background image

Kornel Makuszyński 

 

MIESZKANIE JAKO 

RADOŚĆ ŻYCIA 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

MIESZKANIE JAKO RADOŚĆ ŻYCIA 

 
 
 
 
 
 
    Mniemam, że nie będzie to zupełnie bez pożytku, jeśli i ja powiem słów kilkoro w czasach, kiedy 
to naiwnych ludzi namawia się do budowania domów czy własnych mieszkań. Czynią to wprawdzie 
znakomici specjaliści i im się wcale nie dziwię; gdyby handlarz trumien mógł namówić wszystkich 
do umierania, jak to czynił Hegesijas Pejsitanatos, zwariowany filozof, “namawiający do śmierci” - 
propagowałby swój interes z radosnym entuzjazmem. Całe szczęście, że nie wszyscy ludzie chcą 
umierać, i całe szczęście, że - co na jedno wychodzi, nie chcą sobie budować domów. Nie chcę 
wprawdzie psuć interesu budowniczym, bo i tak się biedakom czasem i bez cudzych życzeń dom 
zwali, chciałbym jednak przez obiektywne oświetlenie sprawy pobudzić moich przyjaciół i 
czytelników do namysłu, zanim się zdecydują na budowanie “własnego gniazdka”, bo tak się 
jeszcze czasem w krwawym dowcipie mówi o mieszkaniu. Pogląd na sprawę w gwałtownym, 
historycznym skrócie należycie rzecz objaśni. Raz leszcze się zastrzegam, że nie kieruje mną 
uprzedzenie do architektów, choć mnie do tego fachu wcale sceptycznie usposobiła literatura 
dramatyczna swojska i obca, ilekroć bowiem architekt jest bohaterem, zawsze się dzieje 
nieszczęście. Budowniczy Solness jest najgłośniejszym przykładem, a architekt z Sąsiadki 
Jaroszyńskiego wesołym przykładem tego, jak ponuro się kończy historia, jeśli architekt zamiast 
doglądać budowy kościołów, ogląda budowę dzikiej dziewicy. Już historia germańska w dość 
podejrzanym świetle przedstawia nam dwóch słynnych budowniczych Walhalli, targujących się o 
Freję, jak o furę cegieł. Jest to wszystko powiedziane na stronie, bo nie o to rzecz idzie. Idzie o to, 
aby się zastanowić, czy mieszkanie jest radością życia, czy przeciwnie, a z głębokich naszych 
rozważań niech czytelnik odrobiną swej inteligencji wyciąga sobie jakie chce wnioski. Nie ja 
pierwszy doszedłem do głębokiego przekonania, że strasznym, złośliwym i wieczystym wrogiem 
człowieka jest kultura; zauważył to przede mną niejaki J. J. Rousseau, przyjemny narwaniec, i 
jeszcze kilku innych brudnych filozofów. Rozpacz ogarnia bowiem człowieka na myśl, ile udręki i 
gehenny kupił sobie za tę podejrzaną kulturę, ile utrapień, wojen, paszportów, metryk, świadectw 
moralności, gazet, książek, podatków i niezliczoną ilość innego paskudztwa. Razem z kulturą kupił 
sobie zmorę najstraszliwszą: mieszkanie. Źle mu było? Było mu cudownie, ale ciekawy jak małpa, 
zaczął wymyślać rozmaite rzeczy, aż sobie wymyślił. Szczęśliwy, w złotym swoim okresie, 
zawieszony na puszystym ogonie, chwiał się na gałęzi, roztłukiwał orzech kokosowy o głowę 
bujającego się obok bliźniego i popijał słodkie mleko owocu. Mieszkanie miał wszędzie, wysokie 
aż pod niebo, szerokie aż po kraniec ziemi, pozbywszy się zaś największej z ludzkich trosk, miał 
czas na przyjemności i na miłość. Dzisiaj sprawą najdotkliwszą właśnie jest to, że człowiek nie ma 
czasu na miłość, bo zawsze szuka mieszkania, a na wolnym powietrzu nie wypada i mogą zamknąć. 
W pochodzie wieków, kiedy człowiek zlazłszy z drzewa szczęśliwości zaczął budować duszne 
swoje domy, nory, w których karlał i uczył się obłudy, słowem - mieszkania, znalazł się jeszcze 
mędrzec, jeden z ostatnich, który czując jasnością ducha, do czego to kiedyś dojdzie, zamieszkał w 
beczce, aby niemądrym ludziom, mieszkającym w kamiennych pułapkach, zademonstrować ich 
tragedię i czarną ich przyszłość. Nikt jednak, jak się to później okazało, nie pojął głębokiego sensu 
beczki Diogenesa. Zapewne znaleźli się wówczas i tacy, którzy starego filozofa musieli pomawiać o 
bliską zażyłość z beczką i o niemożność rozstania się z jej zapachem. Wiedział jednakże, co czynił 
mędrzec z Synopy, rozumiejący, co z boskiego stworzenia, jakim podobno jest człowiek, .potraf i 
zrobić mieszkanie. Z rozczuleniem myślę sobie o tym filozofie, ile razy czytam, że sublokator, 
któremu zamknięto złośliwie przybytek pełen szumiącej wody, strzelił do swojego gospodarza. W 
beczce nie mogłoby się to zdarzyć. Próbowali potem inni nawrócić człowieka i zawrócić go ze 

