background image

Lusis Althusser

Marksizm dziś*

Czy w 130 lat po Manifeście i w 110 lat po Kapitale można naszkicować bilans tego, co zwie się 
„marksizmem”? Niewątpliwie tak, ponieważ mamy wobec niego nie tylko odpowiedni dystans 
czasowy, ale również długie doświadczenie jego zwycięstw, klęsk i tragedii. Być może też dlatego, 
że podlegamy obecnie działaniu prawa kryzysu, w tym kryzysu samego marksizmu, który – jak się 
wydaje – jest w stanie rozwiać wszelkie złudzenia i zmusić umysły do poddania się bezlitosnemu 
egzaminowi rzeczywistości. 

Co takiego możemy dziś zachować z Marksa, co byłoby istotne i co może nie zawsze było 
rozumiane? 

Przede wszystkim taki oto prosty fakt: Marks mówił o sobie, że nie jest „marksistą”. Taktowano 
to jako żart wolnego ducha, wymagającego od swoich czytelników, aby „myśleli samodzielnie”, a 
tymczasem jest to doprawdy myśl bardzo daleko idąca. W ten sposób Marks nie tylko 
protestował zawczasu przeciwko interpretowaniu jego dzieła jako systemu, nowej filozofii 
dziejów czy wreszcie odkrytej nauki ekonomii politycznej, jako dzieła cechującego się jednością 
pewnej teorii totalnej („marksizmu”) i będącego wytworem pewnego „autora” (Marksa). Nie tylko 
odrzucał tego rodzaju pretensję, bo przecież deklarował, że Kapitał jest „krytyką ekonomii 
politycznej”, a nie „nauką”, ale czyniąc to zmieniał samo znaczenie terminu krytyka. Obciążonemu 
tradycją racjonalistyczną pojęciu uwalniania prawdy od fałszu lub demaskowania fałszu w imię 
prawdy narzucał zupełnie inną funkcję, mającą oparcie w walce klas: „krytyka taka (Kapitał) (...) 
reprezentuje pewną klasę (...) – mianowicie proletariat”. W ten sposób odrzucał myśl, że w 
tradycyjnym znaczeniu mógłby być „autorem” intelektualnym tak pojętej krytyki. 

Odsyła nas to do innego faktu: myśl Marksa i Engelsa ruszyła się z posad – stała się „krytyczna i 
rewolucyjna” – w łonie ruchu robotniczego, uczestnicząc w jego praktyce, aspiracjach i walce. 
Kwestia ta nie jest po prostu punktem w dziejach idei. W historii marksizmu stała się ona 
przedmiotem obciążonych sensami i kontrsensami interpretacji teoretyczno-politycznych. Gdy w 
czasach rozkwitu socjaldemokracji niemieckiej (1902) Kaustky twierdził, że teorię marksistowską 
stworzyli „intelektualiści burżuazyjni” – jedyni, jacy mogą posiąść „naukę” – i że „wnieśli ją z 
zewnątrz do ruchu robotniczego”, i gdy sam Lenin w odmiennym od początku do końca kontekście 
(walcząc z żywiołościowym „ekonomizmem”) przejmował formułę Kautskiego, jeden i drugi wikłał 
myśl Marksa w niesłychanie dwuznaczną i podejrzaną interpretację. Formuła jest tylko formułą, 
ale może wykrystalizować pewną tendencję, a następnie uzasadniać i umacniać pewne praktyki 
historyczne. Zza tego postrzegania marksizmu jako teorii naukowej, stworzonej przez 
intelektualistów burżuazyjnych i „wniesionej z zewnątrz do ruchu robotniczego”, wyziera bowiem 
cała koncepcja stosunków między teorią a praktyką, stosunku partii do ruchu masowego i 
działaczy partyjnych do zwykłych członków, która oddzielając je i ich od siebie odtwarza 
burżuazyjne formy wiedzy i władzy. 

background image

Etapy doświadczenia 

Marks i Engels byli bezsprzecznie wykształconymi na uniwersytetach intelektualistami 
burżuazyjnymi. Pochodzenie może jednak nie być przeznaczeniem. O prawdziwym przeznaczeniu, 
które obsadziło Marksa i Engelsa w historycznej roli intelektualistów klasy robotniczej, 
przesądziło bezpośrednie i praktyczne doświadczenie, jakie stało się ich udziałem – w przypadku 
jednego z nich było to nabyte w Anglii doświadczenie wyzysku klasy robotniczej i czartyzmu, a w 
przypadku drugiego nabyte we Francji doświadczenie walki politycznej organizacji 
socjalistycznych i komunistycznych. Etapy tego coraz bardziej zaangażowanego nabywania 
doświadczenia można prześledzić w sprzecznościach ich „dzieł młodzieńczych”. Po dramatycznej 
konfrontacji filozofii i ekonomii politycznej Rękopisów z 1844 r. można nawet określić „chwilę”, w 
której w ich „świadomości” zrodziła się potrzeba radykalnego zakwestionowania zasad, w jakich 
się ukształtowali, potrzeba przemyślenia wszystkiego w inny niż dotychczas sposób, „zmiany 
terenu” – i w tym celu „dokonania obrachunku ze swoim dawniejszym sumieniem filozoficznym”. Ta 
„chwila” zaczyna się zarysowywać w zagadkowych i piorunujących zdaniach z Tez o Feuerbachu. 
Jest to tylko pierwszy moment nie kończących się dociekań, o których po walkach politycznych 
lat 1848-1849 w Nadrenii świadczą Walki klasowe we Francji (1852) i 18 Brumaire’a (1852), 
następnie Przyczynek (1859) i utworzenie Międzynarodówki (1864), a później sam Kapitał (1867) i 
Wojna domowa we Francji (1871). W swoich dziełach teoretycznych, podobnie jak w bojach 
politycznych, Marks nigdy nie opuścił terenu robotniczej walki klasowej. Na formułę Kautskiego 
można odpowiedzieć: myśl Marksa ukształtowała się i rozwinęła w łonie ruchu robotniczego, na 
jego podstawie i na jego pozycjach. Za cenę ciężkich walk i sprzeczności rozszerzyła się ona w 
łonie ruchu robotniczego z kółek marksistowskich na wielkie partie masowe. 

