background image
background image

   Jerzy o sobie

Już na długo przed urodzeniem oznaczałem się kolosalnym poczuciem 
czarnego humoru, czego najlepszym dowodem było późniejsze przyjście 
na świat. Po pewnym czasie orzekłem samokrytycznie, że dowcipów był z 
gatunku raczej miernych, w związku z czym postanowiłem zająć się czymś 
poważnie.
Pierwszy dowcip opublikowałem w klasie czwartej szkoły podstawowej. 
Nasza klasa pomagała wychowawczyni w prowadzeniu szkolnej biblioteki. 
Pewnego dnia układałem książki na półkach, zaś trzy panie nauczycielki 
zajęte były rozmową w przeciwległym końcu pokoju. W pewnej chwili 
weszła ówczesna moja sympatia i zapytała mnie: „Czy są dziewczynki?” – 
mając oczywiście na myśli swoje koleżanki.
Są – odpowiedziałem mając na myśli nauczycielki – ale dorosłe.
Tego to historycznego dnia przylgnęło do mnie niejasne określenie 
człowieka, o którym należy wiedzieć, że nie wiadomo co i kiedy powie.
Nieco poważniej zająłem się tymi niepoważnymi sprawami na studiach. W 
tym zajmowaniu posunąłem się do tego stopnia, że kiedy Rada Uczelniana 
Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach ogłosiła literacki konkurs o 
„Zielony Kwadrat”, miałem czelność wziąć w nim udział. Ku zdumieniu 
wszystkich, a szczególnie tych, którzy mieli poważne wątpliwości co do 
kompletu klepek danych mi przez naturę do dyspozycji, jury kierowane 
przez pana Aleksandra Baumgartena przyznało mi pierwszą nagrodę oraz 
„Zielony Kwadrat”. Laur ten spłynął na mnie za króciutkie opowiadanie, 
humoreskę właściwie, noszącą tytuł Gubernator”. Sukces ten spowodował, 
że w swej bezczelnej zarozumiałości, zjawiłem się z maszynopisem 
humoreski w redakcji „Karuzeli” i po upływie pewnego czasu znalazłem ją 
na jej łamach. Było to w styczniu 1967 roku i od tego czasu stale, nie bez 
satysfakcji połączonej z przyjemnością, współpracuję z tym uśmiechniętym 
czasopismem. Kąśliwie uśmiechniętym, muszę dodać.
Jak mi się wydaje, jestem jednym z najmłodszych jej współpracowników, 
przeto i niewiele mam o sobie do powiedzenia. Niekiedy zdarzają mi się 
nieomal anegdotyczne sytuacje, których przyczyną jest mój młody wiek i 
fakt zderzenia nazwiska przy nagłówku felietonu z twarzą właściciela 
nazwiska. Rzecz w tym, że nie wszyscy wierzą, że mając tyle lat i taką gębę, 
można w ogóle pisać coś podobnego. Wszelkie próby wytłumaczenia z 
mojej strony kwitowane są uśmiechem pełnym wyrozumiałości, który 
rozumieć należy: „On pisze, a więc nie wiadomo jak tam u niego było w 
dzieciństwie”.
Poza tym, drugim moim wielkim nałogiem jest kabaret. Miałem 
przyjemność być autorem i aktorem niewielkiego, bo dwuosobowego 
teatrzyku piosenki, niestety wszelkie z nim związane plany zmuszony 
zostałem odwiesić na jakiś czas na kołku.
Cóż więcej z planów?. Mam apetyt na niewielki tomik felietonów, między 

background image

innymi tych drukowanych w macierzystym piśmie, ale na razie kończy się 
to jedynie na apetycie.
O innych planach nie mogę powiedzieć niczego poza enigmatycznym ho! 
ho!
Dziękuję za uwagę.

Jerzy zadebiutował w „Karuzeli” mając 20 lat („Karuzela” 2/242 
styczeń 1967). Tekst powyższy napisał mając 24 lata („Karuzela” 
24/336 grudzień 1970

Jerzy   Nowosad   urodził   się  

5   października   1946

  roku   w   Kościanie   k. 

Poznania.
Ze   względu   na   charakter   pracy   ojca,   mieszkał   w   wielu   miastach   Polski: 
Poznań,   Szczecin,   Olsztyn,   Koszalin,   Katowice.   Licealne   lata   spędził   w 
Koszalinie. Darzył to miasto szczególnym sentymentem do końca swych 
dni. W nim zrodziły się pierwsze przyjaźnie, miłości oraz zamiłowanie do 
poezji, teatru, filmu. Z zawodu technik programista i analityk komputerowy 
– swoje utwory zamieszczał na łamach "Fenixa", "Voyagera" oraz "SFery". 

1989

 roku katowicki KAW opublikował zbiór jego opowiadań

 Opowieści 

przy gasnących świecach.

 Swoich możliwości pisarskich spróbował po raz 

pierwszy w 1966 roku startując w konkursie literackim. Zdobył wówczas I 
nagrodę   za   humoreskę

 

Gubernator

 

-i   tak   to   się   zaczęło.

Temperament zgryźliwego satyryka sprawił, że Nowosad przez długie lata 
współpracował   z   "Karuzelą",   na   łamach   której   publikował   humoreski.
Powieść  

Czerwone   oczy

  zdobyła   II   nagrodę   w   Konkursie   Literackim 

ogłoszonym   przez   Dom   Wydawniczy   Ławica   w   Poznaniu   w   1993   roku, 
jednak   drukiem   ukazała   się   po   raz   pierwszy   nakładem   wydawnictwa 
Fabryka Słów dopiero w  2006 roku.

Jerzy Nowosad zmarł w 2004 roku.

1966

  -   konkurs   literacki   ogłoszony   przez   Radę   Uczelni   Wyższej   Szkoły 

Ekonomicznej w Katowicach o „Zielony Kwadrat” - I nagroda za humoreskę 

„Gubernator”

  (W   jury   konkursu   przewodniczącym   był   Pan   Aleksander 

Baumgarten)

1967

  -   rozpoczęcie   współpracy   z   pismem   satyrycznym   „Karuzela” 

humoreską „Gubernator”. Współpraca trwała do 1991 roku. W tym samym 
roku   także  humoreski:  

Rebelia,   Aligator,   Dyktator,   Jak  ukatrupić   pomysł 

literacki

 (przedruk w Estonii).

background image

1968  

-   humoreski   -  „Karuzela”:  

Awantura   w   piekle,   Tygrys,   Nowe  szaty, 

Zemsta.

1969 

- humoreski - „Karuzela”: 

Wirtuoz, Bunt, Nad morzem,Proszę 10 deko 

poczucia   humoru,   Dziadek.

  Studio   Poetyckie   –  teatr  studencki  ZSP  przy 

Uniwersytecie Śląskim w Katowicach Poezja i Piosenka Studencka.

1970  

-   humoreski   -   „Karuzela”:  

Twarzą   w   twarz,   Okrutny   tomahawk, 

Sexisko, Początek lata, Dzień Jowisza

 (przedruk w Estonii), 

Pegaz.

1971

 - humoreski - „Karuzela”: 

Inwazja seksu

 (przedruk w Estonii), 

Zamach, 

Smok.

1972

  - humoreski - „Karuzela”:  

Awantura – widmo roku 2000

  (przedruk w 

Bułgarii), 

Jaki ja właściwie jestem, Potworny upał, Ostatni letni pociąg, Koń 

w trampkach, Wieczór wigilijny.  

Wyróżnienie w Konkursie na słuchowisko 

dla dzieci i młodzieży p.t. 

„Przygoda z imaginatorem”

 – emisja 9.04.1972

1973

  -   humoreski   -   „Karuzela”:  

Zimowe   popołudnie,   Bydlę,   Wieprz, 

Następca tronu, Bitwa nad Allelują, Alchemik, Kandydat, Nowy Rok.

1974

 - humoreska - „Karuzela”:

 Jutrzenka.

1975

 - humoreski - „Karuzela”: 

Odkrycie, Karnawałowa noc, Etat, Wiosenny 

niepokój,  Zapomniany  świat, Koń trojański

  (przedruk  w Czechosłowacji), 

Potwór, Noc niespodzianek.

1977 

- humoreski - „Karuzela”: 

Hulajnoga

 (przedruk w Belgii), 

Skrzydła.

1978

 - humoreska - „Karuzela”: 

Latający Holender.

1979

 - humoreski - „Karuzela”: 

Zjawisko, Tajemniczy płyn.

1981

 - humoreska - „Karuzela”: 

Gród.

1982

  -   humoreski   -   „Karuzela”:  

Tygrys

  (przedruk   w   Belgii),

  Maczuga, 

Samochód, Smok

 (przedruk w Belgii), 

Kobietki.

1983

  -   humoreski   -   „Karuzela”:  

Spotkanie   w   upalny   dzień,   Wizyta, 

Nieznajomi, Dziwne spotkanie, Jesienny facet.

background image

1984

  - humoreski - „Karuzela”:  

Lustro, Wiosenne spotkania, Interwencja, 

Mgła, Czas, Magnes, Temat

1986

  -   humoreski   -   „Karuzela”:  

Szklana   góra,   Wiosenne   obserwacje, 

Emerytura, Sen nocy letniej, Mikser.

1987

 - humoreski - „Karuzela”: 

Przypowieść o śmiechu, Rozmowy ze mną. 

3   Mikrosłuchowiska   w   Teatrze   Polskiego   Radia   o   tytułach:  

Linda, 

Miasteczko, Mężczyzna o śmiejących się oczach.

 Emisja 31.05.1987 Polskie 

Radio Pr.I
 

1988

  -   humoreski   -   „Karuzela”:  

Wysokie   loty,   Dzień   nieszczerych 

uśmiechów, Calineczka, Wspominki.

1989

 - humoreski - „Karuzela”: 

Sylwestrowa noc, Kantor wymiany, Dziwna 

pora   roku,   Spotkanie,   Menażeria,   Odwrót,   Sexisko

  (przedruk   w   Belgii), 

Potęga słowa.

„Opowieści przy gasnących świecach”

 – wydanie książkowe 

KAW Katowice

1990  

-   humoreski   -   „Karuzela”:   Handlarz,  

Wiosenne   zmęczenie,   Gzdillus 

gzdillus, Bydlę

 (przedruk w Belgii).

 Zajazd, Nasze czasy.

1991

 - humoreska - „Karuzela”: 

Wiosenna lekkość.

1992

  -   opowiadania   -   „Voyager”:  

Zjazd   koleżeński,   Życzenie   śmierci

opowiadania - „Fenix”:  

Wzgórze wisielców, Nocne psy,

 

Historia z wujem 

Tomaszem.

1993

  - opowiadanie - „Voyager”:  

Zwykła nieprzyzwoitość.

  Opowiadanie - 

„Fenix”:  

Zegarmistrz

.II   nagroda   w   Konkursie   ogłoszonym   przez   Dom 

Wydawniczy   „Ławica”   w   Poznaniu   za   powieść  

„Czerwone   oczy”

  Wyniki 

ogłoszono w „Wprost” nr 19 z 9.05.1993.

1994

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Podarta fotografia.

1995

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Opętanie.

1996

 - opowiadania - „Fenix”: 

Ostatni z klasy, Lustra, Dom.

1997

  -   opowiadania   -   „Fenix”:  

Człowiek   z   fotografii,   Sentymentalne 

background image

spotkanie

. Opowiadanie - „Express Tajemnic”: 

Linda.

1998

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Staw.

1999

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Efekt lustra.

2000

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Listy.

2001

 - opowiadanie - „Fenix”: 

Garbus.

2003

 - opowiadanie - „Sfera”: 

Presja. 

Był żonaty (żona Stefania) z którą ma córkę Annę.

Powieść 

CZERWONE OCZY 

to horror osadzony w Polskich, wiejących nudą 

realiach. Niestety zamiast straszyć, często przywołuje ironiczny uśmiech. 
Jednakże   obfituje   w   masę   zabawnych   sytuacji   przepełnionych   celnymi   i 
często   cynicznymi   uwagami   odnośnie   ludzkości   i   polityki.   Tak   właśnie 
można scharakteryzować powieść „Czerwone oczy”

Para głównych bohaterów – Anna i Kamil - zamieszkuje średniej wielkości 
miasto   -   Koszalin.   Życie   toczy   się   leniwie,   wolnym   tempem.   Dopiero 
wypadek   samochodowy,   spowodowany  przez   pijanego   kierowcę  zmienia 
losy obojga. Główni bohaterowie giną i właśnie od tej chwili zaczynają się 
kłopoty. Niespodziewanie okazuje się, iż piekło przypomina rzeczywistość, 
z tą różnicą, że ma kilkadziesiąt poziomów oznaczonych minusem i kolejną 
cyfrą. 
Anna  i Kamil  trafiają na poziom -1, gdzie spotykają  ich różne przygody. 
Para   niedoszłych   nowożeńców   zaczyna   nowe   życie,   nie   różniące   się 
zbytnio od istnienia na poziomie 0, życia przed śmiercią . 
Głównymi „dostawcami” problemów dla pary kochanków są PePe (Pijany 
Poeta) i diabeł czystej krwi Buldo Kowolek. Diabeł opiekuje się bohaterami, 
a szczególnie Anną, co niejednokrotnie doprowadza czytelnika do śmiechu. 
PePe   natomiast   jest   przewodnikiem   po   poziomie   -1.   Postaci   zdarza   się 
ciekawie   rozmyślać   nad   kolejną   z   rzędu   butelką   i   zaskoczyć   celnością 
swych wywodów. Te dwie niezależne od siebie indywidua tworzą naprawdę 
zgrany   duet   –   doprowadzają   czytelnika   do   łez   i   mógłby   śmiało   zająć 
miejsce głównych bohaterów w tej infernalnej komedii. 

background image
background image

            

Jerzy Nowosad

     Gubernator 

Dziś nasze miasto przeżywa swój wielki dzień. Przyjeżdża gubernator. Ulice 
przystrojone są flagami, wspaniałymi girlandami i różnokolorowymi 
wstęgami. Na rynku ustawiono podium, a na nim fotel dla gubernatora.
Burmistrz ze zdenerwowaniem powtarzał po raz trzydziesty pierwszy słowa 
przemówienia. Tłum ludzi ze zniecierpliwieniem oczekiwał przyjazdu 
wielkiego gościa. Tylko gwardia honorowa stała nieporuszona, jakby nie 
interesowała się niczym.
Nagle rozległ się krzyk: Jedzie!!! Tłum zafalował. Po kilku chwilach w 
asyście dragonów wjechała na rynek kuta złotymi gwoździami kareta. 
Huknął salut z dział. Gwardia honorowa sprezentowała broń. Drzwi karety 
otwarły się i wyszedł gubernator.
- Niech żyje!! Niech żyje!!
 – rozległ się głos rozentuzjazmowanego tłumu.
Burmistrz z gracją wprowadził gościa na podium. Tłum uciszył się. 
Burmistrz z przejęciem zaczął przemówienie:
- Dziś jest wielki dzień naszego miasta. Ja, burmistrz, rada miejska i wy  
zacni mieszczanie z radością i ze zniecierpliwieniem oczekiwaliśmy tego 
dnia, kiedy jego wspaniałość zaszczyci naszą skromną mieścinę swoją  
szlachetną osobą. Azaliż nie dzieje się to tak, jakby Słońce nawiedziło  
Ziemię, a porównanie to nic a nic nie jest przesadzone…
- Gubernator jest świnią!! 
– ten głos rozległ się z tłumu.
Burmistrz zadrżał. Nieznacznie kiwnął głową w kierunku wachmistrza 
policji. Gdzieś w końcu tłumu zakotłowało się. Krzykacz był ujęty. 
Burmistrz mówił dalej:
- Jego wspaniałość to dla nas więcej niż Słońce. Jego wspaniałość to dla  
nas cudowny eliksir życia, jak woda dla spragnionego i chleb dla głodnego.
Gubernator uśmiechnął się do zmarzniętych dziewczynek ubranych w 
stroje ludowe. Nagle wśród ciszy rozległ się tętent końskich kopyt. Na 
rynek wpadł jeździec w barwach prezydenta. Podjechał do podium, po 
czym wyciągnąwszy zza pasa rulon opieczętowany pieczęcią prezydenta 
zaczął czytać:
„My miłościwie panujący prezydent podajemy do wiadomości, że z dniem  

background image

dzisiejszym gubernator piątej prowincji zostaje zdymisjonowany.  
Podpisano: ja, prezydent.”
Goniec zwinął rulon i wśród ciszy wyjechał z rynku. Kiedy zniknął za 
za¬krętem, rozległy się gwizdy. Burmistrz wyprostował się, popatrzył z góry 
na tłum, po czym szybkim ruchem zrzucił gubernatora ze złoconego fotela.
Z rozmachem kopnął go w tyłek. Tłum zaczął ryczeć.
- Dać mu w mordę! Napluć mu w twarz! Gubernator kretyn!! Bałwan !! Skuć 
mu pysk !! Podbić mu oko!!
Wszystkie życzenia tłumu burmistrz spełniał natychmiast. W pewnej chwili 
zatrzymał się, obciągnął frak i podniósł rękę. Tłum ucichł. Burmistrz zaczął 
mówić:
- Jesteśmy oto świadkami historycznej chwili, kiedy nowa, światła myśl 
polityczna zaczyna zwyciężać, kiedy nowa wspaniała filozofia zaczyna 
dawać cudowne owoce. Pozwólcie zatem, zacni mieszczanie, że w waszym  
imieniu wręczę ten order człowiekowi, który w czasach wielkiego  
zacofania, ciemnoty politycznej ośmielił się powiedzieć nam czystą, 
nieskalaną, dziewiczą prawdę.
Policjanci wśród wiwatującego tłumu nieśli człowieka, który krzyknął, że 
gubernator to świnia.

Opublikowano
21.01.1967
Kategoria
Humoreski

      Rebelia 

W pewnym zachodniośrodkowym mocarstwie zaczęto obawiać się rebelii. 
Siły policyjne postawiono w stan pogotowia. Wokół pałacu prezydenta 
stanął silny kordon oddziałów wojskowych. Ostrożność posunięto do tego 
stopnia, że w prywatnym pisuarze prezydenta ustawiono ciężki karabin 
maszynowy, zaś wiceprezydent przed wyjazdem ze swojej rezydencji 
wkładał sztuczną brodę.

background image

A wszystko zaczęło się od tego, że pewien nadporucznik, który był 
krótkowidzem nie zasalutował pewnemu majorowi z piechoty pancernej. 
Major doniósł o tym fakcie pułkownikowi, który był jego przełożonym. Ten, 
bojąc się
 odpowiedzialności, zameldował o tym generałowi, a generał 
doniósł feldmarszałkowi. Następnego dnia dowiedział się o tym prezydent.
- Tak panowie
 – powiedział prezydent. – To pachnie rebelią. Nadporucznik  
nie oddał honorów majorowi, a to może oznaczać tylko jedno – nie obawiał  
się skutków swego postępowania. Skoro się nie obawiał, miał ku temu 
powody. Zapewne jest związany z organizacją szykującą rebelię. Być może  
jest jej szefem.

Wszyscy pokiwali głowami. Prezydent miał rację, a to nie było wesołe.
Następnego dnia feldmarszałek zamknął się w swoim gabinecie.
- W razie rebelii warto mieć jakieś poparcie
 – pomyślał. Nie namyślając się 
długo napisał rozkaz awansu nadporucznika do stopnia pułkownika. Tego 
samego dnia wręczył nadporucznikowi szlify pułkownika.
Uścisnął przy tym nadporucznika nader serdecznie i kazał mówić sobie po 
imieniu.
Dowiedziawszy się o tym, prezydent zamknął się w swoim gabinecie.
- W razie rebelii lepiej być w zgodzie z jej przywódcami. Trzeba sobie  
zapewnić poparcie. 
Nie myśląc długo wypisał przyznanie nadporucznikowi najwyższego 
odznaczenia państwowego. Na uroczystym bankiecie z udziałem wielu 
znakomitych osobistości i ambasadorów obcych mocarstw odznaczono 
nadporucznika Superkrzyżem. Prezydent ucałował serdecznie 
odznaczonego w oba policzki i wypił z nim bruderszaft. Dwa dni później 
nadporucznik mianowany został osobistym adiutantem feldmarszałka, zaś 
pensję podniesiono mu do wysokości pensji admirała. Następnego dnia w 
południe nadporucznik otrzymał od prezydenta wspaniałą nadmorską 
posiadłość. Wieczorem podniesiono mu stopień do generała. Dzień później 
stał się właścicielem kopalni złota, którą darował mu prezydent.
Dokładnie tydzień potem wybuchła rebelia. Prezydent i feldmarszałek 
zostali aresztowani. Nadporucznika zdegradowano do stopnia starszego 
szeregowca.
Dziś prezydent jest portierem w pewnym podrzędnym lokalu, a 
feldmarszałek dozorcą w niewielkim przedsiębiorstwie.
No cóż, fatalną rzeczą jest prowadzić krótkowzroczną politykę, a 
szczególnie politykę wewnętrzną.

Opublikowano
14.05.1967
Kategoria
Humoreski

background image

        Aligator 

Pewnego dnia w sklepie nabiałowym kupiłem jajko. Właściwie jeść mi się 
nie chciało, więc schowałem jajko do lodówki. Kupując je wydało mi się 
trochę dziwne, jakby za duże. Jakież było moje zdziwienie następnego 
dnia , kiedy otworzywszy lodówkę spostrzegłem zamiast jajka tylko dwie 
skorupki, zaś obok – malutkiego jaszczura. Po dłuższych rozważaniach 
postanowiłem pozostawić go w domu. Aligator zaczął rosnąć.
Zrobiłem mu legowisko pod łóżkiem, a kiedy chciał się kąpać 
napuszczałem wody do wanny. Po pewnym czasie żeśmy się do siebie 
przywiązali. Kiedy wracałem po pracy aligator czekał na mnie we drzwiach i 
merdał ogonem. Później zacząłem chodzić z nim na spacery, prowadząc go 
na smyczy.
Któregoś dnia postanowiłem wziąć go do biura. Zrobiło mi się żal biednego 
gada, że przez tyle godzin musi być sam w domu. W tramwaju jechałem 
nader wygodnie, bowiem nie było tam nawet konduktorki. Natomiast w 
biurze wybuchł popłoch. Dopiero kiedy powiedziałem, że nie ma powodów 
do obaw, że to jest zupełnie uczciwy aligator, nieco się uspokoiło. 
Pracowałem, a mój gad leżał spokojnie obok biurka i drzemał. W południe 
wezwał mnie szef. Kiedy z drżącym sercem usiadłem naprzeciw niego, 
zaczął:
- Drogi panie!!! Co pan…
Tu przerwał i zbladł. Dokończył niemal szeptem: 
- Co by pan powiedział na niewielką podwyżkę, o pięćset złotych?
Zaniemówiłem z wrażenia.
- Ależ co ja powiedziałem?!! 
– poprawił się natychmiast szef. – Chciałem 
powiedzieć tysiąc złotych!. 
- Doprawdy, dziękuję panie dyrektorze…
- Właśnie przed chwilą otrzymałem wiadomość, że w Sopocie  
zarezerwowano dla naszej instytucji jedno miejsce na lipiec. Panu należy 
się ono, panu najbardziej potrzebny jest wypoczynek.
Teraz dopiero spostrzegłem, że mój aligator wczołgał się za mną i 
wlepiwszy ślepia w mego dyrektora kręcił przednimi łapami młynka.
Od tej chwili moje życie zmieniło się zupełnie. Otrzymywałem regularnie 
premię, bezpłatne urlopy, co ciekawsze delegacje. Wkrótce dostałem 
awans, przeniesiono mnie do ministerstwa. Nawet moi najzacieklejsi 
wrogowie z daleka mi się kłaniali. Kupiłem sobie samochód, zacząłem 
budować willę. Pewnego dnia jednak mój aligator zdechł. I wszystko się 
znów zmieniło. Wrogowie stali się bardzo zaciekli, przyjaciele przestali mi 
się kłaniać, dochodami zainteresował się urząd podatkowy. Zaczęto mówić, 
że jestem skończony.
Któregoś dnia otrzymałem przesyłkę. Otwarłem pudło, a w oczach stanęły 
mi łzy szczęścia. Na dnie leżał zwinięty w kłębek mały boa dusiciel

background image

Opublikowano
6.07.1967
Kategoria
Humoreski

      Dyktator 

Dyktator ziewnął, po czym z całą premedytacją splunął na puszysty dywan. 
Znudzonym wzrokiem potoczył po komnacie pełnej drogocennych staroci. 
Znów ziewnął i zaczął dłubać w nosie. Sprawiało mu to przyjemność, bo na 
jego twarzy pojawił się uśmiech. Wielkie drzwi otwarły się i wszedł zaufany 
lokaj.
- Wasza Miłościwa Łaskawość, przyszedł Wielki Mistrz Policji i Naczelny 
Głównodowodzący Wódz
 – powiedział, głęboko się kłaniając.
- Wpuścić 
– odparł dyktator i dalej dłubał w nosie.
Po chwili weszli dwaj mężczyźni ubrani w szyte złoconymi nićmi mundury. 
Trzy kroki przed podestem, na którym siedział dyktator, zatrzymali się 
wyprężeni jak struny. Dyktator nadal dłubał w nosie.
- No i cóż panowie?
 – zapytał stojących przed nim dygnitarzy.
Wielki Mistrz Policji poruszył sumiastymi wąsami. Naczelny Wódz zaczął 
zezować lewym okiem w prawo. Nie umieli odpowiedzieć na to pytanie.
- Nudy, straszne nudy 
– odparł sam sobie dyktator.
- Tak 
– westchnął Naczelny Wódz – Żadnego spisku, rebelii, powstania,  
nawet małego maleńkiego bunciku.
Wielki Mistrz Policji westchnął także i otarł pot z czoła. Dyktator się nudził, 
więc mogło być fatalnie dla nich obydwóch.
- A może by tak kogo rozstrzelać?
 – zaproponował cichutko Naczelny 
Wódz.
- Ee 
– skrzywił się dyktator, pracowicie dłubiąc w nosie.
- To może byśmy kogoś powiesili?
 – zapytał nieśmiało Wielki Mistrz Policji.
-Ee
 – skrzywił się dyktator.

background image

Łydki pod Wielkim Mistrzem Policji i pod Naczelnym Głównodowodzącym 
Wodzem zaczęły dygotać. Dyktator dłubie w nosie, to znaczy, że się nudzi i 
może zrobić przesunięcia w rządzie. Nagle Naczelnemu Wodzowi przyszła 
do głowy zbawienna myśl. Słabością dyktatora były kobiety.

- A może byśmy pojeździli po okolicznych wioskach i pogwałcili sobie  
trochę?
 – zaproponował przymilnie.
Dyktator skrzywił się z niesmakiem.
- Panowie, zaproponujcie coś naprawdę interesującego. Przecież to, co  
chcecie żebyśmy robili, setki razy już robiliśmy.
I nadal dłubał w nosie. Lokaj wniósł tacę ze spirytualiami.
- Napijmy się za demokrację. To jest jednak wspaniała rzecz 
– powiedział 
dyktator.
Wielki Mistrz Policji i Naczelny Wódz odetchnęli z ulgą. Nie było tak źle.
- Wasza Miłościwa Łaskawość, może urządzilibyśmy orgię?
 – zapytał 
Naczelny Wódz.
-Nie. To jest takie nudne. Nic tylko rozebrane kobiety
 – skrzywił się 
dyktator. – Myślę, że dawno nie wprowadziliśmy żadnej reformy. Trzeba 
nad tym pomyśleć. Macie panowie jakieś projekty?

