background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

Rozdział XVI 

Parabatai

 

Pokój, pokój! On nie jest martwy, nie śpi, 

Obudzono go ze snu życia; 

To my, zagubieni w burzliwych wizjach, utrzymujemy 

Złudzenia bezskutecznego konfliktu, 

I w szalonym transie, atakujemy nożem naszej duszy 

Niezniszczalną drobnostkę. Gnijemy 

Jak zwłoki w kostnicy; strach i smutek 

Wstrząsa i pożywia się nami z każdym dniem, 

I zimne nadzieje roją się jak mrówki wewnątrz naszej żywej gliny. 

PERCY BYSSHE SHELLEY, ADONAIS: ELEGIA NA ŚMIERĆ JOHNA KEATSA

 

 

Dziedziniec Zajazdu Ogrodnika był skłębionym chaosem błota, kiedy Will przyjechał 

na swoim wyczerpanym koniu i zsunął się z szerokiego grzbietu Baliosa. Był zmęczony, 
zesztywniały,  obolały  po  jeździe  konnej  i  z  powodu  złego  stanu  dróg  oraz  jego 
wyczerpania,  a  także  konia,  jazda  w  ostatnich  kilku  godzinach  była  okropna.  Było  już 
zupełnie ciemno i odczuł ulgę, kiedy zobaczył stajennego spieszącego w jego stronę, w 
ubłoconych butach do kolan, niosącego lampion, który rzucał ciepłą żółtą poświatę. 

- Oi, ale deszczowy wieczór, panie  – powiedział chłopiec pogodnie, kiedy znalazł się 

bliżej.  Wyglądał  jak  zwyczajne  ludzkie  dziecko,  ale  było  w  nim  coś  psotliwego  i 
podobnego do chochlika  – krew faerie czasem może  być przekazywana z pokolenia  na 
pokolenie, ujawniając się u ludzi, a nawet u Nocnych Łowców w zakrzywieniu oka lub w 
jasnym blasku źrenicy. Oczywiście, chłopak posiadał Wzrok. Ogrodnik był znaną stacją 
pośrednią Podziemnych. Will miał nadzieję dotrzeć tam przed zmrokiem. Był zmęczony 
udawaniem  przed  Przyziemnymi,  zmęczony  byciem  pod  urokiem,  zmęczony 
ukrywaniem się.  

- Deszczowy? Myślisz? – wymruczał Will, kiedy woda spłynęła mu z włosów na rzęsy. 

Jego oczy były skierowane na drzwi karczmy, przez które wylewało się przyjemne żółte 
światło. Ponad głowami prawie całe światło na niebie przygasło. Ciężkie ciemne chmury 
majaczyły w górze z obietnicą większego deszczu.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

Chłopiec ujął uzdę Baliosa. 

- Masz jednego z tych magicznych koni! – wykrzyknął. 

-  Tak  –  odparł  Will,  klepiąc  spieniony  bok  konia.  –  On  potrzebuje  masowania  i 

szczególnej opieki.  

Chłopiec skinął głową. 

- Jesteś więc Nocnym Łowcą? Nie ma ich wielu w tych stronach. Jeden był jakiś czas 

temu, ale był to stary niemiły człowiek… 

- Słuchaj, czy są wolne pokoje? – spytał Will. 

- Nie jestem pewien, czy są jakieś prywatne, panie. 

-  Chciałbym  prywatny,  więc  lepiej  niech  będą.  I  stajnię  dla  konia  na  tę  noc,  a  także 

kąpiel i jedzenie. Biegnij i odprowadź konia, a ja zorientuję się, co powie właściciel.  

Właściciel  był  całkowicie  uczynny  i  w  przeciwieństwie  do  chłopaka  nie  czynił 

komentarzy  na  temat  Znaków  na  dłoniach  i  gardle  Willa.  Zadawał  tylko  standardowe 
pytania: 

- Chcesz zjeść posiłek w swoim prywatnym salonie czy w sali wspólnej, panie? Wolisz 

wziąć kąpiel przed czy po kolacji? 

