietrze wszystko w zasięgu wzroku i 

nagradzali go za to. A kiedy dowiódł, że jest w tym naprawdę dobry, podnieśli stawkę i wysłali go na Środkowy Wschód, 

żeby w pojedynkę eliminował wroga na tyłach jego oddziałów. Wiesz, ilu terrorystów zabił w ciągu ostatnich kilku lat? 

Ale  wybitny  znaczy  także  skazany  na  stracenie.  Morgan  stał  się  za  dobry,  więc  CIA  podeszła  go  w  brudny  sposób  i 

rozpętała się afera.

Logan nie odzywał się przez pewien czas.

- Lubisz go - rzekł wreszcie.

- Tak, zawsze go lubiłem. Bóg jedyny raczy wiedzieć dlaczego. I nie poleciłbym ci go, gdybym nie sądził, że poradzi 

sobie z tym zadaniem. Morgan ma świetne kwalifikacje. Potrafi uciekać, ukrywać się i usuwać wszelkie przeszkody na 

swojej drodze.

Po drugiej stronie znowu zapadła cisza.

-  Zawsze  mnie  zastanawiały  te  komplikacje,  na  które  natrafiałem,  próbując  dotrzeć  do  ludzi  mogących  odwołać  to 

zlecenie na Morgana.

- Komplikacje? - zdziwił się Galen.

-  To  powinno  być  łatwiejsze.  Nie  jestem  amatorem  w  kontaktach  z  politykami  i  biurokracją,  ale  kiedy  tylko 

wspomniałem jego nazwisko, zaraz napotykałem mur.

- Próbowali chronić swoje tyłki.

- Może tak, a może nie.

- Posłuchaj, chcesz go zatrudnić czy nie?

Znowu zapanowała cisza.

- Skoro uważasz, że jest najlepszy do tej roboty. Kiedy będę wiedział, że podjął się zadania?

- Kiedy ja się o tym dowiem.

- A myślisz, że na to pójdzie?

-  Trudno  powiedzieć.  Judd  był  zawsze  nieprzewidywalny.  Mam  przeczucie,  że...  Chociaż  nie  wiem.  Muszę  dać  mu 

trochę czasu do namysłu. Zadzwonię do ciebie. - Galen rozłączył się. Nie chciał niczego obiecywać Loganowi. Instynkt 

podpowiadał mu, że przekonał Judda, ale równie dobrze mógł on odrzucić tę propozycję.

background image

24

To był wyłącznie instynkt. Podczas rozmowy twarz Judda była niewzruszona niczym granit. Ten facet był całkowicie 

nieprzewidywalny. Elena mogłaby to potwierdzić. Pewnie nigdy nie wybaczy mu tej akcji z Chavezem.

Elena. Na myśl o niej mocniej docisnął pedał gazu. Lepiej zapomnieć o Juddzie, Alex Graham i całej reszcie. Jeśli uda 

mu się złapać samolot z Bostonu, to jeszcze dziś wieczorem będzie w domu, razem z Elena.

Skończył.

Był wykończony. Oparł stopy na stoliku do kawy i potarł oczy. Musi dochodzić już trzecia nad ranem, pomyślał. Od 

chwili wyjścia Galena pracował nad obrazem bez przerwy parę bitych godzin.

Nie  potrafił  jednak  ocenić  czy  to,  co  namalował,  jest  dobre.  Na  pewno  jest  najlepsze,  co  mógł  stworzyć  z  tymi 

umiejętnościami. Jeszcze rok temu nie mógłby porwać się na taki obraz. Od lat szkicował twarze, ale kiedy opuścił firmę 

i  zajął  się  wyłącznie  malarstwem,  nie  potrafił  namalować  niczego  poza  pejzażami  i  martwą  naturą.  Dopiero  ostatnio 

zaczął przedstawiać postaci ludzkie, a teraz portrety stały się jego obsesją. Zafascynowało go zgłębianie ludzkiej natury, 

zaglądanie pod powierzchnie i odnajdywanie prawdy o osobowości. Niewielu ludzi było takimi, jakimi wydawali się z 

zewnątrz, a malowanie ich było niczym odkrywanie nowych terytoriów. Judd spojrzał w oczy zabójcy ze swojego obrazu. 

Zaprzeczył kiedy Galen zasugerował, że malowanie tego obrazu to rodzaj terapii, ale to było kłamstwo. Uniósł kubek z 

kawą w geście toastu i mruknął pod nosem.

- Witaj, bracie.

Skrzywił się. Kawa była zimna i gorzka. Trzeba zrobić świeżą. Odstawił kubek na stolik obok koperty, którą zostawił 

Galen.

Tama w Arapahoe.

Lepiej zignorować tę kopertę i jej zawartość. Ważniejsze jest zadbanie o własne bezpieczeństwo.

Arapahoe Junction...

Po diabła się przejmować jakąś dumą babą, której wydaje się, że zdoła wygrać walkę z wiatrakami? Już przecież podjął 

decyzję,  że  w  żadnym  wypadku  nie  zamierza  otwierać  tej  puszki  Pandory.  Miał  wystarczająco  dużo  własnych 

problemów.

Co ona takiego widziała przy tamie w Arapahoe?

A  niech  to!  Otworzył  kopertę  i  wyciągnął  z  niej  dossier  i  trzy  fotografie.  Nie  spojrzy  na  zdjęcia.  Wiedział  z 

doświadczenia, że jeśli nie oglądał twarzy ludzi, potrafił zachować dystans do sprawy i nie poddawał się emocjom.

Przejrzał  pobieżnie  pierwszy  akapit  tekstu,  przybliżającego  wydarzenia,  które  skłoniły  Logana  do  złożenia  oferty,  a 

potem wczytał się w samo dossier.

Alex Graham miała dwadzieścia dziewięć lat. Urodziła się w Westacre, w stanie New Jersey. Jej rodzice pochodzili z 

klasy średniej i rozwiedli się, kiedy miała trzynaście lat. Jej matka, Ellen, była specjalistką od komputerowych systemów 

informatycznych w IBM, a ojciec, Michael, był strażakiem w Newark. Rozwód wzięli za porozumieniem stron. Matce 

przyznano całkowitą opiekę nad córką, ale Alex każdy weekend spędzała u ojca. W wieku szesnastu lat wygrała konkurs 

fotograficzny  sponsorowany  przez  National  Goegraphic  i  została  nagrodzona  stypendium  na  wydziale  dziennikarstwa 

uniwersytetu Columbia. Zrezygnowała ze studiów, kiedy była na trzecim roku i wyjechała fotografować straszliwe skutki 

trzęsienia ziemi w Tybecie. Zdjęcia, które tam zrobiła, otworzyły jej drogę do pracy w Newsweeku. Od tego momentu 

pięła  się  w  górę  po  stopniach  kariery  fotoreportera.  Obecnie  pracuje  jako  wolny  strzelec,  ale  głównie  współpracuje  z 

World Life.

background image

25

Jej matka zmarła na rozedmę płuc trzy lata po tym, jak Alex opuściła szkołę. Ojciec zginął w ataku na World Trade 

Center kilka lat później. Była raz zaręczona, ale nigdy nie wyszła za mąż.

To takie stereotypowe, pomyślał Judd. Czytało się ten tekst jak nekrolog. Jeśli Alex Graham nie będzie bardzo ostrożna, 

to niewykluczone, że ten tekst stanie się jednak nekrologiem.

Ale to nie jego problem. Rzucił dossier z powrotem na stolik. Niech Galen znajdzie sobie kogoś innego do tej roboty.

Ale Galen tak nie powiedział, kiedy Judd był w tarapatach. On wkroczył do akcji, wydostał go z opałów i znalazł dla 

niego schronienie na parę miesięcy.

Trudno,  trzeba  o  tym  zapomnieć.  Tego  typu  zlecenie  jest  ostatnim,  jakie  powinien  podjąć.  Przecież  to  może  być 

pułapka. Nie może sobie pozwolić na takie ryzyko. Wziął do ręki zdjęcia i zaczął wpychać je z powrotem do koperty. Nie 

spojrzy na  nie.  Nie  może  pozwolić  na to,  żeby  Alex  Graham  stała  się  dla  niego  realną  osobą.  Nie jest  Galenem  i  nie 

będzie idealistycznym dupkiem, który udaje, że jest kimś innym niż tym, czym uczyniło go życie. Zrobi to, co dla niego 

najlepsze, i pieprzyć...

O, cholera...

Fotografia Alex Graham była zwrócona do góry i twarz młodej kobiety spoglądała teraz na Judda.

Mój Boże, co za niezwykła twarz! Nie była kobietą piękną, chyba że dla kogoś, kto uważał za piękno siłę. Sczesane do 

tyłu,  krótkie  lśniące  brązowe  włosy,  wyraźne  kości  policzkowe  i  szerokie  zmysłowe  usta.  Głęboko osadzone  brązowe 

oczy promieniały energią i witalnością. Zdjęcie zrobiono gdzieś w górach, a ona wpatrywała się przekornie w coś poza 

kadrem.

Dlaczego?

Spojrzał  na  pozostałe  fotografie.  Jedna  była  wyraźnie  zdjęciem  paszportowym,  ale  drugą  zrobiono  na  miejscu 

katastrofy,  a  ona  wyglądała  na  nim  na  wycieńczoną  i  przygnębioną.  Jednak  jej  oczy...  W  jej  spojrzeniu  była  ta  sama 

przekora i nieufność. Co kryło się za tą maską, którą przywdziewała?

To  tylko twarz.  Nie  może  pozwolić,  żeby ciekawość  wpływała  na  chłodną  ocenę sytuacji.  Nie  może  pozwolić,  żeby 

stała się dla niego realną postacią. To głupie i nierozważne...

Do diabła! Już i tak za późno.

W porządku, stała  się dla niego kimś konkretnym, ale  w takim razie trzeba obrócić tę sytuację tak, żeby mógł z niej 

wyciągnąć  korzyści.  Wiedział,  jak  pozostać  niewidzialnym.  Mógłby  więc  przyjąć  tę  robotę  i  nikt,  nawet  sama  Alex 

Graham, nie dowiedziałby się, że Judd jest w pobliżu. Mógłby nadal trzymać się z dala, ale mieć nad wszystkim kontrolę.

Zadzwonił telefon.

- Halo? - odezwał się Judd.

- Tu Galen. Skończyłeś już obraz?

- Tak. I dlatego dzwonisz do mnie o czwartej nad ranem?

- Niezupełnie. Ale nie chciałem, żeby cokolwiek cię rozpraszało, kiedy weźmiesz tę robotę.

- Już ci mówiłem, że...

- Sądziłem, że może to jeszcze przemyślisz.

Judd spojrzał na fotografię Alex Graham.

- Judd?

- Może.

Galen przez chwilę nic nie mówił.

- W jaki sposób mogę zmienić twoje „może” w „tak”?

background image

26

-  Ty  i  Logan  musicie  dać  mi  całkowicie  wolną  rękę.  Jeśli  będę  musiał  zdjąć  rękawiczki,  nie  chcę,  żeby  ktokolwiek 

wchodził mi w drogę. A ty dopilnujesz, żebym miał czyste pole do działania.

- Logan nie zgodzi się, żeby zdjąć z ciebie sankcję już teraz.

- Ja nie mówię o przeszłości, tylko o teraźniejszości.

- Co masz na myśli?

- Nie chcesz tego wiedzieć. Ty i Elena macie teraz ważniejszą rzecz, która was absorbuje. Po prostu bądź gotowy do 

wkroczenia do akcji, kiedy będę cię potrzebował.

- Dobrze. Zadzwonię do Logana. Jeśli będą jakieś problemy, to cię powiadomię.

-  Jeszcze  dziś  w  nocy. Skoro  mam  się  tego  podjąć, muszę zacząć natychmiast. Jeśli  to  była robota  profesjonalistów, 

Graham może zginąć w każdej chwili. Nie zamierzam marnować czasu na planowanie akcji dla martwej kobiety.

-  Ona  jeszcze  nie  jest  martwa.  Jeśli  nie  odezwę  się  do  ciebie  w  ciągu  godziny,  zaczynaj  akcję.  -  Powiedziawszy  to, 

Galen rozłączył się.

Jezu, chyba powinien sobie przebadać głowę, pomyślał Judd. Po co się w to wpakował? Alex Graham nic dla niego nie 

znaczy.

Dlatego,  że  jest  zły  i  już  zmęczony  świadomością,  że  ciągle  jest  celem?  Dlatego,  że  ostatnio  miewał  nawet  chęć  po 

prostu zatrzymać się w jednym miejscu i poczekać, żeby Runne go znalazł?

Oparł głowę o zagłówek fotela, a jego wzrok powędrował do drwiącej twarzy zabójcy z jego obrazu.

- Racja. Może to nie jest najmądrzejsza decyzja mojego życia...

Rozdział 3

Denver w stanie Kolorado

Żadnego  z nich  tu  nie  ma.  - Alex  znużona opadła  na oparcie  krzesła i  spojrzała  na  Leopolda,  siedzącego  po  drugiej 

stronie biurka. - Ma pan więcej zdjęć podejrzanych?

- Żadnych, które pasowałyby do pani opisu. Właśnie po to mamy bazy danych. Gdyby miała pani sprawdzać po kolei 

wszystkich przestępców, musiałaby pani spędzić na tym krześle jeszcze okrągły rok.

- Oni musieli być już kiedyś notowani. Ludzie, którzy robią takie rzeczy, nie przechodzą przez życie bez konfliktu z 

prawem.

- Zgadzam się. Dlatego umówiłem panią na spotkanie w lokalnej siedzibie FBI jutro z samego rana. Oni mają znacznie 

większą bazę danych. - Leopold napełnił filiżankę kawą i podał Alex. - Jeśli oczywiście ma pani ochotę.

- Jasne, że mam. - Przełknęła łyk kawy. - Muszę mieć ochotę. Nie pozwolę, żeby uszło im to na sucho.

- W takim razie znajdziemy ich. Jeśli bazy danych FBI nie pomogą, zawołamy policyjnego rysownika, który przygotuje 

portret pamięciowy zgodnie z pani wskazówkami.

- Boże drogi, czemu nie zrobiłam im zdjęć tamtego pechowego wieczoru? Nawet o tym nie pomyślałam. Zobaczyłam, 

jak  zestrzelili  Kena  i...  -  Jej  głos  zaczął  drżeć.  -  Potrafiłam  tylko  krzyczeć.  Czy  to  nie  głupie?  Zamiast  zrobić  coś 

pożytecznego, ja krzyczałam.

- Nawet gdyby pani zrobiła te zdjęcia, to przecież aparat został pogrzebany gdzieś tam pod skałami.

-  Mam  wrażenie,  że  gdybyście  byli  przekonani,  że  przerwanie  tamy  było  akcją  sabotażową,  nic  by  was  nie 

powstrzymało. Ściągnęlibyście tu potrzebny sprzęt specjalistyczny i federalnych z całego kraju. Prawda?

background image

27

- Prawda.  -  Leopold  uśmiechnął  się.  -  Ale  nie zrobiła im pani  zdjęć,  a  wszyscy  eksperci  nadal twierdzą,  że  nie  było 

żadnego sabotażu. Nie znaleźliśmy dowodu na to, że ktoś zestrzelił helikopter Nadera. Jedyne, co mamy, to fakt, że ktoś 

próbował panią zabić. - Uniósł dłoń, jakby chciał ją powstrzymać przed komentarzem.  - Nie zamierzam tu  umniejszać 

powagi tego faktu. Rozumie mnie pani?

- Tak.  - Leopold  był dobrym człowiekiem i  w ciągu  ostatnich kilku dni  okazywał jej  tyle współczucia i pomocy,  ile 

tylko mógł. - Dowody muszą być tutaj.

- Więc może ci z FBI je znajdą? - Zadzwonił telefon, Leopold podniósł słuchawkę. Po chwili podał ją Alex. - O wilku 

mowa. To Bob Jurgens. Chce z panią rozmawiać. Pamięta go pani? Przedstawiłem go pani jeszcze w szpitalu.

-  Oczywiście,  że  go  pamiętam.  Nie  byłam  aż  tak  nieprzytomna.  -  Pamiętała  Jurgensa  bardzo  dobrze.  Spokojny, 

uprzejmy i bardzo niezadowolony.

Ton głosu Jurgensa potwierdził tylko jego dezaprobatę wobec Alex, kiedy ta przejęła słuchawkę.

-  Jak  rozumiem,  nie  idzie  pani  najlepiej  rozpoznawanie  mężczyzn,  którzy  panią  zaatakowali.  Dlatego  uważam,  że 

powinna  pani  lepiej  przemyśleć  naszą  propozycję  i  oddać  się  naszej  ochronie.  Najlepszym  rozwiązaniem  będzie 

umieszczenie pani w bezpiecznym miejscu. Jest taki dom, gdzie...

- Nie, nie i jeszcze raz nie. - Zacisnęła dłoń na słuchawce. - Czemu on jej nie zostawi w spokoju? - Może nie wyraziłam 

się  jasno.  Arapahoe  Junction  nie  różni  się  tak  bardzo  od  tego,  co  wydarzyło  się  w  WTC.  Ulegacie  takim  ludziom  i 

pozwalacie im zmieniać wasze życie, a oni wygrywają. Ja na to nie pozwolę.

-  Przykro  mi,  że  pani  tak  uważa.  Mam  nadzieję,  że  Leopold  zdoła  panią  przekonać  do  zmiany zdania.  Będziemy  w 

kontakcie.

Oddała słuchawkę Leopoldowi.

- Chce mnie zamknąć na jakimś odludziu, żebym siedziała bezczynnie i czekała, aż sam dokończy śledztwo.

-  Zrozumiałe.  Osobiście  nie  przepadam  za  tymi  wymuskanymi  agencikami  z  FBI,  ale  ten  wydaje  się  kompetentny  i 

wysłał całą ekipę swoich ludzi, żeby przeczesywali teren wypadku helikoptera.

- Powiedział, że ma nadzieję, że uda się panu mnie przekonać do odsunięcia od sprawy. Czy jest pan od niego zależny?

Leopold pokręcił głową.

-  Staramy  się  razem  pracować,  ale  każdy  ma  swoją  działkę.  Przyznaję,  że  dzwonił  do  mnie  i  sugerował  próbę 

wpłynięcia na pani decyzję. Bezpieczna kryjówka nie jest takim złym pomysłem.

-  To  bardzo  zły  pomysł.  -  Podniosła  się.  -  I  pewnie  autorstwa  Johna  Logana.  -  Pokręciła  z  niedowierzaniem  głową, 

kiedy dostrzegła lekki grymas na twarzy Leopolda. - I pański?

- Rozmawiał ze mną. Spodziewałem się, że nie zechce się pani zastosować do naszych sugestii. Powiedziałem mu, że 

już się zajęliśmy pani ochroną.

- A więc to pan kryje się za tą nieoznakowaną niebieską toyotą, która śledzi mnie od chwili, kiedy wyszłam dziś rano z 

hotelu?

- Zdemaskowany. - Uśmiechnął się. - Ale skąd pani wie, że to nie ktoś groźniejszy ode mnie?

- Dlatego właśnie o tym panu mówię. Czy to pańska toyotą?

Kiwając głową, sięgnął po słuchawkę i wystukał numer.

-  Jakiego  koloru  i  jaki  model  samochodu  wysłaliśmy  do  obserwacji  Alex  Graham?  -  Chwilę  słuchał.  -  A  numer 

rejestracyjny? - Zapisał numer w notesie. - Dzięki. - Podał Alex wyrwaną kartkę z notesu. - Ten jest od nas. Jeśli będzie 

pani podejrzewała, że śledzi panią ktoś inny, proszę natychmiast do mnie zadzwonić.

background image

28

-  Bez  obaw.  -  Wsunęła  kartkę  do  portmonetki.  -  Jeśli  zauważę  choćby  cień  zagrożenia,  będę  wrzeszczeć.  Trzeba 

pozwolić policji zapracować na pensje z naszych podatków. A szczególnie jestem za tym, kiedy od ich pracy zależy moje 

zdrowie. Dziękuję za wszystko, detektywie - powiedziała na pożegnanie.

- I ja dziękuję. - Leopold wyprowadził ją z biura. - Będę towarzyszył pani do samochodu. Muszę jakoś zarobić na te 

pieniądze z podatków.

Skręcając w uliczkę i podjeżdżając do Golden Nugget Hotel, Alex spojrzała we wsteczne lusterko.

Niebieska toyota nadal za nią jechała, utrzymując dyskretną odległość jednej przecznicy.

Skręciła w lewo, zjechała w dół do podziemnego parkingu i zatrzymała auto tuż przy wejściu do windy. Zanim wysiadła 

z samochodu i nacisnęła guzik przy windzie, dobrze się dokoła rozejrzała.

Zesztywniała, gdy zobaczyła inny samochód wjeżdżający na rampę parkingu.

Drzwi windy otworzyły się, więc szybko wskoczyła do środka i nacisnęła guzik siódmego piętra.

Winda nie drgnęła.

Znowu przycisnęła guzik.

Samochód zbliżał się, mijając ostatni zakręt krętej rampy.

Wsunęła dłoń do torebki, żeby wymacać swoją trzydziestkę ósemkę. Do cholery, czemu te drzwi się nie zamkną...

Walnęła pięścią w przycisk.

Samochód na rampie znalazł się w polu jej widzenia.

To była niebieska toyota.

Odetchnęła z ulgą i zdjęła dłoń z rewolweru, żeby pomachać do mężczyzny za kierownicą.

Odpowiedział jej kiwnięciem dłoni. Zatrzymał samochód w niedużej odległości, a Alex po raz trzeci nacisnęła guzik.

Drzwi windy wreszcie się zasunęły.

Lester zaklął i rzucił urządzenie zdalnego sterowania na siedzenie obok siebie. Co się, u diabła, stało? Decker obiecał, 

że drzwi windy się zablokują, kiedy przyciśnie ten cholerny włącznik. Powinien był wiedzieć, że ufać można tylko sobie. 

Pieprzony nieudacznik. Teraz będzie musiał znaleźć jakiś sposób, żeby dostać się do pokoju hotelowego Graham.

Wysiadł  z  niebieskiej  toyoty  i  podszedł  do  windy.  Musi  działać  szybko.  Nacisnął  guzik  przywołujący  windę.  Nie 

wiedział, ile czasu mu zostało, zanim...

Drzwi windy stanęły otworem.

- Przepraszam bardzo  - urwał.  Odwrócił się i  zobaczył  mężczyznę zbiegającego po schodach. - Niestety  muszę panu 

przeszkodzić  -  powiedział  łagodnym  tonem  nieznajomy.  -  Ale  naprawdę  nie  mogę  pozwolić,  żeby  wsiadł  pan  do  tej 

windy.

Cholera! Gliniarz?

Dłoń Lestera powędrowała błyskawicznie pod kurtkę do kabury z glockiem.

- Za późno. - Morgan strzelił mu prosto w głowę.

Alex miała właśnie zadzwonić do Sary, kiedy usłyszała alarm pożarowy na korytarzu.

Zamarła. To zbyt oczywiste. Pożar to najlepszy sposób na wykurzenie kogoś z pokoju hotelowego. Wybrała więc numer 

recepcji. Zajęte.

Zadzwoniła do komisariatu, do Leopolda.

background image

29

- W moim hotelu włączył się alarm pożarowy. Możecie sprawdzić, czy jest uzasadniony?

- Już się tym zajmuję. - Rozłączył się.

Jeśli  alarm jest  uzasadniony,  nie  będzie tu  przecież czekać,  aż  spłonie.  Zdążyła  przynieść  z sypialni walizkę  i  sprzęt 

fotograficzny, kiedy zadzwonił telefon.

- Straż pożarna już tam jedzie.  Z hotelu  zadzwonili do straży i  zgłosili pożar samochodu na parkingu podziemnym  -

powiedział Leopold, kiedy podniosła słuchawkę. - Płomienie objęły bak z paliwem i wóz eksplodował. Dym dostał się do 

przewodów wentylacyjnych. Obawiają się kolejnej eksplozji tam na dole, więc ewakuują cały hotel.

Spojrzała na drzwi.

- W takim razie wynoszę się stąd.

- Dobry pomysł. Wysyłam oficera, który spotka się z panią przy recepcji.

Na korytarzu było niewiele dymu, ale za to pełno ludzi pędzących do schodów ewakuacyjnych w głębi.

- Tędy. - Popchnął ją jakiś nastolatek. - Proszę się nie bać. To tylko siedem pięter. Zdążymy uciec.

Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.

- Jestem pewna, że nam się uda. - Ruszyła w dół po betonowych schodach. - Idź przodem. Nic mi nie będzie.

- Nie, zostanę z panią.

- Joseph. - Kobieta w średnim wieku złapała chłopca za rękaw. - Nie możemy się rozdzielać.

Chłopak wyrwał się.

- Mamo, ale ta pani jest sama. Może będzie potrzebowała pomocy.

Miły dzieciak, pomyślała Alex.

- Idź - odezwała się do chłopca. - Ja też idę i obiecuję, że nie będę panikować.

- Joseph. - Głos matki chłopaka brzmiał ostro. Ludzie zbiegający w dół po schodach popychali ją na ścianę.

- Dobrze, już dobrze. - Nagle Joseph chwycił Alex za rękę i pociągnął za sobą. - No, dalej! Musi pani iść z nami.

- Naprawdę? Nic mi nie będzie. Nie musisz... - Przestała się jednak sprzeczać. Teraz najważniejsze było, żeby się stąd 

wydostać.

Piąte piętro.

Tutaj dym był gęstszy.

Czwarte piętro.

Z trudem przesuwała się w tłumie.

Trzecie piętro.

-  Proszę  przejść  na  jedną  stronę.  Musimy  się  dostać  na  górę.  -  To  był  strażak,  próbujący  przedrzeć  się  pod  prąd  po 

schodach. - Było zgłoszenie kolejnego pożaru na czwartym piętrze.

Alex przysunęła się do ściany, tak jak inni ludzie na klatce schodowej.

Widziała strażaka przed sobą, ale kiedy ją mijał, zatrzymał się nagle. Miał zimne niebieskie oczy i mocne rysy twarzy, 

ale jego wzrok wyrażał zatroskanie.

- Wszystko w porządku, proszę pani? Czuje pani pieczenie w płucach? Wygląda pani na zaczadzoną.

- Kiedy ja prawie wcale...

Wyciągnął rękę i chwycił ją za nadgarstek.

Ciepło. Siła. Bezpieczeństwo.

Jego palce zatrzymały się na wewnętrznej stronie nadgarstka.

- Pani tętno szaleje. Ma pani astmę albo inne kłopoty z oddychaniem?

background image

30

- Nie. Nic z tych rzeczy...

Chryste. Czuła się oszołomiona. Zaczęły uginać się pod nią kolana...

Strażak w porę ją złapał.

- Proszę się nie martwić. Zajmę się panią.

Zimne niebieskie oczy.

Nie, nie zimne oczy, oczy lodowate...

Muzyka.

Mimo oszołomienia poznała, że to Ravel. Lubiła Ravela. Jej ojciec też go lubił. Nie był może melomanem, ale mówił, 

że muzyka Ravela jest pełna burz...

Tak jak teraz jej głowa. Rany, ale straszny ból.

- Otwórz oczy. Mam coś, co ci pomoże.

Powoli uniosła powieki.

Niebieskie oczy. Strażak z niebieskimi oczami.

- To tylko aspiryna. - Podał jej szklankę wody i dwie tabletki. - Zmniejszy ból głowy.

- Tego mi najbardziej trzeba. - Popiła tabletki wodą i oddała mu szklankę.

Nie miał już na sobie stroju strażaka. Był ubrany w czerwoną flanelową koszulę i dżinsy, ale nadal roztaczał tę samą 

aurę pewności siebie i kompetencji, która zrobiła na niej tak duże wrażenie tam, na schodach.

Schody.  Natychmiast  odzyskała  pełną  świadomość.  Już  nie  znajdowała  się  na  schodach,  tylko  leżała  na  kanapie.  Za 

mężczyzną zauważyła kominek z tańczącymi płomieniami, od którego biegła toporna rura ginąca w belkowanym suficie.

Zdecydowanie to nie był pokój hotelowy.

- Gdzie ja jestem?

Odstawił szklankę.

- W domku myśliwskim w górach.

- Co?

- Sytuacja się zaostrzyła i musiałem panią na jakiś czas ukryć.

Usiadła.

- A kim pan, u licha, jest?

- Judd Morgan. Bez obaw. Nie stanowię dla pani zagrożenia.

I ona ma mu uwierzyć? Nawet na pół przytomna, zdawała sobie sprawę z... No właśnie, z czego? Z chłodu, pewności 

siebie i obezwładniającej siły?

Skinął głową, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy.

-  Biorąc  pod  uwagę  to.  z  kim  miała  pani  ostatnio  do  czynienia,  nie  dziwi  mnie  pani  podejrzliwość.  Ale  jeśli 

zamierzałbym panią skrzywdzić, to miałem mnóstwo czasu na zrobienie tego, kiedy pani spała.

- A dlaczego zasnęłam? Czułam się zupełnie normalnie. Nie powinnam była zapaść w...

- To tylko łagodny środek uspokajający, który dał mi tyle czasu, ile go potrzebowałem. Musiałem panią stamtąd zabrać i 

umieścić w bezpiecznym otoczeniu, a to był najskuteczniejszy sposób.

- Środek uspokajający? Pan mnie uśpił?

Wzruszył ramionami.

- Tak jak mówiłem, to był najlepszy znany mi sposób osiągnięcia celu. A ból głowy zaraz przejdzie.

background image

31

- Czemu pan to zrobił? - Nagle do niej dotarło. - Bezpieczne otoczenie? - Szok szybko ustępował złości. - Mój Boże, 

pan  pracuje  dla  policji  czy  FBI?  Mówiłam  im,  że  nie  pozwolę  się  odsunąć...  -  Mężczyzna  pokręcił  głową.  - Więc  po 

diabła pan to zrobił?

- John Logan złożył mi propozycję nie do odrzucenia.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Zapłacił panu za porwanie mnie?

-  Niezupełnie.  Nie  kazał  mi  pani  porywać.  Chciał  tylko,  żebym  zapewnił  pani  bezpieczeństwo,  żeby  jego  żona  była 

spokojna. - Uśmiechnął się. - Tak się złożyło, że nie mogłem zrobić jednego bez drugiego.

- Ty sukinsynu! Porwanie jest przestępstwem federalnym.

- Też tak słyszałem - przytaknął. Przeszedł przez pokój w stronę małej kuchenki. - Mam gulasz na kuchni. Za kwadrans 

powinien być gotowy. Może zechce się pani odświeżyć?

- Nie będę się odświeżać. Wynoszę się stąd.

Pokręcił głową.

- Przykro mi, ale to niemożliwe. Nie wie pani, gdzie jesteśmy, a poza tym to ja mam kluczyki do land rovera, który stoi 

na  zewnątrz.  Mogłaby  pani  pójść  pieszo,  ale  zaczął  padać  śnieg  i  zanim  zdołałaby  pani  dotrzeć  do  jakiejkolwiek 

cywilizacji, dostałaby pani hipotermii.  - Rzucił okiem na jej torebkę leżącą na niskim stoliku. - Aha, i wyjąłem broń i 

telefon z pani torebki. Nie wiedziałem, że fotoreporterzy noszą przy sobie broń palną, ale domyślam się, że pani praca 

zaprowadziła panią już nieraz w gorące miejsca. - Podszedł do kuchni. - Piętnaście minut.

Patrzyła na Morgana z wściekłością połączoną z bezradnością. Miała ochotę go zabić.

- Będą pana szukać. Leopold wysłał oficera, który miał na mnie czekać przy recepcji.

Morgan tylko przytaknął.

-  Nie  zamierzam  tego  tolerować.  Nie  pozwolę,  żeby  więził  mnie  jakiś  sukinsyn,  który  chce  zarobić  parę  dolców  -

wściekła się.

Morgan nie odpowiedział.

Nagle przyszło jej coś innego do głowy.

- O Boże, to pan podpalił hotel, prawda?

- Tylko pani wynajęty samochód na parkingu podziemnym. Przestawiłem go na tyle daleko, żeby inne samochody nie 

zajęły się ogniem i żeby zminimalizować zniszczenia.

-  Tak  po  prostu?  Zminimalizować  zniszczenia?  -  Próbowała  się  dowiedzieć,  jak  do  tego  doszło.  -  Wszystko  to  pan 

zaplanował. I to pewnie pan zadzwonił po straż pożarną. Miał pan nawet przygotowany mundur strażacki. Dlaczego?

Judd nie podniósł głowy znad gulaszu, który mieszał na kuchni.

-  Uważam,  że  trzeba  być  zawsze  przygotowanym.  Pani  ojciec  był  strażakiem.  Wiedziałem,  że  wobec  kogokolwiek 

innego byłaby pani zbyt podejrzliwa, za to instynktownie zaufałaby pani człowiekowi w mundurze strażackim.

Alex  przeszedł  dreszcz,  kiedy  przypomniała  sobie,  jak  bezpiecznie  się  poczuła,  kiedy  ten  mężczyzna  dotknął  jej 

nadgarstka na schodach hotelowych. Przemyślał sobie to wszystko i wpadł na taki pomysł, którym podszedł ją, kiedy była 

zupełnie bezbronna.

Pokręciła głową.

- Nadal nie mogę jakoś uwierzyć w to, że Logan zezwolił na porwanie.

- Już mówiłem, że niezupełnie na to przyzwolił. Po prostu zaznaczyłem w umowie, że on zgodzi się na wszelkie akcje, 

które uznam za stosowne, żeby ochronić pani życie. - Wzruszył ramionami.  - Była nawet taka szansa, że wcale by się 

background image

32

pani  nie  dowiedziała,  że  jestem  w  pobliżu.  Ale  kiedy  zobaczyłem,  że  sytuacja  robi  się  poważna,  wiedziałem,  że  będę 

musiał panią stamtąd zabrać.

- Nie potrzebuję pańskiej ochrony. Mam ochronę policji.

Judd tylko pokręcił głową.

- Niech pan zadzwoni do detektywa Leopolda. On panu powie. Siedzą mnie od dwóch dni.

- Wiem. Niebieska toyota. Dwóch oficerów.

- Jeden z nich nawet śledził mnie dziś w drodze do hotelu.

- Niestety obydwaj zostali zdjęci z posterunku na parkingu, naprzeciwko komisariatu, kiedy pani była w środku dziś po 

południu.  Piętnaście  minut  po  tym  jak  pani  weszła  do  komisariatu,  toyota  wyjechała  z  parkingu,  ale  za  kierownicą 

siedzieli już inni ludzie. Pojechali  do hotelu i kierowca zostawił tam swojego partnera, żeby tamten zastosował  pewne 

modyfikacje w pracy windy. Potem kierowca wrócił na parking przy komisariacie i czekał na pani wyjście.

- Co takiego?!

- Obaj byli bardzo dobrze wyszkoleni. Profesjonaliści. Byłem pod wrażeniem ich roboty.

Wpatrywała się w Morgana szeroko otwartymi oczami.

- Twierdzi pan, że zamordowali oficerów, którzy mnie śledzili, i zajęli ich miejsca?

Przytaknął.

- Nie mieli czasu ani możliwości, żeby pozbyć się ich ciał, więc pewnie nadal są w bagażniku toyoty.

- Nie wierzę panu - powiedziała Alex, kręcąc głową.

- Ale uwierzy pani. Tylko musi pani trochę ochłonąć. Zresztą po co miałbym kłamać?

- Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, dlaczego miałby mi pan mówić prawdę.

Spojrzał na gulasz.

-  Jeszcze  dziesięć  minut  -  powiedział  pogodnie.  - Pani  sypialnia  jest  w  końcu  korytarza  po  lewej  stronie.  Nie  mam 

żadnych  damskich  ubrań,  więc  do  bieliźniarki  włożyłem  kilka  swoich  rzeczy.  Będzie  sobie  pani  musiała  z  nimi  jakoś 

poradzić. W tej kwestii jestem trochę nieprzygotowany. Nie planowałem takiego obrotu sprawy.

Powoli wstała z kanapy.

- Obrzydzę panu życie tak, że jeszcze się panu odechce! Pożałuje pan swojej fatygi.

- Może i ma pani rację. Już narobiła mi pani więcej problemów, niż można sobie wyobrazić.

- To świetnie. - Wzięła torebkę i torbę z aparatem, poszła korytarzem i zatrzasnęła za sobą drzwi do sypialni. Po chwili 

obmywała twarz w sąsiadującej z pokojem łazience. Wytarła twarz ręcznikiem i wróciła do pokoju, gdzie zatrzymała się, 

wpatrując w sypiący za oknem śnieg. Przez panującą ciemność i śnieg z trudem dostrzegała zarys gór.

Zwątpiła  w  to,  że  zimna  woda  pomoże  jej  odzyskać  ostrość  umysłu  i  zdolność  radzenia  sobie.  Nadal  czuła  się 

skołowana przez ten piekielny środek uspokajający. Co takiego jej zaaplikował?

W porządku, trzeba się skupić. Cała ta historia pachniała kiepskim filmem. Podeszła do łóżka i zajrzała do torebki. Nie 

ma broni ani telefonu. Niczego, co mogłoby posłużyć za broń, chyba że brać pod uwagę długopis.

Ale w kuchni powinny być noże.

Zawsze wzdragała się na myśl o ranach zadanych nożem. A może nie będzie musiała używać broni? Morgan jest na tyle 

inteligentny, że przewidział pewnie tego typu zagrożenie. Będzie więc musiała inaczej rozegrać sytuację.

Logan. To on wynajął Morgana i to on może go zwolnić. Trzeba sprawdzić tę możliwość.

Niczego nie zwojuje, chowając się w sypialni. Trzeba stawić mu czoło, wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji, a 

potem znaleźć sposób na wydostanie się stąd.

background image

33

Decker obserwował, jak dwaj pracownicy kostnicy zamykają ciało Lestera w czarnym worku.

Co tu się, do cholery, stało?

Poczuł zimny dreszcz. Nieważne, co się stało. Kobieta zniknęła, Lester nie żyje, a policja prawdopodobnie zidentyfikuje 

go w ciągu godziny. Powers będzie wściekły.

Trzeba  szybko  coś  wymyślić.  Zminimalizować  straty.  Znaleźć jakiś  haczyk,  sposób  na  uniknięcie  nagany  i  kary.  Za 

wszelką cenę trzeba kryć swój tyłek.

Znaleźć haczyk.

Pospiesznie wrócił do hotelu.

-  Proszę  usiąść.  -  Morgan  postawił  talerz  z  gorącym  gulaszem  na  podkładce  na  stole  w  kuchni.  -  Pewnie  jest  pani 

głodna. Nie dałem pani zbyt wiele czasu na zjedzenie obiadu, zanim uruchomiłem alarm w hotelu,

- To było kompletnie nieodpowiedzialne. Ktoś mógł przecież ucierpieć.

-  To  był  przejaw  rozsądku.  Istniało  znacznie  większe  prawdopodobieństwo,  że  to  pani  ucierpi,  jeśli  jej  stamtąd  nie 

wydostanę. - Usiadł po drugiej stronie stołu. - Więc wydostałem panią z hotelu. A teraz proszę jeść gulasz.

- Skąd mam wiedzieć, że nie dodał pan czegoś do niego?

- Pani ryzyko - mruknął z uśmieszkiem.

Ale nie było raczej takiego zagrożenia. Tak jak powiedział, mógł ją  zabić w każdej chwili, kiedy była nieprzytomna. 

Wzięła łyżkę i zanurzyła w talerzu.

- Jak długo byłam nieprzytomna?

- Nie tak długo. - Podsunął jej koszyk z bułkami. - Nie zamierzam zdradzać, ile czasu minęło, bo od razu zacznie pani 

kalkulować jak daleko od Denver się znajdujemy. Im mniej pani wie, tym lepiej dla mnie.

- Ucieknę stąd. - Uśmiechnęła się przez zaciśnięte zęby. - I wtedy dopilnuję, żeby pan i Logan zostali ukarani.

- Logan też? Ale czy to nie zraniłoby pańskiej przyjaciółki Sary?

- On nie miał prawa... - Nigdy w życiu nie skrzywdziłaby Sary. Wzięła głęboki oddech. O Loganie pomyśli później. -

Nie mam nawet pewności, że to Logan pana zatrudnił.

- Wiem. Dlatego zamierzam pozwolić pani na rozmowę z nim po kolacji.

- Co takiego?

- Ta  sytuacja jest  i  tak wystarczająco skomplikowana. Będzie lepiej, jeśli  oboje uwierzycie, że jestem tu  po to,  żeby 

panią chronić, a nie wyrządzić krzywdę. - Zjadł łyżkę gulaszu. - Złość jest zrozumiała, ale nie chcę, żeby się pani mnie 

bała. Strach jest zły.

- Nie boję się pana.

- Boi się pani. - Spojrzał na nią spokojnie. - Nie cały czas. To przychodzi i odchodzi, ale tkwi w pani.

- A kim pan jest, żeby tak analizować... - Przerwała kiedy zobaczyła jego spojrzenie. - Musiałabym być idiotką, żeby 

nie być nieufną wobec człowieka, który mnie porwał.

- Proszę nie ufać. Nieufność jest bardzo mądrą rzeczą. - Uśmiechnął się lekko. - A pani jest mądra.

- Skąd pan to wie? - Przypomniała sobie wzmiankę o ojcu strażaku. - Zdobył pan moje dossier?

- Tak - potwierdził. - I lektura okazała się bardzo interesująca.

- Cieszę się, że miał pan rozrywkę moim kosztem.

background image

34

- Rozrywka nie jest najlepszym słowem. Pani kariera wystawiała panią nieraz na poważne starcia. To cud, że udało się 

pani wyjść cało z niektórych opresji. - Wstał od stołu po dzbanek z kawą. - Na przykład ta historia, kiedy postrzeliła pani 

terrorystę w Iranie. Byłbym gotów się założyć, że nie zdoła pani wyjechać z tego kraju żywa. Popełniła pani wszystkie 

możliwe błędy, starając się ocalić swoją głowę.

- Na przykład jakie?

-  Zaufała  pani  komuś  z  ambasady,  kto  miał  zorganizować  wywiezienie  pani  z  Iranu.  Ambasada  jest  zbyt  widoczna. 

Czekała pani aż dwa dni, żeby ruszyć do granicy. Grupa terrorystów powinna w tym czasie zdążyć panią zlokalizować i 

dopaść. Musieli mieć wyjątkowo tępego przywódcę. - Nalał kawy do jej kubka. - I nie zabiła pani swojego celu.

- Nie jestem mordercą. Pojechałam tam, żeby ukazać historię, a Al Habima postrzeliłam w obronie własnej.

- I dlatego że nie zabiła go pani, podążył za panią aż do Kairu. Gdyby CIA nie wzięła pani pod swoją opiekę, już pewnie 

przeszłaby pani do historii.

- Dlaczego sądzi pan, że musieli mnie chronić? Myśli pan, że jestem głupia? Wiedziałam, że Al Habim będzie mnie 

szukał. Pomyślałam, że CIA zechce go złapać i zdoła wyciągnąć z niego jakieś informacje.

-  Doskonale.  -  Uśmiechnął  się.  -  Ale  najwyraźniej  firma  miała  swoje  powody,  by  chcieć  jego  śmierci.  Więc  równie 

dobrze mogła pani zaoszczędzić wszystkim kłopotów i strzelić do niego celniej.

- Pan by tak postąpił?

-  Każda  sprawa  jest  inna,  ale  mam  pewną  skłonność  do  chronienia  własnego  życia  i  zdrowia.  CIA  zawsze  jest 

niewiadomą.  Zbyt  wielu  polityków  ma  wpływ  na  zbyt  wiele  różnych  departamentów  i  potrafią  te  wpływy 

wykorzystywać.

- Mówi pan tak, jakby coś wiedział.

-  Dobrze  ich  poznałem.  -  Podniósł  kubek  do  ust.  -  Mam  wielki  szacunek  dla  wielu  ich  agentów,  ale  odkryłem 

jednocześnie, że nikt lepiej ode mnie nie zadba o mój tyłek i życie.

- Wyobrażam sobie dlaczego - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

- Chodzi o moją gorycz? Czy jest pani tolerancyjna wyłącznie wobec terrorystów?

- Nie mam tolerancji wobec ludzi, którzy próbują wpływać na moje życie i ograniczają moją wolność. - Odsunęła się na 

krześle. - A teraz chciałabym porozmawiać z Johnem Loganem. Proszę do niego zadzwonić.

- Cokolwiek sobie pani życzy. Jestem zaskoczony, że tak długo pani z tym zwlekała. - Wyciągnął telefon komórkowy i 

wystukał numer. - Logan? Tu Judd Morgan. Pani Alex Graham chce z tobą porozmawiać. - Podał jej telefon, a sam wstał 

od stołu i zaczął zbierać naczynia. - Niech mu pani da popalić. Nie tylko ja muszę to znosić.

Zignorowała jego słowa.

- Logan?

- Alex, proszę o wybaczenie. Nie chciałem tego robić.

Rozpoznała jego głos. Do tej chwili nie dowierzała Morganowi.

- Jasne. Powiedz temu skurczybykowi, żeby mnie uwolnił.

-  Nie  mogę. Już  mówiłem,  co jest  dla  mnie najważniejsze.  Sara  musi być bezpieczna,  a jeśli  ty  nie  będziesz działać 

rozsądnie, trzeba cię będzie...

- Porwać?

- Ulokować w bezpiecznym miejscu i uchronić przed sobą samą.

- I sądzisz, że zniosę to, ot tak, bez problemu? Zamierzam się stąd wydostać, a kiedy to zrobię, będziesz tego gorzko 

żałował i dopilnuję, żebyś mnie popamiętał.

background image

35

- Z pewnością. Ale mam nadzieję, że do tego czasu FBI usunie już wszelkie zagrożenia wobec Sary. Poruszę niebo i 

ziemię, żeby się dowiedzieć, kim są ci ludzie z Arapahoe Junction.

- A ja mam tu siedzieć zamknięta z tym dupkiem, kiedy ty próbujesz dokonać czegoś, co się nie udało FBI?

- Mam szansę. Jeden z moich przyjaciół specjalizuje się w dostarczaniu tego typu informacji.

- Następny kryminalista pokroju Morgana?

- Nie, nie taki jak Morgan. Zdaje mi się, że Morgan ma inne uzdolnienia.

- Tak, porywanie.

-  Porwania  nie  było  w  planach.  Morgan  wyjaśnił  mi,  że  sytuacja  wymagała  bardziej  drastycznych  środków,  niż 

początkowo zakładał.

- Ale ty się na to zgodziłeś.

- Po fakcie. Powiedział mi, że tylko w ten sposób mógł ocalić ci życie, a utrzymanie cię przy życiu to jedyna metoda na 

zapewnienie bezpieczeństwa Sarze. A tylko to się dla mnie liczy.

- Mój Boże. Za kogo ty się uważasz?

- Za człowieka, który kocha Sarę - odparł. - Tak jak i ty, Alex.

-  Mówiłam  ci,  że  nie  zrobię  niczego,  co  mogłoby  sprowadzić  niebezpieczeństwo  na  Sarę.  A  to,  co  ty  zrobiłeś,  jest 

całkowicie  nie  do  przyjęcia.  -  Spojrzała  na  Morgana  krzątającego  się  w  kuchni.  -  Nasłałeś  na  mnie  tego...  tego 

rzezimieszka.

Morgan uniósł brwi ze zdziwienia.

- Rzezimieszka? - mruknął pod nosem. - Czy to nie jakieś mocno przestarzałe słowo?

- Logan, każ mu mnie uwolnić - zażądała Alex.

- Nie mogę. Nie martw się, upewniłem się, że przy nim będziesz całkowicie bezpieczna. On nie stanowi zagrożenia.

Zaśmiałaby  się  na  te  słowa,  gdyby  tylko  nie  była  tak  wściekła.  Nie  wiedziała,  kim  naprawdę  jest  Judd  Morgan,  ale 

stanowił zagrożenie takie samo jak przyczajony grzechotnik.

- Nie będzie dla mnie zagrożeniem, kiedy znajdzie się tysiące kilometrów ode mnie albo za kratkami.

-  Wierz  mi,  gdybym  miał  jakiekolwiek  wątpliwości  co  do  twojego  bezpieczeństwa,  nie  wchodziłbym  w  układ  z 

Morganem. Przecież gdyby coś ci się stało przeze mnie, Sara nie dałaby mi spokoju.

- Sara będzie tak samo wściekła na ciebie, jak ja jestem teraz.

- Możliwe, ale przynajmniej będzie żyła - odparł. - I ty też będziesz żyła. Cel uświęca środki.

- Do diabła z nim!

- Widzę, że nie możemy dojść do porozumienia. Masz mi jeszcze coś do powiedzenia?

- Pozwól mi stąd odejść.

- Coś jeszcze?

- Nie, do cholery! Chcę, żebyś... - To nie miało sensu. Wzięła głęboki oddech. - Jak się czuje Sara?

- Świetnie. Już chciałaby wstać z łóżka. Próbuje ze mnie wyciągnąć informację o tym, gdzie cię przetrzymuje FBI, żeby 

mogła cię odwiedzić.

- A niech cię licho porwie! - Wyłączyła telefon i spojrzała na Morgana. - I ciebie też, Morgan!

- To musi być bardzo frustrujące. - Podszedł do niej i zabrał telefon. - Wygląda na to, że Logan nie zdołał cię przekonać, 

że jestem Lancelotem, a nie Kubą Rozpruwaczem.

- Nie.

- Ale już wierzysz w to, że mój układ z Loganem nie obejmuje żadnego wyrządzania krzywdy?

background image

36

- Może...

- I że to Logan jest tu szefem, i byłby bardzo zawiedziony, gdybym naruszył warunki umowy?

- Możliwe...

- Więc spójrz na to w ten sposób. Gdybym cię zabił i zakopał w śniegu, Logan dopadłby mnie i zastrzelił. Nie daje ci to 

choć odrobiny poczucia bezpieczeństwa?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- A powinno?

Westchnął.

- Pewno nie. Ale próbowałem. - Włożył naczynia do zmywarki. - Wydaje mi się, że jesteś już spokojniejsza niż przed 

rozmową z Loganem. Kawy?

- Nie. - Wstała z krzesła. - Nie chcę od ciebie niczego poza wolnością.

- Istnieje pewna możliwość, że dostaniesz to, czego chcesz.

- Słucham?

-  Muszę  to  przemyśleć.  Sprawy  nie  wyglądają  tak,  jak  myślałem.  Zamierzałem  pozostać  w  cieniu,  ale  schrzaniłem 

robotę w hotelu.

- To prawda.

-  Nie.  Nie  mówię  tu  o  tym,  że  zabrałem  ciebie.  To  akurat  było  konieczne.  Ale  w  całym  hotelu  jest  pełno  kamer. 

Odłączyłem te w parkingu podziemnym, ale nie miałem czasu zająć się kamerami na schodach.

- Świetnie. Więc twoja twarz pojawi się na listach gończych w całych Stanach.

- Mogłem się spodziewać takiej twojej reakcji. Ale to nie policji obawiam się w tej chwili.

- Nie chcesz, żeby ci bandyci wzięli i ciebie na celownik? Dobrze by ci to zrobiło.

- Zasłużenie, czy nie, nie zmienia to faktu, że mam problem.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

- I byłbyś skłonny zdradzić Logana, żeby ten problem rozwiązać?

- Powiedzmy raczej, że mógłbym wprowadzić pewne odnośniki do naszej umowy.

Alex dostrzegła światełko w tunelu.

- Pozwól mi odejść, a ja zapomnę, że cię w ogóle widziałam.

W odpowiedzi pokręcił głową.

- Ale ja naprawdę dotrzymuję danego słowa - zapewniła.

Przyjrzał się jej badawczo i uśmiechnął się.

- Nie wątpię - odparł.

- Więc pozwól mi odejść - powtórzyła. - Nie chcesz mieć kłopotów, a ja jestem tylko jednym wielkim kłopotem.

- Obiecujesz?

- Tak. - Uśmiech towarzyszący tej deklaracji daleki był od radości.

Judd roześmiał się głośno.

- O mój Boże. Powinnaś poznać się z Eleną. Zdaje mi się, że przypadłybyście sobie do gustu.

- Nie zamierzam poznawać żadnych twoich przyjaciół.

-  Tak  tylko  mówię.  Ostatnio,  kiedy  się  widzieliśmy,  chciała  poderżnąć  mi  gardło.  Wolałbym  nie  użerać  się  z  wami 

dwiema jednocześnie.

Zacisnęła dłonie w pięści.

background image

37

- No to jak? Pozwolisz mi odejść?

Uśmiech znikł z twarzy Morgana.

- Muszę to  przemyśleć. Już dawno nauczyłem się,  że każda akcja  pociąga za sobą efekt domina. Wiedziałem, że nie 

powinienem  był  brać  tego  zlecenia.  Teraz,  jeśli  pozwolę  ci  odejść,  a  ktoś  cię  zabije,  na  mnie  spadnie  główna 

odpowiedzialność. Po pierwsze, Logan zażąda mojej głowy. Po drugie, ci, którzy chcą dopaść ciebie, mogą pomyśleć, że 

ja  też  jestem  elementem  tego  równania,  i  wezmą  mnie  na  celownik.  Po  trzecie,  policja  może  uznać,  że  to  ja  jestem 

odpowiedzialny za twoją śmierć, i oni też będą chcieli mnie aresztować. W tych okolicznościach Logan nie będzie już 

chciał interweniować w mojej sprawie, a to postawi mnie w bardzo niekorzystnej sytuacji, której wolałbym...

- Och, na miłość boską!

-  Nie  mieszaj  do  tego  Boga.  Tu  chodzi  wyłącznie  o  mnie.  Właśnie  to  próbuję  ci  wytłumaczyć.  Zawsze  staram  się 

wybrać wyjście najlepsze dla siebie.

- Jakoś mnie to nie zaskakuje.

- Nie wszyscy musimy być bohaterami, którzy rzucają się do płonących budynków.

- Nigdy nie popełniam takich błędów.

- Właśnie popełniłaś.

Dym wypełniający klatkę schodową. Jego ręka chwytająca Alex za nadgarstek. Uczucie bezpieczeństwa.

- Podszedłeś mnie z zaskoczenia.

- Ponieważ chcesz wierzyć w bohaterów.

- Bo tacy ludzie istnieją. Kilku znałam osobiście.

- Takich jak twój ojciec.

- Jak mój ojciec. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Nie wybaczę ci tego, że się przebrałeś i udawałeś kogoś, kim nie jesteś.

-  Nie  spodziewałem  się,  że  mi  wybaczysz.  Wiedziałem,  że  prawdopodobnie  w  twoich  oczach  będzie  to  największy 

grzech. - Wzruszył ramionami. - Ale są grzechy i grzechy. Nauczyłem się oczekiwać przebaczenia win w przyszłości. -

Odwrócił się do zmywarki. - Na przykład, wielkim grzechem byłoby dopuścić, żeby tak błyskotliwego i utalentowanego 

faceta jak ja dopadły nikczemne typy, które zniszczyły tamę w Arapahoe. Muszę mieć pewność, że do tego nie dojdzie.

- Bez względu na to, kto przy tym ucierpi.

- Tego nie powiedziałem. - Uśmiechnął się. - Nigdy tak nie mów, Alex. Świat nie jest czarno-biały. - Odwrócił się. - A 

teraz, jeśli nie masz już więcej pytań, pójdę do siebie popracować.

- Będziesz planował następny skok?

- Możliwe. A może będę rozmyślał o efekcie domina.

- Posłuchaj... - W jej głosie zabrzmiała prośba. - Muszę się stąd wydostać. Ci faceci zamordowali niewinnych ludzi. Nie 

mogę pozwolić im się wyłgać. Nie pozwolę, żeby im się upiekło. Widziałam ich. Mogę być jedyną osobą, która jest w 

stanie sprawić, by zostali ukarani.

- To nie twój obowiązek. Pozwól, żeby policja i FBI się tym zajęły.

- To mój obowiązek. Kiedy wydarzają się takie katastrofy, wszyscy ponosimy odpowiedzialność. Nie można trzymać 

się z boku i mieć nadzieję, że ktoś inny... - Przerwała i spojrzała na niego z rezygnacją. - Może ty tak potrafisz. Jesteś tak 

cholernie zimny. Wyobrażam sobie, jak chowasz się w cieniu, obawiając się podejść bliżej, żeby cię coś nie dotknęło.

- Chcesz, żebym temu zaprzeczył? Bardzo dobrze czuję się, pozostając na uboczu. I tu zamierzam pozostać. - Odwrócił 

się. - Wszystkie te emocje musiały cię zmęczyć. Proponuję, żebyś poszła do swojego pokoju i zdrzemnęła się. Pewnie 

nadal jesteś trochę otumaniona przez ten środek uspokajający.

background image

38

- Zaczekaj. - Zwilżyła wargi. - Jakie są szanse na to, że zmienisz zdanie co do swojego układu z Loganem?

Zastanowił się.

- Prawdopodobnie niezbyt duże - odparł z namysłem Morgan. - Ale zawsze istnieje taka możliwość.

Bezradnie patrzyła, jak wychodzi z pokoju i kieruje się do swojej pracowni.

Nie, nie będzie bezradna. Nie wolno jej tak myśleć.

Przeszła przez kuchnię i odsunęła szufladę ze sztućcami.

Na jej dnie leżała kartka z jednym słowem.

„Wybacz”.

A niech go szlag!

Rozdział 4

Tu jest taśma. Zdobyłem ją, zanim ekipa policyjna zaczęła swoje poszukiwania. - Decker rzucił pudełko na biurko przed 

Powersem. - Chociaż nie wiem, na ile będzie pomocna. Kamera uchwyciła go jedynie od tyłu, jak wchodził po schodach, 

a potem, kiedy wynosił Graham z drugiego piętra, twarz tego dupka zasłonił hełm strażacki.

-  Lepiej  dla  ciebie,  żeby  ta  taśma  nam  pomogła  -  powiedział  spokojnie  Powers.  -  Spieprzyłeś  robotę.  Straciliśmy 

Graham, a ty zostawiłeś ciało Lestera, żeby je znalazło FBI.

- Miało mnie tam nie być - powiedział Decker obronnym tonem. - Swoją działkę wykonałem dobrze.

- W takim razie to ktoś inny nawalił. Co na jedno wychodzi. - Powers wziął do ręki taśmę. - Wyślę ją do Waszyngtonu, 

żeby sprawdzili. A ty się módl, żeby udało im się zidentyfikować tego strażaka. On jest kluczem do znalezienia Graham. -

Otworzył klapkę telefonu. - Betworth zrobi mi niewyobrażalne piekło za to wszystko. I możesz być pewien, że nie wezmę 

całej odpowiedzialności na siebie.

Decker uniósł buńczucznie głowę.

- Nie boję się go.

-  Nie?  -  Powers  wystukał  na  klawiaturze  numer  Betwortha.  -  A  co  z  Runnem?  -  Kiwnął  głową,  kiedy  zobaczył 

zmieniony wyraz twarzy Deckera. - To zupełnie inna sprawa, prawda? Boisz się Runne’ego, aż ci się gacie trzęsą.

- Nie boję się. Tylko że on jest... dziwny.

-  Cóż,  Betworth  może  go  na  ciebie  nasłać,  więc  na  twoim  miejscu  nie  stawiałbym  się  zanadto.  -  Betworth  odebrał 

telefon  i  Powers  zmienił  ton  na  radosny  i  przyjacielski.  -  Dobre  wieści.  Jesteśmy  na  najlepszej  drodze,  żeby  znaleźć 

Graham.

Idioci!

Charles Betworth zaklął pod nosem, odkładając słuchawkę.

Od samego początku ta tama w Arapahoe była koszmarem. Nie udało się osiągnąć zamierzonego celu, a teraz to całe 

zacieranie śladów to już totalna porażka. Powers miał być kompetentnym profesjonalistą, ale po wydarzeniach ostatnich 

paru tygodni Betworth nie mógł tego o nim powiedzieć. Nadszedł czas, żeby wykonać ruch, którego starał się uniknąć.

Szybko wystukał numer Danleya.

- Musimy się spotkać dziś wieczorem. Trzeba coś zrobić w sprawie, o której rozmawialiśmy. Obawiam się, że będziemy 

musieli nasilić działanie i przejść do realizacji planu B.

- Czy to aby rozsądne?

Betworth stłumił irytację. Danley panikował przez ostatnie dwa tygodnie i wciąż musiał uspokajać sukinsyna.

background image

39

- Obawiam się, że nie mamy wyboru - powiedział. - Do zuchwałych świat należy. Nic się nie stanie, dopóki ty i Jurgens 

będziecie wydawać odpowiednie rozkazy i upewniać się, że są one wykonywane. Wieczorem o tym pogadamy.

W  tej  sytuacji  trzeba  zadziałać  zuchwale  i  nie  ma  powodów,  dlaczego  miałoby  to  nie  poskutkować.  Wszystkie 

przygotowania  zostały  już  poczynione.  Oczywiście  będzie  jeszcze  musiał  zadzwonić  do  Gwatemali  i  upewnić  się,  że 

Cordoba...

Delikatne pukanie do drzwi poprzedziło ich otwarcie.

- Przepraszam, że panu przeszkadzam...

Podniósł wzrok i zobaczył Hannah Carter, swoją sekretarkę, nieśmiało zaglądającą do gabinetu.

- O co chodzi?

-  Za  dziesięć  minut  ma  pan  spotkanie  w  Białym  Domu  z  wiceprezydentem  i  sekretarzem  spraw  wewnętrznych. 

Obawiałam się, że pan zapomniał...

- Zapomniałem. - Zmusił się do uśmiechu i wstał z fotela. - Ale zawsze mogę liczyć na to, Hannah, że uratujesz mój 

tyłek z opresji.

-  Zadzwonię  do  sekretarki  wiceprezydenta  i  powiem,  że  zatrzymali  pana  ludzie  od  ochrony  środowiska.  -  Hannah 

odwzajemniła  uśmiech.  -  Przez  ostatnie  dwa  miesiące  wice  miał  z  nimi  poważne  problemy,  żeby  przekonać  ich  do 

poparcia ostatniego projektu rozwoju infrastruktury.

- Genialne. To ty powinnaś wykonywać tę robotę, nie ja. Już idę.

Zarumieniła się tak, jak się spodziewał. Zawsze opłacało się poświęcić kilka minut dziennie na to, żeby ludzie wokół 

ciebie  poczuli  się  ważni.  Komplementowanie  było  najlepszym  sposobem  na  utrzymywanie  nad  nimi  kontroli.  Hannah 

pracowała  dla  niego  od  dziesięciu  lat  i  nie  mógłby  sobie  wymarzyć  bardziej  oddanej  sekretarki.  Pochlebstwa  zwykle 

sprawdzały  się  też  w  przypadku  Danleya.  Nęcił  go  pochwałami  i  dobrym  słowem,  a  kiedy  ten  się  już  do  czegoś 

zobowiązał, zatrzaskiwał za nim drzwi.

Ale wobec Powersa nie zamierzał stosować tej metody. Szczególnie że Powers popełnił zbyt wiele błędów.

Być może będzie zmuszony wysłać Runne’ego, żeby trochę zmobilizował chłopaków. Pod warunkiem jednak, że uda 

mu się zlokalizować tego aroganckiego sukinsyna. Runne nie odbierał jego telefonów już od dwóch dni, a nawet gdyby 

się  udało  z  nim  skontaktować,  nie  ma  pewności,  że  zgodzi  się  zrobić  to,  co  mu  zleci  Betworth.  Gdyby  nie  był  tak 

przydatny, Betworth powiedziałby Powersowi, żeby pozbył się go i znalazł kogoś innego do tej roboty.

Nie,  Runne  był  najlepszy.  Wybrał  go  ze  względu  na  jego  zaciekłość  i  fanatyzm.  Betworth  wytrzyma  jeszcze  z  nim, 

dopóki  robota  nie  zostanie  wykonana.  Nie  ma  sensu  pozbywać  się  go,  jeśli  Runne  jest  tak  bardzo  opętany  obsesją 

polowania.

Stokton w stanie Maine

Dom wyglądał na opuszczony.

Ale Morgan był przebiegły. To mogła być pułapka.

Runne  poruszał  się  szybko  i  bezszelestnie  mimo  jesiennych  liści  leżących  pod  oknem.  Udało  mu  się  już  odłączyć 

system alarmowy i tylko chwilę zajęło mu wycięcie kawałka szyby i otwarcie okna.

Ciemność.

Jesteś w środku, Morgan?

Zatrzymał się, czekając.

background image

40

Cisza. Pustka.

Morgana nie było. Wyczuwał to. Poczuł rozczarowanie.

Podciągnął się na parapet i wszedł do pokoju.

Obrazy. Płótna. Pracownia Morgana. Taka sama jak pracownie w dwóch innych domach, w których nie udało mu się 

złapać Morgana.

Rozejrzał się dokoła rozgoryczony i sfrustrowany.

Morgan nawet się nie wysilił, żeby spakować i zabrać swoje płótna, chociaż wiedział, że Runne znajdzie tę kryjówkę, 

tak jak i poprzednie. Wiedział, że Runne nie zniszczy obrazów.

Zniszczyć człowieka, tak.

Zniszczyć jego duszę, tak.

Ale nigdy nie niszczyć piękna.

Nie włączy światła. Nie spojrzy na obrazy. Ich widok zbyt mocno go ranił.

Ale wiedział, że szkic będzie gdzieś na widoku, żeby mógł go znaleźć. Morgan zawsze starał się, żeby Runne tego nie 

przeoczył.

I jest tu. Przy oknie.

Nie chce go oglądać.

Nieprawda. Chce.

W  tej  chwili  niczego  tak  mocno  nie  pragnął,  jak  obejrzeć  ten  szkic.  Powoli  do  niego  podszedł.  Kiedy  się  zbliżał, 

zauważył, że tym razem to nie był tylko jeden  rysunek. Było ich kilka. Wziął je do ręki i obejrzał jeden po drugim w 

świetle księżyca.

Wynaturzone. Straszne. Zapamiętałe.

Na każdym szkicu była twarz Runne’ego. Każda kolejna podobizna bardziej zbliżona do oryginału. Ich widok sprawił, 

że Runne poczuł się obnażony, wściekły... i smutny. Czuł, jak łzy spływają mu po policzkach.

Żebyś sczezł w piekle, Morgan!

Tak dalej być nie może. To nie do zniesienia. Nie może stale polować na Morgana, który wymyka mu się w ostatnim 

momencie.

On musi zginąć!

Alex ostrożnie otworzyła drzwi sypialni.

Było już po trzeciej w nocy. W szczelinie między podłogą a drzwiami pracowni widziała światło, ale żadnego ruchu. 

Już czwarty raz sprawdzała pracownię i za każdym razem zastawała ją taką samą.

Do diabła, może Morgan usiadł na krześle albo kanapie i zasnął?

Niemożliwe.

Pewnie nasłuchiwał i wyczekiwał jej ruchu.

A  właśnie,  że  go wykona! Co  ma do  stracenia?  Morgan nie  chce  jej  śmierci, więc  jeśli  ją  złapie,  to  przecież jej nie 

zastrzeli. Najpierw sprawdzi land rovera i zorientuje się, czy uda jej się go uruchomić, zwierając kable na krótko. Ostatnie 

godziny spędziła na wydłubywaniu mosiężnego rantu z marmurowego kominka w swoim pokoju, żeby posłużył jej jako 

krótki  łom  do  wyważenia  drzwi.  Jeśli  cała  akcja  się  nie  powiedzie,  zbiegnie  w  dolinę  i  spróbuje  odnaleźć  światła 

najbliższego domostwa. O ile dobrze się orientowała, Denver musiało być oddalone zaledwie o kilka mil stąd.