background image

straszliwej drogi na łono natury, było już jednak za późno; już człowiek zniedołężniał, stał się 
wygodny i wymagający. W kamiennym mieście nauczył się obłudy i wielu innych zdrożności, tak 
wreszcie zmarniał na duchu, że począł prześladować ludzi wolnego ducha i filozofów diogenesowej 
szkoły, którzy wzgardziwszy mieszkaniem, sypiają pod arkadami mostów, na ławkach ogrodowych 
lub pod płotem. Nawet apostoł owijał się w opończę i spał, gdzie się zdarzyło. Wielcy poeci sypiali 
na ławkach w tawernie, a pisali piękniejsze wiersze niż ci, co mają mieszkania. Cóż robić, kiedy 
teraz tak nie wolno. Stało się tedy. Człowiek musi mieć mieszkanie, tak jak musi mieć grzech 
pierworodny; człowiek bez mieszkania nie może się ożenić, nie może mieć nawet mizernej 
kochanki, nie może niczego dostać na raty, nie może otrzymać listu ani pieniędzy, ani posyłki; 
może tylko umrzeć. Oto do czego doprowadzili ludzie, zdobywając kulturę! Za to we własne teraz 
wpadają pułapki: budując domy, kupując lub urządzając mieszkania. Każdej z tych spraw 
należałoby poświęcić osobny tom, który ze względu na różnorodność i cudowną pomysłowość 
szachrajstw, stałby się ozdobą biblioteki kryminalistycznej. Nie posiadam aż tyle sił i nie mam tak 
zdeprawowanej duszy, aby się tym zająć szczegółowo, niemowlę jednak, przed trzema dniami 
odłączone, wie o tym doskonale, co w murach piszczy. Wystarczy jednak, jeżeli się powie, że 
przekleństwo: “bodajbyś sobie budował willę na Mokotowie!” - należy do tej serii, którą się stosuje 
do wrogów najgorszego kalibru. Na Mokotowie jest jeden jedyny budynek uczciwy, doskonałe 
zbudowany, suchy, miły, wygodny, skanalizowany, z łatwym dostępem, z przystankiem 
tramwajowym, z telefonem, z łazienką i z doskonałą, nadzwyczaj uprzejmą administracją: jest to 
więzienie. Cóż więc dziwnego, że się tam ludzie tak pchają i że za żadną cenę nie chcą go 
opuszczać latami. Nie każdy jednak ma szczęście i na to, aby się tam dostać, trzeba zaraz być co 
najmniej dyrektorem banku albo prezesem wielkiego towarzystwa akcyjnego. Zwyczajny urwipołeć 
posiedzi z łaski parę dni na Daniłłowiczowskiej i zaraz go stamtąd gnają na bruk. Taka to już jest 
sprawiedliwość na tym świecie. Ludzie jednak, ogarnięci żądzą mieszkania, popychani do tego 
zapewne instynktem rozrodczym, myślą w rozmarzeniu, że każdy zbudowany na Mokotowie 
