background image

 

ZNASZLI TEN KRAJ?... 

TADEUSZ BOY - ŻELEŃSKI 

 
OPRACOWANIE: 
 

Jeszcze przed zainteresowaniami biografią Mickiewicza widać u 

Żeleńskiego narastającą skłonność do .wspomnień. W roku 1922 drukuje Boy 

Plotkę o „Weselu" Wyspiańskiego. Przypomnijmy, że w roku 1924 ukończył 50 lat; 
jest to wiek, kiedy na ogół człowiek zaczyna podsumowywać własną biografię. 
Nie dziwi więc, że w tomie Plotki, plotki... ż 1927 roku opublikował kilka 

felietonów (wszystkie powstały i publikowane były w prasie w 1927 roku), w 
których powracał do swojej młodości. Są to: Sukur—mukur, Mój debiut malarski, 
O „Szopce krakowskiej" Zielonego Balonika, Pierwsza wódka, Nonszalancki Paon i 
felieton napisany po śmierci Przybyszewskiego pod tytułem Zgon Stanisława 

Przybyszewskiego. W roku 1928 po--sypały się kolejne wspomnienia o 
młodopolskim Krakowie: Hoesick w poezji polskiej, Namiot wróżb, Poeta a 
pieniądz, Blaski i nędze mowy polskiej, Kłamstwo Przybyszewskiego, Nad 
rękopisem „Wesela" oraz Smutny szatan. 

 

W roku 1929 część tych felietonów weszła w skład książki 

potwierdzającej już w sposób najzupełniej oczywisty charakterystyczny dla Boya 
sposób kreślenia dziejów literatury: przez szczegóły biograficzne i 
charakterystyki indywidualności twórców. Nakładem Mortkowicza ukazali się 

Ludzie żywi. 
 

Rok 1930 przyniósł nową porcję felietonów krakowskich: Wybory a 

dzieci, Fortepian Stacha, Znaszli ten kraj?... Dzieci szatana, Chrzciny lwi, 

Psychologia sukcesu oraz Legenda Zielonego Balonika z perspektywy 
ćwierćwiecza. Do tych felietonów rok 1931 dorzucił: Prawy brzeg Wisły, Mury i 
ludzi, Pański Kraków, Zakrystię, Odwet Stańczyka, Z dogmatem, Wiatr nad 
Krakowem, Wielki Kraków, Ariela i Kalibana, „Na początku była chuć", Kuźnie 

intelektu, \ 
Jana Apolinarego oraz Szal. Tym sposobem ukształtowała się ostatecznie książka 
Znaszli ten kraj?... (Cyganeria krakowska) wydana nakładem Biblioteki Boya i w 
roku 1932. 

Przypomniane tu zestawienie tytułów potwierdza, że rozpoczęte w roku 1922 
wycieczki w przeszłość mnożyły się z upływem czasu. Najwięcej felietonów 
krakowskich przyniosły lata 1930 (7) i 1931 (13), podczas gdy w 1927 roku było 
ich 6. 

 

Powroty do krakowskich wspomnień, zainteresowania Mickiewiczem 

oraz Narcyza Żmichowską nie wyczerpują aktywności pisarskiej Boya w tym 
okresie. Pomijając sprawę tłumaczeń z literatury francuskiej , i żywą działalność 

recenzenta teatralnego, trzeba t wspomnieć, że w tych latach zaangażował się 
Żeleński w publicystyczną kampanię w sprawie rozwodów oraz przerywania 

ciąży, której ostatecznym, książkowym rezultatem stały się publikacje Dziewice 
konsystorskie (1929) i Piekło kobiet (1930). W krótkich odstępach czasu 
pojawiło się pięć publikacji o wyraźnie kontrowersyjnym charakterze: Ludzie 

żywi, Brązownicy oraz wspomniane Piekło kobiet, Dziewice konsystorskie, a 
także Nasi okupanci (1932). Publikacja tych książek wywołała ogromne 
poruszenie opinii publicznej i stała się przyczyną bezpardonowych, by nie 
powiedzieć zaciekłych ataków na Boya. Pisarz przeżywał więc nieustanny stres; 

nie wydaje się więc pozbawionym racji domysł, że powrót do wspomnień 
młodości był także rodzajem konsolacji psychicznej w tych trudnych dla Boya 
chwilach.      

 

Biografistyka Boya. Najpoważniejszy, a równocześnie najbardziej zawzięty 

przeciwnik Boya, Karol Irzykowski w roku 1933, w Beniaminku, zarzucił 
Żeleńskiemu, że z historii literatury „zrobił wielkie plotkarium" uważając, iż 
życiorysy są ważniejsze od dzieł. „Ostatnia książka Boya: Znaszli ten kraj... — pisał 

— jest najgorszą próbką uprawianej przezeń metody historycznoliterackiej" . 
 

Przytoczony tu fragment opinii Irzykowskiego atakuje cechę pisarstwa 

Boya właściwą nie tylko książce Znaszli ten kraj?..., ale obecną w Brązownikach 
oraz w Ludziach   żywych.    Dotyczy ona przekonania i, jego konsekwencji, że 

pisarza, tak- jak każdego człowieka, określa jego biografia. Tezę tę sformułował 
Żeleński wyraźnie w artykule    Sfinks    towianizmu:    „Przede wszystkim jest u 
nas zwyczaj — pisał — brać wszystko od strony idei czy poglądów, a nie od strony 
ludzi" .. Wynikał stąd postulat zmiany metodologii polskiego literaturoznawstwa:    

Na progu naszego nowego życia — pisał Boy w innym szkicu z tego samego tomu, 
w Brązownikach — [...] możemy się wyzwolić z powijaków dydaktyki narodowej i 
zacząć patrzeć po literacku na sprawy literatury. 

 

Patrzeć „po literacku na sprawy literatury'* znaczyło zajmować się 

„ludźmi żywymi", nie „załgiwać" biografii pisarzy wielkich i małych,, ale pisać o 
nich prawdę. „Niedawno odezwały się głosy — podawał przykład w tym samym 
szkicu — że czas skończyć z legendą, jakoby Przybyszewski pijał kiedy wódkę! 

Cóż to za szczęście, że nas Opatrzność nie pokarała takim poetą jak Villon!" — 
dodawał sarkastycznie. 
 

Wydaje się, że wszyscy, którzy zwracali uwagę na biografistykę jako na 

zasadniczą metodę narracji Boya o literaturze, mało zastanawiali się nad jej 

genezą i konsekwencjami. Sprawa zaś jest chyba istotna dla rozumienia całego 
dorobku Boya w tej dziedzinie. 
 