Jedno było pewne, nie może tu już dłużej siedzieć. Musi coś zrobić.

background image

41

Zamknęła drzwi swojego pokoju i podeszła do okna, które otworzyła już parę minut temu. Śnieg padał bez przerwy i na 

parapecie utworzyła się gruba kołderka.

Opatuliła się mocniej kurtką i wyskoczyła.

Udało jej się uruchomić land rovera.

Judd uśmiechnął się i odłożył pędzel, kiedy usłyszał pomruk silnika.

Sprytna kobieta. Zastanawiał się, jak jej się udało otworzyć drzwi.

Usłyszał  skrzypienie  opon  na  śniegu,  kiedy  wyjechała  z  garażu  i  pomknęła  w  dół  górską  drogą.  Wstał  z  krzesła  i 

podszedł  do  szafy,  wyjął  kurtkę  i  rękawiczki.  Chwilę  później  przedzierał  się  przez  śnieg,  mając  przed  oczami  tylne 

światła samochodu daleko przed sobą.

Nie przeszedł nawet dziesięciu metrów, kiedy pośliznął się i stracił równowagę. Udało mu się uchronić przed upadkiem, 

ale to nie z powodu zimna poczuł przeszywający go dreszcz.

Lód.

Niech to szlag!

Cholera!

Śnieg sypał tak gęsto, że Alex ledwie widziała zarys drogi przed sobą.

Zdjęła  nogę  z  gazu  i  lekko  zahamowała.  Nawet  tak  delikatne  naciśnięcie  hamulca  sprawiło,  że  land  rover  wpadł  w 

poślizg na oblodzonej drodze.

Rozpaczliwie szarpnęła kierownicą i zdołała naprowadzić auto z powrotem na drogę.

Boże, nieszczęście było tak blisko. Kilkanaście centymetrów dzieliło ją od wypadnięcia z drogi i runięcia w przepaść.

Wzięła głęboki oddech, próbując opanować nerwy.

To  nic  takiego.  Po  prostu  musi  jechać  dużo  wolniej.  Ten  samochód  to  maszyna  zaprojektowana  właśnie  dojazdy  w 

trudnych  warunkach.  Szkoda  tylko,  że  jest  taka  słaba  widoczność.  Żeby  tylko  udało  jej  się  zjechać  z  tej  góry,  wtedy 

będzie...

Z ciemności przed maską wozu wyłoniły się zaśnieżone gałęzie drzewa tarasującego drogę.

- Nie! - Obróciła kierownicą, ale było już za późno. Auto wpadło w poślizg i zderzyło się z drzewem, a gałąź przebiła 

przednią szybę.

- Jezu!

Judd rzucił się biegiem, kiedy minął zakręt. Ślizgał się, potykał, padał i znowu wstawał, pędząc do samochodu.

Przednie światła land rovera rozcinały ciemność, jego koła buksowały w miejscu, a cały przód był wbity w zwalone 

drzewo. Duża gałąź, która przebiła przednią szybę, wdarła się do wnętrza auta niczym ostrze noża.

Ostrze, które wbiło się w ciało Alex i przytwierdziło ją do fotela.

- To będzie bolało.

O czym on mówi? Już ją boli jak jasna cholera, pomyślała oszołomiona Alex.

- Słyszysz mnie? Nie mogę czekać. Muszę cię stąd wydostać. Muszę złamać tę gałąź i uwolnić cię z dżipa. Postaram się 

zrobić to szybko, ale nie możesz się ze mną siłować, bo porani cię jeszcze bardziej. Słyszysz, co do ciebie mówię, Alex?

- Tak... słyszę. - Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą jego twarz.

Lodowato niebieskie oczy. Wszędzie lód: Dokoła niej rozbite drobinki przedniej szyby migotały niczym kostki lodu.

background image

42

Jego dłoń zbliżyła się do gałęzi.

Zesztywniała, kiedy dotarło do niej, co zamierza zrobić.

- Nie!

- Muszę to zrobić. Muszę cię zanieść do domku. Nie mogę zostawić cię na mrozie i czekać na pomoc. Zamarzniesz tu.

- Boli...

- Wiem. - Pogłaskał ją delikatnie po głowie. - I będzie bolało jak diabli. Ale tylko przez chwilę. A potem już przestanie 

boleć. Zajmę się tobą.

Bezpieczeństwo. Dym. Ojciec...

Nie, to nie on. Jej ojciec nie żyje.

Boże, ale za nim tęskniła...

-  Alex,  postaraj  się  nie  szarpać,  dobrze?  -  Spojrzał  jej  głęboko w  oczy.  -  Zajmę  się  tobą.  Obiecuję, że  cię  wyratuję. 

Obiecuję, że przeżyjesz, jeśli tylko mi pomożesz.

- Tato...

- Alex, to nie twój ojciec.

Ale jej ojciec tu był.

Gryzący dym, psy ratownicze i Sara podtrzymująca ją.

Życie jest najważniejsze. Musi o tym pamiętać, bo inaczej znaczyłoby to, że śmierć ojca była bezsensowna.

Skinęła głową.

- Zrób to.

Śmierć.

-  Galen,  potrzebny mi  lekarz  -  powiedział  Morgan, kiedy  tylko  Galen  odebrał  telefon.  -  Jakiś  dobry  i  szybki  lekarz, 

który potrafi trzymać język za zębami.

- Dlaczego?

- Wydarzył się wypadek.

- Nie podoba mi się to.

- Alex jest ranna.

- A niech to! Powiedz, że to nie ty spowodowałeś ten „wypadek”.

- Nie mogę. Myślę, że wyjdzie z tego, ale muszę się upewnić, że żaden nerw nie został uszkodzony. Nie chcę, żeby była 

kaleką. Potrzebny mi lekarz, żeby oczyścił i zaszył ranę. Taki, który nie będzie nalegał, żeby ją wieźć do szpitala.

- Coś ty jej zrobił?

- Nic, z czego się nie wyliże... kiedyś.

- O mój Boże. Logan cię zabije.

- Będzie musiał to jakoś znieść. To co z tym lekarzem?

- Daj mi kwadrans.

Morgan wrócił do sypialni i spojrzał na Alex. Była blada, nadal nieprzytomna, ale przynajmniej jej puls był regularny. 

Powinien ten czas oczekiwania wykorzystać na powrót do samochodu i uporządkowanie miejsca wypadku, żeby lekarz 

mógł dojechać do domku.

Boże, ależ ona blada...

Pieprzyć to, co powinien zrobić. Nigdzie się teraz nie ruszy. Zaczeka przy niej tyle, ile będzie trzeba.

background image

43

Judd Morgan siedział na krześle obok łóżka.

Już  go  tam  wcześniej  widziała,  uświadomiła  sobie  w  półśnie.  Ile  razy?  Pięć?  Sześć?  Nie  pamiętała.  Ale  był  tu. 

Szkicował coś w notesie tak jak teraz.

- Co... robisz?

Podniósł wzrok i odłożył notes.

- Chyba już się lepiej czujesz, skoro przemawia przez ciebie ciekawość.

- Lepiej?

- Przez ostatnie dwa dni miałaś gorączkę i dreszcze. Lekarz powiedział, że twój organizm walczy z infekcją.

- Lekarz?

- Nie pamiętasz go? Doktor Kedrow. Ściągnąłem go tutaj, aby zajął się twoją wyjątkowo paskudną raną.

Jej prawe ramię było całe w bandażach.

Gałąź ostra jak nóż, wbijająca się w jej ciało.

- Teraz już sobie przypomniałaś. - Przyglądał się jej twarzy. - Nic ci nie będzie. Gałąź przebiła ci ramię bardzo wysoko. 

Nie ma żadnych trwałych uszkodzeń, ale być może będziesz potrzebowała operacji plastycznej, żeby pozbyć się blizny.

- To... boli.

- Myślę, że zbyt łagodnie to wyraziłaś. Jesteś dzielna. Byłem pod wrażeniem.

- Nie chcę, żebyś był pod wrażeniem... - Miała kłopot z wypowiadaniem słów. Jakby jej uciekały. - Chcę, żebyś mnie 

wypuścił.

- O tym pogadamy później.

- Chcę teraz.

-  Jeszcze  jesteś  półprzytomna.  Później.  -  Wziął  do  ręki  ołówek.  -  Spróbuj  znowu  zasnąć.  Nic  ci  nie  będzie.  Jesteś 

bezpieczna...

Obiecuję, że będziesz bezpieczna.

Tata.

Nie, nie tata.

To Judd Morgan, ostatni człowiek, któremu powinna wierzyć czy ufać...

- Co szkicujesz?

Podniósł głowę i uśmiechnął się.

- A więc znowu do mnie wróciłaś. Jak się czujesz?

Zastanowiła się chwilę.

- Lepiej. Jestem silniejsza.

- I wściekła jak diabli?

- Jestem pewna, że i to przyjdzie. Teraz nie mam jeszcze na to sił.

- Pozwól, że pomogę ci osiągnąć ten stan. - Spuścił wzrok na swój szkic i coś na nim zakreślił ołówkiem. - To ja jestem 

odpowiedzialny za to, co ci się stało.

- Oczywiście, że ty. Nie byłoby mnie tutaj, gdybyś mnie nie porwał... - Pokręcił głową, więc przerwała. - Coś jeszcze?

- To ja ściąłem tę sosnę, żeby zatarasować drogę.

- Co? - Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach.

background image

44

-  Pomyślałem,  że  to  bardzo  prawdopodobne,  że  spróbujesz  ucieczki.  Z  tego,  czego  się  o  tobie  dowiedziałem, 

wywnioskowałem,  że  zatrzymywanie  cię  nie  odniosłoby  żadnego  skutku.  Musiałaś  sama  zrozumieć,  że  ucieczka  jest 

niemożliwa.

- Więc próbowałeś mnie zabić, pozwalając mi się rozbić na tym cholernym drzewie?

-  Nie,  to  był  zwykły  błąd  w  obliczeniach.  Nie  spodziewałem  się,  że  rozbijesz  się  na  tym  drzewie.  Powinnaś  mieć 

wystarczająco dużo czasu, żeby dostrzec drzewo na drodze i zatrzymać się. Nie wziąłem pod uwagę lodu.

- Błąd w obliczeniach?

- Teraz jesteś na mnie zła.

To było oczywiste. Była tak wściekła, że czuła, jakby jej miała zaraz eksplodować głowa.

- Żebyś wiedział, że jestem zła. Ciekawe, co byś zrobił, gdybym w porę zatrzymała samochód i ruszyła dalej pieszo?

- Poszedłbym za tobą. Jestem bardzo dobry w tropieniu.

Siedział  przed  nią  całkowicie  odprężony,  ale  potrafiła  sobie  wyobrazić  go  w  lesie,  jak  porusza  się  szybko,  zwinnie, 

niczym drapieżnik. Taka wizja tylko zwiększyła jej furię.

- Upolowałbyś mnie jak zwierzę?

Nie odpowiedział od razu.

- Przepraszam. Nie chciałem cię skrzywdzić.

- Ale to zrobiłeś. Niech cię szlag trafi!

Pokiwał głową.

- Jestem ci coś winien. Nie jest to dla mnie wygodna sytuacja, ale możesz to wykorzystać na swoją korzyść.

- Ty sukinsynu!

- Zdaje się, że pora, bym wyszedł. Potrzebujesz czasu, żeby ochłonąć. - Morgan wstał z krzesła. - Przyniosę ci coś do 

jedzenia.

- Nic od ciebie nie wezmę.

-  W  porządku,  jak  chcesz.  Przez  ostatnie  dwa  dni  wepchnąłem  w  ciebie  wystarczająco  jedzenia,  żeby  brak  jednego 

posiłku ci zaszkodził.

Miała mętne wspomnienie Judda siedzącego obok niej i karmiącego ją czymś ciepłym i płynnym.

- Gdybym miała wtedy dość siły, to...

- Ciiii. Wiem. Splunęłabyś mi tym prosto w twarz. I zasłużyłbym na to. Zwykle nie zdarzają mi się tak duże błędy. Ale 

teraz będziesz mogła to wykorzystać, żeby osiągnąć to, czego pragniesz.

- Teraz to ja mam ochotę zepchnąć cię z tej góry w jakąś przepaść.

-  W  ten  sposób  osiągniesz  jedynie  przejściową  satysfakcję.  Jestem  pewien,  że  uda  ci  się  wymyślić  cel  bardziej 

długofalowy.  -  Otworzył  drzwi,  ale  zatrzymał  się  i  spojrzał  na  nią.  -  Może  pocieszy  cię  świadomość,  że  w  tej  chwili 

kostki domina padają w twoim kierunku.

- Co masz na myśli? - spytała.

- To znaczy, że muszę się jakoś zrehabilitować. Nie przestrzegam w swoim życiu zbyt wielu kodeksów, ale to, co się 

stało,  podlega  jednemu  z  nich.  A  to  znaczy,  że  muszę  teraz  obmyślić,  w  jaki  sposób  dać  ci  to,  czego  chcesz,  a 

jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo.

Odszedł, zanim zdążyła zadać mu jakiekolwiek pytanie. O czym on  mówi?  Czy myślał, że ona uwierzy mu w to, że 

teraz ma wyrzuty sumienia z powodu obrażeń, których doznała? Musiałaby być łatwowierną idiotką. To porywacz, płatny 

zabójca i nie wiadomo co jeszcze. Jest bezwzględny, wyrachowany i bez...

background image

45

Ale  jednak  w  jakiś  sposób  mu  wierzyła.  Nie  podejrzewała  go  o  wyrzuty  sumienia,  ale  ten  mężczyzna  był  dość 

skomplikowany,  więc  i  jego  struktura  moralna  mogła  być  zagmatwana.  Większość  silnych  ludzi  musi  mieć  pewne 

zasady, według których postępuje  w życiu. Może fakt,  że z jego  winy została ranna, poruszył  jakieś  pokłady ludzkich 

uczuć pod tą lodowatą maską?

A może nie. Może próbował znaleźć kolejną metodę kontrolowania jej?

Tylko w jeden sposób mogła się o tym przekonać. Sprowokować go. Poddać testowi.

Niestety w tej chwili nie czuła się na siłach stawić czoło nawet dziecku.

Czyli trzeba koniecznie zwalczyć tę słabość. Do dzieła!

Powoli i ostrożnie usiadła na łóżku.

Poczuła piekielny ból w ramieniu i zrobiło jej się słabo.

Dostać się do łazienki i obmyć twarz zimną wodą.

Tak, jasne...

Oparła się na stoliku nocnym i stanęła o własnych siłach.

Ciemność.

Zajęło jej to pewnie ze dwie minuty, ale nadal stała i czekała, aż wrócą jej siły. Oddychała głęboko i starała się skupić 

na czymś innym niż pokusa powrotu do łóżka.

Zobaczyła notes, który Morgan zostawił na podnóżku, kiedy wstawał z fotela. I chociaż leżał bokiem, rozpoznała na 

nim rysunek twarzy.

Bezbronna. Słaba. Zbolała.

To była jej twarz.

Czy  tak  ją  widział?  W  takim  razie  będzie  się  musiał  jeszcze  paru  rzeczy  o  niej  dowiedzieć.  Nie  była  ani  słaba,  ani 

bezbronna. Poczuła przypływ energii towarzyszący skokowi adrenaliny. Odsunęła się od stolika i pewnie ruszyła w stronę 

łazienki.

Leżała z powrotem w łóżku i przeglądała notes Morgana, kiedy ten wszedł do pokoju z tacą w ręku.

- Naruszenie mojej prywatności? - powiedział lekkim tonem i postawił tacę na stoliku nocnym. - Mógłbym cię pozwać.

- Ale te wszystkie szkice przedstawiają mnie. Nie sądzę, żeby ci to coś dało. - Spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. 

- Musisz się bardzo nudzić.

- Nie byłaś szczególnie rozrywkowym towarzyszem. Musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie.

- To nie ja. - Zamknęła szkicownik. - Zrobiłeś ze mnie... słabeusza.

- Nie wydaje  mi się. Nie widzę w tobie żadnej  słabości. Ale to dość częste, że ludzie w swoich portretach widzą to, 

czego się boją.

- Ja się nie boję. Widzę to, co narysowałeś.

Otworzył szkicownik na pierwszym rysunku.

- Jesteś chora i bezbronna. - Wskazał linię jej ust. - Ale siła jest tutaj. A zauważyłaś napięcie widoczne w linii szczęki? 

To determinacja. Nie odpuszczasz sobie nawet w malignie. Byłaś bardzo interesującym modelem.

Był zbyt blisko niej. Nie dotykał jej, ale czuła ciepło jego ciała i instynktownie się spięła.

- I nie czułeś się winny, rysując mnie, kiedy byłam bezbronna?

Uśmiechnął się.

- Wiesz, jaki ze mnie bezwzględny sukinsyn. Wykorzystuję każdą daną mi szansę.

background image

46

- I niedaną też.

- Prawda. Ale nigdy nie myślałem o tobie jako o osobie bezbronnej. - Wyjął jej z rąk szkicownik i podał mały talerzyk. -

Przestań już rozmyślać i zjedz kanapkę z szynką.

Cofnął się o krok, a ona odetchnęła z ulgą. To było strasznie głupie, taka fizyczna świadomość jego obecności.

To z pewnością dlatego, że została ranna i straciła siłę.

Uśmiechnął się.

- Pomyślałem sobie, że będziesz wolała kanapkę od rozlewającej się zupy, którą mogłabyś się zachlapać.

Rzeczywiście wolała kanapkę. Czuła się wystarczająco niezdarna i słaba bez... Nagle sobie coś uświadomiła.

- Mam na sobie twoją koszulę! Jak to się stało?

-  Ja  ją  założyłem.  -  Usiadł  w  fotelu,  układając  nogi  na  podnóżku.  -  To  nie  należało  do  obowiązków  lekarza,  a  nie 

chciałem go dodatkowo obarczać. Przepraszam, jeśli cię to dotknęło.

-  Nie  czuję  się  urażona.  To  ostatnia  rzecz,  jaką  mogłabym  się  martwić.  -  Ugryzła  kęs  kanapki.  -  Po  prostu  byłam 

ciekawa.

-  Powinienem  był  się  domyślić.  Kobieta,  która  potrafi  uruchomić  samochód,  zwierając  kable,  nie  będzie  się 

przejmowała nagością.

-  Można  być  nagim  nie  tylko  fizycznie.  -  Wskazała  szkicownik.  -  To  mnie  bardziej  martwi.  Naruszyłeś  moją 

prywatność.

- Masz interesującą twarz, ale obiecuję, że nie zrobię tego więcej bez twojej zgody.

Wierzyła mu.

- Jesteś bardzo dobry... jak na kryminalistę.

Roześmiał się głośno.

- Osobliwy komplement. Cieszę się, że cię nie rozczarowałem.

- Nie mógłbyś mnie rozczarować. Nie spodziewam się po tobie niczego dobrego.

- To dobrze. Mamy czystą sytuację. - Skrzywił się. - A przynajmniej mam taką nadzieję.

- Jesteś  dobrym rysownikiem. Co  zdaje się jeszcze gorsze wobec faktu, że marnujesz  swój talent, żeby robić rzeczy, 

które wyrządzają krzywdę innym ludziom. - Wzruszyła ramionami. - Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Rób, 

co chcesz, i bądź sobie, kim chcesz.

- Dziękuję.

Zignorowała ironię w jego głosie.

- Jeśli i mnie dasz ten sam przywilej i pozwolisz mi działać tak, jak tego chcę. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Więc 

udowodnij mi, że nie skłamałeś, i uwolnij mnie.

- To nie takie proste. Wszystkie przeszkody na drodze, które wcześniej przygotowałem, są tam nadal. - Chciała wpaść 

mu w słowo, ale powstrzymał ją, unosząc dłoń. - Nie powiedziałem, że nie chcę znaleźć sposobu obejścia ich. Jestem w 

trudnym położeniu. Mam umowę z Loganem, której nie chcę złamać.

- Boisz się go?

- Nie - odparł spokojnie. - Boję się ciebie. Ponieważ jest duże prawdopodobieństwo, że przez ciebie mnie zabiją.

- Nie chcę sprowadzać na nikogo śmierci. Chcę tylko dopaść tych ludzi, którzy spowodowali śmierć tylu niewinnych 

mężczyzn, kobiet i dzieci w Arapahoe Junction.

- Wiem. Nie poddasz się, dopóki ich nie znajdziesz i nie będziesz bezpieczna, dopóki to się nie skończy. - Odwrócił się. 

- A ja obiecałem, że zapewnię ci bezpieczeństwo. Więc nie mam wyboru. Muszę znaleźć tych ludzi i ich usunąć.

background image

47

- Myślisz, że ci uwierzę, że chcesz mi pomóc w znalezieniu tych bydlaków?

- I w pozbyciu się ich. Kiedy tak się stanie, mój dług wobec ciebie będzie spłacony i będziesz wolna. Skończ kanapkę i 

popij mlekiem. Czeka nas robota.

- Co takiego?

- Czas rekonwalescencji dobiegł końca. Jak rozumiem, nie udało ci się zidentyfikować żadnego z tych facetów od tamy 

w policyjnych kartotekach?

Skinęła głową.

- A portret pamięciowy?

- To miał być kolejny krok.

- W takim razie tu go zrobimy. Ty opiszesz mi ich rysy, a ja spróbuję je oddać na papierze. Jak będziemy mieli twarze, 

dowiemy się, kim są ci ludzie.

Wpatrywała się w niego, podejrzewając podstęp.

- Mówisz serio?

Usiadł w fotelu i otworzył szkicownik.

- Jak cholera - zapewnił.

- Dłuższe baki? - dopytywał się.

- Nie, ale miał szersze czoło i bardziej cofniętą linię włosów.

Ołówek Morgana poruszał się szybko po szkicowniku.

- Jakieś pieprzyki, blizny?

- Nie pamiętam.

- To nie do przyjęcia.

- Widziałam go zaledwie przez kilka sekund  - broniła  się. - Większą uwagę zwróciłam na mężczyzn czekających na 

helikopter.

- Ale udało ci się zapamiętać ich twarze.

- Ten siedział w helikopterze. Panował półmrok...

Helikopter Kena wybuchający w wielką kulę ognia.

- Nie chcesz pamiętać.

- Pieprz się.

Zignorował to.

- Mówiłaś, że to on strzelił do śmigłowca. Przypomnij sobie ten moment, kiedy podnosił broń do góry i mierzył z niej.

- Nie pamiętam.

- Jaka to była broń?

- Nie wiem.

- Jaki rozmiar? Magnum? Trzydziestka ósemka?

- Karabin...

- W porządku. Więc unosi do góry karabin. Spróbuj przesunąć wzrok z lufy na rękojeść. Widzisz to?

Jasne światło wybuchające z helikoptera Kena.

- Widzisz to? - nalegał.

- Tak. Widzę.

background image

48

- Więc musisz też widzieć jego twarz. Usta?

- Wąskie.

- Kości policzkowe?

- Wysokie.

- Jak bardzo?

- Jego twarz jest... jak wyciosana z kamienia.

- Dobrze. Brwi?

Zmrużone oczy, kiedy celował.

- Krzaczaste.

- Kolor oczu?

- Nie widzę ich. Ciemne. Tak sądzę...

- A nos?

- Prosty. Krótki. Lekko uniesione nozdrza.

-  W  porządku.  Mamy  już  jakiś  punkt  zaczepienia.  Daj  mi  minutę,  a  potem  pokażę  ci,  co  narysowałem,  i  wspólnie 

naniesiemy poprawki. - Pochylił się nad szkicownikiem.

Tak wyglądał cały ich wieczór. Morgan ją przepytywał i starał się naprowadzać na szczegóły, o których zapomniała. 

Praca  nad  pierwszymi  dwoma  szkicami  nie  była  łatwa,  ale  dopiero  przy  trzecim  Alex  zdała  sobie  sprawę,  jaką  białą 

plamą jest dla niej twarz tego mężczyzny.

Morgan jednak nie pozwolił, żeby tak pozostało.

Był niezmordowany i nieugięty, a przy pracy nad ostatnim szkicem wyjątkowo skupiony.

- A jaką miał szyję? Może podwójny podbródek?

- Nie. Miał ostre i mocne rysy... Coś nie tak?

Morgan zamarł z ołówkiem w dłoni, wpatrując się w na szkicowany portret.

- Nic. Tylko upewniam się, czy wszystko mam. - Jego ołówek znowu zaczął śmigać po szkicowniku.

Kilka minut później podniósł wzrok na Alex.

- Dobrze się spisałaś.

- Ty mnie do tego zmusiłeś.

- Czujesz się urażona?

- Nie. No, może w pewnym sensie. Ale to było konieczne, żebym sobie przypomniała. Nieważne, jak bardzo to bolało. 

Musiałam to zrobić. - Usiadła na łóżku i zebrała się w sobie. - Gotów, żeby pokazać mi szkic?

- A ty jesteś gotowa, żeby go zobaczyć? - Uśmiechnął się słabo. - Widzę, że jesteś. - Odwrócił do niej szkicownik. - Oto 

strzelec.

Dorysował karabin przytknięty do twarzy mężczyzny.

Wzdrygnęła się, ale zaraz zmusiła się do skoncentrowania na twarzy.

- Wygląda zbyt... gładko. Miał szczupłą twarz, ale kiedy mrużył oczy, pojawiały się wokół nich zmarszczki.

Morgan odwrócił szkicownik do siebie i zaczął poprawiać.

- A co z uszami?

- Przylegające. Tak mi się zdaje. Nie widziałam... Karabin był...

- Zastanów się dobrze. - Jego głos był szorstki, natarczywy. - Pamiętałaś o bakach, więc musisz pamiętać, jakie miał 

uszy.

background image

49

- Przypomnę sobie. Chwilę.

- Po prostu wyrzuć to z siebie. Jesteś na tropie.

- Na miłość boską, daj mi odpocząć.

Podniósł na nią wzrok.

- Naprawdę tego chcesz?

Nieugięty. Zimny. Bezlitosny.

Nie, nie chciała od niego odpoczywać. Chciała dokładnie tego, co jej zapewniał w tej chwili. Mądrości. Poświęcenia 

uwagi. Determinacji.

- Jasne, że nie.

- Tak też myślałem.

Zamknęła oczy, żeby sobie przypomnieć.

- Miał uszy przylegające do głowy, a płatki uszu były duże, prawie pulchne...

-  Myślę,  że  zrobiliśmy  wszystko,  co  mogliśmy.  -  Podniósł  się  z  fotela.  -  Przejrzymy  szkice  jeszcze  raz,  kiedy  się 

zdrzemniesz.

- Nie potrzebuję drzemki. Teraz mogę na nie popatrzeć.

- Możesz popatrzeć, ale nic w nich nie zobaczysz. Już siedem godzin nad nimi siedzimy i jesteś przemęczona. A ja nie 

byłem dla ciebie zbyt wyrozumiały.

-  Nie.  -  Wpatrywała  się  w  szkicownik.  -  Słuchaj,  Morgan,  podobieństwo  jest  bardzo  duże.  Wyślemy  te  portrety 

Leopoldowi?

- Może.

- Co?

-  Nie  wściekaj  się.  Zidentyfikujemy  ich.  Są  inne,  może  nawet  szybsze,  źródła  informacji.  -  Podniósł  się  z  krzesła.  -

Zdrzemnij się, a ja w tym czasie zrobię porządek. Pogadamy później.

- Ale ja chcę pogadać teraz. Nie po to się wysilałam, żebyś mógł narysować te portrety, żeby teraz trafiły nie tam, gdzie 

trzeba. Musimy wysłać je do kogoś, kto potrafi zidentyfikować tych mężczyzn.

- Tożsamość jednego już znamy.

Otworzyła szeroko oczy.

- O czym ty mówisz?

Pokazał jej drugi portret, nad którym pracowali.

- To George Lester. Facet, który kierował niebieską toyotą i próbował cię dopaść w hotelu.

- Skąd wiesz, kim on jest?

-  Zadzwoniłem  do  znajomego,  który  dowiedział  się,  że  policja  przeprowadziła  identyfikację  na  podstawie  odcisków 

palców i karty dentystycznej. Bez wątpienia to George Lester z Detroit. Paskudny typek, ale samotnik, co niestety utrudni 

nam sprawę.

- Identyfikacja dentystyczna? Mówisz, jakby... Czy on nie żyje?

Morgan wzruszył ramionami.

- Nie sądziłem, że będzie nam do czegoś potrzebny.

- Zabiłeś go?

- Śledził cię. Prędzej czy później by cię dopadł. Wydawało mi się rozsądną rzeczą uprzątnięcie go.

background image

50

- Zabijanie nigdy nie jest rozsądne - zaoponowała.

- Ośmielę się nie zgodzić. Chociaż tym razem może i nie było to mądre. Interesowało mnie tylko to, żeby usunąć tego 

gościa z twojego otoczenia, a nie sprawdzałem jego powiązań. Teraz będziemy musieli cofnąć się do punktu wyjścia.

- Dlaczego mi o nim nie powiedziałeś?

- Tylko byś się rozzłościła. Masz za dobre serce. Sama nie zabiłaś Al Habima, chociaż miałaś możliwość i wydawało się 

to najlepszym rozwiązaniem. Przecież ten człowiek polował na ciebie.

Zwykłe i zimne kalkulowanie w jego stylu.

Otworzył drzwi i spojrzał przez ramię.

- Masz rację - powiedział, jakby czytał w jej myślach. - Kawał sukinsyna ze mnie. Ale tacy faceci jak ja są potrzebni. 

Jeszcze pewnie zdołasz się o tym przekonać, zanim dobrniemy do końca tej sprawy.

Patrzyła na drzwi, które się za nim zamknęły.

Była zaszokowana, pełna sprzecznych uczuć i złych przeczuć.

Tacy faceci jak ja są potrzebni...

Alex nie znała nikogo, kto ośmieliłby się skorzystać z usług kogoś takiego jak Judd Morgan.

No  dobrze.  Trzeba  wypocząć,  przemyśleć  wszystko  i  przeanalizować  sytuację.  I  zdecydować,  czy  może  choć  trochę 

zaufać człowiekowi, który zabił kogoś dlatego, że uznał to za rozsądne rozwiązanie.

Rozdział 5

Cholera! - Powers wyciągnął kartkę z faksu, przejrzał go i natychmiast wystukał numer Betwortha. - Właśnie przyszedł 

raport z Quantico o tym facecie ze schodów w hotelu.

- Morgan?

- Skąd pan to... - Czasem zdawało mu się, że ten skurczybyk to jakiś jasnowidz. - Tak. Musieli mieć kłopoty z filmem, 

skoro ta identyfikacja przyszła tak późno. Domyślał się pan, że to on?

-  Zawsze  istniało  takie  prawdopodobieństwo.  Nie  rozważaliśmy  ewentualności,  że  Morgan  się  w  to  wplącze,  ale 

najwyraźniej się przeliczyliśmy. A zgodnie z tym, co o nim wiemy, nigdy nie można przewidzieć, gdzie się pojawi. Ale 

prędzej bym się go spodziewał tuż po przerwaniu tamy. Nawet przygotowałem CIA, żeby go zdjęli, gdyby zdecydował 

się na jakieś przeszpiegi. Obawiałem się powiązań Logana z Graham.

- Logana?

-  Tak.  Próbował  poruszyć  wszelkie  możliwe  kontakty,  żeby  umieścić  Graham  w  bezpiecznym  miejscu  po  tym,  jak 

postrzelono jego żonę. I to Logan parę miesięcy temu próbował zdjąć sankcję nałożoną na Morgana. Ten facet ma duże 

wpływy. Musiałem się nieźle postarać, żeby go zablokować.

-  Obserwujemy  Logana  od  czasu,  jak  zniknęła  Graham.  Jest  w  swoim  domu  w  Kalifornii  i  nie  próbował  się  z  nią 

kontaktować.

- Udało wam się monitorować jego rozmowy telefoniczne?

- Nie. To było bez szans. On korzysta z najwyższej jakości systemu zabezpieczeń.

-  W  takim  razie  sugeruję,  żebyś  znalazł  czym  prędzej  jakiś  sposób  na  uzyskanie  potrzebnych  nam  informacji. 

Domyślam się, że Logan bardzo się teraz troszczy o żonę. Do widzenia, Powers.

- Mam portrety pamięciowe pozostałych dwóch mężczyzn, których widziała  Alex w Arapahoe Junction  - powiedział 

Judd, kiedy Galen odezwał się po drugiej stronie linii. - Muszę wiedzieć, kim oni są.

background image

51

- Alex ci ich opisała? Wiesz, że pamięć często płata figle. Ufasz jej?

- Tak.

- Nie masz żadnych wątpliwości?

- Żadnych.

- Możesz przefaksować te portrety?

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli przyjedziesz po nie osobiście.

- Ale przecież jesteś na jakimś odludziu. Po co?

- Możesz być mi tu potrzebny. Mam złe przeczucia... Mówiłeś Loganowi, że Alex jest ranna?

- Jeszcze nie.

- To dobrze. Nie chcę, żeby Logan wchodził mi w paradę. Jak szybko zdołasz tu dotrzeć?

- Już ruszam. - Galen rozłączył się.

Morgan  usiadł  przy  stole  w  kuchni  i  wyciągnął  szkicownik.  Odsunął  na  bok  dwa  szkice  i  przyjrzał  się  trzeciemu, 

portretowi strzelca. Wziął głęboki wdech, a potem wolno  wypuścił powietrze. Mało  brakowało, a wszystko by  zepsuł. 

Mimo ogromnego zmęczenia Alex zauważyła jego reakcję. Musi być bardziej ostrożny.

Ostrożny? Śmiechu warte. Dobrze wiedział, że przestali być bezpieczni w chwili, gdy skończył rysować ten portret. Do 

tego czasu była jeszcze szansa, że to zniszczenie tamy nie miało nic wspólnego z Z-3.

W  porządku.  Zawsze  jeszcze  może  się  wycofać  i  zniknąć.  Może  znaleźć  inny  sposób,  żeby  zapewnić  Alex 

bezpieczeństwo.

Alex.

Co u diabła? Musi dać sobie trochę czasu. Teraz, kiedy Alex śpi, on ukończy  szkice, nadając im ostatni szlif,  zanim 

pokaże je Galenowi. Jego przyjazd powinien być tylko kwestią paru godzin. Galen nigdy nie tracił czasu, kiedy wkraczał 

do akcji.

-  Nie  powinnaś  jeszcze  wstawać.  -  Morgan  podniósł  się  z  fotela  i  podszedł  do  Alex.  -  Czemu  mnie  nie  zawołałaś? 

Pomógłbym ci.

- Nic mi nie jest. - Otarła się o niego, idąc w kierunku kominka. - Tylko trochę zmarzłam.

-  Potrzebujesz  czasu,  żeby  wyzdrowieć,  a  ja  dałem  ci  dzisiaj  niezły  wycisk.  To  pewnie  z  przemęczenia  spadła  ci 

temperatura. Powinnaś pospać trochę dłużej.

Wyciągnęła dłonie do ognia.

-  W  ogóle  nie  zamierzałam  zasypiać.  -  Sądziła,  że  jest  na  tyle  poruszona,  że  będzie  leżała  całymi  godzinami  bez 

zmrużenia oka, ale niemal natychmiast zapadła w sen. - Co w tym czasie robiłeś?

- Kończyłem szkice. Czekałem na Galena.

- Galena?

- To przyjaciel. Przyjedzie tu po portrety pamięciowe, a także żeby się upewnić, że nie okaleczyłem cię za bardzo.

- A co mu do tego, nawet jeśli to zrobiłeś?

- Czyżby teraz taka postawa nie odpowiadała twojej filozofii? Czy nie powinno być tak, że wszyscy jesteśmy dla siebie 

braćmi i siostrami?

- W idealnym świecie, tak. Ale ten świat nie jest doskonały. Dlaczego ten Galen martwi się o mnie?

- To on polecił mnie Loganowi.

- Czyli działa we własnym najlepiej pojętym interesie.

background image

52

-  Niezupełnie.  Galen  jest  w  porządku.  Tak  w  ogóle  to  cyniczny  sukinsyn,  ale  jest  podobny  do  ciebie,  ma  ambicję 

naprawiania świata. Nawet  próbował naprawić zło, które  mnie  wyrządzono.  -  Uśmiechnął  się blado.  -  Każdy  popełnia 

błędy.

- Jeśli jest twoim przyjacielem, to nie nazwałabym tego błędem.

- Przyjaciele są różni.

- A co to niby ma znaczyć? Nie, nic nie mów. Nie zbliżyłbyś się z nikim na tyle, żeby się naprawdę zaprzyjaźnić.

- Celowo, nigdy. Ale nawet ja nie jestem doskonały.

- Czym zajmuje się Galen? Jest kryminalistą, tak jak ty?

- Jest specem od informacji. Ma kontakty na całym świecie. Organizuje, załatwia pewne rzeczy i przeciera szlaki.

- Legalnie?

- Czasem. - Podał jej szkicownik. - Obejrzyj je. Powiedz, jeśli coś za bardzo pozmieniałem.

Przyjrzała się portretom.

- Według mnie wyglądają dobrze. Nie widzę w nich niczego, co należałoby zmienić. Naprawdę jesteś w tym dobry. Nie 

mam  pojęcia,  jak...  Chwileczkę.  Tego  tu  nie  było.  -  Patrzyła  na  portret strzelca.  -  Dorysowałeś  mu  maleńką  bliznę  na 

lewym policzku.

- A nie mówiłaś, żebym ją narysował?

Pokręciła głową.

- Jestem pewna, że... A może tak powiedziałam? Byłam taka zmęczona.

- To zrozumiałe. Byłaś wykończona.

- Tak trudno sobie przypomnieć... Wygląda dobrze...

- Mogę ją usunąć.

- Nie. Pozwól mi się zastanowić.

-  Jak  sobie  życzysz.  -  Wziął  od  niej  szkicownik.  -  Przyczepię  je  do  ściany.  Postawiłem  twój  aparat  na  tym  krześle. 

Chciałbym, żebyś zrobiła kilka zdjęć tym portretom, zanim oddamy je Galenowi.

- Dobry pomysł - powiedziała z aprobatą. - Nadal jednak uważam, że powinniśmy dać te portrety Leopoldowi. Może ty 

ufasz temu Galenowi, ale ja nie.

- W porządku. W takim razie ty zajmiesz się fotografiami, dobrze? Galen ma kontakty w sferach, o których istnieniu 

twój Leopold nie ma zielonego pojęcia. Logan zatrudnił go do zbierania informacji od czasu postrzału twojej przyjaciółki 

Sary.

- Domyślam się, że i on jest kryminalistą.

- Niezupełnie. -  Zakończył  wieszanie szkiców na ścianie. - A co do Leopolda... Śmierć Lestera skomplikowała moje 

relacje z policją. Nie ma znaczenia fakt, że ten facet był kanalią i mordercą. Nie miałoby też dla nich znaczenia to, że 

próbował cię zabić. To ja wylądowałbym w więzieniu na rok albo dwa, czekając, aż sąd zajmie się moją sprawą. Policja 

nie rozumie pojęcia własnoręcznego wymierzania sprawiedliwości.

- Ani ja. - Ustawiła ostrość na pierwszym portrecie. - Mogłeś wezwać policję, zamiast zabijać Lestera.

- Zbyt wiele procedur policyjnych. Ludzie często giną z ich powodu.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

-  Popatrz  na  to  z tej  strony  -  przekonywał ją.  -  A  gdybyś  na  ruinach  World Trade  Center natknęła  się  na wspólnika 

jednego z tych pilotów kamikadze? Wezwałabyś policję i zaufała, że wymiar sprawiedliwości uśmierci go za ciebie?

Dym, łzy, ból i gniew płynący z bezradności.

background image

53

Zrobiła zdjęcie.

- To nie to samo.

- Jeśli coś rani ci serce, łatwo znaleźć wyjątek od reguły, którą sami dla siebie ustanowiliśmy. Pamiętasz, jak się wtedy 

czułaś?

- Ani przez chwilę o tym nie zapominam. - Zrobiła ostatnie zdjęcie i odwróciła się. - Skończyłam. Możesz zebrać szkice 

i dać je swojemu przyjacielowi.

- Czy to oznacza, że pozwalasz mi pomóc sobie w dopadnięciu tych łajdaków?

- Wygląda na to, że jednego z nich już sam dopadłeś.

- Uchylasz się od odpowiedzi.

- Bo nie o to tu chodzi. Nie ufam ci. Powiedziałeś, że znajdę sposób, żeby się tobą posłużyć. Gdybyś mnie wcześniej 

puścił, Leopold zorganizowałby dla mnie spotkanie z policyjnym rysownikiem. Więc nie jestem ci nic winna.

- Nie powiedziałem, że jesteś mi coś winna. To ja mam dług do spłacenia. - Wzruszył ramionami. - I nie czuję się z tym 

dobrze. Im szybciej się z nim uporam, tym lepiej.

- Zawieź mnie z powrotem do Denver i będziemy kwita. Nie chcę twojej pomocy, a tym bardziej twojego towarzystwa.

- A dasz radę znieść jeszcze przez chwilę moje towarzystwo, kiedy będę sprawdzał, jak wygląda twoja rana? Jeszcze nie 

jesteś w stanie tego zrobić sama.

Już  otworzyła usta, żeby powiedzieć  „nie”, ale  się powstrzymała.  Zamiast tego usiadła  na krześle i  rozpięła koszulę, 

którą nosiła w roli góry od piżamy.

- Czemu nie? - powiedziała zaczepnie. - W końcu to twoja zasługa.

- To mi się podoba. Chrześcijańska cnota przebaczenia. - Odwinął bandaże i zajrzał pod opatrunek. - Lekarz spisał się 

bardzo dobrze. Ładne szwy. Sam bym lepszych nie zrobił.

- Jesteś nie tylko malarzem, ale i lekarzem, tak? - spytała ironicznie. - To niesamowite.

-  Nie  bądź  złośliwa.  Mam  wiele  talentów.  Może  nie  uszczęśliwiłoby  mnie  wydłubywanie  drzazg  z  twojej  rany  i  jej 

oczyszczanie, ale doświadczenia zdobyte na polu walki pozwoliłyby mi na zgrabne założenie szwów.

Żałowała,  że  pozwoliła  mu  na  zmianę  opatrunku.  Jej  ciało  drżało  pod  dotknięciem  jego  palców.  Nie  tak  bardzo  jak 

wtedy, na schodach w hotelu. Tym razem nie czuła otuchy i bezpieczeństwa. Teraz jego dotyk był... bardziej zmysłowy...

niepokojący.

Musiał  wyczuć  w  niej  to  napięcie,  bo  przeniósł  wzrok  na  jej  twarz.  Jego  dłonie  znieruchomiały  na  chwilę,  a  potem 

przyłożył na ranę nowy opatrunek.

- Wygląda na to, że całkiem dobrze się goi. - Zaczął bandażować jej ramię. - Nie zapomnij tylko brać antybiotyków i 

tabletek przeciwbólowych.

- Oczywiście. Nie jestem masochistką. - Zapięła koszulę. - Zamierzam dojść do siebie najszybciej, jak to tylko możliwe.

- Żeby się na mnie zemścić, tak jak na tamtych ludziach od tamy?

- Trudno znaleźć między wami jakieś różnice. - Ruszyła w kierunku sypialni. - Idę się jeszcze raz zdrzemnąć. Obudź 

mnie, kiedy przyjedzie Galen.

- Zrobię to. Nie chciałbym pozbawiać cię możliwości poznania go. To niezły oryginał.

Tak jak i ty, pomyślała Alex, zamykając drzwi. Twardy niczym diament i nieodgadniony.

Tak, to jedno się nie zmieniło od czasu ich spotkania w hotelu na schodach ewakuacyjnych. Był dla niej zagadką. Nie 

miała zielonego pojęcia, jaki będzie jego kolejny ruch.

Ani czym spowodowany.

background image

54

Podeszła do łóżka i wśliznęła się pod kołdrę. Będzie szczęśliwa, kiedy odzyska siłę. Była na nogach nie dłużej niż przez 

pół godziny, a czuła się kompletnie osłabiona i roztrzęsiona. Może to te tabletki...

Tabletki?

Nie. Nie podejrzewała, żeby Morgan faszerował ją prochami w innym celu, niż tylko uśmierzenie bólu. Gdyby chciał ją 

otępiać,  mógł  to  robić  już  wtedy,  kiedy  przywiózł  ją  z  hotelu.  Chociaż...  Cóż,  jedyne,  co  mogła  zrobić,  to  cierpliwie 

poczekać,  aż  jej  się  polepszy,  a  do  tego  czasu  przyjmować  wszelką  pomoc,  jaką  jej  zaoferuje.  Niech  sobie  będzie 

tajemniczy jak egipski sfinks, nic jej to nie obchodzi. Dopóki mu nie ufa, nie ma znaczenia, czy on próbuje ją oszukać.

Oszukać.

Nagle jej powieki uniosły się gwałtownie.

- O Jezu!

- Co się, u diabła, dzieje? - spytał oschle Galen, kiedy Judd odebrał telefon. - Kiedy wylądowałem, dopadł mnie Logan i 

nie daje mi spokoju. Mówi, że jeśli ja ciebie nie odnajdę, on to zrobi. Miałeś zapewnić jej bezpieczeństwo.

- Jest bezpieczna.

- Gówno prawda.

- Co cię tak wkurzyło? Mówiłem ci, że rana nie jest zbyt poważna.

- Rana? - Galen zamilkł na chwilę. - Masz tam u siebie telewizor?

- Mam.

-  To  włącz  sobie  CNN.  Właśnie  odebrałem  wynajęty  samochód  na  lotnisku  Stapleton.  Zadzwonię  do  ciebie  znowu, 

kiedy będę na szosie. Powinienem dojechać w ciągu godziny. - Rozłączył się.

Niedobrze. Galen nie wkurzał się bez powodu.

Judd włączył telewizor.

Morgan otworzył drzwi do sypialni Alex.

- Myślę, że powinnaś tu przyjść i to zobaczyć.

Usiadła na łóżku.

- Przyjechał Galen?

- Jeszcze nie. Ale może tu być lada moment. - Stanął z boku. - Ale powinnaś obejrzeć najnowsze wiadomości, zanim on 

tu przyjedzie.

- Wiadomości?  - Alex spuściła nogi na podłogę. - Co się dzieje?  - W jej głosie słychać było lęk. - Czy coś się stało 

Sarze?

- Nie. Coś się stało tobie. Chodź.

- Co to za wiadomości? - spytała, idąc za nim do salonu. - Dowiedzieli się, że Logan zapłacił ci za porwanie mnie?

- Wolałbym takie wieści. - Ruchem głowy pokazał jej telewizor. - Cholera, znowu reklamy.

- A niech lecą! Ty mi powiedz, co się dzieje.

- Lepiej będzie, jeśli zobaczysz to na własne oczy. Pewnie mi nie uwierzysz. - Wzruszył ramionami, widząc jej minę. -

No dobrze. Mówią, że jesteś poszukiwana przez FBI za udział w prawdopodobnym sabotażu na tamie w Arapahoe.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Chyba żartujesz.

Pokręcił głową.

background image

55

- Dziś rano Jurgens wydał oświadczenie. FBI rozesłała list gończy za tobą.

Kolana się pod nią ugięły, opadła na krzesło.

- Przecież to bez sensu. To ja przekonywałam wszystkich dokoła, żeby zbadać sprawę uszkodzenia tamy.

- Według Jurgensa służby wewnętrzne miały już wcześniej podejrzenia, że przerwanie tamy nie było wypadkiem. Nie 

chcieli  jednak  ujawniać  tego  do  czasu,  aż  znajdą  dowody  sabotażu.  Mają  prawie  całkowitą  pewność  co  do  tego,  że 

autorem tej roboty była Matanza, a ty dwa lata temu byłaś w Gwatemali, w ich bazie. CIA uważa, że wtedy zostałaś przez 

nich  zwerbowana.  FBI  już  miała  wydać  w  tej  sprawie  oświadczenie,  kiedy  zabito  Kena  Nadera.  Byłaś  podejrzana  od 

chwili, kiedy znaleziono cię na miejscu zdarzenia.

Była oszołomiona. Nie mieściło jej się w głowie to, co usłyszała.

- Przecież mogłam zginąć w tym osunięciu się ziemi - argumentowała.

- I nikt by nie podejrzewał, że ofiara mogła być wplątana w morderstwo Nadera.

- A co z tym facetem, który jechał za nami do Arapahoe i postrzelił Sarę?

- Ciebie nawet nie drasnął. To przecież bardzo prawdopodobne, że twoi wspólnicy zaaranżowali atak, żeby odsunąć od 

ciebie podejrzenia współudziału w zabójstwie Nadera.

- To jakieś szaleństwo.

- Raczej bardzo sprytna akcja.

-  Nie  rozumiem.  Dlaczego  FBI  miałaby...  -  Wzięła  głęboki  oddech.  -  Muszę  się  z  nimi  skontaktować  i  wyjaśnić  tę 

sprawę.

- Kiepski pomysł. Założę się, że wtedy zginiesz w ciągu dwudziestu czterech godzin.

- Bzdura. Mówimy o agencji zajmującej się egzekwowaniem prawa. Mogą mnie wsadzić do więzienia do czasu, aż uda 

mi się wyjaśnić to nieporozumienie, ale nikt mnie nie zestrzeli.

-  Nie.  Prawdopodobnie znalazłabyś jakiś  sposób  na popełnienie samobójstwa  w  celi, jeśli  udałoby ci  się przeżyć  tak 

długo. Bardziej prawdopodobne, że zostałabyś zabita podczas zatrzymania. Szybko i bez świadków.

- Sugerujesz, że FBI jest w zmowie z tymi ludźmi od tamy?  - Zasłoniła dłonią usta. - I mówiłeś  też coś o CIA... Po 

prostu nie mogę w to uwierzyć.

-  Spisek  niekoniecznie  musi  sięgać  tak  głęboko  w  struktury  obydwu  agencji,  ale  uważam,  że  ktoś  na  samej  górze 

pociąga za sznurki i wymyśla scenariusze, które mają doprowadzić do zniszczenia ciebie.

- Nie chcę w to wierzyć. Mówisz o Amerykanach, którzy pracują każdego dnia nad ochroną naszego kraju.

- Jasne. Następni bohaterowie?

- Tak - powiedziała już mniej pewnie.

- Bohaterowie mogą być zmanipulowani. Dowody można sfałszować. Założę się, że każde następne wiadomości będą, 

jak kolejne odcinki opery mydlanej, powoli odsłaniały prawdę o winie Alex Graham.

- Boże, ale ty jesteś cyniczny.

- Byłem tam. Wiem, jak to działa. - Odwrócił się. - Zrobię kawę. Po obejrzeniu do końca wiadomości CNN będziesz 

potrzebowała czegoś, co cię postawi na nogi.

Po upływie piętnastu minut wiedziała, że kofeina jej nie wystarczy. Było jej niedobrze. Chryste, nawet fotografie, które 

uzyskali od agencji prasowych, ją obciążały. Rozpoznała jedno zdjęcie, które musieli jej zrobić na lotnisku w Gwatemali, 

a które wyglądało jak zdjęcie zatrzymanej.

-  Co?  Mało  udane  ujęcie?  -  Morgan  podał  jej  kubek  kawy.  -  Pewnie  będą  je  pokazywali  we  wszystkich  stacjach 

telewizyjnych.

background image

56

- Ale nadal nie wymyślili powodu, dla którego miałabym zrobić coś takiego.

- Stacja Fox ma kilka teorii na ten temat. Gorycz po śmierci twojego ojca w WTC jest na pierwszym miejscu ich listy. 

Kilkoro ludzi słyszało, jak mówiłaś, że rząd powinien był przywiązywać większą wagę do doniesień sprzed 11 września.

- Bo to prawda.

- A przyjaciele i współpracownicy mówią, że zmieniłaś się po śmierci ojca.

- Czyż nie wszyscy zmieniliśmy się po 11 września?

- Ale mówimy o tobie - powiedział z naciskiem.

-  To  niedorzeczne.  -  Zwilżyła  usta.  -  Jestem  dziennikarką  i  znam  ludzi  mojego  zawodu.  Oni  nie  dają  się  tak  łatwo 

nabrać. Będą starali się dociec całej prawdy.

-  Ale  do  tego  czasu  możesz  już  być  martwa.  Myślisz,  że  będą  narażali  swoje  tyłki,  żeby  znaleźć  dowody  na  twoją 

niewinność?

- Może.

- A może nie. Każdy kolejny dzień to nowe wiadomości. Lepiej zastanów się nad... - Przerwało mu pukanie do drzwi. -

Nareszcie. - Podszedł do drzwi. - Galen?

- Jasne, kurde. Wpuść mnie.

Morgan otworzył drzwi i cofnął się, przepuszczając gościa.

- Długo jechałeś.

- To ty wpadłeś na pomysł przeprowadzki na odludzie. - Galen przeniósł wzrok z Morgana na Alex. - Cześć, jestem 

Sean Galen.

Wyglądał na trzydzieści kilka lat.  Miał  krótkie, ciemne włosy i  ciemne, żywe oczy. Cała jego  sylwetka i  ruchy były 

przepełnione energią.

- Słyszałem, że przez tego idiotę jesteś cała zabandażowana. Jak się czujesz?

- Czułam się lepiej, zanim dowiedziałam się, że jestem w pewnym sensie zbiegiem.

- Tak. Dla nas to także był szok. - Zdjął kurtkę i rzucił ją na krzesło. - Logan jest wściekły jak cholera.

- Niech, w takim razie, skieruje część tej złości na Jurgensa - powiedziała Alex. - Jeśli  Logan jest tak wpływowy, to 

niech mnie teraz wyciągnie z tej afery.

- Wierz mi, że się stara. - Spojrzał na kubek, który Alex trzymała w dłoniach. - Powiedzcie mi, że to gorąca kawa. - Nie 

czekał jednak na potwierdzenie, tylko ruszył do części kuchennej. - Elena nie była zachwycona, że musiałem teraz gdzieś 

polecieć. Powiedziała, że obydwoje powinniśmy brać udział w przyjściu na świat naszego dziecka. Dlatego nie ucieszył 

mnie twój telefon, Judd.

- Rana Alex to moja wina, ale w kwestii całej reszty jestem niewinny. Poza tym Elena cię nie potrzebuje. Świetnie radzi 

sobie ze wszystkim, a to dziecko będzie dla niej jak bułka z masłem.

Elena? Alex miała niejasne wrażenie, że Morgan wspomniał już przy niej to imię. Kobieta, która chciała poderżnąć mu 

gardło... Cwana babka.

- A co robi Logan, żeby wyprostować te pomówienia?

- Zadzwonił do Jurgensa i jest w kontakcie ze służbami wewnętrznymi. Jak do tej pory nie są zbyt chętni do współpracy.

- Oni muszą sobie uświadomić, że to pomyłka - wtrąciła się Alex.

Galen spojrzał na Morgana.

- Pomyłka?

- Raczej intryga.

background image

57

- Też tak sądzę. A to by znaczyło, że rząd maczał palce w przerwaniu tamy.

Morgan przytaknął.

Obaj ją ignorowali.

- A może jednak to pomyłka, którą udałoby mi się wyjaśnić, gdybym tylko znalazła kogoś, kto zechce wysłuchać mojej 

wersji wydarzeń? Może jakieś mądrale od federalnych już badają tę teorię na mój temat i zaraz dowiemy się czegoś zgoła 

innego?

Obaj mężczyźni spojrzeli na nią.

Zacisnęła dłonie w pięści.

- Do cholery! Przecież to nie musi być spisek - wykrzyknęła z irytacją.

- Nie, ale to ma więcej sensu niż jakiś biurokratyczny bałagan - powiedział Morgan. - Galen, nie wiesz, czy wypuścili 

wszystkie psy do nagonki?

- Według Logana zorganizowali istne polowanie na czarownice i nikt nie chce go wysłuchać.

- CIA też jest w to wplątana. Wiesz jak dalece?

-  To  Danley  poinformował  o  najświeższych  odkryciach  dotyczących  powiązań Alex  z Matanzą.  Wyżej  od  niego już 

wielu nie pozostało. Znasz Danleya?

- Nie. Moim kontaktem w CIA był Al Leary. Ale Leary był piekielnie ambitny i założę się, że Danley ma go w kieszeni. 

- Zastanowił się nad tym przez chwilę. - Co może okazać się dla nas nie takie złe. On może wiedzieć... - Pokręcił głową. -

Ale to później. Teraz nie mamy czasu. Tak jak ci mówiłem przez telefon, musimy zabrać stąd Alex. Ten lekarz, którego 

do  niej  wezwałem,  raczej  pęknie  w  tych  okolicznościach.  Jak  tylko  zobaczy  zdjęcie  Alex  w  wiadomościach,  zaraz 

zadzwoni na policję i będziemy mieli ich na karku. Znalazłeś jakieś lokum dla niej i załatwiłeś helikopter?

Galen skinął głową.

- Zadzwoniłem po niego jeszcze z samochodu.

- Chwileczkę. - Alex zerwała się na równe nogi. - Wy mnie w ogóle nie słuchacie. Której części mojej wypowiedzi nie 

rozumiecie? Nigdzie nie zamierzam uciekać ani się chować.

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

- Spodziewałem się tego - powiedział Morgan, wzruszając ramionami. - Niestety ona jest idealistką. Chce wierzyć w to, 

że dobrzy ludzie pozostają takimi na zawsze.

- To miłe - przyznał Galen, uśmiechając się do Alex. - Też chciałbym w to wierzyć. Ale nigdy dość ostrożności.

- A to co ma znaczyć?

- Pozwól, że zawieziemy cię w bezpieczniejsze miejsce i wtedy zaczniesz swój dialog z FBI.

Zawahała się.

-  Czemu  nie?  -  przekonywał  Galen.  -  Jeśli  jesteśmy  w  błędzie,  będziesz  mogła  utrzeć  nam  nosa  za  nasze  bzdurne 

podejrzenia. A jeśli mamy rację, wtedy przynajmniej będziesz żywa i zdrowa. I będziesz mogła wziąć odwet. - W jego 

oczach błysnęło rozbawienie. - Miejmy nadzieję, że nie na nas.

Sytuacja była na tyle dziwna, że może rzeczywiście lepiej będzie zachować ostrożność.

- W porządku. Zbiorę tylko swoje rzeczy i możemy się stąd wynosić.

-  Świetnie.  Galen,  zadzwoń  po  helikopter  i  powiedz,  że  jesteśmy  gotowi  do  odlotu.  Pójdę  w  dół  drogi  i  będę 

obserwował - powiedział i zniknął w swojej pracowni.

background image

58

- Mówisz, jakbyśmy byli oblężeni - skomentowała sarkastycznie Alex. - O ile mi wiadomo, to tylko środki ostrożności. 

Nic złego się nie... - Morgan wyszedł z pracowni z karabinem w ręku. - Co ty robisz? Wyglądasz, jakbyś wybierał się na 

wojnę. Nie chcę, żeby ktokolwiek ucierpiał, i nie zamierzam uczestniczyć w żadnym akcie przemocy.

- Nikt cię nie zaprasza. - Morgan ruszył zdecydowanym krokiem do drzwi wyjściowych. - I jeśli to sprawi, że poczujesz 

się lepiej, obiecuję, że postaram się nikogo zanadto nie uszkodzić. Nie będę też pierwszy, wszczynać walki.

- Bierzesz land rovera? - spytał Galen.

-  Nie,  pójdę  pieszo.  Zostawimy  włączone  światła  w  domu  i  samochód  na  podjeździe.  Chcę,  żeby  dom  wyglądał  na 

zamieszkany. Wrócę tu, jak tylko zobaczę nadlatujący helikopter. Zaopiekuj się nią, Galen.

- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział Galen do Alex, kiedy drzwi zatrzasnęły się za Morganem. - Daj mi 

znać, jeśli będziesz potrzebowała pomocy przy ubieraniu.

- Dzięki. - Chyba zwariowała, że się w to wplątała, pomyślała, idąc do sypialni. Nie znała Galena, nie ufała Morganowi, 

a dla Logana była jedynie pionkiem w grze. Nie wierzyła w to, że ktokolwiek w FBI mógłby knuć coś przeciwko niej. 

Więc dlaczego, u licha, uległa ich argumentom?

Waco. Ruby Ridge. WTC.

Agencje  rządowe,  które  popełniają  błędy,  mogą  doprowadzać  do  nieodwracalnych  tragedii.  W  obecnej  sytuacji 

najrozsądniej  będzie  unikać  wszelkich  konfrontacji  do  czasu,  aż  znajdzie  się  w  takim  położeniu,  że  zdoła  udowodnić 

wszystkim, jak idiotyczne były te podejrzenia w stosunku do niej.

Włożyła  buty,  na  ramiona  zarzuciła  szal  w  szkocką  kratę  i  sięgnęła  po  kurtkę.  Galen  będzie  musiał  pomóc  jej  przy 

wkładaniu pozostałych części garderoby. Ramię dokuczało jej wystarczająco mocno, żeby go dodatkowo nie nadwerężać.

Kiedy wyszła z sypialni, zastała go przy przeglądaniu szkiców.

- To bardzo szczegółowe portrety. Musisz mieć świetną pamięć.

-  Tych  twarzy  nigdy  nie  zapomnę.  Poza  tym  to  zasługa  Morgana,  który  dopilnował,  żebym  przypomniała  sobie 

wszystkie  najmniejsze  detale.  Męczył  mnie  tak  długo,  że  już  miałam  tego  dość.  -  Po  chwili  niechętnie  dodała:  -  Ale 

wykonał kawał świetnej roboty. Jest wyjątkowo utalentowany.

- To prawda. We wszystkich dziedzinach. Jest specem od wszystkiego.

- Łącznie z zabijaniem. Powiedział mi, że zabił George’a Lestera.

- Zanim George’owi Lesterowi udało się zabić ciebie.

Przypomniał  jej  się  ten  dreszcz  przerażenia,  który  poczuła,  kiedy  zobaczyła  Morgana  wychodzącego  z  pracowni  z 

karabinem w ręku. Wyglądał na obytego z bronią, tak jakby była przedłużeniem jego ciała.

- Ale uważam, że przyszło mu to zbyt łatwo. Życie ludzkie jest cenną rzeczą. Niszczenie go powinno być trudne, jeśli 

nie niemożliwe. - Przeszła przez salon i stanęła przy Galenie. - Pomożesz mi włożyć tę koszulę?

- Jasne. - Odłożył szkice, pomógł jej włożyć koszulę i szybko ją zapiął. - Przykro mi z powodu tej rany. Jestem pewien, 

że Judd nie miał zamiaru wyrządzić ci...

-  To  bez  znaczenia,  jakie  miał  zamiary.  Stało  się  i  koniec.  Ale  nie  byłoby  tego,  gdyby  mnie  tu  nie  przywiózł.  -

Zmierzyła go wzrokiem. - Jesteś tak samo winny, bo ty to zaaranżowałeś.

Udał, że drży z zimna.

- Temperatura spadła o kilka stopni. Pomogę ci włożyć kurtkę.

- Sukinsyn! - Morgan zaklął siarczyście, kiedy dostrzegł przez lornetkę kawalkadę samochodów w dolinie. Dopatrzył 

się dwóch wozów policyjnych eskortujących przynajmniej cztery oznakowane auta.

background image

59

Szybko wystukał numer Galena.

- Wynoście się stamtąd jak najszybciej. Za późno na helikopter. Już tu jadą. Sześć samochodów.

- Powiadomię helikopter, żeby nas zabrał z doliny. Już idziemy do samochodu. Za parę minut będziemy koło ciebie.

- Jadąc  z góry, wpakujecie się prosto na nich. Jakąś milę drogi od domku jest gęsty zagajnik. Schowajcie się tam do 

czasu, aż was miną.

- A ty gdzie będziesz?

- Będę osłaniał wam tyły.

- Sześć samochodów? - Alex powtórzyła jak echo, kiedy wtoczyli się do zagajnika. - Żeby mnie złapać?

-  Najwyraźniej  jesteś  bardzo  niebezpieczną  osobą.  -  Galen,  nieco  rozkojarzony,  właśnie  wyciągał  telefon.  -  Zmiana 

planów, Dave - powiedział do aparatu zaraz po wystukaniu numeru. - Wyślij  helikopter w dolinę i  daj nam piętnaście 

minut. - Potem rozłączył się i odezwał do Alex: - Nie ma problemu.

Jednak sama dostrzegała kilka potencjalnych problemów.

- Gdzie jest Morgan?

Galen ruchem głowy pokazał na otaczające ich sosny.

- Gdzieś tam. Ma duże zamiłowanie do wspinania się na drzewa. Chociaż sosny nie są jego ulubionymi drzewami. Nie 

dają wystarczającej osłony.

- Nie zamierza jechać z nami?

- Prawdopodobnie.

- Co masz na myśli? Albo zamierza, albo...

- Jadą - przerwał jej Galen, wpatrując się w drogę. - Wyglądają, jakby jechali w dobrze znanym kierunku, nie sądzisz?

Bez  wątpienia  tak  było,  pomyślała  oszołomiona  Alex.  Kawalkada  samochodów  pędziła  pewnie  pod  górę,  w  stronę 

domku myśliwskiego. Tyle samochodów napawało ją lękiem. Co tu się dzieje?

Samochody zbliżyły się do nich, poczym minęły zagajnik, w którym się ukryli.

- Damy im jeszcze kilka minut. - Galen włączył silnik. - Ale wyglądali na mocno skupionych na swojej misji.

Jezu, i to ona była tą misją! To zbyt makabryczne, żeby mogło być prawdziwe.

- Dobra, zmywamy się. - Galen wrzucił bieg i wyjechał spośród drzew. - Jeśli zamierzają rozegrać sprawę po bożemu, 

to powinniśmy zdążyć zjechać z gór, zanim dostaną się do środka.

- A co to znaczy „po bożemu”?

- To, że zaczną od wezwania do poddania się, otoczą domek, rzucą parę granatów z gazem łzawiącym, żeby wykurzyć 

ofiary. To wszystko zabiera sporo czasu.

- Gaz łzawiący? Na Boga, przecież to śmieszne. Nie stanowię takiego zagrożenia, żeby uzasadnione było użycie...

Wstrząs, który odczuli, nastąpił sekundę przed odgłosem eksplozji. Spojrzała we wsteczne lusterko. Domek myśliwski 

stał w płomieniach.

Galen wcisnął mocniej pedał gazu.

- Najwyraźniej postanowili nie działać po bożemu.

Nie mogła oderwać przerażonego wzroku od płomieni.

- Gdybym była w środku, nie miałabym szansy wyjść, żeby się poddać.

- Czy coś ci to mówi?

Nie mogła wykrztusić więcej ani słowa. Patrzyła tylko bezradnie, jak płomienie pochłaniają resztki domku.

background image

60

- Jurgens, na miły Bóg, czemu nie zaczekałeś? - Leopold patrzył z przerażeniem na płonący budynek. - Nie dałeś jej 

żadnych szans.

- Słyszałeś, że wołałem, żeby się poddała - odparł Jurgens. - Nie widziałeś tego karabinu wymierzonego w nas z okna 

na prawo od drzwi?

- Nie.

- A ja widziałem. Od lekarza, który przekazał nam informacje, mieliśmy potwierdzenie, że jest z nią przynajmniej jeden 

sprawca. Nie wiadomo, ilu ich tu jeszcze było.

- Więc walnąłeś w nich pociskiem rakietowym?

- Musiałem mieć pewność. Nie mamy tu żadnego zaplecza i jesteśmy wystawieni na atak niczym kaczki do odstrzału. 

Musiałem to zrobić.

- Powinieneś był dać jej szansę.