Tę samą dwuznaczność można znaleźć w osławionej tezie Engelsa, przejętej i usystematyzowanej 
przez Kautskiego, a przywoływanej przez Lenina, o „trzech źródłach” marksizmu. Pewnie, że 
Marks i Engels byli intelektualistami dobrze obeznanymi z filozofią niemiecką, z angielską 
ekonomią polityczną i z socjalizmem francuskim – naszymi „trzema źródłami”. Sprowadzając 
jednak myśl Marksa do zlania się tych trzech nurtów, popada się w banał historii idei, nie będącej 
w stanie zdać sprawy z podstawy polityczno-teoretycznej, która zmusiła owe nurty, aby się ze 
sobą połączyły i zamieniła je w „rewolucyjną krytykę” uczestniczących w połączeniu elementów. 
Hegel, Smith i Ricardo, Proudhon itd. rzeczywiście stanowili horyzont historyczny Marksa – coś, 
od czego nie mógł abstrahować, coś, od czego musiał wyjść, surowiec, który musiał obrobić – lecz 
trzeba było obejść fasadę ideologiczną, powywracać zasady, dostrzec plecy, odwrotną stronę, 
krótko mówiąc – ukrytą rzeczywistość. Obejść znaczyło właśnie „zmienić teren” i zająć inne – 
„krytyczne, reprezentujące proletariat” – stanowisko. Sprowadzanie historii tej rewolucji w myśli 
do zwykłego zlania się wód z „trzech źródeł” oznacza koniec końców, że w Marksie widzi się 
„autora”, potrafiącego połączyć elementy, dla których był on punktem spotkania – np. zastosować 
Hegla do Ricarda po to, aby stworzyć „metafizykę ekonomii politycznej”, czy po to, aby „postawić 
na nogi” każdy z tych trzech elementów zachowując w stanie nietkniętym ich strukturę: 
ukonstytuować ekonomię polityczną w naukę, filozofię w materializm dialektyczny, a wizje 
socjalizmu francuskiego w „materialistyczną” filozofię dziejów lub – co jest praktycznym 
wariantem właściwego jej mesjanizmu – w socjalizm naukowy. 

background image

Kapitał 

Wiadomo, że przytoczone formuły nie występują w takiej doskonałej formie u Marksa. Mimo to 
należą one do historii marksizmu, w której – poczynając od II Międzynarodówki – reprezentowały 
urzędową definicję marksizmu jako materializmu dialektycznego, materializmu historycznego i 
socjalizmu naukowego. Lecz i u Marksa, miotającego się w sprzeczności, bo zmuszonego do 
myślenia o czymś, co nie miało nazwy, nie brak jest wypowiedzi pozwalających uzasadnić tego 
rodzaju formuły. Jest (feuerbachowski) wątek „odwrócenia” filozofii heglowskiej, „postawienia na 
nogi” heglowskiej dialektyki. Jest – coraz bardziej krytykowana, ale zawsze obecna w 
filigranowej postaci – idea filozofii dziejów, myśl o Sensie historii, ucieleśnionym w następowaniu 
po sobie określonych sposobów produkcji jako „progresywnych epok” i prowadzącym do 
przejrzystości komunizmu. Jest idealistyczne wyobrażenie o „królestwie wolności”, mającym 
nastąpić po „królestwie konieczności”, jest mit wspólnoty, w której swobodny rozwój jednostek 
ludzkich zastępuje stosunki społeczne, bowiem w końcu okazują się one tak samo zbędne, jak 
państwo i stosunki towarowe. 
Ukryty lub jawny idealizm tych wątków straszy nie tylko w Ideologii niemieckiej (prawdziwej 
„materialistycznej” filozofii dziejów), ale również w Przedmowie z 1859 r. („progresywne” 
następstwo sposobów produkcji) i tautologicznym finalizmie słynnych zdań, którymi zachwycał się 
Gramsci: „żadna formacja społeczna nie ginie, zanim się nie rozwiną wszystkie te siły wytwórcze, 
którym daje ona dostateczne pole rozwoju (...) toteż ludzkość stawia sobie zawsze tylko takie 
zadania, które może rozwiązać”. Pod nieskończenie subtelniejszą postacią idealizm ten straszy w 
samym Kapitale. Choć właściwy mu „porządek wykładu” robi na nas ogromne wrażenie, nauczyliśmy 
się dostrzegać jego dwuznaczność, fikcyjną jedność, narzuconą mu z góry przez wymóg, żeby 
zacząć od abstrakcji wartości, to znaczy od danej jednorodności pola współmierności – z 
kapitalistycznych stosunków wyzysku nie czyniąc uprzednio warunku procesu zachodzącego na 
tym polu (1). 

Jeśli kwestia „początku” dzieła miała dla Marksa takie znaczenie i była dla niego tak ciężkim do 
udźwignięcia krzyżem („początek jest zawsze trudny – stosuje się to do każdej nauki”), jeśli 
narzucił on sobie pomysł, że należy koniecznie zacząć od ostatecznej abstrakcji wartości, to było 
tak również z powodu pewnej wyznawanej przezeń koncepcji nauki (Wissenschaft), tzn. warunków 
formalnych, jakim powinien podlegać wszelki proces myślowy (Denkprozess) po to, aby mógł być 
prawdziwy (przykład: pogląd, że wszelkie poznanie powinno przechodzić od abstrakcji do konkretu 
i że tak samo powinno się je wykładać). To przecież jasne, że w tym złudzeniu koniecznej 
prezentacji (Darstellung) czy wykładni Prawdy jest jeszcze obecny Hegel. 