Will,  który  był  cały  umazany  błotem,  zdecydował  się  na  kąpiel  wcześniej,  jednak 

zgodził  się  na  kolację  w  pokoju  wspólnym.  Wziął  ze  sobą  sporą  ilość  pieniędzy 
Przyziemnych, ale prywatny pokój na kolację był niepotrzebnym wydatkiem, zwłaszcza 
wtedy,  kiedy  kogoś  nie  obchodzi  jedzenie.  Jadło  dostarczało  energii  na  podróż  i  to 
wszystko.  

Chociaż  właściciel  zwrócił  mało  uwagi  na  fakt,  że  Will  jest  Nefilim,  to  w  pokoju 

wspólnym  wiele  osób  to  zrobiło.  Kiedy  Will  oparł  się  o  kontuar,  grupa  młodych 
wilkołaków  przy  wielkim  kominku,  którzy  dogadzali  sobie  tanim  piwem  cały  dzień 
mamrotała  pomiędzy  sobą.  Will  starał  się  ich  nie  zauważać,  kiedy  zamawiał  butelki  z 
gorącą wodą dla siebie i zacier z owsa dla konia, jak każdy władczy młody dżentelmen, 
ale  ich  przenikliwe  oczy  patrzyły  na  niego  z  gorliwością,  zauważając  każdy  szczegół, 
począwszy  od  jego  ociekających  wodą  włosów,  zabłoconych  butów  po  jego  gruby 
płaszcz, pod którym nie było widać, czy w zwyczaju Nefilim, ma na sobie pas z bronią.  

-  Spokojnie,  chłopcy  –  powiedział  najwyższy  z  grupy.  Siedział  odwrócony  od 

płomieni,  ukrywając  twarz  w  głębokim  cieniu,  chociaż  ogień  zarysowywał  jego  długie 
palce,  gdy  ten  wyjął  cienkie  majolikowe  pudełko  cygar  i  postukał  zamyślony  w 
zamknięcie. – Znam go. 

-  Znasz  go?  –  spytał  jeden  z  młodszych  wilkołaków  z  niedowierzaniem.  –  Tego 

Nefilim? To twój przyjaciel, Scott? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

-  Och,  nie  przyjaciel.  Nie  do  końca.  –  Woolsey  Scott  zapalił  koniec  cygara  zapałką  i 

przyglądał  się  chłopcu  przez  pokój  z  uśmiechem  igrającym  na  ustach.  –  Ale  to  bardzo 
interesujące, że jest tutaj. Bardzo ciekawe. 

Tessa! Głos odbił się echem w jej głowie. Chropowaty krzyk. Siedziała wyprostowana 

na brzegu rzeki. Jej ciało drżało.  

- Will? – Wstała i rozejrzała się. Księżyc ukrył się za chmurami. Niebo wyglądało jak 

ciemnoszary  marmur  poprzecinany  ciemniejszymi  żyłkami.  Przed  nią  płynęła  rzeka, 
ciemnoszara  w  słabym  świetle.  Rozglądając  się,  widziała  tylko  sękate  drzewa  i  strome 
urwisko  niedaleko,  z  którego  spadła,  szeroki  pas  zieleni  rozciągający  się  po  drugiej 
stronie  –  pola  i  kamienne  ogrodzenia,  czasami  daleko  oddalone  od  zagrody  lub 
domostwa. Nie dostrzegała niczego w rodzaju miasta lub miasteczka, ani nawet skupiska 
świateł, które mogłyby wskazywać na maleńką wioskę.  

-  Will  –  wyszeptała  ponownie,  otaczając  się  ramionami.  Była  pewna,  że  to  był  jego 

głos, który wołał jej imię. Żaden inny głos nie brzmiał jak jego. Ale to było niedorzeczne. 
Nie było go tutaj. Nie mogło być. Być może, jak Jane Eyre, która usłyszała głos Rochester 
wołający ją na wrzosowiskach, była w półśnie.

1

 

Przynajmniej  był  to  sen,  który  wyciągnął  ją  z  omdlenia.  Wiatr  był  jak  chłodny  nóż, 

tnący  jej  ubrania  –  miała  na  sobie  tylko  lekką  sukienkę,  przeznaczoną  do  noszenia  w 
pomieszczeniach,  żadnego  płaszcza  ani  kapelusza  –  oraz  jej  skórę.  Jej  spódnice  nadal 
były mokre od wody rzecznej, a suknia oraz podarte pończochy poplamione krwią. Anioł 
uratował jej życie, jak się wydawało, ale nie uchronił jej od zranień.  