- A czy ona dała szansę tym ludziom z Arapahoe Junction?

- Czyli osądziłeś ją bez możliwości najmniejszego przesłuchania w sądzie?

- Jeśli jest  w środku, nie będziemy  musieli ponosić kosztów procesu. - Jurgens zmarszczył  czoło. - Ale trochę czasu 

upłynie, zanim będziemy mogli wejść do środka i to sprawdzić. Więc lepiej będzie przeszukać teren teraz, żeby upewnić 

się, że nie uciekli.

- Żebyś mógł na nią zapolować i ją odstrzelić?

-  Wykonuję  tylko  swoje  obowiązki.  -  Jurgens  uśmiechnął  się  cynicznie.  -  Ostatnio  nasz  kraj  poczuł,  jak  bardzo  jest 

bezbronny, i ludziom się to nie spodobało. Żądają odwetu, kiedy czują się skrzywdzeni.  Jak myślisz, po czyjej stronie 

opowie się przeciętny Amerykanin, kiedy wszystkie szczegóły dotyczące zbrodni Graham ujrzą światło dzienne?

- A skąd wiesz, że ujrzą?

- To pewne. Mamy więcej dowodów niż te, które przekazaliśmy już mediom.

- I policji.

- Podzielilibyśmy się tymi wiadomościami, gdyby Graham się poddała. - Zwrócił się do agenta stojącego obok. - Weź 

czterech ludzi i przeszukajcie drogę i zarośla. Nie ryzykujcie. To kryminaliści, którzy... A to co, u diabła?

Łoskot  silników  poprzedził  widok  helikoptera,  który  przeleciał  nad  ich  głowami.  Śmigłowiec  zniżył  pułap,  a  potem 

wzniósł się i zaczął zmierzać do doliny.

- Nie podoba mi się to. - Jurgens podbiegł do samochodu. - Leopold, niech jeden z twoich samochodów tu zostanie, a ty 

chodź z nami. Możemy cię potrzebować... Reszta do samochodów i zjeżdżamy do doliny!

-  Pieprz  się  -  powiedział  Leopold.  -  Nie  wykonuję  rozkazów  sukinsyna  nadużywającego  broni  i  przekraczającego 

kompetencje...

-  Rób,  jak  uważasz.  -  Jurgens  wskoczył  do  samochodu  i  uruchomił  silnik,  po  czym  ruszył  ostro,  wzniecając  tuman 

śniegu.

- Pędzą za nami jak jakieś piekielne nietoperze. - Galen spojrzał przez ramię na cztery samochody mknące z góry na 

dół. W ciągu paru sekund dotrą do doliny. - Już dojeżdżamy.

Helikopter lądował na zaśnieżonym polu pół mili przed nimi. Alex zdawało się, że to strasznie daleko.

- Uda nam się? - spytała.

- Zdążymy, tylko że z ich arsenałem start śmigłowca może być ryzykowny.

background image

61

Helikopter Kena. Eksplozja. Płomienie.

- Albo i nie... - mruknął Galen, spoglądając we wsteczne lusterko. - Chyba Judd wkroczył do akcji.

- Co? - Obejrzała się za siebie akurat, gdy pierwszy samochód gwałtownie skręcił i rozbił się na drzewie.

W następnym eksplodowała przednia opona i kierowca rozpaczliwie starał się zapanować nad samochodem, ale wypadł 

z drogi, a trzeci wóz wjechał w niego.

- Jeszcze jeden, Judd - powiedział Galen, zatrzymując samochód obok helikoptera. - Jeszcze jeden.

Przednia  opona  czwartego  samochodu  także  eksplodowała,  ale  kierowca  zdołał  się  zatrzymać,  zanim  wpadł  na  dwa 

poprzedzające go auta.

- Strzał w dziesiątkę. - Galen wyskoczył z samochodu i pobiegł do helikoptera. - Wynośmy się stąd!

Alex była tuż za nim.

- A co z Morganem? Tak po prostu go zostawimy?

- Powiedział, że skontaktuje się z nami później. - Galen otworzył drzwi helikoptera i podsadził ją. - Myślę, że nie mamy 

się o co martwić. Wygląda na to, że Judd kontroluje sytuację.

- Tylko, że on jest pieszo i udało mu się przestrzelić opony w czterech wozach FBI. Nie uważam, że to jest sytuacja, w 

której to on ma kontrolę. Dopadną go.

- Ma nad nimi przewagę. - Machnął do pilota, żeby wystartował. - Tyle mu wystarczy.

- Ale on jest pieszo. Dogonią go.

- W Afganistanie też nie miał samochodu, kiedy załatwił przywódcę rebeliantów, który dawał schronienie terrorystom z 

Al Kaidy. Musiał przebyć siedemdziesiąt mil przez terytorium wroga, zanim zdołał zorganizować sobie ewakuację drogą 

powietrzną.

- On ci to opowiedział?

- Judd nie mówi dużo o sobie. Ale jest swego rodzaju legendą wśród komandosów.

Wyjrzała  przez  okno.  Z  samochodu,  który  rozbił  się  na  drzewie,  wysiadł  jeden  mężczyzna  i  zaczął  iść  w  kierunku 

innych aut. Trzymał się za ramię, po policzku spływała krew. Było w nim coś znajomego, ale miał opuszczoną głowę, 

więc nie mogła go zidentyfikować. Ale wyraźnie rozpoznawała w jego ruchach gniew i napięcie.

Ten gniew mógł być wymierzony w Morgana, który osłaniał im tyły, żeby mogli bezpiecznie uciec.

- Zadzwoń do niego - poprosiła Galena. - Ustal miejsce spotkania gdzieś w pobliżu. Nie możemy go tu zostawić.

- Kazał mi cię zabrać w bezpieczne miejsce. FBI mogła już wezwać helikoptery i posiłki. Poza tym prawdopodobnie nie 

ma go już w okolicy karambolu. Ostrzelał samochody, wykonał swoje zadanie i ulotnił się.

- Zadzwoń do niego - nalegała.

Galen uśmiechnął się.

- Jak  sobie  życzysz.  - Wyciągnął  komórkę i  wybrał  numer. Po chwili  potrząsnął głową. - Ma  wyłączony telefon. To 

dość logiczne. Nie chciałby, żeby zadzwonił w najmniej pożądanym momencie. Czy możemy już odlecieć?

- Wygląda na to, że nic innego nie możemy zrobić. - Spojrzała ponownie na miejsce kolizji na zboczu. Z samochodów 

powysiadali następni agenci. Rozmawiali przez telefony komórkowe, a mężczyzna, który jako pierwszy wysiadł z auta, 

stał teraz i przyglądał się helikopterowi.

- O mój Boże, to Jurgens!

- Zaskoczona? To on wydał rozporządzenie o wysłaniu za tobą listu gończego.

background image

62

- Wiem... tylko że... Zdaje mi się, że to, co mi o nim mówiliście, nie docierało do mnie do momentu, kiedy na własne 

oczy zobaczyłam go tam na dole. - Jej usta wykrzywiły się ironicznie. - To on mówił mi, że chciałby umieścić mnie w 

jakimś bezpiecznym miejscu.

Galen spojrzał na zgliszcza domku myśliwskiego.

- W takim razie muszę przyznać, że dobrze zrobiłaś, odrzucając jego propozycję.

Wzrok Alex powędrował w to samo miejsce. Nie ma już bezpiecznego schronienia, tylko śmierć i zniszczenie.

Nigdzie nie będzie bezpieczna.

Rozdział 6

Morgan zadzwonił do Galena dopiero, kiedy helikopter wylądował na małym lotnisku na północ od Denver.

- Już jadę. Wynająłem samochód w Kolorado Springs. Dokąd mam jechać?

- Na lotnisko w Fort Collins. Właśnie wysadziłem Dave’a i sam usiadłem za sterami na resztę lotu. Pokręcimy się tu i 

wylądujemy po ciebie, kiedy dojedziesz.

- Niezbyt mądrze. Lepiej powiedz mi, jaki jest ostateczny cel podróży.

- Mam bunt na pokładzie. Alex ma poczucie winy, że zostawiliśmy cię tam, w górach. Powiedziałem jej, że świat będzie 

szczęśliwszy bez ciebie, ale ona nie chce słuchać.

- Serio? To dziwne. W porządku, powinienem dojechać do Fort Collins w ciągu dwóch godzin.

Galen rozłączył się i odwrócił się do Alex.

- Judd jest już w drodze.

- Okłamałeś go. Wcale nie mam poczucia winy. Po prostu porządek musi być.

- To bardzo pokrzepiające.

- Dokąd polecimy, kiedy do nas dołączy?

- Na ranczo w pobliżu Sibley. To małe miasteczko niedaleko Jackson Hole w stanie Wyoming.

- A dlaczego akurat tam?

- To najbliższe znane mi miejsce, w którym mam kontakty, i gdzie ty i Judd będziecie mogli bezpiecznie wylądować. 

Polowanie na ciebie jest potężne, a nabierze jeszcze większych rozmiarów. Dlatego musimy cię jak najszybciej zabrać z 

pola widzenia.

Pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Nic z tego nie pojmuję. To jakiś koszmar.

- Aha. A jedyną metodą pozbycia się koszmaru jest przebudzenie. - Spojrzał na nią. - To, co wydarzyło się w domku, 

jest  straszne.  Do  tej  pory  myślałem,  że  może  rzeczywiście  istnieje  cień  nadziei  na  to,  że  masz  rację,  że  to  zwykła 

pomyłka.

- Morgan tak nie myślał.

- Od czasu, jak sam ma z nimi na pieńku, nie uważa już, że agencje rządowe są uczciwe.

- A w jaki sposób nasza legenda komandosów wpakowała się w takie kłopoty?

- Przez patriotyzm i ufność. Podejrzewam, że kiedyś Judd był takim samym idealistą jak ty.

- Niemożliwe.

- Bywa, że ludzie najbardziej zaangażowani, kiedy się rozczarują, stają się największymi cynikami.

Jakoś nie mogła w to uwierzyć.

- Nie twierdzę, że to źle, że nie masz o Morganie dobrego zdania. W końcu cię porwał - dodał Galen.

background image

63

- Cóż za wyrozumiałość - powiedziała oschle. - W moich oczach ty też nie jesteś żadnym mężem opatrznościowym. I 

jak na razie to się nie zmienia.

- Może jeszcze uda nam się zasłużyć na twoją sympatię?

- Wątpię.

- Jednak tak byłoby dla ciebie lepiej, bo wygląda na to, że jesteśmy jedynymi ludźmi, na których możesz teraz liczyć. 

Oczywiście masz zaufanie do Sary Logan, ale pewnie nie chciałabyś jej w to wplątywać.

- Z pewnością tego nie zrobię. Poza tym jest jeszcze kwestia Jonna Logana.

- Czasem sprawy stają się klarowniejsze, jeśli je rozdzielisz, by potem na nowo połączyć. Pomyśl o tym. Kto wie, może 

jeszcze uznasz, że spotkanie z Juddem jest najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła ci się od czasu śmierci Nadera?

- Nonsens.

- Tylko sugestia. - Zmienił temat: - Jak tam twoje ramię?

- W porządku.

- Co znaczy, że pewnie boli. Może się zdrzemniesz, zanim dolecimy do Fort Collins?

Zdrzemnąć  się?  Wiedziała,  że  jeśli  tylko  zamknie  oczy,  zaraz  pod  powiekami  pojawią  się  obrazy  płonącego  domku. 

Nadal czuła ucisk w żołądku za każdym razem, kiedy przypominała sobie tę pierwszą chwilę szoku.

- To kiepski pomysł.

Galen skinął głową, przyglądając się Alex.

-  To  może  spróbuj  się  odprężyć.  Poruszamy  się  dość  szybko,  więc  prawdopodobnie  jesteśmy  już  poza  zasięgiem.  -

Uśmiechnął się. - Chociaż, jeśli zobaczysz jakiegoś F-15 na naszym ogonie, to zapomnij, co przed chwilą powiedziałem.

-  Jasne.  W  końcu  jestem  poważnym  zagrożeniem  dla  bezpieczeństwa  tego  kraju,  prawda?  -  Jeszcze  raz  pokręciła  z 

niedowierzaniem głową. - To szaleństwo. Wszystko to jakieś straszne szaleństwo - powtórzyła szeptem.

Morgan stał na pasie startowym, czekając, aż helikopter wyląduje.

Miał  uniesioną  głowę,  a  w  ręku  trzymał  karabin.  Alex  znowu  doznała  tego  dziwnego  uczucia,  że  broń  stanowi 

przedłużenie jego ciała. Zimny wiatr z silników śmigłowca targał jego włosami i kurtką, przyciskając ją do ciała.

Wojownik.  Natychmiast  przyszło  jej  do  głowy  to  słowo.  Dlaczego  nie?  W  końcu  Galen  opowiedział  jej  właśnie  o 

doświadczeniach Morgana z czasów służby w oddziale komandosów.

Nie, w tym było coś więcej. Wyczuwała w nim...

-  W  górę  -  powiedział  Morgan, otwierając drzwi  i  wskakując  do  śmigłowca. -  To  kompletne  wariactwo. Powinieneś 

pozwolić mi działać zgodnie z moim planem.

- Pogadaj o tym z Alex - odparł Galen, podnosząc helikopter do lotu. - Nie mogłem jej przekonać. Powiedziała, że tak 

ma być i koniec.

- A zagrożenie? - spytał Morgan. - Nie można poświęcać misji dla jednego człowieka.

-  Nie  można  zostawić  na  pastwę  losu  kogoś,  kto  ci  pomaga  -  powiedziała  Alex.  -  Więc  daruj  sobie  te  wszystkie 

wojskowe brednie.

Najpierw zamrugał powiekami ze zdziwienia, a potem uśmiechnął się słabo.

- Wybacz, nie chciałem cię zanudzać. Przesiąkłem tymi bredniami. To moja druga natura.

- Galen już mi powiedział. - Odwróciła od niego twarz. - Ale to nie jest Afganistan. Miałeś jakieś kłopoty?

- Zrobiłem parę uników.

Nie zamierzał nic więcej mówić. To dobrze, bo Alex nie chciała nic więcej wiedzieć.

background image

64

- W tym pierwszym samochodzie, który załatwiłeś, był Bob Jurgens.

- Znałaś go?

- To agent FBI, który mnie przesłuchiwał.

- On też chciał umieścić ją w bezpiecznym miejscu - dodał Galen.

Morgan gwizdnął pod nosem.

- Ciekawe.

- Dla mnie to bardziej niż ciekawe - powiedziała Alex. - To przewraca cały mój świat do góry nogami. Wydawało mi 

się, że... Myślałam, że zaczynał mi wierzyć.

- Na pewno tak było.

- Teraz nie jestem już niczego pewna - odparła.

Oprócz tego, że mogła dziś zginąć, gdyby Morgan nie był po jej stronie. Ten fakt był tak samo nieprawdopodobny jak 

wszystko inne, co jej się ostatnio przydarzyło.

- To  normalne, że czujesz się  zagubiona  - odezwał się łagodnie Morgan. - Nieufność wobec władzy jest  sprzeczna z 

twoim instynktem. Ty pragniesz wierzyć władzy.

- Nie jestem pewna, że jej nie wierzę.

- Już nie wierzysz. Wsłuchaj się w siebie.

Nie mogła tego zrobić. Głos wewnętrzny podpowiadał jej, żeby uciec i ukryć się, a to było rozwiązanie, z którym nie 

mogłaby żyć.

Ranczo  znajdowało  się  dwadzieścia  mil  od  Sibley  i  jakieś  trzy  mile  od  drogi. Z  powietrza  wyglądało  sympatycznie. 

Mały drewniany wiejski domek, otoczony tarasem. Galen posadził helikopter na łące na południe od zabudowań.

-  Wy  dwoje  idźcie  do  środka,  a  ja  znajdę  jakiś  sposób  na  zakamuflowanie  śmigłowca.  Obok  ganku  powinien  leżeć 

sztuczny kamień, pod nim znajdziecie klucz.

- Świetne zabezpieczenie - mruknął Morgan z przekąsem.

- To tego rodzaju miejscowość. Większość ludzi nie zamyka tu domów na noc.

- Zawsze chciałam mieszkać w takim miejscu - stwierdziła Alex, idąc w stronę domu. - Parady na 4 lipca, na których 

każdy zna każdego. Pikniki, lokalne zespoły muzyczne, które występują na estradzie w parku.

-  To  brzmi  interesująco  -  zgodził się  Judd.  -  Ale  pozwolę  sobie  zauważyć,  że  jednak  zamiast  tego zdecydowałaś się 

spędzić życie, podróżując dokoła świata.

- Tak się złożyło. Początkowo byłam po prostu ciekawa wszystkiego. Po śmierci ojca... potrzebowałam jak najwięcej 

zajęć. Wyjeżdżałam tam, dokąd mnie wysyłali. Tam, gdzie byłam potrzebna.

- Ale nadal chciałabyś zamieszkać w małym miasteczku, gdzie nie zamyka się drzwi na noc?

- Mam takie ciągoty. Powrót do takich rzeczy, jakie były pięćdziesiąt lat temu, do łóżka z pierzynami czy tłuczonych 

ziemniaków na obiad, to jest kuszące. Daje poczucie bezpieczeństwa.

-  Ale  teraz  daleko  nam  do  poczucia  bezpieczeństwa.  -  Wyprzedził  ją,  podszedł  do  kamienia  i  wyjął  klucz.  -  Więc 

zaczekaj na zewnątrz, dopóki nie sprawdzę wszystkiego w środku.

- Galen powiedział, że to miejsce jest bezpieczne.

- Większość żołnierzy ginie wtedy, kiedy sądzą, że są bezpieczni. - Otworzył drzwi. - Ups, wybacz. Znowu wojskowe 

bzdury. - Zniknął wewnątrz, ale po chwili wrócił. - Wszystko w porządku.

background image

65

-  Galen  by  się  zdenerwował,  gdyby  było  inaczej  -  powiedziała  Alex,  wchodząc  do  środka.  Wewnątrz  było  pełno 

perkalowych narzut i  sosnowych szafek. W kącie stał nawet fotel na biegunach. - Wydaje  mi się, że odczuwa dumę z 

faktu, że może nas przerzucać z miejsca na miejsce, niczym pionki na szachownicy.

- Jest dumny z tego, że jest dobry w tym, co robi. - Morgan przykucnął przy kominku, żeby rozpalić ogień. - Ale nie ma 

ochoty  rozgrywać  niczego  pionkami  na  szachownicy.  Podobnie  jak  ja.  Zbyt  wielu  ludzi  w  moim  życiu  próbowało 

wywierać na mnie wpływ. Jedyne, czego pragnę, to żeby zostawili mnie w spokoju.

- Ale najwyraźniej to ty sam podjąłeś decyzję o porwaniu mnie.

Wzruszył ramionami.

- Zaangażowałem się w ochronę ciebie, bo nie miałem wyboru. - Zmienił temat. - Pójdę pomyszkować w kuchni. Może 

znajdę kawę albo coś do jedzenia. Te troje drzwi, wychodzących z salonu, prowadzą do trzech sypialni. Może wybierzesz 

sobie któryś pokój i pójdziesz się odświeżyć?

- Dobrze. - Idąc w stronę pierwszych drzwi, zauważyła telewizor stojący w rogu salonu. - A może ty byś sprawdził, czy 

są jakieś nowe wiadomości? Chciałabym zobaczyć, czy nie jestem poszukiwana dodatkowo za zabójstwo któregoś z tych 

agentów FBI, których postrzeliłeś.

-  Na  ile  było  to  możliwe,  zachowałem  ostrożność.  Celowałem  do  nich,  kiedy  byli  już  prawie  na  samym  zjeździe  w 

dolinę, i strzelałem w opony. Mówiłaś, że nie chcesz, żeby ktokolwiek ucierpiał.

- Jurgens, kiedy wysiadł z samochodu, trzymał się za ramię. Myślę, że miał złamaną rękę.

-  Aha,  więc  nie  jestem  idealny.  Może  jeszcze  powinienem  był  celować  do  prędkościomierzy  samochodów?  To  by 

dopiero był wyczyn. Naprawdę dotychczas nikt nie żądał ode mnie, żebym strzelał do samochodów zamiast do ludzi. -

Otworzył  szafkę  nad  zlewozmywakiem.  -  O,  jest  kawa.  Jeśli  chcesz  się  zdrzemnąć,  obiecuję,  że  nie  wypiję  całego 

dzbanka.

- Nie zamierzam drzemać. Czemu wciąż nakłaniasz mnie do spania? Musimy porozmawiać.

Spojrzał na nią przez ramię.

- Zabrzmiało mi to złowrogo.

- To, co się stało zeszłej nocy, było złowrogie. Przeraziłam się nie na żarty. - Otworzyła drzwi do sypialni. - Nie lubię 

się bać. Nie lubię czuć się bezbronna. A jeszcze bardziej nie podoba mi się świadomość, że jestem na celowniku. Muszę 

wiedzieć,  co  się  dzieje.  -  Nie  czekając  na  jego  odpowiedź,  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  oparła  się  o  nie.  Boże,  była 

kompletnie wyczerpana. Naprawdę potrzebowała snu. Ramię jej dokuczało i ogólnie czuła się, jakby przeżyła wojnę.

Morgan znał się na wojnie. Wojna to jego chleb powszedni.

Alex jednak czuła się  nieswojo. Nie znosiła przemocy, a fakt,  że  musiała bronić się  przed ohydnymi  oszczerstwami, 

przyprawiał ją o kolejne mdłości.

Sięgające nieba płomienie, trawiące domek myśliwski.

Nie, jej nawet nie dano szansy, żeby mogła się bronić.

Więc  nie  ma  mowy  o  żadnym  drzemaniu.  Musi  przemyśleć  całą  tę  sytuację  i  zastanowić  się,  jak  wybrnąć  z  tych 

tarapatów.

Kiedy godzinę później wyszła z sypialni, Morgan nadal siedział sam w salonie.

-  Zmieniłaś  zdanie  co  do  drzemki?  -  spytał.  -  Właśnie  zamierzałem  do  ciebie  zajrzeć  i  zobaczyć,  czy  wszystko  w 

porządku.

- Nie. Potrzebowałam trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć. Gdzie jest Galen?

background image

66

- Nie mamy jedzenia. Pojechał do miasteczka po zakupy.

- Jak? Sądziłam, że Sibley jest oddalone o dwadzieścia mil.

- W stodole stał stary ford pickup. Nic nadzwyczajnego, ale sprawny.

- Zadaję głupie pytania. Galen potrafi sprostać wszystkim wyzwaniom.

-  I  dzięki  Bogu.  -  Morgan  wstał  i  podszedł  do  szafki.  -  Przyniosę  ci  kawę.  To  już  drugi  dzbanek.  Z  pierwszym 

uporaliśmy się obaj z Galenem.

- Przyda mi się kofeina. - Usiadła na kanapie przed telewizorem. - Było coś w wiadomościach na temat ataku na domek 

w górach?

Morgan skinął głową.

- Ty i twoi wspólnicy stawialiście opór podczas aresztowania, więc musieli otworzyć do was ogień i podpalić domek. 

Niestety  dotychczas  nie  udało  im  się  wejść  do  zgliszczy,  żeby  zebrać  ślady  DNA,  ale  są  niemal  pewni,  że  uciekłaś. 

Potwierdza to także zasadzka, w jaką wpadły siły pilnujące prawa i porządku, kiedy goniły podejrzany pojazd.

- Stawiałam opór przy aresztowaniu? Przecież nikogo nie było w domku.

-  Może  to  były  złe  duchy?  -  Podał  jej  kubek.  -  Zidentyfikowali  mnie  jako  jednego  z  twoich  wspólników.  Tylko 

czekałem, kiedy mnie wezmą na celownik.

- Pewnie już do tego przywykłeś. To znaczy do tego, że jesteś celem.

- Tak. Powinno cię ucieszyć, że obrażenia, które spowodowałem, okazały się naprawdę niegroźne. Jurgens ma złamaną 

rękę, a jeden z jego ludzi lekkie wstrząśnienie mózgu.

- Nie wiem, czy się z tego cieszyć.

Spojrzał na nią, unosząc brwi.

- Może i się cieszę. - Upiła łyk kawy. - Ja tylko nie wiem... Nadal trudno mi uwierzyć w to, że ściga mnie FBI.

- W takim razie powinnaś sobie uświadomić, że takie organizacje, jak FBI i CIA są tak rozbudowane i tajemnicze, że 

czasami  jeden  departament  nie  ma  pojęcia,  co  robi  inny.  Orientują  się  mniej  więcej,  czym  zajmują  się  inni.  To  był 

podstawowy zarzut wobec nich po jedenastym września. - Nalał sobie kawę. - Bardzo możliwe, że zwyczajnie trafiło nam 

się jedno robaczywe jabłko w całym zdrowym sadzie.

- Masz na myśli Jurgensa?

- Tak. Trzeba też mieć świadomość, że on może jednak nie działać w pojedynkę.

- I szlag trafia twoją teorię.

- W ataku na ciebie użyto całkiem sporych sił. Media wspomniały coś o służbach bezpieczeństwa wewnętrznego.

- Na litość boską! Teraz mi mówisz, że wszyscy są w to zaangażowani? Może jeszcze sam prezydent? - przeraziła się 

Alex.

- Mam nadzieję, że nie. Lubię Andreasa. A przy okazji, jego wizyta przy tamie została przesunięta na wniosek służb 

bezpieczeństwa do czasu aż tajne służby wykluczą zagrożenie ze strony Matanzy.

- Albo z mojej strony?

- Albo z twojej. Jedyne, co chcę przez to powiedzieć, to to, i że służby bezpieczeństwa zostały zaangażowane, bo FBI, 

CIA czy ktoś inny wpływowy musiał dostarczyć im dowodów.

- Nie ma żadnych poważnych dowodów przeciwko mnie. Ja niczego nie zrobiłam.

- Poza tym, że byłaś w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. - Uśmiechnął się blado. - A potem odmówiłaś 

usunięcia się z drogi i puszczenia wszystkiego w niepamięć. Jesteś bardzo upartą kobietą.

background image

67

- Upartą? Przecież byłam w Arapahoe Junction. Kopałam bez wytchnienia i cały czas wierzyłam...- Musiała opanować 

drżenie głosu. - A właściwie masz rację. Jestem uparta.

- Ja cię nie krytykuję. Podoba mi się w tobie ta cecha. Co jest może trochę zaskakujące, zważywszy na problemy, które 

na mnie ściągnęłaś.

- Nie obchodzi mnie, czy ci się to podoba, czy nie. Przez ostatnie kilka tygodni moje życie zamieniło się w koszmar. O 

mały  włos  nie  zginęłam  w  osuwającej  się  ziemi, musiałam  się  ratować, skacząc do  wody, potem  do  mnie  strzelano, a 

samochód,  którym  jechałam,  wypadł  z  drogi,  a  teraz  jeszcze  to.  Na  miły  Bóg,  to  jak  z  filmu  o  niebezpiecznych 

przygodach Pauliny

.

- Nikt cię jeszcze nie przywiązał do torów kolejowych.

- To też pewnie czeka mnie w najbliższej przyszłości. Boże, jedyne, czego pragnę, to znaleźć sposób wyplątania się z 

tego szaleństwa. - Spojrzała mu w oczy. - A ty musisz mi w tym pomóc.

- Mówiłem ci już, że znajdę ludzi, którzy próbowali cię zabić.

- Sytuacja komplikuje się coraz bardziej. I będzie jeszcze gorzej, dopóki się nie dowiem, co wydarzyło się w Arapahoe 

Junction. - Wzięła głęboki wdech. - Dlatego będziesz przy mnie przez cały czas.

- Doprawdy?

- Tak.

- Dlaczego?

-  Ponieważ  jeśli  nie  będziesz,  a  oni  mnie  złapią,  powiem  im,  że  wszystko,  o  co  mnie  oskarżają,  zrobiłam  na  twoje 

polecenie.

Morgan przyglądał jej się przez chwilę, po czym odchylił głowę i wybuchnął śmiechem.

- O mój Boże, jesteś wprost cudowna! Prawdziwa Lukrecja Borgia.

- Walczę o własne życie.

- I masz rację, nie ufając mi w tej kwestii. Nie powinnaś ufać nikomu w sprawie czegoś tak cennego jak własne życie. 

Zbyt łatwo można je stracić. - Usiadł w fotelu. - A zatem o co konkretnie ci chodzi w tym szantażu?

-  Po  pierwsze,  załatw,  żeby  Galen  i  Logan  dowiedzieli  się,  kto  stoi  za  tym  całym  polowaniem  na  czarownice.  Nie 

umiem się temu przeciwstawić, skoro nie wiem, kto się za tym kryje. Po drugie, chcę wiedzieć, co się stało tamtej nocy 

przy  tamie.  Nie  było  żadnego  wybuchu.  Nie  wiem,  co  oni  takiego  zrobili,  ale  to  było  jak...  -  Próbowała  sobie 

przypomnieć. - Jak jakiś łoskot, drżenie.

- Coś jeszcze?

- O tak. - Zamyśliła się na moment. - Chcę, żebyś mi wyjaśnił, skąd i co wiesz na temat ostatniego mężczyzny, którego 

szkicowałeś wczoraj.

- Słucham?

-  Mówię  o  pilocie  helikoptera.  Nie  powiedziałam  ci  wcale,  że  miał  bliznę.  Nie  pamiętałam  o  tym,  dopóki  nie 

zobaczyłam  szkicu.  Ale  ty  ją  narysowałeś.  Później  się  zastanowiłam  i  zdałam  sobie  sprawę,  że  wcale  nie  byłam  tak 

zmęczona.  Pamiętałabym,  gdybym  rzeczywiście  to  ja  mówiła  o  tej  bliźnie.  W  pierwszej  chwili  pomyślałam,  że  może 

jesteś z nimi w zmowie. Ale potem przypomniałam sobie twoją reakcję, kiedy rysowałeś ten portret. Byłeś zaszokowany. 

Szybko się pozbierałeś, ale zauważyłam, że nie spodziewałeś się, że tę właśnie twarz narysujesz.

- To tylko podejrzenia.

background image

68

-  To  prawda.  Ale  odpowiedz  mi  na  jedno  pytanie.  Dlaczego  pomyślałeś,  że  będę  na  tyle  łatwowierna,  żeby  dać  się 

nabrać na ten tekst, że byłam „zbyt zmęczona, żeby pamiętać”?

- Nie pomyślałem tak. Musiałem spróbować. Tylko w ten sposób mogłem dokończyć szkice ze wszystkimi detalami, 

żeby mocje dać Galenowi. Musiałem tak postąpić, żeby dowiedzieć się, kim jest ten sukinsyn.

- A nie wiesz?

- Widziałem go tylko raz, a okoliczności nie sprzyjały wymianie grzeczności czy wzajemnej prezentacji.

- Dlaczego?

Nie odpowiedział.

- Do cholery! Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?

- Zawsze byłem zwolennikiem zasady, żeby dzielić się tylko koniecznymi informacjami. - Uniósł dłoń. - Wiem. Znowu 

wojskowe bzdury.

- Ale ja muszę to wiedzieć.

-  Nie  bądź  zachłanna.  Już  i  tak  uległem  twojemu  szantażowi  w  pozostałych  kwestiach.  Potrzebuję  trochę  czasu  do 

namysłu, czy wyjawić epizod, który może nie mieć nic wspólnego z tą sprawą. Jestem po prostu ostrożny.

Przypomniał jej się Morgan stojący na płycie lotniska z karabinem w dłoni, kiedy helikopter zniżał się do lądowania.

-  Nie  zauważyłam.  Za  to  powiedziałeś,  że  ten  epizod  „może  nie  mieć  nic  wspólnego  z  tą  sprawą”.  Skoro  nie  jesteś 

pewien, to mi bardziej powinnam wiedzieć... - Morgan kręcił głową. - Do diabła! To nie fair. Zmuszasz mnie, żebym ci 

zaufała w sytuacji, kiedy nie znam wszystkich szczegółów, a od tego przecież zależy moje życie.

- I tak mi ufasz. Nie bezgranicznie, ale już sama sobie wszystko przemyślałaś i doszłaś do wniosku, że jednak stoję po 

dobrej stronie.

- Na razie.

- Nie zmienię zdania.

- Czułabym się o wiele pewniej, gdybyś powiedział mi, gdzie widziałeś tego faceta z rysunku.

- Niestety wszyscy musimy żyć w niepewności.

Nie  zamierzał  się  przed  nią  ugiąć.  Postanowiła  więc  na  razie  zrezygnować  z  tej  bitwy  i  powrócić  do  umacniania 

zdobyczy, które już miała.

- Naprawdę zgadzasz się na pozostałe warunki?

- Jasne. Posypuję głowę popiołem i pozwalam się ciągnąć za twoim rydwanem.

- Daruj sobie te głupoty. Po prostu obiecaj mi, że jeśli zrobi się goręcej, nie przejdziesz na stronę przeciwnika.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Musiałaś rozmawiać z Galenem.

- Nie wiem, co masz na myśli.

Przyjrzał się uważnie jej twarzy.

- Może i nie rozmawiałaś. - Dokończył kawę. - Nie lubię składać obietnic. Zbyt ograniczają.

- Dlatego właśnie chcę, żebyś mi złożył jedną.

- Zaufałabyś mi, gdybym dał ci słowo?

Zastanowiła się.

- Myślę, że... tak.

                                                                                                                                                                                                                      

 „The Perils of Pauline” - niemy serial amerykański z 1914 roku, którego bohaterka w każdym odcinku popada w najdziwniejsze 

tarapaty i szczęśliwie wychodzi z nich bez szwanku. Z filmu tego pochodzi słynna scena z pociągiem pędzącym wprost na bohaterkę, 

background image

69

Zachichotał.

- Co za entuzjazm!

- Nie potrafię cię rozszyfrować. Nigdy nie wiem, o czym myślisz. Muszę się więc zdać na intuicję.

- To może być przerażające. Wiem, że przytrafiło ci się całe mnóstwo przerażających rzeczy. - Wstał z fotela i wyjął jej 

z rąk kubek. - Jeśli to poprawi ci samopoczucie, masz moje słowo, że nie przeskoczę na stronę wroga.

Rzeczywiście  to  stwierdzenie  poprawiło  jej  samopoczucie.  Za  to  zupełnie  nielogiczne  było,  że  dźwięk  jego  słów 

sprawił, że zrobiło jej się gorąco i poczuła jakieś dziwnie pokrzepiające ciepło.

To samo ciepło poczuła, kiedy dotknął jej nadgarstka na schodach w hotelu.

Ale wtedy było inaczej. Tamto było z jego strony podstępem i zamierzoną manipulacją. A skoro wiedziała już, do czego 

Morgan jest zdolny, dlaczego teraz dawała wiarę jego słowom?

- Zastanawiasz się, dlaczego mi ufasz? - rzucił przez ramię, idąc do kuchni. - Sam też się nad tym zastanawiam.

Najwyraźniej czytał w jej myślach bez trudu, jak w otwartej księdze. To nie fair.

- Ale najwyraźniej dobrze się z tym czujesz - mówił dalej, wstawiając kubki do zmywarki. - Tak jak z wizją łóżek z 

pierzynami i smaku tłuczonych ziemniaków.

- Żarty sobie ze mnie stroisz?

- Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. - Podniósł na nią wzrok. - Chyba że sądziłbym, że mi się to upiecze.

- Nie licz na to, bo...

Wielkie nieba... Szybko odwróciła od niego wzrok. Do czego to doszło? Przed chwilą była zdenerwowana, a teraz czuła 

na sobie jego wzrok. Było tak samo jak wtedy, kiedy dotknął jej, gdy zmieniał opatrunek.

- Jak myślisz, ile czasu zajmie Loganowi dowiedzenie się czegokolwiek o tej aferze?

Nie odpowiedział od razu.

- To zależy - odparł w końcu. - Jestem przekonany, że już próbuje się czegoś dowiedzieć. Twoja przyjaciółka Sara musi 

być bardzo przekonującą osobą. Długo się znacie?

- Tak. - Sara to był bezpieczny temat. Lepiej zapomnieć tej dziwnej, intymnej chwili. - Od lat. Spotkałyśmy się przy 

sprawie  pierwszego  trzęsienia  ziemi  niedaleko  Istambułu,  które  fotografowałam.  Byłam  kompletnie  zielona,  a  ona 

uratowała mnie przed postrzałem przez jednego z żołnierzy, który pilnował miejsca katastrofy. A potem pomagała mi się 

nie rozkleić, kiedy widziałam kolejne, wydobywane spod gruzów ciała. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Do dziś nie 

mogę się z tego otrząsnąć.

- Więc czemu do tego wracasz?

- Ponieważ mogę pomóc. Nie można przerzucać odpowiedzialności na innych tylko dlatego, że samemu się cierpi.

Zwierzenia. Znowu wkraczają na intymny teren. Trzeba to przerwać. Alex wstała i ruszyła do swojego pokoju.

- Może położę się na chwilę. Zawołaj mnie, kiedy wróci Galen.

- Dobrze, ale przyjdę do ciebie za jakiś czas sprawdzić opatrunek.

- Jest w porządku - odparła pospiesznie.

Spojrzał jej w oczy i z namysłem pokiwał głową.

- Jak uważasz...

Oblizała wargi.

- Arapahoe Junction. To nie był wybuch. Wiem, że to nie był wybuch.

- Wierzę ci. - Odwrócił się od niej. - Odpocznij sobie.

                                                                                                                                                                                                                      
przywiązaną do torów (przyp. tłum.).

background image

70

-  Twierdzi,  że  to  nie  był  wybuch  -  powiedział  Morgan  obserwując  Galen,  jak  ten  przygotowuje  kolację.  -  Jest  tego 

pewna.

- A zatem co spowodowało osunięcie się wzgórza? Trzęsienie ziemi?

- Takie było jedno z możliwych wyjaśnień FBI. Ale kto by, u licha, był w stanie wywołać trzęsienie ziemi? Nie, nie 

mam pewności, co to było.

Galen podniósł wzrok znad kurczaka, którego polewał sosem.

- Ale masz jakiś pomysł.

- Tego nie powiedziałem.

- Nie mówisz  większości tego, o czym myślisz, ty łajdaku.  - Galen  wziął naczynie żaroodporne i  podszedł z nim do 

piekarnika. - To cud, że nie straciłem do ciebie cierpliwości.

- To prawda. Powinieneś był, i to już dawno. Dlaczego więc tu jesteś?

- Jestem masochistą. - Zamknął drzwiczki piekarnika. - Ale nie takim, żeby jeszcze dłużej być z dala od Eleny. Teraz, 

kiedy już przestałem odgrywać superbohatera, zamierzam zostawić was samych sobie i wrócić do domu. - Uśmiechnął się 

szeroko. - Uwielbiam być pod pantoflem żony.

- Tak, to prawdziwa hetera.

- Poczuję jej pazurki  na własnej skórze, jeśli dalej będzie  się sama borykała z ciążą. Muszę przy niej być. Nie może 

mnie to ominąć. - Podszedł do kuchenki i zaczął mieszać warzywa.  - Będziecie za mną tęsknić, chociaż kupiłem wam 

masę mrożonego żarcia.

- Damy sobie radę. Opuszczasz nas na dobre? - upewnił się Morgan

- Będę do waszych usług, ale tylko przez telefon. Jeśli będziecie potrzebowali moich kontaktów, wszystko załatwię, tyle 

że  na  odległość.  Zacznę  od  zidentyfikowania  facetów  z  tych  dwóch  szkiców.  Teraz  od  Eleny  odciągnie  mnie  jedynie 

informacja, że tobie albo Alex grozi utonięcie albo poćwiartowanie. I to też wyłącznie za zgodą Eleny.

Morgan skrzywił się.

- Mało prawdopodobne - mruknął.

- Nie wiem. Może złagodniała w ciąży? - Galen zachichotał. Pokręcił głową. - Nieee.

- Też tak sądzę.

- Załatwię wam transport. Załatwię wam doświadczonych ludzi do pomocy. Użyję mojego błyskotliwego umysłu i daru 

perswazji, żeby przetrzeć wam każdy szlak. Zrobię wszystko, o ile nie będzie to wymagało, żebym odszedł na więcej niż 

pięćdziesiąt metrów od Eleny.

- Dobrze, już dobrze. Zrozumiałem. Kiedy wyjeżdżasz?

- Jutro rano. Wyjadę, zanim się obudzicie.

- Nie, nie zrobisz tego.

Galen uśmiechnął się.

- Jasne. Będziesz siedział na straży, co?

- Zamierzam pozostać przy życiu. I ona także.

- Dlaczego pozwoliłeś jej sądzić, że uległeś jej szantażowi? Twoje stosunki z rządem już nie mogą być gorsze.

-  To  nie  ma  znaczenia.  Dzięki  temu  poczuła,  że  ma  większą  kontrolę.  Te  skurczybyki  pozbawiły  ją  praktycznie 

wszystkiego, w co wierzyła. Musiała poczuć, że robi coś pozytywnego.

background image

71

- I szantaż uważasz za coś pozytywnego? Zresztą nieważne. Wszystko zależy od sytuacji. - Galen spojrzał na zegar na 

ścianie. - Kurczak będzie gotowy za piętnaście minut. Chcesz ją zbudzić?

- Za chwilę. Może teraz, zanim zaczniesz serwować dania, zadzwonisz do Logana?

- I co mu powiem?

- Że wyjeżdżasz, a ja oczekuję, że teraz on zapełni lukę po tobie. A jeśli tego nie zrobi, dorwę mu się do tyłka.

Galen gwizdnął przeciągle.

- Z Loganem nie można gadać w ten sposób.

- W takim razie przekaż mu to, jakkolwiek chcesz. Grunt, żeby sens pozostał ten sam.

- Żadnych gróźb. On też chce ocalić życie Alex, więc z pewnością będzie współpracował.

- Z tobą. A musi współpracować ze mną. - Zastanowił się chwilę. - Może spróbować łapówki?

- Na miły Bóg, przecież on jest miliarderem.

- Są różne formy łapówki. Powiedz mu, że mogę wyjawić mu pewną bardzo wartościową dla niego informację.

- Co? Dobra, nie mów mi. Ale nie zamierzam oferować Loganowi łapówki. - Po chwili dodał: - Ani tobie.

Morgan zaśmiał się.

- Galen, przecież zaproponowałeś mi łapówkę, żeby wciągnąć mnie w tę sprawę.

- Cóż, to było co innego.

- Jasne. Jesteś niezmordowany w osłanianiu mnie.

- Pewnego dnia przestanę to robić. - Galen wyjął z kieszeni telefon komórkowy. - Załatwię sprawę z Loganem. Chcesz, 

żebym przekazał mu coś jeszcze?

- Nie. Ale jest coś, co chciałbym, żebyś ty dla mnie zrobił. Wyślij kogoś do Fairfax w stanie Teksas. To staroświeckie 

miasteczko niedaleko Brownsville. Upewnij się, że to ktoś bardzo sprawny i ostrożny.

- I?

-  Na  obrzeżach  miasta  jest  zakład  włókienniczy.  Niech  ten  człowiek  powęszy  dokoła  i  zobaczy,  czego  zdoła  się 

dowiedzieć.

- A czego się spodziewasz?

- Nie jestem pewien. Może czegoś... niezwykłego.

-  Załatwione.  -  Galen  wystukał  numer  Logana.  -  Jesteśmy  bezpieczni,  odsapnęliśmy  i  mam  kurczaka  w  piecyku.  -

Wzdrygnął się. - Chciałem się tylko dowiedzieć, czy masz jakieś wskazówki. Uspokój się... - Wyszedł na ganek, mówiąc 

do słuchawki coraz szybciej.

Najwyraźniej  Logan  nie  był  zadowolony  z  przebiegu  wydarzeń.  Cóż,  żadne  z nich  się  z  tego  nie  cieszyło,  pomyślał 

Morgan. Utrzymanie się przy życiu będzie nie lada zadaniem.

Mógł odejść. Nie przewidział, że pętla zacznie zaciskać się na jego szyi.

Bzdura.  Już  wcześniej  miał  podejrzenia,  że  jest  jakieś  powiązanie  między  sprawą  Arapahoe  Junction  i  Fairfax. 

Zaangażował  się  w  tę  sprawę  nie  dlatego,  że  Logan  mu  coś  obiecał.  Nie  chodziło  też  o  dossier  Alex  Graham  i  jej 

fascynującą twarz, która tak go urzekła.

Wykorzystał Alex jako pretekst, by wyjść z ukrycia i stanąć twarzą w twarz z tym, co wydarzyło się w Fairfax.

- Żadnych śladów po niej? - spytał Betworth. - Przecież nie mogła tak zwyczajnie zniknąć. Połowa sił porządkowych w 

Kolorado ją ściga.

background image

72

- Złapiemy ją - odparł Jurgens. - Pracujemy nad numerem helikoptera. Samochód, który porzucili, został wynajęty na 

lotnisku  przez  Dave’a  Simmonsa  z  Baltimore.  Oczywiście  podejrzewamy,  że  te  dane  są  fałszywe.  Ale  jego  opis  nie 

zgadza się z tym, co mówił ten lekarz, kiedy opisywał mężczyznę, który sprowadził go do rannej Graham. Więc to nie 

mógł być Morgan.

- Co za niespodzianka.

- Robię, co mogę. Proszę posłuchać, ryzykowałem własną głową, kiedy puściłem z dymem tamten dom w górach. Było 

ze mną dwóch miejscowych detektywów, którzy byli wściekli jak cholera.

- Więc zajmiemy się nimi.

- Powers?

-  Nie,  żadnej  przemocy.  Zadzwonię  do Tima Rolfe’a ze  służb  bezpieczeństwa i  spytam  go, czy  nie  uważa, że  zakaz 

publicznego wypowiadania się na temat sprawy Graham, nie byłby mądrym posunięciem.

- Pójdzie na to? - spytał Jurgens

- Jak dotychczas się zgadzał. To ambitny facet, który wie, kto dzierży władzę. Chce być po mojej stronie. - Betworth 

przerwał. - Tak jak i ty, Jurgens. Wykonałeś dobrą robotę, ale będę od ciebie potrzebował czegoś więcej. Musisz działać 

szybciej. Za bardzo zbliżamy się do Z-3. Nie mogę pozostawiać żadnych niewyjaśnionych sytuacji.

- Może mógłby pan to odłożyć na później?

-  Po  czterech  latach  przygotowań?  Nie,  Jurgens.  Muszę  kuć  żelazo,  póki  gorące.  Może  nie  będę  miał  więcej  takiej 

okazji. A to znaczy, że i ty nie będziesz jej miał. - Po chwili dodał łagodniejszym tonem: - Jesteś bardzo sprytny i wiem, 

że zrobisz wszystko, co będzie konieczne. Po prostu znajdź i pozbądź się ich, żebyśmy mogli się skupić na tym, co dla 

nas istotne.

Rozdział 7

Cieszę się, że smakował ci mój kurczak. Zresztą nie spodziewałem się innej reakcji - powiedział Galen, wstając od stołu 

i  zbierając  naczynia.  -  Pomyślałem,  że  zasłużyłaś  na  porządny  posiłek,  zważywszy  na  spore  braki  Morgana  w  tej 

dziedzinie.

- Był pyszny. - Alex też się podniosła. - Pomogę ci w zmywaniu.

-  Zwykle zostawiam to  Morganowi.  Porządne  zmęczenie  jest  oczyszczające,  a Bóg jeden  wie, że  teraz  by  mu  się  to 

przydało.

Morgan utkwił wzrok w Alex.

-  Dziś  odmawiam  współpracy.  Wydaje  mi  się,  że  ona  ma  ochotę  na  coś  więcej  niż  tylko  zmywanie.  Dlatego  pójdę 

zwiedzić okolicę.

Skubaniec jest spostrzegawczy, pomyślała Alex, niosąc naczynia do kuchni.

Galen zaczął wstawiać talerze do zmywarki.

- Czy on ma rację? Chcesz ze mną o czymś porozmawiać?

- Tak. Morgan mi powiedział, że jutro rano wyjeżdżasz.

- Tak. Ale nie zniknę i nie zostawię was na pastwę losu.

- To samo powiedział Judd. Ale to znaczy, że będę musiała mu całkowicie zaufać. A to dla mnie bardzo trudne.

-  Nie  powinnaś  tak  myśleć.  W  wielu  dziedzinach  jest  ode  mnie  dużo  mądrzejszy.  Chociaż  przyznaję  to  z  bólem.  -

Przerwał. - Nie, zapomnij, co powiedziałem. My po prostu zdobywaliśmy doświadczenia w innych dziedzinach.

Uśmiechnęła się niechętnie. Trudno było nie uśmiechać się do Galena. Morgan miał rację, że to prawdziwy oryginał.

- Nie obchodzą mnie jego doświadczenia. Interesuje mnie jego charakter. Nie potrafię go rozgryźć.

background image

73

- I nie ufasz mu?

- Do diabła! Ten facet zabija ludzi!

- Tak, to prawda.

- Czy to nie wystarczy, żeby nabrać podejrzeń?

- Czy, od kiedy go znasz, zabił kogoś, kto na to nie zasługiwał?

- Nie o to chodzi.

- Jeśli to cię uspokoi, on już nie działa w tym biznesie. Jest na emeryturze. A tę robotę wziął ze względu na mnie.

- A co jeszcze mogłoby go skusić do powrotu do tak zwanego biznesu?

- Nie wiem. Judd Morgan to zagadka.

- Też mam takie wrażenie. Ale nie mogę teraz bawić się w quizy... Muszę wiedzieć... Muszę mu ufać.

- Już nie mogę ci pomóc.

- Ale ty mu ufasz?

- Tak, ale to zawsze była kwestia instynktu. Wolę mieć go po swojej stronie, podobnie jak żonę.

- Morgan mówił, że kiedyś chciała poderżnąć mu gardło.

- Tak. Elena nie wybacza i nie zapomina.

- Czy jest coś, co powinna mu wybaczyć?

- O tak.

- Ale ty się z nią nie zgadzasz?

- Niezupełnie.

- Nie chcesz o tym opowiedzieć?

-  Ta  historia  raczej  nie  wzbudzi  w  tobie  większego  zaufania  do  Judda.  -  Włączył  zmywarkę.  -  A  co  powiesz,  jeśli 

zamiast tego zrelacjonuję ci wszystko, co wiem o przeszłości Judda?

- Cóż, wezmę, co mi dają.

Galen zaczął wycierać blat kuchenny.

- No dobrze. W takim razie powinienem zacząć od tej niefortunnej operacji w Korei Północnej...

Kuchnia  była już  wysprzątana,  a  zmywarka  buczała  w  kolejnym cyklu  zmywania,  kiedy Galen  skończył  opowiadać. 

Uśmiechnął się do Alex przewrotnie.

-  I  to  wszystko,  co  ci  się  uda  ze  mnie  wyciągnąć.  Możesz  mnie  torturować,  zrywać  paznokcie  i  łamać  palce,  a  nie 

powiem...

- Już dobrze, Galen. - Alex starała się przeanalizować to wszystko, co jej powiedział. - Niestety nadal nie wiem, jaki jest 

jego sposób rozumowania. Nie możesz powiedzieć mi czegoś więcej?

- Zastanówmy się. Podobno pochodzi z rodziny związanej z siłami powietrznymi i dorastał w różnych miejscach świata. 

Posługuje się płynnie sześcioma językami. Sądzę, że wstąpienie do agencji było dla niego oczywistym krokiem. - Galen 

odwrócił się do niej. - Masz rację. To wszystko ci nie pomoże. Będziesz chyba musiała zawierzyć własnemu instynktowi, 

tak jak ja.

- To przerażające.

- To zależy od instynktu. - Uśmiechnął się. - Zadzwonię do Eleny, a potem kładę się spać. Kiedy wróci Judd, powiedz 

mu, że zwierzałem ci się ze swoich sekretów. Nie chciałbym, żeby sobie pomyślał, że robię coś za jego plecami.

background image

74

Obserwowała  go,  jak  wychodzi  z  kuchni,  a  sama  skierowała  się  do  drzwi  wyjściowych.  Poczuła  zimny  powiew 

powietrza.

- Powinnaś włożyć kurtkę, jeśli chcesz dłużej zostać na zewnątrz - stwierdził Morgan, idąc w jej stronę. - Chyba jest 

przymrozek.

- Myślałam, że czaisz się gdzieś na tarasie.

- Ja  się nie czaję. Robiłem to,  co mówiłem, że zamierzam  zrobić. Musiałem poznać dokładniej okolicę. - Wszedł po 

schodkach i otworzył drzwi do domku. - Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się może przydać taka wiedza. Chodź do środka. I 

tak jesteś osłabiona i wychłodzona.

- Już nie. Nic mi nie jest - odparła Alex, ale posłuchała jego rady. Ogarnęło ją miłe ciepło. - Galen kazał ci przekazać, że 

wywnętrzył się przede mną całkowicie.

- Niezbyt zgrabne sformułowanie. - Zdjął kurtkę i powiesił ją w szafie. - I mało przyjemne zajęcie. Ale spodziewam się, 

że wyciągnęłaś z niego, co się dało. - Odwrócił się do niej. - Pewnie wiedział, że na dłuższą metę to i tak nic nie da.

- Dlatego zostawiłeś nas samych? - domyśliła się.

- Tak. Czujesz się teraz lepiej?

- A dlaczego miałabym się czuć lepiej? Jestem zła, bo nie mam na ciebie żadnego haka.

- Przykro mi. - Przyglądał jej się chwilę. - Co mogę zrobić, żeby ci to jakoś ułatwić?

Wbiła w niego wzrok, a potem zaśmiała się sceptycznie.

- I ja mam uwierzyć, że chcesz mi ułatwić?

- Naprawdę tak myślę. Chciałbym, żebyś czuła się dobrze w moim towarzystwie.

- W takim razie opowiedz mi o tym mężczyźnie z rysunku. Opowiedz mi o człowieku, który zestrzelił Kena.

Nie od razu się odezwał.

-  Wpadłem  na  niego  parę  miesięcy  temu  w  Fairfax,  w  stanie  Teksas.  Zostałem  tam  wysłany  z  pewnym  zleceniem  i 

widziałem go tamtej nocy.

- Jesteś pewien, że to był on?

- Tak. Tamta noc bardzo dokładnie wryła mi się w pamięć.

- Widziałeś któregoś z pozostałych mężczyzn?

- Nie. Ale to wcale nie znaczy, że ich tam nie było. Roiło się tam od ludzi.

- To znaczy?

- To były laboratoria. Wydało mi się to bardzo dziwnym miejscem dla Moralesa.

- Moralesa?

- Mojego celu. Juan Morales, sporego kalibru diler narkotyków i handlarz bronią. Wtedy wydawało mi się, że zakład w 

Fairfax zajmuje się oczyszczaniem heroiny albo produkcją cracku lub ecstasy.

- Wtedy? A teraz jesteś innego zdania?

- Chcesz kawy?

- A czy będę jej potrzebowała?

Pokręcił głową.

- Nie. Tamtej nocy nie wydarzyło  się nic strasznego. Chociaż, może ty będziesz  miała inne zdanie. Dostałem rozkaz 

zdjęcia Moralesa w hotelu i dostarczenia aktówki, z którą się nie rozstawał. Miało być w niej pełno forsy. Nie zdołałem 

go  dopaść  Moralesa,  więc  pojechałem  za  nim  do  tego  małego  zakładu  włókienniczego  na  przedmieściach.  W  bramie 

background image

75

powitał go twój strzelec ze szkicu. Było mnóstwo ochroniarzy, więc zaczekałem na zewnątrz. Kiedy wyszedł, śledziłem 

go w drodze powrotnej do miasta i wtedy nadarzyła się okazja do strzału, którą wykorzystałem.

- Zabiłeś go?

- Nie pudłuję. Ponieważ nie udało mi się załatwić go przed wizytą w fabryce, pomyślałem sobie, że lepiej sprawdzić 

zawartość aktówki, na wypadek gdyby okazało się, że na przykład dał te pieniądze facetowi, który witał go przy bramie 

wjazdowej.

- No i?

-  Nie  było  w  niej  pieniędzy.  Zamiast  nich  znalazłem  trzy  komplety  planów  inżynieryjnych  z  dość  interesującymi 

notatkami. Zaznaczono na nich strategiczne miejsca do umieszczenia ładunków wybuchowych, żeby doszczętnie zburzyć 

konstrukcję. Nawet były tam pewne sugestie co do rodzaju materiałów wybuchowych.

- Co to za plany?

- Nie wiem. Nie miały nazw. Oznaczone były jedynie symbolami Z-1, Z-2 i Z-3.

- Co z nimi zrobiłeś?

- Zrobiłem to, co mi kazano. Dostarczyłem aktówkę Alowi Leary’emu, mojemu kontaktowi w CIA, i powiedziałem, że 

zadanie wykonane, ale zamiast pieniędzy w walizce są plany. Muszę przyznać, że nie był zachwycony, że ją otwierałem, 

ale  niemal  natychmiast  ukrył  niezadowolenie.  Dwa  dni  później  zostałem  wysłany  do  Korei  Północnej.  Reszta  to  już 

historia. Nawet nie łączyłem ze sobą tych dwóch zleceń, dopóki nie zobaczyłem, co wydarzyło się w Arapahoe Junction.

Zesztywniała.

- Jak to?

- Dwa plany przedstawiały wielopiętrowe budynki, ale trzeci to była tama. Z-1.

- O Boże.

- Ale raporty z przerwania tamy mówiły, że nie było żadnych śladów sabotażu, a szczególnie ładunków wybuchowych. 

To mógł być zbieg okoliczności.

- Więc nic nie zrobiłeś.

-  Ukrywam  się.  Miałem  pojechać  do  Kolorado  i  zacząć  prowadzić  śledztwo  w  sprawie  kataklizmu,  który 

prawdopodobnie był spowodowany czynnikami naturalnymi?

- Mogłeś o tym komuś powiedzieć, zadzwonić...

- Do kogo? Do CIA? Jeśli tama w Arapahoe była Z-1, to może fakt, że obejrzałem te plany, był powodem, dla którego 

FBI wydała na mnie tę sankcję? Zbyt ryzykowne. W dzisiejszych czasach obie agencje dość blisko ze sobą współpracują. 

-  Spojrzał  na  nią.  -  Zdecydowałem  nie  nadstawiać  karku.  Nie  jestem  jednym  z  twoich  bohaterów.  Przez  całe  lata 

wykonywałem  najbrudniejszą  robotę  na  ziemi,  żeby  umacniać  swego  rodzaju  mur,  dzielący  nasz  kraj  od  całej  ohydy 

reszty  świata.  I  w  dowód  wdzięczności  ktoś  wbił  mi  nóż  w  plecy.  Dlatego  się  wycofałem.  Jeśli  ci  się  to  nie  podoba, 

trudno.

- Nie możesz się wycofać. To niczego nie rozwiązuje.

- Ale rozwiązało sprawę, czy przeżyję, czy nie.

- Czas przeszły. Czy to znaczy, że już nie zamierzasz się wycofywać?

- To kwestia dyskusyjna. Zostałem w to wciągnięty i musiałem zacząć jakoś działać.

Kaszlnęła znacząco.

- Chcesz coś powiedzieć?

background image

76

- Nie próbuj mi wciskać kitu - wybuchnęła. - To był twój wybór i doskonale o tym wiesz. Przyjąłeś robotę, którą zlecił 

ci Logan, bo chciałeś dowiedzieć się, czy Z-1 to tama w Arapahoe. Po prostu nie chcesz się do tego przede mną przyznać.

- A niby dlaczego?

-  Nie  wiem.  Może  boisz  się,  że  pomyślę  sobie,  że  nie  jesteś  takim  cynikiem,  jakiego  udajesz?  Nie  obawiaj  się,  nie 

popełnię tego błędu. Każdy ma prawo do potknięcia. Nawet ty.

Wykrzywił usta w uśmiechu.

-  Cieszę  się,  że  nie  zniszczyłem  swojej  reputacji.  Powiedz  mi,  kiedy  zauważysz,  że  zaczynam  znowu  odgrywać 

bohatera, jak ci godni naśladowania ludzie, wśród których dorastałaś.

-  Masz  to  jak  w  banku  -  zapewniła,  odwzajemniając  uśmiech.  Morgan  wyglądał  przyjaźnie  i  nagle  zapragnęła 

wyciągnąć do niego rękę i go dotknąć. Szybko odwróciła wzrok. - Jak długo będziemy musieli tu zostać?

-  Prawdopodobnie  nie  dłużej  niż  kilka  dni.  Przy  takiej  obławie  bezpieczne  schronienia  nie  na  długo  są  naprawdę 

bezpieczne.  Chciałbym  zostać  tu  do  czasu  otrzymania  raportu  od  Galena na  temat  Fairfax.  Ma  wysłać  tam człowieka, 

który trochę powęszy. Kiedy się stąd ruszymy, chciałbym już mieć jakieś ustalone miejsce i powód, dla którego się tam 

przeniesiemy.

- I myślisz, że to zajmie tylko kilka dni?

- Lepiej, żeby trwało krócej. Nie mamy zbyt wiele czasu.

Poczuła przypływ paniki. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak zaszczuta. Nawet wtedy, w Iranie, kiedy uciekała, nie 

miała takiego poczucia osaczenia ze wszystkich stron.

- Wszystko będzie dobrze. - Morgan patrzył jej w oczy. - To duży kraj. Łatwiej jest zgubić się w kraju tych rozmiarów. I 

ludzie nie są tak podejrzliwi. Lubią cię i chcą wierzyć, że wszyscy są dobrzy.

- A ty uważasz, że to naiwne.

- Tak, ale  uważam też,  że  to  dość  pokrzepiające.  -  Uśmiechnął  się. - Popatrz no, a dopiero co ustaliliśmy, że jestem 

lodowatym sukinsynem. - Nagle jego spojrzenie nabrało intensywności. - Potrzebuję każdego ciepła, jakie mogę dostać.

Nie  mogła  odwrócić  od  niego  wzroku.  Wcale  nie  był  lodowaty.  Czuła  falę  gorąca,  która  ogarniała  jej  ciało,  gdy... 

Uciekła spojrzeniem. O czym oni w ogóle rozmawiają?

- Pragnienie dostrzeżenia dobra w ludziach wcale nie jest naiwne. - Oblizała wargi. - Co będziemy robić do czasu, gdy 

Galen się z nami skontaktuje?

A niech to! Żałowała, że nie może cofnąć tego pytania. Głupia! Głupia!

Ale Morgan nie odpowiedział w dwuznaczny sposób tak, jak się spodziewała.

- Przypuszczam, że pozwolisz mi, żebym dostrzegł w tobie dobro.

- Co takiego?

- Mówiłem, że nie będę cię rysował bez twojego pozwolenia.

- I nie dostaniesz go. Nie znoszę siedzieć nieruchomo.

-  Więc  nie  siedź. Ale i  tak jesteś  jeszcze  na  tyle osłabiona,  że  od  czasu do  czasu będę  miał  okazję przyłapać cię  na 

odpoczynku.  Poświęcisz  mi  trochę  czasu,  a ja  będę  cię  codziennie  zabierał ze  sobą  na  zwiad  po  okolicy. To  powinno 

trochę nam urozmaicić pobyt tutaj.

- A nie boisz się, że nie będę za tobą nadążać?

- Może. Ale wtedy po prostu zwolnię. Nie zamierzam cię zostawiać tu samej.

- Oddaj mi moją broń.

background image

77

-  Jest  w  mojej  kurtce.  Weź  ją,  kiedy  tylko  chcesz.  Ale  jaki  będziesz  miała  użytek  z  broni  wobec  takiego  pocisku 

rakietowego,  jaki  Jurgens  wymierzył  w  domek  w  górach?  Jeśli  nas  tu  znajdą,  jedyną  naszą  szansą  będzie  wojna 

partyzancka.

- A nie ucieczka i ukrycie się?

- Ucieczka, ukrywanie się, atak, znowu ucieczka. Czy taki styl walki nie odpowiada ci bardziej?

Już miała mu zaprzeczyć, ale uznała, że on jednak ma rację.

- Jeśli to jedyny sposób, żeby przetrwać. Nie chcę zostać złapana jak szczur w pułapkę. Jednak moim zdaniem to nie 

fair.

- Co masz na myśli?

- Ta  umowa  między nami jest  trochę niesprawiedliwa. Jeśli  chcesz mnie rysować,  to ja  chcę, żebyś wyświadczył mi 

przysługę.

Gwałtownie pokręcił głową.

- Żadnych zdjęć - powiedział stanowczo.

- Nawet bym nie próbowała. Nie jesteś aż tak atrakcyjny.

- I całe szczęście.

Ale jego twarz skrywała wiele tajemnic i byłaby fascynującym obiektem, gdyby udało jej się je uchwycić.

- Prawdopodobnie skończyłabym  ze zdjęciem przedstawiającym coś,  co przypominałoby kamienny mur. Nie. Kiedyś 

powiedziałeś  mi,  że  gdybym  ci  uciekła,  potrafiłbyś  mnie  wytropić.  No  więc  właśnie  pomyślałam  sobie,  że  mógłbyś 

nauczyć mnie, jak to robić.

- Po co?

-  Parę  razy  byłam  w  sytuacji,  kiedy  takie  umiejętności  mogły  mi  się  przydać.  Nie  jestem  zupełnie  zielona  w  tej 

dziedzinie. Od najmłodszych lat ojciec zabierał mnie na polowania. Znam się na lesie.

- Ale po co ci tropienie?

- Pamiętam, jak parę lat temu w Turcji mała dziewczynka oddaliła się od wioski, kiedy fotografowałam jej rodziców. 

Cztery dni zajęło nam poszukiwanie jej. Ale kiedy ją znaleźliśmy, już nie żyła. Spadła ze skarpy do rzeki. Gdybyśmy byli 

w stanie znaleźć ją szybciej, może nie doszłoby do tragedii.

- Powinienem był się domyślić, że chodzi o kolejny sposób na ratowanie świata.

- Nie. Tylko trzyletniej dziewczynki. Umowa stoi?

- W ciągu kilku dni nie uda ci się nauczyć zbyt wiele. Ja miałem nauczyciela z plemienia Apaczów, który poświęcił mi 

kilka miesięcy, a i tak...

- Nauczę się tyle, ile zdołam. Każda wiedza będzie dla mnie pomocna. Umowa stoi?

Uśmiechnął się.

- Stoi.

- W takim razie idę spać. - Odwróciła się, żeby wyjść. - Do zobaczenia rano.

- Dobry pomysł. Miałaś dzień pełen wrażeń.

- Paskudny dzień.

-  Chciałbym  ci  powiedzieć,  że  najgorsze  masz  już  za  sobą.  Ale  nie  mogę.  -  Zapewniał  jej  bezpieczeństwo,  ale  nie 

kosztem uczciwości.

- Nie prosiłam cię o to. Dobranoc.

background image

78

Nie  włączyła  światła  w  pokoju,  kiedy  zdejmowała  spodnie.  Rana  na  ramieniu  nie  pozwalała  jej  na  rozebranie  się  z 

koszuli, ale była zbyt zmęczona, żeby się tym przejmować. Nakryła się kołdrą i uklepała poduszkę.

Tak  jak  powiedziała  Morganowi,  to  był  paskudny,  przerażający  dzień.  Dzień,  w  którym  poczuła  prawdziwy  strach, 

rozczarowanie, dezorientację. Ale ten dzień zbliżył ją z Morganem bardziej, niż tego chciała.

Nie powinna być tym zaskoczona. W sytuacjach zagrożenia życia często na pierwszy plan wysuwała się seksualność. 

Kiedyś  czegoś  takiego  doświadczyła  z  pewnym  młodym  lekarzem  w  czasie  powodzi  w  Bangladeszu.  Czar  prysł,  gdy 

tylko zniknęło zagrożenie.