Przypomnijmy więc raz jeszcze,  co na ten temat  mówił sam Żeleński:  

podkreślał mianowicie,   że  dotychczasowy sposób mówienia o dziejach literatury 

był x zdeterminowany potrzebami wychowawczymi, patriotycznymi, 
koniecznością krzepienia serc etc. — w związku z trwającą niewolą narodową. 
Moment odzyskania niepodległości uwolnił  historyka  literatury od tego , 

przymusu,    pozwalając mu  na. pokazywanie    pełnej  .prawdy. 

background image

 

    

To teza pierwsza. Teza druga dotyczy poglądu, że zawsze istnieje 

interesujący i w pewnym sensie twórczy rozdźwięk między biografią pisarza a 
jego dziełem. Biografia dowodzi po prostu, że pisarz jest człowiekiem, niewolnym 

od ludzkich słabostek, że na przykład miewa kochanki, pije wódkę, pożycza 
pieniądze   i nie oddaje, etc. Te ludzkie cechy kontrastują z wytworami talentu, 
intelektu, ducha pisarza, z formułami etycznymi,  wzorcami postępowania,  typem 
charakterów, które kreuje on w swoich dziełach. Żeleński uważał,, że  

uświadomienie  sobie  tego kontrastu  pozwala docenić wielkość wysiłku 
duchowego,  którego rezultatem jest dzieło literackie    wyrastające    często, jak 
.egzotyczny kwiat z nieapetycznego podłoża. Wynikaoby z tego,  że  badania 

dziejów literatury powinny się składać z dwóch elementów: z charakteryzowania , 
osobowości pisarzy, z opisu ich biografii i z analizowania płodów ich ducha. 
 

Dorobek Boya biografisty zaowocował obficie z, paru przyczyn. Pierwsza 

wynikła z przypadku: zajęcie się biografią Mickiewicza odsłoniło interesujące,  

kuszące szczegóły, trochę skandaliczne, rzekomo pomijane oraz przemilczane 
przez oficjalną historię literałury, jak twierdził Boy, w imię zasady edukacji 
etycznej i patriotycznej społeczeństwa, któremu w okresie narodowej niewoli 
trzeba było dostarczać wzorów wychowawczych w postaci monolitycznych 

charakterów, ... osobowości godnych   naśladowania,   podziwiania: etc. . Ubolewa 
też  nad brakiem w literaturze polskiej materiałów pamiętnikarskich, szczególnie 
z czasów nowszych (np. z okresu Młodej Polski). Sądził, że obowiązkiem tych, 
którzy tamte lata pamiętali, jest dostarczyć przyszłym .badaczom materiału do 

rozumienia czasów, obyczajów i ludzi, a tym,samym do lepszego rozumienia 
powstałej wtedy literatury. Metoda Boya charakteryzowania literatury poprzez 
biografie jej twórców była przedmiotem wielokrotnych, krytycznych dyskusji i 

ocen.. Wypada stwierdzić, że jednym z typowych, wiążących się z tą metodą 
wykrzywień obrazu historycznej prawdy nie tylko dziejów naszej literatury, ale 
dziejów w ogóle (mam tu na myśli na przykład 
książkę- Boya o Marysieńce Sobieskiej) była wyraźna skłonność do badania 

biografii głównie roli 
seksu we wszelkich decyzjach i przedsięwzięciach (literackich i politycznych). Ta 
niewątpliwa skłonność da. przesuwania punktu ciężkości w jedną stronę to 
charakterystyczna cecha pisarstwa Boya w ogóle, to skłonność, która w sumie 

spowodowała, że ten antybrązownik miał wyraźną predylekcję do wszelakiego 
mitotwórstwa. 
 

Mitotwórcze tendencje Boya obserwował i ganił już Irzykowski pisząc o 

Znaszli ten kraj?... 

że ,ta książka jest najgorszą próbką uprawianej  [przez Boya] metody 
historycznoliterackiej. Zaczyna się od Zielonego Balonika i kończy się i, Zielonym  
Balonikiem,   w  środku  ściśnięta  i  malutka  Młoda   i Polska, Przybyszewski [...]. 

Autobrązownictwo nie tylko w treści,  lecz i w formie:  sam siebie  zrecenzował,  

sformułował.    
 

Specyficzny charakter mitotwórstwa Boya poddał szczegółowej analizie w 

swojej książce Roman Zimand. Istotę tego mitotwórstwa wywiódł z definicji 

legendy, którą zaproponował jeszcze w roku 1935 Julian Krzyżanowski. 
Krzyżanowski pisał: „legendą nazwiemy, najogólniej biorąc, twór literacki, który 
nie odpowiada wprawdzie wymaganiom intelektualno-poznawczym, zaspakaja 
natomiast uczuciowy stosunek czytelnika do przedmiotu utworu, do jego tematu.” 

Definicja ta stanowi dla Zimanda punkt wyjścia do próby analizy i oceny 
wspomnień krakowskich Żeleńskiego, w szczególności zaś książki Znaszli ten 
kraj?... Książka ta bowiem, napisana bez żadnej wątpliwości w konwencji legendy, 

powołuje do życia aż trzy mity: mit Krakowa z przełomu wieków, mit Zielonego 
Balonika, mit epoki Młodej Polski oraz jej twórców.     
Sposób traktowania oraz oceny literatury pamiętnikarskiej może być różnoraki. 
Dla historyka główne kryterium wartości pamiętnika stanowi ilość, ważkość i 

prawdziwość podanych przez pamiętnikarza faktów, zwłaszcza' zaś szczegółów 
obyczajowych uchodzących uwadze innych źródeł. Psychologom i socjologom nie 
zależy na prawdomówności pamiętnikarzy,  ponieważ interesuje ich najbardziej 
to, co autor mniema o sobie. Dla historyka literatury liczy się nie tylko zasób i 

wiarygodność informacji; ważnym kryterium oceny jest także wartość literacka 
dzieła pamiętnikarskiego. W szczególności szukać będziemy w pamiętniku 
epickiej perspektywy, potoczystości i obrazowości, umiejętności kreślenia 
portretów postaci, oceniać umiejętność operowania anegdotą, wreszcie język 

pamiętnikarza. Zestawiając te ogólne kryteria oceny pamiętnika, Andrzej Cieński 
proponuje też kryteria szczegółowe. I tak niewątpliwie o wartości pamiętnika 
przesądzać będzie jego tematyka, miejsce autora w hierarchii społecznej (chodzi 

tu o perspektywę, z której, ze względu na swą społeczną sytuację mógł widzieć 
opisywane sprawy). Przy ocenie pamiętnika w grę wchodzą wreszcie takie 
kryteria jak szczerość (ta dotyczy raczej sfery postaw, a nie faktów). Tu jednak 
autor rozprawy czyni zastrzeżenie: im bardziej pamiętnik „literacki", tym mniej 

można mieć zaufania do jego 
szczerości. 
 

Kolejną podstawę do szczegółowej oceny dzieła pamiętnikarskiego stanowi 

jego walor    kompozycyjny:  umiejętność scalania wątków i grupowania tematów.  

 

 Pierwsze pytanie, które należałoby postawić, powinno dotyczyć głównego 

tematu wspomnieniowych tekstów Boya. O czym one traktują? Irzykowski 
załatwił się z tym pytaniem krótko, twierdząc (niezupełnie słusznie), że Znaszli 
ten kraj?..., książka o ambicjach historycznoliterackich, zaczyna się Zielonym 

Balonikiem i kończy się Zielonym Balonikiem, a „w środku ściśnięta i malutka 
Młoda Polska, Przybyszewski". Badacz współczesny, Roman Zimand odpowiada na 
to pytanie inaczej, uważając, że Znaszli ten kraj.... to Boyowski mit o krakowskiej 

modernie, to próba mitycznej sakralizacji początków grupy (Zimand miał tu 

background image

 

chyba na myśli cyganerię artystyczną Młodej Polski). 
 

Jak jest naprawdę? Czego należy szukać w wspomnieniach Boya o 

Krakowie Młodej Polski i co w nich można znaleźć? 