Dotknęła  go  teraz,  licząc  na  wskazówki,  ale  był  tak  spokojny  i  milczący  jak  zawsze. 

Kiedy  zdjęła  ręce  z  gardła,  usłyszała  głos  Willa  w  swojej  głowie:  Czasami,  kiedy  muszę 
zrobić  coś,  na  co  nie  mam  ochoty,  udaję  postać  z  książki.  Łatwiej  mi  wtedy  podejmować 
decyzje.
 

Postać  z  książki,  pomyślała  Tessa,  ta  dobra,  rozsądna,  poszłaby  wzdłuż  strumienia. 

Postać  z  książki  wiedziałaby,  że  ludzkie  domostwa  i  miasta  często  są  budowane  w 
pobliżu  wody  i  mogłaby  szukać  tam  pomocy,  a  nie  błąkać  się  w  lesie.  Z  determinacją 
objęła się ramionami i zaczęła brnąć w dół rzeki.  

                                                           

1

 Jane Eyre i Rochester to bohaterowie powieści Dziwne Losy Jane Eyre autorstwa Charlotte Brontë. 

 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

W tym czasie Will – wykąpany, ogolony, mający na sobie czystą koszulę i kołnierz  – 

wrócił do pokoju wspólnego na kolację. Sala była w połowie wypełniona ludźmi.  

No,  może  nie  do  końca  ludźmi.  Kiedy  zaprowadzono  go  do  stołu,  minął  ławy,  przy 

których garbiły się razem trolle przy dużych piwach, wyglądając jak sękaci staruszkowie 
z  kłami,  które  wystawały  z  ich  dolnych  szczęk.  Chudy  czarownik,  z  szopą  brązowych 
włosów i trzecim okiem pośrodku czoła, kroił swój kotlet cielęcy. Grupa zgromadziła się 
przy stolikach niedaleko ognia – wilkołaki, wyczuł Will z ich zachowania podobnego do 
tego w sforze. Pokój pachniał wilgocią, żarem oraz gotowaniem i Willowi zaburczało w 
brzuchu. Nie zdawał sobie sprawy, jaki był głodny.  

Will studiował mapę Walii, pijąc wino (kwaśne, octowe), jedząc zamówione jedzenie 

(twardą część jeleniny z ziemniakami) i starając się jak najbardziej ignorować spojrzenia 
innych klientów. Przypuszczał, że stajenny miał rację. Nie mieli tutaj zbyt dużo Nefilim. 
Czuł  się,  jakby  jego  Znaki  płonęły  jak  pochodnie.  Kiedy  talerze  zostały  uprzątnięte, 
wyciągnął papier i napisał list. 

Charlotte, 

Przepraszam za opuszczenie Instytutu bez Twojej zgody. Proszę o wybaczenie. Czułem, 

że nie mam innego wyboru. 

Jednak nie dlatego piszę ten list. Na drodze znalazłem dowód obecności Tessy. W jakiś 

sposób  udało  się  jej  upuścić  swój  jadeitowy  naszyjnik  z  okna  powozu  i  wierzę,  że  dzięki 
niemu możemy ją wyśledzić. Mam go teraz ze sobą. To niebezpieczny dowód na to, że nasze 
przypuszczenie miejsca pobytu Mortmaina jest właściwe. Musi przebywać w Cadair Idris. 
Musisz napisać do Konsula i zażądać, by wysłał wszystkie oddziały w góry.  

Will Herondale 

Zapieczętowując list, Will przywołał właściciela i  przypieczętował go  za  pół korony. 

Chłopiec  dostarczy  go  do  nocnego  powozu  dostawczego.  Po  dokonaniu  wpłaty  znów 
usiadł,  rozważając,  czy  powinien  wmusić  w  siebie  jeszcze  kieliszek  wina,  aby  móc 
zasnąć, kiedy ostry, przeszywający ból targnął jego piersią. Bolało, zupełnie jakby został 
postrzelony strzałą. Will szarpnął się do tyłu. Jego kieliszek z winem spadł i rozbił się o 
podłogę.  Zerwał  się  na  nogi,  opierając  się  obydwoma  rękami  o  stół.  Był  niejasno 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

świadom spojrzeń i niespokojnego głosu właściciela w jego uchu, ale ból był zbyt wielki, 
by myśleć, prawie zbyt wielki, by oddychać.  

