background image

O WOLNEJ WOLI 

Księga pierwsza

 

I.      Grzech i jego 

źródła. Bóg nie 

stworzył zła 

 

 

 

l—1.  Ewodiusz.  Proszę  cię,  powiedz,  czy  zło  nie  jest 

dziełem Boga.

 

Augustyn.  Chętnie,  lecz  wytłumacz,  o  jakim  złu  my-

ś

lisz,  bo  potocznie  używamy  tego  słowa  w  podwójnym 

znaczeniu: albo  mówimy,  że  ktoś  popełnił  zło,  albo  że  spot-
kało go coś złego.

 

E.  Pragnę  wiedzieć,  skąd  pochodzi  jedno  i  drugie 

zło.

 

A.  Załóżmy,  że  Bóg  jest  dobry.  Jesteś  o  tym  prze-

konany,  lub  przynajmniej  wierzysz,  ponieważ  inaczej  my-
ś

leć  nie  wolno.  Czyli  —  Bóg  nie  czyni  zła.  Ale  przyznaje-

my  także,  że  Bóg  jest  sprawiedliwy;  każde  twierdzenie 
przeciwne  byłoby  bluźnierstwem.  Jako  sprawiedliwy,  na-
gradza  dobrych,  a  na  złych  zsyła  kary.  Te  właśnie  kary 
są  złem  w  pojęciu  karanych.  Co  z  tego  wynika?  Ponieważ 
wierzymy,  że  Opatrzność  Boża  rządzi  naszym  światem, 
musimy  także  wierzyć,  że  kara  nie  spada  bez  winy.  W  ta-
kim  razie  tamto  zło,  które  tkwi  w  przewinieniu,  nie  po-
chodzi  od  Boga,  ale  to  drugie  —  kara  —  z  całą  pew-
nością.

 

E.  Dobrze,  dowiodłeś,  że  Bóg  nie  stworzył  zła  mo-

ralnego. Czy jest więc inny sprawca?

 

A.  To  pewne,  przecież  nie powstało  samo.  Pytasz,  kto 

je  stworzył.  Nie  mogę  wskazać  palcem.  To  nie  ktoś  jeden, 
określony;  każdy  poszczególny  zły  człowiek  jest  sprawcą 
swego złego czynu. Wątpisz? Pomyśl o tym, co powiedzie-

 

background image

TS-

 

liśmy  przed  chwilą,  że  sprawiedliwość  Boża  ściga  prze-
stępstwa.  Czy  sprawiedliwa  byłaby  kara,  gdyby  wola  nie 
brała udziału w złym czynie? 

1

 

2.  E. Chyba nikt nie grzeszy,      kto      się nie 

nauczył 
grzeszyć.    Jeśli    to prawda,    chciałbym wiedzieć,    kto 
był tym pierwszym nauczycielem zła.

 

A. Jak myślisz, czy nauka

2

 jest czymś dobrym?

 

E. Któż by ośmielił się widzieć w niej zło?

 

A. A jeżeli nie jest ona ani dobrem, ani złem?

 

E. Ja mam ją za rzecz dobrą.

 

A.  Masz  słuszność.  Przecież  ona  daje  nam  wiedze  lub 

przyczynia  się  do  rozbudzenia  jej  w  nas.

3

  Wszelkie  wia-

domości zdobywamy tylko przez naukę. Zgadzasz się?

 

E.  Tak.  Sądzę  nawet,  że  przez  nią  uczymy  się  wy-

łącznie dobra.

4

 

A.  W  takim  razie  strzeż  się,  żebyś  nie  mówił,  że  zła 

uczymy  się.  Przecież  nauka  wzięła  nazwę  właśnie  od 
uczenia się.

 

E. Skąd wiec bierze się zło w ludzkich czynach, skoro 

się go nie uczymy.

 

A.  Może  stad,  że  odwracamy  się  i  stronimy  od  nauki, 

czyli  od  środków  prowadzących  do  wiedzy.  Lecz  wszystko 
jedno, gdzie leży przyczyna. Pewne jest, że w ogóle nie 
•  można  uczyć  się  zła;  bo  od  czasownika  „uczyć  się"  bierze 
swoją  nazwę  nauka,  a  nauka  jest  czymś  dobrym.  Jeżeli 
można  nauczyć  się  zła,  zawiera  się  ono  w  nauce  i  wtedy 
nauka  nie  będzie  rzeczą  dobrą.  A  przecież  sam  przyzna-
jesz,  że  jest  dobrem.  Nie  uczymy  się  więc  zła  i  na  próżno 
szukasz  tego,  kto  uczy  nas  złe  postępować.  Jeżeli  zaś  czy-
nimy  zło  przedmiotem  nauki,  uczymy  się  unikać  go,  a  nie 
popełniać. A więc zły czyn to rozbrat z nauką.

 

3.  E. Właściwie      uważam,      że      istnieją      dwa     

rodzaje 
nauki. Jedna uczy nas postępować dobrze, druga — źle. 
Ale kiedy zapytałeś, czy nauka jest dobrem, samo przy-

 

1

  Twierdzenie,  na  które  powolywał  się  Pelagiusz  dla  obrony  swojej 

herezji. Por. Retractattones l, 9, 3.

 

-  W  oryg.  disciplina—  chodzi  tu  zarówno  o  przedmiot  nauczania, 

czyli  umiejętność  (por.  O  nieśmiertelności  duszy  l,  przyp.  1),  jak  i  samą 

czynność uczenia się, czyli środki prowadzące do wiedzy.

 

Por.    O    nauczycielu    45.

 

Poza znaczeniem,    jakie termin nauka (w oryg. dysciplina) posiada 

•w poprzednich      pismach      (por.      O      nieśmiertelności    duszy    l,      przyp.      1),     

tutaj używa    go    Augustyn na    określenie nauki    moralnej lub wychowania 

moralnego, pozwalającego odróżnić dobro od zła.

 

wiązanie  do  dobra  pochłonęło  moją  uwagę  i  skierowało 
ku  tej  nauce,  która  uczy  czynić  dobrze.  Toteż  odpowie-
działem,  że  nauka  jest  dobrem.  Teraz  jednak  uświada-
miam sobie, że jest jeszcze inna, która stanowczo uważam 
za zło. Jej to właśnie nauczyciela poszukuję.

 

A. A może przynajmniej    rozum

1

 uważasz za czyste

 

dobro?

 

E.  O,  tak.  Jemu  przypisuję  wartość  bezwzględną  i  nie 

widzę żadnej lepszej władzy w człowieku. Żadną też miarą 
nie posunąłbym się do twierdzenia, że jakikolwiek rozum 
może być zła potęgą.

 

A. A cóż powiesz na to,    gdy ktoś uczy się, ale nie 
rozumie? Wydaje ci się uczonym taki człowiek? E. W żaden 
sposób.

 

A.  Jeżeli  więc  wszelki  rozum  jest  siłą  dobrą  i  tylko 

ten  uczy  się,  kto  poznaje  rozumem,  to  każdy  uczący  się 
spełnia dobrą czynność; bo każdy, kto się uczy, ten poznaje 
rozumem,  kto  zaś  poznaje  rozumem,,  postępuje  dobrze. 
Ktokolwiek  więc  szuka  sprawcy  naszego  wykształcenia, 
zaiste  szuka  sprawcy  naszych  dobrych  uczynków.  Dlatego 
daj  sobie  spokój  z  tą  chętką  wypatrzenia  jakiegoś  tam 
nauczyciela  zła  moralnego.  Jeżeli  bowiem  jest  zły,  nie 
uczy; jeżeli zaś daje wiedzę, to znak, że nie jest zły.-

 

II—4. 

E

.

 

Dobrze; skoro już zmuszasz mnie, żebym 

przyznał, że nie uczymy się czynić źle, powiedz mi, skąd 
właściwie pochodzą nasze złe czyny.

 

A. Poruszasz zagadnienie, które nie dawało mi spokoju już 
w bardzo młodym wieku; wreszcie wyczerpanego popchnęło 
w przepaść herezji.

3

 Ten upadek podziałał na mnie    bardzo   

przygnębiająco.          Zalała    mnie    fala    czczych baśni. Sam 
nie zdołałbym wydobyć się z tego stanu i odetchnąć 
atmosferą swobodnego badania, które jest podstawą     
wszelkiej      wolności.        Ale      tęsknota      za      znalezieniem 
prawdy zjednała mi Bożą pomoc. Wiele starań dołożyłem, 
aby się wyzwolić od tej myślowej udręki. Toteż i ciebie 
poprowadzę tą samą drogą, która wywiodła mnie z biedy.

 

1

  W  oryg.  intelligentia  —  najwyższa  władza  duszy,  wyższa  od  ro-

zumu (ratio). Por. nota Dusza i jej władze.

 

-  Zła  nie  można  uczyć,  bo  jak  wskazują  dalsze  wywody  Augustyna, 

zło nie jest bytem, a nie można uczyć tego, czego nie ma.

 

3

  Chodzi  tu  o  herezję  manichejską,  w  która  Augustyn  popadł  mając 

lat dziewiętnaście. Por. Przeciw akademikom 2, l ns; Wyznania 3, 6, 10 ns.

 

background image

 

Bóg będzie przy nas i da nam zrozumieć to, w co wierzymy. 
Przecież  jesteśmy  przeświadczeni,  że  trzymamy  się  za-
sady, zaleconej  w słowach Proroka: „Jeżeli  nie  uwierzycie, 
nie zrozumiecie." 

1

 Wierzymy zaś, że wszystko, co istnieje, 

zawdzięcza  byt  wyłącznie  samemu  Bogu,  a  jednak  grzech 
nie  jest  Jego  dziełem.  Ale  oto  co  intryguje  nasz  umysł: 
jeżeli grzechy pochodzą od dusz, które Bóg stworzył i które 
Jemu  zawdzięczają  swe  istnienie,  jak  można  nie  odnosić 
ich niemal bezpośrednio do Boga?

 

5.  E.  Teraz  nareszcie  jasno  wyraziłeś  to,  z  czym  nie-

mało borykam się w myślach. To właśnie przynagliło mnie 
i wciągnęło w te poszukiwania.

 

        A.  Bądź  wiać  stanowczy  i  trwaj  przy  tym,  w  co 

wierzysz.    Ta    prawda  jest  najbardziej  warta  wiary,   
choćby  nawet  uzasadnienie  jej  nie  było  jasne.  Przecież 
początkiem 

prawdziwej 

religijności 

jest 

wysokie 

wyobrażenie o Bogu. A nie pojmuje Go wzniosie ten, kto 
nie 

wierzy 

Jego 

wszechmoc 

bezwzględną   

niezmienność;  co  więcej,    kto  nie  wierzy,  że  On  stworzył 
wszelkie  dobra,  a  sam  jest  ponad  nimi,  a  także,  że  rządzi 
całym  stworzeniem  z  największą  sprawiedliwością;  że  do 
aktu  stworzenia  nie  posłużył  się  "żadnym  innym  bytem, 
jak  ten  komu  nie  wystarczają  własne  możliwości;  inaczej 
mówiąc,  uczynił  wszystko  z  niczego.  Z  własnej  zaś  natury 
nie  stworzył,  lecz  zrodził  Istotę  sobie  równą,  którą  my 
nazywamy 

jedynym 

Synem 

Bożym. 

Dokładniej   

określamy  Ją    jako    Moc    i    Mądrość  Bożą.

2

  Przez  Nią 

uczynił Bóg wszystko, co wydobył z nicości.

3

 Takie przesłanki     

ustalamy.      Starajmy  się  teraz  z  Bożą  pomocą  dojść  do 
zrozumienia tego, o co pytasz, w następujący sposób.

 

Namiętność jako źródło zła moralnego

 

III—6.  Pytasz  mianowicie,  skąd  się  biorą  nasze  złe 

czyny. Trzeba zatem zastanowić się najpierw, na czym

 

1  Iz.  7,  9  Według  Septuaginty.  Por.  niżej  2,  6;  O  nauczycielu  37' D e  

doctrina  Christiay^t,  a  2,  17;  Sermo  43,  4,  9,  a  nadto  notą  Metoda  filozofii 

augustyńskiej.

 

-      Por. l Kor. l, 24.

 

3

      Por. Jan 1,3.

 

one polegają. Powiedz mi, co o tym myślisz. Może nie po-
trafisz  ogarnąć  całości  w  krótkich  słowach;  daj  mi  więc 
poznać  swoje  zdanie  wyliczając  przynajmniej  poszczególne 
złe czyny.

 

E.  Każdy  chyba  przyzna,  że  takimi  czynami  są  cudzo-

łóstwa,  morderstwa,  świętokradztwa,

1

  nie  mówiąc  już 

o  innych  przestępstwach.  Czasu  nie  starczyłoby,  żeby  je 
wymienić, a i pamięć nie obejmie.

 

A.  Powiedz  mi  więc  na  początek,  dlaczego  uważasz 

cudzołóstwo za czyn niemoralny. Czy dlatego, że prawo go 
zabrania?