Skutki owej filozoficznej koncepcji Prawdziwego procesu myślowego dają o sobie znać w 
określonych miejscach Kapitału: np. w rachunkowej prezentacji wartości dodatkowej jako różnicy 
między wartością wytworzoną a wartością płacową. Taka prezentacja, narzucona w tej formie 
przez porządek wykładu, bo z niego wydedukowana, może prowadzić do ekonomistycznej 
interpretacji wyzysku, gdy tymczasem wyzysk nie sprowadza się do wspomnianego zagarnięcia 
wartości; można przemyśleć go jedynie w jego formach i konkretnych warunkach – z jednej 
strony takich, jak nieubłagane wymogi procesu pracy (czas trwania, intensywność, 
rozczłonkowanie), podział pracy i dyscyplina organizacji pracy, a z drugiej takich, jak warunki 
reprodukcji siły roboczej (konsumpcja, warunki mieszkaniowe, rodzina, nauczanie, zdrowotność, 
problemy kobiet itd.). Nie ulega wątpliwości, że Marks nie myli wyzysku z samym tylko 
przywłaszczaniem zaksięgowanej wartości dodatkowej. Mówi o formach wartości dodatkowej 
(bezwzględnej, względnej), podobnie jak o formach wyzysku w procesie pracy i w reprodukcji siły 
roboczej. Czyni to jednak w rozdziałach, które zawsze wydawały się obce, „historyczne” i 

background image

„konkretne” zamiast abstrakcyjnych, i napisane na marginesie głównego porządku wykładu – tak, 
jakby należało zerwać lub przerwać ten porządek, aby nadać mu sens! 

Zmienić teren 

Można by dać wiele innych przykładów trudności i sprzeczności, w jakie zaplątał się Marks 
narzucając sobie obowiązkowe rozpoczęcie od abstrakcji wartości. Ograniczmy się do 
wspomnienia o dwóch z nich: zawiłej kwestii zachowania wartości środków produkcji poprzez ich 
wprawianie w ruch przez siłę roboczą oraz kwestii przekształcania wartości w cenę produkcji, 
przy której Marks daje się złapać na błędzie w rozumowaniu – a przecież wystarczy popatrzeć 
wyżej, aby zrozumieć, skąd się on wziął. 

Jak widać, pewność, że należy „zmienić teren”, zająć stanowisko „reprezentujące proletariat” – 
choćby nie wiadomo jak bardzo była ona świadoma – nie pozwalała sama przez się i za jednym 
zamachem „dokonać obrachunku z dawniejszym sumieniem filozoficznym”. Wyznawany przez 
Marksa materializm stosuje się też do niego: świadomość nie jest praktyką, w swoich realnych 
formach nie jest nawet myślą. Na dowód, że tego rozstępu nie sposób obejść, odnotujmy fakt, że 
poza krótkim, zagadkowym oświadczeniem w Tezach o Feuerbachu Marks nigdy nie wytłumaczył 
się jasno ze swoich nowych stanowisk, „swojej” filozofii. Obiecał Engelsowi dwadzieścia stron o 
dialektyce; nigdy ich nie napisał. Jeśli zaś chodzi o najbardziej dopracowane Wprowadzenie z 
1858 r., to je „usunął” mówiąc, że „przykre musi być antycypowanie wyników, które należy 
najpierw udowodnić”. Wszystko to wydarzyło się w tworzonym przez niego dziele i w toczonej 
przez niego walce. Był to nie kończący się bój w sprzeczności, mający zabezpieczyć nowe pozycje 
przed nawrotem starych, bój, którego wynik pozostawał ciągle wątpliwy – nawet wtedy, gdy 
wygrana wydawała się pewna: aby przemyśleć to, co ukrywały słowa wszechmocne, trzeba było 
znaleźć słowa, jakie jeszcze nie istniały. Tego rodzaju bój toczy się bowiem również o słowa. 
Świadczą o tym wielkie wahania Marksa w Kapitale, gdzie alienacja straszy nadal w teorii 
fetyszyzmu, w przeciwieństwie pracy martwej i pracy żywej, w panowaniu warunków produkcji 
nad pracownikiem i w figurze komunizmu – alienacja, stare słowo, stare i do wszystkiego nadające 
się pojęcie idealistyczne, obecne tam wyraźnie po to, żeby przemyśleć coś innego: coś 
nieprzemyślanego, co takim pozostało. 

Oto jeszcze jeden przykład – fakt, że historia, jak dobra materialistka, zaskoczyła i wyprzedziła 
myśl Marksa. Marks różni się od całej idealistycznej filozofii politycznej tym, że nigdy nie ulegał 
złudzeniom co do „wszechmocy idei” – również swoich własnych (to Lenin napisze nieostrożnie w 
ferworze polemiki, że „idee Marksa są wszechmocne, ponieważ są prawdziwe”). Poczynając od 
Manifestu jego stanowisko jest jasne i nigdy nie ulegnie zmianie: drogę do komunizmu – „ruchu 
rzeczywistego” – utoruje ogólny ruch walki klasowej proletariuszy z kapitalistami. Wpływ idei jest 
jedynie podporządkowanym wyrazem układu sił między klasami. Niezwykłe jest to, że Marks liczy 
się z tą tezą materialistyczną, gdy zajmuje się położeniem swoich własnych idei. Można się o tym 
przekonać zarówno w Manifeście, jak i w Przedmowie z 1859 r., w której prezentacja przyjmuje 
formę topiki (2). Znaczy to, że Marks przedstawia swoje idee dwukrotnie i w dwóch różnych 
formach. 
Przedstawia je najpierw jako zasady całościowej analizy (czy to koniunktury globalnej, jak w 
przypadku Manifestu, czy też struktury formacji społecznej, jak w przypadku Przedmowy z 1859 
r.): jego idee są wtedy wszędzie obecne, gdyż chodzi o to, aby za ich pomocą wyjaśnić całokształt 
pewnej rzeczywistości. Są one wówczas obecne w formie teoretycznej. Marks jednak prezentuje 
swoje idee po raz drugi, sytuując je teraz w pewnym określonym i ograniczonym miejscu tego 
samego całokształtu rzeczywistości: powiedzmy – posługując się formułą Przedmowy z 1859 r. – w 
„formach ideologicznych, w jakich ludzie uświadamiają sobie konflikt (klasowy) i walczą o jego 

background image

rozstrzygnięcie”. Tak je sytuując – w określonym miejscu stosunków społecznych i stosunków 
klasowych (w nadbudowie) – Marks nie uważa już swoich idei za zasady wyjaśniania danej całości, 
lecz podchodzi do nich jedynie pod kątem możliwego oddziaływania w walce ideologicznej. Tym 
samym zmieniają one również formę: z formy teorii przechodzą w „formę ideologii”. 