 

Wydaje się mianowicie, że nie ma podstaw, by imputować Żeleńskiemu, 

autorowi    wspomnień krakowskich, jakichkolwiek intencji syntetycznych, 
zmierzających do przedstawienia dziejów Młodej .Polski w Krakowie etc. Znaszli 
ten kraj... to książką która złożyła się z felietonów. Felietonowy charakter tych 

wspomnień, to, że pisane były przez kilka lat świadczy, że u ich genezy nie mogła 
leżeć chęć syntezy. Chyba także nie od razu zrodził się pomysł złożenia z tych 
wycinkowych wspomnień książki, posiadającej   własną, zresztą swoistą   

kompozycję i wewnętrzną logikę. Znaszli ten kraj?... jest przede ;wszystkim próbą 
utrwalenia przez świadka i uczestnika szeregu epizodów i szczegółów, 
spostrzeżeń i sylwetek związanych z środowiskiem artystycznym Młodej Polski w 
Krakowie: Jest ten tekst, oczywiście także — przy okazji — próbą sformułowania 

własnych opinii na temat szeregu, —-zdaniem Boya węzłowych — spraw z 
minionej epoki. 
 

Gdyby patrzeć na Znaszli ten kraj?... jako na książkę o ambicjach syntezy 

historycznoliterackiej, tak jak proponował Irzykowski nietrudno byłoby wytknąć 

zasadnicze luki. Wystarczy choćby uświadomić sobie, ze budowanie syntezy 
dziejów Młodej Polski w Krakowie bez omówienia roli Kazimierza Tetmajera i 
Stanisława Wyspiańskiego, wydaje się zupełnym nieporozumieniem. Trudno 
uwierzyć, żeby. Tadeusz Żeleński uczestnik — bo nie tylko bierny świadek — życia 

literackiego epoki nie miał świadomości, że synteza z takimi (i innymi przecież) 
pominięciami byłaby zupełnie bezsensowna. 
 

Charakterystyczny kształt ma na przykład felieton Z dogmatem. Zaczyna 

Boy od kreślenia „szczególnie jakoby dusznej atmosfery Krakowa przed, rewolucją 
Młodej Polski. Duszna atmosfera charakteryzowała także środowisko artystyczne: 
malarskie, teatralne. Myśl o sytuacji w literaturze prowadzi do skojarzenia z 
pobytem Sienkiewicza w Krakowie i jego ślubem. Skojarzenie to rozsypuje się w 

kolejne dygresje: Sienkiewicz a Przybyszewski, jak się obaj — jako ludzie, 
sposobem bycia — między sobą różnili. Dalej toczy się opowieść o pięknej pani Z. 
i jej córkach. Zakochany w pani Z. Kazimierz Morawski, ks: Stefan Pawlicki. 
Powrót do charakterystyki Krakowa tamtej epoki i kolejna dygresja: „Kocio" 

Górski. Wzmianka o poezji Tetmajera, jej odmienności; szeroka dygresja o 
Tarnowskim; Opowieść o ślubie Sienkiewicza, o podróży poślubnej młodej pary i 
jej dramatycznym finale. 
 

Jak więc widać, felieton ma wprawdzie dość wyraźny punkt ciężkości i oś 

konstrukcyjną: charakterystyka  atmosfery  Krakowa  przed  młodopolską  
rewołucją.  Ale  równocześnie    Boy  wcale    nie  powściąga pióra,  pozwalając  mu  
swobodnie  biec  tropem  skojarzeń wyraźnie odskakujących od wątku głównego. 

Felieton  charakteryzuje  się  tokiem  zupełnie  swobodnej gawędy,  co podkreślają 

takie  zwroty jak:  „Strasznie trudno jest trzymać w ryzach takie wspomnienia: 
wciąż ' jedno wysnuwa się z drugiego, wciąż boś odrywa od ' przedmiotu", lub: „O 
czym mówiliśmy?". 

Ten  typ konstrukcji,;polegającej  na tym,  że  od wątku głównego odchodzi 
narrator często i zupełnie swobodnie wabiony interesującymi, a bardzo luźnymi 
niejednokrotnie skojarzeniami myślowymi, jest bardzo częsty. 

 

Warto tu zauważyć, że niejednokrotnie wątek główny wręcz ginie pod 

ciężarem całkiem nieoczekiwanych skojarzeń i dygresji. Jest to metoda pisarska 
posiadająca także uzasadnienie artystyczne; w ten sposób tworzy się iluzja 
wspominania spontanicznego, nie hamowanego żadnymi rygorami. Iluzja 

wspominania spontanicznego niesie sugestię wiarygodności, a więc właściwości 
szczególnie istotnej dla tekstu pamiętnika. Tak jest na przykład w felietonie 
Fortepian Stacha. I tytuł, i początek felietonu zdaje się świadczyć o tym, iż rzecz 
będzie o Stanisławie Przybyszewskim, który w Boyu upatrywał swego biografistę. 

Alę skojarzenie, związane z przyjazdem. Przybyszewskiego do Krakowa 
przywodzi na myśl Gabryelskiego. Gabryelski, satelita Przybyszewskiego. To droga 
do kolejnego skojarzenia, punkt wyjścia dla świetnej opowieści o "innym” z „dzieci 
szatana", aktorze Ankiewiczu. Tu dopiero miejsce na dzieje fortepianu Stacha. Ale 

po opowiedzeniu tych dziejów wraca Żeleński do charakterystyki Gabryelskiego i 
już do końca felietonu przy tej, znakomitej zresztą, charakterystyce pozostaje. 
Fortepian Stacha okazuje się więc jakby tylko pretekstem do opowieści o 
Gabryelskim. 

 

Co z tych spostrzeżeń wynika? Otóż wydaje się, że jakkolwiek felietony 

Boya zgrupowane zostały w książce w taki sposób, iż pozwala to na dostrzeżenie 
trzech podjętych przez pisarza, jak się powiedziało, głównych tematów, to z 

drugiej strony widać wyraźnie, że te trzy tematy były wielokrotnie tylko 
pretekstem do całkiem swobodnego snucia skojarzeń, że stanowiły niejako hasła 
wywoławcze wyzwalające swobodny tok wspomnień. W związku z tym można 
chyba zaryzykować tezę, że dla Żeleńskiego równie ważnym celem było przy 

okazji kreślenia obrazu Krakowa przed młodopolską rewolucją, istoty tej rewolucji 
i dziejów Zielonego Balonika, (utrwalenie sylwetek ludzi, wydarzeń 1 epizodów 
pozornie dla tych tematów drugorzędnych, a w gruncie rzeczy ważnych dla 
klimatu Krakowa, dla niepowtarzalnej i jedynej w swoim rodzaju atmosfery miasta 

i epoki. Ten klimat, ta atmosfera i tworzący ją ludzie oraz wydarzenia to dla 
Żeleńskiego sprawy mające pierwszorzędne znaczenie. 
 

Jest parę przyczyn, którymi powoduje się Żeleński wprowadzając 

drugoplanowe, anegdotyczne postaci i wydarzenia do swych wywodów. 