budynek będzie tak wygodny jak kryminał. Złudo! Płacisz podatki, więc masz prawo siedzenia w 
kryminale i tego nikt ci zaprzeczyć nie może, opieka państwa bowiem nad obywatelem 
zagwarantowana jest konstytucją. Tymczasem płacąc za budowę domu, nigdy nie masz pewności, 
że w nim zamieszkasz. Budowniczy, solidny człowiek, zapewnia cię w najlepszej wierze, że na 
pierwszy dzień lipca będziesz spał we własnej willi. Doskonale. Mądry człowiek, wie co gadał, 
tylko że nie bierze pod uwagę momentów psychologicznych i ni« umie sobie zdać sprawy z tego, co 
się dzieje w duszy murarza. Murarz bowiem podlega przedziwnym przypadłościom duchowym; 
ponieważ przez całą zimę klepie biedę, z wielką radością rwie się do pracy na wiosnę, na drugi 
dzień jednakże dochodzi do słusznego przekonania, ze praca jest głupim wynalazkiem, że 
ustawianie cegieł jednej na drugiej jest zajęciem nudnym i pozbawionym fantazji, wobec czego 
odstawia młot i kielnię, wsadza ręce w kieszenie i rozpoczyna strajk. Nie można się bynajmniej 
dziwić dzielnym murarzom, bo szewcy robią tak samo, mniej więcej jednakże co drugi człowiek ma 
zapasową parę butów, więc z tym jakoś wyżyć można, nie każdy jednak ma drugi, zapasowy dom, 
wobec tego chce się wieszać, bo miał się wprowadzić pierwszego lipca, nieopatrznie ożenił się 
dzień przedtem, a jego dom naigrawa się z niego czarnymi otworami okien, surowy, czerwony, 
ponury. Wprowadzasz się do niego w listopadzie, chociaż nie ma tam pleców, schodów i drzwi, 
chociaż woda jeszcze nie dochodzi, a elektryczność będzie za dwa miesiące. W tej miłej atmosferze 
zdenerwowanego przygnębienia rozpoczynasz kłótnię x żoną, z ukochaną żoną, masz myśli 
samobójcze, chcesz bić każdego napotkanego człowieka, nie śpisz w nocy, bo się boisz złodziejów, 
nie śpisz w dzień, bo wciąż musisz płacić, pokazuje się bowiem, ze wskutek strajku murarzy i 
nagłej podwyżki cen materiałów budowlanych kosztorys się podniósł, a jeszcze nie ma pleców, 
schodów, drzwi ltd. - jak •wyżej. Wobec tego zaczynasz błużnić, siwiejesz, dostajesz drżączki w 
nogach, łamania w głowie, rozwodzisz się z żoną i usiłujesz podstępnie sprzedać willę, aby ubrać w 
ten interes kogo innego. Można jednak przypuścić, że udało się doprowadzić sprawę do jakiego 
takiego końca. Wstawili piece, zbudowali schody, obiecali, że będzie woda. Szczęśliwy, zaczynasz 
się urządzać. Czas ten jest okresem nadającym się do wybornych studiów i do okrzyków ciągłego 