Naczelny Wódz zaczął znów zezować lewym okiem w prawo, a Wielki Mistrz 
Policji poruszył sumiastymi wąsami. Nie byli najmocniejsi w polityce 
reform podatkowych. Dyktator uśmiechnął się z pobłażaniem.
-Proszę wezwać ministra do Spraw Co Najmniej Ważnych
 – rzekł do lokaja.
Chwilę później minister zginał się przed nim w głębokim ukłonie.
- Właśnie myślimy nad nową ustawą, tylko nie wiemy jeszcze jaką
 – rzekł 
dyktator – Czy ma pan jakieś projekty?
- Oczywiście, Wasza Miłościwa Łaskawość 
– odparł dwornie minister – 
Właśnie przygotowałem projekt ustawy o podatki od deszczu. Skoro na 
pole chłopa spadnie deszcz, będzie miał większe plony i będzie mógł 
zapłacić podatek.
Dyktator zaklaskał w dłonie.
- Doskonale! Doskonale! Należy się panu, panie ministrze podwyżka  
pensji!.
- Wszystko dla Waszej Miłościwej Łaskawości
 – odpowiedział minister – 
Chcę jeszcze zapytać Waszą Miłościwą Łaskawość co zrobić z tymi 
pięćdziesięcioma chłopami, którzy zalegają z podatkami?
- Ach mój drogi!
 – żachnął się dyktator – To co zwykle – galery!
W tym samym czasie pewien człowiek przyszedł pod główną bramę pałacu 
dyktatora i zrobił tam kupkę. Nienawistnie spojrzał na pałac i z miną kogoś, 
kto spełnił swe wielkie posłannictwo, odszedł.
Bo ten człowiek nie znosił dyktatorów.

background image

Opublikowano
25.08.1967
Kategoria
Humoreski

 Jak ukatrupić pomysł literacki 

Wpadłem ostatnio w okropne tarapaty. Otóż szukając któregoś dnia spinek 
do mankietów, z przerażeniem spostrzegłem, że w jednej z szuflad zaczęły 
się lęgnąć pomysły. Gdyby to były zwyczajne pomysły, nie byłoby to takie 
straszne. Ale to były pomysły pisarskie.
Nalęgło się tego paskudztwa sporo i co jeden to inny. Jeden jakiś 
zezowaty, drugi wypełniony głębią psychologiczną, trzeci zupełnie czarny. 
Pewnie był to pomysł na powieść kryminalną. Jeszcze inne miały mój profil 
– były to pomysły na powieść autobiograficzną. Przeraziłem się nie na 
żarty. Nigdy nie miałem do czynienia z pisarstwem i nie miałem pojęcia co z 
takimi pomysłami należy zrobić.
Zamknąłem szufladę na klucz, dla wszelkiej pewności przybiłem kilka 
gwoździ i przez kilka dni nie dawałem im nic do jedzenia. Chciałem, żeby 
zdechły z głodu. Potem doszedłem jednak do wniosku, że jest to sposób 
bardzo niehumanitarny. Otwarłem szufladę i z jeszcze większym 
przerażeniem spostrzegłem, że nie tylko nie są wycieńczone, ale jest ich 
jeszcze więcej. Tego było dla mnie za wiele. Kupiłem w sklepie dziesięć 
paczek DDT i wszystko wsypałem do szuflady. Zamknąłem ją ponownie i 
spokojnie zacząłem czytać gazetę.
Następnego dnia zajrzałem do szuflady i moje przerażenie osiągnęło 
szczyt. Pomysły zjadły całą porcję DDT, rozmnożyły się jeszcze bardziej i 
co najgorsze stały się wobec mnie bezczelne. Jeden z nich ugryzł mnie w 
palec, drugi wymknął się z szuflady i wlazłszy do mojej biblioteki pożarł 
całą wielką encyklopedię.
Tego było za wiele. Pobiegłem do piwnicy po siekierę. Wyjąwszy z szuflady 
jeden z pomysłów, uciąłem mu początek. I stała się rzecz straszna – nie 
dość, że nie zdechł od razu, to jeszcze na domiar złego odrósł mu nowy 
początek, zaś ten odrąbany połączył się z innym końcem i powstał nowy 
pomysł.

background image

Zakryłem oczy i zrozpaczony nie wiedziałem co robić. Przez nieuwagę 
zostawiłem szufladę otwartą i z rozpaczy poszedłem się napić.
Po powrocie doznałem pewnego pocieszenia, bo ktoś skradł mi kilka 
pomysłów, ale nie było to zbyt wielkie pocieszenie. Pomysłów nadal było 
bardzo dużo i ciągle jeszcze rozmnażały się. Nie jadłem, nie piłem i 
myślałem nawet o samobójstwie. Nie sypiałem, bo w domu nie mogłem. 
Drażniły mnie ciche popiskiwania dochodzące z szuflady. W hotelu też nie 
mogłem spać, bo bar był czynny przez całą noc.
Próbowałem wszystkiego: arszeniku, cjankali, kurary, trucizny na myszy, 
jadu kiełbasianego i nawet przynosiłem obiady z pobliskiej restauracji, by 
wrzucić do szuflady. Żadna z tych trucizn nie działała. Pomysły na powieści 
kryminalne nawet się cieszyły kiedy wrzucałem cjankali, tak były do tego 
przyzwyczajone. I nie wiem jak długo bym cierpiał, gdybym nie spotkał 
pewnego znanego pisarza, który jest moim znajomym.

- Ach mój drogi – powiedział do mnie. – Ja też miałem takie kłopoty. Nie 
masz się czym martwić. Jeżeli chcesz się tego pozbyć, to weź po prostu 
któryś z pomysłów i wykorzystaj go. Na pewno go zamordujesz.

Uradowany pobiegłem do domu. Rzeczywiście recepta mego znajomego 
działała niezawodnie. Ze zjadliwym uśmiechem wyjmowałem pomysły z 
szuflady i wykorzystywałem. Z takim samym uśmiechem patrzę i zacieram 
ręce pisząc tę humoreskę. Patrzę jak pomysł na nią zdycha w ciężkich 
konwulsjach. Dobrze mu tak.

Opublikowano
6.10.1967
Kategoria
Humoreski

Awantura w piekle 

To, że wzięto mnie do piekła wcale mnie nie zdziwiło, bo nie prowadziłem 
życia pustelniczego ani bogobojnego. Przyznać trzeba, że zajęli się mną 
grzecznie, bez ociągania i uprzejmie. Podszedł do mnie taki facet z rogami, 
ukłonił się i przeprosiwszy za fatygę zmierzył mnie miarką krawiecką. Kiedy 
skończył, ukłonił się jeszcze raz i krzyknął w długi korytarz:

background image

- Czwórka męska. Kocioł emaliowany, wysokoprężny.
Mile połechtało to moją próżność, bo wokół widziałem zwykłe, żelazne 
kotły. Sprowadzono mnie piętro niżej. Facet, który mnie prowadził, skłonił 
się znowu i eleganckim gestem wskazał duży, emaliowany kocioł.
- Zechce pan zająć miejsce.
Wlazłem do kotła i czekałem co dalej. Jakiś dyżurny diabeł przyniósł 
naczynie pełne parującej smoły. Zajrzałem do tego naczynia i ogarnął mnie 
gniew.
- Więc to ma być wysokogatunkowa smoła, którą zastrzegłem sobie w 
cyrografie?! To jest zwyczajny dziegieć i to na dodatek źle przygotowany!!  
Nie mam zamiaru smażyć się w tym paskudztwie!
Dyżurny diabeł speszył się. Popatrzył na mnie z wyrzutem i wyszedł. Wrócił 
po chwili z tym, który mnie przyprowadził.
- Pan wybaczy
 – powiedział ten drugi – ale mamy trudności z dostawami 
wysokogatunkowej smoły. Dziegieć stosujemy jako środek zastępczy.
- Nic mnie to nie obchodzi!
 – wrzasnąłem. – Żądam wysokogatunkowej  
smoły i w ogóle chcę się widzieć z Belzebubem!
Spełniono moje życzenie. Belzebub ukłonił się grzecznie, przeprosił za 
niezaradność swych podwładnych i rzekł:
- Pan wybaczy, ale nie możemy dostarczyć wysokogatunkowej smoły pod  
pański kocioł. Kooperacja nawaliła. Jeśli pan pozwoli, w zamian 
podwyższymy panu temperaturę.
Zgodziłem się. Kilku młodych diabłów rozpoczęło pracę. Po kwadransie 
ogarnęła mnie złość. Trząsłem się z zimna, szczękałem zębami a kocioł był 
zimny. Wezwałem dyżurnego diabła.
- Co to znaczy?!
 – wrzasnąłem. – Nie dość, że nie ma smoły i smażycie 
mnie w jakimś świństwie, to jeszcze zimno tu u was jak w lodówce?! Ja 
mam delikatny organizm, mogę dostać kataru, albo zapalenia płuc!
Dyżurny diabeł skłonił się przepraszająco:
- Niestety, mamy również kłopoty z fachowcami. To są praktykanci i niezbyt  
jeszcze umieją obchodzić się z wysokoprężnymi kotłami.
- Ach tak! Jeżeli w ciągu dziesięciu minut nie otrzymam dobrej smoły i 
fachowca do obsługi, to idę do nieba!!
Groźba pomogła. Otrzymałem wysokogatunkową smołę, zaś mój kocioł był 
obsługiwany przez samego Belzebuba. Dyżurny diabeł nachylił się i 
szepnął mi na ucho:
- Nasz klient, nasz pan. Sam naczelnik zgodził się obsługiwać pana, a 
smołę otrzymał pan z jego prywatnych oszczędności. Mam nadzieję, że pan 
doceni nasze poświęcenie.
Teraz wszystko jest w najlepszym porządku. Smażę się w najlepszej smole, 
mam najlepszy kocioł, a pod nim najwyższą temperaturę.
Dlaczego akurat o mnie tak zadbano? Pst! Mam szerokie wpływy w niebie.

Opublikowano
14.01.1968

background image

Kategoria
Humoreski

     Tygrys 

Był piękny, pogodny dzień. Za kratami jednej z klatek ZOO spokojnie 
przechadzał się tygrys. Zatrzymałem się, żeby popatrzeć na piękne zwierzę.
Tygrys obrzucił mnie niechętnym wzrokiem, ziewnął, ukazując rząd kłów i 
wtedy usłyszałem pytanie wypowiedziane głębokim basem:
- Co się gapisz?
Drgnąłem przerażony. Potężny kot znowu ziewnął i powiedział:
- Tygrysa nie widziałeś?
W bezwładnych myślach przypominałem sobie ostatni kieliszek. To było 
prawie miesiąc temu. Niemożliwe, żeby tak długo działał. Dotknąłem dłonią 
czoła. Byłem
 zdrów. Nie miałem wątpliwości. To mówił tygrys.
- Ty umiesz mówić 
– wyjąkałem.
- Tylko nie ty, co za ty?!
 – oburzył się. – Znamy się dopiero od trzech minut. 
Mów do mnie: „proszę pana”. Pętasz się tutaj po ZOO ze zwolnieniem  
lekarskim w kieszeni, a ten przystojny brunet z najbliższego sąsiedztwa  
poszedł pożyczyć od twojej żony szklankę cukru. I chyba już ze dwie  
godziny pożycza…
Na czole pojawiły mi się krople zimnego potu. Rzeczywiście, na tym samym 
piętrze mieszka przystojny brunet i stale pożycza od nas cukier. Kiedyś 
żona zaprosiła go nawet na kawę.
Tygrys wziął na kieł kawałek mięsa i z niedbałą miną zaczął przeżuwać.

background image

- To jeszcze nie wszystko – powiedział krzywiąc się. – Jutro będziesz miał 
przykrą rozmowę z szefem. Na awans nie masz co liczyć, dostanie go ten 
facet z księgowości. Przerwijmy rozmowę na chwilę
 – błysnął 
przekrwionym ślepiem. – Idzie ten idiota z moim obiadem.
Odwróciłem się. Do klatki tygrysa szedł dozorca. Wrzucił mięso za kraty i 
poszedł dalej.
- Smacznego
 – powiedziałem.
- Dziękuję. Wiesz, myślałem kiedyś, żeby zostać jaroszem, ale nic z tego 
nie wyszło. Lubię jadać konkretnie. Nie masz przypadkiem jakiejś ćwiartki? 
Zawsze po mięsie strasznie mnie suszy. Nie przejmuj się tym idiotycznym  
napisem: „Nie karmić zwierząt”. Zresztą tu nic nie ma o piciu
Pobiegłem do sklepu i zaraz wróciłem. Dyskretnie wsunąłem butelkę 
między kraty. Tygrys wprawnym ruchem wybił korek, wypił trzy czwarte i 
oddał mi butelkę.
- Osobiście wolę wódki gatunkowe, ale jeśli nie ma innej, piję i taką.
 – rzekł. 
– Wracając jednak do twoich spraw: uważałbym na tego bruneta z 
przeciwka.
- Co mam robić?
 – wykrzyknąłem.
- Ja bym mu odgryzł cokolwiek 
– powiedział protekcjonalnie. – Na przykład 
głowę. No, a ty? Możliwości w tej dziedzinie masz raczej ograniczone.  
Możesz najwyżej dać mu w zęby.
Pobiegłem do domu. Na stole stała zapomniana szklanka z cukrem, a moja 
żona miała wypieki na twarzy. Zrobiłem minę człowieka nic nie 
podejrzewającego. Na drugi dzień miałem przykrą rozmowę z szefem. Nie 
dostałem awansu!
Zmartwiony poszedłem do ZOO.
- A nie mówiłem? 
– rozwarł paszczękę tygrys. – To nic! Rzecz do 
załatwienia!
Przez kilka minut szeptem rozmawialiśmy przy kratach. W następną 
niedzielę udało mi się namówić żonę i bruneta na przechadzkę do ZOO. 
Zatrzymaliśmy się przed klatką tygrysa. Brunet nachylił się przez barierkę, 
żeby odczytać tabliczkę. Wtedy tygrys, robiąc do mnie oko, wychylił łeb 
przez kraty i ile miał sił w płucach ryknął:
- Odczep się, łobuzie, od żony mojego przyjaciela!!!
Brunet zwalił się jak kłoda. Żona uciekła w popłochu. Uśmiechnąłem się 
zjadliwie i z satysfakcją uścisnąłem łapę, zbrojną w długie pazury.
- Teraz przyprowadź swego szefa i faceta z księgowości – powiedział  
tygrys.
Spojrzałem na niego z wdzięcznością i dyskretnie między kraty wsunąłem 
pół litra wyborowej.

Opublikowano
14.05.1968
Kategoria
Humoreski

background image

 Nowe szaty 

Przybyłem do pewnego państwa w celach służbowych i już na lotnisku 
rzuciło mi się w oczy niezwykłe poruszenie panujące na ulicach. Tłumy 
pędziły przed pałac królewski, przeważnie mężczyźni uzbrojeni w lornetki 
teatralne, lupy i lunety wszelkiego rodzaju. Zauważyłem także kilku 
oficerów armii, artyleryjskie lornety nożycowe. Wsiadłem do taksówki, ale 
kierowca wcale nie chciał mnie słuchać, tylko wyrwał jakiemuś maluchowi 
wielkie szkło powiększające i popędził za tłumem.
Chcąc nie chcąc, musiałem uczynić to samo. Plac przed pałacem 
królewskim oblegała niesamowita ciżba. W oknach sąsiednich budynków, 
na dachach i na drzewach widać było mrowie ludzi. Właściciele wielkich 
lunet ustawionych na trójnogach wywiesili cenniki, na których widniały 
wygórowane ceny za minutę patrzenia.
Na wielkim tarasie pałacu stała gwardia królewska wyprężona na baczność. 
Wyjście na taras było już otwarte. Za gwardzistami stali dwaj jegomoście, 
wyraźnie z siebie zadowoleni. Jako cudzoziemiec nie bardzo orientowałem 
się co to wszystko ma oznaczać. Zapytałem kilku gapiów, ale ci byli tak 
zafrapowani, że nie dosłyszeli nawet mojego pytania. Dopiero pewien 
uprzejmy staruszek udzielił mi informacji.
- Zapewne czytał pan w młodości bajkę o dwóch niezwykle sprytnych 
oszustach, którzy podjęli się uszyć nowe szaty królowi. Oszuści udawali,  

background image

że szyją szaty z niezwykle cienkiego materiału, tak cienkiego, że wcale go 
nie było widać, kiedy w rzeczywistości niczego nie szyli. Cały naród  
zachwycał się doskonałością nowego ubioru monarchy i dopiero jakieś 
dziecko zauważyło na głos, że król jest nagi.
Powiedziałem staruszkowi, że znam tę sympatyczną bajeczkę, lecz nie 
pojmuję jej związku z tumultem na placu.
- Zaraz ci to wyjaśnię 
– przysunął się do mnie starzec. – Niedawno, 
cudzoziemcze, dwóch identycznych krawców-oszustów nawiedziło nasz  
pałac królewski.
- Rozumiem!
 – wtrąciłem ubawiony. – I pewnie dzisiaj za ten niecny czyn 
kat wychłoszcze ich publicznie na placu.
- Wręcz przeciwnie
 – zachichotał mój rozmówca. – Dzisiaj na tym oto placu, 
jak w znanej ci bajce, odbędzie się publiczny pokaz nowych szat 
królewskich. Żeby uniknąć zgorszenia, wszystkie nasze dzieci 
pozamykaliśmy w domach.
- I tylko dlatego zebrał się tak ogromny tłum?
 – spytałem zdziwiony.
– Tak, cudzoziemcze
- odparł staruszek. – Bo trzeba ci wiedzieć, że naszym 
krajem rządzi królowa.

Opublikowano
14.09.1968
Kategoria
Humoreski

background image

     Zemsta 

Wyglądał jak przeciętna maszyna cyfrowa. Składał się z kilku szaf i pulpitu 
sterowniczego z migającym ekranem i całym mnóstwem przycisków. 
Usiadłem za tym pulpitem i przy pomocy odpowiedniego urządzenia 
przekazałem mu dane do przeliczenia, a sam postanowiłem wyjść na pół 
czarnej. Kiedy byłem już przy drzwiach, w jego głośniku coś zacharczało:
- Nic z tego, mój stary! Wychodzisz sobie na kawę i myślisz, że ktoś będzie  
za ciebie tyrał w pocie czoła, tfu, pulpitu sterowniczego?! Nic z tych rzeczy!
I w tym samym momencie lampka kontrolna zgasła. Zawróciłem od drzwi i 
ponownie usiadłem przy pulpicie. Lampka zapaliła się z powrotem.
- To co innego, mój stary. Posiedzisz trochę przy mnie, trochę policzymy, a  
potem możesz iść, gdzie się żywnie podoba.
Nie podobał mi się ten trywialny sposób zwracania się mózgu 
elektronowego do mojej osoby. Zapalił się ekran z wynikami kontrolnymi. 
Maszyna zaczęła sobie podśpiewywać i głośno liczyła.
- Ile jest dwa razy dwa? Cztery mówisz? Rzeczywiście. Masz rację. Ile jest 
jeden plus jeden?
- Dwa!
 – wrzasnąłem.
- Ależ nie denerwuj się, mój stary
 – dobiegło mnie z głośnika. – czasem 
lubię liczyć głośno. To mi pomaga. Nie wiem, czy wiesz, ale ta blondyna z 
programowania ma na ciebie oko. Kiedyś, jak siedziała przy mnie, wyjęła 
twoje zdjęcie i wzdychała cały kwadrans. Żebyś człowieku, wiedział jakie 
ona ma kształty.
- A skąd ty wiesz?
 – zdziwiłem się.
- Nie jest to znowu takie trudne
 – lampka kontrolna zamigotała zawadiacko. 
– Ma się te elektronowe czujniki. Dotknie się tu i tam i już się wie.
Przysunąłem się bliżej głośnika.
- Na podwyżkę nie masz co liczyć. Naczelny rozmawiał przy mnie z 
głównym programistą 
– usłyszałem szept. – Zresztą powiedz coś o sobie.  
Prawie się nie znamy. Wyglądasz na miłego faceta.
Wyciągnąłem się wygodnie w krześle.

background image

- No cóż u mnie? Nic – odparłem. Stara bieda.
- Co sądzisz o nowym dyrektorze?
- Świnia!
 – odrzekłem szczerze.
- Chyba masz rację
 – przytaknął mózg. – mnie też się ten facet nie widzi. Co 
myślisz o głównym programiście?
- Też świnia!
 – powiedziałem.
- Rzeczywiście
 – lampka kontrolna potaknęła kilkoma mrugnięciami. – 
Patrzeć na niego nie mogę. Ohyda. Ta blondynka z programowania też 
jakaś taka. Niby całkiem porządna, ale wiesz… To i tamto się słyszało. W 
biurze to, a w domu tamto.
Rozmawialiśmy jeszcze dłuższy czas. Myślałem, że to zupełnie porządny 
mózg. Ale strasznie się omyliłem. Okazało się, że to bydlę. Dzień później… 
Dzień później miałem nieprzyjemną rozmowę z naczelnym. Wyleciałem z 
pracy. Mózg doniósł, gdzie trzeba.
Państwo dziwią się co ja robię na podłodze w tej dziwnej pozycji z czterema 
rolkami dynamitu w ręce? Pst! Żeby ten drań nie dostrzegł nas swoją foto-
komórką. Zemsta jest rozkoszą bogów.

Opublikowano
28.10.1968
Kategoria
Humoreski

background image

    Wirtuoz 

Na podeście stanął wysoki, przystojny mężczyzna we fraku. Białe, 
opadające na kark włosy, ufryzowane były na kształt wiolonczeli. Widownia 
umilkła, orkiestra wstała, dyrygent skłonił się wśród
 ogromnych braw. 
Kiedy batuta uniosła się w górę i gwałtownie opadła wraz z ramieniem 
dyrygenta na partyturę – zagrzmiały kotły, odezwały się skrzypce i altówki. 
Wirtuoz wykonał szybki unik głową, zeskoczył z podestu, przebiegł obok 
koncermistrza, zawrócił i dwukrotnie machnął rękami. Wtedy ryknęły 
organy.
- Boże!
 – pisnął jakiś podlotek. – On jest genialny. Popatrzcie na jego 
ruchy. Ile w nich wirtuozerii i wyrazistości.
Rozległy się uciszające syki, podlotek zamilkł. Dyrygent wykonał dwa 
błyskawiczne przysiady i machając gwałtownie batutą przeszedł w piruet 
taneczny. Huknęły kontrabasy, odpowiedział fortepian w solowej partii, 
cichym echem powtórzyły angielskie rogi.
- Coś wspaniałego 
– powiedział siedzący obok jegomość. – Do końca życia 
nie zapomnę tego koncertu. Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ktoś  
dyrygował z taką olbrzymią ekspresją.
- Niech pan się nie dziwi-
 odrzekł sąsiad. – To jest ta jego nowa szkoła 
dyrygentury. Nikt nie umie tak prowadzić orkiestry…
Umilkł, bo wirtuoz wykonał teraz gwałtowny podskok, szybko wychylił się 
w prawą, potem w lewą stronę i zamarł w bezruchu. Wreszcie powoli 
podniósł partyturę i z całej siły grzmotnął nią w pulpit. W dostojnym, 
przechodzącym w burzę duecie odezwały się kotły, przy wtórze waltorni. 
Dramatycznie jęknął triangel. Dyrygent rzucił się w prawo, zeskoczył znów 
z podestu i przykucnął na moment, potem się poderwał, lewą ręką 
wyrysował w powietrzu esy – floresy, wskoczył z powrotem na podest i 
trzasnął batutą w pulpit. Znany krytyk muzyczny siedzący przede mną, 
mruczał do siebie:
- Niezwykłe, niezwykłe! Geniusz nie stroniący od nowatorstwa, samoistne  
zjawisko w muzyce. Genialne!

background image

Zaczął klaskać, za nim cała sala, brawa przeszły w owację. Umilkły, kiedy 
dyrygent wyrwał z rąk koncermistrza smyczek i zaczął nim zataczać kręgi. 
Muzyka doszła szczytu, pompatyczny finał uderzył furioso w kryształowe 
kandelabry sali koncertowej. Po ostatnim takcie rozległa się burza braw. 
Dyrygent nie kłaniając się zbiegł ze sceny. W garderobie, dokąd w dalszym 
ciągu dochodziły odgłosy rozentuzjazmowanej widowni, spojrzał w lustro 
dotykając ręką czerwonej opuchliny pod okiem.
- Psiakrew! Jednak użądliła!.

Opublikowano
22.01.1969
Kategoria
Humoreski

    Bunt 

Marszałek polny nachylił się do ucha pierwszego lorda admiralicji.
- Między nami mówiąc, ekscelencjo, człowiek postawiony u steru rządów w 
naszej prowincji to skończony bałwan. Kiedy pół roku temu robił przegląd  
gwardii, nie umiał odróżnić armaty od haubicy, a wachmistrza od 
rotmistrza.
Pierwszy minister zachichotał zjadliwie, włączając się do rozmowy.
- He! He! Proszę panów, pamiętam doskonale przyjęcie na cześć 
ambasadora Bounbacco. Ten cymbał strzelał damom z rurek kremowych 
wprost za dekolty. A potem wrzucił ambasadorowej dzwonko śledzia.
Admirał przysunął się bliżej marszałka polnego.
- Wiecie panowie, ha! ha! że kiedy po raz pierwszy przyszedł na mój okręt 
flagowy, na widok beczek z rumem powiedział: Ach to te słynne pańskie 
bomby głębinowe, admirale”. Ha! Ha! Ignorant!
Marszałek polny spoważniał.
- Nie mamy co przed sobą ukrywać, ten człowiek jest po prostu idiotą. I w 

background image

ogóle wygląda jak oskubana kura.
- Najwyższy czas z tym skończyć! 
– trzasnął pięścią w ławę pierwszy lord 
admiralicji. – Nie możemy pozwolić, żeby ktoś tego pokroju nami pomiatał! 
Trudno tolerować człowieka, którego poziom inteligencji jest na wysokości  
okien od piwnicy.
- Ma pan rację, admirale
 – poparł lorda marszałek polny. – Wreszcie trzeba 
z
 tym skończyć. Załóżmy stronnictwo, albo opozycję.
- Najlepiej, proszę panów zrobimy, jeśli zignorujemy zupełnie tego idiotę 
– 
rzekł pierwszy minister. – Nie będziemy się do niego odzywać, na jego 
przyjęciach każdy z nas będzie ostentacyjnie ziewał, krzywił się na jedzenie  
i tak dalej.
- Znakomicie!
 – zgodził się marszałek polny. – Ażeby zaś nasze zebranie 
nie przeszło bez echa uknujmy jakieś hasło przewodnie. Co pan proponuje,  
admirale?
- Wicekról jest d..a! 
– odrzekł bez żenady zapytany.
- Co za trafnośc hasła
 – zdumiał się pierwszy minister. – Panowie – 
proponuję wznieść ten właśnie okrzyk. Trzy! Cztery!
- Wicekról jest dupa!!
 – huknęło.
Mężczyzna śpiący opodal ocknął się gwałtownie.
- Co to bunt? Do wioseł!! Raz! Raz! Raz!
Świsnął bat. Galera pomknęła jak nigdy dotąd.