Najważniejsze z nich, to rola i znaczenie kontrastów w dobie wielkich przemian. 
Kolejne to przekonanie, że epoka Młodej Polski obfitowała w wyjątkowo dużą ilość 
niezwykłych indywiduów, osobowości, charakterów stwarzających szczególny 

klimat intelektualny i psychiczny przychylny wszelkiego rodzaju nowinkom. 

background image

 

Inaczej mówiąc, chciał Boy udowodnić, że zasadnicze w swym znaczeniu 
przemiany poglądów estetycznych, rewolucje obyczajowe etc. dokonują się na 
skutek zaistnienia określonych    warunków i za sprawą ludzi, którzy' spełniają 

rolę inicjatorów  i  animatorów.  Ale równocześnie był przekonany, że zmiany 
takie nie są możliwe, gdy nie towarzyszy im specyficzny klimat, stwarzany przez 
tych, których nazwiska nie przechodzą do historii jak nazwiska przywódców, 
ideologów, twórców programów etc.   

 

Prawem paradoksu, konserwatywne środowisko intelektualne   (i   

polityczne)   Krakowa 
sprzyjało, a nawet czynnie towarzyszyło dokonującej się rewolucji w sztuce, w 

literaturze. 
Stosunek Boya do krakowskich konserwatystów jest sprawą   trudną i 
niejednoznaczną. Widać to nawet przy dość powierzchownej lekturze Znaszli ten 
Teraj?.;. Felieton Pański Kraków maluje szczególną sytuację Krakowa, miasta 

zdominowanego przez arystokrację. Ale ten felieton pozwala już zorientować się 
w charakterystycznej dla Żeleńskiego metodzie pisania o rządach arystokracji w 
Krakowie i Galicji. Mianowicie cały problem roli stronnictwa stańczyków w Galicji 
nie istnieje jako zespół ,spraw politycznych, w niewielekim stopniu jako kwestia 

gospodarcza: niemal wyłącznie interesuje Boya rola arystokracji w życiu 
intelektualnym i kulturalnym miasta. 
Żeleński dostrzega wprawdzie (w felietonie Z dogmatem) „nadmierną przewagę 
jednej kasty, obwarowanej niesłychanymi przywilejami, aż , nadto skłonnej do 

sobkostwa i ciasnoty”, zdaje sobie sprawę z tego, że „Odbija się, to na mieście, 
które staje się partykularzem tym, głębszym, im większe szeroki świat przechodzi 
tymczasem przeobrażenia". Wie także, że sytuację Krakowa i Galicji 

charakteryzowały najrozmaitsze anomalie, które były rezultatem rządów -
„starych ludzi". Podkreśla „niepospolity zmysł' życia" tej sfery, która," tworząc coś 
w rodzaju masonerii, opanowała wszystkie agendy rządów krajem i mogła 
powiedzieć: „kraj, to ja". Jednakże charakterystyka negatywnych cech arystokracji 

i szkodliwych skutków jej całkowitej władzy nad krajem i miastem ogranicza się 
w Znaszli ten kraj?... do tych paru bardzo ogólnikowych przecież sformułowań. 
Cała sfera — nieprostej zresztą do jednoznacznej oceny problematyki politycznej, 
społecznej i ekonomicznej związanej z rządami stańczyków, cały obszar 

skomplikowanej sytuacji ideologicznej, nastrojów panujących w Galicji, "skutków 
długoletnich rządów tej partii politycznej po prostu Boya nie interesuje. Nie 
podejmuje tych kwestii. Jest to oczywiście dobre prawo felietonisty-pamiętnikarza  
dokonywać wyboru spraw, które porusza.  

 

. Ogólnikowy krytycyzm w stosunku do rządów arystokracji w Krakowie i 

Galicji kontrastuje z rozwiniętą i wyposażoną w argumenty tezą, że ta żywotna 
klasa społeczna reprezentowała bardzo wysoki poziom, intelektualny (co jest 

zresztą zgodne z prawdą). Dowodem jest nie tylko salon Marceliny Czartoryskiej, 

gromadzący takich luminarzy jak Morawski, Pawlicki, Potkański, Sokołowski, 
Konstanty -Górski. Argumentem koronnym staje się charaktery-, styka 
czasopiśmienniczego organu stańczyków, «Czasu». Jak się powiedziało, Boy 

odrzucił, usunął ze swojego pola widzenia problematykę polityczną: «Czas» w 
opisie Znaszli ten kraj?... funkcjonuje   zatem   nie jako programowy  organ  
polityczny  stańczyków,   ale   jako pismo skupiające niezwykle światłych, 
posiadających wysoką kulturę ludzi, a na dodatek jako pismo otwarte na wszelkie 

nowinki, w szczególności estetyczne, ale także w gruncie rzeczy obyczajowe. W 
«Czasie» więc ukazuje się najlepsza, najtrafniejsza recenzja Wesela, «Czas» 
patronuje Zielonemu Balonikowi. Co więcej, filar stronnictwa stańczyków, sam 

Stanisław Tarnowski daje dowód swojego liberalizmu, otwartej postawy, 
zaszczycając swą obecnością jeden z wieczorów kabaretowych przy ulicy 
Floriańskiej. 
 

Zapewne chciał Żeleński uwypuklić kontrast: oto konserwatyści 

krakowscy, dzięki temu, że reprezentowali najwyższy poziom intelektualny, 
towarzyszyli postawą aprobującą, a nawet inspirującą, pojawianiu się nowych 
tendencji,w sztuce czy nawet w obyczajach.. 
 

 Faktem jest jednak, że tym sposobem uległ wykrzywieniu ogólny obraz i 

sens roli stańczyków w życiu Galicji tamtych czasów, a oni sami ukazani zostali 
właściwie jako grono mniej lub bardziej sympatycznych, może trochę śmiesznych 
(głównie przez snobizm), ale w sumie, interesujących (i dowcipnych) ludzi. 
 

Metoda przesuwania punktu ciężkości, stosowana przez Boya, daje także 

inne efekty. W związku z charakterystyką arystokracji i jej roli w Galicji i 
Krakowie poświęca Boy trochę miejsca filantropii, informując w żartobliwym 
tonie o tej dobroczynnej działalności pań z arystokracji. 

 

Felietonowa optyka, wydobywająca przede wszystkim to, co śmieszne, 

działa niekiedy jak ołówek w ręku satyryka: pogrubia pewne rysy, uwypukla 
pewne cechy usuwając w cień inne: powstaje konterfekt podobny do swego 
pierwowzoru, ale wcale z nim nie identyczny. 

Tak się ma także rzecz z charakterystyką Krakowa drugiej połowy XIX wieku, jego 
atmosfery i znaczenia. Boy podkreślał swoisty marazm, zastój, „niedokrwistość" 
miasta, które znalazło się w tym czasie rzeczywiście w niekorzystnej sytuacji, 
pozbawione także funkcji stolicy zaboru. Skarży się Boy na fatalne jakoby 

„ciążenie murów" nad ludźmi, nad ich psychiką, żywotnością. Zabytkowy 
charakter miasta, jego sytuacja w zaborze oraz mentalność ludzi miały stwarzać 
ten „archeologiczny", obezwładniający klimat braku inicjatywy, krytykowany 
przez przyjezdnych z Kongresówki (np. Żeromskiego), który z niechęcią opisywał 

także Przybyszewski w Synach ziemi. 
 

Boy patrzył na" Kraków sprzed modernistycznej rewolucji oczyma swego 

pokolenia, oczyma tych, którzy tej rewolucji dokonali, którzy do niej dążyli i którzy 

wiedli z generacją swoich rodziców zasadniczy spór światopoglądowy. Konflikt 

background image

 

pokoleniowy rzutował, jak się wydaje, na charakterystyczną selekcję 
dostrzeganych właściwości, określających oblicze miasta i, jego atmosferę: 
dokonywał się po prostu, by tak powiedzieć, przede wszystkimi dobór negatywny. 