Materializm Marksa mierzy się nie tyle materialistyczną treścią jego teorii, ile przenikliwą i 
praktyczną świadomością warunków, form i granic, w jakich idee te mogą stać się czynne. Stąd 
ich podwójne wpisanie w topikę. Stąd też kapitalna teza, że idee – choćby były prawdziwe i 
formalnie dowiedzione – historycznie nigdy nie mogą być czynne same przez się, lecz muszą 
przyjmować masowe formy ideologiczne, uwikłane w walkę klas. 
Mimo to, na skutek zdumiewającej, radykalnej zmiany sytuacji dziejowej, Marks nie był w stanie 
przewidzieć, że również jego własna myśl może ulec defraudacji i zniewoleniu w służbie 
„wszechmocy idei” i znaleźć się na usługach tego rodzaju polityki. Nie chodzi tu o stawianie 
Marksowi zarzutów i o ocenianie go na podstawie czegokolwiek innego niż jego własna historia – to 
nad nią powinniśmy się zastanowić. Można bowiem mimo wszystko skonstatować jedno: z tego 
wszystkiego, co Marks nam pozostawił, bardzo niewiele odnosi się do „nadbudowy”, tzn. prawa, 
państwa i „form ideologicznych”, a tradycja marksistowska aż do Gramsciego, którego wkład jest 
ograniczony, nic nie dodała do tego, co pozostawił Marks. Zaskakującym paradoksem jest 
konstatacja, że w istocie, z teoretycznego punktu widzenia, marksizm pozostał na poziomie 
Marksa lub poniżej niego: jego myśl doczekała się komentarzy, ilustracji (czasami błyskotliwych, 
najczęściej jednak banalnych) i zastosowań. Była oczywiście wciągana przez rewolucyjne działania 
polityczne w ostre konflikty interpretacyjne. Zasadniczo jednak marksizm powtarzano i w toku 
tych powtórzeń ulegał on defraudacji lub stwardnieniu. Zdumiewające to zjawisko, gdy się 
pamięta, że teoria marksistowska nie uważała się za utopijną, lecz naukową, i gdy wiadomo, że nie 
ma na świecie nauki, która żyłaby inaczej, niż się rozwijając i nie rozwijała się inaczej, niż 
podważając w sposób krytyczny swoje pierwsze formy ekspresji, swój „początek”. Nic takiego nie 
miało miejsca w przypadku marksizmu: tylko Róża Luksemburg miała odwagę pokusić się o krytykę 
schematów reprodukcji z księgi II Kapitału, ale to była pomyłka. Teoria marksistowska nie była 
nigdy podejmowana ani rozwijana. Tak było aż do ostatnich lat; ostatnio wygląda na to, że – 
pośród nieuchronnego zamieszania, które okaże się jednak płodne – zarysowuje się wreszcie ruch 
dociekań krytycznych. Otóż ten paradoks nie odsyła nas jedynie do bezsprzecznych skutków 
walki klasowej i panowania ideologii burżuazyjnej, które zmusiły marksizm do defensywy 
strategicznej; odsyła on nas również do luk występujących u Marksa, choć wystrzegamy się 
oceniania go z punktu widzenia Idei Teorii w Sobie, która powinna być „kompletna” – wolna od luk i 
sprzeczności. 

Materializm dwojakiego położenia idei w topice i podporządkowania idei walce klas nie może 
bowiem wystarczać do przemyślenia oddziaływania idei na walkę klas. Trzeba jeszcze, żeby idee 
odnajdywały się w masowych „formach ideologicznych”, a to nie jest możliwe za pośrednictwem 
prostej propagandy, lecz wymaga organizacji walki klasowej. „Proletariusze wszystkich krajów, 
łączcie się!” znaczy w praktyce „organizujcie się!”. Wydaje się jednak, że fakt organizacji nie 
nastręczał Marksowi szczególnych problemów teoretycznych: wszystkie związane z tym problemy 
niejako z góry rozwiązywała przejrzystość wspólnoty woli i świadomości, tworzonej przez wolnych 
i równych członków – antycypacji wolnej wspólnoty komunizmu, w której nie byłoby stosunków 
społecznych. Myśl o tym, że wszelka organizacja, chcąca zapewnić sobie trwałość oraz jedność 
myśli i czynu, musi wyposażyć się w aparat, że nie ma organizacji bez aparatu i że podział 
organizacji na aparat i członków może odtwarzać burżuazyjny podział władzy i stwarzać straszne, 
kończące się tragediami problemy, nie mogła przyjść Marksowi do głowy – ruch robotniczy musiał 
doświadczyć tego historycznie. Jego następcy nigdy jednak nie zajęli się tą sprawą jako kwestią 
teoretyczną – nawet Róża Luksemburg, która czuła niebezpieczeństwo. Tak jak Marks hołdował 

background image

przejrzystej idei organizacji, tak też nigdy nie zarzucił swojej starej, przejrzystej koncepcji 
ideologii jako „świadomości” lub całokształtu idei; nie zdołał pojąć jej materialności, tzn. realizacji 
w praktykach regulowanych przez aparaty funkcjonujące jako „formy ideologii panującej” i 
zależne od państwa. Wielu następców Marksa, ograniczając się do powtarzania tego, co on 
powiedział, tzn. do komentowania go lub interpretowania, pogrążyło się ślepo w nocy – nocy w 
sprawie państwa, nocy w sprawie ideologii, nocy w sprawie partii, nocy w sprawie polityki – i 
sprawiło w ten sposób, że myśl Marksa ześliznęła się wręcz w coś, co było jej zupełnie obce. 