 

E.  Rozumie  się,  że  nie  czyni  go  złem  zakaz  prawa. 

Odwrotnie:  dlatego  że  jest  ono  złem,  jest  prawnie  zaka-
zane.

 

            A.  A  przypuśćmy,  że  ktoś  wyolbrzymia  rozkosze 
cudzołóstwa  i,  nie  dając  nam  spokoju,  nalega,  abyśmy 
powiedzieli,  dlaczego  uważamy  je  za  coś  niemoralnego  i 
nagannego.    Czy  uważasz,    że  ludzie,    którym  nie 
wystarcza  wiara      lecz  pragną  także  zrozumienia, 
powinni  zasłaniać  się  powagą  prawa?  Ja  także  wierzę 
razem  z  tobą,  i  to  niezachwianie,  i  wołam  do  wszystkich 
narodów  i  ludów,  ze  muszą  wierzyć,  iż  cudzołóstwo  to 
zło. Lecz obecnie staramy "się również poznać rozumowo i 
uznać za  pewnik to,  co  przedtem przyjmowaliśmy  na  wiarę. 
Zastanów  się  .więc,  na  ile  cię  stać,  i  powiedz  mi,  na  jakiej 
rozumnej podstawie uznałeś, że cudzołóstwo jest złem.

 

E. Jestem o tym przekonany, ponieważ sam nie chciał-

bym, żeby moja żona padła ofiarą cudzołóstwa. Każdy zaś, 
kto  czyni  drugiemu  to,  czego  nie  chciałby  dla  siebie,  na 
pewno popełnia zło moralne.

 

A.  A  co  powiesz  na  to,  jeżeli  człowiek  jest  owładnięty 

namiętnością  do  tego  stopnia,  że  użycza  swojej  żony  dru-
giemu  i  chętnie  zgadza  się,  żeby  tamten  ją  gwałcił, 
ponieważ  chce  mieć  nawzajem  podobną  swobodę  w 
stosunku do

 

i  Wysuwając  na  pierwszy  plan  te  trzy  przestępstwa  Augustyn 

postępuje  zgodnie  z  (przekonaniem  szeregu  pisarzy  pierwotnego  Kościoła, 

którzy  wymienione  grzechy  traktowali  jako  specjalnie  ciężkie. 

Wzmianki  o  tym  spotykamy  w  tekstach  św.  Ireneusza  (Adv.  haeres.  3,  12, 

14),  św.  Cypriana  (Testlmonia  3,  119),  Tertullana  (De  pudicitia  12,  3), 

Orygenesa (De oratione 28). Jedyną zmianą, jaką wprowadza tu Augustyn, 

jest zastąpienie wyrazu „bałwochwalstwo" przez „świętokradztwo".

 

background image

 

jego żony? Czy w twoim pojęciu, nie popełnia on niczego

 

złego?

 

E. Owszem, popełnia zło i bo jak najgorsze.

 

A.  Tak,  ale  grzeszy  nie  według  tej  twojej  zasady. 

Przecież  nie  czyni  tego,  czego  nie  chciałby  sam  doznać, 
Musisz  wiec  obejrzeć  się  za  jakimś  innym  dowodem,  aby 
przekonać, że cudzołóstwo jest niemoralne.

 

7.  E. Myślę, że jest przestępstwem, ponieważ ściąga 

na ludzi potępienie, jak to często widziałem.

 

A. A czy nie bywało nieraz tak, że potępiano ludzi 

z  powodu  dobrych  czynów?  Nie  będę  odsyłać  cię  do  in-
nych  książek.  Przejrzyj  Pismo  święte,  które  przewyższa, 
wszystkie  powagą  boskiego  natchnienia.  Przekonasz  się, 
jak ujemnie musielibyśmy oceniać postępowanie apostołów 
i  wszystkich  męczenników,  gdybyśmy  uznali  sądy  potę-
piające  za  niezbity  dowód  przestępstwa.  Przecież  ich 
wszystkich potępiono za wyznawanie wiary. Jeżeli wszyst-
ko, co spotyka się z potępieniem, jest złem, to złem była 
w  tamtych  czasach  wiara  w  Chrystusa  i  jej  publiczne  wy-
znawanie. Może wiec nie wszystko jest złem tylko dlatego, 
ż

e  ściągnęło  na  siebie  potępienie.  Toteż  poszukaj  jeszcze 

innego sposobu, aby przekonać o zdrożności cudzołóstwa.

 

E. Nie przychodzi mi na myśl żadna odpowiedź.

 

8.  A.    Może    namiętność    jest    tym,      co    złe    w   

cudzołóstwie, a ty borykasz się z trudnościami, bo 
szukasz na zewnątrz zła, które tkwi w samym, czynie?       
Abyś mógł zrozumieć, że o przestępstwie w cudzołóstwie 
stanowi namiętność, wiedz: może niejeden nie ma 
sposobności obcować cieleśnie z cudzą żoną,    ale tak 
czy owak widać po nim., że pożąda i gotów jest dopuścić 
się tego przy okazji; jest on nie mniej winny, niż gdyby 
złapano go na gorącym uczynku.

 

E.  Lepiej  nie  mogłeś  wytłumaczyć.  Już  widzę,  że  nie 

trzeba długich wywodów, żebym zaczął myśleć tak samo 
o  zabójstwie,  świętokradztwie  i  wszystkich  w  ogóle 
grzechach.  Zrozumiałem  nareszcie,  że  w  całej  dziedzinie 
niemoralnych czynów panuje niepodzielnie namiętność.

 

Namiętność — źródło zła moralnego — polega

 

na przywiązaniu do rzeczy, które można

 

utracić

 

IV—9.  A.  Czy  wiesz  także,  że  tę  namiętność  nazy-

wamy inaczej pożądliwością?

1

 

E. Wiem.

 

A.  Jak  sądzisz,  czy  należy  ona  do  tego<  samego  ro-

dzaju  zjawisk,  co  uczucie  strachu,  czy  też  zachodzi  między 
nimi pewna różnica?

 

E.  Według  mego  zdania  różnica  ta  jest  nawet  bardzo 

duża.

 

A.  Opierasz  swoje  przekonanie,  jak  przypuszczam,  na 

t ym,  że  pożądliwość  podąża  za  swoim  przedmiotem, 
a strach unika go.

 

E. Masz rację.

 

A.  Jeżeli  więc  do  zabicia  człowieka  popchnie  kogoś 

lek  przed  własnym  niebezpieczeństwem,  a  nie  pożądanie 
zdobyczy, czy będzie on wtedy mordercą?

 

E.  Będzie  wprawdzie,  lecz  motyw  strachu  przy  popeł-

nieniu  tego  czynu  nie  wyklucza  pożądania.  Kogo  strach 
doprowadza  do  morderstwa,  ten  z  całą  pewnością  pożąda 
wyzwolenia od tego uczucia.

 

A.  A  czy  sądzisz,  że  życie  bez  lęku  jest  małym  do-

brem?

 

E. Wielkim; lecz jest niemożliwe, żeby owemu zabój-

cy udało się osiągnąć je przez zbrodnię.

 

A. Nie chodzi mi o to, co może mu się udać, lecz o to, 

czego on sam pożąda; bo ten, kto pożąda życia wolnego 
od strachu, z całą pewnością pożąda rzeczy dobrej. Dlatego 
pożądanie  tego  rodzaju  nie  zasługuje  na  potępienie. 
W przeciwnym  razie  będziemy  obwiniać  wszystkich,  którzy 
pragną  dobra.  Zatem  musimy  przyznać,  że  istnieje  taki 
rodzaj  zabójstwa,  w  którym  nie  można  doszukać  się  de-
cydującego  wpływu  tamtego  złego  pożądania,  i  fałszywym 
okaże  się  twierdzenie,  że  o  niemoralności  grzechu  roz-
strzyga  panująca  w  nim  namiętność;  albo  też  będzie  moż-
liwe bezgrzeszne zabójstwo.

 

E.  Jeżeli  zabójstwo  polega  na  odebraniu  życia  czło-

wiekowi, może ono w pewnych okolicznościach nie być

 

l        Por.    De civitate    Dei 14,    15. 

 

background image

grzechem.  Bo  nie  wydaje  mi  się,  żeby  grzeszył  żołnierz, 
gdy zabija wroga, albo sędzia czy wykonawca jego wyroku 
pozbawiając  życia  szkodliwego  przestępcę,

1

  albo  wreszcie 

człowiek,  któremu  mimo  woli  i  nieświadomie  wymknął 
się cios śmiertelny.

 

A.  Zgadzam  się.  Lecz  takich  nie  mamy  zwyczaju  na-

zywać  zabójcami.  Toteż  odpowiedz  mi,  czy  według  ciebie 
należy zaliczyć do tego rodzaju zabójców, nie zasługujących 
nawet na nazwę zabójcy, człowieka, który zabił swego pana 
bojąc się wielkich męczarni z jego ręki.

 

        E.  Widzę  wielką  różnicę  między  nim  a  tamtymi 
ludźmi. Tamci działają  na mocy  prawa,  albo przynajmniej 
nie łamią go. Zbrodni zaś tego nie pochwala żadne prawo.   
        10.  A.  Znowu  odsyłasz  mnie  do  autorytetu.  Ale 
musisz  pamiętać,  że  obecnie  podjęliśmy  się  zrozumieć  to, 
co  jest  przedmiotem  wiary;  wobec  praw  zaś  zachowujemy 
postawę  wierzącego.  A  zatem  naszym  zadaniem  jest  zro-
zumieć  —  o  ile  się  da  —  właśnie  to,  czy  prawo,  karząc 
taki czyn, nie popełnia niesprawiedliwości.

 

E.  Bynajmniej;  karze  przecież  tego,  który  samowol-

nie i  rozmyślnie zabija  swego pana. Tak zaś nie postępuje 
ż

aden poprzednio wymienionych ludzi.

 

          A. Może przypominasz sobie, że zgodnie z tym, co po-
wiedziałeś,    w każdym    przestępstwie    panuje   
namiętność i że z tego właśnie powodu jest ono 
niemoralne.   
          E. Oczywiście, przypominam sobie.   
        A. Przyznałeś także, że ten, kto pragnie żyć bez 
bojaźni, nie ma złego pragnienia. Nieprawda?   
        E. To również pamiętam.

 

A.  Gdy  więc  niewolnik  zabija  swego  pana  pod  wpły-

wem  takiego  pragnienia,  nie  kieruje  jego  czynem  owo  złe 
pożądanie.  Wobec  tego  nie  rozumiemy  jeszcze,  dlaczego 
ten  czyn  jest  zły.  Przecież  zgodziliśmy  się,  że 
niemoralność  każdego  przestępstwa  tkwi  jedynie  w 

namiętności,  to  jest  w  niegodziwym  pożądaniu,  z  jakim 
zostaje popełnione.

 

E.  Już  zaczynana  przypuszczać,  że  niesprawiedliwie 

potępiłem tego niewolnika, choć nie ośmieliłbym się po-

 

1

      Por. O porządku 2, 11;    De civitate Dei l, 21,

 

wiedzieć  tego,  gdybym  miał  w  pogotowiu  jakiś  inny  ar-
gument.

 

A.  Tak  więc  z  góry  wmówiłeś  w  siebie,  że  należy 

puścić  bezkarnie  tak  wielką  zbrodnię,  a  nie  zastanowiłeś 
się nad tym, czy ten niewolnik nie pragnął uwolnić się od 
strachu  przed  panem  dla  zaspokojenia  własnych  namięt-
ności.  Przecież  nie  tylko  dobrzy,  ale  i  źli  pragną  żyć  bez 
bojaźni.  Taka  jednak  zachodzi  różnica,  że  dobrzy,  pragnąc 
spokojnego  życia,  oddalają  przywiązanie  od  tych  przed-
miotów,  których  nie  można  posiadać 

;

bez  niebezpieczeń-

stwa  utraty.  Natomiast  źli  starają  się  usunąć  przeszkody, 
aby  bezpiecznie  oddać  się  ich  używaniu.  Z  tego  powodu 
prowadzą  wśród  występków  i  zbrodni  życie,  dla  którego 
właściwsza jest nazwa śmierci.

1

 

E. Wróciło mi opamiętanie i cieszę się niezmiernie, 

ż

e  już  dokładnie  wiem,  czym  jest  także  owo  niedobre  po-

żą

danie zwane namiętnością. Jak się okazuje, jest to miłość 

do tego, co każdy może utracić wbrew własnej woli.

 

Prawo doczesne a prawo wieczne

 

V—11.  Proszę  cię  więc,  zbadajmy  teraz,  czy  namięt-

ność  przejawia  swą  władzę  -także  w  świętokradztwach; 
większość z nich, jak widzimy, ma źródło w przesądach.

 

A.  Czy  przypadkiem  nie  za  wcześnie  na  to?  Zdaje  się 

bowiem,  że  przedtem trzeba  rozważyć,  czy  można  zupełnie 
beznamiętnie  zamordować  bądź  napadającego  wroga,  bądź 
czatującego  bandytę  —  w  obronie  życia,  swobody  czy  też 
niewinności.