Na dowód słuszności postawionej tezy wystarczy przypomnieć choćby w części 
to, czego Boy kreśląc obraz Krakowa nie dostrzegł lub co zlekceważył. W istocie: 
kult zabytków własnego mias1# był w Krakowie bardzo żywy,, w formie 
zorganizowanej istniał od roku 1820, kiedy zaczęto je 'odnawiać i prowadzić 

prace dotyczące historii miasta. Ale ten kult zabytków i był zawsze rezultatem 
świadomości, że Kraków jest pomnikiem świetnej narodowej przeszłości, którego 
całość trzeba uratować dla następnych pokoleń. I dodać warto, że dla 

przeważającej liczby przybyszów z innych zaborów wawelski gród istniał właśnie 
w tej funkcji. 
 

Rok 1897 to powstanie Towarzystwa Miłośników Krakowa w 

instytucjonalnej formie patronującego dorobkowi muzeów: Muzeum 

Czartoryskich (1878) oraz Muzeum Narodowemu (1879, pierwsza narodowa 
placówka w Polsce, Muzeum Czapskich. Dziejom Krakowa poświęcili swe badania 
Ambroży Grabowski, Karol Mecherzyński, Józef Muczkowski, Józef Łepkowski, 
Franciszek Piekosiński itd. Żadne miasto polskie nie posiadało tak pieczołowicie 

przeprowadzonych i opublikowanych badań na temat swej historii. A jest to 
zasługa właśnie swoistego klimatu, który przyprawiał wielu, młodych o irytację i 
był rzekomo przyczyną paraliżu sił witalnych, inicjatyw etc. 
 

Inny typ legendy proponuje Żeleński charakteryzując dzieje rewolucji 

modernistycznej w Krakowie. Zgodzić się jednak najpierw trzeba z tym, że Boy nie 
formułował tezy, jakoby okres rewolucji modernistycznej przypadł w Krakowie 
dopiero na czas pobytu w podwawelskim grodzie Stanisława Przybyszewskiego. 

Co najwyżej felietony w Znaszli ten kraj?... sugerują, że Przybyszewski swoją 
działalnością w latach 1898—1900 sprowokował ukształtowane przecież 
środowisko artystyczne młodych w Krakowie do wrzenia, a równocześnie do 
ostatecznego samookreślenia się. W takim rozumieniu wolno zaaprobować tezę 

Boya o przełomowym dla modernizmu w Krakowie epizodzie działalności 
Przybyszewskiego. Zresztą Boy wyraźnie naprowadza nas na taką właśnie 
interpretację. Świadectwem niech będzie passus w felietonie Chrzciny lwi, w 
którym twierdzi, że przyjazd Przybyszewskiego do Krakowa przypadł na okres, 

„kiedy nie było już z czym walczyć, bo nie było armii nieprzyjacielskiej ani 
twierdzy; nie było czego zdobywać. Stary hetman krytyki, Stanisław Tarnowski, był 
już dość ośmieszony, «Czas» drukował Anioła śmierci, odmładzał się na gwałt.” 
 

Tak więc Żeleński z całą świadomością dokonywał wyboru interesujących 

go osobiście problemów: przypomnijmy postawioną już tezę, że nie pisał dziejów 
modernizmu, że swobodna asocjacja prowadziła jego pamięć ku epizodom, które 
uważał za najbardziej znamienne, znaczące. Ą niewątpliwie dla dziejów 

krakowskiej moderny pobyt Przybyszewskiego w mieście pod Wawelem był 

epizodem znaczącym. 
 

Optyka  felietonisty i naocznego świadka pozwala Żeleńskiemu na dodatek 

ukazać taki aspekt roli Przybyszewskiego dla krakowskiego środowiska, który nie 

mógł być przedmiotem opisu i analizy historyka literatury, opierającego swoje 
sądy przede wszystkim na tekstach literackich.    Dorobek    literacki 
Przybyszewskiego nie interesuje Żeleńskiego. W Znaszli ten kraj?... pomija on nie 
tylko całkowicie charakterystykę działalności literackiej Przybyszewskiego, ale 

wręcz lekceważąco mówi o "jego działalności programowej. Rozwija natomiast 
tezę, że o wiele większe znaczenie niż to, co Przybyszewski   napisał, miały dla 
jego roli w krakowskim   środowisku   temperament   i   osobowość „smutnego 

szatana". W felietonie Znaszli ten kraj?... twierdzi wręcz, że  alkohol (a raczej 
sposób,  w jaki alkohol usposabiał Przybyszewskiego) i wykonywana przez niego 
muzyka, „to były owe prawdziwe «manifesty», przy których tamte, drukowane w 
«Życiu»,, wydawały się mdłe i trochę śmieszne". 

 

Zbiór Znaszli ten kraj?... kończy się felietonami, które dotyczą dziejów 

Zielonego Balonika. Zamykają one także w sensie myślowym książkę, która 
zaczynała się ód charakterystyki atmosfery Krakowa przed Młodą Polską, 
analizowała, znaczenie epizodu działalności Przybyszewskiego dla krakowskiego 

środowiska (stanowiącej rodzaj apogeum dziejów modernistycznej rewolucji w 
tym mieście) i kończy opisem dziejów kabaretu w Jamie Michalikowej. 
Działalność Zielonego Balonika stanowiła, zdaniem Żeleńskiego, finał tamtej epoki 
i — jak twierdził — antycypację czasów, które miały nadejść po odzyskaniu przez 

Polskę niepodległości w roku 1918. 
 

I znów wypadnie tu powtórzyć pogląd już w tym wywodzie 

„sformułowany: nie wydaje się, aby Boy naprawdę uważał, iż Zielony Balonik to 

centralny punkt dziejów schyłku modernizmu. Dowodów dostarcza przypomniany 
tu Wstęp do wyboru poezji Młodej Polski, gdzie charakteryzując schyłek tej epoki 
wymienił szereg ważnych i istotnych dla tego procesu momentów, zaś wśród nich 
również epizod działalności kabaretu przy ulicy Floriańskiej. 

 

W książce, która miała być swobodną gawędą o latach własnej młodości w 

naturalny sposób na plan . pierwszym wysuwają się przeżycia osobiste, sprawy, w 
których brało się udział. Członek cyganerii Przybyszewskiego miał prawo z tego 
tytułu upatrywać w działalności „smutnego szatana" epizod wart opisu i analizy: 

tym większe prawo do snucia Wspomnień o Zielonym Baloniku miał filar tego 
kabaretu, główny autor tekstów z okresu najświetniejszych lat jego działalności. 
Inna rzecz, iż dzięki sugestywnemu pióru Boya epizod Zielonego Balonika urasta 
w Znaszli ten kraj?... jakby do rangi decydującej o charakterze finału Młodej Polski 

w Krakowie — i nie tylko w Krakowie. W felietonie Szał czytamy: 
„Właściwie ten dziesiątek felietonów o starym Krakowie napisał mi się sam nie 
wiem jak. Chciałem po prostu z okazji  . 

dwudziestopięciolecia poświęcić  wspomnienie, Zielonemu   Balonikowi.  I  

background image

 

okazało  się,  że trzeba zacząć z tak daleka,  inaczej nie byłoby zrozumiałe.” 
 