Opublikowano
14.06.1969
Kategoria
Humoreski

background image

  Nad morzem 

Rzeczywiście, dopiero w tym roku po raz pierwszy udało mi się wyjechać 
nad morze. Zaprosił mnie do siebie stryj Eliasz. No więc pojechałem, 
okropnie ucieszony znakomicie zapowiadającym się urlopem. Stryj przyjął 
mnie serdecznie i gościnnie, po czym zaraz pierwszego dnia poszliśmy na 
plażę. Mimo słonecznej pogody, dął silny wiatr i morze było rozfalowane. 
Stryj ułożył się obok mnie na kocu.
- Te rosnące i opadające wzniesienia wody to fale 
– objaśnił. – Pianę, która 
tworzy się na ich szczycie, nazywamy grzywami fal. Czy widzisz drugi 
brzeg?
- Nie 
– odparłem uprzejmie.
- No, bo morze jest tak wielkie, że drugiego brzegu nawet przy dobrej  
pogodzie nie widać.
Odkorkował termos, po czym zaczął chłeptać oranżadę.
- A czy wiesz jak się nazywają ludzie wokół nas?
 – zapytał.
- Nie mam pojęcia 
– uśmiechnąłem się rozbrajająco.
- No tak, skąd możesz wiedzieć
 – pocieszył mnie stryj. – Przecież jesteś 
nad morzem po raz pierwszy. To są plażowicze, mój drogi.
- Aha
 – potaknąłem grzecznie.
Na drugi dzień poszliśmy obejrzeć rybacką przystań. Stryj Eliasz stanął na 
drewnianym pomoście i wskazał ręką:
- Czy wiesz co kłębi się w tych sieciach?
- Ryby
 – odrzekłem.
Stryj poklepał mnie po ramieniu i uśmiechnął się pobłażliwie.
- Tak, wiedzę książkową to ty masz. Trzeba ci przyznać, że jesteś oczytany. 
Twój ojciec zawsze mawiał, że jesteś bardzo zdolny.
Nazajutrz znów poszliśmy na plażę. Stryjaszek łypał bez przerwy na co 
ładniejsze dziewczyny, w końcu odezwał się:
- Tego mężczyznę w czerwonym czepku na wieżyczce nazywamy  
ratownikiem. Jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się ratowaniem.
- O Boże!
 – zdumiałem się rozkosznie. – Co też stryj powie? Nigdy bym na 
to nie wpadł!

background image

- No widzisz, chłopcze – poklepał mnie po plecach. – Sama wiedza 
książkowa nic nie znaczy. Przede wszystkim doświadczenie.
Tu łypnął po raz setny na opaloną blondynkę, która leżała nieopodal nas.
Czwartego dnia dowiedziałem się, że miejsce w którym niebo styka się z 
morzem nazywa się horyzontem, przy czym takiego miejsca w ogóle nie 
ma, bo morze z
 niebem wcale się nie styka i tylko nam się tak wydaje. 
Piątego dnia dowiedziałem się, że takie bardzo duże fale zwane są 
bałwanami i nie mają nic wspólnego ze śniegowymi. Dnia szóstego dane mi 
było dowiedzieć się, że te małe pływające galaretki, które czasem można 
spotkać w wodzie, to nic innego jak tylko meduzy. Po tygodniu nie 
zdzierżyłem.
- Niech stryj pójdzie ze mną 
– powiedziałem i zaprowadziłem go na stację. – 
Też chcę stryjowi coś pokazać. To jest, proszę stryja, lokomotywa, a to jest  
pociąg, który ta lokomotywa ciągnie. To jest wagon z przedziałem, do  
którego wsiądę, to jest bilet kolejowy, a to jestem ja, który na ten bilet  
pojadę. A słowa, które zaraz stryjowi powiem, nazywają się do widzenia!
Pociąg ruszył, ale mimo upału byłem zmuszony zamknąć okno, bo stryj 
biegł za pociągiem krzycząc, że chciał mi jeszcze powiedzieć, iż takie duże 
żelazo, które samo pływa po wodzie, nazywa się statkiem.

Opublikowano
10.08.1969
Kategoria
Humoreski

 Proszę 10 deko poczucia humoru 

Wyobraźmy sobie, że nasza wspaniała technika doszła do tego, iż nawet 
pewne stany wewnętrzne ludzkiej duszy oraz właściwości charakteru udało 
się wyprodukować w czystej postaci chemicznej. Wchodzimy więc do 
sklepu i pytamy subiekta:

background image

- Czy jest uczucie niekłamanego zachwytu w ampułkach?
- Jest
 – odpowiada subiekt. – Życzy pan sobie niekłamany zachwyt 
artystyczny czy zwyczajny? Mamy również w globulkach uczucie  
uwielbienia z importu.
Więc kupujemy fiolkę i przed wejściem na wystawę malarską naszego 
przyjaciela zażywamy pastylkę uczucia niekłamanego zachwytu.
Kiedy indziej spotykamy w sklepie mężczyznę o brutalnym wyglądzie, 
odrażającym sposobie bycia i prostackim zachowaniu. Osobnik ten wali 
pięścią w stół i ryczy:
- Uczucie niezwykłej łagodności rraz!!
- Jest tylko w zastrzykach
 – odpowiada spokojnie subiekt.
- Niech będzie!
 – wrzeszczy tamten. Byle szybko!
Wkłuwa sobie strzykawkę w siedzenie, po chwili na jego twarzy pojawia się 
miły uśmiech.
- Okropnie mi przykro
 – mówi z zażenowaniem że zachowałem się tak 
grubo-skórnie. Najmocniej panów przepraszam. To się już nigdy więcej nie 
powtórzy.
Wychodzi grzecznie z uśmiechem na twarzy. Po chwili do sklepu wpada 
młoda dziewczyna.
- Chciałabym dostać pół kilograma głębokiej miłości.
- Służę pani uprzejmie
 – mówi subiekt. – Platoniczna, normalna, 
uwielbiająca?
Dziewczyna zastanawia się chwilę.
- Raczej normalna.
- Proszę zażywać w winie! 
– woła za nią subiekt, kiedy dziewczyna już 
wychodzi. – Najlepiej czerwonym, wytrawnym.
Zaraz po niej zjawia się wesoły jegomość i powiada:
- Wie pan, ja jestem zbyt pozytywny. Czy ma pan może coś z uczuć  
negatywnych?
Oczywiście. W tych słoiczkach jest uczucie kompletnej antypatii, w tamtych 
niechęć, a w tubkach uczucie niesmaku. W fiolkach mamy zgryźliwość, co 
prawda jest już trochę nieświeża… Zresztą oto lista. Proszę sobie coś 
wybrać.
Wesoły jegomość przegląda listę.
- Proszę złość w galarecie!
Po chwili wychodzi ze sklepu, złorzecząc na wszystko i wszystkich. W 
drzwiach mija go mizerny człeczyna i podchodzi do kontuaru.
- Czy mogę dostać uczucie szewskiej pasji?
 – powiada cichutko. – Muszę 
porozmawiać ze swoim szefem…
- Oczywiście, służę panu uprzejmie. W pigułkach, czy woli pan luzem?
- Najlepiej luzem. Dwa kilogramy!
Człeczyna opuszcza sklep, napinając z szewską pasją wątłe bicepsy.
Mówię do subiekta:
- A co u was idzie najgorzej?
Poczucie humoru. Leży tego zawsze kilkanaście worków w magazynie. 
Regularnie zażywają tylko ci z pism satyrycznych, czasem jakiś reżyser 

background image

przed kręceniem komedii kupi kilka deko – i wszystko.
To rzecz właściwie w tym kraju nie znana.
- W takim razie poproszę dziesięć deko.
Zażyłem w koniaku i stąd ten felieton.

Opublikowano
27.10.1969
Kategoria
Humoreski

  
  Dziadek 

Przepełniony autobus, dychawicznie posapując, zajechał na przystanek. 
Między innymi wsiadł do niego pochylony, siwiuteńki dziadek, na widok 
którego pewien młody człowiek wstał.
- Proszę, niech pan spocznie.
- Nie chcę
 – odpowiedział dziadek. – Wolę postać.
Wśród pasażerów rozległ się szmer niezadowolenia, zaś młody człowiek 
zaczerwienił się.
- Chce pan zrobić ze mnie łobuza, żeby potem mnie w gazetach opisali?  

background image

Proszę, niech pan siada.
- Ale ja nie chcę usiąść 
– odparł dziadek.
Dziadek tu nie ma nic do gadania! 
– ryknął gruby jegomość. – Dziadek ma 
natychmiast usiąść i tyle!
- Nigdzie nie będę siedział
 – zacietrzewił się dziadek. – Jak mi się podoba  
to siedzę, a jak nie, to stoję.
- Dziadek jest aspołeczny
 – powiedział kuso ubrany podlotek o 
intelektualnym wyglądzie. – Dziadek nie wie co to obowiązek.
- Właśnie
 – dodał towarzysz podlotka. – Obowiązkiem dziadka jest zająć 
miejsce, które mu ustąpiono. I to zaraz, bo jeszcze jakiś chuligan zajmie.
- A ja nie chcę!
 – odkrzyknął dziadek.
Konduktorka wymusiła na twarzy miły uśmiech i ciepłym głosem 
przemówiła:
- Dziadku kochany, ostatecznie co dziadkowi zależy na tym, żeby trochę  
sobie posiedzieć. Przecież już nie te nogi, nie ten wiek.
– No, właśnie
 – dodał inny pasażer. – My dziadkowi zaraz zrobimy przejście 
do miejsca i dziadek grzecznie sobie usiądzie. Bilet dziadkowi kupimy.
– A ja nie potrzebuję biletu, bo mam miesięczny. I nie usiądę.
– Jak dziadek w tej chwili nie usiądzie, to my dziadka wyrzucimy z 
autobusu! 
– gruby jegomość próbował metod szantażu.
Dziadek tylko się uśmiechnął i mocniej ścisnął tęgą laskę.
– Ja tam nic nie mówię z tym wyrzucaniem, ale pamiętam jak my pod  
Verdunem się bili…
Znowu uśmiechnął się i dodał enigmatycznie: ho! ho!
Na przystanku wsiadł kontroler i wszyscy się uśmiechnęli, bo teraz dziadek 
nie mógł się już wymigać od zajęcia miejsca.
– Panie kontrolerze, dziadek nie chce zająć miejsca
 – poskarżył się gruby 
jegomość, oddając swój bilet do kontroli.
Kontroler popatrzał na dziadka nieuprzejmie.
– Co to ma znaczyć, proszę dziadka? Dziadek robi niepotrzebny tłok.  
Proszę natychmiast usiąść.
– Nie chcę!
- Natychmiast, bo każę zapłacić mandat!
- Nie usiądę!
- Dziadek jest wredny! Dziadek jest aspołeczny!
- Nie chcę siedzieć!
Gruby jegomość rozzłościł się na dobre, a za nim reszta pasażerów.
– Albo dziadek siada, albo nie?!
- Nie siadam.
– No to precz z autobusu! 
– ryknął kontroler.
Wyciągnęło się kilkadziesiąt rąk, by wypchnąć dziadka za drzwi. Kiedy 
autobus ruszył znowu, konduktorka powiedziała do młodego człowieka:
- Niech pan zajmie swoje miejsce. Nie będziemy przejmować się 
chuliganami, których nigdzie nie brakuje.

Opublikowano
29.11.1969

background image

Kategoria
Humoreski

  Twarzą w twarz 

To był ułamek sekundy. Zatrzymałem się nagle w jakimś podświadomym 
odruchu i w tej samej chwili uświadomiłem sobie, że to był ON – mój wróg 
numer jeden. Na jego twarzy błąkał się ten bezczelny, wyzywający 
uśmieszek, jakim obdarowywać zwykł ludzi, których nie znosił.
Jeszcze w przedszkolu, kiedy ślepe fatum rzuciło nas razem do grupy 
starszaków, on twierdził publicznie, że jest tym, który najbardziej kocha 
panią przedszkolankę, choć było zupełnie odwrotnie. To ja najbardziej 
wielbiłem naszą panią, a on z wrodzonym sobie bestialstwem i 
skłonnościami do sadyzmu podkładał ciastka tortowe na krzesło, na które 
ona za chwilę miała usiąść. A później, kiedy tuliliśmy się całą grupą do pani 
przedszkolanki, on bez skrupułów wywalczał sobie najobfitsze miejsce. W 
szkole podstawowej, kiedy zajmowaliśmy się szlachetnym sportem 
pociągania dziewczyn za warkocze, on zaklepał sobie taką z najdłuższymi i 
któregoś dnia strasznie mnie zbił, gdy przez nieuwagę ja ją pociągnąłem.
W liceum, dokładnie przez cztery lata, byłem zmuszony kochać się w 
połowie dziewczyny, bo w drugiej połowie on był zakochany. Zrobił to 
celowo, bo w naszej klasie było dwadzieścia osiem dziewczyn. Straszny ten 
człowiek, nie dość, że kochał się w lepszej połowie, na domiar złego zabrał 
mi moją część i po pewnym czasie ożenił się z obydwoma połówkami.
Bestia wyłaziła z niego powoli, ale systematycznie. Na studiach uczył się 
zawsze z moich wykładów, w bridża zawsze ze mną wygrywał, a egzaminy 
zdawał psim swędem lepiej ode mnie, nadrabiając miną i tupetem.
Straszny szok przeżyłem pewnego dnia, gdy ujrzałem go w towarzystwie 
mojej żony. Uśmiechał się do niej obleśnie i sypał idiotycznymi 

background image

komplementami. Od tego dnia zaczęła się gehenna. Później unikałem nawet 
przyjaciół, by i tych mi nie odebrał.
A teraz stanęliśmy przez przypadek twarzą w twarz. Uśmiechał się 
bezczelnie, wyzywająco i to zadecydowało. Nerwy odmówiły mi 
posłuszeństwa. Uniosłem z ziemi kamień i w straszliwym afekcie cisnąłem 
prosto w niego. Trafiłem go celnie, lecz on nie zachwiał się, nie upadł, a po 
prostu zniknął. Właśnie wtedy usłyszałem brzęk tego wystawowego lustra, 
rozsypującego się na kawałki, proszę Wysokiego Sądu.

Opublikowano
11.03.1970
Kategoria
Humoreski

 Okrutny Tomahawk 

- Howgh – powiedział wielki wódz krótko i zwięźle, po czym skłoniwszy się 
lekko, wskazał mi miejsce w fotelu.
Usiadłem, a on tymczasem podszedł do lodówki stojącej w rogu 
służbowego wigwamu, wyjął z niej kilka kawałków lodu i wrzucił je do 
kieliszków z wodą ognistą. Jeden z nich postawił przy mnie, po czym usiadł 
naprzeciw. Nad głową wodza dostrzegłem kilka zwisających sznureczków, 
na których indiańskim pismem supełkowym napisane było: „Zakład 
świadczy usługi dla ludności”
.
- Chodzi o napad na dyliżans
 – powiedziałem nieśmiało.
Wódz majestatycznie podniósł rękę.
– Chwileczkę. Panno Pa-Go-Go-Wash-Wash-Pugi-Pugi Wash!

background image

Z sekretariatu, to jest mniejszego wigwamu, przez który trzeba było przejść 
by trafić do wigwamu wodza, weszła apetyczna Indianeczka z pękiem 
sznurków w dłoni i stanęła oczekując na dyktando.
- Proszę wyłączyć wszystkie bębny wojenne
 – rzekł wódz. – Nie ma mnie 
dla nikogo. Muszę przeprowadzić bardzo ważną rozmowę z obywatelem 
Bladą Twarzą. Chyba żeby przyszedł ktoś ze szczebla plemienia…
Sekretarka wodza wyszła
- Chodzi o skromny, dwu, trzyosobowy napad na dyliżans
 – 
kontynuowałem. – Trochę umiarkowanej strzelaniny, niewielkie ilości  
zapalających strzał oraz nieco wojennych okrzyków.
Wódz z zakłopotaniem podrapał się w orle pióro zatknięte w szczyt 
kruczoczarnego koka.
- Hm. Z tym trochę trudniej. Nasza Indiańska Spółdzielnia Napadów na 
Dyliżanse „Okrutny Tomahawk” boryka się ostatnio z poważnymi 
trudnościami kadrowymi. Nie mamy ludzi, proszę pana. Czy pan zdaje 
sobie sprawę, że na trzydziestu zwykłych pracowników, przypada zaledwie  
jeden technik napadacz, a dopiero na stu – jeden magister napadacz? Nie 
mówiąc już o tym, że brakuje nam około dwustu wykwalifikowanych  
wojowników. Jesteśmy zmuszeni przyjmować napadaczy 
niewykwalifikowanych, co jest przyczyną dziesiątek skarg. A to napad 
odbył się opieszale, a to wykonanie przebiegło poprawnie, ale wykończenie  
nieudolne, bo nikogo nie obrabowano lub komuś tam zdjęto skalp bez 
znieczulenia. A kooperacja? Ha!Ha! Uśmieje się pan. Choćby farby! Od 
dwóch miesięcy nie mamy ani grama farb wojennych. Moi etatowi 
wojownicy muszą smarować się zwykłymi akwarelami, albo dziecinnymi 
kredkami. Plany napięte jak bizonie ogony. Sto pięćdziesiąt napadów w 
ciągu miesiąca, napadamy na trzy zmiany, a mimo to wykonujemy zaledwie 
osiemdziesiąt procent planu. Niestety, biały bracie, nie jesteśmy w stanie  
przyjąć pańskiego zamówienia.
Zrobiło mi się smutno, bo tak wiele obiecywałem sobie po tym niewielkim 
napadzie. Przez lata całe ciułałem grosz do grosza, by mieć z czego być 
obrabowanym, odmawiałem sobie nawet najdrobniejszych przyjemności. 
Wódz dostrzegł troskę na moim obliczu.
- Rozumiem pańskie zmartwienie 
– powiedział. – Od ust pan sobie 
odejmował ostatnie skrawki bizoniego mięsa. Bardzo chciałbym panu 
pomóc. Oczywiście nie gwarantuję trzyosobowego napadu, ale ponieważ  
wprowadziliśmy ostatnio dział samoobsługi, chętnie panu wypożyczę kilka 
zupełnie ostrych tomahawków. Panno Pa-Go-Go-Wash-Wash-Pugi-Pugi-  
Wash! Proszę przebębnić do portiera, żeby podstawili mi służbowego  
mustanga.
Uzbrojony po zęby wyjechałem na prerię, dosiadając służbowego 
mustanga wielkiego wodza. Po czym w takt bębnów wojennych, których 
głos dochodził mnie z przenośnego magnetofonu, napadłem na siebie 
wyjątkowo perfidnie i brutalnie.

Opublikowano

background image

28.04.1970
Kategoria
Humoreski

    Sexisko 

Wiosna zapowiadała się zwyczajnie, bez narowów i przyzwoicie, i zapewne 
tak by przebiegła, gdyby nie ten przykry wypadek, który wydarzył mi się 
właśnie pewnego wiosennego dnia.
Słonecznie było, kiedy zadowolony wyszedłem z pracy i lekko jak nigdy 
przedtem pomaszerowałem w dół ulicy. Doprawdy nic nie zapowiadało 
nieszczęścia i gdyby wtedy ktoś powiedział co mnie spotka, zaśmiałbym 
mu się w twarz.
W pewnej chwili dostrzegłem idącą w przeciwnym kierunku dziewczynę. 
Gdy zbliżyła się już dostatecznie blisko, zauważyłem idący wraz z nią sex. 
To słabo powiedziane sex, to było całe sexisko!
Ostrożnie skręciłem kilka kroków w prawo, ale na nic zdał się cały ten 
manewr. Sexisko dostrzegło mnie również. Przylgnąłem do muru, kiedy to 
wspaniale rozwinięte bydlę rzuciło mi się do gardła! Pod jego ciężarem 
upadłem na kolana, a dziewczyna zamiast odciągnąć je ode mnie, 
uśmiechnęła się tylko.
W rozpaczliwej szamotaninie usiłowałem ująć w ręce i okiełznać 
napastnika, ale okazało się to bezskuteczne. Był nieuchwytny. Wyślizgiwał 
się z rąk atakując coraz brutalniej z najmniej spodziewanych stron, 
gwałtownie i nachalnie.
- Na pomoc!
 – krzyknąłem głośno – Na pomoc!
Błagalnym wzrokiem popatrzyłem w ferworze walki na właścicielkę sexiska. 

background image

Po uśmiechu poznałem, że z tej strony nie mogę oczekiwać pomocy. 
Dziewczyna była zadowolona z tego, że jej pupilek tak ostro i dzielnie mnie 
atakuje.
Myśli jak błyskawice przebiegły przez mój umysł. W końcu, chroniąc się 
przed coraz to nowymi i gwałtowniejszymi atakami, doszedłem do wniosku, 
że jedyna szansa ratunku, to bluff.
- Jestem żonaty!
 – wrzasnąłem, próbując się wydobyć spod 
przygniatającego mnie ciężaru.
Sexisko powstrzymało się na moment, nieufnie obwąchało moją rękę 
szukając obrączki, po czym gwałtownym ruchem wyszarpnęło spod 
marynarki dowód osobisty. Tego nie mogłem się spodziewać. Nie 
przypuszczałem, że może być aż tak przemyślne. Nie czekając chwili, kiedy 
dokładnie obwącha rubrykę „stan cywilny”, rzuciłem się do rozpaczliwej 
ucieczki. Usłyszałem tylko jak właścicielka sexiska rzuciła mu komendę.
- Bierz go!
Uciekałem co tchu w piersiach, krzycząc wniebogłosy:
- Na pomoc! Na pomoc!
Nikt się jednak z tym nie kwapił, co gorsza, dostrzegłem kilku jegomości 
uciekających tak jak ja i równie głośno domagających się pomocy.
- Niech pan ucieka! Niech pan ucieka!
 – krzyczał biegnący bliżej mnie. – 
Wiosna nadeszła i wszystkie sexiska zostały spuszczone ze smyczy! A 
zaraz za nimi nadlatuje sfora uzbrojonych po zęby Kupidynów! Niech pan 
ucieka! Będę pana osłaniał! Pan jest ode mnie młodszy! Padnij!
Upadłem w trawę, a tuż nad moją głową przeleciała z gwizdem świetlista 
strzała i z hukiem odłupała kawał stojącego obok drzewa. Kątem oka 
dostrzegłem jak mężczyzna, który mnie osłaniał, walczy osaczony przez 
sforę sexisk, wywijając okrutnego młyńca resztkami silnej woli. Ujadanie 
zaczęło cichnąć.
Ostrożnie uniosłem głowę z trawy, wstałem rozglądając się powoli. Cicho 
było. Nagły świst przeciął powietrze i uczułem silny ból pod sercem. 
Pancerz pewności siebie pękł jak gliniany garnek. Zachwiałem się i 
upadłem. Potem już nie pamiętam.
Jak znalazłem się tutaj, przed tym jegomościem w jaskółce z godłem na 
piersi – nie wiem. Wiem tylko, że nie jestem w stanie stąd uciec. Odniosłem 
ciężką ranę i jestem zbyt słaby, żeby ucieczka mi się udała. Zresztą sexisko 
waruje. Dopadnie mnie w trzech susach.

Opublikowano
12.06.1970
Kategoria
Humoreski

background image

Początek lata 

Ten zaskakujący początek lata zastał mnie w bardzo niejasnej sytuacji. 
Najbardziej dopiekło mi to, że był zaskakujący, czego najmniej się 
spodziewałem.
No i te jego maniery. Znajduję się spokojnie w trakcie wiosny, niczego się 
nie spodziewając, kiedy nagle sielanka ta zostaje brutalnie przerwana.
Było to tak: podążam jak gdyby nigdy nic, ulicą, aż w pewnej chwili widzę, 
że dwie dziewczyny idące przede mną, gwałtownie wypiękniały. Przetarłem 
oczy, nie wierząc w tak szybką zmianę, otwieram ponownie i rzeczywiście! 
Wszystkie dziewczyny w zasięgu mego wzroku piękniały w ułamku 
sekundy, mężczyźni dumnie wypinali pierś do przodu i wszystko jakoś 
poweselało.
- Tak
 – powiedział pewien jegomość spacerujący nie opodal mnie. – To już 
lato.
- Jak to? 
– zdumiałem się. – Lato przyszło tak sobie, ot, bez żadnej 
zapowiedzi? Przecież jestem zupełnie nie przygotowany!
- Ha! Trudno
 – odparł jegomość. – Takie czasy. Wiosna odchodzi bez 
pożegnania, cichaczem, a lato pojawia się niespodziewanie, tak, że niemal 
drzwi z futryn wylatują. Czy pan myśli, że ja jestem przygotowany? 
– dodał 
melancholijnie. – Też nie. Ja, proszę pana, jeszcze jestem gdzieś w środku 
wiosny…
- Pewnie dlatego spotkaliśmy się 
– rzekłem. – Ja również jeszcze jestem w 
środku wiosny. Nie nadążam za tempem czasów. Niech pan spojrzy na te  
dziewczyny. Jeszcze przed chwila przeżywały wiosnę, teraz już mają lato.
- Tak, tak 
– westchnął jegomość. – Za moich czasów wszystko odbywało  
się spokojnie. Wszystko miało swoją kolejność: Zima, wiosna, lato…
- Te dziewczyny jeszcze nie przestały pięknieć
 – zauważyłem. – Lato trwa – 
odparł mój rozmówca, - Jedyne, co nam pozostało, to pogodzić się z 
losem. Jeśli nie ma pan nic przeciw temu, napijemy się za ten 
niespodziewany początek lata. Proponuję wodę sodową z sokiem  
cytrynowym.
- Chętnie 
– odpowiedziałem , wypinając coraz bardziej pierś.
I przy tej wodzie sodowej tak się zagadaliśmy, że niemal zaskoczyło nas 
gwałtowne nadejście jesieni.
Opublikowano
10.08.1970

Kategoria
Humoreski

background image

 Dzień Jowisza 

Ten dzień na Olimpie trudno było zaliczyć do spokojnych. Jowisz rozłościł 
się wczesnym rankiem twierdząc, że ambrozja mocno mu zalatywała 
zwykłym piwem. Z tej wielkiej złości wyrżnął piorunem w ziemię i to 
doprowadziło go do szewskiej pasji, jeśli bóg może popadać w tego 
rodzaju stany, bowiem piorun nie wypalił. Wpadł do siebie do gabinetu i 
warknął w słuchawkę telefonu:
- Z Hadesem, natychmiast!
Z tamtej strony zabulgotało coś, w końcu odezwał się głęboki bas:
- Mówi Wulkan, słucham
.
- Co z tymi piorunami, do pioruna ?!
- Już podrzucam świeży transport, szefie
 – powiedział cicho Wulkan.
Jowisz był wściekły, więc nie należało go rozdrażniać. Za dziesięć minut na 
tacy wniesiono kilkanaście świeżutkich piorunów. Jowisz popatrzał na nie 
podejrzliwie.
- Czy to dzisiejszy wypiek?
- Tak szefie
 – Wulkan zadrżał. Są zupełnie świeże.
- Zobaczymy!
Jowisz zważył w ręce jeden z piorunów, po czym z rozmachem rzucił na 
ziemię. Olimp aż zadygotał, ale nie zadowoliło to boga.
- To mają być pioruny! 
– warknął – To są kapiszony, a nie pioruny!
Wulkan dyskretnie wycofał się za drzwi. Jowisz usiadł za biurkiem i zaczął 
się nudzić. Co robić z czasem? Wyjrzał przez okno na tańczące pod nim 
nimfy i skrzywił się. Z dala ukłoniła mu się ponętna Wenus. Wzruszył 
ramionami i ziewnął.
- Phi, jakaś taka chuda?
Postanowił zmienić się w złotego byka i zstąpić na ziemię, ale pomyliły mu 
się zaklęcia, w związku z czym przeistoczył się w barana i to nie w złotego, 
lecz zwyczajnego, po czym kolejno w kaczkę, złoty deszcz i osła. 
Rozłościło go to jeszcze bardziej i w końcu, kiedy znów odzyskał swoją 
boską postać, postanowił urżnąć się ambrozją i urządzić próbny potop.
Wtedy właśnie wszedł Merkury.
- Szefie, przyszedł jakis petent. Mówi, że nazywa się Orfeusz.
- Czego chce?
- Twierdzi, że ten stary ramol z piwnicy zwędził mu żonę.
– Wpuść go!
Na progu stanął nieśmiało Orfeusz, nie wiedząc od czego zacząć.
- Wiem, wiem
 – rzekł Jowisz. – Ten stary tetryk z podziemi świsnął ci żonę. 
Ciekawe, co on tam z nią robi. Jest w wieku, że tak powiem, emerytalnym. 
Chcesz ją odzyskać? Trudne to będzie, bo ten bałwan, przewoźnik na  
Styksie, strajkuje. Chce uzyskać podwyżkę opłat za przewozy. Bezczelnie  
twierdzi, że nie będzie się wygłupiał za jednego obola. Domaga się również  

background image

promu motorowego. A w ogóle, to jedna z trzech głów Cerbera zwariowała i 
gryzie pozostałe dwie.
 Ciężka sprawa! Słyszałem, że nieźle grasz?
-Tak
 – powiedział Orfeusz skromnie. – Szczególnie w pokera i w tysiąca.
- Uhm. To dobrze… A o żonę się nie martw, każę ją zwrócić.
- Nie trzeba.
 – odparł Orfeusz. – Właśnie przyszedłem, aby wycofać 
podanie w sprawie jej porwania.
- W porządku
- odrzekł Jowisz. – Załatwione. To co, utniemy sobie małą 
partyjkę?
- Czemu nie 
– zatarł ręce Orfeusz, po czym okantował Jowisza na tysiąc 
litrów ambrozji.
I tak wyglądał dzień Jowisza i Orfeusza w rzeczywistości, lecz potem 
wyobraźnia ludzka dopisała tyle zmyślonych rzeczy, że czułem się 
zmuszony napisać niniejsze sprostowanie.