Ale tamto nie było tak silne jak to, co pojawiło się teraz.

To  bez  znaczenia,  przekonywała  samą  siebie.  Powinna  się  temu  oprzeć.  Najwyraźniej  Morgan  nie  zamierza 

podtrzymywać tej intymności, jaka się między nimi wytworzyła. Jezu, jest naprawdę zawiedziona, uświadomiła sobie z 

niesmakiem. Jeszcze tylko tego jej brakowało, żeby iść do łóżka z kimś takim jak Morgan.

Tylko  że  Morgan  jest  niezwykły.  Nigdy  nie  spotkała  kogoś  tak  skomplikowanego.  Im  więcej  o  nim  wiedziała,  tym 

mniej argumentów miała przeciwko niemu. Jego sposób myślenia i działania różnił się bardzo od jej filozofii życiowej, 

ale ciężko było winić człowieka, który...

Lepiej już przestać o nim rozmyślać. Jeśli ma spędzić noc bez zmrużenia oka, to lepiej pomyśleć w tym czasie o czymś, 

co pomoże jej wyplątać się z tej sytuacji.

Z-1...  Nie,  sprawa jest  znacznie  poważniejsza. Poważniejsza i  groźniejsza.  Jeśli  Z-1  było  tamą w  Arapahoe  i  ten  cel 

został już zniszczony...

Czy to znaczy, że następny będzie Z-2?

- Jakie są postępy w sprawie Z-2? - spytał Betworth. - Nie zostało ci już dużo czasu, Powers.

- Nie ma problemu. Wyrobimy się.

- Ale z jakim rezultatem?

- Myślę, że powinno panu wystarczyć, że postępuję zgodnie z wytycznymi. Jeśli mamy jakieś opóźnienie, to wyłącznie 

z powodu pańskiego zlecenia, żebym zajął się tą Graham.

- Ale teraz to dla mnie żadna wymówka. Przekazałem tę sprawę Jurgensowi.

- I jemu też się nie powiodło, prawda?

- Dopadnie ją.  A ty skup się na Z-2. - Rozłączył się i oparł w fotelu. Zachować spokój. Wszystko pójdzie zgodnie z 

planem. Ma wszystko pod kontrolą, jak zawsze. Jurgens znajdzie Graham i Morgana, i zlikwiduje ich. Wszystko będzie...

Zadzwonił telefon.

- Betworth, nie mogę go znaleźć.

To był głos Runne’ego.

- Na miłość boską, czemu nie odbierasz moich telefonów? - zirytował się Betworth.

- Muszę go odnaleźć. Zgubiłem trop. Daj mi jakiś namiar.

Betworth  wziął głęboki oddech.  Nie do wiary. Żadnego tłumaczenia  się,  przeprosin.  Za to  ten  arogancki,  fanatyczny 

skurczybyk mu rozkazuje!

- Może gdybyś odpowiadał na moje telefony, to mógłbym ci pomóc - warknął.

- A teraz możesz?

Betworth miał ochotę się rozłączyć, ale to byłby błąd. Runne był nieprzewidywalny, ale on miał wobec niego plany. 

Poza tym można go wykorzystać do pozbycia się Morgana.

background image

79

- Parę dni temu był w Kolorado. Może być tam nadal, ale wątpię w to. Gdziekolwiek się ukrywa, jest z nim kobieta, 

Alex Graham.

- Jesteś pewny?

- Tak.

- A mógłbyś przesłać mi jej zdjęcie?

- Nie ma takiej potrzeby. Kup sobie gazetę. Nie czytasz gazet, nie oglądasz telewizji?

- Nie.

- Zrobiło się wokół niej gorąco. Więc nie ma sensu, żebym dał ci jakiekolwiek adresy czy numery telefonów.

- To jaki będę miał z niej pożytek?

-  To  oczywiste,  że  Morgan  nie  zamierza  jej  opuszczać,  a  to  znaczy,  że  ona  będzie  dla  niego  ciężarem.  Będzie  go 

opóźniać. Więc go bez trudu dopadniesz, prawda?

-  Racja,  ale  mimo  wszystko  prześlij  mi  faksem  informacje  o  niej.  Zadzwonię  do  ciebie  i  podam  ci  numer  faksu  w 

mieście, w którym teraz jestem. Może uda mi się przepytać jej znajomych, żeby zdobyć jakieś dodatkowe informacje.

- Mówiłem ci już, że jest poszukiwana przez wszystkich.

- To nie ma znaczenia. Uciekinierzy muszą się kiedyś zatrzymać albo popełnić jakiś błąd. Człowiek osaczony waha się i 

zastanawia, a ja mam przewagę, bo nie mam skrupułów. - Po tych słowach rozłączył się.

- W porządku. - Judd spojrzał w stronę gór. - Dam ci piętnaście minut. Ty pójdziesz i ukryjesz się przede mną. No to do 

dzieła.

- Zamierzasz mnie tropić? - spytała Alex. - To jak ja się czegokolwiek nauczę?

- Zostawisz trop, a potem razem przejdziemy po twoich śladach i zobaczymy, jakie błędy popełniłaś.

- Jakie błędy popełniłam?

- Przepraszam. Złe sformułowanie. Przyzwyczaiłem się do takiej zwierzyny łownej, która nie chce zostać odnaleziona. 

To jedyny sposób nauczania, jaki znam. Więc albo to akceptujesz, albo nie.

- Zgoda, niech i tak będzie. - Alex ruszyła biegiem w dół zbocza.

- Mam cię. - Judd wyciągnął Alex z krzaków. - Chyba jesteś już trochę zmęczona. Tym razem byłaś bardzo niezdarna.

- Wielkie dzięki. - Skrzywiła się. - To trzeci raz i już mnie to wkurza. Jeśli tropienie jest takie proste, dlaczego nie udało 

nam się znaleźć tamtej małej dziewczynki?

- To wcale nie jest proste, wymaga praktyki. Bardzo wiele czynników może wpłynąć na to, że nie zobaczysz śladów, 

albo zostaną one zatarte. Może ta dziewczynka przez jakiś czas brodziła po płyciźnie rzeki? Jej ślady mógł zmyć deszcz. 

Dzieci niewiele ważą, więc ich stopy nie odciskają się zbyt wyraźnie na trawie. Jeśli długo szła po błocie, na bucikach 

mogło  się  go  zebrać  bardzo  dużo  i  utworzyć  błotne  poduszki.  W  takiej  sytuacji  ludzkie  ślady  stają  się  niemal  nie  do 

zidentyfikowania. Poza tym jakieś  duże zwierzęta mogły przejść  po jej  śladach i je  zatrzeć. Albo po prostu byliście w 

niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

- Co to znaczy?

-  Mówię  o  kącie  padania  światła.  -  Przyjrzał  się jej  twarzy.  -  Jesteś  już  zmęczona.  Przeanalizujemy  wszystkie  twoje 

błędy i wracamy do domu. - Odwrócił się i ruszył pod górę wzniesienia. - Zobacz. Tutaj przesunęłaś kamienie. - Wskazał 

jakieś miejsce w trawie. - Kiedy ruszyłaś biegiem w dół zbocza, przydeptałaś trochę ziemię w tym miejscu i ma ona nieco 

background image

80

inny kolor. - Znowu wskazał jakieś miejsce. - Złamałaś łodyżkę tej rośliny, kiedy wchodziłaś w krzaki. - Przykucnął na 

ziemi. - A tutaj zostawiłaś wyraźny odcisk stopy.

- Dla mnie wcale nie jest on wyraźny.

- Spójrz na tę linię, to miejsce, w którym twój duży palec zagłębił się w ziemi.

- To jak uczenie się nowego języka - powiedziała, kiwając głową.

-  Po  prostu  musisz  wytrenować  oczy  w  wypatrywaniu  śladów.  Są  cztery  rzeczy,  na  które  powinnaś  zwracać  uwagę. 

Wgniecenia,  gdzie  ziemia,  kamienie  lub  gałązki  zostały  wciśnięte  w  grunt,  na  skutek  ciężaru  postawionej  stopy. 

Regularność, która jest efektem prostych linii lub geometrycznych kształtów czegokolwiek, co zwykle nie występuje w 

naturze. Zmiany kolorystyczne, które wyróżniają się w otoczeniu o jakimś konkretnym kolorze czy teksturze. Wszelkie 

zaburzenia,  czyli  zmiany,  które  powstały  niedawno.  -  Ruszył  przed  siebie.  -  Chodź,  przejdziemy  się  do  pierwszego 

miejsca, w którym się schowałaś, i tam przeanalizujemy ślady.

Przyspieszyła, żeby dotrzymać mu kroku.

- Mogłam równie dobrze zostawić celowo ślady wskazujące, że ukryłam się w tamtym miejscu.

- Owszem. Ale nie musiałem patrzeć w ziemię, kiedy zbliżyłem się do tamtych krzewów.

- Dlaczego?

- Wyczułem twój zapach.

Aż się potknęła z wrażenia.

- Co takiego?

- Dezodoranty, pasta do zębów, szampon to zapachy cywilizacji. Ale natura daje każdemu jego własny, indywidualny 

zapach.

- Twierdzisz, że śmierdzę?

Spojrzał na nią.

- Nie. Pachniesz intensywnie kobieco. Wyjątkowo atrakcyjnie.

Szybko odwróciła od niego wzrok.

- Albo po prostu dość wyraźnie, w sposób możliwy do identyfikacji - skorygowała go.

- Wyczułbym twoją obecność w ciemności.

Gwałtownie nabrała powietrza i pospiesznie szukała w myślach czegoś, co mogłaby powiedzieć.

- Czy to twój przyjaciel Apacz przeszkolił twój nos tak samo jak oczy?

- Nie, to talent. Musiałem go tylko udoskonalić.

- Monty, pies Sary, ma świetny węch.

Morgan wybuchnął śmiechem.

- Porównujesz mnie do psa?

Z ulgą zauważyła, że napięcie między nimi zniknęło.

- Cóż... To bardzo wyjątkowy pies.

- W takim razie domyślam się, że powinienem potraktować to jak komplement. - Ukląkł i wskazał jej punkt oddalony o 

jakieś czterdzieści metrów przed nimi. - W tamtym miejscu natrafiłem na twój pierwszy ślad. Widzisz ten połysk?

Kucnęła obok niego.

- Tak. Jak ja to zrobiłam?

- Twoja stopa odcisnęła się w ziemi, a to wgłębienie ma gładszą powierzchnię niż reszta terenu, no i odbija światło. Ale 

można to dostrzec tylko pod bardzo niskim kątem.

background image

81

- Jako połysk?

-  Pewnie,  gdybyś  stała  w  tamtym  miejscu  i  patrzyła  na  nie  z  góry,  nic  byś  nie  zauważyła.  Dlatego  pomocne  jest 

patrzenie z odległości.

- Najwyraźniej jesteś ekspertem na odległość.

- Kiedy jestem na górze, też sobie radzę całkiem nieźle.

Tym razem nie popełniła tego błędu i nie spojrzała na niego. Szybko się podniosła.

- Chodźmy dalej. Nie mogę się już doczekać, kiedy dowiem się, jakie jeszcze błędy popełniłam.

- Jesteś niesamowity w terenie. - Patrzyła w ogień płonący w kominku, popijając gorącą czekoladę. - Jak poznałeś tego 

Indianina, który nauczył cię tropienia?

-  Armia  mnie  do  niego  wysłała.  To  była  część  mojego  szkolenia.  -  Ołówek  Morgana  poruszał  się  płynnie  po 

szkicowniku.  -  Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  będziesz  musiał  kogoś  wytropić.  Właściwie  to  nabranie  wprawy  zajęło  mi 

więcej czasu niż powinno. Początkowo nie lubiłem polowania. Musiałem nauczyć się nie myśleć o końcowym strzale i 

skoncentrować się na pościgu jako takim. Wiesz, naprawdę bardzo ładnie wyglądasz w świetle kominka...

- Lepiej się pospiesz z tym rysowaniem. Przez to ciepło robię się śpiąca.

-  Tylko  jeszcze  chwilę...  Mówiłaś,  że  chodziłaś  z  ojcem  na  polowania.  Trochę  mnie  to  zaskoczyło.  Nie  potrafię 

wyobrazić sobie ciebie ze strzelbą.

- Nie braliśmy ze sobą strzelb. Mój ojciec nie lubił zabijania zwierząt. Braliśmy aparaty fotograficzne.

- Teraz wszystko jasne. To bardziej w twoim stylu.

- Czy większość ludzi w twoim zawodzie ma problemy z opanowaniem umiejętności...- szukała odpowiedniego słowa -

polowania?

- Zabijania. Powiedz to. - Nie odrywał wzroku od rysunku. - Niektórzy je mają, inni nie. Czasem znajduje się ktoś, kto 

to uwielbia. Kocha polowanie. Kocha zabijać.

- Ale ty nie?

- Nie.

- Ale poznałeś kogoś, kto to kocha?

Przytaknął.

- I przez pewien czas nawet zaraził mnie swoim entuzjazmem.

- Był tak samo dobry jak ty?

- Nie, ale niewiele mu brakowało. - Morgan odłożył szkicownik na stół obok siebie. - Idź do łóżka. Najważniejsze już 

naszkicowałem. Jutro zajmę się szczegółami.

Nie chciał odpowiadać na więcej pytań. Pewnie nie powinna już o nic pytać. Nie wiedziała, które chwile były bardziej 

intymne. Czy ten czas spędzony w mroźnych górach, czy może godziny przed kominkiem?

Wstała z kanapy.

- Wydaje mi się, że ty lepiej wyjdziesz na naszej umowie. Podejrzewam, że nie będę dobra w tropieniu.

- Będziesz. Jesteś spostrzegawcza. Jesteś  bystra i szybko się uczysz. Jutro będziesz pamiętać o wszystkim, co ci dziś 

powiedziałem, i będzie mi dużo trudniej cię znaleźć.

- Chyba że podejdziesz mnie na tyle blisko, że mnie wywąchasz. Nadal nie jestem pewna, czy mi się to podoba.

- Nauczyciel  musi mieć jakieś  korzyści.  Pojutrze to ty przeprowadzisz mnie po swoich śladach i powiesz mi, jak cię 

wytropiłem.

background image

82

- Już? Tak prędko?

- Tak jak mówiłem, masz dobre oczy.

Tak jak on. Lodowato błękitne... Ale teraz nie były wcale zimne...

- Dobranoc. - Ruszyła do swojego pokoju. - Jutro postaram się postawić cię przed większym wyzwaniem.

- Nie staraj się za bardzo. Wierz mi, jesteś dla mnie nieustannym wyzwaniem, Alex.

Gdzie jest Morgan?

Alex  zaczęła  podskakiwać  w  miejscu,  żeby  poprawić  krążenie  w  nogach.  W  ciągu  ostatniej  godziny  mocno  się 

ochłodziło i była już gotowa do powrotu na ranczo. Przez noc napadało sporo śniegu i Morgan odwołał lekcję tropienia, 

bo sypiący nadal śnieg zatarłby każdy ślad. Zaskoczyło ją  to, że była zawiedziona, kiedy podał jej aparat i zostawił ją 

samą na zboczu wzgórza. Poczuła się... porzucona.

Boże, co za patetyczne stwierdzenie.

Trzeba zapomnieć o mrozie. Zapomnieć o Morganie.

Uniosła aparat i złapała ostrość na spowitych mgłą szczytach gór Teton.

- Gotowa?

Odwróciła się i zobaczyła za sobą Morgana. Powinna go była usłyszeć w tym skrzypiącym śniegu, ale nie usłyszała.

- Gdzie byłeś?

Gestem ręki pokazał porośnięte drzewami wzgórze na południu.

- Musiałem się trochę poruszać.

- A ja cię spowalniałam, tak?

- Tak.  -  Minął  ją  i  ruszył w  stronę rancza.  -  Ale  całkiem dobrze  sobie  radziłaś  przez ostatnie dni,  biorąc pod  uwagę 

twoje obrażenia. I tak cię nieźle przegoniłem.

-  Biorąc  pod  uwagę  moje  obrażenia?  Cóż  za  łaskawość.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Nawet  jeśli  to  prawda,  to  daj  mi  parę 

tygodni, a zobaczysz, że dotrzymam ci kroku.

- Nie mamy aż tyle czasu.

- Wiem.

Ostatnie dni były niesamowicie spokojne. Tak, jakby zostali złapani w pętlę czasu. Może to dlatego, że otaczała ich tak 

piękna przyroda? Albo dlatego, że bardzo pragnęła uciec od zgiełku, w jaki przemieniło się jej życie.

- Galen po nas nie przyjedzie, prawda? - Spojrzała na Morgana uważnie.

- Tak ustaliliśmy. Mówiłem ci już, że wczoraj dzwonił i powiedział mi, że wysłał do Teksasu Ralpha Scotta. Dał mu 

kopie szkiców pamięciowych mężczyzn od tamy. Najdalej dziś wieczorem powinien mieć już jakieś informacje.

- Wiesz coś o tym Scotcie?

-  Tylko  tyle,  że  Galen  go  wybrał.  A  to  dla  mnie wystarczająca informacja.  -  Spojrzał  na Alex.  -  Ale  nie  zamierzam 

tkwić tutaj i zamartwiać się tym, czy odezwie się do nas, czy nie. Już i tak jesteśmy tu zbyt długo.

- Nie sądziłam, że aż tyle wytrzymasz w bezczynności. Nie robisz wrażenia nazbyt cierpliwego. Dziwię się, że nie byłeś 

bardziej zniecierpliwiony.

- Ależ byłem. - Odwrócił od niej wzrok. - I to bardzo...

Cholera.  Znowu  poczuła  tę  falę  gorąca.  To  nie  była  pierwsza  jego  uwaga,  w  której  odczytywała  wyraźny  podtekst 

seksualny.  Było  obecne  między  nimi  napięcie  seksualne.  Pojawiało  się  jak  przypływ  i  znikało  jak  odpływ,  kiedy  je 

ignorowali, ale było stale obecne.

background image

83

Teraz Morgan nie chciał go ignorować. Chciał, żeby o tym wiedziała, żeby stało się jawne.

- W porządku. -  Znowu spojrzał  na nią w ten sposób. -  Nie bój  się. Nie zamierzam się  na ciebie rzucić.  Po prostu... 

pragnę tego. I myślę, że ty także.

- Nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie.

- Ja dostaję. Od pewnego czasu staram się żyć tak, jakby każdy dzień był moim ostatnim. Nigdy nie wiesz, co się za 

chwilę stanie.

- To prawda. - Zwilżyła wargi. - Ale ja nie chcę tak żyć. Życie jest darem i zamierzam je pielęgnować.

- Pielęgnować, powiadasz? Ale ja nie zamierzam się rozczulać i niczego rozpamiętywać. Po prostu chcę pójść z tobą do 

łóżka. Spodoba ci się, mnie też i to wszystko. Nie będę cię nękał, kiedy zechcesz odejść. - Wszedł po schodkach na ganek 

i otworzył drzwi. - Tylko tyle chciałem powiedzieć. Co chcesz na kolację?

- Słucham?

Uśmiechnął się pod nosem.

- Jedzenie nie jest tak satysfakcjonujące jak seks, ale za to jest koniecznością. Co powiesz na omlet? Usmażę go, ale ty 

będziesz musiała pokroić cebulę. Rozklejam się przy krojeniu cebuli jak baba.

Wycofywał się, jak  zawsze  w  ciągu  kilku ostatnich dni,  ale  było już  za  późno. Słowa  zostały powiedziane  i  ona nie 

zdoła  ich  zapomnieć.  Prawdopodobnie  o  to  mu  właśnie  chodziło.  Chciał,  żeby  o  nich  myślała  i  żeby  je  wspólnie 

zrealizowali... w łóżku.

I będzie o tym rozmyślała. A niech go szlag!

Wzięła głęboki oddech i minęła go, wchodząc do domku.

- Musisz kroić cebulę pod strumieniem zimnej wody. Pokażę ci jak.

Wszedł za nią i powiesił kurtkę w szafie.

- Jak to miło czerpać korzyści z czyjegoś doświadczenia. Nauczysz mnie?

- Nie sądzę, żebyś potrzebował, by ktokolwiek czegokolwiek cię uczył.

- Więc podziel się doświadczeniem. - Wszedł do kuchni. - To zawsze daje przyjemność.

Morgan rozbijał akurat jaja do omletu, kiedy zadzwonił telefon.

-  Właśnie  skontaktował  się  ze  mną  Scott  -  odezwał  się  po  drugiej  stronie  Galen.  -  Uzyskał  informacje  w  hotelu  w 

Fairfax. Recepcjonista rozpoznał obydwu facetów ze szkiców. Strzelec to Thomas Powers, a drugi gość to Calvin Decker.

- Na pewno?

- Jakieś półtora roku temu, przez pewien czas, Powers i Decker pojawiali się w miasteczku niemal co tydzień. Mówili 

wszystkim, że są projektantami i pracują dla zakładu włókienniczego. Miejscowi w to nie wierzyli, ale dostawali forsę, 

więc przymykali oko.

- Podejrzewali, że robią w narkotykach?

-  Wiele  było  teorii  na  temat  tego,  co  robią  w  fabryce.  Fairfax  jest  bardzo  blisko  granicy.  Przepływ  narkotyków  w 

południowym Teksasie jest niezwykle rozwinięty.

- Czy recepcjonista widział Powersa od tamtego czasu?

-  Nie  -  odparł  Galen.  -  Ale  za  dwa  ostatnie  tygodnie  pobytu  w  hotelu  zapłacił  kartą  kredytową.  Scott  przekupił 

recepcjonistę,  ten  przeszukał  wpisy  i  podał  mu  numer  karty.  Sprawdzam  ją  teraz.  Scott  wybiera  się  dziś  w  nocy  do 

zakładów, żeby się rozejrzeć.

- Mają tam bardzo solidną ochronę.

background image

84

-  Już  nie.  Sześć  miesięcy  temu  zakład  został  zamknięty.  Pilnuje  go  tylko  jeden  strażnik  nocny.  Scott  obiecał,  że 

zadzwoni do mnie z fabryki.

- A ty od razu zadzwoń do mnie.

- W porządku. Jak tam Alex? Wytrzymuje z tobą?

- Ledwo. Muszę już kończyć. Robię omlet.

- Ty?

- Odkrywam różnego rodzaju umiejętności i cechy, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Daj mi znać, jak tylko sam 

się  czegoś  dowiesz.  -  Rozłączył  się  i  odwrócił  do  Alex.  -  Strzelec  nazywa  się  Thomas  Powers.  Drugi  facet  to  Calvin 

Decker. Galen sprawdza kartę kredytową Powersa.

Twarz Alex aż zarumieniła się z podekscytowania.

- Mamy trop! - wykrzyknęła, ale po chwili zmarkotniała. - To może być fałszywe nazwisko. I tak pewnie jest.

- Albo i nie. W każdym razie mamy punkt zaczepienia.

- Racja. Nareszcie coś toczy się po naszej myśli. Już traciłam nadzieję.

- Ja nadal jestem zniechęcony.

- Dlaczego? - spytała niepewnie.

Uśmiechnął się.

- Nie pokroiłaś cebuli i obawiam się, że chcesz mnie zmusić, żebym ja to zrobił.

- Ja zaparzę kawę, a ty włącz telewizor - powiedział Morgan po kolacji. - Musimy zobaczyć, czego dowiedzieli się nasi 

przeciwnicy.

- Nie mogę się już doczekać. - Alex poszła do salonu i włączyła telewizor. - Od tego na pewno dostanę niestrawności. -

Podniosła wzrok na Morgana, który właśnie wchodził do salonu, niosąc tacę z filiżankami i  dzbankiem  kawy.  - Nadal 

przeczesują cały stan Kolorado. Mają problem ze zidentyfikowaniem helikoptera, bo numery były fałszywe.

Nalał jej kawy.

- Wyobrażam sobie. Coś jeszcze?

-  Nie  o  nas.  Był  kolejny  zamach  bombowy  na  ambasadę.  Tym  razem  w  Quito.  To  samo  modus  operandi  co  w 

poprzednim  zamachu  w  Mexico  City.  Czyli  organizacja  terrorystyczna  Matanza.  Te  same  pogróżki  pod  adresem 

prezydenta  Andreasa.  -  Pokręciła  z  niedowierzaniem  głową.  -  Czy  to  się  wreszcie  skończy?  Kiedyś  czułam  się  taka 

bezpieczna, a teraz stale oglądam się za siebie. Ciekawe, jak się czuje Andreas? On nadstawia karku przez dwadzieścia 

cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu.

- Ma ciężką robotę. - Judd usiadł naprzeciw niej. - Ale poradzi sobie. Założę się, że ma jeszcze dość odwagi.

- Pamiętam, jak mówiłeś, że go lubisz.

-  Uważam,  że  jest  uczciwy.  A  to  cecha,  bardzo  rzadko  spotykana  wśród  polityków.  -  Wypił  łyk  kawy.  -  Może  się 

okazać, że będziemy musieli poprosić Logana, by się do niego zwrócił. Nie wiem, komu innemu moglibyśmy zaufać.

- Do prezydenta? - spytała, otwierając szeroko oczy.

- Galen twierdzi, że Logan ma do niego dojście.

- Ale bez dowodów nic nie zdziałamy.

- Racja.  - Zabrał jej pilota i  wyłączył  telewizor. - Wystarczy już tych wiadomości. Tylko ci  psują humor. Oprzyj się 

wygodnie w fotelu, a ja wezmę szkicownik.

- O Boże, masz już chyba wystarczająco dużo moich portretów.

background image

85

- Podoba mi się twoja twarz. - Usiadł z powrotem na swoim fotelu i zaczął szkicować. - To bardzo wyjątkowa twarz.

- Podobają ci się słabeusze?

- Ja tego nie widzę w moich szkicach. - Przerwał rysowanie i spojrzał na nią. - Dlaczego tak się boisz tego, że mógłbym 

zobaczyć w tobie słabość?

-  Nie  boję  się.  Tylko  że  ty  rysujesz  mnie  jako...  -  Zamilkła  na  chwilę.  -  Myślę,  że  boję  się,  że  gdzieś  tam  w  głębi 

rzeczywiście taka jestem. Staram się nie być mięczakiem. A co, jeśli jestem...?

- Nonsens.

-  Nigdy  nie  wiesz,  jak  zareagujesz  w  danej  sytuacji.  Kiedyś  się  całkiem  rozsypałam.  Może  mi  się  to  przydarzyć 

ponownie.

- World Trade Center?

- Byłam bezradna. Nic nie mogłam  zrobić. Nie było go tam. Nigdzie nie  było mojego ojca. Jeździłam po szpitalach. 

Rozwieszałam  wszędzie  jego  zdjęcia.  -  Poczuła  pieczenie  pod  powiekami.  -  Nie  mogłam  go  znaleźć.  Nigdy  go  nie 

odnaleziono. Zawodziłam i szlochałam jak wariatka. - Z trudem przełknęła napływające łzy. - Tak, boję się, że znowu 

będę tak samo bezradna. Nie mogę na to pozwolić.

- Więc przesadzasz w drugą stronę?

- No i dobrze. - Odchrząknęła. - A ty lepiej nie staraj się, żebym wyglądała na tych portretach tak jak wtedy. Miałeś 

jeszcze wymówkę, kiedy byłam ranna, ale nie teraz.

- A chcesz zobaczyć ten szkic?

- Jasne, że chcę.

Obserwowała go, jak podnosi się z fotela i zbliża do niej. Nie powinna była mu się zwierzać. Może nie poczuła się z 

tego powodu bardziej bezbronna, ale wyraźnie zbliżyła się do niego. Bóg jeden wiedział, że nie chciała zbliżać się do 

Morgana.

Uklęknął obok niej i położył jej szkicownik na kolanach.

- Alex.

Jej imię było nagryzmolone u góry strony.

Siła. Czujność. Inteligencja.

Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- Jestem... zdruzgotana.

- To dobrze.

- Czy taką mnie widzisz?

Uśmiechnął się szeroko.

- Ależ skąd! To tylko podstęp, żeby zaciągnąć cię do łóżka. Zawsze tak robię z dziewczynami. - Nagle spoważniał. -

Znasz mnie już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jestem z tobą szczery. Nawet jeśli wcześniej nie byłem, to wiesz, że w 

sztuce  jestem  szczery.  Sztuka  zawsze  musi  być  szczera  i  prawdziwa.  -  Jego  palce  delikatnie  przesunęły  się  po  jej 

policzku. - Nie ma w tobie wad. Widziałem to od początku.

Nie mogła oddychać. Jego palce były ciepłe i zaledwie ją muskały, ale zdawało jej się, że każdym nerwem swego ciała 

odczuwa jego dotyk. Ta twarz i te oczy... skupione i zdeterminowane.

Powoli uniosła dłoń i dotknęła jego ust.

Zamarł. A po chwili przysunął się tak, żeby jego usta przylgnęły całą powierzchnią do jej dłoni.

Alex zesztywniała. Poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Jezu, jej ciało było już gotowe.

background image

86

Zadrżała, kiedy językiem dotknął wnętrza jej dłoni. Ale nagle Morgan podniósł się i czar prysł.

- Nie - powiedział.

Patrzyła  na  niego  oszołomiona.  Co  miał  na  myśli,  mówiąc  „nie”?  Była  tak  podniecona,  że  gotowa  się  całkiem 

rozpłynąć.

- To nie fair - odezwał się po chwili. - Wzruszyłaś się, opowiadając o ojcu, a potem jeszcze ten rysunek. - Skrzywił usta. 

- I zrobiłem to celowo. Zachowałem się nagannie. Pragnąłem cię i chciałem cię zdobyć za wszelką cenę.

- Słucham?

- To manipulacja. Tylko że zapomniałem, że wobec ciebie nie mogę sobie już pozwolić na ten luksus. - Skierował się do 

swojej sypialni. - Jeśli mnie pragniesz, możesz do mnie przyjść.

Siedziała  bez  ruchu,  gdy  drzwi  sypialni  zamknęły  się  za  nim.  Co  u  diabła?  Czuła  się,  jakby  wskoczyła  do  krateru 

wulkanu,  który  po  chwili  przemienił  się  w  lodowiec.  Nie,  nie  w  lodowiec.  Była  w  szoku,  ale  nadal  była  tak  samo 

podniecona, jak wtedy, gdy jej dotknął.

Próba zmanipulowania jej była niegodziwa. Tego można się było spodziewać po mężczyźnie jego pokroju.

Ale to było generalizowanie, a w przypadku Morgana nie można było generalizować. Sam wyznaczał dla siebie prawo. 

Kto wie, co zrobi za chwilę?

„Jeśli mnie pragniesz, możesz do mnie przyjść”.

A niech to szlag!

Podniosła się z fotela, ruszyła do jego sypialni i otworzyła szeroko drzwi. Stał na środku pokoju i rozpinał koszulę.

- Czy powinnam być ci wdzięczna za zmuszenie mnie do wykonania kolejnego ruchu? A więc nie jestem. To cholernie 

trudne. - Odetchnęła głęboko. - Pragnę cię. I przyszłam po swoje. A teraz twoja kolej. Żądam choć odrobiny uwodzenia.

- Jesteś tego pewna?

Podeszła  do  niego i  oparła głowę na jego  piersi.  Miał  ciepłą,  gładką skórę,  którą porastały na  piersi  krótkie kręcone 

włosy. Potarła o nie policzkiem i poczuła, że jego ciało przeszedł dreszcz, a mięśnie brzucha napięły się gwałtownie.

- Nie chcę, żebyś mnie chronił przed sobą. Potrafię sama się bronić.

- Najwyraźniej nie idzie ci to najlepiej.

- Czy to nie ty mówiłeś, że trzeba żyć tak, jakby każda chwila była naszą ostatnią?

- Ale przecież ty się nie zgadzasz z taką filozofią.

- Dzisiejszej nocy się zgadzam - szepnęła. - Z tym przeklętym ramieniem całe wieki będę zdejmować tę bluzkę. Czy 

możesz przestać tak stać i mi pomóc?

Powoli ją objął i przytulił.

- O tak. Pomogę ci. Jak tyko chcesz, na wszelkie sposoby. Tylko powiedz mi...

- Sprawiłem ci ból?

Zachichotała.

- Kiedy? Czy to nie trochę za późno na wyrzuty sumienia?

- Nie. Powiedz, czy cię bolało.

Udała, że zastanawia się nad odpowiedzią.

-  Wydaje  mi  się,  że  coś  mnie  zabolało  w  ramieniu  za  trzecim  razem,  ale  szybko  mi  przeszło.  -  Drocząc  się  z  nim, 

ugryzła go w ramię. - Och! Zabolało cię?

- Nie. Tylko mnie pobudziłaś. Chcesz jeszcze raz?

background image

87

- Za chwilę. - Wtuliła się w niego. - Boże, ależ ty jesteś niewyżyty! Muszę trochę odsapnąć.

- W porządku. - Usiadł na łóżku. - Pójdę po szkicownik.

- Ani mi się waż! - Pociągnęła go z powrotem ku sobie. - Nie zamierzam pozować nago.

- Narysuję tylko twoją twarz - szepnął i pocałował ją. - Chcę zapamiętać ten wyraz twojej twarzy. Ty... promieniejesz.

Przełknęła ślinę, bo poczuła, że coś ściska ją w gardle.

- Jasne. I pewnego dnia, kiedy będę się tego najmniej spodziewać, zobaczę swój portret w jakiejś galerii.

-  Nie.  Gdybym  narysował  cię  nago,  zachowałbym  ten  szkic  tylko  dla  siebie.  Jestem  bardzo  zaborczy.  -  Pocałował 

zagłębienie na jej szyi. - Tylko twoją twarz...

- Może później. - Przyciągnęła jego głowę do piersi. - Nagle poczułam, że wcale nie jestem zmęczona...

Rozdział 8

Fairfax w stanie Teksas

Jeśli miał szukać czegoś niezwykłego na terenie fabryki, to najwyraźniej jego wyprawa skończy się fiaskiem.

Scott bezszelestnie poruszał się wzdłuż korytarza, zatrzymując się co jakiś czas, by zajrzeć do pomieszczeń, które mijał. 

Żadnych chemikaliów, za to jakieś urządzenia elektroniczne i wykresy...

Wszedł do jednego z laboratoriów i  przyjrzał  się takiemu wykresowi. Nic konkretnego. Żadnych nazw, miejsc, same 

numery, rysunki i dane liczbowe. Nic dziwnego, że zostawiono tu te papiery, kiedy zamykano zakład. One kompletnie nic 

nie mówiły człowiekowi z zewnątrz. Galen będzie zawiedziony, pomyślał.

Wybrał numer jego telefonu.

- Nic z tego. Żadnych chemikaliów. Jakieś urządzenia elektroniczne i parę wykresów, które nic nie mówią.

- Sprawdziłeś już całą fabrykę?

- Parter i pierwsze piętro. - Otworzył drzwi i ruszył w dół. - Teraz schodzę do piwnicy.

- A co ze strażnikiem?

-  Nie  ma po  nim  śladu.  Stale  go wypatruję, ale jak  na  razie  nie  wydaje  mi się,  żeby był  tu  potrzebny.  -  Doszedł  do 

podestu schodów i zaczął schodzić dalej. - Długie schody, czyli głęboka piwnica...

- Czy na pulpitach były jakieś notatki albo dokumenty?

- Nie. A szuflady wyglądały, jakby je ktoś wypucował ajaxem. - Doszedł do drzwi i nacisnął klamkę. - Zaczekaj. Drzwi 

do piwnicy są zamknięte. Muszę je otworzyć.

Wyciągnął klucze uniwersalne i po kolei próbował każdy, zanim natrafił na właściwy.

- Udało się. - Uchylił drzwi. - A teraz zobaczmy... A niech to! - Uskoczył do tyłu. - Omal nie zleciałem.

- Zleciałeś? Gdzie?

- Nie wiem. Poczułem, że zaraz spadnę. - Zapalił latarkę i oświetlił mrok piwnicy. - O w mordę!

- Mów.

- To bardzo dziwne. Tu nie ma podłogi. Piwnica jest ogromna. Prawdopodobnie zajmuje powierzchnię całej fabryki i 

terenu wokół niej. Widzę tylko ziemię i dziury, głębokie dziury, które chyba prowadzą do samych Chin. - Poświecił na 

ściany  dokoła.  -  Tylko  tyle  tu  jest.  Piach  i  te  dziury,  jak  jakieś  kanały.  Rzekłbym,  że  to  kwalifikuje  się  do  rzeczy 

niezwykłych. Zrobię kilka zdjęć i sam będziesz mógł...

Nagle eksplodował w nim palący ból.

- Chryste!

background image

88

Powinien być czujny i pilnować też tego, co dzieje się za jego plecami. Tylko amatorzy... Powinien był...

Alex ocierała się policzkiem o zagłębienie w ramieniu Morgana.

- Kto to jest Runne?

Zesztywniał.

- Co?

- To musi być ktoś bardzo dla ciebie ważny, skoro mówisz o nim przez sen.

Rozluźnił się.

- Usłyszałaś jego imię, kiedy je wypowiadałem?

- A niby gdzie miałam usłyszeć?

- Runne czasami zdaje się wszechobecny. - Pocałował ją w czubek głowy. - To ktoś, kogo kiedyś znałem.

- A to znaczy, że nie zamierzasz mi powiedzieć nic więcej.

- Może  kiedyś. To  paskudna historia, a nie mam ochoty  psuć  dobrego nastroju. - Położył dłoń  na jej piersi.  - Lepiej 

zająć się czymś przyjemniejszym.

O tak, to, co robili, było przyjemne. Nigdy wcześniej nie odczuwała tego tak silnie, do głębi i bosko. Było między nimi 

napięcie  i  szaleńcze  pożądanie  połączone  z  czułością.  Nigdy  nie  wyobrażała  sobie  Morgana  jako  kogoś  czułego,  ale 

właśnie się dowiedziała, że zawsze po burzy zmysłów stawał się delikatny i tkliwy.

- Podobało mi się.

Zaśmiał się.

- Byłaś wniebowzięta. Pewnie chcesz, żebym w ogóle nie opuszczał mojego miejsca?

- A które to jest twoje miejsce? Za każdym razem, kiedy się obracałam, zabierałeś się do dzieła i zdobywałeś kolejne 

terytoria, więc już sama nie wiem, którą pozycję masz na myśli.

- Ale te terytoria są takie intrygujące. - Pieścił ustami jej sutek. - A ty wyraźnie nie masz nic przeciwko temu, żebym się 

jeszcze trochę popanoszył... - Na szafce nocnej zadzwonił telefon. - Cholera. Lepiej, żeby Galen nie dzwonił tylko po to, 

żeby nam powiedzieć, że nie ma żadnych informacji. - Wziął telefon i odebrał połączenie. - Co się dzieje, Galen?

- Myślę, że Scott nie żyje.

Morgan wyprostował się.

- Skąd wiesz?

- Nie wiem. Rozmawiałem z nim przez telefon i usłyszałem wystrzał.

- Pozbądź się swojego telefonu. Mogą próbować cię namierzyć.

- Wątpię. Ale i tak już się go pozbyłem. Dzwonię z innego aparatu. Scott powiedział, że w zakładach są różnego rodzaju 

urządzenia elektroniczne, ale wszystkie dokumenty zostały zabrane. Urządzenia pewnie nic nam nie powiedzą, skoro je 

tam zostawili. Ale po zejściu do piwnicy Scott natrafił na coś interesującego. Piwnica rozciągała się nie tylko pod całym 

budynkiem fabryki, ale także pod terenem wokół niej. I pełno w niej było wielkich dziur. Scott powiedział, że wyglądały, 

jakby ktoś chciał się przekopać do Chin.

- Coś jeszcze?

- Nic. Jeśli zobaczył coś więcej, to nie miał już szansy mi o tym powiedzieć. Skurczysyny.

- Przykro mi z powodu Scotta. Był twoim przyjacielem?

- Nie, ale to ja go tam wysłałem. Był jednym z moich kontaktów. To się staje coraz bardziej osobiste.

- Dziury...

background image

89

- Bardzo głębokie. Masz jakiś pomysł?

-  Nie  w  kwestii  piwnicy.  Ale  musimy  znaleźć  kogoś,  kto  może  z  nami  porozmawiać.  Jakieś  wieści  na  temat  karty 

kredytowej Powersa?

- Nie. Zadzwonię, jak coś będę miał. Lecę następnym samolotem do Brownsville. Muszę się upewnić, że mam rację co 

do Scotta - Rozłączył się.

- Co się stało? - spytała Alex.

-  Prawdopodobnie  Scott  nie  żyje.  -  Morgan  wstał  z  łóżka.  -  Wezmę  prysznic  i  zrobię  kawę.  Nie  sądzę,  żeby 

którekolwiek z nas mogło zasnąć tej nocy.

- Powiedz mi, co się stało. Co takiego znalazł?

- Dziury. Głębokie dziury.

- To idiotyczne. - Alex upiła łyk kawy. - Co oni tam robili w tej piwnicy?

- Jakieś eksperymenty, biorąc pod uwagę całe to wyposażenie elektroniczne laboratoriów. - Morgan usiadł wygodnie w 

fotelu. - Eksperymenty wymagające elektroniki, a nie chemikaliów.

- Znów za mało informacji.

-  I  tak  będziemy  musieli  to  zbadać,  nawet  jeśli  nie  mamy  wystarczających  danych.  Znasz  się  na  wyszukiwaniu 

informacji i ich zestawianiu?

- Całkiem nieźle. W końcu jestem dziennikarką. Co konkretnie masz na myśli?

- Coś  zburzyło  tamę i  spowodowało osunięcie się  ziemi.  I nie  był to  ładunek wybuchowy.  Chyba że oszukali  opinię 

publiczną. Ale nie sądzę. Zbyt wielu naukowców pojawiło się na miejscu zdarzenia i badało jego przyczyny.

- W takim razie czego mam szukać?

- Czegoś innego. Jakiegoś wynalazku, osiągnięcia technologicznego... Może czegoś zupełnie nowego, a może starego, 

tyle że zapomnianego. Jakiegoś ziarenka, z którego mogło wykiełkować duże drzewo. Nie wiem...

- Ja też nie mam pojęcia. - Zacisnęła usta. - Ale jeśli to gdzieś jest, znajdę te informacje.

- Czego będziesz potrzebowała?

- Komputera chronionego hasłem, z możliwością dostępu do internetu, żebym mogła zacząć od przeszukania zasobów 

systemu LexisNexis. Trochę czasu i sporo szczęścia.

- Komputer i programy nie są problemem. Ale o czas i szczęście musimy sami zadbać.

- A ty co zamierzasz robić?

- Jak tylko dostanę informacje od Galena, zamierzam dopaść Powersa. Sądzę, że jak go złapiemy, nic więcej nie będzie 

nam potrzebne. Powers wyśpiewa nam wszystko, co chcemy wiedzieć.

- Wyśpiewa, jak zechce.

- Nie. Wyśpiewa. - Zapewnił spokojnie. - Już ja ci to obiecuję.

Zatrzymała  kubek  w  pół  drogi  do  ust  i  poczuła  chłód  przeszywający  ciało.  Czterdzieści  minut  temu  była  w  łóżku  z 

Morganem,  ciepłym,  czułym  i  bardzo  podnieconym.  Teraz  siedzi  naprzeciwko  niej  zupełnie  inny,  onieśmielający  ją 

mężczyzna.

- Chcesz, żebym udawał kogoś, kim nie jestem? - Morgan przyglądał się jej uważnie. - Powers może nas naprowadzić 

na właściwy trop. I zapewniam cię, że to zrobi.

- A jeśli nie, to...?

- Złamię go. Powoli i w potwornych męczarniach. Nie sądzę, żeby wytrwał w milczeniu dłużej niż godzinę.

background image

90

- Mój Boże.

- A co? Mam być łagodny i pozwolić jemu i tym jego kolesiom, żeby spowodowali następne Arapahoe Junction? Może 

lubisz spacerować po rumowiskach skalnych i wygrzebywać z nich ciała niewinnych ludzi...?

- Nie!

-  Tak  też  myślałem.  -  Skrzywił  się.  -  Ale  widzę,  że  znowu  masz  problem  z  moim  wizerunkiem.  To  zabawne.  Dla 

niektórych kobiet zapach śmierci jest niczym afrodyzjak.

- Co?

Podniósł do góry dłoń.

- Powiedz mi, co widzisz?

- Wiesz, co widzę.

- Widzisz śmierć? Jest tu. Czeka. Palec na spuście, nieruchoma dłoń i celne oko.

- Przestań tak mówić. Przez ciebie czuję...

- Co? Że się za bardzo zbliżasz? Nikt nie chce podchodzić za blisko. Nikt nie lubi poznawać najgorszych szczegółów. 

Ale kiedy ci zlecają taką robotę, to wcale nie mają wyrzutów sumienia. Zachowują dystans i nic ich to nie obchodzi. Nie 

chcą wiedzieć, jak to jest zabijać. Zamykają na to oczy i uszy. Prędzej czy później da się o tym zapomnieć.

Patrząc  na  jego  twarz,  Alex  uświadomiła  sobie,  że  Morgan  nigdy  o  tym  nie  zapominał.  Miał  nieprzejednany  wyraz 

twarzy, ale pod spodem, pod tą maską był... Jaki? Nie wiedziała i w tej chwili była zbyt zdenerwowana, żeby analizować 

motywy  jego  działania.  Mówi  się,  że  nikt  nie  zna  tak  dobrze  mężczyzny  jak  kobieta,  która  z  nim  spała.  Ona  spała  z 

Morganem  i  odkryła  w  nim  namiętność,  delikatność  i  łagodność.  Niewątpliwie  był  najlepszym  kochankiem,  jakiego 

miała. Ale teraz odsłonił przed nią inną stronę swojego charakteru, która nie miała nic wspólnego z tym mężczyzną, który 

się z nią tej nocy kochał.

-  Kuba  Rozpruwacz?  -  odezwał  się  szyderczym  tonem.  -  Czy  może  bardziej  Attyla,  wódz  Hunów?  Kogo  ci 

przypominam?

- Nie bądź śmieszny.

- Ulżyło mi. - Wstał i zaniósł do zlewu filiżankę. - Ale już straciłaś ochotę na ponowne pójście ze mną do łóżka?

-  A  czego  się  spodziewałeś?  Może  i  nie  jesteś  Kubą  Rozpruwaczem,  ale  całkiem  nieźle  wychodzi  ci  rola  Doktora 

Jekylla i Mister Hyde’a. - Przyjrzała mu się badawczo. - A może to było celowe? To wspaniały sposób, żeby mnie od 

siebie odsunąć. Czy to nie jest twoje modus operandi? Utrzymanie dystansu w każdych okolicznościach? - Podniosła się. 

- Chyba ci się udało. W tej chwili nie mam ochoty na obcowanie z kimś o podwójnej osobowości. Załatw mi komputer, to 

wezmę się do pracy.

- Zadzwonię do Galena i każę mu go jak najszybciej wysłać. - Podszedł do drzwi wyjściowych. - Ale to i tak nie nastąpi 

w ciągu kilku najbliższych godzin. Galen jest teraz w drodze do Brownsville. Chodź na spacer. Oboje musimy ochłonąć.

- Ty idź. Ja zostanę.

- Nie ma mowy. O ile mi wiadomo, w kwestii bezpieczeństwa nic się nie zmieniło. Jesteśmy ze sobą związani.

Nie tak byli ze sobą związani tej nocy. Do diabła, czemu to wspomnienie pojawiło się w jej głowie akurat teraz, kiedy 

próbowała zachować chłód? Ponieważ miała zamęt w głowie i cierpiała, a jej ciało nadal go pragnęło. Musi stłumić w 

sobie te emocje, tak jak on to zrobił.

- Masz rację. Nic się nie zmieniło. Wezmę kurtkę - powiedziała.

Byli na zewnątrz niewiele ponad godzinę, kiedy zadzwonił telefon.

background image

91

-  Nie  spodziewałem  się  wieści  od  ciebie  tak  szy...  O  cholera!  -  Przez  chwilę  słuchał  w  milczeniu.  -  W  porządku, 

rozumiem.  Nie,  nie  wysyłaj  już  nikogo  innego.  Wchodzę  w  to.  -  Rozłączył  się  i  zwrócił  do  Alex.  -  Galen  dzwonił  z 

lotniska w Houston. Ma międzylądowanie i właśnie dowiedział się o eksplozji.

- Eksplozji?

-  W  zakładach  włókienniczych  w  Fairfax.  Specjaliści  ze  straży  pożarnej  nie  będą  mogli  wydać raportu  o  przyczynie 

wybuchu pewnie jeszcze przez parę tygodni. Nadal nie mogą ugasić pożaru.

- Zacierają ślady?

- Tak. Poza tym to rewelacyjny sposób na pozbycie się zwłok.

Zwłoki. Nigdy nie poznała Scotta, ale mówienie o nim w sposób tak rzeczowy wydało jej się bezduszne.

- Sądzisz, że zostawili go, żeby spłonął w pożarze?

- Najprawdopodobniej. Jeśli słyszeli jego rozmowę telefoniczną z Galenem, to musieli uznać, że pozostawienie fabryki 

będzie zbyt ryzykowne. A teraz nie ma ani fabryki, ani Scotta. - Zawrócił w stronę domu. - Kiedy fabryka całkiem się 

wypali, nie będzie już żadnych piwnic z ich dziwacznymi kanałami do Chin.

Przyspieszyła, żeby dotrzymać mu kroku.

- Powiedziałeś Galenowi, że w to wchodzisz. Wybierasz się do Houston?

-  Nie.  Udało  mu  się  ustalić  adres  na  podstawie  transakcji  kartą  kredytową  Powersa.  Jadę  do  Indiany.  Ale  najpierw 

zawiozę  cię  do  domu  twojej  przyjaciółki  Sary  na  wybrzeżu.  Logan  poradzi  sobie  z  ochroną,  chociaż  pewnie  będzie 

wściekły, że  nie  może  trzymać cię  z dala od  swojej żony. Cóż,  żadne  z nas  nie  spodziewało się,  że  znajdziemy się  w 

takiej sytuacji.

- Nigdzie mnie nie wywieziesz. Nie zamierzam być przerzucana z miejsca na miejsce jak worek kartofli. I jeśli sądzisz, 

że podejmę ryzyko i ściągnę Sarze na głowę całą tę aferę, to jesteś szurnięty. Do Indiany, ale konkretnie dokąd?

- Do Terre Haute.

- Myślisz, że jest szansa, że informacje z karty są prawdziwe?

- Niewielka. Jeśli nie są prawdziwe, to może uda mi się jakoś złapać inny trop. Możliwe, że zadziałam jak przynęta.

- Nie rozumiem.

- Jeśli Powers dowie się, że ktoś próbuje go namierzyć, może sam zacznie polowanie.

- I dlatego wybierasz się tam sam? Ponieważ chcesz złapać myśliwego?

- Właśnie.

- Przyszło ci do głowy, że on może czekać na ciebie w zasadzce? I to nie sam?

- W takiej sytuacji wycofam się i spróbuję jeszcze raz następnego dnia. - Przyspieszył kroku. - Ale i tak będę dla niego 

zagrożeniem, bo znajdę się dużo bliżej.

- Lepiej przyzwyczaj się do liczby mnogiej. My znajdziemy się bliżej.

- Nie uda mi się ciebie przekonać, żebyś ze mną nie jechała?

- Nawet nie próbuj. Tylko powiedz mi, w jaki sposób dopniemy się do Terre Haute, żeby nas nie rozpoznano?

- Z tym problemem damy sobie radę. - Zmarszczył czoło. - Alex, proszę cię, pozwól mi zawieźć cię do Logana.

Minęła go i weszła na taras.

- Jak załatwić fałszywe dokumenty i karty kredytowe?

- Przez Galena - odparł z rezygnacją w głosie i pokręcił głową.

-  Ciągle  ten  Galen.  -  Zaczekała, aż  otworzył drzwi.  -  W  takim razie  powiedz  mu,  żeby  koniecznie  dostarczył  mi do 

Terre Haute laptop z tymi programami, o których mówiłam.

background image

92

- Fairfax zostało zniszczone? - powtórzył jak echo Powers. - Ale mówiłeś, że możemy potrzebować tego miejsca, żeby 

przeprowadzić  więcej  eksperymentów  po  Arapahoe.  Sam  mogłem  je  wysadzić  w  powietrze.  Trzeba  mi  było  tylko 

powiedzieć słówko.

- Więcej  byłoby z tego  kłopotów  niż pożytku, po tym jak  Kimble natknął się w piwnicy na Scotta. Facet rozmawiał 

przez telefon i nie wiadomo, kto jeszcze dowiedział się o Fairfax. - Betworth przerwał. - I o tobie. Scott wypytywał o 

ciebie w hotelu. Jak się domyślam, użyłeś karty kredytowej, chociaż założę się, że prosiłem, byś płacił gotówką.

- Tylko dwa razy posłużyłem się Visą. Zabrakło mi gotówki i potrzebowałem...

- Daruj sobie tłumaczenia - przerwał mu spokojnie Betworth. - Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, nie byłoby 

żadnych  problemów  z  takim  drobnym  potknięciem.  Ale  w  tej  sytuacji  musimy  się  upewnić,  czy  nie  narobi  nam  to 

większych kłopotów.

- Dla kogo pracował Scott?

- Jurgens to sprawdza. Próbowaliśmy dowiedzieć się, do kogo dzwonił, ale nic z tego nie wyszło. Scott to detektyw do 

wynajęcia, wolny strzelec, bardzo dobry i bardzo dyskretny. W jego biurze nie znaleźliśmy żadnych śladów mówiących, 

dla  kogo  pracował.  -  Betworth  bezmyślnie  gryzmolił  w  notesie  szubienicę. -  Założę się,  że  to  Morgan. Tylko on  miał 

informacje na temat Fairfax. Co ty o tym sądzisz?

- Brzmi sensownie.

-  Scott  miał  twój  portret  pamięciowy.  Alex  Graham  wie  jak  wyglądasz,  więc  pewnie  nadal  jest  z  Morganem.  -

Dorysował postać wisielca. - Na jaki adres naprowadzi Morgana ta twoja karta kredytowa?

- Do Terre Haute. Ale to mu nic nie da. Nie mieszkam tam już od pięciu lat. Wyrobiłem ją, kiedy jeszcze byłem z moją 

eks żoną. Po rozwodzie ustaliłem z nią, że nie będę likwidował karty, a ona będzie mi przesyłać wyciągi na adres skrytki 

pocztowej. To powstrzyma każdego przed szukaniem mojego aktualnego adresu. Ale mogę zatrzeć ślady - dodał szybko. 

- Wyślę Mae na miłe i kosztowne wakacje. Kupi to.

-  Po  co  to  robić?  Ta  sytuacja  jest  dla  nas  okazją.  Możesz  wrócić  do  swojej  drogiej,  kochanej  żonki  i  przygotować 

pułapkę na Morgana. Może uda się nam w ten sposób złapać też Graham?

- Jak sobie życzysz...

- Tego właśnie od ciebie wymagam. Zadzwoń do mnie, kiedy objawi się Morgan. Oczywiście wyślę tam Jurgensa, żeby 

czekał w pogotowiu, gdyby coś poszło nie tak.

- Wszystko będzie dobrze.

- Mam do ciebie pełne zaufanie. - Narysował pętlę wokół szyi wisielca. - Informuj mnie - powiedział na zakończenie i 

rozłączył się.

Szybko ponownie wystukał numer. Ku jego zaskoczeniu natychmiast uzyskał połączenie.

- Gdzie jesteś, Runne?

- W Fort Collins. To już za długo trwa. Potrzebuję więcej informacji.

- Dlatego właśnie dzwonię. Być może mogę ci pomóc. Wysłałem pewnego dżentelmena, Thomasa Powersa, do miasta 

na środkowym zachodzie. Judd Morgan wybiera się tam, żeby go dopaść, a on zamierza złapać tam Morgana.

- Nie!

- Spodziewałem się, że tak zareagujesz. Nie obawiaj się, nie chcę cię wyrolować. Powers będzie pewnym utrudnieniem 

całej operacji, ale może uda mu się wyciągnąć Morgana z ukrycia. Musisz zrobić dla mnie dwie rzeczy w zamian za adres 

Powersa.

background image

93

- Co takiego?

- Chcę, żebyś dał mi słowo, że wykonasz zadanie w Z-3.

Runne nie odpowiedział.

-  Byłem  wobec  ciebie  bardzo  cierpliwy.  Teraz  musisz  się  zobowiązać.  Mówiłeś  mi,  że  na  niczym  ci  nie  zależy  tak 

bardzo jak na schwytaniu Morgana. Udowodnij to.

- Tamto zadanie może stanąć mi na przeszkodzie.

- Przyrzeknij. Twój ojciec byłby dumny, że dostałeś tak zaszczytne zadanie.

- Może.

- Jeśli nie, to życzę miłego pobytu w Kolorado.

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

- Zrobię to - powiedział po chwili Runne.

- Obiecujesz?

- Obiecuję. Gdzie jest Morgan?

- Jeszcze jedna rzecz. Chcę, żebyś usunął też Powersa.

- Zrobione. - W głosie Runne’ego nie było wahania. - Powiedz mi, gdzie on jest.

- W Terre Haute w Indianie, 1372 Oak Place.

Betworth usłyszał sygnał przerwanego połączenia.

Tym razem grubiaństwo Runne’ego wcale go nie raziło. Był zbyt zadowolony z siebie. Czystą radością było dla niego 

pociąganie za sznurki i obserwowanie, jak kukiełki podskakują.

Wysłać wilka, żeby ścigał tygrysa, a potem wypuścić kobrę, żeby pozbyła się wilka.

Uśmiechnął się, dorysowując dwie linie wyobrażające otwartą klapę w podłodze pod szubienicą.

- Do diaska, nie mogę mówić - wybełkotała Alex. - całe usta mam zapchane.

-  Wybacz.  Nie  mogłem  znaleźć  niczego  lepszego  niż  plastikowe  torebki.  -  Morgan  szybko  zrobił  jej  przedziałek  na 

środku głowy i zaczesał włosy na gładko. - Powiedziałem Galenowi, żeby załatwił dla nas potrzebne zestawy do zmiany 

wyglądu i zostawił je  w skrytce na dworcu autobusowym w Des Moines. Ale zanim tam dojedziemy, nie  powinniśmy 

zwracać na siebie uwagi.

- A jak się tam dostaniemy?

- Pojedziemy do Des Moines starym pickupem, który stoi w stodole. Potem awionetką przelecimy do Terre Haute. Masz 

jakiś podkład do makijażu?

Pokręciła głową.

- Zwykle maluję tylko usta i używam pudru. Reszta to za dużo zachodu.

- No tak. Z taką cerą nie potrzebujesz podkładu. Ale w tej chwili to dość niekorzystne. - Wyszedł na chwilę z pokoju, a 

potem wrócił i podszedł do kominka, z którego wyjął całą garść popiołu. - To pomoże nadać ziemisty kolor twojej cerze. 

- Podszedł do niej i natarł jej twarz popiołem, a nadmiar strzepał. Potem resztę popiołu wtarł jej we włosy. Z kieszeni 

wyciągnął mały kamyk. - Weź to. Zdejmij lewy but i włóż do środka ten kamyk.

- Po co?

- Masz bardzo dystyngowany chód. Swobodny i pewny siebie. A to pomoże zmienić go na mniej dostojny.

Skrzywiła się.

- Chcesz, żebym kulała, bo to będzie mnie uwierało w bucie?

background image

94

- Tylko trochę. - Cofnął się i przekrzywiwszy głowę, przylizał się jej krytycznie. - Może być. Dodatkowo zamaskuje cię 

szeroka zimowa kurtka. Nie będziemy robić żadnych postojów w drodze do Des Moines oprócz koniecznego tankowania 

na stacjach.

Alex  wstała  i  podeszła  do  lustra  w  łazience.  Jej  twarz  wyglądała  na  pulchniejszą,  szarą  i  przynajmniej  dziesięć  lat 

starszą. Przedziałek na środku i wypchane policzki całkowicie zmieniły zarys jej twarzy.

- Pamiętaj, żeby pilnować policzków. Jeśli nie będą wypchane równo, będą wyglądać dziwnie. - Morgan stał obok niej z 

pudełkiem  na  szkła  kontaktowe  w  ręku.  Jego  skóra  miała  ten  sam  ziemisty  odcień  co  jej.  -  Będzie  łatwiej,  kiedy 

dostaniemy  profesjonalne  zestawy.  Wypełniacze  policzków  są  dużo  wygodniejsze,  takie  same jak  te,  których  używają 

aktorzy teatralni.

- Już się nie mogę doczekać - rzuciła oschle. - A jakie inne akcesoria dla mnie przewidujesz?

- Wkłady do nosa, żeby poszerzyć ci nozdrza. Jakiś samoopalacz. Peruka o innym kolorze włosów i fryzurze. - Mówiąc 

to, wkładał sobie do oka brązowe szkło kontaktowe. - Niedobrze, kiedy charakteryzacja jest zbyt skomplikowana. Jeśli 

jest  ci  niewygodnie,  zaraz to  po tobie widać i  w  ten sposób  przyciągasz  uwagę. Czasem  można  też  zapomnieć  coś  na 

siebie włożyć, a to bywa fatalne w skutkach.

- Sporo wiesz o przebieraniu się.

- Czasem jest to bardzo pomocne.

- Skąd masz te szkła kontaktowe?

-  Noszę  je  ze  sobą.  Są  małe  i  nie  zajmują  wiele  miejsca.  A  moje  błękitne  oczy  bardzo  zwracają  uwagę.  Nieraz  już 

wpakowały mnie w kłopoty, a nigdy nie wiadomo, kiedy będę potrzebował choć odrobiny kamuflażu.

- No tak, to nie w twoim interesie.

Odwrócił się i spojrzał na nią.

- Racja, to nie w moim interesie. - Schował pudełko po szkłach do kieszeni. - Ruszajmy w drogę.

Biały Dom

Andreas  występuje  publicznie  jak  zawsze,  pomyślał  Betworth,  z  zazdrością  obserwując  prezydenta,  jak  z  uroczą 

pierwszą  damą  przechodził  wzdłuż  szpaleru  gości.  Roztaczał  dokoła  siebie  urok  i  każdy  mężczyzna  w  pomieszczeniu 

mógł  śmiało  powiedzieć,  że  to  człowiek  opiekuńczy  niczym  ojciec  i  oddany  jak  rodzony  brat.  Taka  mieszanka, 

zaprawiona jeszcze odrobiną seksapilu, dostrzeganego przez kobiety, i prezydent był niemal nie do pokonania.

Ale Betworth potrafi go pokonać. Był tak samo szarmancki i finezyjny jak Andreas. To tylko niewidzialna aura władzy, 

która otacza każdego prezydenta, sprawiała, że dla ludzi wokół Andreas był Supermanem.

Niestety Betworthowi nigdy nie udało się pokonać drogi do najbliższego grona współpracowników Andreasa. Sukinsyn 

zawsze  trzymał  go  na  dystans  i  wszyscy  wpływowi  ludzie  Waszyngtonu  o  tym  wiedzieli.  Cóż,  przezwycięży  tę 

przeszkodę.

- Facet z jajami, prawda?

Obejrzał się za siebie i zobaczył Hanka Ellswytha, lidera większości parlamentarnej, z podziwem wpatrującego się w 

Andreasa.

-  Można  byłoby  pomyśleć,  że  po  takich  groźbach  skierowanych  pod  jego  adresem  odwoła  tego  typu  spotkanie.  -

Ellswyth uniósł szklankę z koktajlem w geście toastu. - Jego zdrowie.

background image

95

- W Białym Domu, z całą ochroną, raczej nie powinien czuć się zagrożony. - Betworth uśmiechnął się. - Ale może masz 

rację. Dyskrecja jest teraz najcenniejsza.

-  Nie  powiedziałem,  że  to  błąd  z  jego  strony  -  szybko  sprostował  Ellswyth.  -  Nie  możemy  dać  się  zastraszyć 

terrorystom.

- Ty nigdy byś się nie dał - powiedział Betworth. - Wszyscy wiedzą, na jakie stanowisko kandydujesz, Hank. Wszyscy 

w ciebie wierzymy. A Andreas najbardziej.

Prezydent zatrzymał się przy dystyngowanym starszym mężczyźnie z siwą grzywą i arystokratycznymi rysami twarzy. 

Po chwili obaj wyszli na taras.

-  Ciekawe,  jaką  sprawę  ma  prezydent  do  Sheparda?  -  mruknął  Ellswyth.  -  Zwykle  nie  mają  sobie  zbyt  wiele  do 

powiedzenia.

- Nie wiadomo. - Betworth wzruszył ramionami.  -  Może stara  się pokazać wszystkim,  że tworzą  z wiceprezydentem 

wspólny front?

-  To  Shepard  ostatnio  jest  na  pierwszej  linii  tego  frontu.  Przemówienie,  które  wygłosił  w  Arapahoe  Junction,  było 

świetne. Nie wiedziałem, że stać go na coś takiego. Jego notowania skoczyły gwałtownie w górę.

- W tych czasach wszyscy musimy podejmować takie wyzwania.

- Ciekawe, na jakie wyzwanie teraz namawia go prezydent? - mruknął Ellswyth.

- Kto wie... Shepard potrafi czasem być tajemniczy. Nie tak jak ty, Hank. Wszyscy doceniamy twoją otwartość.

Ellswyth uśmiechnął się.

- Jestem zwykłym gościem z Missouri, który wykonuje swoją robotę.

Bzdura. Ellswyth nie był zwyczajnym gościem. Kombinował na wszystkie sposoby, byle tylko wyrobić sobie pozycję i 

wystartować  w  następnych  wyborach  prezydenckich.  Betworth  nie  miał  co  do  tego  wątpliwości.  Ambitni  ludzie  byli 

łatwiejszym celem manipulacji niż idealiści. Wystarczy obiecać im świat, a podążą za tobą wszędzie.

- Myślę, że pójdę teraz złożyć wyrazy uszanowania naszej pierwszej damie - powiedział Ellswyth, odstawiając drinka. -

Nie miałem okazji z nią porozmawiać dzisiejszego wieczoru.

Chelsea Andreas stała niedaleko szklanych drzwi prowadzących na taras, za którymi zniknął prezydent z Shepardem -

Ellswyth wprost umierał z ciekawości, żeby dowiedzieć się o czym mężczyźni rozmawiali.

Betworth  także.  Ale  nigdy  nie  popełniłby  tego  błędu  i  nie  okazałby  ciekawości.  I  tak  się  dowie.  Cierpliwości.  We 

wszystkim trzeba zachowywać cierpliwość.

- Shepard, mam do ciebie prośbę. - Andreas rzucił okiem na ogród. - To bardzo ważne dla mnie.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, panie prezydencie. - Carl Shepard uśmiechnął się. - Jestem zaszczycony. Pierwszy 

raz od tylu lat osobiście mnie o coś prosisz. Już zaczynałem podejrzewać, że może żałujesz, że wybrałeś mnie na swojego 

zastępcę.

Nie on go wybrał, pomyślał ponuro Andreas. Partia dała mu dwie kandydatury do rozważenia i Shepard był tym, wobec 

którego miał mniejsze obiekcje. Jak na gust Andreasa jego zastępca był za bardzo w stylu emerytowanego doradcy. Kraj 

gotował  się  do  zmian,  a  jego  przywódcy  musieli  być  na  nie  gotowi.  Chociaż,  może  był  zbyt  surowy  wobec  niego, 

pomyślał  Andreas.  Shepard  robił  wszystko,  co  się  dało,  żeby  sprostać  wyzwaniom  -  podróżował,  wygłaszał 

przemówienia, odwiedzał pogrążone w żałobie rodziny pracowników ambasad, którzy zginęli w ostatnich zamachach.