 

E.  Jak  mógłbym  przypuścić,  że  nie  współdziała  przy 

tym  namiętność,  skoro  mieczem  broni  się  tego,  co  można 
utracić  wbrew  swej  woli?  A  jeżeli  taka  utrata  nie  jest 
możliwa,  po  co  posuwać  obronę  tych  rzeczy  aż.  do  zabój-
stwa człowieka?

 

A.  A  więc  nie  jest  sprawiedliwe  prawo,  które  pozwala 

podróżnemu zabić w obronie" własnego życia bandytę, 
a każdemu mężczyźnie lub kobiecie zamordować — o ile

 

1

      Por. O życiu szczęśliwym 10.

 

 

background image

 

tylko  zdołają  —  napastującego  ich  nierządnika,  aby  uprze-
dzić  zgwałcenie.  Bo  żołnierzowi  prawo  nakazuje  nawet, 
aby zabijał wroga, i gdyby wstrzymywał się od tego, wódz 
nałoży  na  niego  karę.  Czy  ośmielimy  się  nazwać  te  prawa 

niesprawiedliwymi,  lub  raczej  odmówimy  im  wartości 
prawnej? Moim zdaniem  niesprawiedliwe  prawo  przestaje 

być prawem.

 

12.  E.  Wydaje  mi  się,  że  przeciwko  tego  rodzaju 

oskarżeniu  wystarczająco  zabezpieczone  jest  prawo,  które 
w  obrębie  podlegającego  sobie  społeczeństwa

1

  zapewnia 

bezkarność  mniejszym  przestępstwom,  aby  nie  dopuszczać 
do  większych.  Przecież  bardziej  odpowiada  poczuciu 
humanitarności, żeby ginął napastnik, a nie ten, kto broni 
swego  życia.  I  większą  grozą  przejmuje  fakt,  że  człowiek 
zostaje przemocą zhańbiony, niż że gwałciciel traci życie 
z  ręki  swej  niedoszłej  ofiary.  Co  się  tyczy  żołnierza,  to  on, 
zabijając  nieprzyjaciela,  jest  wykonawcą  prawa;  dlatego 
beznamiętne  wypełnienie  obowiązku  nie  sprawia  mu  trud-
ności. 

Następnie  samo  prawo,  które  zostało  wydane  dla 

ochrony  społeczeństwa,  nie  może  być  oskarżone  o  kiero-
wanie  się  namiętnością,  ponieważ  prawodawca,  o  ile  ogło-
sił  je  na  rozkaz  Boga,  to  jest  według  przepisów  odwiecz-
nej  sprawiedliwości,  był  w  stanie  uczynić  to  zupełnie 
niezależnie  od  namiętności.  Jeżeli  zaś  ustanawiając  je 

przymieszał  trochę  namiętności,  to.  nie  wynika  z  tego, 
ż

eby  trzeba  było  poddawać  się  jej  przy  wykonywaniu  tego 

prawa,  bo  i  niedobry  człowiek  może  ustanowić  dobre 
prawo.

 

Na  przykład  człowiek  jakiś,  dorwawszy  się  do  wła-

dzy  tyrana,  weźmie  pieniądze  od  kogoś,  kto  ma  w  tym 
interes,  w  zamian  za  ogłoszenie  prawa  zakazującego  pory-
wać  kobietę  nawet  w  zamiarach  poślubienia  jej.  Prawo 
to  nie  będzie  złe  z  tego  powodu,  że  wprowadził  je  nie-
sprawiedliwy  i  przekupny  człowiek.  Można  więc  nie  ule-
gać  namiętności  przy  stosowaniu  tamtego  prawa,  które 
dla ochrony obywateli każe przemoc wroga odpierać taką 
samą przemocą. A ta reguła stosuje się do wszystkich

 

1

  W  oryg.  populus.  Ze  względu  na  specjalne  znaczenie,  jakie  ter-

minowi  temu  nadaje  Augustyn,  tłumaczymy  go  jako  „społeczeństwo",  bądź 

jako „.naród". Por. De civitate Dei Z, 21,. 2; 19, 19, 24.

 

wykonawców,  którzy  na  mocy  prawa  i  hierarchicznego 
porządku podlegają-jakiejkolwiek władzy.

 

Lecz  jak,  uniewinniając  prawo,  można  by  rozgrzeszyć 

tamtych drugich ludzi, tego nie pojmuję.

 

Przecież  prawo  nie  przymusza  ich  do  zabójstwa,  lecz 

zostawia  im  swobodę  działania.  Toteż  wolno  im  nie  za-
bijać  nikogo  w  obronie  tych  rzeczy,  których  strata  może 
ich  dotknąć  wbrew  ich  woli  i  których  z  tego  powodu  nie 
powinni  kochać.  Co  się  tyczy  życia,  to  może  ktoś  nie  jest 
pewny,  czy  dusza  nie  traci  go  równocześnie  ze  zniszcze-
niem ciała.

1

 Ale jeżeli może być odebrane, należy je lekce-

ważyć;  jeżeli  zaś  nie  można  go  odebrać,  zbyteczne  są 
obawy.  Nikt  chyba  nie  wątpi,  że  czystość,  jako  cnota, 
należy  do  samej  duszy;  stąd  wniosek,  że  i  jej  nie  zdoła 
wydrzeć przemoc nierządnika.

2

 

A  więc  to  wszystko,  cokolwiek  zamierzał  odebrać 

człowiek,  którego  zabijamy,  nie  jest  całkowicie  w  na-
szej  mocy.  Nie  rozumiem  zatem,  jak  możemy  nazywać  to 
własnością.  Toteż  nie  ganię  wprawdzie  prawa,  które  po-
zwala  zabijać  takich  ludzi,  lecz  nie  widzę,  jak  mógłbym 
bronić ich zabójców.

 

13.  A.  Daleko  trudniej  mnie  zrozumieć,  dlaczego  szu-

kasz obrony dla ludzi, których żadne prawo nie traktuje

 

jako winowajców.

 

E.  Może  żadne,  lecz  z  tych  praw,  które  mają  zewnę-

trzną postać i mogą być czytane przez ludzi. Bo nie wiem, 
czy nie obowiązuje ich jakieś potężniejsze a głęboko ukryte 
prawo,  jeżeli  Opatrzność  Boża  rozciąga  władzę  na 
wszystko  bez  wyjątku.  W  jaki  sposób  bowiem  mogą  być 
wobec  niej  wolni  od.  grzechu  ci,  którzy  splamili  się 
zabójstwem  człowieka,  broniąc  rzeczy  zasługujących  na 
lekceważenie?  Wydaje  mi  się  więc,  że  i  tamto  prawo, 
spisywane  dla  utrzymania  społeczeństwa  w  karności, 
słusznie  pozwala  na takie  postępowanie  i  również słusznie 
Opatrzność Boża karze za nie. To ludzkie prawo bowiem 
podejmuje  się  karać  te  przestępstwa,  których  ukaranie 
wystarcza  do  zapewnienia  pokojowych  stosunków  między 
ludźmi  nieuświadomionymi  i  które  nie  przekraczają 
ludzkich kompetencji;

 

  1 Por. O .nieśmiertelności duszy 2, 16 ns.

 

2 Por. De civitate Dei l, 25, gdzie Augustyn gani samobójstwo 

w obronie czystości dlatego, że cnota, 'mimo naruszenia ciała, jest nieutrą- 

calna, jak długo wola nie skłoni się do złą. 

!

 

background image

tamte  zaś    winy    mają  inne,    odpowiednie  sobie  kary,   
od których, jak sądzę, może uwolnić jedynie mądrość,

 

A.  Pochwalam  i  potwierdzam  wprowadzone  przez 

ciebie  rozróżnienie.  Choć  jest  ono  dopiero  w  zalążku  i  da-
leko  mu  do  ostatecznego  sformułowania,  zdradza  jednak 
ś

miałość i polot myśli. Uważasz bowiem, że to prawo, usta-

nawiane  dla  kierowania  społeczeństwami,

1

  toleruje  i  pu-

szcza  bezkarnie  wiele  wykroczeń,  które  jednak  karze  Boża 
Opatrzność.  I  słusznie:  bo  też  nie  należy  ganić  tego,  co 
czyni, dlatego, że nie czyni wszystkiego.

 

Prawo wieczne jest zasadą praw doczesnych

 

VI—14.  Ale  rozpatrzmy  teraz  starannie,  jeżeli  masz 

ochotę,  w  jakich  granicach  powinno  karać  przestępstwa  to 
prawo,  które  w  doczesnym  życiu  trzyma  w  karności  spo-
łeczeństwa  ludzkie;  następnie,  co  jest  pozostawione  Opa-

trzności  Bożej,  której  kary  są  niewidoczne,  lecz  bardzie] 
niechybne.

 

E. Mam ochotę, o ile tylko można dotrzeć do kresu 

w  tak  rozległym  przedmiocie;  bo  ja sądzę,  że to  zagadnie-
nie jest nieogarnione.

 

A.  Przeciwnie,  śmiało  zdaj  się  na  rozum,  a  pobożność 

niech  ci  dodaje  otuchy.  Nie  ma  bowiem  zagadnienia  tak 
trudnego  i  niedostępnego,  którego  nie  mogłaby  uprzystęp-
nić i ułatwić pomoc Boga. Toteż polegając na Nim samym. 
z  usilną  prośbą  o  pomoc,  starajmy  się  dojść  do  postawio-
nego  celu.  Odpowiedz  mi  najpierw,  czy  to  prawo,  opubli-
kowane  w  kodeksach,  jest  pomocne  ludziom  żyjącym  tu 
na ziemi.

 

E. Oczywiście. Przecież ci ludzie tworzą narody 

i państwa.

 

A.  A  czy  sami  ludzie  i  narody  należą  do  istnień  za-

wsze  jednakowych,  tak  że  nie  mogą  ulegać  zagładzie  ani 
przemianom i w ogóle są wieczni, czy też są zmienni i pod-
porządkowani prawom czasu?

 

E. Nie można wątpić, że prawdziwe jest to drugie.

 

1

      W    oryg. civitas.

 

A.  Przypuśćmy  więc,  że  naród  żyje  obyczajnie  i  roz-

ważnie,  strzegąc  gorliwie  dobra  wspólnego,  i  każdy  jego 
członek  bez  wyjątku  bardziej  ceni  sobie  interes  publiczny 
niż  osobistą  korzyść.  Czy  w  takich  warunkach  uzasad-
nione  jest  uchwalenie  prawa,  które  pozwala  temu  właśnie 
narodowi  na  samodzielny  obiór  urzędników,  mających  za-
rządzać jego, to jest publicznym dobrem?

 

E. Najzupełniej uzasadnione.

 

A. Przypuśćmy  dalej, że ten sam naród, zwolna  dege-

nerując się, wyniesie  interes prywatny  nad  publiczny 
i zacznie kupczyć głosami, a przekupiony przez ambitnych 
ludzi,  powierzy  władzę  nad  sobą  przestępcom  i  zbrodnia-
rzom. Czy nie z taką samą słusznością jakiś wartościowy 
a  wpływowy  człowiek  —  o  ile  wtedy  znajdzie  się  taki  — 
będzie  mógł  odebrać  temu  narodowi  władzę  nadawania 
urzędów  i  ograniczyć  ją  do  decyzji  kilku  uczciwych  ludzi 
czy nawet jednego?

 

E. I to jest słuszne.

 

A. Oto więc dwa prawa pozornie sprzeczne: jedno 

z nich nadaje narodowi władzę rozdzielania urzędów, dru-
gie  odbiera  ją.  A  to  drugie  jest  takiej  treści,  że  w  żaden 
sposób  oba  nie  mogą  istnieć  równocześnie  w  tym  samym 
państwie.  Czy  wobec  tego  powiemy,  że  któreś  z  nich  jest 
niesprawiedliwe i że nie należało go wnosić?

 

E. Bynajmniej.

 

A. A więc jeżeli nie masz nic przeciw temu, nazwijmy 

doczesnym  to  prawo,  które,  choć  jest  sprawiedliwe,  może 
jednak  zależnie  od  warunków  czasu  ulegać  słusznym 
zmianom.

 

E. Dobrze, nazwijmy.

 

15.  A.  A  czy  tamto  prawo,  nazywane  najwyższym 

rozumem,

1

  może  przedstawiać  się  komukolwiek  rozum-

nemu  inaczej  jak  niezmienne  i  wieczne?  Przecież  wobec 
niego  zawsze  obowiązuje  posłuszeństwo.  Ono  sprawia,  że 
ź

li zasługują na  nieszczęśliwe,  a  dobrzy  na  szczęśliwe ży-

cie. Ono decyduje o słuszności aktów ustawodawczych 
i  zmian  w  zakresie  tych  praw,  które  naszym  zdaniem  na-
leży nazwać doczesnymi. Czy kiedykolwiek może być nie-

 

1

      Określenie cycerońskie,        por.      De legi bus    l, 6:    „lex    est      ratio

 

summa".