Opublikowano
10.09.1970
Kategoria
Humoreski

    
    Pegaz 

Od dawna marzyłem o posiadaniu choćby niewielkiego pegaza, toteż kiedy 
dowiedziałem się, że akurat świeże nadeszły do Pegazozbytu, pobiegłem 
tam czym prędzej. Subiekt przerwał opiłowywanie paznokci i zlustrował 
mnie niechętnym wzrokiem.

background image

- Słucham pana.
- Chciałem nabyć pegaza.
- A już pan nie chce?
- Nie, chcę w dalszym ciągu.
- To dlaczego mówi pan: chciałem?
- Tak jakoś mi się powiedziało. Słyszałem, że właśnie nadeszły.
- Dobrze pan słyszał. Przydział ze Związku Literatów pan ma?
- Mam.
- Prawo jazdy?
- Mam. Trzeciej kategorii. Amatorskie.
- Ubezpieczenie pegazocasco pan ma?
- Mam.
- Są tylko małolitrażowe.
- Tym lepiej 
– ucieszyłem się. – Nie byłbym w stanie utrzymać wielkiego.
- Pan pewnie początkujący
 – skrzywił się subiekt.
- Tak 
– odparłem – Prawo jazdy zrobiłem zaledwie kilka dni temu.
- To widać. Chodź pan obejrzeć jaką sztukę.
W olbrzymim garażu na zapleczu stało kilkanaście pegazów. Od razu 
spodobał mi się mały bułanek stojący w kącie.
- Niech się pan tak na niego nie gapi 
– mruknął subiekt. – Wybrakowany. 
Brak mu jednego skrzydła. Z tych pan może wybrać.
Zachwycałem się każdym. Przechodziłem od jednego do drugiego, żeby 
nasycić wzrok widokiem. Subiekt stał przy ścianie i kręcił palcami młynka. 
Od czasu do czasu rzucał jakąś uwagę.
- Ten nie dla pana
 – powiedział, kiedy stanąłem przy pięknym gniadoszu o 
wielkich rozłożystych skrzydłach. – Zarezerwowany dla pewnego 
sztandarowego poety.
W końcu zdecydowałem się na niewielkiego kasztanka. Subiekt wypisał 
rachunek.
- Nowe przepisy pan zna?
- Nie
 – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- To widać. Na niebie wolno poruszać się tylko w gumowych podkowach,  
żeby nie obdrapywać chmur. Na końcach skrzydeł muszą być 
zamontowane dodatkowe kierunkowskazy. No i tabliczki rejestracyjne na 
zadkach tylko według przedstawionych wzorów. Bezwzględnie musi pan 
przestrzegać wskazań krytyków ustawionych na co ważniejszych 
skrzyżowaniach. Kobiet też niech pan nie wozi. Lepsi jeźdźcy od pana 
wozili, więc niech pan się nie ośmiesza. W razie, gdyby pan stwierdził, że  
nie może pan go utrzymać i chciałby pan zarobkować jak na taksówce, 
musi się pan zgłosić w miejskim przedsiębiorstwie pegazowym w celu 
uzyskania licencji.
Opuściłem głowę, mojemu pegazowi oklapły skrzydła i z niesmakiem 
wyszliśmy obaj na ulicę.

Opublikowano
24.12.1970

background image

Kategoria
Humoreski

 Inwazja seksu 

Potworny huk przetoczył się przez powietrze. Zadrżały mury, wyleciało z 
brzękiem kilka szyb. Przywarłem gwałtownie do ściany i zbladłem. W tym 
momencie nie mogłem już mieć żadnych wątpliwości. Rozpoczęła się 
inwazja sexu. Straszliwy huk dał się słyszeć ponownie z jeszcze większą 
mocą. Wtulony w załom muru obliczyłem za pomocą sekundnika, że 
naziemną sexplozję przeprowadzono trzy kilometry ode mnie. Ostry zapach 
perfum przyniesiony podmuchem powietrza podrażnił mi nozdrza.
Ostrożnie, krok po kroku, tuż przy murze, posuwałem się w kierunku domu. 
Teraz wreszcie zrozumiałem w jakim celu dziesiątki czasopism drukowało 
fotografie pełne kuszących krągłości, kopy wystylizowanych przez naturę 
kształtów, mniej lub bardziej wydatnych. Zrozumiałem, że nie chodziło tu o 
zaspokojenie potrzeb estetycznych, cieszenie wzroku pięknem, lecz była to 
przemyślana dogłębnie wojna psychologiczna, od dawna zaplanowana i 
realizowana ze straszliwą dokładnością. Wpadłem do pustej bramy mego 
domu. Cicho wsunąłem się do mieszkania. Delikatnie otwarłem drzwi 
łazienki i zbladłem! Obraz jaki ujrzałem uświadomił mi, że moja żona w tej 
wojnie jest aktywnym członkiem piątej kolumny. Niezwykłe podobieństwo 
jej kształtów do tych jakich używano w propagandzie przeciwnika zdjęło mi 
zasłonę z oczu. A więc i ona do nich należała!
Z krzykiem przerażenia wybiegłem na ulicę. Przy ścianie stała grupka 
mężczyzn powiewających białą płachtą. Narastający świst dobiegł mnie 
nagle gdzieś z boku. Padłem na chodnik. Tuż nade mną przeleciała eskadra 
odrzutowych biustów. W głębi ulicy dostrzegłem barykadę, zza której 
broniło się kilkunastu wymizerowanych, prawdziwych mężczyzn. Na 
barykadę równymi czwórkami maszerowały mini spódniczki. Barykada z 

background image

resztek silnej woli była gęsto rażona pociskami. Wiedziałem: nie wytrwa 
długo.
Z okna drugiego piętra dzielnie ostrzeliwał się jakiś zatwardziały, stary 
kawaler. Widać było z jego twarzy, że nie ma chęci ustąpić nawet o cal. Ale 
nie trwało to dłużej niż chwilę. Trzeci z kolei podmuch sexplozji zniósł 
barykadę i stanowisko samotnego obrońcy.
A sex wdzierał się wszędzie. Wystarczyło spojrzeć na kształt zwykłej bułki, 
na profil tak pospolitego owocu jak gruszka!
Nagle poczułem, że ktoś wykręca mi ręce do tyłu. Odwróciłem się. Patrol 
czterech pięknych kobiet uzbrojonych w te straszną, niezawodną broń, 
kładł na mnie areszt. Podniosłem ręce do góry i pod lufą sexostrzelnego 
karabinu doprowadzono mnie na posterunek. Dano mi od razu w pysk, 
żebym sobie za wiele nie myślał i przez najbliższy dzień i noc zmiękczano 
moją silną wolę. W końcu skapitulowałem i zostałem tym, czym jestem. To 
znaczy kolaborantem.

Opublikowano
11.04.1971
Kategoria
Humoreski

   Zamach 

Niewielki, okrągły – jak się wszystkim zdawało – syczący przedmiot 
przeleciał nad głowami mężczyzn siedzących w sali kominkowej pałacu 
dyktatora. Jednocześnie dał się słyszeć brzęk tłuczonej szyby.
Dyktator zbladł. Za nim zbledli: szef policji, kilku przekupnych senatorów, 
szef supertajnej policji, minister do wszystkiego oraz parę pomniejszych 
person wraz z głównodowodzącym armii.
- Za mną, panowie
 – wyszeptał dyktator, padł na mahoniową podłogę i 

background image

szybko podczołgał się w stronę schodów prowadzących do schronu. Tuż 
za nim pełzli: szef policji, kilku senatorów, szef supertajnej policji, 
wspomniany już minister, głównodowodzący armią oraz parę pomniejszych 
person.
- Nie da się ukryć, proszę panów
 – mówił gorączkowo dyktator, zjeżdżając 
na brzuchu po schodach – że sytuacja nasza nie przedstawia się najlepiej.  
Jeśli uda nam się dostać do schronu, możemy jeszcze nieco potrwać.
Szef supertajnej policji ocierał pot z czoła:
- Wielokrotne egzekucje nie przysparzają popularności. Zwłaszcza  
wieszanie nie podoba się ludziom. A i wasza wysokość też nie jest czysty
 – 
dodał z wyrzutem. – Wydaje mi się, że okoliczni wieśniacy mają pretensje o 
to, że wasza wysokość jeździł i gwałcił sobie od czasu do czasu ich  
kobiety. Potrzebne to było waszej wysokości?
Głównodowodzący stwierdził, że odnowił mu się stary tik nerwowy 
polegający na zbieganiu się i rozbieganiu gałek ocznych. Stało się to w 
momencie, kiedy przypomniał sobie, że szlify naczelnego wodza zdobył w 
buduarze dyktatorowej oraz – że prowadził kilka zupełnie zbytecznych 
wojen. Myśl o tym, co mogą teraz zrobić ci, którzy wrzucili przez okno ów 
syczący przedmiot, przyprawiła go o silne dreszcze.
Z hukiem zatrzasnęły się drzwi pancerne schronu. Minister do wszystkiego 
załamał się nerwowo i cichutko łkał w kąciku. Szef zwykłej policji 
wyłamywał sobie palce, a jeden z przekupnych senatorów, odpowiedzialny 
za jakąś durną, ale kosztowną wyprawę wojenną, walił łbem o ścianę, aż 
echo odpowiadało.
Głównodowodzący drżącym palcem wdusił czerwony guzik. Z rykiem 
silników poderwały się do alarmu bojowego eskadry lotnictwa. W pięć 
minut pałac dyktatora obsadzony został przez desant spadochroniarzy. Na 
ulice wjechały czołgi, a z każdego niemal okna wychynęły lufy ciężkich 
karabinów maszynowych.
Dyktator siedział w kącie schronu łykając tabletki na uspokojenie.
- Może wytrwamy, panowie, może wytrwamy…
- szeptał. – Jeszcze mamy 
szanse.
Naraz zgrzytnęły pancerne drzwi schronu. Szefowie policji i armii skupili 
się w kącie przy dyktatorze. Senatorowie podnieśli ręce do góry, minister 
do wszystkiego wyłamał sobie ostatni palec.
Wszedł zaufany lokaj:
- Wasza wysokość, jakiś chłopiec pyta czy może zabrać piłkę, która mu 
wpadła przez okno do sali kominkowej…

Opublikowano
11.09.1971
Kategoria
Humoreski

background image

    Smok 

Za murami starego grodu wypiętrzały się ostrym konturem ponure skały 
ogołocone z wszelkiej roślinności. Dokoła pełno było grot, zapadlin, 
szczelin i przepaści. O zmierzchu nikt się tu nie zapuszczał, a w dzień tylko 
nielicznym śmiałkom starczyło na to odwagi. W olbrzymiej grocie mieszkał 
potwór straszliwy, ziejący siarką i ogniem.
Od murów miasta sunęła smutna procesja złożona z kilkunastu wojów 
zbrojnych w żelazo. Między nimi, krok za krokiem, szły dziewice. Nadszedł 
tragiczny sto jedenasty dzień roku, kiedy to gród miał obowiązek 
dostarczyć smokowi daninę złożoną z dwudziestu pięciu dziewic. Trwało to 
już od dziesiątków lat i nie znalazł się nikt, kto wybawiłby nieszczęsne 
miasto od tej okropności.
Kondukt zatrzymał się przed wejściem do groty. Dowódca wojów wysunął 
się naprzód i krzyknął:
- Hej! Potworze!
Echo poniosło po skałach, ale żaden głos nie odpowiedział tym słowom.
- Cip! Cip! Bydlątko!
 – zawołał ponownie dowódca. – Obiadek!
Znów tylko echo było jedyną odpowiedzią. Nagie dziewice drżały z chłodu. 
Woj wyrżnął tarczą i mieczem o ziemię i wrzasnął w głąb groty:
- Do jasnej Anielki, wyłazisz, czy sam mam się po ciebie pofatygować?!
- Idę
 – zahuczało niechętnie z jaskini.
Z otworu wychyliła się olbrzymia głowa potwora, który ziewnął i 
znudzonym wzrokiem potoczył po towarzystwie:
- Czego?
- Dziewice przyprowadziliśmy 
– odpowiedział dowódca straży.
Smok krzywym okiem spojrzał na posiłek.
- Strasznie tłuste! 
– poruszył ogonem. – Nie mam chęci! Idźcie wszyscy do 
diabła!
- No, no, nie pozwalaj sobie! 
– skarcił go woj. – Najlepsze dziewice naszego 
grodu!

background image

- To co z tego, że najlepsze? Sami sobie zjedźcie! Czy nigdy wam nie  
przyszło do głowy, że mogę mieć ochotę na twarożek ze szczypiorkiem, 
albo na naleśniki z jabłkami?
Dowódca wojów odwrócił się do swoich ludzi.
- Niektórzy tutaj wybrzydzają
 – powiedział. – Nie mają apetytu na dziewice, 
naleśników im się zachciewa. Ile by tego trzeba było nasmażyć? Ze 
trzydzieści – czterdzieści tysięcy? Bzdura!
Potwór przestąpił z nogi na nogę.
- Od stuleci jem przeważnie dziewice. 
– skamlał. – Wrzodów na żołądku 
dostałem i czkawkę mam z nadkwasoty. Zwariować można. Zabierajcie 
swoje dziewice i do widzenia! A w ogóle to ja chcę wyginąć…
Dowódca straży zazgrzytał zębami.
- Jak ci tak skoro do wymarcia, to proszę bardzo. Hej, straże, drabina!
Najbliższy z wojów podbiegł z drabiną i przystawił ją do smoczego łba. 
Dowodzący wspiął się błyskawicznie na szczyt i jął intensywnie tłuc 
potwora w ciemię obosiecznym mieczem.
- Och! Umieram! 
– jęknął smok.
I umarł rzeczywiście. Baśń jest w tym miejscu właściwie skończona. 
Ludowe przypowieści uczyniły z dowódcy straży śmiałka o odwadze bez 
granic, lecz zgoła inna była rzeczywistość. Najpierw burmistrz grodu dał 
mu w gębę za zniszczenie jedynej w okolicy atrakcji turystycznej, a potem 
nadgorliwca skazano za znęcanie się nad zwierzętami na batożenie i 
łamanie kołem.
Tylko rajcowie miejscy odetchnęli z ulgą, kiedy zlikwidowano smoka, bo 
ostatnimi laty coraz trudniej było o paszę dla niego.

Opublikowano
12.10.1971
Kategoria
Humoreski

  Awantura (widmo roku 2000) 

Zaczęło się od tego, że ten stary ramol z Forda Taunusa począł emablować 
pewną młodą panienkę z Moskwicza. Od razu uderzył nas prymitywizm tych 
zalotów. Zaproponował mały przegląd skrzyni biegów. Wyraziła zgodę i 
wtedy rozbestwił się do tego stopnia, że zabrał się do sprawdzania 
poprawności ustawienia reflektorów. Jakby na cokolwiek mogło się to w 
naszej sytuacji przydać. Oczywiście, pani zamieszkująca piętnastą, 
począwszy od skrzyżowania Syrenę, zaprotestowała ostro przeciw temu. 
Oparła się łokciem o klakson i w tej pozycji wytrwała przez półtorej 
godziny. Ale to było zrozumiałe. Pani tej od ośmiu miesięcy nie emablował 
nikt.

background image

Najbardziej nieprzyjemne było to, że Moskwicz emablowanej panienki 
zajmował miejsce tuż obok szkoły, którą założyliśmy pół roku temu w 
autobusie. Nauczycielka także nacisnęła klakson protestując przeciw sianiu 
zgorszenia wśród dzieci. Ale i ten protest nie odniósł żadnego skutku.
Na dachu autobusu zwołano natychmiast zebranie komitetu 
rodzicielskiego. Uchwalono pisemne wyrażenie oburzenia. Przewodniczący 
dostarczył pismo właścicielowi Forda Taunusa. Ten przeczytał i zaśmiał się 
ordynarnie. Oświadczył, że nie ma zamiaru rezygnować z konkurów, bo po 
pierwsze: nudzi się, nie posiadając w samochodzie radia, ani telewizora 
tranzystorowego, po drugie – w promieniu stu samochodów od niego nikt 
nie umie grać w bridża, po trzecie zaś – nie ma chęci ustąpić komukolwiek.
Dzieci przypatrywały się przez okna i chichotały. Nauczycielka zrobiła się 
czerwona jak burak.
Zrozumiałe, że w tej sytuacji postanowiliśmy powiadomić narzeczonego 
niesfornej panienki. Zamieszkiwał on starego Mercedesa, siedem 
kilometrów od naszego rodzinnego skrzyżowania. Znany sportowiec, 
mistrz w biegu na sto metrów po dachach samochodów, zaoferował się 
jako posłaniec. Narzeczony panienki przybył już następnego dnia rano. 
Otwarł drzwi Moskwicza i oświadczył zalotnikowi, że jeśli ten nie opuści 
pojazdu jego narzeczonej, to wióry się posypią. Z Forda Taunusa i jego 
właściciela.
Na te słowa gorszyciel wysiadł z samochodu i zaatakował narzeczonego 
panienki łyżką do zdejmowania opon. I wtedy dopiero się zaczęło. 
Narzeczony wyciągnął błyskawicznie zza pazuchy klucz siedemnastkę i jął 
wywijać okrutnego młyńca nad głową przeciwnika. Dzieci w autobusie 
podniosły taki wrzask, że zagłuszyły klaksony wduszone na znak protestu, 
przeciw podobnym ekscesom. Pewien wieśniak koczujący na 
zdezelowanym motocyklu między kołami ciężarówki przyjmował zakłady 
jeden do pięciu dla narzeczonego. I nie wiadomo jak skończyłaby się ta 
awantura, gdyby nie prokurator zamieszkały opodal w nowej Simce. 
Oskarżył zalotnika o zakłócenie spokoju publicznego. Wszyscy gorąco 
poparli prokuratora. Zwołano sąd i skazano właściciela Forda -Taunusa na 
dziesięciokrotne spuszczenie powietrza z kół samochodu oraz mycie szyb 
wszystkich wozów w promieniu stu metrów.
Gratulowaliśmy sobie prężności społecznej i życzyliśmy nawzajem jak 
najszybszego usunięcia korka ulicznego, w którym tkwiliśmy od ośmiu 
miesięcy, po czym udaliśmy się na milicyjną wysepkę przy skrzyżowaniu, 
gdzie oczekiwały nas już racje żywnościowe dostarczane jak zwykle o tej 
porze helikopterem.

Opublikowano
12.03.1972
Kategoria
Humoreski

background image

 Jaki ja właściwie jestem 

Jego Wysokość wstał w paskudnym humorze. Przytrzymując spodnie 
przeszywanej złotą nicią piżamy, poczłapał do łazienki, zamknął się na 
klucz i wsparł łokciami o umywalkę z białego marmuru. Smętnym wzrokiem 
spojrzał w swoje odbicie w lustrze, przejechał ręką po przerzedzonych 
włosach i pokazał sobie język. Widok w lustrze nie był zachęcający. Zginęła 
gdzieś monumentalność władcy i pana.
Jego Wysokość przeczyścił sztuczną szczękę, napomadował wąsy, włożył 
do ust cukierek odświeżający i wszedł na pokoje. Lokaj zapowiedział obiad, 
w którym udział wziąć mieli wszyscy wielcy tego państwa. Jego Wysokość 
za-jął należne mu miejsce i w milczeniu przysłuchiwał się pogaduszkom 
ministrów i książąt, generałów i dam fraumyceru. Gdy znudził się, oderwał 
udo pieczonego dzika i wyrżnął nim nadwornego malarza. Ten poderwał się 
na równe nogi:
- Słucham, Wasza Wysokość!
- Jaki ja właściwie jestem?
 – zawołał Jego Wysokość. – Jaki, pytam, ty 
pacykarzu? Czy potrafisz odpowiedzieć na moje pytanie?
- Oczywiście
 – odparł szybko malarz – Wasza Wysokość jest taki, jak na 
moich obrazach. Wielki i wspaniały.
- Hi! Hi!
- zachichotał złośliwie Jego Wysokość. – Wielki? Hi! Hi! Mam  
zaledwie metr pięćdziesiąt dwa wzrostu, a moja wspaniałość objawia się  
dla ciebie tylko wtedy, gdy za twoje bohomazy darowuję ci z moich dóbr  
jakąś wioszczynę. W pysk!
Po czym wlazł na stołeczek i zdzielił na odlew nadwornego malarza. 
Spoczął na powrót w złotogłowiu i jął ogryzać udko kuropatwy. Po chwili 
udko wylądowało na głowie marszałka polnego.
- Jaki ja właściwie jestem?
 – rzekł Jego Wysokość. – No jaki, ty kapralu?
Marszałek z godnością przetarł łysinę serwetką i takoż wstał.
- Wasza Wysokość jest niewysoki, to prawda, lecz Wielki i Dzielny. Tylko  
tyle mogę powiedzieć jako żołnierz.

background image

- Hi! Hi! – zaśmiał się Jego Wysokość. – Dzielny…Przegrałem czternaście 
bitew, sześć wojen zakończyłem miernym rozejmem i mam marszałka 
idiotę, który zdobył szlify w buduarze mojej żony. W pysk!
Wspiął się na stołeczek i wyrżnął marszałka, aż zadźwięczały ordery, po 
czym usiadł z powrotem i zajął się ciastem z truskawkami. Milczał przez 
dłuższy czas, a gdy na talerzyku została mu tylko jedna truskawka, wrzucił 
ją w głęboką szczelinę dekoltu pewnej damy z fraucymeru.
- Jaki ja jestem, ślicznotko? Może ty odpowiesz?
Dama poczerwieniała.
- Nie potrafię ocenić Waszej Wysokości ani jako artysta, ani jako żołnierz,  
ale wiem jakim jesteś mężczyzną. Chciałabym znowu trafić w ramiona  
Waszej Wysokości.
Jego Wysokość zachichotał.
- W moje ramiona, powiadasz? Po co, ślicznotko? Żebyśmy krzyżówki 
przez całą noc rozwiązywali, tak jak to miało miejsce ostatnim razem? W 
pysk…to znaczy…nie. Odwróć się!
 – Wymierzył jej klapsa, jako że damy nie 
wypadało karcić w inny sposób.
- A ty, błaźnie?
 – rzekł Jego Wysokość. – Czy potrafisz powiedzieć jaki 
jestem?
- Wszyscy to wiedzą
 – odparł błazen. – Wasza Wysokość wcale nie jest 
monumentalny i wielki, ponieważ jest po prostu kurduplem, a kiedy 
dowodzi wojskami, żołnierze szemrzą, że znowu jakiś zadek zabrał się do 
komenderowania. Natomiast, jeśli chodzi o kobiety, jedyne na co Waszą  
Wysokość stać wobec nich to podszczypywanie pokojówek, boć przecie 
wszystkim wiadomo, że wszelakie męskie obowiązki przejął po Waszej 
Wysokości generał artylerii. W pysk?
- Nie 
– powiedział smutno Jego Wysokość. – Do ciemnicy! Na dwa dni 
przynajmniej!
- Zdumiewające
 – pomyślał błazen w lochu. – Ilekroć on chce usłyszeć 
prawdę, zawsze zwraca się z tym do mnie. Że też trzeba być błaznem, aby 
móc mówić to, co się myśli.
I wypiął się w stronę „judasza”, w którym dostrzegł śledzące go oko 
Wysokości.