background image

zdumienia. Mówię o tym jako człowiek głęboko doświadczony, bo urządziłem niedawno 
mieszkanie. Trzeba na ten przykład odrobić taką dziwną operację, która się nazywa 
“ceklinowaniem” podłóg. Odbywa się to z prawdziwą fantazją. Przychodzi czterech gentlemanów, 
którzy robią bardzo wielkie miny, kiwają głowami, niby się czemuś bardzo dziwią, cmokają 
wargami, niby przerażeni straszliwością pracy, wydają wreszcie orzeczenie, że da się to wszystko 
zrobić za grube pieniądze w przeciągu trzech dni, bo jest ich czterech, entuzjastów pracy, 
namiętnych szaleńców trudu, którym rozkosz prawdziwą sprawia zmaganie się z oporem dębowej 
posadzki. Z groźną furią rozpoczynają wielkie swoje dzieło i przez kwadrans dusza w tobie rośnie 
na widok wspaniałego wysiłku znakomitego robotnika. Po kwadransie jeden odpoczywa, a trzech 
zapala papierosy; po pół godzinie dwóch gdzieś znika, a dwóch, widocznie tęskniąc za tamtymi, 
zaczyna wzdychać i niepokoić się, potem starszy posyła młodszego po piwo. Tamci dwaj w ogóle 
już nie wracają, bo poszli na inną robotę, a dwaj pozostali entuzjaści poczynają sobie dowcipnie, bo 
brudną szmatą zwilżają podłogę, a potem tu i ówdzie czasem ją skrobną, tak jakbyś się podrapał w 
plecy. Ponieważ okazuje się, że w tak dowcipny sposób uproszczona robota nie wymaga zbytniego 
wysiłku, starszy skrobacz odchodzi, na placu boju zostawiając młodszego baszybuzuka, który 
gwiżdżąc Filipiny zmywa posadzkę coraz brudniejszą wodą. Pokazuje się po paru dniach takich 
wysiłków, że praca była niepomiernie cięższa, niż to wyglądało na oko, że chciałeś widać 
skrzywdzić niewinnego robotnika i że wobec tego powinieneś zapłacić więcej ponad umowę. Tak 
jest z podłogą, z oknami, drzwiami i ze wszystkim. Zresztą słusznie, bo i po co się spieszyć? Czy 
dom to tramwaj czy zając? A tak to przynajmniej jest jakaś rozmaitość i dużo przyjemności. 
Zakładają na przykład kontakty elektryczne. Dawno się tak nie bawiłem, jak patrząc na wesołą 
beztroskę elektrycznych ludzi. Przyszedł jeden młodzieniec, przyniósł drabinę i kilka metrów drutu. 
Siadł i czeka. - Na co pan czeka? - pytam syna błyskawicy. - Nie mam narzędzi - odpowiada kuzyn 
Ampera. - A gdzież one są? - pytam tę suchą baterię. - Kolega przyniesie - odpowiada kuzyn Neffa. 
Po dwóch godzinach przychodzi kolega, prąd ujemny, i dziwi się, że tamten nie wziął narzędzi ze 
sobą, wobec czego numer pierwszy, który już odpoczął, odchodzi, a zaczyna czekać numer drugi. 
Po dwóch godzinach daje znak życia i telefonuje z miasta, żeby numer drugi zabrał drabinę, bo jest 
na gwałt potrzebna na drugim krańcu miasta. Nazajutrz przychodzi szef tych dwóch bateryj, stary 
piorun, i zapytuje, czy już wszystko gotowe. Ponieważ nic nie jest gotowe, odchodzi na 
poszukiwanie dwóch chłopców i jednej drabiny. Historia znowu się zaczyna na nowo, przynoszą 
drabina i zaczynają coś robić, aż wreszcie kiedyś skończą. Jest to tak miłe i zabawne, że można boki 
zrywać; jest to poezja pracy, pełna uroku i wdzięku. Odznaczają się nim szczególnie ludzie od gazu, 
którzy wesoło igrają ze sobą, bo jeden drugiemu, pewnie z figlów, przyniesie zawsze krótszą rurę 
niż potrzeba, i bardzo się z tego śmieje, że się tamten irytuje, wszystkich zaś radością napełnia fakt, 
że zapalony na kuchence gaz daje słabe oznaki życia i chce lada chwila skonać. - Musi być feler w 
piwnicy! - powiada rzeczoznawca i całe towarzystwo zstępuje do lochów i przez dwa dni chyba tam 
siedzi, bo nikogo nie widać, aż dopiero ulitują się ludzie z miejskiej gazowni i za pięć minut 
wszystko jest w porządku. Jedno mnie w tym wszystkim zdumiewa: jak przy tak wybornych 
metodach pracy jednak odbudowano Warszawę? Powinno to trwać najmniej ze dwa miliony lat. 
Widocznie że w dawnych czasach lepiej pracowano i nie tak dowcipnie. Zdarza się to zapewne i 
dzisiaj, ale bardzo rzadko w Warszawie. Żeby więc budować dom, trzeba mieć nie tylko pieniądze, 
trzeba mieć przede wszystkim pogodę umysłu i poczucie humoru. Zresztą powinno się budować 
dom, przedziwnie to wypełnia życie; zaczyna się budować z werwą, radością, nadzieją i w 
kwitnącym stanie zdrowia, kończy się w stanie ducha, na który już nie ma lekarstwa. Wtedy 
człowiek z radością umiera, ale jedną ma przynajmniej pociechę: że ma gdzie umrzeć. Gdyby kto 
kiedykolwiek usłyszał, że zamierzam budować willę na Mokotowie, niech mnie zastrzeli. Słowa 
jednego mu nie powiem.