 

background image

sprawiedliwością,  że  źli  są  nieszczęśliwi,  a  dobrzy  szczę-
ś

liwi?  Albo  to,  że  obyczajny  i  rozważny  naród  sam  wy-

biera  sobie  urzędników,  rozwiązły  zaś  i  znikczemniały  jest 
pozbawiony tego przywileju?

 

E. Widzę, że to prawo jest wieczne i niezmienne.

 

A. Widzisz chyba również, że ludzie zapożyczyli z pra-

wa  wiecznego  całą  sprawiedliwość  i  obowiązującą  moc 
tamtego  prawa  doczesnego.  Jeżeli  na  przykład  w  pewnym 
okresie  sprawiedliwość  domagała  się,  żeby  naród  nadawał 
urzędy,  a  znowu  kiedy  indziej,  żeby  nie  nadawał,  to  ta 
zmiana  w  czasie  czerpie  uzasadnienie  z  tamtych  odwiecz-
nych norm, według których zawsze jest sprawiedliwe, że-
by  naród  rozważny  był  szafarzem  godności,  a 
lekkomyślny nie. Czy jesteś innego zdania?

1

 

E. Zgadzam się.

 

A.  Postaram  się  wiec  w  miarę  możności  ująć  w  krót-

kich  słowach  pojęcie  odwiecznego  prawa,  które  mamy 
w  sobie  wyryte.

2

  Jest  to  prawo,  według  którego  sprawie-

dliwość  jest  równoznaczna  z  powszechnym  panowaniem 
idealnego ładu. Jeżeli jesteś  innego zdania,  powiedz,  co się 
tobie wydaje.

 

E.  Nie  mam  ci  czego  przeciwstawić,  ponieważ  mó-

wisz prawdę.

 

A.  A  więc  istnieje  jedno  prawo,  które  decyduje 

o  zmianach  wszelkich  praw  doczesnych  kierujących  ludź-
mi. Czy wobec tego może ono samo ulegać jakim zmianom?

 

E.  Rozumiem,  że  musi  być  niezmienne,  bo  żadna  siła, 

ż

aden  przypadek,  żadna  dziejowa  katastrofa  nie  obali 

prawdy,  że  sprawiedliwość  to  powszechny  doskonały  po-
rządek.

3

 

Zagadnienie prawa doczesnego i -wieczystego stanowi jeden z głów- 

nych      elementów      augustyńskiej      teorii      państwa.        W      rozwinięciu     

tego      zagadnienia  wyraźne  są  wpływy  Cycerona  (por.  De  legttius  l,  6;  2, 

4—5,  gdzie  Cycero    mówi    o  prawie    wiecznym:        „aeternum  guiddam,     

quod  universum  mundum  regaret"),      Augustyn      jednak      nie      powtarza     

bezkrytycznie      jego  określeń,      ale      opierając      się.    na    nich      tworzy   

własny    system.        Bóg    według  niego,  jako  źródło  wszelkiego  dobra  (por. 

niżej,  księga  3),  jest  też  źródłem  wszelkiego  porządku    i    prawa  we 

wszechświecie i w życiu    ludzkim.      Kieruje    naszym postępowaniem,    ale 

go    nie    tłumi  i  pozwala  mu    rozwijać    się  według      jego      naturalnych     

praw.        Prawo      doczesne,      jako      dostosowane      do  rzeczy  zmiennych, 

również  podlega  zmianom,  ale  całe  jego  znaczenie  oparte  gest  na  powadze 

prawa wiecznego i niezmiennego,

 

Por. notę    Teoria iluminacji.

 

Zdanie      to      nawiązuje    do rozważań o    sprawiedliwości w'dialogu 

O porządku. 

•  .    .   

 

II.      Wolna wola jako źródło    grzechu 

Życie      a    świadomość 

VII—16.  A.  Teraz  przypatrzmy  się,  jak  wygląda  ide-

alny ład w samym człowieku. Naród bowiem składa się 
z  ludzi  zrzeszonych  pod  jednym  prawem.  To  zaś  prawo-, 
jak  powiedzieliśmy,  jest  doczesne.  Powiedz  mi  najpierw, 
czy jesteś zupełnie pewny, że żyjesz.

 

E.. Nic pewniejszego nad to.

1

 

A. A potrafisz zdać sobie sprawę z tego, że co innego 

ż

yć, a co innego wiedzieć, że się żyje?

 

E.  Wiem  przynajmniej,  że  tylko  żywa  istota  wie,  że 

ż

yje, lecz-nie wiem, czy każda żywa istota ma świadomość 

ż

ycia.

 

A.  Jakbym  chciał,  żebyś  nie  tylko  wierzył,  ale  i  "wie-

dział,  że  zwierzęta  nie  mają  rozumu.  Wtedy  moglibyśmy 
prędko  uporać  się  z  tym  zagadnieniem.  Twierdząc,  że  nie 
wiesz,  wszczynasz  długą  dyskusję,  ponieważ  jest  to  tego 
rodzaju  kwestia,  że  pominąwszy  ją,  nie  można  zdążać  do 
celu,  nie  rezygnując  przy  tym  z  tak  logicznego  powiąza-
nia  w  rozumowaniu,  jakie  moim  zdaniem  jest  nam  po-
trzebne.  Toteż  odpowiedz  mi  na  następujące  pytanie:  Czę-
sto  widzimy  zwierzęta  poskromione  przez  ludzi,  to  jest 
nie tylko ciało zwierzęcia, lecz i jego duszę tak ujarzmioną 
przez człowieka, że instynktownie jakoś i z przyzwyczajenia 
służy jego woli. Chyba nie przypuszczasz, że może dojść do 
tego,  żeby  zwierzę  próbowało  ujarzmić  człowieka  w 
podobny  sposób,  jakkolwiek  groźne  byłyby  jego  rozmiary, 
dzikość, budowa ciała czy też działanie pewnych narządów. 
A przecież niejedno zwierzę zdoła zniszczyć ciało człowieka 
siłą lub niepostrzeżenie.

 

E. Zgadzam się, że do tego dojść nie może.

 

A. To dobrze. Lecz powiedz mi także, jaką właściwość 

posiada człowiek w tym stopniu, że może rozkazywać wielu 
zwierzętom, podczas gdy żadne zwierzę nie potrafi zapano-
wać nad nim. Wiadomo przecież, że większość z nich prze-
wyższa -go siłą i innymi cechami fizycznymi. Czy przy-

 

      1. Por. O życiu szczęśliwymi; Solilokwia 2, 1..

 

background image

padkiem siłą tą nie jest tak zwany zazwyczaj rozum, ina-
czej zdolność myślenia? 

1

 

E.  Innej  nie  znajduję,  ponieważ  ta  wywyższająca  nas 

ponad  zwierzęta  własność  znajduje  się  w  duszy.  Gdyby 
zwierzęta  nie  miały  duszy,  mógłbym  powiedzieć,  że  naszą 
wyższość  stanowi  posiadanie  duszy.  Tymczasem  i  one  są 
ożywione przez duszę. A więc w duszy znajduje się władza, 
której  brak  decyduje  o  zależności  zwierząt  od  ludzi  i  od-
wrotnie:  posiadanie  jej  daje  nam  nad  nimi  przewagę.  Po-
nieważ, jak każdy widzi, władza ta faktycznie istnieje 
i  posiada  duże  znaczenie,  słusznie  chyba  mogę  nazwać  ją 
rozumem.

 

A. Spójrz, jak przy pomocy Bożej staje się łatwe to. 

co  ludzie  uważają  za  nieprzezwyciężoną  trudność.  Przy-
znam  ci  się,  sądziłem, że  to  zagadnienie  zatrzyma  nas  pra-
wie  tak  długo,  jak  to  wszystko,  o  czym  mówiliśmy  od  sa-
mego  początku.  A  tymczasem  uważam  je  za  wyczerpane. 
Zapamiętaj  więc  to,  aby  nawiązać  do  tego  dalsze  rozumo-
wanie.  Wiadomo  ci  chyba,  że  tak  zwana  wiedza  polega  na 
rozumowym poznaniu.

 

E. Tak jest.

 

A.  Kto  więc  wie,  że  żyje,  nie  jest  pozbawiony  ro-

zumu.

 

E. Tak by wynikało.

 

A.  Zwierzęta  zaś  żyją  i,  jak  się  okazało,  nie  mają  ro-

zumu.

 

E. To jasne.

 

A.  Oto  więc  wiesz  już  to,  czego,  jak  mówiłeś,  nie  wie-

działeś:  nie  każda  istota  żyjąca  wie,  że  żyje,  ale  musi 
mieć życie to wszystko, co ma świadomość życia.

 

17. E. Ta prawda nie budzi już we mnie wątpliwości. 

Idź dalej do celu, ponieważ zrozumiałem wystarczająco, że 
ż

yć i mieć świadomość życia to dwie różne rzeczy.

 

A.  Który  wiec  z  tych  dwóch  stanów  wydaje  ci  się 

wyższy?

 

E. Chyba nie wątpisz, że świadomość życia.

 

A. Czy świadomość życia przedstawia dla ciebie wyż-

szą  wartość  niż  samo  życie?  Czy  też  może  rozumiesz,  że 
ś

wiadomość jest jakimś wyższym i prawdziwszym rodzą-

 

1

      W      oryg.      ,,ratio      vel    intelligentla".        Por.      no.te      Dusza l    jej     

wtadze.

 

jem  życia  i  może  ją  posiadać  tylko  ten,  kto  włada  rozu-
mem?  Takie  zaś  władanie  rozumem  to  nic  innego  jak 
wspanialsze  i bardziej  doskonałe życie,  opromienione świa-
tłem  myśli.  Dlatego,  jeśli  się  nie  mylę,  nie  postawiłeś  in-
nego  dobra  ponad  życiem,  lecz  w  porównaniu  z  pewnym 
rodzajem  życia  dałeś  pierwszeństwo  temu,  które  przed-
stawia wyższą wartość.

 

E.  Doskonale zrozumiałeś  i  wyłożyłeś  moją  myśl. Je-

den tylko warunek, że świadomość nigdy nie może być

 

złem.

 

A.  Sądzę, że  nigdy;  chyba  że  użyjemy  terminu  „świa-

domość"  przenośnie,  w  sensie  doznawania.  Doznawanie 
bowiem  nie  zawsze  jest  rzeczą  dobrą.  Tak  na  przykład 
doznawanie  męczarni.  Ponieważ  zaś  świadomość  w  czy-
stym  i  właściwym  znaczeniu  jest  zdobyczą  rozumnej  my-
ś

li, nie może być złem.

 

E. Uchwyciłem i tę różnice. Idź dalej.

 

Rozum,        który        daje        człowiekowi        przewagą

 

nad      zwierzętami,      powinien      być      czynnikiem

 

dominującym w jego naturze

 

VIII—18.  A.  Chcę  wypowiedzieć  następującą  myśl: 

człowiek  osiąga  pełnie  harmonii  wtedy,  kiedy  nad  wszel-
kimi  innymi  elementami  jego  natury  panuje  i  przewodzi 
ten  pierwiastek,  który  wynosi  go  ponad  zwierzęta.  Obo-
jętne,  czy  nazwiemy  go  myślą,

1

  czy  duchem,  czy  też 

z  większą  słusznością  zachowamy  obie  nazwy,  ponieważ 
obie znajdujemy w Piśmie świętym.

 

Widzimy,  że  mamy  wiele  wspólnych  cech  nie  tylko 

ze zwierzętami, lecz także z drzewami i z tym  wszystkim, 
co  zapuszcza  korzenie  w  ziemię.  Drzewa  bowiem,  które 
przedstawiają  najniższy  typ  życia,  także  pobierają  pokarm 
fizyczny,  rosną,  rozmnażają  się,  nabierają  mocy.  Z  dru-
giej  strony  jest  rzeczą oczywistą i uznaną,  że zwierzęta 
są  w  stanie  widzieć,  słyszeć  oraz  odczuwać  przedmioty  fi-
zyczne  węchem,  smakiem,  dotykiem,  wiele  z  nich 
daleko intensywniej niż my. Dodaj do tego siły, tę-

 

1      Na  temat  terminów  myśl  (mens)  i  duch  (spiritus)  por.  Dusza  i  jej 

władze.      Por. także niżej 19.