Uścisk w klatce piersiowej, ten, o którym myślał jako o końcu sznura wiążącego go z 

Jemem, napiął się tak bardzo, że dusił jego serce. Zatoczył się z dala od swojego stolika, 
przeciskając  się przez  grupę  klientów  niedaleko  baru  i  przeszedł  do  drzwi  frontowych 
gospody.  Wszystkim,  o  czym  mógł  myśleć,  było  powietrze,  wciągnięcie  go  do  swoich 
płuc, aby oddychać.  

Otworzył drzwi i prawie wypadł w noc. Na moment uścisk w jego klatce zelżał, a on 

oparł się plecami o ścianę karczmy. Lał deszcz, mocząc jego włosy i ubrania. Sapnął. Jego 
serce zacinało się z mieszaniny przerażenia i rozpaczy. Czy to tylko odległość pomiędzy 
nim, a Jemem tak na niego wpływała? Nigdy nie czuł czegoś takiego, nawet wtedy, gdy 
Jem czuł się bardzo źle, nawet, kiedy był ranny, a Will odczuwał tylko podobny ból.  

Sznur pękł.  

Will złożył ciało jak scyzoryk, wymiotując całą kolację w błoto. Kiedy spazmy minęły, 

chwiejnie  stanął  na  nogi  i  zatoczył  się  z  dala  od  gospody,  jakby  starając  się  wyzbyć 
swojego  własnego  bólu.  Znalazł  się  przy  ścianie  stajni,  obok  żłobu  konia.  Rzucił  się  na 
kolana, by zanurzyć ręce w lodowatej wodzie… I zobaczył swoje odbicie. Jego twarz była 
biała  jak  śmierć,  a  na  koszuli  wykwitła  plama  czerwieni  rozprzestrzeniająca  się  na 
przedzie. 

Mokrymi  dłońmi  chwycił  za  klapy  i  szarpnął  koszulę,  by  rozpiąć  guziki.  W 

przyćmionym  świetle,  które  wylewało  się  z  gospody,  mógł  zobaczyć,  że  jego  runa 
parabatai, tuż nad sercem, krwawiła. 

Jego ręce pokryte były krwią zmieszaną z deszczem, tym samym, który zmywał krew 

z  jego  piersi,  ukazując  Znak,  którego  srebrny  kolor  zaczął  płowieć  w  kierunku  czerni, 
zmieniając cały sens życia Willa w nonsens.  

Jem był martwy.  

Tessa  chodziła  już  od  wielu  godzin.  Jej  cienkie  buty  podarły  się  na  ostrych  skałach 

przy korycie rzeki. Zaczęła prawie biec, ale przemęczenie i zimno nią owładnęły i teraz 
kuśtykała  powoli,  jednakże  z  determinacją,  w  dół.  Przemoczony  materiał  spódnicy 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

ciągnął  ją  w  dół,  wydając  się  być  kotwicą  pociągającą  ją  na  dno  jakiegoś  straszliwego 
morza. 

Nie widziała żadnego śladu ludzkiej działalności przez mile i zaczynała rozpaczać nad 

swoim planem, kiedy ujrzała przed sobą polanę. Zaczynało lekko padać, ale nawet przez 
mżawkę  mogła  dostrzec  kontury  niskiego  budynku  z  kamienia.  Kiedy  podeszła  bliżej, 
zobaczyła,  że  przypomina  on  mały  dom  okryty  strzechą,  z  zarośniętą  ścieżką 
prowadzącą do frontowych drzwi.  

Przyspieszyła tempo, śpiesząc się, myśląc o dobrotliwym farmerze i jego żonie, takich 

z  książek,  którzy  zaopiekowaliby  się  młodą  dziewczyną  i  pomogli  jej  skontaktować  z 
rodziną, jak Rivers zrobił to dla Jane Eyre. Kiedy się zbliżyła, zauważyła brudne i pobite 
okna oraz trawę rosnącą pod strzechą. Jej serce zamarło. Dom był opuszczony.  