- Zaledwie przez parę dni w miesiącu obaj jednocześnie jesteśmy w Białym Domu. Nadeszły takie czasy, że musimy 

chodzić różnymi ścieżkami.

background image

96

Shepard zaśmiał się.

-  Niektórzy  reporterzy,  piszący  o  Białym  Domu,  zaczęli  nazywać  mnie  człowiekiem  zagadką.  -  Spoważniał.  -  Nie 

przeszkadza mi to. Jeśli dla kraju jest lepiej, kiedy znajduję się poza Waszyngtonem, to tak musi być. Zdaję sobie sprawę, 

że tu chodzi o politykę, a nie o twoje osobiste preferencje.

- Racja. - Prezydent zwrócił się twarzą do Sheparda. - Ale teraz mam do ciebie osobistą prośbę. Chcę, żebyś pomógł mi 

wydostać moją żonę z Białego Domu.

Shepard spojrzał na Chelsea, która stała wewnątrz i rozbawiała z Ellswythem.

- To nie będzie łatwe. Prawie się nie znamy.

-  Twoja  żona  jest  przewodniczącą  Fundacji  na  rzecz  Molestowanych  Dzieci.  Chelsea  jest  zaangażowana  w  tę 

organizację  od  lat  i  bardzo  się  tym  przejmuje.  Poproś  ją,  żeby  wygłosiła  przemówienie  na  jakiejś  konferencji  albo 

odwiedziła  ośrodek  gdzieś  w  kraju.  Nieważne,  co  wymyślisz.  -  Głos  Andreasa  stał  się  szorstki  i  stanowczy.  -  Tylko 

zabierz ją gdzieś daleko ode mnie.

Przez chwilę Shepard się nie odzywał.

- Chodzi o groźby ze strony terrorystów, którzy są odpowiedzialni za zamachy bombowe na ambasady?

- A jak myślisz? Trzy ambasady zostały zaatakowane, a do tej pory nie udało się znaleźć żadnych realnych poszlak. To 

nie są zwyczajne zagrania. Oni są sprytni, muszą mieć mnóstwo pieniędzy i spore kontakty. Nie mogę mieć pewności, że 

nie zbliżają się do mnie.

- Jak dotychczas Keller zapewnia ci bezpieczeństwo.

- Racja, ale i tak dawka cyjanku przedostała się do mojej kuchni, a jeszcze wcześniej na terenie wokół mojej siedziby 

znaleziono materiały wybuchowe ze sprzętem detonującym.

- Najważniejsze, że je znaleziono. A poza tym to było już jakiś czas temu. Jestem pewien, że Keller przetrząsa każdą 

najmniejszą dziurę w Białym Domu.

-  Ja  też.  Nie  poprosiłem  cię  tutaj,  żebyś  mnie  pocieszał.  -  Prezydent  zacisnął  usta.  -  Rozumiem,  kiedy  groźby  są 

kierowane  pod  moim  adresem.  Tego  można  się  spodziewać,  bo  jest  to  wpisane  w  ryzyko  mego  stanowiska.  Ale  nie 

pozwolę,  żeby celem gróźb  stała  się Chelsea, tylko dlatego że  stoi przy moim  boku.  -  Przerwał i  spojrzał na żonę, po 

czym dodał już spokojniej: - A ona jest zawsze przy mnie. W każdej sytuacji.

- Zrobię, co będę mógł. Porozmawiam z Nancy jeszcze dziś wieczorem. Kiedy ma ją stąd zabrać?

- Wczoraj, dzisiaj, jak się da najszybciej. Dzieci już wysłałem do ich siostry przyrodniej, do San Diego. Została tylko 

Chelsea, która nie chce mnie odstąpić. - Poklepał Sheparda po ramieniu. - Mam wobec ciebie dług wdzięczności.

- To dla mnie zaszczyt, panie prezydencie. Nadeszły takie czasy, że wszyscy musimy trzymać się razem.

To prawda, pomyślał ponuro Andreas, otwierając szklane drzwi z tarasu. Musimy trwać zjednoczeni. Ale w tej chwili 

trzeba odsunąć Chelsea. Dla jej własnego dobra.

Zatrzymał się w drzwiach i rozejrzał po sali. Nie było możliwości, żeby się wymknął z tego przyjęcia niezauważony, ale 

wszyscy goście udawali, że nie dostrzegli jego wyjścia na taras.

Wszyscy  oprócz  Betwortha.  Ten  uśmiechnął  się  i  lekko  skłonił,  zanim  powrócił  do  rozmowy  z  ministrem  pracy. 

Bezczelny typek o wyjątkowo silnej osobowości.

Andreas chłodno skinął mu głową, jednocześnie obejmując ramieniem Chelsea i składając pocałunek na jej skroni.

- Wszystko w porządku? - spytał.

background image

97

-  Tak.  -  Uśmiechnęła  się  promiennie  do  Ellswytha.  -  Senator  opowiadał  mi  o  St.  Louis,  ale  jestem  pewna,  że  dużo 

bardziej  go  interesuje  to,  o  czym  rozmawiałeś  z  wiceprezydentem Shepardem.  -  Wypiła  łyk  soku  pomarańczowego.  -

Prawda, senatorze?

Ellswyth zamrugał powiekami.

- Nic podobnego. Nie miałem...

- Nie? W takim razie musiałam się pomylić. - Wsunęła ramię pod rękę Andreasa. - Myślę, że już czas, żebyśmy zrobili 

małą  rundkę  i  przywitali  się  z  ministrem  spraw  zagranicznych.  Jutro  rano  masz  wizytę  w  szkole  dla  dzieci 

niepełnosprawnych.  -  Uśmiechnęła  się  do  Ellswytha  w  sposób,  który  pozwolił  mu  zapomnieć  o  zakłopotaniu,  jakiego 

przed chwilą doświadczył. - Wybaczy nam pan? - Nie czekając na odpowiedź, delikatnie pociągnęła Andreasa za sobą. -

Co ty wyprawiasz? - szepnęła. - Wszyscy na tej sali zastanawiają się, o czym rozmawiałeś z Shepardem.

- To niech się zastanawiają.

- Ale nie ja. Ja należę do wtajemniczonych.

- Może to ściśle tajne?

Przyjrzała się jego minie i pokręciła głową.

- Nie sądzę.

Powinien był się spodziewać ciekawości, a zarazem podejrzliwości z jej strony. Znali się nawzajem bardzo dobrze. Od 

wielu lat byli przyjaciółmi, partnerami i kochankami.

- Chelsea - odezwał się łagodnie - zostaw to.

Znowu przyjrzała mu się badawczo i wzruszyła ramionami.

- I tak się dowiem. - Uśmiechnęła się promiennie do ministra. - Jak to  miło, że zaszczycił nas pan swoją obecnością 

dzisiejszego wieczoru...

Rozdział 9

Terre Haute

Morgan i Alex zameldowali się w hotelu tuż przed siódmą wieczór. Zanim udali się do swoich pokoi, zatrzymali się 

jeszcze w małym sklepiku hotelowym, gdzie kupili kanapki na wynos i przybory toaletowe.

- Pokoje sąsiadują ze sobą - powiedział Morgan, podając jej klucz. - Zamknij drzwi wejściowe do swojego i podstaw 

pod  klamkę  krzesło.  Będziemy  wchodzić  i  wychodzić  przez  mój  pokój.  Muszę  teraz  zadzwonić,  więc  może  ty  weź 

prysznic, a potem przyjdziesz do mnie i zjemy coś razem.

Skinęła ze znużeniem głową.

- Nie spiesz się. Muszę zmyć z włosów ten popiół, którym mnie natarłeś.

- Potrzebujesz pomocy?

- Dam sobie radę. Po prostu potrzebuję więcej czasu. Do kogo będziesz dzwonić?

- Poprosiłem Galena, żeby przysłał agenta tajnych służb do Terre Haute, do obserwacji hotelu. Muszę mu powiedzieć, 

że już tu jesteśmy.

- A po co on obserwuje nasz hotel?

- Bo nie chcę zostawiać cię samej.

- A żebyś wiedział, że mnie nie zostawisz. - Nie podobało jej się to, co powiedział Morgan, ale nie miała teraz siły na 

sprzeczanie się. Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Przez chwilę stała bez ruchu. Czuła się kompletnie 

wyczerpana, co potwierdzał jej wygląd.

background image

98

Poczuje  się  lepiej,  gdy  weźmie  prysznic,  chociaż  pewnie  będzie  się  musiała  nieźle  nagimnastykować,  żeby  nie 

zamoczyć opatrunku na ramieniu. Cieszyła się, że Morgan nie narzucał się zbytnio z pomocą. Nie chciała prowokować 

intymnej sytuacji w chwili, kiedy musiała się uporać z unieruchomioną ręką.

Wykąpanie się i umycie włosów zajęło jej ponad godzinę i kiedy skończyła, była bardziej wyczerpana niż przed całym 

zabiegiem. Owinęła się ręcznikiem, usiadła w fotelu obok stołu i zamknęła oczy. Odsapnie sobie przez chwilkę. Nie za 

długo. Może tylko...

- Dobrze się czujesz?

Otworzyła oczy i zobaczyła Morgana, który stał w przejściu między pokojami.

- Tak. Nic mi nie jest. Jestem tylko trochę zmęczona. - Zasłoniła się szczelniej ręcznikiem. - Ubiorę się i przyjdę do 

ciebie za chwilę. Przygotujesz dla mnie laptop?

- Nie. - Wszedł do jej pokoju, rozsunął suwak w torbie i wyciągnął z niej swoją szarą koszulę, której Alex używała do 

spania. - Zjesz, pogadamy trochę, zaplanujemy wszystko, a potem pójdziesz spać. Możesz wstać o świcie i wtedy usiąść 

do komputera. Ale najpierw musisz odpocząć, bo nie będzie z ciebie żadnego pożytku. - Pociągnął ją, żeby wstała, zdjął z 

niej ręcznik i zaczął wkładać jej przez głowę koszulę. - Włosy. - Wziął ręcznik i zaczął je osuszać.

- Poradzę sobie. - Alex zabrała mu ręcznik.

- Oczywiście. Nie wątpię w to.  - Odwrócił  się  do wyjścia.  -  Zawołaj, jeśli  będziesz  mnie potrzebowała, i przyjdź za 

dziesięć minut.

Boże, jaki on despotyczny. Miała ochotę powiedzieć mu, żeby sobie poszedł do diabła i samej zabrać się do wyciągania 

komputera i...

Ale  Morgan  doskonale  wiedział,  co  robi.  Zirytował  ją  swoim  zachowaniem,  przez  co  poczuła  przypływ  adrenaliny, 

który postawił ją na nogi. Jak długo pozostanie w niej ta energia, tego nie potrafiła ocenić, ale lepiej ją wykorzystać, póki 

jest.

Szybko osuszyła włosy ręcznikiem i wkroczyła do jego pokoju.

- No dobrze, co dalej, Neronie?

Morgan wzdrygnął się.

- Nie przeszkadza mi porównanie do cesarza rzymskiego, byle nie do takiego, który stracił rozum.  - Wskazał gestem 

stół. - Siadaj i zjedz kanapkę. Od naszego przystanku w St. Louis nic nie jadłaś.

-  Nie  jestem  głodna.  -  Usiadła  i  sięgnęła  po  kanapkę  z  tuńczykiem.  -  Chociaż  może  i  jestem.  Wygląda  bardzo 

apetycznie. - Odgryzła kęs. - A więc pogadajmy. Co robimy z Powersem?

Usiadł naprzeciwko niej.

- Nic, dopóki nie przeprowadzę małego zwiadu jego domu i okolic. Chcę się upewnić, że nie wdepnę w pułapkę.

- Cały czas mówisz w liczbie pojedynczej. Przestań.

- Nie, bo tak właśnie będzie. - Jego głos był chłodny i stanowczy. - Nie przekonasz mnie, żebym zmienił zdanie. Nie 

pozwolę, żebyś pokrzyżowała moje plany. Nie chcę, żebyś spieprzyła mi robotę.

-  Twoją  robotę?  Nie  uważasz,  że  powinnam  poczuć  się  dotknięta  tym,  co...  -  przerwała  jednak.  Dość  tych  bzdur. 

Morgan  jest  profesjonalistą,  a  ona  nie.  Zbyt  wiele  razy  widziała  amatorów,  którzy  w  dobrej  wierze  powodowali 

nieodwracalne szkody w miejscach katastrof. I Bóg jeden raczy wiedzieć, czy ta sytuacja nie okaże się katastrofą. - W 

jaki sposób mogę pomóc?

- Zostań w hotelu i popracuj na komputerze.

- Nie wymyśliłeś dla mnie tego zadania, żeby odsunąć mnie od działania?

background image

99

- Przyszło mi to do głowy. Ale uważam, że i tak ktoś musi tym zająć. Co o tym sądzisz?

A niech go szlag! Zadając to pytanie, odwrócił kota ogonem. Skrzywiła się.

-  Gdybym  nie  uważała,  że  to  ma  jakikolwiek  sens,  to  bym  się  tego  nie  podjęła.  Nie  znoszę  takiego  szperania  w 

poszukiwaniu  informacji.  Za  to  mam  talent  do  czego  innego.  Jestem  piekielnie  dobrym  fotografikiem  i  mam  ze  sobą 

obiektywy,  przez  które,  nawet  z  odległości  stu  metrów,  można  dokładnie  policzyć  paski  na  odwłoku  pszczoły.  Nie 

musiałbyś podchodzić zbyt blisko domu, a ja mogłabym wywołać film w ciągu pół godziny od powrotu do hotelu.

Przez chwilę milczał.

- Nie będziemy fotografować pszczółek.

- Ale mam rację. - Patrzyła mu prosto w oczy - Przyznaj.

-  Tak,  do  cholery.  -  Skończył  swoją  kanapkę.  -  W  porządku.  Ale  sam  przeprowadzę  wstępny  zwiad  i  znajdę 

odpowiednie miejsce, z którego będziesz mogła robić swoje zdjęcia.

Na samą myśl o tym serce jej podskoczyło. Udało jej się wynegocjować tak dużo, że nie chciała się z nim więcej kłócić.

- Kiedy?

- Dziś w nocy. - Wstał z krzesła. - Muszę się tylko przyjrzeć temu zestawowi do charakteryzacji, który dostaliśmy od 

Galena, i przymierzyć perukę i parę innych gadżetów, które dobrze zakamuflują moją niezapomnianą twarz.

Żartował,  ale  jego  twarz  rzeczywiście  była  niezapomniana.  Gdyby  miała  go  nigdy  więcej  nie  zobaczyć  i  tak 

zapamiętałaby  jego  rysy.  Chryste,  ta  myśl  przyszła  do  niej  nie  wiadomo  skąd  i  śmiertelnie  ją  przestraszyła.  Trzeba  ją 

zignorować i, broń Boże, nie dać nic po sobie poznać. Oparła się na krześle.

- Jaką masz perukę?

-  Zaraz  się  przekonamy.  -  Otworzył  torbę  i  wyciągnął  rudo-brązową  perukę  przyprószoną  siwizną  na  skroniach.  -

Niezbyt modna, ale przynajmniej daleka od mojego własnego koloru włosów. A to zaleta. - Wyjął potem dżinsową kurtkę 

i trampki. - No, nie sposób zarzucić Galenowi, że nie wie, co to eklektyzm. - Rzucił ubrania na łóżko. - Mam nadzieję, że 

dla ciebie postarał się nieco lepiej.

- Wydaje  mi się, że moja  peruka też jest  ruda i  kędzierzawa niczym włosy Sierotki Ani

. Może powinniśmy udawać 

rodzeństwo? - Spoważniała. - Naprawdę podejrzewasz, że to może być zasadzka?

Skinął głową.

-  Musieli  się  dowiedzieć,  że  dotarliśmy  do  karty  kredytowej.  Nie  trzeba  wiele  rozumu,  żeby  wywnioskować,  co 

możemy z tą informacją zrobić. Ja bym tak postąpił w podobnych okolicznościach.

- Więc musisz być ostrożny. - Odsunęła się na krześle i wstała. - Zapukasz do mnie, kiedy wrócisz?

- Pewnie będziesz już spała.

- Nie żartuj. Nie zasnę. Jakim cudem mogłabym zasnąć, kiedy ty będziesz... - Opanowała się. - Zapukaj do mnie, kiedy 

wrócisz, to opowiesz mi, co się stało, bo inaczej będziesz miał ze mną na pieńku.

Uśmiechnął się.

- W takim razie możesz liczyć na to, że z pewnością się zamelduję, jak tylko wrócę. Jeszcze mi życie miłe.

-  I  niech  ta  myśl  ci  przyświeca.  -  Wyszła  z  jego  pokoju  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Idiotka.  Znała  Morgana  bardzo 

krótko,  a  poznali  się  w  dość  nietypowych  okolicznościach  spała  z  nim  tylko  raz.  Był  pewnie  najostrożniejszym 

człowiekiem, jakiego znała, i  nie ulegał żadnym pokusom oprócz pociągu seksualnego. Zamartwianie się o niego było 

szczytem głupoty. Nie powinna się tak czuć, ale naprawdę się o niego martwiła. Chryste, trzeba się natychmiast wziąć w 

garść.

                                                          

 The Little Orphane Annie - postać komiksowa stworzona w 1924 roku Przez Harolda Gray’a (przyp. tłum.).

background image

100

Głupia,  czy  nie,  wiedziała,  że  i  tak  nie  zaśnie, dopóki  Morgan  nie  wróci  ze  zwiadu.  Żeby  nie  zwariować, trzeba  się 

czymś zająć. Może przygotować dla niego na jutro listę potrzebnych jej chemikaliów do wywoływania filmów? Po chwili 

uświadomiła sobie, że przecież może teraz usiąść do komputera i poszperać w sieci.

Po trzeciej w nocy usłyszała, jak zamknęły się drzwi do pokoju Morgana.

Siedzenie  przy  komputerze  znużyło  ją  i  nawet  nie  zauważyła,  kiedy  zamknęła  oczy.  Teraz  jednak  była  w  pełni 

rozbudzona.

Dzięki Bogu. Właśnie otwierała drzwi dzielące ich pokoje, kiedy Morgan zastukał w nie od swojej strony.

- I co?

-  Nic.  Powęszyłem  dokoła  i  nie  zauważyłem  niczego  podejrzanego.  Mały  ceglany  domek  przy  spokojnej  ulicy.  Na 

podjeździe  stary  samochód.  Nie  jakiś  wynajęty,  bo  miał  tablice  rejestracyjne  z  Indiany  i  nie  wyglądał  na  specjalnie 

zadbany. Może należeć do byłej żony Powersa. Co wcale nie znaczy, że wszystko nie jest dobrze przygotowaną zasadzką. 

- Spojrzał na laptop stojący na stole. - Widzę, że pracowałaś. Trafiłaś na coś?

-  Rzeczywiście  to  będzie  przypadek,  jeśli  coś  znajdę.  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  szukać.  Zaczęłam  od  materiałów 

wybuchowych,  a  teraz  przeszukuję  dane  o  ciśnieniu  cieczy.  -  Potarła  oczy.  -  Już  prawie  oślepłam.  Znalazłeś  dom,  z 

którego mogłabym zrobić zdjęcia?

- Tak. Dom wystawiony na sprzedaż przecznicę dalej. Dwupiętrowy, pusty, z dobrym widokiem na dom Powersów z 

narożnej sypialni. Okna mają okiennice, więc z zewnątrz nie będzie widać aparatu.

-  Jak  się  dostałeś  do  środka?  -  Po  chwili  machnęła  dłonią.  -  Zresztą  nieważne.  Głupie  pytanie.  Po  prostu  kolejna 

specjalność twojej profesji, prawda?

- Prawda. Jutro w nocy wpuszczę cię do tego domu. A teraz, czy mogę ci zasugerować, żebyś już to zostawiła i położył 

się spać?

- W porządku. Jutro do tego wrócę. - Zaczęła zamykać drzwi, ale się zatrzymała. - Naprawdę niczego nie widziałeś?

- Niczego - odpowiedział i odwrócił się.

Morgan rozebrał się, położył na łóżku i przykrył się prześcieradłem.

Powiedział jej prawdę. Niczego nie widział.

Ale tam w środku ktoś był i czekał na niego. Podpowiadał mu to instynkt i każdy nerw jego ciała, wyczulony na takie 

sytuacje. Za długo pracował w tym fachu, żeby nie wyrobić sobie własnego radaru. Dlatego półtorej godziny spędził na 

jeżdżeniu dokoła miasta, zanim wrócił do hotelu.

Rząd?

Prawdopodobnie nie. Agenci CIA zwykle na takie zlecenia wybierali się we dwóch lub trzech. Morgan w swoim życiu 

spotkał zaledwie kilku takich, którzy działali w pojedynkę i których nie od razu zauważał.

Może to Powers?

Bardziej prawdopodobne.

A może Runne?

To też możliwe. Wszystko zdawało się na siebie zachodzić. Runne mógł przecież zaproponować swoje usługi.

Dobrze byłoby wiedzieć, kim są wrogowie, żeby dostosować do nich metody działania. Ale prawdopodobnie Morgan 

będzie musiał działać w ślepo i ufać własnemu instynktowi, dopóki nie zobaczy jasno, z kim ma do czynienia.

Pozostaje mu mieć nadzieję, że operacja się powiedzie, a on i Alex uciekną, zanim rozpęta się prawdziwe piekło.

background image

101

- Ile czasu potrzebujesz na zrobienie zdjęć? - spytał Morgan, prowadząc Alex po schodach na drugie piętro.

- To zależy od odległości i od tego, co będę miała do fotografowania - odparła, ostrożnie poruszając się w ciemności. -

Możemy włączyć latarkę?

- Nie. Mogą przecież obserwować wszystkie opuszczone domy w okolicy. W tym oknie powinniśmy być bezpieczni, bo 

nie jest zbytnio na widoku. Ja bym pewnie skupił się na tym budynku na sprzedaż po drugiej stronie ulicy.

Poczuła dreszcz, jak zawsze, kiedy przypominała sobie o profesji Morgana.

- Miejmy nadzieję, że nie jest zbyt daleko. - Uklękła przy oknie i otworzyła torbę ze sprzętem fotograficznym. - Który 

dom?

- Ten biały, ceglany, obok narożnego.

Zaczęła pstrykać zdjęcia. Po kolei każde okno, potem ganek, piętro, śmietniki stojące przy płocie na podwórku. Później 

obfotografowała szczegółowo każdy, będący w zasięgu obiektywu dom na tej ulicy.

- Zrób jeszcze zdjęcie drzewa na podwórzu.

- Drzewa?

No tak, Morgan lubi drzewa, przypomniała sobie słowa Galena. Najwyraźniej Morgan podejrzewał, że ktoś może mieć 

podobne do niego zamiłowanie.

Złapała  ostrość  i  zrobiła  kilka  zdjęć  drzewa  na  tyłach  domu,  a  potem  drugiego,  mniejszego,  rosnącego  na  trawniku 

przed domem.

- Zadowolony?

- A ty?

Potrząsnęła głową.

- Daj mi jeszcze godzinę. Musi nam się udać, a im więcej czasu na to poświęcimy, tym większe będziemy mieli szansę 

coś odkryć.

- Wolałbym, żebyśmy się już stąd zabrali.

- Jeszcze tylko godzinkę - poprosiła, wkładając nowy film do aparatu.

Wymamrotał jakieś przekleństwo i przysunął się do okna, bacznie przypatrując się budynkom i ulicy.

- A teraz? - spytał dokładnie po upływie godziny.

Skinęła głową w milczeniu i schowała aparat do torby.

- Obfotografowałam teren bardzo dokładnie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że coś uchwyciłam.

- Jeśli ci się nie udało, to i tak tu nie wrócisz. - Wziął od niej torbę ze sprzętem fotograficznym i wyprowadził Alex z 

budynku. - To wszystko.

-  Mam  coś  -  zawołała  Alex  z  łazienki,  w  której  urządziła  prowizoryczną  ciemnię.  -  Jeszcze  nie  wyschły,  ale 

pomyślałam, że chciałbyś już rzucić na nie okiem.

Morgan wsunął się do łazienki i podszedł do kuwet.

- Wielkie nieba, ale dużo ich napstrykałaś! Co najmniej godzinę będziemy się przez nie przekopywać.

-  Większość  z  nich  przejrzałam  w  czasie  naświetlania.  -  Wskazała  mu  zdjęcie  śmietników  stojących  przy  wysokim 

płocie  na  podwórzu.  -  Tutaj  jest  coś  ciekawego.  Na  zdjęciu,  które  zrobiłam  godzinę  później,  śmietniki  stoją  w  nieco 

innym miejscu. Pomyślałam, że może to jakiś pies... ale nie zostały przewrócone. Wyglądają tak, jakby je ktoś delikatnie 

przesunął.

background image

102

Kiwał głową, ale wydawał się nieobecny, a jego oczy przeskakiwały z jednej fotografii na drugą.

- Coś jeszcze?

Pokazała mu zdjęcie okna na parterze.

- Kobieta i mężczyzna. Są ledwo widoczni w cieniach po lewej stronie.

- Ja tu nic nie widzę. Jesteś pewna?

- Przywykłam do wnikliwego oglądania fotografii. Tak, jestem pewna.  - Postukała palcem w zdjęcie przedstawiające 

garaż przy budynku naprzeciwko ceglanego  domu. -  A  tu jest  cień,  który  mogła rzucić  czyjaś sylwetka...  -  Wzruszyła 

ramionami. - Ale niestety nie mogę mieć co do tego pewności. To równie dobrze może być gra świateł.

- Pokaż mi zdjęcia dębu. A zresztą sam już je widzę. Które z nich było zrobione jako pierwsze?

Wskazała mu jedno.

- A to godzinę później. - Wskazała drugie.

Przyjrzał się uważnie obydwu.

- Na pierwszym zdjęciu jest cień, którego nie ma na drugim.

- Nieznaczny - powiedziała, biorąc szkło powiększające i przyglądając się z bliska fotografii. - To mógł być ruch gałęzi 

spowodowany wiatrem. Kiedy wieje, drzewo zmienia kształty.

- Może. - Morgan nie odrywał wzroku od fotografii. - A może nie. - Odwrócił się na pięcie. - Idę tam. A ty zostań w 

pokoju i zamknij drzwi.

- Co takiego?

- To zasadzka, ale nie tylko na mnie. - Ruszył w stronę wyjścia. - Jak myślisz, co się robi z facetem, który za dużo wie i 

popełnia błędy? - Morgan wyraźnie się wściekł. - Cholera jasna, przecież nie pozwolę, żeby pozbyli się Powersa. Jest mi 

potrzebny.

Alex złapała torbę i wybiegła za nim do samochodu.

- Jadę z tobą.

- W żadnym... - Otworzył drzwi jednym szarpnięciem. - Nie mam czasu się z tobą wykłócać. Jeśli chcesz ze mną jechać, 

to musisz mnie słuchać. Jasne?

- Jasne. - Wskoczyła na siedzenie obok.

- Tak, już to widzę.

- Nie podoba mi się to - stwierdziła Mae Powers z dezaprobatą. - Pięć lat temu już ci powiedziałam, że nie chcę mieć 

nic wspólnego z tobą ani z twoją brudną robotą.

- Ale przyjmowanie moich pieniędzy ci nie przeszkadzało, co? - Powers zbliżył się do okna, na tyle jednak, żeby nie 

zobaczono go z ulicy. - Tym razem dostaniesz mały bonus za współpracę. Wziąłem ze sobą tłumik, żeby twoi sąsiedzi nie 

dowiedzieli się,  że  nie jesteś  taka  święta, jaką  udajesz.  -  Nie  zauważył  niczego  niepokojącego na  ulicy przed domem. 

Zostawił Deckera w uliczce naprzeciwko, ale w tej chwili go nie widział. Wystarczy, żeby zadzwonił, a Decker pojawi 

się tu w sekundę. Nie ma więc powodu, żeby tak się denerwować. Wszystkie drzwi i okna były zamknięte, ale Powers 

nadal czuł się niespokojny. Sporo słyszał na temat Morgana. To twardy skurczybyk, który potrafi przedostać się nawet 

przez zamknięte drzwi.

Ale on jest twardszy niż Morgan, pomyślał Powers. Spojrzał na swój pistolet z dokręconym tłumikiem. Jedyne, co musi 

zrobić, to siedzieć tu i czekać, a potem odstrzelić łeb temu sukinsynowi.

background image

103

- Co to? - Mae poderwała się na równe nogi, patrząc w stronę kuchni. - Słyszałam jakiś hałas. Myślałam, że zamknąłeś 

tylne wyjście. Mówiłam ci, że nie chcę...

Powers  już  popędził  korytarzem  w  stronę  kuchni,  mijając  schody  wiodące  na  pierwsze  piętro,  trzymał  w  pogotowiu 

pistolet.

Usłyszał skrzypnięcie na schodach i obrócił się.

Nie usłyszał krzyku Mae, kiedy ostry nóż wdarł się w jego klatkę piersiową.

Cholera.

Co za ból. Ciemność.

Ktoś schodzi po schodach.

Zabić go. Zabić go.

Uniósł pistolet.

- Zostań tu. - Morgan zatrzymał samochód na krawężniku w odległości przecznicy od ceglanego domu. - Bez kłótni. 

Nie chcę, żebyś wchodziła mi w paradę.

- W ten sposób tylko mnie... - Alex z przyzwyczajenia nie dawała za wygraną, jednak za chwilę spotulniała. - Dobrze, 

nie będę ci wchodzić w paradę. Chyba że zobaczę coś, co mi się nie podoba.

Zaklął pod nosem, zanim ruszył biegiem w stronę podwórka za domem Powersów. Zbyt niebezpiecznie wchodzić tam 

od frontu. Lepiej wejść na dąb i z drzewa dostać się na piętro.

Tak jak sylwetka, której obecności Alex nie była pewna.

Wspiął się na drzewo, a potem przeszedł po gałęzi do okna.

W szybie był wycięty okrągły otwór.

Bezgłośnie zeskoczył z gałęzi na parapet i wsunął się do sypialni.

Drzwi były otwarte. Wyciągnął pistolet i przemknął do schodów, gdzie przylgnął do ściany i czekał.

Żadnych odgłosów.

Nie, mylił się.

Jęk?

Zrobił dwa kroki w stronę schodów.

Nie, to nie jęk, raczej skomlenie.

Wychylił się przez poręcz.

Zobaczył  sylwetkę  mężczyzny  leżącego  na  plecach  u  stóp  schodów.  To  Powers?  W  końcu  korytarza  leżała  skulona 

kobieta w czerwonej bluzce.

Może był tu ktoś jeszcze, kto czaił się w cieniu na Morgana, żeby go zaszlachtować?

Zawahał się. Tylko w jeden sposób będzie się mógł o tym przekonać. Trzeba rzucić trochę światła na sytuację.

Uderzył we włącznik na ścianie i w tym samym momencie upadł na podłogę z pistoletem wycelowanym w korytarz na 

dole.

Nic. Żadnego ruchu. Żadnego dźwięku.

Ostrożnie  uniósł  się,  nie  spuszczając  wzroku  z  końca  korytarza.  Był  na  widoku  i  mógł  stać  się  celem.  Może  nie 

najlepszym, ale wystarczającym, żeby wymierzyć do niego z broni.

Nic.

Powers znowu jęknął.

background image

104

Trzeba zaryzykować i dostać się do niego, zanim ten sukinsyn zdechnie na jego oczach.

Morgan przeskoczył przez poręcz i jednym susem znalazł się na korytarzu. Natychmiast poderwał się do biegu.

Nikogo w kuchni. Odwrócił się i przebiegł nad kobietą w stronę salonu.

Pusty.

Sprawdził, co z kobietą. Nie żyła. Miała poderżnięte gardło. Dość paskudnie. Jakby ktoś działał w ślepym szale.

Przyklęknął przy Powersie, i zobaczył głęboką ranę ciętą w jego piersi.

- Ratuj... mnie. - Bąbelki krwi zebrały się na ustach Powersa. - Nie pozwól mi umrzeć.

- Niby dlaczego? - spytał Morgan. - Co mi po tobie?

Powers spojrzał na niego.

- Morgan? To ty?

Skinął głową.

- Kto ci to zrobił?

- Betworth... Pieprzony skurczybyk. Przysłał Runne’ego. Znajdź go i strzel mu w łeb.

- Gdybyś ty go dopadł pierwszy, to teraz on by tu leżał.

- Zastrzel go. Boli... Zadzwoń po lekarza.

- Jak powiesz mi to, czego chcę się dowiedzieć. Gdzie jest Z-2?

- Ty bydlaku! Ja umieram!

- Więc lepiej szybko gadaj, żebym zdążył zadzwonić na pogotowie. Gdzie jest Z-2?

- Pieprzony drań...

- Gdzie to jest?

- W Zachodniej... Wirginii. Nieważne... Z-3. Z-3...

- Z-3 jest ważne? Nie Z-2?

- Z-2... to... To wszystko są...  ssschr... - Wygiął się w łuk, jakby nadszedł moment  agonii.  - Sukinsyn. Pieprzyć go -

wydusił z siebie, a oczy mu się zaszkliły. - Pieprzyć Z-3.

Powers bredził. Morgan postanowił wyciągnąć z niego, co się dało.

- Co się działo w Fairfax?

-  Kanały...  Cholerna  strata  czasu.  Nie  mogliśmy  tego  porządnie  zrobić...  po  tym,  jak  straciliśmy  Lontanę.  Wezwij... 

pogotowie...

- Kim był Lontana?

- Brazylijczyk... Betworth dał całe pieniądze. Nie mogliśmy tego dobrze zrobić.

- Kto to... - Powers znowu odpływał. - Co się stało w Arapahoe Junction?

- Zła strona. Nie potrafiliśmy. Straciliśmy Lontanę. - Zacisnął pięści. - Proszę... Nie chcę umierać.

- Nikt nie chce. Z-3. Posłuchaj mnie. Powiedz mi o Z-3, a ja zadzwonię po karetkę.

- Dopadną go tam. Nie ma wyboru. Z-3...

- Co tu się dzieje? - W drzwiach wejściowych ukazała się Alex, trzymając w dłoni pistolet. Weszła do środka i stanęła 

obok Morgana.

- Powers... - szepnęła zaszokowana.

Morgan nie zwracał na nią uwagi, cały czas wpatrzony w Powersa.

- Gdzie jest Z-3?

Powers nie odpowiadał, czepiając się życia resztkami sił.

background image

105

Morgan złapał go za koszulę i uniósł do góry.

- Gadaj. Gdzie jest Z-3?

-  Kettle...  -  Ciało  Powersa  zesztywniało,  a  po  chwili  wstrząsnęły  nim  konwulsje. Jego  usta  otworzyły  się  szeroko  w 

niemym krzyku.

- Nie żyje... - wyszeptała Alex. - Kto...

- To nie ja. Wierz mi. Ja bym wyciągnął z niego wszystkie potrzebne nam informacje, zanim bym go pchnął nożem. -

Przeglądał kieszenie Powersa. - A tak okazał się prawie zupełnie bezużyteczny.

- Słyszałam, jak mówiłeś, że wezwiesz pogotowie, jeśli powie ci, co to jest Z-3.

- Kłamałem. On już  i tak nie  miał szans. Ale dzięki temu zyskałem argument, żeby wyciągnąć z niego informacje.  -

Zobaczył wyraz jej twarzy i skrzywił się. - A czego się po mnie spodziewałaś?

- Nie wiem. On... umierał.

- Czy to czyni go świętym? To zły człowiek i gdyby się z tego wykaraskał, nadal byłby zły. Zasłużył sobie na to, co mu 

zrobił  Runne. Miałem szczęście, że Runne nie wykonał  swojego zadania profesjonalnie, jak zawsze, tylko zostawił mi 

coś, nad czym mogłem popracować.

- Runne. Powiedział, że on to zrobił?

Przytaknął, chowając portfel Powersa do kieszeni, i wstał z klęczek.

- Chodźmy stąd. Sądzę, że nie mamy zbyt wiele czasu. - Złapał Alex za rękę i pociągnął w stronę drzwi kuchennych. -

Dlaczego tu przyszłaś?

-  Mówiłam  ci,  że  zostanę  w  samochodzie,  chyba  że  zobaczę  coś,  co  mi  się  nie  spodoba.  Zobaczyłam  kogoś 

wybiegającego z domu frontowymi drzwiami. Miał krew na całej twarzy. Nie podobało mi się to.

- Wyobrażam sobie. Dokąd pobiegł?

- Tą ulicą, a potem skręcił za rogiem. To Runne?

- Prawie na pewno.

- Będziesz mógł to zweryfikować na sto procent, kiedy wywołam film.

- Zrobiłaś mu zdjęcie?

- Oczywiście. Do dziś nie mogę sobie darować, że nie zrobiłam zdjęcia Powersowi przy tamie, tylko wrzeszczałam jak 

idiotka. Tym razem nie krzyczałam. - Przebiegła obok niego przez podwórze i wydostała się na uliczkę. - Dlaczego nie 

mamy zbyt wiele czasu?

- Ponieważ zasadzka była zbyt dobrze przygotowana, żeby nie było zaplanowanego wsparcia. - Szybko otworzył drzwi 

samochodu. - Wrócimy do hotelu, zabierzemy rzeczy, a ja zadzwonię do Galena i powiem mu, żeby nas stąd zabrał. Nie 

mam autostradom wyjazdowym z tego miasta.

- A dokąd pojedziemy?

Zastanowił się przez chwilę, szybko analizując strzępy informacji, które wyciągnął z Powersa.

- Do Zachodniej Wirginii.

Chryste.

Runne dotarł do samochodu, zdjął z siebie bawełnianą koszulkę i przycisnął ją do zakrwawionego policzka. Nie mógł 

powstrzymać  krwawienia.  Wyczuwał  dziurę...  Gdyby  się  nie  cofnął  i  nie  odwrócił  głowy,  kula  z  pistoletu  Powersa 

zrobiłaby większe spustoszenie na jego twarzy. Zamiast tego, drasnęła go w policzek i urwała kawałek ust.

Przeklęte trzeszczące schody.

background image

106

Na piętrze w sypialni Runne znalazł kapeć, który rzucił do kuchni, żeby odwrócić uwagę Powersów. Wszystko byłoby 

dobrze, gdyby ten schodek nie zatrzeszczał...

Wykręty. Już jako dziecko nauczył się na treningach, żeby nigdy się nie tłumaczyć. Nieoczekiwane rzeczy mają prawo 

się zdarzać i trzeba w takiej sytuacji natychmiast wprowadzić poprawki do pierwotnego planu.

Runne wprowadził poprawki. Dotrzymał umowy z Betworthem. Powers nie przeżył dłużej niż kilka minut.

Ale Morgan...

Poczuł przypływ złości i żalu. Miał usunąć Powersa i jego żonę, i zaczekać w ich domu, aż Morgan znajdzie ten adres.

Może nie jest jeszcze za późno?

Trzeba znaleźć lekarza, żeby powstrzymał krwawienie. A potem wrócić i zaczekać na moment, kiedy Morgan wejdzie 

do tego domu.

Znaleźć lekarza...

- Powers i jego żona nie żyją. Znaleźliśmy też ciało Deckera nieopodal w uliczce - powiedział Jurgens, kiedy Betworth 

odebrał telefon. - Ani śladu Morgana. Nie ma też Graham. Runne musiał spieprzyć akcję.

- Runne?

- Najwyraźniej. Mówiłeś, że lubi pracować nożem z bliskiej odległości. Decker miał poderżnięte gardło, Powers miał 

ranę ciętą w klatce piersiowej, a jego żona została zaszlachtowana.

- W takim razie musiał mieć poważny powód, żeby nie zapolować na Morgana. Może ruszył za nim w pościg? Od jak 

dawna Powers nie żyje?

- Niezbyt długo. Wysłaliśmy samochód w tę okolicę, kiedy Powers nie zameldował się telefonicznie, choć miał to robić 

co dwie godziny. I co teraz?

- Oczyśćcie miejsce zbrodni i pozbądźcie się ciał Deckera i Powersów. A potem zainstalujcie ekipę wokół domu, żeby 

czekała na ewentualne pojawienie się Morgana.

- I?

-  Czy  ja  muszę  wam  wszystko  mówić?  Upewnijcie  się,  że  każdy  samochód,  który  wyjeżdża  z  miasta,  zostanie 

zatrzymany przez policję.

- Co mam powiedzieć policji?

- Cokolwiek. Tylko dopilnuj, żeby ustawili skuteczne blokady.

Rozdział 10

W  drodze  powrotnej  do  hotelu  Alex  poczuła,  jak  opada  jej  adrenalina.  Trzymała  ręce  ściśnięte  na  kolanach,  żeby 

Morgan  nie  zauważył,  że  drżą.  Zbyt  wiele  wrażeń  jak  na  jeden  wieczór.  Nie  potrafiła  zapomnieć  widoku  Powersa 

leżącego na podłodze z rozpłataną piersią, i Morgana, klęczącego przy nim, uparcie i bezlitośnie przepytującego go. Ale 

czy Powers zasługiwał na litość? On nie miał żadnych skrupułów wobec Kena tamtej nocy przy tamie, kiedy zestrzelił 

jego helikopter. Mimo to nadal była zaszokowana brutalnością Morgana.

Morgan rzucił na nią okiem, kiedy zbliżali się do hotelu.

- O czym myślisz? - spytał.

- Co według ciebie stało się żonie Powersa? Wyglądała...

background image

107

-  Jakby  jakieś  zwierzę  rozszarpało  jej  gardło?  -  dokończył.  -  Słyszałem,  że  Runne  jest  zwykle  bardziej  schludny  w 

robocie. Wydaje mi się, że coś nie poszło po jego myśli i Powersowi udało się go zranić. Wybiegał, żeby opatrzyć swoje 

rany, a ona stanęła mu na drodze. Zbyt cierpiał, żeby działać elegancko. Po prostu chciał się jej pozbyć.

- Mówisz tak, jakbyś go doskonale rozumiał.

-  O  tak.  -  Zatrzymał  samochód  na  miejscu  parkingowym  przed  wejściem  do  hotelu  i  otworzył  drzwi.  -  Zostawiam 

uruchomiony silnik. Nie staraj się zostawić porządku. Po prostu zbierz wszystko, co się nawinie, do torby. Zadzwonię 

szybko do Galena, ale chciałbym, żebyśmy w ciągu pięciu minut opuścili hotel, a po dwudziestu byli już poza miastem.

Skinęła szybko głową.

- Pospieszę się. - Zostawiła aparat w samochodzie i ruszyła za Morganem do hotelu. - Co ci powiedział Powers?

- Opowiem ci, kiedy wyjedziemy na drogę. - Otworzył drzwi i złapał swoją torbę, do której zaczął wrzucać wszystko, 

co mu wpadło w ręce. - Weź komputer.

- Blokada drogi. - Morgan skręcił w lewo na pierwszym zakręcie, kiedy zobaczył sznur samochodów ciągnący się przez 

dwie przecznice w przód. Zatrzymał auto na parkingu. - Wysiadaj. Musimy wydostać się z miasta na piechotę. Zabierz 

torbę z aparatem, a ja wezmę twój bagaż.

- Dobrze. - Alex szła równo z nim. - Podejrzewam, że wiesz, jak mamy się stąd ulotnić.

- Kiedy się pakowałaś, zadzwoniłem do Galena. Powiedział, że z Fort Wayne ciężarówką przeprowadzkową jedzie jego 

człowiek. Mamy się z nim spotkać na postoju pięć mil za miastem.

- Samochód do przeprowadzek?

- Łatwo będzie się ukryć między meblami, jeśli zostaniemy zatrzymani. Kierowca będzie miał dokumenty mówiące, że 

z Fort Wayne wiezie meble do Charleston w Zachodniej Wirginii. Jeśli dokumenty wyglądają wiarygodnie, większości 

gliniarzy nie chce się już wchodzić na pakę i wszystko sprawdzać. To za dużo fatygi. - Skręcił w prawo, przyspieszając 

kroku. - Za jakieś pięć przecznic powinniśmy być już za miastem i wtedy wejdziemy w las.

- Już się nie mogę doczekać.

- W lesie jest bezpieczniej.

- Nie przeczę. Mam tylko jedno pytanie.

- Co takiego?

- Jeśli mam przejść taki kawał drogi, to czy mogę wyrzucić ten cholerny kamień z buta?

Kierowca ciężarówki nazywał się Chuck Fondren i był wyraźnie zdenerwowany.

- Wsiadajcie. - Otworzył gwałtownie tylne drzwi ciężarówki. - Zatrzymali mnie już raz na tej drodze, ale to nie znaczy, 

że mogę być spokojny. Przejdźcie po tym materacu i przykucnijcie za kanapą.

Gdy tylko znaleźli się na pace, zamknął za nimi z hukiem drzwi.

Ciemność.

Morgan wrzucił najpierw za kanapę ich bagaże.

- Chodź. „Przykucniemy” za kanapą. - Przeszedł po materacu do kanapy, a potem wyciągnął rękę do Alex, żeby i ją 

przeprowadzić. Razem usadowili się w kryjówce.

Ciężarówka zatrzęsła się, wyjeżdżając z postoju. Alex oparła się o ścianę naczepy. Powinna czuć się bezpieczniej, niż 

kiedy biegli przez las, ale tak nie było. Ciemność była klaustrofobiczna i sprawiała, że czuła się... całkowicie bezbronna.

background image

108

- Jakby nas ktoś zamknął w metalowym pudle - powiedział cicho Morgan. - Ale to pudło to przecież nie trumna. Zawsze 

coś jeszcze możesz zrobić.

Jak zwykle świetnie odczytywał jej stan emocjonalny, jakby miał jakiś szczególny zmysł.

- Co na przykład? - spytała.

Zaśmiał się pod nosem.

- Sam chciałbym wiedzieć. Pomyślałem tylko, żeby poprawić ci samopoczucie. Powinienem się domyślić, że zaraz zła-

piesz mnie za słówko.

Uśmiechnęła się. Rzeczywiście poczuła się lepiej. Dzięki jego szczerości czuła, że stanowią zespół i nie jest już sarna.

- Sugerujesz, że nie wiedziałbyś, jak się stąd wydostać gdybyśmy musieli to zrobić?

- Nie. Mówię tylko, że musiałbym trochę pogłówkować i  potrzebowałbym twojej  pomocy. - Oparł się o ścianę obok 

niej. - Więc miejmy nadzieję, że nic takiego się nie wydarzy, i spróbujmy o tym nie myśleć. Chcesz się kochać?

Zamarła.

- Nie. Tak myślałem - mruknął pod nosem.

- Aha. To znaczy, że uznałeś, iż bezpiecznie ci będzie wyjść z taką propozycją, wiedząc jednocześnie, że to nie miejsce 

ani czas na to, żebym się zgodziła?

- Och, nie wiem. I ty też tego nie wiesz. - Sięgnął do jej torby, wyciągnął laptopa i podał go jej. - Zamierzam przeanali-

zować moją rozmowę z Powersem. Jestem przeszkolony do tego, żeby zapamiętywać wszystkie szczegóły, ale chcę zoba-

czyć je zapisane czarno na białym. - Otworzył laptop i szare światło rozświetliło ciemność. - Ty zapisuj, a ja będę mówił. 

Słowo  po  słowie.  Zaczynamy.  -  Zamknął  oczy  i  chwilę  milczał.  -  Pierwszą  rzeczą,  jaką  mi  powiedział,  było:  „Ratuj 

mnie... Nie pozwól mi umrzeć.”

Przez  kolejne  pięć  minut  Alex  szybko  zapisywała,  sporadycznie  przerywając,  żeby  zadać  jakieś  pytanie,  ale  pamięć 

Morgana wydała jej się wprost niewiarygodna. Pamiętał wszystko, łącznie z pauzami w toku rozmowy.

Kiedy przerwał, spojrzała na niego.

- To wszystko?

- Nie za wiele, prawda? - powiedział z grymasem na twarzy.

- Więcej, niż mieliśmy. - Zapisała dokument tekstowy. - Czyli dlatego jedziemy do Zachodniej Wirginii. Myślisz, że 

tan! coś się wydarzy.

- Nie wiem. Wydaje mi się, że Powers uznał wszystkie inne wydarzenia za mało istotne, w porównaniu z Z-3. Uważał 

też, że Arapahoe Junction było pomyłką.

- Zatem w Zachodniej Wirginii może być następne Arapahoe Junction?

-  A  jeżeli  Arapahoe  Junction  było  tylko  przygrywką,  to  znaczy,  że  Z-3  będzie...  -  Zamknął  oczy.  -  Do  Zachodniej 

Wirginii jeszcze kawał drogi. Zastanów się nad tym. Dziury w ziemi. Lontana. Z-2...

Bez  wątpienia  będzie  o  tym  myślała.  W  głowie  kołatały  się  jej  wszystkie  informacje,  przeplatane  wizją  potwornej 

śmierci Powersa. Wyłączyła komputer i poświata ekranu zgasła.

Zapanowała duszna ciemność.

Nagle poczuła obejmujące ją ramię Morgana, który przytulił ją do siebie tak, że mogła oprzeć głowę na jego ramieniu.

- Ciiii. Nie jesteś sama. Ja tu jestem. I nigdzie nie odejdę.

Pokrzepiające  słowa,  choć  nieprawdziwe.  Jednak  nie  miało  to  teraz  znaczenia.  W  ciemności  mogła  udawać,  że  to 

prawda. Ciemność przynosiła jej ulgę i ukojenie.

background image

109

W tych czasach i okolicznościach nic nie trwało wiecznie. W każdej chwili niebo mogło się otworzyć i spuścić na nią 

ogień, a ziemia zadrżeć pod jej stopami i rozstąpić w przepaść.

Zawsze, to tylko słowo.

- Zamknęliśmy wszystkie drogi - powiedział Jurgens. - Zebraliśmy odciski palców w domu Powersów. Był tam Morgan 

i  założę  się,  że  Graham  także.  Znaleźliśmy  nóż  pod  ciałem  żony  Powersa.  Ale  odciski  palców  z  noża  nie  należą  do 

Morgana.

- To Runne.

- Tak. Morgan musiał przyjść przed lub po Runnem.

- Gdyby przyszedł przed Runnem, to właśnie jego odciski palców byłyby na nożu. Nie pozwoliłby Powersowi przeżyć. 

Pytanie tylko, ile czasu po Runnem pojawił się w domu Powersów. I czy Powers jeszcze żył i był w stanie mówić.

- Wątpliwe. Rana była...

- Potrzebuję czegoś więcej niż domysłów.

- W takim razie najlepiej zapytać samego Runne’ego, prawda?

Jasne, że tak, gdyby udało mu się skontaktować ze skurczybykiem. Jak zwykle Runne nie odpowiadał na jego telefony-

- Jak tylko się z nim skontaktuję.

Jurgens milczał chwilę.

- Na ganku, przed drzwiami frontowymi była krew. Ani Powers, ani jego żona nie mogliby się tam znaleźć.

- Sądzisz, że Runne został ranny?

-  Policja  mówi,  że  ze  szpitala  niedaleko  domu  Powersa  zniknął  miejscowy  lekarz  internista,  Richard  Dawson.  Jego 

samochód został na parkingu szpitalnym, ale lekarz nie pojawił się na dyżurze. - Kolejna pauza. - Więc może Runne nie 

jest tak dobry, jak sądziłeś?

- A może jest. - Betworth nie zamierzał przyznać się Jurgensowi do własnych wątpliwości. - Nie dopadł Morgana, ale 

udało mu się usunąć Powersa. Tobie też nie udało się dopaść Morgana.

- Gdybyś to nam pozwolił przygotować pułapkę, nie byłoby żadnego problemu.

- Musiałem pozwolić Runne’emu zająć się tym. Chciałem, żeby miał wobec mnie dług wdzięczności.

- Uwierzyłeś mu, że dotrzyma słowa?

- Jego  profil  psychologiczny wskazuje, że prędzej  dałby się spalić żywcem, niż złamał dane słowo. To wynik prania 

mózgu,  które  przeszedł  w  obozie.  Poza  tym  to  praca,  do  jakiej  był  przygotowywany  bez  przerwy  od  momentu,  kiedy 

skończył piętnaście lat.

- Może i ma chęci, tylko zabrakło mu umiejętności. Spieprzył tę robotę.

- Ocenę pozostaw mnie. - Udało mu się pohamować złość w głosie. - Chyba że zgłaszasz się na ochotnika, żeby przejąć 

zadanie Runne’ego w Z-3?

- Nie ma mowy - odparł Jurgens. - Dam ci znać, kiedy kapiemy Morgana. - Rozłączył się.

Nie, Jurgens nie miał ochoty przejmować tego zlecenia, Betworth nie potępiał go za to. Tylko obsesyjny skurczybyk 

taki jak Runne mógł się tego podjąć. Pod warunkiem, że Betworth będzie nadal przekonany, że Runne temu podoła. Po-

zbycie się Powersa nie przebiegło gładko, a przecież Z-3 wymagało większego profesjonalizmu.

Profesjonalizmu i bezwzględności.

Profesjonalizm. To powinna być czysta robota.

background image

110

Runne wturlał ciało młodego internisty do dołu, który wykopał, i  zaczął je zasypywać ziemią. Chryste, ale go bolała 

twarz. Wziąłby środki przeciwbólowe, które lekarz dał  mu po  zakończeniu zszywania, ale  ból przypominał  mu o jego 

porażce.  A  powinien  o  niej  pamiętać,  żeby  już  nigdy  więcej  nie  popełnić  takiego  błędu.  Błędy  są  niedopuszczalne. 

Nieostrożność  jest  podstawowym  grzechem.  Wstyd,  że  nie  udało  mu  się  gładko  pozbyć  Powersa,  był  prawie  nie  do 

zniesienia. Coś takiego nie może się już nigdy więcej powtórzyć i nikt nie może się o tym dowiedzieć.

Całe  szczęście  to  zabójstwo  było  czyste.  Nikt  go  nie  widział,  jak  porywał  młodego  internistę  ze  szpitala.  Nikt  nie 

widział śmierci lekarza. Teraz należy tylko wygładzić grób i przykryć go liśćmi.

Cholerny doktorzyna  był  za  wolny. Runne  zastraszył  go, więc  zaczęły mu się  trząść  ręce i  nie  mógł  działać  szybko. 

Teraz  było  już  za  późno,  żeby  wracać  do  domu  Powersa  i  liczyć  na  spotkanie  z  Morganem.  Ale  gdyby  udało  mu  się 

oszukać Betwortha, nie dopuścić, żeby dowiedział się o jego błędzie, wtedy może dostałby kolejną szansę.

Zignorować ból. W końcu sobie na niego zasłużył.

Zakopać głęboko ciało. Wygładzić ziemię i przykryć ją liśćmi...

- Wychodźcie - powiedział Chuck Fondren, otwierając tylne drzwi ciężarówki. - Chcę się stąd jak najszybciej zmyć.

- Gdzie jesteśmy? - spytała Alex, kiedy Morgan pomagał jej zejść z naczepy.

- W Prescott, w Zachodniej Wirginii. Czterdzieści mil od Huntington. - Kierowca wskazał gestem rozpadający się drew-

niany domek przy drodze. - To wasz cel podróży. Tutaj miałem was dowieźć. - Rzucił ich torby na ziemię. - Powodzenia.

Ja się odmeldowuję.

- Dziękujemy - powiedziała Alex. Nie mogła go winić za to, że cieszył się, że się ich pozbywa. Bardzo wiele ryzykował, 

podwożąc ich tutaj. Ludzie Galena reagowali natychmiast, kiedy dostawali od niego sygnał. Spojrzała na rozsypujący się 

domek. - Zauważyłeś, że nasze kwatery są coraz gorsze? Musisz chyba porozmawiać z Galenem.

-  Ciężko  znaleźć  dobre  schronienie  w  tych  czasach.  -  Morgan  ruszył  naprzód.  -  Osobiście  będę  szczęśliwy,  jeśli  nie 

czeka na nas żaden komitet powitalny. - Nagle zamarł, chwycił ją za ramię i pchnął w krzaki. - Chyba się pospieszyłem. 

Kto to, u licha...

Spojrzała w stronę domku i zobaczyła mężczyznę, który wyszedł na ganek. Odetchnęła z ulgą.

- To Logan. Nie poznajesz go?

-  Rozmawiałem  z  nim  przez  telefon,  ale  nigdy  się  nie  spotkaliśmy.  -  Morgan  nadal  był  spięty.  -  I  nie  jestem  wcale 

pewien, czy podoba mi się, że tu jest. Wygląda dość groźnie. - Wyszedł z krzaków. - Ale i tak musimy się dowiedzieć, 

czego od nas  chce.  Wątpię, żeby ściągnął  tu  policję. - Morgan wytrzymał  spojrzenie  Logana, zbliżając się do niego.  -

Logan, co za niespodzianka! - zawołał, podchodząc do domku. - A ja myślałem, że porzuciłeś nas na pastwę losu.

- Zrobiłbym to z największą przyjemnością. - Logan przerósł spojrzenie na Alex. - Dobrze się czujesz? Galen mi mówił, 

że miałaś wypadek.

- Już mi lepiej. A co z Sarą?

-  Jest  wściekła.  Gotowa stoczyć wojnę  z FBI i  mediami.  -  Skrzywił  się.  -  I ze  mną. Zwłaszcza ze  mną.  Po  tym,  jak 

wyszły na jaw te brednie na temat twojego uczestnictwa w organizacji terrorystycznej, musiałem ją zapewnić, że jesteś 

pod dobrą opieką. - Ponownie spojrzał na Morgana. - Chociaż sam nie miałem pewności, czy to prawda.

- Poprosiłeś mnie, żebym zapewnił jej bezpieczeństwo i proszę, jest żywa. - Morgan zatrzymał się przed Loganem. - A 

teraz zamierzasz mi docinać czy nam pomożesz? Trzeba zająć się czymś bardzo nieprzyjemnym.

background image

111

- Słyszałem już o tym od Galena. A jak myślisz, po co tu przyjechałem? Należy to wyjaśnić, ale nie dałoby się tego 

zrobić na odległość. - Obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi frontowych. - Nie ucieszy was fakt, że ta psia buda w środku 

wygląda jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Ale wejdźcie, to pogadamy.

- Betworth? - powtórzył powoli Logan. - Powers wspomniał Betwortha?

- Znasz go? - spytała Alex.

- Charles Betworth to kongresmen z Teksasu. Zasiada w Kongresie od piętnastu lat.

- Czyli nie rzuca się zbytnio w oczy - stwierdziła Alex. - Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek o nim słyszała.

- Obecnie woli pracować za kulisami. Przepycha jakieś małe ustawy dotyczące ochrony środowiska i publicznej służby 

zdrowia. Trzynaście lat temu był wielką nadzieją Partii Demokratycznej, ale został przyłapany na skandalu finansowym 

podczas kampanii. Mówi się sporo na temat jego charyzmy i osobowości, które pomogły mu dwukrotnie przezwyciężyć 

piętno kanciarza i zdobyć fotel kongresmena. - Logan skrzywił się. - Ale z taką plamą na przeszłości nie ma szansy, żeby 

partia kiedykolwiek wysunęła go w wyborach prezydenckich. Jestem pewien, że ciężko mu przełknąć tę gorzką prawdę.

- Na tyle ciężko, że mógłby być zdolny do zaplanowania katastrofy w Arapahoe Junction?

- Tylko wtedy, gdyby zyskał na tym coś więcej niż tylko zemstę. Betworth jest piekielnie ambitny.

- A nie zachłanny na pieniądze?

Logan pokręcił głową.

- Wydaje mi się, że w tym skandalu, dotyczącym kampanii, bardziej chodziło o manipulację i władzę niż o pieniądze. 

Betworth  wywodzi  się  z rodziny  potentatów  naftowych. Dzięki temu udało  mu  się  w  kolejnych  wyborach zatuszować 

plamę na życiorysie. - Przerwał i zamyślił się. - Nie, to musi być sprawa ambicji.

- Ale w jakim celu?

- Nie mam pojęcia. Ale zdaje się, że mógłbym się tego dowiedzieć. - Wstał. - Pojadę do Waszyngtonu i zobaczę, co uda 

mi się uzyskać. Macie rację, szykuje się coś paskudnego. - Zacisnął usta. - I najbardziej złości mnie fakt, że zagrożenie 

wypływa od naszych własnych ludzi. Nie wystarczy już, że musimy zmagać się z wariatami spoza naszych granic?

- Sądzisz, że Jurgens i jacyś inni ludzie w CIA są w to zaangażowani? - spytał Morgan. - Byłem pewien, że w to nie 

uwierzysz. Alex nie potrafiła.

- Uważam, że każdy, kto jest zaangażowany w walkę o władzę na taką skalę, musi zabiegać o wsparcie agencji. Wydaje 

mi się, że wystarczy przeciągnąć na swoją stronę kilka kluczowych postaci, żeby móc dysponować całością. Chodzi tu o 

zdobycie wpływowych ludzi i manipulowanie nimi. Niepokoi mnie fakt, że w całym tym bagnie pojawia się nazwisko 

Betwortha.

- Sporo o nim wiesz.

-  Zaciekawił  mnie.  Byłem  przekonany,  że  pod  towarzyską  ogładą  kryło  się  coś  więcej.  Widziałem  go  kiedyś,  jak 

wchodził na przyjęcie i natychmiast zdobywał ogólny poklask. Niemal hipnotyzował ludzi, którzy się z nim stykali. To 

mogło być wykalkulowane, ale sprawiało wrażenie spontanicznego. Ten facet ma potężną siłę. - Logan ruszył do wyjścia. 

- Taki sam był Stalin. - Zatrzymał się, otwierając drzwi. - Przywiozłem torbę zjedzeniem i parę koców. Leżą tam, pod 

oknem. Galen powiedział, że się wam tutaj przydadzą.

- Pewnie nie na długo. Powers mówił, że Z-2 jest już przygotowane. Mam nadzieję, że uda nam się dowiedzieć, gdzie to 

się stanie, zanim... - Morgan wzruszył ramionami. - Musimy się tego dowiedzieć. Nie ma innego wyjścia.

-  Zadzwonię,  kiedy  będę  coś  miał  -  powiedział  Logan.  -  Ochraniaj  Alex.  Gdyby  coś  jej  się  stało,  Sara  by  mi  nie 

wybaczyła.

background image

112

- Boże uchowaj, żebyśmy rozzłościli Sarę - mruknął Morgan.

- Właśnie - powiedział Logan.

Alex poszła za nim do beżowego saturna, zaparkowanego na tyłach domu.

- Logan.

Zatrzymał się i spojrzał na nią.

- Powiedz Sarze, że nic mi nie jest, że wszystko będzie dobrze.

- Musi być dobrze. Siedzę w tym po uszy. - Przyjrzał się jej badawczo. - Naprawdę nic ci nie jest? Morgan jest bardziej 

nieokrzesany, niż się spodziewałem. Czy on cię dobrze traktuje?

- Tak. Ale źle go oceniasz. On nie jest nieokrzesany. To prawdziwy skarb wśród zabójców. - Próbowała się uśmiechnąć. 

- Dopóki jest po mojej stronie, nie mam nic przeciwko temu. I naprawdę traktuje mnie dobrze. Pozdrów ode mnie Sarę -

zawołała na odchodnym.

Logan zawahał się, zanim się odezwał.

- Musiałem to zrobić, Alex. I nie żałuję.

- Nie sądziłam, że mógłbyś żałować. Po prostu trzymaj Sarę z dala od tego wszystkiego.

- To trudne. Musiałem jej obiecać, że pozwolę jej porozmawiać z tobą przez telefon, kiedy tylko ochrona będzie miała 

pewność, że linia jest bezpieczna. Inaczej nie zgodziłaby się zostać w domu

- Nie pozwól jej do mnie dzwonić. Nie chcę ryzykować. Nie mogę jej wciągać w moje problemy.

- To samo jej mówiłem, ale nic to nie dało. - Uśmiechnął się. - Więc lepiej będzie, jak się z tym wszystkim uporamy, 

zanim Sara wkroczy do akcji. - Usiadł za kierownicą i pomachał do niej, odjeżdżając w stronę drogi.

Zadrżała,  obserwując,  jak  za  zakrętem  znikają  tylne  światła  jego  wozu.  Logan  nie  był  jej  przyjacielem,  ale  jego 

obecność w jakiś sposób dodawała jej otuchy. Roztaczał wokół siebie aurę władzy, kompetencji i przez krótki moment 

przebywania w jego towarzystwie Alex czuła się bezpieczna.

- Miałem nadzieję, że pojedziesz z nim.

Odwróciła się i zobaczyła Morgana w drzwiach.

- Nic z tego. Moje miejsce jest tutaj.

- Gówno prawda - burknął. - Twoje miejsce jest gdzieś za murami, z całą armią ochroniarzy, którzy będą cię bronić.

- Właśnie do tego zostałeś wynajęty. - Uśmiechnęła się słabo. - Pamiętasz?

-  Pamiętam wszystko. -  Odwrócił  od  niej wzrok. -  I wiem, że  kłamałaś  jak  z nut,  mówiąc  Loganowi, że traktuję cię 

dobrze.

- Nie powinieneś podsłuchiwać.

- To jeden z moich mniejszych grzeszków. Sama poznałaś już większe.

- Patrząc  z perspektywy czasu,  to... naprawdę dobrze mnie traktowałeś. Galen powiedział, żebym przeanalizowała to 

Czystko, co mi się  przytrafiło od czasu Arapahoe Junction. I że prawdopodobnie sama uznam,  że spotkanie ciebie nie 

było wcale takie złe.

- Jasne. Może przeanalizujemy to razem. Nafaszerowałem cię prochami, porwałem, wbiłem gałąź w ramię, a potem cię 

przeleciałem.

Poczuła przeszywający ból.

- A przeleciałeś mnie? To wstrętne słowo, a ja nie uważam, żebyśmy robili coś wstrętnego. A ty?

- Wszystko, czego się dotknę, zamienia się w coś wstrętnego. Wszystko, oprócz mojej pracy. Nie mam prawa... - Do-

strzegł wyraz jej twarzy i zrobił gwałtownie krok w jej stronę, ale zatrzymał się. - Nie, to nie było wstrętne. Do diabła, to 

background image

113

było piękne. Ty byłaś... - Zamilkł, a po chwili uśmiechnął się szyderczo. - Milczysz. Jesteś zbyt wielkoduszna. Czekam 

na ogłuszający cios prosto w szczękę.

- To sobie możesz długo czekać. Jestem zmęczona walką.  - Pokręciła ponuro głową. - W czasie jazdy tą ciężarówką 

miałam  sporo  czasu  na  przemyślenia.  Zbyt  wiele  mi  się  przytrafiło,  żebym  się  teraz  miała  przejmować  dumą  albo 

własnym ego. Myślę, że może i masz sporo problemów, ale mogę wziąć je na siebie.

- Nigdy cię o to nie prosiłem.

- Ale ja  nie jestem taka jak ty.  Nie potrafię  trzymać  się  na dystans. Muszę wskakiwać  do tej  wody i  w niej  pływać. 

Podobało mi się to, co zrobiliśmy. Sprawiłeś, że poczułam się...

- Kochana?

- Bałam się powiedzieć to głośno. - Spojrzała mu w oczy. - I możesz sobie drwić, ile ci się podoba, ale tak, poczułam się 

kochana. I nie mógłbyś tego sprawić, gdybyś sam niczego nie czuł. Nie jesteś mężczyzną, którego bym wybrała, żeby się 

z nim kochać, ale tak się stało. Więc zamierzam ci się dobrze przyjrzeć.

- Na twoim miejscu nie próbowałbym zaglądać zbyt głęboko. Lepiej prezentuję się na odległość. Z bliska jestem...