Pokusa dogmatu 

Głoszono, że marksizm nie jest „dogmatem, lecz przewodnikiem w działaniu” – i z samego tego 
zaprzeczenia wyzierała pokusa dogmatu. Sam Lenin mówił bez wahania, że „idee Marksa są 
wszechmocne, ponieważ są prawdziwe” i że „marksizm jest odlany w stalowej bryle”. Należy 
oczywiście wziąć pod uwagę kontekst i zrozumieć, że umyślnie „przeginał on pałę w drugą stronę”, 
ale w historii kontekst się ulatnia, a słowa zostają. Uczyniono z marksizmu ewolucjonistyczną 
historiozofię (Kautsky, Plechanow), a z Kapitału traktat z dziedziny ekonomii politycznej i aby 
należycie przypieczętować całe przedsięwzięcie, z takich godnych pożałowania prac Engelsa, jak 
L. Feuerbach czy Dialektyka przyrody pobrano budulec do budowy filozofii marksistowskiej – 
materializmu dialektycznego, zaś Lenin, chcąc uczynić z niego absolutną gwarancję, ogłosił, że 
jest on „jedynym do końca konsekwentnym” materializmem. Gdy w końcu tendencja ta wzięła górę, 
marksizm mógł stać się filozofią (materializmem dialektycznym), której „częścią składową” 
ogłoszono materializm historyczny, a zastosowaniem – socjalizm naukowy. W imieniu Marksa 
Stalin ustalił na długie lata formuły tego heglizmu dla ubogich, tej Wiedzy Absolutnej bez 
zewnętrza, z której zniknęła wszelka topika – a to dlatego, że gdy „o wszystkim decydują kadry”, 
definicja Prawdy należy wyłącznie do przywódców; burżuazyjna ideologia wszechmocy idei 
triumfowała w monstrualnej jedności państw-partii-ideologii państwowej, a masy miały się jedynie 
podporządkować – i to w imię swojego wyzwolenia. 

Chcąc wyjaśnić to niesłychane zjawisko defraudacji nie wystarczy powołać się na ideologię 
burżuazyjną – na jej wpływ na ruch robotniczy. Należy też wyjaśnić reprodukcję jej form w tym 
ruchu. Nie można więc obejść się bez teorii ideologii, nie tylko w jej stosunkach z państwem, w 
jej materialnym istnieniu w aparatach, ale również w jej stosunkach z samą partią. Działacze 
marksistowscy zawsze zdawali sobie sprawę z wpływu ideologii burżuazyjnej (panującej) na 
tendencje w ruchu robotniczym, ale zawsze pojmowali ten wpływ w sposób mechanistyczny i w 
ostatecznym rachunku w nim upatrywali zawsze przyczynę swoich trudności i „odchyleń”. Tylko i 
wyłącznie w nim. Zaabsorbowani i jakby zaślepieni praktyką i bieżącymi problemami walki klas, nie 
zdawali sobie sprawy, że wszelka organizacja walcząca wydziela specyficzną ideologię, której 
zadaniem jest bronić i gwarantować jedność organizacji. O ile uznawali, że aby stać się 
politycznie czynną, teoria marksistowska musi znaleźć dla siebie masowe „formy ideologiczne”, o 
tyle nie brali naprawdę pod uwagę faktu, że między ideologią marksistowską a ideologią, jakiej 
wymaga istnienie, jedność i obrona organizacji, zachodzi różnica, a może nawet wystąpić 
sprzeczność. Z braku teorii partii i skutków, jakie pociąga za sobą właściwa jej struktura aparatu, 
nie zdawali sobie sprawy, że ideologia marksistowska może zostać zniekształcona przez ideologię 
potrzebną partii jako takiej. Formuły Lenina o „wszechmocy idei Marksa” i „stalowej bryle 
marksizmu” są właśnie odzwierciedleniem wymogów tej ostatniej. Po to, aby w dramatycznym 
okresie partia mogła być jednolita w swojej praktyce organizacyjnej, pewna swojej sprawy i 
przyszłości, trzeba jej było, ni mniej, ni więcej, tylko proklamacji, że posiada ona gwarancję 
Prawdziwości swojej ideologii i niewzruszonej jedności swojej teorii i praktyki. Ponieważ zaś 
partia jest aparatem, istniała wielka pokusa przypisania sobie przez kierownictwo gwarancji 
ideologicznej w postaci swojego rodzaju Wiedzy Absolutnej – do tego stopnia, że przestano 

background image

dostrzegać funkcję ideologiczną tej wiedzy, zlewającej się z władzą kierownictwa, a więc tym 
samym zagrożenia, jakie ona stwarzała. Doszło do tego, że przestano zdawać sobie sprawę, iż ta 
nie doceniana funkcja ideologii może w końcu odtworzyć strukturę państwa burżuazyjnego w 
samej partii, w różnicy między jej przywódcami a członkami. 

Po to jednak, aby można było zauważyć, że wiadomy wszystkim wpływ ideologii burżuazyjnej na 
ruch robotniczy nie dotyczy tylko „idei” czy „tendencji”, ale odzwierciedla się również w 
materialności struktur organizacyjnych, mających tendencję do odtwarzania struktury państwa, 
potrzebna byłaby materialistyczna teoria ideologii, państwa, partii i sfery polityki. Realia te 
marksizm stale napotykał w praktyce swoich organizacji; musiał rozwiązywać problemy polityczne, 
jakie one nastręczały, ale czynił to po omacku – jak niewidomy. Na tym polega wielkość i patos 
dzieł i czynów Lenina, który bardzo wyraźnie czuł, że kwestie te istnieją i nieprzerwanie 
korygował i wywracał do góry nogami swoją myśl, stojąc w obliczu ogromnego zadania tworzenia 
nowej partii i nowego państwa oraz zachęcając masy do odnowy ideologicznej poprzez rewolucję 
kulturalną. Niebywałe doświadczenie jego praktyki koryguje w dużym stopniu mityczną ideę 
rewolucji (która jest pełnym sprzeczności i długotrwałym procesem, a nie totalną i 
natychmiastową mutacją), ale nie wieńczy go teoria państwa, ideologii i partii. Na tym polega 
wielkość i patos Gramsciego, który czuł, jakie znaczenie mają te kwestie i jaka jest ich waga 
polityczna, ale nie zdołał wyjść poza dociekania historyczne, ujęte jeszcze w karby historiozofii. 
Na tym polega wielkość Mao, który praktycznie zakwestionował metafizyczną ideę dialektyki, 
gdyż miał odwagę poddać dialektykę dialektyce (mamy na myśli jego teorię sprzeczności) (3), a 
więc poruszyć sprawę natury stosunków ideologicznych, i podnieść rękę na odrębność i potęgę 
aparatu partyjnego, lansując ambitny projekt rewolucji kulturalnej, która miała zmienić stosunek 
partii do mas (4). I tym jednak razem w ślad za praktyką nie przyszła teoria. 