 

PRAWY BRZEG WISŁY 

 

Żeleński snuje przemyślenia na temat Krakowa. Wskazuje na to, że jest to 

miasto osobliwe. Mimo, że dawna stolica Jagiellonów, to jednak jest to miasto 
małe, biedne. Wspomina jednak czasy jego świetności, gdy znajdowało się tam 
wszystko – Akademia, arystokraci...   

 

Następnie porównuje Kraków do Paryża. Niby podobne miasta, a jednak 

Paryż nowocześniejszy, bogatszy, ludniejszy. Następnie do Lwowa – ten również 
kipiał życiem.  

 

Jednym słowem – Kraków był ciągle smutny. Zmieniło się to dopiero w 

momencie, gdy pojawił się kabaret Zielony Balonik. Nagle pojawiła się wesołość. 
Mimo jednak tego smutku Kraków zawsze był miastem dumnym. Dumnym, choć 
lunatycznym. Kiedy nocą Żeleński przechadzał się jego ulicami, wyrastało przed 

nim widmo malarza religijnego, Franciszka Krudowskiego. Taki był Kraków 
dzieciństwa Żeleńskiego. 
 

Inaczej wyglądał za jego młodości. Zaczął żyć, zaczęli pojawiać się ludzie. 

Pojawiła się cyganeria. Kropką nad i był Zielony Balonik.  

 
 

MURY I LUDZIE 

 

Żeleński opowiada o walce starych murów z ludźmi (tzn. chodzi o 

wyburzanie murów w celu uzyskania przestrzeni życiowej). Z jednej strony 

dobrze, że istnieją urzędy konserwatorów i chronią zabytki. Z drugiej strony, 
gdyby powstały one kilka wieków temu, wiele Kraków by utracił. Np. uwielbiana 
wieża Floriańska nie byłaby niczym ciekawym i niezwykłym – wszakże w 

średniowiecznym Krakowie wiele takich było. Gdyby nie zburzono innych, nikt 
nie zwróciłby uwagi na tą jedną. 
 

Następnie pisze o tym, że jedno pokolenie nie rozumie drugiego. A trzeba 

spojrzeć na to inaczej. Np. zmiany w modzie spowodowane są zmianą stylu życia i 

względami praktycznymi.  
 

Żeleński opisuje czasy, gdy wprowadzono do miasta tramwaje. By 

przepuścić tramwaje pod bramą Floriańską, trzeba ją było nieco zmodyfikować 
(lekko podnieść w górę). Konserwatorzy podnieśli protest, lecz teraz już nikt nie 

pamięta o tych zmianach i dalej podziwia się doskonałe proporcje bramy. 
 

Były jednak i dramatyczne epizody. Aby wystawić teatr, zburzono szpital 

Św. Ducha. Była w nim zabytkowa kapliczka, którą chciał ratować Matejko i 
oferował każdą sumę w zamian za jej ocalenie. Miasto jednak zrobiło swoje, a 

rozgniewany malarz zrezygnował z honorowego obywatelstwa Krakowa.  
 

 

 

PAŃSKI KRAKÓW  

 

Późno w wieku XIX Kraków stanowił jedyne w swoim rodzaju osiedle 

arystokratyczne w Europie. Wiele przyczyn się na to złożyło (ustrój, ordynacja 
wyborcza, sojusz z rządem, klerem, przewaga ekonomiczna, ciemnota mas itp.). 
Doszło do tego, że cała władza skupiła się w rękach jednej kasty – arystokracji. 

Rządziła w całym Krakowie, trzymała w ręku wszystkie interesy. „Wszystko ta 
klasa mogła zrobić dla „swoich ludzi”, wszędzie mogła dosięgnąć niemiłych sobie.” 
 

Doprowadziło to do niemiłych konsekwencji. Żeleński cytuje Żeromskiego, 

który pisał o „głupocie, bezczelnej podłości, nadużyciach i pompie idiotów”. 

Arystokracja krakowska miała jednak niepospolity zmysł życia – „wzięła w pacht 
wszystkie centra kulturalne”. Głównie za sprawą dwóch ludzi – Stanisława 
Tarnowskiego i Stanisława Koźmiana. 

 

Tarnowski był profesorem literatury polskiej, rektorem, prezesem 

Akademii, pisał mnóstwo książek, był posłem na sejm, mówcą itp. itd. Kiedy 
jednak ktoś mu gratulował, ten dziwił się, jak mógł „aż tyle zdziałać!” Wszystkie 
zaś sukcesy przypisywał Opatrzności.  

 

Pewnego razu, z okazji jego jubileuszu, ówczesny namiestnik Galicji, 

Andrzej Potocki, zabiegał dla niego o Złote Runo, najwyższe odznaczenie, które 
posiadacza czyniło „kuzynem cesarza.” Jednakże cesarz Franciszek Józef, 
przysłowiowy analfabeta, nie mógł zdzierżyć tego, że jego rodzinny order ma 

zawisnąć na piersi profesorskiej i odmówił tego zaszczytu. Mimo, że kulturalnie 
odpisał Tarnowskiemu (Żeleński podkreśla to, że zrobił to odręcznie) i rzucił 
pochlebstwami, to jednak profesor obraził się. Nie awanturował się jednak. Rzekł 
tylko wszystkim uczestnikom jubileuszu „Nie będzie to pierwsze pismo cesarskie 

w archiwach mojej rodziny; znajdzie się tam obok pisma Karola Piątego...” 
 

Stanisław Koźmian, gorszący amant, był dyrektorem teatru, redaktorem 

„Czasu”, posłem, pisarzem, publicystą i dodatkowo karciarzem. Kiedy Żeleński go 

spotkał, ten miał już osiemdziesiąt lat i mieszały mu się już wszystkie osoby, 
miejsca i wydarzenia. 
 

O żywotności arystokracji świadczy jeszcze to, że miewali oni bastardów 

(bękartów), takich jak Helena Modrzejewska czy Julian Klaczko. 

 

Kiedyś Żeleński rozmawiał z pewną osobą o teatrze i o Trzcińskim. 

Narzekał na niego, mówiąc, że to nędzny dyrektor, nie ma żadnego posłuchu. 
Prawdziwym dyrektorem był Koźmian, który potrafił utrzymać dyscyplinę. 
 

Koźmian i Tarnowski dzierżyli wspólnie w ręku politykę i oświatę. Sztuką 

zajmował się ośmieszony hrabia Zyzio (Cieszkowski) – wieloletni prezes 
Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Zaś oazę muzyczną stanowił salon 
księżnej Marceliny Czartoryskiej, uczennicy Chopina. Gawęda intelektualna kwitła 
u Ludwika Michałowskiego.  

 

Z sympatią  wspomina Żeleński hrabiego Jerzego Mycielskiego, historyka 

sztuki i mecenasa sztuk pięknych. Stał się on również jednym z głównych 
„tematów” Zielonego Balonika.  

 

Z kolei żeńska połowa arystokratycznego klanu usidlała Kraków w sieć 

background image

 

filantropii.  
 

Ważny był również „Czas”, do którego wszyscy pisali darmo albo pół 

darmo. Żeleński wspomina, że kiedy przetłumaczył „Mizantropa” Moliera, Solski 

natychmiast wystawił tę sztukę, lecz publika była marna. Odbyły się tylko trzy 
przedstawienia. W ogóle, widoki sfinansowania czegokolwiek były tak marne, że 
niewielu ludziom chciało się trudzić.  
 