- Lepiej już się zamknij. Nie sądzę, żebyś sam wiedział, jakim człowiekiem jesteś.

- Doskonale wiem, kim jestem. - Uśmiechnął się. - I nie jestem bohaterem. Nie znajdziesz we mnie swojego ojca, ale...

- Ale mój ojciec nie był bohaterem przez cały czas. Nie potrafił utrzymać swojego małżeństwa. Był w tej kwestii raczej 

niedojrzały.  Zapomniał  nawet  o  moim  rozdaniu  dyplomów  i  poszedł  sobie  na  mecz  Metsów.  -  Przełknęła  ślinę,  żeby 

pozbyć się ucisku w gardle. - Ale był kochany i dobry, i tylko to się liczyło. Wiedziałam, że w każdej naprawdę poważnej 

sprawie on będzie przy mnie. - Minęła go, wchodząc do domku. - Nie wydaje mi się, żebyś miał chociaż jedną z jego 

cech, ale jeśli tak jest, to uważaj. Zaskoczyłeś mnie tym, że mnie odrzuciłeś. Ale ja się tak szybko nie zniechęcam.

- Alex... nie chodzi o...

- Nie chcę już więcej na ten temat rozmawiać.  Po prostu musiałam to  z siebie wyrzucić. Nie potrafię funkcjonować, 

kiedy całe moje życie jest w rozsypce, a to jest jedyna sfera, nad którą mogę mieć jakąkolwiek kontrolę. - Poklepała go 

po  ramieniu.  -  Nie  przejmuj  się,  na  razie  jesteś  bezpieczny.  Gdzie  jest  moja  torba?  Muszę  podłączyć  komputer. 

Chciałabym poczytać zapis twojej ostatniej rozmowy z Powersem i przeanalizować ją.

- No, wreszcie się odezwałeś, Runne - powiedział Betworth. - Gdzie ty, u diabła, byłeś?

- Musiałem coś załatwić. Zrobiłem, co mi kazałeś. Powers nie żyje. Nie udało mi się dopaść Morgana. Będziesz musiał 

pomóc mi go znowu znaleźć.

- Och, doprawdy?

- Pomożesz mi. Obiecałeś, że to zrobisz.

- Ale to było, zanim narobiłeś bałaganu przy Powersie.

- Zabiłem go. Tego przecież chciałeś.

- Chciałem czystej roboty, bez żadnych niedopracowanych szczegółów. Ale rozumiem, że Morgan i Alex Graham byli 

w tym domu tamtej nocy. Czy Powers mógł im coś powiedzieć?

Runne  poczuł  gorącą  falę  wstydu  i  gniewu.  Betworth  nie  może  się  dowiedzieć,  że  nawalił.  Niewiele  brakuje,  żeby 

odebrał mu to zlecenie, a bez tego sukinsyna, Betwortha, nie bajdzie Morgana.

- Ja nie popełniam błędów. Morgan nie widział się z Powersem przed moim przyjściem.

- A Powers nie żył, kiedy wychodziłeś?

- Tak, nie żył.

background image

114

- Świetnie. Może nie doskonale, ale możemy zminimalizować straty.

- Powiedz mi, dokąd pojechał Morgan.

- Jeszcze tego nie wiemy. Ale jest spora szansa, że pojawi się w Z-3. Próbował się dowiedzieć czegoś o tym miejscu, 

więc pewnie trafisz tam na niego.

- Chcę go dopaść już teraz.

- Ale teraz już nie liczy się to, czego ty sobie życzysz, Runne - powiedział łagodnym tonem Betworth. - Dałem ci szansę 

zabicia Morgana, a ty ją zmarnowałeś. Więc teraz będziesz pracował zgodnie z moim planem.

Runne poczuł przypływ złości.

- W takim razie mogę go sam znaleźć.

- Do tej pory jakoś ci się nie udawało. A ja nie mogę dłużej dawać ci wolnej ręki. Morgan stał się zbyt niebezpieczny. 

Będę musiał nasłać na niego Jurgensa i jego ludzi.

-  Nie!  Oni  mi  pokrzyżują  szyki.  Obiecałeś  mi  Morgana.  -  Runne  wziął  głęboki  oddech,  żeby  się  opanować.  -  Nie 

wysyłaj Jurgensa, a ja zaczekam do czasu roboty w Z-3.

- Co za niezwykła oznaka cierpliwości z twojej strony. Ale nie będziesz musiał czekać zbyt długo.

- A ile?

-  Osiem  dni.  Jeśli  wszystko  pójdzie  pomyślnie.  -  Po  chwili  dodał:  -  Ale  nie  będę  tolerował  braku  kontaktu  z  tobą, 

Runne. Mamy coraz mniej czasu. Jeśli nie będziesz odbierał moich telefonów, będę zmuszony przemyśleć na nowo swoją 

decyzję.

-  Sukinsyn  -  mruknął  Runne,  kiedy  Betworth  się  rozłączył.  Pozbawia  go  niezależności  i  robi  z  niego  swoją  kolejną 

kukłę.

Ale trzeba to jeszcze przez jakiś czas znosić. Jeszcze tylko osiem dni.

Jedno zlecenie i Betworth da mu Morgana.

A wtedy on dopadnie również Betwortha.

Ale  może  wcale  nie  będzie musiał zależeć  od Betwortha,  żeby znaleźć Morgana.  Betworth powiedział,  że ta  kobieta 

nadal jest przy nim, a ona z pewnością będzie łatwiejszą zdobyczą niż Morgan.

Runne  wyciągnął  zdjęcie  i  dossier  Alex  Graham,  które  dostał  od  Betwortha.  Była  delikatna,  słaba,  o  sercu 

przepełnionym chęcią naprawiania świata. Jeśli przestudiuje dokładniej jej przeszłość, może uda mu się przewidzieć, jaki 

będzie jej kolejny ruch.

Czy Morgan da się złapać w pułapkę, jeśli Runne porwie Graham i zacznie ją torturować? Runne nie popełniłby takiego 

błędu, ale Morgan wyrósł w innej kulturze i może nie uda mu się przezwyciężyć wrodzonych słabości.

Trzeba się będzie o tym przekonać. Ale po kolei.

Najpierw należy znaleźć kobietę.

- Wyglądasz na podekscytowaną.

Alex oderwała wzrok od komputera i spojrzała na Morgana stojącego w drzwiach.

- Za wcześnie, żeby się ekscytować, ale myślę, że mogę być na właściwym tropie.

- Z-2?

-  Nie.  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  może  być  Z-2.  -  Potarła  kark,  bo  wiele  godzin  spędziła  w  jednej  pozycji  przed 

komputerem i zaczęła już boleśnie odczuwać każdy mięsień. - Kanały. Myślałam o tych głębokich dziurach w piwnicach 

fabryki  w  Fairfax.  One  muszą  mieć  coś  wspólnego  z  tym,  co  mówił  Powers.  Więc  jakiego  to  rodzaju  kanały? 

background image

115

Mechaniczne,  metalowe,  wentylacyjne...  -  Spojrzała  z  powrotem  na  ekran  komputera.  -  Ale  jest  jeszcze  jeden  rodzaj 

kanałów. Kanały termiczne.

- Co to takiego?

-  Są  to  szczeliny  w  skorupie  ziemskiej,  którymi  na  powierzchnię  ziemi  przedostaje  się  para  i  ciepło  z  jądra  ziemi. 

Najczęściej spotyka się je w głębinach oceanów i na obszarach wulkanicznych. W przypadku wulkanów takimi kanałami 

termicznymi  mogą  wydobywać  się  także  stopione  skały,  czyli  lawa.  Jądro  ziemi  utrzymuje  temperaturę  prawie  pięciu 

tysięcy stopni Celsjusza.

Morgan gwizdnął przeciągle.

- Nieźle.

- To źródło energii. Ale dotychczas ludzkości nie udało się wykorzystać ani jądra, ani jego ciśnienia na jakąś większą 

skalę.  W  dziejach  ludzkości  wykorzystywaliśmy  naturalną  energię  geotermalną  w  bardzo  ograniczonym  zakresie. 

Rzymianie, Islandczycy i niektóre plemiona północnoamerykańskie używały takich kanałów do kąpieli, ogrzewania albo 

przygotowywania posiłków. Dziś mamy też rośliny, które wykorzystują energię do produkcji pary, która ogrzewa domy i 

obraca  turbiny.  Organizacje  ochrony  środowiska  walczą  o  każdą  możliwość  wykorzystywania  sił  geotermalnych  do 

ogrzewania, ponieważ to czyste i tanie źródło energii.

- A jaki to ma związek z Arapahoe Junction?

- Nie wiem. Nadal czegoś szukam. Idź, a ja jeszcze popracuję. Wydaje mi się, że jestem na tropie.

- Mogę coś dla ciebie zrobić?

- Powers, zdaje się mówił o Lontanie, prawda? Stracili Lontanę i wszystko poszło nie tak.

Morgan skinął głową.

- Prawdopodobnie to o nim Powers powiedział, że to Brazylijczyk? Przekazałem już to nazwisko Galenowi, żeby zlecił 

poszukiwania.

-  Spróbuję  sama  coś  znaleźć.  Jeśli  Lontana  miał  powiązania  z  Fairfax  i  Arapahoe  Junction,  powinien  też  mieć  coś 

wspólnego z kanałami. Wpiszę te nazwy w wyszukiwarce i zobaczymy co z tego wyniknie... - Zmarszczyła brwi, kiedy 

na ekranie pojawi ty się wyniki. - Nic. Spróbuję poszukać według innego klucz

Morgan obserwował ją przez kilka minut, ale wiedział, że zapomniała już o jego obecności. Wyszedł na ganek i usiadł 

wpatrzony  w  drogę.  Irytowało  go,  że  jego  udział  w  tym  zadaniu  ograniczał  się  do  oczekiwania.  Nie  znosił  bierności, 

chciał coś robić.

Ale zmiany nadejdą. Czuł, że się zbliżają.

A do tego czasu będzie obserwował, czekał... i ochraniał.

- Logan jest w mieście - powiedział Betworth, idąc z Benem Danleyem w stronę Kapitelu. - Zadaje pytania, węszy, ale 

nie  agresywnie.  Jak  zwykle  musimy  mieć  na  niego  oko.  To,  co  Logan  robi  jawnie,  zwykle  jest  tylko  czubkiem  góry 

lodowej.

- O co pyta?

- Nie denerwuj się. Pytał o śledztwo FBI w sprawie Alex Graham. To zupełnie logiczne, w końcu ta kobieta przyjaźni 

się z jego żoną - powiedział zdenerwowany.

- On może coś wiedzieć Danley.

background image

116

- Może najwyżej coś podejrzewać - uspokoił go Betworth. - Nikt nic nie wie, a za siedem dni to i tak nie będzie już mieć 

znaczenia. Więc skup się na swojej pracy. Powiedziałem ci o tym tylko po to, żebyś nie dowiedział się od kogoś innego i 

nie zaczął panikować.

- Ja nie panikuję. Jestem tylko zaniepokojony. Nigdy mnie nie doceniasz. To ja załatwiłem Matanzę. Mam prawo być 

zaniepokojony.

-  Oczywiście.  -  Nagły  bunt  Danleya  zaskoczył  Betwortha.  -  Niepokój  jest  na  miejscu.  Wyostrza  czujność.  Zbytnia 

pewność siebie może być fatalna w skutkach. Kto został wyznaczony do zajmowania się Matanzą?

- Sądziłem, że sam tam pojadę - rzucił Betworth.

- Nie, będziesz mi potrzebny przy Z-3. Poza tym jesteś za bardzo na świeczniku. Możesz być potrzebny Andreasowi i 

zacznie o ciebie wypytywać.

- W takim razie wyślę Ala Leary’ego. Jest kompetentny i to on rozpracował układ pomiędzy Moralesem a Matanzą w 

Fairfax.

- Śmierć Moralesa zachwiała nieco wiarę w organizacji.

- Nie muszą mieć wiary. Zapewniamy im wszystko, czego chcą, a oni dają nam to, czego my chcemy. Jeśli nie będziesz 

potrzebował mnie tu na miejscu, to w środę pojadę do Z-3.

Betworth  był  już  wyraźnie  podekscytowany.  Niebawem  to  się  wydarzy.  Przez  lata  nad  tym  pracował  i  zaplanował 

wszystko w najdrobniejszych szczegółach, a teraz realizacja była już o krok.

- Jedź. Jeśli będzie potrzeba, to cię wezwę.

- Lepiej, żeby nie było żadnej nagłej potrzeby.

Zabrzmiało  to  niemal jak  groźba. Cóż, zajmie się tym później.  Miał w zanadrzu jeszcze  wiele sposobów na to,  żeby 

utrzymać przy sobie Danleya. W tej chwili należało mu trochę pokadzić.

-  Dzięki  tobie  wszystko  idzie  gładko.  To  niesamowite,  ile  może  osiągnąć  jeden  inteligentny  człowiek.  -  Wszedł  na 

schody Kapitelu. - A teraz uśmiechnij się i pomachaj mi na pożegnanie.

Danley spojrzał na szczyt schodów, gdzie stał Car! Shepard otoczony kongresmenami.

- A co on tutaj robi? - zdziwił się.

-  Próbuje  zyskać  poparcie  dla  Andreasa  i  jego  ustawy  o  ochronie  środowiska.  Pewnie  mu  się  nie  uda.  On  nie  jest 

Andreasem.

- Może i  masz rację,  ale słyszałem, że wykonuje kawał niezłej roboty, żeby ulepszyć służby bezpieczeństwa wewnę-

trznego.

- To bułka z masłem. Wszyscy mają teraz na uwadze kwestie bezpieczeństwa. Ochrona środowiska jest dziś trudniejszy 

tematem.  Tylko  ja  potrafię  pozyskać  poparcie  w  tej  kwestii.  A  zaraz  pójdę  się  przywitać  z  Shepardem  i  będę  mu 

schlebiał,  złożę gorące  podziękowania  za  poświęcenie  mi uwagi zacnego wiceprezydenta.  A  potem  wtopię  się  w  tłum 

moich kolegów kongresmenów.

- Marne szanse. - Danley odwrócił się i oddalił się w stronę parkingu.

Miał rację, pomyślał Betworth. Jego gwiazda dopiero wschodziła. Ale nie zamierzał pozwolić, by przygasła.

Rozdział 11

Chyba coś znalazłam. - Alex rzuciła papiery na stół przed Morganem.

- Brzmi bardzo zachęcająco. - Wziął do ręki papiery. - Lontana?

background image

117

- Philip Lontana. Brazylijski oceanograf. Bardzo znany i szanowany w swojej profesji. Zajmował się tym wszystkim: 

przygotowywał  raporty  na  temat  degradacji  rafy  koralowej,  poszukiwał  zaginionych  miast,  opracowywał  wykresy 

nieodkrytych obszarów podmorskich. Jednym z jego koników było badanie oceanicznych kanałów termicznych.

- I dokąd to nas prowadzi?

- Dwa lata temu napisał artykuł, który opublikowano w „Nautiliusie”. To typowo branżowe pismo i dlatego tak dużo 

czasu  zajęło  mi  jego  znalezienie.  W  artykule  jest  mowa  o  możliwości  wykorzystywania  potencjału  energetycznego  z 

głębin  ziemi,  poprzez  stworzenie  kanałów,  które  byłyby  kontrolowane  technologią  dźwiękową.  Wymagałoby  to  za-

stosowania  skomplikowanych  formuł  matematycznych  przy  każdorazowym  wwiercie,  ale  był  pewien,  że  jest  już  na 

właściwym tropie. Opracowywał właśnie urządzenie. - Na chwilę zamilkła, zastanawiając się. - Był bardzo podekscyto-

wany tym, że istnieje szansa na wykorzystanie nieograniczonego źródła energii. To by kompletnie zrewolucjonizowało 

życie na ziemi.

- Albo sposób, w jaki byśmy umierali. Nie myślał o możliwości zastosowania tego jako broni?

- W zasadzie pominął tę kwestię, tak jak inne ujemne strony pomysłu, kładąc nacisk na to, że takie źródło energii może 

uratować planetę. Uznał, że tym zagadnieniem mogłoby się zająć ONZ.

- A nie rząd brazylijski?

- Najwyraźniej nie miał z nim najlepszych relacji. Na wczesnym etapie  kariery naukowej  udało mu się  zlokalizować 

zatopiony  hiszpański  galeon  i  musiał  połowę  swojego  wynagradzania  ze  znaleziska  oddać  rządowi.  Całkiem  sporo 

artykułów  Lontana  poświęcił  właśnie  tematowi  wynagrodzenia  za  uratowanie  dziedzictwa  światowego  i  o  prawie  do 

niego osób niezależnych. Wygląda mi na ekscentryka.

- Albo na szaleńca.

- Może utalentowanego szaleńca? Jednak środowisko naukowe nie traktowało go poważnie. Jego raport spotkał się z 

kilkoma odpowiedziami i polemikami ze strony innych oceanografów. Twierdzili, że to, co proponuje, jest niemożliwe, 

ponieważ jądro ziemi jest położone prawie sześć tysięcy kilometrów w głąb.

- Znalazłaś coś jeszcze?

- Nie, ale jeśli wszyscy w jego środowisku potraktowali jego pomysł z pogardą, to czy nie byłoby logiczne, że próbował 

znaleźć jakiegoś wpływowego entuzjastę?

- Jak na przykład Betworth, który znany jest jako jeden z największych działaczy na rzecz ochrony środowiska w Sta-

nach Zjednoczonych? Więc zatrudnił Lontanę do pracy w laboratoriach w Fairfax.

- Ale Powers przed śmiercią mówił, że stracili Lontanę. Wszystko poszło nie tak, bo go stracili.

-  Musimy  go  odnaleźć,  jeśli  jeszcze  w  ogóle  żyje.  -  Morgan  wystukał  numer  do  Galena.  -  Sprawdzę,  czy  te  nowe 

informacje coś nam pomogą.

- To wszystko są domysły.

- Ale pasujące do siebie. - Wyszedł na ganek, gdzie zdał Galenowi telefonicznie raport z ich własnych poszukiwań. -

Udało wam się znaleźć coś więcej na jego temat? - spytał na koniec.

-  Nie  trafiliśmy  na  ten  artykuł  w  Nautiliusie,  ale  wiemy,  że  Lontana  nie  mieszka  już  w  Rio.  Pracuje pod  Nassau  na 

Wyspach Bahama. Nie udało nam się z nim skontaktować. Wysłałem naszego człowieka do Nassau.

- Lontana może już nie żyć. Kiedy Powers powiedział, że go stracili, mógł mieć na myśli, że musieli go zlikwidować.

- Nie bądź takim pesymistą. Dla mnie to nie jest jednoznaczne.

- W takim razie mam dla ciebie coś, co wprawi cię w jeszcze bardziej optymistyczny nastrój. Chciałbym, żebyś zaczął 

śledzić Ala Leary’ego i zorientował się, co u niego.

background image

118

- Leary...? A, twój stary kontakt w CIA? Czego chcesz się dowiedzieć?

- Wszystkiego. Łącznie z jego aktualnym numerem telefonu komórkowego.

- Po co? - dopytywał Galen.

- Powers nie był tak pomocny, jak oczekiwałem.

- Myślisz, że Leary będzie gadał?

- O tak. Jeszcze mu nie zapomniałem tego, że odsunął mnie po akcji w Fairfax. Będziemy mieli o czym pogadać.

- Biorąc pod uwagę, że ma świadomość twoich umiejętności, to rzeczywiście jest szansa, że się przed tobą otworzy. Co 

powinienem o nim wiedzieć?

- Jest sprytny, wykształcony i jest gejem. Nadal działa z ukrycia, ponieważ sądzi, że dla ambitnego człowieka w CIA to 

korzystniejsze.

- Niebezpieczny?

- Na pewno, jeśli zapędzisz go do narożnika.

- W takim razie tobie zostawimy zapędzanie go do narożnika. - Galen zmienił temat: - Jak poszło z Loganem?

- Tak, jak się  można było spodziewać. Przynajmniej próbuje się czegoś dowiedzieć,  chociaż trzęsie się o swój tyłek. 

Miałeś od niego jakieś wieści?

-  Tak.  Powiedział,  że  ludzie  nie  chcą  z  nim  gadać.  To  może  wynikać  z  faktu,  że  jest  spore  napięcie  spowodowane 

atakami na ambasady, ale on twierdzi, że napotyka mur milczenia.

- Cholera.

- Znowu pesymizm. Logan nie znosi takich murów. Ma w zwyczaju przebijać w nich dziury. Powiedział, że zadzwoni 

do ciebie, jeśli się czegoś dowie. Spodziewaj się więc sygnału od niego. - Galen zamilkł na chwilę. - Kanały termiczne... 

To chyba dość trudny temat do zbadania.

- Nie trudniejszy niż próba dotarcia do jądra ziemi. Kto, u licha, wie, co z tego wyniknie? Ta cała magma... Co u Eleny?

Galen zaśmiał się.

- Lawa kojarzy ci się z Eleną?

- Zauważam pewne podobieństwa. Ale tak naprawdę chciałem się dowiedzieć, czy będziesz osiągalny, gdybym cię po-

trzebował.

- Może. Czemu sam jej o to nie spytasz?

- Mówię poważnie. Być może będę chciał przywieźć do was Alex. Ona nie pojedzie z Loganem, bo wie, że zaraz by ją 

gdzieś zamknął i postawił przy niej całodobową straż.

- Ale ja nie zamierzam narażać Eleny, Morgan.

- Spytaj ją. Ona wie, jak to jest, kiedy musisz uciekać.

- A myślisz, że Alex zgodziłaby się na to? - powiedział po chwili milczenia Galen.

- Może nie od razu, ale nieuchronnie nadchodzi czas, kiedy będę dla niej większym zagrożeniem niż Betworth i Jurgens 

razem wzięci. Ona nie może ze mną zostać.

- Spytam Elenę, ale niczego nie obiecuję.

Żadnych obietnic, ale Morgan przeczuwał, że Galen by się zgodził. Elena to inna kwestia. Ona jest twarda, zaborcza 

wobec Galena i serdecznie nienawidzi Morgana. Trzeba więc będzie poczekać.

- Lontana  mieszka  w  Nassau  -  oświadczył, wchodząc z powrotem do  domu. -  Galen  wysłał tam swojego człowieka, 

żeby go zlokalizował.

background image

119

- To dobrze. - Alex odwróciła się znowu do komputera. - Ciekawe, czy uda mi się wejść na następną stronę i spraw-

dzić...

- Nie - powiedział stanowczo. - Już wystarczająco dużo zrobiłaś. Odpocznij.

- Jestem za bardzo podekscytowana.

-  W  takim  razie  mam  pomysł, jak  mogę cię  inaczej wykorzystać.  -  Poszedł  do kąta  i  przyniósł  jej  torbę.  -  Jeśli  zor-

ganizuję ci prowizoryczną ciemnię, wywołasz to zdjęcie, które zrobiłaś mężczyźnie uciekającemu z domu Powersów?

- Ale przecież już chyba wiesz, kto to, prawda?

- Chcę mieć pewność. Zrobisz to dla mnie?

- Tak. Przygotuj sprzęt.

- Nie wiem, czy zdołasz go rozpoznać. - Alex wytarła ręce. - Całą twarz ma we krwi.

Morgan spojrzał na zdjęcie.

- Wiem, kto to.

Spojrzała badawczo na Morgana.

- To Runne?

- Tak, ale masz rację, że komuś innemu trudno byłoby go rozpoznać. A ty w tej chwili powinnaś wiedzieć, jak on wy-

gląda. - Wyciągnął szkicownik i błyskawicznie narysował podobiznę. - Tak wygląda Runne.

Spojrzała  na  portret  przystojnego  młodego  mężczyzny  o  spojrzeniu  przenikliwym  i  zmysłowych  ustach,  oraz  tak 

udręczonym wyrazie twarzy, że niemal wydawał się rzeczywisty.

- Narysowałeś go w zaskakująco krótkim czasie.

- Mógłbym to zrobić z zamkniętymi oczami. Przywykłem do rysowania go. Można powiedzieć, że był moim ulubionym 

modelem. - Morgan uśmiechnął się. - Oczywiście do momentu, kiedy ty się pojawiłaś.

- Ma nieco skośne oczy. Czy to Azjata?

- W pół Koreańczyk, pół Amerykanin.

- Wygląda na... udręczonego.

- Bo tak jest.  - Zabrał szkic. - Ale teraz wygląda nieco inaczej. Zdaje się, że został ranny w policzek i wargę. Praw-

dopodobnie ma szwy na twarzy. - Podniósł szkic, żeby porównać go ze zdjęciem.  - Tyle  mogę zrobić. Jeśli zobaczysz 

kogoś podobnego do niego, uciekaj ile sił w nogach.

- Czy to przed nim sam uciekasz?

Skinął w milczeniu głową.

- Boisz się go?

- Tak.

Przyjrzała mu się badawczo.

- Nie wierzę ci.

- Poluje na mnie od bardzo długiego czasu. Dlaczego inaczej bym się przed nim ukrywał?

- To ty mi powiedz. - Uśmiechnęła się przebiegle. - Ale ty mi nie powiesz, prawda? Bo to by oznaczało, że zmniejszysz 

dystans między nami. - Odwróciła się i podeszła do kuchenki turystycznej. - Zamierzam zrobić sobie kawę. Chcesz?

- Poproszę.

Wodził za nią wzrokiem, kiedy krzątała się w części kuchennej. Minęło kilka minut, zanim wreszcie się odezwał.

- On ma tylko dwadzieścia dwa lata.

background image

120

-  Słyszałam,  że  grzechotniki  mają jad  od  urodzenia. -  Podała  mu  kubek.  -  Widziałam,  co  zrobił  żonie  Powersa.  Nie 

uwiężę, że się nad nim litujesz.

- Nie lituję się. To raczej empatia. Patrzę na niego i widzę siebie. Wiem. jaki będzie jego następny ruch, mój byłby taki 

sam. - Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w kubek z kawą. - Nazywa się Runne Shin. Jest nieślubnym synem Ki Ho 

Shina, północnokoreańskiego generała i amerykańskiej prostytutki.

Alex zamarła.

- Północnokoreańskiego generała, którego miałeś zabić? - upewniła się.

-  Generała,  którego  zabiłem.  -  Uniósł  kubek  do  ust.  -  Nie  miałem  problemów  z  przyjęciem  tego  zlecenia.  Shin  był 

antyamerykański, tak jak tylko oni potrafią być. Był zaangażowany w kilka przypadków pogwałcenia praw człowieka i 

kierował ośrodkiem szkolenia terrorystów w pobliżu Pyongyang. Runne uczestniczył w szkoleniu od chwili ukończenia 

piętnastu  lat  do  niemal  dziewiętnastego  roku  życia.  Wcześniej  mieszkał  w  Tokio  z  matką.  Nie  wolno  jej  było 

kontynuować swojej profesji, skoro została matką syna Shina, ale nie miała wiele wspólnego z generałem. Najwyraźniej 

Shin kontrolował ją, dostarczając narkotyki do czasu, aż przedawkowała. To się stało, kiedy Runne miał piętnaście lat. 

Przyjazd ojca był dla chłopaka najważniejszym wydarzeniem w jego życiu i kiedy Shin zdecydował się zabrać Runne’ego 

do Korei Północnej na szkolenie, chłopak był wniebowzięty. - Morgan uśmiechnął się szyderczo. - Stał się ulubieńcom, a 

zdolnego  pupilka  trzeba  jakoś  wykorzystać.  Kiedy  skończył  dziewiętnaście  lat,  jego  ojciec  zadecydował,  że  chłopak 

powinien  pojechać  do  Tokio  na  amerykański  uniwersytet,  żeby  poznał  nieco  naszą  kulturę,  zanim  przerzucą  go  do 

Stanów.  Runne  tak  przesiąkł  propagandą  i  politycznym  entuzjazmem  w  obozie  szkoleniowym,  że  w  Ameryce  wyróż-

niałby się jak czarna owca w białym stadzie.

- Polityczny entuzjazm? Masz na myśli terroryzm?

-  Tak.  Wyrósł  na  świetną  maszynę  do  zabijania.  Doskonale  zna  się  na  materiałach  wybuchowych  i  jest  mistrzem  w 

posługiwaniu się karabinem. W wieku szesnastu lat miał już na swoim koncie cztery zlecenia. Ale preferuje operowanie 

nożem z bliskiej odległości.

- Skąd wiesz tyle na jego temat?

- Nie mogłem dotrzeć do jego ojca. Był za dobrze chroniony. Musiałem więc znaleźć jakiś sposób na przedostanie się 

przez  tę  ochronę.  Pojechałem  do  Tokio,  na  uniwersytet,  gdzie  studiował  Runne,  i  zapisałem  się  na  ten  sam  kurs 

malarstwa, na którym on się uczył.

- Malarstwo?

Morgan wzruszył ramionami.

- Wykazywał do tego duży zapał. Jego ojciec miał jedną z największych kolekcji dzieł sztuki na Wschodzie i przypusz-

czam, że syn chciał naśladować ojca we wszystkich dziedzinach. Chłopak był kiepskim malarzem, ale wydawało mu się, 

że jest świetny. Utwierdzałem go w tym. To niesamowite, jak szybko mogą powstać więzi oparte na podbudowywaniu 

ego.

- A on był pod wrażeniem twoich umiejętności?

- Nie mówiłem, że chodziło tylko o jego ego. Runne był młodym zapaleńcem i przypominał mi mnie samego z czasów, 

kiedy wstąpiłem do służby. Do diabła... Polubiłem tego chłopaka.

- Ale posłużyłeś się nim.

- Tak. Dowiedziałem się, że Runne wraca do Korei Północnej odwiedzić ojca. Mieli jechać na polowanie, i Runne był 

bardzo przejęty. Jego ojciec czasami organizował dość specyficzne polowania w swojej posiadłości na wsi.

- Specyficzne?

background image

121

-  Na  więźniów  politycznych,  czyli,  w  swoim  mniemaniu,  na  kogoś  bezwartościowego.  W  Korei  nikt  się  o  nich  nie 

upomni.

Alex zrobiło się niedobrze.

- Urocze - mruknęła z odrazą.

-  Dowiedziałem  się,  gdzie  i  kiedy  mieli  się  spotkać.  Pojechałem  tam  przed  nimi  i  wykonałem  moje  zadanie.  Nigdy 

więcej nie widziałem Runne’ego.

- Mój Boże.

- To była moja praca - powiedział zachrypniętym głosem. - Musiałem znaleźć sposób dotarcia do celu.

- Ale nie zabiłeś Runne’ego.

- On nie był moim zleceniem.

Alex pokręciła głową.

- Sądzę, że nie to było powodem.

- Myślisz, że czułem się winny, że go zdradziłem?

- Może w pewnym sensie? A ty jak uważasz?

- Wydaje mi się, że to było trochę bardziej egoistyczne. Tak jak mówiłem, widziałem w nim siebie sprzed lat. Gdybym 

go zabił, to by było jak popełnienie samobójstwa.

- Ale ty nie jesteś taki jak on.

- Skąd wiesz? Sama mówisz, że nie dopuszczam cię do siebie.

- Sama do ciebie docieram. To tylko kwestia wysiłku. Czy to Runne’ego miałeś na myśli, mówiąc o kimś, kto kocha 

zabijać?

- Tak. Parę razy poszedłem z nim na polowanie, ale nie na jego ulubioną zwierzynę.

Wypiła łyk kawy.

- W jaki sposób Runne dowiedział się, że to ty zabiłeś jego ojca?

- Domyślam się, że Betworth wysłał kogoś z CIA, kto mu o tym powiedział, kiedy uciekłem z pułapki, którą na mnie 

zastawili. Prawdopodobnie to Al Leary przywiózł Runne’ego do Stanów, załatwił mu dokumenty i przydzielił zadanie. 

Był dla nich świetnym narzędziem. Miał wszelkie konieczne umiejętności, a do tego kierowała nim nienawiść i obsesyjne 

pragnienie zabicia celu.

- A teraz Runne pracuje dla Betwortha.

- Tylko że Runne nie lubi pracować pod czyjeś dyktando. To arogancki typek. - Morgan uśmiechnął się. - Parę razy 

prawie mu się udało mnie złapać. Ale za to ja rozwinąłem pewien zmysł dotyczący Runne’ego. Potrafię go wyczuć.

Alex zadrżała.

- Chyba jednak nie można na nim za bardzo polegać?

- Czasami to jedyna rzecz, na jakiej można polegać. - Postukał palcem w szkicownik. - Zapamiętaj go. On nie zrezyg-

nuje. Nie zawaha się przed niczym. Nie pozwoli, żeby cokolwiek stanęło mu na drodze.

- Tak jak ty?

- Tak jak ja - odparł cichym głosem. - Teraz masz szerszy obraz sytuacji.

- Chcesz, żebym tak myślała. Nie mam pojęcia, jakie pokrętne więzi was łączą, ale nie sądzę, żeby to było cokolwiek z 

tego, co mi powiedziałeś. Może podświadomie chcesz ocalić tego łajdaka?

- Nie jestem miłosierny, Alex.

background image

122

-  I  nie  jesteś  też  Runnem.  Nie  jesteś  dzieciakiem,  który  wstąpił  do  służb,  żeby  zobaczyć  kawałek  świata.  Nie  jesteś 

człowiekiem, który zabił Ki Ho Shina. Zmieniłeś się.

Uśmiechnął się przebiegle.

- Wydajesz się bardzo tego pewna.

- Jestem pewna. - Podeszła do niego, oparła mu głowę na ramieniu i odezwała się szeptem: - Muszę być pewna.

Znieruchomiał.

- Nie rób mi tego - powiedział. Pogłaskała go.

- Ty to zacząłeś. Żyj każdą chwilą, jakby...

- Zmieniłem zdanie.

- Za późno.

Ujął ją za ramiona i odsunął od siebie.

- Posłuchaj. Ja się już w to nie bawię.

- A ja próbuję temu zaradzić.

-  Do  diabła,  Alex!  Chcę  twojego  bezpieczeństwa.  -  Jego  głos  przybrał  szorstkie  brzmienie.  -  Przy  mnie  nie  jesteś 

bezpieczna. Ja sam nigdy nie byłem bezpieczny ani dla siebie, ani dla innych.

- Każdy musi sobie sam zapewniać bezpieczeństwo. - Pocałowała go w policzek. - Pieprzyć bezpieczeństwo. Jedyne, 

czego pragnę od ciebie, to partnerstwo i trochę fantastycznego seksu. Resztą zajmę się sama.

- Nieprawda. To nie wszystko, czego ode mnie chcesz. Chcesz czegoś, czego nigdy ode mnie nie dostaniesz. Ty chcesz 

bohatera.  Jego  właśnie  szukasz  od  czasu  śmierci  swojego  ojca.  Dlatego  staram  się...  A  niech  to.  -  Objął  ją  mocno.  -

Popełniasz błąd. Zranię cię.

Przyciągnęła bliżej jego głowę.

- Nie, jeśli będziesz żył...

- Dlaczego? - Morgan wpatrywał się w ciemność. - To ogromny błąd, Alex.

- Nie myślałeś tak, kiedy pierwszy raz przekonywałeś mnie, że pójście z tobą do łóżka będzie najrozsądniejszą rzeczą, 

jaką mogę zrobić.

- Na miłość boską, przecież jestem facetem. Nie powinnaś była mnie słuchać.

- Wtedy ominęłoby mnie sporo przyjemności. - Potarła policzkiem o jego ramię. - I tak bym cię nie posłuchała, bo sama 

tego chciałam.

- To nie jest trwałe. To tylko...

- Jest cudownie. I przestań mnie bez przerwy ostrzegać. Cieszmy się tym, nawet jeśli to tylko chwila. - Oparła się na 

łokciu i spojrzała na niego z góry. - Dobrze nam ze sobą. Dlaczego się nie zrelaksujesz i nie zaczniesz czerpać z tego 

radości?

- Ponieważ nie jesteś... Będziesz cierpiała. Zaopiekowałem się  tobą i  wiem, jak potrafisz być bezbronna. Nie zniosę, 

jeśli..-

- Robisz się nudny. - Przetoczyła się na niego. - A mnie męczy własna agresja. To nie moja natura.

Przez chwilę patrzył na nią z troską, a potem się lekko uśmiechnął.

- Jasne, że nie. - Przewrócił ją i znalazł się nad nią. - Nudny? To wyzwanie? Zaraz pokażę ci, jaki jestem nudny...

Galen zadzwonił następnego dnia rano.

background image

123

- Lontana jest gdzieś na środku Oceanu Atlantyckiego.

- Martwy?

- Nie. Na swoim cholernym szkunerze, „Last Home”. Mój człowiek, Coleman, mówi, że parę miesięcy temu Lontana 

przyjechał z Fairfax prosto do Nassau i jeszcze tego samego dnia podniósł kotwicę. Bardzo się spieszył i od tamtej pory 

nikt go nie widział.

- Ma kontakt radiowy?

- Tak, ale go nie używa. Wygląda mi to na ucieczkę. Nie można go potępiać za to, że wyrwał się na szerokie morze.

- A co z załogą?

- Zwykle zatrudnia trzech ludzi, ale o nich też nie ma żadnych wieści. Są z nim od wielu lat, więc mało prawdopodobne, 

żeby chcieli na niego zakapować.

- Lontana nie ma żadnych przyjaciół ani krewnych? Nikt nic nie mówi?

- Nie jesteśmy pierwszymi, którzy przyjechali go szukać. Ale z pewnością jesteśmy najmniej brutalni. Kilku przyjaciół 

Lontany  zostało  potraktowanych  dość  okrutnie i  teraz nikomu nie  ufają i  nie  chcą  rozmawiać.  Ale Coleman  ma jeden 

trop. Lontana ma przybrane dziecko, córkę. Melis Nemid. Zwykle pracują razem, ale Coleman słyszał, że wróciła na ich 

wyspę na Małych Antylach.

- Więc Lontana może być z nią?

- Możliwe. Albo po prostu ona coś wie.

-  Gdyby  wiedziała,  Betworth  by  ją  zabił.  Jeśli  Coleman  się  czegoś  dowiedział,  to  zakładam,  że  ludzie  Betwortha 

wcześniej do tego dotarli.

- To wcale nie musiało być takie łatwe. Ta wyspa, na której mieszkają, jest prywatną własnością Lontany. Kupił ją za 

pieniądze zarobione na odkryciu tamtego hiszpańskiego galeonu. Na pewne trudności z dostaniem się tam. Wyspa jest 

otoczona kałami z wyjątkiem jednej zatoki, ale ta jest za to zagrodzona datkami.

- Czym?

- Jego córka bada i tresuje delfiny. Potrzebuje siatek, żeby odgrodzić się od ewentualnych drapieżników, pływających w 

tych wodach.

- Ludzie są bardziej niebezpieczni od naszych rybich przyjaciół. Lontana nie powinien był wplątywać się w te świństwa, 

jeśli nie chciał użerać się z prawdziwymi drapieżnikami. - Morgan zamilkł na chwilę. - Czy ona ma telefon?

- Tak, satelitarny, ale pozwala tylko na nagrywanie wiadomości na pocztę głosową.

-  Daj  mi  ten  numer.  -  Zanotował  go  w  notesie.  -  Zadzwonię  i  przekonam  się,  czy  uda  mi  się  zostawić  jej  taką 

wiadomość, żeby skłonić ją do oddzwonienia.

- Powodzenia. A przy okazji, powiem Colemanowi, żeby dalej węszył.

- Kogo chcesz skłonić, żeby do ciebie oddzwonił? - spytała Alex, kiedy Morgan wyłączył telefon.

- Przybraną córkę Lontany, Melis Nemid. Jest na jakiejś wyspie na Antylach, gdzie zajmuje się tresurą delfinów.

- A jej ojciec może być z nią?

Morgan wzruszył ramionami.

- Kto wie? Jeśli widziała go, zanim wsiadł na ten szkuner po powrocie z Fairfax, to może jest tam teraz z nią. A może 

po prostu wie coś o Lontanie, co by się nam przydało?

- Ja do niej zadzwonię.

- Dlaczego ty?

- Nie napędzę jej takiego strachu jak ty.

background image

124

Uśmiechnął się.

- Zawsze jesteś taka łagodna dla ludzi, których nie znasz?

- Pozwól mi spróbować.

- A niech to. A już myślałem, że będę miał tutaj coś do roboty. - Podał jej telefon i notes z numerem. - Proszę uprzej-

mie. Galen ostrzegł, że odpowiada tylko automatyczna sekretarka. Co zamierzasz powiedzieć?

- Prawdę. Powiem, co wydarzyło się w Arapahoe Junction i czego się teraz obawiamy. A co innego mogę powiedzieć? 

Jeśli ją to choć trochę obchodzi, to oddzwoni. Jeśli ma to gdzieś, nic więcej nie zdołamy zrobić.

- Oprócz szturmu na wyspę i porwania jej delfinów.

- Widzę, że porwania to twój żywioł. - Wystukała numer. - Mam jednak przeczucie, że nie wybierzemy takiego roz-

wiązania.

Cztery godziny później Alex otrzymała telefon od Melis Nemid.

- Wygląda na to, że coś ją to jednak obchodzi. Mam taką nadzieję - powiedział Morgan, podając jej telefon.

- Tu Alex Graham - odezwała się do słuchawki.

-  Nie  możecie  obwiniać  Phila  -  zaczęła  Melis  prosto  z  mostu.  -  On  nie  wiedział,  co  zamierzają  zrobić.  Nie  miał  o 

niczym pojęcia.

- Phil?

-  Philip  Lontana.  On  o  niczym  nie  wiedział.  Nikt  nie  może  mieć  do  niego  pretensji  za...  Oczywiście  oni  się  jego 

czepiają. Nikt mu teraz nie uwierzy. Próbują go wykończyć.

- Czy Lontana jest z panią?

- A myśli pani, że powiedziałabym prawdę, gdyby tu był? Skąd mam wiedzieć, że nie zatrudnił pani Betworth?

- Jeśli oglądała pani wiadomości, to musi wiedzieć, że się ukrywam.

- Nie oglądam wiadomości. A pani mogła się z nimi dogadać.

- To prawda. Ale tak nie jest. Jeśli nam pani nie pomoże, to będzie odpowiedzialna za to, co się niebawem wydarzy.

-  Niech  pani  nie  próbuje wzbudzić  we  mnie poczucia  winy. Jedyne,  czego chcę,  to,  żeby wszyscy  zostawili  mnie w 

spokoju.

- Tego samego chcieli ci wszyscy ludzie w Arapahoe Junction.

- To nie była wina Phila.

W ten sposób donikąd nie dojdzie. Trzeba znaleźć inną metodę.

- Potrafię sobie wyobrazić, jak się pani czuje. Jest pani naukowcem, prawda? Prowadzi badania na delfinach?

- Tak.

- Mam przyjaciółkę, Sarę, która ma psa ratownika. Monty jest wspaniały. Czasami wydaje mi się, że lubię go bardziej 

niż większość ludzi. Może pani czuje to samo?

- Czy ta gadka miała mnie zmiękczyć? - Melis zamilkła na moment. - Jeśli chce pani ze mną dłużej rozmawiać, to nie 

przez telefon. Zapraszam na wyspę.

-  Jak  sobie  pani  może  wyobrazić,  podróżowanie  jest  dla  nas  dość  kłopotliwe  w  tych  okolicznościach.  To  chyba  nie 

będzie realne.

- W takim razie proszę zapomnieć o rozmowie. Dla mnie to też trudna sytuacja. Nie obchodzą mnie wasze problemy. 

Martwię się o Phila. Żeby dalej rozmawiać, muszę was zobaczyć.

- A jak, u licha, mamy się do pani dostać? Nie mamy swobody ruchu.

background image

125

- Przyjedźcie na wyspę - powiedziała i rozłączyła się.

- Chce, żebyśmy do niej przyjechali. A mnie się zdaje, że warto się tam pofatygować. Nie zdradziła, czy Lontana jest z 

nią, była bardzo ostrożna. Jest jakiś sposób dostania się do niej, żeby nas po drodze nikt nie złapał?

- To dość ryzykowne.

- Wiem, że to ryzykowne. Myślisz, że jestem idiotką? Powiedz, czy uda nam się to zrobić.

Zastanowił się przez chwilę.

-  Z  pomocą  Galena  i  Logana  mamy  szansę  przedostać  się  na  tę  wyspę.  Ale  nadal  uważam,  że  tu,  gdzie  jesteśmy, 

będziemy o niebo bezpieczniejsi.

- I będziemy sobie siedzieć w bezpiecznym miejscu, a on w tym czasie wysadzą w powietrze następną tamę i  zabiją 

więcej ludzi. Załatw nam transport. Jeśli ona wie cokolwiek i może nam pomóc, to warto zaryzykować. - Zacisnęła usta 

na moment. - Pamiętasz, co mi mówiłeś o swoich przeczuciach, o tym, że Runne jest blisko? Właśnie to samo odczuwam 

w tej chwili w związku z Z-2 i Z-3. To jest już blisko. Coś się wydarzy, i to niedługo.

- Myślisz, że o tym nie wiem? Ja tylko przedstawiam ci możliwy scenariusz. Może powinienem pojechać tam sam? -

dodał po chwili. - Ty mogłabyś zostać z Galenem i Eleną i...

- Nie.

Morgan westchnął.

- Tego się spodziewałem. Zadzwonię do Galena.

Biały Dom

- Nic nie jesz. - Andreas uśmiechnął się do Chelsea, siedzącej naprzeciwko niego przy stole oświetlonym świecami. -

Fred będzie niepocieszony i to mnie się dostanie. Uważa, że to zawsze moja wina, kiedy ty nie masz apetytu.

- Nie dziwi mnie to. Dlaczego i tym razem nie miałoby to być prawdą?

Powoli odłożył widelec i oparł się na krześle.

- Zechcesz wyjaśnić mi tę uwagę?

-  Niekoniecznie.  -  Upiła  łyk  wina.  -  Też  muszę  mieć  swoje  tajemnice.  Czemu  mielibyśmy  się  sobie  ze  wszystkiego 

zwierzać? W końcu jesteśmy małżeństwem zaledwie dekadę albo coś koło tego.

Była wściekła, kąśliwa i lepiej było zachować ostrożność.

-  Chcesz,  żebym ci  przypomniał,  ile  dokładnie czasu minęło  od  naszego ślubu? Potrafię  to  obliczyć  co  do  minuty.  -

Patrzył jej prosto w oczy. - Ponieważ każda minuta z tobą jest dla mnie najcenniejszym skarbem.

Odwróciła od niego wzrok.

- A niech cię. Dlaczego jesteś tak cholernie szczery? To nie fair.

- Jesteś na mnie zła. Mogę spytać dlaczego?

- Nie spodziewałam się, że tak będzie, kiedy ubiegałeś się o fotel prezydenta. Wiedziałam, że będzie ciężko i że będę 

wielokrotnie  odsuwana  na  boczny  tor.  Ale  nie  spodziewałam  się,  że  cały  kraj  będzie  uznawał  cię  za  jakiegoś  boga.  -

Machnęła ręką. - Andreas wyciąga rękę i na niebie pojawia się błyskawica. Dotyka dziecka i znika głód.

- O co ci chodzi?

- A jak myślisz? - W jej oczach błyszczały łzy. - Jestem śmiertelnie przerażona. Od czasu jedenastego września zbyt 

wiele znaczysz dla zbyt wielu ludzi. Dlatego Matanza jest  tak zdeterminowana, żeby cię  zabić. Zabijając ciebie, mogą 

wzniecić rewolucję w całym kraju.

background image

126

- Jedynym zagrożeniem jest Cordoba. A ja już znam jego metody i potrafię się bronić.

- Ale on się zbliża. Gdyby tak nie było, nie próbowałbyś napuszczać na mnie Nancy Shepard.

- Słucham?

- Nawet nie próbuj udawać. Doskonale wiesz, o czym mówię. Poprosiłeś ją, żeby zaproponowała mi jakiś dumy wykład 

w Pittsburghu w Fundacji na rzecz molestowanych dzieci. Sądziłeś, że się nie domyśle?

- Nie, ale sądziłem, że może będziesz udawać, że się nie domyślasz.

- Dlaczego?

- Ponieważ tak byłoby lepiej dla nas obojga.

- Nigdzie nie zamierzam jechać. Powiedziałam jej, żeby znalazła sobie kogoś innego.

Andreas pokręcił głową z dezaprobatą.

- Pojedziesz do tego Pittsburgha.

- Nie zostawię cię.

- Pojedziesz. - Uśmiechnął się. - Ponieważ jeśli nie chcesz, to powiem Nancy Shepard, że rezygnuję z pomocy jej męża. 

Sam zacznę jeździć po całym kraju. Odwiedzę każde większe miasto na północnym wschodzie. Będę przemawiał, gdzie 

się da, na trasie objazdu. Będę się osobiście witał ze wszystkimi...

- Nie!

- Wybór należy do ciebie. Albo ty, albo ja.

- Tutaj jesteś bezpieczniejszy.

- Nigdzie nie jestem w pełni bezpieczny, Chelsea.

- W porządku, wiem o tym. Jak myślisz, dlaczego nie spierałam się z tobą, kiedy odesłałeś dzieci? Ale uważam, że tutaj 

jesteś bezpieczniejszy niż gdziekolwiek indziej. Keller potrafi zapewnić ci ochronę, jeśli tylko nie wykraczasz poza sferę 

swojej zwykłej działalności.

- Ty czy ja?

- A niech cię! - Odetchnęła głęboko. Była wściekła i poruszona. - Ja.

- Kochanie, wykonasz doskonałą robotę.

- Tak. - Jej głos zabrzmiał chropowato. - Nie waż się im pozwolić, żeby cię zabili i zrobili z ciebie męczennika, kiedy 

mnie tu nie będzie. Wiesz, że w czerni wyglądam upiornie.

Rozdział 12

Między brzegami zatoki była rozciągnięta ogromna sieć, sięgająca półtora metra nad powierzchnię wody.

- Co teraz zrobimy? - mruknęła Alex. - Przetniemy siatkę?

Morgan pokręcił głową.

- Zaczekamy. - Wyłączył silnik ślizgacza. - Zadzwoniłaś i zostawiłaś jej wiadomość, że przyjedziemy. Pora na jej ruch.

- To  może potrwać.  - Jej wzrok zatrzymał  się  na małym domku zbudowanym  z kamieni i  drewna, i przytulonym do 

skał. Chryste, jak tu pięknie. Błękitna woda, zielone góry, tropikalna bryza kołysząca drzewami. Wyglądało to jak zdjęcie 

z katalogu biura podróży. - Nie widzę żadnych oznak życia. Może powinniśmy krzyknąć albo w jakiś inny sposób dać 

znać... O, tam ktoś jest!

Zza domku wyłoniła się kobieta i ruszyła w stronę pomostu. Z tej odległości trudno było z pewnością powiedzieć, że to 

kobieta, ale Alex się tego domyślała. Ubrana była w krótkie spodenki w kolorze khaki i w podkoszulek. Miała bose stopy. 

Była  drobnej budowy, a jej jasne  włosy lśniły tak jak włosy  małych  dzieci.  Ale  w  sposobie,  w jaki  się poruszała, czy 

background image

127

wskakiwała do motorówki, nie było niczego dziecinnego. Kiedy skierowała łódź w ich stronę, z jej sylwetki emanowała 

siła, kompetencja i zdecydowanie.

Zatrzymała się po drugiej stronie siatki i przyjrzała się im.

Jest  oszałamiająca,  pomyślała  Alex.  I  nie  ma  w  niej  nic  z  dziecka. Mogła  liczyć  około  dwudziestu pięciu  lat.  Miała 

wielkie  ciemne  oczy,  a  na  jej  niezwykłej  twarzy  malowała  się  delikatność  i  zuchwałość  równocześnie.  W  zimnym 

spojrzeniu, którym obrzuciła Alex, z pewnością dominowała zuchwałość.

- Alex Graham? - zawołała.

Alex skinęła głową.

- Nie wygląda pani jak na zdjęciu, które pokazują w CNN.

- Mam taką nadzieję. Jak rozumiem. Melis Nemid?

Teraz kobieta potaknęła.

- Więc skąd pani wie, jak wyglądam w CNN? Wydawało mi się, że nie ogląda pani wiadomości.

- Nie oglądam. Ale musiałam się upewnić, że jest pani tym, za kogo się podaje.

- Zadowolona?

- Że pani to Alex Graham, która wpakowała się w tarapaty po samą szyję? Tak. - Spojrzała podejrzliwie na Morgana. -

Ale może obraca się pani w kiepskim towarzystwie.

- Miałabym o wiele większe problemy, gdyby go przy mnie nie było. Można mu zaufać.

- Och, w końcu słyszę coś o zaufaniu - mruknął Morgan.

- Nie ufam żadnemu z was. - Przez chwilę Melis Nemid milczała, a potem wzruszyła ramionami. - Ale nie mam zbyt 

dużego wyboru. - Uruchomiła silnik motorówki, powoli podpłynęła do siatki i zaczęła ostrożnie przesuwać się wzdłuż 

niej, aż znalazła punkt oddalony kilka metrów od miejsca, gdzie zatrzymali się Alex i Morgan. Przechyliła łódź na bok i 

po chwili dziesięciometrowy fragment siatki obniżył się do powierzchni wody. - Uruchomcie motor, a potem wyłączcie 

go, kiedy będziecie przepływać nad siatką - zawołała.

Morgan  postąpił  zgodnie  ze  wskazówkami  i  po  chwili  znaleźli  się  po  drugiej  stronie.  Melis  Nemid  zamocowała  z 

powrotem siatkę, naciągając linę, która uniosła ją na poprzednią wysokość. Potem odwróciła łódź i pospiesznie popłynęła 

w stronę brzegu.

- Domyślam się, że to znaczy, że mamy płynąć za nią - powiedział Morgan, uruchamiając silnik. - Najwyraźniej tak. Co 

za ciepłe powitanie! Można by pomyśleć, że przypłynęliśmy tu bez zaproszenia.

Melis Nemid już przycumowała motorówkę i ruszyła w stronę domku, kiedy Alex i Morgan dopłynęli do pomostu. Spo-

jrzała na nich przez ramię.

- Pospieszcie się. Nie mogę spędzić tu całego dnia. Mam sporo rzeczy do zrobienia.

- Proszę o wybaczenie. - Morgan pomógł Alex wysiąść z łodzi. - Nie obrazimy się, jeśli zacznie pani bez nas.

Obrzuciła ich lodowatym wzrokiem.

- To nie jest zabawne. Ani trochę.

- Doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Być może nawet bardziej niż pani. - Alex spojrzała jej prosto w oczy. - I nie 

pozwolimy zniechęcić się albo zastraszyć nieuprzejmością czy złymi manierami. Przyjechaliśmy tu z ważnej przyczyny, 

a pani najwyraźniej chce podzielić się z nami jakimiś informacjami, bo inaczej nie wpuściłaby nas do zatoki. Możemy już 

z tym skończyć, panno Nemid?

Melis zamrugała powiekami, a potem na jej ustach pojawił się lekki uśmieszek.

background image

128

- Może i wam ufam... trochę. Przynajmniej nie próbujecie mnie nabrać. Mówcie do mnie Melis. - Odwróciła się i ot-

worzyła drzwi do domku. - Zapraszam na mrożoną herbatę.

- Wolelibyśmy porozmawiać - powiedział Morgan, kiedy wchodzili za nią do środka. - A Philip Lontana?

- Będziecie zawiedzeni. Nie mówiłam wcale, że on tu jest. - Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę. - Więc proszę się 

częstować mrożoną herbatą. Z powrotem do Tobago jest kawał drogi i do tego upał.

-  Dziękuję  -  powiedziała  Alex.  Nie  zamierzała  rezygnować  z  żadnej  możliwości  uzyskania  informacji,  nawet 

najmniejszej. - Skoro go tu nie ma, to gdzie jest?

- Gdzieś na Azorach, jak sądzę. - Nalała herbatę i postawiła szklanki na blacie przed Morganem i Alex. - A może na 

Wyspach Kanaryjskich? W każdym razie nie można się z nim skontaktować. Zapomnijcie o tym.

- Nie możemy o tym zapomnieć - powiedział Morgan. - On może wiedzieć coś, co jest nam potrzebne.

- Nie możecie się z nim zobaczyć - powtórzyła Melis. - Porozmawiajcie ze mną. Kazałam mu się ukryć na pewien czas. 

Phil zwykle nie słucha moich rad, ale tym razem było inaczej. Napędzili mu niezłego strachu w Fairfax.

- Dlaczego?

- A jak sądzicie? Siedział w tym po same uszy. Sądził, że pracuje nad ratowaniem całego świata, a dowiedział się, że go 

okłamywano. To cud, że w ogóle wydostał się stamtąd żywy. Phil całe życie był czysty jak łza.

- Dowiedział się o Arapahoe Junction?

- Nie. Żadne z nas nie wiedziało, że aparatura termiczno-dźwiękowa została gdziekolwiek użyta. Dopiero wiadomość, 

którą zostawiliście na poczcie głosowej,  nam to  uświadomiła. Phil domyślił  się, że jego urządzenie od początku miało 

służyć celom militarnym, a nie pozyskiwaniu energii geotermalnej.

- Podobno naukowcy twierdzili, że sejsmografy wykazały trzęsienie ziemi w okolicach tamy w Arapahoe Junction. Czy

mogło ono być wywołane aparaturą Lontany?

- Teoretycznie. - Nagle pokręciła głową. - Nie, tego słowa Phil używa, kiedy nie chce spojrzeć prawdzie w oczy. Na 

pewno tak. To urządzenie mogło spowodować trzęsienie ziemi. Na tyle silne, żeby zburzyć tamę. Nawet nie wiem, ile 

razy  Phil  mi  powtarzał,  jak  ostrożnie  musi  postępować  podczas  prób  technicznych,  które  w  każdej  chwili  mogłyby 

wymknąć się spod kontroli.

- Najwyraźniej nie był jednak tak ostrożny w Fairfax.

- Przez długi czas był tak bardzo zajęty badaniami, że nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół niego. Po pewnym 

czasie zaczął stopniowo tracić zaufanie do Betwortha, Powersa i innych ludzi, którzy przyjeżdżali od czasu do czasu do 

fabryki. Pewnej nocy, trzy miesiące temu, zabrał swoje notatki, zniszczył prototypy, które stworzył w Fairfax, i uciekł.

- Dziwi mnie, że mu pozwolili.

-  Był  sprytniejszy,  niż  sądzili.  Phil  jest  trochę  ekscentryczny  i  wielu  ludzi  się  na  to  nabiera.  Postrzegają  go  jako 

typowego, nieobecnego myślami profesora. Błyskotliwego, ale oderwanego od rzeczywistości. W pewnym sensie mają 

rację. Phil zawsze zatraca się w swoim świecie.

- Założę się, że ty tego nie robisz. Dlaczego nie powstrzymałaś go przed wyjazdem do Betwortha?

- To jego życie. Nie chcę się narzucać z... - Wzruszyła ramionami. - Nie przyznał mi się. Wiedział, że nie pochwalę 

tego,  więc  zniknął bez  słowa.  To  nie  było  znowu takie nietypowe. Phil  często wypływał na  wyprawy poszukiwawcze 

beze  mnie.  Potem  pojawiał  się  podekscytowany  lub  załamany  i  zostawał  ze  mną  aż  do  następnego  razu,  do  kolejnej 

wyprawy. Nie miałam pojęcia, gdzie jest, dopóki do mnie nie zadzwonił i nie powiedział, że chce się ze mną spotkać w 

Nassau, i poprosił mnie, żebym przygotowała jego szkuner „Last Home”.

- W takim razie czemu tu jesteś?

background image

129

- Nie zostawiłam go na lodzie - powiedziała Melis obronnym tonem. - Nigdy nie zostawiłabym Phila bez pomocy.

- Musimy się z nim zobaczyć.

- Nie. On już jest poza tą sprawą. Kazałam mu trzymać się z daleka do czasu, aż go powiadomię, że jest już bezpiecznie. 

Jeśli będzie musiał, to potrafi pozostać na morzu przez całe lata. - Zacisnęła usta. - I być może będzie musiał tak zrobić. 

Wszystko przez tych sukinsynów. Jeśli go nie zabiją, to go wrobią, prawda?

- Prawdopodobnie tak - przyznał Morgan. - Ale obstawiałbym to pierwsze.

-  Nie  dopuszczę do  tego.  Jak  wam się  wydaje,  dlaczego  tu  jesteście?  Nie  mogę ufać  rządowi.  Betworth ma  za  duże 

wpływy. Warn również nie mogę w pełni ufać, ale wy też jesteście w tarapatach i chcecie szybko działać, żeby dopaść 

Betwortha i go wykończyć. Prawda?

- Tak.

-  Nie  mogę was  skontaktować  z Philem,  ale  macie mnie. Zmusiłam  Phila,  żeby  mi opowiedział  o  wszystkim,  co  się 

wydarzyło w Fairfax, na wypadek gdyby coś mu się stało. Co chcecie wiedzieć?

- Co to jest Z-2 i Z-3? - spytał Morgan.

Patrzyła na niego, najwyraźniej nic nie rozumiejąc.

- W porządku. Spróbujmy więc inaczej. Kiedy prowadzono eksperymenty, czy skupiano się szczególnie na jakichś ob-

szarach?

- Góry Skaliste. Obszar kopalni węglowych w Zachodniej Wirginii. Podmorskie kanały wodne w pobliżu Baltimore.

- Podmorskie?

- Tak. Phil właśnie takimi się najbardziej interesował. Zawsze intrygowały go zjawiska podmorskie.

- Góry Skaliste - powtórzyła Alex. - Arapahoe Junction...

-  Nie  wiedział  nic  o  tym  -  zapewniła  szybko  Melis.  -  Mówię  wam,  że  jego  praca  to  były  wyłącznie  eksperymenty 

naukowe. On by nigdy nie skrzywdził...

- Już dobrze. Wiemy. - Morgan uniósł dłoń, żeby powstrzymać jej potok słów. - Gdzie znajdują się te kopalnie węgla w 

Zachodniej Wirginii?

-  Phil  tego  nie  wiedział.  Gdzieś  na  południu  stanu,  tak  myślał.  Kazali  mu  przygotować  bardzo  dokładne  obliczenia 

matematyczne dla tego obszaru. - Skrzywiła usta. - Myślał, że to cudownie, że skupili się na tak biednym regionie, żeby 

od siego zacząć stosowanie energii geotermalnej.

- Jasne. Betworth ma złote serce. A co z tymi kanałami wodnymi w pobliżu Baltimore?

- Porzucili prace nad nimi w połowie wstępnych pomiarów.

- Dlaczego? Nie nadawały się?

-  Phil  twierdził,  że  z  trzech  lokalizacji  te  kanały  były  najbardziej  obiecujące.  Ale  Betworth  powiedział,  że  nie  będą 

dobre, że nie uda im się osiągnąć efektu, na jaki liczył. Powiedział Powersowi, że będą musieli skontaktować się z czło-

wiekiem o nazwisku Morales, ponieważ potrzebują większej skuteczności.

- A co konkretnie mieli na myśli?

- Phil nie miał pojęcia. Ale im dłużej w tym tkwił, tym bardziej go wkurzała cała operacja. Niestety nie na tyle, żeby 

porzucić pracę. Przestał się wykłócać i skoncentrował się na Zachodniej Wirginii.

- A oni wezwali Moralesa?

- Tak. Phil widział go parę razy w fabryce, zanim zostali sobie przedstawieni. Twierdził, że Morales nie zachowywał się 

jak  naukowiec,  ale  to  nie  był  jego  interes.  Nie  musiał  z  nim  pracować.  Morales  przez  większość  czasu  chodził  z 

Powersem i Betworthem.

background image

130

- Morales pojawiał się tam często?

- Tak, ale przyjeżdżał i wyjeżdżał. Był kimś w rodzaju dojeżdżającego konsultanta.

- Można by to tak określić - mruknął pod nosem Morgan.

- Tak czy siak, Morales najwyraźniej przejął kierownictwo nad operacją w Baltimore, co się nie spodobało Philowi. We-

dług niego to nie miało żadnego sensu. Phil nie chciał, żeby ktokolwiek przejmował jego aparaturę, a Betworth wyraźnie 

dążył do przekazania Moralesowi ukochanego projektu Phila.

- Więc Phil się wycofał?

- Nie. Wtedy jeszcze nie. Nadal był zainteresowany badaniami, a po pewnym czasie Betworth jakby stracił zaufanie do 

Moralesa, bo ten po paru miesiącach przestał się pojawi w fabryce.

- I w ten sposób Lontana znów stał się numerem jeden.

- Widzę, że zaczynacie to rozumieć. Nie chodziło tylko o zazdrość zawodową. Phil był zaniepokojony faktem, że coraz 

więcej mówiło się o efekcie trzęsienia ziemi czy erupcji wulkanu, a mniej o pozyskiwaniu energii z zasobów termicznych 

ziemi. Phil ma swoją dumę, ale mocno zaangażował się w ten projekt i nie chciał, żeby jego praca poszła na marne.

- W jaki sposób udało im się przeprowadzić ten sabotaż w Arapahoe Junction bez udziału Phila?

- Nie wiem. Powiedział, że zabrał ze sobą wszystkie prototypy oprócz jednego, który był u Betwortha w Waszyngtonie. 

Wydawało mu się, że bez obliczeń matematycznych, których przedstawienia im odmówił, nie będą mieli pożytku z tej 

aparatury.

-  Najwyraźniej  mimo  to  wypróbowali  sprzęt  w  Arapahoe  Junction  -  zauważył  Morgan.  -  Powers  powiedział,  że  nie 

poszło im dobrze. Że stracili Lontanę i dlatego akcja się nie powiodła.

- Co się nie powiodło? - spytała Alex. - Przecież zniszczyli tamę w Arapahoe Junction.

- A skąd niby Phil miał to wiedzieć? - Melis wytrwale broniła przybranego ojca. - Nie miał pojęcia, w jaki sposób te 

sukinsyny zamierzają użyć jego aparatu dźwiękowego.

- I nigdy nie słyszał o Z-2 i Z-3?

- Nie.

- Żadnych wzmianek o miejscach lub datach?

Melis zamyśliła się, marszcząc czoło.

- Żadnych miejsc oprócz tych, o których już wam powiedziałam. Ale Phil mówił, że naciskali na niego, żeby szybciej 

pracował. Betworth miał wyznaczony termin, do którego musieli odnieść sukces, żeby móc przedstawić go w Kongresie.

- Jaki to termin?

- Dwunasty listopada.

Dziś jest ósmy listopada, uświadomiła sobie Alex i poczuła zimny dreszcz na plecach.

- Dzień rozpoczęcia operacji? - zastanowił się Morgan.

- Ale stracili Lontanę - wtrąciła się Alex. - Może zmienili plany?

- Albo nie. - Morgan zwrócił się do Melis. - Muszę dowiedzieć się czegoś więcej na temat przyczyn obecności Moralesa 

w Fairfax. Czy Lontana mówił o nim coś jeszcze?

-  Tylko  tyle,  że  go  nie  lubił.  Ale  Phil  jest  bardzo  ambitny  i  nie  polubiłby  nikogo,  kto  odebrałby  mu  jego  ukochany 

projekt. - Wyraźnie coś sobie jeszcze przypomniała. - Mówił też, że obiło mu się o uszy coś o walizce.

- A mogło chodzić o aktówkę? - spytała Alex. - Morgan wspomniał, że Morales miał przy sobie aktówkę tej nocy, kiedy 

go widział.

Melis spojrzała na Morgana.

background image

131

- Widziałeś Moralesa? Spotkałeś się z nim?

- To było bardzo krótkie spotkanie. Alex ma rację, że miał wtedy przy sobie aktówkę, a nie walizkę.