 

background image

 

ż

yzne  i  wytrzymałość  członków,  szybkość  i  zwinność  'ru-

chów.      W  tym  wszystkim  pewne  zwierzęta  przewyższa-, 
my, pewnym dorównujemy, a niektórym nawet ustępujemy. 
W  samej  klasyfikacji  istot  stworzonych  należymy  jednak  z 
pewnością  do  wspólnej  grupy  ze  zwierzętami.  W  ta-.       
kich  na  przykład  objawach  jak  popęd  do  przyjemności 
cielesnych  i  ucieczka  przed  fizycznym  cierpieniem  wypo-
wiada  się  cała  aktywność  zwierzęcego  życia; 

i

  istnieją  poza 

tym  pewne  cechy,  które,  jak  się  zdaje,  nie  są  udziałem 
zwierząt,  a  jednak  nie  należą      w      człowieku      do     
zjawisk najwyższego rzędu, jak zdolność do żartów i śmiechu, 
ludzka  wprawdzie,  lecz  jedna  z  najniższych  w  człowieku, 
przynajmniej  w  oczach  tego,  kto  ma  właściwy  sąd  o 
naturze ludzkiej.    Następnie    upodobanie    w pochwałach i   
sławie,  przesadny  i  nieumiarkowany  pęd  do  władzy. 
Wprawdzie  zwierzęta  nie  posiadają  takich  skłonności,  nie 
trzeba  jednak  przypuszczać,  że  pożądanie  tych  rzeczy 
stanowi  o  naszej    wyższości  nad  zwierzętami.  Te  bowiem 
popędy,  nie  podporządkowane  rozumowi,  unieszczęśliwiają 
nas.  Chyba  zaś    nie    było    takiego,    kto    by    we   
własnym    nieszczęściu  widział  powód  do  wywyższania  się 
nad  kogokolwiek.  Można 

 

więc 

  mówić 

   

o     

uporządkowanym        człowieku    wtedy,  kiedy  rozum 
panuje  nad  tymi  właśnie  odruchami  duszy.  Taki  bowiem 
stan,  w  którym  to,  co  lepsze,  podlega  gorszemu,  nie 
zasługuje nie tylko na nazwę doskonałego porządku, ale w 
ogóle jakiegokolwiek porządku. Nieprawda?   
            E. Oczywiście.

 

A.  Kiedy  wiec  ten  rozum  czy  myśl,  czy  też  duch  kie-

ruje  nierozumnymi  odruchami  duszy,  wtedy  naturalnie 
panuje  w  człowieku  pierwiastek,  któremu  należy  się 
zwierzchnictwo  z  wyroku  tego  prawa,  które  uznaliśmy  za 

odwieczne.

 

          E. Rozumiem i podążam za twoimi wywodami.             
          IX—19.      A. Czy więc nie wydaje ci się, że 
człowiek w ten sposób zorganizowany i uporządkowany jest 
mądry? E. Jeżeli .taki    człowiek nie    wyda mi    się 
mądry,    ta chyba już żaden inny.

 

A. I to także wiesz, jak myślę, że istnieje wielu ludzi 

niemądrych.

 

E. Tak, to również jest dosyć pewne.

 

1

      Mowa tu o życiu zwierzęcym u człowieka.

 

A.  Przez  poznanie  mądrego  wiesz  zapewne,  jak  wy-

gląda jego przeciwieństwo, czyli człowiek głupi.

 

E. Każdy widzi, że to taki człowiek, w którym rozum 

nie ma najwyższej władzy.

 

A.  Cóż  więc  wypada  powiedzieć  o  takim  stanie  czło-

wieka: że  mu brak  rozumu,  czy  też,  że ma  rozum,  lecz 
bez steru?

 

E. Raczej to ostatnie.

 

A.  Chciałbym  bardzo  usłyszeć  od  ciebie,  z  czego  od-

nosisz  wrażenie,  że  w  człowieku  znajduje  się  rozum,  je-
ż

eli nie widać jego panowania.

 

E. Zechciej wziąć tę rolę na siebie, bo mnie jest trud-

no  podjąć  się  odpowiedzi  na  postawione  przez  ciebie  py-
tanie.

 

A.  Bez  trudu  przynajmniej  przypomnisz  sobie,  co 

powiedzieliśmy  nieco  przedtem,  jak  to  służą  zwierzęta  po-
skromione  i  obłaskawione  przez  ludzi.  Rozumowanie  prze-
konało nas, że z kolei  ludzie byliby  w  takiej  służbie 
u  zwierząt,  gdyby  nie  górowali  nad  nimi  czymś,  czego 
nie  znaleźliśmy  w  ciele.  Ponieważ  okazało  się,  że  to  wła-
sność  duchowa,  nie  mieliśmy  dla  niej  innego  określenia 
jak  rozum.  Później  przypomnieliśmy  sobie,  że  bywa  ona 
nazywana także myślą  d duchem.  Lecz jeśli  rozum i myśl 
nie są tym samym, pewne jest przynajmniej, że tylko myśl 
może  posługiwać  się  rozumem.  Wynika  z  tego,  że  ten,  kto 
posiada rozum, nie może być pozbawiony myśli.

 

E. Dobrze sobie przypominam i rozumiem to.

 

A. A czy wierzysz w to, że tylko ludzie mądrzy mogą 

być  poskramiaczami  zwierząt?  Mądrymi  zaś  nazywam 
tych,  których  prawda  nakazuje  tak  nazwać,  to  jest  ta-
kich,  którzy  poddając  wszystkie  swoje  namiętności  pano-
waniu myśli osiągnęli spokój wewnętrzny.

 

E.  Byłoby  śmieszne  sadzić,  że  takimi  są  ludzie  zwani 

pospolicie  poskramiaczami  zwierząt  lub  też  pasterze  czy 
wolarze,  czy  woźnicy,  czyli  wszyscy,  którzy  trzymają 
w uległości zwierzęta poskromione, a nieposkromione prze-
myślnymi zabiegami doprowadzają do uległości.

 

A. Oto masz najpewniejszy i najoczywistszy dowód, że w 

człowieku może znajdować się myśl pozbawiona steru. Zapewne 
wspomniani ludzie mają ją. Dokonują bowiem takich czynów, 
jakich nie mogliby spełnić bez udziału 

 

background image

myśli.  Nie  panuje  ona  jednak,  bo  są  niemądrzy;  a  jest 
prawdą  uznaną  ogólnie,  że  panowanie  myśli  cechuje  tylko 
ludzi mądrych.

 

E.  Dziwi  mnie,  że  nie  mogłem  znaleźć  odpowiedzi  na 

twoje pytanie, mimo że już przedtem przedyskutowaliśmy 
te sprawy.

 

Tylko wolna wola może skłonić rozum do służenia 

namiętności

 

X—20.  Lecz  przejdźmy  do  dalszych  spraw.  Już  udo-

wodniliśmy, że mądrość ludzka to panowanie myśli w czło-
wieku i że może także brakować tego panowania,

 

        A.  Czy  sądzisz,  że  namiętność  może  być  potężniejsza 
niż  ta  myśl,  której  odwieczne  prawo  oddało,  jak  wiemy, 
władzę  nad  namiętnościami?  Bo  ja  w  żaden  sposób.  Nie 
byłoby bowiem doskonałego porządku, gdyby nieokiełznane,   
niesforne  siły  rozkazywały  temu,  co  jest  opanowane  i 
zdyscyplinowane.  Dlatego  uważam  za  konieczne,  żeby 
myśl  była,  potężniejsza  niż  pożądliwość,  ze  względu  na  to, 
dzięki    czemu    słusznie  i  sprawiedliwie  otrzymała  władzę 
naci pożądliwością.

 

        E. Ja myślę tak samo.

 

        A.  A  czy  ktokolwiek  wątpi,  że  wyższość  cnoty  nad 
złem  moralnym  leży  w  jej  sile  i  nieugiętości  tym  większej, 
im    doskonalsza    i wznioślejsza jest sama cnota?   

      E. Chyba nie ma takiego.

 

      A.  Wobec  tego  żaden  duch  skażony  złem  nie  ma  wyż-

szości nad duchem uzbrojonym w cnotę.   
      E. Zupełna prawda,

 

      A.  Zgadzasz  się  także,  myślę,  że  jaki  bądź  duch  jest 
wartością i potęgą wyższą niż wszelkie ciało.

1

 

      E.  Każdy  to  przyzna,  kto  dostrzega,  a  to  nie  trudno, 
ż

e  należy  stawiać  byt  żyjący  nad  nieżyjący  i  ten,  który 

daje życie, nad ten, który tylko przyjmuje.

2

 

        A.  Tym  bardziej  więc  ciało,  jakiekolwiek  by  było,  nie 
przewyższa ducha wyposażonego w cnotę.   
        E. Oczywiście.

 

Por. O nieśmiertelności duszy 20 ns.

 

Por. O    nieśmiertelności duszy 17 ns.

 

A.  A  czy  duch  sprawiedliwy  i  myśl  strzegąca  wła-

snych  praw  i  władzy  może  strącić  z  wyżyn  inną  myśl,  pa-
nującą  z  równą  sprawiedliwością  i  cnotą,  i  wprząc  ją 
w jarzmo namiętności?

 

E. To niemożliwe; i to nie tylko z powodu jednakowej 

doskonałości  obu,  lecz  także  dlatego,  że  myśl,  która  po-
kusi  się  o  deprawowanie  drugiej,  pierwsza  odpadnie  od 
sprawiedliwości i ulegnie skażeniu, a przez to samo- stanie 
się słabsza.

 

21.  A.  Dobrze  zrozumiałeś.  Toteż  pozostaje  już  tylko, 

abyś odpowiedział, jeżeli możesz, czy widzisz coś wspanial-
szego od rozumnej i mądrej myśli.

 

E. Nic poza Bogiem, jak sądzę.

 

A.  Ja  także  jestem  tego  zdania.  Ale  niełatwe  to  za-

gadnienie  i  w  tej  chwili  nie  ma  jeszcze  sprzyjających  wa-
runków, żeby je zrozumieć, jakkolwiek ogarniamy je dzię-
ki  silnej  wierze.  Odłóżmy  więc  na  razie  uważne  i  grun-
towne zbadanie.

1

 

XI.  Obecnie  bowiem  jesteśmy  tylko  zdolni  wiedzieć, 

ż

e w żadnym wypadku nie może być niesprawiedliwy jaki-

kolwiek  byt  godny  tego,  żeby  stanąć  ponad  myślą  posia-
dającą  cnotę.  Toteż  nawet  on  nie  zmusi  innej  myśli  do 
ulegania  namiętnościom,  choćby  nawet  był  na  tyle  po-
tężny.

 

E. To pewnością każdy przyzna bez wahania.

 

A.  Czyli  ostateczny  wniosek  jest  następujący:  tylko 

własna  wola  i  wolny  wybór  czynią  myśl,  wyposażoną 
we  władzę  i  cnotę,  wspólniczką  namiętności.  Nie  sprawia 
tego  żaden  byt  równy  czy  nadrzędny  z  powodu  swojej 
sprawiedliwości.  Wszystko  zaś,  co  niższe,  nie  może  dopiąć 
tego,  bo  jest za  słabe.  Tak  nas  pouczają  wspólnie  ustalone 
prawdy.

 

E. Tak, pozostaje ten jedyny i konieczny wniosek.

 

1

      Por. O wielkości duszy 78 i przyp. l. 

 

 

background image

III.      Wolna wola a szczęśliwość 

                Dobrowolne    służenie    namiętnościom    ściąga    słuszną    karę

 

        22.      A. Wobec tego powinieneś dać się przekonać, że myśl 
słusznie  ponosi  karę  za  tak  wielką  winę.  E.  Nie  mogę 
zaprzeczyć.

 

A.  Jakże  więc?  Czy  mała  to  kara  w  pojęciu  ludzkim,  że 

przewodzi  jej  namiętność  i  szarpie  ją  między  sprzecznymi   
stanami    jak    bezsilną    nędzarkę,    wyzuwszy  ją  po-
przednio  z  bogactwa  cnoty?    Bywa  tak,  że  każe  jej  po-
chwalać fałsz zamiast prawdy, innym razem nawet bronić go; 
to  znowu  każe  zastępować  naganami  dawne  pochwały, 
wtrącając  ją  przy  tym  w  nowe  błędy.  Czasami  działa  ha-
mująco  na  jej  gotowość  do  zgody  i  często  wywołuje  w  niej 
obawę przed jasnymi dowodami. Przygniata ją zwątpieniem 
w  możliwość  odkrycia  prawdy  i  więzi  w  ciemnych 
otchłaniach  głupoty.  Chwilowy  pęd.  ku  światłu  poznania 
kończy  się  depresją    i  uczuciem  znużenia.    A  tymczasem 
sroży  się  tyrańska  władza  namiętności.  Wzniecając  burze 
zmiennych  a  sprzecznych  uczuć,  wprowadza  zamęt  w  dusze  i 
w  całe  życie  człowieka.  Odstręcza  obawą,  wabi  pożąda- 
niem.  To  przygnębia  zgryzotami,  to  znowu  mami  oszukańczą     
radością.          Dręczy    świadomością    utraty      ukochanego 
przedmiotu,  lub  pali  pragnieniem  zdobycia  nie  posiadanego. 
Bądź  jątrzy  boleśnie  poczuciem  krzywdy,  bądź  podsyca 
płomień mściwości. A dzieje się to w zakresie wszystkiego, ku 
czemukolwiek 

zwraca 

się 

zaciśnięta 

dłoń 

skąpca, 

marnotrawcza  rozrzutnika,  zaborczy  egoizm  złej  ambicji, 
nadęta  wielkość  pychy,  zgryzoty  zazdrości,  rozkładowe 
działanie  lenistwa,  buntowniczy  upór,  gniotący  ciężar  przy-
gnębienia  i  wszystkie  inne  złe  siły  zaludniające  to  państwo 
namiętności,    w  którym  ujęły  ster.  Czy  możemy  po  tym 
wszystkim  lekceważyć  tę  karę,  która,  jak  widzisz,  spada 
nieuchronnie na tych, co nie są ugruntowani w mądrości?       