Opublikowano
29.05.1972
Kategoria
Humoreski

background image

 Potworny upał 

Upał był straszny. Pot ściekał mi strużkami po czole. Koszulka przylgnęła 
do ciała. Była mokra niczym wyjęta z wody.
Oparłem się łokciem o ścianę altany i ze zgrozą spojrzałem na trawę. 
Wyrosła do monstrualnych rozmiarów. Od domu aż po horyzont ogrodu – 
wszędzie trawa. Wysoka na potężnego chłopa dawno przekroczyła granicę 
trawników. „Do licha – pomyślałem sobie. – Trochę zbyt długo nie 
kosiłem”.
A upał tężał. Powietrze gęstością przypominało ciepłą grochówkę. 
Leniwymi ruchami przejechałem kilka razy osełką po kosie. Powoli 
opuściłem ostrze i zacząłem ciąć. Przy trzecim ruchu uderzyłem w coś 
twardego. Delikatnie rozchyliłem gąszcz. To był duży szałas spleciony z 
traw. Wsunąłem się cicho do środka i … zdumiałem: mały, czarny 
jegomość podszczypywał uroczą gejszę we wzorzystym kimonie. 
Spostrzegłszy mnie przerwał pasjonujące zajęcie i podniósł dzidę dwa razy 
większą od niego.
- Panie wielki 
– przystawił mi grot do brzucha – nie uważa pan, że jest pan 
bezczelny?
- Uważam
 – stropiłem się nie na żarty.
- To dlaczego włazi pan do prywatnego mieszkania?
Otarłem ręką spotniałe czoło i rozejrzałem się dokoła.
- W taki upał człowiek sam nie wie co robi
 – rzekłem zmieszany. – A w 
ogóle panie mały, pańskie prywatne mieszkanie stoi w moim prywatnym  
ogrodzie.
- Nie jestem mały, tylko Pigmej. To raz! A dwa
 – mówi pan: W moim 
ogrodzie”. Co można o tej porze roku robić w prywatnym ogrodzie?
- Nic. Koszę trawę…
Ma pan zdrowie. W taki upał. Mnie się nawet nie chce polować. Chociaż  
powinienem. Dziś rano zebu przemknęła przez gąszcza. Ładna sztuka. 
Trójkopytna.
- Trójkopytna?
!
- A co pan chce? Żeby w taki upał biegały parzystokopytne?
Do szałasu wszedł człowiek w białej kurtce z białą skrzynką na ramieniu.
- Lody bambino! Lody bambino!…
- Dwie porcje 
– zamówił Pigmej. – To mój stały dostawca – zwrócił się do 
mnie podsuwając porcyjkę zatkniętą na patyk.

background image

- A dla pani nie? – zapytał lodziarz.
- Nie!
 – odparł Pigmej. – Ona ma skłonności do tycia!
Za lodziarzem wsunął się do szałasu gepard. Miał cętki i dość głupi wyraz 
pyska. Przysiadł na tylnych łapach i zaskomlał. Pigmej zdenerwował się.
- Czego to bydlę znowu chce?
 – zwrócił się do swojej towarzyszki. – Tyle 
razy ci mówiłem, że nie życzę sobie żadnych kotów w domu.
– Niech pan tak na nią nie krzyczy 
– zaprotestowałem.
- Ona i tak nic nie rozumie. Pochodzi z prowincji Holagoga. Mówią tam  
bardzo złą japońszczyzną, której z kolei ja nie rozumiem.
Gepard usiadł w kącie i zajął się najświeższą prasą.
- On czyta?
 – zapytałem.
- Ee
 – skądże. Szuka tylko zdjęć roznegliżowanych dziewcząt. Czasem  
jakąś krzyżówkę rozwiąże, o ile niezbyt trudna.
- Miło mi było poznać pana
 – rzekłem do Pigmeja. – Muszę wracać do 
pracy.
Pożegnaliśmy się serdecznie. Nagle poczułem silne szarpnięcie za ramię. 
Nade mną stała żona.
- Może byś zaczął wreszcie kosić trawę?
Opuściłem kosę i zacząłem ciąć. Przy trzecim ruchu uderzyłem w coś 
twardego. Rozchyliłem gąszcz. Upał tężał coraz bardziej…

Opublikowano
28.08.1972
Kategoria
Humoreski

   

    

Koń w trampkach

 

Pewnego zdumiewająco świeżego poranka, na ulicach stolicy 
zdumiewająco małej prowincji N., pojawił się zdumiewający obrazek. 
Główną aleją miasta spokojnie spacerował koń w trampkach. Prychał 
wesoło chrapami, będąc wyraźnie dumny ze sznurowadeł zawiązanych w 

background image

eleganckie kokardki.
Mieszkańcy stolicy prowincji N. przechodzili obok konia raczej obojętnie, 
stosując się do starego, ludowego porzekadła swoich przodków: „Co to 
kogo obchodzi, że koń w trampkach chodzi”. I nic zapewne nie wywołałoby 
sensacji, gdyby na balkonie pałacu należącego do zarządcy prowincji nie 
otwarły się z trzaskiem drzwi.
- Wasza Wysokość!
 – krzyknął w głąb komnaty pokojowiec o końskiej 
twarzy i w trampkach na nogach. – Przeciwnicy polityczni znów robią 
niejasne aluzje!
- Aluzje polityczne?
 – zdumiał się gubernator. – Ciekawe!
Przerwał zatem poranną gimnastykę i wraz z osobami towarzyszącymi 
wyszedł na balkon.
- Trampki na podeszwach z kauczuku
 - skonstatował po chwili milczenia. – 
Sznurowadła fantazyjne, a koń srokaczem czystej krwi arabskiej. Ciekawe, 
jak to rozumieć?
Zwierzę tymczasem skubało bratki ulicznego klombu. Minister do spraw 
Kontroli Użyteczności Dróg Publicznych, którego dowcip swoją lekkością 
przypominał zdrowego słonia, przemyślał wydarzenie dogłębnie i rzekł:
- Jeśli w tej prowincji konie chodzą w trampkach, osłom należy wdziać  
tenisówki.
Dwie sekundy później utracił tekę ministra, otrzymując w zamian nominacje 
na stanowisko, które pozwalało na dokładniejsze studiowanie obyczajów 
koni w trampkach. Został mianowany naczelnikiem miejskiej rzeźni. 
Bolesną stroną tej zmiany było to, że fotel naczelnika miejskich zakładów 
zarzynania nie upoważniał do goszczenia w gubernatorskiej willi. Toteż 
były minister opuścił ją sposobem najprostszym: spadł na rabaty 
znajdujące się pod balkonem i legł między gladiolami.
- Osioł w tenisówkach!
 – warknął bezosobowo gubernator. – Dureń! – i z 
lubością popatrzył na swoje stopy obute w białe pepegi.
Minister Wyżywienia Kalorycznego spojrzał z właściwą sobie bystrością w 
dół:
- Przypomina to cyrk. Odnosze wrażenie, że dają nam do zrozumienia, iż to, 
co robimy w tej prowincji, jest jednym, wielkim cyrkiem.
W chwilę potem objął stanowisko kierownika stoiska sprzedaży ryb żywych 
i solonych w sklepie na peryferiach miasta, po czym zajął miejsce na 
klombie w miłym towarzystwie naczelnika rzeźni miejskiej.
- Przejrzałem tę aluzję!
 – ucieszył się naraz szef gwardii pałacowej. – To 
jest przytyk do osobistej ochrony waszej wysokości. Dają nam do 
zrozumienia, że gwardziści zachowują się jak konie.
W samej rzeczy pałacowa gwardia chodziła w trampkach, żeby nie zakłócać 
spokoju właściciela pałacu. Za szczerość szef gwardii zleciał w klomb w 
stopniu stójkowego.
Do konia podszedł jakiś człowiek i ujął go za uzdę. Gubernator wychylił się 
z balkonu i przywołał go gestem.
- Powiedz mi, dobry człowieku, dlaczego ten koń chodzi w trampkach?
- Wasza wysokość 
– odparł właściciel ssaka – po prostu nie stać go na 

background image

lakierki.
Gubernator zakrztusił się śmiechem, tracąc przy tym równowagę. Spoczął 
na klombie między stójkowym, naczelnikiem rzeźni i kierownikiem stoiska. 
Wypoczywając w gladiolach dostrzegł, że jego miejsce na balkonie zajął 
pokojowiec przebrany już w uniform zarządcy prowincji. Pokojowiec 
pokiwał mu przyjaźnie dłonią:
- Wasza była wysokość musi przyznać
 – zawołał do eksgubernatora – że do 
upadku doprowadziło go końskie poczucie humoru.
- To prawda
 – westchnął zapytany – rasowy polityk nie powinien dziwić się 
byle koniowi w trampkach. Mam jednak nadzieję
 – dodał – że i ty się kiedyś 
zadziwisz.
I jął przemyśliwać skąd by można pożyczyć słonia na wrotkach.

Opublikowane
12.10.1972
Kategoria
Humoreski

         

  Ostatni letni pociąg

 

Na niewielkiej letniej stacyjce oczekiwałem ostatniego letniego pociągu. W 
ciepłym jeszcze powietrzu snuło się babie lato, a las po przeciwnej stronie 
toru grał pełną gamą barw. Lśniła ciemna zieleń, połyskiwał brąz, 
gdzieniegdzie jarzyło się złoto. Kontemplowałem właśnie ten przepyszny 
widok, gdy obok mnie na ławeczce usiadł niewysoki mężczyzna w 
konduktorskim mundurze. Westchnął marzycielsko i spojrzał w dal…
- Pan również oczekuje ostatniego letniego pociągu?
 – zapytał.
Od razu poczułem sympatię do tego smutnego człowieka. Było coś 
niezwykłego w jego tęsknym, zadumanym spojrzeniu.
- Tak
 – odrzekłem nadając głosowi ciepły ton. – Czekam na ten właśnie 
pociąg.

background image

Mężczyzna uśmiechnął się w zamyśleniu.
- A ja
 – rzekł po krótkiej chwili – oczekuję każdego pociągu  
przybywającego na tę leśną stacyjkę. Niezależnie od pory roku, pogody i 
samopoczucia. Czekam aż o n a przyjedzie.
- Osoby długo oczekiwane zawsze w końcu przybywają
 – pocieszyłem go.
Popatrzył zamglonym wzrokiem na horyzont. Babie lato zwolna oplatało 
tablicę z nazwą stacyjki.
- Już dwa lata spędzam na oczekiwaniu
 – westchnął ponownie. – Przeklęte 
uczucie jesienne! Czy zechce pan wysłuchać mojej historii?
 – spojrzał na 
mnie z wyraźną nadzieją.
- Jeżeli tylko mógłbym być panu w czymś pomocny…
Podziękował mi łagodnym uśmiechem i zaczął bez ociągania:
- Jeszcze dwa lata temu obsługiwałem ten ostatni, letni pociąg.  
Prezentowałem się chwacko, a kleszcze w moich rękach raz po raz 
przecinały bilety podróżnych z właściwą gracją. Był dzień taki jak dziś. 
Wszedłem do przedziału dla niepalących i wtedy spostrzegłem j ą. Była 
opalona, we włosach miała jeszcze resztki babiego lata i pachniała  
wrzosem. Gdy wziąłem z rąk nieznajomej pasażerki ciepły kartonik do 
przecięcia, uczułem gwałtowną chęć przytulenia jej do serca. Zwolna  
ogarnęło mnie miłe, jesienne uczucie. Uniosła wzrok znad rozkładu jazdy i 
wtedy właśnie między nami nawiązała się nić sympatii. A wtedy ja…Och, 
przeklęte wynaturzenie profesjonalne!!! Wtedy ja zacisnąłem kleszcze i nić  
tę nieopatrznie przeciąłem!
W kącikach oczu nieznajomego zamigotały łzy.
- Był to błąd nie do naprawienia
 – ciągnął – Sytuację wykorzystał pewien 
pasażer z pierwszej klasy obdarzony wyglądem brutala. Prawie 
natychmiast powiązał się z nieznaną, a jakże mi bliską pasażerką, grubą  
nicią prymitywnych pożądań.
- Smutna jesienna opowieść
 – wyszeptałem.
- Niebaczna na łomotanie mego serca, unicestwiła moje sny. Kupido ze 
mnie drwi, gdy przesiaduję tu na tej ławeczce. Zmięty życiorys, zadra w 
sercu i oczekiwanie, to wszystko co pozostało mi po tamtej konduktorskiej  
zmianie. A tam łaknie jej ten cham, bez znajomości duszy dam.
- Pan mówi słowem wiązanym?
- Zawsze, kiedy wspominam tamte chwile, zaczynam mówić wierszem
 – 
odparł nieznajomy i westchnął: - O, piękna pasażerka przedziału mego 
serca, odjechałaś podmiejskim o siedemnastej trzydzieści siedem, 
zostawiając mnie między peronem a niebem.
Zamilkł na chwilę i spojrzał na wjeżdżający na stację ostatni, letni pociąg, z 
którego nikt nie wysiadł.
- Między peronem a niebem
 – powtórzył nieznajomy i oddalił się powoli, a ja 
pomyślałem z niechęcią o pani, która odjechała podmiejskim o 
siedemnastej trzydzieści siedem z panem o brutalnym wyglądzie. Wtedy 
odczułem chłodny powiew jesieni.

Opublikowane

background image

12.10.1972

Kategoria

Humoreski

          

Zimowe popołudnie

 

Strzepnąłem śnieg z kapelusza. Zmierzchało. Gdy podniosłem głowę, 
spostrzegłem, że stoi przede mną jegomość. Wzrostu był słusznego, sporej 
postury i twarz miał szczerą. Ale to stwierdziłem nieco później. Ubrany 
bowiem był dość niezwykle. Stalowy napierśnik połyskiwał matowo w 
świetle latarni, nagolenniki i nałokietniki chrzęściły przy każdym ruchu. 
Powoli podniósł przyłbicę. Wyciągnął rękę wielką jak bochen chleba.
- Zyndram jestem
 – powiedział i dodał od razu – z Maszkowic.
- Ciekawe
 – odparłem bez zainteresowania.
- Co ciekawe?
 – zapytał – To, że Zyndram, czy to, że z Maszkowic?
- Jedno i drugie.
Wzruszył ramionami. Rozejrzał się po ośnieżonych drzewach parku.
- Szef kazał mi przyprowadzić chorągiew mazowiecką, ale zbłądziłem.
- A kto jest pana szefem?
 – zapytałem.
- Władek. Zna go pan?
- Z imienia nie. Może z nazwiska.
- Jagiełło.
- Trochę znam. Ze słyszenia.
- A, no widzi pan. Mamy jednak wspólnych znajomych. Czy mógłby pan 
poczęstować mnie papierosem?
Wyjąłem papierośnicę. Zaciągnął się głęboko i westchnął.
- Wie pan co? Najgłupsze jest to, że pojęcia najmniejszego nie mam, gdzie  
ta mazowiecka chorągiew może być. Sześciuset chłopa i jak kamień w 
wodę. Szef może mieć pretensje. Pewnie za spódniczkami się gdzieś  
uganiają. Zna pan jakieś nowe kawały?
- Nie.
- Niedawno słyszałem taki dowcip: mówi jeden facet do drugiego, bo jak  
wiadomo w dowcipach występują zawsze dwaj faceci. Więc ten jeden 
mówi: czy wiesz dlaczego tramwaj zakręcywa? Ten drugi odpowiada, że nie  
wie. Wtedy te pierwszy: bo mu się szyny wygły. Ha! Ha! Ha! Dobre, co?
- Niedobre.
- Ma pan rację. Zupełnie do niczego. Opowiedziałem tylko dla rozładowania  
atmosfery. Jagienkę pan zna?

background image

- Słyszałem o niej. Podobno orzechy rozgniatała.
- Ee, skąd, już dawno nie. Dziadek do orzechów ją boli. Ale chryja to będzie.  
Niedobór na sześciuset chłopa. Mnie się też dostanie. Mam wrażenie, że już  
się nieco spóźniłem.
- Rzeczywiście, trochę się pan spóźnił.
- Pożyczyłby mi pan ze sto złotych do pierwszego? Nie mam na pociąg do 
Grunwaldu. Oddam na pewno.
Wyciągnąłem banknot z portfela i podałem mu. Mężczyzna spoważniał.
- Jest pan strasznie naiwny. Pierwszy raz pan mnie widzi i pożycza bez 
wahania pieniądze. Czy nie przyszło panu na myśl, że blaguję? Ja w ogóle  
nie nazywam się Zyndram! I wcale nie jestem z Maszkowic! Jak pan mógł w 
to uwierzyć! Smutno panu, co?
- Pewnie, że mi smutno.
 – odpowiedziałem – A jak naprawdę pan się 
nazywa?
- Ivanhoe. Wierzy pan?
- Nie bardzo. Powinienem przecież znać pana.
- Pan? Ciekawe czemu?
- Bo nazywam się Robin Hood.
Ocknąłem się z potwornym bólem głowy. Kątem oka zdołałem dostrzec, że 
bibliotekarka i kilka osób wyciąga mnie spod regału literatury pięknej.

Opublikowane

24.12.1972

Kategoria

Humoreski

                

Wieczór wigilijny

 

W dalekich oknach zapalały się choinki. W mroźnym powietrzu zwolna 
wirowały płatki śniegu na dachach domów i drzewach tworząc białe czapy. 
Był dzień ciepła i dobroci. Stałem w oknie oczekując pojawienia się 
pierwszej gwiazdy, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Na progu stał 
nieogolony obdartus w butach, które prosiły się o szewca.
- Cześć
 - powiedział, niezdecydowanie przestępując z nogi na nogę. Po 
chwili zebrał się w sobie i wszedł do mieszkania. Rozparł się wygodnie, 
przysunął do siebie talerz z karpiem po żydowsku i jął spokojnie 
konsumować.

background image

- Co tak wytrzeszczasz te swoje niewinnie wyglądające oczęta? – zapytał z 
pełnymi ustami. – Mnie nie zwiedziesz.
- Kim pan właściwie jest i czego sobie życzy? 
– zapytałem chłodno – 
Patrzcie! „Pan” do mnie mówi. Nie poznajesz mnie, ty szujo? Ty ohydny 
paskudniku! No spójrz na mnie, spójrz! Nikogo ci nie przypominam?
- Owszem
 – odrzekłem zimno. – Zdjęcie z listu gończego.
- Ho! Ho! Sam sobie wystawiasz świadectwo, nędzniku! Jestem twoim  
sumieniem! Spójrz jak wyglądam! W dniu tak uroczystym jak dzisiejszy  
postanowiłem rozliczyć się z tobą.
Opadłem w fotel i uważnie przyjrzałem się nieproszonemu gościowi.
– Jak na moje sumienie, gębę masz raczej wredną
 – rzekłem.
- Nie przypuszczasz chyba, że przy twoich postępkach mogę mieć inną?
Ludzie dokoła mówią, że ja, twoje sumienie, jestem robaczywy. Przypomnij  
sobie wszystkie swoje niegodziwości. Wówczas mój widok nie będzie cię 
dziwił. Zacznijmy od spraw najwstrętniejszych. Kobiety. Ile ich porzuciłeś? 
Ileż łez przez ciebie wypłakały?! Jak ci nie wstyd, ty zbójco seksualny!
Ta mała ruda z pracy, blondynka z kawiarni, pulchna z teatru, znajoma  
pulchnej, żona sąsiada! Łazarzu ty erotyczny. Przypomnij sobie swoje 
robaczywe dzieciństwo. Mysz w szufladzie nauczycielki, wyżerane torty i 
podkradanie pieniędzy z portmonetki mamy. A twoja pierwsza żona? 
Myślisz, że nie pamiętam setek drobnych kłamstw? Wychodziłeś niby to na 
brydża, a w rzeczywistości ćwierkałeś po kątach z tą blondynką, którą  
następnie rzuciłeś podle dla jej znajomej. Nie masz więcej tego karpia, ty  
degeneracie?
 – zmienił ton. – Nie masz. Tak myślałem. Zawsze miałeś tylko 
siebie na względzie. Chętnie dałbym ci w ten odrapany garnek na kartofle, 
który u innych ludzi nazywa się twarzą.
Wstałem gwałtownie.
- Proszę wyjść!
- Ha! Ha!
 – zachichotał obdartus. – Wyrzucasz mnie za drzwi. Brak ci 
odwagi, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz. Odchodzę zatem. Będziesz 
odtąd bez sumienia, niegodziwcze!
W progu ująłem nieproszonego gościa za kołnierz, krzycząc:
- Nigdy nie znałem żadnej pulchnej kobiety, ani jej przyjaciółki, wyżerałem 
konfitury a nie torty, nie podkradałem matce, tylko ojcu, to nie była mysz, 
lecz żaba, a w ogóle nie jestem żonaty, tylko rozwiedziony! A teraz won  
stąd, bo ty jesteś sumieniem tego faceta z trzeciego piętra!
Zasiadłem podenerwowany przy choince, gdy znowu zadźwięczał dzwonek.
Na palcach zbliżyłem się do drzwi i unieruchomiłem brzęczek gazetą.

Opublikowane

24.12.1972

Kategoria

Humoreski

background image

                                    

Bydlę

 

Przy trzecim kieliszku czułem się jeszcze zupełnie dobrze. Przy czwartym 
stało się. Wylazło ze mnie bydlę. Buchnęło parą z nozdrzy i kaprawymi 
oczami potoczyło wokoło. Przerażony cofnąłem się o krok. Bydlak 
zarechotał obrzydliwym śmiechem ukazując rząd przerzedzonych, 
krzywych zębów.
- Nie bój się! Jestem tylko twoim drugim ja.
Zatrzymał się przed lustrem i przez chwilę trwała cisza, w której 
kontemplował swój widok.
- Nie da się ukryć, że jako twoje alter ego daleko mi do przyjemnych rysów 
miłego człowieka. Mój wygląd jest średnią arytmetyczną Frankensteina, 
King Konga i Drakuli. Świat jest, niestety, tak paskudnie urządzony, że 
obraz alter ego zależy od oryginału. W moim smutnym przypadku 
oryginałem jesteś ty i właśnie dlatego nie ma dla mnie ratunku. Jestem 
bydlę i tylko tyle mogę o sobie powiedzieć.
- Po co przyszedłeś?
 – wycharczałem.
Bydlę wsunęło papierosa między kły i z lubością zaciągnęło się dymem.
- Właściwie wylazłem z ciebie bez określonego celu. Ot, tak sobie. Tym 
gorzej dla ciebie i dla mnie. Z innego człowieka bydlę wychodzi dla  
osiągnięcia bardziej lub mniej nieuczciwych celów, a z ciebie wyszło bydlę  
– czyli ja – zupełnie bez przyczyny. Absolutna sztuka dla sztuki. Stało się 
tak dlatego, że całkowicie wypełniam twoją osobowość. Jestem  
podstawową cechą twego charakteru, który jest wyjątkowo robaczywy. 
Przyznać musisz, że w większości przypadków jestem motorem twego 
działania. Zapytałeś mnie obcesowo po co właściwie przyszedłem? Jesteś 
osobnikiem zarozumiałym i próżnym. W tych cechach nie ustępuję ci 
zupełnie. Rozumiesz teraz, że w bezmiarze mojej próżności chcę ci się po 
prostu pokazać. Przy okazji stwierdzisz naocznie co w tobie siedzi  
naprawdę i jak daleki jesteś od wizerunku dobrego, serdecznego 
człowieka, którym usiłujesz mydlić innym oczy. Jednak na pocieszenie  
mogę ci powiedzieć, że nie ty jeden posiadasz drugie ja w tak ohydnej  
postaci w jakiej mnie teraz widzisz.
- Inni też?
 – zapytałem słabym głosem.
- Też. Nie jesteś nieszczęśliwym wyjątkiem w tej dziedzinie. A tę niewinną  
minę możesz sobie wobec mnie darować. Prymitywna sztuczka. Na którą 
nawet ludzie nieco cię znający nie dają się nabrać.
- Więc nie jestem jedyny.

background image

- O, nie! Choć jeśli chodzi o mnie, to znaczy o bydlę, które w tobie tkwi,  
mało kto może z tobą konkurować.
Gdy patrzało toto na mnie swymi przekrwionymi ślepiami, pomyślałem, że 
nadarza mi się wyjątkowa okazja pozbycia się go. Uchwyciłem się tej myśli 
jak ostatniej deski ratunku. Pozbędę się tkwiącego we mnie bydlęcia, stanę 
się człowiekiem uczciwym na wskroś. Z sercem na dłoni pójdę przez życie. 
Stanę się sprawiedliwy. Mój charakter przypominać będzie kryształ. To jest 
myśl. Z całą zaciekłością zacisnąłem ręce na szyi bydlaka aż oczy uciekły 
mu z orbit. Ocknąłem się, nie mogąc złapać tchu. Spojrzałem na własne 
ręce, które zaciskały mi się na szyi.Nie pierwszy raz mi się to zdarzało.

Opublikowane

15.01.1973

Kategoria

Humoreski

                              

Wieprz

 

Kniaź wyciągnął się na rozłożystej łożnicy i z lubością powiódł wzrokiem 
po ścianach obwieszonych niedźwiedzimi skórami i wszelakiego rodzaju 
bronią. Dzień zapowiadał świetne polowanko. Przymknął tedy oczy i 
rozmarzył się. Nagle drgnął; gdzieś z głębi alkowy dobiegło jego uszu 
chrząknięcie. Oczy kniazia zrobiły się okrągłe niczym talary, które bito w 
jego mennicy; na puszystym dywanie książęcej sypialni leżał wieprz. 
Wieprzak był różowy i tłusty. Wyciągnął raciczki i lekko pogwizdywał przez 
sen.
Widok ten wyraźnie wyprowadził kniazia z równowagi. Porwał ze ściany 
ciężki, obosieczny miecz i wybiegł na pokoje.
- Kto mi go podłożył? Czyja to sprawka?
Na łysinie hetmana koronnego pojawiły się wielkie krople potu, 
podskarbiemu odnowił się tik, polegający na trzepotaniu lewego ucha, 
konkubina kniaziowa żałować, że nie wyszła za mąż za pewnego kawalera, 
który ofiarował się jej dwa lata temu.
- Kto go podłożył? Pytam po raz ostatni?!
Hetman koronny nie wytrzymał. Padł na kolana i zalał się łzami:
- Ja, panie! Przyznaję się! To ja podłożyłem waszej wysokości do podpisu  

background image

ten mój nieudany rozkaz, który sprawił, że w bitwie pod Allelują wytraciłem 
połowę żołnierzy twojej drużyny.
- Milcz ośle!
 – miecz gwizdnął złowróżbnie. – Nie o to chodzi!
Kniaź rozpłatał stół i dwa kryte jedwabiem stolce. Drzazgi sypnęły po 
twarzach obecnych.
- Wasza wysokość!
Kniaź zatrzymał się w rozpędzie. Konkubina załkała cichutko:
- Przyznaję się. Otwarcie. Mimo pozorów, które stwarzałam, nie byłeś 
kniaziu jedynym mężczyzną mego życia.
- Nie?
 – zdumiał się kniaź. – Ale mieszczę się chyba w pierwszej dziesiątce 
na punktowanym miejscu?
- W pierwszej dziesiątce tak, ale niestety na miejscu bez punktów.
- Milczeć!
 – z olbrzymiego świecznika zrobiły się dwa.
- To ja! 
– podskarbi zatrzepotał lewym uchem. – Tnij kniaziu, jam winien! 
Jam brał łapówki od poddanych, jam wyciskał z nich ostatnie grosze na  
podatki, okradał twoją szkatułę i szafował ciemnicą dla tych, co mi się  
sprzeciwiali. A na wszystko brałem podkładki z twoją osobistą akceptacją. 
Ja też bez przyzwolenia polowałem w twoich lasach, podszczypywałem 
twoje dwórki, a u twojej konkubiny jestem na punktowanym miejscu.
- Fiu, fiu… 
– zagwizdał kniaź z podziwu. – Zebrało ci się nieco tych historii – 
i chciał jeszcze coś rzec, gdy przez drzwi wsunął się zalękniony sługa:
- Wasza wysokość, świniopas pyta czy nie było tu jakiejś świni?
Kniaź skłonił się ku obecnym z ironiczną admiracją:
- Miło mi było gościć państwa u siebie
 – zachichotał zjadliwie. – Do 
zobaczenia w książęcych kamieniołomach.
Po czym zwrócił się do sługi:
- Owszem. Jest tu jedna świnia, mój drogi. Ale bardzo porządna. W mojej 
sypialni.