Drzwi były już otwarte, drewno pachniało deszczem. Było coś przerażającego w tym 

pustym  domu,  ale  Tessa  była  zdesperowana  schronieniem  się  przed  zawieruchą  i 
prześladowcami  Mortmaina,  których  ten  mógł  za  nią  posłać.  Kurczowo  trzymała  się 
nadziei,  że  Pani  Black  pomyśli,  że  umarła  przy  upadku,  ale  wątpiła,  by  Mortmain  tak 
łatwo porzucił jej ślad. Mimo wszystko, jeśli ktokolwiek by wiedział, co może zrobić jej 
mechaniczny aniołek, byłby to on.  

Miedzy płytkami na podłodze wewnątrz domu rosła trawa, a palenisko było brudne, 

nad  szczątkami  ognia  nadal  wisiał  sczerniały  garnek.  Wybielone  ściany  zszarzały  od 
sadzy  i  czasu.  W  pobliżu  drzwi  znajdowała  się  zbieranina  czegoś,  co  wyglądało  na 
narzędzia  rolnicze.  Jedno  przypominało  długi  metalowy  pręt  z  zakrzywionym  końcem, 
nadal ostrym. Wiedząc, że może potrzebować środków do obrony, złapała go. Następnie 
przeszła z pokoju wejściowego do drugiego pokoju, który był w tym domu: niewielkiej 
sypialni, w której znalezienie pachnącego stęchlizną koca wprawiło ją w zachwyt.  

Spojrzała na swoją suknię z rozpaczą. Zdjęcie jej bez pomocy Sophie zajęłoby wieki, a 

ona  rozpaczliwie  pragnęła  ciepła.  Owinęła  koc  wokół  siebie,  mokrych  ubrań  i 
wszystkiego, a potem skuliła się na kłującym materacu wypchanym sianem. Śmierdział 
pleśnią i prawdopodobnie zamieszkiwały w nim myszy, ale w tym momencie wydawał 
się jej najbardziej luksusowym łóżkiem, na którym Tessa miała okazję się wyciągnąć. 

Tessa  zdawała  sobie  sprawę,  że  lepiej  by  było nie  zasypiać.  Ale  mimo  wszystko,  nie 

mogła  już  sprostać  wymaganiom  związanym  z  jej  poobijanym  i  wymęczonym  ciałem. 
Przyciskając metalową broń do piersi, zapadła w sen.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

- Więc, to on? Ten Nefilim?  

Will  nie  wiedział,  jak  długo  siedział  bezwładnie  przy  ścianie  stajni,  robiąc  się  coraz 

bardziej  mokrym  od  deszczu,  kiedy  warczący  głos  odezwał  się  w  ciemności.  Podniósł 
głowę, zbyt późno, aby ustrzec się przed sięgającą po niego ręką. Chwilę później został 
pociągnięty za kołnierz i postawiony do pionu.  

Patrzył  oczami  przesłoniętymi  kroplami  deszczu  i  agonią  na  grupę  wilkołaków 

stojących  w  półkole  wokół  niego.  Było  ich  chyba  pięciu,  w  tym  ten,  który  rzucił  go  na 
ścianę  stajni.  Dłoń  zacisnęła  się  na  jego  zakrwawionej  koszuli.  Wszyscy  byli  ubrani 
podobnie,  w  czarne  stroje  tak  mokre  od  deszczu,  że  błyszczały  jak  ceraty.  Nie  mieli 
nakryć głowy, ich włosy – długie jak u wilkołaków – były przyklejone do głów.  

- Zabieraj ode mnie łapy – powiedział Will. – Porozumienie zabrania bezpodstawnego 

dotykania Nefilim… 

-  Bezpodstawnego?  –  Wilkołak  przed  nim  szarpnął  go  do  przodu  i  rzucił  go  z 

powrotem  na  ścianę.  W  zwykłych  okolicznościach  prawdopodobnie  miałby  po  tym 
obrażenia,  ale  to  nie  były  zwykłe  okoliczności.  Ból  fizyczny  związany  z  runą  parabatai 
Willa  znikł,  ale  jego  całe  ciało  było  suche  i  puste,  cały  sens  został  wyssany  z  jego 
centrum. – Powiedziałbym, że to prowokacja. Gdyby nie ty, Nefilim,  Mistrz nigdy by do 
nas nie przybył z jego brudnymi narkotykami i plugawymi kłamstwami… 