Z powyższego stwierdzenia nie należy czynić sądu, bo gdybyśmy odpowiedzialność za to, jak 
potoczyła się historia, przypisali nieobecności teorii ideologii, państwa, partii i polityki, 
popadlibyśmy w subtelną postać „wszechmocy idei”. Przyjęlibyśmy założenie, że „kompletna” 
teoria marksistowska byłaby w stanie zapanować nad historią, co oprócz idealizmu, właściwego 
mniemaniu, że można panować nad historią, zakłada również idealizm właściwy mniemaniu, że 
teoria „reprezentująca proletariat” w walce klasowej nie wywodzi się z tej walki i nie podlega 
działaniu potęgi państwa oraz ideologii panującej, nie jest uzależniona od struktur organizacji 
proletariackich i od ideologicznych warunków konstytuowania się i walki tych organizacji. Teoria 
marksistowska podlega tej walce zarówno pod względem swoich odkryć, jak i pod względem 
swoich luk i sprzeczności, podobnie jak jest zaangażowana w deformacje i tragedie swojej 
historii. 

background image

Tragedia historii marksizmu 

Marksizm nie uwolni się od tragedii swojej historii potępiając je czy wyrażając z ich powodu żal: 
byłoby to moralizatorstwo, a także rezygnacja teoretyczna i polityczna. Jest rzeczą niezbędną, 
aby je uznał, wziął na siebie, postawił na porządku dnia, sięgnął do ich korzeni i wykuł środki 
teoretyczne, konieczne do ich zrozumienia. Nie ma to nic wspólnego z ciekawością intelektualną, 
powodowaną chęcią poznania nieodwracalnej przeszłości. Tym, o co chodzi w tego rodzaju 
radykalnej refleksji, jest marksizm dziś – bo zmieni się on, gdy tylko zacznie w końcu poznawać 
się i widzieć takim, jakim jest. 

Problemy teoretyczne nie rozstrzygają się w głowach intelektualistów, ci bowiem nie decydują ani 
o ich pojawieniu się, ani postawieniu, ani podjęciu. Być dziś materialistą, to przede wszystkim 
uznać, że zarysowanie pierwszego, niepewnego bilansu myśli Marksa, jej luk, sprzeczności i 
złudzeń, jest możliwe dlatego, że narzuca nam to i pozwala nam na to sytuacja – że ogromny 
rozwój robotniczej i ludowej walki klasowej na świecie i w naszych własnych krajach, nie mająca 
precedensu siła potencjalna tej walki, jaka ujawnia się w ripoście wobec ofensywy imperializmu 
(5), sprawia, że wreszcie mamy do czynienia z widocznym gołym okiem wybuchem ogólnego – 
politycznego, ideologicznego i teoretycznego – kryzysu marksizmu, przejawiającego się w jego 
sprzecznościach, pomyłkach, impasach i dramatach. Nie sięgając głębiej w przeszłość można 
powiedzieć, że kryzys ten został zablokowany i przypieczętowany w formach stalinowskiego 
dogmatyzmu państwowego, skazującego na potępienie i izolację polityczną tych, którzy usiłowali 
się nim zająć. Nowym, doniosłym faktem jest to, że formy tej blokady ulegają obecnie 
rozproszeniu i że nawet w rozproszeniu elementy kryzysu stają się widoczne dla mas ludowych. 
To właśnie wymogi tego kryzysu każą nam dostrzegać to, czego brakuje u Marksa, ponieważ mamy 
żywotną potrzebę dobrze orientować się w sprawach imperializmu, państwa, ideologii, partii i 
polityki. Wystarczy poczytać Marksa i Lenina, aby się przekonać, że marksizm – nawet wtedy, gdy 
był żywy – znajdował się zawsze w położeniu krytycznym (w dwojakim znaczeniu tego słowa, tzn. 
zwalczał złudzenia ideologii panującej, będąc zarazem nieustannie zagrożony w dziedzinie swoich 
własnych odkryć), ponieważ angażował się w ruchu masowym i był przez ten ruch zaskakiwany, 
będąc zarazem otwarty na wymogi nieprzewidywalnej historii walk, toczonych przez masy. Masy 
zaś, dziś bardziej niż kiedykolwiek – nawet wtedy, gdy wikłają się w najgorsze sprzeczności – są w 
ruchu. 

Być może po raz pierwszy w dziejach marksizm stoi u progu głębokich przemian i widać już ich 
pierwsze oznaki. Teoria marksistowska może dziś i musi podjąć stare hasło Marksa, którego nigdy 
już nie powinna zarzucać – „dokonać obrachunku ze swoim dawniejszym sumieniem filozoficznym”. 
Przede wszystkim z sumieniem filozoficznym samego Marksa – wiedząc, że nie jest to oczywiście 
sprawa samych filozofów, intelektualistów i działaczy ani nawet sprawa samych partii, bowiem 
„każdy człowiek jest filozofem” (Gramsci). W ostatniej instancji jest to sprawa mas ludowych i 
one przesądzą o niej w ogniu walki. 
  

background image

Tłumaczył i przypisami opatrzył Zbigniew Marcin Kowalewski

 

Louis Althusser (1918-1990) – filozof marksistowski, profesor w bardzo elitarnej intelektualnie 
École Normale Supérieure (Wyższej Szkole Pedagogicznej) przy ul. Ulm w Paryżu, w ostatnim 
okresie życia bezwzględny krytyk „materializmu dialektycznego” i zwolennik „materializmu 
aleatorycznego”, wychowawca licznego grona uczonych i przewodnik ideowy młodzieży 
maoistowskiej, przez wiele dziesięcioleci działacz Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF), z 
którą zerwał pod koniec życia; autor m.in. Pour Marx (1965), Lire le Capital (1965, wraz z  
Balibarem i innymi), Lénine et la philosophie (1969), Marx et Lénine devant Hegel (1972), 
Philosophie et philosophie spontanée des savants (1974), Eléments d’autocritique (1974), 
Positions (1976) i wielu prac wydanych pośmiertnie, m.in. écrits sur la psychoanalyse: Freud et 
Lacan (1993), Sur la philosophie (1994), dwóch tomów écrits philosophiques et politiques 
91994-1995) i Sur la reproduction (1965) oraz dziennika prowadzonego podczas wojny w 
niemieckim obozie jenieckim i autobiografii. W numerze 10/1998 Lewej Nogi opublikowaliśmy jego 
artykuł pt. „Przeobrażenie filozofii”. 
Przypisy: 

* „Le marxisme aujourd’hui” to jedna z ostatnich prac, jakie sam Althusser oddał do druku i 
spośród nich zapewne najważniejsza. Wyszła po włosku w Enciclopedia Europea t. VII, Mediolan, 
Garzanti 1978. Oryginał francuski, z którego dokonano przekładu, ukazał się dopiero w 1991 r. – 
tuż po śmierci autora – w specjalnym, poświęconym mu, numerze czasopisma M Mensuel, 
Marxisme, Mouvement (nr 43). Śródtytuły pochodzą od wydawcy francuskiego. Polskie 
tłumaczenie opatrzyliśmy kilkoma przypisami. 