Opublikowane

15.02.1973

Kategoria

Humoreski

background image

             

Następca tronu

 

O północy zaczęły bić dzwony. Ryknęły ustawione na podmiejskich 
wzgórzach spiże. Podpalono wypełnione smołą beczki. Straż miejska biła w 
bębny, karczmarze wytaczali antały piwa przed zajazdy i nawet dziewki były 
tańsze niż zazwyczaj. Na zamkowym podworcu służba stoły stawiała, 
wypełniając je wszelakim jadłem i napitkiem. Przypadkowym przechodniom 
podawano puchary pełne przednich nalewek, by toast za następcę tronu 
spełnić mogli.
Tymczasem na dworze przygotowywano wielką salę balową, gdzie 
trzydniowe igrce trwać miały. Żwawo poruszali się najprzedniejsi kucharze, 
biegali kuchciki przynaglani trzonkami warząchwi. Na wielkich rożnach 
porozkładanych w zamkowym ogrodzie piekły się woły, podsmażano 
barany, podlewano tłuszczem jagnięta, a rozkoszne zapachy niosły się na 
gród cały.
U wyjścia z piwnic klucznik laską podgrzewał pachołków wytaczających 
beki z miodem i winem, przeto jego zmysł równowagi ucierpiał na tym 
nieco.
Wrzało też w gotowalniach fraucymeru. Na drewnianym podeście uwijał się 
cyrulik z pomocnikiem, a to włosy damom przygładzał i pachnidłami 
namaszczał, a to peruki z włosia jak druty w pukle trefił. Krawcowa i 
bieliźniane biegały jak opętane, podszywając bogate jedwabie złotem, 
srebrem i bielą pereł.
Otoczony rojem wielmożów i przedstawicieli mieszczaństwa następca 
tronu przechylił kryształowy pucharek przedniego burgunda, ostatnią 
kroplę strząsnął na podłogę i z namysłem odstawił naczynie na stół. 
Skinieniem głowy podziękował chórowi życzeń.
- Podatek od majątku zniosę. Znienawidzonego szefa policji każę powiesić.  
Kiedy skończą się bale po koronacji, osobiście dopilnuję rąbania galer na 
opał, który rozdany między ubogie pospólstwo będzie. Pochlebców starego 
króla oddalam ze dworu. Niech mi żaden w grodzie zjawić się nie waży. Z 
nastaniem świtu otworzyć wszystkie więzienia. Radość ma być w państwie  
i każdemu po temu daję prawo…
Zagrzmiały wiwaty. Na zamkowy podjazd wtoczyła się kareta w szóstkę 
koni, za nią dragoni w honorowej asyście, którzy do katedry, gdzie 
koronacja miała się odbyć, wieźć następcę tronu mieli.
Znów zahuczały ustawione na wzgórzach spiże. Na murach stanęli 
heroldowie i zagrzmiały fanfary powitalne. Nowy pan i władca jechał do 
katedry po odbiór insygniów swojej władzy.
Na ulicach bawił się lud. Grajkowie dęli w piszczałki i fujarki, bili w bębenki 
i werble. Roztańczony tłum podążał za karetą wywijając pochodniami.
Jeden tylko człowiek nie ruszył za ciżbą. Siedział na beczce z piwem przed 
wielką opustoszałą karczmą i z pijacką markotnością medytował nad 
kuflem.

background image

- Trzecia koronacja, której nie chcę oglądać – wybełkotał i zaraz tęgo 
pociągnął z kufla. – Następca tronu zawsze ma swego następcę. Zniósł  
podatek od majątku. Ha! Ha! Dobre sobie! Za to myto na drogach i  
rogatkowe potroił. Szefa policji każe powiesić! Pewnie! Stary król też to 
kazał uczy-nić w dzień swojej koronacji. Nic tak nie zaskarbia zaufania jak  
powieszenie człowieka, którego lud nienawidzi. Pochlebców starego króla  
oddalił. Lud pomyśli, że czyn to szlachetny. Ale ja wiem, że zrobił to 
dlatego, bo swoich ma pod dostatkiem. I galery też można porąbać, skoro 
kamieniołomy przygotowane. Opróżnił więzienia! Będzie ich potrzebował 
dla swoich przeciwników, ten młody pyszałek.
Mężczyzna zakolebał się na beczce i wylewając resztę piwa na bruk, 
wrzasnął za oddalającym się tłumem:
- Dokąd zmierzacie głupcy i z czego się cieszycie?! Ja, jako instytucja,  
trwam!
I zwalił się jak kłoda.
Człowiek ów był katem.

Opublikowane

30.03.1973

Kategoria

Humoreski

              

Bitwa nad Allelują

 

Bitwa nad niewielką rzeczką Allelują nie przeszła do historii. Za to 
kronikarze obu walczących stron zdrowo oberwali po pyskach, które , 
nawiasem mówiąc, nie były doskonałymi egzemplarzami męskiej urody.
Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że lanie, jakie im zgotowano 
było dziełem żołnierzy wojsk przeciwnika. Zgoła inaczej rzecz się miała a i 
tak powinni oni dziękować losowi, że na tym się jeno skończyło, bo 
poniektórzy wojacy przebąkiwali o suchych gałęziach, albo wręcz o czymś 
gorszym znacznie.
Zdarzenia zaś miały się następująco:
Nad niewielką rzeczką Allelują z jednej strony nadciągały dwa bataliony 
łuczników, cztery pułki kuszników, sześć szwadronów ciężkiej jazdy i 

background image

ponoć nieco dragonii. Z drugiej strony brzegu stanęły trzy bataliony 
tarczowników, pułk łuczników, sześć pułków miotaczy kamieni, batalion 
sanitarny oraz kilkudziesięciu kirasjerów z armatą, o której nie warto 
wspominać, bo i tak ją rozdymało po każdym wystrzale.
Gdy padła komenda: „Do boju gotuj się!”
 – walczące strony zwarły szeregi. 
Kusznicy i łucznicy napięli cięciwy, błysnęły szable kirasjerów i jedyna 
armata, a lance dragonów opadły tuż nad końskie łby. Wodzowie obu stron 
wysunęli się na czoło i już, już obie potęgi miały runąć na siebie, kiedy 
wódz po lewej stronie rzeczki powstrzymał swoich ruchem ręki.
- Czy mogę o coś zapytać? 
– wrzasnął w kierunku drugiego brzegu.
- Kto pyta nie błądzi! 
– odpowiedział wódz z tamtej strony.
- Chciałem się tylko jednego dowiedzieć. – O co wam właściwie chodzi?
Wódz z prawego brzegu Allelui wzruszył ramionami.
- Dokładnie nie wiem. Nie obracam się w sferach dworskich, ale 
opowiadano, że wasz ambasador odwrócił się tyłem do naszego księcia 
pana w czasie audiencji.
- Coś podobnego
 – zdumiał się wódz z lewej strony rzeczki.
- Tak, tak. Ten ramolowaty tetryk, który nami włada, zawsze był diablo  
obraźliwy. Osobiście nie widzę nic niewłaściwego w zadku ambasadora.
- Rzeczą nie do ukrycia jest fakt, że nasz ambasador zawsze miał maniery  
nieokrzesanego kołka 
– stwierdził dobitnie wódz po lewej stronie Allelui a 
odwracając się do swoich żołnierzy, ryknął:
- Chce się wam chłopcy?!
- G…o tam!!
Podobną w sformułowaniu odpowiedź, lecz w treści jeszcze mniej nadającą 
się do przytoczenia, usłyszał od swego żołnierstwa wódz z prawego 
brzegu.
Huknęło zdrowo po obu stronach rzeczki, echo poniosło do taborów, ale 
nie grzmiały to muszkiety, ani jedyna armata, lecz szpunty od beczek z 
piwem. Obie armie przemieszały się, jędrny śmiech wypełnił dolinkę Allelui 
i słychać było bulgot piwa przelewanego do kubków.
Nagle wszystko ucichło. Oczy wodzów i wojów zwróciły się ku dwóm 
jegomościom, którzy dzielnie skrobali coś w pergaminach. Podszedł do 
nich jeden z żołnierzy, wyszarpnął spod gęsich piór pergaminy i jął na głos 
czytać:
- Starły się nad rzeczką Alleluja dwie armie olbrzymie. Ustawione na 
wzgórzach ryczały armaty. Trup padał gęsto, lecz żadna ze stron o pardon 
prosić nie myślała. Wodzowie na białych koniach buławami kierowali  
nieśmiertelnych rycerzy swoich na śmierć i „bij zabij” głośne szło po 
zwartych szeregach…
Wódz po lewej stronie wstał powoli, przeciągnął się aż w stawach 
zatrzeszczało i rzekł:
- Coś mi się widzi, że ktoś tu zaraz w pysk brać będzie!
- Prawdę mówisz
 – potwierdził wódz z prawej strony i sięgnął po korbacz.
Co się działo dalej – nie ma potrzeby opisywać. Obaj skrybowie obici jak 
ulęgałki czmychnęli z pola niedoszłej bitwy, a po powrocie wojsk na 

background image

zimowe leża obu książętom też się niezgorzej oberwało.
I choć dziejopisowie milczą na temat Allelui - celu nie osiągnęli, bo jakże 
często przekorna pamięć ludzka sięga po to, co w historii pomijane jest 
milczeniem, niźli po to, co kroniki na plan pierwszy wytykają.

Opublikowane

30.04.1973

Kategoria

Humoreski

                                    

Alechmik

 

Marszałek dworu po trzykroć stuknął laską i zaanonsował tubalnie:
- Alchemik waszej wysokości!
Do tronu zbliżył się człowiek rosły, o twarzy szlachetnej i pięknych rysach. 
Książę obrzucił przybyłego znudzonym wzrokiem i rzekł:
- Już sześć lat jesz mój chleb, pijesz moje wino i straże moje twych komnat  
pilnują. Od lat sześciu skarbnik wypłaca ci dukaty i sługi do posług  
dostałeś. Dziś rad bym wiedzieć, jakie są wyniki twojej pracy, a moich o 
ciebie starań. Rzeknij alchemiku: otrzymałeś już złoto w czystej postaci?
Przybysz skłonił się z powagą, zamiatając posadzkę kapeluszem strojnym 
w strusie pióra.
- Panie
 – odrzekł. – Dzięki ci za twoje starania, sługi i dukaty. Ale ze 
smutkiem muszę ci oznajmić, że to co było celem doświadczeń – złoto, nie  
zostało przeze mnie uzyskane.
Książę pan skrzywił się zawiedziony i ciężko westchnął. Alchemik skłonił 
się ponownie.
- Chciałbym cię jednak powiadomić, panie, o innym moim wynalazku, nie  
mniej ciekawym niż odkrycie kamienia filozoficznego czy eliksiru wiecznej 
młodości.
Władca uniósł wysoko głowę a i dworacy pilnie nadstawili uszu.
- Udało mi się uzyskać ludzką głupotę w czystej postaci.
Kniaź rozwarł usta ze zdziwienia i w tym niezbyt inteligentnym grymasie 
trwał przez chwilę.
- Więc powiadasz ?…
- Tak, panie! Pozwól, że odpowiem nim zapytasz. Każdego z twych 
poddanych potrafię ocenić czy głupcem jest, czyli mądrym i za pomocą 
doświadczeń skomplikowanych rzecz tę wykazać najprawdziwiej.

background image

- I z każdym tę rzecz uczynić potrafisz? – zdumiał się książę. – Niezależnie 
od jego stanu, majątku, przekonań i bez ukrzywdzenia badanej persony?
- Rzekłeś, o panie!
- Nuże zatem, wykaż mi zaraz jakim jest mój marszałek dworu!
Książę pan, alchemik i dwór cały podążyli do komnat mistrza. Marszałek 
dworu wsadził nos do kulistej bańki, zaś alchemik preparaty jakoweś 
przygotowywał, w retortach mieszał, aż swąd wypełnił pomieszczenie.
Po jakimś czasie książę pan ujrzał w rękach mistrza sporą garść rdzawego 
proszku.
- Panie
 – zwrócił się alchemik do władcy. – Nawet z osła dałoby się tyle 
głupoty wykrzesać.
- Zdumiewające
 – zawołał kniaź. – Mistrzu, czyń więc dalej swoje 
eksperymenta i przebadaj mi małżonkę moją, księżną panią.
Alchemik zawahał się.
- Czy to wypada, wasza wysokość?
- Skoro ci rozkazuję, czyń to!
Po dwóch kwadransach doświadczeń alchemik smutno zwiesił głowę. 
Książę zachichotał:
- Nuże, śmiało!
- Tak jest, panie. Księżna pani, to z grubsza rzecz biorąc, idiotka.
- Doskonale
 – książę bawił się świetnie. – Nie myślałem, że jest aż tak 
krytycznie, ale widzi mi się, iż twoje doświadczenia są daleko bardziej 
precyzyjne od moich przypuszczeń. Bierz teraz w obroty mego błazna.
Błazen usiłował wymknąć się cichaczem, ale go powstrzymano i wsadzono 
nos do bańki. Alchemik podjął pracę, a potem oznajmił:
- Niebezpiecznym jest człowiek, który uchodzić chce za głupca, a wcale 
nim nie jest.
Gdy zamek pogrążył się we śnie i słychać było tylko kroki i nawoływania 
straży na murach, cień jakowyś przemknął do pokojów alchemika. Mistrz 
zdumiony przetarł oczy ze snu:
- Wasza wysokość?!
- Pst! Przyszedłem, abyś i mnie przebadał…
Jaki był wynik tych doświadczeń, nie wiadomo, bo alchemika powieszono 
tuż przed świtem. Wraz z nim zaginęła tajemnica jego wynalazku.
Może to i dobrze…

Opublikowane

15.05.1973

Kategoria

Humoreski

background image

                                                      

Kandydat

 

Ktoś cicho zastukał do drzwi.
- Wejść
 – warknął zarządca dworu.
W progu ukazał się kamerdyner.
- Ekscelencjo, przybył kandydat na błazna. Oczekuje za drzwiami.
- Śmieszny?
- Nie bardzo.
- Wprowadź go!
Do pokoju wsunął się czlowieczek o okrągłych oczkach. Skłonił się nisko i 
znieruchomiał w oczekiwaniu na początek rozmowy. Zarządca zlustrował 
go obojętnym wzrokiem.
- Gdzieś dotąd błaznował, człowieku?
- Różnie bywało, panie. Po książęcych dworach się obracałem, a i 
królewskie pałace nie są mi obce.
- Czy masz jakieś listy polecające?
- Obawiam się, że nie, ekscelencjo. Moi poprzedni chlebodawcy, zawsze  
gdym odchodził, polecali mnie wszystkim diabłom.
- Musiałeś być niezgorszym gagatkiem! Pokaż zęby!
- Panie, przecież nie najmuję się jako nałożnica jego wysokości!
- Nie szkodzi. Muszę zobaczyć co będziesz obnażał przed jego wysokością, 
kiedy będziesz wybuchał gwałtownym śmiechem.
- Rozumiem.
- To dobrze, człowieku. A teraz słuchaj uważnie. Przyjmiemy cię na 
stanowisko młodszego błazna. Na wyższą pozycję musisz sobie zasłużyć. 
Dlatego do czapki, którą jutro otrzymasz, wolno ci przypiąć jeden tylko 
dzwoneczek. Takoż i kaduceusz nie będzie zbyt ozdobny.
- Panie, jestem błaznem już lat dwadzieścia!
- Milczeć. Nie wolno ci obrażać jego wysokości, ani nikogo z jego bliższego  
i dalszego otoczenia. Nie wolno ci naigrywać się z jego wad, jak również 
wady jego przyjaciół są nietykalne dla ciebie. Nie pozwalam ci kpić z dam 
dworu, z dworzan, gwardii, żołnierzy oraz służby. Nie wolno ci wykpiwać 
urzędników i mieszczan. Od medyków wara, osoba kata niech cię nie nęci. 
Karczmarzy nie tykaj, nie ruszaj bakałarzy.
- Czy wolno mi dworować z durniów, służalców, niedołęgów i nierobów?
Zarządca wzruszył ramionami.
- Każdy tu pracuje w pocie czoła i tematem do żartów czynić go nie  
przystoi. A cennik u nas obowiązuje taki: za rozbawienie jego wysokości 
do rozpuku – sztuka złota. Za rozbawienie kogoś z jego najbliższego  
otoczenia – grosz. Za rozbawienie pospólstwa – pochwała. Za obrazę jego 
wysokości – trzy dni ciemnicy o chlebie i wodzie. Za obrazę któregoś z 
jego przyjaciół - dzień w ciemnicy. Za obrazę dworzanina – w pysk! Za  
obrazę damy dworu – w pysk! Za obrazę gwardzisty – w pysk!…
- Co zatem wolno mi panie?

background image

- Wolno ci być błaznem.
Człowieczek pokręcił głową.
- Jakże nim być wśród takiego tłumu błaznów
 – odrzekł i zaraz otrzymał 
zapłatę według szóstej pozycji cennika.
Uśmiechnął się tedy gorzko, niezawodowo. Bo gdy błazen uśmiecha się 
sam do siebie, zawsze uśmiecha się z goryczą.

Opublikowane

15.07.1973

Kategoria

Humoreski

    

     

WZGÓRZE WISIELCÓW

Z RAPORTÓW POLICJI

3   czerwca   br.,   o   godzinie   2.25,   trzy   kilometry   na 

południe   od   miejscowości   Manowo,   nocny   patrol   policji 

drogowej   znalazł   porzucony   samochód   marki   skoda   favorit, 

numer   rejestracyjny   KRA1543.   Opuszczony   pojazd   stał   z 

zapalonymi   światłami   na   wąskiej   ścieżce,   pięć   metrów   od 

głównej   szosy.   Śladów   wypadku   lub   walki   nie   stwierdzono. 

Jedynie na fotelu kierowcy odkryto kilkanaście kropli czer-

wonej cieczy.

background image

Samochód gwałtownie zwolnił, poczułem mocny przechył na prawą stronę. 

Charakterystyczne klapanie z tyłu nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Zmełłem 

między   zębami   kilka   nieprzyzwoitych   słów,   zjechałem   na   pobocze   i   wysiadłem. 

Przedtem spojrzałem na zegarek. Kwadrans po pierwszej.

Wąska, leśna droga wychodziła z ostrego zakrętu na długą prostą. Dobrze 

widoczny w światłach reflektorów drogowskaz błyszczał jeszcze świeżą farbą: grubą 

cyfrę  3 po nazwie  miejscowości raz  po raz  przysłaniała   chybocąca  gałąź  akacji. 

Trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby złapać gumę trzy kilometry przed celem. Z 

zaciśniętych   szczęk   znów   wycedziłem   coś   nie   przeznaczonego   dla   pensjonarek   i 

otwarłem   bagażnik.   Wyciągnąłem   klucz,   latarkę,   podnośnik.   Zapasowe   koło 

rzuciłem   na   ziemię.   Piętnaście   minut   po   pierwszej   w   nocy   nie   jest   porą,   kiedy 

rozsadza mnie chęć do pracy.

Ostatnia śruba zgrzytnęła niebezpiecznie. Najpierw nie mogłem jej odkręcić, 

potem wlazła w klucz tak głęboko, że musiałem nim wyrżnąć o asfalt. Zobaczyłem 

tylko jak wyskakuje. Spadła gdzieś poza kręgiem światła.

Założyłem   koło   zapasowe,   przykręciłem   trzy   pozostałe   śruby   i   wstałem. 

Omiotłem latarką asfalt w pobliżu, potem trawę na skraju rowu. Śruba zniknęła

Zacząłem szukać metodycznie, oświetlając wolno kolejne skrawki jezdni.

- Leży przy przednim kole, od wewnętrznej strony - usłyszałem zza pleców i 

jakby z góry.

Czyjaś   niespodziewana   obecność   w   miejscu,   co   do   którego   jesteśmy 

przekonani,   że   oprócz   nas   nikogo   tam   nie   ma,   zawsze   wywołuje   nieprzyjemną, 

gwałtowną reakcję. Aż do bólu ścisnąłem w garści ciężki klucz i odwróciłem się.

Kiedy   zatrzymywałem   samochód,   wolna   od   drzew   przestrzeń   po   prawej 

stronie drogi była ciemna. Teraz oświetlało ją niebieskawe, trupie światło bijące od 

ziemi.   To,   co   w   mroku   wziąłem   za   płaską   polankę,   w   rzeczywistości   było 

niewysokim pagórkiem. Na szczycie stał drewniany podest, z niego wychodził gruby 

słup   zakończony   poprzeczką.   Przypominał   dużą   literę   T   bez   połowy   daszka.   Z 

poprzeczki zwisał sznur zakończony pętlą. Ten sznur nie zwisał luźno.

Wyglądał   potwornie.   Z   pustych   oczodołów   wypływały   strużki   zakrzepłej 

krwi,   skóra   na   policzkach   nosiła   ślady   ptasich   dziobów.   Na   związanych   z   tyłu 

background image

rękach spostrzegłem krwawe bruzdy po kłach lub pazurach. Gwałtownie zabrakło 

mi oddechu.

- Niech pan nie robi takiej przerażonej miny. - Głos miał równie gruby i 

chropawy jak  słup, na którym  dyndał.  - To tylko charakteryzacja.  Ostatnio  nie 

powodzi mi się zbyt dobrze. W ten sposób dorabiam do pensji.

Warstwa makijażu na jego straszliwej gębie czyniła z niej martwą maskę. 

Mówił prawie nie ruszając ustami, a przynajmniej ja tego ruchu nie dostrzegłem.

- Kiedyś było tu szubieniczne wzgórze. Znajdzie je pan w przewodnikach pod 

nazwą   Wzgórza   Wisielców.   Ktoś   wpadł   na   pomysł,   żeby   to   wykorzystać   i 

uatrakcyjnić tę trasę turystyczną. Kierowcy autokarów stają tu pod byle pozorem, 

wtedy włączam światło na pięć sekund. Na ogół wywiera to piorunujące wrażenie. 

Za te pięć sekund i godzinę przygotowań dostaję więcej niż za tydzień  pracy w 

macierzystej firmie. Czy pan już przykręcił to koło?

Ochłonąłem na tyle, żeby przytaknąć.

- Za kilka minut powinien nadjechać autokar z Torunia. Pana obecność...

- Tak. Oczywiście.

W biegu wrzuciłem przebitą oponę i klucze do bagażnika. Na koszmarną 

maskę tamtego wypełzło  coś, co u  innych można by nazwać uśmiechem. Trupie 

światło zbladło i zgasło.

Koła   wykonały   trzy   obroty   w   miejscu,   samochód   skoczył   do   przodu   z 

przeraźliwym kwikiem gum. W nadziei, że przyniesie to odprężenie, wbiłem pustą 

fajkę w  zęby  i  ssałem  ją. Zwolniłem  dopiero przed  wjazdem  do wsi. Mój Boże, 

przecież na taki pomysł mógł wpaść tylko kompletny idiota.

Z RAPORTÓW POLICJI.

Dotyczy   sprawy   samochodu   skoda   favorit,   numer 

rejestracyjny   KRA1543.   Analiza   laboratoryjna   potwierdziła 

podejrzenia   prowadzącego   dochodzenie.   Przekazane   próbki 

zawierały   pot   zmieszany   z   krwią   grupy   zero   RH   minus. 

Ponadto   stwierdzono   obecność   mikroskopijnych   cząstek 

naskórka. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuścić, 

background image

że pochodziły z powiek.

Sandra zrobiła jedną z tych min, z której ni mniej, ni więcej wynika, że ktoś 

do kogo mówisz nie wierzy ci, ale nie chce tego pokazać. W końcu stwierdziła:

-   Gdybym   cię   nie   znała,   pomyślałabym,   że   prowadziłeś   samochód   po 

alkoholu.

Siedzieliśmy na pokrytym dzikim winem szerokim ganku; w domu duchota 

była nie do zniesienia. Na zewnątrz, od czasu do czasu, lekki podmuch poruszał 

ciężkim, przesyconym zapachem kwitnących lip powietrzem.

Sandra odkroiła kawałek ciasta i przeniosła na mój talerzyk. Przez chwilę 

patrzyła na mnie z udaną uwagą.

- Nic z tego nie rozumiem. Zobaczyłeś szubienicę, na niej wisiał jakiś facet, 

który, jak gdyby nigdy nic, zaczął z tobą rozmawiać?

-Tak.

Uśmiechnęła   się   pobłażliwie,   z   przesadnym   namaszczeniem   wrzuciła   do 

filiżanki kostkę cukru.

- Byłam dotąd całkowicie przekonana, że wisielcy to ludzie dość małomówni.

- Ja też - odparłem. - Ale ten służy podobno jako atrakcja turystyczna. Nie 

jest więc prawdziwy.

Mąż Sandry również nie uwierzył. Rozłożył na kolanach szczegółową mapę 

najbliższych okolic, niemal oskarżycielsko wbił palec w czarną nitkę szosy.

- Ten obszar należy do naszego  nadleśnictwa. Przejeżdżam  tamtędy kilka 

razy w tygodniu. Gdyby na tym pagórku rzeczywiście coś stało, musiałbym o tym 

wiedzieć.   Bez   naszego   zezwolenia   niczego   nie   wolno   budować   na   terenach 

przyleśnych. Zresztą, czy ty wiesz ile protestów wzbudziłaby taka... budowla?

-  W   porządku.   -   Podniosłem   ręce   do   góry.   -   Poddaję   się.   Niczego   nie 

widziałem. Wszystko to wymyśliłem dla hecy.

Adrian wykrzywił twarz w zaczepnym uśmiechu, zwinął mapę.

- Adaś! Chodź, jedziemy na spacer.

Chłopak   wyjrzał   spod   zielonych   płacht   liści   rabarbaru.   Podciągnął 

przydługie porcięta, otrzepał podrapane kolana i podszedł do ojca.

background image

-Autem?

- Autem.

- A mogę jechać z psiodu?

- Nie wiem, zapytaj pana Jurka.

- Panie Lulku, mogę?

- Oczywiście. A ty Sandra?

- Nie. Jedźcie sami. Muszę już zacząć przygotowania do

obiadu.

Zawróciłem   samochód   na   podwórku,   malcowi   podsunąłem   pod   siedzenie 

grubą   poduszkę.   We   wstecznym   lusterku   zobaczyłem,   że   Sandra   macha   ręką. 

Przyhamowałem, wychyliłem głowę przez drzwi.

- Stary, wstrętny łgarz! - zachichotała krótko i zniknęła w sieni.

Adrian ze sztuczną obojętnością wsadził papierosa w usta, potem podniósł 

jasny, niewinny wzrok.

- To chyba nie było do mnie - powiedział głosem panienki, która zgadza, się 

setny raz, a chce, żeby to uchodziło za pierwszy.

Zwykły, zielony pagórek, wysoki na około pięć metrów, bez drzew, cofnięty 

od szosy o rzut kamieniem. Pusty. Stałem oparty o samochód i bezmyślnie gryzłem 

ustnik fajki.

-   Wygląda   na   to   -   przyznałem   niepewnie   -   że   pod   wpływem   zmęczenia 

miewam zwidy.

Adrian podniósł z ziemi szyszkę i rzucił. Trafił w pień usychającej sosny.

- Jechałeś prawie sześćset kilometrów, ostatnie dwieście po zmroku. Trudno 

się dziwić - odparł. - Chodźmy obejrzeć tę górkę. Może coś znajdziemy.

- Ale ja nigdy nie miewałem podobnych kłopotów - jęknąłem.

- No wiesz - usłyszałem pobłażliwą odpowiedź. - Po czterdziestce różnych 

rzeczy należy się spodziewać.