- Sądzę, że to mogła być aktówka. Phil bywa czasem mało precyzyjny w odniesieniu do spraw spoza swojej dziedziny. -

Melis wzruszyła ramionami. - Spytam go, kiedy będę z nim rozmawiać. - Spojrzała na zegarek. - Czy to już wszystko? 

Pora, żebym podała Susie lekarstwo.

- Chyba że jeszcze coś sobie przypominasz.

Melis pokręciła głową.

- Albo pozwolisz nam porozmawiać z Lontana. - Morgan nie dawał za wygraną.

- Już mówiłam, że nikt nie może się skontaktować z Philem.

Alex uśmiechnęła się.

- Chronisz go.

-  Ktoś  musi  się  o  niego  troszczyć.  To  dobry  człowiek.  Nie  jego  wina,  że  wydaje  mu  się,  że  wszyscy  są  tak  samo 

dobrymi ludźmi jak on.

- To brzmi dość znajomo - stwierdził Morgan. - Zdaje mi się, że znam kogoś jeszcze, kto jest podobnie skażony.

Melis spojrzała pytająco na Alex.

- Chodzi o ciebie? W takim razie współczuję ci. Znacznie mniej byś cierpiała, gdybyś nie ufała tak ludziom.

- Jestem przekonany, że tobie to nie grozi - odezwał się Morgan. - Możemy już iść? Obserwowałem cię i wydaje mi się, 

że uda mi się opuścić siatkę na zatoce.

- Jeśli nie zabierzesz się do odczepiania jej we właściwej kolejności, to porazi cię solidny prąd. Popłynę z wami i was 

wypuszczę. - Otworzyła lodówkę i wyjęła jakieś zawiniątko. - Ale najpierw zadbam o Susie. - Przeszła przez pokój i ot-

worzyła przesuwane szklane drzwi, żeby wyjść na lanai

. - Zajmie mi to pięć minut.

- Wolelibyśmy się  przyłączyć - powiedział Morgan. - Nie znaczy to,  że ci nie ufamy. W pełni rozumiemy twoje  po-

stępowanie.

- Chodźcie. Nie mam nic przeciwko temu. - Przeszła przez lanai i skręciła za dom.

Poszli za nią i zastali ją siedzącą już na krawędzi pomostu, który wychodził w morze. Bose stopy zwisały jej do wody, 

w ręku trzymała paczuszkę z lodówki.

- Zachowujcie się cicho. Zwykle nie jest płochliwa, ale ostatnio chorowała. Susie! - zawołała podniesionym głosem.

Żadnego odzewu.

- Susie! Nie bądź dzieckiem. To lekarstwo z twoją ulubioną rybą.

Półtora metra od pomostu pojawiła się szara głowa i usłyszeli wysoki pisk.

- Nie ciebie wołałam, Pete, ty obżartuchu. Przyprowadź tu Susie.

- Galen wspominał nam, że pracujesz z delfinami - odezwała się Alex.

-  Ja  nie  pracuję,  tylko  tyram  -  odparła  Melis.  -  A  te  niewdzięczne  stworzenia  nawet  nie  chcą  przypłynąć,  kiedy  je 

wołam. Susie!

Dwa jasne nosy wyłoniły się spod wody pół metra przed Melis.

-  No,  najwyższy  czas.  -  Wzięła  część  ryby  i  rzuciła ją  mniejszemu  delfinowi.  Zwierzę  złapało  i  przełknęło.  -  Dobra 

dziewczynka. - Rzuciła drugą część drugiemu delfinowi. - Dzięki, Pete.

Obydwa delfiny podpłynęły bliżej i zaczęły czule ocierać się o jej bose stopy, wydając przy tym radosne odgłosy.

Melis pogłaskała samicę po głowie.

                                                          

 Lanai - taras lub zadaszone patio; nazwa regionalna używana na Hawajach (przyp. tłum.).

background image

132

- Też cię kocham - szepnęła. - Ale musisz brać lekarstwo, kochana. Nie chowaj się przede mną, dobrze?

Delfin pisnął, kiwając głową i zniknął pod wodą.

Melis westchnęła.

- Tak, jasne. Pete, miej ją na oku.

Drugi delfin pomknął za samicą.

Melis patrzyła za nimi z czułością i troską. Jej sposób bycia różnił się zasadniczo od twardego, szorstkiego i obronnego 

zachowania, jakie zaprezentowała wobec Alex i Morgana.

- Co dolega Susie? - spytała Alex.

- Ma pasożyty w przewodzie pokarmowym. Na szczęście nic poważnego, czego nie dałoby się wyleczyć. - Melis wstała 

z pomostu. - Jeśli  tylko uda mi się zmusić ją  do przyjmowania lekarstwa. Nie lubi go. Maskowałam jego smak już na 

wiele różnych sposobów, ale i tak, kiedy ją wołam, to w połowie przypadków nie chce wcale do mnie przypłynąć.

- To co wtedy robisz?

- Zakładam akwalung i płynę jej szukać. - Melis przeszła obok nich i skierowała się do domu. - Jak tylko skontaktuję się 

z  Philem,  zadzwonię  do  was  i  przekażę,  jeśli  coś  mu  się  przypomni.  -  Spojrzała  przez  ramię  i  przybrała  na  powrót 

lodowaty ton. - Pomogłam wam. A teraz wracajcie do swoich spraw i zróbcie coś, żeby Phil był bezpieczny.

-  Gdyby  chodziło  ci  tylko  o  Lontanę,  nigdy  byś  do  mnie  nie  oddzwoniła  -  stwierdziła  Alex.  -  Wierzę,  że  masz 

świadomość, że jeszcze wielu innych ludzi jest zagrożonych. Ten świat jest wielki. Melis.

- Nie mój świat. - Wskoczyła do motorówki.  - Mój świat jest tutaj. - Uruchomiła silnik. - Popłynę pierwsza i obniżę 

siatkę.

- Jesteś zupełnie sama na tej wyspie? - spytał Morgan. - To dość ryzykowne. Dziwię się, że Betworth nie wysłał tu paru 

swoich ludzi.

- Wysłał. Dwie łodzie pełne dupków. Potraktowałam ich prądem.

- Prądem?

-  Mówiłam  wam,  że  Phil  jest  bardzo  pomysłowy.  Siatka  jest  pod  napięciem,  takim,  które  odstrasza  rekiny  i  inne 

drapieżniki morskie. Ale ja mogę je zwiększyć. - Uśmiechnęła się szyderczo. - Mówiłam im, że Phila tu nie ma, a oni 

nadal  próbowali  przeciąć  siatkę,  bo  chcieli  się  przekonać  na  własne  oczy.  Po  tym,  jak  kilku  z  nich  dosłownie  się 

usmażyło,  uznali, że jednak mówię  prawdę.  Przez parę tygodni widywałam kogoś  w oddali, kto obserwował mój dom 

przez lornetkę, ale ostatnio już nie.

- Mogą tu jeszcze wrócić.

- Niech próbują. Tak jak zauważyliście, ta wyspa jest niedostępna.

- Od strony morza.

-  Jest  tak  gęsto  porośnięta  drzewami  i  tropikalną  roślinnością,  że  nie  ma  gdzie  posadzić  helikoptera.  Poza  tym 

natychmiast  wiedziałabym,  że  się  zbliżają,  a jestem  uzbrojona.  Mogę  ich  odpowiednio  powitać.  -  Odwróciła  wzrok w 

stronę siatki na zatoce.

Alex obserwowała Melis płynącą z powrotem do domku na Wyspie. Powierzchnia wody falowała i migotała w słońcu, a 

jej sylwetka rozpływała się w złotej poświacie.

- Piękna...

- Rzeczywiście, to piękna kobieta.

background image

133

- Nie miałam na myśli... Oczywiście, że ona jest piękna. Ale ja myślałam o wyspie, morzu i delfinach. Ciekawa jestem, 

jak by to było tak mieszkać na wyspie i odizolować się od wszystkich i wszystkiego, tak jak ona to zrobiła.

-  Nie  udało  jej  się  odizolować  od  nas.  Musiała  nas  do  siebie  dopuścić.  Musi  sprowadzać  z  zewnątrz  lekarstwa  dla 

delfinów, więc na pewno ma kogoś, kto jej pomaga kontaktować się ze światem.

- Ale to już jej wybór.

-  Gdyby  ludzie  Betwortha  nie  mieli  pewności,  że  Lontana  odpłynął  na  morze  swoim  szkunerem,  prawdopodobnie 

musiałaby  się  zmagać  ze  znacznie  groźniejszą  ekipą.  I  w  takiej  sytuacji  nie  miałaby  wielkiego  wyboru.  Koncepcja 

bezludnej wyspy jest miła, ale rzadko się sprawdza. Nie można się całkiem odciąć od cywilizacji albo od emocji.

- Chciałabym jednak kiedyś tego spróbować.

Pokręcił głową.

- To nie dla ciebie. Jesteś za bardzo uzależniona od szybkiego tempa życia. Po miesiącu już byś chciała z powrotem 

nadstawiać karku w Strefie Gazy, albo przekopywać się przez jakieś rumowiska z Sarą i jej psem.

- Ale ty byś mógł się tak odciąć. Potrafiłbyś trzymać się na uboczu życia i obserwować mijający czas.

-  Jasne,  że  bym  potrafił.  -  Spojrzał  na  nią,  a  jego  usta  zacisnęły  się  w  wąską  linię.  -  Różnimy  się  od  siebie,  Alex. 

Właśnie to próbuję ci cały czas uświadomić.

Odwróciła szybko wzrok i spojrzała na wyspę, żeby ukryć, jak bardzo ją to zabolało.

-  Melis  i  Lontanę  musi  łączyć  naprawdę  dziwny  stosunek.  To  raczej  ona  wygląda  na  troskliwego  rodzica.  Pewnie 

zostawia ją tu samą, na tym bezludziu, na długie miesiące.

- Ja bym się tam o nią nie martwił. Ona nie jest typem ofiary.

- Nie powiedziałam, że się martwię. Po prostu nie podoba mi się, że ktokolwiek żyje sam w takiej izolacji. - Skrzywiła 

się.  -  Nie  dowiedzieliśmy  się  zbyt  wiele,  prawda?  Jedynie  o  tych  kopalniach  węgla.  Ile  ich  może  być  w  Zachodniej 

Wirginii?

- Nie wiem, ale lepiej, żebyśmy się szybko tego dowiedzieli - odparł ponuro Morgan.

Alex  także  czuła,  że  muszą  się  spieszyć.  Wyglądało  na  to,  że  zrobili  maleńki  krok  naprzód,  ale  czas  nieubłaganie 

uciekał.

- Czuję się, jakbym układała puzzle, ale brakuje mi połowy klocków.

-  Stopniowo  udaje  nam  się  odnajdywać  brakujące  puzzle.  Wiemy  już,  że  Betworth  zatrudnił  początkowo  Lontanę, 

ponieważ sądził, że zna niezawodny sposób na osiągnięcie swoich celów bez wpadki. Najwyraźniej jednak pojawiły się 

jakieś  powody,  dla  których  uznał,  że  aparatura  dźwiękowa  nie  sprawdzi  się  w  ostatnim  projekcie  w  Baltimore.  Więc 

ściągnął do współpracy Moralesa, żeby ten zagwarantował powodzenie operacji, na wypadek gdyby technologia Lontany 

się nie sprawdziła.

-  A  kiedy  już  uzyskali  od  Moralesa  to,  czego  chcieli,  wezwali  ciebie,  żebyś  sprzątnął  gościa,  żeby  ten  nie  mógł  ich 

wydać  -  kontynuowała  Alex.  -  A  kiedy  Lontana  uciekł  na  pełne  morze  i  zburzył  ich  scenariusz,  musieli  się  cofnąć  i 

oprzeć swoje działania na planie Moralesa.

- Widzisz, robimy jednak jakieś postępy.

- Tak, jakieś. Nie wiemy dlaczego, kiedy i gdzie. Na dziennikarstwie uczono mnie, że odpowiedzi na te trzy pytania są 

podstawą budowania każdej historii.

- Na razie wiemy tylko kto. Betworth. Reszta jakoś się poukłada.

Miała nadzieję, że poukłada się na czas.

- Sądzisz, że Lontana jest tak niewinny, jak ona uważa?

background image

134

-  Możliwe.  Wycofał  się  jeszcze  przed  Arapahoe  Junction.  Czy  coś  podejrzewał?  Niewykluczone.  Ale  Betworth 

wyraźnie uważa, że Lontana nie ma zbyt wielu ważnych informacji, inaczej nigdy nie pozwoliłby mu wyjechać żywym z 

Fairfax. - Morgan zmarszczył czoło w namyśle. - To, co mnie zastanawia, to udział Moralesa w projekcie dotyczącym 

Baltimore.  Logicznie  rozumując,  to  powinno  być  nasze  Z-3.  Ale  plany  z  aktówki  Moralesa  wyglądały  bardziej  na 

wieżowiec niż coś znajdującego się pod wodą. A Morales robił w biznesie narkotykowym i handlu bronią. Betworth nie 

zaufałby  mu  na  tyle,  żeby  dopuścić  go  w  jakikolwiek  sposób  do  tej  aparatury  dźwiękowo-termicznej.  Morales  musiał 

mieć inną robotę do wykonania w Baltimore.

- Jaką?

-  Nie  wiem,  a  on  nam  tego  nie  powie.  Ale  może  ktoś  inny.  Handlarze  bronią  zwykle  nie  pracują  w  pojedynkę. 

Transakcje są zbyt skomplikowane i wymagają większej liczby ludzi. Mają więc partnerów albo przynajmniej kontakty.

- Morales miał kontakty?

- Nie przeprowadziłem żadnego głębszego dochodzenia przed zlikwidowaniem Moralesa. To miała być prosta robota. 

Bez  żadnych  komplikacji.  -  Morgan  wyciągnął  telefon  z  kieszeni.  -  Powiedziałem  Galenowi,  żeby  poszukał  czegoś  o 

Moralesie, ale może czas go nieco pogonić. - Kiedy Galen odebrał telefon, zrelacjonował mu, czego się dowiedzieli od

Melis Nemid. - Wydaje mi się, że odnalezienie kopalni jest teraz priorytetem. Ale nie podobają mi się te informacje o 

Moralesie. Nie zdawałem sobie sprawy, że był tak bardzo zaangażowany w cały projekt. Być może te jego plany to tylko 

czubek góry lodowej.

- W takim razie postaram się odnaleźć resztę tej góry - odpowiedział Galen. - Załatwiliśmy wam transport z Tobago, ale 

nie  musicie  wracać  do  kraju.  Chyba  lepiej  by  było,  gdybyście  zostali  za  granicą.  Byłoby  bezpieczniej.  Albo  mógłbyś 

zostawić tam Alex.

-  Nie  ma  mowy.  Już  z  nią  o  tym  rozmawiałem,  nie  mogłaby  zamieszkać  sama  na  jednej  z  tych  wysp.  Więc  raczej 

wspólnie wybierzemy się w tę podróż. - Rozłączył się i zwrócił do niej. - Chociaż osobiście uważam, że Galen ma rację i 

byłabyś bezpieczniejsza tutaj, w tym raju. Poza tym tu jest dużo piękniej niż w tamtej chatce w Zachodniej Wirginii.

- To już nie potrwa długo.

- Ale rozumiem, że odpowiedź brzmi „nie”?

Spojrzała  za  siebie  na  wyspę,  która  już  niemal  zniknęła  z  pola  widzenia.  Zmęczona  ucieczką  i  walką,  pomyślała  z 

tęsknotą o spokojnym miejscu, w którym by wypoczęła i wyleczyła wszystkie rany. Pomysł był piękny, ale niestety nie 

do zaakceptowania.

- Odpowiedź brzmi „nie”.

Galen oddzwonił, kiedy dojeżdżali zakurzoną drogą na prywatne lotnisko w Tobago.

- Znalazłem Ala Leary’ego.

- Gdzie jest?

- W Gwatemali.

- Co takiego?

- Wyjechał z Waszyngtonu dwa dni temu, a my śledziliśmy go aż do Gwatemali. Jest teraz w małej miejscowości na 

południe od stolicy. Zatrzymał się w hotelu Rio, kryjówce Matanzy. Jedna z dziwek Juana Cordoby tam mieszka i Leary 

korzysta z jej gościnności.

Morgan czuł na sobie spojrzenie Alex, więc postarał się, żeby jego twarz pozostała nieporuszona.

- Jesteś tego pewien?

background image

135

- Nie mam wątpliwości. I nie wydaje mi się, żeby Leary pojechał tam łapać przestępców. Gdyby tak było, już dawno by 

nie żył. Według mnie to śmierdząca sprawa. Pojedziesz za nim?

- Tak.

- Potrzebujesz transportu?

- Oczywiście.

-  Nie  chcesz  teraz  o  tym  rozmawiać,  prawda?  -  domyślił  się  Galen.  -  Zadzwoń  do  mnie,  jak  tylko  będziesz  mógł. 

Umówię Marco Salazara, żeby odebrał cię na lotnisku w Gwatemali.  Postara ci się pomóc, ale to będzie twoja własna 

akcja. Całe miasto znajduje się praktycznie w rękach Matanzy. - Zamilkł na moment. - A do tego sam Leary jest dość 

arogancki. Zaskakująco łatwo było go znaleźć. Bądź ostrożny.

- Wiesz, że będę. - Rozłączył się.

- Co się stało? - spytała Alex.

- Logan nadal jest w Waszyngtonie, ale niczego się nie dowiedział. Żadnych innych wieści. - Schował telefon. - Jest i 

lotnisko.  Mam  nadzieję,  że  wiatr  nieco  ucichnie,  bo  ten  samolocik  nie  wygląda  mi  na  taki,  który  wytrzyma  mocne 

bujanie.

Don Garver, pilot, który przywiózł ich z Miami, uśmiechnął się do nich szeroko, otwierając drzwi na pokład.

- Mieliście dobrą podróż? Nie będzie już tak gorąco, ale lot może być nieco męczący.

- To może nie powinniśmy lecieć? - zaniepokoiła się Alex.

-  Nie.  Nie  narażałbym  takiej  ślicznej  kobiety.  -  Wrócił  do  kokpitu.  -  Ale  niestety  nie  mogę  obiecać,  że  nie  będzie 

drobnych turbulencji, przy których żołądek może trochę podskakiwać.

- Przeżyjemy to. - Morgan pomógł Alex wejść do samolotu i usiąść w fotelu. - Po to są pasy bezpieczeństwa.

- Mów za siebie - burknęła Alex. - Ja nie lubię latać w taką pogodę.

- Obiecuję, że nawet nie poczujesz, jak minie cały lot - Morgan uśmiechnął się. - Zaufaj mi.

- O, to jakaś nowość. - Odwzajemniła uśmiech. - Ostatnio próbowałeś mnie przekonać, że nie można ci ufać.

Nachylił się do niej i czule położył dłoń na jej szyi.

- Nikt nie mówił, że jestem konsekwentny.

- Dobrze, bo ufam... - Jej oczy rozszerzyły się. - Co ty... - Opadła nieprzytomna na siedzenie.

- Nie będziesz już miała do mnie zaufania, kiedy się obudzisz. Śpij dobrze. - Pocałował ją w czoło i odwrócił się do 

Garvera, który patrzył na niego zaskoczony. - Zawieź ją do Miami i nie pozwól jej wysiąść z samolotu, dopóki Galen po 

nią nie przyjedzie.

- Co jej zrobiłeś? Ogłuszyłeś ją?

- Coś w tym stylu. A kiedy się obudzi, będzie wściekła jak cholera. Na twoim miejscu wolałbym już mieć za sobą te 

turbulencje, kiedy będziesz musiał się z nią użerać. - Morgan odwrócił się do wyjścia. - Powiedz jej, że to było konieczne. 

Nie miałem wyboru. Galen jej wszystko wytłumaczy.

Biały Dom

- Panie prezydencie, musimy porozmawiać - zawołał Keller.

- Nie teraz. Jestem już spóźniony. - Andreas szedł szybkim krokiem przez korytarz. - Miałem być na odsłonięciu tego 

pomnika w Pentagonie już dziesięć... - Zatrzymał się, widząc minę Kellera. - Boże, co się stało?

background image

136

- Plummock Falls. Mamy wiadomość, że... był wypadek.

- Mówiłeś, że to się więcej nie powtórzy - wybuchnął Andreas. - Mówiłeś, że nie ma zagrożenia.

- Bo takie zapewnienia otrzymałem zarówno od FBI, jak i CIA.

- Zapewnienia. Boże, jestem już tym wszystkim zmęczony. Czy ktoś ucierpiał?

- Ucieszy pana wiadomość, że dzięki pana decyzjom, nasi ludzie nie...

- Czy ktoś został ranny?

- Niestety eksplozja wywołała wstrząsy w najbliższym otoczeniu i zasypało trzydziestu czterech górników. Nie wiemy, 

czy są jeszcze jakieś ofiary śmiertelne.

- Trzydziestu czterech... - Prezydentowi zrobiło się słabo i zdał sobie sprawę z tego, że przerażenie musi być widoczne 

na jego twarzy. Musiał na chwilę zaszyć się w jakimś mniej publicznym miejscu. Jest prezydentem, nie wolno mu okazy-

wać strachu, przerażenia ani tym bardziej bezradności. Jest symbolem. Boże, to też go strasznie męczyło.

Cóż, trudno. Taki urząd piastował. Pociągnął Kellera za sobą, wchodząc do Zielonego Pokoju.

- A teraz mów mi, co się wydarzyło.

Miami na Florydzie

- Co się stało? - Alex patrzyła na Galena, który pomagał jej wysiąść z samolotu. - Gdzie jest Morgan? Chyba go zabiję!

-  Nie  dziwię  ci  się.  -  Galen  wziął  od  niej  torbę  i  zaprowadził  do  samochodu  zaparkowanego  przy  hangarze  na 

prywatnym lotnisku. - Ale ja jestem niewinny. Nie uprzedził mnie o tym, że zamierza się ciebie pozbyć. Zadzwonił do 

mnie, kiedy twój samolot już wystartował.

- Ale spodziewałeś się tego, prawda? Co mu powiedziałeś, kiedy do niego dzwoniłeś?

- Że Al Leary zadaje się w Gwatemali z Cordobą, przywódcą Matanzy.

-  Leary...  -  Musiała  się  chwilę  zastanowić,  zanim  ułożyła  sobie  wszystko  w  głowie.  -  To  agent  CIA,  który  wysłał 

Morgana do Korei Północnej.

- I zorganizował usunięcie Moralesa. Morgan poprosił mnie, żebym zlokalizował Leary’ego.

I nie wspomniał jej o tym ani jednym słowem. Była wściekła, sfrustrowana i... zwyczajnie przerażona.

- Pojechał dopaść Leary’ego?

- Tak podejrzewam.

-  Doskonale  wiesz,  że  on  tam  pojechał  -  powiedziała  drżącym  głosem.  -  Morgan  myśli,  że  dowie  się  czegoś  od 

Leary’ego  i  nie  obchodzi  go,  że  ten  sukinsyn  jest  tam  w  towarzystwie  tych  szurniętych  rzeźników  i  morderców  i...  -

Musiała przerwać, żeby się opanować. - Nie chciał, żebym z nim pojechała, bo uważa, że byłabym dla niego przeszkodą. 

Nie  jestem  taka  tępa.  Nigdy  bym  nie...  -  Wzięła  głęboki  oddech.  -  Powiedział,  że  do  mnie  zadzwoni,  ale  bardziej

prawdopodobne,  że  zatelefonuje  do  ciebie.  Na  pewno  nie  będziesz  próbował  obwiniać  go,  więc  chociaż  daj  mi  znać, 

kiedy się z tobą skontaktuje. Nie chcę już żadnych tajemnic.

- W porządku. Wcale nie zamierzałem się z tobą spierać, zwłaszcza że jesteś już nieźle zirytowana. - Otworzył przed nią 

drzwi samochodu. - A tymczasem obiecałem Morganowi, że zabiorę cię do siebie do domu do czasu, aż...

- Nie ma mowy. Twoja żona jest w ciąży. Nie zamierzam ściągać jej na głowę dodatkowych problemów. Wystarczą jej 

własne. Możesz mnie ulokować w tej chacie w Prescott, gdzie zaczekam na jakieś informacje... - Przerwała, bo zadzwonił 

telefon Galena.

Morgan?

background image

137

Galen zaprzeczył ruchem głowy, jakby odpowiadał na jej niewypowiedziane pytanie i odezwał się do słuchawki.

Alex  była  tak  mocno  zawiedziona,  że  musiała  się  odwrócić,  żeby  ukryć  swoje  uczucia.  A  czego  się  spodziewała? 

Morgan mógł jeszcze wcale nie dotrzeć do Gwatemali.

Galen cicho zaklął, więc spojrzała na niego. Był ponury. Bardzo ponury.

- Co się dzieje? - spytała, kiedy skończył rozmowę. - To była twoja żona?

- Tak. Ale z nią wszystko w porządku. Była tylko ciekawa, czy słyszałem o Plummock Falls.

- O czym?

-  To  kopalnia  węgla  na  południe  od  Huntington  w  Zachodniej  Wirginii.  Wybuchł  tam  gaz  i  zasypało  trzydziestu 

czterech górników.

Alex zamarła.

- Nie - szepnęła.

- Też tak myślę.

- To Z-2?

- Może tylko zbieg okoliczności?

- Nie sądzę. - Trzydziestu czterech górników uwięzionych w ciemnościach pod ziemią. - Jakie są szanse na wydostanie 

ich żywych?

- To  zależy od tego, jak bardzo zostały naruszone stropy i cała konstrukcja kopalni, oraz na ile czasu starczy im po-

wietrza.

- Powinniśmy byli szybciej działać. Trzeba było dowiedzieć się, gdzie miało dojść do kolejnej katastrofy.

- Ale jak? Dopiero co dowiedzieliście się o tym, że kolejnym celem może być kopalnia. Myślisz, że jesteś jasnowidzką?

- Raczej nie. - Alex zrobiło się głupio. Myślała tylko o tych ludziach przysypanych w kopalni. - Dlaczego? Dlaczego 

ktoś miałby to robić?

Galen w milczeniu pokręcił głową.

- Galen, ja muszę to wiedzieć. Nie byłeś w Arapahoe Junction. Ci wszyscy ludzie... tylu zginęło. To nie może się po-

wtórzyć... - Zacisnęła usta, żeby powstrzymać drżenie. - Nie pozwolę na to. To się musi wreszcie skończyć.

Galen położył jej dłoń na ramieniu.

- Pojedź ze mną do domu. Rozmawiałem z Eleną. Nie ma nic przeciwko temu.

- Nie. Jadę do Plummock Falls.

- To nie jest dobry pomysł. Jeśli doszło tam do sabotażu, to zjadą się przedstawiciele wszystkich służb. A już udało nam 

się ustalić, że niektórzy ze stróżów prawa nie są tak czyści, jak powinni. Prawdopodobnie będą na ciebie czekać.

- Nic mnie to nie obchodzi - żachnęła się. - Jadę. Nawet jeśli będzie trzeba, żebym przeszła operację plastyczną, żeby 

mnie nikt nie rozpoznał. Muszę tam być.

Przez chwilę przyglądał się jej, a potem skinął głową.

- W porządku. Rób, co ci każę, a znajdziemy sposób, żebyś się tam znalazła. Zadzwonię do Logana i poproszę go o 

pomoc. - Uśmiechnął się. - Może tym razem obejdzie się bez operacji plastycznej.  Możesz nadal używać tych samych 

gadżetów do charakteryzacji. Szkoda byłoby zmieniać skalpelem taką twarz.

Rozdział 13

Plummock Falls... W porządku, tu nie chodzi o określenie miejsca, tylko początek rozdziału.

background image

138

Runne patrzył w zamyśleniu na zdjęcia z wypadku w kopalni nadawane w CNN. Betworth dobrze się spisał. Na żadnym 

kanale  nikt  nie  wspomniał  o  jakichkolwiek  podejrzeniach.  Byli  przekonani,  że  wypadek  został  wywołany  wybuchem 

gazu.  Jacyś  przedstawiciele  organizacji  ochrony  środowiska  wygłaszali  tyrady  pełne  frazesów,  ale  wyraźnie  nie  mieli 

żadnego tropu. Jedyne, co wiedzieli, to...

Psy!

Wyprostował  się  podekscytowany,  kiedy  kamera  telewizyjna  uchwyciła  w  kadr  ratowników  z  psami,  stojących  przy 

wejściu do kopalni. Na to właśnie czekał. Przez większość swego dorosłego życia Graham pracowała ramię w ramię z 

ratownikami  i  ich  psami.  Nawet  jeśli  tylko  podejrzewała,  że  Plummock  Falls  mogło  być  Z-2,  to  wątpił,  żeby 

zrezygnowała z przyjazdu na miejsce zdarzenia, żeby pomóc.

Poza tym Runne już się postarał, żeby znaleźć sposób na zwabienie Alex Graham na miejsce katastrofy.

- Jak to jesteś w Plummock Falls? - wykrzyknął Logan do słuchawki. - Na miłość boską, Sara, jeszcze nie jesteś gotowa, 

żeby wrócić do pracy. Dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie przed wyjazdem?

- Dzwonię teraz - odparła Sara. - I nie masz prawa narzekać na brak informacji z mojej strony. Nadal nie dowiedziałam 

się od ciebie, gdzie jest Alex.

- Jest bezpieczna.

- Jasne. Posłuchaj, nie dzwonię, żeby się z tobą kłócić. Mam robotę i wygląda to dość podle. Nadal nie dopuszczają nas 

do szybu kopalni. Za dużo gruzów i zbyt wiele ścian wymaga podparcia.

- Więc tym bardziej nie powinnaś się tam zbliżać. Twoja ekipa nie powinna była prosić cię o udział w akcji.

- To nie ja tu jestem gwiazdą. Miejscowy oddział służb ratowniczych wystosował do zarządu specjalną prośbę o przy-

słanie Monty’ego.

- Co?

- No wiesz, Monty ma najlepszego nosa wśród psów w ekipie ratunkowej.

- Tak. - Ale Loganowi nie spodobała się ta specjalna prośba. Nie w tych okolicznościach. - Posłuchaj, Saro, zostań tam, 

gdzie jesteś, ale niech zawsze ktoś przy tobie będzie. Nawet na minutę nie możesz być sama.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

- O czym ty mówisz? - spytała po chwili.

- Mówię o tym, że nie chcę, żebyście ty czy Monty zostali oddzieleni od grupy nawet na chwilę. - Przerwał. - A jeśli 

otrzymasz telefon od Alex, nie idź na spotkanie z nią. Właśnie mi powiedziała, że nie będzie się z tobą kontaktować.

- A co będzie, jeśli zmieni zdanie?

- Nie idź na spotkanie z nią - powtórzył z naciskiem Logan.

- John, co się dzieje?

- Cholera, po prostu chciałbym, żebyś wróciła do domu. - Ale wiedział, że ona tego nie zrobi i że trzeba ją ostrzec. - Nie 

mamy pewności, że Plummock Falls był wypadkiem.

Usłyszał, jak gwałtownie wciągnęła powietrze.

- Kolejne Arapahoe Junction?

- Możliwe. W każdym razie musimy być bardzo ostrożni.

- A to skurwysyny!

- No właśnie. Wrócisz do domu?

- Nie.

background image

139

- W takim razie czy będziesz ostrożna?

-  Na  tyle  ostrożna,  na  ile  mi  Monty  pozwoli.  Musimy  wydostać  tych  górników.  -  Chwilę  milczała.  -  Powiedz  mi 

dlaczego? To się musi wreszcie skończyć, John.

-  Pracuję  nad  tym.  Podobnie  jak  twoja  przyjaciółka,  Alex.  A  ty  zajmij  się  swoją  pracą.  Zadzwonię  do  ciebie  jutro. 

Kocham cię.

- Też cię kocham.

Logan wyłączył telefon i usiadł, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Chryste, to za duży zbieg okoliczności, żeby 

ktoś  specjalnie  wzywał  Monty’ego  do  tej  akcji.  Gdzie  jechał  Monty,  tam  jechała  Sara.  Jeśli  to  pułapka,  to  mógł  ją 

zastawić tylko jeden cwany bydlak.

Znowu  sięgnął  po  telefon  i  wystukał  numer  do  Alex  Graham,  którą  Galen  umieścił  w  przyczepie  mieszkalnej  pod 

Huntington.

-  Sara  i  Monty  są  na  miejscu  zdarzenia  -  powiedziała  Alex  do  Galena,  kiedy  skończyła  rozmowę  telefoniczną  z 

Loganem. - Logan właśnie dzwoni do miejscowego oddziału służb ratowniczych, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście ktoś 

specjalnie prosił o ich przyjazd. Podejrzewa, że mogli zostać tam ściągnięci w charakterze przynęty.

- To możliwe. Betworth i jego ludzie nie mają pewności co do tego, jak dużo wiesz, ale zdają sobie sprawę, że Morgan 

widział plany Moralesa. Ta katastrofa jest tego samego rodzaju co Arapahoe Junction. - Przerwał i spojrzał jej w oczy. -

Jesteś pewna, że nie chcesz wracać ze mną do domu? Co tutaj możesz robić? Nie możesz pomagać w odgruzowywaniu, 

jak przy tamie.

- Nie wiem, ale jestem tu, gdzie toczy się akcja. Nie byłabym w stanie niczego zrobić, siedząc i trzymając twoją żonę za 

rękę.

Galen zaśmiał się.

- Nawet nie wiesz, jak zabawnie to zabrzmiało. - Wstał. - Ale mam polecenie od Eleny, żeby ulokować cię blisko, jeśli 

odmówisz przyjazdu do nas. Nigdy nie sprzeciwiam się życzeniom damy. Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?

- Nie, dziękuję. Wieczorem będę pracować na komputerze.

- Nad czym konkretnie? Jakieś poszukiwania?

- Nie. Zamierzam przeanalizować ostatnie słowa Powersa, jedno po drugim. Jestem już zmęczona wczytywaniem się w 

nie, ale Bóg jeden raczy wiedzieć, czy nagle nie odkryję w nich czegoś, co dotąd mi umykało. - Zacisnęła usta. - Spróbuję 

znaleźć odpowiedzi na pytania: gdzie, kiedy i dlaczego.

Ekran komputera robił się szary i niewyraźny.

Alex potarła oczy i ponownie spróbowała skupić wzrok. Powinna przerwać i zdrzemnąć się przez chwilę. W tym stanie 

z pewnością niczego mądrego nie wymyśli.

Przez  całą  noc  ślęczała  nad  słowami  Powersa  i  rozkładała  każde  zdanie  na  części,  a  potem  składała  je  z  powrotem. 

Wymyśliła  co  najmniej  kilka  możliwych  wyjaśnień  dla  każdego  słowa,  które  wypowiedział.  Żadne  z  nich  nie  miało 

sensu.

A może miały sens, tylko że była zbyt zmęczona, żeby to wyłapać. Może Morgan ma więcej szczęścia w znalezieniu 

odpowiedzi.

Instynktownie uciekała od tego rodzaju myśli. Starała się nie myśleć o Morganie albo o tym, że nie zadzwonił ani do 

niej, ani do Galena.

background image

140

Może był zbyt zajęty? Może znalazł się w sytuacji, w której niebezpiecznie byłoby...

Do diabła, gnojek powinien był zadzwonić! Czy nie wie, co jej w ten sposób robi? Kiedy tylko wróci, już ona mu...

Jeśli wróci.

Wróci. Musi wrócić.

Przestać o nim myśleć. Skupić się na tym piekielnym ekranie komputera.

- Kettle? - powtórzyła Alex. - Co to, u licha, mogło znaczyć? - Może nic nie znaczyło. Może to majaczenie umierające-

go człowieka?

Ale powiedział, że Z-2 jest w Zachodniej Wirginii, i to okazało się prawdą. Nie kłamał też, mówiąc o Lontanie.

Powiedział też, że Z-2 nie jest ważne. Jeśli to nie było takie ważne, to czemu zasypali tych nieszczęsnych górników?

Zadzwonił telefon.

Morgan?

Poderwała się na równe nogi.

- Halo?

- Jakieś postępy? - spytał Galen.

Poczuła rozczarowanie. Starała się jednak nie dać tego po sobie poznać.

- Na razie żadnych. Miałeś jakieś wieści od Morgana?

- Nie, ale dzwonił Salazar. Powiedział, że Morgan działa zgodnie ze swoim planem i jutro wieczorem zamierza skontak-

tować się z Learym.

- Skontaktować się?

- Może niezupełnie tego słowa użył. Powiedział, że Morgan to kawał twardego skurczybyka i wolałby nie znaleźć się na 

miejscu Leary’ego.

Przynajmniej wiedziała, że Morgan nadal żyje. Powinna być za to wdzięczna.

- Wydaje mi się, że nie z tego powodu zadzwoniłeś do mnie w środku nocy.

- Nie. Chciałem cię ostrzec. Logan sprawdził już to specjalne wezwanie dla Monty’ego. Było fałszywe.

Nie zdziwiło jej to.

- Czyli tak, jak ostrzegał Sarę. Pewnie zadzwonił do niej zaraz po tym, jak potwierdziły się jego podejrzenia. - Potarła 

dłonią kark. - A teraz, jeśli pozwolisz, postaram się zastanowić, dlaczego Z-2 było nieważne. Dlaczego było... - Skoczyła 

na równe nogi. - Mój Boże.

- Alex? - odezwał się Galen.

- Rozłącz się, Galen. Muszę zadzwonić do Logana.

- Co się dzieje?

- Oddzwonię do ciebie. - Rozłączyła się i wystukała numer Logana. Ściskała mocno telefon, a jej dłoń była lodowato 

zimna. Słuchała sygnału i niecierpliwie czekała na głos Logana.

Proszę, odbierz. John, na miłość boską, odbierz telefon!

Morgan zadzwonił do niej następnego ranka o szóstej.

-  Przyszło  mi  do  głowy,  że  możesz  zrobić  coś  głupiego  tylko  dlatego,  że  jesteś  na  mnie  zła.  Więc  postanowiłem 

pozwolić ci, żebyś sobie ulżyła.

Słodki Jezu, jednak żyje. Alex zrobiło się słabo i jednocześnie poczuła ulgę.

background image

141

-  A  ty  nadal  jesteś  przekonany,  że  będę  reagować  jak  idiotka?  -  odezwała  się  zaczepnie.  -  Czy  kiedykolwiek  tak 

robiłam?

- Trafiony.

- Ale to nie znaczy, że nie skorzystam z możliwości nawrzucania ci, kiedy już się zgłosiłeś na ochotnika. Ty łajdaku, jak 

śmiałeś mnie okłamać?

- Nie mogłem zabrać cię ze sobą.

- Więc zabawiłeś się w Jamesa Bonda i ogłuszyłeś mnie jakimś tajemniczym ciosem?

- Właściwie to był tybetański cios, którego nauczyłem się od mnicha, który...

- Mało mnie to interesuje. To był błąd i zapłacisz mi za to. - Wzięła głęboki oddech. - Kiedy tylko znajdę wolną chwilę, 

bo na razie jestem zajęta kombinowaniem, gdzie może być to cholerne Kettle.

- Kettle?

- Pamiętasz, jak Powers mówił o tym na samym końcu? To musi być jakaś nazwa topograficzna. Poprosiłam Logana, 

żeby postarał  się  porozmawiać  o  tym  z prezydentem. On  może wiedzieć.  Ale Logan nie  może  się  do  niego dostać.  A 

komu innemu można zaufać, jeśli to właśnie FBI i CIA próbują kopać dołki pod...

- Spokojnie. Dlaczego prezydent miałby coś na ten temat wiedzieć?

- Schrony. On na pewno wie o schronach.

- O schronach?

- Pamiętasz, jak Powers powiedział: „To wszystko są ssschr...” i nie dokończył, tylko jakoś tak zacharczał. Myśleliśmy, 

że  on  dalej  chciał  mówić,  że  to  nieważne,  że  to  wszystko  jakieś  bzdury.  Ale  on  przerwał  z  bólu,  a  chciał  powiedzieć 

„schrony”.  To  wszystko  są  schrony.  Arapahoe  Junction,  Plummock  Falls  i  to  miejsce  nazywane  Kettle.  -  Przerwała  i 

oblizała  wargi.  -  Po  jedenastym  września  wyszło  na  jaw,  że  istnieją  schrony,  które  mają  zapewnić  możliwość  dalszej 

pracy amerykańskiemu rządowi, na wypadek gdyby Waszyngton znalazł się w bezpośrednim zagrożeniu. Pierwsze tego 

typu  projekty  zrodziły  się  w  czasach  zagrożenia  nuklearnego,  dlatego  te  schrony  czy  bunkry  są  konstrukcjami 

podziemnymi.

- Przypominam sobie, że słyszałem coś o takim kompleksie w Greenbrier. Ale to chyba był pomysł, który zarzucono już 

parę lat temu.

- Ale pomysł schronów nie został wcale zarzucony. Kiedy na konferencji prasowej rzeczniczka rządu została przyparta 

do muru, niechętnie przyznała, że jest  więcej niż jeden taki bunkier.  Żaden urzędnik rządowy nie  powie więcej, bo to 

ściśle tajne. Później pojawił się w prasie wywiad z anonimowym urzędnikiem niższej rangi, który opowiedział o tym, jak 

co miesiąc personel rządowy jest przenoszony do schronów i nie wolno im powiedzieć, nawet najbliższej rodzinie, dokąd 

są  wywożeni.  Mogą  się  kontaktować  jedynie  za  pośrednictwem  numeru  800.  Schrony  są  stale  utrzymywane  przez  co 

najmniej pięćdziesięcioosobowy personel, ale najczęściej do ich obsługi deleguje się pracowników niższej rangi. Na ile 

im wiadomo, to wszystko działa w ramach wolontariatu. Jedynie jeden członek gabinetu rządu pracuje tam bez przerwy.

- Po co trzy schrony?

- Może jest ich nawet więcej. Ale nie sądzę. Potrzebują jednego w pobliżu Zachodniego Wybrzeża, na wypadek gdyby 

prezydent przebywał w tej części kraju w czasie ataku. Jeden w Zachodniej Wirginii, która jest blisko Waszyngtonu, ale 

nie za blisko. I kolejny... Nie wiem, może w Baltimore? Te kanały wodne, o których wspomniała Melis, znajdują się w 

pobliżu Baltimore.

- A Baltimore jest praktycznie tuż obok Waszyngtonu. Eksperymenty z podmorskimi kanałami wodnymi mogłyby mieć 

bezpośredni wpływ na Waszyngton.

background image

142

- O Boże.

- Ale Betworth potrzebował mocniejszego uderzenia, więc skontaktował się z Moralesem. - Morgan zastanowił się nad 

czymś. - A co mógł mu dać Morales w tej kwestii?

Alex aż bała się zgadywać.

- Mam nadzieję, że ty się tego dowiesz. Dziś wieczorem spotykasz się z Learym?

-  Jeśli  mi się poszczęści. Mam jeszcze  wiele innych pytań  do niego w  sprawie  tych  schronów. Będzie  ostro. Bardzo 

ostro.

- Może więc powinieneś zadzwonić do mnie przed spotkaniem?

- Nie, wolę się nie rozpraszać. Muszę się przygotować na najgorsze. Zadzwonię do ciebie, jak już skończę z Learym.

Powoli odłożyła telefon, chociaż wcale nie chciała się roztaczać. Może nie powinna była atakować? Co będzie, jeśli już 

nigdy go nie zobaczy...?

Nie. Powinna była go ochrzanić. Źle postąpił. Był na tyle uczciwy, żeby to sobie uświadomić, i spodziewał się od niej...

Dobry Boże, tak bardzo jej go brakowało.

Nie myśleć o tym. Lepiej skupić się na tym cholernym Kettle. Pomyśleć o schronach i dlaczego zostały zniszczone.

Mocniejsze uderzenie...

Chryste.

- Sprawdzałem twoje schrony, Alex - powiedział Logan. - Nikt w Kongresie nie chciał o tym ze mną rozmawiać, ale 

udało mi się znaleźć jedno tajne źródło informacji. Kiedy gość się zorientował, że już wiem o istnieniu schronów i tylko 

potrzebuję  poparcia  tej  teorii,  wreszcie  puścił  parę  z ust.  Bunkier  był  nie  w  Arapahoe Junction,  ale  po  drugiej  stronie 

tamy. Czyli tam, gdzie poleciałaś robić zdjęcia.

- Powers mówił, że spieprzyli akcję. Nie mieli odpowiedniej technologii. - Westchnęła z goryczą. - Wysadzili tamę i po-

grzebali całe miasteczko. Brak mi słów, żeby nazwać to, co zrobili. Ci wszyscy ludzie...

-  Mój  kontakt  nic  nie  wiedział  o  żadnym  z  pozostałych  schronów.  Poza  tym,  że  wszystkie  znajdują  się  pod  ziemią. 

Według niego  bunkier  w  Plummock Falls  praktycznie sąsiaduje  z kopalnią.  Wybór lokalizacji  wymagał,  żeby  miejsce 

było dość zaludnione, żeby kongresmeni mogli przyjeżdżać i wyjeżdżać, nie zwracając na siebie uwagi.

- A Plummock Falls to całkiem spore miasto górnicze.

- Więc wysadzili bunkier i przy okazji kopalnię.

- Jakieś wieści o Z-3?

- Nie. Wygląda na to, że każdy wie o swoim bunkrze, do którego jest  przydzielony, ale  nic o pozostałych. Z punktu 

widzenia bezpieczeństwa to jest nawet sensowne. Wybacz, będę węszył dalej.

- Już i tak trochę się dowiedziałeś. Przynajmniej jedno się wyjaśniło.

- Nie tylko jedno. Sara do mnie zadzwoniła i powiedziała, że zlokalizowali górników.

- Żywych?

- Przynajmniej niektórzy żyją. Słychać było stukanie.

- Dzięki Bogu. A udało ci się dotrzeć do Andreasa?

- Jeszcze nie. Ostatnio ochrona wokół niego jest nie do forsowania. Ale będę próbował. Dzwonił do ciebie Morgan?

- Od rana nie miałam od niego telefonu. Powiedział, że zadzwoni, kiedy będzie mógł.

- Daj mi znać, jak to zrobi.

background image

143

-  Dobrze.  -  Jeśli  to  zrobi...  Zaczynała  się  już  zastanawiać,  czy...  Przestań  o  tym  myśleć.  Przestań  gdybać  -  nakazała 

sobie. Musi wierzyć w to, że Morgan się z nią skontaktuje wtedy, kiedy będzie mógł. On ma swoją robotę do wykonania, 

a ona swoją.

Spojrzała na otwarty atlas leżący na stoliku przed nią.

Kettle...

Gwatemala City

Morgan pociągnął duży łyk burbona, wpatrując się w telewizor wiszący nad barem. Wiadomości z Plummock Falls.

Kamery pokazywały  twarze  ludzi zgromadzonych  przed  ogrodzeniem,  przy wejściu  do kopalni.  Ból, niedowierzanie, 

strach i nadzieja.

- To straszne - powiedział barman, kręcąc głową. - Ale przynajmniej niektórych z nich uratują. Umrzeć pogrzebanym 

żywcem to najgorszy koszmar.

- Tak. - Morgan oderwał wzrok od telewizora. To nie był odpowiedni moment, żeby się dekoncentrować. Cieszył się, że 

Alex jest na tyle zajęta szukaniem lokalizacji Z-3, że nie wpadła na pomysł, żeby pojawić się przed kopalnią. Zwrócił się 

do Marco Salazara: - Jesteś pewien, że Leary przyjdzie sam?

- Na pewno nie pojawi się w towarzystwie nikogo z Matanzy - Salazar wzruszył ramionami. - Cordoba nie akceptuje 

gejów. Ten bar to miejsce spotkań homoseksualistów z całej Gwatemala City. Leary był tu wczoraj i wyszedł do domu z 

kimś, kogo tu poznał. Prawdopodobnie wróci tu dziś. Nie zrobił na mnie wrażenia osoby szczególnie wiernej.

- Bo nie jest. Pamiętam, jak przez parę tygodni byliśmy w San Francisco. Zaliczył praktycznie wszystkie lokale w mieś-

cie.  -  Morgan  wstał  ze  stołka.  -  Pora,  żebym  się  usunął  z  widoku.  Wracam  do  mojego  stolika  w  rogu.  Kiedy  Leary 

przyjdzie, daj mi znać.

Salazar skinął głową, nie odrywając wzroku od telewizora i górników, których wydobywano z kopalni.

Dziesięć minut później do baru wszedł Al Leary.

Morgan nie musiał czekać na sygnał od Salazara, żeby wiedzieć, że Leary pojawił się w lokalu. Wkroczył do środka z 

dumnie wypiętą piersią i natychmiast zaczął rozmowę z barmanem.

Wyszedł na polowanie, pomyślał  Morgan. Widział go w akcji  w wielu miastach na świecie i  wszędzie Leary działał 

według tego samego schematu. Najpierw kontakt  z barmanem, któremu dawał  do zrozumienia,  że jest  wolny, a potem 

uderzanie do najatrakcyjniejszego faceta w lokalu.

Zauważył, że Leary wybrał sobie Salazara. Pewnie dlatego, że Salazar to przystojny typ latynoski. Leary szczerzył zęby 

w uśmiechu i silił się na szarmanckie gesty, kiedy siadał obok niego przy barze.

Po  kwadransie  Morgan  wstał  od  stolika  i  ruszył  do  toalety  w  końcu  lokalu.  Nikogo  w  niej  nie  było,  ale  nigdy  nie 

wiadomo, jak długo to potrwa. Uchylił drzwi na salę, żeby widzieć mężczyzn przy barze.

No dalej, Salazar! Zaczynaj nasze przedstawienie.

Salazar jakby go usłyszał, zszedł ze stołka barowego i dotykając ramienia Leary’ego, powiedział mu coś na ucho. Obaj 

ruszyli w kierunku toalety.

- To dobry towar - powiedział Salazar, otwierając drzwi do łazienki. - Daje niezłego kopa, ale nie wpływa na...

Morgan rzucił się od tyłu na Leary’ego i zacisnął ramię na jego szyi, pociągając go za sobą.

Leary próbował krzyczeć, ale tylko zarzęził, chwytając spazmatycznie powietrze.

background image

144

- Wychodzimy - powiedział mu do ucha Morgan. - Wyjdziemy tylnym wyjściem, a potem wsiądziemy do samochodu w 

uliczce. Kiedy będziemy opuszczać toaletę, będę cię obejmował, a dłoń czule oprę na twojej szyi. Jeśli nie będziesz się 

odpowiednio mile zachowywał, to przestanę być dla ciebie czuły i uderzeniem shuto w kark zabiję cię na miejscu. To 

nastąpi tak szybko, że nawet się nie spostrzeżesz. Już widziałeś kiedyś, jak to robiłem.

Leary miał szeroko otwarte z przerażenia oczy i próbował coś wykrztusić.

- Salazar, idź uruchomić samochód. - Morgan rozluźnił uścisk wokół szyi Leary’ego. - Za chwilę do ciebie dołączymy.

- Morgan - powiedział ochrypłym głosem Leary. - Nie zabijaj mnie. To nie była moja...

-  Spokojnie,  kolego. To  nie  pora  i  miejsce.  -  Objął  go ramieniem.  -  A  teraz  chodźmy. Salazar  zorganizował  dla  nas 

miejsce na małą pogawędkę.

Rozdział 14

10 listopada, godz. 20.45

Danley twierdzi, że jesteś już na pozycji - powiedział Betworth do Runne’ego.

- Oczywiście. W końcu dobiliśmy targu.

- Zameldowałeś się w Z-3 zeszłej nocy, ale od tamtej pory nikt cię nie widział.

- Gdyby mnie ktokolwiek widział, to nie mógłbym wykonać swojej roboty, prawda?

- Chcę, żebyś jutro też złożył raport Danleyowi. Muszę mieć pewność, że jesteś gotowy. To nie znaczy, że ci nie ufam.

- Załatw helikopter, żeby był gotowy do zabrania mnie stamtąd, a ja zajmę się resztą.

- Zamelduj się jutro Danleyowi, bo inaczej nie będzie helikoptera.

- Nie blefuj. Tak samo jak i mnie zależy ci, żeby mnie stamtąd zabrać. Kiedy dostanę Morgana?

- Nadal go nie namierzyliśmy. Kto wie? Może wpadniesz na niego w Kettle? - Betworth rozłączył się.

A może nie wpadnę, pomyślał Runne. Nadal to kobieta była pewniejszym celem. Czuł się zawiedziony, że Graham nie 

pojawiła się w kopalni. Czas uciekał. Przez ostatnich kilka dni jeździł w tę i z powrotem między kopalnią a Z-3, żeby 

uspokoić Betwortha i Danleya, ale teraz zostały już tylko dwa dni.

Jeśli zamierzał stworzyć okazję do złapania Morgana, to powinien do tego zaangażować większe siły.

Sięgnął po telefon.

Godzina 21.05

Gdzie,  do  cholery,  jest  to  Kettle?  Alex  tak  usilnie  wpatrywała  się  w  atlas  północno-wschodniej  części  Stanów 

Zjednoczonych,  że  myślała,  że  oślepnie.  Żadnych  nazw  na  tym  obszarze,  które  w  jakimkolwiek  stopniu  mogłyby 

pasować. Żadnych jezior, gór, które mogłyby...

Pieprzyć to.

Zadzwonił telefon.

-  Alex,  tu  Sara.  -  Przyjaciółka  terkotała  jak  karabin  maszynowy.  -  Mam  tylko  minutę  na  rozmowę,  bo  nie  mam 

pewności, czy nie znalazł jakiejś metody, żeby namierzyć rozmowę. Do diabła, nawet nie wiem, jak udało mu się zdobyć 

mój numer. Musiał podejść kogoś w głównym dowództwie ratowników.

- On?

- Jakiś facet, który nazywa się Runne Shin. Powiedział, że prawdopodobnie będziesz wiedziała, kim jest.

Alex zadrżała.

background image

145

- O tak.

- Posłuchaj, nie zamierzałam wcale do ciebie dzwonić, ale zdecydowałam, że nie mam prawa zachowywać dla siebie tej 

informacji. Na twoim miejscu nie chciałabym trwać w niewiedzy.

- W niewiedzy?

- Powiedział, że wydarzy się  następna katastrofa, o wiele gorsza od Plummock Falls, jeśli ty tego nie powstrzymasz. 

Kazał mi przekazać ci, że on nie dba o plany Betwortha. Jemu zależy tylko na Morganie.

- A jak ja mam niby powstrzymać tę kolejną katastrofę? - spytała wstrząśnięta Alex

- Powiedział, żebyś do niego zadzwoniła, i dał mi swój numer. - Sara podyktowała numer i na chwilę zamilkła. - A te-

raz, kiedy już przekazałam ci wiadomość od psychopaty, dam ci radę. Nie bądź głupia. Nie możesz zostać pociągnięta do 

odpowiedzialności za działania tego łajdaka. Trzymaj się od niego z daleka.

- To może być dość trudne.

- Kończę. Nie chcę więcej ryzykować. Ale zadzwonię do Johna i powiem mu o tym Runnem Shinie.

- On już o nim wie.

- Ale nie wie, że ten łotr szykuje się na ciebie - powiedziała ponuro Sara i rozłączyła się.

Sara  ma rację. Alex byłaby  głupia, gdyby nie  zdawała sobie sprawy z tego, że Runne zrobi wszystko, żeby ściągnąć 

Morgana.

Jednocześnie, jeśli nie zadzwoni teraz do Runne’ego, to pozbawi się możliwości powstrzymania kolejnej tragedii i być 

może, znalezienia rozwiązania dla tej chorej sytuacji. Wpatrywała się w numer, który zanotowała na marginesie atlasu.

Ale Morgana nie dostanie. Ona nie ma zamiaru go sprzedać.

Tyle że Runne wcale nie musi tego wiedzieć. Szybko wystukała numer, który dostała od Sary.

- Jaka katastrofa? - spytała krótko, kiedy się odezwał.

- Alex Graham? Bardzo chciałem cię poznać, od kiedy dowiedziałem się, że zbliżyłaś się mocno z naszym wspólnym 

znajomym. Jestem pewien, że Morgan opowiedział ci o mnie.

- Owszem.

- Tak myślałem. Musicie być w bardzo zażyłych stosunkach.

- To nie twój interes.

- Znam Morgana na tyle, żeby wiedzieć, że nie zostałby przy tobie ani na chwilę, gdyby go coś z tobą nie łączyło. I 

powiem szczerze, że czuję się zawiedziony. Po tym, jak zabił mojego ojca, zacząłem studiować jego akta i coraz bardziej 

podziwiałem jego chłodną osobowość. Zamierzałem oprzeć mój styl życia na jego wzorcu, kiedy już poderżnę mu gardło. 

Ale teraz nie jestem już tego taki pewien. Zepsułaś jego wizerunek.

- Wielka szkoda. Gdzie jest Kettle?

Zachichotał.

- Całkiem sporo już wiesz. Zaimponowałaś mi.

- To Z-3, prawda? Co ma się tam wydarzyć?

- A jak myślisz?

- Kolejne Arapahoe Junction?

- Nic tak katastroficznego. Morgan i ja nie mamy w zwyczaju angażować się w masowe morderstwa. Oszczędzamy się 

na specjalne zadania. Ale podejrzewam, że ty uznasz to konkretne zlecenie za prawdziwą katastrofę.

- Nie powiesz mi, co to będzie?

- Powiem ci, gdzie to nastąpi. No, może niezupełnie ci powiem. Zabiorę cię tam dziś w nocy.

background image

146

- Widziałam, co zrobiłeś żonie Powersa. Myślisz, że ci zaufam?

- Oczywiście, że nie. Ale jesteś tego typu kobietą, która nie potrafi oprzeć się pokusie ratowania cierpiących. Sama już 

znajdziesz jakiś sposób na uciszenie swoich obaw, żeby tylko to zrobić.

- A ty wykorzystasz mnie, żeby dopaść Morgana?

- Jeśli się uda. Dam mu większe szanse, niż on dał mojemu ojcu. W pobliżu Kettle jest dwustu akrowy las i góry. Dam 

mu trochę czasu, zanim ruszę jego tropem. To przypomni stare dobre czasy i będzie znacznie bardziej satysfakcjonujące 

niż szybkie zadanie śmierci. Zbyt długo czekałem na ten moment, żeby dokonać dzieła w pośpiechu. - Znowu się zaśmiał. 

- I jestem pewien, że będziesz próbowała wykorzystać mnie, żeby uratować Morgana i cel, który mam zlikwidować za 

dwa dni.

- Gdzie jesteś?

- Bardzo blisko Plummock Falls. Ale za dwie godziny wyjeżdżam, więc daj mi znać. - Rozłączył się.

Jezu.

Nie może tego zrobić. Nie może przecież dać zrobić z siebie przynęty w pułapce zastawionej na Morgana.

Zaczęła trząść się ze strachu.

Prawdziwa katastrofa...

Słodki Jezu...

Gwatemala City

-  Wyjaśnijmy  to  sobie,  Leary.  Potrzebuję  odpowiedzi  na  konkretne  pytania  -  powiedział  Morgan.  -  gdzie,  kiedy  i 

dlaczego.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparł Leary i nerwowo oblizał wargi. - Zostałem tu przysłany w tajemnicy. Całe 

zamieszanie w Białym Domu to robota Matanzy, więc Danley przysłał mnie tutaj, żebym udawał zdrajcę, który... - Leary 

wygiął się z bólu, kiedy Morgan nacisnął nerw na jego szyi. - Mówię ci, że nic nie wiem...

-  Wiesz.  -  Głos  Morgana  był  wyprany z emocji.  -  I  powiesz  mi wszystko. To  tylko kwestia  tego  czy przed,  czy po. 

Pamiętasz tego bydlaka z Al Kaidy, którego mieliśmy znaleźć w Indiach? Był bardzo uzdolniony. Nikt tak nie torturuje 

jak fanatycy. Przypominasz sobie, jak wyglądał jego zakładnik, kiedy wydostał się z niewoli?

- Tak.

- A pamiętasz, co ja zrobiłem, kiedy wyśledziłem tego sukinsyna i go dopadłem?

Leary z trudem przełknął ślinę.

- Tak.

- Wtedy byłem bardzo wkurzony, ale to nic w porównaniu z tym, jaki jestem teraz zły. Dociera to do ciebie?

- Nie uda ci się z tego wymigać. Cordoba zaangażuje cała Matanzę, żeby mnie odnaleźć. Jestem dla nich cenny.

- Nie, jeśli Salazar załatwi, żeby doszło do nich, że wyjechałeś na weekend za miasto ze swoją najnowszą zdobyczą.

- Skontaktuję się z Danleyem. A Danley przyśle... - Wrzasnął, kiedy Morgan znowu nacisnął czuły punkt. - Niech cię 

szlag trafi. Mówiłem im, że trzeba cię było zabić zaraz po Fairfax. Ale ten dupek Danley nie chciał ryzykować podejrzeń, 

które mogłyby paść na Firmę. - Leary znowu krzyknął z bólu. - Pieprz się. Nie będę gadał.

- Wyśpiewasz mi wszystko - powiedział spokojnie Morgan. - Wierz mi, Leary, zrobisz to.

background image

147

Godzina 22.15

Alex wyjechała trzydzieści mil na południe od Huntington, zanim zadzwoniła do Runne’ego.

- Pomyślałam, że pora z tym skończyć, i zdecydowałam, że pozwolę ci popilotować się do Z-3.

- Mówiłem, że cię tam zawiozę, a nie popilotuję.

- Ale to by znaczyło, że mam się oddać całkowicie w twoje ręce. Musiałabym być głupia, żeby w ogóle brać to pod 

uwagę. Czy będę w stanie rozpoznać to miejsce jako Kettle, kiedy je zobaczę?

- Oczywiście.

- W takim razie, kiedy się tam znajdziemy, ja odjadę, a ty spróbujesz mnie złapać. Jeśli ci się uda, będziesz miał swoją 

przynętę na Morgana. Wiem, że to na nim najbardziej ci zależy, ale ja mogę okazać się nie tak łatwym celem, jak to sobie 

wyobrażasz. Jestem na stacji benzynowej na skrzyżowaniu autostrad numer 5 i 22. Jakim samochodem jedziesz?

- Ciemną toyotą 4 Runner.

- A zatem, kiedy się zbliżysz, wyjadę ze stacji i udam się za tobą. Jestem pewna, że poradzisz sobie ze sprawdzeniem, 

czy oprócz mnie nikt nie będzie za tobą jechał.  Ale mam przy sobie  broń i jeśli spróbujesz zwieść mnie na złą drogę, 

dosłownie i w przenośni, nie zawaham się przed strzałem.

- Czyli masz większe szanse. Dlaczego miałbym przystać na taki układ?

- Ponieważ nie jestem profesjonalistką. Nie wiem, jak się poluje i zabija ludzi. Morgan powiedział mi, że jesteś w tym 

ekspertem. Nie sądzisz, że kiedy dojedziemy do Kettle, będziesz mógł odwrócić role, mając do czynienia z taką amatorką 

jak ja?

- Tak, to prawda. Z pewnością tak będzie.

Poczuła dreszcz, słysząc w jego głosie pewność.

- A kiedy już mnie złapiesz, myślisz, że uda ci się zmusić mnie, żebym zadzwoniła do Morgana i błagała go, żeby przy-

jechał?

- To nie zabierze zbyt dużo czasu.

- W takim razie spróbuj mnie złapać.

- Jest jeden problem. Mam tylko jeden dzień na schwytanie Morgana, bo później muszę się zająć innym zleceniem. Ta 

mała gierka z tobą zabiera mi czas.

- Ale przecież jesteś taki pewny, że schwytasz mnie w mgnieniu oka. A poza tym mówiłeś, że dopadniecie Morgana jest 

dla ciebie najważniejszą sprawą.

Runne milczał.

- A co zamierzasz w ten sposób osiągnąć? - spytał po namyśle.

- Mam nadzieję, że uda mi się ciebie zabić.

Zaśmiał się głośno.

- Zwierzyna łowna polująca na myśliwego?

- Albo przynajmniej mam nadzieję utrzymać się przy życiu na tyle długo, żeby Morgan miał szansę zabicia ciebie.

- To już odrobinę bardziej prawdopodobne.

- Zadzwonię do Morgana, kiedy dotrzemy do Kettle, i powiem mu, gdzie to jest. On nikomu nie powtórzy, bo będzie się 

obawiał, że mnie zabijesz. - Przerwała na moment. - Przyjedzie mi na ratunek. Czy nie tego właśnie pragniesz?

- Tak, to bardzo kuszące. - Zastanowił się przez chwilę. - Pod jednym warunkiem. Daj mi numer telefonu do Morgana, 

żebym to ja mógł się z nim skontaktować. To ja do niego zadzwonię z Kettle i powiem mu, gdzie ma się zjawić. A ty 

background image

148

zadzwoń teraz do Morgana i powiedz mu, jak się bardzo dla niego poświęcasz. I nie myśl, że jestem na tyle głupi, żeby 

nie przewidzieć, że twój samochód może być na podsłuchu, by można było cię namierzyć. Jest takie proste urządzenie, 

które wykrywa tego rodzaju sygnał, i zamierzam go użyć.

- Nie miałam czasu, żeby zorganizować coś tak wymyślnego.

- W takim razie chcę widzieć, jak wyjeżdżając ze stacji benzynowej, wyrzucasz przez okno samochodu telefon i broń, o 

której wspomniałaś. Nie zamierzam ryzykować, że zadzwonisz do kogoś innego i podasz lokalizację Z-3. Przyjrzę się, 

czy to, co wyrzucasz, to na pewno telefon i broń. Jeśli nie będzie broni, zniknę i będziesz sobie musiała sama poszukać Z-

3.

Bez telefonu. Bez broni. Jeśli to zrobi, będzie całkowicie odizolowana od świata i bezbronna, bez możliwości wezwania 

pomocy.

Nie  ma  się  jednak  o  co  spierać.  To  tylko  jeszcze  jeden  czynnik  zagrożenia  w  sytuacji,  która  i  tak  jest  w  zasadzie 

czystym samobójstwem.

- Zadzwonię teraz do Morgana. - Rozłączyła się i wzięła głęboki oddech, zanim wystukała numer.

Bez odpowiedzi.

Wreszcie odezwała się jego poczta głosowa.

Nie! Do cholery!

Wyłączyła telefon i kompletnie załamana, oparła głowę o kierownicę.

Chwileczkę. Trzeba zachować spokój. Dziś wieczorem Morgan miał się spotkać z Learym. Z pewnością nie chciał, żeby 

mu przeszkadzano. W końcu odsłucha nagranie z poczty głosowej.

Tylko że wtedy może już być za późno.

Spróbowała jeszcze raz.

Znowu poczta głosowa.

- Morgan, tu Alex. - Opanowała drżenie głosu. - Musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać. Nie mam zbyt wiele czasu...

Godzina 23.05

Morgan odsłuchał swoją pocztę głosową w drodze na lotnisko.

- Morgan, tu Alex. Musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać. Nie mam zbyt wiele czasu.

Zamarł. Pierwszych paru minut wiadomości słuchał z dłońmi zaciśniętymi tak mocno na kierownicy, że aż mu zbielały 

kostki.