  23.  E.  Sądzę  wprawdzie,  że  wielka  to  kara  i  zupełnie 

słuszna  w  wypadku,  gdy  człowiek,  będący  na  wyżynach 
mądrości,  z  własnego  wyboru  schodzi  w  dół  i  oddaje  się  w 
służbę namiętnościom. Ale czy można znaleźć ta-

 

kiego  człowieka  bądź  w  przeszłości,  bądź  obecnie,  to  rzecz 
niepewna.  Wierzymy  wprawdzie,  że  Bóg  tak  doskonale 

stworzył  człowieka  i  umieścił  w  szczęśliwym  życiu,  że  ten 
tylko  z  własnej  woli  mógł  spaść  z  tej  wysokości  w  nędzę, 
ż

ycia  śmiertelnego.  Ale  mimo  tego,  że  wierzę  w  to  silnie, 

nie  zdobyłem  jeszcze.,  pewności,  jaką  daje  zrozumienie. 
Postępujesz  więc  wbrew  mej  woli,  jeżeli  uważasz,  że  na-
leży odkładać dokładne zbadanie tej sprawy.

 

XII—24.  Ale  pod  żadnym  warunkiem  nie  zgodzę  się, 

ż

ebyś odkładał wyjaśnienie — jeżeli cię stać na nie — tego, 

co  mnie  najbardziej  niepokoi.  Dlaczego  mianowicie  tego 

rodzaju  dotkliwe  kary  ponosimy  my,  bez  wątpienia  nie-

mądrzy,  którzy  nigdy  nie  posiadaliśmy  na  tyle  mądrości, 

ż

eby  można  było  powiedzieć,  że  słusznie  cierpimy,  ponie-

waż  porzuciliśmy  szczyty  cnoty  i  wybraliśmy  służbę  pod 

władzą namiętności?

 

A. Tak o tym mówisz, jakbyś wiedział z całą pewnoś-

cią,  że  nigdy  nie  byliśmy  mądrzy.  Nie  sięgasz  bowiem 
poza  chwilę,  w  której  narodziliśmy  się  do  ziemskiego  ży-
cia.  Ale  wobec  tego,  że  mądrość  jest  własnością  duszy, 
wyłania  się  ważne  zagadnienie,  wielka  tajemnica,  wyma-
gająca osobnego rozważenia: czy dusza przed połączeniem 
z  ciałem  prowadziła  jakieś  inne  życie  i  czy  był  taki  czas, 
kiedy  żyła  mądrze.

1

  To  jednak  nie  przeszkadza,  żeby  wy-

jaśnić  w  miarę  możności  zagadnienie,  które  rozpatrujemy 
obecnie.

 

Czym jest dobra wola

 

25.  Pytam  cię  mianowicie,  czy  mamy  jakąś  władzę 

chcenia.

 

E. Nie wiem.

 

A. A chcesz wiedzieć?

 

E. Tego także nie wiem.

 

A. A więc nie pytaj mnie więcej.

 

1

  W  okresie  pisania  pierwszej  księgi  dialogu  O  wolnej  woli  za-

gadnienie  pochodzenia  i  preegzystencji  duszy  nie  było  przez  Augustyna 

rozwiązane;  wpływy  platońskie  zaznaczają  się  w  jego  poglądach  bardzo 

silnie (por. Przeciw akademikom 2, 22; p wielkości duszy 20, 34). Zdecydowane 

odrzucenie  teorii  preegzystencji  nastąpi  dopiero  w  późniejszym  okresie 

(por. np. De Trinitate 12, 15, 24).

 

 

background image

 

E. Dlaczego?

 

A.  Bo  nie  mam  obowiązku  odpowiadać  ci,  jeżeli  nie 

chcesz  wiedzieć  tego,  o  co  pytasz.  Następnie,  jeżeli  nie 
chcesz dojść do mądrości, nie ma celu rozmawiać z tobą 
o  tych  sprawach.  Wreszcie  nie  możesz  być  dalej  moim 
przyjacielem,  jeżeli  nie  chcesz  dla  mnie  dotrą.  Zobacz 
przynajmniej,  czy  sam  dla  siebie  nie  chcesz  szczęśliwego 
ż

ycia.

 

E. Zgadzam się, nie można zaprzeczyć, że mamy wolę. Idź 
tylko  dalej; zobaczymy, do jakich dojdziesz wyników. A. 
Dobrze,  ale  powiedz  mi  najpierw  jeszcze  to

1

,  czy  masz 

ś

wiadomość, że posiadasz także dobrą wolę.

 

E. Co to jest dobra wola?

 

 

      A.  Jest  to  wola,  dzięki  której  pragniemy  żyć  spra-

wiedliwie i uczciwie i dojść do najwyższej mądrości. Uwa-
ż

aj  więc,  czy  nie  pragniesz  prawego  i  uczciwego-  życia, 

czy nie chcesz usilnie być mądrym i czy zaryzykujesz twier-
dzenie,  że  posiadanie  takiej  woli  nie  jest  dowodem  dobrej 
woli.

 

        E. Zgadzam się na wszystko i dlatego mogę przyznać, 
ż

e mam nie tylko wolę, ale także dobrą wolę.

 

          A. Powiedz mi, proszę, jaką wartość przypisujesz tej 
woli.  Czy  uważasz,  że  można  porównać  z  nią  pod 
jakimkolwiek względem bogactwa albo dostojeństwa, albo 
przyjemności  cielesne,  albo  wszystkie  te  rzeczy  razem 
wzięte?   
        E.  Niech  mnie  Bóg  broni  od  takiego  bezbożnego  za-
pamiętania!

 

      A.  Czy  wiec  mały  to  powód  do    radości,    że  mamy 
w duszy taką moc — mam na myśli tę właśnie dobrą wolę 
—  w  porównaniu    z    którą    wspomniane    wyżej     
wartości  schodzą  do  rzędu  najnędzniejszych?    A 
przecież  dla  ich  zdobycia  ogromna  większość  ludzi  nie 
cofa 

się 

przed 

ż

adnym 

trudem, 

przed 

ż

adnym 

niebezpieczeństwem.   
      E. Trzeba cieszyć się, i to jak najbardziej.   
      A.  A  czy  sądzisz,  że  dla  tych,  którzy  nie  przeżywają 
tej  radości,  małą  stratą  jest  to,  że  brak  im  tak  wielkiego 
dobra?

 

E. Przeciwnie, bardzo wielką.

 

26.  A.  Widzisz  więc  już,  jak  sądzę,  że  korzystanie 

lub ogołocenie z tak wielkiego i prawdziwego dobra zależy 
od naszej woli. Cóż bowiem tak zawisło od woli, jak właś-

 

nie sama wola?

1

 Kto ma ją dobrą, z pewnością posiada to, 

co o całe niebo przewyższa wszystkie królestwa ziemi 
i  wszystkie  cielesne  rozkosze.  Ten  zaś,  kto  jej  nie  ma,  po-
zbawiony  jest  w  istocie  rzeczy,  która  przewyższa  war-
tością  wszystkie  dobra nie  będące  w  naszej  mocy,  a  może 
być  nabyta  jedynie  i  samodzielnie  przez  wole.  Toteż  on 
sam  uważa  się  za  bardzo  nieszczęśliwego',  gdy  utracił  za-
szczytną opinię, znaczny majątek lub jakie bądź dobra cie-
lesne; a ty będziesz miał go za nieszczęśliwca nawet wtedy, 
gdyby  opływał  w  to  wszystko,  gdyż  przylgnął  sercem  do 
tego, co może łatwo utracić i czego nie ma, gdy chce, 
a  brak  mu  dobrej  woli.  Nieprawda?  Z  nią  bowiem  nie 
można  nawet  porównywać  tamtych  rzeczy,  a  choć  jest 
tak  wielkim  dobrem,  potrzeba  jedynie  chcieć,  aby  ją 
posiąść.

 

E. To prawda.

 

A.  A  więc  sprawiedliwie  i  zasłużenie  spotyka  taka 

niedola  ludzi  niemądrych,  choćby  nawet  nigdy  nie  byli 
mądrymi (co zresztą jest wątpliwe i bardzo niejasne).

 

E. Zgadzam się.

 

Wolna wola a cztery cnoty kardynalne

 

XIII—27.  A.  Zastanów  się  teraz,  czy  nie  wydaje  ci 

się,  że  roztropność  jest  znajomością  rzeczy,  których  należy 
pragnąć lub unikać.

 

E. Owszem.

 

A. A męstwo? — Prawda, że jest takim stanem duszy, 

w którym lekceważymy wszystkie niepowodzenia i straty 
w zakresie rzeczy nie będących w naszej mocy?

 

E. Prawda.

 

A. Dalej: skłonność, dzięki której ograniczamy i pow-

ś

ciągamy  pożądanie  rzeczy  nie  przynoszących  zaszczytu, 

— to umiarkowanie. Czy myślisz inaczej?

 

E. Przeciwnie, tak myślę, jak mówisz.

 

1

      Tekst,    na    który    powoływali się pelagianie; por. Retractationes 

l, 9, 3.

 

 

background image

A.  A  czy  wreszcie  sprawied liwo ść  nie  j est  cno tą,  któ ra 

o d d aj e  k a ż d e mu ,   c o   mu   s i ę   n a l e ż y?  

E .   T a k   w ł a ś n i e   p o j m u j ę   s p r a w i e d l i w o ś ć .  

A .  P r z yp u ś ć my  wi ę c ,   ż e  cz ło wi e k   d o b r ej   wo l i   —   o d  

d a wn a   j uż  mó wi my  o   j ej   wys o k i ej   wa r to śc i  —  n i e  ma j ą c 
d o b r a   w y ż s z e g o  o d   n i e j ,  j ą  j e d y n i e   u k o c h a ,  a  r o z m y ś l a j ą c  
i   p r z e k o n u j ą c   s i ę ,   j a k   j e s t   wi e l k a ,   j a k   n i e d o s t ę p n a  
w s z e l k i m  p r ó b o m  w y d a r c i a   c z y   w y k r a d n i ę c i a ,   p o s ł u g u j e  
s i ę  n i ą  r ad o ś n ie   i   z  ro z ko s zą.   Cz y  b ę d z ie my  mo g l i   wą t p i ć, 
że  stawia  on  opór  wszystkiemu,  co  jest  wrogiem  tego-  je-
d y n e g o   d o b r a ?  

E. Stano wc zo   mus i sp rze ci wiać s ię te mu   wsz ys t ki e mu.  

A .   P r a wd a ,   ż e   n i e   o d mó wi my   r o z t r o p n o ś c i   t e mu ,   k t o  

wid z i,  że  trzeb a  p ragnąć   tego   d o b ra,  a  uni kać  ws z ys tk iego ,  
c o   j e s t   mu   n i e p r z y j a z n e ?  

E.  W yd aj e  mi  się  nie mo żli we,  żeb y  kto ś,  nie  maj ąc 

r o z t r o p n o ś c i ,   z d o b y ł   s i ę   n a   t a k i   s ą d .  

A .   S ł u s z n i e .   A l e   d l a c z e g o   n i e   m i e l i b y ś m y   p r z y p i s a ć  

mu   t a k ż e   mę s t wa ?   Z   p e wn o ś c i ą   n i e   mo ż e   o n   k o c h a ć   a n i  
wy s o k o   ce n i ć  t yc h   ws z y s t k i c h  r ze cz y,   k tó r e  n ie  l e żą  w  n a -
szej   mo cy,  p o nieważ  k o chamy  j e  złą  wo lą,  j ej  zaś,  j ako 
n i e p r z y j a c i ó ł c e   s we g o   n a j d r o ż s z e g o   d o b r a ,   m u s i   s t a wi a ć  
o p ó r .   S k o r o   z a ś   n i e   k o c h a   i c h ,   n i e   b o l e j e   z   p o w o d u   u t r a t y  
i   ga rd z i  n i mi   z u p e ł n ie .  T o   —  j a k  p o wi e d zi a łe m,   a  t y  p rz y-
z n a ł e ś   —   s p r a w i a   m ę s t w o .  

E .   N a t u r a l n i e ,   ż e  mo ż n a   p rz yp i s a ć   mu   mę s t wo .   B o   n i e 

w y o b r a ż a n i   s o b i e ,   k o g o   p r a wd z i w i e j   mó g ł b y m   n a z w a ć  
mę ż n y m,   j a k   n i e   t e g o ,   k t o   z   r ó wn o wa g ą   i   s p o k o j e m  z n o s i  
b r a k   r z e c z y ,   k t ó r y c h   n i e   mo ż e m y   a n i   o s i ą g n ą ć ,   a n i   u t r z y -
m a ć   s a m i   p r z e z   s i ę .   A   u d o wo d n i l i ś m y ,   ż e   w s p o m n i a n y  
c z ł o w i e k   p o s t ę p u j e   w ł a ś n i e   w   t a k i   s p o s ó b .  