Will  spojrzał  na  wilkołaki  na  granicy  wesołości.  Czy  naprawdę  myślą,  że  mogą  go 

zranić po tym, co stracił? Przez pięć lat to było jego absolutna prawdą. Jem i Will. Will i 
Jem
. Will Herondale żyje, dlatego Jem Carstairs również żyje. Quod erat demonstrandum

2

Utrata  ręki  lub  nogi  może  być  bolesna, ale  utrata  głównej  prawdy  swojego  życia  bywa 
niczym śmierć.  

- Brudne narkotyki i plugawe kłamstwa – powiedział Will, przeciągając samogłoski. – 

To brzmi niehigienicznie. Choć powiedz mi, czy to prawda, że zamiast kąpieli wilkołaki 
liżą się raz do roku? Czy może liżecie się nawzajem? Bo słyszałem o tym.  

Uścisk na jego koszuli wzmocnił się. 

- Chcesz być pełniejszy szacunku, Nocny Łowco? 

- Nie – odparł Will. – Nie, naprawdę nie. 

- Słyszeliśmy o tobie wszystko, Willu Herondale – rzekł inny z wilkołaków. 

-  Zawsze  pełznący  po  pomoc  do  Podziemnych.  Chcielibyśmy  cię  teraz  widzieć 

czołgającego się.  

- W takim razie musicie odciąć mi kolana.  

                                                           

2

 Co było do udowodnienia.(łac.) 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

- To – zaczął wilkołak trzymający Willa. - można zaaranżować.  

Will  eksplodował  w  działaniu.  Uderzył  głową  w  twarz  wilkołaka  przed  nim.  Oboje 

poczuli  i  usłyszeli  nieprzyjemny  chrzęst  łamiącego  się  nosa  wilkołaka.  Gorąca  krew 
wytryskiwała na twarz mężczyzny, kiedy ten cofał się przez dziedziniec i upadł zgiętymi 
kolanami  na  bruk.  Jego  ręce  były  przyciśnięte  do  twarzy,  starając  się  zatrzymać 
napływającą krew.  

Ręka chwyciła ramię Willa, pazury przebiły mokrą tkaninę jego koszuli. Odwrócił się 

twarzą  do  wilkołaków  i  dostrzegł,  że  to  dłoń  drugiego  z  nich,  srebrzysta  w  świetle 
księżyca.  Ostry  błysk  noża.  Oczy  napastnika  lśniły  w  deszczu  złotozieloną  barwą  i 
groźbą.  

Nie  przyszli  tutaj,  by  ze  mnie  drwić  lub  mnie  zranić,  zdał  sobie  sprawę  Will.  Przyszli, 

aby mnie zabić.  

W pewnym beznadziejnym momencie, Will był skłonny im na to pozwolić. Myśl o tym 

wydawała się ogromną ulgą - koniec bólu, koniec odpowiedzialności, nieskomplikowane 
zanurzenie  się  w  śmierci  i  zapomnienie.  Stał  bez  ruchu,  kiedy  nóż  skierował  się  ku 
niemu. Wszystko wydawało się dziać bardzo powoli – żelazny koniec noża zbliżający się 
do niego, szydercze oblicze wilkołaka rozmyte przez deszcz.  

Obraz,  o  którym  śnił  poprzedniej  nocy  błysnął  mu  przed  oczami:  Tessa,  biegnąca 

zieloną  ścieżką  w  jego  kierunku.  Jego  ręka  wyciągnęła  się  automatycznie  i  chwyciła 
nadgarstek  wilkołaka,  kiedy  uchylił  się  od  ciosu,  wykręcając  się  pod  ramieniem 
przeciwnika.  Likantrop  krzyknął  i  ciemny  bełt  radości  wystrzelił  ku  Willowi.  Sztylet 
upadł na bruk, kiedy podciął nogi przeciwnika, a potem uderzył łokciem w jego skroń. 
Wilkołak upadł jak sterta złomu i nie poruszył się ponownie.  