1) W swoich radach praktycznych dla czytelników Kapitału Althusser sugerował, aby księgę I 
czytali w następującej kolejności: pomijali całkowicie dział pierwszy, czytali bardzo uważnie działy 
drugi, trzeci, czwarty, szósty i siódmy, pomijając na razie (bardzo techniczny) dział piąty, i 
dopiero na końcu próbowali czytać dział pierwszy, „wiedząc, że tak czy inaczej jest on niezwykle 
trudny i wymaga szczegółowych wyjaśnień”. „Moim zdaniem nie można zacząć (i to tylko zacząć) 
rozumieć działu pierwszego inaczej jak po przeczytaniu raz i drugi całej księgi I, zaczynając 
lekturę od działu drugiego. Ta rada jest czymś więcej niż radą: jest to zalecenie, które pozwalam 
sobie przedstawić jako imperatywne. Każdy może doświadczyć tego praktycznie. Jeśli zacznie się 
czytać księgę I od początku, tzn. od działu pierwszego, człowiek albo w nim ugrzęźnie i zaniecha 
lektury, albo wyda mu się, że rozumie, ale to jeszcze gorsza rzecz, ponieważ istnieje duża szansa, 
że zrozumiał coś zupełnie innego, niż powinien był zrozumieć. Poczynając od działu drugiego 
(Przemiany pieniądza w kapitał) rzeczy są jasne. Dochodzi się wówczas bezpośrednio do samego 
sedna księgi I. Tym sednem jest teoria wartości dodatkowej, którą proletariusze mogą zrozumieć 
bez żadnego trudu, ponieważ jest to po prostu naukowa teoria tego, czego doświadczają na co 
dzień – wyzysku klasowego.” (L. Althusser, Positions (1964-1975), Paryż, Editions Sociales 1976, 
ss. 49-60.) 

2) O zapożyczonym od Freuda pojęciu topiki u Althussera pisał Z.M. Kowalewski w artykule 
„Filozofia w topografii walki klas: Wprowadzenie do Przeobrażenia filozofii Althussera”, Lewą 
Nogą nr 10, 1998. Z biegiem czasu topika stała się głównym przedmiotem badań Althussera, 
wypierając (a nawet rugując) cięcie epistemologiczne, które było takim przedmiotem na początku 

background image

(patrz É. Balibar, Écrits pour Althusser, Paryż, La Découverte 1991, ss. 9-57). Jak wyjaśnia 
Étienne Balibar, odwrócenie stosunków między tymi pojęciami wiązało się z innym odwróceniem: 
„Na początku chodziło mu [Althusserowi] o to, aby przeciwko »wulgarnemu« materializmowi 
(ekonomizmowi, naturalizmowi itd.) przywrócić prymat dialektyki nad materializmem (pod 
warunkiem, rzecz jasna, gruntownego przerobienia dialektyki celem wydarcia jej heglowskiemu 
idealizmowi); na koniec – wręcz przeciwnie – chodziło o to, aby przeciwko wszelkim – 
»teoretystycznym« lub nie – wariantom (»szaleńczej«) wiary we »wszechmoc idei« (wraz z jej 
skutkami politycznymi) przywrócić prymat materializmu nad dialektyką: »materializmu« zdarzeń, 
praktyk i układów sił, nie zaś oczywiście »materializmu« typu ewolucjonistycznego czy 
fizykalistycznego. Rzecz w tym, że idea »cięcia« (podobnie jak rewolucji) należy bezsprzecznie 
do teoretyzacji dialektycznej, podczas gdy Althusser bez przerwy wskazuje, że »topika 
marksistowska« (podobnie zresztą jak »topika freudowska«) jest pewną kategorią 
materialistyczną, a nawet stanowi taką kategorię w najpełniejszym tego słowa znaczeniu.” (É. 
Balibar, „L’objet d’Althusser”, (w:) S. Lazarus (red.), Politique et philosophie dans l’oeuvre de 
Louis Althusser, Paryż, Presses Universitaires de France 1993, s. 106). 