- Wątpię, żeby udało mi się go zabić. Nie będę miała broni. Jeśli jest tak dobry, jak mówiłeś, pewnie mi się nie uda. Do 

diabła, nawet gdyby nie był dobry, to i tak miałabym problemy. Więc wygląda na to, że muszę starać się jak najdłużej mu 

uciekać i liczyć na to, że tobie uda się tu dotrzeć na czas. To nie będzie łatwe. On jest dużo sprawniejszy ode mnie. Ale 

postaram się zrobić, co w mojej mocy. I jeśli nie przyjedziesz na czas, znajdę jakiś inny sposób, żeby sobie poradzić. -

Zrobiła  krótką  przerwę.  -  I  nie  przeklinaj  mnie  za  to,  że  wciągnęłam  nas  w  ten  bajzel.  Musiałam  to  zrobić.  To,  co 

powiedział mi o pracy, w jakiej się obaj specjalizujecie, nagle mi coś uświadomiło. Boże, gdybym nie była tak skupiona 

na  znalezieniu  Z-3  i  zapobiegnięciu  kolejnej  katastrofie,  może  bym  się  zastanowiła  nad  tym,  dlaczego  ktoś  miałby 

niszczyć rządowe schrony. Runne zamierza zabić Andreasa. To prezydent jest jego celem. Ściągnęli tu Runne’ego, żeby 

wykonał  to  zlecenie  w  zamian  za  pomoc  w  znalezieniu  ciebie.  Andreas jest  teraz  otoczony  kordonem  ochrony  nie  do 

przedarcia,  więc  jak  się  do  niego  dostać?  Najlepiej  spowodować  taki  incydent,  który  każe  mu  przenieść  się  z 

background image

149

bezpiecznego Białego  Domu  do  bunkra.  Ale  trzeba  się  jeszcze  upewnić,  że  prezydent  trafi  do  właściwego schronu,  w 

którym będzie czekała na niego zasadzka. Więc dla pewności trzeba zlikwidować pozostałe bunkry. Próbowali, żeby w 

Arapahoe Junction wyglądało to na trzęsienie ziemi, ale nagle sprawa stała się jawna, kiedy natknęłam się na ich próbę 

zatarcia śladów. Z Matanzy zrobili sobie kozła ofiarnego. Logan powiedział, że bardzo prawdopodobne, że ludzie, którzy 

utrzymują bunkry, wiedzą tylko o istnieniu własnego. Nikt nie mógł więc połączyć faktów, oprócz kogoś, kto ma ogląd 

całej  sytuacji.  -  Wzięła  głęboki  wdech  i  słychać  było  drżenie  w  jej  głosie.  -  Ale  możemy  pokrzyżować  plany  tym 

sukinsynom. Nie zamordują Andreasa, jeśli my powstrzymamy Runne’ego. Mamy jeden dzień, Morgan. - Kolejna chwila 

ciszy. - Muszę wyrzucić swój telefon, więc to ostatni raz, kiedy mogę się z tobą skontaktować. Ale przetrwam to. Nie 

pozwolę Runne’emu, żeby mnie zabił albo zrobił ze mnie jakiś użytek. Niech ci to nawet przez myśl nie przejdzie. I nie 

zamierzam mówić niczego ckliwego w stylu: kocham cię. - Zachrypła. - Ale muszę ci powiedzieć, że myślałam o tym i 

zdecydowałam, że jednak masz zadatki na uczciwego człowieka, prawdziwego bohatera. I mogę nie chcieć pozwolić ci 

odejść z mego życia.

Morgan odsłuchał wiadomość do końca i zamknął oczy. Był przerażony.

Alex też była przerażona. A jednak nie powstrzymało to jej przed wkroczeniem do akcji i próbą ratowania świata. Miał 

ochotę potrząsnąć nią z całej siły. Nie miała pojęcia, w co się wdaje, kiedy wystawiała się na kontakt z Runnem.

Nie, jednak wiedziała. Dlatego jest tak przerażona. Zrobiło mu się słabo na myśl o tym, że Alex jest sama i boi się.

Trzeba się szybko pozbierać i zorganizować. Co najmniej cztery godziny drogi dzielą go od miejsca akcji, więc musi 

zacząć myśleć i działać, zamiast siedzieć bezczynnie jak spłakany dzieciak na pierwszym pogrzebie w rodzinie.

Zadzwonił do Galena.

-  Jestem  w  drodze.  Salazar  załatwił  mi  transport.  Gdzie  u  licha,  podziewa  się  Logan?  Próbowałem  się  do  niego 

dodzwonić, kiedy opuściłem Leary’ego.

- Był zajęty. Wyłoniło się tu kilka problemów.

- To nic w porównaniu z tym, co się wydarzy - powiedział Morgan. - Potrzebuję Logana, żeby wkroczył ostro do akcji 

Nie jestem pewien, ile czasu nam zostało.

- Czasu na co? Zmusiłeś Leary’ego do gadania?

- Tak. Ale on znał tylko część historii. To pewnie modus operandi Betwortha. Część historii Leary’ego okazała się dość 

paskudna. Przekonanie go, że żadna kawaleria nie przyjedzie po niego, by go uratować, zajęło mi znacznie więcej czasu, 

niż myślałem. Betworth zapewnił go, że będzie szychą w nowym układzie, kiedy przejmą władzę.

- Nie spytałeś mnie, jakiego rodzaju problemy mamy tutaj, na miejscu - wtrącił się Galen. - A może już wiesz?

- Wiem. Alex ze mną rozmawiała.

- Jest bezpieczna?

- Na razie. - Boże, miał nadzieję, że mówi prawdę.

-  Logan  dzwonił  do  Alex  pół  godziny  po  tym,  jak  Sara  przekazała  jej  swoją  wiadomość.  Już  nie  odebrała  telefonu. 

Tajny  agent,  którego  wysłałem,  żeby  ją  obserwował,  zgłosił  się  do  mnie  dwadzieścia  minut  później,  mówiąc,  że 

wskoczyła do samochodu i odjechała. Zgubił ją. Nie chciała, żeby ktoś ją śledził. Od tamtej pory wszędzie jej szukamy.

- Nie mam do was pretensji. Nie udałoby się wam jej wstrzymać. Myślę, że i mnie by się nie udało.

- Co się dzieje, Judd?

- Nic, w czym mógłbyś teraz pomóc. Może później. wystarczająco do roboty w Waszyngtonie. Zadzwoń do Logana i 

powiedz mu, że Keller jest w porządku. Leary wyznał, z procentach pewny, że Keller nie należy do ekipy Betworth’a i 

powiedz mu, żeby skontaktował się z nim i przekazał, że piekło rozpęta się pojutrze.

background image

150

Andreas i Keller są w Camp David. Andreas pracuje nad Paktem Środkowowschodnim i nie przyjmuje teraz nikogo.

-  Cholera.  -  Kolejna  przeszkoda.  Czy  to  zbieg  okoliczności,  że  prezydent  jest  teraz  odcięty  od  informacji?  Czy  też 

zakulisowe manipulacje Betwortha?

- Co się wydarzy pojutrze?

-  Morales  sprzedał  Betworthowi bombę walizkową,  w  ramach  swoich  usług.  Dość  paskudne urządzenie, bo  radioak-

tywne.

- Chryste.

- Wybuchnie gdzieś w Białym Domu. Leary nie potrafił powiedzieć kiedy ani gdzie dokładnie. Powiedział, że Danley 

będzie wiedział. Więc złap sukinsyna i wyduś to z niego.

- Jeśli uda nam się go teraz znaleźć. Kilka dni temu zniknął nam z pola widzenia. - Galen przerwał na moment. - Jak 

paskudna jest ta bomba?

- Jest mała, ale zawiera wystarczająco dużo materiałów radioaktywnych, żeby skazić niezły obszar.

- Jakim cudem zamierzają dostarczyć ją do Białego Domu? - Przerwał i zmienił temat. - Alex dowiedziała się, gdzie jest 

Z-3, prawda? Powiedziała ci?

- Nie.

- Ale zamierzasz się dowiedzieć? Zadzwoń do mnie, do diabła! Musimy to wiedzieć. Tym razem to nie jest tylko twoja 

sprawa, Judd.

- Więc znajdź jakiś sposób, żeby skontaktować się z Kellerem, ale każ mu się trzymać z dala od Z-3, dopóki nie wrócę 

po  ciebie.  Inaczej  Alex  zginie.  Zostało  mało  czasu.  Niewiele  ponad  dwadzieścia  cztery  godziny.  Nic  nie  powinno  się 

wydarzyć do dwunastego listopada. - Ale oni nie będą się przejmować Alex. Tajne służby poświęcą każdego, jeśli chodzi 

o bezpieczeństwo prezydenta.

Morgan nie zamierzał jej poświęcać. Niech Logan i Galen zajmą się ratowaniem Andreasa i całego kraju. Dostali swoją 

szansę.

On musi odnaleźć Alex.

Kolejne wzgórze...

Wspięła się na nie.

W mroźnym nocnym powietrzu jej oddech zamieniał się w parę.

Spojrzała za siebie. Jasna poświata księżyca. Być może będzie ją jeszcze przeklinała, przed końcem nocy.

Nie ma Runne’ego. Dziesięć minut temu wysiadła z samochodu i zaszyła się w lesie. Dlaczego nie widziała go tuż za 

sobą?

A może był gdzieś przed nią?

Nie myśleć o tym.

Uciekać.

Może i jest dobry, ale nikt nie jest perfekcyjny.

Miała swoją szansę.

Byle nie przerywać ucieczki...

11 listopada, godz. 00.40

background image

151

Telefon zadzwonił tuż przed wejściem Morgana na pokład samolotu.

- Cześć, Morgan - odezwał się Runne. - Czekałeś na mój telefon? Ja też czekałem na tę chwilę od bardzo dawna. Koniec 

jest bliski.

- Cieszę się. Już jestem trochę zmęczony tym organizowaniem ci pościgu. Nie było to dla mnie żadnym wyzwaniem. 

Więc  fakt,  że  wydaje  ci  się,  że  mnie  pokonasz, jest  naprawdę  śmiechu  wart. Tropiłem  i  namierzałem  ofiary,  kiedy  ty 

jeszcze nosiłeś w zębach pieluchę.

- Nie sprowokujesz mnie. Jeśli jest coś, czego nauczyłem się od ciebie, to panowanie nad emocjami.

- Dom Powersów nie wyglądał, jakbyś panował nad emocjami. To było jak robota nastoletniego nożownika.

- Byłem ranny. Nie mogłem... - Przerwał nagle. - Nie zamierzam się przed tobą tłumaczyć. Teraz mam pełną kontrolę 

nad sytuacją.

- Nie masz kontroli, dopóki nie dostaniesz Alex Graham. A na razie jej nie złapałeś, prawda?

-  Jeszcze  nie.  Daję  jej  godzinne  wyprzedzenie.  Czyż  to  nie  szlachetne  z  mojej  strony?  Po  takim  czasie  na  wolności 

będzie pełna nadziei na sukces. Obaj wiemy, jak łatwo można złamać ofiarę, odbierając jej nadzieję. Przewiduję, że w 

ciągu dwudziestu minut od rozpoczęcia polowania dopadnę ją. Mam ci powiedzieć, co zamierzam z nią potem zrobić?

- Nie baw się ze mną w te gierki. Najpierw ją złap. Powiesz mi, gdzie jesteście czy będziesz tylko tak powarkiwał jak 

tani opryszek?

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

- Oczywiście, że powiem - odezwał się w końcu Runne. - Po to przecież zadzwoniłem. A ona zapłaci za tę nieprzyjemną 

uwagę, Morgan. Chcę, żebyś to sobie zapamiętał. Z Waszyngtonu wyjedź na obwodnicę i jedź autostradą 270 na północ. 

Po  czterdziestu milach  miniesz  Frederick, potem  Maryland  i  wtedy wjedź na  15 na  północ. Skręć  w lewo w  Matthew 

Parkway,  a  potem  w  prawo  na  pierwszym  skrzyżowaniu.  Z-3  znajduje  się  dwie  mile  dalej.  Po  prawej  stronie  będzie 

tablica reklamowa Copper Kettle Restaurant w Baltimore. Sześć mil za tablicą zobaczysz urwisko. Za nim jest zalesiona 

dolina o powierzchni dwustu akrów, która należy do jakiejś instytucji, ale jest nie używana od lat. Kiedy przyjedziesz?

- To może mi zająć nawet kilka godzin. Ale pojawię się, kiedy będziesz się tego najmniej spodziewał - zapewnił.

- Pospiesz się. Mogę się zniecierpliwić i poderżnąć jej gardło.

- Wtedy nie miałbym powodu, żeby się dalej bawić w to polowanie. Na co mi martwa kobieta?

- Może dla zemsty?

- Zemsta jest dobra dla fanatyków takich jak ty. Wiesz dobrze, że w pracy nie angażuję się emocjonalnie.

- Tak, nauczyłem się  tego od ciebie, kiedy posłużyłeś  się  mną, żeby zabić mojego ojca.  Wiesz, że nigdy nie  miałem 

przyjaciela, ale myślałem, że znalazłem go w tobie. Myślałem... myślałem, że czułeś to samo.

- Nie, byłeś dla mnie tylko środkiem do osiągnięcia celu.

- Ty sukinsynu. - Głos Runne’ego był przepełniony bólem i wściekłością. - I właśnie tym samym jest dla mnie twoja 

Graham. Środkiem do celu. Do twojego końca, Morgan. Przyjedź i odnaleź nas.

„Kiedy przyjedziesz?” To pytanie napełniło go strachem i frustracją. Nie miał szans dotrzeć do Z-3 wcześniej niż zapięć 

godzin. Czy Alex zdoła przetrwać tak długo i nie dać się złapać? Na pewno nie podda się łatwo, a to znaczy, że Runne 

będzie musiał użyć siły, a użycie siły może być śmiertelne...

Musi teraz zachować spokój i rozumować chłodno. Tego nauczył się przez lata pracy w tej bezlitosnej profesji.

Ale tym razem to nie była tylko kolejna gra. Tu chodziło o Alex.

background image

152

-  Dziesięć  minut  temu  zadzwonił  do  mnie  Runne,  żeby  złożyć  raport  -  powiedział  Danley  do  Betwortha,  kiedy  ten 

odebrał telefon. - Skurwiel był niemal szczęśliwy. To mi daje do myślenia.

- Powinien być szczęśliwy. W końcu robi to, co najbardziej lubi - odparł Betworth. - Wiesz może, skąd zamierza oddać 

swój strzał?

- Ze szczytu urwiska.

- A ty będziesz tam, żeby go natychmiast zdjąć? Nie życzę sobie żadnych błędów.

-  Tak,  zrobię  to  osobiście.  Dziesięć  sekund  po  oddaniu  strzału  Runne  będzie  trupem.  Czy  u  ciebie  wszystko  idzie 

zgodnie z planem?

-  W  miarę.  Myślę,  że  Logan  może  się  dość  niebezpiecznie  zbliżać,  ale  kiedy  wreszcie  złapiemy  wiatr  w  żagle,  nie 

będzie już dla nas przeszkodą. - Przerwał, bo uznał, że czas na komplementy. - A przy okazji, wóz techniczny, który za-

instalowałeś w pobliżu Camp David, spisuje się świetnie. Dobra robota.

- Dzięki. - Danley zawahał się. - Nie miałem dziś wieści od Leary’ego.

- To niepokojące?

- Chyba nie. Cordoba powiedział, że od przyjazdu do Gwatemali Leary włóczy się po barach. Po prostu chciałem go 

mieć na miejscu, żeby wiedzieć, czy Matanza nie posuwa się za daleko.

-  Mówiłeś,  że  można  mu  ufać.  Poza  tym  Cordobie  też  zależy  na  naszym  sukcesie.  Nie  martwiłbym  się  o  to,  że  nie 

będzie współpracował. - Betworth spojrzał na zegarek. - Jest w pół do trzeciej w nocy, Danley. Jeszcze tylko jeden dzień i 

ruszamy pełną parą. Nawet nie wiesz, jaką ulgą jest dla mnie fakt, że mam przy sobie kogoś tak zdolnego jak ty. Dopiero 

jutro  do  ciebie  dołączę.  Nie  mogę  stąd  wyjechać,  dopóki  nie  ustawię  wszystkiego  jak  trzeba.  Zadzwoń  do  mnie,  jeśli 

będziesz  miał  jakiekolwiek  problemy.  -  Rozłączył  się  i  rozparł  w  fotelu.  Czuł  napływającą  falę  podniecenia,  niczym 

ciepło rozchodzące się  po ciele  po wypiciu kieliszka  dobrego  wina. Uczucie  pełnej  władzy  działało jak  narkotyk. Być 

może ktoś inny na jego miejscu byłby teraz podenerwowany albo zaniepokojony.

Ale nie on. Tylko on miał w sobie tyle odwagi, żeby przeprowadzić zamach stanu.

Godzina 5.05

- Nigdzie nie ma Danleya - powiedział Logan. - I, cholera, nie mogę się dostać do Camp David. Próbuję od paru godzin 

i nic. Stale dostaję odpowiedź, że ani prezydent, ani Keller nie odbierają telefonów.

- A próbowałeś dotrzeć do Chelsea Andreas?

- Dzwoniłem do Pittsburgha, ale Andreas zapewnił swojej żonie równie potężną ochronę. Niewielkie szanse.

- To dziwne - stwierdził Galen. - Rozumiem, że Andreas nie odbiera telefonów, ale Keller? To by znaczyło, że ignoruje 

informacje. Tajne służby zawsze sprawdzają każdą najmniejszą informację, która do nich dociera. To żelazna zasada od 

czasu zabójstwa Kennedy’ego.

Logan potarł skroń.

- Nie wiem. Może później mi się poszczęści. Jest dopiero piąta rano.

- Dla Kellera pora nie powinna grać żadnej roli. - Galen ruszył do wyjścia. - Wezmę paru ludzi i się przejdę. Może uda 

mi się czegoś dowiedzieć.

- Uważaj na siebie. Ostatnio to oni najpierw strzelają, a dopiero potem zadają pytania.

-  Nie  martw  się.  Nie  pozwalam  sobie  na  nieostrożność.  Elena  by  mnie  zabiła.  -  Przerwał.  -  Ile  zamierzasz  jeszcze 

czekać, zanim powiadomisz policję i media?

background image

153

- Wyobrażasz sobie, jaką panikę bym tym wzbudził? Tłum uciekający w popłochu sam siebie tratuje. To będzie ostatnia 

deska ratunku, jeśli nie uda mi się dotrzeć do Andreasa. Morgan powiedział, że do jutra nie powinno się nic wydarzyć. 

Mamy więc trochę czasu. - Skrzywił się. - Pod warunkiem, że uda mi się porozmawiać z prezydentem.

- Sądzę, że mogę być pomocny w tej kwestii. Zadzwoni? i dam ci znać.

Zacierać ślady.

Wykorzystać wszystko, czego nauczył ją Morgan.

Wzięła gałąź i starannie zatarła swoje ślady przed wejściem do strumienia. Jeśli będzie szła po wodzie kolejną milę, to 

może na jakiś czas zmyli myśliwego.

Kiedy tylko postawiła pierwszy krok, lodowata woda wdarła się jej natychmiast do butów.

Przed chwilą nie mogła złapać tchu i było jej gorąco, a teraz czuła, jak zimno przenika całe jej ciało.

Nie zwracać na to uwagi.

Byle tylko iść przed siebie.

Nadal nie ma Runne’ego.

Dziesięć minut temu, w pobliżu urwiska zdawało jej się, że słyszała za sobą skrzypnięcie, ale chyba się myliła.

Jeśli nie, to by znaczyło, że bawi się z nią w kotka i myszkę.

Sama ta myśl działała na nią obezwładniająco. Nie wolno poddawać się takim emocjom.

Zerknęła  na  zegarek.  Nadal  było  zbyt  ciemno,  żeby  cokolwiek  zobaczyć  między  gałęziami  drzew.  Ostatnim  razem, 

kiedy  sprawdzała  czas,  miała  za  sobą  już  cztery  godziny  ucieczki.  Każdą  minutę  odczuwała  w  boleśnie  napiętych 

mięśniach łydek i ud.

Ale Runne nadal jej nie złapał.

Ile czasu jeszcze upłynie, zanim pojawi się Morgan?

Zbyt dużo.

Nie, już niedługo. Uda jej się.

Byle tylko się nie zatrzymywać.

Wóz techniczny stał zaparkowany w lesie co najmniej siedem mil od Camp David.

Galen spojrzał na licznik w swoim samochodzie.

Muszą mieć silny nadajnik, żeby wysłać sygnał na taką odległość.

- Znalazłeś go? - spytał Kelly.

Galen skinął głową.

- Wracaj do samochodu i zawołaj chłopaków. - Sam ruszył w stronę lasu. - Zobaczę, czy są jacyś wartownicy, którymi 

musimy się przejmować.

Godzina 5.40

Niebo powoli zaczynało szarzeć, a za urwiskiem wschodziło słońce. Światło dnia mogło okazać się dla Alex śmiertelnie 

niebezpieczne, pomyślał Morgan.

Jeśli nadal żyła.

background image

154

Wysiadł z samochodu, chwycił karabin i naboje, i klucząc, ruszył w zarośla. Znajdował się cztery mile na południe od 

miejsca, które określił mu Runne, ale to wcale nie znaczyło, że ten bydlak nie czeka tu gdzieś z zasadzką.

Żadnych strzałów. Żadnych odgłosów.

Zatrzymał się i nasłuchiwał. Nic niezwyczajnego. Odetchnął głęboko. Żadnego zapachu mydła lub potu.

Ruszył w górę wzniesienia.

- Próbuj  teraz - odezwał się Galen, kiedy Logan odebrał jego telefon. - Myślę, że uda ci się dodzwonić. To był wóz 

techniczny, który filtrował i monitorował przychodzące rozmowy.

- Był?

Galen spojrzał na dymiące resztki pojazdu.

- Musiałem mieć pewność, że nie zdążą nikogo zawiadomić. To by nie było mądre. Spróbuj teraz zadzwonić.

- Keller, przestań się wykłócać. Ja muszę się zobaczyć z Andreasem - powiedział Logan. - I to natychmiast.

- I myślisz, że ci uwierzę, tak? - odparł Keller. - Zdaję sobie sprawę z tego, kim jesteś i jaki miałeś wkład w kampanię 

prezydencką, ale teraz to bez znaczenia. Twoja żona ma bezpośredni związek z Alex Graham, która jest  ścigana przez 

FBI za powiązania z Matanzą. Musiałbym być chory, żeby ci zaufać.

- Nie musisz mi ufać. Po prostu rób to, co umiesz najlepiej, żeby ochronić Andreasa. I wyślij ekipę, żeby znalazła tę 

bombę walizkową.

- Która może wcale nie istnieć.

-  Jeśli  jej  nie  będzie,  możesz  wszystkim  powiedzieć,  że  chciałeś  przeprowadzić  test  gotowości.  -  Logan  przerwał.  -

Chyba że wolisz zaczekać, aż eksploduje i wtedy będziesz się musiał tłumaczyć.

- Nie boję się roli kozła ofiarnego.

To prawda. Logan czuł, że Keller to porządny facet, który stara się jak najlepiej wypełnić swoje obowiązki. Przez co, 

być może, będzie jeszcze trudniej się z nim uporać.

- Posłuchaj, wiem, że teraz mamy więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Ale musimy znaleźć te odpowiedzi bardzo 

szybko. - Czuł, że jednak w ten sposób nie przekona tego upartego gościa. Postanowił spróbować z innej strony. - Miałem 

problemy, żeby się do ciebie dodzwonić, ponieważ w odległości siedmiu mil od Camp David stacjonował wóz technicz-

ny, który przechwytywał i filtrował twoje rozmowy telefoniczne. Czemu to miało służyć?

- Niemożliwe. Wiedzielibyśmy o tym.

- Nie, jeśli zrobił to ktoś, kto potrafi obejść wasze zabezpieczenia. Ktoś taki jak Ben Danley. Jeśli nie wierzysz w ist-

nienie tego wozu, wyślij swoich ludzi, żeby obejrzeli sobie jego szczątki. Uznaliśmy, że najlepiej będzie go zniszczyć.

- Bardzo radykalny krok jak na spokojnego biznesmena.

- Pozwolisz mi na spotkanie z Andreasem czy nie?

Zapadła chwila ciszy.

- Porozmawiam z nim. Kiedy możesz się tu pojawić?

- Już jestem w drodze. Za piętnaście minut powinienem być razem z Galenem w pierwszym punkcie kontrolnym.

Rozdział 15

Po raz trzeci Runne zgubił trop.

background image

155

Dwadzieścia  minut  zajęło  mu  odkrycie,  że  oblepiła  sobie  buty  błotem,  żeby  podeszwy  nie  zostawiały  wyraźnych 

śladów.

Poczuł przypływ złości, kiedy obrzucił uważnym wzrokiem ziemię w poszukiwaniu nowych tropów. Była niezła, a jej 

upór  był  wprost  imponujący.  Sądził,  że  do  tej  pory  już  dawno  ją  złapie  i  będzie  tylko  czekał  na  Morgana  w 

przygotowanej dla niego zasadzce. Zamiast tego, spędził całe godziny na śledzeniu tej suki.

Wziął  głęboki  oddech.  To  nie  może  się  tak  długo  ciągnąć.  Ostatnie  ślady  stóp,  które  wytropił,  wskazywały,  że  jest 

mocno zmęczona i powłóczy nogami. A to znaczy, że niebawem popełni jakiś błąd. Zmęczona ofiara zawsze w końcu 

popełnia jakiś błąd.

Ale w tej chwili Runne był także zmuszony do patrzenia za siebie. Ten sukinsyn Morgan mógł już tu dotrzeć.

Jeśli w ogóle się tu pojawi. Może zdecydował, że kobieta wcale nie jest warta takiego ryzyka? Runne właśnie tak by 

postąpił. Nie ryzykowałby dla żadnej kobiety.

Ale przez ten krótki czas, który spędzili razem, zauważył, że Morgan miał inne niż on podejście do kobiet. To była jego 

słabość, którą teraz zamierzał wykorzystać.

Ślad stopy!

Próbowała go zatrzeć, ale najwyraźniej zrobiła się już mniej uważna.

Ruszył szybko przed siebie, czując narastające podniecenie.

Znaleźć kobietę.

Przygotować zasadzkę.

Zabić Morgana.

Camp David, godz. 6.35

Andreas nie odezwał się ani słowem, dopóki Logan nie skończył.

- Sir, to naprawdę jakaś niewiarygodna historia - powiedział Keller. - Pomysł, żeby Matanza współpracowała w próbie 

zamachu stanu jako przykrywka dla kogoś wewnątrz? To by znaczyło, że Danley siedzi w tym wszystkim po same uszy.

- A przecież był przy mnie od lat. - Andreas nie odrywał wzroku od płomieni w kominku. - Ufałem mu.

- Czas przeszły? - spytał Logan.

- Może. - Prezydent potarł dłonią kark. - Ostatnio trudno jest zaufać komukolwiek, a jeszcze trudniej przestać ufać ko-

muś, kogo się od dawna darzyło zaufaniem. Muszę się zastanowić. Wiem, że Betworth korumpuje ludzi wokół siebie. On 

jest  jak  biblijny  wąż w  raju.  Różnica jest  jednak  taka,  że  owoc,  którym  kusi,  nie  jest  owocem poznania, lecz ambicji. 

Moim głównym problemem jest to, że nie rozumiem, dlaczego Betworth uważa, że moja śmierć może mu się do czegoś 

przydać.  Nie  wchodziłem  mu  w  paradę  przy  żadnej  z  większych  ustaw,  które  forsował.  Nie  ma  szans,  żeby  dostał 

nominację prezydencką po mojej śmierci. Logan, to nie ma sensu.

- To prawda - zgodził się Logan. - I z żalem to przyznaję. Jedyne co mogę powiedzieć, to tyle, co wiem, a są to informa-

cje, które mnie przerażają.

Andreas  podziwiał  ludzi,  którzy  potrafili  przyznać  się  do  strachu.  I  zawsze  słyszał  o  Loganie  same  dobre  rzeczy. 

Zawahał się.

- Keller, masz listę naszych czcigodnych kolegów, którzy zostali desygnowani do Z-3?

- Mam w aktówce, sir. - Keller podszedł do biurka. - Pomyślałem, że zechce pan na nią rzucić okiem.

- Dlaczego nie zamknęliście schronu w Plummock Falls po tym, co stało się w Arapahoe? - spytał Galen.

background image

156

-  Wywieźliśmy  wszystkich  ludzi  z  bunkra  w  Arapahoe,  kiedy  przerwała  się  tama,  i  zarządziłem  wstrzymanie  rotacji 

personelu do schronu w Plummock. Miałem nadzieję, że mówiono mi prawdę - powiedział Andreas - że nie może być 

kolejnego  naruszenia  bezpieczeństwa,  że  to  się  nie  powtórzy.  Utrzymywaliśmy  wszystkie  bunkry  oddzielnie.  Dlatego 

wprost niemożliwe wydaje się, żeby Matanza zdobyła o nich informacje. - Zacisnął usta. - Naprawdę żałuję, że w ogóle 

mamy te schrony. Ale mamy je, ponieważ rząd musi dysponować takim zabezpieczeniem i bez niego moglibyśmy popaść 

w anarchię. Nie pozwolę tym sukinsynom, żeby zwyciężyli.

- Może trzeba było także zamknąć Z-3?

- Rozważaliśmy to - odparł Keller. - Ale musi być chociaż jedno bezpieczne schronienie na wypadek ataku nuklearnego. 

Zdecydowaliśmy,  że  nie  możemy  dopuścić  nawet  do  tymczasowego  braku  takiej  możliwości.  Wysłaliśmy  do  Z-3 

specjalną ekipę do sprawdzenia, czy nie szykuje się tam sabotaż, i okazało się, że miejsce jest czyste. - Otworzył aktówkę 

i wyjął z niej dwa dokumenty. - Tak wygląda bunkier. - Rozłożył na stole pierwszy plan i wskazał na ścianę skalną. - Jest 

częściowo wbudowany w skałę góry. Półtorej metrowej grubości stalowe drzwi i winda, która zjeżdża siedem pięter w 

dół.  To  był  ostatni  wybudowany  bunkier  i  wykorzystaliśmy  przy  jego  wzniesieniu  doświadczenia  z  Arapahoe  i 

Plummock Falls. Nie znaczy to, że dwa poprzednie bunkry nie są perfekcyjnie zabezpieczone. Tyle tylko, że nowoczesna 

technologia  zastosowana  w  Z-3  sprawia,  że  ten  bunkier  jest  niezniszczalny.  Helikoptery  lądują  w  odległości  około 

kilometra od schronu. Śmigłowce muszą przelecieć przez tę przełęcz, żeby wylądować, czyli lecą nisko i są niewidoczne 

dla strzelców. - Podał Andreasowi drugi dokument. - A to jest lista personelu, sir. Na górze są wyszczególnieni ochotnicy.

Andreas uśmiechnął się gorzko, kiedy przejrzał nazwiska.

- Betworth. Nic dziwnego. - Nagle uśmiech znikł z jego twarzy. - Życie w tych schronach wcale nie jest luksusowe, 

więc jasne było, że ciężko będzie znaleźć ochotników wśród wyższych rangą urzędników. Ale widzę, że są tu Ellswyth, 

Johnson,  Cornwall,  Waterson,  czyli  całe  towarzystwo  wzajemnej  adoracji  Betwortha.  Zapełnił  schron  tłumem  swoich 

własnych  graczy.  Nolan,  Thorpall... -  Andreas  podniósł nagle  wzrok.  -  Shepard?  Myślałem,  że  w  razie  problemów  on 

jedzie do Plummock Falls. Zmienił zdanie po eksplozji w kopalni?

- Nie, po Arapahoe Junction. Z-3 jest obiektem trwalszym i bezpieczniejszym od Plummock Falls. - Keller przerwał. -

To Danley powiedział, że w Z-3 wiceprezydent będzie bezpieczniejszy.

- Ciekawe.

- A potem przyszedł do mnie Shepard i zasugerował, że czułby się lepiej, gdyby go przenieść do najmocniejszego schro-

nu. - Keller znowu przerwał i zamyślił się. - Co może wcale nic nie znaczyć, sir.

- Ale może też znaczyć bardzo dużo - wtrącił Logan. - Gdzie jest teraz Shepard?

- Dowiem się - mruknął Keller i wyjął z kieszeni telefon.

- To by wyjaśniało naszą historię i wypełniało jej białe plamy  - powiedział Logan.  - Mamy powód, dla  którego Bet-

worth wszczyna tak ryzykowną konspirację.

- Logan, nie rozpędzaj się. Muszę to sobie w spokoju przemyśleć. - Andreas przeszedł przez pokój i stanął przy oknie. 

Noc była naprawdę zimna, na szybach zostały resztki mrozu. Czuł wewnętrzną pustkę i chłód. Nie codziennie człowiek 

się  dowiaduje,  że  ktoś  zaplanował  jego  śmierć  za  niecałe  dwadzieścia  cztery  godziny.  -  Mówisz,  że  ten  człowiek, 

Morgan, jest teraz w Z-3?

- Tak zrozumiałem słowa Galena.

- Jest dobry w tym, co robi?

- Tak, najlepszy - potwierdził Logan. - Nie można o nim powiedzieć, żeby był graczem zespołowym, ale Galen ma do 

niego zaufanie.

background image

157

- Panie prezydencie?

Andreas odwrócił się, by zobaczyć, jak Keller wyłącza telefon.

- Co takiego?

- Wiceprezydent Shepard jest w Z-3. Zgodnie z grafikiem ma spędzić teraz kilka dni w bunkrze.

- Co za zbieg okoliczności. Cały i zdrowy, a przede wszystkim bezpieczny i z dala od perfidnych podejrzeń.

- Wierzy pan, że Shepard jest wplątany w ten spisek?

- Jeśli spisek istnieje.

- Co jeszcze mam zrobić, żeby pana przekonać?! - wybuchnął Logan. - Nie mamy zbyt wiele czasu. Najmniejszy nasz 

ruch może spłoszyć Betwortha. Cholera, jeśli dowiedzą się o zniszczeniu ich wozu technicznego, to może wywołać...

- Mówiłem już, żeby na mnie nie naciskać - powiedział Andreas. - W porządku, Shepard może być w to wmieszany. 

Ostatnio często przebywał w świetle reflektorów, zajmując moje miejsce, pełniąc moją funkcję i do tego działając dużo 

agresywniej, niż bym się po nim spodziewał. Ale to nie musi od razu wiązać go z...

- Ustawa o rozwoju infrastruktury - odezwał się nagle Keller.

- O co chodzi? - spytał Logan.

- To ustawa, którą Shepard starał się przepchnąć przez ostatni rok - wyjaśnił Andreas. - Chodzi o rozwój i wzmocnienie 

słabszych  obszarów  i  ich  infrastruktury, żeby  nie  stały  się  celami  sabotażu,  bądź  żeby  uchronić  je  przed  zagrożeniem 

katastrofami naturalnymi. To dość ogólny projekt i nie tak pilny jak inne, ale zniszczenie tamy w Arapahoe wykreowało 

Sheparda na bardzo mądrego i przewidującego polityka.

-  A  prezydentura?  -  podsunął  Galen.  - Jest  pan  prawdopodobnie  najpopularniejszym prezydentem, jakiego  mieliśmy. 

Shepard  musiał  się  napracować,  żeby  przysłonić  pański  wizerunek.  Betworth  nie  tylko  zapełnił  Z-3  swoimi  ludźmi  i 

zaplanował zniszczenie pozostałych bunkrów, ale wykorzystał to do podniesienia notowań Sheparda.

-  Logan,  mówiłeś,  że  bomba  ma  zostać  przeszmuglowana  na  teren  Białego  Domu.  -  Andreas  pokręcił  głową  z 

niedowierzaniem. - To niemożliwe. Każdy, kto wchodzi do środka, zostaje dokładnie przeszukany.

- Oprócz pana, panie prezydencie. - Logan zwrócił się do Kellera. - Wiceprezydenta też raczej  nie obrażacie rewizją, 

prawda?

- On mógłby to zrobić - powiedział ostrożnie Keller.

- A jeśli wnosił ją w kawałkach i Betworth wyśle człowieka, który będzie odpowiedzialny za jej złożenie i później...

-  Możliwe  jest  także,  że  uczestniczył  w  dwóch  poprzednich  zamachach  na  moje  życie  -  mruknął  Andreas.  -  Ale  ty, 

Keller, okazałeś się za dobry. Zapewniłeś mi pełną ochronę i zadbałeś o to, żeby nikt nie mógł ingerować w żaden aspekt 

mojego życia. Musieli się zdenerwować, kiedy ich  przyłapałeś  na  gorącym uczynku,  więc  postanowili zmienić  sposób 

działania.

- Wierzy nam pan? - spytał Logan.

- Gdybym zginął, Shepard zostałby prezydentem - powiedział Andreas. - Prezydentura to najwyższa władza, a Betworth 

pragnie jej  od wielu lat. Wydaje mi się,  że Shepard może być człowiekiem,  który pozwoli się kontrolować  komuś tak 

przebiegłemu  jak  Betworth.  Shepard  przejmuje  prezydenturę,  obwinia  Matanzę  o  moje  zabójstwo  i  rozpętuje  krucjatę 

przeciwko  terroryzmowi,  którą  natychmiast  odzwierciedla  wzrost  poparcia  społecznego.  Tymczasem  Betworth  stoi  za 

nim  i  pociąga  za  sznurki,  mając  przy  tym  podobne  marionetki  w  FBI  i  CIA.  Matanza  zyskuje  sławę,  Shepard 

prezydenturę, Betworth władzę. - Andreas skrzywił się. - A ja dostaję kulkę w łeb. Nie mogę powiedzieć, żeby podobał 

mi się ten scenariusz.

- Sir, to są nadal tylko domysły - zauważył Keller.

background image

158

- W takim razie proponuję, żebyś zadzwonił do swoich ludzi w tajnych służbach, którzy zajmują się ochroną Sheparda, i 

dowiedział się, czy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie nastąpiło wzmożenie kontaktów między wiceprezydentem a 

Betworthem. Natychmiast załóżcie podsłuchy na telefony Betwortha i Sheparda. I zainstalujcie wóz techniczny w pobliżu 

siedziby Betwortha, żeby monitorował i nagrywał wszystkie jego rozmowy telefoniczne.

- Na początek bomba - powiedział Logan, a potem dodał grzecznościowo: - sir.

Arogancki typek, ale spodobał się Andreasowi.

- Keller, zacznij poszukiwania. Ale dyskretnie. Bardzo dyskretnie. Nie chcemy, żeby te sukinsyny zaczęły coś podejrze-

wać i, nie daj Boże, przyspieszyły rozpoczęcie akcji. - Zwrócił się do Logana. - Zadowolony?

- Bardzo. Ostrożność jest jak najbardziej na miejscu.

- Cieszę się, że się zgadzamy. Ale i tak bym to zrobił. To, co mi powiedzieliście, może okazać się bzdurami, a ja nie 

chciałbym stresować społeczeństwa tak wątłymi dowodami, jakie mi przedstawiliście. Przez ostatnich kilka lat ludzie już 

i  tak  bardzo  dużo  przeszli.  -  Pokręcił  ponuro  głową.  -  A  jeśli  będziemy  musieli  aresztować  Betwortha  i  Sheparda  za 

usiłowanie zamachu stanu, byłoby to kolejnym szokiem dla opinii publicznej. To by zachwiało zaufanie do rządu. Ludzie 

tego nie chcą.

- Nie chcą też bomby w Białym Domu - rzucił oschle Logan.

- Coś jeszcze, sir? - spytał Keller.

- Oczywiście. Upewnij się, czy moją żonę i dzieci umieszczono w jakimś bezpiecznym miejscu. - Andreas ruszył do 

drzwi. - I to natychmiast.

Alex słyszała go za plecami.

Wspinała się na drzewo, by ukryć się w gęstwinie gałęzi sosnowych. Nastał już dzień i potrzebowała każdej osłony.

Modliła się, żeby z drzewa nie poderwał się żaden ptak albo zwierzę, które zdradziłoby jej kryjówkę.

Nie wydawać żadnych dźwięków.

Najlepiej nawet nie oddychać.

Był tuż pod nią.

Nie, poszedł w dół wzgórza.

Bała się nawet odetchnąć z ulgą. Zostać tu, gdzie jest, jeszcze przez jakiś czas, dopóki nie będzie miała pewności, że go 

zgubiła.

Minęło piętnaście minut.

Dwadzieścia minut.

Dwadzieścia pięć minut.

Zeszła z drzewa.

Runne uśmiechnął się.

Kobieta odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę urwiska.

Być może wpadła w panikę i chciała jak najszybciej dostać się do drogi?

A może próbowała spotkać się z Morganem?

A gdzie, u diabła, on się podziewał?

Przez ostatnią godzinę czuł w sobie narastającą irytację. Nie wiedział, czy zdąży złapać kobietę, żeby zaczekać z nią na 

Morgana. Zraniła jego dumę, a tego nie mógł znieść. Trzeba dać jej nauczkę i zrobi to z przyjemnością.

background image

159

Rozpłata ją od pępka po samo gardło.

Nie słyszała go, ale wiedziała, że jest blisko. Serce waliło jej jak młotem, kiedy biegła. Nie było już sensu starać się za-

chować ciszę.

Uciec.

Ale jest zbyt zmęczona...

Biec, nie ustawać.

Zacisnęła dłoń na gałęzi, którą chwyciła, kiedy zeszła z drzewa. Nie była to może najlepsza broń, ale Alex była zbyt 

zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać. Niedługo nie będzie miała innego wyjścia, jak stawić mu czoło.

Jeszcze nie teraz. Ścieżka wiodąca na urwisko była już tuż przed nią. Morgan mógłby...

Nagle ziemia uciekła jej spod nóg.

To koniec!

Był na niej, jego dłonie zacisnęły się na jej gardle i ustach.

- Szzz.

Ugryzła go w dłoń i próbowała zamachnąć się gałęzią.

- Alex, do cholery - wyszeptał.

Morgan!

Zrobiło jej się słabo.

- Nic ci nie jest?

- Nie. - Łzy spływały jej po policzkach. - Jestem zmęczona, jest mi zimno i jestem przerażona, a ten bydlak nie ustaje. 

Nie spieszyłeś się z przyjazdem.

Delikatnie dotknął jej policzka.

- Przykro mi, ale akurat nie było z Gwatemali ponaddźwiękowego jumbo jeta.

- A powinno ci być przykro. - Próbowała usiąść. - Złaź ze mnie. Musimy się ukryć. Nie wiem, jak daleko on jest.

- Ale ja wiem. Mamy mało czasu. - Podniósł się na kolana i zaczął ją obmacywać. - Chryste, jesteś cała mokra.

- Szłam kilkoma strumieniami. Pomyślałam, że to może ukryje mój zapach. Chyba pomogło. Albo on nie ma tak dob-

rego węchu jak ty. - Morgan przytulił ją do siebie. - Nie rób tego. Jestem jak sopel lodu. Zamoczysz się. Nic mi nie jest.

- Cieszę się, że jesteś cała, i robię to dla siebie, nie dla ciebie - powiedział zachrypniętym głosem.

Nie poruszyła się. Był ciepły, silny i chciała zostać w jego ramionach na zawsze. Sama go objęła i przytuliła, ale po 

chwili odsunęła od siebie.

- Dość. Po tym, co przeszłam tej nocy, nie zamierzam ryzykować. Musimy przeżyć. - Chwiejnie podniosła się z ziemi. -

Uciekajmy stąd.

- Jesteś wyczerpana. Lepiej będzie, jak ukryjesz się w zaroślach, a ja dalej poprowadzę Runne’ego na urwisko.

- Dlaczego tam?

- Muszę go tam zaprowadzić.

- Musisz? - Przyjrzała mu się badawczo. - A dlaczego nie tutaj?

- Nie spieraj się. Nie mamy czasu. Idź w tamte krzaki.

- Ani mi się śni. Nie wiem, dlaczego, u licha, tak ci zależy na wyprowadzeniu go na wzgórze, ale to ja go tam zawiodę. 

Teraz  to  już  pewnie  tak  bardzo  pragnie  mnie  złapać,  że  aż  się  ślini.  -  Podniosła  gałąź  i  zatarła  ślady  na  ziemi.  -  Ty 

background image

160

zaczekaj w zaroślach, a potem idź za nim. - Odrzuciła gałąź i ruszyła w górę ścieżką. - Ale tym razem się tak nie ociągaj, 

dobrze?

- Alex, do diabła!

Nie słuchała go. Chodzenie było dla niej nie lada wysiłkiem.

Byle dostać się na szczyt urwiska. Uda jej się.

Po pięciu minutach mozolnej wspinaczki dotarła tam wreszcie, ale była kompletnie zdrętwiała i wyczerpana. Dowlokła 

się do występu skalnego i usiadła, opierając się o niego.

No, dalej, Runne!

Chodź tu do mnie. Daj się zwabić w pułapkę.

Zbliżał się.

Każdy mięsień jej ciała zamarł, kiedy zobaczyła go na szczycie urwiska.

Uśmiechał się z lodowatą satysfakcją.

- Nieźle mnie przegoniłaś po lesie, ty dziwko.

- Nie jesteś taki dobry jak Morgan. On by mnie wytropił w piętnaście minut.

Uśmiech znikł z jego twarzy.

- Spójrz na siebie. - Zbliżył się do niej. - Jakaś ty żałosna. Zupełnie jak moja matka, ladacznica. Po prostu słaba kobieta

- Pieprz się.

- Odważne słowa. Sądzisz, że Morgan przybędzie ci na ratunek, co? - Pokręcił głową. - Nic z tego. Jesteś zupełnie sama. 

Zabiłem go.

Zdrętwiała.

- Kłamiesz.

Znów pokręcił głową.

- Zabiłem go - powtórzył. Dzieliła ich odległość zaledwie sześciu metrów i nagle Runne wyciągnął nóż. - A zatem, nie 

ma już powodu, żeby oszczędzić twoje życie. Nawet nie wiesz, ile radości sprawi mi zamordowanie ciebie.

Godzina 9.45

- Betworth, do jasnej cholery, wszystko się sypie! - Głos Sheparda drżał ze zdenerwowania. - Właśnie dostałem telefon 

od Andreasa z Camp David. Kazał mi zostać tam, gdzie jestem. W Ogrodzie Różanym znaleziono paczkę z wąglikiem. 

Teraz przeszukują dokładnie cały Biały Dom. Do diabła, przecież znajdą to!

- Uspokój się. - Ale Betworth też nie był spokojny. W głowie kłębiły mu się setki różnych myśli. Puszka z wąglikiem? 

To za duży zbieg okoliczności. - Czy są podejrzenia co do tego, kto za tym stoi?

- Hamas.

- Rozłącz się. Zaraz to sprawdzę.

- Nie musisz sprawdzać. Wszystko dają w CNN. Właśnie oglądam wiadomości. Odpalmy tę bombę, zanim ją znajdą.

- Spokojnie. Poradzimy sobie z tym.

- To twoja wina. Wiedziałem, że to się wymknie spod kontroli.

- Za to ty miałeś za mało odwagi, żeby zająć się bezpośrednio i osobiście Andreasem, więc ja to załatwiłem. Zrobiłem z 

ciebie ważnego człowieka i teraz musisz okazać siłę. Pogadam z Danleyem.  - Kiedy Danley odebrał telefon, Betworth 

zadał mu jedno pytanie: - Co wiesz na ten temat?

background image

161

-  Zadzwoniłem  do  Jurgensa,  jak  tylko  się  dowiedziałem.  On  twierdzi,  że  to  autentyczna  sprawa  z  tym  wąglikiem. 

Wstępny raport specjalistów tajnych służb potwierdza obecność wąglika w paczce.

- Nie podoba mi się to - mruknął Betworth.

- W takim razie po co Andreas miałby dzwonić do Sheparda? A zresztą kto wie? Może... Cholera!

- Co się dzieje?

- W CNN... Pokazują jakąś potężną eksplozję. Biura Sheparda, tak sądzę. Ogień, mnóstwo dymu.

Betworth włączył u siebie telewizor. Przez kłęby dymu ledwie było widać Biały Dom.

-  A  niech  mnie!  -  Nagle  zaczął  się  śmiać.  -  A  to  idioci!  Sami odpalili  bombę. -  Strażacy  w  uniformach  ochronnych 

biegli  w  stronę  Białego  Domu.  -  Danley,  za  parę  minut  potwierdzą,  że  bomba  była  radioaktywna.  Zadzwoń  do  Camp 

David i upewnij się, że Keller postępuje zgodnie z procedurami i wysyła Andreasa do Z-3.

- Nadal trzymamy się planu?

- Teraz nie zamierzam się wycofywać. Mamy szansę zgarnąć całą pulę. Tylko tchórz by się zawahał. Kiedy Shepard 

dostanie  władzę,  będziemy  mogli  kontrolować  każde  śledztwo.  Jeśli  nawet  były  jakieś  ślady  wskazujące  na  nas,  to  te 

dumie  je  zatarły,  wywołując  eksplozję.  Jeśli  akcja  z  wąglikiem  jest  prawdziwa,  Harnaś  i  Matanza  mogą  rywalizować 

między sobą o to, kto zamordował Andreasa. Im więcej zamieszania, tym lepiej dla nas. Wychodzę teraz. Jeśli uda ci się 

potwierdzić, że Andreas bierze helikopter i leci do Z-3, to możemy kontynuować nasz plan. Zawiadom Runne’ego.

- Sprawy się skomplikowały i musimy działać - powiedział Danley do słuchawki. - Runne, zajmij pozycję.

- Już jestem na pozycji. Ile mam czekać?

- Prezydent opuścił Camp David pięć minut temu. Najwyżej piętnaście.

- Będę gotowy.

Pięć  minut  później  przyleciał  helikopter  Betwortha.  Danley  czekał  na  niego  na  płycie  lotniska,  a  kiedy  Betworth 

wysiadł, ruchem ręki kazał odlecieć pilotowi śmigłowca.

- Jest w drodze. - Danley wskazał na urwisko. - Runne jest tam, za skałą. Scenariusz jest następujący. Ty i Shepard wyj-

dziecie na spotkanie prezydentowi,  gdy przyleci jego helikopter. Kiedy Andreas wyląduje, obaj rzucicie się na ziemię. 

Zaczekacie,  aż  usłyszycie  drugi  strzał.  To  będzie  mój  strzał  do  Runne’ego.  Wstaniecie  i  pobiegniecie  do  Andreasa. 

Zagracie rozdzierającą scenę na użytek pilota i Kellera.

- Dobrze. Poza jedną kwestią. Chciałbym, żebyś mnie postrzelił.

- Co?

- Zamierzam czołgać się w stronę Andreasa w desperackiej próbie uratowania go. Ty mnie postrzelisz. Wszyscy będą 

myśleli,  że  to  Runne. Celuj w  ramię  lub  rękę,  byle  rana  nie  była  za  poważna, a  wystarczyła  do  tego, by  pozyskać mi 

współczucie i odrobinę chwały. Mogę tego potrzebować, kiedy stanę przy boku Sheparda, gdy przejmie władzę.

- Jak sobie życzysz.

- I strzelaj celnie, Danley. - Betworth skierował się do wejścia schronu. - Wyciągnę zaraz Sheparda i zorientuję się czy 

zgodzi się na lekki postrzał. A ty ruszaj na to urwisko.

- Nadlatuje - mruknął Betworth, dostrzegając helikopter tuż nad przełęczą. - Keller go pilotuje. Shepard, nie uśmiechaj 

się. Musisz wyglądać na strapionego. Mamy w kraju stan wyjątkowy.

- Jestem zaniepokojony - wycedził przez zęby Shepard. - Nie lubię, kiedy sprawy idą nie tak, jak zaplanowano.

background image

162

- Chcesz się wycofać? - spytał Betworth. - Jeszcze masz czas. Powiedz tylko jedno słowo. Kto chce mieć największą 

władzę na świecie? Możesz się wycofać i schować w swojej norze na resztę kadencji, a potem liczyć tylko na ciepłą pań-

stwową emeryturkę.

-  Nie  powiedziałem,  że  chcę  się  wycofać.  Chcę  tylko,  żeby  już  nie  żył  i  żeby  wszystkie  te  nieprzyjemne  szczegóły 

były... - Przerwał, kiedy zobaczył, jak otwierają się drzwi helikoptera i pojawia się w nich Andreas. - Chodź. Zróbmy z 

tym koniec. -  Ruszył w stronę  helikoptera. - Tędy, panie  prezydencie.  Musimy zabrać pana  do środka, żeby zapewnić 

bezpieczeństwo.

Andreas stanął na ziemi.

- Shepard, nie powinieneś był wychodzić na zewnątrz. Nie wiadomo co...

Strzał.

Ale Andreas wcale nie upadł, uświadomił sobie Betworth.

Cholera. Czyżby Runne spudłował?

Następny strzał.

Andreas padł na ziemię.

Nareszcie.

- Na ziemię! - krzyknął Betworth do Sheparda. - Prezydent dostał. - Rzucił się na ziemię. - Keller, na miłość boską, zrób 

coś. Prezydent został...

Keller nawet nie drgnął, żeby pomóc Andreasowi.

Shepard też się  nie ruszał. Wiceprezydent leżał skulony na ziemi, kilka metrów od niego. W jego skroni widać  było 

mały okrągły otwór.

Betwortha  ogarnęła  wściekłość.  Co  za  dupek z  tego  Runne’ego! Jaki  będzie miał  pożytek  ze  śmierci  Andreasa, jeśli 

Shepard też nie żyje? Wszystkie jego plany szlag trafił przez...

- Danley, zabij tego skurwysyna! - wrzasnął. - Zabij go natychmiast!

Kolejny strzał.

Ból rozdarł jego plecy.

Jezu. Przecież mówił Danleyowi, żeby nie zranił go zbyt poważnie. Miał celować w rękę...

Żeby wyszedł na bohatera...

Zrobiło mu się zimno. Poczuł smak krwi w ustach.

Umieram, uświadomił sobie z niedowierzaniem.

- Nie!

Logan, Galen i Keller wyskoczyli w pośpiechu z helikoptera, ale to Keller pierwszy dobiegł do Andreasa.

- Nic panu nie jest, sir? Mówiłem, że to istne szaleństwo. Dlaczego nie pozwolił mi pan działać po mojemu?

- Bo jestem już zmęczony siedzeniem w tej wieży z kości słoniowej i poleganiu wyłącznie na innych. - Andreas wstał i 

otrzepał spodnie z kurzu. - Gdybym miał większą kontrolę nad tym, co działo się pod moim nosem, może Betworthowi 

nie udałoby się zapanować nad schronami. - Spojrzał na ciała Betwortha i Sheparda. - Nie żyją?

Galen przykląkł obok Betwortha i sprawdził puls.

- Tak. - Podniósł wzrok na urwisko. - Naprawdę trudny kąt do strzału, ale trafił w dziesiątkę.

- Nie mówiłem, że chcę ich śmierci. - Andreas zacisnął usta. - Ściągnij tu Morgana.

Galen wstał i otworzył klapkę telefonu.

background image

163

- Judd, zejdź tu do nas. Jak zwykle świetnie się spisałeś. - Rozłączył się i zwrócił do Andreasa: - Nie mam pewności, że 

będzie chciał słuchać pańskich rozkazów. Może się ulotnie. Ostatnio w podobnej sytuacji zrobili z niego kozła ofiarnego.

- Już mi to opowiadaliście - powiedział Andreas. - Ale to nie znaczy, że ma prawo do samowolnego zabicia wiceprezy-

denta  Stanów  Zjednoczonych.  -  Spojrzał  na  ciało  Sheparda.  - Poza  tym  zabił  go  jako  pierwszego.  Jeśli  to  miał  być 

zamach stanu, to wydawało mi się, że Betworth powinien być pierwszym celem.

- Jestem pewien, że Morgan miał ku temu jakiś powód - powiedział Logan. - On nie jest...

- Już jestem. - Morgan szedł ścieżką w ich stronę. - Nie tłumacz się za mnie, Logan. Sam potrafię mówić.

- Siedź cicho, Morgan. - Alex szła za nim. - Niech się za tobą wstawi. Musisz wykorzystać każdą pomoc.

Morgan zwrócił się do Logana.

- Wiem, że nie powinno jej tu być, ale nie chciała zostać na urwisku. - Zatrzymał się przed Andreasem. - Jakikolwiek 

układ zawrzemy, musi on uwzględniać wolność dla niej.

- Układ? Ja nie wchodzę w żadne układy, Morgan.

- Jak to nie? Jako prezydent, jest pan wytrawnym graczem w tej dziedzinie.

- Poleciłem Galenowi, żeby ci przekazał, że masz usunąć ewentualnego zabójcę z urwiska.

- I dokładnie to mi przekazał Galen.

- Nikt ci nie kazał zabijać Betwortha i Sheparda. Keller mógł ich aresztować i stawić ich przed sądem. W ten sposób 

załatwia się w naszym kraju takie sprawy.

- Ale nie tego pan chciał. Nie chciał pan przecież, żeby Amerykanie stracili zaufanie do własnego rządu. Już wystar-

czająco dużo przeżyli  w  ostatnich latach.  Osądzenie tych  zdrajców rozciągnęłoby się  w  wieloletni proces,  który byłby 

tylko solą w oku dla każdego.

- To mu powiedziałeś, Galen? - spytał Andreas.

- Mogłem wspomnieć, że jest pan nieco zasmucony całą sytuacją.

- Nieprawda - zaprotestował Morgan. - Nie mówił mi tego. Wyłącznie moja własna intuicja mi to podpowiedziała. A 

intuicja to bardzo ważna rzecz. Galen powiedział mi o tym, jak zlokalizowaliście bombę w Białym Domu i rozbroiliście 

ja  a  potem  zainscenizowaliście  eksplozję  w  biurze  Sheparda.  Wtedy  intuicja  kazała  mi  się  zastanowić,  dlaczego  tak 

postąpiliście.  A  potem  Galen  powiedział  mi  o  założeniu  podsłuchu  na  telefon  Sheparda,  żebyście  mogli  nagrać  każdą 

obciążającą  go  rozmowę  z  Betworthem.  Po  co  chciał  pan  zwabić  tu  Betwortha?  Dlaczego  nie  wezwał  pan  oddziałów 

marines, żeby otoczyły to miejsce?

- Sugerujesz więc, że zabiłeś Sheparda, żeby mi pomóc?

- To nie ja zabiłem Sheparda i Betwortha. - Morgan patrzył prosto w oczy Andreasa. - To robota Runne’ego. Kule, które 

wyjmiecie z ich ciał, pochodzą z jego karabinu. Fantastyczny strzelec, nieprawdaż? - Uśmiechnął się. - Sam bym tego 

lepiej nie zrobił.

- Jestem w stanie to sobie wyobrazić - wycedził Andreas.

- Oczywiście to także Runne odebrał telefon od Danleya, który kazał mu przygotować się do zastrzelenia pana, sir. Ale, 

niestety, Runne zastrzelił także pańskiego oddanego człowieka z CIA, Danleya. Znajdziecie jego ciało na urwisku. Jaka 

szkoda! Ale czego się spodziewać, kiedy terroryści tacy jak Matanza wysyłają wynajętych zabójców? Miałeś szczęście, 

Keller, że udało ci się odkryć spisek na czas.

- A co z Runnem?

- To nie Keller zaszedł go od tyłu? Nie wiem, w takim razie, skąd u niego ten skręcony kark.

Andreas przeniósł spojrzenie na Alex.

background image

164

- Pani też tam była?

- Tak.

- I potwierdza pani wersję Morgana?

Spojrzała na Morgana i powoli skinęła głową.

- Kule zostały wystrzelone z karabinu Runne’ego.

- A wy dwoje po prostu przechodziliście obok, jak się domyślam? - powiedział sarkastycznie Andreas. - Mój Boże, wy-

gląda pani, jakby porwało ją tornado.

- I tak też się czuję. - Alex zbliżyła się do Morgana, udzielając mu milczącego wsparcia. - Ale nie udałoby mi się przez 

to przejść, gdyby nie ktoś, komu ufałam. Panie prezydencie, może mieć pan do niego pełne zaufanie.

- On nie musi mi ufać - powiedział Morgan. - Może ze mną zrobić, co zechce. Oddaję się w jego ręce. - Przerwał. - Ale 

nie Alex. Ją niech pan oczyści z zarzutów i uwolni. Takie są moje warunki.

- Nie decyduj za mnie - wtrąciła się Alex. - Kiedy się wreszcie tego nauczysz?

Morgan nie zwracał na nią uwagi, patrząc prosto w oczy Andreasa.

- Jestem pewien, że uda się panu tak to zaaranżować, żeby zyskał pan to, czego chce dla kraju. Shepard może zginąć 

śmiercią męczeńską. Ludziom zawsze przyda się następny bohater. Niech pan spyta o to Alex. - Morgan uśmiechnął się 

podstępnie. - I może pan też wykorzystać mnie, jeśli będzie taka konieczność.

-  A  ja  myślałam,  że  miałeś już  dość  wykorzystywania  cię  -  powiedziała  Alex.  -  Nie  zamierzam  do  tego  dopuścić.  I 

wydaje mi się, że prezydent też tego nie chce. Więc może zamkniesz się i pozwolisz mu decydować?

- Dziękuję - powiedział sucho Andreas. - Jak miło mieć jednak coś do powiedzenia.

Alex uśmiechnęła się.

- Gdybym panu nie ufała, nie dałabym panu wyboru. Porządek musi być.

- Lubi to powiedzenie - odezwał się Galen. - Ale zwykle po nim robi się uparta jak osioł.

Andreas w milczeniu patrzył na Alex.

- To bardzo mądre zdanie - mruknął wreszcie i zwrócił się do Kellera. - Lepiej idź jeszcze raz na szczyt tego urwiska i 

upewnij się, że żadne ślady nie zostaną zatarte.

- Jeszcze raz? - powtórzył Keller.

Andreas skinął głową.

- Muszę cię pochwalić, Keller. Nie wiedziałem, że nadal jesteś tak sprawny, żeby załatwić takiego zabójcę jak Runne. 

Jesteś prawdziwym bohaterem.

Keller uśmiechnął się słabo.

- Stanąłem na wysokości zadania, sir. - Odwrócił się i ruszył w stronę ścieżki prowadzącej na szczyt urwiska. - Upewnię 

się, czy wszystko jest tak, jak być powinno.

-  Ufam,  że  Morgan  załatwił  wszystko  bardzo  schludnie,  ale  teren  zostanie  poddany  skrupulatnym  oględzinom.  -

Andreas zwrócił się do Morgana. - Na jakiś czas powinieneś zniknąć. Zniknąć z widoku i z pamięci.

-  Jak  pan  sobie  życzy.  -  Odwrócił  się  i  także  ruszył  na  urwisko.  -  Zostawiłem  na  górze  karabin.  Pójdę  po  niego  i 

upewnię się, że Keller dobrze zrozumiał scenariusz. Zaraz wrócę.

- Trochę czasu zajmie nam oczyszczenie pani, panno Graham - odezwał się Andreas. - Musimy jakoś wyprostować tę 

historię z Matanzą, jeśli chcemy utrzymać resztę w tajemnicy. Betworth nieźle się postarał, żeby panią oczernić. Najpierw 

jednak damy sobie trochę czasu, a dopiero potem ujawnimy dowody pani niewinności. Ale zrobimy to.

- Nie wątpię. Już zgodziliśmy się co do tego, że porządek musi być. Więc oczyści pan z zarzutów także Morgana?

background image

165

Morgan już był na szczycie urwiska. Jego sylwetka odznaczała się na tle nieba. Wyglądał na twardego i zwinnego, ale 

także... samotnego.

Słodki Jezu...

- To będzie nieco trudniejsze - odpowiedział Andreas. - Jego przeszłość jest zdecydowanie bardziej mroczna. Ale po-

staramy się... Dokąd pani idzie?

Pobiegła śladem Morgana.

- On tu nie wróci. Skłamał. Zbyt wiele razy się zawiódł, żeby uwierzyć w to, że... Skoro nie wrócił, to nie mogło mu się 

wydawać, że dobił z panem targu. A niech to!

Morgan zniknął z pola widzenia.

- Morgan, wracaj! - krzyknęła. - Nie daruję ci tego!

Wbiegła na szczyt urwiska. Keller klęczał przy zwłokach Runne’ego, ale Morgana nigdzie nie było widać.

- Gdzie on jest? - spytała.

Keller ruchem głowy wskazał na północną stronę urwiska.

Pobiegła do jego krawędzi.

Nigdzie nie widać Morgana.

Zacisnęła dłonie w pięści, a oczy napełniły jej się łzami.

- Nie rób mi tego, Morgan! Ty sukinsynu! To nie fair! - krzyknęła.

Nie było odpowiedzi. Żadnego dźwięku.

Morgan zniknął.

Epilog

Trinidad

Na  drobnym  piasku  nie  było  słychać  jej  kroków.  Jednak  wiedziała,  że  on  zdaje  sobie  sprawę  z  jej  obecności.  Nie 

oderwał wzroku od płótna, ale zauważyła lekkie spięcie mięśni na jego plecach.

- Nie powinnaś była przyjeżdżać, Alex.

Podeszła do niego.

- Skąd wiedziałeś, że to ja?

- Twój zapach cię zdradził. Nigdy nie zapomnę twojego zapachu. Nawet jeśli miałbym żyć jeszcze sto lat.

- Ja także nigdy nie zapomnę twojego zapachu. - Stanęła obok niego. - Chociaż mogę mieć problem z rozpoznaniem go 

z odległości pięciu metrów.

- Jak mnie znalazłaś?

-  Galen.  Trochę  mu  to  zajęło,  ale  wreszcie  cię  namierzył.  Udałoby  się  to  wcześniej,  gdybyś  tak  często  nie  zmieniał 

miejsca pobytu.

- Nie powinnaś była tu przyjeżdżać.

- Już to mówiłeś.

- Ale widocznie muszę powtórzyć. Andreas oczyścił cię z zarzutów, więc żyj własnym życiem.

- Właśnie to robię. Przyjechałam tutaj.

- Być może będę musiał zostać na tej wyspie bardzo długo. Andreas musi być ostrożny w próbach oczyszczenia mnie. 

Może paść zbyt wiele kłopotliwych pytań. A my już kiedyś o tym rozmawialiśmy, że nie jest to życie dla ciebie.

background image

166

- To prawda. Ale teraz nie mam wyboru. Moje życie jest tam, gdzie ty jesteś  - powiedziała drżącym głosem. - Gdzie 

będziesz ty, tam będę i ja. Musisz do tego przywyknąć. Może teraz mnie jeszcze nie kochasz, ale pokochasz. Dopilnuję 

tego.

- To żaden problem - mruknął, nie odrywając wzroku od obrazu.

Zesztywniała.

- To najgłupszy sposób wyznania uczuć, jaki kiedykolwiek słyszałam. Zasługuję na coś lepszego.

- To nie wyznanie. Wracaj do domu.

- Ani mi się śni. - Złapała go za ramię i szarpnęła nim, żeby odwrócił się do niej twarzą. - Posłuchaj  mnie uważnie. 

Przyjechałam tu i zamierzam zostać. Nie wyjadę tylko dlatego, że wydaje ci się, że będzie mi lepiej bez ciebie. Utknąłeś 

tu ze mną. Mogę żyć na wyspie. Mogę się ukrywać. Mogę mieszkać gdziekolwiek, byle z tobą. Jeśli zacznie mi się tu 

nudzić, zawsze mogę pojechać do Melis, pomagać jej w ratowaniu delfinów albo w czymkolwiek innym. A teraz odłóż 

ten pędzel i chodź gdzieś, gdzie będziemy mogli się kochać. Zbyt dużo czasu upłynęło...

Spojrzał na nią.

- Nie wyjedziesz?

- Nie.

- Nigdy?

- Wybij to sobie z głowy. Nie pozbędziesz się mnie. Prędzej piekło zamarznie. Masz to jak w banku, Morgan.

Uśmiech rozjaśnił mu twarz, kiedy odkładał pędzel. Otoczył ją ramionami.

- Dzięki Bogu.