Jeśli chodzi o bilans arystokratycznego Krakowa, Żeleński pisze tak: 

„Gdyby przyszło robić bilans [...] byłbym doprawdy w kłopocie. To pewne, że 
przerost tej supremacji był dość potworny, ale czy ówczesne małe, zabiedzone 
miasto było zdolne do pełniejszego życia?” 

 

Przyszedł jednak czas, że ten dawny Kraków zaczął się rozkładać. Starsi 

hrabiowie wymarli, młodzi nie przejęli ich roli.  
 
 

ZAKRYSTIA 

 

„Czas” stał się naraz ulubionym pismem dzieci dzięki drukowi „Trylogii” 

Sienkiewicza. Wtedy „Czas” zdobył niesamowitą popularność i rzesze 
zwolenników. Żeleński bił się ze swoim bratem o każdy nowy numer, chcąc 
przeczytać dzieło Sienkiewicza, a do głowy mu nie wpadło, że mogliby razem 

numer przeczytać w spokoju i harmonii. 
 

Żeleński zrozumiał dzięki Sienkiewiczowi, że gazety mogą się na coś 

przydać. Poznał w nadchodzących latach wielu redaktorów „Czasu” - Stanisława 
Tomkowicza, Michała Chylińskiego, Rudolfa Starzewskiego.  

 

Starzewski przyjmował ówczesną politykę stańczykowsko – galicyjską 

jako zło konieczne. Żeleński nazywa go „ideałem dziennikarza” - pracowity, dobrze 
piszący. Starał się uczynić „Czas” organem kultury. W wyniku tych działań pismo 

miało kilka oblicz – polityczne, „pańskie” (dworskie opisy wesel, chrzcin i innych 
wydarzeń rodzinnych magnaterii) i kulturalno – artystyczne (to oblicze 
przyczyniło się do konsekracji Wyspiańskiego, gdyż w piśmie pojawiły się 
entuzjastyczne recenzje „Wesela”, a nawet dogłębne analizy). 

 

Współpracę ze Starzewskim Żeleński wspomina bardzo dobrze – był to 

redaktor sumienny, wprowadzał co prawda zmiany do artykułów, jeśli nie 
spodobały mu się jakieś sformułowanie, lecz nigdy nie czynił tego bez zgody 
Żeleńskiego.  

 
 

ODWET STAŃCZYKA 

 

Stańczycy zapominali o jednym. Że prawdziwy Stańczyk był wesołkiem. 

Wszak z zawodu był błaznem. Tymczasem stał się on synonimem powagi.  

 

Tymczasem były miejsca radosne. Wspomina po raz kolejny „Czas”, miłe 

pogawędki z jego pracownikami i atmosferę swobody intelektualnej. Na dodatek 
pracowali w radosnej atmosferze, z dużym humorem. Wspomina spotkania, a 

także symbiozę z Zielonym Balonikiem. Gdyby nie działalność „Czasu”, być może 

kabaret nie przetrwałby i dwóch wieczorów. Redakcja pisma przybyła Balonikowi 
w sukurs natychmiast i niemal w komplecie. Noskowski sypał wyborne piosenki i 
grał na pianinie, Żuk – Skarszewski recytował swój tryptyk o złotym runie z 

okazji nadania Złotego Runa Andrzejowi Potockiemu, Siedlecki parodiował 
Stanisława Tarnowskiego itp. itd.  
 

Później stosunki Balonika z „Czasem” jeszcze bardziej się zacieśniły. Jak z 

„Czasu” do Balonika weszło sporo ludzi, tak pismo znalazło nowych 

współpracowników – Karola Frycza, Adamowicza, Jachimeckiego, Edwarda 
Leszczyńskiego, Warszałowskiego.    
 

 Radosna współpraca trwała aż do końca działalności Balonika.  

 
 

ARIEL I KALIBAN 

 

Ariel i Kaliban to postacie fantastyczne z „Burzy” Szekspira.  

 

Żeleński mówi o tym, że na dobrą sprawę Polacy nie mieli prawdziwego 

środowiska artystycznego. Związane było to z wojnami, niewolą i emigracją. 
Dlatego ewenementem był Kraków, gdzie rozwinęło się takowe życie artystyczne.  
 

Na kilka lat przed krakowskim renesansem wyszła w Warszawie książka 

Stanisława Witkiewicza pt. „Sztuka i krytyka u nas”. Autor podejmował w niej ten 

sam problem – brak środowiska artystycznego.  
 

W teatrze zaczął jednak działać teatr. Pojawił się Przybyszewski, który 

zajął się wszelkimi formami sztuki. Powstaje stowarzyszenie Sztuka. Wystawiała 
ona obrazy polskich twórców w innych krajach Europy, tym samym popularyzując 

sztukę polską. 
 

Jan Stanisławski, malarz, stał się duszą Akademii Sztuk Pięknych i jednym z 

czołowych działaczy Sztuki. Chodził na wszystkie premiery teatralne, słuchał 

wszelkiej dostępnej muzyki, znał cała literaturę. Jeździł za granicę organizować 
wystawy Sztuki, znajdował sale do wystawienia obrazów, cieszył się z sukcesów 
malarzy, najmniej myśląc o sobie. Na początku podchodził z dystansem do 
Wyspiańskiego, w końcu jednak się do niego przekonał. Żeleński przyrównuje go 

do Ariela. 
 

Kalibanem zaś był krytyk „Nowej Reformy”, Władysław Prokesch, 

sprawozdawca literacki, muzyczny, teatralny i malarski. Napisał tyle, że gdyby to 
wszystko zebrać, powstałaby cała biblioteka. Jednakże równocześnie był 

człowiekiem nieco ograniczonym i ignorantem. Krytykował „Mandragorę” 
Machiavellego, myśląc, że „p. Machiavel” to autor mu współczesny. Stworzył też 
własny słownik nic nie znaczących frazesów, których używał niemalże w każdej 
recenzji (np. „uwypuklić nieprzeciętne walory owiane sentymentem”). Jedna część 

napisanego przez niego zdania przeczyła drugiej, co było formą asekuracji. W 
recenzjach z koncertów muzycznych „popisywał” się totalną ignorancją z zakresu 
teorii muzyki. Oczywiście najsławniejszą jego gafą jest słynna recenzja „Wesela” 

(„całość kończy się wesołym oberkiem”). 

background image

 

 

  

 

„NA POCZĄTKU BYŁA CHUĆ...” 

 

Autor wspomina pisarza Sewera (Ignacego Maciejowskiego). Był on 

człekiem, który mimo swych lat zachował młodzieńczą fantazję. Robił 
niewybredne figle i psoty, równocześnie ciężko pracując i będąc wybitnym 
literatem. Kiedy miał czas, chodził po mieście i zaczepiał przechodniów, strojąc 
sobie z nich żarty. 

 

Miał on również żonę, dzielną pomocnicę męża, Marię Maciejowską. 

Organizowała ona wspólnie z mężem popołudniowe herbatki, na których witali 
Asnyk, Wyspiański, Reymont, Miciński, Tetmajerowie, Malczewski, Wyczółkowski, 

Kamiński, Starzewski, Górski, Wysocki itd.  
 