Will chwycił sztylet i odwrócił się do pozostałych. Zostało ich tylko trzech i wydawali 

się  mniej  pewni  siebie  niż  wcześniej.  Uśmiechnął  się  zimno  i  paskudnie.  Poczuł  smak 
metalu zmieszanego z krwią i deszczem w ustach.  

-  Chodźcie  i  mnie  zabijcie  –  zachęcił.  –  Chodźcie  i  zabijcie  mnie,  jeśli  uważacie,  że 

potraficie.  –  Kopnął  nieprzytomnego  wilkołaka  u  jego  stóp.  –  Musicie  się  bardziej 
postarać od swoich przyjaciół.  

Rzucili się na niego z pazurami i Will upadł ciężko na bruk, rozbijając sobie głowę na 

kamieniu.  Zestaw  pazurów  rozorał  mu  ramię.  Przewrócił  się  na  bok,  zasypywany 
gradem  ciosów,  ze  sztyletem  zwróconym  ku  górze.  Rozległ  się  wysoki  skowyt  bólu, 
który zakończył się jękiem, a ciężar na ciele Willa, który poruszał się i walczył, zwiotczał. 
Will przewrócił się na bok i zerwał na nogi, okręcając dookoła.  

Wilkołak,  którego  pchnął  nożem,  leżał  z  otwartymi  oczami  w  powiększającej  się 

kałuży krwi i wody deszczowej. Dwa pozostałe podnosiły się na nogi, pokryte błotem i 
przemoczone  wodą.  Will  krwawił  z  ramienia,  gdzie  jeden  z  nich  wbił  głęboko  swoje 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

szpony. Ból był wspaniały. Zaśmiał się przez krew i błoto, kiedy deszcz zmywał krew z 
ostrza sztyletu.  

-  Jeszcze  raz  –  powiedział,  ledwo  rozpoznając  swój  własny  głos,  który  był  znużony, 

łamiący się i martwy. – Jeszcze raz. 

Jeden z wilkołaków obrócił się i  uciekł.  Will zaśmiał się ponownie i ruszył  w stronę 

ostatniego,  który  stał  zmrożony,  szponiaste  dłonie  wydłużyły  się  –  w  odwadze  lub  z 
przerażenia.  Will  nie  był  pewien  i  nie  obchodziło  go  to.  Sztylet  wydawał  się  być 
przedłużeniem jego nadgarstka, częścią jego reki. Jeden dobry cios, szarpnięcie w górę i 
przedrze się przez kość i chrząstki, kłując w kierunku serca… 

-  Stop!  –  Głos  był  twardy,  wyniosły,  znajomy.  Will  spojrzał  w  bok.  Krocząc  przez 

dziedziniec,  kulił  ramiona  przed  deszczem.  Jego  wyraz  twarzy  wyrażał  furię.  Woolsey 
Scott. – Rozkazuję wam obojgu przestać w tej chwili! 

 Wilkołak  natychmiast  opuścił  ręce  do  boków,  chowając  pazury.  Pochylił  głowę  w 

klasycznym geście uległości. 

- Panie… 

Wrząca  fala  wściekłości  rozlała  się  w  Willu,  zamazując  racjonalność,  rozsądek, 

wszystko oprócz furii. Wyciągnął rękę i szarpnął wilkołaka przed nim, jego ręce owinęły 
się wokół szyi mężczyzny, dociskając ostrze do gardła. Woolsey, zaledwie kilka kroków 
dalej, podszedł szybko, zielonymi oczami ciskając sztylety.  

- Podejdź jeszcze bliżej – zaczął Will, - a poderżnę twojemu małemu wilczkowi gardło.  

-  Kazałem  wam  przestać  –  rzekł  Woolsey  wyważonym  tonem.  Jak  zawsze  miał  na 

sobie  pięknie  skrojony  garnitur,  brokatowy  płaszcz  jeździecki  na  wierzchu,  wszystko 
teraz  obficie  przesiąknięte  deszczem.  Jego  jasne  włosy,  przyklejone  do  twarzy  i  szyi, 
mokre wyglądały na bezbarwne. – Wam obu.  