Obeszliśmy wzgórze z drugiej strony. U podnóża rósł zagajnik olch, ułożony 

w szpaler o kształcie litery S. Chłopiec myszkował po krzakach. Wytaszczył stamtąd 

omszały patyk, wziął tęgi, aż zza pleców zamach; patyk przeleciał przez krzewy, 

usłyszałem plusk. Spojrzałem pytająco na Adriana.

background image

- Między olchami płynie strumień - odpowiedział. - Podobno są w nim jeszcze 

niczego sobie klenie.

Brzdąc   na   dźwięk   ostatniego   słowa   stracił   zainteresowanie   patykami. 

Podbiegł do mnie, podniósł ręce do góry.

- Panie Lulku, kiedy pojedziemy na lyby? Przykucnąłem, on niby wstydliwie 

odwrócił wzrok.

- Proponuję jutro przed południem.

- Tak - poparł mnie Adrian. - Dziś pan Jurek jest zmęczony. Całą noc jechał 

samochodem.

- Fajnie - malec uśmiechnął się radośnie. Pobiegł na szczyt pagórka, w kółko 

powtarzając: - Jutlo na lyby, na lyby jutlo.

Zawróciliśmy.  Po   szosie   sunął   ospale   długi   samochód   załadowany   pniami 

drzew. Końce pni uderzały jednostajnie w jednię, podnosząc siwe chmury kurzu. W 

koronie akacji przeraźliwie skrzeczała sroka.

Adrian zatrzymał się, popatrzył w ślad za synem. 

- Słuchaj, czy ty, opowiadając tę historię z nocy, użyłeś określenia: Wzgórze 

Wisielców?

I nie wzgórze po prostu, coś mi świta, że takie wzgórze, nie wiem, może góra, 

istniało naprawdę. Gdzieś o tym czytałem. Ale tamto było chyba w pobliżu miasta, z 

całą więc pewnością nie o ten pagórek chodzi. Adaś, co ty wyprawiasz?

Mały stał z przekrzywioną głową i komicznie zmarszczonym nosem.

- Tatuś, chodź tu. Stlaśnie cos cuchnie. Adrian mrugnął porozumiewawczo.

- Przyswoił nowe słowo i koniecznie  musiał go użyć. Popatrz pod  nogi! - 

zawołał  do syna. - Pewnie wdepnąłeś  w  cos  brzydkiego.  Chłopiec  zakręcił  się w 

kółko, obejrzał swoje buty i odkrzyknął.

" Chodź tatuś! Buty mam ciste. To ta gola tak śmieldzi!

Weszliśmy   na   wzgórze.   Dokładnie   na   szczycie   poczułem   nieprzyjemny, 

duszący odór. Po minie Adriana poznałem, ze do niego też dotarła ta niesamowita 

woń. Niedowierzająco pociągnął nosem.

- Rzeczywiście, zapach arcyniemiły. 

- Tatuś, patś! Laz, dwa tśy - malec zrobił trzy kroki w bok - i tu już nie 

background image

cuchnie. Obaj zrobiliśmy to samo. Trzy kroki od szczytu woń zanikała. Laz, dwa tśy 

- brzydko pachnie. Laz, dwa, tśy – ładnie pachnie. Tatuś, a co tak może nieładnie 

pachnieć?

Adrian wziął syna za rękę, zaczęliśmy schodzić ze wzgórza. Pewnie gdzieś w 

pobliżu padło jakieś zwierzę. Taki odór wydziela rozkładające się ciało. 

Sroka ucichła nagle, zatrzepotała skrzydłami i zginęła w zieleni. Po szosie, 

ciężko posapując, sunęła kolejna ciężarówka z drewnem.

Od podnóża pagórka płynie zielonkawa, przeraźliwie zimna mgła. Ogarnia 

wolno pierwszą szubienicę, drugą, trzecią... Wszystkie są zajęte. Wiszą na nich sine 

ciała   z   przekrzywionymi   głowami,   z   granatowych   ust   wystają   długie,   obrzmiałe 

języki. Dyndają monotonnie, grube sznury skrzypią przejmująco. Nad wzgórze z 

dzikim wrzaskiem wzlatuje wrona. Czuję na grzbiecie strugę lodowatego potu. Chcę 

stanąć,   ale   czyjeś   mocne   ręce   popychają   mnie   natarczywie.   Mijam   kolejnego 

powieszonego. Wybałuszone, szklane oczy patrzą z niemym wyrzutem.

Ścieżka kończy się. Dotarłem do szczytu. Niepewnie unoszę głowę. .W słabej 

poświacie   księżyca   widzę   słup.   Z   poprzeczki   zwisa   grube,   konopne   powrósło. 

Odwracam wzrok. Stok cały pokryła mgła, szczyt zostawiając wolny - jak centrum 

sceny, gdzie zaraz ma wystąpić aktor grający główną rolę.

Ktoś łapie mnie za łokcie, podnosi. Staję na jakiejś brudnej skrzyni. Na szyi 

czuję szorstkość sznura. Niewidzialne ręce zaciskają go. Brakuje mi oddechu. Cień 

podchodzi bliżej. Widzę nogę. Lekko uniesiona do góry z całej siły kopie w to, na 

czym stoję.

-Nieee!!

Wyrywam   się,   pękają   postronki   na   rękach.   Spadam   niżej,   walę   w   coś 

barkiem, na twarzy czuję bryźnięcie zimnego płynu.

Błysnęło   światło.   -   Jurek,   co   się   stało?   Wolno,   bardzo   wolno   otworzyłem 

oczy. . Leżałem na podłodze zakutany w koc. Roztrzaskana szklanka spoczywała tuż 

obok mojej głowy. Jej zawartość miałem na twarzy. Po prawej ujrzałem tapczan ze 

skopanym prześcieradłem, nad sobą dwie zatroskane twarze.

Adrian   wyciągnął   rękę.   Uchwyciłem   ją   i   wstałem.   Sandra   pobiegła   do 

kuchni, skąd zaraz dobiegł syk czajnika. Wytarłem twarz chustką, zdjąłem mokrą 

background image

od potu bluzę piżamy.

-Zły sen?

Pokiwałem głową. Kominkowy zegar na kredensie pokazywał czwartą rano.

- O czym?

-To wzgórze... 

Adrian poprawił skotłowane prześcieradło, wyprostował poduszkę. Przysiadł 

na skraju tapczanu, uspokajająco położył rękę na moim ramieniu.

- Niepotrzebnie tam wczoraj pojechaliśmy.

Z   korytarza   doszedł   odgłos   bosych,   dziecięcych   stóp.   Zza   obrzeża   drzwi 

wyjrzała   pucołowata   buzia   w   otoce   sterczących   na   wszystkie   strony,   jasnych 

włosów.

-  Pan  Lulek   nie  śpi?  Pan   Lulek  zaraz  pójdzie  spać, ale   ty  pójdziesz   już. 

-Sandra prawie wbiegła - do pokoju. Na stoliku postawiła szklankę świeżej herbaty, 

kilkoma szybkimi ruchami przetarła podłogę.

Brzdąc pogardliwie wygiął usta.

- No dobzie. Tylko tak nie ksićcie głośno. I pamiętajcie o lybach.

- Pamiętamy. A teraz maszeruj do łóżka. Prawdziwi mężczyźni jeszcze śpią.

Adrian popatrzył na syna z rozbawieniem. Malec podciągnął spodnie piżamy 

aż pod pachy, założył ręce z tyłu i dostojnie długim krokiem odszedł.

- Ja nie jestem plawdziwy, tylko mały - usłyszeliśmy z głębi korytarza.

Sandra   odłożyła   szmatę   na   tackę,   obciągnęła   szlafrok   i   usiadła   z   mojej 

drugiej strony.

- Chcesz coś na uspokojenie? Mam takie łagodne tabletki. Był czas, kiedy 

Adrian bardzo ich potrzebował.

- Nie, dziękuję. To tylko nocny koszmar.

Pierwszy łyk gorącej herbaty przyniósł ulgę. Tych dwoje przyjaznych ludzi w 

piżamach, ciepło ich bliskich ciał, różowiejące niebo za oknem wolno przywracały 

mi spokój.

- Opowiedz ten sen.

Spojrzałem zdziwiony. Myślałem, że ma ochotę na żart, ale Adrian mówił 

poważnie.

background image

- Dlaczego?

- Znam cię już tyle lat i, jak pamiętam, nigdy nie miałeś z tym kłopotów. 

Zwykle spałeś jak kamień bite osiem godzin. To była prawda. Dopiero on teraz mi 

to uświadomił.

- Nie, nie. - Sandra kategorycznie machnęła ręką. - Żadnego przypominania 

sennych   zmór.   To   najlepsza   droga,   żeby   przyśniły   się   jeszcze   raz.   Czy   ty   nie 

słyszałeś jak on krzyczał?

Adrian   przejechał   palcami   po   rozwichrzonych   włosach.   Spojrzał   na   żonę 

roztargnionym wzrokiem, przez jego twarz przemknął pełen zakłopotania uśmiech.

- Przecież wiesz, że nie. Ty mnie obudziłaś. Wstał.

-   Chodźmy   spać.   Porozmawiamy   rano.   Objął   Sandrę.   wpół,   podszedł   do 

drzwi. Sandra odwróciła głowę.

- Spróbuj zasnąć. Mimo wszystko. I śpij tak długo, jak tylko będziesz mógł. 

Przypilnujemy Adasia, żeby tu nie wchodził. A jeśli znów... Jutro przeniesiemy cię 

do pokoju od strony ogrodu.

Podziękowałem skinieniem głowy.

- Przepraszam za to całe zamieszanie.

- Śpij dobrze - odpowiedziała cicho i zgasiła światło. Zamknąłem oczy. Za 

oknem wydarł dziób pierwszy kogut.

Z RAPORTÓW POLICJI.

Ustalenia:   samochód   marki   skoda   favorit,   numer 

rejestracyjne KRA1543, należy do Rudolfa Kempińskiego, za-

mieszkałego w Krakowie przy ulicy Zamenhoffa 73. Kempiński 

jest   z   zawodu   artystą   fotografikiem.   Od   dwóch   miesięcy 

przebywa  w  Holandii,  -  gdzie  wykonuje  prace  zlecone  przez 

amerykańskie pismo „National Geographic".

Brzdąc   pęczniał   z   dumy   i   radości.   Siatkę   z   rybami   dzielnie   taszczył   całą 

drogę, w domu wspiął się na stołek i włożył je do zlewu.

- Mamuś, a tśy lyby to ja złapałem, wieś? Na ładnej buzi Sandry zagościł 

background image

pełen niedowierzania uśmiech. Spojrzała najpierw na syna, potem pytająco na nas.

- Naplawdę. Złowiłem tśy konie.

Adrian rozwiązał siatkę, zawartość wysypał do zlewu.

- Nie konie, synku, tylko okonie.

- No - potaknął Adaś. - Okonie. Tśy. Na lobaka. Fajnie biały, co nie, panie 

Lulku?

- Tak. Brały dobrze.

Sandra nie wierzyła dalej. Ostrożnie dotknęła pierwszej z brzegu ryby, okoń 

postawił kolce i podskoczył.

- Ach, one jeszcze żyją?! - krzyknęła przestraszona.

- No pewnie - odparł poważnie malec. - Przecieś dopięło je złapaliśmy.

-1 teraz będzie kłopot. Kto je oskrobie?

- Jak to, kto? - Adrian powiesił siatkę na parapecie i wytarł ręce. - Panowie 

wędkarze.

Adaś stracił całą pewność siebie.

- Ja jeście tak tlochę nie umiem - powiedział cicho. - Ale pan Lulek ma taki 

specjalny noś, to mozie...

Uśmiechnąłem się do niego przyjaźnie i pogłaskałem po głowie.

- Jakoś sobie poradzimy. Jedno jest pewne. Dziś na kolację będą okonie po 

kaszubsku.

-   Umiesz   przygotować   takie   danie?   -   Sandra,   jak   większość   kobiet, 

powątpiewała w męskie zdolności kulinarne.

- Ocenisz przy kolacji - odparłem.

- Rozumiem przez to, że dziś mam wolny wieczór — zaśmiała się rozbawiona, 

błyskając drobnymi, białymi zębami.

Przeszliśmy do jadalni. Adaś wdrapał się na krzesło i ciekawie zajrzał do 

wazy.

- Lee - skrzywił buzię, Ściawiowa. Panie Lulku, lubi pan ściawiową?

- Lubię.

- A ja nie baldzo. Ale i tak pięć łyziek będę musiał zjeść. . - Zgadłeś.

Adrian sprawiedliwie odmierzył pięć dużych łyżek do talerza syna. Chłopiec 

background image

krzywił twarz niemiłosiernie, ale przeznaczoną mu porcję zmógł bez protestów. Po 

obiedzie popędził na podwórze. Zacząłem nabijać fajkę.

- Chcesz kawę czy  herbatę? - Adrian  zebrał  talerze,  pytanie  zadał już w 

progu pokoju.

Poprosiłem o herbatę. Przyniósł pełen  dzbanek, który postawił na małym 

stoliku pod oknem. Przesiedliśmy się na

fotele.

- Chcę was jeszcze raz przeprosić za to nocne zamieszanie.

Oboje zrobili takie miny, jakbym rzekł coś zupełnie bez sensu.

- Jakie zamieszanie? - Sandra patrzyła na mnie podejrzliwie. - Czy to jest 

twój nowy żart?

-   Żart?   -   powtórzyłem   bezwiednie.   -   Nie.   Zleciałem   z   tapczanu,   wylałem 

herbatę na podłogę, zaparzyłaś  świeżą,  chciałaś dać mi nawet jakieś tabletki na 

uspokojenie.

- Tabletki? - teraz ona powtórzyła mechanicznie za mną. -Owszem, mamy 

takie tabletki, ale daję ci słowo honoru, że tej nocy nie wstawałam ani razu.

-   Weszliście   chwilę   potem   -   powtórzyłem   spokojnie   -   jak   rymnąłem   o 

podłogę.   Rozbiłem   szklankę...   Zaproponowałaś   mi   przeniesienie   do   pokoju   od 

strony ogrodu...

Adrian ściągnął brwi, zmrużył oczy. Od kiedy go znam, zawsze tak robił, 

ilekroć miał coś ważnego do powiedzenia.

- Jerzy, o czym ty mówisz?

Niską, ponurą izbę  rozświetla  jedno tylko łuczywo i kociołek  z płonącym 

węglem.   Stoję   pod   ścianą.   Ręce   mam   uniesione   do   góry,   na   przegubach   czuję 

twardość   żelaza.   Dwa   krótkie   łańcuchy   nie   pozwalają   mi  opuścić   rąk.   Wchodzi 

młody, około trzydziestoletni mężczyzna o długich, prawie białych włosach. Zbliża 

się do mnie, rozkracza nogi i przekrzywia głowę.

- Zaczynamy od początku. Jak cię zwą?

- Herbert Piaśnik. 

- Pieśnik czy Piaśnik?

- Piaśnik.

background image

- Co robisz?

- Jestem kowalem.

- Gdzie twoja kobieta?

Milczę. Wali mnie na odlew w twarz z jednej i drugiej strony. Słodkawy 

smak krwi wypełnia mi usta.

- Herbercie Piaśnik, pytam cię jeszcze raz: gdzie twoja żona?

Pluję  mu w gębę  z odległości  jednego łokcia. Przemieszana  z krwią ślina 

spływa po pozbawionym zarostu, bladym policzku.

- Dawnoś już nią sobie łóżko wymościł. A ja ci niewygodny, bo wiem, gdzie 

ona jest.

Powoli,   jakby   z   namysłem,  wyciera   twarz.   W   wodnistoniebieskich   oczach 

widzę własną śmierć. Odwracam głowę w stronę ciemnego kąta.

-Pal!

Z ławy podnosi się zwalisty człowiek w kapturze. Zakłada skórzane rękawice 

i sięga do kociołka. Wielkie cęgi są na końcach prawie białe. Iskrzą w półmroku, gdy 

kat unosi je w górę.

-Nie! Nieee!

Spadam w ciemność. Zamiast gorąca, na plecach czuję chłód.

Unoszę powieki. Przez uchylone okno sączy się mglista poświata księżyca. 

Chłód na plecach to chłód podłogi. Znów leżę obok tapczanu.

Wstaję,   wdziewani   kapcie.   W   łazience   obmywam   twarz   zimną   wodą. 

Przemierzania korytarz, pukam do przymkniętych drzwi na końcu.. Cisza. Pukam 

mocniej. Nic. Lekko popycham drzwi.

- Adrian - wołam cicho.

Nie   odpowiada   mi   nikt.   Szerokie   łoże   jest   puste   i   zasłane.   Wbiegam   do 

pokoju obok. W dziecinnym łóżku Adasia śpi pluszowy miś.

Z RAPORTÓW POLICJI.

Spis rzeczy znalezionych w samochodzie skoda favorit, 

numer rejestracyjny KRA1543.

Bagażnik:   koło   zapasowe,   podnośnik,   osiem   kluczy 

background image

płaskich w komplecie, dwa klucze nasadowe, puszka smaru do 

łożysk, pasek klinowy. Wnętrze: koc w szkocka kratę, apte-

czka.

Skrytka:   notes   produkcji   Spółdzielni   Inwalidów   „Świt" 

w   Grudziądzu.   Ustalenie   miejsca   zakupu   notesu   jest 

niemożliwe.  Są  dostępne  w  każdym  kiosku  na  terenie  kraju. 

Na   pierwszej   kartce   dokonano   zapisu   twardym   długopisem. 

Kartka   ta   została   wyrwana.   Odciśnięty   na   drugiej   kartce 

tekst odczytano metodą podświetlania. Zapis brzmiał nastę-

pująco: Adrian, Manowo 300.

Stoję ogłupiały w ciemnym korytarzu. Zupełnie nie wiem, O co mam zrobić. 

Jeszcze raz zaglądam do sypialni. Martwa cisza.

- Adrian! - teraz krzyczę już głośno.

Odpowiada mi jakiś pomruk. Nie rozumiem pojedynczych słów, ktoś jednak 

mamrocze coś w pobliżu, z drugiego końca korytarza ktoś szeptem odpowiada. Cały 

dom wypełniają nagle gorączkowe pomruki. Zapalam światło.

- Adrian?

Odgłosy   milkną.   Słyszę   teraz   ciche   pojękiwanie.   To   głos   kobiety.   Światło 

znów przymiera. Po omacku trafiam do jadalni.

Kobieta leży na stole. Długą spódnicę -zadartą ma aż pod szyję. Widzę jak 

miękkie ciało na udach drga lekko w rytm ruchów, które wykonuje stojący przy 

stole mężczyzna.

- Sandra? Adrian? - pytam półgłosem. - Przepraszam. Nie wiedziałem...

Mężczyzna   odwraca   głowę.   Mimo   mroku   widzę   jego   oczy.   Są 

wodnistoniebieskie. Długie, prawie białe włosy pot zlepił w długie strąki. Kobieta 

krzyczy przeraźliwie:

-Herbert!

W   ten   krzyk   wplata   się   głośny,   pogardliwy   śmiech.   Trzaskam   drzwiami, 

wypadam z  domu. Śmiech  staje się  głośniejszy.  Pędzę  między  drzewami, gałęzie 

walą mnie po głowie, wreszcie wystający korzeń podcina mi nogi. Padam na twarz. 

background image

Wyję   z   bólu,   ale   usiłuję   wstać.   Podmuch   wiatru   zmienia   zapach.   Pamiętam   go. 

Ciężki,   trupi   odór   wypełnia   mi   nozdrza.   Dźwigam   niezdarnie   ciało,   ból   ze 

skaleczonej nogi dociera aż do mózgu. Przewracam się na wznak. Od ziemi strzela w 

niebo niebieskawe światło.

Spuchnięte, sine wargi odsłaniają puste dziąsła. Ten człowiek się śmieje.

- Twoja kolej, Markhard! - słyszę.

Światło ciemnieje, obraz szubienicy zanika. Znów jestem w ogrodzie. Ból w 

nodze ustaje. Wstaję i jak oszalały pędzę w stronę szosy.

Turek!  Jurek!   Cholera   jasna,   śpi   zupełnie   jak   głaz!   Jerzy!!   J   Lękliwie 

uniosłem powieki. Poraził mnie jaskrawy blask, ale w obawie, że obraz zniknie, nie 

zamknąłem ich.

Chłód   na   twarzy   był   chłodem   mchu,   moje   ramię   muskała   lekko   gałązka 

niskiej choinki, słońce grzało już mocno. Przy mnie klęczał Adrian.

- No, nareszcie. Kwadrans cię bez mała szarpię.

Obraz   stał   się   wyraźny:   na   szosie   stał   odkryty,   terenowy   samochód 

nadleśnictwa, nie opodal dwóch mężczyzn w mundurach z nieukrywaną ciekawością 

obserwowało całą scenę.

Usiadłem.   Obolałe   mięśnie   gwałtownie   zaprotestowały   przeciw 

jakiemukolwiek ruchowi. Mimowolnie stęknąłem. Adrian przysiadł obok. _

- Możesz mi wyjaśnić, co tutaj robisz? Szukam cię od dwóch godzin. Rano 

wszedłem do twego pokoju. Tapczan pusty. Zbiegłem całą wieś w tę i z powrotem. 

Chciałem już dzwonić na policję. Dopiero koledzy powiadają mi, że jakiś facet w 

piżamie śpi pod lasem.

Zwolna docierało do mnie wszystko, co mówił. Byłem w piżamie, boso, na 

pokaleczonych nogach krew zdążyła już zakrzepnąć.

-Sen...

- Mój Boże, znowu?

- Biegałem po pustym domu, widziałem... Zza drzew wyłoniła się ciężarówka 

z drewnem. Przy gaziku zwolniła, stanęła tuż za nim. Kierowca wyszedł z kabiny.

- Nie róbmy widowiska. Resztę opowiesz przy śniadaniu. .

Pomógł mi wstać, strzepnąłem trawę z kolan.

background image

- Wiesz chociaż, gdzie jesteś?

Potaknąłem. Bez podnoszenia głowy wiedziałem. Ciężarówka z pniami stała 

dokładnie w tym samym miejscu, w którym wymieniałem przebite koło.

Mieliśmy   z   przyjacielem   zabawną   przygodę,   panie   profesorze.   -   Adrian 

napełnił szklaneczki lekkim winem. - Choć rano nie nazwałbym jej jeszcze zabawną.

Odpoczywaliśmy w wiklinowych fotelach, na wolnym od • drzew  kawałku 

ogrodu.   Miejsce   po   drugiej   stronie   stolika   zajmował   starszy,   może 

siedemdziesięcioletni   mężczyzna.   Umoczył   usta   w   winie,   mlasnął   i   potrząsnął 

wspaniałą szopą gęstych, siwych włosów.

- Pyszne - mruknął z uznaniem.

Emerytowany nauczyciel licealny, przesympatyczny dziwak i oryginał - tak 

mi go zapowiedział Adrian. Przyczłapał na popołudniową herbatkę.

- Wstałem przed siódmą, wszedłem do pokoju - Jurka nie ma. Nie ma go też 

w łazience, w kuchni i na strychu. Ale, co ciekawsze, drzwi i okna była pozamykane 

od wewnątrz. Przestraszony nie na żarty pobiegłem do wsi. Nigdzie ani śladu. I wie 

pan, panie profesorze, gdzie koniec końców go znalazłem? Spał w najlepsze pod tym 

pagórskiem, trzy kilometry za Manowem.

- A wiem, wiem. - Stary pokiwał głową. - Wzgórze Wisielców.

Od ziemi popłynął nagły ziąb. Lodowe pająki pobiegły mi po plecach, ręce 

pokryła gęsia skórka.

- Byłem przekonany - Adrian nie dawał za wygraną - że, Góra Wisielców 

znajdowała się bliżej miasta.

- I słusznie. Nie na próżno, widzę, dałem ci na maturze piątkę z historii. - W 

głosie   starego   nauczyciela   zabrzmiała   satysfakcja.   -   Oficjalna,   jeśli   tak   można 

powiedzieć, miejska szubienica stała na przedłużeniu obecnej ulicy Dąbrowskiego. 

Ale nie zwróciłeś uwagi na to, że użyłem nazwy Wzgórze, a nie Góra.

Odstawiłem wino. Pierwszy łyk spowodował nieprzyjemny napływ mdłości. :

-  Czy  to  znaczy...   - głos   uwiązł   mi w   ściśniętej   krtani.  -  Czy  to  znaczy   - 

powtórzyłem - że miasto miało takich miejsc więcej?

- Właśnie - potaknął stary, - Przez pewien czas druga szubienica stała na 

rynku,   potem   tuż   za   murami.   Mało   kto   wie,   że   jeszcze   w   trzydziestych   latach 

background image

naszego stulecia, domek przy ulicy Grodzkiej zamieszkiwali potomkowie ostatniego 

oprawcy Koszalina.

Z trudem opanowywałem szczękanie zębami.

- O ile przedtem dokuczał mi stały brak czasu, tak od przejścia na emeryturę 

mam   go   w   nadmiarze.   Ale   są   też   tego   i   dobre   strony.   Wertuję   stare   kroniki, 

dokumenty,   pożółkłe   szpargały.   Znalazłem   w   nich   kilka   uroczych   legend,   kilka 

ciekawostek. Ta rozbieżność w nazwie pojawia się w połowie osiemnastego wieku; 

raz jest to Góra, raz Wzgórze Wisielców. No cóż, mała góra może być wzgórzem. 

Jednak po czasie doszedłem do przekonania, że nie chodzi tu o dwie nazwy tego 

samego   miejsca,   lecz   o   dwa   różne   miejsca.   Opisuje   kupiec   brandenburski:   „Po 

prawej stronie gościńca wisielca spotkałem, całkiem świeżego, bo oczy jeszcze miał, i 

zaraz potem kazałem konie pogonić, bowiem ludzie moi gadać poczęli, że zły to 

znak. Jednakowoż po trzech godzinach szczęśliwie pod mury Koszalina dotarliśmy 

mimo ciężkie wozy i konie zmęczone". Zwracam uwagę panów: trzy godziny. - Stary 

nauczyciel tęgo pociągnął wina, oczy mu błysnęły. - Gdyby z końca dzisiejszej ulicy 

Dąbrowskiego jechał pod mury miasta trzy godziny, oznaczałoby to tylko jedno: że 

sam   ciągnął   swoje   wozy.   Ale   policzmy   to   inaczej:   w   jakim   tempie   idzie   koń 

wprzęgnięty w obciążoną mocno furę? Wiecie panowie na czym to mierzyłem? Na 

furmankach z węglem. Ten zanikający już na naszych ulicach pojazd porusza się z 

szybkością   pięciu   kilometrów   na   godzinę.   A   zatem;   trzy   godziny   razy   pięć 

kilometrów daje dokładnie piętnaście kilometrów. Oczywiście, nie bez wpływu na 

tempo   marszu   był   Stan   ówczesnych   dróg.   Ale   to   nie   wszystko.   W   diariuszu 

podróżnym jakiegoś młodego i bogatego narwańca z Poznania znalazłem takie oto 

zdanie:   „Powieszony   był   za   szyję   na   górce   niewielkiej,   przy   potoku". 

Przewertowałem   wszystkie   dostępne   stare   mapy,   rysunki,   ryciny   i   opisy.   W 

okolicach ulicy Dąbrowskiego nigdy nie płynął potok. A tu płynie do dziś.

Stary mężczyzna  zrobił  efektowną pauzę  i westchnął. W jego szklaneczce 

pokazało się dno. Adrian sięgnął po butelkę.