A .   A  t e r a z   p o m y ś l ,   c z y   mo ż e m y   o d mó wi ć   mu   u mi a r -

k o w a n i a ,   t e j   c n o t y ,   k t ó r a   t r z y m a   w  k a r b a c h   n a mi ę t n o ś c i .  
C z y   j e s t   c o ś   t a k   w r o g i e g o   d o b r e j   w o l i   j a k   n a m i ę t n o ś ć ?  
N i e .   W o b e c   t e g o   z a p e w n e   r o z u mi e s z ,   ż e   k t o   k o c h a   s wo j ą  
d o b r ą   wo l ę ,   ws z e l k i mi   s p o s o b a mi   o p i e r a   s i ę   i   s p r z e c i wi a  
n a mi ę t n o ś c i o m;   s ł u s z n i e   wi ę c   o t r z y mu j e   n a z w ę   u mi a r k o -
wanego. 

 

E .   I d ź   d a l e j ,   z g a d z a m   s i ę .  

A .   P o z o s t a j e   s p r a w i e d l i w o ś ć .   D o p r a w d y   n i e   w i d z ę ,  

j a k   m o ż e   b r a k o w a ć   j e j   t e m u   c z ł o w i e k o w i .   P r z e c i e ż   t e n ,  
k t o   p o s i a d a   i   k o c h a   d o b r ą   wo l e   i   —   j a k   p o wi e d z i a n o   —  
opiera  się  wro gim  jej  siło m,  nie  może  chcieć  zła  dla  niko go. 
C o   z a  t ym  i d z ie —  n i k o mu   n i e   wyr z ą d z i  k rz y wd y,   a   t o   j e s t 
mo ż l i we   t yl k o   wt e d y,  gd y  o d d aj e  o n  k aż d e mu ,   c o   mu   s ię  
należ y  P rz yp o mi na sz  so b ie  ch yb a,  że  p rz yz nałe ś  mi  racj ę,  
g d y  t e g o   r o d z a j u   p o s t ę p o wa n i e   p r z yp i s y wa ł e m   s p r a wi e -
dliwości. 

E.  P rzyp o mi na m  so b ie  i  p rzyz naj ę,  że  ws z yst kie  czter y 

cno t y,  któ re  nied a wn o   o p isałeś  z go d nie  z  mo i m  p rzeko na -
n i e m ,   z n a j d u j ą   s i ę   w   t y m   c z ł o w i e k u ,   k t ó r y   w y s o k o   c e n i  
i   k o c h a   s wo j ą   d o b r ą   wo l ę .  

2 8 .  A .  Có ż  więc  przeszkadza,  żebyśmy  uznali  życie 

t a k i e g o   c z ł o wi e k a   z a   g o d n e   p o c h wa ł y?  

E.  Ab so l ut nie  n ic.  O wsz e m,  wsz ys t ko   zachęca  d o   tego ,  

a   n a w e t   z m u s z a .  

A .   C z y   p o t r a f i s z   o p r z e ć   s i ę   p r z e k o n a n i u ,   ż e   n a l e ż y  

u ni kać n ieszczę śli we go  życia?  

E .   J e s t e m  p r z e ś wi a d c z o n y  o   t y m  j a k   n a j mo c n i e j   i   s ą -

d z ę ,   ż e   j e s t   t o   n a s z   j e d y n y   o b o w i ą z e k .  

A .   Ż y c i a ,   k t ó r e   z a s ł u g u j e   n a   p o c h w a ł ę ,   z   p e w n o ś c i ą  

n i e   t r z e b a   u n i k a ć ,   p r a w d a ?  

E.  Oczywiście,  sądzę  nawet,  że  należy  zab iegać  o  nie 

gorliwie. 

A.  A  wiec  życie  god ne  p och wały  nie  j est  życiem  nie-

szczęśli wym?  

E .   T a k   w y n i k a   z   k o n i e c z n o ś c i .  
A .  J u ż   c h yb a   ws z ys t k i e   tr u d no ś ci   u s u n ię t e  i  mo że sz 

p r z yz n a ć ,   ż e   wł a ś n i e   t o   ż yc i e   j e s t   s z c z ę ś l i we ,   k t ó r e   j e s t 
wo l ne o d  ni eszczę ścia.  

E .   T o   j a s n e .  
A.  A  więc  zgad zamy  się ,  że  szczęśliwy  j est  człowiek, 

k t ó r y  k o c ha   s wo j ą  d o b r ą  wo l ę   i  w  p o ró wn a n i u   z   n i ą   ga rd z i 
ws z ys t k i m  i n n y m,   co   naz y wa   s i ę   d o b r e m,   a   co   p o s iad aj ą c y 
mo ż e   wb r e w  s we j   wo l i   u t r a c i ć .  

E. Dlaczego   nie  mia łb ym zgo d zić się,  s ko ro   wsz ys tko ,  

c o   u s t a l i l i ś m y   p o p r z e d n i o ,   p r o w a d z i   n a s   k o n i e c z n i e   d o  
tego   wn io s k u?  

 

background image

A Jesteś na dobrej drodze. Ale proszę cię, powiedz, 

czy  miłość  do  własnej  dobrej  woli i  takie  jej  poszanowa-
nie, o jakim mówiliśmy, nie jest właśnie dobrą wolą?

 

E. Jest.

 

A. Jeżeli więc słusznie uważamy takiego człowieka 

za  szczęśliwego,  czy  nie  mamy  racji,  gdy  nieszczęśliwego 

widzimy w tym, kto ma wolę przeciwną?

 

E. Mamy rację.

 

A.  Go  więc  każe  nam  powątpiewać,  że  choćbyśmy 

nigdy przedtem mądrymi nie byli, wola decyduje zarówno 

o  tym  życiu,  które  przynosi  chlubę  i  szczęście,  jak  prze-

sadza o życiu haniebnym i nędznym i ponosi odpowiedzial-

ność za jedno i drugie?

 

E.  Przyznaję,  że  przesłanki,  które  doprowadziły  do 

tego wniosku, są pewne i nie da się im zaprzeczyć.

 

29.  A.  Jeszcze  jedno.  Pamiętasz  chyba,  jaka  była 

nasza definicja dobrej woli. Mam wrażenie, że nazwaliśmy 
tak wolę, która kieruje nasze pragnienia ku prawemu 
i uczciwemu życiu.

 

E. Przypominam sobie to samo.

 

A. Jeżeli  więc ukochamy  tę  wolę, przygarniemy  z  taką 

samą  dobrą  wolą  i  damy  jej  pierwszeństwo  przed  wszyst-
kim, czego wola nie zdoła nam trwale zabezpieczyć, skutek 
będzie  taki,  że  zamieszkają  w  naszej  duszy  tamte  cnoty, 
których  posiadanie  jest  istotą  prawego  i  uczciwego  życia. 
Tak  nas  pouczył  rozum.  Wynika  z  tego,  że  ktokolwiek 
chce  żyć  moralnie  i  uczciwie  —  jeżeli  tylko  zechce  wy-
nieść  to  pragnienie  ponad  znikome  dobra  —  osiągnie  ten 
wielki  cel  z  tak  wielką  łatwością,  że  chcenie  i  posiadanie 
stanie się w nim jednym.

 

E.  Szczerze  ci  mówię:  mało  nie  krzyczę  z  radości, 

widząc, jak nagle wyłania się przede mną dobro nieocenio-

ne, a tak łatwe do zdobycia.

 

A.  A  przecież  taka  właśnie  radość,  która  rodzi  się  z 

osiągnięcia  tego  dobra,  nazywa  się  życiem  szczęśliwym 
wtedy, gdy ożywia duszę spokojnie, bez jej wysiłku, a stale. -

 

Chyba że według ciebie życie szczęśliwe nie polega na ra-

dości, którą daje prawdziwie i niezawodnie dobro.   
        E. Myślę tak jak ty.

 

Dlaczego        szczęście

       

jest        udziałem      niewielu, 

choć wszyscy go pragną

 

XIV—30. A. Dobrze. Ale czy sądzisz, że ktokolwiek 

z  ludzi  nie  chce  szczęśliwego  życia  i  nie  pragnie  go  za 

wszelką cenę?

 

E. Takie pragnienie    jest    niewątpliwie powszechne.

 

A.  Dlaczego  więc  nie  osiągają  go  wszyscy?  Przecież 

zgodnie  uznaliśmy,  że  ludzie  zasługują  na  nie  wolą,  tak 
sarno  jak  na  życie  nieszczęśliwe,  i  że  mają  to,  na  co  za-
służyli. Tymczasem zaś wyłania się jakaś sprzeczność 
i  jeżeli  nie  poświęcimy  jej  bacznej  uwagi,  gotowa  jest  za-
kłócić  tak  opracowany  i  konsekwentny  tok  poprzedniego 
rozumowania.  Jak  to  jest  możliwe,  żeby  ktoś  z  własnej 
woli znosił nieszczęśliwe życie, skoro w ogóle nie ma czło-
wieka,  który  chciałby  żyć  nieszczęśliwie?  Albo  jak  może 
być,  żeby  człowiek  zdobywał  szczęśliwe  życie  przez  wolę, 
gdy  tak  wielu  jest  nieszczęśliwych,  a  przecież  wszyscy 
pragną być szczęśliwi? Czy z tego nie wynika, że co innego 
chcieć dobrze albo źle, a co innego zasłużyć na coś przez 
dobrą  albo  złą  wolę?  Przecież  ludzie  szczęśliwi,  a 
-więc  z  konieczności  dobrzy,  nie  dlatego  są  szczęśliwi,  że 
chcieli żyć szczęśliwie — bo i źli chcą tego — ale dlatego, 
ż

e chcieli cnotliwego życia, czego źli nie chcą.

 

Nic  więc  dziwnego,  że  ludzie  nieszczęśliwi  nie  osią-

gają tego, czego  chcą, to jest szczęśliwego życia, ponieważ 
nie  chcą  równocześnie  tego,  czemu  szczęście  towarzyszy, 
bez  czego  nikt  nie  jest  go  godny  i  nie  osiąga  go,  miano-
wicie życia cnotliwego. Tamto bowiem odwieczne prawo 
—  czas  już  wrócić  do  niego  —  postanowiło  niezmiennie, 
ż

eby  zasługa  leżała  w  woli,  szczęście  zaś  i  nieszczęście 

było nagrodą i karą. Toteż mówiąc, że ludzie są nie-

 

 

background image

szczęśliwi z  własnej  woli, nie  mamy na myśli tego, że chcą 
być nieszczęśliwi, lecz że nastawienie ich woli jest takie, 
iż  z konieczności  pociąga za  sobą nieszczęście  nawet  wbrew 
ich chęciom.

 

Dlatego twierdzenie, że nie wszyscy mogą być szczęśli-

wi,  mimo  że  chcą,  nie  sprzeciwia  się  poprzedniemu  rozu-
mowaniu;  nie  wszyscy  bowiem  chcą  żyć  cnotliwie.  A  tylko 
przy  takim  nastawieniu  woli  przysługuje  przywilej  szczę-
ś

liwego życia. Może masz jakie zarzuty?

 

E. Ja żadnego.

 

Szczęśliwość a prawo wieczne

 

            XV—31.  Lecz  zastanówmy  się  już,  w  jakim  stosunku 
pozostaje to do owego zagadnienia dwóch praw.

 

          A.  Dobrze.  Ale  najpierw  powiedz  mi,  czy  człowiek,  który 
rozmiłował  się  w  cnotliwym  życiu  i  takie  ma  w  nim  upodobanie, 
ż

e  odczuwa  nie  tylko  jego  słuszność,  ale  także  słodycz  i 

przyjemność  —  kocha  jako  rzecz  najdroższa  to  prawo,  które 
dobrej 

woli 

przeznaczyło 

ż

ycie 

szczęśliwe, 

złej 

nieszczęśliwe?

 

          E. Kocha, i to bardzo, bo doznaje szczęścia dzięki temu, że 
postępuje właśnie według tego

1

 prawa.

 

            A. Czy w tym wypadku przedmiot jego miłości jest zmienny 
i przemijający, czy też niezmienny i wieczny?

 

            E. Oczywiście, że wieczny i niezmienny.

 

            A.  A  czy  ci, którzy  zapamiętali  się  w  złej  woli,  a  mimo  tego 
pragną  szczęścia,  mogą  kochać  prawo,  które  takim  ludziom 
słusznie odpłaca nieszczęściem?

 

            E. Sądzę, że nie mogą.

 

            A. A czy nie kochają oni czego innego?

 

            E.  Ale  owszem,  bardzo  wiele  rzeczy,  tych  mianowicie, 
przy  których  upiera  się  owa  zła  wola  chcąc  je  zdobyć  lub 
zatrzymać.

 

              A. Mówisz — zdaje mi się — o bogactwach, dostojeństwach, 
rozkoszach,  o  pięknie  cielesnym  i  wszystkich  innych  dobrach, 
które  dla  spragnionych  bywają  niedostępne,  a  posiadaczom 
wymykają się wbrew ich woli.