Sewer nie adresował również listów, bo zawsze dorzucał jakieś dziwne, 

śmieszne dopiski (np. „Całuję wszystkie okrągłości od a do z”). Dziwnie prowadził 
też księgi handlowe. W jego listach można znaleźć zabawne ploteczki literackie, 

marzenia, które są weryfikowane od razu w kolejnym liście i inne dziwactwa. W 
jednym z listów pisze też o tym, że męczył się strasznie z „Życiem” i dlatego 
przekazał go Przybyszewskiemu.  
 

 

FORTEPIAN STACHA 

 

Żeleński wspomina, że sam Przybyszewski napisał niegdyś, że jeśli ktoś 

miałby o nim pisać po jego śmierci, to właśnie Żeleński. Kiedy Żeleński przebywał 
z Przybyszewskim, nie był jeszcze literatem, tylko studentem medycyny. Jednakże 

Przybyszewski strasznie go chwalił, mówiąc, że jest dyskretnym, ale wielkim 
artystą, posługującym się z wielką wprawą ironią.  
 

Przybyszewski miał diabelne poczucie humoru, a przy tym miał do siebie 

niejaki dystans.  
 

Kiedy przybył do Krakowa, był już tam uznany. Z wielką radością i 

nieśmiałością powitał go jako pierwszy Zdzisław Gabryelski, meloman, filozof i 
właściciel największego w Krakowie składu fortepianów. Dla Przybyszewskiego 

Kraków stał się istnym rajem poezji, zachwycił się tym miastem i jego 
mieszkańcami. Gabryelski, całkowicie oddany mistrzowi, podarował mu 
pierwszego dnia fortepian Steinwaya (albo raczej obiecał Steinwaya, gdyż 
ostatecznie dostarczył Petrofa). Fortepian był pierwszym meblem w nowym 

mieszkaniu Przybyszewskiego.  
 

Jego stolik w kawiarni był oblegany, wszyscy się do niego garnęli, ale on 

najchętniej przyjmował „maluczkich”. Wśród tych wybrańców znalazł się m.ini. 
młody aktor Ankiewicz. 

 

 

 

ZNASZLI TEN KRAJ?... 

 

(Chodzi o „Znasz li ten kraj” Moniuszki). Boy wspomina, że Przybyszewski 

nigdy nie wyszedł z kręgu pojęć, które wymyślił wcześniej. Ciągle mówił o 

„absolucie”, „nagiej duszy” itp. itd. Boy zdaje sobie sprawę, że „dzisiejszy” czytelnik 
miałby problem z docenieniem idei Przybyszewskiego. Wydawać się mogą dziwne. 
 

Żeleński krytykuje również tych, którzy chcieliby pisać o Przybyszewskim, 

a nie wspominać o jego nałogu alkoholowym. Przybyszewski bez alkoholu to jak 
Napoleon bez wojska. Zaś muzyka grała w jego domu ciągle. Żeleński pisze 
również o tym, że Przybyszewski był doskonałym pianistą o niesamowitej 
ekspresji. To były prawdziwe manifesty Przybyszewskiego, nie zaś te drukowane 

w „Życiu”. Gardził literaturą, bo prawdziwie szlachetny jest jedynie dźwięk słów, 
ich melodia. Prowadził bardzo ciekawe, całonocne konwersacje, równocześnie 
radośnie się bawiąc. Miał również „perwersyjny” pociąg do wszystkiego, co 

pachniało śmiercią. Pewnego dnia wziął nawet do siebie suchotnika, którego 
postanowił podleczyć. Jednakże nie fascynowała go sama osoba suchotnika, lecz 
tocząca go choroba – póki wyglądał na pół żywego, póty go fascynował. Gdy już go 
podleczył, bez większego zainteresowania wyprosił z domu.  

 

Całe życie Przybyszewskiego składało się z najróżniejszych epizodów. 

Raczej nie miało ciągłości, było złożone jedynie z takich przygód. Dlatego można 
je nieco porównać do cytatu: „Znaszli ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa” - i, jak 
dodaje Żeleńśki, „Cytryna w plasterkach”. 

 
 

„DZIECI SZATANA” 

 

Do najbliższych Przybyszewskiemu nie należał żaden znany literat. Ci 

odsunęli się od niego na samym początku. Trochę z jego winy. Już na samym 

początku wyśmiał dramat Micińskiego. W gruncie rzeczy nie uznawał nikogo 
(poza Kasprowiczem). Do nieznanych pisarzy podchodził inaczej – np. bardzo 
długo szukał anonimowego autora wiersza, który bardzo mu się spodobał. 

Tetmajera drażnił kult Przybyszewskiego, którego idei do końca nie trawił. Lucjan 
Rydel również zerwał wszelkie kontakty, gdy po premierze Zaczarowanego Koła 
Przybyszewski (wespół z Wyspiańskim) strasznie go zjechał.  
 

„Grupę Przybyszewskiego” można przyrównać nieco do bohaterów 

„Dzieci Szatana” - rekrutowała się ona bowiem z wygwizdanych aktorów, 
literatów bez powodzenia itp. Przybyszewski nie oceniał artysty po jego 
utworach, lecz po stosunku do życia. Kochał ludzi bez talentu, bo tragedia ich jest 
szczera. Nie znalazł wspólnego języka z Sienkiewiczem (podczas pierwszego 

spotkania Sienkiewicz pierwszy do niego zagadał, a ten przez długi czas milczał, 
nie wiedząc, co powiedzieć; w końcu zaproponował „Panie Henryku, napijmy się 
wódki”). 
 

U Przybyszewskiego bywali Grzymała Siedlecki, Jan Kleczyński, Zofia 

Daszyńska – Golińska, Jan Szczepkowski i sam Boy – Żeleński.  
 
 

KUŹNIE INTELEKTU 

 

Mowa o kawiarniach. W krakowskich kawiarniach przesiadywali sami 

background image

 

mężczyźni, tonący w plikach gazet, dyskutujący na różne tematy.  
 

Nie wszyscy z dysputujących byli kompetentni – wielu z nich dyskutowało 

o pisarzach, których nigdy nie przeczytali. Byli jednak „herosi”, którzy pochłaniali 

wszystko. Nie byli to jednak pisarze, którzy dużo piszą, ale mało czytają.  
 

Rozprawiających w kawiarniach ludzi Boy porównuje do greckich 

filozofów, którzy chodzili po ulicach i tam nauczali.  
 

Teraz jednak takie kawiarnie nie wrócą – z powodu kobiet, które teraz tam 

chodzą. Nie znoszą one wielogodzinnych dysput. Na potwierdzenie swej tezy Boy 
przedstawia przykład kobiety, która wnosiła o rozwód z powodu „znęcania” się 
nad nią męża. Znęcanie wyglądało tak, że zapraszał on do domu swych przyjaciół i 

wszyscy przez wiele godzin dyskutowali o Kancie.  
 

Boy wspomina dyskusje z rozrzewnieniem. Toczyły się godzinami. Kiedy 

zamykano jedną kawiarnię, przenosili się do innej. I tak do trzeciej nad ranem 
(ostatnia kawiarnia była zamykana o tej porze).  

 

Później przybył jeszcze jeden nocny lokal – dworzec kolejowy. Otwarty był 

całą noc, więc gdy ostatnia kawiarnia została zamknięta, przenosili się właśnie 
tam i dyskutowali dalej.