3) Althusser wysoko oceniał teoretyczną wartość pracy Mao „W sprawie sprzeczności” (Mao Tse-
tung, Dzieła wybrane t. 2, Warszawa, KiW 1954, ss. 331-379; patrz też V. Holubnychy, „Mao Tse-
tung’s Materialist Dialectics”, The China Quarterly nr 19, 1964; J. W. Freiberg, „The Dialectic in 
China: Maoist and Daoist”, Bulletin of Concerned Asian Scholars t. 9 nr 1, 1977; N. Knight, „Mao 
Zedong’s On Contradiction and On Practice: Pre-Liberation Texts”, The China Quarterly nr 84, 
1980). Zdaniem Althussera, Marks mylił się twierdząc, iż idealistyczny charakter dialektyki 
heglowskiej bierze się stąd, że u Hegla „stoi ona na głowie” i że aby stała się materialistyczna, 
„trzeba ją postawić na nogi” – mylił się, ponieważ przy takim (zresztą niewykonalnym) 
„odwróceniu” dialektyka ta zachowuje swoją strukturę, a to ona stanowi o jej idealistycznym 
charakterze (L. Althusser, Pour Marx, Paryż, Maspero 1965, ss. 85-128 i tenże, Lénine et la 
philosophie suivi de Marx et Lénine devant Hegel, Paryż, Maspero 1972, ss. 49-71). Wspomniana 
praca Mao była dla Althussera ważnym źródłem inspiracji w studiach nad dialektyką 
materialistyczną. Uważał, że Mao zawarł w niej zupełnie obce perspektywie heglowskiej analizy 
koncepcji sprzeczności – że na próżno szukalibyśmy w niej śladów organicznych kategorii 
heglowskich, a u Hegla najistotniejszych kategorii, występujących w tej pracy: rozróżnienia 
między sprzecznością główną i drugorzędną, między główną i drugorzędną stroną sprzeczności, 
między sprzecznością antagonistyczną i nieantagonistyczną oraz „prawa nierównomierności 
rozwoju sprzeczności”. Powołując się na pracę Mao Althusser postawił tezę, że differentia 
specifica materialistycznej kategorii sprzeczności polega na jej nierówności – a więc że 
sprzeczność podlega nad- albo poddeterminacji, która odzwierciedla w sprzeczności warunek jej 
istnienia, a mianowicie swoistą strukturę nierówności (“strukturę z dominantą”) zawsze-już-danej 
całości złożonej, w jakiej istnieje; tak rozumiana sprzeczność jest motorem wszelkiego rozwoju i 
nierozwoju; przemieszczanie się, kondensacja i wybuch są trzema formami istnienia sprzeczności; 
poprzez swoją przewagę formy te, oparte na nad- albo poddeterminacji sprzeczności, zdają 
sprawę z trzech faz – nieantagonistycznej, antagonistycznej i wybuchowej – istnienia wszelkiego 
(zawsze złożonego) procesu (L. Althusser, Pour Marx, ss. 198-224 i tenże, Positions, ss. 138-151; 
patrz też S. Karsz, Théorie et politique: Louis Althusser, Paryż, Fayard 1974, ss. 91-143). 

4) Chińska „rewolucja kulturalna” (1966-1968) była bardzo trudnym hieroglifem, toteż 
Althusserowi nie udało się go prawidłowo odczytać (patrz jego nie podpisany artykuł „Sur la 
Révolution culturelle”, Cahiers Marxistes-Léninistes nr 14, 1966). Jak pisze G. Elliott (Althusser: 
The Detour of Theory, Londyn – Nowy Jork 1987), postrzegał ją jako „punkt ciężkości komunizmu 
demokratycznego” – miał nadzieję, że przyniesie rewolucyjną i demokratyczną alternatywę wobec 
ruchu komunistycznego i „realnego socjalizmu”. W rzeczywistości, celem rozprawienia się z 

background image

rywalami w łonie rządzącej biurokracji i przebudowania ustroju po swojej myśli, Mao wespół ze 
sprzymierzonymi frakcjami rozpętał odgórnie „rewolucję kulturalną”, posługując się pewnymi 
aspektami programu i strategii rewolucji antybiurokratycznej oraz teorii rewolucji permanentnej 
(patrz S. R. Schram, Documents sur la théorie de la »révolution permanente« en Chine: Idéologie 
dialectique et dialectique du réel, Paryż, Mouton 1963; tenże, „Mao Tse-tung and the Theory of 
Permanent Revolution, 1958-1969”, The China Quarterly nr 46, 1971; G. Young, D. Woodword, 
„From Contradictions among the People to Class Struggle: The Theories of Uninterrupted 
Revolution and Continuous Revolution”, Asian Studies t. XVIII nr 9, 1978; J. B. Starr, Continuing 
the Revolution: The Political Thought of Mao, Princeton, Princeton University Press 1979; L. 
Ditter, China’s Continuous Revolution: The Post-Liberation Epoch, 1949-1981, Berkeley – Los 
Angeles – Londyn, University of California Press 1987). Wezwał masy do obalenia władzy, 
oskarżanej przezeń, że uległa „zwyrodnieniu rewizjonistycznemu”, jest w rękach „nowej klasy 
uprzywilejowanej”, „kroczy drogą kapitalistyczną” i „stosuje represje wobec mas”, oraz 
ustanowienia demokracji wzorowanej na Komunie Paryskiej. Wezwania do buntu – również 
przeciwko wojsku – ponawiał parokrotnie, po czym za każdym razem szedł na kompromisy w łonie 
biurokracji i pozostawiał ruchy masowe na łasce losu lub przyzwalał na ich dławienie. Ruchy te były 
odgórnie kontrolowane, manipulowane i wykorzystywane w zaciekłych walkach frakcyjnych jako 
siła uderzeniowa i represyjna. Stworzoną przez nie Komunę Szanghajską szybko zdemontowano 
na polecenie Mao, a tzw. „ultralewicowe” organizacje masowe, na których się opierała, rozbito 
(pokazał to wyraźnie w skądinąd promaoistowskiej pracy V. Nee, „Revolution and Bureaucracy: 
Shanghai in the Cultural Revolution”, (w:) V. Nee, J. Peck (red.), China’s Uninterrupted Revolution: 
From 1840 to the Present, Nowy Jork, Pantheon 1975). W łonie samych ruchów masowych doszło 
do nieraz ciężkich walk między nurtami „konserwatywnymi”, którym przewodziły środowiska 
względnie uprzywilejowane wśród młodzieży i robotników, a radykalnymi „czerwonymi 
buntownikami”, rekrutującymi się z również młodzieżowych i robotniczych środowisk 
nieuprzywilejowanych. Te ruchy masowe, które wymknęły się spod kontroli, dążyły do rozbicia 
machiny biurokratycznej i zaczynały ustanawiać własną władzę, rozgromiło wojsko, użyte 
ostatecznie do restauracji dyktatury biurokratycznej. Tam, gdzie – jak np. w Guilinie – ruchy 
masowe usamodzielniły się najbardziej i wszczęły prawdziwą rewolucję antybiurokratyczną, 
utopiono je we krwi, co przejrzyście przedstawił w swoich wspomnieniach były „czerwony 
buntownik” z Guilinu, Hua Linshan (Les années rouges, Paryż, Seuil 1987). 
  

5) Althusser pisał te słowa pod ogromnym wrażeniem zrywów masowych 1968 r. w wielu krajach 
świata, których echa jeszcze nie przebrzmiały, a także niedawnej klęski Stanów Zjednoczonych w 
Indochinach. 


Document Outline