- Napisałem na ten temat artykuł do naszej  gazety. Nie wywołał żadnego 

zainteresowania, prawdę powiedziawszy, zwrócili  mi go. Udowodniłem  w  nim to 

właśnie, co mówiłem przed chwilą; że Wzgórze i Góra to dwa różne miejsca. Góra 

background image

była w pobliżu miasta, Wzgórze zatem jest tutaj. Zapyta kto roztropnie: a po co 

koszalińskim łykom szubienica odległa o trzy godziny marszu, kiedy przez długi 

czas  mieli dwie pod nosem? Co byś zrobił Adrianie, gdybyś chciał w majestacie 

prawa   stracić   człowieka   lubianego   czy   popularnego,   lub,   co   gorsza,   uważanego 

przez innych za niewinnego? Co byś zrobił, gdyby to mogło wywołać burdy uliczne 

czy wręcz rozruchy?

- Wywiózłbym go z miasta.

- Właśnie.

Spojrzał na mnie w chwili, gdy żołądek podjechał mi na wysokość grdyki. 

Bezskutecznie  usiłowałem przełknąć  ślinę. Oczy  starego belfra zaokrągliły  się ze 

zdziwienia.

-   Co   z   tobą,   młody   człowieku?   Zbladłeś   dziwnie.   Czyżby   moje 

opowiadanie....?

- Nic takiego. - Przemagając kolejny napływ  mdłości, wstałem od stolika. 

-Przepraszam.   Chwilowa   niedyspozycja.   Zacząłem   przechadzać   się   między 

drzewami.

- Chcesz krople na żołądek? - Adrian zadał pytanie tonem tak swobodnym, 

jakby chodziło o kolejną lampkę wina.

Zacisnąłem zęby. Samo przypomnienie smaku mięty wywołało ostre skurcze 

żołądka.

- Dziękuję. Nie. Zaraz mi przejdzie - wykrztusiłem.

Byłem pewien, że mdłości nie ustąpią. Odszedłem jeszcze kilkanaście kroków 

dalej. Mogłem tylko oszczędzić przykrego widoku innym. Skoro spokojnie siedzieli 

przy stoliku, nie czuli tego, co ja czułem.

-   Jak   pan,   panie   profesorze,  wywnioskował,   że   chodzi   o   ten   pagórek   za 

Manowem? Przecież takich górek z potokiem jest wokół Koszalina wiele.

Stary popatrzył na Adriana niemal z wdzięcznością. Mimowolnie popsułem 

mu opowieść, jego wychowanek taktownie naprawił sytuację.

- To proste. - Nauczyciel podniósł szklaneczkę do ust, dyskretnie zerknął na 

mnie.   -   Powiada   opis:   „Trzy   kilometry   za   wsią,   przy   szlaku   na   południe". 

Oczywiście, według współczesnych miar odległości.

background image

- Ale droga na południe wiedzie znacznie bliżej.

- Teraz. Wtedy biegła tamtędy. - Szerokim gestem pokazał ścianę lasu.

Pierwszy atak torsji rzucił mną o płot. Uchwyciłem metalową siatkę, nisko 

pochyliłem głowę. Dotknięcia pokrzyw nawet nie czułem.

- Jurek, cholera jasna, co z tobą? - Adrian biegł już w moją stronę.

- Ten smród - wycharczałem. - Ten diabelski smród ze wzgórza.

- Jaki smród? O czym ty mówisz?

Z RAPORTÓW POLICJI.

6   czerwca   br.,   z   Wojewódzką   Komendę.   Policji 

skontaktował się telefonicznie Rudolf Kempiński, właściciel 

samochodu   skoda   favorit,   numer   rejestracyjny   KRA1543.. 

Złożył następujące oświadczenie: na czas pobytu w Holandii 

oddał samochód w użytkowanie swemu koledze i przyjacielowi, 

Jerzemu   Markhardowi.   Ustalenia:   Jerzy   Markhard,   urodzony 

11.09.1951   w   Warszawie,   z   zawodu   artysta   plastyk, 

zamieszkały w Ogrodźieńcu, Podzamcze 315.

Koła   turkoczą   monotonnie   po   wyschłych   koleinach.   Podnoszę   głowę.   Od 

wschodu   niebo   szarzeje,   między   wysokimi   chmurami   przebłyskują   purpurowe 

smugi. Nad lasem przelatuje stado przestraszonych, rozkrzyczanych wron.

Patrzę na swoje dłonie. Są sine.. Rzemienne postronki na przegubach kat 

zacisnął mocno. Ich końce przeplótł przez żelazne kółka w burcie wozu i zawiązał w 

ciasne węzły.

Konie stąpają ciężko. Woźnica nie pogania ich. Wie, że pod górę i tak nie 

przyśpieszą. Ci z tyłu, w siodłach, też nie używają ostróg. Do świtu jeszcze dużo 

czasu.

Odwracam   głowę.   Widzę   stąd   tylko   wysoką   wieżę   kościoła   i   przymglony 

zarys murów. Razem z popiskiwaniem kół oddalają się wolno, ale nieustannie.

Ten z białymi włosami jedzie tuż za wozem. Wodnistoniebieskie ślepia wlepił 

w las. Unika mego wzroku, inni też uciekają z oczami. Robaczywe sumienia nie dają 

background image

im patrzeć wprost. Spluwam prosto pod kopyta koni.

Pagórek.   Widzę,   co   stoi   na   szczycie.   Dopiero   ją   postawiono.   Z   drewna 

wypływa jeszcze sok. Ten w kapturze odwiązuje rzemienie, każe zejść z wozu. Dwaj 

jego   pachołkowie   brutalnie   wykręcają   mi   ręce   do   tyłu,   znów   postronki   rżną 

przeguby   aż   do   bólu.   Popychają   mnie   do   przodu,   idą   obok   ciasno,   bacznie 

obserwując każdy ruch.

Szczyt. Człowiek w kapturze wyciąga z worka gruby powróz. Bierze zwój w 

lewą rękę, prawą rozwija go trochę. Rzuca. Pętla zatacza łuk, spada na poprzeczkę 

szubienicy.

-Właź.

Niższy z pachołków zdejmuje kaftan i podchodzi do słupa. Jak chłopak na 

jarmarku   za   pętem   kiełbasy   wspina   się   do   góry,   przekłada   sznur   przez   hak   i 

zjeżdża.

Z boku wychodzi starzec w habicie. Cicho mamrocze modlitwę. Przyklękam. 

Ujmuje krzyż i podaje do ucałowania. Spoglądam w oczy starca, ale on też odwraca 

wzrok. Odchodzi szybko i staje za wszystkimi.

Teraz zbliża się ten z białymi włosami. Z rękawa wyciąga jakieś pisanie i 

czyta:

-   Herbercie   Piaśnik,   za   to   żeś   kobietę   swą   życia   pozbawił,   zostaniesz 

powieszony. I będziesz wisiał tak długo, dopóki ptactwo ci oczu nie wyje, dopóki na 

twojej twarzy choć kęs ciała jeszcze będzie. Czy chcesz coś powiedzieć?

Kat   stawia   przede   mną   drewnianą   skrzynkę.   Pudło   cuchnie   zepsutymi 

rybami.

- Dobrze wiesz, Markhard - odpowiadam — że tej kobiety nie zabiłem, bo 

ona ci łóżka grzeje w twoich domach w Jamnie albo Dunowie. I wy, którzy tam 

stoicie, też dobrze to wiecie, bo on was kupił ze wszystkim. Ale jednego nie wiesz 

Markhard;   póki   ten   świat   istnieje,   tobie   ani   twoim   bękartom   spokoju   nie   dam. 

Wejdę w każde ludzkie ciało, rzecz albo zwierzę, wejdę wszędzie, pomieszani ci czas, 

pomieszam rozum, a ciebie dopadnę. I was, którzyście warci tylko po sztuce złota od 

głowy, też nękał będę.

Wodnistoniebieskie   oczy   znikają   pod   powiekami   w   grymasie   wściekłości. 

background image

Starzec w habicie czyni znak krzyża.

- I w strachu ciągłym dokończycie dni swoje, bo bać się będziecie, że wyjrzę z 

kamienia, z gąsiora pełnego, z mordy ulubionego psa, czy nawet z gładkiej buzi 

dziewki, kiedy ją na noc który przygarnie.

Wąskie usta sinieją, usiłują coś powiedzieć, wreszcie białowłosy piskliwym 

głosem wrzeszczy:

- Ciągnij!

Pachołkowie naciągają linę, człowiek w kapturze kopie w skrzynię.

-Nie! Nieee!!

Cisza.   Pełen   najgorszych   obaw,   ostrożnie   otwieram   oczy.   Na   ,zasłonach 

igrają cienie drzew, wiatr lekko porusza firanami. Poprzecinany smugami światła 

sufit przypomina wyglądem błyszczące kraty. Znów leżę na podłodze. Pod prawą 

ręką czuję wilgoć rozlanej herbaty, lewą przygniatam sam sobą. Zegar na kredensie 

jednostajnie tyka.

Wstaję, wychodzę na korytarz, delikatnie odsuwam pierwsze drzwi. Sandra 

śpi   wsunięta   głęboko   pod   pachę   męża.   Adrian   odrzucił   głowę   na   bok,   lekko 

pochrapuje. Zawracam. Bezgłośnie otwieram następne drzwi. Zwinięty w kłębek 

Adaś uśmiecha się przez sen.

Postawiła przede mną filiżankę z kawą, przysiadła na oparciu fotela.

- Mam prośbę - powiedziała cicho. - Wiesz, że moja mama leży w szpitalu. 

Dziś jest dzień odwiedzin. Poza tym chciałabym zrobić w jej mieszkaniu gruntowne 

porządki. Sama nie dam rady, a Adasia nie mogę zabrać. Czy... czy nie mógłbyś 

wyjechać wieczorem?

Dziesięć po dziewiątej wsiedli do autobusu w stronę Koszalina.

- Panie Lulku! Panie Lulku! Nie ma mojego spławika!

Głos chłopca przywołał mnie do rzeczywistości. Bambusowa trzcina, którą 

używał jako wędki, zgięła się jak koci grzbiet i sunęła do wody.

- Trzymaj mocno.

Lekko   poluzowałem   hamulec   kołowrotka.   Napięta   żyłka   z   cichym 

popiskiwaniem mechanizmu ruszyła na środek rzeki.

- Teraz spróbuj zwijać.

background image

- Ale lyba, co nie, panie Lulku?

Kątem oka dostrzegłem ruch między drzewami. Ktoś szedł w naszą stronę.

- Panie Lulku, ona mi ucieka!

- Powolutku skręcaj wędkę.

-A jak pęknie?

- Nie powinna. Powolutku.

Malec   postękiwał.   Kostki   jego   drobnej   ręki   pobielały.   Zacisnął   zęby,   raz 

popatrywał na mnie, raz na wodę. Po chwili łeb ryby wyjrzał nad powierzchnię. 

Powietrze atmosferyczne osłabiło jej ataki. Dała się ciągnąć, stawiając opór tylko 

swoim szerokim ciałem.

- No, no. Piękna sztuka.

Stary nauczyciel zdjął z głowy myckę uczynioną z chustki, przetarł nią twarz 

i ciężko usiadł na trawie.

- Moje zużyte serce źle znosi upały. Zresztą, niewiele jest rzeczy, które ono 

jeszcze dobrze znosi.

Mały pomarkotniał. Przykucnął przy miotającej się w kałuży wody rybie i 

obserwował te podrygi jakby z żalem.

- Panie Lulku - zapytał nie podnosząc głowy. - Czy musimy ją zabić?

Pogłaskałem go po jasnej głowie.

- Nie. Postąpimy jak wędkarze sportowcy. Zmierzymy tylko i wypuścimy.

Wyjąłem z kieszeni miarkę i rozciągnąłem wzdłuż srebrzystego ciała.

- Czterdzieści sześć centymetrów.

Delikatnie wypiąłem haczyk i zepchnąłem rybę do wody. Majtnęła ogonem i 

tyleśmy ją widzieli. Chłopiec tymczasem założył nową przynętę i zarzucił wędkę.

- Na podwólku i tak mi nikt nie uwięzi - westchnął.

- Jak to, nikt? - profesor aż podskoczył na trawie. - Przecież masz dwóch 

świadków.

- Tak - odparł malec. - Ale pan Lulek dziś wyjeździa, a pan ziadko  do nas 

przychodzi.

- Wyjeżdża? Pokiwałem głową.

-   Dlaczego?   Wiosna   w   pełni,   pogoda   znakomita,   ryby,   jak   widać,   biorą 

background image

dobrze. Zupełnie nie rozumiem.

Nic nie odpowiedziałem. Stary pogmerał po kieszeniach koszuli; znalazł w 

nich dwa pogniecione kartelusze. Założył okulary i studiował zapiski.

- Hm, szkoda - powiedział od niechcenia po chwili. - Odniosłem wrażenie, że 

ten pagórek za wsią wzbudza pańskie zainteresowanie. A ja jeszcze coś znalazłem.

Posłyszałem   szum   własnej   krwi.   Odpłynęła   z   twarzy   w   ułamku   sekundy. 

Stary niczego nie zauważył, spokojnie mówił dalej:

- Wyliczyłem, że ta dodatkowa, nieoficjalna szubienica stała tu pięćdziesiąt, 

może sześćdziesiąt lat. Pokrywa się to mniej więcej z okresem, kiedy miastem trzęsła 

potężna rodzina Mark-hardów.

Adaś   odwrócił   wzrok   od   spławika,   wyszczerzył   w   uśmiech   v 

nieproporcjonalnie duże do swej buzi zęby.

- Ale śmieśnie. Bo pan Lulek teś się naziwa Malkhald.

Z RAPORTÓW POLICJI.

Mimo   szeroko   zakrojonych   poszukiwań   w   lasach   wokół 

Manowa,   kierowcy   samochodu   skoda   favorit,   numer   re-

jestracyjna   KRA1543   nie   znaleziono.   Psy   tropiące   traciły 

ślad na pobliskim wzgórzu.

Dżdżyło. Postawiłem kołnierz bluzy i poszedłem w stronę samochodu. Sandra 

i Adrian stali w progu ze smętnymi minami.

Podróżną torbę wrzuciłem na tylne siedzenie. Termos z kawą zachlupotał 

głośno, nylonowy woreczek z kilkoma kanapkami wypadł na podłogę. Podniosłem 

go i usiadłem. Z poszycia fotela do mojej garderoby przeniknęła zimna wilgoć.

Przekręciłem   kluczyk.   Silnik   mruknął   niechętnie,   zakrztusił   się.   Trochę 

pomogłem mu pedałem gazu. Lampka ładowania akumulatora zgasła po krótkim 

namyśle.   Zapaliłem   główne   światła,   wycieraczki   niechętnie   ruszyły   po   szybie. 

Zapiąłem pas.

Minąłem   otwartą   bramę,   przez   sto   metrów   samochód   dygotał   na   kocich 

łbach.   Przed   główną   szosą   zwolniłem.   Była   pusta.   Opony   kwiknęły   boleśnie, 

background image

wskazówka szybkościomierza bez ociągania ruszyła w górę.

Odetchnąłem   z   ulgą.   Rano   położę   się   spać   na   swoim   własnym   łóżku,   w 

dobrze mi znanym domku, daleko stąd, bezpieczny. I nie będę miał żadnych snów. 

Swoją drogą, powinienem pójść do lekarza. Takie koszmary... Mocniej przydusiłem 

pedał przyśpieszenia, silnik ryknął głośniej. Wskazówka zamarła na liczbie 110.

W uchylonym okienku cicho gwizdał wiatr, wciskając do wnętrza woń ozonu 

i mokrego listowia. Cienie drzew podrygiwały na mokrym asfalcie, rozproszone w 

wodzie   światło   iskrzyło   na  wszystkie   strony.  Wyglądało  to  tak,  jakby  samochód 

pchał przed sobą długie, świetliste kloce, a one szorując o podłoże, sypały setkami 

rozmigotanych   iskier.   Włączyłem   radio,   wytrzymałem   dziesięć   taktów   piosenki   i 

wyłączyłem.   Odpowiedź   na   pytanie,   jak   głęboka   jest   jej   miłość,   dziś   mnie   nie 

ciekawiła wcale.

Stopę   zdjąłem   z   pedału   bez   zastanowienia.   Wskazówka   szybkościomierza 

posłusznie zjechała w dół. Na skraju drogi dojrzałem jasną plamę małej postaci. 

Przekręciłem włącznik świateł przeciwmgielnych. Nisko nad asfaltem popełzło ostre, 

żółte światło. To było dziecko.

Dziecko?   Wzdrygnąłem   się.   O   tej   porze?   Nacisnąłem   hamulec.   Jednak 

dziecko. Chłopiec. Zasmarkany, zapłakany i do cna przemoczony.

Minąłem   go   i   zatrzymałem   samochód   kilka   metrów   dalej.   Nawet   nie 

próbował machać rękami. Wątpię, czy przez łzy w ogóle coś widział. Wyskoczyłem 

na pobocze; wtedy poczułem nieprzyjemny skurcz w gardle. Na szosie stał Adaś.

- Dziecko, na Boga, co ty tu robisz?

Skoczył jednym susem i zawisł mi na karku. Drobnym ciałem  wstrząsały 

spazmy płaczu i dreszcze. Był zziębnięty do szpiku kości.

- Panie Lulku, ja chcę do mamusi - wyjąkał, przemagając szczękanie zębów. - 

Do mamusi!

Pobiegłem do samochodu. .; - Jak tu się znalazłeś? Uciekłeś z domu?

- Nie wiem. Ja tu się obudziłem. Jedziemy do mamusi? . Posadziłem go na 

tylnym siedzeniu, opatuliłem kocem.

Sandra ułożyła syna do snu zanim wyjechałem. Mały, już w piżamie, uścisnął 

mi rękę na pożegnanie z nietęgą miną. Nie powiedział tego, ale czułem, że ma do 

background image

mnie   żal.   Obiecałem   mu   biwak   i   łowienie   ryb   nad   jeziorem.   Mój   wcześniejszy 

wyjazd zniweczył te plany.

Droga   była   tu   za   wąska,   żeby   zawrócić.   Po   kilkudziesięciu   metrach 

dostrzegłem   lukę   między   drzewami.   Ostrożnie   zjechałem   na   lewe   pobocze. 

Samochód podskoczył na krawędzi asfaltu i bezszelestnie wjechał na trawę. Nagły 

skurcz mięśni szczęk spowodował, że jęknąłem z bólu. W długich światłach ujrzałem 

wzgórze.

Nerwowym,   niezdarnym   ruchem   wcisnąłem   wsteczny   bieg   i   puściłem 

sprzęgło. Silnik zgasł. Przez uchyloną szybę wpłynął do samochodu ciężki, duszący 

odór   rozkładającego   się   ciała.   Wdusiłem   sprzęgło,   rozdygotanymi   palcami 

uchwyciłem kluczyk. Rozrusznik zagdakał krótko i zamilkł. Coś za mną poruszyło 

się, w lusterku mignął długi cień. Gwałtownie odwróciłem głowę.

Chłopiec stał na tylnym siedzeniu, podparty jedną ręką o dach. Miał teraz 

twarz   wielkiej,   woskowej   lalki,   którą   ktoś   wrzucił   do   wody.   Spoglądał   w   dół 

zimnym, szklistym wzrokiem; sztywny, obcy, wrogi. Druga jego ręka wypłynęła w 

powietrze   i  od   sufitu   ruszyła  w  stronę  mojej  twarzy.  To nie  była  ręka dziecka; 

potężna,   owłosiona   łapa   dorosłego   mężczyzny,   z   ostrymi   jak   brzytwy   szponami 

zamiast paznokci, sunęła w dół jak na zwolnionym filmie, a ja tylko rozdziawiłem 

szeroko   usta,   bo   wrzask   już   nie   mógł   wyjść   ze   sparaliżowanej   krtani.   Dwa 

rozcapierzone paluchy celowały w oczy, usiłowałem zasłonić twarz, ale nie miałem 

dość   siły,   by   unieść   w   obronnym   geście   ogromne   kawały   bazaltu,   w   które 

przemieniły się moje ręce.

- Twoja kolej, Markhard!! Będziesz dyndał tak długo, dopóki nie znajdziesz 

następnego na swoje miejsce!! Następnego z tych, co warci byli po sztuce złota od 

głowy!

Nim   ból   przeszył   mi   czaszkę   na   wylot,   wnętrze   samochodu   przepełnił 

potworny śmiech, usłyszałem trzaśniecie drzwi, śmiech popłynął po lesie, odbijany 

wielokrotnym echem powracał i znów niknął.

Cały świat pokryła jednolita czerń.

Z RAPORTÓW POLICJI.

background image

Dane   osobowe:   Bukowy   Adrian   Krzysztof,   urodzony   w 

Gdańsku,   15.04.1954,   wykształcenie   wyższe,   zamieszkały   w 

Kumiałce   koło   Sokółki,   województwo   białostockie.   Fragmenty 

wywiadu.

Pytanie   -   Pan   pracował   w   Nadleśnictwie   Manowo   koło 

Koszalina na stanowisku nadleśniczego terenowego. Jak długo?

Odpowiedź - Pięć lat. 

P   -   Czy   Jerzy   Markhard   kiedykolwiek   tam   pana 

odwiedził? 

O - Tak. Dwa razy.

P - Od jak dawna mieszka pan tutaj? 

O - Od trzech lat.

P   -   Czy   w   ostatnim   miesiącu   wyjeżdżał   pan   do 

Koszalina?" 

O - Nie.

P   -   Czy   w   ostatnim   miesiącu   w   ogóle   wyjeżdżał   pan 

gdzieś na dłużej? 

O - Nie.

P   -   W   samochodzie,   którym   jechał   zaginiony, 

znaleźliśmy   kartkę   z   pana   poprzednim   adresem.   Czy   jest 

możliwe,   że   Markhard   nie   wiedział   o   pana   przeprowadzce 

tutaj?

O - Absurd. Zupełny absurd. Jerzy nie tylko doskonale 

o tym wiedział, ale był tu już u mnie trzy razy. Zresztą... 

Proszę. To są jego listy kierowane na mój obecny adres.

Robert   Letyński   cieszył   się,   mocno   skądinąd   zasłużoną,   opinią 

niepohamowanego konsumenta kobiet. Każda istota, która miała okrągłe biodra i 

choćby   cień   biustu,   budziła   jego   apetyt,   niezależnie   od   urody   i   tuszy.   Kochał 

wszystkie i chciał mieć wszystkie. Jedyną przeszkodą na drodze tych tryumfalnych 

podbojów była żona Roberta; drobna, śliczna osóbka o fiołkowych oczach i wiecznie 

rozmarzonym   wyrazie   twarzy.   Niestety,   w   oczach   Roberta   to   urocze   stworzenie 

background image

miało   jeden   poważny   feler   -   jego   uroda   nie   ulegała   przemianom;   nie   była   raz 

wspaniałą, dużą blondynką o rozfalowanym biuście, innym razem szczuplutką jak 

łania brunetką, jeszcze innym - tłuściutkim, przemiłym rudzielcem o rozdygotanym, 

pulchnym tyłeczku. Karina Letyńska wiedziała o słabościach męża, on wiedział, że 

ona wie, i to obojgu odpowiadało. Ani jedno, ani drugie nie pragnęło rozwodu; tak 

było im dobrze i mimo wszystko kochali się. To właśnie uczucie powodowało, że 

Robert   Letyński   starannie   zachowywał   pozory   wierności,   a   jego   żona   zupełnie 

dobrze udawała, że w tę wierność wierzy.

Właśnie owo zachowanie pozorów zmuszało Roberta do częstych kontaktów 

z przyjaciółmi posiadającymi pospolite samochody. W mieście wielkości Koszalina 

jego szaro-srebrny opel kadet 1.6D zbytnio rzucał się w oczy i zbyt wiele osób go 

znało; o ileż bezpieczniej było przemknąć przez ulice zakurzonym polonezem czy 

rozklekotaną syreną.

Tego dnia los  przeznaczył  Robertowi mocno już wyeksploatowanego fiata 

126, a jego opel miał spędzić noc na cichym podwórku przy ulicy Lechickiej. Zaś 

dziewczyna,   którą   wiózł   z   miasta,   miała   urodę,   jaką   może   wyśnić   nastolatek   w 

arcyerotycznym   śnie;   gładka,   śniada,   trochę   wyzywająca   w   wyrazie   twarz   i,   co 

Robert Letyński prowadząc samochód zauważył kątem oka, idealnie brzoskwiniowa 

skóra na nogach.

W pierwszym zajeździe odbywało się wesele. Wolnych pokojów nie było, bo 

te w całości wynajęto dla osłabionych gości. Do domków kampingowych w Byszynie 

pod Białogardem przybyli łucznicy z całego kraju, w paru prywatnych pensjonatach 

dziwnym trafem też były komplety. Robert Letyński jechał dalej, z przyjemnością 

obserwował   długie   nogi   dziewczyny   i   bez   przyjemności   jej   coraz   bardziej 

wydłużającą   się   minę.   Wreszcie   po   prostu   zawrócił   w   stronę   Koszalina   i   po 

kilkunastu minutach wjechał w las.

-   Nareszcie   -   usłyszał   szept   przy   uchu,   a   nieco   niżej   lekki   zgrzyt   zamka 

błyskawicznego przy własnych spodniach.

Ta dziewczyna, a to już skonstatował trochę później, bez wątpienia nigdy nie 

hołdowała   zasadzie   seksualnej   dominacji   mężczyzn   i,   zamiast   on   do   niej,   ona 

zabrała   się   do   niego.   Niestety,   wiedza   dziewczyny   z   zakresu   motoryzacji 

background image

przedstawiała wiele do życzenia. Ona zwyczajnie nie wiedziała, że tego nie da się 

zrobić w samochodzie marki fiat 126p. Toteż bez słowa wyciągnął partnerkę z auta, 

przytrzymując bieliznę w garści przeszli kilka kroków i zapadli w wysokiej trawie.

Pierwsze minuty upłynęły kochankom w całkowitej harmonii. Dziewczyna 

reagowała   znakomicie,   sama   też   demonstrowała   nieliche   umiejętności;   noc 

zapowiadała   się   na   jedną   z   tych,   do   których   mężczyźni   chętnie   wracają   we 

wspomnieniach nawet po siedemdziesiątce. Robert czuł przyjemność z obcowania z 

tą kobietą, przyjemność wyjątkową, dlatego też, kiedy odwróciła głowę na bok i 

uniosła go na biodrach w powietrze, pomyślał nie bez satysfakcji, że to jej trzeci 

orgazm. Zmienił zdanie dopiero wtedy; kiedy z przerażającym krzykiem zrzuciła go 

z siebie i porwawszy torebkę, wyjąc jak potępieniec, zaczęła uciekać. Mężczyzna 

spojrzał za biegnącą kobietą, potem na swój narząd płciowy, do którego przylgnęło 

kilka   sosnowych   igieł,   na   samochód   i   wzruszył   ramionami.   Przedobrzyłem, 

pomyślał. I dopiero wtedy zauważył, że po lewej stronie jest jasno. Od ziemi biło w 

górę   niebieskawe  światło.   Podniósł   wzrok   wyżej   i   już   zupełnie   bez   udziału   woli 

rozdziawił usta do wrzasku. Wtedy usłyszał uspokajający głos z góry:

Niech pan nie robi takiej przerażonej miny. To tylko charakteryzacja.

1992.


Document Outline