-  Ale  ja  nie  muszę  cię  słuchać!  –  krzyknął  Will.  –  Wygrywałem!  Wygrywałem!  – 

Spojrzał na trzy ciała wilków rozrzucone na dziedzińcu, z którymi walczył. Dwóch było 
nieprzytomnych, jeden martwy. – Twoja wataha zaatakowała mnie bez powodu. Złamali 
Porozumienie.  Broniłem  się.  Złamali  Prawo.  –  Jego  głos  rósł,  szorstki  i 
nierozpoznawalny. – Ich krew mi się należy i będę ją miał! 

-  Tak,  tak,  wiadra  krwi  –  odparł  Woolsey.  –  Co  zrobisz,  jeśli  ją  dostaniesz?  Nie 

obchodzi cię ten wilkołak. Pozwól mu odejść. 

- Nie.  

- Przynajmniej puść go wolno, by mógł z tobą walczyć – rzekł Woolsey. 

Will  zawahał  się,  potem  rozluźnił  uścisk  na  wilkołaku,  który  stanął  przed  obliczem 

swojego przywódcy, patrząc z przerażeniem. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

- Uciekaj, Konrad – powiedział. – Szybko. I teraz. 

Wilkołakowi  nie  trzeba  było powtarzać dwa  razy. Odwrócił się na pięcie  i  rzucił jak 

najdalej, znikając ze stajni. Will odwrócił się do Woolseya szyderczo.  

-  Więc  w  twojej  sforze  wszyscy  to  tchórze  –  orzekł.  –  Pięciu  przeciwko  jednemu 

Nocnemu Łowcy? Tak to się robi? 

-  Nie  rozkazałem  im  ciebie  śledzić.  Są  młodzi.  I  głupi.  Oraz  porywczy.  A  połowa  ich 

watahy  została  uśmiercona  przez  Mortamaina.  Obwiniają  twój  rodzaj.  –  Woolsey 
podszedł  trochę  bliżej,  mierząc  spojrzeniem  zimnym  jak  zielony  lód  Willa  od  góry  do 
dołu. – Rozumiem, że twój parabatai nie żyje – dodał z szokującą niedbałością. 

Will kompletnie nie był gotowy, by usłyszeć te słowa. Nigdy nie będzie gotowy. Bójka 

oczyściła  mu  umysł  z  bólu  zaledwie  na  chwilę.  Teraz  groził  jego  nawrót, 
wszechobejmujący i przerażający. Sapnął, jakby Woolsey go uderzył, i zrobił mimowolny 
krok do tyłu.  

- I ty próbujesz się przez to zabić, chłopcze Nefilim? To się działo? 

Will strząsnął swoje mokre włosy z twarzy i spojrzał na Woolseya z nienawiścią. 

- Może i tak.  

- Tak szanujesz pamięć o nim? 

-  Jakie  to  ma  znaczenie?  –  spytał  Will.  –  Jest  martwy.  Nie  dowie  się,  co  zrobiłem,  a 

czego nie.  

- Mój brat nie żyje – wyznał Woolsey. – I nadal wysilam się, by spełniać jego życzenia, 

kontynuować Preator Lupus ku jego pamięci i żyć tak, jak on chciałby, bym żył. Myślisz, 
że  byłbym  jednym  z  tych,  których  widuje  się  w  takich  miejscach,  spożywającego 
świńskie powidła, popijającego ocet, z nogami zatopionymi w błocie po kolana, patrząc 
tylko, jak jakiś nużący bachor Nocnych Łowców wyniszcza moją i tak już pomniejszoną 
kompanię, że schylałbym się ku takim czynnościom, gdyby nie to, że robię to dla celów 
wyższych niż moje własne zachcianki i rozgoryczenia? Tak jak ty, Nocny Łowco. Tak jak 
ty. 

- Och, Boże. – Sztylet wysunął się z dłoni Willa i wylądował w błocie u jego stóp. – Co 

ja mam teraz zrobić? – szepnął. 

Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  pyta  Woolseya,  poza  tym,  że  nie  było  na  świecie  nikogo 

innego, by zapytać. Nawet wtedy, kiedy myślał, że ciąży na nim klątwa, nie czuł się tak 
samotny. 

Woolsey spojrzał na niego chłodno.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

Tłumaczenie:

 

Gladys

 

Korekta:

 

 Nike 

- Rób to, czego chciałby twój brat – rzekł, po czym odwrócił się i ruszył z powrotem w 

kierunku gospody.