 

E. Właśnie o nich mówię.

 

A.  Czy  sądzisz,  że  mają  wieczną  wartość,  skoro  wi-

dzisz, że są zależne od zmienności czasu?

 

E. Tak nie będzie uważał nawet skończony szaleniec.

 

A. A więc po pierwsze okazało się, że jedni ludzie roz-

miłowani  są  w  rzeczach  wiecznych,  inni  w  doczesnych. 
Następnie  zgodziliśmy  się,  że  istnieją  dwa  prawa:  jedno 
wieczne,  drugie  doczesne.  Jeżeli  masz  jakie  poczucie  spra-
wiedliwości,  powiedz  już  na  podstawie  tych  dwóch  prze-
słanek,  którzy  z  tych  ludzi  powinni  według  twego  zdania 
podlegać prawu wiecznemu, a którzy doczesnemu.

 

E.  Sądzę,  że  odpowiedź  na  twoje  pytanie  jest  łatwa. 

Myślę,  że  tamci  szczęśliwi  żyją  pod  wiecznym  prawem, 
ponieważ  ukochali  rzeczy  wieczne.  Nad  nieszczęśliwymi 
zaś ciąży prawo doczesne.

 

A.  Masz  słuszność,  bylebyś  nie  dał  zachwiać  się 

w  przekonaniu,  że  słudzy  doczesnego  prawa  nie  mogą 
uwolnić  się  od  wiecznego.  Dowody  na  to  były  zupełnie 
jasne.  Powiedzieliśmy,  że  od  tego  ostatniego  prawa  po-
chodzą  wszystkie  przejawy  sprawiedliwości  i  wszystkie 
sprawiedliwe  zmiany.  Natomiast  dobrowolni  zwolennicy 
prawa  wiecznego  nie  potrzebują  prawa  doczesnego.  To,  jak 
widać, rozumiesz dostatecznie.

 

E. Pojmuję wszystko, co mówisz.

 

32.  A.  A  więc  prawo  wieczne  każe  odrywać  miłość 

od  rzeczy  doczesnych  i  oczyszczoną  kierować  ku  temu, 
co wieczne.

 

E. Tak jest, każe.

 

A. A cóż dalej? Nieprawda, że prawo doczesne naka- 

zuje jedynie, aby ludzie, gdy przylgną pragnieniem do tych 
dóbr, które tylko czasowo mogą nazywać się naszymi, 
posiadali je w taki sposób, żeby był zachowany pokój 
i łączność między ludźmi, przynajmniej w takim stopniu, 
jaki da się osiągnąć w zakresie tych rzeczy? Do nich zaś 
należy najpierw ciało i tak zwane dobra cielesne, jak 
dobre zdrowie, sprawność zmysłów, siły, piękność i wszel- 
kie inne przymioty, jedne niezbędne przy wykonywaniu 
pożytecznych zawodów i zasługujące z tego powodu na 
wyższe uznanie, inne pośledniejsze. 

 

background image

Następnie  wolność.  Wprawdzie  prawdziwej  wolności 

zażywają  jedynie  szczęśliwi  zwolennicy  wiecznego  prawa. 
W  tej  chwili  jednak  mam  na  myśli  taką  wolność,  która 
daje  poczucie  swobody  ludziom  niezależnym  od  władzy 
drugiego  człowieka  i  za  którą  tęsknią  niewolnicy  prag-
nący  wyswobodzenia  spod  tejże  władzy.  Dalej  rodzice, 
bracia,  żona,  dzieci,  krewni,  powinowaci,  przyjaciele  i  ci 
wszyscy,  z  którymi  łączą  nas  związki  krwi  i  przyjaźni. 
Wreszcie  sama  ojczyzna  uważana zazwyczaj  za  matkę, 
a  także  zaszczyty,  sława  i  tak  zwana  popularność.  Na  ko-
niec  pieniądze.  W  tej  jednej  nazwie  zawiera  się  wszystko, 
czego  jesteśmy  prawnymi  panami  i  co  —  według  ogólnej 
opinii  —  mamy  możność  sprzedawać  lub  darowywać.  Wy-
jaśnianie,  w  jaki  sposób  owo  prawo  przydziela  z  tych 
rzeczy to, co się komu należy, byłoby zbyt trudne i długie, 
a  dla  naszych  celów  zupełnie  niepotrzebne.  Wystarczy 
bowiem wiedzieć, że władza tego prawa w zakresie karania 
ogranicza się do pozbawienia ukaranego -całości lub części 
tych dóbr.

 

Toteż  przystosowanie  do  kierowania  nieszczęśliwymi 

trzyma  ich  w  uległości  przy  pomocy  lęku  i  nagina  do 
swojej  zmiennej  woli.  Oni  bowiem  bojąc  się  utraty  tych 
rzeczy,  przestrzegają  w  ich  używaniu  pewnej  granicy,  od-
powiedniej  do  stopnia solidarności, jaki można  osiągnąć 
w  państwie  złożonym  z  ludzi  tego  pokroju.  Prawo

1

  to  nie 

karze grzechu, który polega na przywiązaniu do tych dóbr, 
lecz  niegodziwe  odebranie  ich  innym.  Przypatrz  się  więc, 
czy  już  doszliśmy  do  końca  tego,  co  uważałeś  za  nieskoń-
czone.  Wszak  postanowiliśmy  zbadać,  jak  daleko  sięga 
władza  karania  przysługująca  temu  prawu,  które  kieruje 
narodami i państwami ziemskimi.

 

E. Widzę, że doszliśmy.

 

33.  A.  Widzisz  więc  także,  że  gdyby  ludzie  nie  ko-

chali tych rzeczy,  które  mogą być  im odebrane  wbrew ich 

woli, nie byłoby kary ani za krzywdy, ani nawet za dozwo-
lone ubieganie się o te dobra.

1

 

E. To widzę także.

 

1

  Tj.  nie  karałoby  ich  ani  prawo  doczesne  za  krzywdy  wyrządzone 

w

  zakresie  dóbr  przemijających,  ani  prawo  wieczne  za  ubieganie  się  o  te 

dobra nawet w sposób dozwolony przez prawo doczesne.

 

A.  A  więc  tych  samych  rzeczy  jeden  używa  źle,  drugi 

dobrze. Pierwszy lgnie do nich sercem i wikła się, popadając 
w  zależność  od  tego,  co  powinno  jemu  podlegać.  Upatruje 
on  osobiste  dobro  w  rzeczach,  na  które  sam  .  powinien 
wywierać  dobroczynny  wpływ  zaprowadzając  wśród  nich 
porządek i należycie nimi zawiadując. Drugi zaś, używając 
ich  prawidłowo,  pokazuje,  że  wprawdzie  są  dobrem,  ale 
nie  dla  niego,  ponieważ  nie  robią  go  dobrym  ani  lepszym, 
lecz  raczej  dzięki  niemu  nabierają  wartości.  I  dlatego  nie 
łączy  się z  nimi uczuciem,  nie  pozwala,  żeby  przez  miłość 
wrastały w duszę jak żywe członki, aby, kiedy zacznie się 
ich odcinanie, nie zostawiały bolesnych i oszpecających ran, 
lecz  wznosi  się  ponad  nie,  gotowy,  gdy  trzeba,  wziąć  je  w 
posiadanie  i  w  zarząd  a  jeszcze  bardziej  przygotowany  na 
ich  utratę  i  nieposiadanie.  Czy  wobec  tego  stanu  rzeczy 
sądzisz,  że  należy  oskarżać  srebro  i  złoto  z  powodu 
skąpców,  a  pokarmy  z  powodu  tych,  co  grzeszą 
obżarstwem,  albo  wino'  z  powodu  pijaków,  albo  wdzięki 
niewiast  z  powodu  nierządnych  i  cudzołożników,  podobnie 
wszystko  inne?  Zwłaszcza  gdy  widzisz  dobroczynne 
działanie ognia w ręce lekarza i zbrodniczą, moc chleba w 
rękach truciciela?

 

E. Wielka to prawda, że trzeba przypisać winę nie 

samym rzeczom, ale ludziom, którzy używają ich ku złemu.

 

Zebranie    wniosków

 

XVI—34.  A.  Słusznie.  Lecz,  jak  sądzę,  zaczynamy 

już  dostrzegać  znaczenie  prawa  odwiecznego  i  dowiedzie-
liśmy się, jak daleko może posunąć się prawo doczesne 
w  stosowaniu  kar.  Przeprowadziliśmy  również  dość  wy-
raźne rozróżnienie między dwoma rodzajami rzeczy: wiecz-
nymi  i  doczesnymi;  i  podobnie  między  dwiema  katego-
riami ludzi: jedni kierują swoje zabiegi i uczucia do- rzeczy 
wiecznych,  inni  do  przemijających.  Stwierdziliśmy  zaś, 
ż

e wybór przedmiotu należy do woli

1

 i że tylko wola może 

złożyć z tronu pierwiastek rozumny i uniemożliwić jego

 

 

background image

prawidłowe  działanie.  Wykazaliśmy  wreszcie,  że  trzeba 
obwiniać  człowieka,  który  robi  zły  użytek  z  rzeczy,  a  nie 
rzecz  samą.  Po  tym  wszystkim,  proszę  cię,  wróćmy  do  za-
gadnienia,  które  postawiliśmy  na  początku  rozmowy,  i  za-
stanówmy  się,  czy  otrzymało  rozwiązanie.  Postanowiliśmy 
zbadać, w czym leży istota złego czynu, i to było powodem 
wszystkiego,  cośmy  powiedzieli.  Toteż  wolno  nam  teraz 
zwrócić się ku temu i przyjrzeć się, czy popełnianie zła nie 
polega  na  pogoni  za  dobrami  doczesnymi,  odczuwanymi 
przez  fizyczną,  najlichszą  stronę  człowieka,  zawsze  nie-
pewnymi,  i  na  zaniedbaniu  rzeczy  wiecznych,  którymi 
myśl  sama  się  rozkoszuje  i  które  sama  przez  się  poznaje. 
Wydaje  mi  się  bowiem,  że  wszystkie  złe  czyny,  to  jest 
wszystkie  rodzaje  grzechu  można  zaliczyć  do  tej  jednej 
kategorii.  Czekam,  żebyś  mi  powiedział,  co  ty  myślisz 
w tej sprawie.

 

35. E. Tak jest, jak mówisz. Zgadzam się, że wszyst-

kie  grzechy  zawierają  się  w  tym  jednym  rodzaju  zła. 
W  odwróceniu  się  od  dóbr  boskich,  prawdziwie  trwałych, 
ku  zmiennym  i  niepewnym.  Wprawdzie  i  te  dobra  mają 
miejsce  właściwe  w  ogólnym  porządku  i  osiągają  pewne 
swoiste  piękno.  Ale  duch  zepsuty  i  nieuporządkowany 
podąża za nimi niewolniczo. A tymczasem boski porządek 
i-boskie  prawo  postanowiło,  aby  raczej  przewodził  im  we-
dług własnej woli jak zwierzchnik. Wydaje mi się również, 
ż

e  widzę  ostateczne  wyjaśnienie  zagadnienia,  które  posta-

nowiliśmy  zbadać  po  tamtym  pierwszym,  dotyczącym 
istoty  złego  uczynku:  mianowicie  skąd  pochodzą  nasze  złe 
czyny.  Jeśli  się  nie  mylę,  źródłem  ich  jest  decyzja  wolnej 
woli.  Tak  wykazało  przeprowadzone  rozumowanie.  Lecz 
pytam,  czy  Stwórca  powinien  był  dać  nam  samą  wolną 
wolę,  której,  jak  widzimy,  zawdzięczamy  to,  że  możemy 
grzeszyć.  Przecież  zdaje  się,  że  nie  posiadając  jej,  nie  by-
libyśmy  zgrzeszyli.  I  zachodzi  obawa,  żeby  w  ten  sposób 
Bóg  nie  okazał  się  w  naszym  mniemaniu  sprawca  ludzkich 
złych czynów,

 

A. Nie bój się o to. Jednak na dokładniejsze zbadanie

 

tego musimy przeznaczyć inny czas, gdyż obecna rozmowa

 

domaga się już pewnych granic i zakończenia. Chcę, żebyś

 

wierzył, że w niej zapukaliśmy niejako do bram wielkich

 

i tajemniczych zagadnień. Gdy pod przewodnictwem Boga

 

zaczniemy  docierać  do  ich  wnętrza,  przekonasz  się,  jak 
wielka  różnica  zachodzi  między  tą  rozmową  a  następ-
nymi;  o  ile  większa  w  nich  przenikliwość  w  badaniu, 
dostojniejszy temat, jaśniejszy blask prawdy. Prośmy tylko, 
ż

eby  Opatrzność  Boża  pozwoliła  nam  trzymać  się  aż  do, 

końca obranego kierunku i osiągnąć postawiony cel.

 

E. Ustępuję    twojej      woli    i przyłączani się    do 

niej jak najchętniej, z całym przekonaniem i z całego 
serca.